background image

..

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Widziała przed sobą ścianę ulewnego deszczu i wartki błotnisty potok, w 

którym całkiem ugrzęzły jej buty. Melanie Montgomery trzęsła się z zimna i ze 

zmęczenia,   z   trudem   utrzymując   rozpostarty   nad   głową   prochowiec.   Kiedy 

wychyliła w końcu głowę, ujrzała wyjątkowo posępny krajobraz. Kolumbijska 

dżungla tonęła w sinej, dymiącej mgle. Dopiero na linii horyzontu majaczyły 

postrzępione szczyty gór, przypominając jej, jakby nie dosyć miała zmartwień, 

że do domu było strasznie daleko. Po raz pierwszy, odkąd przyjęła zaproszenie 

Marii Teresy, żałowała swej pochopnej decyzji. W każdym razie zaczęła się 

zastanawiać, czy nie przeholowała z samodzielnością. Matka powstrzymywała 

ją   oczywiście   przed   tym   „szczeniackim   wybrykiem",   wymieniając   tysiąc 

nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć samotnej dziewczynie podróżującej po 

obcym   kraju.   Melanie   znała   tę   czarną   listę   na   pamięć.   Długo   by   mogła 

opowiadać   o   losie   najmłodszego   dziecka   w   rodzinie...   Nawet   Paul   i   Elise, 

zaledwie kilka lat od niej starsi, z jakiegoś tajemniczego powodu nie raczyli 

uznać, że ich dwudziestopięcioletnia „siostrzyczka" stała się dorosłą kobietą. 

Nadal   traktowali   ją   jak   zbuntowaną   nastolatkę.   Więc   cóż   dopiero   mówić   o 

matce… 

Philip zaproponował jej ucieczkę w małżeństwo, ale uznała ten krok za 

zbyt drastyczny. I dość  ryzykowny. W końcu chodziło o wyrwanie się spod 

nadopiekuńczych   skrzydełek   rodziny,   a   nie   schronienie   pod   inne   skrzydła. 

Bardzo ich wszystkich kochała, jednak doszła do wniosku, że przebrali miarkę. 

Zwłaszcza Elise miała denerwujący zwyczaj węszenia i wtrącania się do życia 

młodszej   siostry   przy   każdej  okazji.   Jakby   wychowywanie   dwójki   własnych 

dzieci nie pochłaniało jej dostatecznie dużo czasu i energii.

background image

Tak więc Melanie, nie zważając na katastroficzne przepowiednie matki, z 

milczącym   uporem   przygotowywała   się   do   podróży.   Zapewne   ten   sam 

wrodzony upór sprawił, że mały sklep z upominkami, który zaczęła prowadzić 

po ukończeniu college'u, rozkwitł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po 

trzech latach mogła być z niego naprawdę dumna. Zdobyła klientów, którzy 

przyjeżdżali   do   ich   małego   miasteczka   w   północno-wschodnim  Tennessee   z 

odległych okolic po to tylko, żeby sprawdzić, czy wymyśliła lub sprowadziła 

coś nowego. Zaproszenie od Marii Teresy nadeszło akurat w momencie, kiedy 

poczuła się swoim zajęciem znużona.

Po   podróży   do   Ameryki   Południowej   spodziewała   się   nie   tylko 

turystycznych wrażeń, ale i świeżych pomysłów na… upominki. Z Marią Teresą 

przyjaźniły się przez cztery lata college'u. W każde wakacje, kiedy Kolumbijka 

wybierała się do swojego domu w Villa Yicencias, błagała przyjaciółkę, żeby z 

nią pojechała.

Jednak zawsze miały pecha. Zawsze coś krzyżowało im plany. Tym razem 

Melanie   podjęła   nieodwołalną   decyzję.   Musiała   tylko   dotrzeć   pod   właściwy 

adres. Potoczyła wzrokiem po szarym, mokrym krajobrazie i ciężko westchnęła. 

Och, żeby z tej mgły wyłonił się nagle autobus i zabrał ich stąd…

Mogło być jeszcze gorzej, pomyślała natychmiast. Gdyby nie przewodnik, 

czułaby się jak ostatnie żywe stworzenie na tonącej w deszczu planecie. Zaczęła 

wypatrywać   sylwetki   Julia   w   wąwozie,   do   którego   stoczył   się   samochód. 

Dostrzegła tylko pojazd, kilkaset metrów poniżej drogi, przewrócony na bok i 

zatopiony do połowy w błotnistej mazi. Gdyby nie błyskawiczny refleks Julia, 

spadliby tam oboje razem z samochodem. Zorientował się nagle, że gigantyczna 

lawina błota porywa ich ze sobą, że nie mają najmniejszej szansy na ucieczkę. 

Wrzasnął,   żeby   skakała.   Melanie   zrobiła   to   natychmiast   -   bez   wahania, 

zadziwiająco sprawnie. Auto potoczyło się po śliskim zboczu, a Julio, oniemiały, 

background image

czekał, aż się zatrzyma. Potem zszedł do niego ostrożnie, obszedł dookoła kilka 

razy, kręcąc rozpaczliwie głową. Wysłużone cztery kółka były jego narzędziem 

pracy, źródłem utrzymania rodziny, a tu koniec…

Cholerny   świat,   pomyślała   Melanie.   W   tej   okolicy   trudno   mu   będzie 

wyczarować   jakiś   porządny   dźwig.   Według   mapy,   Villa   Vicencias   dzieli   od 

Bogoty nie więcej niż sto trzydzieści kilometrów. Drobiazg, myślała jeszcze na 

lotnisku. W Tennessee taką trasę przemierza się w niespełna dwie godziny. Tutaj 

jednak musieli pokonać potężny łańcuch górski (droga wznosi się miejscami do 

trzech   tysięcy   sześciuset   metrów   ponad   poziom   morza),   żeby   dotrzeć   do 

otoczonego   dżunglą   miasta.   Niestety,   pogoda   zatrzymała   ich   w   wysokich 

górach, z dala od ludzkich osad, bez żadnej nadziei na pojawienie się w mgle 

autobusu. 

Ciekawe, co by zrobiła Elise na moim miejscu? Tylko że siostra nigdy nie 

znalazłaby się w podobnej sytuacji. Elise nie podjęła w swoim życiu ani jednej 

pochopnej   decyzji.   Ciągłe   porównywanie   Melanie   do   Elise   było   najbardziej 

irytującym   zwyczajem   ich   matki.   Elise   nie   miała   nigdy   żyłki   podróżniczej. 

Skończyła   college,   została   pielęgniarką,   a   potem   zaczęła   wieść   przykładne 

życie. Po pierwszym nieudanym małżeństwie wyszła za Damona Trenta i odtąd, 

nareszcie w swoim żywiole, z radosnym oddaniem grała rolę matki i żony.

Melanie od dzieciństwa prześladowało pytanie dorosłych: „Dlaczego nie 

bierzesz przykładu ze swojej siostry?" Zacisnęła odruchowo szczęki. Z wyglądu 

prawie bliźniaczki: blondynki o skandynawskiej urodzie, chociaż włosy Melanie 

były nieco jaśniejsze, o lekko srebrnym odcieniu, cienkie, ale bardzo gęste. Jak 

to dobrze, że zaplotła je przed wyjazdem w warkocz! Ładnie by teraz wyglądała 

z zabłoconą szopą. Zielone oczy sióstr prawie nie różniły się odcieniem. Obie 

były wysokie… i na tym kończyło się podobieństwo. Melanie tryskała życiem, z 

otwartymi   ramionami   witała   każdy   nowy   dzień.   I   nie   bała   się   ryzyka.   Jako 

background image

dziecko zamęczała dorosłych pytaniami płynącymi z niewyczerpanego źródła jej 

ciekawości.

Ocknęła się z zamyślenia. Powinna myśleć tylko o tym, jak wydostać się 

z tarapatów. To nie Stany, gdzie pierwszy zatrzymany kierowca podwiózłby ją 

do najbliższego domu, w którym zapytałaby, czy może skorzystać z telefonu i 

po kłopocie. Od kilku godzin nikt tędy nie przejeżdżał, żadnych śladów życia w 

zasięgu wzroku… Poczuła gęsią skórkę na plecach. Nigdy dotąd nie czuła się 

tak bezradna i samotna.

- Julio? Gdzie jesteś? - usłyszała własny zdławiony głos i jakiś szelest za 

plecami.   Odwróciła   się   gwałtownie.   Jej   przewodnik   oddychał   ciężko, 

nadaremnie próbując wytrzeć twarz z błota.

- Przykro mi, senorita Montgomery, nie udało mi się wyjąć pani bagażu.

Pogratulowała sobie trzeźwości umysłu. W ostatniej chwili przed skokiem 

złapała torebkę z pieniędzmi i paszportem. Szkoda, że nie mogą się na razie do 

niczego przydać…

- Co my teraz zrobimy? - spytała.

Julio wzruszył ramionami. Melanie zrozumiała z jego opowieści w czasie 

podróży, że zbliża się do pięćdziesiątki, ma sześcioro dzieci, w tym dwoje już 

dorosłych mieszkających w Kartagenie, i jest bardzo szczęśliwy, że dzięki tej 

„fantastycznej maszynie" zarabia na godne życie całej ósemki.

Stali w milczeniu, pogrążeni w rozpaczy. Słowa pocieszenia na nic by się 

zdały, nawet gdyby Melanie potrafiła je wykrztusić. Widziała na własne oczy, 

jak ten cudowny samochód, od którego zależał los wielkiej rodziny, stoczył się 

jak piłka po błotnistym stoku. Groza. Pierwszy odezwał się Julio.

background image

- Tam dalej, kilka albo kilkanaście kilometrów stąd, jest jakaś osada. Nie 

ma innego wyjścia. Musimy iść na piechotę.

Tymczasem…   Na   przeciwległym   krańcu   kontynentu,   w   Buenos  Aires, 

Justin   Drake,   przedstawiciel   Treńt   Enterprises   w   Ameryce   Południowej, 

prowadził   ważne   negocjacje   z   potencjalnym   wspólnikiem   firmy.   Choć   znał 

hiszpański, wytężał całą swoją uwagę, żeby nie uronić ani słowa Argentyńczyka, 

który mówił z prędkością karabinu maszynowego.

-   Musi   pan   zrozumieć   -   powiedział   dobitnie   Jorge   Villaneuva   -   że 

zawarcie   spółki   z   Trent   Enerprises   leży   także   w   interesie   firmy,   którą   ja 

reprezentuję, ale nie mogę podjąć takiej decyzji bez zgody moich dyrektorów. 

Nie wątpię, że pan rozumie…

- Oczywiście, że rozumiem - odpowiedział Justin z lekkim uśmiechem. 

Argentyńczyk  stracił  zimną krew, a  o  to mu właśnie  chodziło… - Jednakże 

liczymy na konkretną odpowiedź w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. W innym 

razie zmuszeni będziemy zmienić plany.

- Ależ to niemożliwe! - wybuchnął Jorge. - Trzeba być cudotwórcą, żeby 

w dwa dni zwołać wszystkich członków rady na specjalne posiedzenie. Chyba 

zgodzi się pan… - przerwał, gdy w drzwiach pojawiła się sekretarka.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   senor   Drake.   Senor   Trent   dzwoni   z   Chicago. 

Powiedział, że musi z panem niezwłocznie rozmawiać.

background image

Justin spojrzał na Argentyńczyka, który wyraźnie zbladł. Przeprosił go 

natychmiast i wyszedł do swojego gabinetu. 

- Damon? 

- Cześć, Justin. Przepraszam, wiem, że rozmawiasz z Villaneuvą, ale nie 

mogłem z tym czekać.

- Co się stało?

- Kiedy najwcześniej mógłbyś wylecieć z Buenos Aires?

- Wylecieć?! Sam wiesz, że prowadzę niezwykle delikatne pertraktacje. 

-Wiem. Nie prosiłbym cię o pomoc w błahej sprawie. 

Damon   Trent   był   nie   tylko   jego   pracodawcą,   ale   najbliższym 

przyjacielem. I rzadko prosił o pomoc kogokolwiek. Justin zdrętwiał. Damon 

musiał wpaść w prawdziwe tarapaty.

- Jasne. Mów, co mam robić.

- Chcę, żebyś poleciał do Bogoty. Siostra Elise zniknęła.

- Melanie… - Justina oblał zimny pot - zginęła w Kolumbii? A co za licho 

poniosło ją właśnie tam?!

- Z tego co zrozumiałem, wybrała się w odwiedziny do koleżanki. Szkoda 

gadać. Poleciała trzy dni temu. Przysięgła, że zadzwoni, gdy tylko dotrze na 

miejsce. Telefonowaliśmy do przyjaciółki. Ona też nie dostała żadnej wieści. 

Pomyślała, że Melanie odłożyła wyjazd.

- A wiesz przynajmniej, czy dotarła do Kolumbii?

background image

-  Tak.   Pierwszą   noc   spędziła   w   hotelu   "Tequendama"   w   Bogocie,   ale 

rankiem   się   wymeldowała.   Nie   mamy   pojęcia,   dokąd   pojechała,   ale   tak   na 

zdrowy rozum musiała wynająć jakiś samochód i ruszyć do Villa Vicencias.

- Cholera! Musiała upaść na głowę, żeby pakować się tam sama!

- Powiedz jej to osobiście - odrzekł sucho Damon.

- Spokojna głowa. Powiem jej dużo więcej. Jak tylko odnajdę gówniarę.

- Masz nadzieję, że ci się uda?

Justin   wyobraził   sobie,   co   mogło   spotkać   samotną   młodą   kobietę   w 

Kolumbii, ale tylko głośno przełknął ślinę i odpowiedział opanowanym głosem:

- Znajdę ją, Damon. Już mnie tu nie ma.

- Dzięki, Justin.

- Dobrze, że zwróciłeś się z tym do mnie. Szkoda tylko, że nie wiedziałem 

wcześniej o tej wyprawie.

- Szczerze mówiąc, prawie nikt nie wiedział. Kiedy zadzwoniła do nas jej 

matka, Melanie była już w drodze.

Justin spotkał ją tylko raz w życiu, dobrych kilka lat temu, kiedy była 

uczennicą. Pamiętał, że miała zielone, błyszczące oczy i rozbrajający uśmiech. 

Mimo młodego wieku zdawała się doskonale wiedzieć, co chce zrobić ze swoim 

życiem. Ilekroć Elise próbowała skrytykować jej plany albo do czegoś namówić, 

dziewczyna   stawała   okoniem.   Wyglądała   na   rogatą   duszę,   ale   żeby   do 

Kolumbii… Na samotną wycieczkę?!

Przypomniał sobie, że nie skończył rozmowy z Damonem.

background image

- Będę z tobą w kontakcie.

- W porządku. Aha, jeszcze jedno… - Damon zawiesił głos.

- Co takiego?

- Nie ryzykuj, Justin. Spróbuj się dowiedzieć, gdzie ona jest… jeśli to 

możliwe, ale nie baw się w bohatera. Proszę cię.

-   Kto?   Ja?   Za   wiele   lat   spędziłem   w   gabinecie   za   biurkiem,   żeby 

sprawdzać swoje kwalifikacje na bohatera.

- Tylko że ja pamiętam, co robiłeś, zanim zacząłeś pracować u mnie, więc 

nie czarujmy się. Wilka zawsze ciągnie do lasu. Bądź ostrożny, stary.

- Dobrze, dobrze. Swoją drogą, dziękuję, że mi przypomniałeś stare czasy. 

Mógłbym odnowić niektóre kontakty.

- A czy mógłbyś tego nie robić?

- Nie bój się. I tak wrócę do ciebie.

- Dzięki za pocieszenie.

- Drobiazg.

Justin odłożył słuchawkę, ale wpatrywał się w nią jeszcze kilka sekund, 

zbierając myśli. Połączył się z Marią.

-   Zamów   bilet  na   najbliższy   samolot   do   Bogoty.   Rezerwacja   w   jedną 

stronę.

background image

Musi   jeszcze   pojechać   do   domu,   żeby   się   przebrać.   W   garniturze 

biznesmena nie zrobiłby dobrego wrażenia w tych kilku zakątkach Kolumbii, 

które zapamiętał najlepiej i których nie zapomni do końca życia…

Boże, nie mogła wybrać gorszego miejsca na świecie. Przysiągł sobie 

kilka   lat   temu,   że   nigdy   tam   nie   wróci.  Ale   tak   to   już   bywasz   niektórymi 

deklaracjami.   Czają   się   na   człowieka,   żeby   dopaść   go   w   najmniej 

spodziewanym momencie i zrobić "zygu, zygu". Naprawdę nie ma wyjścia…

Był już przy drzwiach, kiedy przypomniał sobie o Villaneuvie.

- Wybaczcie, panowie - zaczął w progu sali konferencyjnej - ale musimy 

przerwać nasze spotkanie. Zmuszają mnie do tego nadzwyczajne okoliczności. 

Mam nadzieję, że wrócę za tydzień i będę do panów dyspozycji.

- Za tydzień! - powtórzył nieswoim głosem Jorge. - A więc pan Trent 

odrzuca nasze warunki?

- Tego nie powiedziałem.

- Ale sytuacja jest dostatecznie wymowna. Proszę mi dać kilka godzin…

- Nie mam nawet czasu. Muszę zdążyć na samolot.

-   Gdzie   zatem   możemy   pana   znaleźć?   Dokąd   dzwonić,   kiedy   tylko 

dostanę formalną zgodę?

- Proszę zostawić wiadomość - odpowiedział Justin po chwili milczenia - 

w hotelu "Tequendama" w Bogocie. - Dostrzegł ulgę w oczach Argentyńczyka, 

który doskonale wiedział, że Trent Enterprises nie prowadzi żadnych interesów 

w Kolumbii.

background image

Pożegnali się pospiesznie, a Justin wrócił myślami do Melanie. Co też się 

mogło wydarzyć?

Kilka   godzin  później  wciąż   zadawał  sobie  to   samo   pytanie.  W  hotelu 

doskonale   pamiętali,   kiedy   się   wymeldowała,   i   że   jakiś   człowiek   pomagał 

wynosić   jej   bagaże.   Nic   więcej.   Żadnych   śladów,   nie   potrafili   nawet   podać 

rysopisu   mężczyzny   ani   marki   jego   samochodu.   Justin   poczuł   się   wściekle 

bezradny. Jedyne, co mu pozostawało, to wynająć samochód i podążyć przez 

góry "najprostszą" drogą, która wiodła do Villa Vicencias. Deszcz nie ułatwiał 

sprawy. Kiedy już znalazł pojazd i kierowcę, dowiedział się, że trasa jest trudna, 

a   po   kilku   dniach   ulewnych   deszczy   wręcz   karkołomna.   Uchwycił   się   więc 

nadziei, że tylko pogoda zatrzymała Melanie w drodze. Nie mógł się doczekać 

tego spotkania. Już on jej uświadomi - w kilku krótkich lekcjach - co może 

przydarzyć   się   młodej   damie   podróżującej   samotnie   po   obcym   kraju. 

Jednocześnie modlił się w duszy, żeby pierwszej lekcji nie miała już za sobą.

Chyba   po   raz   pierwszy   w   życiu   Melanie   narzekała   na   swój   los. 

Domiasteczka dotarli po zmierzchu. Ulice z powodu słoty były opustoszałe, ani 

śladów życia, na szczęście jednak Julio zachowywał się tak, jakby najgorsze 

mieli za sobą. Znalazł nocleg, potem zaczął szukać ekipy ratowniczej, która 

wyciągnęłaby   samochód.   Czyli   nie   poddał   się…   Nigdy   nie   czuła   się   tak 

samotna. Jej słaba znajomość hiszpańskiego okazała się bezużyteczna. Ludzie 

background image

tutaj   mówili  zbyt   szybko,   żeby   mogła   wychwycić   więcej   niż   dwa   albo   trzy 

słowa. Nie było też telefonów, a więc żadnej szansy na kontakt z Marią Teresą. 

Zastanawiała się rozpaczliwie, co robić - spróbować wrócić do Bogoty 

czy znaleźć inny samochód i jechać dalej. 

Następnego ranka o nic już się nie martwiła. Z gorączką, w głębokiej 

malignie, widziała tylko jak przez mgłę twarze ludzi, które, nie wiedzieć czemu, 

pojawiały się i znikały, coraz mniej wyraźne. Potem była pewna, że krząta się 

wokół niej matka, podaje lekarstwa, poprawia kołdrę, wypominając oczywiście 

jej   głupotę.   Czasami   przychodziła   Elise.   Dotykała   czoła   Melanie   chłodnymi 

dłońmi,   przemawiała   łagodnie   i   podsuwała   jej   coś   do   zjedzenia.   Melanie 

próbowała tłumaczyć, jak bardzo chce się od wszystkich wyzwolić, że czuje się 

stłamszona   ich   miłością.   Wydawali   się   nie   rozumieć.   Mruczeli   nad   nią 

pocieszająco, a raczej nad jej chorym, rozpalonym ciałem.

- Zwały błota zatarasowały drogę. - Kierowca zjechał na pobocze. Mimo 

że   przestało   padać,   chmury   wisiały   nisko   nad   dżunglą   i   nadal   wyglądały 

groźnie.

W Justinie wzbierał coraz większy niepokój. Czyżby gwałtowna fala błota 

i kamieni zmiotła ich z drogi? Wygrzebał się z samochodu i podszedł do skraju 

zbocza.

background image

- Co zamierza pan robić, senor? Dalej nie pojedziemy.

Dobre pytanie. I była na nie tylko jedna odpowiedź.

-   Muszę   iść   na   piechotę.   Proszę.   -   Justin   wręczył   mężczyźnie   zwitek 

pieniędzy.

- Chce pan tu zostać? - Szofer spojrzał na niego jak na szaleńca.

- Nie. Chcę dalej szukać mojej znajomej.

- Ale, senor, jak pan wróci do Bogoty?

- O to będę martwił się później.

Mężczyzna   wzruszył   ramionami,   całkowicie   przekonany,   że   wszyscy 

norteamericanos są stuknięci. Justin zapiął pod szyję nieprzemakalną kurtkę, 

wziął plecak i ruszył przed siebie. Godzinę później dostrzegł samochód, który 

mógł należeć do przewodnika Melanie, a przez następną godzinę usiłował się do 

niego zbliżyć - z duszą na ramieniu i nadzieją, że nie znajdzie w środku ludzi. 

Gdyby tam byli, szanse na przeżycie mieliby zerowe.

Zajrzawszy  przez   szybę,   odetchnął   z  ulgą   i  w   tej   samej   sekundzie   na 

przednim   siedzeniu   dostrzegł   apaszkę   Melanie.   Pamiętał   nawet   dzień,   kiedy 

Elise pochwaliła się udanym prezentem dla siostry: "Spójrzcie, jaki niesamowity 

deseń". Justin sam nie wiedział, co czuje. Z jednej strony wielką ulgę, że jest na 

właściwym   tropie.   Z   drugiej,   wyobraźnia   podsuwała   mu   najtragiczniejsze 

scenariusze tego, co mogło się wydarzyć. On sam znał Kolumbię jak własną 

kieszeń   i   najgorszemu   wrogowi   nie   życzyłby   takich   doświadczeń.   Po   kilku 

latach pracy w brygadzie antynarkotykowej zaklinał się, że nigdy więcej jego 

stopa nie postanie na tej ziemi. 

background image

O ironio losu! Gdyby natknął się teraz na  "starych znajomych", znalazłby 

się w większym niebezpieczeństwie niż Melanie. Ale nie było wyjścia. Damon 

wiedział, co robi, prosząc właśnie jego o pomoc. 

Podróż do najbliższego miasteczka okazała się znośna, chmury bowiem, 

jakby   na   zaklęcie   Justina,   powstrzymały   się   z   ulewą   do   chwili,   kiedy 

przekroczył   próg   jedynego   w   tej   okolicy,   obskurnego   hoteliku.   Zapytał   o 

Melanie. Oczywiście nie mogli nie zapamiętać kobiety o jej wyglądzie. Dotarła 

tutaj   z   przewodnikiem   dzień   albo   dwa   dni   temu,   ale   wynajęła   pokój   w 

prywatnym domu. Jakiś mężczyzna podał mu dokładny adres i wtedy Justin 

zaczął się poważnie zastanawiać: czy poczekać do rana, czy też dalej kusić licho 

i przedzierać się po ciemku przez deszczową nawałnicę po to jedynie, żeby 

wygarnąć smarkuli, co myśli o jej niedorzecznych planach wakacyjnych.

Mężczyzna, który przyprowadził ją do miasteczka, dziękował podobno 

Bogu,   że   odpowiedzialność   za   Amerykankę   spadła   na   kogoś   innego.   W 

pierwszej   chwili,   kiedy   Justin   usłyszał,   że   dziewczynie   nic   się   nie   stało, 

zachwiał się na nogach. Potem zaczęła wzbierać w nim złość, ale natychmiast 

się opanował. Z tego, co wiedział o Melanie, nie tylko mu nie podziękuje, ale 

będzie wściekła, że jakiś facet śmiał jej deptać po piętach. Wyrecytuje mu, że 

"nie jest dzieckiem", "sama wie, co ma robić", "nie potrzebuje anioła stróża" itd. 

Spróbuje odwrócić kota ogonem. Nie szkodzi. Teraz już mu wszystko jedno. Im 

szybciej  wyciągnie   ją   z  Kolumbii   i  odstawi  do   domu,   tym  lepiej.  Wzruszył 

ramionami. O tej porze na pewno jeszcze nie śpi. No i powinna wiedzieć o jego 

obecności w miasteczku… Co za różnica, dzisiaj, czy jutro… Woli mieć to z 

głowy. Trafił pod wskazany adres bez kłopotu.

Kobieta w średnim wieku otworzyła drzwi na oścież, zdążył zapukać, i 

przyjęła jego wyjaśnienie z okrzykiem ulgi.

background image

- Dzięki Bogu! Tak się cieszę, że pan przyjechał! Piękna lady jest chora, 

ma wysoką gorączkę. Może pan coś poradzi. Proszę za mną. O, Najświętsza 

Panienko, jak to dobrze! Jak to dobrze!

Serce   podeszło   mu   do   gardła.   Niemożliwe,   żeby   przed   wyjazdem   nie 

zaszczepiła   się   przeciwko   malarii…   Kiedy   weszli   na   górę,   kobieta   uchyliła 

drzwi i cofnęła się zdecydowanie, czekając, aż Justin wejdzie pierwszy.

W małej sypialni paliła się tylko nocna lampka. Kobieta leżąca w łóżku 

wcale nie przypominała mu uczennicy, którą poznał kilka lat temu. Melanie jako 

młoda   dziewczyna   wydawała   mu   się   interesująca.   Dorosła   Melanie   była 

olśniewająco   piękna.   Miał   nieprzepartą   ochotę   dotknąć   jej   aksamitnego 

policzka. Sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak delikatny… 

Leżała spokojnie niczym śpiąca królewna. Zupełnie bezbronna, w jakimś 

obcym domu, w zapomnianym przez Boga i ludzi miasteczku. Justinowi nie 

mieściło się to w głowie. Co też mogło skłonić dorosłą kobietę - bo przecież 

Melanie nie wygląda na niesforną nastolatkę - do narażania się w tak głupi 

sposób?! 

Nie   mógł   pozbierać   myśli   ani   oderwać   od   niej   oczu.   Mimowolne 

podniecenie   wprawiło   go   w   jeszcze   większe   zakłopotanie.   Usiadł   na   brzegu 

łóżka   i   zaczął   gładzić   jej   długie,   miękkie   włosy.   Podziwiał   regularne   rysy 

twarzy,   lekko   wystające   kości   policzkowe,   prosty   delikatny   nos   i   ślicznie 

wykrojone usta. Były lekko nabrzmiałe, jakby stworzone do pocałunków. Kiedy 

musnął palcami rozpalone policzki, Melanie uniosła powieki… i, o dziwo, w jej 

wzroku Justin nie dostrzegł śladu zaskoczenia.

- Witaj… - szepnęła miękko - zdążyłeś na przyjęcie. Rodzinka stawiła się 

w komplecie. Ty też mi powiesz, że jestem głupia i tak dalej?

background image

Mimowolnie rozejrzał się po pokoju. Byli sami. O czym ta dziewczyna 

mówi? Kto według niej przyjechał? Ujął w ręce jej rozpaloną dłoń, a potem 

gładził powoli wszystkie palce, jeden po drugim, masując lekko opuszki.

- Hm, wydają rodzinne przyjęcie, ale powiedz, na jaką to cześć…

-   Zapomniałam   -   mruknęła   zbolałym   głosem.   -   Strasznie   tu   gorąco. 

Dlaczego nikt nie włączył klimatyzacji?

- Z troski o twoje zdrowie. Mogłabyś się przeziębić.

- Elise powinna mnie ostrzec, że przyjedziesz.

- Elise nie wiedziała, gdzie jesteś.

- Och, ona i mama zawsze wiedzą, gdzie jestem. Założę się, ze wynajęły 

drużynę   tropicieli,   którzy   śledzą   każdy   mój   krok.   -   Powiedziała   to   z   takim 

niesmakiem, iż Justin ledwie powstrzymał się od śmiechu.

Przedni pomysł, pomyślał.  Drużyna tropicieli zaoszczędziłaby wszystkim 

zmartwień.

- Kochają cię - odparł poważnie.

- Wiem - westchnęła ciężko. - Ja też ich kocham, ale mam prawo do 

własnego życia.

- Po to właśnie uciekłaś do Kolumbii? Żeby żyć własnym życiem?

- Próbowałam, ale była ulewa, prawdziwy potop, ślisko… no i samochód, 

którym jechałam, stoczył się w przepaść.

- Rozumiem. Trudno być niezależnym bez samochodu.

background image

Uśmiechnęła się i tym jednym uśmiechem oczarowała go na dobre.

- Wiem, że jesteś nieprawdziwy…

- Nie?

-   Po   co   Justin   Drake   miałby   tu   przyjeżdżać?   Nawet   gdyby…   Nie 

siedziałby przy mnie i nie słuchał opowieści o rodzinnych kłopotach.

- Ach tak? Nie siedziałby? A to dlaczego?

- Bo Justin jest wspaniałym, przebojowym facetem, który nie zagrzewa 

nigdzie miejsca. Wiesz, tacy jak on nie mają czasu. Gonią przecież po całym 

świecie w poszukiwaniu nowych celów. Wciąż przesuwają granice. Zdobywają 

szczyty.

- Ta ironia w głosie… Zdaje mi się, że ów Justin, czy jak mu tam, naraził 

ci się.

- Nie, skąd, to porządny facet, tylko rzeczywiście… nie w moim typie. 

"Dominujące osobowości" nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej… - Melanie 

uśmiechała   się,   ale   nie   mogła   dokończyć   zdania.   -   Wydajesz   mi   się   tak 

prawdziwy… - westchnęła żałośnie - ale nic nie widzę…

Zaciskając usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem, Justin przetarł jej twarz 

wilgotnym ręcznikiem.

- Spróbuj teraz zasnąć.

- Co za niemądra propozycja… Przecież śpię. 

Nachylił   się,   żeby   pocałować   ją   w   policzek.   Melanie   odwróciła 

niespodziewanie głowę i wtedy na ułamek sekundy spotkały się ich wargi. Justin 

background image

podskoczył   odruchowo,   ale   pokusa   wydała   mu   się   nie   do   przezwyciężenia. 

Tylko jeden pocałunek, pomyślał.

Jej usta rozchyliły się natychmiast. Były drżące i niewiarygodnie słodkie. 

Błądził po nich językiem, oddając im swoją wilgoć, zapraszając do zabawy, 

coraz bardziej pospiesznie i zachłannie - wstydząc się nieco, że wykorzystuje 

chorą, majaczącą dziewczynę. Wyobraził sobie furię, w jaką wpadnie Melanie, 

kiedy wyzdrowieje. Zdecydował jednak natychmiast, że chwila w jej ramionach 

warta   jest   nie   tylko   własnych   wyrzutów   sumienia,   ale   i   awantury,   którą   z 

pewnością zrobi mu… później.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Melanie otworzyła oczy. Pokój, którego nie poznawała, skąpany był w 

słońcu.   Nareszcie!   Odzyskała   przytomność,   nie   słyszała   żadnego   deszczu,   a 

doskwierał jej tylko głód. Przeciągnęła się z uśmiechem. Jak długo to mogło 

trwać:   gorączka,   majaczenie,   dzień   zlewający   się   z   nocą,   natarczywe   sny,   z 

których każdy był projekcją jej lęków i pragnień? Jak gdyby, nie wychodząc z 

kina,   oglądała   przegląd   filmów   z   Melanie   Montgomery   w   roli   głównej. 

Najpierw, zagubiona w dżungli, mokła w ulewnym deszczu. Potem matka, w 

zgodnym chórze z rodzeństwem, wypominała jej karygodny brak rozsądku. W 

"happy endzie" wystąpił Justin Drake.

background image

W   skrytości   ducha   musiała   przyznać,   że   jak   na   człowieka,   którego 

spotkała   jeden   jedyny   raz   w   życiu,   pan   Drake   zrobił   na   niej   piorunujące 

wrażenie. Pamiętała każdy szczegół jego wyglądu - wzrost, brązowo-miedziane 

włosy i oczy, które zmieniały barwę w zależności od nastroju: od głębokiego 

błękitu, poprzez kolor szaroniebieski do srebrnego. Najdziwniejsze oczy, jakie 

widziała. I silny, głęboki głos. Jeżeli natura bywa hojna, to Justin należał do jej 

wybrańców. 

Ale   przecież   nie   jego   urody   obawiała   się   najbardziej.   Mimo   młodego 

wieku   i   braku   doświadczenia   Melanie   podświadomie   wyczuwała   w   takich 

mężczyznach jak Justin zagrożenie własnej wolności. Instynkt nakazywał jej 

ucieczkę.   Założyła,   że   czego   oczy   nie   widzą,   tego   sercu   nie   żal,   i   odtąd 

konsekwentnie   unikała   Justina   Drake'a.   Nagle,   po   kilku   latach   od   ich 

pierwszego i jak dotąd jedynego spotkania, ten człowiek pojawia się w jej śnie. I 

to w jakim śnie… Wszedł do pokoju, jak gdyby ten dom należał do niego, i jak 

gdyby ona należała do niego! 

Na myśl, że tak mogłoby być naprawdę, Melanie dostała gęsiej skórki. 

Chociaż   nigdy   nie   pragnęła   zostać   własnością   mężczyzny,   intuicja   jej 

podpowiadała,   że   ten   facet   niezwykle   czule   troszczy   się   o   wszystko,   co 

posiada… Śniła, że usiadł na brzegu łóżka, trzymał ją za rękę i całował. Czuła, 

że topnieje w jego ramionach. Usta Justina były ciepłe i stanowcze. Dziwne… 

jak na sen, pamięta ten pocałunek bardzo dokładnie, czuje go jeszcze i płonie na 

samo wspomnienie. Co się z nią dzieje?! Melanie usiadła raptownie. Ile można 

myśleć o Justinie Drake'u z powodu jakiegoś głupiego snu? Ściągnąwszy przez 

głowę pożyczoną koszulę, podeszła do miski, nalała do niej wody z dzbanka i, 

szczękając zębami, zaczęła się myć. Musi dzisiaj koniecznie zdecydować, w jaki 

sposób ruszyć w dalszą drogę. Ciekawe, czy Julio zdołał odzyskać samochód i 

bagaże. Wiele od tego zależy.

background image

Zamyślona, ledwie usłyszała, że ktoś otworzył drzwi. Odwróciła się, żeby 

przywitać gospodynię domu, poczciwą kobietę, która troszczyła się o nią jak 

matka, ale w progu stał nie kto inny, tylko Justin Drake.

Zdumiony, przez kilka sekund nie odrywał wzroku od pustego łóżka i 

dopiero   po   chwili   spojrzał   w   kąt   pokoju.   Pewien   był,   że   Melanie   śpi. 

Tymczasem   ona   stała   przed   nim   bez   ruchu,   niczym   blada   nimfa,   okryta 

płaszczem długich włosów, z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

- Co ty tu robisz? - wydobyła z siebie zdławiony okrzyk.

- Dlaczego wstałaś z łóżka? - zapytał niemal równocześnie.

Melanie sięgnęła po koszulę, owinęła się nią jak ręcznikiem, rumieniąc 

się ze złości i wstydu.

- Nie powinnaś wstawać z łóżka - powtórzył łagodnie, robiąc krok w 

przód.

- A ty nie powinieneś wchodzić do mojego pokoju! Wynoś się stąd!

Drżała   jak   liść   na   wietrze.   Justin   nie   był   jednak   pewien,   czy   to   z 

wyczerpania,   czy   ze   złości,   czy   z   obu   powodów   jednocześnie.   Postawił   na 

podłodze   walizkę,   którą   dotąd   trzymał   w   ręku,   i   zbliżył   się   do   Melanie   na 

odległość   wyciągniętej   ręki.   Zniżył   głos   do   szeptu   i   biorąc   ją   za   łokieć, 

zaprowadził do łóżka.

-   Za   wcześnie   na   wstawanie.   Potrzebujesz   jeszcze   kilku   dni,   żeby 

odzyskać siły.

Melanie nie umiała zaprotestować. Czuła, że słabnie i uginają się pod nią 

nogi. Z ulgą opadła na posłanie.

background image

- Skąd się tu wziąłeś? - spytała zdumiona.

- Szukałem cię.

- Po co?

- Twoja rodzina odchodziła od zmysłów.

- Przecież nic mi nie jest…

-   Bezsprzecznie.  Właśnie   widzę,   że   wszystko   jest   w   porządku:   chora, 

zdana na pastwę losu w jakiejś kolumbijskiej dziurze. Pewnie nigdy dotąd nie 

wiodło ci się lepiej.

- Nie jesteś ich prywatnym detektywem. Nie mieli prawa…

- Może i nie. Ale przyjechałem tutaj, więc spróbuj nie stawiać oporu i 

pozwól, że ci pomogę.

- Nie potrzebuję twojej pomocy.

-   Melanie,   bądź   rozsądna.   Nie   znasz   nawet   języka.   Twój   przewodnik 

wyjechał. Co zamierzasz robić w takiej sytuacji?

Julio zostawił ją? Liczyła na jego pomoc w zorganizowaniu transportu. Ze 

swoim hiszpańskim niczego nie załatwi. Westchnęła załamana.

- Zamierzam wydostać się z tego miejsca, nawet na piechotę, jeżeli nie 

uda się inaczej, i dotrzeć wreszcie do Villa Vicencias.

- Chcesz  powiedzieć, że nie  zrezygnowałaś  ze  złożenia  wizyty  swojej 

przyjaciółce?!

- Oczywiście. Niby dlaczego miałabym zmienić plany?

background image

- Bo ta przygoda powinna cię czegoś nauczyć. Powinnaś być mądrzejsza 

o   jedno   życiowe   doświadczenie:   to   nie   jest   miejsce   dla   samotnej   kobiety! 

Dlatego!

- Pozwolę sobie nie komentować twojego zabawnego oświadczenia.

-   Nie   przyjechałem   cię   rozśmieszać,   Melanie.   Zapominasz   o   jednej 

podstawowej   rzeczy:   nie   jesteś   w   Stanach.   Tutaj   nie   tolerują   kobiet,   które 

obnoszą się z taką… postawą.

- Z jaką znowu postawą? Z czym ja się obnoszę?

- Z pozą nieustraszonej Zosi Samosi: ze wszystkim sobie radzisz, żadnej 

pracy się nie boisz, w dżungli kolumbijskiej czujesz się bezpieczniej niż na 

Manhattanie…

- Dosyć! Rzeczywiście umiem sobie radzić, więc i tym razem nie zginę.

- Melanie - Justin wziął głęboki oddech i policzył w myśli do dziesięciu. - 

W   porządku.   Umiesz.  Ale   skoro   już   tu   jestem,   chciałbym   ci   pomóc.   Jeśli 

pozwolisz.

- W czym chcesz mi pomóc?

- W dotarciu na miejsce. Dokąd tylko zechcesz.

- Jak się do tego zabierzesz?

-   Po   pierwsze,   powiesz   mi,   gdzie   mieszka   twoja   przyjaciółka.   Potem 

załatwię jakiś transport.

Melanie   poczuła,   że   po   raz   pierwszy,   odkąd   wyskoczyła   w   biegu   z 

samochodu,  nie   ma  ściśniętego  ze  strachu  gardła.  Dopiero  teraz  zdała   sobie 

background image

sprawę, w jakim była stanie. I przyznała się w duchu, że oszukiwała samą siebie 

z czystej próżności.

-   Przepraszam   za   to   całe   gadanie.   Byłam   zdenerwowana.   Masz   rację. 

Oczywiście   chętnie   skorzystam   z   twojej   pomocy.   Sama   niczego   bym   nie 

załatwiła.

Justin   dopiero   teraz   osłupiał.   Łatwa   kapitulacja   nie   była   w   jej   stylu. 

Potulne przeprosiny ni stąd, ni zowąd… Nie, Melanie Montgomery musi być 

naprawdę w kiepskim stanie. Wyprostował się i obdarzył ją najpogodniejszym 

ze swoich uśmiechów.

-   Pójdę   poszukać   prowiantu.   -  Wskazał   palcem   stojącą   przy   drzwiach 

walizkę. - Dzielny Julio odzyskał twoje ciuchy. Założę się, że ta wiadomość 

postawi   cię   na   nogi.   -   Uśmiechnął   się   jeszcze   raz   na   pożegnanie   ciepłym, 

przyjaznym   uśmiechem,   który   wzbudził   w   Melanie   dziwny   dreszcz   i 

przypomniał o sennych majakach.

O   Boże…   Justin   przyjechał   naprawdę.  A  więc   to   nie   był   żaden   sen. 

Całowali się na jawie, wszystko działo się na jawie! Co za wstyd… Rzuciła mu 

się w ramiona jak jakaś nimfomanka. I pewnie go sprowokowała. Ciekawe, co 

on sobie pomyślał. Zdrętwiała z przerażenia. Nikt nie może odpowiadać za to, 

co robi albo mówi, kiedy jest nieprzytomny. Miałam gorączkę, bredziłam, to był 

kompletny odjazd, muszę go o tym przekonać. Ten sympatyczny facet, Justin 

Drakę, nie obchodzi mnie nic a nic!

Gdy Justin zamknął za sobą drzwi, Melanie wyskoczyła z łóżka i rzuciła 

się  do walizki. Wyciągnęła pierwsze z  brzegu dżinsy  oraz  sweter  -  i w  pół 

minuty, mimo zawrotów głowy, była gotowa do wyjścia.

background image

Na korytarzu uderzył ją w nozdrza zapach gotowanego jedzenia. Poczuła 

wilczy głód i, niewiele myśląc, powędrowała na palcach do kuchni.

- Myślałem, że umówiliśmy się co do jednego: że zostajesz w łóżku - 

usłyszała za sobą podniesiony głos.

Zadrżała, potem odwróciła się gwałtownie na pięcie, tracąc równowagę. 

Justin złapał ją w ostatniej chwili i trzymając za łokcie, lekko potrząsnął.

- Ale ty masz w nosie wszystkie umowy, prawda?

- Nie jestem dzieckiem, Justinie.

- Ale daję  słowo, że zachowujesz  się jak dziecko. Nie masz  za grosz 

zdrowego rozsądku.

- Dzięki za tak rzetelną ocenę mojej osobowości.

- Zawsze do usług.

Stali tak naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem, aż Justin poczuł, że 

Melanie drży. Zwolnił uścisk i natychmiast się opanował.

- Skoro już jesteś  na nogach, usiądźmy do stołu. Śniadanie gotowe, - 

Położył rękę na jej ramieniu i zaprowadził do kuchni.

Gospodyni   przywitała   ich   szerokim   uśmiechem   oraz   potokiem 

niezrozumiałych   słów.   Melanie   wychwyciła   kilka   razy   esposo,   bo   wtedy 

Kolumbijka mówiła wolniej i patrzyła na Justina z uwielbieniem i matczyną 

pobłażliwością.

- Czy ty jej powiedziałeś, że jesteś moim mężem?

background image

- Nie, ale i nie zaprzeczyłem. W końcu co to za różnica, za kogo mnie 

wzięła? Niczego nie musimy tłumaczyć ani prostować.

-   Chyba   masz   rację   -   powiedziała   po   dłuższej   chwili   milczenia, 

wzruszając ramionami.

-   No,   no,   co   się   stało,   że   Melanie   Montgomery   przyznała   mi   rację. 

Węglem w kominie zapisać.

- Daj spokój. Z sarkazmem jest ci wyjątkowo nie do twarzy - powiedziała 

wyniośle i zaciskając usta, na próżno starała się ukryć uśmiech.

Ale tobie z tym przekornym uśmiechem jest wyjątkowo do twarzy, myślał 

w   popłochu.   Serce   biło   mu   jak   młotem   i   coraz   czarniej   widział   najbliższą 

przyszłość.   Nie   umiał   zapanować   nad   własną   wyobraźnią,   tym   bardziej   że 

naprawdę trzymał Melanie w ramionach. Nie potrafi… i nie chce zapomnieć 

smaku   tamtego   pocałunku.   Czeka   ich   jednak   długa   wspólna   podróż   i   wiele 

godzin udawania, że nic się nie stało. Potem każde pójdzie swoją drogą, bo nie 

ma powodu, żeby stało się inaczej. Melanie Montgomery nie zadaje się przecież 

z   mężczyznami   jego   pokroju.   "Jest   w   porządku,   ale   zupełnie   nie   w   moim 

typie"… Jaśniej nie mogła się wyrazić. A jemu nie trzeba powtarzać dwa razy.

Gospodyni zaprosiła ich do stołu. Usiedli na grubo ciosanej ławie, ramię 

przy ramieniu, nie patrząc sobie w oczy. Melanie jedzenie wydało się pyszne, 

ale   zjadła   niewiele;   uczucie   zmęczenia   okazywało   się   silniejsze   od   głodu. 

Zaczęła wpatrywać się bezradnie w talerz.

-   Teraz   przyznaj   mi   rację   -   Justin   uśmiechnął   się   pobłażliwie   -   że 

przesadziłaś   trochę   z   tym   wstawaniem   z   łóżka.   Czy   dalej   będziesz   udawać 

gotową do drogi? Drogi przez góry i dżunglę…

background image

-   Zupełnie   nie   rozumiem,   dlaczego   jestem   taka   słaba,   -   Pokręciła   ze 

smutkiem głową, nie mając siły dłużej udawać.

-   To   proste.   Trzy   dni   wysokiej   gorączki   wycieńczyły   twój   organizm. 

Musisz   dać   mu   trochę   czasu.   Nic   cię   przecież   nie   goni.   Nikt   cię   stąd   nie 

wygania.

Miał rację. Granie siłaczki byłoby śmieszne. Melanie z ulgą wróciła do 

pokoju, wyciągnęła się na łóżku i zapadła w głęboki, uzdrawiający sen.

Obudziła się po kilku godzinach w znacznie lepszej formie. Słońce grzało 

mocniej. Znalazła łazienkę, wzięła prysznic i postanowiła wyjść na spacer, żeby 

choć przez chwilę odetchnąć świeżym powietrzem i wysuszyć włosy.

Uszła zaledwie kilka kroków, gdy otoczyła ją grupka rozszczebiotanych 

dzieci,   które   pokazując   ją   palcami,   chichotały   coraz   głośniej,   a   niektóre   aż 

zataczały się od śmiechu.

Z ich słów wychwyciła tylko ojosverde, i zrozumiała, że chodzi o zielone 

oczy. Ogromne zainteresowanie budził także kolor jej włosów. Kiedy doszła do 

pierwszego   skweru   i   usiadła   na   ławce,   ośmielone   dzieciaki   podeszły   na 

wyciągnięcie ręki i okrążyły ją ciasnym półkolem.

Uśmiechała się do tych śniadych, brązowookich chłopców i dziewczynek, 

których skóra tak bardzo kontrastowała z jej bladością.

Zaczęła   z  nimi rozmawiać   - trochę  po  hiszpańsku,  trochę  na  migi  -  i 

wkrótce   chichotali   wszyscy   razem.   Dzieci   były   ciekawskie   i   coraz   bardziej 

natarczywe. Dotykały jej skóry, głaskały po włosach, próbowały nawet zbadać 

zawartość torebki.

background image

Żeby zniechęcić ich do dalszego wścibstwa, Melanie wyjęła szminkę i 

puderniczkę,   a   potem   każdemu   dziecku   pozwoliła   przejrzeć   się   w   lusterku. 

Tłumiony do tej pory chichot zmienił się w szaloną radość. Mała dziewczynka, 

wyglądająca na trzy albo cztery lata, wdrapała się "białej seńoricie" na kolana. 

Melanie pokazała jej, do czego służy szminka, a potem wszystkie dziewczynki 

chciały mieć pomalowane usta.

-Królewna Śnieżka wśród czarnych krasnoludków.

Melanie przełknęła ślinę i dopiero po chwili uniosła głowę. Justin stał 

obok   uśmiechnięty,   w   swobodnej   pozie,   z   rękami   na   biodrach.   Musiał 

przyglądać się zabawie od dłuższego czasu. A jej wystarczyło mgnienie oka, 

żeby   zauważyć,   jak   świetnie   wygląda.   Wcale   nie   chciała   tego   widzieć,   nie 

mogła   jednak   oderwać   wzroku   od   jego   smukłej,   silnej   sylwetki.   Miękka 

batystowa   koszula   opinała   szeroki   tors,   a   dopasowane   dżinsy   podkreślały 

imponująco długie nogi.

Zarumieniła się na wspomnienie ich pocałunku. Czuła jeszcze jedwabiste 

włosy   Justina   między   swoimi   palcami,   w   nozdrzach   zapach   jego   wody 

kolońskiej, a na ustach dotyk jego warg. Musiała teraz spojrzeć mu w oczy, jak 

najobojętniej… Boże, co za katorga…

- Udało ci się może załatwić jakiś pojazd?

- I tak, i nie. Nie istnieje na razie żadna możliwość wydostania się z tej 

dziury inaczej niż na własnych nogach, ale gdybyśmy powędrowali dalej na 

południe, trafilibyśmy na wielką plantację. Tam szansa byłaby większa.

- Kiedy możemy wyruszyć?

-   Wtedy,   gdy   odzyskasz   siły.   Nie   wiem,   ile   kilometrów   mamy   do 

przejścia: kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt.

background image

- Na pewno jutro rano będę gotowa. Wyspana i wypoczęta. Już teraz czuję 

się dobrze… Przysięgam.

- Jak sobie życzysz. - Wzruszył ramionami.

- Założę się, że ty też nie możesz doczekać się powrotu do...

- Buenos Aires.

- Tak? - uśmiechnęła się promiennie. - Zawsze chciałam tam pojechać.

- Musisz zatem odwiedzić mnie w Argentynie - Justin odwzajemnił się 

uśmiechem.

- Dziękuję.

- Czy zjesz wreszcie porządny obiad? Rosa prosiła, żebym cię znalazł.

- Tak  ma   na   imię?   Że   też   nie   przyszło  mi   do  głowy   zapytać,   jak  się 

nazywa… Jest taka miła. - Melanie odwróciła się do dzieci, pomachała im na 

pożegnanie,   a   potem   przesłała   kilka   pocałunków,   wzbudzając   tym   zachwyt 

dzieciarni.- Co oni mówią? - spytała Justina.

- Chcą, żebyś została.

- Powiedz im, że idę coś zjeść i że zobaczymy się później.

Justin   ukucnął,   żeby   porozmawiać   z   dziećmi.   Kiedy   wszystko   im 

wytłumaczył, położył ręce na głowach najbliżej stojących chłopców i śmiejąc 

się razem z nimi, zmierzwił gęste czupryny.

- Gotowa? - Podniósł się i wyciągnął rękę do Melanie, która - kompletnie 

oniemiała na widok tej sielankowej sceny - skinęła tylko głową.

background image

Kiedy   szli   obok   siebie   w   milczeniu,   Justin   kątem   oka   przyglądał   się 

Melanie, Zauważył, że z łatwością dotrzymywała mu kroku, choć szedł dosyć 

szybko. Chyba naprawdę wydobrzała.

- Rosa jest tobą oczarowana, wiesz? Chętnie by ci jeszcze pomatkowała. 

Powiedziała, ze jestem w czepku urodzony, bo mam taką piękną żonę, a potem 

zbeształa bez litości za to, że wypuściłem cię samą z domu. Koniecznie chciała 

wiedzieć, dlaczego od razu nie pojechałem z tobą.

Melanie, z piekącymi policzkami, zastanawiała się, co powiedzieć.

- Chyba wyprowadziłeś ją z błędu…

- Nie. Wytłumaczyłem jej, że chciałaś ode mnie odpocząć. - Wybuchnął 

śmiechem na widok jej miny.

- Bardzo zabawne - mruknęła pod nosem.

Musnął ręką jej lekko falujące włosy, okrywające ramiona i sięgające do 

pasa.

- Nigdy nie widziałem takich włosów. Wyglądają jak srebrne nitki.

Melanie czuła, jak ten lekki dotyk przenika jej włosy, ubranie, a potem 

skórę. Przejmuje ją aż do szpiku kości. Zamknęła na chwilę oczy. Skoro czeka 

ich wspólna podróż, musi nauczyć się panować nad swoimi reakcjami.

Justina   stropiło   jej   długie   milczenie.   Zrobiło   mu   się   głupio,   jakby 

powiedział   coś   bardzo   niestosownego.   Melanie   mogła   być   spragniona   wielu 

rzeczy, ale nie jego tanich komplementów. Tak naprawdę, na nic się nie przydał, 

a zepsuł jej całą przygodę.

background image

Pewnie jest wściekła, ma go za "anioła stróża" nasłanego przez rodzinkę i 

marzy tylko o tym, żeby się zgubił. Jak najszybciej. Już od rana coś mu mówiło, 

że ta na pozór krucha istota poradziłaby sobie doskonale bez jego pomocy. Tak 

jak radziła sobie do tej pory. Julio nie zostawiłby jej, gdyby nie wiedział, że 

Melanie jest pod dobrą opieką. Ale trudno. Skoro sprawy potoczyły się w taki, a 

nie   inny   sposób,   musi   dotrzymać   słowa   i   odstawić   dziewczynę   do   Villa 

Vicencias. Nigdy jednak nie zapomni tej sceny na skwerze. Melanie otoczona 

małymi dziećmi, z błyszczącymi w słońcu włosami i ciepłym uśmiechem na 

ustach. Żadna inna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Była niezwykle 

piękna, ale przecież nie o to chodziło. Poznał wiele atrakcyjnych kobiet, ale w 

Melanie pociągało go coś innego, coś, co promieniowało z jej wnętrza i było 

trudne do określenia słowami.

Nagle   zapragnął   ją   chronić.   Tak…   Może   właśnie   to,   że   wzbudza   w 

ludziach nadmierny instynkt opiekuńczy, doprowadza ją do szału. Mimowolnie, 

a   nawet   wbrew   sobie,   robi   wrażenie   bezbronnej.   Buntuje   się   przeciw 

nadopiekuńczej   rodzinie,   coraz   śmielej   udowadniając   własną   zaradność   i 

niezależność. Rodzina ma coraz więcej powodów drżeć ze strachu… i tak się 

toczy błędne koło. Powinniśmy dać jej spokój, myślał gorączkowo, odczepić się 

od niej, pozwolić rozwinąć skrzydła, żeby przekonała się wreszcie, że potrafi  

latać i nie musi niczego udowadniać. 

Łatwo mówić. Gdyby go tak nie pociągała fizycznie, wszystko byłoby 

proste.   Ale   jego   ciało   reagowało   na   jej   bliskość,   jak   licznik   Geigera   na 

radioaktywność.   Gorzej!   Włączały   się   alarmy,   sprawny   dotychczas   system 

wariował, jak gdyby nie mógł sprostać nowej sytuacji.

A teraz, rozkazał sobie w duchu, przypomnisz sobie, po co tu przyjechałeś 

i skoncentrujesz na kolejnych zadaniach. Po pierwsze, znaleźć środek lokomocji. 

Po   drugie,   zawieźć   Melanie   do   jej   przyjaciółki.  Najbardziej   pomocna   w 

background image

wypełnieniu zobowiązań wobec Dam ona, poza kubłem zimnej wody od czasu 

do czasu, powinna być myśl, że o wszystkim, co się przydarzy w tej podróży 

jego szwagierce, dowie się zarówno on, jak i Elsie… Poprosili go o znalezienie 

dziewczyny   i  odstawienie   jej  w   bezpieczne  miejsce.  O   uwiedzeniu   nie   było 

mowy.

Następnego   ranka,   gdy   pierwszy   brzask   poranka   zajaśniał   w   pokoju 

Melanie, Justin, kompletnie ubrany, potrząsał energicznie jej ramieniem.

-   Melanie,   zbudź   się   -   powtarzał   błagalnym   szeptem.   -   Musimy   stąd 

uciekać.

- Jak się tu dostałeś?! - Otworzyła wreszcie oczy i w tej samej sekundzie 

usiadła gwałtownie.

- Przez okno. Posłuchaj, nie mamy czasu do stracenia. Musimy stąd wiać. 

- Dlaczego?

Chwycił jej walizkę, lekceważąc pytanie, i całą zawartość rzucił na łóżko.

- Ubierz się, weź rzeczy, bez których naprawdę nie możesz się obyć, i 

włóż je do mojego plecaka.

background image

- Hej, co się z tobą dzieje, goni nas ktoś czy co?

- Jeszcze nie, ale gdyby nas namierzyli, odpowiedź byłaby twierdząca. 

Zostało   nam   piętnaście   minut.   Przed   wschodem   słońca   musimy   się   ulotnić. 

Wyparować jak kamfora. 

Otworzył drzwi.

- Dokąd idziesz?

- Znaleźć coś do jedzenia. Twojej gospodyni zostawię górę pieniędzy, ale 

wyjdziemy stąd, niestety, po angielsku. Nie ma czasu na pożegnania.

Melanie   pokręciła   z   niedowierzaniem   głową.   Nigdy   nie   należała   do 

rannych ptaszków, więc wykazanie się refleksem w "środku nocy", przerastało 

jej  możliwości.  Siłą  woli  nieco  jednak  oprzytomniała,  ubrała  się,  spakowała 

zgodnie z instrukcją i wtedy do pokoju, bezszelestnie jak kot, wrócił Justin.

- Czy mógłbyś mi teraz łaskawie wytłumaczyć, co tu jest grane?

- Nie, nie teraz. Później, kiedy będziemy w drodze. Teraz zrobimy „hop" i 

już nas tu nie ma.

Uchylił   okno.  Ani   żywej   duszy.  Wyrzucił   plecak,   wszedł   na   parapet   i 

skoczył na ziemię. Stanął teraz twarzą do okna z wyciągniętymi w górę rękami.

- No chodź - szepnął.

W porządku, myślała w popłochu. Marzyły ci się przygody? Brakowało ci 

w życiu dreszczyka emocji? No to masz!

Wzięła głęboki oddech i spadła prosto w ramiona Justina. Nikt ich nie 

śledził.

background image

Dopiero   kiedy   wyszli   z   miasta   i   trafili   na   właściwą   drogę,   Melanie 

ośmieliła się zadać pytanie.

- Dokąd idziemy?

- Przyczaimy się w dżungli na dwa, trzy dni. To konieczne, wierz mi. 

Żeby   nikt   nie   mógł   powiedzieć,   że   nas   widział,   rozumiesz?   Takich 

amerykańskich wymoczków trudno nie zapamiętać.

Wędrowali kilka godzin, z krótkimi przerwami na ugaszenie pragnienia 

lub złapanie oddechu. Ponura mina Justina przekonała Melanie ostatecznie, że 

nie był to alarm próbny. Sytuacja musiała być groźna. Gdy koło południa dotarli 

do   małej   zamkniętej   polany,   Justin   zarządził   przerwę   na   lunch.   Melanie   nie 

czuła nóg ze zmęczenia.

- Powiesz mi teraz, przed kim uciekamy?

Wyciągnięci na trawie, zaczęli pałaszować kurczaka z bułką.

- Przed jednym bardzo chytrym facetem. Nazywa się Victor Degas.

- Skąd go znasz?

- Dawno temu, kiedy byłem młodym idealistą, wziąłem udział w tajnej 

akcji   rządu   amerykańskiego   przeciwko   tutejszej   mafii.   Pewnie   wiesz,   że 

Kolumbia jest największym zagłębiem kokainowym zachodniej półkuli…

- Nie żartuj, wystarczy oglądać seriale telewizyjne.

- W porządku. Więc była to zasadzka na grube ryby. Udało mi się dostać 

do siatki szmuglerskiej Degasa - wielkiego, bezwzględnego cwaniaka, którego 

podchodziłem kilka dobrych lat. W końcu stałem się jednym z jego najbardziej 

zaufanych ludzi. 

background image

- I co?

- Prawie ich miałem. Rozpracowałem organizację. Podczas jednej akcji 

mogłem zniszczyć  cały  jego interes  na  dwóch kontynentach. Wszystko  było 

zapięte na ostatni guzik, ale niestety, Victor wymknął się z sieci w ostatniej 

chwili. Uciekł nie wiadomo dokąd. Ten łobuz ma szósty zmysł.

- Czy on wie, przez kogo musiał uciekać?

-   Wcale   mnie   to   nie   ciekawi.   Nie   zamierzałem   tu   nigdy   wracać   ani 

zasięgać języka na temat Degasa.

- Jak sądzisz, co by zrobił, gdyby cię - odpukać - spotkał?

- Victor ma jedną zasadę: zawsze strzela pierwszy. A jeśli jego ofiara 

jeszcze żyje, zadaje jej kilka pytań.

- I ten Victor był w miasteczku? Jesteś pewien?

- Absolutnie. Myślę, że jechał ze swoimi ludźmi do Bogoty, ale z powodu 

lawiny błota musieli zawrócić. Ostatniej nocy zatrzymali się w miasteczku i 

szukali noclegu.

- Widział cię?

- Nie. Na szczęście byłem w innym pokoju, rozpoznałem tylko jego głos. 

Poczekałem, aż zjedzą i zasną, i natychmiast przybiegłem do ciebie.

Przez kilka minut Melanie przyglądała się Justinowi w milczeniu.

- Do głowy by mi nie przyszło, że wiodłeś takie ekscytujące życie.

- Ekscytujące… - roześmiał się. - Można określić je i w ten sposób, w 

każdym razie to stare dzieje.

background image

- Ile masz lat?

- Trzydzieści siedem.

- I nigdy nie byłeś żonaty?

- Skąd wiesz?

-   Nie   wiedziałam.   Sprawiasz   po   prostu   wrażenie   człowieka,   który   nie 

zagrzewa miejsca na tyle długo, żeby mieć własny dom, żonę, nie mówiąc o 

większej rodzinie.

- Brawo. Nic dodać, nic ująć.

- Czy Damon zna twoją przeszłość?

- Jasne.

- I dlatego właśnie ciebie wysłał do Kolumbii? Z rodzinną misją specjalną 

- mruknęła pod nosem, jakby do siebie.

- Niestety. Wygląda na to, że dopiero teraz, przeze mnie, znalazłaś się w 

niebezpieczeństwie… - zawiesił niepewnie głos. - Cóż… ostatnia decyzja nie 

przyszła mi łatwo. Czekając w hotelu, aż Victor pójdzie spać, zastanawiałem się 

długo, jak powinienem postąpić. Gdyby Julio nie odjechał, zostawiłbym cię pod 

jego opieką. Ale nie mogłaś zostać tu sama. Nie znasz języka, ale to drobiazg… 

Victor ma słabość do blondynek. Wyczuwa je na odległość, jak tygrys świeże 

mięso. Gdyby dowiedział się, że jesteś w miasteczku, przetrząsnąłby dom po 

domu, szkoda gadać. A Victor nie należy do dżentelmenów, wiem coś o tym.

Melanie   wzdrygnęła   się.   Miała   ochotę   ucałować   Justina   za   to,   że   nie 

zostawił jej na pożarcie jakiemuś Victorowi.

background image

- Zawsze marzyłam o niebezpiecznych przygodach - no i los się do mnie 

uśmiechnął!

Widząc   jej   podekscytowane,   roześmiane   oczy,   Justin   tylko   pokręcił 

głową. Dziewczyna nie miała bladego pojęcia o tym, co ich czeka, jak może 

zakończyć się ich "przygoda". A on nie miał serca jej straszyć. Istniała przecież 

nadzieja, że nigdy w życiu nie pozna Degasa ani innych podobnych mu zbirów. 

Że razem wydostaną się z potrzasku…

Nigdy   dotąd   nie   widziała   piękniejszego   widoku:   trzy   małe   chatki, 

zbudowane ciasno jedna obok drugiej, na lilipuciej polanie. Po kilku godzinach 

wędrówki przez leśną gęstwinę, Melanie czuła się tak zmęczona, jakby szli co 

najmniej dwa dni. Czy kiedykolwiek przypuszczała, że pozna Kolumbię od tej 

strony?   Że   przejdzie   szmat   dżungli   na   własnych   nogach?   Jak   bardzo 

pokrzyżowały się jej plany…

Wreszcie dotarli do osady. Justin zatrzymał się, zdjął z ramion plecak i 

pobiegł w kierunku najbliższej chaty. W kilka minut polana zaroiła się od dzieci, 

kobiet, mężczyzn, psów i innych domowych zwierząt.

Kiedy Justin przemawiał do nich, gestykulując z zapałem, słuchacze tylko 

raz oderwali wzrok od jego twarzy, żeby spojrzeć na Melanie. Potem wszyscy 

pokiwali głowami, a on się uśmiechnął.

background image

- Chyba mamy trochę szczęścia - zaczął.

- Cudownie. Zaprowadzą nas do tutejszego Hiltona.

- Obawiam się, że nie aż tyle szczęścia.

- Nie ma sprawy - wzruszyła ramionami. - Skromny, a równie wygodny 

Holiday Inn zupełnie wystarczy.

-   Przymierzymy   się   raczej   do   legowiska,   które   nam   odstąpią,   i   dżipa, 

który zawiezie nas rano do najbliższego miasteczka.

- Chcesz powiedzieć, że jest tu gdzieś jakaś droga, którą przeoczyliśmy?

- Z tego co zrozumiałem, po drugiej stronie osady, ale ja mam dosyć. 

Koniec   podróżowania   na   dzisiaj.   Wykonaliśmy   plan   z   nawiązką.   -   Wstał 

energicznie,   jedną   rękę   podał   Melanie,   a   drugą   chwycił   plecak.   -   Chodź, 

wspólniczko.

- Czy myślisz, że oni mają coś takiego jak prysznic?

- Zobaczymy.

Mieli. Nie prysznic, ale "coś takiego".

Kilku   tubylców   poprowadziło   ich   ubitą   ścieżką   do   strumyka,   który, 

spiętrzony w mały wodospad, zasilał jeszcze mniejsze kąpielisko. Najwyraźniej 

dumni ze swojej "łazienki", mężczyźni uśmiechali się i gestykulowali.

Melanie poczekała cierpliwie, aż odejdą, i dopiero wtedy, z niewyraźną 

miną, zwróciła się do Justtna:

- Ciągniemy losy, kto kąpie się pierwszy?

background image

-   Po   co?   Miejsca   jest   dosyć.   -   Usiadł   na   brzegu   strumienia,   żeby 

rozsznurować buty, potem wstał, jednym ruchem ściągnął przez głowę koszulę i 

zaczął rozpinać spodnie.

- Justin, poczekaj chwilę. Nie możemy kąpać się razem!

- A to dlaczego?

- No… jak to… dlatego że nie i już!

- Melanie - zaczął tłumaczyć - to jasne, że w Stanach korzystalibyśmy z 

łazienki jedno po drugim lub każde ze swojej, ale nie jesteśmy w Stanach. Nie 

miałem najmniejszego zamiaru wprawiać cię w zakłopotanie, ale wspólna kąpiel 

to żaden powód do wstydu. Japończycy robią tak od stuleci. Nie chcesz chyba, 

żeby zastał nas tu zmierzch, a przed zachodem słońca nie zdążymy umyć się 

oddzielnie. - Uśmiechnął się rozbrajająco. - Przykro mi, Melanie, ale nie jestem 

aż takim dżentelmenem, żeby zrezygnować z kąpieli dla uszanowania twojej 

skromności. Poza tym, czy ci się to podoba, czy nie, widziałem już cię w całej 

okazałości.

Justin zsunął do końca spodnie z całkowitą swobodą. Melanie uważała się 

za dojrzałą, nowoczesną kobietę. Tylko tak się jakoś stało, że nie widziała do tej 

pory nagiego mężczyzny… z wyjątkiem pięcioletniego siostrzeńca. Czuła, że 

blednie.   Patrzyła,   jak   Justin   wchodzi   do   strumienia,   potem   wolnymi, 

dokładnymi ruchami namydlą ramiona, plecy i dużo jaśniejsze pośladki, które 

wyglądały jak dwie toczone z marmuru, lekko owalne kule. Z trudem przełknęła 

ślinę, nabrała głęboko powietrza i wbiła wzrok we własne dłonie. Justin ma 

rację. Cóż to za powód do paniki? Przecież "dusiła się" pod rodzinnym kloszem, 

chciała   wszystko   zmienić,   ryzykować,   skoczyć   na   głęboką   wodę…   I   co? 

Zacznie   teraz   piszczeć   jak   wystraszona   dziewica?   Na   widok   nagiego 

mężczyzny?

background image

Rozebrała się w najbardziej nonszalancki sposób, na jaki było ją stać, a 

Justin, który śledził jej wysiłki kątem oka, o mało nie wybuchnął śmiechem. W 

głębi duszy był z niej dumny. Nie tylko dotrzymywała mu kroku, ale przez cały 

dzień   nie   poskarżyła   się   ani   słowem.   Nie   wygarnęła   mu   nawet,   że   jedyne 

prawdziwe   niebezpieczeństwo   grożące   jej   w   Kolumbii   zawdzięczała   właśnie 

jemu  - Amerykaninowi,   który   przyjechał   ratować   przed   barbarzyńcami   białą 

lady! Starał się myśleć o czymś innym, ale pamięć o Victorze prześladowała go. 

Co on, do diabła, robił w tych okolicach! Tereny wpływów Degasa ograniczały 

się do wybrzeża i Kartageny. Kto mógł przypuszczać… Prawdopodobieństwo, 

że trafią na siebie w dżungli, było bliskie zera. Szlag by to trafił! Zrobiłby 

wszystko, żeby ocalić Melanie.

Melanie przydeptywała stopą nogawki dżinsów, odwracając wzrok, byle 

tylko nie spojrzeć na niego. Zastanawiał się, czy wejdzie do wody w bieliźnie - 

na pewno miała taki zamiar… W ostatniej chwili zawahała się i zdjęła stanik. 

Boże, jaki biust! Kiedy drobnymi kroczkami wchodziła do strumienia, Justin z 

zaciśniętymi do bólu powiekami szorował tors i ręce, licząc do stu…

W   orzeźwiającej   wodzie   Melanie   rozluźniła   się   i   natychmiast 

podziękowała Bogu, że nie została na brzegu. Justin stanął pod wodospadem, 

żeby zmyć z siebie pianę.

- Łap! - krzyknął, rzucając wysokim łukiem mydło. - Dobry chwyt!

- Dobry rzut! - zawołała. 

Nagle zaczęła na niego patrzeć normalnie, jakby męska nagość nie robiła 

na   niej   specjalnego   wrażenia.   On   przybrał   tak   doskonale   obojętną   minę… 

dlaczego miałaby się zachowywać inaczej?

background image

Kilka   godzin   później   identyczny   argument   pozwolił   Melanie   zasnąć. 

Justin tłumaczył jej - na początku cierpliwie - że powinni skakać z radości, bo 

dostali   jakiekolwiek   miejsce   do   spania.   To,   że   jakaś   para   okazała 

wspaniałomyślność, odstępując im własne łóżko, wcale nie znaczy, że wypada 

prosić o drugie - z powodu jej śmiesznych skrupułów.

- To nie są śmieszne skrupuły, Justinie. Po prostu… naprawdę sądzę, że to 

nie najlepszy pomysł.

- To znaczy, że masz lepszy! Cały zamieniam się w słuch, proszę, tylko 

nie proponuj mi noclegu pod drzewem! Moja rycerskość nie przekracza granic 

zdrowego rozsądku. Przepraszam, że się powtarzam, ale…

Melanie parsknęła śmiechem. Swoim posępnym, urażonym tonem Justin 

całkiem ją rozbroił. Właściwie o co chodzi? Po takim dniu miał prawo czuć się 

wykończony, a ona robi problem z jakiejś bzdury. Razem czy osobno: co to za 

różnica! A jednak…

Kłopot z Melanie polegał na tym, że w swoim życiu niewiele miała do 

czynienia z mężczyznami. Ojciec umarł, gdy była małą dziewczynką. Wkrótce 

starszy brat założył własną rodzinę, a ona, aż do ukończenia college’u, świata 

nie widziała poza książkami. Potem równie gorliwie zajmowała się sklepem - 

mimowolnie ograniczając swoje kontakty towarzyskie do koleżanek i Philipa. 

Niestety, jego towarzystwo działało na Melanie jak pigułka nasenna.

background image

Ze stoickim spokojem doszła do wniosku, że natura obdarzyła ją nie tylko 

skandynawską   urodą,   ale   także   zimnym   temperamentem…   Teraz   musiała 

przemyśleć wszystko od nowa. Nieswojo czuła się ze świadomością, że Justin 

wzbudza w niej tak gwałtowne emocje, Zupełnie nie wiedziała, co robić, ale 

jedno   było   pewne:   noc   spędzona   u   jego   boku   nie   przywróci   jej   spokoju. 

Zastanawiała się przez moment, czy to aby nie sen - dalszy ciąg halucynacji 

spowodowanych gorączką.

Ale zanim pojawił się Justin, odzyskała przytomność umysłu…

- W porządku - powiedziała jakby od niechcenia. - Śpimy razem.

- Twój entuzjazm działa na mnie jak plaster miodu, serdeczne dzięki!

- Doprawdy nie sądzę, żeby mój entuzjazm miał dla ciebie znaczenie.

- Och! Przed twoim ciętym językiem nikt się nie uchroni.

Wieczorem, po kolacji, Melanie z przyjemnością odkryła, że wcale nie 

czuje skrępowania. Śmiertelnie zmęczona, zwinęła się w kłębek i z głową na 

ramieniu Justina zapadła w ciężki sen. 

Justin leżał bez ruchu kilka godzin, wsłuchując się w jej oddech. Od czasu 

do czasu wzdychał żałośnie. Czyżby to kara boska za dotychczasowe życie? 

Kobiety, które znał, zachowywały się inaczej. Akceptowały jego reguły gry i 

nigdy nie marnowały okazji. Były zawsze pod ręką, zadowolone z każdej chwili, 

którą mógł im poświęcić. A on nie zwykł odmawiać sobie czegokolwiek. Co za 

upalna noc, majaczył zasypiając.

Zbudził ich szorstki, gardłowy głos mężczyzny, który mówił po angielsku 

z obcym akcentem:

background image

- Witam w Kolumbii, senor Drake. Szkoda, że mnie nie uprzedziłeś o 

swojej wizycie. Zgotowałbym ci o wiele milsze przyjęcie.

Melanie usiadła i skamieniała  z przerażenia. Aż dziw, ilu mężczyzn z 

karabinami   może   pomieścić   taka   chatka…   Jeden   z   napastników   oślepił   ich 

latarką. Oboje odruchowo zasłonili oczy.

- Jak się masz, Victor. Co za niespodzianka. Miło spotkać cię znów po 

tylu latach.

ROZDZIAŁ TRZECI

- Zbieraj się, amigo, znajdziemy ci jakąś wygodniejszą metę - powiedział 

Victor   ze   zjadliwym   uśmiechem,   poszturchując   Justina   czubkiem   buta.   - 

Wstawaj!

Powoli, z rękami wyraźnie odsuniętymi od tułowia, Justin podniósł się, 

odwrócił do Melanie i podał jej rękę.

- No, no! Podróżujesz z kobietą? Kiedyś byłeś samotnikiem, jeśli dobrze 

pamiętam   -   burknął   Victor.   -   Znowu   coś   kombinujesz?   Szykujesz   większą 

wsypę?

- Załatwiam w Kolumbii sprawy prywatne, Victorze.

background image

- To ty tak mówisz. A mnie cholernie trudno wyrolować. Prawda, amigo?

- Nigdy cię nie wyrolowałem.

-   Nie?   Może   i   nie.   Jeśli   udawanie,   że   siedzisz   w   interesie,   nie   jest 

łgarstwem…

- Nie było żadnego udawania.

- Więc tylko dziwnym zbiegiem okoliczności zwiałeś do kraju po wsypie 

naszej bazy, to chciałeś powiedzieć?

- A co ci podpowiada intuicja?

- Że udało ci się zdobyć moje zaufanie, wrobiłeś nas w lewą akcję, a 

potem dałeś dyla - w samą porę, żeby ocalić swój tyłek.

  - To   się   nawet   trzyma   kupy.  Powiedz   mi  tylko,   po  co   miałbym  was 

wrabiać. Więcej zyskałbym na udanej operacji. Tamtej i wszystkich następnych.

- Święte słowa. Ale wyparowałeś zbyt szybko. I nie raczyłeś dać głosu. 

Co na moim miejscu pomyślałbyś o takim facecie?

- A co ty byś zrobił na moim? Kiedy usłyszałem, co wydarzyło się w 

bazie, miałem przeczucie, że są lepsze pomysły na życie niż powrót… do kotła. 

Nie było żadnej pewności, kto jest zdrajcą, a komu mogę ufać. Doszły mnie 

słuchy, że to ty sypnąłeś.

Kolumbijczyk odrzucił głowę do tyłu i ryknął śmiechem. Potem równie 

gwałtownie zamilkł.

- Chodźmy, Drake. W nagrodę za szczerość odraczam wyrok. Pozwolę ci 

udowodnić, że nie kłamiesz. - Skinął głową w kierunku wyjścia. - Wychodź.

background image

Justin mocno objął Melanie. Ludzie Victora prowadzili ich przez polanę, a 

potem krętą ścieżką przez las do drogi, na której stały dwa dżipy. Weszli do 

pierwszego, drugim pojechała obstawa.

- Jak nas znalazłeś? - spytał Justin, kiedy ruszyli.

- Całe miasteczko mówiło o pięknej Amerykance i jej przystojnym mężu. 

Chciałem wiedzieć, kim jesteście i po co tu jesteście. Więc pojechałem za wami. 

I nie żałuję! To dopiero fart, żeby z czystej i bezinteresownej ciekawości trafić 

na ciebie…

- Nie wiedziałeś, że to ja?

- Aż do chwili kiedy cię zobaczyłem.

Kierowca   dżipa,   nie   przejmując   się   ani   wyboistą   drogą,   ani   złą 

widocznością, jechał jak szaleniec.

Melanie miała duszę na ramieniu. Mimo iż Justin obejmował ją żelaznym 

uściskiem,   na   każdym   zakręcie   była   przekonana,   że   wypadnie   z   pędzącego 

samochodu.

- Kiedy zdecydowałeś się ożenić? - po długich minutach milczenia Victor 

przeszedł na hiszpański.

- A co to ma do rzeczy?

-   Nic.   Zdziwiłem   się.   Nie   wyglądałeś   na   faceta,   który   żegluje   ku 

"spokojnej przystani".

- Każdy kiedyś dorasta.

background image

- Zwłaszcza kiedy trafi na taką jak ta twoja, co? Chyba trochę za młoda 

dla ciebie… i zbyt niewinna, jak na mój gust.

- Jakoś do głowy mi nie przyszło, żeby zapytać cię o zdanie. W nosie 

mam twoje gusta.

-   Jasne   -   zarechotał   Victor.   -   Chociaż   niewykluczone,   że   kiedy   się 

znudzisz… mógłbym wybawić cię z kłopotu i nauczyć ją zaspokajać bardziej 

wyrafinowane upodobania.

Justin modlił się, żeby Melanie nie zrozumiała, o czym mówią. Chciał ją 

w   jakiś   sposób   pocieszyć,   uspokoić,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Niestety, 

wszystko szło źle, nic nie zapowiadało szczęśliwego zakończenia kolumbijskiej 

przygody. To cud, że jeszcze żył! Może Victor złagodniał przez te lata, kiedy się 

nie   widzieli…  Albo   rzeczywiście   nie   był   pewny,   kto   go   zdradził.   Tak   czy 

inaczej, ich życie zależało od tego, czy Justin potrafi tę wątpliwość, tlącą się 

zaledwie w umyśle Victora, podsycić i wykorzystać.

Wciąż myślał o Melanie. Co czeka tę dziewczynę, jeśli zostanie sama, w 

charakterze spadku po niewiernym wspólniku? Przeszył go zimny dreszcz.

-   Dokąd   jedziemy?   -   Justin   postarał   się,   żeby   jego   głos   zabrzmiał 

naturalnie.

- Do mnie.

- Wybierałem się z żoną do Villa Vicencias, w odwiedziny do jej szkolnej 

koleżanki. Będzie się martwiła, jeśli tam w końcu nie dotrzemy.

- Co robiliście w miasteczku?

- Szukaliśmy środka transportu. W czasie ostatniej ulewy wpadliśmy w 

lawinę błota, która zablokowała drogę do Bogoty.

background image

Justin   żywił   cichą   nadzieję,   że   nikt   w   miasteczku   nie   opowiedział 

Victorowi, jak to Justin szukał żony, która przyjechała kilka dni wcześniej z 

jakimś   Kolumbijczykiem.   Czekał   w   napięciu   na   następne   pytanie,   ale   nie 

doczekał się. Co wcale nie oznaczało, że Victor kupił tę bajeczkę.

- Dokąd jedziemy? - zapytała Melanie teatralnym szeptem, przyciskając 

wargi do jego ucha. Czując, że krew napływa mu do twarzy, nabrał głęboko 

powietrza i dopiero wtedy odwrócił głowę. Musnąwszy jej usta, pomału zbliżył 

wargi do jej ucha.

- Do kwatery Victora.

- Dlaczego?

Potrząsnął lekko głową, potem ścisnął jej dłoń i ułożył, drżącą i ciepłą, na 

swoim udzie. Głaskał jej rękę powoli, jakby prosząc, żeby Melanie się uspokoiła 

i nie zadawała więcej pytań.

- Porozmawiamy później - obiecał prawie bezgłośnie, ani na moment nie 

spuszczając wzrok z siedzących przed nimi mężczyzn.

Melanie drżała, ale wcale nie ze strachu. Pod opuszkami palców czuła 

twarde, napięte jak do skoku, mięśnie ud Justina. Miała irracjonalną pewność, że 

wybrną bezpiecznie z tarapatów.

Obejmował ją mocnym ramieniem, drugą ręką głaszcząc wierzch dłoni - 

rytmicznym,   falującym   ruchem,   od   nadgarstków   do   paznokci   i   z   powrotem. 

Poddawała się tej hipnozie z zamkniętymi oczami, zapominając o Victorze i 

reszcie świata. Jak długo jeszcze przyjdzie im udawać małżonków? Melanie 

wiedziała, że każda nowa sytuacja zbliża ich do siebie fizycznie. Czuła, że igrają 

z ogniem, ale… na razie groziło im większe niebezpieczeństwo niż spłonięcie w 

ogniu namiętności. Ostre hamowanie wyrwało ją z zamyślenia. Kierowca skręcił 

background image

w wąską, zarośniętą dróżkę i natychmiast dodał gazu. Justin i Melanie zdążyli 

schować   głowy,   ale   zwisające   pnącza   chłostały   ich   bezlitośnie   po   plecach   i 

ramionach.

- Do jasnej cholery, Victorze, bądź tak dobry i pohamuj zapędy swojego 

szofera!

- Przepraszam, amigo. - Zerknął na nich przez ramię, a potem burknął coś 

do kierowcy, który natychmiast zwolnił.

Jestem   za   stary   na   takie   hece,   pomyślał   Justin.  Za   długą   miałem 

przerwę… Jakby na przekór wisielczemu nastrojowi, wyostrzył zmysły i zaczął 

notować w pamięci wszystkie boczne ścieżki,  charakterystyczne miejsca, liczbę 

zakrętów, czas jazdy itd. Od tego, czy prawidłowo "narysuje" tę mapę, mogło 

zależeć powodzenie ich ucieczki - a gra toczyła się o życie.

-   Witaj   w   moim   domu,   Drake.   -   Victor   ukłonił   się   z   uśmiechem.   - 

Wejdźmy do środka. Jak pani widzi - zwrócił się do Melanie - żyjemy tutaj jak u 

Pana Boga za piecem.

Justin   pokiwał   głową.   Miejsce   wydało   mu   się   straszne,   a   on   był 

całkowicie bezbronny. Objął Melanie ramieniem i razem podążyli za Victorem. 

Z   okrągłego   salonu   weszli   schodami   na   galerię.   Victor   zatrzymał   się   przed 

drugimi z kolei drzwiami i otworzył je nonszalanckim ruchem.

-   Odeśpijcie   teraz   trudy   podróży.   Dobranoc,   porozmawiamy   rano.   - 

Poczekał, aż wejdą do środka i zamknął drzwi na klucz.

Melanie   stała   nieruchomo,   kiedy   Justin   robił   dokładny   przegląd 

apartamentu.   Najpierw   zniknął   w   łazience   i   wyszedł   z   niej   po   minucie   z 

rozbawioną miną.

background image

- Wszystkie wygody. Pod względem warunków ten nocleg bije na głowę 

chatę w dżungli.

- Sama nie wiem dlaczego, ale bezpieczniej czułam się w poprzednim 

miejscu. -Melanie z trudem zdobyła się na uśmiech.

-   Tak   mi   przykro,   że   naraziłem   cię   na   niebezpieczeństwo…   -   Justin 

przyciągnął ją do siebie i pocałował.

-  To   nie   twoja   wina.   Zrobiłeś   wszystko,   żeby   nie   wpaść   w   ręce   tego 

bandyty.

- Nie doceniłem drania. Ten błąd mógł nas kosztować… lepiej nie mówić.

- Co teraz zrobimy? - Melanie oparła głowę na jego piersi. Masował na 

przemian jej kark i barki, aż poczuł, że napięcie ustąpiło.

- Spróbujemy się przespać.

Melanie   uniosła   głowę.   Na   wpół   zdziwionym,   na   wpół   przerażonym 

wzrokiem spojrzała na wielkie małżeńskie łoże, które onieśmielało ją znacznie 

bardziej   niż   legowisko   w   chacie.   Zakłopotana,   odwróciła   twarz   do   Justina, 

patrząc na niego z obawą.

- Odbyliśmy przecież chrzest bojowy, i to w trudniejszych warunkach. 

Nie zauważyłem, żebyś cierpiała na bezsenność… więc nie rób, błagam, takiej 

przerażonej miny. Melanie, różnica jest taka, że tutaj mamy więcej miejsca - 

tłumaczył jej jak dziecku, nie wierząc w to, co mówi…

Na próżno, bo jego słowa docierały do niej piąte przez dziesiąte. Słyszała 

tylko bicie własnego serca i bolesny szum w uszach. Jeszcze raz pozwoliła sobie 

na luksus przytulenia głowy do jego piersi. Wszystko, co działo się między 

nimi, działo się za szybko. Była pewna, że i on zdawał sobie z tego sprawę. 

background image

Może od samego początku - od chwili kiedy wszedł po raz pierwszy do jej 

pokoju - czuł rosnące napięcie, które wiązało ich niewidzialną nicią… 

Czy to możliwe, że od ich pierwszego spotkania minęły dopiero trzy dni? 

Miała wrażenie, iż nie rozstają się od tygodni albo nawet miesięcy. Czuła się 

bezpiecznie tylko wtedy, kiedy jej dotykał. Ale kiedy jej dotykał, zaczynało się 

wewnętrzne   trzęsienie   ziemi,   które   nie   ma   nic   wspólnego   z   poczuciem 

bezpieczeństwa.   Przy   nim   nie   bała   się   ludzi,   ale   przerażały   ją   emocje,   nad 

którymi nie panowała. Po raz pierwszy w życiu Melanie zapragnęła kochać się z 

mężczyzną. Odsuwała od siebie nie tylko pragnienie, ale i samą myśl o tym. 

Czuła podświadomie, że to jedynie gra na czas, ale rozsądek nakazywał opór. 

Niby dlaczego miałaby się poddać?

-   Najpierw   ja   wezmę   prysznic…   -   Justin   cofnął   się   o   krok   z   bardzo 

niewyraźną miną - żebyś nie musiała się spieszyć. -  Bardzo zimny prysznic, 

pomyślał, wchodząc do łazienki.

Melanie   szukała   nerwowo   nocnej   koszuli,   niezdecydowana,   czy   może 

pozwolić   sobie   na   ten   luksus…   Jeśli   będzie   spała   w   ubraniu,   narazi   się   na 

śmieszność. Dlaczego on na nią tak działa? Jak to możliwe, że podoba jej się 

pod   każdym   względem…   Gdyby   nie   wyjątkowe   okoliczności…   Ależ   nie, 

okoliczności nie mają nic do rzeczy! Nawet w tak niebezpiecznej sytuacji czuje 

się   z   nim   dobrze.   Justin   nie   wymądrza   się,   nie   wyśmiewa,   nie   próbuje   jej 

niczego   narzucać.   W   ciągu   trzech   dni   ich   znajomości   postępował 

konsekwentnie, wszystko odbywało się według jego planu, a jednak Melanie ani 

razu nie miała wrażenia, że Justin zlekceważył jej zdanie, postawił przed faktem 

dokonanym. Tak! O to właśnie  chodzi! Nie  czuje się  przez niego osaczona. 

Justin działa na nią kojąco, bo ani nie poucza, ani nie stawia wymagań. Sprawia 

wrażenie,   że   zaakceptował   ją   taką,   jaka   jest.   Jednym   słowem,   Justin   Drake 

okazał się księciem z bajki, w którym Melanie musiała się zakochać…

background image

Wyszedł z łazienki w czystych dżinsach, za to bez butów i bez koszuli. Z 

trudem oderwała wzrok od jego napiętych, grających pod lśniącą skórą mięsni. 

Jasne, zmierzwione na torsie włosy układały się w wyraźną literę V, a potem 

denka linią ginęły za paskiem nie dopiętych dżinsów.

- Kolej na ciebie - powiedział szeptem, który nie pasował do tak prostego 

komunikatu. Melanie, dygocząc, chwyciła nocną koszulę. W drodze do łazienki 

próbowała ominąć Justina szerokim łukiem.

- Co się stało? - Zatrzymał ją, dotykając lekko policzka.

- Jestem po prostu zmęczona. Dawka emocji przekroczyła dzisiaj moje 

najśmielsze   oczekiwania   -   uśmiechnęła   się   ze   skruchą,   wciąż   unikając   jego 

wzroku.

- Wiem. Zniosłaś to naprawdę po bohatersku.

- Pocałował ją w nos i odwrócił się plecami. - Przyjemnej kąpieli. Może 

nie jest tu bezpiecznie, ale łazienka - pierwsza klasa! 

Melanie nie odezwała się, zamknęła za sobą drzwi, a Justin podszedł do 

zakratowanego   okna.   Nie   dostrzegł   nikogo   na   zewnątrz.   W   szybie,   jak   w 

zwierciadle, odbijało się wnętrze pokoju. Gdyby choć mieli oddzielne sypialnie! 

Niestety, nie mógł zwierzyć się Victorowi, że jego żona nie jest jego żoną, a on 

nie potrafi udawać i z dwojga złego woli spać sam niż cierpieć katusze. Wrócił 

do drzwi, żeby zgasić niepotrzebną iluminację. Światło drażniło go, zmuszało 

do zachowywania dystansu. Została tylko wąska smuga, wydobywająca się spod 

drzwi łazienki. 

Justin zdjął niedbale spodnie, rzucił je na podłogę i wskoczył do łóżka. 

Niezłe, mruknął z zadowolenia. Tak… Victor uwielbiał luksusowe życie i nigdy 

nie skąpił na wygody. Może to dobry znak, że użyczył im tak luksusowej celi? 

background image

Gdyby nie klucz w zamku, mogliby się czuć jak jego goście, a nie więźniowie. 

Powinien myśleć tylko o ucieczce, o tym, jak przechytrzyć Victora, ale nawet z 

zamkniętymi oczami widział  ją, Melanie,  z roześmianą  twarzą, błyszczącym 

wzrokiem, figlarną miną i ustami, które pragnął całować… 

Wydał z siebie niski, stłumiony jęk. Czy kiedykolwiek wymaże z pamięci 

ten obraz: nagą Melanie wchodzącą do strumienia albo namydlającą piersi? Na 

myśl, że inny mężczyzna mógłby patrzeć na nią tak, jak on patrzył, Justinowi 

zakręciło się w głowie. Teraz był już pewny, że zwariował! Do diabła! Stało się 

to,  w  co  nigdy  nie  wierzył.  Pożądał  jej.  W porządku,  nic  dziwnego,  ale  on 

pragnął jej niepodzielnie, pragnął w niej wszystkiego: jej ciała, jej bliskości, 

żeby była tylko jego… jego żoną. 

A   wiec   naprawdę   oszalał.   Leżał   bezwładnie,   czując   na   piersi   jakiś 

wyimaginowany ciężar. Jak gdyby przywaliło go wielkie drzewo. On, Justin 

Drake,   ożeni   się   z   Melanie   Montgomery.   Postradałem   zmysły,   pomyślał.   Z 

siostrzyczką Many Elise Trent? Chyba po trupach jej rodziny. Mieliby zgodzić 

się na wyjazd swojej pupilki do Ameryki Południowej? Nigdy! Już widzi ich 

miny.  Ale   przecież   Melanie   marzy   o   Buenos  Aires.  Tak   powiedziała.   Jasne, 

marzy o wycieczce, a nie o przeprowadzce do Argentyny. Może polubiłaby to 

miasto.   Mówiła,   że   się   dusi,   że   chciałaby   wszystko   zmienić,   nawet   uciec. 

Chciała. Po tak udanej przygodzie (jeżeli wyjdą z niej cało), odechce się jej raz 

na  zawsze  włóczęgi  i  ryzyka.  Wróci  skruszona  na  łono  rodziny  ze  słowami 

"nigdy więcej". 

Jednak mógłbym zapytać. Dać jej szansę wyboru. Żeby roześmiała mi się 

w twarz? Czy nie mówiła, jak bardzo kocha niezależność i gardzi małżeństwem? 

Moja żona nie byłaby niewolnicą. Miałaby mnie i swoją niezależność. Spróbuj  

ją o tym przekonać. Zrobię to! Po tym uroczystym postanowieniu Justin poczuł 

background image

się   jak   zwycięzca,   jakby   już   wygrał   najważniejszą   bitwę   swojego   życia   i   z 

błogim uśmiechem zapadł w sen.

Melanie zanurzyła się w pachnącej wodzie z taką rozkoszą, jakby po raz 

pierwszy… albo ostatni korzystała z luksusu gorącej kąpieli. Zastanawiała się, 

co robi Justin. Pewnie przytulił głowę do poduszki i natychmiast zasnął. Czy nie 

na to właśnie liczyła? Nagle przypomniała sobie wyraz jego oczu, kiedy szła do 

łazienki. Przeszył ją dziwny dreszcz. Może to sprawił przypadkowy odblask 

światła, a może jej chora wyobraźnia. Poza tym jednym, ostatnim spojrzeniem, 

traktował ją obojętnie, co najwyżej z przyjacielską serdecznością. Jak gdyby 

nigdy… 

A  jeśli   naprawdę   śniła   tamte   pocałunki?   Wszystko   możliwe.   Pewnie 

zajrzał na chwilę do pokoju, dotknął rozpalonego czoła, a reszta to wytwór jej 

chorej wyobraźni. Ale przecież pamięta  każdy szczegół, czuje jeszcze  dotyk 

jego skóry. A więc sen na jawie… 

Nie, to nie do wiary! Wszystko jedno, czy zaczęło się we śnie, czy na 

jawie:   lgnęła   do   niego   od   pierwszego   wejrzenia   i   już   nie   bała   się   do   tego 

przyznać. 

Justin ma bzika na punkcie wolności. Na pewno nie znosi zaborczych 

kobiet. Melanie uśmiechnęła się.

Po   raz   pierwszy   w   życiu   gotowa   była   poświęcić   odrobinę   własnej 

niezależności dla mężczyzny. Jedyne, co jej pozostaje, to przekonać Justina, 

żeby skorzystał z niepowtarzalnej okazji.

Straciła   poczucie   czasu,   ale   lodowata   woda   wyrwała   ją   w   końcu   z 

błogiego   zamyślenia.   Wyszła   z   wanny,   wytarła   się   olbrzymim   puszystym 

ręcznikiem i włożyła koszulę. Bezgłośnie otworzyła drzwi. Uff, niepotrzebnie 

background image

się denerwowała. Pokój pogrążony był w ciemności, a Justin smacznie spał. 

Leżał na samym brzegu łóżka, odwrócony do niej plecami. Wśliznęła się pod 

kołdrę, wciągnęła w nozdrza zapach świeżej bielizny, przyłożywszy głowę do 

poduszki, zasnęła jak dziecko.

Nie mieli pojęcia, jak to się stało, że nad ranem oboje leżeli na środku 

łoża,   wtuleni   jedno   w   drugie   i   spleceni   ramionami.   Spali   tak   dość   długo, 

uśmiechając się przez sen albo cicho mrucząc. Melanie, z podwiniętą koszulą, 

przyciskała   kolana   do   ciepłego   podbrzusza   Justina.   W   półśnie   naprężyła 

mięśnie, kiedy on błądził palcami po jej kręgosłupie, od szyi do pośladków, 

pieszcząc   delikatną   skórę   miedzy   aksamitnymi   półkulami,   wędrując   dłonią 

poprzez wewnętrzną stronę ud aż do kolan.

Coraz bliższa była odkrycia, że to nie sen, a jawa. Nie czuła lęku ani 

zakłopotania. Zamarła w bezruchu, bojąc się, że czar pryśnie. Uniosła głowę, a 

wtedy   Justin   przyciągnął   ją   mocno   do   siebie,   ręką   zaczął   przeczesywać   jej 

włosy, wplątując palce w długie jedwabne pasemka. Kąsał delikatnie najpierw 

jedną wargę, potem drugą, jakby badał ich dotyk i kształt. Nagle zaczął całować 

gwałtownie, zachłannie, nie dając Melanie czasu na wahanie. Nie wahała się. To 

był ten pocałunek, który zapamiętała! O którym marzyła… Kiedy poczuła w 

ustach jego język, zadrżała, a oczy zapłonęły pożądaniem, jakiego nigdy dotąd 

nie zaznała.

Justin przewrócił się na plecy, nie wypuszczając z objęć Melanie. Wpił się 

w nią dłońmi. Palce błądziły po wypukłościach bioder i ramion dziewczyny, 

paciorkach kręgosłupa. Dygotała cała rozpalona, wyobrażając sobie, że stopili 

się w jedno ciało. Nie umiała stłumić cichego jęku, kiedy zagarnął jej pośladki i 

poruszając nieznacznie biodrami drażnił ją arogancką męskością. W tym samym 

rytmie koniuszki piersi Melanie zderzały się z torsem Justina. Poczuła szaloną 

background image

radość i ulgę. Więc tak wygląda pożądanie. Teraz ona napierała rozpaczliwie, 

pędziła na oślep, jakby chciała odrobić stracone godziny.

Nagle Justin wypuścił ją z objęć i ułożył na plecach. Wyprężyła się i 

cichym pomrukiem zadowolenia przywitała jego ciepłe wargi i język: drażniący 

najpierw   jedną   brodawkę,   potem   drugą,   każdą   zupełnie   inaczej   i   w   innym 

rytmie. Miała wrażenie, że jakaś nadzwyczajna siła unosi ją w powietrze. Była o 

krok od wielkiego odkrycia. Nie przestając ssać piersi, Justin błądził rękami po 

jej   brzuchu   i   nogach.   Kiedy   po   raz   kolejny   ominął   miejsce   najwrażliwsze, 

Melanie,   spragniona   tego   właśnie   dotyku,   jęknęła   błagalnie,   unosząc   biodra. 

Justin miał wrażenie, że nie zniesie dłużej narastającego pożądania. Uniósł się 

na łokciach i opadł wargami na jej usta. W tej samej chwili Melanie poczuła 

jego rękę miedzy udami. Delikatne palce pieściły ją coraz głębiej i żarliwiej, 

rytmicznie, w doskonałej zgodzie z językiem. Wpiła się paznokciami w jego 

barki, doprowadzona do szaleństwa, gotowa jęczeć i płakać…

- Nie przeszkadzam?

Zamarli z przerażenia. Justin uniósł głowę, Melanie, szukając ratunku w 

jego oczach, ujrzała zamiast źrenic dwa rozżarzone ognie. Odsunął się od niej, 

sprawdzając jedną ręką, czy jest dokładnie przykryta. Zerknął na intruza, który 

stał w otwartych na oścież drzwiach i szczerzył radośnie zęby. 

Tylko   spokojnie…   Jesteś   z   kobietą.  Wziął   głęboki   oddech   i   zaklął   w 

duchu. To jego wina. Nie powinien aż tak się zapominać… w areszcie. Trudno, 

Teraz musi wziąć siew garść, żeby nie pogarszać sytuacji.

- Masz cholernie dziwne maniery, Victorze. Czy z jakichś szczególnych 

powodów nie zapukałeś do drzwi?

background image

-   Nie.   Po   prostu   nie   lubię   tracić   czasu   na   bzdety.   Chociaż…   muszę 

przyznać, że zaskoczyłeś mnie swoją pracowitością o tak wczesnej porze. Dla 

ciebie to przecież środek nocy, amigo? No, chyba że w małżeństwie zmieniłeś 

zwyczaje.

- Zostawmy na boku moje zwyczaje, jeśli łaska. - Justin zerwał się z łóżka 

i wskoczył w dżinsy. - No więc czego chcesz ode mnie o tak wczesnej porze?

Victor zaniósł się ordynarnym śmiechem.

-   Może   jednak   powinieneś   dokończyć   dzieła.   Niezdrowo   tak   sobie 

przerywać. Milej by się nam gawędziło. Dobry nastrój jest zaraźliwy, amigo, a 

zły jeszcze bardziej.

-   Posłuchaj,   Victorze.   Doceniam   twoją   gościnność,   ale   my   naprawdę 

musimy jechać. Założę się, że wpadłeś do pokoju jak bomba, żeby podzielić się 

z nami radosną nowiną. Skołowałeś dla nas jakiegoś grata, którym dotrzemy do 

Villa Vicencias, tak?

- Właśnie o tych sprawach przyszedłem pogadać.

- A możemy pogadać gdzieś indziej?

- Nie ma sprawy. W moim biurze na dole. - Victor zwrócił się do Melanie: 

- Do zobaczenia, senora Drake.

Justin ruszył za Victorem, ale zatrzymał się w progu, jakby o czymś sobie 

przypomniał.

- Zejdę za moment - oznajmił.

Nie czekając na odpowiedź, zamknął drzwi i podszedł do łóżka. Śmiech 

Victora wypełnił echem cały dom, a może i okolicę…

background image

- Potworny facet - mruknęła Melanie, unikając wzroku Justina. 

Usiadł na brzegu łóżka i wziął ją za rękę. Była lodowata i drżąca.

- Owszem. Nigdy sobie nie wybaczę, że naraziłem cię na taką przykrość.

- To przecież nie twoja wina, że jakiś cham wpadł tu bez pukania!

-   Nie.   Ale   to   moja   wina,   że   zaczęliśmy   coś,   czego   nie   mogliśmy 

dokończyć.

- To też nie twoja wina. - Spuściła głowę jeszcze niżej.

- Czyżby? - Pokazał w uśmiechu wszystkie swoje piękne zęby. - W takim 

razie… drogą eliminacji… winę za wszystko ponosi druga osoba zajmująca to 

łóżko.

-   Ja…   widzisz,   ja…   -   Zmieszana   jak   mała   dziewczynka,   wydała   się 

Justinowi jeszcze piękniejsza.

Był   szczęśliwy.   Nie   płakała,   nie   miała   do   niego   pretensji.   Może   cała 

historia nie skończy się jakimś psychicznym urazem… Już wiedział, że to miał 

być jej pierwszy raz.

- Melanie, spójrz na mnie. - Czekał, aż podniesie oczy. - To, co między 

nami prawie się stało i co na pewno wkrótce się stanie, było nam od początku 

pisane. Jak przeznaczenie, jeśli w nie wierzysz. Pragnąłem cię, odkąd wszedłem 

do   tamtego   pokoju,   u   Rosy.   Mimo   że   zbeształaś   mnie   na   przywitanie. 

Wyobrażałem sobie wciąż, jak to będzie, gdy wezmę cię w ramiona i ujrzę cię 

nagą… A tak naprawdę, tylko że sam się do tego nie przyznawałem, wstępne 

objawy mojej choroby wystąpiły już w czasie naszego pierwszego spotkania, 

kiedy byłaś uczennicą, z trudnym charakterem i szmaragdowymi oczami.

background image

Melanie rozpromieniła się.

-   Nie   masz   pojęcia,   jak   mi   przykro   -   Justin   spoważniał   -   że   tak 

niefortunnie skończył się nasz "pierwszy raz". Wybaczysz mi?

- Wybaczam - szepnęła.

- No to idę pogadać z Victorem - uśmiechnął się promiennie, jakby szedł 

na randkę, a nie "pogadać z Victorem". - Aha, jeszcze jedno. Czy mówiłem ci 

już, że zakochałem się w tobie jak szczeniak?

Zamknął za sobą drzwi. Melanie wpatrywała się w nie jak urzeczona. Nie 

wierzyła własnym uszom. Ale czy Justin kiedykolwiek ją okłamał?

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

Ochroniarz pilnujący schodów wskazał Justinowi właściwe drzwi.

Wszedł bez pukania do środka. Ściany gabinetu zdobił arsenał pistoletów, 

karabinów, a także broni maszynowej. Victor siedział za biurkiem i przyglądał 

mu się uważnie, rozpostarty w fotelu, z nogami skrzyżowanymi na blacie.

background image

-   Siadaj,   Drake   -  machnął   niedbale   ręką.   -   Musimy   ze   sobą   pogadać. 

Narobiło się trochę zaległości… - Otworzył pudełko z cygarami i poczęstował 

Justina.

- Dzięki, nie palę.

Victor   wzruszył   ramionami,   sięgnął   po   cygaro   i   rozpoczął   długą 

ceremonię jego przycinania, zapalania, smakowania z przymkniętymi oczami… 

Trwało   to   kilka   dobrych   minut.   Justin   siedział   z   obojętną   miną,   doskonale 

wiedząc,  że  przechodzi test na  wytrzymałość. Czekał spokojnie na  następny 

ruch Degasa.

- Ileż to lat minęło, Amigo? - Czarne oczy Victora nie zdradzały żadnych 

uczuć ani myśli.

-   Prawie   dziesięć,   tak   mi   się   wydaje.   -   Justin   wyprostował   nogi   i 

uśmiechnął się zagadkowo. - Niewiele się zmieniłeś od naszego rozstania.

- Co masz na myśli?

- Wygląda na to, że interes kwitnie, a ty miewasz się doskonale,

-   Nie   narzekam.   Ale   sporo   czasu   zajęło   mi   odbudowanie   tego 

wszystkiego, co straciłem na wybrzeżu.

- Ten dom pachnie… forsą i stylem. Robi wrażenie. Na wybrzeżu żyło ci 

się skromniej.

-   Miałem   fart.   Facet,   który   zbudował   tę   posiadłość,   doszedł   nagle   do 

wniosku,   że   Kolumbia   nie   jest   najzdrowszym   miejscem   na   kuli   ziemskiej. 

Zostawił mi ten dom na pamiątkę.

background image

Jeśli Justin dobrze zrozumiał aluzję Victora, poprzedni właściciel nigdy 

nie wyjechał z tego kraju.

-   Nie   obejrzałem   całego   domu,   ale   na   pierwszy   rzut   oka   wygląda 

naprawdę imponująco.

- Żeby zrobić miejsce na lądowisko, musiałem wyrąbać spory kawałek 

lasu, wyobrażasz sobie? Nie to, co na wybrzeżu…

- Czyli siedzisz w tym samym co niegdyś biznesie.

- A jakże by inaczej. To kura, która znosi złote jajka, pod warunkiem że 

nie wierzy się nawet własnemu bratu. Tylko sobie.

- Nie masz powodu mi nie wierzyć, Victorze, jeśli o to ci chodzi.

- Więc dalej twierdzisz, że nie miałeś nic wspólnego z wpadką, która - co 

tu dużo mówić - zmiotła mnie z wybrzeża?

-   Dziwię   się   -   Justin   patrzył   mu   prosto   w   oczy   -   że   coś   podobnego 

przyszło ci do głowy. Miałem wrażenie, że ufasz mi bardziej niż rodzonemu 

bratu.

- Jak zatem wytłumaczysz swoje niespodziewane zniknięcie?

- Miałem szczęście i tyle. - Justin wzruszył ramionami. 

-   W   moim   zawodzie   nie   wierzy   się   w   cuda   ani   zbiegi   okoliczności. 

Szczęściu zawsze ktoś pomaga.

Justin odpowiedział milczeniem.

- Wiec jaki jest cel twojej podróży?

background image

- Mówiłem ci już. Muszę zawieźć żonę do jej przyjaciółki z college'u.

-   Ach,   tak!   Swoją   piękną   żonę…   Tym   mnie   naprawdę   zaskoczyłeś. 

Zawsze taki niezależny. Więc co się z tobą działo przez ostatnie dziesięć lat?

- Cóż… Kiedy rozleciała się siatka i wyglądało na to, że wszystko diabli 

wzięli, postanowiłem wrócić na północ. Znalazłem biznesmena, który aż się 

palii, żeby pociągnąć strefę wpływów do Ameryki Południowej. Przekonałem 

go, że znam teren jak własną kieszeń i mam kontakty. Facet mnie wynajął.

- Chcesz mi wcisnąć ciemnotę, że kręcisz się tu od kilku lat i po raz 

pierwszy na siebie wpadliśmy?

- Trzymałem się z daleka od Kolumbii. Większość czasu spędzałem w 

Argentynie.

- Rozumiem. Czy z jakichś szczególnych powodów nie chciałeś wrócić?

- Nie byłem pewien, kto tu został. Nie wiedziałem nawet, czy i ciebie 

zgarnęli, czy się gdzieś zadołowałeś. Pamiętaj, że moje kontakty nie wykraczały 

na ogól poza ścisłą grupę. Słyszałem, że trzech naszych zabili. Nie chciałem 

czekać za długo tylko po to, żeby dowiedzieć się, kto przeżył.

-   Chciałbym   ci   wierzyć,   amigo.   -   Victor   westchnął   ciężko   i   pokiwał 

głową. - Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciał… Niestety, mam za dużo 

wątpliwości. Nawet gdyby pozostała jedna jedyna, nie zaryzykowałbym. Zbyt 

wiele mam do stracenia, żeby pozwolić ci prysnąć po raz drugi.

Justin ani drgnął. Ani na ułamek sekundy nie przestał patrzeć Victorowi w 

oczy.

- Masz zamiar nas tu trzymać? - Jego głos nie zdradzał żadnych uczuć 

poza czystą ciekawością.

background image

- Lubię twój styl, bracie! - Victor wybuchnął śmiechem. - Naprawdę. Po 

co miałbym was trzymać? Nie będę miał z ciebie żadnego pożytku. Twoja żona 

- to co innego. Jestem pewien, że okaże się przydatna… na swój sposób.

Co teraz? Justin odsuwał od siebie lęk o Melanie. Wyraz jej oczu nad 

ranem…   Jeśli   zrobi   fałszywy   krok,   Victor   przejdzie   od   słów   do   czynów. 

Spokojnie, byle tylko nie dać się sprowokować. Victor upajał się swoją władzą, 

igrał z nim, ale wciąż nie był pewny jego winy.

- Mógłbyś mnie, na przykład, wykorzystać do roboty. - Justin powiedział 

to dobitnie, naturalnym tonem.

- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - Victor zmrużył oczy.

- Dlatego, że byłem jednym z najlepszych z twoich ludzi. Wiesz o tym 

równie dobrze jak ja,

- Byłeś orłem! Ale nie brakuje nam rąk do pracy.

-   Czyżby?   -   Justin   uśmiechnął   się.   -  Aż   trudno   uwierzyć:   w   takim 

miejscu…   Musisz   potrzebować   mnóstwo   ludzi:   do   ochrony,   przerzucania 

towaru…

- Chcesz robić u mnie za gońca?!

- Lepsze to niż siedzieć cały dzień pod kluczem.

- Kiedy zajrzałem do twojej sypialni, wydało mi się, że nie narzekasz na 

nudę.

- A ty nie wyglądałeś mi na faceta, którego rajcuje podglądanie. - Justin 

wycedził   słowo   po   słowie,   nie   spuszczając   wzroku,   świadomy,   że   gra   o 

najwyższą stawkę. - Starzejesz się.

background image

Victor znieruchomiał na momenty wybałuszył oczy i parsknął gromkim 

śmiechem.

- Żadna z moich kobiet nie skarżyła się na mnie do tej pory. Ale żadna z 

nich nie dorównuje urodą twojej żonie. Chętnie bym jej udowodnił, że kogut im 

starszy, tym lepszy. Co ty na to, amigo?

- Nic z tego. Jestem bardzo zaborczy, nie lubię się z nikim dzielić.

Victor wstał, przeciągnął się, ręce skrzyżował na karku.

- Zobaczymy. Teraz coś  przekąsimy, a potem znajdę  ci jakieś zajęcie. 

Może twoja żona podziękuje mi za to, hę? - zaniósł się tubalnym, sprośnym 

śmiechem.

- Pójdę po Melanie, jeśli pozwolisz. Ona też jest głodna.

- Za bardzo się z nią cackasz. Nic dziwnego, że wasze kobiety są zepsute 

do szpiku kości. Sami przyzwyczajacie je do tego, że robią, co chcą.

- Karmienie ich nazywasz cackaniem się?

-   Jeżeli   babę   przegłodzisz,   to   nabierze   pokory.   Sam   zobaczysz,   jaka 

będzie energiczna i napalona. Dopiero wtedy, frajerze, zacznie ci dogadzać.

Wyszli z pokoju. Justin z lodowatą miną spojrzał na galerię.

- Sprawdzę, czy czegoś nie potrzebuje. - Nie czekając na pozwolenie, 

wbiegł na schody.

-   Spiesz   się,   śpiesz!  -  krzyknął   za   nim  Victor.   -   Kiedyś   żoneczka   cię 

zaskoczy   i   powie,   że   potrzebuje   prawdziwego   mężczyzny,   a   nie   służącego. 

Wtedy rzeknij tylko słowo… Z radością przejmę pałeczkę.

background image

Dziki śmiech "prawdziwego mężczyzny" towarzyszył Justinowi do drzwi 

sypialni. Zamknął je od wewnątrz na zamek. Z zamkniętymi oczami oparł się o 

ścianę   i   dopiero   po   chwili   odnalazł   wzrokiem   Melanie.   Stała   przy   oknie, 

przyglądając mu się takim wzrokiem, jakby chciała powiedzieć, że wszystko 

słyszała.

- Zawiezie nas do Villa Vicencias?

- Marzenie ściętej głowy. Niestety. Za żadne skarby nie chce się z nami 

rozstać. Dlaczego ja cię zabrałem? Nigdy sobie tej nie głupoty nie wybaczę. W 

miasteczku miałabyś jednak szansę uciec.

- Chcesz powiedzieć, że teraz jej nie mam? - zapytała spokojnie.

- Nie wiem. Jedyny powód, dla którego trzyma od ciebie łapy z daleka, to 

przekonanie, że jesteś moją żoną.

- W takim razie cieszę się, że nią jestem.

- Mimo wszystko? Po tym, co się stało dziś rano?

- Nie bierz wszystkiego na swoje sumienie. Do tańca trzeba dwojga… 

Przynajmniej Victor nie wątpi w nasze małżeństwo. 

- Masz rację. Tylko że gdybym nie ciągnął cię ze sobą, nie musielibyśmy 

rozwiewać żadnych wątpliwości Victora na nasz temat.

- Czyste "gdybanie". Zastanówmy się lepiej, co robić w tej sytuacji.

- Victor szykuje dla mnie jakieś zajęcie po śniadaniu. Przynajmniej będę 

mógł wyjść stąd i zorientować się, czy mamy szansę na ucieczkę. Zejdziesz na 

dół, żeby coś zjeść?

background image

- Chyba nie. Sama myśl o zobaczeniu Victora odbiera mi apetyt.

-   Rzeczywiście   powinnaś   unikać   go   tak   długo,   jak   to   możliwe.   Nie 

wchodzić bestii w drogę… Przyniosę ci śniadanie do pokoju. Jesteś pewna, że 

wytrzymasz tu cały dzień?

- Nie martw się o mnie. Spójrz na półki z książkami. Swoją drogą twój 

przyjaciel nie wygląda na bibliofila.

-   Ani   trochę.   Przyznał   się,   że   zarekwirował   dom   prawdziwemu 

właścicielowi. Ale nie opowiedział mi, jak naprawdę skończył tamten człowiek. 

Victor ufa mojej domyślności.

- Będę na ciebie czekała - uśmiechnęła się ciepło - pochłonięta lekturą.

Wiedział, że nie powinni się roztkliwiać, a jednak podszedł do Melanie i 

objął ją mocno ramionami. Przylgnęła do Justina z całej siły. Pocałował obie jej 

powieki i zwolnił uścisk.

- Wydostanę cię stąd całą i zdrową. Obiecuję.

- Wiem. Nie musiałeś mi tego mówić.

Nie oparł się jej wilgotnym, lekko drżącym ustom.

Całowali   się   pospiesznie   i   nieporadnie,   odczuwając   na   zmianę   ból   i 

zachwyt:   nad   czymś,   co   gęstniało   z   sekundy   na   sekundę   i   nie   mogło   się 

dopełnić. Oderwali się od siebie niemal jednocześnie.

- Boże - szepnął Justin - co ty ze mną robisz! Nie mogę skupić myśli na 

niczym innym, rozumiesz? Ten obłęd mógł nas kosztować życie.

- Czy mam cię przeprosić? - Zmrużyła roześmiane oczy.

background image

- Właśnie! Za to, że w ogóle jesteś. Nikt nie ma prawa być taki piękny. To 

nienaturalne i powinno podlegać karze. - Justin przygładził włosy i wybiegł na 

korytarz.

Melanie opadła na łóżko. Krew pulsowała jej w skroniach, a serce biło jak 

oszalałe   -   z   podniecenia   i   strachu   jednocześnie.  Nic   się   nie   stanie,   szeptała 

bezgłośnie. Justin ich przechytrzy. Uratuje mnie i siebie. Nie możemy zginąć… 

właśnie teraz.

Jeszcze raz wyjrzała przez okno. Godzinę temu, kiedy czekała na Justina, 

na podwórze wjechało kilka ciężarówek. Jacyś mężczyźni zaczęli wyjmować z 

nich różnej wielkości pudła, a potem nieśli je gdzieś w kierunku lasu, do miejsca 

odległego od domu.

Justin,   nie   przekraczając   progu   sypialni,   podał   Melanie   tacę   ze 

śniadaniem. Poprosił ją, żeby do jego powrotu nikomu, pod żadnym pozorem, 

nie   otwierała.   Zjadła   niewiele,   wzięła   z   półki   jakąś   książkę,   ale   nie   mogła 

skoncentrować   się   na   lekturze.   Wciąż   wyglądała   przez   okno.   Przyjechało 

jeszcze kilka ciężarówek, słyszała coraz głośniej wydawane komendy. W końcu 

odłożyła na stolik książkę i usiadła przy oknie.

W polu jej widzenia pojawił się Justin z Victorem. Ten dragi energicznie 

gestykulował,   tłumaczył   coś   Justinowi,   pokazując   palcem   ścieżkę,   tę   samą, 

której używali tragarze. W końcu obaj ruszyli w stronę dżungli i wkrótce straciła 

ich z oczu.

Melanie nie potrafiła siedzieć bezczynnie. Gdyby mogła się do czegoś 

przydać! Przy takim ruchu na dziedzińcu… na pewno nikogo nie było w domu. 

Jedyna szansa, zęby  go zwiedzić.  Zresztą, nawet  jeśli  się  na  kogoś  natknie, 

powie, że chce się napić wody i szuka kuchni.

background image

Otworzywszy   bezszelestnie   drzwi,   wychyliła   głowę   na   korytarz.   Ani 

żywej duszy. Potem oceniła sytuację na parterze. Nikogo.

Postanowiła zacząć od parteru. Myszkowanie na górze trudniej byłoby 

wytłumaczyć. Z duszą na ramieniu zeszła po schodach… i, krok po kroczku, w 

piętnaście minut obejrzała cały dom. Wydał jej się naprawdę piękny: cudownie 

położony, ze stylowymi meblami, zupełnie nie pasował do Victora. Zastanawiała 

się, od jak dawna ten potwór w nim mieszka.

Zaspokoiwszy ciekawość, chciała wracać na górę, ale przypomniała sobie 

o jednym pokoju, do którego nie zajrzała. Przecież nie musiał być zamknięty na 

klucz…   Nasłuchiwała   przez   chwilę,   za   drzwiami   panowała   głucha   cisza. 

Poruszyła klamką - otwarte. Pokój był pusty. Westchnęła z ulgą i weszła do 

środka.

Kiedyś   musiał   służyć   za   bibliotekę   albo   gabinet,   ale   z   półek   usunięto 

książki. Biurko - z porysowanym barbarzyńsko blatem - na pewno nie służyło 

nikomu do pracy.

Na   jednej   ze   ścian   wisiała   kolekcja   broni   palnej.   Nigdy   w   życiu   nie 

oglądała   tylu   rewolwerów   i   karabinów   naraz.   Niektóre   do   złudzenia 

przypominały pistolet, z którego brat uczył ją strzelać.

Obejrzała   się   przez   ramię.   Nikt   by   nie   zauważył,   że   pożyczyła   taki 

jeden… najmniejszy. A jeśli ją złapią… Chyba jednak warto zaryzykować… 

Sprawdziła, czy w magazynku są naboje. Było ich pięć.

Upewniła   się,   czy   na   korytarzu   nie   słychać   kroków,   i   bezszelestnie 

wymknęła się z pokoju. Brakowało jej kilka metrów do końca schodów, kiedy w 

drzwiach  wejściowych   pojawił  się Victor  ze   swoimi  ludźmi.   Natychmiast   ją 

zauważył.

background image

Melanie przycisnęła do uda pistolet i nakryła go szczelnie dłonią.

- Szuka mnie pani, senora? - Uśmiechnął się obleśnie.

- Och nie, nie… Chciało mi się pić, pomyślałam, że na parterze znajdę 

kuchnię…

- Więc dlaczego wchodzi pani na piętro?

- Ja… usłyszałam, że ktoś nadchodzi. Justin nie pozwolił mi opuszczać 

pokoju, więc… - wykonała bezradny gest ręką.

- Ach, tak. Nie zawsze słucha pani męża, rozumiem - zaśmiał się krótko. - 

Miło mi to słyszeć. Trafia mi się szansa, żeby lepiej panią poznać. Proszę zejść 

na dół. Drake będzie dzisiaj długo zajęty. Mamy mnóstwo czasu dla siebie.

Pozostali mężczyźni zniknęli w korytarzu. Melanie miała wrażenie, że 

pistolet rośnie w jej dłoni. Dlaczego nie włożyła spódnicy z kieszeniami?

- Nie mogę. Wrócę do pokoju i poczekam na Justina.

Victor   postawił   nogę   na   pierwszym   schodku,   uśmiechając   się   do   niej 

kusząco.

- Nie musisz się mnie bać, malutka. Za nic bym nie skrzywdził takiej 

pięknej dziewczyny. Zejdź na dół, a ja poproszę Lupe'a, żeby zrobił nam coś do 

picia, dobrze?

Melanie weszła tyłem o jeden schodek wyżej, potem jeszcze jeden, i dalej 

posuwała się w ten sposób, cały czas patrząc Victorowi w oczy.

- Przykro mi, ale naprawdę nie mogę skorzystać z pańskiego zaproszenia - 

powiedziała uprzejmym, chłodnym tonem.

background image

- A może ja odwiedzę cię na górze? To chyba lepszy pomysł. Będzie nam 

tam o wiele wygodniej.

Ostatni schodek - i była już na galerii. Nie wiedziała, ile kroków dzieli ją 

od drzwi sypialni. Cofała się powoli, nie mając pojęcia, co robić dalej. Zamknąć 

się w sypialni na zamek? Na pewno miał klucz. Skorzystał z niego rano. Ile 

czasu będzie go szukał?

Czy w ogóle ma jakiś wybór? Jeśli ją zaatakuje, będzie musiała użyć 

broni… Boże, nigdy w życiu nie strzelała do człowieka. Dystans między nimi 

malał. Nie ulegało wątpliwości, że Degas wpadnie za nią do pokoju. Justin jest 

zbyt daleko, żeby usłyszeć jej krzyk.

Boże, Justin, dlaczego cię nie posłuchałam!

Victor zatrzymał się na szczycie schodów. Melanie stała przy drzwiach, 

prawie nie oddychając, z pistoletem gotowym do strzału.

Nagle dom zadrżał w posadach. Melanie straciła równowagę. Niewiele 

brakowało, a nacisnęłaby cyngiel…

Victor w mgnieniu oka znalazł się na dole. Wrzeszcząc nieludzko, zaczął 

wydawać   rozkazy.   Melanie   wpadła   do   pokoju,   przekręciła   klucz   w   zamku   i 

spojrzała   na   pistolet.   Co   z   tym   zrobić?   Niewiele   myśląc,   włożyła   go   pod 

poduszkę. Rzuciła się do okna. Ludzie biegli ścieżką w stronę dżungli. Rano, na 

tej samej drodze, widziała po raz ostatni Justina.

Melanie poczuła dziwny ból między żebrami. Jeśli nie wypuści z płuc 

powietrza, zemdleje… Zaczęła głęboko oddychać.

Myślała tylko o Justinie. Czy miał coś wspólnego z tym wybuchem?

background image

Kilkaset metrów od domu kłębiły się ponad lasem czarne chmury dymu. 

Nigdy nie widziała z bliska pożaru. Nie! Nie ma zamiaru zaspokajać swojej 

ciekawości. Nie ruszy się z pokoju ani na krok.

Po chwili złowrogiej ciszy rozległa się seria wystrzałów. Serce podeszło 

jej do gardła. Co tam się, do diabła, dzieje! Gdzie jest Justin?

Mijały minuty, a ona stała przy oknie jak sparaliżowana, wpatrując się w 

jeden punkt - miejsce, w którym straciła Justina z oczu.

Usłyszała ożywione, coraz wyraźniejsze męskie głosy. W końcu dojrzała 

ich.   Dwaj   mężczyźni   nieśli   między   sobą   trzeciego…   jak   worek   piasku. 

Wyglądało na to, że nie przejmują się rannym kolegą. Dopiero na dziedzińcu, 

kiedy położyli go na ziemi, zorientowała się, że ten człowiek nie żyje.

- O mój Boże! - krzyknęła głośno.

Oczywiście nie był to Justin. Miał kruczoczarne włosy i ciemne ubranie. 

Pomimo wyraźnej ulgi, Melanie drżała jak w febrze.

Nadeszli inni. Szybkim krokiem, krzycząc do siebie i gestykulując. Dwaj 

mężczyźni, którzy zamykali pochód, także nieśli rannego. Tym razem był to 

Justin.

 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Elise Trent obudziła siew środku nocy zlana potem. Znowu ten koszmar. 

Odkąd   jej   siostra,   Melanie,   zaginęła   w   Kolumbii,   noc   w   noc   męczył   ją 

identyczny   sen:   biegnie   przez   dżunglę,   która   nie   ma   końca   -   ścieżką,   która 

wiedzie donikąd. Wzywa pomocy, ale oczywiście nikt nie odpowiada.

-   Co   się   stało,   kochanie,   nie   możesz   zasnąć?   -   Damon   zna   Elise   tak 

doskonale, że wyczuwa jej niepokój nawet przez sen.

- Nie chciałam cię obudzić - szepnęła. - Śpij spokojnie.

Przyciągnął ją do siebie i zaczął delikatnie masować kark, potem mięśnie 

wzdłuż kręgosłupa. Rozluźniła się i wtuliła w niego jeszcze mocniej.

- Boję się, Damon. Naprawdę się boję. Minęły już cztery dni od twojej 

rozmowy z Justinem. Dlaczego nie zadzwonił? Teraz mamy dwoje zaginionych.

- Uspokój się, kochanie. Nie daj się ponieść wyobraźni. Pamiętaj, że w 

niektórych rejonach Kolumbii nie znajdziesz telefonu. Tam nie ma automatów 

na każdym rogu ulicy jak w Stanach. Prawdę mówiąc, nie ma także rogów ulic. 

- Pocałował ją delikatnie w usta.

- Mam pełne zaufanie do Justina. Bez względu na to, co się przydarzyło 

Melanie,   Justin   ją   znajdzie.   Wszystko   będzie   dobrze,   Elise,   wierzysz   mi?   - 

przemawiał   niskim,   kojącym   głosem.   -   Kto   wie?   Może   Justin   wykorzystuje 

okazję i zaprzyjaźnia się z twoją małą siostrzyczką?

- Mówisz poważnie?

background image

- Znając Justina - a znam go nieźle - jedyne prawdziwe niebezpieczeństwo 

zagraża cnocie Melanie.

- Nie, nie Justin. Nie wykorzystałby jej w takiej sytuacji.

-   To   prawda   -   westchnął   Damon.   -   Pod   tym   względem   nieco   się 

różnimy…

Elise parsknęła śmiechem.

-   Myślałby   kto…   że   akurat   deprawowanie   dziewic   jest   twoją 

specjalnością!

- No, może rzeczywiście nie jest, Ale przyznasz, że bywam uparty. Odkąd 

zaszczyciłaś mnie po raz pierwszy uśmiechem, wiedziałem, że nie pozwolę ci 

się wymknąć. Nigdy!

-   Coś   podobnego!   Trafił   mi   się   niezłomny   rycerz.  A  tak   naprawdę… 

gdybym nie przyszła do ciebie po tamtej operacji, nie spotkalibyśmy się nigdy 

więcej.

- To ty tak sądzisz. Dawałem ci czas na oswojenie się z myślą o nowym 

życiu. Ze mną na zawsze.

- Ach, tak?

-   Uhm…   -   Pocałował   ją   w   usta.   Tym   razem   powoli,   zmysłowo,   z 

absolutną pewnością, że budzi w niej rozkosz.

- Naprawdę myślisz, że nic im nie grozi?

- Naprawdę jestem pewien, że Justin staje na głowie, żeby ją znaleźć.

- Ale może przeceniasz jego możliwości.

background image

-   Kochanie,   postawiłem   na   Justina   wiele   lat   temu.   Jeszcze   nigdy   nie 

przysporzył mi kłopotów, Ani strat. Ten facet ma szósty zmysł, A na dodatek jest 

moim przyjacielem.

-   Nie   mogę   bezczynnie   siedzieć   i   czekać,   wpatrując   się   w   ten   głupi 

telefon. Damon, ja po prostu nie wytrzymuję…

- Nie ma innego wyjścia, Elise.

- Polećmy razem do Villa Vicencias.

- I co nam to da?

- Nie wiem. Mielibyśmy do nich bliżej. Może zaczęlibyśmy ich szukać na 

własną rękę, sama nie wiem.

- Kochanie, wstrzymajmy się z decyzją jeszcze przez kilka dni. Jeżeli nie 

zadzwonią, polecimy do Villa Vicencias.

- Kocham cię, Damon, nawet nie wiesz, jak bardzo. Nie daję ci spokoju, 

ale   rozumiesz,   co   czuję,   prawda?   To   bezczynne   czekanie   na   wiadomość 

wykańcza mnie.

- Rozumiem. Przecież Justin jest dla mnie bratem, którego nie miałem… a 

Melanie siostrą.

Leżeli w milczeniu, wsłuchani w nocną ciszę i własne oddechy. Palce 

Damona   zaczęły   błądzić   po   plecach   Elise,   od   szyi   do   pośladków,   potem 

wędrowały w górę, coraz wolniej i delikatniej,

-   Chyba   wiesz,   co   robisz   -   mruknęła   cicho   -   dotykając   mnie   w   ten 

sposób…

background image

-   Uhm.   Domyślam   się.  To   znaczy,   że   czas   na   naszą   ulubioną   pigułkę 

nasenną. Jedyne lekarstwo na twoje smutki, prawda?

Kiedy Damon zasypiał, Elise leżała w jego ramionach, modląc się, żeby 

następnego dnia zadzwonił telefon.

Melanie wbiła zęby w zaciśnięte pięści, żeby powstrzymać się od szlochu, 

Justin   żyje,   powtarzała   w   myślach,  obiecał   mi.  Kiedy   straciła   go   z   oczu, 

podbiegła do drzwi, przez kilka sekund walczyła z zamkiem, wreszcie wypadła 

na korytarz i zbiegła po schodach.

Byli już w holu. Zamarła na moment, bojąc się, że kiedy zobaczy Justina 

z bliska, zacznie krzyczeć. Victor wydawał błyskawiczne rozkazy, wskazując 

ręką schody. Spostrzegł ją na górze i zamilkł.

- Pani mąż jest szczęściarzem, senora Drake. Cholernym szczęściarzem. 

W   czasie   rozładunku   przewróciła   się   beczka   z   paliwem.   Zanim   ktokolwiek 

pojął, co się stało, zbiornik eksplodował. Drake stał najbliżej. Wylądował na 

drugim końcu hangaru.

Dał znak swoim ludziom, żeby wnieśli Justina na górę,

background image

- Ten niezdarny idiota, który rozlał benzynę, nie wywinie już żadnego 

głupiego numeru, zapewniam panią.

Pobiegła do pokoju, żeby przygotować łóżko.

- Bądźcie ostrożni, błagam!

Mężczyźni, którzy z ulgą rzucili rannego na posłanie, spojrzeli na nią 

tępym wzrokiem.

Pokręciła   głową.   Z   nich   wszystkich   tylko   Victor   ją   rozumiał…   Tym 

bardziej powinna go unikać.

Justin był blady jak ściana. Melanie uklękła przy łóżku. Sprawdziła puls; 

wydawał się wolny i miarowy. Rozpięła guziki koszuli i niemal krzyknęła na 

widok zakrwawionego boku.

Kiedy spróbowała odkleić materiał od rany, Justin stęknął.

- Melanie? - szepnął, z trudem unosząc powieki.

- Jestem przy tobie, Justinie. Spróbuj odpocząć.

- Co się stało?

- Eksplodowała beczka z paliwem i wyleciałeś w powietrze.

- Czuję się, jakby słoń nadepnął mi na głowę.

- Myślę, że trzymają tu wszystko - zaśmiała się nerwowo - oprócz słoni.

- Gdzie jest Victor?

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, byle nie właził do naszego pokoju.

background image

-   Napastował   cię?   -   Justin   podniósł   głowę,   ale   skrzywił   się   i   opadł 

bezradnie na poduszkę.

- Nie - szepnęła ciepłym, kojącym głosem. - Jak dotąd…

Justin odetchnął z ulgą

- Nie jestem w najlepszej formie, żeby go zabić gołymi rekami…

- Ja się nie boję.

Pomyślała o pistolecie pod poduszką. Uświadomiła sobie nagle, że nie 

miałaby żadnych skrupułów, gdyby przyszło jej bronić Justina. Ciekawe, skąd u 

niej taki instynkt opiekuńczy…

Już pod wieczór Justin czuł się o wiele lepiej. Zdołał wziąć prysznic i 

zejść z "żoną" na kolację.Victor pełnił honory gospodarza domu z gracją słonia. 

Pożerał wzrokiem Melanie i raczył oboje historiami "nie z tej ziemi". W każdej 

z  nich  on,  Victor  Degas,   spisał  się  na  piątkę   w  roli  bohatera.  Rozochocony 

alkoholem, zanosił się coraz bardziej drażniącym, rubasznym śmiechem. Justin 

kręcił się na krześle, szukając najwygodniejszej pozycji dla swojego obolałego 

ciała. Katusze fizyczne były jednak niczym w porównaniu z lękiem o Melanie. 

Napięcie   niebezpiecznie   rosło.   Victor   nigdy   nie   żartował,   kiedy   gra   szła   o 

pieniądze albo… kobietę.

background image

-  Wszyscy   mieliśmy   ciężki   dzień,  Victorze.   -  Justin   odsunął   krzesło   i 

wstał od stołu. - Na nas już czas. Dziękujemy za wspaniałą kolację.

Melanie w tej samej sekundzie poderwała się na nogi.

- Rozumiem, że ty potrzebujesz odpoczynku - zaprotestował Victor - ale 

nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbyś pozbawić mnie towarzystwa 

swojej żony. O tej porze?! Jest jeszcze wcześnie.

-   Czuję   się   naprawdę   zmęczona   -   zaprotestowała   Melanie.   -   Mimo 

wczesnej pory chciałabym już pójść spać.

-   Obawiam   się,   że   pani   mąż   -   Victor   wybuchnął   swoim 

charakterystycznym   dzikim   śmiechem   -   okaże   się   dzisiaj   całkowicie 

bezużyteczny, senora Drake. A ja przeciwnie, nigdy nie czułem się lepiej. Jestem 

do pani usług i gwarantuję ich jakość.

Melanie   poczuła,   że   krew   odpływa   jej   z   twarzy.   Jednak   siłą   woli 

opanowała się i nie spuszczając wzroku z Victora wycedziła odpowiedź:

- Kocham swojego męża, panie Degas, i razem wrócimy do pokoju.

Justin śledził tę zapierającą dech scenę z półprzymkniętymi powiekami. 

Sam niemal uwierzył, że Melanie jest szczęśliwą mężatką. Wyraźnie minęła się 

z powołaniem! Z takim aktorskim talentem marnować czas na sprzedawanie 

prezentów!

- Cóż - Victor skinął uprzejmie głową - ja potrafię czekać, senora Drake. 

Dobranoc.

Justin zacisnął szczęki, powtarzając sobie w myśli, że za nic nie da się 

sprowokować. Ten zbir właśnie na to czekał. Podjudzał go i drażnił, za wszelką 

cenę chciał wyprowadzić z równowagi.

background image

Wyszli z jadalni bez słowa. Pokonali schody w milczeniu, oboje spięci, 

niepewni każdego kroku. Dopiero gdy znaleźli się w sypialni, Melanie zawołała:

- Musimy się stąd wydostać, słyszysz?!

- Przecież o tym, do diabła, przez cały czas myślę. 

Obojgu nerwy odmówiły posłuszeństwa.

- Nadstawiasz głowę!

- Nie martw się. Niewielka rana i ból głowy to trochę za mało, żeby 

zwalić mnie z nóg na amen.

Usiadł na brzegu łóżka, żeby rozsznurować buty. Melanie, zerknąwszy na 

poduszkę, przypomniała sobie o pistolecie.

- Znalazłam to rano, po twoim wyjściu - powiedziała spokojnie.

Obejrzał się przez ramię. Na widok "tego" zerwał się na równe nogi,

- Gdzie? Gdzie to znalazłaś?

- Na dole.

- Na dole! Chcesz powiedzieć, że spacerowałaś sobie tu i tam? Przecież 

błagałem, żebyś nie wychodziła.

Melanie zagryzła wargi. Wybrała najgorszy moment na pochwalenie się 

zdobyczą. Zniżyła głos do szeptu.

-   Nie   jestem   dzieckiem,   Justinie.   Nie   mogłam   siedzieć   bezczynnie,   z 

założonymi rękami… Szukałam sposobu, żeby się stąd wydostać.

background image

- A jak sądzisz, po jaką cholerę ja poszedłem do lasu? Podźwigać sobie 

ciężkie skrzynie? Dla treningu?!

- Znalazłeś jakąś broń, która pomogłaby nam w ucieczce?

- Nie. I wcale jej nie szukałem. Możesz mi wierzyć lub nie, Melanie, ale 

chciałbym stąd po prostu zwiać - bez zabijania kogokolwiek.

- Nie bądź śmieszny. Czy ja chcę zabijać? Broń zwiększa nasze szanse… 

w razie czego… Czy nie mam racji?

-   Kochanie,   chcesz   przestraszyć   jednym   damskim   rewolwerem   bandę 

uzbrojonych zbirów? Jeden strzał i mamy na karku dziesięciu facetów. Jeżeli 

człowiek ma przy sobie broń, powinien zakładać, że jej użyje. Noszenie spluwy 

na wszelki wypadek jest bezcelowe… a nawet niebezpieczne. Jeżeli nie umiesz 

strzelać   -   i   to   doskonale   -   strasząc   przeciwnika   popełniasz   samobójstwo. 

Rozumiesz?

- Nie myślałam o tym w ten sposób…

- Wspaniale. Więc ryzykowałaś głowę, żeby zdobyć to świństwo? A co by 

było, gdyby Victor cię złapał?

- Ale  nie  złapał! -  Postanowiła  nie  opowiadać  Justinowi,  jak  niewiele 

brakowało…

Zrezygnowany,   podszedł   do   Melanie,   położył   ręce   na   jej   ramionach   i 

lekko potrząsnął.

- Naprawdę nie rozumiesz, że Victor dobierze się do ciebie, jak tylko 

znajdzie pretekst, żeby mnie wykończyć? Chce nas sprowokować do fałszywego 

kroku, a potem ukarać. Nie potrafię wyłożyć ci tego jeszcze jaśniej. Facet szuka 

jakiegokolwiek, najdrobniejszego nawet, pretekstu, żeby mnie zabić. Chociaż na 

background image

ogół nie potrzebuje żadnych pretekstów… Pewnie ze względu na naszą starą 

przyjaźń postanowił, że raz w życiu zagra fair, co daje nam pewną szansę…

Melanie   przypomniała   sobie   człowieka,   który   zginał   w   wypadku. 

Wzdrygnęła się z przerażenia. Justin zaklął w duchu. Co on, do diabła, wyrabia! 

Zaraża   dziewczynę   strachem,   żeby   samemu   sobie   ulżyć?   Objął   ją   i   mocno 

przytulił. Jej ciepło, a nie strach, przyniesie mu ulgę.

Wcale się nie bała. Rozluźniona i uśmiechnięta uniosła głowę, rozchylając 

lekko wargi. Nie musiała czekać ani chwili.

Ich usta złączyły się w długim, gwałtownym pocałunku. Melanie poczuła 

mrowienie w nogach, potem gorący dreszcz przeszywający całe ciało. Rozpięła 

mu koszulę na piersi i wsunęła pod nią ręce. Jej palce błądziły po wypukłościach 

mięśni   na   plecach.   Dziwiła   się   nierównemu   biciu   jego   serca.  Wargi   Justina 

parzyły,   przyprawiały   o   zawrót   głowy,   oszałamiały.   Garnęła   się   do   niego 

rozpaczliwie,   chciała   być   jak   najbliżej.   Justin   nacierał   coraz   mocniej, 

rozpaczliwie, jak gdyby ten pocałunek miał zastąpić wszystkie słowa. Należała 

do niego - tak jak tylko kobieta może należeć do mężczyzny - mimo że ich 

miłość czekała na spełnienie. Wiedział, że póki on żyje, Melanie nie dotknie 

inny mężczyzna. Spokojnie, myślał w popłochu. Musi zachować zimną krew. 

Nie może narażać jej na zajście w ciążę, oboje są nie przygotowani…

Zwolnił   uścisk.   Z   bólem   serca   podniósł   głowę,   otworzył   oczy   -   i 

natychmiast   tego   pożałował.   Wilgotne,   lekko   nabrzmiałe   wargi   błagały   o 

następny pocałunek. Objął ją jeszcze mocniej, drżąc cały, chowając twarz w jej 

włosach. Szept, który z siebie wydobył, był niski i ochrypły:

- Och, Melanie… Melanie, sama nie wiesz, co robisz…

background image

Gdyby   musiała   przejść   choć   kilka   kroków,   nogi   odmówiłyby   jej 

posłuszeństwa.   Justin   nie   prosił   o   to.   Wziął   ją   na   ręce   i   zaniósł   do   łóżka. 

Rozbierał ją powoli i ostrożnie, chcąc rozkoszować się tą chwilą jak najdłużej. 

Gładził   delikatnie,   pieścił   ustami,   coraz   czulej,   coraz   mniej   zachłannie.   Z 

bałwochwalczym uwielbieniem odkrywał każdy milimetr jej nagości.

Melanie   nie   poznawała   samej   siebie.   Nie   myślała   o   niczym,   nie 

odwoływała się do własnego rozsądku. Liczyło się tylko to, że Justin jest z nią. 

Zniknął wszelki strach. Nie tylko Justin odpowiadał za to, co się stało, i za to, co 

stanie się za chwilę. Melanie pragnęła go tak, jak on pragnął jej. Reszta przestała 

się liczyć. Sprawił, że po raz pierwszy w życiu była zafascynowana własnym 

ciałem. Wyobraziła sobie, jak ją widzi Justin, i poczuła się piękna! Podobały jej 

się własne włosy, szyja, ramiona, linia talii i bioder, po której jego palce błądziły 

z   takim   namaszczeniem.   Justin   wstał,   żeby   się   rozebrać.   Melanie   śledziła 

wzrokiem każdy jego ruch, upajając się widokiem tego wspaniałego mężczyzny.

- Melanie - jęknął zbolałym głosem - jeśli chcesz mnie powstrzymać, zrób 

to teraz…

Uśmiechnęła się, krzyżując ręce nad głową.

- Chcę się z tobą kochać. Teraz. Nie odmawiaj mi… proszę.

Zagryzł wargi. Ułożył się delikatnie na boku, tuląc do siebie jej drobne 

ciało.

- Nie chcę cię skrzywdzić… rozumiesz?

-   Pocałuj   mnie   -   szepnęła.   Nie   pragnęła   słów,   wyznań   i   zapewnień. 

Nareszcie przestała myśleć i błagała go o to samo. - Nie skrzywdzisz mnie, 

Justin. Nigdy. Po prostu kochaj mnie. Nic już nie mów.

background image

Westchnęła z ulgą, czując, że Justin wzmacnia uścisk. Czego miałaby się 

bać?   W   chwili   kiedy   to   pomyślała   -   zagarnięta   nagimi,   gorącymi   udami, 

zaatakowana agresywną męskością - mimowolnie napięła mięśnie.

Justin wycofał się, pogłaskał ją po włosach.

- Spróbuj się rozluźnić, malutka.

Popatrzyła   na   niego   szeroko   otwartymi   oczami.   Miała   przed   sobą 

mężczyznę swoich marzeń i rozpaczliwie go pożądała. Nie odrywając wzroku 

od jego  twarzy uniosła gwałtownie  biodra, napotykając ten  sam,  twardy jak 

kamień opór. Wbił się w nią jednym silnym pchnięciem przy akompaniamencie 

własnego   jęku.   Przeszył   ją   krótki   jak   błyskawica,   tępy   ból,   a   potem   udami 

oplotła jego biodra, z westchnieniem ulgi, z uczuciem doskonałej pełni.

Poruszał   się   wolno,   rozmyślnie,   jakby   rozkoszując   się   pierwszym 

nasyceniem. Melanie, zadowolona z tego rytmu, odpowiadała mu nieznacznymi 

ruchami bioder.

Nagle   zaczęła   czuć   wszystko   dotkliwiej   i   wyraźniej:   zapach   ich   ciał, 

kropelki potu na owłosionym torsie. Oddychała coraz szybciej.

- Justin!

-   Cicho,   kochanie…   nie   myśl   o   niczym…   zamknij   oczy,   zobaczysz 

gwiazdy.

Zaczął przyspieszać. Melanie zamarła na moment, wpiła się paznokciami 

w jego ramiona, zaciskając powieki. Ujrzała milion spadających gwiazd. Jej 

ciało   przeszył   dreszcz,   który   załamał   się   w   połowie   i   przemienił   w   błogie 

uczucie spełnienia.

background image

Bardzo   pragnął,   żeby   to   trwało,   żeby   Melanie   krzyczała   z   rozkoszy   i 

nigdy nie zapomniała tej chwili.

- Boże, Justin, nie miałam pojęcia, że może być aż tak… tak dobrze. 

- Ja też się tego nie spodziewałem. - Drżał, gdy jej dłonie gładziły biodra i 

pośladki, błądziły po kręgosłupie i udach, uczyły się na pamięć jego skóry.

- Chcesz powiedzieć, że… czułeś to samo?

- Wciąż to czuję, kochana. Prawdziwy dżentelmen zawsze zgadza się z 

opinią damy.

Ledwie   dokończył   zdanie,   jego   twarz   zastygła   w   dziwnym,   niemal 

bolesnym uśmiechu. Zaczął pędzić na oślep, porywając Melanie ze sobą, mokry 

od potu. Wreszcie opadł na nią bez tchu, w wyciągnięte ramiona, bezbronny i 

uspokojony. Zasnęli jednocześnie, zmęczeni i szczęśliwi jak dzieci.

Justin obudził się gwałtownie w środku nocy. Zaczął nasłuchiwać, ale 

zarówno w pokoju, jak i za oknem panowała absolutna cisza. Może właśnie brak 

jakichkolwiek   dźwięków   zakłócił   mu   sen…   Dlaczego   nie   słyszy   odgłosów 

dżungli? Choćby krzyku nocnych ptaków… Spojrzał na Melanie, która leżała 

tak blisko, uśmiechając się przez sen.

Po raz pierwszy, odkąd wylądował w Bogocie, pomyślał o Damonie i o 

Elise. Bez żadnej wiadomości od tylu dni jego przyjaciele musieli odchodzić od 

zmysłów. Lepiej jednak, żeby Elise nie wiedziała… 

O czym? O niebezpieczeństwie, jakie groziło jej siostrze, czy o tym, że z 

niekłamaną przyjemnością oboje udają małżeństwo? Co by powiedziała Elise, 

gdyby się dowiedziała o ich zażyłych stosunkach? To, co się stało, było i tak 

tylko sprawą czasu, ale nie miał zamiaru kochać się z Melanie w tym miejscu, w 

background image

takich nie sprzyjających okolicznościach. Inaczej wyobrażał sobie ich pierwszy 

raz, jej pierwszy raz w życiu! Myślał o sobie z niesmakiem. Melanie była taka 

bezbronna w jego ramionach… otwarta i oczekująca. Mógłby ją kochać całą 

noc. Na samą myśl o tym poczuł fizyczny ból w lędźwiach. Oparł się na łokciu, 

żeby zaczerpnąć powietrza - i nie zdołał stłumić cichego jęku.

Melanie   obudziła   się.   Dopiero   po   kilku   sekundach   oprzytomniała   i 

poszukała wzrokiem Justina. Miał oczy otwarte i dziwnie błyszczące.

- Boli cię coś?

- Nie, nie… - wykrztusił i przyciągnął ją mocno do siebie.

- Więc co się stało?

Nie chciał się przyznać. Po raz pierwszy w życiu tracił rozum. On, facet 

przed czterdziestką, zachowywał się jak opętany seksem nastolatek. 

Ręka Melanie zaczęła gładzić jego owłosiony tors. 

- Nic - zachrypiał jeszcze ciszej. 

- Żałujesz, że się kochaliśmy? 

- Nie. 

- Ja też nie. Było cudownie - powiedziała sennym głosem. - Kiedy mnie 

rozbierałeś, a potem dotykałeś w taki sposób… Justin, ja nawet nie marzyłam, 

że można czuć się tak cudownie.

- Tak, kochanie… O, Boże, lepiej już zaśnij. Musisz trochę odpocząć.

-   Wiem.   Ty   też   powinieneś   usnąć.   Nie   za   ciężką   mam   głowę?   Nie 

drętwieje ci ręka?

background image

Dłoń Melanie przesuwała się od piersi Justina do brzucha, coraz niżej… 

Chwycił ją za nadgarstek, ale było za późno. Odkryła jego podniecenie. Jej 

palce dziwiły się aksamitnej powierzchni, błądziły w tę i z powrotem z coraz 

większym zapamiętaniem. Justin westchnął ciężko, opadając na plecy. Cofnęła 

rękę.

- Naucz mnie, jak cię kochać - szepnęła.

- Nie potrzebujesz żadnych instrukcji, przysięgam, rób tak dalej…

- Tak?

- Och, tak… ale zatrzymaj się na chwilę, Melanie…

- Uwielbiam to, Justin. Skóra jest taka delikatna, a pod nią żywy kamień. 

Pulsuje, kiedy cię dotykam. Czujesz własny puls, Justin?

- Przestań! - Jednym ruchem wciągnął ją na siebie, uniósł lekko głowę, 

tak   żeby   ustami   dotknąć   nabrzmiałych   brodawek   jej   piersi.   Mruczała   z 

zadowolenia, kiedy ssał najpierw jedną pierś, potem drugą, w końcu zaczęła 

drżeć oszołomiona i tracić oddech. Objęła nogami jego biodra i zaczęła poruszać 

się delikatnie, powoli, jakby chciała przeciągnąć tę chwilę w nieskończoność. 

Justin uniósł się gwałtownie, wreszcie opadł na plecy z jękiem, chwycił ją w 

talii i zanurzył się w niej do końca.

- Czy teraz jest ci wygodnie? - zapytał.

- Cudownie…

- Melanie…

- Słucham.

background image

- Bardzo cię kocham.

- To dobrze. Ja też cię kocham.

Cedzili słowa powoli, dobitnie, w rytmie miłosnych poruszeń. Melanie 

poddała   mu   się   całkowicie,   zapomniała   o   braku   doświadczenia,   była 

rozpaczliwie wdzięczna za to, co czuła, i pragnęła, żeby Justin dogonił ją w tej 

gorączce. Żeby wspólnie dobili do brzegu. Stało się tak, jak chciała. Poczuła, że 

jakaś   siła   unosi   ją   w   powietrze.   Że   oboje,   oderwani   od   ziemi,   ulatują   w 

przestworza w błogim zespoleniu, rozkołysani miłosną galopadą. Razem z nimi 

kołysało się łóżko, ściany, dom, ziemia… wszechświat.

Melanie   opadła   bez   tchu   w   ramiona   Justina,   niezdolna   wykonać 

najmniejszego ruchu. I wciąż miała wrażenie, że wszystko wokół nich drży. 

Nagle Justin poderwał się i krzyknął.

-   Boże   święty!   Przecież   to   jasne!   -   Wyskoczył   z   łóżka.   -   Melanie, 

wstawaj, to trzęsienie ziemi!

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- Ubieraj się! Szybko! Musimy stąd uciekać.

background image

Melanie,   dość   brutalnie   przywołana   przez   Justina   do   rzeczywistości, 

zrozumiała, że musi wstać i włożyć ubranie. Nic więcej.

Gdzieś na parterze rozległ się potworny grzmot. Justin zaczął przeklinać. 

Zasznurował buty, chwycił plecak i wrócił do Melanie.

Stała przy łóżku jak zagubione dziecko, które nie wie, co ze sobą zrobić. 

Spodnie   i   koszulę   trzymała   w   ręku,   ale   nie   mogła   znaleźć   butów. 

Nieprzytomnym wzrokiem błądziła po pokoju.

- Co się z nimi stało? - zastanawiała się głośno.

Justin znalazł jeden but przy łóżku, drugi pod krzesłem. Podał je Melanie 

bez słowa. Wieczorem po kolacji nie troszczyli się wcale o garderobę…

Z sufitu odpadł kawałek tynku, w szczytowej ścianie pojawiła się wielka 

rysa   i   niemal   w   tej   samej   chwili,   tak   jak   błyskawica   zapowiada   uderzenie 

pioruna, rozległ się ogłuszający huk. Pokój rozkołysał się na dobre.

Justin szarpnął Melanie za rękę i pociągnął w kierunku wyjścia. Kiedy 

znaleźli się na korytarzu, usłyszeli następny łomot. Obejrzeli się przez ramię i 

oboje zdrętwieli. Kawałki łamiącego się dachu wpadały do sypialni.

Melanie krzyknęła. Spełniał się  jej koszmarny sen. Dokąd teraz mogą 

uciekać?   Dom   drżał   w   posadach.   Na   podłogę   spadały   belki,   cegły,   odłamki 

tynku. Trzymając się jak najbliżej ściany, zmierzali przez galerię do schodów. 

Lecz schodów już nie było.

background image

Dzwonek telefonu wyrwał Damona z głębokiego odrętwienia.

- Damon Trent.

- Damon! Och, Damon... - Elise, ze ściśniętym gardłem, ledwie mogła 

mówić.

- Elise! Co się stało? Masz jakieś wiadomości o Melanie?

- Nie. O Boże, Damon… W Kolumbii było trzęsienie ziemi.

- Trzęsienie ziemi? Kiedy?

- Dowiedziałam się o tym przed chwilą, z radia. Jakieś sto kilometrów na 

południe od Bogoty. Damon, co my teraz zrobimy?

- Zostań w domu i czekaj na mnie. Przyjadę najszybciej, jak będę mógł.

Elise odłożyła słuchawkę. Wpatrzona w pustą ścianę, nie usłyszała, kiedy 

do pokoju wpadł pięcioletni Eric.

- Co się stało, mamusiu?

Siłą woli powstrzymała się od płaczu. Nie miała prawa dzielić się swoją 

rozpaczą z małymi dziećmi.

- Martwię się o ciocię Melanie, skarbie.

background image

Eric   usiadł   na   kanapie   i   wziął   ją   za   rękę.   Tak   bardzo   przypominał 

Damona,   kiedy   marszczył   z   powagą   brwi…   Uśmiechnęła   się,   z   trudem 

powstrzymując łzy.

- Mamusiu, nie martw się. Cioci nic się nie stanie, zobaczysz. Pamiętasz, 

co powiedział tata. Wujek Justin ją obroni.

- Masz rację. Dobrze, że mi o tym przypomniałeś. - Starała się myśleć o 

czymś innym. O czymkolwiek, byle nie o trzęsieniu ziemi. Natrętna pamięć 

podsuwała   jej   sceny   z   Meksyku…   Gruzy,   zawalone   domy,   tysiące   ofiar. 

Pogłaskała Erica po gęstej czuprynie. - Co robi Brenda?

- Bawi się w przebieranie.

- W przebieranie? W co się wystroiła tym razem?

- W twoją szminkę, klipsy i takie tam różne… co noszą tylko dziewczyny.

- O Boże, jak ona to znalazła? - Elise wyszła z pokoju z nadzieją, że 

uratuje chociaż część swoich kosmetyków.

Kiedy Damon wrócił do domu, usłyszał głosy całej trójki dochodzące z 

małżeńskiej sypialni. Stanął w progu i zaniemówił.

Brenda zdawała się być w swoim żywiole. Wyglądało na to, że mimo 

młodego   wieku   poznała   wszystkie   techniki   makijażu…   Jej   czarne   loki, 

posypane   pudrem,   przybrały   odcień   beżowy.   Usta,   policzki   oraz   brwi 

"podkreśliła" jaskrawą szminką.

Na widok ojca zadzwoniła wszystkimi bransoletkami, jakie zdołała zapiąć 

na swoich chudych rączkach.

- Tatuś wrócił!

background image

- Tylko nic nie mów! - odezwał się Damon. - Pozwól mi zgadnąć… Do 

naszego miasta przyjechał cyrk i Brenda postanowiła przyłączyć do trupy w 

charakterze klowna. Trafiłem w dziesiątkę?

- Och, Damon! - Elise machnęła ręką. 

Zrezygnowała   z   usuwania   makijażu   z   twarzy   córki   i   przytuliła   się   do 

męża. Co za ulga! Wszystko stawało się łatwiejsze, kiedy on był w domu.

Pogłaskał ją po plecach, nie odrywając wzroku od Brendy.

-   Sądzę,   kochanie,   że   wybrałaś   nie   najlepszy   odcień   czerwieni.   Zbyt 

jaskrawy.

- Wyglądam super! - zachichotała Brenda.

- Jasne, tylko że mamusia nie może się teraz z tobą bawić, wiesz?

Elise otarła ukradkiem łzy, zanim odwróciła się do córki.

- Chodźmy, zmyjemy twarz specjalnym kremem, a potem doprowadzimy 

do ładu włosy. Panna strojnisia musi się jeszcze wiele nauczyć. Sama widzisz, 

że dbanie o urodę nie jest taką prostą sprawą. - Wzięła małą na ręce, zaniosła do 

łazienki i odkręciła kurek z impetem.

- W drodze do domu - zaczął Damon - słuchałem ostatnich wiadomości. 

Na szczęście nie wygląda to aż tak groźnie, jak podawali na początku. Wstrząs 

był lokalny, ograniczył się do niewielkiej powierzchni. Istnieje duża szansa, że 

Justin i Melanie dowiedzieli się o trzęsieniu ziemi później od nas.

- Ba, gdybyśmy wiedzieli, gdzie oni teraz są!

background image

-   Ciągle   o   tym   myślę.  Wiesz,   chyba   masz   rację.   Gdyby   twoja   matka 

zgodziła się zająć dziećmi, moglibyśmy polecieć do Kolumbii i spróbować ich 

odnaleźć.

Elise   wypuściła   z   rąk   gąbkę,   którą   myła   Brendę,   i   odwróciła   się   do 

Damona,

- Dziękuję ci, kochany.

- Swoją drogą, dobrze ci zrobi oderwanie się na chwilę od tych aniołków.

Nic nie powiedziała, bo nowe łzy napłynęły jej do oczu. Skinęła głową i 

zajęła się aniołkiem numer jeden.

Otworzywszy   oczy,   Justin   stęknął   z   przerażenia.   Zobaczył   niebo   oraz 

złote, nie zasłonięte ani jedną chmurą słońce. Gdy spróbował usiąść, przeszył go 

wściekły ból. Prawą ręką zaczął odgarniać gruz, kawałki tynku - odsłaniając 

pokaleczony tułów oraz lepkie od krwi strzępy koszuli.

background image

Nagle   wszystko   sobie   przypomniał.   Stał   z   Melanie   w   miejscu,   gdzie 

powinny zaczynać się schody… trzymał ją za rękę, zastanawiał się, jak wyjść z 

pułapki - i wtedy runęła cała galeria.

- Melanie!

Z całego domu zostało kilka ścian i zwały gruzu. Serce w nim zamarło, a 

potem   zaczęło   bić   jak   oszalałe.   Odrzucił   jeszcze   kilka   kamieni,   które 

przygniatały mu nogi i, zaciskając z bólu zęby, uklęknął wyprostowany. Gdzie 

ona  jest?  Trzymał  ją   za  rękę   do  ostatniej  chwili,   przecież   za  nic   by   jej  nie 

puścił… Musiała leżeć gdzieś niedaleko!

Znalazła się. Melanie leżała tuż obok Justina, ale rozdzieliła ich potężna 

belka sufitowa, zasłaniając widok. Przeczołgał się nad przeszkodą i dotknął jej 

twarzy.   Oddychała!   Na   czole   miała   wielkiego   guza,   krew   na   ramieniu,   ale 

oddychała!

Stanął na chwiejnych nogach i zaczął rozglądać się  za najłatwiejszym 

przejściem.   Gdzie   się   podziali   inni   ludzie?   Podniósł   Melanie   i   przedarł   się, 

niosąc ją na rękach ostrożnie, krok za krokiem, do drzwi frontowych, wciąż 

zamkniętych na klucz mimo braku ściany.

Pomyślał o prawowitym właścicielu domu. Czy ucieszyłby się? Uznał, że 

sprawiedliwości stało się zadość? Justin wiele by dał, żeby wiedzieć - na sto 

procent - czy Victor przeżył katastrofę. Jeżeli spał w swojej sypialni, szanse miał 

znikome. Ich samych uratował jakiś cud! Patrząc na to przerażające gruzowisko, 

miał wrażenie, że nikt nie ocalał.

Ułożył Melanie w cieniu, na skraju polany, a sam wrócił na poszukiwanie 

wody, jedzenia, ocalałych ludzi. Znalazł wodę, swój plecak i prowiant na kilka 

dni.

background image

Nie spotkał ani jednego żywego człowieka.

Kiedy wrócił, Melanie miała otwarte, całkiem przytomne oczy. Patrzyła, 

jak krążył wokół ruin tego wielkiego, pięknego domu, i nie mogła się doczekać 

jego powrotu.

-   Cieszę   się,   że   się   wreszcie   obudziłaś   -   przywitał   ją   promiennym 

uśmiechem - i widzisz, co się  stało. Trochę tu się  zmieniło, odkąd straciłaś 

przytomność. - Podał jej kubek z wodą, wytarł ręcznikiem czoło i przyjrzał się 

dokładnie guzowi.

- Wiesz, Justin, tak sobie myślałam... - zaczęła poważnym głosem.

- O czym?

- O nas.

- Ach, tak? To usprawiedliwia twój poważny ton - roześmiał się wesoło. 

-1 co sobie o nas pomyślałaś?

- Nie sądzisz, że powinniśmy pohamować swoje miłosne zapędy? Zobacz, 

co zrobiliśmy z tym biednym domem.

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, kochanie, ale nie mieliśmy z tym nic 

wspólnego. Matka Natura nabroiła tutaj sama, bez naszej pomocy. - Przygarnął 

ją do siebie i długo nie wypuszczał z ramion.  Przeżyła najgorsze, myślał w 

background image

popłochu.  Boże,   błagam,   nie   pozwól,   żeby   Melanie   umarła!   Ona   musi 

wyzdrowieć!

-   Co   za   ulga…   -   mruknęła,   zamykając   oczy.   Zastanawiał   się,   czy   to 

objawy   wstrząśnienia   mózgu,   silnego   szoku,   czy   Melanie   tylko   majaczy   w 

półśnie. Tak czy inaczej, nie do końca rozumiała, co się stało.

- Pamiętasz, kochanie, trzęsienie ziemi?

- Och, tak - jej twarz rozpromieniła się pięknym, sennym uśmiechem. - 

Było cudownie…

- Nieszczególnie… Pamiętasz, jak spadały kawałki sufitu?

- Nie - odpowiedziała po chwili namysłu. - Ale nareszcie rozumiem sens 

słów: "czuję, jak ziemia drży pod moimi stopami". Naprawdę tak czułam.

- Bardzo chciałbym, żeby to, co czułaś, było wyłącznie moją zasługą, ale 

niestety, ziemia drżała naprawdę.

- Nieważne - machnęła ręką. - Uwielbiam trzęsienia ziemi.

- Powinnaś teraz odpocząć. - Justin martwił się coraz bardziej. Wyjął z 

plecaka   swój   blezer,   złożył   go   w   kostkę   i   podłożył   Melanie   pod   głowę.   - 

Prześpij się, ja poszukam jakiegoś pojazdu. Nie muszę pytać o pozwolenie, bo 

poza nami nie ma tu żywego ducha.

Dżip   ostał   się,   na   szczęście,   w   nienaruszonym   stanie.   W   hangarze 

lotniczym, który również przetrwał trzęsienie ziemi, Justin zaopatrzył się w dwa 

kanistry benzyny. Kiedy podjechał na polanę, Melanie spała. Nie był pewien, 

czy to dobry znak. Denerwował się coraz bardziej, ale też wiedział doskonale, 

że jedyne, co może dla niej zrobić, to jak najszybciej zawieźć ją do lekarza. 

Ułożył ją na tylnym siedzeniu i ruszył w drogę.

background image

Po   kilku   godzinach   jazdy   znaleźli   się   w   sporym   miasteczku.   W 

porównaniu z dżunglą - szczyt cywilizacji, ale radość trwała krótko. Trzęsienie 

ziemi   i   tam   wyrządziło   poważne   szkody.   Maleńki   szpital   okazał   się 

przepełniony.   Sympatyczny   lekarz   naprawdę   nie   mógł   przyjąć   Melanie   na 

obserwację, ale zbadał ją dokładnie, stwierdził wstrząśnienie mózgu i pocieszył 

Justina,   że   kilka   dni   odpoczynku   pozwoli   jej   dojść   do   siebie.   Powtórzył 

kilkakrotnie, że nie przewiduje żadnych trwałych skutków urazu.

Justin odkrył, że i tak nie pojechaliby dalej, bo trzęsienie ziemi zniszczyło 

most. Zostało im nie więcej niż pół dnia jazdy do Viila Vicencias, ale jedyna 

droga okazała się przerwana. Telefony oczywiście nie działały.

Korzystając z rady tubylców, Justin uzbroił się w cierpliwość. Znalazł 

wygodny nocleg i przestał myśleć o jutrze. Kiedy Melanie zasypiała bezpiecznie 

w jego ramionach, modlił się, żeby wyprawa do Kolumbii zapisała się w ich 

życiorysie jako ostatnia ekscytująca przygoda. Marzył o ciepłym, bezpiecznym 

domu i nocach spędzanych we własnym łóżku. Ich wielkim, małżeńskim łożu…

Wczesnym rankiem Melanie obudziła się z ciężką głową i bólem mięśni. 

No tak, jęknęła cicho, do szczęścia brakowało mi tylko grypy.

Spojrzała   na   Justina.   Spał   na   boku,   zwinięty   w   kłębek,   jedną   ręką 

obejmując jej talię. Uśmiechnęła się. Kochali się, było cudownie. Może jednak 

przesadziła… jak na pierwszy raz, dlatego organizm odmówił posłuszeństwa i 

"uciekł" w grypę?

Kiedy przyjrzała mu się dokładniej, zauważyła ranę - rozległe, okropnie 

wyglądające   skaleczenie   między   nadgarstkiem   a   łokciem.   Jak   to   się   stało? 

Oczywiście!   Wybuch   zbiornika   z   benzyną.   Postanowiła   wstać   z   łóżka   i 

posiedzieć w gorącej wodzie. Może kiedy rozgrzeje mięśnie, poczuje się lepiej.

background image

Wyśliznęła   się   delikatnie   spod   ramienia   Justina.   Stanęła   przy   łóżku   i 

natychmiast z powrotem usiadła. Pokój wirował jak karuzela, a ona oddychała 

głęboko, żeby nie zemdleć. W końcu wszystko się uspokoiło. Melanie rozejrzała 

wkoło i osłupiała. Przecież to nie jest dom Victora! Zauważyła lustro na ścianie, 

tuż   obok   łóżka.   Wystarczyły   dwa   małe   kroki…   Wzięła   głęboki   oddech   i 

odważyła się wstać.

Polowa twarzy okazała się spuchnięta, na czole miała kolorowy siniak. 

Przyjrzała się dokładniej Justinowi. Miał podkrążone oczy, jakby nie spał od 

tygodnia,   głębokie   zadrapania   między   nosem   a   górną   wargą…   Niczego   nie 

rozumiała.

Próbowała   przypomnieć   sobie   ostatni   sen.   Kochali   się,   odczuwała 

wszystko jak na jawie. Dlaczego drżały ściany? Coś się wydarzyło, ale z jakichś 

powodów miała lukę w pamięci. Nie pamięta, żeby się przebierała, a przecież 

jest w nocnej koszuli…

Drobnymi kroczkami powędrowała do łazienki. Odkręciła kurek z gorącą 

wodą, rozebrała się i zanurzyła w kąpieli. W błogim odprężeniu, z zamkniętymi 

oczami, zaczęła rozpamiętywać wszystko od początku.

Wymknęli się z rąk Victorowi. Ale w jaki sposób? Te walące się ściany, 

drżąca podłoga… czy to był koszmarny sen? Guz na czole jest prawdziwy i boli.

Tak  czy  inaczej,  skoro  uciekli  przed  zbirami Victora,  nie  ma  żadnych 

przeszkód, żeby dotrzeć do Villa Vicencias i zakończyć tę nieszczęsną przygodę. 

Nieszczęsną?   Przecież   nie   żałowała   ani   jednej   chwili…   Dla   tamtej   nocy   z 

Justinem zgodziłaby się przeżyć wszystko od początku… Zdawała sobie sprawę, 

że w normalnych warunkach - gdyby nie jej wyjazd do Kolumbii, a potem cały 

łańcuch   niebezpiecznych   wydarzeń,   który   skazał   ich   na   wspólną   przygodę   - 

Justin nie wkroczyłby w jej życie i nie nauczył miłości.

background image

Właśnie dlatego, że go kochała, nie miała żadnej nadziei. Ani myślała 

zabiegać   o   stałe   miejsce   w   jego   życiu.   Miejsca   takiego   po   prostu   nie   było. 

Uwierzyła   mu   -   dlaczego   miałaby   nie   wierzyć   -   kiedy   w   chwili   uniesienia 

wyznał jej miłość, ale przecież nie na takiej miłości buduje się małżeństwo. 

Justin, wieczny kawaler, lubił swoją niezależność, pasowała do niego jak własna 

skóra. A czy w jego wieku zmienia się skórę? Kochała go takiego, jakim był 

naprawdę.

Wiedziała, że wcześniej czy później Justin z nią zerwie. Sam fakt, że jest 

wspólnikiem i bliskim przyjacielem jej szwagra, nie nastrajał optymistycznie, Z 

drugiej strony… niby dlaczego koligacje rodzinne miałyby niweczyć szczęście 

dwojga ludzi!

Jedyne wyjście, to przekonać Justina - gdyby kiedyś poruszył temat - że 

ona nie zamierza wyjść za mąż. Małżeństwo zbudowane na przymusie, choćby 

tylko psychicznym i zakamuflowanym, rozpadłoby się z hukiem. Miała jednak 

cichą nadzieję, że… nieprędko dojdzie do takiej rozmowy. Nie w Kolumbii.

Woda prawie ostygła, kiedy w otwartych drzwiach łazienki pojawił się 

Justin.

- Dzień dobry.

Przeszył ją dziwny ból. Jeszcze przed chwilą potrafiła rozsądnie myśleć, a 

teraz, kiedy patrzył na nią w ten sposób… wyobraziła sobie, że go utraci, że 

przyjdzie jej spędzić długie życie bez Justina - i zdrętwiała z przerażenia.

Spróbowała   spojrzeć   na   niego   obiektywnie,   jak   na   obcego   człowieka: 

poszarpane, nieświeże dżinsy, podrapane ramiona, siniaki na twarzy… Kochała 

go rozpaczliwie!

- Wyglądasz okropnie - wykrztusiła po długiej chwili milczenia.

background image

- Dziękuję. A ja chciałem powiedzieć, że wyglądasz znacznie lepiej niż 

wczoraj.

- Żartujesz? - Dotknęła guza na czole.

- Naprawdę. Wróciły ci kolory… No, może to za dużo powiedziane, ale 

naprawdę nie ma porównania. Jak się czujesz?

- Trochę połamana, głowa mnie boli jak diabli, ale poza tym wszystko jest 

w porządku. Gdzie jesteśmy?

- Zostało nam kilka godzin drogi do Villa Vicencias.

- Cudownie! To znaczy, że dotrzemy tam przed południem?

-   Niestety,   Melanie.   Zawalił   się   most,   uszkodzony   jest   spory   odcinek 

drogi. Po wczorajszej jeździe, niech ją szlag trafi, sądzę, że łatwiej dojdziemy na 

piechotę. Ale ponieważ źle się czujesz, nie ma o czym mówić. Poczekamy, aż 

wydobrzejesz.

- Zgoda - zawahała się. - Ale jutro będę całkiem zdrowa.

- Możliwe.

- Czy można stąd zadzwonić do Marii Teresy?

- Kable telefoniczne też są uszkodzone. Zresztą trudno się temu dziwić.

- Aha… - Pomyślała z przerażeniem o rodzinie. - Założę się, że mama i 

Elise wyrywają sobie włosy z głowy. Teraz już nie bez powodu…

- Owszem. Jeśli słyszały o trzęsieniu ziemi, na pewno wpadły w panikę.

- Co?! Więc naprawdę było trzęsienie ziemi?

background image

- Niczego nie pamiętasz?

Pokręciła głową, marszcząc z wysiłkiem brwi. Justin parsknął śmiechem.

- Co w tym śmiesznego?

- Opowiem ci kiedy indziej. Pamiętasz dom Victora? Leży w gruzach.

-   O   Boże!  Pamiętam   jakieś   pojedyncze   obrazy,   urwane   sceny,   strzępy 

koszmarnego snu. Zburzone schody… Spadające na podłogę kawałki sufitu.

-   To   wszystko   działo   się   naprawdę.   Masz   rację,   to   przypominało 

koszmarny sen.

- I dzięki trzęsieniu ziemi urwaliśmy się Victorowi?

- Nikt nie protestował, kiedy pożyczałem jego dżipa.

- Fajnie, że mamy z głowy tego łajdaka - uśmiechnęła się ciepło - ale 

trzęsienie ziemi nadszarpnęło moje nerwy.

- Przysięgam, że ja go nie zamawiałem. Długo jeszcze tu posiedzisz?

-   Och,   nie.   Już   wychodzę.   -   Wstała   natychmiast   i   trzymając   się   ręki 

Justina wyszła ze staromodnej, bardzo wysokiej wanny.

Kropelki wody spływały po jej ciele. Jedna z nich wykonała błyskawiczną 

marszrutę od szyi, poprzez zagłębienie między piersiami, do pępka, aż wreszcie 

zginęła w jasnym gąszczu…

Justin otulił Melanie ręcznikiem, a potem zaczął powoli, zdecydowanymi 

ruchami, masować jej plecy.

background image

Pasemko   długich   rozpuszczonych   włosów   owinęło   się   wokół   jego 

nadgarstka.

- Przepraszam - szepnął. - Zaplątałem się niechcący.

Odwróciła się i spojrzała mii w oczy. Ujrzała w nich płomień, który mógł 

spalić ją całą na popiół.

Wspięła się na palce. Nie odwracając wzroku, oplotła ramiona wokół szyi 

Justina. Chciała płonąć jego ogniem, nie zmarnować ani odrobiny czasu, który 

im pozostał.

- Chciałbyś, żebym wyszorowała ci plecy, teraz, z samego rana?

Dotyk jej piersi, pokrytych gęsią skórką, zderzających się delikatnie z 

jego torsem, odebrał Justinowi mowę. Szorowanie pleców odłożyli na później.

Palce   prawej   ręki   wplątał   w   jedwabiste,   wilgotne   włosy.   Musiała 

przechylić głowę do tyłu, a wtedy wargami dotknął jej ust, całował zachłannie, 

gwałtownie, głęboko sięgając językiem, nie dając Melanie czasu na wahanie.

Nie wahała się. Pożądanie łączyło ich jak mocny węzeł. Przylgnęła do 

Justina bezwiednie, błagała wzrokiem, żeby ją kochał.

Kiedy   kładł   Melanie   na   łóżku,   jej   ręce   ześliznęły   się   z   jego   szyi   i 

powędrowały   w   dół,   do   zapięcia   spodni.   Oczy   skrzyły   się   radosnym 

podnieceniem, jakby zapomniała o lękach i nieśmiałości.

Pochyliła   się   nad   Justinem   i   dotknęła   wargami   jego   skóry.   Całowała 

każdy milimetr jego ciała, czując, jak pulsuje z rozkoszy, widząc, jak maluje się 

na jego twarzy uczucie błogości.

background image

Reakcje Justina były natychmiastowe. Całował ją coraz głębiej i żarliwiej, 

jego dłonie odpowiadały pieszczotą na pieszczotę.

Kochali się rozpaczliwie, pozwalając budzić swoje ciała raz po raz do 

przeżywania i dawania rozkoszy. Później, kiedy leżeli skuleni, twarzą w twarz, 

myśleli o tym samym, ale skąd mogli wiedzieć…

- Dziękuję.-Melanie pocałowała Justina w brodę.

- Za co? - mruknął basem, unosząc głowę.

- Za to, że nauczyłeś mnie… kochać. Jesteś wspaniały.

- Skąd możesz o tym wiedzieć?

- Po prostu wiem.

- Ale żeby nie było nieporozumień, młoda damo: nie dam ci żadnych 

okazji do porównań. Może to niesprawiedliwe, ale trudno, taki twój los.

- Mógłbyś wyrażać się jaśniej?

- Dobrze… Otóż jak tylko wrócimy do cywilizacji, pobierzemy się… i 

będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Zamarła w bezruchu. Potem odsunęła się nieznacznie od Justina, żeby 

złapać oddech. Nie czuła się na siłach rozmawiać o tym teraz, kiedy zatraciła się 

w czystej radości, nie zmąconej marzeniami, lękiem o przyszłość ani głosem 

zdrowego rozsądku.

- O czym ty mówisz? - Postanowiła grać na zwłokę, bo naprawdę nie 

wiedziała, jak mu powiedzieć, że nie ma zamiaru wychodzić za mąż.

- Mówię, że chcę się z tobą ożenić.

background image

- Nie - pokręciła smutno głową - wcale nie chcesz.

- Ja nie chcę?! - Oparł się na łokciach i patrzył na nią zdumiony, szeroko 

otwartymi oczami.

- Tak. Ale rozumiem, skąd ten pomysł. W końcu jestem małą siostrzyczką 

Elise,   a   ty   najlepszym   przyjacielem   Damona.   Wyszłaby   dość   niezręczna 

sytuacja, gdyby dowiedzieli się, jak spędziliśmy ten tydzień.

- Nie dlatego chcę, żebyś została moją żoną!

- Nie musisz grać przede mną komedii, Justinie. Jeżeli nie ożeniłeś się do 

tej pory, to znaczy, że nie chcesz być żonaty. To jasne jak słońce - wycedziła 

nienaturalnie spokojnym głosem.

- Bzdura! Chcę się ożenić teraz, z tobą. Wcześniej nie miałem ochoty - to 

jest dopiero jasne jak słońce!

- Nie musisz podnosić głosu. Mam dobry słuch.

Opadł na plecy, przez długą chwilę nie odrywając oczu od sufitu.

- Nie mogę w to uwierzyć. Przez tyle lat nie poprosiłem nikogo o rękę, a 

kiedy wreszcie się zdecydowałem, ukochana daje mi kosza.

- Nie bierz tego do siebie… tak poważnie…

- A jak, do diabła, mam to wziąć? Czy nie powiedziałaś, że mnie kochasz?

- Tak.

- Kłamałaś?

- Nie kłamałam.

background image

- Więc dlaczego nie chcesz wyjść za mnie?

- Powiedziałam ci już. Dlatego, że ty wcale nie chcesz być żonaty. Żyjesz 

sobie własnym życiem, dokładnie tak jak lubisz, i ja to świetnie rozumiem. 

Gdybyś nie przyjechał po mnie do Kolumbii na prośbę Damona, do głowy by ci 

nie przyszedł taki pomysł, rozumiesz?

- To akurat święta prawda, ale…

- Zapomnijmy o tyra, co się wydarzyło, Justinie. Elise i Damon nie muszą 

o niczym wiedzieć.

- Każesz mi zapomnieć o… o tym wszystkim?

- Tylko nie udawaj, że przeżyłeś coś szczególnego, że kochałeś się po raz 

pierwszy.

- Nigdy ci nie mówiłem, że nie spałem z innymi kobietami. Byłoby to 

śmieszne. Ale wiem jedno: że jestem twoim pierwszym mężczyzną.

- Ach, więc tu cię boli. Nie czujesz się chyba winny. Do niczego mnie nie 

zmuszałeś.   Jeśli   pogrzebiesz   w   pamięci,   przypomnisz   sobie,   że   byłam   ci… 

wdzięczna.

Justin usiadł na brzegu łóżka.

-   Zawieszam   dyskusję.   Pójdę   się   ogarnąć,   ubrać   i   przyniosę   coś   do 

jedzenia. Kiedy napełnimy puste żołądki, wrócimy do rozmowy.

- Jestem głodna jak wilk, ale nie ma sensu wałkować tego od początku…

- Wydaje mi się, że wprost przeciwnie - burknął pod nosem, zamykając 

się w łazience.

background image

Melanie zaczęła szczotkować włosy, a potem zaplatając je w warkocz 

próbowała zebrać myśli. A więc stało się. On postąpił właściwie i zaproponował 

jej   małżeństwo.   W   porządku,   chciał   mieć   czyste   sumienie.   Ona   postąpiła 

właściwie,   odrzucając   oświadczyny.   Szkoda   tylko,   że   robienie   właściwych 

rzeczy tak boli… Justin zagalopował się w roli niezłomnego rycerza i chyba nie 

ma zamiaru złożyć broni.

Starała   się   okiełznać   wyobraźnię.   Nie   myśleć,   jak   by   to   było,   gdyby 

została panią Drakę, zamieszkała z Justinem w Buenos Aires albo gdziekolwiek 

indziej, tam, dokąd rzuciłby go los. Westchnęła. Przecież nie jest dzieckiem. 

Odróżnia romantyczne historie od prawdziwego życia. Kocha Justina, będzie go 

kochać zawsze, dlatego nie ma zamiaru go ujarzmiać. Nie pozwoli, żeby ich 

miłość zamieniła się w niewolę.

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Justin ochłonął z zaskoczenia, choć przyszło mu to z niemałym trudem. 

Przyznał w duchu, że sam jest sobie winien. Zachował się jak mały chłopiec, a 

raczej jak słoń w składzie porcelany, ale Melanie swoim sądem o małżeństwie 

wprawiła   go   w   osłupienie!   Czuł   się   jak   uczniak   postawiony   do   kąta...   nie 

wiadomo za co. Mógł przemyśleć wszystko dokładniej - zanim wyrwał się z 

oświadczynami jak Filip z konopi.

background image

Melanie wielokrotnie dawała mu do zrozumienia, że nie chce żyć pod 

niczyją kuratelą. Nie powinien lekceważyć tego, co powiedziała. A może sądzi, 

że trzydziestosiedmioletni facet jest dla niej za stary… Nie powiedziała tego 

wprost, żeby nie ranić jego uczuć. Czy dwanaście lat to taka straszna różnica 

wieku?   Przepaść   pokoleniowa?   To   zależy…   Melanie   imponowała   mu 

wyjątkową dojrzałością, a nie młodym wiekiem, poza tym sama mówiła, że 

obraca się wśród ludzi starszych od siebie. A jednak… Dwadzieścia pięć lat to 

dużo   mniej   niż   trzydzieści   siedem.  A  może   poczuła   się   zbyt   "łatwa",   może 

zapragnęła, żeby się o nią starał, zalecał, żył w niepewności. Tak, to wydaje się 

bardziej prawdopodobne. 

Więc będzie czekał. Wszystko jedno, ile dni, miesięcy, lat, bo i tak nie ma 

innego wyjścia. Niech tylko ta nieszczęsna wizyta w Villa Vicencias dojdzie do 

skutku, wtedy… 

Do diabła! Wtedy będzie musiał natychmiast wrócić do Buenos Aires i 

stwierdzić, czy uda się jeszcze uratować kontrakt z Jorgem Villaneuvą. No, ale 

potem mógłby polecieć do Stanów i porozmawiać z nią… O czym? Poprosić, 

żeby zostawiła rodzinę, przyjaciół, sklep z upominkami i wyszła za niego za 

mąż? Żeby zamieszkała w Argentynie, żyła w jego cieniu i rodziła mu dzieci?

Rusz głową, stary. Melanie nie ma zamiaru wychodzić za mąż. Odkryłeś 

nagłe, że nie możesz bez niej żyć? A to wcale nie znaczy, że ona nie może żyć bez  

ciebie. Takie rzeczy zdarzają się milionom ludzi. Banalne zakończenie romansu.

Wykąpał się, wytarł szorstkim ręcznikiem, spojrzał z zadumą w lustro. A 

więc   nie   udało   mu   się   znaleźć   ani   jednego   powodu,   dla   którego   panna 

Montgomery miałaby powiedzieć "tak". 

Kiedy   wyszedł   z   łazienki,   Melanie   nie   było   w   pokoju.   Na   równo 

posłanym łóżku leżały ubrania wyjęte z plecaka - wszystkie w żałosnym stanie, 

background image

ale choć trochę czyściejsze od szmat, które przetrwały trzęsienie ziemi. Ubrał 

się błyskawicznie i wybiegł na korytarz. Melanie nie było ani na korytarzu, ani 

na dole przy wyjściu. Zatrząsł się ze złości. Czy ona ma dobrze w głowie? Po 

tym wszystkim, co przeszli, jeszcze jej mało! Pewnie wybrała się na spacer - 

odetchnąć świeżym powietrzem! Cholera jasna… 

Natychmiast się uspokoił, gdy dostrzegł Melanie na ławce przed hotelem, 

z małym chłopcem na kolanach. Malec wyglądał na cztery lata i głośno płakał.

-   Och,   Justin!   Przetłumacz   mi,   co   on   mówi.   I   spójrz   na   jego   nóżkę, 

strasznie spuchnięta, nie wiadomo, czy nie jest złamana.

Justin ukucnął, wziął małego za brudną rączkę i zaczął łagodnie do niego 

przemawiać. Okazało się, że Miguel nie wie, gdzie mieszka, zgubił matkę i jest 

bardzo głodny.

Popatrzyli na ulicę przed hotelem. Gromady ludzi przemieszczały się w 

obie strony. Jedni prowadzili rannych, inni przystawali z tobołami, jakby nie 

wiedząc, co ze sobą zrobić. Niektórzy krążyli w tę i z powrotem, ale nikt nie 

szukał małego dziecka.

- Zabierzemy chłopaka na śniadanie, a potem spróbujemy szczęścia w 

szpitalu. Może go ktoś szukał.

Zresztą lekarz musi obejrzeć tę nogę.

Melanie nie pamiętała swojej pierwszej wizyty w szpitalu, który, jeszcze 

bardziej zatłoczony niż poprzedniego dnia, zrobił na niej wstrząsające wrażenie. 

Lekarz wytłumaczył im, że samo miasto ucierpiało w niewielkim stopniu, ale 

rannych zwożono z odległych nawet okolic. Noga Miguela okazała się silnie 

stłuczona,   ale   nie   złamana.   Jakaś   kobieta,   która   przyprowadziła   kulejącego 

mężczyznę, rozpoznała chłopca i zawołała go po imieniu. Dziecko rzuciło się jej 

background image

na szyję i rozpłakało z radości. Kobieta okazała się ciotką małego, ale zgodziła 

się nim zaopiekować do czasu, kiedy odnajdzie się jego matka.

- Wygląda  na   to,  że  przydałaby   się   panu   każda   pomoc   -  zwróciła   się 

Melanie do lekarza.

- O tak… - pokiwał siwą głową, wycierając pot z czoła. - Nie brakuje nam 

tylko pacjentów. To maty szpital, trzeszczy w szwach, ale robimy, co w naszej 

mocy.

- Gdybym mogła się do czegoś przydać… - Spojrzała na Justina. - Nie 

masz nic przeciwko temu, prawda?

- Ależ skąd. Zostań w szpitalu, ja tymczasem rozejrzę się po mieście i 

zorientuję, czy mamy szansę przedostać się na drugą stronę rzeki. Przyjdę po 

ciebie   wieczorem.   Sam   już   nie   wiem   -   zawiesił   głos   -  czy   tobie,   czy   mnie 

spieszy się bardziej do Villa Vicencias.

Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle.

W czasie śniadania Justin nie powrócił do tematu porannej rozmowy, choć 

czekała na to ze ściśniętym sercem. W porządku. Zrobił, co do niego należało, 

złożył   propozycję,   ale   nie   miał   zamiaru   nalegać.   Tak   będzie   lepiej, 

przekonywała samą siebie.

Cały dzień spędziła w szpitalu. Wieczorem, zmęczona i obolała, odkryła 

w łazience, że jedyne, czego może się nie obawiać, to ciąża. Przygoda jej życia 

zbliżała  się  ku  banalnemu  końcowi,  bez   kłopotliwych  konsekwencji…  i  bez 

happy endu.

background image

Justin   zastał   Melanie   w   pokoju   hotelowym.   Spała   zwinięta   w   kłębek, 

dziwnie rozpalona, z bolesnym wyrazem twarzy. Kiedy usiadł na brzegu łóżka, 

otworzyła oczy.

- Płakałaś?

- Nie. Ale chce mi się wyć. Raz w miesiącu żałuję, że jestem kobietą. 

Dopadło   to   mnie   w   szpitalu,   niespodziewanie,   dlatego   nie   czekałam   już   na 

ciebie, przepraszam.

- Rozumiem. - Milczał przez chwilę. - To pewnie ze zmęczenia i nadmiaru 

emocji. Ale chyba odetchnęłaś z ulgą…

- Oczywiście. Czułabym się strasznie, gdybyś pomyślał, że próbowałam 

cię złapać na…

- Jak możesz! - Przebiegł palcami po jej plecach. - Nigdy bym tak nie 

pomyślał, Melanie.

-   No   to   ulżyło   mi   podwójnie   -   rozpogodziła   się.   -   Mam   nadzieję,   że 

będziesz mnie dobrze wspominał. Nie chciałabym ci się kojarzyć z trzęsieniem 

ziemi, Victorem i narkotykami.

- Nie martw się. Masz zapewnione dożywotnie miejsce w mojej pamięci. 

Ale nie opowiem ci teraz, z czym będziesz mi się kojarzyć… Nie jesteś dzisiaj 

w formie. - Pocałował ją w czoło.

- Zastanawiałam się, co opowiedzieć rodzinie, kiedy wrócę do domu. Jeśli 

dowiedzą się o Victorze i wszystkich naszych tarapatach, będą się martwić i 

dręczyć mnie jeszcze bardziej niż do tej pory.

- Niestety - zauważył chłodno.

background image

- Więc powiedzmy im, że znalazłeś mnie od razu, ale mieliśmy kłopoty z 

transportem i tyle.

- Jak sobie życzysz.

- Znam ich. Naprawdę nie chcę, żeby osiwieli z mojego powodu.

- Wiem, wiem. Kochasz ich bardzo, prawda?

- Uhm - jej twarz rozpromieniła się. - Najbardziej Erica i Brendę.

- Do czasu kiedy będziesz miała własne dzieci.

- Nie chcę mieć dzieci.

- Bzdura! Lgniesz do dzieci, tak jak one do ciebie. Byłabyś wspaniałą 

matką.

Pokręciła głową. Bała się panicznie, że zanim otworzy usta, rozpłacze się 

jak bóbr.

- Dajmy temu spokój. Nie musisz decydować się akurat dzisiaj. Odłóżmy 

planowanie twojej rodziny i chodźmy coś zjeść. Nie jesteś głodna?

- Chyba nie. Pójdę wcześniej spać, bo przecież rano wyruszamy.

- Sądzisz, że do jutra będziesz w lepszej formie?

- Jasne. Rano mnie nie poznasz, zobaczysz. 

- Wobec tego przyniosę ci coś do pokoju, zgoda?

- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu…

background image

-   Kochanie,   kłopoty   to   moja   specjalność,   ale   sam   na   nie   zarabiam.   - 

Pochylił się nad nią i pocałował w policzek.

Kiedy   zamknął   za   sobą   drzwi,   Melanie   utonęła   we   łzach.   Umrę   albo 

wybiję go sobie z głowy, szlochała cicho.

Kiedy  wrócił, było  zupełnie ciemno. Zapalił tylko światło w  łazience, 

żeby nie obudzić Melanie. Jakimś cudem, nie wiadomo kiedy, zdołała uprać 

wszystkie   ich   ubrania.   Pokój   pachniał   świeżością.   W   łazience   unosił   się 

delikatny aromat pudru i wody kolońskiej. Pomyślał nagle, że już do końca 

życia taki zapach będzie mu się kojarzył z ich miłością. 

Wziął prysznic, zgasił światło i po omacku trafił do łóżka. Uświadomił 

sobie raptem, że skoro są wolni i nic im nie grozi, zniknął powód, dla którego 

udawali   małżeństwo.   Mogli   spać   oddzielnie.   Wciąż   udawali?   Drżał   z 

podniecenia, niczego nie udając. Za późno było na szukanie drugiego pokoju. 

Zresztą gdyby Melanie obudziła się i zauważyła, że go nie ma, wpadłaby w 

popłoch.   Może   to   ich   ostatnia   noc…   Jeżeli   wszystko   pójdzie   tak,   jak 

zaplanował, jutro rano przeprawią się łodzią przez rzekę i powędrują do Villa 

Vicencias.

Melanie   nie   obudziła   się,   a   jednak   przez   sen   czuła,   że   nie   śpi   sama. 

Przysunęła się do jego boku, głowę ułożyła na piersi, mrucząc z zadowoleniem. 

background image

Pachniała tak słodko. Może właśnie ten zapach przyjdzie mu zapamiętać na całe 

życie.

Justin   usłyszał   gwałtowne   pukanie   do   drzwi.   Poderwał   się   i   niewiele 

myśląc, mruknął: "proszę".

Ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć w tym miejscu, był Damon 

Trent.

Gość zamarł na chwilę, potem wszedł do środka i powoli zamknął za sobą 

drzwi.

- Widzę, że niepotrzebnie się martwiliśmy. Tak, nareszcie rozumiem…

Justin uwolnił swoje ramię, przekładając głowę Melanie na poduszkę.

- Słuchaj, Damon, wszystko ci wyjaśnię - szepnął. - To nie jest wcale tak, 

jak ci się wydaje.

- Z kogo chcesz zrobić idiotę, Justin? Chyba widzę, co jest grane. Całe 

szczęście, że przekonałem Elise, żeby została u Marii Teresy…

- Elise jest w Villa Vicencias?

- Tak. Przylecieliśmy wczoraj.

- O matko… - Justin zerknął na Melanie.

- No właśnie. Nic dodać, nic ująć. Przypuszczam, że jesteś gotowy ożenić 

się z Melanie - wycedził chłodno Damon.

- Jasne. Kocham ją.

background image

Twarz Damona natychmiast się rozpromieniła. Poczekał, aż Justin włoży 

spodnie, i podszedł do niego z wyciągniętą ręką.

- Witaj w rodzinie. Fantastyczny pomysł!

-   Zaraz,   zaraz,   wstrzymaj   się   z   gratulacjami.   Niczego   nie   rozumiesz. 

Melanie nie chce wyjść za mnie.

- Czego nie chce?

-   Ciii!   Spróbuj   jej   nie   obudzić.   Miała   ciężkie   przejścia,   musi   swoje 

odespać. Zejdźmy na dół, pogadamy przy kawie. Wszystko ci opowiem, jeśli 

potrafię.

Kiedy Melanie otworzyła oczy, zdziwiła się trochę, że nie ma przy niej 

Justina. Słyszała w nocy, jak wchodził, brał prysznic, była jednak zbyt śpiąca, 

żeby z nim rozmawiać.

Usiadła,   wyciągnęła   ramiona,   szczęśliwa,   że   czuje   się   o   wiele   lepiej. 

Wieczorem zobaczy się z Marią Teresą. Zadzwoni do matki, potem do Elise, 

może nawet pogada z Brendą i Erikiem. Czas wrócić do normalnego życia. 

Oddzielić rojenia od rzeczywistości. 

background image

Umyła   się,   błyskawicznie  ubrała   i  zbiegła   na   dół.  Na   pewno   znajdzie 

Justina przy porannej kawie. Wypatrzyła go w najodleglejszym kącie jadalni. 

Dzielił stolik z jakimś mężczyzną. Stanęła jak wryta. Po pierwsze, rozmawiali 

po angielsku, a po drugie… ona tego faceta znała!

- Damon!

- Witaj, siostrzyczko!

- Och, Damon! - Melanie zawisła na jego szyi. - Jak to dobrze, że jesteś! 

Jak się tu dostałeś? A co z Elise? Skąd wiedziałeś, gdzie nas szukać?

-   Zaraz,   spokojnie   -   wybuchnął   gromkim   śmiechem.   -   Nie   mogę 

odpowiedzieć na wszystkie pytania jednocześnie. Usiądź.

Podał jej krzesło i sam ją na nim posadził, bo Melanie wyglądała jak 

manekin   -   uśmiechnięty,   ale   sztywny   w   kolanach.   Skinął   na   kelnera,   żeby 

przyniósł więcej kawy.

Skorzystała z okazji, żeby zerknąć na Justina, ale on wyraźnie unikał jej 

wzroku.   Zastanawiała   się,   od   kiedy   Damon   jest   w   hotelu   i   na   ile   został 

wtajemniczony w szczegóły. Dowiedziała się, że Elise jest u Marii Teresy, że 

przyjechał wypożyczonym samochodem i zostawił go po drugiej stronie rzeki. 

Jak tylko się spakują i zjedzą śniadanie, przeprawią się na drugi brzeg tą samą 

łodzią. Przewoźnik jest opłacony i cierpliwie na nich czeka. Do Villa Vicencias 

powinni dotrzeć wczesnym popołudniem.

- O dziwo, wyglądasz na wypoczętą, Melanie. Masz dosyć przygód na 

pewien czas, czy dopiero rozsmakowałaś w awanturniczym życiu?

W oczach Damona dostrzegła kpinę pomieszaną z sympatią.

background image

- W gruncie rzeczy nie było tak źle, Damonie - uśmiechnęła się potulnie, 

niepewna, czy Justin dotrzymał umowy, czy też wszystko wypaplał. - Mieliśmy 

poważne   trudności   z   transportem.   Zadzwoniłabym   do   was,   gdyby   to   było 

możliwe. Z telefonami w tym kraju…

- Tak, wiem. Justin mi o tym opowiedział.

- Tak? A więc wiesz już, jak to wyglądało.

- Tak, chyba tak. - Odwrócił się do kelnera, żeby zamówić śniadanie.

Mężczyźni   rozmawiali   o   interesach.   Z   tego   co   zrozumiała,   Damon 

zastąpił Justina w negocjacjach zawieszonych w Buenos Aires z powodu jego 

wyjazdu do Kolumbii. Sprawy przybrały jak najlepszy obrót. Gdyby choć na nią 

spojrzał… 

Zachowywał   się   uprzejmie,   przesadnie   uprzejmie!   Podsuwał   to   sól,   to 

cukier,   ciągle   pytał,   czy   czegoś   nie   potrzebuje,   traktował,   jak   gdyby   była 

Erikiem albo Brendą. Musiała coś wymyślić, żeby zostać z Justinem sam na sam 

- wystarczająco długo, żeby ustalić wspólną wersję wydarzeń. Nie było żadnego 

powodu,  dla  którego  Elise   albo  ktokolwiek  inny  miałby  się  dowiedzieć,  jak 

spędzała noce! 

Ogarniała ją panika, ale niezbyt uczciwie tłumaczyła sobie jej powody.

- Jesteś gotowa? - spytał Damon.

- Muszę pójść na górę, spakować nasze rzeczy… - urwała w pół zdania. 

Czy Damon wiedział, że spali w jednym pokoju? Zerknęła na Justina, ale nawet 

na nią nie spojrzał. Zadał przyjacielowi kolejne pytanie dotyczące interesów. 

Damon zdawał się jej niefortunnego określenia, owych „naszych rzeczy" nie 

usłyszeć.

background image

Czy obaj grali?

- Za chwilę wracam - powiedziała nienaturalnie głośno, po raz kolejny nie 

doczekawszy się odpowiedzi. 

- A więc nie chce za ciebie wyjść…

- Nie.

- Podała jakiś powód?

- Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że nie chce i 

już. Powody wydają się oczywiste.

- Ja nie widzę w tym nic oczywistego. Ale powiedz, co ci się wydaje.

- Jest dla mnie za młoda. Ma swoją pracę, swoje życie. Ja mam za to 

starokawalerskie nawyki.

- To właśnie ci powiedziała?

- Nie.

- Więc dlaczego nie chcesz się przyznać, co powiedziała Melanie?

- Co to za różnica? - Damon wpił się w niego takim charakterystycznym 

kocim wzrokiem… 

background image

Justin wzruszył ramionami.

- Powiedziała, że nie wyjdzie za mnie za mąż, bo doskonale wie, że nie 

chcę   być   żonaty.   Że   oświadczyłem   się   dla   przyzwoitości,   ze   względu   na 

przyjaźń z tobą i takie tam bzdury. Jednym słowem, daje mi kosza dla mojego 

własnego dobra.

- A od czego zaczęła swój równie subtelny, jak przewrotny wywód?

- Od tego, że nie ożeniłem się do tej pory.

- No, to już coś… A dlaczego nie ożeniłeś się do tej pory?

- Dlatego, że haruję dla ciebie jak niewolnik i nie mam czasu na życie 

prywatne! I dlatego, że… - dodał wolniej, jak gdyby głośno myślał: - dlatego, że 

czekałem, aż dorośnie. Czekałem na nią.

Damon uśmiechnął się szeroko, z nie ukrywaną satysfakcją.

- Zastanawiałem się, czy aby sam zdajesz sobie z tego sprawę.

- Jak to?

- Och, Boże! Przyglądam ci się od tylu lat, wysłuchuję zwierzeń, widzę, 

jak   się   zachowujesz.   Odkąd   ją   poznałeś,   traktujesz   inne   kobiety   jak   facet 

żonaty…   w   każdym   razie   zajęty.   Nigdy   nie   zapomnę   tamtego   dnia,   kiedy 

zobaczyłeś ją po raz pierwszy. Przyjechała do nas, do Chicago, pamiętasz?

Justin kiwnął głową.

-   Zaprosiliśmy   cię   na   obiad.   Kiedy   weszła   do   pokoju,   zrobiłeś 

niesamowicie głupią minę! Jakby ci coś niewidzialnego spadło na głowę.

- Wyglądała cudownie. - Justin uśmiechnął się ponuro.

background image

- Wiem. Pamiętam też wyraz twojej twarzy, kiedy powiedziała, że ma 

dziewiętnaście lat. Ty chyba przekroczyłeś trzydziestkę.

- Trzydzieści jeden gwoli ścisłości. Patrząc na nią czułem się jak staruch 

lecący na dziewczynki, gwałciciel nieletnich, rozumiesz?

Damon rozpłynął się w uśmiechu.

-  Bawiłem się  z  tobą,  wtrącając   do  rozmowy  jej  imię,  ni  przypiął,  ni 

przyłatał, tylko po to, żeby zobaczyć, jak cię ściska w dołku. - Justin uniósł 

głowę   znad   filiżanki   kawy,   nie   wierząc   własnym   uszom.   -   Najzabawniej 

reagowałeś na imię Philip. Wiesz, tego faceta, który za nią od lat bezskutecznie 

łazi.

- Dlaczego, ty cholerny skur…

-  Ależ,   Justin.   Zachowuj   się   -   Damon   kpił   w   żywe   oczy.   -   Po   tym 

wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

- Wiedziałeś, co czuję, i świadomie się nade mną pastwiłeś?

- Nie powiem, że nieświadomie. Czekałem, żebyś się wreszcie ruszył i 

zrobił coś!

- Nie miałem zamiaru niczego robić…

- Tak też pomyślałem. I w końcu sam się ruszyłem. Dla twojego dobra. 

Nie mogłem na to patrzeć.

-   Chcesz   powiedzieć,   że   to   za   twoją   namową   Melanie   pojechała   do 

Kolumbii?

background image

- Nie przesadzaj. Nie miałem z jej decyzją nic wspólnego. Ja się tylko 

przyglądałem. I zadzwoniłem do ciebie, kiedy Melanie zaginęła.

- Dobrze zrobiłeś.

- Dzięki, Nareszcie jakieś dobre słowo. Pomijając jednak twoje uczucia, 

nadal uważam, że nikt sobie nie radzi lepiej w prawdziwych opałach. No i tak 

wymyśliłem, że kiedy będziesz z nią na okrągło, w sytuacji przymusowej, w 

końcu dojdziesz do ładu z własnymi uczuciami. - Damon rozparł się wygodnie 

na krześle. - Oczywiście pojęcia nie mam, jak Elise przyjmie wiadomość, że 

uwiodłeś jej siostrzyczkę.

- Boże, Damon! Masz zamiar jej o tym powiedzieć?

- Kto, ja? Niby dlaczego miałbym to zrobić?

- To, co zaszło między nami, jest wyłącznie naszą sprawą. - Justin wstał 

gwałtownie,   patrząc   przyjacielowi   prosto   w   oczy.   -   A   poza   tym   niczyją, 

rozumiesz?

- Zgadzam się. Moje gratulacje, nareszcie mówisz do rzeczy. Gotowy do 

wyjścia?

- Sprawdzę, co się dzieje na górze.

- Nie musisz się spieszyć. Mamy przed sobą cały dzień. Elise zacznie się 

denerwować dopiero wieczorem.

Justin zapukał do drzwi i czekał, aż Melanie mu otworzy. Oniemiała ze 

zdziwienia.

- Proszę. Odkąd to pukasz? Nie wziąłeś klucza?

background image

- Myślałem… no, że może chcesz pobyć trochę sama.

-   To   bardzo   miłe   z   twojej   strony   -   powiedziała   drżącym   głosem, 

zdejmując z łóżka plecak. - Dopychałam kolanem, ale jakoś go zapięłam. Nigdy 

nie nauczę się pakować tak jak ty.

Mruknął coś pod nosem, a potem się odwrócił w stronę drzwi.

- Justin? 

- Tak?

- Co powiedziałeś Damonowi o nas?

- A co tu jest do powiedzenia?

- Czy… opowiedziałeś, jak udawaliśmy małżeństwo?

- Niestety, tak. Tłumaczyłem, że nie mogłem spuścić cię z oka, a to był 

jedyny sposób, żeby nas nie rozdzielili.

- Aha… - Zastanawiała się przez chwilę nad treścią jego słów. - Myślisz, 

że powtórzy to Elise?

- Na dwoje babka wróżyła. Nigdy nie wiadomo, co zrobi Damon. Mój 

przyjaciel   staje   się   z   wiekiem   coraz   bardziej   tajemniczy,   a   już   najtrudniej 

przewidzieć, o czym będzie rozmawiał z żoną.

Zgadzała się z nim co do joty. Kochała swojego szwagra jak brata, ale 

rzadko potrafiła zrozumieć, o co mu naprawdę chodzi. Dobrze, że choć Elise go 

rozumiała.

- Jesteś gotowa do drogi? - Justin rozejrzał się po pokoju.

background image

- Tak, jestem gotowa. - Pozwoliła sobie na małe kłamstwo. 

Po tygodniu spędzonym z Justinem, nie czuła się na siłach rozmawiać z 

własną siostrą.

 

ROZDZIAŁ ÓSMY

Zbliżali   się   do   wielkiego   domu,   w   którym   mieszkała   Maria   Teresa. 

Samochód nie zdążył zatrzymać się przed bramą, kiedy przez otwarte z hukiem, 

masywne   drzwi   frontowe   wybiegły   dwie   kobiety.   Melanie,   nie   czekając,   aż 

kierowca  zgasi   silnik,  wyskoczyła  z  tylnego  siedzenia  i  rzuciła  się  na   szyję 

jednej   i   drugiej   naraz.   Związane   ramionami   śmiały   się   i   płakały,   niezdolne 

wydusić z siebie ani słowa.

Justin odetchnął z ulgą. Podróż okazała się o wiele dłuższa, niż by to 

wynikało   z   odległości   na   mapie.   Ilekroć   wyrwane   z   korzeniami   drzewo 

zagradzało szosę, musieli zawracać i szukać objazdu bocznymi drogami. Damon 

nie   raczył   mu   się   przyznać,   iż   zaczął   poszukiwania   poprzedniego   wieczoru, 

kilka godzin po tym, jak Justin z Melanie dotarli do szpitala. Uśmiech na jego 

twarzy mówił wyraźnie, że nie tylko nie żałuje nie przespanej nocy, ale jest w 

świetnym humorze.

background image

-   Wyobraź   sobie,   Elise   śmieje   się   po   raz   pierwszy,   odkąd   przyszła 

wiadomość,   że   Melanie   nie   dotarła   na   czas   do   Marii   Teresy   -   powiedział 

spokojnie do Justina. - Przyniósłbym was oboje na plecach, byle zobaczyć to 

jeszcze raz. Wyraz jej twarzy, kiedy chwyciła Melanie w ramiona.

Po raz pierwszy w życiu Justin rozumiał, co czuje Damon.

Maria   Teresa   oderwała   się   od   pochlipujących   sióstr,   żeby   podejść   do 

niego.

- Witam, panie Drake. Tyle się o panu nasłuchałam. Miło mi, że mogę 

pana wreszcie poznać.

Maria Teresa była fizycznym przeciwieństwem Melanie. Drobna, niska, z 

krótkimi czarnymi lokami, które podkreślały dziecięcy wyraz jej twarzy.

- Dziękuję, ze zaopiekował się pan moją przyjaciółką. Nie mogłam się 

was doczekać, ale czułam, że pan ją znajdzie, całą i zdrową.

- Zawsze do usług - Justin odwzajemnił się czarującym uśmiechem.

- Proszę wszystkich do środka. - Maria Teresa wskazała ręką drzwi, - 

Obiad będzie za godzinę, mam nadzieję, że zdążycie chociaż trochę odpocząć.

Okna pokojów mieszczących się na parterze wychodziły na olbrzymie 

okrągłe patio - zielone serce domu. Stamtąd, zewnętrznymi schodami, można 

było wejść na galerię, która wieńczyła pierwsze piętro, bądź - poprzez taras - do 

salonu.

- Boże, jaki piękny dom - westchnęła Melanie. - Nic dziwnego, że tak za 

nim tęskniłaś.

background image

-   Rzeczywiście,   uwielbiam   tu   wracać.   Mam   nadzieję,   że   ty   też   go 

polubisz.

Maria Teresa wskazała wszystkim ich pokoje.

- Nie wiem, jak reszta towarzystwa - zagrzmiał Damon - ale ja wchodzę 

pod prysznic i doprowadzam się do stanu używalności. Do zobaczenia przy 

obiedzie. - Razem z Elise zniknęli za drzwiami sypialni.

-   Twój   pokój   sąsiaduje   z   moim   -   Maria   Teresa   mrugnęła 

porozumiewawczo do Melanie. - Ale na pewno jesteś strasznie zmęczona.

- Nie na tyle, żebyśmy nie mogły pogadać. Ja będę moczyć się w wannie, 

a ty podzielisz się ze mną nowinami. Wszystkimi!

-  Wolałabym   najpierw   usłyszeć   je   od   ciebie.   Masz   pojęcie,   co   tu   się 

działo?   Umieraliśmy   ze   strachu.   -   Zaprowadziła   Melanie   do   łazienki,   sama 

nalała wody do wanny, wyjęła ręcznik i usiadła na stołku. - Ten twój Justin jest 

jeszcze   przystojniejszy,   niż   przypuszczałam.   Pamiętasz,   że   kiedyś   mi   o   nim 

opowiadałaś? 

- Tak… Ale to nie jest mój Justin. Pospieszył mi na ratunek na prośbę 

Damona.

- Rozumiem. I wcale się tobą nie interesuje.

- Oczywiście, że nie.

- Och, Melanie, jesteś niesamowita! - Maria Teresa wybuchnęła głośnym, 

radosnym   śmiechem.   -   Komu   ty   to   mówisz?   Spędziłam   z   tobą   cztery   lata. 

Wystarczy mi jedno spojrzenie w twoje niewinne oczy! Tylko mi nie mów, że 

iskry między wami lecą w jedną stronę.

background image

- Och, Terri… Kocham go strasznie. Ja chyba zwariowałam.

- Właśnie widzę. On także jest w tobie zakochany.

- Tak mówi.

- No i pięknie! Daję głowę, że oświadczy ci się lada moment.

- Już to zrobił.

- Oświadczył ci się, kochasz go i nie jesteś szczęśliwa? Przyznam, że nie 

bardzo rozumiem.

- Nie przyjęłam jego oświadczyn.

- Pewnie najadłaś się za dużo strachu przez ten ostatni tydzień. Taak… 

musiało pomieszać ci się w głowie. - Maria Teresa spojrzała na przyjaciółkę ze 

smutkiem w oczach. - Wyobrażam sobie, co przeżyłaś, ale za kilka dni będziesz 

jak   nowo   narodzona.   Uspokoisz   się,   zaczniesz   normalnie   myśleć   i   wtedy 

powiesz mu, co naprawdę czujesz.

- Nie mam zamiaru.

- Dlaczego?

- Zaproponował mi małżeństwo tylko dlatego, że… spaliśmy ze sobą.

-   Bzdura.   On   nie   wygląda   na   faceta,   który   wykorzystuje   sprzyjające 

sytuacje.

- Czy ja coś takiego powiedziałam? Przecież nie zgwałcił mnie, Terri! 

Oboje tego chcieliśmy.

background image

-   No   i   bardzo   dobrze!   Pobierzecie   się,   wychowacie   gromadkę   dzieci, 

będziecie żyli długo i szczęśliwie.

- Pomyśl chwilę. Justin ma trzydzieści siedem lat i nigdy nie był żonaty. 

Czy w tym wieku zmienia się poglądy na temat małżeństwa albo tryb życia, 

przyzwyczajenia…

- W każdym wieku można się zakochać, nie rozumiesz? Do tej pory nie 

chciał mieć żony, a teraz chce, bo cię kocha, zakuta pało.

- Bo zdaje sobie sprawę, że Damon skręciłby mu kark, gdyby postąpił 

inaczej. Wiesz, że moja rodzina traktuje mnie jak małą dziewczynkę. Niech by 

tylko ktoś spróbował mnie skrzywdzić…

- Więc wyjdź za niego. Kochasz go naprawdę?

- Oczywiście, że go kocham! Tak bardzo, że nie mogę go unieszczęśliwić. 

On nie nadaje się do życia w klatce.

- Może i nie. A może gotowy jest zamknąć się w jakiejś złotej klatce tylko 

z tobą.

- A może korne mają skrzydła, a świnie potrafią latać…

- Krótko mówiąc: masz zamiar stracić szansę poślubienia Justina Drake'a, 

ponieważ boisz się, że on będzie nieszczęśliwy.

Melanie spuściła głowę.

- W życiu nie słyszałam podobnej głupoty. Tylko ty możesz uczynić go 

szczęśliwym. A wiesz, jak to zrobić? Pokaż mu własną szczęśliwą buzię. Niech 

uwierzy, że to dzięki niemu.

background image

- Myślisz, że potrafię?

- Jestem pewna, że potrafisz. Nigdy dotąd nie poddawałaś się bez walki.

- Dlatego, że na niczym mi tak strasznie nie zależało. Nie bałam się.

- Więc nie bój się i teraz. Coś mi mówi, że i jemu kolana trzęsą się jak 

galareta… ale zrobi wszystko, żeby cię zaobrączkować. - Zaniosła się perlistym 

śmiechem.

-   Czyż   nie   byłoby   pięknie?   -   Melanie   powiedziała   to   rozmarzonym 

głosem.

- Cudownie. Zasługujesz na to. - Maria Teresa spojrzała na zegarek. - 

Sprawdzę, co z obiadem. Masz jakiś wystrzałowy ciuch?

- Niestety, nie. Prawie cały bagaż zgubiłam po drodze.

- Pogadam z Elise. Może by ci coś pożyczyła?

- Rób, co chcesz, moja swatko.

W   czasie   obiadu   zaczęło   się   rodzinne   przesłuchanie.   Ilekroć   pytanie 

zadano Justinowi, ten - z twarzą pokerzysty - cedował je na Melanie, która 

mówiła to, co chciała, oraz tyle, ile chciała. Jemu było wszystko jedno.

background image

-   Właściwie   nic   takiego   się   nie   działo.   Na   trasie   z   Bogoty   do   Villa 

Vicencias złapała nas lawina błota. Samochód nie nadawał się do jazdy. Mój 

szofer i przewodnik miał załatwić jakiś inny pojazd. Starał się, ale to nie było 

łatwe. No i wtedy, w jakimś małym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, 

znalazł   mnie   Justin.   Spieszył   się,   bo   zostawił   w   Buenos   Aires   jakieś   nie 

załatwione sprawy… Dotarł na piechotę do swojego starego znajomego, który 

pożyczył nam dżipa.

Justin   sięgnął   po   kieliszek   z   winem.   Melanie   naprawdę   minęła   się   z 

powołaniem. Powinna zostać aktorką.

- Dojechaliśmy do zerwanego mostu i koniec pieśni. Gdyby nie Damon, 

wędrowalibyśmy dalej na piechotę. Uparłam się, że nie wyjadę z Kolumbii, póki 

nie obejrzę domu Marii Teresy. To wszystko!

-  A  ja   wyobrażałam   sobie   Bóg   wie   co.   Śniły   mi   się   koszmary…   - 

roześmiała się Elise. - Znowu wyszłam na histeryczkę.

-   Zawsze   ci   mówiłam,   że   za   bardzo   się   o   mnie   martwisz.   -   Melanie 

poczynała sobie coraz śmielej. - Nawet przez moment nie groziło mi poważne 

niebezpieczeństwo.

Justin zakrztusił się ostatnim łykiem wina, a potem, odstawiając kieliszek, 

omal go nie stłukł. Melanie przesłała mu zimne spojrzenie, a Damon uderzył w 

plecy z przesadną gorliwością.

- A co z trzęsieniem ziemi? - zapytała Maria Teresa.

-  Trzęsienie   ziemi…   -   Szukała   ratunku   w   oczach   Justina,   niestety,   na 

próżno. - Widzieliśmy mnóstwo zniszczeń… wokoło, chociażby ten zawalony 

most, ale, prawdę mówiąc, ominęliśmy centrum katastrofy. Mieliśmy szczęście.

background image

- Mnóstwo szczęścia - dodał spokojnie Damon.

- Nie podziękowałam ci jeszcze za to, że przysłałeś po mnie Justina. - 

Czuła, że drżą jej ręce i płoną policzki.

- W końcu po to ma się rodzinę, malutka. Nie mieliśmy zamiaru psuć ci 

wakacji, zadręczać przesadną troską, ale sama wiesz, że mogło być niewesoło. - 

Odwrócił się do Elise. - Zmieńmy lepiej temat. Opowiadałaś jej o ostatnich 

wyczynach Brendy?

Rozmowa zeszła na dzieci, a potem omawiano najróżniejsze tematy, które 

niezbyt interesowały Melanie.

Po kawie, którą wypili na tarasie, przy okazji podziwiając patio, Damon 

przeciągnął się w fotelu i lekko ziewnął.

- Przepraszam, nie miejcie mi tego za złe, ale starość nie radość. Coraz 

gorzej się czuję po zarwanej nocy. - Sądząc po uśmiechu, którym obdarzył Elise, 

czuł się pomimo swego "zaawansowanego wieku" jak młody bóg.

Melanie poderwała się krzesła.

- Ja też już pójdę. Do zobaczenia. Spotkamy się jutro rano.

- Niestety, odlatuję o siódmej - powiedział Justin. - O tej porze będziesz 

jeszcze spała.

- Wyjeżdżasz jutro? - Nawet nie próbowała ukryć zdumienia.

- Tak. Z przykrością, ale mam tyle zaległości w pracy… Kilka spraw 

czeka wyłącznie na mój podpis.

background image

-   Rozumiem   -   odparła   ze   ściśniętym   gardłem.   -   W   takim   razie, 

rzeczywiście, pożegnajmy się teraz.

Damon z Elise wymknęli się na górę. Maria Teresa także gdzieś zniknęła.

-   Nigdy   nie   zapomnę,   co   dla   mnie   zrobiłeś.   -  Podeszła   do   Justina   na 

wyciągnięcie ręki.

- Cieszę się, że mogłem ci pomóc. Chociaż oboje wiemy, że poradziłabyś 

sobie równie dobrze beze mnie.

- Wiesz, co ci powiem? Ta przygoda wiele mnie nauczyła. Oczywiście 

wielu praktycznych rzeczy, panowania nad nerwami, ale najważniejsze jest to… 

że odtąd, dzięki tobie, nie muszę udowadniać ludziom swojej niezależności. W 

ogóle niczego nie muszę udowadniać.

- To prawda. Doskonale widać, że jesteś panią własnego losu. Myślę, że 

rodzina przestanie cię osaczać, a przynajmniej zwiększy dystans.

- A ty? Także chcesz mnie osaczyć?

- Nie, Melanie. Nigdy nie byłem w tym za dobry.

- Nigdy? Obroniłeś mnie przed Victorem. Jak sądzisz, co się z nim stało? 

Przeżył?

- Nie. Stało się to, na co zasłużył.

- Nie byłabym taka pewna… Na wspomnienie tej gęby ciarki chodzą mi 

po  plecach.  Cóż…  chyba  pójdę  już  do  łóżka,  - Czekała  chwilę,  ale  nic  nie 

odpowiedział. - Nie pocałujesz mnie na pożegnanie?

background image

Oparł   się   o   framugę   drzwi   i   -   po   raz   pierwszy,   odkąd   zostali   sami   - 

spojrzał jej prosto w oczy.

- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.

-   No   cóż…   Dziękuję   ci   jeszcze   raz   -   powiedziała   pogodnym,   nieco 

wymuszonym,   tonem.   -   Pewnie   zobaczymy   się   kiedyś,   w   Stanach,   a   może 

skorzystam z zaproszenia i odwiedzę cię w Buenos Aires,

- Dobranoc, Melanie - powiedział krótko.

Odwróciła się na pięcie i odeszła.

Maria Teresa przekonała Damona i Elise, żeby zostali u niej do końca 

następnego tygodnia. Od rana do wieczora, przez kitka dni, zwiedzali okolice, 

włóczyli się po mieście i odpoczywali.

Melanie znajdowała wiele przedmiotów, które cieszyłyby się popytem w 

jej sklepie, ale jakoś nie miała zapału do robienia zakupów.

Z uporem maniaka myślała o Justinie. Wieczorem nie mogła zasnąć, w 

środku nocy budziła się przerażona, że go nie ma, rano schodziła na śniadanie z 

podkrążonymi oczami.

background image

Maria   Teresa,   jako   osoba   wtajemniczona,   wynajdywała   przyjaciółce 

tysiące zajęć - żeby tylko jak najmniej czasu poświęcała na myślenie. Gorzej z 

Elise…

- Zupełnie ciebie nie poznaję. Gdzie ta Melanie, którą rozpierała energia? 

Może złapałaś w dżungli jakieś świństwo?

- Nie, po prostu źle sypiam. Budzę się na każdy hałas. Ale nic to. Nie 

martw się, za kilka dni wrócę do normy,

Po pięciu dniach, zgodnie z obietnicą, Justin zadzwonił do Damona.

- Dokumenty gotowe do podpisu, szefie. Czy mam je wysłać?

- A nie możesz tu z nimi przyjechać?

- Mogę. Ale wolałbym tego nie robić.

- Nigdy nie myślałem, że jesteś tchórzem, Justinie.

- Nie jestem tchórzem. Po prostu nie widzę powodu, dla którego miałbym 

narażać   się   na   ból.   W   jakiej   intencji?   Cokolwiek   byś   o   mnie   powiedział, 

przyjacielu, nie jestem masochistą.

- Rzecz do dyskusji. Ona tu cierpi bez ciebie.

- Oczywiście.

-   Dałeś   jej   czas   do   namysłu,   w   porządku.   Teraz   powtórz   pytanie,   a 

zobaczysz,  że  nie   pożałujesz.  Melanie  więdnie   w  oczach.  Nie   bądź  sadystą, 

stary!

Serce waliło mu jak oszalałe. Na myśl, że dostanie kosza po raz drugi, 

wpadał w panikę. Może jednak jest większym tchórzem, niż przypuszczał.

background image

- Jak sobie życzysz, szefie. Do zobaczenia. Przyjadę jutro. - Usłyszał w 

słuchawce westchnienie ulgi, a potem jowialny śmiech Damona.

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Dawno się tak pysznie nie bawiłam! - zaśmiewała się Elise po dniu 

spędzonym   na   zakupach   z   Melanie   i   Marią   Teresą.   -   Tego,   co   dzisiaj 

upolowałam, wystarczyłoby na otwarcie małego sklepu. Trochę czuję się winna, 

dziewczyny, że przykleiłam się do was jak rzep. Pewnie macie sobie tyle do 

powiedzenia…

-   Czujesz   jakiś   rzep   na   plecach,   Terri?   -   spytała   Melanie,   rozparta 

wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu. - Bo ja nie…

-   Oczywiście,   że   nie.   Od   przybytku   głowa   nie   boli,   Elise.   Bardzo 

chciałam, żebyś z nami została. - Maria Teresa, zatrzymawszy się przed bramą 

garażu,   zerknęła   w   lusterko   wsteczne.   -   Swoją   drogą,   w   zeszłym   tygodniu 

Melanie bawiła się w dżungli jeszcze pyszniej!

- Nie chce się przyznać - parsknęła śmiechem Elise - że ta wyprawa dała 

jej w kość.

background image

-   W   porządku,   siostro,   przed   tobą   nic   się   nie   ukryje.  A  więc,   moja 

kochana, wyznaję, że ta przygoda dostarczyła mi więcej podniecających wrażeń, 

niż mogłam znieść… bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego. Teraz modlę się 

o proste, uczciwe życie! Takie jak mojej siostry, amen.

Wszystkie trzy wybuchnęły głośnym chichotem.

Śmiały się jeszcze przez całą drogę od garażu do domu, potykając się o 

torby i paczki, które co kilka kroków wypadały im z rąk.

- Ogołociłyście miasto do cna? - Damon otworzył im drzwi, nie czekając, 

aż zadzwonią.

- Prawie. - Całując go w policzek, Elise dostrzegła męską postać w holu. - 

Justin! Kiedy przyjechałeś? Nie miałam pojęcia…

Melanie wypuściła z rąk wszystkie paczki.

- Justin?

-   Cześć,   Melanie.   Zdaje   się,   że   potrzebujesz   pomocy   -   powiedział 

naturalnym, opanowanym głosem. - Wniosę te paki na górę.

Melanie weszła pierwsza, żeby otworzyć mu drzwi.

-   Rzuć   je   byle   gdzie,   choćby   na   krzesło.   Potem   wszystko   rozwinę   i 

przepakuję.

Zrobił, jak prosiła. Potem odwrócił się i począł mierzyć ją wzrokiem. 

Miał wrażenie, że rozstali się przed miesiącem, który strasznie mu się dłużył,

- A mój napiwek? - oparł ręce na biodrach.

- Napiwek?

background image

- Należy mi się przynajmniej pocałunek.

Melanie zaczęła drżeć. Stał przed nią tamten pierwszy Justin, pogodny, z 

lekko kpiącym, ale ciepłym wzrokiem - a nie facet, który uciekł od niej tydzień 

temu. Czy mogła mu się oprzeć?

- Nie wiedziałam, że zależy ci jeszcze na moim pocałunku.

 - Nie powiedziałem, że mi nie zależy, tylko że to nie najlepszy pomysł.

- Aha…

- Ale po dłuższym zastanowieniu radykalnie zmieniłem zdanie. - Poczuł 

na szyi jej ciepłe dłonie. - Tak strasznie za tobą tęskniłem - wyszeptał i nie 

czekając na jej słowa, zaczął całować.

- Kawa gotowa!

Głos   Elise   zelektryzował   oboje.   Odskoczyli   od   siebie,   przerażeni   jak 

dzieci.

- Masz ochotę na kawę? - zapytała Melanie.

- Jako środek uspokajający? Chyba nie mamy wyboru. - Wziął ją za rękę i 

wyprowadził z pokoju.

Wieczór   spędzony   w   salonie   okazał   się   dla   nich   istną   mordęgą.   Elise 

relacjonowała   ostatnią   rozmowę   z   dziećmi.   Brenda   i   Eric   spędzali   wakacje 

swojego   życia   u   babci   na   farmie   i   brakowało   im   czasu,   żeby   tęsknić   za 

rodzicami.   Melanie   z   Justinem,   coraz   bardziej   przygnębieni,   wymieniali 

gorączkowe spojrzenia, a Damon śledził rozwój sytuacji szczerze rozbawiony.

background image

Justinowi   przemknęła  myśl   o   patio.  Może  powinni   wyjść   na   spacer… 

Spojrzał na Elise, potem jednak poczuł na sobie świdrujący wzrok przyjaciela - i 

poddał  się  bez  walki. Tuż  po  północy  wszyscy  jednocześnie  rozeszli  się  do 

swoich sypialni.

O zaśnięciu nie było mowy. Przez godzinę kasłał, przekręcał się z boku na 

bok, w końcu odrzucił z pasją kołdrę. Resztę nocy postanowił spędzić na patio. 

W dżinsach i nie zapiętej koszuli wyszedł na galerię, zamknął za sobą drzwi i, 

bezszelestnie jak kot, zbiegł po schodach do ogrodu.

Melanie   usłyszała   ciche   trzaśniecie   drzwiami.   A  więc   nie   tylko   ona 

cierpiała   na   bezsenność.   Próbowała   wszystkiego:   gorącej   kąpieli,   liczenia 

baranów,   lektury   nudnej   książki.   Myślała   tylko   o   Justinie,   który   spał   w 

sąsiednim pokoju.

Wyskoczyła z  łóżka,  na  przezroczystą  koszulę  narzuciła równie  cienki 

jedwabny szlafrok i wyszła przez balkon. Justin! On nie śpi… Zapomniawszy o 

butach, podreptała na dół, trzymając się kurczowo poręczy schodów.

- Melanie! Przeziębisz się… w tym stroju.

- To samo mogę powiedzieć o tobie - dotknęła jego nagiego torsu.

- Na kiedy planujesz powrót do Stanów? - zapytał, głośno przełykając 

ślinę.

- Jeszcze się nie zdecydowałam. Damon z Elise wyjeżdżają za kilka dni. A 

ja… nie wiem. Może w ogóle nie wrócę do domu.

- Jak to?

-   Myślałyśmy   z   Marią  Teresą   o   założeniu   wspólnego   interesu   w   tym 

mieście. Ona nauczyłaby mnie hiszpańskiego, a ja ją prowadzenia rachunków.

background image

- Myślałem, że po ostatnich przejściach z radością wrócisz pod skrzydła 

mamusi.

- Nie - roześmiała się. - Zrozumiałam, że chcę od życia trochę więcej, niż 

może mi zapewnić sklep z upominkami. Sprzedam go albo wydzierżawię sama 

jeszcze nie wiem. Ale na pewno coś się zmieni.

- A małżeństwo?

- Małżeństwo?

- Nie chciałabyś wyjść za mąż… pewnego dnia?

- Oczywiście, że tak! Ale tylko za człowieka, którego kocham.

- Aha…

Co   za   szaleństwo!   Kiedy   poprosił   mnie   o   rękę,   myślała   Melanie, 

zachowałam się jak ostatnia idiotka, powiedziałam "nie", bo nie uwierzyłam, że 

on naprawdę…  Błądząc dłońmi po jego skórze, czuła coraz bardziej napięte 

mięśnie, twardniejące pod jej palcami sutki.

- Oczywiście wiesz, co ze mną robisz? - wyszeptał.

- Oczywiście. I wiem, co czuję.

- Nie igraj ze mną, Melanie.

Kiedy zacisnął ręce na jej talii, przylgnęła do niego mocno, żeby nie miał 

odwrotu.

- Tak się cieszę, że wróciłeś, Justinie, nigdy w życiu nie czułam się tak 

samotna.

background image

- To reakcja na ciężkie przeżycia.

- W pewnym sensie. Na to, czego mnie nauczyłeś. Wpadłam w nałóg, 

kochany, nic na to nie poradzę.

- Boże! Melanie, doprowadzasz mnie do szaleństwa.

Ujął   w   ręce   jej   głowę.   Całowali   się   gwałtownie,   raniąc   sobie   zębami 

wargi, w jakiejś chwili poczuła nawet w ustach słony smak krwi. Jeżeli do tej 

pory cokolwiek przed sobą udawali, to teraz wszystkie te głupstwa straciły sens.

Justin  odsunął  się  nagle,  ujął  w  dłonie   jej  piersi,  i  opuszkami  palców 

zaczął drażnić oba koniuszki jednocześnie. Zacisnęła zęby, kiedy przerwał. Jego 

ręka zsuwała się coraz niżej i zatrzymała miedzy udami. Rozsunęła je bez oporu, 

z westchnieniem ulgl.

- Melanie, pragnę ciebie tak bardzo…

- Ja też. Kochaj mnie, Justin, nie mogę już… Ty też się męczysz, przecież 

czuję to… Boże, chodźmy do pokoju.

- Melanie, ale ja nie pragnę ciebie na jedną noc. Męczyłbym się jeszcze 

bardziej, gdybym musiał jutro odejść.

- Nie musisz nigdzie odchodzić. Pójdę za tobą wszędzie, wszystko jedno 

dokąd, rozumiesz?

- To znaczy, że… zostaniesz moją żoną?

- Tak.

- Mimo że jestem za stary i mam starokawalerskie nawyki?

- To oświadczyny czy spowiedź?

background image

- Tydzień temu nie chciałaś…

- Chciałam, ale myślałam, że ty tylko z uprzejmości…

- Ja?! Z uprzejmości? Musiałaś mnie pomylić z kimś innym.

-   Postanowiłam,   że   zrobię   wszystko,   żebyś   nigdy   nie   pożałował   tego 

kroku.

- Nigdy nie pożałuję. - Justin spoważniał. Wziął Melanie na ręce i zaczął 

wchodzić po schodach. - Myślę, że wrócimy do tematu jutro rano.

- Nie wykręcaj się. Chcę spać z tobą. Sama nie zmrużę nawet oka.

- Mam identyczny kłopot, ale rzecz w tym, że jeśli zostanę u ciebie, tym 

bardziej nie zmrużymy oka.

Ułożył ją na łóżku. Melanie zaczęła się rozbierać.

- Bądźmy logiczni - mówiła nie odrywając od niego wzroku. - Wolisz nie 

spać sam, czy nie spać ze mną?

- No tak… Wyobrażam sobie, że tak będzie się kończyła każda rozmowa 

w naszym małżeństwie. - Parsknęli zgodnym śmiechem.

background image

Zasnęli tuż nad ranem, wyczerpani kolejną lekcją miłości, szczęśliwi i 

ukojeni.

Nie   słyszeli   hałasów   na   korytarzu   ani   delikatnego   pukania   do   drzwi. 

Dopiero wyraźny głos Elise wyrwał ich ze snu.

- Melanie, Damon proponuje, żebyśmy… o Boże!

Melanie   uniosła   głowę   z   ramienia   Justina   i   zobaczyła   własną   siostrę 

zamienioną w słup soli. Elise stała tak kilka sekund, w końcu odwróciła się na 

pięcie i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Bezszelestnie.

-   Cholera!   -   mruknął   Justin,   patrząc   z   niesmakiem   na   drzwi.   -   Znów 

narozrabiałem!

- Nic złego nie zrobiłeś. - Melanie usiadła po turecku, zaciskając pięści. - 

Dlaczego   bierzesz   na   siebie   winę   za   to,   robiliśmy   wspólnie?   I   to   z 

przyjemnością - chciałam zauważyć.

-   Bo   jestem   starszy   i   bardziej   doświadczony,   powinienem   był 

przewidzieć…

-   Posłuchaj,   staruszku,   guzik   mnie   obchodzą   twoje   cholerne 

doświadczenia.   A   po   drugie,   robi   mi   się   słabo,   kiedy   słyszę   o   twoim 

zaawansowanym wieku. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze.

Justin opadł na poduszkę, krzyżując ręce pod głową.

- Coś mi się zdaje - zaczął teatralnym głosem, z oczami wlepionymi w 

sufit - że nasze małżeństwo nie będzie sielanką. - Spojrzał na Melanie spod 

przymrużonych powiek. - Nie masz zamiaru zostać posłuszną żoną, prawda?

background image

- A marzy ci się taka? - Wątpiła przez chwilę, czy Justin żartuje, czy mówi 

poważnie,

- Nie, Boże uchowaj, tylko nie to! - wybuchnął śmiechem. - Nigdy bym 

się nie zakochał w kimś, kto będzie posłuszną żoną. - Usiadł i pocałował jej 

odęte wargi. - Idę do siebie, a ty spróbuj udobruchać moją przyszłą szwagierkę. 

A właśnie: kiedy się pobieramy?

- W południe?

- Wspaniale. Jak ja dożyję tego południa?

Kiedy Damon wyszedł z łazienki, Elise siedziała nieruchomo w fotelu, 

wpatrując się w okno. Blada jak ściana, w zaciśniętej dłoni trzymała chusteczkę.

- Co się stało? Wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć.

- Wydaje ci się, że kogoś znasz - podniosła zapłakane oczy - że znasz 

człowieka od lat i nagle okazuje się, że w ogóle nie masz pojęcia, jaki jest 

naprawdę!

- Kochanie? - Damon zamarł z przerażenia. - O co chodzi? Zrobiłem coś 

złego?

background image

- Nigdy nie zapomnę, jakie zrobił na mnie wrażenie, kiedy zobaczyłam go 

po raz pierwszy: ten jego spokój, pewność siebie, uczynność… Wyglądał na 

człowieka, który nie skrzywdziłby nawet muchy…

Damonowi   zakręciło   się   w   głowie.   Poczuł,   że   to   on   zemdleje,   zanim 

dowie się całej prawdy.

- Elise… chcesz powiedzieć, że zakochałaś się w kimś innym?

- Och, Damon, ufałam mu. Do tego stopnia, że powierzyłabym mu własne 

życie, życie twoje i naszych dzieci. I Melanie.

- Czy mówisz o Justinie? - Damon odzyskiwał oddech.

- Tak, o  Justinie, który udawał naszego  przyjaciela, a  przez cały czas 

uwodził moją siostrę! I uwiódł!

-   Powiedz   mi,   co   się   dokładnie   wydarzyło,   może   znajdziemy   jakieś 

sensowne wyjaśnienie.

- Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień! Dobrze wiem, co widziałam.

- Więc co widziałaś?

-   Zajrzałam   do   pokoju   Melanie.   Pukałam,   ale   nie   odpowiadała, 

pomyślałam, że śpi…

- I co zobaczyłaś?

- Justina i Melanie w jednym łóżku. 

- Aha.

- Nie jesteś zdziwiony?

background image

- Niespecjalnie.

- Bo wcale cię nie obchodzi, co się stanie z moją siostrą!

-   Elise,   wysłuchaj   mnie.   Twoja   siostra   jest   dorosłą   kobietą.   Ma 

dwadzieścia pięć lat, prawda?

Kiwnęła głową.

- Justin jest w niej zakochany po uszy już od kilku lat, chociaż sam nie 

zdawał sobie z tego sprawy. Aż do spotkania z Melanie w Kolumbii. Swoją 

drogą, ta przygoda miała bardziej dramatyczny przebieg, niż zeznała wesolutko 

Melanie. Dość już mam tych rodzinnych kłamstw, które popełniamy w imię 

szlachetnych  pobudek,  żeby  nie   urazić   czyichś  uczuć,  żeby  nie  denerwować 

mamusi   i   tak   dalej!   Melanie   nie   chciała   cię   martwić,   jak   zwykle,   a   ja   cię 

zmartwię i powiem, jak było naprawdę. Choćby po to, żebyś zrozumiała, że 

Justin   jest   w   porządku.   Kiedy   zostali   porwani   przez   pewnego   przemytnika 

kokainy…

- Porwani?!

- Justinowi udało się przekonać faceta, że on i Melanie są małżeństwem. 

Oszczędzę ci opowieści, co by się stało, gdyby ich rozdzielił. Zapytaj Melanie. 

Tak więc przez tydzień twoja siostra i mój przyjaciel mieszkali razem, razem 

jedli   i   spali   w   jednym   łóżku.   Justin   ją   chronił.   Dziwisz   się   jeszcze 

czemukolwiek? Czy na jej miejscu, gdybyś znalazła się ze mną w podobnej 

sytuacji, zachowałabyś cnotę?

- Pewnie, że nie… Czy ona go kocha?

- A jak sądzisz? Przecież to twoja siostra. Sądzisz, że poszłaby do łóżka z 

facetem, do którego nic nie czuje, za którego nie chciałaby wyjść za mąż?

background image

- Wyjść za mąż?

-   Stąd   cała   afera.   Jego   nagły   wyjazd,   a   teraz   powrót.   Justin   poprosił 

Melanie   o   rękę   i…   dał   jej   trochę   czasu   do   namysłu.   Sądząc   po   tym,   co 

widziałaś, tym razem nie dostał kosza.

- Nie miałam pojęcia… - wydusiła z siebie Elise po chwili milczenia.

- Ja też o niczym nie wiedziałem, póki nie nakryłem ich w jednym łóżku, 

w pokoju hotelowym. Wiesz, co im kupimy w prezencie ślubnym? Zamek do 

drzwi sypialni!

Elise zaczęła odzyskiwać humor.

- Och, Damonie, powinnam Justina przeprosić za to, co tu wygadywałam. 

Ale, wierz mi, byłam kompletnie zaskoczona!

- Nie musisz mi tego tłumaczyć. W pierwszej chwili myślałem, że go 

rozerwę na kawałki. Miałem ochotę go zabić. Najlepiej zrobimy, jeśli damy im 

teraz spokój. Niech robią, co chcą. My nikogo nie słuchaliśmy, prawda?

- Nie.

- A więc czas się rozstać z siostrzyczką, Elise. Ona rozwinęła skrzydła i 

ma Justina, który, jak znam życie, będzie ją rozpieszczał jeszcze bardziej niż ty i 

matka.

- Czuję się jak idiotka, Damonie. Jak ja im spojrzę w oczy? Wparować tak 

do cudzego pokoju…

Damon przyciągnął ją do siebie i pocałował.

- Wymyślisz coś, kochanie. Nie takie rzeczy potrafiłaś załatwić.

background image

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Melanie szczotkowała włosy, myśląc o Justinie. Byt bardzo zakłopotany 

niefortunnym spotkaniem z Elise, Dlaczego nie zamknęli drzwi?

Swoją drogą, to dziwne… Przejął się tym bardziej niż ona sama. Nie do 

wiary.

Od lat, właściwie od urodzenia, Melanie liczyła się z każdym słowem, 

każdą opinią członków swojej rodziny. Dawała im oczywiście odpór, ciągle o 

coś walczyła, ale traciła na te potyczki mnóstwo czasu, zamiast żyć własnym 

życiem.

I oto nagle wszystko się zmieniło. Czuła, że może robić, co chce, nie musi 

na nic reagować. To ich sprawa, czego się po niej spodziewają. Sama będzie 

wyrażać   swoją   wolę,   swój   charakter,   bez   żadnych   wyrzutów   sumienia.   Nie 

pojedzie   do   Indii,   żeby   udowodnić,   że   nie   boi   się   słoni.   Niczego   nie   musi 

udowadniać.

To przebudzenie zawdzięczała Justinowi. Musiała go poznać, żeby zacząć 

żyć   inaczej.   On   nigdy   nie   zabiega   o   wolność,   o   to,   żeby   go   lubiano   lub 

background image

szanowano. Zna swoją wartość, nigdy nie przypomina ludziom, kim jest. Po 

prostu jest.

Spojrzała na zegarek. Prawie dziewiąta. Ciekawe, czy zdążą ze ślubem do 

południa. Zdążą, ale powinna się pospieszyć. Związała włosy w koński ogon i 

zaczęła się ubierać.

Justin zszedł do jadalni.

- Dzisiaj śniadanie w plenerze! - zawołał Damon ze środka patia. - Jesteś 

drugi - przywitał Justina wyjątkowo radośnie, nalewając mu kawy z dymiącego 

dzbanka. Potem usiadł, podnosząc do ust filiżankę. - Mmm. Nie ma to jak smak 

kolumbijskiej kawy.

- No dobrze, przestań się wygłupiać - mruknął Justin. - Wiem, jaki ze 

mnie idiota, więc ulżyj sobie od razu. Możesz mi nawymyślać.

-   Zakładam,   że   powiedziała   sakramentalne   "tak"   -   powiedział   z 

uśmiechem.

Justin skinął głową, czując, że płoną mu uszy.

- Wspaniale. Kiedy ślub?

- Melanie chce, żebyśmy pobrali się dzisiaj w południe.

Damon wylał kawę na swoją świeżo uprasowaną koszulę - ku nie tajonej 

satysfakcji Justina.

- Południe, powiadasz? Dzisiaj?!

- Tak życzy sobie Melanie.

- Ale po diabła ten pośpiech? Przecież mówiłeś… że nie jest w ciąży.

background image

- Mówiłem - Justin szepnął z niesmakiem - i nie jest, ale nie musisz 

rozgłaszać tej nowiny wszem i wobec.

- Przepraszam! Więc po co ten pośpiech?

- Zdaje się, stary, że ja i Melanie cierpimy na tę samą nieodwracalną 

przypadłość. Przyzwyczailiśmy się do spania w jednym łóżku. Oddzielnie nie 

możemy zmrużyć oka.

- Rzeczywiście, nie wyglądasz na wyspanego.

- Staramy się coś z tym zrobić.

- Nie wątpię - Damon wybuchnął śmiechem.

Justin mu zawtórował.

- Dzień dobry. - Nadeszła Elise i swoim naturalnym, ciepłym uśmiechem 

obdarzyła   obu   mężczyzn,   wprawiając   Justina   w   osłupienie.   -   Zdaje   się,   że 

wydarzyło się coś zabawnego.

- Nie wydaje ci się śmieszne, kochanie - zwrócił się do niej Damon - że 

taki   stary   koń   jak   Justin   zdecydował   się   na   małżeństwo?   Naprawdę   nie 

myślałem, że dożyję tej chwili.

- Mmm, nigdzie nie piłam lepszej kawy.

Elise za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego jej niewinna uwaga sprawiła, 

że obaj mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem.

- Dzień dobry - na horyzoncie pojawiła się Melanie. - Ale piękny dzień, 

prawda?

background image

- Tak - zgodziła się Elise. - Cudowny. Ale jeśli chcesz pochwalić kawę, 

przygotuj się na to, że ci dwaj cię obśmieją.

- O czym ty mówisz?

- Sama chciałabym zrozumieć, dlaczego Justin z Damonem zachowują 

się, delikatnie mówiąc, dziwnie. Jakby przedawkowali.

- Protestuję - obruszył się Damon. - Po prostu… rozmawialiśmy o ślubach 

i takich tam sprawach…

Justin sięgnął po rękę Melanie, która na słowa Damona zmarszczyła brwi. 

Czyżby miała mu za złe, że rozmawiał o ślubie z jej rodziną?

- Justin i ja mamy zamiar się pobrać, jeśli o tym była mowa.

-   To   cudowna   wiadomość   -   powiedziała   Elise.   -   Jesteście   dla   siebie 

stworzeni. Ustaliliście datę ślubu?

- No… niezupełnie, chcieliśmy to uzgodnić z wami.

- Co byście powiedzieli na dwunastą w południe? Dzisiaj? - zagrzmiał 

Damon.

-   Dzisiaj!   -   zawołała   Elise.   -  Ależ,   Damon,   trzeba   coś   kupić,   jakieś 

przyjęcie… - na widok miny, którą zrobiła Melanie, głos zamarł jej w ustach.

- Powiedziałeś mu, prawda? - syknęła złowrogo.

- Powiedziałem, że chcę się z tobą ożenić jak najszybciej.

- Ale to świetny pomysł! Czy ktoś z was ma pojęcie, jak się załatwia 

ekspresowe śluby w Kolumbii?

background image

- Maria Teresa by wiedziała - odpowiedziała uspokojona nieco Melanie. - 

Ale wyjechała do miasta. Musimy na nią poczekać.

- No trudno - Damon pokiwał głową. - Zdaje się, że dzisiaj nie zdążycie 

się pobrać. A szkoda. Może na te kilka nocy spróbujecie pigułek nasennych.

- Damon! - Elise pomyślała o ulubionych pigułkach nasennych swojego 

męża.

Justin i Melanie spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami, za to Damon, 

który   zrozumiał,   jak   zinterpretowała   jego   słowa   Elise,   wybuchnął   głośnym 

śmiechem.

- Wszystkiego najlepszego z okazji pierwszej rocznicy ślubu, kochanie - 

szepnął Justin do ucha Melanie.

Otworzyła ostrożnie jedno oko. W pokoju panował półmrok.

- Justin, jeszcze jest ciemno.

background image

- Nie chciałbym zmarnować ani minuty dzisiejszego dnia. - Wsunął ręce 

pod kołdrę i powolnymi ruchami zaczął masować jej biodra. - Naprawdę jesteś 

taka śpiąca?

-   Przypominam   ci,   że   wieczorem   strasznie   długo   cierpieliśmy   na 

bezsenność. - Położyła głowę na jego ramieniu i mocno przytuliła się do męża.

- Nie pamiętam, żebyś się choć raz poskarżyła.

- Nie. Ani razu.

- Nie chcesz chyba przespać tego dnia, co?

- Oczywiście, że nie.

Melanie   usiadła,   przecierając   oczy.   Dlaczego   zakochała   się   w   takim 

rannym   ptaszku?   Na   pewno   opatrzność   wiedziała,   co   robi.   Może   bez   niego 

przespałaby życie…

-   Myślałem,   że   zabiorę   cię   na   śniadanie,   potem   pojechalibyśmy   na 

przejażdżkę…

- Dzisiaj jest wtorek, kochany. Nie idziesz do biura?

- W naszą rocznicę? Wykluczone.

- To nasza rocznica, a nie święto państwowe.

- Pogadam o tym z Jorgem. Zna ludzi z rządu. Hm, zdaje się, że nie tylko 

zna,   ale   jest   spokrewniony   z   większością   ministrów.   Może   przygotują 

odpowiednią ustawę… 

- W porządku. Masz dzisiaj wolne. Czy Maria wie, że nie przyjdziesz?

background image

- Od dawna ma to zaznaczone w kalendarzu. Na czerwono.

- Traktujesz bardzo serio tę rocznicę, prawda? - Melanie dotknęła jego 

twarzy.

-  Właśnie.  To   najważniejsza   data   w   moim   życiu.   Nigdy   przedtem   ani 

potem nie miałem tylu kłopotów. Myślałem nawet, że tego dnia nie dożyję.

- Nie było tak źle! - zachichotała.

-   O   nie!   Było   świetnie!   Musiałem   tylko   polecieć   po   twoją   matkę, 

siostrzeńca   i   siostrzenicę,   urządzić   przyjęcie.   Ty   nie   miałaś   głowy   do 

drobiazgów, bo całymi dniami biegałyście po sklepach.

- Pamiętam - westchnęła. - Było cudownie.

- Bardzo. Nawet nie wiesz, ile zimnych pryszniców wziąłem w czasie 

przedślubnej kwarantanny.

- Rzeczywiście, warunki nam nie sprzyjały. Ale za to miodowy miesiąc…

- Jaki miodowy miesiąc?

- Nasz miodowy miesiąc.

-   Melanie,   nie   zaznaliśmy   tego   luksusu.   Przywiozłem   cię   do   Buenos 

Aires, zapakowałem do łóżka na trzy dni, a potem musiałem wrócić do pracy.

- Wiem. Było wspaniale - westchnęła.

- Łatwo cię zadowolić.

- Nie powiesz, że rozbawienie ciebie przychodzi mi z trudem.

Justin przyciągnął Melanie, zaczął całować jej szyję, i nagle przerwał.

background image

- Nie. Nie zrobię tego.

- Czego?

- Nie spędzę pierwszej rocznicy naszego ślubu w łóżku.

- Dlaczego nie?

- Bo chcę cię gdzieś zabrać, potańczyć, pojechać na wybrzeże, zrobić dla 

ciebie coś wyjątkowego, żebyś wiedziała, jak cię kocham.

- Justin?

- Uhm?

- Nie sądzisz, że ja wiem, jak mnie kochasz? Każdej nocy przekonuję się 

o tym.

- Chcesz powiedzieć, że wolisz nie iść do restauracji, ani na przejażdżkę, 

ani do klubu?

- Chcę być z tobą, robić, co chcesz, co sprawia ci radość.

- To sprawia mi radość - musnął wargami jej szyję, potem zsunął się niżej 

i pocałował obie piersi. - I to sprawia mi radość…

Przez   długą   chwilę   używali   tylko   języka   szeptów   i   westchnień,   aż 

wreszcie Justin opadł na plecy z zamkniętymi oczami.

- Co za szatan ma nad nami władzę? Jak sądzisz, Melanie, czy dziesiątą 

rocznicę ślubu uda nam się spędzić mniej banalnie?