background image

.. 

  

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Widziała  przed  sobą  ścianę  ulewnego  deszczu  i  wartki  błotnisty  potok,  w  którym 

całkiem  ugrzęzły  jej  buty.  Melanie  Montgomery  trzęsła  się  z  zimna  i  ze  zmęczenia,  z 
trudem  utrzymując  rozpostarty  nad  głową  prochowiec.  Kiedy  wychyliła  w  końcu  głowę, 
ujrzała  wyjątkowo  posępny  krajobraz.  Kolumbijska  dżungla  tonęła  w  sinej,  dymiącej 
mgle.  Dopiero na linii horyzontu majaczyły  postrzępione  szczyty  gór,  przypominając  jej, 
jakby  nie  dosyć  miała  zmartwień,  że  do  domu  było  strasznie  daleko.  Po  raz  pierwszy, 
odkąd  przyjęła  zaproszenie  Marii  Teresy,  żałowała  swej  pochopnej  decyzji.  W  każdym 
razie  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie  przeholowała  z  samodzielnością.  Matka 
powstrzymywała  ją  oczywiście  przed tym  „szczeniackim  wybrykiem",  wymieniając  tysiąc 
nieszczęść,  jakie  mogą  się  przydarzyć  samotnej  dziewczynie  podróżującej  po  obcym 
kraju.  Melanie  znała  tę  czarną  listę  na  pamięć.  Długo  by  mogła  opowiadać  o  losie 
najmłodszego dziecka w rodzinie... Nawet Paul i Elise, zaledwie kilka lat od niej starsi, z 
jakiegoś  tajemniczego  powodu  nie  raczyli  uznać,  że  ich  dwudziestopięcioletnia 
„siostrzyczka"  stała  się  dorosłą  kobietą.  Nadal  traktowali  ją  jak  zbuntowaną  nastolatkę. 
Więc cóż dopiero mówić o matce…  

Philip  zaproponował  jej  ucieczkę  w  małżeństwo,  ale  uznała  ten  krok  za  zbyt 

drastyczny.  I  dość  ryzykowny.  W  końcu  chodziło  o  wyrwanie  się  spod  nadopiekuńczych 
skrzydełek  rodziny,  a  nie  schronienie  pod  inne skrzydła.  Bardzo  ich  wszystkich  kochała, 
jednak  doszła  do  wniosku,  że  przebrali  miarkę.  Zwłaszcza  Elise  miała  denerwujący 
zwyczaj  węszenia  i  wtrącania  się  do  życia  młodszej  siostry  przy  każdej  okazji.  Jakby 
wychowywanie  dwójki  własnych  dzieci  nie  pochłaniało  jej  dostatecznie  dużo  czasu  i 
energii. 

Tak  więc  Melanie,  nie  zważając  na  katastroficzne  przepowiednie  matki,  z 

milczącym  uporem  przygotowywała  się  do  podróży.  Zapewne  ten  sam  wrodzony  upór 
sprawił,  że  mały  sklep  z  upominkami,  który  zaczęła  prowadzić  po  ukończeniu  college'u, 
rozkwitł  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Po  trzech  latach  mogła  być  z  niego 
naprawdę  dumna.  Zdobyła  klientów,  którzy  przyjeżdżali  do  ich  małego  miasteczka  w 
północno-wschodnim  Tennessee  z  odległych  okolic  po  to  tylko,  żeby  sprawdzić,  czy 
wymyśliła  lub  sprowadziła  coś  nowego.  Zaproszenie  od  Marii  Teresy  nadeszło  akurat  w 
momencie, kiedy poczuła się swoim zajęciem znużona. 

Po  podróży  do  Ameryki  Południowej  spodziewała  się  nie  tylko  turystycznych 

wrażeń,  ale  i  świeżych  pomysłów  na…  upominki.  Z  Marią  Teresą  przyjaźniły  się  przez 
cztery lata college'u. W każde wakacje, kiedy Kolumbijka wybierała się do swojego domu 
w Villa Yicencias, błagała przyjaciółkę, żeby z nią pojechała. 

Jednak zawsze miały pecha. Zawsze coś krzyżowało im plany. Tym razem Melanie 

podjęła  nieodwołalną  decyzję.  Musiała  tylko  dotrzeć  pod  właściwy  adres.  Potoczyła 
wzrokiem  po  szarym,  mokrym  krajobrazie  i  ciężko  westchnęła.  Och,  żeby  z  tej  mgły 
wyłonił się nagle autobus i zabrał ich stąd… 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Mogło być jeszcze gorzej, pomyślała natychmiast. Gdyby nie przewodnik, czułaby 

się  jak  ostatnie  żywe  stworzenie  na  tonącej  w  deszczu  planecie.  Zaczęła  wypatrywać 
sylwetki  Julia  w  wąwozie,  do  którego  stoczył  się  samochód.  Dostrzegła  tylko  pojazd, 
kilkaset  metrów  poniżej  drogi,  przewrócony  na  bok  i  zatopiony  do  połowy  w  błotnistej 
mazi.  Gdyby  nie  błyskawiczny  refleks  Julia,  spadliby  tam  oboje  razem  z  samochodem. 
Zorientował  się  nagle,  że  gigantyczna  lawina  błota  porywa  ich  ze  sobą,  że  nie  mają 
najmniejszej szansy na ucieczkę. Wrzasnął, żeby skakała. Melanie zrobiła to natychmiast 
-  bez  wahania,  zadziwiająco  sprawnie.  Auto  potoczyło  się  po  śliskim  zboczu,  a  Julio, 
oniemiały,  czekał,  aż  się  zatrzyma.  Potem  zszedł  do  niego  ostrożnie,  obszedł  dookoła 
kilka  razy,  kręcąc  rozpaczliwie  głową.  Wysłużone  cztery  kółka  były  jego  narzędziem 
pracy, źródłem utrzymania rodziny, a tu koniec… 

Cholerny  świat,  pomyślała  Melanie.  W  tej  okolicy  trudno  mu  będzie  wyczarować 

jakiś  porządny  dźwig.  Według  mapy,  Villa  Vicencias  dzieli  od  Bogoty  nie  więcej  niż  sto 
trzydzieści  kilometrów.  Drobiazg,  myślała  jeszcze  na  lotnisku.  W  Tennessee  taką  trasę 
przemierza się w niespełna dwie godziny. Tutaj jednak musieli pokonać potężny łańcuch 
górski  (droga  wznosi  się  miejscami  do  trzech  tysięcy  sześciuset  metrów  ponad  poziom 
morza), żeby dotrzeć do otoczonego dżunglą miasta. Niestety, pogoda zatrzymała ich w 
wysokich  górach,  z  dala  od  ludzkich  osad,  bez  żadnej  nadziei na  pojawienie  się  w  mgle 
autobusu.  

Ciekawe,  co  by  zrobiła  Elise  na  moim  miejscu?  Tylko  że  siostra  nigdy  nie 

znalazłaby się w podobnej sytuacji. Elise nie podjęła w swoim życiu ani jednej pochopnej 
decyzji. Ciągłe porównywanie Melanie do Elise było najbardziej irytującym zwyczajem ich 
matki. Elise nie miała nigdy żyłki podróżniczej. Skończyła college, została pielęgniarką, a 
potem  zaczęła  wieść  przykładne  życie.  Po  pierwszym nieudanym małżeństwie  wyszła  za 
Damona  Trenta  i  odtąd,  nareszcie  w  swoim  żywiole,  z  radosnym  oddaniem  grała  rolę 
matki i żony. 

Melanie  od  dzieciństwa  prześladowało  pytanie  dorosłych:  „Dlaczego  nie  bierzesz 

przykładu ze swojej siostry?" Zacisnęła odruchowo szczęki. Z wyglądu prawie bliźniaczki: 
blondynki o skandynawskiej urodzie, chociaż włosy Melanie były nieco jaśniejsze, o lekko 
srebrnym  odcieniu,  cienkie,  ale  bardzo  gęste.  Jak  to  dobrze,  że  zaplotła  je  przed 
wyjazdem  w  warkocz!  Ładnie  by  teraz  wyglądała  z  zabłoconą  szopą.  Zielone  oczy  sióstr 
prawie nie różniły się odcieniem. Obie były wysokie… i na tym kończyło się podobieństwo. 
Melanie tryskała życiem, z otwartymi ramionami witała każdy nowy dzień. I nie bała się 
ryzyka. Jako dziecko zamęczała dorosłych pytaniami płynącymi z niewyczerpanego źródła 
jej ciekawości. 

Ocknęła  się  z  zamyślenia.  Powinna  myśleć  tylko  o  tym,  jak  wydostać  się  z 

tarapatów.  To  nie  Stany,  gdzie  pierwszy  zatrzymany  kierowca  podwiózłby  ją  do 
najbliższego  domu,  w  którym  zapytałaby,  czy może  skorzystać  z  telefonu i  po  kłopocie. 
Od  kilku  godzin  nikt  tędy  nie  przejeżdżał,  żadnych  śladów  życia  w  zasięgu  wzroku… 
Poczuła gęsią skórkę na plecach. Nigdy dotąd nie czuła się tak bezradna i samotna. 

- Julio? Gdzie jesteś? - usłyszała własny zdławiony głos i jakiś szelest za plecami. 

Odwróciła się gwałtownie. Jej przewodnik oddychał ciężko, nadaremnie próbując wytrzeć 
twarz z błota. 

- Przykro mi, senorita Montgomery, nie udało mi się wyjąć pani bagażu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Pogratulowała  sobie  trzeźwości  umysłu.  W  ostatniej  chwili  przed  skokiem  złapała 

torebkę  z  pieniędzmi  i  paszportem.  Szkoda,  że  nie  mogą  się  na  razie  do  niczego 
przydać… 

- Co my teraz zrobimy? - spytała. 

Julio  wzruszył  ramionami.  Melanie  zrozumiała  z  jego  opowieści  w  czasie  podróży, 

że  zbliża  się  do  pięćdziesiątki,  ma  sześcioro  dzieci,  w  tym  dwoje  już  dorosłych 
mieszkających  w  Kartagenie,  i  jest  bardzo  szczęśliwy,  że  dzięki  tej  „fantastycznej 
maszynie" zarabia na godne życie całej ósemki. 

Stali  w  milczeniu,  pogrążeni  w  rozpaczy.  Słowa  pocieszenia  na  nic  by  się  zdały, 

nawet  gdyby  Melanie  potrafiła  je  wykrztusić.  Widziała  na  własne  oczy,  jak  ten  cudowny 
samochód,  od  którego  zależał  los  wielkiej  rodziny,  stoczył  się  jak  piłka  po  błotnistym 
stoku. Groza. Pierwszy odezwał się Julio. 

-  Tam  dalej,  kilka  albo  kilkanaście  kilometrów  stąd,  jest  jakaś  osada.  Nie  ma 

innego wyjścia. Musimy iść na piechotę. 

 

 

 

 

Tymczasem… Na przeciwległym krańcu kontynentu, w Buenos Aires, Justin Drake, 

przedstawiciel  Treńt  Enterprises  w  Ameryce  Południowej,  prowadził  ważne  negocjacje  z 
potencjalnym  wspólnikiem  firmy.  Choć  znał  hiszpański,  wytężał  całą  swoją  uwagę,  żeby 
nie uronić ani słowa Argentyńczyka, który mówił z prędkością karabinu maszynowego. 

- Musi pan zrozumieć - powiedział dobitnie Jorge Villaneuva - że zawarcie spółki z 

Trent Enerprises leży także w interesie firmy, którą ja reprezentuję, ale nie mogę podjąć 
takiej decyzji bez zgody moich dyrektorów. Nie wątpię, że pan rozumie… 

-  Oczywiście,  że  rozumiem  -  odpowiedział  Justin  z  lekkim  uśmiechem. 

Argentyńczyk  stracił  zimną  krew,  a  o  to  mu  właśnie  chodziło…  -  Jednakże  liczymy  na 
konkretną  odpowiedź  w  ciągu  czterdziestu  ośmiu  godzin.  W  innym  razie  zmuszeni 
będziemy zmienić plany. 

- Ależ to niemożliwe! - wybuchnął Jorge. - Trzeba być cudotwórcą, żeby w dwa dni 

zwołać  wszystkich  członków  rady  na  specjalne  posiedzenie.  Chyba  zgodzi  się  pan…  - 
przerwał, gdy w drzwiach pojawiła się sekretarka. 

- Proszę mi wybaczyć, senor Drake. Senor Trent dzwoni z Chicago. Powiedział, że 

musi z panem niezwłocznie rozmawiać. 

Justin spojrzał na Argentyńczyka, który wyraźnie zbladł. Przeprosił go natychmiast 

i wyszedł do swojego gabinetu.  

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Damon?  

- Cześć, Justin. Przepraszam, wiem, że rozmawiasz z Villaneuvą, ale nie mogłem z 

tym czekać. 

- Co się stało? 

- Kiedy najwcześniej mógłbyś wylecieć z Buenos Aires? 

- Wylecieć?! Sam wiesz, że prowadzę niezwykle delikatne pertraktacje.  

-Wiem. Nie prosiłbym cię o pomoc w błahej sprawie.  

Damon  Trent  był  nie  tylko  jego  pracodawcą,  ale  najbliższym  przyjacielem.  I 

rzadko prosił o pomoc kogokolwiek. Justin zdrętwiał. Damon musiał wpaść w prawdziwe 
tarapaty. 

- Jasne. Mów, co mam robić. 

- Chcę, żebyś poleciał do Bogoty. Siostra Elise zniknęła. 

- Melanie… - Justina oblał zimny pot - zginęła w Kolumbii? A co za licho poniosło ją 

właśnie tam?! 

-  Z  tego  co  zrozumiałem,  wybrała  się  w  odwiedziny  do  koleżanki.  Szkoda  gadać. 

Poleciała  trzy  dni  temu.  Przysięgła,  że  zadzwoni,  gdy  tylko  dotrze  na  miejsce. 
Telefonowaliśmy do przyjaciółki. Ona też nie dostała żadnej wieści. Pomyślała, że Melanie 
odłożyła wyjazd. 

- A wiesz przynajmniej, czy dotarła do Kolumbii? 

-  Tak.  Pierwszą  noc  spędziła  w  hotelu  "Tequendama"  w  Bogocie,  ale  rankiem  się 

wymeldowała.  Nie  mamy  pojęcia,  dokąd  pojechała,  ale  tak  na  zdrowy  rozum  musiała 
wynająć jakiś samochód i ruszyć do Villa Vicencias. 

- Cholera! Musiała upaść na głowę, żeby pakować się tam sama! 

- Powiedz jej to osobiście - odrzekł sucho Damon. 

- Spokojna głowa. Powiem jej dużo więcej. Jak tylko odnajdę gówniarę. 

- Masz nadzieję, że ci się uda? 

Justin  wyobraził  sobie,  co  mogło  spotkać  samotną  młodą kobietę  w  Kolumbii,  ale 

tylko głośno przełknął ślinę i odpowiedział opanowanym głosem: 

- Znajdę ją, Damon. Już mnie tu nie ma. 

- Dzięki, Justin. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Dobrze,  że  zwróciłeś  się  z  tym  do  mnie.  Szkoda  tylko,  że  nie  wiedziałem 

wcześniej o tej wyprawie. 

-  Szczerze  mówiąc,  prawie  nikt  nie  wiedział.  Kiedy  zadzwoniła  do  nas  jej  matka, 

Melanie była już w drodze. 

Justin  spotkał  ją  tylko  raz  w  życiu,  dobrych kilka  lat temu,  kiedy  była uczennicą. 

Pamiętał, że miała zielone, błyszczące oczy i rozbrajający uśmiech. Mimo młodego wieku 
zdawała się doskonale wiedzieć, co chce zrobić ze swoim życiem. Ilekroć Elise próbowała 
skrytykować jej plany albo do czegoś namówić, dziewczyna stawała okoniem. Wyglądała 
na rogatą duszę, ale żeby do Kolumbii… Na samotną wycieczkę?! 

Przypomniał sobie, że nie skończył rozmowy z Damonem. 

- Będę z tobą w kontakcie. 

- W porządku. Aha, jeszcze jedno… - Damon zawiesił głos. 

- Co takiego? 

- Nie ryzykuj, Justin. Spróbuj się dowiedzieć, gdzie ona jest… jeśli to możliwe, ale 

nie baw się w bohatera. Proszę cię. 

- Kto? Ja? Za wiele lat spędziłem w gabinecie za biurkiem, żeby sprawdzać swoje 

kwalifikacje na bohatera. 

-  Tylko  że  ja  pamiętam,  co  robiłeś,  zanim  zacząłeś  pracować  u  mnie,  więc  nie 

czarujmy się. Wilka zawsze ciągnie do lasu. Bądź ostrożny, stary. 

-  Dobrze,  dobrze.  Swoją  drogą,  dziękuję,  że  mi  przypomniałeś  stare  czasy. 

Mógłbym odnowić niektóre kontakty. 

- A czy mógłbyś tego nie robić? 

- Nie bój się. I tak wrócę do ciebie. 

- Dzięki za pocieszenie. 

- Drobiazg. 

Justin  odłożył  słuchawkę,  ale  wpatrywał  się  w  nią  jeszcze  kilka  sekund,  zbierając 

myśli. Połączył się z Marią. 

- Zamów bilet na najbliższy samolot do Bogoty. Rezerwacja w jedną stronę. 

Musi  jeszcze  pojechać  do  domu,  żeby się  przebrać.  W  garniturze  biznesmena  nie 

zrobiłby  dobrego  wrażenia  w  tych  kilku  zakątkach  Kolumbii,  które  zapamiętał  najlepiej  i 
których nie zapomni do końca życia… 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Boże,  nie  mogła  wybrać  gorszego  miejsca  na  świecie.  Przysiągł  sobie  kilka  lat 

temu,  że  nigdy tam nie  wróci. Ale tak to  już  bywasz  niektórymi  deklaracjami.  Czają  się 
na człowieka, żeby dopaść go w najmniej spodziewanym momencie i zrobić "zygu, zygu". 
Naprawdę nie ma wyjścia… 

Był już przy drzwiach, kiedy przypomniał sobie o Villaneuvie. 

- Wybaczcie, panowie - zaczął w progu sali konferencyjnej - ale musimy przerwać 

nasze  spotkanie.  Zmuszają  mnie  do  tego  nadzwyczajne  okoliczności.  Mam  nadzieję,  że 
wrócę za tydzień i będę do panów dyspozycji. 

-  Za  tydzień!  -  powtórzył  nieswoim  głosem  Jorge.  -  A  więc  pan  Trent  odrzuca 

nasze warunki? 

- Tego nie powiedziałem. 

- Ale sytuacja jest dostatecznie wymowna. Proszę mi dać kilka godzin… 

- Nie mam nawet czasu. Muszę zdążyć na samolot. 

-  Gdzie  zatem  możemy  pana  znaleźć?  Dokąd  dzwonić,  kiedy  tylko  dostanę 

formalną zgodę? 

-  Proszę  zostawić  wiadomość  -  odpowiedział  Justin  po  chwili  milczenia -  w hotelu 

"Tequendama"  w  Bogocie.  -  Dostrzegł  ulgę  w  oczach  Argentyńczyka,  który  doskonale 
wiedział, że Trent Enterprises nie prowadzi żadnych interesów w Kolumbii. 

Pożegnali  się  pospiesznie,  a  Justin  wrócił  myślami  do  Melanie.  Co  też  się  mogło 

wydarzyć? 

Kilka  godzin  później  wciąż  zadawał  sobie  to  samo  pytanie.  W  hotelu  doskonale 

pamiętali,  kiedy  się  wymeldowała,  i  że  jakiś  człowiek  pomagał  wynosić  jej  bagaże.  Nic 
więcej.  Żadnych  śladów,  nie  potrafili  nawet  podać  rysopisu  mężczyzny  ani  marki  jego 
samochodu. Justin poczuł się wściekle bezradny. Jedyne, co mu pozostawało, to wynająć 
samochód  i  podążyć  przez  góry  "najprostszą"  drogą,  która  wiodła  do  Villa  Vicencias. 
Deszcz nie ułatwiał sprawy.  Kiedy  już  znalazł  pojazd  i  kierowcę,  dowiedział się,  że trasa 
jest  trudna,  a  po  kilku  dniach  ulewnych  deszczy  wręcz  karkołomna.  Uchwycił  się  więc 
nadziei,  że  tylko  pogoda  zatrzymała  Melanie  w  drodze.  Nie  mógł  się  doczekać  tego 
spotkania.  Już  on  jej  uświadomi  -  w  kilku  krótkich  lekcjach  -  co  może  przydarzyć  się 
młodej  damie  podróżującej  samotnie  po  obcym  kraju.  Jednocześnie  modlił  się  w  duszy, 
żeby pierwszej lekcji nie miała już za sobą. 

 

 

 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 

Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  Melanie  narzekała  na  swój  los.  Domiasteczka 

dotarli  po  zmierzchu.  Ulice  z  powodu  słoty  były  opustoszałe,  ani  śladów  życia,  na 
szczęście jednak Julio zachowywał się tak, jakby najgorsze mieli za sobą. Znalazł nocleg, 
potem  zaczął  szukać  ekipy  ratowniczej,  która  wyciągnęłaby  samochód.  Czyli  nie  poddał 
się…  Nigdy  nie  czuła  się  tak  samotna.  Jej  słaba  znajomość  hiszpańskiego  okazała  się 
bezużyteczna.  Ludzie  tutaj  mówili  zbyt  szybko,  żeby  mogła  wychwycić  więcej  niż  dwa 
albo trzy słowa. Nie było też telefonów, a więc żadnej szansy na kontakt z Marią Teresą.  

Zastanawiała się rozpaczliwie, co robić - spróbować wrócić do Bogoty czy znaleźć 

inny samochód i jechać dalej.  

Następnego  ranka  o  nic  już  się  nie  martwiła.  Z  gorączką,  w  głębokiej  malignie, 

widziała  tylko  jak  przez  mgłę  twarze  ludzi,  które,  nie  wiedzieć  czemu,  pojawiały  się  i 
znikały, coraz mniej wyraźne. Potem była pewna, że krząta się wokół niej matka, podaje 
lekarstwa,  poprawia  kołdrę,  wypominając  oczywiście  jej  głupotę.  Czasami  przychodziła 
Elise. Dotykała czoła Melanie chłodnymi dłońmi, przemawiała łagodnie i podsuwała jej coś 
do zjedzenia. Melanie próbowała tłumaczyć, jak bardzo chce się od wszystkich wyzwolić, 
że  czuje  się  stłamszona  ich  miłością.  Wydawali  się  nie  rozumieć.  Mruczeli  nad  nią 
pocieszająco, a raczej nad jej chorym, rozpalonym ciałem. 

 

 

 

 

 

-  Zwały  błota  zatarasowały  drogę.  -  Kierowca  zjechał  na  pobocze.  Mimo  że 

przestało padać, chmury wisiały nisko nad dżunglą i nadal wyglądały groźnie. 

W Justinie wzbierał coraz większy niepokój. Czyżby gwałtowna fala błota i kamieni 

zmiotła ich z drogi? Wygrzebał się z samochodu i podszedł do skraju zbocza. 

- Co zamierza pan robić, senor? Dalej nie pojedziemy. 

Dobre pytanie. I była na nie tylko jedna odpowiedź. 

- Muszę iść na piechotę. Proszę. - Justin wręczył mężczyźnie zwitek pieniędzy. 

- Chce pan tu zostać? - Szofer spojrzał na niego jak na szaleńca. 

- Nie. Chcę dalej szukać mojej znajomej. 

- Ale, senor, jak pan wróci do Bogoty? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- O to będę martwił się później. 

Mężczyzna 

wzruszył 

ramionami, 

całkowicie 

przekonany, 

że 

wszyscy 

norteamericanos są stuknięci. Justin zapiął pod szyję nieprzemakalną kurtkę, wziął plecak 
i  ruszył  przed  siebie.  Godzinę  później  dostrzegł  samochód,  który  mógł  należeć  do 
przewodnika Melanie, a przez następną godzinę usiłował się do niego zbliżyć - z duszą na 
ramieniu i nadzieją, że nie znajdzie w środku ludzi. Gdyby tam byli, szanse na przeżycie 
mieliby zerowe. 

Zajrzawszy  przez  szybę,  odetchnął  z  ulgą  i  w  tej  samej  sekundzie  na  przednim 

siedzeniu  dostrzegł  apaszkę  Melanie.  Pamiętał  nawet  dzień,  kiedy  Elise  pochwaliła  się 
udanym  prezentem  dla  siostry:  "Spójrzcie,  jaki  niesamowity  deseń".  Justin  sam  nie 
wiedział,  co  czuje.  Z  jednej  strony  wielką  ulgę,  że  jest  na  właściwym  tropie.  Z  drugiej, 
wyobraźnia podsuwała mu najtragiczniejsze scenariusze tego, co mogło się wydarzyć. On 
sam  znał  Kolumbię  jak  własną  kieszeń  i  najgorszemu  wrogowi  nie  życzyłby  takich 
doświadczeń.  Po  kilku  latach  pracy  w  brygadzie  antynarkotykowej  zaklinał  się,  że  nigdy 
więcej jego stopa nie postanie na tej ziemi.  

O  ironio  losu!  Gdyby  natknął  się  teraz  na    "starych  znajomych",  znalazłby  się  w 

większym niebezpieczeństwie niż Melanie. Ale nie było wyjścia. Damon wiedział, co robi, 
prosząc właśnie jego o pomoc.  

Podróż do najbliższego miasteczka okazała się znośna, chmury bowiem, jakby na 

zaklęcie Justina, powstrzymały się z ulewą do chwili, kiedy przekroczył próg jedynego w 
tej okolicy, obskurnego hoteliku. Zapytał o Melanie. Oczywiście nie mogli nie zapamiętać 
kobiety  o  jej  wyglądzie.  Dotarła  tutaj  z  przewodnikiem  dzień  albo  dwa  dni  temu,  ale 
wynajęła  pokój  w  prywatnym  domu.  Jakiś mężczyzna  podał  mu  dokładny  adres i  wtedy 
Justin zaczął się poważnie zastanawiać: czy poczekać do rana, czy też dalej kusić licho i 
przedzierać  się  po  ciemku  przez  deszczową  nawałnicę  po  to  jedynie,  żeby  wygarnąć 
smarkuli, co myśli o jej niedorzecznych planach wakacyjnych. 

Mężczyzna,  który  przyprowadził  ją  do  miasteczka,  dziękował  podobno  Bogu,  że 

odpowiedzialność  za  Amerykankę  spadła  na  kogoś  innego.  W  pierwszej  chwili,  kiedy 
Justin  usłyszał,  że  dziewczynie  nic  się  nie  stało,  zachwiał  się  na  nogach.  Potem  zaczęła 
wzbierać  w  nim  złość,  ale  natychmiast  się  opanował.  Z  tego,  co  wiedział  o  Melanie,  nie 
tylko  mu nie  podziękuje,  ale  będzie  wściekła,  że  jakiś  facet śmiał  jej  deptać  po  piętach. 
Wyrecytuje 

mu, 

że  

"nie  jest  dzieckiem",  "sama  wie,  co  ma  robić",  "nie  potrzebuje  anioła  stróża"  itd. 
Spróbuje odwrócić kota ogonem. Nie szkodzi. Teraz już mu wszystko jedno. Im szybciej 
wyciągnie ją z Kolumbii i odstawi do domu, tym lepiej. Wzruszył ramionami. O tej porze 
na pewno jeszcze nie śpi. No i powinna wiedzieć o jego obecności w miasteczku… Co za 
różnica, dzisiaj, czy jutro… Woli mieć to z głowy. Trafił pod wskazany adres bez kłopotu. 

Kobieta  w  średnim  wieku  otworzyła  drzwi  na  oścież,  zdążył  zapukać,  i  przyjęła 

jego wyjaśnienie z okrzykiem ulgi. 

-  Dzięki  Bogu!  Tak  się  cieszę,  że  pan  przyjechał!  Piękna  lady  jest  chora,  ma 

wysoką gorączkę. Może pan coś poradzi. Proszę za mną. O, Najświętsza Panienko, jak to 
dobrze! Jak to dobrze! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Serce  podeszło  mu  do  gardła.  Niemożliwe,  żeby  przed  wyjazdem  nie  zaszczepiła 

się  przeciwko  malarii…  Kiedy  weszli  na  górę,  kobieta  uchyliła  drzwi  i  cofnęła  się 
zdecydowanie, czekając, aż Justin wejdzie pierwszy. 

W  małej  sypialni  paliła  się tylko  nocna  lampka.  Kobieta  leżąca  w  łóżku  wcale  nie 

przypominała mu uczennicy, którą poznał kilka lat temu. Melanie jako młoda dziewczyna 
wydawała  mu  się  interesująca.  Dorosła  Melanie  była  olśniewająco  piękna.  Miał 
nieprzepartą  ochotę  dotknąć  jej  aksamitnego  policzka.  Sprawdzić,  czy  rzeczywiście  jest 
tak delikatny…  

Leżała  spokojnie  niczym  śpiąca  królewna.  Zupełnie  bezbronna,  w  jakimś  obcym 

domu,  w  zapomnianym  przez  Boga  i  ludzi  miasteczku.  Justinowi  nie  mieściło  się  to  w 
głowie.  Co  też  mogło  skłonić  dorosłą  kobietę  -  bo  przecież  Melanie  nie  wygląda  na 
niesforną nastolatkę - do narażania się w tak głupi sposób?!  

Nie  mógł  pozbierać  myśli  ani  oderwać  od  niej  oczu.  Mimowolne  podniecenie 

wprawiło  go  w  jeszcze  większe  zakłopotanie.  Usiadł  na  brzegu  łóżka  i  zaczął  gładzić  jej 
długie, miękkie włosy. Podziwiał regularne rysy twarzy, lekko wystające kości policzkowe, 
prosty delikatny nos i ślicznie wykrojone usta. Były lekko nabrzmiałe, jakby stworzone do 
pocałunków.  Kiedy  musnął  palcami  rozpalone  policzki,  Melanie  uniosła  powieki…  i,  o 
dziwo, w jej wzroku Justin nie dostrzegł śladu zaskoczenia. 

-  Witaj…  -  szepnęła  miękko  -  zdążyłeś  na  przyjęcie.  Rodzinka  stawiła  się  w 

komplecie. Ty też mi powiesz, że jestem głupia i tak dalej? 

Mimowolnie  rozejrzał  się  po  pokoju.  Byli  sami.  O  czym  ta  dziewczyna  mówi?  Kto 

według niej przyjechał? Ujął w ręce jej rozpaloną dłoń, a potem gładził powoli wszystkie 
palce, jeden po drugim, masując lekko opuszki. 

- Hm, wydają rodzinne przyjęcie, ale powiedz, na jaką to cześć… 

- Zapomniałam - mruknęła zbolałym głosem. - Strasznie tu gorąco. Dlaczego nikt 

nie włączył klimatyzacji? 

- Z troski o twoje zdrowie. Mogłabyś się przeziębić. 

- Elise powinna mnie ostrzec, że przyjedziesz. 

- Elise nie wiedziała, gdzie jesteś. 

- Och, ona i mama zawsze wiedzą, gdzie jestem. Założę się, ze wynajęły drużynę 

tropicieli,  którzy  śledzą  każdy  mój  krok.  -  Powiedziała  to  z  takim  niesmakiem,  iż  Justin 
ledwie powstrzymał się od śmiechu. 

Przedni  pomysł,  pomyślał.  Drużyna  tropicieli  zaoszczędziłaby  wszystkim 

zmartwień. 

- Kochają cię - odparł poważnie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Wiem  -  westchnęła  ciężko.  -  Ja  też  ich  kocham,  ale  mam  prawo  do  własnego 

życia. 

- Po to właśnie uciekłaś do Kolumbii? Żeby żyć własnym życiem? 

-  Próbowałam,  ale  była  ulewa,  prawdziwy  potop,  ślisko…  no  i  samochód,  którym 

jechałam, stoczył się w przepaść. 

- Rozumiem. Trudno być niezależnym bez samochodu. 

Uśmiechnęła się i tym jednym uśmiechem oczarowała go na dobre. 

- Wiem, że jesteś nieprawdziwy… 

- Nie? 

-  Po  co  Justin  Drake  miałby  tu  przyjeżdżać?  Nawet  gdyby…  Nie  siedziałby  przy 

mnie i nie słuchał opowieści o rodzinnych kłopotach. 

- Ach tak? Nie siedziałby? A to dlaczego? 

-  Bo  Justin  jest  wspaniałym,  przebojowym  facetem,  który  nie  zagrzewa  nigdzie 

miejsca.  Wiesz,  tacy  jak  on  nie  mają  czasu.  Gonią  przecież  po  całym  świecie  w 
poszukiwaniu nowych celów. Wciąż przesuwają granice. Zdobywają szczyty. 

- Ta ironia w głosie… Zdaje mi się, że ów Justin, czy jak mu tam, naraził ci się. 

- Nie, skąd, to porządny facet, tylko rzeczywiście… nie w moim typie. "Dominujące 

osobowości"  nie  są  tym,  co tygrysy lubią najbardziej…  -  Melanie  uśmiechała  się,  ale  nie 
mogła  dokończyć  zdania. - Wydajesz mi  się tak  prawdziwy…  -  westchnęła  żałośnie  -  ale 
nic nie widzę… 

Zaciskając  usta,  żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem,  Justin  przetarł  jej  twarz 

wilgotnym ręcznikiem. 

- Spróbuj teraz zasnąć. 

- Co za niemądra propozycja… Przecież śpię.  

Nachylił  się,  żeby  pocałować  ją  w  policzek.  Melanie  odwróciła  niespodziewanie 

głowę  i  wtedy  na  ułamek  sekundy  spotkały  się  ich  wargi.  Justin  podskoczył  odruchowo, 
ale pokusa wydała mu się nie do przezwyciężenia. Tylko jeden pocałunek, pomyślał. 

Jej usta rozchyliły się natychmiast. Były drżące i niewiarygodnie słodkie. Błądził po 

nich  językiem,  oddając  im  swoją  wilgoć,  zapraszając  do  zabawy,  coraz  bardziej 
pospiesznie  i  zachłannie  -  wstydząc  się  nieco,  że  wykorzystuje  chorą,  majaczącą 
dziewczynę.  Wyobraził  sobie  furię,  w  jaką  wpadnie  Melanie,  kiedy  wyzdrowieje. 
Zdecydował jednak natychmiast, że chwila w jej ramionach warta jest nie tylko własnych 
wyrzutów sumienia, ale i awantury, którą z pewnością zrobi mu… później. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

  

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Melanie  otworzyła  oczy.  Pokój,  którego  nie  poznawała,  skąpany  był  w  słońcu. 

Nareszcie!  Odzyskała  przytomność,  nie  słyszała  żadnego  deszczu,  a  doskwierał  jej  tylko 
głód.  Przeciągnęła  się  z  uśmiechem.  Jak  długo  to  mogło  trwać:  gorączka,  majaczenie, 
dzień  zlewający  się  z  nocą,  natarczywe  sny,  z  których  każdy  był  projekcją  jej  lęków  i 
pragnień?  Jak  gdyby,  nie  wychodząc  z  kina,  oglądała  przegląd  filmów  z  Melanie 
Montgomery  w  roli  głównej.  Najpierw,  zagubiona  w  dżungli,  mokła  w ulewnym  deszczu. 
Potem  matka,  w  zgodnym  chórze  z  rodzeństwem,  wypominała  jej  karygodny  brak 
rozsądku. W "happy endzie" wystąpił Justin Drake. 

W skrytości ducha musiała przyznać, że jak na człowieka, którego spotkała jeden 

jedyny  raz  w  życiu,  pan  Drake  zrobił  na  niej  piorunujące  wrażenie.  Pamiętała  każdy 
szczegół jego wyglądu - wzrost, brązowo-miedziane włosy i oczy, które zmieniały barwę 
w  zależności  od  nastroju:  od  głębokiego  błękitu,  poprzez  kolor  szaroniebieski  do 
srebrnego.  Najdziwniejsze  oczy,  jakie  widziała.  I  silny,  głęboki  głos.  Jeżeli  natura  bywa 
hojna, to Justin należał do jej wybrańców.  

Ale przecież nie jego urody obawiała się najbardziej. Mimo młodego wieku i braku 

doświadczenia  Melanie  podświadomie  wyczuwała  w  takich  mężczyznach  jak  Justin 
zagrożenie własnej wolności. Instynkt nakazywał jej ucieczkę. Założyła, że czego oczy nie 
widzą, tego sercu nie żal, i odtąd konsekwentnie unikała Justina Drake'a. Nagle, po kilku 
latach  od  ich  pierwszego  i  jak  dotąd  jedynego  spotkania, ten człowiek  pojawia  się w  jej 
śnie.  I  to  w  jakim  śnie…  Wszedł  do  pokoju,  jak  gdyby  ten  dom  należał  do  niego,  i  jak 
gdyby ona należała do niego!  

Na  myśl,  że  tak  mogłoby  być  naprawdę,  Melanie  dostała  gęsiej  skórki.  Chociaż 

nigdy nie  pragnęła zostać  własnością  mężczyzny,  intuicja  jej  podpowiadała,  że  ten  facet 
niezwykle  czule  troszczy  się  o  wszystko,  co  posiada…  Śniła,  że  usiadł  na  brzegu  łóżka, 
trzymał ją za rękę i całował. Czuła, że topnieje w jego ramionach. Usta Justina były ciepłe 
i  stanowcze.  Dziwne…  jak  na  sen,  pamięta  ten  pocałunek  bardzo  dokładnie,  czuje  go 
jeszcze i płonie na samo wspomnienie. Co się z nią dzieje?! Melanie usiadła raptownie. Ile 
można  myśleć  o  Justinie  Drake'u  z  powodu  jakiegoś  głupiego  snu?  Ściągnąwszy  przez 
głowę pożyczoną koszulę, podeszła do miski, nalała do niej wody z dzbanka i, szczękając 
zębami,  zaczęła  się  myć.  Musi  dzisiaj  koniecznie  zdecydować,  w  jaki  sposób  ruszyć  w 
dalszą  drogę.  Ciekawe,  czy  Julio  zdołał  odzyskać  samochód  i  bagaże.  Wiele  od  tego 
zależy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zamyślona, ledwie usłyszała, że ktoś otworzył drzwi. Odwróciła się, żeby przywitać 

gospodynię  domu,  poczciwą  kobietę,  która  troszczyła  się  o  nią  jak  matka,  ale  w  progu 
stał nie kto inny, tylko Justin Drake. 

Zdumiony,  przez  kilka  sekund  nie  odrywał  wzroku  od  pustego  łóżka  i  dopiero  po 

chwili spojrzał w kąt pokoju. Pewien był, że Melanie śpi. Tymczasem ona stała przed nim 
bez  ruchu,  niczym  blada  nimfa,  okryta  płaszczem  długich  włosów,  z  oczami  szeroko 
otwartymi ze zdumienia. 

- Co ty tu robisz? - wydobyła z siebie zdławiony okrzyk. 

- Dlaczego wstałaś z łóżka? - zapytał niemal równocześnie. 

Melanie sięgnęła po koszulę, owinęła się nią jak ręcznikiem, rumieniąc się ze złości 

i wstydu. 

- Nie powinnaś wstawać z łóżka - powtórzył łagodnie, robiąc krok w przód. 

- A ty nie powinieneś wchodzić do mojego pokoju! Wynoś się stąd! 

Drżała jak liść na wietrze. Justin nie był jednak pewien, czy to z wyczerpania, czy 

ze  złości,  czy  z  obu  powodów  jednocześnie.  Postawił  na  podłodze  walizkę,  którą  dotąd 
trzymał  w  ręku,  i  zbliżył  się  do  Melanie  na  odległość  wyciągniętej  ręki.  Zniżył  głos  do 
szeptu i biorąc ją za łokieć, zaprowadził do łóżka. 

- Za wcześnie na wstawanie. Potrzebujesz jeszcze kilku dni, żeby odzyskać siły. 

Melanie nie umiała  zaprotestować.  Czuła,  że  słabnie  i uginają się pod  nią nogi.  Z 

ulgą opadła na posłanie. 

- Skąd się tu wziąłeś? - spytała zdumiona. 

- Szukałem cię. 

- Po co? 

- Twoja rodzina odchodziła od zmysłów. 

- Przecież nic mi nie jest… 

-  Bezsprzecznie.  Właśnie  widzę,  że  wszystko  jest  w  porządku:  chora,  zdana  na 

pastwę losu w jakiejś kolumbijskiej dziurze. Pewnie nigdy dotąd nie wiodło ci się lepiej. 

- Nie jesteś ich prywatnym detektywem. Nie mieli prawa… 

- Może i nie. Ale przyjechałem tutaj, więc spróbuj nie stawiać oporu i pozwól, że ci 

pomogę. 

- Nie potrzebuję twojej pomocy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Melanie, bądź rozsądna. Nie znasz nawet języka. Twój przewodnik wyjechał. Co 

zamierzasz robić w takiej sytuacji? 

Julio  zostawił  ją?  Liczyła  na  jego  pomoc  w  zorganizowaniu  transportu.  Ze  swoim 

hiszpańskim niczego nie załatwi. Westchnęła załamana. 

-  Zamierzam  wydostać  się  z  tego  miejsca,  nawet  na  piechotę,  jeżeli  nie  uda  się 

inaczej, i dotrzeć wreszcie do Villa Vicencias. 

- Chcesz powiedzieć, że nie zrezygnowałaś ze złożenia wizyty swojej przyjaciółce?! 

- Oczywiście. Niby dlaczego miałabym zmienić plany? 

-  Bo  ta  przygoda  powinna  cię  czegoś nauczyć.  Powinnaś  być  mądrzejsza  o  jedno 

życiowe doświadczenie: to nie jest miejsce dla samotnej kobiety! Dlatego! 

- Pozwolę sobie nie komentować twojego zabawnego oświadczenia. 

-  Nie  przyjechałem  cię  rozśmieszać,  Melanie.  Zapominasz  o  jednej  podstawowej 

rzeczy:  nie  jesteś  w  Stanach.  Tutaj  nie  tolerują  kobiet,  które  obnoszą  się  z  taką… 
postawą. 

- Z jaką znowu postawą? Z czym ja się obnoszę? 

- Z pozą nieustraszonej Zosi Samosi: ze wszystkim sobie radzisz, żadnej pracy się 

nie boisz, w dżungli kolumbijskiej czujesz się bezpieczniej niż na Manhattanie… 

- Dosyć! Rzeczywiście umiem sobie radzić, więc i tym razem nie zginę. 

-  Melanie  -  Justin  wziął  głęboki  oddech  i  policzył  w  myśli  do  dziesięciu.  -  W 

porządku. Umiesz. Ale skoro już tu jestem, chciałbym ci pomóc. Jeśli pozwolisz. 

- W czym chcesz mi pomóc? 

- W dotarciu na miejsce. Dokąd tylko zechcesz. 

- Jak się do tego zabierzesz? 

- Po pierwsze, powiesz mi, gdzie mieszka twoja przyjaciółka. Potem załatwię jakiś 

transport. 

Melanie poczuła, że po raz pierwszy, odkąd wyskoczyła w biegu z samochodu, nie 

ma ściśniętego ze strachu gardła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, w jakim była stanie. 
I przyznała się w duchu, że oszukiwała samą siebie z czystej próżności. 

-  Przepraszam  za  to  całe  gadanie.  Byłam  zdenerwowana.  Masz  rację.  Oczywiście 

chętnie skorzystam z twojej pomocy. Sama niczego bym nie załatwiła. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Justin  dopiero  teraz  osłupiał.  Łatwa  kapitulacja  nie  była  w  jej  stylu.  Potulne 

przeprosiny ni stąd, ni zowąd… Nie, Melanie Montgomery musi być naprawdę w kiepskim 
stanie. Wyprostował się i obdarzył ją najpogodniejszym ze swoich uśmiechów. 

-  Pójdę  poszukać  prowiantu.  -  Wskazał  palcem  stojącą  przy  drzwiach  walizkę.  - 

Dzielny  Julio  odzyskał  twoje  ciuchy.  Założę  się,  że  ta  wiadomość  postawi  cię  na  nogi.  - 
Uśmiechnął  się  jeszcze  raz  na  pożegnanie  ciepłym,  przyjaznym  uśmiechem,  który 
wzbudził w Melanie dziwny dreszcz i przypomniał o sennych majakach. 

O Boże… Justin przyjechał naprawdę. A więc to nie był żaden sen. Całowali się na 

jawie,  wszystko  działo  się  na  jawie!  Co  za  wstyd…  Rzuciła  mu  się  w  ramiona  jak  jakaś 
nimfomanka.  I  pewnie  go  sprowokowała.  Ciekawe,  co  on  sobie  pomyślał.  Zdrętwiała  z 
przerażenia. Nikt nie może odpowiadać za to, co robi albo mówi, kiedy jest nieprzytomny. 
Miałam  gorączkę,  bredziłam,  to  był  kompletny  odjazd,  muszę  go  o  tym  przekonać.  Ten 
sympatyczny facet, Justin Drakę, nie obchodzi mnie nic a nic! 

Gdy  Justin  zamknął  za  sobą  drzwi,  Melanie  wyskoczyła  z  łóżka  i  rzuciła  się  do 

walizki.  Wyciągnęła  pierwsze  z  brzegu  dżinsy  oraz  sweter  -  i  w  pół  minuty,  mimo 
zawrotów głowy, była gotowa do wyjścia. 

Na  korytarzu  uderzył  ją  w  nozdrza  zapach  gotowanego  jedzenia.  Poczuła  wilczy 

głód i, niewiele myśląc, powędrowała na palcach do kuchni. 

- Myślałem, że umówiliśmy się co do jednego: że zostajesz w łóżku - usłyszała za 

sobą podniesiony głos. 

Zadrżała,  potem  odwróciła  się  gwałtownie  na  pięcie,  tracąc  równowagę.  Justin 

złapał ją w ostatniej chwili i trzymając za łokcie, lekko potrząsnął. 

- Ale ty masz w nosie wszystkie umowy, prawda? 

- Nie jestem dzieckiem, Justinie. 

-  Ale  daję  słowo,  że  zachowujesz  się  jak  dziecko.  Nie  masz  za  grosz  zdrowego 

rozsądku. 

- Dzięki za tak rzetelną ocenę mojej osobowości. 

- Zawsze do usług. 

Stali  tak  naprzeciw  siebie,  mierząc  się  wzrokiem,  aż  Justin  poczuł,  że  Melanie 

drży. Zwolnił uścisk i natychmiast się opanował. 

- Skoro już jesteś na nogach, usiądźmy do stołu. Śniadanie gotowe, - Położył rękę 

na jej ramieniu i zaprowadził do kuchni. 

Gospodyni  przywitała  ich  szerokim  uśmiechem  oraz  potokiem  niezrozumiałych 

słów.  Melanie  wychwyciła  kilka  razy  esposo,  bo  wtedy  Kolumbijka  mówiła  wolniej  i 
patrzyła na Justina z uwielbieniem i matczyną pobłażliwością. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Czy ty jej powiedziałeś, że jesteś moim mężem? 

-  Nie,  ale  i  nie  zaprzeczyłem.  W  końcu  co  to  za  różnica,  za  kogo  mnie  wzięła? 

Niczego nie musimy tłumaczyć ani prostować. 

-  Chyba  masz  rację  -  powiedziała  po  dłuższej  chwili  milczenia,  wzruszając 

ramionami. 

-  No,  no,  co  się  stało,  że  Melanie  Montgomery  przyznała  mi  rację.  Węglem  w 

kominie zapisać. 

- Daj spokój. Z sarkazmem jest ci wyjątkowo nie do twarzy - powiedziała wyniośle 

i zaciskając usta, na próżno starała się ukryć uśmiech. 

Ale  tobie  z  tym  przekornym  uśmiechem  jest  wyjątkowo  do  twarzy,  myślał  w 

popłochu.  Serce  biło  mu  jak  młotem  i  coraz  czarniej  widział  najbliższą  przyszłość.  Nie 
umiał  zapanować  nad  własną  wyobraźnią,  tym  bardziej  że  naprawdę  trzymał  Melanie  w 
ramionach.  Nie  potrafi…  i  nie  chce  zapomnieć  smaku  tamtego  pocałunku.  Czeka  ich 
jednak długa wspólna podróż i wiele godzin udawania, że nic się nie stało. Potem każde 
pójdzie swoją drogą, bo nie ma powodu, żeby stało się inaczej. Melanie Montgomery nie 
zadaje  się  przecież  z  mężczyznami  jego  pokroju.  "Jest  w  porządku,  ale  zupełnie  nie  w 
moim typie"… Jaśniej nie mogła się wyrazić. A jemu nie trzeba powtarzać dwa razy. 

Gospodyni  zaprosiła  ich  do  stołu.  Usiedli  na  grubo  ciosanej  ławie,  ramię  przy 

ramieniu,  nie  patrząc  sobie  w  oczy.  Melanie  jedzenie  wydało  się  pyszne,  ale  zjadła 
niewiele;  uczucie  zmęczenia  okazywało  się  silniejsze  od  głodu.  Zaczęła  wpatrywać  się 
bezradnie w talerz. 

-  Teraz  przyznaj  mi  rację  -  Justin  uśmiechnął  się  pobłażliwie  -  że  przesadziłaś 

trochę  z  tym  wstawaniem  z  łóżka.  Czy  dalej  będziesz  udawać  gotową  do  drogi?  Drogi 
przez góry i dżunglę… 

-  Zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  jestem  taka  słaba,  -  Pokręciła  ze  smutkiem 

głową, nie mając siły dłużej udawać. 

- To proste. Trzy dni wysokiej gorączki wycieńczyły twój organizm. Musisz dać mu 

trochę czasu. Nic cię przecież nie goni. Nikt cię stąd nie wygania. 

Miał  rację.  Granie  siłaczki  byłoby  śmieszne.  Melanie  z  ulgą  wróciła  do  pokoju, 

wyciągnęła się na łóżku i zapadła w głęboki, uzdrawiający sen. 

Obudziła się po kilku godzinach w znacznie lepszej formie. Słońce grzało mocniej. 

Znalazła łazienkę, wzięła prysznic i postanowiła wyjść na spacer, żeby choć przez chwilę 
odetchnąć świeżym powietrzem i wysuszyć włosy. 

Uszła  zaledwie  kilka  kroków,  gdy  otoczyła  ją  grupka  rozszczebiotanych  dzieci, 

które  pokazując  ją  palcami,  chichotały  coraz  głośniej,  a  niektóre  aż  zataczały  się  od 
śmiechu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Z  ich  słów  wychwyciła  tylko  ojosverde,  i  zrozumiała,  że  chodzi  o  zielone  oczy. 

Ogromne  zainteresowanie  budził  także  kolor  jej  włosów.  Kiedy  doszła  do  pierwszego 
skweru i usiadła na ławce, ośmielone dzieciaki podeszły na wyciągnięcie ręki i okrążyły ją 
ciasnym półkolem. 

Uśmiechała  się  do  tych  śniadych,  brązowookich  chłopców  i  dziewczynek,  których 

skóra tak bardzo kontrastowała z jej bladością. 

Zaczęła  z  nimi  rozmawiać  -  trochę  po  hiszpańsku,  trochę  na  migi  -  i  wkrótce 

chichotali  wszyscy  razem.  Dzieci  były  ciekawskie  i  coraz  bardziej  natarczywe.  Dotykały 
jej skóry, głaskały po włosach, próbowały nawet zbadać zawartość torebki. 

Żeby zniechęcić ich do dalszego wścibstwa, Melanie wyjęła szminkę i puderniczkę, 

a  potem  każdemu  dziecku  pozwoliła  przejrzeć  się  w  lusterku.  Tłumiony  do  tej  pory 
chichot zmienił się w szaloną radość. Mała dziewczynka, wyglądająca na trzy albo cztery 
lata,  wdrapała  się  "białej  seńoricie"  na  kolana.  Melanie  pokazała  jej,  do  czego  służy 
szminka, a potem wszystkie dziewczynki chciały mieć pomalowane usta. 

-Królewna Śnieżka wśród czarnych krasnoludków. 

Melanie  przełknęła  ślinę  i  dopiero  po  chwili  uniosła  głowę.  Justin  stał  obok 

uśmiechnięty,  w  swobodnej  pozie,  z  rękami  na  biodrach.  Musiał  przyglądać  się  zabawie 
od  dłuższego  czasu.  A  jej  wystarczyło  mgnienie  oka,  żeby  zauważyć,  jak  świetnie 
wygląda.  Wcale  nie  chciała  tego  widzieć,  nie  mogła  jednak  oderwać  wzroku  od  jego 
smukłej,  silnej  sylwetki.  Miękka  batystowa  koszula  opinała  szeroki  tors,  a  dopasowane 
dżinsy podkreślały imponująco długie nogi. 

Zarumieniła  się  na  wspomnienie  ich  pocałunku.  Czuła  jeszcze  jedwabiste  włosy 

Justina  między  swoimi  palcami,  w  nozdrzach  zapach  jego  wody  kolońskiej,  a  na  ustach 
dotyk  jego  warg.  Musiała  teraz  spojrzeć  mu  w  oczy,  jak  najobojętniej…  Boże,  co  za 
katorga… 

- Udało ci się może załatwić jakiś pojazd? 

-  I  tak,  i  nie.  Nie  istnieje  na  razie  żadna  możliwość  wydostania  się  z  tej  dziury 

inaczej  niż  na  własnych  nogach,  ale  gdybyśmy  powędrowali  dalej  na  południe, 
trafilibyśmy na wielką plantację. Tam szansa byłaby większa. 

- Kiedy możemy wyruszyć? 

-  Wtedy,  gdy  odzyskasz  siły.  Nie  wiem, ile kilometrów  mamy  do  przejścia:  kilka, 

kilkanaście czy kilkadziesiąt. 

-  Na  pewno  jutro  rano  będę  gotowa.  Wyspana  i  wypoczęta.  Już  teraz  czuję  się 

dobrze… Przysięgam. 

- Jak sobie życzysz. - Wzruszył ramionami. 

- Założę się, że ty też nie możesz doczekać się powrotu do... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Buenos Aires. 

- Tak? - uśmiechnęła się promiennie. - Zawsze chciałam tam pojechać. 

- Musisz zatem odwiedzić mnie w Argentynie - Justin odwzajemnił się uśmiechem. 

- Dziękuję. 

- Czy zjesz wreszcie porządny obiad? Rosa prosiła, żebym cię znalazł. 

- Tak ma na imię? Że też nie przyszło mi do głowy zapytać, jak się nazywa… Jest 

taka  miła.  -  Melanie  odwróciła  się  do  dzieci,  pomachała  im  na  pożegnanie,  a  potem 
przesłała kilka pocałunków, wzbudzając tym zachwyt dzieciarni.- Co oni mówią? - spytała 
Justina. 

- Chcą, żebyś została. 

- Powiedz im, że idę coś zjeść i że zobaczymy się później. 

Justin  ukucnął,  żeby  porozmawiać  z  dziećmi.  Kiedy  wszystko  im  wytłumaczył, 

położył  ręce  na  głowach  najbliżej  stojących  chłopców  i  śmiejąc  się  razem  z  nimi, 
zmierzwił gęste czupryny. 

- Gotowa? - Podniósł się i wyciągnął rękę do Melanie, która - kompletnie oniemiała 

na widok tej sielankowej sceny - skinęła tylko głową. 

Kiedy  szli  obok  siebie  w  milczeniu,  Justin  kątem  oka  przyglądał  się  Melanie, 

Zauważył,  że  z  łatwością  dotrzymywała  mu  kroku,  choć  szedł  dosyć  szybko.  Chyba 
naprawdę wydobrzała. 

-  Rosa  jest  tobą  oczarowana,  wiesz?  Chętnie  by  ci  jeszcze  pomatkowała. 

Powiedziała, ze jestem w czepku urodzony, bo mam taką piękną żonę, a potem zbeształa 
bez litości za to, że wypuściłem cię samą z domu. Koniecznie chciała wiedzieć, dlaczego 
od razu nie pojechałem z tobą. 

Melanie, z piekącymi policzkami, zastanawiała się, co powiedzieć. 

- Chyba wyprowadziłeś ją z błędu… 

- Nie. Wytłumaczyłem jej, że chciałaś ode mnie odpocząć. - Wybuchnął śmiechem 

na widok jej miny. 

- Bardzo zabawne - mruknęła pod nosem. 

Musnął ręką jej lekko falujące włosy, okrywające ramiona i sięgające do pasa. 

- Nigdy nie widziałem takich włosów. Wyglądają jak srebrne nitki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Melanie  czuła,  jak  ten  lekki  dotyk  przenika  jej  włosy,  ubranie,  a  potem  skórę. 

Przejmuje  ją  aż  do  szpiku  kości.  Zamknęła  na  chwilę  oczy.  Skoro  czeka  ich  wspólna 
podróż, musi nauczyć się panować nad swoimi reakcjami. 

Justina  stropiło  jej  długie  milczenie.  Zrobiło  mu  się  głupio,  jakby  powiedział  coś 

bardzo  niestosownego.  Melanie  mogła  być  spragniona  wielu  rzeczy,  ale  nie  jego  tanich 
komplementów. Tak naprawdę, na nic się nie przydał, a zepsuł jej całą przygodę. 

Pewnie  jest  wściekła,  ma  go  za  "anioła  stróża"  nasłanego  przez  rodzinkę i  marzy 

tylko o tym, żeby się zgubił. Jak najszybciej. Już od rana coś mu mówiło, że ta na pozór 
krucha istota poradziłaby sobie doskonale bez jego pomocy. Tak jak radziła sobie do tej 
pory.  Julio  nie  zostawiłby  jej,  gdyby  nie  wiedział,  że  Melanie  jest  pod  dobrą  opieką.  Ale 
trudno.  Skoro  sprawy  potoczyły  się  w  taki,  a  nie  inny  sposób,  musi  dotrzymać  słowa  i 
odstawić dziewczynę do Villa Vicencias. Nigdy jednak nie zapomni tej sceny na skwerze. 
Melanie otoczona małymi dziećmi, z błyszczącymi w słońcu włosami i ciepłym uśmiechem 
na  ustach.  Żadna  inna  kobieta  nie  zrobiła  na  nim  takiego  wrażenia.  Była  niezwykle 
piękna,  ale  przecież  nie  o  to  chodziło.  Poznał  wiele  atrakcyjnych  kobiet,  ale  w  Melanie 
pociągało go coś innego, coś, co promieniowało z jej wnętrza i było trudne do określenia 
słowami. 

Nagle  zapragnął  ją  chronić.  Tak…  Może  właśnie  to,  że  wzbudza  w  ludziach 

nadmierny  instynkt  opiekuńczy,  doprowadza  ją  do  szału.  Mimowolnie,  a  nawet  wbrew 
sobie,  robi  wrażenie  bezbronnej.  Buntuje  się  przeciw  nadopiekuńczej  rodzinie,  coraz 
śmielej  udowadniając  własną  zaradność  i  niezależność.  Rodzina  ma  coraz  więcej 
powodów  drżeć  ze  strachu…  i  tak  się  toczy  błędne  koło.  Powinniśmy  dać  jej  spokój
myślał gorączkowo, odczepić się od niej, pozwolić rozwinąć skrzydła, żeby przekonała się 
wreszcie, że potrafi latać i nie musi niczego udowadniać. 
 

Łatwo  mówić.  Gdyby  go  tak  nie  pociągała  fizycznie,  wszystko  byłoby  proste.  Ale 

jego  ciało  reagowało  na  jej  bliskość,  jak  licznik  Geigera  na  radioaktywność.  Gorzej! 
Włączały się alarmy, sprawny dotychczas system wariował, jak gdyby nie mógł sprostać 
nowej sytuacji. 

A  teraz,  rozkazał  sobie  w  duchu,  przypomnisz  sobie,  po  co  tu  przyjechałeś  i 

skoncentrujesz na kolejnych zadaniach. Po pierwsze, znaleźć środek lokomocji. Po drugie, 
zawieźć  Melanie  do  jej  przyjaciółki.
  Najbardziej  pomocna  w  wypełnieniu  zobowiązań 
wobec  Dam  ona,  poza  kubłem  zimnej  wody  od  czasu  do  czasu,  powinna  być myśl,  że  o 
wszystkim, co się przydarzy w tej podróży jego szwagierce, dowie się zarówno on, jak i 
Elsie…  Poprosili  go  o  znalezienie  dziewczyny  i  odstawienie  jej  w  bezpieczne  miejsce.  O 
uwiedzeniu nie było mowy. 

 

 

 

 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Następnego  ranka,  gdy  pierwszy  brzask  poranka  zajaśniał  w  pokoju  Melanie, 

Justin, kompletnie ubrany, potrząsał energicznie jej ramieniem. 

- Melanie, zbudź się - powtarzał błagalnym szeptem. - Musimy stąd uciekać. 

- Jak się tu dostałeś?! - Otworzyła wreszcie oczy i w tej samej sekundzie usiadła 

gwałtownie. 

- Przez okno. Posłuchaj, nie mamy czasu do stracenia. Musimy stąd wiać.  

- Dlaczego? 

Chwycił jej walizkę, lekceważąc pytanie, i całą zawartość rzucił na łóżko. 

- Ubierz się, weź rzeczy, bez których naprawdę nie możesz się obyć, i włóż je do 

mojego plecaka. 

- Hej, co się z tobą dzieje, goni nas ktoś czy co? 

-  Jeszcze  nie,  ale  gdyby  nas  namierzyli,  odpowiedź  byłaby  twierdząca.  Zostało 

nam  piętnaście  minut.  Przed  wschodem  słońca  musimy  się  ulotnić.  Wyparować  jak 
kamfora.  

Otworzył drzwi. 

- Dokąd idziesz? 

-  Znaleźć  coś  do  jedzenia.  Twojej  gospodyni  zostawię  górę  pieniędzy,  ale 

wyjdziemy stąd, niestety, po angielsku. Nie ma czasu na pożegnania. 

Melanie  pokręciła  z  niedowierzaniem  głową.  Nigdy  nie  należała  do  rannych 

ptaszków, więc wykazanie się refleksem w "środku nocy", przerastało jej możliwości. Siłą 
woli  nieco  jednak  oprzytomniała,  ubrała  się,  spakowała  zgodnie  z  instrukcją  i  wtedy  do 
pokoju, bezszelestnie jak kot, wrócił Justin. 

- Czy mógłbyś mi teraz łaskawie wytłumaczyć, co tu jest grane? 

- Nie, nie teraz. Później, kiedy będziemy w drodze. Teraz zrobimy „hop" i już nas 

tu nie ma. 

Uchylił  okno.  Ani  żywej  duszy.  Wyrzucił  plecak,  wszedł  na  parapet  i  skoczył  na 

ziemię. Stanął teraz twarzą do okna z wyciągniętymi w górę rękami. 

- No chodź - szepnął. 

W  porządku,  myślała  w  popłochu.  Marzyły  ci  się  przygody?  Brakowało  ci  w  życiu 

dreszczyka emocji? No to masz! 

Wzięła głęboki oddech i spadła prosto w ramiona Justina. Nikt ich nie śledził. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Dopiero  kiedy  wyszli  z  miasta  i  trafili  na  właściwą  drogę,  Melanie  ośmieliła  się 

zadać pytanie. 

- Dokąd idziemy? 

- Przyczaimy się w dżungli na dwa, trzy dni. To konieczne, wierz mi. Żeby nikt nie 

mógł  powiedzieć,  że  nas  widział,  rozumiesz?  Takich  amerykańskich  wymoczków  trudno 
nie zapamiętać. 

Wędrowali kilka godzin, z krótkimi przerwami na ugaszenie pragnienia lub złapanie 

oddechu.  Ponura  mina  Justina  przekonała  Melanie  ostatecznie,  że  nie  był  to  alarm 
próbny.  Sytuacja  musiała  być  groźna.  Gdy  koło  południa  dotarli  do  małej  zamkniętej 
polany, Justin zarządził przerwę na lunch. Melanie nie czuła nóg ze zmęczenia. 

- Powiesz mi teraz, przed kim uciekamy? 

Wyciągnięci na trawie, zaczęli pałaszować kurczaka z bułką. 

- Przed jednym bardzo chytrym facetem. Nazywa się Victor Degas. 

- Skąd go znasz? 

- Dawno temu, kiedy byłem młodym idealistą, wziąłem udział w tajnej akcji rządu 

amerykańskiego  przeciwko  tutejszej  mafii.  Pewnie  wiesz,  że  Kolumbia  jest  największym 
zagłębiem kokainowym zachodniej półkuli… 

- Nie żartuj, wystarczy oglądać seriale telewizyjne. 

- W porządku. Więc była to zasadzka na grube ryby. Udało mi się dostać do siatki 

szmuglerskiej Degasa - wielkiego, bezwzględnego cwaniaka, którego podchodziłem kilka 
dobrych lat. W końcu stałem się jednym z jego najbardziej zaufanych ludzi.  

- I co? 

-  Prawie  ich  miałem.  Rozpracowałem  organizację.  Podczas  jednej  akcji  mogłem 

zniszczyć  cały  jego  interes  na  dwóch  kontynentach.  Wszystko  było  zapięte  na  ostatni 
guzik,  ale  niestety,  Victor  wymknął  się  z  sieci  w  ostatniej  chwili.  Uciekł  nie  wiadomo 
dokąd. Ten łobuz ma szósty zmysł. 

- Czy on wie, przez kogo musiał uciekać? 

- Wcale mnie to nie ciekawi. Nie zamierzałem tu nigdy wracać ani zasięgać języka 

na temat Degasa. 

- Jak sądzisz, co by zrobił, gdyby cię - odpukać - spotkał? 

- Victor ma jedną zasadę: zawsze strzela pierwszy. A jeśli jego ofiara jeszcze żyje, 

zadaje jej kilka pytań. 

- I ten Victor był w miasteczku? Jesteś pewien? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Absolutnie.  Myślę,  że  jechał  ze  swoimi  ludźmi  do  Bogoty,  ale  z  powodu  lawiny 

błota musieli zawrócić. Ostatniej nocy zatrzymali się w miasteczku i szukali noclegu. 

- Widział cię? 

-  Nie.  Na  szczęście  byłem  w  innym  pokoju,  rozpoznałem  tylko  jego  głos. 

Poczekałem, aż zjedzą i zasną, i natychmiast przybiegłem do ciebie. 

Przez kilka minut Melanie przyglądała się Justinowi w milczeniu. 

- Do głowy by mi nie przyszło, że wiodłeś takie ekscytujące życie. 

- Ekscytujące… - roześmiał się. - Można określić je i w ten sposób, w każdym razie 

to stare dzieje. 

- Ile masz lat? 

- Trzydzieści siedem. 

- I nigdy nie byłeś żonaty? 

- Skąd wiesz? 

-  Nie  wiedziałam.  Sprawiasz  po  prostu  wrażenie  człowieka,  który  nie  zagrzewa 

miejsca na tyle długo, żeby mieć własny dom, żonę, nie mówiąc o większej rodzinie. 

- Brawo. Nic dodać, nic ująć. 

- Czy Damon zna twoją przeszłość? 

- Jasne. 

-  I  dlatego  właśnie  ciebie  wysłał  do  Kolumbii?  Z  rodzinną  misją  specjalną  - 

mruknęła pod nosem, jakby do siebie. 

-  Niestety.  Wygląda  na  to,  że  dopiero  teraz,  przeze  mnie,  znalazłaś  się  w 

niebezpieczeństwie…  -  zawiesił  niepewnie  głos.  -  Cóż…  ostatnia  decyzja  nie  przyszła  mi 
łatwo.  Czekając  w  hotelu,  aż  Victor  pójdzie  spać,  zastanawiałem  się  długo,  jak 
powinienem postąpić. Gdyby Julio nie odjechał, zostawiłbym cię pod jego opieką. Ale nie 
mogłaś  zostać  tu  sama.  Nie  znasz  języka,  ale  to  drobiazg…  Victor  ma  słabość  do 
blondynek. Wyczuwa je na odległość, jak tygrys świeże mięso. Gdyby dowiedział się, że 
jesteś w miasteczku, przetrząsnąłby dom po domu, szkoda gadać. A Victor nie należy do 
dżentelmenów, wiem coś o tym. 

Melanie wzdrygnęła się. Miała ochotę ucałować Justina za to, że nie zostawił jej na 

pożarcie jakiemuś Victorowi. 

-  Zawsze  marzyłam  o  niebezpiecznych  przygodach  -  no  i  los  się  do  mnie 

uśmiechnął! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Widząc  jej  podekscytowane,  roześmiane  oczy,  Justin  tylko  pokręcił  głową. 

Dziewczyna  nie  miała  bladego  pojęcia  o  tym,  co  ich  czeka,  jak  może  zakończyć  się  ich 
"przygoda". A on nie miał serca jej straszyć. Istniała przecież nadzieja, że nigdy w życiu 
nie  pozna  Degasa  ani  innych  podobnych  mu  zbirów.  Że  razem  wydostaną  się  z 
potrzasku… 

 

 

 

 

 

Nigdy  dotąd  nie  widziała  piękniejszego  widoku:  trzy  małe  chatki,  zbudowane 

ciasno jedna obok drugiej, na lilipuciej polanie. Po kilku godzinach wędrówki przez leśną 
gęstwinę,  Melanie  czuła  się  tak  zmęczona,  jakby  szli  co  najmniej  dwa  dni.  Czy 
kiedykolwiek przypuszczała, że pozna Kolumbię od tej strony? Że przejdzie szmat dżungli 
na własnych nogach? Jak bardzo pokrzyżowały się jej plany… 

Wreszcie dotarli do osady. Justin zatrzymał się, zdjął z ramion plecak i pobiegł w 

kierunku najbliższej chaty. W kilka minut polana zaroiła się od dzieci, kobiet, mężczyzn, 
psów i innych domowych zwierząt. 

Kiedy  Justin  przemawiał  do  nich,  gestykulując  z  zapałem,  słuchacze  tylko  raz 

oderwali  wzrok  od  jego  twarzy,  żeby  spojrzeć  na  Melanie.  Potem  wszyscy  pokiwali 
głowami, a on się uśmiechnął. 

- Chyba mamy trochę szczęścia - zaczął. 

- Cudownie. Zaprowadzą nas do tutejszego Hiltona. 

- Obawiam się, że nie aż tyle szczęścia. 

-  Nie  ma  sprawy  -  wzruszyła  ramionami.  -  Skromny,  a  równie  wygodny  Holiday 

Inn zupełnie wystarczy. 

-  Przymierzymy  się  raczej  do  legowiska,  które  nam  odstąpią,  i  dżipa,  który 

zawiezie nas rano do najbliższego miasteczka. 

- Chcesz powiedzieć, że jest tu gdzieś jakaś droga, którą przeoczyliśmy? 

-  Z  tego  co  zrozumiałem,  po  drugiej  stronie  osady,  ale  ja  mam  dosyć.  Koniec 

podróżowania  na  dzisiaj.  Wykonaliśmy  plan  z nawiązką. -  Wstał  energicznie,  jedną rękę 
podał Melanie, a drugą chwycił plecak. - Chodź, wspólniczko. 

- Czy myślisz, że oni mają coś takiego jak prysznic? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Zobaczymy. 

Mieli. Nie prysznic, ale "coś takiego". 

Kilku  tubylców  poprowadziło  ich  ubitą  ścieżką  do  strumyka,  który,  spiętrzony  w 

mały  wodospad,  zasilał  jeszcze  mniejsze  kąpielisko.  Najwyraźniej  dumni  ze  swojej 
"łazienki", mężczyźni uśmiechali się i gestykulowali. 

Melanie  poczekała  cierpliwie,  aż  odejdą,  i  dopiero  wtedy,  z  niewyraźną  miną, 

zwróciła się do Justtna: 

- Ciągniemy losy, kto kąpie się pierwszy? 

-  Po  co?  Miejsca  jest  dosyć.  -  Usiadł  na  brzegu  strumienia,  żeby  rozsznurować 

buty,  potem  wstał,  jednym  ruchem  ściągnął  przez  głowę  koszulę  i  zaczął  rozpinać 
spodnie. 

- Justin, poczekaj chwilę. Nie możemy kąpać się razem! 

- A to dlaczego? 

- No… jak to… dlatego że nie i już! 

-  Melanie  -  zaczął  tłumaczyć  -  to  jasne,  że  w  Stanach  korzystalibyśmy  z  łazienki 

jedno  po  drugim  lub  każde  ze  swojej,  ale  nie  jesteśmy  w  Stanach.  Nie  miałem 
najmniejszego zamiaru wprawiać cię w zakłopotanie, ale wspólna kąpiel to żaden powód 
do  wstydu.  Japończycy  robią  tak  od  stuleci.  Nie  chcesz  chyba,  żeby  zastał  nas  tu 
zmierzch,  a  przed  zachodem  słońca  nie  zdążymy  umyć  się  oddzielnie.  -  Uśmiechnął  się 
rozbrajająco.  -  Przykro  mi,  Melanie,  ale  nie  jestem  aż  takim  dżentelmenem,  żeby 
zrezygnować  z  kąpieli  dla  uszanowania  twojej  skromności.  Poza  tym,  czy  ci  się  to 
podoba, czy nie, widziałem już cię w całej okazałości. 

Justin  zsunął  do  końca  spodnie  z  całkowitą  swobodą.  Melanie  uważała  się  za 

dojrzałą,  nowoczesną  kobietę.  Tylko  tak  się  jakoś  stało,  że  nie  widziała  do  tej  pory 
nagiego mężczyzny… z wyjątkiem pięcioletniego siostrzeńca. Czuła, że blednie. Patrzyła, 
jak Justin wchodzi do strumienia, potem wolnymi, dokładnymi ruchami namydlą ramiona, 
plecy  i  dużo  jaśniejsze  pośladki,  które  wyglądały  jak  dwie  toczone  z  marmuru,  lekko 
owalne  kule.  Z  trudem  przełknęła  ślinę,  nabrała  głęboko  powietrza  i  wbiła  wzrok  we 
własne  dłonie.  Justin  ma  rację.  Cóż  to  za  powód  do  paniki?  Przecież  "dusiła  się"  pod 
rodzinnym  kloszem,  chciała  wszystko  zmienić,  ryzykować,  skoczyć  na  głęboką  wodę…  I 
co? Zacznie teraz piszczeć jak wystraszona dziewica? Na widok nagiego mężczyzny? 

Rozebrała  się  w  najbardziej  nonszalancki  sposób,  na  jaki  było  ją  stać,  a  Justin, 

który śledził jej wysiłki kątem oka, o mało nie wybuchnął śmiechem. W głębi duszy był z 
niej dumny. Nie tylko dotrzymywała mu kroku, ale przez cały dzień nie poskarżyła się ani 
słowem. Nie wygarnęła mu nawet, że jedyne prawdziwe niebezpieczeństwo grożące jej w 
Kolumbii  zawdzięczała  właśnie  jemu  -  Amerykaninowi,  który  przyjechał  ratować  przed 
barbarzyńcami  białą  lady!  Starał  się  myśleć  o  czymś  innym,  ale  pamięć  o  Victorze 
prześladowała  go.  Co  on,  do  diabła,  robił  w  tych  okolicach!  Tereny  wpływów  Degasa 
ograniczały się do wybrzeża i Kartageny. Kto mógł przypuszczać… Prawdopodobieństwo, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

że trafią na siebie w dżungli, było bliskie zera. Szlag by to trafił! Zrobiłby wszystko, żeby 
ocalić Melanie. 

Melanie  przydeptywała  stopą  nogawki  dżinsów,  odwracając  wzrok,  byle  tylko  nie 

spojrzeć na niego. Zastanawiał się, czy wejdzie do wody w bieliźnie - na pewno miała taki 
zamiar… W ostatniej chwili zawahała się i zdjęła stanik. Boże, jaki biust! Kiedy drobnymi 
kroczkami  wchodziła  do  strumienia,  Justin  z  zaciśniętymi  do  bólu  powiekami  szorował 
tors i ręce, licząc do stu… 

W  orzeźwiającej  wodzie  Melanie  rozluźniła  się  i  natychmiast  podziękowała  Bogu, 

że nie została na brzegu. Justin stanął pod wodospadem, żeby zmyć z siebie pianę. 

- Łap! - krzyknął, rzucając wysokim łukiem mydło. - Dobry chwyt! 

- Dobry rzut! - zawołała.  

Nagle  zaczęła na niego  patrzeć  normalnie,  jakby  męska nagość nie  robiła  na niej 

specjalnego  wrażenia.  On  przybrał  tak  doskonale  obojętną  minę…  dlaczego  miałaby  się 
zachowywać inaczej? 

 

 

 

 

 

Kilka  godzin  później  identyczny  argument  pozwolił  Melanie  zasnąć.  Justin 

tłumaczył  jej  -  na  początku  cierpliwie  -  że  powinni  skakać  z  radości,  bo  dostali 
jakiekolwiek miejsce do spania. To, że jakaś para okazała wspaniałomyślność, odstępując 
im własne łóżko, wcale nie znaczy, że wypada prosić o drugie - z powodu jej śmiesznych 
skrupułów. 

-  To  nie  są  śmieszne  skrupuły,  Justinie.  Po  prostu…  naprawdę  sądzę,  że  to  nie 

najlepszy pomysł. 

-  To  znaczy,  że  masz  lepszy!  Cały  zamieniam  się  w  słuch,  proszę,  tylko  nie 

proponuj  mi  noclegu  pod  drzewem!  Moja  rycerskość  nie  przekracza  granic  zdrowego 
rozsądku. Przepraszam, że się powtarzam, ale… 

Melanie  parsknęła  śmiechem.  Swoim  posępnym,  urażonym  tonem  Justin  całkiem 

ją rozbroił. Właściwie o co chodzi? Po takim dniu miał prawo czuć się wykończony, a ona 
robi problem z jakiejś bzdury. Razem czy osobno: co to za różnica! A jednak… 

Kłopot  z  Melanie  polegał na tym,  że  w  swoim życiu niewiele  miała  do czynienia  z 

mężczyznami.  Ojciec  umarł,  gdy  była  małą  dziewczynką.  Wkrótce  starszy  brat  założył 
własną  rodzinę,  a  ona,  aż  do  ukończenia  college’u,  świata  nie  widziała  poza  książkami. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Potem równie gorliwie zajmowała się sklepem - mimowolnie ograniczając swoje kontakty 
towarzyskie  do  koleżanek  i  Philipa.  Niestety,  jego  towarzystwo  działało  na  Melanie  jak 
pigułka nasenna. 

Ze  stoickim  spokojem  doszła  do  wniosku,  że  natura  obdarzyła  ją  nie  tylko 

skandynawską  urodą,  ale  także  zimnym  temperamentem…  Teraz  musiała  przemyśleć 
wszystko  od  nowa.  Nieswojo  czuła  się  ze  świadomością,  że  Justin  wzbudza  w  niej  tak 
gwałtowne emocje, Zupełnie nie wiedziała, co robić, ale jedno było pewne: noc spędzona 
u  jego  boku  nie  przywróci  jej  spokoju.  Zastanawiała  się  przez  moment,  czy  to  aby  nie 
sen - dalszy ciąg halucynacji spowodowanych gorączką. 

Ale zanim pojawił się Justin, odzyskała przytomność umysłu… 

- W porządku - powiedziała jakby od niechcenia. - Śpimy razem. 

- Twój entuzjazm działa na mnie jak plaster miodu, serdeczne dzięki! 

- Doprawdy nie sądzę, żeby mój entuzjazm miał dla ciebie znaczenie. 

- Och! Przed twoim ciętym językiem nikt się nie uchroni. 

Wieczorem,  po  kolacji,  Melanie  z  przyjemnością  odkryła,  że  wcale  nie  czuje 

skrępowania.  Śmiertelnie  zmęczona,  zwinęła  się  w  kłębek  i  z  głową  na  ramieniu  Justina 
zapadła w ciężki sen.  

Justin  leżał  bez  ruchu  kilka  godzin,  wsłuchując  się  w  jej  oddech.  Od  czasu  do 

czasu  wzdychał  żałośnie.  Czyżby  to  kara  boska  za  dotychczasowe  życie?  Kobiety,  które 
znał, zachowywały się inaczej. Akceptowały jego reguły gry i nigdy nie marnowały okazji. 
Były  zawsze  pod  ręką,  zadowolone  z  każdej  chwili,  którą  mógł  im  poświęcić.  A  on  nie 
zwykł odmawiać sobie czegokolwiek. Co za upalna noc, majaczył zasypiając. 

Zbudził ich szorstki, gardłowy głos mężczyzny, który mówił po angielsku z obcym 

akcentem: 

-  Witam  w  Kolumbii,  senor  Drake.  Szkoda,  że  mnie  nie  uprzedziłeś  o  swojej 

wizycie. Zgotowałbym ci o wiele milsze przyjęcie. 

Melanie  usiadła  i  skamieniała  z  przerażenia.  Aż  dziw,  ilu  mężczyzn  z  karabinami 

może pomieścić taka chatka… Jeden z napastników oślepił ich latarką. Oboje odruchowo 
zasłonili oczy. 

- Jak się masz, Victor. Co za niespodzianka. Miło spotkać cię znów po tylu latach. 

 

 

 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Zbieraj się, amigo, znajdziemy ci jakąś wygodniejszą metę - powiedział Victor ze 

zjadliwym uśmiechem, poszturchując Justina czubkiem buta. - Wstawaj! 

Powoli, z rękami wyraźnie odsuniętymi od tułowia, Justin podniósł się, odwrócił do 

Melanie i podał jej rękę. 

- No, no! Podróżujesz z kobietą? Kiedyś byłeś samotnikiem, jeśli dobrze pamiętam 

- burknął Victor. - Znowu coś kombinujesz? Szykujesz większą wsypę? 

- Załatwiam w Kolumbii sprawy prywatne, Victorze. 

- To ty tak mówisz. A mnie cholernie trudno wyrolować. Prawda, amigo? 

- Nigdy cię nie wyrolowałem. 

- Nie? Może i nie. Jeśli udawanie, że siedzisz w interesie, nie jest łgarstwem… 

- Nie było żadnego udawania. 

-  Więc  tylko  dziwnym  zbiegiem  okoliczności  zwiałeś  do  kraju  po  wsypie  naszej 

bazy, to chciałeś powiedzieć? 

- A co ci podpowiada intuicja? 

- Że udało ci się zdobyć moje zaufanie, wrobiłeś nas w lewą akcję, a potem dałeś 

dyla - w samą porę, żeby ocalić swój tyłek. 

 -  To  się  nawet  trzyma  kupy.  Powiedz  mi  tylko,  po  co  miałbym  was  wrabiać. 

Więcej zyskałbym na udanej operacji. Tamtej i wszystkich następnych. 

-  Święte  słowa.  Ale  wyparowałeś  zbyt  szybko.  I  nie  raczyłeś  dać  głosu.  Co  na 

moim miejscu pomyślałbyś o takim facecie? 

- A co ty byś zrobił na moim? Kiedy usłyszałem, co wydarzyło się w bazie, miałem 

przeczucie,  że  są  lepsze  pomysły  na  życie  niż  powrót…  do  kotła.  Nie  było  żadnej 
pewności, kto jest zdrajcą, a komu mogę ufać. Doszły mnie słuchy, że to ty sypnąłeś. 

Kolumbijczyk odrzucił głowę do tyłu i ryknął śmiechem. Potem równie gwałtownie 

zamilkł. 

-  Chodźmy,  Drake.  W  nagrodę  za  szczerość  odraczam  wyrok.  Pozwolę  ci 

udowodnić, że nie kłamiesz. - Skinął głową w kierunku wyjścia. - Wychodź. 

Justin  mocno  objął  Melanie.  Ludzie  Victora  prowadzili  ich  przez  polanę,  a  potem 

krętą ścieżką przez las do drogi, na której stały dwa dżipy. Weszli do pierwszego, drugim 
pojechała obstawa. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Jak nas znalazłeś? - spytał Justin, kiedy ruszyli. 

- Całe miasteczko mówiło o pięknej Amerykance i jej przystojnym mężu. Chciałem 

wiedzieć,  kim  jesteście  i  po  co  tu  jesteście.  Więc  pojechałem  za  wami.  I  nie  żałuję!  To 
dopiero fart, żeby z czystej i bezinteresownej ciekawości trafić na ciebie… 

- Nie wiedziałeś, że to ja? 

- Aż do chwili kiedy cię zobaczyłem. 

Kierowca  dżipa,  nie  przejmując  się  ani  wyboistą  drogą,  ani  złą  widocznością, 

jechał jak szaleniec. 

Melanie  miała  duszę  na  ramieniu.  Mimo  iż  Justin  obejmował  ją  żelaznym 

uściskiem, na każdym zakręcie była przekonana, że wypadnie z pędzącego samochodu. 

- Kiedy zdecydowałeś się ożenić? - po długich minutach milczenia Victor przeszedł 

na hiszpański. 

- A co to ma do rzeczy? 

-  Nic.  Zdziwiłem  się.  Nie  wyglądałeś  na  faceta,  który  żegluje  ku  "spokojnej 

przystani". 

- Każdy kiedyś dorasta. 

-  Zwłaszcza  kiedy  trafi  na  taką  jak  ta  twoja,  co?  Chyba  trochę  za  młoda  dla 

ciebie… i zbyt niewinna, jak na mój gust. 

- Jakoś do głowy mi nie przyszło, żeby zapytać cię o zdanie. W nosie mam twoje 

gusta. 

-  Jasne  -  zarechotał  Victor.  -  Chociaż  niewykluczone,  że  kiedy  się  znudzisz… 

mógłbym  wybawić  cię  z  kłopotu  i  nauczyć  ją  zaspokajać  bardziej  wyrafinowane 
upodobania. 

Justin  modlił  się,  żeby  Melanie  nie  zrozumiała,  o  czym  mówią.  Chciał  ją  w  jakiś 

sposób  pocieszyć,  uspokoić,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Niestety,  wszystko  szło  źle,  nic 
nie zapowiadało szczęśliwego zakończenia kolumbijskiej przygody. To cud, że jeszcze żył! 
Może  Victor  złagodniał  przez  te  lata,  kiedy  się  nie  widzieli…  Albo  rzeczywiście  nie  był 
pewny,  kto  go  zdradził.  Tak  czy  inaczej,  ich  życie  zależało  od tego,  czy  Justin  potrafi tę 
wątpliwość, tlącą się zaledwie w umyśle Victora, podsycić i wykorzystać. 

Wciąż  myślał  o  Melanie.  Co  czeka  tę  dziewczynę,  jeśli  zostanie  sama,  w 

charakterze spadku po niewiernym wspólniku? Przeszył go zimny dreszcz. 

- Dokąd jedziemy? - Justin postarał się, żeby jego głos zabrzmiał naturalnie. 

- Do mnie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Wybierałem się z żoną do Villa Vicencias, w odwiedziny do jej szkolnej koleżanki. 

Będzie się martwiła, jeśli tam w końcu nie dotrzemy. 

- Co robiliście w miasteczku? 

-  Szukaliśmy  środka  transportu.  W  czasie  ostatniej  ulewy  wpadliśmy  w  lawinę 

błota, która zablokowała drogę do Bogoty. 

Justin żywił cichą nadzieję, że nikt w miasteczku nie opowiedział Victorowi, jak to 

Justin  szukał  żony,  która  przyjechała  kilka  dni  wcześniej  z  jakimś  Kolumbijczykiem. 
Czekał w napięciu na następne pytanie, ale nie doczekał się. Co wcale nie oznaczało, że 
Victor kupił tę bajeczkę. 

- Dokąd jedziemy? - zapytała Melanie teatralnym szeptem, przyciskając wargi do 

jego  ucha.  Czując,  że  krew  napływa  mu  do  twarzy,  nabrał  głęboko  powietrza  i  dopiero 
wtedy odwrócił głowę. Musnąwszy jej usta, pomału zbliżył wargi do jej ucha. 

- Do kwatery Victora. 

- Dlaczego? 

Potrząsnął  lekko  głową,  potem ścisnął  jej  dłoń i  ułożył,  drżącą i  ciepłą, na swoim 

udzie.  Głaskał  jej  rękę  powoli,  jakby  prosząc,  żeby  Melanie się uspokoiła  i nie  zadawała 
więcej pytań. 

-  Porozmawiamy  później  -  obiecał  prawie  bezgłośnie,  ani  na  moment  nie 

spuszczając wzrok z siedzących przed nimi mężczyzn. 

Melanie  drżała,  ale  wcale  nie  ze  strachu.  Pod  opuszkami  palców  czuła  twarde, 

napięte  jak  do  skoku,  mięśnie  ud  Justina.  Miała  irracjonalną  pewność,  że  wybrną 
bezpiecznie z tarapatów. 

Obejmował  ją  mocnym  ramieniem,  drugą  ręką  głaszcząc  wierzch  dłoni  - 

rytmicznym,  falującym  ruchem,  od  nadgarstków  do  paznokci  i  z  powrotem.  Poddawała 
się tej hipnozie z zamkniętymi oczami, zapominając o Victorze i reszcie świata. Jak długo 
jeszcze  przyjdzie  im  udawać  małżonków?  Melanie  wiedziała,  że  każda  nowa  sytuacja 
zbliża ich do siebie fizycznie. Czuła, że igrają z ogniem, ale… na razie groziło im większe 
niebezpieczeństwo  niż  spłonięcie  w  ogniu  namiętności.  Ostre  hamowanie  wyrwało  ją  z 
zamyślenia. Kierowca skręcił w wąską, zarośniętą dróżkę i natychmiast dodał gazu. Justin 
i Melanie zdążyli schować głowy, ale zwisające pnącza chłostały ich bezlitośnie po plecach 
i ramionach. 

- Do jasnej cholery, Victorze, bądź tak dobry i pohamuj zapędy swojego szofera! 

-  Przepraszam,  amigo.  -  Zerknął  na  nich  przez  ramię,  a  potem  burknął  coś  do 

kierowcy, który natychmiast zwolnił. 

Jestem za stary na takie hece, pomyślał Justin. Za długą miałem przerwę… Jakby 

na  przekór  wisielczemu  nastrojowi,  wyostrzył  zmysły  i  zaczął  notować  w  pamięci 
wszystkie boczne ścieżki,  charakterystyczne miejsca, liczbę zakrętów, czas jazdy itd. Od 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

tego, czy prawidłowo "narysuje" tę mapę, mogło zależeć powodzenie ich ucieczki - a gra 
toczyła się o życie. 

-  Witaj  w  moim  domu,  Drake.  -  Victor  ukłonił  się  z  uśmiechem.  -  Wejdźmy  do 

środka. Jak pani widzi - zwrócił się do Melanie - żyjemy tutaj jak u Pana Boga za piecem. 

Justin  pokiwał  głową.  Miejsce  wydało  mu  się  straszne,  a  on  był  całkowicie 

bezbronny.  Objął  Melanie  ramieniem  i  razem  podążyli  za  Victorem.  Z  okrągłego  salonu 
weszli schodami na galerię. Victor zatrzymał się przed drugimi z kolei drzwiami i otworzył 
je nonszalanckim ruchem. 

-  Odeśpijcie  teraz  trudy  podróży.  Dobranoc,  porozmawiamy  rano.  -  Poczekał,  aż 

wejdą do środka i zamknął drzwi na klucz. 

Melanie  stała  nieruchomo,  kiedy  Justin  robił  dokładny  przegląd  apartamentu. 

Najpierw zniknął w łazience i wyszedł z niej po minucie z rozbawioną miną. 

-  Wszystkie  wygody.  Pod  względem  warunków  ten  nocleg  bije  na  głowę  chatę  w 

dżungli. 

-  Sama  nie  wiem  dlaczego,  ale  bezpieczniej  czułam  się  w  poprzednim  miejscu.  -

Melanie z trudem zdobyła się na uśmiech. 

- Tak mi przykro, że naraziłem cię na niebezpieczeństwo… - Justin przyciągnął ją 

do siebie i pocałował. 

- To nie twoja wina. Zrobiłeś wszystko, żeby nie wpaść w ręce tego bandyty. 

- Nie doceniłem drania. Ten błąd mógł nas kosztować… lepiej nie mówić. 

-  Co  teraz  zrobimy?  -  Melanie  oparła  głowę  na  jego  piersi.  Masował  na  przemian 

jej kark i barki, aż poczuł, że napięcie ustąpiło. 

- Spróbujemy się przespać. 

Melanie  uniosła  głowę.  Na  wpół  zdziwionym,  na  wpół  przerażonym  wzrokiem 

spojrzała  na  wielkie  małżeńskie  łoże,  które  onieśmielało  ją  znacznie  bardziej  niż 
legowisko w chacie. Zakłopotana, odwróciła twarz do Justina, patrząc na niego z obawą. 

-  Odbyliśmy  przecież  chrzest  bojowy,  i  to  w  trudniejszych  warunkach.  Nie 

zauważyłem,  żebyś  cierpiała  na  bezsenność…  więc  nie  rób,  błagam,  takiej  przerażonej 
miny.  Melanie,  różnica  jest  taka,  że  tutaj  mamy  więcej  miejsca  -  tłumaczył  jej  jak 
dziecku, nie wierząc w to, co mówi… 

Na  próżno,  bo  jego  słowa  docierały  do  niej  piąte  przez  dziesiąte.  Słyszała  tylko 

bicie  własnego  serca  i  bolesny  szum  w  uszach.  Jeszcze  raz  pozwoliła  sobie  na  luksus 
przytulenia  głowy  do  jego  piersi.  Wszystko,  co  działo  się  między  nimi,  działo  się  za 
szybko. Była pewna, że i on zdawał sobie z tego sprawę. Może od samego początku - od 
chwili  kiedy  wszedł  po raz  pierwszy  do  jej  pokoju  -  czuł  rosnące  napięcie, które  wiązało 
ich niewidzialną nicią…  

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Czy  to  możliwe,  że  od  ich  pierwszego  spotkania  minęły  dopiero  trzy  dni?  Miała 

wrażenie, iż nie rozstają się od tygodni albo nawet miesięcy. Czuła się bezpiecznie tylko 
wtedy, kiedy jej dotykał. Ale kiedy jej dotykał, zaczynało się wewnętrzne trzęsienie ziemi, 
które nie ma nic wspólnego z poczuciem bezpieczeństwa. Przy nim nie bała się ludzi, ale 
przerażały  ją  emocje,  nad  którymi  nie  panowała.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  Melanie 
zapragnęła kochać się z mężczyzną. Odsuwała od siebie nie tylko pragnienie, ale i samą 
myśl  o  tym.  Czuła  podświadomie,  że  to  jedynie  gra  na  czas,  ale  rozsądek  nakazywał 
opór. Niby dlaczego miałaby się poddać? 

-  Najpierw  ja  wezmę  prysznic…  -  Justin  cofnął  się  o  krok  z  bardzo  niewyraźną 

miną  -  żebyś  nie musiała  się  spieszyć.  - Bardzo  zimny  prysznic,  pomyślał,  wchodząc  do 
łazienki. 

Melanie  szukała  nerwowo  nocnej  koszuli,  niezdecydowana,  czy  może  pozwolić 

sobie na ten luksus… Jeśli będzie spała w ubraniu, narazi się na śmieszność. Dlaczego on 
na nią  tak  działa?  Jak to  możliwe,  że  podoba  jej  się  pod  każdym  względem… Gdyby nie 
wyjątkowe  okoliczności…  Ależ  nie,  okoliczności  nie  mają  nic  do  rzeczy!  Nawet  w  tak 
niebezpiecznej  sytuacji  czuje  się  z  nim  dobrze.  Justin nie  wymądrza  się,  nie  wyśmiewa, 
nie  próbuje  jej  niczego  narzucać.  W  ciągu  trzech  dni  ich  znajomości  postępował 
konsekwentnie, wszystko odbywało się według jego planu, a jednak Melanie ani razu nie 
miała wrażenia, że Justin zlekceważył jej zdanie, postawił przed faktem dokonanym. Tak! 
O  to  właśnie  chodzi!  Nie czuje się  przez niego  osaczona.  Justin  działa na nią kojąco,  bo 
ani nie poucza, ani nie stawia wymagań. Sprawia wrażenie, że zaakceptował ją taką, jaka 
jest. Jednym słowem, Justin Drake okazał się księciem z bajki, w którym Melanie musiała 
się zakochać… 

Wyszedł  z  łazienki  w  czystych  dżinsach,  za  to  bez  butów  i  bez  koszuli.  Z trudem 

oderwała  wzrok  od  jego  napiętych,  grających  pod  lśniącą  skórą  mięsni.  Jasne, 
zmierzwione na torsie włosy układały się w wyraźną literę V, a potem denka linią ginęły 
za paskiem nie dopiętych dżinsów. 

-  Kolej  na  ciebie  -  powiedział  szeptem,  który  nie  pasował  do  tak  prostego 

komunikatu. Melanie, dygocząc, chwyciła nocną koszulę. W drodze do łazienki próbowała 
ominąć Justina szerokim łukiem. 

- Co się stało? - Zatrzymał ją, dotykając lekko policzka. 

-  Jestem  po  prostu  zmęczona.  Dawka  emocji  przekroczyła  dzisiaj  moje 

najśmielsze oczekiwania - uśmiechnęła się ze skruchą, wciąż unikając jego wzroku. 

- Wiem. Zniosłaś to naprawdę po bohatersku. 

- Pocałował ją w nos i odwrócił się plecami. - Przyjemnej kąpieli. Może nie jest tu 

bezpiecznie, ale łazienka - pierwsza klasa!  

Melanie  nie  odezwała  się,  zamknęła  za  sobą  drzwi,  a  Justin  podszedł  do 

zakratowanego  okna.  Nie  dostrzegł  nikogo  na  zewnątrz.  W  szybie,  jak  w  zwierciadle, 
odbijało  się  wnętrze  pokoju.  Gdyby  choć  mieli  oddzielne  sypialnie!  Niestety,  nie  mógł 
zwierzyć  się  Victorowi,  że  jego  żona  nie  jest  jego  żoną,  a  on  nie  potrafi  udawać  i  z 
dwojga  złego  woli  spać  sam  niż  cierpieć  katusze.  Wrócił  do  drzwi,  żeby  zgasić 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

niepotrzebną  iluminację.  Światło  drażniło  go,  zmuszało  do  zachowywania  dystansu. 
Została tylko wąska smuga, wydobywająca się spod drzwi łazienki.  

Justin  zdjął  niedbale  spodnie,  rzucił  je  na  podłogę  i  wskoczył  do  łóżka.  Niezłe, 

mruknął  z  zadowolenia.  Tak…  Victor  uwielbiał  luksusowe  życie  i  nigdy  nie  skąpił  na 
wygody.  Może  to  dobry  znak,  że  użyczył  im  tak  luksusowej  celi?  Gdyby  nie  klucz  w 
zamku,  mogliby  się  czuć  jak  jego  goście,  a  nie  więźniowie.  Powinien  myśleć  tylko  o 
ucieczce,  o  tym,  jak  przechytrzyć  Victora,  ale  nawet  z  zamkniętymi  oczami  widział  ją, 
Melanie,  z  roześmianą  twarzą,  błyszczącym  wzrokiem,  figlarną  miną  i  ustami,  które 
pragnął całować…  

Wydał z siebie niski, stłumiony jęk. Czy kiedykolwiek wymaże z pamięci ten obraz: 

nagą  Melanie  wchodzącą  do  strumienia  albo  namydlającą  piersi?  Na  myśl,  że  inny 
mężczyzna  mógłby  patrzeć  na  nią  tak,  jak  on  patrzył,  Justinowi  zakręciło  się  w  głowie. 
Teraz  był  już  pewny,  że  zwariował!  Do  diabła!  Stało  się  to,  w  co  nigdy  nie  wierzył. 
Pożądał  jej.  W  porządku,  nic  dziwnego,  ale  on  pragnął  jej  niepodzielnie,  pragnął  w  niej 
wszystkiego: jej ciała, jej bliskości, żeby była tylko jego… jego żoną.  

A wiec naprawdę oszalał. Leżał bezwładnie, czując na piersi jakiś wyimaginowany 

ciężar.  Jak  gdyby  przywaliło  go  wielkie  drzewo.  On,  Justin  Drake,  ożeni  się  z  Melanie 
Montgomery.  Postradałem  zmysły,  pomyślał. Z siostrzyczką  Many  Elise Trent?  Chyba  po 
trupach jej rodziny. Mieliby zgodzić się na wyjazd swojej pupilki do Ameryki Południowej? 
Nigdy!  Już  widzi  ich miny.  Ale  przecież  Melanie  marzy  o  Buenos  Aires.  Tak  powiedziała. 
Jasne,  marzy  o  wycieczce,  a  nie  o  przeprowadzce  do  Argentyny.  Może  polubiłaby  to 
miasto. Mówiła, że się dusi, że chciałaby wszystko zmienić, nawet uciec. Chciała. Po tak 
udanej  przygodzie  (jeżeli  wyjdą  z  niej  cało),  odechce  się  jej  raz  na  zawsze  włóczęgi  i 
ryzyka. Wróci skruszona na łono rodziny ze słowami "nigdy więcej".  

Jednak  mógłbym  zapytać.  Dać  jej  szansę  wyboru.  Żeby  roześmiała  mi  się  w 

twarz? Czy nie mówiła, jak bardzo kocha niezależność i gardzi małżeństwem? Moja żona 
nie  byłaby  niewolnicą.  Miałaby  mnie  i  swoją  niezależność.  Spróbuj  ją  o  tym  przekonać. 
Zrobię  to!
  Po  tym  uroczystym  postanowieniu  Justin  poczuł  się  jak  zwycięzca,  jakby  już 
wygrał najważniejszą bitwę swojego życia i z błogim uśmiechem zapadł w sen. 

Melanie zanurzyła się w pachnącej wodzie z taką rozkoszą, jakby po raz pierwszy… 

albo ostatni korzystała z luksusu gorącej kąpieli. Zastanawiała się, co robi Justin. Pewnie 
przytulił  głowę  do  poduszki  i  natychmiast  zasnął.  Czy  nie  na  to  właśnie  liczyła?  Nagle 
przypomniała  sobie  wyraz  jego  oczu,  kiedy  szła  do  łazienki.  Przeszył  ją  dziwny  dreszcz. 
Może  to  sprawił  przypadkowy  odblask  światła,  a  może  jej  chora  wyobraźnia.  Poza  tym 
jednym,  ostatnim  spojrzeniem,  traktował  ją  obojętnie,  co  najwyżej  z  przyjacielską 
serdecznością. Jak gdyby nigdy…  

A  jeśli  naprawdę  śniła  tamte  pocałunki?  Wszystko  możliwe.  Pewnie  zajrzał  na 

chwilę do pokoju, dotknął rozpalonego czoła, a reszta to wytwór jej chorej wyobraźni. Ale 
przecież pamięta każdy szczegół, czuje jeszcze dotyk jego skóry. A więc sen na jawie…  

Nie, to nie do wiary! Wszystko jedno, czy zaczęło się we śnie, czy na jawie: lgnęła 

do niego od pierwszego wejrzenia i już nie bała się do tego przyznać.  

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Justin  ma  bzika  na  punkcie  wolności.  Na  pewno  nie  znosi  zaborczych  kobiet. 

Melanie uśmiechnęła się. 

Po raz pierwszy w życiu gotowa była poświęcić odrobinę własnej niezależności dla 

mężczyzny.  Jedyne,  co  jej  pozostaje,  to  przekonać  Justina,  żeby  skorzystał  z 
niepowtarzalnej okazji. 

Straciła  poczucie  czasu,  ale  lodowata  woda  wyrwała  ją  w  końcu  z  błogiego 

zamyślenia.  Wyszła  z  wanny,  wytarła  się  olbrzymim  puszystym  ręcznikiem  i  włożyła 
koszulę.  Bezgłośnie  otworzyła  drzwi.  Uff,  niepotrzebnie  się  denerwowała.  Pokój 
pogrążony  był  w  ciemności,  a  Justin  smacznie  spał.  Leżał  na  samym  brzegu  łóżka, 
odwrócony do niej plecami. Wśliznęła się pod kołdrę, wciągnęła w nozdrza zapach świeżej 
bielizny, przyłożywszy głowę do poduszki, zasnęła jak dziecko. 

Nie  mieli  pojęcia,  jak  to  się  stało,  że  nad  ranem  oboje  leżeli  na  środku  łoża, 

wtuleni jedno w drugie i spleceni ramionami. Spali tak dość długo, uśmiechając się przez 
sen  albo  cicho  mrucząc.  Melanie,  z  podwiniętą  koszulą,  przyciskała  kolana  do  ciepłego 
podbrzusza  Justina.  W  półśnie  naprężyła  mięśnie,  kiedy  on  błądził  palcami  po  jej 
kręgosłupie,  od  szyi  do  pośladków,  pieszcząc  delikatną  skórę  miedzy  aksamitnymi 
półkulami, wędrując dłonią poprzez wewnętrzną stronę ud aż do kolan. 

Coraz bliższa była odkrycia, że to nie sen, a jawa. Nie czuła lęku ani zakłopotania. 

Zamarła  w  bezruchu,  bojąc  się,  że  czar  pryśnie.  Uniosła  głowę,  a  wtedy  Justin 
przyciągnął  ją  mocno  do  siebie,  ręką  zaczął  przeczesywać  jej  włosy,  wplątując  palce  w 
długie  jedwabne  pasemka.  Kąsał  delikatnie  najpierw  jedną  wargę,  potem  drugą,  jakby 
badał ich dotyk i kształt. Nagle zaczął całować gwałtownie, zachłannie, nie dając Melanie 
czasu  na  wahanie.  Nie  wahała  się.  To  był  ten  pocałunek,  który  zapamiętała!  O  którym 
marzyła…  Kiedy  poczuła  w  ustach  jego  język,  zadrżała,  a  oczy  zapłonęły  pożądaniem, 
jakiego nigdy dotąd nie zaznała. 

Justin  przewrócił  się  na  plecy,  nie  wypuszczając  z  objęć  Melanie.  Wpił  się  w  nią 

dłońmi.  Palce  błądziły  po  wypukłościach  bioder  i  ramion  dziewczyny,  paciorkach 
kręgosłupa. Dygotała cała rozpalona, wyobrażając sobie, że stopili się w jedno ciało. Nie 
umiała  stłumić  cichego  jęku,  kiedy  zagarnął  jej  pośladki  i  poruszając  nieznacznie 
biodrami drażnił ją arogancką męskością. W tym samym rytmie koniuszki piersi Melanie 
zderzały się z torsem Justina. Poczuła szaloną radość i ulgę. Więc tak wygląda pożądanie. 
Teraz  ona  napierała  rozpaczliwie,  pędziła  na  oślep,  jakby  chciała  odrobić  stracone 
godziny. 

Nagle  Justin  wypuścił  ją  z  objęć  i  ułożył  na  plecach.  Wyprężyła  się  i  cichym 

pomrukiem  zadowolenia  przywitała  jego  ciepłe  wargi  i  język:  drażniący  najpierw  jedną 
brodawkę,  potem  drugą,  każdą  zupełnie  inaczej  i  w  innym  rytmie.  Miała  wrażenie,  że 
jakaś  nadzwyczajna  siła  unosi  ją  w  powietrze.  Była  o  krok  od  wielkiego  odkrycia.  Nie 
przestając ssać piersi, Justin błądził rękami po jej brzuchu i nogach. Kiedy po raz kolejny 
ominął  miejsce  najwrażliwsze,  Melanie,  spragniona  tego  właśnie  dotyku,  jęknęła 
błagalnie,  unosząc  biodra.  Justin  miał  wrażenie,  że  nie  zniesie  dłużej  narastającego 
pożądania. Uniósł się na łokciach i opadł wargami na jej usta. W tej samej chwili Melanie 
poczuła  jego  rękę  miedzy  udami.  Delikatne  palce  pieściły  ją  coraz  głębiej  i  żarliwiej, 
rytmicznie,  w  doskonałej  zgodzie  z  językiem.  Wpiła  się  paznokciami  w  jego  barki, 
doprowadzona do szaleństwa, gotowa jęczeć i płakać… 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Nie przeszkadzam? 

Zamarli  z  przerażenia.  Justin  uniósł  głowę,  Melanie,  szukając  ratunku  w  jego 

oczach,  ujrzała  zamiast  źrenic  dwa  rozżarzone  ognie.  Odsunął  się  od  niej,  sprawdzając 
jedną  ręką,  czy  jest  dokładnie  przykryta.  Zerknął  na  intruza,  który  stał  w  otwartych  na 
oścież drzwiach i szczerzył radośnie zęby.  

Tylko spokojnie… Jesteś z kobietą. Wziął głęboki oddech i zaklął w duchu. To jego 

wina.  Nie  powinien  aż  tak  się  zapominać…  w  areszcie.  Trudno,  Teraz  musi  wziąć  siew 
garść, żeby nie pogarszać sytuacji. 

-  Masz  cholernie  dziwne  maniery,  Victorze.  Czy  z  jakichś  szczególnych  powodów 

nie zapukałeś do drzwi? 

-  Nie.  Po  prostu  nie  lubię  tracić  czasu  na  bzdety.  Chociaż…  muszę  przyznać,  że 

zaskoczyłeś mnie swoją pracowitością o tak wczesnej porze. Dla ciebie to przecież środek 
nocy, amigo? No, chyba że w małżeństwie zmieniłeś zwyczaje. 

-  Zostawmy  na  boku  moje  zwyczaje,  jeśli  łaska.  -  Justin  zerwał  się  z  łóżka  i 

wskoczył w dżinsy. - No więc czego chcesz ode mnie o tak wczesnej porze? 

Victor zaniósł się ordynarnym śmiechem. 

- Może jednak powinieneś dokończyć dzieła. Niezdrowo tak sobie przerywać. Milej 

by się nam gawędziło. Dobry nastrój jest zaraźliwy, amigo, a zły jeszcze bardziej. 

-  Posłuchaj,  Victorze.  Doceniam  twoją  gościnność,  ale  my  naprawdę  musimy 

jechać.  Założę  się,  że  wpadłeś  do  pokoju  jak  bomba,  żeby  podzielić  się  z  nami  radosną 
nowiną. Skołowałeś dla nas jakiegoś grata, którym dotrzemy do Villa Vicencias, tak? 

- Właśnie o tych sprawach przyszedłem pogadać. 

- A możemy pogadać gdzieś indziej? 

-  Nie  ma  sprawy.  W  moim  biurze  na  dole.  -  Victor  zwrócił  się  do  Melanie:  -  Do 

zobaczenia, senora Drake. 

Justin  ruszył  za  Victorem,  ale  zatrzymał  się  w  progu,  jakby  o  czymś  sobie 

przypomniał. 

- Zejdę za moment - oznajmił. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  zamknął  drzwi  i  podszedł  do  łóżka.  Śmiech  Victora 

wypełnił echem cały dom, a może i okolicę… 

- Potworny facet - mruknęła Melanie, unikając wzroku Justina.  

Usiadł na brzegu łóżka i wziął ją za rękę. Była lodowata i drżąca. 

- Owszem. Nigdy sobie nie wybaczę, że naraziłem cię na taką przykrość. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- To przecież nie twoja wina, że jakiś cham wpadł tu bez pukania! 

- Nie. Ale to moja wina, że zaczęliśmy coś, czego nie mogliśmy dokończyć. 

- To też nie twoja wina. - Spuściła głowę jeszcze niżej. 

-  Czyżby?  -  Pokazał  w  uśmiechu  wszystkie  swoje  piękne  zęby.  -  W  takim  razie… 

drogą eliminacji… winę za wszystko ponosi druga osoba zajmująca to łóżko. 

-  Ja…  widzisz,  ja…  -  Zmieszana  jak  mała  dziewczynka,  wydała  się  Justinowi 

jeszcze piękniejsza. 

Był  szczęśliwy.  Nie  płakała,  nie  miała  do  niego  pretensji.  Może  cała  historia  nie 

skończy się jakimś psychicznym urazem… Już wiedział, że to miał być jej pierwszy raz. 

-  Melanie,  spójrz  na  mnie.  -  Czekał,  aż  podniesie  oczy.  -  To,  co  między  nami 

prawie  się  stało  i  co  na  pewno  wkrótce  się  stanie,  było  nam  od  początku  pisane.  Jak 
przeznaczenie, jeśli w nie wierzysz. Pragnąłem cię, odkąd wszedłem do tamtego pokoju, 
u  Rosy.  Mimo  że  zbeształaś  mnie  na  przywitanie.  Wyobrażałem  sobie  wciąż,  jak  to 
będzie, gdy wezmę cię w ramiona i ujrzę cię nagą… A tak naprawdę, tylko że sam się do 
tego  nie  przyznawałem,  wstępne  objawy  mojej  choroby  wystąpiły  już  w  czasie  naszego 
pierwszego  spotkania,  kiedy  byłaś  uczennicą,  z  trudnym  charakterem  i  szmaragdowymi 
oczami. 

Melanie rozpromieniła się. 

-  Nie  masz  pojęcia,  jak  mi  przykro  -  Justin  spoważniał  -  że  tak  niefortunnie 

skończył się nasz "pierwszy raz". Wybaczysz mi? 

- Wybaczam - szepnęła. 

-  No  to  idę  pogadać  z  Victorem  -  uśmiechnął  się  promiennie,  jakby  szedł  na 

randkę,  a  nie  "pogadać  z  Victorem".  -  Aha,  jeszcze  jedno.  Czy  mówiłem  ci  już,  że 
zakochałem się w tobie jak szczeniak? 

Zamknął za sobą drzwi. Melanie wpatrywała się w nie jak urzeczona. Nie wierzyła 

własnym uszom. Ale czy Justin kiedykolwiek ją okłamał? 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ochroniarz pilnujący schodów wskazał Justinowi właściwe drzwi. 

Wszedł  bez  pukania  do  środka.  Ściany  gabinetu  zdobił  arsenał  pistoletów, 

karabinów,  a  także  broni  maszynowej.  Victor  siedział  za  biurkiem  i  przyglądał  mu  się 
uważnie, rozpostarty w fotelu, z nogami skrzyżowanymi na blacie. 

- Siadaj, Drake - machnął niedbale ręką. - Musimy ze sobą pogadać. Narobiło się 

trochę zaległości… - Otworzył pudełko z cygarami i poczęstował Justina. 

- Dzięki, nie palę. 

Victor  wzruszył  ramionami,  sięgnął  po  cygaro  i  rozpoczął  długą  ceremonię  jego 

przycinania,  zapalania,  smakowania  z  przymkniętymi  oczami…  Trwało  to  kilka  dobrych 
minut.  Justin  siedział  z  obojętną  miną,  doskonale  wiedząc,  że  przechodzi  test  na 
wytrzymałość. Czekał spokojnie na następny ruch Degasa. 

- Ileż to lat minęło, Amigo? - Czarne oczy Victora nie zdradzały żadnych uczuć ani 

myśli. 

-  Prawie  dziesięć,  tak  mi  się  wydaje.  -  Justin  wyprostował  nogi  i  uśmiechnął  się 

zagadkowo. - Niewiele się zmieniłeś od naszego rozstania. 

- Co masz na myśli? 

- Wygląda na to, że interes kwitnie, a ty miewasz się doskonale, 

-  Nie  narzekam.  Ale  sporo  czasu  zajęło  mi  odbudowanie  tego  wszystkiego,  co 

straciłem na wybrzeżu. 

-  Ten  dom  pachnie…  forsą  i  stylem.  Robi  wrażenie.  Na  wybrzeżu  żyło  ci  się 

skromniej. 

-  Miałem  fart.  Facet,  który  zbudował  tę  posiadłość,  doszedł nagle  do  wniosku,  że 

Kolumbia  nie  jest  najzdrowszym  miejscem  na  kuli  ziemskiej.  Zostawił  mi  ten  dom  na 
pamiątkę. 

Jeśli  Justin  dobrze  zrozumiał  aluzję  Victora,  poprzedni  właściciel  nigdy  nie 

wyjechał z tego kraju. 

-  Nie  obejrzałem  całego  domu,  ale  na  pierwszy  rzut  oka  wygląda  naprawdę 

imponująco. 

-  Żeby  zrobić  miejsce  na  lądowisko,  musiałem  wyrąbać  spory  kawałek  lasu, 

wyobrażasz sobie? Nie to, co na wybrzeżu… 

- Czyli siedzisz w tym samym co niegdyś biznesie. 

- A jakże by inaczej. To kura, która znosi złote jajka, pod warunkiem że nie wierzy 

się nawet własnemu bratu. Tylko sobie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Nie masz powodu mi nie wierzyć, Victorze, jeśli o to ci chodzi. 

- Więc dalej twierdzisz, że nie miałeś nic wspólnego z wpadką, która - co tu dużo 

mówić - zmiotła mnie z wybrzeża? 

-  Dziwię  się -  Justin  patrzył  mu  prosto  w  oczy -  że  coś  podobnego  przyszło  ci  do 

głowy. Miałem wrażenie, że ufasz mi bardziej niż rodzonemu bratu. 

- Jak zatem wytłumaczysz swoje niespodziewane zniknięcie? 

- Miałem szczęście i tyle. - Justin wzruszył ramionami.  

-  W  moim  zawodzie  nie  wierzy  się  w  cuda  ani  zbiegi  okoliczności.  Szczęściu 

zawsze ktoś pomaga. 

Justin odpowiedział milczeniem. 

- Wiec jaki jest cel twojej podróży? 

- Mówiłem ci już. Muszę zawieźć żonę do jej przyjaciółki z college'u. 

-  Ach,  tak!  Swoją  piękną  żonę…  Tym  mnie  naprawdę  zaskoczyłeś.  Zawsze  taki 

niezależny. Więc co się z tobą działo przez ostatnie dziesięć lat? 

-  Cóż…  Kiedy  rozleciała  się  siatka  i  wyglądało  na  to,  że  wszystko  diabli  wzięli, 

postanowiłem wrócić na północ. Znalazłem biznesmena, który aż się palii, żeby pociągnąć 
strefę  wpływów  do  Ameryki  Południowej.  Przekonałem  go,  że  znam  teren  jak  własną 
kieszeń i mam kontakty. Facet mnie wynajął. 

-  Chcesz  mi  wcisnąć  ciemnotę,  że  kręcisz się tu  od  kilku lat  i  po  raz  pierwszy na 

siebie wpadliśmy? 

- Trzymałem się z daleka od Kolumbii. Większość czasu spędzałem w Argentynie. 

- Rozumiem. Czy z jakichś szczególnych powodów nie chciałeś wrócić? 

- Nie byłem pewien, kto tu został. Nie wiedziałem nawet, czy i ciebie zgarnęli, czy 

się  gdzieś  zadołowałeś.  Pamiętaj,  że  moje  kontakty  nie  wykraczały  na  ogól  poza  ścisłą 
grupę.  Słyszałem,  że  trzech  naszych  zabili.  Nie  chciałem  czekać  za  długo  tylko  po  to, 
żeby dowiedzieć się, kto przeżył. 

- Chciałbym ci wierzyć, amigo. - Victor westchnął ciężko i pokiwał głową. - Nawet 

nie  wiesz,  jak  bardzo  bym  chciał…  Niestety,  mam  za  dużo  wątpliwości.  Nawet  gdyby 
pozostała  jedna  jedyna,  nie  zaryzykowałbym.  Zbyt  wiele  mam  do  stracenia,  żeby 
pozwolić ci prysnąć po raz drugi. 

Justin ani drgnął. Ani na ułamek sekundy nie przestał patrzeć Victorowi w oczy. 

- Masz zamiar nas tu trzymać? - Jego głos nie zdradzał żadnych uczuć poza czystą 

ciekawością. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Lubię  twój  styl,  bracie!  -  Victor  wybuchnął  śmiechem.  -  Naprawdę.  Po  co 

miałbym  was  trzymać?  Nie  będę  miał  z  ciebie  żadnego  pożytku.  Twoja  żona  -  to  co 
innego. Jestem pewien, że okaże się przydatna… na swój sposób. 

Co teraz? Justin odsuwał od siebie lęk o Melanie. Wyraz jej oczu nad ranem… Jeśli 

zrobi fałszywy krok, Victor przejdzie od słów do czynów. Spokojnie, byle tylko nie dać się 
sprowokować.  Victor upajał  się  swoją  władzą,  igrał  z  nim,  ale  wciąż  nie  był  pewny  jego 
winy. 

-  Mógłbyś  mnie,  na  przykład,  wykorzystać  do  roboty.  -  Justin  powiedział  to 

dobitnie, naturalnym tonem. 

- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - Victor zmrużył oczy. 

-  Dlatego,  że  byłem  jednym  z  najlepszych  z  twoich  ludzi.  Wiesz  o  tym  równie 

dobrze jak ja, 

- Byłeś orłem! Ale nie brakuje nam rąk do pracy. 

- Czyżby? - Justin uśmiechnął się. - Aż trudno uwierzyć: w takim miejscu… Musisz 

potrzebować mnóstwo ludzi: do ochrony, przerzucania towaru… 

- Chcesz robić u mnie za gońca?! 

- Lepsze to niż siedzieć cały dzień pod kluczem. 

- Kiedy zajrzałem do twojej sypialni, wydało mi się, że nie narzekasz na nudę. 

- A ty nie wyglądałeś mi na faceta, którego rajcuje podglądanie. - Justin wycedził 

słowo  po  słowie,  nie  spuszczając  wzroku,  świadomy,  że  gra  o  najwyższą  stawkę.  - 
Starzejesz się. 

Victor znieruchomiał na momenty wybałuszył oczy i parsknął gromkim śmiechem. 

- Żadna z moich kobiet nie skarżyła się na mnie do tej pory. Ale żadna z nich nie 

dorównuje  urodą  twojej  żonie.  Chętnie  bym  jej  udowodnił,  że  kogut  im  starszy,  tym 
lepszy. Co ty na to, amigo? 

- Nic z tego. Jestem bardzo zaborczy, nie lubię się z nikim dzielić. 

Victor wstał, przeciągnął się, ręce skrzyżował na karku. 

- Zobaczymy. Teraz coś przekąsimy, a potem znajdę ci jakieś zajęcie. Może twoja 

żona podziękuje mi za to, hę? - zaniósł się tubalnym, sprośnym śmiechem. 

- Pójdę po Melanie, jeśli pozwolisz. Ona też jest głodna. 

-  Za  bardzo  się  z  nią  cackasz.  Nic  dziwnego,  że  wasze  kobiety  są  zepsute  do 

szpiku kości. Sami przyzwyczajacie je do tego, że robią, co chcą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Karmienie ich nazywasz cackaniem się? 

-  Jeżeli  babę  przegłodzisz,  to  nabierze  pokory.  Sam  zobaczysz,  jaka  będzie 

energiczna i napalona. Dopiero wtedy, frajerze, zacznie ci dogadzać. 

Wyszli z pokoju. Justin z lodowatą miną spojrzał na galerię. 

-  Sprawdzę,  czy  czegoś  nie  potrzebuje.  -  Nie  czekając  na  pozwolenie,  wbiegł  na 

schody. 

-  Spiesz  się,  śpiesz!  -  krzyknął  za  nim  Victor.  -  Kiedyś  żoneczka  cię  zaskoczy  i 

powie,  że  potrzebuje  prawdziwego  mężczyzny,  a  nie  służącego.  Wtedy  rzeknij  tylko 
słowo… Z radością przejmę pałeczkę. 

Dziki  śmiech  "prawdziwego  mężczyzny"  towarzyszył  Justinowi  do  drzwi  sypialni. 

Zamknął je od wewnątrz na zamek. Z zamkniętymi oczami oparł się o ścianę i dopiero po 
chwili odnalazł wzrokiem Melanie. Stała przy oknie, przyglądając mu się takim wzrokiem, 
jakby chciała powiedzieć, że wszystko słyszała. 

- Zawiezie nas do Villa Vicencias? 

-  Marzenie  ściętej  głowy.  Niestety.  Za  żadne  skarby  nie  chce  się  z  nami  rozstać. 

Dlaczego  ja  cię  zabrałem?  Nigdy  sobie  tej  nie  głupoty  nie  wybaczę.  W  miasteczku 
miałabyś jednak szansę uciec. 

- Chcesz powiedzieć, że teraz jej nie mam? - zapytała spokojnie. 

-  Nie  wiem.  Jedyny  powód,  dla  którego  trzyma  od  ciebie  łapy  z  daleka,  to 

przekonanie, że jesteś moją żoną. 

- W takim razie cieszę się, że nią jestem. 

- Mimo wszystko? Po tym, co się stało dziś rano? 

- Nie bierz wszystkiego na swoje sumienie. Do tańca trzeba dwojga… Przynajmniej 

Victor nie wątpi w nasze małżeństwo.  

-  Masz  rację.  Tylko  że  gdybym  nie  ciągnął  cię  ze  sobą,  nie  musielibyśmy 

rozwiewać żadnych wątpliwości Victora na nasz temat. 

- Czyste "gdybanie". Zastanówmy się lepiej, co robić w tej sytuacji. 

-  Victor  szykuje  dla  mnie  jakieś  zajęcie  po  śniadaniu.  Przynajmniej  będę  mógł 

wyjść  stąd  i  zorientować  się,  czy  mamy  szansę  na  ucieczkę.  Zejdziesz  na  dół,  żeby  coś 
zjeść? 

- Chyba nie. Sama myśl o zobaczeniu Victora odbiera mi apetyt. 

- Rzeczywiście powinnaś unikać go tak długo, jak to możliwe. Nie wchodzić bestii 

w drogę… Przyniosę ci śniadanie do pokoju. Jesteś pewna, że wytrzymasz tu cały dzień? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Nie martw się o mnie. Spójrz na półki z książkami. Swoją drogą twój przyjaciel 

nie wygląda na bibliofila. 

-  Ani  trochę.  Przyznał  się,  że  zarekwirował  dom  prawdziwemu  właścicielowi.  Ale 

nie  opowiedział  mi,  jak  naprawdę  skończył  tamten  człowiek.  Victor  ufa  mojej 
domyślności. 

- Będę na ciebie czekała - uśmiechnęła się ciepło - pochłonięta lekturą. 

Wiedział,  że  nie  powinni  się  roztkliwiać,  a  jednak  podszedł  do  Melanie  i  objął  ją 

mocno ramionami. Przylgnęła do Justina z całej siły. Pocałował obie jej powieki i zwolnił 
uścisk. 

- Wydostanę cię stąd całą i zdrową. Obiecuję. 

- Wiem. Nie musiałeś mi tego mówić. 

Nie oparł się jej wilgotnym, lekko drżącym ustom. 

Całowali  się  pospiesznie i  nieporadnie,  odczuwając  na  zmianę  ból  i  zachwyt:  nad 

czymś, co gęstniało z sekundy na sekundę i nie mogło się dopełnić. Oderwali się od siebie 
niemal jednocześnie. 

-  Boże  -  szepnął  Justin  -  co  ty  ze  mną  robisz!  Nie  mogę  skupić  myśli  na  niczym 

innym, rozumiesz? Ten obłęd mógł nas kosztować życie. 

- Czy mam cię przeprosić? - Zmrużyła roześmiane oczy. 

-  Właśnie!  Za  to,  że  w  ogóle  jesteś.  Nikt  nie  ma  prawa  być  taki  piękny.  To 

nienaturalne i powinno podlegać karze. - Justin przygładził włosy i wybiegł na korytarz. 

Melanie opadła na łóżko. Krew pulsowała jej w skroniach, a serce biło jak oszalałe 

- z podniecenia i strachu jednocześnie. Nic się nie stanie, szeptała bezgłośnie. Justin ich 
przechytrzy. Uratuje mnie i siebie. Nie możemy zginąć… właśnie teraz.
 

Jeszcze  raz  wyjrzała  przez  okno.  Godzinę  temu,  kiedy  czekała  na  Justina,  na 

podwórze  wjechało  kilka  ciężarówek.  Jacyś  mężczyźni  zaczęli  wyjmować  z  nich  różnej 
wielkości pudła, a potem nieśli je gdzieś w kierunku lasu, do miejsca odległego od domu. 

Justin,  nie  przekraczając  progu  sypialni,  podał  Melanie  tacę  ze  śniadaniem. 

Poprosił  ją,  żeby  do  jego  powrotu  nikomu,  pod  żadnym  pozorem,  nie  otwierała.  Zjadła 
niewiele, wzięła z półki jakąś książkę, ale nie mogła skoncentrować się na lekturze. Wciąż 
wyglądała  przez  okno.  Przyjechało  jeszcze  kilka  ciężarówek,  słyszała  coraz  głośniej 
wydawane komendy. W końcu odłożyła na stolik książkę i usiadła przy oknie. 

W  polu  jej  widzenia  pojawił  się  Justin  z  Victorem.  Ten  dragi  energicznie 

gestykulował, tłumaczył coś Justinowi, pokazując palcem ścieżkę, tę samą, której używali 
tragarze. W końcu obaj ruszyli w stronę dżungli i wkrótce straciła ich z oczu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Melanie  nie  potrafiła  siedzieć  bezczynnie.  Gdyby  mogła  się  do  czegoś  przydać! 

Przy takim ruchu na dziedzińcu… na pewno nikogo nie było w domu. Jedyna szansa, zęby 
go  zwiedzić.  Zresztą,  nawet  jeśli  się  na  kogoś  natknie,  powie,  że  chce  się  napić  wody  i 
szuka kuchni. 

Otworzywszy  bezszelestnie  drzwi,  wychyliła  głowę  na  korytarz.  Ani  żywej  duszy. 

Potem oceniła sytuację na parterze. Nikogo. 

Postanowiła  zacząć  od  parteru.  Myszkowanie  na  górze  trudniej  byłoby 

wytłumaczyć. Z duszą na ramieniu zeszła po schodach… i, krok po kroczku, w piętnaście 
minut  obejrzała  cały  dom.  Wydał  jej  się  naprawdę  piękny:  cudownie  położony,  ze 
stylowymi meblami, zupełnie nie pasował do Victora. Zastanawiała się, od jak dawna ten 
potwór w nim mieszka. 

Zaspokoiwszy  ciekawość,  chciała  wracać  na  górę,  ale  przypomniała  sobie  o 

jednym  pokoju,  do  którego  nie  zajrzała.  Przecież  nie  musiał  być  zamknięty  na  klucz… 
Nasłuchiwała  przez  chwilę,  za  drzwiami  panowała  głucha  cisza.  Poruszyła  klamką  - 
otwarte. Pokój był pusty. Westchnęła z ulgą i weszła do środka. 

Kiedyś  musiał  służyć  za  bibliotekę  albo  gabinet,  ale  z  półek  usunięto  książki. 

Biurko - z porysowanym barbarzyńsko blatem - na pewno nie służyło nikomu do pracy. 

Na  jednej  ze  ścian  wisiała  kolekcja  broni  palnej.  Nigdy  w  życiu  nie  oglądała  tylu 

rewolwerów  i  karabinów  naraz.  Niektóre  do  złudzenia  przypominały  pistolet,  z  którego 
brat uczył ją strzelać. 

Obejrzała  się  przez  ramię.  Nikt  by  nie  zauważył,  że  pożyczyła  taki  jeden… 

najmniejszy.  A  jeśli  ją  złapią…  Chyba  jednak  warto  zaryzykować…  Sprawdziła,  czy  w 
magazynku są naboje. Było ich pięć. 

Upewniła się, czy na korytarzu nie słychać kroków, i bezszelestnie wymknęła się z 

pokoju.  Brakowało  jej  kilka  metrów  do  końca  schodów,  kiedy  w  drzwiach  wejściowych 
pojawił się Victor ze swoimi ludźmi. Natychmiast ją zauważył. 

Melanie przycisnęła do uda pistolet i nakryła go szczelnie dłonią. 

- Szuka mnie pani, senora? - Uśmiechnął się obleśnie. 

- Och nie, nie… Chciało mi się pić, pomyślałam, że na parterze znajdę kuchnię… 

- Więc dlaczego wchodzi pani na piętro? 

-  Ja…  usłyszałam,  że  ktoś  nadchodzi.  Justin  nie  pozwolił  mi  opuszczać  pokoju, 

więc… - wykonała bezradny gest ręką. 

- Ach, tak. Nie zawsze słucha pani męża, rozumiem - zaśmiał się krótko. - Miło mi 

to  słyszeć.  Trafia  mi  się  szansa,  żeby  lepiej  panią  poznać.  Proszę  zejść  na  dół.  Drake 
będzie dzisiaj długo zajęty. Mamy mnóstwo czasu dla siebie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Pozostali  mężczyźni  zniknęli  w  korytarzu.  Melanie  miała  wrażenie,  że  pistolet 

rośnie w jej dłoni. Dlaczego nie włożyła spódnicy z kieszeniami? 

- Nie mogę. Wrócę do pokoju i poczekam na Justina. 

Victor postawił nogę na pierwszym schodku, uśmiechając się do niej kusząco. 

-  Nie  musisz  się  mnie  bać,  malutka.  Za  nic  bym  nie  skrzywdził  takiej  pięknej 

dziewczyny. Zejdź na dół, a ja poproszę Lupe'a, żeby zrobił nam coś do picia, dobrze? 

Melanie  weszła  tyłem  o  jeden  schodek  wyżej,  potem  jeszcze  jeden,  i  dalej 

posuwała się w ten sposób, cały czas patrząc Victorowi w oczy. 

-  Przykro  mi,  ale  naprawdę  nie  mogę  skorzystać  z  pańskiego  zaproszenia  - 

powiedziała uprzejmym, chłodnym tonem. 

-  A  może  ja  odwiedzę  cię  na  górze?  To  chyba  lepszy  pomysł.  Będzie  nam  tam  o 

wiele wygodniej. 

Ostatni schodek - i była już na galerii. Nie wiedziała, ile kroków dzieli ją od drzwi 

sypialni.  Cofała  się  powoli, nie mając  pojęcia,  co  robić  dalej.  Zamknąć  się  w  sypialni  na 
zamek? Na pewno miał klucz. Skorzystał z niego rano. Ile czasu będzie go szukał? 

Czy w ogóle ma jakiś wybór? Jeśli ją zaatakuje, będzie musiała użyć broni… Boże, 

nigdy  w  życiu  nie  strzelała  do  człowieka.  Dystans  między  nimi  malał.  Nie  ulegało 
wątpliwości,  że  Degas  wpadnie  za  nią  do  pokoju.  Justin  jest  zbyt  daleko,  żeby  usłyszeć 
jej krzyk. 

Boże, Justin, dlaczego cię nie posłuchałam! 

Victor zatrzymał się na szczycie schodów. Melanie stała przy drzwiach, prawie nie 

oddychając, z pistoletem gotowym do strzału. 

Nagle  dom zadrżał  w  posadach.  Melanie  straciła  równowagę.  Niewiele  brakowało, 

a nacisnęłaby cyngiel… 

Victor w mgnieniu oka znalazł się na dole. Wrzeszcząc nieludzko, zaczął wydawać 

rozkazy. Melanie wpadła do pokoju, przekręciła klucz w zamku i spojrzała na pistolet. Co 
z  tym  zrobić?  Niewiele  myśląc,  włożyła  go  pod  poduszkę.  Rzuciła  się  do  okna.  Ludzie 
biegli  ścieżką  w  stronę  dżungli.  Rano,  na  tej  samej  drodze,  widziała  po  raz  ostatni 
Justina. 

Melanie  poczuła  dziwny  ból  między  żebrami.  Jeśli  nie  wypuści  z  płuc  powietrza, 

zemdleje… Zaczęła głęboko oddychać. 

Myślała tylko o Justinie. Czy miał coś wspólnego z tym wybuchem? 

Kilkaset metrów od domu kłębiły się ponad lasem czarne chmury dymu. Nigdy nie 

widziała z bliska pożaru. Nie! Nie ma zamiaru zaspokajać swojej ciekawości. Nie ruszy się 
z pokoju ani na krok. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Po  chwili  złowrogiej  ciszy  rozległa  się  seria  wystrzałów.  Serce  podeszło  jej  do 

gardła. Co tam się, do diabła, dzieje! Gdzie jest Justin? 

Mijały  minuty,  a  ona  stała  przy  oknie  jak  sparaliżowana,  wpatrując  się  w  jeden 

punkt - miejsce, w którym straciła Justina z oczu. 

Usłyszała ożywione, coraz wyraźniejsze męskie głosy. W końcu dojrzała ich. Dwaj 

mężczyźni  nieśli  między  sobą  trzeciego…  jak  worek  piasku.  Wyglądało  na  to,  że  nie 
przejmują  się  rannym  kolegą.  Dopiero  na  dziedzińcu,  kiedy  położyli  go  na  ziemi, 
zorientowała się, że ten człowiek nie żyje. 

- O mój Boże! - krzyknęła głośno. 

Oczywiście  nie  był  to  Justin.  Miał  kruczoczarne  włosy  i  ciemne  ubranie.  Pomimo 

wyraźnej ulgi, Melanie drżała jak w febrze. 

Nadeszli  inni.  Szybkim  krokiem,  krzycząc  do  siebie  i  gestykulując.  Dwaj 

mężczyźni, którzy zamykali pochód, także nieśli rannego. Tym razem był to Justin. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

  

Elise Trent obudziła siew środku nocy zlana potem. Znowu ten koszmar. Odkąd jej 

siostra, Melanie, zaginęła w Kolumbii, noc w noc męczył ją identyczny sen: biegnie przez 
dżunglę,  która  nie  ma  końca  -  ścieżką,  która  wiedzie  donikąd.  Wzywa  pomocy,  ale 
oczywiście nikt nie odpowiada. 

- Co się stało, kochanie, nie możesz zasnąć? - Damon zna Elise tak doskonale, że 

wyczuwa jej niepokój nawet przez sen. 

- Nie chciałam cię obudzić - szepnęła. - Śpij spokojnie. 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  zaczął  delikatnie  masować  kark,  potem  mięśnie  wzdłuż 

kręgosłupa. Rozluźniła się i wtuliła w niego jeszcze mocniej. 

- Boję się, Damon. Naprawdę się boję. Minęły już cztery dni od twojej rozmowy z 

Justinem. Dlaczego nie zadzwonił? Teraz mamy dwoje zaginionych. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Uspokój się, kochanie. Nie daj się ponieść wyobraźni. Pamiętaj, że w niektórych 

rejonach Kolumbii nie znajdziesz telefonu. Tam nie ma automatów na każdym rogu ulicy 
jak w Stanach. Prawdę mówiąc, nie ma także rogów ulic. - Pocałował ją delikatnie w usta. 

-  Mam  pełne  zaufanie  do  Justina.  Bez  względu na  to,  co się  przydarzyło  Melanie, 

Justin  ją  znajdzie.  Wszystko  będzie  dobrze,  Elise,  wierzysz  mi?  -  przemawiał  niskim, 
kojącym  głosem.  -  Kto  wie?  Może  Justin  wykorzystuje  okazję  i  zaprzyjaźnia  się  z  twoją 
małą siostrzyczką? 

- Mówisz poważnie? 

-  Znając  Justina  -  a  znam  go  nieźle  -  jedyne  prawdziwe  niebezpieczeństwo 

zagraża cnocie Melanie. 

- Nie, nie Justin. Nie wykorzystałby jej w takiej sytuacji. 

- To prawda - westchnął Damon. - Pod tym względem nieco się różnimy… 

Elise parsknęła śmiechem. 

- Myślałby kto… że akurat deprawowanie dziewic jest twoją specjalnością! 

-  No,  może  rzeczywiście  nie  jest,  Ale  przyznasz,  że  bywam  uparty.  Odkąd 

zaszczyciłaś  mnie  po  raz  pierwszy  uśmiechem,  wiedziałem,  że  nie  pozwolę  ci  się 
wymknąć. Nigdy! 

-  Coś  podobnego!  Trafił  mi  się  niezłomny  rycerz.  A  tak  naprawdę…  gdybym  nie 

przyszła do ciebie po tamtej operacji, nie spotkalibyśmy się nigdy więcej. 

- To ty tak sądzisz. Dawałem ci czas na oswojenie się z myślą o nowym życiu. Ze 

mną na zawsze. 

- Ach, tak? 

-  Uhm…  -  Pocałował  ją  w  usta.  Tym  razem  powoli,  zmysłowo,  z  absolutną 

pewnością, że budzi w niej rozkosz. 

- Naprawdę myślisz, że nic im nie grozi? 

- Naprawdę jestem pewien, że Justin staje na głowie, żeby ją znaleźć. 

- Ale może przeceniasz jego możliwości. 

- Kochanie, postawiłem na Justina wiele lat temu. Jeszcze nigdy nie przysporzył mi 

kłopotów, Ani strat. Ten facet ma szósty zmysł, A na dodatek jest moim przyjacielem. 

-  Nie  mogę  bezczynnie  siedzieć  i  czekać,  wpatrując  się  w  ten  głupi  telefon. 

Damon, ja po prostu nie wytrzymuję… 

- Nie ma innego wyjścia, Elise. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Polećmy razem do Villa Vicencias. 

- I co nam to da? 

-  Nie  wiem.  Mielibyśmy  do  nich  bliżej.  Może  zaczęlibyśmy  ich  szukać  na  własną 

rękę, sama nie wiem. 

-  Kochanie,  wstrzymajmy  się  z  decyzją  jeszcze  przez  kilka  dni.  Jeżeli  nie 

zadzwonią, polecimy do Villa Vicencias. 

-  Kocham  cię,  Damon,  nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo.  Nie  daję  ci  spokoju,  ale 

rozumiesz, co czuję, prawda? To bezczynne czekanie na wiadomość wykańcza mnie. 

- Rozumiem. Przecież Justin jest dla mnie bratem, którego nie miałem… a Melanie 

siostrą. 

Leżeli  w  milczeniu,  wsłuchani  w  nocną  ciszę  i  własne  oddechy.  Palce  Damona 

zaczęły  błądzić  po  plecach Elise,  od  szyi  do  pośladków,  potem  wędrowały  w  górę,  coraz 
wolniej i delikatniej, 

- Chyba wiesz, co robisz - mruknęła cicho - dotykając mnie w ten sposób… 

-  Uhm.  Domyślam  się.  To  znaczy,  że  czas  na  naszą  ulubioną  pigułkę  nasenną. 

Jedyne lekarstwo na twoje smutki, prawda? 

Kiedy  Damon  zasypiał,  Elise  leżała  w  jego  ramionach,  modląc  się,  żeby 

następnego dnia zadzwonił telefon. 

 

 

 

 

 

 

Melanie  wbiła  zęby  w  zaciśnięte  pięści,  żeby  powstrzymać  się  od  szlochu,  Justin 

żyje,  powtarzała  w  myślach,  obiecał  mi.  Kiedy  straciła  go  z  oczu,  podbiegła  do  drzwi, 
przez  kilka  sekund  walczyła  z  zamkiem,  wreszcie  wypadła  na  korytarz  i  zbiegła  po 
schodach. 

Byli już w holu. Zamarła na moment, bojąc się, że kiedy zobaczy Justina z bliska, 

zacznie  krzyczeć.  Victor  wydawał  błyskawiczne  rozkazy,  wskazując  ręką  schody. 
Spostrzegł ją na górze i zamilkł. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Pani mąż jest szczęściarzem, senora Drake. Cholernym szczęściarzem. W czasie 

rozładunku  przewróciła  się  beczka  z  paliwem.  Zanim  ktokolwiek  pojął,  co  się  stało, 
zbiornik eksplodował. Drake stał najbliżej. Wylądował na drugim końcu hangaru. 

Dał znak swoim ludziom, żeby wnieśli Justina na górę, 

-  Ten  niezdarny  idiota,  który  rozlał  benzynę,  nie  wywinie  już  żadnego  głupiego 

numeru, zapewniam panią. 

Pobiegła do pokoju, żeby przygotować łóżko. 

- Bądźcie ostrożni, błagam! 

Mężczyźni,  którzy  z  ulgą  rzucili  rannego  na  posłanie,  spojrzeli  na  nią  tępym 

wzrokiem. 

Pokręciła głową. Z nich wszystkich tylko Victor ją rozumiał… Tym bardziej powinna 

go unikać. 

Justin był blady jak ściana. Melanie uklękła przy łóżku. Sprawdziła puls; wydawał 

się wolny i miarowy. Rozpięła guziki koszuli i niemal krzyknęła na widok zakrwawionego 
boku. 

Kiedy spróbowała odkleić materiał od rany, Justin stęknął. 

- Melanie? - szepnął, z trudem unosząc powieki. 

- Jestem przy tobie, Justinie. Spróbuj odpocząć. 

- Co się stało? 

- Eksplodowała beczka z paliwem i wyleciałeś w powietrze. 

- Czuję się, jakby słoń nadepnął mi na głowę. 

- Myślę, że trzymają tu wszystko - zaśmiała się nerwowo - oprócz słoni. 

- Gdzie jest Victor? 

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, byle nie właził do naszego pokoju. 

-  Napastował  cię?  -  Justin  podniósł  głowę,  ale  skrzywił  się  i  opadł  bezradnie  na 

poduszkę. 

- Nie - szepnęła ciepłym, kojącym głosem. - Jak dotąd… 

Justin odetchnął z ulgą 

- Nie jestem w najlepszej formie, żeby go zabić gołymi rekami… 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Ja się nie boję. 

Pomyślała  o  pistolecie  pod  poduszką.  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  nie  miałaby 

żadnych skrupułów, gdyby przyszło jej bronić Justina. Ciekawe, skąd u niej taki instynkt 
opiekuńczy… 

 

 

 

 

Już pod wieczór Justin czuł się o wiele lepiej. Zdołał wziąć prysznic i zejść z "żoną" 

na  kolację.Victor  pełnił  honory  gospodarza  domu  z  gracją  słonia.  Pożerał  wzrokiem 
Melanie  i  raczył  oboje  historiami  "nie  z  tej  ziemi".  W  każdej  z  nich  on,  Victor  Degas, 
spisał  się  na  piątkę  w  roli  bohatera.  Rozochocony  alkoholem,  zanosił  się  coraz  bardziej 
drażniącym, 

rubasznym 

śmiechem. 

Justin 

kręcił 

się 

na 

krześle, 

szukając 

najwygodniejszej  pozycji  dla  swojego  obolałego  ciała.  Katusze  fizyczne  były  jednak 
niczym w porównaniu z lękiem o Melanie. Napięcie niebezpiecznie rosło. Victor nigdy nie 
żartował, kiedy gra szła o pieniądze albo… kobietę. 

- Wszyscy mieliśmy ciężki dzień, Victorze. - Justin odsunął krzesło i wstał od stołu. 

- Na nas już czas. Dziękujemy za wspaniałą kolację. 

Melanie w tej samej sekundzie poderwała się na nogi. 

- Rozumiem, że ty potrzebujesz odpoczynku - zaprotestował Victor - ale nie widzę 

żadnego  powodu,  dla  którego  miałbyś  pozbawić  mnie  towarzystwa  swojej  żony.  O  tej 
porze?! Jest jeszcze wcześnie. 

-  Czuję  się  naprawdę  zmęczona  -  zaprotestowała  Melanie.  -  Mimo  wczesnej  pory 

chciałabym już pójść spać. 

- Obawiam się, że pani mąż - Victor wybuchnął swoim charakterystycznym dzikim 

śmiechem  -  okaże  się  dzisiaj  całkowicie  bezużyteczny,  senora  Drake.  A  ja  przeciwnie, 
nigdy nie czułem się lepiej. Jestem do pani usług i gwarantuję ich jakość. 

Melanie  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  Jednak  siłą  woli  opanowała  się  i 

nie spuszczając wzroku z Victora wycedziła odpowiedź: 

- Kocham swojego męża, panie Degas, i razem wrócimy do pokoju. 

Justin  śledził  tę  zapierającą  dech  scenę  z  półprzymkniętymi  powiekami.  Sam 

niemal uwierzył, że Melanie jest szczęśliwą mężatką. Wyraźnie minęła się z powołaniem! 
Z takim aktorskim talentem marnować czas na sprzedawanie prezentów! 

-  Cóż  -  Victor  skinął  uprzejmie  głową  -  ja  potrafię  czekać,  senora  Drake. 

Dobranoc. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Justin  zacisnął  szczęki,  powtarzając  sobie  w  myśli,  że  za  nic  nie  da  się 

sprowokować.  Ten  zbir  właśnie  na  to  czekał.  Podjudzał  go  i  drażnił,  za  wszelką  cenę 
chciał wyprowadzić z równowagi. 

Wyszli  z  jadalni  bez  słowa.  Pokonali  schody  w  milczeniu,  oboje  spięci,  niepewni 

każdego kroku. Dopiero gdy znaleźli się w sypialni, Melanie zawołała: 

- Musimy się stąd wydostać, słyszysz?! 

- Przecież o tym, do diabła, przez cały czas myślę.  

Obojgu nerwy odmówiły posłuszeństwa. 

- Nadstawiasz głowę! 

- Nie martw się. Niewielka rana i ból głowy to trochę za mało, żeby zwalić mnie z 

nóg na amen. 

Usiadł  na  brzegu  łóżka,  żeby  rozsznurować  buty.  Melanie,  zerknąwszy  na 

poduszkę, przypomniała sobie o pistolecie. 

- Znalazłam to rano, po twoim wyjściu - powiedziała spokojnie. 

Obejrzał się przez ramię. Na widok "tego" zerwał się na równe nogi, 

- Gdzie? Gdzie to znalazłaś? 

- Na dole. 

- Na dole! Chcesz powiedzieć, że spacerowałaś sobie tu i tam? Przecież błagałem, 

żebyś nie wychodziła. 

Melanie zagryzła wargi. Wybrała najgorszy moment na pochwalenie się zdobyczą. 

Zniżyła głos do szeptu. 

-  Nie  jestem  dzieckiem,  Justinie.  Nie  mogłam  siedzieć  bezczynnie,  z  założonymi 

rękami… Szukałam sposobu, żeby się stąd wydostać. 

-  A  jak  sądzisz,  po  jaką  cholerę  ja  poszedłem  do  lasu?  Podźwigać  sobie  ciężkie 

skrzynie? Dla treningu?! 

- Znalazłeś jakąś broń, która pomogłaby nam w ucieczce? 

- Nie. I wcale jej nie szukałem. Możesz mi wierzyć lub nie, Melanie, ale chciałbym 

stąd po prostu zwiać - bez zabijania kogokolwiek. 

-  Nie  bądź  śmieszny.  Czy  ja  chcę  zabijać?  Broń  zwiększa  nasze  szanse…  w  razie 

czego… Czy nie mam racji? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Kochanie, chcesz przestraszyć jednym damskim rewolwerem bandę uzbrojonych 

zbirów?  Jeden  strzał  i  mamy na  karku  dziesięciu  facetów.  Jeżeli  człowiek  ma  przy  sobie 
broń,  powinien  zakładać,  że  jej  użyje.  Noszenie  spluwy  na  wszelki  wypadek  jest 
bezcelowe… a nawet niebezpieczne. Jeżeli nie umiesz strzelać - i to doskonale - strasząc 
przeciwnika popełniasz samobójstwo. Rozumiesz? 

- Nie myślałam o tym w ten sposób… 

-  Wspaniale.  Więc  ryzykowałaś  głowę,  żeby  zdobyć  to  świństwo?  A  co  by  było, 

gdyby Victor cię złapał? 

- Ale nie złapał! - Postanowiła nie opowiadać Justinowi, jak niewiele brakowało… 

Zrezygnowany,  podszedł  do  Melanie,  położył  ręce  na  jej  ramionach  i  lekko 

potrząsnął. 

-  Naprawdę  nie  rozumiesz,  że  Victor  dobierze  się  do  ciebie,  jak  tylko  znajdzie 

pretekst,  żeby  mnie  wykończyć?  Chce  nas  sprowokować  do  fałszywego  kroku,  a  potem 
ukarać.  Nie  potrafię  wyłożyć  ci  tego  jeszcze  jaśniej.  Facet  szuka  jakiegokolwiek, 
najdrobniejszego  nawet,  pretekstu,  żeby  mnie  zabić.  Chociaż  na  ogół  nie  potrzebuje 
żadnych  pretekstów…  Pewnie  ze  względu  na  naszą  starą  przyjaźń  postanowił,  że  raz  w 
życiu zagra fair, co daje nam pewną szansę… 

Melanie przypomniała sobie człowieka, który zginał w wypadku. Wzdrygnęła się z 

przerażenia.  Justin  zaklął  w  duchu.  Co  on,  do  diabła,  wyrabia!  Zaraża  dziewczynę 
strachem, żeby samemu sobie ulżyć? Objął ją i mocno przytulił. Jej ciepło, a nie strach, 
przyniesie mu ulgę. 

Wcale  się  nie  bała.  Rozluźniona  i  uśmiechnięta  uniosła  głowę,  rozchylając  lekko 

wargi. Nie musiała czekać ani chwili. 

Ich usta złączyły się w długim, gwałtownym pocałunku. Melanie poczuła mrowienie 

w nogach, potem gorący dreszcz przeszywający całe ciało. Rozpięła mu koszulę na piersi 
i wsunęła pod nią ręce. Jej palce błądziły po wypukłościach mięśni na plecach. Dziwiła się 
nierównemu  biciu  jego  serca.  Wargi  Justina  parzyły,  przyprawiały  o  zawrót  głowy, 
oszałamiały.  Garnęła  się  do  niego  rozpaczliwie,  chciała  być  jak  najbliżej.  Justin  nacierał 
coraz  mocniej,  rozpaczliwie,  jak  gdyby  ten  pocałunek  miał  zastąpić  wszystkie  słowa. 
Należała  do  niego  -  tak  jak  tylko  kobieta  może  należeć  do  mężczyzny  -  mimo  że  ich 
miłość  czekała  na  spełnienie.  Wiedział,  że  póki  on  żyje,  Melanie  nie  dotknie  inny 
mężczyzna. Spokojnie, myślał w popłochu. Musi zachować zimną krew. Nie może narażać 
jej na zajście w ciążę, oboje są nie przygotowani… 

Zwolnił uścisk. Z  bólem  serca  podniósł  głowę, otworzył  oczy  -  i  natychmiast  tego 

pożałował.  Wilgotne,  lekko  nabrzmiałe  wargi  błagały  o  następny  pocałunek.  Objął  ją 
jeszcze mocniej, drżąc cały, chowając twarz w jej włosach. Szept, który z siebie wydobył, 
był niski i ochrypły: 

- Och, Melanie… Melanie, sama nie wiesz, co robisz… 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Gdyby  musiała  przejść  choć  kilka  kroków,  nogi  odmówiłyby  jej  posłuszeństwa. 

Justin nie prosił o to. Wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Rozbierał ją powoli i ostrożnie, 
chcąc  rozkoszować  się  tą  chwilą  jak  najdłużej.  Gładził  delikatnie,  pieścił  ustami,  coraz 
czulej, coraz mniej zachłannie. Z bałwochwalczym uwielbieniem odkrywał każdy milimetr 
jej nagości. 

Melanie nie poznawała samej siebie. Nie myślała o niczym, nie odwoływała się do 

własnego  rozsądku.  Liczyło  się  tylko  to,  że  Justin  jest  z  nią.  Zniknął  wszelki  strach.  Nie 
tylko  Justin  odpowiadał  za  to,  co  się  stało,  i  za  to,  co  stanie  się  za  chwilę.  Melanie 
pragnęła  go  tak,  jak  on  pragnął  jej.  Reszta  przestała  się  liczyć.  Sprawił,  że  po  raz 
pierwszy  w  życiu  była  zafascynowana  własnym  ciałem.  Wyobraziła  sobie,  jak  ją  widzi 
Justin,  i  poczuła  się  piękna!  Podobały  jej  się  własne  włosy,  szyja,  ramiona,  linia  talii  i 
bioder,  po  której  jego  palce  błądziły  z  takim  namaszczeniem.  Justin  wstał,  żeby  się 
rozebrać.  Melanie  śledziła  wzrokiem  każdy  jego  ruch,  upajając  się  widokiem  tego 
wspaniałego mężczyzny. 

-  Melanie  -  jęknął  zbolałym  głosem  -  jeśli  chcesz  mnie  powstrzymać,  zrób  to 

teraz… 

Uśmiechnęła się, krzyżując ręce nad głową. 

- Chcę się z tobą kochać. Teraz. Nie odmawiaj mi… proszę. 

Zagryzł wargi. Ułożył się delikatnie na boku, tuląc do siebie jej drobne ciało. 

- Nie chcę cię skrzywdzić… rozumiesz? 

-  Pocałuj  mnie  -  szepnęła.  Nie  pragnęła  słów,  wyznań  i  zapewnień.  Nareszcie 

przestała myśleć i błagała go o to samo. - Nie skrzywdzisz mnie, Justin. Nigdy. Po prostu 
kochaj mnie. Nic już nie mów. 

Westchnęła  z ulgą,  czując,  że Justin  wzmacnia uścisk.  Czego  miałaby  się  bać? W 

chwili kiedy to pomyślała - zagarnięta nagimi, gorącymi udami, zaatakowana agresywną 
męskością - mimowolnie napięła mięśnie. 

Justin wycofał się, pogłaskał ją po włosach. 

- Spróbuj się rozluźnić, malutka. 

Popatrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami.  Miała  przed  sobą  mężczyznę 

swoich marzeń i rozpaczliwie go pożądała. Nie odrywając wzroku od jego twarzy uniosła 
gwałtownie biodra, napotykając ten sam, twardy jak kamień opór. Wbił się w nią jednym 
silnym  pchnięciem  przy  akompaniamencie  własnego  jęku.  Przeszył  ją  krótki  jak 
błyskawica,  tępy  ból,  a  potem  udami  oplotła  jego  biodra,  z  westchnieniem  ulgi,  z 
uczuciem doskonałej pełni. 

Poruszał  się  wolno,  rozmyślnie,  jakby  rozkoszując  się  pierwszym  nasyceniem. 

Melanie, zadowolona z tego rytmu, odpowiadała mu nieznacznymi ruchami bioder. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Nagle  zaczęła  czuć  wszystko  dotkliwiej  i  wyraźniej:  zapach ich  ciał,  kropelki  potu 

na owłosionym torsie. Oddychała coraz szybciej. 

- Justin! 

- Cicho, kochanie… nie myśl o niczym… zamknij oczy, zobaczysz gwiazdy. 

Zaczął  przyspieszać.  Melanie  zamarła  na  moment,  wpiła  się  paznokciami  w  jego 

ramiona,  zaciskając  powieki.  Ujrzała  milion  spadających  gwiazd.  Jej  ciało  przeszył 
dreszcz, który załamał się w połowie i przemienił w błogie uczucie spełnienia. 

Bardzo  pragnął,  żeby  to  trwało,  żeby  Melanie  krzyczała  z  rozkoszy  i  nigdy  nie 

zapomniała tej chwili. 

- Boże, Justin, nie miałam pojęcia, że może być aż tak… tak dobrze.  

-  Ja  też  się  tego  nie  spodziewałem.  -  Drżał,  gdy  jej  dłonie  gładziły  biodra  i 

pośladki, błądziły po kręgosłupie i udach, uczyły się na pamięć jego skóry. 

- Chcesz powiedzieć, że… czułeś to samo? 

-  Wciąż  to  czuję,  kochana.  Prawdziwy  dżentelmen  zawsze  zgadza  się  z  opinią 

damy. 

Ledwie  dokończył  zdanie,  jego  twarz  zastygła  w  dziwnym,  niemal  bolesnym 

uśmiechu.  Zaczął pędzić na  oślep,  porywając  Melanie  ze sobą,  mokry  od potu. Wreszcie 
opadł  na  nią  bez  tchu,  w  wyciągnięte  ramiona,  bezbronny  i  uspokojony.  Zasnęli 
jednocześnie, zmęczeni i szczęśliwi jak dzieci. 

Justin  obudził  się  gwałtownie  w  środku  nocy.  Zaczął  nasłuchiwać,  ale  zarówno  w 

pokoju,  jak  i  za  oknem  panowała  absolutna  cisza.  Może  właśnie  brak  jakichkolwiek 
dźwięków  zakłócił  mu  sen…  Dlaczego  nie  słyszy  odgłosów  dżungli?  Choćby  krzyku 
nocnych ptaków… Spojrzał na Melanie, która leżała tak blisko, uśmiechając się przez sen. 

Po  raz  pierwszy,  odkąd  wylądował  w  Bogocie,  pomyślał  o  Damonie  i  o  Elise.  Bez 

żadnej  wiadomości  od  tylu  dni  jego  przyjaciele  musieli  odchodzić  od  zmysłów.  Lepiej 
jednak, żeby Elise nie wiedziała…  

O  czym?  O  niebezpieczeństwie,  jakie  groziło  jej  siostrze,  czy  o  tym,  że  z 

niekłamaną  przyjemnością  oboje  udają  małżeństwo?  Co  by  powiedziała  Elise,  gdyby  się 
dowiedziała o ich zażyłych stosunkach? To, co się stało, było i tak tylko sprawą czasu, ale 
nie  miał  zamiaru  kochać  się  z  Melanie  w  tym  miejscu,  w  takich  nie  sprzyjających 
okolicznościach.  Inaczej  wyobrażał  sobie  ich  pierwszy  raz,  jej  pierwszy  raz  w  życiu! 
Myślał o sobie z niesmakiem. Melanie była taka bezbronna w jego ramionach… otwarta i 
oczekująca.  Mógłby  ją  kochać  całą  noc.  Na  samą  myśl  o  tym  poczuł  fizyczny  ból  w 
lędźwiach.  Oparł  się  na  łokciu,  żeby  zaczerpnąć  powietrza  -  i  nie  zdołał  stłumić  cichego 
jęku. 

Melanie  obudziła  się.  Dopiero  po  kilku  sekundach  oprzytomniała  i  poszukała 

wzrokiem Justina. Miał oczy otwarte i dziwnie błyszczące. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Boli cię coś? 

- Nie, nie… - wykrztusił i przyciągnął ją mocno do siebie. 

- Więc co się stało? 

Nie  chciał  się  przyznać.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  tracił  rozum.  On,  facet  przed 

czterdziestką, zachowywał się jak opętany seksem nastolatek.  

Ręka Melanie zaczęła gładzić jego owłosiony tors.  

- Nic - zachrypiał jeszcze ciszej.  

- Żałujesz, że się kochaliśmy?  

- Nie.  

-  Ja  też  nie.  Było  cudownie  -  powiedziała  sennym  głosem.  -  Kiedy  mnie 

rozbierałeś, a potem dotykałeś w taki sposób… Justin, ja nawet nie marzyłam, że można 
czuć się tak cudownie. 

- Tak, kochanie… O, Boże, lepiej już zaśnij. Musisz trochę odpocząć. 

-  Wiem.  Ty  też  powinieneś  usnąć.  Nie  za  ciężką  mam  głowę?  Nie  drętwieje  ci 

ręka? 

Dłoń Melanie przesuwała się od piersi Justina do brzucha, coraz niżej… Chwycił ją 

za  nadgarstek,  ale  było  za  późno.  Odkryła  jego  podniecenie.  Jej  palce  dziwiły  się 
aksamitnej  powierzchni,  błądziły  w  tę  i  z  powrotem  z  coraz  większym  zapamiętaniem. 
Justin westchnął ciężko, opadając na plecy. Cofnęła rękę. 

- Naucz mnie, jak cię kochać - szepnęła. 

- Nie potrzebujesz żadnych instrukcji, przysięgam, rób tak dalej… 

- Tak? 

- Och, tak… ale zatrzymaj się na chwilę, Melanie… 

- Uwielbiam to, Justin. Skóra jest taka delikatna, a pod nią żywy kamień. Pulsuje, 

kiedy cię dotykam. Czujesz własny puls, Justin? 

-  Przestań! -  Jednym  ruchem  wciągnął  ją  na  siebie,  uniósł  lekko  głowę,  tak  żeby 

ustami  dotknąć  nabrzmiałych  brodawek  jej  piersi.  Mruczała  z  zadowolenia,  kiedy  ssał 
najpierw  jedną  pierś,  potem  drugą,  w  końcu  zaczęła  drżeć  oszołomiona  i  tracić  oddech. 
Objęła  nogami  jego  biodra  i  zaczęła  poruszać  się  delikatnie,  powoli,  jakby  chciała 
przeciągnąć tę chwilę w nieskończoność. Justin uniósł się gwałtownie, wreszcie opadł na 
plecy z jękiem, chwycił ją w talii i zanurzył się w niej do końca. 

- Czy teraz jest ci wygodnie? - zapytał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Cudownie… 

- Melanie… 

- Słucham. 

- Bardzo cię kocham. 

- To dobrze. Ja też cię kocham. 

Cedzili słowa powoli, dobitnie, w rytmie miłosnych poruszeń. Melanie poddała mu 

się całkowicie, zapomniała o braku doświadczenia, była rozpaczliwie wdzięczna za to, co 
czuła, i pragnęła, żeby Justin dogonił ją w tej gorączce. Żeby wspólnie dobili do brzegu. 
Stało się tak, jak chciała. Poczuła, że jakaś siła unosi ją w powietrze. Że oboje, oderwani 
od  ziemi,  ulatują  w  przestworza  w  błogim  zespoleniu,  rozkołysani  miłosną  galopadą. 
Razem z nimi kołysało się łóżko, ściany, dom, ziemia… wszechświat. 

Melanie  opadła  bez  tchu  w  ramiona  Justina,  niezdolna  wykonać  najmniejszego 

ruchu.  I  wciąż  miała  wrażenie,  że  wszystko  wokół  nich  drży.  Nagle  Justin  poderwał się  i 
krzyknął. 

-  Boże  święty!  Przecież  to  jasne!  -  Wyskoczył  z  łóżka.  -  Melanie,  wstawaj,  to 

trzęsienie ziemi! 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

- Ubieraj się! Szybko! Musimy stąd uciekać. 

Melanie, dość brutalnie przywołana przez Justina do rzeczywistości, zrozumiała, że 

musi wstać i włożyć ubranie. Nic więcej. 

Gdzieś  na  parterze  rozległ  się  potworny  grzmot.  Justin  zaczął  przeklinać. 

Zasznurował buty, chwycił plecak i wrócił do Melanie. 

Stała przy łóżku jak zagubione dziecko, które nie wie, co ze sobą zrobić. Spodnie i 

koszulę trzymała w ręku, ale nie mogła znaleźć butów. Nieprzytomnym wzrokiem błądziła 
po pokoju. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Co się z nimi stało? - zastanawiała się głośno. 

Justin  znalazł  jeden  but  przy  łóżku,  drugi  pod  krzesłem.  Podał  je  Melanie  bez 

słowa. Wieczorem po kolacji nie troszczyli się wcale o garderobę… 

Z  sufitu  odpadł  kawałek  tynku,  w  szczytowej  ścianie  pojawiła  się  wielka  rysa  i 

niemal  w  tej  samej  chwili,  tak  jak  błyskawica  zapowiada  uderzenie  pioruna,  rozległ  się 
ogłuszający huk. Pokój rozkołysał się na dobre. 

Justin  szarpnął  Melanie  za rękę  i pociągnął  w kierunku  wyjścia.  Kiedy  znaleźli się 

na  korytarzu,  usłyszeli  następny  łomot.  Obejrzeli  się  przez  ramię  i  oboje  zdrętwieli. 
Kawałki łamiącego się dachu wpadały do sypialni. 

Melanie  krzyknęła.  Spełniał  się  jej  koszmarny  sen.  Dokąd  teraz  mogą  uciekać? 

Dom  drżał  w  posadach.  Na  podłogę  spadały  belki,  cegły,  odłamki  tynku.  Trzymając  się 
jak najbliżej ściany, zmierzali przez galerię do schodów. Lecz schodów już nie było. 

 

 

 

 

 

 

Dzwonek telefonu wyrwał Damona z głębokiego odrętwienia. 

- Damon Trent. 

- Damon! Och, Damon... - Elise, ze ściśniętym gardłem, ledwie mogła mówić. 

- Elise! Co się stało? Masz jakieś wiadomości o Melanie? 

- Nie. O Boże, Damon… W Kolumbii było trzęsienie ziemi. 

- Trzęsienie ziemi? Kiedy? 

- Dowiedziałam się o tym przed chwilą, z radia. Jakieś sto kilometrów na południe 

od Bogoty. Damon, co my teraz zrobimy? 

- Zostań w domu i czekaj na mnie. Przyjadę najszybciej, jak będę mógł. 

Elise  odłożyła  słuchawkę.  Wpatrzona  w  pustą  ścianę,  nie  usłyszała,  kiedy  do 

pokoju wpadł pięcioletni Eric. 

- Co się stało, mamusiu? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Siłą woli powstrzymała się od płaczu. Nie miała prawa dzielić się swoją rozpaczą z 

małymi dziećmi. 

- Martwię się o ciocię Melanie, skarbie. 

Eric usiadł na  kanapie  i  wziął  ją  za  rękę.  Tak  bardzo  przypominał  Damona,  kiedy 

marszczył z powagą brwi… Uśmiechnęła się, z trudem powstrzymując łzy. 

-  Mamusiu,  nie  martw  się.  Cioci  nic  się  nie  stanie,  zobaczysz.  Pamiętasz,  co 

powiedział tata. Wujek Justin ją obroni. 

-  Masz  rację.  Dobrze,  że  mi  o  tym  przypomniałeś.  -  Starała  się  myśleć  o  czymś 

innym. O czymkolwiek, byle nie o trzęsieniu ziemi. Natrętna pamięć podsuwała jej sceny 
z Meksyku… Gruzy, zawalone domy, tysiące ofiar. Pogłaskała Erica po gęstej czuprynie. - 
Co robi Brenda? 

- Bawi się w przebieranie. 

- W przebieranie? W co się wystroiła tym razem? 

- W twoją szminkę, klipsy i takie tam różne… co noszą tylko dziewczyny. 

-  O  Boże,  jak  ona  to  znalazła?  -  Elise  wyszła  z  pokoju  z  nadzieją,  że  uratuje 

chociaż część swoich kosmetyków. 

Kiedy Damon wrócił do domu, usłyszał głosy całej trójki dochodzące z małżeńskiej 

sypialni. Stanął w progu i zaniemówił. 

Brenda  zdawała  się  być  w  swoim  żywiole.  Wyglądało  na  to,  że  mimo  młodego 

wieku poznała wszystkie techniki makijażu… Jej czarne loki, posypane pudrem, przybrały 
odcień beżowy. Usta, policzki oraz brwi "podkreśliła" jaskrawą szminką. 

Na  widok  ojca  zadzwoniła  wszystkimi  bransoletkami,  jakie  zdołała  zapiąć  na 

swoich chudych rączkach. 

- Tatuś wrócił! 

-  Tylko  nic  nie  mów!  -  odezwał  się  Damon.  -  Pozwól  mi  zgadnąć…  Do  naszego 

miasta  przyjechał  cyrk  i  Brenda  postanowiła  przyłączyć  do  trupy  w  charakterze  klowna. 
Trafiłem w dziesiątkę? 

- Och, Damon! - Elise machnęła ręką.  

Zrezygnowała z usuwania makijażu z twarzy córki i przytuliła się do męża. Co za 

ulga! Wszystko stawało się łatwiejsze, kiedy on był w domu. 

Pogłaskał ją po plecach, nie odrywając wzroku od Brendy. 

- Sądzę, kochanie, że wybrałaś nie najlepszy odcień czerwieni. Zbyt jaskrawy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Wyglądam super! - zachichotała Brenda. 

- Jasne, tylko że mamusia nie może się teraz z tobą bawić, wiesz? 

Elise otarła ukradkiem łzy, zanim odwróciła się do córki. 

- Chodźmy, zmyjemy twarz specjalnym kremem, a potem doprowadzimy do ładu 

włosy. Panna strojnisia musi się jeszcze wiele nauczyć. Sama widzisz, że dbanie o urodę 
nie jest taką prostą sprawą. - Wzięła małą na ręce, zaniosła do łazienki i odkręciła kurek 
z impetem. 

-  W  drodze  do  domu  -  zaczął  Damon  -  słuchałem  ostatnich  wiadomości.  Na 

szczęście nie  wygląda  to  aż tak groźnie,  jak  podawali na  początku.  Wstrząs  był  lokalny, 
ograniczył  się  do  niewielkiej  powierzchni.  Istnieje  duża  szansa,  że  Justin  i  Melanie 
dowiedzieli się o trzęsieniu ziemi później od nas. 

- Ba, gdybyśmy wiedzieli, gdzie oni teraz są! 

-  Ciągle  o  tym  myślę.  Wiesz,  chyba  masz  rację.  Gdyby  twoja  matka  zgodziła  się 

zająć dziećmi, moglibyśmy polecieć do Kolumbii i spróbować ich odnaleźć. 

Elise wypuściła z rąk gąbkę, którą myła Brendę, i odwróciła się do Damona, 

- Dziękuję ci, kochany. 

- Swoją drogą, dobrze ci zrobi oderwanie się na chwilę od tych aniołków. 

Nic nie powiedziała, bo nowe łzy napłynęły jej do oczu. Skinęła głową i zajęła się 

aniołkiem numer jeden. 

 

 

 

 

 

 

 

Otworzywszy  oczy,  Justin  stęknął  z  przerażenia.  Zobaczył  niebo  oraz  złote,  nie 

zasłonięte  ani  jedną  chmurą  słońce.  Gdy  spróbował  usiąść,  przeszył  go  wściekły  ból. 
Prawą  ręką  zaczął  odgarniać  gruz,  kawałki  tynku  -  odsłaniając  pokaleczony  tułów  oraz 
lepkie od krwi strzępy koszuli. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Nagle  wszystko  sobie  przypomniał.  Stał  z  Melanie  w  miejscu,  gdzie  powinny 

zaczynać  się  schody… trzymał  ją  za  rękę,  zastanawiał się,  jak  wyjść  z  pułapki  - i  wtedy 
runęła cała galeria. 

- Melanie! 

Z  całego  domu  zostało  kilka  ścian  i  zwały  gruzu.  Serce  w  nim  zamarło,  a  potem 

zaczęło  bić  jak  oszalałe.  Odrzucił  jeszcze  kilka  kamieni,  które  przygniatały  mu  nogi  i, 
zaciskając  z  bólu  zęby,  uklęknął  wyprostowany.  Gdzie  ona  jest?  Trzymał  ją  za  rękę  do 
ostatniej chwili, przecież za nic by jej nie puścił… Musiała leżeć gdzieś niedaleko! 

Znalazła  się.  Melanie  leżała  tuż  obok  Justina,  ale  rozdzieliła  ich  potężna  belka 

sufitowa,  zasłaniając  widok.  Przeczołgał  się  nad  przeszkodą  i  dotknął  jej  twarzy. 
Oddychała! Na czole miała wielkiego guza, krew na ramieniu, ale oddychała! 

Stanął na chwiejnych nogach i zaczął rozglądać się za najłatwiejszym przejściem. 

Gdzie  się  podziali  inni  ludzie?  Podniósł  Melanie  i  przedarł  się,  niosąc  ją  na  rękach 
ostrożnie, krok za krokiem, do drzwi frontowych, wciąż zamkniętych na klucz mimo braku 
ściany. 

Pomyślał  o  prawowitym  właścicielu  domu.  Czy  ucieszyłby  się?  Uznał,  że 

sprawiedliwości stało się zadość? Justin wiele by dał, żeby wiedzieć - na sto procent - czy 
Victor przeżył katastrofę. Jeżeli spał w swojej sypialni, szanse miał znikome. Ich samych 
uratował  jakiś  cud!  Patrząc  na  to  przerażające  gruzowisko,  miał  wrażenie,  że  nikt  nie 
ocalał. 

Ułożył  Melanie  w  cieniu,  na  skraju  polany,  a  sam  wrócił  na  poszukiwanie  wody, 

jedzenia, ocalałych ludzi. Znalazł wodę, swój plecak i prowiant na kilka dni. 

Nie spotkał ani jednego żywego człowieka. 

 

 

 

Kiedy wrócił, Melanie miała otwarte, całkiem przytomne oczy. Patrzyła, jak krążył 

wokół ruin tego wielkiego, pięknego domu, i nie mogła się doczekać jego powrotu. 

-  Cieszę  się,  że  się  wreszcie  obudziłaś  -  przywitał  ją  promiennym  uśmiechem  -  i 

widzisz,  co  się  stało.  Trochę  tu  się  zmieniło,  odkąd  straciłaś  przytomność.  -  Podał  jej 
kubek z wodą, wytarł ręcznikiem czoło i przyjrzał się dokładnie guzowi. 

- Wiesz, Justin, tak sobie myślałam... - zaczęła poważnym głosem. 

- O czym? 

- O nas. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Ach, tak? To usprawiedliwia twój poważny ton - roześmiał się wesoło. -1 co sobie 

o nas pomyślałaś? 

-  Nie  sądzisz,  że  powinniśmy  pohamować  swoje  miłosne  zapędy?  Zobacz,  co 

zrobiliśmy z tym biednym domem. 

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, kochanie, ale nie mieliśmy z tym nic wspólnego. 

Matka  Natura nabroiła  tutaj  sama,  bez  naszej pomocy.  -  Przygarnął  ją  do  siebie i  długo 
nie  wypuszczał  z  ramion.  Przeżyła  najgorsze,  myślał  w  popłochu.  Boże,  błagam,  nie 
pozwól, żeby Melanie umarła! Ona musi wyzdrowieć!
 

-  Co  za  ulga…  -  mruknęła,  zamykając  oczy.  Zastanawiał  się,  czy  to  objawy 

wstrząśnienia  mózgu,  silnego  szoku,  czy  Melanie  tylko  majaczy  w  półśnie.  Tak  czy 
inaczej, nie do końca rozumiała, co się stało. 

- Pamiętasz, kochanie, trzęsienie ziemi? 

-  Och,  tak  -  jej  twarz  rozpromieniła  się  pięknym,  sennym  uśmiechem.  -  Było 

cudownie… 

- Nieszczególnie… Pamiętasz, jak spadały kawałki sufitu? 

-  Nie  -  odpowiedziała  po  chwili  namysłu.  -  Ale  nareszcie  rozumiem  sens  słów: 

"czuję, jak ziemia drży pod moimi stopami". Naprawdę tak czułam. 

- Bardzo chciałbym, żeby to, co czułaś, było wyłącznie moją zasługą, ale niestety, 

ziemia drżała naprawdę. 

- Nieważne - machnęła ręką. - Uwielbiam trzęsienia ziemi. 

-  Powinnaś  teraz  odpocząć.  -  Justin  martwił  się  coraz  bardziej.  Wyjął  z  plecaka 

swój blezer, złożył go w kostkę i podłożył Melanie pod głowę. - Prześpij się, ja poszukam 
jakiegoś pojazdu. Nie muszę pytać o pozwolenie, bo poza nami nie ma tu żywego ducha. 

Dżip ostał się, na szczęście, w nienaruszonym stanie. W hangarze lotniczym, który 

również  przetrwał  trzęsienie  ziemi,  Justin  zaopatrzył  się  w  dwa  kanistry  benzyny.  Kiedy 
podjechał  na  polanę,  Melanie  spała.  Nie  był  pewien,  czy  to  dobry  znak.  Denerwował  się 
coraz  bardziej,  ale  też  wiedział  doskonale,  że  jedyne,  co  może  dla  niej  zrobić,  to  jak 
najszybciej zawieźć ją do lekarza. Ułożył ją na tylnym siedzeniu i ruszył w drogę. 

Po  kilku  godzinach  jazdy  znaleźli  się  w  sporym  miasteczku.  W  porównaniu  z 

dżunglą  -  szczyt  cywilizacji,  ale  radość  trwała  krótko.  Trzęsienie  ziemi  i  tam  wyrządziło 
poważne  szkody.  Maleńki  szpital  okazał  się  przepełniony. Sympatyczny lekarz naprawdę 
nie mógł przyjąć Melanie na obserwację, ale zbadał ją dokładnie, stwierdził wstrząśnienie 
mózgu i pocieszył Justina, że kilka dni odpoczynku pozwoli jej dojść do siebie. Powtórzył 
kilkakrotnie, że nie przewiduje żadnych trwałych skutków urazu. 

Justin  odkrył,  że  i  tak  nie  pojechaliby  dalej,  bo  trzęsienie  ziemi  zniszczyło  most. 

Zostało im  nie  więcej niż  pół  dnia  jazdy  do Viila  Vicencias,  ale  jedyna  droga  okazała  się 
przerwana. Telefony oczywiście nie działały. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Korzystając  z  rady  tubylców,  Justin  uzbroił  się  w  cierpliwość.  Znalazł  wygodny 

nocleg i przestał myśleć o jutrze. Kiedy Melanie zasypiała bezpiecznie w jego ramionach, 
modlił  się,  żeby  wyprawa  do  Kolumbii  zapisała  się  w  ich  życiorysie  jako  ostatnia 
ekscytująca  przygoda.  Marzył  o  ciepłym,  bezpiecznym  domu  i  nocach  spędzanych  we 
własnym łóżku. Ich wielkim, małżeńskim łożu… 

Wczesnym  rankiem  Melanie  obudziła  się  z  ciężką  głową  i  bólem  mięśni.  No  tak

jęknęła cicho, do szczęścia brakowało mi tylko grypy. 

Spojrzała  na  Justina.  Spał  na  boku,  zwinięty  w  kłębek,  jedną  ręką  obejmując  jej 

talię.  Uśmiechnęła  się.  Kochali  się,  było  cudownie.  Może  jednak  przesadziła…  jak  na 
pierwszy raz, dlatego organizm odmówił posłuszeństwa i "uciekł" w grypę? 

Kiedy  przyjrzała  mu  się  dokładniej,  zauważyła  ranę  -  rozległe,  okropnie 

wyglądające  skaleczenie  między  nadgarstkiem  a  łokciem.  Jak  to  się  stało?  Oczywiście! 
Wybuch  zbiornika  z  benzyną.  Postanowiła  wstać  z  łóżka  i  posiedzieć  w  gorącej  wodzie. 
Może kiedy rozgrzeje mięśnie, poczuje się lepiej. 

Wyśliznęła się delikatnie spod ramienia Justina. Stanęła przy łóżku i natychmiast z 

powrotem  usiadła.  Pokój  wirował  jak  karuzela,  a  ona  oddychała  głęboko,  żeby  nie 
zemdleć.  W końcu  wszystko  się uspokoiło.  Melanie  rozejrzała  wkoło  i  osłupiała.  Przecież 
to  nie  jest  dom  Victora!  Zauważyła  lustro  na  ścianie,  tuż  obok  łóżka.  Wystarczyły  dwa 
małe kroki… Wzięła głęboki oddech i odważyła się wstać. 

Polowa  twarzy  okazała  się  spuchnięta,  na  czole  miała  kolorowy  siniak.  Przyjrzała 

się  dokładniej  Justinowi.  Miał  podkrążone  oczy,  jakby  nie  spał  od  tygodnia,  głębokie 
zadrapania między nosem a górną wargą… Niczego nie rozumiała. 

Próbowała przypomnieć sobie ostatni sen. Kochali się, odczuwała wszystko jak na 

jawie.  Dlaczego  drżały  ściany?  Coś  się  wydarzyło,  ale  z  jakichś  powodów  miała  lukę  w 
pamięci. Nie pamięta, żeby się przebierała, a przecież jest w nocnej koszuli… 

Drobnymi  kroczkami  powędrowała  do  łazienki.  Odkręciła  kurek  z  gorącą  wodą, 

rozebrała się i zanurzyła w kąpieli. W błogim odprężeniu, z zamkniętymi oczami, zaczęła 
rozpamiętywać wszystko od początku. 

Wymknęli  się  z  rąk  Victorowi.  Ale  w  jaki  sposób?  Te  walące  się  ściany,  drżąca 

podłoga… czy to był koszmarny sen? Guz na czole jest prawdziwy i boli. 

Tak  czy  inaczej,  skoro  uciekli  przed  zbirami  Victora,  nie  ma  żadnych  przeszkód, 

żeby  dotrzeć  do  Villa  Vicencias  i  zakończyć  tę  nieszczęsną  przygodę.  Nieszczęsną? 
Przecież  nie  żałowała  ani  jednej  chwili…  Dla  tamtej  nocy  z  Justinem  zgodziłaby  się 
przeżyć  wszystko  od  początku…  Zdawała  sobie  sprawę,  że  w  normalnych  warunkach  - 
gdyby nie jej wyjazd do Kolumbii, a potem cały łańcuch niebezpiecznych wydarzeń, który 
skazał ich na wspólną przygodę - Justin nie wkroczyłby w jej życie i nie nauczył miłości. 

Właśnie  dlatego,  że  go kochała, nie  miała  żadnej  nadziei. Ani  myślała  zabiegać  o 

stałe miejsce w jego życiu. Miejsca takiego po  prostu nie było. Uwierzyła mu - dlaczego 
miałaby  nie  wierzyć  -  kiedy  w  chwili  uniesienia  wyznał  jej  miłość,  ale  przecież  nie  na 
takiej  miłości  buduje  się  małżeństwo.  Justin,  wieczny  kawaler,  lubił  swoją  niezależność, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

pasowała  do  niego  jak  własna  skóra.  A  czy  w  jego  wieku zmienia się  skórę?  Kochała  go 
takiego, jakim był naprawdę. 

Wiedziała,  że  wcześniej  czy  później  Justin  z  nią  zerwie.  Sam  fakt,  że  jest 

wspólnikiem  i  bliskim  przyjacielem  jej  szwagra,  nie  nastrajał  optymistycznie,  Z  drugiej 
strony… niby dlaczego koligacje rodzinne miałyby niweczyć szczęście dwojga ludzi! 

Jedyne  wyjście, to  przekonać  Justina  - gdyby  kiedyś  poruszył temat  -  że  ona  nie 

zamierza wyjść za mąż. Małżeństwo zbudowane na przymusie, choćby tylko psychicznym 
i zakamuflowanym, rozpadłoby się z hukiem. Miała jednak cichą nadzieję, że… nieprędko 
dojdzie do takiej rozmowy. Nie w Kolumbii. 

Woda prawie ostygła, kiedy w otwartych drzwiach łazienki pojawił się Justin. 

- Dzień dobry. 

Przeszył  ją  dziwny  ból.  Jeszcze  przed  chwilą  potrafiła  rozsądnie  myśleć,  a  teraz, 

kiedy  patrzył  na  nią  w  ten  sposób…  wyobraziła  sobie,  że  go  utraci,  że  przyjdzie  jej 
spędzić długie życie bez Justina - i zdrętwiała z przerażenia. 

Spróbowała spojrzeć na niego obiektywnie, jak na obcego człowieka: poszarpane, 

nieświeże dżinsy, podrapane ramiona, siniaki na twarzy… Kochała go rozpaczliwie! 

- Wyglądasz okropnie - wykrztusiła po długiej chwili milczenia. 

- Dziękuję. A ja chciałem powiedzieć, że wyglądasz znacznie lepiej niż wczoraj. 

- Żartujesz? - Dotknęła guza na czole. 

-  Naprawdę.  Wróciły  ci  kolory…  No,  może  to  za  dużo  powiedziane,  ale  naprawdę 

nie ma porównania. Jak się czujesz? 

-  Trochę  połamana,  głowa  mnie  boli  jak  diabli,  ale  poza  tym  wszystko  jest  w 

porządku. Gdzie jesteśmy? 

- Zostało nam kilka godzin drogi do Villa Vicencias. 

- Cudownie! To znaczy, że dotrzemy tam przed południem? 

-  Niestety,  Melanie.  Zawalił  się  most,  uszkodzony  jest  spory  odcinek  drogi.  Po 

wczorajszej  jeździe,  niech  ją  szlag  trafi,  sądzę,  że  łatwiej  dojdziemy  na  piechotę.  Ale 
ponieważ źle się czujesz, nie ma o czym mówić. Poczekamy, aż wydobrzejesz. 

- Zgoda - zawahała się. - Ale jutro będę całkiem zdrowa. 

- Możliwe. 

- Czy można stąd zadzwonić do Marii Teresy? 

- Kable telefoniczne też są uszkodzone. Zresztą trudno się temu dziwić. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Aha…  -  Pomyślała  z  przerażeniem  o  rodzinie.  -  Założę  się,  że  mama  i  Elise 

wyrywają sobie włosy z głowy. Teraz już nie bez powodu… 

- Owszem. Jeśli słyszały o trzęsieniu ziemi, na pewno wpadły w panikę. 

- Co?! Więc naprawdę było trzęsienie ziemi? 

- Niczego nie pamiętasz? 

Pokręciła głową, marszcząc z wysiłkiem brwi. Justin parsknął śmiechem. 

- Co w tym śmiesznego? 

- Opowiem ci kiedy indziej. Pamiętasz dom Victora? Leży w gruzach. 

-  O  Boże!  Pamiętam  jakieś  pojedyncze  obrazy,  urwane  sceny,  strzępy 

koszmarnego snu. Zburzone schody… Spadające na podłogę kawałki sufitu. 

- To wszystko działo się naprawdę. Masz rację, to przypominało koszmarny sen. 

- I dzięki trzęsieniu ziemi urwaliśmy się Victorowi? 

- Nikt nie protestował, kiedy pożyczałem jego dżipa. 

-  Fajnie,  że  mamy  z  głowy  tego  łajdaka  -  uśmiechnęła  się  ciepło  -  ale  trzęsienie 

ziemi nadszarpnęło moje nerwy. 

- Przysięgam, że ja go nie zamawiałem. Długo jeszcze tu posiedzisz? 

- Och, nie. Już wychodzę. - Wstała natychmiast i trzymając się ręki Justina wyszła 

ze staromodnej, bardzo wysokiej wanny. 

Kropelki  wody  spływały  po  jej  ciele.  Jedna  z  nich  wykonała  błyskawiczną 

marszrutę od szyi, poprzez zagłębienie między piersiami, do pępka, aż wreszcie zginęła w 
jasnym gąszczu… 

Justin  otulił  Melanie  ręcznikiem,  a  potem  zaczął  powoli,  zdecydowanymi  ruchami, 

masować jej plecy. 

Pasemko długich rozpuszczonych włosów owinęło się wokół jego nadgarstka. 

- Przepraszam - szepnął. - Zaplątałem się niechcący. 

Odwróciła się i spojrzała mii w oczy. Ujrzała w nich płomień, który mógł spalić ją 

całą na popiół. 

Wspięła się na palce. Nie odwracając wzroku, oplotła ramiona wokół szyi Justina. 

Chciała płonąć jego ogniem, nie zmarnować ani odrobiny czasu, który im pozostał. 

- Chciałbyś, żebym wyszorowała ci plecy, teraz, z samego rana? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Dotyk  jej  piersi,  pokrytych  gęsią  skórką,  zderzających  się  delikatnie  z  jego 

torsem, odebrał Justinowi mowę. Szorowanie pleców odłożyli na później. 

Palce  prawej  ręki  wplątał  w  jedwabiste,  wilgotne  włosy.  Musiała  przechylić  głowę 

do  tyłu,  a  wtedy  wargami  dotknął  jej  ust,  całował  zachłannie,  gwałtownie,  głęboko 
sięgając językiem, nie dając Melanie czasu na wahanie. 

Nie  wahała  się.  Pożądanie  łączyło  ich  jak  mocny  węzeł.  Przylgnęła  do  Justina 

bezwiednie, błagała wzrokiem, żeby ją kochał. 

Kiedy  kładł  Melanie  na  łóżku,  jej  ręce  ześliznęły  się  z  jego  szyi  i  powędrowały  w 

dół,  do  zapięcia  spodni.  Oczy  skrzyły  się  radosnym  podnieceniem,  jakby  zapomniała  o 
lękach i nieśmiałości. 

Pochyliła się nad Justinem i dotknęła wargami jego skóry. Całowała każdy milimetr 

jego ciała, czując, jak pulsuje z rozkoszy, widząc, jak maluje się na jego twarzy uczucie 
błogości. 

Reakcje  Justina  były  natychmiastowe.  Całował  ją  coraz  głębiej  i  żarliwiej,  jego 

dłonie odpowiadały pieszczotą na pieszczotę. 

Kochali się rozpaczliwie, pozwalając budzić swoje ciała raz po raz do przeżywania i 

dawania  rozkoszy.  Później,  kiedy  leżeli  skuleni,  twarzą  w  twarz,  myśleli  o  tym  samym, 
ale skąd mogli wiedzieć… 

- Dziękuję.-Melanie pocałowała Justina w brodę. 

- Za co? - mruknął basem, unosząc głowę. 

- Za to, że nauczyłeś mnie… kochać. Jesteś wspaniały. 

- Skąd możesz o tym wiedzieć? 

- Po prostu wiem. 

-  Ale  żeby  nie  było  nieporozumień,  młoda  damo:  nie  dam  ci  żadnych  okazji  do 

porównań. Może to niesprawiedliwe, ale trudno, taki twój los. 

- Mógłbyś wyrażać się jaśniej? 

- Dobrze… Otóż jak tylko wrócimy do cywilizacji, pobierzemy się… i będziemy żyli 

długo i szczęśliwie. 

Zamarła  w  bezruchu.  Potem  odsunęła  się  nieznacznie  od  Justina,  żeby  złapać 

oddech.  Nie  czuła  się  na  siłach  rozmawiać  o  tym  teraz,  kiedy  zatraciła  się  w  czystej 
radości, nie zmąconej marzeniami, lękiem o przyszłość ani głosem zdrowego rozsądku. 

- O czym ty mówisz? - Postanowiła grać na zwłokę, bo naprawdę nie wiedziała, jak 

mu powiedzieć, że nie ma zamiaru wychodzić za mąż. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Mówię, że chcę się z tobą ożenić. 

- Nie - pokręciła smutno głową - wcale nie chcesz. 

-  Ja  nie  chcę?!  -  Oparł  się  na  łokciach  i  patrzył  na  nią  zdumiony,  szeroko 

otwartymi oczami. 

- Tak. Ale rozumiem, skąd ten pomysł. W końcu jestem małą siostrzyczką Elise, a 

ty  najlepszym  przyjacielem  Damona.  Wyszłaby  dość  niezręczna  sytuacja,  gdyby 
dowiedzieli się, jak spędziliśmy ten tydzień. 

- Nie dlatego chcę, żebyś została moją żoną! 

- Nie musisz grać przede mną komedii, Justinie. Jeżeli nie ożeniłeś się do tej pory, 

to  znaczy,  że  nie  chcesz  być  żonaty.  To  jasne  jak  słońce  -  wycedziła  nienaturalnie 
spokojnym głosem. 

-  Bzdura!  Chcę  się  ożenić  teraz,  z  tobą.  Wcześniej  nie  miałem  ochoty  -  to  jest 

dopiero jasne jak słońce! 

- Nie musisz podnosić głosu. Mam dobry słuch. 

Opadł na plecy, przez długą chwilę nie odrywając oczu od sufitu. 

-  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Przez  tyle  lat  nie  poprosiłem  nikogo  o  rękę,  a  kiedy 

wreszcie się zdecydowałem, ukochana daje mi kosza. 

- Nie bierz tego do siebie… tak poważnie… 

- A jak, do diabła, mam to wziąć? Czy nie powiedziałaś, że mnie kochasz? 

- Tak. 

- Kłamałaś? 

- Nie kłamałam. 

- Więc dlaczego nie chcesz wyjść za mnie? 

-  Powiedziałam  ci  już.  Dlatego,  że  ty  wcale  nie  chcesz  być  żonaty.  Żyjesz  sobie 

własnym  życiem,  dokładnie  tak  jak  lubisz,  i  ja  to  świetnie  rozumiem.  Gdybyś  nie 
przyjechał  po  mnie  do  Kolumbii  na  prośbę  Damona,  do  głowy  by  ci  nie  przyszedł  taki 
pomysł, rozumiesz? 

- To akurat święta prawda, ale… 

- Zapomnijmy o tyra, co się wydarzyło, Justinie. Elise i Damon nie muszą o niczym 

wiedzieć. 

- Każesz mi zapomnieć o… o tym wszystkim? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Tylko  nie  udawaj,  że  przeżyłeś  coś  szczególnego,  że  kochałeś  się  po  raz 

pierwszy. 

- Nigdy ci nie mówiłem, że nie spałem z innymi kobietami. Byłoby to śmieszne. Ale 

wiem jedno: że jestem twoim pierwszym mężczyzną. 

-  Ach,  więc  tu  cię  boli.  Nie  czujesz  się  chyba  winny.  Do  niczego  mnie  nie 

zmuszałeś. Jeśli pogrzebiesz w pamięci, przypomnisz sobie, że byłam ci… wdzięczna. 

Justin usiadł na brzegu łóżka. 

- Zawieszam dyskusję. Pójdę się ogarnąć, ubrać i przyniosę coś do jedzenia. Kiedy 

napełnimy puste żołądki, wrócimy do rozmowy. 

- Jestem głodna jak wilk, ale nie ma sensu wałkować tego od początku… 

-  Wydaje  mi  się,  że  wprost  przeciwnie  -  burknął  pod  nosem,  zamykając  się  w 

łazience. 

Melanie  zaczęła  szczotkować  włosy,  a  potem  zaplatając  je  w  warkocz  próbowała 

zebrać  myśli.  A  więc  stało  się.  On  postąpił  właściwie  i  zaproponował  jej  małżeństwo.  W 
porządku, chciał mieć czyste sumienie. Ona postąpiła właściwie, odrzucając oświadczyny. 
Szkoda  tylko,  że  robienie  właściwych  rzeczy  tak  boli…  Justin  zagalopował  się  w  roli 
niezłomnego rycerza i chyba nie ma zamiaru złożyć broni. 

Starała się okiełznać wyobraźnię. Nie myśleć, jak by to było, gdyby została panią 

Drakę,  zamieszkała  z  Justinem  w  Buenos  Aires  albo  gdziekolwiek  indziej,  tam,  dokąd 
rzuciłby  go  los.  Westchnęła.  Przecież  nie  jest  dzieckiem.  Odróżnia  romantyczne  historie 
od prawdziwego życia. Kocha Justina, będzie go kochać zawsze, dlatego nie ma zamiaru 
go ujarzmiać. Nie pozwoli, żeby ich miłość zamieniła się w niewolę. 

  

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

  

Justin ochłonął z zaskoczenia, choć przyszło mu to z niemałym trudem. Przyznał w 

duchu,  że  sam  jest  sobie  winien.  Zachował  się  jak  mały  chłopiec,  a  raczej  jak  słoń  w 
składzie  porcelany,  ale  Melanie  swoim  sądem  o  małżeństwie  wprawiła  go  w  osłupienie! 
Czuł się jak uczniak postawiony do kąta... nie wiadomo za co. Mógł przemyśleć wszystko 
dokładniej - zanim wyrwał się z oświadczynami jak Filip z konopi. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Melanie  wielokrotnie  dawała  mu  do  zrozumienia,  że  nie  chce  żyć  pod  niczyją 

kuratelą.  Nie  powinien  lekceważyć  tego,  co  powiedziała.  A  może  sądzi,  że 
trzydziestosiedmioletni facet jest dla niej za stary… Nie powiedziała tego wprost, żeby nie 
ranić  jego  uczuć.  Czy  dwanaście  lat  to  taka  straszna  różnica  wieku?  Przepaść 
pokoleniowa? To zależy… Melanie imponowała mu wyjątkową dojrzałością, a nie młodym 
wiekiem,  poza  tym  sama  mówiła,  że  obraca  się  wśród  ludzi  starszych  od  siebie.  A 
jednak…  Dwadzieścia  pięć  lat  to  dużo  mniej  niż  trzydzieści  siedem.  A  może  poczuła  się 
zbyt "łatwa", może zapragnęła, żeby się o nią starał, zalecał, żył w niepewności. Tak, to 
wydaje się bardziej prawdopodobne.  

Więc będzie czekał. Wszystko jedno, ile dni, miesięcy, lat, bo i tak nie ma innego 

wyjścia. Niech tylko ta nieszczęsna wizyta w Villa Vicencias dojdzie do skutku, wtedy…  

Do  diabła! Wtedy  będzie musiał  natychmiast  wrócić  do  Buenos  Aires  i stwierdzić, 

czy  uda  się  jeszcze  uratować  kontrakt  z  Jorgem  Villaneuvą.  No,  ale  potem  mógłby 
polecieć  do  Stanów  i  porozmawiać  z  nią…  O  czym?  Poprosić,  żeby  zostawiła  rodzinę, 
przyjaciół,  sklep  z  upominkami  i  wyszła  za  niego  za  mąż?  Żeby  zamieszkała  w 
Argentynie, żyła w jego cieniu i rodziła mu dzieci? 

Rusz głową, stary. Melanie nie ma zamiaru wychodzić za mąż. Odkryłeś nagłe, że 

nie  możesz  bez  niej  żyć?  A  to  wcale  nie  znaczy,  że  ona  nie  może  żyć  bez  ciebie.  Takie 
rzeczy zdarzają się milionom ludzi. Banalne zakończenie romansu. 

Wykąpał się, wytarł szorstkim ręcznikiem, spojrzał z zadumą w lustro. A więc nie 

udało  mu  się  znaleźć  ani  jednego  powodu,  dla  którego  panna  Montgomery  miałaby 
powiedzieć "tak".  

Kiedy  wyszedł  z  łazienki,  Melanie  nie  było  w  pokoju.  Na  równo  posłanym  łóżku 

leżały  ubrania  wyjęte  z  plecaka  -  wszystkie  w  żałosnym  stanie,  ale  choć  trochę 
czyściejsze od szmat, które przetrwały trzęsienie ziemi. Ubrał się błyskawicznie i wybiegł 
na korytarz. Melanie nie było ani na korytarzu, ani na dole przy wyjściu. Zatrząsł się ze 
złości.  Czy  ona  ma  dobrze  w  głowie?  Po  tym  wszystkim,  co  przeszli,  jeszcze  jej  mało! 
Pewnie wybrała się na spacer - odetchnąć świeżym powietrzem! Cholera jasna…  

Natychmiast się uspokoił, gdy dostrzegł Melanie na ławce przed hotelem, z małym 

chłopcem na kolanach. Malec wyglądał na cztery lata i głośno płakał. 

-  Och,  Justin!  Przetłumacz  mi,  co  on  mówi.  I  spójrz  na  jego  nóżkę,  strasznie 

spuchnięta, nie wiadomo, czy nie jest złamana. 

Justin  ukucnął,  wziął  małego  za  brudną  rączkę  i  zaczął  łagodnie  do  niego 

przemawiać.  Okazało  się,  że  Miguel  nie  wie,  gdzie  mieszka,  zgubił  matkę  i  jest  bardzo 
głodny. 

Popatrzyli  na  ulicę  przed  hotelem.  Gromady  ludzi  przemieszczały  się  w  obie 

strony.  Jedni  prowadzili  rannych,  inni  przystawali  z  tobołami,  jakby  nie  wiedząc,  co  ze 
sobą zrobić. Niektórzy krążyli w tę i z powrotem, ale nikt nie szukał małego dziecka. 

-  Zabierzemy  chłopaka  na  śniadanie,  a  potem  spróbujemy  szczęścia  w  szpitalu. 

Może go ktoś szukał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zresztą lekarz musi obejrzeć tę nogę. 

Melanie  nie  pamiętała  swojej  pierwszej  wizyty  w  szpitalu,  który,  jeszcze  bardziej 

zatłoczony  niż  poprzedniego  dnia,  zrobił  na  niej  wstrząsające  wrażenie.  Lekarz 
wytłumaczył im, że samo miasto ucierpiało w niewielkim stopniu, ale rannych zwożono z 
odległych nawet okolic. Noga Miguela okazała się silnie stłuczona, ale nie złamana. Jakaś 
kobieta, która przyprowadziła kulejącego mężczyznę, rozpoznała chłopca i zawołała go po 
imieniu. Dziecko rzuciło się jej na szyję i rozpłakało z radości. Kobieta okazała się ciotką 
małego, ale zgodziła się nim zaopiekować do czasu, kiedy odnajdzie się jego matka. 

-  Wygląda  na  to,  że  przydałaby  się  panu  każda  pomoc  -  zwróciła  się  Melanie  do 

lekarza. 

-  O  tak…  -  pokiwał  siwą  głową,  wycierając  pot  z  czoła.  -  Nie  brakuje  nam  tylko 

pacjentów. To maty szpital, trzeszczy w szwach, ale robimy, co w naszej mocy. 

-  Gdybym  mogła  się  do  czegoś  przydać…  -  Spojrzała  na  Justina.  -  Nie  masz  nic 

przeciwko temu, prawda? 

- Ależ skąd. Zostań w szpitalu, ja tymczasem rozejrzę się po mieście i zorientuję, 

czy  mamy  szansę  przedostać  się  na  drugą  stronę  rzeki.  Przyjdę  po  ciebie  wieczorem. 
Sam  już  nie  wiem  -  zawiesił  głos  -  czy  tobie,  czy  mnie  spieszy  się  bardziej  do  Villa 
Vicencias. 

Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. 

W czasie śniadania Justin nie powrócił do tematu porannej rozmowy, choć czekała 

na to ze ściśniętym sercem. W porządku. Zrobił, co do niego należało, złożył propozycję, 
ale nie miał zamiaru nalegać. Tak będzie lepiej, przekonywała samą siebie. 

Cały dzień spędziła w szpitalu. Wieczorem, zmęczona i obolała, odkryła w łazience, 

że  jedyne,  czego  może  się  nie  obawiać,  to  ciąża.  Przygoda  jej  życia  zbliżała  się  ku 
banalnemu końcowi, bez kłopotliwych konsekwencji… i bez happy endu. 

Justin  zastał  Melanie  w  pokoju  hotelowym.  Spała  zwinięta  w  kłębek,  dziwnie 

rozpalona, z bolesnym wyrazem twarzy. Kiedy usiadł na brzegu łóżka, otworzyła oczy. 

- Płakałaś? 

- Nie. Ale chce mi się wyć. Raz w miesiącu żałuję, że jestem kobietą. Dopadło to 

mnie w szpitalu, niespodziewanie, dlatego nie czekałam już na ciebie, przepraszam. 

- Rozumiem. - Milczał przez chwilę. - To pewnie ze zmęczenia i nadmiaru emocji. 

Ale chyba odetchnęłaś z ulgą… 

- Oczywiście. Czułabym się strasznie, gdybyś pomyślał, że próbowałam cię złapać 

na… 

-  Jak  możesz!  -  Przebiegł  palcami  po  jej  plecach.  -  Nigdy  bym  tak  nie  pomyślał, 

Melanie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- No to ulżyło mi podwójnie - rozpogodziła się. - Mam nadzieję, że będziesz mnie 

dobrze  wspominał.  Nie  chciałabym  ci  się  kojarzyć  z  trzęsieniem  ziemi,  Victorem  i 
narkotykami. 

-  Nie  martw  się.  Masz  zapewnione  dożywotnie  miejsce  w  mojej  pamięci.  Ale  nie 

opowiem  ci  teraz,  z  czym  będziesz  mi  się  kojarzyć…  Nie  jesteś  dzisiaj  w  formie.  - 
Pocałował ją w czoło. 

-  Zastanawiałam  się,  co  opowiedzieć  rodzinie,  kiedy  wrócę  do  domu.  Jeśli 

dowiedzą się o Victorze i wszystkich naszych tarapatach, będą się martwić i dręczyć mnie 
jeszcze bardziej niż do tej pory. 

- Niestety - zauważył chłodno. 

-  Więc  powiedzmy  im,  że  znalazłeś  mnie  od  razu,  ale  mieliśmy  kłopoty  z 

transportem i tyle. 

- Jak sobie życzysz. 

- Znam ich. Naprawdę nie chcę, żeby osiwieli z mojego powodu. 

- Wiem, wiem. Kochasz ich bardzo, prawda? 

- Uhm - jej twarz rozpromieniła się. - Najbardziej Erica i Brendę. 

- Do czasu kiedy będziesz miała własne dzieci. 

- Nie chcę mieć dzieci. 

- Bzdura! Lgniesz do dzieci, tak jak one do ciebie. Byłabyś wspaniałą matką. 

Pokręciła głową. Bała się panicznie, że zanim otworzy usta, rozpłacze się jak bóbr. 

-  Dajmy  temu  spokój.  Nie  musisz  decydować  się  akurat  dzisiaj.  Odłóżmy 

planowanie twojej rodziny i chodźmy coś zjeść. Nie jesteś głodna? 

- Chyba nie. Pójdę wcześniej spać, bo przecież rano wyruszamy. 

- Sądzisz, że do jutra będziesz w lepszej formie? 

- Jasne. Rano mnie nie poznasz, zobaczysz.  

- Wobec tego przyniosę ci coś do pokoju, zgoda? 

- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu… 

-  Kochanie,  kłopoty  to  moja  specjalność,  ale  sam  na  nie  zarabiam.  -  Pochylił  się 

nad nią i pocałował w policzek. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Kiedy  zamknął  za  sobą  drzwi,  Melanie  utonęła  we  łzach.  Umrę  albo  wybiję  go 

sobie z głowy, szlochała cicho. 

Kiedy  wrócił,  było  zupełnie  ciemno.  Zapalił  tylko  światło  w  łazience,  żeby  nie 

obudzić Melanie. Jakimś cudem, nie wiadomo kiedy, zdołała uprać wszystkie ich ubrania. 
Pokój  pachniał  świeżością.  W  łazience  unosił  się  delikatny  aromat  pudru  i  wody 
kolońskiej. Pomyślał nagle, że już do końca życia taki zapach będzie mu się kojarzył z ich 
miłością.  

Wziął  prysznic,  zgasił  światło  i  po  omacku  trafił  do  łóżka.  Uświadomił  sobie 

raptem,  że  skoro  są  wolni  i  nic  im  nie  grozi,  zniknął  powód,  dla  którego  udawali 
małżeństwo.  Mogli  spać  oddzielnie.  Wciąż  udawali?  Drżał  z  podniecenia,  niczego  nie 
udając. Za późno było na szukanie drugiego pokoju. Zresztą gdyby Melanie obudziła się i 
zauważyła, że go nie ma, wpadłaby w popłoch. Może to ich ostatnia noc… Jeżeli wszystko 
pójdzie tak, jak zaplanował, jutro rano przeprawią się łodzią przez rzekę i powędrują do 
Villa Vicencias. 

 

 

 

 

 

Melanie nie obudziła się, a jednak przez sen czuła, że nie śpi sama. Przysunęła się 

do  jego  boku,  głowę  ułożyła  na  piersi,  mrucząc  z  zadowoleniem.  Pachniała  tak  słodko. 
Może właśnie ten zapach przyjdzie mu zapamiętać na całe życie. 

Justin  usłyszał  gwałtowne  pukanie  do  drzwi.  Poderwał  się  i  niewiele  myśląc, 

mruknął: "proszę". 

Ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć w tym miejscu, był Damon Trent. 

Gość zamarł na chwilę, potem wszedł do środka i powoli zamknął za sobą drzwi. 

- Widzę, że niepotrzebnie się martwiliśmy. Tak, nareszcie rozumiem… 

Justin uwolnił swoje ramię, przekładając głowę Melanie na poduszkę. 

-  Słuchaj,  Damon,  wszystko  ci  wyjaśnię  -  szepnął.  -  To  nie  jest  wcale tak,  jak  ci 

się wydaje. 

- Z kogo chcesz zrobić idiotę, Justin? Chyba widzę, co jest grane. Całe szczęście, 

że przekonałem Elise, żeby została u Marii Teresy… 

- Elise jest w Villa Vicencias? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Tak. Przylecieliśmy wczoraj. 

- O matko… - Justin zerknął na Melanie. 

-  No  właśnie.  Nic  dodać,  nic  ująć.  Przypuszczam,  że  jesteś  gotowy  ożenić  się  z 

Melanie - wycedził chłodno Damon. 

- Jasne. Kocham ją. 

Twarz Damona natychmiast się rozpromieniła. Poczekał, aż Justin włoży spodnie, i 

podszedł do niego z wyciągniętą ręką. 

- Witaj w rodzinie. Fantastyczny pomysł! 

-  Zaraz,  zaraz,  wstrzymaj  się  z  gratulacjami.  Niczego  nie  rozumiesz.  Melanie  nie 

chce wyjść za mnie. 

- Czego nie chce? 

-  Ciii!  Spróbuj  jej  nie  obudzić.  Miała  ciężkie  przejścia,  musi  swoje  odespać. 

Zejdźmy na dół, pogadamy przy kawie. Wszystko ci opowiem, jeśli potrafię. 

 

 

 

 

 

Kiedy  Melanie  otworzyła  oczy,  zdziwiła  się  trochę,  że  nie  ma  przy  niej  Justina. 

Słyszała  w  nocy,  jak  wchodził,  brał  prysznic,  była  jednak  zbyt  śpiąca,  żeby  z  nim 
rozmawiać. 

Usiadła,  wyciągnęła  ramiona,  szczęśliwa,  że  czuje  się  o  wiele  lepiej.  Wieczorem 

zobaczy  się  z  Marią  Teresą.  Zadzwoni  do  matki,  potem  do  Elise,  może  nawet  pogada  z 
Brendą i Erikiem. Czas wrócić do normalnego życia. Oddzielić rojenia od rzeczywistości.  

Umyła się,  błyskawicznie ubrała i  zbiegła  na  dół.  Na  pewno  znajdzie  Justina  przy 

porannej  kawie.  Wypatrzyła  go  w  najodleglejszym  kącie  jadalni.  Dzielił  stolik  z  jakimś 
mężczyzną.  Stanęła  jak  wryta.  Po  pierwsze,  rozmawiali  po  angielsku,  a  po  drugie…  ona 
tego faceta znała! 

- Damon! 

- Witaj, siostrzyczko! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Och, Damon! - Melanie zawisła na jego szyi. - Jak to dobrze, że jesteś! Jak się tu 

dostałeś? A co z Elise? Skąd wiedziałeś, gdzie nas szukać? 

- Zaraz, spokojnie - wybuchnął gromkim śmiechem. - Nie mogę odpowiedzieć na 

wszystkie pytania jednocześnie. Usiądź. 

Podał  jej  krzesło  i  sam  ją  na  nim  posadził,  bo  Melanie  wyglądała  jak  manekin  - 

uśmiechnięty, ale sztywny w kolanach. Skinął na kelnera, żeby przyniósł więcej kawy. 

Skorzystała  z  okazji,  żeby  zerknąć  na  Justina, ale  on  wyraźnie unikał  jej  wzroku. 

Zastanawiała  się,  od  kiedy  Damon  jest  w  hotelu  i  na  ile  został  wtajemniczony  w 
szczegóły.  Dowiedziała  się,  że  Elise  jest  u  Marii  Teresy,  że  przyjechał  wypożyczonym 
samochodem  i  zostawił  go  po  drugiej  stronie  rzeki.  Jak  tylko  się  spakują  i  zjedzą 
śniadanie,  przeprawią  się  na  drugi  brzeg  tą  samą  łodzią.  Przewoźnik  jest  opłacony  i 
cierpliwie na nich czeka. Do Villa Vicencias powinni dotrzeć wczesnym popołudniem. 

- O dziwo, wyglądasz na wypoczętą, Melanie. Masz dosyć przygód na pewien czas, 

czy dopiero rozsmakowałaś w awanturniczym życiu? 

W oczach Damona dostrzegła kpinę pomieszaną z sympatią. 

-  W  gruncie  rzeczy  nie  było  tak  źle,  Damonie  -  uśmiechnęła  się  potulnie, 

niepewna, czy  Justin  dotrzymał umowy, czy też  wszystko  wypaplał.  -  Mieliśmy  poważne 
trudności z transportem. Zadzwoniłabym do was, gdyby to było możliwe. Z telefonami w 
tym kraju… 

- Tak, wiem. Justin mi o tym opowiedział. 

- Tak? A więc wiesz już, jak to wyglądało. 

- Tak, chyba tak. - Odwrócił się do kelnera, żeby zamówić śniadanie. 

Mężczyźni  rozmawiali  o interesach.  Z  tego  co  zrozumiała,  Damon  zastąpił  Justina 

w  negocjacjach  zawieszonych  w  Buenos  Aires  z  powodu  jego  wyjazdu  do  Kolumbii. 
Sprawy przybrały jak najlepszy obrót. Gdyby choć na nią spojrzał…  

Zachowywał  się  uprzejmie,  przesadnie  uprzejmie!  Podsuwał  to  sól,  to  cukier, 

ciągle  pytał,  czy  czegoś  nie  potrzebuje,  traktował,  jak  gdyby  była  Erikiem  albo  Brendą. 
Musiała  coś  wymyślić,  żeby  zostać  z  Justinem  sam  na  sam  -  wystarczająco  długo,  żeby 
ustalić  wspólną  wersję  wydarzeń.  Nie  było  żadnego  powodu,  dla  którego  Elise  albo 
ktokolwiek inny miałby się dowiedzieć, jak spędzała noce!  

Ogarniała ją panika, ale niezbyt uczciwie tłumaczyła sobie jej powody. 

- Jesteś gotowa? - spytał Damon. 

-  Muszę  pójść  na  górę,  spakować  nasze  rzeczy…  -  urwała  w  pół  zdania.  Czy 

Damon  wiedział,  że  spali  w  jednym  pokoju?  Zerknęła  na  Justina,  ale  nawet  na  nią  nie 
spojrzał.  Zadał  przyjacielowi kolejne  pytanie  dotyczące interesów.  Damon  zdawał  się  jej 
niefortunnego określenia, owych „naszych rzeczy" nie usłyszeć. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Czy obaj grali? 

-  Za  chwilę  wracam  -  powiedziała  nienaturalnie  głośno,  po  raz  kolejny  nie 

doczekawszy się odpowiedzi.  

 

 

 

 

- A więc nie chce za ciebie wyjść… 

- Nie. 

- Podała jakiś powód? 

-  Im  dłużej  o  tym  myślę,  tym  bardziej  jestem  przekonany,  że  nie  chce  i  już. 

Powody wydają się oczywiste. 

- Ja nie widzę w tym nic oczywistego. Ale powiedz, co ci się wydaje. 

-  Jest  dla  mnie  za  młoda.  Ma  swoją  pracę,  swoje  życie.  Ja  mam  za  to 

starokawalerskie nawyki. 

- To właśnie ci powiedziała? 

- Nie. 

- Więc dlaczego nie chcesz się przyznać, co powiedziała Melanie? 

-  Co  to  za  różnica?  -  Damon  wpił  się  w  niego  takim  charakterystycznym  kocim 

wzrokiem…  

Justin wzruszył ramionami. 

- Powiedziała, że nie wyjdzie za mnie za mąż, bo doskonale wie, że nie chcę być 

żonaty. Że oświadczyłem się dla przyzwoitości, ze względu na przyjaźń z tobą i takie tam 
bzdury. Jednym słowem, daje mi kosza dla mojego własnego dobra. 

- A od czego zaczęła swój równie subtelny, jak przewrotny wywód? 

- Od tego, że nie ożeniłem się do tej pory. 

- No, to już coś… A dlaczego nie ożeniłeś się do tej pory? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Dlatego, że haruję dla ciebie jak niewolnik i nie mam czasu na życie prywatne! I 

dlatego,  że…  -  dodał  wolniej,  jak  gdyby  głośno  myślał:  -  dlatego,  że  czekałem,  aż 
dorośnie. Czekałem na nią. 

Damon uśmiechnął się szeroko, z nie ukrywaną satysfakcją. 

- Zastanawiałem się, czy aby sam zdajesz sobie z tego sprawę. 

- Jak to? 

-  Och,  Boże!  Przyglądam  ci  się  od  tylu  lat,  wysłuchuję  zwierzeń,  widzę,  jak  się 

zachowujesz.  Odkąd  ją  poznałeś,  traktujesz  inne  kobiety  jak  facet  żonaty…  w  każdym 
razie  zajęty.  Nigdy  nie  zapomnę  tamtego  dnia,  kiedy  zobaczyłeś  ją  po  raz  pierwszy. 
Przyjechała do nas, do Chicago, pamiętasz? 

Justin kiwnął głową. 

- Zaprosiliśmy cię na obiad. Kiedy weszła do pokoju, zrobiłeś niesamowicie głupią 

minę! Jakby ci coś niewidzialnego spadło na głowę. 

- Wyglądała cudownie. - Justin uśmiechnął się ponuro. 

-  Wiem.  Pamiętam  też  wyraz  twojej  twarzy,  kiedy  powiedziała,  że  ma 

dziewiętnaście lat. Ty chyba przekroczyłeś trzydziestkę. 

- Trzydzieści jeden gwoli ścisłości. Patrząc na nią czułem się jak staruch lecący na 

dziewczynki, gwałciciel nieletnich, rozumiesz? 

Damon rozpłynął się w uśmiechu. 

- Bawiłem się z tobą, wtrącając do rozmowy jej imię, ni przypiął, ni przyłatał, tylko 

po to, żeby zobaczyć, jak cię ściska w dołku. - Justin uniósł głowę znad filiżanki kawy, nie 
wierząc  własnym  uszom.  -  Najzabawniej  reagowałeś  na  imię  Philip.  Wiesz,  tego  faceta, 
który za nią od lat bezskutecznie łazi. 

- Dlaczego, ty cholerny skur… 

- Ależ, Justin. Zachowuj się - Damon kpił w żywe oczy. - Po tym wszystkim, co dla 

ciebie zrobiłem? 

- Wiedziałeś, co czuję, i świadomie się nade mną pastwiłeś? 

- Nie powiem, że nieświadomie. Czekałem, żebyś się wreszcie ruszył i zrobił coś! 

- Nie miałem zamiaru niczego robić… 

-  Tak  też  pomyślałem.  I  w  końcu  sam  się  ruszyłem.  Dla  twojego  dobra.  Nie 

mogłem na to patrzeć. 

- Chcesz powiedzieć, że to za twoją namową Melanie pojechała do Kolumbii? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Nie  przesadzaj.  Nie  miałem  z  jej  decyzją  nic  wspólnego.  Ja  się  tylko 

przyglądałem. I zadzwoniłem do ciebie, kiedy Melanie zaginęła. 

- Dobrze zrobiłeś. 

-  Dzięki,  Nareszcie  jakieś  dobre  słowo.  Pomijając  jednak  twoje  uczucia,  nadal 

uważam,  że nikt  sobie  nie  radzi  lepiej  w  prawdziwych  opałach.  No  i tak  wymyśliłem,  że 
kiedy  będziesz  z  nią  na  okrągło,  w  sytuacji  przymusowej,  w  końcu  dojdziesz  do  ładu  z 
własnymi uczuciami.  -  Damon  rozparł  się  wygodnie na  krześle.  -  Oczywiście  pojęcia nie 
mam, jak Elise przyjmie wiadomość, że uwiodłeś jej siostrzyczkę. 

- Boże, Damon! Masz zamiar jej o tym powiedzieć? 

- Kto, ja? Niby dlaczego miałbym to zrobić? 

-  To,  co  zaszło  między  nami,  jest  wyłącznie  naszą  sprawą.  -  Justin  wstał 

gwałtownie, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. - A poza tym niczyją, rozumiesz? 

- Zgadzam się. Moje gratulacje, nareszcie mówisz do rzeczy. Gotowy do wyjścia? 

- Sprawdzę, co się dzieje na górze. 

-  Nie  musisz  się  spieszyć.  Mamy  przed  sobą  cały  dzień.  Elise  zacznie  się 

denerwować dopiero wieczorem. 

Justin zapukał do drzwi i czekał, aż Melanie mu otworzy. Oniemiała ze zdziwienia. 

- Proszę. Odkąd to pukasz? Nie wziąłeś klucza? 

- Myślałem… no, że może chcesz pobyć trochę sama. 

- To bardzo miłe z twojej strony - powiedziała drżącym głosem, zdejmując z łóżka 

plecak. - Dopychałam kolanem, ale jakoś go zapięłam. Nigdy nie nauczę się pakować tak 
jak ty. 

Mruknął coś pod nosem, a potem się odwrócił w stronę drzwi. 

- Justin?  

- Tak? 

- Co powiedziałeś Damonowi o nas? 

- A co tu jest do powiedzenia? 

- Czy… opowiedziałeś, jak udawaliśmy małżeństwo? 

-  Niestety,  tak.  Tłumaczyłem,  że  nie  mogłem  spuścić  cię  z  oka,  a  to  był  jedyny 

sposób, żeby nas nie rozdzielili. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Aha…  -  Zastanawiała  się  przez  chwilę  nad  treścią  jego  słów.  -  Myślisz,  że 

powtórzy to Elise? 

-  Na  dwoje  babka  wróżyła.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  zrobi  Damon.  Mój  przyjaciel 

staje  się  z  wiekiem  coraz  bardziej  tajemniczy,  a  już  najtrudniej  przewidzieć,  o  czym 
będzie rozmawiał z żoną. 

Zgadzała  się  z  nim  co  do  joty.  Kochała  swojego  szwagra  jak  brata,  ale  rzadko 

potrafiła zrozumieć, o co mu naprawdę chodzi. Dobrze, że choć Elise go rozumiała. 

- Jesteś gotowa do drogi? - Justin rozejrzał się po pokoju. 

- Tak, jestem gotowa. - Pozwoliła sobie na małe kłamstwo.  

Po  tygodniu  spędzonym  z  Justinem,  nie  czuła  się  na  siłach  rozmawiać  z  własną 

siostrą. 

 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Zbliżali  się  do  wielkiego  domu,  w  którym  mieszkała  Maria  Teresa.  Samochód  nie 

zdążył  zatrzymać  się  przed  bramą,  kiedy  przez  otwarte  z  hukiem,  masywne  drzwi 
frontowe  wybiegły  dwie  kobiety.  Melanie,  nie  czekając,  aż  kierowca  zgasi  silnik, 
wyskoczyła  z  tylnego  siedzenia  i  rzuciła  się  na  szyję  jednej  i  drugiej  naraz.  Związane 
ramionami śmiały się i płakały, niezdolne wydusić z siebie ani słowa. 

Justin  odetchnął  z  ulgą.  Podróż  okazała  się  o  wiele  dłuższa,  niż  by  to  wynikało  z 

odległości  na  mapie.  Ilekroć  wyrwane  z  korzeniami  drzewo  zagradzało  szosę,  musieli 
zawracać  i  szukać  objazdu  bocznymi  drogami.  Damon  nie  raczył  mu  się  przyznać,  iż 
zaczął  poszukiwania  poprzedniego  wieczoru,  kilka  godzin  po  tym,  jak  Justin  z  Melanie 
dotarli  do  szpitala.  Uśmiech  na  jego  twarzy  mówił  wyraźnie,  że  nie  tylko  nie  żałuje  nie 
przespanej nocy, ale jest w świetnym humorze. 

- Wyobraź sobie, Elise śmieje się po raz pierwszy, odkąd przyszła wiadomość, że 

Melanie  nie  dotarła  na  czas  do  Marii  Teresy  -  powiedział  spokojnie  do  Justina.  - 
Przyniósłbym was oboje na plecach, byle zobaczyć to jeszcze raz. Wyraz jej twarzy, kiedy 
chwyciła Melanie w ramiona. 

Po raz pierwszy w życiu Justin rozumiał, co czuje Damon. 

Maria Teresa oderwała się od pochlipujących sióstr, żeby podejść do niego. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Witam,  panie  Drake.  Tyle  się  o  panu  nasłuchałam.  Miło  mi,  że  mogę  pana 

wreszcie poznać. 

Maria  Teresa  była  fizycznym  przeciwieństwem Melanie.  Drobna,  niska,  z  krótkimi 

czarnymi lokami, które podkreślały dziecięcy wyraz jej twarzy. 

-  Dziękuję,  ze  zaopiekował  się  pan  moją  przyjaciółką.  Nie  mogłam  się  was 

doczekać, ale czułam, że pan ją znajdzie, całą i zdrową. 

- Zawsze do usług - Justin odwzajemnił się czarującym uśmiechem. 

- Proszę wszystkich do środka. - Maria Teresa wskazała ręką drzwi, - Obiad będzie 

za godzinę, mam nadzieję, że zdążycie chociaż trochę odpocząć. 

Okna pokojów mieszczących się na parterze wychodziły na olbrzymie okrągłe patio 

-  zielone  serce  domu.  Stamtąd,  zewnętrznymi  schodami,  można  było  wejść  na  galerię, 
która wieńczyła pierwsze piętro, bądź - poprzez taras - do salonu. 

-  Boże,  jaki  piękny  dom  -  westchnęła  Melanie.  -  Nic  dziwnego,  że  tak  za  nim 

tęskniłaś. 

- Rzeczywiście, uwielbiam tu wracać. Mam nadzieję, że ty też go polubisz. 

Maria Teresa wskazała wszystkim ich pokoje. 

-  Nie  wiem,  jak  reszta  towarzystwa  -  zagrzmiał  Damon  -  ale  ja  wchodzę  pod 

prysznic i doprowadzam się do stanu używalności. Do zobaczenia przy obiedzie. - Razem 
z Elise zniknęli za drzwiami sypialni. 

-  Twój  pokój  sąsiaduje  z  moim  -  Maria  Teresa  mrugnęła  porozumiewawczo  do 

Melanie. - Ale na pewno jesteś strasznie zmęczona. 

-  Nie  na  tyle,  żebyśmy  nie  mogły  pogadać.  Ja  będę  moczyć  się  w  wannie,  a  ty 

podzielisz się ze mną nowinami. Wszystkimi! 

-  Wolałabym  najpierw  usłyszeć  je  od  ciebie.  Masz  pojęcie,  co  tu  się  działo? 

Umieraliśmy ze strachu. - Zaprowadziła Melanie do łazienki, sama nalała wody do wanny, 
wyjęła  ręcznik  i  usiadła  na  stołku.  -  Ten  twój  Justin  jest  jeszcze  przystojniejszy,  niż 
przypuszczałam. Pamiętasz, że kiedyś mi o nim opowiadałaś?  

- Tak… Ale to nie jest mój Justin. Pospieszył mi na ratunek na prośbę Damona. 

- Rozumiem. I wcale się tobą nie interesuje. 

- Oczywiście, że nie. 

-  Och,  Melanie,  jesteś  niesamowita!  -  Maria  Teresa  wybuchnęła  głośnym, 

radosnym śmiechem. - Komu ty to mówisz? Spędziłam z tobą cztery lata. Wystarczy mi 
jedno spojrzenie w twoje niewinne oczy! Tylko mi nie mów, że iskry między wami lecą w 
jedną stronę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Och, Terri… Kocham go strasznie. Ja chyba zwariowałam. 

- Właśnie widzę. On także jest w tobie zakochany. 

- Tak mówi. 

- No i pięknie! Daję głowę, że oświadczy ci się lada moment. 

- Już to zrobił. 

-  Oświadczył  ci  się,  kochasz  go  i  nie  jesteś  szczęśliwa?  Przyznam,  że  nie  bardzo 

rozumiem. 

- Nie przyjęłam jego oświadczyn. 

-  Pewnie  najadłaś  się  za  dużo  strachu  przez  ten  ostatni  tydzień.  Taak…  musiało 

pomieszać  ci  się  w  głowie.  -  Maria  Teresa  spojrzała  na  przyjaciółkę  ze  smutkiem  w 
oczach. - Wyobrażam sobie, co przeżyłaś, ale za kilka dni będziesz jak nowo narodzona. 
Uspokoisz się, zaczniesz normalnie myśleć i wtedy powiesz mu, co naprawdę czujesz. 

- Nie mam zamiaru. 

- Dlaczego? 

- Zaproponował mi małżeństwo tylko dlatego, że… spaliśmy ze sobą. 

- Bzdura. On nie wygląda na faceta, który wykorzystuje sprzyjające sytuacje. 

-  Czy  ja  coś  takiego  powiedziałam?  Przecież  nie  zgwałcił  mnie,  Terri!  Oboje  tego 

chcieliśmy. 

- No i bardzo dobrze! Pobierzecie się, wychowacie gromadkę dzieci, będziecie żyli 

długo i szczęśliwie. 

- Pomyśl chwilę. Justin ma trzydzieści siedem lat i nigdy nie był żonaty. Czy w tym 

wieku zmienia się poglądy na temat małżeństwa albo tryb życia, przyzwyczajenia… 

- W każdym wieku można się zakochać, nie rozumiesz? Do tej pory nie chciał mieć 

żony, a teraz chce, bo cię kocha, zakuta pało. 

-  Bo  zdaje  sobie  sprawę,  że  Damon  skręciłby  mu  kark,  gdyby  postąpił  inaczej. 

Wiesz,  że  moja  rodzina  traktuje  mnie  jak  małą  dziewczynkę.  Niech  by  tylko  ktoś 
spróbował mnie skrzywdzić… 

- Więc wyjdź za niego. Kochasz go naprawdę? 

-  Oczywiście,  że  go  kocham!  Tak  bardzo,  że nie  mogę  go unieszczęśliwić.  On nie 

nadaje się do życia w klatce. 

- Może i nie. A może gotowy jest zamknąć się w jakiejś złotej klatce tylko z tobą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- A może korne mają skrzydła, a świnie potrafią latać… 

-  Krótko  mówiąc:  masz  zamiar  stracić  szansę  poślubienia  Justina  Drake'a, 

ponieważ boisz się, że on będzie nieszczęśliwy. 

Melanie spuściła głowę. 

-  W  życiu  nie  słyszałam  podobnej  głupoty.  Tylko  ty  możesz  uczynić  go 

szczęśliwym. A wiesz, jak to zrobić? Pokaż mu własną szczęśliwą buzię. Niech uwierzy, że 
to dzięki niemu. 

- Myślisz, że potrafię? 

- Jestem pewna, że potrafisz. Nigdy dotąd nie poddawałaś się bez walki. 

- Dlatego, że na niczym mi tak strasznie nie zależało. Nie bałam się. 

- Więc nie bój się i teraz. Coś mi mówi, że i jemu kolana trzęsą się jak galareta… 

ale zrobi wszystko, żeby cię zaobrączkować. - Zaniosła się perlistym śmiechem. 

- Czyż nie byłoby pięknie? - Melanie powiedziała to rozmarzonym głosem. 

- Cudownie. Zasługujesz na to. - Maria Teresa spojrzała na zegarek. - Sprawdzę, 

co z obiadem. Masz jakiś wystrzałowy ciuch? 

- Niestety, nie. Prawie cały bagaż zgubiłam po drodze. 

- Pogadam z Elise. Może by ci coś pożyczyła? 

- Rób, co chcesz, moja swatko. 

 

 

 

 

W  czasie  obiadu  zaczęło  się  rodzinne  przesłuchanie.  Ilekroć  pytanie  zadano 

Justinowi, ten - z twarzą pokerzysty - cedował je na Melanie, która mówiła to, co chciała, 
oraz tyle, ile chciała. Jemu było wszystko jedno. 

- Właściwie nic takiego się nie działo. Na trasie z Bogoty do Villa Vicencias złapała 

nas  lawina  błota.  Samochód  nie  nadawał  się  do  jazdy.  Mój  szofer  i  przewodnik  miał 
załatwić jakiś inny pojazd. Starał się, ale to nie było łatwe. No i wtedy, w jakimś małym 
miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, znalazł mnie Justin. Spieszył się, bo zostawił w 
Buenos  Aires  jakieś  nie  załatwione  sprawy…  Dotarł  na  piechotę  do  swojego  starego 
znajomego, który pożyczył nam dżipa. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Justin  sięgnął  po  kieliszek  z  winem.  Melanie  naprawdę  minęła  się  z  powołaniem. 

Powinna zostać aktorką. 

-  Dojechaliśmy  do  zerwanego  mostu  i  koniec  pieśni.  Gdyby  nie  Damon, 

wędrowalibyśmy  dalej  na  piechotę.  Uparłam  się,  że  nie  wyjadę  z  Kolumbii,  póki  nie 
obejrzę domu Marii Teresy. To wszystko! 

-  A  ja  wyobrażałam  sobie  Bóg  wie  co.  Śniły  mi  się  koszmary…  -  roześmiała  się 

Elise. - Znowu wyszłam na histeryczkę. 

- Zawsze ci mówiłam, że za bardzo się o mnie martwisz. - Melanie poczynała sobie 

coraz śmielej. - Nawet przez moment nie groziło mi poważne niebezpieczeństwo. 

Justin zakrztusił się ostatnim łykiem wina, a potem, odstawiając kieliszek, omal go 

nie stłukł. Melanie przesłała mu zimne spojrzenie, a Damon uderzył w plecy z przesadną 
gorliwością. 

- A co z trzęsieniem ziemi? - zapytała Maria Teresa. 

-  Trzęsienie  ziemi…  -  Szukała  ratunku  w  oczach  Justina,  niestety,  na  próżno.  - 

Widzieliśmy  mnóstwo  zniszczeń…  wokoło,  chociażby  ten  zawalony  most,  ale,  prawdę 
mówiąc, ominęliśmy centrum katastrofy. Mieliśmy szczęście. 

- Mnóstwo szczęścia - dodał spokojnie Damon. 

-  Nie  podziękowałam  ci  jeszcze  za  to,  że  przysłałeś  po  mnie  Justina.  -  Czuła,  że 

drżą jej ręce i płoną policzki. 

-  W  końcu  po  to  ma  się  rodzinę,  malutka.  Nie mieliśmy  zamiaru  psuć  ci  wakacji, 

zadręczać  przesadną troską,  ale  sama  wiesz,  że  mogło  być niewesoło.  -  Odwrócił  się  do 
Elise. - Zmieńmy lepiej temat. Opowiadałaś jej o ostatnich wyczynach Brendy? 

Rozmowa zeszła na dzieci, a potem omawiano najróżniejsze tematy, które niezbyt 

interesowały Melanie. 

Po  kawie,  którą  wypili  na  tarasie,  przy  okazji  podziwiając  patio,  Damon 

przeciągnął się w fotelu i lekko ziewnął. 

- Przepraszam, nie miejcie mi tego za złe, ale starość nie radość. Coraz gorzej się 

czuję  po  zarwanej  nocy.  - Sądząc  po uśmiechu,  którym  obdarzył Elise, czuł  się  pomimo 
swego "zaawansowanego wieku" jak młody bóg. 

Melanie poderwała się krzesła. 

- Ja też już pójdę. Do zobaczenia. Spotkamy się jutro rano. 

-  Niestety,  odlatuję  o  siódmej  -  powiedział  Justin.  -  O  tej  porze  będziesz  jeszcze 

spała. 

- Wyjeżdżasz jutro? - Nawet nie próbowała ukryć zdumienia. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  Tak.  Z  przykrością,  ale  mam  tyle  zaległości  w  pracy…  Kilka  spraw  czeka 

wyłącznie na mój podpis. 

-  Rozumiem  -  odparła  ze  ściśniętym  gardłem.  -  W  takim  razie,  rzeczywiście, 

pożegnajmy się teraz. 

Damon z Elise wymknęli się na górę. Maria Teresa także gdzieś zniknęła. 

- Nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiłeś. - Podeszła do Justina na wyciągnięcie 

ręki. 

-  Cieszę  się,  że  mogłem  ci  pomóc.  Chociaż  oboje  wiemy,  że  poradziłabyś  sobie 

równie dobrze beze mnie. 

-  Wiesz,  co  ci  powiem?  Ta  przygoda  wiele  mnie  nauczyła.  Oczywiście  wielu 

praktycznych  rzeczy,  panowania  nad  nerwami,  ale  najważniejsze  jest  to…  że  odtąd, 
dzięki  tobie,  nie  muszę  udowadniać  ludziom  swojej  niezależności.  W  ogóle  niczego  nie 
muszę udowadniać. 

-  To  prawda.  Doskonale  widać,  że  jesteś  panią  własnego  losu.  Myślę,  że  rodzina 

przestanie cię osaczać, a przynajmniej zwiększy dystans. 

- A ty? Także chcesz mnie osaczyć? 

- Nie, Melanie. Nigdy nie byłem w tym za dobry. 

- Nigdy? Obroniłeś mnie przed Victorem. Jak sądzisz, co się z nim stało? Przeżył? 

- Nie. Stało się to, na co zasłużył. 

- Nie byłabym taka pewna… Na wspomnienie tej gęby ciarki chodzą mi po plecach. 

Cóż…  chyba  pójdę  już  do  łóżka,  -  Czekała  chwilę,  ale  nic  nie  odpowiedział.  -  Nie 
pocałujesz mnie na pożegnanie? 

Oparł  się  o  framugę  drzwi  i  -  po  raz  pierwszy,  odkąd  zostali  sami  -  spojrzał  jej 

prosto w oczy. 

- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. 

-  No  cóż…  Dziękuję  ci  jeszcze  raz  -  powiedziała  pogodnym,  nieco  wymuszonym, 

tonem.  -  Pewnie  zobaczymy  się  kiedyś,  w  Stanach,  a  może  skorzystam  z  zaproszenia  i 
odwiedzę cię w Buenos Aires, 

- Dobranoc, Melanie - powiedział krótko. 

Odwróciła się na pięcie i odeszła. 

 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 

 

 

Maria Teresa przekonała Damona i Elise, żeby zostali u niej do końca następnego 

tygodnia. Od rana do wieczora, przez kitka dni, zwiedzali okolice, włóczyli się po mieście i 
odpoczywali. 

Melanie  znajdowała  wiele  przedmiotów,  które  cieszyłyby  się  popytem  w  jej 

sklepie, ale jakoś nie miała zapału do robienia zakupów. 

Z  uporem  maniaka  myślała  o  Justinie.  Wieczorem  nie  mogła  zasnąć,  w  środku 

nocy  budziła  się  przerażona,  że  go  nie  ma, rano  schodziła  na  śniadanie  z  podkrążonymi 
oczami. 

Maria Teresa, jako osoba wtajemniczona, wynajdywała przyjaciółce tysiące zajęć - 

żeby tylko jak najmniej czasu poświęcała na myślenie. Gorzej z Elise… 

-  Zupełnie  ciebie  nie  poznaję.  Gdzie  ta  Melanie,  którą  rozpierała  energia?  Może 

złapałaś w dżungli jakieś świństwo? 

- Nie, po prostu źle sypiam. Budzę się na każdy hałas. Ale nic to. Nie martw się, 

za kilka dni wrócę do normy, 

Po pięciu dniach, zgodnie z obietnicą, Justin zadzwonił do Damona. 

- Dokumenty gotowe do podpisu, szefie. Czy mam je wysłać? 

- A nie możesz tu z nimi przyjechać? 

- Mogę. Ale wolałbym tego nie robić. 

- Nigdy nie myślałem, że jesteś tchórzem, Justinie. 

- Nie jestem tchórzem. Po prostu nie widzę powodu, dla którego miałbym narażać 

się  na  ból.  W  jakiej  intencji?  Cokolwiek  byś  o  mnie  powiedział,  przyjacielu,  nie  jestem 
masochistą. 

- Rzecz do dyskusji. Ona tu cierpi bez ciebie. 

- Oczywiście. 

- Dałeś jej czas do namysłu, w porządku. Teraz powtórz pytanie, a zobaczysz, że 

nie pożałujesz. Melanie więdnie w oczach. Nie bądź sadystą, stary! 

Serce  waliło mu  jak  oszalałe.  Na  myśl,  że  dostanie  kosza  po  raz  drugi,  wpadał  w 

panikę. Może jednak jest większym tchórzem, niż przypuszczał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Jak sobie życzysz, szefie. Do zobaczenia. Przyjadę jutro. - Usłyszał w słuchawce 

westchnienie ulgi, a potem jowialny śmiech Damona. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

-  Dawno  się  tak  pysznie  nie  bawiłam!  -  zaśmiewała  się  Elise  po  dniu  spędzonym 

na  zakupach  z  Melanie  i  Marią  Teresą.  -  Tego,  co  dzisiaj  upolowałam,  wystarczyłoby na 
otwarcie  małego  sklepu.  Trochę  czuję  się  winna,  dziewczyny,  że  przykleiłam  się  do  was 
jak rzep. Pewnie macie sobie tyle do powiedzenia… 

-  Czujesz  jakiś  rzep  na  plecach,  Terri?  -  spytała  Melanie,  rozparta  wygodnie  na 

tylnym siedzeniu samochodu. - Bo ja nie… 

- Oczywiście, że nie. Od przybytku głowa nie boli, Elise. Bardzo chciałam, żebyś z 

nami została. - Maria Teresa, zatrzymawszy się przed bramą garażu, zerknęła w lusterko 
wsteczne.  -  Swoją  drogą,  w  zeszłym  tygodniu  Melanie  bawiła  się  w  dżungli  jeszcze 
pyszniej! 

-  Nie  chce  się  przyznać  -  parsknęła  śmiechem  Elise  -  że  ta  wyprawa  dała  jej  w 

kość. 

-  W  porządku,  siostro,  przed  tobą  nic  się  nie  ukryje.  A  więc,  moja  kochana, 

wyznaję,  że  ta  przygoda  dostarczyła  mi  więcej  podniecających  wrażeń,  niż  mogłam 
znieść…  bez  uszczerbku  dla  zdrowia  psychicznego.  Teraz  modlę  się  o  proste,  uczciwe 
życie! Takie jak mojej siostry, amen. 

Wszystkie trzy wybuchnęły głośnym chichotem. 

Śmiały  się  jeszcze  przez  całą  drogę  od  garażu  do  domu,  potykając  się  o  torby  i 

paczki, które co kilka kroków wypadały im z rąk. 

-  Ogołociłyście  miasto  do  cna?  -  Damon  otworzył  im  drzwi,  nie  czekając,  aż 

zadzwonią. 

- Prawie. - Całując go w policzek, Elise dostrzegła męską postać w holu. - Justin! 

Kiedy przyjechałeś? Nie miałam pojęcia… 

Melanie wypuściła z rąk wszystkie paczki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Justin? 

-  Cześć,  Melanie.  Zdaje  się,  że  potrzebujesz  pomocy  -  powiedział      naturalnym, 

opanowanym głosem. - Wniosę te paki na górę. 

Melanie weszła pierwsza, żeby otworzyć mu drzwi. 

- Rzuć je byle gdzie, choćby na krzesło. Potem wszystko rozwinę i przepakuję. 

Zrobił, jak prosiła. Potem odwrócił się i począł mierzyć ją wzrokiem. Miał wrażenie, 

że rozstali się przed miesiącem, który strasznie mu się dłużył, 

- A mój napiwek? - oparł ręce na biodrach. 

- Napiwek? 

- Należy mi się przynajmniej pocałunek. 

Melanie  zaczęła  drżeć.  Stał  przed  nią  tamten  pierwszy  Justin,  pogodny,  z  lekko 

kpiącym,  ale  ciepłym  wzrokiem  -  a  nie  facet,  który  uciekł  od  niej  tydzień  temu.  Czy 
mogła mu się oprzeć? 

- Nie wiedziałam, że zależy ci jeszcze na moim pocałunku. 

 - Nie powiedziałem, że mi nie zależy, tylko że to nie najlepszy pomysł. 

- Aha… 

- Ale po dłuższym zastanowieniu radykalnie zmieniłem zdanie. - Poczuł na szyi jej 

ciepłe  dłonie.  -  Tak  strasznie  za tobą  tęskniłem  -  wyszeptał i  nie  czekając na  jej  słowa, 
zaczął całować. 

- Kawa gotowa! 

Głos Elise zelektryzował oboje. Odskoczyli od siebie, przerażeni jak dzieci. 

- Masz ochotę na kawę? - zapytała Melanie. 

-  Jako  środek  uspokajający?  Chyba  nie  mamy  wyboru.  -  Wziął  ją  za  rękę  i 

wyprowadził z pokoju. 

Wieczór spędzony w salonie okazał się dla nich istną mordęgą. Elise relacjonowała 

ostatnią  rozmowę  z  dziećmi.  Brenda  i  Eric  spędzali  wakacje  swojego  życia  u  babci  na 
farmie  i  brakowało  im  czasu,  żeby  tęsknić  za  rodzicami.  Melanie  z  Justinem,  coraz 
bardziej przygnębieni, wymieniali gorączkowe spojrzenia, a Damon śledził rozwój sytuacji 
szczerze rozbawiony. 

Justinowi  przemknęła  myśl  o  patio.  Może  powinni  wyjść  na  spacer…  Spojrzał  na 

Elise, potem jednak poczuł na sobie świdrujący wzrok przyjaciela - i poddał się bez walki. 
Tuż po północy wszyscy jednocześnie rozeszli się do swoich sypialni. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

O zaśnięciu nie było mowy. Przez godzinę kasłał, przekręcał się z boku na bok, w 

końcu odrzucił z pasją kołdrę. Resztę nocy postanowił spędzić na patio. W dżinsach i nie 
zapiętej koszuli wyszedł na galerię, zamknął za sobą drzwi i, bezszelestnie jak kot, zbiegł 
po schodach do ogrodu. 

Melanie  usłyszała  ciche  trzaśniecie  drzwiami.  A  więc  nie  tylko  ona  cierpiała  na 

bezsenność.  Próbowała  wszystkiego:  gorącej  kąpieli,  liczenia  baranów,  lektury  nudnej 
książki. Myślała tylko o Justinie, który spał w sąsiednim pokoju. 

Wyskoczyła  z  łóżka,  na  przezroczystą  koszulę  narzuciła  równie  cienki  jedwabny 

szlafrok  i  wyszła  przez  balkon.  Justin!  On  nie  śpi…  Zapomniawszy  o  butach,  podreptała 
na dół, trzymając się kurczowo poręczy schodów. 

- Melanie! Przeziębisz się… w tym stroju. 

- To samo mogę powiedzieć o tobie - dotknęła jego nagiego torsu. 

- Na kiedy planujesz powrót do Stanów? - zapytał, głośno przełykając ślinę. 

- Jeszcze się nie zdecydowałam. Damon z Elise wyjeżdżają za kilka dni. A ja… nie 

wiem. Może w ogóle nie wrócę do domu. 

- Jak to? 

-  Myślałyśmy  z  Marią  Teresą  o  założeniu  wspólnego interesu  w  tym  mieście. Ona 

nauczyłaby mnie hiszpańskiego, a ja ją prowadzenia rachunków. 

- Myślałem, że po ostatnich przejściach z radością wrócisz pod skrzydła mamusi. 

- Nie - roześmiała się. - Zrozumiałam, że chcę od życia trochę więcej, niż może mi 

zapewnić  sklep  z  upominkami.  Sprzedam  go  albo  wydzierżawię  sama  jeszcze  nie  wiem. 
Ale na pewno coś się zmieni. 

- A małżeństwo? 

- Małżeństwo? 

- Nie chciałabyś wyjść za mąż… pewnego dnia? 

- Oczywiście, że tak! Ale tylko za człowieka, którego kocham. 

- Aha… 

Co  za  szaleństwo!  Kiedy  poprosił  mnie  o  rękę,  myślała  Melanie,  zachowałam  się 

jak  ostatnia  idiotka,  powiedziałam  "nie",  bo  nie  uwierzyłam,  że  on  naprawdę…  Błądząc 
dłońmi po jego skórze, czuła coraz bardziej napięte mięśnie, twardniejące pod jej palcami 
sutki. 

- Oczywiście wiesz, co ze mną robisz? - wyszeptał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Oczywiście. I wiem, co czuję. 

- Nie igraj ze mną, Melanie. 

Kiedy zacisnął ręce na jej talii, przylgnęła do niego mocno, żeby nie miał odwrotu. 

- Tak się cieszę, że wróciłeś, Justinie, nigdy w życiu nie czułam się tak samotna. 

- To reakcja na ciężkie przeżycia. 

- W pewnym sensie. Na to, czego mnie nauczyłeś. Wpadłam w nałóg, kochany, nic 

na to nie poradzę. 

- Boże! Melanie, doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

Ujął  w  ręce  jej  głowę.  Całowali  się  gwałtownie,  raniąc  sobie  zębami  wargi,  w 

jakiejś chwili poczuła nawet w ustach słony smak krwi. Jeżeli do tej pory cokolwiek przed 
sobą udawali, to teraz wszystkie te głupstwa straciły sens. 

Justin odsunął się nagle, ujął w dłonie jej piersi, i opuszkami palców zaczął drażnić 

oba koniuszki jednocześnie. Zacisnęła zęby, kiedy przerwał. Jego ręka zsuwała się coraz 
niżej i zatrzymała miedzy udami. Rozsunęła je bez oporu, z westchnieniem ulgl. 

- Melanie, pragnę ciebie tak bardzo… 

-  Ja  też.  Kochaj  mnie,  Justin,  nie  mogę  już…  Ty  też  się  męczysz,  przecież  czuję 

to… Boże, chodźmy do pokoju. 

-  Melanie,  ale  ja nie  pragnę  ciebie na  jedną noc.  Męczyłbym  się  jeszcze  bardziej, 

gdybym musiał jutro odejść. 

-  Nie  musisz  nigdzie  odchodzić.  Pójdę  za  tobą  wszędzie,  wszystko  jedno  dokąd, 

rozumiesz? 

- To znaczy, że… zostaniesz moją żoną? 

- Tak. 

- Mimo że jestem za stary i mam starokawalerskie nawyki? 

- To oświadczyny czy spowiedź? 

- Tydzień temu nie chciałaś… 

- Chciałam, ale myślałam, że ty tylko z uprzejmości… 

- Ja?! Z uprzejmości? Musiałaś mnie pomylić z kimś innym. 

- Postanowiłam, że zrobię wszystko, żebyś nigdy nie pożałował tego kroku. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Nigdy nie pożałuję. - Justin spoważniał. Wziął Melanie na ręce i zaczął wchodzić 

po schodach. - Myślę, że wrócimy do tematu jutro rano. 

- Nie wykręcaj się. Chcę spać z tobą. Sama nie zmrużę nawet oka. 

- Mam identyczny kłopot, ale rzecz w tym, że jeśli zostanę u ciebie, tym bardziej 

nie zmrużymy oka. 

Ułożył ją na łóżku. Melanie zaczęła się rozbierać. 

- Bądźmy logiczni - mówiła nie odrywając od niego wzroku. - Wolisz nie spać sam, 

czy nie spać ze mną? 

- No tak… Wyobrażam sobie, że tak będzie się kończyła każda rozmowa w naszym 

małżeństwie. - Parsknęli zgodnym śmiechem. 

 

 

 

 

 

Zasnęli tuż nad ranem, wyczerpani kolejną lekcją miłości, szczęśliwi i ukojeni. 

Nie  słyszeli  hałasów  na  korytarzu  ani  delikatnego  pukania  do  drzwi.  Dopiero 

wyraźny głos Elise wyrwał ich ze snu. 

- Melanie, Damon proponuje, żebyśmy… o Boże! 

Melanie uniosła głowę z ramienia Justina i zobaczyła własną siostrę zamienioną w 

słup soli. Elise stała tak kilka sekund, w końcu odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, 
zamykając za sobą drzwi. Bezszelestnie. 

-  Cholera!  -  mruknął  Justin,  patrząc  z  niesmakiem  na  drzwi.  -  Znów 

narozrabiałem! 

- Nic złego nie zrobiłeś. - Melanie usiadła po turecku, zaciskając pięści. - Dlaczego 

bierzesz  na  siebie  winę  za  to,  robiliśmy  wspólnie?  I  to  z  przyjemnością  -  chciałam 
zauważyć. 

- Bo jestem starszy i bardziej doświadczony, powinienem był przewidzieć… 

-  Posłuchaj,  staruszku,  guzik  mnie  obchodzą  twoje  cholerne  doświadczenia.  A  po 

drugie,  robi  mi  się  słabo,  kiedy  słyszę  o  twoim  zaawansowanym  wieku.  Zapamiętaj  to 
sobie raz na zawsze. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Justin opadł na poduszkę, krzyżując ręce pod głową. 

-  Coś  mi  się  zdaje  -  zaczął  teatralnym  głosem,  z  oczami  wlepionymi  w  sufit  -  że 

nasze  małżeństwo  nie  będzie  sielanką.  -  Spojrzał  na  Melanie  spod  przymrużonych 
powiek. - Nie masz zamiaru zostać posłuszną żoną, prawda? 

-  A  marzy  ci  się  taka?  -  Wątpiła  przez  chwilę,  czy  Justin  żartuje,  czy  mówi 

poważnie, 

-  Nie,  Boże  uchowaj,  tylko  nie  to!  -  wybuchnął  śmiechem.  -  Nigdy  bym  się  nie 

zakochał w kimś, kto będzie posłuszną żoną. - Usiadł i pocałował jej odęte wargi. - Idę do 
siebie,  a  ty  spróbuj  udobruchać  moją  przyszłą  szwagierkę.  A  właśnie:  kiedy  się 
pobieramy? 

- W południe? 

- Wspaniale. Jak ja dożyję tego południa? 

 

 

 

 

 

Kiedy Damon wyszedł z łazienki, Elise siedziała nieruchomo w fotelu, wpatrując się 

w okno. Blada jak ściana, w zaciśniętej dłoni trzymała chusteczkę. 

- Co się stało? Wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć. 

-  Wydaje  ci się,  że  kogoś  znasz  -  podniosła  zapłakane  oczy  -  że  znasz  człowieka 

od lat i nagle okazuje się, że w ogóle nie masz pojęcia, jaki jest naprawdę! 

- Kochanie? - Damon zamarł z przerażenia. - O co chodzi? Zrobiłem coś złego? 

-  Nigdy nie  zapomnę,  jakie  zrobił na mnie  wrażenie,  kiedy zobaczyłam  go  po  raz 

pierwszy: ten jego spokój, pewność siebie, uczynność… Wyglądał na człowieka, który nie 
skrzywdziłby nawet muchy… 

Damonowi zakręciło się w głowie. Poczuł, że to on zemdleje, zanim dowie się całej 

prawdy. 

- Elise… chcesz powiedzieć, że zakochałaś się w kimś innym? 

-  Och,  Damon,  ufałam  mu.  Do  tego  stopnia,  że  powierzyłabym  mu  własne  życie, 

życie twoje i naszych dzieci. I Melanie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Czy mówisz o Justinie? - Damon odzyskiwał oddech. 

- Tak, o Justinie, który udawał naszego przyjaciela, a przez cały czas uwodził moją 

siostrę! I uwiódł! 

-  Powiedz  mi,  co  się  dokładnie  wydarzyło,  może  znajdziemy  jakieś  sensowne 

wyjaśnienie. 

- Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień! Dobrze wiem, co widziałam. 

- Więc co widziałaś? 

-  Zajrzałam  do  pokoju  Melanie.  Pukałam,  ale  nie  odpowiadała,  pomyślałam,  że 

śpi… 

- I co zobaczyłaś? 

- Justina i Melanie w jednym łóżku.  

- Aha. 

- Nie jesteś zdziwiony? 

- Niespecjalnie. 

- Bo wcale cię nie obchodzi, co się stanie z moją siostrą! 

-  Elise,  wysłuchaj  mnie.  Twoja  siostra  jest  dorosłą  kobietą.  Ma  dwadzieścia  pięć 

lat, prawda? 

Kiwnęła głową. 

-  Justin  jest  w  niej  zakochany  po  uszy  już  od  kilku  lat,  chociaż  sam  nie  zdawał 

sobie  z  tego  sprawy.  Aż  do  spotkania  z  Melanie  w  Kolumbii.  Swoją  drogą,  ta  przygoda 
miała bardziej dramatyczny przebieg, niż zeznała wesolutko Melanie. Dość już mam tych 
rodzinnych  kłamstw,  które  popełniamy  w  imię  szlachetnych  pobudek,  żeby  nie  urazić 
czyichś uczuć, żeby nie denerwować mamusi i tak dalej! Melanie nie chciała cię martwić, 
jak  zwykle,  a  ja  cię  zmartwię  i  powiem,  jak  było  naprawdę.  Choćby  po  to,  żebyś 
zrozumiała, że Justin jest w porządku. Kiedy zostali porwani przez pewnego przemytnika 
kokainy… 

- Porwani?! 

-  Justinowi  udało  się  przekonać  faceta,  że  on  i  Melanie  są  małżeństwem. 

Oszczędzę  ci  opowieści,  co  by  się  stało,  gdyby  ich  rozdzielił.  Zapytaj  Melanie.  Tak  więc 
przez tydzień twoja siostra i mój przyjaciel mieszkali razem, razem jedli i spali w jednym 
łóżku.  Justin  ją  chronił.  Dziwisz  się  jeszcze  czemukolwiek?  Czy  na  jej  miejscu,  gdybyś 
znalazła się ze mną w podobnej sytuacji, zachowałabyś cnotę? 

- Pewnie, że nie… Czy ona go kocha? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- A jak sądzisz? Przecież to twoja siostra. Sądzisz, że poszłaby do łóżka z facetem, 

do którego nic nie czuje, za którego nie chciałaby wyjść za mąż? 

- Wyjść za mąż? 

-  Stąd  cała  afera.  Jego  nagły  wyjazd,  a  teraz  powrót.  Justin  poprosił  Melanie  o 

rękę  i…  dał  jej  trochę  czasu  do  namysłu.  Sądząc  po  tym,  co  widziałaś,  tym  razem  nie 
dostał kosza. 

- Nie miałam pojęcia… - wydusiła z siebie Elise po chwili milczenia. 

- Ja też o niczym nie wiedziałem, póki nie nakryłem ich w jednym łóżku, w pokoju 

hotelowym. Wiesz, co im kupimy w prezencie ślubnym? Zamek do drzwi sypialni! 

Elise zaczęła odzyskiwać humor. 

-  Och,  Damonie,  powinnam  Justina  przeprosić  za  to,  co  tu  wygadywałam.  Ale, 

wierz mi, byłam kompletnie zaskoczona! 

-  Nie  musisz  mi  tego  tłumaczyć.  W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  go  rozerwę  na 

kawałki.  Miałem  ochotę  go  zabić.  Najlepiej  zrobimy,  jeśli  damy  im  teraz  spokój.  Niech 
robią, co chcą. My nikogo nie słuchaliśmy, prawda? 

- Nie. 

- A więc czas się rozstać z siostrzyczką, Elise. Ona rozwinęła skrzydła i ma Justina, 

który, jak znam życie, będzie ją rozpieszczał jeszcze bardziej niż ty i matka. 

-  Czuję  się  jak  idiotka,  Damonie.  Jak  ja  im  spojrzę  w  oczy?  Wparować  tak  do 

cudzego pokoju… 

Damon przyciągnął ją do siebie i pocałował. 

- Wymyślisz coś, kochanie. Nie takie rzeczy potrafiłaś załatwić. 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Melanie  szczotkowała  włosy,  myśląc  o  Justinie.  Byt  bardzo  zakłopotany 

niefortunnym spotkaniem z Elise, Dlaczego nie zamknęli drzwi? 

Swoją drogą, to dziwne… Przejął się tym bardziej niż ona sama. Nie do wiary. 

Od lat, właściwie od urodzenia, Melanie liczyła się z każdym słowem, każdą opinią 

członków  swojej  rodziny.  Dawała  im  oczywiście  odpór,  ciągle  o  coś  walczyła,  ale  traciła 
na te potyczki mnóstwo czasu, zamiast żyć własnym życiem. 

I oto nagle wszystko się zmieniło. Czuła, że może robić, co chce, nie musi na nic 

reagować.  To  ich  sprawa,  czego  się  po  niej  spodziewają.  Sama  będzie  wyrażać  swoją 
wolę,  swój  charakter,  bez  żadnych  wyrzutów  sumienia.  Nie  pojedzie  do  Indii,  żeby 
udowodnić, że nie boi się słoni. Niczego nie musi udowadniać. 

To  przebudzenie  zawdzięczała  Justinowi.  Musiała  go  poznać,  żeby  zacząć  żyć 

inaczej. On nigdy nie zabiega o wolność, o to, żeby go lubiano lub szanowano. Zna swoją 
wartość, nigdy nie przypomina ludziom, kim jest. Po prostu jest. 

Spojrzała  na  zegarek.  Prawie  dziewiąta.  Ciekawe,  czy  zdążą  ze  ślubem  do 

południa. Zdążą, ale powinna się pospieszyć. Związała włosy w koński ogon i zaczęła się 
ubierać. 

Justin zszedł do jadalni. 

- Dzisiaj śniadanie w plenerze! - zawołał Damon ze środka patia. - Jesteś drugi - 

przywitał Justina wyjątkowo radośnie, nalewając mu kawy z dymiącego dzbanka. Potem 
usiadł, podnosząc do ust filiżankę. - Mmm. Nie ma to jak smak kolumbijskiej kawy. 

- No dobrze, przestań się wygłupiać - mruknął Justin. - Wiem, jaki ze mnie idiota, 

więc ulżyj sobie od razu. Możesz mi nawymyślać. 

- Zakładam, że powiedziała sakramentalne "tak" - powiedział z uśmiechem. 

Justin skinął głową, czując, że płoną mu uszy. 

- Wspaniale. Kiedy ślub? 

- Melanie chce, żebyśmy pobrali się dzisiaj w południe. 

Damon  wylał  kawę  na  swoją  świeżo  uprasowaną  koszulę  -  ku  nie  tajonej 

satysfakcji Justina. 

- Południe, powiadasz? Dzisiaj?! 

- Tak życzy sobie Melanie. 

- Ale po diabła ten pośpiech? Przecież mówiłeś… że nie jest w ciąży. 

- Mówiłem - Justin szepnął z niesmakiem - i nie jest, ale nie musisz rozgłaszać tej 

nowiny wszem i wobec. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Przepraszam! Więc po co ten pośpiech? 

- Zdaje się, stary, że ja i Melanie cierpimy na tę samą nieodwracalną przypadłość. 

Przyzwyczailiśmy się do spania w jednym łóżku. Oddzielnie nie możemy zmrużyć oka. 

- Rzeczywiście, nie wyglądasz na wyspanego. 

- Staramy się coś z tym zrobić. 

- Nie wątpię - Damon wybuchnął śmiechem. 

Justin mu zawtórował. 

- Dzień dobry. - Nadeszła Elise i swoim naturalnym, ciepłym uśmiechem obdarzyła 

obu  mężczyzn,  wprawiając  Justina  w  osłupienie.  -  Zdaje  się,  że  wydarzyło  się  coś 
zabawnego. 

- Nie wydaje ci się śmieszne, kochanie - zwrócił się do niej Damon - że taki stary 

koń  jak  Justin  zdecydował  się  na  małżeństwo?  Naprawdę  nie  myślałem,  że  dożyję  tej 
chwili. 

- Mmm, nigdzie nie piłam lepszej kawy. 

Elise  za  nic  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  jej  niewinna  uwaga  sprawiła,  że  obaj 

mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem. 

- Dzień dobry - na horyzoncie pojawiła się Melanie. - Ale piękny dzień, prawda? 

-  Tak  -  zgodziła  się  Elise.  -  Cudowny.  Ale  jeśli chcesz  pochwalić  kawę,  przygotuj 

się na to, że ci dwaj cię obśmieją. 

- O czym ty mówisz? 

-  Sama  chciałabym  zrozumieć,  dlaczego  Justin  z  Damonem  zachowują  się, 

delikatnie mówiąc, dziwnie. Jakby przedawkowali. 

- Protestuję - obruszył się Damon. - Po prostu… rozmawialiśmy o ślubach i takich 

tam sprawach… 

Justin sięgnął po rękę Melanie, która na słowa Damona zmarszczyła brwi. Czyżby 

miała mu za złe, że rozmawiał o ślubie z jej rodziną? 

- Justin i ja mamy zamiar się pobrać, jeśli o tym była mowa. 

-  To  cudowna  wiadomość  -  powiedziała  Elise.  -  Jesteście  dla  siebie  stworzeni. 

Ustaliliście datę ślubu? 

- No… niezupełnie, chcieliśmy to uzgodnić z wami. 

- Co byście powiedzieli na dwunastą w południe? Dzisiaj? - zagrzmiał Damon. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Dzisiaj! - zawołała Elise. - Ależ, Damon, trzeba coś kupić, jakieś przyjęcie… - na 

widok miny, którą zrobiła Melanie, głos zamarł jej w ustach. 

- Powiedziałeś mu, prawda? - syknęła złowrogo. 

- Powiedziałem, że chcę się z tobą ożenić jak najszybciej. 

- Ale to świetny pomysł! Czy ktoś z was ma pojęcie, jak się załatwia ekspresowe 

śluby w Kolumbii? 

-  Maria  Teresa  by  wiedziała  -  odpowiedziała  uspokojona  nieco  Melanie.  -  Ale 

wyjechała do miasta. Musimy na nią poczekać. 

- No trudno - Damon pokiwał głową. - Zdaje się, że dzisiaj nie zdążycie się pobrać. 

A szkoda. Może na te kilka nocy spróbujecie pigułek nasennych. 

- Damon! - Elise pomyślała o ulubionych pigułkach nasennych swojego męża. 

Justin  i  Melanie  spojrzeli  po  sobie,  wzruszyli  ramionami,  za  to  Damon,  który 

zrozumiał, jak zinterpretowała jego słowa Elise, wybuchnął głośnym śmiechem. 

 

 

 

 

 

 

 

-  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  pierwszej  rocznicy  ślubu,  kochanie  -  szepnął 

Justin do ucha Melanie. 

Otworzyła ostrożnie jedno oko. W pokoju panował półmrok. 

- Justin, jeszcze jest ciemno. 

- Nie chciałbym zmarnować ani minuty dzisiejszego dnia. - Wsunął ręce pod kołdrę 

i powolnymi ruchami zaczął masować jej biodra. - Naprawdę jesteś taka śpiąca? 

-  Przypominam  ci,  że  wieczorem  strasznie  długo  cierpieliśmy  na  bezsenność.  - 

Położyła głowę na jego ramieniu i mocno przytuliła się do męża. 

- Nie pamiętam, żebyś się choć raz poskarżyła. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Nie. Ani razu. 

- Nie chcesz chyba przespać tego dnia, co? 

- Oczywiście, że nie. 

Melanie  usiadła,  przecierając  oczy.  Dlaczego  zakochała  się  w  takim  rannym 

ptaszku? Na pewno opatrzność wiedziała, co robi. Może bez niego przespałaby życie… 

- Myślałem, że zabiorę cię na śniadanie, potem pojechalibyśmy na przejażdżkę… 

- Dzisiaj jest wtorek, kochany. Nie idziesz do biura? 

- W naszą rocznicę? Wykluczone. 

- To nasza rocznica, a nie święto państwowe. 

- Pogadam o tym z Jorgem. Zna ludzi z rządu. Hm, zdaje się, że nie tylko zna, ale 

jest spokrewniony z większością ministrów. Może przygotują odpowiednią ustawę…  

- W porządku. Masz dzisiaj wolne. Czy Maria wie, że nie przyjdziesz? 

- Od dawna ma to zaznaczone w kalendarzu. Na czerwono. 

- Traktujesz bardzo serio tę rocznicę, prawda? - Melanie dotknęła jego twarzy. 

-  Właśnie.  To  najważniejsza  data  w  moim  życiu.  Nigdy  przedtem  ani  potem  nie 

miałem tylu kłopotów. Myślałem nawet, że tego dnia nie dożyję. 

- Nie było tak źle! - zachichotała. 

-  O  nie!  Było  świetnie!  Musiałem  tylko  polecieć  po  twoją  matkę,  siostrzeńca  i 

siostrzenicę,  urządzić  przyjęcie.  Ty  nie  miałaś  głowy  do  drobiazgów,  bo  całymi  dniami 
biegałyście po sklepach. 

- Pamiętam - westchnęła. - Było cudownie. 

- Bardzo. Nawet nie wiesz, ile zimnych pryszniców wziąłem w czasie przedślubnej 

kwarantanny. 

- Rzeczywiście, warunki nam nie sprzyjały. Ale za to miodowy miesiąc… 

- Jaki miodowy miesiąc? 

- Nasz miodowy miesiąc. 

-  Melanie,  nie  zaznaliśmy  tego  luksusu.  Przywiozłem  cię  do  Buenos  Aires, 

zapakowałem do łóżka na trzy dni, a potem musiałem wrócić do pracy. 

- Wiem. Było wspaniale - westchnęła. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

- Łatwo cię zadowolić. 

- Nie powiesz, że rozbawienie ciebie przychodzi mi z trudem. 

Justin przyciągnął Melanie, zaczął całować jej szyję, i nagle przerwał. 

- Nie. Nie zrobię tego. 

- Czego? 

- Nie spędzę pierwszej rocznicy naszego ślubu w łóżku. 

- Dlaczego nie? 

-  Bo  chcę  cię  gdzieś  zabrać,  potańczyć,  pojechać  na  wybrzeże,  zrobić  dla  ciebie 

coś wyjątkowego, żebyś wiedziała, jak cię kocham. 

- Justin? 

- Uhm? 

- Nie sądzisz, że ja wiem, jak mnie kochasz? Każdej nocy przekonuję się o tym. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  wolisz  nie  iść  do  restauracji,  ani  na  przejażdżkę,  ani  do 

klubu? 

- Chcę być z tobą, robić, co chcesz, co sprawia ci radość. 

-  To  sprawia  mi  radość  -  musnął  wargami  jej  szyję,  potem  zsunął  się  niżej  i 

pocałował obie piersi. - I to sprawia mi radość… 

Przez  długą  chwilę  używali  tylko  języka  szeptów  i  westchnień,  aż  wreszcie  Justin 

opadł na plecy z zamkniętymi oczami. 

-  Co  za  szatan  ma  nad  nami  władzę?  Jak sądzisz,  Melanie,  czy  dziesiątą  rocznicę 

ślubu uda nam się spędzić mniej banalnie? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)