background image

Elizabeth Rolls 

background image

- To nie on musi się tym zająć, nie? Róbmy swoje. Lepiej 

to mieć za sobą. 

- Racja. Tutaj, chłopcze, daj lampę, a sam biegnij do łóżka. 

I nie myśl o tym. Źle się dzieje, ale co robić. Trzeba wykony­
wać rozkazy i tyle. 

Rozkazy. Verity ponownie ścisnęło się serce, kiedy latar­

nia przeszła z rąk do rąk, a wóz ruszył z miejsca. Wymknę­

ła się z cienia i podążyła za pojazdem na tyle blisko, by 

w zalewającym oczy deszczu nie stracić z pola widzenia 

mdłego światła. 

Na końcu wiejskiej drogi usłyszała szybki tętent kopyt. 

Błyskawicznie skryła się za bramą przykościelnego cmenta­
rza. Dostrzegła tylko, że jeźdźcem jest ktoś wysoki, w obszer­
nej pelerynie. Verity wytężyła słuch, żeby się przekonać, co 
nieznajomy mówi do mężczyzn. Jego słowa zanikły w szu­
mie deszczu, była jednak pewna, że nie zna tego głosu. Z pew­
nością był to modnie ubrany dżentelmen, który wcześniej te­
go dnia zatrzymał się w gospodzie. 

Miała ochotę krzyczeć ze złości, gdy nieznajomy ruszył za 

wozem. To nie była jego sprawa! Czyżby zapragnął poznać 

sensacyjną historię, aby podzielić się nią z przyjaciółmi? Za­

cisnęła pięści w bezsilnej wściekłości. Nie mogła się zdradzić. 
Obcy z pewnością nie zamierzał zabawić tu długo, nie powin­
na zwracać na niego uwagi. Pobiegła za wozem i jeźdźcem. 

Wkrótce byli już za wsią. 

Deszcz szybko przesiąkł przez jej pelerynę, poczuła prze­

nikliwy chłód. Zadrżała. Chciała wierzyć, że tylko z zimna 
i że dreszcze nie mają nic wspólnego ze strachem. 

Uparcie powtarzała w myślach tę samą wyliczankę: nie ma 

background image

się czego bać, nie ma tu niedźwiedzi ani wilków, duchy nie 
istnieją, nie ma się czego bać. 

Z wyjątkiem ciemności... Tak późno jeszcze nigdy nie by­

ła sama poza domem. Wcale nie jesteś sama, powiedziała so­
bie. Przed tobą toczy się wóz. W taką noc nikogo innego nie 
spotkasz. 

Wreszcie wóz dotarł do rozstajów. Drżąc z wyczerpania 

i zimna, Verity skuliła się w zaroślach. Przykucnęła na wilgot­
nym torfie. Ledwie zauważała czepiające się jej gałęzie oraz 
lodowate krople wody spływające po plecach. Rozdygotaną 
dłonią odgarnęła pozlepiane strąki włosów i ostrożnie wyj­
rzała z kryjówki. Deszcz wreszcie ustał, a spoza chmur ukazał 
się księżyc, rzucając na ziemię bladą poświatę. 

Mężczyźni postawili latarnię na rozmiękłej ziemi. W świet­

le lampy zamajaczył cień wykopu. 

Jeden z mężczyzn nachylił się i zaklął. 

- Psia mać! Cholerny grób jest do połowy zalany wodą. 

A niech to... 

- Mniejsza z tym - burknął drugi. - Przynajmniej nie mu­

simy go teraz kopać. Wrzucajmy nieboszczyka i kończmy ro­
botę. Im szybciej, tym lepiej. Pomóż mi. 

Verity patrzyła, jak obchodzą wóz. 

- Zaraz. - Nieznajomy powstrzymał mężczyzn i zeskoczył 

z siodła. - Niech któryś z was popilnuje mi konia. Sam złożę 
go do grobu. 

Jak on śmie? Przyjezdny zamierza wrzucić do grobu zwło­

ki z wozu? Verity aż się zachłysnęła. 

- Co to było, u licha? - zawołał jeden z mężczyzn i poru­

szył się niespokojnie. 

background image

— 8 ~ 

Verity przycisnęła dłoń do ust. 

- To nic - uspokoił go wysoki nieznajomy. - Jakieś zwierzę 

wyruszyło na łowy. 

- W taką noc? Gdzie tam. Od razu widać, żeś pan z Lun-

non! O tej porze wszystkie rozsądne zwierzaki siedzą w no­
rach. 

- Doskonale - odparł obcy z drwiną w głosie. - Co mam 

powiedzieć? Że inny biedak, który tutaj spoczywa, głośno wi­
ta nowego potępieńca? 

Mężczyźni sapnęli z przestrachem. 

- Nie mów pan tak! 
- Lepiej niech pan zamilknie! 

Odsunęli się, gdy nieznajomy podniósł ciało i bez trudu 

przeniósł do grobu. 

Verity z rozpaczą patrzyła, jak zwłoki bezwładnie osuwają 

się w błoto. Cichy plusk potwierdził, że wylądowały w mok­
rym dole. Mężczyzna się wyprostował i wrzucił tam jeszcze 

jakiś przedmiot. 

Do uszu Verity dotarł niski głos obcego. 

- Składamy jego ciało w ziemi... 
- Ejże, dość! - wykrzyknął wstrząśnięty mężczyzna, któ­

ry pilnował konia. - To być nie może! Pastor zabronił. Tak 
mówi książeczka do nabożeństwa! Ci, którzy porwali się 
na siebie... 

- Do diabła z zakazami pastora! 

Mężczyźni się skulili na ten nieoczekiwany atak złości, 

a obcy mówił dalej: 

- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. 

Niski głos ucichł. Po policzkach Verity spłynęły łzy 

background image

~ 9 

przemieszane z deszczem. Nieznajomy nawet nie podejrze­
wał, jak bardzo mu jest wdzięczna. Postanowiła modlić się za 
niego przez resztę swoich dni. 

- Lepiej niech się pan odsunie - odezwał się starszy z dwóch 

mężczyzn. - Chyba że i tym chce się pan zająć. 

- Nie, dziękuję - mruknął obcy szorstko i cofnął się o krok. 

- Nie możecie dać spokoju biedakowi? Powiedzcie pastoro­

wi, że zrobiliście swoje, i już. Duch nie będzie was niepokoił. 
Niech spoczywa w pokoju. 

- Nie, proszę pana - sprzeciwił się mężczyzna. - Pastor wy­

raźnie powiedział, co zrobić. Pan niech już idzie. Robota pa­
skudna, ale trzeba ją odwalić. 

Obcy się wycofał, klnąc pod nosem. 

Jeden z mężczyzn ukląkł nad grobem i wzniósł rękę. 

Wstrząśnięta i przerażona Verity dostrzegła błysk światła lam­

py na stali i po chwili rozległ się pierwszy brutalny łomot, ja­
ki zwykle towarzyszy uderzaniu młotem o drewno. Głuche 
stuknięcia rozbrzmiewały jedno po drugim w jednostajnym, 
miarowym rytmie. Verity zacisnęła dłonie na uszach, ale to 
nic nie pomogło. 

Niemal nieprzytomna, osunęła się na ziemię, nie zważa­

jąc na przenikliwy chłód. Nawet kiedy zrozumiała, że graba­
rze zasypują dół, jej zbolałą duszą nadal wstrząsało dudnie­

nie młota. 

Pozostało jej tylko zaczekać, aż sobie pójdą. Wtedy ona się 

pożegna. 

Wreszcie odeszli. Verity wysłuchała ostatnich, cichnących 

plaśnięć kopyt o błoto, i niezdarnie wygrzebała się z zarośli. 
Przeszył ją lodowaty dreszcz, kiedy podchodziła do grobu. 

background image

10 

Niebo się nieco wypogodziło, między chmurami błysnął księ­
życ, oświetlając drogę do skrawka świeżo wzruszonej ziemi. 

Verity padła z płaczem na kolana w błoto, po jej policzkach 

spłynęły rzęsiste łzy. 

- Och, tato, wybacz mi! - załkała. - Nie rozumiałam... Ta­

to... Przepraszam... Nigdy tego nie chciałam... Kocham 

cię... 

Pochlipując, sięgnęła do woreczka i wydobyła z niego pre­

zent pożegnalny: mały i smutny, lecz na nic więcej nie mogła 

sobie pozwolić. Gdyby postawiła krzyż, choćby najskromniej­

szy, ludzie na pewno by go zniszczyli. Zabraliby nawet bukiet 

kwiatów. 

Zaczęła w milczeniu kopać dołek w grobie. Ojciec wyba­

czyłby jej... z pewnością. Niegdyś ją kochał... 

- Co tam chcesz znaleźć, u licha? Kilka żałosnych świecide­

łek, ty hieno? Słyszałem, jak się za nami skradałeś, od samego 
początku. Odszedłem, żeby cię zmylić. 

Chrapliwy głos przeraził Verity. Zdezorientowana i oszo­

łomiona, krzyknęła, gdy ktoś złapał ją mocno za ramię i zde­
cydowanym ruchem cisnął na błotnisty grób. 

- Nie powiedzieli ci? - wycedził nieznajomy. - Cały mają­

tek samobójcy przechodzi na własność Korony. Niczego tu 
nie znajdziesz, chłopcze. A teraz zostaw tego nieszczęśnika, 
nim spuszczę ci lanie, na które zasługujesz! 

Wstrząśnięta Verity wpatrywała się w prześladowcę, lecz 

księżyc znikł za chmurami, zobaczyła więc jedynie wysoki, 
groźny cień. Usiłowała coś powiedzieć, ale udało się jej tylko 

jęknąć niezrozumiale. 

- Dalej stąd! Idź okraść inny grób! 

background image

11 

Nie zdołała się poruszyć. Bezradnie patrzyła, jak cień się 

nad nią pochyla. Nieznajomy jednym szarpnięciem posta­

wił ją na nogi. Oba nadgarstki Verity zniknęły w dużej dło­

ni obcego, który drugą ręką zdarł kaptur z jej głowy. W tej 
samej chwili na niebie ukazał się księżyc. Verity patrzyła 
na napastnika, ale księżyc znajdował się bezpośrednio za 

jego głową i nie była w stanie rozpoznać ukrytej w cieniu 

twarzy. 

- Dobry Boże! - Miażdżący uścisk na jej nadgarstkach mo­

mentalnie zelżał. Verity się zachwiała, a nieznajomy otoczył ją 
ręką w talii. - Jesteś dziewczyną! Dzieckiem! Na miłość boską, 
co tutaj robisz? Ktoś ty? 

Zmusiła się do wykrztuszenia kilku słów. 

- Mam na imię... Verity. Verity Scott. On... on... - Szloch 

ponownie nie pozwolił jej mówić. 

-Verity? Zatem... jesteś jego córką. - Szorstki głos męż­

czyzny wyraźnie złagodniał, a wrogość ustąpiła litości. - Co 
ty wymyśliłaś? W żadnym wypadku nie powinnaś była tutaj 
przychodzić. Święci pańscy, ile masz lat? - Drżącą dłonią nie­
zdarnie odgarnął mokre pasma, które przywarły do twarzy 

Verity. 

-Piętnaście... 
- Piętnaście?! 

Nawet nie przyszło jej do głowy, aby stawiać opór, kiedy 

przyciągnął ją do siebie i mocno objął. Rozpacz i wyczer­
panie pozbawiły ją sił. Z wdzięcznością wtuliła się w nie­
znajomego. Przecież to właśnie ten człowiek z najwyższym 
szacunkiem pochował jej ojca. Nawet usiłował powstrzy­
mać grabarzy przed zwyczajowym brutalnym okalecze-

background image

12 

niem zwłok samobójcy. Powrócił, by bronić grobu przed 
rabusiem. 

Na Verity spłynął nieoczekiwany spokój. Słowa nie odgry­

wały większej roli, wystarczył łagodny ton. W końcu jednak 

pojęła, co mówi mężczyzna. 

- Muszę zabrać cię do wioski, bo się zgubisz - wyjaśnił. -

Chodź. Pojedziemy razem konno. 

Podniósł ją bez wysiłku, a ona gwałtownie otrzeźwiała. 

Zaczęła się wyrywać i w rezultacie upadła na ziemię u jego 

stóp. 

- Nie! Jeszcze nie czas! - Dźwignęła się i wyprostowała, lecz 

omal ponownie nie upadła, gdy pośliznęła się w błocie. Męż­
czyzna ją złapał i podtrzymał. 

- Panno Scott... Verity... Nic już na to nie poradzisz... Po­

ra wracać do domu. Nie znęcaj się nad sobą. Musisz odpocząć 

i uspokoić się trochę. 

- Przyniosłam cebulki hiacyntów - wyszeptała, niepewnie 

spoglądając w okrytą cieniem twarz mężczyzny. - Ludzie za­

biorą krzyż i wszystko inne, ale cebulki nie zakwitną aż do 

wiosny. Może później nikt nie zwróci uwagi na kwiaty. Potem, 
jeśli pewnego dnia uda mi się tutaj powrócić, znajdę grób ta­

ty... - Łzy uniemożliwiły jej mówienie. Odwróciła się, by od­

szukać upuszczony woreczek z cebulkami. 

Księżyc, który ponownie zabłysł na niebie, oświetlił zgubę. 

Woreczek leżał przy torbie, na skraju grobu. Roztrzęsiona Ve­

rity uklękła. Widziała, że nieznajomy poszedł w jej ślady. 

Mężczyzna wyciągnął ku niej ręce. 

- Pomogę ci - zaproponował. 

Po jej policzkach potoczyły się nowe łzy, kiedy włożyła mu 

background image

13 

w dłonie garść cebulek. Chciała podziękować, ale głos znowu 

uwiązł jej w gardle. 

W milczeniu wsadzili cebulki w ziemię. 

Gdy zakończyli pracę, mężczyzna delikatnie pomógł Ve­

rity wstać., 

- Chodźmy - powiedział. - W tak przystrojonym grobie na 

pewno odnajdzie spokój. 

Uścisnęła mu dłoń. 

- Jeszcze chwilę - poprosiła i odetchnęła głęboko, aby drżą­

cym, dziecięcym głosem wyrecytować: - „Wznoszę swe oczy 
ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc..."* - Z trudem, wie­
lokrotnie przerywając, wyrecytowała do końca psalm, które­
go wyuczyła się na pamięć. Gdy dotarła do ostatnich wersów, 
rozpacz nie pozwoliła jej dodać nic więcej. Zadrżała i parę ra­
zy westchnęła. Mężczyzna objął ją mocnym ramieniem i pod­
powiedział niskim, zdecydowanym tonem: 

- „Pan cię uchroni od zła wszelkiego: czuwa nad twoim 

życiem" 

Verity resztką sił wydobyła z siebie głos i dokończyli wspól­

nie: 

- „Pan będzie strzegł twego wyjścia i przyjścia teraz i po 

wszystkie czasy". 

Uczyniła wszystko, co zamierzała. Nic więcej nie mogła 

ofiarować, aby przeprosić za zdradę. Nic jej nie pozostało. 

Gdy się zachwiała, mocne ręce ją podtrzymały, a następnie 

podniosły. Nieznajomy ruszył przed siebie ścieżką, całkiem 

jakby nie czuł ciężaru. W pewnej chwili przeraźliwie gwizdnął, 

* Psalm 121, Biblia Tysiąclecia, wydanie czwarte, Wydawnictwo Pallottinum, 

Poznań, (przyp. tłum.). 

background image

14 

a wówczas rozległo się rżenie i tętent kopyt. Wkrótce Verity 
ujrzała na drodze konia. 

Mężczyzna posadził ją w siodle i przytrzymał, aby same­

mu wskoczyć na koński grzbiet i zająć miejsce z tyłu. Otulił 

Verity grubą peleryną i wtedy uświadomiła sobie, że się my­

liła. Mimo wszystko coś jej pozostało: ma tego nieznajomego, 
kimkolwiek jest. Wiedziała, że do końca swych dni będzie go 

wspominała z najwyższym szacunkiem. 

- Czy zdradzi mi pan swoje imię? - spytała szeptem. 

Koń puścił się powolnym kłusem, a nieznajomy mocniej 

przytulił Verity. 

- M a x - odparł. 
- Poznał go pan, prawda? W jakich okolicznościach? - Mu­

siała się dowiedzieć. Nie zniosłaby świadomości, że nic nie 

wie o jedynym człowieku, który ukoił jej ból w najcięższych 

chwilach życia. 

- Był moim dowódcą. Służyłem pod jego rozkazami. Do­

skonały oficer i dżentelmen. Właśnie tak go zapamiętałem, 

Verity. I będę go pamiętał jako człowieka, który umarł bło­

gosławiony. 

Verity ponownie się rozszlochała. Błogosławiony? Dlacze­

go tak powiedział? Nie odważyła się spytać. Koń przystanął, 
a na niebie znowu zabłysnął księżyc. Mężczyzna łagodnie 
uniósł jej brodę dłonią. Po raz pierwszy mogła dobrze go so­
bie obejrzeć. Usta mężczyzny nagle wykrzywiły się w smut­
nym uśmiechu. 

- Nie wierzysz mi, prawda, dziecko? - zapytał. 

W milczeniu pokręciła głową. Obcy uśmiechnął się szerzej 

i pochylił, by ucałować jej czoło. 

background image

15 

- Umarł błogosławiony, bo Bóg mu błogosławił. Ofiaro­

wał mu córkę równie szlachetną i dobrą jak on sam. Nikt nie 

mógłby pragnąć więcej. Byłby ż ciebie dumny. Tak dumny, jak 
ty powinnaś być dumna z niego. 

Koń powoli ruszył w dalszą drogę, a Verity się odwróciła 

i rozpłakała, wtulona w pierś Maxa. On nic nie rozumie, po­

wtarzała sobie, nie wie, co uczyniłam. Gdyby. 

Nic jednak nie wiedział i tulił ją do siebie, muskał policz­

kiem jej wilgotne włosy, a koń powoli wracał do wioski. 

Stopniowo się rozgrzewała. Pod peleryną Maxa było jej 

ciepło, błogo, czuła, że koszmar mija. W końcu zasnęła i obu­
dziła się dopiero wtedy, gdy dojechali do wsi. 

- Kto cię szuka? - spytał Max. - Masz rodzinę? 

Rozejrzała się zaskoczona. Przystanęli przed gospodą. 

- Słucham? 
- U kogo mieszkasz? Odprowadzę cię do drzwi. 
- Och. - Chciała, by jej słowa zabrzmiały obojętnie. - Na­

dal mieszkam w domu. Jutro przyjedzie po mnie wuj, mąż 
siostry mojego ojca. 

- Czy to pan? - rozległ się głos z góry. 

Max podniósł wzrok. 

- Harding, dobry człowieku! Zejdź tu do mnie i zajmij się 

koniem - zażądał. 

-Tak jest! 

Verity zacisnęła zęby, aby powstrzymać szczękanie. Z tego 

miejsca mogła sama dotrzeć do domu, odległość była niewiel­
ka. Usiłowała zsunąć się na ziemię, lecz Max mocno ją trzy­
mał w siodle. Zeskoczył pierwszy i pomógł jej zsiąść. Wsparł 

ją, gdy się zachwiała na zdrętwiałych z zimna nogach. 

background image

16 

- Spokojnie - powiedział cicho, przez cały czas pilnując, by 

nie upadla. 

Chwilę później drzwi gospody się uchyliły i wyszedł przed 

nie niski człowiek z latarnią w dłoni. 

- Czy wszystko w porządku, proszę pana? - zapytał. -

A któż to taki, do czarta? 

Poczuła, jak Max przytula ją do siebie. 

- Harding, to jest panna Scott. Czy możesz osuszyć Jupite­

ra? Ja odprowadzę tę młodą damę do domu. 

Harding podniósł latarnię wyżej. 

- Panna Scott? - powtórzył zaskoczony. 

Oślepiona Verity mocniej przylgnęła do Maxa. 
Harding opuścił światło. 

- Wybacz, dziewczyno - mruknął i dodał: - Przykro mi. To 

był mężny człowiek. Idź z majorem. Niech Bóg ma cię w swo­

jej opiece. Do zobaczenia. 

- Harding? 
- Tak, proszę pana? 
- Nie czekaj na mnie. 
-Słucham? 
- Nie czekaj na mnie. 

- Nie... Ach, dobrze. Rozumiem. Życzę dobrej nocy, pro­

szę pana. 

Odprowadził konia do stajni. 

- Nic mi już nie grozi - zaprotestowała Verity. - Nie mu­

si pan... 

- Nie trać sił na niepotrzebne dyskusje - odparł zdecydo­

wanie i wziął ją na ręce. - Zabieram cię do domu. 

Zaniemówiła, znowu zdumiona, z jaką łatwością ją pod-

background image

17 

niósł. Milczała przez całą drogę do domu. Postawił ją na ziemi 
dopiero przed drzwiami. 

- Klucz? - spytał. 

Zaśmiała się z goryczą. 

- Dom nie jest zamknięty - wyjaśniła. - W środku nie ma 

niczego, co warto by ukraść. 

Wewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności. 

- Proszę zaczekać. - Ostrożnie podeszła do stołu. Po omacku 

znalazła świecę. Kilka razy bezskutecznie próbowała wykrze­
sać iskrę, aż wreszcie zapłakała, załamana własną niezdarnością. 

Max spokojnie wyjął z jej rąk krzesiwo oraz krzemień i w następ­

nej chwili suche szmaty w piecu zajęły się płomieniem. 

- Usiądź - rozkazał zwięźle i postawił krzesło przy ogniu. 

Potem zapalił świecę. Verity posłusznie wykonała polecenie 
i zafascynowana patrzyła, jak mężczyzna dokłada do ognia, 

a następnie kręci się po kuchni i zagląda we wszystkie kąty. 

Było jej przyjemnie ciepło, przestała zwracać uwagę na prze­
moczony strój. 

- Idź na górę i przynieś suche ubranie. 

Te nagłe słowa wyrwały Verity z odrętwienia. 

- Po co? - spytała sennym głosem. 
- Żebyś miała się w co przebrać - wyjaśnił Max cierpliwie. 

- Musisz się osuszyć. Szybko. 

Miała się przebierać tutaj, na dole? W kuchni? Przy nim? 

- Wolę się przebrać na górze - wymamrotała. 

Max bez wątpienia budził zaufanie, niemniej nie potrafi­

ła się zdobyć na to, aby zmienić ubranie w jego obecności. 
Nie chciałaby tego, nawet gdyby odwrócił się do niej plecami 
i miał przepaskę na oczach. 

background image

18 

- Tutaj jest ogień - zauważył. 
- Pan także - odparła. - Przebiorę się we własnej sypialni. 

Wpatrywał się w nią uważnie. 

- Na litość boską, dziewczyno! - wybuchnął. - Nie wyob­

rażasz sobie chyba, że cię wykorzystam! 

Zarumieniła się. 

- Oczywiście, że nie. Po prostu... Wolałabym się przebrać 

na górze. 

Nieoczekiwany uśmiech złagodził jego surowe rysy. 

- Powtarzał, że z ciebie mały uparciuch. Taki sam jak twoja 

matka, mówił. Dobrze, idź, tylko szybko. Nie chcę, żebyś się 
przeziębiła i umarła. 

Verity pośpiesznie wyszła, aby Max nie zdążył zmienić 

zdania. 

Gdy ponownie znalazła się w kuchni, ubrana w najcieplej­

szą bieliznę i grubą koszulę nocną, major przeglądał zawartość 

kredensów. Najwyraźniej czuł się jak u siebie w domu. Bez tru­
du znajdował wszystko, jakby przywykł do troszczenia się o sie­
bie. W końcu podszedł do Verity i zaprezentował jej rezultat po­
szukiwań: kawałek sera, resztkę bochenka chleba i dwa jabłka. 

Wszystko to ułożył na wyszczerbionym glinianym talerzu. 

- Nie masz nic więcej? - spytał. - Trochę za mało, aby się 

najeść. 

- Przykro mi. Resztę zjadłam na kolację. Gdybym wiedzia­

ła, że pan przyjdzie... 

Zostawiła sobie resztki jedzenia na śniadanie, ale po tym, 

co zrobił Max, była gotowa poczęstować go wszystkim, czym 
tylko mogła. 

background image

19 

Położył talerz na jej kolanach. 

- To dla ciebie - wyjaśnił - nie dla mnie. 

Oszołomiona, wpatrywała się w talerz. Kiedy ostatnio ktoś 

się przejmował tym, czy ma co jeść? Jej żołądek zaprotestował, 
gdy pomyślała o drugiej kolacji, ale zmusiła się do przełknię­
cia paru kęsów. Wiedziała, że oparty o komin Max nie spusz­
cza z niej wzroku. Na koniec skromnego posiłku zrobiło się 

jej znacznie cieplej. 

- Musisz się porządnie wyspać - zauważył, gdy otarła us­

ta. - Postawiłem cegłę przy ogniu, aby się rozgrzała. Zabierz 
ją z sobą do łóżka. Nie jest ci zimno? 

Pokręciła głową i wstała. Rzeczywiście czuła się znacznie 

lepiej niż kilka godzin temu. 

- To dobrze. Zatem zmykaj. 
- Dobranoc panu i... dziękuję. 

Głos jej się załamał. Zamknęła oczy, aby powstrzymać łzy. 

Max otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie, aby mocno 

uścisnąć. Przytuliła się do niego z całych sił. 

- Nie zrobiłem nic szczególnego - zapewnił ją łagodnie. -

Dobranoc, dziecko. Pamiętaj o cegle. 

Kiedy uklękła, aby owinąć cegłę materiałem, podniosła 

wzrok na nowego przyjaciela. 

- Gzy jeszcze kiedyś się spotkamy? - spytała nieśmiało. 

Zacisnął usta. 

- Oby nie, dziecko. Nic ci nie mogę ofiarować. Zapewniam 

cię, że twój wuj nie chciałby mnie widzieć. No, idź już. Ja tu 

jeszcze chwilę posiedzę, żeby się rozgrzać. Jeśli pozwolisz, 

rzecz jasna. 

Usiadł na krześle, z którego wstała. 

background image

20 

- Oczywiście. Nie mam nic przeciwko temu, ale nie byłoby 

panu cieplej w gospodzie? 

- Szczerze mówiąc, nie - odparł. - Dobrej nocy. 
-Dobranoc - wyszeptała niechętnie. Podeszła tyłem do 

drzwi, aby jak najdłużej cieszyć się widokiem Maxa. Uśmiech­
nął się, gdy przekraczała próg. 

Max patrzył w zadumie na trzaskające płomienie. Gdyby 

tylko się nie spóźnił. Gdyby wcześniej wiedział, co się dzieje ze 
Scottem. Z pewnością coś by uczynił. Było mu ogromnie żal 

Verity. Dobrze, że przynajmniej przyjeżdża do niej wuj. Miała 

rodzinę, gotową się nią zaopiekować. Nie rozumiał tylko, dla­
czego krewni pozostawili ją tutaj, zdaną tylko na siebie. 

Chociaż... biorąc pod uwagę to, co zrobiła Verity, zapew­

nie celowo została sama w domu. Stąd znacznie łatwiej było 
wymknąć się potajemnie na nocną wyprawę. 

Powiódł wzrokiem po małym pomieszczeniu. Było puste 

i smutne, ale przynajmniej panował w nim porządek. Verity 
na pewno o to zadbała. Zdaniem okolicznych mieszkańców, 
pod koniec życia Scott stał się samotnikiem, nie przyjmował 
nikogo w domu, żyjąc tylko i wyłącznie dla opium. 

Maxa przeszył dreszcz. Utrata ręki musiała być dla Scot­

ta potwornym ciosem, ale żeby z tego powodu popełniać sa­
mobójstwo... Zapewne nie chodziło wyłącznie o rękę. Przy­
pomniał sobie to, co mu mówiono: „Zdaje się, że biedaczysko 

wrócił spod Waterloo tylko po to, by się dowiedzieć, że jego 
żona zmarła przy porodzie. Podobno od tamtej pory pił lau­

danum. Może zajrzysz tam i sprawdzisz, czy można im jakoś 
pomóc? Sam próbowałem, ale nie chciał nawet uchylić drzwi. 

background image

21 

Widziałem się tylko z dzieckiem. Dziewczyna sama wyszła 

i przeprosiła. Powiedziała, że źle z nim...". 

To nie była moja wina, uznał Max. Gdyby jednak Scott nie 

odtrącił tego bagnetu... Max Blakehurst poległby na polu bi­
twy. Mógł nie ulegać namowom rodziny i nie jechać do amba­
sady w Wiedniu. Wówczas wcześniej dowiedziałby się o kło­
potach Scotta i coś z tym zrobił. Teraz pozostała mu tylko 
żałoba. 

Nawet nie mógł pomóc dziewczynie, która spała na gó­

rze. Rodzina miała się zająć Verity. Postanowił się dowiedzieć, 

gdzie zamieszka córka jego wybawcy. Gdyby rodzina, która ją 

przygarnie, potrzebowała pomocy, Max wesprze ich anoni­

mowo, jednocześnie trzymając się z dala od córki Scotta. Tak, 

to z pewnością dobry plan. 

Bladym świtem Verity zeszła do kuchni. Nie miała pojęcia, 

co zrobiła z mokrym ubraniem. Wcześniej sądziła, że cisnę­
ła je na podłogę w sypialni, lecz po przebudzeniu go tam nie 
znalazła. 

Jej brzuch zaburczał w nadziei na przekąskę, lecz zignoro­

wała głód. Musiała napalić w piecu, aby osuszyć ubranie, gdy 
je w końcu odszuka. Niewiele zostało opału. 

W kuchni z wrażenia znieruchomiała na progu. Ogień we­

soło trzaskał w piecu, a jej ubranie wisiało na oparciu krzesła, 

prawie suche. 

Verity rozejrzała się i dostrzegła na stole cztery jajka, bekon, 

bochenek świeżego chleba, osełkę masła, nieco sera i sześć ja­
błek. A także dzban z mlekiem. Łzy popłynęły strumieniem 
po jej policzkach. W piecu było dużo drewna, Max musiał 

background image

22 

więc wyjść niedawno. Pozostał przy niej całą noc, a potem po­

szedł po śniadanie. 

Nawet wysuszył jej rzeczy. Przyjrzała się im bliżej. Plamy 

z błota były ledwie widoczne. Zaprał je. Szary, ponury pora­
nek nagle się rozpogodził. Miała przyjaciela. Nawet gdyby już 
nigdy go nie zobaczyła, był gdzieś na świecie. Max. Ktoś, ko­
go mogła kochać. 

background image

Rozdział pierwszy 

Schyłek lata 1822 

- Co ty tu robisz, dziewczyno? Jak śmiesz marnować czas 

na lekturę, skoro trzeba zszyć falbany przy sukni Celii? 

Dziewczyna znana jako Selina Dering zerwała się z miejsca 

i pośpiesznie wrzuciła książkę do zniszczonej skrzyni u stóp 
łóżka. 

- Przepraszam, ciociu Faringdon. Nie... Nie wiedziałam, że 

falbana się rozdarła. 

Lady Faringdon najwyraźniej nie była w humorze. 

- Jak masz cokolwiek wiedzieć, skoro przy każdej okazji 

wymykasz się do sypialni, by trwonić czas na czytanie? Zresz­

tą żadna dama nie siada tak na łóżku! Siadaj przyzwoicie, jak 
na porządną pannę przystało! 

- Przecież i ty, ciociu, i Celia kazałyście mi się trzymać z da­

la od siebie. Nie znam się na etykiecie - zaprotestowała Veri­
ty. Ugryzła się w język i nie wspomniała, że w pomieszczeniu 
znajduje się tylko łóżko i sfatygowana skrzynia z wysuwanym 

background image

24 

blatem, który służył również za parapet. Z pewnością nie było 
to otoczenie godne damy. 

- Nie odszczekuj się, dziewczyno! Znowu chcesz zasłużyć 

na baty? Biegnij do Celii i zaszyj falbanę, nim zjawi się jego 
lordowska mość oraz inni goście. 

-Tak, ciociu. 

Mówiła do siebie, gdyż lady Faringdon zdążyła już wypaść 

z pokoju. Kłótnie z ciotką były stratą czasu. Byle sprzeciw po­

wodował takie same konsekwencje, jak otwarta rebelia. Veri­

ty przestała nawet protestować przeciwko znienawidzonemu 
imieniu Selina. 

Zrezygnowana, zamknęła skrzynię na klucz, który nosiła 

na plecionym sznurku na szyi. Poklepała czule łóżko, po czym 
wzięła koszyk na nici i wyszła z ponurego pokoiku. Natural­
nie Celia z pewnością urządzała histerię nad rozdartą falbaną, 
obwiniając za tę niesłychaną katastrofę wszystko i wszystkich, 
tylko nie własną nieostrożność. 

- Gdzieś ty była? - wyskrzeczała, gdy Verity weszła do jej 

eleganckiej sypialni. - Tylko popatrz! Lord Blakehurst ma się 
zjawić łada chwila! 

Verity dobrała pasującą bawełnianą nić i nawlokła igłę. Za­

chowała dla siebie uwagę, że lorda Blakehursta wprowadzi do 
domu kamerdyner i lokaje, a potem arystokrata zostanie powi­
tany z odpowiednią ceremonią przez gospodarzy. Co więcej, je­
go lordowska mość z pewnością bezzwłocznie uda się do swego 
pokoju, żeby poprawić halsztuk oraz wypić brandy, i raczej nie 
zauważy nieobecności najstarszej córki gospodarzy, nie wspo­
minając o jej rozdartej falbanie. Przynajmniej tak sądziła Verity, 
a wynikało to z obserwacji odwiedzających dom dżentelmenów. 

background image

25 

Nie miała powodu sądzić, że lord Blakehurst będzie czymkol­
wiek różnił się od reszty. Poza majątkiem, naturalnie - ten ary­
stokrata był znacznie zamożniejszy. 

Verity uklękła i zabrała się do zszywania falbany. 

- Pośpiesz się! - zawołała Celia. Ruszyła do okna, wyry­

wając falbanę z rąk Verity, czemu towarzyszył trzask rozdzie­
ranego materiału. - Patrz, co narobiłaś! - Wrzask Celii był 
wręcz nieznośny. - Mamo, patrz, co zrobiła! Specjalnie! 

Przygryzając język, żeby z jej ust nie wydobył się żaden 

zwrot nieprzystający damie, Verity odwróciła się do ciotki, 
która wpadła do pokoju. 

- Niewdzięczna dziewczyno! - wykrzyknęła lady Faring-

don. - Po tym, co dla ciebie zrobiliśmy! Za te wszystkie ku­
pione ci ubrania! 

Verity dobrze wiedziała, że jej ponura czarna suknia, nie­

gdyś własność gospodyni na plebanii, została oddana bie­
dakom. Postanowiła jednak darować sobie tę uwagę i skon­
centrować na falbanie Celii. Przy odrobinie szczęścia lord 

Blakehurst ożeni się z tą zołzą i okaże godnym następcą Si­

nobrodego. 

W następnej dobie nie usłyszała o lordzie Blakehurście ni­

czego, co mogłoby zmienić jej opinię, że wszyscy ci panowie 
są siebie warci. Lord Blakehurst się spóźnił, podczas kolacji 
zrobił afront przynajmniej trzem osobom, gdyż najwyraźniej 
uważał je za niegodne siebie, a jednak wzbudził zachwyt i sza­
cunek wszystkich gości. 

- Cóż za prezencja - zachwycała się Celia, szykując się do 

snu. - Naturalnie jest straszliwie bogaty. Dziwi tylko, że jesz-

background image

26 

cze się nie ożenił. Tytuł otrzymał całkiem niespodziewanie 
trzy lata temu po śmierci starszego brata. 

Verity, która składała ubrania kuzynki, przyszło do głowy, 

że może damy nie życzyły sobie zarozumialca za męża, ale po 

chwili doszła do wniosku, że się myli. Człowiek tak majęt­
ny, jak lord Blakehurst mógł zadzierać nosa, ile wlezie, a i tak 

wszyscy się nim zachwycali. 

- Oczywiście szuka narzeczonej, skoro tu przyjechał - ciąg­

nęła Celia. 

Verity odłożyła halkę. 

- Tak? - To rozumowanie było dla niej dosyć niejasne. Do­

piero miała się dowiedzieć, że wizyta w Faringdon Hall to ko­
nieczność dla myślących o ożenku arystokratów. 

- Nigdy nie przyjmuje zaproszeń na przyjęcia, chyba że od 

najbliższych przyjaciół - wyjaśniła Celia protekcjonalnym to­
nem. 

I zarozumiałym, pomyślała Verity. Zamknęła szufladę, 

przytrzaskując rąbek halki, i pożałowała, że to nie palec Celii. 

- Wyobraź sobie, jak zachwycona była mama, kiedy jego 

lordowska mość dał do zrozumienia, że przyjmie nasze zapro­

szenie. - Celia podziwiała w lustrze swoje piękne złote wło­
sy i niebieskie oczy. - Przyjeżdża wyłącznie dlatego, że chce 

mnie adorować w nieco bardziej intymnych okolicznościach 
niż w Londynie. 

Od kiedy to przyjęcie, na którym zjawia się ponad dwa­

dzieścioro gości, to intymne okoliczności do adorowania 
damy? Verity zatrzymała przy sobie to spostrzeżenie. Skoro 
Celia czuła się szczęśliwa, ona nie miała prawa mówić jej ta­
kich złośliwości. 

background image

27 

- Dziwne zatem, że kładziesz się tak wcześnie - zauważy­

ła tylko. 

Celia wzruszyła ramionami. 

- Och, Blakehurst zniknął w sali bilardowej razem z kilko­

ma innymi dżentelmenami. Mama musiała zaprosić tę nudną 

Arabellę Hollingsworth z rodziną, po cóż więc miałam sie­

dzieć na dole? Arabella bezustannie chwali się zaręczynami 
z sir Bartholomew! - Celia wydęła wargi. - Wymówiłam się 
migreną. Poza tym dżentelmeni lubią, gdy kobieta jest deli­
katna i łatwo się męczy. 

Verity ukryła uśmiech. Gdyby Celia miała tyle szczęś­

cia w łapaniu męża, co jej była przyjaciółka Arabella, prze­
chwałkom nie byłoby końca. Najprawdopodobniej nagłe 
znudzenie panną Hollingsworth wzięło się z zazdrości. 

A co do delikatnych dam: Celia była równie delikatna jak 

hipopotam. 

- Możesz mi teraz uczesać włosy, Selino. - Celia z satysfak­

cją popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. 

Verity przykazała sobie w duchu, żeby nie wyrywać włosów 

kuzynce, i wyjęła szczotkę w srebrnej oprawie. 

- Mój Boże - westchnęła Celia znienacka - tylko popatrz 

na te obrzydliwe piegi. 

Wpatrując się w lustrze w nieskazitelną cerę kuzynki, Veri­

ty zastanawiała się, co tym razem przyszło Celli do głowy. 

- Nie widzę żadnych piegów - powiedziała - ale jeśli chcesz, 

płyn do cery stoi na twojej toaletce. 

Celia uśmiechnęła się do niej złośliwie. 

- Miałam na myśli twoje piegi, Selino. 

Verity mocniej zacisnęła palce na szczotce i przystąpiła do 

background image

28 

czesania kuzynki. U Faringdonów Verity nauczyła się skrywać 
uczucia pod maską niewzruszonego spokoju. 

Verity przeciągnęła się z rozkoszą, napawając się ciepłem 

słońca. Nic, nawet koszyk z szyciem, nie był w stanie jej przy­
gnębić, gdy uciekała na kilka godzin do ogrodu.. Bez wątpie­

nia dojdzie jej jeszcze kilka piegów do tych, które Celia za­
uważyła poprzedniego wieczoru. I tak była to niewysoka cena 
za ranek spędzony poza domem. 

Zamyśliła się, zszywając podarte prześcieradło. Łagod­

ny szum wody w fontannie i od czasu do czasu plusk złotej 
rybki wśród nenufarów bardzo ją uspokajały. Verity mogła 
marzyć, udawać, że w domu lub gdzieś na terenie posiad­
łości jest ktoś, komu na niej zależy. Tu mogła być Verity, 

nie Seliną. 

I tutaj była bezpieczna, przynajmniej tymczasowo. To zna­

czy, ona tak, ale jej stopy raczej nie. Zamachała nimi w wodzie 

i poczuła, że przestraszona rybka, która je podgryzała, ucie­

kła w popłochu. 

-Ach, drogi lordzie Blakehurst! Cóż za kłamstewka! Jest 

pan doprawdy okropny! 

Spokój Verity zakłóciły kuszące popiskiwania Celii i ci­

chy, bardzo niski głos. Co Celia, zwana przez służbę Panną 
Opieszalską, robiła o dziewiątej rano w ogrodzie, nie wspo­

minając już o lordzie Blakehurście? Nie po raz pierwszy Ve­
rity mogła się naocznie przekonać o hipokryzji swojej ciotki 

- lady Faringdon najwyraźniej nie miała nic przeciwko temu, 

by powierzyć swój najcenniejszy skarb zamożnemu mężczyź­

nie. Gdyby to inna dama przechadzała się po ogrodzie jedynie 

background image

29 

w towarzystwie dżentelmena, natychmiast zostałaby uznana 

za bezwstydnicę. 

Chichot kuzynki uświadomił Verity, że ona sama znajdu­

je się w dosyć kłopotliwej sytuacji. Zerwała się na równe nogi, 
wepchnęła robótkę, a także pończochy i kapcie do koszyka, 

i stłumiła przekleństwo, gdy ukłuła się igłą. Którą ścieżką szli? 

Należało tak uciekać, żeby nie stanąć twarzą w twarz z Ce-
lią i jej amantem. Zadrżała. Gdyby ją tu przyłapali, musiała­
by wykreślić jeszcze jedną kryjówkę z kurczącej się listy bez­
piecznych miejsc. 

Nasłuchiwała ze zmarszczonymi brwiami. Przechadzali się 

niedaleko. Czekała, gotowa do ucieczki. Głosy były coraz bli­
żej. Nagle ujrzała fragment żółtego muślinu między krzewa­
mi w żywopłocie. Uświadomiła sobie, że zostało jej jakieś pięć 
sekund na ucieczkę, złapała więc koszyk i pobiegła. Dopadła 

przejścia po drugiej stronie stawu i zniknęła z pola widzenia 

spacerowiczów. 

- Cóż to było? 

To pytanie Celii przeraziło Verity. Do diaska, usłyszeli ją. 

Próbowała uspokoić oddech. 

- Ptak? Królik? - zasugerował lord Blakehurst. - Czy nie 

wspomniała pani, że będzie tu jej brat? 

Verity ledwie zdołała stłumić śmiech. Jak można się było 

na to nabrać? A może lord Blakehurst po prostu nie znał do­
brze Godfreya? Godfrey Faringdon miałby towarzyszyć sio­

strze jako przyzwoitka? Za żadne skarby świata. Najwyraźniej 

lord Blakehurst, ulubieniec śmietanki towarzyskiej, cel każdej 
troskliwej mamy, która chciała wydać córkę za mąż, nie do­
strzegł zastawionych na siebie sideł. 

background image

30 

Nie mogąc oprzeć się pokusie, zerknęła za żywopłot. Jeśli 

lord Blakehurst nie będzie uważał, może wpaść w... 

Odskoczyła, drżąc na całym ciele. Niemożliwe. A jednak. 

Nie wierzyła w to, co przed chwilą ujrzała. Odetchnęła głę­

boko i popatrzyła raz jeszcze. Celia, ubrana w najpiękniejszy, 

wyhaftowany w kwiaty muślin przyozdobiony falbanką, robiła 
kuszące minki do... Maxa. 

Nie, Verity nie mogła się mylić. Doskonale pamiętała wy­

raziste rysy tej twarzy, rzeźbione kości policzkowe, zmysłowe 
usta. Max! Tutaj! 

- Chyba powinniśmy już wracać, panno Faringdon. 
- Ależ skąd. - Celia rozsiadła się na ławeczce i rozłożyła fał­

dy sukni. - Dlaczego ktoś miałby coś przeciwko naszej prze­
chadzce? W końcu jesteśmy dobrymi przyjaciółmi... 

Dobrymi przyjaciółmi? 

- Życzę pani miłego ranka. - W głosie Maxa pobrzmiewała 

obojętność. - Proszę mi wierzyć, właśnie ze względu na naszą 

przyjaźń nie zamierzam narażać na szwank pani reputacji. 

Verity niemal się zakrztusiła na widok miny Celii, która nie 

była pewna, czy ma potraktować tę uwagę jak komplement. 

Tymczasem lord Blakehurst skłonił się nisko i odwrócił, by 
wyjść z labiryntu. 

Celia zerwała się na równe nogi. 

- Ależ wasza lordowska mość! Muszę pana odprowadzić, 

inaczej się pan zgubi. Nasz labirynt słynie wśród gości, nie­

jeden tu zabłądził. 

Verity niemal rozpłaszczyła się na żywopłocie. Postanowiła, 

że nie będzie się spieszyć z opuszczeniem tego miejsca. Głosy 
oddalały się coraz bardziej. 

background image

31 

Max... Dlaczego? Czyżby naprawdę adorował Celię? Jej 

dobry, łagodny Max? Czy wiedział, że Verity tu jest? Na litość 

boską, niby skąd? 

Chyba nie wspomniała mu o tym, jak jej wuj ma na nazwi­

sko. Najwyraźniej Max opuścił wioskę z samego rana. Nie wi­
dział lorda Faringdona. A gdyby się dowiedział, że Verity tu jest? 

Mógł jej pomóc tylko w jeden sposób - uwolnić ją spod opieki 
Faringdonów. Tego jednak nie byłby w stanie zrobić, nawet gdy-

by bardzo chciał. Mógł ich zmusić, by traktowali ją godnie pod­
czas jego pobytu, lecz później... Mimo że ranek był ciepły, Verity 
nagle zrobiło się zimno. Byłoby jeszcze gorzej niż dotychczas. 

Nie mogła tego pojąć. Nie chcieli jej tutaj. Nienawidzili jej. 

Dlaczego zatem ciotka Faringdon nie napisała jej referencji 
i nie pozwoliła odejść? 

Pomyślała, że musi trzymać się z daleka od Maxa. Zresztą 

i tak by jej pewnie nie rozpoznał po pięciu łatach. Była wtedy 

drobną piętnastolatką, którą widział jedynie w blasku świecy. 

Me. Z pewnością jej nie pamiętał. 

W marzeniach Verity zawsze natychmiast ją rozpozna­

wał, wsadzał na konia i odjeżdżał z nią w siną dal. Tyle 
ze lord Blakehurst był kimś zupełnie innym niż ten zapa­
miętany przez nią Max. Arystokraci nie porywali ubogich 
niewiast i nie pędzili wraz z nimi ku zachodzącemu słoń­
cu, by żyć długo i szczęśliwie. Musiała zapomnieć o lordzie 
Blakehurście i myśleć wyłącznie o Maksie. Inaczej straciła­
by swoje ukochane marzenie. 

Tego wieczoru Max, lord Blakehurst, westchnął z ulgą, 

gdy damy wyszły z jadalni za lady Faringdon. Co, u diabła, 

background image

32 

go opętało, że przyjął zaproszenie na kilkudniowy pobyt 

w tym miejscu? Nie cierpiał takich spędów. Pretensjonal­

ne, afektowane damy, pełne hipokryzji, a panowie niewie­
le lepsi. 

Po drugiej stronie stołu młody Godfrey Faringdon przechwa­

lał się znajomością z jakąś damą, którą poznał na innym przyję­
ciu. Max zgrzytnął zębami. Popełnił koszmarny błąd, powierza­

jąc córkę pułkownika Scotta opiece jej kochającej rodziny. 

- Blakehurst? Słuchasz nas, chłopie? 

Popatrzył na pana Marlbury'ego. 

- Ktoś tu czegoś chce od ciebie - powiedział pan Marlbu-

ry przyjacielsko. 

Max wpatrywał się w niego bez wyrazu. Dobrze o tym wie­

dział. Celia Faringdon była chyba jeszcze mniej subtelna niż 

jej matka. A ten spisek dzisiejszego poranka. Co za koszmar! 

- Brandy! - zażądał Maribury. 
- Och. - Max nagle uświadomił sobie, że Thornfield po jego 

lewej usiłuje przekazać mu karafkę z brandy. - Przepraszam, 

Thornfield. - Nalał sobie kieliszek i ostrożnie upił odrobinę. 

Trunek był równie ohydny jak poprzedniego wieczoru. Mój 
Boże, czego człowiek nie zrobi, żeby tylko uspokoić sumie­

nie, na przykład stawi się na koszmarne wielodniowe przyję­

cie i wypije ohydną brandy. 

- Śmiem twierdzić, Blakehurst, że panna Celia zupełnie 

oszalała na twoim punkcie - zauważył Thornfield poufałym 
tonem. Lubieżnie uśmiechnął się do Maxa. - Rzekłbym, że te­
raz wystarczy kiwnąć palcem. 

Max znowu upił brandy. Jedno mógł zagwarantować: na­

wet jeśli panna Celia oszalała na jego punkcie, nie powinna 

background image

33 

liczyć na odwzajemnienie uczuć. Nie zamierzał kiwać palcem, 

za to postanowił trzymać się z dala od labiryntu. 

- Naturalnie, jeśli to ci nie odpowiada - ciągnął Thornfield, 

wykazując niebywałą spostrzegawczość jak na człowieka tak 
nietrzeźwego - zawsze możesz się zabawić z Fanny Moncrieff 

albo Kate Highbury. One nie oczekują propozycji małżeń­
skich. 

Max mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi, a w duchu 

uznał, że gdyby wiedział, że pani Moncrieff i pani Highbury 

znajdą się wśród gości, z pewnością mocno by się zastanowił 
nad przyjazdem. 

Do diaska! Teraz za późno na tego rodzaju refleksje. Przy-

jechał tu, bo powinien. Szczerze mówiąc, jak dotąd, pobyt 
w tym domu nie przyniósł satysfakcjonujących rezultatów. 
Max niczego się nie dowiedział, zanosiło się więc na to, że bę­

dzie musiał spytać gospodarza wprost. Nie miał pojęcia, jak to 

uczynić w taktowny sposób. 

W końcu postanowił darować sobie takt i przyparł gospo­

darza do muru, gdy obaj wychodzili z jadalni. 

- Lordzie Faringdon, czy mógłbym zamienić z panem słów­

ko na osobności? 

Lord Faringdon zaprezentował niemiły, triumfujący uśmie­

szek, który wzbudziłby nieufność każdego.. 

-Ależ naturalnie, lordzie Blakehurst. Moja biblioteka 

:o odpowiednie miejsce. Tędy. - Dał znak synowi. - God­
frey, przekaż mamie, że załatwiam pilną sprawę z Blake-

aurstem. 

Max patrzył na niego z przerażeniem. Dobry Boże! 

background image

34 

Ten człowiek niemal zacierał ręce z radości. Co, do dia­

bła? Nagle go oświeciło. Faringdon uznał, że Max zamie­
rza poprosić o rękę jego córki. O rękę Celii. Przeklinając 

w duchu własną głupotę, Max ruszył za gospodarzem do 
biblioteki. 

- Jeszcze brandy, lordzie Blakehurst? 

Max postanowił zapomnieć o dobrych manierach. 

-Nie, dziękuję. 

Faringdon i tak nalał trunek dla gościa i niemal wepchnął 

mu kieliszek w ręce. 

- Bez obaw, wasza lordowska mość. To nie ta sama bran­

dy, co w jadalni. Nie chcę marnować znakomitego trunku dla 
tej tłuszczy. 

- Dość już wypiłem - poinformował go Max zimno. 
- Dość? Och, hm. No cóż. - Upił brandy z kieliszka. - Za 

interesy. Myślę, że będzie pan zadowolony. Dostanie pan naj­

lepszą... 

Max natychmiast go usadził. 

- Lordzie Faringdon, zechce mnie pan poinformować o lo­

sie panny Scott? 

- Panny Scott? 

Faringdon wyraźnie unikał jego wzroku. Blakehurst posta­

nowił nie ustępować. 

- Tak. O ile mi wiadomo, jest ona bratanicą pani Faringdon 

i znajduje się pod waszą opieką. Jej zmarły ojciec był moim 

dowódcą i pomyślałem sobie, że dowiem się, co ta panna po­
rabia. - Udawał, że uważnie wpatruje się w jeden z obrazów. 

- Och. - W głosie gospodarza dała się słyszeć pogarda. -

Obawiam się, że nie ma jej z nami 

background image

— 35 — 

Gniew sprawił, że Max obrócił się na pięcie i uważnie po­

patrzył na Faringdona. Stało się to, czego się tak obawiał. Ve­

rity Scott została odesłana. Najwyraźniej jej tragiczne losy nie 

zdołały wzruszyć Faringdonów. Widział teraz, że jedyne, na 
czym im zależało, to awans społeczny. Zapewne odesłali ubo­
gą kuzynkę do starej krewnej albo na pensję dla dziewcząt. 

Postanowił, że zaraz wszystkiego się dowie. 

Max z trudem rozluźnił palce. Wiedział, że jeśli pragnie 

uzyskać informacje, nie powinien zaciskać pięści, przynaj­
mniej nie jawnie. 

- Powie mi pan, gdzie ją znajdę? Chciałbym złożyć jej wy­

razy szacunku. 

Co oni z nią zrobili? Czy mógł jej jakoś pomóc? Może za­

trudniłaby ją jego ciotka Almeria, lady Arnsworth? 

- Chyba nastąpiło nieporozumienie - powiedział lord Fa-

ringdon pośpiesznie. - Kiedy powiedziałem, że nie ma jej 
z nami, miałem na myśli, że ona... że ona. 

- ... nie żyje - dopowiedział Max. Było to stwierdzenie, 

a nie pytanie. Gdy lord Faringdon pokiwał głową, przygnę­
biony Max zdołał jedynie spytać: - Kie... Kiedy? 

Nic nie mógł poradzić na to, że głos mu drżał. To biedne 

dziecko nie żyło! 

- Och, wkrótce po tym, jak do nas przybyła. - Lord Faring­

don westchnął obłudnie. - Naturalnie, bardzo to smutne, ale, 
bez wątpienia tak było najlepiej. Niewiele by się dało dla niej 
zrobić po tej haniebnej śmierci Scotta. Śmiem twierdzić, że 
to wyczuwała. 

Max pamiętał piętnastolatkę, jak zapłakana klęczała w bło­

cie przy grobie ojca i sadziła cebulki hiacyntów. 

background image

36 

- Na pewno nie chce pan drinka, lordzie Blakehurst? Nie 

wygląda pan najlepiej. 

- Rozumiem, że jest pochowana na przykościelnym 

cmentarzu - zdołał powiedzieć Max. - Pójdę odwiedzić jej 
grób. 

Hiacynty. Lubiła hiacynty. Postanowił, że wyprosi kilka 

sztuk u ogrodnika. 

Lord Faringdon wyglądał tak, jakby zamierzał udusić się 

własnym halsztukiem, tak mocno za niego ciągnął. 

- Hm... Co do tego... Obawiam się, że została pochowana 

w nieoznakowanym grobie. Smutne, bardzo smutne. Najwy­

raźniej była to jakaś rodzinna skaza. Dobrze, że ominęła na­
szą gałąź rodziny. 

A więc ona... Przypomniał sobie inny grób samobójcy. 

Niemal czuł na twarzy deszcz, w nozdrzach zapach wilgotnej 

ziemi, słyszał krzyki... I ponownie ujrzał zalaną łzami twarz 
młodziutkiej dziewczyny, słyszał jej drżący głos, którym usi­
łowała śpiewać psalm, poczuł jej ciało w swoich ramionach, 
gdy próbował ją pocieszyć. Widział ciemne oczy, lśniące od 
łez i wdzięczności za tak niewiele, tak niewiele... 

Oszołomiony, zrozpaczony, odwrócił się i bez słowa wy­

szedł z biblioteki. 

Verity wymknęła się z kuchni, gdy tylko skończyła przeli­

czanie sreber. Szybko przemierzyła korytarz i pobiegła w kie­

runku tylnych schodów, prowadzących do jej sypialni. 

Odgłos kroków na głównych schodach sprawił, że jeszcze 

bardziej przyśpieszyła kroku. Ciotka wyraźnie dała Verity do 
zrozumienia, że ma się trzymać z dala od gości. Na razie uda-

background image

37 

ło się jej przebrnąć przez ten dzień bez żadnych poważnych 
kłopotów i wcale nie zamierzała tego zmieniać. 

Dotarłszy do schodów z tyłu, uniosła nieco suknię i zaczę­

ła przeskakiwać po dwa stopnie naraz. Nagle krzyknęła prze­
straszona, gdy jakiś cień oderwał się od ściany i wyciągnął ku 
niej ręce. Poczuła znajomy odór przetrawionej brandy. 

- Puść mnie, Godfrey! - Odepchnęła wstawionego kuzyna 

i usiłowała go ominąć, ale bez trudu złapał ją ponownie. 

- Tylko braterski buziak, co? - Uśmiechnął się do niej lu­

bieżnie. Zwykle tak robił, gdy jego matka nie patrzyła. 

- Przestań! - syknęła Verity i uderzyła go w twarz. 
- Nie przepuszczę cię bez pocałunku - wybełkotał jej ku­

zyn. Odór alkoholu był nie do zniesienia. 

- Nie! - Kopnęła go w goleń, boleśnie uderzając się przy 

tym w duży palec u nogi. To wystarczyło. Godfrey wrzasnął 
z bólu i odepchnął Verity, tak że zatoczyła się do tyłu z okrzy­
kiem strachu na ustach. 

Lądowanie przeraziło ją jeszcze bardziej niż atak God-

freya. Zamiast runąć na podłogę, znalazła się w czyimś moc­
nym uścisku. Mężczyzna, który ją złapał, po chwili postawił ją 
na ziemi i puścił. Oszołomiona, popatrzyła na ponurą twarz, 
z której spoglądały na nią oczy o barwie kasztana. 

- Och - jęknęła. - Co pan tu robi? 

Ciemne brwi uniosły się w niemym pytaniu. 

- Czy my się znamy? 

Cały świat Verity wywrócił się do góry nogami, gdy wpa­

trywała się w jedną tę jedyną osobę, której musiała za wszel­
ką cenę unikać. 

- Ależ... Ależ nie - skłamała. - Bardzo się przestraszyłam. 

background image

38 

Dziękuję panu. Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. Poślizgnęłam 

się na schodach. 

- Czyżby? - W głosie mężczyzny dała się słyszeć ciekawość. 

- Faringdon też się poślizgnął? 

Verity nagle poczuła, że jej wybawca złapał ją za łokieć. 

- Możesz się ujawnić, Faringdon - oznajmił. - Mam na­

dzieję, że wszyscy dobrze się zrozumieliśmy. 

Godfrey wyłonił się z korytarza. Verity poczuła niezwykłą 

radość, widząc, że niechcący zahaczyła paznokciami o jego 
policzek. 

- Czego się wtrącasz? - wymamrotał Godfrey. - Nie jesteś 

u siebie. 

- Nie wiesz, że należy spełniać kaprysy gości, Faringdon? 

Widać, że ta służka nie ma ochoty na twoje umizgi. Speł­

nisz mój kaprys, jeśli zostawisz ją w spokoju. Czy to jas­

ne? 

Służka? Verity pomyślała, że właściwie to dobrze, że Max 

wziął ją za jedną z pokojówek. Opanowała złość i pochyliła 

głowę. Pewnie w tym stroju rzeczywiście wyglądała jak służą­
ca. Zresztą już wcześniej doszła do wniosku, że nie wolno jej 
informować go o swoim pobycie w Faringdin Hall. 

Godfrey uśmiechnął się z pogardą. 

- Nie ma ochoty? Ona zawsze ma ochotę. 
- Idź. - Blakehurst wyglądał, jakby lada moment miał wy­

buchnąć. - Idź, nim zapomnę, że twój ojciec jest tu gospoda­
rzem. 

Godfrey cofnął się o krok. 

- Pewnie myślisz, że sam skorzystasz, co, Blakehurst? -

Nonszalanckim gestem opuścił rękawy. Nagle dotknął twa-

background image

39 

rzy dłonią i z niedowierzaniem popatrzył na krew. Spojrzenie, 
które rzucił Verity, obiecywało srogą zemstę. 

Verity ogarnął lęk. Jeśli informacja, że wylądowała w ra­

mionach lorda Blakehursta, doszłaby do uszu ciotki Faring-
don, Verity miałaby poważne kłopoty. 

- Proponuję, żebyś przestał oceniać innych poprzez pry­

zmat własnych niecnych postępków, Faringdon. - Jego lor-
dowska mość nawet nie starał się ukrywać wściekłości. - Nie 
odczuwam potrzeby zmuszania niechętnych służek do uległo­

ści. A teraz zabieraj się stąd! 

Godfrey odszedł, przedtem rzuciwszy Verity jeszcze jedno 

wrogie spojrzenie. Drżąc, odwróciła się, żeby również odejść. 

Uznała, że jeśli Godfrey nie wspomni o udziale lorda Blake­
hursta w zajściu, ona będzie względnie bezpieczna. 

- Chwileczkę. 

Odwróciła się powoli. Niemal wbrew woli Verity jej spoj­

rzenie powędrowało do twarzy Maxa. Była ona bardzo męska, 

emanowała siłą i stanowczością. Verity czuła, że szaleją w niej 
emocje, chociaż pozornie zachowała spokój. 

- Tak, panie? 
- Ciekawisz mnie, dziewczyno. 

Verity nie odpowiedziała, starała się tylko wyglądać ulegle. 

- Czy jesteś służącą? 

Pięć lat temu, jeszcze trzy, Verity natychmiast by zaprze­

czyła. Teraz, kiedy tak łatwo mogła stracić dom, a nie miała 

przecież dokąd pójść, teraz, gdy doskonale rozumiała, co ją 

czeka, jeśli straci dach nad  g ł o w ą . . . . 

- Nie wysławiasz się jak służąca - zauważył lord Blake-

hurst. 

background image

40 

- Jestem guwernantką, opiekunką do dzieci - wymamrota­

ła. Nie było to do końca kłamstwo. Starała się douczać młod­

sze dziewczynki, mimo że miały płatne guwernantki. Z cza­
sem tych zajęć przybywało. 

- Aha. - Najwyraźniej zaakceptował to wyjaśnienie. -

Wspomnę o tym zajściu twojej pani i... 

- Na litość boską, nie! - Z trudem ściszyła głos. - Moja... 

- To twoja pani, nie ciotka, pamiętaj, przykazała sobie.. - Lady 

Faringdon zrzuci winę na mnie, nie na Godf..-. Nie na niego. 
Zwolnią mnie. Proszę nic nie mówić! 

- Jak się nazywasz? 

Z trudem wykrztusiła znienawidzone nazwisko: 

- Selina Dering, wasza lordowska mość. 

Nagle rozległ się dobrze jej znany głos. 

- Co się tu dzieje, że pozwolę sobie zapytać? 

background image

Rozdział drugi 

Na dźwięk głosu ciotki Faringdon Verity pożałowała, że 

nie może zamienić się w kamień albo w sopel lodu, żeby ni­

czego nie czuć. Ten delikatny z pozoru głos potrafił głęboko 
ranić. 

- To ty, Selino! Zabieraj się stąd! Arogancka dziewczyna. 

Natychmiast do swojego pokoju. 

Pani Faringdon odwróciła się do lorda Blakehursta i słod-

ko uśmiechnęła. 

- Muszę pana prosić o wybaczenie, wasza lordowska mość. 

Służba nie zna swojego miejsca. Mam nadzieję, że zbytnio nie 
zawracała panu głowy. 

Odciągnęła lorda Blakehursta na bok, ale przedtem zdą­

żyła rzucić Verity spojrzenie, które nie wróżyło niczego do­
brego. 

Verity wróciła na schody i wbiegła do ciemnego pokoiku, 

w którym panował wieczny chłód. Zamknęła za sobą drzwi 
i oparła się o nie, drżąc w ciemności. Pod zamkniętymi po­
wiekami wciąż widziała twarz swojego wybawcy. 

Nie rozpoznał jej. 

background image

42 

Nie myśl o nim, przykazała sobie surowo. 

W ciemnościach szybko przygotowała łóżko do snu. Wciąż 

drżąc, zapaliła świecę z łoju, wyjęła dziennik ojca spod po­

duszki i położyła się. 

Nie mogła uciec od prawdy. 
Lord Blakehurst, zalotnik Celii, był jej Maxem. 
Oszołomiona, otworzyła dziennik w miejscu, gdzie ojciec 

opisywał początek bitwy pod Waterloo, a także swojego... 

„... nowego majora, Maxa B. Nie będę go nazywał inaczej, 

jego rodowe nazwisko i status społeczny nie mają najmniej­

szego znaczenia, jeśli chodzi o czekające nas zadanie. To szla­
chetny człowiek i bez wahania powierzę swój los jego pieczy, 
gdy w końcu spotkamy się oko w oko z Bonapartem. Słysza­

łem od dowódców historię o inteligencji majora oraz jego od­
wadze... 

Była to pierwsza z wielu wzmianek o Maksie. Najwy­

raźniej pułkownik Scott bardzo się przywiązał do młodego 
oficera i traktował go wręcz jak syna. Verity zamknęła oczy, 
przypominając sobie maleńkie dziecko, które spoczęło 

w grobie wraz z jej matką. Nie, nie wolno jej o tym myśleć, 

nie wolno myśleć o tym, jak ojciec powrócił następnego 
dnia po tej tragedii... 

„... myślę, że Mary by go zaakceptowała, a Verity polubiła. 

Ma bardzo łagodne podejście do kobiet i dzieci". 

Słowa, które William Scott napisał o stosunku Maxa do 

kobiet, powinno wywołać rumieniec na policzkach jego cór­
ki, ale Verity podejrzewała, że młodzi dżentelmeni na całym 
świecie są tacy sami. Poza tym panie, które Max zabawiał 

w Brukseli, najwyraźniej nie miały nic przeciwko temu. Wy-

background image

43 

glądało na to, że pułkownik Scott nie potępiał Maxa za jego 
młodzieńcze wybryki. 

Łapczywie przeczytała sprawozdanie ojca o tygodniach 

przed bitwą pod Waterloo. Wszędzie napotykała wzmianki 

o Maksie. Przez te pięć lat, odkąd weszła w posiadanie dzien­
nika, Max stał się jej bardzo bliski. Dowiedziała się, że dosko­

nale zna się na koniach i przepada za psami. Wiedziała też, że 
nie cierpi herbaty i uwielbia kawę. Wiedziała nawet, że lubi ja­

jecznicę na bekonie i że sam doskonale ją przyrządza. 

Pamiętała, ile dobroci okazał jej, osieroconej dziewczynie. 

„Bardzo łagodne podejście do kobiet i dzieci". 

Był jej drogi niczym bliski krewny. Max, którego odnala­

zła w dzienniku ojca, upewnił ją, że nie wymyśliła sobie męż­
czyzny, który zasadził hiacynty na grobie samobójcy, strzegł 
spokojnego snu jego córki i zostawił jej porządne śniadanie. 

W ostatnich pięciu latach był dla niej jedynym przyjacielem, 

sama świadomość jego istnienia podnosiła Verity na duchu, 
gdy zasypiała we łzach. A teraz przebywał tu, w tym domu, 
i zapewne emablował jej kuzynkę. 

Odłożyła dziennik i zdmuchnęła świecę. Nigdy nie przy­

szło jej do głowy, że Max może być tak wysoko urodzony. 

Godzinę później nadal bezsennie leżała w ciemnościach. 

Tak bardzo żałowała, że lord Blakehurst pojawił się w Faring-

don Hall. Gdyby do tego nie doszło, nic nie zakłóciłoby jej 
idealnego wyobrażenia Maxa, który, przynajmniej w jej ma­
rzeniach, zająłby się pohańbioną córką samobójcy. 

Teraz tę hołubioną przez lata wizję zmieniła rzeczywi­

stość. Arystokrata nigdy nie poświęciłby jej ani jednej myśli. 

background image

44 

Z goryczą przypomniała sobie, jak pytała, czy jeszcze kiedy­
kolwiek się spotkają. 

Lord Blakehurst nic nie mógł ofiarować Verity Scott. Je­

śli ma chociaż odrobinę rozumu, musi trzymać się od niego 

z daleka. 

Uwolniwszy się w końcu od natrętnej obecności lady Fa-

ringdon, Max udał się do sali bilardowej, gdzie zastał wszyst­

kich z wyjątkiem Godfreya. Liczył na to, że przekona go­

spodynię, że to on ponosi całkowitą odpowiedzialność za 
spotkanie z nieszczęsną Seliną. Miał wątpliwości, czy lady Fa-

ringdon mu uwierzyła. 

Wciąż prześladowało go spojrzenie ciemnych oczu. Było 

w nich coś znajomego. Tylko jedna dziewczyna poza tą służką 
patrzyła na niego w identyczny sposób - Verity Scott. Obiecał 

sobie, że za wszelką cenę pomoże służącej. Kilka zawoałowa-
nych gróźb mogło okazać się bardzo przydatne. 

Pod koniec partii bilarda Max powiedział: 

- Chciałbym zamienić z panem słowo, lordzie Faringdon. 

Faringdon odwrócił się powoli i ostrożnie odłożył kij. 

- Jeśli chodzi o sprawę, o której wspomniał pan wcześ­

niej... 

- Niezupełnie. Raczej o to, że chyba powinien pan poroz­

mawiać z synem. Dziś byłem świadkiem, jak usiłował zmusić 
do uległości jedną z państwa służących. 

- Służącą? - Faringdon wydawał się poruszony. - Którą? 

Max przypomniał sobie szeroko rozwarte, przestraszone 

oczy Seliny. Wzruszył ramionami. 

- A skąd mam wiedzieć? 

background image

45 

Faringdon ponownie chwycił za kij. 

- No cóż, przecież chodzi o zwykłą sługę. Młodzi ludzie 

muszą się wyszaleć. Sam pan dobrze wie, jak to jest, wasza lor-

dowska mość. - Popatrzył na Maxa znacząco. - To taka roz­

rywka. Na pewno dziewczyna nie miała nic przeciwko temu. 

Max poczuł, jak ogarnia go gniew. 

- Zapewniam pana, że była bardzo przygnębiona. Nie za­

waham się wspomnieć o tym każdemu, kto o to zapyta. - Fa­
ringdon zdawał się całkowicie niewzruszony tymi słowami. -
Pan również nie chciałby, żeby zadawano panu jakiekolwiek 
pytania na temat tragedii panny Scott, prawda? 

Ku jego zdumieniu, Faringdon pobladł gwałtownie. 

- Porozmawiam z Godfreyem. Ale, doprawdy, wasza lor-

dowska mość, to służąca, nikt ważny. 

Max wyszedł bez słowa, zanim zdążył zapytać, czy, zda­

niem gospodarza, Verity Scott była kimś ważnym, i zanim 
rzucił się na niego z pięściami. 

Udał się prosto do swojej sypialni. Jego były ordynans 

właśnie składał koszule. 

- Co ty tu robisz, do diabła? - warknął Max, nadal wściek-

ły. 

Harding uśmiechnął się do niego szeroko. 

- To, co do mnie należy. Tutaj mi lepiej niż w pomieszcze­

niach dla służby. I co, udało się? 

- Nie. Dobranoc, Harding. 
- Dobranoc, proszę pana. 

Zamknął za sobą drzwi, a Max osunął się na krzesło. Prag­

nął tylko odrobiny ciszy i spokoju, żeby ochłonąć i pomyśleć. 
Pogodzić się z tym, że zawiódł Verity Scott, tak jak niegdyś za-

background image

46 

wiódł jej ojca. Założył, że wszystko będzie dobrze, że dziew­

czyna jest bezpieczna wśród krewnych. Uznał, że nic więcej 
nie zdoła uczynić. 

Nie mógł przestać o tym myśleć. Pomylił się. Co oni jej 

zrobili, do diaska? Nagle przed oczyma stanął mu Godfrey Fa-
ringdon. Czy się jej narzucał? Prześladował ją w taki sam spo­
sób, w jaki napastował tę biedną guwernantkę Selinę? 

Max z goryczą pomyślał, że nigdy się tego nie dowie. Że 

nikt nie piśnie ani słowa z obawy przed skandałem.Nie miał 
również możliwości dowiedzieć się, gdzie pochowano to bied­
ne dziecko. Nie był w stanie zrobić dla niej choćby tego, co 
uczynił dla jej ojca. 

Zamknął oczy, a pod powiekami znów zobaczył zrozpa­

czoną dziewczęcą twarz. Wtedy, w marnym świetle, nie zdo­
łał dobrze się jej przyjrzeć. Widział jedynie strach i rozpacz 

w ciemnych oczach. I olbrzymią wdzięczność. 

Rankiem, leżąc na na sofie w swoim buduarze, lady Faring-

don sztorcowała nieposłuszną bratanicę. 

- Co ty sobie wyobrażałaś, narzucając się lordowi Blake-

hurstowi? Ty chytra mała ladacznico! - Nie pozwalając Verity 

wtrącić choćby słówka, lady Faringdon ciągnęła: - Pomyśleć, 
że ofiarowaliśmy ci dach nad głową, przyjęliśmy cię jak swo­

ją. Jak śmiałaś! 

Verity odetchnęła głęboko. Przypomniała sobie, że nie wol­

no jej wybuchnąć. 

- Możesz bez trudu się ode mnie uwolnić, ciociu. Napisz 

mi tylko referencje, znajdę sobie zajęcie i zniknę z wasze­
go domu. 

background image

47 

- Niby dlaczego, niewdzięczna dziewucho! Wyobrażasz so­

bie, że... 

Umilkła, gdy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia 

wszedł Godfrey. Mimo upływu czasu zadrapania na jego twa­

rzy wciąż wydawały się bardzo świeże. Verity poczuła satys­
fakcję. 

- Godfrey! Co się stało? - zawołała pani Faringdon. 
- Nic takiego. Tyle że ona - rzucił kuzynce nienawistne 

spojrzenie - nie chciała zrobić czegoś, o co ją poprosiłem. 

Verity na moment przymknęła oczy. Teraz nie czuła już 

żadnej satysfakcji, jedynie strach. Mogła szczerze powiedzieć, 

o co ją prosił Godfrey, i zostać oskarżona o to, że usiłowa­
ła zmusić go do małżeństwa. A wpaść w taką pułapkę... Już 

śmierć byłaby lepsza. 

Oddychając głęboko, zamknęła się w sobie, uciekła od in­

wektyw, od nienawiści. Była to jej jedyna obrona - obojętność 
w obliczu furii przeciwnika. 

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju 

wpadł lord Faringdon. Jego wściekle spojrzenie spoczęło 
na Verity. 

- Wynocha - warknął tylko. 

Z ulgą wymknęła się z sypialni ciotki. Zamykając drzwi, 

usłyszała jeszcze słowa lorda Faringdona: 

- Co, do diaska, wydarzyło się wczoraj między tobą a Blake-

hurstem, chłopcze? 

To ją zaszokowało, ale nie odważyła się wrócić do pokoju. 

Drżącą ręką zamknęła drzwi i rozejrzała się uważnie po ko­
rytarzu. Był pusty. 

Pochyliła się do dziurki od klucza. Przywykła już do słu-

background image

48 

chania inwektyw pod swoim adresem, a czasem wiedza na te­
mat aktualnej sytuacji oznaczała bezpieczeństwo. 

- Zostaw tę dziewczynę, póki Blakehurst przebywa w na­

szym domu! 

Godfrey wystękał coś niezrozumiale, za to głos lorda Fa-

ringdona dobiegał do niej czysto i wyraźnie. 

- Jeśli nie, to możesz zapomnieć o uposażeniu na cały rok. 

Ostatnie, czego nam trzeba... 

Verity już się nie dowiedziała, czym było to ostatnie. Na 

odgłos kroków wyprostowała się i uciekła. To, co usłyszała, 

w zupełności jej wystarczało. Przez kilka następnych dni by­
ła bezpieczna. Może zdoła dzięki temu pomyśleć o ucieczce. 
Tymczasem musiała trzymać się z dala od Maxa Błakehursta. 

Verity złożyła następne prześcieradło i dodała je do 

stosika. Zostały jeszcze trzy do zacerowania. Szybki rzut 
oka na zegar upewnił ją, że ma sporo czasu. Wszyscy uda­
li się na przejażdżkę łodziami, zostały przynajmniej dwie 
godziny do ich powrotu. Wystarczy, żeby dokończyć szycie, 

wymknąć się do ogrodu i wrócić, nim ktokolwiek zdoła ją 

zauważyć. Ciotka Faringdon dała wczoraj jasno do zrozu­
mienia, że jeśli Verity będzie narzucała się gościom, gorz­
ko tego pożałuje. 

Nie miała dokąd pójść. Nie stać jej było na to, by dać się 

wyrzucić. Ciotka Faringdon nie chciała zaopatrzyć jej w refe­

rencje, dzięki którym Verity mogłaby się zatrudnić jako gu­

wernantka albo dama do towarzystwa. 

- Nigdy tego nie zrobi - powiedziała do siebie, sięgając po 

następne prześcieradło. - Może i mnie nienawidzi, ale jeszcze 

background image

49 

bardziej nienawidzi samej myśli o tym, że guwernantce mu­
siałaby płacić co najmniej dwadzieścia funtów rocznie. 

Było to jedyne wyjaśnienie. Bez referencji Verity czuła się 

całkiem bezradna. 

Drzwi otworzyły się gwałtownie i pojawiła się w nich wy­

soka, znajoma sylwetka. Max zatrzasnął drzwi i nie odezwał 
się ani słowem. Rozglądał się przez chwilę uważnie, po czym 

ruszył ku wielkiemu kredensowi w kącie. Ku niesłychanemu 
zdumieniu Verity, schował się za drzwiami. Nadal nie wypo­
wiedział choćby jednego słowa. 

- Wasza lordowska mość... 

Popatrzył na nią ze swej kryjówki. 

-  C i c h o ! 

- A pańskie buty? - zapytała, nie zwracając uwagi na jego 

wściekłe spojrzenie. 

- Co? - Spojrzał w dół. - Psiakrew! - Jego buty wystawały 

spod drzwi. - Szybko. Postaw tutaj ten koszyk. 

Verity posłusznie spełniła polecenie, zastanawiając się przy 

okazji, dlaczego bogaty i szanowany dżentelmen szuka kry-

jówki niczym spłoszony królik. 

Po chwili poznała odpowiedź. Drzwi się otworzyły i pani 

Moncrieff zajrzała do środka. 

- jest tu jego lordowska mość, dziewczyno? 

Verity mimowolnie zmrużyła oczy. Ze swojej pozycji do­

skonale widziała lorda, który pokręcił głową. 

Natychmiast odpowiedziała piskliwie: 

- Nie, psze pani. Pan polazł na łodzie z resztą. Mam coś 

zacerować? 

- Chodzi o lorda Blakehursta, dziewczyno! 

background image

50 

- O lorda Blakehursta? Tutaj, psze pani? A co jego lordow-

ska mość miałby tu robić w moim towarzystwie? 

Delikatne usta wydęły się z pogardą. 

- Nic, w rzeczy samej. Niewiele miałabyś mu do zaofero­

wania. 

Drzwi zamknęły się gwałtownie, a Verity wymamrotała so­

czyste słowo, które bardziej kojarzyło się z rynsztokiem niż 
z przyzwoitą młodą damą. 

- Tak. Zgadza się. 

Odwróciła się gwałtownie i ujrzała uśmiech na twarzy Ma-

xa. Poczuła, jak rumieniec wypełza jej na policzki. W gniewie za­
pomniała o jego obecności. 

- Ale wiesz, ona się myli - dodał lord Błakehurst swobod­

nym tonem. 

-Myli? 
- Myli się - powtórzył. - Masz mi mnóstwo do zaoferowa­

nia - ciągnął. - Na przykład swoją inteligencję. No i ten płe-
bejski akcent też był niezwykły. - Max uśmiechnął się jeszcze 
szerzej. - Bardzo ci dziękuję - dodał. 

Zmusiła się do tego, żeby nie odpowiedzieć mu uśmie­

chem. 

- Chyba powinien pan już iść - oświadczyła. 
- Już? - Uniósł brwi. - Nie spłaciłem ci jeszcze długu. 
- Nie ma pan wobec mnie żadnych długów. Pomógł mi 

pan. Proszę, niech pan idzie. Jeśli ktokolwiek znajdzie pana 

tutaj... 

- Przecież wszyscy udali się na przejażdżkę łodziami. 
- A służba... To znaczy inni służący? - poprawiła się na­

tychmiast. - Myśli pan, że nie będą plotkować? 

background image

51 

Jedna czy dlwie służące współczuły Verity, ale większość 

miała do niej taki sam stosunek, jak ich pani. 

Max uśmiechnął się szeroko i wyciągnął dużą chustkę. Po 

chwili rozdarł ją na pół. 

- Oto nasza przyzwoifka. Przyniosłem ją do zszycia. 

Verity pomyślała, że będzie w opałach, jeśli jednak ktoś ich 

przyłapie. 

- Nikt nie uwierzy w to, że elegancki lord Blakehurst zni­

żyłby się do smarkania w cerowaną chusteczkę - powiedziała 
i ugryzła się w język. Przecież pokorna, biedna Selina nigdy 
nie odważyłaby się wypowiedzieć tak śmiałej uwagi. 

- Faktycznie, dość to nieprawdopodobne - przyznał Max 

- ale niczym się nie przejmuj. Nie lubię marnotrawstwa. Ot, 

taki nawyk po służbie w armii. Spytaj mojego lokaja, powie 
ci to samo. 

- Błagam, niech pan już idzie. 

Popatrzył na nią poważnie. 

- Panno Selino, nie boisz się mnie, prawda? Chyba nie są­

dzisz, że mógłbym... mógłbym... - wyraźnie się zawahał -

potraktować cię tak samo jak Godfrey Faringdon? 

- Pan? Jak Godfrey? Ależ skąd! 
-Wydajesz się tego bardzo pewna. 

Natychmiast się speszyła. 

- Ja... No tak. Pańska reputacja nie wskazuje na to, że 

mógłby pan... To znaczy, tak, jestem pewna. A teraz pro­

szę sobie iść. 

- Czy ten padalec ponownie ci się narzucał? - spytał Max 

ostro. 

- Nie. Nie zbliżał się do mnie - odparła, lecz pomyślała ze 

background image

52 

wstrętem, że w chwili, w której lord Blakehurst wyjedzie z te­

go domu, Godfrey znowu ją dopadnie. 

-To dobrze. 
- A właściwie dlaczego to pana interesuje? 

Nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę i musnął palcami 

policzek Verity. Rozsądek i skromność podpowiadały jej, że­
by kazała mu cofnąć rękę, ale nie potrafiła tego zrobić. Kiedy 
ostatnio ktoś dotykał jej tak delikatnie? 

- Miłego dnia, Selino - powiedział lord Blakehurst, po 

czym zamknął za sobą. drzwi. 

Dwadzieścia minut później Max wyjechał ze stajni. By­

ło to rozsądne posunięcie, zważywszy na natarczywość pani 

Moncrieff. Miał dosyć jej natrętnych zalotów, stały się nie do 

zniesienia. 

Popędził konia. Po kilku milach galopu Max postanowił 

zawrócić do domu. Zatrzymał zmęczone zwierzę, zeskoczył 
z niego i poluzował popręg. 

- Spokojnie, staruszko. - Poklepał klacz po szyi. - Teraz się 

troszkę przejdziemy i odpoczniesz sobie. - Pomyślał, że po­
czucie winy i nienawiść do samego siebie nie usprawiedliwiają 
zajeżdżania konia. Nie śpieszył się przecież nigdzie. Właści­

wie to powinien się już zbierać z Faringdon Hall. Nic go tutaj 
nie trzymało. 

Czyżby? 
Oczyma wyobraźni ujrzał wielkie, ciemne oczy obramo­

wane długimi rzędami. Selina... Jak ona miała na nazwisko? 
Dering. Selina Dering. Zatrzymał się gwałtownie. Dlaczego, 

u diaska, zastanawiał się, czy nie zostać tutaj dla Seliny? Naj-

background image

53 

wyraźniej jego ostrzeżenie odniosło pożądany skutek. Sama 

przyznała, że od tamtego incydentu Godfrey się do niej nie 
zbliżył. Cóż jeszcze mógłby dla niej uczynić? 

Zrozumiał, że ta dziewczyna pociągała go już wczoraj, kie­

dy przypadkowo wpadła w jego ramiona. Zapragnął jej. Po­
czątkowo usiłował to ignorować. Powtarzał sobie, że działa 

w jej obronie wyłącznie ze względu na przyzwoitość. Nie do 

końca była to jednak prawda, nie kierowała nim wyłącznie 
bezinteresowność. 

Większość dziewcząt na miejscu tej służki zrobiła­

by wszystko, żeby jeszcze bardziej go sobą zainteresować. 

Tymczasem Selina próbowała jak najszybciej się go pozbyć. 
Uśmiechnął się do siebie. Zwykle akurat nie tego szukał 
w kochankach, ale chętnie zrobiłby dla niej wyjątek; Jest 

taka słodka. 

Nie! Niech do diabli, jeśli zachowa się jak Faringdon i bę­

dzie usiłował zmusić dziewczynę do uległości. Przecież nie 
trzeba tego robić, pomyślał natychmiast. Wystarczy złożyć 

propozycję. Selina może odmówić. 

I z pewnością tak się stanie. Nie dość, że nie próbowała 

wzbudzić jego zainteresowania, to jeszcze właściwie wypchnę­
ła go za drzwi szwalni. Cóż, nie była to szczególnie zachęcają­

ca perspektywa, postanowił jednak zaryzykować. 

Nie miał pojęcia, skąd pochodzi Selina, ale nie zachowy­

wała się ani nie mówiła jak służąca. 

Musiał także wziąć pod uwagę coś jeszcze. Co po jego wy­

jeździe powstrzyma Godfreya od narzucania się dziewczynie? 
Zapewne młody Faringdon rzadko natrafiał na opór. 

Max zaklął pod nosem. Pragnął wyjechać i jak najszybciej 

background image

54 

zapomnieć o tym miejscu, a jednak nie potrafił. Najpierw mu­
siał się upewnić, że Selina będzie bezpieczna. 

Z zamyślenia wyrwało go parsknięcie klaczy. Pogłaskał ją 

po łbie. 

- Zadowolona? Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? 

Pokręcił głową i znowu ruszył przed siebie. Pamiętał, 

jakim nieokiełzanym zwierzęciem była niegdyś ta łagod­

na klacz. Wyrwał zwierzę z rąk młodego idioty, który bru­
talnie ją traktował. Czy sytuacja Seliny nie przypominała 
tamtych okoliczności? Uśmiechnął się do siebie z polito­

waniem. Co za arogancja! Selina jest człowiekiem, a nie 

koniem, nie mógł o tym zapominać. Zwierzę nie miało 
żadnego wyboru, musiało zaakceptować swój los. Selina 
miała zaś pełne prawo odmówić. 

Zaproszono go do Faringdon Hall na dwa tygodnie, z cze­

go pozostał mu jeszcze tydzień. Wystarczy, by zdobyć jej za­
ufanie i uczucie. 

Uczucie? A skąd mu to przyszło do głowy? Od kiedy do­

magał się uczucia od swoich kochanek? Najwyżej trzy mie­
siące, nigdy więcej, nawet z damami, które darzył sympatią. 

A teraz pragnął Seliny, 

A jeśli ona go nie zechce? 
W takim razie będzie musiał obmyślić, jak jej pomóc. Przy­

szło mu do głowy, że Selina będzie się bardzo różniła od jego 

poprzednich kochanek. Miał przeczucie, że być może wcale 
nie będzie chciał się jej pozbyć po trzech miesiącach. 

Odsunął od siebie tę myśl. Musiał się skupić na tym, żeby 

ją do siebie przekonać. 

background image

55 

Następnego ranka, biegnąc po schodach, Verity usłyszała 

cichy głos: 

-Nie... Błagam pana... Nie, nie wolno... 

Zawahała się na moment. Powinna biec do Celii, by po­

móc jej przygotować się do konnej przejażdżki. Usłyszała 

szloch, a potem głośny trzask i jęk rozpaczy. Gniew zwyciężył 

w walce z ostrożnością. Uniosła suknię i puściła się biegiem. 
Za rogiem niemal wpadła na jedną z młodszych pokojówek, 

Sukey. Zapłakana dziewczyna klęczała nad tacą z rozbitą por­
celaną i bezradnie zbierała bezużyteczne skorupy. 

Nad nią stał Godfrey z uśmiechem na twarzy. 

- Następnym razem zastanowisz się, zanim odmówisz, co? 

Verity zrobiło się niedobrze. Wiedziała, że przez ten incy­

dent Sukey straci pracę. Z wściekłością odwróciła się do ku­
zyna. 

- Zostaw ją w spokoju! Nie wystarczy ci to, co zrobiłeś? 

Odejdź stąd! 

Ukucnęła obok zrozpaczonej pokojówki i pomogła jej 

zbierać skorupy. Niewzruszony Godfrey stanął nad nimi. Dy­
sząc z wściekłości, Verity zerwała się na równe nogi. Trzymała 

w ręku część porcelanowego talerza. 

- Tego szukasz? Wynoś się stąd. 

Odskoczył i zmełł przekleństwo w ustach. 

- Gdzie moja porcelana! 

Verity odwróciła się i ujrzała lady Faringdon, wyraźnie 

wściekłą. 

- Wynoś się! Pakuj swoje rzeczy. Oczekuję, że w ciągu... 
- To nie wina Sukey! 

Te słowa przerwały tyradę lady Faringdon. Utkwiła gniew-

background image

56 

ny wzrok w Verity, która postanowiła bezczelnie kłamać, bo 
ciotka i tak nie uwierzyłaby w winę syna. 

- Spieszyłam się. Wpadłam na Sukey, kiedy wybiegałam zza 

rogu. To nie jej wina. 

Ostrożnie, przykazała sobie. Żadnych wyjaśnień. Przy 

odrobinie szczęścia ciotka nie będzie pamiętała, że Veri­
ty miała iść do pokoju Celii, który znajdował się po drugiej 
stronie domu. 

Max, słysząc zamieszanie, uchylił drzwi swojego pokoju. 
Lady Faringdon, odwrócona do niego plecami, była sztyw­

na, jakby kij połknęła. Max skupił wzrok na Selinie, która sta­
ła między swoją panią a szlochającą pokojówką. 

Cisza się przedłużała. Napięcie było niemal namacalne, 

gdy Selina czekała na nieuniknione. Teraz z pewnością zosta­

nie zwolniona. Poświęciła się dla pokojówki. Max pomyślał, 
że przecież to i tak bez znaczenia. Jeśli Selinę wyrzucą, on się 
nią zaopiekuje. 

Nagle usłyszał klaśnięcie. Selina nadal stała nieruchomo, 

ale jej policzek był teraz szkarłatny. 

Max szybkim krokiem wyszedł z pokoju. 

- Dzień dobry, lady Faringdon. Mała domowa katastrofa? 

- Celowo unikał wzroku Seliny. 

- Och! - wykrztusiła zaskoczona lady Faringdon. 

Max czekał. Jeśli ponownie zamierza uderzyć Selinę... 

- Drogi milordzie! Mam nadzieję, że nie zakłócamy pań­

skiego spokoju. -Lady Faringdon popatrzyła na Selinę i wark­
nęła: - Ty bezczelna dziewucho, policzę się z tobą później. -

Po chwili krzyknęła na pokojówkę: - Posprzątaj to i wracaj 
do obowiązków! Godfrey, goście czekają, jedziemy na prze-

background image

57 

jażdżkę. Już powinieneś być na dole. - Uśmiechnęła się sze­

roko. - A wasza łordowska mość nie jest amatorem konnych 

wycieczek? 

- Wybieram się, ale najpierw muszę napisać list - skłamał 

bez wahania. - Dołączę do państwa nieco później. 

Wrócił do pokoju i nasłuchiwał kroków na korytarzu. Rze­

czywiście zamierzał jechać razem z resztą towarzystwa, lecz 
zmienił zdanie. Musiał załatwić pewną sprawę. 

background image

Rozdział trzeci 

Znalazł ją w szkolnej sali. Początkowo Verity nie zauwa­

żyła, że drzwi się otworzyły i ktoś ją obserwuje. Sprzątała po­
mieszczenie - układała kartki, czyściła kałamarze, ustawiała 
książki na półkach. Pomyślał, że wygląda na bardzo zmęczo­

ną, miała sine cienie pod oczami. Max znowu poczuł gniew. 

- Nic ci nie jest? - Z trudem panował nad głosem. 
- Och! - Książki wyleciały jej z dłoni. - Do diabła! - Schy­

liła się, żeby je podnieść. 

- Poczekaj, pomogę ci. - Ukląkł obok niej. - A to co ta­

kiego? Mój Boże, panna Mangnell? I „Lustro gracji"? Jak być 
układną młodą damą? - Zmarszczył nos. - Moja ciotka Al­
meria święcie wierzy w to dzieło. 

- W takim razie dobrze, że jej nie znam. 

Max parsknął śmiechem. 

- Proszę mi wybaczyć. Nie powinnam tak mówić. A właś­

ciwie co pan tu robi? 

Czerwony ślad na jej policzku był nadal widoczny. Max 

stłumił przekleństwo i delikatnie dotknął twarzy Seliny. 

- Przyszedłem sprawdzić, czy nic ci nie jest. Gzy to boli? 

background image

59 

Skrzywiła się, a on natychmiast opuścił rękę. 

- To się więcej nie zdarzy - powiedział cicho. 

Nie patrząc mu w oczy, podniosła książkę z podłogi. 

- Tego nie może pan wiedzieć. 
- Owszem, mogę - odparł. - Dlaczego to zrobiłaś, Seli-

no? Bez wątpienia ta kobieta zwolni cię nieco później, gdy 

znajdzie twoją następczynię. Dlaczego nie powiedziałaś jej 

prawdy? 

- Myśli pan, że uwierzyłaby? A jeśli nawet, doszłaby do 

wniosku, że Sukey sama się o to prosiła, że sprowokowała 

Godf... że celowo sprowokowała pana Faringdona. 

- Selino, dokąd pójdziesz? 
- Pójdę? - Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. - O czym 

pan mówi, wasza lordowska mość? 

- Kiedy twoja pani cię stąd wyrzuci - wyjaśnił cierpliwie. -

Wątpliwie, by dała ci referencje. Czy masz się dokąd udać? 

- Nie zwolni mnie. 
-Słucham?! 
- Nie zwolni mnie. 
- Selino, nie bądź niemądra. Czy myślałaś o tym, by zająć 

się czymś innym? Całkiem innym. - Miał wrażenie, że zaraz 

udławi się własnym halsztukiem. 

Na widok jej zdziwionego spojrzenia poczuł się jeszcze 

gorzej. Dlaczego to wszystko okazało się takie piekielnie 
trudne? 

- Nie. Nie mam referencji. Ale ona mnie nie zwolni. 

Postanowił nie ciągnąć tego tematu. 

- Skarbie, czego pragniesz? - spytał łagodnie. 

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma. 

background image

— 60 

- Dlaczego pan tak mnie nazwał? 

Max sam tego nie wiedział. Dotychczas nie zwrócił się tak 

do żadnej kobiety, ale to określenie pasowało do Seliny. 

- Czego pragniesz? - powtórzył. Na widok jej zmarszczo­

nego czoła dodał: - Tak ogólnie, od życia. 

Na litość boską, skąd mu to przyszło do głowy? Przecież 

doskonale wiedział, czego pragną kobiety. Ładnych, modnych 
strojów, biżuterii, powozu, męskiej atencji, tego co... 

- Rodziny. 
- Czego? 

Zarumieniła się gwałtownie. 

- Nie musi się pan ze mnie wyśmiewać. Wiem, że to nie­

możliwe, ale sam pan pytał - tłumaczyła pośpiesznie. 

- Pragniesz mieć dzieci? - spytał ostrożnie. Jego dotych­

czasowe kochanki podejmowały wszelkie środki ostrożności, 
by zapobiec takiej katastrofie. Kochanka, która marzy o dzie­
ciach? Ścisnęło mu się serce. 

Verity nie odezwała się ani słowem i ponownie zaczęła 

ścierać kurze. Max zmarszczył brwi. 

-Selino? 

Nie odpowiedziała od razu. 

- Dzieci pewnie też, w przyszłości. Miałam na myśli coś in­

nego. Chciałabym przynależeć. Być częścią życia łudzi, a nie 
zawsze stać na uboczu. 

- Nie masz rodziny? -I znów ledwie zapanował nad głosem. 

- Nikogo, komu mogłabyś się poskarżyć, choćby w liście? 

- Nie mam nikogo, kogo nazwałabym swoim krewnym - od­

parła hardo. - Nikogo, komu mogłabym podarować prezent. 
Może to i dobrze, bo i tak nie miałabym nic do ofiarowania. 

background image

61 

Naprawdę głęboko jej współczuł, choć jednocześnie do­

skonałe wiedział, że brak rodziny daje mu przewagę. Skoro 
nie miała rodziny, nikt nie będzie przerażony ani zawstydzo­
ny jej ewentualnym moralnym upadkiem. Nikt się jej nie wy­
rzeknie. Postanowił zignorować wyrzuty sumienia, które pod­
powiadało mu, że w takiej sytuacji dziewczyna jest całkiem 
bezbronna. Zrobił krok w kierunku Seliny, wyjął miotełkę 
z jej dłoni i rzucił na podłogę. 

Verity poczuła, że jej dłoń uwięzła w ciepłym uścisku. Za­

drżała. Na litość boską, co on zamierza? Popatrzyła na Maxa, 
zaszokowana, i zrozumiała, że popełniła błąd. 

- Nic? - Uśmiechnął się szeroko. 

Niepewnie pokręciła głową. 

- Nie mam zupełnie nic.- powiedziała. 
- Mylisz się. Masz coś, czego ja bardzo pragnę. 

Podszedł jeszcze bliżej, a ona poczuła aromat jego wody 

kolońskiej. 

- Czy zastanawiałaś się nad zmianą w swoim życiu, Selino? 

- zapytał cicho. 

- Go takiego? 

Verity nie mogła się skupić, kiedy stał tak blisko. Pokręciła 

przecząco głową. Faringdonowie nigdy by jej nie puścili, tego 
jednak nie mogła mu wyjawić. Bałaby się, że to podsunie mu 
wskazówkę co do jej tożsamości. 

- Bez referencji... Nie miałabym się z czego utrzymać. 

Była to prawda, choć nie do końca. Wetknęła niesforny pu­

kiel za ucho. Natychmiast wysunął się ponownie. Verity znów 
uniosła dłoń, po czym zamarła. 

Max odsunął kosmyk z jej czoła, ale zamiast założyć go za 

background image

62 

ucho Verity, zanurzył dłoń w jej włosach. Czuła jego palce na 
swojej skroni, a zaraz potem na policzku i szyi. 

Zrobiło się jej gorąco, ogarnęło ją nieznane, słodkie prag­

nienie. Wpatrywała się w Maxa bez słowa. 

- Wasza lordowska mość? - szepnęła w końcu. - Ja... Ja 

nie rozumiem. 

- Wobec tego będę ci musiał to wyjaśnić - mruknął. 

Pochylił się i dotknął ustami jej warg. Po ciele Verity rozla­

ła się fala nieznanej dotąd błogości. 

Nie wolno jej było tego robić. Wreszcie zrozumiała, o co 

mu chodziło. Powinna się wyrwać z jego uścisku, ale czuła się 

w nim bezpieczna, choć bezbronna. Bezbronna wobec włas­

nych pragnień. Max całował ją tak, że kręciło się jej w gło­

wie. Nagle przypomniała sobie panią Moncrieff. Pomyślała, że 
Max przywykł do pięknych kobiet, które wiedzą, jak zadowo­

lić mężczyznę, cokolwiek to znaczy. Po co ją całował? Przecież 
to niemożliwe, by jej pragnął. A może jednak? 

- Selino? Gzy teraz rozumiesz? 

Wyrwała się z jego uścisku i odwróciła, by odejść, ale zła­

pał ją za rękę. 

Znieruchomiała. Przez cały czas kręciło się jej w głowie, 

postanowiła to jednak zignorować. 

- Wasza lordowska mość? - odezwała się. 
- Chwileczkę, Selino. 

To nie zabrzmiało jak prośba, lecz jak żądanie. Verity po­

czuła strach. Tylko nie on. Czyżby się myliła? Popatrzyła na 
niego z obawą. 

Wpatrywał się w nią uważnie, po czym przeniósł spojrze­

nie na jej przegub. 

background image

63 

- Wybacz - powiedział, opuszczając rękę. 

Razem z tym uściskiem jakby odeszło coś cennego. Verity 

czekała spokojnie, strach minął. 

- Nie do wszystkiego potrzeba referencji, Selino. Mogę cię 

zapewnić, że będę znacznie czulszym kochankiem od-God-
freya Faringdona. 

Verity powoli, ostrożnie, zrobiła krok do tyłu, nie spusz­

czając spojrzenia z Maxa. Była pewna, że lada chwila chwyci 

ją i przyciągnie do siebie. Mężczyźni nie pytali, brali, na co 

mieli ochotę. 

- Nie powinno mnie tu być, wasza łordowska mość. Proszę 

mi wybaczyć. - Cofała się, nie spuszczając spojrzenia z jego twa­
rzy, aż dotarła do drzwi. Dopiero wtedy rzuciła się biegiem. 

Max zaklął pod nosem. Odmówiła mu bez wahania. 

A przecież jej życie było piekłem, tratowano ją tutaj jak nie­

wolnicę. Dlaczego jednak wolała to niż dyskretny związek 

z nim? Nie czuła do niego odrazy, zareagowała na pocałunek. 

Nie oczekiwała chyba oświadczyn? Dlaczego, u diaska, nawet 

nie rozważyła możliwości zostania jego kochanką? Najwyraź­
niej pochodziła z dobrej rodziny, nie wysławiała się jak służą­
ca. Być może propozycja Maxa ją zaszokowała. 

Szedł z ociąganiem w stronę drzwi. Chyba nie sądziła, że 

próbowałby ją do czegokolwiek zmusić? Czyżby przeraził ją 
pocałunkiem? Czy ona w ogóle domyślała się, jak bardzo jej 
pragnie? Musiał się kontrolować, żeby jej nie zagarnąć, nie 
zmiażdżyć ustami jej słodkich warg. Ledwie zdołał się opa­
nować... 

background image

64 

Dziesięć minut później Max wciąż cierpiał katusze. Za­

stanawiał się, jaki powinien być jego następny ruch. W tych 

rzadkich przypadkach, gdy kobieta nie była nim zaintereso­
wana, akceptował jej odmowę i dawał sobie spokój z zalotami. 

Właściwie to orientował się nawet wcześniej i zmieniał obiekt 

zalotów. Dlaczego zatem nie potrafił zaakceptować odmowy 
Seliny? Czy kiedykolwiek aż do tego stopnia pragnął jakiejkol­

wiek kobiety, że czuł wręcz namacalny ból? 

Może potrzebowała nieco czasu, żeby to przemyśleć. 

Przecież właściwie nie odmówiła wprost. Zastanowił się 
nad jej odpowiedzią. „Nie powinno mnie tu być, wasza 
lordowska mość. Proszę mi wybaczyć". Może potrzebo­
wała zapewnienia, że kochanek nie zostawi jej bez grosza, 

gdy ich związek dobiegnie końca. Może nie podkreślił tego 
dostatecznie jasno. 

Nie mógł uwierzyć, że okazał się tak głupi. Poza zapewnie­

niem, że będzie czulszym kochankiem od Godfreya, nie za­
proponował jej zupełnie niczego. Nic dziwnego, że odmówi­
ła. Musiał ją tylko znaleźć i wytłumaczyć... No właśnie - co 

wytłumaczyć? 

Sam nie wiedział, czego pragnie. Selina była całkiem inna 

od reszty znanych mu kobiet. W gruncie rzeczy chciał się nią 
zaopiekować, strzec jej od złego. 

Verity leżała w łóżku. Jej myśli krążyły wokół Maxa, łagod­

nej mocy jego dłoni, delikatnego pocałunku. Dlaczego drżała 
z tęsknoty na myśl o pocałunku, który trwał tak krótko? 

Tyle jej musiało wystarczyć na resztę życia. Nie miała śmia­

łości ponownie spotkać się z Maxem. Musiała przyznać, że 

background image

65 

straciła zaufanie do siebie. Całą sobą pragnęła, by ją obejmo­

wał, by jej dotykał. 

Dość! - przykazała sobie. Ten mężczyzna pragnie dużo 

więcej, niż tylko trzymać cię w ramionach. Chce dokładnie 

tego samego co Godfrey. Niczego innego. Nagle przyszło jej 
do głowy coś, co ją zdumiało: czy tak źle byłoby zostać je­
go utrzymanką? Traktowałby ją przyzwoicie, zapewniłby wol­
ność. Dałby stały dochód. Nikt nie mógłby jej zagrozić, choć 
dopiero stała na progu dorosłego życia. 

Nie! To wykluczone! Sytuacja nie była tak dramatyczna, 

aby musiała się sprzedawać. Zresztą, zapewne nie zechciałby 
zrobić z niej stałej kochanki. Najprawdopodobniej źle go zro­
zumiała. Chciał ją mieć w swoim łóżku tylko do końca poby­

tu w tym domu. Z pewnością o to mu chodziło. Nawet jeśli 
pragnął czegoś więcej... Odpędziła tę natrętną myśl, zdumio­
na własną słabością. 

Jak długo jeszcze uda mi się utrzymać na dystans God-

freya? - zadała sobie w duchu pytanie. Czy nie lepiej było­
by. .. Nie! Musiała tylko wymyślić sposób, aby się stąd wyrwać, 
gdy tylko osiągnie pełnoletność. To zaledwie nieco ponad rok. 

Przygnębiona, zamknęła oczy. Nie miała nic: ani pieniędzy, 

ani koneksji. Odejście nie poprawiłoby jej losu. 

Ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Zerwała się na równe 

nogi. Kto, u licha, zawracałby sobie głowę pukaniem? Z pew­
nością nie Godfrey..; 

- Selino? Śpisz? 

Czego chciał ten mężczyzna? Z pewnością dokładnie tego 

samego, czego pragnął po południu. 

-Nie.., 

background image

66 

- Mogę zajrzeć? 
- A jak miałabym pana powstrzymać? 
- Wystarczyłoby powiedzieć „nie" - zabrzmiała cicha od­

powiedź. Zakłopotana Verity zrozumiała, że mimowolnie po­

wiedziała głośno to, co jej przyszło do głowy. Pojęła też, że 

nawet gdyby wpuściła gościa do siebie, nic by jej nie groziło. 

Przecież zapukał i zaczekał na jej zgodę, nim wszedł. 

„Bardzo łagodne podejście do kobiet i dzieci". 
- Proszę wejść. 

Przycisnęła koc do ciała i z niepokojem patrzyła, jak ot­

wierają się drzwi i wchodzi Max. Lampa rzucała łagodną po­
światę. W takim świetle mogłaby zapomnieć, że ma przed so­

bą lorda Blakehursta. Bez trudu potrafiłaby sobie wyobrazić, 
że oto ziszcza się jeden z jej snów i staje przed nią wymarzo­
ny Max. 

Musiał mocno schylić głowę, aby nie uderzyć nią o belki 

stropowe. Był przecież taki wysoki. 

-Mogę usiąść? 
- Jeśli znajdzie pan jakiś wolny mebel - burknęła celowo 

nieżyczliwie. 

Usiadł na skrzyni. Wydawał się rozgorączkowany. 

- Rozumiesz zapewne, czemu tu jestem - powiedział ci­

chym, spokojnym głosem, który zupełnie nie pasował do je­
go rozpalonego spojrzenia. 

Verity doszła do wniosku, że musi przestać puszczać wo­

dze fantazji. Wyobrażała sobie nie wiadomo co, a przecież 

w oczach Maxa odbijało się światło lampy, nic więcej. 

- Przyszedłem się upewnić, że zrozumiałaś moją poranną 

propozycję. Nie chodzi mi o jednorazowe spotkanie. Selino, 

background image

67 

pragnę uczynić z ciebie swoją utrzymankę. Jeśli odmówisz, 
twoja sprawa. Wiedz jednak, że jestem gotów zapewnić ci 

znacznie lepsze warunki niż Faringdonowie. 

„Bardzo łagodne podejście do kobiet". 
- Dlaczego? 
- Jak to? - zdziwił się. - Dlatego, że cię proszę. Nie zmu­

szam cię do niczego. Jeśli masz zostać moją utrzymanką, mu­
sisz to uczynić z własnej woli. 

- Nie o to mi chodzi. Nie rozumiem, dlaczego w ogóle chce 

pan zrobić ze mnie swoją utrzymankę. 

Nie dodała, że nie rozumie również, czemu go o to pyta. 

- Czy to nie jest oczywiste, Selino? 
-Nie. - Nie potrafiła sobie wyobrazić, dlaczego chciałby 

utrzymywać właśnie ją. Ciotka i kuzyni zgodnie powtarzali, 
że nie ma w niej nic wartościowego. Domyślała się też, cze­
mu Godfrey się nią zainteresował: bo była bezbronna, a on 
był draniem. Niewiele się zmienił od czasów, w których ja­
ko chłopiec na oczach przerażonej kuzynki utopił kocię tylko 
dlatego, że bardzo je lubiła. 

Max - lord Blakehurst - nie należał do tego typu ludzi. Ve­

rity nie miała pojęcia, czemu taki mężczyzna zwrócił uwagę 
na kogoś takiego jak ona. 

- Bo cię pragnę, rzecz jasna - powiedział. Nieoczekiwane 

wyznanie nią wstrząsnęło. - Chcę cię wziąć w ramiona, pieś­

cić cię i pocałować każdy z twoich piegów. Widzieć, jak twoje 
oczy ciemnieją z żądzy, kiedy będę się z tobą kochał. Słyszeć, 

jak mnie błagasz, żebym cię posiadł. I chcę też słyszeć, jak 

krzyczysz z rozkoszy, kiedy cię wezmę. 

Wyciągnął ku niej ręce, zupełnie jakby nie potrafił się opa-

background image

68 

nować. Przestraszona, odskoczyła i przywarła do ściany. Max 
momentalnie opuścił ręce. Usłyszała jego ciężki oddech, za­
uważyła zaciśnięte usta. 

- Przepraszam - wyszeptała. - Nie chciałam pana rozgnie­

wać. Zaniepokoiłam się. 

Zapadła cisza. 

- Nie jestem zły - oznajmił w końcu Max. - No dobrze, je­

stem. Ale tylko na siebie, bo cię przestraszyłem. Selino, na­

prawdę cię pragnę. Nie przestaję o tobie myśleć od chwili, gdy 
cię ujrzałem. A ściślej, od momentu, w którym znalazłaś się 
w moich ramionach. Zastanów się: nawet jeśli nie zostaniesz 
wyrzucona z pracy, będziesz musiała stawić czoło Faringdo-

nowi. Teraz dał ci spokój, bo ja tu jestem, ale jak sądzisz, co się 
stanie po moim wyjeździe? Jeśli dołączysz do mnie, będziesz 
naprawdę dobrze traktowana, dostaniesz nowe stroje, biżute­
rię i pieniądze. Otrzymasz dom, w którym zamieszkasz. Po 
naszym rozstaniu przekażę ci znaczną sumę. 

Wszystko, co jej proponował, było nieporównanie atrakcyj­

niejsze od tego, co miała. Oferta byłaby kusząca, gdyby prag­
nęła choć jednej z wymienionych przez Maxa rzeczy. Kusiło 
ją coś, o czym nie wspomniał. Chciała choć przez chwilę żyć 

z kimś, komu na niej zależy. Z człowiekiem gotowym dobrze 

ją traktować. Z mężczyzną, o którego ona by się zatroszczyła. 

„Po naszym rozstaniu...". Rozstanie było nieuchronne, to wie­

działa. Czy gorzej jest doświadczyć radości i ją utracić, czy też 
nigdy jej nie zaznać? 

Max powiedział, że chciałby się z nią kochać. Godfrey po­

informował ją, czego od niej chce, lecz z jego ust nie padło 
słowo „kochać". Max miał nad nią władzę, gdyż go pragnęła. 

background image

69 

Czuła, że jego oferta jest zbyt ryzykowna, aby brać ją pod 

uwagę. A jeśli dowiedziałby się, kim jest Selina? Znienawidził­
by ją, gdyby odkrył prawdę. 

- Selino? Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć. Uwierz 

mi jednak: to, co możemy razem przeżyć, w niczym nie bę­
dzie przypominało tego, do czego cię zmuszał Faringdon. 

Nie wątpiła w zapewnienie lorda Blakehursta i nie widzia­

ła potrzeby korygowania jego błędnego założenia, że God­
frey już zabrał jej niewinność. W pewnym sensie tak się stało. 

Wszyscy Faringdonowie ją skrzywdzili. Doskonale wiedziała, 

jak świat postrzega dziewczynę w jej sytuacji. Była tanią siłą 

roboczą, a zarazem wygodną ofiarą domowego terroru. Max 
zaproponował jej ucieczkę. Niestety, nie miłość. 

Musiała mu odmówić. Ale przecież nie uczyniłaby nic złe­

go, gdyby skosztowała choć odrobiny rozkoszy, którą potem 
mogłaby wspominać przez długie lata. 

- Muszę odmówić, wasza lordowska mość - oznajmiła cicho. 
-Naprawdę? 

Zdobyła się tylko na to, by skinąć głową. 

- No cóż. - Wstał ze skrzyni, podniósł lampę i wówczas 

Verity uświadomiła sobie, że Max wychodzi. Jeśli do niego 

nie przemówi, odejdzie na zawsze, a wraz z nim przepadną 

wszystkie jej marzenia. 

- Ale, jeśli pan pozwoli, wasza lordowska mość, chciałabym 

raz jeszcze pana pocałować. 

Odwrócił się powoli. 

- Dlaczego? - spytał zdumiony. - Przecież nie życzysz 

sobie... 

- Nie mogę być pańską utrzymanką - przerwała mu. - Nie 

background image

70 

dlatego jednak, że budzi pan we mnie strach czy że panu nie 
ufam. 

- Twoje zaufanie do mnie nie podlega dyskusji, skoro 

chcesz mnie pocałować po tym, co powiedziałem ci wcześ­
niej - zauważył. - Czy jesteś świadoma wagi swoich słów, Se-

lino? Muszę cię przestrzec: zamierzam wykorzystać ten poca­
łunek do tego, byś zmieniła zdanie. Zaczniemy od pocałunku, 

ale jeśli zechcesz na nim poprzestać, sama będziesz musiała 
mi to powiedzieć. 

Ostrzegł ją, zachował się uczciwie. Ona ryzykowała, mo­

gła przyjąć propozycję lub ją odrzucić. Wyciągnęła do Maxa 
drżącą dłoń. 

Uśmiechnął się szeroko i podszedł bliżej. 

Tym razem usiadł obok niej i dopiero wtedy Verity 

uświadomiła sobie, o ile jest od niej potężniejszy. Delikat­
ny zapach wody kolońskiej drażnił jej zmysły. Poczuła, jak 
Max unosi jej głowę. Jego dotyk był łagodny, nie natarczy­

wy. Przesunął palcami po kościach policzkowych, nosie 

i brwiach. Wyczuła przyśpieszony oddech Maxa tuż przy 

swoim uchu, odwróciła więc głowę, aby nieśmiało poszu­

kać jego warg. 

Całował ją namiętnie, nie wypuszczając z objęć. Wreszcie 

ujął w dłoń jej pierś i zaczął ją pieścić. Verity czuła, że w co­
raz mniejszym stopniu kontroluje swoje zachowanie i obawia­
ła się, że nie będzie w stanie przerwać tego intymnego sam 
na sam. 

Całą siłą woli zmusiła się, by oderwać wargi od jego ust. 

Doskonale wyczuwała napięcie w ciele Maxa. Nieoczekiwanie 
ponownie zawładnął jej ustami, domagał się, by się podda-

background image

ła. Potem jednak ją puścił i znieruchomiał, oddychając z tru­
dem. 

- Moja propozycja pozostaje aktualna - powiedział cicho. 

- Wystarczy, że do mnie przyjdziesz. 

Odszedł. Odgłos jego kroków był jeszcze przez chwilę 

słyszalny na schodach, potem ucichł. Verity pozostała sama, 

wpatrzona w mrok. Posmakowała rozkoszy i teraz wiedziała 
na pewno, że popełniła błąd. Pocałunek Maxa nie przyniósł 
jej ukojenia, przeciwnie, ogarnęła ją nieodparta pokusa. 

(A-43) (ifff_78) 

background image

Rozdział czwarty 

Trzy dni później Max w zupełnie innym nastroju skończył 

śniadanie i opuścił jadalnię. Na miłość boską, co go opęta­

ło? Dlaczego pozostał w Faringdon Hall? Jeśli znowu będzie 
musiał uczestniczyć w tych idiotycznych rozmowach z wy­

jątkowo obrzydliwymi osobami, to na pewno kogoś obrazi. 
Najprawdopodobniej zacznie od tej obłudnie uśmiechniętej 

dziewczyny, Celii. Chwała Bogu, że poprzedniego wieczoru 
tak ochoczo zaglądała do kieliszka, że teraz nie była w stanie 
zejść na poranny posiłek. Bez wątpienia leżała w łóżku, sączy­
ła słabą herbatę i zmieniała życie swojej pokojówki w piekło. 

Pokojówki albo guwernantki... Kogoś takiego jak Selina. 

Nie widział jej od tamtego wieczoru, kiedy poszedł do jej po­
koiku. Najwyraźniej robiła wszystko, aby się z nim nie spot­
kać. Mógł o niej zapomnieć, powrócić do miasta. Gdy jed­
nak pomyślał o tym draniu Godfreyu, który tylko czekał na 
sposobność, aby ponownie rzucić się na Selinę... Max zacisnął 
pięści. Nic dziwnego, że już wielokrotnie przekładał wyjazd. 
Powtarzał sobie, że dopóki on jest na miejscu, dopóty jej nic 
nie grozi. Poza tym nie tracił nadziei, że będzie miał okazję 

background image

73 

spróbować ją do siebie przekonać kilkoma pocałunkami. Cały 
czas miał w pamięci chwilę, gdy jej usta nieśmiało się rozchy­

liły, gdy cicho westchnęła, czując jego dłoń na swojej piersi. 

Czy jednak się nie łudzi? Przecież Selina wyraźnie go uni­

ka, co oznacza, że nie zdecydowała się przyjąć jego propozy­
cji. Max westchnął. Nic go tutaj nie zatrzymywało. Postanowił 

wyjechać następnego dnia i natychmiast odszukać Faringdo-

na seniora, aby go powiadomić o swojej decyzji. 

Verity ciężko pracowała przez cały dzień i dopiero wieczo­

rem mogła odpocząć. Dziękowała Bogu za długotrwałe przy­

jęcie. Przynajmniej wciąż mogła przebywać z dala od rodziny 

oraz gości. Może dzisiaj wieczorem ponownie ukryje się na 
schodach i przelotnie rzuci okiem na Maxa, przechodzącego 
obok niej po drodze do sypialni... 

Tylko w taki sposób mogła go widywać, świadoma, że 

sprawia sobie więcej bólu niż radości. Przez cały czas marzyła 

o tym, by podejść do niego i przyjąć jego propozycję. Pokusa 
była tak silna, że omal jej nie uległa. 

Chyba powinna mu wyznać, kim jest. Wówczas z pewnoś­

cią nie zabrałby jej z sobą. Verity nie miała jednak śmiałości. 

Max na pewno usiłowałby zmusić Faringdonów do traktowa­
nia jej w lepszy sposób. Tylko co mógłby w ten sposób osiąg­
nąć? Nie skończyła jeszcze dwudziestu jeden lat, zatem jako 
małoletnia pozostawała pod kontrolą prawnych opiekunów. 
Max był tylko bywalcem salonów. 

Widywała go. Lepsze to niż nic. Gdyby poznał prawdę, jej 

sytuacja znacznie by się pogorszyła. Już ciotka Faringdon by 
o to zadbała. 

background image

74 

Po południu wysłano ją do sypialni Celii, aby zacerowała 

ubrania. Przynajmniej mogła usiąść. Pochyliła się mocno, cała 
drżąca pomimo ciepłego dnia, i skupiła uwagę na zaszywaniu 
sukni, poprzedniego dnia rozdartej przez Celię. Nie miałaby 
nic przeciwko tego typu pracom, gdyby tylko ciotka i kuzyni 
traktowali ją jak członka rodziny i nie odzierali jej z godno­
ści na wszelkie sposoby. Posunęli się do tego, że odebrali jej 
imię i nazwisko. 

Czy Verity Scott jeszcze istniała? A może zmarła przed 

laty, a na jej miejscu pojawiła się milcząca, potulna Seli-
na? Na litość boską, miała dziewiętnaście lat, prawie dwa­
dzieścia. Więcej odwagi wykazywała w wieku lat piętnastu. 
Zdesperowana, przypomniała sobie, jak nocą, pomimo 
ulewnego deszczu, towarzyszyła ojcu w jego ostatniej dro­
dze. 

Czy ośmieliłaby się powtórzyć ten wyczyn? Ogarnął ją 

wstyd i nienawiść do samej siebie. Dlaczego stała się tak ule­

gła? Z ponurą miną odwinęła kawałek nici ze szpulki i staran­
nie go odcięła. Stanęła w obronie Sukey. A gdyby tym razem 
zatroszczyła się o siebie? Natychmiast? Gdyby od razu odrzu­
ciła wszystko, co jest związane z Seliną? 

Wstała i zaniosła zacerowaną suknię do szafy. Została Se­

liną po to, by przetrwać. Musiała więc podjąć decyzję: prze­
trwanie albo szacunek do siebie. 

Na wierzchu sterty ubrań do naprawy leżała teraz koszula 

Godfreya, od której odpadł guzik. Nawet po praniu zachowa­
ła jego zapach, który przypomniał jej, co się zapewne zdarzy 
po zakończeniu wizyty gości. Ogarnął ją lęk. Wcześniej sądzi­
ła, że nie ma już nic do stracenia - teraz wiedziała, że trudno 

background image

75 

jej będzie dać sobie radę w życiu i jednocześnie nie żywić do 

siebie pogardy. 

Celia była w fatalnym humorze. Przyszła przebrać się do ko­

lacji i poinformowała Verity, że lord Blakehurst znikł zaraz po 
śniadaniu. Wyruszył na całodniową przejażdżkę samotnie. 

Celia zrzuciła z siebie popołudniową suknię i w samej bie-

liźnie usiadła przy toaletce. 

- Był na śniadaniu - wyjaśniła. - Tak mi powiedziano, 

a potem najzwyczajniej przepadł jak kamień w wodę. Mama 

jest wściekła. - Ze złością popatrzyła na Verity. - Moim zda-

niemb to ma jakiś związek z tobą. Kiedy mama się denerwuje, 
zawsze chodzi o ciebie. Poza tym podobno robiłaś maślane 
oczy do lorda Blakehursta. 

Przed chwilą podniesiony pantofel wypadł Verity ze zmar­

twiałych palców. Ktoś ich widział! 

- Kto by pomyślał - ciągnęła Celia. - Akurat ty! Usiłujesz 

omotać takiego znawcę kobiet, jak Blakehurst. Powiadają, że 

wszystkie jego utrzymanki są oszałamiająco piękne i że bez że­
nady pokazuje się z nimi w Londynie. Tak czy owak, wszyst­
ko do siebie pasuje, śmiem twierdzić. Twoja rodzina słynie 
z tchórzostwa, a teraz próbowałaś zostać ladacznicą. 

Verity czuła, że traci nad sobą kontrolę. 

Celia wydęła usta do swojego odbicia w lustrze, ujęła w 

palce pasmo włosów i układała je na różne strony. 

- Chyba zdecyduję się dzisiaj na nową fryzurę - oznajmiła. 

- Nudzi mnie dotychczasowa. Zajmij się tym, ofermo. 

Verity momentalnie straciła panowanie nad sobą. 

- Chętnie, kuzynko - warknęła i w drodze do toaletki zła-

background image

— 76 — 

pała nożyczki. - Co powiesz na taką fryzurę? - spytała i od­
cięła spory kosmyk kręconych włosów Celii. - A masz! - do­
dała i następny pukiel spadł na podłogę. 

Piski i wrzaski Celii, która zerwała się z miejsca i biega­

ła z ręką przyciśniętą do wystrzyżonych placków przy lewej 

skroni i uchu, błyskawicznie zwabiły łady Faringdon. 

Verity ze spokojem odwróciła się do roztrzęsionej damy, 

która jednym spojrzeniem ogarnęła sytuację. 

- Wynoś się! - ryknęła lady Faringdon do bratanicy. - Na­

tychmiast do swojego pokoju! Rozmówimy się rano, kiedy po­
żegnam lorda Blakehursta. A tak - potwierdziła z satysfakcją. 

- Wyjeżdża. Wydawało ci się, że przykułaś jego uwagę? Nie 

wątpię, że twoje próby omamienia go wzbudziły w nim głę­

bokie obrzydzenie. Precz! 

Verity nie zamierzała składać broni. 

- Dobranoc, ciociu. Dobranoc, kuzynko - powiedziała po­

godnie. - W zaistniałej sytuacji jedna z pokojówek bez trudu 
rozczesze ci włosy. Ostatecznie znacznie ułatwiłam jej zadanie. 

Miłego wieczoru. 

Celia wyrwała się z objęć matki i z wrzaskiem wściekłości 

rzuciła na Verity, która jednak ani drgnęła. Z lekkim uśmie­
chem uniosła tylko nożyczki. 

- Droga Celio, czy mam jeszcze trochę wyrównać? - spyta­

ła, nie tracąc pewności siebie. 

Celia się cofnęła. 

- Mamo! Ona mi grozi! - zaskrzeczała. 
-A jakże - potwierdziła Verity. - Ostatecznie, czego się 

można spodziewać po tchórzu i ladacznicy? 

Rzuciła nożyczki na podłogę i wyszła, trzaskając drzwiami. 

background image

77 

Prawie nie pamiętała, w jaki sposób dotarła do swojej sy­

pialni. Niemal nie zauważyła gromadki gości, którzy opuści­
li pokoje, aby sprawdzić, co to za hałasy. Paru nawet spytało 

Verity, co się dzieje, lecz była zbyt wstrząśnięta, by odpowie­

dzieć. 

W końcu położyła się na wąskim łóżku i wbiła wzrok 

w ciemność. Usiłowała wziąć się w garść. Nie ma czasu na 

obmyślanie planu ucieczki ani na szukanie posady. Musi na­
tychmiast wyjechać. Nic innego jej nie pozostało: spaliła za 
sobą wszystkie mosty. 

Och, warto jednak było to zrobić, choćby po to, by ujrzeć 

minę Celii! Verity zachichotała. I mina ciotki! Najwyraźniej 
lady Faringdon doszła do wniosku, że jej milcząca, potulna 
uboga krewniaczka nagle postradała zmysły. 

Dość, przykazała sobie. Powinna zastanowić się, co dalej. 

Z drżeniem serca uświadomiła sobie, że będzie skończona, je­
śli zostanie. Ciotka milcząco przyzwoli Godfreyowi na dal­
sze wybryki. Jeśli zaś opuści dom i będzie szukała schronie­
nia w domu dla ubogich, prędzej czy później weźmie ją inny 
mężczyzna. 

Ladacznica. 

Cokolwiek zrobi, postąpi źle. Chyba że... Chyba że przyj­

mie propozycję lorda Blakehursta. Ale przecież nie mogła te­
go zrobić! Nie ośmieliłaby się... A może jednak? Zastanowiła 
się. Gdyby podjęła odpowiednie środki ostrożności, zasuge­
rowałaby Maxowi, że chodzi jej o coś innego, niż mógłby są­
dzić, wówczas nigdy by się nie domyślił, kim ona jest. W ten 
sposób zyskałaby przy nim wolność. Nawet gdyby jej niego­

dziwi krewni dowiedzieli się, dokąd poszła, nie ośmieliliby się 

background image

78 

nic zrobić, bo tym samym musieliby przyznać, kim ona jest. 
Z pewnością nie ryzykowaliby skandalu. 

Musiała pozostać Seliną Dering. Ogarnięta złymi przeczu­

ciami, uświadomiła sobie, że Verity przestanie istnieć, ustąpi 
miejsca Selinie. Max nie może poznać prawdy. Nigdy. 

Zaraz po kolacji Max przeprosił za nieobecność, wymam­

rotał coś na temat konieczności rannego wstawania i poszedł 
do swojego pokoju. Do pozostania przy stole nie zachęciła go 
nawet perspektywa dowiedzenia się, cóż takiego tuż przed ko­
lacją wywołało histerię wśród pań. Spędził w towarzystwie in­
nych gości tylko tyle czasu, ile wymagały konwenanse, i zno-

wuznikł. 

Zamieszanie musiało dotyczyć Celii Faringdon, gdyż to 

właśnie ona nie przyszła na posiłek. Wyjaśnienie lady Fa­

ringdon, która plotła androny na temat wrażliwego i czułego 
usposobienia dziewczęcia, Max potraktował jako dowód na 
to, że rozpuszczona pannica nie postawiła na swoim w jakiejś 
błahej sprawie. 

Zamknąwszy za sobą drzwi do sypialni, zadzwonił po słu­

żącego. Po chwili zjawił się Harding. 

- Wyjeżdżamy z samego rana- zapowiedział Max. - Jeste­

śmy spakowani? 

Harding skinął głową. 

- Tak jest. Wszystko gotowe. Czy mogę zrobić coś jeszcze? 

Max pokręcił głową, lecz po zastanowieniu zmienił zdanie. 

- Właściwie tak - oświadczył. - Podeślij mi butelkę brandy, 

a potem idź spać. 

Harding się zawahał. 

background image

79 

- Brandy? - spytał zaskoczony. - Rankiem będzie pan cier­

piał na piekielny ból głowy. 

Blakehurst uniósł brwi. 

- Chyba nie dosłyszałem - warknął. - Co takiego, sier­

żancie? 

- Będzie pan miał piekielny ból głowy - powtórzył Harding 

mężnie. - Tutejsza brandy jest wyjątkowo paskudna. 

Max z trudem zachował powagę. 

- W takim razie będziesz mógł bezkarnie i z satysfakcją 

oświadczyć: „A nie mówiłem" - oznajmił. - A teraz rób, co 
ci kazałem. 

- Tak jest. Biegnę po środek na wywołanie kaca. 

Max uśmiechnął się mimowolnie. 

- Bezczelny łotrze! Bóg jeden wie, jak mi się udaje z tobą 

wytrzymać. 

Harding uśmiechnął się od ucha do ucha. 

- Niewątpliwie, proszę pana - przyznał. - Bóg jest wszak 

wszechwiedzący, prawda? 

Max roześmiał się głośno i usiadł na łóżku, aby ściągnąć 

buty 

- Proszę pana? 
-Uhm? 
- Przepraszam za śmiałość, ale czy słyszał pan cokolwiek 

o córce pułkownika? 

Arystokrata nagle spoważniał. 

- Wybacz, Harding, powinienem był wcześniej cię powiado­

mić - powiedział cicho. - Dziewczyna zmarła. Faringdon zasu­
gerował, że odebrała sobie życie. Spóźniłem się. Ponownie. 

Harding zbladł. 

background image

80 

- Och, do licha - wymamrotał. - Tak mi przykro. 
- Mnie również. Dobrej nocy. 

Po kilku minutach Max odkorkował przyniesioną mu bu­

telkę brandy i zamyślił się nad swoją klęską. Pięć lat. Dlacze­
go tak długo zwlekał ze sprawdzeniem, jak się potoczyły lo­
sy Verity Scott? Niezbyt dobrze znał Faringdonów, zakładał 
więc, że zadbali o dziewczynę, że jest przy nich bezpieczna. 
Do diaska, przecież poczuł ulgę, gdy odkrył, że jej krewni są 
zamożni. 

Zaczął się zastanawiać dopiero wiosną tego roku, kiedy la­

dy Faringdon wprowadziła Celię do towarzystwa. 

Zacisnął palce na nóżce kieliszka i wypił spory łyk trun­

ku. Poczuł, jak płyn wypala mu gardło. Dotąd żył w prze­
świadczeniu, że dziecku nie należy przypominać o ponurym 
pogrzebie ojca, bo tylko troskliwa opieka rodziny pozwo­
li mu odzyskać równowagę. Nie przejął się zbytnio nawet 
tym, że krewni nie przywieźli jej do Londynu, by uczestni­
czyła w sezonie. Ostatecznie, publiczna prezentacja młodej 
damy to kosztowne przedsięwzięcie, a Verity, o ile wiedział, 
była uboga. Cały majątek jej ojca skonfiskowano. Krewni 
zapewne dali jej znacznie mniej niż własnej córce. 

Bliższa znajomość z lady Faringdon potwierdziła wszyst­

kie najgorsze obawy Maxa. Ta bogata dama okazała się ko­
bietą, której nie powierzyłby nawet psa z kolcem w łapie, nie 
wspominając już o zdruzgotanej, pogrążonej w żałobie siero­

cie, której ojciec odebrał sobie życie. 

Poprawił poduszki i oparł się o nie, krzyżując ręce za gło­

wą. Wbił wzrok w ciemny baldachim nad łóżkiem. Za późno. 

background image

81 

Tak samo się spóźnił z pomocą dla mężczyzny, który ocalił 

mu życie. 

William Scott przyjął na siebie cios, który zabiłby Maxa 

lub w najlepszym wypadku trwale go okaleczył. William Scott 
odniósł wówczas ranę, która zaczęła gnić, wdała się gangre­
na. Pułkownik musiał poddać się zabiegowi amputacji rę­
ki w cuchnącym szpitalu polowym po bitwie pod Waterloo, 
a ostatecznie popadł w skrajną depresję i targnął się na swo­

je życie. 

Max z goryczą wypił następny łyk brandy. Powinien był 

odwiedzić Verity natychmiast po tym, jak zamieszkała w no­

wym domu. Mógł do niej napisać. Wówczas wiedziałaby, że 

ma przyjaciela, na którego może liczyć, który wspomina jej oj­
ca z wdzięcznością. Kto wie, może w takim wypadku Faring-
donowie lepiej by się o nią zatroszczyli. 

Zadrżał, usiłując odpędzić duchy przeszłości. Teraz nic już 

nie mógł zmienić. Verity i jej ojciec odeszli. Jutro wracał do 
Londynu. Miał nadzieję, że jego brat bliźniak, Richard, przy­

jechał już do miasta i pomoże mu przezwyciężyć zły nastrój. 

Lepiej będzie skupić uwagę na żywych. Na razie jednak Max 
mógł tylko pić, aby osłabić wyrzuty sumienia. Wiedział, że za­
płaci za to rankiem, gdy wstanie z kacem. 

Mniej więcej w połowie butelki przypomniał sobie o Se-

linie. Dziewczyna dwukrotnie mu odmówiła. Nic więcej nie 
mógł dla niej zrobić. Zacisnął pięści. Biedactwo miało tak fa­
talne doświadczenia z młodym Faringdonem, że słusznie oba­
wiało się innych mężczyzn. 

Musiał przyznać, że dziewczyna jest urocza. Te wielkie, 

ciemne oczy, czarne loki. Gdyby odrobinę nabrała ciała, jej 

background image

82 

smukłe kształty przyjemnie by się zaokrągliły. Miała też silną 
osobowość, była zdecydowana. Uśmiechnął się na wspomnie­
nie wrzasku Faringdona, gdy Selina niemal spadła ze schodów. 

A jakie ślady zostawiła wstrętnemu młokosowi na twarzy! Na­

stępnego ranka musiał wysłuchać niejednej uszczypliwej uwa­
gi na temat drapieżnych kotów. Selina ocaliła też służącą... 

Wszystko to musi się obrócić przeciwko niej, kiedy Max 

wyjedzie. Podniósł kieliszek do ust i zaklął pod nosem, gdy 

się okazało, że jest pusty. Sięgnął po butelkę i starannie nalał 
sobie następną porcję. I jeszcze jedną. 

Selina odrzuciła jego propozycję. Niewiele mógł zrobić dla 

tej nieszczęsnej dziewczyny, chyba że... Chyba że przekonał­
by ciotkę Almerię Arnsworth, że potrzebna jest jej osoba do 
towarzystwa. Panna Selina Dering doskonale by się nadawała. 

A gdyby poszedł teraz do pokoju guwernantki i powiedział, 

co mu przyszło do głowy? Almeria przyjęłaby ją, gdyby, na 

przykład, zaoferował ciotce możliwość korzystania ze specjal­
nej loży w operze. 

Zawahał się, sprawdzając, ile trunku zostało jeszcze w bu­

telce. Może powinien przełożyć wizytę u Seliny i odwiedzić 
dziewczynę rano? O interesach najlepiej rozmawiać na trzeź­

wo. Ponadto nabrał przekonania, że podczas poprzedniej wi­

zyty w sypialni Seliny ledwie nad sobą zapanował. Sam nie 

pojmował, jak mu się udało wypuścić ją z objęć. Na samo 

wspomnienie tamtych chwil zadrżał. Dziewczyna tak słodko 
zareagowała na jego pieszczoty, tak cudownie się w niego wtu­

liła. .. Gdyby teraz do niej poszedł, z pewnością usiłowałby ją 
uwieść. Zrobiłby wszystko, aby przyjęła jego propozycję. 

Ale przecież Selina mu odmówiła. 

background image

83 

Nadal toczył bój z własnym sumieniem, kiedy usłyszał 

ciche pukanie do drzwi. Zmarszczył czoło, wyłowił zegarek 
z dewizką, z kieszonki kamizelki i spojrzał na niego z nie­
dowierzaniem. Kto, u licha, zamierza złożyć mu wizytę po 
północy? Pośpiesznie odtworzył w myślach listę gości, zasta­
nawiając się, która z odważniejszych mężatek postanowiła za­
ryzykować i poszukać mocniejszych wrażeń. 

Pani Moncrieff? Czyżby jednak nie dała za wygraną? Do­

wiedziawszy się o rychłym wyjeździe Maxa, zapewne po­

stanowiła przejść do zdecydowanej ofensywy. A może pani 

Highbury? Elegancka wdowa niekiedy znajdowała przyjem­
ność w żeglowaniu po wzburzonych wodach. Max wpatrywał 
się w zamknięte drzwi. Nie był zainteresowany sfatygowany­
mi wdziękami żadnej z tych dam. Natrętka powinna odejść, 

jeśli jej nie zaprosi do środka. Max pomyślał, że potem sam 

pójdzie poszukać... Nagle drzwi się otworzyły. Jak ktoś śmiał 
naruszać jego prywatność! 

Do pokoju wślizgnęła się drobna postać w brzydkiej sukni 

i starannie zamknęła za sobą drzwi. 

- Selina? - wymamrotał oszołomiony. Nie wierzył własnym 

oczom. 

-Tak... to ja. 

Ledwie dosłyszał jej cichy szept. Odniósł wrażenie, że 

dziewczyna jest na skraju załamania nerwowego. 

- Czego sobie życzysz, Selino? - Zadał to pytanie, choć od 

początku wiedział, że przyszła zapewne tylko z jednego po­
wodu. Kto wie, może odmówiła wyłącznie po to, by się z nim 
podrażnić. Mogła dojść do wniosku, że uzyska lepsze warun­
ki, jeśli nieco go przetrzyma, a jego przedwczesny wyjazd po-

background image

84 

krzyżował jej plany. Max poczuł i satysfakcję, i pożądanie, 

w jednakowych proporcjach. 

Nagle sumienie mu przypomniało, że planował zrobić z 

niej damę do towarzystwa dla ciotki. Wzrok Maxa spoczął na 
bezkształtnej sukni. Od razu przypomniał sobie, jak urocze 
kształty skrywa to brzydkie ubranie. Rzecz oczywista, jego su­
mienie przegrało batalię. 

Selina przyszła przecież do niego z własnej woli. Należała 

teraz do niego, wkrótce ją posiądzie. Czyżby dygotała? W gas­
nącym świetle ognia i słabej poświacie świec nie miał pew­
ności. 

- Wasza lordowska mość, mam dla pana propozycję -

oznajmiła. Tym razem jej głos zabrzmiał donośnie. 

Doprawdy? Przecież to on złożył jej propozycję, a nie na od­

wrót. Zawahała się, lecz ruchem dłoni kazał jej kontynuować. 

- Mów dalej, słucham. 
- Jeżeli oferta pozostaje aktualna, chciałabym zostać pańską 

utrzymanką na trzy miesiące. 

Trzy miesiące? Skąd ona, u licha, wiedziała, ile zazwyczaj 

trwają jego przelotne romanse? 

- Czy to zbyt długo? - zapytała niepewnie. - Mam świa­

domość, że nie będę panu potrzebna przez tak długi czas, 
ale może zgodziłby się pan przyjąć mnie na kwartał? Osta­
tecznie, pańska reputacja jest powszechnie znana. Nauczył­
by mnie pan tego, co powinnam wiedzieć, aby zwrócić na 
siebie uwagę. Potem jakiś inny dżentelmen mógłby... Kie­
dy wasza lordowska mość się mną znudzi... - Zawiesiła 
głos. 

Kiedy się nią znudzi? Max poczuł, że musi uraczyć się jesz-

background image

85 

cze jednym kieliszkiem brandy. Nalał sobie sporą porcję i wy­
pił ją jednym haustem. Było z nim coraz gorzej. Czyżby miał 
przyjąć kochankę na naukę? 

- Rozumiem. Rzecz może potrwać dłużej niż trzy miesią­

ce - zauważył. I to o wiele dłużej, gdyby chciał przerobić z nią 

wszystko to, co mu przychodziło do głowy. Po raz pierwszy 
w życiu nie zakładał końca romansu na jego początku. O ja­
kim innym dżentelmenie ona mówiła? 

- Naprawdę? 
- Ależ tak - potwierdził. - Niemal na pewno. Rzecz 

jasna, musimy uzgodnić pewną sprawę, zanim mój rad­

ca prawny sporządzi stosowną umowę, którą podpiszemy. 

- Tak naprawdę musieli uzgodnić kilka spraw. Max nie był 

pewien, czy jego rozmówczyni jest absolutnie zdecydowa­
na zrobić to, o czym mówią. Na razie jednak postawił nie 
poruszać tego tematu. 

- Umowę? 
- Oczywiście. Taki jest porządek rzeczy. 
- Och. Rozumiem. O co zatem chodzi? 

Uśmiechnął się i odstawił kieliszek na nocny stolik. 

- Chodzi o to, moja droga, czy potrafisz mnie zaspokoić. 

Wbił w nią wzrok, zastanawiając się, czy teraz ucieknie. 

Faktycznie, wyłożył kawę na ławę. Dostrzegł, że Selina zdrę­
twiała, i zapragnął ją rozluźnić, wziąć w ramiona i pocałun­
kami rozwiać jej obawy. Musiała jednak sama o tym zadecy­
dować. Faringdon mógł siłą odebrać jej niewinność, lecz on 
nie zamierzał zmuszać jej do niczego, na co nie miała ochoty. 

Musiał zyskać pewność. 

- Właściwie mnie nie pragniesz, zgadza się, panie? - Jej py-

background image

86 

tanie poraziło go niczym grom z jasnego nieba. Ujrzał, jak Ve­
rity się odwraca i kieruje do drzwi. Próbował ją ostrzec, lecz 
jego starania ją zawstydziły. 

-Sełino! 

Zatrzymała się i odwróciła. Jej policzki przybrały szkarłat­

ną barwę. 

- Tak, milordzie? 

Usiłował dobrać odpowiednie słowa. 

- To nie tak - zapewnił ją. - Pragnę cię, ale kiedy wcześniej 

pytałem, odmówiłaś. Musisz sama do mnie podejść, z włas­
nej woli. 

Zrobiła krok w kierunku Maxa i ponownie przystanęła. 

- Otóż to - oświadczył z aprobatą. - Podejdź bliżej. Do­

tknę cię dopiero wtedy, gdy będziesz leżała nago obok mnie 
w łóżku. 

Verity zadrżała, usłyszawszy tę bezpośrednią propozy­

cję. Zrozumiała, co ona oznacza. Będzie musiała rozebrać się 
do naga na jego oczach. Max każe jej zdjąć ubranie i podejść 

w stroju Ewy. Jeśli ona to zrobi, z własnej woli wykluczy się ze 

społeczności ludzi przyzwoitych. 

I cóż to zmieni? I tak była wyrzutkiem, niewiele lep­

szym od służącej. Może nawet gorszym, bo nikt jej nie pła­
cił za pracę. 

Wahała się. Czuła na sobie jego wzrok, wiedziała, że wy­

bór i odpowiedzialność spoczywają na niej, i na nikim innym. 

Mogła sobie zaszkodzić i nie miała prawa nikogo za to winić. 

Drżącymi dłońmi zaczęła manipulować przy pierwszym 

guziku sukni. Palce zesztywniały, ześlizgiwały się i plątały, lecz 

w końcu rozpięły guzik. Zostało jej jeszcze całe mnóstwo gu-

background image

87 

zików. Nagle usłyszała dobiegający z łóżka szelest. Rzuciła nie­
spokojne spojrzenie na Maxa. Zdążył już ściągnąć kamizelkę 
i teraz zdejmował koszulę. 

Verity zaschło w gardle na widok muskularnego torsu. Nigdy 

dotąd nie uświadomiła sobie, że męskie ciało jest tak odmienne 
i tak piękne. Zafascynowana, wpatrywała się w szerokie ramiona 
i potężną klatkę piersiową pokrytą kręconymi włosami. Ze zdu­
mieniem stwierdziła, że ma ogromną ochotę podejść bliżej. 

Nagłe usłyszała cichy chichot Maxa i skierowała wzrok na 

jego twarz. Zrozumiała, że na moment zapomniała o całym 
świecie, zahipnotyzowana widokiem półnagiego mężczyzny. 

Straciła rezon. 

- Nie zapominaj o swoich guzikach, moja droga. Nie chcia­

łem cię rozpraszać. 

Nie mogła tego zrobić. Nie wtedy, gdy tak uważnie ją ob­

serwował. Czuła, że Max pożera ją wzrokiem. Zamknęła oczy 
i zmusiła się do rozpięcia drugiego guzika, potem następnych. 

Rozpinała guzik po guziku, aż wreszcie suknia zwisła na niej 
luźno. Verity stała, niepewna, co dalej robić, świadoma blisko­
ści Maxa i jego palącego spojrzenia. 

- Ściągnij suknię z ramion, niech opadnie do talii. 

Gdyby to zrobiła, nie byłaby naga. Pozostałaby w halce. 

Drżąc, wykonała polecenie. Poczuła, że pod wpływem chło­

du jej piersi sztywnieją. Suknia opadła na biodra i zatrzymała 
się na ich łagodnej krzywiźnie. 

- Nie zdążysz zmarznąć - zapewnił ją głos z łóżka. - Roz­

grzeję cię. - A teraz ściągnij suknię z bioder. Niech opadnie 
na podłogę. 

Głos Maxa budził w niej dreszcze. Zacisnęła mocno po-

background image

88 

wieki, zawahała się, a potem odetchnęła głęboko i wykonała 

polecenie. Jeszcze nigdy nie była tak bardzo świadoma istnie­
nia swojej bielizny. Wyczuwała każdy szew, każdą, nawet naj­
mniejszą łatkę. 

- Rozwiąż halkę - padło polecenie. Max mówił chrapliwie, 

lekko dyszał. Verity potulnie zajęła się wstążką i po chwili się 
z nią uporała. Nie mogła uwierzyć, że na żądanie mężczyzny 
zdejmuje suknię i zaraz ściągnie bieliznę. 

- Puść ją. 

Powoli otworzyła oczy. Max był już całkiem nagi i leżał 

wsparty na łokciu. Verity właściwie nie miała pewności, czy 

rzeczywiście jest rozebrany, ale tak założyła. Był do pasa przy­
kryty kołdrą, raczej nie należało oczekiwać, że wszedł do łóż­
ka w spodniach. 

- Puść ją - powtórzył Max. 

Musisz to zrobić, jeśli chcesz zostać jego utrzymanką. Za 

chwilę będziesz leżała z nim w łóżku, aby mógł cię posiąść. 

Jej drżące ręce puściły bieliznę. Halka opadła swobodnie 

u stóp Verity. Pozostała w samej koszulce. Odetchnęła głębo­
ko i sięgnęła do wstążki. 

- Nie. Sam się tym zajmę - mruknął Max. 

Spojrzała mu w oczy. 

-Ale... 
- Podejdź tu natychmiast. 

Nie miała pojęcia, jak jej drżące nogi pokonają drogę do 

łóżka. Zamknęła oczy. Przynajmniej miała na sobie koszulkę. 

Miękki dywan przyjemnie łaskotał jej zmarznięte bose sto­

py. Gdy znalazła się dostatecznie blisko, Max wyciągnął rękę 
i położył ciepłą dłoń na jej zaokrąglonym biodrze. Bez opo-

background image

89 

ru poddała się pieszczocie. Po chwili zorientowała się, że dłoń 
przesuwa się na jej pośladki i przyciąga ją do łóżka. Aby nie 
upaść, siadła na materacu. 

- Otwórz oczy, moja droga - wyszeptał. - Nie ukrywaj się 

przede mną. Chodź. Zaufaj mi. - Bezustannie ją głaskał, po­
budzał do życia i niczego nie oczekiwał w zamian. 

-Zaufaj mi. 

Powoli uniosła powieki i popatrzyła mu w oczy. 

background image

Rozdział piąty 

Max przez chwilę nie wiedział, jak się zachować. Ogarnęły 

go jednocześnie lęk i pożądanie; czuł, że dziewczyna obdarzy­
ła go ogromnym zaufaniem. Czy inaczej rozebrałaby się, wy­
konała jego polecenia i wreszcie podeszła do niego? 

Piękne kobiety wielokrotnie obnażały się przed nim, za­

wsze po to, by go rozpalić. Nigdy jednak nie doświadczył ta­

kiej żądzy jak teraz, w obecności Seliny. Miał ochotę wysko­
czyć z łóżka, porwać ją w ramiona i zerwać z niej ubranie. 

Teraz popatrzył na jej usta. Były miękkie i różowe; przy­

gryzała dolną wargę, aby powstrzymać jej drżenie. Max wąt­
pił, by miała świadomość tego, co robi. Ta krucha istota nosiła 
starą i wytartą halkę, miękka tkanina opinała delikatne, ko­
biece kształty. Piersi unosiły się pod cienkim materiałem tak 
apetycznie, że myślał tylko o tym, aby ich dotknąć. Wkrótce, 

już niedługo, będzie należała do niego w całości. Nie mogąc 

się tego doczekać, wyciągnął rękę i chwycił pełną pierś, aby ją 
czule pieścić. 

Poczuł, że dziewczyna drży, i nagle zrozumiał. To był strach, 

nie namiętność. Jeszcze nie płonęła z pożądania. Wzburzony, 

background image

91 

przypomniał sobie, że prawdopodobnie straciła dziewictwo 
boleśnie, ze strachem i upokorzeniem. Nawet jeśli Godfrey 
zmusił ją do powiedzenia „tak", jego czyn zasługiwał na mia­
no gwałtu. Maxa ogarnęła wściekłość. 

- Selino, czy jesteś pewna? - spytał. 

Spojrzała na niego przepastnymi oczami. 

- Jestem... pewna - potwierdziła szeptem. - Tak. Chcę tego. 

Chcę pana... Ciebie... 

Przybyła do niego z własnej woli, pełna ufności. W takiej 

sytuacji jego żądza mogła zaczekać, gdyż przede wszystkim 
powinien ofiarować wybrance czułość i łagodność, na jaką za­
służyła. 

- Proszę pana? - Rozchyliła usta i odetchnęła głęboko, gdy 

głaskał jej pierś. 

- Max - sprostował łagodnie. - Tutaj, w łóżku, mów do 

mnie Max. Jestem twoim kochankiem. W tym miejscu nie 

wolno ci zwracać się do mnie per pan. Chodź, moja słodka. 

Objął ją mocno i przytulił. Położyła się, częściowo unieru­

chomiona jego ciałem. Własna bezbronność powinna ją prze­
razić, lecz Verity czuła się bezpieczna. Instynktownie otoczy­

ła Maxa ramionami, przytuliła go mocno i przysunęła usta 

do jego warg. 

Przyjął jej pocałunek delikatnie, lecz zaborczo. Musnął ję­

zykiem jej wargi, a wtedy westchnęła i rozchyliła je. Pogłębił 

pieszczotę, rozkoszując się słodyczą jej ust. 

- Jesteś nazbyt cudowna - wyznał cicho, gdy przerwał po­

całunek. - Spróbuj się odprężyć. 

Zdecydowany choć odrobinę pohamować żądzę i pozwo­

lić Selinie przyzwyczaić się do nowej sytuacji, skupił uwagę 

background image

92 

na rozplątywaniu gęstych pukli. Z uśmiechem przesunął po 
nich palcami. 

- Piękna - wyszeptał przejęty. 

Drżącymi palcami rozluźnił troczek koszulki, obnażył pier­

si Seliny i pochylił głowę, aby ucałować każdą z nich. 

Poczuł, jak przeszywa ją dreszcz, usłyszał stłumiony 

okrzyk. Ściągnął z niej koszulkę i z zachwytem odkry­
wał piękno jej smukłego dziewczęcego ciała o aksamitnej 
skórze. 

- Jesteś wspaniała - powiedział. - Nie bój się. Nie zro­

bię ci krzywdy, przysięgam. Czy mam przestać? - spytał 

z napięciem. 

Verity zrozumiała, że może się wycofać. Wystarczyło tylko 

jedno słowo, a Max powściągnąłby żądzę. Ta świadomość cał­

kiem rozwiała jej wątpliwości. 

- Nie - zaprzeczyła cicho. - Nie, nie przestawaj, proszę'. 

Ułożył się na niej i lekko uniósł biodra. Dotykał jej, głaskał, 

szeptał słodkie słowa. Przysunęła się do niego. Z niskim po­

mrukiem ułożył biodra i pchnął je mocno, zdecydowanie do 
przodu, głęboko w jej ciało. 

Przywarła do niego, oszołomiona bólem silnej penetracji. 

Nie zdążyła jednak zakwilić w proteście, gdyż ból nagle ustą­

pił pola rozkoszy. Ciała kochanków przywarły do siebie jesz­
cze mocniej. Po bólu pozostało tylko wspomnienie. 

Max doprowadził ją na sam skraj eksplozji. Teraz przy­

jemność przekształcała się w desperacką potrzebę. Przez 

moment bezlitośnie przetrzymywał ją na krawędzi rozko­
szy, aż wreszcie Verity oderwała się od ziemi i poszybo­

wała wysoko, osiągając pełną satysfakcję. Bijący od Maxa 

background image

93 

żar i jego przyśpieszony oddech sprawiły, że zrozumiała: 
pofrunął wraz z nią tam, gdzie nie istnieją przyziemne 
problemy. 

Max wpatrywał się w ciemny baldachim łóżka i obserwo­

wał tańczące na nim cienie oraz blask rzucany przed dogo­
rywający ogień. Nigdy dotąd nie czuł nic podobnego. Zupeł­
nie jakby pokonał szeroką wodę i stanął na nieznanym lądzie. 
Gdyby nie był tak doświadczonym mężczyzną, pomyślałby, że 

się zakochał. 

We własnej utrzymance? Dotąd nawet nie wiedział, że taka 

bliskość dusz istnieje. 

U jego boku poruszyło się zgrabne, kobiece ciało. Wyczu­

wał na brzuchu przyjemny ciężar aksamitnie gładkiej ręki. Se-
lina splotła jego nogi ze swoimi i przycisnęła policzek do torsu 
kochanka. Maxowi mocniej zabiło serce. Czy coś podobnego 
już mu się przytrafiło? 

Ze wstydem uświadomił sobie, że zwykłe pierwszy zasypia 

po akcie miłosnym. Nie zdarzyło się dotąd, by dziewczyna 
przytuliła się do niego i zasnęła. 

Przytulił Verity mocniej, jakby pragnął ochronić ją przed 

wszystkim, co budzi w niej lęk. Sen nie wchodził w rachu­

bę. Max ponownie zapragnął kochać się z Seliną. Właściwie 
chciał ją mieć zaraz po tym, gdy skończyli, ale była tak sen­
na i oszołomiona doznaniami, że dał jej spokój. Teraz słodko 
spała w jego ramionach. 

Świadomość jej bliskości była niemal równie rozkosz­

na jak miłość fizyczna. Doskonałe wiedział, że Verity go 
pragnie i akceptuje. Zaspokoił ją, w to nie wątpił - każdy 

background image

94 

mężczyzna rozpoznałby ten dreszcz i gwałtowne bicie ser­
ca partnerki. 

Trzy miesiące. Uśmiechnął się do siebie. Nie było mowy, 

aby wypuścił ją z rąk po trzech miesiącach. Nagle zastanowił 
się, gdzie powinna zamieszkać. Dla swoich utrzymanek prze­
znaczył niewielki dom w Londynie. Tam mógł je dyskretnie 
odwiedzać. Nie potrafił sobie jednak wyobrazić umieszczenia 

tam Seliny. Ten dom się dla niej nie nadawał, był nieodpo­
wiedni, tani. Musiał wymyślić coś innego. 

Westchnęła i poruszyła się nieznacznie. 

- Max? - spytała cicho, jakby bała się zakłócić mu odpo­

czynek. 

-Tak? 

Verity momentalnie się rozbudziła, ożywiona ciepłem je­

go ciała. Wciągnęła w nozdrza woń męskiej skóry i mimo­

wolnie wyszeptała jego imię. W odpowiedzi przywarł do niej 

mocniej. 

Nie potrafiła i nie chciała opierać się pocałunkom. Wresz­

cie poczuła, że mocne udo mężczyzny wsuwa się między jej 
kolana i rozwiera je stanowczo. 

Max objął dłońmi twarz Verity. Kilka razy poruszył się 

szybko i postanowił zwolnić. Nie zamierzał brać jej tak po­

śpiesznie, ale sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Błaga­
ła go o więcej, nie mogła się nasycić tym, co jej dawał. Nigdy 

jeszcze nie czuł się tak wspaniale. Kochał się z Verity z takim 

żarem, że nawet nie starał się zrozumieć, z czego on wynika. 

Gdy się ponownie obudził, ogień już dogasał. Natychmiast 

po otwarciu oczu zorientował się, że namiętność nadal w nim 

background image

95 

płonie i najchętniej natychmiast by ją zaspokoił. Verity bez­
piecznie leżała w jego ramionach, jej oddech łagodnie pieścił 
mu skórę, a jedwabiste loki rozsypały się po jego torsie. 

Max wiedział już na pewno, że nie zabierze jej do Lon­

dynu. Podjął ostateczną, nieodwołalną decyzję. Na terenie 

jego posiadłości stał dom, w którym mogła zamieszkać. 
Miejsce było odosobnione, wśród wzgórz Downs na połu­

dniu Anglii, lecz Verity nie powinna narzekać tam na 
samotność, bo będzie ją często odwiedzał. Na dodatek spo­
rządzi urzędowy zapis, w którym zagwarantuje jej doży­

wotnie prawo mieszkania w tym domu. I przyzna jej rentę. 

Wówczas z całą pewnością nic nie zagrozi jej bytowi mate­

rialnemu. 

Nigdy w życiu nie zaznał niczego w tym rodzaju. Było ina­

czej niż do tej pory. Na razie nie potrafił dokładnie określić, 
na czym polega różnica, lecz z pewnością nie zamierzał wy­
puścić tej dziewczyny z rąk do czasu, aż sam to zrozumie. 

Zamieszanie w domu sprawiło, że Verity obudziła się tuż 

przed świtem. Przez chwilę leżała cicho, napawając się bli­

skością Maxa. Czy zawsze tak będzie? Max posiadł ją całko­

wicie, należała do niego ciałem i duszą, lecz nie wolno jej było 
przyznać się do tego. 

Dokonała wyboru, ponosiła więc za niego odpowiedzial­

ność. Przyszła do Maxa i oddała mu się całkowicie. Za taki 
czyn świat potępiłby ją jednoznacznie i bez wahania, Verity 

jednak niczego nie żałowała. Przez pięć lat marzyła o Maksie, 
wyobrażała sobie najróżniejsze szczęśliwe zakończenia. Miała 

nadzieję, że pewnego dnia ją odnajdzie i poprosi o rękę. Na 

background image

96 

wpół spełnione marzenie było lepsze niż nic. Przynajmniej za­

proponował, że będzie ją chronił. 

Leżała bezpieczna w jego ramionach. Z pewnością lepiej 

było podporządkować się Maxowi z własnej woli niż, paść 
ofiarą żądzy Godfreya. Zadrżała na samą myśl o tym niego­
dziwcu iw tej samej chwili poczuła, jak pogrążony we śnie 
Max przytula ją do siebie i mruczy coś cicho i niezrozumiale. 

Musiała wyjść. I to szybko, zanim pokojówka wejdzie do 

pokoju. Verity lada moment mogła zostać zdemaskowana, 
a wówczas rozpętałoby się piekło. 

Pokój zalało jasne słońce wczesnego poranka. Max pomału 

budził się ze snu. Wyciągnął rękę i natrafił na puste miejsce. 
Gdzie ona się podziała, do licha? To oczywiste. Przecież nie 
był u siebie. Selina z pewnością nie chciałaby zostać przyła­
pana w jego łóżku, nawet gdyby wyjeżdżali tego samego dnia. 
Mogła nawet nie wiedzieć, że wyjeżdżają. Przecież poprzed­
niej nocy nawet o tym nie wspomniał. 

Poprzedniej nocy... Założył ręce za głowę i uśmiechnął się. 

Nie potrafiłby sobie wyobrazić bardziej wrażliwej i czułej ko­
biety. Jak żadna kochanka, Selina oddawała mu się z pełną 
ufnością. Jeszcze dźwięczały mu w uszach jej ciche okrzyki, 
miał przed oczyma jej obraz, kiedy oboje przeżywali najwyż­
szą rozkosz. 

Chyba zaczynał rozumieć, czym różniła się ta noc od wielu 

innych. Kobiety dawały mu rozkosz, ale dotąd nie spotkał się 
z tym, aby któraś ofiarowała mu siebie. Nawet nie podejrze­

wał, że kobiety są do tego zdolne. 

Wiedział już, czego pragnie. Nie mógł się ożenić. Dał sło-

background image

97 

wo. Jednak mógł i chciał zaopiekować się Seliną jako swoją 

kochanką. Może nawet byłby w stanie ją pokochać? Odrzucił 
kołdrę i opuścił nogi na podłogę. Wkrótce przyjdzie Harding, 
zatem... A to co, u licha? 

Mała, ciemna plamka pośrodku prześcieradła. To nie mo­

gła być prawda. Przed oczyma miał jednak dowód. Oszoło­
miony, cofnął sif myślami do zdarzeń sprzed paru godzin. Jak 
mógł przeoczyć coś tak istotnego? Nie spodziewał się tego. Są­
dził, że Godfrey Faringdon posiadł Selinę. 

Zmarszczył brwi. Rzeczywiście, Selina zesztywniała, kiedy 

na nią napierał. Wówczas uznał, że to naturalne, skoro wcześ­
niej została wykorzystana przez Faringdona. A potem błagała 
go, aby nie przestawał. Drażnił ją i pieścił, aż wreszcie przy­

warła do niego z cichym okrzykiem rozkoszy. 

W jednej chwili posiadł ciało Seliny. Uczynił to tak gwał­

townie, że nawet nie zwrócił uwagi na jej niewinność. Zadrżał, 
gdy zrozumiał, że jej okrzyk zapewne wynikał z bólu, a nie 
z rozkoszy. Skrzywdził ją i nawet nie przestał się z nią kochać, 

aby nie zadawać jej dodatkowych cierpień. Skąd mógł wie­
dzieć, że źle postępuje? 

Dlaczego mu nie powiedziała? Czyżby pomyślała, że Max 

jej nie zechce, wiedząc, że jest nietknięta? 

Cichy szczęk naciskanej klamki sprawił, że Max powrócił 

do rzeczywistości. Przykrył się kołdrą i zasłonił wiele mówią­
cą plamę. 

Harding wszedł do środka i przybrał obojętny wyraz twa­

rzy. Celowo unikał spoglądania na wymiętą pościel i poroz­
rzucane ubranie chlebodawcy. Zignorował również fakt, że je­
go pan spał nago. 

background image

98 

- Dzień dobry, wasza lordowska mość - przywitał się Har­

ding i podniósł koszulę Maxa. - Ufam, wasza lordowska mość, 
że spał pan... hm... chciałem powiedzieć, że jest pan usatys­
fakcjonowany... 

- Dziękuję, Harding - mruknął Max i darował sobie wyjaś­

nienia. - Zechciej mi podać szlafrok 

- Oczywiście, wasza lordowska mość. 
-Wystarczy: sir - burknął Max. Harding zwracał się do 

niego „proszę pana" od tak dawna, że inna forma brzmiała 
nienaturalnie. 

-Tak, sir. - Harding wręczył Maxowi szlafrok i dodał: 

- Wiem, że chciał pan wyjechać przed ósmą, lecz w świetle 

informacji, które zebrałem, postanowiłem przesunąć ten ter­
min na dziewiątą. Uznałem, że będzie pan potrzebował wię­
cej czasu. 

Max zbyt dobrze znał swojego sługę, aby pochopnie udzie­

lać mu reprymendy. 

- Czemu, u licha? - spytał krótko. 
- Chodzi o to, co wczoraj wieczorem powiedział pan o cór­

ce pułkownika. Twierdził pan, że nie żyje, a prawda jest inna. 

- Co ty wygadujesz? 
- Przeprowadziłem dochodzenie, wypytałem służbę. Pomy­

ślałem, że to dobry pomysł, a oni wszyscy nabrali wody w usta. 
Nie chcieli powiedzieć ani słowa o pannie Scott. Tylko jedna 

z pokojówek, Sukey, była bardziej skora do rozmowy, ale na­
tychmiast dostała po uszach za gadulstwo. Na szczęście spot­
kałem ją wczoraj wieczorem, kiedy była sama. Z oporami wy­
znała mi prawdę. Panna Scott wcale nie umarła, lecz traktują 

ją gorzej niż psa... 

background image

99 

Harding mówił dalej, Max jednak nie słyszał ani słowa. 

Nagle zrozumiał to, co dotąd pozostawało niejasne. Ogarnęła 

go wściekłość. Teraz pojmował, czemu Faringdon miał opory 
przy zniewalaniu „Seliny", i dlaczego nie powiedziała Maxo-

wi o swoim dziewictwie. Chwycił przynętę, dał się złapać na 

najstarszą sztuczkę stosowaną przez kobiety. 

W jego uszach bezlitośnie dźwięczały słowa ojca: „Max, je­

śli musisz wystrzelić z pistoletu, pamiętaj, że kula dokądś do­
leci. Ty poniesiesz wszelkie konsekwencje...". 

Ponownie skupił uwagę na wyjaśnieniach Hardinga. 

- Tak więc ona jest pod tym dachem. Czy mam...? 
-Nie przejmuj się, Harding - uspokoił służącego Max. -

Doskonale wiem, gdzie szukać panny Verity Scott. A teraz 

pójdziesz do stajni i przekażesz wiadomość, że mój powóz 
ma być podstawiony natychmiast. - Max odszukał sakiewkę. 

- Weź to. Dla siebie zarezerwujesz miejsce w dyliżansie pocz­

towym. Wybacz, Harding, ale trzy osoby w powozie to za du­
żo. Mam sporo do powiedzenia pannie Verity Scott! 

- Tak jest. Czy zrobić coś jeszcze? 
- Nie - odparł Max i ubrał się pośpiesznie. Włożył byle co, 

zwracając uwagę wyłącznie na to, aby rzeczy nie były wywró­
cone na drugą stronę. Pomyślał, że da Verity solidną lekcję, do 
czego prowadzą oszustwa i kłamstwa. 

Stanowczym krokiem wszedł do małego, ponurego pokoi­

ku. Nawet nie fatygował się pukaniem. 

- Dzień dobry, panno Sc... - Urwał, widząc że w poko­

ju nikogo nie ma. Obrzucił spojrzeniem łóżo i skrzynię. Do­

strzegł namalowane na wieku litery. Choć spłowiałe i wytarte, 

background image

100 

nadal układały się w czytelne nazwisko Scott. Było oczywiste, 

że ktoś wymazał pierwszą część stojącej przed nazwiskiem li­
tery W, pozostawiając V. 

Dlaczego mu po prostu nie powiedziała? Mogła mu zaufać. 

Przecież musiała wiedzieć, że nie odmówiłby jej pomocy. Od 

razu zmusiłby Faringdonów do tego, by należycie ją traktowa­
li, odpowiednio wyposażyli. Do diaska! Sam mógłby ją wypo­
sażyć we wszystko, co należy! Verity postanowiła zaryzykować 

- i tak uczyniła. 

Doskonale wiedziała, że może mu ufać. Od samego po­

czątku musiała mieć świadomość, kim on jest. Podeszła go 
bardzo sprytnie. Zarzuciła przynętę i złapała go na haczyk tak 
sprawnie, że nawet tego nie poczuł. 

Odwrócił się gwałtownie, słysząc za plecami cichy okrzyk 

zdumienia. Verity wpatrywała się w niego z pozornym, jak 
sądził, przestrachem. Zorientowała się, że obejrzał skrzynię 
i poznał prawdę. Uśmiechnął się lekko na widok jej poblad­
łych policzków. Może naprawdę się bała. Skąd mogła wiedzieć, 
że niedoszła ofiara tak szybko przejrzy jej plan? 

Patrzyła na Maxa szeroko otwartymi oczami. Poczuł ukłu­

cie bólu. Psiakrew, przecież sądził, że połączyło ich coś wy­

jątkowego. Miało być inaczej niż dotychczas. Mogli razem... 
Nie! Nie powinien w ogóle o tym myśleć! Przez cały czas cho­

dziło tylko o to, aby go złapać w pułapkę. 

- Dzień dobry - powitał ją. - Przyszedłem sprawdzić, czy 

jest coś, co chciałabyś z sobą wziąć. 

J a . . . 
- Zatem tylko skrzynia. Zawołam Hardinga... Pamiętasz 

Hardinga? Zawołam go więc, by przeniósł skrzynię do dyli-

background image

101 

żansu pocztowego. Lepiej nie zwlekajmy. Wyjaśnienia są kło­
potliwe i niezręczne, prawda, panno Scott? 

Panno Scott... 

Wszystko się wydało. Czułego, namiętnego kochanka za­

stąpił surowy sędzia. A ona nadal go pragnęła. 

-Ty... ty nic nie rozumiesz...-wyjąkała. 

Sytuacja zmieniła się tylko o tyle, że poznał jej prawdziwe 

imię i nazwisko. Wszystko inne pozostało tak jak dawniej. Jej 
życie było takie samo, bez względu na to, czy miała na imię 
Selina czy Verity. 

- Och, rozumiem cię doskonale, śmiem twierdzić - burk­

nął. - A teraz się pośpiesz. Musimy ruszać w drogę. 

Dopiero po chwili pojęła sens słów Maxa. 

- Zatem... Nadal chcesz mnie z sobą zabrać? 
- Ależ tak, zabiorę cię - potwierdził. - Ostatecznie, po krót­

kiej nauce masz szansę całkiem satysfakcjonująco grzać mi 
łóżko. Braki techniczne nadrabiasz entuzjazmem, o tym już 
się przekonałem. 

Verity oblał zimny pot. Nie spodziewała się takiego trak­

towania. Nie podejrzewała, że mogłaby powiedzieć coś po­
dobnego: 

- Czy... czy nie mógłbyś zapomnieć, że nią jestem? 

- wyszeptała. - Czy to możliwe, abyś myślał o mnie jak 

o Selinie? 

Nawet nie potrafiła wymówić swojego prawdziwego imie­

nia. Nie mogła tego uczynić, czując na sobie wzrok Maxa. Ten 
sam mężczyzna, który czule się z nią kochał, teraz wykrzywiał 
usta z pogardą. 

- Nie wątpię, że twój ojciec tego by sobie życzył, ale jest już 

background image

102 

za późno na takie sugestie, przyznasz. Bierz pelerynę i chodź 
ze mną. 

-Nie. 

Odmówiła, zanim uświadomiła sobie, co robi. Nie mogła 

jechać z Maxem. Nie jako Verity Scott. Potrafił zrozumieć Se-

linę i jej współczuć, lecz szlachetnie urodzoną pannę Scott 
traktował inaczej. Jej postępowanie uznał za niewybaczalne. 

- Nie? - powtórzył zaskoczony. - Mogę spytać dlaczego? 
- Bo ja... Nie będę... - Urwała, a na jej policzkach wykwitł 

rumieniec. 

- Moją kochanką? - dopowiedział. - Już nią jesteś, moja dro­

ga. I nikt cię nie zmuszał, byś się nią stała. A teraz chodź. Kaza­
łem przyprowadzić powóz. Przed zmrokiem chciałbym być już 

w Londynie. Muszę zorganizować nasz ślub. 

Verity nagłe zakręciło się w głowie. Musiała oprzeć się 

o framugę, żeby nie upaść. 

- Co? - spytała z niedowierzaniem. 
- Chcę być w Londynie przed zmierzchem. To tylko sto mil, 

więc... 

- Nie - przerwała mu. - Co powiedziałeś o naszym mał­

żeństwie... 

- Och, na miłość boską! - krzyknął. - Przestań już grać, 

dziewczyno! Wczoraj w nocy miałem tego aż nadto. Trzeba 
przyznać, że mnie wzruszyłaś. Teraz jednak jest ranek i mu­
sisz stawić czoło rzeczywistości. Gram zgodnie z zasadami. 

Wyjdziesz za mnie, jak tylko otrzymam stosowną licencję 

i znajdę pastora. 

background image

Rozdział szósty 

-Nie! - wykrzyknęła Verity. 
- Nie? Okłamałaś mnie. Czego właściwie ode mnie ocze­

kiwałaś? Co miałem zrobić? Pozwolę sobie wyłożyć kawę na 
ławę, panno Scott. Nie zamierzałem się żenić, ani z tobą, ani 
z żadną inną. Moja opinia na twój temat nie jest najlepsza, 

wierz mi, niemniej twojego zmarłego ojca darzę tak wielkim 

szacunkiem, że wolę uczynić z ciebie żonę niż kochnkę. Twój 
ojciec był tak szlachetnym człowiekiem, że spróbuję napra­

wić swój błąd. Sama ocenisz, czy moje starania zakończą się 

sukcesem. 

- Nie chcę być twoją żoną - powiedziała Verity, choć było 

to kłamstwo. Chciała wyjść za niego, ale nie w takich okolicz­
nościach. Każdym słowem i spojrzeniem Max podkreślał, że 
uważa ją za godną pogardy osobę, która kłamała, aby go usid­
lić i zdobyć bogatego męża. 

- Uświadomiłaś sobie, że nie tak łatwo mną manipu­

lować. Nie zdołasz mną kierować, choć dotąd zakładałaś, 
że to proste. Skoro wpakowałaś mi się do łóżka, to w nim 
pozostaniesz. 

background image

104 

- Nie chciałam, byś poznał moją prawdziwą tożsamość. Nie 

chciałam tego. 

- Dość tych bredni! - wykrzyknął. - Są dwie możliwości: 

albo zamierzałaś zmusić mnie do małżeństwa, albo zachcia­

ło ci się zostać moją kochanką. 

- Przestań! - zawołała. Z trudem trzymała nerwy na 

wodzy. 

- Tak czy owak, kierowały tobą niskie pobudki - ciągnął 

surowo. - Szczerze mówiąc, nie wiem, która z tych wersji bar­
dziej mnie mierzi. To jednak bez znaczenia, bo i tak za mnie 

wyjdziesz. I klnę się na Boga, że przy mnie nauczysz się postę­
pować jak dama i córka tak wspaniałego człowieka, jak twój 

ojciec. Przynajmniej tyle mogę dla niego uczynić. 

Verity uświadomiła sobie, że nie ma znaczenia, w co wie­

rzy Max. Cokolwiek by zrobiła, będzie nią gardził. Max nie 
dbał o nią, tylko o pamięć jej ojca. Do pewnego stopnia bro­
nił w ten sposób własnej godności. 

Czego się spodziewała? 

- Nie trać czasu - usłyszała. - Jedziesz ze mną, nawet gdy­

bym musiał zaciągnąć cię do powozu. 

Późnym popołudniem dojechali do Highgate Hill. Kiedy 

Max ujrzał w dole panoramę Londynu, był już pogodzony 

z myślą, że zrobił z siebie durnia. Tylko siebie mógł winić za 
to, że poprzedniej nocy uległ żądzy. Zabawił się, zaznał przy­

jemności, a teraz ponosił tego konsekwencje: będzie musiał 

ożenić się z Verity Scott. 

Siedziała obok, pogrążona w milczeniu. Od lunchu nie 

odzywała się, z wyjątkiem zdawkowego i grzecznościowe-

background image

105 

go: „Nie, dziękuję", gdy w gospodzie w Barnet podano jej 

kanapki. 

Nic nie powiedziała, gdy się rozpadało i Max otulił ją 

szczelniej jej starą, postrzępioną peleryną. Tylko skinęła głową 

w podzięce. Nawet nie miała czepka. Max sądził, że w tej sytu­

acji każda kobieta usiłowałaby go udobruchać i owinąć sobie 
dookoła palca. Teraz już wiedział, że panna Verity Scott jest 
ulepiona z innej gliny. To ona się obraziła i nawet nie raczyła 
zaszczycić Maxa spojrzeniem. Wolała oglądać krajobraz. 

- Czy to jeszcze daleko? - spytała nagle cicho. 

Max drgnął zaskoczony. 

- Och, zatem umiesz mówić? - spytał ironicznie. 
- Nie miałam pojęcia, że mam do powiedzenia coś, czego 

chciałbyś wysłuchać. Czy daleko jeszcze do celu podróży? 

- Około godziny drogi. Zgłodniałaś? Trzeba było zjeść ka­

napki. 

Nie odpowiedziała, a Max pomyślał, że zasłużyła na to, 

żeby jej burczało w brzuchu. Uznał, że Verity nie należy się 

współczucie, skoro ze złości nie chce nic jeść. Sumienie pod­

powiedziało mu jednak, że jest nieżyczliwy i mściwy. Nie po­
winien brać tej dziewczyny za żonę, skoro tak źle jej życzy. 

Do diaska! Jakże mógłby jej zaufać łub pokochać, skoro 

zastawiła na niego pułapkę? A teraz jeszcze śmiała twierdzić, 
że nie chce go poślubić. Co za absurd! Zaklął i wstrzymał ko­
nie. Uznał, że powinien poruszyć w rozmowie kilka istotnych 

spraw. Położył dłonie na ramionach Verity i obrócił ją twarzą 
do siebie, 

Miała czerwone i opuchnięte oczy, policzki mokre od łez. 

Wszystko, co zamierzał jej powiedzieć, straciło sens. Wyglą-

background image

106 

dała na wyczerpaną. Nadal był wściekły na Verity, ale wyciąg­
nął ramię, aby ją objąć i przytulić. Nie potrafił się opanować. 
Odsunęła się gwałtownie, dając do zrozumienia, że nie po­
trzebuje litości. 

Bez słowa pośpieszył konie. Wyjątkową irytacją napełniał 

go fakt, że czuł się przez Verity jak drań bez sumienia. 

Po raz pierwszy Max wracał do Londynu zadowolony, że 

ciotka Almeria jest w swojej rezydencji. Zwykle musiała z ca­
łą stanowczością żądać od niego, by raczył przestąpić jej pro­
gi. Tego wieczoru z własnej i nieprzymuszonej woli zajechał 
na Grosvenor Square. 

Verity ani drgnęła. Przez ostatnie pół godziny mocno spa­

ła na ramieniu Maxa. Dwadzieścia minut później pożegnał 
oszołomioną ciotkę, pod której pieczą pozostawił śpiącą na­
rzeczoną. 

Gdy wsiadał do powozu, uznał, że mógł rozegrać tę 

sytuację z większą subtelnością. Bezceremonialnie wniósł 
do domu pogrążoną we śnie Verity, położył ją na sofie 

w salonie, przedstawił jako przyszłą żonę i obwieścił, że 
wkrótce powróci ze specjalnym zezwoleniem na zawarcie 

związku małżeńskiego. Na dodatek powierzył ciotce zada­
nie: na jego koszt miała zakupić odpowiednią garderobę 
dla przyszłej panny młodej. Wziąwszy to wszystko pod 
uwagę, doszedł do wniosku, że w niespecjalnie taktowny 
sposób przedstawił Verity ciotce. 

Nie miał jednak czasu na konwenanse. Ślub nie był sprawą 

ciotki, ale brat Maxa powinien dowiedzieć się o planowanej 
uroczystości, zanim Almeria roztrąbi nowinę. Mogła zrobić 

background image

107 

to jeszcze przed północą - wystarczyłoby, gdyby się wprosiła 
do kogoś na kolację. 

Gestem dał lokajowi znak, aby się odsunął od koni, i w tej 

samej chwili na progu domu stanęła kobieta w eleganckiej 
sukni. 

- Max! - zawołała. 

Max udał, że nie słyszy i pognał konie, które energicznym 

kłusem ruszyły ulicą. Bóg raczył wiedzieć, czego chciała ciot­
ka. Max pragnął szybko dotrzeć do domu i zapomnieć, jak 

Verity tuliła się do niego, gdy układał ją, na wpół przytomną, 

na sofie. Jego przyszła żona musiała być solidnie zmęczona, 
skoro zasnęła mu na ramieniu, obojętna na londyński gwar 
i stukot końskich kopyt po bruku. 

Max wszedł do biblioteki i cofnął się na widok Richarda. 

Brat spojrzał na niego z zaskoczeniem. 

- Najwyższa pora! - wykrzyknął. - Coś ty, do licha, robił 

tyle czasu u Faringdonów? Powinieneś wrócić kilka dni 
temu. 

Zdjęty poczuciem winy, Max obserwował, jak brat bliźniak 

dźwiga się z krzesła i kuśtyka do stołu pod ścianą. 

- Coś mi wypadło - wyjaśnił. - Wszystko w porządku? 
- Co miałoby być nie w porządku? - odparł Richard. - Max, 

dziwnie wyglądasz. Brandy? 

- Tak. Tak, poproszę. - Podszedł bliżej i wziął z rąk brata 

kieliszek. - Co z nogą? 

Richard popatrzył na niego uważnie. 

- Z moją nogą? - spytał zdumiony. 
- Tak, twoją, tę, którą niemal... 

background image

108 

- Na litość boską, dlaczego chcesz mówić o mojej nodze? 

- Richard wypił tyk trunku. - Nic się nie zmieniło. A ty? Co 

u ciebie? Dobrze się czujesz? 

- Dobrze - skłamał Max. 

Richard z powrotem pokuśtykał do krzesła i usiadł ostroż­

nie. 

- Nie wyglądasz kwitnąco - skomentował. - Co się stało? 

Dostałeś ataku złego samopoczucia pod wpływem nagaby­
wań panny Celii, szukającej męża? Nie mów mi tylko, że się 

oświadczyłeś. 

- Nie - wzdrygnął się Max. - Nie jest jeszcze tak źle. 

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł kamerdyner Clip-

stone. 

-Wasza lordowska mość - oświadczył - list od lady 

Arnsworth. 

Richard przyjął przesyłkę i przekazał ją bratu w taki sposób, 

jakby mogła go pokąsać. 

- Skąd Almeria wiedziała o twoim powrocie?! - wykrzyk­

nął. - Ta kobieta to wiedźma. Lepiej ty przeczytaj, ja posłu­
cham - dodał z wyraźną ulgą. 

- Powiedziałem jej wszystko, co powinna wiedzieć. Czego 

jeszcze chce? Przeczytaj, proszę. 

Richard uniósł brwi i złamał pieczęć, by rozłożyć kartkę. 

- „Ta dziewczyna śpi" - przeczytał głośno. - „Jak się na­

zywa?" 

Max, mamrocząc pod nosem, podszedł do Richarda, wyjął 

mu list z dłoni i skierował się do biurka. Tam zanurzył w ka­
łamarzu gęsie pióro i naskrobał: „Verity Scott". Bez słowa po­
nownie zapieczętował kopertę i przekazał ją Clipstone'owi. 

background image

109 

- Doskonałe, wasza lordowska mość - oznajmił kamer­

dyner i wyszedł. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, 
Richard spytał: 

- Kim jest ta dziewczyna i dlaczego nadal śpi? - Wypił spo­

ry haust brandy. 

- Verity Scott jest moją narzeczoną - obwieścił Max, pusz­

czając mimo uszu drugą część pytania. 

Richard zakrztusił się brandy. Stłumiony okrzyk za drzwiami 

dowodził, że dyskrecja Clipstonea przegrała z ciekawością. 

- Max, ty dwulicowy draniu! - zawołał Richard, gdy 

odzyskał zdolność mówienia. - Dlaczego mi nie powie­
działeś? 

- Wybacz, Ricky. Nie sądź jednak, że to wpłynie na twoje 

oczekiwania... 

- Co ty wygadujesz? - przerwał mu Richard. - Do diabła 

z moimi tak zwanymi oczekiwaniami! Chcę wiedzieć, dlacze­
go mój jedyny żyjący brat postanowił ożenić się bez konsul­
tacji ze mną! 

- Może dlatego, że jeszcze nie jestem żonaty. 
-Och - mruknął Richard, nieco uspokojony, i dodał: -

Wobec tego wszystko w porządku. Kiedy ślub i kim jest Veri­

ty Scott? Roza tym, że to twoja narzeczona, rzecz jasna. 

-Ślub nastąpi, gdy tylko uzyskam stosowne dokumenty. 

Będę wdzięczny, jeśli udzielisz mi wsparcia. 

Richard wlał w siebie resztkę brandy i ponownie napełnił 

kieliszek. 

- Interesujący pośpiech - zauważył. - Chcesz mi coś po­

wiedzieć na ten temat? 

Max usiadł w dużym skórzanym fotelu. 

background image

- Jeśli mam być szczery, wpadłem w zastawione przez nią 

sidła - wyznał. 

- Ty? W sidła? Nieprawdopodobne! Skromna panna Scott 

usidliła niepokonanego Blakehursta? - Brat z niedowierza­
niem pokręcił głową. - Przynajmniej można mieć pewność, 

że twój potomek będzie miał tęgi łeb. 

- Ricky, ja nie żartuję - Rzekł ostro Max. Brat natychmiast 

się uciszył. - Jeśli o mnie chodzi, nadal pozostaniesz moim 
spadkobiercą. Zaręczam ci, nawet jeśli tytuł powędruje do ko­
goś innego, twoja część majątku nie zostanie ci odebrana. Ani 

twojemu synowi - dodał. 

- Mówisz poważnie - orzekł Richard. - Nie może być aż 

tak źle. 

Max odwzajemnił przenikliwe spojrzenie brata i wzruszył 

ramionami. 

- Wybacz. Nie planowałem tego, co się teraz dzieje. Gdy­

by chodziło o córkę innego człowieka, mogłaby iść do diabła 
i palcem bym nie ruszył w jej obronie. 

- Nie nadążam za tobą. Kim jest Verity Scott? 
- To córka mojego zmarłego dowódcy. Z jej powodu po­

stanowiłem przyjąć zaproszenie Faringdonów. Dobrze wiesz, 
dlaczego czuję się za nią odpowiedzialny. Chciałem osobiście 
sprawdzić, czy z nią wszystko w porządku. 

-I wówczas cię usidliła - domyślił się Richard. 
- Tak jest - potwierdził Max. 

- A ty uważasz, że bezwzględnie musisz się z nią ożenić, 
- Tak. 

- Czy ktoś ci już kiedyś mówił, że twoje poczucie odpowie­

dzialności jest rozdęte ponad wszelką dopuszczalną miarę? -

110

background image

Richard pokręcił głową. - Jak rozumiem, nie ma sensu, abym 
proponował, że sam poślubię tę przeklętą pannicę i w ten spo­

sób zwolnię cię z odpowiedzialności za jej osobę? 

W tym momencie Maxa ogarnęła furia, ponieważ wyob­

raził sobie, że inny mężczyzna mógłby dotknąć Verity. Taka 
możliwość nie wchodziła w rachubę. Zmełł w ustach prze­

kleństwo i pokręcił przecząco głową. 

- Nie musisz nic dodawać - orzekł Richard. 
- Do czego mam coś dodać, skoro niczego nie powiedzia­

łem? - burknął Max. 

- Nie musiałeś. Przestań zaciskać pięści. Chyba że planu­

jesz bijatykę ze mną? 

Max zerknął na swoje dłonie. Zacisnął je tak mocno, 

że kostki zrobiły się białe. Odetchnął głęboko i rozluźnił 
pięści. 

- Partyjkę szachów, Max? 

Skinął głową. Był gotów uczynić wszystko, byle tylko od­

wrócić uwagę od bieżących wydarzeń. 

Verity obudziła się i rozejrzała po nieznanym jej pokoju, 

roświetlonym jedynie płonącym w kominku ogniem. Gdzie 
ona się znalazła? Co to za dom? Nagle wszystko sobie przypo­
mniała. Max przywiózł ją do Londynu. Czyżby trafiła do jego 
domu? Chyba jednak nie. 

Verity zamknęła oczy. Pomyślała, że rano będzie się mar­

twiła swoją sytuacją. Jedno jest pewne: nie wyjdzie za mąż za 
lorda Blakehursta. Wyprawa do Londynu ostatecznie utwier­
dziła ją w tym przekonaniu. 

Łagodny i czuły kochanek z jej marzeń nagle zmienił się 

111

background image

112 

w agresywnego, rozgoryczonego, niechcianego narzeczonego. 
Nie winiła go, to siebie nienawidziła za to, co uczyniła. Jak 
mogła postąpić tak bezwstydnie? 

Max zasługiwał na kobietę, którą mógłby szanować i oto­

czyć opieką. Powinien ożenić się z damą, która ofiarowałaby 
mu coś więcej niż tylko zszargane nazwisko. 

Zaproponowała, że zostanie jego kochanką. Targowała się 

z nim, potem trafiła do jego łóżka. Drgnęła na wspomnienie 
pieszczot Maxa. Żałowała, że nie może zachować tylko do­
brych wspomnień o czułej i namiętnej miłości... 

Niestety, jego gorzkie słowa boleśnie ją zraniły. Budziła 

w nim pogardę. Wierzył, że celowo go usidliła. Wycofa zgodę 

na małżeństwo. Jeśli Max nie przestanie jej pragnąć, pozosta­
nie jego utrzymanką, ale nie żoną. 

- Wycofujesz zgodę? 

Verity spodziewała się, że lady Arnsworth będzie zachwy­

cona, a tymczasem wzburzenie na twarzy damy świadczyło 
o czymś wręcz przeciwnym. 

- Wycofujesz zgodę? Najpierw usidlasz mojego siostrzeńca, 

a potem postanawiasz dać mu kosza tuż przed ślubem? - Da­
ma zdawała się dławić każdym słowem. Jej twarz przybrała 
niepokojąco czerwoną barwę. 

- On... - zająknęła się. - On nie chce mnie poślubić. A ja 

nie mogę za niego wyjść. Proszę przesłać mu wiadomość. Nie 
ma sensu tego ciągnąć. 

- Zdaniem Maxa sprawy zaszły zbyt daleko. - Lady 

Arnsworth z pogardą wydęła usta. - A teraz dość tej pustej 

gadaniny. Na mocy specjalnego zezwolenia wyjdziesz za mąż 

background image

113 

w najbliższym możliwym terminie. Informacja o zaręczynach 

zostanie opublikowana w jutrzejszych gazetach. - Zamilkła 
dla lepszego efektu. - Jeśli nie chcesz uczynić z mojego krew­
niaka kompletnego durnia, zgodzisz się zostać jego żoną. On 
przynajmniej umie się przyzwoicie zachować, z czego ty, pan­
no Scott, powinnaś się ogromnie cieszyć. 

-'Ale... informację podaną do prasy można wycofać - wy­

krztusiła Verity. - Nikt nie musi wiedzieć, że Max wystąpił 

o specjalne zezwolenie. 

- Moja droga, Max poinformował mnie o waszych zaręczy­

nach i poprosił, bym zajęła się wprowadzeniem ciebie na sa­

lony, więc wczoraj wieczorem podczas kolacji wspomniałam, 

rzecz jasna, o waszych zaręczynach. Cały Londyn już wie, że 
Max się żeni. Nie masz wyboru, chyba że nosisz się z zamia­
rem porzucenia go przed ołtarzem. 

Verity z taką siłą zacisnęła dłoń na poręczy krzesła, że roz­

bolały ją palce. Zastanawiała się, kto bardziej pożałuje tego 
ślubu: ona czy Max. Jej przyszły mąż przynajmniej będzie 
miał świadomość, że postąpił honorowo. 

-Moja biedna siostra musi się przewracać w grobie! -

oświadczyła lady Arnsworth. - W zaistniałej, haniebnej sytu­
acji najbardziej żałuję Richarda. A co do Maxa, to przy jego 
doświadczeniu powinien zachować się inaczej. Najwyraźniej 

jednak to mu się należało: skończył u boku przebiegłej awan­

turnicy, która ma jeszcze mniej skrupułów niż on sam. 

Verity drgnęła nerwowo, gdyż lady Arnsworth zamknę­

ła drzwi w sposób, który mniej szlachetnie urodzona osoba 

nazwałaby trzaśnięciem. Nie miała pojęcia, kim jest Richard, 
i nie wiedziała, dlaczego należy go żałować. 

background image

114 

Jeżeli Max - lord Blakehurst - nie ma dość rozumu, albo 

czuje się zbyt rycerski, aby dostrzec rzeczywistość, ona pomo­
że mu przejrzeć na oczy. I to nim dotrą do ołtarza. 

Pół godziny później Verity wchodziła po schodach rezy­

dencji Blakehursta przy Berkeley Square. Chociaż dzień był 
ciepły, na głowę nasunęła kaptur peleryny i starannie unikała 

wzroku przechodniów. 

Drzwi otworzył jej kamerdyner o surowym wyglądzie. 

Wtedy zrozumiała, że to dopiero początek jej problemów. Słu­

żący bez słowa zaczął zamykać jej drzwi przed nosem, znacz­
nie szybciej, niż je otworzył. 

Verity błyskawicznie postawiła stopę na progu. 

—Nie, proszę poczekać - zaprotestowała. - Muszę się spot­

kać z jego lordowską mością. To sprawa niecierpiąca zwłoki. 
Proszę... 

- W tym domu jego lordowska mość nie przyjmuje kobiet 

twojego pokroju - obwieścił wyniośle kamerdyner i dodał: -

Ani też w żadnym innym. Zabieraj się stąd natychmiast, bez-

wstydnico! - Ponownie spróbował zamknąć drzwi. Tym ra­

zem brutalnie nadepnął Verity na stopę. Jęknęła cicho, ale się 
nie cofnęła. 

- Bardzo proszę - powtórzyła uparcie. - Zaczekam w kuch­

ni, tylko proszę mu powiedzieć, że panna Scott chce z nim 
mówić. Jestem... - Zawahała się. Kim jest dla Maxa? Utrzy-
manką? Narzeczoną? I jednym, i drugim? - Jestem gościem 
lady Arnsworth. 

Kamerdyner patrzył na nią podejrzliwie. 

-Ach - mruknął. - Panna Verity Scott? 

background image

115 

Odetchnęła z ulgą i pokiwała głową. 
Kamerdyner zrobił taką minę, jakby znalazł się w sytuacji 

bez wyjścia, lecz otworzył drzwi na tyle, by Verity mogła się 
wślizgnąć do środka. 

- Proszę zaczekać w holu. Sprawdzę, czy jego lordowska 

mość jest w domu. 

-Dziękuję. 

Kamerdyner odszedł dostojnym krokiem, a Verity rozejrzała 

się wokół. Hol był urządzony z dużym smakiem. W gruncie rze­
czy nie spodziewała się, że Max mieszka w takich warunkach. To 

wytworne i eleganckie wnętrze kojarzyło się jej raczej z domem 
lady Arnsworth. Potem dostrzegła swoje odbicie w lustrze nad 

marmurowym stoliczkiem i natychmiast przestała myśleć o wy­
stroju wnętrza. Poczuła się jeszcze bardziej nie na miejscu. 

Nic dziwnego, że kamerdyner potraktował ją obcesowo. 

Wyglądała fatalnie: była rozczochrana, miała na sobie starą, 

miejscami poprzecieraną pelerynę, którą na dodatek popla­
miła błotem. 

Drogie, kunsztowne krzesła były zbyt eleganckie, aby mo­

gła na nich usiąść. Uwagę Verity przykuł odgłos kroków na 
drewnianej posadzce. Odwróciła się nerwowo, przekonana, 
że ujrzy gromadę służących gotowych wyrzucić ją za drzwi. 

Na szczęście do holu wszedł Max. 

- Panna Scott! Co ty tutaj robisz? Nie możesz być rozsąd-

niejsza? Gdzie twoja dama do towarzystwa? 

Verity nie przychodziła do głowy racjonalna odpowiedź na 

dwa ostatnie pytania, skupiła więc uwagę na pierwszym. 

- Muszę z tobą porozmawiać - wyjaśniła. - Proszę, to nie­

zwykle ważne. 

background image

116 

Max przejechał dłonią po ciemnych włosach. 

- Dobrze - zgodził się. - Chodźmy do biblioteki. Tam nikt 

nam nie przeszkodzi. Clipstone! - Odwrócił się do kamerdy­
nera. - Nie ma mnie dla nikogo. Rozumiesz? Dla nikogo. 

Verity była pewna, że kamerdyner zaraz padnie trupem. 

- Znam swoje obowiązki, wasza lordowska mość - oznaj­

mił sztywno. 

- To dobrze - odparł Max. - Panno Scott, tędy, proszę. 

Wprowadził ją do przestronnej, wygodnej biblioteki. Nie 

była tak elegancka, jak hol, niemniej rzucało się w oczy, że 

często się z niej korzysta. Prawdopodobnie odwiedzali ją 

przede wszystkim mężczyźni. Zamiast wymyślnych, pozłaca­
nych krzeseł stały w niej duże, skórzane fotele. Niektóre z nich 
ustawiono przy kominku. Na biurku leżały gazety, a na powi­
tanie gości przydreptały dwa spaniele. Jeden trzymał w pysku 
pogryziony i przeżuty kapeć. 

Zachwycona Verity pochyliła się, aby pogłaskać psy, które 

z entuzjazmem wylizały jej twarz, a ten z kapciem najwyraź­
niej polubił ją do tego stopnia, że złożył u jej stóp swoją cen­
ną własność. 

- Tafty, leżeć! Gus, siad! - polecił psom Max. 

W ogóle nie zwróciły uwagi na jego rozkazy i tylko jeszcze 

szybciej zamachały ogonami. 

- Nic nie szkodzi - zapewniła go Verity, głaszcząc zwierzę­

ta. - Bardzo lubię psy. 

Ich spontaniczne powitanie podniosło ją na duchu. Psy 

nie zwracały uwagi na bogactwo czy modę. Nie interesowało 
ich też, czy ktoś się okrył hańbą. Akceptowały przyjaciół bez 

względu na ich zszargane ubrania i reputację. 

background image

117 

- Panno Scott, pozwolę sobie przedstawić mojego brata, Ri­

charda Blakehursta. 

Przestraszona, usiłowała się wyprostować, lecz nagle usiad­

ła z powrotem, bo jeden ze spanieli ponownie na nią skoczył. 
Podniosła głowę i ujrzała dżentelmena, który był niemal ko­
pią Maxa Blakehursta. 

Richard miał brązowe oczy w nieco ciemniejszym odcie­

niu, a jego włosy nie były tak czarne jak Maxa, niemniej 
bracia byli uderzająco do siebie podobni. Gdy przyjrzała 
im się uważniej, dostrzegła, że Richard jest szczuplejszy 
i ma bardziej zniszczoną twarz, przez co wydaje się star­
szy od Maxa. Rzecz jasna, nie było to możliwe, gdyż Max 
był lordem. 

Max chwycił ją za łokieć i pomógł jej wstać. Nie kło­

potała się otrzepywaniem sukni, tylko od razu wyciągnęła 
rękę do Richarda, który przyjął ją ostrożnie i lekko skinął 
głową. 

- Proszę wybaczyć, że nie ucałuję pani dłoni - oznajmił 

chłodno. - Obawiam się, że Taffy i Gus mnie uprzedzili. 

Verity poczerwieniała i po chwili zbladła. Richard najwy­

raźniej nie zamierzał polubić narzeczonej brata. 

Jeśli liczył na to, że Max pozostanie kawalerem, to natural­

nie nie mógł być zadowolony z ożenku brata. Obejrzał ją od 
stóp do głów tak uważnie... Z pewnością wiedział, że w grę 

wchodzą ukryte motywy. 

- Jestem zaszczycona - powiedziała Verity, zadowolona, że 

zdołała zapanować nad drżeniem głosu. 

- Ricky, zechcesz nas opuścić na chwilę? Panna Scott za­

pragnęła porozmawiać ze mną na osobności. - Chłód w gło-

background image

118 

sie lorda Blakehursta dorównywał lodowatemu spojrzeniu je­
go brata. 

- Skoro uważasz, że to rozsądne - rzekł Richard, najwyraź­

niej nie krępując się obecnością Verity. 

Aż drgnęła na te wrogie słowa. Ten człowiek najwyraźniej 

usłyszał dość dużo, aby sądzić, że jego brat został usidlony. 

- Przybywam zakończyć tę absurdalną historię z małżeń­

stwem - wyjaśniła urażona. - Nie musi się pan lękać o brata. 
Ponadto może pan zostać, nie będzie mi pan przeszkadzał. 

- Żałuję, ale nie mogę powiedzieć tego samego o sobie -

zaprotestował Max. - Żegnam, bracie. Jeśli chcesz zrobić mi 
przysługę, zabierz Clipstone'a, zanim ucho przylepi mu się do 
dziurki od klucza. 

Richard zaśmiał się krótko, z nieskrywaną ulgą. 

- Doskonale, Max. Żegnam, panno Scott. 

Chwilę później zamknął za sobą drzwi. Lord Blakehurst 

popatrzył na Verity. 

- A cóż to miało znaczyć?! - zawołał. 

background image

Rozdział siódmy 

- Ta farsa trwa zbyt długo - oznajmiła Verity. - Żadną mia­

rą nie mogę... 

- Do licha, dlaczego po mnie nie posłałaś, skoro zapragnę­

łaś ze mną rozmawiać?! - wykrzyknął Max. - Dobrze ułożona, 
młoda dama nie może sama składać wizyty, w szczególności 

w domu kawalera! 

- Skoro żaden inny sposób nie skutkuje, może ten cię prze­

kona, że nie powinniśmy brać ślubu. 

- Mówisz poważnie, prawda? Dlaczego? 
-Dlaczego? - obruszyła się. - To oczywiste. Arystokrata 

nie może poślubić dziewczyny, której krewni najchętniej by 
się wyrzekli. 

- Źle mnie zrozumiałaś. Chodzi mi o coś innego. Dlacze­

go się ze mną kochałaś, skoro nie zależało ci na małżeństwie? 

Z pewnością wiedziałaś, jak zareaguję, kiedy wyjawisz mi 

swoje prawdziwe nazwisko. 

Verity odwróciła wzrok. Na wspomnienie tamtej upojnej 

nocy ogarnęła ją fala gorąca. Poczuła, że się rumieni. 

background image

120 

- Nigdy nie chciałam, żebyś poznał moje prawdziwe nazwi­

sko - zapewniła Maxa. Usiłowała mówić spokojnie, co nie by­
ło łatwe, tak bardzo to przeżywała. - Nie przyszło mi do gło­

wy, że się dowiesz, kim jestem. Kiedy się widzieliśmy pierwszy 
raz na pogrzebie taty, było ciemno. Poza tym miałam wte­

dy zaledwie piętnaście lat. Uznałam, że nie będziesz w stanie 
mnie rozpoznać. Gdybyś nie ujrzał skrzyni... 

— I tak wiedziałem. 

- Wiedziałeś?! 
-Nie od razu - wyznał cicho. - Zastanawiałaś się kie­

dyś, dlaczego przedłużyłem pobyt u Faringdonów? Zapew­
niam cię, że nie gustuję ani w ich towarzystwie, ani ich 
znajomych. 

Verity milczała, zaskoczona. 

- Chciałem sprawdzić, czy z tobą wszystko w porządku. 

Czy niczego ci nie brakuje. Kiedy twoja ciotka nie przywiozła 
cię na sezon do Londynu... 

Verity o mało nie wybuchnęła śmiechem. Ciotka Faring-

don miałaby ją zabrać do Londynu? Czy Max postradał 
zmysły? 

- Tak więc przyjechałem po to, by cię odszukać. Kiedy spy­

tałem o ciebie twego wuja, usłyszałem, że nie żyjesz. 

Po grzbiecie Verity przebiegły ciarki. Naprawdę wuj Fa-

ringdon tak powiedział? Bez wątpienia chciał, aby to było 
prawdą. Zresztą, pod pewnymi względami Faringdonowie 
uśmiercili ją za życia. 

- Nic ci nie jest? 

Drgnęła, zaskoczona troską pobrzmiewającą w głosie 

Maxa. Popatrzyła na niego i machinalnie skinęła głową. 

background image

121 

- Chodź, usiądziesz przy ogniu. Cała drżysz. 

Max chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę kominka, 

po czym delikatnie posadził ją w fotelu. 

Przykucnął obok paleniska. 

- Może i jestem lordem, ale nie zapomniałem, jak się roz­

nieca ogień! - oznajmił, biorąc do ręki polano. 

Po chwili w kominku wesoło trzaskał ogień. Mimo to 

Verity, którą widok buzujących płomieni zawsze nastra­
jał optymistycznie, nie zdołała otrząsnąć się z ponurego 

nastroju. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że wuj pogrze­

bał ją za życia. 

- Jak się dowiedziałeś? - spytała Maxa. 
- To zasługa mojego służącego - wyjaśnił i wyprostował się. 

- Podpytał tę pokojówkę.... Sukey, zdaje się? Wyznała mu, że 

Verity Scott żyje. Nie było trudno zorientować się, kim jest 

Selina Dering. Ponawiam pytanie: dlaczego to zrobiłaś? Dla­
czego przyjęłaś moją propozycję? Na pewno nie zamierzałaś 
zostać moją utrzymanką. Co byś dzięki temu zyskała? 

- Wolność - odparła krótko. - Gdy rozważałam twoją pro­

pozycję, dotarło do mnie, że pojawiła się szansa ucieczki. 
Musiałam zrobić coś tak szokującego, by Faringdonowie nie 
chcieli mnie zatrzymać. 

Wpatrywał się w nią, zbulwersowany. 

- Na miłość boską, dziewczyno! Nie powinnaś była tak się 

narażać! 

- Narażać? - spytała cicho. - Nie miałam nic do stracenia. 
- Pozostanę przy odmiennym zdaniu. Z całą pewnością 

miałaś coś do stracenia. I straciłaś to ze mną! 

- To nie ma nic do rzeczy. 

background image

122 

- To tobie tak się wydaje! - krzyknął. - Możesz tak uwa­

żać, ale... 

- To nie ma zupełnie nic do rzeczy - podkreśliła Verity i za­

cisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się jej w dłonie. 

- Mój kuzyn... - Zadrżała z obrzydzenia na myśl o tym, że 

mogłaby stracić cnotę z Godfreyem. - Nie chciałam, aby ktoś 
pozbawiał mnie dziewictwa siłą, więc oddałam się mężczyź­
nie. .. godnemu zaufania. 

Max musiał wytężyć słuch, aby zrozumieć ostatnie słowa, 

a mimo to ogłuszyły go niczym celny cios. Verity zaufała mu 
do tego stopnia, że powierzyła mu własne ciało, lecz zarazem 
nie zdecydowała się wyznać, kim jest. W pewnym sensie go 

wykorzystała. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytał. Nie chciał, 

by jego głos brzmiał tak szorstko, lecz nic na to nie mógł 
poradzić. 

- Że jestem dziewicą? 
-Tego też - potwierdził ponuro. Wiedział, że sprawił jej 

przykrość, i zrobiło mu się wstyd. - Mogłaś się przyznać, kim 

jesteś, i poprosić mnie o pomoc. 

- Przecież wówczas nie zgodziłbyś się wziąć mnie na utrzy-

mankę - zauważyła trzeźwo Verity. 

- Naturalnie! - potwierdził porywczo. - Absolutnie bym 

do tego nie dopuścił. 

- Zatem nie mogłabym uciec od Faringdonów. 

- Nie przyszło ci do głowy, że mogę zapewnić ci wsparcie? 

- spytał Max, zniecierpliwiony uporem Verity. 

-W jaki sposób? - zapytała wprost. - Nie skończy­

łam jeszcze dwudziestu jeden lat. Lord Faringdon to mój 

background image

123 

prawny opiekun. Nie mam ani pieniędzy, ani innych krew­
nych, gotowych mnie przygarnąć. Faringdonowie najchęt­
niej zostawiliby mnie w przytułku, ale najwyraźniej moja 
babcia stanowczo zaprotestowała. Liczyli na to, że odzie­
dziczą po niej spory majątek, więc mnie zatrzymali, rzecz 

jasna. Ponieważ dzięki mnie oszczędzali na co najmniej 
jednej guwernantce i pokojówce, ciotka odmówiła napisa­

nia mi referencji. Co byś zrobił, gdybym wyjawiła ci swoją 
prawdziwą tożsamość? Nic. Natomiast po twoim wyjeździe 
moja sytuacja tylko by się pogorszyła. 

- A co byś zrobiła po zakończeniu naszego związku? - Max 

zmienił temat. - Kiedy już wyuczyłbym cię nowych umiejęt­
ności? - dodał z gorzką ironią w głosie. 

Zaczerwieniła się. 

- Ja... skłamałam - wyznała. - Nigdy nie chciałam zostać 

niczyją... Nie pragnęłam szukać następnego... Zamierzałam 

wykupić sobie dożywotnią rentę. 

- Co takiego? - spytał oszołomiony. 
- Rentę - powtórzyła zdezorientowana Verity. - Rozumiesz, 

chciałam założyć lokaty rentierskie, wykupić obligacje pań­
stwowe. Można za nie dostać trzy procent rocznie. 

Do diabła, wiedział, czym jest renta! 

- Ustalmy coś - odezwał się Max zniecierpliwiony. - Ocze­

kiwałaś ode mnie wyłącznie bezpieczeństwa i spokoju, nie 
mylę się, prawda? A teraz nie chcesz za mnie wyjść. 

- Tak - potwierdziła. - To znaczy nie. 
- Verity... Wiem, że ci sprawiłem ból. Gdybym znał praw­

dę, postąpiłbym inaczej... - Zamilkł. - Co tam się dzieje, u li­
cha?! - wykrzyknął. 

background image

124 

Nieartykułowane ryki w holu przeobraziły się w męski głos. 

Max nie potrafił jednak rozpoznać, do kogo należy, 

- Precz mi z drogi! Idę do jego lordowskiej mości i niech 

was wszystkich diabli porwą! 

Verity zbladła, a źrenice rozszerzyły się jej do tego stopnia, 

że oczy zrobiły się czarne. Zerwała się na równe nogi, jakby 
chciała rzucić się do ucieczki. 

Faringdon. 
Minął czas na przemyślenia, koniec z wątpliwościami. Te­

raz tylko czyny mogły jej pomóc. 

Max chwycił Verity za ramiona. 

- Posłuchaj - zaczął - nie mamy czasu. Podejmij ostatecz­

ną decyzję: czy zamierzasz uwolnić się od krewnych raz na za­

wsze, bez względu na cenę, jaką ci przyjdzie zapłacić? 

Rozchyliła usta, ale nie udało się jej wykrztusić ani słowa. 

- Szybko, Verity - ponaglił ją Max. - Ufasz mi? 

Skinęła głową. 

- Doskonale. Poproszę Faringdona o rozmowę. Postępuj tak 

jak ja. Nie rób niczego na własną rękę. Przede wszystkim nie 

zaprzeczaj ani jednemu mojemu słowu. - Pochylił się i ujął 

Verity pod brodę. - Pamiętaj: popieraj mnie. To twoja jedyna 

szansa. - Nie potrafił się powstrzymać i pogłaskał jedwabiście 

miękki policzek Verity. 

Ogarnięty silnym pożądaniem, z najwyższym trudem cof­

nął rękę i wstał. 

- Zgadzaj się ze mną, cokolwiek powiem - podkreślił. Na­

stępnie podszedł do drzwi i je otworzył. 

W holu stał lord Faringdon, czerwony ze złości, w zaku­

rzonym płaszczu. 

background image

125 

- Zapraszam do środka - powitał Max gościa. - Czyżbym 

coś u państwa zostawił? Sądziłem, że wszystko zabrałem. 

Zauważył z satysfakcją, że jego spokojny głos podziałał na 

Faringdona jak płachta na byka. Jeszcze bardziej się zaczer­
wienił się na twarzy i zacisnął pięści. 

Gdy tylko przekroczył próg biblioteki, jego spojrzenie 

padło na Verity. Zaskoczony, wytrzeszczył oczy ze zdumie­
nia. 

- Na miłość boską, człowieku! - wykrzyknął. - Śmiało pan 

sobie poczyna. Tym razem jednak pan przesadził, Blakehurst. 

Naprawdę uznał pan, że nie zorientuję się, że z panem wyje­

chała? Ma mnie pan za głupca? 

Max udał, że zastanawia się nad odpowiedzią. 

- Nie - oświadczył w końcu. - Nie podejrzewałem, że 

brakuje panu rozumu. Za to nie wątpiłem, że jest pan nie­

uczciwy. 

Faringdon popatrzył na niego ze zdziwieniem. 

- Co pan, u licha, wygaduje? - wyjąkał. 

Maxa ogarnęła wściekłość. 

- Lordzie Faringdon, spytałem, jak się miewa panna Scott, 

i usłyszałem, że nie żyje. 

Arystokrata uznał za stosowne zaprotestować. 

- Nic podobnego! - zawołał. - Oświadczyłem, że nie ma jej 

z nami, pan wyciągnął niewłaściwe wnioski! 

- Nie zrobił pan nic, by mnie wyprowadzić z błędu - za­

uważył lodowatym tonem Max. - Przeciwnie, sugerował pan, 
że odebrała sobie życie. 

- Nic panu do tego! - ryknął Faringdon. - Jestem jej opie­

kunem i... 

background image

126 

- Już nie - oznajmił Max. Podszedł do Verity i uścisnął jej 

rękę. - Od tej chwili pozostaje pod moją opieką. 

Faringdon uśmiechnął się dwuznacznie. 

- Ależ wcale tego nie kwestionuję - zapewnił. - Czy jednak 

naprawdę chce pan, aby świat się dowiedział, że uwiódł pan 
nieletnią, niewinną dziewczynę i uprowadził ją spod opieki 
rodziny? Że posiadł ją pan w jej domu? Chyba nie, Blake-

hurst. Tak się składa, że pańska reputacja jest powszechnie 
znana. Oczywiście, że pana okłamałem. Uczyniłem to dlate­

go, że chciałem uchronić bliską mi osobę przed zakusami nie­
godnymi dżentelmena. Rzecz jasna, gdyby pan zechciał choć 
częściowo pokryć koszty związane z opieką nad nią... - Wy­
krzywił usta w obleśnym uśmiechu. - Ostatecznie, przeście­

radło jest niezbitym dowodem na to, że dostał pan to, za co 
powinien teraz zapłacić. 

Max nie wierzył własnym uszom. Faringdon chciał pienię­

dzy za utracone dziewictwo Verity i za zrobienie z niej utrzy­
manki. Na dodatek obłudnie głosił, że tylko usiłował chronić 

jej cnotę. 

Z miny Verity wyczytał, że musi działać szybko, aby nie 

zdążyła popełnić głupstwa. 

- Niniejszym informuję pana, że pańska podopieczna zo­

stała moją żoną - oświadczył. - Zawiadomienie wkrótce poja­

wi się w gazetach. Nie zamierzam tolerować dalszych zniewag 
pod adresem mojej małżonki. Jeszcze jedna obelga i będzie 

miał pan ze mną do czynienia. 

- Co?! - zawołał Faringdon. - Zabraniam! Nie ma pan 

prawa! 

Max jeszcze mocniej uścisnął drżącą dłoń Verity. Reakcja 

background image

127 

Faringdona go zdumiała. Nie sądził, że są na świecie ludzie 
tak głupi, jak ten osobnik. 

- Ona jest niepełnoletnia! - wykrzyknął Faringdon 

z satysfakcją. - Odwołam ślub, zabiorę ją do domu. Nie 

wiem, jakich kłamstw naopowiadała panu ta dziewczyna, 

Blakehurst, ale... 

Max wzruszył ramionami. 

- Może pan odwoływać, ale z jakiego powodu? Chce pan 

obwieścić, że dybię na jej pieniądze i dlatego ją wykorzysta­
łem? Że nie potrafię zapewnić jej poziomu życia, do którego 
przywykła? - Prychnął pogardliwie. - Wie pan co, Faringdon, 
pod tym względem miałby pan rację. Nigdy nie przyszłoby mi 

do głowy traktować ją tak, jak pan to robił. 

- Niech pana diabli porwą, Blakehurst! Nie może pan... 
- Mogę, i już to zrobiłem - przerwał mu Max. - A pan 

niech lepiej rozważy, jak wielkim szacunkiem książę Wel-
lington darzył pułkownika Scotta. Proszę mi wierzyć, jeśli 

powiem mu, jak potraktował pan córkę wojennego boha-

era, będzie pan niechętnie widziany na salonach. Zawiado­
mienie pojawi się w gazetach i jeśli nie chce pan zrujnować 
sobie życia, pogodzi się z zaistniałą sytuacją. Żegnam, 

-Faringdon. 

- Nie tak szybko, Blakehurst - sprzeciwił się Faringdon. -

jako prawny opiekun panny Scott, chcę wysłuchać, co ona ma 

do powiedzenia w tej sprawie. Znajduję ją w pańskim domu, 

informuje mnie pan, że wzięliście ślub, a ona nie powiedziała 

jeszcze ani słowa na ten temat. 

Drzwi gwałtownie się otworzyły i do biblioteki wszedł, 

utykając, Richard. 

background image

128 

-Wszystko w porządku, lordzie Blakehurst? Clipstone 

uznał moją obecność za pożądaną. 

Max w duchu posłał służącego do wszystkich diabłów. 

- Lord Faringdon chce się upewnić, że poślubiłem jego 

podopieczną. Jako świadek naszych dzisiejszych zaślubin, Ri­

chardzie, zechciej zapewnić jego lordowską mość, że wszystko 

odbyło się jak należy. 

Osłupiały Richard uważnie wpatrywał się w brata. 

- Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, Max? 

Dobry Boże, pomyślał Max i uśmiechnął się wyrozu­

miale. 

- Tak, wiem, Richardzie. To szokujące, że ktoś śmie 

powątpiewać w moje słowo, ale mniejsza z tym. Wyjaśnij 
lordowi Faringdonowi wszystko i puśćmy sprawę w nie­
pamięć. 

Richard nie spuszczał wzroku z brata. 

- Jesteś pewien? - spytał. 

Max odwzajemnił jego przenikliwe spojrzenie. 

-Bezwzględnie, Richardzie - potwierdził stanowczo. -

Albo trzeba będzie wyrzucić go za drzwi. 

W głębi duszy modlił się, by brat zrobił to, o co go 

poprosił. 

Richard wzruszył ramionami i popatrzył na Faringdona. 

- Nie wiem, czemu miałby pan kwestionować słowo lorda 

Blakehursta. Małżeństwo zostało zawarte. Zadowolony? 

W odpowiedzi Faringdon obrócił się na pięcie i wyszedł, 

zatrzaskując za sobą drzwi. 

- Ty cholerny... - nie wytrzymał Richard. 

Max ruchem dłoni nakazał mu milczenie i znieruchomiał. 

background image

129 

Po chwili rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych, 

dowodzący, że lord Faringdon sam znalazł drogę. Max nie­
chętnie skierował wzrok na brata. 

-I co teraz? - spytał Richard przez zęby. 

Max popatrzył na ustawiony na kominku zegar. 

-Piąta - mruknął. - Ricky, każ przygotować powóz po­

dróżny i przyślij tu Hardinga. Razem z Almerią zabierzesz 

Verity prosto do Blakeney. Zjawię się, gdy tylko uzyskam ze­

zwolenie na ślub. Ty i Almeria możecie być świadkami, a za­

razem druhną i drużbą. 

- Co takiego?! - wykrzyknęli zgodnie Richard i Verity. 
- Ricky! - ryknął Max. - Idź już. Natychmiast. Nic na to 

nie poradzisz. Muszę działać szybko, zanim Faringdon się zo­
rientuje, że go okłamaliśmy. Temu łotrowi nie powierzyłbym 

nawet bezpańskiego psa. 

Richard popatrzył na Verity. 

- Witamy W rodzinie - mruknął i opuścił bibliotekę. Przy 

drzwiach odwrócił się: - Nawet tobie nie uda się tak szybko 

-wziąć ślubu. A jeśli Faringdon się zorientuje? 

Max wzruszył ramionami. 

- Faringdon to dureń. Gdy ktoś mu powie prawdę, przy 

odrobinie szczęścia my już będziemy małżeństwem. 

Richard użył dosadnego słowa, które świadczyło o tym, 

że jego pojęcie szczęścia nie pokrywa się z wyobrażeniem 

brata. 

Cały świat Verity legł w gruzach. 

- Ale przecież arystokraci nie... 
- Och, przeciwnie - przerwał jej Max. - Uwierz mi na 

słowo. 

background image

130 

- Czy bierzesz tę kobietę za żonę? 

Trzy dni później Verity stała u boku Maxa w salonie 

w Blakeney, zasłuchana w spokojny głos pastora. Była zdener­
wowana i miała do siebie pretensje o to, że pozwoliła, by Max 

się dla niej poświęcił. Przecież w ogóle nie planował się żenić, 

a jeśli już, to na pewno nie z kobietą spoza własnego środowi­
ska, która nie miała ani tytułu, ani majątku. Nie powinna była 

wyrazić zgody na ślub. Czuła, że stojący za jej plecami świad­

kowie, ciotka i brat pana młodego, zgadzają się z nią w całej 

rozciągłości. 

- Czy będziesz ją kochał, pocieszał i wspierał, w chorobie 

i w zdrowiu, wyrzekniesz się wszystkich innych i pozostaniesz 

jej wierny, dopóki śmierć was nie rozłączy? 

-Tak. 

Przepojona pewnością odpowiedź Maxa wstrząsnęła Ve­

rity; uprzytomniła jej skalę jego poświęcenia, a zarazem je­
go odpowiedzialności. Dobrowolnie wziął na siebie poważne 
obowiązki... 

Co w jego życiu ulegnie teraz zmianie? Chyba niewie­

le. Nadal będzie mógł robić to, na co mu przyjdzie ochota. 
Ta świadomość jej bynajmniej nie uspokoiła, jednak alter­

natywą dla małżeństwa z Maxem był powrót do Faringdon 

Hall... Nagle drgnęła, słysząc dyskretne chrząknięcie pana 

młodego. 

Pastor patrzył na nią wyczekująco. Rozejrzała się niepewnie. 

- Tak! - podpowiedział Richard za jej plecami. 

-Hm... tak. 

Właściwie wyszeptała odpowiedź, lecz duchowny sprawiał 

wrażenie usatysfakcjonowanego. 

background image

131 

- Kto wydaje tę kobietę za mąż? - spytał uroczyście. 

Verity zesztywniała, kiedy Richard podszedł bliżej, wziął ją 

za prawą rękę i przekazał ją pastorowi. Następnie duchowny 
położył jej rękę na dłoni Maxa. Zaschło jej w ustach. Pomy­
ślała, że Max musiał ją znienawidzić. Odkąd stanęli przed oł­

tarzem, ani razu na nią nie spojrzał. 

Max poczuł dotyk drobnej, drżącej dłoni. Do tej pory uni­

kał spoglądania na Verity, ale teraz skierował na nią wzrok. 
Była bardzo blada. Łagodnie pogłaskał kciukiem jej dłoń 

skupił uwagę na powtarzaniu słów przysięgi: 

- Ja, Maxwell James Błakehurst, biorę ciebie, Verity Anne, 

za żonę... - Jeszcze jedna przysięga, pomyślał, przed Bogiem 
i człowiekiem. Będzie musiał jakoś pogodzić ją z pozostały­
mi, które złożył. - Kochać cię i szanować... - Przyszło mu do 

płowy, że każdego dnia mnóstwo ludzi składa najrozmaitsze 

obietnice bez zamiaru ich dotrzymania. - Przysięgam ci wier­

ność aż do śmierci. 

Czy mógłby się zhańbić w taki sposób? Czy byłby gotów 

skrzywdzić Verity? Czy potrafiłby się z nią ożenić, a potem 
zabawiać się tak jak dotąd? 

Usłyszał cichy głos Verity, powtarzającej słowa przysięgi. 

Me chciała tego ślubu. Prosiła, by dał jej wolność. Odmówił, 
nalegał na małżeństwo. Potem przybył lord Faringdon, zrobił 

awanturę i zażądał powrotu podopiecznej. Max nie wątpił, że 
strach przed Faringdonami skłonił Verity do wyrażenia zgo-

dy na ślub. Ta świadomość nie poprawiła humoru panu mło-

demu. 

-... i przysięgam ci wierność aż do śmierci. 

Max ostrożnie ściągnął rękawiczkę z jej lewej dłoni. Serce 

background image

132 

mu się ścisnęło, gdy ujrzał spracowane, poczerwieniałe smu­
kłe palce, pokryte szorstką, spękaną skórą. Odwrócił się do 
Richarda i wziął od niego obrączkę. Położył ją na książeczce 
do nabożeństwa i podsunął pastorowi. 

Następnie wsunął obrączkę na palec Verity. Zmrużył oczy, 

gdy ujrzał na nim szczególnie głębokie pęknięcie. Złote kół­

ko zatrzymało się na kostce, i z pewnym wysiłkiem przecis­

nął je do nasady palca. Sprawił Verity ból, wiedział o tym do­

brze, ale ona tylko westchnęła. Max spontanicznie przysunął 
jej dłoń do ust i łagodnie ją ucałował. 

Verity popatrzyła na niego z zaskoczeniem. 

Uśmiechnął się z trudem i powtórzył za duchownym: 

- Niech ta obrączka będzie znakiem naszego związku mał­

żeńskiego... - Kontynuował spokojnie, cały czas trzymając 

dłoń Verity. 

Nie było już odwrotu. Wysłuchał ostatnich słów pastora, 

który ogłosił Maxa i Verity mężem i żoną. 

Z najwyższym trudem zapanował nad sobą i delikatnie 

musnął wargami usta żony. Verity należała teraz do niego, na 
dobre i na złe. Pozostało mu tylko zadbać, by jej życie ukła­
dało się jak najlepiej. 

Po kolacji Verity poznała kilka zasad spożywania posiłków 

w towarzystwie. Między innymi należało pamiętać o wstawa­

niu od stołu po ostatnim daniu, aby dżentelmeni mogli się 

w spokoju napić wina. Poza tym nie wolno było zostawiać 
jedzenia na talerzu, nie udając przynajmniej, że się je zjada. 
Tych wskazówek udzieliła jej lady Arnsworth, gdy obie prze­

szły do salonu. 

background image

133 

- Jeśli chcesz zająć wysoką pozycję w towarzystwie i nie wy­

stawiać Maxa na pośmiewisko, będziesz musiała się przyłożyć 
do pracy - oznajmiła dama. 

Verity skupiła całą uwagę na filiżance, której o mały włos 

nie wywróciła. Nie miała najmniejszego zamiaru uczestniczyć 
w życiu towarzyskim londyńskiej socjety. 

Lady Arnsworth kontynuowała wykład. 

- Sprawą kluczowej wagi jest pokazywanie się we wszyst­

kich odpowiednich miejscach, w obecności starannie wyse­
lekcjonowanych osób, rzecz jasna. Pojawią się plotki, lecz jeśli 
będziesz zachowywała się odpowiednio godnie, mocna pozy­

cja Maxa pozostanie nienaruszona. 

Starsza pani urwała na moment i posłała Verity ostrzegaw­

cze spojrzenie. 

- Musimy jednak myśleć realistycznie i przygotować się na 

rozmaite zdarzenia. Biorąc pod uwagę skandal, który zapewne 
wybuchnie w związku z waszym ślubem, nie będę potrafiła prze­
konać niektórych dam do zapraszania cię na rozmaite przyjęcia. 
Być może zostaniesz dopuszczona do bywania w ich domach 
przy okazji większych spotkań towarzyskich. 

Verity chciała dosadnie skomentować to, co usłyszała, 

lecz ugryzła się w język. Nie wolno jej zapominać, że lady 

Arnsworth jest ciotką Maxa. Nieuprzejmość wobec niej była­

by całkowicie nie na miejscu. 

- Jest jeszcze jedna kwestia, którą się czuję w obowiązku 

poruszyć - powiedziała z westchnieniem dama. 

Verity już się przekonała, że kiedy lady Almeria wspomina 

o obowiązkach, wiąże się to z czymś nieprzyjemnym. 

- Małżeńskie łoże. 

background image

134 

Verity odstawiła filiżankę na spodek. Tej prostej czynności 

towarzyszył hałas porównywalny z salwą z muszkietów. 

- Chyba... nie trzeba..; To jest, chciałam powiedzieć, że 

nie ma potrzeby... - wyjąkała. 

Lady Arnsworth uciszyła ją wymownym spojrzeniem. 

- Cokolwiek już między wami zaszło, moim obowiązkiem 

jest wyjaśnienie ci, że dżentelmeni mają całkowicie odmien­

ne oczekiwania wobec żon i wobec... - nieznacznie wzruszyła 
ramionami - ... utrzymanek. 

Verity spiekła raka. 

- W żonie - kontynuowała lady Arnsworth - dżentelmen 

widzi troskliwą i czułą matkę swych dzieci, a także reprezen­

tacyjną panią domu. Jednym słowem, wykwintną damę. - Jej 
ton dowodził, że uważa Maxa za niepoprawnego optymistę, 
skoro oczekuje tego od Verity. - Co do mojego siostrzeńca: 
byłoby skrajną nieodpowiedzialnością sądzić, że powstrzyma 
się od poszukiwania uciech w innych miejscach. Dżentelme­

ni tacy jak Blakehurst wolą się zabawiać poza małżeńskim ło­
żem. Dama powinna przyjąć to do wiadomości i nie czynić 
mężowi wyrzutów. 

Lady Arnsworth zamknęła oczy, głęboko odetchnęła i po 

chwili dodała: 

- Żonie nie wolno nagabywać małżonka, gdyż taka próba 

jest jednoznaczna z wywołaniem u męża nieodwracalnego 

obrzydzenia do żony. Z tego względu mąż szuka zaspokoje­
nia poza domem. Nie wolno kalać małżeńskiego łoża. 

Verity poczuła ukłucie w sercu. Zrozumiała ze smutkiem, 

że ofiarowując Maxowi siebie, swoje ciało i duszę, wzbudziła 
w nim niesmak. 

background image

135 

Tęskniła za jego bliskością. Sądziła, że ofiarował jej uczucie. 

Kochali się przecież tak czule i namiętnie, tak cudownie było 
im razem... Teraz pojęła: sądził wówczas, że bierze nową ko­

chankę, utrzymankę. 

Zakręciło się jej w głowie. Ledwie do niej docierało, że lady 

Arnsworth wciąż mówi. Verity myślała tylko o tym, że na za­

wsze zniechęciła do siebie Maxa. Liczyła na to, że może z cza­

sem wybaczy jej to, co zrobiła. 

- Mam nadzieję, że wyraziłam się jasno. 

Zrozumiała, że powinna coś powiedzieć. 

- Tak - wymamrotała. - Dziękuję. Bardzo jasno. - Wsta­

ła i uśmiechnęła się z trudem. - Proszę mi wybaczyć, lady 

Arnsworth, ale udam się na spoczynek. Dzień był pełen wra­

żeń, czuję się nieco zmęczona. 

Jedyną odpowiedzią było skinienie głową. 

- Zatem dobranoc. Dziękuję za rady. - Verity ruszyła do 

drzwi. 

- Chwost dzwonka jest przy kominku. 

Verity się odwróciła. W rzeczy samej, był. 

- Słucham? - spytała. Czyżby coś jej umknęło? 
-Powinnaś zadzwonić po Henty. Ona cię zaprowadzi do 

sypialni. 

Verity pobladła. Przez ostatnie dwa dni była oprowadza­

na po domu przez gospodynię, panią Henty. Zaciśnięte usta 
i lodowaty ton głosu kobiety jasno dowodziły, co myśli o wy­
brance swojego pana. 

- Nie ma potrzeby. Zapewne pani Henty ma dość pracy 

i bez tego. Wczoraj wskazała mi mój pokój, trafię tam bez 
problemu. - Uśmiechnęła się z trudem. - Dziękuję. 

background image

136 

Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi i znieruchomiała, 

ciężko oddychając. Potem usłyszała męskie głosy. Odwró­
ciła się czujnie. Max i Richard szli do salonu. Perspektywa 
spotkania z Maxem wydała się Verity przerażająca. Zbyt 
dużo dowiedziała się od lady Arnsworth. Uniosła skraj 
sukni i uciekła. 

Lady Arnsworth poskarżyła się, kiedy tylko Max i Richard 

weszli do salonu. 

-Twoja żona odmówiła dotrzymywania mi towarzystwa. 

Udała się na spoczynek. Po tym wszystkim, co dla niej zrobi­
łam. To przechodzi wszelkie pojęcie. Doprawdy, Max! Czy ten 
ślub był konieczny? Moim zdaniem... 

- Ciociu Almerio... 

Zacisnęła wargi. 

-Tak? 
- Był konieczny. 

- Każda dziewczyna, która pakuje się w tego typu sytuację, 

zasługuje na... 

-Dość - przerwał Max ciotce. 

Przemówił znacznie ostrzej, niż zamierzał, ale przynaj­

mniej przerwał jej tyradę. Miał poczucie winy. Chociaż pod­
czas kolacji siedział daleko od świeżo poślubionej żony, dosko­
nale widział, że niewiele zjadła. Almeria korzystała z każdej 
sposobności, aby wytykać Verity wady pod pozorem udziela­
nia jej wskazówek. 

- Max! Zagrasz w karty? - Niecierpliwy ton Richarda do­

wodził, że zadał to pytanie już co najmniej raz. 

Karty! Max zamierzał zaprzeczyć, lecz dostrzegł niezado-

background image

137 

woloną minę Ałmerii. Zgodził się niechętnie. Bez czwartego 

gracza mieli ograniczone możliwości, a ciotkę należało ugła­
skać przed porannym powrotem do Londynu. W przeciwnym 

wypadku jej ostry język wyrządzi nieopisane szkody reputacji 

nowej lady Blakehurst. 

Obiecał sobie w duchu zatroszczyć się o Verity. Później zaj­

mie się jej towarzyską ogładą. 

Verity kilka razy skręciła w niewłaściwą stronę, zanim od­

nalazła odpowiedni korytarz i stanęła przed drzwiami, które, 

jak sądziła, prowadziły do jej pokoju. Pamiętała, że przy jej 

drzwiach wisiał portret damy o wyjątkowo nieprzystępnym 
wyrazie twarzy. Rzecz jasna, przed ślubem spała w jednym 

z pomieszczeń dla gości, nie w komnacie pani domu. 

Otworzyła drzwi i stanęła na progu, zastanawiając się, czy 

trafiła do właściwego pomieszczenia. Nie była to sypialnia, 
lecz salon, w którym zapalono wszystkie lampy, jakby w prze­

widywaniu na czyjeś przybycie. 

Z wahaniem weszła do środka, usiłując sobie przypomnieć, 

co mówiła pani Henty, gdy oprowadzała ją po domu. Wów­
czas nie weszły do tego pokoju. „Oto apartamenty. Jego lor-
dowska mość mieszka na końcu korytarza". 

Apartamenty. Zatem to właściwy pokój. Verity przeszła po 

miękkim dywanie i zrobiła wielkie oczy na widok drugiego 
pomieszczenia. Pomyślała, że tak wielka i wystawna sypialnia 
z pewnością nie należy do niej. A może...? 

Na świeżo posłanym łóżku leżała jej nocna koszula, skrom­

na i postrzępiona. Tak, zdecydowanie trafiła do swojej sypial­
ni. Verity poczuła się zażenowana - potrafiła sobie wyobrazić 

background image

138 

chichoty i szepty w pokojach służby. Z pewnością w niedłu­
gim czasie służący poznają prawdę o jej małżeństwie. Służba 
zawsze wszystko wie. 

Rozejrzała się i w rogu dostrzegła skrzynię po ojcu. 

Porysowane i obłupane drewno zupełnie nie pasowało 

do eleganckich mebli. Verity uroniła łzę, którą pośpiesz­
nie otarła drżącą dłonią. Nie miała śmiałości płakać nawet 
tutaj, we własnej sypialni. Max mógł w każdej chwili wejść. 

Zerknęła na zegar ustawiony na marmurowej półce nad 
kominkiem. 

Zresztą straciła Maxa. W miejsce czułego i namiętnego ko­

chanka pojawił się lord Blakehurst, ugrzeczniony mąż. Prze­
rażała ją perspektywa dzielenia z nim łoża. Pogardzał nią za 

to, że, jak twierdził, wykorzystała go w rozgrywce z Faringdo-
nami. Może był bliski prawdy, ale musiała go do siebie prze­
konać. 

Pośpiesznie ściągnęła suknię ślubną, umyła się i włożyła 

przez głowę nocną koszulę. Spojrzała na łóżko. Wydawało się 
wygodne i przytulne, całe w jedwabiach, tyle że było zdecydo­

wanie za duże jak na jej potrzeby. 

Mogłaby usiąść przy wygaszonym kominku i zaczekać, aż 

zrobi się senna. Obeszła cały pokój i zgasiła wszystkie lampy 
z wyjątkiem tej, która stała przy łóżku. 

Umościła się wygodnie w fotelu i popadła w zadumę. 

Doszła do wniosku, że osiągnęła postawiony sobie cel: była 
bezpieczna. Nie groziła jej bieda, poniżenie, głód czy hań­
ba. Może nauczy się czerpać szczęście z tego, co otrzyma­
ła od losu? 

Poczucie życiowego bezpieczeństwa — przecież głównie 

background image

139 

o nie chodziło. Znowu rozejrzała się po pokoju, zwracając 
uwagę na luksusowe meble, kosztowne zasłony i wytworne 
drobiazgi. Wszystko należało do niej, tyle że nie czuła się 

właścicielką tych dóbr... Wtuliła się głębiej w fotel... 

- Ufam, że te pokoje przypadły ci do gustu. 

Niski, męski głos wyrwał ją z drzemki. Na progu stał jej 

mąż. 

Maxowi ścisnęło się serce. Gdy ujrzał żonę przed wystyg­

łym kominkiem, skuloną w fotelu, przypomniał mu się jej 

zimny, ponury pokoik u Faringdonów. 

Drewno w kominku było gotowe do podpalenia. Wystar­

czyło przyłożyć płomyk. Dlaczego tego nie zrobiła? Pod­

szedł do kominka, pochylił się i po chwili ogień buzował. 

Wówczas Max ujrzał, w co jest ubrana jego żona. Dobry 

Boże! 

- Co to jest, u licha? - warknął. Zmarszczył brwi, gdy w od­

powiedzi Verity wcisnęła się w oparcie fotela. 

- Właśnie szłam spać. To moja nocna koszula. 
- Widzę - prychnął. Poczuł się jak dureń. - Dlaczego Al­

meria nie kupiła ci nowej, kiedy wydawała moje pieniądze? 

- Ledwie skończył mówić, a od razu się zorientował, że pal­

nął głupstwo. 

- Dziękuję - odparła sztywno. - Ten strój doskonałe zaspo­

kaja moje potrzeby. Poza tym nikt go nie widzi. 

Uniósł brwi. 

- W rzeczy samej - mruknął i zaraz skarcił się w myślach 

na widok zarumienionych policzków Verity. Przypomniał so­
bie, po co do niej przyszedł. 

background image

140 

- Zadzwoniłaś po kolację? Ledwie cokolwiek zjadłaś przy 

stole. 

-Tak. 

Rzadko słyszał tak przekonujące kłamstwo. Nie wie­

dział, jak rozpoznał, że Verity go oszukuje. Nie kłopotał 
się jednak dyskusją na ten temat, od razu zadzwonił na 
służbę. 

- Co ty robisz? - zdumiała się. 
- Dzwonię po kolację - odparł gniewnym tonem. 

Jak to możliwe, pomyślał, że wszedł do sypialni żony spo­

kojny, że chciał być uprzejmy, wręcz miły, a Verity tak szybko 

wyprowadziła go z równowagi? 

- Nie ma potrzeby, abyś kłopotał służbę. I tak nie jestem 

głodna. 

- A powinnaś być - zauważył. - Dąsanie się niczego nie 

rozwiąże. 

- Nie dąsam się! - Złość w jej głosie go zdumiała, ale by­

ła lepsza od obojętności. - Sama potrafię zadecydować, kiedy 
i co mam jeść. 

- Ależ oczywiście - zgodził się, z trudem panując nad iry­

tacją. - Dlatego powiem służącej, aby przyniosła jabłka, chleb 
i ser, które będziesz mogła zjeść wtedy, gdy sama zadecydu­

jesz. - Postanowił podsunąć jej coś prostego, bo nie zamierzał 

przysparzać swoim ludziom pracy tylko dlatego, że Verity nie 
chciała jeść kolacji. 

Otworzyła i zamknęła usta. 

- Jabłka? - spytała. 

Niepewnie skinął głową. Czyżby zamierzała ponownie się 

awanturować? 

background image

141 

- Chleb i ser? - W jej głosie nie było już złości, jedynie 

tęsknota. 

- Hm, tak - potwierdził. Czyżby w jej oczach dostrzegł łzy? 

Zbyt szybko się odwróciła, aby zyskał pewność. 

- Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony. Przepraszam. 

Kolacja była wspaniała, ale te wszystkie sosy... Naprawdę nie 

czułam się specjalnie głodna. 

Był dla niej miły? Zasępił się, przypominając sobie jej do­

tychczasowe życie. Po latach wojny na Półwyspie Iberyjskim 

sam nie potrafił zjeść obfitego, urozmaiconego posiłku. 

- Czy mogę odwołać się do twojej dobroci jeszcze pod jed­

nym względem? 

Psiakrew, mógł się spodziewać, że Verity spróbuje wyko­

rzystać jego chwilową słabość. Czego mogła chcieć? 

- Niewykluczone - odparł z wahaniem. 
- Wołałabym sama zamówić posiłek. 

Zmarszczył brwi. 

- Czy dasz mi słowo honoru, że każesz go sobie przynieść, 

a następnie go zjesz? 

Skinęła głową, przez cały czas odwrócona do niego plecami. 

- Daj słowo - nalegał. 

Bardzo powoli skierowała ku niemu twarz. 

- Moje słowo honoru? 
- Tak - potwierdził. 
- Zatem masz moje słowo. Bez względu na to, na ile je wy­

ceniasz. Dobranoc, wasza lordowska mość. 

- Sługa uniżony. 

Ukłonił się i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i oparł się 

o nie plecami. „Na ile je wyceniasz". Co chciała przez to po-

background image

142 

wiedzieć? Czyżby nie mógł liczyć na to, że Verity dotrzyma 

obietnicy? Nie. Nie w tym rzecz. Musiało chodzić o coś inne­

go. Może uważała, że on nie przykłada wagi do jej przysięgi? 

Najlepsze, co mógł w takiej sytuacji zrobić, to nalać sobie 

bardzo dużą brandy i iść spać. Oczywiście wcześniej będzie 
musiał oswoić się z tym, że Verity śpi w sąsiednim pokoju. 

background image

Rozdział ósmy 

Dwie godziny później Max nadal nie spał. Wściekły na 

własną głupotę, co chwila spoglądał na drzwi sypialni żony. 
Przecież podjął decyzję! Tej nocy nie odwiedzi Verity w łóż­
ku. Dwukrotnie słyszał kroki pani Henry, żona zatem dostała 
jedzenie. Minęło tyle czasu, że z pewnością zjadła już kolację 

i smacznie spała. 

A jeśli nie? Jeśli na niego czekała? Czy na pewno dostatecz­

nie jasno dał jej do zrozumienia, że tej nocy do niej nie przyj­
dzie? Nie zrobi tego także żadnej innej nocy, póki nie zapanu­

je nad porywami namiętności. A może Verity na niego czeka? 
Max postanowił to sprawdzić. 

Bardzo cicho uchylił drzwi. Nie chciał jej obudzić, gdy­

by jednak zasnęła. Ogień przygasł, lecz lampka przy łóżku 
nadal rzucała słabe światło. Verity leżała samotnie w wiel­
kim łożu, pogrążona w mocnym śnie. Jedną ręką objęła 
poduszkę jak kochanka. Max przywołał się do porządku; 
musi się kontrolować, nie wolno dać się ponieść odru­

chom. 

Nie zaciągnęła zasłon przy łóżku ani w oknach. Maxowi 

background image

— 144 — 

przyszło do głowy, że mógłby zasłonić łóżko z jednej strony, 

ale Verity zapewne lubiła świeże powietrze. Na pewno nie by­

ła przyzwyczajona do baldachimów. On sam rzadko korzy­

stał z zasłon. 

Ostrożnie podszedł bliżej i popatrzył na żonę. Podobno 

nie zamierzała go usidlić. Zamierzała na krótko zostać jego 
utrzymanką, a potem zapewnić sobie dożywotni dochód z lo­
kat rehtierskich. Czyżby naprawdę chciała go oszukać? Czy 
kiedykolwiek poznałby prawdę, gdyby Harding się nie dowie­
dział, że Verity Scott żyje? 

Na stoliku przy łóżku leżały pozostałości kolacji: dwa 

ogryzki i nieco okruchów. Powinna była zjeść więcej niż dwa 

jabłka i nieco chleba z serem. Jeśli będzie się odżywiała jak 

ptaszek, z pewnością jej urocze kształty ani trochę się nie za­
okrąglą. Przecież mogła się rozchorować, jeśli nie będzie jadła 
jak należy. Musiał się nią odpowiednio zająć, zadbać o nią tak, 
jak mu to nakazywała małżeńska przysięga. 

Delikatnie musnął palcami aksamitne policzki Verity i po­

prawił kołdrę na jej ramionach. Przezwyciężył pokusę, choć 

miał ogromną ochotę wśliznąć się do łóżka i kochać się z Ve­
rity. A przecież postanowił tego nie robić. Za wszelką cenę 
musiał trzymać się od niej z daleka. 

Powiedział sobie, że jego żona nie ma powodów do na­

rzekań. Otrzymała to, czego pragnęła: poczucie życiowego 
bezpieczeństwa. Mogła się cieszyć wszelkimi dobrami ma­
terialnymi. Sumienie podpowiadało mu, że nie mógł jej wi­
nić za chęć zapewnienia sobie spokoju i dostatku. Jeszcze raz 
przypomniał sobie, że Verity zapewniała, że nie zamierzała 

go usidlić. Uświadomił sobie, że jej wierzy: nigdy nie zdradzi-

background image

145 

łaby mu swojej prawdziwej tożsamości, którą poznał za spra-
wąprzypadku. 

Gdyby tylko nie nazywała się Verity Scott! Nie była córką 

jego dawnego dowódcy, Williama Scotta, wobec którego miał 

ogromny dług wdzięczności. Gdyby nie była kobietą, której 
dobre imię powinien chronić... Gdyby rzeczywiście była Se-

liną... Znów spojrzał na jej twarz. Miała podkrążone oczy, 

z pewnością była wyczerpana. Raz jeszcze pogłaskał ją po po­
liczku. Tak miękkim, tak jedwabistym... 

-Spij dobrze. 

Westchnęła cicho i otarła głowę o poduszkę. Niechętnie 

cofnął dłoń, zaciągnął zasłony przy łóżku i opuścił sypial­
nię. 

Promień światła przedarł się przez zamknięte powieki Ve­

rity. Powoli otworzyła oczy. Natychmiast zauważyła, że z jed­
nej strony łóżka, pomiędzy zaciągniętymi zasłonami, pozo­

stała wąska szczelina. To przez nią przedostawało się światło 
słoneczne. Ziewnęła. Pamiętała, jak kładła się spać, ale nie 
przypominała sobie, by zaciągnęła zasłony. Jak przez mgłę 
uprzytomniła sobie jeszcze jedno: ktoś pogłaskał ją po policz­
ku i powiedział: „Śpij dobrze". To musiało jej się przyśnić. 

Usiadła i przeciągnęła się. Poprzedniej nocy podjęła kilka 

decyzji związanych z małżeństwem. Me wiedziała, czy uda 

się je zrealizować, ale nie zamierzała od razu dawać za wygra­
ną. Tylko w ten sposób mogła odzyskać choć część szacunku 
dla siebie. 

Będzie musiała dowieść, że jest najlepszą żoną, i przekonać 

Maxa, że warto jej ufać. Udowodni mu, że ma zasady. Zale-

background image

146 

żało mu na Sełinie, to pewne. Czy nie mógłby się zatroszczyć 

o Verity? Choć odrobinę? 

Verity nie dała wiary lady Arnsworth. Przedstawione przez 

nią obowiązki żony wzbudziły niechęć oraz irytację. Nie wie­
rzyła, by naprawdę tego od niej oczekiwano. Jej rodzice się 
kochali, doskonałe o tym wiedziała. Tata był dżentelmenem, 
młodszym synem wicehrabiego. Pokochał mamę Verity tak 
bardzo, że ją poślubił, chociaż został za to wydziedziczony. 
Doskonale pamiętała, jacy byli sobie bliscy i oddani. Okazy­

wali sobie szcunek i czułość. 

Nie chciała wobec Maxa przybierać maski obojętności, 

którą posługiwała się niczym bronią w domu Faringdonów. 
Zamierzała stawić czoło nowym wyzwaniom, nauczyć się 
prowadzenia domu. Postanowiła jadać posiłki wraz z mężem 
i podtrzymywać rozmowę. Zdobywać jego zaufanie i szacu­
nek. Musiała być przez cały czas zajęta, wówczas zabraknie jej 
czasu na marzenia o tym, czego jeszcze pragnie. 

Usłyszała ciche pukanie. 

- Proszę. 

Drzwi się uchyliły i do sypialni weszła pokojówka z tacą, 

niemal uginającą się pod ciężarem wiktuałów. 

- Nie dzwoniłam - zaprotestowała Verity. 
- Wiem, proszę pani - odparła służąca. - Jego lordowska 

mość polecił przynieść śniadanie do pokoju. - Dziewczyna 
popatrzyła na nią z ciekawością. - Gdzie mam zostawić tacę? 
Czy życzy sobie pani zjeść śniadanie w łóżku? 

Verity zawahała się przez moment. Pokojówka uznała jej 

milczenie za zgodę i ostrożnie położyła tacę na kolanach no­

wej pani domu. 

background image

147 

- Dziękuję - mruknęła Verity, oszołomiona. - Jak ci na 

imię? 

- Sara, proszę pani. Będę pani usługiwała. 
- Och. - Verity się uśmiechnęła. - Dobrze wiedzieć. 
- Tylko do mojego ślubu, proszę pani - dodała dziewczyna 

i dygnęła. - Pani Henty zdecydowała, że tak będzie najlepiej. 
Lady Arnsworth uznała, że potrzebna pani przyzwoita, lon­

dyńska pokojowa, a pani Henty oświadczyła, że do czasu zna­
lezienia kogoś innego dobrze się nadam do pomocy pani we 

wszystkim. 

Pokojowa? Verity poznała te, które usługiwały ciotce Fa-

ringdon. Były nieprzyjemne i zarozumiałe. Nie potrzebuje ko­
goś takiego. Jeśli lady Arnsworth uważała, że Verity zamierza 

się obracać w kręgach londyńskiej śmietanki towarzyskiej, to 

była w dużym błędzie. Prędzej pioruny zagrzmią w rytm an­
gielskiego hymnu, nim lady Blakehurst z własnej woli dołączy 
do londyńskiej socjety. 

Dwa tygodnie później Verity doszła do wniosku, że 

nie poczyniła żadnych postępów i ani trochę nie zbliżyła 

się do postawionych sobie celów. Chociaż Max traktował 

ją uprzejmie, wątpiła, by jego zachowanie wynikało z sza­
cunku, jaki powinien do niej żywić. Raczej coraz bardziej 

szanował siebie. Spojrzała na róże, które włożyła do wazo­

nu. Cofnęła się, by lepiej ocenić kompozycję, i postanowiła 
dodać kilka różowych. 

Max mówił o niej „pani" lub „pani żona" i traktował ją 

z ogromnym poważaniem zawsze, gdy się widywali, to zna­
czy podczas posiłków. Verity żywiła podejrzenie graniczące 

background image

148 

z pewnością, że spotykała go wówczas tylko dlatego, że chciał 

ją podtuczyć. Wsunęła kilka pąsowych róż do wazonu i parsk­

nęła w wyjątkowo nieprzystający damie sposób. Bez wątpienia 
chciał uniknąć zarzutów, że ją głodzi. Musiała mu uświado­
mić, że do Londynu pojedzie sam, bez niej. 

Wystarczająco źle czuła się tutaj, na miejscu. Za każdym 

razem, gdy widziała Maxa, serce ściskało się jej coraz boleś­
niej. On ją uratował i tylko on przejmował się nią po śmierci 
ojca. On pojechał do Faringdonów, by ją odszukać i spraw­
dzić, jak jej się wiedzie. Tymczasem ona go oszukała. Usidli­
ła go, chociaż tego nie planowała. Zakładała, że to rozumiał, 
niemniej ich małżeństwo pozostało nieskonsumowane. Ani 

jednym gestem nie dał po sobie poznać, że chce od niej speł­

nienia powinności małżeńskiej. Dotykali się wyłącznie przed 
kolacją, kiedy kładła dłoń na jego ramieniu, aby dać się zapro­

wadzić do jadalni. 

Verity zebrała liście ze stolika. Nawet przy tak oficjalnych 

okazjach wyczuwała jego napięcie. Najwyraźniej ledwie znosił 

jakikolwiek kontakt fizyczny z nią. Lady Arnsworth nie myliła 

się ani trochę. Max z radością zabawiał się z Verity jako ko­
chanką, lecz nie akceptował jej w małżeńskim łożu. Czuła się 
fatalnie ze świadomością, że budzi w nim odrazę. Byłby jesz­
cze bardziej zniesmaczony, gdyby wiedział, że każdego wie­
czoru niezmiennie przeszywa ją dreszcz rozkoszy. Jak to moż­

liwe, że zwykłe zetknięcie rąk miało na nią taki wpływ? 

Wkrótce zamierzał powrócić do Londynu na jesienną 

sesję parlamentu. Na pewno wykorzysta pobyt w mieście 
do urozmaicenia sobie życia. Verity pocieszała się myślą, że 

przynajmniej nie będzie musiała na to patrzeć. Westchnęła 

background image

149 

i spróbowała skupić uwagę na domowych sprawach. Powin­
na przeciwstawić się pani Henty i jej niezłomnym pró­
bom storpedowania tygodniowego menu. Na dodatek coś 
gnębiło Sarę, służącą Verity. To było pewne. Przez ostatni 
tydzień, a nawet dłużej, chodziła przygnębiona. Tego ran­
ka miała zaczerwienione oczy, a mimo to nie chciała wyja­

wić, co ją trapi. 

Zadzwonił zegar. Spojrzała w lustro wiszące nad stołem 

i uprzytomniła sobie, że ta elegancka osoba nie jest już ubogą 

krewną, panną Verity Scott, lecz arystokratką, lady Blakehurst, 

ubraną zgodnie z wymogami obowiązującej mody. Pomyślała, 
że jeśli będzie sobie to przypominała dostatecznie często, to 
może uwierzy w swoją przemianę. Kto wie, niewykluczone, że 
zaakceptuje ją nawet pani Henty. 

Gdy tylko zegar skończył wybijać dziesiątą, ktoś zapukał 

do drzwi. 

- Proszę-powiedziała Verity. 

Nie wątpiła, że przez ostatnie minuty pani Henty stała za 

drzwiami i ćwiczyła odpowiednio surową minę. 

Gospodyni weszła do środka i bez ceregieli przystąpiła do 

opisywania spraw domowych. 

Jadłospisy. Szafa na bieliznę. Wdowa Granger, która straci­

ła jedynego syna na morzu, potrzebuje wsparcia... 

Wspominając o wdowie, pani Henty nagle się wyprostowa­

ła, zupełnie jakby coś jej się przypomniało. 

- Proszę pani - oznajmiła. - Z przykrością zawiadamiam, 

że z końcem kwartału rezygnuję z posady. 

Verity zbladła. 

- Jak to? - spytała oszołomiona. - Czy to pewne? - Zacho-

background image

150 

wanie gospodyni budziło irytację Verity, lecz pani Henty od 
wielu lat była związana z rodziną i zawsze doskonale wywią­

zywała się z obowiązków. Verity wolała nie wyobrażać sobie 
reakcji Maxa na tę wieść. - Nie chcę, aby dotychczasowa służ­
ba poczuła się... 

- Podjęłam ostateczną decyzję - potwierdziła pani Henty. 

- Wierzę, że jego lordowska mość zapewni mi emeryturę po 

tylu latach pracy. 

Verity nie spuszczała wzroku z gospodyni. 

- Och, tak, oczywiście - zgodziła się. - Proszę się tym nie 

martwić. Gdyby jednak zmieniła pani zdanie, z pewnością 

wolałby zatrzymać panią w domu. 

- To bardzo miło z pani strony, niemniej prosiłabym o prze­

kazanie mojej decyzji jego lordowskiej mości. 

Pomimo wieletniej służby pani Henty nie chciała sama 

zwracać się z tym do Maxa. Dlaczego? 

-I jeszcze jedna sprawa, proszę pani. Chodzi o Sarę... 
- O Sarę? - powtórzyła. - Moją pokojówkę? 
- Należy ją zwolnić - wyjaśniła pani Henty zwięźle. - Trze­

ba znaleźć inną.., 

-Zaraz, zaraz, pani Henty - przerwała jej Verity. - Sa­

ma podejmuję decyzje związane ze zwalnianiem personelu, 
zwłaszcza jeśli chodzi o moją osobistą służącą. Jakie przewi­
nienie popełniła Sara? Nie zasługuje na jeszcze jedną szan­
sę? Poza tym wychodzi przecież za mąż. Poinformowała mnie 
o tym na samym początku służby u mnie. 

Starsza kobieta wykrzywiła usta. 

-Pani Henty? 
-Ślub nieaktualny - oświadczyła gospodyni surowo i do-

background image

151 

bitnie. - Poza tym Sara spodziewa się dziecka. - Zacisnęła 

wargi i umilkła. 

Nie musiała nic dodawać. Żadna szanująca się dama nawet 

nie brałaby pod uwagę możliwości zatrudniania służącej, któ­
ra znalazła się w tak haniebnej sytuacji. Verity musiała się ha­
mować, żeby nie zareagować ostro. Rzuciła jedynie krótkie: 

-Nie. 

Zdumiona pani Henty otworzyła usta. 

-Jak to? 
- Nie. Nie wyrzucę jej z pracy. 
- Ale przecież... Ona jest w ciąży... 
- Popełniła błąd i teraz przez resztę życia ma płacić za to, 

że jakiś mężczyzna zaznał chwilowej przyjemności? - Bied­
na Sara... Nic dziwnego, że wyglądała na chorą. - Rzecz 
jasna, Sara nie będzie mogła wykonywać normalnych obo-

wiązków. Znajdziemy dla niej lżejszą pracę. Może szycie 

albo proste zajęcia w pracowni. W ten sposób zyskamy 

czas, aby coś dla niej wymyślić. A kiedy będzie musiała się 
położyć, zadbamy o nią. 

- Proszę pani, czy to naprawdę możliwe? 

Dopiero wówczas Verity zauważyła, że pod nieskazitelnie 

białym fartuszkiem gospodyni kurczowo zaciska dłonie. 

- Pani Henty, czy pani decyzja ma coś wspólnego ze sta­

nem Sary? 

Gospodyni nerwowo skinęła głową. Wyglądała tak, jakby 

miała wybuchnąć płaczem. 

- Sara... to moja siostrzenica - wykrztusiła. - Jedyna córka 

mojej siostry, która zmarła, kiedy dziewczynka miała trzy lata. 

Śmierć nastąpiła podczas następnego porodu. Zobowiązałam 

background image

152 

się wówczas do opieki nad dziewczynką. Gdy była mała, opła­
całam jej pobyt na wsi. Gdy Sara nieco podrosła, matka jego 
lordowskiej mości zatrudniła ją w domu. Moja siostrzenica 
ma teraz zaledwie siedemnaście lat. 

Verity skinęła głową i poklepała kanapę obok siebie. 

- Proszę usiąść, pani Henty. Jest pani zdenerwowana. 

Starsza kobieta niepewnie usiadła na krawędzi kanapy. 

- Pani jest bardzo dobra... 
- Proszę mi lepiej opowiedzieć o Sarze. Kim jest ojciec dzie­

cka? Czy jego lordowska mość mógłby coś zrobić, aby... Czy 
ten mężczyzna byłby skłonny wziąć ślub z Sarą? 

- Chodzi o Teda Grangera, proszę pani. 
-Ted? 

Zaginiony syn wdowy Granger. Cała załoga zapew­

ne utonęła, kiedy ich statek osiadł na mieliźnie Goodwin. 
Przy mocnym wietrze żadna inna jednostka nie mogła 
pośpieszyć rozbitkom na ratunek. Statek i załogę pochło­
nęły piaski. 

- To taka dobra dziewczyna! - wybuchnęła pani Henty i za­

mknęła oczy. - Od dawna była z tym chłopcem, zamierzali 
dać na zapowiedzi. Wszyscy wiedzieli, że Ted poprosił ją o rę­
kę. Kiedy zginął, nie powiedziała ani słowa. Dopiero wczoraj 

wieczorem wyznała mi, że jest w ciąży. Pomyślałam, że jeśli 

zrezygnuję z pracy i otrzymam emeryturę, wówczas stworzę 
dom dla niej i dla dziecka. 

Verity uważnie popatrzyła na panią Henty i uśmiechnęła 

się szeroko. Nie widziała już surowej, wiecznie niezadowolo­

nej gospodyni, lecz troskliwą opiekunkę rodziny. Dlaczego ta 
kobieta nie była jej ciotką? 

background image

153 

- Będzie pani wspaniałą babcią. Czy myślała pani o tym? 
- Jeszcze nie, proszę pani. Babcią... - Otarła łzę z policzka. 

- Chyba mogło być gorzej. 

- Znacznie gorzej - potwierdziła Verity. - Może pomy­

ślimy jeszcze, jak pomóc Sarze? Nie ma potrzeby, aby pani 
odchodziła, chyba że to naprawdę konieczne dla pani 
rodziny. 

- Dla mojej rodziny... - Gospodyni znowu się rozpłakała. 

Po chwili, trochę już uspokojona, popatrzyła na Verity. - Wo­

bec tego chyba już wszystko jasne. Jeśli pani pozwoli, proszę 
się nie obrazić, ale pani włosy... 

Verity się zarumieniła. Jej włosy były w fatalnym stanie. Je­

dyne, co mogła z nimi zrobić, to związać je w prosty kok, po­
nieważ loki spływały jej na twarz w wyjątkowo irytujący spo­
sób i wpadały we wszystko. Kok jednak sprawiał, że wyglądała 
staro. 

- Trzeba je przyciąć. Tylko wokół twarzy, aby pozostawić 

loki. 

- Przyciąć? - powtórzyła Verity. Kto mógłby się tym zająć? 

-pomyślała. 

- Sama mogę to zrobić - zaproponowała pani Henty. -

Do śmierci mamy jego lordowskiej mości byłam jej poko­

jową. Powiem Sarze, jak powinna układać pani fryzurę. 

Piękne włosy. Takie grube i kręcone. - Bardzo stanowczo 

skinęła głową. - Zatem rzecz jest ustalona. Zajmiemy się 

tym dziś wieczorem. 

Od kiedy pani Henty stała się jej sprzymierzeńcem, 

Verity miała więcej zajęć i znacznie poprawił się jej humor. 

background image

154 

Okazało sif, że interwencja pani domu jest niezbędna 

w bardzo wielu sprawach. Przede wszystkim należało upo­

rządkować ogród. 

- Tak być nie może! - oznajmiła pani Henty bez ogródek -

Jego lordowska mość oraz pan Richard spędzają cały czas na te­

renie posiadłości, a ogród popada w ruinę. Barnesowi nie ubywa 
lat i jeśli się go do czegoś nie zmusi, to będzie dbał tylko o traw­
niki, żywopłoty i drzewa. Nie do wiary, ile mam kłopotów ze 

znalezieniem kwiatów do pani salonu, a także do bawialni! 

Pani Henty najwyraźniej uważała, że lady Błakehurst może 

po prostu wydawać polecenia i wszystko zrobi się samo. Tyl­
ko co o tym pomyśli Max? - zadała sobie pytanie Verity. Czy 
takie postępowanie młodej żony uzna za wtrącanie się w nie 

swoje sprawy? 

Kwestię ogrodu poruszyła następnego ranka, podczas śnia­

dania. 

- Pani Henty zwróciła moją uwagę na ogród. Wymaga na­

tychmiastowej opieki - oznajmiła. 

Max zmarszczył brwi i popatrzył na Verity. 

-To nic wielkiego - dodała pośpiesznie. - Po prostu się 

zastanawiałam, czy masz jakieś preferencje. Czy lubisz jakieś 
rośliny albo nie lubisz. 

-Sprawa ogrodu mnie nie interesuje - odparł. - Rób, co 

chcesz - dodał i ukrył się za gazetą. 

- To doskonale - zaszczebiotała Verity, nie dając po sobie 

poznać, że jest urażona takim traktowaniem. - Pomyślałam, 
że warto byłoby zbudować fontannę. Nie tak dużą jak w Wer­
salu, rzecz jasna, niemniej... 

background image

155 

Gazeta gwałtownie opadła. 

- Wykluczone! 

Popatrzyła na niego niewinnie. 

- Och, zatem ogród cię interesuje - zauważyła z zadowo­

leniem. 

- Możesz z nim robić, co chcesz, ale w granicach roz­

sądku - oświadczył Max. Jego twarz lekko poczerwienia­
ła. - Nie musisz od razu wywracać wszystkiego do góry 
nogami. 

- Fontanna do góry nogami... - rozmarzyła się Verity. - To 

dopiero byłoby coś niezwykłego, prawda? 

Po drugiej stronie stołu rozległ się dziwny dźwięk. 

- Czy życzysz sobie jeszcze szklaneczkę piwa? - spytała 

słodko. - A może masz trudności z przełykaniem? 

Richard wyglądał na tak wstrząśniętego, jakby ugryzł go 

jeden ze spanieli. 

Verity uśmiechnęła się skromnie i ponownie skupiła uwa­

gę na mężu. 

- Także w domu należy wprowadzić porządek. Część dywa­

nów trzeba wymienić, obrazy poddać renowacji, żyrandol... 

- Bardzo proszę, abyś oszczędziła mi tej wyliczanki! - za­

wołał Max. - Obowiązki domowe mnie nie interesują. Ocze­
kuję, że zajmie się nimi moja żona. 

Verity drgnęła. Otworzyła usta... i zaraz je zamknęła. Nie 

zamierzała go przepraszać. Niby za co? 

- Bardzo mi przykro, ale chwilowo musisz zaprzątać sobie 

nimi głowę, bo potrzebuję twojej rady w paru sprawach- po­

wiedziała stanowczo. 

Max, który ponownie skupił uwagę na czytaniu, opuścił 

background image

156 

gazetę. Ze spokojem odwzajemniła jego spojrzenie i tylko 
modliła się w duchu, aby nie dostrzegł drżenia jej rąk. Od tak 
dawna nie przeciwstawiała się nikomu. Bóg raczył wiedzieć, 
skąd teraz wzięła się w niej odwaga. 

- Potrzebujesz mojej rady? - spytał z ironią. - Moja rada 

jest następująca: utrzymuj dom w należytym porządku, a nie 
wymieniaj przedmiotów, które wyglądają nieco staromodnie, 

ale są całkowicie funkcjonalne. 

Verity wbiła wzrok w talerz. Całkowicie opuścił ją apetyt. 

Nalała sobie filiżankę herbaty, z trudem utrzymując w dło­

niach duży, srebrny imbryk. 

Max mówił dalej. 

- Pragnę ci przypomnieć, że nie brałem ślubu z powodu sil­

nej potrzeby znalezienia sobie żony. 

Jego cios był mocny i celny, ale Verity zdołała nad sobą za­

panować. 

- Dziękuję za przypomnienie - odparła spokojnie i odsunę­

ła krzesło od stołu. Jej talerz pozostał nietknięty, filiżanka her­
baty pełna. Czuła się tak, jakby miała zwymiotować. 

Na odchodnym usłyszała głos Maxa: 

- Na miłość boską, Verity, nie zjadłaś śniadania! Zagłodzisz 

się! 

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. 

- Wydaje mi się, że mając prawie dwadzieścia lat, potrafię 

sama ocenić, kiedy mam dość - wycedziła, po czym cicho za­
mknęła za sobą drzwi. 

Richard przerwał chwilowe milczenie. 

-Wiesz co, Max - zaczął - parę dywanów faktycznie wy­

maga renowacji lub wymiany. I śmiem twierdzić, że jeśli 

background image

157 

chciałbyś lepiej się przyjrzeć swoim przodkom, musiałabyś 
najpierw zadbać o stan ich portretów. 

Max musiał przyznać bratu rację. Dokładnie tym powin­

na zajmować się Verity. Jej obowiązkiem było krzątanie 
się po domu. Nie planowała olbrzymich wydatków, jak to 

czyniła jego matka, kiedy remontowała dom w Londynie. 
Gdyby mama zaproponowała zbudowanie wielkiej fontan­

ny, wiedziałby, że mówi poważnie. Verity jedynie usiłowa­
ła rozładować napięcie. Właściwie starała się to zrobić od 
dnia ślubu. 

Jego rozmyślania przerwał chichot Richarda. 

-Muszę przyznać, że to bystra dziewczyna. Fontanna do 

góry nogami. Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. 

Maxowi przemknęło przez myśl, że cudownie byłoby od­

wzajemnić życzliwość Verity, śmiać się z nią, zaprzyjaźnić... 

On jednak pragnął czegoś więcej. Chciał znowu być jej ko­
chankiem. 

Verity wyszła z domu i rzuciła się biegiem prosto przed 

siebie, aż dotarła do buczyny. Nie zwracała uwagi na boles­
ną kolkę w boku. Tchórz! - zarzuciła sobie w duchu. Nie 

potrafisz zrobić nic innego? Zastanowiła się nad informa­
cjami, które uzyskała od pani Henty. W przyszłym tygo­
dniu przypadały urodziny Maxa i Richarda również, rzecz 

jasna. 

Nie chciała kupować mężowi prezentu. Nie wyobrażała so­

bie, by mogła mu kupić prezent za jego pieniądze. Wolała wy­
myślić coś szczególnego, wyjątkowego, co należałoby do niej. 

Tylko jedno przychodziło jej do głowy. 

background image

158 

Gdy wspomniała o swoim pomyśle w rozmowie z panią 

Henty, na ustach gospodyni pojawił się pogodny uśmiech. 

- Och, tak, to by mu się spodobało - oznajmiła. - Tylko czy 

pan Richard się zgodzi? To całkiem inna para kaloszy. Parę 
lat temu sama próbowałam zrobić to samo i pan Richard nie 
chciał o niczym słyszeć. 

Verity nie miała powodów jej nie wierzyć. Należało postą­

pić chytrze i zrobić coś, czego zgodnie z przysięgą robić nie 
powinna. Aby dotrzeć do Maxa, postanowiła podejść Richar­
da, jak zwykle przesiadującego w bibliotece. 

Z uwagą skupiła się na szkicu. To powinna być ostatnia sesja. 

Richard, jak zwykle, nie zwracał na nią uwagi, skupiony na rzeź­
bie. Niewiele brakowało, a Verity uwierzyłaby we własną niewi-
dzialność. Zmarszczyła brwi, usiłując uchwycić opadający wió­
rek. Zaczynała żałować, że właśnie taki pomysł przyszedł jej do 
głowy. Zapiekły ją oczy. Przeklęty pył! A może to kwiaty, stojące 
w wazonie na stole, drażniły jej spojówki? 

Miała nadzieję, że Richard nie zorientuje się w wybiegu 

- Verity rzekomo szkicowała bibliotekę. Zaryzykowała jeszcze 

jedno spojrzenie na niczego nieświadomego modela. Znacz­

nie prościej byłoby poprosić go o współpracę, ale nie miała 
odwagi na ten temat z nim rozmawiać. Wkrótce się okaza­
ło, że nie jest tak źle. Richard się nie odzywał, jeśli nie liczyć 
grzecznościowych formułek na powitanie i pożegnanie. Cza­
sami przywoływał także psy, gdy zbyt natrętnie domagały się 
od niej pieszczot i uwagi. Poza tym zachowywał się tak, jak­
by nie mógł się doczekać, aż Verity skończy pracę i zostawi 
go w spokoju. 

background image

159 

- Powiedz mi, bratowo, kiedy mogę się spodziewać na tym 

miejscu twojego dziecka? -

Szkicownik spadł na podłogę. Zaniepokojone psy podnio­

sły łby. 

- Słucham? - wyjąkała zaskoczona Verity. 
- Jestem żywotnie zainteresowany waszym małżeństwem. 

W szczególności ciekawi mnie, kiedy zamierzasz wypełnić 

swoje żonine powinności. 

Verity zmarszczyła brwi i sięgnęła po książkę. Usiłowała 

zrozumieć, o co chodzi Richardowi. Wiedziała, że jest na­
stępny w kolejności dziedziczenia po Maksie. Jeśli zatem jej 
małżeństwo pozostanie bezdzietne, wówczas Richard będzie 
spadkobiercą. 

Zdezorientowana, patrzyła mu w oczy. 

- Nie bardzo rozumiem - wyznała. - Czyżbyś doszukiwał 

się mojej winy... 

-Usidliłaś mojego brata, wmanewrowałaś go w małżeń­

stwo, potem odmawiasz mu wstępu do łóżka i pytasz mnie, 
czy widzę twoją winę w tym, że on nie ma następcy? 

Verity była zaskoczona. Jak Richard mógł coś takiego po­

wiedzieć? Ona odmawiała mężowi wstępu do łóżka? Czy Max 

tak mu to przedstawił? 

Richard patrzył na nią z pogardą i drwiną. 

- Ustalmy coś... szwagrze - zaczęła Verity, usiłując trzy­

mać nerwy na wodzy. - Bez względu na to, co uważa i twier­
dzi lord Blakehurst, nasze małżeństwo nie zostało zawarte 
dlatego, że się przy nim upierałam. Przeciwnie, zmusiły 
mnie do tego okoliczności, uznałam więc, że to właśnie on 
pragnie mieć dziedzica. Jakikolwiek jest jego stosunek do 

background image

160 

przysięgi małżeńskiej, ja dotrzymam danego słowa. A jeśli 
pragnie skorzystać ze swoich praw... wystarczy, że zapu­
ka do drzwi dzielących nasze sypialnie. Dopóki Max nie 
zmieni postępowania, dopóty nie ma mowy o pojawieniu 

się na świecie jego spadkobiercy. Z tego względu sugeruję, 
byś pilnował własnego nosa! 

Sięgnęła po szkicownik i niechcący upuściła kredki, które 

rozsypały się po podłodze. Zostawiła je i wyszła, wstrząśnięta 
tym, że Max wini ją za brak pożycia małżeńskiego i dzieli się 
swoimi przemyśleniami z bratem. 

Późnym popołudniem Verity siedziała na ławce nad ogro­

dowym stawem. Minęło tyle łat, odkąd mama uczyła ją ryso­

wać.. . Wspomnienia były bolesne, zwłaszcza że przypominała 

sobie szkic sporządzony tuż przed śmiercią matki. Pogrążony 

w bólu i rozpaczy ojciec zniszczył rysunek. 

Zmieniła pozycję. Odbijające się od papieru światło sło­

neczne było tak intensywne, że oczy zaszły jej łzami. Skoncen­
trowała się na swoich dwóch modelach, wreszcie nierucho­
mych. Trzygodzinny spacer sprawił, że oba spaniele smacznie 

s p a ł y . 

-Verity? 

Odwróciła głowę w kierunku, skąd dobiegał głos, i krzyk­

nęła z bólu, gdy zdrętwiałe mięśnie szyi odmówiły posłuszeń­
stwa. 

-Pomogę ci. 

Maxa przyciągnął ją do siebie i przycisnął jej czoło do 

swojego szerokiego torsu, po czym zaczął masować żonie 

k a r k . 

background image

161 

Znowu trzymał ją w ramionach... Wszystko wyglądałoby 

inaczej, gdyby nie była tak głupia albo gdyby on nie poznał jej 
prawdziwego nazwiska. 

Poruszyła się niespokojnie. Chciała wyślizgnąć z jego objęć, 

lecz on nie zamierzał jej puścić. 

- Zostaw mnie... proszę. Nie ma potrzeby... 
- Ciii... - uciszył ją. - Masz sztywne mięśnie, spróbuj się 

rozluźnić. Pomogę ci. 

Przez cienką, muślinową suknię wyraźnie czuła kojący do­

tyk jego palców, które uwalniały ją od napięcia, docierały do 

wszystkich bolesnych punktów. 

Oddychała głęboko, by odegnać natarczywe wspomnienia 

bliskości, wspólnych intymnych chwil... Jej nozdrza wypeł­
nił charakterystyczny dla Maxa zapach drewna sandałowego 

z nutą piżma, któremu towarzyszyła woń konia. 

- Jeździłeś konno - zauważyła. 

Jego dłonie znieruchomiały. 

- Chcesz powiedzieć, że cuchnę stajnią? 

Pokręciła głową, pocierając policzkiem o kamizelkę męża. 

Nagle poczuła, że jej nogę trąca psi pysk. Popatrzyła w dół. 

Spaniele przyszły sprawdzić, jakiemu dziwactwu oddają się 
ludzie. 

- Wszystko dobrze, Gus - przemówiła do zwierzęcia Verity 

- nic mi nie grozi. Połóż się, przyjacielu. 

- Obawiam się, że te psy nie rozumieją ludzkiej mowy - za­

uważył Max drwiąco. - Oba są potwornie rozpuszczone. 

Ani na moment nie przerwał masażu. 

- Mam nadzieję, że twoja szyja miewa się już nieco lepiej. 

Popatrzyła na niego. 

background image

162 

- Max... - wyszeptała niepewnie i uniosła drobną dłoń. 

Cofnął się o krok, uprzejmie pochylając głowę. 

Verity opuściła rękę na kolana i odwróciła się, by podnieść 

kredki. 

- Och, znalazłaś swoją własność - zauważył. - Poprosiłem 

panią Henty, by zaniosła kredki do twojego pokoju. 

- Naprawdę? Dziękuję, wasza lordowska mość. 
- Nikomu tutaj nie przeszkadzasz, chociaż muszę nadmie­

nić, że ten dom należy w równym stopniu do mnie jak do Ri­
charda. Mój brat nie lubi, kiedy zakłóca się jego prywatność. 
Może znajdziesz inne miejsce do rysowania? Oprócz bibliote­
ki jest tu sporo pomieszczeń. 

Max mówił łagodnie, lecz Verity poczuła, jak pudełko z kred­

kami wysuwa się z jej dłoni. Machinalnie się schyliła, by je pod­
nieść. Co on powiedział? Wspomniał o zakłócaniu prywatności 
i o tym, że to dom jego i Richarda. Kiedy ona po raz ostatni mo­
gła o jakimś miejscu powiedzieć „mój dom"? Wtedy, gdy jeszcze 
żyła jej mama. Przy niej czuła się bezpieczna i kochana. 

Najwyraźniej zamiast tworzyć z Maxem związek małżeń­

ski, naruszała jego prywatność. Zapomniała, gdzie jej miejsce. 

Zrobiło jej się bardzo przykro. Mimowolnie spojrzała Maxowi 
w oczy, zastanawiając się, co powiedzieć. 

- Byłam szczęśliwsza jako twoja kochanka - szepnęła. 
- Słucham? - spytał ostrożnie. 

Odwróciła głowę. 

- Byłam szczęśliwsza... - zaczęła. 
- Słyszałem, co powiedziałaś! 
- Doprawdy? 
-Jesteś pyskatą... 

background image

163 

Maxowi najwyraźniej zabrakło słów, więc Verity postano­

wiła mu pomóc. 

- Ladacznicą? - dopowiedziała, starając się panować nad 

emocjami. 

- Wcale nie zamierzałem tego powiedzieć. 

Zacisnęła palce na pudełku. 

- Doprawdy, wasza lordowska mość? - zakpiła. - Czyżbyś 

nie hołdował zasadzie, że należy mówić to, co się myśli? 

Zatem w końcu rzuciła mu rękawicę. Mogła tylko żałować, 

że nie była to jedna ze stalowych rękawic wiszących przy zbro­
jach w holu. 

Wiedziała, że zdoła zapanować nad oddechem, jeśli będzie 

nabierała małe porcje powietrza. Musiała się skupić na każ­
dym oddechu i na każdym kroku, kiedy będzie odchodziła. 

Tylko wtedy się nie rozpłacze. 

Przy drugiej próbie uspokojenia się poczuła, że jest w sta­

nie coś powiedzieć. 

- Proszę o wybaczenie, wasza lordowska mość. Czy ze­

chcesz przekazać moje przeprosiny swojemu bratu i zapew­
nić, że więcej nie będę go kłopotała? - powiedziawszy to, ru­
szyła przed siebie. 

Gdy mijała Maxa, miała zaciśnięte usta, a jej oczy płonę­

ły gniewem. 

To wszystko nieważne, powtarzała sobie. To nie powinno 

mieć znaczenia. 

- Przecież dostałaś to, czego pragnęłaś: poczucie życiowego 

bezpieczeństwa! - wykrzyknął zirytowany Max. 

Verity odwróciła się raptownie i obrzuciła męża wrogim 

spojrzeniem. 

background image

164 

- Chciałeś kochanki, nie żony. Chciałeś Seliny, a nie mnie. 

Powinnam była wrócić do Faringdonów. 

-Verity! 
- Idź do diabła, wasza lordowska mość! - Verity przestała 

nad sobą panować i odeszła. 

Max stał nieruchomo i odprowadzał ją wzrokiem. Był 

zbulwersowany. Czyżby Verity chciała czegoś więcej niż tyl­
ko poczucia bezpieczeństwa? Czy pragnęła tego samego, cze­
go i on pragnął? 

background image

Rozdział dziewiąty 

W dniu urodzin Max przyszedł na śniadanie wyraźnie po­

kłócony ze światem. Miał wrażenie, że ostatecznie przekonał 
żonę, by nie łączyła swego życia z jego życiem. Od awantury 
w ogrodzie nie widzieli się ani razu. 

- Wszystkiego najlepszego - odezwał się Richard. 

Max uśmiechnął się bez przekonania. 

- Tobie także, Ricky. Twój prezent... nie pasowałby do tego 

miejsca. Właściwie nawet by się zmieściła, ale Henty zagroziła 
rezygnacją i buntem służących, więc zostawiłem ją w stajni. 

- Zostawiłeś Henty w stajni? - spytał Richard z szerokim 

uśmiechem. 

- Nie, klaczkę Angelfire. To prawdziwa piękność. Będzie 

idealnie pasowała do twojej wagi, i na dodatek doskonale się 
nadaje do rozrodu. 

Richard poczerwieniał z emocji. 

- Psiakrew, Max! - wykrzyknął. - Nie możesz mi ofiarowy­

wać tej małej! Przy takich przodkach może być czempionką! 

Następną Długonogą Molly... 

background image

166 

- Dość, Ricky. Klacz należy do ciebie. 

Richard ustąpił, choć pod nosem wymamrotał jeszcze 

uwagę na temat bezmyślnie hojnych idiotów. Max puścił to 
mimo uszu i sięgnął po jedną z paczek na stole obok. 

Rzucił okiem na puste miejsce Verity. Służba konse­

kwentnie ustawiała tam naczynia i sztućce. Puste krzesło 
i lśniące srebra zdawały się z niego drwić. Na dodatek prze­
śladowało go określenie, którego użyła: ladacznica. Czy 
naprawdę wolałaby wrócić do Faringdonów, niż go poślu­
bić? Do diaska! 

Popatrzył na brata, który przez cały ten czas uważnie go 

obserwował. 

- To drobiazg - powiedział Richard i poczerwieniał. 

Max na chwilę się pogubił. Dopiero potem uświadomił so­

bie, że trzyma w rękach paczkę. Zdarł z niej papier i ujrzał 
małą rzeźbę, przedstawiającą dwa przytulone do siebie spa­
niele. Zerknął w stronę kominka, przed którym rozłożyły sie 
psy. Zachichotał. Tylko Richard mógł mu ofiarować taki po­

darunek 

- Teraz rozumiem, dlaczego przesiadywałeś w bibliotece -

zauważył. Nie musiał mówić nic więcej. Richard nie oczeki­

wał peanów na swoją cześć. 

Przy kominku leżał jeszcze jeden prezent, większy, ale pła­

ski. Max zmarszczył brwi, gdy po niego sięgał. 

- A to co? - spytał zdziwiony. 

Richard wzruszył ramionami. 

- Otwórz i się przekonaj. Był tam, kiedy przyszedłem. Mo­

że to sprawka Almerii? Niewykluczone, że podrzuciła tę pacz­
kę za pośrednictwem Henty. 

background image

167 

Max prychnął z powątpiewaniem. 

-Wykluczone! - zadecydował. - Almeria pamięta o cu­

dzych urodzinach tylko wtedy, gdy wręczając prezent, może 
uraczyć jubilata wykładem o tym, co jest stosowne i jak nale­
ży postępować... 

Zaskoczony Max przystąpił do odpakowywania. Najpierw 

ukazała się rama... Zatem to obraz. Jak to możliwe, że Ri­
chard o niczym nie wiedział? A może wiedział? 

Wpatrywał się w narysowany kredkami portret brata, 

uchwyconego w chwili skupienia. Po bliższych oględzinach 
Max doszedł do wniosku, że Richard coś rzeźbi. Rysownik 
uwiecznił nawet ścinki drewna, poskręcane w promieniach 

słońca. Max zorientował się, gdzie powstał portret. To było 
okno wykuszowe w bibliotece. Niedawno w tamtym miejscu 

po podłodze walały się resztki drewna. Kto jest autorem tego 
udanego szkicu? 

Max popatrzył na brata, rezygnując z dalszych domy­

słów. 

- Dzięki, Ricky - powiedział zwyczajnie. 

Richard spojrzał na niego uważnie. 

- Za co? - spytał. 

Max podniósł rysunek. 

- Za to. 

Rzekomy ofiarodawca pochylił się nad stołem. 

- Nie mam z tym nic wspólnego - zapewnił brata. - Co to 

takiego? 

-- Z pewnością o tym wiedziałeś - zaoponował Max. - Kto 

to narysował? 

Nagle przypomniał sobie, gdzie widział kredki. 

background image

168 

Richard wstał sztywno i obszedł stół. 

- Kto co naryso....- - Urwał, wpatrzony w swój portret. - To 

dlatego bezustannie na mnie zerkała! Ta mała... - W milcze­
niu wskazał palcem prawy dolny róg obrazu. 

I bez tego Max znał już tożsamość autora. Mimo to serce mu 

się ścisnęło, gdy zobaczył splecione litery V i S, inicjały artysty. 

- Nie miałeś z tym nic wspólnego? - zapytał zmieszany. 

Skąd, u licha, wiedziała o jego urodzinach? Na dodatek -

niech to diabli - podpisała się panieńskim nazwiskiem! 

Richard pokręcił głową. 

- Nie. Powiedziała, że sporządza perspektywiczny szkic bi­

blioteki. - Poczerwieniał. - Wybacz, Max. Nie byłem specjal­
nie gościnny, a ostatnim razem potraktowałem ją wyjątkowo 
ostro. 

W odpowiedzi brat tylko skinął głową. Czuł się paskudnie. 

Verity usilnie próbowała obalić wzniesiony przez niego mur, 

a on dusił w zarodku jej wszystkie nieśmiałe wysiłki. 

W kontaktach z nią był uprzejmy, ale wyniosły i zawsze 

oficjalny, nawet kiedy zwracał jej uwagę. Tymczasem ona nie 
dawała za wygraną. Jej cierpliwość wyczerpała się dopiero 
podczas kłótni w ogrodzie. Przypomniał sobie, co jej powie­
dział: że jest niemile widziana we własnym domu. A przecież 

wyznała mu kiedyś, że najbardziej na świecie pragnie znowu 

być częścią rodziny, nie stać zawsze na uboczu. Chciała mieć 
prawdziwy dom na każdych warunkach. Nawet jako kochan­
ka Maxa. 

Nie uświadamiał sobie, jak wielką cenę Verity płaci każde­

go dnia za swoje marzenia. 

background image

169 

Pani Henty poinformowała go, że jaśnie pani posta­

nowiła urządzić sobie piknik i zaraz po śniadaniu wyszła 

z domu. Poza tym kilka dni wcześniej poleciła, by posiłki 

przynosić jej do pokoju. Zarządzenie miało obowiązywać 

do odwołania. 

Max się wzdrygnął. Doskonale wiedział, kiedy Verity wy­

dała służbie te instrukcje. 

- Dziękuję, Henty - mruknął. - Gdy pani wróci, poproś 

ją... To znaczy, powiedz jej... a raczej zasugeruj, że dzisiej­

szego wieczoru mogłaby zjeść kolację z panem Richardem i ze 
mną. 

Wielkie nieba! Czyżby nie potrafił nawet przekazać infor­

macji dla własnej żony? Musiał się jąkać i zacinać? 

- Oczywiście, wasza lordowska mość - odparła gospody­

ni sztywno. 

Max popatrzył na nią uważnie. 

- Coś się stało? 

Zacisnęła usta. 

- To nie moja sprawa, paniczu Maksie, ale... 

Kiedy Henty przypominała sobie, że coś nie jest jej spra­

wą, i nazywała go paniczem Maxem, należało się spodziewać 

złych wiadomości. Miał świadomość, że między Henty a jej. 

panią dochodziło do napięć, lecz sądził, że z czasem doszły 

do porozumienia. 

-Lepiej by było, gdyby pan sam zaprosił jaśnie panią. 

Wczoraj wieczorem powiedziałam jej, że powinna zejść, ale 

nawet nie zwróciła na mnie uwagi. A przecież je jak ptaszek. 
Ledwie skubnie to, co dostaje, tak jak wtedy, gdy tu przyje­

chała. Upiera się, że nie jest głodna... Ale jeśliby ktoś mnie 

background image

170 

spytał, to powiem, że ona nie może nic przełknąć, bo jest zde­
nerwowana. 

Max zaklął, a pani Henty popatrzyła na niego surowo. 

- Niech pan nie używa takiego języka, to nie przystoi! Jaś­

nie pani po prostu nie czuje się tutaj jak w domu. Może tęsk­
ni za rodziną? 

Max machnął ręką na myśl o tym, że Verity mogłaby 

tęsknić za Faringdonami, i nagle poczuł wyrzuty sumienia, 

W czym jesteś lepszy od nich? - spytał się w duchu. 

Henty nadal mówiła. 

- ... i była taka dobra i szlachetna dla tej biednej Sary. Nie 

wiedziałam, jak jej dziękować. - Gospodyni zakryła oczy dło­

nią. - Taka wyrozumiała. Dama w każdym calu. Powiedziała, 
że pierwsza nie rzuci kamieniem i że nie mogę odejść. Z po­
czątku tak ją traktowałam, że wcale bym się nie zdziwiła, gdy­
by pozbyła się mnie przy pierwszej okazji. Ale ona ma zbyt 
dobre serce... 

- Chwileczkę - przerwał jej Max. - O czym ty mówisz? 

Dlaczego zamierzałaś odejść? O co chodzi z Sarą? Masz 

na myśli swoją siostrzenicę? Przecież usługuje lady Błake-

hurst. 

Pani Henty sięgnęła po chustkę i wydmuchała nos. 

- Tak, proszę pana. Jaśnie pani była taka dobra. Powiedzia­

łam jej, że odchodzę i że trzeba zwolnić Sarę, ale jaśnie pani 
nie chciała o tym słyszeć. 

Max usiłował się połapać w słowach gospodyni, 

- Henty, wyjaśnij mi, o co chodzi z Sarą? Czemu złożyłaś 

wymówienie? 

Gospodyni nie kryła zdumienia. 

background image

171 

- Jak to, jaśnie pani nie panu nie mówiła? 

Max powstrzymał się od wyjaśnienia, że ostatnie słowa, 

które Verity wypowiedziała pod jego adresem, były zachętą, 

aby poszedł do diabła. Pokręcił głową. 

- Nic mi nie wyjawiła w związku z tą sprawą. 
- Otóż... Sara miała narzeczonego. Teda Grangera. 
- Naprawdę? Nie miałem pojęcia. Jak się teraz czuje? 
- Spodziewa się dziecka - wyjaśniła pani Henty prosto 

z mostu. - Chłopak zginął tuż przed zapowiedziami. Gdy mi 
powiedziała... Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak tylko 
odejść z pracy i liczyć na to, że wasza lordowska mość ofiaruje 
mi godziwą emeryturę, żebym mogła się zająć Sarą. 

- No i...? ponaglił ją Max. 

Pani Henty odetchnęła głęboko. 

- Jaśnie pani kazała znaleźć w okolicy jakąś przyzwoitą ko­

bietę, która przyjęłaby Sarę do swojego domu razem z dziec­
kiem. Może wdowę z małymi dziećmi, aby się nawzajem 

wspierały. Pani zapowiedziała, że opłaci czynsz i wyżywienie, 

a do tego dorzuci jeszcze trochę, żeby Sara stanęła na nogi. 

Zapewniła, że postąpiłaby tak samo, nawet gdybym rzuciła 
pracę i zaczęła szukać domu dla Sary. Sama musiałam pod­

jąć decyzję, ale pani obiecała pomoc bez względu na to, co 
postanowię. 

- Rozumiem - mruknął Max. 

Usiłował wyobrazić sobie reakcję innych dam z towa­

rzystwa na wieść o tym, że jedna z ich służących jest w cią­
ży. Co zrobiłaby lady Arnsworth? Albo ta wstrętna lady 
Faringdon? 

Pani Henty obserwowała go niespokojnie. 

background image

172 

- Jeśli wasza lordowska mość nie wyraża zgody... 

Potrząsnął głową. 

- Nie bądź niemądra. Po prostu... jestem oszołomiony. 

Nie przestawał myśleć o Verity. Ile liczących się dam po­

stąpiłoby tak jak ona? Większość wyrzuciłaby dziewczynę na 

bruk, bez grosza przy duszy. Mama także by tak zrobiła. Ale 

nie Verity. Właściwie nie powinien być zaskoczony - sama 
przeżyła dramat. 

- Gdzie teraz zamieszka Sara?-spytał. 

Pani Henty się uśmiechnęła. 

- U Marthy Granger, a jakże. Jaśnie pani wszystko zorgani­

zowała. Zabrała mnie dwukółką na spotkanie z Mąrthą, która 
najpierw zaniemówiła, a potem wyraziła zgodę. Powiedziała, 
że nie dba o to, że dziecko będzie nieślubne. To źle, ale przy­
najmniej pozostanie jej cząstka Teda, którą będzie mogła ko­
chać. I na dodatek zyska jeszcze nową córkę. - Jej oczy pojaś­
niały. - Nie wiem, jaka jest rodzina jaśnie pani, ale to dobrze, 
gdy wysoko urodzona dama mówi takiej starej kobiecie jak ja, 
że chciałaby mieć taką ciotkę. 

Gospodyni podniosła stertę bielizny i znieruchomiała 

w oczekiwaniu. 

Max był zaskoczony tym, co usłyszał. Ujrzał Verity w no­

wym świetle. 

- Nie wiesz, w którą stronę poszła moja żona? - spytał. 

Pani Henty się uśmiechnęła. 

- Jaśnie pani lubi skarpę nad brzegiem morza. Mówi, że 

jest tam piękny widok i dużo ptaków. Na pewno tam ją jaś­

nie pan znajdzie. 

Odwróciła się, by wyjść z pokoju, a Max poczuł, jak 

background image

173 

zamiera w nim serce. Verity była załamana, nie była w stanie 
niczego przełknąć, a teraz poszła nad wysoki brzeg. Nie, to 
niemożliwe, pomyślał z przerażeniem. Nie zdecydowałaby się 
na odebranie sobie życia. 

Ale mogła zapomnieć o ostrożności. Skarpa czasem się 

osypuje, a gdyby Verity przypadkiem znalazła się zbyt blisko 

krawędzi... 

Verity stała wysoko na urwisku, zapatrzona w morze. 

Gdzieś w sinobłękitnej mgle nad kanałem La Manche maja­
czył brzeg Francji. Mając w pamięci ostrzeżenia pani Hen-
ty, trzymała się z daleka od skraju skarpy. „Niech jaśnie pa­
ni uważa" - upominała ją gospodyni. „Urwisko bywa groźne. 
Ziemia często się tam osuwa, a trawa jest śliska". 

W pewnej chwili usłyszała tętent końskich kopyt i-głoś­

ne wołanie. Odwróciła się w stronę pędzącego ku niej 
ieźdźca. 

Na wysokim siwku siedział Max i galopem zmierzał 

w kierunku skarpy. Zatrzymał się i energicznie zeskoczył 
z konia. 

- Verity, wróć-poprosił łagodnym tonem. 

Przyjrzała mu się uważnie. 

- Nie idę - odparła zdezorientowana - w żadne konkret­

ne miejsce. Wybrałam się na przechadzkę. - Zarumieniła się. 

- Pewnie sądzisz, że powinnam była zabrać z sobą służącą. 

- Proszę cię, odsuń się od przepaści. To urwisko bywa 

zdradliwe. 

- Pani Henry już mnie o tym uprzedziła. 
- Och. Zatem nie zamierzałaś... 

background image

174 

Dopiero wtedy zrozumiała. Max sądził, że ona... Zadrżała 

na myśl o tym, jak ogromny ból mogłaby nieświadomie spra­

wić innym ludziom. 

- Nie wierz w to, że byłabym zdolna do czegoś takiego. -

Głos uwiązł jej w gardle. Nawet jeśli Max o nią nie dbał, to 
przecież wziął na swoje barki odpowiedzialność za nią i wi­
niłby siebie, gdyby przytrafiło się jej coś złego. 

Skinął głową i odetchnął głęboko. 

- Dobrze... Psiakrew! - nie wytrzymał. - Tak bardzo się o cie­

bie bałem! - Wyciągnął ku niej ramię. Verity podeszła bliżej, lecz 
nie podała mu ręki. Po chwili opuścił ramię i podniósł wodze. 

-Ten szkic... 

Poczerwieniała, odwróciła się i ruszyła przed siebie. Nie 

miała wątpliwości, że jej rysunek jest nieudany i w żadnym 

wypadku nie powinna go wręczać właścicielowi niejednego 

arcydzieła. Nie chciała wysłuchiwać słów krytyki. 

Max ją dogonił. 

-Nie miałem pojęcia, co robisz - wyjaśnił zmieszany. -

Gdybym wiedział... 

- Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że niczego ode mnie 

nie potrzebujesz - przerwała mu. - Bez obaw. To się nie po­

wtórzy, zapewniam cię. 

-Przepraszam. 

Odwróciła się ku niemu ze złością. 

- Czy mówiłam niewyraźnie? 

Poczerwieniał. 

- Nie chcę, żebyś cokolwiek powtarzała. Naprawdę pragnę 

cię przeprosić za swoje słowa. Nigdy nie zamierzałem sugero­

wać, że jesteś niemile widziana. Wybaczysz mi? 

background image

175 

Verity pokręciła głową. 

- To nie jest konieczne - odparła. - Nic mi nie jesteś wi­

nien, a już na pewno nie oczekuję od ciebie przeprosin za 
prawdę. Do widzenia. Dziękuję za troskę, ale wolę być sama. 
Bez obaw, nie targnę się na swoje życie. 

Poczuła łzy pod powiekami. Odwróciła się i na oślep ru­

szyła przed siebie. Postanowiła zjeść obiad w bukowym zagaj­
niku. Tam znajdzie spokój. 

-Verity... 

Zatrzymała się. Dlaczego nie mogła pozostać Seliną? Max 

bardziej się przejmował Seliną niż Verity. 

Wróciła do domu po południu. 

- Chciał, żebym po panią poszła - tłumaczyła się gospody­

ni. - Nalegał na pośpiech, miał coś bardzo ważnego do prze­
kazania. 

Verity zmusiła się do uśmiechu i ściągnęła z siebie mokrą 

pelerynę. 

- Dziękuję, pani Henty, będę to miała w pamięci. Czy mo­

głaby pani przysłać do mnie Sarę? 

Pani Henty pokiwała głową. 

- Powiedziałam jego lordowskiej mości o Sarze. Nie sądzi­

łam, że jaśnie pani jeszcze mu o niej nie wspomniała. 

Verity odwróciła się gwałtownie ku gospodyni. 

-I jak to skomentował? - zapytała niecierpliwie. - Rozzłoś­

cił się? 

Serce jej się ścisnęło. Jeśli Max zabroni jej pomagać Sarze... 

Tego by nie zniosła! 

Pani Henty się uśmiechnęła. 

background image

176 

- Panicz Max? On nie ma nic przeciwko temu. Zawsze był 

dobry i ludzki, a także sumiennie wywiązywał się ze swoich 
obowiązków. 

Verity przewiesiła pelerynę przez oparcie stojącego blisko 

ognia krzesła. 

- Tak - potwierdziła. - Bardzo dobry. 

Starała się mówić spokojnie, świadoma, że ludzie czasami 

nienawidzą swoich obowiązków. 

- Chyba jednak Sara nie będzie mi teraz potrzebna. Prze­

śpię się. Proszę przysłać ją później, żeby mnie obudziła. Zej­
dę na kolację. 

Gospodyni się rozpromieniła. 

- Dobrze, jaśnie pani. Przyjdę z nią i wspólnie dobierzemy 

pani ładną suknię. 

Verity zmusiła się do uśmiechu. 

- Dziękuję. 
- Proszę odpocząć, jaśnie pani, nabrać sił. Chyba nie chce 

pani pokazywać jego lordowskiej mości bladych policzków. 

- Nie - przyznała Verity. - Nie chcę. 

Zaskoczony Max uważnie popatrzył na panią Henty. 

- Sądziłaś, że jaśnie pani zejdzie na kolację? 

Posiłek podano w małej jadalni. Richard oparł się o komi­

nek i słuchał, lekko zachmurzony. 

- Jestem pewna, że miała taki zamiar! - zaklinała się pani 

Henty. - Prosiła, by ją obudzić o stosownej porze. Sama jej 
pomagałam przebrać się w najładniejszą suknię. Błękitną z ró­
żowym wykończeniem. Wyglądała uroczo! Zachowywała się 
trochę cicho, ale to u niej normalne. 

background image

177 

Maxowi pozostała na pociechę świadomość, że Verity jest 

gdzieś w domu, nawet jeśli unika spotkania z mężem. Nie wi­
nił jej za to. Sam przecież sugerował, aby trzymała się od nie­
go z daleka. Mimo to ofiarowała mu portret Richarda i nadal 
pełniła obowiązki pani domu. 

- Wydałam polecenie, aby zaniesiono kolację do jej pokoju 

- wyjaśniła pani Henty. - Zwykle jada owoce i ser. Zapewne 

coś przekąsi, kiedy wróci. Po spacerze była zmęczona, spała 
ładne parę godzin. 

Wiedział, że spała. Zajrzał przez drzwi dzielące ich sypial­

nie i ujrzał pogrążoną we śnie, zwiniętą w kłębek Verity. Była 
taka blada... Serce mu się ścisnęło. A może należałoby naka­
zać jej zasiadać do stołu? Może powinien ofiarować jej to, cze­
go pragnęła i potrzebowała? Rodzinę, poczucie przynależno­
ści do bliskich. 

- Czy mam zrobić coś jeszcze, wasza lordowska mość? -

Głos pani Henty wyrwał go z rozmyślań. 

- Dziękuję. Sam znajdę jaśnie panią. Dobranoc. 

Pani Henty wyszła, hałaśliwie zamykając za sobą drzwi. 

- Chciałbym, żebyś rzucił na coś okiem - odezwał się 

Richard i podniósł mały, oprawiony w ramki obraz. - Znala­
złem go na biurku w bibliotece. Nie mam pojęcia, jak je skło­
niła do bezruchu. 

Max wziął pracę do ręki i od razu się zorientował, co przed­

stawia. Był to szkic, nad którym Verity pracowała w ogrodzie. 

Zrozumiał, że jego żona poświęciła wiele godzin, aby stwo­

rzyć te dwa dzieła. Jednocześnie przez cały czas wiedziała, że 
bracia jej nie akceptują. Pragnęła im ofiarować coś osobistego, 
i to jej się udało. 

background image

178 

Richard popatrzył pytająco na brata. 

- Nie wydaje ci się, że popełniliśmy błąd? 
- Zacznij jeść beze mnie - odparł Max. - Poszukam Verity. 
- Na razie uraczę się maderą i zaczekam na was. 

Max chciał zaprotestować, ale dał sobie spokój. Gdy wy­

chodził z pokoju, usłyszał, jak Richard mówi: 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, mogę udzielić ci rady. 

Zabierz ze sobą Gusa i Taffyego. Moja rzeźba jest trochę nie­
udana, między innymi dlatego, że psy bezustannie usiłowały 
wdrapać się Verity na kolana. 

Max skinął głową i gwizdnął na psy. 

Odnalazł ją w pracowni. 
Nie podniosła wzroku, gdy nieznacznie uchylił drzwi i zaj­

rzał do środka. Siedziała w poświacie lampy, otoczona roze­
drganymi cieniami, z pochyloną głową. Szyła. Czyżby worecz­
ki lawendowe? W powietrzu unosił się intensywny zapach. Co 
zatem przygotowywała? 

Zawsze była zapracowana. Robiła coś za każdym razem, 

gdy Max ją widział. Przygotowywała kompozycje kwiatowe. 
Szyła, Woskowała meble. Nigdy nie robiła nic dla siebie. Zro­
zumiał, że przywykła do pracy dla kogoś, a także do samot­
ności. 

I wtedy rozpoznał zapach. To mięta. 
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, spaniele straciły 

cierpliwość, przepchnęły się przez uchylone drzwi i pogna­

ły do Verity. 

- A jak wyście się tutaj dostały, łobuzy? Och... - Na widok 

męża Verity skuliła się na krześle. 

background image

179 

- Wasza lordowska mość, czy czegoś potrzebujesz? 

Pokręcił przecząco głową. 

- Szukałem cię. Podano kolację-wyjaśnił. 
- Nie chciałam, byś na mnie czekał - odparła cicho. - Nie 

jestem specjalnie głodna. 

Max wiedział, że Verity nie potrafiła nic przełknąć, kie­

dy była zdenerwowana. Widać było, że ostatnio niewie­

le jada. Nowe, modne suknie zaczynały na niej brzydko 

zwisać. Potrzebowała czegoś więcej niż poczucia bezpie­
czeństwa. 

- Rozumiem - powiedział. 

Ukląkł, aby pozbierać porozrzucane przez psy zioła. Prze­

nikliwa woń mięty drażniła jego nozdrza i przywoływała 

wspomnienia. Przypomniał sobie głos babci, która kiedyś 
wsunęła mu gałązkę mięty do dziurki od guzika. Bez zasta­

nowienia powiedział: 

- Mięta oznacza cnotę. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. Dłoń Verity zadrżała na 

głowie Taffy'ego. 

- Przeznaczeniem tej mięty jest odstraszanie pcheł - wyjaś­

niła. - Znajdzie się w psim posłaniu. 

Max zdał sobie sprawę, że ponownie ją uraził. Ile czasu 

musiała się uczyć, jak przywdziewać maskę obojętności? Kie­
dy sobie uświadomiła, że nie powinna ujawniać uczuć? Gdy 
miała piętnaście lat? Szesnaście? Nie potrafił się powstrzymać, 

położył rękę na jej dłoni. 

- Przepraszam - powiedział zwyczajnie. - Nie chciałem cię 

urazić. 

Delikatnie pogłaskał kciukiem wierzch jej dłoni i zwrócił 

background image

180 

uwagę na lekko szorstką skórę. Nadal była zaczerwieniona, 
zniszczona pracą. W paru miejscach pęknięcia między pal­
cami zaczęły się goić. 

Szarpnęła się gwałtownie, aby oswobodzić rękę z jego uści­

sku, lecz nie zamierzał jej puścić. 

- Czy te rany nadal są bolesne? - spytał i palcem wskazują­

cym pogłaskał jedno ze zdrowiejących pęknięć. 

Verity pokręciła przecząco głową. 

- Nie, wasza lordowska mość. Pani Henty przygotowała 

trochę maści z Palermo i znalazła dla mnie rękawiczki ze skó­
ry kurczęcia, abym w nich spała. Moje dłonie mają się teraz 
znacznie lepiej. 

-To dobrze. 

Pomyślał, że pod jego dachem Verity nie zaznała wiele do­

brego, ale przynajmniej trochę odpoczęła. Zwróciła się do nie­
go: wasza lordowska mość. Chłodno, oficjalnie. Wziął ją za 
drugą rękę i powoli się wyprostował, pociągając za sobą Verity. 

Po chwili oboje stanęli nieco poza zasięgiem światła z lampy. 
Twarz Verity znalazła się w półmroku, a cienie pod jej oczyma 

stały się wyraźniejsze. 

Ledwie uświadamiając sobie, co robi, Max zaczął pieścić 

chłodną, jedwabistą skórę Verity i dotarł do jej szyi. Opusz­
kami palców wyczuł puls. Jego dłonie powędrowały ku jej po­

liczkom. Kciukami pogłaskał kości policzkowe żony, jakby 
chciał w ten sposób zatrzeć cienie pod jej oczyma i ponownie 
tchnąć barwę w skórę. 

-Wasza lordowska mość? - spytał, cały czas pieszcząc 

skórę żony i rozkoszując się jej miękkością. Zdążył zapo­
mnieć, jaka jest delikatna i pociągająca. Verity wstrzymała 

background image

181 

oddech i powoli, z wahaniem, uniosła dłoń ku jego twa­
rzy. Przesunęła końcami palców po jego szczęce. Zapo­
mniał także o tych doznaniach... Nie, nieprawda. Usiłował 

zapomnieć. 

- Max? - spytała cicho, niepewnie. 

Jego imię jeszcze nigdy dotąd nie brzmiało tak słodko 

w kobiecych ustach. Pochylił się, aby złożyć na nich pocału-
nek 

Verity poczuła, że kręci się jej w głowie. Jej ciało ją zdradzi-

ło, przetoczyła się przez nie fala pożądania. 

Max nie potrafił się nią nasycić. Głaskał jej piersi, wyczu­

wał ich kształt przez jedwab. Oboje ogarnęła wszechwładna 
namiętność. Max jeszcze nigdy w życiu nie był tak podnieco­
ny jednym pocałunkiem. 

Wiedział, że łada moment zedrze z Verity suknię i będzie 

się z nią kochał do utraty tchu, aby nadrobić stracony czas. 

Nadludzkim wysiłkiem opanował się i cofnął. Chwycił 

Verity za ramiona, a potem kilka razy odetchnął głęboko. 

- Lepiej chodźmy na kolację - powiedział. - Richard na nas 

czeka. 

Verity nie upadła tylko dlatego, że opierała się o stół. Na­

wet nie wiedziała, jak się tam znalazła. Ostrożnie przesunęła 
palcami po krawędzi blatu i odsunęła się. 

Czyżby mąż jej wybaczył? Popatrzyła na niego z nadzie­

lą... i znowu opadły jej ręce. Max miał zaciśnięte usta, suro­
wą twarz. Zupełnie jakby coś go rozzłościło. Może ponownie 

wzbudziła w nim niesmak? 

- Max... Wasza lordowska mość? 

Nagle jego twarz złagodniała. 

background image

182 

- Nie ma tutaj lorda, jest tylko Max - przypomniał jej i pod­

sunął ramię, aby mogła się na nim wesprzeć, 

W Verity ponownie wstąpiła nadzieja. 

- Max... - szepnęła. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Richard uśmiechnął się na widok Verity i Maxa. 

- Najwyższy czas - powiedział. - Pośpieszcie się. Szampan 

z każdą chwilą ma coraz mniej bąbelków. 

Oszołomiona Verity przyjęła wręczony jej kieliszek. Co się 

stało? Skąd ta nagła zmiana u braci? Po chwili siedziała przy 
stole, butelka z szampanem chłodziła się w kubełku z lodem, 
a przeróżne potrawy czekały na skosztowanie. Nieoczekiwa­
nie powrócił jej apetyt. Słuchała, jak Max i Richard gawędzą 
o wydarzeniach dnia. 

W pewnym momencie Max się do niej zwrócił. 

- Jesteś taka cicha - zauważył. - Czy spacer cię zmęczył? 
-Trochę - przyznała - ale ucięłam sobie popołudniową 

drzemkę. 

- Prosiłaś mnie o radę w związku z prowadzeniem domu 

- mówił dalej Max. 

Drgnęła, przypomniawszy sobie jego ostrą odpowiedź. 

- Tak... to prawda - potwierdziła. - Te sprawy nie były... 
- Ustaliliśmy już, że odwrócona do góry nogami fontanna 

nie wprawi mnie w dobry humor. Co jeszcze masz w planie? 

background image

184 

Otworzyła usta ze zdumienia. Nie spodziewała się, że 

w głosie Maxa usłyszy przekorną nutę. Verity ogarnęła tak 

nieoczekiwana radość, że przez moment nie potrafiła zebrać 
myśli. 

- Niektóre portrety wiszące na ścianach przy schodach wy­

dają się nieco przybrudzone - wymieniła. - Nie znasz kogoś, 
kto mógłby je fachowo odświeżyć? Aż żal patrzeć na twoich 
przodków... 

Urwała, speszona śmiechem Richarda. 

- Nie mówiłabyś tak, gdybyś znała choć jednego z nich -

wyjaśnił rozbawiony. - To banda piratów i łupieżców. Przy­

kro mi, że pozbawiam cię złudzeń, ale dzieje naszego rodu nie 
należą do specjalnie zaszczytnych. Pierwszy arystokrata o tym 
nazwisku zgromadził fortunę, napadając na pływające u tych 

wybrzeży statki albo plądrując ich wraki. Niezbyt chlubna hi­

storia, prawda? 

- Och! - Verity westchnęła. Piraci? Łupieżcy? - Zatem wo­

lisz je pozostawić w obecnym stanie? - spytała Maxa. 

- Richard przesadza - wyjaśnił. -Tylko pierwszy szlachcic 

w rodzie był takim łotrem. Reszta zaliczała się do grona sza­

cownych obywateli. 

- Szacownych? - powtórzył Richard. - A to dopiero! 
- Frederick był powszechnie szanowanym obywatelem -

oświadczył Max. 

Richard prychnął pogardliwie. 

- Tyle że wolno myślał! - orzekł i zwrócił się do Verity. -

Mowa o naszym starszym bracie, który trzy lata temu zginął 
podczas polowania. 

- A papa? - podsunął Max. 

background image

185 

- Pewnie - zgodził się Richard. - Mama nigdy by go nie 

poślubiła, gdyby nie był godny szacunku. Ale reszta rodzi­
ny... - Zerknął na bratową. - Nasza mama była bardzo po­

ważaną kobietą. 

- Mama? Poważana? - wtrącił się Max. - Dobry Boże, pew­

nie, że tak. Zbyt szacowna, aby skłamać ciotce, i w ten sposób 
uchronić służącą przed wyrzuceniem na bruk. Że nie wspo­
mnę o zaopiekowaniu się ciężarną pokojówką. 

Verity kompletnie się pogubiła. Czyżby mąż sugerował, że 

woli ją od swojej matki, kobiety stosownie wychowanej, po­

chodzącej z dobrego domu? 

Max się uśmiechnął i wziął ją za rękę. 

- Mama nie przepadała za portretem pierwszego lorda. 

Miała ochotę wynieść go na strych, ale ojciec zaprotestował. 
Ja zawsze go lubiłem. Cokolwiek by o nim powiedzieć, jemu 
właśnie zawdzięczamy fortunę. 

-Rozumiem. Wobec tego... najpierw odrestaurujemy por­

tret twojego niegodnego szacunku przodka, abyś mógł czer­
pać inspirację z jego wizerunku. 

- Świetna myśl - pochwalił ją Richard. - Maxowi przyda 

się inspiracja. A właśnie, skoro o tym mowa... Nie mogłaś 
znaleźć bardziej inspirującego modela ode mnie? Moja 
skromna osoba z pewnością nie zasługuje na uwiecznie­

nie. 

Verity poczuła, że się rumieni. 

- Wiem, że mój rysunek marnie wypadł, ale... 
- Jest bardzo udany - przerwał jej Max. - Muszę jednak 

przyznać, że Richard zrobił lepszy interes, zagarniając szkic 

psów. - Uśmiechnął się krzepiąco. - Dziękuję ci - mówił da-

background image

186 

lej. - Już wcześniej chciałem pochwalić twoje prace, ale potem 

mi to umknęło... 

Verity zrobiło się gorąco na wspomnienie tego, co zaszło 

w pracowni. 

- Kiedy właściwie są twoje urodziny? - spytał Max. 

Jej urodziny. Usłyszała brzęk noża i widelca, które wysunę­

ły się jej z rąk i spadły na talerz. 

-Ja... Nie mam urodzin. 

To niespodziewane oświadczenie wywołało osłupienie na 

twarzy Maxa. 

- Ależ z pewnością masz. Każdy ma urodziny. 
- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie. - Proszę cię, wystarczy. 

Nie lubię zamieszania wokół siebie. 

- Verity - odezwał się Richard - jak rozumiem, twoim oj­

cem był dowódca Maxa. 

Verity z ulgą skinęła głową. Każdy temat rozmowy był lep­

szy od konieczności wyjaśniania braciom, co się stało z jej 

urodzinami. 

- To musiał być niezwykły człowiek, skoro udało mu się 

utrzymać Maxa w ryzach. Max często powtarza, że taki oficer 
to rzadkość. Żałuję, że nie miałem okazji go poznać ani tym 
bardziej podziękować za ocalenie życia bratu. 

- Przymknij się, Ricky - ostrzegł Max, ale Verity zdążyła 

już usłyszeć to, czego nie powinna wiedzieć. 

Richard mówił dalej, jakby nigdy nie. 

-Max powiada też, że twój ojciec potrafił zetrzeć go 

w proch na szachownicy. Czy nauczył cię grać w szachy? 

Verity skinęła głową. 

background image

187 

- Wybornie - uradował się Richard. - Wobec tego rozegra­

my kiedyś partyjkę. 

- Tak... oczywiście - wymamrotała. 

Czy potrafi zagrać w szachy, nie wspominając ojca? Nie 

pamiętając o tych koszmarnych partiach zaraz po jego po­

wrocie, gdy usiłował wziąć się w garść? Do czasu. W pewnym 

momencie zmiótł pionki z szachownicy i nigdy więcej nie za­
siadł do gry. 

Richard dalej opowiadał o szachach. Verity stopniowo się 

uspokajała, aż wreszcie uniosła wzrok. 

Napotkała spojrzenie Maxa. Widać było, że jest zafraso­

wany. Miał zaciśnięte usta, zupełnie jakby ponownie go roz­

złościła. Jak długo mogła żyć z tym człowiekiem, nie wyzna­

jąc mu prawdy? 

Trzy godziny po udaniu się na spoczynek Max nadal uda­

wał, że czyta. Litery tańczyły mu przed oczyma, gdy wresz­

cie uświadomił sobie, kiedy popełnił błąd. Nie powinien był 
ponownie całować Verity, ani w pracowni, ani tym bardziej 
przed drzwiami jej sypialni, trzy godziny temu. Uderzenie 

stojącego na kominku zegara wyrwało go z zamyślenia. 

Trzy godziny i kwadrans temu! Był coraz bardziej poru­

szony. 

Na próżno usiłował rozbudzić w sobie poczucie winy. Zda­

wał sobie sprawę, że dla Verity nie jest tajemnicą, że jej pożą­

da. Zreszą nie kryła, że i ona go pragnie. Miała pełne prawo 
oczekiwać, że mąż otworzy drzwi sypialni i przyjdzie do jej ło­
ża, aby się z nią kochać. Max wiedział, że pewnego dnia stanie 

background image

188 

przed koniecznością wyjaśnienia Verity prawdy o ich małżeń­
stwie. Nie zamierzał jednak robić tego tej nocy. 

Tego wieczoru ujrzał prawdziwą Verity. Rozmawiała, śmia­

ła się i jadła, przy czym nie wyglądała tak, jakby przełknięcie 
każdego kęsa sprawiało jej ból. Ze zdumieniem uświadomił 

sobie, że nigdy wcześniej nie widział jej szczęśliwej i beztro­
skiej. 

Wystarczyło jednak wspomnieć o jej ojcu, by ponownie 

się zasępiła. Była zawstydzona, a przecież pułkownik Scott na 

to nie zasługiwał. Córka powinna być z niego dumna. Max 
postanowił, że spróbuje przekonać ją, aby popatrzyła na ojca 

z innej perspektywy. Zrobi to już jutro. 

Skoro odłożył tę rozmowę na następny dzień, to co robił 

z dłonią na klamce u drzwi do jej sypialni? 

Verity siedziała przy starej skrzyni ojca i pisała. Max się 

uśmiechnął, przypominając sobie, jak często zastawał puł­
kownika Scotta pogrążonego w pracy przy tym samym kuf­
rze. Był to typowy oficerski mebel, od przodu wyposażony 
w opuszczany blat, który służył za biurko. Poobijaną skrzynię 

wzmocniono mosiężnymi okuciami. Już dawno temu straciły 

połysk, a sfatygowane, sosnowe drewno nieładnie się wyróż­
niało na tle luksusowego pomieszczenia. 

-Verity? 

Odwróciła się i drgnęła, upuszczając pióro. 

- Max? - wymamrotała. 

Co miał powiedzieć? 

- Dużo o tobie mówił - wypalił. - Wiedziałaś? 
- Słucham? - spytała zdezorientowana. 

background image

189 

Postanowił kontynuować. Musiała poznać prawdę. 

- Podkreślał, że jesteś ładna i inteligentna. Był z ciebie bar­

dzo dumny. Od czasu do czasu odczytywał fragmenty listów 
od ciebie. Powiadał, że jesteś tak cudowna, jak swoja matka. 

Po jej śmierci musiałaś być dla niego prawdziwą pociechą. Nie 

sądzisz, że teraz zasługuje na więcej? 

Verity pobladła. 

- Jak to? - spytała drżącym głosem. 
- Korzystasz z jego skrzyni. Nie uważasz, że nie powinnaś 

się go wstydzić? Zasłużył na lepsze traktowanie. 

Powoli skierowała na niego wzrok. 

- Twoim zdaniem, wstydzę się ojca? - zapytała. - Myślisz, 

że zachowałabym tę skrzynię, gdybym się wstydziła ojca? To 
jedyny przedmiot, który mi po nim pozostał. Zresztą, musia­
łam ją ukraść. 

Po raz pierwszy usłyszał gorycz w jej głosie. 

- Ukraść? - powtórzył niepewnie. - Ale przecież... 

Nie pozwoliła mu dokończyć. 

- Kiedy prawo stanowi „wszystko", to znaczy wszystko. 

Dopiero wtedy zrozumiał. Verity drżała, oczy miała peł­

ne łez. 

- Wtedy nawet nie wiedziałam, jakie jest prawo - ciągnę­

ła głucho. - Gdybym miała o tym pojęcie... Może pomyśla­

łabym o ukryciu jego rzeczy i dopiero potem pobiegłabym 
po pomoc. Ale nie wierzyłam, że on nie żyje. - Odetchnęła 
głęboko. - Byłam taka głupia! Jak mogłam mieć wątpliwości? 
Masz pojęcie, co to robi z człowieka? Wsunął lufę pistoletu do 
ust... Gdy przybiegli, powiedzieli, że to samobójstwo, i zaczęli 
wszystko zabierać... Nosił obrączkę mamy... 

background image

190 

- Verity - wyszeptał Max, przerażony tym, co musiała prze­

żyć. 

Wiedział, czym kończy się strzał w usta. A ona to widzia­

ła... Słowa uwięzły mu w gardle. Wyciągnął do niej rękę. 

Odsunęła się gwałtownie. 

- Błagałam ich, aby zostawili obrączkę - mówiła dalej Ve­

rity. - Prosiłam, by pozwolili mi ją zatrzymać, ale powie­
dzieli, że wszystko podlega konfiskacie. Pobiegłam na górę 
i wepchnęłam do skrzyni, co mi wpadło w ręce: jego książki, 

szablę, medale. Potem zaciągnęłam kufer do swojej sypialni 
i szablą zeskrobałam część litery W. Gdy przyszli, skłamałam. 

Powiedziałam, że to moja własność, na wierzch położyłam 

swoje ubrania. - Zadrżała. - Nie uwierzyli mi i zaczęli wycią­
gać skrzynię z pokoju, ale przybył sędzia, sir John, oraz pastor. 
Oni chyba też mi nie uwierzyli, kazali jednak ludziom zosta­

wić skrzynię i dziennik ojca. Wszystko inne zabrali. 

-Verity... 

Patrzyła w przestrzeń, przed oczyma miała wyłącznie dra­

mat tamtych chwil. Max nie wiedział, co powiedzieć. Czy 
zwierzyła się już komuś ze swoich przeżyć? Usiłował sobie 

wyobrazić, jak mówi o nich Faringdonom, i zrobiło mu się 

niedobrze. 

- Byłam wściekła i przerażona dlatego, że zrobił to, co zro­

bił. Potem znienawidziłam siebie, bo nie potrafiłam zapano­

wać nad złością. Myślałam tylko o tym, że mnie opuścił, że 

mnie nie kochał. Tak bardzo cierpiałam. Staram się o nim 
nie myśleć, bo staję się zła, a potem czuję do siebie niena­

wiść. Właśnie dlatego, kiedy twój brat mnie spytał... Zresztą, 

to wszystko jest już bez znaczenia. 

background image

191 

Max był zdruzgotany wyznaniem Verity. Wziął ją w ramio­

na. Chciał ją jedynie pocieszyć, zapewnić, że jest bezpieczna. 
Zapomniał o tym, gdy tylko się do niego przytuliła. Verity 
także próbowała zapanować nad emocjami, ale nie potrafiła. 

Westchnęła cicho i zarzuciła mu ręce na szyję. Poczuła, jak 

ją głaszcze, pieści, drażni. W następnej chwili oboje leżeli na 

łóżku. Verity przypomniała sobie ostrzeżenie lady Arnsworth. 

Powinna leżeć bez ruchu, w milczeniu. Dłonie Maxa sunęły 

po jej ciele, obsypywał pocałunkami jej szyję. 

Cicho jęknęła, gdy zaczął pieścić jej piersi. Verity poddała 

się, czuła, że nie potrafi przeciwstawić się mężowi i kochan­

kowi. 

Wiedział, że powinien odejść. Teraz, zaraz. Zanim całko­

wicie straci panowanie nad sobą. Poruszyła się w jego obję­

ciach, przycisnęła policzek do jego ramienia... Nagle zorien­
tował się, że Verity płacze. 

- Wszystko w porządku? - Przyszło mu do głowy, że ją wy­

straszył. . 

— Max, proszę, przytul mnie mocno. 

Zamknął oczy, rozkoszując się intymnością chwili. Chciał 

się z nią kochać, ale postanowił powstrzymać się za wszel­

ką cenę. Lepiej zaczeka, aż Verity zaśnie, a potem pójdzie do 

siebie. 

Obudziła się w nieprzeniknionych ciemnościach. Wyciąg­

nęła rękę do Maxa i natrafiła na pustkę. Usiadła na wpół śpią­

ca. Max zniknął. 

Ostatnie, co zapamiętała, to czułe pieszczoty. Wydawał się 

przejęty, martwił się, że ją skrzywdził, choć ona błagała go 

background image

192 

o więcej. Oczekiwała, że ją weźmie, aby zaspokoić własne po­
trzeby. Miała na to ochotę, pragnęła ofiarować mu się w ca­
łości. 

Z pewnością zasnęła w jego ramionach, a on nie chciał jej 

budzić. Uśmiechnęła się do siebie. Przyszedł do niej, pieścili 

się, byli blisko siebie. Żałowała tylko, że nie posunęli się da-

lej. 

Nie wierzyła już, by mógł się nią brzydzić. Dbał przecież 

o nią. Gdyby budziła w nim wstręt, na pewno tak by jej nie 
dotykał. Postanowiła, że jutro, nie, już tego ranka, na pew­
no... 

Minął tydzień. Verity rozkwitła. Za to Max czuł się tak, jak­

by był coraz bliżej załamania, i mógł za to winić wyłącznie siebie. 
Spędzał z Verity dnie i noce. Towarzyszyła mu podczas przejaż­
dżek, zasypywała go pytaniami o posiadłość, najemców. 

Była szczęśliwa, a on ją okłamywał. Nie wprost, rzecz jas­

na. Po prostu przemilczał wiele spraw. Zatajał także to, co ro­
bił. Za każdym razem, gdy do niej przychodził, gasił światło 
i zaspokajał ją tak, jak potrafił najlepiej, wykorzystywał swoje 
umiejętności, lecz odmawiał sobie rozkoszy do tego stopnia, 
że nawet nie patrzył, jak Verity reaguje na jego pieszczoty. Nie 
miał śmiałości. 

Pokusa wzięcia jej była tak silna, że każdej nocy musiał to­

czyć z sobą coraz bardziej zajadłe boje. Innej kobiecie poka­
załby, jak powinna go rozładować, jak odwzajemnić pieszczo­
ty. Przy niej brakowało mu odwagi. 

Czuł, że wystarczyłoby jedno jej dotknięcie, by stracił sa­

mokontrolę. Verity była zbyt atrakcyjna, zbyt kusząca. Każdej 

background image

193 

nocy trudniej mu było ją opuścić. Dotąd nic nie powiedziała, 
ale ostatniej nocy usłyszał w jej głosie tęskną nutę, gdy życzy­

ła mu dobrej nocy. Odchodził od jej łóżka sfrustrowany i nie­
zaspokojony. 

Szaleństwo w najczystszej postaci. Sięgnął do klam­

ki i zdmuchnął świeczkę, którą odłożył na stoliku przy 
drzwiach. 

Verity czekała, oparta o poduszki. Z pewnością popełniała 

jakiś błąd. Max przychodził do niej co noc. 

Westchnęła i przykręciła lampę na nocnym stoliku. Max 

zawsze tak robił przed wejściem do jej łóżka. Potem zaspoka­

jał ją tak długo, aż krzyczała z rozkoszy. Mimo to sam nigdy 

się nie rozładowywał, nigdy jej nie posiadł. Dlaczego? Może 

nieodpowiednio reagowała? Więc dlaczego tak ochoczo się 
nią zajmował? Przychodziło jej do głowy tylko jedno wyjaś­
nienie. 

Kiedyś powiedział jej, że wie, iż ją zranił tej nocy, kiedy 

odebrał jej dziewictwo. Postanowiła, że tej nocy wyjawi mu, 

że go kocha i pragnie, że chce mieć z nim dziecko. Przez ostat­
ni tydzień okazywał jej tyle dobroci. Nigdy nie mówił o miło­
ści, lecz dawał Verity do zrozumienia, co do niej czuje. Prze­

czuwała, że Max przyjmie jej miłość, nawet jeśli nigdy jej nie 
odwzajemni. 

Tej nocy będzie inaczej. Nareszcie zostanie jego pełno­

prawną żoną, nie tylko z nazwy. 

Klamka szczęknęła, drzwi się uchyliły. 

- Verity - zabrzmiał przyciszony głos - śpisz? 
-Nie. 

background image

194 

Usłyszała odgłos kroków i szelest opadającego na podłogę 

materiału nocnej koszuli. Po chwili obok niej spoczęło mocne, 
ciepłe ciało mężczyzny. 

Łagodnie przyciągnął ją do siebie. Gorące pocałunki zapo­

wiadały rozkosz. 

Max przytrzymywał ją delikatnie, kiedy dochodziła do sie­

bie, i jednocześnie toczył zmagania z własnym pożądaniem. 
Chciał ją posiąść, doprowadzić się do ekstazy. Wiedział jed­
nak, że musi ją opuścić, i to natychmiast. 

Verity musnęła wargami jego usta, obięła go za szyję. 

- Max, proszę, zostań. Nie opuszczaj mnie. 

Zakręciło mu się w głowie. Poczuł, jak drobna, drżąca dłoń 

sunie po jego ciele, kieruje się coraz niżej, bada napięte mięś­
nie jego brzucha i w końcu dociera do męskości. Z zdumie­
niem przekonał się, że Verity jest już praktycznie pod nim, 
a on rozchyla jej uda... 

- Max, tak bardzo cię kocham. Chcę cię poczuć wewnątrz. 

Proszę, zróbmy to... 

Wsunął udo między jej kolana, a wtedy się wyprężyła 

i podniosła nogę, aby go zagarnąć, przycisnąć do siebie. Tyl­
ko raz. Z całą pewnością nic się nie stanie, jeśli zrobi to z nią 
raz. Była taka kusząca, cała należała do niego. 

- Dziecko - wyszeptała, gdy ją do siebie przyciskał - pro­

szę, Max... 

Serce waliło mu jak młotem. Nagle znieruchomiał, uświa­

damiając sobie, że istnieje mnóstwo powodów, dla których 
nie powinien kochać się z Verity. Zaklął i odsunął się gwał­
townie, drżąc z pożądania. 

background image

195 

- Max? - Drobna dłoń niepewnie dotknęła jego ramienia. 
- Nie! - rzucił, odsunął się gwałtownie i opuścił nogi na 

podłogę. 

Gdy wyszedł, trzaskając drzwiami, zapadła cisza. W ciem­

nościach Verity musiała stawić czoło temu, co uczyniła. 

Po jej policzkach spłynęły łzy. Powiedziała mu, że chce go 

poczuć w sobie. Zaczerwieniła się ze wstydu. Na pewno uznał, 
że jest zdemoralizowana. Wyznała mu miłość, prosiła, by dał 

jej dziecko, a on odszedł. Uwierzyła w marzenia. Przez ostat­

ni tydzień Max dużo z nią przebywał, rozmawiał, snuł plany. 
Gdy wyjaśnił, jak funkcjonuje posiadłość, zaproponowała mu 
pomoc, a on ją przyjął. Ośmieliła się uwierzyć, że ją kocha, 
a ona wszystko zaprzepaściła, bo poprosiła o zbyt wiele. 

Max bezmyślnie wpatrywał się w sprawozdania dotyczące 

majątku, dostarczone mu dwie godziny temu przez Richar­
da. Przez cały ten czas nie przeczytał ani linijki. Gdzie tego 
ranka była Verity? W domu? W ogrodzie? Po śniadaniu zwy­

kle do niego przychodziła. Nie zszedł na śniadanie. Wcześniej 
zjadł chleb z serem i wyszedł na spacer, aby uniknąć spotka­
nia z żoną. 

Zmarszczył brwi. Sady dawały większe plony. Hm. Chyba 

powinien tam wkrótce pojechać. Verity mogłaby się wybrać 
razem z nim. Dobrałby jej konia, może łagodną klacz... Po­
nownie spróbował się skupić na sprawach posiadłości, 

Dodatkowe zyski. To dobrze. Odnotował wysokość docho­

du na osobnej kartce. Przed zimą należałoby wyremontować 

kilka domów. A może przez rok wspomagać Marthę Granger? 
Rzecz jasna, zamieszka z nią Sara, która zapłaci za siebie, ale 

background image

196 

dodatkowy dochód z pewnością by nie zaszkodził. Podczas 

przejażdżki z Verity mógłby zahaczyć o dom Marthy. Dopiero 
teraz się zorientował, że bezustannie myśli o żonie. Chciałby 

ją mieć obok siebie, aby odpowiadać na jej pytania. Poza tym 

pomogłaby mu w rachunkach... 

Wiedział, dlaczego nie przyszła tego ranka. Westchnął cięż­

ko i odsunął krzesło od biurka. Cały czas gnębiło go poczucie 
winy. Powinien był jej wszystko wyjaśnić. Powinien był wytłu­
maczyć, dlaczego nie da jej dziecka. Serce mu się krajało, gdy 

sobie przypomniał, jak go o to błagała. 

Co miał robić? Przez tyle lat nie był dziedzicem. Istnia­

ły różnice pomiędzy Frederickiem, spadkobiercą i dziedzi­
cem tytułu i majątku rodu, oraz jego młodszymi braćmi 
bliźniakami. Różnice pojawiły się i nasilały, kiedy dorasta­
li. A potem Freddy zginął. Następny w kolejce do dziedzi­
czenia był Max, a Richard stał się ostatnim rezerwowym. 

Wystarczyło pół godziny pomiędzy jednymi a drugimi 

narodzinami. Pół godziny, by jeden z nich został dziedzi­
cem, a drugi jego ewentualnym następcą. 

Poprzysiągł sobie, że ta różnica nigdy nie będzie odczuwal­

na. Potrafił sobie z tym poradzić. Nadal obowiązywała obiet­
nica, którą złożył matce. A Verity musiał poślubić. 

Z początku był na nią tak zły, że nie uświadomił sobie, iż 

jego pożądanie może wymknąć się spod kontroli. Zamierzał 

podtrzymywać w sobie złość i zachować bezpieczny dystans 
do Verity. Ofiarował Verity dom, bezpieczeństwo, mnóstwo 
pieniędzy, ale nie potrafił się na nią długo gniewać. 

Poprzedniej nocy... Poruszył się niespokojnie na wspo­

mnienie jej nieśmiałych awansów, niepewnych pocałunków, 

background image

197 

jej drżących rąk, błagalnych słów. Chciał się z nią połączyć, 

żeby już nigdy nie czuli się rozdzieleni. By stali się jednością. 

Musi jej wyznać prawdę. Wyjaśnić, czemu nie planował 

małżeństwa i dlaczego nie ofiaruje jej dziecka. Co z tego, że 

go kocha, obdarzyła zaufaniem. Wyznała mu miłość... Jak 

w tej sytuacji mógłby oświadczyć, że nigdy nie będzie miał 

z nią dziecka? 

O wiele łatwiej byłoby mu przez to przebrnąć, gdyby na­

prawdę czuł do niej złość. Gdyby nie była taka urocza, ta­
ka ufna. Gdyby chodziło wyłącznie o zaspokojenie naturalnej 
potrzeby fizycznej, a nie o chęć posiadania jej na własność, 
pod każdym względem. Pragnął jej ciała i duszy. 

Jego pióro zadrżało, rozmazując kilka cyfr. Zaklął i sięgnął po 

nóż. Tego ranka nie radził sobie z najprostszymi zadaniami, na­
wet z przycinaniem pióra. Nie przestawał myśleć o Verity. 

Jak mógłby przyjąć jej miłość i nie zaproponować nic w za­

mian? Przecież byłby w stanie dać jej dziecko, o którym ma­
rzyła. 

Zaklął ponownie i odsunął krzesło od biurka. Postanowił 

iść do stajni, osiodłać konia i wybrać się na przejażdżkę, i to 

długą. Jeśli będzie mu niewygodnie w siodle, niech wini sa­
mego siebie. 

background image

Rozdział jedenasty 

-Szach. 

Triumfalna nuta w głosie Richarda wyrwała Verity z za­

myślenia. Z trudem skoncentrowała na grze. Zbyt późno roz­
poznała sztuczkę, którą często stosował jej ojciec. Należało 

wcześniej dostrzec zagrożenie. 

Umiejętność przewidywania bywa niezwykle przydatna. 

Powinna się zorientować, że Max jej nie chce. Wstrzymywa­

nie się przez niego od pożycia małżeńskiego dawało do my­

ślenia. Tymczasem pozwoliła sobie na coś więcej niż nadzieję 

- naprawdę zaczęła wierzyć, że mu na niej zależy. Wyznała mu 

miłość. Jak mogła być tak naiwna? 

- Coś cię trapi, Verity? 
- Nie - skłamała i wykonała ruch jedyny możliwy w tej sy­

tuacji. Wprost w pułapkę. 

- Szach mat. 

Król zapłacił wysoką cenę za jej roztargnienie. 
Richard popatrzył uważnie na Verity i znów zaczął rozsta­

wiać na szachownicy pionki oraz figury. 

background image

199 

- Zwykłe grasz lepiej - zauważył. - Ojciec cię nauczył? 

Verity zmusiła się do uśmiechu. 

-Tak. Często siadaliśmy do szachownicy. Jak tam two­

ja noga? 

- Sądząc z tego, jak mi dokucza, zanosi się na deszcz, ale 

nie zmieniaj tematu. Nigdy nie mówisz o ojcu. Zamykasz się 

za każdym razem, gdy padnie jakakolwiek wzmianka na jego 
temat. Jestem wścibskim szwagrem. Wiem o twoim ojcu je­
dynie tyle, że na głowę bił Maxa w szachach, stracił rękę, gdy 
ocalił mojego brata pod Waterloo, i zmarł dwa lata później. -

Richard zmarszczył brwi. - Max mówił, że się zastrzelił. Przy­
kro mi, Verity. Musiałaś przejść przez piekło. 

-Tak. 

Zadrżała, mimo że na taras padały promienie słońca. Za­

częła pomagać Richardowi rozstawiać piony na szachownicy, 
zmuszając się do koncentracji. Nigdy nie ośmieliła się spytać 
ojca o jego rękę. Ocalił Maxa. Przynajmniej wiedziała, dla­
czego jej mąż czuł się odpowiedzialny i za pułkownika Scotta, 

i za jego córkę. Drżącą dłonią niechcący przewróciła hetma­
na Richarda. Gdyby wiedziała... Nigdy nie podjęłaby ryzyka 
i w Faringdon Hall nie przyszłaby do Maxa. 

Nagle poczuła palce Richarda na swojej dłoni. 

-Verity? 

Popatrzyła mu w oczy. 

- Bardzo cię przepraszam. Okropna niezgraba ze mnie. 
- Ojciec nigdy ci nie powiedział, jak stracił rękę, prawda? 
- Nie. - Nie potrafiła ukryć bólu w głosie. 

Richard nie puścił jej dłoni, mimo że Verity usiłowała ją 

wyrwać. 

background image

200 

- Przepraszam, nie zdawałaś sobie sprawy. 

Nagle zrozumiała, co miał na myśli. 

- Richardzie, nie winię Maxa. Nie śmiałabym. - Ponownie 

zadrżała. Odwróciła dłoń i zacisnęła palce na ręce Richarda. 

- Przecież mogło być odwrotnie. Czy w takim przypadku wi­

niłbyś mojego ojca? 

Ze smutnym uśmiechem pokręcił głową. 

- Nie. Ty jednak znalazłaś się w innej sytuacji. Twój ojciec 

stracił rękę, a potem zabił się z tego powodu. 

- Tak powiedział Max? 
- A to nieprawda? - Richard popatrzył na nią uważnie. 
- Niezupełnie. Było parę innych... - Umilkła, gdyż po­

wróciły dramatyczne wspomnienia. Powrót okaleczonego oj­

ca spod Waterloo dzień po pogrzebie jego żony i maleńkiego, 

wytęsknionego synka. I jego bezgraniczna rozpacz. 

Rozbolała ją głowa i zrobiło się jej niedobrze. Wstała, ale 

taras zdawał się wirować wokół niej. Jeden niepewny krok... 
Złapała za poręcz fotela. 

- Verity! - Głos Richarda zdawał się dochodzić z oddali, ale 

szwagier był tuż przy niej, oparł ją o siebie. - Ostrożnie. Źle 
się czujesz? Chodź. Zejdźmy ze słońca. 

Czuła jego ramię na swojej talii. Oddychając głęboko, sta­

rała się walczyć z mdłościami. Taras przestał wirować. 

- Nic... Nic mi nie jest. Dziękuję. Na moment zakręciło mi 

się w głowie. - Odsunęła się. - Nic mi nie.... 

- Jakie to wzruszające - rozległ się nagle pełen goryczy głos. 

Verity odwróciła głowę. Max stał na drugim końcu tara­

su. Wyglądał imponująco, jak zawsze. Miał na sobie bryczesy 
z koźlej skóry i wysokie buty, surdut przewiesił przez ramię. 

background image

201 

Verily nawet stąd widziała, że jest spocony. Koszula przywar­

ła do torsu. 

Max nie krył złości. Podszedł do nich z pogardą wypisa­

ną na twarzy. 

- Ćwiczysz swoje sztuczki na jeszcze jednym żałosnym 

głupcu, moja droga? - zapytał. 

Verity skuliła się, jakby ją uderzył. 

- Na litość boską, Max! - zawołał oburzony Richard. - Tyl­

ko posłuchaj, co ty wygadujesz! Może nie cieszę się taką re­
putacją jak ty, ale przynajmniej uwierz mi, że gdybym chciał 
uwieść twoją żonę, zrobiłbym to w nieco bardziej odosobio-
nym miejscu - oznajmił i dodał: - Skoro nie wierzysz, że 

w ogóle bym tego nie zrobił! 

- Wierzę, Ricky. Wiem, że nie byłbyś do tego zdolny. - Usta 

Maxa wykrzywił cyniczny uśmiech. - Natomiast ona to cał­
kiem inna sprawa. 

Popatrzył z niesmakiem na Verity. 

- Powiedz mi, droga żono, czy rzeczywiście zamierzałaś 

uwieść mojego brata? Przekonać go, żeby ofiarował ci to, cze­
go ja nie chcę ci dać? 

Znowu zakręciło się jej w głowie. O czym on mówił? 

Co takiego zrobiła? Nabrała powietrza, usiłując wypowie­
dzieć jego imię, ale z jej ust wydobył się tylko nieartyku­
łowany dźwięk. 

Max wykrzywił usta. 

- Może ze swoimi talentami powinnaś trafić do Drury Lane, 

lady Blakehurst. Tutaj zupełnie nie pasujesz. Oszczędź nam 
tego odgrywania urażonej niewinności. Dwa razy zadziałało, 
trzeci to już przesada. 

background image

202 

Nagle zrozumiała, co miał na myśli. Jak bardzo nią gardził, 

jak jej nie wierzył! Odstąpiła od Richarda. 

- Pomyliłaś się w kalkulacjach, moja droga - ciągnął 

bezlitośnie. - Niepotrzebnie założyłaś, że fizyczna rozkosz 

zmąci mi umysł. O ile mnie pamięć nie myli, małżeństwo 
zostało skonsumowane. Nie widzę sensu w kontynuowaniu 

pożycia małżeńskiego - podkreślił, nie zważając na obec­
ność Richarda. 

Mdłości Verity się nasiliły. 

- Masz na myśli. 
- ... że w przyszłości gdzie indziej poszukam rozrywek. 

Verity zaczęła oddychać płytko, pośpiesznie. Miała wraże­

nie, że lada chwila rozpadnie się na milion kawałków. Max 
gdzie indziej chciał szukać rozrywek! Nagle aż skręciło ją ze 

wstydu. Myślała, że naprawdę mu na niej zależy, że jej pożą­

da, ale i szanuje. Tymczasem on w jej łóżku szukał wyłącznie 
rozrywek! Potraktował ją niemal jak kobietę lekkich obycza­

jów. Czy aż tak jej nienawidzi? 

- Nie chcesz dzieci? 

Pożałowała tego pytania już w chwili, gdy padło. 
Zaśmiał się z pogardą. 

- To ostatnie, czego bym od ciebie wymagał, moja droga. 

Richard będzie moim spadkobiercą, tak jak to zawsze plano­
wałem. 

Poczuła się tak, jakby ją spoliczkował. Najwyraźniej tak 

bardzo się nią brzydził, że wolał przekazać tytuł bratu niż 
własnemu potomkowi. A sądziła, że choć trochę mu na niej 
zależy, albo że przynajmniej będzie pragnął dzieci, z pewnoś­
cią synów. Może też urodzi się im dziewczynka albo dwie. 

background image

203 

Stworzą rodzinę, którą będzie mogła kochać. Rodzinę, która, 

być może, choć trochę i ją pokocha. A teraz odebrał jej nawet 
to marzenie. Nigdy nie zamierzał obdarować jej potomkiem. 
No cóż, nie miała już nic do stracenia. 

Okazało się, że jednak jest w błędzie. 

- Naturalnie, moja droga, możesz uważać taki układ za nie­

co niesprawiedliwy. - Obrzucił ją niechętnym spojrzeniem. -

Ja mogę oddawać się rozrywkom, ty jednak nie. Pod pewny­
mi warunkami dżentelmen może jednak przymknąć oko na 
niewierność żony. Weź sobie kochanka, moja droga, ale bądź 
pewna, że jeśli wywołasz tym publiczny skandal, gorzko tego 
pożałujesz. 

- Max! Przestań! - Richard stanął pomiędzy nimi. - Posłu­

chaj mnie, przeklęty głupcze! 

Verity przestraszyła się, że zaraz dojdzie do bójki. Tego nie 

mogła znieść. 

- Richardzie, nie wtrącaj się. - Ogarnął ją gniew, zapomnia­

ła o strachu. - Bez wątpienia się ze mną rozwiedziesz, jeśli nie 
podporządkuję się twoim regułom - powiedziała. 

- Myślę, że nie ma sensu wywoływać publicznego skan­

dalu - zauważył Max. - Jedynym powodem, dla którego 
bym się z tobą rozwiódł i pozwolił, żeby inni wzięli nas 
na języki, byłaby twoja ciąża. Ewentualnie głośny publicz­
ny skandal. 

Nie była w stanie wykrztusić ani słowa, porażona okru­

cieństwem Maxa. Miał o niej aż tak niskie mniemanie! Wciąż 
czekał na odpowiedź. Każdy oddech wywoływał ból, miała 

wrażenie, że łyka szkło, ale tylko milcząc, mogła zapanować 

nad mdłościami. 

background image

204 

Jeśli teraz nie odejdzie... Zrobiła ostrożny krok. Wszyst­

ko wydawało się takie odległe, pogrążone w mgle. Kolana się 
pod nią uginały, a mimo to, nie chcąc okazać słabości, ruszyła 
przed siebie. Jeden krok, potem następny... Gdyby tylko po­

sadzka przestała się tak kołysać... Verity z uporem usiłowała 
skupić wzrok, ignorując ból, który rozdzierał ją przy każdym 
oddechu. Sama zastawiła na siebie pułapkę, a teraz ta pułap­

ka się zatrzasnęła. Nie było sensu zaprzeczać, wyjaśniać mu, 
że się mylił. 

- Verity... - Głos Maxa zdawał się dobiegać z oddali. 

Ciągle szła przed siebie. Jeszcze jeden krok... I jeszcze 

jeden. 

- Verity! - Chwycił ją za przegub. Wyrwała mu się z krzy­

kiem. 

- Nie dotykaj mnie! 

Pomyślała o swoim zachowaniu, o tym, na co nie tylko mu 

pozwalała, ale co sprawiało jej rozkosz, o co go błagała. Teraz 

wszystko było jasne. Nigdy nie chciał, by nosiła jego dziecko. 
Zwyczajnie ją wykorzystał. 

- Nigdy więcej mnie nie dotykaj - wyszeptała. - Powiedzia­

łeś, że będziesz szukał rozrywek gdzie indziej. Wolę to niż... 
służyć ci za dziewkę. 

Gwałtownie odwróciła się do balustrady. Złapała ją, łamiąc 

paznokcie, i zaczęła wymiotować do ogrodu. 

Przez chwilę Max nie był w stanie wykonać żadnego ru­

chu. Wreszcie dotarło do niego, co uczynił. To on ją zdradził, 
nie ona. 

- Mój Boże - wyszeptał, podchodząc do Verity. 

Co ja narobiłem! - miał ochotę krzyknąć. Mógł jednak tyl-

background image

205 

ko ją podtrzymać, gdy wymiotowała, a paroksyzmy wstrząsały 
jej drobnym ciałem. Max spojrzał na brata, który podszedł do 

Verity z drugiej strony i spiorunował go wzrokiem 

-Ty przeklęty idioto! - wykrzyknął. - Czyżbyś oślepł? 

Równie prawdopodobne jak to, że cię zdradzi, jest to, że zaraz 
polata sobie nad posiadłością. - Zacisnął usta. - Zrobiło się 

jej słabo, więc ją podtrzymałem. I tyle! 

Max zrozumiał, że postąpił jak szaleniec. Co go opęta­

ło? Tak bardzo chciał uspokoić wyrzuty sumienia? Drżący­
mi palcami głaskał ramiona żony, podtrzymywał jej drobne 

ciało. 

W końcu było już po wszystkim. Max poszukał chustki, po 

czym niezręcznie wytarł usta żony. Z okrzykiem uderzyła go 

w rękę, oparła pięści na jego torsie i odepchnęła go z całej si­

ły. Zrobił krok do tyłu i popatrzył na Verity, gotów wysłuchać 
słów potępienia. 

Jej twarz była popielata i pozbawiona wyrazu, oczy przy­

mknięte. 

- Proszę o wybaczenie, wasza lordowska mość - wyszep­

tała. 

-Verity... 

Jej rodzina przez pięć lat usiłowała ją zniszczyć. On omal 

tego nie dokonał w pięć minut. 

- Wyraziłeś się całkiem jasno. Nie trzeba nic więcej mó­

wić. 

- Verity, posłuchaj mnie przez chwilę. Pomyliłem się, i to 

niewybaczalnie. To był błąd, przyjmij moje przeprosiny. - Jej 
bladość go przerażała. - Kochanie. 

Max instynktownie wyciągnął ku niej ręce i złapał ją za 

background image

206 

ramiona. Grymas odrazy, który pojawił się na twarzy Veri­
ty, przeraził go. Puścił żonę i schował ręce za siebie. Nie 
dotykaj mnie, powiedziała. W milczeniu patrzył, jak Verity 

schodzi do ogrodu. 

- Na litość boską, Max! Idź za nią! 

Nagle usłyszeli za sobą dyskretne chrząkanie. 
Max odwrócił się, by dojrzeć Hardinga w drzwiach biblio­

teki. 

- Tak, Harding? 
- Proszę o wybaczenie, ale jest tu pański prawnik, pan Co-

vell, wraz z kolegą. 

- Nie posyłałem po niego. Ricky? 

Richard pokręcił głową. 

- Ja też nie. Musiała zajść pomyłka. Ja się z nim spotkam, 

a ty idź do Verity. 

- Bardzo przepraszam, że się wtrącam, ale pan Covell nale­

gał na spotkanie z panem Maxem - oznajmił Harding. - Spe­
cjalnie to podkreślił. 

Bracia popatrzyli po sobie. 

- Ricky, porozmawiam z Covellem. Czy mógłbyś... - Ści­

szył głos. - Jeśli ją znajdziesz, przyprowadź ją i zadzwoń po 

Henty. Nie jestem bezduszny. Po prostu ona nie chce widzieć 

mnie blisko siebie. 

- Dobrze. Jak chcesz. 

Max przeszedł do biblioteki i czekał na prawnika. Na 

biurku stał niewielki, oprawiony w ramkę portret Richarda. 
Max pomyślał, że nigdy nie zrozumie, jak wielkie konse­
kwencje niosą za sobą okrutne słowa. Najpierw doprowa-

background image

207 

dził do wypadku brata, a teraz niemal zniszczył swoją 
żonę. 

- Wasza lordowska mość? 

Oderwał wzrok od portretu i z wysiłkiem powitał obu 

prawników. 

- Dzień dobry, panie Covell. I, hm...? 
- Wasza lordowska mość, to mój kolega po fachu, pan 

Wimbourne - przedstawił prawnik. 

Max skinął głową. 

- Może usiądziemy, panowie? - Wskazał im krzesła, sam 

zasiadł za biurkiem. 

Covell odchrząknął. 

-Wasza lordowska mość, wiem, że nasza wizyta jest 

dość niespodziewana, gdy jednak pan Wimbourne skon­
taktował się ze mną, uznałem, że sprawa jest najwyższej 

wagi, i muszę natychmiast zobaczyć się z waszą lordow­

ska mością. 

- Naturalnie - mruknął Max nieuważnie. - Proszę mówić. 
- Jak rozumiem, wasza lordowska mość niedawno wstąpił 

w związek małżeński? - zapytał pan Wimbourne znienacka. 

Zdumiony Max popatrzył na niego. 

- Jeśli występuje pan w imieniu lorda Faringdona... 
- Absolutnie nie - padła natychmiastowa odpowiedź. -

Skoro jednak wspomniał pan lorda Faringdona, zakładam, że 
rzeczywiście poślubił pan pannę Verity Scott, córkę zmarłego 
pułkownika Williama Scotta? 

- Tak. - Uwiodłem ją, poślubiłem, obraziłem, dodał 

w duchu Max. Złamałem jej serce. Przecież mówiła, że 

mnie kocha. 

background image

208 

Wimbourne zacisnął usta. 

- A więc ona żyje. 
-Naturalnie, że żyje... Słucham? - Max pochylił się ku 

prawnikowi i powiedział bardzo cicho: - Proszę się wytłuma­
czyć. 

- Mam zaszczyt reprezentować nieżyjącą babkę panny Scott, 

lady Hillsden. Wiedział pan o tym pokrewieństwie? 

Max skinął głową. Wiedział, że pułkownik Scott był młod­

szym synem poprzedniego wicehrabiego Hillsdena i że nastą­
piły jakieś komplikacje w związku z małżeństwem pułkow­
nika. 

- Pułkownik Scott ożenił się wbrew woli matki i mimo 

groźby wydziedziczenia - ciągnął Wimbourne. - Poślubił ir­
landzką dziewczynę zamiast dziedziczki, która była mu prze­
znaczona. Lady Hillsden nigdy nie wybaczyła synowi, to 
znaczy aż do chwili, w której dowiedziała się o jego śmierci. 

- Prawnik zamilkł na dłuższą chwilę, po czym podjął: - Wasza 

lordowska mość, proszę zrozumieć, że znałem lady Hillsden 
przez bardzo wiele lat. Stąd wiem, że wciąż czekała, aż puł­
kownik poprosi ją o wybaczenie. Nie zrobił tego jednak. Gdy 
umarł, majątek został podzielony równo między dwoje naj­

starszych wnucząt, pannę Celię i... 

- ... pana Godfreya Faringdona - skończył za niego Max. 

- Proszę mówić dalej. 

Wimbourne skinął głową. 

- Lady Hillsden posłała po mnie... - Zawahał się. -

Wstrząsnęły nią okoliczności śmierci syna i postanowiła zmie­

nić testament. 

- Zrobiła to? 

background image

209 

- Sporządziłem testament wedle jej wskazówek. Cała po­

siadłość przypadła pannie Verity Scott. Lady Hillsden podpi­
sała dokument. Później, po kilku tygodniach, otrzymałem od 
niej list, w którym poleciła mi ponownie zmienić dokument 
ze względu na śmierć panny Scott. 

- Co takiego?! 
- Właśnie tak było, wasza lordowska mość - wtrącił Covell. 

- Dlatego sprowadziłem tutaj pana Wimbourne'a. 

- Poinformowała mnie, że lord Faringdon napisał do niej 

list, z wiadomością o śmierci panny Scott - ciągnął Wim-
bourne. - Napisał... ee... zasugerował, że młoda dama była 
tak przygnębiona śmiercią ojca, że sama. 

- ... targnęła się na swoje życie - dokończył Max. 

Wimbourne skinął głową. 

- Wobec tego ponownie sporządzono testament i... 
- Lepiej niech pan poinformuje lady Hillsden, że wciąż ma 

wnuczkę - zasugerował Max. 

Wimbourne spojrzał na niego z powagą. 

-Nie usłyszał pan moich słów, wasza lordowska mość. 

Wspomniałem, że lady Hillsden niedawno zmarła. Właśnie 

porządkowaliśmy dokumenty i czekaliśmy na poświadcze­
nie autentyczności testamentu, kiedy zauważyłem w gazetach 

wzmiankę o pańskim małżeństwie. 

Max zmrużył oczy. 

- Z pewnością łatwiej byłoby panu zachować milczenie. 

Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdał sobie sprawę 

z tego, że nie była to zbyt taktowna uwaga. 

Pan Wimbourne głęboko westchnął. 

- Zawodowo - z pewnością tak, wasza lordowska mość. Pa-

background image

210 

miętam jednak przygnębienie lady Hillsden, gdy napisała do 
mnie o rzekomej śmierci panny Scott. Winiła się za to, że nie 
posłała po dziewczynkę, nigdy nie próbowała załagodzić kon­
fliktu z synem. Myślę, że sumienie nie dawałoby mi spokoju, 
gdybym nie odwiedził pana. 

- Proszę mi wybaczyć, panie Wimbourne - powiedział Max 

cicho. - Nie zamierzałem pana urazić. Co, pana zdaniem, po­

winienem zrobić? Czy da się obalić obecny testament? 

- Czy wasza lordowska mość potrzebuje pieniędzy? 

Max wybuchnął śmiechem. 

- Nie, drogi panie - odparł. - Podobnie jak pan. Jednak 

nie podoba mi się, że lordowi Faringdonowi ujdzie na sucho 
oszustwo. Przynajmniej zakładam, że to panem kierowało, 

gdy wyłuszczał mi pan fakty. 

„To wszystko, co mi po nim pozostało" - przypomniał so­

bie słowa Verity. 

Czy mógł przynajmniej odzyskać jej majątek? Tak, by mia­

ła coś, co należałoby tylko do niej? W tym momencie przy­

szło mu do głowy, że po zyskaniu niezależności materialnej 

Verity może go zostawić. Starannie ułożył dokumenty przed 

sobą. Decyzja należała do niego. Jako jego żona, Verity nie 
miała nic do powiedzenia w tej sprawie. Mógł podziękować 

Wimbourne'owi za dobre chęci i oświadczyć, że nie potrzeba 

mu pieniędzy. Formalnie rzecz biorąc, pieniądze należące do 

Verity byłyby jego własnością. Prawo stanowiło, że mógł zre­

zygnować z dochodzenia spadku żony albo zatrzymać nale­

żący do niej majątek. 

- Jak się podważa testament, panie Wimbourne? 

Prawnik energicznie pokręcił głową. 

background image

211 

-To ostatnie, czego potrzeba waszej lordowskiej mości. 

Musimy być chytrzejsi, drogi panie. Pan Covell zdradził mi, że 

służył pan w armii. Tu potrzeba przemyślanej strategii. Właś­
nie tak, strategii. I może dobrej woli, by pójść na kompromis. 

Perspektywa kompromisu z Faringdonami zupełnie nie 

pociągała Maxa, ale najważniejsze było to, żeby Verity od­
zyskała własność. Powinien schować dumę do kieszeni. 

- Proszę mówić. Jaką strategię pan proponuje? 
- Czy wasza lordowska mość słyszał kiedyś o sądzie słusz­

ności? 

- Niewiele. - Max zmarszczył brwi. - Tyle że dzięki niemu 

zawód prawnika kwitnie. 

Uśmiech pana Wimbourneabył niemal cyniczny. 

-I prawnicy dobrze się miewają, wasza lordowska mość. 

Widzi pan, przy próbie podważenia testamentu majątek zo­

staje zamrożony. Nie można go tknąć, ewentualnie tyle co na 
pokrycie kosztów sądowych. Czasem ciągnie się to latami. 

- Latami? - powtórzył Max podejrzliwie. 
- Tak, wasza lordowska mość. Czasem przez dziesiątki lat. 

Prowadzimy sprawę, która rozpoczęła się w tysiąc siedemset 

dziewięćdziesiątym roku. Śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że 
pańskie dzieci nie dożyją chwili, w której sprawa Jenningsów 
zostanie rozstrzygnięta. 

- Jak wielki jest majątek lady Hillsden? 
Wimbourne wzruszył ramionami. 
- Dość pokaźny, ale nic nadzwyczajnego. Około dwudzie­

stu pięciu tysięcy funtów. 

- Jeśli podważę testament, cały majątek pójdzie na koszty 

procesowe - zauważył Max. 

background image

212 

- Ano właśnie. Faringdon również to wie. Może pan nie 

potrzebuje pieniędzy, ale on i owszem. W końcu musi jakoś 
zapewnić posag dwom pozostałym córkom, a jego majątek 

jest przyzwoity, lecz nie pokaźny... 

- Czy my... Czyżbyśmy chcieli mu zagrozić? 

Wimboume pokiwał głową. 

- Jak najbardziej, wasza lordowska mość. Zagrozimy wnie­

sieniem sprawy do sądu słuszności, chyba że Faringdon zgo­
dzi się na pertraktacje. Na przykład zadowoli się dziesięcioma 
tysiącami funtów? Dzięki temu dla panny Scott, to znaczy dla 
lady Blakehurst, zostanie piętnaście tysięcy. Naturalnie, wy­
każe się pan wielką hojnością, proponując dziesięć tysięcy -
może pan nawet wspomnieć o sprawie cywilnej za oszustwo. 
Pan Faringdon był opiekunem prawnym panny Scott i moż­
na podjąć takie kroki. Opiekun prawny jest zobowiązany do 
strzeżenia interesów podopiecznego. 

Max wstał powoli. Pochylił się nad biurkiem i wyciągnął 

dłoń. 

- Panie Wimbourne, znajomość z panem to prawdziwy za­

szczyt. 

Prawnik ujął rękę lorda Blakehursta i pochylił głowę. 

- Dziękuję, wasza lordowska mość. Wszystko sprowadza 

się do znajomości rzeczy i ludzi. 

Max podzielał opinie prawnika, a na Faringdonach od ra­

zu się poznał. 

Richard słuchał z niedowierzaniem, kiedy Max przed­

stawiał pana Wimbourne'a i wyjaśniał powody jego nieza­
powiedzianej wizyty. 

background image

213 

- Ten szczur Faringdon ją oszukiwał? Nie możesz pozwolić, 

aby mu to uszło na sucho. 

- Wierz mi, absolutnie nie mam takiego zamiaru. Gdzie 

Verity? - spytał Max. 

- W swoich pokojach - wyjaśnił Richard. - Znalazłem ją 

w połowie drogi prowadzącej przez las. Henty się nią zaopie­

kowała. Powiesz jej o tym? 

Max się zastanowił i doszedł do wniosku, że wolałby naj­

pierw sprawdzić, jaki ruch wykonają Faringdonowie. 

-Jeszcze nie - odparł. - Nie chcę jej dokładać nowego 

zmartwienia. 

Richard popatrzył na niego zaskoczony. 

- Wyjaśnij mi coś, drogi bracie - zaczął ostrożnie. —Co za­

mierzasz zrobić z tymi pieniędzmi? Przecież ich nie potrzebu­

jesz. Czy chodzi o zemstę? 

- Rzeczywiście, te pieniądze nie są mi potrzebne - przyznał 

Max. - Pozostaną do dyspozycji Verity. Będą należały wyłącz­

nie do niej, bez względu na to, co się zdarzy. 

- Rozumiem. - Richard pokiwał głową. - Zatem brałeś pod 

uwagę, że Verity odejdzie? 

- Tak - potwierdził Max krótko i poczuł bolesne ukłucie 
w sercu na samą myśl o tej ewentualności. 

Verity ocknęła się z drzemki, gdy usłyszała pukanie do 

drzwi. Źle się czuła. Nic dziwnego - to naturalny rezultat ca­

łonocnych płaczów. Henty pewnie przyniosła śniadanie. Na 

sama myśl o jedzeniu Verity zrobiło się niedobrze. 

- Proszę - wymamrotała, przekręciła się na drugi bok i wbi­

ła wzrok w drzwi. Nikt nie nacisnął na klamkę. 

background image

214 

- Przyniosłem ci śniadanie - powiedział ktoś za jej pleca­

mi. 

Odwróciła się raptownie i przycisnęła do siebie kołdrę. 

- Od kiedy to lordowie przynoszą żonom śniadanie? -

spytała. 

Chciała, by jej głos zabrzmiał obojętnie, ale, niestety, nie 

zdołała nad nim zapanować. Dlaczego nie zostawi jej w spo­

koju? Poprzedniej nocy podjęła odpowiednie decyzje i łatwiej 
byłoby jej się ich trzymać, gdyby Max zastosował się do przy­
pisanej sobie roli. 

- Od kiedy zachowują się jak prostacy i denerwują je do 

tego stopnia, że biedaczki nie są potem w stanie przełknąć 
kolacji. 

W jednej chwili przypomniała sobie wszystkie noce, pod­

czas których się kochali. Nie. Nie kochali się, Max szukał roz­
rywki. Musiała o tym pamiętać. Uwodził ją, nie okazywał jej 
czułości. O tym także nie wolno było jej zapomnieć. 

Wbrew jej woli przeszył ją dreszcz na wspomnienie nie­

okiełznanej namiętności, kiedy się wiła i błagała o jeszcze, po­

wtarzała mu, że pragnie go poczuć w sobie... Jednak on ją 

odtrącił, odsunął się od niej. Teraz już wiedziała, dlaczego tak 
postąpił. 

Położył tacę na jej kolanach. 

- Dziękuję, wasza lordowska mość. - Spojrzała na śniada­

nie. Owoce. Bułki. Masło, dżem. Imbryk z herbatą. Żadnych 

jajek. Mdłości nieco zelżały. 

- Włożysz peniuar? - spytał Max. 

Nie czekając na odpowiedź, obrócił się na pięcie i przy­

niósł peniuar. Verity starannie się nim otuliła. 

background image

215 

- Proszę... - szepnęła przestraszona, odsuwając się gwał­

towanie. 

- Verity, chciałem tylko nalać ci herbaty - wyjaśnił, zasko­

czony. 

Nie wiedziała, co o tym sądzić. Dlaczego tak się zachowy-

wał? Wyraźnie dał jej do zrozumienia, co o niej sądzi. Czyż-

by dręczyło go poczucie winy, bo się zorientował, że popełnił 
błąd? Wzięła filiżankę do rąk. 

- Verity, wybacz... Wczoraj popełniłem ogromny błąd. Czy 

mi wybaczysz? 

Wbiła wzrok w delikatną, białą porcelnę z niebieskimi ry-

sunkami. Tego błędu nie mógłby popełnić bez jej pomocy. Po-
godził się z myślą, że tym razem się pomylił, ale jeśli jej nie 
ufa, sytuacja powtórzy się jeszcze wielokrotnie. 

Skinęła głową, nie patrząc na męża. Gdyby napotka­

ła jego wzrok, z pewnością by się rozkleiła. Wolała, aby 
myślał, że zobojętniała. Nie wierzył jej i nie chciał poznać 
prawdy. Verity podjęła decyzję. Teraz pozostało jej tylko 

wprowadzić ją w życie. Max sam ofiarował jej broń, której 
potrzebowała. 

Wykorzystała całą siłę woli, aby jej głos zabrzmiał swo-

bodnie. 

- To bez znaczenia, wasza lordowska mość. Przynajmniej 

nieporozumienie między nami zostało ostatecznie wyjaśnio­
ne. Nie ma powodu dłużej o tym dyskutować. 

- Rozumiem. - Skinął głową. 
- Czy wasza lordowska mość ma plany na dzisiaj? 

Przez ułamek sekundy zdawało się jej, że się zawahał. 

- Prawdę mówiąc, muszę na tydzień wyjechać do Londy-

background image

216 

nu - odparł. - Są sprawy, które wymagają mojej osobistej in­
terwencji. 

„W przyszłości gdzie indziej poszukam rozrywek". Jechał do 

Londynu właśnie po to. Obowiązkiem Verity było przymknąć 

na to oczy. 

Lady Arnsworth nie pozostawiła w tej sprawie cienia wątp­

liwości. „Dżentelmeni tacy jak Blakehurst wolą się zabawiać 
poza małżeńskim łożem. Dama nie dostrzega takich drobiaz­
gów" 

Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Kiedy wyruszamy, wasza lordowska mość? - spytała 

uprzejmie. 

Londyn doskonale nadawał się do realizacji jej zamierzeń. 

Pól godziny później Max siedział samotnie w bibliote­

ce i rozmyślał o klęsce swojego małżeństwa. Budził w Verity 
obrzydzenie, czuła do niego odrazę. Na domiar złego niewy­

baczalnie ją skrzywdził. Dlaczego więc, u licha, postanowi­
ła towarzyszyć mu w podróży do Londynu? Z całą pewnoś­
cią nie z tęsknoty za towarzystwem Maxa. Nie winił jej za to. 
Chwilowo sam za sobą nie przepadał. 

W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłoby wpro­

wadzenie Verity do modnego, londyńskiego towarzystwa. 
Z pomocą Almerii powinna znaleźć akceptację wyższych sfer. 

Osobliwe okoliczności ich małżeństwa miały szansę pójść 
w zapomnienie. 

Postanowił przeanalizować wszystkie ewentualności. Nie­

wykluczone, że Verity znajdzie sobie kochanka. Max poczuł 
ucisk w gardle. Taka kara mu się należała. Przecież zapropo-

background image

217 

nowała mu swoje ciało i serce, a on je odtrącił, zawiódł jej za­
­­anie. Powinien spróbować je odzyskać. 

Dotąd bał się spojrzeć prawdzie w oczy, ale teraz wszystko 

stało się jasne. Kochał Verity, a ona powinna znów mu zaufać, 

i zaakceptować jego miłość. 

background image

Rozdział dwunasty 

-Verity, obudź się. Jesteśmy prawie na miejscu. 

Niski, aksamitny głos wdarł się w marzenia senne Verity. 

Śniła o szczęściu, które miało dla niej zapach drewna sanda­
łowego i piżma. Westchnęła zadowolona i potarła policzkiem 
o przyjemny w dotyku materiał. Do jej snu przedostawało się 
coraz więcej dźwięków: stukot kopyt, terkot kół, ludzkie głosy, 
sporadyczny trzask bata. 

Powóz się zatrzymał, a wraz z końcem podróży sen do­

biegł kresu. Nagle Verity uświadomiła sobie, że obejmują ją 

jak najbardziej realne ramiona, że tuli się do męża, a on opie­

ra brodę na jej głowie. Była bezpiecznie otulona grubym ko­
cem podróżnym, zabranym po naleganiach Maxa. Każdym 
skrawkiem ciała, każdą cząstką duszy pragnęła pozostać tam, 
gdzie się znajdowała. Chciała, by ten sen trwał, a ona nigdy 
się z niego nie ocknęła. 

Max przemówił ponownie. 

- Dojechaliśmy, Verity. 

Ostrożnie ją przesunął, aby usiadła prosto na swoim miej­

scu. Na moment zamknęła oczy. Musiała całą siłą woli po-

background image

219  — -

wstrzymać się od prośby, żeby ją przytulił i wziął w ramiona. 

Nie chciała, by ją od siebie odsuwał. 

Stangret otworzył drzwi i wysunął składane schodki. Max 

wysiadł pierwszy i odwrócił się, aby służyć pomocą żonie. 

- Poradzę sobie sama, wasza lordowska mość. 

Choć najbardziej na świecie pragnął wziąć Verity w ramio­

na, wbrew sobie odwrócił się i ruchem głowy dał znać stang­
retowi, że potrzebna jest jego pomoc. 

Obserwował ją, gdy pierwsza wchodziła do domu. Głowę 

trzymała wysoko, wyprostowała plecy. Zniknęła potulna, bez-
bronna dziewczyna, która mu ufała. W holu przypomniał so­

­­­, że ma dla niej prezent. Coś, co powinien był jej ofiarować 

przed ślubem. 

- Kiedy się przebierzesz do kolacji, moja droga, chciałbym 

zamienić z tobą słowo w salonie - powiedział. 

Verity popatrzyła na niego zmęczonym wzrokiem. 

- Oczywiście, wasza lordowska mość. 

Verity z niedowierzaniem patrzyła na swoje odbicie. Wiel­

ce nieba! Skąd u niej taka bladość na twarzy? Uszczypnęła 

się w policzki. Jeszcze gorzej. Teraz sprawiała wrażenie roz-

gorączkowanej. 

- Czy jeszcze coś, jaśnie pani? 
- Hm? - Verity rzuciła okiem na pokojówkę, która stanę­

li za jej plecami. Najwyraźniej Max poprosił lady Arnworth 
o znalezienie odpowiedniej służącej dla jego żony. Ciężarna 
pokojówka mogła uchodzić w odległych rejonach hrabstwa 
Kent, lecz w Londynie narobiłaby nielichego zamieszania. Ve-

rity z trudem zapanowała nad chęcią postawienia na swoim 

background image

220 

i zgorszenia londyńskiej society. Chciała zabrać z sobą Sarę, 
ale miałaby wyrzuty sumienia, wykorzystując ją w tak oczy­

wisty sposób. - Nie. Dziękuję. To już wszystko. 

- Biżuteria, jaśnie pani? - spytała pokojówka i lekko się za­

czerwieniła. 

Verity nie nosiła biżuterii, 

- Później po ciebie zadzwonię. 

Służąca dygnęła i wyszła. Verity została sama. Popatrzyła 

na swoje odbicie w lustrze. Elegancka suknia prezentowała się 
pięknie. Verity uznała, że bardzo jej się podoba połysk jedwa­
biu, miękko opływającego figurę. 

Uprzytomniła sobie, że musi zejść do salonu, aby tam uda­

wać obojętność wobec męża. Przede wszystkim nie wolno jej 

ulegać reakcjom ciała, kiedy Max będzie jej dotykał. Tego nie 
uniknie - przy takich okazjach zawsze zdarzają się chwile, gdy 
mąż musi dotknąć żony. Na przykład wtedy, gdy będą prze­
chodzili do jadalni. Być może będzie także musiał z nią za­
tańczyć. 

Verity bez problemu dotarła do salonu, lecz zawahała się 

przed drzwiami. Podczas poprzedniej, krótkotrwałej wizyty 
zwiedziła tylko hol i bibliotekę. Nigdy się nie spodziewała, że 
tutaj zamieszka. W końcu niepewnie nacisnęła klamkę. 

Max stał wpatrzony w ogień. Odwrócił się od kominka 

i uśmiechnął na widok żony. 

- Zmęczona? - spytał. 
- Ależ skąd - skłamała. Nie chciała już ani jego troski, ani 

dobroci. Wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby mogła go 
znienawidzić. Nie potrafiła jednak się do tego zmusić. 

background image

221 

- Mam coś dla ciebie. - Sięgnął do kieszeni surduta. - Resz­

tę biżuterii każę przenieść do twojego pokoju, ale teraz chciał­
bym wręczyć ci ten drobiazg. Powinienem był to zrobić przy 
okazji zaręczyn, ale jakoś mi umknęło. 

Podszedł bliżej, a Verity z trudem zachowała spokój. Po­

myślała, że musi być chłodna, obojętna. Max ujął jej dłoń 
i wsunął na palec pierścionek. 

- Och - westchnęła oszołomiona, wpatrując się w klejnot. 
- Pierścionek jest bardzo stary. Pozostaje w naszej rodzinie 

od pokoleń. 

- Nie mogę... - Ściągnęła pierścionek. - A jeśli go zgubię? 

Zacisnął palce na jej dłoni. 

- Włóż go z powrotem - poprosił. - Jest twój. To pierścio­

nek zaręczynowy. 

- Co to za kamienie? 

Uśmiechnął się nieznacznie. 

- Rubiny, rzecz jasna. 

Rzecz jasna. Skąd jednak mogłaby to wiedzieć? 

Lady Almeria z miejsca rozpoznała klejnot. 

- Dobry Boże! - zawołała. - Mam nadzieję, że cię poinfor­

mował, ile jest warte to cacko. Moja siostra nigdy nie ośmieli­
ła się nosić tego pierścienia. 

Verity rozmyślała zdziwiona. Max zaufał jej do tego stop­

nia, iż powierzył jej część rodzinnego dziedzictwa. Następ­
nego dnia przesłał do jej pokoju resztę biżuterii. Co z tego 

jednak, skoro nie zgodził się, by dała mu dziecko. Gdyby nie 

wzięli ślubu, pewnie nie miałby nic przeciwko temu. 

Co mogła robić tego przedpołudnia? Wybrać się do maga-

background image

222 

zynów mód? Lady Arnsworth uznałaby to za świetny pomysł, 
ale dla Verity była to strata czasu. Po co miałaby kupować 

więcej ubrań, skoro i tak jej szafy się nie domykały? 

- Nie bądź śmieszna, dziewczyno - powiedziała ciotka 

Maxa w rozmowie z Verity. - Mąż dał ci carte blanche na 
wydawanie pieniędzy. Większość kobiet nie może nawet 
marzyć o takim przywileju. 

Rzeczywiście Max był hojny. Większość otrzymanych od 

męża pieniędzy Verity przeznaczyła na cele charytatywne. 
Gdy próbowała zapłacić modystkom i krawcowym, okazało 
się, że lord Blakehurst kazał przesyłać rachunki bezpośrednio 
do siebie. Bez wątpienia chciał wiedzieć, czy jego żona robi 
odpowiednie wrażenie w modnych kręgach. 

Verity doszła do wniosku, że zmieniła się w żałosną, słabą 

istotę, jedną z tych, którymi dotąd gardziła. Najwyższy czas 

przypomnieć sobie, że przybyła do Londynu z określonym 
planem. Sądząc po reakcjach ważniejszych osób z towarzys­
twa, nie powinna mieć najmniejszych trudności z wprowa-
dzeniem go w życie. Postanowiła więc położyć kres wahaniom 
i przeprowadzić plan. 

- Cooper, proszę mi przygotować spacerową suknię - po­

leciła pokojówce. 

- Tak jest, jaśnie pani. Którą sobie jaśnie pani życzy? 

Gzy to miało znaczenie? Najwyraźniej tak. Której sukni nie 

nosiła już od kilku dni? 

- Przyszykuj mi niebieską z falbaną. 

Kwadrans później weszła do salonu. 

- Richard! - Popatrzyła z niedowierzaniem na szwagra, 

który siedział przy oknie. Wyciągnął przed siebie niespraw-

background image

223 

ną nogę. - Co tutaj robisz? Przecież podobno nie znosisz 
Londynu. 

- Witaj, Verity - odezwał się spokojnie. - Zastanawiałem się, 

kiedy zejdziesz. Jak się miewasz? Robisz furorę w Londynie? 

Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Kiedy przyjechałeś? Czy Max... jego lordowska... twój 

brat wie, że tu jesteś? 

Przechylił głowę na bok. 

- Max mnie prosił, abym przyjechał. Widziałem się z nim 

podczas śniadania. Nie wspominał o tym? 

Verity szła ku niemu przez salon. 

- Zostajesz na długo? 
- Max nic nie mówił? 

Postanowiła dać za wygraną i spróbowała zmienić temat. 

- Wczoraj widziałam Maxa... twojego brata... na Bond 

Street. Nie, nic nie mówił. Będziesz rzeźbił? 

Skinął głową i wygodnie się rozsiadł. Jednocześnie wziął 

do ręki kawałek drewna i dłuto. 

- To jedno z moich hobby - wyjaśnił. - Nauczyłem się rzeź­

bić po wypadku. Miałem mnóstwo wolnego czasu. 

Verity pokiwała głową ze zrozumieniem i usiadła przy se-

kretarzyku. 

- Ile miałeś lat? 
- Dwanaście. Wszyscy sądzili, że nie będę już chodził, ale 

razem z Maxem udowodniłem, że są w błędzie. Bez jego po­
mocy zapewne do tej pory byłbym przykuty do inwalidzkie­
go wózka. 

Wstrząśnięta Verity odłożyła pióro i popatrzyła na roz­

mówcę. 

background image

224 

- Co się stało? - spytała. 

Wzruszył ramionami. 

- Spadłem z jednego z koni ojca. Dokładniej rzecz biorąc, 

koń upadł na mnie. Miałem sporo szczęścia, bo mogłem stra­

cić nogę. - Uśmiechnął się, widząc jej minę. - Verity, to się 
zdarzyło dawno temu. Sam doprowadziłem do wypadku. Od 

kiedy Max spadł z jednego z koni do polowań, mieliśmy su­
rowy zakaz dosiadania tych zwierząt. Prawdę mówiąc, wcześ­
niej też nie wolno nam było tego robić. Wiesz, jacy są chłopcy. 
Mają się za nieśmiertelnych. Myślą, że nie spotka ich nic złego. 
Nie użalaj się nade mną, moja mama już to za ciebie zrobiła. 

- Wybacz, nie chciałam cię urazić. 
- Nie przejmuj się - poradził. - Mama bezustannie wracała 

do tego tematu i obwiniała biednego Maxa. Czasami wydaje 

mi się, że ten idiota wolałby być na moim miejscu. Ja zyska­

łem współczucie, jego obarczono poczuciem winy. - Richard 

zmienił temat. - Gdzie te głupie psy, Taffi Gus? Z moim rów­

nie głupim bratem bliźniakiem? 

- Twoje psy wcale nie są głupie! - zaprotestowała Verity, 

puszczając mimo uszu wzmiankę o Maksie. - Lubisz je. 

Uśmiechnął się. 

- Pewnie, że je lubię - potwierdził. - To nie zmienia faktu, 

że są głupie. Oba boją się wystrzałów i żaden z nich nie zro­
zumiał, że kapcie zazwyczaj nie nadają się na przekąskę. Jesteś 

zajęta tego przedpołudnia? 

Zawahała się. 

- Tak - potwierdziła. - Muszę napisać wiadomość dla lady 

Arnsworth, a potem wychodzę. 

Richard przechylił głowę. 

background image

225 

- Nie znajdziesz chwili dla biednego kaleki? 
- Ale ja... - Verity się roześmiała. - Och, Richardzie, przez 

moment myślałam, że mówisz poważnie... 

- Dobrze, że umiem cię rozbawić - zauważył pogodnie. 

Verity zerknęła na zegar. 

- Mogę zostać jeszcze parę minut. 

Max znieruchomiał za drzwiami salonu. To chyba głos Ri­

charda. Co on tu robi? Z kim rozmawia? Gus i Taffy skoczyli 

na drzwi, z zapałem skrobiąc o nie pazurami. 

Otworzył drzwi, przekonany, że zastanie za nimi brata 

i jednego ze jego starych przyjaciół. Richard siedział na krze­
śle przy oknie, a naprzeciwko niego, przy sekretarzyku Verity, 
która w niczym nie przypominała zagubionej osóbki sprzed 

dwóch tygodni. 

Richard właśnie powiedział: 

- Musiała się załamać. 

Verity milczała, zupełnie jakby otwierając drzwi, Max ze­

rwał zaklęcie albo nałożył nowe. Z jej twarzy od razu zniknę­
ły radość i ożywienie. Poczuł bolesne ukłucie w sercu. Miał 

ochotę natychmiast podbiec do żony, chwycić ją w ramiona 
i czule przytulić. 

Co by się stało, gdyby tak uczynił? Z żalem przypomniał 

sobie, że Verity ledwie zgadza się na przebywanie z nim w jed­
nym pomieszczeniu. Nienawidziła jego widoku i miała do te­
go pełne prawo. 

- Och, witaj, braciszku - odezwał się Richard, nadal uśmiech­

nięty od ucha do ucha. - Verity właśnie mi opowiadała, że tak się 
rozzłościła na nieznośną Celię, że wycięła jej garść włosów! 

background image

226 

- Wycięłaś jej włosy? - spytał Max. - Czyżby dlatego nie 

pojawiła się ostatniego wieczoru na kolacji? 

Verity skinęła głową i nieśmiało się do niego uśmiechnęła. 

A może Maxowi tylko się zdawało? 

- Pozwolę sobie was zostawić - oświadczyła. - Z pewnością 

chcecie porozmawiać. Do widzenia, wasza lordowska mość. 

Maxowi nie pozostało nic innego, jak tylko otworzyć przed 

nią drzwi. 

Nic się nie zmieniło. Verity nadal trzymała go na dystans. 

Popatrzył na brata. 

- Przyszła wiadomość od Wimbourne'a - oznajmił. - Spot­

kanie z Faringdonem odbędzie się dzisiejszego popołudnia, 

w Lincoln s Inn. 

Niewiele mógł uczynić dla Verity, postanowił więc przy­

najmniej ocalić należny jej spadek. 

Verity czuła, że nadszedł czas, aby poszukać schronienia 

w Green Park. Lady Arnsworth mogła sądzić, że powinna wy­

korzystać ten czas na odwiedziny u osób z towarzystwa, lecz 

Verity zorientowała się, że jeśli przychodzi bez ciotki Almerii, 

nie zastaje gospodarzy. Wszyscy kamerdynerzy bez wyjątku 
obdarzają ją uniżonym uśmiechem i wygłaszali tę samą for­
mułkę: „Żałuję, lecz jaśnie państwa nie ma w domu". 

Nie zważała na to, że ludzie mają ją w pogardzie. Gdy ot­

wierała drzwi, aby wyjść na dwór, usłyszała za plecami zdu­
miony głos Maxa. 

- A dokąd to się wybierasz? - spytał. 

Odwróciła się do męża. 

- Na spacer - wyjaśniła - po Green Parku. 

background image

227 

- Green Park? - powtórzył. - Czemu akurat tam? To nie 

jest modne miejsce. 

- Rzeczywiście - przyznała - ale tamtejsze krowy są znacz­

nie bardziej sympatyczne od niektórych londyńczyków. 

Nie czekając na reakcję męża, Verity wyszła z domu i za­

­knęła za sobą drzwi. 

Max wrócił do biblioteki, pogłaskał uradowane spaniele 

zasiadł przy biurku, na którym leżały dokumenty przysła­

ne przez Wimbourn a. Nie potrafił skupić się na pracy. Prze­
śladowało go wspomnienie podkrążonych oczu i łamiący się 

głos: „Nie dotykaj mnie!". Czy ostatecznie utraci Verity, jeśli 
odzyska jej spadek? Czy mogłaby oddalić się od niego jeszcze 
bardziej niż teraz? 

Verity zyskała pewność, że musi przyśpieszyć realizację pla­

nu, nim dobroć Maxa zachwieje jej postanowieniem. Usiadła 

w cieniu drzewa i zastanowiła się, co robić. W jaki sposób wy­

wołać skandal na tyle poważny, aby zostać odrzuconą przez 

męża i jednocześnie nie uczynić nic złego? 

Ze wszystkich poznanych w Londynie mężczyzn najodpo­

wiedniejszym kandydatem do odegrania wyznaczonej przez 

nią roli wydawał się lord Braybrook. Nie cieszył się dobrą 
sławą, ale gdy z nim tańczyła, zachowywał się jak na dżen­
telmena przystało. Nie mogła tego samego powiedzieć o in­
nych mężczyznach, którzy prosili ją do tańca podczas przyjęć. 
Podczas walca ich ręce żadną miarą nie potrafiły pozostać na 
właściwym miejscu. 

Braybrook okazał się kulturalnym tancerzem, lecz ostat­

niego wieczoru, gdy po raz kolejny wirowała z nim na parkie-

background image

228 

cie, wyraźnie dostrzegła uniesione brwi i wymowne uśmiesz­

ki. Lady Arnsworth także zwróciła na nich uwagę. 

Jak daleko musi posunąć się Verity, by przekonać męża, iż 

rewelacje ciotki Almerii są prawdziwe? Przede wszystkim na­
leżało stworzyć odpowiednie wrażenie. Wystarczyło, aby Max 
uwierzył, że jego żona ma romans. Ale jeśli Braybrook przej­
rzy jej plan? 

Zamyślona Verity wypuściła z rąk książkę, która miała 

urozmaicić jej pobyt w Green Parku. 

- Au! - stęknęła, gdy coś twardego nagle uderzyło ją 

w brzuch. Znowu upuściła książkę i zgięła się wpół. 

- Och, najmocniej przepraszamy! Nic pani nie jest? George, 

ty fujaro! Trafiłeś panią w brzuch! 

Do piegowatego łobuziaka, który pochylał się nad Verity, 

dołączył inny chłopiec. 

- To nie moja wina! Miałeś łapać, ale ci nie wyszło! - George 

pośpiesznie się schylił i zabrał z kolan Verity piłkę do krykieta. 

- Lepiej już to wezmę, dobrze? - spytał spłoszony. 

Verity nie była w stanie wykrztusić ani jednego słowa, lecz 

czuła, że ma ochotę wybuchnąć śmiechem. Z trudem mach­
nęła ręką na znak zgody. 

- Może zechce pani napić się lemoniady? - spytał niepew­

nie chłopiec. — Mamy jej mnóstwo. I jeszcze placek ze śliw­
kami, i jabłka. 

- Lemoniady chętnie się napiję. Jestem Verity Blakehurst. 

Chłopcy uśmiechnęli się do niej zgodnie. 

- Ja jestem George Cranmore, a to mój brat, Ben - wyjaś­

nił George. - Przepraszam, że panią trafiłem. Na pewno nic 
pani nie jest? 

background image

229 

- Na pewno - odparła Verity. 
- Dobrze, że nie dostała pani w nos albo w zęby - -zauwa­

żył rezolutnie Ben. Miał rację. Nawet Max by nie uwierzył, że 

Braybrook czy też ktokolwiek inny romansuje z kobietą po­

zbawioną przednich zębów. 

- Koniec tego gadania, Ben, biegnij po lemoniadę - przyka­

zał bratu George. - Przynieś cały kosz, umieram z głodu. Tu-
zaj zjemy drugie śniadanie. 

Zanim skończyli raczyć się wyborną lemoniadą i pysz­

nym plackiem oraz jabłkami, Verity dowiedziała, że ojcem 
chłopców jest lekarz z Harley Street, że mają młodszego 
brata i maleńką siostrę, a mama kazała im pójść się bawić 

i nie wracać, chyba że zgłodnieją albo tak się zmęczą, że 
będą chcieli spać. 

- Ciągle budzimy niemowlę - usłyszała Verity. - Nie wolno 

nam grać w krykieta na korytarzu, bo mama się złości. 

Zauroczona naturalnym sposobem bycia chłopców, Verity 

zaproponowała uczestnictwo w grze. Popatrzyli po sobie. 

- Jest pani pewna? - spytał ostrożnie George. - Dziewczyny 

zwykle nie grają w krykieta. 

- Mama gra - przypomniał mu Ben. - Przestała dopie­

ro wtedy, gdy dziecko było w drodze. Powiedziała, że nie 
ma ochoty znowu dostać piłką w brzuch. Zresztą, tata jej 
zabronił. - Ben spojrzał na Verity. - Nie jest pani w ciąży, 
prawda? . 

Jego starszy brat się zarumienił. 

- Bądź cicho, trąbo! - zganił Bena. - Damom nie zadaje się 

takich pytań. Przepraszam za niego, ma tylko osiem lat. Ale 

w ciąży pani nie jest? 

background image

230 

Verity z całą powagą oświadczyła, że nie spodziewa się po­

tomka. 

- Wobec tego wszystko w porządku - uznał George. - Bę­

dziemy się zmieniać na pozycjach, jeśli ma pani ochotę. 

Dwie godziny później Verity pożegnała się z chłopcami. 

Obiecała,' że przyjdzie do parku znowu, w najbliższy ładny 
dzień, i że znajdzie suknię odpowiedniejszą do gry. 

- Ta nie jest najgorsza - ocenił Ben, zerkając na podarte fal-

bany. - Tyle że lepiej by się pani biegało, gdyby się pani ciągle 
nie potykała o rąbek. 

background image

Rozdział trzynasty 

- Spóźniają się - zauważył Max i niecierpliwie poruszył się 

na krześle. 

Pan Wimbourne sięgnął po zegarek. 

- Wasza lordowska mość, jeśli mógłbym służyć radą. 

Max wpadł mu w słowo. 

- Wiem. Nie wolno mi dawać Faringdonowi do zrozumie­

­­­, że jestem wytrącony z równowagi. 

Drobnej postury prawnik skinął głową. 

- Otóż to, wasza lordowska mość. Faringdon nie ma pojęcia, 

że pana tutaj zastanie. To daje panu przewagę. Pański gniew 

z powodu odrażającego sposobu traktowania lady Blakehurst 
uważam za absolutnie uzasadniony, niemniej nie powinien on 
przyćmiewać panu przejrzystości osądu. 

Max musiał przyznać, że w stosunku do Verity emocje od 

samego początku utrudniają mu rozsądne myślenie. 

- Czy zjawi się też pan Godfrey Faringdon? - spytał Ri­

chard. 

Wimbourne wzruszył ramionami. 

background image

232 

- Z całą pewnością - potwierdził. - Ostatecznie, jest pełno­

letnim spadkobiercą. Lord Faringdon występuje jedynie jako 
pełnomocnik córki. 

Z sali obok dobiegły ich odgłosy zamieszania. 

-Proszę pamiętać o samokontroli - przypomniał Wim-

bourne i wstał. - Witam waszą lordowską mość. - Ukłonił się 
nisko lordowi Faringdonowi. - Panie Faringdon. - Nieznacz­
nie pochylił głowę przed Godfreyem. 

Lord Faringdon nie zawracał sobie głowy uprzejmościa­

mi. 

- Wimbourne, do cholery, co to ma znaczyć? Otrzymałem 

wiadomość... - Wybałuszył oczy, widząc Maxa, który obrócił 

się na krześle i wstał. - Co on tu robi? - wybełkotał Faringdon. 

- To miało być prywatne spotkanie zainteresowanych stron... 

- W rzeczy samej - potwierdził Max, z trudem powstrzy­

mując się przed rękoczynami. - Jestem zainteresowaną stroną. 
Bardzo zainteresowaną. 

- Trochę na to za późno, prawda? - uśmiechnął się God­

frey szyderczo. 

Max drgnął, chcąc się rzucić na drania, lecz Richard poło­

żył bratu rękę na ramieniu i powstrzymał go przed popełnie­
niem głupstwa. 

Gdy wszyscy mieli zasiąść do rozmowy, prawnik zerknął 

na Maxa i dyskretnie rozsunął krzesła, aby Richard miał czas 
na powstrzymanie rozwścieczonego brata. 

-Lordzie Faringdon, panie Faringdon. Czy zechcieliby 

panowie rzucić okiem na ten dokument? - spytał pan Wim­
bourne. 

Max wiedział, co to za papiery. Były to notarialne odpi-

background image

233 

sy testamentu, którego autorka jako jedyną spadkobierczynię 
wskazywała Verity. 

Faringdon odrzucił papiery na stół. 

- To nic nie znaczy - oświadczył. - Obowiązuje późniejszy 

testament, w którym beneficjentami są mój syn i córka. Lady 
Hillsden zmieniła zdanie. 

Uśmiechnięty pan Wimbourne przypominał Maxowi kota, 

który bawi się schwytaną myszką. 

- Pozwolę sobie żywić odmienny pogląd - powiedział 

prawnik. - Zalecenia łady Hillsden zawsze były absolutnie 
czytelne i jednoznaczne. Nie zdarzyło się, bym nie uzyskał od 

niej całkowitego wyjaśnienia jej decycji. Kiedy sporządzałem 

ostatnią wersję testamentu, w którym jako spadkobierców 

wymieniała pana Faringdona oraz pannę Faringdon, poinfor­

mowała mnie, że wraca do poprzedniej decyzji, gdyż panna 

Werity Scott nie żyje. 

Faringdon poruszył się niespokojnie. 

- Z pewnością nastąpiło nieporozumienie - wymamrotał. 

- Ta dziewczyna jest żoną Blakehursta. 

Pan Wimbourne uśmiechnął się ponownie. 

-Jej zalecenia zostały mi przekazane w formie pisemnej. 

Może zechcą panowie przeczytać ten list... - Wręczył nota-
rialne odpisy obu Faringdonom, którzy tym razem uważnie 
zapoznali się z treścią pism. 

Milczenie przerwał Godfrey Faringdon. 

- Staruszce z pewnością pomieszało się w głowie - orzekł. 

- Tak, pewnie, że tak. Wszystko jej się pokręciło i popełniła 

błąd... 

- Język za zębami, młokosie! - syknął jego ojciec. 

background image

234 

Godfrey popatrzył na niego bezmyślnie. 

- Niby dlaczego? Jestem bardziej zainteresowany przebie­

giem tej sprawy niż ty. Konającej starowince pokiełbasiło się 
i... 

- ... i sporządziła testament, którego nie napisałaby, będąc 

przy zdrowych zmysłach - dopowiedział Max niewinnie. 

Godfrey głośno przełknął ślinę, uświadamiając sobie, na 

jakie niebezpieczeństwa się naraża, gdy używa nieprzemyśla­

nych argumentów. 

- Ja...-wymamrotał. - Ona... 
- Z przykrością muszę się zgodzić z twoim ojcem, Faring-

don - westchnął Max. - Trzymaj język za zębami, młokosie! 

- List stanowi jednoznacznie, że lord Faringdon zawiado­

mił lady Hillsden o rzekomej śmierci panny Scott, która miała 

jakoby odebrać sobie życie - mówił Wimbourne. 

- Bzdury! - prychnął Faringdon. 
-Przesłał jej pan list, niepozostawiający żadnych wątpliwo­

ści - wtrącił Max. - Może warto odświeżyć pamięć naszym 

rozmówcom, panie Wimbourne. Proszę im pokazać odpisy. 

Faringdonowie w milczeniu zapoznali się z tekstem. Z każ­

dą sekundą ich twarze stawały się coraz bledsze. Po dłuższej 
chwili lord Faringdon podniósł głowę. 

- Niczego nie udowodnicie! - podniósł głos. - Kobieta od 

dawna leży w grobie. Zmieniała testamenty tak często, jak in­
ni konie. 

- Pozostaje jeszcze sprawa karalnego zaniedbania, Faring­

don - oznajmił Max, zaciskając pięści. 

- Karalnego... - powtórzył oszołomiony Faringdon, ale 

szybko wziął się w garść. - Brednie. Kompletny nonsens... 

background image

235 

- Prawo wyraźnie określa obowiązki opiekuna wobec pod­

opiecznej - przypomniał mu Max. - Takiej jak ona! 

- Lord Blakehurst przygotował niezwykłe hojną propozycję 

- odezwał się pan Wimbourne. - Hojną jak na zaistniałe oko­

liczności. Jest gotów podpisać porozumienie. W ramach po­
działu majątku przejmie piętnaście tysięcy funtów oraz biżu-
terię. Dziesięć tysięcy pozostawi do podziału pomiędzy pannę 

- Co?! - wykrzyknął Faringdon. - Niech mnie licho, jeśli 

się na to zgodzimy! Pieniądze są nasze! Pójdziemy do sądu! 

Pan Wimbourne kontynuował niewzruszony: 

- Albo zgłosi roszczenie oparte na prawie słuszności. 
- Prawo słuszności? - Faringdon spuścił z tonu. 
- Właśnie tak, wasza lordowska mość. - Pan Wimbourne 

pokręcił głową. - Sprawa może ciągnąć się latami. Weźmy 

sprawę Jenningsa, dla przykładu. Założono ją w tysiąc sie­

demset dziewięćdziesiątym ósmym roku, a nadal nie widać jej 
końca. Podejrzewam, że strony będą się kłóciły jeszcze długo 
potym, jak wszyscy trafimy do piachu. Na koniec z pewnoś-

cią zostaną im tylko długi. - Wzruszył ramionami. - Oczywi-

ście każdy ma prawo wyboru, wasza lordowska mość. 

Faringdon posłał ironiczne spojrzenie Maxowi. 

- Potrzebuje pan pieniędzy, co, Blakehurst? - wysyczał. -

Żona bez posagu to spory wydatek, zgadza się? 

-Ale podsunął mi pan rozwiązanie - zauważył Max. -

O ileż korzystniej byłoby dla pana, gdyby stała się ladacznicą. 

Wówczas mówiłby pan, że bał się skandalu, więc ogłosił, że 

ona nie żyje. Sądził pan, że ocali skórę, jeśli pański syn zrujnu-

je życie Verity? A może miał pan nadzieję, że kłamstwo któ-

background image

236 

regoś dnia zmieni się w prawdę, i dlatego tak podle traktował 

Verity? - Odetchnął, by się uspokoić. - Nie, Faringdon, nie 

potrzebuję pieniędzy. Ale prędzej skonam, niż pozwolę ci ją 
obrabować, draniu! 

- Lord Faringdon zapewne zechce skonsultować się ze swo­

imi prawnikami - wtrącił pośpiesznie pan Wimbourne. - Mo­
że spotkamy się za dwa tygodnie o tej samej porze? To dość 
czasu, aby wasza lordowska mość znalazł pomoc prawną. 

- To rozsądna propozycja - podkreślił Richard. - Myślę, że 

pora się pożegnać. Jeśli lord Faringdon ma pytania, niech się 

zwróci do pana Wimbourne'a, z którym pozostaniemy w kon­
takcie. 

Po powrocie do domu Max spytał kamerdynera, gdzie jest 

Verity, i usłyszał, że jeszcze nie wróciła ze spaceru z psami. 

- Widzę poprawę - zauważył Richard, gdy Clipstone opuś­

cił bibliotekę. - Go prawda, nie zabrała służącej, ale jeśli ktoś 

ją napadnie, zostanie zalizany na śmierć. 

- Och, zamknij się - burknął Max. 

Po pięciu minutach drzwi otworzyły się ponownie i na 

progu znowu stanął Clipstone. 

- Lady Arnsworth życzy sobie wiedzieć, czy wasza lordow­

ska mość jest... 

Ciotka Almeria wtargnęła do środka. 

- Max, musisz porozmawiać z żoną! - wykrzyknęła. - Jeśli 

nadal mam się nią opiekować... 

- Dziękuję, Clipstone - przerwał jej Max, a jego ciotka na 

moment zamilkła, by ponownie wrócić do tematu zaraz po 
tym, gdy zamknęły się drzwi. 

background image

237 

- Clipstone próbował odprawić mnie z kwitkiem! Też coś! 

Powiedział, że pani nie ma w domu! 

- Ciociu Almerio, Verity naprawdę nie ma w domu. Wy­

szła na spacer. 

-Ależ... to niemożliwe! Poruszyłam niebo i ziemię, aby 

uzyskać dla niej zaproszenie na lunch u lady Torbury, a Verity 

wysłała do mnie wiadomość, że jest niedysponowana. Potem 

miała iść ze mną do lady Gwdyr, a na koniec do Hyde Parku. 

Wierz mi, jej nieobecność została dostrzeżona. A jej zacho­

wanie ostatniego wieczoru! Tańczyła z każdym opisywanym 

w gazetach modnisiem. Wręcz ich zachęcała. 

Max odetchnął głęboko. Jego cierpliwość była na wyczer­

paniu. 

- Ciociu Almerio - zaczął - z pewnością mogłabyś coś 

zasugerować Verity. Jeśli jej nie ostrzeżesz, że z niektórymi 
dżentelmenami nie powinna tańczyć... 

- Och, ona w ogóle nie słucha tego, co do niej mówię! -

przerwała mu lady Arnsworth. - Zaręczam ci, wszyscy plot­
kują na ten temat. Najgłośniej mówi się o jej flircie z Braybroo-

kiem. Ludzie znają jego reputację. Poza tym tego popołudnia 

on również nie zjawił się w Hyde Parku i jego nieobecność 
dostrzeżono. 

Verity i Braybrook? 

- Porozmawiam z nią, ciociu. To najlepsze rozwiązanie. 

Lady Arnsworth sapnęła. 

- Dobra myśl! Kiedy wczoraj usiłowałam jej wytłumaczyć, 

tak bardzo byłam zaszokowana, nie doczekałam się reakcji. 

Ona wyglądała przez okno. Wspomniałam nawet, że Bray-

brok wręcz specjalizuje się w uwodzeniu mężatek. 

background image

238 

- Daj się biedakowi rozerwać, ciociu Almerio - wtrącił roz­

bawiony Richard. - Skoro nie ma własnej żony, siłą rzeczy 
musi uwodzić cudze. Max robił to samo. Poza tym Braybrook 
i Max się przyjaźnią. Na pewno nie chodzi o nic niewłaści­

wego. 

- Jak możesz sobie dworować w takiej chwili! - oburzyła się 

Almeria. - Max, wiem to od Caroline Faringdon. Nie możesz 

mieć pewności, że ewentualne dziecko będzie twoje! 

-Co takiego?! 
- Czemu się dziwisz? Ostatecznie zostałeś usidlony. Ta 

wstrętna dziewczyna wypróbowywała swoje sztuczki na bied­

nym Godfreyu, czego więc się po niej spodziewać? 

- Będzie źle, jeśli jeszcze raz usłyszę, że ktoś powtarza te 

brednie - ostrzegł Max surowym tonem. 

- Amen - dorzucił Richard. 

Almeria ruszyła do drzwi. 

- Żałuję, że moja dobra rada spotyka się z takim przyję­

ciem! - obwieściła wyniośle. 

- Dobranoc, ciociu. Osobiście odprowadzę dzisiaj moją 

żonę. 

Drzwi zamknęły się z trzaskiem. 

- Najwyższa pora, żebyś sobie uświadomił, że Verity po­

trzebuje czegoś więcej niż tylko prawa do noszenia naszego 
nazwiska - zauważył Richard. 

- Czy ty też jesteś zdania, że zachęca Braybrooka? - spytał 

Max z wahaniem. 

- Nie zaczynaj - ostrzegł brata Richard. - Skąd mogę wie­

dzieć? Szczerze mówiąc, wątpię. Podejrzewam, że Verity na­

wet sobie nie uświadamia niebezpieczeństwa. 

background image

239 

- Ricky, przecież Braybrook to mój przyjaciel! - zauważył 

Max i natychmiast ogarnęły go wątpliwości. Czy na pewno? 

- Zacznij rozsądnie myśleć - powiedział Richard cierp­

­­­­e. - Niebezpieczeństwo nie polega na tym, że Julian 

uwiedzie Verity, tylko na tym, iż rozniosą się pogłoski o jej 

rzekomej zdradzie. Ciotka Almeria pierwsza będzie o tym 
rozpowiadać. 

Max zrozumiał, że jest tylko jedno wyjście. Richard miał 

rację. Verity przyjęła ich nazwisko, ale to za mało. Otoczenie 

będzie ją odrzucało, chyba że ludzie się przekonają, iż pozo-

staje pod ochroną męża. Pozostało tylko sprawdzić, jak Verity 

zareaguje na tę sugestię. 

- Masz słuszność - zwrócił się Max do brata. - Będę ją od-

prowadzał na bale i wieczorne spotkania, aby wszem wobec 

potwierdzić, że ją akceptuję. 

- Czy posunę się za daleko, jeśli spytam, czemu nie robiłeś 

tego od początku? - spytał Richard ostrożnie. 

Max nie odrywał wzroku od ognia. 

- Verity nie chce mieć ze mną nic wspólnego - wyznał. -

Nie potrafi wytrzymać w pomieszczeniu, w którym i ja prze­

­­wam. Widziałeś, jak uciekła dzisiaj rano... 

Richard się skrzywił. 

- To prawda, widziałem, niemniej... 
- Nie chciałem jej do niczego zmuszać - wyjaśnił Max. -

sądziłem, że dzięki temu sama się do mnie zbliży... 

- Zatem przekonaj żonę, że jej pragniesz i potrzebujesz -

poradził bratu Richard. - Będzie ci trudno, jeśli nie zaczniesz 

spędzać z nią więcej czasu. 

background image

240 

Bardzo cicho otworzył drzwi pomiędzy ich sypialniami 

Verity siedziała przy toaletce i delikatnie dotykała naszyjni­

ka z pereł, rodowego klejnotu Blakehurstów. Miała na sobie 

skromną suknię z błękitnego jedwabiu, z różowymi wykoń­
czeniami. Ten sam strój włożyła podczas jego urodzin w Bla-
keney. Wyglądała prześlicznie. 

Odetchnął głęboko, aby powstrzymać drżenie głosu. 

- Są jeszcze kolczyki do kompletu, Verity. 

Odwróciła się spłoszona. 

- Co ty tutaj robisz? - spytała. 
- Powinny być noszone razem z naszyjnikiem - podkreślił, 

puszczając jej pytanie mimo uszu. 

Kolczyki leżały na toaletce. 

- Pozwolisz - wszedł do pokoju i sięgnął po perły. 

Gdy je przypinał, poczuł słodki zapach konwalii. Nie po­

trafił się opanować i przesunął palcami po aksamitnej szyi Ve­
rity. 

- Nie - zaprotestowała cicho. 
- Tak - potwierdził i pocałował ją w usta. Był delikatny 

i czuły, ale wyprostował się, zanim zdążyła mu się wyrwać. 

Odsunęła się zdezorientowana. 

- Proszę, nie trzeba... - wyszeptała. - Lady Arnsworth wej­

dzie lada moment. 

- Jak sobie życzysz, moja droga - odparł, zdecydowany nie 

nalegać. - Dzisiejszego wieczoru będę ci towarzyszył. Ciotkę 

Almerię spotkamy na miejscu. 

- Jak to? - zdumiała się. - Skąd ta zmiana? 

Bo chcę cię szpiegować? Bo trzeba cię pilnować? 

- Dla samej przyjemności przebywania przy tobie, mo-

background image

241 

ja droga - skłamał. Wiedział, że najbliższe godziny będą dla 

niego torturą. 

Z zachowania Maxa w drodze na przyjęcie Verity wywnio­

skowała, że jej męża coś trapi. Gdy dotarli na miejsce, nadal 
była zaskoczona jego nieoczekiwaną czułością. Zauważyła zi-

rytowana, że wszyscy traktują ją z wyraźnym szacunkiem, gdy 
towarzyszy jej mąż. 

Wszyscy, z wyjątkiem księcia Galverston, który przywi­

tał się z Maxem, po czym ucałował dłoń Verity, jednoczes­
nie zerkając w jej dekolt. Verity natychmiast pożałowała, że 

nie włożyła bardziej zabudowanej sukni, choć i tak wygląda­

li skromnie na tle pozostałych pań. Na wypadek gdyby Max 
zauważył, że się wzdrygnęła, obdarzyła księcia promiennym 

uśmiechem. 

- Jakże miło panią widzieć, lady Blakehurst. - Książę nie 

spuszczał z niej lubieżnego spojrzenia. - Przypominam, że 
dzisiejszego wieczoru obiecała mi pani walca. Jeszcze się przy-
pomnę. 

- Doprawdy, moja droga - syknęła za jej plecami lady 

Arnsworth, gdy książę zniknął w tłumie. - Czy musisz zachę­

cać wszystkich mężczyzn do pożerania cię wzrokiem? 

-Dobry wieczór, ciociu. W rzeczy samej, to szokujące -

przyznała. — Powinnam była go kopnąć, żeby przestał wpa­
trywać się w mój dekolt. 

- Moja droga! - oburzyła się Almeria. - Pamiętaj, gdzie je­

steś! 

- Pamiętam, i dlatego go nie kopnęłam - wyjaśniła Verity 

cicho, by mąż jej nie słyszał. 

background image

242 

Tymczasem Max przywitał się grzecznie z ciotką i położył 

dłoń Verity na swoim ramieniu. Poczuła falę ciepła, która roz­
chodziła się po jej ciele. 

- Ciociu, prosimy o wybaczenie. - Max ukłonił się i od­

szedł z żoną. - Verity, jeśli podejdzie do ciebie Galverston lub 
ktoś jego pokroju... - zaczął. 

Gwałtownie wyrwała się z jego uścisku. 

- Zatem jesteś tu po to, by mnie pilnować! - Natychmiast 

przypomniała sobie swój plan. Powściągnęła wzburzenie, li­
cząc na to, że jej zachowanie będzie odczytane jako przejaw 

wyuzdania. - Ależ Blakehurst, czyżbyś chciał sprawdzić, czy 
jestem grzeczna? Hm, to urocze... 

Ściągnął brwi. 

- Masz na myśli to, co ci mówiłem w Blakeney? 
- W Blakeney, mój drogi? Niejedno tam od ciebie usły­

szałam na rozmaite tematy. - Uśmiechnęła się szeroko. 

- Och, już pamiętam! Chodzi ci o naszą pogawędkę na 

tarasie? 

- W rzeczy samej - potwierdził. 
- Wiedz, że doskonale pamiętam twoje słowa. Lord Selkirk! 

- zaszczebiotała. - Obiecałam mu taniec. Dobry wieczór, wa­

sza lordowska mość! 

Max mógł tylko stać i patrzeć, jak Selkirk, którego uwa­

żał za obleśnego brutala, emabluje jego żonę. Jaką grę 
wymyśliła Verity? Gdyby Selkirk pochylił się jeszcze odro­
binę, dostałby zeza od gapienia się na jej piersi. Śmiała się 
piskliwie, nadskakiwała Selkirkowi... Tylko dlaczego z taką 
niechęcią potraktowała Calverstona? Przecież obaj byli sie­
bie warci. 

background image

243 

- Gratuluję - powiedział ktoś za plecami Maxa. - Dowiod­

łeś, że wiesz, jak wprowadzić kobietę do towarzystwa. 

Max odwrócił się do Richarda. 

- Lepiej siedź cicho - poradził bratu. - O co jej chodzi? -

spytał i ruchem głowy wskazał żonę, podskakującą w jakimś 

prostackim tańcu ludowym. 

- Uraziłeś ją i teraz daje ci to, czego w jej mniemaniu 

oczekujesz? - podsunął Richard i zapatrzył się na bratową. -

Wiesz, Max, nie mam pojęcia, czemu zasugerowałeś, że po­
winna spróbować sił jako aktorka. Ona w ogóle nie umie grać! 
Nawet ja lepiej bym udawał, że się dobrze bawię. 

Max znieruchomiał, słysząc wyważone słowa brata. Verity 

udaje? Przyjrzał się jej uważnie/Rzeczywiście, sprawiała wra­
żenie, jakby ktoś nieudolnie namalował jej uśmiech. Najwy­
raźniej coś ukrywała. Może chciała się zemścić? Nie, to wy­
kluczone. Nie miała w sobie grama mściwości. 

Następnym tańcem był walc. Gdy do Verity podszedł Cal-

verston, Max zastąpił mu drogę. 

- Wybacz, Calverston - wycedził - ten taniec należy do 

mnie. 

Książę odszedł jak niepyszny, nie sprzeciwiając się ani sło­

wem. 

- Co to ma znaczyć? - oburzyła się Verity. - Byłam z nim 

umówiona. 

Uniósł brwi. 

- Chyba nie rozumiesz, że jako mąż mam pierwszeństwo -

powiedział surowo. - Proszę cię... - Nagle zmienił ton. - Za­
tańczmy. Obiecuję, że będę trzymał ręce tam, gdzie należy. 

- Zgoda - odparła po krótkim wahaniu. 

background image

244 

Gdy wirowali po parkiecie, w pewnej chwili Verity się za­

chwiała i z pewnością by upadła, gdyby mąż nie podtrzymał 

jej mocnymi ramionami. Usiłowała się odsunąć, ale on nie 

zważał na to. 

- Max, ludzie patrzą - wyszeptała. - Nie sądzisz, że powi­

nieneś... 

- Nie sądzę - burknął. Walc był doskonałą okazją do zade­

monstrowania, że Verity należy do niego i że potencjalni kon­
kurenci powinni trzymać się od niej z daleka. Właśnie ten cel 
chciał Max osiągnąć. - Jesteś moją żoną, pamiętasz? Nie ma 
mowy o skandalu, kiedy mąż tańczy z żoną. 

Gdy tylko umilkła orkiestra, Richard zabrał Verity na prze­

chadzkę. Max powiódł za nią wzrokiem, cały czas bijąc się 
z myślami. Z Richardem była bezpieczna, ale co właściwie 
chciała osiągnąć swoim zachowaniem? 

Czyżby usiłowała wywołać skandal? Ależ oczywiście! 

Właśnie o to chodziło. Zapowiedział, przecież że ją zostawi, 
jeśli dojdzie do publicznego skandalu. Oblał go zimny pot, 

gdy sobie uświadomił, do czego jest w stanie posunąć się Ve­
rity dla odzyskania wolności. Sam wepchnął broń w ręce żony, 
a ona postanowiła jej użyć. Przeciwko sobie. 

Uśmiechnięta Verity uprzejmie odpowiadała na pytania 

i grzecznie witała się z mijanymi osobami, choć ze zdenerwo­

wania rozbolała ją głowa. Rozmyślała o tym, że zastawiła na 

siebie pułapkę i już powinna w nią wpaść. Po co dłużej cze­
kać? Im szybciej doprowadzi sprawę do końca, tym wcześniej 
opuści ten nieznośny bal. 

background image

245 

- Witam, lady Blakehurst - zabrzmiał pogodny, miły głos. 

- Cześć, Ricky. Dla odmiany występujesz dziś w roli przy-

zwoitki? 

Verity spojrzała w niebieskie oczy lorda Braybrooka. 

- O ile pamiętam, obiecała mi pani taniec - przypomniał. 
- To prawda - przyznała. Serce waliło jej jak młotem, ból 

głowy. narastał. 

- Max jest na sali, Julianie - zauważył Richard. 

Braybrook nie wydawał się zmieszany. 

- Tak, widziałem go - potwierdził. - Zatańczymy, droga 

pani? 

Verity uśmiechnęła się i podała mu dłoń. 

Podczas tańca jej samopoczucie zdecydowanie się pogor­

szyło. Miała zawroty głowy i myślała tylko o tym, aby ukryć 
się w ciemnym pokoju. 

- Wasza lordowska mość, czy możemy zakończyć taniec? 

- poprosiła słabym głosem. 

- Chyba powinniśmy - zgodził się, widząc jej bladą jak kre­

da twarz. Zeszli z parkietu tuż przy drzwiach na taras. - Niech 
pani oddycha głęboko - poradził jej. 

- Dziękuję - odparła. - Jeśli pan pozwoli, oddalę się za­

czerpnąć świeżego powietrza. 

- Oczywiście. - Skinął głową na znak zgody. 

Na przestronnym tarasie Verity niemal natychmiast 

poczuła się lepiej. Przestało się jej kręcić w głowie, ale ból 
nie ustępował, rozejrzała się więc w poszukiwaniu ciche­
go zakątka. 

Gdy ruszyła w stronę pogrążonego w mroku fragmentu 

balustrady, jak spod ziemi wyrósł obok niej lord Braybook. 

background image

246 

-Na sali jest nieco duszno, prawda? - zauważył łagodnie. 

- Czy teraz czuje się pani lepiej? 

- To bardzo miłe z pana strony, ale chciałabym przez mo­

ment odpocząć w spokoju. 

- Naturalnie - odparł, ale zamiast odejść, usiadł obok niej 

na ławce. Verity nagle zdała sobie sprawę, co zrobiła. Była na 
tarasie sam na sam z jednym z najsłynniejszych londyńskich 
uwodzicieli. 

background image

Rozdział czternasty 

Max zaklął pod nosem, widząc, jak opuszczają salę. Rozej­

rzał się niespokojnie. Kto jeszcze widział, jak Verity wychodzi 

z tym uwodzicielem? 

Po drugiej stronie sali stała lady Almeria, czujna niczym 

jastrząb. Gdy zobaczyła, co się święci, natychmiast pochyliła 

głowę nad uchem rozmówczyni. Max zrozumiał, że jeśli cze­
goś nie wymyśli... Almeria już pracowała nad tym, by jak naj­

więcej osób zwróciło uwagę na powrót Verity. 

- Urocza noc, prawda? - zauważył Braybrook. 
- W rzeczy samej - przyznała niepewnie Verity. Go powin­

na zrobić? Gdyby Max ujrzał ją z tym mężczyzną... Chciała, 

aby jej mąż uwierzył w pogłoski, ale nie miała ochoty flirto­

wać. 

- Lady Blakehurst, cokolwiek pani słyszała na mój temat, 

w gruncie rzeczy jestem całkowicie nieszkodliwy - wyjaśnił 

i położył swoją dużą rękę na obu jej dłoniach. 

Verity gwałtownie wyszarpnęła je z uścisku. 

background image

248 

- Dobry wieczór, Julianie. 

Na schodach prowadzących do ogrodu stał Max. Verity 

zrozumiała, że oto doprowadziła do wybuchu, który tak sta­
rannie zaplanowała. 

Braybrook z radością powitał Maxa. 

- Och, jesteś przyjacielu - powiedział, - Zastanawiałem się. 

kiedy nas znajdziesz. Przekazuję ci żonę, lepiej zabierz ją do 
domu. Ból głowy to nic przyjemnego. 

Co takiego? Nie wierzyła własnym uszom. 
Max przyjrzał się uważnie żonie, a potem Braybookowi. 

- Dziękuję, Julianie, za opiekę nad Verity. Czy mógłbyś ła­

skawie ulotnić się tą samą drogą, którą tutaj przyszedłem? Po­
zostawiłem otwarte okno do biblioteki. Najlepiej będzie, jeśli 
sam zabiorę Verity do środka. 

- Byliśmy widziani, co? - zauważył Braybrook. - A to do­

piero. Jak tu się zachowywać rycersko, skoro ludzie od razu 
zakładają najgorsze? Sługa uniżony, lady Blakehurst. Dobra-
noc,Max. 

Verity nic z tego nie rozumiała. Przecież Max powinien do­

stać szału, a tymczasem usiadł obok niej i otoczył ją ramie­
niem. Nagle zrozumiała: ufał jej. Czy ona potrafi odwzajem­
nić jego zaufanie? 

- Wracajmy do domu - zaproponował. Był blisko, tak bar­

dzo blisko. Jej opór topniał... Czułość jego uśmiechu, łagodne 
spojrzenie oczu - wszystko to sprawiało, że przestały liczyć się 
dzielące ich bariery. 

Nagle rozległ się krzyk, a na tarasie zaroiło się od ludzi. 

- Coś podobnego! - wołała oburzona lady Arnsworth. 

- Nie masz wstydu, ladacznico?! Zdradzasz mojego bied-

background image

249 

nego siostrzeńca... Jeśłi sądzisz, że Blakehurst będzie tole­
rował... 

Max przytulił Verity mocniej i powoli odwrócił głowę 

w stronę ciotki Almerii. 

Z jej twarzy momentalnie zniknął wyraz triumfu. 

- Max? - wybełkotała z osłupieniem. - Jak to się stało? 

Max wiedział, co się zdarzyło. Braybrook był podobnego 

wzrostu i miał ciemne włosy. W cieniu, od tyłu, łatwo ich by­
ło pomylić, Almeria uznała więc, że los się do niej uśmiech­
nął. W nadziei na skandal przyprowadziła na taras całą gro­
madę plotkarzy. 

Max zmusił się do zachowania spokoju. 

- Ciociu, mam wrażenie, że jesteś na niewłaściwym tropie 

- przemówił. -I nie rozumiem, dlaczego miałbym być biedny. 

Rzeczywiście, rzadko się zdarza, by mąż wymykał się z żoną 

na taras, niemniej to nie zbrodnia. A teraz zechciej nam wy­
baczyć. Mojej żonie dokucza ból głowy i muszę odwieźć ją 
do domu. 

Z początku niewiele mówili. Max posadził Verity w powo­

zie i okrył kocem, a następnie przytulił, nie zwracając uwagi 
na jej słabe protesty. W końcu dała za wygraną i oparła głowę 
na jego ramieniu. 

- Chcę ci coś wyjaśnić, Verity - powiedział Max. - Nawet 

jeśli wywołasz skandal i tak nie skłonisz mnie do tego, bym 
cię porzucił. Rozumiesz? 

- Ale przecież zamierzałeś się mnie pozbyć -przypomniała 

mu, zmieszana. - Chciałeś odzyskać wolność. 

Przytulił ją mocniej. 

background image

250 

- Co ty wygadujesz? - spytał. Nie krył zaskoczenia. - Niech 

to diabli! Usiłowałaś wywołać skandal po to, bym odzyskał 

wolność? 

Verity zdobyła się tylko na to, by skinąć głową. 

- Do licha, za kogo mnie uważasz?! - wykrzyknął. - Na­

prawdę sądziłaś, że skorzystam z okazji, aby się ciebie pozbyć? 
Nie rozwiodę się z tobą bez względu na okoliczności. A teraz 
przysięgnij, że już nigdy więcej nie podejmiesz takiej próby 
uwolnienia się ode mnie. 

-Ale... 
- Daj słowo! 
- Nie będę dzieliła z tobą łoża! - zawołała nieoczekiwanie. 

- Jeśli tego pragniesz, kup sobie inną kobietę! 

- Zgoda - odparł, choć zrobiło mu się bardzo przykro. -

A teraz daj słowo. 

- Dobrze, masz moje słowo. 

Odetchnął głęboko. Była bezpieczna. Mógł wierzyć w jej 

przysięgę. 

Gdy dotarli do domu, Richard już był i właśnie zdejmo­

wał surdut. 

- Witajcie. - Uśmiechnął się szeroko. - Wcześniej wyszed­

łem. Braybrook też poszedł do domu. Nigdy dotąd nie widzia­
łem ciotki Almerii w takim stanie. 

-Przepraszam was, ale muszę się położyć - powiedzia­

ła Verity słabym głosem. - Bardzo mnie boli głowa - dodała 
i powoli ruszyła do sypialni. 

- Verity, przyniosę ci lekarstwo - zaproponował Max. - Za 

moment, dobrze? 

background image

251 

Skinęła głową i zniknęła na schodach. 

- Ricky, masz może laudanum? 

Palce Richarda znieruchomiały na fularze. 

- Laudanum to niedobry pomysł - odrzekł. - To silny śro­

dek, ale jeśli ktoś jest nieostrożny, łatwo może stracić kontrolę 
nad sytuacją i brać go częściej niż trzeba. Powiem ci, że lepiej 

przetrzymać ból głowy. Ja wolę migrenę niż to paskudztwo. 
Po wypadku często dostawałem laudanum od mamy. Mia­
łem potem koszmary. W końcu zacząłem draństwo wylewać, 

a mamie mówiłem, że połykam to, co mi daje. 

Max uważnie popatrzył na brata. 

- Nigdy mi nie mówiłeś, że miałeś złe sny. 
- Sny na jawie - podkreślił Richard ponuro. - To się dzia­

ło, kiedy byłeś w szkole. - Podszedł do sekretarzyka, wyciąg­
nął małą butelkę i do szklanki wody odmierzył dwie krople 

substancji. - Tyle wystarczy - orzekł. - W Oksfordzie pozna­

łem pewngo człowieka. Błyskotliwy umysł, ale co z tego, skoro 
żadnej sprawy nie potrafił doprowadzić do końca. Dostawał 
szału, kiedy nie przyjął swojej dawki. Jego też dopadły kosz­
mary. Opisywał to, co mu się przywidziało: same węże, ruiny, 

jaskinie. Potworności. 

Max popatrzył na szklankę. Brązowe krople ledwie zabar­

wiły wodę. Przypomniał sobie, że ojciec Verity brał lauda­
num. 

-Gzy ten środek może doprowadzać ludzi do samobój­

stwa? 

Richard wzruszył ramionami. 

- Pewnie tak Jeśli nie dostaną swojej dawki, a w dodatku są 

silnie uzależnieni. 

background image

252 

Max ostrożnie odstawił szklankę. 

- Chyba jednak Verity poradzi sobie bez tego. Wybacz, że 

zawróciłem ci głowę. 

Verity leżała w półśnie, gdy wszedł do jej sypialni. Powoli 

zbliżył się do łóżka i z czułością spojrzał na żonę. Była taka 
drobna i delikatna. 

- Max? - zamruczała sennie. - Nie potrzebuję lekarstwa. 

Ból głowy mija. 

- Może rozmasuję ci skronie - zaproponował. 
- Dobrze - zgodziła się po chwili milczenia. 

Ostrożnie przystąpił do delikatnego masowania skroni. 

Starał się nie zwracać uwagi na jej kuszące kształty, rysujące 
się pod cienką nocną koszulą. Westchnęła głęboko. 

- Max? - odezwała się ponownie. - Dziękuję, że mi 

ufasz. 

Po chwili bezpiecznie spała w jego ramionach. Oddycha­

ła miarowo, na jej twarzy malował się spokój. Była przy nim 
bezpieczna. 

Przez następny tydzień Max jak najczęściej przebywał z żo­

ną. Chodził z nią na bale, rauty, kolacje, do teatru. Takie po­

stępowanie zamknęło usta plotkarzom. 

Verity nie potrafiła okazywać mu chłodu. Ostatecznie zro­

zumiała, że Max jej nie skrzywdzi. Zastanawiała się tylko, dla­
czego nie chce odwiedzać jej sypialni. Rankiem po balu u Tor-
ringtonów obudziła się sama i od tego czasu nie pojawił się 
u niej ani razu. Nie chciał jej, choć ona bezustannie o nim 
marzyła. 

background image

253 

Pozostało jej tylko zaakceptować jego asystę. Popołudnia­

mi, gdy Max wychodził do klubu, ona wymykała się z psami 
do Green Parku. 

Max obserwował przez okna salonu, jak Verity idzie ścież­

ką, a u jej boku drepczą wesoło Taffy i Gus. Czuł się jak szpi­

cel. Wiedział, dokąd idzie jego żona - pokojówka chętnie 
mu to wyjaśniła - i tego popołudnia zamierzał się przekonać, 
z kim się spotyka w Green Parku. 

Zaręczyła mu, że nie wywoła skandalu, ale nic innego nie 

obiecała. Doszedł do wniosku, że z pewnością się z kimś wi­
duje. Z każdego spaceru wracała zarumieniona, z błyszczący­
mi oczyma, energicznym krokiem. Nie wydawała się tak ra­
dosna, jak pamiętnego tygodnia w Blakeney, ale z pewnością 
nie była już taka nieszczęśliwa. 

Poza tym zawsze przychodziła głodna, a psy były wyczer­

pane. Starczało im sił tylko na to, by położyć się w kącie bi­
blioteki i spać. Zwlekały się z posłań dopiero na słowo „ko­
lacja". 

Perspektywa śledzenia żony wydawała mu się obrzydliwa, 

lecz musiał zrobić to, co należało. Jeśli spotykała się z kimś 
całkowicie niewinnie, miał prawo o tym wiedzieć. A jeżeli 
ktoś bez wahania wykorzystuje jej naiwność... Ruszył do ho­
lu i włożył surdut. 

Musiał iść w odpowiedniej odległości od Verity, żeby psy 

go nie wywęszyły. Gdyby go odkryły, uznałaby, że jej nie ufa. 
Odzyskał odrobinę jej zaufania i nie mógł sobie pozwolić na 

jego utratę. 

Wkrótce minął bramę Green Parku. Kryjąc się za drze-

background image

254 

wami, szedł powoli i wypatrywał Verity. Nad jeziorem spo­

kojnie pasły się krowy. Pomyślał, że jego żona powinna być 
łatwa do znalezienia - miała elegancką, jaskrawoczerwoną 
pelisę. Uśmiechnął się na widok dwóch chłopców grających 

w krykieta. Sam też się tak kiedyś bawił. Wraz z nimi biega­
ła dziewczyna, zapewne ich starsza siostra. Spojrzenie Maxa 

powędrowało dalej i nagłe wróciło do chłopców, bo nieocze­
kiwanie rzucili się do głaskania Gusa i Taffy'ego. Gdzie były 
psy, tam z pewnością należało szukać... Wtedy ją rozpoznał. 

Verity zdjęła pelisę, rozpuściła włosy i ze znajomością rzeczy 

rzucała piłkę. 

Nie spodziewał się, że włoży jeszcze kiedyś swoją starą suk­

nię. Żadna londyńska modnisia nie zaakceptowałaby takiego 

stroju, ale musiał przyznać, że do krykieta nadawał się wy­

śmienicie. 

Kilka minut wystarczyło, by Max się przekonał, że chłop­

cy uwielbiają Verity. Młodszy wręczył jej kij i z mistrzowską 
wprawą pokazał, jak należy go prawidłowo trzymać. 

Obserwując zabawę, Max stracił rachubę czasu. W koń­

cu jednak Verity ogłosiła przerwę i razem z młodymi przyja­
ciółmi zasiadła pod drzewem, aby uraczyć się smakołykami. 
Max poczuł, jak cieknie mu ślinka na myśl o tym, że w koszy­
ku chłopców może znajdować się placek ze śliwkami, ciastka 
i lemoniada. 

Po raz pierwszy uświadomił sobie, że nigdy nie martwił 

się tym, iż dziedzicem w jego rodzinie był Freddy. Powinien 
o tym porozmawiać z Richardem. Zamyślony, spoglądał na 
chłopców i podjął ostateczną decyzję. Verity ufała mu, kocha-

background image

255 

ła go. A on kochał ją tak bardzo, że nie był w stanie zabronić 
jej macierzyństwa. To byłoby zbyt okrutne. 

Gdy wrócił do domu, ze zdumieniem ujrzał przed drzwia­

mi powóz Richarda. Stangret właśnie ładował ciężkie bagaże. 

Dokąd wybierał się Richard właśnie wtedy, gdy był najbar­

dziej potrzebny? 

Nagle ujrzał brata, który kuśtykając, schodził po scho­

dach. 

- Dokąd jedziesz, do diaska? - nie wytrzymał Max. 

Richard ruchem dłoni nakazał mu milczenie. 

- Do Blakeney - wyjaśnił spokojnie. - Mam dość Londy­

nu. 

- Muszę z tobą porozmawiać - oświadczył Max. Nie miał 

ochoty gawędzić na ulicy, ale najwyraźniej musiał pogodzić 
się z drobnymi niewygodami. 

- Jadę do Blakeney, gdyż, moim zdaniem, ty i Verity potrze­

bujecie czasu, aby uporządkować sprawy małżeńskie. 

- Jak to? - osłupiał Max. - Co wymaga uporządkowania 

w naszym związku? 

Richard prychnął zniecierpliwiony. 

- Max, chyba nie jesteś dzieckiem! Czy zawsze muszę mó­

wić ci wszystko prosto z mostu? Chcę być stryjkiem. Teraz 
rozumiesz? 

- Stryjkiem? 
-I ojcem chrzestnym - dodał jego brat z uśmiechem. - Pa­

miętaj, że się obrażę, jeśli poprosicie o to kogoś innego. 

- Chcesz być stryjkiem? - powtórzył Max. - Nie lordem? 

Natychmiast zrozumiał, że popełnił błąd. 

background image

256 

- Lordem? Jak miałbym nim zostać? - Richard zmru­

żył oczy. - Max, czy chodzi o to, o czym myślę? Czy 
mama...? - Zaklął dosadnie. - No pewnie! Przedkłada­
łeś moje domniemane oczekiwania nad szczęście swoje 
i Verity. Ty durniu! Przecież mnie w ogóle nie interesu­

je dziedziczenie po tobie tytułu. Posłuchaj uważnie: jeśli 

mama na łożu śmierci wyciągnęła od ciebie jakąś obietnicę, 
zapomnij o niej. Nie miała do tego prawa. Byłem pewien, 
że chcesz być kawalerem. - Uśmiechnął się półgębkiem. 

- Ostatecznie, twoje kochanki zawsze były najładniejsze 

w Londynie. - Przeczesał palcami włosy. - Z tej idiotycz­

nej sytuacji wynikła tylko jedna korzyść: nie ożeniłeś się 
przed laty i dzięki temu związałeś się z Verity. 

Max zamknął oczy i przypomniał sobie słowa matki. Przy­

szedł do niej, aby się z nią pożegnać i pogodzić. Tymczasem 

jej chodziło po głowie wyłącznie to, że - jak to ujęła - zruj­

nował życie brata, pozwalając mu jeździć na tym przeklętym 
koniu. 

- Max - powiedział Richard - ona się myliła. Nie powinna 

była cię obwiniać. Gdybym poszedł do wojska, mógłbym zo­
stać okaleczony albo zginąć na Półwyspie Iberyjskim. Nigdy 
nie miałem tyle szczęścia, co ty. Dosiadłem tego konia, bo 
sam tego chciałem. To był mój wybór i moja decyzja. Zasłu­
gujesz na Verity. To piękna, cudowna dziewczyna. 

Max odetchnął głęboko. 

- Sam doszedłem do tego wniosku - wyznał. - To właśnie 

chciałem ci powiedzieć. 

Usta Richarda lekko drgnęły. 

- Rozumiem. Nie powiedziałem ci tego w stosownym cza-

background image

257 

sie, więc mówię teraz: gratuluję ci żony i życzę ci szczęścia na 

nowej drodze życia. Jadę. - Jego oczy rozbłysły. - Pamiętaj, 
masz owocnie wykorzystać miesiąc miodowy. 

Richard odjechał, a Max powtarzał w myślach jego ostatnie 

słowa: „Masz owocnie wykorzystać miesiąc miodowy". Pew­
nie, tylko najpierw musi przekonać do tego Verity. A wcześ­

niej wyznać jej prawdę o spadku. 

background image

Rozdział piętnasty 

- Czemu nie powiedziałeś mi tego wcześniej? - spyta­

ła Verity. 

Okazało się, że jej babcia dwukrotnie zmieniła treść testa­

mentu. Verity została wydziedziczona za sprawą kłamstw Fa-
ringdonów. Wszystko nagle stało się jasne. Nic dziwnego, że 
Faringdonowie nie pozwalali jej odejść i zmusili do zmiany 
nazwiska. 

- W Blakeney spotkałem się z prawnikami - wyjaśnił Max. 

- Nie widziałaś ich. To było po tym, jak... 

- Rozumiem - przerwała mu Verity. W sumie nie musiał 

jej o tym informować. 

- Nie, niczego nie rozumiesz! - zaprotestował gwałtownie. 

- Byłaś zdenerwowana po tym, co między nami zaszło. Nie 

miałem pojęcia, co należy zrobić z testamentem, i postano­

wiłem zebrać informacje, aby dopiero potem o wszystkim ci 

opowiedzieć. 

Skinęła głową. 

-I co odkryłeś? 
- Spotkałem się z twoim wujem i kuzynem. Zaproponowa-

background image

259 

łem ugodę. Tobie przypadłoby piętnaście tysięcy rantów i bi­
żuteria. 

Verity odstawiła filiżankę z herbatą. 

- Piętnaście tysięcy? - powtórzyła z niedowierzaniem. 

-I biżuteria. Jeśli coś z niej tobie się nie spodoba, będziesz 

mogła to oddać pannie Faringdon. 

- Dlaczego? Czemu to robisz? Czy w ten sposób rekompen­

sujesz sobie niechciane małżeństwo? - wykrztusiła. 

- Nie, Verity - odparł spokojnie Max. - Potrzebujesz pie­

niędzy. Chcę, żebyś miała coś, co należy tylko do ciebie. Nie 

do mnie. 

Zatem Max zamierzał skorzystać z okazji, aby bez uszczerb­

ku na własnej fortunie wyposażyć finansowo niechcianą żonę. 

Właściwie miał rację. Dzięki temu czułaby się lepiej. 

- Na kiedy prawnicy sporządzą dokumenty związane z se­

paracją? Innymi słowy, kiedy mam opuścić twój dom? - spy­
tała bez ogródek. Wołała wiedzieć to od razu. 

Max pochylił głowę. 

- Nie - oświadczył po krótkotrwałym milczeniu. 
- Słucham? 
- Nie puszczę cię - zapowiedział stanowczo. - Verity, prze­

cież powiedziałaś, że mnie kochasz. Sądzisz, że tak po prostu 

pozwolę ci odejść? 

Podszedł do niej, chcąc wziąć ją w ramiona. 

- To był błąd - wyszeptała. 
- Co takiego? - Znieruchomiał, nagle przestraszony. 
- Popełniłam błąd. - Niepotrzebnie mu zaufała. Zniszczył 

jej miłość. 

- Tak, to wszystko zmienia. 

background image

260 

Musiał natychmiast coś wymyślić! Nie wolno mu było jej 

do niczego zmuszać, ale nie chciał jej puścić wolno. 

- Jeszcze o tym porozmawiamy. Ciąży na mnie odpowie­

dzialność za ciebie. Muszę mieć pewność, że nie podejmujesz 

ważnych decyzji pod wpływem emocji. Jeśli za pół roku pozo­

staniesz przy swoim postanowieniu, umówię prawników i ofi­
cjalnie przekażę ci dom w dzierżawę. 

- Szczerze mówiąc... nie...-Zawahała się. 
- Pozostaniesz moją żoną - oznajmił ostro. - Jako taka, bę­

dziesz mieszkała w jednym z moich domów i przynajmniej 
nominalnie pozostaniesz pod moją ochroną. Zgodzę się na 
separację dopiero za pół roku. To moje warunki. Możesz je 
przyjąć lub odrzucić. 

- Max, proszę cię... - Popatrzyła mu w oczy. 
- Pół roku - rzekł krótko. 
- Dobrze - szepnęła. 

Ukłonił się i wyszedł. Miał sześć miesięcy na odzyskanie 

jej miłości. 

Verity wybuchnęła płaczem dopiero wtedy, gdy usłyszała 

trzaśniecie drzwi wejściowych. Płakała tak długo, aż zabra­
kło jej łez. 

Minęły trzy dni od rozmowy z Maxem, podczas której wy­

jawił prawdę o testamencie lady Hillsden. Przez ten czas Verity 

nie wychodziła z domu, z nikim się nie spotykała. Max zaszył się 

w klubie, do domu wracał nad ranem. Gdy się spotykali, trakto­
wał ją z dystansem, nieświadomie zadając jej ból. Do tego doszły 

ciągłe zmęczenie i nudności, których usiłowała nie dostrzegać. 

Ostatni okres miała na długo, zanim opuściła dom Faring-

background image

261 

donów. Jak mogła nie zauważyć tego wcześniej? Zamknęła eg­
zemplarz podręcznika dla położnych, który znalazła w biblio­

tece Maxa. 

Nagle usłyszała donośny głos Clipstone a. 

- Lady Arnsworth, jaśnie pani - oświadczył. 

Przerażona Verity otworzyła usta aby polecić kamerdyne­

rowi, żeby powstrzymał ciotkę Almerię, ale w tej samej chwili 

wtargnęła ona do pokoju. 

- Dzień dobry - przywitała się Verity grzecznie i wepchnę­

ła książkę pod poduszkę. 

Lady Arnsworth przeszyła Verity świdrującym spojrze­

niem. 

- Nie interesuje mnie, czy zaśmiecasz sobie umysł głupimi 

powieściami - oświadczyła wyniośle. - Kontrolowanie twoich 
poczynań to sprawa Maxa. Przyszłam tylko po to, by spytać 

cię o zdrowie. 

- Dziękuję, mam się dobrze - odparła zwięźle. 
- Dlatego leżysz w łóżku? Jesteś w ciąży? 

Nieoczekiwane pytanie zbiło Verity z tropu. 

- Ja... Nie rozumiem, dlaczego to ciocię interesuje. 
- Nie rozumiesz? - obruszyła się dama. - Kiedy sobie przy­

pomnę tragedię swojej siostry po śmierci jej najstarszego sy­
na! Wiedziała, że lordem zostanie Max, a ona zawiodła! 

-Słucham? 
-Max nigdy nie był odpowiedzialny - ciągnęła lady 

Arnsworth z goryczą. - Jest bezmyślny. Richard nie dosiadłby 

tego konia, gdyby Max go nie zachęcił. A potem zwierzę przy­
gniotło jeźdźca. Moja siostra była załamana. 

- Jak to? - Verity nic nie rozumiała. Max był najbardziej 

background image

262 

odpowiedzialnym człowiekiem, jakiego znała. Nie zamierzał 
zostawić nawet niechcianej żony. 

- Najwyraźniej Max się zmienia. Zgodził się pozostać 

kawalerem, aby Richard przejął spadek. Niewątpliwie 

z przyjemnością brał jedną kochankę po drugiej, do cza­
su ślubu z tobą. 

- Obiecał matce, że Richard będzie dziedzicem? - zapytała 

Verity wstrząśnięta. 

- Przy jej łożu śmierci. Teraz, rzecz jasna, będziesz mogła 

ciągnąć związek z Braybrookiem bez obawy o reperkusje. 

Z Braybrookiem? Verity z niedowierzaniem patrzyła na la­

dy Arnsworth. 

- Co takiego? - wymamrotała. 
- Och, nie udawaj niewiniątka! Z dzieckiem Maxa w brzu­

chu możesz robić, co ci się żywnie spodoba, bo jego to nic nie 
będzie obchodziło! Pod warunkiem, że to jego dziecko, rzecz 
jasna. Cudza żona w ciąży to najbezpieczniejszy cel dla każ­
dego lowelasa pokroju Braybrooka. Większość mężów przy­
mknie oko na dyskretny romans żony z kimś takim. Max 

wpadł do Torringtonów tylko po to, aby zachować twarz, to 

pewne. 

Verity słyszała piąte przez dziesiąte. Nie zauważyła nawet, 

kiedy lady Arnsworth sobie poszła. Teraz było jasne, że jej 
mąż nie zechce tego dziecka. Przez nią Max złamał obietnicę 
złożoną umierającej matce. Uzna, że jako krzywoprzysięzca 
okrył się hańbą. 

Musi mu wyznać prawdę jeszcze tego samego wieczoru. 

Zegar na kominku zadzwonił trzy razy. Max wrócił go-

background image

263 

dzinę wcześniej, ale jeszcze nie wszedł na górę. Rozdygotana 

Verity kuliła się w fotelu. Jeszcze nigdy tak desperacko nie po­

trzebowała bliskości życzliwej osoby. 

Włożyła peniuar, wzięła do ręki świecznik i wymknęła 

się na mroczny, cichy korytarz. Clipstone już dawno zgasił 

wszystkie lampy i poszedł spać. Przed drzwiami do biblioteki 

odstawiła świecznik na stolik przy ścianie, nacisnęła klamkę 
i zajrzała do środka. 

Przed kominkiem siedział Max w rozpiętej kamizelce 

i z przekrzywionym fularem. W dłoni trzymał pełny kieliszek, 
na stoliku obok stała pusta karafka. 

- Max? - wyszeptała. 

Zamrugał zdziwiony. 

-Verity? 

Bez zastanowienia rzuciła się ku mężowi i uklękła przed 

nim. 

- Wybacz. Nigdy sobie nie uświadamiałam, jak bardzo mu­

sisz to przeżywać. Nie wiń siebie, błagam. 

Nagle zorientowała się, że Max wyciąga ku niej ręce, 

obejmuje ją i przyciąga ku sobie. Poczuła, jak obsypuje 
pocałunkami jej włosy, czoło, skronie. Pragnęła tylko jed­
nego: pocieszyć go. Westchnęła, gdy przywarł wargami do 

jej ust. 

Łapczywie odwzajemniała jego pocałunki, dzieliła się 

z nim swoim pragnieniem. Oszołomiona, ledwie się zorien­

towała, że zsunął się z fotela i pociągnął ją za sobą na pod­
łogę. 

Ogarnęła go niepohamowana żądza. Niewiele myśląc, 

zdarł z Verity bieliznę, aby napawać się widokiem jej peł-

background image

264 

nych piersi. Ujął je w dłonie i jednocześnie obsypał poca­
łunkami. 

- Max - wyszeptała nagle Verity. - Nie, proszę cię... Nie 

mogę... 

Znieruchomiał. Odsunął usta od jej piersi i popatrzył jej 

w twarz. 

- Mam przestać? - spytał chrapliwie. 
- Tak - potwierdziła cicho. - Nie dam rady. 

Zaklął i się odsunął. 

- To się nie powinno było zdarzyć! - zawołał. - Najwyraź­

niej jestem za bardzo pijany albo nie wypiłem jeszcze tyle, ile 
trzeba. Lepiej już idź - dodał. - Im dłużej na ciebie patrzę, 
tym bardziej staje się możliwe, że się zapomnę. 

- Wyjechała? - Max usiadł gwałtownie, kiedy Harding 

odciągał zasłony wokół łoża. - Puściłeś ją? Dokąd się uda-

Harding zacisnął usta. 

- Powstrzymanie jaśnie pani nie było rzeczą prostą, wa­

sza lordowska mość - wyjaśnił. - Prosiłem, by zaczekała, nie­

mniej. .. Niemniej odniosłem wrażenie, że jej wczesny wyjazd 

jest bezpośrednio związany z tym, że wasza lordowska mość 

jeszcze śpi. Powóz stanął przed drzwiami tuż po piątej. 

Wstrząśnięty Max spojrzał na zegar. Minęła druga. Verity 

mogła być już gdziekolwiek! 

-Dokąd ona... 
- Do Blakeney. W bibliotece czeka list od jaśnie pani. 

Blakeney. Przynajmniej go nie zostawiła. Ledwie pamiętał, 

co się zdarzyło. Prawie ją zmusił do współżycia... 

background image

265 

Koperta stała na kominku, oparta o wazon. Z szuflady 

biurka pośpiesznie wyciągnął nóż i otworzył list. 

„Drogi Maksie! 

Nie gniewaj się na Hardinga. Naprawdę bardzo się starał 

mnie zatrzymać. 

Musiałam pojechać do Blakeney. Uwierz mi: nie przyszłam 

do Ciebie z zamiarem kuszenia Cię ani uwodzenia. Nie chcesz, 

bym była Twoją żoną, to wiem. Nie zamierzam być źródłem 
Twego bólu. Od Almerii wiem o obietnicy, jaką złożyłeś mat­

ce. Gdybym wcześniej znała prawdę, nie dopuściłabym do 

ślubu. 

Jeśli nie zamierzasz formalnie rozwiązać naszego małżeń­

stwa, daj mi znać, w której z Twoich mniejszych nieruchomo­

ści mam zamieszkać. Nie chcę rezydować w Londynie ani tam, 

gdzie moglibyśmy się widywać. 

Verity" 

Roztrzęsiony Max odłożył list na biurko i wbił wzrok 

w przestrzeń za oknem. Musi za nią jechać, aby wyjaśnić, że 

to nie jej wina. Nagle zrozumiał, jak ogromne znaczenie miał 

dla niej wczorajszy dzień. Verity przyszła do niego po pocie­
chę, nie mogąc już znieść bólu samotności. Myślał, że ona go 

nie chce, a tymczasem ona żyła w przekonaniu, że jest na od­
wrót. 

Natychmiast rusza w drogę. Zadzwonił po służącego i cze­

kał ze wzrokiem wbitym w list Verity. 

- Wasza lordowska mość, lady Arnsworth... 

background image

266 

- Nie teraz, Clipstone! 

Almeria wpadła do środka, a Clipstone, wyczuwając zbli­

żającą się batalię, pośpiesznie się wycofał. 

- Max! Żądam, byś natychmiast zaprzestał kierowania ab­

surdalnych oskarżeń pod adresem Faringdonów! Biedna Ca­

roline jest załamana. Ta dziewczyna naopowiadała ci... 

- Dość! - wykrzyknął. - Verity nie powiedziała mi ani sło­

wa. Skontaktował się ze mną prawnik jej babki. Cokolwiek 
usłyszałaś od Faringdonów, uznaj to za stek kłamstw! 

- Osobiście porozmawiam z twoją żoną i powiem jej, jak 

otoczenie zareaguje... 

- Nie porozmawiałabyś z nią, nawet gdybyś ją zastała - za­

uważył Max lodowatym tonem. - Na kilka dni wyjechała do 

Blakeney, a ja jadę za nią. Jeśli po powrocie dotrą do mnie in­
formacje o pogłoskach na jej temat, dopilnuję, aby Faringdo-
nowie popamiętali mnie do końca życia. Z ochotą powiado­
mię opinię publiczną o tym, co zrobili, a lord Faringdon stanie 
przed sądem za oszustwo i znęcanie się nad podopieczną. 

- Zatem twoje dzisiejsze spotkanie z prawnikami ma na ce­

lu założenie sprawy przeciwko lordowi Faringdonowi? - spy­
tała oburzona. 

- Trafiłaś w sedno, ciotuniu! - burknął. Spotkanie? Do li­

cha, zupełnie zapomniał. - Clipstone cię odprowadzi. 

Almeria nie zaczekała. Wypadła z pokoju, a na korytarzu 

prawie rozdeptała nieszczęsnego służącego. 

- Clipstone! - krzyknął Max. 
-Słucham? 
- Konie! Gdy wrócę, ma na mnie czekać zaprzężony powóz. 

Dopilnuj tego osobiście! 

background image

267 

Pragnął natychmiast wyruszyć za Verity, ale musiał zab-

twić sprawy prawne. Dobrze, że Almeria przypomniała mu 
o spotkaniu. Wiedział, że dzięki Wimboume'owi spadek Veri­
ty jest bezpieczny, lecz chciał osobiście zobaczyć się z Faring-
donami, aby zrozumieli, co im grozi za rozpowszechnienie 
kłamliwych pogłosek o jego żonie. 

Odgłos kroków na tarasie oderwał Verity od książki. Po 

chwili do biblioteki wszedł Richard. 

-Witaj, Verity. - Uśmiechnął się szeroko. - Przyjechałaś 

wyrzucić mnie na bruk? Kiedy zobaczymy Maxa? 

Verity zamknęła oczy. 

- Max nie przyjeżdża - odparła cicho. - Zgodziliśmy się 

na separację. 

- Jak to? - Zmarszczył czoło. - Verity, dobrze się czujesz? 

Co to za książka? Podręcznik dla położnych? Czy dobrze my­
ślę...? 

- Wybacz, Richardzie. Nie planowałam tego. Nie miałam 

pojęcia, że Max obiecał ci tytuł lorda, bo ty miałeś być dzie­
dzicem. 

-Mówisz poważnie? - zdumiał się szczerze. - Naprawdę 

o niczym nie wiedziałaś? 

- Jeszcze nie wszystko stracone, to może być dziewczyn­

ka - szepnęła. 

Richard z trudem nad sobą panował. 

- Musisz mi coś powiedzieć - zaczął w końcu. - Czy mój 

drogi brat był świadomy twojego stanu, kiedy ustalaliście 
separację? 

Pokręciła przecząco głową. 

background image

268 

- On o niczym nie wie. Wczoraj wieczorem chciałam mu 

powiedzieć, ale... niewiele rozmawialiśmy. 

-Rozumiem. Przepraszam cię, Verity, ale muszę natych­

miast wracać do Londynu. 

Chyba nie mówił poważnie? 

- Richardzie, na litość boską, to nie jego wina! Nie wolno ci... 
- Czego mi nie wolno? Wierz mi, Max będzie miał szczęś­

cie, jeśli wygarbuję mu skórę na tyle delikatnie, by nadawała 
się jeszcze na szmatę do podłogi. 

Obrócił się na pięcie i ruszył na dwór tą samą drogą, któ­

rą przyszedł. 

Verity nadal płakała, kiedy dziesięć minut później zjawiła 

się pani Henty. Gospodyni o nic nie pytała, tylko poklepała ją 
czule i otarła jej oczy chustką. 

- No już, nie trzeba płakać - pocieszyła ją. - Jego lordow-

ska mość na pewno wkrótce przyjedzie. To przez dziecko jest 
pani taka płaczliwa. 

- Więc pani wie? - spytała Verity. 
- A pewnie - potwierdziła gospodyni. - Pora, aby Sara 

przeniosła się do Marthy. Pomyślałam, że tego popołudnia 

wyślę ją tam dwukółką. 

Verity się zastanowiła. 

- Wie pani co, sama ją zawiozę. Lepiej będzie pokazać we 

wsi, że nikt nie wyrzuca Sary, że cały czas może na nas liczyć. 
Niech pani pośle kogoś do stajni, żeby przygotowano dwu-

kólkę. 

Pani Henty zmarszczyła czoło. 

- To dobry pomysł, nie przeczę. Ale nie dzisiaj. Jutro, kiedy 

background image

269 

pani wypocznie. Poślę do Marthy wiadomość, żeby przygoto­

wała się na pani wizytę. 

-Ale... 
- Jak powiedziałam, tak się stanie, proszę pani - stwierdzi­

ła stanowczo gospodyni. - Proszę się mnie słuchać, bo wiem, 
co mówię. 

Verity uśmiechnęła się z trudem. 

- Dobrze - odparła potulnie. 
(A-43) 

ifff_78

background image

Rozdział szesnasty 

Spotkanie zakończyło się dopiero po piątej. Faringdono-

wie ostatecznie podpisali ugodę, biżuteria została wręczona 
Maxowi - występował w imieniu żony. Jej pieniądze trafiły do 

funduszu powierniczego. 

O wpół do szóstej Max stał już na schodach przed rezyden­

cją, gotów do wyjazdu. Właśnie zamierzał wsiąść do powozu, 
gdy zza rogu wyjechał inny powóz. Po chwili zatrzymał się 
obok wejścia do budynku. Z pojazdu wysiadł Richard. 

- Ty cholerny durniu! - zawołał. 

- Co się stało? - spytał zaskoczony Max. 

- Masz pojęcie, co narobiłeś?! 

- Szczerze mówiąc, owszem. Narobiłem bałaganu i teraz 

muszę uporządkować sytuację. 

Richard nie wydawał się przekonany. 

- Chcę wiedzieć, co między wami zaszło ostatniej nocy! -

wykrzyknął. - Wyjechałem do Blakeney po to, byście mogli 

zrobić sobie miesiąc miodowy. Jak mogłeś powiedzieć Verity, 
żeby się wyniosła? 

Max poczerwieniał. 

background image

271 

- Cholera jasna, Ricky! - wybuchnął. - Verity to moja żo­

na! Nie powinno cię obchodzić, co z nią robiłem ostatniej no­
cy. - Odetchnął głęboko i rozluźnił pięści. - Poza tym nie po­

wiedziałem jej, żeby się wyniosła. Ona sama... 

- Nie interesuje mnie sprawa dziedziczenia! - ciągnął z furią 

Richard. - Obchodzi mnie tylko dobro twojej żony, która teraz 

siedzi w Blakeney i wypłakuje sobie oczy, bo jest przy nadziei... 

-Co?! 

Verity jest w ciąży i nic mu nie powiedziała? 

- A ty jej oświadczyłeś, że to ja powinienem odziedziczyć 

tytuł i majątek! - dokończył Richard. 

- Wcale jej tego nie mówiłem. To robota Almerii! 
- Co za różnica? - Richard wzruszył ramionami. - Nie da­

łeś Verity powodu, by nie wierzyła ciotce. Na miłość boską, 
pędź do żony i jak najszybciej wyznaj, że ją kochasz! 

Gdy Max dotarł do Blakeney, dom był pogrążony w ciem­

nościach. Zatrzymał się przed stajnią i przekazał konie sen­
nemu stajennemu. Spaniele, które przywiózł z sobą, ochoczo 
wyskoczyły z powozu i z donośnym szczekaniem pognały do 

domu. W jednym z okien błysnęło światło, a następnie uchy­

liły się boczne drzwi, w których stanęła gospodyni. 

- Henty! - ucieszył się Max. - Wybacz, że psy cię obudziły. 

- Mniejsza z nimi - burknęła pani Henty. - Niech pan le­

piej idzie do jaśnie pani, wątpię, by spała. Coś ją dręczy i tylko 
pan może jej pomóc. 

- Jest w swoich pokojach? 
- Tak. Gdy ją ostatnio widziałam, wpatrywała się w ogień. 

background image

272 

Ostrożnie otworzył drzwi dzielące ich sypialnie. Nie chciał 

budzić żony, gdyby się okazało, że zasnęła. Jednak nie spała, 

siedziała w fotelu przed kominkiem, pogrążona w myślach. 
Czy miał prawo zakłócać jej spokój? 

- Nic mi nie jest, pani Henty - powiedziała. - Zjadłam ko­

lację, niech pani wraca do łóżka. 

-To bardzo dobrze - pochwalił ją łagodnie. - Mogę 

wejść? 

Verity powoli odwróciła ku niemu głowę. 

- Go ty tutaj robisz? - zapytała. 
- Przyjechałem do ciebie. 
- Do mnie? Po co? 
- Wczoraj w nocy zachowałem się jak skończony dureń -

wyznał, podszedł i ukląkł przy fotelu. 

Verity się odsunęła. 

- To bez znaczenia - powiedziała cicho. - Co usłyszałeś od 

Richarda? 

-Między innymi to, że zostanę ojcem. Najdroższa, posłu­

chaj teraz... 

- Nie, to ty posłuchaj - przerwała mu. - Nie rozumiałam 

papy. Sądziłam, że moja pomoc wystarczy, aby odzyskał zdro­
wie i poczuł się lepiej na tyle, by przestać brać laudanum. Nie 
podejrzewałam, że oglądanie mnie dzień w dzień jest dla nie­

go koszmarem. A potem było już za późno... 

- O czym ty mówisz? - Max nie wierzył własnym uszom. 

Wziął Verity za ręce. 

- Wczoraj w nocy przyszłam powiedzieć ci... 
- Wiem, po co przyszłaś - przerwał jej. - W tym tygodniu 

przypada rocznica jego śmierci i pogrzebu. 

background image

— 273 -

- Nie dlatego przyszłam - zaprzeczyła. - Zamierzałam po­

wiedzieć ci o dziecku, ale uznałam, że przejmujesz się tym, co 

spotkało papę. Nie martw się o mnie, może urodzę dziew­

czynkę i wszystko będzie tak, jak sobie postanowiłeś. Powiedz 
tylko, gdzie mam zamieszkać. 

- Tu - odparł. - Ze mną i z dzieckiem. 
- Nie - zaprotestowała. —Nie chcę przyczynić się do twojej 

zguby, jak to było z papą. On brał laudanum, a ty pijesz. 

- Co ty opowiadasz, Verity? - Nagle zrozumiał. Winiła się 

za śmierć ojca, a teraz uznała, że jej mąż zapije się na śmierć. 

- To nie była twoja wina. Twój ojciec był ciężko chory. Nie ro­

zumiał, co się wokół niego dzieje. 

- Tamtej nocy, kiedy zmarł, przypadały moje piętna­

ste urodziny - wyznała zrozpaczona. - Nie odzywał się do 
mnie przez cały dzień. Nawet na mnie nie spojrzał. Ogarnęła 
mnie złość, więc wylałam jego laudanum. Do ostatniej kro­

pli. Dostał szału. Po kilku godzinach tylko ryczał, wrzeszczał 
i demolował dom. Błagał mnie, żebym mu dała choć trochę 
laudanum, ale już nic nie miałam. Groził, że się zabije. Nie 
wierzyłam mu, aż w pewnej chwili... 

- ... usłyszałaś wystrzał - dopowiedział Max. 
- Tak. Sam widzisz, ojciec odebrał sobie życie przeze mnie, 

przez moją głupotę - wykrztusiła zrozpaczona. 

Objął ją mocno i przytulił, chociaż się wyrywała. Musiał 

powiedzieć jej prawdę, chciał, aby zrozumiała. 

- Verity, posłuchaj - zaczął. - To nie twoja wina. Opium go 

zniszczyło. Byłaś tylko dzieckiem. Jak mogłaś sobie poradzić 
z takim brzemieniem? To ty powinnaś pozostawać pod jego 
opieką, nie na odwrót. - Pogłaskał ją po włosach. - Przepra-

background image

274 

szam za wczorajszą noc. Jesteś moja i czuję się za ciebie odpo­

wiedzialny. Pragnę cię. 

Verity zrozumiała sens słów Maxa. Gwałtownie wyrwała-

się z jego objęć. Pomyślała, że nie da się znowu omamić. Nie 
mogła mu już zaufać. 

- Powiedziałeś, że nie chcesz żony, a nawet gdybyś chciał, 

to na pewno nie interesowałaby cię kobieta, która wcześniej 

zgodziła się być twoją utrzymanką! 

Zjawiła się w jego życiu jako niewinna dziewczyna, ufała 

mu tak dalece, że aż trudno było zrozumieć, jak to możliwe. 

Tymczasem on odarł ją z niewinności... Max ponownie przy­

ciągnął żonę do siebie i przytulił. 

- Nie - zaprotestowała. - Mówiłam... 

Pocałował ją w usta, a ona bezwiednie rozchyliła wargi. 

- Nie tutaj - szepnął i bez najmniejszego trudu wziął Ve­

rity na ręce. 

- Co ty wyprawiasz, Max? - spytała słabym głosem. 
- Zabieram żonę do swojego łóżka - odparł zdecydowanie. 

-Tak jak należy. 

Po chwili położył ją na jedwabnej pościeli, przelotnie po­

całował i odsunął się o krok. 

- Zaczniemy od początku - zapowiedział i rozpalił ogień 

w kominku. - Kocham cię, Verity - wyznał - i będę cię ko­

chał do końca życia. 

- Max? Przecież mówiłeś... 
- Najdroższa, kocham cię i chcę cię kochać. 

background image

Rozdział siedemnasty 

Max się obudził, kiedy słońce świeciło już wysoko na nie­

bie. Zerknął na zegar - minęło południe. Czemu spał tak dłu­
go? I gdzie się podziała Verity? Uśmiechnął się na widok po­
miętej pościeli. Uświadomił sobie, że w gruncie rzeczy jego 
sen trwał znacznie krócej, niż mogłoby się wydawać. 

Verity z pewnością poszła się przebrać. Nagle zauważył liś­

cik na poduszce. Pośpiesznie go rozpostarł, zaciekawiony, co 
znowu wymyśliła jego żona. 

Przeczytał szybko wiadomość. Wyjrzał przez okno - znad 

morza nadciągała mgła. Jak mogła wyjść w taką pogodę? Służ­
ba jej na to pozwoliła? 

Dwadzieścia minut później biegł do stajni. 

- Pojechała dwukółką? W gęstej mgle? - Stajenny patrzył 

na niego bezradnie. Verity opuściła dom trzy godziny wcześ­
niej. - Marley, ona nie zna tej okolicy! 

- Skąd mogłem wiedzieć, że się zamgli? Zaprzągłem Bes­

sie, ta klaczka nawet w piekle znajdzie drogę do domu. I ma 

jeszcze psy. 

background image

276 

Verity pojechała do wsi, aby zawieźć Sarę do Marthy Gran­

ger. Droga była bezpieczna, nie przebiegała blisko skarpy. 

- Siodłaj świeżego konia, Jem. Wyjadę jej na spotkanie. 

Verity rozglądała się z niedowierzaniem. Jak to możliwe, że 

mgła nadciągała w takim tempie? Na szczęście stajenny wspo­
mniał, że gdyby doszło do takiej sytuacji, klacz sama trafi do 

domu. 

Psy, które spokojnie leżały obok niej, nadstawiły ucha. 

Wkrótce i do niej dobiegł tętent końskich kopyt. W oddali za­

majaczył kształt dużego zwierzęcia. 

Towarzystwo byłoby wskazane przy takiej pogodzie, ale 

kto to był? Nikogo tu nie znała. Obcy najwyraźniej starał się 
trzymać na dystans. Być może również obawiał się spotkania 

z nieznajomą osobą, choć przecież przestępcy nie jeździli po 
okolicy dwukółkami, w towarzystwie dwóch spanieli. Verity 
uznała, że to z pewnością jakaś nieśmiała dama. Zatrzymała 

powóz, obcy koń również przystanął. 

- Halo! - zawołała. - Może pojedziemy razem? 

Koń ruszył. Po chwili stało się jasne, że jeźdźcem jest męż­

czyzna, w dodatku dobrze jej znany. 

- Co za spotkanie, kuzynko - odezwał się Godfrey. - Ależ 

mam szczęście. Od razu cię znalazłem. Szkoda, że nie miałem 
okazji podziękować lady Arnsworth za to, że powiedziała ma­
mie, iż Błakehurst wysłał cię tutaj. 

Poczuła ucisk w piersiach. Czego od niej chce ten nik­

czemnik? 

Godfrey zatrzymał konia kilka kroków od dwukółki i wy­

jął pistolet. 

background image

277 

Verity gwałtownie szarpnęła wodzami i krzyknęła, pona­

glając klacz. Nie miała jednak szans uciec przed wierzchow­
cem, nie mówiąc już o kuli z pistoletu. 

Rozległ się wystrzał i coś świsnęło tuż obok jej policzka. 

Poczuła bolesne pieczenie na twarzy, a przerażona Bessie rzu­

ciła się przed siebie galopem. Verity odwróciła głowę. Godfrey 

ją doganiał. Wstrząśnięta zrozumiała, że jeszcze chwila i nie 
będzie musiał do niej strzelać, bo rozpędzona Bessie wywró­

ci dwukółkę. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że w grę wcho­
dzi morderstwo, wszystkie poszlaki będą wskazywały na wy­
padek. 

W oddali dostrzegła zagajnik bukowy; tuż za nim był 

zakręt. Bessie musiała zwolnić, aby się w nim zmieś­
cić. Verity ściągnęła wodze tak mocno, że ręce zadrżały 

jej z wysiłku. Po chwili jednak poczuła, że klacz zwalnia, 

uspokaja się. 

Godfrey gnał w odległości dwudziestu jardów za dwukół-

ką. Z takiej odległości nie miał szans celnie wystrzelić. Verity 

jeszcze mocniej ściągnęła na siebie lejce, lecz koń i tak galopo­
wał zbyt szybko. Na zakręcie pojazd wpadł jednym kołem do 

rowu i cały świat wywrócił się do góry nogami, kiedy Verity 
wypadała z dwukółki. 

Żyła, chyba że psy również zginęły. Oba szczekały jak opę­

tane. Tak, zdecydowanie żyła. Piekł ją policzek, ciężko oddy­
chała. Była cała potłuczona. 

Z trudem otworzyła oczy. Godfrey znajdował się nad nią, 

nadal w siodle. 

- Zawsze są z tobą kłopoty! - wykrzyknął. - Każda nor-

background image

278 

malna kobieta skręciłaby kark. A ciebie trzeba zastrzelić, la­
dacznico! 

- Godfrey, dlaczego? - spytała słabym głosem. 
- Naprawdę sądziliście, że zagarniecie spadek, który mnie 

się należy?! Jesteś złodziejką, tak samo jak Blakehurst. 

Przeszło jej przez myśl, że powinna spróbować wytłuma­

czyć mu, iż popełnia błąd. 

- Godfrey, jeśli umrę, pieniądze... 
- ... trafią w jego ręce! Myślisz, że o tym nie wiem? Ale 

przynajmniej ciebie nie będzie miał. Będę miał satysfakcję za 
każdym razem, gdy na niego spojrzę. I nikt mi niczego nie 
udowodni! 

Uniósł pistolet. Znajdował się tak blisko, że nie mógł 

chybić. 

I wtedy Verity usłyszała tętent innego konia, gnającego ile 

sił w nogach. Odżyła w niej nadzieja. 

- Godfrey, nie bądź głupi. Ktoś jedzie... - Może Max 

wyruszył na jej poszukiwania? Głośno wykrzyknęła imię 

męża. 

Godfrey zaklął i wycelował... 

Verity przekręciła się na bok, zdrętwiałe palce natrafiły 

na twardy przedmiot, obły, a przy tym jedwabisty w dotyku. 
Krzemień. Jej ostatnia szansa. Nie zważając na przenikliwy 
ból w żebrach, zamachnęła się i cisnęła kamieniem w prze­
śladowcę. 

Mgła nadal gęstniała. Max pomyślał, że pewnie napotka 

Verity, jeszcze zanim dotrze do buczyny, gdy usłyszał wystrzał. 

Potem rozległo się histeryczne szczekanie psów. 

background image

279 

Popędził wierzchowca. Modlił się, by nie dotrzeć na miej­

sce za późno. Verity... Wykrzyknęła jego imię. 

Krzemień trafił konia prosto w pysk. Zdenerwowane zwie­

rzę stanęło dęba. Verity usłyszała wrzask Godfreya, który usi­
łował zapanować nad koniem, a jednocześnie mierzył do Ve­
rity. 

I wtedy Gus ruszył do ataku, a tuż za nim Taffy. Psy zaczę­

ły kąsać obcego konia po pęcinach. Wystraszone stworzenie 
znowu stanęło dęba, pistolet wystrzelił. Ranne zwierzę zarża­
ło boleśnie i zwaliło się na ziemię, grzebiąc pod sobą krzyczą­
cego jeźdźca. Koń kilka razy zarył kopytami w ziemię i znie­
ruchomiał. 

Verity usłyszała jeszcze czyjś głos wykrzykujący jej imię, 

szczekanie psów i potworne jęki, dobiegające spod konia... 
Potem zapadła cisza. 

Była bezpieczna. Ktoś ją trzymał w ramionach, a znajomy 

głos szeptał jej do ucha czułe słowa. 

- Verity... Kochana, moja najdroższa. Na miłość boską, po­

wiedz coś! 

- Max? - wykrztusiła. 
- Bardzo cię boli, ukochana? 
- Żebra -. stęknęła. - Któreś musi być złamane. Gdzie on 

jest? - spytała przestraszona. 

- Spokojnie, nie zrobi ci krzywdy. Koń go przywalił. Nie 

żyje. 

- Chryste, jego także zabiłam - wyszeptała. - Max... Nie 

chciałam... 

background image

280 

- Verity, przestań! To nie twoja wina! Przypadkiem zastrze­

lił własnego konia, który upadł wprost na niego. Nie miałaś 
z tym nic wspólnego... 

Była roztrzęsiona. Otworzyła usta, lecz Max łagodnie ją 

uciszył. 

- Już dość, kochanie. Musimy wracać do domu. 

Po wizycie lekarza, który orzekł, że stan Verity jest ogólnie 

dobry, jeśli nie liczyć pękniętego żebra, i dodał, że dziecku nic 
nie grozi, Max poszedł do sypialni żony i odprawił pokojówkę 
oraz panią Henty. Tę ostatnią musiał wyprosić z całą stanow­
czością, bo nie chciała wychodzić. 

Verity leżała na poduszkach i sączyła herbatę z filiżanki. 

- Max, czy stanę przed sądem? - spytała, gdy pozosta­

li sami. 

Nadal sądziła, że ponosi winę za śmierć kuzyna. Max 

podszedł do łóżka i zabrał filiżankę, aby móc przytulić 
żonę. 

- Verity, posłuchaj. Nigdy nikogo nie zabiłaś: ani swojego 

ojca, ani Godfreya. Ten ostatni napadł na ciebie pod osłoną 
mgły. Był uzbrojony w dwa pistolety, chciał cię zamordować. 

W obronie własnej rzuciłaś na oślep kamieniem. Nawet gdy­

by w rezultacie nic mu się nie stało, ja bym go zastrzelił. Ro­
zumiesz? 

- Zabiłbyś go? - spytała z niedowierzaniem. 

Westchnął ciężko. Jak mogła w to wątpić? 

- Godfrey był martwy już w chwili wystrzelenia pierwszej 

kuli. Powiedziałem ci, że cię kocham. Chyba od zawsze, ale 
byłem głupi, bo tego nie rozumiałem. 

background image

281 

Pochylił się i pocałował ją w usta. Odwzajemniła jego po­

całunek. 

- Kochanie, narobiłem takiego zamieszania - przyznał. -

Kiedy zaproponowałem Selinie, by została moją utrzymanką, 

sądziłem, że nigdy się nie ożenię. Wiedziałem jednak, że nie 
pragnę takiego związku, jakie tworzyłem z innymi kobieta­
mi. Byłaś inna. Odmówiłaś, ale nie chciałem pozostawić cię 
bez opieki. Nie chodziło tylko o pożądanie. Zapragnąłem cię 
chronić. 

- Ale nie chciałeś się żenić - wyszeptała. 
- Wówczas nie - przyznał. - Postanowiłem, że zabiorę Se-

linę do ciotki Almerii, by została jej damą do towarzystwa. 
Nadal cię pragnąłem. Gdybyśmy nie wzięli ślubu, a ja dowie­

działbym się o ciąży, natychmiast wystąpiłbym o specjalne ze­
zwolenie na zawarcie małżeństwa. - Pocałował ją ponownie. 

- Kocham cię. Jesteś moją żoną, matką mojego dziecka. 

- A co z Richardem? 
- Woli być stryjkiem i ojcem chrzestnym niż lordem - za­

pewnił ją Max. - Nie wiem, czemu mnie znowu pokochałaś, 

ale nigdy nie pozwolę ci odejść. 

Pogłaskała go po szczęce. 

-Nigdy nie przestałam cię kochać, Max - wyznała. -

Zawsze cię kochałam. Dlatego przyszłam do ciebie pierw­
szej nocy... 

Zacisnął dłonie na jej ramionach. 

- Kochałaś mnie już wówczas, Verity? - spytał z niedowie­

rzaniem. 

- Jeszcze nie rozumiesz? Przecież zrobiłeś dla mnie tyle do­

brego. Śniłam o tobie latami. Czytałam o tobie w dzienniku 

background image

282 

ojca. Potem ujrzałam cię ponownie, a ty się o mnie zatrosz­
czyłeś, choć nie wiedziałeś, kim jestem. 

- Czy wspomniałem, że cię kocham? 
- Owszem, ale możesz mi o tym przypominać, jeśli chcesz, 

najdroższy. 

- Och, chcę i na pewno będę.