background image

ELIZABETH LOWELL

MIŁOSNA PIEŚŃ DLA KRUKA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Człowiek zwany Krukiem przebudził się między jednym a drugim uderzeniem serca. 

Leżał w absolutnym bezruchu, nasłuchując jak ktoś, kogo życie wiele już razy zależało od 

wyczucia zmiany kierunku wiatru na morzu. „Czarna Gwiazda” szarpała cumy, dowodząc, że 

nawet w zatoce wody były niespokojne. Powietrzne prądy jęczały wokół dzikim i czystym 

głosem wiatru, który od ponad tysiąca kilometrów leciał nad oceanem, aż w końcu dotarł tu, 

do Wysp Królowej Charlotty. A teraz ten głos przemawiał do gór wyrastających stromo z 

zimnego   oceanu,   gór   porośniętych   paprociami   i   wiecznie   zielonymi   drzewami,   gór   tak 

poszarpanych,   że   człowiek   wolał   w   cedrowych   canoe   rzucić   wyzwanie   morzu,   niż 

przechodzić przez ten okryty chmurami dziewiczy ląd.

Dla leżącego na szerokiej koji mężczyzny żywiołowa pieśń wiatru, góry i morze były 

czymś znajomym. Kruk nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, zapamiętał, że sztorm przybył o 

dwanaście godzin wcześniej, niż zapowiadano, i zasnął znowu.

Za płytką zatoką morze było rozkołysaną i szarpaną gwałtownym wiatrem czernią. 

Blask przedświtu, zredukowany do niewyraźnego lśnienia, ledwie przebijał niskie chmury. 

Jedynie walcząca z falami biała łódź zakłócała wszechobecną szarość.

Siedząc przy potężnym przyczepnym silniku, Janna Moran utrzymywała kurs łodzi 

ostro na wiatr. Jedną ręką sterowała, a drugą wybierała wodę. Używała plastykowej butli po 

wybielaczu,   z   mocno   zakręconą   nakrętką   i   odciętym   dnem.   Normalnie   ten   dwulitrowy 

pojemnik zupełnie wystarczał, by łódź była sucha czy tez w miarę sucha. Na wyspach nic nie 

było naprawdę suche. Zderzenie wód zimnych mórz północy i stosunkowo ciepłego prądu 

Kuroshio powodowało nieustanną mgłę, mżawkę, deszcz lub prawdziwą ulewę.

Na   ogół   Janna   lubiła   tę   ciekłą   wersję   słonecznych   dni   nad   Wyspami   Królowej 

Charlotty. Jednak nie tego ranka. Była na otwartym morzu, gdy wody wzburzyły Się nagle i 

bez ostrzeżenia nadciągnął wiatr. Burzę zapowiadano na wieczór, ale najwyraźniej gdzieś nad 

Pacyfikiem nabrała ona szybkości i mocy. Sztorm, nadciągający zamiast prognozowanego 

zwykłego deszczu i wiatru, był niezwykle gwałtowny.

Janna   niespokojnie   spojrzała   na   linię   brzegową   po   lewej   stronie.   Mrużąc   oczy   z 

powodu wiatru, obserwowała wyrastającą z ciemnego morza nierówną ścianę lądu. Jęknęła 

cicho, widząc, że do wejścia w Zatokę Totemu został jeszcze spory kawał drogi. Poprzednim 

razem, zanim chmury zakryły niebo na wschodzie, potrzebowała piętnastu minut rejsu, by 

skręcić i wpłynąć na spokojniejsze wody zatoki. Ale wiatr się zmienił. Teraz i odpływ,  i 

wichura   działały   przeciwko   niej,   a   fale   łamały   się   nad   dziobem   tak,   że   ledwie   nadążała 

background image

wybierać gromadzącą się w łodzi wodę.

Co gorsza, silnik zaczął stroić fochy. Z początku były to tylko ledwie zauważalne 

przerwy w funkcjonowaniu, tak krótkie, że sądziła, iż są tylko złudzeniem.. Nim pokonała 

połowę drogi do bezpiecznej zatoki, przerwy te stały się bardziej dostrzegalne i groźniejsze. 

Silnik zaciął się dwa razy w ciągu paru minut, a serce Janny zatrzymało się na moment.

Raz   jeszcze   spojrzała   na   brzeg.   Zastanawiała   się   czy   nie   podpłynąć   bliżej, 

zmniejszając w ten sposób odległość do celu. Odrzuciła ten pomysł, wspominając ogromne 

fale atakujące ciemne urwiska po obu stronach wejścia do zatoki. Trasa, którą wybrała, była 

dłuższa, ale też bezpieczniejsza.

Silnik zakrztusił się, przycichł, ruszył znowu i zgasł zupełnie.

Wiatr wydał się nagle bardzo głośny. Czując, jak serce podchodzi jej do gardła, Janna 

odwróciła się, oparła o ławeczkę i z całej siły szarpnęła linkę startera. Silnik zawarczał, ale 

nie zaskoczył. Szarpnęła linkę ponownie, i jeszcze raz. A potem poczuła ogromną ulg~, gdy 

silnik   ruszył   znowu.   Natychmiast   skierowała   łódź   pod   wiatr   i   zwiększyła   obroty.   Przy 

większej szybkości wleje się więcej wody, ale też łódź szybciej dotrze do zatoki.

Przez kilka minut Janna płynęła bez problemów.

Kiedy   zaczęła   się   uspokajać,   silnik   niespodziewanie   zgasł.   Odrzuciła   plastykowy 

pojemnik, chwyciła  linkę startera i zaczęła ją szarpać. Silnik parsknął, zamruczał i zgasł. 

Janna raz po raz pociągała za linkę. Za każdym razem silnik warczał przez chwilę, ale nie 

chciał się zbudzić.

- Ruszaj, do diabła!

Jakby  tylko   czekając   na   właściwą   zachętę,   silnik   nagle   ożył.   Szczupłymi   palcami 

Janna chwyciła dźwignię. Oszczędnie dawkując paliwo, znowu ustawiła łódź pod wiatr. Fale 

unosiły się nad burtą, a strumienie zimnej wody zalewały żółtą kurtkę dziewczyny. Więk-

szość tej wody ściekała do łodzi, ale część zawsze znajdowała drogę, by dostać się pod kurtkę 

i ściekać po plecach i między piersiami. Mimo wysokich rybackich gumiaków Janna miała 

zupełnie przemoczone nogi.

Szybko   wybierała   wodę,   bez   nadziei,   że   nadąży,   ale   próbowała   przynajmniej 

zmniejszyć ciężar łodzi, by nie zanurzyła się głęboko. Wody było zbyt dużo, o czym lewe 

ramię Janny przypominało przy każdym kolejnym ruchu. I pomimo wysiłków dziewczyny 

ciągle jej przybywało.

Silnik zadygotał i stanął. Janna rzuciła pojemnik i ostro pociągnęła za linkę startera. 

Motor rzęził chrapliwie, lecz nie zapalił. Spojrzała na brzeg. Był bliżej. Zbyt blisko. Przez 

chmury sączyło się dość światła, by dostrzec wyraźną linię piany tam, gdzie fale przyboju 

background image

łamały się u stóp klifu. W tej białej linii nie było żadnej przerwy, niczego, co wskazywałoby 

na jakiekolwiek bezpieczne miejsce do cumowania.

Janna nacisnęła bańkę leżącą pomiędzy zbiornikiem paliwa a silnikiem. Zachlupotała 

ciecz. Czuła jej opór pod palcami. Nie z braku paliwa stanął silnik. Gwałtownie szarpnęła za 

linkę startera, wkładając w to wszystkie swe siły.

Nie zdało się to na nic.

Uderzona przez fale łódź przechyliła się na bok.

Janna ledwie zdołała utrzymać się na pokładzie. Bez silnika łódź była zdana na łaskę 

wiatru,   w   przerażającym   tempie   popychana   w   stronę   brzegu.   Janna   jeszcze   dwa   razy 

szarpnęła   za   linkę,   jednak   wysiłki   poszły   na   marne.   Nie   usłyszała   nawet   znajomego 

krztuszenia się silnika.

I nagle uświadomiła sobie, że nie może dłużej tracić energii. Nie miała już czasu na 

szarpanie   linki   martwego   silnika.   Wstała   z   rufowej   ławeczki   i   podeszła   do   środkowego 

siedzenia. Tak szybko, jak tylko po zwalały jej na to zmarznięte dłonie, wyciągnęła wiosła, 

wcisnęła je w dulki i z całej siły zaczęła wiosłować. Ciągnąc wiosła, wykręciła łódź dziobem 

pod wiatr. Natychmiast zaczęła nabierać mniej wody.

Janna   zaparła   się   stopami   o   pokład   i   wzięła   się   do   pracy.   Wiosłowała   długimi, 

równymi pociągnięciami, tak jak dawno temu uczyli ją bracia na małym jeziorku w stanie 

Waszyngton.   Obserwowała   widniejący   za   rufą   brzeg.   Próbowała   ocenić   szybkość   łodzi, 

szukając charakterystycznych punktów, które z wolna materializowały się wśród mgły.

Kiedy   okazało   się,   że   łódź   stoi   w   miejscu,   uznała,   że   po   prostu   za   bardzo   się 

denerwuje. Wybrała inny punkt terenu, odliczyła pięćdziesiąt pociągnięć i znowu sprawdziła, 

ile drogi zdołała przebyć. Przesunęła się, ale ledwie dostrzegalnie. Wiatr i fale były dla niej 

zbyt silne, a co kilka sekund przez burty wlewało się coraz więcej wody. W tym tempie nie 

dotrze do Zatoki Totemu. Prędzej straci siły, wiatr zepchnie łódź na skały albo sprawi, że 

zatonie pod większą falą.

Na   kilka   minut   Janna   zwiększyła   tempo   wiosłowania,   oddalając   się   od   ciemnych 

urwisk brzegu. Do tej pory uważała się za osobę dość silną i sprawną fizycznie. Zawdzięczała 

to zarówno cechom wrodzonym, jak i zabawom z trzema starszymi braćmi, którzy drażnili się 

z nią bezlitośnie, gdy była jeszcze zbyt słaba, by im dorównać w mocowaniu. Nauczyła się 

uśmiechać  i żartować,  jakby nic ją nie bolało,  nauczyła  się pracować ciężej  i dłużej, by 

następnym razem poradzić sobie lepiej. W efekcie zyskała opinię wysportowanej dziewczyny 

z dużym poczuciem humoru.

Woda w łodzi sięgała już do kostek. Janna pozwoliła sobie na jeden rzut oka w stronę 

background image

brzegu.   Łódź   tkwiła   niemal   w   tym   samym   miejscu.   Jeżeli   odrobinę   się   przesunęła,   to 

wyłącznie   bliżej   skał.   N   a   jeden   moment   przerażenie   odebrało   Jannie   siły.   Natychmiast 

jednak zacisnęła zęby, zamiast na ukos, skierowała łódź prosto w morze i zaczęła wiosłować. 

Po stu pociągnięciach linia brzegu nieco się cofnęła. Jednak zatoka nie była ani trochę bliżej.

Janna skręciła, wybierając kurs prowadzący ku zatoce. Przez moment zastanawiała się, 

co może zrobić. Wiosłując prosto w morze, utrzyma odpowiednią odległość od skał, ale nie 

zbliży się do przystani. Płynąc kursem ukośnym, dotrze szybciej do zatoki, ale siła wiatru i fal 

zepchnie ją też bliżej klifu. To będzie wyścig: czy żywioły rzucą ją na skały, zanim dotrze do 

bezpiecznej przystani w zatoce. Szczerze mówiąc, nie wierzyła, by się jej to udało.

Lecz jeśli nie przestanie wiosłować, by wybrać wodę, zatonie, nim dotrze do zatoki 

czy do skał.

Rzuciła   wiosła   i   przez   minutę   gorączkowo   wybierała   wodę,   potem   ściągnęła 

wodoodporną kurtkę i rzuciła na dno łodzi. Jeżeli łódź przewróci się lub zatonie, nie chciała, 

by krępowało ją niewygodne okrycie. Sięgała po wiosło, gdy wiatr rozwiał jej długie cynamo-

nowej barwy włosy. Po chwili jakaś większa fala zupełnie je zmoczyła. Chwyciła wiosła i raz 

jeszcze skierowała dziób pod fale. Zdjęła też rybackie buty. Wiedziała, że ściągną ją na dno, 

jeśli   spróbuje   w   nich   pływać.   Została   tylko   w   przemoczonych   tenisówkach.   Będą   jej 

potrzebne, jeśli stanie na kamienistym brzegu.

- Nie „jeśli” - poprawiła siebie stanowczo. - Kiedy. Jesteś dobrą pływaczką. Dwa 

tygodnie temu przepłynęłaś prawie dwa kilometry bez żadnej przerwy. A stąd do wejścia 

zatoki nie ma nawet pięciuset metrów.

Co   prawda   dwa   tygodnie   temu   był   wyjątkowo   spokojny   ciepły   dzień,   pływała   w 

osłoniętej zatoczce, a morze było płaskie jak lustro. Teraz trwał sztorm i wysokie fale miotały 

łodzią.   Jednak   nie   należy   spodziewać   się   najgorszego.   Wiedziała,   że   w   niebezpiecznych 

sytuacjach najwięcej ludzi ginie z powodu paniki.

By   zbyt   dużo   nie   rozmyślać,   Janna   pochyliła   się   nad   wiosłami.   Pomarańczowa 

kamizelka ratunkowa lśniła w półmroku niczym płomień. Była jedynym barwnym punktem 

widocznym na lądzie i na morzu.

Kruk   stał   na   mostku”   Czarnej   Gwiazdy”.   Wydawał   się   potężny   niczym   góry 

wznoszące się stromo po obu stronach Zatoki Totemu. Pod jego stopami pokład kołysał się 

lekko na falujących wodach zatoki. Stał spokojnie, bez trudu utrzymując równowagę. Nie 

zwracał uwagi na chłodny wiatr szarpiący za kołnierz ciemnoniebieskiej flanelowej koszuli. Z 

zamkniętymi oczami wytężał słuch, by usłyszeć cichy warkot, świadczący o tym, że daleki 

silnik zaskoczył w końcu i ruszył. Jednak prócz wycia wiatru nie dobiegał go żaden dźwięk.

background image

Przez   potężną   lornetkę   spojrzał   w   stronę   wyjścia   z   zatoki.   Czarnymi   oczami 

wpatrywał się w ciemne wody, poszukując jakiegoś znaku, że łódź dotarła do bezpiecznego 

miejsca. Nie widział jednak niczego. Tylko białe grzywacze i niewielkie czarne fale rozbijały 

się o burtę „Czarnej Gwiazdy”. Za ujściem zatoki widział linię spienionej wody. Ktokolwiek 

się tam znalazł, wobec nasilającego się sztormu miał pełne ręce roboty, zwłaszcza, jeśli płynął 

otwartą łodzią z przyczepnym silnikiem.

Z drugiej strony Kruk wiedział, że gwałtowny wiatr mógł tłumić odgłos silnika. Być 

może stoi tu i wyobraża sobie problemy, które naprawdę nie istnieją. Prócz zawodowych 

rybaków niewielu ludzi pływa samotnie w tym rejonie. Turyści, którzy zjawiają się pośród 

tych   groźnych   urwisk   i   wąskich   zatoczek,   albo   przybywają   z   przewodnikami,   albo   są 

wystarczająco doświadczeni, by pływać na własnych łodziach. I to nie otwartych łodziach. A 

dźwięk, który wcześniej słyszał, dobiegał niewątpliwie z pojedynczego zewnętrznego silnika..

Dlatego właśnie Kruk zastanawiał się teraz, czy nie uległ złudzeniu. Niewielu ludzi 

miało  dość doświadczenia i dostatecznie  mało  wyobraźni,  by w otwartej  łodzi płynąć  na 

zachód od Wysp Królowej Charlotty. Chociaż możliwe, że któryś z Haidów z Old Masset lub 

Skidegate postanowił udać się na pielgrzymkę do Zatoki Totemu. Spadkobierca ludu, który 

wyruszał   w   cedrowych   canoe   na   południe,   aż   do   Oregonu,   nie   wahałby   się   przed 

wypłynięciem w morze, by z pierwszym brzaskiem dotrzeć do ojczyzny przodków.

Uśmiechnął się. Oczywiście to możliwe, że ktoś z Haidów przybył  do legendarnej 

zatoki   z   osobistych   powodów.   On   właśnie   to   zrobił.   Przybył   tu,   ażeby   uwolnić   się   od 

mrocznych wspomnień z przeszłości.

Jednak nie znalazł tu ukojenia.

Z łatwością dowodzącą lat praktyki Kruk przestał myśleć o własnych problemach i 

skupił się na wsłuchiwaniu w wycie wiatru. Cichy, nierówny dźwięk powiedział mu, że łódź 

jest za wejściem do Zatoki Totemu. Jeżeli silnik nie zaskoczy, ten człowiek będzie musiał 

wiosłować   przeciwko   wiatrowi   i   falom,   by   dotrzeć   do   bezpiecznego   schronienia. 

Podświadomie zacisnął na lornetce wielkie, spracowane dłonie. Gdyby on był w tej łodzi, 

wiosłowałby   z   całej   siły,   mocno   napierał   na   wiosła,   czując,   jak   jego   energia   spływa   po 

drewnie we wzburzone morze. Łódź przecinałaby fale z pozorną łatwością, z każdym ruchem 

wioseł zbliżając się coraz bardziej do zatoki.

Ale   to   nie   Kruk   wiosłował.   Gdyby   tak   było,   już   teraz   zbliżyłby   się   na   tyle,   by 

dostrzegł   go  ktoś  znajdujący  się   w  zatoce.   A  jednak  nikogo  nie   zauważył.   Najwyraźniej 

człowiekowi w łodzi brakowało siły lub wiedzy o niebezpieczeństwie grożącym małej łodzi, 

dryfującej zbyt blisko brzegu.

background image

Kilka razy Krukowi zdawało się, że słyszy jakieś odgłosy, być może dochodzące z 

silnika. Za każdym razem wstrzymywał  oddech, pragnął, by dźwięk trwał dłużej i by się 

wzmocnił. Jednak odgłos znikał, nim Kruk nabrał pewności, że słyszał go naprawdę.

Wiatr zelżał, przycichł na chwilę, a potem zadął z nową siłą z nieco innego kierunku. 

Kruk przesunął się nieco. Słuchał uważnie i spoglądał na fale ciemnymi oczami, nawykłymi 

do   obserwacji   zmiennego   morza.   W   zasięgu   wzroku   nie   poruszało   się   nic   prócz   fal. 

Ktokolwiek był na łodzi, po prostu nie zbliżał się ku bezpiecznej przystani.

Jeżeli w ogóle ktoś tam był.

Kruk odrzucił tę myśl. Wiedział z absolutną pewnością, że ktoś walczy o życie, tkwiąc 

w łodzi między otwartym morzem a skalistym brzegiem. Z szybkością zdumiewającą u tak 

potężnego mężczyzny  wyskoczył  na pokład. Ze skrzynki  na rufie wyciągnął  długą linę  i 

przywiązał   jej   koniec   do   listwy   rufowej.   Błyskawicznie   zrzucił   rufową   cumę.   Po   kilku 

sekundach odcumował także dziób. Niemal natychmiast zbudziły się do życia dwa potężne 

silniki.

Kilka minut później Kruk zbliżał się już do ujścia zatoki. Niesiona wiatrem piana 

przelatywała nad dziobem, gdy tylko „Czarna Gwiazda” znalazła się na odsłoniętych wodach. 

Kruk stał przy sterze, kierując łodzią z pewnością człowieka urodzonego i wychowanego na 

wybrzeżach, i pływającego po wodach największego oceanu świata. Sterował jedną ręką, a 

drugą uniósł do oczu lornetkę i zbadał obszar, gdzie, jego zdaniem, powinna znajdować się 

łódź.

Zobaczył tylko rozrywane wiatrem fale.

Szukał dalej, czując, jak mijają cenne minuty.

Instynktownie wiedział, że to, czego się obawiał, było prawdą: ktoś był na morzu i 

grożące mu niebezpieczeństwo rosło z każdą sekundą. Kruk nie umiał go dostrzec, mimo że 

fale me mogłyby zasłonić otwartej łodzi. Z pewnością jednak przelewały się przez burty i 

były w stanie zatopić małą łódkę, nim Kruk zdoła ją znaleźć.

- No dalej, dalej, pokaż się - mruknął. - Jest ciężko, ale nie aż tak. Nie powinieneś 

zatonąć tak szybko, nawet, jeśli nie masz czasu na wybieranie wody.

Obserwacja wzburzonego morza nic nie dała, więc Kruk położył „Czarną Gwiazdę” 

na inny kurs, dzięki czemu oddalił się od zatoki, a zbliżył do brzegu. Łódź zatrzeszczała 

nagle, wystawiając rufę na wiatr i fale. Kilka minut takiego kołysania i podrzucania posłałoby 

większość ludzi do najbliższego relingu w ataku morskiej choroby. Jednak Kruk dostrzegał to 

na tyle,  na ile kołysanie  przeszkadzało w jednoczesnym  sterowaniu łodzią i prowadzeniu 

obserwacji.

background image

Raz jeszcze chciał zmienić kurs, gdy nagle dostrzegł od strony brzegu jakiś błysk. 

Zmarszczył brwi i lekko przełożył ster. Ta kolorowa plama była zbyt blisko skał i zbyt daleko 

ujścia zatoki, by być poszukiwaną łodzią. Był to raczej pływak sieci lub boja pułapka na 

kraby, która zerwała się w czasie burzy.

Znowu dostrzegł  kolorową plamę.  Zogniskował lornetkę i  zobaczył schyloną  przy 

wiosłach   postać.   Łódź   zniknęła   za   falą,   a   potem   pojawiła   się   w   fontannie   piany.   Kruk 

natychmiast pojął, że ten człowiek ma poważne kłopoty.  Wyraźnie brakowało mu sił, by 

walczyć z pływem i wiatrem, które spychały go niebezpiecznie blisko brzegu. Właściwie 

wyglądał bardziej na nastolatka niż mężczyznę. Był bardzo drobny i niezbyt muskularny.

I nagle Kruk zaczął przeklinać słowami tak gwałtownymi jak wiatr. Odrzucił lornetkę, 

przesunął dźwignię przepustnicy i „Czarna Gwiazda” skoczyła w stronę małej łodzi. T o nie 

mężczyzna w niej siedział, ani nawet nie chłopiec; to była kobieta, która z całych sił zmagała 

się z bezlitosnym morzem. Łódź zanurzała się i przechylała ciężko, a burta pochylała się 

coraz niżej. Lęk tej kobiety i determinacja były widoczne w każdym jej ruchu: walczyła, by 

utrzymać zalewaną łódź jak najdalej od groźnej linii przyboju.

Kruk poprowadził „Czarną Gwiazdę” szerokim łukiem i wreszcie znalazł się blisko 

łodzi. Dostrzegł na twarzy kobiety wyraz zdumienia i ulgi. Podpłynął bliżej, wrzucił jałowy 

bieg i puścił koło sterowe, by cisnąć do łodzi zwoje ciężkiej liny holowniczej. Wstrzymał 

oddech obserwując, jak kobieta przeciska się na dziób i zawiązuje hol.

I dopiero wtedy spostrzegł, ile wody wypełnia łódkę. Sięgała niemal do burty. Zaczął 

krzyczeć do kobiety, by wybierała wodę... i zobaczył jasną plamę pojemnika, gdy pochyliła 

się,   zaczynając   pracę.   Bardzo   ostrożnie   wrzucił   bieg   i   wybrał   luz   liny.   Poczuł   lekkie 

szarpnięcie, gdy hol napiął się pod ciężarem. Wolno ostrożnie pociągnął łódź w stronę zatok!. 

Kiedy tylko ruszyli, Kruk chwycił lornetkę i spojrzał na łódź, holowaną dziesięć metrów za 

rufą. Przez minuty,  które wydawały się latami, dzielił uwagę między sterowanie „Czarną 

Gwiazdą” a obserwację wybierającej wodę kobiety. Mimo jej wysiłków łódź wciąż zanurzała 

się zbyt głęboko, by rejs był bezpieczny.

Nagle kobieta przerwała pracę. Kruk skrzywił się, patrząc, jak siada na ławeczce. 

Czyżby nie wiedziała, że niebezpieczeństwo nie minęło? Łódź zanurzała się coraz głębiej. 

Kiedy przyjdzie czas, by skręcić do zatoki, wystawi rufę na fale. Nie było na to rady. Nie ma 

innego sposobu, by wpłynąć na bezpieczne wody. Jeśli nie weźmie się do pracy, pierwsza fala 

pośle tę jej łódkę na samo dno.

A jeżeli Kruk nie odetnie holu, gdy tylko łódź wejdzie pod wodę, prawdopodobnie 

zatonie wraz z nią.

background image

Gdy ta myśl przyszła mu do głowy, zrzucił wodoszczelne buty. Odruchowo sięgnął 

dłonią do pasa. Wytarta, owinięta skórą rękojeść dawała mu zawsze poczucie bezpieczeństwa.

- Wybieraj wodę! - Krzyknął głosem potężnym jak huk fal bijących o skały.

Podmuch wiatru porwał te słowa i cisnął mu je z powrotem w twarz. Klnąc, spojrzał 

przez lornetkę. Kobieta zmagała się z czymś, ale nie miał pojęcia, co to mogło być. Wreszcie 

odwróciła się nieco i jej ręce znalazły się w polu widzenia Kruka. Odrywała palce lewej dłoni, 

zaciśnięte na uchwycie pojemnika.

Dostrzegł,   że   mięśnie   lewej   ręki   zesztywniały   w   skurczu,   protestując   przeciw 

dalszemu   wysiłkowi.   Ręka   była   bezużyteczna   i   pozostanie   taka,   póki   kurcz   nie   minie. 

Zobaczył   wściekłość   w   oczach   kobiety,   zaciekle   walczącej   z   własną   słabością.   A   potem 

dostrzegł   zmarszczki   wyczerpania,   które   zmieniły   jej   usta   w   wąską   linię,   zobaczył 

niebieskawy odcień skóry, świadczący o niebezpiecznym wychłodzeniu organizmu. Kobieta 

zużyła już wszystkie rezerwy energii.

A jednak walczyła i nie poddawała się.

Kruk poczuł dreszcz. Nigdy nie widział czegoś równie wspaniałego, jak odwaga tej 

kobiety. Nie miała szans, była bezsilna i bezbronna, a jednak zmuszała swe szczupłe ciało do 

jeszcze cięższej pracy. Nie chciała zrezygnować. Kruk krzyczał do niej, jakby słowami mógł 

przekazać   cząstkę   swej   siły.   Nie   wierzył,   by   go   zrozumiała   poprzez   dziesięć   metrów 

spienionego morza; wołał jednak, by wiedziała, że nie jest samotna.

Kobieta zdołała wreszcie przerzucić pojemnik do prawej ręki i zaczęła wybierać wodę 

mechanicznymi   pociągnięciami.   Kruk   krzyknął   tryumfalnie,   odwrócił   się,   poprawił   kurs 

„Czarnej Gwiazdy” i znów się obejrzał. Niewielkie pióropusze wody przelatujące nad burtą 

upewniły go, że kobieta wciąż pracuje.

Z   nieznośną   powolnością   „Czarna   Gwiazda”   ciągnęła   obciążoną   wodą   łódź   ku 

bezpiecznej zatoce. Kruk co chwila spoglądał przez lornetkę. Poziom wody w łódce nieco 

opadł, nie na tyle jednak, by rejs był bezpieczny. Zmniejszył prędkość tak bardzo, jak to tylko 

możliwe, by nie stracić panowania nad sterem. Chciał jak najszybciej dotrzeć do zatoki, ale 

musiał uzbroić się w cierpliwość. Gdyby teraz próbował skręcić, łódź przewróciłaby się i 

zatonęła.

Bezradnie obserwował, jak kobieta walczy z żywiołem. Ten obraz rozbudził cierpienie 

ukryte gdzieś głęboko we wnętrzu. Za bardzo przypominał mu sytuację sprzed ośmiu lat, gdy 

patrzył, jak ukochana kobieta pogrąża się coraz bardziej w rozpaczy i gniewie. Próbował 

dotrzeć do Angel słowami pocieszenia i nadziei, próbował powiedzieć, że ją kocha. Pragnął, 

by zapomniała o zmarłym i pokochała jego, żywego człowieka. Później, kiedy zrozumiał, że 

background image

Angel woli raczej zabijać się stopniowo niż żyć dalej bez ukochanego, Kruk pojął, że bardziej 

pragnie, by żyła, niż by go pokochała. Wyrwał ją brutalnie ze skorupy rozpaczy i... spełniło 

się jego życzenie. Angel zebrała swoją odwagę i siłę. Przeżyła. Po jakimś czasie pokochała 

znowu.

Ale mężczyzna, którego wybrała, nie był Carlsonem Krukiem.

Smutne   wspomnienia   zamigotały   jak   daleka   błyskawica   na   skraju   świadomości; 

wspomnienia rozbudzone potęgą uczuć, mocą gniewu i bezradności, gdy obserwował, jak 

nieznana mu kobieta walczy z burzą i własnym wyczerpaniem. Był mężczyzną niezwykle 

sprawnym fizycznie. A jednak swoją siłą w żaden sposób nie mógł jej pomóc, tak jak dawno 

temu nie mógł pomóc Angel.

Kruk   zacisnął   usta   i   ostre   rysy   twarzy   stały   się   jeszcze   wyraźniejsze.   Kobieta 

pracowała coraz wolniej. Wiedział, że wkrótce nie nadąży z wybieraniem przelewającej się 

przez burty wody. Gotowy czy nie, bezpieczny czy nie, musiał wpłynąć do zatoki.

Wprowadził   „Czarną   Gwiazdę”   w   długi   łagodny   łuk,   a   hol   w   końcu   delikatnie 

pociągnął   łódź   w   stronę   brzegu.   Gdy   tylko   obie   łodzie   skierowały   się   wprost   w   wąski 

przesmyk,   obejrzał   się   i   zaczął   przez   lornetkę   obserwować   kobietę.   Teraz,   kiedy   niska, 

szeroka   burta   łódki   została   wystawiona   na   fale,   groziło   największe   niebezpieczeństwo. 

Kobieta   też   o   tym   wiedziała.   Odgadywał   to   po   jej   nierównych,   niemal   konwulsyjnych 

ruchach, gdy zmuszała swe wyczerpane ciało, by wylać jeszcze kilka litrów wody, wytrwać 

kilka minut, kilka metrów...

Zimna,   błękitnozielona   woda   wezbrała   i   przelała   się   przez   burtę,   kiedy   łódka 

wpływała do Zatoki Totemu. Burty były tak nisko, że fala prawie się nie zapieniła. Łódź 

zakołysała się, pochyliła, przewróciła błyskawicznie i uwięziła kobietę pod kadłubem.

Kruk   upuścił   lornetkę,   przesunął   dźwignię   na   jałowy   bieg   i   odciął   hol.   Ułamek 

sekundy później długim skokiem pokonał niemal połowę odległości do tego białego wiru, 

który pochłonął łódź.

Przed nim na powierzchni nie pozostało nic prócz samotnego wiosła.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Wszystko stało się nagle. W jednej chwili Janna pochyliła się, by wybrać chlupiącą 

wokół kostek wodę, a w następnej świat przechylił się dziko. Próbował skoczyć jak najdalej 

od wywracającej się do góry dnem łodzi, ale zesztywniałe nogi reagowały zbyt wolno, tak 

samo   jak   ramiona.   Instynktownie   wyrzuciła   je   przed   siebie,   jakby   chciała   zamortyzować 

upadek, ale udało jej się tylko wbić pod kamizelkę ratunkową uchwyt przepustnicy silnika.

Dno łodzi zakryło ją od góry. Ogarnął ją mrok. Była przemarznięta, ale i tak czuła 

chłód wody.  Zdezorientowana w ciemności, zaczepiona kamizelką o silnik, nie wiedziała 

nawet, jak mogłaby się uwolnić. Z uczuciem grozy uświadomiła sobie, że, mimo wysiłków, 

łódź zanurza się, ciągnąc ją coraz głębiej w lodowatą głębinę..

Nagle ktoś chwycił ją od tyłu. Objął za ramię i szarpnął mocno. Kamizelka ratunkowa 

pękła. Ktoś odwrócił Jannę, pchnął w dół, a potem pociągnął do góry.

Tam, gdzie dotąd była tylko ciemność pod łodzią, teraz Janna dostrzegła srebrny dysk, 

który migotał i przyzywał. Rozpaczliwie próbowała płynąć w górę, gdyż instynkt i rozum 

podpowiadały,  że jeśli tylko przedrze się przez ten srebrzysty blask, znajdzie powietrze i 

ciepło. Uświadamiała sobie przy tym, że płynie w górę o wiele szybciej niż to było możliwe 

przy jej dotychczasowych wysiłkach.

Przebiła promienisty dysk  i wciągnęła powietrze w obolałe płuca. Dyszała ciężko. 

Stopniowo pojmowała, że nie jest sama. Podtrzymywały ją silne dłonie. Spoglądały na nią 

ciemne   oczy,   głębokie   jak   morze.   Ponad   tymi   oczami   do   czoła   przylgnęła   gęsta   grzywa 

kruczoczarnych włosów. Rysy twarzy były tak męskie i surowe jak dłonie, utrzymujące ją 

ponad falami zatoki.

Jakby   spojrzenie   było   sygnałem,   na   który   czekał,   mężczyzna   odwrócił   Jannę 

delikatnie i ułożył jej łopatki na swojej piersi. Przy trzymał ją, kładąc prawe ramię na mostku. 

Poczuła za sobą jakiś ruch, zobaczyła, że jej ciało się unosi. Potem woda zawirowała, gdy 

silne nogi wykonały nożycowy ruch, popychając ich oboje do przodu.

Z poczuciem ulgi Janna przestała walczyć z zimnem i morzem, bez słowa poddając się 

sile nieznajomego. - Doskonale - usłyszała nagle głęboki głos.

- Uspokój się. Jesteś bezpieczna.

Jak wszystko w tym nieznajomym, głos był potężny i brzmiał głucho..

- Jesteśmy już prawie na łodzi.

Próbowała  odpowiedzieć,  ale  stwierdziła,  że  to ponad jej  siły. Słowa wirowały w 

umyśle, nie łącząc się ze sobą. Uświadomiła sobie, że już nie, jest jej zimno. Najwidoczniej 

background image

zdrętwiała i straciła czucie.

- Muszę wejść na pokład. Trzymaj się drabinki, dopóki cię nie wciągnę. Dasz sobie 

radę?

Świat wirował leniwie wokół Janny.

- Słyszysz mnie?

Janna patrzyła na mężczyznę i zastanawiała się, czego właściwiej od niej chce. I wtedy 

dostrzegła, że wciska jej lewą rękę w szczeble drabinki. Nagle nabrała ochoty, by wybuchnąć 

śmiechem. Wielka opalona dłoń oplotła jej palce wokół szczebla. Nieznajomy sięgnął po jej 

prawą rękę i natrafił na plastykowy pojemnik.

- Teraz możesz go puścić - powiedział. - Nie będzie ci potrzebny. Jesteś bezpieczna.

Niski głos dudnił i odbijał się echem wzdłuż kręgosłupa Janny jak daleki grzmot, 

docierając do niej jak przez mgłę. Zrozumiała sens słów obcego. Była bezpieczna. Wiedziała, 

że jest bezpieczna, od chwili kiedy poczuła jego silne dłonie wydobywające ją z lodowatej 

wody.

Wolno, z bólem wyprostowała  palce i pojemnik wypadł  jej  z ręki. Tonął  szybko, 

niczym blady cień rozpływający się w głębinie morza. Ponaglana przez mężczyznę, chwyciła 

drabinkę drugą ręką i zacisnęła na niej palce. Widziała, jak obcy łapie niski metalowy reling 

biegnący   wzdłuż   burty.   Napiął   mięśnie   i   wydostał   się   z   wody   bez   wysiłku,   tak   jakby 

wychodził z wanny lub płytkiego basenu. Zanim dotarły do niej wszystkie implikacje tego 

faktu, poczuła, że nieznajomy wyciągają z wody i niesie do kabiny, jakby ważyła tyle, co 

bańka mydlana.

- Trzymaj się mnie.

Janna posłuchała, a świat wokół niej zawirował.

Wyczuwała, że stopy opierają się o coś twardego, a w następnej chwili ugięły się pod 

nią   kolana.   Jedynie   silne   ramię   podtrzymujące   ją   w   pasie   uchroniło   przed   upadkiem   na 

pokład. Objęła mężczyznę zdrętwiałymi dłońmi, a on wrzucił bieg i otworzył przepustnicę. 

Rozległ się warkot silników i łódź ruszyła do przodu, w głąb zatoki.

Przez długie minuty słychać było tylko grzmot potężnych silników. Potem zgasły. 

Mężczyzna   zostawił   ją   i   wyszedł,   by   przycumować   łódź;   wrócił   po   chwili.   Szybkimi, 

pewnymi ruchami zaczął zdejmować z niej ubranie. Pokręciła niepewnie głową i próbowała 

odpychać   jego   ręce.   Ale   to   tak,   jakby   westchnieniem   chciała   powstrzymać   przypływ. 

Rozpaczliwie szukała w sobie sił, ale dygotała jak w febrze i to wyczerpywało jej energię.

- Nie walcz ze mną, mały wojowniku - zadudnił łagodnie. - Nigdy się nie rozgrzejesz 

w tym mokrym ubraniu.

background image

Janna spojrzała na mężczyznę niespokojnymi oczami. Chciała zapytać, kim jest, skąd 

się tu wzięła i dlaczego jest jej tak straszliwie zimno. Wydała tylko dziwny jęk, gdy nagle 

straciła resztkę sił i świat wokół niej pociemniał..

Kruk pochwycił ją, zrzucił resztki ubrania i zaniósł do swej wielkiej koi. Pulsująca 

żyła   na   gładkiej   szyi   kobiety   budziła   nadzieję,   ale   skóra   była   zbyt   zimna.   Zerwał   koce, 

osuszył ją najlepiej jak potrafił i dopiero potem wsunął do pościeli. Rozebrał się szybkimi 

ruchami, sięgnął jeszcze do szafki po specjalny koc, a następnie wsunął się na koję obok niej.

- Nie wiem, czy mnie słyszysz - powiedział, układając kobietę na swym potężnym 

ciele - ale zaraz się rozgrzejesz. Ten polarny koc odbija do środka każdą odrobinę ciepła. 

Tobie samej niewiele by pomógł, ale kiedy poleżę tu z tobą, zadziała lepiej niż ognisko. 

Jestem za wielki,' by wystudziło mnie parę minut w letnim oceanie.

Kobieta nie odpowiedziała. Konwulsyjne drżenia jej ciała trwały zbyt długo i teraz nie 

mogła   sama   się   rozgrzać.   Kruk   rozwinął   polarny   koc   i   owinął   ich   oboje.   Wewnętrzna 

powierzchnia   lśniła   odcieniami   srebra;   zewnętrzna,   utrzymująca   ciepło,   była   ciemno-

granatowa, jak mokra flanelowa koszula, leżąca w strzępach obok koi.

Delikatnie   masował   kobietę,   uspokajając   i   z   wolna   rozgrzewając   jej   zesztywniałe 

mięśnie. Po długiej chwili rozluźniła się nieco. Przesunął się lekko, mocniej przyciskając ją 

do swego rozgrzanego ciała. Wymruczała coś niewyraźnie i przytuliła się instynktownie.

Kruk masował jej wąskie delikatne plecy aż po miękkie, kobiece pośladki. Ciało miała 

wciąż zimne, ale nie przemarznięte; przestała jej grozić hipotermia. Uśmiechnął się i poczuł 

satysfakcję.   Choć   raz   jego   wielkie   ciało   przydało   się   do   czegoś   więcej   niż   do   ściągania 

dyskretnych spojrzeń przechodniów. Zastanawiał się, czy kobieta będzie przestraszona, gdy 

się obudzi i zobaczy, co za stwór wyłowił ją z morza.

Miał   nadzieję,   że   nie.   Nawet   prawie   nieprzytomna   i   kompletnie   wyczerpana, 

wydawała się smukła i bardzo kobieca. Tak wspaniale było też trzymać ją w ramionach.

Dotyk   jej  ciała  działał  na  Kruka  z mocą,   która  w  innych   okolicznościach  pewnie 

odebrałaby mu oddech; nawet teraz groziło mu coś takiego. Biodra uwypuklały się gładko 

pod jego dłońmi. Piersi miała miękkie, a sutki twarde niczym kamyki. Zastanawiał się, czy 

zareagowałyby  podobnie na żar, jak na zimno - żar ciała podnieconego mężczyzny.  Czy 

kochałaby się z tą samą żywiołową pasją i odwagą, z jaką stawiała czoło sztormowi ?

Ta myśl wypędziła z jego ciała ostatnie resztki chłodu. Ogarnęła je gorąca, słodka 

ociężałość. Nagle całą siłą woli musiał poskramiać te natrętne, gwałtowne myśli, jakby były 

wpadającym w sieć dzikimi łososiami. Zaufała mu, oddała się pod jego opiekę, choć musiał 

dla niej wyglądać równie przerażająco jak morze. Nie mógł nadużyć tego zaufania, tak jak nie 

background image

mógł pozwolić, by utonęła na jego oczach.

- Słyszysz mnie? - zapytał cicho. - Wszystko będzie dobrze. Parę godzin snu, dobre 

gorące jedzenie, kilka dni lenistwa i będziesz mogła pobić mnie jedną ręką.

Sama   myśl,   że   ktoś   mógłby   tego   dokonać,   wywołała   uśmiech   na   twarzy   Kruka. 

Uśmiechał się jeszcze, gdy głowa kobiety poruszyła się lekko i wielkie oczy spojrzały na 

niego przez gęste rzęsy.

Janna zamrugała powiekami, próbując połączyć  jakoś to miękkie ciepło pod nią z 

dziwnie łagodnymi oczami tak blisko jej twarzy.

- Jesteś bardzo ciepły - wymruczała wolno, z trudem wymawiając każde słowo.

- A ty wprost przeciwnie - odparł, wyraźnie rozbawiony, i przesunął dłonią wzdłuż jej 

chłodnego, nagiego uda.

- Wiem - westchnęła i ułożyła głowę na jego piersi.

Była zbyt zmęczona, by mieć otwarte powieki. - Co się... stało?

- Śpij - rzekł cicho, naciągając koc na jej mokre włosy. - Przypomnisz sobie wszystko, 

kiedy się obudzisz.

Poczuł ciepły oddech dziewczyny. Jej ciało przestało być lodowate. Stało się ciężkie i 

odprężone. Zasnęła. Okazała mu tym zaufanie, które zalało Kruka innym rodzajem ciepła, 

rozjaśniającego delikatnym blaskiem najciemniejsze zakątki jego duszy. Przytulił się mocniej 

i zasnął, otoczony zapachem kobiety i morza.

Janna budziła się z trudem. Wyciągnęła  rękę, szukając  przełącznika  elektrycznego 

koca. Musiało jej być bardzo zimno, kiedy kładła się do łóżka; ustawiła regulator na wysoką 

temperaturę.

Nawet poduszka była gorąca. Palce na oślep szukały regulatora Umieszczonego gdzieś 

pośrodku łóżka. Coś poruszyło się pod jej dotknięciem...

- Ostrożnie, kobieto. Wpływasz na niebezpieczne wody. - Janna gwałtownie otworzyła 

oczy i uniosła głowę, wspierając się na łokciu. Pod wpływem energicznego ruchu dziwaczny 

srebrzysty   koc   zsunął   się   na   bok,  odsłaniając   nagą   męską   pierś   o   wymiarach   budzących 

onieśmielenie.  Czarne włosy lśniły równym  klinem, który zwężał się w okolicy brzucha. 

Niżej włosy rozrastały się w czarną gęstwinę. Tam właśnie znajdowała się jej dłoń. Z cichym 

okrzykiem Janna cofnęła rękę.

- Przepraszam, ja...

I nagle dostrzegła, że jest równie naga jak ten olbrzym, który poruszył się pod jej 

dotknięciem. Leżała na jego ciele, a piersi wspierały się na muskularnym ramieniu.

- Kto... co... ?

background image

-   Ludzie   nazywają   mnie   Krukiem   -   powiedział   głosem   tak   głębokim,   że   aż 

wibrującym. - A jeśli chodzi o to...

- Mniejsza z tym - przerwała szybko, czując, jak rumieniec oblewa ją od piersi po 

policzki. - Może zwariowałam, ale nie zapomniałam, o czym uczono nas na lekcjach biologii 

w ósmej klasie.

- Biologii? - zapytał, sięgając po koc, który z każdą chwilą zsuwał się coraz bardziej.

- O rozmnażaniu - odparła zwięźle.

Śmiech Kruka budził dreszcze. Był to dźwięk tak potężny, jak to męskie ciało....

Janna   zarumieniła   się   jeszcze   bardziej.   Zimna   woda   musiała   całkiem   zamrozić 

wszystkie komórki jej mózgu.

I nagle pojawiły się wspomnienia. Zimno. Sztorm.

Woda.   Srebrzysty   dysk   unoszący   się   straszliwie   daleko   nad   głową.   Wszystko   to 

powróciło z potworną mocą. Patrzyła  na mężczyznę,  leżącego tak blisko przy niej. Silne 

dłonie. Czarne oczy. Głos gromki jak odgłos fal, uderzających o skały, a jednocześnie ciepły i 

pieszczotliwy. Instynktownie wiedziała, że jest bezpieczna przy tym człowieku.

- Ocaliłeś mi życie.

- Walczyłaś ze wszystkich sił - odparł. - Pomogłem ci tylko odrobinkę.

Janna spojrzała na szerokie silne dłonie, trzymające ten dziwaczny koc i okrywające ją 

ciepłą tkaniną. Gdyby nie te dłonie, zginęłaby podczas sztormu. Wiedziała o tym.

- Odrobinkę? - powtórzyła miękko. - Czy uratowanie komuś życia to drobiazg?

Kruk popatrzył na swoją dłoń, jakby widział ją pierwszy raz w życiu, i pokiwał głową.

- Masz rację. Nie jest to drobiazg - rzekł, udając, że chodzi mu o rozmiary swojej 

pięści.   Obojętnie,   jakby   był   sam,   podniósł   się   i   owinął   nagie   biodra   granatowym 

prześcieradłem. - Ciepło ci? - zapytał z troską.

- Tak, dziękuję - odparła Janna. Znowu obudziły „ się wspomnienia. Było jej tak 

zimno, że prawie nie „„ czuła pokładu pod stopami. Nie była wstanie ustać, płynąć, nawet 

oddychać. - Gdyby nie ty:...

- Zawsze byłem  większy od otaczających  mnie  ludzi.  - Kruk wzruszył potężnymi 

ramionami. - Dobrze wiedzieć, że mogę się przydać do czegoś więcej niż wyciąganie sieci i 

straszenie dzieciaków.

Janna zamrugała powiekami, wyczuwając w tym rzeczowym tonie ból samotności. 

Mimo surowego wyglądu· i męskiej siły Kruk nie był człowiekiem nieczułym. Odruchowo 

położyła dłoń na muskularnym ramieniu.

- Założę się, że dzieciaki raczej cię gonią, niż przed tobą uciekają - powiedziała cicho. 

background image

-   Wiedzą,   że   z   tobą   będą   bezpieczne.   Ja   wiedziałam   -   dodała,   a   jej   oczy   szukały   jego 

spojrzenia. - Kruku, nie wiem, jak ci dziękować...

- Na pewno chce ci się pić - przerwał jej.

Janna uświadomiła sobie nagle dwie rzeczy: Kruk nie życzył  sobie podziękowań i 

rzeczywiście   chciało   jej   się   pić.   Miała   wrażenie,   że   zamiast   języka   ma   w   ustach   papier 

ścierny.

- Tak - odparła skwapliwie.

- Zawsze tak jest, jeśli ktoś napije się słonej wody.

Mam herbatę, kawę, wodę i zupę. - Herbatę, proszę.

Próbowała nie patrzeć, jak Kruk zręcznie wyskakuje z koi. Próbowała, ale to było 

niemożliwe. Był tak wielki, że wypełniał sobą całą kajutę. Owinięte na biodrach granatowe 

płótno wyglądało na nim bardziej jak ręcznik niż prześcieradło. Janna pochodziła z rodziny, w 

której mężczyźni  byli  wysocy i muskularni, ona sama też miała metr siedemdziesiąt trzy 

wzrostu, ale człowiek zwany Krukiem był olbrzymem.

Był też pociągający. Niepohamowany i dziki jak otaczająca ich kraina. Pierwotna siła i 

wytrzymałość tego mężczyzny oddziaływała na zmysły dziewczyny podobnie jak smutek i 

samotność ukryte głęboko w jego czarnych oczach. Silny, pełen życia, samotny. Kruk robił na 

niej ogromne wrażenie, podniecał ją już od chwili, gdy przebudziła się, czując jego męskie 

ciepło.

Jaka szkoda, że ona nie działa na niego w ten sam sposób. Wargi Janny rozciągnęły się 

w smutnym uśmiechu. Obudziła się naga w łóżku z najbardziej interesującym mężczyzną, 

jakiego w życiu spotkała. A on potraktował ją jak siostrę. Była do tego przyzwyczajona. W 

końcu była siostrą, siostrą trzech silnych i odważnych mężczyzn. Zawsze bolało ją jednak to, 

że jak siostrę traktował ją były mąż.

Właściwie   nie   powinnam   się   dziwić,   że   nie   pociągam   fizycznie,   pomyślała   ze 

smutkiem.   Zdmuchnęła   z   czoła   kosmyk   wilgotnych   włosów   i   westchnęła.   Nawet   w   naj-

bardziej sprzyjających okolicznościach nie żywiła złudzeń co do swego wyglądu. Jej bracia 

twierdzili,   że   jest   oszałamiająca.   Janna   jednak   uznała,   że   ludzie   tak   właśnie   mówili   o 

wysokich kobietach, które lubili, a które nie wyglądały jak słodkie, jasnowłose laleczki, istoty 

tak uwielbiane przez mężczyzn. Janna wiedziała, że wyłowiona z morza, na wpół żywa i sina 

z zimna, musi być równie pociągająca jak wyrzucona na plażę meduza..

Nic dziwnego, że Kruk nie chciał jej wdzięczności.

Ten  biedny człowiek  był  pewnie  przerażony samą  myślą  o  tym,  że  taka  wstrętna 

topielica chciałaby się z nim kochać. I miał się o co martwić. Niewiele by zyskał, przyjmując 

background image

ofertę. Nie miała doświadczenia. Na palcach jednej ręki mogła policzyć, ile razy kochała się z 

mężem podczas ich krótkiego „małżeństwa”.

- Takie smutne oczy - zauważył Kruk. - Martwisz się tym, co się stało? Nie przejmuj 

się. Odwiozę cię, dokąd zechcesz, jak tylko przycichnie sztorm. A co do łodzi... - Wzruszył 

ramionami. - Dopilnuję, żebyś dostała nową. I to z porządnym silnikiem.

Janna opuściła powieki, by ukryć gromadzące się pod nimi łzy. Po chwili dotarła do 

niej uwaga o silniku. Szeroko otworzyła oczy.

- Skąd wiesz, że miałam kłopoty z silnikiem?

- Nikt dla rozrywki nie wiosłuje do brzegu w czasie sztormu - odparł sucho. - Kostka 

cukru czy dwie?

- Mam uczucie, jakbym zjadła już pięćdziesiąt - odparła, rozcierając lewą rękę. - Dwie 

proszę. Skąd wiesz, że piję herbatę z cukrem?

- Wyglądasz na kobietę, która potrafi cieszyć się życiem - odparł rzeczowo. - Wciąż 

czujesz kurcze w ramieniu?

- Miałam kurcz? - zdziwiła się, spoglądając na lewe ramię. Nie była pewna, co miał na 

myśli, mówiąc o tej radości życia.

- Nie pamiętasz?

Janna zmarszczyła czoło.

-   Pamiętam,   że   ten   przeklęty   silnik   zapalał   i   gasł,   aż   wreszcie   zdechł   zupełnie. 

Pamiętam, że wiosłowałam. - Spojrzała na swoje dłonie. Były zaczerwienione, poocierane, z 

kilkoma pęcherzami od uchwytów wioseł.

- Pamiętam, że było mi zimno.

- A że wybierałaś wodę?

- Pewnie. Kiedy tylko mogłam. - Skrzywiła się. - Wyraźnie nie dość często.

- A co pamiętasz po tym, jak zobaczyłaś „Czarną Gwiazdę”?

Janna rozejrzała się po pięknie wykończonym wnętrzu łodzi.

-   To   jest   „Czarna   Gwiazda”?   -   spytała,   szerokim   gestem   ręki   wskazując   kajutę   i 

natychmiast pospiesznie podciągnęła koc, który zsunął się z jej piersi.

Kruk skinął głową. Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywał się od spoglądania 

tam, gdzie jedna sutka wyłaniała się spod srebrzystych fałd. Rumieniec, jaki pojawił się na 

twarzy Janny, gdy uświadomiła sobie, że jest naga w łóżku z obcym mężczyzną, przekonał 

Kruka,   że   nie   jest   przyzwyczajona   do   takich   przebudzeń.   Nie   była   też   dzieckiem. 

Przypuszczał, że już kilka lat temu przekroczyła dwudziestkę.

Dlatego też nie zareagował, nie przesunął dłonią wzdłuż jej ciepłego, smukłego ciała, 

background image

by dotrzeć do tego miejsca, którego dotknięcie rozpaliłoby zmysły dziewczyny. Kochałaby 

się z nim, gdyby tylko o to poprosił. Przepełniała ją wdzięczność za to, że wyłowił ją z zatoki.

Skrzywił się. Mimo swego imienia i wyglądu nie był  przecież drapieżnikiem. Nie 

wykorzysta tej sytuacji. Kiedy opadną chwilowe emocje, dziewczyna będzie żałować, że z 

wdzięczności ofiarowała to, co powinna oddać z miłości.

Ale nie jemu. Doświadczenie nauczyło go, że nie jest typem mężczyzny kochanym 

przez   kobiety.   Był   za   wielki,   za   silny,   za   szorstki,   za   bardzo   indiański.   A   co   gorsza, 

nieodmiennie pociągały go takie kobiety, jak ta delikatna i cudownie gibka dziewczyna, którą 

znalazł  walczącą  z  morzem.  Zwykle  potem  takie  kobiety  rozczarowywały,  brakowało  im 

poczucia humoru i odwagi, które cenił bardziej niż wygląd.

Angel była inna. Miała w sobie odwagę dziesięciu mężczyzn. Tak jak kobieta, która 

obserwowała go teraz czystymi srebrzysto - zielonymi oczami. Ufała mu.

Delikatnie otulił kocem ramiona Janny, zasłaniając kuszącą różową sutkę.

- Masz ochotę na śniadanie? - zapytał.

- Sama nie wiem. A jak myślisz, na co mogę mieć ochotę? - odpowiedziała pytaniem.

Z zakłopotaniem zdała sobie sprawę, że zachowuje się prowokacyjnie, i poczuła ulgę, 

że Kruk pozostaje obojętny. I zaraz usłyszała własne słowa, w których niemal żądała, by Kruk 

zareagował na jej pragnienia. Jęknęła cicho, czując, że znów się rumieni.

- Uratowałeś ciało, ale obawiam się, że mózg został na dnie zatoki.

-   Poszukam   go,   kiedy   będę   łowił   ryby   na   obiad   -   obiecał   z   powagą,   lecz   oczy 

błyszczały mu jak polerowane gagaty. - Czy masz jakieś imię, czy jesteś szamanką która 

swego imienia nie zdradza nikomu?

- Nazywam się Janna Moran - odparła. Ostrożnie wysunęła ramię spod śliskiego koca i 

wyciągnęła dłoń. - A ty jesteś... Kruk?

- Tak. - Ujął jej palce.

Przez   moment   uśmiechali   się   do   siebie   bez   słowa,   dostrzegając   niezwykłość   tej 

prezentacji po tym, gdy wcześniej obudzili się nadzy i objęci ramionami. W porównaniu ze 

stwardniałą dłonią Kruka palce Janny były szczupłe i bardzo delikatne. Pamiętał ich dotyk.

- To imię czy nazwisko? - zapytała Janna, gdy Kruk uwolnił jej dłoń i szybko się 

odwrócił.

-   Kiedy   wypełniam   dokumenty,   to   jest   nazwisko,   a   moje   imię   brzmi   Carlson. 

Prywatnie większość ludzi nazywa mnie Krukiem...

Zawahał się, myśląc o Angel. Ona i Grant nazywali go Carlsonem. Ale Grant nie żył. 

Teraz tylko  Angel nazywała go Carlsonem... i Miles Hawks,. Sokół, mężczyzna, którego 

background image

kochała Angel. Tak, on tez mówił do niego: Carlson.

Kruk   uśmiechnął   się   lekko,   wspominając,   jakie   miotały   nim   uczucia,   gdy   odkrył 

głębię   miłości   Angel   do   innego   mężczyzny.   Powinien   chyba   nienawidzić   Sokoła.   Ale 

nienawiść była niemożliwa. Sokół ocalił Angel. Kruk kochał go za to jak przyjaciela.

- Ale nie wszyscy nazywają cię Krukiem - odezwała się cicho Janna, dostrzegając na 

jego ustach pełen rozrzewnienia uśmiech. Chciała zapytać, kim była kobieta, która potrafiła 

wywołać taki uśmiech na jego twarzy. Milczała jednak. - A jak ja mam cię nazywać?

- Kruk. Teraz tak o sobie myślę.

Czując się tak, jakby dostała prezent, Janna uśmiechnęła się.

- Kruk - powtórzyła.

Uśmiechnął się także, niepewny, jakie myśli kryje spojrzenie srebrzysto - zielonych 

oczu.

- Czy ktoś na ciebie czeka? - spytał.

- Czeka?

Zmieszanie Janny powiedziało Krukowi więcej niż jakiekolwiek słowa. Żyła samotnie 

jak on i już tak długo, że nie przyszło jej nawet do głowy, by ktoś mógł się o nią martwić.

- Mąż, kochanek, rodzina, przyjaciele - powiedział cicho, wpatrując się w jej oczy. - 

Ktokolwiek, kto może się martwić, że wypłynęłaś małą łódką podczas sztormu.

- Aha. - Janna roześmiała się lekko i wzruszyła ramionami.

- Nie. Mam dwadzieścia cztery lata i jestem wolna. Od paru lat nie mam męża, dzieci 

nie miałam nigdy. Przyjaciele nie spodziewają się mnie w Seattle aż do września, a dopóki w 

terminie   płacę   czynsz,   moja   gospodyni   nie   dba   o   to,   co   się   ze   mną   dzieje.   Ona   pije, 

rozumiesz. Zapłaciłam za sierpień, więc nie będzie się martwić, nawet jeśli nigdy nie wrócę.

Kruk sam nie wiedział, co zdziwiło go bardziej: fakt, że Janna była kiedyś mężatką, 

czy to, że przez najbliższe kilka tygodni miała zamiar przebywać zupełnie sama na Wyspach 

Królowej Charlotty.

- Jesteś tu na wakacjach? - zapytał.

Janna znowu wzruszyła ramionami.

- Mniej więcej. Muszę zrobić kilka rysunków do książki przyjaciółki o tych wyspach. 

Od tygodni próbuję się dostać do Zatoki Totemu, ale zawsze coś mi się przytrafia.

- Coś ?

- Zwykle deszcz. Często mgła. Czasem wiatr.

Kruk uśmiechnął się.

- Witaj na Wyspach Królowej Charlotty.

background image

- Tak. Witamy w piekle. - Janna roześmiała się, łagodząc ostre słowa. Przycichła.

Na chwilę jej oczy nabrały zupełnie srebrzystej barwy. Kruk dostrzegł w nich pasję, 

namiętność i emocje.

- Nigdy jeszcze nie widziałam bardziej dzikiej okolicy - stwierdziła - ani piękniejszej. 

Te wyspy są... żywiołowe. Mam wrażenie, że stwarzanie świata trwa tu nadal. - Zawahała się 

i dodała cicho: - To tak, jakby te wyspy miały specjalną umowę z czasem. Czas przypływa tu, 

a potem rozdziela się i opływa je z obu stron, tak jak morze. Inne miejsca się zmieniają, ale 

nie te wyspy. Zawsze takie były, pełne tajemniczego piękna. Czas tutaj nie istnieje. Tylko 

wiatr i mgła.

Po raz drugi od spotkania z Janną, Kruk poczuł dreszcze. Inni zauważali, że wyspy 

posiadały aurę dzikości, ale dla tych ludzi „dzikie” oznaczało zacofane, wrogie, brutalne. 

Obawiali   się   surowej   potęgi   wysp   i   tajemniczego   wrażenia   bezczasowości.   W   Jannie   to 

wszystko nie budziło strachu, choć omal nie zginęła, badając tę krainę.

- Tak - przyznał Kruk. - Ja też kocham te wyspy. - Przypływam tu, by znaleźć spokój.

- A teraz los zesłał ci gadatliwą turystkę - skrzywiła się Janna. - Przykro mi.

- Nie ma sprawy - odparł. - Jesteś  kobietą, która rozumie  ciszę. Nie będziesz  mi 

przeszkadzać.

Zastanowiła się, co musiałaby zrobić kobieta by przeszkodzić Krukowi. Nie miała 

wątpliwości, że musi to być kobieta, nie mężczyzna. Były mąż uświadomił jej, że istnieją 

mężczyźni, którzy spotykają się i żenią z kobietami, ale których seksualnie może pociągać 

tylko inny mężczyzna. Była jednak pewna, że Kruk do nich nie należał.

Z cichym westchnieniem Janna uznała, że Kruk jest taki jak większość mężczyzn: 

pociągają  go  blondynki  o  wielkich,  sarnich   oczach.   Stare  powiedzenie,   że  panowie   wolą 

blondynki, było prawdziwe. Tak samo jak żołnierze, złodzieje, poeci i dziwacy. Kobiety o 

brązowych włosach mogą nie istnieć, choćby miały nie wiadomo jakie poczucie humoru.

Nikogo nie obchodziło, czy blondynka w ogóle ma poczucie humoru.

- Nie powiedziałaś, czy zjesz śniadanie - przypomniał Kruk. Spojrzał przez ramię na 

czajnik z wodą, ustawiony na małym palniku obok koi. - Jesteś głodna?

- Chyba żartujesz. To, co słyszysz, to nie odgłosy burzy, tylko w brzuchu mi burczy - 

oznajmiła,   podkreślając   wypowiedź   dramatycznym   gestem   ręki   i   natychmiast   gwałtownie 

pochwyciła zsuwający się koc.

Kruk szybko odwrócił wzrok. Nie powinna wiedzieć,. że mimowolnie znów pokazała 

mu jędrną pierś o tak jedwabistej skórze, że aż zacisnął palce, by po nią me sięgnąć.

Czajnik zagwizdał, dając Krukowi tak wyczekiwany pretekst do odwrócenia głowy. 

background image

Podniósł go z palnika i nalał wody do dwóch kubków. Ciekawe, jak Janna by zareagowała, 

gdyby wyznał, że cudownie dopasowała się do jego ciała. Taka miękka, sprężysta... Gdyby to 

jednak powiedział, zabrzmiałoby to niczym zachęta do rozmowy o seksie. Wiedział, że ona 

już tego nie chce. Okrywając  kocem jej ramiona, dostrzegł, jak opada w niej pożądanie. 

Migotliwe zasłony namiętności spadły, jakby nigdy nie istniały.

Zastanawiał się, dlaczego odczuwa z tego powodu. smutek i gniew. Powinien bez 

skrupułów wziąć to, co mu ofiarowała, nie zastanawiając się, z jakich powodów go pragnie. 

Inne kobiety chciały go albo nie, i nie miało to właściwie znaczenia. Liczyła się tylko Angel. 

Angel   odepchnęła   go   i   od   tej   chwili   cierpienie   stało   się   zwykłym   elementem   jego 

codziennego życia. Aż  wreszcie, na długo przez spotkaniem Angel z Milesem Hawkinsem, 

Kruk zrozumiał, że pewne pragnienia nigdy się nie ziszczą. Angel była jednym z nich. Mógł 

albo się z tym pogodzić, albo w walce zniszczyć samego siebie.

W końcu to wybrał to pierwsze. Zaakceptował to w taki sam sposób, jak akceptował 

burze, płochliwe ryby i własne potężne ciało, budzące lęk w mężczyznach i kobietach. Takie 

jest życie. Był tym, kim był.

. I miłość była tym, czym była.

Nieziszczalnym marzeniem.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Czy masz nóż? - mruknęła Janna.

Kruk dosłyszał złość w jej stłumionym głosie.

Obserwował   ją,   rozciągając   w   uśmiechu   osłonięte   czarnym   wąsem   wargi.   Janna 

klęczała nad potokiem i płukała namydlone włosy. Pełne gracji linie jej ciała uwydatniała 

jego własna flanelowa koszula. Spod niej wystawały gładkie, jasne łydki o naprężonych mięś-

niach.

- Mam - odparł Kruk.

- To dobrze. Zetnij ten kołtun.

- Mam lepszy pomysł.

- Zgolić włosy? - zapytała. - Zgoda!

Nie   tylko   usłyszała,   ale   i   wyczuła   śmiech   Kruka,   gdy   uklęknął   obok   niej   na 

porośniętym mchem gruncie. Otarł się piersią o jej plecy i wsunął palce w namydloną masę 

włosów.

- Nie miałam zamiaru zmuszać cię do mycia mojej głowy.

- Ręka wciąż cię boli, prawda? Niech odpocznie. Chcę ci tylko pomóc.

- Odkąd wyłowiłeś mnie z zatoki, nic nie robiłam, tylko leżałam i odpoczywałam - 

zaprotestowała.

- Trwało to całe trzydzieści godzin - zauważył ponuro. - Co za lenistwo. Będę musiał 

złożyć na ciebie skargę w biurze turystycznym.

- Ale...

- Sza - huknął Kruk. - Uwielbiam długie włosy u kobiet. Pozwól, że się nimi pobawię.

Na to Janna nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Zbyt pochłaniał ją dotyk wielkich, lecz 

delikatnych dłoni, masujących skórę jej głowy. Poczuła dreszcze.

- Zimno ci? - spytał z troską.

- Wszystko w porządku - odparła szybko, tłumiąc kolejne drżenie.

To była prawda. Nie było jej zimno, choć miała na sobie tylko dwie warstwy odzieży - 

wszystko  pożyczone od Kruka. Miękka bawełniana koszulka utrzymywała ciepło ciała, a 

gruba flanelowa koszula chroniła przed podmuchami wiatru, który chwilami docierał aż do 

granicy lasu. To dotyk Kruka wzbudził w niej drżenie, ale nie chłód.

- Pospieszę się - obiecał.

Janna powstrzymała się od wyjaśnień. Milczała.

Bała się otworzyć usta, by nie westchnąć z rozkoszy.

background image

Mój mózg chyba rzeczywiście leży na dnie zatoki, pomyślała niechętnie.

Mózg tak, ale końcówki nerwów nie.

Myśl o Kruku jak o jednym z braci.

Janna   próbowała   zastosować   się   do   własnej,   tak   znakomitej   rady.   Nie   podziałało. 

Bracia dotykali jej włosów tylko po to, by za nie pociągnąć. Nigdy nie masowali jej głowy 

takimi zmysłowymi ruchami.

Więc myśl o Kruku jak o swoim fryzjerze. On ciągle dotyka twoich włosów.

Janna spróbowała tak myśleć. Bez rezultatu.

Kruk   był...   Krukiem.   Najbardziej   intrygującym   ze   wszystkich   mężczyzn,   jakich 

spotkała. Pod szorstką powierzchownością krył się człowiek zdolny do czułości, śmiechu i 

tego milczenia, które sprawiało, że Janna czuła się spokojna.

Czuła, że jest to mężczyzna zmysłowy, taki, który sprawiłby, że rozkosz rozpaliłaby 

jej ciało jak pochodnię. To powinno ją przestraszyć. Od dnia rozwodu żaden mężczyzna tak 

jej nie pociągał. Była zbyt wrażliwa, zbyt niepewna. Mimo zapewnień jej rodziny i rodziny 

Marka, wciąż w głębi duszy wierzyła, że gdyby okazała się bardziej kobieca, Mark stałby się 

prawdziwym  mężczyzną.  Po  dwóch  latach  wciąż   nie   zdołała  zapomnieć   o  gnębiących   ją 

pytaniach: czy gdyby była wyższa, a może niższa, o jaśniejszej, może ciemniejszej cerze, 

grubsza czy szczuplejsza, to bardziej pociągałaby Marka fizycznie?

Doszła już do tego, że nie mogła patrzeć na siebie w lustrze, by nie widzieć kobiety, 

która nie potrafi seksualnie zainteresować mężczyzny. I nagle znalazła się głęboko pod wodą. 

Obudziła się naga w ramionach nagiego mężczyzny. Krótko mówiąc, miała ogromną szansę, 

by zainteresować sobą Kruka... szansę, jakiej nie miała żadna kobieta. I co z tego wyszło?

On tylko okrył ją kocem.

Przygryzła   wargi.   Pomyślała,   że   być   może   jej   rodzina   i   krewni   Marka,   w   ogóle 

wszyscy, się mylili. Może czegoś jej brakowało, czegoś, co mogłoby podniecić mężczyznę.

Wbiła w mech smukłe palce tak, że aż zbielały jej kostki. Zmusiła się, by przestać 

myśleć   o   Marku   i   smutnej   pomyłce,   jaką   było   ich   małżeństwo.   To   wszystko   stało   się 

przeszłością. Mark pogodził się z tym, kim jest i kim nie jest, i ułożył sobie życie. Ona też 

powinna o tym pomyśleć.

Strumienie chłodnej piany ściekały do potoku i znikały natychmiast. Na twarzy Janny 

pozostały   resztki   piany,   które   szczypały   w   oczy.   Janna   bezskutecznie   ocierała   policzki, 

rozgniewana, że stacza walkę o szacunek dla samej siebie. Przecież wiele mogła zapropo-

nować   mężczyźnie.   Potrafiła   prowadzić   inteligentną   rozmowę,   świetnie   gotować,   nieźle 

sprzątać, rozpoznawać stwory, które pełzały lub pływały u wybrzeży całego świata. Była 

background image

zdrowa, miała ładne zęby, kochała dzieci i zwierzęta, i miała poczucie humoru.

Więc dlaczego ta lista cnót wpędza ją w depresję? Janna westchnęła i poruszyła się 

nerwowo, jakby próbowała uciec przed własnymi myślami.

- Nie ruszaj się, bo mydło dostanie ci się do oczu.

- Przecież i tak ledwie widzę - mruknęła, znów ocierając twarz.

- Przepraszam - wymruczał Kruk. - Wiedziałem, że nie powinienem pchać się z moimi 

niezgrabnymi łapami. Świetnie sobie radziłaś beze mnie.

Janna chwyciła go za nadgarstki i przytrzymała.

- Nie przerywaj. Proszę. To cudowne uczucie - powiedziała, odwracając głowę, by 

spojrzeć na Kruka.

To był błąd. Opalona skóra, ostre czarne linie wąsów i brwi:;. wszystko to uderzyło w 

nią jak seria ciosów i odebrało oddech. Westchnęła, próbując mu wytłumaczyć to, czego sama 

nie rozumiała.

-   Nie   wiem,   czemu   jestem   taka   opryskliwa.   Przypuszczam,   że   mój   dobry   nastrój 

utonął w zatoce razem z mózgiem. Przepraszam.

Kruk spojrzał na zalaną pianą twarz Janny. Wilgotne, rozchylone wargi miały ten sam 

malinowy kolor co czubek piersi, który widział niedawno. Gdy sobie to uświadomił, poczuł, 

jak ciało ogarnia fala podniecenia. Zastanawiał się, co by się stało, gdyby teraz byli nadzy.

Natychmiast odsunął tę myśl. Zbyt wiele lat cierpiał z powodu kobiety, która nie była 

mu przeznaczona.

Nie   miał   zamiaru   zaczynać   wszystkiego   od   początku.   Janna   znalazła   się   tu 

przypadkiem, nie z wyboru. W normalnych  okolicznościach nigdy by się nie zgodziła na 

wspólne spędzanie czasu z takim człowiekiem jak on. Jeśli miałaby jakiś wybór. Sztorm 

odebrał jej tę możliwość i zmusił do pobytu z Krukiem w Zatoce Totemu. Gdyby wykorzystał 

to   i   jej   wdzięczność,   która   łagodziła   spojrzenie   wspaniałych   oczu   Janny,   znienawidziłby 

samego siebie. Kiedy minie burza, odwiezie ją do Masset. Staną na przystani, podadzą sobie 

ręce i uśmiechną się niepewnie na pożegnanie, niczym para ludzi, którzy normalnie nigdy by 

się nie spotkali.

- Kruku?

Uśmiechnął   się   smutno,   wysunął   dłoń   z   włosów   Janny   i   sięgnął   po   ręcznik.   Z 

niezwykłą delikatnością przytrzymał jej głowę i otarł z twarzy pianę.

- Zakryj oczy, a ja spłuczę ci włosy.

Janna chciała zaprotestować, lecz umilkła. Miała też ochotę spytać, czy to przez nią 

jest   taki   smutny;   zrezygnowała   jednak.   Przynajmniej   miała   taki   zamiar,   do   chwili,   gdy 

background image

usłyszała własny głos:

- Coś się stało? - zapytała, powstrzymując na chwilę dłoń Kruka.

- Nic nowego - odparł z prostotą. - I nic naprawdę złego. Odwróć się. Jeśli mydło 

dostanie się do oczu, będziesz płakać.

- I bez tego mam ochotę płakać, ale nigdy tego nie robię - oznajmiła, wpatrując się w 

ciemne oczy Kruka.

Czubkiem palca lekko musnął koniuszek jej nosa. - Po wczorajszych przejściach masz 

w sobie jeszcze sporo adrenaliny.

Delikatnie, choć stanowczo odwrócił dziewczynę.

Szybko   spłukał   mydło   z   jej   włosów,   nie   próbując   dłużej   zachwycać   się   ich 

zmysłowym   ciężarem.   Polał   je   najpierw   zimną   wodą   z   potoku,   potem   ciepłą   z   wiadra, 

podgrzanego na palniku.

Janna westchnęła głośno. - Cudowne uczucie.

Kruk uśmiechnął się, zmywając ostatnie ślady piany.

Mokre   włosy   dziewczyny   wydawały   się   niemal   czarne,   a   jednak   lśniły   iskrami 

mahoniu   i   złota.   Zastanawiał   się,   jak   wyglądały   w   słońcu.   Czy   te   długie   pasma   były 

rudobrązowe czy cynamonowe? Czy były proste Jak jego, czy owijałyby się kusząco wokół 

palców?

Klnąc w duchu, Kruk starał się przestać o tym  myśleć. Wycisnął wodę z włosów 

Janny i zaczął osuszać je ręcznikiem. Wydawały się bardzo Miękkie i śliskie, lśniące jak 

mokry jedwab..

- Sama to zrobię - powiedziała dziewczyna, czując się winna, że sprawia mu tyle 

kłopotu. - Przybyłeś tu szukając samotności, a nie żeby pracować jako fryzjer.

- Zaczekam na ciebie przy brzegu. Lubisz małże?

- Nie. Uwielbiam małże. To coś zupełnie innego.

Kruk wyszczerzył zęby.

- Na surowo?

Janna   opuściła   ręcznik   i   uniosła   głowę.   Twarz   miała   zarumienioną,   a   oczy 

połyskiwały niczym słońce przez mgłę..

- Surowe małże? - Spytała ostrożnie, niepewna, czy dobrze go zrozumiała. Lubiła 

małże, ale nigdy nie zdołała się zmusić, by jeść je na surowo.

- Uhmm - mruknął.

- Czy to było uhm - tak, czy uhm - nie? - zapytała.

- Po prostu: uhmm. - Kruk roześmiał się. - A może potrawka z małży i surowe ostrygi 

background image

na przystawkę?

- Dobry pomysł  - oświadczyła  pospiesznie i schowała twarz w ręcznik. Po chwili 

spytała: - A czy są dobre?

- Ostrygi?

- Małże.

- Na surowo? - zapytał niewinnie. - Nie wiem. A są?

Janna znieruchomiała, słysząc w głosie Kruka nutkę rozbawienia. Podniosła głowę i 

spojrzała badawczo na swego rozmówcę.

- Czy przypadkiem nie znasz moich braci? Przez całe lata prowadziłam z nimi takie 

rozmowy.

- Byli dobrzy?

- I surowi!

- Więc nie byli małżami. - Kruk błysnął zębami w uśmiechu.

- Och, ratunku - jęknęła Janna, zasłaniając twarz ręcznikiem.

- Myślałem, że nie chcesz mojej pomocy - odparł, odbierając jej ręcznik.

Janna mruknęła coś w odpowiedzi. Usłyszała za to śmiech Kruka. Zanim skończył ją 

czesać, ona także się śmiała. Stała cierpliwie, a on z zadziwiającą łagodnością rozczesywał 

wilgotne sploty. Grzebień w jego dłoni wyglądał jak zabawka dla lalek. Niesamowite, by 

silny, potężny mężczyzna potrafił czesać w tak delikatny sposób.

- Warkocz? - zapytał.

- Nie, bo nigdy nie wyschną. Nie pożyczysz mi noża.

- Nie. A może przynieść suszarkę?

- Jasne. I zrobić manicure, jeśli można - odparła złośliwie, przekonana że Kruk znów 

się z nią drażni.

- Nie znam się na lakierach do paznokci. Angel ich nie używa.

Głos Kruka zmiękł  nagle  przy słowie „Angel” i to powiedziało Jannie  więcej  niż 

cokolwiek innego.

- Jak rozumiem, ten anioł należy do gatunku bezskrzydłych, dwunogich i chodzących 

po ziemi.

Uśmiechnął się.

- Wciąż mi to powtarzała. Jednak nigdy jej nie uwierzyłem. - Pogładził dłonią włosy 

Janny. - Powinienem pomyśleć o tym wczoraj.

- Byłeś zbyt zajęty ratowaniem mnie; żeby myśleć o aniołach.

- Miałem na myśli skrzynkę.

background image

- Nie rozumiem.

-   T   o   nie   drocz   się   ze   mną.   -   Delikatnie   pociągnął   za   mokry   kosmyk   włosów 

dziewczyny. - Zeszłego lata Angel zostawiła na łódce parę swoich rzeczy.

Przypomniałem sobie o tym dopiero teraz.

Janna zastanawiała się, czy Angel była tylko turystką, tak jak ona - dziś przebywającą 

tutaj, a nie wiadomo gdzie we wrześniu. Czy raczej Kruk kochał Angel i stracił ją pod koniec 

lata? Czy Angel miała zamiar wrócić? Czy dlatego zostawiła na łódce swoje rzeczy?

I czy dlatego Janna nie pociągała Kruka? Przygryzła wargi, by powstrzymać cisnące 

się do ust słowa.

Gdyby   Kruk   chciał,   by   Janna   dowiedziała   się   o   Angel,   obeszłoby   się   bez 

niedyskretnych   pytań   typu:   Czy   była   twoją   żoną?   Czy   wciąż   jesteście   małżeństwem? 

Kochacie się? Jesteście zaręczeni? Kim jesteś, Carlsonie Kruku? Dlaczego twój smutek i 

śmiech sprawiają, że samej chce mi się śmiać i płakać?

Janna   przyglądała   się,   jak   Kruk   wkłada   do   wiadra   szampon   i   resztę   drobiazgów. 

Każdy jego   ruch był pełen  siły i  dziwnego  piękna.  Przypominał  falę   przypływu,  energię 

płynną i nieskończoną, delikatną i pełną mocy. Zwykle męska siła raczej ją denerwowała, niż 

fascynowała. Ale Kruk był inny.

- Gotowa? - zapytał, podnosząc wiadro.

Janna odwróciła się i ruszyła  bez słowa przez  poszarpany wiatrami, owiany mgłą 

cedrowy zagajnik.

Szła w stronę skalistego wybrzeża, gdzie morze spotykało się z lądem. Porośnięta 

trawą i ledwie widoczna ścieżka była starsza niż strzelające ku niebu drzewa. Zastanawiała 

się, czy rodzina Kruka pochodzi z zapomnianej wioski, której surowe cedrowe chaty i dzikie 

totemy z wolna ogarniał wskrzeszony ponownie las. Czy to jego przodkowie wyrzeźbili te 

niesamowite wizerunki, które stały ponad morzem niczym skamieniały ludzki krzyk?

- Ostrożnie - zawołał Kruk, przytrzymując Jannę, która potknęła się o wystający głaz. 

- Będziemy musieli podwiązać ci skarpety.

Janna   spojrzała   na   swoje   stopy.   Tenisówki   przetrwały   kąpiel   w   zatoce,   a   potem 

suszenie w kuchence. Lecz Kruk zapomniał o skarpetkach. W rezultacie miała na nogach parę 

jego wełnianych skarpet. Podwijała je, lecz wciąż opadały. Podobnie jak koszula, oczywiście 

również   należąca   do   Kruka.   Mankiety   zasłaniały   Jannie   dłonie,   a   z   tyłu   materiał   opadał 

poniżej kolan.

Westchnęła. Pobyt na wyspach sprawił, że wyglądała niczym clown z podupadającego 

cyrku. Brakowało jej tylko ostrego makijażu i wymalowanego uśmiechu.

background image

Obserwowanie Kruka nie poprawiało jej samopoczucia. On wyglądał podobnie jak ta 

kraina. Idealnie pasował do tego czasu i miejsca, jakby przebywał tu od zawsze, jakby był 

częścią   dzikiej   doskonałości   wysp.   Ona   była   przybłędą,   a   on   mgłą,   surowymi   górami, 

wiatrem i dzikim morzem. Wszystko to tkwiło w jego bezdennych oczach, sile i milczeniu.

Drżąc od tych myśli, roztarła dłońmi ramiona. Świadomość, że Kruk nosił niedawno 

tę samą koszulę, którą ona teraz miała na sobie, też nie uspokajała. W nim nie było nic 

uspokajającego.   Chociaż   to   niezupełnie   prawda.   Nic   w   jej   życiu   nie   wydawało   się   tak 

spokojnie   jak   te   chwile,   gdy  usypiała   w   jego   potężnych   ramionach.   Nigdy  nie   czuła  się 

bezpieczniejsza, bardziej otoczona opieką.

Kruk obejrzał się przez ramię i zobaczył, że Janna drży i rozciera ręce. Zmarszczył 

brwi; obawiał się, by nie dostała gorączki. Odsunął ostatnią iglastą barierę między sobą a 

plażą   i   skinął   na   Jannę.   Gdy   przechodziła   obok,   przyjrzał   się   jej   z   uwagą.   Poza   tym 

ogromnym smutkiem, który czasem dostrzegał na jej twarzy, nic jej chyba nie dolegało.

- Zaczekaj - rzucił, odsuwając cedrową gałąź.

Janna odwróciła głowę.

- Coś się stało?

Wstrzymała oddech, gdy jedną dłoń położył jej na ramieniu, a drugą na czole. Zapach 

cedrowych   igieł   drażnił   nozdrza.   Wiedziała,   że   od   dziś   ten   zapach   zawsze   będzie   jej 

przypominał te chwile i bliskość Kruka.

- Drżałaś - powiedział łagodnie. - Ale myślę, że wszystko w porządku. Nie ma śladu 

gorączki.

... Z pewnością jej dostanę, jeśli będziesz mnie dotykał.

Janna odpędziła tę myśl, nim zdążyła się zmienić w słowa. Pożycie z mężem nauczyło 

ją,   że   jeśli   mężczyzna   nie   pragnie   kobiety,   to   nie   ma   na   to   rady,   i   kropka.   Przeczytała 

dziesiątki książek, gdzie instrukcje erotyczne były jednocześnie bardzo dosłowne i, szczerze 

mówiąc,  zdumiewające.  Zaciskała zęby, nabierała  tchu i  próbowała  na Marku niektórych 

„pewnych” metod pobudzania.

Efekt był taki, jakby próbowała podniecić wiadro lodowatej wody.

- Nic mi nie jest - zapewniła z determinacją i odsunęła się od Kruka w obawie, że 

zadrży   znowu   reagując   na   jego   bliskość.   -   Szczerze   mówiąc,   jestem   wręcz   obrzydliwie 

zdrowa. Żadnych kobiecych kaprysów, żadnej niedyspozycji, żadnej interesującej bladości. 

Po prostu czerstwa, zdrowa amerykańska dziewczyna;  Potrzeba jeszcze tylko spódnicy w 

kratę, lakierków i szczeniaka ogryzającego mi kostki.

Kruk usłyszał gorycz, która brzmiała w pozornie ironicznych słowach Janny. Spojrzał 

background image

na nią i zastanowił się, co takiego przeżyła, skoro nie docenia siły swojego oddziaływania na 

mężczyzn. Trzeba być ślepym, by nie ulec jej wdziękom. Gęstwina jedwabistych włosów 

otaczała twarz. Zieleń flanelowej koszuli sprawiała, że skóra lśniła jak perłowa macica na 

słonecznej plaży. Oczy odbijały zieleń materiału i lasu. Zmieniała je, osrebrzając emocjami 

tak, jak wiatr zmienia powierzchnię morza. Nawet szeroka koszula nie mogła ukryć pełnych 

piersi,   powabu   bioder   i   innych   kobiecych   wypukłości,   zgrabnych   łydek   i   kostek,   które 

wydawały się niezwykle szczupłe ponad jego zwiniętymi skarpetami.

Obserwując  Jannę  na tle  dziewiczego lasu,  Kruk miał  ochotę  zdjąć z  niej  całą tę 

szorstką, męską odzież, okryć satyną, natrzeć olejkiem, pieścić głęboko ukrytą kobiecość. 

Chciał dać jej rozkosz równą odwadze i determinacji, którą dostrzegł, gdy, posłuszna instynk-

towi przetrwania, pokonywała zmęczenie. A potem zrezygnowała z walki i oddała się pod 

jego opiekę, ufając mu jak nikt inny, nawet bardziej niż Angel.

Emocje przepłynęły przez Kruka niczym powiew wiatru przez cedrowy las, poruszając 

w nim wszystko i pozostawiając niepokój. Przez zmrużone oczy obserwował, Jak Janna idzie 

po śliskich kamieniach w stronę belki przywiązanej do starych, przegniłych pali, wbitych w 

piasek.   Prowizoryczna   keja   kołysała   się   na   falach.   Janna   nie   miała   doświadczenia   i   nie 

wiedziała, jak belka zareaguje na jej ruchy. Kilka razy niewiele brakowało, by spadła.

Stanęła na brzegu i nieufnie spoglądała na podskakującą belkę. Przesunęła dłonią po 

włosach, zawahała się i wzruszyła ramionami.

- Nie warto było:.. - Mruknęła i odwróciła się.

- Czego nie warto?

-   Suszyć   włosów.   Potknę   się   na   tej   belce   i   wpadnę   do   zatoki   -   stwierdziła 

zrezygnowanym głosem. Znowu zadrżała, tym razem z powodu wiatru. - Chociaż z drugiej 

strony może warto spróbować, choćby dla dżinsów. Wyschły już? - dodała, spoglądając na 

Kruka.

- Powinny.

- Obawiałam się, że tak powiesz.

- Zaczekaj - powiedział, chwytając ją za ramię. - Przyniosę ci dżinsy. I chustkę - 

dodał, gdy wiatr rozwiał jej włosy, zamieniając je w wilgotną, jedwabistą chmurę.

Kilka pasemek dotknęło jego twarzy. Wydawały się chłodne i pachniały słodko w 

słonym powietrzu.

-   Boisz   się,   że   znów   będziesz   musiał   mnie   wyławiać?   -   spytała   Janna   z   kpiną   i 

spojrzała na belkę.

Kruk poczuł, jak krew wrze w nim na wspomnienie nagiej Janny, którą wycierał i 

background image

otulał kocem. Mrucząc pod nosem, by uciszyć  nieposłuszne myśli, przeszedł po belce do 

„Czarnej Gwiazdy”. Po chwili wrócił z dżinsami, wciąż jeszcze ciepłymi po suszeniu nad 

kuchenką, i jasną, zielono - niebieską chustką. Janna raz tylko spojrzała na delikatną tkaninę i 

wiedziała, że chustka należała do Angel.

- Nie - odsunęła jego dłoń. - Mogłabym  ją zniszczyć.  - Przyglądała się pięknym, 

zielono - niebieskim pasmom i przyszła jej do głowy ponura myśl. - Założę się, że oczy Angel 

są tego samego koloru.

Kruk uniósł brwi. - Skąd wiesz? Janna westchnęła.

- I jest blondynką. Zgadza się? Mała, drobna, wiotka, pełna gracji, z figurą, która może 

złamać serce każdego mężczyzny, uśmiechem sugerującym namiętność i wrażliwość?

- Jesteś czarownicą? - spytał, tylko częściowo żartując.

- Jeśli tak by było, Angel stałaby się już ropuchą - mruknęła pod nosem.

- Co?

- Nic - odparła pogodnie.

Wzięła   dżinsy   i   rozejrzała   się,   na   czym   można   tu   usiąść   i   co   nie   byłoby   mokre. 

Wymruczała   jedno  z   ulubionych  przekleństw  swoich  braci.   Życie  nie   było  sprawiedliwe. 

Żeby włożyć dżinsy, nie mocząc ich przy tym, musiałaby podskakiwać najpierw na jednej, 

potem na drugiej nodze. Wyglądałaby mniej więcej tak elegancko jak prosię na wrotkach. A 

tymczasem Kruk patrzyłby i porównywał ją z tą delikatną, wiotką Angel.

Janna przeszukała w pamięci używany przez braci słownik epitetów. Znalazła kilka 

rzeczywiście   zachwycających   określeń   i   wymówiła   je   w   duchu.   Wreszcie,   odprężona, 

uśmiechnęła się. Zawsze wiedziała, że bracia do czegoś się przydają.

- Poczekaj - rzucił Kruk, uświadamiając sobie kłopoty Janny, gdy próbowała utrzymać 

się na jednej nodze, stojąc na śliskich kamykach plaży. - Oprzyj się o mnie.

Zawahała się, a potem wzruszyła ramionami. Miał ją nagą w łóżku i nawet palcem nie 

kiwnął. Nie zrobi na nim wrażenia, jeśli oprze swoją pupę o jego uda.

Niestety   oparcie   na   Kruku   nie   wystarczało   do   wykonania   zadania.   Dżinsy 

prawdopodobnie zbiegły się w praniu. A teraz nie sposób było ich włożyć. Najlepszą metodą 

było wbijanie się w nie. Tenisówki zaczepiały się o ciasne nogawki i Janna rzeczywiście 

musiała się nieźle namęczyć.

Jak długo potrafił, Kruk cierpliwie znosił ocieranie się krągłych pośladków Janny o 

swoje uda. W końcu objął dziewczynę ramieniem i przytrzymał mocniej w nadziei, że nie 

będzie   musiała   się   tak   miotać.   Częściowo   zamiar   się   powiódł.   Z   drugiej   strony   Janna   z 

konieczności oparła piersi o jego przedramię. Kruk nie był pewien, czy ma się cieszyć, czy 

background image

żałować, że stanik dziewczyny, podobnie jak skarpetki, nie zdążył wyschnąć, gdyż zaginął w 

czasie rozbierania.

Zmysłowe   wspomnienia   pojawiły   się   w   jego   umyśle   niczym   ławica   łososi   w 

tajemniczym mroku morza.

Z trudem tłumiąc jęk, Kruk odwrócił się tak, by Janna mogła oprzeć się raczej na jego 

biodrze niż udach. Szybkość i intensywność,  z jaką nadeszło podniecenie, zaskoczyły  go 

zupełnie. Powtarzał sobie, że przecież nie jest już nastolatkiem, by tracić zmysły z powodu 

dotyku piersi kobiety. Już dawno poznał sekrety różnicy płci. Znał swoje potrzeby, wiedział, 

kiedy nad nimi zapanować, a kiedy ulec. A teraz chwila zdecydowanie nie była odpowiednia, 

by ulegać.

Nawet pobieżna analiza sytuacji dowodziła, że Janna jest wobec niego bezbronna. 

Wiedzieli o tym oboje. Był od niej silniejszy, znał te ziemie, znał morze, wiedział, jak można 

tu przeżyć. Ocalił jej życie. Ona była zwykłą turystką szukającą przygód. I zdawała sobie 

sprawę, co zawdzięcza swemu wybawcy.

Właśnie   z   tego   powodu   była   bezbronna.   Gdyby   poprosił,   oddałaby   mu   się   bez 

wahania. Widział to w jej oczach, gdy spoglądała na niego ukradkiem, z podziwem bliskim 

nabożnej   czci.   A   może   tylko   z   lękiem?   Czy   dlatego   czasem   drżała?   Czy   instynktownie 

wyczuwała to, co on uświadomił sobie w tej chwili?

Pragnął jej tak mocno, że z trudem nad sobą panował.

Ocalił jej życie, a teraz jakaś dzika, nieopanowana część jego natury upierała się, że ta 

kobieta należy do niego.

Próbował zwalczyć tę myśl. Nie chciał brać jej w taki sposób. Nie chciał kobiety, 

którą w jego ramiona pcha wdzięczność i pierwotny instynkt przetrwania. Chciał, by Janna 

przyszła   do   niego   z   własnej   woli,   gdy   będzie   mogła   zostać   z   nim   albo   wrócić   do 

cywilizowanego świata.

I jeśli  tylko  będzie to sobie powtarzał  dostatecznie  często, może  nawet sam w to 

uwierzy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Morze cofnęło się przy odpływie, zostawiając za sobą śliski od wodorostów, lśniący 

pas brzegu - jakby właśnie po to, by Kruk i Janna mogli poszukać czegoś na obiad. Jedzenie 

tego, co znaleźli, nie było właściwie konieczne. Kruk miał dość awaryjnych zapasów, by 

wystarczyło na te parę dni, nim minie sztorm. Z drugiej strony wolał z nich nie korzystać, 

dopóki nie było to konieczne. Wprawdzie niewielka była szansa, że burza potrwa dłużej niż 

kilka   dni,   ale   od   przezorności   często   zależało   przetrwanie.   Złe   planowanie   było   częściej 

przyczyną kłopotów niż pech.

Poza tym Kruk lubił spacerować z Janną wzdłuż brzegu. Trafili na chwilę pomiędzy 

frontami szkwałów, gdy deszcz stał się zaledwie rodzajem lśniącej krawędzi wiatru. Janna 

przyjmowała wiatr, mgłę i deszcz z tym samym humorem, z jakim przyjmowała konieczność 

noszenia sięgających kolan swetrów i kurtek.

Kruk znał wiele kobiet, które wolałyby raczej zamknąć się w ciepłej łodzi niż brnąć po 

zimnych śliskich skałach, poszukując okazów morskiej fauny, jakie tylko naukowiec lub ktoś 

bardzo głodny mógłby opisywać z entuzjazmem. Janna była jednym i drugim. W tej chwili 

przykucnęła nad kałużą wody, którą za kilka godzin fale przypływu zaleją pianą. Spod zbyt 

obszernej kurtki wyłaniały się smukłe nogi w dżinsach.

Kruk wiedział, że te nogi lepiej wyglądałyby na łodzi, gdzie Janna nosiłaby tylko 

jedną z jego długich koszul, a dżinsy suszyłby się nad palnikiem.

Ta myśl wywołała uśmiech na jego twarzy. Zapach mokrych dżinsów będzie mu się 

teraz kojarzył z dniami, gdy letnia burza przyniosła mu prezent i uwięziła go w zatoce, by 

mógł się tym prezentem nacieszyć. Nie pamiętał już, kiedy bawił się tak dobrze, jak przez 

ostatnie trzy dni. Janna była dobrym kompanem. Jej bystry umysł i ogromne poczucie humoru 

sprawiały,   że   godziny   płynęły   niezauważenie.   Przynajmniej   w   dzień.   Świadomość,   że 

dziewczyna leży o metr od niego, sprawiała, że noce dłużyły się niezwykle.

- Jak byś to nazwał? - zwróciła się Janna do Kruka.

Z wyraźnym niedowierzaniem spoglądał to na nią, to na stworzenie, które trzymała w 

dłoni.

- Mówiłaś, że co studiowałaś?

Janna zmarszczyła brwi, a potem się roześmiała.

- Biologię morską. Jeśli jesteś ciekawy, to wiedz, że trzymam Phylum echinodermata 

z klasy Echinoidea znany przyjaciołom jako Strongylocentrotus purpuratus. A teraz powiedz, 

jak ty to nazywasz?

background image

- Fioletowy morski jeżowiec - odparł sucho Kruk.

Janna spojrzała na pochmurne niebo, jakby szukała pomocy lub natchnienia.

- W haida - wyjaśniła. - Jak nazywacie fioletowego  morskiego jeżowca w języku 

haida?

Spojrzała   na   Kruka   uważnie   i   pochyliła   głowę,   jakby   nie   mogła   się   doczekać 

odpowiedzi. Od Kruka dowiedziała się, że język haida był określany jako izolowany, nie 

powiązany   z   żadnym   innym   na   świecie.   Baskijski   był   drugim   izolowanym   językiem. 

Pozostałe   należały   do   jednej   czy  drugiej   z   spokrewnionych   ze   sobą   grup,  tak   jak   języki 

romańskie. Haida był pod tym względem wyjątkowy.

Jak ten mężczyzna, który także ją fascynował. Kruk ściągnął wargi, jakby oceniając 

zapał Janny. Był dziwnie dumny z tego, że zaciekawił ją język haida. Od dawna wiedział, że 

jego ojczysta mowa była inna niż wszystkie. Ale dopiero Janna uświadomiła mu, jak rzadki w 

istocie jest ten język. Życie przy niej z każdą chwilą stawało się ciekawsze.

- Kruku?

Roześmiał się cicho, nim odpowiedział na jej pytanie w Haida.

Janna wysłuchała krótkiej burzy dźwięków, oznaczającej haidańskie imię fioletowego 

morskiego jeżowca.

- Co to znaczy? - spytała.

Kruk uśmiechnął się szeroko pod czarnym wąsem.

- Nie ma...

- Dokładnego tłumaczenia - dokończyła Janna i jęknęła. Zbyt często słyszała ostatnio 

to zdanie. - Więc podaj mniej dosłownie.

- Okrągły, fioletowy, kolczasty, jadalny mieszkaniec morskich skał.

- No widzisz? - uśmiechnęła się tryumfalnie. - Nieważne, jak wyjątkowy jest język. 

Stworzył go ludzki umysł, posługując się wciąż tym samym bazowym diagramem. Nazwy są 

opisowe. Naukowa nazwa fioletowego jeżowca mówi mniej więcej to samo, co nazwa w 

haida, choć bardziej szczegółowo.  Z wyjątkiem jadalności. - Uśmiechnęła się. - Na ogół 

naukowcy nie są zainteresowani zjadaniem obiektów badań.

Kruk obserwował kolczastego, jaskrawofioletowego jeżowca.

- Rozumiem ich - stwierdził z przejęciem. - Sam jego widok odbiera apetyt.

. - W Japonii ikra jeżowca jest takim przysmakiem Jak kawior w Rosji.

- Nie jesteśmy w Japonii.

- Gdzie twoje zamiłowanie do przygód?

- Na dnie zatoki razem z twoim rozumem - odparował.

background image

- Nie będzie zupy z jeżowca?

- Nie będzie.

- A może jeżowiec na surowo?

- A może piasek na surowo?

-   Orły   jadają   jeżowce   -   zakończyła   Janna,   wspominając   swe   zaskoczenie,   gdy 

zobaczyła młodego, nieopierzonego orła, który przysiadł na belce i zjadał jeżowce, robiąc to z 

wyraźnym apetytem.

- Jestem z rodu kruka, nie orła.

Iskierki rozbawienia zniknęły z oczu Janny zastąpione wyrazem ciekawości. Chciała... 

musiała... dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

- Co?

- Haida dzielą się na dwie grupy, orła i kruka - wyjaśnił. - Moja matka była krukiem. 

A zatem i ja jestem krukiem.

- Czy Haida tworzyli społeczeństwo matriarchalne?

- W pewien sposób. - Uśmiechnął się krzywo. - I bardzo dobrze, gdyż moim ojcem był 

szkocki   wędkarz   o   imieniu   Carl,   który   wyjechał,   gdy   tylko   skończyło   się   tarło   łososia. 

Dlatego nazywam się Carlson Kruk.

- Czy ten człowiek wiedział, że twoja matka jest w ciąży?

Ledwo zdążyła  to powiedzieć, zorientowała się, że staje się zbyt dociekliwa. Lecz 

chciała poznać Kruka jak najlepiej i ta potrzeba tłumiła dobre maniery.

- Wątpię. - Wzruszył ramionami. - Wątpię, czy miałoby to znaczenie, nawet gdyby 

wiedział.   -   Zawahał   się   i   dodał   cicho:   -   Poderwał   matkę   w   barze.   Ciągle   potrzebowała 

pieniędzy na alkohol.

W oczach Janny błysnęły łzy. Przypomniała sobie, jak dumny był jej ojciec z udanych 

synów i córki, jak wiele miłości było w ich rodzinie. A potem pomyślała o Kruku, który 

dorastał pozbawiony takiej miłości.

- Cóż za strata - szepnęła. - Większość mężczyzn byłaby gotowa na wszystko, by mieć 

podobnego do ciebie syna.

Kruk przymknął na chwilę oczy.

- Nie bardzo - rzekł w końcu szorstko. Otworzył oczy. - Jestem Haida. Indianin. Może 

nie ma to znaczenia tu i teraz, w tej zatoce, ale tam, skąd ty pochodzisz, jest piekielnie ważne.

Janna chciała zaprotestować, ale powstrzymała się· To, co mówił Kruk, było prawdą. 

Wprawdzie jej się to nie podobało, ale była zbyt wielką realistką, by zaprzeczyć.

- Ja tego tak nie odczuwam - oznajmiła dobitnie. - Jesteś mężczyzną, Carlsonie Kruku. 

background image

Najwspanialszym, jakiego w życiu spotkałam. Tylko to się dla mnie liczy. I nie ma znaczenia, 

czy jestem w Zatoce Totemu, czy na Księżycu.

Głos Janny załamał  się. Odwróciła  się szybko,  układając w  kamiennym  gnieździe 

kruchego, kłującego jeżowca. Szybko otarła łzy rękawem grubego swetra. Był wilgotny i 

pachniał trochę morzem, a trochę mężczyzną.

- Janno. - Głos Kruka był głęboki, delikatny i chrapliwy.

Przyciągnął ją ku sobie i, wsuwając pod brodę stwardniałą dłoń, uniósł lekko jej twarz. 

Zaczął coś mówić, dostrzegł łzy i poczuł, że traci oddech. Zbliżył usta i musnął wargami jej 

rzęsy. Zdumiał się, że tak trudno było mu przerwać ten delikatny pocałunek. Powoli odsunął 

się od dziewczyny.

- Nie byłem nieszczęśliwy - wyznał cicho. - U Haida dzieci należą do szczepu matki, a 

chłopcy   przechodzą   inicjację   pod   opieką   jej   braci.   Wychowali   mnie   wujowie,   co   jest 

zwyczajem mojego ludu.

- A twoja matka? - szepnęła niepewnie Janna.

-   Zanim   skończyłem   sześć   lat,   matka   nie   potrafiła   zadbać   nawet   sama   o   siebie. 

Porzuciła mnie i ciągle piła. Na cztery lata przed jej śmiercią wuj adoptował mnie zgodnie z 

prawem   plemiennym   i   prawem   kanadyjskim.   Eddy   jest   dobrym   człowiekiem   i   silnym 

mężczyzną. Latem łowi łososie, a zimą rzeźbi wizerunki równie stare i niezwykłe jak język 

haida.   Polubiłabyś   Eddy'ego.   On   by   cię   pokochał.   W   pogardzie   ma   tylko   kobiety   zbyt 

rozpieszczone, by wędrować podczas burzy po Wyspach Królowej Charlotty.

Janna   przyglądała   mu   się   uważnie,   szukając   skrywanych   pod   słowami   emocji. 

Wyczuwała, że zwykle niechętnie mówi o rodzicach... A jednak jej opowiedział o swoim 

dzieciństwie.   Kiedy   spojrzała   w   lśniące   czarne   oczy,   najwyższym   wysiłkiem   woli 

powstrzymała   się,   by   nie   rzucić   mu   się   w   ramiona.   Przecież   taki   gest   byłby   katastrofą. 

Niezależnie od gustów Eddy'ego, Kruka pociągały kruche blondynki, które nosiły jedwabne 

chusty w kolorze idealnie dopasowanym do tajemniczych, błękitno - zielonych oczu.

-  Czy  Eddy jest  mężczyzną   w  dostatecznym  stopniu,  by  zjeść   zupę  z  jeżowca?  - 

zapytała w nadziei, że Kruk nie zauważy, jak drżą jej wargi i wyginają się w podkówkę.

- Nie mogę się doczekać, żeby to sprawdzić.

- Uśmiechnął się nagle.

Janna odwróciła twarz ku morzu. Zbliżała się kolejna linia szkwału.

- Jak długo będziemy czekać? - zapytała.

- Na zupę?

- Na szkwał.

background image

Kruk   spojrzał   na   morze.   Zmarszczył   czoło,   widząc   gęstą   czarną   ścianę   chmur, 

zbliżającą się ku nim na skrzydłach coraz silniejszego wiatru.

- Akurat tyle, żeby wrócić na łódź. O ile będziemy mieli szczęście. Niech to licho! O 

czym ja myślałem, do diabła? Powinienem wiedzieć, że nie należy odwracać się plecami do 

morza.

- Nie zdążymy już nazbierać ostryg? - spytała Janna, przypominając sobie niewielką 

ławicę, którą minęli po drodze do ujścia zatoki.

- Zajmę się tym. Ty wracaj na łódź, żebyś nie zmokła.

- A co z tobą?

- Jeśli przemoknę, będę w przyszłości obserwował niebo. - I nie zwracał uwagi na to, 

jak wdzięcznie poruszasz biodrami, kiedy schylasz się i grzebiesz w kałuży, dodał w myśli.

- Skończą ci się suche rzeczy.

- To włożę śpiwór.

-   Wykluczone   -   stwierdziła,   stanowczo   kręcąc   głową.   Światło   migotało   wśród   jej 

falujących, cynamonowych włosów. - Owinę się prześcieradłem i oddam ci ubranie.

Sama myśl  o Jannie nagiej pod granatowym  prześcieradłem wywołała uśmiech na 

twarzy Kruka. I na nic zdała się złożona samemu sobie obietnica, że będzie o niej myślał jak o 

siostrze.

. Janna nie widziała już tego uśmiechu. Odwróciła się i ruszyła wzdłuż brzegu do 

miejsca, gdzie była przycumowana „Czarna Gwiazda”. Kruk obserwował ją przez chwilę, 

podziwiając, że tak cudownie kołysze biodrami. Tłumiąc przekleństwo, musiał przyznać, że 

bardzo   pragnął   zbadać   dłońmi   wspaniałe   plecy   Janny,   wypukłości   bioder   i   krągłość 

pośladków. Była taka przyjemna, ciepła, jędrna i kobieca, pobudzająca zmysły. Czy jej by się 

to spodobało?

Takie rozmyślania utrudniały Krukowi marsz.

Przeklinając   w   duchu,   zastanawiał   się,   jak   zdoła   utrzymać   łapy   z   daleka   od   tej 

dziewczyny przez dwa deszczowe i wietrzne dni, które przewidywała prognoza pogody.

- Kruku? - zawołała Janna.

Uniósł głowę i zauważył, że stoi w miejscu i nad czymś się zastanawia. Zaklął pod 

nosem. Samokontrola nigdy dotąd nie sprawiała mu takich problemów.

- Coś się stało? - spytała.

- Nie - odparł niemal szorstkim tonem. - Zastanawiałem się tylko, jak długo jeszcze 

będziemy uwięzieni w tej cholernej zatoce.

- Aha.

background image

. Janna uśmiechnęła się beznamiętnie. Odwróciła się i odeszła jak najszybciej. Dzień 

stracił swój urok. Ona cieszyła się każdą chwilą spędzoną z Krukiem, a on odliczał minuty do 

chwili, gdy burza przycichnie i będą mogli odpłynąć. Lecz nie była tym zaskoczona. Jeśli 

kiedykolwiek   marzył   o   uwięzieniu   w   zatoce,   to   raczej   ze   słodką   Angel,   a   nie   z   obcą 

ciemnowłosą dziewczyną.

Kruk   był   mężczyzną,   o   jakim   Janna   śniła   od   dawna   zanim   jeszcze   wyłowił   ją   z 

zimnego morza. Jego inteligencja fascynowała ją równie mocno jak siła, a śmiech powodował 

wrażenie, że stanęła w powodzi słonecznego światła. Drżenie budziła sama myśl o tym, że 

taki mężczyzna mógłby jej pożądać.

Linia szkwału dotarła do brzegu w chwili, gdy Janna znalazła się w kabinie łodzi. 

Kruk przywiązał drugą belkę, dzięki czemu mogła łatwiej przejść po podskakującej kei. Ale i 

tak była wdzięczna losowi, że nie musi robić tego w deszczu.

Uśmiechnęła się smutno. To ładnie z jego strony, że przydźwigał jeden z tych starych 

pni i dołączył do pomostu, by przy każdym wejściu lub zejściu z łodzi nie ryzykowała kąpieli. 

Z fascynacją obserwowała, jak nagi do pasa manewrował belką w wodzie. Ogromna siła 

Kruka mogła budzić przerażenie.

A przecież Janna niczego nie pragnęła bardziej, niż gładzić dłońmi jego potężne ciało i 

rozkoszować się ciepłem smagłej skóry. Zastanawiała się, czy Kruk pachnie bardziej morzem, 

czy   może   cedrem.   A   może   jego   zapach   był   mieszaniną   soli,   cedru   i   wonią   mężczyzny, 

mieszaniną tak złożoną i pierwotną jak sam Kruk?

- Jego skóra może mieć smak kawioru lub wiśniowego placka - mruknęła do siebie. - 

Albo   deszczu,   albo   wina.   Och,   do   diabła.   Przestań   się   dręczyć   tym,   czego   i   tak   nie 

zdobędziesz. Lepiej napij się herbaty. Kruk zmoknie i przemarznie, zanim nazbiera pełen 

kubełek ostryg na kolację.

Nastawiła  wodę i przygotowała  dwa kubki.  Lubiła dość słabą herbatę  z  cukrem i 

cytryną. Kruk parzył tak mocną, że mogłaby wytrawić stal, a potem, brytyjskim zwyczajem, 

dodawał do niej mleko z puszki i cukier. Janna raz spróbowała tej cieczy i wciąż nie była 

pewna, jak smakowała. Wiedziała tylko jedno: na pewno nie miała smaku herbaty.

Gdy woda zawrzała, starannie napełniła kubki, zostawiając w jednym miejsce na sporą 

ilość mleka. Przekroczyła wąskie przejście i przysiadła przy specjalnie zrobionym stole, który 

zajmował sporą część kajuty. Jego blat był większy niż zwykle stoliki na łodzi, gdyż Kruk był 

potężniejszy niż przeciętny mężczyzna. Na noc stolik był opuszczany, chowany w zagłębieniu 

i przykrywany specjalnie zrobionym materacem. Normalnie Kruk po prostu opuszczał kajutę i 

jadł posiłki siedząc na jednym z wyściełanych stołków na rufie. Ale odkąd na łodzi znalazła 

background image

się Janna, uparł się, że będzie rozstawiał stolik co rano i składał po kolacji.

Janna spojrzała na niewielką trójkątną kajutę na dziobie, w której sypiała. Z obu stron 

były wąskie koje, a między nimi klinowate przejście. Od razu wiedziała, dlaczego Kruk tu nie 

sypia. Koje były tu dla niego zbyt wąskie i krótkie.

Z roztargnieniem obejrzała herbatę, badając kolor płynu. Idealny. Kuchennym nożem 

odkroiła kawałek cytryny. Nóż był bardzo ostry, jak wszystkie noże Kruka. Była mu za to 

wdzięczna. Tylko ostry nóż w doświadczonej dłoni mógł rozciąć twardy materiał ratunkowej 

kamizelki, która wiązała ją z tonącą łodzią.

Zadrżała   mimowolnie   i   dodała   do   herbaty   łyżeczkę   cukru.   Starannie   zapakowała 

resztkę   znalezionej   w   lodówce   cytryny.   I   tak   była   zadowolona.   Cytryny   na   Wyspach 

Królowej Charlotty to rzadko spotykany owoc.

Niespokojnie rozglądała się po łodzi. Zatrzymała wzrok na niewielkiej podkładce i 

ołówku, które Kruk wyszukał, by mogła szkicować. Wyciągnęła rękę, ale zrezygnowała z 

rysowania.

Wyszła   na   rufę   „Czarnej   Gwiazdy.   Zaciągnięty   brezent   osłaniał   pokład   przed 

deszczem   i   wiatrem,   a   rufa   łodzi   stała   się   jakby   dodatkową   kajutą.   Deszcz   szumiał 

nieustannie.   Zwykle   działało   to   na   nią   kojąco,   ale   teraz   pragnęła   usłyszeć   głos   Kruka. 

Pochyliła się, wyglądając przez przezroczyste plastykowe otwory w brezencie. Widziała tylko 

strugi deszczu. Padał tak, że z trudem sięgała spojrzeniem brzegu.

Łódź   kołysała   się   lekko;   odbijacze   chroniły   kadłub   przed   belkami   kei.   Janna 

przymknęła   oczy.   Przez   dłuższy   czas   słuchała   wiatru,   deszczu   i   niespokojnego   morza. 

Przyzwyczaiła się do tego, że jest sama, ale nie do tego, że jest samotna. A tak właśnie czuła 

się w tej chwili. Samotnie.

- Hej tam na „Czarnej Gwieździe”! Ostrygi wchodzą na pokład.

Janna poczuła, że ogarniają fala ciepła. Natychmiast pobiegła, by rozsunąć zamek. W 

otworze pojawiło się wiadro, a tuż za mm Kruk. Ściągnął brezent i spojrzał na Jannę. Mimo 

wodoszczelnej kurtki był mokry jak foka. Zrzucił kurtkę, strząsnął z niej wodę i zawiesił na 

kołku, a potem wciągnął nosem powietrze.

- Ach - zahuczał - moja ulubiona kolacja. Tenisówki z rożna i pieczone dżinsy.

Janna wybuchnęła śmiechem. Wyciągnęła rękę po wiadro i zauważyła, że prócz ostryg 

leży tam butelka wina.

-  Widzę, że  na  tych  wyspach   są,  hm,  dość  niezwykłe   ławice  ostryg  - zauważyła, 

wyjmując wino:

- Stary sekret Haida - Kruk odpowiedział z uśmiechem.

background image

- Ktoś musiał dopuścić do tego sekretu Francuzów - odparła, patrząc na etykietę. - 

Skąd wiedziałeś, że uwielbiam chardonnay?

- Już mówiłem - rzekł stłumionym głosem. Pochylił się, by zdjąć przemoczone buty. - 

Wyglądasz na kobietę, która potrafi cieszyć się życiem.

- A co się stało z twoją ręką? - spytała nagle, odstawiając butelkę.

Spojrzał na grzbiet dłoni. Było tam kilka cienkich, nabrzmiałych linii.

- Skorupiaki - odparł, wzruszając ramionami. Nie dodał, że zamiast myśleć o tym, co 

robi, myślał o Jannie. - To nic poważnego - dodał. Szybko oblizał skórę i zbadał płytkie 

nacięcia.

- Może stać się czymś  poważnym,  jeśli  się tym  nie zajmiesz  - odparła  surowo. - 

Zadrapania skorupiaków często prowadzą do zakażenia.

Weszła do kajuty i po chwili wróciła z gorącą wodą i maścią z antybiotykiem. Zanim 

Kruk zdążył zaprotestować, chwyciła jego dłoń i obmyła starannie, po czym przysunęła do 

światła. Zadrapania były płytkie i czyste, więc powinny szybko się zagoić. Naprawdę nie było 

powodu   do   niepokoju.   Powinna   puścić   jego   rękę   i   wrócić   do   kajuty,   ale   tego   jakoś   nie 

potrafiła zrobić.

Pragnienie, by mocną dłoń Kruka unieść do ust i całować drobne ranki, było niemal 

nie do opanowania. Powstrzymała  ją tylko świadomość, że taki pocałunek byłby bardziej 

zmysłowy   niż   kojący.   Wymyślając   sobie   od   idiotek,   przedłużyła   kontakt,   ponownie 

przemywając dłoń mężczyzny, dotykając go w jedyny sposób, na jaki mogła sobie pozwolić.

Kruk siedział nieruchomo i rozkoszował się delikatnym ciepłem rąk Janny. Włosy 

wysunęły się spod klamry, którą spinała je na karku. Ciemno - cynamonowe kosmyki zwijały 

się przy jej policzkach niczym migotliwe płomienie. Zastanowił się, co by odczuwał, gdyby te 

jedwabiste włosy opadły swobodnie  na jego nagie ramiona i pierś. A  potem zdziwił  się, 

dlaczego właściwie dręczy sam siebie z powodu kobiety, której 'nie powinien nawet dotykać.

Janna   wytarła   dłoń   tak   samo   starannie,   jak   ją   przemywała.   Bez   pośpiechu 

posmarowała ranki maścią, a potem zrobiła to raz jeszcze. Kiedy nie miała już,; pretekstu, by 

dotykać Kruka, niechętnie wypuściła z dłoni jego rękę.

-   Gotowe.   Ranki   szybko   się   zagoją   -   usłyszała   własny   głos   i   stwierdziła,   że   był 

chrapliwy.

- Dzięki.

Wyprostował   palce,   by   powstrzymać   je   przed   sięgnięciem   po   cudowne   włosy 

dziewczyny. Chciał powiedzieć, że jest mu miło, iż Janna troszczy się o jego rany, nawet tak 

drobne   jak   te   zadrapania.   Na   ogół   nie   lubił,   gdy   kobiety   przejmowały   się   każdym 

background image

skaleczeniem. Lecz Janna zachowywała się tak spokojnie i działała sprawnie, że czuł się 

raczej dopieszczony niż przytłoczony.

- Powinnaś mieć dzieci. Byłabyś wspaniałą matką· Masz delikatne dłonie i... - Ucichł 

nagle, gdy dostrzegł, że Janna zamarła w bezruchu. Wyprostowała się i odwróciła tak szybko, 

że niemal się potknęła.

- Janno?

- Zapomniałam o twojej herbacie - odezwała się ostrym  tonem. Teraz jest już tak 

mocna, że mogłaby rozpuścić żelazo.

- Uwielbiam takie napoje. - Uśmiechnął się.

Nie odpowiedziała. Kruk zmarszczył brwi. Nie wiedział, co takiego się stało. Zwykle 

lubiła przekomarzać się z nim na temat herbaty, tak jak on lubił żartować z tej gorącej wody z 

cukrem, którą sama piła.

Wstał, by pójść za nią i spytać, o co chodzi. Po trzech krokach był w kajucie.

- Janno, co...

- Jako twoja zastępcza matka - przerwała szorstko - powinnam chyba zauważyć, że 

woda kapie z ciebie na podłogę.

- Na pokład - poprawił ją odruchowo, marszcząc brwi.

- Na pokład.

Kruk zmrużył oczy, dostrzegając z trudem hamowany gniew Janny. Obserwował, jak 

sięga na ślepo do szuflady i wyciąga szpikulec do puszek. Otworzyła mleko jednym silnym 

uderzeniem, rozlewając przy okazji trochę gęstego białego płynu. Ostrożnie wyciągnął rękę, 

odebrał puszkę i narzędzie, i położył poza zasięgiem jej rąk.

- Co się stało? - zapytał.

- Nic. - Janna słyszała, jak to lodowate słowo odbija się echem pośród ciszy. Patrzyła, 

jak strużka mleka płynie po blacie, i resztkami woli usiłowała zachować samokontrolę. - 

Przepraszam - wykrztusiła w końcu. - Sądzę, że jestem podobna do ciebie.

- W czym?

- Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będziemy tkwić w tej cholernej zatoce.

Kruk drgnął, słysząc powtórzone w taki sposób własne słowa.

- Nie to chciałem powiedzieć. Jest mi z tobą bardzo dobrze. Nie pamiętam, bym się 

kiedyś tak często śmiał.

- Tak. Spełniły się twoje marzenia - powiedziała Janna z dziwnym uśmiechem. - Jesteś 

sierotą,   a   ja   świetnym   materiałem   na   matkę.   Szkoda   że   jesteś   już   za   stary,   żeby   cię 

adoptować. Moglibyśmy śmiać się przez całe życie.

background image

- Janno…

- Proszę - przerwała, stawiając przed nim kubek z herbatą. - Pij, zanim ta ciecz przeżre 

się przez naczynie. Otworzę ostrygi. I przebierz się, nim zmarzniesz.

- Tak, mamo - odpowiedział sucho Kruk, sięgając do guzika koszuli.

Janna drgnęła, jakby ją uderzył. Kruk zmrużył oczy na widok tej reakcji.

- Nie miałem zamiaru cię obrazić - powiedział spokojnie.

- Która kobieta obrazi się, słysząc, że jest świetnym materiałem na matkę? - spytała 

chłodnym tonem.

Kruk chciał coś powiedzieć, zawahał się i rozpiął koszulę. Wciągnął suche rzeczy, 

mokre rozwiesił dookoła i wyszedł na rufę. Brezent chronił przed wiatrem i deszczem, ale nie 

przed zimnem. Kajuta była o wiele przytulniejsza.

- Nie jest ci zimno? - zapytał.

Wzruszyła ramionami i nadal walczyła z ostrygami. Nóż, którego używała, był krótki i 

ostry. Miał zbyt krótki trzonek. Janna miała ogromne trudności w posługiwaniu się nim.

Ja to zrobię - zaproponował. - Wracaj do kabiny, tam jest ciepło.

Tak, tatku - mruknęła, ale nie oddała mu noża. Sam pomysł, że mógłby wobec Janny 

żywić ojcowskie uczucia, był tak niedorzeczny, że Kruk musiał się roześmiać.

Po   chwili   Janna   uniosła   głowę   i   także   się   uśmiechnęła.   Nie   był   to   najweselszy 

uśmiech, ale na więcej w tej chwili nie było jej stać. Wciąż czuła urazę, że Kruk wychwalał 

jej macierzyńskie cechy, kiedy ona drżała jeszcze od samego dotknięcia jego dłoni. Różnica 

między ich reakcjami na siebie nie mogła być bardziej zniechęcająca.

- Przepraszam - powiedziała. - To chyba przez to ciepło w kajucie.

- Albo głód  - odparł, muskając  palcami  jej  wargi. Oczy Janny rozszerzyły  się  ze 

zdumienia. Miała wrażenie że Kruk czyta w jej myślach.

- Skąd wiedziałeś? - szepnęła.

- To żadna sztuka - odparł z uśmiechem. - Minęło już pięć godzin od obiadu.

- Od obiadu?

- Tak. Pamiętasz, to ten posiłek, który się je po śniadaniu, a przed kolacją.

- Ach, ten obiad.

- A są jeszcze inne? - spytał niewinnym tonem.

- Oczywiście - odparła drwiąco. - Można jeść obiad lub być na obiedzie. Ostatnio 

bywałam na obiedzie częściej, niż jadłam.

Kruk otworzył usta, zamknął je z powrotem i wybuchnął śmiechem.

- Czy ktoś ci mówił, że masz...

background image

-   Wspaniałe   poczucie   humoru?   -   przerwała,   gwałtownym   ciosem   noża   otwierając 

ostrygę.   -   Tak.   To   jena   z   tych   nudnych   cnót,   którą   zwykle   kwalifikuje   się   na   równi   z 

macierzyństwem.

- Nie dla kogoś, kto nigdy nie miał matki i kto lubi się śmiać. To są wspaniałe zalety, 

Janno - stwierdził cicho.

- Doprawdy? - spytała, otwierając kolejną ostrygę.

Unikała Jego wzroku.

- Szkoda, że jesteśmy tak daleko od biura reklamacji. Wymieniłabym je na seksapil.

Kruk przez chwilę patrzył na nią, zdumiony, ale zaraz wytłumaczył sobie, że Janna 

żartuje. Roześmiał się, potrząsając głową i żałując, że sztorm nie sprowadził Janny do zatoki 

wiele lat temu.

Nie   była   uwodzicielką,   nie   potrafiła   nawet   rozmawiać   na   temat   seksu   bez 

zażenowania, choć usiłowała to ukryć.

- Trzymaj - powiedziała, wciskając rękojeść noża w szeroką dłoń Kruka. - Zrobię sos. 

Tu jest dla mnie za zimno.

Drzwi zatrzasnęły się. Kruk spojrzał na nóż i nie wiedział, skąd wzięło się wrażenie, 

że Janna wolałaby wbić ostrze raczej w niego, niż w ostrygę.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Zanim Janna skończyła przeglądać kajutę w poszukiwaniu keczupu i chrzanu, zdążyła 

przynajmniej częściowo odzyskać zwykłą swobodę i zdrowy rozsądek. Powiedziała sobie, że 

przecież nie jest winą Kruka, iż pociągają go jasnowłose anielice. T o nie jego kłopot, że 

coraz trudniej jej przebywać przy nim i nie dotykać go w sposób zdecydowanie mało anielski.

A sztorm szalał ponad morzem i lądem.

W przerwach między wybuchami trzasków, które następowały, gdy Kruk usiłował 

złapać w radiu jakąś stację, Janna zrozumiała, że muszą zostać w Zatoce Totemu jeszcze dwa 

dni, nim wiatr przycichnie i umożliwi rejs małym łodziom.

Tylko dwa dni. Z pewnością potrafi powstrzymać się od okazywania Krukowi swoich 

uczuć i zachować poczucie humoru.

Janna   ponuro   odłożyła   pudełko   znalezionych   w   szafce   krakersów.   Przez   chwilę 

przyglądała się im, marszcząc czoło. Wreszcie postanowiła zbadać rezerwową chłodziarkę 

„Czarnej Gwiazdy”. Wiedziała, że w małej lodówce w kajucie nie było cytryn, ale żywiła 

pewne nadzieje co do magazynku żywności. Nie znalazła tam wprawdzie żadnej cytryny, ale 

też nie szukała dokładnie.

Magazynek   był   czymś   w   rodzaju   długiego,   głębokiego,   plastykowego   pojemnika 

umieszczonego   poniżej   linii   wody   i   dopasowanego   do   krzywizny   kadłuba.   Unoszona   na 

zawiasach   pokrywa   umożliwiała   dostęp·   Janna   podniosła   klapę   i   zajrzała   do   środka.   Nie 

zauważyła   tam   żadnych   cytryn,   ale   mogła   przysiąc,   że   wyczuwała   ich   aromat   wraz   z 

intensywnym zapachem cebuli i pomarańczy. Spoglądała w ciemność na małe, ustawione tuż 

obok siebie torby. Zbadanie ich zawartości będzie wymagało latarki i umiejętności zwisania 

głową w dół, przy jednoczesnym utrzymywaniu równowagi na krawędzi obudowy.

To właśnie robiła Janna, kiedy wszedł Kruk. Na widok jej długich nagich nóg stanął 

jak skamieniały.

Z magazynku żywności dochodziły przytłumione szelesty, gdy Janna w poszukiwaniu 

cytryn przesuwała z jednego końca pojemnika na drugi ziemniaki, cebulę, marchewki i inne 

przechowywane tam warzywa.

Do Kruka te dźwięki prawie nie docierały. Ze wszystkich sił starał się powstrzymać, 

by nie przesunąć dłonią od kostek Janny do gładkiej wypukłości bioder.

Byłoby   to   łatwe.   Trwałoby  kilka   sekund,  nie   dłużej.,   Mógłby  odsunąć   te   cienkie, 

koronkowe majteczki, które teraz wystawały spod zbyt długiej koszuli. Językiem i zębami 

mógłby poznać każdy centymetr jej skóry i powoli zsuwać skrawek bielizny wzdłuż tych 

background image

pięknych nóg…

Zanim to sobie uświadomił, już wyciągał do niej ręce.

Co ty wyczyniasz, do diabła? - mruknął do Siebie szorstko.

Spod blatu usłyszał odpowiedź.

- Szukam cytryn.

- Cytryn - powtórzył chrapliwie, obserwując, jak jego własna koszula zsuwa się Jannie 

coraz wyżej,  gdy dziewczyna  wynurza  się z czeluści magazynku.  Dostrzegł podniecające 

wgłębienie i ruch bioder pod niebieską koronką, i cały zesztywniał.

- O Boże - zgrzytnął zębami.

Na kilka sekund zamknął oczy i próbował zapanować nad pożądaniem. Bez skutku. 

Rozlewało się gorącym strumieniem po żyłach.

- Cytryn - powtórzyła Janna, wynurzając się z magazynku. - Wiesz, żeby osłodzić 

sobie życie.

Kruk roześmiał się niemal bezgłośnie, a potem w ten sam sposób zaklął. Spodziewał 

się raczej ponurej kolacji z rozgniewaną kobietą, a wszedł do kajuty i zobaczył zgrabną pupę 

Janny, która nie traciła poczucia humoru. Teraz, jeśli tylko poradzi sobie z tą dziką żądzą, 

która go opanowała, zdołają może wydostać się z zatoki, zanim wciągnie ją na koję i pozna 

każdy skrawek jej ciała.

A to może się nie udać, jeśli nie przestanie obserwować ruchów jej bioder. Teraz. 

Natychmiast.

Z jękiem zmusił się, by odwrócić wzrok od zachęcających  wypukłości pośladków 

Janny. Na ślepo odnalazł półmisek na ostrygi i wycofał się na rufę, zamykając za sobą drzwi. 

Bardzo starannie ułożył muszle. Kiedy spojrzał przez ramię w okno kajuty, ujrzał, że Janna 

znów wsunęła się do magazynku. Posępnie ułożył stos ostryg od nowa. Trzykrotnie.

- Znalazłam!

- Dzięki Bogu - wymruczał szczerze Kruk i ruszył do kajuty.

Otworzył drzwi i zamknął je za sobą, przytrzymując w jednej ręce ciężki półmisek. 

Jeden rzut oka powiedział mu, że wrócił o kilka sekund za wcześnie - Janna właśnie się 

wynurzała. Twarz miała zarumienioną, a włosy w całkowitym nieładzie.

I koszulę podwiniętą aż do pasa.

Janna też to zauważyła. W obu rękach trzymała cytryny, więc szybkim ruchem bioder 

usiłowała opuścić koszulę. Widząc to, mężczyzna cicho jęknął.

- Kruku? - zwróciła się do niego. - Co się stało? Skaleczyłeś się nożem?

Nie, ale tylko dlatego, że nie miałem go ręku.

background image

Dobry Boże, kobieto, prawo powinno zakazywać takich gestów.

Zachował na tyle  rozsądku, by zatrzymać  tę myśl  dla siebie. Odetchnął głęboko i 

poczuł dziwny zapach.

Janna wyczuła go w tej samej chwili. Wrzuciła cytryny do zlewu, otworzyła piekarnik 

i wyciągnęła z niego zapomniane dżinsy i tenisówki. Kruk postawił ostrygi w samą porę, by 

chwycić spodnie, nim owinęły mu się wokół głowy. Janna, mrucząc cos do siebie, przerzucała 

buty z ręki do ręki..

- Gdybym  wiedział,  że jesteś  taka  głodna, upiekłbym  raczej dorsza  - stwierdził  z 

niesmakiem, oglądając dżinsy.

- A kto ostatnio wychwalał zalety pieczonych dżinsów? - odgryzła się, rzucając na 

podłogę gorące, ale poza tym całe tenisówki.

Kruk   parsknął   śmiechem   i   złożył.   stygnące   szybko   spodnie.   Janna   zadrżała, 

obserwując Jego wielkie dłonie niemal pieszczotliwie gładzące nogawki. Żałowała, że nie ma 

tych dżinsów w tej chwili na sobie.

- Po co myśleć o pieczonych nóżkach? - mruknęła.

- Słucham?

- Eee... czy spodnie już wystygły na tyle, żeby je włożyć? - spytała szybko.

- A zimno ci?

Janna otworzyła usta, zastanowiła się i powiedziała:

- Nic z tego.

Kruk spojrzał na nią z ukosa.

- Nic z czego?

- Nie wciągniesz mnie w kolejną tego typu dyskusję.

Kruk przykucnął z uśmiechem i ostrożnie dotknął palcem tenisówek. Uniósł głowę i 

oświadczył z powagą:

- Trzeba dać im jeszcze dziesięć minut. Zjedzmy ostrygi. Podeszwy powinny do tego 

czasu zmięknąć. - Świetny pomysł.

Nie zwracając uwagi na jego zdumione spojrzenie, podniosła buty i wrzuciła je do 

piekarnika, włączyła palnik na pełną moc i zatrzasnęła drzwiczki. Odwróciła się jak gdyby 

nigdy nic i zaczęła mieszać sos do ostryg. Kruk czekał.

Nagle   jego   głęboki,   ciepły   śmiech   wypełnił   kajutę.   Pochylił   się,   zgasił   palnik   i 

wyciągnął buty.

- Zrobiłabyś to, prawda? - zapytał, wciąż roześmiany.

- Jasne - zapewniła go, walcząc z uśmiechem, który mimowolnie pojawił się na jej 

background image

wargach.   -   Pierwszą   rzeczą,   jakiej   bardzo   szybko   uczy   się   młodsza   siostra,   jest   to,   jak 

przewyższać uporem braci, którzy są więksi, silniejsi i twardsi niż ona.

- Mały wojownik - mruknął. Dotknął jedwabistego pasma jej włosów tak delikatnie, że 

nawet tego nie poczuła. - Dręczyli cię?

Janna już miała przytaknąć, ale uświadomiła sobie, że nie zawsze tak było.

- Czasami, ale kochali mnie na swój sposób. A ja zachowywałam się jak wiedźma. 

Czasami.

- Ale i tak ich kochałaś - dokończył  Kruk, obserwując delikatny uśmiech, jaki na 

twarzy Janny wywołały wspomnienia.

- Tak - szepnęła. - zawsze byli gotowi mnie bronić. Doprowadzali mnie do szału, 

kontrolując   moje   randki.   Niektórych   chłopców   tak   postraszyli,   że   ci   biedacy   ostrzegali 

innych, a tamci po takich przestrogach bali się nawet wziąć mnie za rękę. Jedynym, którego 

tolerowali, był chłopak z sąsiedztwa. Lubili Marka. Nigdy się nie narzucał.

Uśmiech   Janny   znikł.   Gdyby   tylko   wiedzieli,   dlaczego   Mark   nie   podrywał   ich 

dorastającej młodszej siostry. Ale nie mogła mieć do nich pretensji. Mark też właściwie nie 

wiedział. Nie całkiem.

- Mark? Twój mąż?

- Mój były mąż.

- Dlaczego się rozstaliście?

Dłonie   Janny   znieruchomiały.   Po   chwili   zdecydowanymi   ruchami   przelała   sos   do 

niewielkiej miseczki.

- Nie pasowaliśmy do siebie.

- Co to znaczy? - spytał Kruk, wyczuwając coś innego niż typowe przyczyny rozpadu 

małżeństwa.

Zawahała się i wreszcie wzruszyła ramionami.

- Mark widział we mnie przyjaciółkę, towarzyszkę, siostrę, czasem nawet matkę. Ale 

nie kochankę - mówiła spokojnie. - Wycisnąć cytrynę do sosu czy wolisz zjeść ją osobno?

Kruk   przyglądał   się   jej   przez   dłuższą   chwilę.   Chciał   wiedzieć   więcej   o   niej   i 

mężczyźnie,   którego   kiedyś   kochała   i   poślubiła.   Mężczyźnie,   który   najwyraźniej   jej   nie 

kochał.

- Osobno - odparł w końcu.

Nie zadał tych pytań, ponieważ oczy Janny były teraz jasnozielone i puste. Nie można 

z nich było niczego wyczytać. Nie mówiły, czy była smutna, szczęśliwa czy obojętna, gdy 

nastąpił koniec ich małżeństwa.

background image

Towarzyszkę, siostrę, matkę, ale nie kochankę.

Kruk skrzywił się. Nic dziwnego, że tak zareagowała, gdy wychwalał jej delikatne 

ręce i uśmiech. Ciekawe, czy pragnęła widzieć w swym mężu raczej kochanka, czy dziecko.. 

Gdy tylko o tym pomyślał, znalazł odpowiedz. Chciała kochanka, a dostała dziecko.

- Twój mąż musiał być chyba ślepy - stwierdził rzeczowo.

- .Cieszę się, że tak sądzisz - odparła. Jej pełne wargi ułożyły się w uśmiech równie 

pozbawiony emocji jak oczy. - Ale, niestety, to nieprawda. Mark jest pilotem. Ma doskonały 

wzrok. Podaj mi korkociąg.

- Kochałaś go?

- Oczywiście, że nie, - odparła. - Wychodzę za każdego mężczyznę, który zaprosił 

mnie na randkę więcej niż dwa razy.

- Janno... - zaczął Kruk.

- Korkociąg - przypomniała i poczęstowała go uśmiechem równie chłodnym jak głos. 

- Bracia pokazali mi kiedyś jak usunąć korek, uderzając ręką o dno butelki, ale nie jestem tak 

silna jak oni. Za każdym razem nabijałam sobie siniaka. Ty byłbyś w tym dobry. Silny i 

zawzięty. Jak oni.

- Czy wciąż go kochasz?

- Czy ktoś ci kiedyś powiedział, żebyś pilnował własnych spraw?

- Tak. Czy wciąż go kochasz?

- A dlaczego to cię interesuje? - zapytała przez zaciśnięte zęby, czując, jak rozpada się 

z trudem wzniesiona bariera obojętności.

- Nie mogę pozwolić, żebyś marnowała życie oglądając się za siebie - wyjaśnił cicho.

- Ty mi nie pozwolisz... - Janna pokręciła głową i spojrzała na stojącego przed nią 

potężnego, nieruchomego mężczyznę. - Nie ty odpowiadasz za moje życie.

Mam już ojca i trzech starszych braci, którzy są prawie tak samo wielcy i tak samo 

aroganccy jak ty.

- Czy wciąż kochasz Marka? - nie ustępował Kruk.

- Nie!  Nie kocham  go, odkąd zasnął  spłakany w  moich  ramionach,  ponieważ  nie 

potrafił się zmusić, by się ze mną kochać !

- Co? - zawołał z niedowierzaniem Kruk.

- Ożenił się ze mną, ponieważ zawsze mnie lubił, chciał mieć dzieci i myślał, że będę 

wspaniałą matką. Sądził, że jeśli jakakolwiek kobieta zdoła go pobudzić, to będę nią ja. Nie 

miał racji. Nawet palnikiem nie mogłabym go rozgrzać! Był homoseksualistą i nie potrafił się 

do tego przyznać!

background image

Janna słyszała w kajucie echo własnych słów i była przerażona. Nigdy nikomu nie 

powiedziała o tej strasznej nocy, gdy ona i jej mąż uświadomili sobie, dlaczego nie mogą żyć 

ze sobą. Teraz też by o tym nie mówiła, gdyby Kruk tak nie nalegał. Odetchnęła głębiej i 

miała ochotę wcisnąć się pod blat, by uniknąć spojrzenia ciemnych, pełnych współczucia 

oczu Kruka.

- I co? Ulżyło ci? - spytała drżącym głosem?

- Miałem zamiar zapytać ciebie o to samo.

- W życiu nie czułam się gorzej. Następnym razem zostaw mnie na dnie zatoki. Zbyt 

wysoką cenę płacę za ratunek.

Kruk wydał niski dźwięk, jakby mimowolne stęknięcie po uderzeniu.

- To zabawne - odparł w końcu. - To samo powiedziała mi Angel.

Wykrzywił wargi w smutnym uśmiechu, który rozdzierał Jannie serce i świadczył, że 

w jakiś sposób zraniła go głębiej, niż wydawało jej się to możliwe. O wiele bardziej niż on ją 

zranił swymi pytaniami. I nagle poczuła, że jej gniew mija.

- Przepraszam - szepnęła. - Nie chciałam…

- W porządku - przerwał i odwrócił się. - Nie wiedziałaś. A nawet gdyby... sam się o 

to prosiłem.

- Gdybym wiedziała, nie mówiłabym tego. Nie jestem aż tak okrutna.

- Mały wojownik - powiedział, odwracając się znowu do niej. Lekko uśmiechnięty, 

pogładził twardą dłonią jej policzek. - Niczego się nie nauczyłaś? Czasem delikatność nie 

pomaga. - Otworzył szufladę i wyjął korkociąg. Kilkoma ruchami wyciągnął korek z butelki 

wina. - Kieliszki są w szafce po lewej stronie.

Janna   niezgrabnie   sięgnęła   do   drzwiczek.   Wyjęła   z   uchwytów   i   postawiła   przed 

Krukiem dwa kieliszki. Gdy je napełniał, dostrzegła, jak rozszerzają mu się nozdrza, gdy 

rozkoszował się aromatem wina. Nalał bladozłotego płynu, obrócił kieliszek zgrabnym ru-

chem dłoni i pochylając głowę, począł badać bukiet. Ten gest świadczył o wyrafinowaniu, tak 

kontrastującym z jego flanelową koszulą i dżinsami.

- A na co oglądała się Angel? - zapytała Janna, zaskakując samą siebie.

- Na zmarłego mężczyznę.

Janna znieruchomiała z miseczką sosu w dłoni.

- Kochała go?

-   Zginął   w   noc   poprzedzającą   ich   ślub.   Jej   rodzice   także   zginęli   w   tym   samym 

wypadku samochodowym. Ona przeżyła. Była ciężko ranna i nie mogła się ruszyć. Mogła 

tylko leżeć i słuchać jęków Granta. Aż umarł.

background image

Głos   Kruka   był   rzeczowy,   co   sprawiło,   że   słowa   brzmiały   jeszcze   bardziej 

przerażająco.

Janna przymknęła oczy.  Nie mogła powstrzymać  drżenia na samą myśl  o tym,  co 

przeżyła Angel. Wstydziła się swej napaści na Kruka. Koniec jej małżeństwa był smutny i 

bolesny, ale nie musiała patrzeć, jak ukochany umiera, i nie móc nawet dotknąć jego ręki.

-   Angel   w   końcu   pogodziła   się   z   losem   -   mówił   dalej   Kruk,   stawiając   na   stole 

półmisek ostryg.

- A ty ją pocieszałeś - pomyślała głośno Janna, wyobrażając sobie szczupłą blondynkę, 

uciekającą przed bólem i rozpaczą w silne ramiona Kruka.

Spojrzał z ukosa na bladą twarz Janny. Nie rozumiał przyczyny smutku, jaki na niej 

dostrzegał.

- Angel miała Derry'ego, brata Granta, który ją pocieszał. Potrzebowała człowieka tak 

twardego jak ja, na którego mogłaby wylać całą wściekłość i pretensje do losu za to, że zabrał 

jej ukochanego. Ta  wściekłość ją  niszczyła.  Musiała się jej  pozbyć,  nim poradzi sobie z 

rozpaczą, która ją doprowadzała do obłędu.

Janna szeroko otworzyła oczy. Zrozumiała. Patrząc na Kruka, dostrzegła ślad bólu w 

napiętych liniach wokół ust. Pamiętała, co powiedział: „Czasami delikatność nie pomaga”. 

Teraz rozumiała, o co mu chodziło.

- Świadomie uczyniłeś z siebie cel, prawda? Milczał przez chwilę, nim odpowiedział 

głębokim głosem:

- Tak.

- I znienawidziła cię za to.

Kiwnął głową.

- Czy zrozumiała, dlaczego to zrobiłeś?

- Zrozumiała od razu - odparł, ustawiając talerze, kładąc widelce i wyjmując z paczki 

krakersy. - Wybaczenie trwało dłużej. Całe lata.

- Kochałeś ją - stwierdziła Janna. Stała nieruchomo, bacznie obserwując Kruka.

- Tak.

- I nadal ją kochasz.

Uśmiechnął się lekko, napełniając ostrygami talerz Janny.

-   Oczywiście.   Angel   też   mnie   kocha.   Polubiłabyś   ją   -   dodał,   unosząc   głowę.   - 

Podobnie jak ty, jest w głębi duszy wojownikiem. Walczyła w najgorszych okolicznościach i 

wygrała życie i miłość. Cudowna kobieta w każdym sensie tego słowa.

Janna spojrzała na zawartość kieliszka, żałując, że nie jest to morze tak głębokie, by 

background image

mogła w nim utonąć. Czuła lęk i rozpacz gorszą niż wtedy, gdy znalazła się pod tonącą 

łodzią. Wtedy zamarzało jej ciało. Teraz chłód przenikał duszę.

Lęk. Bardzo się bała, że pokochała Kruka, mężczyznę, którego serce należało do innej 

kobiety. Lęku nie zmniejszał fakt, że znała jego źródło. Utraciła coś zanim miała szansę to 

zdobyć.

- Dlaczego nie ożeniłeś się z Angel? - zapytała spokojnie.

. Kruk obrzucił ją uważnym spojrzeniem, a potem się uśmiechnął.

- Kanadyjskie prawo nie pochwala bigamii.

- Jesteś żonaty z kimś innym? - spytała ze zdumieniem, gwałtownie unosząc głowę.

Roześmiał się i pokręcił głową.

- Nie. Ale Angel jest mężatką, bardzo szczęśliwą.

- Wypił łyk wina i dodał: - Derry i ja pomogliśmy Angel przetrwać, ale to Miles 

Hawkins   naprawdę   ją   uleczył.   A   ona   jego.   Znaleźli   w   sobie   to,   co   najlepsze.   I   wciąż 

odnajdują.

Jannę zdumiała głębia uczucia i podziwu w głosie Kruka, gdy mówił o mężczyźnie, 

którego kochała Angel. - Na twoim miejscu większość mężczyzn znienawidziłaby jej męża.

Wzruszył potężnymi ramionami.

- Sokół dał Angel coś, czego nie mógł jej dać żaden inny mężczyzna. Ona zaś dała mu 

to, czego nie mogła dać nikomu innemu. Są ze sobą związani tak mocno jak morze i brzeg. 

Nienawidzić tego człowieka znaczyłoby odczuwać nienawiść do jego żony.

Janna w głębi duszy zastanawiała się, czy potrafiła by tak wielkodusznie przyjąć utratę 

swojej miłości.

- Jesteś niezwykłym mężczyzną, Carlsonie Kruku - powiedziała drżącym głosem. - 

Angel musiała być ślepa, by wybrać kogoś innego.

Kruk błysnął zębami w uśmiechu.

- Nie znasz Sokoła. Jest wysoki, smagły, przystojny, elegancki. Gdziekolwiek pójdzie, 

wszyscy się za nim oglądają. To znaczy kobiety. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.

- Nie bujaj - odparła kpiąco. - Przecież jesteśmy na morzu.

- Uwierz mi, Sokół jest naj...

- Nie może się z tobą równać - przerwała. Napiła się wina, potem smętnie zajrzała do 

kieliszka. - Mój Boże, założę się, że kiedy idziesz ulicą, mdleją wszystkie kobiety, które 

mijasz.

Kruk usiadł przy stole i ze zdziwieniem uniósł brwi. - Czy jesteś jedną z tych kobiet, 

które nie mogą wypić odrobiny alkoholu, żeby się nie upić?

background image

Z   niecierpliwym   wzruszeniem   ramion   Janna   odstawiła   kieliszek   na   stół   i   wyjęła 

cytrynę ze zlewu.

- Nie bądź taki skromny - oświadczyła i gwałtownymi cięciami noża podzieliła owoc 

na ćwiartki. - Na pewno zauważyłeś kobiety, które ścielą się u twych stóp jak jesienne liście.

Kruk wyciągnął swoje długie nogi i przyjrzał się im uważnie.

- Nie. Nie widziałem żadnej leżącej damy.

Janna pokręciła głową i dała za wygraną. Gniew gdzieś się ulotnił na widok ożywionej 

śmiechem   twarzy   Kruka.   Przez   jedną   chwilę   zastanawiała   się,   dlaczego   życie   jest   takie 

niesprawiedliwe. Dało Krukowi wszystko, co podziwiała u mężczyzny, a potem umieściło go 

poza jej zasięgiem. Niespodziewane łzy napłynęły jej do oczu. Próbowała coś powiedzieć, ale 

zdołała wykrztusić tylko imię Kruka.

- Daj spokój, to nie był taki zły żart - szepnął łagodnie, stanął przy Jannie i otarł jej łzy 

serwetką.

Spuściwszy głowę, próbowała powstrzymać płacz. - Przepraszam - odezwała się po 

chwili. - Nigdy nie płaczę. Nie wiem, co mi się stało.

Westchnęła i niechętnie odsunęła się od Kruka.

- Omal nie zginęłaś parę dni temu - wyjaśnił spokojnie. Wahał się przez moment, nim 

pozwolił sobie na luksus pogłaskania jej lśniących włosów. - Nic dziwnego, że wciąż jesteś 

trochę zdenerwowana.

Janna zadrżała, czując dotknięcie Kruka. Chciała odwrócić głowę i ucałować jego 

silną dłoń. Poddała się temu impulsowi. Musnęła wargami gorące palce mężczyzny.

- Jesteś bardzo dobry - powiedziała ochrypłym głosem. - Kimkolwiek jest ten Sokół, 

jakikolwiek jest, Angel zrezygnowała z tego, co najlepsze.

Kruk   przyglądał   się,   jak   Janna   odwraca   się   i   opada   na   krzesło.   Ta   szczerość   i 

wrażliwość budziła niemal bolesne wzruszenie. Wiedział, że go pożąda. On także jej pragnął. 

W milczeniu przeklinał okoliczności, które pozwoliły im się spotkać ze sobą, a jednocześnie 

uniemożliwiały   przyjęcie   tego,   co   ta   dziewczyna   chciała   mu   ofiarować.   Nie   mógł 

wykorzystać   kobiety,   która   pragnęła   mu   się   oddać,   ponieważ   była   wdzięczna   za   to,   że 

uratował jej życie.

A to właśnie odczuwała teraz Janna - wdzięczność i skutki doznanego podczas walki z 

żywiołem szoku. Tak samo pociągałby ją każdy mężczyzna, który uratowałby jej życie, a 

potem się nią zaopiekował.

Szkoda, że jego nie pociągała równie mocno każda kobieta, którą wyłowił z morza.

Z posępną miną zacisnął dłoń na kieliszku. Wypił łyk, potem drugi, jakby wino było 

background image

lekarstwem. I w pewien sposób nim było. Jeśli wypije dość dużo, może dziś zaśnie, zamiast 

leżeć bezsennie, zawiedziony i podniecony.

Usiadł szybko, skrywając podniecenie za osłoną blatu. Niechętny uśmiech wykrzywił 

mu   usta,·   gdy   jego   wzrok   padł   na   leżące   przed   nim   na   półmisku   ostrygi.   Jeśli   wierzyć 

ludziom, którzy twierdzą, że ostrygi mają duży wpływ na potencję, teraz bardziej potrzebował 

dużej dawki czegoś na uspokojenie.

Janna sięgnęła po krakersy, wyjęła kilka i podsunęła Krukowi paczkę. Zastanawiała 

się, o czym ten mężczyzna teraz myśli. Zarumieniła się i odwróciła wzrok, uświadamiając 

sobie, że nazbyt intensywnie obserwuje jego wargi.

-   Czym   się   zajmujesz,   gdy   nie   wyławiasz   turystów   z   Zatoki   Totemu?   -   spytała, 

wypowiadając pierwsze słowa, jakie przyszły jej do głowy.

- Kiedyś byłem rybakiem. - Skropił sokiem z cytryny ostrygę, nabił ją na widelec i 

wsunął do ust. - Niezła - ocenił.

- Ostryga? - spytała.

- Cytryna.

Janna spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Nie jadasz ostryg z cytryną?

- Nie.

- Więc po co przechowujesz te cytryny na pokładzie?

-   Angel   lubi   świeżą   lemoniadę.   Mieliśmy   wypłynąć   w   kilkudniowy   rejs   wzdłuż 

wschodniego wybrzeża Moresby, póki Sokół nie wróci z Tokio. Ale zjawił się wcześniej. - 

Kruk uśmiechnął się krzywo. - Jest żonaty już prawie cztery lata, a wciąż nie lubi rozstawać 

się z Angel..

- Może nie chciał kusić losu, zostawiając ją z tobą sam na sam - rzuciła kpiąco.

- Wykluczone. - Pokręcił głową. - Możesz mi przysunąć miseczkę? Teraz spróbuję 

sosu.

- Nigdy nie jadasz ostryg z takim sosem? - spytała, przysuwając miseczkę w jego 

stronę. - Nigdy - wymruczał Kruk.

- Ale masz tu keczup i chrzan...

- Do kanapek z wołowiną. - zanurzył ostrygę w sosie, przeżuł mięso i w zadumie 

pochylił głowę. - Całkiem niezłe.

- A jak zazwyczaj jesz ostrygi? Robisz z nich gulasz?

- Tak jak je zbieram. Bez niczego.

- Musi ci być zimno - stwierdziła, sięgając po trzecią ostrygę.

- Słucham?

background image

- Zbierać ostrygi bez niczego. Większość ludzi nosi koszule, dżinsy... - Uchyliła się 

przed   wyciągniętą   dłonią   Kruka.   Gdy   się   wyprostowała,   jego   palce   chwyciły   niesforny 

kosmyk włosów dziewczyny, by założyć go za jej ucho.

- Musimy ci znaleźć szal koloru twoich oczu. Łagodność dotknięcia sprawiła, że serce 

Janny zatrzymało się na moment, a potem zaczęło bić gwałtownie, choć powtarzała sobie, że 

to przypadkowy gest i nie oznacza niczego. I chociaż ona cała drżała, dla niego ten gest z 

pewnością nie miał żadnego znaczenia. Właśnie podnosił kieliszek do ust, jakby nic się nie 

stało.

Kruk wypił wino jednym łykiem, przeklinając siebie za to, że przy każdej okazji szuka 

pretekstu, by dotknąć Janny. I wiedział, że tylko czeka na opadnięcie kolejnego kosmyka. 

Spojrzał na kieliszek. Pusty.

Janny też był niemal pusty. Napełnił więc oba i zapragnął, by Janna była tak naga jak 

te lśniące ostrygi.

- Za ostrygi bez niczego - oznajmił, podnosząc z uśmiechem kieliszek.

Janna również podniosła swój kieliszek i powoli piła wino zadowolona, że nie musi 

patrzeć w czarne oczy Kruka. Bała się, że jeżeli ten mężczyzna znów się tak uśmiechnie, ona 

usiądzie mu na kolanach i będzie błagać o pocałunek.

Ta myśl nią wstrząsnęła. Szybko przełknęła łyk wina i poczuła, jak ogarnia ją fala 

ciepła.   Za   późno   uświadomiła   sobie,   że   wino   nie   było   najbardziej   wskazanym   napojem. 

Alkohol raczej nie wzmacniał samokontroli. Z drugiej strony wino było absolutnie cudowne. 

Prawdopodobnie nazbyt cudowne.

-   Wciąż   jesteś   rybakiem?   -   spytała   i   stanowczym   gestem   sięgnęła   po   widelec   do 

ostryg.

- Jestem właścicielem kilku kutrów - wyjaśnił. - Moi kuzyni  łowili na nich przez 

ostatnie trzy lata, a ja wziąłem pieniądze Sokoła i oglądałem świat.

- Sokół musi być równie wielkoduszny, jak przystojny.

Kruk uśmiechnął się krzywo.

- Formalnie rzecz biorąc, pieniądze są moje, ale to Sokół je dla mnie zarobił. Ten facet 

jest geniuszem, jeśli chodzi o inwestycje. Kiedy ożenił się z Angel, dałem mu parę tysięcy 

dolarów. W rok później oddał mi parę milionów.

Szeroko   otworzywszy   oczy   ze   zdumienia,   Janna   znów   sięgnęła   po   kieliszek,   nie 

zwracając  uwagi   na lekki   zawrót  głowy.  Świadomość,  że  Kruk  był  bogaty, odbierała  jej 

spokój, umieszczała go jeszcze dalej, poza jej zasięgiem. Wypiła spory łyk i powiedziała 

sobie, że jest głupia. Potrzebowała rozsądku, więc nie powinna go usypiać alkoholem.

background image

Z drugiej strony, pragnęła ukojenia. Wino zaś dawało jej taką możliwość..

- Większość tego kapitału straciłem w ciągu roku - dodał rzeczowym tonem Kruk. - 

Sztormy i płochliwa ryba. Sokół tylko roześmiał się i pouczył mnie, jak zarobić je na nowo.

Janna kieliszkiem zatoczyła krąg, wskazując na „Czarną Gwiazdę”.

- Wydaje się, że nieźle sobie radzisz.

Kruk wzruszył ramionami i zanurzył w sosie kolejną ostrygę.

- Jak mówi Sokół, za pieniądze można kupić wszystko oprócz miłości. Zdobywaniu 

ich nie można poświęcać życia. Przekonał się o tym, gdy poznał Angel. Fajny facet z tego 

Sokoła.

Janna nie uśmiechnęła  się. Umysł  jej wypełniały nieustępliwe pytania,  zrodzone z 

niepokoju i obawy.

- Czy ty też poświęciłbyś wszystko dla Angel? - zapytała, nabijając na widelec kolejną 

ostrygę.

Uśmiech znikł z twarzy Kruka.

- Nie jestem durniem, Janno - odparł cicho. - Angel nie kocha nikogo prócz Sokoła. 

On czuje do niej to samo.

- Ty także - stwierdziła ostro.

Wypiła  łyk  wina w nadziei, że alkohol odurzy ją na tyle,  że nie będzie w stanie 

kontynuować tej rozmowy. Jednak język nie był jeszcze całkiem zdrętwiały. Wypiła akurat 

tyle, by mówić to, co przychodziło jej do głowy. I niech to diabli wezmą. Niezbyt wyraźnie 

uświadomiła sobie, że powinna podtrzymać  tę rozmowę i wyjaśnić niektóre wątpliwości. 

Podniosła kieliszek w drwiącym toaście.

-   Za   miłość   -   powiedziała.   -   Najlepszy   sposób   na   szczęście   wymyślony   przez 

człowieka.

Gorycz w głosie Janny zaskoczyła Kruka. Zmrużył oczy, dostrzegając smutek, który 

krył się w słowach. - Nie pijesz - zauważyła.

Kruk milczał.

- Zresztą... - Wzruszyła ramionami. - Nie każdy lubi prawdę. Są takie chwile, że ja jej 

cholernie nie lubię. - Opróżniła kieliszek do końca.

- A jaka jest ta prawda? - spytał.

- że jesteś wciąż zakochany w Angel.

- W moim życiu były inne kobiety.

- Ale tylko jedna Angel - odparła z uporem.

-   Idealna   smukła   blondynka   o   zielonych,   pełnych   smutku   oczach.   A   tymczasem 

background image

wszystkie   inne   kobiety   mogą   dać   sobie   spokój.   Nie   pragniesz   niczego,   co   mogłyby   ci 

zaofiarować.

- To nieprawda.

Janna mruknęła coś pod nosem i sięgnęła po butelkę. Była pusta. Zdziwiona spojrzała 

na kieliszek Kruka - też pusty.

- Jeszcze  wina?  - zapytał  gładko. - Robi  się coraz  ciekawiej.  In vino veritas,  jak 

mawiali starożytni Rzymianie.

- Zostało mi dość rozsądku, by wiedzieć, że wino nie wpłynie na mnie najlepiej - 

odparła, nabijając ostrygę tak mocno, że widelec zazgrzytał  o muszlę. - Ale ty sobie nie 

przeszkadzaj.   Ostatnio   nie   jestem   sobą.   Popełniam   jedno   głupstwo   po   drugim.   Brakuje 

jeszcze, żebym utleniła sobie włosy, nauczyła się grać na harfie i poszukała papierowych 

skrzydeł. Pewnie, przynieś następną butelkę. Powinnam o tym wcześniej pomyśleć. Czy pod 

wpływem wina też robisz się tragiczny i tajemniczy?

- O czym ty, do diabła, mówisz? - spytał łagodnie.

- O piciu i jedzeniu - rzekła Janna, machając widelcem z ostrygą.

Przez „p” czy przez „w”? - zapytał z powagą, choć w jego oczach lśnił uśmiech.

Przez moment Janna nie rozumiała pytania, a potem usłyszała echo własnych słów.

- Wycie - szepnęła zbyt cicho, by Kruk to usłyszał.

- Oczywiście - mówił dalej - większość ostryg wyje z żalu i skarży się,  kiedy je 

kolację z morsem. Z ich punktu widzenia... - Delikatnie przykrył jej dłoń swoją potężną ręką. 

- Janno? Żartowałem tylko.

- Tak, oczywiście - odparła odruchowo. Spojrzała na jego dłoń i wiedziała, że nie 

potrafi dłużej udawać. Cofnęła rękę.

- Przepraszam - powiedziała drżącym głosem. - Nie wytrzymam chyba. Naprawdę 

mam   już  dość  pocieszania.   Muszę   zrobić  parę   rysunków,  więc   wezmę   się  do  tego,  póki 

jeszcze cokolwiek pamiętam.

Nie czekając na jego odpowiedź, porwała z blatu papier i ołówek. Pobiegła do swojej 

kajuty na dziobie i zamknęła drzwi. Jej słowa rozbrzmiewały echem w myślach Kruka.

Nie   wiedział,   że   zaciska   pięść   na   kieliszku,   dopóki   nagle   nie   usłyszał   trzasku 

pękającego szkła. Wolno rozprostował palce. Lśniące odłamki opadły na stół.

Z   roztargnieniem   strzepnął   z   dłoni   migotliwy   pył.   Nie   powinien   kupować   tak 

kruchych kieliszków. Nie radzi sobie z kruchymi rzeczami. Jest zbyt wielki. Zbyt silny. Zbyt 

brutalny. To, co jest delikatne, w jego uścisku ulegało zniszczeniu. Jak Angel.

I jak Janna.

background image

Oparł głowę o wręgę, zamknął oczy i zaklął.

background image

ROZDZIAŁ. SZÓSTY

.Kruk obudził się natychmiast. Instynkt mówił mu, że sztorm minął. Wiatr ucichł, a 

„Czarna   Gwiazda”  stała  niemal   nieruchomo.  Światło   księżyca   wylewało  się  srebrzystymi 

strumieniami przez szczeliny w chmurach..

A ktoś w pobliżu bardzo cicho płakał.

Zanim Kruk zdążył się opanować, wyskoczył z łóżka i był już w połowie drogi do 

kajuty Janny na dziobie. Najwyższym wysiłkiem woli zdołał wrócić i położyć się znowu. Jeśli 

do niej pójdzie, da jej coś więcej niż tylko pocieszenie.

I chociaż usiłował sam siebie przekonać, że z pewnością zdoła pocieszyć Jannę, nie 

kochając się z nią przy okazji, wiedział, że to nieprawda. Całe jego ciało ogarniała gorączka, 

pulsująca   w   rytmie   uderzeń   serca.   Jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   czuł   się   tak   bliski   utraty 

samokontroli.

Posępny,   leżał   nieruchomo,   walcząc   ze   swym   nieposłusznym   ciałem   i   równie 

nieposłusznymi   emocjami.   Wiedział,   że   jeszcze   długo   nie   będzie   mógł   zasnąć.   Słyszał 

przytłumione dźwięki, gdy Janna starała się, by nie płakać zbyt głośno. Wreszcie po długiej 

chwili ciche odgłosy zanikły, wtapiając się w delikatny szum wiatru. Kruk odetchnął z ulgą i 

na nowo zaczął liczyć srebrne łososie pod powiekami.

Odgłos   cicho   otwieranych   dziobowych   drzwi   poru   szył   każdy   nerw   jego   ciała. 

Usłyszał, jak Janna stąpa na palcach po dwóch stopniach prowadzących do głównej kabiny. 

Wyczuł, że staje po drugiej stronie przejścia, które oddzielało koję od kuchenki. Wciągnął w 

nozdrza· nieokreślony, subtelny aromat.

Zaciskając   pięści,   by   jej   nie   schwytać,   słyszał,   jak   niemal   bezszelestnie,   choć 

pospiesznie mija jego koję. Drzwi kabiny otworzyły się, wpuszczając podmuch chłodnego, 

nocnego   powietrza.   Nim   wymknęła   się   na   rufę,   przez   chwilę   stała   oświetlona   pełnym 

blaskiem księżyca. Kruk zamknął oczy. Nic nie pomogło, wciąż widział osrebrzone wzgórki 

jej piersi pod cienką koszulką. Zastanawiał się, czy pod spodem ma te cienkie koronkowe figi.

Miał wrażenie, że minęło sporo czasu, nim Janna znów cicho otworzyła i zamknęła 

rufowe drzwi. Zaczęła przekradać się obok koi Kruka do swojej kajuty.

. Nasłuchiwał delikatnych dźwięków, wciągnął w nozdrza zapach kobiecego ciepła 

zmieszany z wonią deszczowej nocy. Już sobie gratulował, że utrzymał ręce z dala od Janny, 

gdy dostrzegł łzy na jej policzkach.

~ Janno - szepnął, wyciągnął rękę i odruchowo pochwycił jej dłoń. - Janno, co się 

stało? Nie, nie uciekaj. Nic nie zrobię. Chciałem cię tylko pocieszyć.

background image

T o była  prawda, przynajmniej  w  tej  chwili. Chciał ją pocieszyć.  Chciał tego tak 

bardzo, jak chciał jej samej.

Zadrżała, czując ciepły dotyk jego dłoni.

- Janno? - odezwał się miękko. - Powiedz coś.

-   Musiałam   wyjść   na   świeże   powietrze   -   odparła,   starając   się   zapanować   nad 

nierównym oddechem.

Czuła się jak skończona idiotka. Nie płakała od lat, a jednak odkąd spotkała Kruka, 

raniła łzy równie regularnie jak chmury deszcz.

- Płaczesz.

-   Wyobraź   sobie...   -   Głos   się   jej   załamał.   Odetchnęła   głęboko   i   dokończyła 

pospiesznie:   -   Wyobraź   sobie,   że   to   wpływ   pogody   panującej   na   Wyspach   Królowej 

Charlotty.

Kruk niemal boleśnie zacisnął palce na przegubie ręki Janny i natychmiast rozluźnił 

uchwyt. Pogładził pieszczotliwie wewnętrzną stronę jej dłoni. Janna oddychała nierówno, lecz 

nie miało to nic wspólnego z płaczem.

- Przepraszam - powiedział. - Nie chciałem cię zranić tym  dowcipem o wyjących 

ostrygach. Myślałem, że,..

- Nic się nie stało - przerwała. Słowa padały szybko jak krople deszczu niesionego 

sztormowym   wiatrem.   -   Zachowałam   się   jak   wyjąca   ostryga.   Nie   musisz   mnie   za   nic 

przepraszać.

- Do diabła, nie o to mi chodziło! - warknął Kruk.

- Rozumiem cię. Naprawdę. - Janna czuła, że traci opanowanie. Miała ochotę uciec 

gdzieś, nim poniży się jeszcze bardziej. - Kruku - powiedziała niepewnie - puść mnie, proszę. 

- Na próżno próbowała wyrwać rękę z ciepłego, nieustępliwego uścisku. - Przykro mi, że cię 

obudziłam, ja... o Boże. Proszę, puść mnie!

Przez  chwilę  panowała cisza,  a potem Kruk  gwałtownie pociągnął  Jannę na koję. 

Panował nad sobą na tyle, by nie zrzucić koca i nie przycisnąć jej do swego nagiego ciała.

-   Wszystko   w   porządku   -   zapewniał,   gładząc   jej   włosy,   plecy,   ignorując   próby 

uwolnienia się. - Śmiało, mały wojowniku - szepnął. - Płacz. Możesz się do mnie przytulić, 

jeśli masz ochotę. Proszę cię, Janno. Nigdy bym na wet nie wspomniał o ostrygach z książki 

Lewisa Carrolla, gdybym wiedział, że potraktujesz to tak poważnie. Byłaś taka dzielna, tak 

pełna radości. Myślałem, że rzucisz we mnie ostrygą i zażartujesz z tego, jak niebezpieczni~ 

jest iść na spacer z morsem. A ty uwierzyłaś, że żartuję z ciebie. Czy możesz mi wybaczyć?

Janna   wydała   dziwny   dźwięk,   który   przypominał   śmiech,   szloch   lub   kombinację 

background image

jednego i drugiego. Kruk objął ją ramionami i kołysał 'delikatnie, tuląc do szerokiej piersi. 

Kiedy wreszcie i ona objęła go za szyję, poczuł jednocześnie ulgę i pożądanie. Intensywność 

tego doznania zaskoczyła go. Wiedział, że bliższy jest utraty panowania nad sobą, niż mu się 

wydawało.

Więc powiedz jej o tym, tłumaczył sobie ironicznie.

Jest zbyt wielkoduszna i wrażliwa, by mnie odepchnąć. Myśli, że mnie pragnie. Jest mi 

tak bardzo wdzięczna, że :zrobi wszystko, o co ją poproszę. Zrobi wszystko. I będzie tak  

ciepło, tak dobrze.

Te myśli prześladowały go bezustannie. Obawiał się, że pozwalając sobie na śmiałe 

pieszczoty znienawidzi siebie za wykorzystanie wrażliwości Janny.

-   Więc   o   co   chodziło   z   tymi   ostrygami   i   morsem?   -   spytała   w   końcu   Janna, 

wzdychając i rozluźniając się zupełnie.

Uśmiechnął się i wargami musnął' delikatnie jej włosy.

- Czy twoi bracia nigdy ci nie tłumaczyli, co się zdarza, kiedy delikatna, niewinna, 

soczysta mała ostryga idzie na kolację z morsem? - zapytał.

Janna pokręciła głową, nie ufając własnemu głosowi.

- Nie pamiętasz wiersza, który recytował Tweedleedee w książce o przygodach Alicji 

po drugiej stronie lustra?

Głęboki   głos   Kruka   huczał   w   jej   głowie,   przenikał   do   samego   wnętrza,   roztapiał 

wszelkie obawy. Nieświadomie przesunęła policzkiem po jego piersi, próbując przytulić się 

mocniej. Kruk zacisnął ramiona, gniotąc jej miękkie piersi. Żar przepłynął przez niego jak 

błyskawica, rozpalając ciało.

-   „Było   smaszno,   a   jaszmije   smukwijne   świdrokrętnie   na   zegwniku   wężały...   „   - 

zacytował, ignorując dreszcz podniecenia.

Tym razem był pewien, że to śmiech wywołuje te ciche dźwięki i delikatne poruszenia 

Janny. Westchnął głęboko i jeszcze raz przepowiedział sobie w duchu wszystkie powody, dla 

których   byłby   nieczułym,   potwornym,   godnym   pogardy   sukinsynem,   gdyby   ją   teraz 

wykorzystał.

Janna uniosła głowę, spojrzała mu w oczy i powiedziała:

- Płomiennooki Dżabbersmok...

- Na zdrowie - odparł natychmiast.

Wargi jej zadrżały, gdy próbowała powstrzymać śmiech. Jakoś zdołała tego dokonać.

- To płomiennooki Dżabbersmok zbliżał się do zegwnika - wyjaśniła. - I nie ma tam 

żadnego Morsa. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj Lewisa Carrolla.

background image

- Carroll był zbyt zajęty woskowaniem pułapów i udeptywaniem kapusty dla królów, 

by martwić się o to, kto wężał czy nie wężał na zegwniku - odparował Kruk.

Janna wyszeptała jego imię i musnęła wargami usta Kruka. Oddał ten lekki pocałunek. 

Gdy   jednak   czubkiem   języka   przesunęła   po   jego   górnej   wardze,   odwrócił   się   i   bardzo 

delikatnie ułożył głowę Janny na swym ramieniu.

T   o   było   najdelikatniejsze   odepchnięcie,   jakie   mogła   sobie   wyobrazić.   Zraniło   ją 

bardziej niż cokolwiek innego, zabolało aż do głębi duszy, sprawiając, że czuła się bezbronna 

i skrzywdzona. Kruk natychmiast wyczuł zmianę jej nastroju.

- Janno?

Po   długiej   chwili   wyprostowała   się   i   uwolniła   z   jego   objęć.   Wreszcie   stanęła   w 

wąskim przejściu między koją a kuchenką. Spojrzała na potężne ciało Kruka pod ciemną 

kołdrą, na blask księżyca odbijający się w czerni jego oczu i na wyciągniętą dłoń. Na czubku 

języka czuła smak jego ust.

- Co się stało? - zapytał.

-   Nic   nowego   -   rzuciła   wreszcie,   nieświadomie   powtarzając   wcześniejsze   słowa 

Kruka.

Czuła, jak z wolna gaśnie żar i ogarnia ją chłód poniżenia, zostawiając tylko ból. 

Postanowiła nie utrudniać życia mężczyźnie, który był dla niej tak uprzejmy i cierpliwy.

- Przepraszam cię za ten pocałunek - szepnęła. - Naprawdę. Wciąż jeszcze łudzę się, 

że mam coś, co mogłabym dać mężczyźnie w łóżku. Wolno się uczę. Przepraszam.

- Janno, do diabła! Nie ma w tym twojej winy! - rzucił szorstko Kruk, czując, że traci 

opanowanie.

Chciał ją oszczędzić, nie ranić jeszcze bardziej.

Jednak wszystko, co mówił, tylko pogarszało sytuację. Jakoś musiał ją przekonać, że 

chodzi o coś innego.

- To sytuacja, nie ty. Gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach....

- Przestań - przerwała mu gwałtownie, a potem ciszej dodała: - Nic nie mów. Nie 

musisz mnie okłamywać. Jestem dużą dziewczynką. Potrafię znieść prawdę. A prawda jest 

taka,   że   brakuje   mi   tego   nieokreślonego   czegoś,   co   podnieca   mężczyzn.   Przykro   mi,   że 

wprawiłam cię w zakłopotanie. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. - Uśmiechnęła się z 

przymusem i wyciągnęła prawą dłoń. - Zostańmy przyjaciółmi.

- Przyjaciółmi? - Kruk zgrzytnął zębami.

Patrzył na Jannę oczami tak czarnymi jak sama noc.

Jej   uśmiech   doprowadzał   go   do   szaleństwa.   Był   tak   chłodny   i   jasny   jak   księżyc 

background image

oświetlający wyciągniętą rękę.

-   Przyjaciółmi?   -   powtórzył,   uśmiechnął   się   dziwnie   i   przyciągnął   dziewczynę   do 

siebie.

Nie   było   żadnego   ostrzeżenia.   W   jednej   chwili   Janna   stała   w   przejściu   z   tym 

uprzejmym   uśmiechem   przyklejonym   do   twarzy,   a   w   następnej   leżała   na   plecach   w   koi 

Kruka. Potężne, nagie nogi przyciskały jej uda do materaca.

- O tak - powiedział niezbyt wyraźnie. - Jesteśmy przyjaciółmi. - Wziął obie jej dłonie 

i mrucząc coś, zaczął je przesuwać w dół swego ciała. - Głęboko wierzę w to, że przyjaciele 

powinni być ze sobą szczerzy.

- O co ci chodzi?

Pytanie urwało się nagle. Janna wyczuła palcami coś dziwnego.

- Właśnie to - szepnął. - Tak to wygląda niemal przez cały czas, odkąd zobaczyłem, 

jak walczysz ze sztormem - stwierdził rzeczowo. - Uśmiechasz się, odwracasz lub oblizujesz 

wargi, a mnie to tak podnieca, że... Jeśli znowu zaczniesz opowiadać bzdury, że nie jesteś 

dość seksowna, by poruszyć mężczyznę, to ja...

Słowa zmieniły się w gardłowy jęk, gdy Janna wolno poruszyła palcami. Odruchowo 

zareagował, przyciskając do niej biodra. Zobaczył, że Janna patrzy na jego ciało i uśmiecha 

się,   widząc   ten   aż   nadto   widoczny   dowód   pożądania.   Zadygotał,   czując   rozkosz   tak 

intensywną, że zacisnął zęby, by nie krzyczeć.

- Dość - wykrztusił w końcu. Chwycił w dłonie twarz Janny. - Nie wezmę cię teraz. 

To by nie było uczciwe. Chciałem tylko, byś wiedziała, że żadna kobieta nie podnieciła mnie 

tak mocno, tak szybko. Uczciwie stawiam sprawę?

Janna spojrzała w twarz Kruka. Oczy miał zmrużone, błyszczące, wargi ściągnięte jak 

w ataku bólu, a skórę gorącą i lśniącą od potu. Każdy mięsień zesztywniał mu z pożądania i 

napięcia. Świadomość, że tak bardzo jej pragnął, była jak paląca dzikość, roztapiająca ją w 

zmysłowym żarze, którego dotąd nie znała. Drżała, a te drobne konwulsje odmieniały jej 

ciało. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła wykrztusić słowa. Potrafiła tylko powtarzać 

jego imię.

Zapach jej podnieconego ciała pobudził wszystkie mięśnie Kruka. Czuł drżenie jej ud 

i bioder, które przyciskały się do niego coraz mocniej.

- Janno, nie. O Boże - jęknął przez zaciśnięte zęby. - Nie mogę tego zrobić. Nawet cię 

nie pocałowałem. Zasługujesz na coś lepszego.

Delikatnie przesunęła się na bok ocierając rozchylone uda o jego nagą skórę. Chciał 

jej powiedzieć, by nie ruszała się, bo stanie się coś, czego oboje będą żałować, ale nie potrafił 

background image

mówić. Zacisnął dłonie na jej koszulce i próbował się opanować.

A potem nastąpiła katastrofa. Koszulka całkiem się rozerwała. Kruk czuł się tak jak 

wówczas, gdy po raz pierwszy zobaczył Jannę na morzu.

Nigdy   do   tego   stopnia   nie   stracił   panowania   nad   sobą.   Teraz   wszystko   wokół 

wirowało,   a   rozkosz   przenikała   każdą   komórkę   jego   ciała   Janna   czuła   wstrząsające   nim 

dreszcze, słyszała swoje imię, które wykrzykiwał zduszonym głosem. Nie potrafiłaby opisać, 

jak bardzo poruszyła nią świadomość, że ten wyjątkowy mężczyzna jej pożądał. Łzy spływały 

po policzkach Janny, gdy go obejmowała, a miłość do niego ogarniała ją jak płomień. Nie 

chciała od życia niczego więcej, tylko trzymać go tak w ramionach aż do śmierci.

Wreszcie   oddech   Kruka   wyrównał   się.   Gęsty   wąs   muskał   jej   policzek   jedwabistą 

pieszczotą. Pocałował ją delikatnie, potem znowu, aż dotknął wargami ciepłego śladu łez. 

Drgnął i cofnął się.

- O Boże - powiedział łamiącym się głosem. - Przepraszam cię, Janno. Nie chciałem 

cię skrzywdzić.

- Nie - odparła szybko, przytrzymując go, gdy próbował się odsunąć. - Nie zrobiłeś mi 

nic złego.

Ale Kruk łagodnie zsunął się z jej ciała. Pogładził lśniące włosy drżącą dłonią.

- Przepraszam - szepnął - tak mi przykro. Nigdy jeszcze tak się nie zapomniałem. Za 

bardzo cię pragnąłem. Zapomniałem, jak jestem silny i że nie powinienem dotykać kruchych 

rzeczy. Przepraszam cię, Janno. Boże, ja... - Głos znów mu się załamał.

Zamknął oczy i próbował odzyskać panowanie nad sobą, które tak łatwo tracił, ilekroć 

znalazł się blisko Janny. Usłyszała ból w jego głosie. Niepewnymi palcami pieściła szorstki 

policzek i gęstą zasłonę rzęs.

- Nie skrzywdziłeś mnie - oznajmiła drżącym głosem.

- Płaczesz - odparł szorstko. - Musiało cię boleć jak diabli.

- Nie - odparła, kładąc palce na jego ciepłych wargach. - Posłuchaj. Nic mnie nie 

bolało. To tylko świadomość tego, jak bardzo mnie pragniesz. - Od dychała z trudem. - To 

było niewyobrażalnie cudowne uczucie - szepnęła i pocałowała go. - Dlatego płakałam. I 

dlatego nadal płaczę·.

Kruk. sięgnął do przełącznika. Przyćmione, złote światło zalało koję. Jakby chciał się 

upewnić o prawdzie jej słów, czubkami palców przesunął lekko po skórze Janny, szukając 

dowodów, że ją zranił.

Drżąc, obserwowała, jak dotyka jej z niezwykłą delikatnością. Żar wezbrał tak nagle, 

że musiała wstrzymać oddech. Usłyszał jej westchnienie i chwycił dziewczynę w ramiona. 

background image

Był teraz jednocześnie łagodny i wygłodniały. Pieścił Jannę i uśmiechał się, wiedząc już, że 

jej nie skrzywdził.

Spojrzenie   Kruka   przesuwało   się   po   niej,   pieszcząc   każdy   zakamarek   jej   ciała. 

Uświadomiła   sobie,   że   ma   rozerwaną   koszulkę.   Cienki   materiał   przylgnął   do   piersi, 

przytrzymywany wilgocią spoconej skóry.

- Mały wojownik - szepnął, pieszcząc jej ciało. - Miękka, gorąca, cudowna.

Wsunął   palec   pod   rozerwaną   koszulkę,   jednym   ruchem   odszukał   i   odsłonił   pierś. 

Zanim jej dotknął, pod bawełną zarysowała się stwardniała sutka.

- Kruku... - szepnęła.

Mruknął coś, co mogło oznaczać bardzo wiele.

Zdumiona   patrzyła,   jak   pochyla   głowę   i   czubkiem   języka   dotyka   sutki.   Wydała 

stłumiony jęk. Roześmiał się chrapliwie w odpowiedzi.

- Tak - odparł, rozumiejąc pytanie, którego Janna nie potrafiła zadać. - Będę całował 

każdy kawałek twego ciała. Ale najpierw przekonam się, jaki smak mają twoje usta. Nigdy 

dotąd nie poznawałem tajemnic kobiety w takiej kolejności - stwierdził. - Kiedy już poznałem 

te najważniejsze, inne przestawały mnie interesować. Ale nie u ciebie. Muszę się dowiedzieć, 

czy równie ufnie rozchylisz swoje wargi.

Janna   zobaczyła   spieczone   usta   Kruka   i   czarne   lśniące   wąsy.   Rozchyliła   wargi. 

Wyczuła lekkie drżenie, gdy zetknęły się ich usta. Jęknęła cicho i przesunęła palcami po 

potężnych mięśniach ramion.

Gdy Kruk poczuł na skórze paznokcie Janny, cofnął się natychmiast, jakby się bał, że 

ją zrani.

- Jeszcze - szepnęła, wsuwając palce w gęstwinę jego włosów i przyciągając Kruka do 

siebie. - Och proszę, pocałuj mnie tak jeszcze raz.

Wpił się wargami w usta i całował tak gwałtownie, że zabolała ją szyja. Opanował się 

z wysiłkiem.

- Diabli biorą wszystkie moje dobre intencje - oświadczył.

Patrzył na poczerwieniałe usta Janny z mieszaniną poczucia winy i nie skrywanego 

pożądania.

Spojrzała w zmrużone, czarne oczy i niepewnie oblizała wargi. Mrowiły, były gorące i 

wrażliwe. Spojrzała Krukowi prosto w oczy i drżąc, wyszeptała jego mię.

- Czego oczekujesz od mężczyzny? - zapytał. - Powiedz, a spełnię twoje życzenia. 

Cokolwiek zechcesz, jak tylko zechcesz i tak długo jak wytrzymasz. Tylko powiedz.

-   Nie   wiem   -   przyznała.   -   Mój   były   mąż   nigdy   niczego   ode   mnie   nie   chciał.   - 

background image

Westchnęła gwałtownie, kiedy zęby Kruka wpiły się delikatnie w jej szyję.

-   Powiedziałaś   mi   wszystko   o   twoim   mężu   -   wymruczał,   muskając   wrażliwą 

małżowinę ucha. - Teraz powiedz, czego chciałaś od swoich kochanków.

- Nie wiem. Jesteś pierwszy..

Janna wyczuła, że Kruk znieruchomiał. Po chwili wolno uniósł głowę, by spojrzeć jej 

w oczy. Próbowała żartować ze swego braku doświadczenia, ale słowa utknęły jej w gardle.

- Pierwszy? - zapytał. Nie mógł uwierzyć, że kobieta tak zmysłowa jak Janna nigdy 

nie znalazła mężczyzny, który mógłby ją docenić.

-   Nie   myślałam,   że   ktoś  mnie   zechce.   Naprawdę.   Z   powodu   Marka  przeczytałam 

nawet dziesiątki książek, ale nic nie pomogło.

Urwała z cichym rozpaczliwym jękiem, gdy język Kruka wsunął się w jej ucho. Wbiła 

mu paznokcie w pierś.

- Książki, tak? - mruknął. - Uprzedź mnie, jeśli pominę jakieś rozdziały, które cię 

zaciekawiły.

- Co? - spytała. Słowa nie docierały do niej, jedynie gorący dotyk rąk Kruka, parzący 

jej skórę.

-   Będę   cię   kochał.   Całą.   Mam   zamiar   kochać   cię,   aż   będziesz   jęczeć,   szlochać   i 

roztopisz się w ogniu rozkoszy. A potem zacznę jeszcze raz i jeszcze.

To była zmysłowa groźba i kusząca obietnica.

Janna chciała, by dotrzymał słowa. Wplótł palce w jej dłonie i przesunął ręce nad jej 

głowę. Poruszyła się instynktownie, wywołując tym uśmiech Kruka. Dreszcz przebiegł jego 

ciało. Zaklął pod nosem. Nie powinien pragnąć znowu, tak szybko, tak bardzo, jakby nic 

między nimi nie zaszło. Ale tak właśnie było.

Janna jęknęła, gdy podniósł ją niczym piórko i przewrócił na brzuch. Chciała o coś 

zapytać,  ale zapomniała, co powinna powiedzieć. Kruk wsunął pod nią dłonie, pieszcząc 

piersi. Zalał ją żar i niemal straciła oddech.

Poruszyła nogami i spróbowała odwrócić się na bok, szukając ciepła jego ciała.

- Nie chcesz, żebym cię objęła? - spytała.

- Chcę za bardzo - odparł przez zaciśnięte zęby.

- Jesteś taka cudowna. Tak diabelnie podniecająca, że tracę panowanie nad sobą - 

jęknął. - Nie czujesz, co ze mną robisz?

Roześmiał się gardłowo, gładząc dłonią jedwabistą skórę Janny. Całował i pieścił jej 

ciało, i raz po raz mruczał jej imię. Janna prawie nie słyszała. Pieszczoty Kruka odbierały jej 

oddech, mąciły myśli.

background image

- Sprawiasz, że mam ochotę cię zjeść. Całą - powiedział gardłowo, obracając ją na 

plecy i zaciskając delikatnie zęby na biodrze Janny.

Ogarnęła ją taka lawina wrażeń, aż zadrżała gwałtownie.

- Kruku, ja...

- Smakujesz jak morze - przerwał jej. - Słono, tajemniczo i dziko.

Nie potrafiła dłużej ukrywać swej namiętności.

Odnalazł   ją   słodką,   wygłodniałą   i   bezbronną.   Wygięła   się,   wychodząc   mu   na 

spotkanie. Otoczyła go sobą jak mgła ogarnia las, nierozdzielnie, a potem o boje przeżyli 

ekstazę i cały otaczający ich świat odpłynął w ciemność.

Krzyknęła, wbijając mu paznokcie w ramiona, gdyż był jedynym realnym oparciem w 

świecie, który rozpadał się z wolna.

Kiedy ostatnie drżenie minęło, Kruk pochylił głowę zlizując ze skóry Janny kropelki 

potu. Wiedział, że znalazła zaspokojenie.

- Kruku - powiedziała, na ślepo szukając jego warg. - Przytul mnie. Proszę..

Czuł na policzku jej łzy i objął ją mocno ramionami.

Świat odsunął się i znikł; pozostała tylko kobieta o lśniących srebrzysto - zielonych 

oczach.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Janna budziła się powoli. Śniła, że leży na piasku i promienie słońca padają na nią 

złocistą kaskadą· Uśmiechnęła się i poruszyła lekko, wyginając ciało.

Kruk przesunął dłonią po skórze Janny, zachwycony jej nieskrępowaną zmysłowością. 

Czuł się trochę winny. Uważał, że gdyby nie uratował jej, gdyby nie znaleźli się odcięci od 

świata w tym dzikim raju zatoki, Janna nie pragnęłaby go bardziej niż jakiegokolwiek innego 

mężczyzny.

Jednak wykorzystał  tę izolację i jej wdzięczność, gdyż  on sam nigdy bardziej nie 

pragnął żadnej kobiety.

W tej chwili było tak samo. Znów chciał się kochać z Janną, czy było to właściwe, czy 

nie, z namiętności czy wdzięczności, w raju czy piekle. Pragnął jej. Była odgłosem śmiechu 

na   wietrze   i   kłębiącą   się   srebrzystą   mgłą,   migoczącą   w   jego   duszy.   Była   tajemniczym 

zapachem morza i radością życia. Oddałby własną krew, by uwierzyć w to, że chce być z nim 

niezależnie od tego, jak i gdzie się poznali.

Ale wiedział, że to nieprawda. Gdyby spotkali się w normalnych okolicznościach, raz 

tylko   spojrzałaby   na   jego   onieśmielające   rozmiary   i   mroczną,   ponurą   twarz,   a   potem 

uśmiechnęłaby się uprzejmie i odeszła.

Wiedział,   że   Janna   jest   darem   dla   samotnego   Kruka   od   dawnych   bogów   Haida, 

okrutnych bogów, którzy dawali tylko to, co mogli potem odebrać, by nauczyć człowieka 

cierpienia. Kruk wiedział, że nie może walczyć z bogami, zatrzymać daru i uniknąć cierpień. 

Mógł tylko cieszyć się Janną przez tę krótką chwilę, gdy dziewczyna należy do niego. A 

potem, gdy nadejdzie czas, rozstać się z nią. I modlić się, by nigdy nie żałowała, że oddała 

siebie człowiekowi, którego nie kochała.

- Wyglądasz, jakby ktoś wykuł cię z kamienia - mruknęła sennie Janna. Przebiegła 

palcami   po   surowych   zmarszczkach   na   twarzy,   które   zniknęły,   gdy   odwrócił   głowę,   by 

ucałować jej dłoń. - O czym myślałeś?

- O raju i dawnych bogach Haida - odparł, dotykając policzkiem ciepłego wnętrza jej 

dłoni. - I o Ewie. - Uniósł głowę i spojrzał na leżący w jego ramionach dar bogów. - Jesteś 

taka piękna - szepnął. - Taka kobieca, gorąca i szczodra. Mężczyzna może zginąć, próbując 

się tobą nasycić. - Zmysłowo przygryzł zębami jej dłoń. - A nie wyobrażam sobie lepszego 

sposobu przejścia do wieczności, niż umrzeć słuchając twoich westchnień.

Janna spojrzała na Kruka leżącego obok niej na koi, nagiego i potężnego jak góra. 

Przez   bulaj   sączyło   się   światło   słońca,   czysty   blask   spływający   po   jego   ciele.   Był   tak 

background image

absolutnie   męski,   tak   w   jej   oczach   doskonały.   Dotknęła   go   drżącą   dłonią,   z   cichym 

westchnieniem wsunęła się w ramiona, które otworzyły się dla niej zapraszająco.

- Kocham cię, Kruku - powiedziała, przytulając go mocno. - Myślę, że pokochałam cię 

od chwili, gdy wyciągnąłeś mnie z morza.

Kruk zamknął oczy, czując ukłucie bólu. Lekkim pocałunkiem zamknął jej usta, gdy 

ponownie chciała wyznać mu miłość. Potem położył palec na jej wargach.

-   Nic   nie   mów   -   szepnął,   patrząc   jej   w   oczy..   Wolałby,   żeby   nigdy   tego   nie 

powiedziała.   Już   wcześniej   odgadł   źródło   wszelkich   emocji,   jakie   wobec   niego   mogła 

odczuwać. Powód, dla którego w jej oczach on właśnie był inny niż reszta mężczyzn. Nie 

musiała   mu   przypominać,   że   to   wdzięczność,   nie   miłość,   nawet   jeśli   to   przypomnienie 

brzmiało w tak słodkich i łagodnych słowach.

Janna   patrzyła   na   niego,   widząc   ból   w   pustych   oczach,   lecz   nie   rozumiejąc   jego 

przyczyny.

- Kruku? - spytała niepewnie. - Czy chciałbyś... Nakrył jej usta wargami w długim, 

ciepłym pocałunku.

-   Najdroższa   -   szepnął   wreszcie.   -   Nie   musisz   mnie   kochać.   Wiem,   że   jesteś   mi 

wdzięczna za to, że uratowałem ci życie. Ja też jestem za to wdzięczny losowi. Bez ciebie nie 

wiedziałbym, co to znaczy być w raju. Znaleźć się w miejscu poza czasem, gdzie nie ma 

nikogo prócz jednego mężczyzny i jednej kobiety stworzonych dla siebie.

Szybkim ruchem przycisnął wargi do ust Janny.

Poczuł radość, gdy otworzyła je zachęcająco. Spijał ten pocałunek i rozkoszował się 

nim.   Po   chwili   uniósł   głowę   i   spojrzał   w   oczy   dziewczyny,   tak   tajemnicze,   jak   mgła 

okrywająca dziewiczy las.

- Wykorzystajmy ten czas, ten pierwotny raj, ten dar - rzekł, namiętnie całując Jannę 

po każdym słowie. - Cieszmy się nim i nie składajmy sobie obietnic, które krępowałyby nas, 

kiedy ten raj stanie się tylko wspomnieniem, a reszta życia aż nadto realna. Chcę, żebyś 

wspominała mnie z radością. Tak jak ja będę wspominał ciebie.

Janna zamknęła oczy i próbowała nie rozpłakać się pod wpływem targających nią 

uczuć, na przemian bólu i rozkoszy. Jest z mężczyzną, którego kocha, z mężczyzną, który 

śmiał się z nią i płakał, a jednak nie czuł do niej miłości. Kochał się ż nią, jakby była jedyną 

kobietą na ziemi.

Ale nie była. Dla Kruka istniała tylko jedna kobieta. Kobieta, którą kochał i której nie 

mógł zdobyć. Angel.

Czy wciąż ją kochasz?

background image

Oczywiście. I ona teraz też mnie kocha.

Janna wiedziała, że nie może tego zmienić. Może tylko czuć zazdrość. I może też 

przyjąć ten wspaniały dar Kruka. Przyjąć go i zrozumieć, że miłość jest jak raj: pierwotna, 

niewinna,   znająca   tylko   własne   istnienie,   własne   potrzeby,   jest   prawem   sama   dla   siebie, 

dziewiczą wyspą na nieskończonym morzu czasu.

- Tak - szepnęła, tuląc się do Kruka, dając mu z siebie tyle, ile zechciał wziąć. - Tak, 

chcę, żebyś mnie wspominał z radością. Pamiętaj o mnie, najdroższy. Pamiętaj, że kochałam 

cię w tym miejscu poza czasem.

Kruk usiłował wejrzeć przez zieloną toń oczu Janny do ukrytej w głębi duszy. Dojrzał 

tylko czerń jej długich rzęs, jedwabiste pukle włosów, gdy pieściła ustami jego pierś. Chciał 

coś powiedzieć, ale nie mógł złapać tchu. Cynamonowe włosy spływały kaskadą na jego 

ramiona.

Próbował wsunąć palce w gęste sploty, ale zanim zdołał jej dotknąć, naprężył całe 

ciało, a z gardła wyrwał mu się chrapliwy jęk. Była kobietą i była ogniem wypalającym 

znamię w jego duszy.

Gdy Janna obudziła się tego ranka po raz drugi, wciąż była wtulona w ramiona Kruka. 

Przesunęła się, bo sztywne włosy na jego piersi łaskotały ją w nos. Kruk objął ją mocniej, bez 

słów dając do zrozumienia, że już nie śpi. Uśmiechnęła się i pogładziła policzkiem. I jego 

pierś. Szepnęła bezgłośnie: kocham cię, i przyjęła ukłucie smutku, które nadeszło wraz ze 

świadomością, że on nie czuje do niej miłości. A jednak docenił ją jako kobietę i rozkoszował 

się nią tak żywiołowo. Przypominał jej o tym cudowny zmysłowy ból całego ciała.

Może   jej   nie   kocha,   ale   dawał   jej   rozkosz   w   każdej   kolejnej   pieszczocie   ciała. 

Zostałaby z nim choćby z tego powodu. A łącząc tę jego namiętność z delikatnością i siłą, z 

jego śmiechem i inteligencją, otrzymała obraz mężczyzny, o jakim marzyła, choć nigdy nie 

sądziła, że go znajdzie.

W głębi duszy wierzyła, że każdy mężczyzna, który kochałby się z nią tak jak on, 

musiałby żywić  dla niej jakieś uczucie. Z pewnością ma szansę, by zdobyć jego miłość, 

odbierać go po trochu Angel z każdym pocałunkiem, każdą pieszczotą.

Znów przytuliła twarz do szerokiej piersi. Dostrzegła, że płaska brodawka znalazła się 

tuż obok jej ust, i delikatnie dotknęła jej czubkiem języka.

- Mmm. Dobrze smakujesz. Jak ostryga. Jesteś słony.

- Chcesz odrobinę soku z cytryny?

-   Kruk   w   muszli   -   mruknęła,   musnęła   brodawkę   językiem   raz   jeszcze,   a   potem 

delikatnie ugryzła. - Nie. Nie trzeba soku. Najlepszy jesteś bez niczego, tak jak cię znalazłam.

background image

Zaburczało jej w brzuchu, przypominając, że od wczorajszego wieczoru nie zjadła 

niczego, z wyjątkiem kilku ostryg.

Kruk uśmiechnął się, przesunął kciukiem wzdłuż jej pleców.

- Rzucimy monetę o to, kto robi śniadanie?

-   Reszka   -   powiedziała,   a   potem   krzyknęła   zdziwiona,   gdy   podniósł   ją,   obrócił   i 

delikatnie ułożył na koi twarzą w dół.

- Wypadł orzeł - stwierdził, gładząc ręką sprężyste biodra Janny. - Przegrałaś. Chyba, 

że ty chcesz mną rzucić - dodał niewinnie.

Janna odsunęła włosy z oczu i dostrzegła kpiący uśmiech Kruka.

- Wykorzystałeś mnie.

- Kilka razy - zgodził się ze śmiechem. Uniósł Jannę i postawił na nogi w przejściu 

obok koi. - A  jeśli  nie zaczniesz  zaraz  robić śniadania  - dodał,  głaszcząc  ją po udach  - 

będziemy grać o obiad. - Uśmiechnął się, słysząc, jak dziewczyna wstrzymuje oddech. - Lub 

może o kolację.

Janna   zanurzyła   palce   w   czarnych   włosach   Kruka.   Gdy   znów   zaczął   ją   pieścić, 

krzyknęła jego imię tak gardłowym głosem, że aż jęknął.

- I co ja mam z tobą zrobić? - szepnął. - Za każdym razem pragnę cię bardziej.

Chciała   coś   powiedzieć,   ale   wydała   z   siebie   tylko   cichy,   urywany   dźwięk,   gdyż 

pieszczoty Kruka stawały się coraz bardziej gorące.

- Nie będziesz jadł więcej ostryg - powiedziała, przygryzając wargę.

Pokręcił głową, trącając ją przy tym nosem.

-   Gdyby   ta   teoria   była   prawdziwa   -   wymruczał   -   mężczyźni   wykończyliby   już 

wszystkie ostrygi.

- Albo kobiety - odparła.

Zaśmiał się.

-   Twierdzisz,   że   mężczyźni   wykończyliby   wszystkie   kobiety,   czy   kobiety 

wykończyłyby ostrygi?

- Dokładnie. Cieszę się, że zrozumiałeś. Tak wielu ludzi nie potrafi pojąć zupełnie 

prostej dwuznaczności. Co zjemy na śniadanie?

W odpowiedzi spojrzał tak, że aż ugięły się pod nią nogi.

- Kruku - szepnęła. Zamknął oczy.

- Chyba pójdę popływać w zatoce. Ty przygotuj szynkę, ziemniaki i jajka w proszku. 

Jak zjemy, możesz wziąć prysznic, a ja posprzątam kajutę. A potem pójdziemy na spacer do 

wioski, póki jeszcze możemy.

background image

- Póki możemy?

-  Chodzić  -  wyjaśnił   krótko.  Otworzył oczy. Migotało   w  nich  rozbawienie.  - Nie 

wiedziałaś, mały wojowniku? - zapytał. - Pozabijamy się w łóżku. - Zęby błysnęły mu pod 

czarnym wąsem, kiedy wyciągnął z pościeli podarte resztki koszulki Janny. - I wiesz co? - 

zapytał, kołysząc zawieszoną na palcu szmatką. - Nie mogę się tego doczekać.

Janna przygryzła  wargę, patrząc na niego z nadzieją, a zarazem z zawstydzeniem. 

Wiedziała, że wyraz jej twarzy musi zdradzać wszystkie myśli, gdyż Kruk zmrużył oczy i 

przyglądał się z uwagą. Jęknęła, pochwyciła podartą koszulkę i ukryła w niej zarumienioną 

twarz. Nie była przyzwyczajona do zmysłowych przekomarzań, nie bardziej zresztą niż do 

fizycznej miłości.

- Pewnie będziesz chciała włożyć inną moją koszulkę - powiedział z powagą.

Skinęła głową, nie patrząc na niego. Uśmiechnął się delikatnie.

- Pod jednym warunkiem.

Janna uniosła głowę.

- To znaczy?

- że w łóżku będziesz nosić tylko mnie.

Kruk nie pytał, czy ten zduszony dźwięk jest zgodą, czy odmową. Po prostu wstał, 

ucałował ją mocno, chwycił mydło i zniknął za burtą „Czarnej Gwiazdy”, w sinych wodach 

zatoki.

Janna zdołała jakoś nie przypalić, nie rozlać i nie rozsypać  składników śniadania, 

kiedy   zobaczyła,   jak   Kruk   wychodzi   z   zatoki   po   kąpieli.   Nagi   i   potężny,   wyglądał   na 

całkowicie zespolonego z tą dziką krainą. Na jego widok Janna wstrzymała oddech. Zaprag-

nęła, by wciąż trwał sztorm, dzięki, któremu byli tu, w zatoce.

Niestety, kiedy skończyli śniadanie i Janna wzięła prysznic, stało się jasne, że sztorm 

przycichł. Ubierała się w ponurym nastroju, żałując, że tak szybko przyjdzie im opuścić raj. 

Zastanowiła się, czy na Kruka czekają nie cierpiące zwłoki interesy. A może zechce zostać w 

tym raju kilka dni dłużej, by dać jej szansę wykradzenia jeszcze odrobiny jego miłości.

- Janno, znalazłem!

Wkładała właśnie przez głowę jedną z wielkich, czarnych koszulek Kruka.

- Co? - odkrzyknęła.

-   Prawdziwy   szkicownik.   Wiedziałem,   że   Angel   gdzieś   go   tu   zostawiła,   ale   nie 

pamiętałem gdzie.

Janna zapięła dżinsy i otworzyła drzwi komórki, która służyła jednocześnie za mostek 

i prysznic.

background image

- Szkicownik? - spytała, odsuwając z twarzy kosmyk włosów.

Gęste jedwabiste kosmyki opadły jednak znowu na policzki, gdy tylko uniosła głowę. 

Jeszcze   raz   odgarnęła   włosy  i   spróbowała   zignorować   uczucie   pustki,   pojawiające   się   w 

żołądku za każdym razem, gdy Kruk mówił o Angel.

- Czy Angel jest artystką?

- Jedną z najlepszych - odparł, uśmiechając się na wspomnienie wspaniałego witrażu, 

który Angel podarowała mu i który znajdował się w jego domu na wyspie Vancouver. Witraż 

ukazywał „Czarny Księżyc”, jego trawler, płynący po tajemniczym morzu; w dole srebrzystą 

ławicą płynęły łososie. - Galerie czekają w kolejce na jej witraże.

- Och.

Janna chciała powiedzieć coś więcej,  ale sama myśl,  że musi walczyć o Kruka z 

kobietą, która jest nie tylko odważną, piękną blondynką, ale i artystką, zmieniła w plastelinę 

jej zwykle bystry umysł.

Życie nie jest sprawiedliwe - mruknęła pod nosem.

- Co?

- Witraże, tak? - rzuciła Janna i wypowiedziała na głos pierwszą myśl, jaka przyszła 

jej do głowy.

- Zeszłego roku w galerii w Seattle widziałam wspaniałe dzieło. Zachwycało mnie tak 

bardzo, że stałam przed nim i cierpiałam. - To wspomnienie wywołało lekki uśmiech na jej 

twarzy.  - Witraż przypominał  Przesmyk Wewnętrzny o zmroku, W tej  magicznej  chwili, 

kiedy wszystkie legendy stają się prawdą. Były tam rzędy gór we wszystkich możliwych 

odcieniach błękitu, opadające aż do horyzontu, a morze lśniło jak żywe srebro i, niczym Bóg, 

dawało światło i życie wszystkiemu, czego dotykało. Chciałabym, żeby było mnie stać choć 

na fragment tego witrażu.

- Angel ustaliła tak wysoką cenę, gdyż nie mogła się z nim rozstać. - Kruk uśmiechnął 

się lekko. - To jedna z jej ulubionych prac.

- To był witraż Angel? - spytała z niedowierzaniem Janna. Skinął głową.

- Ona rozumie, że morze jest źródłem wszelkiego życia. To zadziwiająca kobieta - 

dodał, wręczając Jannie szkicownik. - Tak jak ty.

Janna nie wiedziała,. czy śmiać się, płakać, czy krzyczeć z rozpaczy. Nie dość, że 

zazdrościła Angel miłości Kruka, to jeszcze podziwiała jej talent. To było więcej, niż mogła 

znieść. Bez słowa wzięła szkicownik i przejrzała szybko. Tylko na trzech kartkach znalazła 

rysunki..   Szkice   kłody   wyrzuconej   na   szeroką   piaszczystą   plażę.   Była   tam   równowaga 

elementów i delikatna elegancja linii, która przemawiała do wyobraźni Janny.

background image

- Nie powinnam 'tego używać. Może Angel...

- Nie będzie jej to przeszkadzać - przerwał Kruk.

To były tylko wstępne szkice. Ten witraż był prezentem dla mojego dziadka.

Janna zamknęła szkicownik i spojrzała na Kruka z powątpiewaniem w oczach.

- Weź - zachęcił ją. - Nie będziesz musiała wyruszać aż do Masset i z powrotem tylko 

po to, żeby narysować o świcie parę totemów. Teraz, kiedy znalazłem prawdziwy szkicownik, 

mogłabyś zostać parę dni dłużej, prawda? - Przerwał nagle. - Chyba że z jakichś powodów 

musisz wracać do Masset natychmiast?.

Pogładziła szkicownik, a jej oczy błysnęły szczęściem.

- Nie - powiedziała drżącym głosem. - Nigdzie nie muszę wyjeżdżać. Chciałabym 

spędzić jeszcze kilka dni w raju. Z tobą.

Zadowolony,   a   jednak   trochę   nieśmiały   uśmiech   Janny   sprawił,   że   Kruk   objął   ją 

ramionami. Wciągnął w nozdrza słodki, kobiecy zapach i zamknął oczy. Nie wierzył swojemu 

szczęściu.

Jeszcze kilka dni spędzą ze sobą w raju.

- Znalazłem też ołówki. Wyglądają śmiesznie dodał. - Angel zostawiła je razem ze 

szkicownikiem. Chcesz je zobaczyć? Może ci się przydadzą?

- Pewnie.

Janna tuliła się do Kruka, aż bolały ją ramiona, i teraz puściła go niechętnie.

Te „śmieszne” ołówki okazały się być wszystkim, czego potrzebowała do ukończenia 

rysunku. Obejrzała je ostrożnie. Kiedy uniosła głowę, zobaczyła, że Kruk obserwuje ją w 

skupieniu.

- Dotykasz ich tak, jakby były zaczarowane - zauważył.

- Bo są - odparła z prostotą. - Z nimi mogę rysować. Bez nich jestem jak słowik, który 

nie może śpiewać miłosnej pieśni.

- Innymi słowy jak kruk. Kruki tylko w swoich snach śpiewają pieśni miłosne.

Janna zawahała  się, wyczuwając  ukryty  pod tymi  słowami  żal  i pogodzenie się z 

losem.

- A  zatem pieśń  miłosna  kruka musi być najpiękniejsza  ze wszystkich  - szepnęła 

miękko. - Ponieważ jest śpiewana bezgłośnie.

Przyglądał się jej przez długą chwilę, wreszcie powiedział ze smutnym uśmiechem:

- Masz najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałem, Janno. Są jak las okryty mgłą. 

Srebrne, zielone i lśniące życiem.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, z wyjątkiem „kocham cię”, czego Kruk nie chciał 

background image

słyszeć, Janna uśmiechnęła się tak smutno jak on. W milczeniu odebrał od niej ołówki i wraz 

ze szkicownikiem zapakował starannie do plecaka. Poszła za nim po zaimprowizowanej kei. 

Przyzwyczaiła się już do belek, ale wciąż nie była nawet w połowie tak sprawna jak Kruk. Z 

ulgą poczuła pod stopami skalisty brzeg.

-   Kiedyś   były   tu   ścieżki   -   zauważył   Kruk.   Zatoczył   ręką   szeroki   łuk,   wskazując 

wybrzeże.

Było   porośnięte   odporną   na   morską   sól   roślinnością,   która   sięgała   aż   do   linii 

przypływu,   a   dalej   wtapiała   się   w   masę   cedrów,   paproci   i   mchu   grubszego   i   bardziej 

miękkiego   niż   materac.   Po   pierwszych   kilku   krokach   Janna   zrozumiała,   dlaczego   Haida 

woleli pływać canoe, niż podróżować pieszo.

Tylko tam, gdzie sięgały fale oceanu, widać było skały. Resztę zatoki pokrywał równy 

zielony dywan roślinności. Jeśli w jakimś miejscu nie rosły drzewa, to tylko dlatego, że zbyt 

wilgotna ziemia nie mogła ich utrzymać. Bagna trafiały' się często i na wet w lesie trudno 

było znaleźć nagą korę drzewa. Z każdej powierzchni zwisał długimi pasmami i zasłonami 

mech. Głazy okrywał gruby dywan z pozoru trwałego mchu, który tworzył zielone pułapki, 

czekające, by pochwycić nieostrożne stopy. Drzewa rosły czasami tak gęsto obok siebie, że 

nic nie mogło się wcisnąć pomiędzy nie. Fauna była tu obfita, lecz niewidoczna, a zatem 

bezpieczna. Nikt chyba nie zdołałby upolować tu czegoś tak wielkiego jak niedźwiedź czy 

jeleń, z tego prostego powodu, że myśliwy widział tylko kilka metrów dalej, niż sięgała lufa 

jego strzelby.

Trudno było poruszać się człowiekowi po lądzie, znacznie trudniej, niż pływać po 

morzu.   Głębokie   zatoczki   o   stromych   brzegach   zapewniały   naturalne   schronienie   przed 

sztormem i wiatrem. Ryb było mnóstwo, a w zasięgu ręki zawsze znajdowało się skorupiaki. 

Dawni Haida rozsądnie używali darów morza, wykorzystując tylko ten wąski pas ziemi, tuż 

powyżej  linii przypływu. Tam zbudowali cedrowe chaty i wyrzeźbili totemy wysokie jak 

potężne drzewa. Totemy zwrócone były do morza, a ich spękane twarze owiewał słony wiatr. 

Kruk   opisywał   Janne   te   symbole,   pokazywał   kaszalota   i   żabę,   łososia,   orła   i   kruka   z 

rozpiętymi skrzydłami na czubku słupa..

- Co będziesz robił, kiedy ja będę rysować? - spytała Janna z ołówkiem wzniesionym 

nad papierem.

- To, po co tu przybyłem. Będę myślał..

Spojrzała na Kruka i poczuła się zakłopotana, ze mu przeszkadza. Ujął ją pod brodę i 

uniósł lekko twarz ku górze.

- Przybyłem tu, bo czułem... niepokój. To już minęło. - Musnął wargami usta Janny. - 

background image

Gdybym me chciał tu być z tobą, bylibyśmy już w drodze do Masset. Rysuj tak długo, jak 

zechcesz. Gdybyś mnie potrzebowała, będę w pobliżu. - Odwrócił się, a potem jeszcze raz 

obejrzał. - Nie wchodź do tych starych chat. One szukają tylko pretekstu, żeby się zapaść.

- Nie będę - obiecała. Odwróciła się i spojrzała na cedrowe chaty, wtapiające się z 

wolna w krainę, z której wyrosły. - One do kogoś należą. To by było zwykłe włamanie.

- To znaczy, że nie chcesz ich rozebrać w poszukiwaniu paciorków i kości? - zapytał 

ironicznie.

Spojrzała   mu   w   twarz   i   wolno   pokręciła   głową..   -   To   nie   ma   sensu.   Nie   jestem 

archeologiem. Nie potrafię odtworzyć  zagubionej przeszłości z garści odłamków. Dlatego 

raczej siądę tutaj i pozwolę, by duchy szeptały mi swoje opowieści.

Kruk popatrzył na nią z uwagą, potem dotknął czubkami palców jej ust, odwrócił się i 

wszedł do lasu.

I zniknął....

Janna patrzyła  w ślad za nim w zdumieniu. Nie potrafiła uwierzyć,  że mężczyzna 

potężny jak Kruk może zniknąć tak szybko. Przeszła kilka kroków i zobaczyła, jak mech 

prostuje się w miejscach, gdzie przygniotły go stopy Kruka. Zrobiła jeszcze dwa kroki i 

zatrzymała się nagle. Otaczały ją drzewa i mech. Nie było ani nieba, ani morza, a właściwie 

nawet ziemi - tylko pierwotny las. Kiedy patrzyła, ostatnie ślady Kruka zniknęły. Została 

sama.

Przez chwilę stała bez ruchu, wsłuchując się w dziewiczą ciszę lasu. A potem wśród 

drzew   zabrzmiał   szorstki,   chrapliwy   krzyk  kruka   szukającego   partnerki.   I   z   dala   dobiegł 

dźwięk,   który   mógł   być   odpowiedzią.   Janna   wstrzymała   oddech   i   nasłuchiwała,   ale   nie 

usłyszała   nic   więcej.   Kruk   odezwał   się   znowu   -   migotliwy   czarny   cień   szybujący   nad 

nieskończonymi odcieniami zieleni.

Po chwili Janna odwróciła się i wróciła na brzeg.

Gdyby weszła do lasu samotnie, po kilku krokach zgubiłaby się zupełnie. Nie było tu 

szlaków, żadnych stosów kamieni wskazujących drogę, żadnych nacięć na korze, starych czy 

nowych, znaczących przejście człowieka. Ruszyła wzdłuż linii lądu i morza. Przez dłuższą 

chwilę stała otoczona ciszą, spoglądając na masywne dzieła ludzi innej rasy, innej kultury, 

inaczej   patrzących   na   złożoną   tajemnicę   życia.   Znalazła   totemy   przechylone,   na   granicy 

upadku, i totemy, które upadły już dawno temu. Niektóre z tych rzeźbionych pni cedrowych 

przetrwały   męki   zadawane   dłutem   przez   człowieka   i   zapuściły   korzenie,   wypuszczając 

pachnące gałęzie. Widok twarzy obserwujących ją zza koronki pędów zjeżył jej włosy na 

głowie. Miała wrażenie, że sami bogowie przybyli, by zamieszkać w dzikim raju na Wyspach 

background image

Królowej Charlotty.

Kiedy poczuła, że nie zniesie dłużej widoku wpatrujących  się w nią drewnianych 

twarzy, znalazła porośnięty mchem pień, usiadła i zaczęła rysować. Minęło kilka godzin, nim 

podniosła głowę. Kruk. wrócił. Wyczuwała jego obecność tak, jak wyczuwała, że Wyspy 

Królowej   Charlotty   są   krainą,   w   której   czas   się   zatrzymał.   Obejrzała   się   przez   ramię   i 

uśmiechnęła. Czarne oczy błysnęły w odpowiedzi.

- Jak długo tu jesteś? - zapytała.

- Dość długo, by podziwiać twój spokój, koncentrację i elegancję - odparł głębokim, 

miękkim głosem. - Zrobisz sobie przerwę? - zapytał, zerkając na szkicownik.

- Ręka mi zdrętwiała - przyznała. - Już bardzo dawno nie rysowałam tak długo. Jest tu 

tak wiele ciekawych totemów i mam tak mało czasu, by utrwalić to, co w nich najbardziej 

charakterystyczne...

Kruk wyjął z jej ręki szkicownik i ołówki, i starannie zapakował.

- Chodź - powiedział, zarzucając plecak na ramię. - Chcę ci coś pokazać.

Poszła za nim bez oporu. Zawrócił do lasu, w którym nie było ani ścieżki, ani śladu 

zostawionego przez człowieka. Po krótkiej chwili zniknęły nawet odgłosy i zapach morza. 

Jedynie odległy krzyk kruka mącił panującą ciszę.

- Idź za mną - uprzedził. - Musimy przejść obok małego bagna.

Wkrótce   las   przed   nimi   gwałtownie   się   przerzedził,   odsłaniając   polanę,   gdzie 

karłowate drzewa z trudem utrzymywały się w zbyt wilgotnej ziemi. Ziemia wydawała się 

być   twarda,   ale   odciski   stóp   Kruka   lśniły   wyciśniętą   z   podłoża   wodą.   Woda   stała   w 

niewielkich kałużach, zabarwiona na kolor herbaty przez taninę ściekającą z drzew. Woda 

ciurkała w małych strużkach i strumykach, które w końcu łączyły się w absolutnie czysty 

potok.

Mała   chatka   stała   tuż   za   bagnem.   Miała   ściany   ze   starego   cedru   i   dach   pokryty 

cedrowym gontem. Mech wyrastał z każdej szczeliny i przylegał do ścian. A jednak chata 

była raczej nowa. Okna błyszczały na tle ciemnego lasu, a drzwi miały metalowe zawiasy.

- Jak ją znalazłeś? - spytała cicho Janna, stając obok Kruka.

- Zbudowałem ją własnoręcznie.

Odwróciła się, by na niego spojrzeć. Oczy miał czarne i, podobnie jak woda w potoku, 

krystalicznie   czyste.   Spoglądał   na   małą   chatkę,   lecz   widział   coś   jeszcze,   coś   ze   swej 

przeszłości, coś, co go prześladowało.

- Chodź - rzekł cicho, biorąc Jannę za rękę. Podała mu dłoń i pozwoliła wprowadzić 

się do chaty. Drzwi nie miały zamka ani rygla, niczego, co mogłoby powstrzymać intruzów. 

background image

W raju nie ma intruzów, tylko jeden mężczyzna, jedna kobieta i kraina, która nie zna upływu 

czasu.

Kruk   otworzył   drzwi,   wziął   Jannę   na   ręce   i   przeniósł   przez   próg   domu,   który 

zbudował wiele lat temu. Drzwi zostawił otwarte, wpuszczając aromat cedru i nieziemskie 

lśnienie sączącego się przez mgłę światła. W izbie prawie nie było mebli: stół, krzesło oraz 

półki   z   muszlami   i   szklanymi   pływakami.   Ogień   płonął   na   kominku   zbudowanym   z 

wygładzonych przez wodę kamieni. Tuż obok złożone koce tworzyły posłanie.

- Sprowadziłbym cię tu wcześniej - powiedział Kruk, całując włosy Janny - ale jest 

tylko jeden pokój, jedno miejsce do spania, a ja starałem się, jak mogłem, żeby trzymać ręce z 

dala od ciebie. - Uśmiechnął się ze smutkiem. - Zawiodłem cię, prawda?

- Cieszę się z tego - zapewniła Janna, przyciskając wargi do jego szyi. - Uwielbiam, 

kiedy mnie dotykasz.

Kruk wziął ją w ramiona, przytulił i pocałował.

Jęknęła cicho.

Niechętnie odsunął od siebie dziewczynę i odwrócił głowę.

- Dość tego - powiedział niemal szorstko.

- Dlaczego? - wymruczała.

- Bo obiecałem sobie, że najpierw cię nakarmię.

- Świetny pomysł - stwierdziła, zdjęła tenisówki i kilkoma ruchami pozbyła się spodni. 

-   Wiedziałam,   że   tego   nie   zauważysz.   Pominąłeś   kilka   rozdziałów.   -   Nie   rozumiem.   - 

Uśmiech mówił wyraźnie, że zachwycają go wypukłości ciała Janny.

Zapragnęła go dotknąć. Drżącymi palcami rozpięła mu koszulę i odkryła owłosioną 

pierś.

- Jakie rozdziały? - nie ustępował, choć serce biło mu szybciej z każdym dotknięciem 

jej palców.

- Z książek, które czytałam.

-   Chcesz   powiedzieć,   że   ostatniej   nocy   opuściłem   kilka   akapitów,   które   cię 

zaintrygowały? - Oddychał chrapliwie, poddając się pieszczotom. Jęknął, gdy dotknęła ustami 

jego piersi. - Przegapiłem coś? - zapytał drżącym głosem.

- Tylko te rozdziały, które mówiły o dawaniu rozkoszy mężczyźnie. To zrozumiałe 

przeoczenie - dodała. - W końcu - zauważyła rozsądnie - nie jestem mężczyzną.

Kruk przesunął dłonią po jej nagim, gładkim biodrze.

- Masz rację - powiedział. - Absolutnie nie jesteś mężczyzną - stwierdził, pieszcząc ją 

delikatnymi ruchami dłoni. - I dzięki za to Bogu.

background image

Sięgnęła do paska jego dżinsów. - Janno...

Kruk wstrzymał oddech i odruchowo cofnął biodra. Pochwycił jej dłonie.

- Nie chcesz, żebym cię dotykała? - spytała, całując jego piersi.

Wydał z siebie rozdzierający dźwięk, który mógł być równie dobrze śmiechem, jak 

przekleństwem.

- Oddałbym życie za twoje dotknięcie. Ale jeżeli zdejmiesz mi dżinsy... - urwał, gdy 

palce Janny zaczęły pieścić go poprzez gruby materiał. ~ Nie rozbieraj mnie - wykrztusił, 

przesuwając wargi po jej czole, policzku i ustach. - Są inne sposoby, by się kochać.

- Jak sobie życzysz - wymruczała, wsuwając palce za pasek spodni. - Janno...

- Czy nie przeszkadza ci, że...

- Patrzysz na mnie jak kot na śmietankę? - podpowiedział Kruk.

- Tak na ciebie patrzę? - szepnęła.

- Tak - odparł chrapliwym głosem.

Wsunął dłoń w gęste włosy Janny, odciągnął głowę, aż jej ciało wygięło się w łuk. 

Drugą ręką zaczął rozpinać jej koszulę.

- Zniszczysz mi wszystkie ubrania - mruknął. Szarpnął, koszula rozsunęła się, a guziki 

potoczyły się po podłodze.

-   Zbliż   się   -   powiedział   chrapliwym   głosem.   -   Bliżej,   mały   wojowniku.   O   Boże. 

Bliżej!

Oblał ją żar. Odczuwała rozkosz dziką i tak głęboką, że każda fala ekstazy wstrząsała 

nią aż do duszy.

Zamknęła  oczy i poddała  się temu, co z nią robił,  szepcząc mu do ucha miłosne 

wyznania   zbyt   cicho,   by   usłyszał.   Ale   on   słyszał.   Wymówił   jej   imię   w   myślach, 

przepraszając, że zatrzymał ją w tym pierwotnym raju, obiecując uwolnić za dzień, zwrócić 

normalnemu życiu. Jeszcze tylko jeden dzień, jeden z tysięcy, jakie ma przed sobą.

Myślę. że pokochałam cię od chwili, gdy wyciągnąłeś mnie z morza.

Kruk musnął wargami włosy Janny i z goryczą zapragnął, by wdzięczność była inną 

nazwą miłości.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Janna   obserwowała,   jak   z   każdą   chwilą   łódź   zbliża   się   do   portu   w   Masset. 

Bezskutecznie pragnęła, by nagle zgasły silniki „Czarnej Gwiazdy” albo by sztorm trwał kilka 

dni dłużej, kilka tygodni dłużej, zawsze. Ale to były tylko marzenia. Rzeczywistością był 

Kruk, prowadzący łódź do kei, by nabrać paliwa. Rzeczywistością był fakt, że kiedy zeszła z 

łodzi,   Kruk  nawet   nie  wspomniał,  że   chciałby  ją   znowu  zobaczyć.   Rzeczywistością  była 

drętwota ogarniająca duszę Janny.

Kruk rzucił okiem na Jannę i zaraz szybko odwrócił głowę. Im bardziej zbliżali się do 

Masset, tym bardziej się od niego oddalała. To go nie zaskoczyło. Niespodzianką był jedynie 

rozdzierający   ból,   który   odczuwał   z   tego   powodu.   Nigdy   jeszcze   nie   doznawał   czegoś 

takiego. Chciał podejść do Janny, przytulić ją do siebie i raz jeszcze usłyszeć słowa miłości. 

To pragnienie niemal go przytłaczało.

Mocno zacisnął palce na kole sterowym, potem je rozprostował. Wystarczyło, że wziął 

Jannę w chwili, gdy oddałaby się każdemu mężczyźnie. Gdyby teraz jeszcze przedłużył jej 

kosztem własną rozkosz, przy goleniu nie potrafiłby spojrzeć sobie w oczy.

- Do pełna, Kruku? - zawołał chudy chłopak przy dystrybutorze.

Nie patrząc na chłopca, Kruk skinął głową. Ponieważ Janna zbyt cierpiała, obserwując 

Kruka, spojrzała na chłopca, na jego czarne włosy, ciemnobrązowe oczy i szczupłe ciało, 

świadczące o dobrej kondycji fizycznej. Zauważyła, z jaką pewnością przycumował łódź i 

zastanowiła się, czy Kruk jako nastolatek był do niego podobny. Świadomość, że nigdy się 

tego nie dowie, wywołała kolejne uczucie bólu.

- Widziałeś już wujka? - zapytał chłopak.

~ Nie - odparł Kruk i wskoczył zwinnie na keję.

Ludzie w pobliżu pozdrawiali go głośno. Skinął głową w odpowiedzi i spojrzał na 

chłopca. - Jestem mu potrzebny? Czy ten agent z galerii znów spóźnia się z płatnością?

Głos Kruka był niezwykle głęboki, niesamowicie wibrujący. Po raz pierwszy od kilku 

dni Janna ponownie zdała sobie sprawę z rozmiarów Kruka. Przewyższał dosłownie o głowę 

wszystkich ludzi wokół. Jednak dla niej to tamci wyglądali dziwnie, nierealnie. Kruk stał się 

wzorem, do którego porównywała pozostałych.

- Nie - mruknął chłopak, ciągnąc wąż paliwowy.  Odkąd mu powiedziałeś,  że jest 

mnóstwo  galerii,   które   wezmą   rzeźby   wuja,   zapłacą   w   terminie   i   jeszcze   pocałują   go  w 

indiański tyłek, to agent mówi tylko „tak, pszepana” i „nie, pszepana”.

Janna zrozumiała, że choć dla niej zawsze był czuły, nawet w chwilach największego 

background image

pożądania, miał w sobie wiele siły i zapalczywości. I wykorzystywał to, by chronić tych, 

których kochał.

- Miło to słyszeć - rzekł z satysfakcją Kruk. - Więc w czym kłopot?

- Wujek powiedział, że się zakochał i że to wszystko przez ciebie. - Mocne białe zęby 

błysnęły w uśmiechu, kontrastując z opaloną twarzą chłopca.

- Ach - burknął Kruk. - A co takiego zrobiłem?

Chłopak skinął w stronę lądu.

- Zostawiłeś ją pod opieką wuja, żeby czekała, aż wrócisz z Zatoki Totemu.

Kruk   odwrócił   się   i   spojrzał   w   stronę   lądu.   I   nagle   jego   twarz   przeobraziła   się 

zupełnie.   Zniknęła   cała   posępność,   błysnął   szeroki   uśmiech.   Kruk   wyciągnął   ramiona. 

Szczupła blondynka biegła po kei, żeby go przywitać. Roześmiała się dźwięcznie, rzucając 

mu   się   w   ramiona   z   pewnością   kobiety,   która   wie,   że   zostanie   złapana   i   przytrzymana. 

Wielkie ramiona Kruka zamknęły się i uniosły ją do góry, a kobieta znów roześmiała się 

radośnie.

Janna miała wrażenie, że świat wiruje dookoła niej.

Zachwiała się i oparła o ścianę kajuty. Z trudem potrafiła utrzymać się na nogach. 

Dopiero po chwili pomyślała, że musiała chyba stracić rozum, wierząc, że Kruk może się w 

niej kiedykolwiek zakochać.

Tak,   jest   zakochany,   powiedziała   do   siebie.   Ale   nie   we   mnie.   Byłam   tylko 

przypadkową Ewą w dzikim raju Kruka.

Janna odwróciła wzrok od smukłej, eleganckiej kobiety, którą Kruk właśnie postawił 

na kei. Zwróciła uwagę na skórzane włoskie sandałki, które tamta miała na nogach. Ponuro 

spojrzała na własne stopy. Tkwiły na nich tenisówki, spękane od ciągłego brodzenia w słonej 

wodzie i suszenia nad palnikiem. To nieprzyjemne dla niej porównanie nie kończyło się na 

butach. Zamiast obcisłego zielonego swetra miała na sobie za dużą męską koszulę, której 

rękawy wciąż opadały jej aż do palców. Zamiast gładkich, pachnących dłoni widziała swoje, 

spierzchnięte od morskiej wody, pokryte zadrapaniami.

Nic dziwnego, że Kruk chciał spędzić z nią tylko kilka dni. Cud boski, że w ogóle jej 

pragnął. Musiał od kilku miesięcy siedzieć samotnie w tej zatoce, skoro w ogóle zechciał na 

nią spojrzeć, a tym  bardziej kochać się z nią, jakby była  ostatnią kobietą na ziemi... lub 

pierwszą.

Skończyłoś   użalanie   się   nad   sobą?  spytała   ironicznie,   zwracając   się   do   swego 

zamglonego odbicia w oknie kajuty.

Nie, dopiero zaczęłam. Spytaj za parę lat. Może wtedy skończę.

background image

Nie mogę się doczekać. Przestań jęczeć i podciągnij skarpetki.

Nie mam skarpetek. Podciągnij je mimo to.

Janna zamknęła oczy, oparła czoło o zimne szkło i przypomniała sobie te wszystkie 

chwile,   gdy   podciągała   skarpetki   i,   mimo   cierpienia,   dawała   sobie   radę   z   wszystkimi 

problemami. Nie miała prawa narzekać na to, że Kruk kochał kobietę, której nie mógł zdobyć. 

I nie kochał Janny, która jego kochała. Kruk jej nie kochał, ale ofiarował jej siebie na te kilka 

dni.  Zrozumiała,  co  to  znaczy, gdy  oczy  mężczyzny   spoglądającego  na  nią  rozpalają  się 

pożądaniem. Wiedziała, jak wydobyć płomienne, pierwotne reakcje z potężnego ciała Kruka, 

jak dać mu rozkosz i uzyskać ją w zamian.

Powinna teraz mu podziękować, zamiast powstrzymywać płacz. Nikt nie obiecywał jej 

szczęścia  przez   całe życie.   Nikt  jej  niczego  nie  obiecywał.  Mogłaby umrzeć   i  nigdy nie 

poznać Kruka.

Mało brakowało, a tak właśnie by było. - Dobrze się czujesz?

Otworzyła   oczy.   Głos   był   głęboki.   Łódź   zakołysała   się   pod   ciężarem   mężczyzny, 

który wszedł na pokład. Był wysoki, choć nie tak jak Kruk, i silny. Jednak włosy miał równie 

czarne i był najprzystojniejszym człowiekiem, jakiego Janna w życiu widziała.

- Sokół - powiedziała, przypominając sobie, jak Kruk opisywał mężczyznę, którego 

kochała Angel.

Czarne brwi wygięły się w niemym pytaniu, nadając· twarzy Sokoła niemal szatański· 

wygląd. Oczy miał niczym drapieżny ptak, od którego wziął przezwisko. - Spotkaliśmy się 

kiedyś?

- Tylko w myślach Kruka.

- Kruka? Ach, Carlsona. - Sokół wygiął lekko wargi i obserwował Jannę, owiniętą w 

wyraźnie nie swoją koszulę. - Można zaufać Carlsonowi, że gdy tylko popłynie na ryby, 

wróci z oszałamiającą syreną.

Janna wygięła usta w podkówkę. Czuła się bardziej oszołomiona niż oszałamiająca.

- Jesteś pewna, że nic ci nie jest? - spytał łagodnie Sokół.

- Jasne. Tylko podciągam skarpetki.

- Nie masz skarpet.

- Właśnie. Dopiero wtedy to jest sztuka.

Sokół uśmiechnął się nagle.

Janna zmarszczyła brwi. Jeszcze nigdy nie widziała uśmiechu tak nieoczekiwanego, 

jak płomień pod pokrywą lodowca.

- O Boże - powiedziała, kręcąc głową. - Założę się, że kiedy idziecie z Krukiem ulicą, 

background image

słyszycie, jak damskie serca pękają niczym upuszczone gliniane dzbanki.

Sokół milczał przez chwilę zaskoczony, a potem jego uśmiech przekształcił  się w 

ciepły, męski śmiech.

Kruk obejrzał się, słysząc ten głos.

- Widzę, że poznałeś Jannę! - zawołał wesoło. - Ma najwspanialsze...

- Poczucie humoru - przerwała znużonym tonem.

- Za to i dwie ćwierćdolarówki można dostać kubek kawy.

Kruk zmrużył  oczy, słysząc w jej głosie niechęć. Przypomniał sobie tę noc, kiedy 

uciekła od jego gruboskórnego towarzystwa i zamknęła się na dziobie ze szkicownikiem.

-   Potrzebujesz   czegoś   z   łodzi?   -   spytał   Sokół,   z   ledwie   skrywaną   ciekawością 

przenosząc spojrzenie od Janny do Kruka.

Odetchnęła głęboko, pochwyciła brzegi nie istniejących skarpetek i podciągnęła je.

- Nic - stwierdziła z wymuszonym uśmiechem.

- To jedna z zalet bycia rozbitkiem: nie ma się żadnego bagażu. Właściwie niczego, 

nawet własnego ubrania.

Sokół   pytająco   uniósł   brwi,   ale   milczał.   Janna   patrzyła   z   zazdrością,   jak   jednym 

zwinnym skokiem ląduje na kei. Szczelina wody między burtą a nabrzeżem wydawała się jej 

niezwykle   szeroka.   Była   pewna,   że   pokonując   tę   odległość,   wpadnie   do   wody,   jeszcze 

mocniej uświadamiając Krukowi, jak bardzo różni się od tej zawsze doskonałej, eleganckiej 

Angel.

- Pomogę ci.

Janna   zaskoczona   spojrzała   w   pełne   współczucia   oczy   Sokoła.   Wyciągnęła   ręce   i 

została przeniesiona na keję tak zręcznie, jakby nic nie ważyła.

- Dzięki - powiedziała. - Przy moim szczęściu wpadłabym  do zatoki. - Przeniosła 

wzrok z twarzy Sokoła tam, gdzie Kruk i Angel stali ramię w ramię.

I nagle poczuła, że wolałaby znaleźć się w wodach zatoki niż na tym wybrzeżu.

Pora na czarujący uśmiech i pożegnanie się z człowiekiem, którego kochała.

- Nieprzyjemna podróż? - zapytał Sokół, podążając wzrokiem za jej spojrzeniem.

- Można tak to określić. Straciłam sprzęt, szkicownik, łódź i …

- Serce - dokończył Sokół zbyt cicho, by usłyszał go ktokolwiek prócz Janny.

Zacisnęła wargi. Te bystre oczy widziały zbyt wiele.

- Przereklamowany organ. - Wzruszyła ramionami. - Ciało bez niego całkiem nieźle 

funkcjonuje.   Sokół   zaczął   coś   mówić,   lecz   Janna   przerwała   mu   z   nadmiernie   wesołym 

uśmiechem.

background image

- Jestem pewna, że macie sobie wiele do powiedzenia - oświadczyła stanowczo. - 

Powiedz Krukowi że zostawię jego koszulę u tego chłopca od benzyny.

- Czemu sama mi tego nie powiesz? - spytał Kruk, podchodząc akurat w tej chwili.

Dostrzegł badawcze spojrzenie Angel i uświadomił sobie, że niezbyt dobrze ukrywa 

gniew. Nie spodziewał się jednak, ze zobaczy nagle Jannę w ramionach Sokoła, ujrzy, jak 

wpatruje   się   w   twarz   mężczyzny,   jakby   lada   chwila   spodziewała   się   drugiego   wschodu 

słońca.

- Nie przypuszczał, że Janna zechce zniknąć z jego życia bez słowa. Wiedział, że 

wdzięczność to ulotne uczucie, jednak rozgniewała go myśl, że mogłaby wyrzucić z pamięci 

te ostatnie kilka dni, jakby się nigdy nie zdarzyły. Zanim uświadomił sobie, co się dzieje, obe-

jmował już Jannę dokładnie w taki sposób, w jaki obiecał sobie, że więcej nie zrobi.

- Możesz oddać mi tę koszulę jutro, kiedy po ciebie przyjadę - powiedział, a ton jego 

głosu świadczył wyraźnie, ze me chce nawet słyszeć o odmowie.

- Przyjedziesz? - powtórzyła niepewnie Janna a serce jej zadrżało. Próbowała stłumić 

nadzieję, że :Kruk niechętnie się z nią rozstaje.

- Na piknik na północnej plaży. Jeśli będzie jasny dzień. Bardzo jasny. Inaczej każda 

plaża będzie dobra - dodał.

- Jasne - powtórzyła, choć niczego nie rozumiała.

- Zgadza się. Tylko wtedy możesz naprawdę zobaczyć.

Janna westchnęła głęboko.

- Pomóż mi. Nie rozumiem.

Uśmiech zmienił surowe rysy Kruka. Objął ją za szyję i pociągnął lekko, wyrywając 

przy okazji z uścisku Sokoła.

- Miło, że pamiętałaś, do czego się nadaję - mruknął.

- Do pomocy?

- Między innymi.

- Och, dalej nie rozumiem - szepnęła Janna, czując, że umysł, podobnie jak całe ciało, 

rozpływa   się   pod   dotykiem   ciepłej   dłoni   Kruka.   -   Przez   ciebie   nie   mogę   zdobyć   się   na 

szlachetność - dodała bez namysłu i skrzywiła się. To, że najpierw mówi, a potem myśli, stało 

się w obecności Kruka regułą.

- Szlachetność? - zapytał.

- Ja... myślałam, że chcesz uczcić wasze spotkanie bez... obcych.

Kruk mruknął coś cicho pod nosem.

- Jeśli cokolwiek mnie irytuje, to taka szlachetność - dodał, nie zważając na fakt, że to 

background image

oświadczenie nie przemawia na jego korzyść.

Szlachetność wymagała, by zrezygnował z Janny natychmiast. I nagle zrozumiał, że 

nie   może   być  o   tym   mowy.   Zanim   wróci   do   Seattle,   Janna   spędzi   jeszcze   kilka   dni   na 

Wyspach  Królowej  Charlotty.   Nie  było  żadnego  powodu,   by  tych  dni   nie  mogli  spędzić 

razem. Istniało wiele powodów, dla których nie powinni tego robić, ale żadnego, by uczynić 

tego nie mogli.

- Chyba nie jesteś tak spóźniona z. pracą, by nie poświęcić kilku dni na wycieczkę w 

moim towarzystwie?

Janna na chwilę zamknęła oczy. Nie mogła znieść spojrzenia Kruka, które przenikało 

ją, widząc zbyt wiele. Ale ona też widziała za dużo. Cokolwiek Kruk odczuwał do Angel, z 

pewnością nie pożądali się nawzajem. A przecież Janna wiedziała, że Kruk zdolny jest do 

zmysłowości i żywiołowej namiętności. Kruk nie kochał Janny, ale jej pragnął.

A   ona   pragnęła   go   w   ten   sam   sposób.   I   kochała   go   za   bardzo,   by   odmówić   mu 

czegokolwiek.

Nie zauważyła dwojga obserwujących ją ludzi:

Sokoła ze współczuciem i Angel z coraz większym zdziwieniem i zachwytem. Janna 

widziała tylko Kruka, człowieka, na którego czekała przez całe życie.

Człowieka, którego straciła.

Jednak jeszcze nie całkiem. Mogła spędzić z nim kilka dni w tym raju.

- Nie muszę już więcej rysować. Wszystko, co potrzebne, znalazłam w Zatoce Totemu 

-   usłyszała   własne   słowa,   nazbyt   wieloznaczne.   -   Do   mojej   pracy.:....   dodała   szybko, 

odwracając wzrok od Kruka. - Dzięki Angel.

- Dałem jej twój szkicownik - wyjaśnił Kruk, nie spuszczając wzroku z Janny.

Angel zamrugała pięknymi oczami, zwróciła się do Kruka i oświadczyła:

- Znowu geny szamana Tlingitów robią ci wodę z mózgu.

-   Tlingitów?   -   zdziwiła   się   Janna,   patrząc   uważnie   na   Kruka.   -   Myślałam,   że 

pochodzisz z Haida.

- To prawda. Ale jednym z moich dziadków był szaman Tlingitów. Angel twierdzi, że 

odziedziczyłem po nim szczęście w połowach i odrobinę okrucieństwa.

- Carlson! - zawołała oburzona Angel. - Doskonale wiesz, że nie to miałam na myśli!

Janna spojrzała na krzywy uśmiech Kruka. - Nie jesteś okrutny - powiedziała.

- Ależ jestem - zapewnił cicho.

- Pamiętasz, Angel? Czasami delikatność nie pomaga.

- Czasami trzeba być okrutnym, by komuś pomóc - powiedziała Angel, kładąc dłoń na 

background image

przedramieniu Kruka. - To, że byłam zbyt egoistyczna, by dostrzec twoją dobroć, nie zmienia 

faktu, że mi pomogłeś.

Kruk zawahał się, uniósł dłoń Angel, ucałował ją i znów położył na swoim ramieniu.

- Cieszę się, że tak to odczuwasz, anielskooka. Angel westchnęła głęboko, a potem 

uśmiechnęła się do Janny.

- Pewnie ci się wydaje, że wszyscy powariowaliśmy.

- Nie - odparła cicho Janna. - Myślę, że Kruk znakomicie potrafi ratować życie. Umie 

pomagać nawet wtedy, kiedy musi przy tym zadać ból. Umie być mężczyzną. Bardziej niż 

ktokolwiek, kogo znałam.

Splotła   palce   w   nadziei,   że   nikt   nie   dostrzegł   ich   drżenia.   Zaczęły   drżeć,   gdy 

zobaczyła, jak Kruk delikatnie całuje dłoń Angel.

- Ocalił też moje życie - mówiła dalej desperacko spokojnym tonem. - I nie pozwolił 

nawet sobie podziękować.

- Wdzięczność jest jak mleko - wtrącił szorstko Kruk. - Dobre, póki świeże, a po kilku 

dniach kwaśnieje. - Spojrzał na chłopca, który obsługiwał paliwową pompę. - Skończyłeś?

- Prawie.

- Dobra - burknął. - Gdzie mieszkasz? - zwrócił się do Janny.

- W małym domku na plaży. Tuż przy parku.

Zmarszczył czoło.

- To ta rudera ze stopami niedźwiedzia wiszącymi na skrzynce pocztowej?

- Więc to stopy niedźwiedzia? Tak mi się wydawało, ale bałam się spytać. - Zadrżała, 

pamiętając, jak bardzo się przestraszyła, gdy pierwszy raz, o zmroku, zobaczyła skrzynkę. - 

Kiedy ją ujrzałam, myślałam, że to bose stopy ludzkie. Trudno było zgadnąć, że należały do 

niedźwiedzia. Pazury są obcięte, a ukształtowanie kości stopy wyglądało dokładnie tak, jak 

zapamiętałam z zajęć anatomii. O mało nie zemdlałam.

Kruk uśmiechnął się niechętnie.

- Nie byłabyś pierwsza. Traperzy parę lat temu mieli marny sezon. Ktoś zastrzelił 

kilka niedźwiedzi, ściągnął skórę i pazury, a ścierwo rzucił do morza. Turyści, którzy znaleźli 

na plaży oplątane liną stopy, odnieśli takie samo wrażenie jak ty. Zresztą traperzy też, dopóki 

nie domyślili się, co zaszło. - Spoważniał. - Nadine ma dość szczególne poczucie humoru. 

Naprawiła tę szopę, którą ci wynajęła?

- Dach przecieka tylko w czasie deszczu. - Janna wzruszyła ramionami.

- To tak jak łódź - odparł Kruk. - Przecieka tylko wtedy, gdy pływa po wodzie. Teraz 

zupełnie nie przecieka.

background image

Zmrużone oczy Kruka powiedziały Jannie, że nie pochwala wyboru kwatery na lato. 

Trudno, nic nie mogła na to poradzić. Cena nie była wysoka i gospodyni wynajęła jej również 

łódź z silnikiem. Niestety, łódź leżała teraz na dnie Zatoki Totemu.

- Nie wiesz, gdzie można kupić używaną łódź? - spytała Janna i dodała pospiesznie: - 

Ale tanio.

- Zajmę się tym - zapewnił Kruk. - Stara Nadine nabrała swojego ostatniego turystę.

- Daj spokój. Mogę...

- Może zagramy w orła i reszkę? - przerwał jej gładko.

Janna chciała coś powiedzieć, ale wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Kruka, by 

uznała, że chwila nie jest odpowiednia. Zauważyła, że ile razy wspomina o łodzi Nadine, 

Kruk traci poczucie humoru. Domyślała się, dlaczego. Zdawał sobie sprawę, że gdyby spał 

mocniej lub trochę się spóźnił z pomocą, albo w ogóle nie zatrzymał się w zatoce, Janna by 

utonęła.

Ta sama myśl niejednokrotnie przychodziła do głowy Jannie, zwykle w nocy. Budziła 

się  wtedy z mocno bijącym sercem. W takich chwilach czuła się lepiej, mając obok siebie 

Kruka. Mogła się do niego przytulić, a on obejmował ją mocno. Wtedy potrafiła zasnąć, 

wiedząc, że jest bezpieczna.

-   Nie,   nie   będę   grać   w   orła   i   reszkę.   -   Janna   uśmiechnęła   się   lekko.   -   Używasz 

fałszywych monet.

Kruk odpowiedział uśmiechem, wspominając zarówno zdumione spojrzenie Janny, jak 

i delikatne wypukłości jej pośladków.

- Pozostaje tylko ustalić, co z kolacją. - Spojrzał na Sokoła. - Mieszkacie u wuja ?

- Nawet nie chce słyszeć o przeprowadzce.

- Nie dziwię się. Lubi piękne kobiety. Lepiej pilnuj Angel. Wuj to niezły podrywacz.

Sokół uśmiechnął się lekko.

- I diabelnie przystojny. Teraz już wiem, skąd masz tę swoją buźkę.

Angel wybuchnęła śmiechem.

- Powinieneś się wstydzić. Wuj jest tak piękny jak błotna małża i wiesz o tym. Kruk 

jest zupełnie inny.

- Za niski jak na mój gust - odparł spokojnie Sokół.

Kruk   zachichotał,   a   potem   uścisnął   mocno   Sokoła   w   taki   sposób,   jak   mężczyźni 

obejmują braci.

- Stęskniłem się za tobą. Cieszę się, że mogłeś się wyrwać na parę dni.

- Ja też. Nieczęsto widujemy cię w Vancouver.

background image

- Byłem... niespokojny.

. - Tak. - powiedział cicho Sokół. - Też byłem kiedyś niespokojny. Kiedyś. - Spojrzał 

na Angel. - Ale już nie jestem.

Angel odpowiedziała mu uśmiechem.

Jeśli Janna miałaby jeszcze jakieś wątpliwości co do pozycji, jaką zajmował Kruk w 

życiu Angel, to teraz zniknęły one bez śladu. Uśmiech Angel świadczył, że ta kobieta bardzo 

kocha swojego męża. To samo odnosiło się do Sokoła. Jedno pieszczotliwe dotknięcie jej 

policzka świadczyło, że Angel jest dla niego blaskiem rozświetlającym każdą ciemność.

Janna spojrzała na Kruka i dostrzegła łagodny uśmiech, gdy czuł niemal dotykalnie 

fluidy   miłości,   płynące   pomiędzy   parą   jego   przyjaciół.   I   nagle   ogarnął   ją   smutek,   jakieś 

dziwne, przytłaczające współczucie dla Kruka: Angel i Sokół byli połówkami przepięknej, 

silnej całości. Kruk nie tylko się z tym pogodził, ale cieszył się tym, kochając ich oboje.

Nie jestem tak wielkoduszna, uświadomiła sobie Janna. Nie zazdrościła Sokołowi i 

Angel uczucia, które ich łączyło. Ale nic nie mogła poradzić, że pragnęła takiej miłości dla 

siebie. Pragnęła jej mocno do bólu i czuła się nieszczęśliwa, wiedząc, że nigdy jej nie zazna.

- Janno? Co się stało? - szepnął Kruk.

Uświadomiła sobie, że opiera się o twardą, ciepłą pierś Kruka.

-   Nic   nowego   -   odparła,   uśmiechając   się  do   niego   najmilej   jak   potrafiła.   Pewnie 

niezbyt dobrze jej to wyszło, Kruk bowiem zmrużył oczy i przyjrzał się jej z uwagą. - Chyba 

trudno   mi   będzie   się   do   tego   wszystkiego   przystosować   -   powiedziała,   zataczając   ręką 

półkole. - Mam na myśli życie w cywilizowanym świecie i w ogóle. Przyzwyczaiłam się do... 

raju.

Oczy Kruka rozbłysły. Mocniej przytulił dziewczynę.

- Przecież możesz tam wrócić - szepnął. Westchnął głęboko, słysząc własne słowa. 

Robił to, z czym postanowił skończyć. Naciskał na nią, wykorzystywał to, że ma wobec niego 

dług wdzięczności. - Spędzisz ze mną kilka dni, prawda? Jeśli chcesz?

- Chcę - szepnęła Janna, poddając się potrzebie serca. Objęła Kruka. - Bardzo chcę.

Uniósł ją w górę. Kiedy w końcu postawił Jannę na ziemi, dostrzegł rozbawioną twarz 

Angel.

- Załatwione. Spotkamy się na kolacji u Janny o piątej. Ja przyniosę jedzenie, Angel je 

przyrządzi, a Sokół pozmywa naczynia.

- Dla mnie już nic nie zostało - zauważyła Janna.

- Ty - rzekł Kruk, dotykając palcem czubka jej nosa - zostajesz skazana na długą, 

gorącą kąpiel. A potem usiądziesz mi na kolanach i będziesz opowiadać szeptem o życiu i 

background image

pragnieniach płomiennookich Dżabbersmoków.

-   Chyba   jesteś   jeszcze   za   młoda,   żeby   słuchać   takich   rzeczy   -   oświadczył   Sokół, 

zasłaniając Angel uszy..

- Zdaje ci się - odparła, drobnymi  dłońmi chwyciła go za szyję i przyciągnęła do 

siebie. Szepnęła coś, a on uniósł brwi i roześmiał się głośno.

- W chodzę w to - oznajmił i uśmiechnął się do żony.

Janna właśnie skończyła pierwszą część swojego „wyroku”, kiedy usłyszała pukanie 

do drzwi.

- To ty, Kruku? - zawołała, sięgając po ręcznik.

- We własnej osobie - odparł, wchodząc i zatrzaskując za sobą drzwi. - A ty? W czym 

jesteś?

-   W   tym   samym.   Przyszedłeś   za   wcześnie,   czy   ja   się   spóźniłam?   -   zapytała, 

wyglądając zza drzwi łazienki.

Uśmiechnął się i otworzył szeroko drzwi.

- Moim zdaniem, przyszedłem w samą porę.

Janna wstrzymała oddech, widząc w jego oczach podziw dla swego ciała.

- O Boże - powiedział chrapliwie. - Jesteś zbyt piękna, by być prawdziwa.

Dreszcz,   który   wstrząsnął   Janną,   wywołany   był   czymś   jeszcze   prócz   chłodnego 

powietrza, które wtargnęło do zaparowanej łazienki.

- Kruku - zaczęła cicho, ale nie potrafiła powiedzieć nic więcej.

- Jeszcze raz - mruknął.

- Co ?

- Powtórz moje imię.

Głos Kruka był tak głęboki, że z trudem rozróżniała słowa. Pochylił się i wolnymi, 

zmysłowymi   ruchami   języka   sprawdzał,   jak   smakuje   jej   zaróżowiona   skóra.   -   Kruku   - 

powiedziała.

Chciała dodać coś jeszcze, ale gorącymi  wargami dotknął jej piersi. Opadające na 

jasną skórę włosy przypominały czarną satynę.

- Kruku - szepnęła i drżąc, wsunęła palce w te czarne kosmyki.

Ukląkł przed nią.

- Tak - wymruczał cicho w sam środek jej brzucha. - Dokładnie tak. Tak to mów. Tak, 

jakby było to jedyne słowo w jedynym zrozumiałym dla nas języku.

Janna   czuła   palący   dotyk   dłoni   Kruka,   gdy   gładził   jej   ciało   od   stóp   aż   do 

zaokrąglonych bioder. Uczył się jej na pamięć, kreśląc językiem zmysłowe linie na skórze. 

background image

Świat wirował jej przed oczami niczym diamentowa migotliwa mgła.

- Kruku - szepnęła niepewnie, czując rozbrajające ciepło jego dotyku.

- Tak - powiedział tryumfalnie. - Powtarzaj moje imię, kiedy cię kocham. Kiedy je 

wymawiasz, pragnę cię do szaleństwa. Z tobą. Tutaj. Teraz. Na zawsze.

Janna przylgnęła do Kruka i powtarzała jego imię niczym miłosną litanię. Kiedy już 

nie mogła utrzymać się na nogach, przeniósł ją w ramionach i położył delikatnie na pościeli. 

Potem stanął po prostu obok i czarnymi oczami obserwował jej ciało, jakby nigdy wcześniej 

nie widział kobiety.

- Kruku? - spytała drżącym głosem.

Nie odrywając od niej wzroku, zaczął się rozbierać.

- Teraz będę się z tobą kochał - powiedział. - Aż stanę się dla ciebie jedyną rzeczą na 

świecie, a moje imię jedynym słowem, jakie pamiętasz. I będę patrzył, jak twoje oczy stają się 

srebrzyste i płoniesz; leżąc pode mną. A potem scałuję każdą łzę z twojej twarzy i zacznę 

wszystko od początku.

Usiłowała coś powiedzieć, lecz po pierwszej intymnej pieszczocie straciła władzę nad 

ciałem. Próbowała odezwać się znowu, ale wydała z siebie tylko jęk rozkoszy, wywołując 

tym jego uśmiech.

A potem w pokoju rozległ się głos Janny, powtarzający jego imię niczym chrapliwą 

miłosną pieśń dla kruka.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ostatniego   dnia   sierpnia   Janna   obudziła   się,   ocierając   policzek   o   pierś   Kruka. 

Zamruczał coś z zadowoleniem, przytulił ją mocniej i zasnął znowu. Gładziła jego ciepłą 

skórę, ale sama nie mogła zasnąć. W ogóle nie chciała spać tej ostatniej nocy po powrocie z 

rejsu rzeką Yakoon. Nie chciała tracić ani jednej chwili z tych, być może ostatnich, godzin w 

towarzystwie Kruka.

Dziś postanowiła mu powiedzieć, że go kocha.

Dziś miała nadzieję, że raczej przyjmie jej miłość niż delikatnie ją odepchnie. Dziś 

zmusi go, by ją wysłuchał, albo będzie musiała odejść, gdyż wiedziała, że jeśli zostanie z 

Krukiem dłużej, nie zdoła go już opuścić. Nie była nawet pewna, czy teraz potrafi wyjechać. 

Musi jednak spróbować. Za bardzo kochała Kruka, by obciążać go swoim towarzystwem i 

uczuciem, którego nie chciał.

Na pewno mnie kocha, choćby trochę, myślała Janna, tuląc policzek do ciepłej skóry 

Kruka. Żaden mężczyzna, który nie czuje choćby odrobiny miłości, nie byłby tak łagodny, tak 

delikatny, tak namiętny, tak zadowolony z tego tylko, że jest przy niej. Kruk nie ukrywał 

przyjemności, jaką czerpał z jej towarzystwa. Chociaż Janna przypominała mu, że Angel z 

Sokołem przybyli na Wyspy Królowej Charlotty, by zobaczyć się z Krukiem, a nie z obcą 

kobietą, ignorował te słowa.

Z rzadka tylko ją opuszczał i nigdy nie znalazł się poza zasięgiem jej głosu. Zasypiała, 

czując smak jego pocałunków na ustach, i budziła się, czując pod policzkiem uderzenia jego 

serca.

Siadała   na   kolanach   Kruka   i   szeptała   mu   do   ucha   „smasme”   nonsensy,   słyszała 

poruszający ją do głębi śmiech. '. Widziała legendarną rzekę Tleli i rybaków wyciągających 

lśniące łososie z wody koloru whisky, tak czystej jak oczy sokoła. Patrzyła, jak wiatr wiruje 

nad rzeką i morzem, muskając powierzchnię wody. Słyszała, jak mewy krzyczą i piszczą tuż 

przed sztormem, jak ptaki wykrzykują swe pragnienia prosto w twarz obojętnemu niebu. Stała 

na brzegu rzeki Yakoon i widziała świerk, tkwiący niczym złoty płomień na tle zieleni lasu. N 

a ziemi nie było drugiego takiego drzewa. Ani jednego. To było jedyne w swoim rodzaju 

,rosnące w tym nieujarzmionym raju. Janna płakała, widząc Kruka i złocisty świerk razem w 

ich potędze i zupełnym osamotnieniu.

I   zawsze,   czy   to   na   morzu,   czy   w   lesie,   wyczuwała   w   ciszy   powracające   echo 

żałosnego krzyku kruka.

Znała tylko jeden sposób, by przebić skorupę osamotnienia. Trzeba odpowiedzieć za 

background image

zew. A   jednak  za  każdym  razem,  gdy próbowała  powiedzieć  Krukowi  o swojej  miłości, 

dziwny   lęk   tłumił   jej   słowa   i   odbierał   oddech.   Wtedy   potrafiła   wymówić   tylko   imię 

ukochanego.

Sama   myśl   o   tym,   że   może   już   nigdy   nie   zaznać   szczęścia   w   ramionach   Kruka, 

sprawiła, iż Janna zamknęła oczy, pogrążając się w cierpieniu. Oddychała wolno i głęboko, 

by odepchnąć smutek, ponieważ obiecała sobie, że ten dzień będzie tak doskonały, jakim 

tylko potrafi go uczynić. Żadnych łez, żadnych marzeń, żadnych błagań. Będzie tylko śmiech, 

gorące pocałunki i długi spacer kończący ten krótki pobyt w raju.

A potem, pod koniec dnia, powie Krukowi, że go kocha. I pod koniec dnia dowie się, 

czy on kocha ją także.

Pocałowała muskularną, gorącą pierś Kruka, musnęła kręcone włoski, łaskoczące ją 

lekko w nos. Akurat w zasięgu języka odkryła ciemną brodawkę. Zakreśliła wokół niej krąg 

językiem, rozkoszując się smakiem skóry Kruka. T o było cudowne; miała go tylko dla siebie, 

budziła   go   powoli   tak,   jak   on   zawsze   ją   budził:   w   głębokiej,   gorącej   i   jedwabnej   sieci 

zmysłowości.

Teraz Janna mogła cieszyć się widokiem śpiącego kochanka. Może nie będzie miała 

już szansy, by obudzić Kruka powolnymi, gorącymi pieszczotami.

Odsunęła kołdrę i spojrzała na piękne męskie ciało.

Gładziła   je   czubkami   palców,   a   ich   dotyk   uspokajał,   zachęcał,   by   pozostało   w 

uśpieniu.   Kruk   poruszył   się   lekko,   reagując   nawet   przez   sen,   i   przysunął   się   bliżej   do 

ciepłych, pieszczących go dłoni. Nie przerywając pieszczoty Janna zastanawiała się, co teraz 

mu się śni. Sięgnęła palcami dalej, poza pępek, w gąszcz czarnych włosów, i wyczuła, że 

Kruk się budzi.

-   Znowu   pływasz   na   niebezpiecznych   wodach   -   odezwał   się   głosem   jednocześnie 

rozbawionym i chrapliwym z podniecenia.

- Tak - odparła. - Wiem. Tym  razem wiem. Uśmiechnął się, przypominając sobie 

ranek, kiedy pierwszy raz zbudzili się razem w łóżku.

- Chcę cię pieścić - powiedziała miękko. - Czy będzie ci to przeszkadzać?

- A sądzisz, że to by mi przeszkadzało? - zapytał. Janna spojrzała mu w oczy.

-   Nie   -   zgodziła   się.   -   Nie   sądzę.   Ale   są   takie   rodzaje   pieszczot,   które   chciałam 

wypróbować, zanim jeszcze cię poznałam. - Uśmiechnęła się lekko, myśląc o tej całej masie 

książek, wyrzuconych po rozwodzie. - Są całe rozdziały, które chcę przestudiować. Z tobą. 

Tylko z tobą. Czy się zgodzisz? Poczuła, jak Kruk nagle napręża mięśnie, kiedy zrozumiał, o 

co Janna go prosi.

background image

~ Cokolwiek zechcesz, mały wojowniku - powiedział pieszczotliwie. - Jakkolwiek 

zechcesz.

- I jak długo tylko wytrzymasz - dokończyła z uśmiechem, wspominając to, co kiedyś 

jej powiedział. - Cieszę się, że jesteś niezwykle silnym mężczyzną - szepnęła, pochylając się 

nad nim. - Bardzo Się cieszę.

Długa, szeroka plaża ciągnęła się przed Krukiem i Janną jak nieskończona wstęga. 

Wiatr   rozpędził   chmury   i   mgłę,   rozkołysał   ocean   w   ciemnoniebieską   masę,   gdzie   białe 

grzywacze. migotały i znikały, by pojawić się na szczycie kolejnej metalicznie niebieskiej 

wyniosłości.  Fale przyboju  białymi  rzędami  sunęły w  stronę brzegu, rytmicznym  hukiem 

akcentując skowyt wiatru. Nie było śladów na piasku, nie było ludzi... niczego, tylko morze, 

wiatr i daleki krzyk mew.

- Mam wrażenie, że jesteśmy tu intruzami - powiedziała Janna, patrząc na ślady, które 

zostawiali na piasku.

-   Przypływ   zmyje   wszystko   -   odparł   Kruk.   -   Będzie   tak,   jakbyśmy   nigdy   tu   nie 

przyszli. - Spojrzał na słońce. - Mamy jeszcze trochę czasu, Zanim dotrą tu Angel i Sokół. 

Pomyszkujemy?.

Kruk dostrzegł zmysłowy, tajemniczy uśmiech na wargach Janny i nie wiedział, czy 

raczej się roześmiać, czy zakląć z powodu żaru, który go ogarnął.

- Chodziło mi o myszkowanie po plaży - wyjaśnił. - Ale jestem otwarty na propozycje. 

- I choć wiedział, że nie powinien,  nie potrafił się powstrzymać.  Schylił  się i delikatnie 

pocałował Jannę. - Właściwie... - dodał, rozpinając jej kurtkę i wsuwając dłoń pod sweter - ... 

sam mam kilka sugestii.

Janna zaczęła pieścić jego czuprynę.

- Wiesz co - odparła - właściwie powinnam cię sprawdzić. Po tym, co zaszło dziś rano, 

to może być tylko blef.

- Założymy się? - zapytał z uśmiechem. Wiedział, że powinien uwolnić Jannę z tej 

sieci zmysłowości. a jednak nadal pieścił ją, przyciskając do siebie coraz mocniej.

Janna oddychała z trudem. Kruk był tak podniecony, jakby nie spędzili całego poranka 

na sprawdzaniu jego wytrzymałości.

- To paskudna sprawa  - przyznał.  - Dopóki cię nie spotkałem,  nie miałem  takich 

problemów.

- Ani ja - oświadczyła, przytulając się całym ciałem i czując, że ją również ogarnia 

zmysłowy żar.

- Więc które z nas ma się zachować rozsądnie? - zapytał.

background image

- A co to znaczy: rozsądnie?

- To znaczy nie kochać się na publicznej plaży - odparł zwięźle.

- Ach - westchnęła Janna. - Niech to diabli.

- Tak. Niech to diabli. - Z niechęcią wysunął dłoń spod swetra Janny. - Dlaczego 

zawsze   cię   okrywam,   kiedy   mam   ochotę   zjeść   cię   całą?   -   jęknął,   obciągając   sweter 

dziewczyny.

- Okrywasz mnie? Od kiedy? - Roześmiała się lekko.

- Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem  te śliczne piersi wyłaniające się spod koca - 

odparł.

Janna przypomniała sobie chwilę, gdy Kruk okrył  kocem jej ramiona. Była wtedy 

załamana. Myślała, że jako kobieta zupełnie nie robi na nim wrażenia.

- Pragnąłeś mnie wtedy? - szepnęła, nie mogąc w to uwierzyć.

- Pragnąłem cię od chwili, gdy zobaczyłem, jak walczysz ze sztormem - powiedział 

stanowczo.

- Powinieneś wziąć mnie już wtedy. Byłam twoja od chwili, kiedy usłyszałam twój 

głos, wołający do mnie poprzez szum fal, kiedy zrozumiałam, że nie jestem sama. Byłam 

twoja, zanim jeszcze dowiedziałam się, kim jesteś - szepnęła. - I wciąż jestem twoja. Zawsze 

będę. Kocham...

Poczuła żar i słodycz ust Kruka, kiedy ją całował, uciszając burzę szeptanych słów. 

Odsunął się dopiero po długiej chwili. Splótł palce z jej palcami i poprowadził Jannę dalej 

przez nie tknięte ludzką stopą piaski. Na moment Janna zamknęła oczy, szła na ślepo, starając 

się stłumić ból i cierpienie, gdyż nie pozwolono jej mówić o miłości. Wiatr rozwiewał jej 

włosy, zmieniał w miękką, cynamonową aureolę wokół twarzy.

Zwątpienie, które bladło za każdym razem, gdy Kruk się z nią kochał, teraz powróciło 

ze   zdwojoną   siłą.   Był   uczciwym,   dobrym   i   pełnym   współczucia   człowiekiem.   Jeśli   nie 

kochał, przynajmniej nie chciał jej ranić. Nie chciał, by słyszała, jak echo jej cichych wyznań 

miłosnych   pozostaje   bez   odpowiedzi.   Dlatego   zawsze   scałowywał   słowa   z   jej   warg. 

Udowodnił,   że   była   płomieniem   dla   jego   ciała,   ale   jakoś   nie   potrafiła   dotknąć   duszy. 

Namiętność, ale nie miłość.

Dlaczego jedna osoba nie może kochać za dwie?

Bezgłośny szloch Janny pozostał bez odpowiedzi. Tylko wiatr jęczał nad plażą.

Kruk próbował obserwować pusty ląd i szarpane wiatrem morze, ale nie potrafił na 

dłużej niż kilka minut oderwać wzroku od Janny. Za każdym razem, gdy odwracała ku niemu 

twarz, wyczuwał smutek w jej uśmiechu. To odwaga pociągała go w Jannie, zanim jeszcze 

background image

zobaczył jej urodę i poznał zmysłowość. Wyczuwał teraz tę odwagę i determinację w jej 

uśmiechu. Pragnął ją objąć, ale wiedział, że w końcu to tylko pogorszy sprawę. Dziś musiał ją 

wypuścić ze swych ramion i zwrócić dar bogom.

- Idziesz jak człowiek dążący ku przeznaczeniu - zauważyła Janna, ze wszystkich sił 

starając się zapanować nad głosem.

- Tak?

- Tak.

Kruk uśmiechnął się.

- Chcę tylko dotrzeć na plażę, zanim prysną iluzje. Janna spojrzała na niego z ukosa, 

wzrokiem, który mówił wyraźnie „znowu zaczynasz”.

- Kawałek dalej, gdzie plaża skręca na północ - wyjaśnił. - Tam tańczą, ale tylko w 

jasne dni.

Nastąpiła krótka chwila milczenia. Wreszcie Janna oznajmiła tryumfalnie:

- Dżabbersmoki, tak? I to są smaszne dni, a nie jasne.

- Nie, to są różowe iluzje, tańczące między rajem a Alaską - odparł i zatrzymał się 

nagle. - Widzisz?

Janna poczuła, jak ciepło ciała Kruka ogrzewa jej plecy, gdy przytulił ją do swej 

muskularnej piersi. Wyciągnął rękę ponad jej ramieniem i wskazał północny horyzont.

- Tam - szepnął. - Widzisz, jak tańczą?

- Pewnie - zgodziła się. - Tuż obok różowych słoni, drepczących w urojonym świetle. 

A dalej... - Wstrzymała oddech, czując, jak jeżą się jej włosy na głowie. Zmrużyła oczy, 

wpatrując się w różową dal. - Kruku, tam coś jest...

- Tak - szepnął. - Czy nie są piękne? Wszystko, czego pragnie człowiek, migotliwe i 

tańczące tuż poza zasięgiem.

Janna nie umiała odpowiedzieć. Niezwykłe, porywające iluzje zwijały się i zmieniały 

jak bladoróżowy płomień, szeptały do niej bezgłośnie, przyzywały. Rozsądek podpowiadał 

jej,   że   te   delikatne   rysunki   to   tylko   złudzenie   optyczne   -   jak   miraże,   które   tak   wielu 

wędrowców na pustyni doprowadziły do szaleństwa i śmierci. Lecz ta bardziej pierwotna 

część   jej   natury   spoglądała   na   iluzje   i   widziała   fragment   własnej   duszy,   przyzywającej, 

opowiadającej, że wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła, czekało tuż poza zasięgiem ręki.

Wizje wyrysowane były płomieniami przezroczystego srebra i jaśniejącego różu, w 

świecie jednocześnie nierealnym i rzeczywistym. Było tam morze, pusta zatoka i samotne 

drzewo, jedyne na całej ziemi. Była tam pieśń kruka śpiewana w ciszy i odpowiedź kreślona 

pięknem uśmiechu. Byli mężczyzna i kobieta, stworzeni dla tej promiennej chwili, która nie 

background image

znała czasu, stworzeni dla siebie nawzajem. Migotali, obejmowali się pomiędzy niebem a 

morzem, czasem a bezczasowością, istnieniem a snem.

Kruk widział twarz Janny, zrozpaczoną i promienną, pełną smutku i rozkoszy. Chciał 

zapytać, co widzi na niebie, ale wiedział, że nie ma do tego prawa. Wizje można było tylko 

dzielić, nie opowiadać, były darem bogów dla umysłu i duszy. Zbyt wiele już od niej wziął, 

więcej niż miał prawo. I zapłaci za to torturą wspomnień, kiedy będzie wracał do każdej 

chwili w raju, mierząc głębię swej straty.

Patrzył   na   te   bezlitosne,   prześladujące   wizje,   lśniące   nad   powierzchnią   wody,   i 

przypomniał sobie chwile sprzed lat, kiedy był samotny.

- Tamtego  lata, kiedy zbudowałem chatkę w Zatoce Totemu - powiedział cicho  - 

byłem niespokojny, czułem się jak ptak bez skrzydeł, jak ryba bez płetw... Nic mnie nie 

cieszyło, nic nie dawało satysfakcji. Bywałem przedtem sam, ale nigdy samotny. - Zawahał 

się, raz jeszcze wspominając tamto lato, które zaczęło się podobnie do tego, a skończyło się 

zupełnie inaczej. - Kilka dni po zbudowaniu chaty znów byłem niespokojny. Chodziłem po 

lesie, próbując zmęczyć się tak, by w nocy móc zasnąć.

Na chwilę zamknął oczy, wspominając zielony raj, który wtedy bardziej przypominał 

piekło.

-   I   znalazłem   młodą   łanię,   uwięzioną   w   omszałym   wykrocie.   Ledwie   żyła   z 

pragnienia, strachu i bólu. Kiedy ją uwolniłem, zobaczyłem, że jest ranna w nogę. Gdybym ją 

wypuścił, umarłaby. A jednak gdybym ją zatrzymał, oswoił i uzależnił od siebie, skazałbym 

ją na inną, może okrutniejszą śmierć z chwilą, kiedy ją porzucę. Wiedziałem, że lato minie, 

nadejdzie zima i ja odejdę. Wiedziałem o tym, ale łania nie wiedziała. Żyła tylko chwilą 

obecną.

Janna   milczała,   czując,   jak   cisza   narasta   niczym   zimna   mgła.   Zrozumiała,   że 

właściwie nie chce wiedzieć, jak kończy się opowieść Kruka.

Ale nie miała  wyboru. Niezależnie  od wszystkiego, musiała  zrozumieć  człowieka, 

którego kochała.

- Co zrobiłeś? - szepnęła, z trudem wypowiadając słowa.

- Zaniosłem łanię do chatki, zabandażowałem jej nogę i ze splecionych gałęzi cedru 

zbudowałem ogrodzenie. Miała tam dużo trawy, czystą wodę i nie obawiała się niedźwiedzi, 

które mogłyby wykorzystać jej bezbronność. Łatwo było zdobyć jej zaufanie, była łagodna i 

łatwo się oswajała, jak wszystkie młode stworzenia. Nauczyłaby się przybiegać do mnie. 

Byłaby towarzystwem, a ja byłem... samotny.

Janna chciała zapytać, dlaczego był taki samotny, lecz on mówił dalej:

background image

- Zostawiłem ją samą za tym cedrowym ogrodzeniem. Kiedy tam zaglądałem, robiłem 

to tak, żeby mnie nie zobaczyła i nie wyczuła. Po pewnym czasie już nie utykała. Zębami 

ściągnęła nawet kawałki koszuli, którymi zabandażowałem jej ranę. Płot był dość wysoki, by 

zatrzymać ranną łanię, ale nie na tyle, by zdrowa nie zdołała go przeskoczyć. Pewnego dnia 

odeszła.

Bryza owiewała policzki Janny, osuszając nabiegające do oczu łzy. Kruk dostrzegł 

srebrzysty błysk i bardzo delikatnie pogładził jej włosy.

- W tym odejściu nie było niczego smutnego - powiedział. - Udzieliłem jej pomocy i 

nie potrzebowałem zdobywać jej zaufania. Czułem satysfakcję, kiedy widziałem jej ostatni,· 

pełen gracji skok, gdy uciekła do lasu. Nie oglądała się. Nigdy nie zjawiła się w pobliżu 

chatki czy polany. - Kruk cofnął dłoń z głowy Janny. - I tak być powinno. Gdybym wziął 

cokolwiek więcej od tej łani, tak bezbronnej, nie byłbym mężczyzną.

Janna schyliła głowę, usiłowała powstrzymać łzy.

Zrozumiała,   że   Kruk   myśli   o   niej   tak   jak   o   tej   łani,   jak   o   kimś   zranionym, 

bezbronnym, oddanym pod jego opiekę jedynie na czas potrzebny, by go ocalić i wyleczyć.

Jak Angel. Ją też trzeba było ocalić i uleczyć. O to chodziło Krukowi, gdy mówił, jak 

w końcu zdał sobie sprawę, że życie Angel jest cenniejsze niż szansa, by zdobyć jej miłość.

- To przez Angel, prawda? - szepnęła Janna. - Dlatego byłeś nieszczęśliwy tamtego 

lata.

Lekkie drżenie jej głosu sprawiło, że Kruk pożałował, iż przyprowadził ją na tę plażę i 

odebrał iluzje, me dając  nic w zamian. Jednak iluzje mogą być  niebezpieczne. Musiał je 

zniszczyć.   Janna   musiała   sobie   uświadomić,   że   jest   wolna,   że   niczego   nie   zawdzięcza 

człowiekowi, który wyłowił ją z morza. A już z pewnością nie miłość, którą, jak sądziła, 

odczuwała.

- Teraz tak o tym nie myślę - powiedział cicho. - Kiedy widzę Angel z Sokołem, 

przeżywam uczucie bliskie radości.

- Teraz. Ale nie wtedy.

Lekkie drgnienie jego powiek dowodziło, że Janna ma rację.

- Angel wyszła za Sokoła. Kocham ich oboje, ale kiedy widzę ich razem, czuję się 

czasem... - Zawahał się.

- Strasznie samotny - szepnęła.

- Nie zrobili mi krzywdy. To tylko... - przerwał, szukając słów, by opisać uczucia, 

których nigdy przedtem nie próbował wyrazić.

-   Widząc   ich   razem,   zastanawiałeś   się,   czy   kiedykolwiek   pokochasz   i   będziesz 

background image

kochany w taki sam sposób - powiedziała Janna.

Kruk przymknął oczy, zastanawiając się, w jaki sposób mogła tak łatwo zajrzeć do 

jego duszy. - Tak - odparł.

- Kocham cię za to, Kruku.

- Sza, mały wojowniku - szepnął, muskając dłonią jej policzek.

- Dlaczego? - spytała drżącym głosem. - Dlaczego nie pozwalasz mi powiedzieć, że 

cię kocham?

Kruk wyszeptał jej imię, wtulając usta w cynamonowe włosy, i od tyłu objął ją mocno 

ramionami. Nie pozwolił, by się do niego odwróciła. Bał się, że gdy zobaczy jej oczy, zatonie 

w nich znowu spojrzeniem, przytuli ją i zatrzyma dla siebie. Nigdy nie czuł się tak pełen 

życia jak wtedy, gdy był przy niej.

- To, co czujesz, to wdzięczność i namiętność, a nie miłość - oświadczył. Z trudem 

panował   nad   głosem,   który   szorstkością   drażnił   mu   własne   uszy.   -   Czułabyś   to   wobec 

każdego mężczyzny, który ocalił ci życie,” a potem brakło mu opanowania i przyzwoitości, 

by cię nie uwieść, gdy byłaś tak bezbronna.

Ta gorycz i wyrzuty sumienia zaskoczyły Jannę. - To nie... - zaczęła.

- Nie - przerwał gwałtownie. - Posłuchaj mnie. Jesteś piękną, niezwykle pociągającą 

kobietą. Nigdy nie zapomnę naszych dni w raju. Będę pamiętał twój dowcip, śmiech, twoją 

zmysłowość... aż do śmierci.

Przyszedł tu, by stanąć na tym brzegu i zwrócić dar bogom. Przybył tu, by uwolnić 

Jannę, a nie trzymać ją w niewoli błędnego przekonania, że go kocha.

- Nic nie jesteś mi winna - mówił dalej, nie dając dziewczynie  dojść do słowa. - 

Przypadkiem spotkaliśmy się w tym dzikim zakątku. Nie było tam innych ludzi, nie było też 

niczego, co mogłoby ci przypomnieć o normalnym życiu. Oddałaś mi się z wdzięczności, 

ponieważ wyrwałem cię morzu i wiedziałaś, jak bardzo cię pragnę. Gdybyśmy spotkali się w 

innych okolicznościach, nie zapragnęłabyś mnie jako kochanka.

-   To   nieprawda   -   wyszeptała   Janna.   Spróbowała   odwrócić   się   twarzą   do   Kruka. 

Bezskutecznie. - Kochałabym cię nawet wtedy, gdybyśmy się spotkali w centrum miasta, 

wśród tysięcy ludzi. Czy ty w ogóle mnie nie słuchałeś? Kocham cię i to się nie zmieni, 

nigdy, w żadnych okolicznościach!

- Janno - zaczął.

Chciał jej uwierzyć, ale wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Wdzięczność 

mijała. Namiętność mijała. Miłość trwała. Wiedział, że jeszcze trochę i nie zdoła wyrzec się 

Janny.   Musiał   to   zrobić   teraz.   Musi   to   nastąpić,   zanim   obudzi   się   w   jego   ramionach   i 

background image

uświadomi sobie różnicę między wdzięcznością i miłością, nim stanie się· nieszczęśliwa i 

spojrzy na niego z litością.

- Kiedy wrócisz do domu, będziesz wspominać, co się tu stało, i zobaczysz to w innym 

świetle. To będzie jak sen. Przyjemny sen - szepnął cicho. - Przynajmniej o to proszę Boga.

- Co mogę powiedzieć, żebyś mi uwierzył? - spytała zrozpaczona Janna. - Nic nie 

może zmienić tego, że się spotkaliśmy w tak nietypowy sposób. Nic nie może zmienić tego, 

co teraz do ciebie czuję. - Odwróciła się nagle, wyrywając z jego uścisku. Nie dbała o to, że 

łzy płyną po jej twarzy. - Kruku - powiedziała drżącym głosem. - Pozwól, bym cię kochała. 

Pokochaj mnie, chociaż trochę.

- Nie nalegaj - powiedział delikatnie, zasłaniając jej usta dłonią. - Już teraz nienawidzę 

siebie za to, że się z tobą kochałem. Nie pogarszaj wszystkiego.

Ból przeszył Jannę. Świadomość, że Kruk żałuje tego, co się stało, przytłaczała ją, 

usuwała ziemię spod stóp. Już w nikim nie miała oparcia. Słyszała jakieś głosy na wietrze i 

pomyślała, że te różowe iluzje znów ją przyzywają, kuszą widmami tego, co nigdy się już nie 

zdarzy.

Głosy zmieniły się w śmiech. Plażą zbliżali się Angel. i Sokół, podążając śladami 

pary, która szła przed nimi. Angel, kobieta, którą Kruk kochał i stracił, by w końcu pokochać 

inaczej. Sokół, którego Angel kochała tak, jak nie mogła pokochać Kruka. A teraz Kruk 

cieszył się, widząc ich miłość. Janna także nauczyła się tym cieszyć. Przez ostatnie kilka dni 

zaczęła podziwiać inteligencję i odwagę kryjącą się w tej eterycznej istocie, Podobnie jak 

podziwiała poczucie humoru i łagodność tak rzadko spotykaną u mężczyzny, wyglądającego - 

jak Sokół - na pewnego siebie przystojniaka.

I nagle Janna poczuła, że nie zniesie  widoku Angel i Sokoła. A tym  bardziej ich 

niemal dotykalnej miłości. Nie teraz. Nie wtedy, gdy właśnie się dowiedziała, że ukochany 

mężczyzna żałuje, że jej dotknął.

Na moment zamknęła oczy, zebrała siły. Obiecała sobie, że zanim zacznie mówić o 

miłości, ten dzień musi być wspaniały i to niezależnie od tego, czy Kruk ją kocha, czy nie. I 

nadszedł taki dzień, i zaczęła mówić o miłości... i słyszała, jak zatrzaskują się za nią bramy 

raju, zostawiając ją samotną w świecie bez miłości. Teraz mogła już tylko odejść, zanim 

swoimi prośbami wprawi Kruka w jeszcze większe zakłopotanie.

- Czy tu naprawdę można dostrzec jakieś iluzje? - spytała Angel, stając za Krukiem.

- Raczej ułudy - odparła Janna chłodnym tonem.

Otworzyła oczy.

-   Jest   pewna   różnica.   Taka   jak   między   „smaszno”   i   „straszno”,   między   żmiją   a 

background image

jaszmiją.

Angel znieruchomiała, wyczuwając ból Janny, zanim jeszcze dostrzegła ślady łez na 

jej twarzy. Spojrzała na Kruka. Twarz miał ściągniętą, nieruchomą, jakby wykutą z kamienia.

- Kruk ci wszystko wyjaśni - mówiła dalej Janna, nie patrząc na Angel. - Jest dobry w 

takich sytuacjach. Jeśli chcesz usłyszeć coś naprawdę oszałamiającego, spytaj go o różnicę 

między   wdzięcznością   a   miłością.   Zapewniam,   że   to   bardzo   pouczające.   Prawdziwa 

dysertacja o zakatarzonych Dżabbersmokach.

- Janno - wtrącił cicho Kruk. - Mówisz głupstwa.

- Oczywiście. Mój mózg został na dnie zatoki. - Spojrzała na szeroką plażę i skały. - 

Szkoda że to raj, nie arka. Dla Noego dwójka była liczbą magiczną, a woda nie stanowiła 

problemu. Ale tu jest raj, więc muszę zdążyć na prom. Założę się, że kapitan nazywa się 

Charon..

Bez słowa pożegnania Janna odwróciła się i odeszła w stronę, gdzie żadne ślad y nie 

widniały na lśniącej powierzchni piasku.

- Dokąd idziesz? - zapytał Kruk.

- Poszukać rzeki o nazwie Styks.

- Ona płynie dookoła piekła, nie raju.

- Jakoś mnie to nie zaskakuje.

- Do twojej chaty jest pięć kilometrów - zawołał Kruk. - Może Sokół cię odwiezie.

- Wszystko w porządku - odparła spokojnie Janna, oglądając się przez ramię. - Będę 

szła wzdłuż brzegu. Kiedy nadejdzie fala, będzie tak, jakbym nigdy nie istniała.

Kruk zamknął oczy. Pragnął pobiec za Janną, pocieszyć ją i siebie. Ale to byłoby 

okrucieństwem, nie dobrodziejstwem.

Janna   spoglądała   na   niego   przez   chwilę   i   wreszcie   odwróciła   się.   Szła   szybkim 

krokiem, nie oglądając się więcej za siebie.

Kruk obserwował ją, aż wreszcie nie mógł dłużej tego znieść. Zamknął oczy, jakby 

chciał stłumić przenikające jego duszę cierpienie.

- Carlson?

Drgnął, słysząc ten delikatny głos i czując jeszcze delikatniejsze dotknięcie. Odsunął 

się od Angel.

- Nie pójdziesz za nią? - spytał Sokół.

- W ogóle nie powinienem jej dotykać. - Otworzył oczy. Były czarne, dzikie, niemal 

przerażające.   -   Nie   mogłem   się   powstrzymać.   Od   pierwszej   chwili,   gdy   ją   ujrzałem, 

wiedziałem, że należy do mnie, tylko do mnie. Wiedziałem.

background image

- Ona też - powiedział Sokół. - Ona cię kocha, Carlson. Okazuje to w każdym...

- To wdzięczność - przerwał szorstko Kruk. - Nie' miłość.

- Jak możesz być tego taki pewien? - spytała Angel. Nagły śmiech był równie dziki i 

mroczny jak jego oczy.

- Anielskooka - powiedział łagodnie. - Słodka, cudowna i anielskooka. To bardzo 

proste. Nie jestem typem mężczyzny, w którym kochają się kobiety. Ze wszystkich ludzi na 

ziemi ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej.

Angel zbladła.

- Carlson - zaczęła, obejmując go ramionami. - Nigdy nie chciałam cię zranić. To moja 

wina, nie twoja. Niczego ci nie brakuje!

- Nie lituj się nade mną - rzucił cicho, gładząc jej złociste włosy. - Nawet gdybym 

mógł, nie zmienię tego, co zdarzyło się w przeszłości. Nie jestem drugą połową twojej duszy i 

nigdy nie mogłem nią zostać. Jest nią Sokół. I także - szepnął - ty nie jesteś drugą połową 

mnie. Teraz już o tym wiem.

- Ale Janna jest - powiedziała z naciskiem Angel. - Jest twoją drugą połową.

- Wiem - odparł Kruk. - I wiem, że jej wdzięczność to nie miłość.

- Mylisz się - zauważył cicho Sokół. - Wiem, czym jest, a czym nie jest wdzięczność. 

Czy nie widzisz oczu tej kobiety, które podążają za tobą wszędzie, palców, które dotykają cię, 

kiedy nie ma żadnej potrzeby, nie słyszysz głosu, który mięknie, gdy wymawia twe imię, i nie 

zauważasz promiennego uśmiechu, którym tylko ciebie obdarza?

Kruk nie potrafił tego słuchać. Za bardzo chciał uwierzyć w te słowa. Nie ufał już 

sobie.

Odwrócił się nagle i ruszył do samochodu. Podążył za nim głos Sokoła, wyraźnie 

słyszalny na wietrze.

- Janna patrzy na ciebie tak, jak Angel na mnie. Patrzy tak, jak ja patrzę na Angel. I 

tak, jak ty patrzysz na Jannę. To nie wdzięczność, Carlson. To miłość!

W górze, w porywach wiatru szybowały mewy, krzyczały do siebie, a ich wołania 

brzmiały jak imię Janny i odbijały się echem w umyśle Kruka. Fale przyboju podjęły okrzyk, 

śpiewały   głębszym   tonem,   a   świst   wiatru   łkał   w   kontrapunkcie.   Kruk   widział   Jannę, 

gdziekolwiek zwrócił wzrok. Czuł smak jej ust na wargach i żar w krążącej w żyłach własnej 

krwi. Była wszędzie, była częścią wszystkiego. A przede wszystkim była częścią jego duszy i 

krzyczał jej imię w ciszy, którą tylko ona potrafiła przerwać.

Szybko   dotarł   do   „Czarnej   Gwiazdy”.   Chciał   się   tylko   spakować   i   odjechać   jak 

najdalej   od   Wysp   Królowej   Charlotty.   Na   pokładzie   zaczął   wyrzucać   rzeczy   z   szafek   i 

background image

szuflad, i bezładnie wciskać je do worka. Otworzył ostatnią szufladę i zamarł. N a wierzchu 

leżał szkicownik Angel, ten, którego używała Janna w Zatoce Totemu. Otworzył blok. Nigdy 

nie oglądał rysunków Janny. Nigdy nie proponowała, że mu je pokaże. Twierdziła, że nigdy 

nie dorówna Angel.

Szkice były takie, jak sama Janna: bezpośrednie, często zabawne, uczciwe, z ukrytą w 

nich zmysłowością kreski i cienia. Kruk poczuł, że ogarnia go fala wspomnień. Słyszał jej 

smutny   śmiech,   patrząc   na   obraz   zatytułowany   „Boska   pralka”,   przedstawiający   dżinsy  i 

koszulę przewieszone przez reling, gdy deszcz zalewał je, spłukując sól i piasek. Widział 

szczerość   Janny   w   rysunku   przedstawiającym   totem,   podpisanym   po   prostu   „Przedtem”. 

Narysowała symbole Haida bez upiększania, akceptując w całości ich symboliczną wymowę.

Kolejne   strony   obracały   się   pod   palcami   Kruka,   aż   wreszcie   została   tylko   jedna. 

Przewrócił ją i poczuł, że oblewa go zimny pot. Na pierwszy rzut oka szkic przypominał 

pozostałe, ale pewne cechy rysunku go niepokoiły. Aż wreszcie odczytał jego treść. Były tam 

cienie, tworzące obraz czujnych  oczu człowieka, pozornie przypadkowy zbiór linii, które 

stawały się nałożoną na morze twarzą. Góra okryta mgłą, która przypominała zamyślonego 

mężczyznę, potężnego mężczyznę o granitowych mięśniach i czarnych włosach.

We wszystkim był Kruk.

Rysy Kruka w nieskończonych wariacjach, jego oczy, usta na tle lasu i góry, oceanu i 

totemu. ~ uśmiechnięty albo poważny, śpiący czy w napadzie pożądania, spokojny lub w 

chwili najgorętszej rozkoszy, łagodny i gniewny - zawsze Kruk, jak gdyby nic nie mogło 

istnieć, nawet samo morze, jeśli nie było ożywione jego oddechem.

Długo patrzył na ten rysunek. Potem ukrył twarz w dłoniach i zapłakał, wiedząc, że 

wreszcie usłyszał miłosną pieśń dla kruka.

Mgła gęstniała po zachodzie słońca, kładąc się na ziemi lśniącym całunem, równie 

niepokojącym, jak te różowe iluzje. Janna zatrzymała się sto metrów od chaty i obejrzała, by 

spojrzeć   na   długi   nierówny   trop,   jaki   pozostawiła   za   sobą.   Ślad   jej   wyjścia   z   raju.   Nie 

wiedziała, jak długo tak stała, patrząc na ślady na piasku, ślady zacierane przez przypływ. 

Teraz pozostały tylko lekkie zagłębienia, w których gromadził się piasek. Następna fala nie 

pozostawi już nic.

- Gdybym potrafił, pomalowałbym niebo i góry, morze i las, i wszystko byłoby tobą.

Cichy, głęboki głos wzbudził w Jannie dreszcz.

Przez chwilę pomyślała, że traci zmysły, i odwróciła się. Kruk stał tuż przy niej, jak 

gdyby zmaterializował się pod wpływem jej marzeń.

- Gdybym mógł - powiedział - kazałbym wichrom wołać twe imię o każdej godzinie, o 

background image

każdej porze roku, a lasy we mgle istniałyby po to, by podkreślać kolor twych oczu. Lecz nie 

jestem   artystą   ani   bogiem.   Jestem   tylko   krukiem   o   chrapliwym   głosie,   który   leci   ponad 

pustym rajem, rozpaczając, że stracił to, czego pragnął tak bardzo, że aż bał się uwierzyć, że 

taki skarb może należeć do niego. - Ujął w dłonie twarz Janny. - Nie znam pieśni, którą 

mógłbym   ci   zaśpiewać,   nie   mam   niczego,   co   mógłbym   ci   ofiarować,   nie   znam   żadnego 

niezwykłego sposobu, by ci powiedzieć, że jesteś drugą, połową mojej duszy.

- Kruku... - Głos Janny łamał się. - Nie potrzebuję niczego specjalnego, ani pieśni, ani 

niczego prócz ciebie. Tylko ciebie. Kocham cię.

Słowa Janny wstrząsnęły Krukiem, napełniając jego duszę szczęściem.

Uniósł ją w ramionach i przytulił mocno, mówiąc cicho i łagodnie, że bardzo ją kocha. 

Ona okazywała mu swoje uczucie każdym dotykiem, każdym oddechem.

Za nimi ostatnie ślady raju rozpłynęły się we mgle i osrebrzonym księżycem morzu. 

Ani   Janna,   ani   Kruk   nie   zauważyli   tego.   Odnaleźli   swój   raj,   jedyny,   jaki   się   liczył,   i 

zatrzymali go w swoich ramionach.