background image

Herbert George Wells

Gracz w krokieta

Tytuł oryginału The croquet player

Tłumaczyła Amelia Kurlandzka

 Rozdział pierwszy

Gracz w krokieta opowiada o sobie

Rozmawiałem z dwoma  bardzo oryginalnymi osobnikami, którzy wywołali we  mnie  dziwny 

niepokój. Nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że zarazili mnie i  pogrążyli w rozterce swo-
imi dziwacznymi i nieprzyjemnymi ideami. Chcę spisać to, co mi powiedzieli, przede wszystkim 
ze względu na siebie, aby uporządkować własne myśli. To, co mówili, było fantastycznym non-
sensem, ale upewnię się co do tego, jeśli wyłożę to na piśmie. Chcę nadać mojemu opowiadaniu 
formę,  która  pozwoli  jednemu  czy  paru  współczującym  czytelnikom  przekonać  mnie,  że 
wszystko, co ci dwaj ludzie mieli do powiedzenia, było tworem wyobraźni.

Jest to pewnego rodzaju historia o duchach. Nie jest to jednak zwyczajna opowieść o zjawach, 

lecz o czymś o wiele bardziej realistycznym, a przez to zatrważającym i niepokojącym. Nie  jest 
to również historia o nawiedzonym domu, cmentarzu lub innym wyodrębnionym terenie. Duch, 
o  którym  mówili,  był  czymś  daleko  szerszym.  Było  to  jakby  nawiedzenie  całego  okręgu 
wiejskiego, które  początkowo wywoływało niepokój  i lęk. Stopniowo, zataczając  coraz szersze 
kręgi, przerodziło się w atmosferę  zagrożenia, by w końcu, zyskując nieustannie  na  sile i inten-
sywności, przeistoczyć się w ustawiczny, przytłaczający wszystko strach. Nie podoba mi  się  ten 
duch, który rozpościera się coraz szerzej, choć ma władzę tylko nad umysłami. Zacznę jednak od 
samego początku i opowiem, na ile będę mógł, tę historię i opiszę, w jaki sposób zapoznałem się 
z nią.

Ale najpierw wypada podać kilka szczegółów dotyczących mojej osoby. Naturalnie wolałbym 

tego nie  robić, wątpię jednak, czy wówczas zrozumielibyście moją sytuację. Jestem prawdopo-
dobnie  jednym  z najlepszych  żyjących obecnie graczy w krokieta i wcale się  tego nie  wstydzę. 
Jestem  również  pierwszorzędnym  łucznikiem.  Nie  dochodzi  się  do  takich  wyników  bez 
wewnętrznej  dyscypliny  i  równowagi  charakteru.  Wiem,  że  wielu  ludziom  z  racji  mego 
zamiłowania do krokieta wydaję się nieco zniewieściały i śmieszny; mówią to za moimi plecami, 
a czasem także w mojej obecności i przyznaję, że bywały chwile, gdy byłem skłonny zgodzić się 
z  nimi.  Z  drugiej  strony  jednak  sporo  osób  chyba  mnie  lubi.  Nazywają  mnie  pieszczotliwie 
Jerzykiem.  Na  ogół  jestem  z siebie  dość  zadowolony.  Świat potrzebuje  różnych ludzi  i  moim 
zdaniem  nie  ma  sensu  podawać  się  za  przeciętność,  gdy  się  nią  nie  jest.  Z pewnego  punktu 

background image

widzenia niewątpliwie jestem mazgajem, niemniej jednak potrafię zachować zimną krew i cier-
pliwość  przy  krokiecie  oraz  nakazać  drewnianej  kuli,  by  kręciła  się  jak  tresowane  zwierzę. 
Nawet przy tenisie mogę bardziej porywczych graczy wystrychnąć na dudka i wprawić ich w zły 
humor. Umiem też wykonywać sztuczki magiczne, wymagające pewności  ręki i panowania nad 
sobą, równie dobrze jak większość zawodowców.

W rzeczywistości  sporo tych dynamicznych sportowców, zdobywców rekordów, namiętnych 

graczy i  tak  dalej zdradza  daleko większe  podobieństwo do  mnie,  niż im się  to  wydaje. W  ich 
pretensjach do stuprocentowej męskości jest dużo blagi; w głębi duszy  są tak samo potulni jak ja. 
Gra, którą wybrali, odcina ich zupełnie od świata. Zgadzam się, że krykiet, hokej i tym podobne 
gry  są  bardziej  wojownicze  od  mego  sportu,  lotnictwo  i  wyścigi  samochodowe  niebezpiec-
zniejsze,  a  hazardowe  gry  bardziej  wyczerpujące  nerwowo,  ale  wszystko  to  jest  w  równym 
stopniu oderwane od życia, jak to, co ja robię. Ryzyko nie jest rzeczywiste. Ludzie ci, podobnie 
jak ja, są graczami i przebywają wraz ze mną w zaczarowanym kręgu nieszkodliwej i bezpłodnej 
aktywności.

Przyznaję,  że  miałem  wyjątkowo spokojne  życie.  Nie  wziąłem  udziału  w Wielkiej  Wojnie, 

gdyż byłem  wówczas  o  parę  lat za młody.  Zawsze  miałem  zapewnioną  opiekę  i  komfort.  Wy-
chowała mnie ciotka ze strony ojca, panna Frobisher — ta panna Frobisher z procesu kaplicy w 
Barton i Kobiecego Ruchu Ludzkości Świata — i stopniowo uświadamiałem sobie, że moje wy-
chowanie  było,  jeśli  mogę  użyć  paradoksalnego  zwrotu,  niezwykle  banalne.  Życie,  jakie 
prowadziłem,  składało  się  w dużej  mierze  z negacji  i  unikania  różnych  rzeczy.  Uczono  mnie 
zachowywać się grzecznie i spokojnie oraz przyjmować  niespodzianki bez żadnych oznak pod-
niecenia. A przede  wszystkim  brać  na  serio  tylko  zwykłe,  przyzwoite  zdarzenia życia  codzien-
nego.

Ciotka wzięła mnie do siebie  jako trzyletnie dziecko po rozwodzie moich rodziców i od tego 

czasu nie wypuściła z rąk. Żywi  ona do spraw seksu wrogość, którą szczerze mówiąc można by 
nazwać naturalną, i  niewłaściwe  zachowanie  się moich  rodziców — były to czasy,  gdy gazety 
podawały  wyczerpujące  sprawozdania z procesów rozwodowych — oraz niektóre szczegóły tej 
sprawy  zgorszyły ją niesłychanie. Gdy  poszedłem do szkoły w Harton, wynajęła w pobliżu dom i 
zapisała mnie jako dochodzącego ucznia. To samo, prawdę mówiąc, zrobiła podczas mojego po-
bytu w Keeble. Być może natura predestynowała mnie na maminsynka, a powyższe okoliczności 
pogłębiły moje skłonności w tym kierunku.

Mam łagodne usposobienie i słabą wolę. Nie lubię podejmować ważnych decyzji. Ciotka wy-

chowała  mnie  na  swego  stałego  towarzysza  i,  demonstrując  przy  każdej  sposobności  ogrom 
swego macierzyńskiego  przywiązania, nie  pozwoliła  mi  —  widzę  to jasno — zahartować  się  i 
usamodzielnić. Mimo to nie osądzam jej surowo ani nie mam do niej wielkiej urazy. Tak już zos-
taliśmy oboje ukształtowani. Ona była zawsze bogata i mogła robić, co się jej podobało nie tylko 
z sobą, ale i z innymi ludźmi, a ja czułem się zawsze zabezpieczony przed niedostatkiem. Nasze 
życie  było, jak dotąd,  wolne  od trosk. Podobnie  jak  większość  dobrze  urodzonych,  zamożnych 
ludzi, uważaliśmy za  rzecz naturalną istnienie  niższych warstw społecznych i służby oraz przy-
chylność, z jaką nas świat traktował. Przypuszczam, że są jeszcze na świecie setki tysięcy ludzi 
równie  pewnych  materialnego  dobrobytu,  którzy  przyjmują  go  za  coś  samo  przez  się  zrozu-
miałego.

background image

— Co będziemy robić? — zapytujemy. — Dokąd się wybierzemy? — Nikt nas nie zmusza do 

tego lub owego. Jesteśmy pływającą po wierzchu śmietanką ludzkości.

Posiadamy  dom przy Upper Beamish Street, skromny dworek w Hampshire i  dużo podróżu-

jemy. Moja ciotka, jak to wielu ludziom wiadomo, jest kobietą z temperamentem — nie  mówię 
tego w jakimś ujemnym znaczeniu — i czasem ogarnia nas entuzjazm dla tego Kobiecego Ruchu 
Ludzkości Świata, choć nigdy  nie zrozumiałem dokładnie, o co mu chodzi, i objeżdżamy w jego 
interesie cały świat, a przynajmniej te kraje, gdzie są łazienki en suitę, na co moja ciotka zwraca 
szczególną uwagę. To „nawiązywanie kontaktów” trwa zazwyczaj tak długo, dopóki nie pojawią 
się  jakieś  trudności  w  związku  z wyborami  do komitetu  lub  czymś w  tym  rodzaju.  Wówczas 
moja ciotka zniechęca się, więc pozostawiamy  na jakiś rok Ludzkość Świata własnemu losowi i 
wędrujemy to  tu,  to  tam,  ścierając  na  proch  championów  krokieta  i  zdobywając  laury w  łuc-
znictwie. Oboje świetnie strzelamy z łuku; Wilmerdings namalował moją ciotkę jako Dianę. Ale 
specjalnością naszą jest krokiet. Z pewnością  moglibyśmy zostać championami, gdyby nas  nie 
odstraszały rozgłos i  pospolity  wymiar tego tytułu.  Gramy także  całkiem  nieźle  w  tenisa  i  zu-
pełnie poprawnie w golfa, ale publiczność umie już oceniać poziom gry tenisowej na tyle dobrze, 
że nie mamy ochoty robić z siebie widowiska, a golf, jak się przekonaliśmy, styka nas z różnego 
rodzaju ludźmi. Czasem wyjeżdżamy jedynie po to, żeby odpocząć. Ostatnio wypoczywaliśmy w 
Les Noupets po niezbyt udanej  konferencji Kobiecego Ruchu Ludzkości Świata w Chicago (im 
mniej powiem o tych amerykańskich delegatkach, tym dla nich lepiej, ale moja ciotka umiała im 
odpłacać tą samą monetą).

Sądzę, że te uwagi dają wystarczające pojęcie o mnie i o moim otoczeniu. Dwa korty  klubowe 

w  Les  Noupets  są  doskonałe.  Znaleźliśmy  też  zadziwiająco  kompetentną  sekre-
tarkę–maszynistkę, która  zajęła się  obszerną korespondencją mojej ciotki, a w szczególności jej 
sprawą  o  potwarz  przeciw  pani  Glyco–Harriman,  stenografując  i  przepisując  na  maszynie 
wszystkie te dokumenty w ciągu popołudnia i przynosząc je do skorygowania po podwieczorku. 
Była  wreszcie  pewna  ilość  dość  sympatycznych  ludzi, z którymi  można  było  prowadzić  lekką 
rozmowę, nie  angażując  się zbytnio. Graliśmy w krokieta na  godzinę  przed  lunchem  i  czasami 
po  raz  drugi  po  południu.  Kolację  jedliśmy  o  ósmej  wieczór.  W  brydża  graliśmy dopiero  po 
kolacji; to była nasza niezłomna zasada. W czasie gdy moja ciotka pisała listy, które, jeśliby nie 
wyszły  spod  pióra  osoby  sprowokowanej,  należałoby uznać  za  niesłychanie  obelżywe  i  sar-
kastyczne, miałem kilka wolnych godzin, które  poświęcałem głównie na poranny spacer w góry 
do źródeł Perony. Piłem tam wody, raczej dla zabawy niż w celach kuracyjnych, po czym siedz-
iałem  pogrążony  w zdrowym  rozleniwieniu  na  tarasie  Hotelu  pod  Źródłem  Perony spłukując 
atramentowy  smak  przy pomocy odpowiednio dobranego trunku.  Moja ciotka  nie  używa  alko-
holu, ale w ostatnich latach doszedłem  do wniosku, że dyskretne  rozstrzyganie takich spraw na 
własną rękę  jest nie  tylko dopuszczalne, ale leży również w interesie nas obojga. Chcę przez to 
powiedzieć, że staję się weselszym kompanem.

Myślę, że wszystko to charakteryzuje mnie dość dobrze. A teraz pozwólcie mi wycofać się, ze 

tak powiem, na drugi plan — a raczej zmienić się w ramę obrazu — i opowiedzieć wam o pier-
wszym z tych dwóch dziwacznych osobników, których spotkałem na tarasie Perony.

 Rozdział drugi

Upiorny strach w Cainsmarsh

background image

Ujrzałem  po raz pierwszy doktora  Finchattona,  kiedy siedząc  w słońcu na tarasie  jadłem ci-

astko drożdżowe i popijałem nieszkodliwy wermut z wodą  mineralną. Doktor siedział dwa sto-
liki dalej i toczył zadziwiającą potyczkę z pewną liczbą książek, które wypożyczył z miejscowej 
czytelni.  Otwierał  je  jedną  po  drugiej,  odczytywał  kilka  stron,  przeglądał,  mruczał  i  ciskał  na 
ziemię

z gwałtownością, która  strapiłaby niezmiernie  bibliotekarzy. Podniósł  oczy  i  zauważył  moje 

karcące spojrzenie. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się.

— Mnóstwo książek — rzekł — setki książek i ani jedna nie jest warta przeczytania. Żadna z 

nich nie trafia w sedno.

Coś komicznego i irracjonalnego w jego niesmaku zaczęło mnie bawić.
— Po cóż je w takim razie czytać?  — zapytałem. — Czytanie  obciąża pamięć  i  nie pozwala 

myśleć.

—  Właśnie  o  to  mi  chodzi.  Przyjechałem  tutaj,  żeby przestać  myśleć  i  zapomnieć. Ale  nie 

mogę.—W  jego  dźwięcznym  metalicznym  głosie  pojawiła  się  gniewna  nuta.  —  Jedne  z  tych 
książek nudzą, inne irytują. Niektóre zaś przypominają mi akurat to, o czym usiłuję zapomnieć.

Obszedłszy stos wzgardzonych tomów podszedł bliżej trzymając  w ręku szklankę i karafkę  i 

nie  czekając  na zaproszenie  usiadł przy moim stoliku. Spojrzał mi w twarz przyjaźnie  i z lekka 
krytycznie.  Wyglądam  trochę  zbyt  „cherubicznie”  jak  na  trzydziestoletniego  mężczyznę,  co 
widocznie nie uszło jego uwadze.

— Czy pan dużo myśli? — zapytał.
— Dosyć dużo. Prawie codziennie rozwiązuję krzyżówki w Timesie. Gram często w szachy
— przeważnie w drodze korespondencji. Orientuję się niezgorzej w brydżu.
— Mówię  o prawdziwym myśleniu, myśleniu o rzeczach, które  prześladują nas, dręczą i nie 

dają się wyjaśnić.

— Nie dopuszczam takich myśli do głowy
— rzekłem.
— Nie interesują pana przypadkiem duchy i strachy?
— Jestem neutralny. Nie wierzę w duchy, ale nie odrzucam ich istnienia. Proszę mnie zrozu-

mieć.  Nie  widziałem  nigdy  ducha.  Sądzę,  że  dużo  przemawia  za  spirytyzmem,  bardzo  dużo, 
mimo licznych oszustw. Uważam, że tego rodzaju rzeczy dowiodły już nieśmiertelności duszy, a 
to jest bezwzględnie dobre. Moja ciotka, panna Frobisher, jest tego samego zdania. Zdaje mi się 
jednak, że wirujące stoliki, seanse i tym podobne zabiegi trzeba pozostawić specjalistom.

— Przypuśćmy jednak, że dostrzegłby pan duchy dokoła siebie.
— Nigdy mi się to nie zdarzyło.
— A zatem nic, tutaj na przykład, nie napawa pana niepokojem?
— Gdzie? — zapytałem.
— Tam — odparł i wskazał ręką spokojne morze i pogodne niebo.
— Dlaczego miałbym się niepokoić?
— Ale czy tam nic nie ma?
— Nic.

background image

—  Podziwiam  pańską  niewrażliwość  —  a  raczej  spokój.  —  Opróżnił  szklankę  i  zamówił 

następne pół litra  wina. Pił zwyczajne  czerwone  wino — nie wiem,  czy nie  rozróżniał jego ga-
tunków, czy właśnie takie lubił.

— Niczego pan nie wyczuwa? Żadnego niebezpieczeństwa?
— Nigdy nie widziałem bardziej uspokajającego widoku. Ani jednej chmurki.
— Ze mną jest inaczej… Miałem pewne bardzo ciężkie przeżycia. Jestem jeszcze wzburzony. 

Dziwne! Nie wyczuwa pan niczego. Może to tylko echo tego, co się wydarzyło.

— A co się wydarzyło? Jakie echo?
— Chętnie bym panu o tym opowiedział — rzekł. — Ale widzi pan, to cała historia.
— Z przyjemnością jej wysłucham — odparłem.
I  po takim  wstępie  zaczął  swoją  opowieść. Z początku  mówił  dość  bezładnie, potem  coraz 

płynniej.  Miałem wrażenie, że  gorąco pragnie zrzucić  coś,  co leży mu na  sercu,  niekoniecznie 
mnie, ale komukolwiek, by usłyszeć, jak to zabrzmi. Nie przerywałem mu prawie wcale.

Było może nierozwagą z mojej strony pozwolić mu przyczepić się do mnie. Nie wiedziałem o 

nim nic. Musiałem zapytać go o nazwisko, zanim się przedstawił. Było w nim coś osobliwego — 
powinienem  był  przypomnieć  sobie  wtedy,  że  wielki  dom  górujący  nad  miastem  uważano 
powszechnie za  sanatorium dla nerwowo chorych  lub, jak się to dzisiaj mówi,  za ośrodek  psy-
choterapeutyczny i zmykać od razu, nim jego opowiadanie się zaczęło.

Zachowywał  się  jednak  zupełnie  poprawnie.  Nie  zauważyłem  nic  ekscentrycznego  w  jego 

obejściu  i  wyglądzie. Znużenie  malujące  się  na  jego twarzy i  podbite  oczy  świadczyły,  że  źle 
sypia,  ale  poza  tym  wydawał  się  całkiem  zdrowy. Miał szare ubranie,  podobnie  jak  większość 
Anglików;  nosił  kolorową  koszulę  i  nie  rzucający  się  w  oczy  krawat,  wprawdzie  krzywo 
zawiązany, ale  to przecież nie ma większego znaczenia. Wielu ludzi nigdy nie zawiązuje prosto 
krawata, choć nie rozumiem, jak mogą to ścierpieć, skoro tak łatwo go poprawić. Mój nowy zna-
jomy  był bardzo chudy i dość przystojny. Zarys jego ust ocienionych krótkim wąsikiem pozwalał 
domyślać się dużej wrażliwości. Przez cały niemal czas rozmowy siedział pochylony do przodu 
z rękami skrzyżowanymi na piersiach wzorem kota, który podwija pod siebie łapy. Mówił może 
trochę  za  głośno,  ale  najwidoczniej  starał  się  panować  nad  sobą.  Ponieważ  miałem  jeszcze 
przeszło godzinę czasu, pozwoliłem mu opowiadać, nie robiąc żadnych uwag.

— Z początku — rzekł—myślałem, że działają na mnie wyziewy bagien.
— Jakich bagien?
— W  Cainsmarsh.  Słyszał  pan o  Cainsmarsh?  W szkole miałem  zazwyczaj  dobre  stopnie  z 

geografii,  ale  nie  mogłem  przypomnieć  sobie tej  nazwy.  Nie  chciałem  jednak przyznać  się  tak 
szybko do swojej niewiedzy. Coś w tym słowie wydawało mi się znajome. Wzmianka o bagnach 
dawała  pewną  wskazówkę.  W  wyobraźni  mojej  zamajaczyły  bagniste  niziny  zalane  wodą, 
chmurne  niebo,  wilgotna  poczerniała  strzecha,  stojące  na  kotwicy  stare  barki  i  bzykające 
komary.

—  Doskonały  teren  dla  malarii  i  chorób  reumatycznych  —  powiedział  potwierdzając  moje 

domysły. — Kupiłem  tam  praktykę… Niech mi  pan  wybaczy,  że  wkraczam w dziedzinę  auto-
biografii. Uczyniłem to częściowo dlatego, że praktyka tamtejsza kosztowała wyjątkowo mało, a 
przy moich skromnych funduszach należało jakoś zarobić na utrzymanie, częściowo zaś dlatego, 
że chciałem porzucić szpital i Londyn, by odpocząć. Pojechałem tam śmiertelnie znużony  i rozc-
zarowany. Wydawało mi się, że będę miał łatwą pracę. W tym bagnistym okręgu nie ma  prawie 

background image

konkurencji.  Lekarze  z miasteczka  przyjeżdżają  swoimi  samochodami  tylko  do  części  zwanej 
Wyspą, natomiast parafie położone na zboczach wzgórz i w pobliżu słonych bagien znajdują się 
poza  ich zasięgiem, chyba  że chodzi o porady specjalistów. Musiałem  wziąć  się do praktykow-
ania, nie posiadając jeszcze wyższego stopnia naukowego, ponieważ potrzeba mi było spokoju… 
Zrezygnowałem z myśli o dyplomie medycznym.

Zrobił przerwę, jak gdyby trudno mu było mówić dalej.
—  Rozchorował  się  pan?  —  zapytałem,  aby  mu  pomóc.  —  Dlaczego  opuścił  pan  szpital 

przed uzyskaniem  stopnia  naukowego? Niech mi pan  wybaczy uwagę natury osobistej, ale  nie 
wygląda pan na człowieka, który oblewa egzaminy.

— Nie  oblałem egzaminów. Prawdę  mówiąc, byłem bardzo ambitny.  Myślę,  że pracowałem 

za dużo. Absorbowały mnie również inne dziedziny. Zajmowałem się polityką więcej niż pozos-
tali  studenci  medycyny. Interesowała mnie żywo sprawiedliwość  społeczna. Byłem zagorzałym 
przeciwnikiem  wojny.  Ogromnie  przejąłem  się  tymi  zagadnieniami.  Badałem  działanie  gazów 
bojowych.  Może  się rzeczywiście  przepracowałem. Może za dużo  myślałem i  czułem… Tak… 
Tak, z pewnością czułem za dużo. Doszło w końcu do tego, że przeczytanie porannej gazety  od-
bierało mi ochotę do pracy na cały dzień.

Musi  pan  wiedzieć,  że  moje  studia  medyczne  od  samego  początku  wymagały  ode  mnie 

wielkiego samozaparcia. Przyznaję się do tego. Nie lubiłem  sekcji, nie  lubiłem patrzeć  na cier-
piących ludzi w salach szpitalnych. Budziło to we mnie litość, a niekiedy grozę.

—  Medycyna  zawsze  mnie  przerażała  —  zgodziłem  się  z nim. —  Nie  mógłbym  uprawiać 

takiego zawodu.

— Ale świat musi mieć lekarzy — rzekł.
—  Ze  mnie  nie  będzie  miał  lekarza. Widziałem  tylko  trzech  nieboszczyków i  wszyscy oni 

leżeli na łóżkach ułożeni już do wiecznego spoczynku.

— Ale na szosach można się czasem natknąć na okropne widoki.
— Nie podróżujemy nigdy szosami. Wszyscy rozsądni ludzie przestali po nich jeździć.
— Widzę, że uniknął pan wszelkiej styczności ze szpetną stroną życia. Ja nie. Ukazała mi się 

ona w całej rozciągłości, gdy obrałem sobie zawód lekarza. Przypuszczałem, że będę mógł robić 
wiele  dobrego,  ale  nie  myślałem  o  surowej,  ociekającej  krwią  rzeczywistości,  której  trzeba 
będzie stawić czoło. Pan się wykręcił, ja  próbowałem  dotrzymać kroku, a  potem  uciekłem.  Po-
jechałem do Cainsmarsh z myślą o ucieczce. Do tej miejscowości — powiedziałem sobie — nie 
dotrze żadna wojna  ani bombardowanie. Tutaj mogę przyjść  do siebie. Będę  miał do czynienia 
tylko  ze  zwykłymi  chorobami,  które  mogę  oglądać  i  leczyć.  Cainsmarsh  leży  zupełnie  na 
uboczu. Nie  będzie  tu nawet wypadków samochodowych,  które  często  mrożą  krew  w  żyłach. 
Rozumie  pan?  Okręg  ten  wydawał  się  jakby  stworzony dla  mnie,  więc  gdy  pojechałem  tam 
latem  i  zobaczyłem  polne  kwiaty,  setki  przeróżnych  motyli,  jętki  i  mnóstwo  wędrownych 
ptaków, nie  mówiąc  już o letnikach przyjeżdżających  zazwyczaj,  aby łowić  ryby lub  żeby wy-
leczyć  dzieci  z drobnych dolegliwości,  moje  pierwsze  wrażenie było  dodatnie. Wybuchnąłbym 
śmiechem,  gdyby  mi  ktoś  powiedział,  że  osiedliłem  się  w  nawiedzonej  okolicy.  Zrobiłem 
wszystko, co  było  w mojej  mocy,  by ustrzec  się przed  zbyt silnymi  wrażeniami. Nie  zaprenu-
merowałem  gazety, poprzestając na tygodniowym  przeglądzie  nowin z wykresami zamiast ilus-
tracji. Nie otwierałem książek wydanych później niż dzieła Dickensa.

background image

—  Miejscowa  ludność  wydawała  mi  się  z  początku  trochę  nierozgarnięta  i  skryta, ale  upr-

zejma  i najzupełniej normalna. Stary Rawdon, wikary parafii Cross in Slackness, której  kościół 
był  na  tych nizinach  jednym  z drogowskazów, powiedział  mi,  że  ludzie  ci  używają  potajemnie 
narkotyków przeciw zimnicy i że  niezbyt wierzy  w ich szczerość  i przychylność. Złożyłem  mu 
wizytę krótko po przyjeździe. Był to człowiek w starszym wieku, prawie głuchy. Przeniósł się z 
innej  parafii  do Cross in Slackness z powodu  swej  ułomności.  Jego  kościół  i  wikariat wraz z 
jednym czy  dwoma  domkami osiadły, że  tak powiem, na  mieliźnie łańcucha pagórków i skryły 
się w gęstwinie wiązów. Wątpię, czy choć dwadzieścia osób przychodziło na jego nabożeństwa. 
Nie był rozmowny, a jego stara, zgarbiona żona mówiła jeszcze mniej. Dokuczały mu kamienie 
żółciowe  oraz owrzodzona  kontuzja  kostki,  a  jego  uwagę  zaprzątały głównie  ambicje  świeżo 
przybyłego w te  strony anglikańskiego wikarego z Marsh Havering. On sam  wyraźnie  skłaniał 
się  ku  kalwinizmowi,  ale  z początku nie mogłem  zrozumieć  mieszaniny strachu i  urazy,  z jaką 
mówił  o  swoim  młodszym  koledze.  W  Cainsmarsh  nie  było  właścicieli  większych  majątków 
ziemskich. Poza weterynarzem, paroma nauczycielami szkół powszechnych, jednym czy dwoma 
restauratorami  i  kilkoma  właścicielami  pensjonatów  koło  Beacon  Ness,  ludność  składała  się 
głównie  z rolników i  robotników rolnych. Nie  mieli oni  żadnej  sztuki ludowej, żadnych podań, 
pieśni  czy strojów. Trudno byłoby wyobrazić  sobie  bardziej  niewdzięczną glebę  dla jakiejś ak-
tywności intelektualnej. A jednak…

Zmarszczył czoło i mówił powoli,  starając się wysłowić  możliwie jasno  i  uprzedzić zarzuty, 

jakie mógłbym mu postawić.

— Ostatecznie… Być może właśnie w takiej cichej, bezbarwnej atmosferze monotonii łatwiej 

docierają do  naszej  świadomości  sprawy ukryte  głęboko,  które  byłyby całkiem  niewidoczne  w 
barwniejszym  i  bogatszym  w  zdarzenia  otoczeniu…  —  Zrobił  przerwę,  wypił  szklankę  wina, 
pomyślał chwilę i ciągnął dalej.

— W okręgu tym  panowała  niezwykła cisza. Czasem  zatrzymywałem  samochód na jednej  z 

krętych  dróg  prowadzących  przez groble  i  długo  nasłuchiwałem, zanim  wyruszyłem  w dalszą 
drogę.  Słychać  było  beczenie  owiec  na  oddalonych  o  cztery czy pięć  mil  pagórkach  koloru 
lawendy  lub  krzyk  ptactwa  wodnego  podobny do  długiej,  ostrej  rysy  neonowego  światła  na 
milczącym błękicie lub wreszcie szum wiatru i morza z odległego o dwanaście mil Beacon Ness, 
niby oddech świata pogrążonego we śnie. Naturalnie, w nocy rozlegało się więcej odgłosów: psy 
wyły i szczekały w oddali, derkacze nawoływały się wzajem i coś szeleściło w trzcinie. A jednak 
noce również były czasami ciche…

—  Z  początku  nie  przypisywałem  żadnego  znaczenia  ani  zadziwiająco  dużej  i  wciąż 

zwiększającej  się  konsumpcji  narkotyków  przez  tę  pozornie  niewrażliwą  ludność,  ani  też 
wyjątkowo  wysokiemu  i  najwidoczniej  stale  wzrastającemu odsetkowi  samobójstw i  niezrozu-
miałych zbrodni  — niezrozumiałych w odróżnieniu  od  umotywowanych  przestępstw.  Gdy jed-
nak  ma  się  do  czynienia  z tak  nieliczną  ludnością,  jedno  morderstwo  więcej  lub  mniej  może 
całkowicie  zmienić  proporcje.  W  świetle  dziennym  nie  sposób  było  zauważyć  w  zachowaniu 
tych ludzi czegoś zbrodniczego. Patrzyli spode łba, ale może w ich pojęciu wymagały tego dobre 
maniery.  W  ciągu  ostatnich  pięciu  lat zdarzyły  się  w  Cainsmarsh  co  najmniej  trzy szaleńcze 
zabójstwa krewnych i  sąsiadów, a  sprawcy dwóch zbrodni  nie  zostali jeszcze wykryci.  Trzecia 
była  bratobójstwem.  Gdy wspomniałem  o  tym  wikaremu,  powiedział  coś  o  degeneracji  wyni-

background image

kającej ze zbyt częstego zawierania małżeństw między krewnymi i zmienił przedmiot rozmowy, 
jak gdyby temat ten był dla niego niemiły.

— Pierwszą  rzeczą,  która  dała  mi  przedsmak  dziwnej  posępności wiszącej  nad Cainsmarsh, 

był napad bezsenności. Dotąd sypiałem dość dobrze, ale w niespełna dwa miesiące po osiedleniu 
się  w  tej  okolicy  zacząłem  miewać  niespokojne  sny.  Budziłem  się  pełen  obaw  i  nękały mnie 
koszmary, których nie można było przypisać żadnej przyczynie fizjologicznej. Były to osobliwe 
sny,  jakich  nigdy nie  miałem  poprzednio,  sny o  niebezpieczeństwie,  zasadzkach,  pogoni  i  za-
ciekłej obronie, sny, z których budziłem się z krzykiem — tym słabym, niewyraźnym krzykiem, 
jaki się  wydaje  w krainie  majaków sennych,  pocąc  się i  drżąc na  całym  ciele.  Niektóre  z nich 
przejmowały  mnie taką grozą, że obawiałem się zasnąć powtórnie. Usiłowałem czytać, lecz bez 
względu na to, co czytałem, w dalszym ciągu czułem się nieswojo.

—  Używałem  wszelkich  środków zaradczych,  jakie  mogą  przyjść  na  myśl  młodemu  lekar-

zowi, by położyć kres tym denerwującym przeżyciom, ale bez rezultatu. Przepisałem sobie dietę 
i gimnastykę. Wstawałem, ubierałem się i mimo dręczącego strachu udawałem  się  na  spacer pi-
eszo lub samochodem. Strach prześladował mnie  również na jawie. Dusiła mnie zmora, z której 
nie  mogłem się otrząsnąć. Nigdy nie widziałem  tak złowróżbnego nieba, jak podczas tych noc-
nych  wycieczek.  Nawet  w  dzieciństwie  nie  odczuwałem  takiej  obawy  przed  ciemnością. 
Niekiedy w czasie  tych nocnych przejażdżek miałem ochotę domagać się głośno światła dzien-
nego, podobnie jak człowiek duszący się w zamkniętym pokoju mógłby wołać o powietrze.

—  Rzecz  jasna,  ten  brak  snu  zaczął  wkrótce  podkopywać  moje  zdrowie.  Stałem  się  ner-

wowym  dziwakiem.  Spostrzegłem,  że  ulegam  przelotnym  halucynacjom,  przypuszczalnie  po-
dobnym do tych, które towarzyszą delirium tremens, lecz napędzającym więcej strachu. Odwra-
całem się gwałtownie w przekonaniu, że pies gończy biegnie za mną milczkiem, by napaść mnie 
z tyłu lub też zdawało mi się, że czarny wąż wypełza spod obicia fotela. Zjawiły się wkrótce inne 
oznaki  zaburzeń  psychicznych.  Zacząłem  podejrzewać  lekarzy  z Wyspy  o  zmowę  przeciwko 
mnie.  Wyolbrzymione  w  wyobraźni  najdrobniejsze  wydarzenia,  mało  ważne,  lekceważące 
uwagi, odstępstwa od etykiety, urojone winy dostarczały materiału mojej manii prześladowczej. 
Musiałem się powstrzymywać  od pisania niemądrych listów, rzucania wyzwań lub żądania  wy-
jaśnień. Potem  zacząłem upatrywać czegoś złego w milczeniu lub w ruchach niektórych moich 
pacjentów. Siedząc przy ich łóżkach, miałem wrażenie, że  również poza drzwiami słyszę wrogą 
krzątaninę, złośliwe szepty i konszachty.

— Nie  mogłem zrozumieć,  co się  ze  mną dzieje. Szukałem  w mojej  świadomości  przyczyn 

napięcia  nerwowego  i  nie  mogłem  ich  znaleźć.  Na  pewno  wszystko,  co  mogło  je  wywołać, 
zostawiłem  poza sobą w Londynie. Temperatura i  inne wskaźniki  były normalne.  Zrozumiałem 
jednak, że nie zdołałem się dostosować do nowego otoczenia. Cainsmarsh zawiódł moje nadzieje 
i  nie przyniósł mi  uzdrowienia.  Musiałem  się opanować. Ulokowałem cały mój kapitalik w tej 
praktyce i musiałem przy niej wytrwać. Nie miałem dokąd pójść. Postanowiłem zachować zimną 
krew i przełamać te trudności, póki był jeszcze czas.

— Zastanawiałem się, czy tylko ja znoszę takie udręki? Czy coś ze mną jest nie w porządku, 

czy  z  tą  miejscowością?  Czy  inni  mieszkańcy  Cainsmarsh  mieli  sny  i  urojenia  podobne  do 
moich,  czy też może  niepokój  ten trapił  wyłącznie  nowo  przybyłych  i  przechodził  bez  śladu? 
Czy było to coś, przez co należało przejść? Rodzaj aklimatyzacji? Trzeba  było prowadzić te do-
ciekania ostrożnie, ponieważ lekarz może zaszkodzić sobie, jeśli przyzna, że jest niezdrów. Zac-

background image

ząłem szukać u moich pacjentów, mojej starej służącej i osób, z którymi się stykałem, dobrze mi 
znanych symptomów.  I  znalazłem je. Niektórzy  skrywali pod powłoką obojętności  głęboki  nie-
pokój. Podobnie jak ja, odczuwali strach. Był to ciągły, ale bezprzyczynowy  strach przed czymś 
nieznanym.  Był  to  strach,  który w  każdej  chwili  mógł  się  skoncentrować  na  jakiejś  rzeczy  i 
zmienić ją w koszmar.

—  Pozwolę  sobie  przytoczyć  kilka  przykładów:  —  Któregoś wieczoru  zastałem  pewną  sta-

ruszkę zdrętwiałą ze strachu przed cieniem w kącie pokoju. Gdy przestawiłem  świece i cień się 
poruszył, zaczęła  krzyczeć. — „Ależ to nie może zrobić pani  nic  złego”  — uspokajałem  ją. — 
„Boję  się”  —  odpowiedziała,  jak  gdyby  to  była  wystarczająca  odpowiedź.  I  nagle,  zanim 
zdołałem  jej  przeszkodzić, schwyciła  mały budzik  stojący na  nocnym  stoliku,  cisnęła  go w  tę 
czarną,  straszną  nicość  i  ukryła  głowę  pod  kołdrą.  Wyznaję, że  przez parę  sekund  stałem  nie-
ruchomo, nie odrywając oczu od rozbitego budzika leżącego w kącie.

—  Innego  dnia  obserwowałem  pewnego  rolnika  polującego  na  króliki.  Przystanął,  utkwił 

przerażony wzrok w trzepocącym się strachu na wróble, po czym, nie zauważywszy mojej obec-
ności, podniósł nagle strzelbę i rozniósł biedny, stary, dyndający gałgan na strzępy.

— Panował  niezwykły  lęk  przed  ciemnością.  Przekonałem  się, że  moja  stara  służąca po za-

padnięciu  zmierzchu  nie  miała  odwagi  pójść  do  odległej  o  sto  metrów  skrzynki  pocztowej. 
Znajdowała  najrozmaitsze  wymówki, a  gdy się  ją  przypierało  do muru,  stanowczo  odmawiała. 
Musiałem  iść  sam  lub  odłożyć  wysłanie  listów  do  rana.  Dowiedziałem  się,  że  po  zachodzie 
słońca nawet konkury nie mogły wywabić młodych ludzi z domów.

— Nie mogę  opisać panu — rzekł — jak stopniowo rosło we mnie poczucie  obecności tego 

strachu, jak zarażało mnie, aż w końcu doszło do tego, że  poruszenie  się  rolety na wietrze  lub 
upadek żużla w kominku wprawiały moje nerwy w drżenie.

— Nie mogłem się z tego otrząsnąć; noce miałem  coraz gorsze. Postanowiłem porozmawiać 

poważnie ze starym wikarym  o tym szczególnym  niepokoju. Przecież on również opiekował się 
tym okręgiem, choć w trochę inny sposób. Powinien był wiedzieć o wszystkim. Byłem już wtedy 
bardzo rozstrojony. Po jakiejś wyjątkowo ohydnej nocy  zdecydowałem się pójść do niego. Było 
już ze mną naprawdę źle…

—  Pamiętam  do  tej  pory poczucie  bezbronności,  jakie  mną  owładnęło,  kiedy  jechałem  do 

niego przez bagna. Wydawało mi się, że są one nie osłonięte, wystawione na niezliczone niebez-
pieczeństwa. Gdy jednak zbliżałem  się  do  grupy drzew  lub  krzewów,  przybierały one  wygląd 
zasadzki.  Straciłem  zwykłą  ufność  do  świata.  Czułem  się  nie  tylko  narażony na  nieobliczalne 
klęski, ale  i  zagrożony bezpośrednio.  Niech pan pomyśli,  w  biały dzień,  w blasku  słońca,  nie 
widząc dokoła niczego prócz ptaków…

— Przypadek zrządził, że  staruszek był w rozmownym  nastroju. Postawiłem  sprawę jasno  i 

otwarcie. — „Przybyłem niedawno do tego zakątka” — rzekłem. — „Czy dzieje się tu coś… coś 
szczególnie złego?”

— Wlepił  we  mnie oczy i  pocierając policzek, zastanawiał się,  co powinien powiedzieć. — 

„Tak” — rzekł wreszcie.

—  Zaprowadził  mnie  do  swojego  gabinetu,  nasłuchiwał  przez  chwilę,  jakby  chciał  się 

upewnić,  że  nikogo  nie  ma  w  pobliżu  i  zamknął  szczelnie  drzwi.  —  „Jest pan  wrażliwy”  — 
rzekł. — „Zapadł pan na to szybciej ode mnie. Zło — coraz to większe zło… Coś złego.”

background image

— Pamiętam  doskonale te słowa i  jego  zamglone  ze starości oczy oraz spróchniałe  zęby za 

obwisłymi  wargami. Podszedł bliżej i  usiadł tuż przy mnie, przykładając długą kościstą rękę do 
owłosionego ucha. — „Nie mów pan za głośno”

— rzekł. — „Słyszę dobrze, gdy pan mówi wyraźnie.”
—  Wyraził  zadowolenie,  że  może  wreszcie  z  kimś  o  tym  pomówić.  Opowiedział  mi,  jak 

spodziewał się spokojnie dokonać życia w Cainsmarsh i jak stopniowo opanował go ten mglisty 
niepokój  przechodzący powoli  w strach. Nie  mógłby nigdy pozwolić  sobie  na  powtórne  prze-
nosiny. On również był tu  przykuty. Ciężko  było o tym  mówić. Jego żona  nigdy mu o tym  nie 
wspominała. Zanim  przybyli  do Cross in Slackness,  byli najlepszymi  przyjaciółmi, zawsze go-
towymi do poufnej gawędy. — „Teraz „ — rzekł

— „to nas dzieli. Muszę mówić do siebie. Nie wiem, co jej się stało.”
— „Ale co was rozdziela?” — zapytałem.
— „Zło.”
— Tak to nazwał. Powiedział, że każdy odsuwał się wbrew własnej woli od innych ludzi. W 

najzwyklejszych sytuacjach zaczęła ujawniać się jakaś złowrogość. Ostatnio zbudziło się w nim 
dziwne podejrzenie: wydawało mu się, że pożywienie ma osobliwy  smak i że czuje się nieswojo 
po jego spożyciu. — „Obawiam się, że tracę zmysły” — rzekł. — „Ja lub ona. Niemniej jednak 
dziwna jest ta historia zjedzeniem. Po cóż miałby ktokolwiek…?” — Nie dokończył zdania. Gdy 
tu przybył, mieszkańcy wydawali mu się z początku po prostu nierozgarnięci. Potem  zaczął po-
jmować, że byli oni nie tyle tępi, co skryci i podejrzliwi. — „Widziało się czasem w ich oczach 
wyraz,  jaki  ma  pies, który może  ukąsić.  Nawet dzieci, jeśli się  im  przyglądało, zdradzały chęć 
obrony.  Bez powodu. Bez żadnego powodu.” — Mówił  mi to niezbyt głośno,  siedząc  tuż przy 
mnie.

— Przysunął  się  jeszcze bliżej. —  „Są  okrutni  dla  zwierząt”  — powiedział. — „Biją  swoje 

psy  i konie. Tak, zupełnie nieoczekiwanie. Dzieci przychodzą do szkoły ze śladami pobicia. Nie 
można z nich nic wyciągnąć. Boją się.”

— Zapytałem go, czy to zjawisko, czymkolwiek ono jest, przybiera  na sile. Czy zawsze  da-

wało  sieje  tu  odczuć?  Historia  tego  okręgu  nie  była  mu  znana.  Sądził, że  to się  wzmaga.  Nie 
zawsze  było  tak  jak  teraz. Podsunąłem mu myśl,  że  może  to  tkwiło  w  atmosferze  tej  miejsco-
wości i że odczuwaliśmy to coraz silniej w miarę tego, jak ulegaliśmy temu czarowi.

— „Być może. Częściowo i to” — rzekł stary wikary.
— Opowiedział  mi historię swego poprzednika.  Człowiek  ten i  jego  żona zostali  skazani  na 

więzienie za okrutne traktowanie służącej. Na więzienie! Mówili na swoje usprawiedliwienie, że 
chcieli ją poprawić, ponieważ była  brudna  i  kłamała. W rzeczywistości jednak dawali po prostu 
folgę nienawiści do niej… Przed przybyciem do Cainsmarsh życie ich było bez zarzutu.

— „To było tutaj  zawsze”  — wyszeptał stary  wikary.  — „Zawsze. Pod powierzchnią. Jakiś 

duch nieszczęścia i  występku, który  ogarnia nas wszystkich. Modlę  się. Nie wiem, co by się  ze 
mną  stało,  gdybym  się  nie  modlił.  Strata  pieniędzy,  szorstkość  wszystkich,  złośliwe  psoty  i 
obrzucanie kamieniami. Nie mówię już o truciźnie. Zatruwanie najbardziej mi dokucza”.

—  Rozmawialiśmy  tak w  biały dzień  w jego  wielkim,  zniszczonym,  skąpo  umeblowanym 

gabinecie, zupełnie jak ludzie kulący się ze strachu w jaskini.

—  Potem  zaczął  mówić  mniej  dorzecznie.  —  „Zło  jest w  glebie,”  —  oświadczył  —  „pod 

ziemią.”  Położył  silny  nacisk  na  słowach  „pod  ziemią”.  Uczynił  drżącą  ręką  ruch  w tym  kie-

background image

runku.  W  Cainsmarsh  zagrzebano  coś  potężnego  i  strasznego.  Coś  kolosalnie  złego.  Są  to 
szczątki  porozrzucane  po  całej  okolicy. —  „Myślę, że  wiem, co  to  takiego”  — szepnął  tajem-
niczo, ale zwlekał jakiś czas z wyjaśnieniem.

— „Wciąż poruszają te szczątki” — rzekł.
— „Nie dają im zaznać spokoju.”
— Co za  oni? Trudno to określić. Budowano drogi, drenowano pola, a teraz pojawili  się „ci 

archeolodzy.” To jeszcze  nie  wszystko. Podczas wojny przeorano stare  pastwiska.  Pootwierano 
dawne rany. — „Widzi pan, cała ta miejscowość była niegdyś pokryta grobami.”

— „Kopce?” — zapytałem.
—  „Nie”  — nalegał.  „Groby,  wszędzie  groby.  Ci  przedhistoryczni  ludzie  byli  czasem  ska-

mieniali. Znajdowało się kamienie o najdziwniejszych kształtach. Wydobywają wciąż na światło 
dzienne  rzeczy,  które  lepiej  byłoby zostawić  w spokoju.  Wynajdują  wątpliwości  i  zagadki  — 
burzą wiarę.”

— Wystąpił  znienacka  z oskarżeniem przeciw darwinizmowi  i ewolucji.  Ciekawa  rzecz, jak 

długoletnie dysputy splotły  się w jedno z jego obecnymi strapieniami! — „Czy zwiedził pan już 
muzeum w Eastfolk?” — zapytał.

—  Mówił  o  ogromnych  kościach  tam  wystawionych.  —  „Ależ”  —  zaprotestowałem  — 

„myśli pan zapewne o kościach mamutów, dinozaurów i tym podobnych stworzeń.”

—  „Chodzi  o  olbrzymów.  Spójrz  pan  na  to,  co  oni  nazywają  narzędziami!  Zbyt wielkie  i 

niezgrabne, by jakikolwiek człowiek mógł ich używać. Topory, włócznie — nic, prócz gigantyc-
znej broni!” Nazwał je „morderczymi kamieniami”. Morderczymi kamieniami olbrzymów.

— Zacisnął  kościstą pięść, podniósł swój  drżący głos i  prawdziwa nienawiść błysnęła mu w 

oczach.

—  „Żadna  kara  nie  jest  zbyt  wielka”  —  rzekł  —  „dla  ludzi,  którzy  wykopują  te  kości. 

Zdzierają  zasłonę  z wiecznych  tajemnic.  Zdają się  zabijać…  Grób  jest grobem,  a  nieboszczyk 
nieboszczykiem, choćby zmarł przed milionem  lat. Dajcie  tym złym istotom spoczywać!  Niech 
spoczywają! Niech ich prochy  leżą w spokoju!”. — Porzucił ton ukradkowego zwierzenia, stłu-
mił  obawę  i  zapłonął  w  nim  gniew.  Nie  zadawał  już  sobie  trudu  wysłuchiwania  tego,  co 
mógłbym mu powiedzieć.

— Zapuścił się wkrótce w najdziksze oskarżycielskie wywody. Gniew wstrząsający  jego słabą 

postacią  przeobraził  go  całkowicie.  Głównym  przedmiotem  jego tyrady byli  miejscowi  arche-
olodzy  i przyrodnicy, ale wiązała się z tym w najdziwaczniejszy i najbardziej nielogiczny sposób 
jego nienawiść do anglikańskich praktyk religijnych wprowadzonych przez nowego wikarego w 
Marsh Havering. Właśnie  teraz, gdy zło zrywa  pęta  i podnosi się z ziemi niby  opar,  gdy domi-
nującą potrzebą epoki jest prosta i surowa religia.

— „Prosta i surowa” — podkreślił i pogroził palcem  przed moją twarzą. — „Musiał przyjść 

ten człowiek ze swoimi ornatami, obrazami, muzyką i paradą!”

— Nie będę jednak, choćbym mógł, powtarzać panu całej przemowy, którą ten biedny, zgrzy-

biały  starzec  wypowiadał  coraz  gwałtowniej,  głośniej  i  ochrypłej.  Domagał  się  represji, 
prześladowania  nauki,  Rzymu,  tępienia  niemoralności  i  nieskromności  oraz  każdej  wiary  z 
wyjątkiem  jego  własnej,  ścigania  „winnych”  i  wymuszania  skruchy,  aby  nas  uchronić  przed 
bożym  gniewem, który  jest coraz bliżej. —  „Przekopują  glebę, odsłaniają różne  rzeczy i  wdy-

background image

chamy prochy  dawno zmarłych ludzi.”  — Było  to tak, jakby usiłował wyzwolić  się  z naszego 
wspólnego, lokalnego opętania za pomocą samego namiętnego krzyku. — „Los Kaina” — wołał.

— „Kara Kaina!”
— „Ale dlaczego Kaina?” — udało mi się wtrącić.
— „Kain zakończył tutaj swoje dni” — oświadczył starzec. — „Och, wiem o tym. Nie darmo 

to  miejsce nazywa  się Cainsmarsh. Wędrował  po całej ziemi i w końcu zaszedł  tutaj, on i  jego 
najgorsi  synowie. Wiek za wiekiem plugawili tę  ziemię  zbrodnią i okrucieństwem, a  potem  Po-
top zagrzebał ich w tych bagnach — i tam powinni byli pozostać na zawsze.”

— Próbowałem wykazać bezsensowność tych fantazji. Cainsmarsh jest po prostu przekręconą 

nazwą Gaynes Marsh, jak mówią wszystkie przewodniki; w Księdze Dnia Sądnego napisane jest 
Gaynes,  ale  starzec  pokonał  mnie.  Jego  skrzekliwe  twierdzenia  zagłuszyły  mój  głos.  Jego 
głuchota była tarczą przeciw wszelkim argumentom. Głos jego rozlegał się po całym pokoju. Był 
to  wylew od  dawna  nagromadzonych  i  nieustannie  przeżuwanych  samotnych  rozmyślań.  Łat-
wość, z jaką płynęły jego słowa, świadczyła o ich długim polerowaniu. Domyślam się, że  pow-
tarzał  je  co pewien czas nielicznym wiernym uczęszczającym  do kościoła  parafialnego. Mówił 
bezładnie o dzieciach Kaina, ludziach jaskiniowych, mamutach, megateriach i dinozaurach. Istna 
zawierucha absurdów i niedorzeczności. A jednak… a jednak…

Doktor Finchatton patrzył przez chwilę w milczeniu na zatokę Les Noupets.
— Wszystko to nasunęło mi pewną myśl. Wątpię, czy wyda się ona panu choć trochę zrozu-

miała  — w tym przejrzystym  powietrzu. Przypuszczam, że nawiedza nas coś odwiecznego, ar-
chaicznego, bestialskiego…

Skinął głową potwierdzając z odcieniem niezdecydowania swoje słowa.
—  Widzi  pan…  Niemiło  jest  być  nawiedzanym  przez  duchy  georgiańskie,  stuartowskie, 

elżbietańskie, duchy  w zbroi i duchy w łańcuchach. Bądź co bądź jednak ma się dla nich coś w 
rodzaju  koleżeńskiego  uczucia.  Nie  są  one  jedynie  wcieleniem  okrucieństwa, podejrzliwości  i 
małpiej  złośliwości. Ale  dusze  ludzi  jaskiniowych  mogłyby takie  być…  Straszne  widma… Co 
pan o tym myśli?

— Wszystko jest możliwe — powiedziałem.
—  Tak.  A jednak,  jeśli  przyjąć  ludzi  jaskiniowych,  to  czemu  nie  małpy?  Gdyby wszyscy 

przodkowie  zwrócili  się  przeciw nam! Gady,  ryby, ameby!  Był  to pomysł  tak fantastyczny,  że 
opuszczając Cross in Slackness próbowałem się śmiać…

Doktor Finchatton urwał i spojrzał na mnie.
— Ale nie mogłem się śmiać — rzekł.
— Ja również nie mógłbym — odparłem.
— Jest to straszna rzecz. Wolałbym w każdym razie, żeby mnie nawiedzał duch człowieka niż 

małpy.

—  Pojechałem  z powrotem  do domu  bardziej  przerażony niż przed  wyjazdem. Zaczynałem 

już wszędzie mieć halucynacje. Jakiś starzec pochylony nad owcą, która upadła do rowu zmienił 
się  nagle  w skulonego, przyczajonego dzikusa. Nie śmiałem spojrzeć na  niego,  a  gdy krzyknął 
mi  coś  —  może  tylko  dzień  dobry  —  udałem,  że  nie  słyszę.  Za  każdym  razem,  gdy  pod-
jeżdżałem do kępy krzewów, serce mi  zamierało i  zwalniałem  biegu, a gdy tylko ją wymijałem, 
zwiększałem prędkość.

background image

— Upiłem się tej nocy po raz pierwszy w życiu. Widzi pan, miałem do wyboru tylko upić się 

lub uciec. Jestem może jeszcze niedoświadczonym lekarzem, ale znam swoje obowiązki. Lekarz, 
który porzuca swoją praktykę bez zawiadomienia, w niczym nie jest lepszy od zmykającego war-
townika. Musiałem więc się upić.

—  Przed  położeniem  się  do  łóżka  spostrzegłem,  że  nie  mam  ochoty otworzyć  drzwi  fron-

towych  i  wyjrzeć.  Uczyniłem  więc  konwulsyjny  wysiłek  i  rozwarłem  je  na  oścież…  Bagna 
przycupnęły w księżycowym świetle, a kłębiące się nisko mgły na odgłos uderzenia drzwi o ści-
anę  jakby  przestały się  poruszać,  by  nadstawić  ucha.  A  nad  tym  wszystkim  unosiło  się  coś 
bardzo złośliwego, coś, czego obecności nigdy jeszcze nie wyczuwałem tak silnie.

—  Niemniej  jednak  nie  ustępowałem  z progu.  Próbowałem  nawet wygłosić  pijacką  mowę. 

Nie  pamiętam,  co  mówiłem.  Może  cofnąłem  się  już  do  epoki  kamiennej  i  mogłem  wydawać 
tylko  nieartykułowane  dźwięki.  Ale  treścią  ich  było  wyzwanie  do  wałki  całego  zła,  jakie 
przeszłość pozostawiła człowiekowi w spadku.

 Rozdział trzeci

Czaszka w muzeum

Doszedłszy do tego  punktu w  opowiadaniu  doktor  Finchatton  urwał  nagle.  — Ta  opowieść 

wydaje się panu wariacka — rzekł. — Czy chce pan, abym mówił dalej?

— Ależ skąd — palnąłem.  —  To znaczy, tak, proszę  bardzo,  niech pan  mówi  dalej.  To jest 

bardzo interesujące. Tylko kiedy siedzi się tutaj przy stole, wszystko wydaje się takie jasne, po-
godne i konkretne, że ma się poczucie pewnej nierealności… Rozumie pan?

— Rozumiem — odparł nie odwzajemniając mojego uśmiechu. Rozejrzał  się dookoła. — Is-

totnie, trudno się tutaj oprzeć wrażeniu, że nie istnieją na świecie inne rzeczy  niż wermut z wodą 
mineralną czy lunch.

Bezmierne  znużenie  pojawiło  się  na  jego  twarzy.  —  Odpoczywam  —  rzekł.  —  Tak,  ale 

prędzej  czy później  będę  musiał  powrócić  do  tego wszystkiego.  Chciałbym  pogadać  jeszcze  z 
panem o tym, jeśli  to panu nie  przeszkadza. Odznacza się  pan, jeśli  mi się  wolno tak wyrazić, 
orzeźwiającym brakiem wyobraźni. Jak biała kartka papieru.

Nie  miałem  nic  przeciwko  temu, aby usłyszeć ciąg  dalszy. Nie  brałem wówczas pod  uwagę 

możliwości,  że  to  opowiadanie  mogłoby  zakłócić  mój  własny  sen.  Lubię  śnić,  ale  na  jawie. 
Chętnie oddaję się  rojeniom i mrzonkom. Marzenia  te nie  naruszają poczucia  całkowitego  bez-
pieczeństwa — mogą przejmować dreszczem, ale nie strachem. Lubię opowiadania fantastyczne 
właśnie  dlatego, że są fantastyczne. Odkąd jako młodziutki chłopiec  zapoznałem  się z Edgarem 
Allanem  Poe, nabrałem  zamiłowania  do niesamowitości  i  grozy i  mimo oporu  mojej  ciotki  — 
wpada  ona  w  prawdziwy gniew na  wzmiankę  o  tym, że  może  się  kiedykolwiek wydarzyć  coś 
nieprawdopodobnego lub  niezwykłego — folgowałem  mu często niepostrzeżenie.  Sądzę, że jej 
wyobraźnia dawno obumarła, moja zaś przeistoczyła się w oswojone zwierzątko, z którym lubię 
się  bawić. Zdaje  mi się, że  nigdy nie  zadraśnie mnie do krwi;  jest to obecnie kotka, która  wie, 
kiedy  należy przerwać igraszkę. Chociaż nie jestem tego już tak pewien jak dawniej. Było jednak 
bardzo  przyjemnie  znajdować  się  na  bezpiecznym  i  pewnym  gruncie  zalanym  jasnymi  pro-

background image

mieniami  normandzkiego słońca  i  słuchać  o tych  porażonych  strachem  bagnach. —  Mów  pan 
dalej — powiedziałem.

— A więc  — rzekł  doktor  Finchatton — zmobilizowałem  do  walki  wszystkie  zasoby mojej 

wiedzy  i  charakteru.  Upicie  się  i  wyzywające  przemówienie, nawet jeśli  wyobraziłem  je  sobie 
raczej, niż wygłosiłem, dodało mi otuchy. Spałem tej nocy jak kamień, co mi się nie zdarzyło od 
kilku tygodni. Nazajutrz wstałem  pokrzepiony i  zacząłem rozważać  moją  sytuację.  Jako  lekarz 
skłaniałem się naturalnie do przypuszczenia, że tę epidemię strachu i urojeń, tę niemoc całej oko-
licy należy  przypisać  jakiemuś  zarazkowi  w  powietrzu,  wodzie  lub  glebie.  Postanowiłem  pić 
tylko przegotowaną  wodę  i  jeść  wyłącznie  gotowane  potrawy.  Nie odrzucałem  także myśli,  że 
może  tu wchodzić  w grę coś mniej  materialnego.  Nie  jestem  zaślepionym  materialistą.  Gotów 
byłem  uwierzyć  w  udzielającą  się  w  jakiś  sposób  psychozę,  ale  nie  w  tych  synów  Kaina,  o 
których mówił stary  wikary. Następnego ranka zdecydowałem się odwiedzić wielebnego Morto-
vera, anglikańskiego kapłana w Marsh Havering  będącego przedmiotem szczególnej nienawiści 
wikarego. Chciałem poznać jego opinię w tej sprawie.

— Okazało się jednak, że ten młody  człowiek był takim samym szaleńcem jak jego kalwiński 

kolega. Starzec upatrywał przyczyny nieszczęścia w nauce, pracach wykopaliskowych i ciążeniu 
ku  katolicyzmowi,  młody  zrzucał  winę  na  Reformację  i  manię  tępienia  czarownic,  która 
opanowała  purytanów  w  szesnastym  wieku.  —  „Jakieś  duchowe  hamulce  zostały  wówczas 
przełamane” — zapewnił mnie z całym przekonaniem.

— „Szataństwo wróciło na ziemię.” Jego zdaniem  nie mamy do czynienia z duchem Kaina  i 

jego  występnymi  synami,  lecz z opętaniem  diabelskim.  Musimy przywrócić  jedność  chrześci-
jaństwa i wypędzić te diabły.

—  Był  to  bardzo  blady,  starannie  ogolony  młody  człowiek  o  pięknej,  wyrazistej  twarzy, 

płonących  ciemnych oczach  i  donośnym głosie  tenora. Mówiąc nie gestykulował, lecz zaciskał 
swoje szczupłe  dłonie.  Gdyby był  katolikiem, a  nie  anglikaninem, wyznaczono by go zapewne 
na  kierownika  misji  —  promieniował  z  niego  właśnie  ten  rodzaj  gorącej  żarliwości.  Siedział 
ubrany w sutannę, patrzył  w przestrzeń ponad moim  ramieniem  i wyjaśniał mi, jak należałoby 
egzorcyzmować bagna.

— Z tego,  co mówił, wnioskowałem, że  przez jego głowę  przewijały się  wielkie  procesje  z 

chorągwiami  i  baldachimami  kroczące  powoli  przez  bagna,  chłopcy  śpiewający  psalmy, 
poruszane  kadzielnice i kapłani  w ornatach kropiący wodą święconą. Pomyślałem  o starym wi-
karym wyglądającym z brudnego okna swego gabinetu i ujrzałem w duchu, jak wybiega z domu 
chrypiąc i potykając się, z morderczym ogniem w oczach.

— „Ależ” — powiedziałem mu — „spotka się pan z protestem!” I w tej samej chwili zachow-

anie  pana  Mortovera  uległo  zmianie.  Powstał  i  wyciągnął  sztywno  rękę  jak  orzeł  szpony.  — 
„Trzeba  go  stłumić”  —  rzekł  i  zrozumiałem  wówczas,  dlaczego  zabija  się  ludzi  w  Belfaście, 
Liverpoolu i Hiszpanii.

To  było dziwne. Przerwałem mu: — Ależ, doktorze  Finchatton, co mają  wspólnego Belfast, 

Liverpool i Hiszpania z Cainsmarsh?

Zatrzymał się na chwilę i obrzucił mnie jakimś szczególnym, na wpół podejrzliwym, na wpół 

upartym spojrzeniem. — Mówiłem o Cainsmarsh — rzekł po namyśle.

— A co mają z nim wspólnego Belfast i Hiszpania?

background image

— Nic. Przypuszczam, że wspomniałem  o nich dla zilustrowania… Niech sobie przypomnę! 

Miałem na myśli fanatyzm. Obaj ci ludzie, wikary i młody kapłan, mieli określone przekonania, 
niewątpliwie  głębokie  i  szlachetne, skoro je  wyznawali. W  rzeczywistości  jednak jedynym  ich 
pragnieniem była walka — chcieli skoczyć sobie do gardła. Tutaj rozpoczynało się działanie tru-
jących wyziewów bagna. Przyczyną ich wzburzenia nie były poglądy, lecz obawy. Chcieli krzyc-
zeć i wyzywać…

— To samo działo się ze mną. Czemu stojąc  w nocy  w otwartych drzwiach awanturowałem 

się, szalałem i wygrażałem bagnu pięścią?

Spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał odpowiedzi.
— Grecy mieli na to nazwę — rzekł. — Panika. Bagna szerzyły nagminną panikę.
— Być może jest to właściwa nazwa — odparłem — ale cóż ona wyjaśnia?
— Pojmuje pan — kontynuował doktor Finchatton — że ogarnął mnie wtedy paniczny strach 

przed paniką. Czułem, że pozostaje  mi już niewiele czasu. Jeśli nie  znajdę  jakiegoś zaklęcia  na 
ducha  tej okolicy, dostanę  się  z pewnością w jego szpony. Powinienem działać energicznie. Nie 
miałem akurat wtedy żadnej pilnej pracy, postanowiłem więc uciec na pół dnia z mego gabinetu i 
pojechać  do muzeum  w Eastfolk. Chciałem  dobrze się  przyjrzeć  tym kościom mamutów,  które 
pod wpływem słów wikarego zaczynały przybierać  zanadto ludzkie kształty w mojej pamięci  i, 
jeśli się uda, pogawędzić z kustoszem, podobno wybitnie zdolnym archeologiem.

‘ — Był to bardzo miły, niskiego wzrostu człowiek o pełnej, sympatycznej, gładko wygolonej 

twarzy. Nosił okulary. Zachowanie jego cechowało coś w rodzaju czujnej uwagi, jaką spotykamy 
u  dobrych  fotografów  i  portrecistów;  była  to  jego  jedyna  krępująca  właściwość.  Czułem  jego 
wzrok na sobie, ilekroć patrzyłem w inną stronę…

— Oświadczyłem, że bardzo mnie interesują narzędzia z krzemienia znajdowane w tak dużej 

ilości na  niskich pagórkach sterczących wśród bagien oraz kolekcja  wykopanych  tam  ludzkich 
szczątków. Kustosz był entuzjastą  i znalazł  we  mnie inteligentnego słuchacza. Zaczął wykładać 
całą bez mała historię okręgu.

— „Musiał on być zamieszkiwany przez tysiące lat” — rzekłem.
— „Przez setki tysięcy lat” — odpowiedział.
— „Byli tu Neandertalczycy i… ale muszę panu pokazać naszą największą chlubę!”
—  Zaprowadził  mnie  do  zamkniętej  oszklonej  gabloty,  w której  leżała  masywna  czaszka  o 

wydatnych  łukach  brwiowych,  która  zdawała  się  jeszcze  ponuro  patrzeć  pustymi  oczodołami. 
Obok czaszki umieszczono jej dolną szczękę.

—  „Ten  przybrudzony rdzawo—brązowy skarb”  —  powiedział  —  „jest  najlepiej  zachow-

anym  okazem  tego  rodzaju  na  całym  świecie.  Jest prawie  kompletny.  Rozstrzygnął  już tuzin 
sporów wynikłych z braków w innych szczątkach. W sąsiedniej szafie znajduje się kilka kręgów 
szyjnych, pałąkowata  kość  udowa i  mnóstwo drobniejszych  fragmentów. Ale  nie  wydobyliśmy 
jeszcze wszystkich szczątków z rozpadliny, w której je znaleziono, ponieważ kości były na wpół 
spróchniałe  i  bardzo  kruche  i  należało  zachować  daleko posuniętą  ostrożność.  Przekopywanie 
rozpadliny  odbywa  się  z  niezwykłą  starannością.  Mamy  nadzieję,  że  odnajdziemy  w  końcu 
prawie  cały szkielet. Stworzenie  to prawdopodobnie ześlizgnęło się w szczelinę  skalną, utknęło 
w niej  i  zostało  zasypane. Znaleziono  przy nim  dwa  lub  trzy  bardzo prymitywne  i  niezgrabne 
narzędzia.” — Mały kustosz przypatrywał  się, jak  oglądałem jego wspaniały  okaz, podziwiając 

background image

wyszczerzone  szyderczo  zęby górnej  szczęki i  upiorną  żywotność  przebłyskującą  jeszcze  w ja-
mach, skąd niegdyś patrzyły na świat oczy.

— „Przypuszczam, że mógłby to być nasz przodek” — rzekłem.
— „To prawdopodobne.”
— „Mieć to we krwi!”
—  Odwróciłem  się  lekko  i  spojrzałem  na  potwora  z  ukosa,  a  gdy  przemówiłem  znowu, 

miałem  uczucie,  że  nas słyszy. Zadałem  kilkanaście  dyletanckich  pytań. Dowiedziałem  się,  że 
niezliczone  pokolenia podobnych istot wydawały mrukliwe dźwięki i poruszały się niezgrabnie 
po bagnach przez czas sto razy dłuższy  od całego znanego nam okresu historii. W porównaniu z 
panowaniem tego gatunku nasze późniejsze ludzkie rządy datowały się od wczoraj. Miliony tych 
zwierzęcych istot pojawiało się  i  wymierało, pozostawiając  po  sobie  szczątki,  narzędzia,  odłu-
pane  lub  poczerniałe  w ogniu  kamienie  i  ogryzione  kości. Nie  ma  na bagnach  ani  jednego  ka-
myka,  ani  jednej  piędzi  ziemi,  których  by ich  stopy nie  dotknęły  lub  ich  ręce  nie  uchwyciły 
niezliczoną ilość razy.

—  „Jest  w  nim  coś  niesamowitego”  —  powiedziałem  mimo  woli,  bijąc  się  z  myślami. 

Wreszcie zdecydowałem się postawić  pytanie  bez ogródek. Zapytałem kustosza, czy nie  słyszał 
— czy nie przyszło mu nigdy do głowy, że ta miejscowość była nawiedzana?

— Badawczy wyraz przesłoniętych szkłami oczu pogłębił się jeszcze bardziej.
— „Owszem, słyszałem coś o tym” — powiedział.
— „I cóż?” — zagadnąłem.
—  Ale  on  chciał  najpierw  mnie  wysłuchać.  Czekał  w  milczeniu,  tak  że  zmuszony  byłem 

mówić dalej. Powiedziałem mu niemal wszystko, co powiedziałem panu.

— „Bagna mają  mnie  w swej mocy” — rzekłem. — „Jeśli  się w jakiś sposób nie  wyzwolę, 

postradam  zmysły.  Nie  mogę  stawić  im  czoła,  a  powinienem.  Proszę  mi powiedzieć,  dlaczego 
sny  są  tam  takie  posępne,  dlaczego  w dzień  nęka  człowieka  strach,  a  w  nocy dręczą  okropne 
obawy?”

— „Nie jest pan  pierwszą  osobą,  która  przychodzi  do mnie  z tym  pytaniem”  — powiedział 

przypatrując mi się uporczywie.

— „A czy może mi pan wyjaśnić, co to jest takiego?”
— „ Nie” — odparł.
—  Człowiek  ten  znał  wagę  słów  równie  dobrze,  jak  wartość  obserwacji.  Wyjaśnił  mi,  że 

prowadził na bagnach prace wykopaliskowe i zapoznał się trochę z tamtejszymi ludźmi.

— „Nie  podobają  im  się te  prace” — rzekł. — „Nie napotkałem jeszcze  w żadnym  zakątku 

świata  takiej  niechęci  do  wykopalisk.  Być  może  wypływa  to  z  jakiegoś miejscowego,  mocno 
zakorzenionego przesądu. Może  strach  jest zaraźliwy. Nie  ma  wątpliwości, że  się  boją  i  moim 
zdaniem  boją się  teraz bardziej niż dawniej. Często  bardzo trudno jest otrzymać  pozwolenie  na 
kopanie w prywatnej posiadłości.”

— Czułem, że  nie  mówi mi wszystkiego, co  myśli. Zdawał  się napomykać  o różnych rzec-

zach  dla  eksperymentu,  jak  gdyby  chciał  wypróbować  moje  reakcje  na  swoje  słowa.  Zrobił 
uwagę, że nigdy nie  spał w pobliżu bagna, nawet w dzień. Czasem, gdy przesiewał  ziemię,  za-
trzymywał  się, by nadstawić  ucha,  wracał  do  przesiewania, potem nasłuchiwał  znowu.  —  „Nie 
słyszałem nic”, — rzekł — „a jednak byłem w ciągłym napięciu.”

background image

— Przestał  mówić. Spostrzegłem, że przygląda się ze  szczególnym wyrazem twarzy czaszce 

jaskiniowca leżącej między nami.

— „Nie wierzy pan chyba w istnienie ducha tego szkaradnego zwierzęcia?” — zapytałem.
— „Zostały po nim tylko kości” — rzekł. — „Czy jednak nie sądzi pan, że miało ono coś, co 

można by nazwać duszą? Coś, co mogłoby jeszcze szkodzić, dręczyć i straszyć? Coś niezmiernie 
podejrzliwego i łatwo wpadającego w gniew?”

— Teraz ja  z kolei  utkwiłem w nim wzrok. — „Chyba nie wierzy pan w to naprawdę? Pod-

suwa mi pan tę myśl w jakimś celu.” Zaśmiał się nie spuszczając ze mnie spojrzenia.

— „Jeśli tak, to mi się udało” — rzekł. — „Ale rzeczywiście chciałem to panu zasugerować. 

Jeśli zdołamy  zmienić pański lęk w ducha — no, to ducha można wypędzić. Jeśli zmienimy go w 
gorączkę,  gorączkę  można  wyleczyć.  Póki  jednak  czuje  pan  jedynie  paniczny  lęk  i  głuchą 
wściekłość, to cóż możemy z tym zrobić?”

— „Bardzo pan jest łaskaw”, — rzekłem — „że próbuje pan postawić mnie w jakiś sposób na 

nogi,  związać  mi,  że  tak  powiem,  skrzydła  przed  wygłoszeniem  egzorcyzmów.  Nie  takie  to 
łatwe, jak pan sądzi.”

— Od tej chwili — ciągnął dalej doktor Finchatton — przestał hipnotyzować mnie wzrokiem 

spoza szkieł i zaczął mówić bardziej otwarcie. Wywody  jego wkraczały  w dziedzinę metafizyki, 
a ja nie jestem metafizykiem. Była to dziwaczna teoria, a jednak dawała coś w rodzaju wyjaśni-
enia. Spróbuję ją panu, o ile to możliwe, przedstawić. Kustosz uważał, że przekraczamy granice 
naszej teraźniejszości — Granice Naszej Teraźniejszości.

Doktor  Finchatton  spojrzał  na  mnie  badawczo.  Zachowałem  rezerwę.  Nie  miałem  najm-

niejszego pojęcia o granicach teraźniejszości.

— Mów pan dalej — poprosiłem.
— Kustosz stał zwrócony profilem do mnie i wyglądając przez okno, snuł swoje rozważania. 

— „Przed jakimiś stu laty” — rzekł — „ludzie żyli teraźniejszością w daleko większym stopniu 
niż obecnie. Ich przeszłość sięgała cztery czy pięć tysięcy lat wstecz, ich przyszłość nie zapuszc-
zała się tak daleko. Żyli chwilą  obecną i tym, co nazywali  wiecznością. Nie znali odległej rzec-
zywistej przeszłości. Nie dbali o rzeczywistą przyszłość. „To — skinął głową w kierunku czaszki 
jaskiniowca  — po  prostu  nie  istniało”. Wszystko  to było zagrzebane, zapomniane,  poza  nawi-
asem życia. Żyliśmy w zaczarowanym kręgu i czuliśmy się  strzeżeni i bezpieczni. Mniej więcej 
w ubiegłym stuleciu, wydostaliśmy  się z tego kręgu. Przetrząsnęliśmy przeszłość  odkopując  je-
den wiek po drugim i teraz spoglądamy coraz dalej w przyszłość. To nam dolega.”

— „W tej okolicy?” — spytałem.
— „Wszędzie. Pański wikary i ksiądz czują to instynktownie, choć nie wiedzą, jak to wyrazić, 

a  w  każdym  razie  wyrażają  to  inaczej  niż my.  Czasem  wydobywa  się  to  na  powierzchnię  w 
Cainsmarsh,  ale  znajduje  się  wszędzie.  Przekroczyliśmy  granice  teraźniejszości  i  przeszłości. 
Wielowiekowa ciemna przeszłość, pełna lęku i nienawiści, której istnienia nie podejrzewali nasi 
dziadkowie,  znowu nas zalewa. A przyszłość otwiera  się  niby przepaść  gotowa  nas pochłonąć. 
Zwierzę znów się pojawia i znów szaleje, a stare religie nie mają już nad nim władzy. Jaskiniow-
iec, małpi przodek, zwierzęcy przodek powraca znów. Tak jest. Mogę pana zapewnić, że nie od-
dalam się ani na krok od rzeczywistości. Obecnie dzieje się to wszędzie. Był pan w Cainsmarsh i 
odczuł jego obecność, ale powiadam panu, że to wskrzeszone barbarzyństwo zieje teraz i wciska 

background image

się  wszędzie.  Świat  jest zagrożony nie  tylko  tutaj…  „  —  urwał  i  jego  okulary błysnęły,  gdy 
spojrzał na mnie. Potem znów odwrócił się do okna.

— „Wspaniale, ale to czysty mistycyzm”
— rzekłem. — „W jaki sposób może mi pomóc? Co mam robić?”
— „To są przeżycia wewnętrzne i należy je zwalczyć w sobie.”
— „Muszę wrócić dziś wieczór do Cainsmarsh.”
— Kustosz powtórzył, że granice teraźniejszości znikły i nie będzie można ich przywrócić.
— „Musi pan zmienić swoją wizję świata tak, aby móc wyobrazić sobie taką rzeczywistość, w 

której jaskiniowiec sąsiaduje z codzienną gazetą, a tysiąc najbliższych lat jest tuż za progiem.”

— „Bardzo dobrze”, — rzekłem — „ale co to znaczy? Co mam teraz począć?”
— Spojrzenie jego znowu zatrzymało się na mnie. — „Niech pan to pokona, jeśli pan potrafi” 

— powiedział. — „Niech pan tam wróci. Nie znajdzie pan ratunku w ucieczce. Niech pan wraca 
i  podejmie  jeszcze  raz  walkę  z  tym,  co  można  nazwać  wedle  swojej  woli  Złem,  Strachem, 
Duchem Kaina, lub duchem tego kamrata…”

— Zrobił pauzę i obaj poszukaliśmy wzrokiem  niezgrabnej czaszki, jakbyśmy  czuli, że i ona 

mogłaby mieć coś do powiedzenia w tej sprawie.

— „Popatrz pan na to wszystko z szerszej perspektywy” — podjął na nowo bardziej poufnym 

tonem.  — „Spójrz pan  prawdzie  w oczy,  jeśli  pan może. A jeśli  się  okaże,  że  nadal  traci  pan 
grunt pod  nogami, trzeba będzie  postarać  się o  pomoc. Powinien pan pojechać do Londynu na 
kurację. Proszę się udać do doktora Norberta. Zdaje się, że mieszka pod numerem 391 przy Har-
ley  Street — mogę to dla pana  sprawdzić. Jest to człowiek, który jako jeden z pierwszych zdał 
sobie  sprawę  z miazmatów zatruwających  pana i  wynalazł  pewien  sposób oczyszczenia  z nich 
umysłu. Prawdę mówiąc, pomógł mi, choć jego metody są radykalne i dziwne. Miałem pierwsze 
objawy  pańskiego  niedomagania,  a  ponieważ  słyszałem  o  metodzie  Norberta,  natychmiast 
zwróciłem  się  do  niego.  Udaję  się  aeroplanem  raz czy dwa  razy w tygodniu do  kliniki  w Les 
Noupets…”

— Na  tym zakończyłem rozmowę  z kustoszem muzeum w Eastfolk. Na jakiś czas postawiła 

mnie  ona  na  nogi.  Przekonały mnie  jego  naukowe  wywody.  Nie  czułem  się  już  jak  samotne, 
bezbronne  zwierzę  ścigane  przez ciemne  i  nieznane  siły. Podjąłem  jeszcze  raz nieprzyjemną  i 
ryzykowną, ale bynajmniej nie beznadziejną walkę.

— Nie  miałem  jednak  szczęścia w tym  ostatnim starciu z duchami  jaskiniowców. Wróciłem 

do  domu  przed  zachodem  słońca.  Lecz  zanim  dotarłem  na  miejsce,  natknąłem  się  na  coś 
strasznego. Był to pies skatowany na śmierć. Tak, skatowany na śmierć. Pomyślał pan zapewne, 
że w świecie pełnym niegodziwości okrutnie zbity pies nie ma znaczenia. Dla mnie jednak miał.

— Leżał w przydrożnych pokrzywach. Pomyślałem, że jakiś kierowca przejechał go i odrzu-

cił  na  pobocze.  Wysiadłem,  aby  sprawdzić,  czy  jeszcze  żyje.  Był  martwy.  Zbity  na  miazgę 
jakimś tępym, ciężkim narzędziem. Miał pogruchotane wszystkie  kości. Widocznie ktoś musiał 
długo się nad nim znęcać z okrutną zaciekłością.

— Wiem, że jak na lekarza jestem zbyt wrażliwy. Pojechałem dalej w gasnącym blasku słońca 

przerażony okrucieństwem  tkwiącym  głęboko  w ludzkiej  naturze.  Cóż  za  wybuch  szaleństwa 
zabił  biedne  zwierzę?  W  dziesięć  minut  po  moim  powrocie  do  domu  doznałem  nowego 
wstrząsu.  To  również  może  się  panu  wydać  drobiazgiem,  ale  dla  mnie  było  przytłaczającym 
przeżyciem. Zdyszany posłaniec przyjechał na  rowerze z wikariatu Cross in Slackness. Był  tak 

background image

wystraszony,  że  przez dłuższą chwilę  nie  mogłem zrozumieć,  co do  mnie  mówi.  Wreszcie  po-
jąłem,  że  stary  Rawdon  usiłował  zabić  swoją  biedną  żonę.  Powalił  ją  na  ziemię  i  pobił.  — 
„Biedna  staruszka”  —  wykrztusił  z  trudem  chłopiec.  —  „Niech  pan  prędko  przyjdzie. 
Związaliśmy go  i  zanieśliśmy do przybudówki,  a  ona leży na  górze  w  łóżku  śmiertelnie  prze-
rażona.  Nie  może  mówić  ze  strachu. Wikary szaleje  w straszny sposób.  Okropny. Krzyczy,  że 
ona chciała go otruć… I przeklina.”

— Wyprowadziłem samochód i pojechałem. Zrobiłem, co mogłem, aby dodać otuchy biednej 

staruszce. Mąż nie poranił jej tak bardzo, jak się obawiałem. Miała kilka siniaków, ale kości były 
nienaruszone. Cierpiała głównie z powodu nieoczekiwanego wstrząsu. Niebawem przyszli dwaj 
policjanci i zabrali starego Rawdona na posterunek w Holdingham. Nie zszedłem na dół, żeby go 
zobaczyć.  Pani  Rawdon  wymawiała  tylko  jedno  słowo:  —  „Edwardzie!”  —  szepnęła  ze  zdu-
mieniem,  — „oh, Edwardzie”  — powtórzyła  z przerażeniem  i  wydała  słaby krzyk.  Dałem  jej 
środek nasenny, wystarałem się dla niej o opiekę na noc, po czym wróciłem do domu.

— Póki byłem zajęty, trzymałem się jako tako, ale kiedy  znalazłem się w domu, upadłem zu-

pełnie na duchu. Nie mogłem nic jeść. Wypiłem dużo wódki i zamiast pójść do łóżka, zasnąłem 
w  fotelu  przy kominku.  Zbudziłem  się  nagle  i  spostrzegłem,  że  ogień  wygasa.  Poszedłem  na 
górę,  ale  kiedy tylko zacząłem  zasypiać, otoczył mnie  rój  koszmarów i  znów zerwałem się  zu-
pełnie  rozbudzony.  Wstałem  więc,  narzuciłem  na  siebie  szlafrok, zszedłem  na  dół  i  rozpaliłem 
ogień,  postanawiając  przemóc  senność  za  wszelką  cenę.  Jednak  zasnąłem  na  krótko,  a  potem 
wróciłem do łóżka. Przez całą noc przemęczyłem się tak między łóżkiem a kominkiem. W moich 
snach  przewijały się bezładnie  obrazy biednej, wystraszonej  staruszki  i  równie  godnego  litości 
starca,  myśli,  które  podsunął  mi  kierownik  muzeum  oraz  ta  piekielna  paleolityczna  czaszka 
unosząca się nad tym wszystkim.

— Ten złowróżbny człowiek pierwotny  zaprzątał mi głowę coraz bardziej. Ani we śnie, ani na 

jawie  nie  mogłem  zapomnieć  jego  pustego  spojrzenia  i  tryumfująco  szyderczego  uśmiechu. 
Widziałem go na  jawie, jakby był  żywą  istotą, zagadką nie  do rozwiązania. Śmiał  się  z naszych 
daremnych  usiłowań. We  śnie  jego  czaszka przybierała  fantastyczne  rozmiary,  zmieniała  się  w 
olbrzymią  górę, w której  oczodoły i  wklęsłości szczęki  wyglądały  jak wielkie  jaskinie. Miałem 
wrażenie — trudno je wyrazić  słowami — że  ten jaskiniowiec  unosi się  coraz wyżej, a jednoc-
ześnie stoi  nieruchomo  w miejscu. Widziałem na  pierwszym  planie  jego  niezliczonych  potom-
ków rojących się  niby mrówki, gromady ludzkich istot śpieszących tam i z powrotem, wykonu-
jących nieudolne ruchy mające  oznaczać szacunek i  uległość i walczących o schronienia w jego 
pożerającym cieniu. Roje te  sformowały wkrótce  umundurowane szeregi i kolumny i pomasze-
rowały ku czarnym  cieniom rzucanym  przez jego spróchniałe i  zjedzone rdzą  zęby. Z tej  ciem-
ności  zaczęło  się  coś sączyć  cienką,  zygzakowatą  strugą  —  coś, co widocznie  było  dla  niego 
smakowite… Krew.

A potem Finchatton powiedział coś dziwnego: — Małe dzieci zabite na ulicy podczas nalotów 

lotniczych.

Nie zrobiłem  żadnej uwagi. Było to powiedziane  „na stronie”, jak mówią aktorzy. Czekałem 

spokojnie na dalszy ciąg opowieści.

— Z rana — podjął mój rozmówca po chwili głębokiej zadumy — zacząłem telefonować jak 

szalony.  Z wielkim  trudem,  za  cenę,  która  mnie  zapewne  zrujnuje,  zdołałem  wyszukać  sobie 
zastępcę  i  bezzwłocznie,  z  największym  wysiłkiem  powściągając  rozdygotane  nerwy, 

background image

popędziłem do Londynu, by zobaczyć się z Norbertem. To właśnie Norbert mnie tutaj przysłał… 
Niezwykły człowiek, zupełnie inny, niż go sobie wyobrażałem.

Doktor Finchatton przerwał i spojrzał na mnie. — To już wszystko.
Skinąłem głową w milczeniu.
— No i cóż — zapytał — co pan o tym myśli?
— Jutro zacznę się nad tym zastanawiać. Teraz nie wiem, co powiedzieć. To niewiarygodne, a 

jednak  —  był  pan  bardzo  sugestywny.  Nie  sądzę,  aby  to  naprawdę  miało  miejsce,  nie 
posunąłbym się tak daleko, ale wierzę, że pan to przeżył.

— Właśnie. Cieszę się, że mogłem porozmawiać z takim człowiekiem, jak pan. Norbert żąda 

tego ode mnie. Chce, abym się oswoił z tym, co mnie spotkało, przejął to takim, jakie jest, abym 
spróbował odróżnić  moje  rzeczywiste  przeżycia —  nazywa  je  realnymi  faktami  życiowymi  — 
od przywidzeń, snów i obaw, którymi  je oplotłem. Uważa, że powinienem  patrzeć na  wszystko 
bez emocji. A zatem, jak pan myśli? — Spojrzał na mnie bardzo poważnie. — Co z tego, co panu 
opowiadałem,  jest  prawdziwym,  konkretnym  zdarzeniem,  a  co  —  jakże  to  nazwać  — 
wewnętrznym przeżyciem? Napaść starego Rawdona na żonę wydarzyła się naprawdę, śmiertel-
nie  pobity  pies był  rzeczywisty… Norbert,  widzi  pan,  uważa, że powinienem  o tym  spokojnie 
porozmawiać  z kimś,  kto  wydaje  się  dostatecznie  zrównoważony  i  nie  przejmuje  się  zbytnio 
przeszłością  ani  przyszłością.  Chodzi  o  to,  żeby  fakty docierały do  mojej  świadomości  jako 
fakty,  a  nie  jako  lęki  czy  koszmary.  Norbert  chce  mi  przywrócić  to,  co  nazywa  rozumną 
obojętnością — to jego ulubiony zwrot — by w ten sposób znaleźć mocniejsze oparcie dla tego, 
co będę musiał dalej robić.

Wypił  wino jednym  haustem. —  Bardzo to ładnie  z pana  strony, że pan mnie  wysłuchał  — 

rzekł, a następnie, gdy jakiś cień padł na taras przed nami, zawołał: — Hallo!

 Rozdział czwarty

Nieznośny psychiatra

Zanim jeszcze podniosłem oczy na doktora Norberta, uczułem niechęć do jego cienia. Norbert 

był  i  chciał  być  człowiekiem  dominującym,  a  ja,  choć  jestem  gnuśny,  miękki  i  pozbawiony 
inicjatywy, potrafię być tak uparty, jak cały zaprzęg mułów. Zanim otworzył usta, byłem już zde-
cydowany wystąpić przeciw niemu, cokolwiek by powiedział.

Wcale  nie  wyglądał  na  psychoterapeutę.  Psychoterapeuta  powinien,  moim  zdaniem,  mieć 

spokojne  oczy,  uspokajający  sposób  bycia  i  umieć  panować  nad  sobą.  Powinien  wyglądać 
świeżo i zdrowo, a ten człowiek miał trupią cerę. Był to okazały, niedbale ubrany mężczyzna o 
czarnych,  kręconych  włosach  i  gęstych  brwiach.  Gdy mówił,  toczył  dokoła  swymi  wielkimi, 
błyszczącymi oczami, a podczas dramatycznych pauz wlepiał je w twarz interlokutora. Nie było 
to  spojrzenie, lecz przenikliwe  wpatrywanie się, które ciążyło niemal  dotykalnie i  poparte  było 
groźnym  zmarszczeniem  brwi.  Miał  wyraziste  rysy,  obwisłe  wargi  mówcy  i  zdumiewająco 
donośny  głos.  Nosił  staroświecki,  wysoki  biały  kołnierzyk  i  luźno  zawiązany  czarny  krawat 
mocno przekręcony  na bok. Robił wrażenie, jakby ubrał się raz na zawsze według jakiejś starej, 
przedwojennej mody  i od tego czasu nic w niej nie zmienił. Wyglądał jak aktor na wakacjach, a 
nie jak psychoterapeuta. Przypomniał mi  umieszczane niegdyś w Punchu portrety Gladestone’a, 

background image

Henry Irvinga lub Thomasa  Carlyle’a. Trudno byłoby sobie  wyobrazić  bardziej  niestosownego 
kompana dla  dwóch przyzwoicie  wyglądających nowoczesnych Anglików siedzących  nad kiel-
iszkiem wermutu na tarasie Hotelu pod Źródłem Perony.

A  jednak  stał  tutaj  przede  mną,  zupełnie  niepodobny  do  wszelkiego  wyobrażenia,  jakie 

mógłbym o nim mieć, lekarz Finchattona, słynny doktor Norbert i wsparłszy się pod boki przy-
glądał  mi  się  w  bardzo uroczysty sposób.  Finchatton  mówił  mi  wcześniej,  że  był  zaskoczony 
jego wyglądem i rzeczywiście, nigdy nie spodziewałbym się zobaczyć kogoś tak okazałego i tak 
podobnego do starożytnej wyroczni.

—  Patrzyłem  na was  z góry — rzekł  Norbert, jakby był  Bogiem  Wszechmogącym. —  Nie 

chciałem przerywać opowiadania Finchattona. Ale widzę, że dobiegło ono końca, więc chwytam 
was w moje szpony.

Finchatton  spojrzał  na  mnie  z  niemą  prośbą,  abym  pogodził  się  z  jego  niezwykłymi 

manierami i wysłuchał go do końca.

— Zna już pan jego opowieść? — zapytał doktor Norbert.
Nie starał się wcale ukrywać faktu, że  jest psychoterapeutą, a Finchatton jego pacjentem. — 

Czy powiedział  panu, w jaki sposób zrodziła się w nim myśl o jaskiniowcu? Opowiadał o stra-
chu panującym w Cainsmarsh? Dobrze! A o stopniowym uświadomieniu sobie zła? No i cóż — 
jak pan na to zareagował? Co pan, człowiek zrównoważony psychicznie, o tym sądzi? — Zbliżył 
do mnie swą wielką twarz zmienioną w jeden znak zapytania.

— Proszę powiedzieć własnymi słowami rzekł i czekał jak nauczyciel egzaminujący dziecko.
— Doktor Finchatton — odparłem — opowiedział mi o niezwykłych rzeczach. Tak. Ale mu-

siałbym się dłużej nad nimi zastanowić, zanim mógłbym wydać o nich sąd.

Norbert skrzywił się jak nauczyciel mający do czynienia z niepojętnym dzieckiem.
— Chcę poznać pana opinię, zanim zacznie się pan zastanawiać.
— „Możesz sobie chcieć” — pomyślałem w duchu, a głośno rzekłem: — to niemożliwe.
— Ale to, co  by  mi  pan  teraz powiedział, miałoby duże  znaczenie dla doktora Finchattona. 

Mniejsza o powód.

Nagle  usłyszałem  bicie  zegara.  —  Wielkie  nieba!  —  wykrzyknąłem  wstając  i  rzucając 

krążącemu  w  pobliżu  kelnerowi  banknot  dziesięciofrankowy.  —  Ciotka  czeka  na  mnie  z 
lunchem. To naprawdę nie wypada!

— Ależ nie może pan machnąć tak ręką na tę sprawę — rzekł Norbert z wyrazem niedowier-

zającego zdumienia. — Nie  może  pan. Pańskim  obowiązkiem  wobec  bliźniego  jest wysłuchać, 
co go trapi i pomóc mu dojść z tym do ładu. Musi pan nam pomóc. — Spojrzał przenikliwie.

—  Stanowczo  nie  mogę  pana  puścić.  Zwróciłem  się  ku  Finchattonowi. —  Jeśli  doktor  Fin-

chatton — rzekłem — chciałby to jeszcze omówić…

— Naturalnie, że chce jeszcze z panem porozmawiać.
Popatrzyłem na doktora Finchattona, który skinął głową z gorącą prośbą w oczach.
— Przyjdę jutro mniej więcej o tej samej porze
— rzekłem. — Ale nie mogę teraz pozostać dłużej… To niemożliwe.
Szedłem  szybko,  niemal  truchcikiem,  wijącą  się  drogą.  Byłem  bardzo  zmartwiony,  że  się 

spóźnię, ponieważ moja ciotka jest po prostu straszna, jeśli każe się jej czekać z lunchem. Byłem 
już niezadowolony z danej obietnicy  i trochę  zły, że mnie do niej zmuszono. Wyglądało to  tak, 
jakbym uznał jakieś niedorzeczne pretensje Norberta do mojej opinii.

background image

Odwróciłem  głowę  i  zobaczyłem  pośród  ludzi  znajdujących  się  na  górze  Norberta  i  Fin-

chat—tona. Stali tuż obok siebie.

— Jutro — zawołałem, choć wydawało mi się, że nie mogą mnie już usłyszeć.
Norbert wykonał jakiś szeroki gest.
Bynajmniej nie pragnąłem zobaczyć  go  jeszcze raz. W  istocie  czułem  do mego gwałtowną 

antypatię. Nie podobało mi się jego zachowanie, które mówiło jasno: „Pan i Finchatton jesteście 
doświadczalnymi  królikami,  a  ja  was  teraz  będę  krajać”.  Nie  podobał  mi  się  jego  gromki, 
zniewalający głos i sposób trzymania głowy wyrażający chęć górowania nad wszystkim.

Nie znoszę  też kanciastych, rozkazujących ruchów, szczególnie, gdy człowiek, który je wyk-

onuje, ma  zbyt długie  ręce. Z drugiej  strony jednak polubiłem naprawdę  doktora  Finchattona  i 
szczerze  zainteresowałem  się  jego  historią.  Uważałem,  że  opowiedział  ją  bardzo  żywo. 
Chciałbym wiernie oddać w tych notatkach głębokie przekonanie, z jakim mówił. Zaledwie się z 
nim rozstałem, zacząłem wyczekiwać następnego spotkania i myśleć o pytaniach, jakie mógłbym 
mu  zadać.  Norbert  był  dla  mnie  jedynie  natrętem,  który przerwał  nam  interesującą  rozmowę. 
Wymazałem go z pamięci i myślałem dalej o Finchattonie.

W jego opowiadaniu o zaczarowanym kraju bagien, do którego człowiek mógł wejść zdrów i 

ufny,  podziwiając  motyle  i  kwiaty,  by   po  krótkim  czasie  wybiec  stamtąd  z  przerażeniem  i 
wściekłością,  było  coś,  co  podziałało  silnie  na  moją  wyobraźnię.  Złowieszcza  stara  czaszka 
któregoś z naszych przodków stopniowo zaczęła ukazywać mi się niczym obraz wyświetlony na 
ekranie. Czy była ona kluczem do rozwiązania całej zagadki? Kości jej szczęk powoli okryły się 
mięśniami  i  skórą,  widmowe  wargi  okoliły  wyszczerzone  zęby,  a  pod  nawisłymi  brwiami 
błysnęły  ciemne,  agresywne  oczy  nabiegłe krwią. Jaskiniowiec  stawał  się coraz bardziej  żywą 
istotą w miarę tego, jak ta opowieść utrwalała się w mojej pamięci.

W końcu już nie czaszka, ale  twarz spoglądała na mnie, ilekroć myślałem o tej  fantastycznej 

opowieści.  Było  to  niedorzeczne,  ale  zdawała  się  istotnie  patrzeć  na  mnie.  Patrzyła  na  mnie 
przez cały ten  wieczór,  a  w  nocy krzywiła  się  i  stroiła  grymasy.  Byłem  przez to  trochę  roz-
targniony,  tak  że  po  południu moje  zagrania  krokietowe  były zaskakująco  słabe,  a  wieczorem 
rozgniewałem ciotkę  moją  złą  formą. Wprawdzie  grała przeciwko mnie, ale  jak zwykle liczyła 
na moją dobrą kondycję, więc zdziwiona i zbita z tropu tym, co wyrabiałem, nie zorientowała się 
w porę i ostatecznie  ona  i jej partner przegrali sromotnie. Nie  zważałem  jednak na  jej  wyrzuty. 
Poszedłem do siebie i przebrałem się, nie mogąc oderwać myśli od tej dalekiej, bagnistej  krainy 
dotkniętej tajemniczym zaklęciem, przesłoniętej potwornym cieniem zwierzęcego upiora. Siedz-
iałem dość długo rozmyślając o tym, nim poszedłem spać.

Nazajutrz  dość  późno  zjawiłem  się  w  Hotelu  pod  Źródłem  Perony.  Chciałem  przyjść 

wcześniej, ale gdy stanąłem na przystanku tramwajowym, policjant wyjaśnił mi, że tramwaje nie 
kursują.  Komuniści  zorganizowali  niespodziewanie  strajk  i  w  związku  z tym  wybuchła  w  za-
jezdni  bijatyka,  w  której  kilką  osób  zostało  zranionych.  —  „W  naszych  czasach  trzeba 
postępować stanowczo” — rzekł policjant.

W  rezultacie  musiałem  iść  pieszo. Nie  miałem  jednak szczęścia.  Odszukałem  doktora  Nor-

berta.  Siedział  na  tarasie  wyciągając  swoje  długie  nogi  pod  stolikiem.  Nigdzie  jednak  nie 
dostrzegłem  śladu  obecności  doktora  Finchattona.  Norbert  przywołał  mnie  ruchem  ręki.  Usi-
adłem  na  zielonym  krześle  przy jego  stoliku. Uczyniłem to niechętnie, by  zaznaczyć wyraźnie, 
że zależy  mi wyłącznie na spotkaniu z Finchattonem. Chciałem usłyszeć więcej o tej historii, ale 

background image

nie  miałem  ochoty,  by ten  pretensjonalny osobnik  sondował  mój  umysł,  osądzał,  analizował  i 
zgłębiał moje najskrytsze myśli.

— Gdzie jest pański przyjaciel? — zapytałem.
— Nie może dzisiaj przyjść. Tym lepiej.
— Sądziłem, że umówiliśmy się…
— On pamiętał, że się umówił, ale coś mu przeszkodziło. Jak już powiedziałem, tym lepiej.
— Nie wydaje mi się.’
—  Z mojego  punktu  widzenia  lepiej.  Bardzo  bym  pragnął  usłyszeć  rozsądną  opinię  osoby 

postronnej  na  temat  tej  opowieści,  która  zaprząta  mu  głowę.  Potrzebne  mi  to  zarówno  ze 
względu na niego, jak i na mnie.

— Jak sobie pan wyobraża mój współudział?
—  No,  weźmy choćby taką  prostą  rzecz:  czy  słyszał  pan  kiedykolwiek  o  Cainsmarsh?  — 

Odwrócił się  i  spojrzał  na  mnie  tak, jakbym był zwierzęciem, któremu zrobił przed chwilą  zas-
trzyk.

— Sądzę, że to jakiś rejon na terenach bagiennych.
— Nie ma na świecie takiego okręgu.
— Więc to zmyślona nazwa?
— Nie, mit.
Przyglądał  mi  się  przez  chwilę,  po  czym  uznał,  że  na  razie  nie  warto  mnie  obserwować. 

Złożył swoje długie dłonie przed sobą na stole i ze wzrokiem utkwionym w morze zaczął mówić 
ważąc każde słowo. —  Nasz przyjaciel — rzekł  —  był lekarzem w pobliżu Ely. Wszystko,  co 
panu opowiedział, było prawdą, a  jednocześnie  kłamstwem. Przejmuje się  on zbytnio  pewnymi 
rzeczami i nie potrafi ich sobie uzmysłowić inaczej niż w postaci baśni.

— Ale niektóre z nich zdarzyły się naprawdę.
— O, tak. Był  wypadek rażąco  okrutnego potraktowania psa. Był  biedny, stary,  stale  pijany 

wikary,  który bił  swoją  żonę.  Tego  rodzaju  rzeczy zdarzają  się  codziennie  na  całym  świecie. 
Leżą one  w naturze człowieka. Jeśli nie  może  pan nad tym  przejść  do porządku dziennego,  nie 
może pan żyć. Poza tym Finchatton rzeczywiście zwiedził Muzeum im. Tressidera  w Ely  i  kus-
tosz, pan Cunningham, miał dość rozsądku, aby odgadnąć jego stan i  przysłać  go  do  mnie. Ale 
Finchation  wpadł  w  te  kłopoty,  zanim  jeszcze  przyjechał  w  okolice  bagien.  Powiedział  panu 
prawie  wszystko,  ale  tak,  jak  gdyby pokazał  to  przez zniekształcające  szkło butelki. Ułożył  z 
tego całą opowieść…

Doktor Norbert zwrócił się do mnie opierając ręce na biodrach i wlepiając oczy w moją twarz. 

Mówił  powoli,  jak  gdyby jego  słowa  składały się  z samych  wielkich  liter.  —  Rzeczywistość, 
która  go  przytłacza,  jest tak  potworna  i  przerażająca,  że  musi  ją  przeobrazić  w  czarodziejską 
baśń  o  starych  czaszkach  i  milczącej  krainie  motyli  w  nadziei,  że  zdoła  zredukować ją do  ha-
lucynacji i w ten sposób wyrugować z myśli.

Wyraz jego twarzy  zakłopotał mnie. Odwróciłem się, przywołałem kelnera i zamówiłem drugi 

kieliszek wermutu, aby odzyskać równowagę.

—  Jaka  rzeczywistość  —  zapytałem  swobodnie  —  może  być  jeszcze  straszniejsza  niż  ta 

baśń?

— Czy pan nigdy nie czyta gazet? — spytał doktor Norbert.

background image

— Niezbyt uważnie — odparłem. — Wydaje mi się, że większość artykułów napisana jest w 

sposób pompatyczny lub napastliwy. Ale rozwiązuję niemal codziennie krzyżówki w Ti—mesie. 
Czytam też o tenisie, krokiecie i tak dalej. Czy pomijam coś istotnego?

— Pomija pan te sprawy, które doprowadziły Finchattona do szaleństwa.
— Do szaleństwa?
—  Czy  nie  cytował  moich  określeń:,,  Nagminna  panika?  Zaraza  w  naszej  atmosferze? 

Choroba przyczajona u samych podstaw naszych istnień, wybuchająca tu i ówdzie, przejmująca 
umysły ludzi paraliżującym, bezrozumnym strachem?”

— Istotnie, używał tych sformułowań.
— Tak, panie, właśnie z tym mamy  tutaj do czynienia. Nawet ja dopiero teraz zaczynam sobie 

to  uświadamiać.  Nowa  zaraza  duchowa.  Przygnębienie,  które  kryło  się  przez  długi  czas  w 
nieznanych zakątkach świadomości, obecnie nagle się ujawnia i rozprzestrzenia na cały świat jak 
epidemia. Historia, którą nasz przyjaciel przeniósł do czarodziejskiej  krainy bagien,  jest dziś w 
rzeczywistości  historią  tysięcy ludzi, a  jutro  będzie  historią  setek tysięcy.  Pan  nie  jest  jeszcze 
tym dotknięty… Może jest pan odporny… Poznanie reakcji nie zarażonego umysłu jest dla mnie 
teraz najważniejszą rzeczą w moich badaniach nad tą szerzącą się coraz bardziej depresją.

— Nigdy nie byłem podatny na niezwykłe idee — rzekłem. — Jednak nie chciałbym narażać 

swojego  zdrowia  psychicznego.  Czy sądzi  pan,  że  ja  również zacznę  wkrótce  lękać  się  ciem-
ności, otwartej przestrzeni i zacznę widzieć małpich przodków i dzikusów zagrażających światu?

Wyciągnął  swoją  wielką  rękę  poprzez stół  i  ścisnął  mnie  na  moment za  ramię.  —  Jeśli  tak 

będzie, — rzekł wpatrując się we mnie złowieszczo — nie trać pan odwagi.

Przemknęło mi  nagle  przez głowę, że człowiek ten jest w gruncie  rzeczy równie szalony jak 

Finchatton,  a  może nawet bardziej.  Skorzystałem z okazji, aby mu zadać  pytanie: —  Doktorze 
Norbert, czy pan się przypadkiem nie zaraził?

Spojrzenie jego przeszyło mnie na wskroś. Skinął głową w taki sposób, jakby przybijał mło-

tem swoją odpowiedź.

— Tak.
Powiedział to z takim naciskiem, że pot wystąpił mi na czoło.
—  Byłem  jedną  z pierwszych  ofiar  tej  choroby — rzekł.  —  Musiałem  sam  dać  sobie  z nią 

radę i zbadać mój umysł. Przeszedłem to wszystko i wynurzyłem się po drugiej stronie jako za-
hartowany, uodporniony człowiek. Za cenę potwornej walki…

Po tym wstępie zapuścił się w najbardziej zdumiewającą tyradę, jaką kiedykolwiek słyszałem. 

Zanim  jednak  rozpoczął  swój  wywód  zrobił  małą  przerwę.  Widocznie  nie  było  mu  wygodnie 
mówić  z  leżaka,  wstał  więc  i  zaczął  chodzić  przede  mną  po  tarasie  —  nie  tyle  mówiąc,  co 
wygłaszając  przemówienie.  Mam  dobrą  pamięć,  ale  obecnie  nie  potrafiłbym  przedstawić  wam 
dokładnie  jego  dziwnych  twierdzeń  i  argumentów.  Przytoczę  tylko  niektóre.  Opowieść  Fin—
chattona  brzmiała  fantastycznie,  natomiast jego  wywody nie  miały cech  fantazji.  Początkowo 
wydawały  się  pseudonaukowe  i  zahaczały  o  filozofię,  ale  stopniowo  przeszły  w  grzmiące, 
bezładne kazanie.

— Winniśmy  mieć  władzę  nad  życiem,  ująć  je  we  własne  ręce  — grzmiał. Niektóre  z jego 

idei poznałem  już za  pośrednictwem Finchattona. Rozpoznawałem poszczególne  zwroty, jak na 
przykład „przekroczenie Granic Teraźniejszości.”

— Ale co to znaczy? — spytałem niemal z irytacją.

background image

—  Zwierzęta  —  rzekł  —  żyją  wyłącznie  teraźniejszością.  Zamknięte  są  w  obrębie  rzeczy 

najbliższych. Tak samo jest z prostodusznymi ludźmi; wykorzystywali to Izraeli, Sands, Murphy 
i wielu innych.

Sypnął paroma tuzinami nazwisk,  ale  tylko te  zapamiętałem. — Ale my, ludzie, zgłębiamy  i 

przenikamy  przeszłość  i  przyszłość.  Pomnażamy  wspomnienia,  tworzymy historię  i  tradycję. 
Pełni  jesteśmy przeczuć, planów i  obaw. Dlatego nasze  światy zaczęły  nas w końcu przytłaczać 
swym  ogromem  i  napawać  przerażeniem. Rzeczy, które  wydawały się  być  już zapomniane  na 
zawsze, wróciły nagle do naszej świadomości.

— Innymi słowy — rzekłem próbując go przywołać do bieżącej rzeczywistości — wiemy już 

wszystko o tym jaskiniowcu.

— Wiemy?! — wykrzyknął. — Żyjemy w jego obecności. Nawet mu się nie  śniło umierać. 

Tylko…

Podszedł do mnie i  uderzył  mnie  z lekka  po ramieniu — …tylko był od nas odcięty i  odda-

lony. Przez długi czas. A teraz stanęliśmy z nim oko w oko, a jego śmiech z nas szydzi. Człowiek 
jest  nadal,  tak  jak  dawniej,  bestialski,  zazdrosny,  złośliwy i  zachłanny.  Człowiek  pozbawiony 
łudzącej  maski  jest  tym  samym  bojaźliwym,  warczącym  i  skłonnym  do  walki  zwierzęciem, 
jakim był sto tysięcy lat temu. Nie są to metafory, lecz potworna rzeczywistość. Zwierzę to drep-
tało w miejscu  i śniło  o postępie, którego nie  udało  mu się  dokonać. Każdy  archeolog  to panu 
powie. Współczesny człowiek nie  ma  doskonalszej  czaszki ani  lepszego mózgu. Jest po prostu 
mniej lub bardziej wytresowanym jaskiniowcem. Od tego czasu nie było żadnej istotnej zmiany, 
żadnego  istotnego  zwrotu.  Odkrywamy  obecnie,  że  postęp,  cywilizacja,  wszystko  to  było 
złudzeniem.  Nie  osiągnęliśmy niczego.  Niczego.  Przez jakiś czas człowiek przebywał w ładnie 
urządzonym  teraźniejszym  świecie  bogów, Opatrzności,  tęczowych  znaków  Przymierza.  Świat 
ten  był  artystyczną  fikcją.  Zaczynamy dopiero  pojmować,  do  jakiego  stopnia  był  sztuczny.  A 
teraz,  panie  Frobisher,  wali  się  w  gruzy i  nie  możemy,  jak  się  zdaje,  temu  zapobiec.  Jak  się 
zdaje…  Nie  ma  wyjścia.  Cywilizacja  była  dotąd  bezsilnym,  niezdolnym  do  jakiegokolwiek 
przystosowania  się  fałszem. A  teraz  jest  zdemaskowana;  los  wydał  na  nią  ostateczny  wyrok. 
Ogłuszająca  pewność! A gdy wrażliwi,  nie  przygotowani  ludzie  w  rodzaju  naszego  biednego 
przyjaciela Finchattona uświadamiają to sobie, okazuje się, że są zbyt słabi, by spojrzeć rzeczy-
wistości w oczy. Nie chcą stawiać czoła tak posępnemu i wielkiemu światu. Szukają schronienia 
w  historiach  o  strachach  i  w  obłędzie,  w  nadziei,  że  znajdą  jakiś  egzorcyzm.  Coś,  co  ich 
uleczy…  Nie ma  takiego  leku.  Nie  ma  obecnie  żadnego  sposobu wytłumaczenia tych faktów i 
usunięcia ich w cień.

— Więc trzeba im stawić czoło! — huknął. — Trzeba im stawić czoło!
Zdawał się zwracać  nie do mnie, ale do jakiegoś wielkiego zgromadzenia publicznego. Jego 

energiczna gestykulacja nie odnosiła się do mnie.

— Minął czas, gdy  można było nakładać  ludziom  końskie okulary, aby  nie widzieli za  dużo. 

Minął na zawsze. Uspokajające religie i śpieszące z pociechą kościoły  straciły  swoją rację bytu. 
Tego rodzaju rzeczy już się skończyły.

—  Cóż dalej?  —  zapytałem bardzo spokojnie, ponieważ im  głośniej  krzyczał, tym  bardziej 

rósł mój opór.

Usiadł i znów chwycił mnie za ramię. Zaczął mówić przekonująco i poufnie. Głos jego zniżył 

się do basowego pomruku. — Utrata zmysłów jest odpowiedzią biednej Natury na ten przytłac-

background image

zający  fakt.  Jest  ucieczką.  A dzisiaj  na  całym  świecie  intelektualiści  dostają  obłędu! Drżą  jak 
osika, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że walka z tym jaskiniowcem, który jest nad nami i w 
nas,  który  jest  w  istocie  częścią  nas,  przybiera  dla  nich  zły obrót.  Wszystko  jest  Zagrożone. 
Łudzimy się  tylko, że  Go  opanowaliśmy. Jego! Ścigające  nas zwierzę, które nigdy nie zaprzes-
taje pogoni.

Ruchem,  który  mógł  wydawać  się  mimowolny,  uwolniłem  ramię  z  jego  uchwytu.  Miałem 

niedorzeczne  uczucie, że  jestem  tym  gościem  weselnym  ze  starej  piosenki, który  dostał  się  w 
kleszcze uścisku pijanego marynarza.

— Ale w takim razie — rzekłem, wkładając ręce do kieszeni i opierając się o poręcz krzesła, 

by uniknąć  dalszych  prób  owładnięcia  moją  osobą  —  co  zrobi  pan z Finchattonem?  Co,  pana 
zdaniem, należy zrobić?

Doktor Norbert zamachał rękami, po czym wstał.
— Powiadam  panu,  —  rzekł  tak  głośno, jakbym  się znajdował  w odległości kilkunastu me-

trów  od  niego  —  że  musi  on  w  końcu  zrobić  to  samo,  co  my wszyscy.  Spojrzeć  prawdzie  w 
oczy! Spójrz pan  prawdzie  w oczy! Zapoznaj  się  z rzeczywistymi  faktami. Zostań przy  życiu, 
jeśli  możesz,  lub  zgiń,  jeśli  ci  sił  brakuje.  Idź za  moim  przykładem  i  ukształtuj  na nowo  swój 
umysł. Tylko potężni mogą ocalić świat od powrotu do pierwotnego barbarzyństwa. A zatem my 
— my, którym  cywilizacja  jest droga, musimy stać się  olbrzymami. Musimy opasać świat sta-
lową obrręczą trwalszej i mocniejszej cywilizacji. Musimy zdobyć się na taki wysiłek umysłowy, 
jakiego  jeszcze  nie  widziały gwiazdy. Powstań Intelekcie  Człowieka! (Nadał mi to  miano!) — 
Lub przygotuj się do ostatecznej klęski!

Chciałem powiedzieć, że wolę być przekonywany  bez wielkiego hałasu, ale nie  dał mi  dojść 

do słowa.

W samej rzeczy szalał teraz w najlepsze. Miał nawet nieco piany na ustach. Kroczył  tam i  z 

powrotem, mówiąc bez przerwy w zupełnym zapamiętaniu.

Przypuszczam, że od zarania dziejów poprzez wszystkie wieki przyzwoici ludzie mego pok-

roju musieli  słuchać podobnych historii, ale wydawało  mi się zupełnym nonsensem  słuchać  ich 
na tarasie Hotelu pod Źródłem Perony nad Les Noupets, w śliczny ranek roku pańskiego tysiąc 
dziewięćset trzydziestego szóstego. Norbert chodził tam i z powrotem wielkimi krokami, niczym 
hebrajski prorok. Tego rodzaju retoryka, to stwarzanie nowej epoki i tym  podobne rzeczy, mogą 
całkiem dobrze  pasować do historii, ale w życiu rażą  grubą  przesadą  i — mówiąc bez ogródek 
— nie dają się pogodzić z dobrymi manierami. Zacząłem puszczać  mimo uszu połowę tego, co 
mówił.

Nie  sposób  było  coś odpowiedzieć. Równie  dobrze  można  by popłynąć  w  górę  wodospadu 

Niagara.

Zwracał  się  coraz wyraźniej  do  mnie. Do mnie  osobiście.  Nigdy nie  byłem  napastowany w 

podobny sposób.  Nakazywał  mi  wytężyć  umysł,  by uniknąć  Nadchodzącego  Gniewu.  Tak  to 
nazwał — „Nadchodzącego Gniewu”.  Przywiódł  mi  na myśl Piotra Pustelnika przebiegającego 
w roznamiętnieniu  spokojne  chrześcijańskie  miasta  jedenastego wieku  i  nawołującego  do  tych 
utrapionych wypraw krzyżowych. Przywiódł mi na myśl Savonarolę, Johna Knoxa i wszystkich 
tych wichrzycieli, którzy pędzili  z krzykiem  przez historię  — pozostawiając  ją  mniej więcej  w 
takim stanie, w jakim ją zastali, wzywając ludzi do oddania życia, chwytania za broń, szturmow-

background image

ania  Tuileries,  zburzenia  Pałacu  Zimowego  i  szeregu  innych  równie  szalonych  rzeczy.  I  to 
wszystko, zważcie tylko, w małym, starym Les Noupets.

Wyrecytował  bez zająknięcia  listę  okrucieństw,  mordów i  okropności  zaobserwowanych  na 

całym  świecie.  Myślę,  że  w  dzisiejszych  czasach  rzezie  i  tortury  są  niezwykle  częstym 
zjawiskiem. Sądzę również, że przyszłość przedstawia się dość czarno. Czekają nas straszne wo-
jny, naloty lotnicze i pogromy. Ale co ja mogę począć? Po cóż przemawiać do mnie tym dogma-
tycznym  tonem?  Gwałtowność jego zachowania  nie  mogła  ukryć faktu, że  sam nie  był  pewien 
swoich  poglądów  i  w  najlepszym  razie  zaczynał  dopiero  rozróżniać  ich  kształty.  Za  każdym 
razem gdy próbowałem wtrącić jakieś pytanie, podnosił głos i grzmiał: — Zapewniam pana!

Ale tego właśnie nie czynił i nie mógł widocznie uczynić.
— Niebawem — rzekł — znikną z powierzchni ziemi spokój, dobrobyt i  bezpieczeństwo. — 

(Dzięki niebu! Nie powiedział, że „żyję na wulkanie”) — Człowiek będzie miał przed sobą tylko 
jedną alternatywę: albo być pociągowym zwierzęciem, albo surowym wyznawcą tej prawdziwej, 
zdyscyplinowanej cywilizacji, której jeszcze nigdy nie zbudowano. Ofiarą lub czujnym obrońcą. 
A to, mój przyjacielu, odnosi się do ciebie! Tobie to mówię! Tobie! — Wyciągnął ku mnie chudy 
palec wskazujący.

Ponieważ  byliśmy  sami  —  kelner  gdzieś  odszedł  —  więc  to  wskazanie  mnie  palcem  nie 

miało żadnego sensu. Po prostu brak wyczucia proporcji…

A jednak, niemiło  to  przyznać,  ci  dwaj  ludzie  zahipnotyzowali  mnie  do pewnego stopnia  i 

udzielili  mi  czegoś  ze  swojej  troski  i  niepokoju.  Próbuję  odsunąć  ich  na  należytą  odległość 
pisząc tę  opowieść, ale  już w trakcie pracy uświadamiam sobie, jak trudno mi  się od niej  oder-
wać. Nie będę mógł się jej pozbyć tą drogą, podobnie  jak Finchatton nie mógł się od niej uwol-
nić w rozmowie ze mną. Nie wiedziałem, że można być zahipnotyzowanym w ten sposób przez 
ludzi, którzy po prostu wdają się z nami w pogawędkę. Sądziłem, że trzeba siedzieć cicho i pod-
dać się hipnozie lub też nic nie można zrobić. Ale teraz spostrzegam, że śpię gorzej niż dawniej, 
niepokoję  się  sprawami  świata,  wyczytuję  w  gazetach  między  wierszami  złe  wiadomości  i 
widzę, zazwyczaj  bardzo  niejasno,  ale  czasem  całkiem  wyraźnie, twarz jaskiniowca  prześwie-
cającą przez przeźroczystą fasadę faktów… Jak się wyraził Finchatton — „on się wznosi się co-
raz wyżej, a jednocześnie stoi nieruchomo w miejscu”. Muszę też przyznać, że nie wykazuję już 
w rozmowie takiego opanowania jak poprzednio. Niedawno starłem się nawet dość ostro z moją 
ciotką ku naszemu obopólnemu zdziwieniu. Zrobiłem też szorstką wymówkę kelnerowi…

Nie  doceniałem powagi  sytuacji, dopóki  nie  doszło do  tej  sceny z Norbertem. To  wywołało 

we mnie  opór,  a  gdy się  wreszcie uwolniłem, zacząłem  unikać ich obydwu —  Norberta  i  Fin-
chattona  jak ognia. Ale  zło zapuściło już we mnie korzenie i rośnie. Zaraziłem się w ciągu tych 
dwóch poranków, gdy  przysłuchiwałem się ich słowom jak głupiec. A teraz zaraza trzyma mnie 
w swoich szponach.

Cała ta  sprawa  jest bardzo nieprzyjemna.  Po cóż zaprzątać człowiekowi  głowę  grozą  Cains-

marsh, jeśli nie mówi mu się dokładnie, co z tym począć? Rozumiem dobrze, że nasz dzisiejszy 
świat się rozpada. Widzę jasno, że jesteśmy jeszcze we władzy jaskiniowca, który  przygotowuje 
jakiś  niesłychany powrót  do  swoich  czasów.  Dziwię  się,  że  nie  dostrzegałem  tego  przedtem. 
Nawiedzają  mnie  już  nieprzyjemne  sny  o  tej  olbrzymiej  czaszce. Ale  po  cóż o  nich  mówić? 
Gdybym  wspomniał  o tym  ciotce, powiedziałaby,  że  dostałem  bzika. Cóż taki  człowiek jak  ja 
może na to wszystko poradzić?

background image

Zbadać to gruntownie, rozszerzyć swoje horyzonty? Stać się „olbrzymem ducha”? Cóż za wy-

rażenie!  Zbudować  nową,  stalowej  mocy  cywilizację  w  miejsce  tej,  która  upada?…  Ja?… 
Spójrzcie na wychowanie, które otrzymałem! Czyż jestem do tego zdolny?

Nie można tyle wymagać od .ludzi mego pokroju.
Gotów  jestem  zgodzić  się  na  wszystko,  co  niesie  obietnicę  lepszej  przyszłości.  Jestem  za 

pokojem,  ładem,  sprawiedliwością,  służbą  społeczną  oraz tym  podobnymi  rzeczami.  Ale  jeśli 
mam myśleć! Jeśli mam dociekać, co począć ze sobą!

Tego już za wiele.
Z wielkim  trudem  przerwałem  tego ranka potok  wymowy Norberta. Wstałem.  —  Muszę  iść 

— rzekłem. — Mam grać w krokieta z ciotką o wpół do pierwszej.

— Ale cóż znaczy krokiet, — wykrzyknął tym swoim nieznośnym tonem — jeśli pański świat 

wali się w gruzy?

Zrobił ruch, jakby chciał mnie zatrzymać. Po prostu chciał ciągnąć dalej swoje apokaliptyczne 

wywody. Aleja miałem już dosyć tej Apokalipsy.

Spojrzałem  mu  w twarz stanowczo, lecz grzecznie  i  powiedziałem:  —  Nic  mnie  to  nie  ob-

chodzi. Możliwe, że świat się  rozpada.  Możliwe,  że  wracamy  do epoki kamiennej  i  że  cywili-
zacja, jak pan mówi, dobiega swego kresu. Przykro mi, ale dziś nie mogę nic na to poradzić. Jes-
tem już zajęty gdzie indziej. Mimo  wszystko,  zgodnie  z żelaznym  prawem,  będę grał dzisiaj  z 
ciotką w krokieta o wpół do pierwszej.