background image

Herbert George Wells

Wyspa Doktora Moreau

(Przełożyła: Ewa Krasińska)

The island of Doctor Moreau

Pl-1988r

background image

Wprowadzenie

Dnia pierwszego lutego 1887 roku parowiec pasażerski “Królowa Próżności” zatonął na 

skutek   zderzenia   się   z   wrakiem   na   1°   szerokości   geograficznej   południowej   i   107°   długości 

geograficznej zachodniej.

Piątego stycznia 1888 roku, a więc po upływie jedenastu miesięcy i czterech dni od tego 

zdarzenia, wuj niżej podpisanego, zamożny dżentelmen nazwiskiem Edward Prendick, o którym 

wiedziano,   iż   z   całą   pewnością   wsiadł   w   Callao   na   pokład   “Królowej   Próżności”,   i   którego 

następnie uznano za zaginionego - odnalazł się na 5°3' szerokości geograficznej południowej i 101° 

długości geograficznej zachodniej w niewielkiej szalupie o nieczytelnej nazwie, przypuszczalnie 

należącej   do   zaginionego   szkunera   “Ipecacuanha”.   Pierwsza   relacja   mego   wuja   brzmiała   tak 

nieprawdopodobnie, iż posądzano go o pomieszanie zmysłów. Później utrzymywał jednak, że nie 

pamięta, co się z nim działo po opuszczeniu pokładu “Królowej Próżności”. Jego przypadek był w 

swoim   czasie   żywo   dyskutowany   wśród   psychologów   jako   interesujący   przykład   amnezji 

spowodowanej   ciężkimi   przeżyciami   i   fizycznym   wyczerpaniem.   Niniejsza   opowieść   została 

odnaleziona w papierach Edwarda Prendicka przez niżej podpisanego, bratanka oraz spadkobiercę 

autora; nie zawierała żadnych wskazówek co do jej ewentualnej publikacji.

W   rejonie,   gdzie   odnaleziono   mego   wuja,   znana   jest   tylko   jedna   mała   i   bezludna 

wulkaniczna wysepka, nazwana imieniem Noble'a. W 1891 roku odwiedził ją okręt Jej Królewskiej 

Mości “Skorpion”. Grupa marynarzy wysiadła wówczas na ląd, ale nie spotkała na wyspie żadnych 

istot żywych prócz dość osobliwego gatunku białych ciem, pewnej ilości dzikich świń i królików 

oraz   szczególnej   odmiany   szczurów.   .Okazów   tych   stworzeń   nie   zabrano.   A   zatem   niniejsza 

opowieść   w   swym   najistotniejszym   szczególe   nie   znajduje   potwierdzenia.   Uczyniwszy   to 

zastrzeżenie mogę, jak mi się wydaje, bez niczyjej szkody i chyba zgodnie z intencjami mego wuja, 

przedstawić szerokiej publiczności jego osobliwą historię. Przemawia za nią w każdym razie jedna 

okoliczność, ta mianowicie, iż wuj Prendick przepadł bez wieści mniej więcej na 5° szerokości 

geograficznej południowej i 105° długości geograficznej zachodniej, a po jedenastu miesiącach 

pojawił się ponownie w tym samym rejonie. Musiał ten okres w jakiś sposób przetrwać. Wiadomo 

też, że szkuner o nazwie “Ipecacuanha”, prowadzony przez zapijaczonego kapitana Johna Davisa, 

istotnie   wyruszył   w   styczniu   1887   roku   z   portu   Arica,   wioząc   na   pokładzie   pumę   oraz   inne 

zwierzęta, że statek ten był znany w wielu portach Południowego Pacyfiku, ale raz na zawsze znikł 

z tych mórz (wraz ze sporym ładunkiem kopry), wypływając z Banya na spotkanie niewiadomego 

losu w grudniu 1887, która to data pokrywa się w pełni z opowieścią mego wuja.

Charles Edward Prendick

background image

1. W szalupie “Królowej Próżności”

Nie zamierzam dodawać nowych informacji do tego, co zostało już napisane w związku z 

katastrofą “Królowej Próżności”. Jak wszystkim wiadomo, statek ten zderzył  się z wrakiem w 

dziesięć dni po wypłynięciu z Callao. Osiemnaście dni później kanonierka Jej Królewskiej Mości 

“Mirt” wyłowiła barkas z siedmioma członkami załogi zatopionego statku, a historia ich cierpień 

zyskała sobie niemal równie szeroką sławę, jak znacznie straszniejsze losy rozbitków z “Meduzy”. 

Chciałbym  jednak do znanej opowieści  o “Królowej Próżności”  dopisać jeszcze jedną, równie 

okropną   jak   tamta,   a   na   pewno   znacznie   bardziej   niezwykłą.   Przyjęło   się   uważać,   że   czterej 

pasażerowie małej  szalupy ponieśli śmierć,  jest to jednak wiadomość nieścisła. Mam wszelkie 

podstawy, by tak twierdzić, ponieważ jestem jednym z nich.

Muszę   jednak   na   wstępie   zaznaczyć,   iż   szalupa   miała   od   początku   tylko   trzech,   a   nie 

czterech pasażerów. Ów Constans, którego “kapitan widział wskakującego do łodzi ratunkowej” 

(“Daily News” z siedemnastego marca 1887), na nasze szczęście, a swoje nieszczęście nie zdołał 

do nas dotrzeć. Skakał do wody spod szlagów zdruzgotanego bukszprytu, otoczony plątaniną lin; w 

locie zaczepił piętą o jakąś linkę, chwilę wisiał głową w dół, po czym spadając trafił na unoszącą 

się na wodzie belkę lub kawałek masztu. Rzuciliśmy się w jego kierunku, ale już nie wypłynął.

Uważam,   iż   nie   dotarł   do   szalupy   na   nasze   szczęście,   ale   chyba   i   na   swoje   również, 

ponieważ mieliśmy tylko jedną małą baryłkę wody i odrobinę rozmoczonych sucharów - alarm był 

tak nagły, a statek tak dalece nie przygotowany na wypadek katastrofy. Sądząc, iż pasażerowie 

barkasu mogą być lepiej zaopatrzeni (choć, zdaje się, wcale tak nie było), próbowaliśmy się z nimi 

porozumieć. Oni jednak nie słyszeli naszych nawoływań, a gdy nazajutrz rozwiała się deszczowa 

mgła - co nastąpiło dopiero po południu - znikli nam z pola widzenia. Nie mogliśmy wstać i 

rozejrzeć się, gdyż łódź silnie kołysała. Morze było tak wzburzone, że z trudem utrzymywaliśmy 

łódź dziobem do fali. Dwoma rozbitkami, którym do tej pory udało się razem ze mną uratować, 

byli - pasażer jak i ja, niejaki Helmar, oraz niski i barczysty, jąkający się lekko marynarz o nie 

znanym mi nazwisku.

W   sumie   dryfowaliśmy   osiem   dni,   cierpiąc   męki   głodu,   a   po   wyczerpaniu   się   wody   - 

nieznośne pragnienie. Po dwóch dniach fale powoli opadły, a morze stało się gładkie i połyskliwe. 

Zwykły czytelnik żadną miarą nie potrafi sobie wyobrazić owych ośmiu dni. Nie przeżył bowiem - 

na swoje szczęście - niczego podobnego, na czym jego wyobraźnia mogłaby się oprzeć. Poczynając 

od drugiego dnia przestaliśmy się niemal do siebie odzywać i każdy leżał w swoim kącie łodzi 

wpatrując się w widnokrąg albo rozszerzającymi się z dnia na dzień, coraz mniej przytomnymi 

background image

oczyma obserwował mękę i postępującą niemoc towarzyszy niedoli. Słońce prażyło niemiłosiernie. 

Czwartego dnia skończył się zapas wody, a nas zaczęły nawiedzać dziwne myśli, które czytaliśmy 

sobie   nawzajem   z   oczu;   ale   chyba   dopiero   szóstego   dnia   Helmar   wypowiedział   je   na   głos. 

Pamiętam nasze schrypnięte, piskliwe głosy - rozmawiając musieliśmy się do siebie nachylać i 

oszczędzać słów. Ja stawiłem zacięty opór uważając, iż lepiej już przedziurawić łódź i wspólnie 

zginąć w paszczach ciągnących za nami rekinów, ale gdy Helmar powiedział, że przyjęcie jego 

propozycji pozwoli nam się napić, marynarz przeszedł na jego stronę.

Odmówiłem jednak udziału w ciągnięciu  losów i najbliższej nocy marynarz  raz po raz 

szeptał coś Helmarowi do ucha, a ja siedziałem na dziobie z nożem w ręku, choć nie sadzę, bym w 

decydującej chwili zdobył się na stawienie oporu. Rankiem przystałem na propozycję Helmara, po 

czym wyjęliśmy półpensówkę, która miała wskazać ofiarę.

Los padł na marynarza, ale ten był z nas trzech najsilniejszy i zamiast się poddać, skoczył 

na Helmara.  Zwarli się jak zapaśnicy i prawie wstali. Zacząłem się ku nim czołgać;  chciałem 

pomóc Helmarowi chwytając marynarza za nogę, ale łódź zakołysała, marynarz stracił równowagę, 

padli razem na krawędź burty i spleceni w uścisku stoczyli się do wody. Poszli na dno jak kamień. 

Pamiętam   swój   śmiech,   a   potem   zdziwienie,   dlaczego   się   śmieję.   Dźwięk   własnego   śmiechu 

zaskoczył mnie, jakby przyszedł skądś z zewnątrz.

Nie wiem, jak długo leżałem na dnie łodzi oparty plecami o ławkę myśląc sobie, że gdybym 

miał   dosyć   siły,   napiłbym   się   słonej   wody,   by  oszaleć   i   szybciej   umrzeć.   Po   pewnym   czasie 

dostrzegłem na widnokręgu zbliżający się żagiel, ale przyglądałem mu się obojętnie, jak malowanej 

pocztówce.   Musiałem   być   półprzytomny,   ale   pamiętam   dokładnie   wszystko,   co   się   działo. 

Pamiętam   kołysanie   głowy   w   rytmie   morza   i   horyzont   z   tańczącym   na   falach   żaglem.   Ale 

jednocześnie pamiętam dokładnie swoje przeświadczenie, iż jestem martwy, i że sprawiłem im 

niezły kawał wymykając się z dała tuż przed przybyciem pomocy.

Niezmiernie   długo   -   przynajmniej   w   moim   wspomnieniu   -   obserwowałem   powolne 

zbliżanie się pląsającego na falach szkunera; był to niewielki, dwumasztowy statek z typowym dla 

szkunera   ożaglowaniem   skośnym.   Szedł   pod   wiatr,   musiał   co   chwilę   robić   zwrot   i   iść   coraz 

dłuższymi halsami. Nie przychodziło mi do głowy, by starać się zwrócić na siebie uwagę, a potem 

ujrzałem   kadłub   i   od   tej   chwili   aż   do   obudzenia   się   w   kabinie   na   rufie   mam   tylko   niejasne 

wspomnienia. Pamiętam mgliście, jak wciągają mnie po drabince, a znad burty wychyla się ku 

mnie   szeroka   i   rumiana,   piegowata   twarz   pod   płomiennie   rudą   czupryną.   Zachowałem   też 

migawkowy obraz jakiejś innej, z bliska widzianej ciemnej twarzy o niesamowitych oczach, którą 

brałem   za   widziadło,   dopóki   nie   ujrzałem   jej   po   raz   drugi.   Wydaje   mi   się,   iż   pamiętam,   jak 

wlewano mi coś przemocą do ust. To wszystko.

background image

2. Człowiek, który płynął donikąd

Znajdowałem się w niewielkiej, dość niechlujnej kabinie. Obok siedział niestary mężczyzna 

o płowych włosach, szczeciniastym wąsie koloru słomy i obwisłej dolnej wardze, który trzymał 

mnie za rękę. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Miał wodnistoszare oczy, dziwnie 

pozbawione wyrazu.

Nagle tuż nade mną rozległ się hałas, jakby ktoś przestawiał gwałtownie żelazne łóżko, oraz 

niski, gniewny pomruk jakiegoś wielkiego zwierzęcia. W tej samej chwili mężczyzna odezwał się 

po raz drugi. 

Powtórzył pytanie:

- Jak się pan czuje?

Chyba odpowiedziałem, że dobrze. Nie mogłem sobie przypomnieć, skąd się tutaj wziąłem. 

Musiał to pytanie wyczytać z mojej twarzy, gdyż głos odmówił mi posłuszeństwa.

- Wydobyto pana z szalupy, bliskiego śmierci głodowej. Szalupa opatrzona była napisem 

“Królowa Próżności”, a na krawędzi jej burty widniały plamy krwi.

Gdy to mówił,  spostrzegłem  własną rękę, tak chudą, że przypominała  brudną skórzaną 

sakiewkę, do której wrzucono luzem kości, i w jednej chwili wróciła mi pamięć całej historii z 

szalupą.

-   Proszę   to   połknąć   -   powiedział   mężczyzna,   podając   mi   jakąś   zamrożoną,   szkarłatną 

substancję.

Mikstura miała smak krwi i od razu poczułem się silniejszy.

- Miał pan szczęście - mówił mężczyzna - trafić na statek z lekarzem na pokładzie. - Trochę 

niewyraźnie artykułował słowa i lekko seplenił.

- Co to za statek? - spytałem wolno schrypniętym ód długiego milczenia głosem.

- Niewielki handlowiec kursujący między Ariką a Callao. Nigdy nie przyszło mi do głowy 

zapytać, skąd pochodzi. Najpewniej z krainy obłąkańców. Ja jestem pasażerem i płynę z Ariki. 

Skończony bałwan, który jest właścicielem i dowódcą statku w jednej osobie, niejaki Davis, stracił 

patent czy coś w tym rodzaju. Zna pan pewnie ten rodzaj ludzi. Nazwał swoją idiotyczną łajbę 

“Ipecacuanha”;  czy można  sobie wyobrazić  coś  równie kretyńskiego.  Choć na pełnym  morzu, 

kiedy   nie   ma   wiatru   przez   dłuższy   czas,   z   pewnością   zachowuje   się   zgodnie   z   nazwą.*   [* 

ipekakuana brazylijska - roślina o oryginalnej indiańskiej nazwie ipecacuana lub ipecacuanha, jest 

stosowana   w   lecznictwie   i   ze   względu   na   swe   działanie   nosi   popularne   miano   wymiotnicy 

lekarskiej (przyp. tłum.)]

background image

Na górze rozległ się ponowny rumor, któremu towarzyszyło głuche warczenie i ludzki głos. 

Po chwili inny głos nakazał jakiemuś “przeklętemu wypędkowi”, żeby się uspokoił.

- Znajdował się pan o krok od śmierci - ciągnął mój rozmówca. - Jeszcze trochę i byłoby po 

wszystkim. Ale pana podreperowałem. Czuje pan ból w ramieniu? To od zastrzyków. Leżał pan 

bez przytomności przez blisko trzydzieści godzin.

Z trudem zbierałem myśli. Skowyt kilku psów znowu rozproszył moją uwagę.

- Czy mógłbym już zjeść coś solidniejszego? - spytałem.

- Dzięki mnie - odparł. - Właśnie gotują dla pana baraninę.

- To świetnie - powiedziałem z przekonaniem. - Chętnie zjem kawałek baraniny.

- Muszę panu powiedzieć - podjął z pewnym wahaniem - iż jestem okropnie ciekaw, jak to 

się stało, że został pan sam w szalupie.

W jego oczach dostrzegłem jakby błysk podejrzliwości.

- Do diabła z tym wyciem! Wypadł nagle z kabiny i wdał się w gwałtowną kłótnię z kimś, 

kto odpowiadał niezrozumiałym mamrotaniem. Sprawa zakończyła się chyba odgłosami uderzeń, 

ale mogłem się przesłyszeć. Potem mężczyzna krzyknął na psy i wrócił do kabiny.

- No więc? - spytał od drzwi. - Zaczął mi pan właśnie opowiadać.

Odparłem,  iż nazywam  się Edward Prendick  i że dla rozproszenia  nudy mej  dostatniej 

egzystencji podjąłem studia przyrodnicze. Ta ostatnia wiadomość jakby go trochę zaciekawiła.

- Ja też zajmowałem się trochę przyrodą, przeszedłem na medycynie kurs biologii, wie pan, 

preparowanie   jajników   dżdżownicy,   narządów   gębowych   ślimaka   i   tak   dalej.   Mój   Boże!   Już 

dziesięć lat upłynęło od tego czasu! Ale proszę, proszę, niech pan opowiada o szalupie.

Moja   szczera   opowieść,   wypowiedziana   zwięzłymi   zdaniami   -   byłem   bowiem   bardzo 

osłabiony   -   najwyraźniej   go   zadowoliła,   a   gdy   skończyłem,   powrócił   natychmiast   do   sprawy 

przyrodoznawstwa i swych studiów biologicznych. Wypytywał mnie też dokładnie o londyńskie 

ulice - Tottenham Court Road i Gower Street.

- Czy Caplatzi nadal prosperuje? Cóż to był za sklep! 

Musiał być chyba bardzo przeciętnym studentem medycyny, gdyż szybko przerzucił się na 

kabarety. Opowiedział mi kilka anegdotek.

- Rzuciłem wszystko dziesięć lat temu - oświadczył;

- Co to były za czasy! Ale fatalnie się zbłaźniłem... Przegrałem życie nie mając jeszcze 

dwudziestu jeden lat. Dziś wszystko się pewnie zmieniło... No, ale muszę zajrzeć do tego osła-

kucharza i dopilnować pańskiej baraniny.

Na   górze   znowu   rozległ   się   ryk,   tak   raptowny   i   pełen   dzikiej   wściekłości,   że   aż 

podskoczyłem.

background image

- Co tam się dzieje? - krzyknąłem, ale on zdążył już zamknąć za sobą drzwi.

Wrócił po chwili niosąc baranią potrawkę, której apetyczny zapach wprawił mnie w takie 

podniecenie, iż zwierzęce pomruki natychmiast wyleciały mi z głowy.

Następny dzień, podczas którego na przemian spałem lub jadłem, wzmocnił mnie na tyle, iż 

uniosłem się z koi i przez iluminator wyjrzałem na ścigające się ze statkiem zielone fale. Szkuner 

najwidoczniej płynął z wiatrem. Montgomery - bo tak nazywał się jasnowłosy mężczyzna - wszedł 

właśnie do kabiny, więc poprosiłem go o jakieś odzienie. Pożyczył mi własne drelichowe ubranie, 

gdyż to, które miałem na sobie w szalupie, wyrzucono, jak powiedział, za burtę. Ubranie było na 

mnie   trochę   za   obszerne,   ponieważ   jego   właściciel   był   postawnym   mężczyzną   o   długich 

kończynach.

Wspomniał mimochodem, że kapitan siedzi zamknięty w swojej kajucie, pijany jak bela. 

Podczas ubierania się zacząłem go wypytywać, którędy i dokąd płynie statek. Odparł, iż szkuner 

zmierza na Hawaje, ale po drodze zatrzyma się, by wysadzić go na ląd.

- Gdzie? - spytałem.

- To taka wysepka... na której mieszkam. O ile mi wiadomo, nie ma nawet nazwy.

Po tych słowach dolna warga całkiem mu obwisła, a wlepione we mnie oczy przybrały 

nagle wyraz tak jawnie udawanej tępoty, iż uznałem, że woli uniknąć indagacji. Powstrzymałem się 

więc od dalszych pytań.

background image

3. Niesamowita twarz

Po opuszczeniu kabiny okazało się, że jakiś człowiek blokuje nam wyjście na pokład. Stał 

na drabince zwrócony do nas plecami, patrząc ponad górną krawędzią luku. Miał, jak zauważyłem, 

niekształtną postać - niską, barczystą i niezgrabną - przygarbione plecy, włochatą szyję i wciśniętą 

w ramiona głowę. Miał na sobie granatowe drelichy, a jego czarne włosy były dziwnie grube i 

szczeciniaste. Usłyszałem wściekłe warczenie niewidocznych psów i w tej samej chwili człowiek 

ów skoczył gwałtownie do tyłu natykając się na rękę, którą wyciągnąłem odruchowo, by się przed 

nim osłonić. Obrócił się z iście zwierzęcą zwinnością.

Nie   potrafię   wyjaśnić,   dlaczego   nagły   widok   jego   ciemnej   twarzy   zrobił   na   mnie   tak 

wstrząsające   wrażenie.   Była   przedziwnie   szpetna.   Wysunięta   do   przodu   szczęka   mgliście 

przypominała   zwierzęcą   mordę,   a   z   ogromnych   półotwartych   ust   wystawały   białe   zęby   nie 

spotykanych u człowieka rozmiarów. Miał przekrwione w kącikach, niemal zupełnie pozbawione 

białek oczy o piwnych źrenicach. Jego twarz pałała jakimś osobliwym podnieceniem.

- Diabli cię nadali! - mruknął Montgomery. - Odsuń się, u licha!

Ciemnolicy mężczyzna bez słowa odskoczył w bok. 

Wstąpiłem na drabinkę, nie odrywając od niego oczu. Montgomery zatrzymał się chwilę na 

dole.

- Mówiłem ci przecież, żebyś się tutaj nie kręcił - rzekł dobitnym tonem. - Twoje miejsce 

jest na dziobie. 

Ciemnoskóry mężczyzna skulił się.

- Oni... oni nie chcą mnie trzymać na dziobie.

- Mówił powoli jakimś nienaturalnie schrypniętym głosem.

- Nie chcą cię trzymać na dziobie! - powtórzył groźnie Montgomery. - Ale ja każę ci tam 

iść.

Miał jeszcze coś dodać, ale rzucił mi szybkie spojrzenie i wszedł za mną na drabinkę. 

Stałem   odwrócony   w   połowie   luku,   nadal   nie   mogąc   ochłonąć   ze   zdziwienia,   jakie   budziła 

przedziwna brzydota ciemnoskórego człowieka. Pierwszy raz w życiu widziałem tak odrażającą i 

niesamowitą   twarz,   ale   jednocześnie   -   paradoks   trudny   do   uwierzenia   -   miałem   dziwaczne 

poczucie, iż jego zdumiewające rysy i gesty są mi skądś znane. Pomyślałem sobie później, że 

musiałem go chyba widzieć, kiedy wyciągano mnie na pokład, ale i to nie tłumaczyło podejrzenia 

jakiejś wcześniejszej znajomości. Wydawało się niepodobieństwem, bym ujrzawszy bodaj raz tak 

szczególną twarz, mógł nie zapamiętać okoliczności owego spotkania.

background image

Wejście Montgomery'ego na drabinkę przerwało bieg mych myśli, obróciłem się więc i 

rozejrzałem   po   płaskim   pokładzie   małego   szkunera.   Uprzednie   hałasy   przygotowały   mnie 

częściowo na to, co teraz ujrzałem. Z całą pewnością nigdy jeszcze nie widziałem tak brudnego 

pokładu. Wszędzie walały się skrawki marchwi,  strzępy zieleniny i paskudztwa niewiadomego 

pochodzenia. Pod grotmasztem szarpało się na łańcuchach stado przerażających ogarów, które na 

mój widok zaczęły gwałtownie ujadać, a przy bezanmaszcie, w małej żelaznej klatce, tak ciasnej, 

że zwierzę nie mogło się nawet obrócić, siedziała wielka, skulona puma. Nieco dalej, przy prawym 

nadburciu   spostrzegłem   kilka   sporych   drewnianych   klatek   z   królikami,   na   dziobie   zaś   tkwiła 

samotna lama wciśnięta do zwykłej skrzyni. Psy miały na pyskach skórzane kagańce. Jedynym 

człowiekiem na pokładzie był  chudy i milczący marynarz  przy kole sterowym.  Główne żagle, 

brudne i połatane, napinał wiatr, a i w górze, jak się zdaje, postawiono wszystkie dodatkowe żagle 

stateczku. Niebo było czyste, a słońce minęło zenit i zaczęło obniżać się ku zachodowi; wzdłuż 

burt pędziły długie, upstrzone białymi grzywami fale. Minąwszy sternika zbliżyliśmy się do relingu 

rufowego; za rufą pieniła się woda, a w kilwaterze tańczyły i znikały bańki. Odwróciłem się i 

zmierzyłem wzrokiem niechlujny pokład.

- Czy to jakaś pływająca menażeria? - spytałem.

- Na to wygląda - odparł Montgomery.

- Po co im te zwierzęta? Na handel? Dla rozrywki? A może kapitan myśli, że zdoła je 

sprzedać gdzieś na morzach południowych?

- Na to wygląda, nie sądzi pan? - odparł Montgomery odwracając się z powrotem ku rufie.

  Nagle   od   strony   zejściówki   rozległ   się   wrzask,   posypały   się   wściekłe   wyzwiska   i 

ciemnoskóry mężczyzna pośpiesznie wgramolił się na pokład. W ślad za nim wyłonił się masywny 

rudzielec w białej czapce. Ogary, którym znudziło się tymczasem oszczekiwanie mnie, na widok 

ciemnoskórego wpadły w szał i szarpiąc łańcuchy zaczęły na nowo ujadać. Ciemnoskóry zawahał 

się   przez  moment   na  ich  widok,  dzięki   czemu   rudy  mężczyzna  zdążył   go  dopaść   i  zadał  mu 

potężny cios między łopatki. Nieszczęśnik zwalił się jak podcięte drzewo na zaśmiecony pokład, 

między rozwścieczoną sforę. Psy były na szczęście w kagańcach. Rudzielec aż zachłysnął się z 

uciechy i stał chwiejąc się niepewnie na nogach, jakby lada chwila miał runąć do zejściówki albo w 

przód, na swą ofiarę.

Widząc rudzielca, Montgomery gwałtownie się poderwał.

- Przestań pan! - zawołał tonem upomnienia. 

Na dziobie pojawiło się paru marynarzy.

Ciemnoskóry   mężczyzna   wił   się   po   pokładzie   deptany   przez   psy,   wydając   dziwne, 

nienaturalne okrzyki. Nikt nie pośpieszył mu z pomocą. Psiska bezlitośnie trącały go pyskami, a 

background image

ich szare, zwinne cielska w tanecznych podskokach kłębiły się nad niezdarnym powalonym ciałem. 

Zebrani   na   dziobie   marynarze   pokrzykiwali   zachęcająco,   jakby   to   była   najlepsza   zabawa. 

Montgomery wydał gniewny okrzyk i rzucił się do przodu. Pośpieszyłem za nim.

Tymczasem ciemnoskóry poderwał się na nogi i zatoczył do przodu. Wpadł z rozpędu na 

burtę przy wantach grotmasztu, gdzie stanął dysząc ciężko i rzucając psom przez ramię wściekłe 

spojrzenia. Rudowłosy mężczyzna wybuchnął tryumfalnym śmiechem.

-   Słuchajcie   no,   kapitanie   -   powiedział   Montgomery,   którego   seplenienie   wyraźnie   się 

nasiliło i chwycił rudowłosego za łokcie. - Za wiele pan sobie pozwala.

Stałem tuż za Montgomerym. Kapitan odwrócił głowę i spojrzał nań z tępą powagą pijaka.

-   A   bo   co?   -   zapytał;   mierzył   przez   chwilę   Montgomery'ego   sennym   spojrzeniem,   a 

wreszcie rzekł:

- Przeklęty konował!

Gwałtownym szarpnięciem uwolnił ręce i po paru nieudanych próbach zdołał wpakować 

piegowate pięści do bocznych kieszeni.

- Ten człowiek jest pańskim pasażerem - oświadczył Montgomery. - Radzę trzymać ręce z 

daleka od niego.

- Idź do diabła! - huknął kapitan. Odwrócił się gwałtownie i zatoczył na bok. - To jest mój 

statek i robię na nim, co mi się podoba - oświadczył.

Uważam,  że  Montgomery  powinien  był  w  tym   momencie   zostawić  pijanego  brutala  w 

spokoju. Ale on zbladł tylko jeszcze bardziej i zbliżył się za kapitanem do burty.

- Słuchajcie no, kapitanie - powiedział. - Nie pozwolę maltretować mego służącego. Pan i 

pańscy ludzie znęcacie się nad nim bez przerwy, odkąd wszedł na pokład.

Alkoholowe opary na dłuższą chwilę odebrały kapitanowi mowę.

- Przeklęty konował! - To było wszystko, co uznał za stosowne odpowiedzieć.

Zorientowałem   się,   iż   Montgomery   należy   do   zawziętych   uparciuchów,   którzy   stale 

podsycają hodowaną w sercu urazę i nigdy niczego nie darowują; domyśliłem się także, że ich spór 

musiał narastać od dłuższego czasu.

- Przecież on jest pijany - wtrąciłem, może trochę zbyt nachalnie. - Nic pan z nim nie 

wskóra. 

Montgomery wykrzywił obwisłą wargę.

- On zawsze jest pijany. Czy pana zdaniem to ma usprawiedliwiać znieważanie pasażerów?

- Mój statek - zaczął kapitan pokazując drżącą ręką klatki - był kiedyś czysty i schludny. A 

dziś, co? - Rzeczywiście, czystości nie można mu było zarzucić. - Moja załoga - ciągnął. - Moja 

schludna, przyzwoita załoga.

background image

- Zwierzęta znalazły się na pokładzie za pańską zgodą.

- Niech będzie przeklęty dzień, w którym moje oczy ujrzały pańską piekielną wyspę. Po 

jakiego diabła... wozić zwierzęta na taką wyspę? I do tego ten pański pomagier... Myślałem, że 

chodzi o człowieka. Ale to jakiś pomyleniec. I czego łazi po rufie. Co pan sobie myśli, że cały 

statek do pana należy, czy co?

- Pańscy marynarze od pierwszej chwili robią, co mogą, żeby temu nieborakowi zatruć 

życie.

- Ładny mi nieborak, toż to diabeł z piekła rodem. Moi ludzie nie mogą na niego patrzeć. Ja 

nie mogę na niego patrzeć. Nikt nie może na niego patrzeć. Pan też nie może na niego patrzeć.

Montgomery odwrócił się.

- W każdym razie proszę zostawić go w spokoju - powiedział kiwając głową.

Ale kapitan zmierzał teraz do awantury. Podniósł głos:

- Jeśli jeszcze raz przyłapię drania w tej części statku, wypruję mu flaki, zobaczy pan. 

Wypruję mu te przeklęte flaki! Niech się panu nie wydaje, że może mi pan dyktować, co mi wolno, 

a czego nie wolno. Ja tu jestem kapitanem i właścicielem - wbij pan to sobie do głowy. Jestem 

panem...   i   władcą.   Umowa   była,   że   zabiorę   do   Ariki   i   z   powrotem   człowieka   ze   służącym   i 

przywiozę kilka zwierząt. Nie godziłem się na wożenie piekielnego wariata z durnym konowałem...

Nieważne, jak nazwał Montgomery'ego. Zobaczyłem, że ten ostatni robi krok do przodu, 

postanowiłem więc interweniować.

- On jest pijany - rzekłem. Kapitan zaczął sypać jeszcze plugawszymi obelgami. - Zamknij 

się   pan!   -   rzuciłem   mu   ostro,   widząc   w   twarzy   Montgomery'ego   niebezpieczny   błysk.   Tym 

odezwaniem się ściągnąłem lawinę na siebie.

Byłem jednak zadowolony, że udało mi się zapobiec wiszącej na włosku bójce - nawet za 

cenę pijanej furii kapitana. Ale choć zdarzało mi się bywać w dość podejrzanych towarzystwach, 

nie pamiętam, bym kiedykolwiek nasłuchał się tylu najplugawszych przekleństw płynących jednym 

nieprzerwanym  strumieniem.  Jestem człowiekiem łagodnym,  lecz chwilami  z trudem nad sobą 

panowałem. Nakazując kapitanowi milczenie zapomniałem, niestety, iż jestem tylko bezradnym, 

odciętym od swoich zasobów, płynącym na gapę rozbitkiem, i mój los zależy od dobrej woli - albo 

interesowności - załogi statku, który mnie przygarnął. Kapitan nie omieszkał dobitnie mi o tym 

przypomnieć. Ale przynajmniej zapobiegłem rękoczynom.

background image

4. Na pokładzie szkunera

Tego samego dnia wieczorem dostrzeżono po zachodzie słońca ląd i szkuner zatrzymał się. 

Montgomery   oznajmił,   że   tu   kończy   się   jego   podróż.   Wyspa   była   zbyt   daleko,   by  rozpoznać 

jakiekolwiek   szczegóły;   przypominała   płaski   skrawek   bladego   błękitu   wśród   nieokreślonego, 

szarobłękitnego morza. Znad wyspy unosiła się ku niebu niemal pionowa smużka dymu.

Kapitana   nie   było   w   tym   czasie   na   pokładzie.   Wyładowawszy   na   mnie   gniew,   zszedł 

chwiejnym   krokiem   pod   pokład   i,   o   ile   wiem,   usnął   w   swej   kajucie   na   podłodze.   Faktyczne 

dowództwo przejął jego zastępca. Był nim ów chudy, małomówny osobnik, który stał poprzednio 

przy   sterze.   Widać   było,   że   i   on   ma   z   Montgomerym   na   pieńku.   Nie   zwracał   na   nas   obu 

najmniejszej uwagi. Kolacja, którą jedliśmy razem, po paru nieudanych próbach nawiązania przeze 

mnie   rozmowy   upłynęła   w   ponurym   milczeniu.   Zwróciło   również   moją   uwagę,   ze   marynarze 

dziwnie nieżyczliwie odnoszą się do mego towarzysza oraz do jego zwierząt. Montgomery, jak 

zauważyłem, bardzo wymijająco mówił o przeznaczeniu zwierząt i celu swej podróży, więc mimo 

narastającej ciekawości nie narzucałem się.

Zostaliśmy rozmawiając na pokładzie rufowym, aż niebo zaroiło się od gwiazd. Noc była 

cicha i spokojna, tylko z połyskującej żółtym światłem dziobówki dolatywały czasem oderwane 

dźwięki albo poruszyło się któreś ze zwierząt. W kącie klatki majaczył ciemny kształt zwiniętej w 

kłębek pumy, która obserwowała nas świecącymi ślepiami. Psy chyba posnęły. Montgomery wyjął 

cygara.

Z nutą na wpół bolesnej nostalgii rozmawiał ze mną o Londynie, zadając najrozmaitsze 

pytania, by dowiedzieć się, co się tam zmieniło. Mówił jak człowiek, który uwielbiał tamtejsze 

życie,   ale   został   zeń   nagle   i   nieodwracalnie   wykluczony.   Gawędziłem   o   tym   i   owym   dla 

podtrzymania rozmowy. Przez cały czas narastało we mnie poczucie, że w tym człowieku kryje się 

coś dziwacznego, toteż ukradkiem obserwowałem jego bladą, zagadkową twarz, na którą padało, 

przyćmione światło latarni nad kompasem za moimi plecami. A potem popatrzyłem na ciemne 

morze, tam, gdzie w mroku kryła się jego wysepka.

Ten człowiek, myślałem sobie, wyłonił się z bezmiaru świata po to tylko, by uratować mi 

życie.   Jutro   przekroczy   burtę   i   znów   zniknie   z   mego   życia.   Nawet   w   najbanalniejszych 

okolicznościach   miałbym   powód   do   zadumy.   Ale   jak   wytłumaczyć   zdumiewający   fakt,   iż 

wykształcony, cywilizowany człowiek mieszka na nieznanej wysepce, a na dobitkę wiezie z sobą 

tak niecodzienny ładunek. Przyszło mi na myśl to samo pytanie, które postawił kapitan:

Po co mu te zwierzęta? I dlaczego udawał, iż nie są jego własnością, kiedy pierwszy raz 

background image

zagadnąłem go o to? A ten jego pomocnik, którego dziwaczna powierzchowność tak bardzo mnie 

poruszyła. Wszystkie te okoliczności tworzyły wokół niego aurę tajemniczości. Przykuwały moją 

wyobraźnię i pętały język.

Przed północą rozmowa o Londynie wygasła, więc staliśmy obok siebie oparci o poręcz i 

mierząc  rozmarzonym  wzrokiem cichy,  połyskujący w  blasku gwiazd  ocean,  pogrążyliśmy  się 

każdy we własnych myślach. Atmosfera sprzyjała sentymentom, przeto poruszyłem wątek osobistej 

wdzięczności.

- Chciałbym, jeśli pan pozwoli - ozwałem się po pewnym czasie - podziękować panu za 

uratowanie mi życia.

- Przypadek - odparł. - Ślepy traf.

- Chciałbym jednak wyrazić swoją wdzięczność jego wykonawcy.

-   Niech   pan   nie   dziękuje.   Pan   potrzebował   pomocy,   a   ja   wiedziałem,   jak   jej   udzielić, 

karmiłem więc pana i szpikowałem zastrzykami - można powiedzieć, że był pan dla mnie nowym 

okazem do kolekcji. Nudziłem się, szukałem jakiegoś zajęcia. Gdybym tamtego dnia był zmęczony 

lub gdyby nie przypadła mi do gustu pańska twarz... kto wie, co by się z panem w tej chwili działo. 

Jego słowa trochę mnie ostudziły.

- Nie zmienia to jednak... - zacząłem.

- Ślepy traf, zapewniam pana - przerwał mi - jak wszystko w ludzkim życiu. Tylko osły nie 

chcą tego zrozumieć. Dlaczego jestem tutaj, wyrzucony poza nawias cywilizacji, zamiast cieszyć 

się   życiem,   korzystać   ze   wszystkich   uroków   Londynu?   Tylko   dlatego,   iż   jedenaście   lat   temu 

pewnej mglistej nocy na dziesięć minut straciłem głowę...

Urwał.

- Tak? - podchwyciłem.

- To wszystko.

Znów zapadło milczenie. Po chwili zaśmiał się.

- Światło gwiazd ma dziwną moc rozwiązywania języków. Wiem, że robię z siebie głupca, 

a jednak coś mnie kusi, by się przed panem zwierzyć.

 - Cokolwiek pan powie, zapewniam, iż zachowam to dla siebie... jeśli o to chodzi.

Już miał zacząć, ale tylko z powątpiewaniem pokręcił głową.

- Proszę nie mówić - rzekłem. - Nie muszę nic wiedzieć. Tak będzie chyba dla pana lepiej. 

Cóż to może dać, oprócz chwilowej ulgi - o ile dochowam sekretu. A gdybym go nie dochował... 

prawda?

Chrząknął   niepewnie.   Czułem   się,   jak   bym   go   podstępnie   przyłapał   w   chwili   słabości. 

Prawdę   powiedziawszy,   nie   byłem   specjalnie   ciekaw,   co   mogło   młodego   medyka   wygnać   z 

background image

Londynu. Mam odrobinę wyobraźni. Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się. Na rufie, wsparta o 

reling,   stała   ciemna,   milcząca   postać   obserwująca   gwiazdy.   Był   to   dziwny   pomocnik 

Montgomery'ego. Gdy się poruszyłem, rzucił mi przez ramię szybkie spojrzenie i znów odwrócił 

głowę.

Ktoś powie może, że to drobiazg, ale ja poczułem się, jakby runął we mnie grom z jasnego 

nieba. Jedyne światło w naszym sąsiedztwie padało od latarni przy sterze. W owej krótkiej chwili, 

gdy jego twarz wyłoniła się z mroku rufy i oświetlił ją promień latarki, w zwróconych na mnie 

oczach zapaliły się bladozielone błyski.

Nie wiedziałem wówczas, że ludzkie oczy też czasami fosforyzują - czerwonym blaskiem. 

W. każdym razie widok ten sprawił na mnie wrażenie czegoś absolutnie nieludzkiego. Owa czarna 

postać z jarzącymi się ślepiami wymiotła ze mnie wszystkie dojrzałe myśli i uczucia i znalazłem się 

na moment w zapomnianym świecie dziecinnych koszmarów. Dziwne to doznanie minęło równie 

szybko, jak się pojawiło. Oparta o reling rysowała  się na tle wygwieżdżonego  nieba ciemna  i 

niezdarna, mało znacząca postać, a jednocześnie posłyszałem głos Montgomery'ego.

- No, chyba już czas pójść spać - powiedział - pewnie i pan ma już tego dosyć.

Odpowiedziałem coś bez sensu. Zeszliśmy pod pokład, a Montgomery pod drzwiami mej 

kajuty powiedział dobranoc.

Miałem  tej  nocy  nieprzyjemne   sny.  Malejący  księżyc  późno   wyszedł   na  niebo.   Smuga 

bladego, upiornego światła wdarła się do kajuty rzucając złowieszczy cień na deski koi. Potem 

obudziły się psy; ich wycie i ujadanie wplotło się w moje sny i do świtu prawie nie zmrużyłem oka.

background image

5. Człowiek, który nie miał dokąd pójść

Wczesnym rankiem - było to drugiego dnia po mym ozdrowieniu i chyba czwartego po 

odnalezieniu mnie - z otchłani niespokojnych, pełnych wrzawy i szczęku broni snów wyrwały mnie 

dochodzące z góry ochrypłe wrzaski. Przetarłszy oczy nasłuchiwałem chwilę hałasów, nie bardzo 

wiedząc, gdzie jestem. Potem rozległ się szybki tupot bosych stóp, odgłos przesuwania ciężkich 

przedmiotów,   gwałtowny   zgrzyt   i   szczęk   łańcuchów.   Usłyszałem   bulgotanie   wody   przy 

gwałtownym obrocie statku i spieniona szarozielona fala zalała małe, okrągłe okienko, by po chwili 

spłynąć po szybie strużkami wody. Pośpiesznie narzuciłem ubranie i wyszedłem z kajuty.

- Idąc po schodkach, na tle różowiejącego nieba - słońce zaledwie wschodziło - ujrzałem 

szerokie bary i rudą czuprynę kapitana, a dalej, patrząc mu przez ramię, zobaczyłem klatkę z pumą 

huśtającą   się   na   linie   zamocowanego   przy   bezanbomie   wyciągu.   Biedne,   skulone   zwierzę 

przywarło ze strachu do podłogi swego ciasnego więzienia.

   - Za burtę z nimi! - wrzeszczał kapitan. - Za burtę! Zaraz oczyścimy statek z całego 

tałatajstwa!

Ponieważ zagradzał mi drogę, musiałem chcąc nie chcąc stuknąć go w ramię, by wydostać 

się na pokład. Odskoczył gwałtownie i z wybałuszonymi oczami zatoczył się do tyłu. Nie trzeba 

było wielkiej przenikliwości, by poznać, że jest nadal pijany.

- Hej - mruknął tępo, ale po chwili oczy mu się rozjaśniły i dodał: - Ejże, toć to szanowny, 

no jakże mu...?

- Prendick - rzekłem.

-   Jaki   tam   Prendick!   -   zawołał.   -   “Zamknij   Się”   -   tak   się   pan   nazywasz.   Wasza 

Wielmożność “Zamknij Się”.

Nie było sensu wdawać się z brutalem w sprzeczkę. Ale jego następne posunięcie przeszło 

moje   najśmielsze   oczekiwania.   Pokazał   ręką   przystawiony   do   burty   trap,   obok   którego   stał 

Montgomery zajęty rozmową ze świeżo widać przybyłym na pokład potężnie zbudowanym siwym 

mężczyzną w przybrudzonym granatowym ubraniu.

- Tędy, Wasza Przeklęta Wielmożność “Zamknij Się”. Tędy! - ryknął kapitan.

Montgomery i jego towarzysz odwrócili się na głos kapitana.

- O co panu chodzi? - spytałem.

- Tędy, Wasza Przeklęta Wielmożność - o to mi chodzi. Za burtę, panie “Zamknij Się”, i to 

już. Robimy porządki, oczyszczamy ten biedny statek z wszelkiego paskudztwa. I wyrzucamy pana 

za burtę.

background image

Patrzyłem  na  niego,  nie  wierząc   własnym  uszom.  Ale  po chwili   pomyślałem   sobie,  że 

niczego innego nie pragnę. Perspektywa dalszej samotnej podróży w towarzystwie awanturniczego 

pijaka bynajmniej nie była kusząca. Zwróciłem się więc do Montgomery'ego. 

- Nie możemy pana zabrać - odparł krótko jego towarzysz.

- Nie możecie mnie zabrać? - zdumiałem się. W życiu nie widziałem równie stanowczej, 

zdecydowanej twarzy.                         

- Niech pan posłucha - zwróciłem się znów do kapitana.

- Za burtę - oświadczył.  - Na tym  statku nie ma od dziś miejsca dla dzikich zwierząt, 

ludojadów i gorszych od zwierząt bydlaków. Wynocha... panie “Zamknij Się”. Skoro oni nie chcą 

pana zabrać, sam pan sobie popłyniesz. Ale ja pana stąd wyrzucam: Razem z pańskimi kamratami. 

Skończyłem raz na zawsze z tą przeklętą wyspą i kropka! Mam was po dziurki w nosie.

- Niech pan posłucha, Montgomery- rzekłem błagalnie.

Wykrzywił   dolną   wargę  i   bezradnie   wskazał   głową   swego   siwowłosego   towarzysza   na 

znak, że nic nie może dla mnie zrobić.

- Zaraz się za pana weźmiemy - oświadczył kapitan. 

Rozpoczęła się osobliwa rozgrywka słowna na trzy fronty. Odwoływałem się kolejno do 

trzech mężczyzn  - najpierw do siwowłosego pana, aby pozwolił mi  wysiąść  na ląd, potem do 

kapitana, aby zatrzymał mnie na statku. Zwracałem się nawet o pomoc do marynarzy. Montgomery 

nie odezwał się słowem, tylko potrząsał głową.

- Wynocha ze statku i kropka - powtarzał w kółko kapitan. - Do diabla z prawem! Ja tu 

jestem królem.

Muszę wyznać, iż na koniec, w trakcie wypowiadania energicznej pogróżki, załamał mi się 

głos. Rozdrażniony, rozhisteryzowany, poszedłem na rufę i wbiłem ponury wzrok w nicość.

Tymczasem marynarze pośpiesznie wyładowywali pakunki oraz klatki ze zwierzętami. Przy 

zawietrznej burcie stal spory dwumasztowy lugier z postawionymi żaglami, do którego spuszczano 

osobliwy dobytek. Przybyłych z wyspy pomocników, którzy odbierali bagaże, nie widziałem, gdyż 

kadłub lugra zasłaniało nadburcie szkunera.

Montgomery   i   jego   towarzysz   nie   zwracali   na   mnie   najmniejszej   uwagi.   Byli   zajęci 

doglądaniem czterech czy pięciu marynarzy, którzy wyładowywali ich rzeczy. Kapitan plątał się po 

dziobie,   zawadzając   raczej   niż   pomagając.   Ogarniała   mnie   na   przemian   rozpacz   i   rezygnacja. 

Oczekując rozwiązania sytuacji parę razy mimo  woli roześmiałem się na myśl  o dziwaczności 

swego położenia. Pusty żołądek pogłębiał moją niedolę. Głód i wycieńczenie całkowicie odbierają 

człowiekowi hart ducha. Czułem, iż nie starczy mi wigoru, by przeciwstawić się kapitanowi, gdy 

ten zechce wyrzucić mnie za burtę, ani by zmusić Montgomery'ego i jego towarzysza do zabrania 

background image

mnie na wyspę. Czekałem więc bezwolnie, co przyniesie los, a tymczasem przeładunek dobytku 

Montgomery'ego trwał nadal, jak bym w ogóle nie istniał.

Wreszcie ukończono pracę i rozpoczęła się walka; prawie nie stawiając oporu pozwoliłem 

się   doprowadzić   siłą   do   trapu.   Już   wtedy   brunatne   twarze   ludzi   siedzących   w   łodzi   obok 

Montgomery'ego   sprawiły   na   mnie   dziwne   wrażenie.   Ale   wyładowana   po   brzegi   łódź   szybko 

odpłynęła od burty. Widząc w dole rozszerzające się pasmo zielonkawej wody, zaparłem się z 

całych sił, by nie runąć w dół.

Z   łodzi   dobiegły   mnie   drwiące   okrzyki   majtków,   a   potem   łajania   Montgomery'ego. 

Wówczas kapitan, mat i jeden z marynarzy zawlekli mnie na rufę. Szalupa “Królowej Próżności” 

płynęła za statkiem na holu; była do połowy zalana wodą, pozbawiona wszelkiego prowiantu i nie 

miała wioseł. Padłem jak długi na pokład, odmawiając zejścia do szalupy. W końcu spuścili mnie 

w dół na linie - nie mieli bowiem drabinki rufowej - i odcięli hol.

Szalupa   z   wolna   oddalała   się   od   szkunera.   W   niemym   osłupieniu   obserwowałem,   jak 

marynarze   podnoszą   żagle   i   statek   powoli,   ale   zdecydowanie   ustawia   się   do   wiatru.   Żagle 

załopotały, chwyciły wiatr i wydęły się. Ujrzałem nad sobą naruszoną zębem czasu burtę statku w 

przechyle. Po krótkiej chwili szkuner znikł z pola mego widzenia.

Nawet się za nim nie obejrzałem. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w to, co się 

stało. Siedziałem skulony na dnie szalupy, oszołomiony, spoglądając tępo w oleistą pustkę oceanu. 

Dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, iż jestem z powrotem w dobrze mi znanym 

zamkniętym piekle, na dodatek wypełnionym do połowy wodą. Spojrzawszy w tył, zobaczyłem 

rudowłosego kapitana, który drwił sobie ze mnie, wychylając się znad relingu rufowego; a gdy 

popatrzyłem w kierunku wyspy, malejący w oczach lugier zbliżał się do brzegu.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie w pełni, jak okrutnie ze mną postąpiono. Nie miałem 

możliwości dotarcia do lądu, chyba że fale przypadkiem mnie tam zaniosą. Pamiętajmy, iż byłem 

jeszcze osłabiony po poprzednich przeżyciach w szalupie; gdyby nie wycieńczenie i pusty żołądek, 

z większym męstwem stawiłbym czoła sytuacji. Ale w ówczesnym stanie rozpłakałem się po prostu 

jak małe dziecko. Łzy spływały mi po twarzy. W bezsilnej rozpaczy tłukłem pięściami zebraną na 

dnie łodzi wodę i wściekle kopałem o burty.  Modliłem się na głos do Boga, aby pozwolił mi 

umrzeć.

background image

6. Dziwaczni wioślarze

Ale wyspiarze ulitowali się nade mną widząc, iż naprawdę znalazłem się na łasce fal. Moja 

szalupa   pod   ostrym   kątem   dryfowała   powoli   na   wschód,   w   stronę   wyspy,   gdy   nagle   ku   mej 

szaleńczej radości łódź zawróciła i zaczęła płynąć w moim kierunku. Była mocno wyładowana; 

kiedy podpłynęła bliżej, zobaczyłem, że siwy i barczysty towarzysz Montgomery'ego siedzi na 

rufie wciśnięty między psy i skrzynie. Człowiek ten uparcie mi się przypatrywał, nie poruszając się 

i nic nie mówiąc. Z dziobu równie uporczywie spoglądał na mnie usadowiony w sąsiedztwie pumy 

ciemnoskóry pokraka. W łodzi znajdowało się jeszcze trzech innych dziwacznie wyglądających, 

zwierzopodobnych ludzi, na których ogary wściekle warczały. Siedzący przy sterze Montgomery 

doprowadził łódź do szalupy, po czym wstał, chwycił cumę, którą mu rzuciłem, przywiązał do 

rumpla i wziął mnie na hol, gdyż o 'wejściu na zatłoczony pokład nie było mowy.

Zdążyłem się już opanować po histerycznym ataku i w miarę pogodnie odpowiedziałem na 

jego powitanie. Dowiedziawszy się, że szalupa jest pełna wody, podał mi cebrzyk. Rzuciło mnie do 

tyłu, gdy łączący nas hol naprężył się i szarpnął. Przez jakiś czas pracowicie wybierałem wodę.

Dopiero po całkowitym osuszeniu szalupy - była bowiem cała, tylko zalana przez fale - 

mogłem się przyjrzeć spokojnie pasażerom łodzi.

Siwowłosy mężczyzna nadal nie spuszczał mnie z oka, ale teraz na jego twarzy czytałem 

jakby pewne zaniepokojenie. Gdy nasze oczy spotkały się, opuścił wzrok na siedzące między jego 

kolanami ogary. Był to, jak już wspomniałem, silnie zbudowany mężczyzna o wyniosłym czole i 

dość grubych rysach twarzy; spod brwi opadały mu na oczy fałdy skóry, co często przychodzi wraz 

z wiekiem, a opuszczone kąciki mocno zarysowanych warg zdawały się świadczyć o porywczości i 

zdecydowaniu. Mówił do Montgomery'ego, ale tak cicho, że go nie słyszałem. Potem przeniosłem 

wzrok na trójkę ludzi - jakże przedziwną stanowili załogę. Widziałem tylko ich twarze, ale było w 

nich coś - sam nie wiedziałem co - budzącego mimowolną, niezrozumiałą odrazę. Przypatrywałem 

się im uważnie, ale przykre wrażenie nie mijało, choć jego przyczyny nadal nie umiałem sobie 

wytłumaczyć.

Wyglądali na ciemnoskórych, ale ich ciała, z wyjątkiem stóp i dłoni, były od góry do dołu 

dokładnie   opatulone   białą   i   cienką,   pobrudzoną   materią.   Pierwszy   raz   w   życiu   widziałem   tak 

szczelnie okulanych mężczyzn, a kobiety - tylko na Wschodzie. Na głowach mieli turbany, spod 

których   wyzierały   na   mnie   twarze   koboldów,   twarze   o   wysuniętych   do   przodu   szczękach   i 

połyskliwych oczach. Mieli czarne, proste włosy przypominające końską grzywę, a w siedzącej 

pozycji zdawali się przewyższać wzrostem wszystkie znane rasy ludzi. Siwy mężczyzna, który 

background image

musiał mieć ponad sześć stóp wzrostu, sięgał im głową do ramion.

Jak się później okazało, nie byli wcale ode mnie wyżsi, tylko ich tułowie były nienaturalnie 

drugie, a za to nogi niezwykle krótkie, o dziwnie kabłąkowatych udach. W sumie trudno sobie 

wyobrazić równie szkaradną grupę, a nad ich głowami, spod grotżagla wyzierała ciemna twarz 

człowieka, którego oczy świeciły w ciemnościach.

Oni też mi się przyglądali, ale ilekroć nasze spojrzenia spotkały się, umykali oczami w bok 

i popatrywali na mnie ukradkiem. Pomyślałem sobie, że być może wprawiam ich w zakłopotanie, 

więc skierowałem uwagę na wyspę, do której właśnie dopływaliśmy.

Był to nizinny skrawek lądu, pokryty gęstą roślinnością, wśród której przeważał nie znany 

mi gatunek palmy. Z jednego miejsca wyrastała pod niebo wąska smuga białej pary rozwiewająca 

się na końcu jak puchowe piórko. Wpłynęliśmy  do szerokiej zatoki pomiędzy dwoma  niskimi 

cyplami.   Pokryta   szarym   i   matowym   piaskiem   plaża   wznosiła   się   stromo   na   wysokość 

sześćdziesięciu   lub   siedemdziesięciu   stóp   ponad   poziom   morza,   a   szczyt   skarpy   porastały 

nieregularne kępy drzew i krzewów. W połowie zbocza wznosił się czworobok muru z pstrokatego 

kamienia, który, jak się później przekonałem, zbudowany był z bloków pumeksu i koralu. Ponad 

ogrodzenie wystawały dwa pokryte strzechą dachy.

Na skraju wody czekał na nas jakiś człowiek. Będąc jeszcze daleko od brzegu miałem 

wrażenie,   iż   na   zboczu   widzę   jakieś   inne,   pokraczne   istoty   umykające   w   zarośla,   ale   gdy 

podpłynęliśmy   bliżej,   nie   dostrzegłem   żadnej.   Stojący   na   brzegu   był   człowiekiem   średniego 

wzrostu, o czarnej, negroidalnej twarzy. Miał wielkie, niemal pozbawione warg usta, niezwykle 

cienkie ręce, wąskie i długie stopy oraz kabłąkowate nogi, a wypatrując łodzi wysuwał do przodu 

potężną szczękę. Był ubrany tak samo jak Montgomery i jego siwowłosy towarzysz - w kurtkę i 

spodnie z granatowego drelichu.

Gdy podpłynęliśmy jeszcze bliżej, osobnik ów zaczął biegać tam i z powrotem po plaży, 

wykonując przy tym nader groteskowe gesty. Na rozkaz Montgomery'ego czteroosobowa załoga 

poderwała się z miejsc i dziwacznymi, niezdarnymi ruchami zaczęła zwijać żagle. Montgomery 

wprowadził łódź do wąskiego doku wcinającego się w plażę. Oczekujący osobnik podbiegł do nas. 

Tak zwany dok był po prostu krótkim rowem, w którym przy ówczesnym stanie pływu łódź ledwie 

się mieściła.

Usłyszałem,  jak dziób szalupy szoruje po piasku, odepchnąłem  się cebrzykiem  od rufy 

żaglówki,   odwiązałem   hol   i   wysiadłem   na   brzeg.   Trzej   opatuleni   w   białe   szmaty   osobnicy 

wyjątkowo   niezdarnie   wygramolili   się   na   plażę   i   z   pomocą   oczekującego   tutaj   człowieka 

przystąpili   niezwłocznie   do   wyładunku.   Uderzył   mnie   szczególnie   sposób   chodzenia   trzech 

opatulonych i obandażowanych ludzi - ich nogi nie były sztywne, ale jakoś dziwnie zniekształcone, 

background image

jakby miały niewłaściwie rozmieszczone stawy. Psy, które siwowłosy mężczyzna wysadzał na ląd, 

bez przerwy warczały na nich i rwały się do nich szarpiąc łańcuchy.

Trzej potężni osobnicy porozumiewali się dziwnie gardłowymi głosami, a gdy sięgnęli po 

leżące na rufie bele, oczekujący na plaży człowiek zagadał do nich żywo w jakimś nie znanym mi 

chyba języku. Musiałem już słyszeć podobne dźwięki, ale nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie. 

Siwy mężczyzna  stał spokojnie otoczony szóstką rozszalałych  psów i przekrzykując ich jazgot 

wydawał rozkazy. Montgomery po wyjęciu steru również wysiadł na brzeg i wszyscy zabrali się do 

wyładowywania bagaży. Ja czułem się zbyt słaby - miałem pusty żołądek, a na dodatek słońce 

niemiłosiernie paliło mnie w głowę - by zaofiarować swoją pomoc.

Po chwili siwowłosy mężczyzna przypomniał sobie widać o moim istnieniu i podszedł do 

mnie.

- Wygląda pan - rzekł - jakby od rana nie miał pan nic w ustach.

Jego małe czarne oczy błyszczały spod krzaczastych brwi.

- Bardzo mi przykro. Postaramy się zadbać o pańską wygodę, skoro został pan naszym 

gościem; choć, jak pan wie - nieproszonym.

Patrzył mi badawczo w twarz.

- Montgomery mówił mi, że jest pan człowiekiem wykształconym - że wie pan coś niecoś o 

naukach przyrodniczych. Jak mam to rozumieć, jeśli wolno zapytać?

Wyjaśniłem mu, iż spędziłem kilka lat w Królewskim Kolegium Naukowym, prowadząc 

badania biologiczne pod kierunkiem Huxleya. Słysząc to, lekko uniósł brwi.

- To trochę zmienia postać rzeczy, proszę pana - powiedział z nieco większym szacunkiem. 

- Tak się składa, że i my jesteśmy biologami. Prowadzimy tutaj swego rodzaju stację biologiczną. - 

Jego wzrok spoczął na trzech osobnikach w bieli, którzy ciągnęli właśnie ustawioną na rolkach 

klatkę z pumą w kierunku otoczonych murem zabudowań. - To znaczy ja i Montgomery - dodał. 

A po chwili:

- Trudno mi powiedzieć, kiedy zdoła się pan stąd wydostać. Jesteśmy oddaleni od morskich 

szlaków. Statki widujemy mniej więcej raz w roku.

Potem nagle mnie opuścił, ruszył przez plażę mijając tamtą grupę i chyba znikł za murem. 

Montgomery   z   pomocą   dwóch   pozostałych   ludzi   ładował   mniejsze   paczki   na  niski,   opatrzony 

kołami wózek. Lama oraz klatki z królikami  nadal stały w łodzi; ogary były wciąż przywiązane do 

ławek. Po załadowaniu wózka trzej ludzie zaparli się i zaczęli pchać co najmniej tonowy ciężar w 

ślad za pumą. Montgomery zostawił ich po chwili, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.

- Cieszę się, że tak się stało - rzekł. - Co za łajdak z tego kapitana. Dał się panu porządnie 

we znaki.

background image

- Uratował mnie pan po raz drugi.

-   To   zależy.   Mogę   pana   zapewnić,   że   wyspa   wyda   się   panu   diabelnie   podejrzana. 

Radziłbym uważać, gdzie pan chodzi. On... - zawahał się i widać postanowił wstrzymać się z tym, 

co   miał   do   powiedzenia.   Zamiast   tego   rzekł:   -   Chciałbym   prosić   pana   o   pomoc   przy 

wyładowywaniu królików.

Postępował   z   nimi   w   sposób   dość   szczególny.   Brodząc   w   wodzie   pomogłem   mu 

wytaszczyć na brzeg jedną z klatek. Natychmiast otworzył drzwiczki i przewróciwszy klatkę do 

góry dnem wysypał  jej żywą  zawartość na ziemię.  Króliki spadały jeden na drugiego tworząc 

kłębiący   się   stos.   Montgomery   zaklaskał   w   dłonie   i   pięt-'   naście   albo   dwadzieścia   zwierzątek 

rozbiegło się w podskokach po plaży.

- Rośnijcie i rozmnażajcie się, przyjaciele - mruknął za nimi Montgomery. - Zaludniajcie 

wyspę. Dotychczas brakowało nam trochę zwierzyny na mięso.

Gdy rozglądałem się za uciekającymi królikami, siwy mężczyzna wrócił na plażę niosąc 

butelkę brandy i garść sucharów.              

-   Coś   na   podtrzymanie   sił,   panie   Prendick   -   powiedział   znacznie   życzliwszym   niż 

poprzednio tonem.

Zabrałem   się   bez   ceregieli   do   pałaszowania   biskwitów,   a   tymczasem   siwy   mężczyzna 

razem z Montgomerym wypuścili następną dwudziestkę królików. Jednakże trzy większe klatki 

powędrowały   w   ślad   za   pumą   do   zagrody.   Alkoholu   nie   wziąłem   do   ust,   ponieważ   jestem 

abstynentem od urodzenia.

background image

7. Za zamkniętymi drzwiami

Czytelnik łatwo chyba zrozumie, iż znalazłszy się nieoczekiwanie w tak obcym otoczeniu, 

w dodatku na skutek burzliwych wydarzeń, nie potrafiłem początkowo ocenić stopnia dziwaczności 

tej   czy   innej   rzeczy,   którą   wokół   siebie   dostrzegłem.   Ruszyłem   za   lamą   w   górę   plaży,   ale 

Montgomery dogonił mnie prosząc, bym nie wchodził do zagrody. Wtedy spostrzegłem, że klatkę z 

pumą i stos pakunków umieszczono przed wejściem do czworoboku.

Obróciwszy   się   zobaczyłem,   iż   łódź   została   tymczasem   rozładowana,   z   powrotem 

wyprowadzona na wodę i jest właśnie wciągana na piasek, a siwowłosy mężczyzna idzie w naszym 

kierunku. Zwrócił się do Montgomery'ego.

- Teraz trzeba rozwiązać problem naszego nieproszonego gościa. Co z nim zrobimy?

- Ma pewne przygotowanie naukowe - rzekł Montgomery.

- Spieszno mi wrócić do pracy... nad tym nowym materiałem - powiedział siwy mężczyzna, 

ruchem głowy wskazując zabudowania. Gdy to mówił,. rozjaśniły mu się oczy.

- Domyślam się - mruknął Montgomery tonem dalekim od życzliwości.

- Tam nie możemy go odesłać, a na budowanie nowej chaty nie mamy czasu. O tym zaś, by 

go wtajemniczyć w nasze sprawy, nie może być na razie mowy.

- Jestem w waszych rękach - odparłem. Nie miałem pojęcia, co miał na myśli mówiąc o 

odesłaniu mnie “tam”.

- Ja też się nad tym zastanawiałem - rzekł Montgomery. - Mój pokój ma osobne wejście...

- Doskonale - odparł szybko starszy mężczyzna patrząc Montgomery'emu w oczy, po czym 

ruszyliśmy  we trzech w  stronę zabudowań. - Bardzo pana przepraszam,  panie  Prendick, za te 

sekrety, ale proszę pamiętać, iż jest pan nieproszonym gościem. Nasza mała placówka ma swoją 

tajemnicę, swoją, że się tak wyrażę, komnatę Sinobrodego. Nie jest to zresztą żadna okropność - 

przynajmniej dla człowieka rozsądnego. Ale w obecnej chwili... nie znając pana...

- Ależ oczywiście  - wtrąciłem.  - Byłbym  głupcem, gdybym  czuł się dotknięty brakiem 

zaufania.

Jego wydatne usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu - należał do owych posępnych ludzi, 

którzy   uśmiechając   się   opuszczają   kąciki   warg   -   i   skinieniem   głowy  podziękował   za   okazane 

zrozumienie. Minęliśmy główne wejście do zagrody; była to masywna, drewniana furta opatrzona-

żelaznymi  okuciami i zaryglowana, a przed nią leżał na ziemi stos ładunków przyniesionych z 

łodzi. Zatrzymaliśmy się dopiero na rogu muru, przed niewielkimi drzwiami, których poprzednio 

nie   zauważyłem.   Siwy   mężczyzna   wyciągnął   z   kieszeni   wyświechtanej   granatowej   kurtki   pęk 

background image

kluczy, otworzył zamek i wpuścił nas do środka. Owe klucze oraz staranne zamykanie drzwi do 

zabudowań nawet wówczas, gdy miał je przez cały czas na oku, wydały mi się dość osobliwe.

Wszedłem   za   nim   do   niewielkiego,   prosto   lecz   dość   wygodnie   umeblowanego 

pomieszczenia, którego wewnętrzne, lekko uchylone drzwi prowadziły na brukowane podwórko. 

Montgomery momentalnie zamknął owe wewnętrzne drzwi. W ciemniejszym kącie pokoju wisiał 

hamak, a małe okienko bez szyby, zabezpieczone żelaznym prętem, wychodziło na morze.

Tutaj będę mieszkał, jak mi powiedział siwy jegomość, oświadczając, iż poza środkowe 

drzwi, które “dla bezpieczeństwa” zamknie z drugiej strony na klucz, nie mam prawa wstępu. 

Wskazał mi wygodny leżak pod oknem, a także rząd wysłużonych książek na półce koło hamaka, 

głównie, jak potem stwierdziłem, dzieł chirurgicznych oraz greckich i łacińskich klasyków, których 

w oryginale nie mogę swobodnie czytać. Wyszedł zewnętrznymi drzwiami, jakby chciał uniknąć 

ponownego otwarcia drzwi prowadzących na podwórze.

-   Zwykle   jadamy   tutaj   posiłki   -   powiedział   Montgomery,   a   potem   coś   sobie   jakby 

przypomniał i również wyszedł na zewnątrz. Usłyszałem, jak wołał “Moreau!”, ale w pierwszej 

chwili nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero po chwili, przeglądając książki na półce, zadałem sobie 

pytanie: gdzie ja już słyszałem nazwisko Moreau?

Usiadłem przy oknie i z wielkim apetytem zacząłem pałaszować resztę sucharów.

Moreau?

Z   okna   widać   było   cudacznego   osobnika   w   bieli   taszczącego   przez   plażę   drewnianą 

skrzynię. W chwilę później zasłoniła go okienna rama. Potem za moimi plecami rozległ się szczęk 

wsuwanego w zamek i przekręcanego klucza. Po jakimś czasie, natężając uszu, za zamkniętymi 

drzwiami rozróżniłem hałasy czynione przez psy, które sprowadzono tymczasem z plaży. Psy nie 

szczekały, tylko węszyły i dziwnie powarkiwały. Słyszałem szybki tupot ich łap i uspokajający 

głos Montgomery'ego.

Skomplikowane zabiegi obu gospodarzy, by ukryć przede mną zawartość domu, zrobiły na 

mnie   silne   wrażenie,   toteż   długo   o  tym   myślałem,   zastanawiając   się   jednocześnie,   skąd  znam 

nazwisko Moreau. Ale ludzka pamięć działa tak kapryśnie, że w tamtym momencie z niczym nie 

umiałem go skojarzyć. Powróciłem więc myślami do nieokreślonej dziwaczności zdeformowanego 

osobnika w bieli, którego chwilę temu widziałem na plaży.

Chód i cudaczne ruchy, którymi popychał skrzynię, były do niczego niepodobne. Zdałem 

sobie sprawę, iż ani jeden z tubylców nie odezwał się do mnie słowem, choć parokrotnie miałem 

okazję   zauważyć,   że   przypatrują   mi   się   w   dziwnie   ukradkowy   sposób,   nie   spotykany.   u 

prymitywnych, szczerze patrzących dzikusów. Usiłowałem odgadnąć, jakim językiem mówili. Byli 

niezwykle milczący, a gdy się odzywali, ich głosy miały wręcz niesamowite brzmienie. Co się w 

background image

nich kryje? Nagle przypomniałem sobie oczy pokracznego sługi Montgomery'ego.

Ledwie zdążyłem o nim pomyśleć, wszedł do pokoju. Był teraz ubrany na biało, a w rękach 

trzymał niewielką tacę, na której stała kawa i jakieś jarzyny. Z trudem opanowałem dreszcz odrazy, 

gdy z uprzejmym ukłonem postawił przede mną tacę na stole.

Skamieniałem ze zdumienia. Spod czarnych, zlepionych włosów wyłoniło się jego ucho! 

Ujrzałem je nagle tuż przed nosem. Miał szpiczaste uszy porośnięte delikatnym, brązowym futrem!

- Pańskie śniadanie, sir - powiedział. 

Nie odpowiedziałem, tylko milcząco obserwowałem jego twarz. Odwrócił się i odszedł w 

kierunku drzwi spoglądając na mnie dziwnie przez ramię.

Kiedy  odprowadzałem   go  wzrokiem,   nieświadome   procesy  myślowe   odbywające   się   w 

mym mózgu podsunęły mi nagle następującą frazę: “Doktor Moreau i jego... okoliczności?”. Nie, 

to   było   coś   innego.  “Doktor   Moreau   i...”  Zaraz,   zaraz!   Cofnąłem   się  pamięcią   o  dziesięć  lat. 

“Doktor Moreau i jego okropności”. Chwilę powtarzałem to zdanie w pamięci, nie mogąc go z 

niczym   skojarzyć,   aż   nagle   ujrzałem   je   wydrukowane   czerwoną   czcionką   na   cielistej   okładce 

broszury,  której  lektura  budziła  dreszcz  zgrozy  i  przerażenia.   Wszystko   sobie  przypomniałem. 

Dawno   zapomniana   broszura   stanęła   mi   jak   żywa   przed   oczami.   Byłem   wówczas   zaledwie 

młodzieńcem,   a   Moreau   musiał   mieć   chyba   około   pięćdziesiątki;   był   wybitnym   fizjologiem   o 

władczym usposobieniu, słynął w kołach naukowych z niezwykłej wyobraźni i brutalnej szczerości 

w prowadzeniu dyskusji.

Czyżbym   miał   do   czynienia   z   tym   samym   Moreau?   Ogłosił   rewelacyjne   odkrycia   z 

dziedziny przetaczania krwi, a ponadto wsławił się jako badacz nowotworów. Potem jego kariera 

nagle się skończyła. Musiał opuścić Anglię. Pewien dziennikarz uzyskał dostęp do jego pracowni 

jako laborant z zamiarem dokonania sensacyjnej demaskacji, mrożący krew w żyłach przypadek - 

jeśli był to przypadek - rozsławił makabryczną publikację. W dniu ukazania się demaskatorskiej 

broszury z domu Moreau wymknął się na ulicę obdarty ze skóry, potwornie okaleczony pies.

Rzecz działa się w okresie kanikuły; pewien wybitny publicysta, bliski krewny rzekomego 

laboranta, zaapelował do sumienia narodu. Nie była to pierwsza próba zwrócenia opinii publicznej 

przeciwko   metodom   prowadzenia   badań   naukowych.   Nagonka   zmusiła   wręcz   doktora   do 

opuszczenia  kraju. Być   może  zasłużył   na  to, ale   fakt,  iż  koledzy-badacze  bronili   go zaledwie 

półgębkiem, a cały świat naukowy odwrócił się od niego plecami, zawsze uważałem - i nadal 

uważam   -   za   rzecz   haniebną.   Choć,   jeśli   wierzyć   rewelacjom   owego   dziennikarza,   niektóre 

eksperymenty   były   rzeczywiście   niepotrzebnie   okrutne.   Moreau   zdołałby   prawdopodobnie 

przebłagać opinię publiczną rezygnując ze swoich eksperymentów, ale on najwidoczniej nie chciał 

tego uczynić,  i tak samo  postąpiłaby zapewne większość badaczy opętanych  pasją naukowych 

background image

dociekań. Był  człowiekiem  samotnym,  nie musiał się więc liczyć  z żadnymi  względami prócz 

własnych zainteresowań...

Narastało we mnie przekonanie, iż mam do czynienia z tym samym człowiekiem. Wszystko 

na   to   wskazywało.   Zaczynałem   rozumieć,   jakiemu   przeznaczeniu   służyć   mają   puma   i   inne 

zwierzęta,   które   wraz   z   pozostałym   bagażem   wnoszono   właśnie   na   przylegające   do   domu. 

podwórze; nagle zdałem sobie jasno sprawę z obecności dziwnie znajomego, ledwo wyczuwalnego 

zapachu,   który   do   tej   pory   czułem   tylko   podświadomie.   Była   to   anty-septyczna   woń   sali 

operacyjnej. Za ścianą rozległ się ryk pumy; jeden z psów zaskomlił, jakby go uderzono.

No   dobrze,   ale   badania   wiwisekcyjne   na   zwierzętach   nie   są   przecież   czymś   aż   tak 

okropnym, by ukrywać się z nimi do tego stopnia - w dodatku przed naukowcem. Nagle, skutkiem 

jakichś   nieświadomych   przeskoków   myślowych,   odżył   mi   w   pamięci   niezwykle   ostry   -obraz 

świecących oczu i szpiczastych, włochatych uszu cudacznego sługi Montgomery'ego. Zapatrzony 

w   zieloną   toń   marszczonego   powiewem   wiatru   morza   pozwoliłem   myślom   błądzić   swobodnie 

wokół tej oraz innych, dziwnych rzeczy, których byłem ostatnio świadkiem.

Co   się   w   tym   kryje?   Zamknięte,   pilnie   strzeżone   zabudowania   na   odludnej   wyspie, 

osławiony zwolennik wiwisekcji, i kalekie, zdeformowane istoty ludzkie?...

background image

8. Skowyt pumy

Około pierwszej z chaosu domysłów i podejrzeń wyrwało mnie wejście Montgomery'ego, 

za którym postępował jego groteskowy służący niosąc na tacy chleb, jakąś zieleninę i inne potrawy, 

butelkę whisky, dzbanek wody, trzy szklanki i tyleż noży. Spojrzawszy kątem oka na osobliwe 

indywiduum   stwierdziłem,   że   i   ono   bacznie   mnie   obserwuje   swymi   dziwnymi,   niespokojnymi 

oczami. Montgomery powiedział, iż zje ze mną lunch, ale Moreau nie przyjdzie, gdyż jest zbyt 

zaabsorbowany oczekującą go pracą.

- Moreau! - powtórzyłem. - Znam to nazwisko.

- No jasne! - wykrzyknął. - A to ze mnie osioł; nie powinienem był wymieniać przy panu 

jego   nazwiska.   Że   też   o   tym   nie   pomyślałem.   W   każdym   razie   będzie   pan   teraz   miał   pewne 

wyobrażenie o naszych... tajemnicach. Whisky?

- Nie, dziękuję. Nie piję.

- Obym mógł to samo powiedzieć o sobie. Ale co się stało, to się nie odstanie. Ten właśnie 

piekielny   trunek   sprawił,   że   się   tutaj   znalazłem.   On   i   mglista   noc.   Uważałem   się   wtedy   za 

szczęśliwca, kiedy Moreau zaproponował, że mnie z tego wyciągnie. Jakie to dziwne...

- Niech pan mi powie - przerwałem nagle, gdy zamknęły się zewnętrzne drzwi - dlaczego 

pański służący ma szpiczaste uszy?

- Do diabła! - odrzekł przełykając pierwszy kęs; przez chwilę mi się przypatrywał, a potem 

powtórzył: - Szpiczaste uszy?

-   Lekko   zaostrzone   na   końcach   -   wyjaśniłem   starając   się   opanować   drżenie   głosu.   -   I 

obrośnięte na brzegach delikatnym czarnym włosem.

Z wielkim namysłem przyrządził sobie szklankę whisky z wodą.

- Wydawało mi się... że włosy zasłaniają mu uszy.

- Spostrzegłem je, kiedy się pochylił stawiając na stole przysłaną mi przez pana kawę. A 

jego oczy świecą w ciemnościach.

Montgomery zdążył się już otrząsnąć z pomieszania, w które wprawiło go moje pytanie.

- Od dawna podejrzewałem - zaczął powoli, sepleniąc nieco silniej niż zwykle - że z jego 

uszami może być coś nie w porządku. Zbyt starannie je zasłaniał... A jak wyglądały?

Byłem przekonany, że tylko udaje nieświadomość. Ale nie mogłem przecież powiedzieć mu 

w oczy, iż uważam go za kłamcę.

- Szpiczaste - odparłem. - Niezbyt duże i włochate... wyraźnie włochate. Zresztą w całości 

stanowi jedną z najcudaczniejszych istot, jakie kiedykolwiek widziałem.

background image

W   głębi   zabudowań   rozległ   się   zwierzęcy,   ochrypły   ryk   bólu.   Po   natężeniu   i   tonacji 

rozpoznałem głos pumy. Przez twarz Montgomery'ego przebiegł nagły skurcz.

- Tak, słucham? - zapytał.

- Gdzie go pan wytrzasnął?

- Ehm... w San Francisco. Jest dosyć paskudny, przyznaję. No cóż, niedorozwinięty. Nie 

pamięta, skąd pochodzi. Ale przywykłem do niego. Przywykliśmy do niego obaj. A jakie robi na 

panu wrażenie?

- Niesamowite - odparłem. - Jest w nim coś... Proszę mnie nie posądzać o nadmiar fantazji, 

ale  kiedy  się  do  mnie   zbliża,  wszystko   się  we  mnie   kurczy.  Jest  to   wrażenie...   czegoś  wręcz 

diabolicznego.

Po moich ostatnich słowach Montgomery przerwał jedzenie.

- Ciekawe - rzekł. - Ja nic takiego nie odczuwam. 

Zabrał się z powrotem do jedzenia.

- Nie miałem o tym pojęcia - mówił dalej żując strawę. - Załoga szkunera... musiała mieć 

wobec niego podobne odczucia. Okropnie biedakowi dokuczali... Pamięta pan kapitana?

Puma zaskowyczała nagle jeszcze boleśniej niż poprzednio. Montgomery zaklął pod nosem. 

Miałem go właśnie zagadnąć o ludzi z plaży, kiedy nieszczęsne zwierzę wewnątrz zagrody wydało 

z siebie kilka urywanych, przeraźliwych wrzasków.

- A do jakiego plemienia należą ludzie, których widziałem na plaży? - zapytałem.

- Wspaniałe typy, nie uważa pan? - odparł roztargnionym tonem, marszcząc brwi na dźwięk 

kolejnego, przeraźliwszego skowytu.

Dałem spokój pytaniom. Ryki nasiliły się. Spojrzał na mnie tępo swymi szarymi oczami i 

wychylił kolejną szklankę whisky. Spróbował wciągnąć mnie w rozmowę o alkoholu dowodząc, iż 

dzięki niemu przywrócił mi życie. Zachowywał się, jakby chciał koniecznie podkreślić, że to on, 

Montgomery, uratował mnie od śmierci. Odpowiadałem nie całkiem przytomnie.

Wreszcie   posiłek   dobiegł   końca,   pokraczny   dziwoląg   o   szpiczastych   uszach   sprzątnął 

nakrycia. Montgomery wyszedł i znów zostałem sam w pokoju. Wrzaski poddawanej wiwisekcji 

pumy przez cały czas wprawiały go w stan źle ukrywanej irytacji. Tłumacząc się dziwnym brakiem 

odporności nerwowej odszedł do swoich zajęć, których natury nie musiał mi wyjaśniać.

Nasilające się w miarę upływu godzin rozpaczliwe wrzaski stawały się coraz trudniejsze do 

zniesienia.   Początkowo   były   tylko   nieprzyjemne,   ale   w   końcu   ich   uporczywość   kompletnie 

wytrąciła mnie z równowagi. Odrzuciłem szkolne wydanie Horacego, które usiłowałem czytać, i 

zacząłem krążyć po pokoju, nerwowo zaciskając pięści i przygryzając wargi.

Doszło wreszcie do tego, że musiałem zatkać sobie uszy palcami.

background image

Rozpaczliwy, żałosny skowyt coraz silniej działał mi na nerwy, a stopień zawartego w nim 

cierpienia osiągnął takie natężenie, iż nie mogłem go dłużej znieść w zamkniętym pomieszczeniu. 

Wyszedłem na próg zanurzając się w senny żar późnego popołudnia i minąwszy główną bramę - 

która, jak zauważyłem, była z. powrotem zamknięta na klucz - skręciłem za róg muru.

Na  otwartej  przestrzeni   skowyt  rozlegał   się  jeszcze  donośniej.  Zdawał   się  wyrażać   ból 

całego świata. Gdybym jednak wiedział, iż jakaś istota cierpi podobne męki w sąsiednim pokoju, 

ale   nie   słyszał   jej   głosu,   potrafiłbym   pewnie   zachować   spokój.   Cierpienie   bowiem   dopiero 

wówczas budzi prawdziwe współczucie, gdy głośnym  wołaniem podrażni nasze nerwy.  I choć 

słońce świeciło olśniewającym blaskiem, a zielone pióropusze drzew kołysały się w łagodnych 

podmuchach bryzy, chimeryczne czarno-czerwone cienie przesłaniały pogrążony w chaosie świat, 

dopóki dobywające się z domu za pstrokatym murem dźwięki nie zamilkły w oddali.

background image

9. Stwór w lesie

Nie zastanawiając się, dokąd idę, wkroczyłem w rosnące na wzgórzu za domem zarośla, 

minąłem stojącą nieco dalej gęstą kępę strzelistych drzew i niebawem znalazłem się po drugiej 

stronie   wzniesienia,   na   zboczu   wąskiej   doliny,   której   dnem   płynął   strumień.   Przystanąłem 

nasłuchując. Odległość od zabudowań, a może dzieląca mnie od nich gęstwina tłumiła wszelkie 

dźwięki. Cicho było i spokojnie. W pewnej chwili usłyszałem szelest królika umykającego przede 

mną w górę stoku. Z ociąganiem usiadłem na skraju cienia.

Miejsce było przyjemne. Rzeczułka kryła się w bujnym gąszczu nadbrzeżnej roślinności, 

tylko  w  jednym  miejscu  dostrzegłem  trójkątny skrawek połyskującej  wody.  Na przeciwległym 

brzegu niebieska mgła osnuwała gęstwinę drzew i lian, ponad którą jaśniał błękit nieba. Wśród 

zieleni  jaskrawiły  się  gdzieniegdzie  szkarłatne   lub  białe  plamy  kwitnących  pnączy.   Czas  jakiś 

chłonąłem wzrokiem otaczający mnie świat, ale po chwili przypomniałem sobie dziwaczne cechy 

usługującego   Montgomery'emu   osobnika.   Upał   uniemożliwiał   jednak   poważne   rozważania   i 

wkrótce pogrążyłem się w miłym błogostanie na pograniczu snu i jawy.

Z   owego   błogostanu   wyrwał   mnie,   nie   wiem   po   jak   długim   czasie,   szelest   gałęzi 

dobiegający z drugiej strony rzeczki. Przez chwilę widziałem tylko falujące pióropusze trzcin i 

paproci. Raptem na brzeg strumyka wyjrzało jakieś stworzenie, którego w pierwszej chwili nie 

rozpoznałem. Pochyliło się nad wodą i zaczęło pić. Dopiero wtedy zobaczyłem, że jest to człowiek 

stojący na czworakach jak zwierzę!

Był   ubrany   na   granatowo,   miał   śniadą   skórę   i   czarne   włosy.   Groteskowa   pokraczność 

stanowiła widać niezmienną cechę mieszkańców wyspy. Usłyszałem głośne chłeptanie wody.

Wychyliłem   się   do   przodu,   by   lepiej   mu   się   przyjrzeć,   i   strąciłem   bryłkę   lawy,   która 

potoczyła się z grzechotem w dół stoku. Stwór niespokojnie podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. 

W mgnieniu oka poderwał się na nogi i spoglądając na mnie zaczął niezgrabną ręką ocierać sobie 

usta. Nogi miał nieco krótsze od górnej części ciała. Mierzyliśmy się wzrokiem, obaj jednakowo 

skonsternowani, chyba z minutę. Po czym, oglądnąwszy się raz czy drugi za siebie, stwór wycofał 

się w zarośla na prawo - patrząc od mojej strony - i począł się oddalać, a w ślad za nim szedł 

cichnący szum paproci. Co pewien czas rzucał mi w tył baczne spojrzenie. Dawno już znikł, a ja 

wciąż za nim patrzyłem. Senny błogostan całkowicie mnie opuścił.

Przestraszony  nagłym   hałasem   za   plecami   odwróciłem   się   gwałtownie   i   ujrzałem   biały 

podrygujący ogonek królika znikającego pod szczytem wzgórza. Zerwałem się na równe nogi.

Pojawienie   się   półzwierzęcego   dziwoląga   zaludniło   nagle   senną,   popołudniową   ciszę. 

background image

Trochę podenerwowany rozejrzałem się dokoła siebie żałując, że jestem nie uzbrojony. Ale po 

chwili   uświadomiłem   sobie,   iż   ów   dziwny   stwór   nie   chodził   nago   jak   dzikus,   był   ubrany   w 

granatowe   drelichy,   a   więc   mimo   srogiego   oblicza   mógł   być   wcale   niegroźną,   pokojowo 

usposobioną istotą.

Jednakże jego obecność wytrąciła mnie z równowagi. Począłem iść zboczem w lewą stronę, 

rozglądając   się   uważnie   w   gąszczu   strzelistych   drzew.   Co   to   za   człowiek,   który   chodzi   na 

czworakach i chłepcze wodę wprost z rzeki? Niebawem dobiegł mnie znowu zwierzęcy pisk i 

biorąc go za krzyk pumy ruszyłem w przeciwnym kierunku. Znalazłem się w ten sposób na skraju 

strumienia,   przeszedłem   na   drugi   brzeg   i   przedzierając   się   wśród   chaszczy   ruszyłem   w   górę 

przeciwległego stoku.

Przestraszyła mnie wielka, jaskrawoszkarłatna plama na ziemi, ale z bliska okazało się, iż 

jest to po prostu jakaś szczególna odmiana rozgałęzionego i strzępiastego jak listkowaty porost 

grzyba, który pod palcami rozpływał się w śliską maź. Natomiast nieco dalej natknąłem się na 

przykrą niespodziankę - w cieniu rozłożystych paproci leżały ciepłe jeszcze, otoczone rojem much 

zwłoki królika z ukręconą głową. Stanąłem jak wryty na widok dokonanego mordu. Oto jedna 

przynajmniej z nowo przybyłych istot straciła życie.

Poza ukręconą głową królik był nie naruszony. Sprawiał wrażenie, jakby ktoś złapał go 

nagle i zabił. Przypatrując się małemu włochatemu stworzeniu zdałem sobie nagle sprawę, jak 

trudno jest czegoś takiego dokonać. Gdy tak stałem, nieokreślony lęk towarzyszący mi od chwili, 

gdy nad strumieniem  ujrzałem dziwnie nieludzką  twarz, stał się jeszcze  wyraźniejszy.  Zdałem 

sobie sprawę, jak nieopatrznie postąpiłem wybierając się samo-pas w głąb wyspy zaludnionej przez 

nieznane istoty. Moja wyobraźnia ożywiła rozciągającą się wokół dżunglę. Każdy najmniejszy cień 

mógł być pułapką, każdy szelest zapowiadał nieokreślone niebezpieczeństwo. Wszędzie czułem 

niewiadome, śledzące mnie oczy.

Postanowiłem wrócić do domu nad plażą. Natychmiast zawróciłem i szybko, może trochę 

gorączkowo ruszyłem przez zarośla, aby jak najszybciej wyjść z powrotem na otwartą przestrzeń.

Jeszcze krok, i znalazłbym się na polanie. Była to niewielka poręba leśna; młode szczepy 

wyrastały już z ziemi gotowe objąć w posiadanie kawałek wolnej przestrzeni, otoczonej gąszczem 

krzewów i krętych  lian, usianej jaskrawymi  plamami grzybów  i kwiatów. Na wprost mnie, na 

spróchniałym pniu wielkiego, powalonego drzewa siedziały rzędem w kucki trzy cudaczne ludzkie 

postacie,   jeszcze   nieświadome   mojej   obecności,   Jedna   z   nich   była   niewątpliwie   samicą.   Dwie 

pozostałe - samcami. Wszyscy byli nadzy, tylko wokół bioder nosili szkarłatne przepaski, a ich 

skóra miała nie spotykaną u prymitywnych ludów różowoszarą barwę. Mieli wielkie nalane twarze 

bez podbródków, cofnięte czoła i rzadkie, szczeciniaste włosy. Pierwszy raź w życiu widziałem tak 

background image

zbydlęciałe istoty.

Rozmawiali ze sobą, a właściwie jeden z samców przemawiał do pozostałej dwójki, i byli 

tak sobą zaprzątnięci, że szelest moich kroków uszedł ich uwadze. Siedzieli kołysząc się z boku na 

bok   i   kiwając   głowami.   Głos   mówcy   był   gruby,   ale   niewyraźny   i   choć   dobrze   go   słyszałem, 

niczego nie mogłem zrozumieć. Miałem wrażenie, że mówiący mamrocze coś bardzo zawiłego. W 

pewnej chwili podniósł głos niemal do krzyku i wstając z pnia rozpostarł ręce.

Na to pozostała  dwójka przyłączyła  się do bezsensownej deklamacji wstając również z 

rozpostartymi rękami i kołysząc się rytmicznie. Zauważyłem, że mają nienormalnie krótkie nogi i 

niezdarne,   wąskie   stopy.   Cała   trójka   krążyła   teraz   powoli   w   kółko   przytupując   nogami   i 

wymachując rękami; w ich rytmicznej recytacji pojawił się jakby cień melodii oraz powtarzający 

się refren, brzmiący jak “Jelluji” albo “Belluji”. Oczy im rozbłysły, a szkaradne twarze zajaśniały 

dziwnym rozanieleniem. Z ust pozbawionych warg kapała ślina.

Obserwując ich niepojęte, poczwarne gesty pojąłem nagle z niezwykłą jasnością, co mnie w 

tych   istotach   od   początku   raziło,   rodząc   dwa   tak   sprzeczne   odczucia   -   całkowitej   obcości,   a 

zarazem czegoś znajomego. Owe trzy pochłonięte jakimś mistycznym obrządkiem dziwolągi miały 

wprawdzie   ludzką   postać,   ale   jednocześnie   zdumiewająco   przypominały   pewne   dobrze   znane 

zwierzę. Mimo ludzkiej postaci i strzępów odzienia, mimo nieporadnej człekokształtności każda z 

tych   istot   miała   w   swoich   ruchach,   w   wyrazie   twarzy   i   w   ogólnej   postawie   coś   nieodparcie 

przypominającego świnię - jakiś ledwo uchwytny, a jednak niewątpliwy ślad tego zwierzęcia.

Stałem osłupiały tym zdumiewającym odkryciem i do głowy cisnęły mi się najstraszliwsze 

pytania.   Stwory   zaczęły   teraz   kolejno   wykonywać   podskoki,   którym   towarzyszyły   okrzyki   i 

pochrząkiwania.   Jeden   z   cudaków   poślizgnął   się,   przez   moment   stał   na   czterech   łapach,   ale 

momentalnie się wyprostował. Wystarczył jednak ów krótki błysk prawdziwej zwierzęcości.

Odwróciłem się najciszej jak umiałem i drętwiejąc co chwila ze strachu, by trzask gałązki 

lub   szelest   liścia   nie   zdradził   mej   obecności,   wycofałem   się   w   zarośla.   Długo   trwało,   zanim 

ośmieliłem się iść swobodniejszym krokiem.

Miałem na razie tylko jedną myśl - uciec jak najdalej od tych paskudnych stworów - toteż 

nie bardzo wiem, kiedy ani jak znalazłem się na ledwo widocznej, leśnej ścieżynie. Nagle, mijając 

niewielką przecinkę, w odległości mniej więcej trzydziestu jardów w bok, pomiędzy drzewami z 

przykrym zdziwieniem spostrzegłem przesuwającą się równolegle ze mną parę niezgrabnych nóg. 

Głowę i tułów przesłaniał gąszcz lian. Zatrzymałem się raptownie, mając nadzieję, że stwór mnie 

nie zauważył. Para nóg znieruchomiała w tej samej chwili. Byłem tak przerażony, iż tylko ogromny 

wysiłek woli powstrzymał mnie od panicznej ucieczki.

Wytężyłem wzrok i po chwili w splątanej gęstwie udało mi się wypatrzyć głowę i tułów 

background image

stwora, którego widziałem nad wodą. Poruszył się. Stał w cieniu drzew, a kiedy spojrzał w moją 

stronę, w jego oczach zapaliły się szmaragdowe, opalizujące błyski, które zgasły natychmiast, gdy 

odwrócił głowę. Stał chwilę nieruchomo, po czym zaczął bezgłośnie uciekać w głąb zielonego 

gąszczu. Wkrótce zasłoniły go drzewa. Choć nie mogłem go widzieć, czułem, że stanął i nadal 

mnie obserwuje.

Kim jest, u licha - człowiekiem czy zwierzęciem? Czego ode mnie chce? Byłem całkiem 

bezbronny, nie miałem nawet kija. Ucieczka byłaby szaleństwem. Jedno nie ulegało wątpliwości, 

tajemniczy stwór najwyraźniej nie miał odwagi mnie zaatakować. Zacisnąwszy zęby ruszyłem mu 

na spotkanie. Starałem się nie okazać przenikającego mnie do szpiku kości strachu. Przedarłem się 

przez   gęstwinę   obsypanych   białym   kwieciem   krzewów   i   zobaczyłem,   że   stoi   w   odległości 

dwudziestu jardów niepewnie spoglądając na mnie przez ramię. Zrobiłem parę kroków do przodu 

patrząc mu prosto w oczy.

- Coś ty za jeden? - spytałem. 

Próbował wytrzymać mój wzrok.

- Nie! - krzyknął nagle, odwrócił się i długimi susami popędził w zarośla. Tam przystanął i 

znów się obejrzał. Jego oczy świeciły jasno w cieniu drzew.

Serce podchodziło mi do gardła, wiedziałem jednak, że tylko pozory śmiałości mogą mnie 

uratować, szedłem więc uparcie w jego kierunku. Powtórnie podał tyły, znikając w mroku. Jeszcze 

raz mignął mi chyba blask jego oczu, i było po wszystkim.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z późnej pory i jej ewentualnych skutków. Słońce zaszło 

przed   paroma   minutami;   nagły   tropikalny   zmierzch   zdążył   ogarnąć   wschodnią   połać   nieba   i 

pierwsza ćma zafurkotała mi nad głową. Muszę szybko wracać do domu, jeśli nie chcę nocować w 

tym niebezpiecznym, tajemniczym lesie.

Myśl o powrocie do przybytku cierpienia sprawiała mi niezmierną przykrość, ale obawa, że 

ciemności i wszystko, co się w nich kryje, zaskoczą mnie na otwartej przestrzeni, była stokroć 

silniejsza. Spojrzawszy po raz ostatni w siny mrok, który wchłonął dziwaczną istotę, zawróciłem w 

dół stoku ku rzeczce idąc, jak mi się wydawało, w kierunku, skąd przyszedłem.

Podążyłem szybkim krokiem, zaprzątnięty niezwykłymi przeżyciami i po pewnym czasie 

znalazłem   się   na   niewielkiej   równinie   z   rzadka   porośniętej   drzewami.   Bezbarwna   jasność, 

następująca po czerwieni zachodu, zaczynała blednąc. Niebo granatowiało z każdą chwilą i coraz 

więcej gwiazd rozświecało półmrok; odstępy między drzewami i luki w odległych zaroślach, które 

za dnia otaczała błękitna mgiełka, zionęły tajemniczą czerwienią.

Maszerowałem co sił w nogach. Świat stracił barwę, na tle jaśniejącego granatem nieba 

rysowały   się   atramentowe   wierzchołki   drzew,   a   na   dole   wszystko   tonęło   w   jednolitym 

background image

bezkształtnym mroku. Niebawem drzewa przerzedziły się, a zarośla zgęstniały. Dalej rozciągała się 

pusta, piaszczysta przestrzeń, a za nią kolejny odcinek splątanych chaszczy.

Niepokoił   mnie   cichy   szelest   dobiegający   z   prawej   strony.   Brałem   go   początkowo   za 

wytwór własnej wyobraźni, ilekroć bowiem stanąłem, szelest milkł i słychać było jedynie szum 

wiatru w gałęziach drzew. A gdy ruszałem, echo znów zaczynało powtarzać szmer moich kroków.

Wydostawszy się z gęstwiny na mniej zarośniętą przestrzeń, co jakiś czas odwracałem się 

raptownie,   myśląc,   że   jeśli   ktoś   rzeczywiście   się   za   mną   skrada,   zdołam   go   w   ten   sposób 

zaskoczyć. Ale choć nikogo nie dostrzegłem, coraz bardziej narastało we mnie poczucie czyjejś 

obecności. Przyspieszyłem kroku, po jakimś czasie znalazłem się na niewielkim pagórku, zszedłem 

w dół, odwróciłem się gwałtownie i wytężyłem wzrok. Czarny wierzchołek wzgórza odcinał się 

wyraźnie od ciemniejącego nieba.

Niebawem na tle nieba mignęło bezkształtne cielsko i znów znikło. Wiedziałem już na 

pewno, że mój ciemnolicy prześladowca nadal się za mną skrada. A jednocześnie zrobiłem drugie, 

przykre odkrycie - iż zabłądziłem.

Szedłem dalej bezradny i zakłopotany, czując za plecami skradającego się prześladowcę. 

Kimkolwiek   był,   nie   miał   odwagi   zaatakować   albo   zwlekał   czekając   dogodniejszej   chwili. 

Trzymałem   się   starannie   otwartej   przestrzeni.   Co   jakiś   czas   odwracałem   się   nasłuchując,   i   na 

koniec zacząłem sobie wmawiać, że albo prześladowca zrezygnował z pościgu, albo od początku 

był  tworem mojej  wyobraźni.  Potem usłyszałem  szum morza.  Jeszcze  bardziej  przyspieszyłem 

kroku i natychmiast usłyszałem za sobą gwałtowny tupot.

Odwróciłem się raptownie, wpijając wzrok w niewyraźną linię drzew. Wydawało mi się, że 

jeden czarny cień wtopił się w inny. Natężyłem słuch, ale usłyszałem tylko szum pulsującej w 

uszach   krwi.   Uznawszy,   iż   nerwy   odmawiają   mi   posłuszeństwa   i   zwodzi   mnie   wyobraźnia, 

zdecydowanym krokiem ruszyłem w kierunku, skąd dochodził szum morza.

Po paru minutach drzewa przerzedziły się i wyszedłem na płaski, nagi cypel, który wrzynał 

się  w  głąb  mrocznego   morza.  Noc  była   jasna  i  spokojna, a  wygwieżdżone  niebo  odbijało  się 

migotliwie   w   łagodnie   falującej   powierzchni   wody.   Nieco   dalej   połyskiwało   własnym   bladym 

światłem   nieregularne,   obmywane   falami   pasmo   podwodnych   skał.   Na   zachodnim   niebie 

rozpoznałem zodiakalne światło, zlewające się z. żółtą poświatą gwiazdy wieczornej. Brzeg morza 

spływał w dół ku wschodowi, a od zachodu zasłaniała go grań przylądka. Przypomniałem sobie 

nagle, że plaża doktora Moreau leży po zachodniej stronie.

Z tyłu trzasnęła gałązka i rozległ się szelest. Odwróciłem się, stając naprzeciwko ciemnej 

ściany drzew. Nic nie widziałem - w przeciwnym razie widziałbym o wiele za dużo. Każdy cień 

miał w sobie coś złowieszczego, zapowiadał czyjąś czujną obecność. Stałem tak może z minutę, po 

background image

czym   nie   odrywając   oczu   od   kępy   drzew,   skręciłem   na   zachód   w   kierunku   cypla.   Gdy   to 

uczyniłem, z mroku oderwał się ciemny kształt i ruszył w ślad za mną.

Serce   biło   mi   gwałtownie.   Po   chwili   moim   oczom   ukazał   się   szeroki   łuk   zatoki   i 

przystanąłem.   Bezgłośny   cień   zatrzymał   się   o   kilkanaście   kroków   za   mną.   Na   przeciwległym 

brzegu zatoki widniał drobny punkcik światła, a szeroki łuk piaszczystej plaży tonął w nikłym 

blasku gwiazd. Od świetlnego punkciku dzieliły mnie ze dwie mile. Chcąc się przedostać na plażę, 

musiałem przebyć mroczny las i porośnięte drzewami zbocze.

Stwór był teraz nieco lepiej widoczny. Stał na dwóch nogach, a więc nie był zwierzęciem. 

Chciałem do niego przemówić, ale nie mogłem dobyć głosu. Spróbowałem jeszcze raz i udało mi 

się krzyknąć:

- Kto tu jest?

Nie odpowiedział. Zrobiłem krok w jego kierunku. Nie poruszył  się, tylko zwarł się w 

sobie. Potrąciłem nogą kamień.

To podsunęło mi pewien pomysł. Nie spuszczając ciemnej postaci z oczu schyliłem się i 

podniosłem odłamek skały. Na ten gest stwór zawrócił jak pies i chyłkiem umknął w bok, ginąc w 

ciemnościach. Przyszła mi na myśl uczniowska metoda odstraszania dużych psów, wyjąłem więc z 

kieszeni chustkę do nosa, obwiązałem nią kamień i przytroczyłem  pocisk do przegubu ręki. Z 

oddali dobiegał szelest krzaków, jakby stwór pierzchnął. I właśnie wtedy, gdy miałem w ręku 

narzędzie obrony, a przeciwnik podał tyły, długotrwałe napięcie nerwów dało o sobie znać: oblał 

mnie gęsty pot i zacząłem się trząść na całym ciele.

Dopiero   po   niejakim   czasie   zdobyłem   się   na   to,   by   wejść   w   gąszcz   drzew   i   zarośli 

dzielących skraj cypla od plaży. Cały ten odcinek pokonałem biegiem, a gdy wydostałem się na 

plażę, za plecami usłyszałem trzask przedzierającej się w ślad za mną innej istoty.

Wówczas   kompletnie   straciłem   głowę   i   puściłem   się   pędem   wzdłuż   brzegu.   Po   chwili 

dobiegł mnie z tyłu miękki tupot chyżych stóp. Z dzikim wrzaskiem podwoiłem tempo. Jakieś 

czarne, niewyraźne stworzenia trzy-albo czterokrotnie większe od królika umykały przede mną 

susami w zarośla. Do końca życia nie zapomnę tej przerażającej pogoni. Biegłem samym skrajem 

wody, słysząc od czasu do czasu za plecami coraz bliższy plusk. W oddali, rozpaczliwie daleko, 

migotało żółte światełko. Ze wszystkich stron otaczała nas ciemna, niezmącona noc. Płask, płask, 

chlupotały   coraz   bliżej   chyże   stopy   mego   prześladowcy.   Zaczynało   mi   brakować   tchu,   skutki 

wycieńczenia dawały o sobie znać; przy każdym oddechu charczało mi w płucach, a ostry ból 

przebijał   mi   bok   niby   sztyletem.   Zdając   sobie   sprawę,   iż   stwór   dopędzi   mnie   daleko   przed 

zabudowaniami, zrobiłem gwałtowny obrót i z trudem chwytając powietrze natarłem na niego ze 

wszystkich sił. Przy tym ruchu umieszczony w chustce kamień wyleciał jak z procy.

background image

Kiedy się obróciłem, stwór, który biegł na czterech łapach, nagle się wyprostował i pocisk 

trafił go prosto w lewą skroń. Kamień odbił się z hukiem od czaszki, a zwierzo-człowiek zatoczył 

się w przód, odepchnął mnie wyciągniętymi przed siebie rękami, wykonał jeszcze parę chwiejnych 

kroków, po czym runął jak długi na piasek, twarzą w wodę. I tak pozostał.

  Nie ośmieliłem się podejść do ciemniejącej na piasku postaci. Zostawiłem go pod cichym 

niebem, wśród pluskających fal i ominąwszy z daleka nieruchome ciało pospieszyłem w stronę 

pobłyskującego żółtawym światłem domostwa. Po chwili z wyraźną radością usłyszałem ten sam 

żałosny jęk pumy, który przed paroma godzinami skłonił mnie do wyruszenia w głąb tajemniczej 

wyspy.  Mimo  osłabienia  i  krańcowego wyczerpania,  słysząc  ten dźwięk  zebrałem  resztki  sił  i 

zacząłem biec w kierunku światła. Zdawało mi się, iż ktoś mnie woła.

background image

10. Skowyt człowieka

Zbliżywszy się do zabudowań spostrzegłem, że światło płynie z otwartych drzwi mojego 

pokoju   i   wtedy   usłyszałem   okrzyk   Montgomery'ego   z   ciemności   obok   pomarańczowego 

prostokąta:

- Prendick!

Wciąż biegłem. Znów usłyszałem jego wołanie, słabym głosem odpowiedziałem “Hej!” i 

po chwili stałem już przed nim, ledwie dysząc.

- Gdzie się pan podziewał? - wykrzyknął chwytając mnie za ramię i odwracając twarzą do 

światła. - Byliśmy obaj tak zajęci, że dopiero przed półgodziną przypomnieliśmy sobie o pańskim 

istnieniu.   Pomógł mi wejść do pokoju i usadowił na leżaku. W pierwszej chwili światło całkiem 

mnie oślepiło.

-   Nie   przyszło   nam   do   głowy,   iż   ruszy   pan   na   obchód   wyspy   bez   naszej   wiedzy   - 

powiedział. I po chwili:

- Miałem porządnego stracha! Hej... co to!

W tej bowiem chwili siły ostatecznie mnie opuściły i głowa opadła mi bezwładnie na piersi. 

Myślę, że podał mi whisky nie bez pewnej satysfakcji.

- Na miłość boską - wyjąkałem - niech pan zamknie drzwi na klucz.

- Czyżby zdążył pan poznać niektóre nasze osobliwości? - zapytał.

Zamknąwszy drzwi na klucz znów się mną zajął. O nic nie pytając nalał mi jeszcze jedną 

whisky z wodą i zmusił do jedzenia. Byłem kompletnie wypompowany. Powiedział coś niejasno, iż 

zapomniał mnie ostrzec, i spytał krótko, kiedy wyszedłem z domu i co widziałem. Odpowiedziałem 

mu równie krótko, urywanymi zdaniami.

- Niech mi pan powie, co to wszystko znaczy - spytałem wreszcie niemal histerycznym 

tonem.

- Nic aż tak strasznego - odparł. - Myślę jednak, że miał pan już dosyć, jak na jeden dzień. - 

Puma wydała nagle przenikliwy ryk bólu. Montgomery zaklął pod nosem. - Niech to wszystko 

diabli! Zupełnie jakbym był na Gower Street - z jej kotami.

- Powiedz mi,  Montgomery - zacząłem znowu - kim był  ten stwór, który mnie  ścigał. 

Zwierzęciem czy człowiekiem?

- Jeśli się pan dzisiaj nic prześpi, dostanie pan do jutra pomieszania zmysłów. 

Stanąłem naprzeciw niego.

- Kim był stwór, który mnie ścigał? - powtórzyłem. 

background image

Popatrzył mi prosto w twarz wykrzywiając usta. Jego ożywione przed chwilą oczy straciły 

wszelki wyraz.

- Sądząc z pańskiej opowieści - odparł - musiał być chyba upiorem.

Ogarnęła   mnie   bezsilna   złość,   ale   natychmiast   minęła.   Opadłem   z   powrotem   na   leżak 

przyciskając dłonie do czoła. Puma znów zaskowyczała.

Montgomery podszedł z tyłu do leżaka i położył mi rękę na ramieniu.

- Niech pan posłucha, panie Prendick. Nie powinienem był pozwolić panu błądzić samopas 

po tej idiotycznej wyspie. Ale nie jest tu aż tak okropnie, jak się panu

wydaje, przyjacielu. Jest pan rozstrojony. Proszę, niech mi pan pozwoli dać sobie coś na 

sen. To... potrwa jeszcze wiele godzin. Musi się pan przespać... inaczej za nic nie odpowiadam.

Nic nie odrzekłem. Pochyliłem się i ukryłem twarz w dłoniach. Wrócił po chwili, niosąc 

małą menzurkę z ciemnym płynem. Podał mi ją, a ja bez oporu wypiłem lekarstwo, po czym ułożył 

mnie w hamaku.

Kiedy się obudziłem, był jasny dzień. Czas jakiś leżałem bez ruchu, wpatrując się w sufit. 

Krokwie,   jak   zauważyłem,   były   zrobione   z   okrętowych   belek.   Potem   odwróciłem   głowę   i 

zobaczyłem   stojące   na   stole   śniadanie.   Zdałem   sobie   sprawę,   że   jestem   głodny,   i   zacząłem 

wygrzebywać się z hamaka, ale ten uprzedził mój zamiar usłużnie umykając w bok, i w rezultacie 

wylądowałem na czworakach na podłodze.

Wstałem i zabrałem się do śniadania. W mej ociężałej głowie tliło się niejasne wspomnienie 

wydarzeń minionego wieczoru. Przez nie oszklone okno napływał miły, poranny wietrzyk, który w 

połączeniu z jedzeniem wprawił mnie w nastrój bezmyślnej błogości. W pewnej chwili z tyłu za 

mną otwarły się wewnętrzne drzwi, prowadzące w głąb zabudowań. Obróciwszy się, zobaczyłem 

twarz Montgomery' ego.

- Wszystko w porządku? - zapytał. - Jestem okropnie zajęty. - I znikł za drzwiami. Jak się 

później przekonałem, zapomniał przekręcić klucz w zaniku.

Stanął   mi   przed   oczami   wyraz   jego   twarzy   z   wczorajszego   wieczoru   i   stopniowo 

odtworzyłem w pamięci wszystkie niedawne przeżycia. Powrócił strach, a jednocześnie w głębi 

zabudowań rozległ się skowyt. Ale tym razem nie był to krzyk pumy.

Odłożyłem kęs jedzenia, który właśnie miałem włożyć do ust, i natężyłem słuch. Cisza, 

tylko szumi poranny wiatr. Musiałem się chyba przesłyszeć.

Po długiej przerwie zabrałem się znów do jedzenia,  ale wciąż nasłuchiwałem.  Wkrótce 

usłyszałem inny, bardzo cichy, słaby głos. Zastygłem w bezruchu. Ów głos, choć tak słaby i cichy, 

wstrząsnął mną nieporównanie głębiej   niż wszystkie   dotychczasowe okropności, których echa 

dochodziły zza  ściany.  Tym  razem nie  mogłem  mieć  wątpliwości  co do natury i pochodzenia 

background image

stłumionych, urywanych dźwięków; najwyraźniej słyszałem udręczony, przerywany szlochami jęk. 

Bynajmniej nie zwierzęcy. Słyszałem jęk maltretowanego człowieka!

Uświadomiwszy   to   sobie,   porwałem   się   na   nogi,   trzema   susami   przemierzyłem   pokój, 

nacisnąłem klamkę i pchnąłem prowadzące na dziedziniec drzwi.

- Prendick! Stój! - usłyszałem ostrzegawczy krzyk Montgomery'ego.

Przestraszony ogar zaskomlał  i  warknął. Zobaczyłem  zakrwawiony zlew, rudoczerwone 

plamy   krwi,   poczułem   charakterystyczny   zapach   karbolu.   W   głębi   dziedzińca,   za   otwartymi 

drzwiami leżało przywiązane do stołu, słabo widoczne w cieniu, okrwawione i zmaltretowane, 

pokryte   bandażami   ciało.   Po   chwili   widok   ten   przesłoniła   blada,   przerażająca   twarz   doktora 

Moreau.

Bez słowa chwycił mnie umazaną we krwi ręką za ramię, podciął mi nogi i cisnął w głąb 

pokoju. Podniósł mnie, jakbym był małym dzieckiem. Runąłem na ziemię jak długi, i równocześnie 

trzasnęły drzwi, kryjąc jego wykrzywioną, zapalczywą twarz. Rozległ się szczęk przekręcanego w 

zamku klucza i skruszony głos Montgomery'ego.                                       

- Zmarnować pracę całego życia! - usłyszałem głos Moreau.

- On nie rozumie - zaczął Montgomery, i mówił jeszcze coś ściszając głos.

- Nie mam teraz czasu - odrzekł Moreau.

Reszty nie słyszałem. Wstałem z podłogi trzęsąc się na całym ciele, a w głowie kłębiły mi 

się najstraszniejsze podejrzenia. Czy to możliwe, myślałem sobie, żeby dokonywano wiwisekcji na 

ludziach? Pytanie to poraziło mnie jak grom z jasnego nieba. I nagle w mym osłupiałym ze zgrozy 

mózgu wyklarowała się ostra świadomość własnego zagrożenia.

background image

11. Polowanie na człowieka

Świadomość, że zewnętrzne drzwi nadal stoją otworem, obudziła we mnie niedorzeczną 

nadzieję ratunku. Miałem głębokie, absolutnie niepodważalne przekonanie, że Moreau dokonuje 

wiwisekcji na ludzkiej istocie. Od pierwszej chwili, kiedy usłyszałem jego nazwisko, usiłowałem 

doszukać   się   jakiegoś   związku   między   cudacznym   animalizmem   mieszkańców   wyspy   a 

przypisywanymi  mu okrucieństwami; teraz wszystko stało się jasne. Przypomniałem sobie jego 

osiągnięcia   w   dziedzinie   przetaczania   krwi.   Istoty,   które   spotkałem,   były   ofiarami   jakiegoś 

potwornego eksperymentu!

Ci bezecni dranie chcą mnie po prostu omamić pozorami zaufania, by w odpowiedniej 

chwili zgotować los gorszy od śmierci, wydać na tortury prowadzące do ohydnej i niewyobrażalnej 

degradacji,   a   potem,   odartego   z   duszy   i   człowieczeństwa,   odesłać   w   szeregi   swej   komusowej 

trzody.   Rozejrzałem   się   w   poszukiwaniu   jakiejkolwiek   broni.   Nic.   W   nagłym   natchnieniu 

przewróciłem   leżak   i   przytrzymując   go   nogą   oderwałem   boczne   oparcie.   Razem   z   prętem 

wyciągnąłem przypadkiem gwóźdź, który sterczał na końcu nadając tej skądinąd żałosnej broni 

nieco   groźniejszy   wygląd.   Słysząc   na   zewnątrz   kroki,   jednym   susem   skoczyłem   do   drzwi, 

rozwarłem je i o krok od siebie ujrzałem Montgomery'ego. Chciał mnie zamknąć od zewnątrz.

Podniosłem do góry opatrzony gwoździem kij mierząc mu w twarz, ale zdążył się cofnąć. 

Chwilę stałem niezdecydowany, a potem odwróciłem się i mijając róg zacząłem uciekać.

-   Prendick,   przyjacielu!   -   usłyszałem   za   sobą   zdumiony   okrzyk.   -   Nie   wygłupiaj   się, 

człowieku!

Jeszcze chwila, pomyślałem, a siedziałbym pod kluczem, jak królik doświadczalny czekając 

swojego losu. Montgomery wyszedł za róg domu, bo usłyszałem wołanie:

- Panie Prendick!

Po chwili, nie przestając nawoływać, puścił się za mną biegiem. Tym razem popędziłem na 

oślep  w  kierunku  północno-wschodnim,   pod kątem  prostym   do wczorajszej   trasy.   W pewnym 

momencie, rwąc co sił w nogach przez plażę, obejrzałem się i zobaczyłem, że razem z nim biegnie 

jego pomagier. Wpadłem z rozpędu na zbocze, zbiegłem w dół, po czym skręciłem na wschód 

posuwając się kamienistą doliną, której zbocza porastała dżungla. Przebiegłem w sumie chyba z 

milę - w uszach mi szumiało, a serce gwałtownie waliło w piersiach - aż wreszcie, nie słysząc za 

sobą   Montgomery'ego   ani   jego   pomocnika,   skręciłem   gwałtownie   w   kierunku,   gdzie   powinna 

znajdować się plaża, dałem nura w gąszcz trzcin i doszczętnie wyczerpany padłem na ziemię.

Długi czas przeleżałem w ukryciu, zbyt przerażony, by drgnąć, a nawet by zebrać myśli i 

background image

zastanowić się nad swoim położeniem. Dzika roślinność drzemała cicho w promieniach słońca i 

prócz   lekkiego   brzęczenia   paru   komarów,   które   odkryły   moją   obecność,   nic   nie   zakłócało 

wszechobecnego spokoju. Dopiero po niejakim czasie do mej świadomości dotarł senny poszum 

uderzających o brzeg fal.

Mniej więcej po upływie godziny usłyszałem głos Montgomery'ego, który gdzieś daleko z 

północy   wołał   mnie   po   imieniu.   To   skłoniło   mnie   do   zastanowienia   się   nad   dalszym   planem 

działania.   Ludność   wyspy,   jak   sobie   wówczas   wyobrażałem,   składała   się   wyłącznie   z   pary 

chirurgów i ich uzwierzęconych ofiar. W razie potrzeby na pewno potrafią skłonić niektóre z nich 

do udziału w akcji przeciwko mnie. Wiedziałem, że zarówno Moreau jak i Montgomery noszą przy 

sobie broń, podczas gdy ja miałem tylko kij z gwoździem, nędzną imitację maczugi.

Leżałem więc dalej bez ruchu, aż głód i pragnienie dały o sobie znać. Dopiero wówczas 

uświadomiłem   sobie   całą   beznadziejność   mego   położenia.   Nie   miałem   zielonego   pojęcia,   jak 

zdobywać pożywienie; za słabo znałem botanikę, by wśród otaczającej mnie roślinności rozpoznać 

jadalne   korzenie   czy   owoce;   nie   miałem   też   z   czego   zmontować   pułapki   na   króliki,   które 

znajdowały się na wyspie. Moja przyszłość, w miarę jak zastanawiałem się nad nią, rysowała się w 

coraz czarniejszych kolorach.

Nie wiedząc, co czynić, zwróciłem myśli ku napotkanym zwierzęco-ludzkim istotom. Ze 

swoich   wrażeń   próbowałem   wysnuć   jakąś   nadzieję   dla   siebie.   Wywoływałem   kolejno   obrazy 

każdego  z  nich,   by  doszukać  się   odruchów  pozwalających  liczyć   na  ewentualną  pomoc   z  ich 

strony.

Nagłe ujadanie psów uświadomiło mi całkiem nowe niebezpieczeństwo. Niewiele myśląc - 

gdybym zaczął się zastanawiać, już by mnie mieli - porwałem swój kij z gwoździem, wyskoczyłem 

z kryjówki i na łeb na szyję popędziłem tam, skąd dochodził szum morza. Pamiętam kolczaste, 

siekące   ostrymi   cierniami   zarośla.  Wybiegłem  z  nich  okrwawiony,  w  poszarpanym   ubraniu,  u 

ujścia długiego, płynącego od północy strumienia.

Bez chwili wahania rzuciłem się w fale i ruszyłem w górę strumyka, który sięgał mi po 

kolana. W końcu wygramoliłem się na zachodni brzeg czując pulsowanie krwi w uszach i ukryty w 

gąszczu paproci czekałem, co nastąpi. Słyszałem coraz bliższe szczekanie psa - był tylko jeden - a 

potem skomlenie, gdy dotarł do kolczastych zarośli. Następnie zapadła cisza, więc pomyślałem, iż 

jestem na razie bezpieczny.

Mijały minuty, cisza przedłużała się i po godzinie spokoju odzyskałem trochę animuszu.

Przerażenie   i   niepokój   o   własny   los   całkiem   mnie   opuściły.   W   pewnym   sensie 

przekroczyłem granicę strachu i rozpaczy. Uznałem się za człowieka zgubionego bez ratunku i w 

tym przeświadczeniu gotów byłem ważyć się na wszystko. Chętnie spotkałbym się twarzą w twarz 

background image

z doktorem Moreau. Brodząc w strumieniu uświadomiłem sobie, iż w ostatecznej potrzebie znajdę 

niezawodny sposób uniknięcia męczarni - utopię się i nawet oni nie zdołają mi w tym przeszkodzić. 

Chciałem nawet uczynić to od razu, ale powstrzymała mnie osobliwa ciekawość, jak potoczy się 

moja   przygoda   -   dziwnie   bezosobowe,   niemal   teatralne   zainteresowanie   własnym   losem. 

Rozprostowałem   obolałe,   podrapane   kolczastymi   cierniami   dało   i   rozejrzałem   się   wśród 

otaczających   drzew.   Nagle   znieruchomiałem;   z   gąszcza   liściastych   esów-floresów   wyzierała 

ciemna, wpatrzona we mnie twarz.

Rozpoznałem podobnego do małpy dziwoląga, który czekał na plaży na powrót żaglówki. 

Tkwił uczepiony pochyłego pnia palmy. Zwróciłem się w jego stronę, ściskając w ręce kij. Zaczął 

coś mamrotać. “Ty, ty, ty” - w pierwszej chwili niczego więcej nie mogłem zrozumieć. Raptem 

zeskoczył z drzewa i w następnym momencie stał wśród rozchylonych paproci patrząc na mnie 

zaciekawionym wzrokiem.

Nie czułem do niego takiej odrazy jak do innych Zwierzoludów.

- Ty - powiedział - w łodzi. 

Był więc człowiekiem, w każdym razie takim samym jak służący Montgomery'ego; umiał 

mówić. 

- Tak - odparłem. - Przypłynąłem łodzią. Ze statku.

- Och! - powiedział, a tymczasem jego błyszczące, niespokojne oczy biegały ciekawie, 

zatrzymując się na moich dłoniach, na kiju, na podziurawionej kurtce, na ranach i zadrapaniach od 

cierni. Był czymś zaintrygowany. Jego wzrok znów spoczął na moich dłoniach. Wyciągnął rękę i 

wolno przeliczył swoje palce:

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, hę?

Nie   rozumiałem,   o   co   mu   chodzi.   Dopiero   później   miałem   się   przekonać,   że   dłonie 

Zwierzoludów są na ogół niedorozwinięte, czasami pozbawione aż trzech palców. Ale biorąc jego 

gest   za   powitanie,   odpowiedziałem   w   ten   sam   sposób...   Wyszczerzył   zęby   niezmiernie 

ukontentowany.   Ale   jego   niespokojne,   rozbiegane   spojrzenie   znów   umknęło   w   tył.   Zrobił 

gwałtowny   ruch   i   znikł.   Kiście   paproci,   wśród   których   stał,   zamknęły   się   za   nim   z   cichym 

szelestem.

Przedarłem się za nim przez zarośla i ze zdziwieniem zobaczyłem, że uczepił się wąskim 

ramieniem zwisającej liany i huśta się wesoło. Był odwrócony plecami.

- Hej! - zawołałem.

  Zeskakując zrobił w powietrzu obrót i wylądował na ziemi twarzą do mnie.

- Powiedz mi - zapytałem - gdzie mógłbym znaleźć coś do jedzenia.

- Jedzenie - powtórzył. - Teraz trzeba jeść ludzkie jedzenie. - Jego oczy znów powędrowały 

background image

w kierunku splątanych lian. - W szałasach.

- A gdzie są szałasy?

- Och!

- Jestem tutaj obcy, jak wiesz. 

Wtedy   gwałtownie   się   odwrócił   i   pomaszerował   szybkim   krokiem   przed   siebie.   Miał 

dziwnie raptowne ruchy.

- Chodź - powiedział.

Ruszyłem za nim ciekaw, co z tego wyniknie. Domyślałem się, że szałasy oznaczają jakieś 

prymitywne   schronienia,   w   których   mieszka   wraz   z   innymi   Zwierzo-ludami.   Może   okażą   mi 

życzliwość,   może   zdołam   ich   sobie   zjednać.   Nie   zdawałem   sobie   jeszcze   sprawy,   do   jakiego 

stopnia wyzbyli się ludzkiego dziedzictwa, które im przypisywałem.

Mój małpokształtny towarzysz śpieszył truchtem obok mnie z wysuniętą do przodu szczęką 

i zwisającymi luźno długimi ramionami. Zastanawiałem się, na ile zachował pamięć.

- Jak długo mieszkasz na wyspie? - spytałem go.

- Jak długo? - powtórzył.

A   kiedy   ponownie   zadałem   mu   to   pytanie,   podniósł   trzy   palce.   Biedak   był   półidiotą. 

Próbowałem wybadać, co chciał przez to powiedzieć, ale najwidoczniej go znudziłem. Po paru 

dalszych pytaniach odbiegł na bok i zerwał zwisający z drzewa owoc. Obrawszy go z kolczastych 

łupin pomaszerował dalej gryząc miękki miąższ. Z zadowoleniem odnotowałem to zdarzenie jako 

pierwszą wskazówkę, czym się żywić. Zadałem mu parę innych pytań, ale najczęściej odpowiadał 

szybkim,   niedorzecznym   trajkotaniem.   Czasami   powiedział   coś   z   sensem,   kiedy   indziej   zaś 

powtarzał tylko moje słowa jak papuga.

Tak byłem zaabsorbowany dziwacznym stworzeniem, iż przestałem prawie uważać, dokąd 

idziemy.   Po   pewnym   czasie   minęliśmy   kępę   zwęglonych,   brunatnych   drzew,   a   potem   nagą 

przestrzeń   pokrytą   żółtobiałą   skorupą,   gdzie   wiatr   roznosił   gryzący   dym.   Spoza   nagiej   skały 

wyzierał po prawej stronie gładki błękit morza. Kręta, stroma ścieżka schodziła w głąb wąskiego 

parowu pomiędzy dwoma  usypiskami  gruzłowatej, czarniawej  skorii.* [* skoria - rodzaj skały 

wulkanicznej.] Zapuściliśmy się w kotlinę.

Po oślepiającej jasności odbitego od siarkowej ziemi słońca wąwóz wydawał się niezwykle 

ciemny. Jego zbocza stały się strome, niemal pionowe. Przed oczami latały mi zielono-czerwone 

plamy. Mój przewodnik raptownie stanął. “Dom,” powiedział; znajdowałem się na dnie rozpadliny, 

ale byłem na razie kompletnie oślepiony. Usłyszałem jakieś obce dźwięki i zacząłem przecierać 

oczy. Przykry odór, przypominający woń nie oczyszczonej małpiej klatki, uderzył mnie w nozdrza.

W oddali skały znów się rozszerzały i widać było łagodne, porosłe trawą, zalane słońcem 

background image

zbocze góry, skąd wąskim tunelem, w głąb mrocznego jądra rozpadliny z obu stron sączyło się 

światło.

background image

12. Odmawiacze Prawa

Poczułem na ręce jakieś zimne dotknięcie i gwałtownie drgnąłem. Obok mnie stał mały, 

ledwo   widoczny   dziwoląg   o   różowawej   skórze,   przypominający   dziecko   obdarte   ze   skóry. 

Cudaczne to stworzenie miało łagodny, choć paskudny pyszczek leniwca, równie niskie czółko i 

powolne   ruchy.   Oswajałem   się   stopniowo   ze   zmianą   oświetlenia   i   zaczynałem   rozróżniać 

otaczające   mnie   przedmioty.   Podobny   do   leniwca   stworek   bacznie   mi   się   przypatrywał.   Mój 

przewodnik znikł.

Miejsce,   gdzie   się   znajdowałem,   było   wąskim   jarem   lub   szczeliną   przecinającą   strome 

ściany   zastygłej,   gruzłowatej   lawy,   a   po   obu   bokach   owego   jaru   widniały   przytulone   do   skał 

ciemne kryjówki sklecone byle jak z morskiej trawy, trzcin i palmowych liści. Między nimi biegło 

kręte przejście mające nie więcej jak trzy jardy szerokości, w dodatku usiane stertami gnijących 

odpadków napełniających parów paskudnym fetorem.

Różowy “leniwcoludek” nadal mi się przypatrywał mrugając ślepkami, gdy oto z otworu w 

najbliższej kryjówce wyłonił się mój przyjaciel Małpolud zapraszając gestem do środka. W tej 

samej  chwili z nieco dalszej nory wygramolił się na tę dziwną ulicę jakiś zgarbiony potwór i 

stanąwszy tyłem do światła, tak że tylko jego sylwetka rysowała się na tle jaskrawozielonego stoku, 

wlepił we mnie wzrok. Po chwili wahania - miałem silną pokusę zrobić w tył zwrot i dać nogę - 

postanowiłem jednak nie rezygnować z przygody i chwyciwszy swój ostry kij w połowie długości, 

wczołgałem się za mym przewodnikiem do cuchnącej nory.

Półkoliste  wnętrze  przypominało   kształtem  przepołowiony  ul,  pod  kamienną   ścianą,   po 

przeciwległej stronie leżał stos orzechów kokosowych i najrozmaitszych owoców. Na ziemi i na 

prymitywnym   stołku   stały   niezgrabne   naczynia   z   drewna   i   lawy.   Ogniska   nie   było.   W 

najciemniejszym kącie szałasu siedziała bezkształtna czarna bryła, z której na mój widok wydobył 

się pomruk: “Witaj!” A gdy wczołgałem się i przykucnąłem w drugim kącie, Małpolud, stojący w 

smudze słabego światła padającego przez otwór wejściowy, podał mi rozłupany kokos. Wziąłem 

owoc i mimo nerwowego drżenia, a także nieznośnej duchoty starałem się jak najspokojniej go 

obgryzać. U wejścia do szałasu stał różowy leniwcoludek, a spoza jego pleców zaglądała do środka 

czyjaś mroczna twarz o błyszczących ślepiach.

- Witaj! - odezwała się bezkształtna postać w głębi.

- To jest człowiek! To jest człowiek! - trajkotał mój przewodnik. - Człowiek, prawdziwy 

człowiek, taki sam jak ja.

- Cicho bądź! - powiedział głos z ciemności i chrząknął. W uroczystym milczeniu gryzłem 

background image

swój owoc. Wytężałem wzrok chcąc przeniknąć ciemności, ale niczego nie mogłem dojrzeć. - 

Człowiek - powtórzył głos - który przyszedł, żeby z nami zamieszkać?

Głos był gruby, z jakimś dziwnym rodzajem poświstu, ale o zadziwiająco dobrej angielskiej 

wymowie.

Małpolud patrzył na mnie, jakby na coś czekał. Zrozumiałem, że milczenie ma charakter 

pytający.

- Który przyszedł, żeby z wami zamieszkać - potwierdziłem.

- Jest człowiekiem. Musi poznać Prawo. 

Zaczynałem   rozróżniać   ciemniejący   w   mroku   zarys   zgarbionej   postaci.   Jednocześnie 

zauważyłem, że w otworze pojawiły się dwie nowe głowy. Moja ręka zacisnęła się na kiju.

- Mów za mną - powtórzył czarny stwór podnosząc głos. Jego poprzednie słowa umknęły 

mojej uwadze.

- Nie będziesz chodził na Czworakach; tak każe Prawo - powtórzył śpiewnym tonem. 

Zgłupiałem.

- Mów za nim - rzekł Małpolud powtarzając słowa, a stojące u wejścia stwory zawtórowały 

mu z nutą groźby w głosach. Pojąłem, że muszę powtórzyć idiotyczną formułę. I rozpoczęła się 

obłąkańcza ceremonia.

Głos   w   ciemnościach   intonował   kolejne   wersy   wariackiej   litanii,   które   ja   i   wszyscy 

pozostali powtarzaliśmy chórem.  Kołysali  się przy tym  z boku na bok bijąc rękami o kolana, 

uznałem więc za stosowne pójść za ich przykładem. Czułem się, jakbym umarł i znalazł się w 

innym świecie. Ciemny szałas i te niewyraźne, cudaczne postacie, na które tylko gdzieniegdzie 

padał nikły odblask, światła, kołyszące; się miarowo w rytm śpiewnej inkantacji.        

- Nie będziesz chodził na Czworakach - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nie będziesz chłeptał Wody - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nie będziesz obdzierał kory z Drzew - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nie będziesz polował na innych Ludzi - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

Po   tych   zdaniach   zakazujących   czynności   bezsensownych   nastąpiły   dalsze,   zakazujące 

czynów, które wydały mi się wtedy wręcz niewyobrażalnie głupie, niemożliwe i bezecne.

Wpadliśmy   w   zbiorowy,   rytmiczny   trans,   kołysząc   się   i   bełkocząc   coraz   szybciej, 

wykrzykiwaliśmy   kolejne   reguły   zdumiewającego   prawa.   Powierzchownie   udzieliło   mi   się   ich 

szaleństwo, ale w duchu rozbawienie walczyło o lepsze z odrazą.

Po odmówieniu długiej litanii inkantacje zmieniły charakter i pojawiła się nowa formuła:

- On jest Panem Domu Cierpienia.

background image

- On jest Tym, który stwarza.

- On jest Tym, który zadaje rany.

- On jest Tym, który leczy i koi.

I   tak   dalej   ciągnęła   się   kolejna   idiotyczna   seria   inwokacji   do   jakiegoś   niewiadomego 

“Pana”. Gdyby nie to, iż nie przypominam sobie, by kiedykolwiek śniły mi się zbiorowe śpiewy, 

uznałbym wszystko za sen.

- On jest Panem błyskawic - pialiśmy chórem.

- On jest Panem głębokiego słonego oceanu. 

Zaświtała mi szaleńcza myśl, że Moreau pozbawiwszy te istoty człowieczeństwa, zaszczepił 

ich skarlałym umysłom kult własnej osoby. Ale zbyt wyraźnie czułem bliskość białych zębów i 

mocnych pazurów, by z tego powodu przerwać odmawianie litanii.

- On jest Panem gwiazd na niebie.

Śpiewy nareszcie dobiegły końca. Zobaczyłem, że twarz Małpoluda lśni od potu i na tyle 

oswoiłem się z ciemnościami, by dokładniej rozpoznać kształty prze-mawiającej z kąta postaci. 

Była wzrostu człowieka, ale całe jej ciało porastała szara szorstka szczecina podobna do sierści 

skajteriera. Czym jest ten stwór? Kim oni wszyscy są? Żeby lepiej uprzytomnić czytelnikowi, jak 

się czułem wśród tych groteskowych karykatur ludzi, radzę mu wyobrazić sobie, iż znalazł się 

nagle w otoczeniu potwornie zdeformowanych zwyrodnialców i kalek.

- On ma pięć palców, pięć palców, pięć palców... tak jak ja - oświadczył Małpolud.

Rozpostarłem dłonie. Szary włochaty stwór pochylił się do przodu.

- Nie będziesz chodził na Czworakach - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi? - 

powtórzył.

Wyciągnął   dziwnie   niekształtną   łapę   i   ujął   moją   rękę.   Łapa   przypominała   zakończone 

pazurami kopytko. O mało nie krzyknąłem ze zdziwienia i bólu. Przyglądając się moim palcom 

wysunął głowę do przodu, dzięki czemu znalazła się w świetle płynącym od wejścia do nory, a ja 

zatrząsłem   się   z   odrazy,   gdyż   to,   co   zobaczyłem,   nie   było   twarzą   człowieka   ani   pyskiem 

zwierzęcia, lecz po prostu kępą siwej sierści z trzema półkolistymi wgłębieniami na oczy i na usta.

- Ma małe paznokcie - wymruczał znad szczeciniastej brody cudaczny stwór. - To dobrze.

Puścił moją dłoń, a ja instynktownie chwyciłem za kij.

- Będziesz spożywał korzonki i rośliny - taka jest Jego wola - powiedział Małpolud.

-   Jestem   Odmawiaczem   Prawa   -   oświadczył   szary   włochaty   stwór.   -   Wszyscy   nowi 

przychodzą do mnie uczyć się Prawa. Siedzę w ciemnościach i odmawiam Prawo.

- Tak jest - potwierdził jeden ze stojących u wejścia stworów.

- Ciężkie kary spadają na tych, co łamią Prawo. Nikt nie ujdzie kary.

background image

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzyły Zwierzoludy spoglądając płochliwie jeden na drugiego.

- Nikt, nikt - przytaknął Małpolud. - Nikt nie ujdzie kary. Sam kiedyś przeskrobałem, nic 

wielkiego.   Mamrotałem,   bełkotałem,   przestałem   mówić.   Nikt   mnie   nie   rozumiał.   Jestem 

naznaczony, mam na ręku wypalone piętno. On jest wielki. On jest dobry!

- Nikt nie ujdzie kary - powiedział z kąta szary stwór.

- Nikt nie ujdzie kary - zawtórowały Zwierzoludy popatrując na siebie z ukosa.

- Każdego kusi inne zło - mówił szary Odmawiacz Prawa. - Nie wiemy, co ciebie kusi. 

Przekonamy się. Jedni  chcą ścigać  to, co  się porusza, czaić  się,  skradać  z ukrycia,  napadać  i 

zabijać, gryźć, wpijać zęby, szarpać i wysysać krew... Źle czynią. Nie będziesz polował na innych 

Ludzi - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi? Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby - tak 

każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył cętkowany stwór u wejścia do nory.

- Każdego kusi inne zło - ciągnął siwy Odmawiacz Prawa. - Niektórzy lubią dokopywać się 

łapami i zębami do korzeni, prychając z nosem w ziemi. Złe czynią.

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył chór.

- Inni drą pazurami korę albo rozkopują groby; są tacy, którzy atakują głową, wierzgają 

albo drapią; niektórzy gryzą bez żadnej przyczyny, inni pławią się w nieczystościach.

- Nikt nie ujdzie kary - rzekł Małpolud drapiąc się w łydkę.

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył różowy leniwco-ludek.

- Kara będzie dotkliwa i niechybna. Dlatego musisz poznać Prawo. Mów za mną - i zaczął 

odmawiać   na   nowo   przedziwną   litanię,   a   ja   i   wszystkie   stwory,   kołysząc   się   rytmicznie, 

powtarzaliśmy jego słowa. Od tego bełkotu oraz panującego w norze zaduchu mąciło mi się w 

głowie, ale nie ustawałem licząc na jakiś pomyślniejszy obrót sytuacji.

- Nie będziesz chodził na Czworakach; tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

Czyniliśmy taki zgiełk, że powstała na zewnątrz wrzawa uszła mej uwadze, dopóki któryś 

stwór - chyba jeden z dwóch znajomych Świnioludów - nie zajrzał do środka nad głową różowego 

ludka   wykrzykując   gorączkowo   coś,   czego   nie   zrozumiałem.   Stojące   przy   wejściu   stwory 

momentalnie się ulotniły. Małpolud wybiegł z nory, za nim podążył szary stwór - zauważyłem 

tylko w przelocie, że jest wielki, niezdarny i porośnięty siwą sierścią - i zostałem sam.

Zanim doczołgałem się do wejścia, usłyszałem szczekanie psa. W sekundę później stałem 

już przed norą z poręczą od leżaka w ręku, drżąc cały z napięcia. Ujrzałem przed sobą plecy chyba 

ze   dwudziestu   Zwierzoludów   o   nieforemnych   głowach   wciśniętych   między   barki.   Wszyscy 

gorączkowo   gestykulowali.   Z   nor   wychylały   się   inne   półzwierzęce,   zaciekawione   twarze. 

Spojrzałem w kierunku, w którym  byli  zwróceni, i oto na polanie przed wejściem do parowu 

background image

zobaczyłem   wyłaniającą   się   z   cienia   drzew   ciemną   sylwetkę   i   straszną,   bladą   twarz   doktora 

Moreau.   Prowadził   szarpiącego   się   na   smyczy   psa,   a   tuż   za   nim   postępował   Montgomery   z 

rewolwerem w ręku.

Stałem przez chwilę sparaliżowany strachem. 

Obejrzałem się za siebie; wąskie przejście blokował podążający w moim kierunku potężny 

stwór   o   wielkiej   popielatej   twarzy   i   małych,   mrugających   ślepiach.   Rozejrzawszy   się   na   boki 

dostrzegłem, że w skalnej ścianie po prawej stronie, zaledwie o parę jardów przede mną widnieje 

wąska, ukośna szczelina, z której sączy się w dół smuga światła.

- Stój! - krzyknął  Moreau, gdy doskakiwałem do szczeliny.  - Trzymajcie go! - Stwory 

zaczęły powoli, jeden po drugim, oglądać się w moją stronę. Były, na szczęście, po zwierzęcemu 

niepojętne.

Dziwacznego   potwora,   który   odwracał   się,   by   zobaczyć,   o   co   chodzi,   odepchnąłem 

ramieniem   tak   silnie,   że   wpadł   na   swego   sąsiada.   Zamachał   na   oślep   rękami   próbując   mnie 

schwytać, ale mu się wymknąłem. Różowego stworka, który na mnie skoczył, grzmotnąłem kijem 

tak, że gwóźdź rozharatał paskudną mordkę i w następnej chwili wspinałem się stromą ścieżyną 

przypominającą  ukośny komin.  Słyszałem  za sobą wycia  i okrzyki:  “Łapać  go! Trzymać  go!” 

Zobaczyłem, że potwór o popielatej twarzy utknął w wąskiej szczelinie.

- Dalej! Dalej! - ryczały stwory.

Wdrapywałem się coraz wyżej wąską rozpadliną, która wyprowadziła mnie na siarkową 

polanę położoną na zachód od wioski Zwierzoludów.

Szczelina   okazała   się   prawdziwym   błogosławieństwem,   gdyż   pościg   wąską   i   stromą, 

ukośną   rozpadliną   musiał   być   bardzo   utrudniony.   Minąwszy   białą   polanę   rzadko   porośniętą 

drzewami, zbiegłem zboczem na dół między wysokie trzciny. Wydostawszy się z trzcin wpadłem 

w niskie i ciemne, uginające się pod stopami zarośla. Pierwsi prześladowcy wyłonili się ze skalnej 

szczeliny, kiedy dotarłem do trzcin. Bieg przez zarośla trwał kilka minut. Niebawem ze wszystkich 

stron rozbrzmiewały groźne nawoływania.

Słyszałem zgiełk u wylotu szczeliny, potem szum trzcin i trzask łamanych gałęzi. Niektóre 

zwierzęta  porykiwały jak drapieżne bestie. Z lewej strony rozległ  się skowyt  psa. Stamtąd  też 

doszły   mnie   okrzyki   Montgomery'ego   i   Moreau.   Skręciłem   gwałtownie   w   prawo.   Już   wtedy 

wydało mi się, że Montgomery nawołuje, bym zmykał co sił w nogach.

Po pewnym  czasie zacząłem się zapadać w śliski muł,  ale posuwałem się rozpaczliwie 

naprzód, brnąc chwilami po kolana w błocie. W końcu wyszedłem na ścieżkę, która wiła się wśród 

wysokich trzcin. Nawoływania pościgu odpływały coraz bardziej w lewo. W pewnej chwili trzy 

dziwaczne różowe stworzenia wielkości kotów czmychnęły przede mną w podskokach. Ścieżka 

background image

biegła w górę, przecinała jeszcze jeden biały, zaskorupiały płaskowyż i znów zapadała w gąszcz 

trzcin.

Potem skręcała gwałtownie wzdłuż kamienistej krawędzi kryjącej, niby graniczny murek w 

angielskim parku, niewidoczne zapadlisko; zakręt był bardzo ostry i niespodziewany. Biegnąc co 

sił w nogach nie zauważyłem uskoku, dopóki nie uświadomiłem sobie, że lecę w powietrzu.

Upadłem na głowę i ręce pomiędzy ciernie i podniosłem się okrwawiony, z naderwanym 

uchem. Byłem w głębokim, kamienistym,  porośniętym kolczastymi  krzewami jarze, po którym 

snuły się mgliste opary dobywające się z płynącego w dole krętego wąskiego potoku. Mgła w 

jasny, słoneczny dzień trochę mnie zdziwiła, ale nie miałem czasu, by się nad tym zastanawiać. 

Skręciłem   na   prawo   skrajem   potoku   mając   nadzieję,   iż   wyprowadzi   mnie   na   brzeg   morza,   w 

którym w razie czego będę się mógł utopić. Dopiero później miałem się przekonać, że w trakcie 

upadku zgubiłem swój kij z gwoździem.

W pewnym miejscu jar bardzo się zwęził, toteż niewiele myśląc wkroczyłem do potoku. 

Ale natychmiast zeń wyskoczyłem, gdyż woda była niemal gotująca. Na wzburzonej powierzchni 

unosiła się żółtozielona piana. Nieco dalej jar zakręcał i w dali ujrzałem błękitny widnokrąg. Morze 

przy brzegu migotało w słońcu. Miałem otwartą drogę na tamten świat. Byłem jednak zgrzany i 

zdyszany,  a krew pulsowała mi  w skroniach  i przyjemnie  krążyła  w  żyłach.  Zmylenie  pogoni 

napełniło mnie miłym poczuciem triumfu. Nie, nie miałem na razie ochoty żegnać się z życiem. 

Obejrzałem się za siebie.

Nasłuchiwałem.   Prócz   brzęczenia   komarów   i   szelestu   drobnych   skaczących   między 

cierniami   owadów   panowała   niezmącona   cisza.   Potem   w   oddali   zaszczekał   pies,   rozległ   się 

niezrozumiały zgiełk głosów, świst bata i nawoływania. Hałas narastał, ale po chwili znów zaczął 

cichnąć. Oddalał się w górę strumienia, aż całkiem zamilkł. Zakończył się pierwszy etap pościgu.

Ale wiedziałem już, do jakiego stopnia mogę liczyć na pomoc Zwierzoludów.

background image

13. Pertraktacje

Ruszyłem dalej w kierunku morza. Gorący potok, jak się okazało, rozszerzał się tworząc 

płytkie,  zachwaszczone  rozlewisko, obfitujące  w  kraby oraz  podługowate wielo-nożne żyjątka, 

które umykały mi spod nóg. Doszedłszy do samej granicy słonej wody poczułem się bezpieczny. 

Stanąłem  odwrócony plecami  do morza  i  wsparłszy się  pod boki, obserwowałem gęstą  ścianę 

zieleni,   przez   środek   której   przechodziła   parująca   kreska   dymiącego   jaru.   Ale   jak   już 

powiedziałem, zanadto byłem podekscytowany, a także - mówię szczerą prawdę, choć ci, którzy 

nigdy   nie   znaleźli   się   w   prawdziwym   niebezpieczeństwie,   mogą   mi   nie   uwierzyć   -   zbyt 

zdesperowany, by odebrać sobie życie.

Przyszło  mi  nagle  do głowy,  iż  mam  jeszcze  jedną  szansę.  Czy teraz,  kiedy Moreau  i 

Montgomery   na   czele   swej   poczwarnej   hałastry   przeszukują   wyspę,   nie   udałoby   się   dotrzeć 

brzegiem plaży do zabudowań, słowem - okrążyć łukiem pogoni, rozbić zamek u drzwi, może 

wyrwanym   z   luźno   spojonego   muru   kamieniem,   i   poszukać   noża,   rewolweru,   jakiegokolwiek 

narzędzia, by stawić im czoła, kiedy wrócą do domu? Nie oddałbym przynajmniej życia za darmo.

Skręciłem   przeto   brzegiem   morza   na   zachód.   Słońce   zniżyło   się,   porażając   wzrok 

oślepiającym blaskiem. Łagodne fale przypływu marszczyły powierzchnię Pacyfiku.

Linia brzegowa skręcała dalej ku południowi i słońce znalazło się po mojej prawej stronie. 

Nagle na wprost przed sobą ujrzałem w oddali najpierw jedną, potem kilka wyłaniających się z 

zarośli postaci - przodem szedł Moreau ze swym szarym gończym psem, a za nim Montgomery i 

dwaj inni ludzie. Zatrzymałem się na ich widok.

Oni   też   mnie   spostrzegli   i   gestykulując   zaczęli   się   zbliżać.   Obserwowałem   ich.   Dwa 

biegnące przodem Zwierzoludy odcięły mi drogę w zarośla. Montgomery biegł także, ale prosto na 

mnie. Za nim nieco wolniej podążał Moreau prowadząc psa.

Ocknąłem   się   na   koniec   z   odrętwienia,   wszedłem   do   wody   i   zacząłem   oddalać   się   od 

brzegu. Woda była początkowo bardzo płytka. Dopiero po jakichś trzydziestu krokach sięgnęła mi 

pasa. Ledwo widoczne nadbrzeżne żyjątka umykały mi spod nóg.

- Co ty robisz, człowieku? - zawołał Montgomery. 

Obejrzałem się stojąc po pas w wodzie i popatrzyłem na nich.

Montgomery zatrzymał się na skraju morza ciężko dysząc. Miał zaczerwienioną z wysiłku 

twarz, jego długie płowe włosy były w nieładzie, a opadająca dolna warga odsłaniała nierówne 

zęby.   Moreau   właśnie  nadchodził   z  wyrazem   zdecydowania  na  bladej   twarzy;  prowadzony  na 

smyczy pies zajadle szczekał. Obaj mężczyźni mieli przy sobie potężne biczyska. Z głębi plaży 

background image

popatrywały ku nam Zwierzoludy.

- Co robię? Zamierzam się utopić - odparłem. 

Montgomery i Moreau wymienili spojrzenia.

- Dlaczego?! - krzyknął Moreau.

- Ponieważ wolę śmierć niż wasze tortury.

- Mówiłem ci - rzekł Montgomery, a Moreau odpowiedział mu ściszonym głosem.        

- Co nasunęło ci przypuszczenie, że chcemy cię torturować? - spytał Moreau.

- To, co zobaczyłem - odpowiedziałem. - I widok tych - tam.

- Cicho! - krzyknął Moreau podnosząc rękę.

- Nie będę cicho! - odkrzyknąłem. - Oni byli ludźmi; co z nimi zrobiłeś? Przynajmniej nie 

stanę się jednym z nich.

Sięgnąłem wzrokiem ponad ich głowami. Powyżej plaży stał pomocnik Montgomery'ego 

M'ling i biało odziany stwór - jeden z dwóch wioślarzy. Nieco dalej, w cieniu drzew dostrzegłem 

znajomego Małpoluda, a za nim jeszcze kilka niewyraźnych sylwetek.

-   Kim   są   te   stworzenia?   -   spytałem   wskazując   palcem   Zwierzoludy   i   coraz   bardziej 

podnosząc   glos,   aby   i   one   mogły   mnie   słyszeć.   -   To   byli   kiedyś   ludzie,   ludzie   jak   ty,   ale 

wszczepiłeś im zwierzęce cechy, ujarzmiłeś ich, a jednak boisz się ich! Słuchajcie - krzyknąłem 

jeszcze głośniej do stojących daleko Zwierzoludów, wskazując ręką Moreau. - Słuchajcie mnie! 

Czy nie widzicie, że ci ludzie boją się was, że budzicie w nich lęk? Czego się obawiacie? Jest was 

wielu...

- Prendick, na litość boską! - wrzasnął Montgomery. - Przestań!

- Prendick! - zawtórował Moreau.

Obaj krzyczeli jednocześnie na cały głos, jakby chcieli mnie zagłuszyć. A za ich plecami 

wyciągały   się   do   przodu   zaciekawione,   zdziwione   twarze   przygarbionych,   długorękich 

Zwierzoludów.  Sprawiały  wrażenie,   jakby wielkim   wysiłkiem  woli   usiłowały  mnie  zrozumieć, 

przywołać - jak wówczas sądziłem - resztki utraconego człowieczeństwa.

Wciąż krzyczałem, sam nie bardzo pamiętam co. Że Montgomery i Moreau są śmiertelni i 

nie   trzeba   się  ich   bać  -  oto   w  skrócie   sens  nauk,   które  wbijałem   Zwierzoludom  do  głów  nie 

wiedząc,   iż   działam   na   własną   zgubę.   Zielonooki   człowiek   w   ciemnych   łachmanach,   który 

zaskoczył   mnie   wieczorem   po   przybyciu   na   wyspę,   wysunął   się   spomiędzy   drzew,   by   lepiej 

słyszeć, a za jego przykładem poszły inne stwory.

W końcu zabrakło mi tchu i umilkłem.

- Posłuchaj mnie przez chwilę - ozwał się opanowanym tonem Moreau - a potem zrobisz, co 

uznasz za stosowne.

background image

- Słucham! - odparłem. 

Odchrząknął, pomyślał chwilę i zawołał:

-   Łacina,   Prendick!   Marna,   szkolna   łacina!   Ale   postaraj   się   zrozumieć.   Hi   non   sunt 

homines, sum animalia qui nos habemus... * [* Oni nie są ludźmi, są zwierzętami, które mamy...] 

zostały zoperowane. Zabiegi uczłowieczające. Wszystko ci wyjaśnię; wyjdź na brzeg. 

Roześmiałem się.

- Piękna bajeczka - odparłem. - Mówią, budują chaty, gotują. Byli ludźmi. Nie nabierzesz 

mnie.

- O parę kroków za tobą zaczyna się głębia... pełna rekinów.

- To świetnie - odparłem. - Raz dwa będzie po wszystkim. Już idę.

- Poczekaj chwilę. - Wyjął z kieszeni jakiś przedmiot, który zabłysnął w słońcu, i rzucił go 

na   ziemię.   -   To   jest   naładowany   rewolwer   -  powiedział.   -   Montgomery   zrobi   to   samo.   Teraz 

cofniemy się na plażę na taką odległość, jaką uznasz za bezpieczną. Potem wyjdziesz i zabierzesz 

broń.

- Nie. Któryś z was ma pewnie trzeci rewolwer.

- Zastanów się, Prendick. Po pierwsze, nikt cię tutaj nie zapraszał. Po wtóre, gdybyśmy 

chcieli ci coś zrobić, dziś w nocy mieliśmy cię uśpionego w rękach; a po trzecie, teraz kiedy 

ochłonąłeś z pierwszej paniki, pomyśl - czy widzisz Montgomery'ego w roli, jaką mu przypisujesz? 

Ścigaliśmy cię dla twego własnego dobra. Ponieważ wyspa roi się od... niebezpiecznych zjawisk. 

Po co mielibyśmy  do ciebie strzelać,  skoro przed chwilą oświadczyłeś, że sam zamierzasz  się 

utopić?

- Dlaczego poszczuliście na mnie te... tych ludzi, kiedy byłem w szałasie?

- Byliśmy pewni, że zdołamy cię zatrzymać  i wyprowadzić z niebezpiecznego miejsca. 

Potem skierowaliśmy pościg w inną stronę, dla twojego dobra.

Zamyśliłem się. Może to prawda. Coś sobie jednak przypomniałem.

- Ale to, co widziałem... wewnątrz zagrody...

- To była puma.

- Słuchaj, Prendick. Zachowujesz się jak skończony osioł - odezwał się nagle Montgomery. 

- Wyłaź z wody, bierz rewolwery, a później pogadamy. Gdybyśmy mieli wobec ciebie złe zamiary, 

moglibyśmy to równie dobrze zrobić teraz jak i potem.

Przyznam  się, że Moreau zawsze, a zwłaszcza wtedy,  budził we mnie  nieufność i lęk. 

Natomiast Montgomery wydawał mi się człowiekiem, którego potrafię rozszyfrować.

- Odejdźcie w głąb plaży - rzekłem po namyśle, i dodałem: - z podniesionymi rękami.

- Nie możemy - odparł Montgomery robiąc znaczący ruch głową do tyłu. - Trzeba trzymać 

background image

fason.

- Dobrze, cofnijcie się, jak chcecie - rzekłem. - Pod las.

- Co za głupia heca - mruknął Montgomery. 

Odwrócili się obaj stając na wprost sześciu czy siedmiu cudacznych postaci, żywych istot z 

krwi   i   kości,   które   rzucały   na   piasek   długie   cienie,   a   jednak   wydawały   się   tak   nierealne. 

Montgomery   strzelił   z   bata   i   stwory   rozpierzchły   się   w   popłochu,   ginąc   wśród   drzew.   Kiedy 

osądziłem, że Montgomery i Moreau znajdują się w bezpiecznej odległości, wyszedłem z wody na 

brzeg,   podniosłem   rewolwery   i   dokładnie   je   obejrzałem.   Obawiając   się   jakiegoś   podstępu   na 

wszelki wypadek strzeliłem z jednego z rewolwerów w bryłę lawy, która ku memu zadowoleniu 

rozprysła się obsypując plażę żużlowym pyłem.

Stałem   jeszcze   chwilę   niezdecydowany.   Zaryzykuję,   powiedziałem   sobie   w   końcu   i 

poszedłem ku nim przez plażę, trzymając w obu rękach rewolwery.

- No, nareszcie - powiedział z ulgą Moreau.

- Przez pańską przeklętą imaginację straciłem prawie cały dzień.

A potem z odcieniem pogardy, która mnie trochę ubodła, obaj z Montgomerym odwrócili 

się do mnie plecami i w milczeniu ruszyli pierwsi do domu.

Gromadka zaintrygowanych Zwierzoludów stała między drzewami. Mijając ich starałem się 

zachować obojętność. Jeden ruszył za mną, ale cofnął się, gdy Montgomery strzelił z bata. Reszta 

stała w milczeniu, mierząc nas badawczym wzrokiem. Może kiedyś byli zwierzętami. Ale nigdy 

dotąd nie widziałem zwierzęcia usiłującego myśleć.

background image

14. Doktor Moreau wyjaśnia

- A teraz wszystko panu wyjaśnię - oświadczył  doktor Moreau, gdy nasyciliśmy głód i 

pragnienie.   -   Trzeba   powiedzieć,   iż   jest   pan   najbardziej   bezwzględnym   gościem,   jakiego 

kiedykolwiek miałem okazję przyjmować. Uprzedzam, że na przyszłość będę mniej wyrozumiały. 

Jeśli   jeszcze   raz   zażąda   pan   czegoś   pod   groźbą   samobójstwa,   nie   ustąpię,   choć   sprawi   mi   to 

osobistą przykrość.

Siedział na moim leżaku trzymając w zwinnych białych palcach na pół wypalone cygaro. 

Światło kołyszącej się pod sufitem lampy padało na jego siwą głowę; przez małe okienko spoglądał 

na wygwieżdżone niebo. Ja siedziałem w najdalszym końcu pokoju, oddzielony od niego stołem, 

mając pod ręką rewolwer. Montgomery'ego nie było w pokoju. Nie chciałem mieć ich obu koło 

siebie w tak małym pomieszczeniu.

- A zatem przyznaje pan, że to co nazwał pan operowaną żywcem istotą ludzką, jest w 

istocie pumą? - spytał Moreau.

Zaprowadził mnie przedtem do pomieszczenia wewnątrz zagrody, abym się upewnił, że 

ofiara makabrycznych zabiegów nie jest człowiekiem.

- Tak, jest to puma - odparłem - jeszcze żywa, ale tak okaleczona i zmaltretowana, że nie 

chciałbym więcej oglądać żywego ciała w podobnym stanie. To nieludzkie...

-   Mniejsza   z   tym   -   przerwał   Moreau.   -   Niech   mi   pan   przynajmniej   oszczędzi   swego 

młodzieńczego  oburzenia. To samo miałem na początku z Montgomerym.  Przyznał pan, że to 

puma. A teraz proszę słuchać spokojnie, gdyż zrobię panu mały wykład fizjologii.

Po czym trochę znudzonym tonem, ale zapalając się stopniowo w miarę mówienia, wyjaśnił 

mi,   na   czym   polega   jego   praca.   Mówił   bardzo   przejrzyście   i   przekonująco,   niekiedy   z   nutą 

sarkazmu w głosie. Wkrótce nie wiedziałem, gdzie podziać oczy ze wstydu.

Istoty, które poznałem, nie są ludźmi i nigdy nimi nie były. Są to zwierzęta, ale zwierzęta 

uczłowieczone - arcydzieła sztuki chirurgicznej.

- Zapomina pan, jak wiele potrafi dokonać z żywą istotą zręczny chirurg - mówił Moreau. - 

Osobiście bardzo się dziwię, dlaczego nikt przede mną nie podjął podobnych doświadczeń. Robi 

się, oczywiście, pewne nieśmiałe próby - amputacje, podcinanie języka, przeszczepy. Wie pan z 

pewnością, iż chirurg może spowodować albo usunąć zeza? Przeszczepy natomiast powodują w 

organizmie najrozmaitsze zmiany wtórne - zaburzenia pigmentu, modyfikację popędów, procesów 

wydzielania tkanki tłuszczowej, i tak dalej. Musiał pan o tych sprawach słyszeć.

- Oczywiście - odparłem. - Ale te paskudne stwory...

background image

- Wszystko w swoim czasie - przerwał, machając niecierpliwie ręką - dopiero zacząłem. To 

były   przypadki   najtrywialniejszych   zmian.   Chirurgia   dysponuje   znacznie   szerszymi 

możliwościami.   Potrafi   budować,   niszczyć   i   przekształcać.   Słyszał   pan   może   o   dość 

rozpowszechnionym zabiegu stosowanym w przypadku poważnych uszkodzeń nosa. Polega on na 

wycięciu z czoła płata skóry, który po dopasowaniu do kształtu nosa przyjmuje się w nowym 

miejscu. To są przeszczepy w obrębie tego samego organizmu. Ale można również przeszczepiać 

świeżo amputowane  części innego organizmu,  na przykład  - zęby.  Dla przyspieszenia  procesu 

gojenia   się   i   zrastania   przeszczepia   się   fragmenty   skóry   lub   kości.   Chirurg   pokrywa   ranę 

kawałkiem skóry innego, świeżo zabitego zwierzęcia lub wszczepia jego kości. Słyszał pan może o 

eksperymencie   Huntera,   który   zaszczepił   kogucią   ostrogę   na   szyi   wołu.   Albo   o   szczuro-

nosorożcach algierskich żuawów - potworki te powstają w ten sposób, że normalnemu szczurowi 

przyszywa się do pyszczka koniuszek ogona, który przyrasta doń na stałe.

- Produkowanie potworów!  - wykrzyknąłem. - Chce pan powiedzieć...

-   Tak   jest.   Istoty,   które   pan   widział,   są   przetworzonymi,   ukształtowanymi   na   nowo 

zwierzętami.   Tej   sprawie   -   badaniu   plastyczności   żywych   organizmów   -   poświęciłem   życie. 

Zajmuję się nią od lat, stale poszerzając swą wiedzę i umiejętności. Ma pan przerażoną minę, a 

przecież mówię o rzeczach dobrze znanych. W anatomii praktycznej wszystko to było od dawna 

widoczne gołym okiem, tylko nikt nie miał odwagi wyciągnąć wniosków. Potrafię zmienić nie 

tylko zewnętrzny kształt zwierzęcia. Fizjologię istot żywych oraz rytm procesów chemicznych, 

które w nich zachodzą, można również trwale modyfikować takimi znanymi skądinąd metodami 

jak wstrzykiwanie lub wszczepianie żywych i martwych substancji.

- Podobnym  zabiegiem  jest transfuzja krwi, dziedzina,  od której  rozpocząłem  notabene 

swoją karierę. Wszystko to są sprawy ogólnie wiadome. Mniej wiemy o przypuszczalnie znacznie 

bardziej złożonych operacjach, dokonywanych przez średniowiecznych medyków specjalizujących 

się w produkowaniu karłów, żebrzących kalek i cyrkowych potworków; pozostałości ich sztuki 

można się doszukać w zabiegach stosowanych za młodu wobec późniejszych sztukmistrzów, tak 

zwanych ludzi z gumy i różnych akrobatów. Wiktor Hugo opisał te sprawy w Człowieku śmiechu... 

Ale   być   może   zaczyna   pan   już   rozumieć,   do   czego   zmierzam.   Jest   chyba   jasne,   że   można 

przeszczepiać tkankę z jednej części organizmu na inną bądź jednemu zwierzęciu tkankę innego 

zwierzęcia,   wpływać   na   jego   reakcje   chemiczne   i   procesy   wzrostu,   modyfikować   czynności 

kończyn, a nawet całą wewnętrzną strukturę.

-   A   jednak   nikt   ze   współczesnych   badaczy   nie   zajął   się   systematycznie   tą   niezwykłą 

dziedziną wiedzy - dopiero ja! Chirurgia tylko w ostateczności ucieka się do tego typu zabiegów; 

większość pokrewnych odkryć, które być może przychodzą panu w tej chwili na myśl, była na ogół 

background image

dziełem przypadku - dokonywali ich tyrani, zbrodniarze, hodowcy koni i psów, wszelkiego rodzaju 

niewykwalifikowani   partacze,   działający   w   imię   własnych,   egoistycznych   celów.   Ja   jestem 

pierwszym   człowiekiem,   który   zajął   się   tym   zagadnieniem   ze   znajomością   współczesnej, 

antyseptycznej chirurgii i odkrytych przez naukę praw rozwoju. Ale nie sposób sobie wyobrazić, 

by już dawniej nie uprawiano tych rzeczy w sekrecie. Takie, na przykład, bliźnięta syjamskie... A 

co   musiało   się   dziać   w   lochach   Inkwizycji.   Głównym   celem   było   oczywiście   wymyślanie 

wyrafinowanych tortur, ale przynajmniej część inkwizytorów z pewnością przejawiała bodaj cień 

naukowych zainteresowań...

- No tak - wtrąciłem - ale te stwory... Te zwierzęta mówią!

Przytaknął, po czym zaczął wyjaśniać, iż chirurgia potrafi wywoływać przemiany nie tylko 

fizyczne. Świnia poddaje się uczeniu. Struktura umysłu  jest jeszcze mniej zdeterminowana niż 

struktura   fizyczna.   Pierwsze   osiągnięcia   naukowej   hipnozy   zdają   się   otwierać   możliwość 

zastępowania   dawnych,   wrodzonych   instynktów   nowymi   sugestiami   -   usuwania   dziedzicznie 

utrwalonych   idei   i   wszczepiania   na   ich   miejsce   nowych.   Tak   zwane   wychowanie   moralne 

sprowadza   się   w   istocie   rzeczy   do   równie   sztucznych   zabiegów   modyfikujących   lub 

zniekształcających naturalne instynkty; wojowniczość przekształcamy w zdolność do heroicznego 

samopoświęcania, a stłumiony popęd seksualny w uczucia religijne. Główna zaś różnica między 

człowiekiem  a  małpą,  oświadczył,  tkwi  w budowie  krtani,  w niemożności  tworzenia  subtelnie 

zróżnicowanych   symboli   dźwiękowych   wspomagających   procesy   myślowe.   Ośmieliłem   się 

zaprotestować,   ale   on   dosyć   niegrzecznie   zignorował   moje   argumenty,   powtórzył   poprzednie 

twierdzenie i dalej opowiadał o swojej pracy.

Zapytałem go jednak, dlaczego za model wybrał sobie właśnie ludzką postać. Od początku 

dopatrywałem się w tym wyborze jakiejś szczególnej nikczemności, i nadal się jej dopatruję. 

Przyznał, że stało się to właściwie przypadkiem.

- Równie dobrze mógłbym się zajmować przerabianiem owiec na lamy albo lam na owce. 

Sądzę,   iż   ludzka   postać   znacznie   silniej   przemawia   do   naszej   wyobraźni   artystycznej   niż 

jakiekolwiek kształty zwierzęce. Ale nie ograniczam się do tworzenia ludzi. Parokrotnie... - zamilkł 

na dłuższą chwilę. - Ile to już lat! Jak one zleciały! A teraz straciłem dzień, żeby uratować panu 

życie, i tracę kolejną godzinę, żeby się przed nim wytłumaczyć!

- Bardzo przepraszam - wtrąciłem - ale nadal czegoś nie rozumiem. Czym usprawiedliwia 

pan zadawanie tak okropnych  cierpień? Jedyne, co moim zdaniem może uzasadnić stosowanie 

wiwisekcji, to jakiś praktyczny cel...

- No właśnie - przytaknął. - Tyle tylko, że nasze sposoby myślenia są diametralnie różne. 

Mówimy innymi językami. Pan jest materialistą.

background image

- Nie jestem materialistą - zaperzyłem się.

- Powtarzam: z mego punktu widzenia. Różnimy się właśnie podejściem do bólu. Dopóki 

widoczne   lub   słyszalne   objawy   bólu   stanowią   dla   człowieka   udrękę,   dopóki   motorem   jego 

działania jest chęć uniknięcia bólu, dopóki jego koncepcja grzechu wynika ze stosunku do bólu - 

dopóty, mówię panu, jest on tylko zwierzęciem uświadamiającym sobie nieco jaśniej to samo, co 

odczuwa zwierzę. Ból to przecież...

Słysząc te sofizmaty niecierpliwie wzruszyłem ramionami.

- Och! To rzecz tak mało istotna. Umysł prawdziwie otwarty na to, co mówi nauka, nie 

może nie zdawać sobie sprawy ze znikomości bólu. Być może poza naszą małą planetą, poza tą 

grudką   kosmicznego   pyłu,   która   znikłaby   z   oczu   podróżnika   na   długo   przed   osiągnięciem 

najbliższej gwiazdy... otóż chcę powiedzieć, iż rzecz zwana bólem być może nigdzie indziej nie 

istnieje. Natomiast prawa, ku którym po omacku się zbliżamy... Czym zresztą jest ból tu, na ziemi, 

wśród istot żywych?

Mówiąc to wyjął z kieszeni niewielki scyzoryk, otworzył go wyciągając krótsze ostrze i 

odsunął się z leżakiem tak, bym widział jego udo. Następnie, wybrawszy z rozmysłem miejsce, 

wbił sobie scyzoryk w nogę, po czym wyciągnął ostrze.

- Musiał pan nieraz widzieć podobne eksperymenty.  To boli tyle  co ukłucie szpilki. A 

wniosek? Ból nie jest mięśniom niezbędny i nie jest im dany; owszem, w skórze spełnia pewną 

funkcję, ale uda mają tylko parę miejsc czułych na ból. Ból jest po prostu wewnętrznym doradcą 

medycznym, który nas ostrzega i pobudza. Nie całe ciało jest wrażliwe na ból, nawet nie wszystkie 

komórki nerwowe i nie wszystkie komórki organów zmysłowych. Nerw wzrokowy jest całkowicie 

niewrażliwy   na   ból   -   to   znaczy   podrażnienie   go   nie   powoduje   prawdziwego   bólu.   Wywołuje 

jedynie błyski światła, podobnie jak uszkodzenie nerwu słuchowego objawia się tylko szumem w 

uszach. Rośliny nie odczuwają bólu, a zwierzęta niższe, takie na przykład rozgwiazdy czy raki, 

najprawdopodobniej też go nie znają. Ludzie natomiast, w miarę rozwijania swej inteligencji, będą 

coraz rozumniej dbać o własne bezpieczeństwo i potrzeba ostrzegawczych  bodźców stopniowo 

zaniknie.   Nie   słyszałem   jeszcze   o   bezużytecznym   zjawisku,   które   w   procesie   ewolucji   nie 

zostałoby prędzej czy później wyeliminowane, a pan? Ból staje się coraz mniej potrzebny.

A   po   drugie,   panie   Prendick,   jestem   człowiekiem   wierzącym,   jak   każda   istota   przy 

zdrowych   zmysłach.   I   chyba   nieco   lepiej   poznałem   sposoby   działania   Stwórcy   tego   świata   - 

albowiem przez całe życie  na swój sposób badałem Jego prawa - niż pan, który,  o ile dobrze 

rozumiem, zajmował się kolekcjonowaniem motyli. Mogę więc pana zapewnić, że niebo i piekło 

nie mają nic wspólnego z przyjemnością i bólem. Przyjemność i ból! Też coś! Czym różni się 

teologiczna ekstaza od mahometańskiej hurysy w mroku! Znaczenie, jakie rozkosz i ból mają dla 

background image

ludzi,   to   miara   ich   zwierzęcości,   to   zapisane   w   ludziach   piętno   zwierzęcia,   od   którego   się 

wywodzą. Ból! Ból i przyjemność istnieją tylko tak długo, jak długo tarzamy się w prochu...

W moich badaniach, panie Prendick, podążałem tropem, który one same mi wskazywały. 

Nie słyszałem o innej metodzie prowadzenia badań naukowych. Zadawałem sobie jakieś pytanie, 

szukałem sposobu na uzyskanie odpowiedzi i w rezultacie otrzymywałem - nowe pytanie. Może to 

jest możliwe, a może tamto? Nie ma pan pojęcia, co to oznacza dla prawdziwego badacza, jaką 

pasję   intelektualną   potrafi   zrodzić.   Nie   umie   pan   sobie   wyobrazić   owej   szczególnej,   czysto 

intelektualnej rozkoszy poznania. Materiał, z którym ma pan do czynienia, przestaje być dla pana 

zwierzęciem, żywą  istotą taką samą jak pan, stając się problemem.  Współczucie jest dla mnie 

jedynie wspomnieniem czegoś, co przeżywałem kiedyś, przed laty. Mam tylko jedno pragnienie - 

poznać granice plastyczności żywego organizmu.

- Ale to, co pan robi, jest ohydne - rzekłem.

- Nigdy nie zawracałem sobie głowy etyczną stroną zagadnienia. Człowiek badający Naturę 

staje się równie bezlitosny jak ona. Pracowałem myśląc jedynie o zaprzątającym mnie problemie, a 

produkty owej pracy... odpływały do szałasów... Blisko jedenaście lat mija, jak przybyłem tutaj z 

Montgomerym i sześcioma Kanakami. Pamiętam widok cichej zielonej wyspy pośrodku pustego 

oceanu, jakby to było wczoraj. Wydawało mi się, że na mnie czeka.

Wyładowaliśmy bagaże i zbudowaliśmy dom. Kanakowie postawili sobie szałasy w pobliżu 

kotliny. Przystąpiłem do pracy nad tym, co z sobą przywiozłem. Początkowo zdarzały się przykre 

pomyłki.   Zacząłem   od   owcy,   ale   w   połowie   drugiego   dnia   omsknął   mi   się   skalpel   i   zwierzę 

zginęło;   wziąłem   następną   owcę,   uczyniłem   z   niej   stworzenie   zbolałe   i   przerażone,   po   czym 

czekałem, aż wyzdrowieje. W chwili gdy kończyłem pracę, jej postać wydawała się bardzo ludzka, 

ale po rozwinięciu bandaży spotkało mnie rozczarowanie; pamiętała mnie i bała się straszliwie, a 

rozumu miała tyle co owca. Im dłużej jej się przyglądałem, tym pokraczniejsze sprawiała na mnie 

wrażenie   i   w   rezultacie   położyłem   kres   jej   niedoli.   Te   bojaźliwe,   zastrachane   zwierzęta, 

pozbawione woli walki i odporności na ból nie nadają się do tego, by je uczłowieczać.

Następnie   wybrałem   goryla   i   wysilając   cały   swój   kunszt,   pokonując   z   niesłychaną 

dokładnością   wszystkie   kolejne   trudności   i   przeszkody,   stworzyłem   pierwszego   człowieka. 

Pracowałem   nad   nim   dniem   i   nocą,   przez   cały   tydzień.   Głównym   zadaniem   był   proces 

kształtowania mózgu; wiele należało dodać i wiele zmienić. Kiedy pozszywany i zabandażowany 

leżał nieruchomo po skończonej pracy, wyglądał na wcale niezły okaz negroida. Upewniwszy się, 

iż jego życiu nic nie zagraża, wróciłem do pokoju i zastałem Montgomery'ego w stanie podobnym 

do  pańskiego.  Słyszał   krzyki   uczłowieczanej   istoty,  krzyki  podobne  do tych,  które   tak  bardzo 

rozstroiły pana. Ale początkowo nie wtajemniczałem go w swoje sprawy.

background image

Kanakowie też zaczęli się czegoś domyślać. Bali się mnie jak samego diabła. Zdołałem do 

pewnego stopnia pozyskać sobie Montgomery'ego i robiliśmy wszystko co w naszej mocy,  by 

zapobiec ich ucieczce. Ale po pewnym czasie zbiegli, pozbawiając nas jachtu. Tymczasem zająłem 

się uczeniem zwierzęcia - trwało to w sumie trzy albo cztery miesiące. Nauczyłem go podstaw 

angielskiego, pewnych pojęć arytmetycznych i próbowałem zapoznać z alfabetem. Ale nauka szła 

mu opornie, choć muszę powiedzieć, iż znałem debili lepszych niż on. Jego umysł był czystą, nie 

zapisaną kartą; nie zachował żadnych wspomnień z poprzedniego okresu swej egzystencji. Kiedy 

jego   ciało   wygoiło   się   i   oprócz   pewnej   bolesności   oraz   zesztywnienia   członków   nic   mu   nie 

dolegało, zaprowadziłem go do osady Kanaków i przedstawiłem jako niezwykłego pasażera na 

gapę.

Początkowo budził w nich niezrozumiały, śmiertelny strach - trochę mnie to ubodło, gdyż 

byłem bardzo dumny ze swego dzieła - ale jego potulność i nieporadność sprawiły, że po pewnym 

czasie   przyjęli   go   do   swego   grona   i   zaczęli   uczyć   różnych   czynności.   Okazał   się   pojętnym 

uczniem,   miał   duże   zdolności   naśladowcze   i   łatwo   się   przystosowywał,   a   szałas,   który   sobie 

zbudował, był, moim zdaniem, zrobiony lepiej niż ich chaty. Jeden z Kanaków, młody chłopak o 

misjonarskim zacięciu, nauczył go czytać, a może raczej rozpoznawać niektóre litery, a ponadto 

starał   się   wpoić   mu   pewne   podstawowe   pojęcia   moralne,   ale   o   ile   wiem,   obyczaje   stwora 

pozostawiały nadal wiele do życzenia.

Zrobiłem sobie kilkudniową przerwę w pracy, zamyślałem bowiem napisać sprawozdanie z 

eksperymentu, aby obudzić angielską fizjologię. Jednakże pewnego dnia zastałem mego stwora 

siedzącego na drzewie i bełkoczącego niezrozumiale do dwóch Kanaków, którzy się z nim drażnili. 

Ostro go zgromiłem uświadamiając mu niestosowność takiego nie licującego z człowieczeństwem 

postępowania,   obudziłem   w   nim   poczucie   wstydu   i   wróciłem   do   domu,   zdecydowany   nie 

przedstawiać angielskiej opinii swoich badań, dopóki nie osiągnę lepszych rezultatów. Od tego 

czasu istotnie osiągnąłem znacznie lepsze wyniki; cóż, kiedy z niewiadomych powodów, prędzej 

czy później, zawsze następuje regres, zwierzęca  tkanka uporczywie,  z dnia na dzień  odrasta  i 

odżywa... Ale dokonam jeszcze większych rzeczy. Pokonam i to. Puma...

Ale żeby skończyć z przeszłością; Kanakowie nie żyją. Jeden wypadł z szalupy i utonął, 

drugi zmarł  od rany w stopie, którą zakaził  czy zatruł sokiem jakiejś  rośliny.  Trzej odpłynęli 

jachtem   i   mam   nadzieję,   że   również   zatonęli.   Jeden...   został   zabity.   No   cóż   znalazłem   ich 

następców. Montgomery zachowywał się początkowo podobnie jak pan, ale z czasem...

- Co się stało z ostatnim Kanaką? - przerwałem ostro. - Tym zabitym?

-   Widzi   pan,   kiedy  miałem   już   za   sobą   wiele   człeko-podobnych   istot,   zdarzyło   mi   się 

stworzyć coś... - zawahał się.                   

background image

- Tak? - przynagliłem go.

- Został zabity.

- Nie rozumiem - odparłem. - Czy to znaczy...

- Tak, to on zabił Kanakę. Pozabijał też kilka innych stworzeń, które dopadł. Polowaliśmy 

na niego przez parę dni. Wymknął się z zagrody przypadkiem, wcale nie zamierzałem wypuszczać 

go   na   swobodę.   Był,   że   się   tak   wyrażę,   półproduktem   -   sporządzonym   w   celach   czysto 

eksperymentalnych. Nie miał nóg ani rąk, tylko straszną paszczę, i wił się po ziemi jak wąż. Był 

niesłychanie silny i obłąkany z bólu; posuwał się susami jak płynący morświn. Buszował przez 

kilka dni po lesie niszcząc wszystko, co napotkał na swej drodze, aż na koniec, gdy zdołaliśmy go 

wytropić, umknął na północny kraniec wyspy. Rozdzieliliśmy się, aby go zajść z dwu stron, ale 

Montgomery chciał być koniecznie ze mną. Kanaka miał strzelbę. Kiedy odnaleźliśmy jego ciało, 

jedna z luf była przegryziona prawie na pół i wygięta w literę S. Montgomery zastrzelił potwora... 

Od tego czasu, poza drobnymi wyjątkami, trzymam się konsekwentnie modelu ludzkiej postaci. 

Przerwał. W milczeniu obserwowałem jego twarz. - I tak, wliczając dziewięć lat spędzonych w 

Anglii - ciągnął po chwili - pracuję nad tym zagadnieniem od dwudziestu lat i wciąż natrafiam na 

jakiś opór, ponoszę częściowe porażki, które mobilizują mnie do tym większego wysiłku. Czasami 

osiągam  szczyty  swoich możliwości, kiedy indziej  coś mi  się nie udaje, ale  wyniki  nigdy nie 

dorównują temu, co sobie wymarzyłem. Modelowanie ludzkiej postaci - smukłej i gibkiej albo 

ciężkiej i masywnej - nie przedstawia dziś dla mnie trudności. Zdarzają się kłopoty z formowaniem 

rąk i paznokci - są to zabiegi bardzo bolesne, wymagające daleko idącej ostrożności. Ale sedno 

problemu   tkwi   w   mózgu,   który   wymaga   subtelnych   przekształceń   i   przeszczepów.   Poziom 

inteligencji   okazuje   się   niekiedy   zadziwiająco   niski,   zdarzają   się   nie   wyjaśnione   luki,   brak 

myślowych powiązań. Ale największy opór napotykam w nieuchwytnej, trudnej do zlokalizowania 

sferze   emocji.   W   jakiejś   nieokreślonej   zbiornicy   niszczących   człowieczeństwo.   instynktów   i 

popędów, które wybuchają ni stąd ni zowąd, napełniając całą istotę gniewem, nienawiścią albo 

strachem.

Panu   te   istoty   wydały   się   w   pierwszej   chwili   cudaczne   i   niesamowite,   ja   natomiast, 

bezpośrednio   po   ich   stworzeniu,   widzę   w   nich   bezsporne   istoty   ludzkie.   Dopiero   po   dłuższej 

obserwacji wrażenie to zaczyna słabnąć. Powoli, stopniowo ujawniają się coraz to nowe cechy 

zwierzęce   i   kłują   mnie   w   oczy...   Ale   kiedyś   dopnę  swego.  Pogrążając   kolejną   żywą   istotę   w 

otchłani cierpienia, zawsze sobie powtarzam: tym razem wypalę z ciebie całą zwierzęcość, tym 

razem stworzę własnymi  rękami racjonalną istotę ludzką. Cóż to w końcu znaczy dziesięć lat? 

Człowiek potrzebował stu tysięcy lat, by stać się człowiekiem.

Spochmurniał, zamyślony.

background image

- Zbliża się decydujący moment. Ta puma... 

Po chwili milczenia dodał:

- Ale zawsze przychodzi regres. Gdy tylko wypuszczę je z rąk, bestia natychmiast zaczyna 

podnosić głowę i dochodzić swoich praw...

Ponowne długie milczenie.

- Wtedy odsyła je pan do szałasów? - spytałem.

- Odchodzą. Wypuszczam je, gdy spostrzegam budzącą się zwierzęcość, a one z czasem 

wędrują tam same. Boją się mnie i tego domu. Życie, które tam prowadzą, jest jakby parodią 

ludzkiej egzystencji. Montgomery lepiej się na tym zna, gdyż ingeruje w ich sprawy. Przyuczył 

kilka stworów do różnych posług. Podejrzewam, chociaż on sam wstydzi się o tym mówić, że ma 

do  nich,  szczególnie   do niektórych,  tajoną  słabość. Ale  to  nie  moja   rzecz.  Dla  mnie  są  tylko 

przypomnieniem   klęski.   Nie   zajmuję   się   nimi.   O   ile   wiem,   postępują   nadal   w   myśl   zasad 

wyznaczonych   przez   kanackiego   misjonarza,   a   ich   życie   jest   żałosną   karykaturą   racjonalnej 

egzystencji.   Biedne   zwierzaki!   Mają   coś,   co   nazywają   Prawem.   Śpiewają   jakieś   niby-religijne 

hymny. Budują szałasy, gromadzą owoce, zbierają zioła - a nawet zawierają małżeństwa. Ale ja 

wiem, co się za tym kryje, przenikam na wylot ich zwierzęce, ułomne dusze pełne nienawiści, 

namiętnej   żądzy   życia   i   chęci   zaspokojenia   instynktów...   A   jednak   są   zastanawiające;   są 

skomplikowane - jak wszystko, co żyje. Tkwi w nich cień wyższych  aspiracji - próżność, nie 

zaspokojona ciekawość,  nie spełniona  uczuciowość.  Dla mnie  jest  to czyste  urągowisko... Ale 

wiążę pewne nadzieje z pumą; poświęciłem wiele pracy na ukształtowanie jej mózgu i głowy...

- No i jak pan to widzi? - zapytał wstając po długiej chwili milczenia, podczas której każdy 

z nas zajęty był własnymi myślami. - Czy przestał się mnie pan obawiać?

Spojrzałem   na   niego   i   zobaczyłem   jedynie   siwowłosego   mężczyznę   o   bladej   twarzy   i 

spokojnych oczach. Gdyby nie ten szczególny, niemal zachwycający spokój wynikający częściowo 

z żelaznej woli, a częściowo z imponującej sylwetki, Moreau mógłby przejść nie zauważony wśród 

tysiąca   dobrodusznie   wyglądających   starszych   panów.   Potem   wstrząsnął   mną   dreszcz.   W 

odpowiedzi na ostatnie pytanie wyciągnąłem ręce, oddając mu oba rewolwery.

- Proszę je zatrzymać  - machnął ręką, lekko ziewając. Patrzył  na mnie przez chwilę, a 

potem z uśmiechem dodał: - Ma pan za sobą dwa burzliwe dni. Radzę się przespać. Cieszę się, że 

mamy to już za sobą. Dobranoc.

Jeszcze   chwilę   uważnie   mi   się   przyglądał,   a   potem   wyszedł   z   pokoju   wewnętrznymi 

drzwiami. Szybko przekręciłem klucz w drzwiach prowadzących na zewnątrz.

Opadłem na krzesło i długi czas siedziałem w otępieniu, zbyt wyczerpany - emocjonalnie, 

fizycznie i duchowo, by wybiec myślami poza jego ostatnie słowa. Zionący czernią prostokąt okna 

background image

wpatrywał się we mnie jak oko. Zmusiłem się na koniec do zgaszenia lampy i padłem na hamak. 

Niemal natychmiast zasnąłem.

background image

15. Kilka słów o Zwierzoludach

Obudziłem   się   wczesnym   rankiem.   Wyjaśnienie   doktora   Moreau   od   pierwszej   chwili 

miałem jasno w pamięci. Wstałem z hamaka, aby się upewnić, czy zewnętrzne drzwi są zamknięte 

na klucz. Następnie próbowałem potrząsnąć żelazną sztabą w oknie - była dobrze zamocowana. 

Świadomość,   że   człekopodobne   stwory   są   jedynie   żałosną   parodią   ludzi,   budziła   nieokreślone 

obawy, znacznie dotkliwsze niż jakiekolwiek sprecyzowane zagrożenie. Usłyszałem pukanie do 

drzwi   i   gardłowy   głos   M'linga.   Włożyłem   rewolwer   do   kieszeni   i   nie   zdejmując   zeń   ręki 

otworzyłem drzwi.

- Dzień dobry, sejr - powiedział M'ling wnosząc śniadanie, które prócz zwykłych jarzyn 

składało się z niedogotowanego królika. Tuż za nim wszedł Montgomery.  Uśmiechnął się pod 

nosem widząc, iż trzymam rękę w kieszeni.

Puma miała tego dnia odpoczywać po zabiegach; jednakże Moreau, samotnik z upodobania, 

nie pojawił się na wspólnym śniadaniu. Wyciągnąłem Montgomery'ego na rozmowę, chcąc lepiej 

poznać   obyczaje   Zwierze-ludów.   Interesowało   mnie   przede   wszystkim,   w   jaki   sposób   jemu   i 

doktorowi Moreau udaje się zapobiegać napaściom ze strony tych  poczwar, a także krwawym 

rozprawom pomiędzy Zwierzoludami.

Swoje   względne   bezpieczeństwo,   wyjaśnił   Montgomery,   zawdzięczają   umysłowemu 

ograniczeniu tych  stworów. Mimo wzmożonej  inteligencji i stałej groźby nawrotu pierwotnych 

instynktów, w umysłach tych istot tkwią pewne podstawowe pojęcia, wpojone im przez doktora 

Moreau, które całkowicie pętają ich wyobraźnię. Zostały niejako zahipnotyzowane - wiedzą, że 

pewne rzeczy są niemożliwe, a inne niedopuszczalne, gdyż zakazy te zostały wszczepione w ich 

tkankę mózgową w sposób wykluczający możliwość nieposłuszeństwa czy wątpliwości.

Pewne   jednak   sfery,   te   mianowicie,   gdzie   zamiarom   doktora   staje   na   przeszkodzie 

pierwotny   instynkt,   są   znacznie   mniej   ustabilizowane.   Zbiór   reguł   postępowania   nazywanych 

Prawem   -   z   którymi   miałem   już   okazję   się   zapoznać   -   walczy   w   nich   o   lepsze   z   głęboko 

zakorzenionymi, trudnymi do poskromienia instynktami zwierzęcymi. Owo Prawo jest wiecznie 

powtarzane,   jak   odkryłem,   i   stale   łamane.   Obaj   z   Moreau   dokładają   wszelkich   starań,   by 

Zwierzoludy   nie   poznały   smaku   krwi.   Obawiają   się,   iż   tego   rodzaju   doświadczenie   mogłoby 

pociągnąć za sobą nieodwracalne skutki.

Moc  Prawa,  jak powiedział  mi  Montgomery,  wyraźnie   słabnie  po zapadnięciu   zmroku, 

szczególnie  u stworów kołowatych;  ich zwierzęca  natura najsilniej  odzywa się nocą; wówczas 

wstępuje   w   nie   duch   przygody;   zdobywają   się   na   postępki,   o   jakie   za   dnia   nikt   by   ich   nie 

background image

podejrzewał. Temu należy przypisać zachowanie się Człowieka-Lamparta, który skradał się za mną 

pierwszego   wieczora.   Jednakże   w   początkowym   okresie   mego   pobytu   na   wyspie   Zwierzoludy 

łamały Prawo tylko ukradkiem i po zapadnięciu zmroku; w ciągu dnia jego wielorakie zakazy 

otaczała atmosfera poszanowania.

Przy okazji podam pewne ogólne wiadomości dotyczące wyspy oraz Zwierzoludów. Otóż 

mała ta wyspa,  zagubiona w bezmiernym  oceanie, ma nieregularny kształt,  a jej powierzchnia 

wynosi,  jak przypuszczam,  od siedmiu  do ośmiu mil  kwadratowych*.[* Opis ten pod każdym 

względem odpowiada Wyspie Noble'a - C.E.P.] Powstała na skutek wulkanicznego wybuchu i jest 

z trzech stron otoczona rafami. Jedyny ślad sił, które ją niegdyś stworzyły, to gorące źródło oraz 

buchające z północnego cypla fumarole. Czasami wyczuwało się lekkie podziemne wstrząsy, a 

cienką   strużkę  dymu   zastępowały skłębione   opary.  Ale  to  wszystko.   Według  Montgomery'ego 

wyspę   zamieszkiwało   ponad   sześćdziesiąt   dziwolągów   będących   dziełem   doktora   Moreau   nie 

licząc drobniejszych potworków, które nie przypominały ludzi i zaludniały podszycie leśne.

Moreau wyprodukował w sumie prawie sto dwadzieścia stworów, ale część z nich wymarła; 

niektóre zginęły gwałtowną śmiercią, między innymi ów beznogi potwór, o którym opowiadał mi 

Moreau. Odpowiadając na dalsze pytania Montgomery wyjaśnił, iż Zwierzoludy miewają małe, ale 

większość   z   nich   umiera.   Nic   nie   wskazuje   na   to,   by   potomstwo   dziedziczyło   ludzkie   cechy 

wszczepione rodzicom. Jeśli któreś z małych utrzyma się przy życiu, Moreau zabiera je rodzicom i 

nadaje mu ludzką postać. Samice są mniej liczne niż samce i wbrew zalecanej Prawem monogamii 

bywają często potajemnie wykorzystywane.

Nie potrafię opisać dokładnie wyglądu Zwierzoludów - nie mam pamięci do szczegółów i 

niestety, nie umiem rysować. Chyba najbardziej uderzającą cechą tych stworzeń była dysproporcja 

między długością ciała i nóg; nasze poczucie harmonii kształtów jest jednak tak względne, iż z 

czasem oswoiłem się z ich wyglądem do tego stopnia, że moje własne, długie nogi zaczęły mi się 

wydawać czymś nienaturalnym, a nawet niezgrabnym. Następny rys charakterystyczny to sposób 

trzymania głowy z wysuniętą do przodu szczęką i niezgrabna, nieczłowiecza pochyłość pleców. 

Nawet   Małpoludowi   brakowało   owego   sinusoidalnego   wygięcia   pleców,   które   nadaje   ludzkiej 

postaci   tyle   gracji   i   wdzięku.   Większość   Zwierzoludów   miała   niezdarne   krótkie   ramiona,   zaś 

przedramiona zwisały bezradnie po bokach. Na ogół nie były rażąco owłosione - w każdym razie 

do ostatniego okresu mego pobytu na wyspie.

Miały ponadto rażąco zdeformowane twarze i głowy - silnie rozbudowane, wysunięte do 

przodu szczęki, nieforemne uszy, wielkie, wydatne nosy, skudlone albo szczeciniaste włosy oraz 

dziwnie   zabarwione   i   rozmieszczone   oczy.   Oprócz   Małpoluda,   z   którego   gardła   dobywał   się 

czasami   piskliwy   chichot,   żaden   Zwierzolud   nie   umiał   się   śmiać.   Pomijając   wymienione   tu 

background image

własności ogólne, ich twarze i głosy nie były do siebie podobne; każdy stwór zachował cechy 

określonego gatunku - piętno człowieczeństwa  nie przesłoniło, jedynie  zniekształciło  lamparta, 

świnię, wieprza lub inne zwierzę albo zwierzęta, które się nań złożyły. Ich głosy też bardzo się 

różniły.  Wszystkie  Zwierzoludy miały niekształtne  dłonie,  czasami  zadziwiająco ludzkie, ale z 

reguły o mniejszej ilości palców i o nieforemnych paznokciach, niemal całkowicie pozbawione 

czucia.

Dwa Zwierzoludy były najgroźniejsze i najdziksze - wspomniany już Człowiek-Lampart 

oraz stwór powstały z połączenia  hieny i wieprza. Ustępowali  oni wielkością  trzem Ludziom-

Bykom,   których   pierwszego   dnia   widziałem   w   łodzi.   Za   nimi   szedł   Szary   Stwór   zwany 

Odmawiaczem Prawa, M'ling oraz satyropodobny Małpo-Kozioł. Dalej wymienić należy trzech 

Wieprzoludów   i   jedną   Kobietę-Świnie,   Nosorożco-Kobyłę   i   kilka   innych   samic,   których 

pochodzenia nie zdołałem ustalić. Było też kilku Wilkoludów, Byko-Niedźwiedź, oraz Człowiek-

Bernardyn. O Małpoludzie już pisałem. Była też wyjątkowo wstrętna (i cuchnąca) stara samica 

spreparowana z niedźwiedzicy i lisicy, którą od pierwszej chwili znienawidziłem z całej duszy. 

Uchodziła za zagorzałą wyznawczynię Prawa. Do mniejszych stworów należało, między innymi, 

paru nakrapianych niedorostków oraz wspomniany wcześniej różowy Leniwcoludek. Ale dość już 

tego wyliczania.

Początkowo nie umiałem opanować odrazy do tych stworów, zbyt silnie odczuwałem ich 

zwierzęcość, ale stopniowo oswoiłem się z nimi, do czego walnie przyczynił się Montgomery. Żył 

wśród   nich   od   tak   dawna,   że   zaczął   je   traktować   prawie   jak   normalnych   ludzi   -   londyńska 

przeszłość   stała   się  jedynie  pięknym,  nieosiągalnym   wspomnieniem.  Mniej   więcej   raz  w   roku 

odbywał  podróż do Ariki, gdzie załatwiał interesy z tamtejszym  agentem Moreau, handlarzem 

zwierząt. Ludzie, jakich spotykał w tej nadmorskiej wiosce hiszpańskich mieszańców, na pewno 

nie należeli do najwspanialszych okazów człowieczeństwa. Przyznał mi się kiedyś, że marynarze 

na statku wydawali mu się początkowo tak samo dziwaczni jak Zwierzoludy mnie - raziły go ich 

nienaturalnie długie nogi. płaskie twarze i wypukłe czoła, ich podejrzliwość, złośliwość i oschłość. 

W gruncie rzeczy nie lubił ludzi. Mnie polubił chyba dlatego, że zawdzięczałem mu życie.

Podejrzewałem   go   nawet,   iż   potajemnie   darzy   niektóre   Zwierzoludy   czułą   sympatią   i 

złośliwie popiera niektóre ich narowy, ale na początku starannie to przede mną ukrywał.

Jego   pomocnik,   czarnoskóry   M'ling,   pierwszy   Zwierzolud,   z   jakim   się   zetknąłem,   nie 

mieszkał ze swymi pobratymcami na drugim końcu wyspy, lecz w niewielkiej przybudówce na 

tyłach zagrody. Chociaż inteligencją nie dorównywał Małpoludowi, był za to od niego znacznie 

potulniejszy i z wszystkich Zwierzoludów najpodobniejszy do człowieka, a Montgomery nauczył 

go gotować i wykonywać wszystkie niezbędne posługi domowe. To skomplikowane osiągnięcie 

background image

strasznej sztuki doktora Moreau, niedźwiedź “spokrewniony” z psem i wołem, okazał się zarazem 

jego   najstaranniej   wykończonym   we   wszystkich   szczegółach   dziełem.   M'ling   był   niezmiernie 

oddany   swemu   panu,   którego   darzył   osobliwą   czułością;   Montgomery   poświęcał   mu   niekiedy 

trochę uwagi, głaskał i poklepywał, nadając kpiąco żartobliwe przezwiska, co stwór przyjmował z 

oznakami najwyższego zadowolenia; kiedy indziej, zwłaszcza po wypiciu większej ilości whisky, 

maltretował go, bił, kopał, rzucał weń kamieniami,  a nawet płonącymi  zapałkami. Ale M'ling, 

niezależnie od humoru swego pana, najchętniej nie odstępowałby go na krok.

  Jak już mówiłem, oswoiłem się ze Zwierzoludami i wszystko, co z początku uważałem za 

nienaturalne   i   odrażające,   stało   się   dla   mnie   naturalne   i   normalne.   Sądzę,   iż   naszą   wizję 

rzeczywistości kształtują głównie przeciętne cechy otoczenia: Montgomery i Moreau byli ludźmi o 

zbyt wyrazistych indywidualnościach, by obcowanie z nimi pozwoliło zachować w pamięci żywy 

obraz człowieka w ogóle. Obserwując niezdarnego Człowieka-Byka mozolnie przedzierającego się 

przez zarośla, łapałem się czasami na tym, że nie potrafię sobie uświadomić różnicy między nim a 

znużonym   parobkiem,   który   ociężałym   krokiem   wraca   z   pola   do   domu;   albo   natknąwszy   się 

przypadkiem na Niedźwiedzio-Lisicę o chytrej, fałszywej twarzy noszącej dziwnie ludzki wyraz 

podstępnej przebiegłości, odnosiłem wrażenie, iż spotkałem ją już kiedyś w ciemnych zaułkach 

jakiegoś dużego miasta.

Jednakże   od   czasu   do   czasu   porażała   mnie   nagle   czysta,   naga   zwierzęcość.   Szpetny 

mężczyzna, przypominający z pozoru siedzącego w kucki przed szałasem dzikusa, przeciągał się i 

w raptownym ziewnięciu obnażał tnące jak nożyczki siekacze i szablowate kły - ostre i błyszczące 

niby sztylety. Kiedy indziej, spotkawszy na wąskiej ścieżce gibką, otuloną w białe szmatki istotę 

odmiennej   płci,   w   przypływie   śmiałości   zaglądałem   jej   w   oczy,   by   nagle   (z   dreszczem 

obrzydzenia) ujrzeć przed sobą wąskie, kocie źrenice albo opuściwszy wzrok dostrzec wystający 

zakręcony ogonek, którym przytrzymywała otulającą ją tkaninę. Przy okazji dodam, iż z jakichś nie 

wyjaśnionych powodów w pierwszym okresie mojego pobytu na wyspie owe poczwarne istoty - 

mam   na   myśli   samice   -   instynktownie   wyczuwały   swoją   odrażającą   szpetotę   i   przejawiały 

niespotykaną nawet u prawdziwych kobiet dbałość o przyzwoite i obyczajne odzienie.

background image

16. O tym, jak Zwierzoludy pokosztowały krwi

Widzę jednak, iż brak pisarskiego doświadczenia daje o sobie znać i zaczynam gubić wątek. 

Otóż po wspólnym śniadaniu wybraliśmy się z Montgomerym na drugi koniec wyspy, aby obejrzeć 

fumarole i gorące źródło, w którym poprzedniego dnia poparzyłem nogi. Zabraliśmy z sobą baty i 

naładowane   rewolwery.   Idąc   w   tamtą   stronę,   wśród   zielonej   dżungli   usłyszeliśmy   nagle   pisk 

królika.   Stanęliśmy   nasłuchując,   ale   ponieważ   dźwięk   nie   powtórzył   się,   ruszyliśmy   dalej   i 

incydent szybko wyleciał nam z pamięci. Montgomery zwrócił mi uwagę na niewielkie, uwijające 

się w zaroślach zwierzątka o długich tylnych łapkach. Powstały, jak mi powiedział, z potomstwa 

Zwierzoludów, i Moreau sam je wymyślił. Sądził, iż nadadzą się na mięso, ale objawiły króliczy 

zwyczaj   pożerania   małych,   który   pokrzyżował   jego   plany.   Spotkałem   już   uprzednio   kilka 

podobnych stworzeń - po raz pierwszy owego wieczoru, gdy w świetle księżyca uciekałem przed 

Człowiekiem-Lampartem,  a  po  raz   wtóry  wczoraj,  kiedy  ścigał  mnie   Moreau.  Jedno  z  owych 

stworzeń, umykając nam spod nóg, wpadło przypadkiem do jamy pod korzeniami powalonego 

przez wiatr drzewa. Schwytaliśmy je, nim zdołało wyskoczyć. Parskało jak kot, kopiąc i drapiąc 

energicznie   tylnymi   łapkami,   a   nawet   próbowało   gryźć,   ale   drobne   ząbki   szczypały   tylko   nie 

zadając bólu. Małe zwierzątko wydało mi się nad wyraz wdzięczne, a gdy Montgomery powiedział, 

iż nie niszczy trawy kopaniem nor i jest bardzo czyste, pomyślałem sobie, że w prywatnym parku 

mogłoby znakomicie zastąpić zwykłego królika.

Minęliśmy też drzewo o pooranym pniu i zdartej w wielu miejscach korze. Montgomery 

wskazał je mówiąc: - “Nie będziesz obdzierał kory z drzew; tak każe Prawo”. Dużo one robią sobie 

z Prawa, zwłaszcza niektóre!

Chyba zaraz potem spotkaliśmy Satyra z Małpoludem. Satyr był niewątpliwie pamiątką 

klasycznego   wykształcenia   doktora   Moreau;   miał   koźlą   twarz   o   nieco   hebrajskim   typie,   tylko 

bardziej prostacką, gruby, beczący głos i diabelskie kopytka. Mijając nas ogryzał jakiś strączkowy 

owoc. Obaj pozdrowili Montgomery'ego.

       - Witamy - rzekli. - Witamy Drugiego-z-Batem.

- Teraz jest jeszcze trzeci z batem - odparł Montgomery. - Więc lepiej uważajcie!

- To on nie jest zrobiony? - spytał Małpolud.

- Mnie powiedział, że jest zrobiony. 

Satyr ciekawie mi się przypatrywał.

- Trzeci-z-Batem, ten który chodzi w morze i płacze, ma długą bladą twarz.

- Oraz. długi ostry bicz - odparł Montgomery.

background image

- Wczoraj płakał i krwawił - zauważył Satyr.

- Ty nie płaczesz i nie krwawisz. Nasz Pan nie płacze i nie krwawi.

- Do kroćset diabłów! - zaklął Montgomery.

- Lepiej uważaj, żebyś sam nie zaczął płakać i krwawić.

- On ma pięć palców, on ma pięć palców tak samo jak ja - oświadczył Małpolud.

- Chodźmy, Prendick - rzekł Montgomery biorąc mnie za ramię. Poszliśmy dalej swoją 

drogą.

Satyr i Małpolud stali jeszcze spoglądając za nami i wymieniając uwagi.

- On nic nie mówi - zauważył Satyr. - Ludzie mówią.

- Wczoraj prosił mnie o jedzenie - odparł Małpolud. - Nie wiedział, skąd wziąć jedzenie. - 

Potem powiedział coś, czego nie dosłyszałem, a Satyr zachichotał.

Na zabitego królika trafiliśmy w powrotnej drodze. Okrwawiony, rozszarpany na strzępy 

trup zwierzątka miał ogryzione do białości żebra i zmiażdżony kręgosłup.

Montgomery stanął jak wryty.

-   Boże   Święty!   -   wykrzyknął   pochylając   się,   by   podnieść   kawałek   zdruzgotanego 

kręgosłupa, i uważnie go obejrzał. - Boże Święty! - powtórzył. - Co to może znaczyć?

-   Któremuś   z   waszych   drapieżników   przypomniały   się   dawne   czasy   -   zauważyłem   po 

chwili. - Kręgosłup jest przegryziony.

Montgomery patrzył nieruchomo z pobladłą twarzą, wykrzywiając wargi.

- To mi się nie podoba - powiedział wolno.

- Pierwszego dnia natknąłem się na coś podobnego - rzekłem.

- Do kroćset! Co widziałeś?

- Królika z ukręconą głową.

- W dniu przyjazdu?

- Tak. W zaroślach, na tyłach zabudowań, kiedy po południu wyszedłem z domu. Głowa 

była całkowicie oderwana.

Gwizdnął przeciągle.

-   A   w   dodatku   domyślam   się,   kim   może   być   winowajca.   Jest   to   oczywiście   tylko 

przypuszczenie. Zanim natknąłem się na królika, widziałem, jak jeden z waszych stworów pił wodę 

ze strumienia.

- Chłepcząc?

- Tak.

-  “Nie  będziesz   chłeptał   wody;   tak  każe   Prawo”.  Niewiele   robią  sobie   z  Prawa,  kiedy 

Moreau nie ma w pobliżu.

background image

- To był ten sam, który się za mną skradał.

- Oczywiście - przytaknął Montgomery. - Mięsożerne zwierzęta zawsze tak postępują. Po 

upolowaniu zwierzęcia idą pić wodę. To ze względu na smak krwi, rozumie pan. Jak wyglądał? - 

zapytał   żywo.   -   Czy   poznałby   go   pan?   -   Stanąwszy   okrakiem   nad   zwłokami   królika,   błądził 

wzrokiem po otaczającej nas masie zieleni, pełnej zasadzek i kryjówek. - Smak krwi - powtórzył.

Wyciągnął rewolwer, sprawdził, czy jest naładowany, i z powrotem włożył do kieszeni. 

Zaczął miętosić w palcach swą obwisłą dolną wargę.

- Myślę, że potrafiłbym rozpoznać tego stwora. Ogłuszyłem go. Powinien mieć na czole 

sporego guza.

- Ale musimy udowodnić, że to on zabił królika - powiedział Montgomery. - Bodaj bym 

nigdy ich tutaj nie przywoził.

Chciałem  iść  dalej,  ale  on  nadal  stał   zamyślony   nad  zmasakrowanym   królikiem,  jakby 

chciał   rozwiązać   jakąś   zagadkę.   Odszedłem   więc   parę   kroków,   by   nie   widzieć   szczątków 

zwierzaka.

- Chodźmy już! - rzekłem.

Ocknął się po chwili i ruszyliśmy w powrotną drogę.

- Widzi pan - mówił ściszając głos niemal do szeptu - one mają żyć w przeświadczeniu, że 

pożeranie tego, co się porusza, jest zakazane. Jeśli któryś z nich przypadkiem poznał smak krwi...

Czas jakiś szliśmy w milczeniu.

- Zastanawiam się, jak do tego doszło... - rzekł do siebie. - Zrobiłem onegdaj głupstwo - 

ciągnął. - Mój służący... Pokazałem mu, jak oprawiać i gotować królika. To dziwne... Zauważyłem, 

że oblizywał palce... Nigdy bym nie pomyślał. - I po chwili: - Trzeba temu położyć kres. Muszę 

zawiadomić Moreau.

Przez całą drogę do domu nie był w stanie myśleć o niczym innym.

Moreau przejął się sprawą jeszcze bardziej niż Montgomery, a nie muszę dodawać, że i 

mnie udzieliła się ich widoczna konsternacja.

- Trzeba im dać nauczkę - oświadczył Moreau. - Winowajcą jest bez wątpienia Człowiek-

Lampart. Ale jak mu to udowodnić? Lepiej by było, gdybyś zapanował nad swoim upodobaniem 

do mięsnych  potraw  - zwrócił  się do Montgomery'ego  - i nie wprowadzał tych  ekscytujących 

nowinek. Możemy się teraz znaleźć w kłopotliwym położeniu.

- Wiem, postąpiłem jak dureń - przyznał Montgomery. - Ale już się stało. Pamiętaj zresztą, 

że sam pozwoliłeś je przywieźć.

- Trzeba natychmiast przystąpić do rzeczy - oświadczył  Moreau. - Mam nadzieję, że o 

M'linga można się w razie czego nie obawiać?

background image

- Nie jestem tego taki całkiem pewien - odparł Montgomery. - A sądziłem, że znam go na 

wylot.

Tego samego popołudnia Moreau, Montgomery, ja i M'ling wyruszyliśmy na drugi koniec 

wyspy, do kotliny, w której mieściła się osada Zwierzoludów. Wszyscy trzej byliśmy uzbrojeni. 

M'ling   niósł   niewielki   toporek,   który  służył   mu   do   rąbania   drewna,   oraz   kilka   zwojów   drutu. 

Moreau przewiesił przez ramię ogromny pastuszy róg.

- Zobaczy pan zgromadzenie Zwierzoludów - powiedział do mnie Montgomery. - Widok 

wart obejrzenia. - Moreau przez całą drogę ani razu nie otworzył ust, a na jego mocnej, okolonej 

siwym włosem twarzy malował się wyraz stanowczości i zdecydowania.

Minąwszy jar, którym płynął parujący strumień gorącej wody, krętą ścieżką biegnącą przez 

gęste trzciny wydostaliśmy się wreszcie na otwartą przestrzeń ziemi pokrytej grubą warstwą żółtej i 

sypkiej substancji, jak przypuszczam siarki. Znad zielonej skarpy połyskiwało morze. Doszedłszy 

do płytkiego naturalnego amfiteatru zatrzymaliśmy się. Moreau zadął w róg, przerywając senną 

ciszę   tropikalnego   popołudnia.   Musiał   mieć   potężne   płuca.   Donośny   dźwięk   rogu   narastał 

stopniowo, aż zmienił się w ogłuszający grzmot. - Uh! - odetchnął Moreau, pozwalając opaść 

zawieszonemu na ramieniu instrumentowi.

Niemal   natychmiast   w   żółtych   trzcinach   usłyszeliśmy   trzask,   a   w   zielonej   podmokłej 

dżungli, przez którą przedzierałem się poprzedniego dnia, rozległ się zgiełk głosów. Niebawem w 

kilku   punktach   na   skraju   siarkowej   polany   pojawiły   się   groteskowe   sylwetki   Zwierzoludów 

spieszących w naszą stronę. Mimo woli ogarnął mnie paniczny strach, kiedy spostrzegłem pierwsze 

stwory   wyskakujące   spomiędzy   drzew   i   trzcin   i   człapiące   po   gorącym   piasku.   Ale   ponieważ 

Moreau i Montgomery zachowywali względny spokój, więc i ja, rad nie rad, wytrwałem u ich 

boku. Pierwszy pojawił się Satyr i choć jego kopytka wznosiły kurz, a ciało rzucało cień, bardziej 

przypominał   zjawę   niż   realną   istotę;   po   nim   wyłonił   się   z   zarośli   żując   trawę   monstrualny 

gburowaty Konio-Nosorożec; za nim biegła Kobieta-Świnia i dwie Kobiety-Wilki, wiedźmowata, 

czarnooka   Niedźwiedzio-Lisica   o   purpurowej   z   wysiłku   spiczastej   twarzy,   oraz   wiele   innych 

Zwierzoludów,   a   wszystkie   podążały   w   największym   pośpiechu.   Zbliżały   się   w   czołobitnych 

ukłonach śpiewając - każde sobie - różne inwokacje z drugiej części Prawa: - “On jest Tym, który 

zadaje ból, On jest Tym, który koi i leczy” - i tak dalej.

Zatrzymywały się w odległości może trzydziestu jardów od nas, po czym padały na kolana i 

schylając twarze posypywały sobie piaskiem głowy. Proszę sobie łaskawie wyobrazić podobne 

widowisko. Pośrodku żółtej polany stoi w oślepiającym słońcu trzech mężczyzn w granatowych 

ubraniach,   mając   u boku  pokracznego  ciemnoskórego   dziwoląga,  a  dokoła  nich  leżą   plackiem 

wymachując rękami najrozmaitsze poczwary - od takich, które, pomijając drobne gesty i miny, 

background image

prawie   przypominają   ludzi,   poprzez   różne   kalekie   stworzenia,   aż   po   zdeformowane   potwory 

niczym z koszmarnych snów. Dalej zaś z jednej strony rozciągał się gąszcz trzcin, z drugiej - 

palmowy gaj oddzielający nas od szałasów w kotlinie, na północnym  zaś widnokręgu migotał 

przestwór Pacyfiku.

- Sześćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt trzy - liczył Montgomery.

- Brakuje czterech.

- Nie widzę Człowieka-Lamparta - rzekłem. 

Moreau zadął ponownie w wielki róg, na co wszystkie Zwierzoludy znów przypadły do 

ziemi wijąc się w kurzu. Po chwili z gąszczu trzcin wyłonił się Człowiek-Lampart i skradając się 

chyłkiem za plecami Moreau próbował dołączyć do wzniecającego pył kręgu. Zauważyłem, że ma 

skaleczone czoło. Ostatni przyszedł mały Małpolud. Zgrzane i zmęczone tarzaniem się po ziemi 

stwory obrzuciły go nienawistnymi spojrzeniami.

- Dosyć - rozkazał Moreau donośnym, zdecydowanym głosem, a Zwierzoludy przysiadły na 

zadach, odpoczywając po bałwochwalczym wysiłku.

- Gdzie jest Odmawiacz Prawa? - spytał Moreau, na co szary stwór pokłonił się do ziemi.

- Powtarzaj przykazania - rozkazał Moreau i całe zgromadzenie, kołysząc się na boki i 

wzbijając siarkowy kurz raz prawą, raz lewą ręką, zaczęło raz jeszcze odmawiać litanię.

Kiedy doszły do słów “Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby, tak każe Prawo”, Moreau 

podniósł w górę białą wąską dłoń.

- Dosyć! - krzyknął i natychmiast zapadła cisza jak makiem siał.

Myślę, że wszystkie czekały ze strachem na dalszy ciąg, wiedząc dobrze, na co się zanosi. 

Rozejrzałem   się   po   dziwacznych   twarzach.   Widząc   ich   spłoszone   pozy   i   czający   się   w 

błyszczących  oczach lęk zdziwiłem  się, iż mogłem kiedykolwiek  uważać te stwory za ludzkie 

istoty.

- Prawo zostało złamane - ozwał się Moreau.

- Nikt nie ujdzie kary - odparł Srebrnowłosy Stwór bez twarzy.

- Nikt nie ujdzie kary - zawtórował krąg klęczących Zwierzoludów.

-   Kto   to   zrobił?   -   huknął   Moreau   i   trzasnąwszy   z   bata   powiódł   wzrokiem   po 

zgromadzonych.   Wydawało   mi   się,   że   Hieno-Wieprz   ma   niewyraźną   minę;   podobne 

zaniepokojenie zdradzał Człowiek-Lampart. Gdy Moreau skierował na niego wzrok, stwór skulił 

się cały na wspomnienie  przebytych  męczarni.  Moreau donośnym  głosem powtórzył:  - Kto to 

zrobił?

- Źle czyni ten, kto łamie Prawo - zaintonował Odmawiacz Prawa.

Moreau wpatrywał się w Człowieka-Lamparta, jakby chciał mu zajrzeć w głąb duszy.

background image

- Kto łamie Prawo... - zaczął Moreau spuszczając nieszczęśnika z oczu i zwracając się w 

naszą stronę. Miałem wrażenie, że w jego głosie wyczuwam lekką nutę tryumfu.

- Ten wraca do Domu Cierpienia - zakrzyknął tłum. - Wraca do Domu Cierpienia, Panie 

nasz i Władco!

-  Wraca  do  Domu  Cierpienia...  do  Domu  Cierpienia   -  paplał   Małpolud,   jakby ta   myśl 

sprawiała mu szczególną przyjemność.

- Czy słyszysz? - rzekł Moreau zwracając się znowu do winowajcy... - Hej... ty!

Albowiem   uwolniony   od   jego   spojrzenia   Człowiek-Lampart   podniósł   się   tymczasem   z 

kolan   i   obnażywszy   potężne   kły   drapieżnika,   z   płonącymi   ślepiami   skoczył   na   swego 

prześladowcę. Jestem przekonany,  że tylko obłąkańczy,  nieopanowany strach mógł go do tego 

skłonić. Cały sześćdziesięciokilkuosobowy krąg potworów porwał się na nogi i zaroił wokół nas. 

Wyciągnąłem   rewolwer.   Nastąpiło   zderzenie.  Zobaczyłem,  że   Moreau   zatacza   się  do  tyłu   pod 

ciosem   Człowieka-Lamparta.   Zewsząd   słychać   było   dzikie   wrzaski   i   ryki.   Wszyscy   biegali 

gorączkowo. Przez chwilę sądziłem, że wybuchł ogólny bunt.

Mignął mi przed oczami rozwścieczony pysk Człowieka-Lamparta i twarz rzucającego się 

za nim w pościg M'linga. Żółte ślepia Hieno-Wieprza błyszczały podnieceniem; wydawało się, że 

ma ochotę mnie zaatakować. Wyzierający zza jego pochyłych pleców Satyr również mierzył mnie 

łakomym wzrokiem. Wrzawę przeciął suchy trzask pistoletu Moreau i zobaczyłem różową smużkę 

ognia. Wszystkie twarze odwróciły się w kierunku strzału, jakby przyciągnięte jego magnetyczną 

siłą. W następnej sekundzie biegłem wśród oszalałego, wrzeszczącego tłumu, ścigając uciekającego 

Człowieka-Lamparta.

To wszystko, co potrafię powiedzieć z całą pewnością. Widziałem, jak Człowiek-Lampart 

atakuje doktora Moreau, potem wszystko  zawirowało, a w następnej chwili pędziłem co sił w 

nogach.

M'ling biegł na przedzie, tuż za uciekinierem. Za nim z wywieszonymi językami sadziły 

Kobiety-Wilczyce,   a   dalej   pokrzykujący   z   podniecenia   Ludzie-Wieprze   i   dwaj   biało   odziani 

Bykoludzie. Nieco bardziej w tyle, otoczony ciżbą Zwierzoludów, sunął Moreau z rewolwerem w 

dłoni; zgubił swój biały słomkowy kapelusz i siwe włosy rozwiewały mu się na wszystkie strony. 

Równo ze mną biegł Hieno-Wieprz rzucając mi z boku kocimi ślepiami ukradkowe spojrzenia, a z 

tyłu dolatywał tupot nóg i wrzaski pozostałych stworów.

Człowiek-Lampart torował sobie drogę wśród gąszczu trzcin, których odgięte łodygi siekły 

po   twarzy   pędzącego   za   nim   M'linga.   Zanim   reszta   pościgu   dopadła   zarośli,   ścieżka   była   już 

przetarta.   Przebiegłszy   mniej   więcej   ćwierćmilowy   odcinek   trzcin,   zanurzyliśmy   się   w   gęste 

chaszcze, które niezmiernie opóźniały pościg, choć szliśmy zwartą grupą - paprocie smagały nam 

background image

twarze, śliskie liany owijały się wokół szyi i pętały nogi, kolczaste rośliny rozdzierały ubranie i 

skórę.

- Od początku biegł na czterech łapach - wysapał Moreau, który pędził teraz tuż przede 

mną.

-   Nikt   nie   ujdzie   kary   -   zachichotał   pod   nosem   rozradowany   polowaniem   Wilko-

Niedźwiedź.

Wypadłszy znowu na otwartą skalistą przestrzeń, ujrzeliśmy przed sobą ściganego zwierza, 

który biegł lekko na czworakach, od czasu do czasu gniewnie na nas parskając przez ramię. Ludzie-

Wilki zawyli z uciechy. Stwór był nadal ubrany i z daleka jego twarz wciąż wydawała się ludzka, 

ale postawa i ruchy, w szczególności wyginający się w biegu grzbiet, upodobniły go całkowicie do 

umykającego drapieżnego kota. Przeskoczywszy kępę kolczastych, żółto kwitnących krzaków znikł 

nam z oczu. M'ling przebył połowę odkrytej przestrzeni.

Duża część  ścigających  straciła  tymczasem  pierwszy rozpęd i biegliśmy  teraz  równym, 

wydłużonym   krokiem.   Pokonując   odkrytą   przestrzeń   zauważyłem,   że   kolumna   ścigających 

rozsypuje   się   w   długi   szereg.   Ale   Hieno-Wieprz   nadal   biegł   obok   mnie   zerkając   spod   oka   i 

krzywiąc mordę w warkliwym chichocie.

Człowiek-Lampart dotarł do krawędzi skał i widząc, że biegnie w kierunku wystającego w 

morze cypla, na którym dopadł mnie owego pamiętnego wieczora, skręcił w bok w zarośla. Ale 

Montgomery zauważył manewr i zabiegł stworowi drogę.

Tak oto, dysząc i potykając się o kamienie, drapany przez ciernie, smagany przez trzciny i 

paprocie,   pomagałem   ścigać   Człowieka-Lamparta,   który   złamał   Prawo,   a   obok   mnie   biegł 

chichocząc dziko Hieno-Wieprz. Huczało mi w głowie, nogi odmawiały posłuszeństwa, serce o 

mało nie wyskoczyło z piersi, ale choć ledwo żywy ze zmęczenia, nie śmiałem odłączyć się od 

nagonki lękając się, że zostanę sam na sam z tym potwornym  towarzyszem.  Mimo strasznego 

wyczerpania, mimo duszącego upału tropikalnego popołudnia zmuszałem nogi do dalszego biegu.

Nareszcie szaleńcze tempo pościgu nieco osłabło. Zapędziliśmy nieszczęsne zwierzę w kąt 

wyspy. Moreau, trzymając bicz w ręku, rozstawił nas w luźnym szyku i pokrzykujące do siebie 

Zwierzoludy zaczęły z wolna posuwać się naprzód, zacieśniając krąg wokół ofiary.  Człowiek-

Lampart przyczaił się bezgłośnie w tych samych zaroślach, którymi uciekałem przed nim tamtej 

nocy.

- Ostrożnie! - zawołał Moreau. - Ostrożnie! 

Ramiona kordonu zeszły się po drugiej stronie zarośli, zamykając zwierza w pułapce.

-   Uważajcie,   żeby   się   nie   wymknął!   -   usłyszałem   po   drugiej   stronie   zagajnika   głos 

Montgomery'ego.

background image

Znajdowałem się na szczycie zbocza, powyżej zarośli. Montgomery i Moreau szli z dołu, od 

strony plaży. Torowaliśmy sobie powoli drogę przez splątaną sieć gałęzi i lian. Ścigane zwierzę 

milczało.

-   Z   powrotem   do   Domu   Cierpienia,   do   Domu   Cierpienia,   do   Domu   Cierpienia   -   o 

dwadzieścia kroków na prawo ode mnie zachłystywał się Małpolud.

Słysząc   te   słowa   momentalnie   wybaczyłem   biedakowi   wszystkie   lęki,   o   jakie   mnie 

przyprawił.

Po prawej stronie, w odległości może dwudziestu kroków, słyszałem szum rozsuwanych 

gałęzi i ciężkie stąpania Konio-Nosorożca. Nagle w niewielkiej szparze między listowiem, w cieniu 

bujnej   roślinności   ujrzałem   ściganą   istotę.   Siedziała   przycupnięta   starając   się   zajmować   jak 

najmniej miejsca i zielonymi, świecącymi ślepiami zerkała na mnie przez ramię.

Posądzicie   mnie   może   o   dziwny   brak   konsekwencji,   ale   -   choć   nie   potrafię   tego 

wytłumaczyć - na widok przyczajonego w czysto zwierzęcej postawie stwora o zniekształconej 

strachem   półludzkiej   twarzy   i   świecących   ślepiach   zdałem   sobie   na   nowo   sprawę   z   jego 

człowieczeństwa. Lada chwila wytropi go reszta nagonki; zostanie obezwładniony, uwięziony i 

wydany   na   ponowne   męki   w   domu   za   kamiennym   murem.   Szybko   sięgnąłem   po   rewolwer, 

wycelowałem między porażone lękiem oczy i nacisnąłem cyngiel.

Ledwo zdążyłem to uczynić, a już Hieno-Wieprz spostrzegł ofiarę i skoczył na nią z dzikim 

wrzaskiem,   zatapiając   kły   w   jej   karku.   Wokół   nas   zielone   ściany   zarośli   chwiały   się   i 

rozbrzmiewały tupotem kroków. Wyłoniła się jedna twarz, potem druga.

- Nie zabijaj go, Prendick! - krzyczał Moreau. - Nie zabijaj go! - Zobaczyłem, jak nurkuje 

między liśćmi wysokich paproci.

Paroma   strzałami   z   bata   odpędził   Hieno-Wieprza   i   teraz   obaj   z   Montgomerym   nie 

dopuszczali podnieconych, drapieżnych Zwierzoludów, w szczególności M'linga, do drgających 

jeszcze   zwłok.   Włochaty   Siwy   Stwór   wsuwał   mi   pod   pachę   węszący   nos.   Rozgorączkowane 

zwierzęta odpychały mnie, by lepiej widzieć.

- Niechże cię diabli porwą, Prendick! - rzekł Moreau. - On mi był potrzebny.

-   Przepraszam   -   odparłem   nie   czując   najmniejszego   żalu.   -   Zrobiłem   to   w   pierwszym 

odruchu.

Ze zmęczenia i emocji zaczęło mnie mdlić. Odwróciłem się i torując sobie drogę wśród 

napierających   Zwierzoludów,   wyszedłem   sam   na   szczyt   cypla.   Słyszałem,   jak   Moreau   wydaje 

głośne rozkazy, i trzej opatuleni Bykoludzie powlekli ofiarę w dół, do morza.

Mogłem   teraz   bez   obaw   pozostać   sam.   Zwierzoludy   objawiały   bardzo   ludzkie 

zainteresowanie zwłokami - zbite w gęstą ciżbę, prychając i pomrukując posuwały się za niosącymi 

background image

trupa.   Stojąc   na   końcu   cypla   obserwowałem   ciemniejące   na   tle   wieczornego   nieba   sylwetki 

Bykoludzi,   którzy   wlekli   ku   morzu   bezwładne   ciało   i   wtedy   do   mej   świadomości   wdarło   się 

porażające doznanie bezsensu dziejących się na wyspie rzeczy.

Poniżej   mnie,   wśród   skał   na   plaży   stali   Małpolud,   Hieno-Wieprz   i   jeszcze   kilku 

Zwierzoludów   skupionych   wokół   Montgomery'ego   i   Moreau.   Wszyscy   byli   nadal   niezwykle 

podekscytowani   i   głośno   dawali   wyraz   swojej   wierności   Prawu.   Byłem   jednak   głęboko 

przeświadczony, że Hieno-Wieprz musiał mieć coś wspólnego z zamordowaniem królika. Przyszła 

mi do głowy dziwaczna myśl, iż mimo całego prostactwa i niezdarności tych istot mam oto przed 

sobą miniaturową, sprowadzoną do najprostszych form wizję ludzkiego losu - pełną gamę skutków 

wzajemnego oddziaływania sił instynktu, rozumu i przypadku. Jedyna różnica polegała na tym, że 

w tym szczególnym wypadku ofiarą padł Człowiek-Lampart.

Biedne   zwierzęta!   Dopiero   teraz   zaczynałem   pojmować   całkiem   dla   mnie   nowy,   a   w 

rzeczywistości najnikczemniejszy aspekt okrutnej działalności doktora Moreau. Nie zastanawiałem 

się do tej pory, na jakie cierpienia i niewygody narażone są te stwory po wydostaniu się z jego rąk. 

Myślałem jedynie ze zgrozą o strasznych męczarniach zadawanych w domu za murem. Teraz ta 

sprawa zeszła jakby na dalszy plan. Dawniej były zwierzętami, które dzięki dostosowanym do 

otoczenia   instynktom   pędziły   w   miarę   szczęśliwy,   zwierzęcy   żywot.   Teraz   zaś   potykały   się 

nieporadnie w okowach człowieczeństwa, żyły w ciągłym lęku, pod grozą praw, których nie mogły 

pojąć;   ich   nibyludzka   egzystencja   poczęta   w   męce   była   jedną   nieustającą   walką   wewnętrzną, 

pasmem wiecznej obawy przed doktorem Moreau - i po co? Właśnie owa bezcelowość ich udręki 

poruszała mnie najbardziej.

Gdyby doktorowi Moreau przyświecał jakiś racjonalny cel, być może zdobyłbym się wobec 

niego na odrobinę wyrozumiałości. Nie jestem aż tak przeczulony na punkcie zadawania bólu. 

Gdyby powodowała nim nienawiść, nawet wówczas mógłbym mu choć w części wybaczyć. Ale 

był tak nieodpowiedzialny, tak całkowicie beztroski. Jego ciekawość, jego obłąkane, bezcelowe 

dociekania pchały go coraz dalej i dalej, a swoje ofiary puszczał samopas, by cierpiały, błądziły, 

walczyły ze sobą i na koniec umierały w męce. Były wewnętrznie skazane na niedolę - pierwotna, 

zwierzęca agresja podpowiadała im wzajemne nienawiści, ale Prawo nie pozwalało wyładować 

naturalnych animozji w krótkiej, zażartej walce.

W tamtym okresie mój dawny lęk przed Zwierzoludami ustąpił miejsca osobistej niechęci 

do doktora Moreau.

Popadłem w chorobliwy stan głębokiego, przewlekłego zobojętnienia, który pozostawił w 

mej psychice nigdy nie zabliźnione rany. Obraz pogrążonej w bolesnym chaosie wyspy odebrał mi 

wiarę w rozumny porządek świata.

background image

Oto   bowiem   wydało   mi   się,   iż   nieograniczony   bezlitosny   mechanizm   ślepego   losu 

przykrawa i formuje wedle swej woli materię egzystencji, a zarówno ja, jak Moreau przez swą 

badawczą   pasję,   Montgomery   przez   pociąg   do   alkoholu   i   Zwierzoludy   -   z   ich   instynktami   i 

umysłowymi   ograniczeniami   -   szarpiemy   się   wszyscy   wśród   niepojętych   zawiłości   jego   nie 

ustających w biegu kół, które bezwzględnie, nieuchronnie łamią nas i miażdżą. Ale to nastawienie 

nie pojawiło się od razu... Myślę, iż pisząc o tym w tej chwili, zanadto wybiegam w przyszłość.

background image

17. Katastrofa

Po  upływie   zaledwie  sześciu  tygodni   haniebne  eksperymenty   Moreau  budziły  we mnie 

tylko niechęć i odrazę. Żyłem jedną myślą - uciec od żałosnych parodii mojego Stwórcy i znaleźć 

się z powrotem w miłym i normalnym ludzkim świecie. Pobratymcy, z którymi rozdzielił mnie los, 

stawali   się   w   mej   wyobraźni   uosobieniem   idyllicznych   cnót   i   piękna.   Kiełkująca   przyjaźń   z 

Montgomerym nie rozwinęła się. Zniechęciło mnie do niego jego długotrwałe oderwanie od ludzi, 

skrywana   skłonność   do   alkoholu   i   nie   ukrywana   sympatia   do   Zwierzoludów.   Kilkakrotnie   ich 

odwiedzał, ale beze. mnie. Wszelkimi sposobami starałem się ich unikać.

Coraz   więcej   czasu   spędzałem   na   plaży,   wypatrując   na   próżno   zbawczego   żagla,   aż 

pewnego   dnia   doszło   do   straszliwej   katastrofy,   która   kazała   mi   spojrzeć   na   moje   dziwaczne 

otoczenie w całkiem nowy sposób.

Nieszczęście   wydarzyło   się   w   siedem   czy   osiem   tygodni   od   mego   przyjazdu,   a   może 

później; nie wydaje mi się, bym śledził dokładnie upływ czasu. Nastąpiło wczesnym rankiem - 

chyba   około   szóstej.   Wstałem   wcześnie,   zbudzony   hałasem,   jaki   wywołały   trzy   Zwierzoludy 

wnoszące drewno do zagrody.  Po śniadaniu wyszedłem na dwór i paląc papierosa stanąłem w 

otwartej bramie zagrody, rozkoszując się świeżością poranka. Po chwili zza rogu murów wyszedł 

Moreau i pozdrowił mnie.

Minął   mnie,   a   potem   słyszałem   z   tyłu,   jak   przekręca   klucz   i   wchodzi   do   swego 

laboratorium.  Byłem  już tak uodporniony na tutejsze okropności, iż  bez wzruszenia  przyjąłem 

początek   kolejnego   dnia   męczarni   nieszczęsnej   pumy.   Wrzask,   którym   powitała   swego 

prześladowcę, przypominał do złudzenia krzyk rozwścieczonej megiery.

Potem coś się stało. Do dziś nie wiem dokładnie co. Usłyszałem za sobą przejmujący krzyk, 

odgłos upadku, a gdy się odwróciłem, ujrzałem zbliżającą się ku mnie okropną twarz, ani ludzką, 

ani   zwierzęcą   -   diabelskie,   brunatne   oblicze   usiane   gęsto   czerwonymi   bliznami,   na   którym 

zaczynały występować kropelki krwi - i płonące oczy bez powiek. Osłoniłem się ramieniem od 

ciosu, który powalił mnie  na ziemię  ze złamaną  ręką, a otulony w białe  płótno, powiewający 

krwawymi bandażami ogromny upiór przeskoczył nade mną i popędził dalej.

Stoczyłem się po zboczu na plażę, chciałem usiąść, ale upadłem na złamaną rękę. Po chwili 

pojawił się Moreau; spływające z czoła krople krwi czyniły jego bladą masywną twarz jeszcze 

straszniejszą niż zwykle. Trzymał rewolwer. Rzuciwszy mi zaledwie przelotne spojrzenie, rzucił 

się w pościg za pumą.

Pomogłem   sobie   drugą   ręką   i   usiadłem.   Wzdłuż   plaży   potężnymi   susami   gnała 

background image

obandażowana postać, a za nią pędził Moreau.

Postać obejrzała się, a widząc go za sobą, raptownie zboczyła w krzaki. Z każdym krokiem 

zyskiwała nad nim przewagę. Widziałem, że kiedy skręcała w krzaki, Moreau próbował zabiec jej 

drogę, strzelił i chybił, kiedy znikała. Po chwili Moreau przepadł również w zielonym gąszczu.

Patrzyłem za nimi, dopóki nie poczułem w ramieniu palącej fali bólu i z jękiem podniosłem 

się na nogi. W drzwiach stanął ubrany Montgomery z rewolwerem w ręku.

- Na Boga, Prendick - zawołał nie zważając, że jestem ranny. - Uciekła! Wyrwała łańcuch 

ze ściany. Widziałeś ich? Co panu się stało? - dodał nagle widząc, iż ściskam rękę.

- Stałem w bramie - odparłem. 

Podszedł i ujął mnie za rękę.

- Krew na rękawie - powiedział odwijając koszulę. Schował rewolwer do kieszeni, obmacał 

bolące ramię i zaprowadził mnie do domu.

- Ma pan złamaną rękę - oświadczył; i po chwili:

- Proszę mi dokładnie powiedzieć, jak do tego doszło, co się właściwie stało?

Urywanymi zdaniami, tracąc co chwila oddech z bólu opowiedziałem mu, co widziałem, a 

on w tym  czasie bardzo szybko i sprawnie bandażował mi rękę. Powiesiwszy ją na temblaku, 

cofnął się o krok, by popatrzeć na swoje dzieło.

- Ujdzie - zawyrokował. - I co teraz? - Zamyślił się. Potem wyszedł i zamknął bramę na 

klucz. Nie było go przez jakiś czas.

Głównym   moim   zmartwieniem   była   złamana   ręka.   Incydent   z   pumą   traktowałem   jako 

jeszcze jedną z wielu tutejszych okropności. Usiadłem na leżaku i, co tu ukrywać, z całego serca 

przekląłem nieszczęsną wyspę.

Początkowe oszołomienie zdążyło się zmienić w piekielny ból, zanim Montgomery wrócił 

do pokoju.

Twarz mu trochę pobladła, a dolna warga obwisła niżej niż zwykle, ukazując nagie dziąsło.

- Nigdzie go nie widać ani nie słychać - powiedział. - Myślę, że może potrzebować pomocy. 

- Patrzył  na mnie  pustym  wzrokiem.  - To bardzo silne zwierzę - dodał. - Po prostu wyrwało 

łańcuch ze ściany.

Podszedł do okna, potem do drzwi, przystanął i odwrócił się.

- Pójdę go poszukać - powiedział. - Mamy trzeci rewolwer, który mogę panu zostawić. 

Szczerze mówiąc, czuję dziwny niepokój.

Wyjął rewolwer i położywszy go na stole w zasięgu mojej ręki, wyszedł z domu zarażając 

mnie swym zdenerwowaniem. Nie usiedziałem długo na miejscu. Wziąłem rewolwer i stanąłem w 

drzwiach.

background image

Wokół panowała śmiertelna cisza. Najmniejszy powiew nie mącił powietrza, morze było 

gładkie   jak   tafla   szkła,   niebo   czyste,   plaża   opustoszała.   Byłem   podenerwowany,   lekko 

zgorączkowany, a wszechobecny spokój nieznośnie mi ciążył.

Próbowałem gwizdać, ale melodia zamarła mi na ustach. Zakląłem - już drugi raz tego 

ranka. Następnie wyszedłem za róg muru i popatrzyłem na porastającą środek wyspy dżunglę, w 

której zniknęli Moreau i Montgomery. Kiedy wrócą? W jakim stanie?

Potem daleko na plaży pokazał się mały szary Zwierzolud, zbiegł do wody i zaczął pluskać 

się w morzu. Wolnym krokiem wróciłem do drzwi, znów wyszedłem za róg muru i znów, i znów, 

chodząc   tam   i   z   powrotem   jak   wartownik   na  służbie.   W   pewnej   chwili   posłyszałem   z  oddali 

nawoływanie Montgomery'ego.

- Mo-reau... Oodeeeezwiiiij sięęę!

Ból ramienia zelżał, ale nadal było bardzo rozpalone. Czułem narastającą gorączkę oraz 

pragnienie. Mój cień stał się krótszy. Obserwowałem odległą postać, dopóki nie odeszła z plaży.

Czy Moreau i Montgomery kiedykolwiek wrócą?

Trzy morskie ptaki rozpoczęły walkę o jakiś porzucony skarb.

Gdzieś w oddali, w głębi wyspy, rozległ się huk wystrzału. Długa cisza i następny strzał. 

Potem,   nieco   bliżej,   dziki   wrzask   i   znów   przerażająca   cisza.   Moja   nieszczęsna   wyobraźnia 

zadawała mi nieznośne tortury. Kolejny wystrzał, bardzo bliski.

Przerażony wybiegłem za róg i ujrzałem Montgomery'ego; miał purpurową ze zmęczenia 

twarz, włosy w nieładzie i podartą nogawkę spodni. Był widocznie przerażony. Za nim człapał 

ociężale Zwierzolud M'ling ze złowieszczymi brunatnoczerwonymi plamami wokół ust.

- Czy wrócił? - odezwał się Montgomery.

- Moreau? - spytałem. - Nie.

- Och Boże! - Ciężko dyszał, z najwyższym trudem łapiąc powietrze. - Wejdźmy do środka 

- powiedział kładąc mi rękę na ramieniu. - Powariowały. Ganiają na wszystkie strony jak oszalałe. 

Co mogło się stać? Nie mam pojęcia. Wszystko panu opowiem, jak trochę odsapnę. Gdzie jest 

whisky?

Wszedł pierwszy utykając i usiadł na leżaku. M'ling padł pod drzwiami na ziemię i sapał jak 

pies. Podałem Montgomery'emu whisky z wodą. Siedział patrząc przed siebie tępym wzrokiem, a 

jego oddech stopniowo się uspokajał. Po paru minutach zaczął opowiadać, co mu się przytrafiło.

Przez jakiś czas szedł ich śladem. Drogę wskazywały połamane gałęzie, strzępy bandaży, 

od czasu do czasu smuga krwi na liściach krzewów i poszyciu.

Jednakże   na   skalistym   płaskowyżu   za   strumieniem,   przy   którym   zobaczyłem   kiedyś 

pijącego wodę Zwierzoluda, urywał się wszelki trop i Montgomery wędrował dalej na zachód bez 

background image

wyraźnego celu, wołając doktora Moreau.

Tam przyłączył się do niego M'ling, który miał przy sobie niewielki toporek. M'ling nie 

widział incydentu z pumą, gdyż rąbał w lesie drzewo, a teraz przyszedł na głos Montgomery'ego. 

Zaczęli razem nawoływać. Z zarośli wyjrzała para przyczajonych Zwierzoludów, których dziwnie 

ukradkowe, niespokojne gesty i miny poważnie zatrwożyły Montgomery'ego. Kiedy je zawołał, 

oba stwory uciekły,  jakby poczuwały się do jakiejś winy.  Wtedy przestał wołać i po dalszych 

bezcelowych poszukiwaniach zdecydował się odwiedzić szałasy.

W kotlinie nie zastał nikogo.

Coraz bardziej zatrwożony postanowił wrócić do domu. Po drodze napotkał parę Ludzi-

Wieprzy,   tych   samych,   którzy   podczas   mojej   pierwszej   wycieczki   tańczyli   na   polanie;   mieli 

zakrwawione twarze i byli niezwykle podnieceni. Przedzierali się z szumem przez gąszcz paproci, a 

na widok Montgomery'ego przystanęli robiąc groźne miny.

Zaniepokojony ich postawą strzelił z bicza i wówczas oba stwory rzuciły się na niego. 

Nigdy   jeszcze   żaden   Zwierzolud   nie   pozwolił   sobie   na   coś   podobnego.   Montgomery   powalił 

jednego strzałem w głowę, a M'ling skoczył na drugiego i obaj padli na ziemię tocząc z sobą walkę.

M'ling   wziął   przeciwnika   pod   siebie   i   wbił   mu   zęby   w   gardło,   po   czym   Montgomery 

zastrzelił  szarpiącego   się  w  uścisku  M'linga   Człowieka-Wieprza.   Z  pewnym   trudem  odciągnął 

M'linga od martwej ofiary.

Po tym incydencie ruszyli pośpiesznie do domu. M'ling rzucił się w pewnym momencie w 

krzaki,   skąd   wypłoszył   małego   zakrwawionego   i   kulejącego   Człowieka-Ocelota,   który   miał 

zranioną   stopę.   Stworzenie   przez   chwilę   biegło,   po   czym   zawróciło   i   zaatakowało 

Montgomery'ego, który - chyba trochę niepotrzebnie - również je zastrzelił.

- Co to wszystko znaczy? - spytałem.

Montgomery potrząsnął tylko głową i nalał sobie następną whisky.

background image

18. Odnalezienie doktora Moreau

Kiedy zobaczyłem, że Montgomery wypija trzecią whisky, postanowiłem interweniować. 

Był już nieźle wstawiony. Powiedziałem, że doktora musiało spotkać coś złego, jeżeli do tej pory 

nie wrócił, i mamy obowiązek sprawdzić, co się z nim stało. Montgomery wysunął jakieś nieistotne 

obiekcje, ale w końcu zgodził się. Po skromnym posiłku wyruszyliśmy we trzech na poszukiwania.

Zapewne wskutek nerwowego napięcia, w jakim się wówczas znajdowałem, nasza wyprawa 

w upalną ciszę tropikalnego popołudnia z niezwykłą wyrazistością utrwaliła się w mojej pamięci. 

Przodem szedł M'ling - pamiętam jego lekko przygarbione plecy i szybkie ruchy dziwnej ciemnej 

głowy,   gdy   badając   drogę   rozglądał   się   raz   w   jedną,   raz   w   drugą   stronę.   Był   nie   uzbrojony. 

Toporek   zgubił   podczas   starcia   z   Człowiekiem-Wieprzem.   Gdy   dochodziło   do   walki,   jego 

prawdziwą bronią były zęby. Za nim, trochę niepewnym krokiem, ze spuszczoną głową i rękami w 

kieszeniach podążał Montgomery, miał do mnie pijacką urazę z powodu whisky. Jedną rękę - na 

szczęście lewą - miałem na temblaku, w prawej trzymałem rewolwer.

Wybraliśmy wąską ścieżkę przez środek gęstej dżungli, zmierzając na północny zachód. W 

pewnej chwili M'ling stanął nagle i cały zamienił się w słuch. Idący za nim Montgomery o mało na 

niego   nie   wpadł.   Po   chwili   czujnego   nasłuchiwania   z   lasu   dobiegły   nas   odgłosy   rozmowy   i 

zbliżające się kroki.

- On nie żyje - mówił ktoś niskim, podnieconym głosem.

-   To nieprawda, że nie żyje, to nieprawda, że nie żyje - trajkotał drugi.

- Widzieliśmy, widzieliśmy - odezwało się kilka głosów jednocześnie.

- Hej! - krzyknął raptem Montgomery. - Hej, tam!

- Niech cię diabli! - zakląłem podnosząc rewolwer. 

Zapadła cisza, a potem usłyszeliśmy trzask splątanych gałęzi i stopniowo, jedna po drugiej, 

z różnych stron wyłoniło się sześć dziwacznych twarzy oświetlonych dziwacznym światłem. M'ling 

wydał gardłowy pomruk. Poznałem Małpoluda - zresztą już wcześniej zidentyfikowałem jego głos 

- oraz parę ciemnoskórych, otulonych  w białe płótno Zwierzoludów z łodzi. Były z nimi dwa 

cętkowane  stwory oraz ów  niewiarygodnie  pokraczny Odmawiacz  Prawa - ociężały  stwór bez 

twarzy   o   policzkach   zarośniętych   długą   szarą   sierścią,   szarych   krzaczastych   brwiach   i   równie 

szarych włosach spływających na dwie strony z niskiego czoła, spod których spoglądały na nas 

ciekawie dziwne czerwone oczy.

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Wreszcie Montgomery odezwał się przerywanym czkawką 

głosem:

background image

- Kto... powiedział, że on nie żyje?

Małpolud zerknął lękliwie na Szarego Włochacza.

- Nie żyje - odparł Włochacz. - Oni widzieli. Bezstronna rzeczowość tych stworów nie 

miała w sobie nic groźnego. Byli raczej zaskoczeni i spłoszeni.

- Gdzie on jest? - spytał Montgomery.

- Tam - Szary Stwór wskazał kierunek.

- Czy jest jeszcze Prawo? - spytał Małpolud. - Czy nadal to wolno, a tamtego nie? Czy on 

naprawdę nie żyje?

- Czy jest jeszcze Prawo? - powtórzył stwór w bieli.

- Och Ty, który jesteś Drugi i masz bat, czy jest jeszcze Prawo? On nie żyje - powiedział 

Szary Wło-chacz.

Wszyscy bacznie nas obserwowali.

- Prendick - rzekł Montgomery, spoglądając na mnie otępiałym wzrokiem. - On nie żyje, to 

jasne.

Podczas całej dotychczasowej rozmowy stałem za plecami Montgomery'ego. Zaczynałem 

pojmować, co dzieje się w głowach tych stworów. Szybko wystąpiłem naprzód i oświadczyłem 

podniesionym głosem:

- Wierne dzieci Prawa! On nie umarł.

M'ling rzucił mi szybkie spojrzenie.   

- Zmienił tylko swą postać, zmienił swoje ciało - mówiłem dalej. - Na pewien czas stanie 

się dla was niewidoczny. Jest teraz... tam - ciągnąłem, wskazując niebo - i obserwuje was stamtąd, 

choć wy nie możecie go zobaczyć. Drzyjcie przed Prawem.

Patrzyłem im prosto w oczy. Cofnęli się o krok.

- On jest wielki. On jest wielki - wymamrotał Małpolud zerkając lękliwie w górę między 

wierzchołki drzew.

- A co się stało z tamtym stworzeniem? - spytałem.

- Stwór, który krwawił, biegł i ryczał z bólu, też nie żyje - odparł Szary Włochacz wciąż 

patrząc mi w oczy.

- To dobrze - mruknął Montgomery.

- Ten-Drugi-z-Batem... - zaczął Szary Stwór.

- Tak? - podchwyciłem:

- Ten-Drugi-z-Batem powiedział, że On nie żyje. 

Ale   Montgomery   zachował   dość   trzeźwości,   by   zrozumieć,   dlaczego   upieram   się,   że 

Moreau nie umarł.

background image

- Nie, On żyje - powiedział wolno. - Nie umarł. Jest równie żywy jak ty.

- Niektórzy z was - podjąłem - złamali Prawo. Spotka ich śmierć. Niektórzy już nie żyją. 

Pokażcie nam, gdzie leży jego dawne ciało. Ciało, które odrzucił, gdyż przestało mu być potrzebne.

- Tędy, Człowieku-Który-Chodziłeś-Po-Morzu - odparł Szary Stwór.

Jakoż pod przewodem sześciu stworzeń ruszyliśmy przez gąszcz lian, paproci i drzew na 

północny zachód. Nagle rozległ się ryk, trzask gałęzi i obok nas przebiegł z piskiem mały różowy 

homunkulus. Tuż za nim wyłonił się zdziczały, umazany krwią potwór i z rozpędu wpadł między 

nas.

Szary   Stwór   odskoczył   w   bok;   M'ling   rzucił   się   warcząc   na   przybysza,   ale   został 

odepchnięty; Montgomery strzelił niecelnie, pochylił się, osłonił głowę rękami i chciał uciekać. 

Nacisnąłem   cyngiel,   ale   potwór   wciąż   się   zbliżał;   strzeliłem   po   raz   drugi,   mierząc   wprost   w 

paskudną mordę. Widziałem, że jego twarz rozsypuje się i zapada. Minął mnie jednak z rozpędu, 

wpadł na Montgomery'ego, uczepił się go i wydając ostatnie tchnienie padł razem z nim na ziemię.

Zostałem   sam   na   sam   z   M'lingiem,   martwym   stworem   i   rozciągniętym   na   ziemi 

człowiekiem. Montgomery uwolnił się od ciężaru i patrzył półprzytomnym wzrokiem na leżącego 

obok   martwego   Zwierzoluda.   Wyraźnie   otrzeźwiał.   Poderwał   się   na   nogi.   Między   drzewami 

zauważyłem wracającego ostrożnie Szarego Zwierzoluda.

- Patrz - rzekł do niego wskazując zabitego potwora. - Czy Prawo przestało istnieć? Tak 

kończy ten, kto złamie Prawo.

Przyjrzał się zwłokom.

- On zsyła Ogień, który zabija - powiedział niskim głosem, powtarzając rytualną formułę.

Reszta Zwierzoludów zgromadziła się dokoła i przez jakiś czas patrzyła na zabitego stwora.

Zbliżyliśmy   się   wreszcie   do   zachodniego   krańca   wyspy.   Najpierw   natrafiliśmy   na 

ogryzione,   zmasakrowane   zwłoki   pumy   z   przestrzeloną   łopatką,   a   dwadzieścia   kroków   dalej 

ujrzeliśmy to, czego szukaliśmy. Leżał wśród wydeptanych trzcin, twarzą do ziemi.

Jedną dłoń miał prawie całkowicie oderwaną, a siwe włosy zlepione od krwi. Puma swoimi 

kajdanami   strzaskała   mu   czaszkę.   Dokoła   na   połamanych   trzcinach   widniały   smugi   krwi. 

Rewolwer zniknął.

Montgomery odwrócił ciało.

Z pomocą siedmiu Zwierzoludów, odpoczywając co chwilę - Moreau był zwalisty i ciężki - 

odnieśliśmy zwłoki do zagrody. Zbliżała się noc. Po drodze w bliskim sąsiedztwie naszej szczupłej 

gromadki   dwukrotnie   odzywały   się   wrzaski   i   wycia   niewidocznych   stworów,   a  raz   wybiegł   z 

krzaków   mały   leniwcoludek,   popatrzył   na   nas   i   znowu   znikł.   Nikt   jednak   nie   próbował   nas 

background image

atakować.   Pod   bramą   Zwierzoludy   odwróciły   się   i   odeszły.   Razem   z   nimi   odszedł   M'ling. 

Zaryglowawszy bramę od środka, wnieśliśmy zmasakrowane ciało na podwórze i złożyliśmy je na 

stosie gałęzi.

Potem weszliśmy do laboratorium, by położyć kres życiu wszystkich istot, jakie tam jeszcze 

pozostały.

background image

19. Montgomery “świętuje”

Dopiero po wykonaniu tych czynności, umyciu się i zjedzeniu kolacji poszliśmy do mego 

pokoiku, by zastanowić się poważnie nad sytuacją. Zbliżała się pomoc. Montgomery był prawie 

trzeźwy,   ale   zupełnie   wytrącony   z   równowagi.   Osobowość   doktora   Moreau   miała   na   niego 

zdumiewająco silny wpływ. Sądzę, iż nigdy chyba nie brał pod uwagę, że Moreau może umrzeć. 

Śmierć   doktora   zburzyła   system   nawyków,   które   w   ciągu   ponad   dziesięciu   monotonnych   lat 

spędzonych na wyspie stały się jego drugą naturą. Mówił niejasno, na moje pytania odpowiadał od 

rzeczy, snuł mętne, ogólne dywagacje.

- Co za durny świat - mówił. - Bez krzty sensu! Jakie ja miałem życie. Ciekaw jestem, kiedy 

naprawdę   się   zacznie.   Szesnaście   lat   pod   kuratelą   nianiek   i   nauczycieli,   pięć   lat   wkuwania 

medycyny w Londynie - byle jak jedząc, byle jak mieszkając, ubierając się byle jak, potem byle 

jaki występek, ot, zwykłe potknięcie, nie stać mnie było na nic lepszego, i marsz na tę przeklętą 

wyspę. Dziesięć lat tutaj! I po co to wszystko, niech mi pan powie? Czy jesteśmy tylko zabawką w 

ręku dziecka?

Cóż mogłem odpowiedzieć na te obłędne rojenia?

- Musimy się teraz zastanowić - przerwałem - jak wydostać się z wyspy.

- I co mi z tego? Jestem wyrzutkiem. Do czego ja mam wracać? Dobrze panu mówić, panie 

Prendick. Biedny stary Moreau! Nie możemy go zostawić drapieżnikom na pożarcie. W gruncie 

rzeczy... A w ogóle, co się stanie z przyzwoitą częścią Zwierzoludów?

- To sprawa na jutro - odparłem. - Możemy zbudować stos i spalić jego zwłoki... inne 

także... A co się stanie ze Zwierzoludami?

- Nie wiem. Sądzę, że te, które pochodzą od drapieżników, prędzej czy później zdziczeją. 

Nie urządzimy chyba ogólnej masakry. Nie sądzi pan? A może takie właśnie rozwiązanie dyktuje 

panu pański humanitaryzm?... Ale one się zmienią. Na pewno się zmienią.

Mówił   i   mówił,   nie   dochodząc   do   żadnego   wniosku,   aż   wreszcie   zacząłem   tracić 

cierpliwość.

- Do diabła! - wykrzyknął, gdy objawiłem rozdrażnienie. - Czy pan nie rozumie, że jestem 

w znacznie gorszej sytuacji niż pan? - Wstał i przyniósł whisky. - Napij się - powiedział. - Napij 

się, ty zdrowo myślący, obłudny, niewierzący świętoszku.

- Nie, dziękuję - odparłem i z ponurą miną obserwowałem jego twarz, na którą padał z góry 

blask naftowej lampy.  Po pewnym  czasie ogarnęło  go pijackie rozczulenie.  Zachowałem  z tej 

rozmowy   wspomnienie   straszliwej,   jałowej   nudy.   Wygłosił   ckliwą   obronę   Zwierzoludów,   w 

background image

szczególności M'linga.

Oświadczył,   iż   M'ling   jest   jedyną   istotą,   która   kiedykolwiek   objawiła   mu   prawdziwe 

przywiązanie. Nagle zaświtała mu myśl.

- Niech mnie diabli! - mruknął podnosząc się chwiejnie na nogi i chwytając butelkę whisky. 

W błysku intuicji zrozumiałem natychmiast, co zamierza uczynić.

- Niech pan nie upija tego zwierzaka! - zawołałem wstając i zagradzając mu drogę.

- Zwierzaka! - powtórzył. - Sam jesteś zwierzakiem. On przyjmie trunek po chrześcijańsku. 

Zejdź mi z drogi, Prendick.

- Zaklinam pana.

- Precz... z drogi - ryknął i błyskawicznym ruchem wyciągnął rewolwer.

- Proszę bardzo - odparłem i odsunąłem się na bok zastanawiając się, czy nie skoczyć mu na 

plecy, gdy będzie otwierał drzwi, ale przypomniałem sobie, że mam złamaną rękę. - Upił się pan 

jak bydlę. Znajdzie pan wśród nich godne siebie towarzystwo.

Pchnął   drzwi   i   stanął   profilem   między   żółtawym   światłem   lampy   a   bladym   blaskiem 

księżyca; pod krzaczastymi brwiami rysowały się czarne plamy oczodołów.

- Jesteś pan głupim, nadętym  osłem, Prendick! Wciąż coś ci się roi i czegoś się boisz. 

Stoimy nad przepaścią. Jutro poderżnę sobie gardło. Ale dziś zabawię się jak nigdy w życiu.

Odwrócił się i wyszedł w blask księżyca.

- M'ling! - zawołał. - M'ling, stary przyjacielu! 

Trzy postacie, ledwo widoczne w bladym świetle księżyca, zbliżały się skrajem mrocznej 

plaży; biało odziany kształt na przedzie, a za nim dwie plamy ciemności.

Przystanęły,  wytrzeszczając ślepia. Po chwili zza muru wyłoniła się zgarbiona sylwetka 

M'linga.

- Pij - zawołał Montgomery. - Pijcie, bydlaki! Pijcie i bądźcie ludźmi. Jestem cholernie 

mądry! Nawet Moreau na to nie wpadł. Tego wam tylko brakowało. Pijcie, powiadam wam. - I 

wymachując   butelką,   szybkim   truchtem   pobiegł   na   zachód,   za   nim   podążył   M'ling,   a   trzy 

niewyraźne postacie zamykały szereg.

Stanąłem w drzwiach. Byli już niemal niewidoczni w świetle księżyca, gdy Montgomery 

przystanął. Widziałem, jak wlewał M'lingowi do gardła czystą whisky, a po chwili pięć postaci 

zlało się w jedną ciemną plamę.

- Śpiewać - usłyszałem donośny głos Montgomery'ego. - Śpiewać wszyscy razem: “Niech 

diabli   porwą   przeklętego   Prendicka...”   Dobrze.   Jeszcze   raz:   “Niech   diabli   porwą   przeklętego 

Prendicka”.

Ciemna grupa rozpadła się na pięć odrębnych postaci, które kołując oddalały się powoli 

background image

bielejącą  plażą. Każdy wrzeszczał osobno obrzucając mnie wyzwiskami  i dając upust nowym, 

zrodzonym z whisky uczuciom.

Niebawem   usłyszałem   z   daleka   okrzyk   Montgomery'ego:   -   W   prawo   zwrot!   -   i   cała 

gromadka   wrzeszcząc   i   rycząc   przesunęła   się   w   mroczne   zarośla.   Głosy   cichły   stopniowo,   aż 

całkiem umilkły.

Znów zapanowała majestatyczna cisza nocy. Księżyc minął zenit i schodził ku zachodowi. 

Był w pełni, niezwykle jasny, wędrujący po pogodnym niebie.

Kamienny mur rzucał mi pod stopy atramentowo-czarną, szeroką na krok smugę cienia. 

Wschodnia połać morza była szara, mroczna i tajemnicza, a szare piaski (z wulkanicznego szkła i 

kryształu) pomiędzy morzem i smugą cienia pobłyskiwały jak pole diamentów. Za moimi plecami 

migotał rudy płomień naftowej lampy.

Potem zamknąłem drzwi, przekręciłem klucz w zamku i wyszedłem na podwórze, gdzie 

obok ostatnich ofiar Moreau - psów, lamy i paru innych nieszczęsnych stworzeń - spoczywały jego 

własne zwłoki; nawet po tak okropnej śmierci na potężnej twarzy malował się spokój, a szeroko 

otwarte oczy patrzyły surowo w martwą, białą tarczę księżyca. Przysiadłem na skraju zlewu i mając 

przed oczyma upiorny stos złowieszczych cieni i srebrzystego światła - zacząłem układać plany.

Rano zaniosę do szalupy prowiant, podpalę stos i jeszcze raz wypłynę w pustkę morza. 

Czułem,  że  Montgomery  jest zgubiony bez ratunku;  zbratawszy się ze  Zwierzoludami  stal się 

niezdolny do życia wśród ludzi.

Nie   wiem,   jak   długo   siedziałem   snując   projekty.   Chyba   z   godzinę.   Moje   rozmyślania 

przerwał powrót Montgomery'ego. Usłyszałem dobywające się z wielu gardeł wrzaski, podniecony 

gwar tłumu - wycia, pohukiwania, radosne okrzyki - który spłynął zboczem na plażę i zatrzymał się 

na brzegu morza. Tumult nasilał się, to znów opadał; usłyszałem głośne uderzenia i trzask rąbanego 

drzewa, ale dźwięki te nie wydały mi się wówczas podejrzane.

Ozwał się bezładny śpiew.

Wróciłem myślami do planowanej ucieczki. Wstałem, wziąłem lampę i poszedłem obejrzeć 

beczułki, które zauważyłem poprzednio w szopie.

Zainteresowała mnie zawartość puszek z sucharami, więc zajrzałem do jednej z nich. Kątem 

oka dostrzegłem z tyłu jakiś czerwony kształt i gwałtownie się odwróciłem.

Miałem przed sobą porysowane ostrymi liniami białego światła i czarnych cieni podwórze, 

w środku którego na stosie drewna i gałęzi spoczywały zwłoki Moreau, a obok nich - ułożone 

jedno na drugim - leżały ciała jego okaleczonych ofiar. Sprawiały wrażenie sczepionych ze sobą w 

ostatnich, morderczych zmaganiach. Rany na ciele doktora zionęły czernią, a krew, która z nich 

wyciekła, ciemnymi  plamami  znaczyła  piasek. Dopiero po chwili zobaczyłem,  skąd wzięło się 

background image

złudzenie czyjejś obecności - na murze, po przeciwnej stronie podwórza tańczył rudy, migotliwy 

odblask   światła.   Pomyślałem   sobie,   że   jest   to   odbicie   mojej   filującej   lampy   i   zająłem   się   z 

powrotem zgromadzonymi w szopie zapasami.

Starannie, choć miałem do dyspozycji tylko jedną rękę, przeszukiwałem szopę odkładając 

na bok różne przydatne przedmioty, aby nazajutrz znieść je do łodzi. Moje ruchy były powolne, a 

czas płynął szybko. Wreszcie do szopy wdarły się pierwsze promienie brzasku.

Śpiew tymczasem ucichł, zmienił się w zgiełk, potem znowu się ozwał, aż nagle wybuchł 

gwałtowny tumult. Usłyszałem okrzyki: “Jeszcze, jeszcze!”, odgłosy kłótni i raptowny, przeraźliwy 

wrzask.   Hałasy   tak   dalece   zmieniły   swój   charakter,   że   w   końcu   zwróciło   to   moją   uwagę. 

Wyszedłem na podwórze i zacząłem nasłuchiwać. Wrzawę przeciął nagle ostry trzask wystrzału.

Wpadłem   momentalnie   do   swego   pokoju.   Jednocześnie   usłyszałem   za   sobą   szurgot 

osuwających się na podłogę szopy skrzyń i grzechot tłuczonego szkła. Ale nie zważałem już na to. 

Otworzyłem boczne drzwi i wyjrzałem na zewnątrz.

Na plaży koło przystani płonęło ognisko, wyrzucając w górę, w szary brzask, fontanny 

iskier.   Wokół   ogniska   kłębiła   się   masa   ciemnych   postaci.   Usłyszałem   krzyk   Montgomery'ego: 

wzywał mnie. Natychmiast pobiegłem w stronę ogniska z rewolwerem w ręku. W pewnej chwili 

znad ziemi wyskoczył różowy języczek ognia; powalili go na ziemię. Zacząłem krzyczeć co sił w 

płucach i strzeliłem w powietrze.

Ktoś wrzasnął: “To ON!” Skłębiona masa walczących ciał rozproszyła się, ogień buchnął w 

górę i przygasł. Ogarnięty nagłą paniką tłum Zwierzoludów umykał przede mną z plaży, ginąc w 

zaroślach.   Z   podniecenia   strzeliłem   jeszcze   raz   w   ślad   za   nimi.   Następnie   podszedłem   do 

rozciągniętych na ziemi ciemnych postaci.

Montgomery leżał na plecach, przywalony ciałem Szarego Włochacza. Zwierz nie żył, ale 

jego zakrwawione szpony były wciąż zaciśnięte na gardle Montgomery'ego. Obok nich ujrzałem 

M'linga; leżał nieruchomo twarzą do ziemi, miał przegryzione gardło, a w ręku trzymał utłuczoną 

szyjkę butelki. Koło ogniska leżały jeszcze dwa Zwierzoludy; jeden był martwy, drugi zaś od czasu 

do czasu wydawał urywane jęki, podnosił i opuszczał głowę.

Chwyciłem   Szarego   Stwora  i   uwolniłem   Montgomery'ego;   szpony  odciąganego   na  bok 

zwierza zerwały zeń podartą kurtkę.

Montgomery   miał   sczerniałą   twarz   i   ledwo   oddychał.   Spryskałem   go   morską   wodą   i 

podłożyłem pod głowę własną zwiniętą kurtkę. M'ling nie żył. Ranny stwór koło ogniska - brodaty 

Człowiek-Wilk o szarej skórze - padł, jak się okazało, górną połową ciała na rozżarzone polana. 

Nieszczęśnik był tak okropnie poraniony, że z litości strzeliłem mu w łeb. Obok niego leżał jeden z 

biało odzianych Ludzi-Byków. On też był martwy.

background image

Reszta   Zwierzoludów   uciekła   z   plaży.   Wróciłem   do   Montgomery'ego   i   ukląkłem   obok 

niego, przeklinając swoją nieznajomość medycyny.

Z   dogasającego   ogniska   zostały   tylko   zwęglone,   żarzące   się   na   końcach,   przysypane 

spopielałym  chrustem belki. Przez głowę przemknęło mi pytanie, skąd Montgomery wziął tyle 

drewna.   Tymczasem   nastał   świt.   Niebo   pojaśniało;   zapadający   krążek   księżyca   bladł   na   tle 

rozświetlonego błękitu. Niebo na wschodzie poczerwieniało.

Nagle usłyszałem za plecami głuchy łoskot i donośny syk, obejrzałem się i z okrzykiem 

grozy skoczyłem na równe nogi. Ze środka zagrody buchały w niebo wielkie czarne kłęby dymu, a 

pomiędzy   nimi   strzelały   w   górę   krwistoczerwone   języki   ognia.   Płomień   momentalnie   ogarnął 

strzechę. Masa zakrzywionych płomieni pędziła w górę po spadzistym dachu. Z okna mego pokoju 

buchnęła struga ognia.

W mgnieniu oka zrozumiałem, co się stało. Przypomniałem sobie łoskot w szopie. Biegnąc 

na ratunek Montgomery'emu, przewróciłem lampę.

Było jasne, że niczego nie zdołam uratować. Pomyślałem o planowanej ucieczce i szybko 

spojrzałem   w   stronę   przystani.   Obie   łodzie   znikły!   Niedaleko   mnie   leżały   na   piasku   dwie 

porzucone siekiery, plaża była zasypana drzazgami i odpryskami drewna, a w brzasku nowego dnia 

ciemniały dymiące zgliszcza. Spalił łodzie, żeby się na mnie zemścić i uniemożliwić powrót do 

świata ludzi.

Zatrząsłem się z wściekłości. Miałem ochotę rozwalić mu ten głupi łeb, leżący bezsilnie u 

moich stóp. Wtedy on lekko poruszył ręką - tak słabo, tak żałośnie, że cały gniew natychmiast mnie 

opuścił. Montgomery jęknął i na chwilę otworzył oczy.

Klęknąłem i uniosłem mu głowę. Znów otworzył oczy, spojrzał w poranne niebo, a potem 

pochwycił mój wzrok i zamknął powieki.

- Przepraszam - wyszeptał z trudem. Wydawało mi się, że próbuje zebrać myśli. - Koniec - 

szepnął cicho - koniec tego głupiego wszechświata. Co za bezsens...

Słuchałem. Głowa opadła mu bezsilnie na ramię. Pomyślałem, że odrobina jakiegoś płynu 

mogłaby go ocucić, ale nie miałem pod ręką niczego do picia ani naczynia, w którym mógłbym 

przynieść wodę. Zrobił się nagle cięższy. Serce mi zamarło.

Przyjrzałem się z bliska jego twarzy i wsunąłem rękę pod rozdartą koszulę. Był martwy; w 

chwili   gdy   umierał,   znad   otaczającego   zatokę   wzgórza   wyłonił   się   biały   skraj   rozpalonego 

wschodzącego słońca, oblał niebo blaskiem, a mroczne wody zmienił w roziskrzone szaleństwo 

światła. Jasność padła na skurczoną pośmiertnie twarz, otaczając ją bladą aureolą.

Delikatnie   złożyłem   jego   głowę   na   prowizorycznej   poduszce   i   wstałem.   Przede   mną 

otwierała   się   połyskliwa   pustka   morza,   straszliwa   samotność,   która   przysporzyła   mi   już   tylu 

background image

cierpień;   a   za   sobą   miałem   wyspę,   jakże   cichą   o   świcie   -   z   jej   niewidocznymi,   milczącymi 

Zwierzoludami. Zabudowania - razem z całą amunicją i prowiantem - paliły się głośno wśród 

nagłych wybuchów płomieni, trzasku ognia i łoskotu walących się belek. Gęsty dym unosił się nad 

plażą i sunąc ponad wierzchołkami drzew odpływał w kierunku szałasów w kotlinie. Obok mnie 

bielały zwęglone szczątki łodzi i zwłoki pięciu istot.

Po chwili wyszły z zarośli trzy Zwierzoludy o przygarbionych plecach, pochylonych do 

przodu   głowach   i   niezdarnych,   kalekich   dłoniach;   mierząc   mnie   nieprzyjaznymi,   badawczymi 

spojrzeniami, zaczęły się niepewnie zbliżać.

background image

20. Sam wśród Zwierzoludów

Stałem w obliczu tych istot, które miały zadecydować o moim losie, sam jeden, na dobitkę 

władając tylko jedną ręką. W kieszeni miałem rewolwer z dwiema opróżnionymi komorami. Wśród 

porozrzucanych wokoło szczap drewna leżały dwie siekiery, którymi porąbano szalupę i łódź. Z 

tyłu nadciągała fala przypływu.

Tylko odwaga mogła mnie uratować. Patrzyłem zbliżającym się bestiom prosto w oczy. 

Unikając mojego wzroku obejrzały leżące dalej na plaży zwłoki; widziałem ich drgające nozdrza. 

Postąpiłem   kilka   kroków   do   przodu,   podniosłem   przyciśnięty   zwłokami   Człowieka-Wilka 

okrwawiony bat Montgomery'ego i strzeliłem z niego.

Bestie zatrzymały się mierząc mnie wzrokiem.

- Pokłońcie się - rzekłem. - Na kolana! Wahały się. Jeden stwór ugiął kolano. Powtórzyłem 

rozkaz, choć serce podchodziło mi do gardła, i zacząłem iść w ich kierunku. Ukląkł jeden, potem 

dwa następne.

Odwróciłem   się   bokiem   i   nie   spuszczając   wzroku   z   trzech   klęczących   Zwierzoludów, 

podszedłem do zwłok krokiem aktora przechodzącego przez scenę z twarzą zwróconą ku widowni.

- Oni złamali Prawo - oświadczyłem stawiając stopę na martwym Odmawiaczu Prawa. - I 

dlatego   zginęli.   Nawet   Odmawiacz   Prawa.   Nawet   Ten-Drugi-z-Batem.   Wielkie   jest   Prawo! 

Podejdźcie i popatrzcie.

- Nikt nie ujdzie kary - ozwał się jeden ze Zwierzoludów, zbliżając się i zerkając na zwłoki.

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzyłem. - Przeto słuchając i czyńcie, jak wam każę.

Powstali z klęczek spoglądając pytająco jeden na drugiego.

- Nie ruszać się z miejsca! - rozkazałem. Podniosłem obie siekiery i przewiesiłem przez 

temblak, odwróciłem Montgomery'ego na drugi bok, wyjąłem mu z kieszeni rewolwer, który miał 

jeszcze dwie. nie opróżnione komory, obszukałem ciało i w kieszeni znalazłem sześć naboi.

- Zabierzcie go - rzekłem prostując się i wskazując batem ciało - zanieście  na brzeg i 

wrzućcie do wody.

Podeszli, choć widać było, że nadal boją się Montgomery'ego. Ale jeszcze bardziej bali się 

strzałów   mojej   czerwonej   trzaskawki,   toteż   z   pewnym   wahaniem   i   ociąganiem,   ponaglani 

trzaskami bicza i krzykiem, ostrożnie go dźwignęli, ponieśli przez plażę i weszli z pluskiem w 

roziskrzoną toń morza.

- Dalej! - zawołałem. - Dalej! Zanieście go na głęboką wodę.

Gdy woda sięgnęła im piersi, stanęli i spojrzeli pytająco.

background image

- Upuśćcie go - rzekłem.

Ciało Montgomery'ego znikło z pluskiem pod wodą.

Poczułem nagły skurcz w piersiach.

- W porządku - oświadczyłem łamiącym się głosem, a oni, zalęknieni, wrócili pośpiesznie 

na brzeg zostawiając za sobą na srebrnej tafli morza ciemne podłużne smugi. Wyszedłszy na piasek 

odwrócili się i zapatrzyli w wodę, jakby się spodziewali, że Montgomery lada chwila wychynie z 

toni i dokona zemsty.

- A teraz ci - rzekłem wskazując resztę ciał. 

Starannie omijali miejsce, gdzie upuścili poprzednio zwłoki Montgomery'ego, i żeby się 

doń nie zbliżyć, ciała czterech Zwierzoludów odnosili daleko, chyba na sto jardów wzdłuż plaży, 

nim decydowali się wejść do wody.

Kiedy usuwali pokiereszowane szczątki M'linga, za moimi plecami rozległy się ciche kroki. 

Obejrzawszy się szybko za siebie, w odległości kilkunastu kroków zobaczyłem potężnego Hieno-

Wieprza. Podany do przodu, trzymając blisko ciała swe grube zaciśnięte pięści, mierzył mnie spode 

łba błyszczącymi ślepiami. Kiedy się obróciłem, zastygł w półprzysiadzie nie patrząc mi w oczy.

Staliśmy chwilę oko w oko. Odrzuciłem bat i szybkim ruchem sięgnąłem po rewolwer. Był 

najgroźniejszym z pozostałych jeszcze na wyspie Zwierzoludów i dlatego postanowiłem pozbyć się 

go pod byle pretekstem. Zamiar może zdradziecki, ale Hieno-Wieprz budził we mnie taki strach, że 

wolałbym   mieć   przeciwko   sobie   dowolną   parę   innych   Zwierzoludów   niż   jego   samego. 

Wiedziałem, że póki będzie żył, nie zaznam chwili spokoju.

Upłynęło parę sekund, nim zdołałem nad sobą zapanować. Wtedy krzyknąłem:

- Oddaj pokłon! Na kolana! 

Zawarczał obnażając kły.

- Dlaczego miałbym przed tobą...

Wyciągnąłem   rewolwer,   chyba   trochę   zbyt   nerwowo,   wycelowałem   i   pośpiesznie 

wypaliłem. Stwór zaskowyczał, rzucił się w bok, a ja widząc, że chybiłem, odciągnąłem kciukiem 

cyngiel do następnego strzału. Ale on umykał już co sił w nogach, odskakując raz w lewo, raz w 

prawo, nie chciałem więc ryzykować następnego pudla. Od czasu do czasu oglądał się przez ramię. 

Przebiegłszy ukosem plażę znikł mi z oczu w gęstych kłębach dymu, który wciąż wydobywał się z 

płonącej zagrody. Patrzyłem za nim dłuższą chwilę. Kiedy się odwróciłem, moje trzy posłuszne 

Zwierzoludy nadal stały z ciałem M'linga, więc poleciłem wrzucić je do wody. Potem wróciłem do 

miejsca przy ognisku, gdzie padły zabite istoty, i starannie zasypałem piaskiem wszystkie krwawe 

ślady.

Odprawiwszy ruchem ręki trójkę potulnych niewolników opuściłem plażę i zaszyłem się w 

background image

zarośla.   W   ręku   Wciąż   trzymałem   rewolwer,   a   bat,   razem   z   siekierami,   przewiesiłem   przez 

temblak. Chciałem w samotności zastanowić się nad sytuacją, w jakiej się znalazłem.

Dopiero teraz z najwyższym przerażeniem zaczynałem zdawać sobie sprawę, że na całej 

wyspie nie ma ani jednego miejsca, gdzie mógłbym w samotności, z poczuciem bezpieczeństwa 

wyspać się i odpocząć. Wprawdzie od przyjazdu na wyspę moje siły fizyczne nieco miernie się 

wzmocniły, ale nadal szybko się denerwowałem i w trudnych sytuacjach łatwo traciłem głowę. 

Czułem, że w obecnej chwili należałoby złożyć Zwierzoludom wizytę, upewnić się o ich lojalności 

i utwierdzić swój autorytet. Ale nerwy mnie zawiodły. Wróciłem na plażę i minąwszy płonącą 

zagrodę skręciłem na wschód, w kierunku piaszczystej ostrogi łączącej brzeg z pobliską rafą. Tam 

usiądę plecami do morza, pewien, że nic nie może mnie zaskoczyć, i spokojnie pomyślę, co dalej 

robić. Siedziałem więc z brodą opartą o kolana, coraz bardziej przerażony, w ostrych promieniach 

słońca - zastanawiając się, jak dożyć chwili, nader zresztą wątpliwego, wybawienia. Próbowałem 

możliwie trzeźwo rozważyć całą sytuację, niestety, sprawa zbyt obrosła emocjami, bym mógł się 

od nich uwolnić.

Wciąż wracała mi na myśl przyczyna  rozpaczy Montgomery'ego: “Oni się zmienią. Na 

pewno się zmienią,” powiedział. A Moreau... co mówił mi wtedy Moreau? “Zwierzęca tkanka 

uporczywie  odrasta z dnia na dzień...” Potem przypomniałem sobie Hieno-Wieprza. Muszę go 

zabić, w przeciwnym razie on zabije mnie... Odmawiacz Prawa nie żyje - co za pech!... Przekonali 

się, że ludzie z biczami są tak samo śmiertelni jak oni...

Może   już   teraz   obserwują   mnie   z   gąszczu   palm   i   paproci   czekając,   aż   zbliżę   się   na 

odległość skoku? Może zmawiają się przeciwko mnie? Co Hieno-Wieprz miał im do powiedzenia! 

Rozigrana wyobraźnia wiodła mnie coraz dalej na manowce niczym nie umotywowanych lęków i 

obaw.

Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki mew zlatujących się wokół ciemnego przedmiotu, który 

fale wyrzuciły na plażę w pobliżu zagrody. Wiedziałem... co to może być, ale nie miałem odwagi 

wrócić i rozpędzić ptactwo. Ruszyłem plażą w przeciwnym kierunku, aby okrężną drogą, omijając 

ewentualne zasadzki w gęstwinie, dotrzeć na wschodni kraniec wyspy w sąsiedztwo szałasów.

Uszedłszy może pół mili zauważyłem, że z bliskich zarośli wyłania się i idzie ku mnie jeden 

z   trzech   poskromionych   Zwierzoludów.   Rozigrana   imaginacja   wprawiła   mnie   w   takie 

zdenerwowanie, że momentalnie wyciągnąłem rewolwer. Nawet pojednawcze gesty Zwierzoluda 

nie zdołały mnie uspokoić.

Zbliżał się niepewnym krokiem.

- Idź precz! - krzyknąłem.

Swymi przymilnymi gestami żywo przypominał łaszącego się psa. Na mój okrzyk odbiegł 

background image

trochę i znów przystanął - zupełnie jak pies, któremu każą wracać do domu - patrząc prosząco 

psimi, brunatnymi oczami.

- Idź precz - powtórzyłem. - Nie zbliżaj się do mnie.

- Nie mogę do ciebie podejść?

- Nie. Idź precz - powiedziałem stanowczo, strzelając z bata. Potem wziąłem bat w zęby i 

schyliłem się po kamień, a on uciekł przestraszony.

Jakoż   samotnie   dotarłem   okrężną   drogą   do   kotliny   Zwierzoludów   i   tam,   ukrywszy   się 

wśród trzcin i chwastów oddzielających skalną szczelinę od morza, obserwowałem pojawiające się 

od czasu do czasu stwory, próbując wyczytać z ich gestów i zachowania się, jak oddziałała na nie 

śmierć   Montgomery'ego   i   Moreau   oraz   zniszczenie   Domu   Cierpienia.   Dziś   jasno   widzę   całą 

głupotę   swojego   tchórzostwa.   Gdybym   nie   puścił   wodzów   fantazji,   która   pozbawiła   mnie 

objawionej rankiem odwagi, zdołałbym pewnie przejąć wakujące po doktorze Moreau berło i stać 

się   królem   Zwierzoludów.   A   tak   -   straciłem   sposobną   chwilę   i   w   rezultacie   spadłem   do   roli 

przywódcy wśród równych sobie.

Około południa na zbocze wyszło kilka Zwierzoludów, które przykucnąwszy wygrzewały 

się w upalnym słońcu. Głód i pragnienie okazały się w końcu silniejsze od strachu. Wyszedłem z 

zarośli i trzymając w ręku rewolwer zszedłem w dół, zmierzając w kierunku siedzących na stoku 

stworów. Jeden z nich, była to Kobieta-Wilczyca, obrócił głowę, by mi się przyjrzeć, a za jej 

przykładem poszła reszta. Żaden nie wstał ani się nie pokłonił. Czułem się zbyt słaby i zmęczony, 

by próbować narzucić swoją wolę całej gromadzie, a potem było już na to za późno.

- Chce mi się jeść - powiedziałem niemal przepraszającym tonem, podchodząc bliżej.

- Jedzenie jest w szałasach - odparł leniwie Niedźwiedzio-Wół nie patrząc mi w oczy.

Minąwszy ich zanurzyłem się w cuchnący mrok niemal wyludnionej kotliny. W pustym 

szałasie   zaspokoiłem   głód   owocami,   a   następnie,   zatkawszy   otwór   patykami   i   przegniłymi 

gałęziami, położyłem się z rewolwerem pod ręką zwrócony twarzą do wyjścia - mając nadzieję, że 

usunięcie   kruchej   przegrody   spowoduje   dość   hałasu,   by   uchronić   mnie   od   nieprzyjemnego 

zaskoczenia - i zmożony przeżyciami ostatnich trzydziestu godzin zapadłem w płytki sen.

background image

21. Powrót do zwierzęcości

W ten oto sposób stałem się członkiem społeczności Zwierzoludów zamieszkującej Wyspę 

doktora Moreau. Kiedy się obudziłem,  wokół panowały ciemności.  Pod bandażem czułem ból 

złamanej ręki. Usiadłem, nie wiedząc w pierwszej chwili, gdzie się znajduję. Z zewnątrz dobiegały 

grube, chrapliwe głosy. Po chwili spostrzegłem, że moja barykada znikła i wejście do szałasu stoi 

otworem. W ręku nadal miałem rewolwer.

Usłyszałem czyjś oddech i tuż obok siebie ujrzałem skuloną postać. Wstrzymałem oddech i 

wysilając   wzrok   próbowałem   rozpoznać,   co   to   takiego.   Postać   wolniutko,   nieznośnie   powoli 

przesuwała się w moją stronę. Nagle coś miękkiego i wilgotnego przesunęło się po moi ej dłoni.

Stężałem. Gwałtownie cofnąłem rękę. Okrzyk przerażenia zamarł mi w gardle. Już miałem 

nacisnąć cyngiel, ale w ostatniej chwili rozjaśniło mi się w głowie.

- Kto to? - spytałem zduszonym szeptem, trzymając rewolwer gotowy do strzału.

- To ja. Panie.

- Ktoś ty?

- Oni mówią, że nie mamy już Pana. Ale ja wiem, ja wiem. To ja wyrzucałem w morze 

ciała, ciała tych, których zabiłeś o Ty-Który-Chodzisz-Po-Morzu. Będę ci służył, o Panie.

- To ciebie spotkałem na plaży?

- Tak, Panie.

Jego przywiązanie było chyba szczere; mógł mnie przecież napaść podczas snu.

- To dobrze - odparłem wyciągając dłoń, którą on z pokorą oblizał. Zaczynałem zdawać 

sobie sprawę z wagi jego obecności i poczułem nowy przypływ  odwagi. - Gdzie jest reszta? - 

spytałem.

- Powariowali. Stracili rozum - odparł Człowiek-Pies. - Teraz zebrali się tam i rozprawiają. 

Mówią: “Nasz Pan nie żyje; Ten-Drugi-z-Batem nie żyje; Ten-Który-Chodzi-po-Morzu jest taki jak 

my. Nie ma Pana, nie ma Batów, nie ma Domu Cierpienia. Skończyło się. Uznajemy Prawo i 

będziemy go przestrzegać, ale cierpienie, władza i baty zniknęły raz na zawsze.” Tak mówią. Ale ja 

wiem, o Panie, ja wiem.

Wymacałem w mroku łeb Człowieka-Psa i pogłaskałem go.

- To dobrze - powtórzyłem.

- A teraz wszystkich pozabijasz - powiedział.

- Tak - odparłem, - Zabiję ich, ale stopniowo, w miarę tego, co będzie się działo. Wszyscy, 

z wyjątkiem tych, którym darujesz życie, zostaną zabici - co do jednego.

background image

- Pan zabija wszystko, co zechce - z odcieniem zadowolenia w głosie oświadczył Człowiek-

Pies.

- Poczekamy, aż ich szaleństwo dojrzeje i dopełni się miara ich występku - powiedziałem. - 

Dlatego nie powinni się dowiedzieć, że jestem ich Panem.

- Słodko jest spełniać wolę Pana - z intuicyjnym psim taktem zapewnił mnie Człowiek-Pies.

- Ale jeden z nich zgrzeszył ciężko - rzekłem. - Tego zabiję przy pierwszej sposobności. 

Kiedy powiem “to on”, masz się natychmiast na niego rzucić. A teraz wyjdę do zgromadzonych na 

zewnątrz ludzi.

Wychodzący Człowiek-Pies zasłonił na chwilę otwór szałasu. Wyczołgawszy się tuż za 

nim, stanąłem niemal w tym samym miejscu, skąd usłyszałem wówczas głos ścigającego mnie z 

psem   doktora   Moreau.   Ale   teraz   była   noc,   w   przesiąkniętej   zastarzałymi   miazmatami   kotlinie 

panowały ciemności, a zamiast  zielonego stoku ujrzałem przed sobą czerwone ognisko, wokół 

którego kręciły się pokraczne, zgarbione postacie. W oddali majaczyła mroczna ściana gęstych 

drzew, których wierzchołki tworzyły na tle nieba czarną koronkę. Znad krawędzi kotliny podnosiła 

się tarcza księżyca, przecięta strzelistą smugą fumaroli buchającej nieprzerwanie z krańca wyspy.

- Będziesz szedł u mego boku - rzekłem zbierając odwagę, po czym nie zwracając uwagi na 

wyglądające z mrocznych szałasów twarze, ramię w ramię ruszyliśmy wąską ścieżką w dół.

Ani   jeden   z   zebranych   wokół   ogniska   Zwierzoludów   nie   próbował   mi   się   pokłonić. 

Większość ostentacyjnie udawała, że mnie nie widzi. Rozejrzałem się za Hieno-Wieprzem, ale nie 

było go wśród nich. Wokół ogniska siedziało w kucki może ze dwadzieścia Zwierzoludów; jedne 

patrzyły w ogień, inne rozmawiały.

- On nie żyje, nie żyje, nasz Pan nie żyje - usłyszałem z prawej strony głos Małpoluda. - 

Dom Cierpienia... Nie ma już Domu Cierpienia.

- On żyje - odezwałem się donośnym głosem.

- I obserwuje nas w tej chwili.

Stropili się. Poczułem na sobie dwadzieścia par oczu.

- Dom Cierpienia przestał istnieć - mówiłem dalej.

- Ale powstanie na nowo. Wasz Pan stał się niewidoczny. Ale słyszy każde wasze słowo.   - 

To prawda! To prawda! - przytaknął Człowiek-Pies.

Moja pewność siebie zbiła ich z tropu. Zwierzę potrafi być zawzięte i przebiegle, ale na to, 

by kłamać w oczy, trzeba być stuprocentowym człowiekiem.

- Dziwne rzeczy opowiada Człowiek z Zabandażowanym Ramieniem - odezwał się jeden ze 

Zwierzoludów.

- Jest tak, jak mówię - rzekłem. - Pan Domu Cierpienia powróci. Biada temu, kto złamie 

background image

Prawo!

Popatrzyli   po   sobie   pytająco.   Z   udaną   obojętnością   zacząłem   leniwie   rąbać   siekierką 

ziemię. Zauważyłem, że przyglądają się głębokim bruzdom w murawie.

Potem Satyr wyraził swoje wątpliwości, a gdy mu odpowiedziałem, przeciwstawił mi się 

jeden z cętkowanych stworów i w rezultacie wokół ogniska rozpętała się ożywiona dyskusja. Z 

każdą   chwilą   rosło   we   mnie   przeświadczenie,   że   przynajmniej   na   razie   jestem   bezpieczny. 

Mówiłem  teraz  płynniej  niż  na początku,  kiedy z podniecenia  łamał  mi  się głos. Po godzinie 

zdołałem   przekonać   wielu   Zwierzoludów,   że   mówię   prawdę,   a   w   sercach   pozostałych   zasiać 

niepewność.

Wypatrywałem   mego   arcywroga   Hieno-Wieprza,   ale   się   nie   pojawił.   Kilkakrotnie 

przestraszył  mnie  jakiś   podejrzany  ruch,  w   sumie  jednak  nabierałem  coraz   większej   pewności 

siebie. A kiedy księżyc  zszedł z zenitu, dyskutanci zaczęli kolejno ziewać (ukazując w świetle 

dogasającego ogniska najdziwniejsze komplety zębów) i jeden po drugim odchodzili na spoczynek 

do swych legowisk w kotlinie. Bojąc się ciszy i ciemności poszedłem za ich przykładem, czułem 

zresztą, że w gromadzie będę bezpieczniejszy, niż gdybym został z którymś na osobności.

Taki   był   początek   najdłuższego   etapu   mego   pobytu   na   Wyspie   doktora   Moreau.   Ale 

ponieważ poza drobnymi przykrościami oraz stałym poczuciem zagrożenia przez cały ten czas - od 

opisanego wieczoru do chwili opuszczenia wyspy - zdarzył się tylko jeden godny odnotowania 

wypadek,   nie   będę   z   tego   czasu   zdawał   dokładnej   relacji   i   ograniczę   się   do   opowiedzenia 

najistotniejszego   epizodu   mojego   dziesięciomiesięcznego   współżycia   z   owymi   na   pół 

uczłowieczonymi stworzeniami. Mógłbym opisać wiele rzeczy tkwiących w mej pamięci, chociaż z 

radością oddałbym prawą rękę, byle o nich zapomnieć. Ale nie mają one dla niniejszej opowieści 

istotnego   znaczenia.   Kiedy   dziś   wspominam   ten   okres   z   perspektywy   czasu,   zadziwia   mnie 

łatwość,   z   jaką   przejąłem   obyczaje   tych   potworów   i   przestałem   się   ich   obawiać.   Oczywiście 

zdarzały się między nami konflikty - do dziś noszę na ciele liczne ślady zębów - ale umiejętność 

rzucania   kamieniami   oraz   bolesne   ciosy   siekierką   pouczyły   je   wkrótce   o   konieczności 

zachowywania odpowiedniego dystansu. Wierny Człowiek-Pies oddawał mi nieocenione usługi. 

Poznałem ich prosty kodeks honorowy; opierał się głównie na umiejętności zadawania dotkliwych 

ciosów.   Mogę   chyba   nie   chwaląc   się   powiedzieć,   iż   zdobyłem   sobie   wśród   Zwierzoludów 

pierwszoplanową   pozycję.   Wprawdzie   paru   osobników,   którym   w   różnych   sporach   dałem   się 

mocniej   we   znaki,   żywiło   do   mnie   urazę,   ale   dając   jej   upust   ograniczali   się   w   zasadzie   do 

grymasów czynionych za moimi plecami, z bezpiecznej odległości.

Hieno-Wieprz schodził mi  z drogi, a ja miałem  się stale przed nim na baczności. Mój 

nieodłączny Człowiek-Pies bał się go i nienawidził z całego serca. Podejrzewam zresztą, iż temu, 

background image

między   innymi,   zawdzięczałem   jego   gorące   przywiązanie.   Upewniłem   się   niebawem,   iż   były 

Zwierzolud istotnie zakosztował krwi i poszedł w ślady Człowieka-Lamparta. Gdzieś w głębi lasu 

założył sobie legowisko i pędził samotniczy żywot. Próbowałem kiedyś zorganizować na niego 

nagonkę, ale nie miałem u Zwierzoludów dostatecznego autorytetu, by zmusić je do wspólnego 

działania.  Wielokrotnie  usiłowałem   zajść  go  znienacka   w   mateczniku,   był   jednak   niesłychanie 

czujny i zawsze wypatrzył mnie albo wywęszył i zdołał w porę umknąć. On ze swej strony czaił się 

nieustannie przy leśnych ścieżkach, tak że ani ja, ani moi sprzymierzeńcy nigdy nie czuliśmy się 

bezpieczni. Człowiek-Pies prawie nie śmiał oddalać się od mego boku.

W porównaniu z ich późniejszym stanem, przez pierwszych parę miesięcy Zwierzoludy 

zachowywały  się względnie  po ludzku,  a wobec kilku  - nie  licząc  oddanego  Człowieka-Psa - 

odczuwałem nawet coś w rodzaju przyjaznej pobłażliwości. Różowy leniwcoludek okazywał mi 

szczególną sympatię i prawie mnie nie odstępował. Natomiast Małpolud okazał się nieznośnym 

nudziarzem. Ze względu na swe pięciopalczaste dłonie uważał się za równego mi i bez przerwy 

mełł ozorem, wygadując najwierutniejsze banialuki. Miał jedną dość zabawną cechę - upodobanie 

do układania nowych, fantazyjnych słów. Był, zdaje się, przekonany, iż prawidłowe posługiwanie 

się mową  polega na używaniu  określeń, które nie mają  żadnego sensu. Nazywał  je “wielkimi 

rzeczami” w odróżnieniu od “rzeczy małych”, czyli zwykłych, zrozumiałych spraw codziennego 

życia.   Wychwalał   pod   niebiosa   każdą   uwagę,   której   nie   pojmował,   kazał   ją   sobie   powtarzać, 

dopóki nie nauczył się niezrozumiałych słów na pamięć, a potem zanudzał nimi co potulniejsze 

Zwierzoludy, niemiłosiernie przekręcając wyrazy. Miał za nic wszystko co proste i zrozumiałe. 

Specjalnie na jego użytek wymyślałem najdziwaczniejsze “wielkie rzeczy”. Był chyba najgłupszym 

stworzeniem,   jakie   kiedykolwiek   w   życiu   spotkałem;   doprowadził   do   zdumiewającej   perfekcji 

bardzo ludzką odmianę idiotyzmu, zachowując jednocześnie całą małpią głupotę.

Wszystko   to,   jak   już   wspomniałem,   działo   się   w   pierwszych   tygodniach   mej   samotnej 

egzystencji   wśród   Zwierzoludów.   W   tym   okresie   przestrzegały   jeszcze   ustalonych   Prawem 

obyczajów   i   respektowały   zewnętrzne   formy   przyzwoitości.   Raz   natrafiłem   na   szczątki 

rozszarpanego królika - winowajcą był zapewne Hieno-Wieprz - ale poza tym panował względny 

spokój. Chyba dopiero gdzieś w maju sposób mówienia i zachowania Zwierzoludów zaczął ulegać 

coraz   wyraźniejszym   zmianom   -   ich   wymowa   stawała   się   mniej   wyraźna   i   coraz   niechętniej 

posługiwali się językiem. Małpolud paplał coraz głośniej, a zarazem coraz mniej zrozumiale, coraz 

bardziej  jak małpa. Niektóre Zwierzoludy zatraciły zdolność mówienia, ale na razie rozumiały 

jeszcze, co do nich mówię.  Czy możecie  sobie państwo wyobrazić  czystą  niegdyś  i wyrazistą 

mowę,   która   traci   stopniowo   formę   i   sens   rozmywając   się   w   powodzi   nic   nie   znaczących 

dźwięków? Ponadto zachowanie pionowej pozycji przychodziło im z coraz większą trudnością. 

background image

Choć wyraźnie się tego wstydzili, raz po raz spotykałem Zwierzoluda biegnącego na palcach nóg i 

rąk, który na mój widok nie potrafił się już wyprostować. Ich ręce traciły zręczność; chłeptali 

wodę, szarpali jadło zębami, stawali się z każdym dniem coraz dziksi w obejściu. Dopiero teraz w 

pełni zrozumiałem, co miał na myśli Moreau mówiąc o “nieujarzmionej zwierzęcości”. Cofali się, i 

to w zastraszającym tempie.

Niektóre   stwory  -  ku   mojemu   zdziwieniu   przewodziły   tu   samice   -   zaczęły   lekceważyć 

zasady   przyzwoitości,   najczęściej   rozmyślnie.   Zdarzały   się   publiczne   próby   gwałcenia 

obowiązkowej monogamii. Moc Prawa wyraźnie słabła. Ale wolałbym nie rozwijać tego przykrego 

tematu. Wierny Człowiek-Pies niepostrzegalnie zmieniał się w zwyczajnego psa; z dnia na dzień 

upodabniał się coraz bardziej do niemego, kosmatego czworonoga. Nie umiem powiedzieć, jak i 

kiedy   przyboczny   towarzysz   zmienił   się   w   chodzącego   przy   nodze   zwierzaka.   W   miarę 

narastającego zamętu i dezorganizacji woń mieszkalnych nor - od początku mało zachęcająca - 

stała się tak nieznośna, że postanowiłem przenieść się na drugi koniec wyspy i wśród sczerniałych 

ruin siedziby doktora Moreau skleciłem sobie kryjówkę z gałęzi. Mgliste wspomnienie przebytych 

tam męczarni chroniło mnie, przynajmniej na razie, przed atakami Zwierzoludów.

Niepodobna opisać wszystkich etapów wstecznego procesu u tych stworów - jak z dnia na 

dzień coraz mniej przypominały ludzi; jak stopniowo przestawały okrywać swe ciała, by na koniec 

odrzucić ostatni kawałek odzienia; jak ich nie osłonięte części ciała stopniowo porastały sierścią; 

czoła cofały się, a szczęki wysuwały do przodu; jak, na koniec, samo wspomnienie prawie ludzkiej 

poufałości, do jakiej w pierwszym miesiącu dopuściłem paru osobników, stało się nieznośnym 

koszmarem.

Przemiana była powolna, ale nieubłagana. Nie przyszła nagle - ani dla nich, ani dla mnie. 

Nadal   czułem   się   pośród   nich   bezpieczny,   gdyż   regres   następował   bez   wyraźnych   wstrząsów 

zdolnych spowodować nagły wybuch agresywnego animalizmu, i tylko stopniowo rugował ludzkie 

cechy. Zacząłem się jednak obawiać jakiegoś nagłego przeskoku. Wierny pies odprowadzał mnie 

zawsze  pod  zagrodę  i  dzięki  jego czujności  mogłem   czasami   spokojnie  się przespać.   Różowy 

leniwcoludek - stał się płochliwy wracając do swej pierwotnej egzystencji wśród gałęzi drzew. 

Można   powiedzieć,   iż   osiągnęliśmy   stan   biologicznej   równowagi,   jaki   po   zniknięciu   tresera 

mógłby   zapanować   w   jednej   z   owych   cyrkowych   klatek,   w   których   pogromcy   demonstrują 

“pogodzoną rodzinę zwierząt”.

Nie znaczy to oczywiście, że Zwierzoludy stały się na powrót zwykłymi  zwierzętami - 

niedźwiedziami,   wilkami,   tygrysami,   bykami,   wieprzami   czy   małpami   -   jakie   czytelnik   zna   z 

ogrodów zoologicznych. Nadal pozostały dziwolągami; doktor Moreau w każdym z nich pomieszał 

elementy różnych zwierząt i choć u jednego przeważały, powiedzmy, cechy niedźwiedzia, u innego 

background image

- kota, a u jeszcze innego - byka lub krowy, to jednak każde miało jakąś obcą przymieszkę i w 

rezultacie spoza własności gatunkowych wyzierała jakaś uogólniona zwierzęcość. Zdarzały im się 

również zaskakujące, szczątkowe przebłyski człowieczeństwa, takie jak przelotny nawrót mowy 

lub chwytności przednich łap, albo żałosna próba odzyskania pionowej pozycji.

We   mnie   też   musiały   następować   dziwne   zmiany.   Chodziłem   w   pożółkłych   strzępach 

odzieży, spod której wyzierało spalone słońcem ciało. Długie, nie strzyżone włosy zlepiły się w 

kołtun. Podobno jeszcze dziś mam dziwnie błyszczące i czujne oczy.

Początkowo   przesiadywałem   całymi   dniami   na   południowej   plaży,   wypatrując 

wymarzonego statku. Liczyłem na powrót “Ipecacuanhy”, gdyż rok zbliżał się ku końcowi, ale 

moje   nadzieje   okazały   się   płonne.   Pięciokrotnie   na   horyzoncie   pojawiały   się   żagle,   trzy   razy 

widziałem dym parowca, ale nigdy żaden statek nie dobił do brzegu. Za każdym razem podpalałem 

przygotowane zawczasu ognisko, ale widocznie szło ono na karb wulkanicznych  wyziewów, z 

których wyspa była ogólnie znana.

O   budowie   tratwy   zacząłem   myśleć   dopiero   gdzieś   we   wrześniu   albo   w   październiku. 

Złamane ramię zdążyło się tymczasem zrosnąć i mogłem się znów posługiwać obiema rękami. W 

pierwszej chwili poczułem się przerażająco bezradny. Nigdy w życiu nie parałem się stolarką ani 

majsterkowaniem, toteż straciłem wiele dni ćwicząc się w rąbaniu i łączeniu pni drzew. Nie miałem 

ani kawałka liny i nie znalazłem niczego, co mogłoby spełnić jej rolę. Wszystkie odmiany bujnie 

rosnących lian były zbyt  słabe i nie dość giętkie, a moja zaśmiecona naukowymi mądrościami 

głowa   nie   umiała   ich   udoskonalić.   Ponad   dwa   tygodnie   przeszukiwałem   zwęglone   zgliszcza 

zabudowań i każdy kawałek plaży, gdzie spłonęły łodzie, wybierając gwoździe i inne metalowe 

części, które mogły się przydać. Pojedyncze Zwierzostwory przychodziły czasami przypatrywać się 

mej robocie, ale gdy się do nich odzywałem, uciekały w podskokach. Potem nastała pora ulewnych 

deszczy, która poważnie opóźniła pracę, w końcu jednak tratwa była gotowa.

Wprawiła mnie w zachwyt. Ale moja wrodzona nie-praktyczność i tu dała o sobie znać, 

gdyż zbudowałem swoją tratwę o milę albo dalej od morza, i zanim dociągnąłem ją do brzegu, 

rozpadła się na kawałki. Chyba dobrze się stało, że nie wypłynąłem nią na morze. Początkowo 

jednak niepowodzenie wprawiło mnie  w taką rozpacz,  że kilka następnych  dni przesiedziałem 

nieruchomo na plaży patrząc tępo w morze i rozmyślając o śmierci.

Nie   chciałem   jednak   umierać,   a   pewien   incydent   jasno   mi   uświadomił,   że   bezczynne 

trawienie czasu jest szaleństwem, gdyż Zwierzostwory z każdym dniem stają się coraz groźniejsze. 

Wylegiwałem się w cieniu muru otaczającego spaloną zagrodę i patrzyłem na morze, kiedy nagle 

poczułem  na pięcie  jakieś  chłodne  dotknięcie.  Podskoczywszy raptownie,  ujrzałem  przed sobą 

mrugający pyszczek różowego leniwca. Stworek od dawna stracił mowę, stawał się coraz bardziej 

background image

nieruchawy i włochaty, a jego tępe pazurki coraz bardziej się zakrzywiały. Widząc, że ściągnął na 

siebie moją uwagę, zapiszczał. cicho, pobiegł w kierunku zarośli, stanął i obejrzał się.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem, o co mu chodzi, ale po chwili pomyślałem, że chce mi 

coś pokazać, wstałem więc i idąc powoli, gdyż dzień był upalny, pozwoliłem się prowadzić. Gdy 

doszliśmy do drzew, leniwiec wskoczył na gałąź. Łatwiej mu było poruszać się wśród zwisających 

lian niż po ziemi.

Nagle na stratowanej polanie moim oczom ukazał się okropny widok. Mój wierny pies leżał 

nieżywy, a obok siedział skurczony Hieno-Wieprz i trzymając w zdeformowanych łapach drgające 

ciało,   darł   je   zębami,   wydając   pomruki   zadowolenia.   Kiedy   się   zbliżyłem,   potwór   podniósł 

rozjarzone ślepia i zawarczał groźnie, odsłaniając krwawe zębiska. Nie czuł lęku ani winy; zatracił 

resztki   człowieczeństwa.   Zrobiłem   jeszcze   jeden   krok   i   sięgnąłem   po   rewolwer.   Nareszcie 

spotkaliśmy się oko w oko.

Zwierz   bynajmniej   się   nie   spłoszył.   Położył   uszy,   najeżył   sierść   i   spiął   się   do   skoku. 

Strzeliłem mu między oczy. W tej samej chwili stwór rzucił się do przodu powalając mnie na 

ziemię  jak zabawkę. Wyciągniętymi  w przód do ciosu zakrzywionymi  pazurami  trafił  mnie  w 

twarz. Upadłem, a on przeleciał nade mną. Przygniótł mnie tylną połową ciała, ale na szczęście 

strzał   okazał   się   celny   i   stwór   w   trakcie   skoku   wyzionął   ducha.   Wyczołgałem   się   spod 

odrażającego ciężaru, i trzęsąc się na całym  ciele spojrzałem na drgające jeszcze cielsko. Ten 

przynajmniej   już   mi   nie   zagraża.   Wiedziałem   jednak,   że   jest   to   jedynie   zapowiedź   dalszych 

podobnych wypadków.

Ułożyłem stos gałęzi i spaliłem oba ciała. Zdałem sobie nareszcie jasno sprawę, że jeśli nie 

opuszczę   wyspy,   prędzej   czy   później   czeka   mnie   niechybna   śmierć.   Zwierzoludy,   z   paroma 

zaledwie wyjątkami, dawno wyniosły się z kotliny i wedle własnego gustu pozakładały sobie leśne 

legowiska w różnych zakątkach wyspy. Tylko nieliczne żerowały za dnia; większość spała i nowo 

przybyłemu   mogłoby   się   wydawać,   że   wyspa   jest   nie   zamieszkana;   natomiast   nocą   zewsząd 

odzywały się mrożące krew w żyłach wycia i pohukiwania. Najchętniej bym je wymordował - 

pozakładał   potrzaski   albo  wyrżnął   nożem.   Gdybym   miał   dosyć   naboi,  bez   wahania   zrobiłbym 

masakrę. Na wyspie zostało najwyżej kilkunastu groźnych drapieżców; wszystkie odważniejsze 

stwory już nie żyły. Po stracie biednego psa, mego jedynego przyjaciela, przejąłem do pewnego 

stopnia zwyczaj przesypiania dni, żeby nocą mieć się na baczności. Przebudowałem otwór swej 

kryjówki wewnątrz murów na tak wąski i ciasny, że każdy, kto by próbował wtargnąć do wnętrza, 

musiałby narobić sporo hałasu. Zwierzostwory zatraciły też umiejętność posługiwania się ogniem i 

wrócił ich lęk przed nim. Z zapałem zabrałem się na nowo do klecenia następnej tratwy.

Napotykałem   tysiące   trudności.  Mam   wyjątkowo   niezdarne  ręce   -  nauki   pobierałem  na 

background image

długo przed wprowadzeniem robót ręcznych do szkół - ale w ten lub inny, mniej lub bardziej 

okrężny   sposób   pokonałem   w   końcu   wszystkie   problemy,   no   i   zadbałem   tym   razem   o 

wytrzymałość tratwy. Jedyną nieprzezwyciężoną przeszkodą okazał się brak naczynia na wodę, bez 

której   nie   mogłem   wypłynąć   w   rzadko   uczęszczane   rejony   morza.   Zabawiłbym   się   nawet   w 

garncarza,   ale  na   wyspie   nie  było  gliny.  Pełen   ponurych   myśli   przemierzałem  wyspę  tam   i  z 

powrotem,   szukając   rozpaczliwie   jakiegoś   rozwiązania.   Czasami   wpadałem   w   nieopanowaną 

wściekłość i dając upust bezradności, siekłem i rąbałem nieszczęsne drzewa. Nie potrafiłem jednak 

niczego wymyślić.

Aż nadszedł ów cudowny dzień, spędzony w radosnej ekstazie. Na południowo-zachodnim 

horyzoncie   pojawił   się   żagiel,   mały   żagiel   mogący   należeć   do   małego   szkunera;   natychmiast 

podpaliłem wielką stertę gałęzi i nie zważając na żar ognia oraz południowy upał, stałem obok 

wypatrując oczy. Cały dzień obserwowałem żagiel nie jedząc ani nie pijąc, aż w końcu ledwo 

trzymałem się na nogach; Zwierzostwory przechodziły, wytrzeszczały na mnie ślepia, jakby się nad 

czymś zastanawiały, i znów odchodziły. Statek był jeszcze daleko od brzegu, gdy zapadła noc i 

żagiel znikł w ciemnościach; przez całą noc pracowicie dorzucałem drew do ognia pilnując, by 

palił się jasnym, wysokim płomieniem, a w mroku jarzyły się zadziwione ślepia Zwierzostworów. 

Gdy   wstał   dzień,   żagiel   znajdował   się   znacznie   bliżej   wyspy;   był   to   brudny,   ługrowy   żagiel 

niewielkiej łodzi. Ćmiło mi się w oczach od ciągłego wypatrywania i nie byłem pewien, czy dobrze 

widzę. W łodzi siedziało dwóch ludzi: jeden na dziobie, drugi przy sterze. Ale stateczek posuwał 

się w nader dziwny sposób. Zamiast płynąć pod wiatr, sunął bokiem, jakby dryfował.

Kiedy zrobiło się jaśniej, zdjąłem ostatni strzęp kurtki i zacząłem nim wymachiwać; ale oni 

nie zauważali mnie, tylko nadal siedzieli nieruchomo, zwróceni twarzami do siebie. Pobiegłem na 

sam koniec niskiego cypla wrzeszcząc i wymachując rękami. Nadal nie reagowali, a tymczasem 

bezwolna   łódź   powoli,   niezmiernie   powoli   sunęła   w   stronę   zatoki.   W   pewnej   chwili   z   łodzi 

wyfrunął biały ptak, ale dwaj ludzie nawet nie drgnęli. Ptak zatoczył koło i rozpościerając potężne 

skrzydła, szerokim łukiem wzbił się w powietrze.

Wtedy   przestałem   krzyczeć,   usiadłem   na   cyplu   z   brodą   wspartą   o   kolana   i   milcząco 

obserwowałem nadpływającą łódź. Przesuwała się niezmiernie powoli, ku zachodowi. Chciałem 

rzucić   się   wpław,   ale   powstrzymał   mnie   jakiś   nieokreślony   lęk.   Po   południu   fala   przypływu 

wyrzuciła łódź na brzeg w odległości może stu jardów na zachód od spalonej zagrody,

Obaj ludzie byli martwi, martwi od tak dawna, że gdy przechyliwszy łódź wyciągałem ich 

na piasek, ciała rozpadły się. Jeden miał rudą czuprynę jak kapitan “Ipecacuanhy”, a na dnie łodzi 

leżała brudna biała czapka. Kiedy stałem koło łodzi, z zarośli zaczęły się skradać trzy prychające 

Zwierzostwory. Opanowała mnie fala obrzydzenia. Zepchnąłem łódź na wodę i wgramoliłem się do 

background image

środka. Przodem szły dwa Wilki - węszące, błyskające ślepiami; za nimi skradało się wstrętne nie 

do opisania połączenie niedźwiedzia z bykiem.

Kiedy   zobaczyłem,   jak   podchodzą   do   żałosnych   ludzkich   szczątków,   usłyszałem   ich 

wzajemne   powarkiwania   i   ujrzałem   błysk   zębów,   poprzednia   odraza   ustąpiła   miejsca   panice. 

Odwróciłem się plecami, opuściłem żagiel i powiosłowałem na głęboką wodę. Nie miałem odwagi 

spojrzeć za siebie.

Ale  noc spędziłem  na kotwicy między rafą  a brzegiem,  rankiem  zaś, ze znalezioną  na 

pokładzie   beczką,   udałem   się   okólną   drogą   do  strumienia,   by  nabrać   wody.   Następnie,   całym 

wysiłkiem opanowując chęć ucieczki, nazbierałem owoców, a potem zapolowałem na króliki i 

trzema ostatnimi nabojami zabiłem dwie sztuki. W obawie przed Zwierzostworami zacumowałem 

łódź na ten czas po wewnętrznej stronie rafy.

background image

22. Samotność

Wieczorem   odbiłem   od   brzegu   i   pchany   łagodnym   wiatrem   z   południowego   zachodu, 

równo i powoli odpłynąłem w morze - wyspa malała stopniowo w oddali, a wąska smuga dymu 

coraz cieńszą linią rysowała się na tle ognistego zmierzchu. Fala podniosła się, zasłaniając przed 

moim wzrokiem daleki skrawek lądu. Jasny nimb słońca spłynął z nieba, jakby ktoś nagle odsunął 

świetlistą zasłonę, i ujrzałem nad sobą niewidoczny za dnia, osypany rojem wędrujących gwiazd 

niebieski bezmiar przestworzy. Cisza zaległa morze i niebo; byłem sam pośród nocy i ciszy.

Przez   trzy   dni   dryfowałem   po   morzu   mało   co   jedząc   i   niewiele   pijąc,   rozmyślając   o 

wszystkim, co mi się przydarzyło, nie bardzo spragniony widoku ludzi. Miałem na sobie ostatni, 

plugawy łachman, na głowie czarną skudloną strzechę. Moi wybawcy wzięli mnie niewątpliwie za 

wariata.   Dziwna   rzecz,   ale   nie   miałem   ochoty   wracać   między   ludzi.   Cieszyłem   się   tylko,   że 

uwolniłem się od wstrętnego towarzystwa Zwierzostworów. Trzeciego dnia odnalazła mnie załoga 

brygu płynącego z Apia do San Francisco. Ani kapitan, ani jego zastępca nie dali wiary mojej 

opowieści; byli przekonani, że samotność i strach pomieszały mi w głowie. Toteż bojąc się, by inni 

nie podzielili ich opinii, przestałem opowiadać o moich przygodach i twierdziłem odtąd, iż nie 

wiem, co się ze mną działo przez cały rok od momentu zatonięcia “Królowej Próżności” aż do 

chwili, gdy znalazłem się na pokładzie brygu.

Musiałem   postępować   nadzwyczaj   ostrożnie,   by   uniknąć   podejrzenia   o   pomieszanie 

zmysłów.   Prześladowało  mnie  wspomnienie  Prawa  i  czających  się  w  mroku  zasadzek,  obrazy 

martwych marynarzy w łodzi i odnalezionego wśród trzcin ciała. I choć wydaje się to niepojęte, 

powrót między ludzi nie tylko nie przywrócił mi oczekiwanego poczucia ufności i braterstwa, ale 

odwrotnie - w dziwny sposób wzmógł stan lęku i niepewności, w jakim żyłem na wyspie. Nikt nie 

chciał   mi   wierzyć;   stałem   się   dla   ludzi   takim   samym   dziwolągiem,   za   jakiego   uważały   mnie 

Zwierzoludy. Być może udzieliła mi się jakaś cząstka przyrodzonej im dzikości.

Mówią, że strach jest chorobą. Ja mogę w każdym razie osobiście zaświadczyć, iż od wielu 

lat   żyję   w   nieustannym   lęku,   jakiego   zapewne   doznaje  wśród  ludzi   na  pół   oswojone   lwiątko. 

Dolegliwość   ta   przybiera   najdziwniejsze   formy.   Nie   potrafię   uwolnić   się   od   podświadomego 

poczucia, że mężczyźni i kobiety, z którymi się stykam, to jeszcze jedna, na razie znośnie ludzka 

odmiana Zwierzoludów - że są tylko zwierzętami doraźnie uformowanymi na podobieństwo istot 

ludzkich i lada chwila zaczną się cofać w rozwoju, objawiając kolejne oznaki stanu zwierzęcego.

Zwierzyłem się z mej przypadłości pewnemu zdumiewająco kompetentnemu człowiekowi, 

specjaliście od chorób psychicznych, który znał doktora Moreau i chyba dał wiarę mojej opowieści; 

background image

człowiek ten niezmiernie mi pomógł.

I   chociaż   nie   sądzę,   bym   kiedykolwiek   zdołał   się   całkowicie   wyleczyć   z   nabytego   na 

Wyspie lęku, to jednak na ogół tkwi on jedynie w głębi podświadomości niby majaczący w oddali 

obłoczek, niejasne wspomnienie i lekka nieufność. Tylko czasami rozrasta się w potężną chmurę 

przesłaniającą całe niebo. W takich chwilach rozglądam się wśród moich bliźnich. I ogarnia mnie 

trwoga.   Widzę   bowiem   twarze   żarliwe   lub   pogodne,   inne   są   tępe   lub   groźne,   jeszcze   inne 

niezdecydowane   albo   nieszczere,   w   żadnej   jednak   nie   dostrzegam   spokojnej   powagi   istot 

rozumnych. Wydaje mi się, iż widzę w nich wyzierające na zewnątrz zwierzę i czekam chwili, 

kiedy degradacja Wyspiarzy po raz drugi rozegra się na moich oczach - w niepomiernie szerszej 

skali. Wiem, że to złudzenie, że ci pozorni ludzie, którzy mnie otaczają, są w istocie ludźmi i na 

zawsze pozostaną ludźmi, istotami w pełni rozumnymi, pełnymi ludzkich pragnień i braterskiej 

czułości,   wyzwolonymi   z   instynktów   i   nie   poddającymi   się   jakiemuś   absurdalnemu   Prawu   - 

jednym słowem w niczym nie podobnymi do Zwierzoludów. A jednak uciekam od nich, unikam 

ich badawczych spojrzeń, ich nagabywań i ich usłużności, pragnę być sam, z dala od nich.

Dlatego zamieszkałem w sąsiedztwie pustych, rozległych łąk, gdzie szukam schronienia, 

ilekroć opanowują mnie owe mroczne myśli, i dobrze mi jest w takich chwilach wśród bezludnych 

łąk, pod czystym niebem. Dopóki mieszkałem w Londynie, groza zdawała się nie do zniesienia. 

Nie mogłem uciec od ludzi; ich głosy wdzierały się przez okna, nawet zaryglowane drzwi dawały 

marną   ochronę.   Gdy   wychodziłem   na   ulicę,   by   zwalczyć   imaginacyjne   obawy,   rozbestwione 

kobiety   wabiły   mnie   miauczeniem,   a   skrywający   swe   żądze   mężczyźni   rzucali   mi   zawistne 

spojrzenia; udręczeni, kaszlący robotnicy o bladych twarzach i umęczonych oczach mijali mnie 

znużonym,  lecz upartym krokiem postrzelonego, krwawiącego jelenia; zgarbieni, otępiali starcy 

przesuwali   się   mrucząc   do   siebie   pod   nosem,   obojętni   na   ciągnący   za   nimi   szyderczy   orszak 

obdartych dzieci. Wtedy zbaczałem do pierwszej lepszej kaplicy, ale tak wielkie było pomieszanie 

mego umysłu, że nawet w kazaniu księdza słyszałem bredzenie Małpoluda o “wielkich rzeczach”; 

albo   wchodziłem   do   pierwszej   z   brzegu   biblioteki   i   w   skupionych   nad   książkami   twarzach 

widziałem   tylko   zachłanną   cierpliwość   czyhających   na   zdobycz   stworzeń.   Puste,   pozbawione 

wyrazu twarze ludzi w pociągach i omnibusach wydawały się szczególnie odrażające: bardziej 

przypominali trupy niż moich współbraci i dlatego nigdy nie wyruszałem w podróż, dopóki nie 

upewniłem się, że będę miał przedział wyłącznie dla siebie. Z kolei prześladowało mnie uczucie, iż 

nie jestem rozumną istotą ludzką, ale zwierzęciem, które na skutek osobliwego zaburzenia mózgu 

błąka się samotnie jak porażona kołowacizną owca.

Ale, dzięki Bogu, ostatnimi czasy takie stany nachodzą mnie coraz rzadziej. Usunąwszy się 

od gwaru miast i tłumów, spędzam dni wśród uczonych ksiąg - jasnych okien naszej ziemskiej 

background image

egzystencji, w których płonie blask ludzkich dusz. Prawie nie spotykam obcych i mam bardzo 

nieliczną służbę. Dnie spędzam na lekturze i eksperymentach chemicznych, a w bezchmurne noce 

oddaję   się   często   obserwacjom   astronomicznym.   Bo   chociaż   nie   wiem,   jak   się   to   dzieje   ani 

dlaczego   tak   jest,   ale   właśnie   tam,   w   roziskrzonym   gwiazdami   niebie,   mieszka   poczucie 

bezmiernego spokoju i bezpieczeństwa. I myślę, że jedynie w odwiecznych, wszechogarniających 

prawach materii, a nie w codziennych troskach, upadkach i kłopotach, tą ludzką cząstką, która 

odróżnia nas od zwierząt, szukać musimy pociechy i nadziei. Mam tę nadzieję, bez mej bowiem nie 

umiałbym żyć. I tak, w nadziei i osamotnieniu, kończy się moja opowieść.

Edward Prendick

background image

Posłowie

Pierwsze utwory fantastyczno-naukowe H.G. Wellsa ujrzały światło dzienne pod koniec 

ubiegłego stulecia, natychmiast, szturmem niejako, zdobywając rynek wydawniczy. Zyskały one 

zarówno   poklask   krytyki,   jak   i   ogromną   popularność   wśród   rzesz   czytelniczych.   Utworem 

najwcześniejszym - wielokroć przez autora przerabianym i poprawianym - był Wehikuł czasu (The 

Time   Machine,   1895),   opis   najsłynniejszej   bodaj   w   całej   literaturze   podróży   w   czasie. 

Przytłaczający i mroczny jest obraz przyszłości, jaki przedstawia się oczom Podróżnika: ludzkość 

podzielona na dwa gatunki biologiczne, naziemny i podziemny, na tyle obce sobie i wrogie, że 

pierwszy służy w sensie dosłownym jako pokarm drugiemu. Nie mniej pesymistyczna jest wizja 

ludzkości zawarta w utworze Wyspa doktora Moreau (The Island of Doctor Moreau, 1896). Tej 

powieści   więcej   uwagi   poświęcimy   niżej.   Niewidzialny   człowiek   (The   In-visible   Man,   1897) 

ukazuje dylemat moralny uczonego, który pada ofiarą własnej pasji wynalazczej, nie oglądając się 

na   jakiekolwiek   normy   etyczne.   Najbardziej   niewątpliwie   znaną   i   popularną   powieścią 

fantastyczno-naukową   Wellsa,   podziwianą,   naśladowaną,   adaptowaną   z   niesłabnącym 

entuzjazmem jest Wojna światów  (The War of the Worlds, 1898). Przedstawia ona najazd na 

Ziemię i jej podbój dokonany przez Marsjan, wojenną apokalipsę, nie szczędzący nikogo i niczego 

uniwersalny konflikt przyszłości, na płaszczyźnie metaforycznej zaś - wizję totalnego zagrożenia 

wiszącego nad ludzkością, widmo niespodziewanej a całkowitej zagłady.

Niegdyś niedocenianą, dziś natomiast ze wszech miar godną uwagi pozycją jest powieść 

Gdy śpiący się zbudzi (When the Sleeper Wakes, 1899). Rzecz zasługuje na szczególną uwagę 

dlatego, że jest prekursorska w stosunku do całej tradycji utopii negatywnej XX wieku: od E.M. 

Forstera, przez Aldousa Hux-leya, George'a Orwella, Kurta Vonneguta, po Ursulę Le Guin i in.

Wielką serię fantastyczno-naukową autora Wehikułu czasu wieńczy powieść Pierwsi ludzie 

na Księżycu (The First Men in the Moon, 1901), przyjmująca również kształt utopii czarnej - jako 

wizja   posuniętej   do   skrajności   groteskowej   specjalizacji   rasy   ludzkiej   z   precyzyjnym 

wyrafinowaniem podzielonej na klasy, kasty, grupy, których sens i racja istnienia redukują się do 

ściśle określonej i wyznaczonej funkcji społecznej.

Następna   faza   twórczości   Wellsa   obejmuje   powieści   społeczno-obyczajowe   z   życia 

niższych   warstw   klasy   średniej,   z   której   pisarz   sam   się   wywodził.   Przedstawiona   tu   szara 

codzienność   jej   egzystencji,   zatęchła   gnuśność   prowincjonalnego   bytu,   z   którego   nie   sposób 

wyrwać się na szerszą przestrzeń, to jakby zaprzeczenie owych niezwykłych wzlotów, penetracji 

nie znanych i nie zbadanych regionów ludzkich doświadczeń, jakie dokonywały się na kartach 

wcześniejszych   utworów   autora   Wehikułu   czasu.   Najbardziej   znane   powieści   społeczno-

obyczajowe,   zdaniem   ówczesnej   poważnej   krytyki   rangą   przewyższające   jego   osiągnięcia   w 

background image

dziedzinie   fantastyki   naukowej,   to:   Kipps   (Kipps,   1905),   Tono-Bungay   (Tono-Bungay,   1909), 

Anna   Weronika   (Ann   Veronica,1909),   Historia   pana   Polly   (The   History   of   Mr.   Polly,   1910). 

Równolegle   tworzy   pisarz   traktaty   i   powieści   utopijne,   w   przeciwieństwie   do   pesymizmu 

wcześniejszej swej science fiction nawiązujące do nadziei, jakie w wieku XVIII i XIX budził 

rozwój   nauki   i   techniki,   i   przedstawiające,   u   progu   nowej   epoki,   na   gruncie   przeobrażeń 

społecznych, towarzyszące owym procesom wyłanianie się i formowanie nowoczesnej technokraci 

i. Do tego kręgu należą: Wizje przyszłości (Antici-pations, 1901), A Modern Utopia (1905, Utopia 

nowoczesna), The World Set Free (1914, Świat wyzwolony). Ludzie jak bogowie (Men Like Gods, 

1923), The Shape of Things to Come (1933, Kształt rzeczy przyszłych).

Z czasem - uwidoczni się to najwyraźniej w latach dwudziestych i trzydziestych - elementy 

traktatu, dyskusji, analizy, dygresji zdominują i przesłonią elementy fabularne. Pisarstwo Wellsa 

będzie ciążyło ku czemuś, co można by określić pojemnym mianem powieści-eseju, albo wręcz ku 

zbeletryzowanej publicystyce.

U schyłku  życia  wróci autor do swego pierwotnego pesymizmu,  tyle  że w zmienionej, 

posępniejszej, drastyczniejszej postaci, nie ożywionej już dynamizmem i energią młodości.

My powróćmy jednakże do owej młodzieńczej science fiction. Przez swą złożoność; walory 

literackie i filozoficzne stała się ona godną prekursorką dojrzałej fantastyki naukowej XX wieku - 

ściślej,   dwudziestowiecznej   tradycji   antyutopii   czy   utopii   negatywnej.   Jeśli   zaś   spróbujemy 

wyłowić i uchwycić to co najistotniejsze w fantastyce naukowej samego Wellsa w jej aspekcie 

merytorycznym,  można śmiało zaryzykować stwierdzenie, iż jedną z cech wyróżniających ową 

science   fiction   jest   usiłowanie   przeniknięcia   prawdy   o   ludzkiej   naturze,   widzianej   przede 

wszystkim w perspektywie jej ewolucyjnego rozwoju, zawierającej się przy tym w symbolicznej 

oprawie. Tak się ma rzecz z Wehikułem czasu, z tym że autor wybiega tu w daleką przyszłość, zaś 

w   wypadku   Wyspy   doktora   Moreau   jest   akurat   odwrotnie,   pisarz   sięga   wstecz,   w   odległą 

przeszłość,   ku   narodzinom   ludzkości,   po   to,   by   w   metaforycznym   skrócie   ukazać   tak   jej 

prapoczątek, jak i cały dalszy cykl ewolucyjny.

Doktor  Moreau  na   wyspie,   która  bierze  odeń   swą  nazwę,   dokonuje  eksperymentów   na 

zwierzętach, przekształcając je drogą wiwisekcyjnych zabiegów w ludzi. Moreau nie poprzestaje na 

chirurgii. Ażeby podtrzymać i umocnić cechy ludzkie u swych człekopodobnych stworów musi nie 

tylko stale ponawiać swe zabiegi operacyjne, lecz również innymi środkami oddziaływać na swych 

podopiecznych,   tworząc   dla   nich   dokładnie   i   szczegółowo   wypracowany   system   nakazów   i 

zakazów,   kodeks   obowiązków   i   praw   z   rygorem   najściślejszego   ich   przestrzegania. 

Podporządkowanie ma być bezdyskusyjne i totalne, jakiekolwiek wykroczenia karane są i tępione 

bezlitośnie i okrutnie. Wspomniany kodeks przyjmuje postać krótkich, katechetycznych  formuł, 

background image

których   rytmiczne   chóralne   skandowanie   wprawia   uczestników   rytuału   w   stan   ekstatycznego 

podniesienia:

“Nie będziesz chodził na Czworakach - tak każe Prawo.

Czyż nie jesteśmy ludźmi?

Nie będziesz chłeptał Wody - tak każe Prawo. 

Czyż nie jesteśmy Ludźmi?           

Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby - tak każe Prawo.

Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

Nie będziesz obdzierał kory z Drzew - tak każe Prawo.

Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

Nie będziesz polował na innych Ludzi - tak każe Prawo.

Czyż nie jesteśmy Ludźmi?” itd.

Nic jednak nie potrafi powstrzymać regresu kreatur doktora Moreau do stanu pierwotnej 

zwierzęcości.   Zawodzą   prerogatywy   władzy,   skodyfikowane   zasady   dyscypliny   społecznej, 

obrządki sakralne, wreszcie nawet skalpel chirurga. Natura ludzka, z jej wrodzonymi instynktami i 

popędami,   nie   daje  się   ani   ucywilizować,   ani   ujarzmić.   Moreau   wraz   ze   swym   pomocnikiem, 

Montgomerym, ponosi śmierć z rąk (?!) ludzi-potworów, których sami powołali do życia, formalny 

zaś bohater utworu, Edward Prendick, który przybył na Wyspę, by zostać wciągniętym w tryby 

rozgrywających  się tu tragicznych  wydarzeń,  staje się Robinsonem  a rebours  - świadkiem  nie 

wzlotu cywilizacyjnego, lecz nawrotu do triumfu dzikości.

Na Wyspie przeto instynkt pokonuje rozum, świtanie zaś intelektu utożsamione zostaje z 

zachwianiem   równowagi   w   przyrodzie,   rozsadzeniem   jej   biologicznej   spójności,   intensyfikacją 

cierpienia.   Wiąże   się   z   tym   wpływ   dziewiętnastowiecznego   antyracjonalizmu,       którego 

rzecznikami  byli Nietzsche, Schopenhauer oraz Bergson.

Sam Moreau jest postacią, której symbolika rozrasta się do granic ostatecznych, bądź to 

jako ucieleśnienie Stwórcy, bądź też jako uosobienie albo narzędzie bezwzględnego i bezlitosnego 

procesu   ewolucyjnego.   Zakodowane   w   ten   sposób   znamiona   Nietzscheańskiego 

nadczłowieczeństwa   nader   często   pojawiają   się   na   kartach   utworów   fantastyczno-naukowych 

autora Wojny światów.

Egzystencja   ludzka,   tak   w   sensie   jednostkowym   jak   i   społecznym,   jest   nieustannym 

doznawaniem i doświadczaniem bólu, istota wyższa jednakże, nadczłowiek w rodzaju Moreau, 

traktuje ból z pogardą. Narodziny bólu stanowią zresztą integralną część dzieła stworzenia, które 

background image

autor świadomie demonizuje jako akt okrucieństwa i prapoczątek zła.

Warto   jeszcze   odnotować   na   marginesie   umiejętność,   jaką   wykazuje   autor   w 

wychwytywaniu   i   odrysowywaniu   charakterystycznych   cech   ludzi-zwierząt   w   zależności   od 

pochodzenia i gatunku: krwiożerczość lamparta i hieny, przewrotność lisa, oddanie i wierność psa, 

wreszcie   -   przykład   szczególnie   bogaty   w   akcenty   humorystyczne   -   próżność   i   ograniczoność 

małpy,   która,   aby   w   maksymalnym   stopniu   dowieść   swej   wyższości   i   zaimponować   innym, 

niepotrzebnie   komplikuje   i   gmatwa   najprostsze   wypowiedzi.   Jest   to   niewątpliwie   satyra   na 

pretensjonalny bełkot pseudonaukowego żargonu.

Współczesna   Wellsowi   krytyka   nie   potrafiła   odczytać   rzeczywistych   intencji   dzieła. 

Pisarzowi   zarzucano,   że   zbyt   hojnie   szafuje   niesamowitością   i   grozą,   że   staje   się   autorem 

fantastyczno-naukowych   dreszczowców.   Wells   czuł   się   tym   szczególnie   dotknięty,   ponieważ 

interesowały   go   przede   wszystkim   konsekwencje   i   wymowa   naukowo-technicznego   postępu, 

reperkusje   moralne   procesów   bądź   to   wymykających   się   spod   kontroli   człowieka,   bądź   też 

umożliwiających wywieranie totalnej presji na otoczenie.

Z perspektywy dzisiejszej zupełnie inaczej patrzymy na omawiane tutaj dzieło przyznając, 

że jest jedną z zasadniczych pozycji Wellsowskiej science fiction, godne tego, by zająć poczesne 

miejsce obok Wehikułu czasu, Wojny światów i Pierwszych ludzi na Księżycu.

Uzupełniając   Wehikuł   czasu   we   wstecznej,   genealogicznej   perspektywie   -   skrótowa, 

metaforyczna   klamra   wyznacza   tu   jednocześnie   najszerszą   kanwę,   najrozleglejszą   w   całej 

Wellsowskiej science fiction panoramę dziejów, kształt doli człowieczej, ludzkiego losu.

Juliusz K. Palczewski