background image

H

ERBERT 

G

EORGE 

W

ELLS

 

 
 
 

S

YRENA

 

 

Z ORYGINAŁU ANGIELSKIEGO PRZEŁOśYŁ 

W.

 

D. 

1925 

background image

R

OZDZIAŁ 

P

RZYBYCIE 

S

YRENY

 

 
Wszystkie  pozostawione  nam  przez  ubiegłe  wieki  opisy  pojawiania  się  syren,  wzbudzają 

pewne wątpliwości. Nawet bardzo szczegółowy raport o syrenie z Bruges, nastraja sceptycznie. 
Muszę wyznać, Ŝe jeszcze przed rokiem nie wierzyłem absolutnie w te rzeczy. Lecz obecnie, w 
obliczu  niezbitych  faktów  w  mojem  bezpośredniem  sąsiedztwie  i  wobec  wysłuchania 
opowiadań mego kuzyna Melville’a (z Seaton Carew) jako klasycznego świadka w tej sprawie, 
widzę  owe  stare  legendy  w  zupełnie  innem  świetle.  Bardzo  wiele  osób  zajmowało  się 
zatuszowaniem  tej  afery  tak,  Ŝe  gdyby  nie  moje  pracowite  badania,  jestem  pewny,  Ŝe  po 
upływie jakiegoś czasu zdarzenie to stałoby się równie wątpliwe, jak stare legendy. 

Trudności wyrastające w czasie trwania procesu tuszowania były niewątpliwie bardzo duŜe, 

a  fakt,  Ŝe  zdołano  mimo  to  tak  wiele  zdziałać  przekonywa,  jak  waŜne  powody  do  dyskrecji 
istnieją  w  podobnych  sprawach.  Ani  zbytnia  odległość  miejscowości,  ani  obskurantyzm  nie 
przeszkadzał  w  tym  wypadku.  Początek  zdarzenia  miał  miejsce  na  wybrzeŜu  na  wschód  od 
Sandgate Castle ku Falkestone, koniec zaś o niecałe dwie mile dalej na wybrzeŜu w pobliŜu 
grobli Folkestońskiej. Sprawa rozpoczęła się w pełnem świetle pogodnego, słonecznego dnia w 
sierpniu,  przed  oknami  pół  tuzina  domów.  PowyŜsze  okoliczności  wystarczają,  aby  niemal 
zupełnie podkopać wiarę w popularne informacje. O tem jednak, czytelnik moŜe sobie wyrobić 
później odmienne zdanie. 

Dwie  ładne  córki  pani  Randolfowej  Bunting  brały  w  tym  czasie  kąpiele  w  towarzystwie 

swego gościa, panny Mabel Giendower. Głównie od tej ostatniej panny i od pani Bunting udało 
mi  się  zdobyć  informacje,  z  których  zesztukowałem  dokładne  okoliczności  towarzyszące 
pojawieniu się syreny. Nie usiłowałem zdobyć tych wiadomości od starszej panny Giendower 
mimo, de jest ona niemal Ŝe główną osobą w zdarzeniach, która nastąpią. Idzie tu o uczucie 
kobiece — sądzę zaś, Ŝe musiały być n tym wypadku bardzo szczególnego rodzaju. Zupełnie 
naturalnie musiały być takie. W kaŜdym razie zwykła bezwzględność literacka opuściła mnie, 
tak, Ŝe nie ośmieliłem się zbytnio zbliŜać się do nich… 

NaleŜy  pamiętać,  Ŝe  wille  leŜące  na  wschód  od  Sandgatte  Castle  są  w  wyjątkowem 

szczęśliwem połoŜeniu, poniewaŜ mają ogrody rozciągające się w dół, aŜ do wybrzeŜa. Nie ma 
tan Ŝadnej esplanady, albo drogi, lub ścieŜki, jakie odcinają od wody dziewięćdziesiąt dziewięć 
na sto domów zwróconych ku morzu. Gdy spojrzymy na nie z góry ze stacji wind na zachodnim 
końcu Leas widzimy, Ŝe skupiają się w istny rząd. PoniewaŜ ta część wybrzeŜa jest poszarpana 
wcinającymi się w morze wysokimi przylądkami, plaŜa jest taktycznie odcięta i tworzy rodzaj 
prywatnej własności, wyjąwszy podczas niskiego stanu wody, gdy ludzie mogą obejść końce 
przylądków.  Wobec  tego  wynajem  tych  domów  jest  specjalnie  poŜądany  w  czasie  sezonu 
kąpielowego, wielu zaś mieszkańców ma zwyczaj wynajmować je wraz z umeblowaniem aa 
cały sezon, osobom naleŜącym do dobrego towarzystwa i wpływowym. 

Państwo Randolfowie Bunting naleŜeli niewątpliwie do takich. Oczywiście prawdą jest, Ŝe 

nie  naleŜeli  do  arystokracji  ani  do  klasy  ludzi,  których  niezapłacony  „Herald”  mógłby 
swobodnie nazwać „gentle”. Nie mieli prawa do Ŝadnego herbu. Lecz nie mieli teŜ (jak to pani 
Bunting  czasami  podkreślała)  Ŝadnych  pretensji  w  tym  kierunku;  byli  to  ludzie  zupełnie 
pozbawieni  snobizmu  (o  ile  obecnie  jest  ktokolwiek  istotnie  od  niego  wolny).  Zwyczajni, 
swego chowu państwo Bunting, — Randolfowie Bunting — „zacni ludzie” jak to się mówi — 
pochodzący z szeroko rozgałęzionego pnia Hampshirskiego oddanego piwowarstwu, a choć nie 
wiadomo czy stosownie wynagrodzony Herald zaliczyłby ich do „gentle” czy nie, pomimo to 

background image

nie  ma  wątpliwości,  Ŝe  pani  Bunting  była  zupełnie  usprawiedliwiona,  prenumerując 
„Gentlewoman”,  pan  Bunting  zaś  i  Fred  byli  pracowitymi  gentlemanami,  a  wszystkie  ich 
postępki i myśli były przyzwoite i dobre. Razem z nimi mieszkały tam dwie panny Glendower, 
dla których pani Bunting była rodzajem matki od czasu śmierci pani Glendower, 

Panny  Glendower  były  siostrami  przyrodniemi,  były  bez  kwestji  „gentle”,  pochodziły  z 

rodziny  wiejskiej,  która  wiele  generacji  wstecz  zaprzestała  handlu,  wzniosła  się  od  razu  jak 
Antaeus, odświeŜyła się i wzbogaciła. Starsza Adelina z kupiecką krwią w Ŝyłach była bogatą 
dziedziczką,  była  istotnie  bardzo  bogata,  miała  ciemne  włosy,  szare  oczy  i  powaŜne 
usposobienie;  a  po  śmierci  ojca,  który  umarł  nieco  wcześniej  niŜ  macocha,  pozostały  Jej  do 
dyspozycji  tylko  ostatki  młodości.  Miała  wtedy  około  dwudziestu  siedmiu  lat.  Wczesną 
młodość poświęciła słabości charakteru swego ojca, w sposób przypominający dziewczęce lata 
ElŜbiety  Barret  Browning.  JednakowoŜ  po  odejściu  ojca  w  sfery,  gdzie  charakter  jego  miał 
niewątpliwie  szersze  widoki  —  (czemŜe  bowiem  jest  ten  padół,  jeŜeli  nie  miejscem,  gdzie 
dopiero  formują  się  charaktery?)  —  wyjrzała  śmiało  na  świat.  Okazało  się,  Ŝe  miała  umysł 
pojętny,  duŜo  nagromadzonej  energji  i  sporą  dozę  ambicji.  Wyznawała  czysty  i  krytyczny 
socjalizm, kwitła na publicznych meetingach, a obecnie była zaręczona z osobistością istotnie 
ś

wietną  i  obiecującą,  choć  nieco  „extravagant”  i  romantyczną  z  p.  Harry’m  Chatteris’em, 

siostrzeńcem  carla,  bohaterem  pewnego  skandalu  i  zupełnie  prawdopodobnym  kandydatem 
liberałów  dywizji  Hythe  of  Kent,  Ta  ostatnia  sprawa  była  właśnie  dyskutowana  i  on  czynił 
zabiegi i panna Glendower, która lubiła odczuwać, Ŝe jest mu podporą, czyniła równieŜ starania 
w tej sprawie i z tego to głównie powodu Buntingowie wynajęli na lato dom w Sandgate. Mógł 
czasami odwiedzić ich i pozostać z nimi przez dobę tub dłuŜej, czasami zaś mógł odjechać w 
interesach, poniewaŜ był znany jako bardzo giętki i świetny, pierwszej klasy młody polityk — a 
Hythe wziąwszy wszystko pod rozwagę było bardzo zadowolone mając go za kandydata. Fred 
Bunting  zaś  był  zaręczony  z  przyrodnią  siostrą  wymienionej  panny  Olendower, 
siedmnastoletnią panną Mabej Glendower o wiele mniej bogatą i nieco pospolitą, która juŜ w 
czasach  szkolnych  zrobiła  odkrycie,  Ŝe  nie  warto,  próbować  być  inteligentną  w  obecności 
Adeliny. 

Buntingowie nie uŜywali wprawdzie „mieszanej” kąpieli, w roku 1898 było to jeszcze ciągle 

uwaŜane  za  bardzo  wątpliwie  przyzwoite,  jednakowoŜ  pan  Rudolf  Bunting  i  jego  syn  Fred 
schodzili  z  paniami  swobodnie  na  dół,  zamiast  chować  się  lub  iść  na  spacer,  stosownie  do 
dawniejszej  mody,  (pomimo,  Ŝe  panna  Mabel  Glendower,  narzeczona  Freda  naleŜała  do 
kąpiących  się).  Szli  tworząc  małą  procesję  pod  zielonymi  dębami,  przez  ogród  i  w  dół  po 
stopniach aŜ do brzegu morza. 

Pani Bunting w swoich szkłach szła pierwsza, razem z nią szła panna Glendower, która nie 

kąpała się, poniewaŜ uwaŜała, Ŝe to poniŜa jej godność, — miała na sobie jeden z tych prostych, 
tanich  kostjumów,  socjalistycznej  mody.  Za  tą  przednią  straŜą  szły  jedna  za  drugą  trzy 
dziewczęta w ładnych paryskich kostjumach kąpielowych i czepeczkach, — jakkolwiek w tej 
chwili  zakutane  były  kompletnie  w  płaszcze  kąpielowe  z  kapturami  —  prócz  tego  miały  na 
sobie oczywiście pończochy i trzewiki — kąpały się w pończochach i trzewikach. Następnie 
szła słuŜąca pani Bunting i droga pokojówka i słuŜąca panien Glendower, niosąca ręczniki, a w 
małym  odstępie  dwaj  męŜczyźni  dźwigający  liny  i  inne  rzeczy.  (Pani  Bunting  zawsze 
obwiązywała  liną  swoje  córki,  zanim  weszły  do  wody  i  trzymała  linę  w  rękach,  dopóki  nie 
wyszły szczęśliwie z powrotem. Jednak Mabel Glendower nie chciała dać się obwiązywać liną. 

W miejscu gdzie ogród kończył się, a zaczynało się wybrzeŜe, panna Glendower odłączyła 

się  od  idących,  usiadła  na  Ŝelaznej,  zielonej  ławce  pod  dębem  i  znalazłszy  miejsce  gdzie 
przerwała czytanie Sir George Tressady — ksiąŜki, którą naturalnie w tych czasach uwaŜała za 
nadzwyczaj  waŜną  —  siedziała  przyglądając  się  jak  reszta  towarzystwa  idzie  ku  brzegowi. 
Tworzyli oni  bardzo milą  i wesołą  grupę oŜywionych ludzi, na wybrzeŜu zalanem światłem 
słonecznem  i  na  tle  spokojnego  morza  o  barwach  w  smugi  zielone  i  granatowe, 

background image

pomarszczonego  w  delikatny  wzór  drobniutkimi  falami  i  kryjącego  w  sobie  juŜ  od  czasów 
staroŜytnych rozmai e niespodzianki. 

Skoro doszły do marki oznaczającej wysoki stan wody,  gdzie przebywanie w kostjumach 

kąpielowych nie jest juŜ przyzwoitością, kaŜda z młodych dam wręczyła swój płaszcz słuŜącej, 
a po kilku chwilach Ŝartów i śmiechu, oraz uwaŜnych badań ze strony pani Bunting czy nie na 
pewnych  galaretowatych  stworzeń  morskich,  panny  weszły  do  wody.  Po  jednej  lub  dwu 
minutach, Betty jak się zdaje, przestała się pluskać i zaczęła spoglądać przed siebie, a wtedy 
wszystkie równieŜ spojrzały i zobaczyły o jakie trzydzieści yardów przed sobą, głowę syreny 
płynącej jakby ku lądowi. 

Oczywiście myślały, ze jest to jakaś sąsiadka z poblizkich domów. Były  nieco zdziwione 

tem, Ŝe nie zauwaŜyły jej wejścia do wody, lecz pozatem w zjawieniu się Jej, nie widziały ani 
ś

ladu  czegoś  nadprzyrodzonego.  Przeprowadziły  zwykłe  w  takich  spotkaniach  ukradkowe 

obserwacje, podczas których skonstatowały, Ŝe płynie nadzwyczaj pięknie, Ŝe ma prześliczną 
twarz i ramiona, nie mogły jednak zauwaŜyć jej przepysznych złotych włosów, poniewaŜ były 
schowane w modnej frygijskiej czapeczce kąpielowej, zabranej, — jak się później zwierzyła 
memu kuzynowi Melville, — parę dni przedtem z plaŜy w Normandji. Nie mogły takŜe widzieć 
jej kształtnych pleców z powodu czerwonego kostjumu, który miała na sobie. 

PoniewaŜ  trwanie  przeglądu  doszło  juŜ  do  punktu,  poza  który,  bez  nieprzyzwoitości  nie 

moŜna  go  było  przedłuŜać;  Mabel  zamierzała  rozpocząć  na  nowo  pluskanie  się  we  wodzie 
mówiąc do Betty: „Ma czerwony kostjum, chciałabym zobaczyć” — gdy nagle nastąpiło coś 
strasznego. 

Pływaczka rzuciła się jakoś krzywo we wodzie, wyciągnęła ramiona i — zniknęła! 
Był to jeden z takich wypadków, mroŜących krew w tyłach, widok znany kaŜdemu z ksiąŜek 

i imaginacji, a bardzo rzadko kiedy oglądamy własnemi oczyma. 

Przez chwilę wszyscy stali bez ruchu. Przeszła sekunda, dwie, trzy, nagle ukazało się nagie 

ramię i zniknęło znowu. 

Mabel  opowiadała  mi,  Ŝe  przez  cały  czas  stała  nieruchomo  jak  sparaliŜowana,  lecz  dwie 

panny Bunting ochłonąwszy nieco, wrzasnęły: „Oh! ona tonie!” i zaczęły na gwałt posuwać się 
ku  brzegowi.  Proces  ten  został  z  wielką  przytomnością  umysłu  przyspieszony  przez  panią 
Bunting, która całym cięŜarem oparła się o linę, ciągnąc ją coraz dalej aŜ do stóp obmurowania 
brzegu, gdzie przysiadła i wyciągnęła je na kilka yardów od krawędzi lądu. Panna Glendower 
spostrzegła  co  się  dzieje,  zaczęła  schodzić  po  stopniach  i  trzymając  Sir  George  Tressady  w 
jednej  ręce  a  drogą  ocieniając  oczy,  krzyknęła  wyraźnym  resolutnym  głosem:  „Musimy  ją 
ocalić!”. SłuŜące jak przystało na nie, wrzeszczały tylko — lecz dwaj męŜczyźni rozpoczęli jak 
się  zdaje  działać  z  wielką  przytomnością  umysłu.  „Fred,  drabina  sąsiada!”  powiedział  pan 
Randof  Bunting  —  poniewaŜ  najbliŜszy  sąsiad  zamiast  wygodnych  stopni  kamiennych  miał 
wysoki mur i długą drabinę, na którą u Buntingów od dawna zwrócono uwagę, jako na „coś” co 
moŜe  przydać  się  w  razie  wypadku.  Zdaje  się,  Ŝe  obaj  w  jednej  chwili  zrzucili  surduty, 
kamizelki, kołnierze, krawatki i trzewiki i wciągnęli drabinę sąsiada do wody. 

— Gdzie ona jest papo? — zapytał Fred. 
— Prosto,  przed  nami!  —  odpowiedział  pan  Bunting  i  jakby  na  potwierdzenie  tych  słów 

wynurzyło się znowu jedno ramię i coś ciemnego, co w świetle późniejszych zdarzeń jestem 
skłonny uwaŜać za przypadkowo wysunięty nad wodę, ogon syreny. 

ś

aden z obu gentelmenów nie był doświadczonym pływakiem, o ile mogę się domyślić pan 

Bunting w podnieceniu niemal zupełnie zapomniał czy umiał kiedy pływać, lecz obaj brodzili 
ś

miało po obu stronach drabiny, popychając ją przed sobą i zbliŜając się do głębiny, w sposób 

nie przynoszący wstydu naszemu narodowi i rasie, 

Z tem wszystkiem moŜna sobie powinszować, Ŝe w całej tej sprawie nie chodziło o ratunek 

istotnie  tonącej  osoby,  W  czasie  moich  badań  jakiekolwiek  draŜliwości,  moŜliwe  przedtem, 
ustały juŜ i jest to teraz zupełnie pewne, Ŝe podczas gdy Fred płynął ciągle w kierunku długości 

background image

drabiny i wprowadzał ją w ten sposób w powolny ruch rotacyjny dokoła jej osi, pan Bunting 
zdołał  juŜ  połknąć  powaŜną  ilość  wody  morskiej  i  kopał  Freda  w  piersi  z  bezcelową 
gorliwością. Czynił to, jak tłómaczył potem, — aby mi nogi poszły na dół, rozumie pan. Coś 
tam było z tą drabiną, wie pan i ciągle mi s z ł y  do góry! 

Wtem, zupełnie niespodziewanie syrena wynurzyła się obok nich i jedno jej piękne ramię 

podtrzymało  pana  Buntinga  w  pasie  a  drugie  spoczęło  na  drabinie.  Gdy  poddałem  później 
Freda  krzyŜowym  pytaniom,  dowiedziałem  się,  Ŝe  nie  wydawała  się  wtedy  ani  blada,  ani 
przestraszona,  ani  pozbawiona  oddechu,  choć  w  czasie  wypadku  Fred  był  zbyt  silnie 
podniecony,  aby  zdawać  sobie  sprawę  z  tych  szczegółów.  Uśmiechała  się  i  powiedziała 
spokojnym, miłym głosem — schwycił się, kurcz. — Obaj męŜczyźni byli o tem przekonani. 

Pan Bunting zamierzał właśnie powiedzieć jej, aby trzymała się silnie, a będzie ocalona, gdy 

niewielka fala chlusnęła mu wprost w usta i zredukowała jego przemowę do dzikich parskań. 

Fred  powiedział:  —  My  panią  zaciągniemy  —  czy  coś  podobnego  i  tak  wisieli  wszyscy 

balansując we wodzie, ku zmartwieniu pana Buntinga. 

Zdają  się,  Ŝe  balansowali  tak  przez  pewien  czas.  Fred  powiada,  Ŝe  syrena  spoglądała 

spokojnie lecz z pewnem zdumieniem i Ŝe zdawała się mierzyć odległość do brzegu. — Macie 
panowie zamiar ocalić mnie? — zapytała go. 

Zaczął rozmyślać  coby  tu  moŜna zrobić  nim  ojciec  zatonie  i  odpowiedział —  teraz  panią 

ocalimy. 

— Chcecie mię panowie wyciągnąć na brzeg? 
PoniewaŜ  wydawała  mu  się  tak  spokojna,  pomyślał,  ze  moŜe  jej  wytłómaczyć  swój  plan 

operacyjny. — Niech pani spróbuje schwycić — koniec drabiny — kopnę nogami. Tylko parę 
yardów i wyleziemy z głębiny — Ŝebyśmy tylko mogli. 

— Chwilkę  tylko  —  odezwał  się  pan  Bunting.  —  Niech  złapię  oddech  —  uff  —  woda 

morska, — Chlap i plusk!… 

Nagle wydało się Fredowi, Ŝe zdarzył się cud. Woda zakotłowała się szalonym wirem, jakby 

wskutek śrubowych ruchów propellera, on zaś schwycił syrenę i drabinę w sam czas, jak mu się 
zdawało, aby zapobiedz zmyciu ich przez fale w kierunku Kanału. Ojciec zniknął mu z oczu z 
wyrazem zdumienia na twarzy a potem ukazał się znowu; o ile moŜna było rozpoznać grzbiet i 
nogi, trzymając się drabiny jakimś śmiertelnym chwytem. I patrzcie się! Byli juŜ o dwanaście 
yardów bliŜej brzegu, gdzie woda była tylko pięć stóp głęboka, a Fred zmacał grunt nogami. 

Skoro poczuł jego dotknięcie natychmiast poprzednie jego zdumienie i przestrach zmieniły 

się  w  najczystsze  bohaterstwo.  Popchnął  drabinę  i  syrenę  przed  siebie,  pozbył  się  drabiny  i 
swego zupełnie juŜ roztrzęsionego rodzica, schwycił syrenę ciasno w ramiona i uniósł ją ponad 
wodę. 

Młode  panie  zawołały  —  Ocalona!  —  słuŜące  krzyknęły  —  Ocalona!  —  rozmaite  głosy 

wykrzykiwały jak echo . — Ocalona! — Hurra! — faktycznie wszyscy krzyczeli: — Ocalona! 
z wyjątkiem pani Bunting, której jak opowiada wydawało się, Ŝe pan Bunting dostał jakichś 
konwulsji  i  z  wyjątkiem  pana  Buntinga,  który  zdawał  się  pozostawać  pod  wraŜeniem,  Ŝe 
wszystkie  prawa  natury,  na  mocy  których  Opatrzność  pozwala  nam  unosić  się  na  wodzie  i 
pływać, pozostały w zawieszeniu i Ŝe jedyną rzeczą, jaka mu jeszcze pozostaje do zrobienia 
przed  rychłą  śmiercią,  jest  wierzgać  nogami  z  całej  siły  i  jak  najszybciej.  Lecz  w  ciągu 
kilkunastu sekund głowa jego wynurzyła się, a nogi stanęły na dnie, a wtedy zaczął wydawać ze 
siebie głosy jak wieloryb lub koń, parskać jak rozgniewany kot i skrzypieć jak piła, wyciskając 
wodę z oczu, pani Bunting zaś mogła nareszcie zwrócić uwagę na piękny cięŜar, przytulony do 
jej syna. 

Jest  to  bardzo  ciekawe,  Ŝe  syrena  znajdowała  się  co  najmniej  minutę  nad  wodą,  zanim 

ktokolwiek  zauwaŜył,  Ŝe  róŜniła  się  w  czemkolwiek  od  —  innych  pań.  Przypuszczam,  Ŝe 
wszyscy otoczyli ją blisko i spoglądali tylko na jej piękną twarz, albo moŜe wyobraŜali sobie, 
Ŝ

e nosi rodzaj niedyskretnego lecz modnego ubrania dolnego, jak do konnej jazdy, lub coś w 

background image

tym  rodzaju,  jakkolwiekbądź,  nikt  nie  zauwaŜył  niczego,  choć  było  to  jasne  jak  dzień.  Na 
pewno mieszało się to z kostjumem. I tak stali tam, wyobraŜając sobie, Ŝe Fred ocalił damę, 
niewątpliwie  z  lepszej  sfery  pochodzącą,  która  wyszła  do  kąpieli,  z  jednego  ze  sąsiednich 
domów i dziwili się tylko dlaczego na wszystko w świecie, nikt nie upomina się o nią. Ona zaś 
przytulała się do Freda a on do niej, jak to później w rozmowie z nim zauwaŜyła panna Mabel 
Glendower. 

— Schwycił mię kurcz — odezwała się syrena z ustami zwróconemi ku policzkowi Freda, a 

jednem okien ku pani Bunting. — Pewna jestem, Ŝe to kurcz… czuję g» jeszcze. 

— Nie widzę nikogo — zaczęła pani Bunting. 
— Proszę mnie zanieść — powiedziała syrena, przymykając oczy, jak gdyby zrobiło się jej 

słabo… choć policzki miała zaróŜowione i ciepłe. — Proszę mię zanieść. — 

— Dokąd? — zapytał gapiowato Fred. 
— Proszę mnie zanieść do domu — powiedziała szeptem do niego. 
— Do jakiego domu? 
Pani Bunting przysunęła się bliŜej. 
— Do  pańskiego  domu  —  oznajmiła  syrena,  przymykając  oczy  na  dobre  i  pozostając 

nieczułą na dalsze uwagi. 

— Ona — ja nic ale rozumiem — powiedziała pani Bunting, zwracając się do wszystkich. 
I właśnie wtedy wszyscy zobaczyli to. Nettie, młodsza panna Bunting spostrzegła pierwsza. 

Pokazała  palcem,  jak  powiada,  zanim  mogła  wydobyć  głos  ze  siebie.  Wtedy  zobaczyli 
wszyscy! Panna Glendower była jak sądzę ostatnią, która to spostrzegła. W kaŜdym razie było 
to podobne de niej, jeŜeli zobaczyła ostatnia. 

— Mamo! — powiedziała Nettie, wyraŜając w słowach ogólną zgrozę. — M a m o ! Ona ma 

o g o n ! 

Wtedy trzy słuŜące i Mabel Glendower wrzasnęły jedna po drugiej: 
— Patrzcie! Ogon! 
— Na miłość! — powiedziała pani Bonting i zabrakło jej słów. 
— Oh! wyrzekła panna Glendower, kładąc rękę na sercu. 
Wtedy jedna ze sług przypomniała sobie jej nazwę i wrzasnęła: — To syrena! — a wtedy 

wszyscy krzyknęli: — To syrena! 

Z wyjątkiem syreny samej, zachowującej się zupełnie biernie, udającej zemdloną, opartej na 

Fredzie i ciągle jeszcze pozostającej w jego ramionach. 

background image

II 

 
Tak więc przedstawiało się to „tableau” o ile zdołałem odtworzyć je z opowiadań. Trzeba 

sobie wyobrazić tę małą grupkę ludzi na wybrzeŜu i pana Buntinga nieco z boku, wyłaŜącego 
właśnie z wody, przemoczonego i na pół utopionego. Drabina sąsiada spokojnie odpływała na 
pełne morze. 

Oczywiście była to jedna z takich sytuacji, które mogą zwrócić powszechną uwagę. 
Istotnie  teŜ  zwróciła  uwagę.  Stan  wody  był  nizki  i  grupka  stała  w  dole  jakie  trzydzieści 

yardów w głąb morza. Nikt nie wiedział najzupełniej co począć, jak to opowiadała pani Bunting 
memu kuzynowi Melville, a wszyscy odznaczali się narodowem przeczuleniem i wstrętem do 
ukazywania  się  publicznie  w  sytuacjach  kłopotliwych.  Syrena  zadowalała  się  rolą  pięknego 
problemu, przytulona do Freda i stanowiąca bądź co bądź powaŜny cięŜar do dźwigania. Zdaje 
się, Ŝe bardzo liczna familja zamieszkująca domek zwany Koot Hoomi, ukazała się w całej swej 
sile, gapiąc się i gestykulując. Byli to Indzie, z któremi Buntingowie właśnie nie Ŝyczyli sobie 
znajomości,  najprawdopodobniej  jacyś  handlowcy.  Jeden  z  męŜczyzn,  specjalnie  prostacki, 
mający zwyczaj strzelania do mew, zaczął spuszczać swoją drabinę na dół jak gdyby zamierzał 
ofiarować się z pomocą, pani Bunting zauwaŜyła takŜe błyski w czarnych otworach polowej 
lornetki, jeszcze straszniejszego sąsiada z zachodu. 

Ponadto  popularny  autor,  mieszkający  w  najbliŜszem  sąsiedztwie,  gniewliwy,  czarny,  o 

kwadratowej głowie człowieczek w okularach, wyrost nagle i stojąc na swoim niedostępnym 
murze, począł coś po warjacku wrzeszczeć o swojej drabinie. Nikt naturalnie nie pomyślał o 
jego głupiej drabinie, ani nie zatroszczył się o nią. Był podniecony do szaleństwa. Sądząc po 
jego tonie i ruchach, musiał uŜywać najokropniejszych wyrazów i zdawało się, Ŝe lada chwila 
zeskoczy na dół, na wybrzeŜe i przyjdzie do nich. 

Na  ukoronowanie  wszystkiego  nad  zachodnim  przylądkiem,  ukazali  się  wycieczkowcy  z 

gminu! 

Najpierw ukazały się ich głowy, a później doleciały ich uwagi. Następnie, wśród radosnych 

okrzyków poczęli wdrapywać się na groblę. 

„Pip, pip” wołali wycieczkowcy, drapiąc się — byl to rok, w którym okrzyk „Pip–pip” był 

modny — a potem — Stój, co to ona bumsnęła! a potem chóralne — Co tam się stało? 

A głosy reszty wycieczkowców z gminu, odpowiadały „Pip, pip”. 
Widocznie wycieczka była bardzo liczna. 
— Coś złego się przydarzyło! — wykrzyknął jeden z wycieczkowców na chybił trafił. 
— Moja  droga!  rzekła  pani  Bunting  do  Mabel  —  co  tu  począć?  W  swoich  opisach  tego 

zdarzenia, opowiadanych memu kuzynowi Melwille, przedstawiała zawsze ten moment jako 
„clou” całej historji „Moja droga! co tu począć?” 

Domyślam  się,  Ŝe  w  tej  desperacji  rzuciła  nawet  spojrzenie  na  wodę.  Lecz  oczywiście, 

wrzucenie  syreny  na  powrót  do  wody,  musiałoby  pociągnąć  za  sobą  najokropniejsze 
tlómaczenie się… 

Było widocznem, Ŝe pozostaje tylko jedno. Pani Bunting wypowiedziała to. „Jedyną rzeczą 

jest, zanieść ją do domu”. 

I zaniesiono ją do domu!… 
MoŜna sobie wyobrazić tę małą procesję. Na czele Fred, zatoczony i zdumiony lecz ciągle 

przytulający się i nawzajem obejmowany, z tem wszystkiem nie mogący wypowiedzieć słowa, 
dla braku tchu. A w jego ramionach syrena. Jak dowiedziałem się, miała bardzo piękną figurę, 
aŜ do miejsca, gdzie zaczynał się ten straszny ogon (koniec jego, jak zwierzała się pani Bunting, 
poufnie  szepcąc  do  mego  kuzyna,  poruszał  się  do  góry  i  na  dół,  był  spiczasto  rozwidlony  i 
najzupełniej  podobny  do  ogona  makreli).  WyobraŜam  sobie,  ze  ogon  trzepotał  się  i  bryzgał 
wodą wzdłuŜ ścieŜki. 

background image

Miała na sobie bardzo piękny, długi kostjum z czerwonego materjału, garnirowany grabą, 

białą koronką i nosiła „gilet” jak mi mówiła Mabel, choć wątpię aby to moŜna zauwaŜyć, w 
czasie pochodu przez ogród. 

Czapeczka  frygijska  pokrywała  zupełnie  jej  złote  włosy  tak,  ze  widać  było  tylko  białe, 

nizkie, równe czoło, a pod nim oczy koloru morskiej wody. Po term wszystkim nastąpił, jak 
sądzę,  moment,  w  którym  zaczęła  badać  z  Ŝywą  ciekawością  i  sumiennie,  werandę  i  okna 
domu. 

Za tą zataczającą się parą, szła, jak się domyślam, pani Bunting. Następnie pan Bunting. Fan 

Bunting musiał być wówczas strasznie przemoczony i złamany, a z pewnych danych wnoszę, 
Ŝ

e prześladował swą Ŝonę, powtarzając: Oczywiście moja droga, jakieŜ ja mogłem wiedzieć! A 

potem przestraszona lecz rozciekawiona grupka dziewcząt w płaszczach kąpielowych i słuŜące 
z linami etc, dyskretnie (jak im się zdawało) niosące przewaŜną część garderoby Freda i pasa 
Buntinga. 

A potem ścigające wszystkich z końca ogrodu — „Pip–pip” i kapelusz, tudzieŜ podniesione 

brwi wycieczkowca, ciągle jeszcze z obawą pragnącego dowiedzieć się — Co się stało? 

Tak,  a  przynajmniej  w  jakiś  podobny  sposób  odbyło  się  to,  przy  czem  towarzyszył  temu 

akompaniament  najdzikszych  wymysłów  o  pewnej  drabinie,  wypowiadanych  przez  mur 
ogrodowy, co wszyscy musieli bardzo wyraźnie słyszeć. (Powystrajane osoby, porwały moją 
drogocenną  staro–angielską  drabinę…),  tak  więc  przeniesiono  syrenę,  (która  zdawała  się 
znosić wszystko z pogodną nieczułością) przez cały dom i złoŜono ją na posłaniu w pokoju pani 
Bunting. 

A kiedy właśnie panna Glendower poddawała, Ŝe najlepszą rzeczą będzie posłać po doktora, 

syrena westchnęła z naturalnym wdziękiem i przyszła do siebie. 

background image

R

OZDZIAŁ 

II. 

N

IEKTÓRE

,

 PIERWSZE WRAśENIA

 
W  taki  to  sposób  jak  opisałem,  z  największem  prawdopodobieństwem  na  jakie  mogę  się 

zdobyć, syrena Folkestońska przybyła istotnie na ląd. Nie ma wątpliwości, Ŝe cała afera była 
uplanowanem przez nią z góry wciśnięciem się. 

Nie schwycił jej Ŝaden kurcz, nie mogła mieć kurczów, a co do tonięcia, to nikomu ono nie 

groziło ani, przez chwilę, z wyjątkiem pana Buntinga, którego cenne Ŝycie o mało nie zostało 
poświęcone  dla  niej,  na  samym  wstępie  jej  przybycia.  NajbliŜszym  jej  postępkiem  było 
zaŜądanie  rozmowy  z  panią  Bunting  i  wykorzystanie  swego  młodego  wyglądu  i  świetnej 
powierzchowności,  dla  pozyskania  oparcia,  sympatji  i  towarzystwa  tej  dobrodusznej  damy 
(faktycznie  będącej  wobec  niepamiętnego  wieku syreny  czemś w  rodzaju świeŜo wyklutego 
kurczątka). 

Nie  moŜnaby  uwierzyć  w  to,  jak  umiała  sobie  postąpić  z  panią  Bunting,  gdyby  się  nie 

wiedziało,  Ŝe  mimo  wielu  innych  braków,  syrena  była  bardzo  oczytaną  osobą.  Dawała  to 
przynajmniej do poznania w wielu późniejszych konwersacjach z moim kuzynem Melville. Z 
czasem  doszło  miedzy  obojgiem  do  przyjaznej  zaŜyłości  —  tak  przynajmniej  Melville  lubił 
przedstawiać  to  zawsze  —  i  kuzyn  mój  odznaczający  się  sporą  dozę  ciekawości,  nazbierał 
wiele  interesujących  szczegółów  o  Ŝyciu  tam  lub  tam  w  głębi  jak  się  wyraŜała  syrena.  Z 
początku  była  niezwykle  wstrzemięźliwa,  wobec  jego  ugrzecznionych  nastawań, 
spowodowanych  ciekawością,  lecz  po  pewnym  czasie,  jak  sądzę,  pękły  lody  nieufności, 
zamieniając  się  na  wesołą  konfidencję.  Jasne  jest  jak  pisze  mój  kuzyn  w  jednej  ze  swych 
notatek, Ŝe naleŜy bardzo zmodyfikować dawne  pojęcia o Ŝycia podmorskiem jako o jednej, 
ciągle trwającej zabawie w hejŜe–ha! przez skały koralowe, naprzemian z zapłataniem włosów 
na nadbrzeŜnych skałach, przy świetle księŜyca.  Na przykład co do literatury, mają taro one 
wszystko, to co my mamy, a przytem nieograniczony wolny czas do wczytywana się. Melville 
podkreśla to  i  jest  nieco zazdrosny o  ten nieograniczony  wolny  czas. Obraz  przedstawiający 
syrenę  kołyszącą  się  w  hamaka  plecionym  z  morskich  wodorostów  z  najświeŜszą  nowelą  w 
jednej  ręce,  a  fosforyzującą  rybą,  siły  szesnastu  świec  w  drugiej  moŜe  być  niezgodny  z 
koncepcją niektórych łudzi, lecz pewnością odpowiada bardziej obszarowi Ŝycia w głębinach, 
jaki  mu  nakreśliła.  Wszędzie  wyciska  swoje  piętno  zmiana  aa  wszystkich,  nawet  na 
nieśmiertelnych  działa  Modernizm.  Przypuszczam,  Ŝe  nawet  na  Olimpie  istnieje  partja 
postępowa,  a  młody  Faeton  agituje  zatem,  aby  zastąpić  konie  swego  ojca,  jakimś  swego 
wynalazku  motorem  słonecznym.  Poddałem  podobną  myśl Melville’owi, on  zaś powiedział: 
,,Straszne! Straszne! i wpatrzył się nieruchomo w ogień na kominku w moim gabinecie. 

Drogi, kochany Melville! Nasłuchał się od syreny masę o czytelniach głębinowo–morskich. 
Oczywiście nie drukują ksiąŜek tam w głębi, czernidło drukarskie spłynęłoby pod wodę — 

tłumaczyła to jasno; lecz w taki lub owaki sposób cała ziemska literatura, jak mówi Melville, 
dostaje  się  do  nich.  Znamy  to  mawiała.  Tworzą  specjalny  odłam  publiczności  czytającej  a 
dodatki,  wzbogacające  tę  zanurzoną  w  głębinach  morza  czytelnię  publiczną,  funkcjonującą 
stosownie do przypływów, są obecnie bardzo systematycznie poszukiwane. Źródła są rozmaite 
i w niektórych wypadkach, nieco dziwne. Wiele ksiąŜek pochodzi z zatopionych okrętów. — 
Istotnie? — pytał Melville. „Zwykle obok ksiąŜki — okręt” — objaśniała syrena. Większość 
statków pasaŜerskich gubi nowele i tygodniki, lub wiatr zwiewa je z pokładu — czasami zaś, 
choć są to nabytki niewarte wzmianki, — wyrzuca je ktoś umyślnie do morza. Pewne specjalne 
gatunki  ksiąŜek,  wyrzucają  ludzie  natychmiast  po  przeczytaniu.  (Melville,  który  jest 

background image

przeczulonym  i  łatwo  irytującym  się  czytelnikiem,  niewątpliwie  zrozumiał  to  doskonałe). 
Ponadto  zdarza  się,  Ŝe  z  plaŜy,  po  świątecznych  odwiedzinach  publiczności,  wiatr  zwiewa 
lŜejsze gatunki literatury do morza. Melville zapewniał mnie tafcie, Ŝe po ustaniu pokupu na 
ksiąŜki  któregokolwiek  z  naszych  popularnych  nowelistów,  księgarnie  uwaŜają  za  stosowne 
wrzucać do morza, poza markę oznaczającą wysoki stan wody, pozostałe egzemplarze ksiąŜek, 
których nie chcą juŜ przyjąć, ani w szpitalach, ani w więzieniach. 

— To nie jest ogólnie znane — zauwaŜyłem. 
— O n e  wiedza o tem — odpowiedział Melville. 
WybrzeŜa dostarczają ksiąŜek w inny sposób. Młode pary wracające z podróŜy do domów i 

ciąŜące juŜ sobie, jak mówiła syrena, memu kuzynowi Melville, często ale chcą rozstać się z 
doskonałą nowoczesną fantastyczną literaturą. Wobec czego, jak się zdaje, w głębiach Kanału 
angielskiego  znajduje  się  wspaniała  kolekcja  ksiąŜek  angielskich;  faktycznie  leŜy  tam 
bibljoteka  wydawnictw  Tauchnitz,  wyrzucanych  z  pokładu  w  ostatniej  chwili,  przez 
poczuwających się do winy lub bojaźliwych pasaŜerów

*

,  a dawniej było  w Mersey podobne 

ź

ródło wydawnictw amerykańskich lecz upadło w ostatnich latach. Misja zaś przeznaczona dla 

rybaków pracujących na głębinach, rozsiała obecnie zapas traktatów, starczący na szereg lat, 
nadając  w  ten  sposób  specjalnie  podniosły  charakter  rozległym  ławicom  morza  północnego. 
Syrena informowała bardzo dokładne o tych sprawach. 

JeŜeli zwaŜy się warunki w jakich odbywa się gromadzenie ksiąŜek, nie moŜna się dziwić, 

Ŝ

e w utworach tej głębinowej księgarni przewala pierwiastek fantastyczności — tak, jak to się 

dzieje  na  ladach  pp.  M u d i e

*

;  kuzyn  mój  dowiedział  się  jednak,  Ŝe  rozmaite  ilustrowane 

tygodniki a szczególnie Ŝornale mód, mają moŜe większy walor niŜ nowele…, daleko bardziej 
są poŜądane i wyszukiwane ze zawistną emocją. Istotnie ten punkt rzucił błysk światła memu 
kuzynowi  na  motywy,  które  spowodowały  wyjście  na  ląd  tej  odwaŜnej  damy.  Spróbował 
poddać tę myśl syrenie, .Powinnyśmy były zaprowadzić ubrania juŜ od dawna Odpowiedziała i 
dodała  z  nieokreślonym  śmiechem  w  głosie  Nie  brak  nam  najzupełniej  kobiecości,  panie 
Melville.  Tylko  —  jak  to  juŜ  tłómaczyłam  pani  Bunting,  naleŜy  zwaŜyć  warunki  w  jakich 
znajdujemy się — jakŜeŜ moŜna włoŜyć na siebie coś ładnego pod wodą? Na przykład koronki? 

— Przemokną — powiedział mój kuzyn Melville. 
— Obwisną! — powiedziała syrena. 
— Zrujnują się — powiedział mój kuzyn Melville. 
— A potem, wie pan — zauwaŜyła syrena bardzo powaŜnie — z temi naszemi włosami! 
— Oczywiście  —  zawołał  Melville  —  na  miłość  boską!  —  przecieŜ  nie  mogą  ich  panie 

nigdy w y s u s z y ć ! 

— O! to właśnie to — odpowiedziała. 
Mój  kuzyn  Melville  ujrzał  w  nowem  świetle  stare  bajki.  —  I  to  dlatego  —  w  dawnych 

czasach? 

— Istotnie!  —  zawołała  —  istotnie!  Zanim  namnoŜyło  się  tylu  tych  wycieczkowców  i 

Ŝ

eglarzy  i  prostactwa  na  morzach,  moŜna  było  wynurzyć  się,  usiąść  i  rozczesywać  włosy  w 

słońcu. Oczywiście przedtem moŜna to było naprawdę zrobić. Lecz teraz. — 

Zrobiła lekcewaŜący gest i spoglądała powaŜnie na Melville’a, przygryzając wargę. 
Kuzyn mój objawił hałaśliwe współczucie. — Ten wstrętny współczesny nastrój — zawołał 

niemal automatycznie… 

Choć  komuś  moŜe  wydawać  się,  ze  fantastyczna  literatura  i  Ŝurnale  są  wyłącznym 

pokarmem  umysłów  syrenich,  nie  naleŜy  przypuszczać,  aby  najpowaŜniejsze  płody  naszej 
literatury  nie  dosięgały  nigdy  łona  mórz.  Niedawno  zdarzył  się  na  przykład  wypadek 
kapitanowi  Ŝaglowca,  jak  opowiadała  syrena.  Kapitan  ten  stracił  głowę  w  zamieszanie  przy 

                                                 

*

  KsiąŜek  angielskich  drukowanych  przez  wydawnictwo  „Tauchniiza”  w  Lipsku  nie  wolno  przywozić  do 

Anglii ani da kolonii anielskich. 

*

 DuŜa księgarnia londyńska. 

background image

wysprzedaŜy wydawnictw „Times” i „Dail Mail” i kupił z drugiej ręki nie tylko Encyklopedję 
brytyjską  wydaną przez „Times” lecz takŜe obszerną kolekcję wyciągów z literatury, całą tę 
kiszkę  nafaszerowaną  ogólną  literaturą,  skomprymowaną  w  masywnem  wydawnictwie  dr. 
Ryszarda  Garnett’a.  Jest  rzeczą  powszechnie  znaną,  ze  nawet  najtęŜsze  umysły  ubiegłych 
wieków  były  zbyt  przeładowane  i  powodowały  zamieszanie  swoją,  Ŝe  się  tak  wyraŜę  — 
sprośnością. Dr. Garnett, jak stwierdzono uchwycił właściwego ich ducha i podał go we formie 
tak  sprasowanej,  ze  kaŜdy  geszefciarz  moŜe  teraz praktycznie  dowiedzieć się wszystkiego o 
literaturze  bez  uszczerbku  w  swoich  powaŜniejszych  zajęciach.  Zdaje  się,  Ŝe  nieszczęsny  i 
zbałamucony  Ŝeglarz  zabrał  całą  tę  kolekcję  ze  sobą  na  pokład  z  łatwym  do  odgadnięcia 
zamiarem,  aby  wysiąść  na  ląd  w  Sydney,  jako  najmędrszy  Ŝyjący  człowiek  —  w  dachu 
hinduskim. MoŜna było przewidzieć rezultat Cały ten balast mądrości dziewiętnastego stulecia 
i cała ta powszechna literatura, skoncentrowana do stanu jadowitości, przesunęły się w nocy na 
bok stateczku i spowodowały natychmiastową katastrofę… 

Stateczek tonął w głębiach, jak opowiadała syrena, jak gdyby naładowany był ołowiem, a 

jego  załoga  i  inne  ruchomości  podąŜyły  za  nim  dopiero  po  upływie  znacznej  części  dnia. 
Kapitan przybył pierwszy, mówiła syrena i jest to bardzo ciekawe, Ŝe przybył głową na dół a 
nie nogami jak był powinien… 

W kaŜdym razie takie wyjątkowe gratki znaczą niewiele, wobec ciągle trwającego deszczu 

lŜejszej literatury. .Nowele i dzienniki są teraz wyłącznie czytane w całym świecie, nawet w 
łonie  morza.  Jak  to  okaŜe  się  z  późniejszych  wypadków,  musiała  lektura  nowel  i  gazet 
ukształtować  wyobraŜenia  syreny  o  Ŝyciu  ludzkiem  i  natchnąć  ją  sentymentem  i  chęcią  do 
złoŜenia  tej  wizyty.  A  jeŜeli  po  pewnym  czasie  zdawała  się  niedoceniać  szlachetniejszych 
zamierzeń ducha ludzkiego, jeŜeli później zdawała się chcieć traktować Adelinę Glendower i 
powaŜniejsze  problemy  Ŝyciowe  z  pewnem  sceptycznem  lekcewaŜeniem,  jeŜeli  wreszcie 
niewątpliwie  podporządkowała  swojej  gwałtownej  namiętności  i  rozsądek  i  poczucie 
słuszności,  naleŜy  przypisać  te  błędy  jej  samej  i  potęgom  głębszym,  działającym  w  swoich 
własnych celach. 

background image

II 

 
Mój  kuzyn  Melville  powziął  po  pewnym  czasie  niejasne,  bardzo  niejasne  wyobraŜenie  o 

wyglądzie świata podmorskiego. Stwierdzenie, o ile koncepcja jego jest prawdziwą, przechodzi 
moje siły Przedstawia mi impresje jakiegoś, istotnie bardzo dziwnego świata, jakiejś zielonej, 
ś

wietlistej,  płynnej  materji,  w  której  te  istoty  ananasie,  materji  oświetlonej  przez  wielkie 

ś

wiecące potwory, pływające wskroś niej i przez falujące gaje mglistego światła, wśród których 

przemykają małe rybki jak schwytane w sieć gwiazdy. Jest to świat, w którym nikt nie siedzi, 
ani  nie  stoi,  ani  nie  chodzi,  wskroś  którego  jego  mieszkańcy  unoszą  się  i  pływają,  jak  my 
unosimy się i pływamy we snach. 

W  jakiŜ  sposób  więc Ŝyją  tam?  — Mój kochany!  —  powiedział Melville  —  to musi  być 

podobne do malowideł na plafonach!… 

Nie jestem zapełnię pewny czy ten świat syreni moŜną znaleźć w morzu. Lecz co do tych 

impregnowanych ksiąŜek i zatopionych świstków gazet, zapytujesz czytelniku? Nie wszystko 
jest takie jak się wydaje, a naleŜy zwaŜyć, Ŝe opowiadała mu to podczas pewnego wesołego 
popołudnia. 

Wydawało się czasami, jak on powiada, czemś tak realnem, jak ja lub ty, a potem znowu 

otaczała ją kompletna zagadkowość. 

Bywały chwile, w których zdawało mu się, Ŝe moŜnaby ją skaleczyć lub zabić, jak kaŜdego 

— na przykład za pomocą scyzoryka, a później przychodziły chwile, w których miał wraŜenie, 
Ŝ

e  moŜna  by  rozsadzić  cały  świat  a  ona  by  uśmiechała  się  ciągle.  O  tej  jednak  tajemniczej 

dwoistości  syreny,  później  opowiemy  więcej.  Istnieją  szersze  morza  nieprzemierzone  przez 
Ŝ

aden statek i głębiny, których Ŝadna ludzka sonda nie zgruntuje. Kiedy zbadamy wszystko to 

co mogę przypuścić, nie wiem, nie mogę powiedzieć. Wracam do Melville’a i mego skromnego 
zbioru faktów. 

Z początku było dziwnie mato niezwykłości w niej, dla kaŜdego, kto miał z nią do czynienia. 

Istniała oto dotykalna, solidna i materjalna dama, która wyszła z morza. 

Dzisiejszy  świat,  jest  światem,  w  którym  cuda  są  czemś  zupełnie  zwyczajnem,  juŜ  od 

kołyski przestajemy dziwić się, czemukolwiek i jakŜeŜ mogłyby zdumiewać nas syreny, wobec 
współczesnego  odkrywania  tworów  niewidocznych  i  fal  Marconiego  rozsyłanych  wszędzie. 
Dla  Buntingów  była  ona  faktem  materjalnym,  jak  równieŜ  czemś,  co  istniało  na  mocy 
autentycznych  i  uznanych  przez  ich  rozsądek  motywów,  jakoteŜ  zdrowego  i  solidnego 
sentymentalizmu  mieszczącego  się  jak  wszystko  co  zdrowe  w  granicach  światopoglądu 
Buntingów. Taką była dla nich od początku i taką pamięć zostawiła w tej rodzinie, aŜ do dnia 
dzisiejszego. 

background image

III. 

 
Mogę przedstawić, z pewna obfitością szczegółów, sposób, w jaki przemawiała syrena do 

pani  Bunting  tego  pamiętnego  poranku,  gdy  leŜała  mokra  i  jeszcze  widocznie  rybio 
wyglądająca,  na  posłaniu  w  ubieralni  pani  Bunting,  poniewaŜ  ta  ostatnia  dama,  opowiadała 
bardzo  często  to  zdarzenie  memu  kuzynowi  Melville,  cytując  dramatyczniejsze  momenty 
dosłownie.  Było  to  w  tych  szczęśliwych  dniach,  gdy  te  długi  opowiadania  sprawiały  wielką 
przyjemność  obojgu,  a  specjalnie  pani  Bunting.  Zdaje  się,  ze  w  pierwszej  rozmowie  syrena 
zarzuciła sieć na dobre serce pani Bunting. Usiadła na postaniu, zarzuciła skromnie okrycie na 
swoją deformację i spoglądając czasami słodko w dół a czasami otwarcia i ufnie w oczy pani 
Bunting  i  przemawiając  w  sposób  bardzo  miły,  wyraŜając  się  przytem  poprawnie  i 
gramatycznie,  (co  dowodziło  od razu, Ŝe  nie jest  zwykłą  dziewczyną morską, ale skończoną 
morską damą), .przyznała się szczerze do wszystkiego jak wyraziła się pani Bunting, i oddała 
się dobrowolnie i całkowicie w jej ręce. 

— Niech  pani  pozwoli  mi  —  opowiadała  pani  Bunting  memu  kuzynowi  Melville, 

przedstawiając dramatycznie sposób przemawiania syreny — niech pani pozwoli uniewinnić 
się z mego wśliznięcia się w dom pani, poniewaŜ wiem dobrze, Ŝe jestem intruzem, jednak to co 
zrobiłam, niemal musiałam zrobić, było to jakby silniejsze ode mnie, a jeŜeli tylko pani zechce 
wysłuchać mojej historji, przypuszczam, Ŝe uniewinni mnie pani — jeŜeli juŜ nie całkowicie — 
poniewaŜ rozumiem jak ścisłą musi być pani w tych sprawach — to choć częściowo, z mego 
podstępnego  postępowania  wobec  pani.  Postępowanie  moje  było  podstępne,  poniewaŜ  nie 
miałam  Ŝadnych  kurczów  —  lecz  niech  pani  zwaŜy  —  i  tu  pani  Bunting  robiła  długą 
dramatyczną pauzę. — Ja nigdy nie miałam matki! 

— A wtedy — mówiła pani Bunting, opowiadając to zdarzenie memu kuzynowi Melville — 

to  biedne  dziecko  wybuchnęło  płaczem  i  zwierzyło  mi  się,  Ŝe  urodziło  się  przed  wiekami  i 
wiekami w jakiś przeraŜająco tajemniczy sposób w pewnej strasznej miejscowości niedaleko 
Cypru i niema zupełnie prawa do Ŝadnego nazwiska. 

Oczywiście,  wobec  tego  —  powiedziała  pani  Bunting,  opowiadając  tę  historję  memu 

kuzynowi  Melville  i  wykonując  charakterystyczny  dla  niej  gest,  którym  zwykła  była 
zaprzeczać,  jakiejkolwiek  niedelikatności,  do  której  mogłyby  skłaniać  się  jej  myśli.  —  I 
wszystko  to  mówiła  takim  miłym  akcentem  i  zachowując  się  w  sposób  godny  prawdziwej 
damy! 

— Oczywiście!  —  powiedział  mój  kuzyn  Melville  —  istnieją  klasy  ludzi,  którym  się 

wybacza. — NaleŜy zwaŜyć… 

— Właśnie  —  rzekła  pani  Bunting.  A  przytem  uwaŜa  pan,  widać,  Ŝe  wybrała  sobie 

rozmyślnie mnie, jako osobę taką, do jakiej zawsze pragnęła zaapelować. Nie przybyła do nas 
przypadkowo — ona sobie nas wyszukała. Dzień po dniu pływała wokół wybrzeŜa, jak mówiła, 
obserwując ludzi przez dość długi czas, a gdy, jak powiada, zobaczyła wyraz mojej twarzy w 
czasie gdy czuwałam nad kąpielą dziewcząt. 

— Pan  wie  jakie  pocieszne  są  dziewczęta  —  powiedziała  pani  Bunting  z  uśmiechem, 

którym zdawała się prosić o przebaczenie i ze łzami wzruszenia w swych łagodnych oczach. — 
Po prostu powzięła gwałtowną sympatję do mnie od pierwszego rzutu oka. — 

— W i e r z ę  w  t o  n a j z u p e ł n i e j  — powiedział mój kuzyn Melville z namaszczeniem. 

Wiem, Ŝe tak powiedział, choć zawsze opuszcza to, opowiadając mi całą tę historję. Zapomina 
jednak, Ŝe byłem okazyjnie trzecim w tych długich rozmowach. 

— Wie  pan,  to  wszystko  jest  najniezwyklejsze  w  świecie  i  zupełnie  takie,  jak  w  historji 

niemieckiej. Jak to się tam nazywa — Um —? 

— Undina? 

background image

— O — tak właśnie. Zdaje się, Ŝe naprawdę te biedne istoty są nieśmiertelne, panie Melville, 

istnieją  przynajmniej  bez  kresu,  te  istoty  zrodzone  z  elementów  i  zmieniające  się  znowu  w 
elementy i zupełnie tak jak w historji (tam zawsze jest coś ciekawego) nie mają dusz! Zupełnie 
nie mają dusz! Nic! A to biedne dziecko odczuwa to strasznie! Lecz aby uzyskać duszę, panie 
Melville, jak pan wie, muszą wyjść na świat między ludzi. Przynajmniej one wierzą w to, tam w 
dole!  Dlatego  to  ona  przybyła  do  Folkestone.  Aby  uzyskać  duszę.  Oczywiście  to  jest  jej 
najwaŜniejszym  celem  panie  Melville, jednakowoŜ nie jest w  tej  sprawie  ani fanatyczna ani 
niedorzeczna. Ani trochę więcej niŜ m y . Oczywiście m y  — ludzie czujący głębiej. 

— Oczywiście, — powiedział mój kuzyn Melville, ze znanym mi momentalnym wyrazem 

głębokiej powagi, przymykając powieki i mówiąc głosem przytłumionym. Kuzyn mój ma w 
taki lub owaki sposób duŜo kłopotu ze swoją duszą. 

— Ona zaś czuła to, Ŝe jeŜeli juŜ miała w ogóle wyjść na ziemię — mówiła pani Bunting — 

m u s i a ł a  wejść między z a c n y c h  ludzi i w przyzwoity sposób. MoŜna dobrze zrozumieć te 
jej  uczucia.  Lecz  proszę  sobie  wyobrazić  jakie  miała  trudności.  Być  powodem  publicznej 
ciekawości w czasie głupiego sezonu, być rodzajem dziwowiska, faktycznie. 

— Nie  tyczyła  sobie  tego  n a j z u p e ł n i e j   —  dodała  pani  Bunting,  poruszając  z  emfazą 

obiema rękami. 

— C z e g ó Ŝ  więc sobie Ŝyczy? — spytał mój kuzyn Melville. 
— śyczy sobie, aby ją traktowano, jak istotę ludzką, Ŝyczy sobie z o s t a ć  istotą ludzką taką 

jak  pan  lub  ja.  Prosi  takŜe  o  to,  aby  mogła  Ŝyć  z  nami,  aby  mogła  zostać  członkiem  naszej 
rodziny, poznać nasz sposób Ŝycia, nauczyć się Ŝyć. Prosiła mnie, abym jej poradziła jakie ma 
czytać ksiąŜki, któreby naprawdę były czegoś warte i gdzie moŜe dostać krawczynię i jak ma 
wyszukać kapłana do pouczania Jej, któryby potrafił zrozumieć jej sprawę, i wszystko. śyczy 
sobie, abym radziła jej we wszystkiem. Chce oddać się najzupełniej w moje ręce. A prosiła o to 
wszystko w taki miły i słodki sposób. 

— Uhm — zauwaŜył mój kuzyn Melville. 
— Gdybyś pan był ją tylko słyszał! — zawołała pani Bunting. 
— De facto, będzie to jeszcze jedna córka — reflektował Melville. 
— Tak jest — powiedziała pani Bunting, ale nawet i to nie odstrasza mnie. Ona zasługuje na 

to. 

— Dobrze. — Tu zrobił pauzę. 
— Ma jakie środki? — rzucił krótko. 
— Olbrzymie.  Powiedziała  mi,  Ŝe  tam  jest  pudło  przywiązane liną na końcu  przylądka,  a 

drogi Randolf pilnował go przez cały czas lunchu, a później gdy mogli juŜ dobrodzić do końca 
liny, która to pudło utrzymywała, wyciągnęli je razem z Fredem i z pomocą Fitch i furmana 
zanieśli na górę. Jest to dosyć dziwne pudełko, jak na pudełko damskie — dobrze wykonane, to 
prawda,  lecz  drewniane,  z  okrętem  wymalowanym  na  wieczku  i  z  nazwiskiem  Tom  Wilder 
wyciętem z grubsza noŜem, jednakowoŜ, jak ona mówi, skórzane rzeczy nie chcą się trzymać 
„tam w głębi” i one muszą zadowalać się tem co moŜna tam mieć, a najwaŜniejsza rzecz, Ŝe 
pudło  jest  p e ł n e ,  pełniusieńkie  po  wierzch,  złotych  monet  i  róŜności.  —  Tak,  złoto  i 
diamenty, panie Melville. Pan wie, Ŝe Randolf rozumie się coś niecoś. — Tak, oczywiście, on 
mówi,  Ŝe  to  pudełko  —  bo,  ho!  Nie  mogłabym  nawet  powiedzieć  wiele  ono  jest  warte!  A 
wszystko złoto z takim lekkim odbłyskiem czerwonawym. W kaŜdym razie, jest o tyle bogata, 
o ile ujmująca i piękna. I naprawdę panie Melville, wziąwszy wszystko razem — mam zamiar 
pomagać  jej,  ile  tylko  będę  mogła.  Będzie  ona  de  facto  naszym  gościem,  płacącym  za 
utrzymanie.  Jak  pan  wie  —  nie  ma  przecieŜ  wielkiego  sekretu  w  tem  między  n a m i   —  Ŝe 
Adelina — Tak… A ona nabędzie tak samo, ja zaś mam wprowadzić ją w świat, zapoznać ją z 
ludźmi  i  tak  dalej.  To  będzie  wielką  pomocą.  A  dla  wszystkich,  z  wyjątkiem  kilku 
wtajemniczonych  przyjaciół,  będzie  ona  istotą  ludzką,  której  zdarzyło  się  kalectwo  — 
przemijające kalectwo — mamy takŜe zamiar zaangaŜować dobrą, zaufania godną kobietę — z 

background image

tego gatunku kobiet, które nie dziwią się niczemu, rozumie pan — to jest trochę kosztowne, 
lecz  w  kaŜdym  fazie  moŜliwe  do  osiągnięcia  właśnie  teraz  —  ta  zaś  kobieta  będzie  jej 
pokojówką i będzie szyła jej suknie, w kaŜdym razie jej spódnice — a musimy ją ubierać w 
długie spódnice — przykrywać czemkolwiek. To, pan rozumie. 

— Przykrywać — co? 
— No, ogon, wie pan. 
Mój  kuzyn  powiedział:  Oczywiście,  zapomocą  ruchu  głowy  i  brwi,  jednakowoŜ  był  to 

problem  niezupełnie  jeszcze  jasny  dla  niego  i  tamujący  mu  oddech  w  piersiach.  Istotnie  — 
ogon! Najrozmaitsze niezwykłe teorje powstawały w jego głowie. Chwilami wydawało mu się, 
Ŝ

e  jest  to  bajeczka,  której  nie  naleŜy  zbyt  natarczywie  sprawdzać.  JednakowoŜ  on  i  pani 

Bunting byli parą starych przyjaciół. 

— I ona naprawdę ma… ogon? — zapytał. 
— Zupełnie podobny do ogona duŜej makreli — powiedziała pani Bunting, a on nie pytał 

juŜ więcej. 

— To jest najniezwyklejsza sytuacja — powiedział. 
— Lecz cóŜ innego miałam począć — spytała pani Bunting. 
— Oczywiście,  sprawa  ta  jest  jednak  niebezpiecznym  experymentem  —  powiedział  mój 

kuzyn Melville, i powtórzył zupełnie machinalnie .O g o n ! 

Jasno i Ŝywo, hamując dalszy bieg jego myśli, stawał mu przed oczyma, wyraźny, lśniący 

kształt,  o  barwach  oliwkowo  czarnych,  zielonych,  purpurowych  i  srebrzystych  i  łatwa 
rozciągliwość określenia jak makrela. 

— Naprawdę, wie pani — powiedział mój kuzyn Melville, protestując w imieniu rozsądku i 

w imieniu dziewiętnastego stulecia, — Ogon! 

— Poklepałam go — powiedziała pani Bunting. 

background image

IV. 

 
Niektóre uzupełnienia pierwszej rozmowy syreny z panią Bunting usłyszałem wprost od tej 

ostatniej damy. 

Syrenie  zdarzyła  się  komiczna  omyłka,  powiedziała  mianowicie:  „Pani  cztery  czarujące 

córeczki i pani dwóch synów”. 

— Droga pani! zawołała pani Bunting — (układały właśnie przedwstępne warunki ugody) 

— mam tylko dwie córki i jednego syna! 

— Czy to ten młody człowiek, który niósł — który uratował mnie? 
— Tak.  A  te  drugie  dwie  panny  są  przyjaciółkami,  wie  pani,  są  gośćmi  mieszkającemi  u 

mnie. Na letnisku miewa się gości. 

— Rozumiem. A zatem popełniłam omyłkę? 
— Oh, tak. 
— A ten drogi młody człowiek? 
— PrzecieŜ nie ma pani na myśli pana Buntinga? 
— Kto to jest pan Bunting? 
— Ten drugi gentleman który… 
— O n i e !  
— Nie było tam innego… 
— Ale parę dni temu? 
— CzyŜby to był pan Melville?… Wiem juŜ! Pani ma na myśli Chatteris’a! Przypominam 

sobie,  Ŝe  zeszedł  raz  z  nami  na  dół  —  taki  wysoki  młodzieniec,  blondyn  —  włosy  trochę 
kręcące się? Myślący wyraz twarzy. Ubranie miał zupełnie białe i siedział na wybrzeŜu. 

— Marzy mi się, Ŝe tak było — powiedziała syrena. 
— To nie jest mój syn. To jest — to jest przyjaciel. Jest zaręczony z Adeliną, starszą panną 

Glendower. Przebywał u nas dzień lub dwa. Na pewno wstąpi do nas po powrocie z ParyŜa. 
Mój BoŜe! posądzić mnie, Ŝe mam takiego syna! 

Syrena nie odpowiedziała od razu. 
— CóŜ  za  głupia  omyłka  z  mojej  strony!  —  powiedziała  wreszcie  powoli,  a  potem  z 

większem juŜ oŜywieniem dodała: — Oczywiście, widzę teraz, Ŝe jest o wiele za stary na to, 
aby mógł być synem pani!… 

— Zapewne, ma przecieŜ trzydzieści dwa lata — powiedziała pani Bunting z uśmiechem. 
— Powiedziałam zatem niedorzeczność. 
— Nie chciałam t e g o  tak nazwać. 
— Lecz, rozumie pani, widziałam go tylko z daleka, powiedziała syrena; a po chwili dodała. 

— Jest więc zaręczony z panną Glendower? 

— A panna Glendower? 
— To ta młoda dama w purpurowej sukni, która… 
— Która miała ksiąŜkę w ręku? 
— Tak — odpowiedziała pani Bunting, to ta właśnie. Są zaręczeni od trzech miesięcy. 
— Droga pani! — powiedziała syrena: — Ona mi się wydawała. — A czy on bardzo w niej 

zakochany? 

— Oczywiście — powiedziała pani Bunting. 
— B a r d z o ? 
— Oh, o c z y w i ś c i e . Gdyby nie był, nie chciałby… 
— Oczywiście — powtórzyła syrena w zamyśleniu. 
— A to taka dobra partja pod kaŜdym względem. Adelina jest w stanie przynieść mu duŜą 

pomoc. 

background image

I  tu,  jak  się  zdaje,  pani  Bunting,  zwięźle  lecz  jasno  przedstawiła  pozycję  światową  pana 

Chatteris’a, nie pomijając nawet tego, Ŝe był siostrzeńcem earl’a, istotnie dlaczegoby miała to 
pominąć? — i o świetnych widokach z powodu jego związku z panną Glendower, plebejuszką, 
lecz wybitnie światową kobietą. Syrena słuchała z powagą. — On jest młody, jest zdolny, moŜe 
jeszcze do czegoś doprowadzić — moŜe jeszcze doprowadzić. Ona zaś jest taka powaŜna, taka 
inteligentna, ciągle czyta. Czyta nawet Niebieskie księgi — rządowe Niebieskie księgi, które są 
jak sądzę okropnie statystyczne. I jest doskonale poinformowana o pauperyzmie i o wszystkich 
takich  rzeczach.  Wie  więcej  o  warunkach  bytu  ubogich niŜ ktokolwiek  mi znany, wie wiele 
ubodzy  zarabiają  i  co  jedzą  i  wielu  z  nich  razem  mieszka  w  jednym  pokoju.  Tak  okropnie 
stłoczeni,  —  wie  pani  —  najzupełniej  shoking…  To  jest  właśnie  pomocnica,  jakiej  on 
potrzebuje. Taka pełna godności — tak zdolna do wydawania przyjęć politycznych i umiejąca 
wpływać na ludzi, taka powaŜna! A wie pani, Ŝe ona umie nawet przemawiać do robotników i 
potrafi  zainteresować  się  związkami  zawodowymi  i  innemi  równie  z d u m i e w a j ą c e m i  
rzeczami. Zawsze myślę, Ŝe ona jest wcieleniem Marcelli. 

Nawiązując do tego ta zacna dama zaczęła rozwodzić się obrazowo lecz nieco przydługo, 

przytaczając  pewną  anegdotę  świadczącą  o  niepojętem  zamiłowaniu  panny  Glendower  do 
Niebieskich ksiąg… 

— Czy  on  tu  prędko  wróci?  —  spytała  syrena  zupełnie  nieuwaŜnie  w  samym  środku 

opowiadania. 

Zapytanie to zostało jakoś pominięte w ferworze opowiadania anegdoty, syrena powtórzyła 

je zatem później, jeszcze bezwzględniej. 

Pani Bunting nie mogła sobie przypomnieć, czy syrena w ogóle westchnęła przy tem, czy 

nie.  Sądzi,  Ŝe  nie.  Była  tak  zajęta  samem  mówieniem  jej  o  wszystkiem,  ale  nie  myślę,  aby 
zmartwiła się zbytnio, widząc w jaki sposób przyjęto jej informacje. 

Co  do  jej  własnych  wraŜeń  z  tej  konwersacji  to  prawdopodobnie  koncentrowały  się  na 

ogonie. 

background image

V. 

 
Nawet  pani  Bunting,  musiała  być  nieco  zdumioną  (zwykle  przyjmuje  wszystko  dosyć 

chłodno  z  wyjątkiem  oczywistej  impertynencji  i  braku  wychowania),  siedząc  w  swoim 
buduarze i uprzejmie częstując herbatę, realną, Ŝywą a przecieŜ legendarną istotę. Piły herbatę 
w  buduarze  z  obawy  przed  gośćmi  i  to  z  zachowaniem  zupełnego  spokoju,  poniewaŜ  pani 
Bunting,  wbrew  uprzejmym  zapewnieniom  syreny,  utrzymywała  stanowczo,  Ŝe  ta  ostatnia 
musi być zmęczona i nie moŜe podołać obowiązkom towarzyskim w liczniejszem zebraniu. — 
Po  t a k i m   dniu  —  mówiła  pani  Bunting.  Było  ich  zatem  tylko  trzy  razem  z  Adeliną 
Glendower,  a  jak  zrozumiałem,  czwórka  złoŜona  z  Freda  i  trzech  pozostałych  dziewcząt, 
kręciła  się  po  całym  domu,  wychodziła  i  schodziła  ze  schodów  (ku  wielkiemu  zmartwieniu 
słuŜących,  którym  to  przeszkadzało  robić  to  samo)  potwierdzała  sobie  wzajemnie  swe 
spostrzeŜenia  o  ogonie  rozprawiała  teoretycznie  o  syrenach,  odwiedzała  powtórnie  ogród  i 
wybrzeŜe i próbowała wynaleźć jakiś powód, któryby pozwolił im znowu zobaczyć pacjentkę. 
Pani Bunting zakazała im wchodzić i zobowiązała ich do zachowania tajemnicy, wobec czego 
byli wzburzeni i nieszczęśliwi tak jak tylko młodzieŜ potrafi być. Po pewnym czasie rozpoczęli 
grać krokieta, jednak bez animuszu, a bez wątpienia kaŜde z nich spoglądało jednem okiem na 
okna buduaru. 

(Pan Bunting połoŜył się do łóŜka) 
Przypuszczam, Ŝe trzy te damy siedziały gawędząc, jakby gawędziły kaŜde trzy inne damy, 

zdecydowane  do  wzajemnej  uprzejmości.  Pani  Bunting  i  panna  Glendower  były  zbyt 
wytrenowane  w  zachowywaniu  zwyczajów  obowiązujących  w  dobrem  towarzystwie,  (które 
obecnie,  jak  kaŜdemu  wiadomo  nawet  najlepsze  jest  jeszcze  nie  zwykle  mieszane)  aby 
wypytywać natarczywie syrenę o sposób jej Ŝycia albo gdzie ona właściwie Ŝyła, gdy była w 
domu lub kogo znała a kogo nie znała. Mimo to okropnie Ŝyczyły sobie dowiedzieć się o tem. 
Syrena informowała skąpo, zadawalając się dotykaniem z lekka i przelotnie róŜnych tematów 
w  sposób  najzupełniej  ladylike.  Zwierzyła  się  z  bardzo  miłego  uczucia,  jakiego  doznaje 
przebywając  na  powietrzu,  a  specjalnie  z  tego,  Ŝe  mogła  zupełnie  wyschnąć,  była  przytem 
niezwykle zachwycona herbatą. 

— Czy panie nie znają h e r b a t y ? zawołała panna Glendower, poruszona. 
— JakŜeŜ mogłybyśmy?… 
— Naprawdę pani utrzymuje, Ŝe…? 
— Nigdy  dotąd  nie  k o s z t o w a ł a m   herbaty.  Jak  pani  sobie  wyobraŜa,  Ŝe  mogłybyśmy 

zagotować wodę w kociołku?… 

— JakiŜ to obcy — i dziwny musi być ten świat! zawołała Adelina. Pani Bunting zaś dodała. 

—  Z  trudem  mogę  w y o b r a z i ć   go  sobie  bez  herbaty.  To  jest  jeszcze  gorsze  niŜ  ten  — 
właściwie to przypomina mi zagranicę… 

Pani  Bunting  nalewała  właśnie  filiŜankę  dla  syreny.  —  Przypuszczasz  —  przypomniała 

sobie nagle. — JeŜeli pani nieprzywykła. — Aby tylko nie zaszkodziło na serce. — Spojrzała 
na Adelinę i zawahała się. — To jest jednak chińska herbata… 

I napełniła filiŜankę. 
— Dla mnie jest to świat niepojęty… powiedziała Adelina. — Zupełnie… 
Spoglądała swemi ciemnemi oczyma przez pewien czas w zamyśleniu na syrenę niepojęty 

powtórzyła,  poniewaŜ  tak  jak  szept  zwraca  nieraz  bardziej  uwagę,  niŜ  krzyk,  tak  herbata 
otworzyła jej oczy bardziej niŜ ogon. 

Syrena  spojrzała  na  nią  i  zauwaŜyła  z  nagłą  otwartością.  —  Proszę  sobie  pomyśleć  jak 

dalece mnie to w s z y s t k o  wydaje się niezwykłem. 

Jednak imaginacja Adeliny była w tej chwili zaabsorbowana i nie dała się zawrócić z drogi 

przez  ziemskie  wraŜenia  syreny.  Adelina  badała  —  przez  chwilę  lub  dłuŜej  —  pogodne 

background image

zachowanie się syreny, godne dobrze wychowanej damy, jej przywłaszczenie sobie ziemskiego 
sposobu  myślenia,  co  jej  pozwoliło  tak  skutecznie  podejść  panią  Bunting,  wreszcie 
powiedziała: — To musi być najzupełniej obcy świat… i zatrzymała się zapraszająco… 

Nie mogła zdobyć się na więcej, a syrena nie chciała jej pomódz. 
Powstała  pauza,  wypełniona  milczącem  a  gorliwem  poszukiwaniem  tematów  rozmowy. 

Nawiązując  do  róŜ  stojących  na  stole,  rozpoczęły  mówić  o  kwiatach,  a  panna  Glendower 
zaryzykowała: — Panie mają równieŜ s w o j e  anemony? Muszą prześlicznie wyglądać wśród 
skał… 

Syrena poinformowała, Ŝe są bardzo ładne — szczególnie gatunki hodowane specjalnie… 
— A ryby — powiedziała pani Bunting. — Jak to musi być cudownie, módz oglądać ryby! 
— Niektóre z nich dają się karmić z ręki — przyznała syrena. 
Pani  Bunting  wydała  rodzaj  lekkiego  gruchania,  oznaczającego  zachwyt.  Przypomniała 

sobie wystawę, chryzantem obok wystawy królewskiej Akademii, naleŜała zaś do tego gatunku 
ludzi,  których  zaprawdę  bawią  tylko  rzeczy  łatwo  dostępne  dla  umysłu.  Otchłań  morza 
przedstawiała  się  jej  natychmiast  jakby  rodzaj  miejsca  rozrywek  à  la  diverticulum  na 
Piccadilly,  jako  miejsce  nieoczekiwanie  rozsądne  i  wygodne.  Chodziło  tylko  o  kwestję 
oświetlenia, lecz o tem przypomniała sobie pani Bunting znacznie później. 

Syrena,  usuwając  się  z  pod  inkwizycyjnej  powagi  i  pytań  panny  Glendower,  poczęła 

zachwycać się światłem słonecznem. 

— Światło słoneczne wydaje misie tutaj, takie złote, powiedziała. — Czy zawsze jest takie? 
— Przypuszczam,  Ŝe  panie  mają  u  siebie  to  prześliczne  zielonawo  niebieskie,  drgające 

oświetlenie  —  powiedziała  panna  Glendower  —  tak  bajecznie  wyglądające  nieraz  w 
akwarjach… 

— śyjemy głębiej — powiedziała syrena. — Wszystko tam fosforyzuje, wie pani, na milę 

lub więcej w głąb i — podobne jest — trudno mi określić; jakby do miast widzianych w nocy, 
tylko jaśniejsze. Jakby jakieś arkady i tym podobne rzeczy. 

— Naprawdę — powiedziała pani Bunting, której nasunął się widok wybrzeŜa za teatrami, 

— zupełnie jasne? 

— Oh, zupełnie — powiedziała syrena. 
— Jednak — oponowała Adelina — czy nie da się nigdy zgasić? 
— To jest coś tak odmiennego — powiedziała syrena. 
— Właśnie dlatego jest tak interesujące — rzekła Adelina. 
— Nie ma tam ani nocy ani dnia, ani czasu, ani ładnych takich rzeczy… 
— Teraz  to  juŜ  mi  to  wydaje  się  bardzo  dziwne  —  powiedziała  pani  Bunting  z  filiŜanką 

Adeliny w ręku (przez zapomnienie w swem zainteresowaniu się syreną, wypiły obie masami 
herbaty) — w jakiŜ sposób więc dowiadujecie się, Ŝe wypada niedziela? 

— My zupełnie nie… zaczęła syrena, a potem dodała… — ściśle mówiąc… — A wreszcie: 

— Oczywiście słyszymy piękne hymny śpiewane na pasaŜerskich statkach… 

— Oczywiście!—  powiedziała  pani  Bunting,  która  śpiewała  tak  nieraz  w  młodości, 

zapominając o podejrzeniach, które zdawały się jej poprzednio nasuwać. 

Jednak  po  chwili  nastąpił  w  rozmowie  moment  rzucający  błysk  światła  na  nieco 

powaŜniejsze  rozbieŜności  umysłów  —  jednak  tylko  błysk.  Panna  Glendower  zaryzykowała 
przypuszczenie, Ŝe ród syreni musi mieć takŜe problemy, poniewaŜ jak się zdaje jej naturalna 
Ŝ

arliwość  wzięła  górę  nad  przybraną  pozą  powierzchownej  damy  i  zaczęła  wybadywać  o 

rozmaite kwestje. Nie ma wątpliwości, Ŝe syrena próbowała się wykręcać, a panna Glendower 
spostrzegłszy  się,  Ŝe  jest  śmiesznie  natarczywa,  starała  się  pokryć  swój  błąd,  wracając  do 
ogólniejszych tematów. 

— Nie  mogę  jeszcze  wszystkiego  pojąć  —  powiedziała  próbując  pozyskać  sympatję.  — 

Pragnęłoby  się  wszystko  to  ujrzeć,  wszystko  p r z e Ŝ y ć   samemu.  NaleŜałoby  urodzić  się 
dzieckiem morskiem… 

background image

— Dzieckiem morskiem? — zapytała syrena. 
— No tak. JakŜeŜ panie nazywają swoje maleństwa?… 
— Jakie maleństwa? — zapytała syrena. 
Spoglądała na nie przez chwilę z nieukrywanem zdumieniem, tem wiecznem zdumieniem 

Nieśmiertelnych  na  widok  starości,  śmierci  i  zmian, które są  istotną  treścią ludzkiego Ŝycia. 
Wreszcie  jednak  zdawała  się  opamiętywać  na  widok  wyrazów  na  twarzach  obu  pań.  — 
Naturalnie! — powiedziała, a potem zacierając ślady w sposób utrudniający pościg, zaczęła się 
zgadzać z Adeliną. — To wszystko jest tak odmienne — powiedziała. — jest cudowne. Czuję 
się tak podobną, a równocześnie tak odmienną, rozumie pani. — To właśnie jest takie dziwne. 
Czy ja wyglądam…? A prócz tego wie pani nigdy dotychczas nie miałam włosów upiętych, ani 
nie nosiłam sukni… 

— A j a k  ubierają się panie? zapytała panna Glendower — przypuszczam, Ŝe noszą panie 

coś bardzo pięknego?… 

— Zwyczajnie  mamy  odmienne  kostjumy  —  odpowiedziała  syrena  i  strzepnęła  jakąś 

okruszynę. 

Pani Bunting spoglądała ostro przez chwilę na swego gościa. Jak sądzę, przewijały się jej w 

tej chwili przez głowę jakieś pogańskie moŜliwości. Lecz syrena siedziała przed nią w swem 
okryciu tak niewątpliwie wyglądająca na damę, ze swem i pięknemi włosami upiętemi modnie 
i z takim niewinnym wyrazem w oczach, Ŝe podejrzenia pani Bunting zniknęły równie szybko 
jak przyszły. 

(Nie jestem jednak tego tak pewny co do Adeliny) 

background image

R

OZDZIAŁ 

III. 

E

PIZOD DOTYCZĄCY ROZMAITYCH DZIENNIKARZY

 
Jest rzeczą godną, uwagi, Ŝe Buntingowie istotnie wykonali program ułoŜony panią Bunting. 

Po upływie pewnego czasu zdołali pozytywnie nadać syrenie zewnętrzny wygląd wiarygodnej 
kaleki  ludzkiej,  pomimo  mnóstwa  świadków  jej  wylądowania  i  pomimo  rozmaitych 
wewnętrznych niesnasek, które natychmiast wybuchły. Ponadto zdołali to wykonać pomimo, 
Ŝ

e  jedna  ze  słuŜących  (dopiero  znacznie  później  dowiedzieli  się,  która)  opowiedziała  pod 

przysięgami całą tę historję pewnemu młodemu człowiekowi, znacznie wyŜej towarzysko od 
niej  stojącemu,  który  z  kolei  opowiedział  wszystko  w  najbliŜszą  niedzielę  pewnemu 
początkującemu  dziennikarzowi  przebywającemu  na  Leas  i  wykańczającemu  artykuł 
nastrojowy. Początkujący dziennikarz nie dowierzał, jednak zabrał się do zbadania sprawy. W 
końcu  osądził,  Ŝe  sprawa  jest  warta  trudu.  Wyczuł,  Ŝe  wśród  mieszkańców  okolicznych  jest 
jakiś rumor z powodu czegoś — młodzieniec znajomy słuŜącej mówił prawdę. 

Początkujący  dziennikarz  rozpoczął  wreszcie  sondować  współpracowników  dwóch 

najwaŜniejszych  gazet Folkenstońskich i przekonał się, Ŝe wiadomości dotarły juŜ i do nich. 
Według  mody  obowiązującej  dzienniki  prowincjonalne,  którym  zdarzy  się  natknąć  na  coś 
niezwykłego,  w  redakcjach  starano  się  udawać,  Ŝe  nikomu  nic  nie  wiadomo  jednakowoŜ 
atmosfera przedsiębiorczości otaczająca początkującego dziennikarza pobudziła ich czujność. 
Spostrzegł  to  i  zorjentował  się,  Ŝe  nie  ma  czasu  do  stracenia.  Podczas  gdy  w  redakcjach 
rozpoczęto  zastanawiać  się  nad  tem,  komuby  powierzyć  badania,  wybiegł  i  zawezwał 
telefoniczne Wystrzał codzienny i Gazetę. Gdy  mu odpowiedziano, przemówił pozytywnie i 
nalegająco. Ręczył swoją reputacją — reputacją początkującego dziennikarza! 

— Przysięgam,  Ŝe  jest  coś  w  tem  —  mówił  —  Przedewszystkiem  starajcie  się  pierwsi 

umieścić to… 

Posiadał pewną reputację, jak mówię — i stawił ją w zastaw. „Wystrzał codzienny” umieścił 

artykuł sceptyczny lecz dokładny a „Gazeta” wydrukowała swój opis pod tytułem „Nareszcie 
syrena!” 

Pomyślałbyś czytelniku, Ŝe potem wszystko juŜ było jawne dla kaŜdego, jednak tak się nie 

stało. Są rzeczy, w które nikt nie uwierzyć nawet gdy są wydrukowane w półpensowej gazecie. 
Dla obojga państwa Buntingów i dla syreny byłoby to zbyt beznadziejnym eksponowaniem się, 
aby  pozwolić  reporterom  młócić  do  drzwi,  a  po  wyproszeniu  ich  mieć  nadzieję,  Ŝe  znowu 
powrócą i aby widzieć swój niezwykły sekret, wydrukowany czarno na białem. Widzieli juŜ 
prawie jak ta historja będzie się rozprzestrzeniać, mogli sobie wyobrazić ten szereg poufnych 
badań, te posuwiste trójnoŜne kroki mnóstwa aparatów fotograficznych, tłumy czatujące pod 
oknami  i  całą  zgrozę  towarzyszącą  zainteresowaniu  publicznemu.  Wszyscy  Buntingowie  i 
Mabel  byli  przeraŜeni,  po  prostu  przeraŜeni.  Adelina  nie  była  tak  dalece  przeraŜona,  jak 
niezwykle  udręczona  tem  wszystkiem  i  o  ile  jej  to  tyczyło  absolutnie  nie  Ŝyczyła  sobie 
opublikowania sprawy. — Nie moŜna na to nigdy pozwolić — mówiła. — Pomyśleć jakby to 
dotknęło  Harry’ego!  i  przy  najbliŜszej  sposobności  wycofała  się  do  swego  pokoju.  Reszta 
towarzystwa, w sposób nie praktykowany dotychczas, ignorując jej zmartwienie usadowiła się 
wokół  posłania  syreny,  (która  zaledwie  dotknęła  swego  breakfasfu)  i  wspólnie  roztrząsała 
moŜliwości zbliŜającego się terroru. 

— Chcą umieścić nasze fotografie w gazetach — powiedziała starsza panna Bunting. 
— No, oni chcą umieścić moją fotografię — powiedziała jej siostra. To jest straszne. Pójdę 

tam prosto do nich i odbiorę ją… 

background image

— Będę interviewować papę…! 
— Nie, nie! — powiedział pan Bunting przestraszony to waszą matkę… 
— To jest twoja rola, mój drogi, — powiedziała pani Bunting. 
— JednakowoŜ papa — odezwał się Fred. 
— Nie mógłbym — powiedział pan Bunting. — 
— Dobrze, dobrze, ktoś w kaŜdym razie będzie musiał z nimi mówić — rzekła pani Bunting. 

— Rozumiecie, Ŝe oni c h c ą … 

— Lecz ja bynajmniej tego nie chcę, — narzekała syrena — z wystrzałem codziennym w 

ręka, nie moŜnaby tego z a t r z y m a ć ?… 

— Pani  nie  zna  naszych  dziennikarzy  —  powiedział  Fred.  Sytuację  uratował  takt  mego 

kuzyna  Melville.  Gmeral  on  nieco  w  dziennikarstwie  i  rozmawiał  nieraz  z  bracią  literacką 
podobną  do  mnie.  A  brać  literacka  podobna  do  mnie  miewa  momenty  w  których  z  wielką 
szczerością i obficie rozgaduje się o prasie. W chwili gdy wchodził do Buntingów spostrzegł 
przeraŜenie  panujące  z  powodu  groŜącej  publikacji, usłyszał  krzyk, niemal  denerwujący  Jęk 
rozpaczy wobec oczekiwanego terroru, prócz tego pochwycił spojrzenie syreny i zabrał się do 
rzeczy. 

— Nie mamy czasu na Ŝarty — powiedział do pani Bunting — jednak sądzę, Ŝe sytuacja da 

się  uratować.  Zbyt  szybko  tracicie  wszyscy  nadzieję.  Trzeba  schwycić  byka  za  rogi,  oto 
wszystko.  Pozwólcie  mnie  pomówić  z  tymi  dziennikarzami  i  napisać  do  londyńskich 
dzienników. Zdaje mi się, Ŝe potrafię ich osiodłać. 

— Eh? — powątpiewał Fred. 
— Potrafię znaleźć sposób, który zahamuje wszystko, wierz mi… 
— Co wszystkich razem? 
— Wszystkich razem… 
— W  jaki  sposób?  zapytali  Fred  i  pani  Bunting  —  PrzecieŜ  nie  zamierza  ich  pan  — 

przekupić!… 

— Przekupić! — powiedział pan Bunting. — Nie jesteśmy we Francji. Nie moŜna przekupić 

b r y t y j s k i e g o  dziennika… 

(Coś jakby przytłumiona wesołość przeleciała przez zgromadzonych Buntingów). 
— Zostawcie to mnie, — powiedział Melville w swoim Ŝywiole. 
Zostawiono  mu  to  zatem,  wśród  szczerze  wypowiadanych  Ŝyczeń  powodzenia,  jednak  z 

niedowierzaniem w skutek. 

ZaaranŜował całą sprawę w sposób godny podziwu. 
— CóŜ  tan  z  tą  syreną?  zapytał  miejscowych  dziennikarzy,  gdy  powracali.  Powracał  dla 

towarzystwa  razem  z  dziennikarzami,  Ŝe  się  tak  wyraŜę  kiełkującymi,  zajmującymi  się  w 
momentach  łagodniejszych,  kompozycją  i  nie  przywykłymi  jeszcze  do  wyŜszych  aspektów 
dziennikarstwa. — CóŜ tam z tą syreną? — powtórzył mój kuzyn, poniewaŜ tamci w milczeniu 
czekali z odpowiedzią jeden na drogiego. 

— Zdaje mi się, Ŝe ktoś was n a b r a ł ? — powiedział mój kuzyn Melville — Pomyśleć sobie 

tylko — syrena!… 

— Tak  samo  i  m y ś m y   myśleli  —  odezwał  się  młodszy  z  dwóch  kiełkujących 

dziennikarzy. — Wiedzieliśmy, Ŝe to był rodzaj kpin? — rozumie pan — tylko, Ŝe ta Gazeta 
umieściła to na naczelnem miejscu!… 

— Zdumiewa mnie, Ŝe nawet Banghurst — powiedział mój kuzyn Melville. 
Wystrzał  codzienny  umieścił  to  równieŜ  —  zauwaŜył  starszy  z  dwóch  kiełkujących 

dziennikarzy. 

— CóŜ  znaczy  jedna  półpensowa  szmatka  mniej  albo  więcej?  —  zawołał  mój  kuzyn  z 

hałaśliwą  pogardą.  —  Nie  będziecie  przecieŜ  zbierali  waszych  Folkestońskich  nowin  po 
małych dzienniczkach londyńskich. 

— Jednak skąd się wzięła cała ta historja? — rozpoczął starszy kiełkujący dziennikarz. 

background image

— To nie moja sprawa. 
Młodszego kiełkującego dziennikarza ogarnęło natchnienie. Wyprodukował notes ze swojej 

kieszeni na piersiach. — Panie, moŜe pan zechce nam poddać coś, powiedzmy… 

— Mój kuzyn Melville zechciał. 

background image

II 

 
Początkujący dziennikarz, który pierwszy zwietrzył tę aferę, (ani na chwilę nie naleŜy go 

mieszać  z  dwoma  dopiero  co  opisanymi  kiełkującymi  dziennikarzami)  wpadł  najbliŜszego 
wieczora do Banghurst’a, niezwykłe uradowany — Zbadałem wszystko na wylot i widziałem 
ją, — wyrzucił z siebie bez tchu. — Kręciłem się obok domu i zobaczyłem jak ją wnoszono do 
powozu. Rozmawiałem z jedną z pokojówek, pod pretekstem zbadania ich telefonów, dostałem 
się  do  domu  jako  robotnik  z  telefonów,  popsułem  druty,  zbadałem,  Ŝe  jest  to  faktem, 
pozytywnym  faktem.  Ona  jest  syreną  z  ogonem,  z  własnym  ogonem  syrenim.  O  tutaj  mam. 
Pokazywał kartki. 

— O czem pan gada? — odezwał się Banghurst z poza swego zawalonego papierami biurka, 

spoglądając na kartki z wrogą animozją. 

— O syrenie — tam naprawdę jest syrena w Folkestone… 
Banghurst odwrócił się od niego i zaczął majstrować koło pióra. — Co z tego, Ŝe jest? — 

powiedział po chwili. 

— AleŜ to jest u d o w o d n i o n e . Ten artykuł który pan wydrukował… 
— Artykuł, który wydrukowałem był omyłką, jeŜeli w ogóle coś takiego zdarzyło się, młody 

człowieku. — Banghurst uporczywie demonstrował swój grzbiet. 

— Jak to? 
— Nie robimy tu Ŝadnych transakcji w syrenach. 
— PrzecieŜ pan tej sprawy chyba nie zaniecha? 
— Owszem. 
— AleŜ ona tam jest! 
— N i e c h  sobie będzie. — Zwrócił się do początkującego dziennikarza, a jego masywna 

twarz wydawała się w tej chwili jeszcze masywniejsza, głos zaś był wyraźny, pełny i soczysty. 
— Czy pan sobie myśli, Ŝe kaŜemy wierzyć publiczności w coś dlatego tylko, Ŝe to jest prawdą. 
Publiczność  sama  wie  doskonale  w  co  chcą  wierzyć,  a  w  co  nie,  a  na  pewno  nie  zechce 
uwierzyć w Ŝadne syreny — moŜe się pan załoŜyć o swój kapelusz. Nic mnie to wszystko nie 
obchodzi, choćby całe to przeklęte wybrzeŜe roiło się od syren — całe to przeklęte wybrzeŜe! 

— Musimy dbać o swoją reputacje… Patrzcie się… UwaŜajno pan! — pan nigdy nie nauczy 

się dziennikarstwa, choć spodziewałem się czego innego po panu… To pan wpakował nam te 
jakieś swoje chemiczne odkrycia… 

— AleŜ to prawda!… 
— Uuch! 
Dowiedziałem się o tęm od członka królewskiego stowarzyszenia… 
— Nic małe to nie obchodzi, choćbyś się pan dowiedział od kogokolwiek. Fakty w które 

publiczność nie wierzy, nie są faktami. Tem gorzej jeŜeli są prawdziwe. Lodzie kupują naszą 
gazetę aby ją połknąć i tak czy siak potem ją wyrzucają. Gdym wydrukował tę notatkę i ten 
tytuł,  myślałem,  Ŝe  pan  masz  naprawdę  jakiegoś  ptaszka  w  garści.  Myślałem,  te  pan  jest  na 
tropie jakiego skandalu w kąpielach mieszanych albo czegoś w tym rodzaju — z odpowiednim 
sosem.  Sprawy,  które  w s z y s c y   rozumieją.  Wie  pan,  gdy  pan  juŜ  był  w  Folkestone,  było 
opisać jak się ubiera Salisbury i reszta lodzi na promenadzie na Łeas. Albo rozpocząć dyskusję 
o aklimatyzacji k a w y , albo coś w tym rodzaju. A pan mi tu wyjeŜdŜa z tym swoim (epitet nie 
do druku) nonsensem! 

— AleŜ Lord Salisbury — nie wybiera się do Folkestone… 
Banghurst  ruszył  ramionami,  jakby  nad  jakąś  beznadziejną  sprawą.  —  CóŜ  do  djabła,  — 

powiedział,  zwracając  się  z  wyrzutem  do  swego  kałamarza  czy  to  powód?  Młody  człowiek 
zreflektował  się.  Po  chwili  przemówił  do  grzbietu  Banghursta  głosem  nieco  pokorniejszym. 
Mógłbym  jeszcze  z  tego  coś  zrobić.  Na  przyklad  humorystyczny  szkic  we  formie  djalogu  z 

background image

człowiekiem,  który  istotnie  wierzył  w  to…  albo  coś  podobnego.  MoŜnaby  spuścić  wściekle 
duŜo egzemplarzy, wie pan… 

— Nieee! — powiedział Banghurst — w Ŝadnym razie. Nie I Ani mowy! Pomyślą, Ŝe to coś 

mądrego. Będą myśleć, Ŝe pan ich bierze na kawał. Publiczność nienawidzi artykułów, które 
podejrzewa, Ŝe są mądre! 

Młody człowiek gotował się do odpowiedzi, jednak grzbiet Banghursta okazywał wyraźnie, 

Ŝ

e interview skończył się. 

— Nieee! — powtórzył jeszcze Banghurst, gdy juŜ zdawało się, Ŝe skończył ze wszystkiem. 
— Mogę zatem dać to do „Wystrzału?” 
Banghurst w odpowiedzi poddał pewną obraźliwą alternatywę. 
— Bardzo dobrze powiedział młody człowiek z gniewem — zatem do „Wystrzału”… 
Jednak fanfaronował tak, bez zgody wydawcy „Wystrzału”. 

background image

III 

Zdaje się, Ŝe znacznie później po tem wszystkiem, usłyszałem pierwszą wzmiankę o syrenie, 

mało troszcząc się o to, Ŝe mogłoby ml wpaść do głowy napisanie jej historji. Było to podczas 
jednej  z  moich  rzadkich  wizyt  w  Londynie,  a  Micklethwaite  zaprosił  mnie  na  lunch  do 
Penwiper

*

  klubu,  bez  kwestji  jednego  najlepszych  klubów  w  Londynie.  ZauwaŜyłem 

początkującego dziennikarza, jedzącego lunch samotnie, przy stoliku blisko drzwi. Wszystkie 
stoły wokół niego były niezajęte, choć w drugiej połowie sali panował ścisk. Siedział z twarzą 
zwróconą ku drzwiom i podrywał się na  widok kaŜdego wchodzącego, jak gdyby oczekiwał 
kogoś,  kto  nie  nadchodził  nigdy.  Raz  widziałem  wyraźnie  jak  skinął  komuś  głową,  lecz 
człowiek tamten nie odpowiedział na pozdrowienie. 

— Spojrzyj  tam,  Micklethwaite  —  powiedziałem  —  dlaczego  wszyscy  unikają  tego 

człowieka?  Właśnie  zauwaŜyłem,  Ŝe  próbował  wdać  się  z  kimś  w  rozmowę,  w  pokoju  do 
palenia, to zupełnie jakby był Tabu. 

Micklethwaite wytrzeszczył oczy z poza widelca. — Peewnie — powiedział. 
— Jednak, cóŜ on zrobił? 
— To  warjat  —  powiedział  Micklethwaite  z  pełnemi  ustami,  widocznie  zirytowany,  — 

Uuuch — dodał skoro juŜ przełknął na tyle Ŝe mógł to wypowiedzieć. 

Poczekałem chwilę. 
— CóŜ  takiego  zrobił? —  nastawałem.  Micklethwaite nie  odpowiadał  przez pewien czas, 

tkając  z  pasją  w  usta  rozmaite  rzeczy,  chleb  i  tam  dalej.  Następnie  przechyliwszy  się 
konfidencjonalnie  ku  ranie,  począł  wydawać  ze  siebie  pomruki  oburzenia,  z  których  nie 
mogłem wyłowić Ŝadnych słów. 

— Oh! — powiedziałem na to. 
— Tak jest — odpowiedział Micklethwaite. Przełknął, a potem nalał sobie wina, plamiąc 

obrus. 

— Jednego dnia schwycił mnie i trzymał blizko godzinę? 
— Tak? — powiedziałem. 
— G ł u p i  warjat — powiedział Micklethwaite. 
Obawiałem się, Ŝe wszystko skończyło się juŜ, lecz na szczęście zrobił jeszcze jedną uwagę, 

przełknąwszy swoje wino. 

— Będzie cię próbował męczyć swoimi argumentami — powiedział. 
— śe? 
— śe moŜe to udowodnić! 
— Tak? 
— A potem pokaŜe ci, Ŝe moŜe to zrobić, odkrywając właśnie jak jest djabelnie genjalny. 
Nie orjentowałem się dobrze. — Udowodnić co? — spytałem. 
— Nie  mówiłem  ci  tego?  —  powiedział  Micklethwaite  czerwieniejąc.  —  O  tej  jego 

przeklętej syrenie w Folkestone. 

— Powiada, Ŝe i s t n i e j e  syrena? 
— Tak  powiada  to  —  rzekł  Micklethwaite,  ponsowiejąc  i  wpatrując  się  we  mnie  bardzo 

ostro.  Zdawał  się  zapytywać  niemo,  dlaczego  z  pomiędzy  wszystkich  ludzi  ja  właśnie 
zwróciłem się do niego i przypomniałem mu tego przeklętego infamisa. Sądziłem przez chwilę, 
ze dostanie ataku apoplektycznego, lecz na szczęście przypomniał sobie o swoich obowiązkach 
gospodarza wobec mnie. Wtedy zwrócił się nagle do medytującego kelnera z zarzutem, Ŝe nie 
zmienia naszych talerzy. 

— Będzie  golf  później?  —  zapytałem  Micklethwaite’a,  gdy  talerze  i  resztki  kelnera 

wyniosły się juŜ. Golf zawsze dobrze usposabia Micklethwaite’a, z wyjątkiem gdy właśnie gra. 

                                                 

*

 Penwiper — wycieracz piór 

background image

— Opowiadano mi. — Gdybym był panią Bunting przerwałbym w tem miejscu i podniósłbym 
brwi i obie ręce do góry, aby zaznaczyć jak golf działa na Micklethwaite’a wtedy gdy gra. 

Zacząłem  udawać  zainteresowanie  golfem  —  grą,  którą  w  rzeczywistości  pogardzam  i 

której nienawidzę bardziej niŜ nie wiem czego na tym świecie. Proszę sobie wyobrazić duŜego 
grubasa, jak Micklethwaite, który właściwie powinien nosić turban i długą niebieską szatę, aby 
ukryć swoją otyłość, tłukącego milami i milami małą białą piłeczkę, doskonałym instrumentem 
chirurgicznym,  tłukącego  ją  z  niemowlęcą  solennością  albo  dziecięcą  wściekłością  na  los 
szczęścia i ubocznie trenującego chłopczyka o niewinnych oczkach w przeklinaniu i uganianiu 
na  kształt  laufra.  To  jest  golf.  Pomimo  to  zapanowałem  nad  moim  szyderskim  uśmiechem  i 
paplałem o golfie i o względnych zasługach obrączek do golfa, tak jakbym mówił do dziecka o 
królikach,  albo  jakbym  bawił  szczenię  udając  piszczenie  szczura  i  gdy  juŜ  mogłem  znowu 
rzucić okiem na początkującego dziennikarza, nasz lunch skończył się. 

Spostrzegłem, Ŝe rozmawiał z człowiekiem podającym mu płaszcz z większą poufałością, 

nit to jest w zwyczaju wobec klubowych słuŜących. SłuŜący spoglądał niedowierzająco, lecz z 
szacunkiem i odpowiadał krótko, choć grzecznie. 

Gdyśmy  wychodzili,  ta  mała  konwersacja  trwała  jeszcze  ciągle.  SłuŜący  podawał 

początkującemu,  młodemu  dziennikarzowi  miękki  kapelusz,  a  początkujący  dziennikarz 
grzebał w masie papierów w swojej kieszeni surduta. 

— To jest nadzwyczajne. Mam większość ich przy sobie, — mówił gdyśmy go mijali. — 

Nie wiem czy to was będzie zajmować… 

— Mam bardzo mało czasu do czytania, proszę wielmoŜnego pana — odpowiadał słuŜący. 

background image

R

OZDZIAŁ 

IV. 

P

RZYMIOTY 

P

ARKER

 
Wiem o tem, Ŝe byłem dotychczas bardzo gadatliwy, przyczem hasłem mojem było raczej 

prawdopodobieństwo  niŜ  policyjna  wierność  opisów.  Nieznaczny  trud  jaki  zadałem  sobie, 
ubarwiając  i  stosownie  do  moich  zamierzeń  upiększając  fakty,  nie  pójdzie  na  marne,  jeŜeli 
zdołałem w ten sposób przedstawić jasno czytelnikowi, jak wylądowała syrena, a takŜe jak to 
się  stało,  Ŝe  w  ogóle  mogła  wylądować  i  stać  się  członkiem  ludzkiego  społeczeństwa,  nie 
powodując zbytniego zamieszania w pewnej części tego społeczeństwa. 

Syrena  ostatecznie  osiedliła  się  w  spokoju  u  Buntingów.  Po  upływie  dwóch  tygodni 

osiedlenie  to  było  juŜ  faktem  tak  dalece  dokonanym,  Ŝe  chyba  tylko  wyjątkowa  piękność  i 
wdzięk  oraz  przypadkowe,  nieznaczne  pojawianie  się  czegoś  trudnego  do  określenia,  w  jej 
uśmiechu, odróŜniały ją od innych ludzi, do których zresztą upodobniła się w sposób zupełnie 
wiarygodny.  To  prawda,  Ŝe  była  kaleką  i  dolna  część  jej  ciała  była  w  sposób  najbardziej 
rozrzewniający  owinięta  i  wetknięta  w  rodzaj  futerału,  jednakowoŜ  było  to  dla  wszystkich 
zrozumiałe — obawiam się, Ŝe stało się to za inicjatywą pani Bunting, która opowiadała, Ŝe w 
krótkim czasie nogi (pani Bunting mówiła zawsze o nogach w liczbie mnogiej co było czemś 
więcej niŜ zwykłym uprawnionym wykrętem) — zostaną wyleczone najzupełniej. 

— Oczywiście — dodawała pani Bunting — nigdy juŜ nie będzie mogła znowu jeździć na 

bicyklu?… 

Taką to fantastyczną zasłonę potrafiła pani Bunting zarzucić na tę sprawę. 

background image

II. 

 
Nie  ulega  kwestji,  Ŝe  syrena,  a  względnie  pani  Bunting  dla  niej,  znalazła  w  Parker  skarb 

pierwszorzędny.  Parker  była  jeszcze  młoda,  co  mogło  dać  mylne  pojęcie  o  jej  wyrobieniu, 
jednakowoŜ była juŜ pokojówką pewnej lady z Indji, która przechodziła słabość, Parker miała 
jaz zatem duŜo doświadczenia i przebyła rozmaite egzaminy. Zdarzyło się takŜe, Ŝe oszukał ją 
jakiś młodzieniec, o którym usilnie marzyła, po to tylko, aby się przekonać, Ŝe połączy się z 
inną  —  co  było  ciosem  dla  jej  niewzruszonych  przekonań  o  poprawności,  —  wobec  której 
wszystkie  inne  rzeczy  były  drobnostką.  śycie,  które  sobie  obrała  nie  miało  mieć  juŜ 
niespodzianek dla niej. Spoglądała chłodno na jego przepychy, (przewaŜnie źle umieszczone) z 
wyrazem  czujnej  bezstronności  w  swoich  brunatnych  oczach,  spełniając  swoją  specjalną 
powinność i zupełnie gotowa spełniać ją dalej. Trzymała zawsze łokcie przyciśnięte do boków 
i zwrócone na dół, a ręce zawsze złoŜone, a nawet przy najbujniejszej wyobraźni nie moŜna 
było przedstawić jej sobie inaczej jak prosto się trzymającej i czyściutkiej. Głos jej w kaŜdej 
okoliczności był cichy i niezwykle wyraźny — aŜ do najdelikatniejszych odcieni. 

Gdy  przyszło  do  omawiania  draŜliwego  punktu,  panią  Bunting  ogarnęło  lekkie 

zdenerwowanie. Oczywiście sprawę umowy załatwiała patii Bunting, ze względu na zupełny 
brak doświadczenia syreny. Lecz ostatecznie pani Bunting przemogła swoje zdenerwowanie. 

— Pani rozumie — powiedziała pani Bunting, rzucając się nareszcie w odmęt — Ŝe — Ŝe 

ona jest kaleką. 

— Nie  wiedziałam  proszę  pani  —  odpowiedziała  Parker  z  uszanowaniem  i  widocznie 

zdecydowana pojmować wszystko jako część swoich powinności na tym świecie. 

— Faktycznie,  —  mówiła  pani  Bunting,  wycierając  urękawicznionym,  palcem  obrąbek 

nakrycia stołu i przyglądając się z zajęciem tej operacji — faktycznie ona ma rybi ogon. 

— Rybi ogon! Naprawdę proszę pani! Czy to bolesne? 
— Oh  nie  moja  droga,  to  nie  powoduje  Ŝadnych  niedyspozycji  —  nic.  Tylko  —  pani 

rozumie, konieczna jest — dyskrecja. 

— Oczywiście proszę pani — powiedziała Parker, tak jakby ktoś powiedział — zawsze jest 

potrzebna w takich wypadkach. 

— Szczególnie nie Ŝyczymy sobie słuŜących. 
— SłuŜących. — Nie proszę pani. 
— Pani rozumie? — pani Bunting podniosła głowę i spojrzała uspokojona na Parker. 
— Doskonale  proszę  pani!  —  odpowiedziała  Parker,  z  zupełnie  niezmienionym  wyrazem 

twarzy  i  wtedy  juŜ  zaczęły  omawiać  kwestję  wynagrodzenia.  —  Wszystko  ułoŜyło  się  w 
sposób zupełnie zadowalający, — mówiła potem pani Bustiog, głęboko odetchnąwszy na samo 
wspomnienie tej chwili, jasne jest, Ŝe Parker miała zupełnie takie samo przekonanie… 

Była  nie  tylko  dyskretna,  lecz  naprawdę  rozgarnięta  i  zręczna.  Od  samego  początku 

opanowała sytuację bez ostentacji, lecz bardzo stanowczo. Ona to wymyśliła rodzaj skrzynki 
jakby do skrzypiec na „To”, jak równieŜ ona wymyśliła rozszerzenie sukni pokrywające twarde 
kontury skrzynki. Parker poddała myśl sprawienia krzesła na kółkach do domu i do ogrodu, a 
lektyki  do  noszenia  po  schodach.  W  tym  ostatnim  wypadku  Fred  był  na  podorędziu  aŜ  do 
zbytku, o ile tylko syrenie potrzeba było pomocy męzkich ramion. Jednak Parker od razu dała 
do zrozumienia, Ŝe to zupełnie nie zgadza się z jej przekonaniami., zyskując przez to dozgonną 
wdzięczność  ze  strony  Mabel  Głendower.  Parker  oświadczyła  się  takŜe  za  przejaŜdŜkami  i 
poddała  (z  prostotą,  która  nie  pozwalała  na  nieposłuchanie)  myśl  wynajęcia  parokonnego 
ekwipaŜu na cały sezon; ku zachwytowi zarówno syreny jak i Buntingów. Parker dyktowała 
codziennie  przejaŜdŜki  po  Leas  i  przenoszenie  syreny  i  sposób  przenoszenia  do  krzesła,  w 
którem  odbywała  się  promenada  po  Leas.  Parker  umiała  wskazać  natychmiast  a  dyskretnie 
wszysko  co  mogło  być  miłe  i  stosowne  dla  syreny,  jak  równieŜ  umiała  wynaleźć  sposób 

background image

osiągnięcia  tego,  natomiast  umiała  przeszkodzić  w  sposób  niedostrzegalny  lecz  skuteczny 
wszystkim  niewłaściwym  postępkom  syreny.  Parker  spowodowała,  Ŝe  przestała  być  jakby 
prywatną osobliwością, naleŜącą do gospodarstwa domowego Buntingów i sprawiła, Ŝe syrena 
uzyskała samoistną pozycję w świecie, gdy nadszedł przełom krytyczny. Nie zawiodła ani w 
drobiazgach, ani w powaŜnych sytuacjach. Ona takie wskazała, Ŝe naleŜy wydrukować bilety 
syreny (Miss Doris Thalassia Waters, było mile brzmiącem i odpowiadałem nazwiskiem, pod 
którem wystąpiła syrena po raz pierwszy) i ona zastąpiła, pudło, przypuszczalnie utopionego i 
rozmokniętego Toma Wilder, przez pudełko na klejnoty, walizkę na rzeczy i pierwsze w Ŝyciu 
syreny, kufry. 

W  tysiącach  drobnych  zdarzeń  okazywała  ta  Parker  szczególnie  wyrobiony  zmysł 

odpowiedniego znalezienia się. 

Na  przykład  zdarzyło  się,  Ŝe  interweniowała  nagle  w  sklepie,  w  czasie  kupna  pewnych 

intymnych sprawunków. 

— Tam są pończochy, proszę pani, — powiedziała dyskretnie przytłumionym głosem. 
— Pończochy! — zawołała pani Bunting, — Przecie — ! 
— Sądzę,  proszę  pani, Ŝe  powinno  się  kupić  pończochy  —  powiedziała  Parker  spokojnie 

lecz bardzo stanowczo 

background image

III. 

 
Ze  skruchą  i  respektem  proszę  o  przebaczenie,  ale  muszę  opowiedzieć  jeszcze  jeden 

szczegół o Parker, a potem juŜ usuniemy ją w naleŜne jej miejsce. 

Muszę  wyznać  z  pewnem  uczuciem  niesmaku,  Ŝe  prześladowałem  tę  kobietę,  aŜ  na  jej 

nowej obecnej posadzie w Highton Towers — jest tam ona pokojówką Lady Jane Glauville, 
wybitnej  działaczki  na  polu  religijnem  i  socjalnem.  Chciałem  uzupełnić  pewne  szczegóły, 
pewne sceny i rozmowy, do czego skłaniała mnie moja pasja do ścisłości. Musiała przecieŜ od 
początku do końca wszystko widzieć, rozumować i wnioskować. 

Zwróciłem  się  otwarcie  do  niej.  Nie  udawała  wcale,  Ŝe  mnie  nie  rozumie,  albo,  Ŝe  nie 

orjentuje  się  w  pewnych  draŜliwych  sprawach.  Gdy  skończyłem,  ogarnęła  mnie  czujnem 
spojrzeniem. 

— Nie  mogłabym  nawet  pomyśleć  o  tem  sir  —  powiedziała  —  toby  się  zupełnie  nie 

zgadzało z mojemi przekonaniami… 

— Jednak,  —  przecieŜ  teraz  chyba  nie  mogłoby  to  sprawić  pani  przykrości,  aby 

opowiedzieć mi… 

— Przykro mi, ale nić mogłabym, sir. 
— To przecieŜ nie dotknie juŜ teraz nikogo 
— To nie o to chodzi, sir. 
— Postarałbym się, aby pani źle nie wyszła na tem, pani rozumie. 
Spoglądała na mnie uprzejmie, powiedziawszy juŜ co miała powiedzieć. 
Pomimo najdelikatniejszych i najzręczniejszych pokus, odpowiedź jej była zawsze ta sama. 

Nawet gdy moje delikatne metody zawiodły i próbowałem przekupstwa na większą skalę, nie 
zareagowała  inaczej,  jak  tylko  powołując  się  aa  respekt  naleŜny  mojej  wyŜszej  socjalnej 
pozycji. 

— Nie  mogłabym  nawet  pomyśleć  o  tem,  sir  —  powtórzyła.  —  Toby  się  nie  zgadzało 

zupełnie z mojemi przekonaniami. 

JeŜeli  zatem  w  końcu,  nabrałbyś  czytelniku  przekonania,  Ŝe  opowiadanie  moje  jest 

miejscami zbyt śmiałe lub niedokładne, ufam, Ŝe przypomnisz sobie, jaką przeszkodą była dla 
mnie, niewzruszona surowość zasad Parker. 

background image

ROZDZIAŁ

 

V. 

N

IEOBECNOŚĆ I POWRÓT 

M

R

.

 

H

ARRY

EGO 

C

HATTERIS

A

 
Wszystkie te historyjki o Parker i o dziennikarzach, sprowadziły moje opowiadanie nieco na 

manowce. Sądzę, Ŝe mimo to, czytelnik orientuje się, iŜ podczas gdy początkujący dziennikarz 
uganiał pełen nadzieji za informacjami i Banghurstem, a Parker była dopiero doskonałością w 
pączku,  nie  wymyśliwszy  jeszcze  wózka,  w  jasnej  osadzie  pod  zielonymi  dębami  na 
Falkestońskiej Riwierze sprawy rozwijały się dalej. 

Skoro  tylko  umysły  Buntingów  przestały  skupiać  się  wyłącznie  na  ich  nowym 

zdumiewającym gościu, zaczęli zdawać sobie, sprawę (jak wszyscy ludzie) z początku niejasno 
a potem z całą pewnością, Ŝe dwie młode panny, które powinne były być ich głównymi gośćmi, 
podczas  sezonu,  nie  podzielają  ich  uczucia  przyjemności  z  powodu  posiadania  gościa  tak 
pięknego jak Miss Waters, tak światowego — i pod pewnym względem — tak wyróŜniającego 
się. 

Ten  mały  rozdźwięk  dał  się  zauwaŜyć  poraź  pierwszy  podczas  pewnej  przygodnej 

rozmowy,  którą  pani  Bunting  prowadziła  z  panną  Glendower,  opowiadając  jej  o  nowych 
zarządzeniach. 

— Czy ona naprawdę ma zamiar przebywać u pani całe lato? — pytała Adelina. 
— Z pewnością moja droga, to ci nic nie przeszkadza? 
— To jest pewną niespodzianką dla mnie. 
— Ona mię prosiła o to — moja droga — 
— Mam na myśli Harry’ego, jeŜeli generalne wybory odbędą się we wrześniu — a wszyscy 

tak sądzą. Pani przyrzekła nam oddać się sprawie wyborów. 

— CzyŜ sądzisz, Ŝe o n a … 
— Będzie nam strasznie zawadzać. 
Po chwili dodała. — Ona hamuje moją całą pracę… . — AleŜ, moja droga! 
— Ona wprowadza dysharmonję — powiedziała Adelina. 
Pani  Bunting  wyjrzała  przez  okno,  spoglądając  na  drzewo  tamaryszkowe  i  na  morze.  — 

Napewno  nie  chciałabym  zrobić  nic  takiego  coby  mogło  zaszkodzić  widokom  Harry’ego. 
Wiesz  przecie  jak  entuzjastycznie  odnosimy  się  wszyscy  do  jego  sprawy.  Randolf  zapewne 
zechce coś zrobić. Czy jesteś pewna tego, Ŝe ona będzie zawadzać?… 

— A cóŜ innego moŜe zrobić?. 
— Mogłaby nawet pomagać. 
— Oh, p o m a g a ć ! 
— Mogłaby agitować. Jest, jak wiesz moja droga, bardzo pociągająca. 
— Nie dla mnie — powiedziała panna Glendower. 
— Nie dowierzam jej. 
— Lecz dla niektórych innych ludzi. A jak Harry powiada, w czasie wyborów, jeŜeli ktoś 

moŜe  być  uŜyteczny  w  jakim  kierunku,  m u s i   być  zaprzęgnięty  do  roboty.  P ó ź n i e j   — 
moŜna go ściąć, moŜna z nim zrobić cokolwiek — lecz podczas wyborów. — Pamiętasz, mówił 
o  tem  gdy  byli  tu  obaj  z  panem  Fison’em.  Gdybyście  pozostawili  intrygi  wyborcze  jedynie 
naprawdę ładnym osobom… 

— To pan Fison tak powiedział, a nie Harry. A zresztą ona nie zechce pomagać. 
— Myślę, Ŝe w tej chwili niesłusznie ją osądzasz, moja droga. Prosiła mnie… 
— Aby mogła pomagać? 

background image

— Tak,  i  pytała  o  wszystko  co  się  do  tego  odnosi  —  odpowiedziała  pani  Bunting  z 

przemijającym rumieńcem. — Wypytuje się o róŜne kwestje, dlaczego mamy wybory, jak to 
się wszystko odbywa, dlaczego Harry kandyduje i o wszystko zresztą. śyczy sobie zgłębić całą 
tę sprawę. Nie umiem odpowiedzieć na połowę pytań, które mi zadaje. 

— Aha i dlatego to, jak przypuszczam, wdaje się w te długie konwersacje z panem Melville 

i dlatego Fred zaniedbuje Mabel. 

— Moja d r o g a ! — powiedziała pani Bunting. 
— Za nic na świecie nie chciałabym dopuścić do tego, aby ona zajęła się agitowaniem — 

powiedziała  panna  Glendower.  —  Wszystkoby  zepsuła.  Jest  usposobienia  „frivol”  —  i 
satyrycznego. Ma zwyczaj spoglądania na ludzi takim niedowierzającym wzrokiem, nic sobie 
nie robi z niczyjej powagi… Nie wiem czy pani zupełnie dobrze rozumie, droga pani Bunting, 
czem  są  te  wybory  i  te  moje  studja  dla  mnie  —  i  dla  Harry’ego.  Ona  staje  w  poprzek  tego 
wszystkiego — jak duch sprzeciwu. 

— Z całą pewnością, moja droga, nie zauwaŜyłam nigdy, aby się sprzeciwiała! 
— O tak, ona się nie s p r z e c i w i a . JednakowoŜ ona. — Coś jest w niej takiego. — Czuje 

się  to, Ŝe sprawy  najwaŜniejsze i  najŜywotniejsze  są niczem dla niej. Czy  pani nie  odczuwa 
tego? Ona jest istotą z innego świata. 

Pani Bunting  milczała.  Adellna  zaczęła wałkować  w  dalszym  ciągu  ten sam temat.  — W 

kaŜdym  razie  sądzę  —  powiedziała,  Ŝe  bierzemy  ją  zbyt  lekko.  Czy  my  właściwie  wiemy 
c z e m  ona jest? Tak gdzieś, tam w głębinach moŜe ona i jest czemś. Prawdopodobnie miała 
bardzo wybitne powody do przybycia aa ziemię. 

— Moja droga! — zawołała pani Bunting — Czy to jest litość? 
— Jak one tam Ŝyją? 
— JeŜeliby tam nie prowadziła przyzwoitego Ŝycia, na pewno nie potrafiłaby zachowywać 

się tak przyzwoicie 

— Prócz tego — to jej przybycie tutaj! PrzecieŜ nie otrzymała zaproszenia… 
— Właśnie t e r a z  zaprosiłam ją — powiedziała szlachetnie pani Bunting. 
— Pani nie mogła sobie dać rady. Przypuszczam, Ŝe to tylko uprzejmość pani… 
— To nie uprzejmość — powiedziała pani Bunting — to Obowiązek. Gdyby była nawet o 

połowę mniej czarująca niŜ jest. Zdajesz się zapominać — tu zniŜyła głos — po co tu przybyła. 

— Tegobym pragnęła właśnie dowiedzieć się. 
— JeŜeli w tych czasach takiego materjalizmu i takiej bezboŜności, panującej wszędzie, gdy 

ludzie posiadający dusze, zdają się dąŜyć do tego, aby je zatracić — uda się spotkać kogoś . nie 
mającego duszy a pragnącego ją uzyskać — 

— Czy ona tylko próbuje n a p r a w d ę  uzyskać duszę? 
— Mr. Flange przychodzi dwa razy na tydzień. Przychodziłby częściej, gdyby jak wiesz nie 

miał tyle do roboty z konfirmacjami. 

— Tak, a gdy przyjdzie to siedzi i stara się przy kaŜdej sposobności dotknąć jej ręki (jeŜeli 

tylko  moŜe)  i  przemawia  najsłodszym  głosem,  a  ona  siedzi  i  śmieje  się,  wyśmiewa  niemal 
otwarcie to co jej mówi. 

— To dlatego bo on musi znaleźć drogę do jej umysłu. Z pewnością Mr. Flange’owi wolno 

robić co zechce, aby uczynić religię pociągającą! 

— Nie wierzę w to, aby ona sama wierzyła naprawdę w tę chęć uzyskania duszy. Nie wierzę 

w to ani trochę. 

Zwróciła się ku drzwiom, jak gdyby skończyła. 
Rumieniec pani Bunting nie był tym razem przemijający. Wychowała syna i dwie córki a 

prócz tego wychowała męŜa aŜ do stanu — Moja droga, jakŜesz ja to mogłem wiedzieć… i gdy 
zaszła  potrzeba  okazania  stanowczości  —  nawet  wobec  Adeliny  Glendower  —  umiała  ją 
okazać tak dobrze, jak kaŜdy inny. 

background image

— Moja droga — zaczęła w swojej najbardziej stanowczej, spokojnej manierze. — Jestem 

zupełnie  przekonana,  Ŝe  źle  sądzisz  pannę  Waters.  Być  moŜe,  Ŝe  jest  powierzchowna  —  w 
kaŜdym razie tylko na pierwszy rzut oka. Być moŜe, Ŝe się trochę śmieje i Ŝartuje. RóŜne są, 
sposoby patrzenia na Ŝycie. Jestem jednak pewna, Ŝe w głębi jest tak samo powaŜna, tak samo 
serjo jak — kaŜdy. Osądzasz ją zbyt porywczo. — Z pewnością gdybyś ją znała lepiej — tak 
jak ja… 

Pani Bunting zrobiła wymowną pauzę. Na policzki panny Glendower wybiły się dwa małe 

rumieńce. Odwróciła się trzymając rękę na klamce. 

— W  kaŜdym  razie,  —  powiedziała  —  Harry  na  pewno  zgodzi  się  ze  mną,  Ŝe  w  naszej 

sprawie ona nie moŜe pomagać. Pracujemy nad  naszem dziełem, a to jest trochę więcej, niŜ 
zwykłe  intrygi  wyborcze.  Musimy  rozwijać  i  ugruntowywać  idee.  Harry  obejmuje  nowe 
horyzonty  i  to  daleko  sięgające.  Pragniemy  całą  naszą  tęŜyznę  włoŜyć  w  tę  pracę.  Właśnie 
t e r a z . A jej obecność… 

Przerwała na chwilę. — Jest dygresją. Wszystko przewraca na wspak. Wszystko skierowuje 

na  złą  drogę.  Ma  zwyczaj  koncentrowania  uwagi  wszystkich  na  sobie.  Zmienia  walor 
wszystkich spraw. Nie pozwala mi skupić się na jednej myśli i nie pozwoli Harre’mu skupić się 
na jednej myśli… 

— Przypuszczam  moja  droga,  Ŝe  moŜesz  zawierzyć  memu  sądowi,  choć  t r o c h ę ,  — 

powiedziała pani Bunting i przerwała. 

Panna Glendower otworzyła usta do odpowiedzi, lecz zamknęła je nic nie powiedziawszy. 

Było  widocznem,  Ŝe  doszły  juŜ  do  końca.  MoŜna  juŜ  tylko  było  powiedzieć  coś  takiego 
czegoby się potem Ŝałowało. 

Drzwi otworzyły się i zamknęły szybko, a pani Bunting pozostała sama… 
Po  upływie  godziny  wszyscy  zeszli  się  przy  stole  w  jadalni  a  Adelina  zachowywała  się 

wobec syreny i wobec pani Bunting tak uprzejmie i uprzedzająco, jak tylko moŜe zachowywać 
się młoda dama powaŜna i intelektulna. Wszystko zaś co mówiła i co robiła pani Bunting V aby 
rozwinąć i wydobyć na jaw powaŜniejsze strony umysłu syreny — zakrawało na to co ludzie 
nazywają niedościgłym taktem — a co w istocie, jak wiadomo, oznacza znacznie więcej taktu 
niŜ go potrzeba. 

Pan  Bunting  był  niezwykle  gadatliwy  i  opowiadał  wszystkim  szczegółowo  o  sławnym 

projekcie, o którym właśnie dowiedział się, zmierzającym do tego, aby wyciąć zarosły nieco 
krzewami i ziołami front Leas i wsadzić pomiędzy ścianę obrosłą winem, a Crystal Pałace, coś 
w rodzaju ogrodu zimowego, co wydawało mu się oczywiście nadzwyczajnym pomysłem. 

background image

II 

 
Czasby juŜ był opisać tego wybitnego Chatteris’a, który jest naprawdę najgłówniejszą figurą 

dalszego opowiadania mego kuzyna Melyille. Zdarzyło się, Ŝe spotykałem go często, podczas 
moich lat uniwersyteckich, a i później od czasu do czasu zetknąłem się z nim. Na uniwersytecie 
odznaczał  się  do  pewnego  stopnia,  był  elegancki  a  nie  wpadał  we  wulgarność,  ale 
przedewszystkiem  był  bystry.  Był  pięknym  męskim  typem,  przytem,  nie  paradując  z  Ŝadną 
rozrzutnością,  był  „extravagant”  w  sposób  wspaniały.  W  ostatnich  latach  były  z  nim  pewne 
kłopoty, coś szeptano o pannie czy męŜatce w Londynie, jednakowoŜ rodzina jego zaŜegnała 
to, a wuj Earl of Beecheroft załatwił niektóre długi. Nie wszystkie — poniewaŜ rodzina jest w 
sposób chwalebny pozbawiona sentymentalizmu — jednak w wystarczającej ilości aby mógł 
prowadzić Ŝycie wygodne. Rodzina nie naleŜy do bogatych, prócz tego obfituje w niezwykłą 
ilość kwaśnych, wygadanych, zjadających dochody ciotek — nigdy nie widziałem rodziny tak 
pobłogosławionej dziwacznemi ciotkami. Jednak Chatteris był taki przystojny, miał tak dobre 
maniery  i  tak  był  utalentowany,  Ŝe  ciotki  bez  dyskusji  zdawały  się  zgadzać  na  to,  aby  go 
protegować.  Uganiały  wszędzie,  aby  mu  wynaleźć  coś,  coby  przynosiło  dochody,  a  nie 
wymagało pracy, lub nie zatrącało zbytnio handlem i tymczasowo po niezwykłych staraniach 
jego  ciotki  Lady  Poynting  Mallow,  pragnącej  stworzyć  mu  pole  działania,  przy  wspólnych 
wysiłkach bardziej religijnej sekcji ciotek, porozumiano się i Cbatteris zabrał się do wyŜszego 
dziennikarstwa — to znaczy do dziennikarstwa, które wszędzie bywa na obiadach, po obiedzie 
robi  wywiady  polityczne  i  jest  wszędzie  przyjmowane.  W  dodatku  napisał  kilka  zupełnie 
moŜliwych  poezji  i  opublikował  dzieła  Jane  Austen  a  polecenia  jedynego  wydawcy,  który 
jeszcze nie zdołał wydrukować prac tej klasycznej lady. 

Jego poezje były podobne do niego, kształtne i ładne, jednak tak jak jego twarz umysłom 

przenikliwym  nasuwały  pewne  zastrzeŜenia.  Był  w  nich  właśnie  ten  odcień  wyrafinowania, 
który  oznacza  słabość  u  polityka.  PoniewaŜ  nie  był  on  jeszcze  człowiekiem  występującym 
publicznie,  zatem  uznawany  był  za  energicznego,  a  jego  prace  zwracały  uwagę,  jako 
zdradzające zawsze zdolności, a czasami świetne. Ciotki zaopiniowały, Ŝe dojrzewa, a pewien 
nadmiar  Ŝywotności  przypisywały  niedokończeniu  procesu  dojrzewania  i  zdecydowały,  Ŝe 
powinien pojechać do Ameryki, gdzie nadmiar Ŝywotności popłaca i gdzie jest sposobność jej 
zuŜytkowania i tam to, jak się domyślam zdarzyło mu się coś podobnego do fałszywego kroku. 
Coś  zdarzyło  się.  Naprawdę  zdarzyło  się  masę  rzeczy.  Powrócił  nie  oŜeniwszy  się  i  to  via 
południowe morza, Australia i Indje. Lady Poynting Mallow zaś, po jego powrocie, nazwała go 
publicznie szaleńcem. 

Co zdarzyło się w Ameryce — trudno ciągle jeszcze dociec, nawet gdyby się zrezygnowało 

z odczytywania współczesnych tej sprawie gazet amerykańskich. Zdaje się, Ŝe chodziło o córkę 
jakiegoś miljonera i o coś podobnego do zaręczyn. Według .Wrzasku Nowojorskiego jednego z 
najszykowniejszych, najdelikatniejszych i wziąwszy wszystko razem pod uwagę, najbardziej 
reprezentatywnych dzienników amerykańskich, była tam takŜe czyjaś inna córka, którą W. N. 
interviewował albo utrzymywał, Ŝe interviewował w artykule pod nagłówkiem; 
 

BRYTYJSKI ARYSTOKRATA 

igra 

Z CZYSTĄ DZIEWECZKA AMERYKAŃSKĄ, 

lNTERVIEW Z OFIARA 

LEKKOMYŚLNOŚCI I BRAKU SERCA. 

 
Jednakie  skłaniam  się  do  uwaŜania  tej  drogiej  (pomimo,  Ŝe  umieszczono  jej  portret, 

doskonale  wykonany),  jedynie  jako  genialnego  posunięcia  nowoczesnego  Ŝurnalizmu, 

background image

poniewaŜ, jak się zdaje W. N. zwietrzył nagły zamiar wycofania się Chatteris’a i wynajdywał 
powody  tego  wycofania  się,  zapewniające  mu  pierwszeństwo  w  ich  odkryciu.  Wensleydale 
powiada mi, Ŝe jedynem dowcipem w tym wypadku była chęć jak najszybszego wystrzelenia 
pocisku. Córka miljonera mądra i uzdolniona panna przebyła interview na temat jej bliskiego 
małŜeństwa,  małŜeństwa  w  ogóle,  najrozmaitszych  kwestji  socjalnych  i  na  temat 
pokrewieństwa narodów brytyjskiego i amerykańskiego, a zdaje się, Ŝe on to wszystko ujrzał w 
swoim  porannym  dzienniku  przy  breakfaście.  Tak  go  to  nagle  dotknęło,  Ŝe  stracił  głowę. 
Wyjechał natychmiast i zdaje się, Ŝe zabrakło mu siły ducha, aby zawrócić i powrócić. Afera ta 
była  nowym  pasztetem,  rodzina  zapłaciła  trochę  więcej  jego  długów,  odmówiła  zapłacenia 
reszty, a Chatterie wynurzył się po pewnym czasie w Londynie, z nieco zmniejszoną sławą i ze 
serją artykułów w sprawach państwowych, napisanych we formie listów, a kaŜdy z nich miał 
tytuł: Co oni wiedzą o Anglii, jeŜeli wogóle coś o niej wiedzą? 

Oczywiście  w  Anglii  nie  dowiedziano  się  niczego  o  prawdziwych  okolicznościach, 

towarzyszących tej sprawie, jednak było to zupełnie jasne, Ŝe jeździł do Ameryki, a powrócił z 
pustemi rękoma. 

I to było przyczyną, Ŝe w przeciągu kilku lat zbliŜył się do Adeliny, o której specjalnych 

zdolnościach, jako pomocnicy i inspiratorki, usłyszałeś juŜ czytelniku od pani Bunting. Gdy się 
zaręczył, rodzina jego, usilnie pragnąca przebaczyć mu (Lady Poynting Mallow faktycznie juŜ 
to uczyniła), ucieszyła się niezmiernie. Po dłuŜszych tajemniczych działaniach zdeklarował się 
jako filantropijny liberał z platformą, posiadającą wiele wolnych miejsc, będący w moŜności i 
gotów, jak na początek do wypróbowania jakości konserwatywnego południa. 

W  czasie  gdy  syrena  wylądowała,  znajdował  się  za  granicą  dla  zaaranŜowania  pewnych 

decydujących  spraw  w  ParyŜu  i  w  innych  miejscowościach.  Zanim  sprawa  jego  mogła  być 
definitywnie  ustalona,  musiał  rozmówić  się  z  pewną  wybitną  osobistością  a  następnie  miał 
powrócić  i  zawiadomić  Adelinę  o  wyniku.  Wszyscy  wyczekiwali  go  zatem  codziennie,  nie 
wyłączając, co jest juŜ teraz rzeczą pewną i syreny. 

background image

III. 

 
Spotkanie panny Glendower z narzeczonym po jego powrocie z ParyŜa, jest jedną ze scen w 

tem  opowiadaniu,  której  wolałbym  nie  opisywać  ze  szczegółami.  Przybył  do  Folkestone  i 
stanął w Metropol’u, poniewaŜ dom Buntingów był pełny, a Metropol był hotelem połoŜonym 
najbliŜej  Sandgate,  następnie  poszedł  popołudniu  do  Buntingów  i  zaŜądał  widzenia  się  z 
Adeliną,  postępek  piękny  choć  niezupełnie  poprawny.  Przypuszczam,  Ŝe  spotkali  się  w 
bawialni,  a  skoro  Chatteris  zamknął  drzwi  za  sobą,  wyobraŜam  sobie,  Ŝe  nastąpiło  coś  w 
rodzaju pieszczot. 

Muszę  wyznać,  Ŝe  nienawidzę  tej  swobody,  przysługującej  nowelistom,  pozwalającej  im 

wprowadzić czytelnika za takie zamknięte drzwi i demonstrować mu co te osoby mówiły lub 
czyniły. Waham się w tym wypadku. Ostatecznie nie widziałem przedtem zupełnie Adeliny, aŜ 
po  wszystkiem,  a  czemŜe  jest  ona  teraz?  Dość  wysoką,  dość  niespokojną  i  czynną  kobietą 
bardzo śmiałą i otwartą w sprawach znaczenia publicznego — kobietą, której czegoś brakuje. 
Melvilleowi udało się, dostrzedz raz błysk tego czegoś, lecz przewaŜnie nie podobała mu się 
ona. PrzewyŜszała go inteligencją i trochę bał się jej, z jakiegoś niewytłumaczonego powodu 
nie  moŜna  jej  było  nigdy  nazwać  „ładną  kobietą”  ani  „drogą  panią”  ani  Grande  dame,  nie 
moŜna Jej było takŜe uznać za nic nie znaczącą, wskutek czego Melville nie mógł znaleść dla 
niej miejsca w swoim schemacie Ŝyciowym. MoŜna od niego wydobyć tylko bardzo szczupłe 
dane co do tej dawniejszej Adeliny. — Pozowała, — powiada — zajmowała się polityką — i 
ciągle czytała dzieła pani Humphry Ward. 

To  ostatnie  jest  największą  obrazą  w  pojęciu  Melville’a.  Jedną  z  wielu  słabostek  mego 

kuzyna jest przekonanie, Ŝe ta wielka nowelistka wywiera nader zgubny wpływ na inteligentne 
dziewczęta.  Chce  je  zrobić  dobremi  i  powaŜnemi  w  sposób  niewłaściwy.  Adelina,  jak  on 
zapewnia, bezwzględnie wykształciła się na niej. Ciągle dąŜyła do tego, aby zostać wcieleniem 
„Marceli”. Potrafił wpoić to przekonanie takie i w panią Bunting. Co do mnie, to nie wierzę w 
to, aby którejś z dziewcząt mogło się udać takie wcielenie fikcyjnej bohaterki. Istnieją dzieła o 
duchu  pokrewnym  nam,  które  moŜemy  sobie  wybrać,  a  o  ile  nie  zmyli  nas  jakaś  grzmiąca 
krytyka,  albo  jakiś  kaznodzieja,  kaŜdy  z  nas  wybiera  pokrewnych  sobie  nowelistów  tak  jak 
dusze  w  systemie  Swedenborgiańskim  wybierają  sobie  swoje  gatunki  piekieł.  Adelina 
przylgnęła  do  wyimaginowanej  Marceli.  Jak  mówi  Melville,  umysły  ich  wykazywały 
najściślejsze podobieństwo. Miały te same wady, chęć przewodzenia i — jeŜeli uŜyję juŜ tego 
wymownego frazesu — tę samą skłonność ku aroganckiej dobroczynności, tę samą tępotę w 
subtelniejszych  odcieniach  uczuć,  która  zwykle  prowadzi  do  rozprawiania  o  „NiŜszych 
klasach”  i  do  rozmyślania  na  próŜno  o  tym  frazesie.  Miały  z  pewnością  i  ta  .same  cnoty, 
sumienną,  wyrozumowaną  prawość,  kanciastą  szlachetność  i  całkowitą  bezwzględność. 
Adelina miała upodobanie w swojej „nowelistycznej” bezwzględności, braku czułostkowości i 
cierpliwej odwadze, pozwalającej jej włazić we wszystkie kąty i zaglądać pod dywan, w kaŜdej 
sprawie.  Stąd  łatwo  wywnioskować,  Ŝe  Adelina  powinna  zachowywać  się  tak  jak  bohaterka 
pani Ward, w analogicznej sytuacji. 

„Marcella”,  jak  wiemy,  gdy  juŜ  zmieniła  w  końcu  swoje  uczucia,  miała  przytulić  się  do 

niego. Miał był nastąpić moment wysokiej emocji w ich myślach (najwyŜszej klasy) zmieszany 
równocześnie z naturalną ambicją dwojga ludzi we wiośnie ich Ŝycia i mocy. A potem powinna 
była odskoczyć szybkim ruchem i przysłuchiwać się podpierając w zamyśleniu policzek swą 
piękną  ręką,  podczas  gdy  Chatteris  miał  sumować  siły  wrogie  —  roztrząsać  działania  tej  i 
tamtej grupy. Coś nieskończenie tkliwego i macierzyńskiego powinno było odezwać się w niej, 
skłaniając ją do ofiarowania krańcowo najwyŜszego poparcia, jakie moŜe dać miłość i kobieta. 
Powinna była wyprodukować  w Chatteris nie to  niezrównane wraŜenie mieszaniny wdzięku 

background image

namiętności  i  wewnętrznego  krzyku,  co  wszystko  w  nieskończonych  odmianach  i  refrenach 
wyśpiewywało w nim stały poemat jej piękności. 

Jednak to wszystko jest mrzonką, a nie rzeczywistością. Być moŜe, Ŝe Adelina marzyła o 

takiem zachowaniu się, jednakowoŜ — nie była  Marcellą a tylko chciała nią być, on zaś nie 
tylko  nie  był  Maxwell’em,  lecz  takŜe  nie  miał  najlŜejszego  zamiaru  być  nim.  Gdyby  mu 
dawano  sposobność,  aby  mógł  stać  się  Maxvell’em,  odrzuciłby  ją  zapewne  zupełnie 
niegrzecznie. Spotkali się zatem jak dwoje istot ludzkich, bynajmniej nie heroicznych, z pewną 
wstydliwością i niezgrabnością w ruchach i jak przypuszczam, spoglądając wzajem na siebie, 
czystym  i  uczciwym  wzrokiem.  Nastąpiło,  jak  sądzę,  coś  w  rodzaju  pieszczot,  a  potem 
skłaniam  się  do  przypuszczenia,  Ŝe  ona  zapytała  „No  i  cóŜ”,  on  zaś,  jestem  pewien,  Ŝe 
odpowiedział:  „Wszystko  dobrze”.  Potem  zaś  Chatteris  musiał  opowiedzieć  jej  wszystko 
szczegółowiej w sposób nieco powierzchowny, przyczem w przerwach odrzucał głowę w tył 
jakby to jeszcze odbywało się w obecności wybitnej osobistości. Musiał zapewne opowiedzieć 
jej,  Ŝe  miano  mu  przyznać  Hythe  i  Ŝe  załagodzono  bez  krzywdy  dla  partji  małą  trudność 
powstałą  z  powodu  komisjonera  z  Głasgow,  mającego  równieŜ  pretensje  do  kandydowania. 
Bez wątpienia musieli mówić ze sobą o sprawach politycznych, poniewaŜ Adelina wiedziała 
juŜ  wszystko,  gdy  wkrótce  potem  wyszli  razem  do  ogrodu,  gdzie  pani  Bunting  i  syrena 
siedziały, przyglądając się dziewczętom grającym w krokieta. WyobraŜam sobie, Ŝe dla tego 
rodzaju  pary  jak  oni  oboje,  takie  zakomunikowanie  sukcesu  i  rozmowa  na  powaŜny  temat 
zastępowały, do pewnego stopnia, bądź co bądź puste powtarzania pospolitych czułości. 

Zdaje się, Ŝe najpierw spostrzegła ich syrena. — O, on przyjechał — powiedziała krótko. 
— Kto  przyjechał?  —  spytała  pani  Bunting,  spojrzawszy  na  jej  nagle  rozgorzałe  oczy,  a 

potem dopiero zwróciwszy wzrok za jej spojrzeniem w kierunku Chatteris’a. 

— Drugi syn pani — odpowiedziała syrena, pozwalając sobie na niebaczny Ŝart. 
— Och, to Harry i Adelina! — zawołała pani Bunting. CzyŜ to nie piękna para? 
Jednak  syrena  nie  odpowiedziała  na  to  pytanie,  lecz  odchyliwszy  się  wstecz  na  oparcie 

krzesła obserwowała zbliŜających się. Istotnie tworzyli ładną parę. Wyszedłszy z werandy na 
ś

wiatło słoneczne i posuwając się przez strzyŜony trawnik ku cienistym dębom, szli jakby w 

glorji  światła  obrzeŜającego  ich  sylwetki,  robiąc  wraŜenie  aktorów  na  scenie  bardziej 
przestronnej niŜ scena jakiegokolwiek teatru. Postać Chatterris’a musiała rymować się smukło i 
jasno z jego silnemi barkami z twarzą nieco opaloną, z której w ostatnich dniach nie schodził 
wyraz  zamyślenia.  Obok  niego  zaś  Adelina,  spoglądająca  to  na  niego,  to  ku  widzom  pod 
drzewami, ciemnowłosa, nieco zarumieniona, wysoka (choć nie tak wysoka jak była Marcella 
jak się zdaje) i co juŜ czytelnik wie bez Ŝadnych instrukcji, z kaŜdej noweli, — szczęśliwa. 

Chatteris nie zorjentował się, Ŝe jest ktoś więcej pod drzewami, prócz Buntingów, dopóki 

nie  przyszedł  zupełnie  blisko.  Zdaje  się,  Ŝe  to  nagłe  odkrycie  zmieszało  go,  choć  był 
przygotowany do swego, Ŝe tak powiem debiutu i Adeliaa zajęła centrum sceny. Pani Bunting 
powstała,  a  wszyscy  grający  krokieta  (z  wyjątkiem  Mabel,  która  wygrywała)  otoczyli 
Chatteris’a z okrzykami powitania. Mabei zabierała się właśnie w najlepsze do tak zwanej w 
krokiecie  o  ile  wiem  herbatki  wzywając  wszystkich  głośno,  aby  przyjrzeli  się  jak  ich 
porozpędza. Bezwątpienia o ile wszystko poszłoby dobrze, zdołałaby zademonstrować w ten 
budujący sposób czem moŜe czasami być krokiet. 

Adelina  posunęła  się  ku  pani  Bunting,  wołając  tryumfująco:  —  Wszystko  załatwione. 

Wszystkich sobie pozyskał i ma się ubiegać o Hythe. 

Zupełnie mimowoli oczy jej musiały napotkać oczy syreny. 
Niepodobna powiedzieć, co w nich znalazła — albo co moŜna było wtedy zobaczyć w nich. 

Przez chwilę patrzyły na siebie zagadkowo, a potem syrena oglądała dłuŜszy czas badawczo 
twarz Chatteris’a którego widziała z bliska prawdopodobnie po raz pierwszy. Interesujące jest, 
czy tam było coś więcej w tem spotkaniu się ich oczu, niŜ błysk niespodzianki i badania. Przez 
chwilę wytrzymywała (ego wzrok a potem spojrzała pytająco na panią Bunting. 

background image

Dama ta zainterweniowała z wylaniem: — Och, zapomniałam — i zapoznała ich wzajem. 

Przypuszczam, ze przebyli to, nie krzyŜując juŜ szpad swoich spojrzeń. 

— Wróciłeś? — zapytał Fred Chatieris’a, dotykając jego ramienia, a Chatteris potwierdził to 

szczęśliwe odkrycie. 

Panny  Bunting  zdawały  się  bardziej  radować  godną  zazdrości  sytuacją  Adeliny  niŜ 

Chatteris’em jako indywiduum. Mabel zaś zbliŜając się powiedziała: —  Panie Chatteris, oni 
powinni byli przecieŜ przyglądać się gdym ich rozpędzała? 

— Witaj,  Harry,  mój  chłopcze!  zawołał  pan  Bunting  kultywujący  napuszone  maniery  — 

jakŜeŜ ParyŜ? 

— JakŜeŜ rybołóstwo? — odpowiedział Harry. 
Tak więc wszyscy okrąŜyli tego miłego człowieka, który umiał pozyskać sobie wszystkich, 

z wyjątkiem oczywiście Parker, pozostającej na naleŜnem jej miejscu i czego jestem pewien, 
niemoŜliwej do pozyskania przez nikogo. 

Nastąpiło podawanie i przesuwanie krzeseł ogrodowych … 
Nikt  nie  zdawał  się  pamiętać  dramatycznego  obwieszczenia  wypowiedzianego  przez 

Adelinę. Buntingowie nie umieli dobrze wymyśleć coby naleŜało powiedzieć. Stała wśród nich 
jak reŜyserka wśród aktorów, którzy zapominali ról. A potem nagle wszyscy zdawali się budzić 
ze snu i rozpoczęli równocześnie rotowy ogień. — Zatem wszystko naprawdę załatwione, — 
wypowiedziała pani  Bunting, a  Berty oznajmiła: — Teraz mogą juŜ sobie być wybory, — a 
Nettie  zawołała  —  Co  za  heca!  —  Pan  Bunting  zauwaŜył  z  miną  wtajemniczonego:  — 
Widziałeś Go zatem? — a Fred krzyknął — Hurra!! — w zmieszanym chórze głosów. 

Syrena oczywiście nic nie powiedziała. 
— Urządzimy im w kaŜdym razie ładną walkę — powiedział pan Bunting. 
— Tak spodziewam się, Ŝe to zrobimy — rzekł Chatteris. 
— Zrobimy więcej niŜ to — powiedziała Adelina. 
— O tak! — potwierdziła Betty Bunting — z r o b i m y . 
— Wiem, Ŝe mu pozwolą — powiedziała Adelina. 
— JeŜeli mają trochę rozumu — rzekł pan Bunting. Nastąpiła pauza a pan Bunting uwaŜał 

za  wskazane  wtrącić  się  i  zabrać  głos  w  sprawach  polityki  —  Oni  juŜ  nabierają  rozumu  — 
powiedział.  Zrozumieli  juŜ,  Ŝe  partja  potrzebuje  ludzi,  ludzi  dobrze  urodzonych  i 
wytrenowanych  —  pieniędzy  i  tłumu,  —  próbowali  poprowadzić  sprawę  wygrywając 
namiętności  i  zawiści  klasowe  —  i  Irlandczyków.  Dostali  za to  swoją  lekcję.  Co?  Dlaczego 
myśmy stali na boku. Zostawiliśmy wszystko szaleńcom i burzycielom i Irlandczykom. A teraz 
doszło juŜ do tego!! W partji rewolucja. Sprowadziliśmy jej upadek. Teraz musimy podnieść ją 
z powrotem. 

Wykonał gest swoją małą ręką, jedną z tych róŜowych rączek, zdających się nie mieć mięśni 

ani kości we środku, tylko wypchanych trocinami albo włosieniem. Pani Bunting oparła się na 
krześle i uśmiechnęła się z pobłaŜaniem. 

— To nietylko są powszechne wybory — powiedział pan Bunting. — To wielka sprawa. 
Syrena spoglądała na niego w zamyśleniu. — Co to jest wielka sprawa? — Nie zrozumiałam 

tego dobrze. 

Pan Bunting rzucił się do tłumaczenia — OtóŜ — powiedział — rozpoczynając przemowę. 

Adelina  przysłuchiwała  się  z  mieszaniną  zainteresowania  i  zniecierpliwienia,  próbując  go 
opanować  i  wciągnąć  w  rozmowę  Chatteris’a  za  pomocą  zręcznie  rzucanych  zdań.  Jednak 
zdawało  się,  Ŝe  Chatteris  nie  ma  ochoty  do  tego  aby  go  wciągano.  Poglądy  pana  Buntinga 
zdawały się bardzo go interesować. 

Czwórka krokietowa powróciła do gry (na Ŝyczenie Mabel) a reszta kontynuowała rozmowę 

o  polityce.  Rozmowa  ta  zeszła  w  końcu  na  tory  bardziej  osobiste,  wkrótce  bowiem  zaczęto 
szczegółowo roztrząsać to co Chatteris juŜ zrobił, a jeszcze szczegółowiej to co ma zrobić. Pani 
Bunting od  razu przyciszyła pana Bunting’a, gdy  się ofiarowywał z radami, a ster  rozmowy 

background image

ujęła znowu Adelina. Wskazała na olbrzymie cele, oczekujące ich. — Te wybory są jedynie 
otwarciem drzwi — powiedziała. Gdy Chatteris zaczął się skromnie wypierać, uśmiechnęła się 
z dumą i pełną szczęścia świadomością tego, co jeszcze potrafi zrobić z niego. 

Pani  Bunting  zaś  uświadamiała  syrenę.  —  On  jest  taki  skromny  —  powiedziała,  zaś 

Chatteris udawał, Ŝe nie słyszy i zarumienił się lekko. Raz poraź próbował odwrócić rozmowę 
od siebie i skierować ją ku syrenie, przeszkadzała mu jednak kompletna nieświadomość co do 
jej pozycji. 

Syrena  rzadko  kiedy  wtrąciła  jakie  słówko  obserwując  Chatteris’a  i  Adelinę,  a  jeszcze 

szczegółowiej sposób odnoszenia się Chatteris’a do Adeltny. 

background image

ROZDZIAŁ

 

VI. 

S

YMPTOMATA

 
Mój  kuzyn  Melville,  nigdy  dobrze  nie  pamięta  dat.  Bardzo  to  jest  obecnie  niewygodne, 

poniewaŜ rozjaśniłoby to znacznie sprawę, gdyby moŜna stwierdzić wiele dni upłynęło, zanim 
zeszedł Chatteris’a na poufnej rozmowie z syreną. Szedł wzdłuŜ Leas, niosąc kilka ksiąŜek z 
publicznej wypoŜyczalni, w których panna Gleadower nagle zapragnęła poszukać rady i co mu 
poleciła  z  zupełną  nieświadomością  jego  ukradkowego  podziwu  dla  niej,  ta  okoliczność 
zmniejszała zresztą częściowo jej urok wobec niego. Natknął się na małą grupkę, znajdującą się 
wokół  krzesła  syreny,  na  jednej  z  tych  ukrytych  za  pagórkiem  ścieŜek,  które  stanowią  taki 
charakterystyczny  wdzięk  Folkestone.  Chatteris  siedział  na  jednej  z  drewnianych  ławek 
osadzonych w ławicy, pochylał się ku syrenie i spoglądał jej w oczy, ona zaś przemawiała z 
uśmiechem, który natychmiast uderzył Melville’a, jako nieco zbyt szczególny w swoim rodzaju 
— a umiała ona uśmiechać się bardzo czarująco i w rozmaity sposób; Parker znajdowała się 
nieco opodal, na pewnego rodzaju występującym bastjonie, skąd roztacza się daleki widok na 
groblę,  przystań  i  na  wybrzeŜe  francuskie,  na  co  wszystko  spoglądała  z  umiarkowaną 
niechęcią,  człowiek  zaś  do  popychania  krzesła  siedział  skurczony,  opierając  się  o  ławicę  i 
pogrąŜył się w czujną melancholię, wyradzającą się w czasie nieustannego woŜenia na spacer 
złamanej ludzkości. 

Kuzyn mój zwolnił nieco kroku, zbliŜył się i przyłączył do nich. Jego przybycie przerwało 

konwersację. Chatteris usiadł prosto, lecz nie zdawał się być uraŜony i rozpoczął rozmowę o 
ksiąŜkach, niesionych przez Melville’a. 

— KsiąŜki? — spytał. 
— Dla panny Glendower — powiedział Melville. 
— Oh! — zauwaŜył Chatteris. 
— Jakie to ksiąŜki? spytała syrena. 
— O dzierŜawach — objaśnił Melville. 
— To  nie  w  moim  guście  —  powiedziała  syrena,  a  Chatteris  rozśmiał  się  z  nią  razem, 

jakkolwiek zrozumiał cel Ŝartu. 

Nastąpiła mała pauza. 
— Będziesz ubiegał się o Hythe? — spytał Melville. 
— Los tak zrządził — odpowiedział Chatteris. 
— OdgraŜają się, Ŝe we wrześniu nastąpi rozwiązanie parlamentu. 
— Nastąpi  za  miesiąc  —  powiedział  Chatteris,  tym  nie  do  naśladowania  tonem 

wtajemniczonego. 

— W takim razie, wkrótce będziemy mieli robotę. 
— A czy ja mogę agitować? — spytała syrena — nigdy jeszcze nie próbowałam. 
— Panna  Waters,  —  tłumaczył  Chaterris,  —  mówiła  mi  właśnie,  Ŝe  ma  zamiar  pomagać 

nam — spoglądał otwarcie w oczy Melville’a. 

— To twarda robota, proszę pani — powiedział Melville. — To mi nic nie szkodzi. To jest 

zabawne. A ja mam ochotę pomagać. Istotnie chcę pomódz — panu Chatteris’owi. 

— Pani wie, Ŝe tu chodzi o zachęcanie ludzi? 
— Mogłabym jeździć z panem naokoło w mojem krześle? 
— To byłoby coś w rodzaju pikniku — powiedział Chatteris. 
— W kaŜdym razie, mam zamiar pomagać — rzekła syrena. 
— Czy pani uzbroiła się w odpowiednie argumenty? 

background image

— Mam ich prosić, aby głosowali na pana Chatteris’a, a później skoro ich spotkam mam im 

to przypominać, uśmiechać się i kiwać do nich ręką. CóŜ więcej jest w tern do roboty? 

— Nic!  —  potwierdził  Chatteris  i  przymruŜył  oko  do  Melville’a  —  Pragnąłbym  mieć 

równie przekonywujące argumenty. 

— Jacy tu ludzie mieszkają w tej okolicy? — spytał Melville. — Czy nie ma tu przypadkiem 

przemytników których naleŜałoby sobie zjednać? 

— Nie  dowiadywałem  się  tego  —  powiedział  Chatteris.  —  Przemytnictwo  juŜ  dawno 

skończyło  się  i  zniknęfo,  jak  wiesz.  Przed  czterdziestu  laty.  Zawsze  było  przed  czterdziestu 
laty. Wypędzili ostatniego przemytnika, interesującego starego człowieka, mającego mnóstwo 
wspomnień. On pamiętał przemytnictwo — z przed czterdziestu lat Naprawdę, wątpię czy tu w 
ogóle istniało przemytnictwo — StraŜ nadbrzeŜna egzystuje dla czystego zabobonu. 

— AteŜ — zawołała syrena. — Nie dalej jak przed pięciu tygodniami zauwaŜyłam zupełnie 

niedaleko stąd. — 

Urwała nagle, pochwyciwszy spojrzenie Melvillea, który pospieszył wydobyć ją z kłopotu. 
— W gazecie — poddał. — 
— Tak w gazecie, — potwierdziła, chwytając się tej liny ratunkowej, którą jej rzucił. 
— śe? — spytał Chatieris. 
— śe ciągle jeszcze istnieje przemytnictwo — odpowiedziała syrena takim tonem, jakiego 

uŜywa się, postanowiwszy nie kończyć na pół zapomnianej anegdoty. 

— Bez  wątpienia  musi  się  czasami  zdarzać  —  powiedział  Chatteris  nie  zauwaŜywszy 

niczego. 

— Nie  powinno  się  jednak  ujawniać  tego  podczas  agitacji  wyborczej;  Co  do  mnie,  to  na 

pewno  nie  myślę  agitować  za  wzmocnieniem  skarbowych  statków  straŜniczych,  jakkolwiek 
bądź mają się te rzeczy pod tym względem, uwaŜam, Ŝe tak jak jest, jest bardzo dobrze. To jest 
moje przekonanie rzeczywiste. Spojrzał następnie na morze. Oczy Melville’a i syreny spotkały 
się porozumiewawczo. 

— Oto ma pani próbkę rodzaju naszych czynności — powiedział Chatteris. — Czy pani jest 

przygotowana aby się dać wplątać w taką robotę? 

— Zupełnie — powiedziała syrena. 
Kuzyn mój przypomniał sobie jakąś anegdotę… 
Rozmowa zeszła na anegdoty o intrygach wyborczych i płynęła płytko. Kuzyn mój doszedł 

właśnie do wniosku, Ŝe pani i panna Bunting były razem z syreną a potem poszły do miasta do 
sklepów, gdy te panie właśnie powróciły, Chatteris zerwał się na spotkanie ich i tłumaczył — 
co było i tak bez wątpienia jasne — Ŝe wstąpił tu po drodze do Adeliny i po kilku dalszych 
powierzchownych frazesach obaj z Melville’m wyszli. 

Przez chwilę milczeli. 
— Kto to jest, ta panna Waters? — spytał Chatteris. 
— Przyjaciółka pani Bunting — odpowiedział wymijająco Melville. 
— To i ja wiem. — Wydaje się bardzo uroczą osobą. 
— Tak jest. 
— Jest  interesująca.  Choroba  jej,  robi  ją  jeszcze  bardziej  zajmującą.  Czyni  z  niej  bierną 

istotę,  jakby  obraz  albo  coś  urojonego  —  w  kaŜdym  razie  coś  mającego  styczność  z 
wyobraźnią. Siedzi, uśmiecha się i odpowiada. Jej oczy — mają coś pociągającego, a nawet… 

Kuzyn mój nie podtrzymywał rozmowy. 
— Skąd pani Bunting doszła do niej? 
Kuzyn mój potrzebował kilka sekund, aby się skupić. 
— Coś jest w tem — powiedział z namysłem — Ŝe pani Bunting nie wydaje się gotowa do… 
— CóŜ to moŜe być? 
— To wkrótce będzie wyjaśnione — powiedział Melville nieco niezdecydowanie. 
— To bardzo dziwne. Pani Bunting jest zwykle bardzo skora do… 

background image

— Melville nie reagował na to. 
— To się właśnie odczuwa. 
— Co? 
— Tajemniczość. 
Mój kuzyn podziela ze mną głęboki wstręt do tej metody doszukiwania się mistyczności w 

kobietach. Lubi aby kobiety były rzeczywiste — i ładne. Faktycznie lubi, aby wszystko było 
rzeczywiste — i ładne. Dlatego zamiast odpowiedzieć, chrząknął tylko. 

To  jednak  nie  powstrzymało  Chatteris’a.  Przeszedł  do  tonu  bardziej  krytycznego,  —  — 

Niewątpliwie wszystko to jest iluzją. Wszystkie kobiety, to kwestja wraŜenia, pyłek, światło. 
Działa efekt. I o to właśnie idzie jak sądzę. O n a  robi efekt. Lecz w jaki s p o s ó b  — to właśnie 
tajemnica. Tu chodzi nie tylko, jedynie o piękność. Pełno jest piękności na świecie. Lecz nie 
robią tego efektu. Te jej oczy jak mi się zdaje. — 

Zastanawiał się nad tem przez chwilę. 
— Naprawdę, w oczach ludzkich nie ma nic takiego, jak wiesz Chatteris — powiedział mój 

kuzyn Melville, poŜyczając odemnie obcy sobie argument i ton analityczno–cyniczny. — Czy 
oglądałeś kiedy oko ludzkie przez dziurkę w arkuszu papieru? 

— Ach, nie wiem — powiedział Chatteris. — Nie myślę jedynie o fizycznej stronie oka… 

Być moŜe, Ŝe tu robi wraŜenie ten wygląd pełen zdrowia — i to krzesło na kółkach. Uderzający 
kontrast. — Czy nie wiesz Melville co jej brakuje? 

— JakieŜ… 
— Z rozmowy z Buntingiem domyślam się, Ŝe chodzi tu o chorobę, a nie o stałe kalectwo. 
— On powinien wiedzieć. 
— No  nie  jestem  tego  tak:  pewny.  Czy  nie  wiesz  przypadkiem  jakiego  rodzaju  jest  ta 

choroba? 

— Nie mogę ci nic powiedzieć — rzekł Melville. Uderzyło go w tej chwili, Ŝe powinien był 

zręczniej wykręcić się. 

Zdawało się, Ŝe wyczerpali ten temat. 
Zaczęli  rozmawiać  o  wspólnym  przyjacielu,  mieszkającym  w  Metropolii.  —  Następnie 

zaprzestali rozmowy na pewien czas; dopóki nie minęli orkiestry i zainteresowanego nią tłumu. 
Wreszcie Chatteris poruszył pewną myśl. 

— Skomplikowana historja — te kobiece zachcianki, zauwaŜył. 
— Co takiego? 
— To agitowanie. Jej chyba nie moŜe interesować filantropijny liberalizm. 
— Kobieta jest innym typem od nas. A prócz tego oddziaływa tu sprawa osobista. 
— Nie  koniecznie.  Na  pewno  nie  ma  takiej  przepaści  intelektualnej  pomiędzy  płciami: 

JeŜeli ciebie to intereresuje. 

— Och wiem. 
— Prócz tego nie chodzi tu o przekonania, Tu chodzi o zabawę przy agitowaniu, 
— Zabawę! 
— Nie wiadomo czem juŜ nie interesuje się umysł kobiecy — powiedział Melville i dodał 

— albo czem się interesuje. 

Chatteris nie odpowiadał. 
— To jest taki instynkt do myszkowania po domach, przypuszczam — ciągnął Melvilie. — 

One  to  wszystkie  mają.  To  jest  to  całe  agitowanie.  Wszystkie  kobiety  lubią  wchodzić  do 
cudzych mieszkań. 

— Bardzo  moŜliwe  —  powiedział  Chatteris  krótko  i  nie  otrzymawszy  odpowiedzi  o  .i 

Melville’a pogrąŜył się w skrytych rozmyślaniach jak się zdaje zupełnie przyjemnej natury. 

Zagrzmiał strzał ze Shorncliffe Camp, oznaczający południe. 
— Do licha! — powiedział Chatteris i przyśpieszył kroku. 
 

background image

*

 

*

 

 
Zastali Adelinę zajętą wśród swych papierów. Skoro weszli wskazała na zegar z wyrzutem, 

a nawet z pewnym „à la Marcella” rodzajem słodyczy. Tłumaczenia się Chatteris’a były obfite 
i przekonywujące, nie zawierały jednak wzmianki o syrenie na Leas. 

Melville  oddał  swoje  ksiąŜki  i  pozostawił  ich  zagłębionych  w  szczegółach  organizacji 

okręgowej, której nie mógł podołać liberalny organizator miejscowy. 

background image

II 

 
Niedługo po powrocie Chatteris’a zdarzyło się, Ŝe mój kuzyn Melville i syrena siedzieli przy 

końcu ogrodu, nad morzem, zupełnie sami, nie licząc Parker (jak do tego wszyscy przywykli), 
która  umieściła  się  w  przyzwoitej  odległości na  ogrodowem krześle  z jakąś robótką w ręku. 
Fred  pojechał  z  dziewczętami  na  bicyklach  —  zrobił  to  na  prośbę  syreny  —  zaś  panna 
Glendower i pani Bunting wybrały się do Hythe na dyplomatyczną wizytę do pewnych dość 
wstrętnych tubylców, którzy mogli być poŜyteczni Harry’emu podczas wyborów. 

Pan  Bunting  popłynął  na  ryby.  Nie  lubił  rybołóstwa,  był  jednakowoŜ,  pod  niektóremi 

względami, wyjątkowo rezolutnym człowieczkiem i postanowił codziennie popołudniu łowić 
ryby,  w  celu  przełamania  swego,  jak  pani  Bunting  nazywała  .śmiesznego  przyzwyczajenia 
zapadania na morską chorobę, jeŜeli tylko wypłynął w łodzi na morze. Utrzymywał, Ŝe jeŜeli 
łowienie ryb z łodzi po lunchu, z uŜyciem kawałków mięczaków na przynętę, nie przełamie 
„przyzwyczajenia”, to nic juŜ nie przełamie. Istotnie czasami zdawało się, Ŝe wszystko w jago 
wnętrzu się przełamie. JednakowoŜ przyzwyczajenie znikło. Po tej małej dygresji wracam do 
opowiadania. 

.Oboje,  jak  wspomniałem  siedzieli  w  obrębie  obszernego  cienia  rzucanego  przez  dąb,  a 

Melville, jak sobie wyobraŜam miał na sobie jedno z tych eleganckich o delikatnym deseniu, 
flanelowych ubrań, które w r. 1899 jednoczyły w sobie poprawność i wygodę. Niewątpliwie 
musiał  spoglądać  na  ocienioną  twarz  syreny  ujętą  w  ramy  ze  złotawo  zielonej  murawy, 
przepojonej słońcem i ciemno — zielonych liści dębu — taki zresztą obraz podsuwa mi moje 
zamiłowanie do prawdopodobieństwa — ona zaś była tego popołudnia z początku zamyślona i 
smutna a później oŜywiła się i spojrzała mu w oczy. Albo ona poddała mu myśl, aby zapalił, 
albo  teŜ  sam  poprosił  o  pozwolenie.  W  kaŜdym  razie  wyjął  papierosy.  Spoglądała  na  nie, 
powstrzymując ruch ręki, on zaś wahał się przez chwilę, niepewny co do jego znaczenia. 

— Przypuszczam, Ŝe pani — powiedział. 
— Nigdy jeszcze nie próbowałam. 
— Rzucił okiem na Parker a później spotkał się z oczyma syreny. 
— Jest to jedna ze spraw, dla których przybyłam tu — powiedziała. 
Uznawała tylko jeden cel. 
Przyjęła  papieros  i  badała  go  uwaŜnie.  —  Tam  w  głębi  —  powiedziała  —  istnieje  tylko 

jeden  gatunek  tego.  —  Musi  się  pan  domyślać,  Ŝe  moŜemy  tam  mieć  tylko  tytoń 
impregnowany. Niektórzy z trytonów — ponauczali się tego od marynarzy.  Zdaje mi się, Ŝe 
nazywają to „Prymką”. Jest to jednak zbyt wstrętne do opisywania. 

Odpędziła ruchem ręki niemiłe wspomnienia i zamydla się. 
Kuzyn mój potrząsł pudełkiem zapałek. 
Ogarnęły ją na chwilę wątpliwości i spojrzała na dom — Pani Bunting? — spytała. — O ile 

zrozumiałem, często zdarzało się jej zadawać to pytanie. 

— Nic sobie nie pomyśli — powiedział Melville i zatrzymał się. 
— Nie pomyśli, Ŝe to nie wypada — uzupełnił — jeŜeli nikt nie będzie uwaŜał, Ŝe to nie 

wypada. 

— Nie ma tu nikogo — powiedziała syrena, rzuciwszy okiem na Parker, a kuzyn mój zapalił 

zapałkę. 

Kuzyn mój posiada umysł nie znoszący bezpośredniego załatwiania spraw. Skłonności jego 

do  rozwiązywania  kwestji  tak  ogólnego  znaczenia,  jak  i  osobistych,  na  drodze  okręŜnej, 
przechodzą  niemal  w  namiętność.  Nie  mógłby  zdąŜyć  wprost  do  rozstrzygnięcia  jakiejś 
kwestji, tak  jak  kot nie  moŜe  zbliŜyć się do obcego. Gdy tak siedział  i  oceniał  jej pierwsze, 
zupełnie  udałe  próby  palenia,  przyszły  mu  nagle  nowe  myśli  do  głowy.  —  Pragnąłbym 
wiedzieć prawdę, dlaczego pani tu przybyła — opowiedział. 

background image

— Uśmiechnęła się do niego z poza obłoczka dymu. 
— DlaczegóŜ, dlatego — powiedziała. 
— I dla czesania włosów. 
Po chwilowem wahaniu uśmiechnęła się znowu. — I dlatego wszystkiego — powiedziała, 

jak gdyby odczuła, Ŝe nie zadowoliła go w zupełności poprzednią odpowiedzią. Wskazała na 
dom, na trawnik i — mój kuzyn Melville był ciekaw na co jeszcze wskaŜe. 

— Czy ja to dobrze robię? — spytała syrena. 
— Prześlicznie — powiedział mój kuzyn z lekkiem westchnieniem — jakŜeŜ pani smakuje? 
— Warte jest trudu przybycia tutaj, — powiedziała syrena z uśmiechem patrząc mu w oczy. 
— JednakŜe czy pani istotnie przybyła? — dokończyła jego zdanie — aby zobaczyć jakie 

jest Ŝycie tu na lądzie?… czy to nie dosyć? 

Papieros Melville’a zgasł. Spoglądał z zamyśleniu na jego skończoną karjerę. 
— śycie — powiedział — czy to nie te wszystkie sprawy? 
— Te wszystkie sprawy? 
— Światło słoneczne. Palenie papierosów. Rozmowa. Ładne wyglądanie. 
— Jednak składa się z tych. — 
— Nie zupełnie. 
— Na przykład? 
— Och p a n i  wie. 
— Co? 
— Pani w i e  — powiedział Melville nie patrząc na nią. 
— Zdaje się, Ŝe wiem — powiedziała po chwili. 
— Ponadto — powiedział. 
— CóŜ ponadto? 
— Pani mówiła do pani Bunting — przyszło mu nagle na myśl, Ŝe zaczyna mówić bajeczki, 

lecz skrupuł ten zjawił się za późno. 

— Zatem? 
— Coś o duszy. 
Nie  odpowiedziała  bezpośrednio.  Podniósł  głowę  i  zobaczył,  Ŝe  w  jej  oczach  tai  się 

uśmieszek. 

— Panie Melville — powiedziała niewinnie — co to jest dusza? 
— Dusza  —  rozpoczął  mój  kuzyn  Melville  z  gotowością  a  potem  zatrzymał  się  przez 

chwilę. 

— Dusza — powiedział, strzepując nieistniejący popiół z wygasłego papierosa. 
— Dusza — powtórzyła i rzuciła okiem na Parker. 
— Duzza, widzi pani — powiedział i spojrzał na syrenę z wyrazem człowieka, który zabiera 

się do trudnej sprawy zręcznie a ostroŜnie. 

— JeŜeli  się  tak  pomyśli  —  powiedział,  to  jest  to  nieco  skomplikowana  sprawa  do 

wytłumaczenia. 

— Istocie nie mającej duszy? 
— KaŜdemu — powiedział mój kuzyn Melville, nagle pojmując trudność swego zadania. 
— Rozmyślał przez chwilę nad wyrazem jej oczu. 
— Prócz tego — powiedział — pani wie doskonale co to jest dusza. 
— Nie — odpowiedziała — nie wiem, 
— Pani wie tak dobrze jak ja 
— Ach, to moŜe być odmienne. 
— Pani przybyła, aby uzyskać duszę. 
— Być moŜe, Ŝe nie Ŝyczę sobie tego. CóŜ — jeśli ktoś nie ma duszy?… 
— Ach,  w t e d y !  —  i  kuzyn  mój  ruszył  ramionami  —  jednak  Istotnie,  wie  pani  —  to  ta 

powszechność duszy sprawia takie trudności w zdefiniowaniu jej. 

background image

— KaŜdy ma duszę? 
— KaŜdy. 
— Prócz mnie? 
— Nie jestem tego pewny. 
— A pani Bunting? 
— Napewne. 
— A pan Bunting? 
— KaŜdy ma duszę. 
— A panna Glendower ma? 
— Masami. 
Syrena zamyśliła się. Zapytała znienacka. 
— Panie Melville co to jest związek dusz? Melville zgniótł nagle swój zagasły papieros i 

odrzucił go precz. Prawdopodobnie frazes ten obudził w nim jakieś wspomnienie. — To jest 
coś zupełnie odrębnego — powiedział — coś w rodzaju preludjum… A czasami jest to jakby 
złoŜenie biletów u lokaja — zastępcy bóstwa. 

Nastąpiła  przerwa.  Siedział  zafrasowany  próbując  znaleść  wytłumaczenie,  tego  co  chciał 

powiedzieć.  Syrena  nie  okazywała  chęci  zrozumienia  go  z  powodu  innej  pilnej  kwestji 
zajmującej jej myśli. 

— Czy pan sądzi, Ŝe panna Glendower i pan Chatteris?… 
Melville spojrzał na nią. ZauwaŜył, Ŝe lgnęła do tego nazwiska. 
— Oczywiście — powiedział. — To właśnie chcieli oni zrobić. 
Potem przemówił znowu — Chatteris? spytał 
— Tak jest — odpowiedziała. 
— Tak myślałem — powiedział Melville. Syrena spoglądała na niego powaŜnie. 
Badali  się  nawzajem  i  bezprzykładną  bezceremonialnością.  Melville  postanowił  pójść 

prosto  do  celu.  Było  to  odkrycie,  które  powinien  był  juŜ  dawno  zrobić.  Czuł  zupełnie 
niewytłumaczoną  gorycz  i  przemówił  z  uczuciem  kurczu  w  ustach,  głosem  o  akcentach 
oskarŜających: — śyczy sobie pani mówić o nim? 

Skinęła głową, ciągle jeszcze powaŜna. 
— Tak, ale ja nie chcę — zmienił ton. — Ale zechcę, JeŜeli pani sobie tego Ŝyczy. 
— Sądziłam, Ŝe pan chce… 
— Och pani wie — powiedział Melville, Ŝałując, Ŝe wyrzucony papieros jest poza obrębem 

jego mściwego obcasa. 

Nie powiedziała nic. 
— Zatem? — rzekł Melville. 
— Zobaczyłam go poraź pierwszy — tłumaczyła się — parę lat temu. 
— Gdzie? 
— Na południowych morzach… w pobliŜu Tonga. 
— I naprawdę dlatego tylko pani tu przybyła? 
Tym razem sposób jej odezwania się był przekonywujący. Przyznała. — Tak. 
Melville zachował się bardzo bezstronnie. — Tak on robi wraŜenie — przyznał — pięknie 

zbudowany i dobry chłopak — zacny chłopak. Lecz nie orjentuję się dlaczego pani — 

Przyszła mu nagle inna myśl do głowy. — Czy on wtedy pani ni widział? — 
— Och nie! 
Ton  i  postawa  Melville’a  pozwalały  się  domyślać  wspaniałomyślności  posuniętej  do 

ostatnich granic. 

— Nie orjentuję się dlaczego pani przybyła — powiedział — ani, co pani zamierza uczynić. 

UwaŜa  pani  —  dodał  tonem  bynajmniej  nie  Ŝartobliwym  —  istnieje  jednak  jaszcze  panna 
Glendower. 

— Czyi tak? 

background image

— CzyŜ nie istnieje? 
— Rzeczywiście — powiedziała. 
— A ponadto, wie pani, dlaczegóŜby ostatecznie pani miała? — 
— Przyznaję, Ŝe to nierozsądne — powiedziała. — Ale po co doszukiwać się rozsądku w tej 

sprawie? — To test rzecz imaginacji. 

— Dla niego? 
— Skąd  mogę  wiedzieć,  jak  to  oddziaływa  na  niego?  tegobym  się  właśnie  c h c i a ł a  

dowiedzieć. 

Melville  spojrzał  znowu  w  jej  oczy.  —  Wie  pani,  Ŝe  gra  pani  nie  jest  poprawna  — 

powiedział 

— Wobec niej? 
— Wobec wszystkich. 
— Dlaczego? 
— PoniewaŜ pani jest nieśmiertelną — i niema pani Ŝadnych cięŜarów. PoniewaŜ pani moŜe 

czynić wszystko co pani pragnie — a my nie moŜemy. Nie wiem dlaczego, lecz nie moŜemy. 
Istniejemy tutaj z naszem krótkiem Ŝyciem, z duszami, które moŜemy zbawić lub stracić, robiąc 
wiele wrzawy w naszych małych sprawach. A pani przybywa gdzieś z dala, z Ŝywiołów i daje 
zapraszające znaki ręką. — 

— śywioły mają swoje prawa — powiedziała. 
— śywioły są Ŝywiołami — dodała — pan zdaje się tem zapominać? 
— Imaginacja? ‘ 
— Z pewnością. To jest Ŝywioł. Te elementy waszych chemików… 
— Są? 
— Są wszystkie imaginacja. Nie ma innego — ciągnęła dalej. — A wszystkie te elementy 

waszego  Ŝycia,  Ŝycia,  które  wyobraŜacie  sobie,  Ŝe  przeŜywacie,  te  drobne  rzeczy,  które 
m u s i c i e  robić te nędzne pieszczoty, te niezwykle drobne powinności, to spychanie dnia za 
dniem, te ograniczenia hypnotyzujące nas — wszystko to — to drzemka, która was opanowała 
zbyt silnie, abyście się potrafili otrząsnąć z niej. „To nie wypada” — „tego nie moŜecie” — 
„tego znowu nie wolno:. Dla nas, którzy was obserwujemy… 

— Obserwujecie nas? 
— Och tak. Obserwujemy was i czasem wam zazdrościmy. Nie tylko suchego powietrza i 

ś

wiatła  słonecznego  i  cieni  pod  drzewami  i  radości  w  odczuwaniu  poranku  i  wielu  innych 

podobnych przyjemności, lecz tego, Ŝe wasze Ŝycie ma początek i koniec i… Ŝe oczekujecie 
końca.  —  Powróciła  do  poprzedniego  tematu.  —  Poruszacie  się  jednak  w  tak  ciasnych 
granicach, tacy jesteście związani! Tego krótkiego czasu, którym rozporządzacie, uŜywacie tak 
marnie. Rodzicie się i umieracie a czas pomiędzy tem spędzacie jakby zaczarowani, obawiacie 
się  uczynić  coś,  coby  było  rozkosznem,  coś  innego  musicie  znowu  czynić  choć  wiecie 
doskonale,  Ŝe  to  jest  głupie  i  niemiłe.  Proszę  pomyśleć  o  pewnych  uczynkach  błahych, 
uczynkach — których nie wypada wam popełniać. Tam na promenadzie na Laas, podczas tych 
upałów, wszyscy siedzą w cięŜkich, brzydkich, sukniach, zawsze w zbyt wielu rodzajach ubrań 
na sobie — piekących ciasnych trzewikach, wie pan, choć niektóre z nich mają najpiękniejsze 
róŜowe  stopy  —  my  wiemy  o  tem  —  siedzą  tam  i  wolno  im  tylko  trochę  mówić  a  nie 
przypatrywać  się,  a  nie  wolno  uczynić  mnóstwo  zupełnie  naturalnych  rzeczy,  a  za  to  są 
zmuszone do czynienia mnóstwa nonsensów. Dlaczego są tak związane? Dlaczego wszyscy ci 
ludzie pozwalają Ŝyciu prześlizgiwać się obok nich? Tak jakby nikt z nich nie miał wkrótce 
umrzeć. Przypuśćmy, Ŝe pan poszedłby tam w kostiumie kąpielowym i białym bawełnianym 
kapeluszu… 

— Toby nie w y p a d a ł o  — zawołał Metalle. 
— Dlaczego nie? 
— Toby było nieprzyzwoite. 

background image

— PrzecieŜ kaŜdy moŜe pana oglądać w takim stroju na plaŜy! 
— To co innego. 
— To nie jest nic innego. Pan właśnie jest w stanie tej drzemki — sądząc, te to co innego. 

Właśnie  w  ten  sam  sposób  wszyscy  są  pogrąŜeni  w  tej  drzemce,  sądząc,  Ŝe  pewne  rzeczy 
wypada  a  innych  nie  wypada  uczynić  —  Wszyscy  pogrąŜeni  jesteście  w  tym  śnie 
fantastycznym,  niezdrowym,  marnym  śnie.  Tak  marnym,  tak  nieskończenie  małym! 
ZauwaŜyłam  jak  pan  był  wczoraj  ogromnie  zmartwiony  plamką  atramentu  na  rękawie  — 
niemal całe popołudnie. 

Kuzyn mój zmartwił się znów. — Zaprzestała mówić o tej plamie. 
— Mówię panu, Ŝe wasze Ŝycie jest snem — snem z którego nie umiecie się obudzić… 
— A gdyby tak było, dlaczego pani mi to mówi? 
— Nie odpowiadała przez pewien czas. 
— Dlaczego pani mi to mówi? — nastawał. 
Usłyszał szelest jej poruszenia, gdy nachyliła się ku niemu. 
Nachyliła  się  tak  blisko,  Ŝe  uczuł  ciepło  bijące  od  niej.  Przemówiła  słodkim,  poufnym 

szeptem, jakby powiedziała jakąś tajemnicę, której nie moŜna jawnie wypowiedzieć, 

— P o n i e w a Ŝ  — powiedziała — i s t n i e j ą   p i ę k n i e j s z e   s n y … 

background image

III. 

 
Przez chwilę zdawało się Melville’owi, Ŝe przemawiał do niego ktoś zupełnie inny a nie ta 

miła dama siedząca naprzeciw niego w  fotelu. —  Lecz jakieŜ? — rozpoczął i zatrzymał się. 
Siedział ze zmienioną twarzą w milczeniu. Oparła się w fotelu i odwróciła spojrzenie od niego, 
a gdy wreszcie zwróciła się i przemówiła doń, przyszedł znowu do siebie. 

— DlaczegóŜ ja właśnie nie mogłabym? — spytała — jeŜeli pragnę… 
— Nie mogłaby pani — czego? 
— JeŜeli marzę, o Chatteris’ie… 
— NaleŜałoby zwaŜyć przeszkody — reflektował 
— On nie naleŜy do niej — powiedziała, 
— O tyle, Ŝe próbuje właśnie naleŜeć — powiedział Melville. 
— P r ó b u j e   naleŜeć!  Powinien  być  tem  czem  jest.  Nic  nie  moŜe  —  zrobić  go  jej 

własnością. Gdyby pan nie był pogrąŜony w tej drzemce, spostrzegłby pan to. 

Kuzyn  mój  milczał,  ona  zaś  mówiła  dalej:  —  Ona  nie  jest  r e a l n a .  Składa  się  cała  z 

mrzonek  i  czczych  rzeczy.  Wszystko  bierze  z  ksiąŜek.  Sama  siebie  urabia  według  ksiąŜki. 
MoŜe pan to w kaŜdej chwili stwierdzić… Czego właściwie poszukuje? Co próbuje uczynić? 
Cała ta jej praca, całe to zajmowanie się polityką? Opowiada o warunkach bytu ubogich! Co to 
są warunki bytu ubogich? Beznadziejne miotanie się na barłogu Ŝycia, wieczna obawa tego co 
nastąpi, która ciągle ich uciska. Prowadzą Ŝycie pełne obaw, poniewaŜ nie zdają sobie sprawy, 
jak  dalece  wszystko  to  jest  snem.  Gdyby  tylko  nie  byli  tacy  bojaźliwi  i  wystraszeni…  I 
ostatecznie co ją obchodzą te warunki bytu ubogich! To tylko punkt wyjścia jej snów. Ona nie1 
pragnie  szczerze,  aby  ich  sny  były  szczęśliwe,  w  sercu  nie  ma  prawdziwej  miłości  do  nich, 
naleŜy to tylko do jej snu — to wmawianie w siebie, Ŝe musi — być wybitnie dobroczynna, Ŝe 
powinna kontrolować ich sprawy, wśród podziękowań, wychwalani błogosławieństw. Jej sen 
—  o  sprawach  powaŜnych!  —  Droga  urojeń  zdąŜająca  do  urojonego  błędnego  ognika  — 
odbicie miraŜu. 

— Dla niej jest to wystarczająco realne. 
— O tyle realne o ile ona sama jest realna. Źle sobie poczyna. 
— O n  zaś wie pani… 
— On w to nie wierzy. 
— Nie jestem tego tak pewny. 
— A ja jestem — teraz. 
— On jest skomplikowaną istotą. 
— Wywikła się — powiedziała syrena. 
— W kaŜdym razie myślę, Ŝe pani źle osądza go w odniesieniu do jego pracy — powiedział 

Melville. — jest raczej człowiekiem o dwu naturach — i dodał nagle — wszyscy jesteśmy tacy 
— salwując siebie w tej generalności. — Przyznaję, ta on Ŝywi rodzaj niejasnego pragnienia 
aby uczynić coś znacznego, wie pani. 

— Rodzaj niejasnego pragnienia — zgodziła się — iednakowoŜ. 
— On ma dobre zamiary — powiedział Melville tkwiąc ciągle w swojem twierdzeniu. 
— Nie ma Ŝadnych zamiarów podejrzywa tylko niejasno… 
— Co? 
— To  czego  juŜ  i  pan  zaczyna  się  domyślać…  Ŝ  inne  sprawy  nawet  niemoŜliwe  moŜna 

pojąć,  Ŝe  to  wasze  Ŝycie  nie  jest  wszystkiem.  śe  nie  naleŜy  brać  tego  Ŝycia  zbyt  serjo. 
PoniewaŜ… i s t n i e j ą   p i ę k n i e j s z e   s n y !… 

W głosie jej zabrzmiał jakby, śpiew syreni; kuzyn mój nie chciał spojrzeć na jej twarz. — 

Nic  nie  wiem  o  Ŝadnych  innych  snach  —  powiedział.  —  KaŜdy  ma  siebie  samego  na  tym 
ś

wiecie  i  to  jest  juŜ  dosyć  kłopotu.  Jakie  mogą  być  inne  sny?  W  kaŜdym  razie  jesteśmy 

background image

pogrąŜeni w śnie — i musimy zgodzić się na to. Prócz tego, wie pani to nie naleŜy do kwestji. 
Mówiliśmy  o  Chattarisie  i  ze  pani  przybyła  tu  dla  niego.  Dlaczego  pani  mogła  przybyć, 
dlaczego w ogóle wolno komuś stamtąd przybywać na ten świat? 

— PoniewaŜ  pozwolono  nam  przybywać  —  nam  nieśmiertelnym.  I  dlaczegóŜ,  jeŜeli 

zrobimy  ten  wybór  i  chcemy  spróbować  waszego  Ŝycia  trwającego  i  mijającego  jak  deszcz 
padający  na  ziemię,  dlaczegóŜ  nie  moglibyśmy  tego  zrobić  Dlaczego  mielibyśmy  się 
powściągać? 

— A co do Chatteris’a? 
— JeŜeli on mi się podoba? 
Zebrał się w sobie do tytanicznego wysiłku przeciw akiejś przemoŜnej sile poczynającej go 

krępować. Próbował sprowadzić całą sprawę do zdefiniowanej małej kwestji, do wypadku, do 
zagadnienia, które się roztrząsa. — Lecz niech pani zwróci uwagę — powiedział — co pani 
istotnie zamierza uczynić, pozyskawszy go? PrzecieŜ pani nie ma zamiaru prowadzić gry do 
ostateczności. Nie zechce pani przecieŜ — pozytywnie, w nasz ziemski sposób, rozumie pani 
— wyjść za niego? 

— Syrena  roześmiała  się  z  tego  praktycznego  zwrotu  rozmowy.  —  DlaczegoŜby  nie?  — 

spytała. 

— I jeździć w krzesełku i — Nie to, nie to. Więc cóŜ? 
Spojrzał w jej oczy i zdawało mu się, Ŝe patrzy w głębię wód. Tam w tej głębinie taiły się się 

rzeczy straszliwe, Uśmiechnęła się do niego. 

— Nie — powiedziała. — Nie wyjdę za niego i nie będę jeździć we fotelu. Ani nie myślę 

postarzeć  się,  jak  muszą  wszystkie  ziemskie  kobiety.  Sądzę,  Ŝe  to  ten  pył  i  ta  suchość 
powietrza,  a  przytem  ten  sposób  w  jaki  rodzicie  się  i  kończycie.  Spalacie  się  zbyt  prędko, 
płoniecie, gaśniecie i umieracie. To wasze Ŝycie! — choroby i starość! Gdy skóra poczyna się 
marszczyć,  a  oczy  przestają  błyszczeć,  włosy  zaś  i  zęby.  —  Nawet  za  cenę  Miłości  nie 
chciałabym tego doczekać się. Nie… Jednak, wie pan?. — zniŜyła głos do szeptu. 

— I s t n i e j ą   p i ę k n i e j s z e   s n y … 
— C o  z a  s n y ? — zbuntował się Melville. — Co pani zamierza? Czem pani jest? Co pani 

zamierza uczynić przybywając tu — pani, która chce uchodzić za kobietę — i szepce, szepce do 
nas, którzy tkwimy w tem Ŝyciu i nie moŜemy uciec?… 

— Istnieje ucieczka — powiedziała syrena. 
— W jaki sposób? 
— Dla niektórych istnieje. Gdy cały świat wali się w gruzy na chwilę… 
Przerwała. Teraz to juŜ dla mnie jasne, Ŝe nie ma sensu w tej sentencji, nawet jeŜeli wypowie 

ją dama, obdarzona specjalnie imaginacją i przybywająca z głębi morza. JakŜe moŜe cały świat 
zapaść się na chwilę?  Lecz jakkolwiekbądź, jeŜeli istotnie powiedziała to, bez wątpienia nie 
dokończyła  myśli.  Melville  rzucił  na  nią  okiem  skoro  tak  nagle  przerwała  rozmowę  i 
spostrzegł, Ŝe ona spogląda na dom. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

— Do… ris! Do… risl Czy jesteś tam? Słychać było śpiewnie przeciągły głos pani Bunting, 

lecący  po  murawie,  głos  powracającej  rzeczywistości,  spraw nieodparcie  pod  —  padających 
zmysłom. Świat przybrał dla Melville’a napowrót swą realną postać. Zdawało mu się, Ŝe budzi 
się ze snu, Ŝe ucieka z jakiegoś transu, w który go pogrąŜono. 

Spoglądał na syrenę, jakby nie mógł uwierzyć, Ŝe mówili o takich rzeczach; jak gdyby usnął 

i  jej  słowa  przyśniły  mu  się.  Niektóre  olśniewające  rzeczy  zbladły,  niektóre  marzenia 
spłowiały. Oczy jego natrafiły na firmowy napis Flarops skład krzeseł widoczny doskonale pod 
jej ramieniem na krześle. 

— Trochęśmy byli zbyt serjo, niŜby… — powiedział z akcentem powątpiewania, a potem, 

— Co pani ściśle chciała wyrazić — mówiąc? 

Słychać juŜ było szmer kroków pani Bunting a Parker podszyła się i kaszlnęła. 

background image

Był juŜ zupełnie pewien, te byli trochę „zbyt serjo niŜby”… 
— MoŜe dokończymy kiedy indziej… 
Czy  te  rzeczy  wszystkie  były  istotnie  wypowiedziane,  czy  teŜ  miał  jakieś  fantastyczne 

halucynacje? 

Przyszła mu nagle pewna myśl do głowy. — Gdzie jest papieros pani? — zapytał. 
Jednak papieros jej juŜ dawno został wypalony. 
— O czemŜeście tak długo gawędzili? — zaśpiewała pani Bunting, kładąc rękę na oparciu 

krzesła Melville’a, ruchem niemal macierzyńskim. 

— Och! — powiedział Melville, nagle zakłopotany, zrywając się z krzesła, aby się do niej 

zwrócić,  a  potem  powiedział  do  syreny  uśmiechając  się  z  kunsztowną  obojętnością:  —  O 
czemŜe to gawędziliśmy? 

— Myślę,  Ŝe  o  wielu,  wielu  sprawach  —  powiedziała  pani  Bunting  w  sposób,  któryby 

niemal moŜna nazwać filuternym. Obdarzyła przytem Melville’a uśmiechem — jednym z tych 
uśmiechów, które są prawie Ŝe moralnemi wskazówkami. 

Mój kuzyn zajrzał wprost w twarz tej całej filuterności i przez cztery sekundy gapił się na 

panią Bunting w zdumieniu. Pragnął przyjść do siebie. Następnie wszyscy troje roześmiali się 
razem a pani Bunting usiadła z uprzejmą miną i zauwaŜyła, do siebie samej tak, Ŝe moŜna było 
dobrze usłyszeć: — Jakgdybym nie mogła się domyślić. 

background image

IV. 

 
Zgaduję,  Ŝe  po,  tej  rozmowie  Mehnlle  wpadł  w  straszną  sieć  powątpiewań. 

Przedewszystkiem  —  i  to  było  najbardziej  draŜniące,  powątpiewał  czy  cała  ta  konwersacja 
istotnie się zdarzyła, a jeŜeli tak, to czy pamięć nie wypłatała mu jakiego figla, przez zmianę i 
wyjaskrawienie  waŜności  tego  wszystkiego.  Kuzynowi  memu  śnią  się  czasem  na  jawie 
rozmowy,  tak  trzeźwo  i  prawdopodobnie,  Ŝe  mieszają  mu  się  w  sposób zatrwaŜający  z  jego 
realnemi  przeŜyciami.  CzyŜby  to  był  ten  wypadek?  Zaczął  rozstrząsać  i  rozwaŜać,  jedne  po 
drugich sentencje przychodzące mu na pamięć. Czy ona istotnie to powiedziała i w ten sposób? 
Czy powiedziała moŜe tamto? Po dwóch dniach pamięć co do tej konwersacji, nie dopisała juŜ 
tak  dokładnie.  CzyŜby  naprawdę  i  świadomie  przepowiedziała  w  sposób  niejasny,  jakieś 
straszne i mistyczne wciągnięcie Chatteris’a w głębiny?… 

Wątpliwości  jego  wzmacniało  i  komplikowało  nadzwyczaj,  późniejsze  zachowanie  się 

syreny  zupełnie  pozbawione  alhizji  do  czegokolwiek,  co  mogło  lub  nie  mogło  zdarzyć  się 
poprzednio.  Zachowywała  się  najzupełniej  tak  jak  zachowywała  się  zawsze  przedtem,  nie 
moŜna było dopatrzeć się w jej manierach ani większej poufałości ani teŜ chłodu, który często 
następuje po zbyt szczerych zwierzeniach. 

Do  tego  zbioru  kwestji,  jakby  juŜ  nie  było  ich  dosyć,  dołączył  się  nowy  garnitur 

wątpliwości.  Syrena,  rozwaŜał,  utrzymywała, Ŝe  przybyła na  ziemię  pomiędzy Ŝyjących, dla 
Chatteris’a. 

— A zatem…? 
Dotychczas nie zastanawiał się nad tera co moŜe spotkać w przyszłości Chatteris’a, pannę 

Glendower,  Buntingów  lub  kogokolwiek,  gdy  Chatteris  zostanie  .pozyskany  co  zdawało  się 
bardzo prawdopodobne. Istniały jakies inne sny, jakaś inna egzystencja, jakieś gdzieindziej… a 
Chatteris  miał  się  tam  udać!  Melville  przypomniał  sobie  nagle  z  niezwykłą  wyrazistością  i 
Ŝ

ywością,  dawno  przedtem  widziany  obraz,  przedstawiający  męŜczyznę  i  syrenę 

pogrąŜających  się  w  głębiny…  CzyŜby  coś  takiego  groziło?  w  roku  tysiąc  ośmset 
dziewięćdziesiątym dziewiątym. Zrozumiałe, Ŝe jeŜeli mówiła o takich rzeczach, musiała takŜe 
mieć i podobne zamiary, a jeŜeli miała zamiary I przygotowywała kampanię w celu usidlenia 
go,  cóŜ  zatem  pozostawało  do  zrobienia,  przyzwoitemu,  hygienicznie  Ŝyjącemu,  dobrze 
ubranemu kawalerowi? 

Przyglądać się — dopóki wszystko .nie skończy się katastrofą? 
NaleŜy sobie wyobrazić jego twarz niemal postarzałą. Zdaje się, Ŝe krąŜył około domu na 

Rivierze  w  Sandgate  aŜ  do  nieprzyzwoitości,  nie  mając  dosyć  odwagi  postarać  się  o 
wystarczające  długie  i  poufne  tête–à–tête  Ŝ  syreną,  aby  raz  na  zawsze  rozprószyć  swoje 
wątpliwości co do tego, co naprawdę było wypowiedziane w ich rozmowie, a o czem śnił lub 
fantazjował.  Nigdy  nie  był  tak  nie  zwykle  wytrącony  z  równowagi  jak  podczas  rozterki 
wywołanej  tą  rozmową.  Nigdy  jeszcze  odzyskanie  zwykłej  satyrycznej  zgody  z  Ŝyciem  nie 
wydawało  mu  się  tak  trudne.  Stał  się  kompletnie  roztargniony.  —  Wiesz,  jeŜeli  jest  tak,  to 
sprawa jest serjo — było refrenem, który pomrukiwał sobie w samotności. Jego wewnętrzna 
rozterka stała się jawna, nawet dla pani Bunting jednakowoŜ ona inaczej tłumaczyła sobie jej 
powody. 

— Coś tam powiedziała?… 
W końcu i to zupełnie nagle przesiedlił się do Londynu zapamiętale zdecydowany pozbyć 

się  tego  wszystkiego.  Syrena  poŜegnała  go  w  obecności  pani  Bunting,  Jakgdyby  nigdy  nic 
między nimi nie zaszło. 

Postarajmy się zrozumieć nieco powody jego rozstroju. Zrobił dość powaŜne poświęcenia 

dla świata. Po długich trudach znalazł w nim odpowiadające sobie miejsce i drogę, wyobraził 
sobie, Ŝe naprawdę .ustalił swój stosunek do świata i Ŝe prowadzi Ŝycie interesujące. A tu nagle, 

background image

uwaŜa  pan,  trafia  się  jakiś  głos,  który  bez  przerwy  prześladuje  go  słowami  „I s t n i e j ą  
p i ę k n i e j s z e   s n y ”  jakaś  bajka  groŜąca  komplikacjami,  klęskami,  złamanemi  sercami,  a 
człowiek  nie  ma  najsłabszej  idei  jakby  naleŜało  przyzwoicie  postąpić!  Sądzę  jednak,  Ŝenię 
byłby tak naglą’ wyleciał z Sandgate, nie uzyskawszy definitywnej odpowiedzi na kwestję co 
za  piękniejsze  sny?  lub  nie  otrzymawszy  przez  zaskoczenie  albo  wymuszenie  jakiegoś 
wyjaśnienia od biernej inwalidki — gdyby jednego poranka pani Bunting nie uczyniła pewnej 
bardzo taktowne] wzmianki. 

Czytelnik zna panią Bunting i wyobraŜa sobie do czego odnosiła się taktowna wzmianka. W 

tym właśnie czasie z powodu jej własnych córek i panien Glendower, imaginacja jej rozgorzała 
do  swatania,  była  fanatyczką  matrymonialności,  byłaby  wyswatała  kogokolwiek  z 
czemkolwiek dla samej zabawy czynienia tego, a zdaje się, Ŝe myśl oŜenienia niezamoŜnego 
Melville’a  z  tą  mistyczną  nieśmiertelną  istotą  o  pokrytym  łuską  ogonie  wydawała  się  jej 
najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. 

Zdaje się, Ŝe ni stąd ni zowąd, zauwaŜyła: — Teraz pan ma szansę, panie Melville… 
— Mam szansę! — zawołał Melville, niemądrze próbujący wobec jej rezolutności Udawać, 

Ŝ

e nic nie rozumie.… 

— Pan  ma  teraz  monopol  —  zawołała.  —  Ale  skoro  wrócimy  z  nią  do  Londynu,  to  tam 

wiecznie będzie ją otaczać tłum męŜczyzn… 

Zdaje się, Ŝe Melville wspomniał coś o zbyt daleko idących domysłach. — Nie pamiętał co 

powiedział. — nie myślę aby nawet wiedział w chwili gdy mówił… 

Jakkolwiekbądź  uciekł  w  sierpniu  z  powrotem  do  Londynu  i  czuł  się  tam  bardzo 

nieszczęśliwy i wykolejony tak Ŝe nie miał dosyć woli, aby się ruszyć z miejsca. Mehńlle nie 
lubi zatrzymywać się na tym punkcie opowiadania i wszelkie luki muszę uzupełniać za pomocą 
mojej własnej imaginacji. WyobraŜam go sobie w jego eleganckiem mieszkaniu, wesołem, a 
nie robiącem trywialnego wraŜenia, urządzonem solidnie i ze smakiem, wyobraŜam go sobie 
tracącego zainteresowanie do ksiąŜek i do pięknych sreber, które (bez przesadnej namiętności) 
kollekcjonuje. WyobraŜam go sobie spacerującego po swojej gustownej sypialni i po ubieralni, 
a  tam  nagle  pogrąŜającego  się  w  kontemplację  dwudziestu  siedmiu  par  spodni  (złoŜonych 
porządnie, kaŜda para na osobnym rozciągaczu), które uwaŜał za niezbędne do swej koncepcji 
człowieka  mądrego  i  szczęśliwego.  Robiąc  naturalne  i  łatwe  postępy  w  tej  gałęzi  wiedzy, 
nauczył się dobierać w kaŜdej okoliczności Ŝyciowej najdokładniej odpowiadające jej spodnie, 
dozwolone wierzchnie okrycie, naleŜne zachowanie i słowa. Był człowiekiem, który opanował 
swój świat, a tu, wie pan, ten szept: 

„I s t n i e j ą   p i ę k n i e j s z e   s n y ”. 
WyobraŜam sobie, Ŝe zapytuje broniąc się: „Co za sny?” O ile w ogrodzie nad morzem w 

Sandgate słowa te mogły były być przejrzyste i o ile moŜna było poddać się sugestji czegoś po 
za  niemi  się  kryjącego,  wyobraŜam  sobie,  Ŝe  w  apartamentach  Melville’a  w  Londynie 
wydawały się bez kwestji ciemne. 

Następnie krzyczy: — Do djabła, jeśli te sny są dla Chatteris’a dlaczego ona opowiada mi o 

nich? 

— Przypuśćmy,, Ŝe miałbym pewne szansę co do nich — cokolwiek kryje się za niemi. 
RozwaŜa z przeraŜającą szczerością gatunek swoich pragnień. 
— Nie! — a potem znowu — Nie. 
— JeŜeli zatem ktoś nie ma się przezywać, dlaczego ma wiedzieć cokolwiek o nich i być 

niemi nękany?… 

— JeŜeli  ona  chce narobić  jakiego licha, dlaczego nie mogłaby  go wyrządzić nie czyniąc 

mnie swoim wspólnikiem? 

Spaceruje tam i z powrotem, wreszcie staje i wpatruje się przez okno w męczący niedzielny 

ruch uliczny zdąŜający ku Haymarketway… 

background image

Nie widzi zupełnie tego ruchu. Widzi tylko maty ogród k nadmorski w Sandgate i tę małą 

grupkę ludzi bardzo drobną i wyraźną a nad nimi coś, coś — groŜącego im — Ani dla mnie — 
ani dla nich — ani dla nikogo, nic dobrego z tego nie wyniknie! 

A potem wyobraŜam sobie uwaŜasz czytelniku, zupełnie niespodzianie zaczyna kląć. 
WyobraŜam  go  sobie  przy  lunchu  (jedzenie  traktuje  zwykle  z  naleŜytą  powagą). 

WyobraŜam  sobie  kelnera  markującego  na  swej  gładko  ogolonej  twarzy  ugrzecznioną 
poufałość i posuwającego się ku niemu z tym rodzajem dyskretnego współczucia, które dobrzy 
kelnerzy  okazują  osobom  szanowanym.  Przedstawiam  sobie  pełną  szacunku  pauzę,  pełne 
szacunku badania. 

— Oh, głupstwo! — krzyczy Melville, a kelner cofa się zdumiony. 

background image

V. 

 
Na dodatek do utrapienia Melville’a (a małe niedola powiększają prawdziwe zmartwienia) 

jego lokal klubowy  przechodził operację i pełen  był budowniczych i dekoratorów, ci ostatni 
powyjmowali okna i zakneblowali hali rusztowaniami, a on i jemu podobni byli gośćmi obcego 
klubu, posiadającego wielu sapiących członków — ci zdawali się nie mleć nic innego do roboty 
jak sapać i wzdychać i szeleścić gazetami i chodzić tam spać, byli oni jakby plamami śnieci na 
pięknej  roślinie  tego  gościnnego  klubu  u  Melville’a,  w  tym  stanie  w  jakim  się  znajdował 
niewiele  to  obchodziło,  Ŝe  ci  wszyscy  niespokojni  sapacze  byli  osobami  na  wysokich 
stanowiskach. Lecz ta właśnie czasowa zmiana jego świata spowodowała pewnego popołudnia 
zupełnie  niespodzianą  quasi  poufną  rozmowę  jego  z  Chatteris’em,  poniewaŜ  Chatteris  był 
jednym  z  najmniej  wybitnych  i  najmniej  bezkształtnych  członków  klubu,  goszczącego  klub 
Melville’a. 

Melville trzymał w ręku Puncha — był w takim humorze, Ŝe było mu wszystko jedno co ma 

w  ręce  —  i  czytał,  —  nie  wiedział  dokładnie  co  czytał.  Nagle  westchnął,  podniósł  oczy  i 
zobaczył  Chatteris’a  wchodzącego  do  pokoju.  Zobaczenie  Chatteris’a  było  dla  niego 
niespodzianką,  poruszyło  go  i  nieco  zaalarmowało,  a  było  widoczne,  ze  i  Chatteris’a 
zaskoczyło  i  zdekoncentrowało  to  spotkanie,  Chatteris  zatrzymał  się  w  tak  niewygodnej 
pozycji,  jaka  tylko  zdolny  był  wytrzymać,  spoglądając  z  niechęcią  i  przez  chwilę  nie  dawał 
znaku,  Ŝe  poznaje  Melville’a.  Następnie  skinął  głową  i  posunął  się  z  ociąganiem  naprzód. 
KaŜdy jego ruch mimowolnie zdradzał chęć wycofania się. — Ty tutaj? — powiedział. 

Melville zaś zapytał: — CóŜ ty robisz w tym czasie zdała od Hythe? 
— Przyszedłem tu napisać list — powiedział Chatteris. 
Spozierał wokół nieco nieporadnie. Następnie usiadł obok Melville’a i zaŜądał papierosa. 

Nagle napadła go chęć poufnych zwierzeń. 

— To bardzo wątpliwe czy będą ubiegał się o Hythe — zauwaŜył. 
— Tak? 
— Tak. Zapalił papierosa. 
— Moiebyś ty się ubiegał? 
— Ani mowy o tem — powiedział Melville. — To mi zupełnie nie odpowiada. 
— A mnie? 
— Czy to  juŜ  trochę  nie  za  późno,  teraz właśnie  rezygnować?  —  powiedział  Melville — 

wszystko jest właśnie w toku. KaŜdy przy pracy. Panna Glendower. 

— Wiem — rzekł Chatteris: 
— Zatem? 
— Zdaje mi się, ze straciłem ochotę. 
— MójŜe kochany. 
— Zdaje mi się, Ŝe to trochę z przepracowania. Jestem do niczego. Wszystko poszło marnie. 

Dlatego tu jestem. 

W tej chwili uczynił coś zupełnie absurdalnego. Rzucił zaledwie nadpoczętego papierosa i 

prawie bezpośrednio potem zaŜądał drugiego, 

— Trochę  nieumiarkowanie  zabrałeś  się  do  tej  twojej  statystyki  —  powiedział  Melville. 

Odpowiedź Chatteris’a uderzyła Melville’a, jakby echo czegoś juŜ poprzednio słyszanego. — 
Wybory, postęp, dobro ludzkości, sprawy publiczne, — Ŝadna z tych spraw nie interesuje mnie 
na — prawdę — powiedział — a przynajmniej — właśnie teraz nie interesują mnie… 

Melville czekał. 
— Rodzimy się w atmosferze, w której ciągle szepcą nam o konieczności zrobienia karjery. 

Uczymy  się  tego  juŜ  na  kolanach  matki.  Nigdy  ci  nie  dadzą  czasu  znaleść  coś,  czegobyś 
naprawdę pragnął, tylko popychają cię i ukazują ci coś — Formują nasze charaktery i umysły. 

background image

— Wtrącają się w jakieś sprawy — 
— Ze mną tak nie postąpiono — powiedział Melville. 
— W kaŜdym razie ze mną. I oto jaki skutek! 
— Nie Ŝyczysz sobie zrobienia karjery? 
— No tak — przyjrzyj się temu co to właściwie jest. 
— Och! — jeŜeli chcesz badać czem wszystko jest. 
— Przedewszystkiem,  sprawa  wejścia  do  parlamentu.  Te  wszystkie  głupie  partje  nic  nie 

znaczą — absolutnie nic. Nie są nawet przyzwoitymi stronnictwami. Dostajesz się do jakichś 
zakazanych  wydziałów  złoŜonych  z  głupich  kupców,  których  jedyną  ideą  na  świecie  jest 
nadmierny  szacunek  dla  siebie  samych.  Szepcesz  i  wdajesz  się  w  konszachty  z  zastępcami 
lokalnymi  i  pokazujesz  się  w  ich  towarzystwie.  Ogłupiasz  się  sprawami  dobroczynności  i 
instytucji, a prócz tęga jadasz, paplesz i spoufalasz się z przedstawicielami, kaŜdej dającej się 
tylko wymyślić, formy ludzkiej zarozumiałości, bezwzględności i szalbierstwa. 

Przerwał. — Nie moŜna powiedzieć, aby oni byli do niczego i działają w swój sposób, tak 

jak  ty  działasz  w  swój.  Starają  się  uchwycić  marę  zadowolenia,  mozolą  się,  kłócą  się  i 
zazdroszczą sobie, noc i dzień, wiecznie próbując przekonać samych siebie pomimo wszystko, 
Ŝ

e działają realnie i ze skutkiem. 

Zatrzymał się i palił. 
Melville był przekorny. — No tak — przyznał — Jednak sądziłem, Ŝe te wasze zamiary — 

Ŝ

e to miało być czemś więcej niŜ polityczną partją i szukaniem własnej korzyści…? 

Rzucił tę sentencję we formie niedokończonego pytania, 
— Warunki bytu ubogich — powiedział. 
— I  cóŜ  stąd?  spytał  Chatteris  i  spojrzał  na  niego  z  rodzajem  wymuszonego  z  trudem 

przyznania do winy w swych niebieskich oczach. 

Melville  spojrzał  Kątem  Oka.  —  W  Sandgate  —  powiedział  istnieje,  jak  wiesz  pewna 

atmosfera wiary… 

— Wiem — powiedział Chatteris po raz drugi. 
— To właśnie djabli nadali — dodał po chwili. 
— JeŜeli  nie  wierzę  w  grę,  którą  prowadzę,  jeŜeli  zawiodłem  czyjąś  wiarę,  to  w  kaŜdym 

razie  nie  jest  to  moją  winą,  Wiem  co  powinienem  zrobić, zamierzam to  zrobić i  ostatecznie 
zrobię  to.  JeŜeli  mówię  w  ten  sposób  to  tylko,  aby  sobie  ulŜyć.  Zacząłem  grę  i  muszę  ją 
skończyć, uchwyciłem pług w ręce i nie mogę cofnąć się. Po to właśnie przybyłem do Londynu 
—  aby  przezwycięŜyć  samego  siebie.  To  wszystko  co  zebrało  się  we  mnie,  to  przelało  się 
właśnie w twojej obecności, nie byłem naleŜycie sobą mówiąc to. Schwyciłeś mnie właśnie w 
chwili kryzysu. 

— Ach! — powiedział Mehrille. 
— Jednak  mimo  wszystko,  sprawa  tak  wygląda  jak  mówiłem —  nic z  tego  nie interesuje 

mnie  naprawdę.  —  To  co  powiedziałem  poprzednio  nie  zmienia  jednak  faktu,  Ŝe  zmuszony 
jestem do walki w sprawie fantoma wyborów, o nic, ściśle mówiąc, poniewaŜ partja umarła juŜ 
przed  dziesięciu  laty.  A  jeŜeli  widma  zwycięŜą  wejdę  do  parlamentu  jako  upełnomocnione 
widmo. 

Przytoczył słowa swego głównego artykułu: — Zainteresowanie umarło — powiedział — 

wola nie ma duszy. 

Przybrał  ton  bardziej  krytyczny.  —  Nie  jest  to  istotną  prawdą,  abym  nie  wierzył.  Jeśli 

mówię, Ŝe nie wierzę, to idę nieco za daleko. Ja wierzę, wiem, Ŝe wybory i intrygi wyborcze są 
tylko  środkami  prowadzącemi  do  celu.  Istnieje  dzieło  do  zrobienia,  dzieło  zdrowe  i  waŜne. 
Tylko… 

Melville spojrzał na niego jednem okiem ponad końcem swego papierosa. 
Chatteris pochwycił to spojrzenie i zdawało się, Ŝe gnie do niego. Stał się poufałym, aŜ do 

absurdu. Widocznie był w najwyŜszym stopniu spragniony zaufanego słuchacza. 

background image

Ja  nie  mam  pragnień  idących  w  tym  kierunku,  Ody  zasiędę  do  tego  i  wymoszczę  się  w 

fotelu, wiesz i powiem sobie: To będzie celem przez resztę twego Ŝycia — to będzie twojem 
Ŝ

yciem, Chatteris’ie, — jeŜeli to zrobię, wtedy wstrząsa mną rodzaj dreszczu wiesz Melville. 

— Hm — powiedział Melville i zamyślił się. Następnie zwrócił się do Chatteris’a z miną 

lekarza  domowego  i  klepiąc  go  trzykrotnie  po  ramieniu  powiedział:  —  Zanadto 
zapracowywałeś się tą statystyką. 

Pozwolił wsiąknąć temu lekarstwu. Potem zwrócił się do swego interlokutora i bawiąc się 

klubową  popielniczką  powiedział:  —  Zmogła  cię  ta  codzienność.  Drzewa  zasłaniają  ci  las. 
Zapominasz o wielkich zadaniach z powodu nudnych chwilowych szczegółów. Podobny jesteś 
do malarza, który cięŜko pracował nad czemś bardzo drobnem i dokładnem — w rogu obrazu. 
Musisz cofnąć się o parę kroków i ogarnąć spojrzeniem całość 

— Nie — rzekł Chatteris, — to nie zupełnie to samo. Melville zaznaczył, Ŝe wie lepiej. 
— Odstępowałem i ogarniałem spojrzeniem te sprawy — powiedział Chatteris — przedtem 

nie  wiele  więcej  robiłem  ponadto.  Przyznaję,  Ŝe  to  wielka  i  szlachetna  rzecz  —  dobrze 
dokonywana praca w polityce — tylko. — Podziwiam ją, jednak nie porywa moje] wyobraźni, 
zupełnie nie porywa mojej wyobraźni. — To właśnie cały kłopot. 

— CóŜ  zatem  porywa  twoją  wyobraźnię?  —  zapytał Melville.  Był  zupełnie pewny, Ŝe  to 

syrena  wmówiła  w  Chatteris’a  tę  paralysis,  chciał  tylko  wiedzieć  jak  daleko  to  za  szło.  Na 
przykład — poddał, — czy nie istnieją w pewnych warunkach inne sny? 

Chatteris nie reagował ca ten frazes. 
Melville pozbył się swego podejrzenia. 
— Co rozumiesz pod tem — inne sny? — spytał Chatteris. 
— Jakaś inna osiągalna droga — jakiś inny rodzaj Ŝycia — jakieś inne widoki?… 
— To  nie  naleŜy  do  kwestji  —  powiedział  Chatteris,  następnie  dodał  we  formie  jakby 

spostrzeŜenia. — Adelina jest strasznie dobra. 

Mój kuzyn Melville w milczeniu zgodził się na dobroć Adeliny. 
— Wszystko to, wiesz, to humory. śycie moje jest dla mnie stworzone — i jest to bardzo 

dobre Ŝycie — jest lepsze niŜ na to zasługuję… 

— Masami — powiedział Melville. 
— O wiele — powiedział urągliwie Chatteris 
— Bardzo o wiele — zgodził się Melville. 
— Mówmy o czem innem, — powiedział Chatteris. To juŜ zaczyna być nudziarstwem. 
Mój  kuzyn  Melville  atoli,  nie  mógł  wymyśleć  bardziej  interesujących  tematów.  — 

Zostawiłeś wszystkich zdrowych w Sandgate? — zapytał po chwili. 

— Z wyjątkiem małego Buntinga. 
— Źle się czuje? 
— Łowił ryby. 
— Oczywiście. Wichry i wzburzone fale… 
— A panna Waters? 
Chatteris  rzucił  mu  podejrzliwe  spojrzenie.  Z  afektacją  markował  naturalność.  —  Ma  się 

zupełnie dobrze — powiedział. — Wygląda tak uroczo jak zawsze. 

— Czy ona naprawdę chce się zabrać do tego agitowania? 
— Mówiła o tem znowu. 
— Gotowa duŜo zrobić dla ciebie — powiedział Melville, robiąc delikatną pauzę. 
Chatieris przybrał ton gawędziarski. 
— KtóŜ to jest ta panna Waters? — spytał. 
— Bardzo urocza osoba — powiedział Melville i nie dodał nic więcej. 
Chatteris czekał… i porzucił pozę gawędziarską. Stał się bardzo powaŜny. 
— UwaŜaj — powiedział. — Kim jest ta panna Waters? 
— SkądŜe j a  mam to wiedzieć? — wykręcał się Melville. 

background image

— Ty w i e s z , i reszta wie. Kim ona jest? 
Melville spotkał się z jego wzrokiem. — Czy nie chcą ci powiedzieć? 
— Właśnie to — powiedział Chatteris. 
— Dlaczego pragniesz wiedzieć? 
— DlaczegoŜ nie miałbym wiedzieć? 
— Istnieje pewien rodzaj przyrzeczenia, aby utrzymywać to w tajemnicy. 
— Utrzymać co w tajemnicy? Kuzyn mój zrobił poruszenie — . 
— Nie moŜe chodzić o coś złego? — kuzyn mój nie dawał Ŝadnego znaku. 
— MoŜe miała jakie doświadczenia? 
Kuzyn  mój  rozwaŜał  przez  chwilę  moŜliwości  Ŝycia  głębinowo–morskiego.  —  Miała  — 

powiedział. 

— Nic mnie to nie obchodzi, jeŜeli miała. 
Nastąpiła pauza. 
— UwaŜaj Melville — powiedział Chatteris. — śyczę sobie dowiedzieć się o tem. Chyba, 

ze  jest  to  jakaś  sprawa  wyjątkowo  wymagająca  dyskrecji…  Nie  znoszę  tego  przebywania 
między ludźmi, traktującymi mnie jak obcego. Co to jest to coś dotyczące panny Waters?… 

— CóŜ mówi panna Glendower?… 
— Wypowiada  jakieś  niejasne  opinje.  Nie  lubi  jej,  a  nie  chce  powiedzieć  dlaczego.  Pani 

Bunting zaś chodzi cala zamieniona w dyskrecję. Ona zaś sama patrzy na człowieka… I ta jej 
pokojówka patrzy… Irytują mnie te sprawy. 

— Dlaczego nie spytasz jej samej? 
— JakieŜ  mógłbym,  zanim  wiem  o  co  tu  chodzi?  Do  djabła  z  tem  wszystkiem.  PrzecieŜ 

pytam się ciebie dość wyraźnie. 

— Dobrze — powiedział Melville i w tej chwili postanowił istotnie powiedzieć wszystko 

Chatteris’owi.  Zastanawiał  się  tylko  nad  sposobem  w  jaki  to  zrobi.  W  pewne]  chwili  chciał 
powiedzieć. — Cala sprawa w tem, Ŝe ona Jest syreną. — Nagle zorientował się, jak to będzie 
wydawać  się  niewiarogodnem.  Podejrzewał  zawsze  Chatteris’a  o  kontynentalność  i 
romantyczność.  Ten  człowiek  gotów  rzuci  y  się  na  niego  za  to,  ze  opowiada  takie  rzeczy  o 
darnie… 

Straszne wątpliwości opadły Melville’a Jak wiadomo nigdy nie oglądał własnemi oczyma 

tego  ogona.  W  tej  opresji  opadła  go taka niewiara  w syrenę,  jakiej  nie  czul nawet z  samego 
początku, gdy mu pani Bunting opowiadała o niej po raz pierwszy. Otaczała go w tej chwili 
atmosfera solidnie realna, taka Jaką moŜna oddychać tylko w londyńskich klubach pierwszej 
klasy… Oko napotykało wszędzie cięŜkie fotele. Wszędzie stały w obfitości masywne stoły i 
podstawki na zapałki z solidnego materjału. Zapatki były jakiejś specjalnej wielkiej i cięŜkiej 
sorty.  Na  najbliŜszym  stole  o  nogach  z  kości  słoniowej,  pokrytym  zielonym  suknem  leŜało 
wiele numerów Times’a, powszechnie przyjęty Punch, kałamarz z bronzu i ołowiany przycisk 
do  papierów.  —  I s t n i e j ą   i n n e   s n y .  —  Zdawało  się  to  niemoŜliwem.  Sapanie  Jakiejś 
wysoko postawionej osobistości, siedzące] w krześle w odległym kącie słychać było wyraźnie 
podczas tej przerwy. Było cięŜkie i zdecydowane jak odgłos piły kamieniarskiej. CięŜyło jak 
dotykalny  kamień.  Zdawało  się  ostrzegać,  Ŝe  na  pierwszy  szept  o  rzeczy  tak  oczywiście 
nieprawdopodobnej Jak syrena, zamieni się w chrapanie i dławienie, 

— Nie zechcesz mi uwierzyć gdy ci powiem — rzekł Melville. 
— W kaŜdym razie powiedz mi. 
Mój  kuzyn  spojrzał  na  niezajęty  fotel  obok  niego.  Był  widocznie  wypchany  najlepszym 

włosieniem  końskim,  jaki  moŜna  dostać  za  pieniądze,  wypolstrowany  z  nieskończonym 
mozołem  i  niemal  religijną  starannością.  Pouczał  swojemi,  szeroko  rozwartemi, 
zapraszającemi  oparciami,  Ŝe  człowiek  Ŝyje  nie  samym  tylko  chlebem…  O  tyle  Ŝe  musi  się 
potem przedrzemać. Najoczywiściej realny fotel! 

— Syreny? 

background image

Poczuł, Ŝe  ostatecznie  najprawdopodobniej  uległ  szalonemu złudzeniu,  zahypnotyzowany 

wiarą  pani  Bunting.  CzyŜ  nie  moŜnaby  znaleść  jakiejś  moŜliwej  do  przyjęcia  interpretacji, 
jakiegoś frazesu, któryby dał się przerzucić Jak most, od prawdopodobieństwa do prawdy? 

— To niedobrze — stęknął nareszcie. Chatteris obserwował go pilnie ukradkiem. 
— Oh!  nic  mnie  to  do  licha  nie  obchodzi  —  powiedział  i  cisnął  drugiego  papierosa  w 

masywnie dekorowane palenisko kominka. — To nie moja sprawa. 

Potem zupełnie niespodzianie zerwał się na nogi i zaczął zbytecznie gestykulować ręką. 
— Nie  potrzebujesz,  powiedział  i  zdawał  się  mieć  zamiar  wypowiedzenia  masy  słów, 

których  by  naleŜało  potem  Ŝałować.  Tymczasem,  zanim  jego  zamiar  dojrzał,  powściągnął 
gestykulacje  swej  ręki.  WyobraŜam  sobie,  Ŝe  był  na  tyle  nieopanowany,  te  w  końcu 
wypowiedział jakiś zwrot uszczypliwy. Potem wyleciał i popędził ku drzwiom. 

— Przestań! — powiedział do odwrotnej strony gazety, trzymanej przez sapiącego członka. 
— śe teŜ to moŜna znieść, — rzucił pełnemu godności słuŜącemu przy drzwiach. 
Portjer udawał, Ŝe nie słyszał — dałby się powiesić prędzej nimby przyznał, Ŝe usłyszał. 
— To pewnie będzie jeden z tych gości — powiedział portjer niezwykle zgorszony — oto są 

skutki, jeŜeli się wpuszcza tutaj takich młodzików. 

background image

VI. 

 
Melville’a napadła chęć pobiegnięcia na nim. 
— Przeklęte chłopczysko! — powiedział Me!ville. 
A  potem,  gdy  cały  wybuch  jego  irytacji  doszedł  do  punktu  kulminacyjnego,  powtórzył  z 

jeszcze większą emfazą — Przeklęte chłopczysko! 

Powstał i spostrzegł, Ŝe członek, który poprzednio spał, spogląda na niego złym wzrokiem. 

Dostrzegł, Ŝe była to twarda i nieprzezwycięŜona niechęć i Ŝe nie pomogłoby w tym wypadku 
byle jakie tłumaczenie się. Zwrócił się na pięcie i poszedł ku drzwiom. 

Interview  ten  posłuŜył  memu  kuzynowi.  Zniknęło  przygnębienie  i  rozterka.  Zanurzył  się 

obecnie  w  kąpieli  głębokiego  moralnego  oburzenia,  a  jest  to  najlepszym  środkiem  na 
zwątpienie i przygnębienie.  Im bardziej rozmyślał, tętn bardziej wzrastało jego oburzenie na 
Chatteris’a.  Ten  nagły  i  bezsensowny  wybuch  zmieniał  cały  pogląd  na  sprawę.  Usilnie 
zapragnął  spotkać  Chatteris’a  powtórnie  i  przedyskutować  z  nim  całą  rzecz  na  nowych 
podstawach. 

— Pomyśl o tem. — Rozmyślał tak Ŝywo i tak wyraziście, Ŝe o mało co nie mówił głośno do 

siebie idąc ulicą. Toczył rodzaj cichego dyskursu w myśli. 

CzyŜ istniało kiedy stworzenie bardziej niewdzięczne i nierozsądne niŜ tenŜe Chatteris? Był 

zepsutem  dzieckiem  Fortuny,  wszystko  samo  przychodziło  do  niego,  wszystko  mu  dawano, 
jego powaŜne błędy przynosiły mu większą korzyść, niŜ innym ludziom sukcesy. Dziewięćset 
dziewięćdziesiąt  dziewięć  ludzi  na  tysiąc,  pękałoby  z zazdrości  widząc  jakie  miał  szczęście. 
Niejeden mozolił się całe swe Ŝycie i był szczęśliwy doszedłszy w końcu do drobnego ułamka 
tego  wszystkiego,  co  spadało  samo  na  tego  nienasyconego,  niewdzięcznego  młodzieńca.  — 
Nawet ja — rozmyślał mój kuzyn — mógłbym mu pozazdrościć — wielu rzeczy. — AŜ tu, na 
pierwszy  najsłabszy  nacisk  obowiązków,  nie  —  na  pierwszy  najdrobniejszy  objaw  istnienia 
więzów, taka niesubordynacja, taki protest i ucieczka! 

— Pomyśl! — naglił mój kuzyn — mnóstwie o zwykłych ludzi. Pomyśl o tych wielu, którzy 

cierpią głód. 

(Był  to  z  konieczności  socjalistyczny sposób dowodzenia,  lecz w  tej moralnej  indygnacji 

kuzyn mój przyjął go bezwzględnie. 

— Pomyśl  o  tym  mnóstwie  cierpiących  głód,  pędzących  Ŝycie  w  nieustannym  mozole, 

którzy  Ŝyją  w  obawie,  Ŝyją  w  brudzie,  i  spełniają  razem  w  sposób  cichy  i  stanowczy  z 
najwyŜszym  wysiłkiem  swój  obowiązek,  a  przynajmniej  to  co  uwaŜają  za  swój  obowiązek. 
Pomyśl  o  niewinności  biednych  kobiet  na  świecie!  Pomyśl  równieŜ  o  tych  wielu  zacnych 
duszach, które marzą o pracy, do której są zdolne, i tak są powstrzymywane i przeładowane 
zajęciami, Ŝe nie mogą jej ofiarować. A tu zjawia się ta kreatura, nad którą litować się trzeba, ze 
swoje  mi  zdolnościami  umysłowemi,  swemi  korzyściami  jakie  daje  stanowisko  i  los 
szczęśliwy,  zjawia  się  ten  wywoływacz wielkich  idei,  a przy nim ta  kobieta  bogata  i piękna 
(ona jest piękna) lecz takie najlepsza ze wszystkich moŜliwych pomocnic — dla niego. 

— A  on  odwraca  się  od  tego.  Nie  jest  mu  jeszcze  to  wszystko  wystarczająco  dobre.  Nie 

porywa jego  imaginacji,  jeśli  państwo  pozwolą.  To  nie  jest  dosyć  piękne dla  niego i to cała 
prawda w tej materji. 

— Czego p r a g n i e  ten człowiek? Czego oczekuje… Moralne oburzenie mego kuzyna nie 

opuszczało go przez całą długość Picadilly i wzdłuŜ Rotter Kow, i wzdłuŜ promenady przez 
ogrody kwiatowe i niemal do Kensington High Street i wokół Serpentyny aŜ do jego domu i 
spowodowało,  Ŝe  miał  taki  apetyt  podczas  obiadu,  jakiego  nie  miał  juŜ  od  dawna.  śycie 
przedstawiało  mu  się  tego  wieczora  słonecznie,  wreszcie  usiadł  wygodnie  około  drugiej 
godziny po północy, przed zbytecznem zupełnie światłem, rozkosznie trzaskającego ognia w 
jego mieszkaniu, usiadł aby wypalić jedno z dobrych cygar zanim pójdzie spać. 

background image

— Nie — rzekł nagle — ja nie jestem taki. Przyjmuję dary, które Bóg chce mi dać. Próbuję 

uszczęśliwić  samego  siebie  i  trochę  innych  ludzi  takŜe,  wypełnić  naleŜycie  moje  małe 
obowiązki i to jest dosyć dla mnie. Nie badam rzeczy zbyt głęboko i nie spozieram ponad niemi 
zbyt daleko. Tych trochę starych, prostych ideałów. 

— Hm… — 
— Chatteris  jest  marzycielem,  niemoŜliwym  ekstrawagant  malkontentem.  O  czem  on 

marzy?… W trzech czwartych jest marzycielem, a w jednej czwartej zepsutem dzieckiem. 

— Marzycielem… 
— Inne sny… 
— O jakich innych snach ona m o g ł a  myśleć? 
Kuzyn mój zapadł w głęboką zadumę… 
Po  pewnym  czasie  przyszedł  do  siebie,  spojrzał  wokół,  zobaczył  godzinę  na  swym 

Rathsbańskim zegarze, porwał się nagle i poszedł spać. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VII. 

K

RYZYS

 
Kryzys  nastąpił  po  upływie  około  tygodnia,  mówię  około,  z  powodu  znanej  nieścisłości 

Melville’a w tych sprawach. O ile dotyczy to kryzysu zdaje mi się, Ŝe wydobyłem z Melville’a 
wszystko co mógł ofiarować najlepszego. Był silnie zainteresowany, bystro obserwował, a jego 
więcej niŜ przeciętna pamięć zatrzymała niektóre kapitalne wraŜenia. W kaŜdym razie, dwie 
osoby  z  pomiędzy  wszystkich,  zarysowały  mi  się  pełniej  i  wyraziściej  w  tej  z  trudem 
odgrzebywanej historji. Przedstawił mi prawdziwą Adelinę i Chatteris’a bardziej podobnego do 
siebie  niŜ  tego,  którego  zdołałem  dotychczas  zlepić  i  zszyć  z  ułamkowych fragmentów. Nie 
wątpię, Ŝe czytelnik wobec tych rzadkich Jasnych oświetleń sprawy w tej tajemniczej historji 
zawołała wraz ze mną — Bogu dzięki. 

Do  uczestnictwa  w  kryzysie  powołał  Melvtlle’a  a  telegram,  wysiany  przez  p.  Bunting  a 

pierwszym, który objaśniał mu sytuację był Fred Bunting… 

— P r z y b y ć ,   p i l n e ,   p r o s z ę   —  tak  brzmiało  wezwanie  pani  Bunting,  któremu  nie 

moŜna było się oprzeć. Kuzyn mój wsiadł do wczesnego pociągu i przybył do Sandgate przed 
południem. 

Pani  Bunting,  jak  się  domyślał,  była  na  górze  z  panną  Glendower  i  poleciła  prosić,  aby 

zaczekał, zanim będzie mogła zrzucić swe brzemię. — Czy panna Glendower niezdrowa? — 
spytał  Melville.  —  Tak  sir,  niezupełnie  zdrowa  —  powiedziała  pokojówka  i  widocznie 
oczekiwała dalszego wypytywania. — Gdzie reszta? — spytał mimochodem. — Trzy młode 
panny  pojechały  do  Hythe,  opowiadała  pokojówka,  ostentacyjnie  nie  wymieniając  syreny. 
Melville odznacza się wybitną niechęcią wypytywania słuŜby o waŜniejsze kwestje, dlatego nie 
pytał zupełnie o nic dotyczącego panny Waters. Generalna nieobecność wszystkich w pokoju 
zajętym zwykle przez całą rodzinę, wywoływała ten sam nastrój, świadczący o kryzysie co i 
telegram. Pokojówka ulotniła się po chwili oczekiwania. 

Przez jakiś czas stał w salonie, a potem wyszedł na werandę. Spostrzegł otuloną we fałdzistą 

szatę,  figurę  zmierzającą  ku  niemu.  Był  to  Fred  Bunting.  Skorzystał  z  generalnej  dezercji 
wszystkich,  aby  uŜyć  kąpieli  wprost  z  domu.  Miał  na  sobie  biały  bawełniany  kapelusz  z 
wielkiemi kresami i kołdry w pasy, a z kąta ust zwieszała mu się fajka, najgroźniejsza maska 
fajka, o jakiej tylko moŜe zamarzyć dopiero dojrzałe męskie indywidjum. 

— Hallo! — zawołał — Mama posłała po pana? Melville przyznał słuszność tej teorji. 
— W  domu  awantura  —  powiedział  Fred,  wyjmując  fajkę  z  ust.  Akt  ten  oznaczał  chęć 

konwersacji. 

— Gdzie jest panna Waters? 
— Poszła… 
— Z powrotem do morza? 
— AleŜ  nie!  —  MoŜe  pan  ją  schwytać!  Pojechała  do  Hotelu  Lummidge  z  pokojówką. 

Zabrała świtę. 

— Dlaczego? 
— Mama zrobiła z nią porządek… 
— Z jakiego powodu? 
— Harry… 
Kuzyn mój zdrętwiał. 
— Nareszcie to wybuchło — powiedział Fred. 
— Co wybuchło? 

background image

— Awantura. Adelina powiedziała, Ŝe Harry oszalał z powody niej… 
— Z powodu panny Waters? 
— Pewnie. Otumaniał. — Nie dbał o wybory — nie dbał o jedzenie. — Zamieszanie. — Nic 

nie mówił Adeli — nie, ale zaczęła orjentować się. Zainterpelowała. Następnego dnia pojechał. 
Londyn. — Spytała co się stało. Trzy dni milczenie. Potem. — Napisał do niej. 

Fred podkreślił to wszystko podnosząc brwi w górę, opuszczając kąty ust w dół i kiwając 

złowieszczo głową. Eh? spytał. A potem aby wyjaśnić rzecz bardziej, dodał. 

— Napisał list. 
— Czy nie napisał jej nic o pannie Waters? 
— Nie  wiem  o  czem  pisał.  Nie  przypuszczam,  Ŝeby  wymienił  jej  nazwisko,  lecz  śmiem 

twierdzić, Ŝe dosyć jasno to przedstawił. Wiem jedynie to, Ŝe przez dwa dni wszystko w domu 
było jak napręŜona i skręcona guma — kaŜdy spleciony w sposób skomplikowany — a potem 
nastąpił psztyk. Cały ten czas Adelina pisała do niego listy i polewała je łzami i nikt nie mógł 
nic odkryć. Wszyscy chodzili sino bladzi z wyjątkiem panny Waters. Była ślicznie róŜowa, jak 
zawsze. Przy końcu mama zaczęła wypytywać, Adelina wygadała wszystko, dała Mamie lekki 
znak, Mama połęła w tej chwili i bomba pękła. 

— Czy panna Waters nic nie zrobiła? 
— Nie,  to  mama  zrobiła.  Prosto  z  mostu  jak  mama  umie…  Ona  nie  zaprzeczała. 

Powiedziała,  Ŝe  nie  mogła  zapanować  nad  sobą  i  Ŝe  on  jest  tak  dobrze  jej,  jak  i  Adeliny. 
S ł y s z a ł e m  to — powiedział Fred bezwstydnie. — Ładna heca co? — zwaŜywszy Ŝe on jest 
zaręczony. A mama była bez ceremonji. Powiedziała: — Bardzo się oszukałam na pani, panno 
Waters — rzeczywiście bardzo, słyszałem… 

— A potem?… 
— Poprosiła, Ŝeby sobie poszła. Powiedziała, Ŝe ładnie nam się wypłaciła za to, Ŝeśmy ją 

zabrali wtedy, gdy nikt oprócz rybaków nie byłby chciał patrzeć na nią. 

— Powiedziała t o ? 
— No, przynajmniej w tem znaczeniu… 
— A panna Waters wyjechała? 
— W  doroŜce  pierwszej  klasy,  pokojówka  i  kufry  w  drugiej,  wszystko  w  komplecie. 

Zupełna lady… Nie wierzyłbym, gdybym nie widział tego — to znaczy ogona… 

— A panna Glendower? 
— Addy? Och, to ją obeszło. Schodzi na dół i robi bladą hrabinę, idzie na górę do siebie i 

robi złamane serce. Ja to znam. To wszystko jest w porządku. Pan nigdy nie miał sióstr — wie 
pan… 

Fred kunsztownie usunął zasłaniającą go fajkę i ułoŜył swoją fizjognomję w wyraz poufale 

porozumiewawczy. 

— Przypuszczam, Ŝe one to trochę lubią — powiedział Fred poufnym półszeptem. — Takie 

bistorje,  wie  pan.  Mabel  pewnie  tak  samo  zła.  A  dziewczęta  wszystkie  robią  co  tylko  mogą 
najwięcej  z  tej  sprawy.  Słysząc  je,  pomyślałby  pan,  Ŝe  oprócz  Chatteris’a  nie  ma  innego 
człowieka, na świeci. Ja nie mógłbym tak emocjonować się, jak one, nawet gdyby mi miano 
obłupić skórę z nóg. Ładny domek, co? i to na wakacje. 

— Odzie jest gentleman pryncypalny? spytał Melville nieco zirytowany — w Londynie? 
— Ja nazywam go gentjemanem bez pryncypiów — powiedział Fred. — Umieścił się tutaj 

na dole w Metropolu „Przylepiony”. 

— Tutaj na dole? przylepiony? 
— Przylepiony i kręci się przy niej. 
Kuzyn mój próbował uzyskać bliŜsze wyjaśnienia, jakie zajął stanowisko w tej sprawie? — 

— spytał. 

— Z a b a g n i o n e  — powiedział Fred z siłą. 

background image

— To małe wylanie trochę go zdumiało — tłumaczył — gdy pisał, ze wybory nie interesują 

go ani trochę lecz, ale ma nadzieję przepchać… 

— Mówiłeś, Ŝe nie wiesz co napisał. 
— Wiem  t y l k o   tyle  —  powiedział  Fred  —  nie  wiedział  nic  jak  niemowlę,  Ŝe  one  juŜ 

wyszpiegowały  wszystko  co  do  panny  Waters.  Ali  kobiety  są  tak  djabelnie  bystre,  wie  pan. 
Urodzone detektywki, jak to się wszystko skończy.… 

— DlaczegoŜ stanął w Metropolu? 
— W samym środku sceny jak przypuszczam! — powiedział Fred. 
— JakieŜ jest jego stanowisko? 
— Powiada, Ŝe musi zobaczyć się z Adeliną i wytłómaczyć wszystko — i nie robi tego… 

odkłada. Adelina znowu o ile mogę odgadnąć powiada, Ŝe jeŜeli on nie przyjdzie zaraz, to niech 
ją  powieszą,  jeŜeli  będzie  go  chciała  widzieć,  choćby  jej  serce  miała  pęknąć,  a  to  znowu 
dlatego, Ŝe nie będzie chciała go widzieć. Pan wie… 

— Naturalnie — powiedział Melville nieco niekonsekwentnie. — A on nie przychodzi? 
— Nie tusza się; 
— Czy nie widuje się z tamtą panią? 
— Nie wiemy. Nie moŜemy go p i l n o w a ć . Lecz jeŜeli widuje się, to jest mądry. 
— ? 
— Zjawiło się ze sto błogosławionych krewnych — zleciały się jak wrony do trupa. Nigdy 

nie  widziałem  takiej  masy.  Mówi  się,  Ŝe  dobre  stare  rodziny  —  wymierają!  Nigdy  nie 
widziałem tak licznej starej rodziny w mojem tyciu. Głównie ciotki… 

— Ciotki? 
Ciotki. Zbiegły się do niego. W jaki sposób dowiedziały się, nie wiem. Jak sępy. Chyba, ii 

mama. — Są jednak tutaj. Wszystkie wsiadły na niego — próbują swego wpływu — odgraŜają 
się, Ŝe skasują zapisy i tym podobne. Jest tam jedna stara panna u  Bates’ów, lady Pointying 
Mallow — była tu dwa razy. Prócz tego są tu dwie ciotki u Wampach’a zupełnie jak roślinki z 
cieplarni, dobry garnek prawdziwie zimnej wody wystarczyłby aby zabić obie. Jest takŜe jedna, 
która  przybyła  z  kontynentu  — krótkie  włosy, krótka spódnica  — prawdziwy strach  —  ona 
siedzi  w  Pawillonie.  Wszystkie  uganiają  naokoło.  —  Gdzie  jest  ta  kobieta?  coś  w  rodzaju, 
zabawy w chowankę! 

— To jest ta setka?… 
— Praktycznie tak. Te od Wampach’a posłały po biskupa, który był jego nauczycielem… 
— Nie dokazał cudu, co? 
— śadnego! 
— A czy on juŜ dowiedział się. — 
— śe  ona  jest  syreną.  Nie  wierzę,  aby  się  dowiedział.  Pater  poszedł  mu  powiedzieć. 

Oczywiście był zadyszany i zaambarasowany. A Chatteris krótko się z nim sprawił. — Tylko 
nie kaŜcie mi wysłuchiwać niczego przeciw niej, — powiedział. Pater wysłuchał tego i poszedł 
— Poczciwy stary pater. Co? 

— A ciotki? 
— Zdają  się  to  pojmować.  Głównie  obchodzi  je  fakt,  Ŝe  on  gotów  zwieść  Adelinę,  jak 

zwiódł  amerykańską  dziewczynę.  Co  do  syreny  to  zdaje  się, Ŝe  wątpią. Starzy ludzie —  nie 
lubią godzić się od razu na nowe idee. Te od Wampachów są zgorszone — ale rozciekawione. 
Ani na chwilę nie wierzą, Ŝe ona naprawdę jest syreną, ale chcą wszystko wiedzieć o tem. A ta 
z pawilonu powiedziała po prostu — Blaga! JakŜe ona moŜe oddychać pod wodą? Niech mi 
pani to powie pani Bunting. Ona jest jakąś osobą, którąście wynaleźli nie wiadomo gdzie, ale 
nie moŜe być syreną. Wsiadłyby strasznie na mamę jak myślę za to, Ŝe wynalazła tę syrenę, 
gdyby bez jej pomocy mogły dać sobie radę z Adeliną. Ładna historja — to wszystko razem, 

— Co? 
— Przypuśćmy, ze ciotki zechcą mu powiedzieć?… 

background image

— O czem? 
— O ogonie. 
— Przypuszczam, Ŝe zechcą. 
— A co wtedy? 
— Bóg wie co! Choć moŜe nie zechcą. 
Kuzyn mój medytował przez pewien czas siedząc na werandzie. 
— To mnie bawi — powiedział Fred Bunting. 
— UwaŜajno  —  powiedział  mój  kuzyn  Melville  —  czego  tu  oczekują  ode  mnie?  — 

Dlaczego proszono abym przyjechał? 

— Ja nie wiem. MoŜe aby trochę pobełtać w tem, jak przypuszczam. KaŜdy coś trochę robi 

w tej sprawie — jak przy puddingu na BoŜe Narodzenie. 

— Jednak — powiedział Melville. 
— Ja się kąpałem — powiedział Fred. — Nikt mnie nie prosił, abym cośkolwiek robił w tej 

sprawie  i  nie  zrobiłem.  MoŜe  nie  byłoby  dobrego  puddingu  bezemnie,  ale  za  to  pan  jest! 
Według mnie, jest tylko jedna rzecz do zrobienia. 

— MoŜe to właśnie najodpowiedniejsza rzecz. No powiedz co takiego? 
— Przedziurawić łeb Chatteris’owi. 
— Nie widzę coby to mogło pomódz. 
— Oh, ja nie chcę p o m ó d z , powiedział Fred, a po chwili dodał stanowczo. — To jedyna 

rzecz! — Potem zaś zbierając fałdy swojej szaty w sposób pełen godności i wsadziwszy grubą i 
długą, wygasłą fajkę między zęby, poszedł sobie. Ogon kołdry wlókł się za nim zaczepiając o 
drzwi, bose stopy klapały przez hall i ucichły na dywanie połoŜonym na schodach. 

— Fred! — zawołał Melville idąc ku drzwiom z nagłym spóźnionym zamiarem wypytania o 

pewne szczegóły. 

Ale Fred zniknął. 

background image

II 

 
Natomiast  ukazała  się  pani  Bunting.  Rysy  Jej  twarzy  wykazywały  ŚwieŜo  przebyte 

wzruszenie. 

— Telegrafowałam — powiedziała, — Mamy straszne zmartwienie… 
— Miss Waters domyślam się. — 
— Wyjechała.  —  Poszła  ku  dzwonkowi  i  zatrzymała  się.  Podadzą  lunch  jak  zwykle  — 

powiedziała — pan zapewne zostanie na lunchu. 

Podeszła ku niemu podnosząc ręce. — Nie moŜe pan sobie wyobrazić — powiedziała — to 

biedne dziecko! 

— Pani musi mi wszystko powiedzieć — rzekł Melville. 
— Po prostu nie wiem co począć. Nie wiem gdzie się zwrócić. — Podeszła bliŜej ku niemu. 

— Wszystko to co zrobiłam, panie Meville, zrobiłam w najlepszej myśli. Spostrzegłam, Ŝe z 
tego będzie zmartwienie. Mogłam zauwaŜyć, Ŝe mnie oszukiwano i wytrzymywałam, jak długo 
tylko mogłam. Nareszcie musiałam przemówić… 

Kuzyn mój za pomocą odpowiednio skierowanych pytań i za pomocą pytającego milczenia 

powoli wydobywał od niej całą historję. 

— A kaŜdy — powiedziała — gani mnie teraz. 
— KaŜdy gani zawsze kaŜdego, kto ma do czynienia cokolwiek w sprawach tego rodzaju — 

powiedział Melville. — Niech pani nie robi sobie nic z tego. 

— Będę próbować — powiedziała odwaŜnie — Pan wiesz panie Melville. 
Dotknął ręką na chwilę jej ramienia. — Tak. — powiedział z naciskiem, ja zaś sądzę, Ŝe pani 

Bunting poczuła się znacznie lepiej. 

— Wszyscy wyczekujemy pana — powiedziała. — Nie wiem cobym zrobiła bez pana. 
— Chodzi o to — powiedział Melville, — jak sprawy stoją? Co mam zrobić? 
— Pójść do niego — powiedziała pani Bunting — i wszystko naprawić. 
— Jednak, przypuśćmy — zaczął Melville z powątpiewaniem. 
— To pójść do niej. Wytłumaczyć jej czemby to było dla niego i dla nas wszystkich. 
Próbował uzyskać jakieś bardziej określone instrukcje. , — Niech pan nie robi trudności — 

błagała pani Bunting. — Niech pan pomyśli o tem biednem dziewczęciu na górze. Niech pan 
pomyśli o nas wszystkich. 

— Właśnie  powiedział  Melyille,  myśląc  o  Chatteris’ie  i  wyglądając  rozpaczliwie  przez 

okno: 

— Sądzę, Ŝe pan Bunting… 
— Tylko  pan  i  nikt  inny  —  powiedziała pani  Bunting,  pomijając  jego niewypowiedziane 

słowa. — Fred jest za młody a Randolf…! On nie jest dyplomatą. On — On się odgraŜa… 

— N a p r a w d ę ? — zawołał Melville, 
— śeby  pan był  go widział zagranicą… Często — bardzo często musiałam wdawać się i 

łagodzić… Nie, to tylko pan moŜe. Pan zna Harry’ego tak dobrze. Pan moŜe mu powiedzieć to, 
czego nikt inny nie mógłby. 

— Ach! to mi przypomina. Czy on juŜ wie? 
— Nie wiemy. JakŜeŜ moŜemy wiedzieć? Wiemy tylko, Ŝe jest omaniony i to wszystko, jest 

we Folkestone i ona jest we Folkestone i mogli się spotkać… 

Mój kuzyn próbował naradzić się sam ze sobą. 
— Niech pan powie, Ŝe pan pójdzie, — rzekła pani Bunting, kładąc mu rękę na ramię. 
— Pójdę — powiedział Melvilie. Lecz nie wiem czy potrafię co sprawić! 
Pani  Bunting  uderzyła  na  to  swemi  obiema  krótkiemi  i  pulchnemi  dłońmi  jego  dłoń  i 

powiedziała,  Ŝe  od  dawna  juŜ  wiedziała,  Ŝe  on  zechce  pójść  i  Ŝe  będzie  mu  wdzięczna  do 

background image

ostatniego tchu za to, Ŝe tak natychmiast przybył na jej telegram a potem dodała, jakby to było 
dalszym ciągem tego samego zdania, Ŝe on zapewne ryczy sobie lunchu. 

Przyjął propozycję lunchu mimochodem i powrócił do badań. 
— Czy pani wie, jakie on zajął stanowisko w tej sprawie… 
— Pisał tylko do Addy. 
— Czy to nie on wywołał ten kryzys. 
— To  Addy  wywołała,  On  przyjechał,  a  pewne  szczegóły  jego  zachowania  się 

spowodowały, Ŝe napisała do niego i spytała dlaczego? jak tylko otrzymała jego list, w którym 
pisze, Ŝe chciałby na pewien czas usunąć się od polityki i Ŝe z jakiegoś powodu nie zdają mu 
się,  aby  znajdował  zainteresowanie  w  tem  Ŝyciu,  tak  jakby  ono  na  to  zasługiwało,  odgadła 
wszystko… 

— Wszystko? — lecz co to j e s t  to wszystko? 
— śe ona go uwiodła? 
— Panna Waters? 
— Tak. 
Mój kuzyn rozwaŜał. To więc nazywało się wszystkiem! — Chciałbym wiedzieć jak daleko 

on zaszedł — rzekł w końcu i poszedł za panią Bunting na lunch. — W czasie tej uczty, która 
odbyła się tête–à–tête, okazało się w sposób gość niezadawalający, jaką ulgą dla pani Bunting 
była  zgoda  Melville’a  na  rozmówienie  się  z  Chatteris’em.  Zdawała  istotnie  uwaŜać  się  za 
uwolnioną  od  znacznej  części  odpowiedzialności  odkąd  Melville  podzielił  z  nią  to  brzemię. 
Naszkicowała plan swojej obrony przeciw oskarŜeniom, które zostały ku niej skierowane tak 
jawnie jak i skrycie. 

— JakieŜ  ja  mogłam  przewidzieć?  —  spytała  i  zaczęła  znowu  od  początku  opowiadać 

historję  tego  pamiętnego  wylądowania,  jednakowoŜ  z  nowymi,  zmodyfikowanymi 
szczegółami. Sama przecieŜ Adelina pierwsza zawołała: — Musimy ją ocalić! — powiedziała 
pani Bunting kładąc na to specjalny nacisk. — I cóŜ innego miałam wtedy począć? — spytała. 

Kiedy tak rozpowiadała, problem, którego rozwiązania podjął się mój kuzyn, wzrastał przed 

nim do wielkich i coraz większych rozmiarów. Coraz bardziej i bardziej zdawał sobie sprawę z  
zawikłanej sytuacji, której rozplataniem obarczono go. 

Przedewszystkiem, nie było bynajmniej pewnem, Ŝe panna Glendower zgodzi się na powrót 

swego narzeczonego, chyba pod pewnemi warunkami, był zaś zupełnie pewny, Ŝe syrena nie 
zrezygnuje z Ŝadnego ze swych uroków trzymających Chatteris’a w jej władzy. Gotowała się 
zatem  między  niemi  Ŝywiołowa  walka.  Coraz  jaśniejszem  stawało  się  jak  zasadniczo  pani 
Bunting nie doceniała istotnej natury syreny, jak bezwzględnie uwaŜała tę sprawę jedynie za 
zwykłe  nieporozumienie,  za  pospolity  objaw  chęci  umizgów, objaw właściwy męŜczyznom, 
być  moŜe  głęboko  ukrywany  lecz  nie  dający  się  nigdy  radykalnie  usunąć  i  z  jaką  ufnością 
oczekiwania  od  niego  przywrócenia  w  całej  sprawie  dawnej  harmonji  za  pomocą  nie  wielu 
taktownych przedstawień i małego nacisku. A co do Chatteris’a — Melville po trząsł głową do 
sera i odpowiadał z roztargnieniem pani Bunting. 

background image

III. 

 
— Pragnie pomówić z panem — rzekła pani Bunting, a Melville z pewną tremą poszedł na 

górę. Wyszedł aŜ na wielki podest z kanapkami, aŜeby oszczędzić Adelinie trudu schodzenia w 
dół. Ukazała się w sukni czarnej z fioletowem, ubranej suto kortokami, a jej czarne włosy były 
uczesane z pewną bezpretensyonalną prostotą z czym było jej do twarzy. Była blada i znać było 
ś

lady łez na jej twarzy, jednak w zachowaniu wykazywała pewną godność co było odmienne od 

jej  zwykłego  występowania  beŜ  dbałości  o  siebie.  Podała  mu  rękę  ruchem  omdlałym  i 
przemówiła głosem wyczerpanym: 

— Czy pan wie… wszystko? — spytała. 
— Przynajmniej powierzchownie. 
— Dlaczego on mi to zrobił? 
Melville spoglądał przez pewien czas z głębokiem współczuciem. 
— Czuję — powiedziała — Ŝe to nie jest zwykłą podłość. 
— Z pewnością nie — powiedział Melville. 
— To jakaś tajemnica, dotycząca jego wyobraźni, której nie mogą zrozumieć. Sądziłam, — 

Ŝ

e powinna była wpłynąć na niego, w kaŜdym razie — myśl o karjerze… Wstrząsnęła głową i 

wpatrzyła się w wazon paproci. 

— Pisał do pani? — spytał Melville. 
— Trzy razy — odpowiedziała podnosząc oczy. Melville wahał się czy wypytywać o treść 

te] korespondencji, lecz oszczędziła mu tego. 

— Musiałam go wypytywać — powiedziała. — Ukrywał wszystka przede mną i musiałam z 

trudem wydobywać niego, zanim wyjawił. 

— Wyjawił! — rzekł Melville — co? 
— To co czuł dla niej i to co czul dla mnie. 
— Lecz czy on to…? 
— Wyjaśnił to nieco. Lecz nawet teraz jeszcze. Nie, nie rozumiem. 
Zwróciła się powoli ku Melvitle’owi i badała twarz jego, podczas gdy przemawiała. Wie pan 

Panie Melville, Ŝe to było niezwykłem wstrząśnieniem dla mnie. Przypuszczam, Ŝe nigdy nie 
znałam go naprawdę dokładnie. Przypuszczam, Ŝe — idealizowałam go. Myślałam, Ŝe dbał o 
— nasze dzieło przynajmniej… On dbał o nasze dzieło. Wierzył w nie… Z pewnością w nie 
wierzył 

— On wierzy — powiedział Melville. 
— JeŜeli sądzić po. — Lecz jak on mógł? 
— On jest człowiekiem o nieco wybujałej wyobraźni. 
— Albo słabej woli? 
— Względnie — tak. 
— To  takie  dziwne  —  westchnęła.  Takie  bez  związku.  Jakby  dziecko  chwytające  nową 

zabawkę.  Czy  pan  uwierzy  panie  Melville  —  zawahała  się  —  wszystko  to  sprawiło,  Ŝe 
poczułam  się  s t a r ą .  Czuję  się  daleko  starszą, daleko bardziej doświadczoną, niŜ on.  Mimo 
woli. Obawiam, iŜ Ŝe to los wszystkich kobiet… odczuwać tak czasami. 

RozwaŜała głęboko. W s z y s t k i c h  kobiet… MęŜczyzna — dziecko! Teraz widzę co Sarah 

Grand rozumiała pod tem. 

Uśmiechnęła  się  słabo.  —  Czuję  jakby  on  postąpił  jak  krnąbrne  dziecko.  —  A  ja  —  ja 

u w i e l b i a ł a m  go panie Melville — powiedziała i głos jej zadrgał. 

Kuzyn  mój  odkaszlnął i odwrócił  się  aby  spojrzeć  w  okno…  Czul, Ŝe  nie  dorósł  zadaniu 

bardziej  niŜ  oczekiwał.  Gdybym  wiedziała,  Ŝe  ona  potrafi  go  uszczęśliwić  —  odezwała  się, 
pozostawiając niedomówioną gotowość poświęcenia siebie samej. 

background image

— Sprawa jest — skomplikowana powiedział Melville. Mówiła dalej z rezygnacją głosem 

wyraźnym i nieco wyŜszym. 

— Jednak ona nie zrobi tego. — Nie będzie dbała i zrujnuje — wszystkie jego lepsze strony 

— cała jego wartość istotną. 

— Czy on — zaczął Melville i zawahał się ze względu ma śmiałość pytania, które chciał 

postawić. 

— CóŜ? powiedziała. 
— Czy on prosił o zwolnienie ze słowa? 
— Nie… on pragnie powrócić do mnie. 
— A pani? 
— On nie wrócił. 
— Lecz czy pani — czy pani pragnie aby wrócił? 
— JakŜeŜ  mogę  powiedzieć  to  panie  Melyille.  On  nawet  wyraźnie  nie  powiedział,  Ŝe 

pragnie powrócić. 

Kuzyn mój był zmieszany. Dotychczas powierzchownie wzruszał się, jednak te komplikacje 

w całej sprawie, które obecnie pojął, wyprowadziły go z równowagi 

— Nadchodzą chwile — mówiła gdy mi się zdaje, Ŝe moja miłość ku niemu umarła… JeŜeli 

pomyśleć o tem rozczarowaniu! o tem wstrząśnieniu — zdradzeniu takiej słabości. 

Kuzyn mój podniósł brwi i wstrząsnął głową potakująco. 
— Skonstatować, Ŝe to kolos — o glinianych nogach! 
Nastąpiła pauza. 
— Zdaje mi się wtedy, Ŝe nigdy go nie kochałam, A potem — skoro pomyślę czem mógłby 

jeszcze być. 

Ton jej głosu spowodował, Ŝe Melville spojrzał na nią i zobaczył, Ŝe usta ma ściśnięte, a łzy 

płyną po jej policzkach. 

Zdawało  się  memu  kuzynowi,  jak  powiada,  chciałby  był  dotknąć  jej  ręki  dla  wyraŜenia 

sympatji, a potem znowu zdawało ma się, i nie chciałby. Słowa jej brzmiały mu w uszach przez 
chwilę a potem powiedział z ociąganiem: — Mógłby jeszcze osiągnąć to wszystko. 

— Przypuszczam, Ŝe mógłby — powiedział powoli i bez zapału. Płacz ostał. 
— Czem ona jest? — zmieniła nagle temat. Czem jest ta istota, która wdarła się pomiędzy 

niego, a całe realne Ŝycie? Co w niej jest takiego?… i dlaczego ja mam współzawodniczyć z nią 
poniewaŜ on — poniewaŜ on nie zna siebie samego. 

— Dla  męŜczyzny  —  powiedział  Melville  poznać  siebie  samego  to  —  pozbawić  się 

największego zainteresowania w Ŝyciu. Potem — to tylko konserwowanie wystygłego wulkanu 
(jeŜeli to był w ogóle wulkan). 

RozwaŜał  przez  chwilę  w  sposób  egoistyczny.  Potem  na  skutek  sekretnego  impulsu 

powrócił do jej sprawy: 

— CóŜ  takiego  —  powiedziała  z  tem  wyrozumowanem  usiłowaniem  jasnego  stawiania 

kwestji, co było jedną z niemiłych jej właściwości dla Melville’a. — a cóŜ takiego ona moŜe 
mu ofiarować, czegobym j a ? — 

Melville  wzdrygnął  się  na  tę  jawną  propozycję  przestraszających  porównań.  Cała,  jego 

kocia  dusza  stanęła  do  apelu.  Zaczął  krąŜyć  na  brzeŜkach  i  kręcić,  omijając  sedno  kwestji. 
Droga pani zaczął i próbował skleić jakąś wystarczającą odpowiedź. 

— J a k a  jest róŜnica? — nastawała. 
— To są niedostrzegalne rzeczy — wymawiał się Melville — nieuchwytna dla umysłu i nie 

do opisania. 

— Lecz  niechŜe  pan  —  naciskała,  —  niechŜe  pan  zajmie  jakieś  stanowisko,  pan  musiał 

odnieść jakieś wraŜenie. Dlaczego! pan nie. — Czy pan nie widzi pan! Melville, Ŝe to jest dla 
mnie — głos jej załamał się chwilowo — kwestja bardzo Ŝywotna. — To nie ładnie z pańskiej 

background image

strony, jeŜeli pan odniósł jakie wraŜenia. — Martwi mię jeŜeli Ŝądam zbyt wiele od pana panie 
Melville. Jednak ja — ja pragnę wiedzieć. 

— Melville’owi przyszło na chwilę do głowy, Ŝe w tej dziewczynie jest jednak coś więcej, 

coś czego nie dostrzegał poprzednio. 

— Muszę przyznać, Ŝe odniosłem pewne wraŜenia — powiedział. 
— Pan  jest  męŜczyzną,  pan  go  zna,  pan  zna  rozmaite  sprawy,  rozmaite  poglądy  na  tego 

rodzaju sprawy, ja nie wiem. Gdyby pan zechciał — być zupełnie otwartym. 

— Dobrze powiedział Mehrille i zatrzymał się. Oczekiwała jego słów, z natęŜoną uwagą, 

nastąpiła chwila napiętego milczenia. 

— I s t n i e j e  róŜnica — przyznał i ciągnął dalej nieporadnie. 
— JakŜeŜ mam to wyrazić? Sądzę, Ŝe między panią a nią jest kontrast, który do pewnego 

stopnia ułatwia jej sprawę. 

— On ma — wie pani, o n  tego ale przytoczy na swoją obronę — on ma temperament, do 

którego ona potrafi czasem zaapelować bardziej niŜ pani. 

— Tak wiem, lecz j a k ? 
— No, Ŝe tak powiem. 
— Proszę mi powiedzieć. 
— Pan jest surowa. Pani jest powściągliwa. śycie — dla człowieka takiego jak Chatteris — 

jest rodzajem niemiłej szkoły. Miał w niem chwile czegoś — czegoś moŜe bardziej godnego 
przeŜycia niŜ większość nas miała — lecz sądzę, Ŝe czasem — Ŝycie jest twardsze dla niego niŜ 
dla wielu z nas. śycie ma dla niego, swoje ograniczenia i uregulowania. On zna bardzo dobrze 
swoje obowiązki. A p a n i  — pani nie obrazi się z powodu tego, Ŝe powiem moŜe za duŜo — 
mogę się mylić. 

— Proszę mówić — proszę mówić dalej. 
— Pani zanadto — była nadzorcą generalnym jego obowiązków. 
— PrzecieŜ naprawdę — czemŜe innem? 
— Rozmawiałem z nim w Londynie i wtedy sądziłem, Ŝe on jest w błędzie. Od tego czasu 

rozmyślałem o rozmaitych rzeczach — nawet o tem, Ŝe pani mogłaby się mylić. W pewnych 
drobiazgach. 

— NiechŜe pan nie oszczędza mojej próŜności teraz — zawołała — Proszę mi powiedzieć. 
— Widzi  pani,  pani  miała  zwyczaj  określać  wszystko  —  bardzo,  jasno.  Pani  określiła 

wyraźnie jakich czynów oczekuje pani od niego i czem on ma się stać. To jest coś podobnego 
do budowania  domu,  w  którym  on  ma  Ŝyć.  Dla  niego pójście  za  nią jest  jakby  wyjściem na 
zewnątrz  z  tego  domu  bardzo  pięknego  i  zacnego  domu,  w  jakieś  przypuszczam,  szersze 
przestrzenie, w coś awanturniczego i nieprzewidzianego. — Ona jest — ona wydaje się być — 
n a t u r a l n ą . Jest tak wolna i nie podlegająca prawom jak zachód słońca, jest tak swobodna i 
swojska, jak podmuch wiatru. Ona nie będzie go kochać, jeŜeli mam to juŜ tak określać, za to, 
Ŝ

e on będzie tem, a ganić go za t a m t o . Ona jest jak niebo, jak przepaście, Jak lot ptaków, jak 

falujące morze. Tem jest ona dla niego, jak sądzę — czemś z tamtej strony. Pani — pani zaś 
jest. — Zawahał się. 

— Niech pan kończy — nastawała — niech pan mi da poznać pańską myśl. 
— Pani jest jakby domem… ja nie mam jego upodobań — powiedział Melviile — jestem 

domowym kotem, gdybym znalazł się na zewnątrz, na pewno skrobałbym do drzwi i miauczał. 
Nie chcę wychodzić na zewnątrz. Myśl ta przeraŜa mnie. On jednak jest inny. 

— Tak — powiedziała — on jest odmienny. 
Przez chwilę zdawało się, Ŝe interpretacja Melvilie’a robi na niej wraŜenie. PogrąŜyła się w 

myślach. — Powoli przesiąkały w jej umysł odmienne poglądy. 

— Oczywiście  —  powiedziała  patrząc  w  zamyśleniu  na  niego  —  tak.  Tak.  To  jest  to 

wraŜenie. To jest ten rodzaj. Lecz w rzeczywistości — oprócz efektów i wraŜeń istnieją inne 
rzeczy  na  świecie  Ostatecznie  —  to  jest  tylko  analogia.  To  bardzo  miło  wyjść  z  domu  i  z 

background image

mieszkania  n  otwartą  przestrzeń,  lecz  większość  nas,  nieledwie  wszyscy  musimy  Ŝyć  w 
domach. 

— Z pewnością — rzekł Melville. 
— On nie moŜe przecieŜ. — Co on będzie z nią robił? Jak będzie z nią Ŝył? Jakie będzie to 

ich wspólne Ŝycie? 

— To  będzie  dziełem  przypadkowych  ponęt  —  powiedział  Melville  —  a  nie  czemś 

uplanowanem. 

— Ostatecznie — powiedziała — on musi powrócić — jeŜeli zgodzę się na to. Mógłby teraz 

wszystko zepsuć, mógłby stracić wybory i być zmuszony do rozpoczynania na nowo, pontony i 
z mniejszą ufnością, z rozdarłem sercem. 

Zatrzymała się łkając. 
— Panno  Glendower  —  powiedział  Melville  krótko  —  nie  sądzę  aby  pani  zupełnie 

zrozumiała. 

— Zrozumiałam co? 
— Pani sądzi, Ŝe on nie moŜe oŜenić się z tą — tą istotą, która znalazła się wśród nas? 
— JakŜeŜ mógłby? 
— Nie  —  nie  mógłby.  Pani  sądzi,  Ŝe  jego  wyobraźnia  odwróciła  się  od  pani  ku  czemuś 

niemoŜliwemu, Ŝe ogólnie wziąwszy porwał się w sposób bez celowy na coś, co jest niczem i 
zrobił  z  siebie  niepoczytalnego  szaleńca  i  Ŝe  cały  problem  jest  po  prostu  kwestją  ułoŜenia 
wszystkiego z powrotem na swoje miejsce. 

Zrobił pauzę, ona zaś milczała jednak poznać było, Ŝe słucha z uwagą. 
— To czego pani nie rozumie — ciągnął — czego nikt nie zdaje się pojmować, jest to, Ŝe 

ona przybywa. 

— Stamtąd z morza. 
Z zewnątrz, z jakiegoś innego świata. Przybywa, szepcąc, Ŝe to nasze Ŝycie jest ułudą Ŝycia, 

jest nierealne, nędzne, ograniczone, pełne rozczarowań. 

— Tak, Ŝe on. 
— Tak, a potem szepce: I s t n i e j ą   p i ę k n i e j s z e   s n y ! 
Panna Glendower spoglądała nań widocznie ogłuszona. 
— Wskazuje na te nieznane piękniejsze sny, szepce w taki sposób… 
— W j a k i  sposób? 
— Ja nie wiem w jaki. Jest w tem coś — coś, co wstrząsa tym gmachem codziennego Ŝycia. 
— Pan sądzi, Ŝe? 
— Ona  jest  syreną,  jest  istotą  będącą  przedmiotem  snów  i  poŜądań,  jest  podszeptem  i 

pokusą. Ona chce go znęcić, aby poszedł za nią. 

— Zatrzymał się. 
— D o k ą d ? — szepnęła 
— W głębiny — 
— Głębiny? 
RozwaŜali  przez  chwilę  z  natęŜeniem.  Melville  z  wysiłkiem  wyszukiwał  coś,  coby,  nie 

określało rzeczy bezpośrednio i nie mógł znaleść tego. Wreszcie wyrzucił ze siebie. — Jedna 
jest tylko droga do wydobycia się z tego snu, w którym jesteśmy pogrąŜeni, wie pani. 

— A ta droga? 
— Ta droga — zaczął Melyille i nie śmiał powiedzieć. 
— Czy  pan  sądzi  —  zaczęła  z  pobladłą  twarzą  napoi  poczynając  pojmować,  Ŝe  ta  droga 

to.…? 

Melville nie wypowiedział tego słowa. Spojrzał jej w oczy i skinął lekko głową. 
— Lecz jakŜeŜ? — spytała 
— W  kaŜdym  razie  —  rzekł  pospiesznie  szukając  jakiegoś  ochronnego  frazesu  —  w 

kaŜdym razie jeŜeli ona go pozyska — nie będzie dla niego powrotu. 

background image

— Nie będzie powrotu? — powiedziała. 
— Nie będzie powrotu — powtórzył Melville. 
— Jest pan tego pewny? — powątpiewała. 
— Pewny? 
— śe tak jest? 
— śe Ŝądza jest Ŝądzą, a głębina jest głębiną — tak. — — Nigdy nie myślałam — zaczęła i 

zatrzymała się, 

— Panie Melyvle — powiedziała — wie pan ja nie rozumiem. — Myślałam — właściwie 

dobrze  ni  wiem  co  myślałam.  Sądziłam,  Ŝe  on  był  powierzchowny  i  szalony  pozwalając 
zbłąkać  ślę  swoim  myślom.  Przyznaję  —  pojmuję  pańskie  dowodzenie  —  co  do  róŜicy 
wraŜenia jakie robimy obie na niego. Lecz ta — ta sugestja, Ŝe ona moŜe być dla niego czemś, 
na czem wszystko dla niego skończy i ustanie. — Ostatecznie, o n a . 

— Ona sama jest niczem — powiedział — Ona jest jakby ręką sięgającą po niego, czemś, co 

zastępuje rzeczy niewidoczne. 

— Jakie rzeczy niewidoczne? 
Mój kuzyn ruszył ramionami. — Czemś czego nigdy w Ŝyciu nie osiągniemy — powiedział 

— czemś czego wiecznie poszukujemy. 

— Lecz co takiego? — spytała. 
Melville  nie  opowiedział.  Przez  chwilę  badała  wyraz  jego  twarzy,  a  potem  wyjrzała  na 

ś

wiatło słoneczne. 

— Czy pani pragnie aby wrócił? — powiedział. 
— Nie wiem, 
— Czy pani pragnie aby wrócił? 
— Czuję jak gdybym nigdy przedtem Ŝe pragnęła go. 
— A teraz? 
— Tak Lecz — jeśli on nie chce wrócić? 
— Nie zechce wrócić — powiedział Melville — do pracy. 
— Wiem. 
— Nie  zechce  wrócić  spowodowany  szacunkiem  dla  siebie  samego  —  ani  z  powodu 

Ŝ

adnych takich rzeczy. 

— Nie. 
Te rzeczy wie pani, są tylko lichem snem. Cały gmachu który patii wykonała dla niego jest 

snem. — Lecz — 

— Lecz cóŜ? 
— Mógłby wrócić — powiedział, spojrzał na nią i zatrzymał się. — Opowiada mi, Ŝe miał 

jakiś  niejasny  zamiar,  pobudzenia  jej,  porwania,  zmuszenia  do  rozwinięcia  jakiejś 
romantycznej  mocy,  jakiegoś  wybuchu  namiętności,  któraby  mogła  jeszcze  pozyskać  na 
powrót  Chatteris’a,  a  potem  w  jednej  chwili,  jak  pod  podmuchem  wiatru  rozmyślił  się,  jak 
szaloną była ta zachcianka. Stała oto przed nim, nie znająca sama siebie, Ŝyjąca w określonych 
granicach, inteligentna, dobrze myśląca, skłonna do naśladowania wzorów i bezsilna. Jej poza, 
jej  twarz,  nie  mówiły  o  niczem  więcej,  jak  tylko  o  jasnych  i  wyrozumowanych  zarzutach 
przeciwko teru, co ją spotkało, o krytycznym antagonizmie, o stałej opozycji. A wtem, nagle, 
zmieniła  się.  Spojrzała  na  niego  i  nagle  wyciągnęła  obie  ręce  z  takim  wyrazem  w  oczach, 
jakiego nie widział przedtem. Melville ujął mechanicznie obie jej ręce i przez sekundę lub dwie 
oboje stali, spoglądając na siebie wzajem, jakby odkryli nieznane sobie przedtem rzeczy. 

— Niech pan ma doniesie — powiedziała — ze zdumiewającą prostotą  — aby wrócił do 

mnie. Nie moŜe go tam nic innego oczekiwać, czego nie mogłabym mu ofiarować. Niech pan 
mu powie, aby wrócił do mnie! 

— I —? 
— Proszę mu t o  powiedzieć, 

background image

— Przebaczenie? 
— Nie! Niech pan mu powie, Ŝe pragnę go. JeŜeli dla tego nie przybędzie nie przybędzie dla 

niczego. JeŜeli na to nie przybędzie — zatrzymała się na chwilę — to nie pragnę go. Nie! nie 
pragnę go. Nie jest moim i moŜe pójść. 

Poczuł uścisk jej, dotychczas bezwładnych rąk. Potem rozłączyli dłonie. 
— Pan jest bardzo dobry, pomagając nam — powiedziała, gdy zwrócił się aby wyjść. 
Spojrzał na nią. — Pan jest bardzo dobry, pomagając mi — powiedziała, a potem: — Niech 

pan mu powie, co pan chce, aby tylko powrócił do mnie… Nie! Proszę mu powiedzieć to, co 
mówiłam.  —  ZauwaŜył,  Ŝe  ona  chce  jeszcze  coś  dodać  i  zatrzymał  się.  —  Wie  pan,  panie 
Melville, Ŝe to wszystko przedstawia mi się jak świeŜo otworzona ksiąŜka. Czy pan jest pewny? 

— Pewny? 
— Pewny tego co pan mówił — pewny tego, czem ona jest dla niego — pewny, Ŝe jeśli on 

pójdzie to — zatrzymała się. 

Skinął głową. 
— To znaczy! — powiedziała i zatrzymała się znowu. 
— śe to nie jest awanturą, wybrykiem, lecz wyjściem na zewnątrz z tego wszystkiego, co to 

nasze Ŝycie moŜe ofiarować. 

— To znaczy — nastawała — to znaczy? 
— Ś m i e r ć  — powiedział Melville z mocą i przez chwilę oboje stali bez słów. 
Wzdrygnęła się, patrząc mu ciągle w oczy. Potem powtórzyła. 
— Panie Melville niech pan mu powie, aby wrócił do mnie. 
— I ? 
— Niech pan mu powie, aby wrócił do mnie albo — jakiś dźwięk namiętny zabraniał w jej 

głosie — ja nie mam władzy nad nim i niech idzie swojemi drogami. 

— Lecz — zaczął Melvilte. 
— Wiem — krzyknęła z twarzą zastygłą. — Wiem. — Lecz jeŜeli jest moim, wróci do mnie, 

jeŜeli nie — niech prześni swój sen. 

Zacisnęła ręce mówiąc to. Zobaczył po jej twarzy, Ŝe nie chce juŜ nic więcej powiedzieć i 

pragnie zostać sama. Zwróć ł się ku schodom. Rzucił na nią okiem i pociął schodzić w dół. 

Ody na zakręcie schodów spojrzał do góry ujrzał, Ŝe stała ciągle w świetle. 
Chciał w jakiś sposób zaznaczyć współczucie, tęcz nie mógł wy myśleć nic lepszego niŜ — 

Zrobię,  co  tylko  będę  mógł.  —  Tak  więc,  poczekawszy  chwilę  zniknął  z  jej  oczu,  nieco 
potykając, się. 

background image

IV. 

 
Po  tym  interviewie,  byłoby  słusznem  i  właściwem,  aby  Melville  poszedł  wprost  do 

Chatteris’a,  lecz  na  tym  świecie  bieg  wypadków  okazuje  czasami  poŜałowania  godne 
lekcewaŜenie rzeczy słusznych i właściwych. Było przeznaczone, Ŝe tego dnia pozna rozmaite 
punkty widzenia w tej sprawie — po największej części niesympatyczne. 

Znalazł  panią  Bunting  w  towarzystwie  jakiegoś,  śmiało  ugarnirowanego  kapelusza 

damskiego, oczekującego widocznie na to, aby go pochwycić. 

Ody schodził w dół przejęty tem co się działo przed chwilą, śmiało ugarnirowany kapelusz 

damski ukazał pod sobą blade oblicze rezolutnej osoby w trzeźwych, płóciennych trzewikach. 
Ta obca osoba, jak pani Bunting wyjawiła była to lady Poynting Mallow, jedna z najbardziej 
reprezentatywnych ciotek Chatteris’a. Jej lordowska mość postawiła niewielką ilość pytań co 
do  Adeliny,  jednem  okiem  biorąc  miarę  z  figury  Melville’a  a  potem  zgodziwszy  się  na 
mnóstwo  rzeczy,  które  pani  Bunting  miała  do  powiedzenia,  poddała  myśl,  Ŝe  powinien  ją 
eskortować do jej hotelu. Był zbyt zajęty Adeliną, aby dyskutować o tej propozycji. — Idę — 
powiedziała — pójdziemy wzdłuŜ niŜszej drogi. 

Spostrzegł się po chwili, Ŝe idzie. 
ZauwaŜyła, skoro tylko drzwi Buntingów zamknęły się za nimi, Ŝe to zawsze jest wygoda 

mieć do czynienia z męŜczyzną; potem zapanowało milczenie przez pewien czas. 

Nie sądzę aby Melville dokładnie zdawał sobie sprawę z tego, Ŝe ma towarzyszkę. Jednak w 

pewnej chwili, jego medytacje przerwał mu jej głos. Otrząsł się. 

— Przepraszam najmocniej — powiedział. 
— Ta kobieta, ta Buntingowa, to warjatka — powtórzyła Lady Poynting Mallow. 
Nastąpiła krótka przerwa dla rozwaŜań. 
— Jest moją bliską i dawną znajomą, z którą Ŝyję w przyjaźni — powiedział Melville. 
— Zapełnie moŜliwe — powiedziała Lady Poynting Mallow. 
Pozycja  Melville’a  wydawała  mu  się  przez  chwilę  niewygodną.  Kopnął  kawałek  skórki 

pomarańczy na środek drogi. 

— Chciałabym poznać do dna to wszystko — powie — działa Lady Poyating Mallow. — 

Kto jest ta druga kobieta? 

— Co za druga kobieta? 
— Tertium quid — powiedziała Lady Poynting Maltow ze światłym brakiem poprawności. 
— Jest syreną, jak sądzę — powiedział Melville. 
— Jakie są zarzuty przeciwko niej? 
— Ogon. 
— Prawdziwy i całkowity? 
— Kompletny. 
— Czy pan jest tego pewny? 
— Zupełnie? 
— Skąd pan to wie? 
— Jestem tego pewny — powtórzył Melville mrukliwie, co było u niego niezwykłem. 
Lady zastanawiała się chwilę. 
— No tak, istnieją na świecie gorsze rzeczy niŜ rybi ogon — powiedział w końcu. 
Melville nie widział konieczności odpowiadania na to. 
— Hm — zauwaŜyła Lady Poynting Mallow, widocznie jako komentarz do jego milczenia i 

przez chwilę szli dalej. 

— Ta dziewczyna, ta Glendower to takŜe warjatka — dodała po chwili. 

background image

Mój kuzyn  otworzył  usta  i  zaniknął je na powrót.  Jak  tu  moŜna  odpowiadać, jeŜeli dama 

przemawia w ten sposób? Lecz jeŜeli nie odpowiedział, to w kaŜdym razie jego roztargnienie 
znikło. Był teraz mocno rozciekawiony zdeterminowaną osobą, której towarzyszył. 

— Czy ona ma majątek? — spytała krótko. 
— Panna Glendower? 
— Nie. O n i e j  wiem juŜ wszystko. Tamta druga, 
— Syrena? 
— Tak syrena. Niech będzie syrena. 
— Oh  o n a .  Bardzo  znaczny  majątek.  Galleony,  Fenickie  okręty  ze  skarbami,  zatopione 

fregaty, podmorskie skarby. 

— Dobrze, to wszystko  w porządku. A teraz zechciej mi pan powiedzieć, panie Melville, 

dlaczegoby Harry nie miał oŜenić się z nią? CóŜ z tego, jeŜeli ona jest syreną! To nie jest nic 
gorszego  niŜ  amerykańska  kopalnia  srebra  i  zupełnie  nie  takie  świeŜo  upieczone  i  źle 
wychowane. 

— Po pierwsze chodzi o to, Ŝe on jest zaręczony. 
— Och to! 
A po drugie chodzi o to, Ŝe ona jest syreną. 
— Sądziłam przecieŜ, Ŝe o n a . 
— Ona jest syreną. 
— To  nie  jest  przeszkodą.  O  ile  mogę  przewidzieć,  będzie  doskonałą  Ŝoną  dla  niego.  A 

przedewszystkiem  będzie  mogła  pomagać  tam  w  głębi.  Ten  członek  tam,  będzie  zdolny  do 
walki.  Ten  Sassoon  —  robi  majątek  na  kablach  podmorskich.  Nie  moŜe  być  lepiej.  Harry 
będzie mógł pobić go łatwo. To jest wszystko jak naleŜy… Dlaczego on nie miałby jej dostać? 

Wetknęła  ręce  głęboko  w  kieszeni  swej  okrywki  i  spojrzała  na  Melville’a  swemi 

porcelanowo — niebieskiemi oczyma z pod kresy śmiało garnirowanego kapelusza. 

— — Czy pani rozumie to naleŜycie, Ŝe ona jest prawdziwą syreną z realnym, fizycznym 

ogonem? 

— No i cóŜ? — powiedziała Lady Poynting Mallow. 
— Pomijając juŜ jakąkolwiek kwestię w związku z panną Glendower. 
— Rozumie się. 
— Sądzę, Ŝe taki mariaŜ będzie niemoŜliwy. 
— Dlaczego? 
Mój  kuzyn  zaczął  obchodzić  kwestję  dookoła.  —  Na  przykład  ona  jest  nieśmiertelną,  z 

przeszłością. 

— Po  prostu  jest  z  tego  powodu  bardziej  interesująca.  Melville  starał  się  zająć  jej  punkt 

widzenia. — Pani sądzi — powiedział — Ŝe ona zechce dla niego udać się do Londynu i wziąć 
ś

lub w kościele St. George Hanower Sąuare, i postarać się o pałacyk na Park Lane i składać 

wizyty wszędzie, idzie jemu będzie się podobało. 

— Właśnie to ona na pewne zechce zrobić. Teraz gdy dwór poczyna się budzić. 
— Tego właśnie, na pewno ona nie zechce zrobić — powiedział Melville. 
— AleŜ kaŜda kobieta zechce to zrobić — jeśli tylko ma szansę. 
— Ona jest syreną, 
— Ona jest warjatka — powiedziała Lady Poynting Mallow. 
— Ona nawet nie ma zamiaru zaślubić go, to się nie mieści w jej kodeksie. 
— CóŜ sobie to dziewczynisko myśli? 
Mój kuzyn wskazał na morze — to — powiedział — ona jest syreną 
— Co? 
— Tam. 
— Gdzie? 
— Tam. 

background image

Lady  Poynting  Mallow  zaczęła  badać  uwaŜnie  morza,  jakby  zupełnie  nieznany,  nowy 

objekt. — To dosyć rybie widoki dla rodziny — powiedziała po namyśle. — Jednak, nawet w 
tym wypadku — jeŜeli ona nie dba o socjetę i jeŜeli to uszczęśliwi Harry’ego — a moŜe później 
jeŜeli znudzą się tą — sielanką. 

— Sądzę,  Ŝe  pani  —  przecieŜ  nie  zdaje  sobie  sprawy  z  tego,  Ŝe  ona  jest  syreną  —  rzekł 

Melville — A Chatteris jak pani wie oddycha powietrzem. 

— To jest pewna przeszkoda — przyznała Lady Poynting Mallow i zaczęta studjować przez 

chwile światło słoneczne grające na morzu. 

— Nie widzę powodu, dla któregoby nie moŜna rozwiązać tego wszystkiego zadowalająco 

— rozstrzygnęła po pewnym czasie. 

— To nie moŜe być — powiedział Melyille sucho i z naciskiem. 
— Czy ona dba o niego? 
— Przybyła tu po to aby go zabrać. 
— JeŜeli go tak strasznie pragnie, to on moŜe stawiać warunki. W takich wypadkach, jedna 

albo  druga  strona  zawsze  musi  zapłacić.  W  kaŜdym  razie  będzie  musiała  wyjść  za  niego  za 
mąŜ. 

Mój kuzyn oglądał jej twarz zadowoloną, a nie dającą się przeniknąć. 
— Mógłby  mieć  jacht  i  dzwon  nurkowy  poddała  —  jeŜeli  ona  zechce  z  nim  odwiedzać 

swoich. 

— Oni są pogańskimi półbogami, jak sądzę i Ŝyją w morzu śródziemnem. 
— Drogi  Harry  jest  sam  poganinem  tak,  Ŝe  to  nic  nie  szkodzi,  a  co  do  tego,  Ŝe  są 

mitologiczni — to wszystkie dobre rodziny są takie. Mógłby nawet nosić ubranie nurka tylko 
trzebaby znaleść jakieś w któremby mu było do twarzy. 

— Nie sądzę, aby cokolwiek tego rodzaju było potrzebne właśnie w tej chwili. 
— Po prostu dlatego, Ŝe pan nigdy nie był „zakochaną kobietą” powiedziała Lady Poynting 

Mallow, tonem osoby ogromnie doświadczonej. 

Kontynuowała  dalej  konwersację.  JeŜeli  ona  potrzebuje  koniecznie  wody  morskiej,  to 

bardzo  łatwo  urządzić  zbiornik  tam  gdzie będą mieszkali,  prócz  tego moŜe  mieć krzesło  jak 
sitzbad na kółkach., naprawdę panie Milvain. 

— Melville — 
— Panie Melville, nie widzę: gdzie są te pańskie niemoŜliwości. 
— Czy pani ją widział? 
— Czy pan sądzi, Ŝe siedziałam dwa dni w Folkestone bezczynnie. 
— PrzecieŜ, chyba nie złoŜyła jej pani wizyty? 
— O  BoŜe,  nie!  To  Harry’ego  sprawa,  aby  to  urządzić.  Widziałam  ją  w  jej  fotelu  na 

promenadzie  na  Leas  i  jestem  pewna,  Ŝe  nigdy  nie  spotkałam  Ŝadnej  kobiety,  któraby  z 
wyglądu była tak godna Harry’ego. Nigdy! 

— Dobrze,  dobrze  powiedział  Melville.  —  Pomijając  inne  kwestje  pani  wie,  Ŝe  istnieje 

jeszcze panna Glendower. 

— Nie uwaŜałam jej — nigdy za odpowiednią Ŝonę dla Harry’ego. 
— MoŜliwe, Ŝe nie. W kaŜdym razie — ona egzystuje. 
— Tak duŜo ludzi egzystuje — powiedziała Lady Poynting Maliow. Widocznie uwaŜała to 

odgałęzienie sprawy za kompletnie załatwione. 

Szli dalej w milczeniu. 
— Co to ja chciałam spytać pana, panie Milvain? 
— Melville — 
— Panie Melville, aha, dlaczego pan właściwie bierze udział w tej sprawie? 
— Jestem przyjacielem panny Glendower. 
— Która pragnie, aby do niej powrócił. 
— Otwarcie mówiąc — tak. 

background image

— Czy ona jest mu oddana? 
— Przypuszczam, zwłaszcza, Ŝe jest jego narzeczoną. 
— Powinna mu być oddana — tak. Dobrze, dlaczegoŜ ona nie moŜe spostrzedz, Ŝe powinna 

go uwolnić dla jego dobra? 

— Ani ona, ani ja nie uwaŜamy, aby to było dla jego dobra. 
— Po  prostu  z  powodu  staroświeckiego  przesądu  dlatego,  Ŝe  tamta  ma  ogon.  Te  stare 

karykatury od Wampacha mają zupełnie te same poglądy. 

Melville ruszył ramionami. 
— A  Ŝalem,  jak  przypuszczam,  pan  wybiera  się  grozić  i  walczyć  na  korzyść  panny 

Glendower… Pan nie zrobi nic dobrego. 

— Czy mogę spytać co pani zamierza zrobić? 
— To co dobra ciotka zawsze robi. 
— A to jest? 
— Pozwolić mu zrobić to co mu się podoba. 
— Przypuśćmy, Ŝe zechce się utopić? 
— Drogi panie Milvain, Harry nie jest wariatem. 
— Mówiłem pani, Ŝe ona jest syreną. 
— Dziesięć razy. 
— Zapadło wymuszone milczenie. 
Pokazało się, Ŝe zbliŜyli się juŜ do stacji wind we Folkestone. 
— Pan nie zrobi nic dobrego — powiedziała Lady Poynting Mallow. 
Eskortowanie Melville’a skończyło się przy stacji wind. Lady zwróciła się do niego. 
— Bardzo jestem panu obowiązana za odprowadzenie mnie, panie Milvain — powiedziała 

—  i  bardzo  jestem  szczęśliwa,  Ŝem  usłyszała  pańskie  poglądy  w  tej  sprawie.  Sprawa  jest 
szczególna,  lecz  spodziewam  się,  Ŝe  jesteśmy  trzeźwymi  ludźmi.  Niech  pan  rozwaŜy  to 
wszystko co powiedziałam. Jako przyjaciel Harry’ego. Pan j e s t  przyjacielem Harry’ ego? 

— Znamy się od paru lat. 
— Czuję, Ŝe pan nawróci się do moich poglądów, wcześniej lub później. To tak widoczne, 

Ŝ

e to najlepsza rzecz dla niego. 

— Istnieje panna Glendower. 
— JeŜeli panna Glendower jest prawdziwą kobietą, będzie gotowa do tego poświęcenia się, 

dla jego dobra. 

Z tem się rozstali. 
W  przeciągu  następnej  minuty  Melville  znalazł  się  na  drodze  naprzeciw  stacji  wind, 

spoglądając  na  wznoszącą,  się  windę.  Zawadjacko  ugarnirowany  kapelusz  pomykał  w  górę, 
Ŝ

ywy, sterczący, pewny siebie, doskonałe wcielenie powszechnego zdrowego rozsądku. Myśli 

jego  raz  za  razem  popadały  w  nieład;  był  bądź  co  bądź  ogłuszony  energją  przekonań  jej 
lordowskiej  mości.  CzyŜby  ktoś  mógł  być  tak  kompletnie  jasnym  i  stanowczym  nie  będąc 
absolutnie  człowiekiem  rozsądnym?  A  jeśli  tak,  to  cóŜ  ma  się  stać  z  temi  wszystkiemi 
przygniatającemi  wróŜbami,  z  temi  ciemnemi  obietnicami  ucieczki,  tym  szeptem  o  innych 
snach, które jeszcze przed półgodziną opanowywały kompletnie jego umysł? 

Zwrócił  się  na  powrót  ku  Sandgate,  miejscu  ścierających  się  problemów.  Zupełnie  Ŝywo 

mógł sobie wyobrazić syrenę tak, jak ją widziała Lady Ponting Mallow, jako coś róŜowego, 
solidnego,  szykownego  i  światowego,  a  nawet  do  abominacji  dostępnego  dla  wszystkich,  a 
jednak równie Ŝywo przypominał ją sobie, gdy rozmawiali w ogrodzie, jej twarz ocienioną, jej 
oczy głębokie i tajemnicze i ten szept, który spowodował, Ŝe cały świat wokół niego stał się 
jakby  wiotką  zasłoną  zakrywającą  sprawy  nieznane  i  cudowne,  których  istnienia  nie 
przypuszczał. 

background image

V. 

 
Chatteris stał oparty o balustradę. Zerwał się gwałtownie, skoro Melville dotknął ręką jego 

ramienia. Zawsze mieli nieudałe spotkania. 

— Chodzi o to — powiedział Melville — Ŝe — i proszono mnie abym z tobą pomówił. 
— Nie tłumacz się — powiedział Chatteris — jestem zadowolony, Ŝe mogę wywnętrzyć się 

przed kimś. 

Nastąpiło krótkie milczenie. 
Stali obok siebie spoglądając w dół na Harbour. W tyle za nimi, zdała przygrywała orkiestra 

a  małe  postacie  spacerujących  przechodziły  tam  i  a  powrotem  pod  światłem  wysoko 
zawieszonych lamp elektrycznych. Sądzę, Ŝe Chatteris początkowo postanowił występować jak 
człowiek panujący nad sobą — człowiek światowy. 

— Cudowna noc — powiedział. 
— Wspaniała  —  rzekł  Melville,  bawiąc  się  kluczami  Odciął  koniec  cygara  maszynką  do 

odcinania. — Chciałeś, abym ci coś powiedział. 

— Wiem wszystko — powiedział Chatteris — wiem wszystko. 
— Widziałeś ją i mówiłeś z nią? 
— Kilka razy. 
Nastąpiła minuta przerwy. 
— Co zamierzasz zrobić? spytał Melville. 
Chatteris nie odpowiadał, a Melville nie powtórzył pytania. 
Nagle Chatteris odwrócił się. — Przejdźmy się — powiedział i poszli razem w zachodnią 

stronę. 

Chatteris  wypowiedział  mały  speech.  — Martwi mnie  to, Ŝe  przysparzam wszystkim  tyle 

kłopotów. — Powiedział, w sposób zdradzający, Ŝe poprzednio przygotował swoje sentencje. 
Nie  ma  kwestji,  Ŝe  zachowałem  się  jak  osioł.  Jestem  głęboko  zmartwiony.  Zbłądziłem 
powaŜnie.  Jednak  wiesz  —  jak  lama  niesie  —  zdarzył  się  pewien  blamaź,  który  moŜnaby 
przypisać naszej wspólnej wielomównej przyjaciółce, pani Bunting. 

— Obawiam się, Ŝe tak — przyznał Melville. 
— Wiesz o tem, Ŝe istnieją momenty, w których człowiek miewa swoje rozmaite humory. 

Nic to nie pomoŜe, jeŜeli wywleka się je w generalnej dyskusji. 

— Stało się. 
— Wiesz,  Ŝe  Adelina  jak  się  zdaje  sprzeciwiała  się  z  samego  początku  obecności  tej  — 

syreny.  Pani  Bunting  przegadała  ją.  Później  gdy  nastąpił  nieporozumienie  zdaje  się,  Ŝe  pani 
Bunting próbowała wynagrodzić to sobie. 

— Nie wiedziałem, Ŝe panna Glendower sprzeciwiała się. 
— Tak sprzeciwiała się. Zdaje się, Ŝe — przewidywała. 
Chatteris rozwaŜał. — Oczywiście to wszystko bynajmniej nie moŜe mnie usprawiedliwić. 

Jednak jest — pewnem usprawiedliwieniem tego, Ŝe ciebie wciągnięto w tę awanturę. 

Powiedział coś niewyraźnie o awanturze i o prywatnych sprawach. 
Doszli  w  pobliŜe  orkiestry  i  tłumu  jej  zwolenników.  śwawy  rytm  muzyki  zaczynał  być 

natarczywy.  Baldachim  nad  orkiestrą,  był  ogniskiem  silnego  światła,  pulty  i  instrumenty 
odbijały jaskrawe błyski, a jasno oświetlony czerwony dyrygent stojący wśród lamp kierował 
tem  rata–ta,  rata–ta  popularnej  arji.  Głosy,  urywki  rozmów,  dochodziły  do  naszych  dwóch 
rozmawiających i mieszały się impertynencko z ich myślami. 

— Nawet Ŝeby si un odmieniał, nie poszłabym tera za niego — potym — powiedziała jakaś 

młoda osoba do swej przyjaciółki. 

— Chodźmy stąd — rzekł nagle Chatteris. 

background image

Zwrócili się w bok z wysoko połoŜonej drogi Leas na schody, prowadzące w dół pochyłości. 

Po kilku chwilach zdawało się, Ŝe te imponujące fasady ze sztukaterjami, te hotele o mnóstwie 
okien,  światła  elektryczne  na  wysokich  masztach,  orkiestra  i  ta  róŜnorodna  świąteczna 
brytyjska  publiczność,  nigdy  nie  istniały.  Jest  to  jednym  z  najkorzystniejszych  efektów 
Folkestone, ten nagły spokój w ciemności, nieledwie pod stopami tłumu. Nie słyszeli juŜ nawet 
orkiestry, jedynie jakby  odległe wspomnienie muzyki przeiltrowywało się do ich uszu przez 
wierzchołek  wzniesienia.  Ciemno zadrzewione stoki schodziły aŜ  do  (fal rozbijających się o 
brzegi, a w dole na morzu świeciły światełka mnóstwa okrętów. W oddaleniu, w zachodniej 
stronie, jakby zawieszony w powietrzu rój świetlików, błyskały światła Hythe. Obaj usiedli w 
ciemności  na  pustej  ławce.  Przez  chwilę  milczeli.  Melville  miał  wraŜenie,  jakby  Chatteris 
przygotowywał się do defenzywy. Wypowiedział niewyraźnym półszeptem w zamyśleniu. — 
Nawet, Ŝeby un si odmieniał, nie poszłabym tera za niego, potem. 

— W kaŜdym  razie przyznaję, powiedział głośno, Ŝe byłem  chwiejny, słaby i nie miałem 

słuszności.  Bardzo.  W  tych  sprawach  naleŜy  się  trzymać  przepisanego  i  zdecydowanego 
sposobu  postępowania.  Wszystkie  wahania  się,  zajmowania  dwóch  punktów  widzenia, 
potępiają  słusznie,  wszyscy  uczciwie  myślący  ludzie.  Ostatecznie  —  człowiek  ma  dwa 
rozmaite punkty widzenia… 

— Przyszedłeś ze Sandgate? 
— Tak. 
— Widziałeś pannę Glendower? 
— Tak. 
— Mówiłeś z nią… przypuszczam. — Co ty myślisz o niej? 
Cygaro jego rozŜarzyło się w pełnym oczekiwania błysku w chwili, gdy Melville zwlekał z 

odpowiedzią i oświetliło jego oczy, wpatrzone uwaŜnie w Mellville’a. 

— Nie uwaŜałem jej nigdy za — Melville wyszukiwał wyrazów bardziej dyplomatycznych. 

— Nie robiła na mnie nigdy wraŜenia wyjątkowo attraktywnego. Ładna, uwaŜasz, lecz nie — 
pociągająca. Jednak teraz wydawała mi się… wspaniała. 

— Tak, ona jest taka — powiedział Chatteris — jest taka. 
Pochylił się i począł strzepywać wyimaginowany popiół z cygara. 
— Ona jest wspaniała — przyznał. — Ty zaledwie zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego. 

Nie znałeś, mój kochany człowieku, tej dziewczyny. Ona nie jest — całkowicie — w twoim 
guście.  Zapewniam  cię,  Ŝe  jest  to  najbardziej  prawa  i  najczystsza  istota  ludzka,  jaką 
kiedykolwiek  znałem.  Wierzy  tak  silnie,  spełnia  uczciwe  uczynki  tak  po  prostu,  z  jakąś 
królewską ludzkością. 

Nie dokończył tej sentencji, jak gdyby to niedokończenie lepiej tłumaczyło jego myśli. 
— Pragnie abyś powrócił do niej — powiedział Melville bez ogródki. 
— Wiem, — rzekł Chatteris, strząsając znowu ten fikcyjny popiół. — Pisała Ŝe……w tem 

właśnie okazuje się cała jej wspaniałomyślność. Nie walczy i nie warjuje, jak to robią baby. Nie 
jęczy i nie mówi zadręczyłeś mnie, nie jęczy i nie blaga wracaj do mnie na miłość Boską! nie, 
nie  powie  nawet  Ŝebyś  się  odmieniał,  nie  poszłabym  tera  za  ciebie,  —  potem.  Pisze  —  po 
prostu. Wiesz Melville, sądzę, Ŝe i Ŝe znałem jej dobrze, zanim zdarzyła się ta afera. Natura jej 
wyszła na jaw…… Przedtem to wszystko było, jak powiedziałeś i jak obecnie stwierdzam. — 
(Spostrzegłem to od dawna) — nieco zbyt — tracące statystyką. Zamyślił się, a cygaro jego 
gasło tymczasem, aŜ wreszcie zgasło zupełnie. 

— Wrócisz? 
— Na Jowisza! Tak. 
Melville zrobił lekkie poruszenie a potem obaj siedzieli zupełnie nieruchomo przez pewien 

czas  Wtem  Chatteris  wyrzucił  nagle  swoje  wygasłe  cygaro.  Zdawało  się,  Ŝe  tym  ruchani 
odrzuca on wiele innych jeszcze rzeczy. — Oczywiście — powiedział — powinienem wrócić. 

background image

— To nie mój błąd — tłumaczył — Ŝe to zmartwienie, to rozłączenie, w ogóle nastąpiło. 

Byłem w złym humorze, byłem zbyt zajęty poprzednio, wiem, Ŝe — to wlazło mi do głowy. 
Gdyby mię jednak pozostawiono w spokoju.… 

— Zmuszono mnie po prostu do zajęcia takiego stanowiska — zesumował w końcu. 
— Zrozum  —  powiedział  Melville,  —  ze  choć  —  sprawa  jest  niezdecydowana  i  przykra 

właśnie teraz — ja nie ganię — niczego. 

— Ty nie  masz  przesądów —  powiedział Chatteris —  to  jest twój sposób. A mogę sobie 

wyobrazić,  jak  to  zamieszanie  i  te  ceregiele  muszą  cię  rozstrajać.  Jesteś  szalenie  dobry, 
pojmując  to  wszystko  tak  lojalnie  i  nie  robiąc  ze  mnie  wyrzutka  społeczeństwa  ani 
wichrzyciela, przewracającego porządek świata. 

— Stan całej afery jest rozstrajający — powiedział Melville. — Jednak moŜe ja i rozumiem 

powody, które cię popchnęły — lepiej niŜ sobie wyobraŜasz. 

— Przypuszczam, Ŝe są bardzo proste. 
— Bardzo. 
— A nawet? 
— CóŜ? 
Zdawał się wahać czy zaczepić o niebezpieczny temat. 
— Tamta druga — powiedział. 
Milczenie Melville’a zachęciło go do dalszego mówienia. 
Porzucił  poprzednią,  wystudjowaną  pozę.  —  Co  to  jest?  Dlaczego  ma  —  ta  istota  — 

wchodzić w moje Ŝycie tak jak to ona zrobiła, jeŜeli to ma być takie proste? Co w niej albo we 
mnie jest takiego, Ŝe byłem w takim obłędzie? Ona to spowodowała wiesz. I tutaj nie jesteśmy 
w porządku! To nie jest sytuacja, to jest konflikt umysłowy. Dlaczego jestem w takiej rozterce? 
Ona opanowała moją wyobraźnię. Jak? Nie mam najmniejszego pojęcia… 

— Jest piękna — powiedział z namysłem Melville. 
— Pewnie, jest piękna. AleŜ panna Glendower jest takŜe piękna. 
— Jest ba rdz o piękna.  Wiesz Chatteris — nie jestem ślepy, jest piękna  w inny zupełnie 

sposób. 

— Tak, ale to tylko nazwa tego wraŜenia. Dlaczego jest tak bardzo piękna? 
Melville ruszył ramionami. 
— Nie kaŜdemu wydaje się piękna. 
— Sądzisz? 
— Bunting przyjmuje to spokojnie. 
— Eh — on…! 
I inni ludzie nie zdają się odczuwać tego tak jak ja odczuwam! 
— Niektórzy inni lodzie nie zdają się w ogóle odczuwać piękna tak, jak my odczuwamy. To 

znaczy ze wzruszeniem. 

— Dlaczego my odczuwamy. 
— Patrzymy subtelniej. 
— Istotnie?  Czy  to  jest  subtelniejsze  odczuwanie?  Dlaczego  to  ma  być  czemś 

subtelniejszem, widzieć piękność, jeŜeli to pociąga za sobą tak fatalne skutki? Dlaczego? O ile 
nie mamy uwierzyć, Ŝe nie ma sensu w tem wszystkiem, cóŜ ma to znaczyć ta w kaŜdym razie 
niezdolność wydawania się pięknym dla kaŜdego? RozwaŜ to Melville. Dlaczego jej uśmiech 
wydaje mi się tak słodki, dlaczego jej właśnie głos wzrusza mnie? Dlaczego jej a nie Adeliny? 
Adelina ma prawe oczy, jasne i piękne oczy — a czemŜe jest ta cała róŜnica w ich oczach jakąś 
nieuchwytną  róŜnicą  linji  powiek,  jakaąś  nieuchwytną  róŜnicą  wygięcia  rzęs  —  i  wraŜenie 
zmienia się juŜ zupełnie w tym wypadku. KtóŜ jest w stanie zmierzyć tę róŜnicę, któŜ moŜe mi 
powiedzieć dlaczego jestem w n i e b o w z i ę t y  na dźwięk jej głosu? … 

RóŜnicę? Ostatecznie to są rzeczy  widoczne, materjalne! Widzę je własnemi oczyma.  Na 

Jowisza! zaśmiał się urywanie. Wyobrazić sobie  starego Helmholtza  mierzącego ten  głos za 

background image

pomocą baterji resonatorów, albo Spencera wyjaśniającego to w świetle ewolucji i warunków 
oddziaływujących! 

— Te rzeczy są niewymierne — powiedział Melville… 
— Owszem,  jeŜeli  zechcesz  mierzyć  je  po  skutkach,  Jakie  sprawiają  —  powiedział 

Chatteris. — A w kaŜdym razie, dlaczego to nas tak przejmuje? Oto jest pytanie, którego nie 
mogę pozbyć się teraz… 

Mój kuzyn rozmyślał, jestem pewien — włoŜywszy ręce głęboko w kieszenie. — To illuzja 

— powiedział. To jest rodzaj omanienia. Ostatecznie, przyjrzyj się temu trzeźwo. Czernie ona 
jest?  Co  ci  moŜe  ofiarować?  Czyni  ci  —  jakieś  niejasne  obietnice…  ona  jest  pułapką,  jest 
podejściem, jest piękną maską — zawahał się. 

— CóŜ? — rzekł Chatteris po chwili. 
— Dla ciebie — i dla całego realnego Ŝycia twego ona oznacza. — 
— CóŜ? 
— Śmierć. 
— Tak, rzekł Chatteris — wiem. 
— Po chwili powtórzył — Wiem… 
— O tej sprawie wiem juŜ wszystko — powiedział — Lecz dlaczego maska śmierci moŜe 

być tak piękną? Ostatecznie… — Dlaczego rozum i sprawiedliwość miałyby być wszystkiem? 
MoŜe pomimo wszystko istnieje coś ponad naszym rozumem, być moŜe, Ŝe PoŜądanie ma w 
człowieku prawo głosu? 

Zatrzymał się pytająco a Melville zamyślił się  głęboko. — Sądzę — powiedział wreszcie 

mój kuzyn — Ŝe PoŜądanie ma swe prawa w nas. W kaŜdym razie piękność. 

— Myślę w ten sposób — tłumaczył się — jesteśmy istotami materjalnemi, których umysły 

przerastają je. Sięgamy w dół aŜ do pięknego, cudownego kraju rzeczy materjalnych, a w górę 
ku czemuś — zatrzymał się zupełnie niezadowolony z obrazu jaki nakreślił. — W kaŜdym razie 
w  innym  kierunku  —  próbował  niedołęŜnie.  Przeskoczył  nagle  na  coś,  co  niezupełnie  było 
wyrazem jego przekonań. 

— Człowiek jest połowiczny, musi wdawać się w kompromisy. 
— Jak ty to robisz?. 
— No tak. Staram się utrzymać równowagę. 
— Trochę starych miedziorytów — dobrych przypuszczam — trochę zbytkowych mebli i 

kwiatów, trochę rzeczy dostępnych dla twoich środków pienięŜnych. Sztuka — umiarkowanie i 
pewna niewielka ilość czynności przyjemnego rodzaju, pewien respekt dla prawdy. Obowiązki 
— takie umiarkowanie. Co? To właśnie ta równowaga, której nie umiem uchwycić. Nie umiem 
zasiąść  do  naszego  powszedniego  placka  owsianego  i  popłukać  go  umiarkowanym  łykiem 
piękna  i  wody.  Sztuka!…  przypuszczam,  Ŝe  jestem  nienasycony,  jestem  jednym  z  tych 
niezdolnych — na scenę cywilizowaną. Zasiadałem raz i drugi do spraw kompletnie zdrowych, 
pewnych i rozsądnych… to nie moja droga. 

Powtórzył — To nie moja droga. 
Melville, jak sądzę, nic na to nie odpowiadał. Był roztargniony. Od bezpośredniego tematu 

rozmowy  odciągało  go  rozmyślanie  o  swoim  własnym  sposobie  Ŝycia.  Zagłębił  się  w 
egoistycznych  porównaniach.  Niewątpliwie  o  mało  co  nie  powiedział  jak  większość  z  nas 
zrobiłaby w tych warunkach: — Nie sądzę abyś całkowicie pojmował moje połoŜenie. 

— Ostatecznie  cóŜ  moŜe  wyjść  dobrego  z  gadaniny  tego  rodzaju?  —  zawołał  Chatteris 

nagle.  Staram  się  po  —  prostu  wywyŜszyć  całą  sprawę,  rozwlekając  ją  w  te  szersze 
zagadnienia. To jest usprawiedliwieniem się, ja zaś nie miałem zamiaru usprawiedliwiać się. 
Muszę wybrać pomiędzy Ŝyciem z Adeliną, a tą kobietą, tam z morza. 

— Która jest śmiercią. 
— JakieŜ mogę wiedzieć czy ona jest śmiercią? 
— Powiedziałeś jednak, Ŝe zrobiłeś juŜ wybór. 

background image

— Zrobiłem. 
— Zdawał się opamiętywać. 
— Zrobiłem  —  potwierdził,  —  Mówiłem  ci.  Powrócę,  aby  zobaczyć  się  jutro  z  panną 

Glendower. 

— Tak — rozpoczął przypominać sobie dalsze porcje, jak sądzę, przygotowanej i ubranej w 

gotowe frazesy decyzji — pewnej decyzji od której konwersacja odbiegła. 

Jasnym i prostym faktem jest, Ŝe Ŝycie moje potrzebuje dyscypliny, przyzwyczajenia się do 

wytrwałości, do ignorowania ubocznych poczynań i błądzących myśli. Dyscyplina! 

— I praca. 
— Praca, jeŜeli chcesz to tak nazwać, — to jest to samo. Dotychczas, to właśnie było złem, 

Ŝ

e nie pracowałem dosyć, cięŜko. — Przystawałem, aby pomówić z kobietami na uboczu mej 

drogi. Wykręcałem się kompromisami i wdałem się w tamtą sprawę… muszę się jej wyrzec oto 
wszystko. 

— Czeka cię praca bynajmniej niegodna wzgardy. 
— Na Jowisza! Nie. Praca ta jest szczytna i mozolna. Ma ona swe niemiłe momenty. Są w 

niej do przebycia miejsca nie tylko strome ale i błotniste. 

— Świat  potrzebuje  przewodników.  Udziela  on  wielu  korzyści  ludziom  twojej  klasy 

społecznej. Wolnego czasu. Zaszczytów. Wyrobienia i wysokich tradycji… 

— I  oczekuje  w  zamian  równieŜ  czegoś  od  nich.  Wiem.  Nie  mam  racji  —  a  raczej  nie 

miałem jej. To marzenie trzymało mię dziwnie w swej mocy. Muszę go wyrzec się. Ostatecznie 
to  nie  tak  wiele  —  wyrzec  się  marzenia.  To  nic  więcej,  jak  postanowić  powrócić  do  Ŝycia. 
MęŜczyznę oczekują w świecie czyny wielkie. 

— Melville  zaprodukował  trochę  sztuczny  koncept.  JeŜeli  nie  ma  to  być  Venus 

Anadyomeae powiedział — niechŜe to będzie św. Michał ze swym mieczem. 

— Gwiaździsty Anioł w zbroi! On jednak miał do zwalczenia bardzo uchwytnego smoka, a 

nie swe własne poŜądania. My zaś w obecnych czasach aranŜujemy sobie watki ze smokami w 
jakikolwiek  sposób,  zabieramy  się  do  spraw  wymagających  minimum  śmiałości  do 
uzyskiwania lepszych derek dla klas pracujących i w taki lub owaki sposób — dajemy to co 
zdołaliśmy wydostać. 

Melville nie sądzi, aby Chatteris potraktował jego myśl w sposób poprawny. 
— Nie — rzekł Chatteris. — Nie mam wątpliwości co do wyboru. Mam zamiar wrócić do 

mego  gatunku.  Chcę  zająć  miejsce  w  szeregach  walczących  o  przyszłość,  która  jest  treścią 
Ŝ

ycia.  Pragnę  moralnej,  zimnej  kąpieli  i  zamyślam  ją  wziąć.  Te  miękkie  igraszki,  te  sny  i 

poŜądania muszą skończyć się. Będę pracować według podziału godzin, a Ŝycie moje będzie 
uregulowane, honor mój oddam sprawie, sam zaś oddam się cały słuŜbie, tak jak męŜczyzna 
zrobić powinien. Uczciwe dzieło, walka i praca. 

— Przypomnij sobie, Ŝe czeka cię jeszcze i panna Glendower. 
— Zapewne  —  powiedział  Chatteris  z  lekkim  odcieniem  nieszczerości.  Wysoka,  z 

uczciwemi  oczyma  i  mądra.  Na  Jowisza!  jeŜeli  nie  moŜe  być  Venus  Anadyomene,  niechŜe 
będzie Pallas Athene. Ona to odegra rolę pojednawczyni. 

A potem ku zdumieniu Melville’a wypowiedział słowa. 
— W i e s z ,   t o   n i e   b ę d z i e   t a k i e   z ł e .  
Melville opowiada mi, Ŝe mus ał powstrzymać się od ruchu zniecierpliwienia usłyszawszy te 

słowa. 

Następnie,  jak  mówi  Melville,  Chatteris  wygłosił  rodzaj  przemówienia:  „Sprawa  jest 

załatwiona powiedział — wyrok wydany. Jestem tem czem jestem. Przebyłem to wszystko i 
otrząsnąłem się ze wszystkiego. Jestem męŜczyzną i muszę postępować jak męŜczyzna. Oto 
ś

wieci  płomień  PoŜądania,  jak  latarnia  morska  na  przylądku.  Niech  świeci!  Niech  świeci. 

Droga prowadzi ku niemu, obok niego i — mija go… Zrobiłem wybór. Będę męŜczyzną, będę 
Ŝ

ył  jak  męŜczyzna  i  umrę  tak  sam  i  będę  niósł  brzemię  mego  stanu  i  epoki.  Śniłem,  lecz 

background image

opamiętałem się. Wyrzekam się tego płomienia gorejącego. Wybieram… Wyrzeczenie się — 
zawsze wyrzeczenie się. — To jest nasze Ŝycie. Mamy pragnienia po to tylko, aby spełnienia 
ich  odmawiać  sobie,  zmysły,  które  musimy  opanowywać.  Nie  moŜemy  Ŝyć  pełnem  Ŝyciem. 
DlaczegoŜ ja miałbym być wyjątkiem? Dla ranie ona — to grzech, to śmierć… 

— Tylko dlaczego ujrzałem ją? Dlaczego usłyszałem jej głos?… 

background image

VI 

 
Wyszli  z  cienia  i  szli  stromą  ścieŜką,  dopóki  nie  okazało  się  Sandgate  jak  mała  linijka 

ś

wiateł.  —  Następnie  wyszli  na  szczyt  wzniesienia  i  skierowali  się  ku  końcowi  rafy  (przy 

złagodzonych  odległością  i  niewyraźnych  dźwiękach  orkiestry,  grającej  daleko  za  nimi). 
Zatrzymali się na chwil; w milczeniu spoglądając w dół. Melville spróbował odgadnąć myśli 
swego towarzysza. 

— DlaczegoŜbyś nie miał zejść na dół tego wieczora — spytał. 
„W taką noc jak ta!” Chatteris odwrócił się nagle zaczął oglądać światło księŜyca i morze. 

Stał  przez  chwilę  bez  ruchu,  a  zimne  białe  promie  Ŝe  księŜyca,  oświetlające  jego  twarz 
nadawały rysom jego illuzoryczne pozory stanowczości i zdecydowania. „Nie” powiedział w 
końcu, a słowo to było niemal westchnieniem. 

— Zejdź na dół do tej dziewczyny tam. Zakończ tę sprawę. Ona pewnie tam siedzi, myśląc o 

tobie. 

— Nie — powiedział Chatteris — Nie. 
— Nie ma jeszcze dziesiątej — próbował znowu Melvil!e. 
Chatteris rozmyślał. — Nie. — odpowiedział — nie tego wieczora. Jutro, przy świetle dnia 

powszedniego. 

— Pragnę  prawdziwie  szarego,  uczciwego  dnia  —  powiedział  —  z  wiatrem 

południowo–zachodnim…  Te,  ciche,  łagodne noce! Jak  moŜesz oczekiwać, abym zrobił  coś 
takiego, tego wieczora? 

A  potem  wyszeptał  „Wyrzeczenie”,  jak  gdyby  uwaŜając,  Ŝe  naleŜy  powtarzać  sobie  to 

słowo. 

— Na Jowisza — powiedział zmieniając przedmiot w sposób nieoczekiwany. — AleŜ to noc 

jak  z  bajki!  Spojrzyj  na  światło  tych  okien  tam  nizko,  a  potem  wyŜej  —  i  wyŜej,  aŜ  w  tę 
olbrzymią głębię nieba. A tam jak gdyby marząc w tej powodzi światła księŜycowego — świeci 
jedna gwiazda. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VII 

T

RYUMFUJĄCY BLASK KSIĘśYCA

 
Dociec dokładnie co zdarzyło się potem, jest rzeczą niemoŜliwą. Oddałem wszystko to, co 

było  powiedziane,  o  ile  Melville  przypominał  sobie,  uboŜyłem  to  wszystko  we  formę 
konwersacji, uzupełniłem według późniejszych uwag Melvllle’a, w końcu zaś odczytałem mu 
cały  elaborat.  Oczywiście  nie  jest  to  dosłownie  oddane,  lecz  jak  on  powiada  jest  to 
przedstawione zupełnie w ten sposób w jaki rozmawiali; sens był taki i powiedziano słowa tego 
rodzaju. Gdy opuścił Chatterisa wierzył zupełnie, Ŝe zostało wypodwiedziane słowo ostateczne 
i rozstrzygające. A potem jak powiada przyszło mu do głowy, niezaleŜnie od tego ostatecznego 
załatwienia  sprawy,  Ŝe  istnieje  syrena  —  ciągle  jeszcze  dotykalnie  rzeczywista,  zdolna  do 
czynu. Co zamierza uczynić? Myśl ta zaniepokoiła go znowu. Trzymała się go, pogrąŜając go 
w stan niezdecydowanej niepewności, skłaniając go później do powrotu pod Hotel Lummigde. 

Powrócili obaj aŜ do Metropol’u i poŜegnali się silnym uściskiem dłoni, nie dochodząc do 

jaskrawo oświetlonego przedsionka. Melville’owi wydaje się, Ŝe Chatteris wszedł od razu, lecz 
nie jest tego pewny. O ile zrozumiałem Melville chciał się uporać ze swemi wlasnemi myślami 
i  wyobraŜam  sobie,  Ŝe  odszedł;  głęboko  zatopiony  w  rozwaŜaniach.  Później  gdy  zdał  sobie 
sprawę,  Ŝe  akt  wyrzeczenia  się  nie  unicestwił  bynajmniej  istnienia  syreny,  powrócił  jak  juŜ 
powiedziałem wzdłuŜ Leas, jego niezdecydowana niepewność pozwoliła mu w końcu wykryć, 
Ŝ

e prywatny i familijny hotel Lummigde jest zupełnie podobny do innych hoteli tego samego 

typu. Okna ich nie zdradzają tajemnic. Na tem kończy się opowiadanie Melville’a. 

Na  tem  kończy  się,  takie  z  konieczności  moje  mozolne  sprawozdanie.  Istnieją  jeszcze 

oczywiście pewne źródła i słabe błyski. Parker jak juŜ wytłumaczyłem — odmawia niestety. 
Głównymi  dostarczycielami  tych  źródłowych  wiadomości  są  najpierw  Gooca,  słuŜący 
Chatteris’a, drugim zaś jest portjer prywatnego i familijnego hotelu Lummigde’a — Zeznania 
słuŜącego są dokładne, lecz nie zdają się mieć wiele związku ze sprawą. — Opowiada on, Ŝe 
kwadrans po jedenastej poszedł na górę spytać Chatteris’a czy jest jeszcze co do roboty tego 
wieczora  i  zastał  go,  siedzącego  we  fotelu  przed  otwarłem  oknem  z  brodą  opartą  na  rękach 
wpatrującego  się  w  późnię  —  co  istotnie, jak zauwaŜa Schopenhauer  w swoim ostatecznym 
wniosku, jest całą treścią łódzkiego Ŝycia. 

— Coś do roboty? — spytał Chatteris. 
— Tak psze — pana — powiedział słuŜący. 
— Nic — powiedział Chatteris — absolutnie nic. Wtedy słuŜący uwaŜając tę odpowiedź za 

zupełnie wystarczającą, Ŝyczył ma dobrej nocy i odszedł. 

Prawdopodobnie  Chatteris  pozostawal  w  tej  pozycji  dłuŜszy  czas  —  pół  godziny,  moŜe 

więcej.  —  Powoli  zdaje  się  jego  usposobienie  uległo  zmianie.  W  pewnym  określonym 
momencie,  zapewne  te  letargiczne  medytacje  ustąpiły  miejsca  silnej  chęci  czynu,  pewnemu 
rodzajowi  histerycznej  reakcji  przeciw  jego  postanowieniom  i  wyrzeczeniom  się.  Pierwsza 
jego  czynność  wydaje  mi  się  śmieszną  —  i  śmiesznie  rozrzewniającą.  Poszedł  do  swej 
ubieralni, a raso jego ubrania jak opowiadał słuŜący — tak były porozrzucane, jak gdyby szukał 
w nich zgubionego biletu. Ten biedny czciciel piękna i marzeń — golił się! Ogolił się, umył i 
uczesał włosy, a jak świadczy jego słuŜący, jedna ze szczotek znalazła się złamana za łóŜkiem. 
Nawet  to  zrzucanie  szczotkami  wokół  siebie  nie  jest  jak  mi  się  zdaje  wymówką  dla  jego 
biednego  ludzkiego  przejęcia  się  toaletą.  Zmienił  swoje  popielate  flanelowe  ubranie  —  w 
którem mu było bardzo dobrze — na białe, w którem mu było niezwykle do twarzy. Musiał z 
rozwagą i świadomie .robić się pięknym jakby to zrobiła pensjonarka. 

background image

Wytrząśmy w czasie tego swoje wielkie „Wyrzeczenie się”, zdaje się, Ŝe poszedł prosto do 

prywatnego i familijnego hotelu Lummigde i zaŜądał widzenia się z syreną. 

„Poszła na spoczynek”. 
Te słowa wyszły od Parker i zostały zimno zaraportowane przez portjera. 
Chatters zaklął „Powiedz jej, Ŝe ja tu jestem” — rzekł do portjera. 
„Poszła na spoczynek” powtórzył portjer z urzędową surowością. 
„Czy  powiesz  jej  natychmiast,  Ŝe  jestem  tutaj?”  rzekł  Chatteris,  momentalnie  bielejąc  z 

wściekłości. 

„Jak godność sir?” spytał portjer, aby jak tłumaczy uniknąć awantury, 
„Chatteris. Powiedz jej, ze muszę ją widzieć zaraz. Słyszysz zaraz?” 
Portjer poszedł na górę do Parker i wrócił się do pól drogi. Pragnął na wszystko w świecie 

nie  być  w  tej  chwili  portjerem.  Zarządca  wyszedł  do  miasta  —  była  to  godzina,  w  której  w 
hotelu nie było ruchu. Zdecydował się, spróbować jeszcze raz szczęścia z Parker; podniósł głos 
mówiąc do niej. 

Syrena zawołała Parker ze środka. 
Nastąpiła chwila napięcia. 
Zgaduję,  Ŝe  syrena  narzuciła  na  siebie  luźne  okrycie,  a  wierna  Parker  zaniosła  ją  albo 

naleŜycie  pomogła  jej  dostać  się  ze  sypialni  na  kanapkę  do  saloniku.  W  tym  czasie  portier 
lawirował ta schodach, modląc się o przybycie zarządcy — modlitwy te nie zostały wysłuchane 
— a Chatteris palił na dole. Następnie ujrzymy przelotnie syrenę. 

— Widzę ją jeszcze, jak widziałem przez szparę drzwi — „opowiadał portjer” skoro ta jej 

pokojówka  otwarła  je.  Podniosła  się  na  rękach  i  zwróciła  się  tak  ku  drzwiom.  Wyglądała 
całkiem tak o —„. 

Tutaj portjer, który ma irlandzki typ twarzy, krótki nos, długą górną wargę i resztę w tym 

rodzaju  i  który  przedtem  zaniedbał  swego  dentystę,  wyrzucił  twarz  nagle  naprzód,  otworzył 
oczy bardzo szeroko, zwolna wykrzywił usta w stały uśmiech i pozostał w tej pozycji dopóki 
nie osądził, Ŝe wywarł juŜ na mnie kompletne wraŜenie. 

Parker  nieco  zarumieniona,  lecz  rezolutnie  sprowadzająca  wszystko  do  codzienności 

wynurzyła się nad nim nagle. Panna Waters moŜe przyjąć pana Chatteris’a na parę minut. Z 
naciskiem wymieniała tę Pannę Waters z tym większym naciskiem wobec całej tej budzącej się 
mocy bogini morskiej — z naciskiem protestu. Chatteris w swem białem ubraniu — wstąpił na 
schody i pośpieszył bez wahania, ku tej uśmiechająccj się i oczekującej go teraźniejszości. Nie 
było Ŝadnego świadka ich spotkania prócz Parker — oczywiście Parker musiała mimo woli to 
widzieć,  jednak  Parker  milczy  —  Parker  zachowuje  milczenie,  którego  nie  moŜna  złamać 
nawet za ponucą rubinów. Wszystko co wiem zresztą pochodzi od portjera: 

— Gdy mu powiedziałem, Ŝe wstała i chcą się z nim widzieć opowiada — popędził w taki 

dziwny sposób na górę. To jest prywatny, familijny hotel. Oczywiście i tutaj widuje się czasami 
rozmaite rzeczy, ale — 

— Nie mogłem znaleźć zarządcy, aby mu powiedzieć — mówi porter, — A cóŜ ja mogłem 

zrobić? 

— Trochę gadali przy otwartych drzwiach, a potem drzwi się zamknęły. To ta jej pokojówka 

zamknęła. 

Zadałem pewne niegodne pytanie. 
— Nie mogłam schwycić ani słowa — odpowiedział portjer „szeptali ciągle”. 

background image

II. 

— A później. — 
— Było około dziesięć minut po 12–tej, gdy Parker, która dla zachowania decorum znosiła 

więcej niŜ jakakolwiek istota ludzka potrafiłaby znieść, zeszła na dół, aby zaŜądać — czego? 
jak sądzisz czytelniku — oto fotelu na kółkach. 

— Wydobyłem go — powiedział portjer z głęboką nie do naśladowania powagą. 
A potem pozwoliwszy mi w pełni zrealizować waŜność tego co powiedział dodał: „Nigdy go 

nie uŜyli!” 

— Nie? — 
— Nie! Zniósł ją na dół na rękach. 
— I na ulicę? 
— I na ulicę. 
Trudno było zrozumieć z jego opisu jak wyglądała syrena. Odziana była w luźne okrycie jak 

się zdaje i wyglądała jak „figura” cokolwiek mógł zrozumieć pod tem określeniem. W kaŜdym 
razie nie to, Ŝe zachowywała się biernie. — Tylko, — jak mówi portjer — Ŝe była Ŝywa. —  
Jedno  jej  ramię,  jak  dowiedziałem  się było  nagie  a włosy miała rozpuszczone jak  spadająca 
masa złota. 

— Wyglądała, wie pan jak człowiek, który się przyśrubował. 
— Jedną ręką trzymała go za włosy — tak za włosy, tak z palcami wśród włosów… 
— Ą gdy zobaczyła mnie zwróciła głowę do mnie, i zaśmiała się. 
— Tak, jakby chciała niby powiedzieć: M a m  go! 
— Śmiała się do mnie. Pękała ze śmiechu. 
Stałem przez chwilę starając się pojąć ten niezwykły obraz — Wtem nasunęło mi się jedno 

pytanie. 

— Czy o n  śmiał się? 
— Niech pana Bóg błogosławi sir, — czy się śmiał! Nie! 

background image

III 

 
Opowiadanie  konkretne  kończy  się  poza  obrębem  światła  padającego  z  przedsionka 

prywatnego  i  familijnego  hotelu  Lummigde.  NaleŜy  sobie  wyobrazić  tę  pustą  przestrzeń  na 
Leas  oświetloną  biało  —  opuszczoną,  jak  tylko  moŜe  być  opuszczona  część  połoŜona  nad 
morzem  w  tak  późnych  godzinach  —  ze  wszystkiemi  lampami  elektrycznemi  świecącymi 
jasno. Następnie naleŜy sobie wyobrazić ciemną linję skał nadbrzeŜnych, które zniŜają się ku 
morzu  przechodząc  w  skały  podwodne  i  morze,  a  ponadto  światło  księŜyca,  kanał  a  na  nim 
statki. Zewnątrz hotelu, którego front stanowi jedną całego szeregu białych fasad, stoi ta mała 
czarną figurka portjera, gapiącego się głupkowato w świetliste misterjum upalnej nocy, która 
pochłonęła syrenę i Chatteris’a złączonych razem. Ten portjer jest jedyną Ŝyjącą istotą w tym 
obrazie… 

Jest tam mały kiosk stojący na wzniesieniu Leas, gdzie grywa orkiestra smyczkowa w czasie 

sezonu zimowego. Przy nim znajdują się schody, prowadzące wprost na dół do NiŜszej drogi. 
Musieli  oboje  zapewne  przebyć  te  schody,  śpiesząc  w  dół  z  tego  naszego  Ŝycia  ku  czemuś 
nieznanemu i niepojętemu. Zdaje mi się, Ŝe widzę ich; a choć Chatteris nie śmiał się, na pewno 
nie  było  w  jego  twarzy,  ani  zwątpienia,  ani  rezygnacji.  Bez  wątpienia  odnalazł  wreszcie 
samego siebie, na chwilę przynajmniej był pewny siebie i tego nie moŜna ostatecznie nazwać 
nieszczęściem, choć niewiele kroków dzieliło go od śmierci. 

Zeszli  na  dół  wskroś  łagodnego  światła  księŜycowego,  on  wysoki,  biały  i  wspaniały 

złączocny  z  nią,  obejmujący  ją  z  czołem  opartem  o  jej  białe  ramię  i  z  twarzą  osłoniętą  jej 
włosami. Ona zaś jak przypuszczam uśmiechała się ponad nim, pieściła go i szeptała do niego. 
— Na chwilę ukazali się zapewne w świetle lampy, stojącej tam w połowie schodów później 
zaś cienie zamknęły się za nimi. Musiał zapewne przekroczyć z nią drogę w poprzek i pójść 
wskroś  drzew,  których  cienie  przenikało  jak  koronka  światło  księŜyca,  wskroś  krzewów  i 
zarośli, aŜ do najniŜszych skał w jasną, bezcienistą przestrzeń wybrzeŜa. Nie było tam, nikogo, 
ktoby mógł zobaczyć to ostateczne zejścia któryby mógł powiedzieć czy Chatteris na chwilę 
nie  spojrzał  za  siebie  zanim  wkroczył  w  fosforyzujące  morze,  a  za  pewien  czas  rozpoczął 
płynąć wraz z nią, a obecnie juŜ nie płynie i nikt juŜ go więcej nie ujrzy na tym szarym świecie. 

Czy spojrzał za siebie, jestem ciekaw? Płynęli razem chwilę, człowiek i bogini morska, która 

przybyła dla niego, mając nad sobą niebo a wokół siebie morze, ośwtetłona lagodnem światłem 
księŜyca  i  jarzące  się  od  fosforescencji.  Nie  czas  był  dla  niego  myśleć  o  prawdzie,  ani  o 
uczciwych obowiązkach, które zostawił za sobą, gdy tak płynęli oboje w Nieznane. 

W końcu mogę juŜ tylko zgadywać i fantazjować. 
MoŜe w ostatniej chwili opanowała go nagła zgroza, nagłe uzmysłowienie sobie szalonego 

błędu, moŜe został gwałtownie utopiony w tych nieznanych głębinach — pełen Ŝalu i zawodu? 

Albo moŜe ona była czuła i czarująca do ostatniej chwili i moŜe wciągnęła go w głębinę, 

otoczywszy go ramionami ciągnąc go w głąb dopóki woda nie zamknęła się miękko ponad nim, 
w głąb aŜ do pięknej ekstazy śmierci? 

W tych sprawach nie pomogą nic nasze dociekania i badania i musimy zakończyć historję 

Chatteris’a na obrazie łagodnie falującego morza. Jako dodatek do tego opowiadania opiszemy 
policeman’a, który o wczesnej godzinie przed świtem natknął się na wyrzucone właśnie przez 
przypływ okrycie, które miała na sobie syrena. Nie były to przynajmniej takie resztki odzienia 
jaki nieraz wyrzucają biedni ludzie — było to okrycie z miękkiej i kosztownej materji. Zdaje mi 
się, Ŝe widzę go zdumionego i powątpiewającego, z okryciem przerzuconem przez ramię i z 
latarką w ręce badającego najpierw białe wybrzeŜe i czarne zarośla za sobą, a potem patrzącego 
z  wytęŜeniem  aa  morze.  To  porzucenie  rzeczy  bardzo  zbytkownej  i  poŜądanej  było  nie  do 
wytłumaczeni. 

background image

NaleŜy sobie wyobrazić, Ŝe ten prosty obywatel świata realnego zapytuje. Czego to ludzie 

nie wyprawiają? Co to ma znaczyć to wszystko? 

— Wyrzucać takie doskonałe okrycie…! 
Na całej południowej stronie nieba widać było tylko gwiazdę i zachodzący księŜyc, a od stóp 

policeman’a zaczynała się, biegnąc aŜ do krańców nieba drgająca dróŜka światła. Raz za razem 
ciemności na wschodzie i zachodzie rozdzierały chwilowe błyski fosforyzującego morza, zdała 
zaś świeciły jasno, Ŝółte światełka okrętów. Wśród tych niepewnych świateł przemykały czarne 
cienie i słychać było tajemnicze rybie pluskania. 

Na zachodzie, jak punkcik czerwonego światła, świeciła wieŜa nadbrzeŜna, na wschodzie 

zaś nieustające błyski wielkiej latarni morskiej na Grisnez, raz wraz rozświetlały niebo, znikały 
i błyskały znowu. 

WyobraŜam  sobie  badawcze  światełko  latarki  policeman’a  oddalające  się  po  krótkich 

poszukiwaniach  i  świecące  wśród  tajemniczej  pustki  pogodnej  nocy  jak  czerwonawa,  nikła 
plamka, symbolizująca ciekawość.