background image

Herbert George Welles

Wojna światów

background image

KSIĘGA PIERWSZA

PRZYBYCIE MARSJAN

background image

1. W PRZEDEDNIU WOJNY

Nikt pod koniec dziewiętnastego wieku nie uwierzyłby chyba, iŜ Ŝycie ludzi 

bacznie i wszechstronnie obserwują istoty mądrzejsze od człowieka, a przecieŜ jak i 

on śmiertelne; Ŝe krzątających się wokół swych spraw codziennych ludzi badają i 

analizują one równie być moŜe skrupulatnie, jak skrupulatnie bada człowiek pad 

mikroskopem rające się i mnoŜące w kropli wody drobnoustroje. Snując się, 

niezmiernie radzi z siebie, po naszym globie, szczerze jesteśmy przekonani o swej 

władzy nad materią. MoŜliwe, Ŝe Ŝyjątka pod mikroskopem czują tak samo. Ale 

nikomu z nas nie przyszła do głowy myśl, Ŝe są inne, starze od naszego światy, które 

mogą być źródłem niebezpieczeństwa dla ludzkości. KaŜdą myśl o Ŝyciu na nich 

odpędzaliśmy od siebie, uwaŜając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno 

wątpliwe.

Dzisiejszego czytelnika zainteresuje niezawodnie nasz sposób myślenia z 

tamtych odległych dni. Przypuszczano podówczas, Ŝe na Marsie mogą Ŝyć co 

najwyŜej inni jacyś ludzie, na niŜszym od naszego stopniu rozwoju, którzy z radością 

powitaliby ziemskie wyprawy misjonarskie. A tymczasem poprzez otchłań 

międzyplanetarnej przestrzeni spoglądały na naszą. Ziemię zazdrosnym okiem istoty 

obdarzane umysłami o tyleŜ wyŜszymi od naszych, o ile ludzkie wyŜsze są od 

umysłów zagładą zagroŜonych zwierząt; o intelekcie szerokim, lecz chłodnym i 

niechętnym. I powali, lecz nieuchronnie opracowywały swe plany przeciwka nam. W 

pierwszych latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE.

Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iŜ Mars krąŜy dookoła Słońca w 

odległości 140 000 000 mil, a światła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od 

naszej Ziemi. Mars, jeśli teorie mgławicowo kryją w sobie choć ziarno prawdy, musi 

być znacznie od Ziemi starszy i Ŝycie na nim musiało pojawić się na długo przed 

ukształtowaniem się ziemskiej skorupy. To, Ŝe masa Marsa wynosi zaledwie jedną 

siódmą masy Ziemi, przyspieszyło jego ostyganie do temperatury, w której pojawia 

się Ŝycie. Co więcej, posiada on powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne 

jest do podtrzymywania Ŝywego istnienia.

Człowiek jednak jest tak próŜny i tak w swej próŜności zaślepiony, iŜ do 

samego schyłku XIX stulecia ne. znalazł się Ŝaden pisarz, który wyraziłby pogląd, Ŝe 

mogła się tam rozwinąć Ŝycie istot rozumnych, na poziomie wyŜszym od ziemskiego. 

background image

Nie pojmowano teŜ na ogół, Ŝe na Marsie, który o wiele jest od Ziemi starszy, 

powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leŜy od Słońca - Ŝycie musi 

być nie tylko odleglejsze od swych początków, ale bliŜsze końca.

Nieustanne stygnięcie, któremu podległa jest przecieŜ i nasza planeta, 

posunęło się u naszego sąsiada znacznie dalej. Warunki fizyczne tam panujące są dla 

nas, co prawda, wciąŜ jeszcze tajemnicą - wiemy jednak, Ŝe nawet na równiku 

temperatura południa osiąga zaledwie temperaturę naszych najostrzejszych zim. 

Atmosfera Marsa jest o wiele bardziej rozrzedzona od naszej, oceany zaś skurczyły 

się tak dalece, iŜ pokrywają juŜ tylko jedną trzecią powierzchni tej planety. PotęŜne 

lodowce zalegają oba jej bieguny, a wskutek powolnych zmian pór roku spełzają 

coraz groźniej na obszary strefy umiarkowanej. Ten najwyŜszy stopień wyczerpania, 

tak niewiarygodnie jeszcze dla naszej Ziemi odległy, stał się palącym problemem dla 

mieszkańców Marsa. Pod bezpośrednim naciskiem konieczności rozkwitła ich nauka, 

urosła ich wiedza - lecz stwardniały serca. Spoglądając przez przyrządy, o jakich nam 

się nawet nie śniło, w przestrzeń, w kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o 

zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą cieplejszą planetę, pokrytą zielenią 

roślinności, szarą od wód, z atmosferą pełną chmur - wymownym świadectwem 

płodności, z przelotnym pośród tych chmur widokiem gęsto zaludnionych lądów i 

upstrzonych statkami mórz.

My zaś, ludzie, stworzenia zamieszkujące tę Ziemię, byliśmy dla nich czymś 

tak samo obcym i niŜszym, jak obce i niŜsze są dla nas małpy i lemury. Umysł 

człowieka pojął juŜ prawdę, iŜ Ŝycie jest nieustanną walką o byt. Wydaje się, Ŝe 

prawdę, tę wyznawali równieŜ Marsjanie. Ich świat stygł coraz bardziej, nasz zaś 

pełen był Ŝycia, śycia obcego im. niŜszego. pierwotnego. Jedyną ucieczką od groźby 

nieuniknionego końca, groźby wzrastającej z pokolenia na pokolenie, było dla nich 

przedsięwzięcie wyprawy wojennej bliŜej Słońca.

Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie. jak bezlitośnie tępił 

własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy 

ludzkie, na niŜszym stające szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni 

doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z: Europy. CzyŜ tacy z nas 

apostołowie litości, byśmy mieli prawo Ŝalić się na Marsjan postępujących tak samo z 

nami?

Obmyślili oni swoje lądowanie na Ziemi z zadziwiającą wprost precyzją - ich 

wiedza matematyczna stoi niewątpliwie znacznie wyŜej od naszej - i poprowadzili 

background image

przygotowania prawie zupełnie jednomyślnie. Gdyby nasze przyrządy pozwalały na 

to, wzbierające niebezpieczeństwo moŜna by dostrzec znacznie juŜ wcześniej w XIX 

wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali wprawdzie czerwoną planetę - 

nawiasem mówiąc ciekawe, Ŝe Mars z dawien dawna uchodził za symbol wojny - lecz 

nie potrafili pojąć zmian zachodzących w wyglądzie pewnych wycinków jej 

powierzchni, choć tak dokładnie umieli zmiany te nanosić na mapy. A przez cały ten 

czas Marsjanie przygotowywali się.

W 1894 roku, w czasie wielkiej apozycji Marsa, dostrzeŜono jasny błysk na 

oświetlonej części jego tarczy. Pierwsze ujrzało go obserwatorium Licka, nieco 

później Perrotin w Nicei, potem zaś inne obserwatoria. Angielska publiczność 

dowiedziała się o tym po raz pierwszy 2 sierpnia z artykułów w Przyrodzie. Ja 

osobiście skłonny jestem przypuszczać, iŜ zjawiska to było błyskiem wystrzału 

oddanego z głębokiego szybu wyrytego w skorupie Marsa, niby z potęŜnego działa 

wyrzucającego skierowane na Ziemię pociski. Pojawienie się szczególnych 

punkcików dostrzeŜonych w pobliŜu miejsca błysku podczas dwu następnych 

opozycji nie zastała dotychczas wyjaśnione.

Burza zwaliła się na nas przed sześciu laty. Gdy Mars osiągnął największe 

przybliŜenie, Lavelle z Jawy zelektryzował cały świat astronomiczny zadziwiającą 

wiadomością a potęŜnym na tej planecie wybuchu rozŜarzonych do białości gazów. 

Stała się to dwunastego przed północą, przy czym uŜyty przezeń natychmiast 

spektroskop wykazał wielką masę płonących gazów, głównie wodoru, mknącą z 

błyskawiczną szybkością w kierunku Ziemi. Ten strumień ognia przestał być 

widoczny mniej więcej po piętnastu minutach. Astronom porównywał go do 

olbrzymiego kłębu płomieni wytrysłych gwałtownie z planety, "zupełnie jak płomień 

z wylotu lufy",

Później dopiero okazało się, jak trafne była ta porównanie. Następnego jednak 

dnia nie znalazłbyś, z wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph  ani słowa o 

tym zjawisku w Ŝadnej gazecie i świat Ŝył dalej nic nie wiedząc o największym 

niebezpieczeństwie jakie kiedykolwiek zagraŜało rodzajowi ludzkiemu. Nie 

dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem nie spotkał w Ottershaw 

słynnego astronoma Ogilvy'ego. Wiadomość o niezwykłym zjawisku bardzo go 

poruszyła i temu właśnie zawdzięczałem zaproszenie, by tegoŜ wieczoru obserwować 

z nim razem czerwoną planetę.

Mimo wszystko, co potem zaszło - wieczór ów pamiętam bardzo dokładnie. 

background image

Ciemne i milczące obserwatorium, nikłą plamę światła przyćmionej latarni w kącie, 

monotonne tykanie mechanizmu zegarowego przy teleskopie, wreszcie szczelinę w 

kopule dachu - podłuŜną głębię przeciętą smugą gwiezdnego pyłu. słychać było, jak 

niewidoczny Ogiivy poruszał się gdzieś w pobliŜu. teleskopie widniał krąg głębokiego

granatu z unoszącą się w samym niemal jego środku planetą. Wydała mi się okruchem 

ś

wiatła - taka była jasna, maleńka i nieruchoma. Przecinały ją ledwie dostrzegalne 

poprzeczne kreski, a na biegunach była leciutko spłaszczona. Taka drobna, taka 

srebrzyście ciepła kropelka światła! Wydawało się, Ŝe drŜy, naprawdę jednak drŜał 

tylko utrzymywany nieustannym działaniem mechanizmu zegarowego na wprost 

gwiazdy teleskop.

Gdy tak patrzyłem. gwiazda rosła, to malała, zbliŜała się nieco, to znów 

oddalała. Było to złudzenie wywołane po prostu wysiłkiem wzroku. Dzieliła ją ode 

mnie 40 000 000 mil-ponad czterdzieści milionów mil próŜni. Niewielu tylko spośród 

nas potrafi wyobrazić sobie bezmiar kosmicznej pustki usianej gwiezdnym ziarnem 

ś

wiatów.

W pobliŜu Marsa, pamiętam, tkwiły trzy świetlne kropki, trzy nieskończenie 

odległe, widoczne tylko przez teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się 

nieprzenikniona ciemność próŜni. Wiecie, jak wygląda ciemność nieba w gwiaździstą 

mroźną noc. W teleskopie wydaje się ona daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo 

tak odległe i małe, mknęło bez wytchnienia poprzez niezmierzoną przestrzeń, zbliŜało 

się o tysiące mit z kaŜdą chwilą; nadchodziło wysłane przez tamtych COŚ - co miało 

przynieść nam walkę i nieszczęścia i śmierć. Patrząc na nieruchomą gwiazdę nie 

ś

niłem nawet o tym. Nikt na całej kuli ziemskiej nie śnił o bezbłędnie wymierzonych 

w nas pociskach.

Tej nocy takŜe nastąpił wybuch gazów na odległej planecie. Dojrzałem go. 

Czerwony błysk na krawędzi tarczy, ledwie dostrzegalny zarys wytrysku światła - 

akurat gdy chronometr wydzwaniał północ. Przywołałem Ogilvy'ego, by zastąpił mnie 

przy teleskopie. Noc była upalna i chciało mi się pić. Stąpając niezdarnie i potykając 

się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś 

o pędzących w naszą stronę kłębach gazów.

Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk, 

prawdopodobnie juŜ drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak 

siedziałem na stole tam, w ciemności, a przed oczami migotały mi zielone i szkarłatne 

plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić światło. Nie podejrzewałem, co 

background image

oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy obserwował do 

pierwszej, potem takŜe dał spokój. Z jasno juŜ płonącą latarnią wracaliśmy do domu. 

Gdzieś niŜej, w ciemnościach, leŜały ciche miasteczka Otershaw i Chertsey z setkami 

ś

piących spokojnie mieszkańców.

Ogilvy zastanawiał się tej nocy nad warunkami, jakie panują na Marsie, i 

wydrwiwał prostackie pomysły, Ŝe jego mieszkańcy dają nam jakieś znaki. Twierdził, 

Ŝ

e to gęsty deszcz meteorytów spada na tę planetę lub teŜ, Ŝe rozwija się tam potęŜny 

wybuch wulkanu. Udowadniał mi, jakim niepodobieństwem jest identyczny rozwój 

Ŝ

ycia organicznego na dwu sąsiadujących ze sobą planetach.

- Jest moŜe jedna szansa na milion - mówił - aby na Marsie Ŝyło coś 

podobnego do człowieka.

W setkach obserwatoriów widziano tej nocy błysk i następnej, i znów 

następnej, i tak dziesięć razy z rzędu, noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy 

wybuchy, po dziesiątym, ustały - nikt na Ziemi nie usiłował sobie tego wytłumaczyć. 

Być moŜe, gazy tworzące się przy wystrzałach sprawiły w jakiś sposób kłopot 

Marsjanom. W kaŜdym razie, dostrzeŜone przez najsilniejsze ziemskie teleskopy, 

gęste chmury dymu i kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek o 

zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze planety przesłaniając przelotnie tak 

dobrze znane astronomom szczegóły jej powierzchni.

Ocknęła się wreszcie codzienna prasa. Poczęły się ukazywać popularnie 

podawane wiadomości o wulkanach na Marsie. Pamiętam, Ŝe satyryczny tygodnik 

Punch wykorzystał, nawet dosyć dowcipnie, temat ten do satyry politycznej. A 

tymczasem; nie oczekiwane przez nikogo, szybowały ku nam wystrzelone przez 

Marsjan pociski. Mknęły z chyŜością wielu mil na sekundę przez pustą otchłań 

przestrzeni, godzina za godziną, dzień za dniem, wciąŜ bliŜej. i bliŜej. Dzisiaj wydaje 

się czymś niemal niewiarygodnym, Ŝe mimo wiszącej wówczas nad nami groźby 

zajmowaliśmy się powszednimi swoimi kłopotami. Pamiętam, jak cieszył się 

Markham, gdy udało mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię 

Marsa. Jeśli o mnie idzie - dzieliłem czas między dwa zajęcia naukę jazdy na bicyklu i 

pracę nad szeregiem artykułów na temat prawdopodobnych dróg rozwoju moralności 

w miarę postępu cywilizacji.

Pewnego wieczoru - pierwszy z pocisków był juŜ wtedy o niespełna dziesięć 

milionów mil od Ziemi - wyszedłem z Ŝoną na przechadzkę. Niebo było 

wygwieŜdŜone i pokazywałem jej znaki zodiaku, a potem Marsa, jasny punkcik 

background image

wspinający się powali coraz wyŜej, ku zenitowi, punkcik, na który patrzyło w tej 

chwili tyle potęŜnych teleskopów. Noc była ciepła. Wracając minęliśmy grupę 

spacerowiczów z Chertsey czy moŜe z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W 

oddaleniu jaśniały okna domów. Ludzie kładli się spać. Ze stacji kolejowej 

dochodziły, zmienione odległością w jakąś niemal melodię, dźwięki dzwonków, 

dudnienie, szczęk przetaczanych wagonów. Jaskrawa siatka czerwonych, zielonych i 

Ŝ

ółtych świateł sygnałowych była - wedle słów Ŝony - jakby wpięta w ciemną ramę 

nieba. Wszystko tu wydawało się takie spokojne, takie bezpieczne.

2. Spadająca gwiazda

Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem 

ujrzano wysoko w górze krechę ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na 

wschód i zgasła. Patrzyły na nią setki ludzi .biorąc je niczawodnie za ślad zwykłego 

meteoru. Według opisu reportera Albina ciągnął on za sobą zielonkawy, jarzący się 

przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy nasz autorytet w dziedzinie 

meteorytów, stwierdził, iŜ dostrzeŜono go na wysokości około dziewięćdziesięciu, a 

moŜe stu mil. Zdawało mu się, Ŝe bolid spadł o jakieś sto mil na wschód.

Nocy tej byłem w domu, pracowałem w gabinecie, a chociaŜ okno wychodzi 

na Ottershaw i zasłona była podniesiona (lubiłem w tamtych czasach spoglądać w 

nocne niebo) - nie dostrzegłem nic. A przecieŜ najdziwniejszy ten przedmiot, jaki 

kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na Ziemię, spadł wtedy właśnie i ujrzałbym go 

niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie jego lotu twierdzą, iŜ 

mknął ze świstem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób w 

13erkshire, Surmy i Middlesex, ale wydawało im się pewnie, Ŝe to spada jakiś 

zwyczajny meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej jeszcze nocy.

Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekona

ny, iŜ leŜy ona gdzieś na polach między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał 

się skoro świt i ruszył na poszukiwania. Odnalazł ją rzeczywiście, krótko po 

wschodzie słońca, w pobliŜu Ŝwirowiska. Pocisk uderzając z wielką siłą o ziemię 

wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie strony Ŝwir i piasek zasypując 

wrzosowisko. Powstałe w ten sposób zwały widać było o półtorej mili. Wschodnia 

część wrzosowiska płonęła i na tle wschodzącego właśnie słońca snuty się 

przezroczyste niebieskawe dymki.

Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się 

background image

pogruchotane resztki połamanych przy upadku sosen. Widoczna jego część 

przypominała ogromnych rozmiarów walec pokryty grubą okładziną z płyt lub raczej 

z prostokątnych ciemnobrązowych łusek. średnica walca mogła wynosić ze 

trzydzieści jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem - 

meteory są zazwyczaj. mniej lub bardziej kuliste - chciał podejść do bryły, była ona 

jednak wciąŜ jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez atmosferę 

ziemską, Ŝe zamiar ten spełznął na niczym. Zgrzyty dochodzące z wnętrza walca 

wziął za odgłosy wywołane nierównomiernym ostyganiem powierzchni, gdyŜ nie 

przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, Ŝe walec moŜe być wydrąŜony.

Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego 

wygląd, przede wszystkim zaś barwę i kształt, poczęło mu świtać mgliście, iŜ jest 

moŜe jakaś celowość w przybyciu walca na Ziemię. Poranek byt cudownie cichy, 

słońce nieźle juŜ przypiekało sponad rozsypanych kępami w stronę Weybridge sosen. 

Nie było słychać świergotu ptaków

, nie zaszemrał najlŜejszy wietrzyk, tylko z okopconego walca dochodziły 

słabe jakieś dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie.

Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iŜ wzdłuŜ kolistej krawędzi walca skruszyło 

się i odpadło trochę brązowej, zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona 

odrywać się i spadać na piasek płatami. Nagle odpadł duŜy kawał z takim łoskotem, 

Ŝ

e w Ogilvym serce zamarło.

Chcąc zdać` sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo 

bijącego z jamy Ŝaru na dno, aby obejrzeć walec z bliska. Nawet wtedy jeszcze sądził, 

Ŝ

e przyczyną odpadania okładziny jest stygnięcie walca, chociaŜ nurtować go juŜ 

zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się ona tylko wzdłóŜ krawędzi.I wtedy 

spostrzegł, Ŝe koliste dno walca obraca się powolutku dokoła swej podłuŜnej osi. 

Ruch ten był tak powolny, Ŝe niemal niedostrzegalny. ZauwaŜył go dopiero wówczas, 

gdy zorientował się, Ŝe czarna plama na skraju dna będąca pięć minut temu tuŜ przed 

nim 

zawędrowała teraz na przeciwległą stronę. Olśniła go myś. Walec był 

sztuczny! WydrąŜony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał!

- Wielkie nieba! - krzyknął Ogilvy. - Tam w środku jest człowiek... ludzie! Na 

wpół zwęgleni! Usiłują się wydostać!

Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na 

background image

Marsie.

Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iŜ niepomny na gorąco y 

przypadł do dna, by dopomóc w odkręcaniu. Na szczęście silne promieniowanie 

uchroniło go przed spaleniem rąk groŜącym przy zetknięciu ą z wciąŜ jeszcze 

rozŜarzonym metalem. Stał chwilę niezdecydowany, potem odwrócił się, wyskoczył z 

jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta rano. Po drodze 

spotkał jakiegoś woźnicę i probował mu tłumaczyć, ale zarówno wygląd jego- 

kapelusz zgubił w jamie jak i to, co mówił, było tak niesamowite, Ŝe chłopina zaciął 

konia i odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się teŜ z pomywaczem otwiera- t 

jącyrn właśnie oberŜę przy moście w Horsell. Człowiek ten wziął go za wariata i 

nawet usiłował, bezskutecznie na szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco 

otrzeźwiło, kiedy więc ujrzał w ogródku londyńskiego dziennikarza Hendersona 

krzyknął do niego przez płot i począł opowia dać bardziej juŜ zrozumiale.

- Henderson! - zawołał. - Widział pan ten wczorajszy meteor? - A bo co? - 

zapytał Henderson.

- LeŜy na polu, za Horsell!

- Mój BoŜe! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe!

- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! 1 coś jest 

w środku!

Henderson podniósł się trzymając:w ręku łopatę.

- Co takiego? - zapytał: Henderson był przygłuchy na jedno ucho. Ogilvy 

opowiedział mu wszystko, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę, potom 

rzucił łopatę, wdział marynarkę i wybiegł na ulicę. Popędzili we dwójkę z powrotem 

na pole i stwierdzili, Ŝe walec nie zmienił połoŜenia. Nie było teŜ słychać zgrzytów, 

za to pomiędzy ścianą a dnem ukazał się wąziutki paseczek lśniącego metalu. Przez tę 

szczelinę wchodziło do walca lub, być moŜe, uchodziło z niego z lekkim sykiem 

powietrze. Chwilę nasłuchiwali, postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy 

Ŝ

adnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, Ŝe człowiek czy ludzie w 

walcu muszą być nieprzytomni lub zgoła martwi.

Sami oczywiście nie mogli im w niczym dopomóc, wykrzykiwali więc ,

tylko przez chwilę słowa otuchy i obietnic, po czym udali się z powrotem po 

pomoc. MoŜna ich sobie wyobrazić, jak ubrudzeni piaskiem, podnieceni, z odzieŜą w 

nieładzie gnali pogodnym rankiem przez miasteczko pełne trzasku odsłanianych 

Ŝ

aluzji wystawowych i okiennic sypialni. Henderson popędził prosto na pocztę, aby 

background image

nadać depeszę do Londynu. Arykuły w prasie przygotowywały juŜ, bądŜ co bądź, 

umysły ludzkie do uznania takiej wiadomości za wiarygodną.

JuŜ o ósmej wielu wyrostków i dorosłych poszło na pola, by obejrzeć 

"nieboszczyków z Marsa". Tak się ta historia rozpoczęła. Ja dowiedziałem się o 

wszystkim od gazeciarza, gdy mniej więcej za. kwadrans dziewiąta wyszedłem jak 

zwykle po Daily Chronicle. Wiadomości te poruszyły mnie oczywiście bardzo, toteŜ 

nie tracąc ani chwili poszedłem na przełaj przez Ottershaw ku Ŝwirowisku.

3 świrowisko pod Horsell

Zastałem tam tłumek złoŜony z dwudziestu moŜe ludzi otaczających wielką 

jamę, w której Spoczywał walec. Wcześniej juŜ opisałem wygląd tej olbrzymiej, 

wbitej głęboko w ziemię bryły. świr i trawa dokoła wyglądały jak osmalone nagłym 

wybuchem. Był to niewątpliwie skutek zderzenia z rozŜarzonym bolidem. Nie 

zastałem przy jamie ani Hendersona, ani Ogilvy'ego. Widocznie przekonawszy się, Ŝe 

nie ma na razie nic do zrobienia ; udali się na śniadanie do domu HenderSOna.

Kilku wyrostków siedziało na skraju jamy i wymachując nogami zabawiało 

się, dopókim im tego nie zabroniłem, rzucaniem w walec kamieniami. Odpędzeni - 

zaczęli bawić się w berka uwijając się między grupami gapiów.

Byli tu dwaj cykliści, ogrodnik, którego niekiedy zatrudniałem w naszym 

ogródku, dziewczynka z niemowlęciem na ręku, rzeźnik Gregg z synkiem i kilku 

łazików obijających się zazwyczaj koło dworca i wynaj mujących się jako pomoc do 

noszenia kijów golfowych. Nie było słychać Ŝadnych prawie rozmów. W tamtych 

czasach astronomia była dla prostych ludzi w Anglii czymś zupełnie nie znanym. 

Większość zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno walca. 

Pozostawało ono zresztą od czasu odejścia Ogilvy'ego i Hendersona w nie 

zmienionym połoŜeniu. WyobraŜam sobie, jak rozczarowali się wszyscy ci ludzie 

zastając tu zamiast spodziewanego stosu zwęglonych trupów - nieru

chomą bryłę metalu. Niektórzy odchodzili, na ich miejsce przybywali inni. 

Zszedłem do jamy i wydało mi się, Ŝe z dołu, spad mych nóg, słychać słabe jakieś 

dźwięki. Pewien natomiast byłem jednego - Ŝe dno przestało się obracać.

Niezwykłość walca stała się dla mnie oczywista wtedy dopiero, gdy ujrzałem 

go z bezpośredniej bliskości. Na pierwszy rzut oka nie robił większego wraŜenia niŜ 

przewrócony wagon czy zwalone w poprzek drogi drzewo. A moŜe nawet mniejsze. 

Najbardziej przypominał zagrzebany w piachu, zardzewiały ze starości zbiornik z 

background image

gazowni.

Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauwaŜyć, Ŝe rdzawa jego 

okładzina to nie zwyczajna rdza, a Ŝółtawobiały metal połyskujący między ścianą i 

dnem teŜ nie wygląda zwyczajnie. Pojęcie "nieziemski" dla większości tu zebranych 

nie zawierało Ŝadnej treści.

JuŜ wtedy byłem przekonany, Ŝe przedmiot ten przybył do nas z Marsa. Nie 

sądziłem jednak, aby mogła w nim być jakaś Ŝyjąca istota. Przypuszczałem, iŜ dno 

odkręca się automatycznie. Pomimo wywodów Ogilvy'ego wciąŜ jeszcze wierzyłem, 

Ŝ

e na Marsie Ŝyją ludzie. WyobraŜałem sobie, Ŝe znajdziemy w walcu jakieś wzorce i 

monety, jakieś rękopisy, myślałem o trudnościach połączonych z ich 

rozszyfrowaniem. Walec był

jednak zbyt duŜy, by zawierać taki tylko ładunek. Z wielką tedy 

niecierpliwością czekałem na całkowite wykręcenie się dna. Kiedy koło jedenastej 

spostrzegłem, Ŝe nadal nic się nie dzieje, ruszyłem z głową nabitą myślami do 

Maybury, do domu. Ale i tu nie dały mi one spokojnie pracować nad moimi 

abstrakcyjnymi badaniami.

Po południu-wygląd pola zmienił się nie do poznania. Wczesne wydania 

wieczornych gazet poruszyły Londyn ogromnymi tytułami w rodzaju: ,,POSŁANIE Z 

MARSA" lub "GODNE UWAGI WYDARZENIE W WOKING" itd. W dodatku 

depesza Ogilvy'ego do Instytutu Astronomicznego postawiła na nogi wszystkie 

obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie.

Na polu opodal jamy stało ze sześć przynajmniej doroŜek z Woking, bryczka z 

Cobham, a nawet jakaś wielkopańska kareta. Nie mówiąc juŜ o mnóstwie bicykli. 

Prócz tego, choć dzień był upalny, wielu ludzi z Wo king i Chertsey musiało ściągnąć 

tu na piechotę, tak iŜ tłum zebrał się niemały. Było w nim nawet kilka jaskrawo 

odzianych kobiet.

Upał był, jak się juŜ rzekło, piekielny. Niebo bez chmurki i ani tchnienia 

wietrzyku, tylko rozsiane tu i ówdzie pojedynczo sosny rzucały nieco skąpego cienia. 

Płonące wrzosowisko juŜ ugaszono, cała jednak równina, jak okiem sięgnąć w stronę 

Ottershaw, wypalona była i sczerniała, a

gdzieniegdzie sączyły się z niej pionowe smuŜki dymu. Przedsiębiorczy 

piwiarz z Cobham przysłał syna z wózkiem pełnym butelek piwa i jabłek.

ZbliŜając się do jamy spostrzegłem nad samym jej brzegiem grupkę złoŜoną z 

sześciu ludzi. Byli między nimi Ogilvy, Henderson i wysoki jasnowłosy męŜczyzna, 

background image

jak się później dowiedziałem - astronom Stent z Królewskiego Obserwatorium, a 

takŜe paru robotników z łopatami i kilofami. Stent ostrym podniesionym głosem 

wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym na walcu, który oczywiście ostygł juŜ 

znacznie. Stent był purpurowy, po twarzy spływał mu strumieniami pot, widać było 

wyraźnie, Ŝe coś go bardzo zirytowało.

DuŜa część walca została juŜ odkopana, dolny jednak koniec wciąŜ jeszcze 

tkwił w ziemi. Ogilvy dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał 

mnie do jamy i poprosił, bym udał się do lorda Hiltona, właściciela tej posiadłości. 

Rosnący nieustannie tłum, a zwłaszcza wyrostki - mówił - bardzo utrudniają 

odkopywanie. Trzeba na gwałt ogrodzić, prowizorycznie chociaŜby, jamę, by 

oddzielić ją od gapiów. Powiedział takŜe, iŜ od czasu do czasu słychać jeszcze w 

walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie udało się, gdyŜ nic ma ono Ŝadnych 

uchwytów. Ściany są niewątpliwie bardzo grubo, być więc moŜe, iŜ dochodzące do 

nas słabe dźwięki są w rzeczywistości głośnym zgiełkiem.

Prośba Ogilvy'ego ucieszyła mnie bardzo., gdyŜ spełnienie jej czyniło mnie 

widzem uprzywilejowanym, dopuszczonym niechybnie poza projektowane 

ogrodzenie. Co prawda lorda Hiltona nie zastałem, powiedziano 

mi jednak, Ŝe spodziewają się jego przyjazdu z Londynu pociągiem 

przybywającym o szóstej po południu. PoniewaŜ było dopiero piętnaście po piątej, 

wróciłem do domu na podwieczorek, potem zaś pośpieszyłem na dworzec, aby tam na 

niego czatować.

4 Walec otwiera się

Na Ŝwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się juŜ ku zachodowi. Od 

strony Woking wciąŜ napływały w pośpiechu grupy ludzi, podczas gdy nieliczni tylko 

wracali do domu. Tłum zarysowany ciemnym konturem na tle cytrynowoŜółtego 

nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba osób. Dochodziły z niego jakieś krzyki, a 

bliŜej jamy słychać było odgłosy szamotania się. Przez głowę przelatywały mi 

najdziwniejsze myśli. Podchodząc bliŜej usłyszałem głos Stenta:

- Cofnąć się Cofnąć się!

W moją stronę pędził jakiś chłopczyk.

- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam 

do domu!

ZbliŜyłem się pospiesznie do tłumu. Stało tam moŜe dwieście, moŜe trzysta 

background image

rozpychających się łokciami, tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących 

się tam pań wykazywało nie mniejszą aktywność.

- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy.

Tłum falował, ja zaś przepychałem się siłą ku przodowi. Wszyscy byli 

niezwykle podnieceni. Z jamy rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie

- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - PomóŜ odpędzić tych idiotów PrzecieŜ nie 

wiadomo, co jest w tym przeklętym walcu!

Ujrzałem młodego człowieka, zdaje się sprzedawcę z Woking, stojącego na 

walcu i usiłującego wydostać się z jamy, do której zepchnął go falujący tłum.

Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać juŜ było ze dwie stopy lśniącego 

gwintu. Ktoś popchnął mnie tak silnie, Ŝe omal nie spadłem na obracające się dno. 

Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała wykręcić się do końca, gdyŜ. dno 

upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie męŜczyznę 

i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie 

czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.

Myślę, Ŝe wszyscy spodziewali się ujrzeć wydobywającego się z walca 

człowieka, być moŜe niezupełnie podobnego do ziemskich ludzi, ale przecieŜ 

człowieka. Przynajmniej ja się tego spodziewałem. Tymczasem w głębi tej czerni 

ujrzałem jakieś ruchy, jakieś wciąŜ bliŜsze i bliŜsze, nakładające się szare falowania, 

następnie dwie połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z wnętrza wysunęło 

się coś na kształt szarego węŜa grubości zwykłej laski i poczęło wić się w powietrzu 

wprost ku nam. Po chwili za pierwszym węŜem ukazał się następny.

Wstrząsnął mną nagły dreszcz. Jakaś kobieta za mną krzyknęła głośno. Na 

wpół odwrócony, ze wzrokiem wciąŜ utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne 

macki, począłem przepychać się dalej od skraju jamy. Widziałem wyraźniej, jak 

zdumienie malujące się na twarzach otaczających mnie ludzi zmieniało się w 

przeraŜenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. Tłum zaczął się cofać. 

Patrzyłem, jak sprzedawca wspina się ź pośpiechem po zboczu jamy, nagle 

spostrzegłem, Ŝe jestem

sam, a po przeciwnej stronie jamy tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w 

pole. Znów spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany strach. Stałem 

skamieniały i patrzyłem.

Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duŜe, wielkości niedźwiedzia

background image

, szare kuliste cielsko. Wychynęło z otworu i zalśniło w promieniach słońca 

jak wilgotna skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we mnie 

przenikliwie. Cielsko było owalne i, moŜna by rzec, miało twarz. PoniŜej oczu 

widniał otwór gębowy, wąska szrama bez warg, drgająca bezustanku, sapiąca, 

ociekająca śliną. Całe ciało dyszało i pulsowało konwulsyjnie. Cienkim mackowatym 

ramieniem trzymało się krawędzi walca, podczas gdy druga macka bujała w 

powietrzu.

Ktoś, kto nigdy nie widział Ŝywych Marsjan, z trudem tylko moŜe wyobrazić 

sobie niezwykłe obrzydzenie, jakie budził ich wygląd. Zwłaszcza drgające nieustannie 

usta wygięte w kształt litery V, z obwisłą ku przodowi górną wargą, brak łuków 

brwiowych, brak podbródka pod klinowatą wargą dolną, węŜowe macki, głośne i 

pośpieszne sapanie wywołane-obcą im atmosferą ziemską, wyraźna trudność w 

poruszaniu się spowodowana silniejszym niŜ na Marsie przyciąganiem, a przede 

wszystkim niesamowita wprost przenikliwość ogromnych oczu - widok ten 

przyprawiał nieomal o mdłości. W ich oleistej brunatnej skórze było coś gąbczastego, 

w niezręcznej celowości powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego. 

JuŜ pierwsze z nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i 

przeraŜeniem.

Wtem potwór znikł. Przewinął się przez krawędź walca i, z głuchym hukiem 

upuszczonego na ziemię cięŜkiego zwoju skór, spadł na dno jamy. Usłyszałem, jak 

wydał z siebie przy tym szczególny ochrypły okrzyk, po czym z głębi ciemnego 

otworu wypełzło następne straszydło.

Na ten widok nie udało mi się juŜ dłuŜej opanować przestrachu. Odwróciłem 

się i pędząc jak szalony dopadłem oddalonej o sto moŜe jardów kępy drzew. Biegłem 

w skos i potykałem się co krok, gdyŜ nie mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych 

istot wzroku.

Zatrzymałem się wreszcie, dysząc cięŜko, wśród karłowatych sosenek 

przerośniętych krzewami jałowca i czekałem, co będzie dalej. Calutkie wrzosowisko 

usiane była ludźmi przykutymi jak i ja do ziemi przeraŜającym jakimś urokiem, 

wpatrującymi się w te wstrętne istoty, a właściwie w skrywające je zwały Ŝwiru. 

Nagłe ujrzałem, z nową falą przeraŜeni, wysuwający się spoza nasypu jakiś czarny 

okrągły przedmiot. Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem nieba głowa 

sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełoŜył rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili

background image

jednak znów pozostała widoczna tylko głowa. Wyglądało to, jakby ześliznął 

się z powrotem. Nagle znikła i głowa i wydawało mi się, Ŝe w jamie rozległ się słaby 

krzyk. Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej rozterce 

strach przewaŜył. Potem nie było juŜ widać nic więcej. Wszystka skrywało hałdy 

piasku i Ŝwiru, utworzone po upadku cylindra. Ktoś nadchodzący gościńcem od 

Cobham lub Woking zadziwiłby się niewątpliwie widokiem topniejącego tłumu około 

setki ludzi rozsypanych półkolem po polu, kryjących się w zagłębieniach, za 

krzewami, za pniami drzew, porozumiewających się między sobą krótkimi 

gorączkowymi wykrzyknikami i wpatrującymi się w kilka wielkich kup piasku. Jak 

niesamowity wrak wózek czerniał na tle płomiennego nieba porzucony wózek 

piwiarza, a nieco opodal - rząd opuszczonych pojazdów. Konie chrupały owies z 

nadzianych na łby mieszków !lub skubały trawę.

5 Snop Gorąca

Przelotny widok Marsjan wydobywających się z walca, w którym przybyli ze 

swej planety na Ziemię, zafascynował mnie paraliŜując me ruchy. Stałem po kalana 

we wrzosach, z oczami utkwionymi w skrywający ich nasyp, i czułem, Ŝe ścierają się 

we mnie strach i ciekawość.

Nie miałem odwagi powrócić do jamy, równocześnie jednak pragnąłem 

namiętnie zajrzeć do niej znowu. Ruszyłem wreszcie wolniutko, wielkim łukiem, 

szukając jakiegoś punktu obserwacyjnego. Nadal nie odrywałem wzroku od nasypu, 

za którym schowali się przybysze. Raz nad jamą zabłysło na chwilę w słońcu i znowu 

skryło się kłębowisko czarnych cienkich węŜy podobnych d.o macek ośmiornicy. 

Potem, bardzo powoli, wynurzyła się długa tyczka zakończona okrągłą tarczą 

wirującą nieustannym, szybkim, drgającym ruchem. Co się tam mogło dziać

Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliŜej 

Woking, druga od strony Cobham. Widocznie wszyscy przeŜywali rozterkę podobną 

do mojej. W pobliŜu stało paru męŜczyzn. Podszedłem do jednego z nich. Był to mój 

sąsiad, nie znany mi zresztą z nazwiska. Choć nie była to najwłaściwsza do rozmowy 

chwila, zagadnąłem go.

- CóŜ to za wstrętne bydlaki-odrzekł. -0, mój BoŜe! Co to za wstrętne bydlaki! 

- powtarzał w kółko.

- Widział pan tego człowieka w jamie? - zapytałem; nic na to nie 

odpowiedział. Milczeliśmy obaj, zapatrzeni, czując się we dwóch nieco

raźniej. Po chwili przesunąłem się trochę w bok, by wspiąć się na niewielki, 

background image

lecz zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem, 

zobaczyłem, jak oddalał się w stronę Woking.

Dopiero roztapiający się w mroku zachód przyniósł nowe wydarzenia. Na 

lewo, w stronę Woking, tłum gęstniał. Donosił się stamtąd gwar rozmów. Znikła 

natomiast grupka pod Cobham. W jamie panowała zupełna cisza.

Natchnęło to widocznie ludzi odwagą. Sądzę, Ŝe odegrali teŜ pewną rolę nawa 

przybyli z Woking. W kaŜdym razie równocześnie z zapadającym mrokiem rozpoczął 

się przerywany ruch w kierunku jamy, tym Ŝywszy, im cichszy i spokojniejszy 

wydawał się gęstniejący wokół walca wieczór. Czarne pionowe figurki posuwały się 

parami, trójkami ku przodowi, przystawały niepewnie, wpatrywały się w ciemność i 

znów ruszały przed siebie opasując Ŝwirowisko szerokim nieregularnym 

półksięŜycem. Ja takŜe począłem zbliŜać się do jamy.

Na Ŝwirowisko wkroczyło śmiało kilku woźniców, po czym rozległ się tupot 

kopyt i skrzypienie kół. Zobaczyłem teŜ chłopaka popychającego wózek z jabłkami. 

Nagle, o trzydzieści maŜe jardów od jamy, ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą 

gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek wymachujący białą chorągwią.

Było to poselstwo. Widząc, Ŝe Marsjanie mimo odpychającej 

powierzchowności są istotami niewątpliwie myślącymi, postanowiono po 

gorączkowych naradach przekonać ich za pomocą znaków, Ŝe my równieŜ obdarzeni 

jesteśmy inteligencją.

Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od 

poselstwa zbyt była wielka, bym mógł rozpoznać, kto brał w nim udział. Później 

dopiero dowiedziałem się, Ŝe w próbie porozumienia uczestniczyli, prócz innych, 

takŜe Ogilvy, Stent i Hen.derson. W bezpiecznym za parlamentariuszami oddaleniu 

posuwało się dość duŜo ciemnych postaci. Wyglądało to, jakby ktoś przebił w jednym 

miejscu otaczający jamę, dosyć juŜ teraz szczelnie, krąg.

Nagle zabłysło jaskrawe światło i z jamy buchnęły unoszące się pionowo w 

górę, jeden za drugim, trzy potęŜne kłęby zielono jarzącego się dymu. Dym ten, 

trafniej maŜe byłoby nazwać go płomieniem, świecił tak jaskrawo, Ŝe w jego blasku i 

ciemnobłękitne niebo nad głowami, i zamglone brązowe zarośla ciągnące się aŜ pod 

Chertsey, i czarne rozrzucone tu i ówdzie sosny-pociemniały jeszcze bardziej i 

pozostały czarne, kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się ciche syczenie.

ZbliŜająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamen

background image

tariuszy, małych czarnych figurek na czarnej rozległej płaszczyźnie, 

zatrzymała się na ten widok jak wryta. Gdy zielony dym wzbił się w górę, twarze 

rozświetliły się bladą zielenią i zgasły. Syczenie przeszło z wolna w brzęczenie, 

potem w długi donośny warkot. Równocześnie z jamy wysunął się powoli sklepiony, 

podobny do garbu kształt wysyłający w przestrzeń ledwie dostrzegalny, wąski, 

cieniutki promyk światła.

Po chwili w rozproszonej grupie zaczęły przeskakiwać z człowieka na 

człowieka jasne iskry, oślepiające błyski płomienia. Wydawało się, jakby 

niewidzialny strumień światła uderzał ich i zapalał po kolei, jakby jeden po drugim 

stawali nagle w płomieniach.

Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy 

towarzyszący im dotychczas tłum rzucił się do ucieczki.

Stojąc tak i przyglądając się nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe to śmierć grasuje 

wśród tej małej odległej gromadki. Czułem tylko, Ŝe dzieje się tam coś dziwnego. 

Oślepiający, bezgłośny błysk światła i człowiek wali się na ziemię. Kiedy zaś 

niewidoczny snop gorąca sięgał dalej wydając głuchy odgłos - stawały w płomieniach 

sosny, buchały ogniem wysuszone kępy janowca. Nawet hen, daleko, gdzieś aŜ pod 

Knaphill dostrzegłem płonące drzewa, Ŝywopłoty i drewniane zabudowania.

Niewidzialny gorący grot, ognista śmierć, szybko i nieuchronnie raził 

wszystko dokoła. Pałające krzewy znaczyły jego drogę ku mnie, tak jednak byłem 

osłupiały, tak oszołomiony, Ŝe nie mogłem ruszyć się z miejsca. Słychać było 

wyraźnie ogień potrzaskujący na wrzosowisku. Jakiś koń zarŜał i urwał nagle. Jakby 

ktoś przeciągnął po oddzielających mnie od Marsjan wrzosach niewidzialnym 

rozŜarzonym palcem i natychmiast szerokim śladem zadymiła i potrzaskała ziemia. 

Na lewo, u wylotu gościńca z Woking na Ŝwirowisko, coś runęło z hukiem. Wtem 

syczenie i warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym jamę nasypem.

Wszystka odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, Ŝe 

nie zdąŜyłem nawet poruszyć się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy - 

byłbym zgubiony. Przeszła jednak bokiem, oszczędziła mnie i pozostawiła po sobie 

nagle ciemną, niezwykłą noc.

Pod granatowym sklepieniem wieczornego nieba leŜały ciche, ciemne aŜ do 

czerni, pagórkowate wrzosowiska przecięte popielatą wstęgą gościńca. Ciemność 

zdała się całkiem bezludna. W górze migotały juŜ pierwsze gwiazdy, niebo na 

zachodzie jaśniało jeszcze bladym, seledynowym błękitem. Na jego tle rysowały się 

background image

czarno wierzchołki sosen i dachy domów w Horsell. Z wyjątkiem tyczki z wirującym 

nieustannie zwiercia

dłem na czubku nie była widać ani Marsjan, ani Ŝadnych ich narzędzi. 

Gdzieniegdzie dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking 

biły w ciche, pogodne niebo języki płomieni.

Prócz tych poŜarów i przeraŜonego zdumienia wszystko było jak przedtem. 

Wydawało się, Ŝe zniknięcie z powierzchni Ziemi kilku czarnych figurek z białą 

chorągiewką w niczym nie zakłóciło ciszy wieczoru.

Nagle poczułem się na całym tym ciemnym, bezkresnym polu sam, bezbronny 

i bezsilny. Ogarnęło mnie przeraŜenie.

Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko.

Nie tylko Marsjanie napawali mnie grozą, groźna była ciemność, groźna cisza. 

PrzeraŜenie załamało cały mój męski hart ducha. Biegnąc płakałem bezgłośnie, jak 

płaczą małe dzieci. Raz odwróciwszy się - nie śmiałem juŜ spoglądać za siebie.

Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, Ŝe ktoś ze mną igra, Ŝe właśnie 

teraz, kiedy od ocalenia dzieli mnie tylko krok, dopędzi mnie i schwyta przyczajona w 

jamie koło walca, szybka jak błyskawica, tajemnicza śmierć.

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham

Bezgłośna szybkość, z jaką Marsjanie potrafili zabijać, zdumiewa nas wciąŜ 

jeszcze. Mniema się ogólnie, Ŝe, umieli oni w sobie tylko wiadomy sposób wytwarzać 

zasoby intensywnego ciepła w komorach o minimalnym 

przewodnictwie. Potem, uŜywając wykonanego z nieznanego stopu 

parabolicznego zwierciadła, rzucali snop tego gorąca, podobnie jak zwierciadło latarni 

morskiej rzuca snop światła, na dowolny przedmiot. Nikt oczywiście nie potwierdził 

naukowo tych szczegółów. W kaŜdym jednak razie pewne jest, iŜ podstawą tej broni 

był snop gorąca. Gorąca i niewidzalnego, zamiast widzialnego, światła. Pod jego 

dotknięciem wszystko, co palne, stawało w płomieniach, ołów płynął jak woda, 

miękło Ŝelazo, pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę.

Czterdziestu bez mała zwęglonych, zmienionych do niepoznania ludzi legło 

owego pogodnego wieczora dokoła jamy, zaś rozświetlone poŜarami pola między 

Horsell i Maybury pozostawały przez całą noc pusto i jaskrawo płonące:

Wiadomość o masakrze dotarła równocześnie niemal do Cobham, do

background image

Woking i do Ottershaw. Gdy na Ŝwirowisku rozgrywała się tragedia, w 

Woking zamykano właśnie sklepy - toteŜ niemało pociągniętych zasłyszanymi 

wieściami ludzi udało się przez most pod Horsell i dalej drogą pomiędzy Ŝywopłotami 

prowadzącą ku Ŝwirowisku.

Nietrudno wyobrazić sobie wyświeŜoną po całodziennej pracy młodzieŜ, jak 

korzystając z okazji stworzonej przez nowinę wybierała się na wieczorną przechadzkę 

wypełnioną zwykłymi zalotami. Nietrudno wyobrazić sobie płynący nad gościńcem 

gwar młodych głosów...

Choć nieszczęsny Henderson pchnął gońca na bicyklu, aby nadać z poczty w 

Woking depeszę do wieczornych gazet londyńskich, to jednak mało kto, nawet w 

Woking, wiedział, Ŝe walec juŜ się otworzył.

Ciekawi, nadchodzący dwójkami, trójkami, widzieli jedynie gorączkowo 

rozprawiające gromadki ludzi wpatrzonych w wirujące nieustannie na czubku 

tyczki nad jamą zwierciadła. Trudno wątpić", by panujące tu podniecenie nie udzieliło 

się takŜe i nowo przybyłym.

Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze, 

na gościńcu zebrało się juŜ, nie licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć 

Marsjan z bliska, około trzystu osób. Było teŜ trzech policjantów, w tym jeden konny, 

usiłujących za wszelką cenę wykonać polecenie Stenta, to jest utrzymać gapiów z 

daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez wrzawy ze strony tych bezmyślnych i 

ulegających podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest okazją do hałasowania i 

głupich dowcipów.

Stent i Ogilvy natychmiast po ukazaniu się,Marsjan, przewidując moŜliwość 

jakichś starć, depeszowali z Horsell do najbliŜszych koszar z. prośbą o przysłanie 

kompanii piechurów, aby uchronić te dziwne stworzenia przed gwałtem. Dokonawszy 

tego powrócili czym prędzej do jamy, aby stanąć na czele owego nieszczęsnego 

poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie róŜni się niczym od opisu 

wydarzeń widzianych przez tłum ciekawych. Trzy kłęby zielonego dymu, odgłos 

głuchego warkotu w jamie, błyski płomienia.

Cały ten tłum był jednak znacznie bliŜszy śmierci ode mnie. Ocaliły go zarosłe 

wrzosami piaszczyste pagórki, które przegrodziły drogę dolnemu pasmu Snopa 

Gorąca. Gdyby paraboliczne zwierciadło uniosło się o kilka jardów wyŜej, nie 

zostałby przy Ŝyciu ani jeden świadek. Najpierw 

background image

ujrzano błyski, padających ludzi i zapalane, jakby niewidoczną w mroku ręką, 

coraz bliŜej i bliŜej, krzaki. Patem, z sykiem zagłuszającym dochodzący z jamy 

warkot, łysnął nad głowami Snop Gorąca i natychmiast stanęły w ogniu czubki 

obrzeŜających gościniec buków. Poczęły kruszyć

się cegły, trzaskać w oknach szyby, zapłonęły drewniane framugi, a z 

naroŜnego domu posypały się na ziemię szczątki dachu.

Wśród nagłego syku, trzasku i huku, oślepiany blaskiem płonących drzew, 

zdjęty paniką tłum zamarł na chwilę.

Na gościniec poczęły się sypać iskry, a za nimi płonące liście i gałęzie. 

Zajmowała, się od nich odzieŜ i kapelusze. Na wrzosowisku rozległy się krzyki. W 

cały ten rozgardiasz wtargnął wrzeszcząc coś i osłaniając głowę rękami konny 

policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się

do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. Tam, gdzie gościniec 

zwęŜa się, przebiegając w wykopie, zrobił się zator, ścisk i wybuchła rozpaczliwa 

bójka. Nie wszyscy uszli z niej cało - zduszone i stratowane pozostały, konając w 

okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko.

7 Jak dotarłem do domu

Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się 

pośród drzew i pełen potknięć bieg przez wrzosowisko. Dokoła była groza i pewność, 

Ŝ

e gorące ostrze krąŜy i unosi się nieustannie nad głową, aby spaść i zgładzić mnie 

bezlitośnie, Na gościniec wyszedłem pomiędzy Horsell a skrzyŜowaniem, ku któremu 

pognałem co sił.

W pewnej chwili poczułem, Ŝe dalej juŜ biec nie mogę. Wyczerpany 

gwałtownością wraŜeń i wysiłkiem ucieczki zatoczyłem się i padłem na skraju drogi. 

Było to tuŜ przy moście nad kanalem, w pobliŜu gazowni. Upadłem i leŜałem bez 

ruchu.

LeŜałem tak, zdaje się, dość długo.

Wtem, jakby czymś zaniepokojony, usiadłem. Przez chwilę nie moglem pojąć; 

skąd się tu wziąłem. PrzeraŜenie opadło ze mnie jak płaszcz. W ucieczce zgubiłem 

kapelusz, a kołnierzyk zsunął się z ułamanej spinki. Jeszcze przed chwilą oczywiste 

były dla mnie trzy tylko rzeczy: bezmiar nocy, przestrzeni i przyrody - własna moja 

trwoga i niemoc - i bliskość śmierci. Teraz, jakby coś się we mnie odmieniło, 

zacząłem widzieć wszystko inaczej. Nie było to świadome przejście z jednego stanu 

w drugi. Po prostu poczułem się znowu zwykłym sobą, powaŜnym i statecznym 

background image

obywatelem. A te ciche pola, ta instynktowna ucieczka, te buchające płomienie - 

wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę. 

Nie mogłem uwierzyć.

Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepeł

niało mnie zdumienie. Nerwy i mięśnie osłabły, jakby z nich uszły wszelkie 

siły. Rzec moŜna: potykałem się niczym pijany. Spoza sklepienia mostu ukazała się 

wpierw głowa, patem reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony 

koszykiem, a obok biegł mały chłopczyk. Mijając Ŝyczyli mi dobrej nocy. Chciałem 

odpowiedzieć i - nie mogłem. Mruknąłem tylko coś niezrozumiale i powlokłem się 

dalej. Pod mostem Maybury zadudnił pociąg. Długa gąsienica oświetlonych okien, 

biała falująca smuga dymu oświetlonego ogniem, stukot kół - i znikł mknąc na 

południe: Przy furtkach willowych ogródków (wchodziłem od strony pięknego 

przedmieścia zwanego Wschodnim Tarasem) gwarzyły spokojnie ciemne gromadki 

mieszkańców. Wszystko było tu takie zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza 

mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, wmawiałem w siebie, tego być nie mogło! 

Jestem, być moŜe, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy 

duŜo jest ludzi podobnych w tym do mnie. OtóŜ odczuwam czasami dziwne jakieś 

oderwanie się od samego siebie, od otaczającego mnie świata; wydaje mi się 

wówczas, Ŝe patrzę na wszystko jakby z zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z 

niezmiernego oddalenia, spoza napięcia rozgrywającej się nieustannie tragedii bytu. 

Uczucie to było we mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął do drugiego 

brzegu snu.

Największej troski przyczyniła mi niepojęta sprzeczność między otaczającą 

mnie ciszą a śmiercią grasującą o niecałe dwie. mile stąd. W gazowni słychać było 

odgłosy - normalnej pracy, elektryczne lampy płonęły jak co wieczór.

Przystanąłem przy najbliŜszej grupce gwarzących. - Co słychać na 

Ŝ

wirowisku? - zapytałem.

Przy furtce stało dwóch męŜczyzn i kobieta. - Co? - jeden z nich zwrócił się ku 

mnie.

- Co słychać na Ŝwirowisku? - powtórzyłem pytanie. - A pan nie stamtąd 

wraca?-odparł.

- Powariowali z tym Ŝwirowiskiem! -zawołała kobieta. - Co tam się dzieje?

- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - 0 stworzeniach z 

background image

Marsa?

- AŜ za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! Wszyscy troje 

roześmieli się.

Poczułem się ośmieszony, i to mnie rozgniewało. Próbowałem opowiadać im, 

co widziałem, lecz nie udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko.

- Jeszcze o nich usłyszycie! - wykrzyknąłem i ruszyłem do domu. JuŜ w progu 

przeraziłem Ŝonę niesamowitym wyglądem. W jadalni

usiadłem przy stole, wypiłem nieco wina i gdy trochę przyszedłem do siebie, 

zacząłem opowiadać o wszystkich swych przejściach. Gotowa od dawna zimna 

kolacja stała nie tknięta na stole przez cały czas opowiadania.

- Jedno jest pewne-kończyłem chcąc choć trochę złagodzić wywołane 

wraŜenie. - Nigdy jeszcze nie widziałem stworzeń poruszających się równie 

niezdarnie. Mogą, rzecz prosta, siedzieć sobie w tej swojej jamie i zabijać kaŜdego, 

kto tylko zbliŜy się do nich, ale na pewno nie potraf ą z niej wyjść... Wyglądają jednak 

okropnie.

- Przestań, kochanie! - zawołała Ŝona ściągając brwi i kładając rękę na mojej.

- Biedny OgiIvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, moŜe leŜy tam martwy! śona w 

kaŜdym razie nie wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną 

bladość natychmiast umilkłem.

- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku.

Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić.

- PrzecieŜ ledwie łaŜą - tłumaczyłem.

Chcąc pocieszyć i ją, i siebie powtarzałem to, co wczoraj mówił Ogilvy: Ŝe 

niepodobieństwem jest, by Marsjanie mogli zadomowić się na Ziemi. Szczególny 

nacisk kładłem na trudności grawitacyjne. Siła cięŜkości jest trzykrotnie większa na 

Ziemi niŜ na Marsie. Wskutek tego Marsjanin waŜy na Ziemi trzy razy tyle, choć siła 

jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego będzie jak z ołowiu! Takie zresztą było 

powszechne mniemanie. Przytoczę tu dla przykładu, iŜ następnego poranka i Times, i 

Daily Telegraph twierdziły słowo w sławo to samo, zapominając jak i ja o działaniu 

dwu zupełnie oczywistych czynników.

Atmosfera ziemska zawiera, jak wiadomo, więcej tlenu, a mniej argonu od 

atmosfery Marsa. Ta nadwyŜka tlenu oddziaływała na Marsjan dostatecznie 

pobudzająco, aby w znacznym stopniu zrównowaŜyć zwiększony cięŜar ich ciała, Po 

drugie, przeoczano na ogół fakt, Ŝe wysoki poziom myśli technicznej pozwalał 

background image

Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni.

Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tym, toteŜ całe moje rozumowanie 

pozbawiało najeźdźców najmniejszej nawet szansy w walce z ludźmi. Konieczność 

uspokojenia Ŝony i ufność, jaką natchnął mnie ,suto zastawiony stół, smaczne 

jedzenie i dobre wino sprawiły,

iŜ z minuty na, minutę stawałem się odwaŜniejszy i pewniejszy siebie.

- Popełnili głupstwo - twierdziłem dolewając sobie wina. - Oszaleli ze strachu 

i to uczyniło ich niebezpiecznymi. MoŜe nie spodziewali, się zastać tu, na Ziemi, istot 

Ŝ

yjących i obdarzonych do tego inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego 

pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej jamie,

Niezwykłe podniecenie wywołane wypadkami tamtego dnia musiało wprawić 

mą spostrzegawczość w stan wysokiego uczulenia. Wieczór ów pamiętam dzisiaj 

jeszcze niezwykle Ŝywo. Zwrócona ku mnie, słodka w róŜowym cieniu abaŜuru, 

zaniepokojona twarz Ŝony; biały obrus, srebrna i kryształowa zastawa - w tamtych 

czasach nawet filozoficzni pisarze mogli sobie pozwolić na pewien przepych - 

purpurowe wina w kielichu wryły się w mą pamięć z fotograficzną dokładnością. 

Siedziałem przy stole, koiłem nerwy papierosem, współczułem nierozwaŜnemu 

Ogilvy'emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan.

Zupełnie tak samo, myśląc o dostrzeŜonych za dnia myśliwych, poruszył się w 

swym gniazdku jakiś szacowny ptak dodo. "Zadziobiemy ich jutro na śmierć" - 

ć

wierkał zapewne do swej małŜonki.

SkądŜe mogłem wówczas wiedzieć, Ŝe była to ostatnia wykwintna kolacja, 

jaką miałem zjeść w ciągu wielu dziwnych i straszliwych dni,.

8 Piątkowa noc

Ze wszystkich niezwykłych zjawisk oglądanych przeze mnie w ów piątek za 

najniezwyklejsze uwaŜam trwałość zwyczajów panującego podówczas porządku 

społecznego, w momencie gdy rozpoczynały się zdarzenia, które miały ten porządek 

obalić.

Gdyby w piątek wieczorem zatoczyć koło w promieniu pięciu mil ze środkiem 

w Ŝwirowisku pod Woking - nie sądzę, by choć jeden człowiek (poza, być moŜe, 

krewnymi nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leŜących wokół jamy martwych 

background image

londyńczyków) przebywający poza tym okręgiem zmienił z uwagi na zaziemskich 

przybyszów, choć w nieznaczny sposób, codzienne swe nawyki.

0 walcu słyszało oczywiście wiele osób. Na pewno rozmawiano nawet o nim 

w wolnych chwilach, jednak niemieckie ultimatum, na przykład, zrobiłoby, z wszelką 

pewnością, większe wraŜenie.

Telegram Hendersona o odkręcaniu się walca uznano tego wieczoru w 

Londynie za zwykłą kaczkę. Redakcja zadepeszowała doń Ŝądając potwierdzenia 

wiadomości, a nie otrzymawszy odpowiedzi - biedak nie Ŝył juŜ przecie - postanowiła 

nie wydawać dodatku nadzwyczajnego.

Nawet jednak wewnątrz tego pięciomilowego kręgu większość ludzi 

pozostawała bezczynna. Wspomniałem juŜ o zachowaniu się zagadniętych przeze 

mnie męŜczyzn i kobiety. W całej okolicy ludzie spoŜywali obojętnie posiłek, grzebali

po pracy w ogródkach, dzieci kładziono spać, młode pary spacerowały po 

zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad ksiąŜkami.

Być moŜe, uliczna plotka w wioskach, nowy interesujący temat w piwiarni, 

słowa któregoś naocznego świadka ostatnich wydarzeń wywołały gdzieniegdzie 

trochę zamętu, krzyków i bieganiny, w ogromnej jednak większości ludzie pracowali, 

jedli, pili, szli spać, zupełnie tak samo jak co dzień, jak co rok, od najdawniejszych 

czasów, jakby na niebie nie było Ŝadnego Marsa. Nawet na stacji w Woking, w 

Horsell i w Cobham było tak sama.

Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeŜdŜały 

i odchodziły pociągi, niektóre przetaczano na boczne tory, pasaŜerowie wysiadali i 

czekali na połączenia. Wszystko szło normalnym trybem. Jakiś chłopak z miasta 

usiłował przełamać monopol Smitha sprzedając na stacji popołudniowe gazety. Jego 

okrzyki: - Ludzie z Marsal mieszały się z ostrymi gwizdami parowozów i stukotem 

kół. Gdy około dziewiątej pojawili się na dworcu;wstrząśnięci niewiarygodnymi 

wprost przeŜyciami ludzie - nie zrobili tam większego wraŜenia od zwykłych pijaków. 

Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów w ciemność, a widząc gdzieś pod 

Horsell z rzadka tylko ukazujące się iskry, słaby czerwony odblask i nikłe smuŜki 

dymu wijące się po wygwieŜdŜonym niebie sądzili, iŜ patrzą na zwykły o tej porze 

roku poŜar wrzosowisk. Sprawa wyglądała powaŜniej dopiero w obrębie 

wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć domków. We wszystkich trzech 

wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aŜ do świtu

Tłum ciekawskich zebrany na mostach w Cobham i w Horsell nie topniał ani 

background image

przez chwilę. Gdy jedni odchodzili, przybywali nowi i zbiegowisko nie zmniejszała 

się. Później dopiero stwierdzono, iŜ kilku śmiałków podsunęło się w ciemnościach 

bardzo blisko do Marsjan - nie powrócili oni juŜ jednak nigdy, promień światła 

bowiem; jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu do czasu pole, a Snop Gorąca był 

zawsze w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, tylko zwęglone ciała 

leŜały

nietknięte przez całą noc i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z 

jamy odgłosy kucia,

W piątek wieczorem sytuacja wyglądała następująco: w środku, jak zatrute 

Ŝą

dło w naskórku naszej starej Ziemi, tkwił wale. Trucizna jednak nie działała jeszcze 

z pełną macą. Dalej rozciągał się pas cichych, miejscami okopconych pól z 

rozrzuconymi tu i ówdzie ciemnymi, poskręcanymi dziwacznie figurkami. 

Gdzieniegdzie paliło się drzewo i krzak. Poza nimi przebiegała obwódka podniecenia, 

lecz zapalenie nie sięgało jeszcze dalej w głąb. Przez resztę świata płynął, jak od 

niepamiętnych czasów, codzienny potok Ŝycia. Gorączka wojenną. która miała 

wkrótce zasklepić Ŝyły i arterie, zabić nerwy i zniszczyć mózg, dopiero miała się 

rozwijać,

Marsjanie, jak noc długa, bez zmruŜenia oka i bez chwili wytchnienia kuli i 

hałasowali przygotowując swe machiny. Co chwila buchały w wygwieŜdŜone niebo 

kłęby białozielonego dymu. Po godzinie jedenastej przemaszerowała przez Horsell i, 

tworząc kordon, zaciągnęła posterunki dokoła Ŝwirowiska kompania piechoty. Przez 

Cobham przeszła druga, zamykając Ŝwirowisko od północy. Opowiadano, Ŝe tego 

dnia było tam juŜ kilku oficerów i Ŝe jeden z nich, major Eden z pułku lnkermana, 

zaginął. Na moście w Cobham zatrzymał się dowódca pułku i niezwłocznie, choć 

dochodziła juŜ północ, zabrał się do przesłuchiwania zebranych tam gapiów. Trzeba 

przyznać, Ŝe władze w wojskowe nie zlekcewaŜyły sytuacji. Jak doniosły nazajutrz 

poranne dzienniki, juŜ przed jedenastą wyruszyły z Aldershot w pole oddziały w sile 

jednego szwadronu huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu 

piechurów z pułku Cardigana.

W parę dosłownie sekund po północy tłum zebrany na gościńcu wiodącym z 

Woking do Chertsey ujrzał, jak w pobliskim sosnowym lesie spadł meteor. Lot jego 

do złudzenia przypominał letnią błyskawicę, lecz światło było zielone. Na Ziemię 

spadł drugi walec.

background image

9 Walka rozpoczyna się

Sobota, pamiętam, była dniem zawieszenia. TakŜe i dniem znuŜenia, gdyŜ 

upał i duchota były straszliwe. Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w 

górę. W przeciwieństwie do Ŝony spałem bardzo krótko i z łóŜka zerwałem się juŜ 

wczesnym rankiem. Przed śniadaniem wyszedłem

do ogrodu. Nasłuchiwałem długo i uwaŜnie, lecz nad polami unosił się tylko 

ś

piew skowronka. n

Mleczarz zjawił się jak co dzień. Turkot wózka wywołał mnie do furtki, gdyŜ 

chciałem posłuchać najnowszych plotek. Dowiedziałem się, Ŝe w nocy Marsjan 

otoczyło wojsko i teraz czekają tam juŜ tylko na armaty. Rozmowę przerwało nam tak 

dobrze znane, tak pokrzepiające dudnienie pociągu pod Woking,

- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz

.

Przez płot zobaczyłem sąsiada dłubiącego w grządkach. Gawędziliśmy 

chwilkę, po czym poszedłem na śniadanie. Ranek by't najzupełniej powszedni. Sąsiad 

mój twierdził, Ŝe Marsjanie zostaną dziś jeszcze uwięzieni lub zgładzeni przez 

wojsko.

- Szkoda, Ŝe tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się 

czegoś o Ŝyciu na ich planecie. Niejednego mogliby nas pewno nauczyć.

Podszedł do płotu częstując mnie garścią truskawek, gdyŜ ogrodnik był z 

niego równie szczodry, co zapalony. Opowiadał teŜ o płonącym lesie sosnowym pod 

Byfleet.

- Opowiadają - rzekł - Ŝe spadło tam drugie takie paskudztwo. Jakby jednego 

było mało. No, ubezpieczeniowcy zapłacą za to wszystko parę ładnych groszy. - 

Ubawiło go to widocznie, bo chichotał. przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy 

wyjaśniając, Ŝe to właśnie pali się las i, śmiejąc się, mówił:

- Długo im będzie gorąco, bo igły i mchy tlą się powoli. - Później jednak 

wspomniał "tego biedaka Ogilvy'ego" i znów spowaŜniał.

Po śniadaniu, zamiast zasiąść jak co dzień do pisania - postanowiłem przejść 

się na Ŝwirowisko. Pod mostem kolejowym natknąłem się na oddziałek Ŝołnierzy, 

saperów zdaje się, w okrągłych czapkach, w rozpiętych brudnych czerwonych 

bluzach, spod których wyzierały niebieskie koszule, w ciemnych spodniach i krótkich, 

background image

do pół łydki, butach. Oświadczyli mi, Ŝe nikomu nie wolno przechodzić na tamten 

brzeg kanału. Na gościńcu za mostem teŜ stał wartownik. Gawędziłem z Ŝołnierzami 

dość długo, Opowiadałem im o Marsjanach i o tym, co wydarzyło się tutaj 

wczorajszego wieczora. śaden z nich nie widział jeszcze Marsjan, toteŜ wyobraŜali 

ich sobie bardzo mgliście. Zasypali mnie oczywiście pytania mi. Nie wiedzieli, na 

czyj rozkaz wystąpiło wojsko, słyszeli tylko o jakichś sporach z gwardią konną. 

Przeciętny saper stoi znacznie wyŜej od zwykłego piechura, toteŜ spierali się o róŜne 

sposoby moŜliwej wałki z dość

duŜą bystrością, Gdy opisałem snop Gorąca, spór rozgorzał na nowo. - 

Podczołgać się w ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden

- Akurat! - odrzekł inny, - Co ci pomoŜe ukrycie przed takim gorącem? Od 

razu cię usmaŜą. Trzeba podejść jak najbliŜej, a potem robić podkop.

- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy, 

powinieneś był urodzić się kretem!

- To znaczy jak? Szyi zupełnie nie mają? - dopytywał się trzeci, smagły, 

zamyślony człeczyna z fajką w zębach.

Opisałem raz jeszcze ich wygląd.

- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z 

nas rybojady!

- Myślę, Ŝe zabić takie bydlę to nie Ŝadna zbrodnia - powiedział pierwszy.

- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z 

fajką. - Nigdy nie wiadomo, co wymyślą!

- A gdzieŜ te twoje szrapnele? - odparł pierwszy.- Zresztą na co czekać? 

Skoczyć, powiadam, na nich i juŜ! Czasu nie ma?

Tak -się spierali. Po chwili zostawiłem ich, by pójść na dworzec po poranne 

gazety; których kupiłem całą stertę,

Nie będę więcej nuŜył czytelnika opisem długiego tego poranka i dłuŜszego 

jeszcze popołudnia. Nie udało mi się rzucić okiem na Ŝwirowisko, gdyŜ władze 

wojskowe obsadziły nawet wieŜe kościelne w Horsell i w Cobham. Zapytywani 

Ŝ

ołnierze nie nie wiedzieli, oficerowie zaś byli tyleŜ tajemniczy, co zajęci. 

Stwierdziłem tylko, Ŝe obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność miasteczka. Od 

Marshalla, właściciela trafiki, dowiedŜiałem się, Ŝe wśród wczorajszych ofiar był 

takŜe i jego syn. śołnierze nakazali tymczasem mieszkańcom przedmieścia w Horsell 

background image

pozamykać i opuścić domy. w

Na obiad wróciłem dopiero po drugiej, bardzo zmęczony, gdyŜ, powtarzam, 

dzień był niezwykle upalny i parny. Po południu, chcąc nieco się odświeŜyć, wziąłem 

zimną kąpiel. Około wpół do piątej znów udałem się na dworzec po wieczorne 

dzienniki, gdyŜ w porannych był tylko, bardzo zresztą niedokładny, opis śmierci 

Stenta, Hendersona, Ogilvy'ego i innych, Znałem zresztą wszystko to szczegółowo. 

Marsjanie nie pokazywali 

się juŜ więcej ani razu. Pracowali widocznie w swej jamie, bo unosiły się nad 

nią bez przerwy kłęby dymu, nie milkły teŜ ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się 

zapewne do walki. "Poczyniono nowe próby porozumienia, jednak bezskutecznie" - 

zdanie to powtarzało się we wszystkich

gazetach. Jakiś saper opowiedział mi, Ŝe próbowano machać z ukrycia 

chorągiewką na długim kiju, ale Marsjanie tyle akurat zwracali na to uwagi, co my na 

ryki krów. _

Muszę wyznać, Ŝe widok wszystkich tych zbrojnych przygotowań podziałał na 

mnie niezwykle podniecająco, Wyobraźnia malowała niesłychanie wojownicze obrazy 

coraz to innej zguby najeźdźców. OŜyły we mnie chłopięce sny o bohaterskich bojach. 

Wałka wydawała mi się jednak aŜ nazbyt nierówna. Wróg był w swej jamie taki 

bezbronny.

O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy teŜ Addlestone powtarzający się w 

równomiernych odstępach huk działa. Okazało się, Ŝe to bombardowano leŜący w 

sosnowym lesie drugi walec chcąc zniszczyć go, zanim się jeszcze otworzy, Armata 

przeznaczona do walki z pierwszym oddziałem Marsjan przybyła do Cobham dopiero 

o piątej,

Nieco po szóstej siedziałem z Ŝoną w altance przy podwieczorku rozmawiając 

z oŜywieniem o zbliŜającej się bitwie, gdy wtem na Ŝwirowisku rozległa się głucha 

detonacja, a w ślad za nią gęsta strzelanina. Nie przebrzmiały jeszcze strzały, gdy tuŜ 

koło nas wstrząsnął ziemią gwałtowny głuchy huk. Wyskoczyłem z altany i oczom 

mym przedstawił się zdumiewający widok. Czubki drzew okalających Kolegium 

Wschodnie stały w płomieniach, wieŜa pobliskiego kościółka rozsypywała się właśnie 

w gruzy, igły minaretu juŜ nie było, a dach Kolegium wyglądał jak ostrzelany z 

cięŜkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku, a czerwone jego szczątki 

sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach.

Staliśmy oboje jak wryci. Pojąłem w jednej chwili, Ŝe po zniszczeniu dachu 

background image

Kolegium grzbiet wzgórza Maybury musi znaleźć się w zasięgu Snopa Gorąca: 

Chwyciłem Ŝonę z ramię i wyciągnąłem bez ceremonii na góściniec. To samo 

zrobiłem ze słuŜącą, choć dopominała się płaczliwie o pozostawiony na strychu 

kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę,

- Nie będziemy w Ŝadnym wypadku mogli pozostać tu dłuŜej - powiedziałem; 

równocześnie na Ŝwirowisku znów zagrzmiały strzały.

- A gdzieŜ się podziejemy? - pytała wystraszona Ŝona.

Zastanowiłem sig, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w 

Leatherhead.

- Leatherhead! - usiłowałem przekrzyczeć panujący dokoła zgiełk. Zona 

patrzyła poza mną, w dolinę. PrzeraŜeni sąsiedzi wybiegali z domów.

- JakŜe my się tam dostaniemy? - zapytała.

Dolinką, pod mostem kolejowym, pędził oddziałek huzarów. Trzech

wpadło galopem na dziedziniec Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i 

poczęli biegać od domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew przeglądało 

czerwone jak krew słońce, rzucając na świat niezwykłe, wyblakie jakby promienie.

- Czekaj tu - zawołałem - tutaj jest bezpiecznie - i popędziłem co tchu do 

zajazdu Pod Łaciatym Psem, którego właściciel posiadał konia i bryczkę. Spieszyłem 

się, rzecz jasna, bardzo, gdyŜ nietrudno było odgadnąć, Ŝe za chwilę ruszą się wszyscy 

zamieszkujący tamtą stronę wzgórza. OberŜysto stał spokojnie za ladą nie mając 

najmniejszego pojęcia o tym, co się dzieje dokoła. Targował się z jakimś 

odwróconym do mnie plecami jegomościem.

- Muszę dostać funta - mówił - i nie mam woźnicy. Dam panu dwa - 

krzyknąłem obcemu przez ramię. - Za co?

I zwrócę przed północą!

- Na miłość boską? - zawołał oberŜysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a 

pan chce dać za niego dwa funty i zwrócić przed północą`? Nic nie rozumiem.

Wyjaśniłem pośpiesznie, Ŝe muszę natychmiast wyjechać, do czego potrzebny 

mi jest za wszelką cenę jego zaprzęg: Nawet nie pomyślałem, Ŝe oberŜysta takŜe 

zechce moŜe uciekać. Wziąłem bryczkę od razu; podjechałem pod dom i zostawiając 

ją pod opieką Ŝony i słuŜącej wpadłem do mieszkania, by zabrać nieliczne nasze 

kosztowności: śywopłoty i przydroŜne drzewa płonęły coraz gwałtowniej. Pakując 

rzeczy dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w naszym kierunku. 

background image

Pędząc od domu od domu wzywał mieszkańców do ucieczki. Kiedy dźwigając 

zawinięte w obrus nasze skarby stanąłem w drzwiach - akurat przebiegał koło nas. 

Krzyknąłem za nim: - Co się dzieje?

Odwrócił się, spojrzał, wybełkotał coś w rodzaju: "czołgają się przykryci 

rondlami", i wpadł do bramy stojącego na szczycie domku, Przepływający nad 

gościńcem kłąb czarnego dymu przesłonił go na chwilę. Podbiegłem do drzwi 

sąsiadów i zapukałem chcąc upewnić się, czy wyjeŜdŜając dziś do Londynu zamknęli 

mieszkanie, po czym wróciłem raz jeszcze do domu po kuferek słuŜącej, przyniosłem 

go i wpakowałem do bryczki, uchwyciłem lejce i wskoczyłem na kozioł obok Ŝony. 

Jeszcze chwila - i zjeŜdŜaliśmy stokiem pagórka do Starego Woking pozostawiając za 

sobą zgiełk i dym.

Przed nami leŜał cichy słoneczny krajobraz, na polach przeciętych tasiemką 

gościńca kołysała się pszenica, powiewał na wietrze szyld oberŜy

w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza 

obejrzałem się, by rzucić okiem na stok, z którego zjeŜdŜałem. W nieruchomym 

powietrzu, kładąc się szarym cieniem na zielone czubki drzew, płynęły cięŜkie kłęby 

czarnego dymu przetykane czerwonymi pręgami płomieni. Dym rozpościerał się od 

lasu pod Byfleet na wschodzie aŜ po Woking na zachodzie. Gościniec za nami usiany 

był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, nagrzane powietrze 

roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który po 

chwili ustał, i przerywany grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko, 

czego tylko dosięgnął Snop Gorąca.

Nie jestem doświadczonym woźnicą, toteŜ całą uwagę musiałem skupić na 

koniu. Gdy obejrzałem się znowu - czarny dym skrył się juŜ za następ nym 

pagórkiem. Zaciąłem konia i nie zwalniałem, dopóki nie zostawiłem za sobą Woking i 

Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed Send.

10 Nawałnica

Leatherhead leŜy o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford

powietrze była przesycone wonią świeŜego siana, która mieszała się ze słodkim 

zapachem oplatających, przydroŜne Ŝywopłoty polnych róŜ. Gwałtowna strzelanina, 

która wybuchła przy naszym zjeździe z pagórka Maybury, ucichła równie nagle, jak 

się przedtem zaczęła, pozostawiając po sobie niczym nie zamąconą ciszę i spokój 

background image

wieczoru. Do Leatherhead dotarliśmy, beŜ Ŝadnych przygód, około dziewiątej. 

Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak potrzebował nasz konik, zjedliśmy 

kolację, po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad Ŝoną.

Przez całą drogę Ŝona dziwnie była milcząca, jakby przeczuwała przyszłe 

nieszczęście. Kiedy próbowałem dodawać jej otuchy dowodząc, Ŝe Marsjanie 

przykuci są do jamy swoim cięŜarem, Ŝe mogą się po niej co najwyŜej czołgać, 

odpowiadała półsłówkami albo milczała. Gdyby nie obietnica dana oberŜyście, iŜ 

odprowadzę konia - bez wątpienia nalegałaby, abym pozostał tej nocy w Leatherhead. 

CzemuŜ nie pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu.

Co do mnie - przez cały ten dzień byłem jak w gorączce. Opanowało mnie coś 

w rodzaju gorączki wojennej, która czasami udzielała się cywilizowanemu 

społeczeństwu, i w głębi duszy cieszyłem się, Ŝe muszę wracać tej nocy do Maybury. 

Obawiałem się nawet, iŜ ostatnia kanonada

mogła oznaczać zagładę najeźdźców z Marsa. Najlepiej zresztą określę swój 

stan, jeśli powiem, iŜ pragnąłem być przy ich zniszczeniu.

W drogę powrotną wyruszyłem tuŜ przed jedenastą. Noc była 

nadspodziewanie ciemna; kiedy wyszliśmy z oświetlonego przedpokoju - wydała mi 

się czarna. Upał i duchota panujące przez cały dzień nie zmniejszyły się ani odrobinę. 

ChociaŜ nie -było nawet tchnienia wiatru, po niebie mknęły chmury. Ktoś ze słuŜby 

zapalił boczne światła u bryczki. Drogę na szczęście znałem doskonale. Dopóki nie 

wskoczyłem na kozioł, Ŝona stała w rozwartych oświetlonych drzwiach. Wtem 

odwróciła się i odeszła, pozostawiając na ganku Ŝyczących mi szczęśliwej drogi 

krewnych.

Z początku obawy zony udzieliły mi się, wkrótce jednak powróciłem myślami 

do Marsjan. Nie miałem wówczas pojęcia o przebiegu wieczornej potyczki. Nie 

wiedziałem nawet, co przyśpieszyło starcie. Gdy przejeŜdŜałem przez Ockham 

(wracałem nie przez Send i Stare Woking, lecz inną drogą), dostrzegłem, iŜ cały 

zachodni widnokrąg rozświetla krwawa łuna, zajmująca w miarę zbliŜania się do niej 

coraz więcej nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami czarno-

czerwonego dymu.

W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem kilku oświetlonych okien nie było tam 

widać ani śladu Ŝycia. Na zakręcie do P,yrford omal nie wpadłem na gromadkę ludzi. 

Stali w milczeniu, gdy ich mijałem. Nie mam pojęcia, czy wiedzieli, co się działo 

background image

poza pagórkiem; nie mam teŜ pojęcia, czy domki, obok których przejeŜdŜałem, spały 

spokojnie, czy stały próŜne i opuszczone, czy moŜe Wpatrywały się z niepokojem w 

okropną ciemność tej nocy.

Gościniec z Ripley do Pyrford przebiega doliną rzeki Wey, toteŜ łuny nie było 

widać. WjeŜdŜając na pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu, 

równocześnie zaś zaszeleściły drzewa pod pierwszym tchnieniem ścigającej mnie 

burzy. Usłyszałem wydzwaniający północ zegar na wieŜy kościelnej i w tejŜe chwili 

wyłoniło się przede mną, obrzeŜone wyraźnie rysującymi się na tle łuny czubkami 

drzew i wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury.

Gdy oglądałem ten widok, gościniec rozświetliła nagle bladozielona poświata 

ukazując dalekie lasy w kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców. 

Nagle błysk zielonego płomienia przebił grubą warstwę chmur, ukazał na moment 

splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś w polu, na lewo od drogi. Była to trzecia z 

kolei spadająca gwiazda.

Na niebie roztańczyły się oślepiająco fioletowe, przez kontrast z zielenią, 

błyskawice i zahuczał pierwszy grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł.

Gnaliśmy zbiegającym po lekkiej pochyłości gościńcem ku podnóŜu pagórka 

Maybury. Nigdy dotąd nie widziałem tak szybko następujących po sobie błyskawic. 

Pioruny zdawały się deptać sobie z trzaskiem po piętach, bardziej przypominając 

pracę jakiejś potęŜnej machiny elektrycznej niŜ zwykłe wyładowania atmosferyczne. 

Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł siec drobny grad.

Z początku patrzyłem tylko na biegnący przede mną gościniec, nagle jednak 

uwagę mą zwróciło coś sunącego z duŜą szybkością w dół po przeciwległym stoku 

wzgórza. Wziąłem to w pierwszej chwili za mokry dach domu, jednak w nieustannym 

niemal świetle błyskawic widać było wyraźnie jego szybki, posuwisty ruch. Zjawisko 

było ledwo dostrzegalnemoment obezwładniającej' ciemności, potem znów stało się 

jasno ja-k w dzień, ujrzałem poci samym szczytem pagórka czerwone mury 

sierocińca, zielone wierzchotki sosen i ten zagadkowy, ostro i wyraźnie rysujący się 

przedmiot.

I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyŜszy od domów trójnóg 

łamiący i depczący w pędzie sosny, potęŜna machina z połyskującego metalu 

krocząca przez wrzosowisko, wymachująca giętkimi stalowymi mackami! Hałaśliwy 

grzechot jej ruchu mieszał się z rykiem burzy. Błysk = i widać wyraźnie, jak dwie 

nogi unoszą się nad ziemią, błysk gaśnie zapala się następny i trójnóg wydaje się juŜ o 

background image

sto jardów bliŜej. Czy moŜesz, czytelniku, wyobrazić sobie trójnogi stołek skaczący i 

pędzący na szczudłach? Tak to w blasku błyskawic wyglądało. Tylko Ŝe zamiast 

małego stołka sunęła przede mną olbrzymia machina na trójnogim statywie.

Wtem, w coraz bliŜszym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe 

zielsko, przez które przedziera się człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu, 

zdawało się, wprost na mnie. A koń galopował co sił na jego spotkanie! Na widok 

drugiego potwora nerwy me nie wytrzymały. Nie patrząc na niego szarpnąłem konia 

w prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś wyleciałem jak ź 

procy w bok i zwaliłem się cięŜko w niegłębokie bajoro.

Natychmiast zerwałem się i po kolana w wodzie przykucnąłem za kępą 

krzaków. Koń leŜał bez ruchu - biedne zwierzę złamało sobie kark. W blasku 

błyskawic widziałem czarny zarys obalonej bryczki i ciągle jeszcze obracające się 

wolniutko koła. Chwila - i ogromny mechanizm przestąpił przeze mnie i począł 

wspinać się na wzgórze, ku Pyrford.

Z bliska wyglądał niewiarygodnie dziwacznie, wcale nie jak zwykła bezduszna 

maszyna sunąca z góry wytyczoną prostą drogą. Krok jego

dźwięczał metalicznie, wokół kadłuba zaś wiły się z chrzęstem długie, giętkie 

i lśniące macki. Jedna z nich, jakby mimochodem, wyrwała z korzeniami sosnę. 

Sunąc przez las potwór wybierał sobie drogę, a obracający się we wszystkie strony 

wysoko w górze mosięŜny kaptur do złudzenia przypominał głowę rozglądającego się 

człowieka. Z tyłu, za plecami kadłuba, umocowane było metalowe pudło podobne do 

ogromnego rybackiego kosza, ze stawów zaś potwora, gdy mnie mijał, tryskały strugi 

zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu.

Wszystko to widziałem niezbyt wyraźnie, gdyŜ migotliwe i oślepiające światło 

błyskawic przerywała co chwila gęsta czarna ciemność. W biegu potwór wydawał z 

siebie ogłuszający triumfalny ryk - "aluu! aluu!", głośniejszy od huku gromów. Po 

chwili dopędził towarzysza i obaj przystanęli, nachylając się nad czym leŜącym w 

polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla mnie Ŝadnej wątpliwości, iŜ 

zatrzymali się przy trzecim przybyłym z.Marsa walcu.

 LeŜałem pewien czas na deszczu, przyglądając się w przerywanej 

błyskawicami 

ciemności uwijającym się , ponad Ŝywopłotami potwornym metalowym 

istotom.:Chwilami zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem

background image

, to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc 

pochłaniała je całkowicie.

Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo 

trwało, nim otrząsnąłem się ze zdziwienia na tyle, aby wyczołgać się z bajora i 

pomyśleć o groŜącym mi niebezpieczeństwie.

Nie opodal, na kartoflisku, stała samotna chałupa jakiegoś osiedleńca. 

Podniosłem się w końcu i skulony pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w 

drzwi, nikt jednak się nie odezwał - być moŜe nie słyszeli lub w chacie nie było 

nikogo. Po chwili zrezygnowany podąŜyłem kryjąc się w przydroŜnych rowach do 

ciągnącego się aŜ pod Maybury lasu.

Lasem, przemoczony i drŜący z zimna, skierowałem się do domu. Błąkałem 

się wśród drzew szukając ścieŜki. Było bardzo ciemno, gdyŜ błyskawice stawały się 

coraz rzadsze, a rzęsisty deszcz z gradem wypełniał kaŜdą szczelinę między 

drzewami.

Gdybym zdał sobie wówczas w pełni sprawę, co oznaczają widziane przeze 

mnie wydarzenia, zawróciłbym od razu do Byfleet i Cobham, aby dostać się czym 

prędzej do Leatherhead, do Ŝony. Niesamowitość jednak otaczającej mnie nocy i 

zmęczenie nie pozwoliły mi na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony 

nawałnicą.

Kołatało we mnie podświadome pragnienie powrotu do domu i sądzę, Ŝe ono 

właśnie kierowało moimi krokami. Obijałem się o pnie, wpadałem

do wądołów, kaleczyłem kolana o sterczące zdradziecko sęki, aŜ wbrodziłem 

wreszcie na łąkę na stoku poniŜej College Arms. Mówię: wbrodziłem, gdyŜ łąką 

rwały potoki brudnej deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś 

męŜczyzna, i to z taką siłą, Ŝe ledwie utrzymałem się na nogach.

Wydał okrzyk przeraŜenia, odskoczył w bok i zanim zdąŜyłem się opanować i 

przemówić doń - uciekł. Wicher dął tak gwałtownie, iŜ wlokłem się pod górę z 

największym trudem. Chcąc posuwać się jako tako naprzód, musiałem podejść do 

pobliskiego parkanu i pomagać sobie czepiając się sztachet. `

TuŜ przed szczytem stanąłem na czymś miękkim. Przy świetle błyskawicy 

ujrzałem pod nogami czarny płaszcz i trzewiki. Nim mogłem rozpoznać, Ŝe to leŜy 

człowiek - światło zgasło. Przystanąłem czekając na następny błysk. Przy jego świetle 

udało mi się rozpoznać tęgiego męŜczyznę odzianego skromnie, lecz nie ubogo; 

głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, Ŝe skryła się zupełnie pod ciałem. LeŜał 

background image

skulony tuŜ koło parkanu, jakby gwałtownie oń rzucony. .

Pokonując zrozumiały u tego, kto nigdy nie dotykał trupa, wstręt nachyliłem 

się i odwróciłem leŜącego, sprawdzić, czy bije w nim jeszcze serce. Był martwy. 

Widocznie skręcił kark. Błysnęło po raz trzeci i poznałem go. Wyprostowałem się 

wstrząśnięty. Był to oberŜysta, właściciel poŜyczonej bryczki.

Przestąpiłem ostroŜnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem 

posterunek policji, College Arms i doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie 

wzgórza nie było widać poŜarów, na Ŝwirowisku tylko wciąŜ jeszcze połyskiwał 

czerwony odblask rozświetlający pędzone wichrem, podcinane gradem kłębowiska 

rudego dymu. Domy dokoła, o ile mogłem zauwaŜyć w błyskach burzy, stały 

nienaruszone. Jakiś czarny kształt leŜał na gościńcu. koto College Arms.

Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło 

mi jednak sił, by krzyknąć czy podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do 

domu, zamknąłem je za sobą na zasuwę, dowlokłem się do wiodących na piętro 

schodów i usiadłem na stopniu. Wyobraźnię mą przepełniały sunące polami metalowe 

potwory i zmiaŜdŜone o płoty trupy.

Siedziałem na .schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze.

11 U okna

Wspomniałem juŜ, zdaje się, iŜ najburzliwsze nawet uczucia wygasają we 

mnie nad podziw szybko. ToteŜ wkrótce poczułem dotkliwy chłód. Ociekałem wodą 

do tego stopnia, Ŝe dokoła mnie na schodach i na chodniku stały kałuŜe. Podniosłem 

się mechanicznie, poszedłem do jadalni i pociągnąłem łyk whisky, po czym odczułem 

potrzebę przyodziania się w coś suchego.

Nieco później wspiąłem się na górę do gabinetu. Po co tam poszedłem nie 

mam pojęcia. Okna mego gabinetu wychodzą na tory i pola Horsell. W pośpiechu 

ucieczki zapomniałem je zamknąć przed odjazdem. Korytarz i wnętrze pokoju; w 

przeciwieństwie do widoku oprawionego w ramę okna, wydawały się pełne 

nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty.

Nawałnica juŜ przeszła. WieŜyczki Kolegium i otaczające go drzewa znikły 

bez śladu i widać teraz było doskonale ciągnące się w dali pola i Ŝwirowisko 

rozświetlone jaskrawym czerwonym blaskiem. W blasku tym krzątały się ciemne, 

dziwaczne, groteskowo ogromne postacie.

background image

Wydawało się, Ŝe cała okolica płonie, tak gęsto usiana była malutkimi, 

migocącymi w podmuchach zamierającej burzy i rzucającymi krwawy blask na gęste 

chmury płomykami. Przed oknem przepływały co chwila, przesłaniając sylwetki 

Marsjan, kłęby dymu. Nie mogłem dojrzeć, co robili, gdyŜ zarysy ich były bardzo 

niewyraźne. Nie mogłem takŜe ustalić przeznaczenia czarnych urządzeń, przy których 

trudzili się z taką gorliwością. Niewidoczny teŜ był najbliŜszy poŜar, choć odblask 

jego tańczył po ścianach i suficie. Powietrze-przepełniał ostry odór palonej gumy.

Zamknąłem bezszelestnie drzwi i podkradłem się do okna. Widziałem teraz 

przestrzeń leŜącą między otaczającymi dworzec w Woking domami a osmalonym, 

sczerniałym lasem pod Byfleet. Na torze, koło mostu, coś się świeciło, a z kilku 

domostw stojących przy gościńcu do Maybury i w pobliŜu stacji zostały jedynie tlące 

się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać tam było czarny, płonący jasnym 

płomieniem stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch Ŝółtych prostokącików. 

Zrozumiałem po chwili, Ŝe to leŜy rozbity pociąg ze zdruzgotanym parowozem. Kilka 

pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała spokojnie na szynach.

Pośród tych trzech głównych ognisk, to znaczy: między grupą domów, 

pociągiem i poŜarem pod Cobham, ciągnęły się nieregularne, ciemne

plamy pól przerywane gdzieniegdzie pasmami tlących się i dymiących zgliszcz 

i wrzosowisk. Przedziwny był ten widok czarnej przestrzeni przetykanej ogniem. 

Najbardziej przypominał mi ogromną hutę nocą. Ludzi z początku nie widziałem 

nigdzie. Później dopiero ujrzałem w blasku płonącego dworca w Woking kilka 

czarnych figurek przebiegających pojedynczo przez tory.

CzyŜby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie 

Ŝ

yło się od tylu juŜ lat? Nie wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu 

godzin, nie wiedziałem teŜ, choć zaczynałem juŜ po trosze odgadywać, jaki był 

związek między mechanicznymi kolosami a niezdarnie pełzającymi istotami, które z 

takim trudem wyłaziły przymnie z walca. Z dziwnym uczuciem bezosobowego 

zainteresowania przywlokłem do okna fotel, usiadłem i przyglądałem się sczerniałym 

łąkom, a zwłaszcza trzem gigantycznym postaciom krzątającym się po Ŝwirowisku.

Wydawały mi się zadziwiająco czynne. Zastanawiałem się, czym one są. Czy 

myślącymi mechanizmami? Czułem, Ŝe to niepodobieństwo, Być moŜe w kaŜdym z 

nich krył się Marsjanin kierując, rządząc, rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i 

rozkazuje ciału? Porównywałem je do naszych maszyn; po raz pierwszy w Ŝyciu 

zapytałem siebie, czym mogą być ludzkie krąŜowniki i parowce dla zwierząt o niŜszej 

background image

inteligencji.

Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek 

szpilki Mars skłaniał się juŜ ku zachodowi - do ogródka wszedł Ŝołnierz. Najpierw 

zatrzeszczał cicho płot. Rozejrzałem się jak człowiek obudzony z letargu i 

spostrzegłem go. Przełaził przez ogrodzenie. Na widok istoty ludzkiej minęło 

dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna.

- Pst! - szepnąłem.

Zatrzymał się niezdecydowany, siedząc okrakiem na parkanie. Potem 

zeskoczył i pobiegł trawnikiem do najbliŜszego naroŜnika domu. Pochylony posuwał 

się wolno wzdłuŜ ściany.

- Kto tam? - zapytał, takŜe szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę.

- Dokąd pan idzie? - spytałem. - Bóg wie.

- Chce się pan ukryć? - Tak.

- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem.

Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast za

mknąłem je znowu. Twarzy Ŝołnierza nie mogłem dojrzeć. Był bez czapki, 

mundur miał rozchełstany.

- 0 BoŜe! ; powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju.

Co się stało? - pytałem. r - Niech pan lepiej zapyta, co się nie stało! - W 

ciemności ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli nas! Po prostu nas zmietli! 

- powtarzał w kółko.

Jak automat wszedł za mną do jadalni.

- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky.

Wypił: Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak 

dziecko. Ja zaś, zapomniawszy o niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim 

zaskoczony. '

Wiele upłynęło czasu, zanim opanował się na tyle, by móc odpowiedzieć na 

me pytania. Mówił bezładnie, zacinał się co chwila. Był jezdnym w artylerii, do akcji 

weszli dopiero około siódmej. Opowiadano, Ŝe pierwszy oddział Marsjan - posuwał 

się powoli pod osłoną metalowej tarczy w kierunku drugiego walca.

Tarcza ta, ustawiona później na trójnogu, stała się pierwszą machiną bojową, 

którą zresztą i ja potem widziałem. Działo, przy którym był jezdnym, odprzodkowano 

niedaleko Horsell, aby panować nad Ŝwirowiskiem. Przybycie artylerii przyśpieszyło 

background image

działania. Gdy jezdni odprowadzali przodek, jego koń potknął się i upadł zrzucając go 

w jakąś rozpadlinę. Równocześnie działo pękło, amunicja wybuchła, wszystko, 

dokoła stanęło w płomieniach, a on znalazł się pod stosem martwych, zwęglonych 

ludzi i koni.

- LeŜałem bez ruchu - mówił - nieprzytomny ze strachu, przyciśnięty zadem 

końskim. Zmietli nas! A ten smród - dobry BoŜe! Jak przypalone mięso! Plecy bolały 

mnie po upadku, leŜałem więc czekając, aŜ ból przejdzie. Przed chwilą wszystko było 

jak na paradzie i raptem koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął.

Długo leŜał pod martwym koniem, od czasu do czasu tylko wyglądając w pole. 

Piechurzy próbowali atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór 

zaczął przechadzać się po Ŝwirowisku, między uciekającymi, kręcąc podobnym do 

głowy kapturem, zupełnie jak rozglądający się człowiek. W czymś, co przypominało 

rękę,.trzymał siejącą zielonymi iskrami, metalową; skomplikowanej budowy skrzynkę 

opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca.

Starczyło kilka chwili by na polu nie pozostało nic Ŝywego, przynaj

mniej w zasięgu wzroku Ŝołnierza, a reszta nie zmienionych jeszcze dotąd w 

czarne, osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach.

Huzarów ukrytych za. wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę 

słyszał grzechot maxima, potem i to ucichło. Olbrzym do ostatka oszczędzał dworzec 

w Woking i przyległe don", domy, potem jednak skierował Snop na miasteczko. 

Pozostały zeń tylko ruiny. Wtedy potwór wyłączył Snop, zwrócił się do artylerzysty 

tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leŜał drugi walec. Równocześnie z 

jamy wyłonił się następny Tytan.

Gdy i ten podąŜył w ślad za pierwszym, artylerzysta począł czołgać się 

ostroŜnie polem, przez gorące jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się 

dotrzeć do przydroŜnego rowu i ujść nim do Woking. Dalsza jego opowieść pełna 

była wykrzykników. 0 przejściu przed miasteczko nie było mowy. Zachowała się tam, 

być moŜe, garstka Ŝyjących, ale byli to bez wątpienia ludzie bądź obłąkani ze strachu, 

bądź teŜ straszliwie poparzeni. Widząc, iŜ jeden z Marsjan - powraca Ŝołnierz ukrył 

się za dymiącymi ruinami jakiegoś muru. Stamtąd widział, jak gigant dopędziwszy 

człowieka schwycił go`w jedną ze swych stalowych macek i zmiaŜdŜył o pień sosny. 

Po zapadnięciu mroku artylerzysta skoczył ku nasypowi kolejowemu i przebiegł na 

drugą stronę.

Przemykał się następnie do Maybury w nadziei, iŜ idąc w kierunku Londynu 

background image

uniknie niebezpieczeństwa Ludzie kryli się po piwnicach i rowach, a większość tych, 

co uszli z Ŝyciem, wędrowała do Send i Woking. Męczyło go pragnienie, dopóki nie 

natrafił na rozbitą pompę kolejową tryskającą strumieniem wody aŜ na gościniec.

Taką to wydobyłem z niego, słowo po słowie; historię. Opowiadanie o 

wszystkim, w widział, uspokoiło go nieco. Od ubiegłego popołudnia, jak mówił, nie 

miał nic w ustach, poszedłem więc do spiŜarni, skąd przyniosłem trochę baraniny i 

chleba. Bojąc się zwabić Marsjan nie paliliśmy lampy, toteŜ ręce nasze często stykały 

się nad talerzem. W miarę jak mówił, wyłaniały się z ciemności otaczające nas 

przedmioty, a podeptane krzewy i połamane krzaki róŜ za oknem stawały się coraz 

widoczniejsze. Wyglądało to, jakby przez ogród przewaliła się czereda ludzi czy 

zwierząt. Coraz wyraźniej teŜ widziałem poczerniałą, posępną, niewiele zapewne 

róŜniącą się od mojej, twarz Ŝołnierza.

Zakończywszy posiłek wspięliśmy się wolniutko na piętro, do gabinetu, by 

dalej patrzeć przez okno. Dolina nasza w ciągu jednej nocy zmieniła się w popielisko. 

PoŜary dogasały. Tam gdzie niedawno szalały płomienie,

teraz wzbijały się smugi dymu; bezlitosne światło poranka obnaŜało osłonięte 

dotąd mrokiem nocy straszliwe, odpychające w swej grozie, nieprzeliczone 

ruiny zburzonych domów i szkielety zwęglonych, sczerniałych drzew. 

Gdzieniegdzie widniały, jakby cudem ocalałe, jakiś semafor na torach, jakaś altanka 

w ogrodzie - jasne i Ŝywe pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie 

nie było tak zupełne, tak powszechne. A koło jamy, pobłyskując w promieniach 

wschodzącego słońca, stali trzej metalowi olbrzymi i kręcąc kapturami przyglądali się 

dokonanym spustoszeniom. _

Wydawało mi się, Ŝe jama została powiększona. W niebo biły z niej co chwila, 

unosiły się wirując i rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary.

Widniejące w oddali, w Cobham, słupy płomieni zmieniły się za pierwszym 

dotknięciem dnia w słupy krwawego dymu.

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu

Ś

wiat zdawał się zbyt jasny, toteŜ zaprzestaliśmy podglądania Marsjan, 

opuściliśmy okno i zeszliśmy cichutko na dół.

Artylerzysta przyznał mi rację, iŜ dom nie jest bezpiecznym schronieniem. 

Chciał iść dalej, jak mówił, na Londyn,.dó swojej baterii. Dwunastej konnej. Mój 

plan, powstały pod przemoŜnym wraŜeniem potęgi Marsjan, polegał na niezwłocznym 

background image

powrocie do Leatherhead po Ŝonę, zabraniu jej do Newhaven i opuszczeniu kraju. 

Pojąłem juŜ bowiem zupełnie jasno, iŜ okolice Londynu muszą stać się, zanim 

straszliwe te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk.

Pomiędzy mną wszakŜe a Leatherhead leŜał pilnowany przez olbrzymów 

trzeci walec. Myślę, iŜ będąc sam próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj. 

Artylerzysta jednak powstrzymał mnie od tego. Dla kochającej Ŝony, tłumaczył mi, to 

Ŝ

adna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie ustąpiłem i postanowiliśmy iść razem, 

pod osłoną lasu, na północ, do Street Cobham. Stamtąd dopiero miałem udać się 

zataczając wielki krąg przez Epsom do Leatherhead.

Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy, 

znał się na tym lepiej ode mnie. Musiałem przetrząsnąć cały dom, aby znaleźć 

manierkę i napełnić ją whisky. Kieszenie wypchaliśmy sucharami i pokrojonym w 

plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy się

z domu i popędziliśmy co siłą tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem 

wczorajszej nocy. Domy wydawały się opuszczone. No gościńcu natknęliśmy się na 

trzy zbite w ciasną gromadkę zwęglone ciała, niewątpliwie ofiary Gorącego Snopa. 

Gdzieniegdzie poniewierały się pogubione przez uciekających drobiazgi, jakiś 

zegarek, jakiś pojedynczy pantofel, jakaś srebrna łyŜka i tym podobne kosztowności. 

Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech kołach, zapchany gratami wózek. 

Pośród rozrzuconych dokoła szczątków leŜała rozbita w pośpiechu skarbonka.

Z wyjątkiem wciąŜ jeszcze płonącego sierocińca Ŝaden z pobliskich domów 

nie ucierpiał wiele. Snop zgolił tylko kominy i przemknął dalej. Mimo to wydawało 

się, Ŝe w owym Maybury nie ma prócz nas Ŝywego ducha. Większość mieszkańców 

uszła, jak sądziłem, drogą na Stare Woking, tą samą, którą jechaliśmy wczoraj do 

Leatherhead. A moŜe ukrywała się gdzieś w pobliŜu.

Schodząc łąką po stoku minęliśmy ciało męŜczyzny w czarnym przemokłym 

od nocnej ulewy ubraniu i u podnóŜa wzgórka weszliśmy w las. f,asem, nie 

napotykając nikogo, podąŜaliśmy ku linii kolejowej. Po drugiej stronie toru ciągnęły 

się czarne zgliszcza. Większość drzew leŜała pokotem, gdzieniegdzie tylko sterczały 

szare pnie z kikutami konarów pokrytych zwęglonym ciemnobrązowym listowiem.  '

Po naszej stronie poŜarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko 

skraj lasu. W pobliŜu niedawno, widocznie w sobotę jeszcze, pracowali drwale. Na 

polanie obok kupy trocin i wielkiej mechanicznej piły leŜały świeŜo zrąbane i pocięte 

klocki. TuŜ przy nich stał nieduŜy pusty barak. Ranek był dziwnie cichy, bez tchnienia 

background image

wiatru. Nawet ptaki przycichły

, my zaś, krocząc Ŝ pośpiechem, takŜe rozmawialiśmy tylko szeptem. 

Oglądaliśmy się co chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując.

Po pewnym czasie, gdy .zbliŜaliśmy się juŜ do gościńca, doszedł nas stamtąd 

tupot kopyt końskich. Poprzez rozchylone gałęzie ujrzeliśmy jadącą powoli w 

kierunku Woking trójkę kawalerzystów.

Zawołaliśmy na nich, a kiedy przystanęli, pośpieszyliśmy na drogę. Byli to 

porucznik i dwaj huzarzy z ósmego pułku. Wieźli z sobą podobny do teodolitu 

przyrząd na statywie. Artylerzysta wyjaśnił mi, Ŝe to heliograf.

- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! -wykrzyknął porucznik

. - Co się tu dzieje?

Minę i głos bardzo miał przejęte. Stojący za nim Ŝołnierze przyglądali się nam 

ciekawie. Artylerzysta przeskoczył przez równa drogę i zasalutował.

- Melduję posłusznie, panie poruczniku, w nocy rozbito nam działo. 

Ukrywałem się. Próbuję odnaleźć baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół 

mili stąd na Marsjan.

- A cóŜ to znów za diabły?

-- Melduję posłusznie, opancerzone olbrzymy. Wysokość sto stóp. Trzy nogi. 

Ciało aluminiowe. Ogromne głowy w kapturach.

- Nie wygłupiajcie się! = zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury!

- Przekona się pan porucznik. Mają teŜ skrzynki, z których strzelają ogniem.

- Chyba armaty?

- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł Ŝywo opisywać Snop Gorąca.

Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na 

skraju drogi bez słowa.

- Pan teŜ ich widział? - zapytał.

- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem.

- Tak - zakonkludował porucznik. - Myślę, Ŝe i ja powinienem to zobaczyć. A 

wy-tu spojrzał na artylerzystę-idźcie najlepiej zameldować się u dowódcy brygady, 

generała Marvina, i powtórzcie mu to wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z 

domów. Generał jest w Weybridge: Znacie drogę? h

J Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe.

background image

- Pół mili, mówicie? - rzucił.

- Co najwyŜej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe. 

Podziękował i ruszyli drogą. Więcej ich nie widzieliśmy.

Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte 

wynoszeniem rzeczy z chałupy. Ręczny wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych 

węzełków. ,Kobiety tak były zajęte, Ŝe nie miały nawet czasu, by z nami rozmawiać.

Z lasu wyszliśmy niedaleko dworca w Byfleet; Cała ta okolica, skąpana w 

promieniach porannego słońca, cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aŜ tutaj, 

toteŜ gdyby nie milcząca pustka wielu domów, gdyby nie wybuchający gdzieniegdzie 

zgiełk i gwar pakowania się, gdyby nie oddział Ŝołnierzy rozstawionych na moście 

kolejowym i spoglądających na Woking

, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela.

Do Addlestone ciągnął gościńcem szereg skrzypiących wozów i bryczek. 

Ujrzeliśmy na drugim krańcu łąki sześć armat, dwunastofuntówek,

ustawionych w jednakowych odstępach i wymierzonych w Woking. Przy 

armatach stała obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak 

na paradzie.

- To rozumiem!-zawołałem. -Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał.

Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął.

BliŜej Weybridge, tuŜ przy moście, gromada Ŝołnierzy w białych roboczyeh 

drelichach sypała długi szaniec, za którym widniały liczne działa.

- Łuki i strzały przeciwko piorunom - powiedział artylerzysta. - Nie widzieli 

jeszcze ognistego promienia!

Wolni od pracy przy szańcu oficerowie wypatrywali czegoś ponad drzewami, a

sypiący go Ŝołnierze przerywali co chwila robotę, aby teŜ rzucić okiem w południową 

stronę.

Zamieszanie w Byfleet panowało niewiarygodne: Ludzie pakowali się; a 

huzarzy, jedni wierzchem, inni pieszo, popędzali ich beŜ wytchnienia. Na wiejskiej 

uliczce ładowano w pośpiechu, prócz innych pojazdów, trzy czy cztery ambulanse 

oznaczone krzyŜami :na białych polach i stary omnibus. Wszędzie uwijały się grupki 

odświętnie odzianych ludzi. śołnierzom z największym trudem udawało się wyjaśnić 

im powagę sytuacji.

Jakiś staruszek chciał zabrać ogromną skrzynię pełną doniczek z orchideami i 

wykłócał się ząb za ząb z usiłującym mu to wyperswadować kapralem.

background image

- Wie pan, co stamtąd nadchodzi?-krzyknąłem wskazując przesłaniające 

Marsjan drzewa.

- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, Ŝe to drogie rzeczy. .

- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go 

głowiącego się nad tymi słowami pośpieszyłem za artylerzystą. Na zakręcie 

obejrzałem się. śołnierz odszedł, a staruszek stał przy swej skrzynce i gapił się na 

dalekie drzewa.

Nikt w całym Weybridge nie potrafił nas objaśnić, gdzie mieści się kwaterą 

główna: takiego bałaganu nie widziałem jeszcze, jak Ŝyję, w Ŝadnym miasteczku. 

Wszędzie pełno było bryk, wozów, przedziwnej jakiejś mieszaniny pojazdów i koni. 

Pięknie odziane damy i szacowni obywatele miasta w golfowych wioślarskich 

strojach pakowali się na gwałt przy energicznej pomocy rozmaitych próŜniaków. 

Dzieciaki były podniecone i raczej zachwycone tą niezwykłą odmianą w coniedzielnej 

nudzie.

A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawia) wczesne 

naboŜeństwo zwołując na nie wiernych przeraźliwą sygnaturką.

Przysiedliśmy z moim artylerzystą na stopniach studni, by posilić się nieco 

zapasami. Patrole wojskowe, tym razem nie huzarzy, lecz biało odziani grenadierzy, 

ostrzegały ludność, aby w razie strzelaniny kryć się natychmiast po piwnicach albo 

niezwłocznie opuszczać mieścinę. Mijając most kolejowy ujrzeliśmy na dworcu tłum 

ludzi i perony zawalone walizami i tobołami. Normalny ruch prawdopodobnie 

wstrzymano, aby przepuścić transporty wojska do Chertsey. Dopiero później 

dowiedziałem się o 

dzikich walkach o miejsca w pociągu specjalnym, podstawionym po długim 

oczekiwaniu.

W Weybrigde pozostaliśmy do południa, a wkrótce potem znaleźliśmy się 

koło przystani Shepperton, w miejscu gdzie Wey wpada do Tamizy. Zatrzymaliśmy 

się tam nieco dłuŜej pomagając dwu starowinom załadować rzeczy na wózek. Ujście 

Wey składa się z trzech koryt, przez rzekę kursuje prom, jest tam teŜ przystań i 

wynajem łódek. Na brzegu od strony Sheppertonu stała wówczas oberŜa okolona 

rozległym trawnikiem, nieco głębiej zaś - kościół z wieŜą (odbudowano ją potem 

bardziej strzelistą) wznoszącą się wysoko ponad drzewa.

Zastaliśmy tam podniecony i hałaśliwy tłum uciekinierów. Wprawdzie 

ucieczka nie była jeszcze paniczna, tyle jednak zebrało się tutaj ludzi, Ŝe nie zdołałyby 

background image

ich przewieźć wszystkie łodzie z całej rzeki razem wzięte. A wciąŜ jeszcze napływały 

nowe, zadyszane, obładowane tobołami gromady. Jakieś małŜeństwo niosło dobytek 

ułoŜony na zdjętych z zawiasów drzwiach domku. Ktoś udowadniał, Ŝe łatwiej będzie 

wyjechać z Sheppertonu pociągiem.

Hałasu było tu co niemiara, a jakiś facet próbował nawet kpić i dworować. 

Najwidoczniej cały ten tłum wyobraŜał sobie Marsjan jako ludzi groźnych wprawdzie, 

którzy mogą napaść i zrabować miasteczka i wioski, ale którzy wcześniej czy później 

nie unikną zagłady. Wzrok wszystkich zwracał się co chwila ku łąkom za Wey, 

ciągnącym się aŜ po Chertsey, lecz panował tam zupełny spókój.

W przeciwieństwie do wybrzeŜa po stronie Surrey, na przeciwległym brzegu 

Tamizy, z wyjątkiem miejsca gdzie przybijają łodzie, cicho było i spokojnie. Lądujący 

rozchodzili się w pośpiechu polnymi droŜynami. Akurat wielki prom dobijał do 

brzegu. Kilku stojących na trawniku koło oberŜy Ŝołnierzy pokpiwało sobie z 

uciekinierów nie udzielając im pomocy. OberŜa, jak zwykle w niedzielę, była 

zamknięta.

- Co to? - krzyknął przewoźnik.

- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od 

Chertsey rozległ się głuchy huk, odgłos strzału armatniego.

Walka rozpoczęła się. Niemal natychmiast zaczęły przyłączać .się do chóru, 

strzelając co sił, jedna po drugiej, niewidoczne, ukryte bardziej na prawo, za 

porastającymi przeciwległy brzeg drzewami, baterie. Któraś kobieta krzyknęła. Tłum 

stał nieporuszony, wsłuchany w nagły zgiełk tak bliskiej, a przecieŜ niewidocznej 

bitwy. Dostrzec moŜna było tylko płaskie łąki, krowy skubiące trawę i srebrzyste, 

nieruchome w upalnym słońcu płaczące wierzby.  .

- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło 

mnie paniusia. Nad drzewami unosiła się leciutka mgiełka.

Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła 

wciąŜ wyŜej i wyŜej, aŜ zawisła wysoko w nieruchomym powietrzu. Potem ziemia 

zadrŜała pod nogami i powietrzem targnął głośny wybuch wybijając szyby w oknach i 

ogłuszając nas na długą chwilę.

- JuŜ tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich? 

Tam!

W oddali spoza drzew ukazał się nagle jeden, drugi, trzeci, czwarty Marsjanin. 

Gnali ciągnącymi się ód Chertsey polami ku rzece. Z dala wyglądali jak niewielkie 

background image

zakapturzone figurki mknące posuwistym, szybkim jak lot ptaków ruchem. Potem 

pojawił się piąty. Pędził na przełaj, wprost na nas. Szli-na działa. Lśniły w słońcu 

metalowe cielska rosnących z kaŜdym krokiem potworów. Najodleglejszy, ostatni w 

lewo, wymachiwał wzniesioną wysoko skrzynką i nagle upiorny, straszliwy Snop 

Gorąca, tak dobrze znany mi od piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w nieszczęsne 

miasteczko.

Wydawało się, Ŝe widok tych przedziwnych, okropnych istot poraził na chwilę 

zebrany nad,.rzeką tłum. Zapanowała zupełna cisza, nikt nie krzyknął, nikt nie jęknął. 

Potem rozległ się ochrypły pomruk, tupot setek nóg i plusk wody. Jakiś męŜczyzna, 

zbyt wystraszony, by rzucić trzymaną na ramieniu walizę, odwrócił się i wyrŜnął mnie 

nią tak mocno, aŜ się zatoczyłem. Biegnąca ku rzece kobieta popchnęła mnie z 

niespodziewaną siłą. Ja teŜ rzuciłem się wraz z tłumem do ucieczki, mimo 

przeraŜenia jednak nie przestawałem myśleć. Ani na chwilę nie zapominałem o 

Snopie Gorąca! Ukryć się pod wodą! Oto jedyny ratunek!

- Kryć się pod wodą! - ryknąłem. . Rozejrzałem się i popędziłem na spotkanie 

nadchodzącego Marsjanina, prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to 

samo. Gdy bie

głem, obok. z zawracającej do brzegu łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na 

dnie oślizłe były i zamulone, woda zaś tak płytka, Ŝe chcąc zagłębić się do pasa, 

musiałem odbiec ze dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać 

Marsjanina była o paręset juŜ tylko jardów ode mnie dałem nurka. Plusk, z jakim 

ludzie wyskakiwali z łodzi, grzmiał mi w uszach z siłą piorunów. Ludzie z pośpiechu 

lądowali po obu stronach rzeki.

Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi, 

jak człowiek nie zwraca uwagi na mrówki krzątające się wokół kopniętego 

przypadkiem mrowiska. Gdy wytknąłem nareszcie, na pół uduszony, głowę z wody - 

kaptur Marsjanina patrzył ku strzelającym jeszcze zza rzeki bateriom. Potem olbrzym 

ruszył dalej wymachując w takt kroków zbiornikiem gorąca.

Po chwili był juŜ nad rzeką i począł brnąć przez wodę. Wychodząc na 

przeciwległy brzeg przyklęknął na chwilę, natychmiast jednak powstał i ruszył ku-

Sheppertonowi. Równocześnie wypaliło sześć ukrytych wśród podmiejskich domków 

armat. Niespodziane, bliskie, następujące szybko po sobie wybuchy przeraziły mnie. 

Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy ó kilka stóp od kaptura rozerwał się 

background image

granat.

Wydałem okrzyk zdumienia: Nie parzyłem juŜ na tamtych czterech, nie 

myślałem o nich, całą uwagę skupiłem na najbliŜszym. Dwa następne pociski 

wybuchły tuŜ koło metalowego cielska, a czwarty rąbnął w usiłujący uniknąć go 

obrotem kaptur. Kaptur.pękł, błysnął i rozleciał się w kawałki sypiąc wkoło 

odłamkami metalu i krwawymi strzępami mięsa.

- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem.

Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem 

na brzeg.

Pozbawiony głowy kolos zataczał się jak pijany; nie przewrócił się jednak. 

Cudem niemal zachował równowagę, ale nie panując nad ruchami pomykał ze 

wzniesionym w górę zbiornikiem gorąca ku Sheppertonowi. śywa inteligencja, 

zamknięty w kapturze Marsjanin, została zgładzona, rozprysła się na cztery wiatry i 

potwór był juŜ tylko metalowym mechanizmem sunącym ku nieuchronnej zagładzie. 

Nie kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran w wieŜę 

kościelną, zdruzgotał ją jak szklaną zabawkę, skręcił w bok, potknął się i ginąc z oczu 

runął w rzekę z potęŜnym łoskotem.

Gwałtowny wybuch wstrząsnął powietrzem. W niebo 'strzelił słup wody, pary, 

błota i odłamków metalu. To komora ze Snopem dotknęła

wody zmieniając ją niepowstrzymanie w parę. Rzeką runęła jak wrzący 

błotnisty przypływ potęŜna fala. Widziałem ludzi uciekających na brzegi, zewsząd 

rozlegały się jęki i krzyki zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina.

Nie zwracając uwagi na gorąco, stłumiwszy instynkt samozachowawczy 

przepychałem się wśród uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w 

górę rzeki, do zakrętu, chcąc ujrzeć, co się tam dzieje. Kilka porzuconych łódek 

obijało się bez celu po wzburzonych falach. Wreszcie zobaczyłem Marsjanina. LeŜał 

w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony.

Nad szczątkami unosiły się gęste obłoki pary. Widać przez nie było; jak 

olbrzymie członki młócą w nieustannych drgawkach wodę, jak rozpryskują w 

powietrzu błotnistą pianę. Macki niby Ŝywe ramiona to splatały się konwulsyjnie, to 

rozplatały i gdyby nie bezradna jałowość tych ruchów wydawałoby się, Ŝe to 

ś

miertelnie zraniona istota walczy z falami o Ŝycie. 7a machiny tryskały z głośnym 

sykiem olbrzymie strugi rdzawobrązowej cieczy. ,

Od widoku tego odwróciły mą uwagę wściekłe ryki przypominające dźwięki 

background image

rozpowszechnionych w przemysłowych miastach syren fabrycznych. Jakiś jegomość 

stojący tuŜ przy brzegu, po kolana w wodzie, krzyczał coś do mnie pokazując palcem 

w tył, poza mnie. Odwróciłem się i ujrzałem sadzących ogromnymi susami brzegiem, 

od Chertsey, Marsjan. Z Sheppertonu znów odezwały się działa, tym jednak razem 

bez skutku.

Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty, 

dopóki kaŜdy ruch nie stał się męką. Woda dokoła burzyła się coraz gwałtowniej, 

temperatura rosła błyskawicznie.

Gdy.wynurzyłem się na chwilę, by zaczerpnąć tchu, i przetarłem oczybiałe 

kłęby pary przesłoniły Marsjan niemal całkowicie. Hałas panował ogłuszający. 

Wreszcie ujrzałem niewyraźnie ogromne, bo powiększone jeszcze przez mgłę, szare 

postacie. Minęły mnie, po czym dwie nachyliły się nad parującymi szczątkami 

towarzysza.

Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej 

jardów od mnie, druga bliŜej ku Laleham. Wzniesione wysoko 

zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie.

Powietrze pełne było wrzawy, ogłuszającej mieszaniny skłóconych ze sobą 

hałasów; podobnych do głosu trąb, ryków Marsjan, łoskotu walą. cych się domów, 

trzasku płonących drzew, płotów i zabudowań. Gęsty,

czarny dym łączył się z bijącą z rzeki parą, w Weybridge zaś miejsca dotknięte 

Snopem łyskały oślepiającą białością i w jednej chwili zmieniały się w dymiące, 

roztańczone płomienie. Pobliskie domy wciąŜ jeszcze stały nietknięte, wyczekując 

swego losu. Przesłaniały je drŜące, blade obłoczki pary, oświetlały buzujące poŜary. ,

Dysząc cięŜko, stałem chwilę po pierś we wrzącej niemal wodzie, 

oszołomiony beznadziejnością "połoŜenia, pewny nieuchronnej zguby. Poprzez opary 

widziałem ludzi uchodzących na brzeg i przezierających się przez gęstwę trzcin, na 

podobieństwo Ŝab przeraŜonych zbliŜaniem się człowieka.

Nagle biała smuga Snopa poczęła .pomykać w mą stronę. Pod jej dotknięciem 

z domów tryskały płomienie, drzewa stawały w ogniu. Przejećhała po brzegu w jedną 

stronę, potem w drugą, zlizując uciekających, i dotknęła rzeki niespełna pięćdziesiąt 

kroków ode mnie. Musnęła wodę przesuwając się od brzegu do brzegu, a śladem jej 

pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą piany. Skoczyłem ku brzegowi.

Uszedłem parę zaledwie kroków, gdy runęła na mnie potęŜna, wrząca niemal 

background image

fala. Wrzasnąłem nieprzytomnie i poparzony, na pół oślepiony, czując, Ŝe ginę, 

zataczając się wśród syczącej, rwącej wody przedzierałem się resztkami sił ku 

brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to koniec. Nie potknąłem się jednak. Upadłem 

wyczerpany na szerokiej, piaszczystej łasze, przy samym ujściu Wey do Tamizy, tuŜ 

pod nosem nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, Ŝe czeka mnie śmierć. 

Jak przez mgłę pamiętam ogromną stopę Marsjanina. Wparła się w ziemię o 

kilkanaście zaledwie jardów od mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po 

czym znów uniosła się w górę. Pamiętam długą, pełną niepewności chwilę 

wyczekiwania, a potem widok, to wyraźny, to przesłonięty welonem dymu, czterech 

kolosów dźwigających szczątki zgładzonego towarzysza. Uchodziły one 

nieskończenie wolno, jak mi się zdawało, przez rzekę i dalej, nadbrzeŜnymi łęgami. 

Dopiero wtedy zacząłem pojmować coraz jaśniej, Ŝe chyba cudem jakimś - ocalałem.

13 Jak spotkałem się z wikarym

ł'o tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń, 

Marsjanie wycofali się na pola pod Horsell; do swych wyjściowych pozycji; Ŝe zaś 

odchodzili w pośpiechu i do tego obciąŜeni szczątkami powalonego kompana - 

przeoczyli niewątpliwie wielu takich rozsianych w

pojedynkę rozbitków jak ja. Gdyby nie zajmowali się wówczas swym 

towarzyszem, lecz atakowali dalej, to nieliczne baterie broniące dostępu do Londynu 

nie byłyby w stanie ich powstrzymać i stanęliby w stolicy wcześniej niŜ wieść o ich 

pochodzie. Byłoby to natarcie tak nagłe, straszliwe i niszczące, jak trzęsienie ziemi, 

które przed stu laty zburzyło Lizbonę.

Nie śpieszyli się jednak. Poprzez międzyplanetarne przestrzenie mknął 

przecieŜ walec za walcem. KaŜda doba przynosiła posiłki. A tymczasem nasze sztaby, 

lądowy i morski, znając juŜ w pełni niesłychaną moc wroga pracowały z wściekłą 

energią. Dosłownie co minutę stawało na stanowisku nowe działo, tak Ŝe o zmierzchu 

z kaŜdego zagłębienia, zza kaŜdego krzaka i domku, ze stoków wzgórz Kingstonu i 

Richmondu wyzierały czujne, choć zamaskowane czarne paszcze armatnie. A przez 

zwęglone, martwe pola, wszystkiego ze-dwadzieścia moŜe mil kwadratowych, 

otaczające obozowiska Marsjan w Horsell, przez spalone, zrujnowane wioski, między 

sczerniałymi, zeschłymi kikutami wczoraj jeszcze szumiących drzew przemykali się 

ofiarni zwiadowcy z heliografami, które miały ostrzegać artylerzystów o kaŜdym 

ruchu Marsjan. Ci jednak pojęli juŜ znakomicie działanie naszej artylerii, pojęli 

niebezpieczeństwo ludzkiej bliskości, toteŜ podejść bliŜej niŜ o milę do któregoś z 

background image

walców moŜna było tylko za cenę Ŝycia.

Wydaje się, Ŝe wczesnym popołudniem olbrzymy przeniosły zawartość 

drugiego i trzeciego walca z Adlestone i Pyrfordu do pierwszej swej jamy na polach 

Horsell. Na wzniesieniu, ponad wypalonymi wrzosowiskami i zrujnowanymi 

budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni opuścili swe machiny wojenne i 

zeszli do jamy. Pracowali tam zawzięcie do późnej nocy. Świadczył o tym piętrzący 

się nad jamą słup zielonego dymu widoczny wyraźnie z pagórków pod Merrow, a 

nawet, jak mówiono, z Banstead, Epsom i Downs.

Podczas gdy za mymi plecami Marsjanie gotowali się do następnego wypadu, 

a przede mną ludzkość zbierała siły do walki, ja w niewypowiedzianej męce, bólu i 

trudzie przedzierałem się przez ogień i dym płonącego Weybridge ku Londynowi.

Dostrzegłszy jakieś porzucone czółno płynące w dół rzeki, zrzuciłem 

przemoczone zwierzchnie odzienie, dotarłem do łódki i w ten sposób opuściłem teren 

zagłady. Wioseł w czółnie- nie było, toteŜ grzebiąc w wodzie poparzonymi rękami 

posuwałem się z wielkim tylko trudem do Hallifordu i Waltonu. Oglądałem się przy 

tym nieustannie, co zresztą łatwo chyba przyjdzie czytelnikowi zrozumieć. Wybrałem 

rzekę, bo wie

działem teraz, Ŝe najwięcej szans ocalenia, gdyby potwory pojawiły się znowu, 

zapewnia woda.

Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, Ŝe przez większą część 

pierwszej mili para całkowicie przesłaniała mi widok brzegów rzeki. Raz tylko, przez 

krótką chwilę, widziałem czarny sznur sylwetek uciekających polami od Weybridge. 

Halliford, jak mi się zdawało, był całkowicie opuszczony, a szereg nadbrzeŜnych 

domków płonęło. Dziwny to był widok- zupełny spokój, zupełna pustka pod upalnym, 

błękitnym niebem i tylko dym i płomienie tańczące w popołudniowym skwarze. 

Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć płonących domów bez zgiełkliwego tłumu 

gapiów: Nieco dalej tliły się i dymiły suche przybrzeŜne szuwary, zaś nie skoszonymi 

jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha ognia,,

Tak bylem obolały i.zmordowany gwałtownością przeŜyć, tak straszny 

panował skwar na rzece; 'iŜ długi czas dawałem bezwalnie nieść się prądowi. W 

końcu jednak arach przemógł i znów zacząłem wiosłować. Na dobitek słońce spiekło 

mi obnaŜone plecy, toteŜ gdy wyłonił się wreszcie zza zakrętu most w Waltonie- upał 

i wyczerpanie przemogły przeraŜenie. Przybiłem do brzegu i śmiertelnie znuŜony 

background image

wyciągnąłem się wśród wysokiej trawy. Była moŜe czwarta, moŜe piąta po południu. 

Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili nie spotykając po drodze Ŝywej duszy i 

znów ległem, tym razem w cieniu Ŝywopłotu. Pamiętam: idąc mówiłem coś 

półprzytomnie sam do siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko Ŝałowałem, Ŝe 

wypiłem tak mało wody. Ciekawe, Ŝe zły byłem na Ŝonę; nie potrafię tego objaśnić, 

lecz winiłem ją za jałowość mych prób powrotu do Leatherhead.

Duchowny zjawił się prawdopodobnie w czasie mej drzemki, gdyŜ nadejścia 

jego zupełnie sobie nie przypominam. Ujrzałem go siedzącego przy mnie, w 

wybrudzonej sadzami bluzie, z wygoloną twarzą wzniesioną w górę, zapatrzonego w 

migocące na niebie błyski. Niebo pokryte było barankami, kłębkami puchowych 

chmurek zabarwionych leciutkim róŜem letniego zachodu.

Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie.

- Nie ma pan wody? - spytałem krótko. .  Zaprzeczył ruchem głowy.

- Dopomina się pan o wodę juŜ od godziny - odrzekł.

Milczeliśmy przyglądając się sobie badawczo. Śmiem twierdzić, Ŝe 

wyglądałem dość dziwacznie, nagi do pasa, w mokrych spodniach i skar

petkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości. 

Cofnięta broda, kędzierzawe, lniane niemal loki opadające na niskie czoło, dość duŜe 

bladoniebieskie bez wyrazu oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próŜnię.

- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć? Patrzyłem nań bez 

słowa.

Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem:

- Dlaczego pozwala się na to? Za jakie grzechy? Wyszedłetń po rannym 

naboŜeństwie w pole, by odświeŜyć nieco umysł, i nagle ogień,'trzęsienie ziemi, 

ś

mierć! Jak Sodoma i Gomora! Cała nasza praca zniszczona, cała praca... Kim są ci 

Marsjanie?

- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple.

Opasał kolana ramionami i znów zwrócił się ku mnie. Długą chwilę patrzał na 

mnie w milczeniu.

- Wyszedłem na spacer, by odświeŜyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień, 

trzęsienie ziemi, śmierć!

Zamilkł, skłaniając głowę tak nisko, iŜ brodą sięgał niemal kolan. Wtem 

począł wymachiwać ręką. - Cała praca, wszystkie szkoły... CóŜeśmy zawinili? Co 

zawiniło Weybridge? Wszystko zniszczone! Nic nie zostało! Kościół! Odbudowany 

background image

trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! Za co?

Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca.

- Dymy poŜarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał.

Oczy płonęły mu, cienkim palcem wskazywał Weybrigde. Zacząłem 

pojmować. Straszliwa tragedia, jaką przeŜył - uszedł najwidoczniej z Weybridge - 

doprowadziła go niemal do obłędu.

- Daleko stąd do Sunbury`? - zapytałem rzeczowo.

- I cóŜ mamy czynić? - pytał. - Czy te istoty są wszędzie? Czy całą Ziemię 

otrzymały we władanie?

- Daleko stąd do Sunbury? ,

- PrzecieŜ dziś rano odprawiałem jeszcze mszę...

- Od rana zmieniło się wiele rzeczy - odparłem spokojnie. - Proszę się 

opanować. Nie naleŜy tracić nadziei.

- Nadziei!

- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń!

Zacząłem wyjaśniać swój pogląd na sytuację. Z początku słuchał, w miarę 

jednak jak mówiłem, zainteresowanie w jego oczach zmieniało się w poprzednią 

bezmyślność. Odwrócił wzrok.

= To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec!

"Wielki, straszliwy dzień Pana! I ludy wzywać będą pagórki i skały, by spadły 

na nie i ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na tronie!"

Zacząłem rozumieć sytuację. Zaprzestałem wypracowanego rozumowania, 

powstałem i pochylając się nad nim oparłem mu dłoń na ramieniu.

- Trzeba, być męŜczyzną - wyrzekłem. - Pan jest nieprzytomny ze strachu. CóŜ 

za poŜytek z religii, jeśli kruszy się ona w obliczu nieszczęścia? Proszę pomyśleć, 

ile.zła wyrządziły ludzkości trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, wybuchy wulkanów! 

Czy panu zdaje się, Ŝe Bóg ubezpieczył Weybrigde od wypadku? Człowieku, Bóg to 

nie agent ubezpieczeniowy.

Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu.

- I jakŜe moŜemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosięŜni, oni są 

bezlitośni...

- Ani jedno, ani prawdopodobnie drugie- odparłem. - Poza tym im są 

potęŜniejsi, tym mądrzejsi i ostroŜniejsi powinniśmy być my. Jeden z nich zginął, o, 

background image

tam, niespełna trzy godziny temu.

- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - JakŜe mógł zginąć wysłannik 

Pana?

- Widziałem na własne oczy - odparłem. - Przypadkowo wpadliśmy w sam 

gąszcz wydarzeń... i to wszystko - zakończyłem.

- Co to za iskry na niebie? '- zapytał urywanie.

Wyjaśniłem, Ŝe są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie 

wysiłków i pomocy ludzkiej na ziemi.

- Jesteśmy w samym środku - mówiłem. -Choć teraz panuje tu spokój, błyski 

te zwiastują nadchodzącą burzę. Tam, zdaje się, są Marsjanie, a pod Londynem, tam 

gdzie widać pagórki, koło Richmondu i Kingstonu, usypano szańce i ustawiono 

działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą

Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? - 

zawołał.

Spoza płaskich pagórków na tamtym brzegu rzeki doszedł nas głuchy huk 

dalekich dział i odległy tajemniczy krzyk. Potem wszystko ucichło. Nad krzakami 

przemknął hucząc głośno czarny trzmiel. Na zachodzie wysoko nad dymami 

Weybrigde i Sheppertonu, nad płomienną świetnością gasnącego słońca zawisł na 

niebie biały, wąski sierp księŜyca.

- Chodźmy lepiej w tamtą stronę -- rzekłem - na północ.

14  W Londynie

Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w 

Londynie. Studiował tam medycynę i, przygotowując się do bliskich juŜ egzaminów, 

aŜ do soboty rano nie słyszał nic o ich przybyciu. Sobotnie -dzienniki poranne, prócz 

przydługich artykułów na temat Marsa, Ŝycia na innych planetach i tak dalej, 

przyniosły krótką i mgliście sformułowaną, a więc tym bardziej zaskakującą depeszę.

Marsjanie wystraszeni zbliŜaniem się tłumu uŜyli szybkostrzelnego działa i 

zabili trochę ludzi. Tyle mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: "Jakkolwiek 

Marsjanie wydają się groźni, to jednak nie ruszają się ze swej jamy, co więcej, nie są 

chyba do tego zdolni. Przyczyną tego jest prawdopodobnie względna wielkość siły 

ziemskiego ciąŜenia". Nad tą to właśnie tezą komentatorzy rozwodzili się w 

background image

artykułach redakcyjnych najbardziej optymistycznie. 

RzecŜ jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry 

biologii, gdzie tego właśnie dnia brat miał zajęcia, na ulicach jednak nie moŜna było 

dostrzec ani śladu jakiegoś podniecenia. Wieczorna prasa rozdmuchiwała strzępy 

wiadomości opatrując je ogromnymi tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to, 

Ŝ

e na Ŝwirowisko skierowano oddziały wojskowe i Ŝe pomiędzy Woking a Weybrigde 

wybuchł poŜar lasu. Tak było aŜ do ósmej wieczór. Później ST. James' Gazette 

doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber Ŝadnych zresztą komentarzy, o przerwaniu 

linii telegraficznej. Przypuszczano, iŜ walące się drzewa uszkodziły przewody. Nocy 

tej, nocy mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły juŜ Ŝadne 

dalsze wiadomości o walce.

Brat nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iŜ walec spadł o dobre dwie mile 

od naszego domku. Postanowił jednak skoczyć do nas wieczorem, aby- jak.potem 

mówił'-Ŝobaczyć te stwory, zanim zostaną zabite. około czwartej nadał depeszę, która 

nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś spędził na koncercie.

W noc sobotnią nad Londynem takŜe przeszła nawałnica, toteŜ mój brat na 

dworzec Waterloo udał się doroŜką. Na peronie, z którego zazwyczaj odchodzą nocne 

pociągi, po dość długim wyczekiwaniu dowiedział się, Ŝe jakiś wypadek na trasie nie 

pozwala dostać się tej nocy do Woking. Nie zdołał upewnić się, o jaki to wypadek 

chodziło; prawdę powiedziawszy, władze kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie 

wiedziały, co się tam stało. Na dworcu nie było widać podniecenia., gdyŜ kolejarze, 

przy

puszczając, Ŝe chodzi po prostu o zwykłe uszkodzenie toru między Byfleet a 

Woking, puszczali pociągi idące normalnie przez Woking - okólną trasą, przez 

Virginia Water lub przez Guildford. Czyniono takŜe niezbędne przygotowania do 

zmiany tras wycieczek niedzielnych do Southampton i Portsmouth. Pewien nocny 

reporter jednej z gazet, biorąc mego brata za zawiadowcę stacji, jako Ŝe istotnie był do 

niego trochę podobny, usiłował po długim czatowaniu przeprowadzić z nim wywiad. 

Mało kto prócz kolejarzy kojarzył sobie przerwę w ruchu z Marsjanami.

W jednym z późniejszych opisów ówczesnych wydarzeń czytałem, iŜ w 

niedzielę rano "cały Londyn zelektryzowany został wiadomościami z Woking". W 

rzeczywistości jednak nie działo się.tam nic, co mogłoby usprawiedliwić to przesadne 

twierdzenie. Mnóstwo ludzi w Londynie w ogóle nie słyszało o Marsjanach aŜ do 

background image

poniedziałkowej paniki. Ci zaś, którzy słyszeli - potrzebowali dość duŜo czasu, by 

pojąć, co kryło się naprawdę za pośpiesznymi, krótkimi słowami depesz w 

niedzielnych dziennikach. Wszak większość mieszkańców Londynu w ogóle nie czyta 

niedzielnej prasy.

Co więcej, nawyk osobistego bezpieczeństwa tak głęboko tkwi w świadomości 

przeciętnego londyńczyka, zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą 

tak zwykłą, iŜ czytał on bez Ŝadnego niepokoju:'"Wczoraj, około siódmej wieczór, 

Marsjanie wydostali się z walca i poruszając się pod osłoną metalowych tarcz 

zniszczyli całkowicie dworzec w Woking wraz z pobliskimi domami oraz rozgromili 

cały batalion pułku Cardigana. BliŜsze szczegóły nie są dotychczas znane. Karabiny 

maszynowe są zupełnie bezskuteczne wobec pancerzy uŜywanych przez Marsjan, 

działa zaś polowe zostały przez nich obezwładnione. Szwadron huzarów 

przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, Ŝe Marsjanie posuwają się 

wolno w kierunku Chertsey lub Windsoru. W zachodniej części Surrey panuje 

powaŜne zaniepokojenie: Prowadzi się roboty ziemne, aby powstrzymać marsz 

Marsjan na Londyn". Tak pisał Suanday Sun, zaś Referee w krótkim, zręcznie 

zredagowanym artykuliku porównywał Marsjan do "dzikich zwierząt, które wyrwały 

się nagle z menaŜerii i rozbiegły po wiosce".

Nikt w Londynie nie wiedział nic dokładnego o uzbrojeniu Marsjan i wciąŜ 

jeszcze panowało tu przekonanie, Ŝe potwory te są "nieruchawe", Ŝe "czołgają się" lub 

"pełzają z trudem" - jak to z początku określały wszystkie niemal doniesienia. śadna 

depesza nie pochodziła przecieŜ od naocznego świadka ich marszu. W niedzielę 

redakcje drukowały dodatki nadzwyczajne w miarę napływu nowych wiadomości, 

niektóre zaś nawet i

bez tego. AŜ do późnego jednak popołudnia, kiedy to władze przekazały 

agencjom prasowym pierwsze oficjalne komunikaty, gazety nie miały właściwie dla 

swych czytelników Ŝadnych nowości. Ograniczały się więc do drukowania 

wiadomości o tłumach mieszkańców Walton, Weybridge i okolicy ciągnących 

wszystkimi drogami do Londynu.

Brat mój, dalej nic nie wiedząc o wydarzeniach ubiegłej nocy, był z rana w 

kaplicy szpitalnej Foundling. Tam usłyszał pogłoski o najeździe i uczestniczył w 

specjalnych modłach o pokój. Wychodząc kupił numer Referee. Wiadomości, jakie w 

nim znalazł, przeraziły go, udał się więc ponownie na dworzec Waterloo, by 

dowiedzieć się, czy jest juŜ połączenie z Woking. Omnibusy, pojazdy, cykliści, 

background image

nieprzeliczone tłumy odświętnie odzianych przechodniów, wszystko to nie wydawało 

się wcale poruszone dziwnymi wiadomościami, wykrzykiwanymi przez gazeciarzy. 

Owszem, udzie byli zaciekawieni; jeśli zaś niepokoili się, to przede wszystkim o los 

mieszkańców zagroŜonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pier wszy o 

przerwaniu linii do Windsoru i Chertsey. Tragarze mówili, Ŝe z rana nadeszła z 

Byfleet i Chertsey wiele waŜnych depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany. 

Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele szczegółów. Wiadomości ich 

ograniczmy się do tego, Ŝe "koło Weybrigde biją się".

Ruch pociągów był mocno zdezorganizowany. Pod dworcem stało mnóstwo 

łudzi oczekujących przyjazdu znajomych z licznych miejscowości objętych siecią 

Południowo - Zachodniego Towarzystwa Linii Kolejowych. Jakiś starszy, szpakowaty 

jegomość podszedł do brata i Ŝalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą się jeszcze z 

tego tłumaczyć! - powtarzał.

Z Richmondu, Putney i Kingstonu nadeszło parę pociągów wypełnionych 

ludźmi, którzy pojechali na łódki i zastali przystanie pozamykane i ogólną atmosferę 

paniki. Jakiś pan w biało-niebieskiej marynarce zasypał brata niezwykłymi nowinami.

- Do Kingstonu zjechały całe gromady ludzi wozami, bryczkami, Bóg wie 

czym jeszcze, z pakami, ze wszystkim - opowiadał. - Jechali z Molesey, z Weybridge, 

z Waltonu i mówili, Ŝe w Chertsey słychać armaty, gęstą' kanonadę, a jacyś 

kawalerzyści kazali im się czym prędzej wynosić, bo nadchodzą Marsjanie. My teŜ na 

stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale myśleliśmy,'Ŝe to burza. Co to 

wszystko ma, do licha, znaczyć? PrzecieŜ Marsjanie nie potrafią wyleźć z jamy, 

prawda?

Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć.

Nieco później przekonał się, Ŝe nieokreślone uczucie niepokoju, sze

rzyło się równieŜ wśród pasaŜerów kolei podziemnej i Ŝe niedzielni 

wycieczkowicze zaczęli powracać tłumnie z poludniowo - zachodnich "płuc" 

Londynu: z Barnes, z Wimbledonu, z parku w Richmond, z Kew i tak dalej, o 

niezwykle wczesnej porze; nikt jednak nie mógł nic powiedzieć oprócz niepewnych 

plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to bardzo poirytowani.

Około piątej tłum zebranych pod dworcem obiegła niezwykle podniecająca 

wiadomość. Oto uruchomiono połączenie, zawsze prawie zamknięte, pomiędzy stacją 

Południowo - Wschodnią a Południowo - za chodnią i skierowano tam transportery 

background image

wojskowe załadowane ogromnymi działami i wojskiem. Były to armaty wysłane z 

Woolwich i Chatham dla ochrony Kingstonu. Publiczność wymieniała z Ŝołnierzami 

dowcipy w rodzaju: "uwaŜajcie, bo was poŜrą", "zrobili z nas pogromców dzikich 

zwierząt" i wiele innych. Wkrótce przybył na dworzec oddział policji i przystąpił do 

usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z innymi na ulicę.

Dzwony kościelne biły na wieczorne naboŜeństwo, zaś ulicą Waterloo 

przemaszerowała śpiewając grupka dziewcząt z Armii Zbawienia. Na moście 

gromada gapiów przyglądała się płatom dziwnej, brązowej piany niesionej prądem w 

dół rzeki. Słońce zachodziło i na tle złocistego, przeciętego długimi ukośnymi 

pasmami purpurowych chmur nieba rysowały się dachy Parlamentu i wieŜa Clock 

Tower. Mówiono coś o topielcach. Jakiś człowiek, rezerwista, jak wynikało z jego 

słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach heliografów.

Na ulicy Wellingtona brat natknął się na kilku obdartusów wybiegających z 

F`leet Street z wilgotnymi jeszcze, prosto z drukarni, gazetami i afiszami. - Straszliwa 

klęska - wrzeszczeli jeden przez drugiego, pędząc jezdnią. - Bitwa pod Weybridge! 

Dokładny opis! Marsjanie odparci! Londyn w niebezpieczeństwie! - Za gazetę brat 

musiał zapłacić trzy pensy.

Wtedy, i dopiero wtedy, zaczął zdawać sobie po trosze sprawę ze straszliwej 

potęgi tych istot. Dowiedział się, Ŝe nie są one tylko garstką niezdarnych potworów, 

Ŝ

e potrafią kierować potęŜnymi mechanizmami, Ŝe poruszają się z błyskawiczną 

szybkością, Ŝe zadają niespodziewane ciosy, którym nie mogą sprostać najcięŜsze 

nawet działa.

Opisywano ich jako "wielkie, podobne do pająków machiny około stu stóp 

wysokości, rozwijające szybkość pociągu pośpiesznego i wyrzucające snop 

intensywnego gorąca". Tereny wokół Horsell, a zwłaszcza pomiędzy Woking i 

Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi bateriami.

przede wszystkim artylerią polową. DostrzeŜono pięć machin podąŜających ku 

Tamizie, jedna z nich dzięki szczęśliwemu trafieniu została zniszczona. Inne działa 

spudłowały i wszystkie je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano o 

cięŜkich stratach wśród Ŝołnierzy, ogólny jednak ton komunikatu był raczej 

optymistyczny.

Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do 

wyznaczonego walcami koła ze środkiem w Woking. Ze wszystkich stron tropili ich 

zwiadowcy z heliografami. PrzewoŜono pośpiesznie działa z Windsoru, Portsmouth, 

background image

Aldershot, Woolwich, nawet z Północy.; były nawet długie, potęŜne 

dziewięćdziesiątki piątki z Woolwich. Ogółem ustawiono z pośpiechem na 

stanowiskach sto szesnaście armat, głównie jako osłonę Londynu. Jak Anglia Anglią, 

nigdy dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego skoncentrowania narzędzi wojny.

WyraŜano nadzieję, iŜ kaŜdy następny lądujący walec będzie moŜna 

natychmiast niszczyć pośpiesznie wytwarzanymi i dosyłanymi na plac boju 

materiałami wybuchowymi. Niewątpliwie, głosiło dalej sprawozdanie, sytuację naleŜy 

określić jako mocno niepewną i jako najpowaŜniejszą, lecz wzywa się ludność, by nie 

ulegała panice. Wprawdzie Marsjanie wydają się nam bezgranicznie obcy i straszliwi, 

jednak jest ich najwyŜej dwudziestu przeciw milionom ludzi.

Władze przypuszczały na podstawie rozmiarów walców, iŜ w kaŜdym z nich 

pomieścić się mogło co najmniej pięciu Marsjan, czyli razem piętnastu. Co najmniej 

zaś jeden, a być; moŜe więcej, został zgładzony. W wypadku niebezpieczeństwa 

ludność zostanie ostrzeŜona na czas, ponadto przedsięwzięto szczegółowo 

przemyślane środki zabezpieczenia mieszkańców zagroŜonych południowo - 

zachodnich przedmieść. Komunikat kończył się ponownymi zapewnieniami o 

bezpieczeństwie Londynu i wezwaniem, by ludność ufała władzom, iŜ potrafią one 

opanować trudności.

Wszystko to wydrukowane było ogromnymi czcionkami i najwidoczniej przed 

chwilą dopiero, gdyŜ papier nie zdąŜył nawet jeszcze wyschnąć. Nie starczyło teŜ 

widocznie czasu na jakiekolwiek komentarze. Zadziwiło brata, jak mi później 

opowiadał, Ŝe usunięto bez litości z numeru wszelkie inne wiadomości, aby zostawić 

jak najwięcej miejsca dla komunikatu.

WzdłuŜ całej ulicy Wellingtona widać było przechodniów czytających i 

wymachujących róŜowymi płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi 

nawoływaniami całej czeredy gazeciarzy pędzącej w ślad za grupką swych obdartych 

przywódców. Ludzie wyskakiwali z omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się w gazetę. 

Komunikat ten niewątpliwie zaniepo

koił ludzi powaŜnie, niezaleŜnie od uprzedniej apatii. śaluzje jednego ze 

sklepów z mapami przy Strandzie zostały podniesione, opowiadał brat, a jakiś 

jegomość w niedzielnym ubraniu, nie zdjąwszy nawet rękawiczek cytrynowej barwy, 

pojawił się za szybą przyklejając do niej z pośpiechem mapę hrabstwa Surrey. '

Idąc tak z gazetą w ręku Strandem do Trafalgar Square, brat ujrzał pierwszych 

background image

uchodźców z zachodniego Surrey. Był to jakiś męŜczyzna z  Ŝoną i dwoma 

chłopcami, jadący na wyładowanym gratami zieleniarskim wózku. Jechali od strony 

mostu Westminsterskiego, a tuŜ za nimi ciągnął ' drabiniasty wóz, na którym 

znajdowało się pięć czy sześć zamoŜnych z pozoru osób oraz kilka pak i kufrów. 

Twarze ich były posępne, a cały wygląd raził zdecydowanie na tle odświętnych 

strojów przechodniów. r Z doroŜek przyglądali się im wyelegantowani spacerowicze. 

Uciekinierzy przystanęli na placu, jakby niezdecydowani, w którą udać się stronę, i  

ostatecznie skręcili na wschód, Strandem. W pewnym za nimi oddaleniu ukazał się 

jadący na staromodnym trzykołowym rowerze męŜczyzna w roboczym odzieniu. Był 

brudny i bardzo blady.

Brat mój skręcił do dworca Victoria, gdzie natknął się takŜe na wielu  

uchodźców Nurtowała go myśl, Ŝe być moŜe spotka wśród nich i mnie.  Spostrzegł 

teŜ, Ŝe ruch uliczny reguluje niezwykle duŜo policjantów.  Niektórzy uciekinierzy 

opowiadali coś pasaŜerom omnibusów. Ktoś zapewniał, iŜ widział Marsjan na własne 

oczy. - Kotły na szczudłach, mówię wam, a chodzą jak ludzie. - Większość 

podniecona była i wzbu-  rzona niezwykłymi przygodami. 

Za Victoria Station bary prowadziły z przybyszami oŜywiony handel:  Na 

wszystkich naroŜnikach ulic gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z 

oŜywieniem, gapiąc się na tych niezwykłych niedzielnych gości. W miarę jak noc 

gęstniała, napływało ich wciąŜ więcej i więcej, aŜ w końcu, jak mówił brat, ulice były 

tak przepełnione, jak główna ulica Epsom w dniu Derby. Zagadywał on kilkakrotnie 

niektórych uchodźców,  od większości jednak otrzymywał nic nie mówiące 

odpowiedzi.

0 Woking nikt nie umiał nic powiedzieć, tylko jakiś pan zapewniał go, iŜ 

miasteczko ?.ostało ubiegłej nocy zrównane z ziemią.

- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś 

cyklista i chodząc od domu do domu ostrzegał nas i radził uciekać. Potem nadeszli 

Ŝ

ołnierze. Chodziliśmy patrzeć; na południu widać byto chmury dymu - nic, tylko 

dym i dym, i ani Ŝywego ducha. Od Chertsey "y słyszeliśmy armaty, a z Weybridge 

zaczęli nadchodzić ludzie. Zamknąłem `' wtedy dom i teŜ poszedłem.

Na ulicach panowało ogólne przekonanie, Ŝe wszystkiemu winien był rząd, bo 

nie potrafił zawczasu obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych 

kłopotów. , 

Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było 

background image

wyraźnie huk dział. Wprawdzie duŜy ruch na głównych ulicach nie pozwalał bratu go 

słyszeć, wystarczyło jednak skręcić w spokojniejsze zaułki, bliŜej rzeki, aby 

natychmiast nieomylnie odróŜnić strzelaninę.

Z Westminsteru powrócił brat do swego pokoju przy Regent's Park koła 

godziny drugiej. Martwił się o mnie bardzo i niepokoiła go oczywista juŜ teraz 

powaga sytuacji; Umysł jego zaprzątały, podobnie jak mój w sobotę, działania 

wojenne. Myślał o wszystkich tych wyczekujących w ukryciu działach, o 

mieszkańcach wielkiej połaci kraju zmienionych niespodziewanie w tułaczy i 

usiłował wyobrazić sobie ;,kotły na szczudłach" stustopowej wysokości.

Przez Oxford Street i Marylebone Road przejechało parę wozów z 

uchodźcami, lecz wiadomości rozchodziły się tak wolno, iŜ Regent's Street i Portland 

Road wciąŜ jeszcze pełne były przechadzających się grupkami i gawędzących 

spokojnie zwykłych niedzielnych spacerowi ozów. Alejkami Regent's Park 

spacerowały przy świetle gazowych latarni milczące pary. Noc była spokojna i trochę 

parna, grzmot dział rozlegał się nieprzerwanie, po dwunastej zaś niebo na południu 

poczęły przecinać błyskawice.

Brat odczytywał wielokrotnie gazetę obawiając się dla mnie najgorszego. Nie 

mógł usiedzieć na miejscu i po kolacji wyszedł, by powałęsać się bez celu po mieście. 

Po powrocie na próŜno usiłował skupić sig nad skryptem. Spać poszedł nieco po 

północy, a o świcie obudziło go z koszmarnych snów walenie w bramę dochodzące z 

ulicy, tupot nóg, odległe bicie w bębny i dźwięk dzwonów. Po suficie tańczyły 

czerwone błyski. LeŜał długą chwilę oszołomiony nie wiedząc,-czy to dzień juŜ 

nasiał, czy teŜ świat nagle oszalał. Wyskoczył wreszcie z łóŜka i pobiegł do okna.

Pokój był na poddaszu. Brat, chcąc wyjrzeć, otworzył z hukiem okno. 

Odpowiedział mu echem tuzin innych okien, a w kaŜdym pojawiła -się głowa odziana 

w czepek lub szlafmycę. Na zewnątrz rozlegały się pytająca. okrzyki. Jakiś policjant 

bił pięścią w bramę i wykrzykując: - Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do 

następnej bramy.

W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś 

okoliczne kościoły robiły, co mogły, by gorączkowym, przeraźliwym dźwiękiem 

dzwonów spędzić z miasta resztki snu. Wszędzie słychać było hałas otwieranych w 

pośpiechu drzwi, a w domach naprzeciwko wszędzie

dotychczas ciemne okna rozświetlały się, jedno po drugim, Ŝółtym światłem.

background image

Zza rogu ukazała. się mknąca galopem karoca. Turkot kół, słaby z początku, 

potęŜniał pod oknami przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. TuŜ za 

nią goniło kilka doroŜek, zwiastunów długiej procesji uciekających pojazdów. 

Wszystko to podąŜało przewaŜnie w kierunku dworca Chalk Farm, skąd - zamiast jak 

zazwyczaj z Euston odchodziły specjalne pociągi Towarzystwa Północno - 

Zachodniego.

Brat mój długi czas patrzył w osłupiałym zadziwieniu przez okno, jak 

policjant dobija się do bram i wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi 

jego pokoju otwarły się i stanął w nich sąsiad. Miał na sobie tylko koszulę, spodnie i 

nocne pantofle, szelki zwisały luźno po bokach, był rozczochrany; wprost z łóŜka.

- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy? Obaj 

wyglądali oknem usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek 

wybiegali ludzie i gromadząc się na naroŜnikach rozprawiali o czymś gorączkowo.

- Co to wszystko ma znaczyć, do diabła? -zawołał sąsiad do brata. Brat 

odkrzyknął coś niezrozumiale i począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem 

biegając z kaŜdą częścią odzieŜy do okna; aby nie stracić nic z rosnącego podniecenia 

ulicy. Nagle pojawili się rozkrzyczani sprzedawcy niezwykle dziś wcześnie wydanych 

gazet:

- Londynowi grozi wytrucie! Opór pod Richmondem i Kingstonem złamany! 

Straszliwa masakra w dolinie Tamizy!

A wszędzie dokoła, w mieszkaniu pod nim, w domach po obu stronach ulicy i 

w Park Terrace, i na stu innych ulicach dzielnicy Marylebone, i na północ w w 

Kilburn, w St. John's Wood, w Hampstead, i na wschód w Shoreditch, i w Highbury, i 

w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w całym ogromnym Londynie od Ealing po 

East Ham - ludzie przecierali oczy, otwierali okna, wyglądali na ulicę, zadawali 

bezsensowne pytania i odziewali się w pośpiechu przy pierwszym odgłosie 

nadciągającej nawałnicy przeraŜenia. Był to świt wielkiej paniki. Londyn zasypiając 

beztrosko w niedzielę wieczorem ocknął się wczesnym rankiem w poniedziałek 

przepełniony Ŝywym poczuciem niebezpieczeństwa.

Gdy brat, nie mogąc dowiedzieć się przez okno, co się właściwie stało, zbiegł 

na dół i wyszedł na ulicę - pierwsze promienie słońca malowały właśnie róŜem 

prześwitujące między dachami niebo. Tłum uciekający końmi i na piechotę gęstniał z 

kaŜdą chwilą. - Czarny dym! - krzyczeli ludzie i znowu: - Czarny dym! - Strach 

szerzył się jak płomień. Brat,

background image

niezdecydowany, stał w bramie. Przebiegający gazeciarz sprzedał mu świeŜy 

numer dziennika i popędził dalej zdzierając po szylingu za sztukę groteskowa 

mieszanina chciwości i przeraŜenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny 

komunikat Naczelnego Dowództwa:

"Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego 

trującego oparu. Zniszczyli nasze baterie, zburzyli Richmond, Kingston i 

Wimbledon i zbliŜają się powoli do Londynu niszcząc wszystko po drodze. 

Powstrzymać ich niepodobna, jedynym środkiem ocalenia przed Czarnym Dymem 

jest natychmiastowa ucieczka".

Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego; 

sześciomilionowego miasta kotłowała się i wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse 

na północ.

- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore!

Dzwony pobliskiego kościoła jęczały przeraźliwie, jakiś nieostroŜnie 

powoŜony wóz rozbił się wśród krzaków i przekleństw o hydrant uliczny. W domach 

na przemian zapalały się i gasły blade, Ŝółtawe światełka, niektóre doroŜki 

paradowały z zapalonymi latarniami. Tylko niebo było coraz jaśniejsze, coraz 

czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze.

W sąsiednich pokojach i na schodach brat słyszał bieganinę i krzyki. Do bramy 

podeszła gospodyni odziana w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią 

ś

pieszył, pokrzykując coś, mąŜ.

Gdy groza wydarzeń dotarła wreszcie do świadomości brata, popędził do 

pokoju, zabrał całą posiadaną gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł 

ponownie na ulicę.

15 Co stało się w Surrey

W tym samym czasie, kiedy wikary gadał od rzeczy siedząc ze mną pod 

Ŝ

ywopłotem na łączce niedaleko Hallifordu, a brat mój przyglądał się płynącemu 

mostem Westminsterskim potokowi uchodźców - Marsjanie rozpoczęli kolejne 

natarcie. Jeśli moŜna wierzyć późniejszym sprzecznym częstokroć sprawozdaniom, 

większość z nich zajmowała się aŜ do dziesiątej wieczór pośpiesznymi 

przygotowaniami w jamie pod Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej 

pary.

Pewne teŜ było, iŜ trzej Marsjanie wyruszyli juŜ około ósmej. Posuwając się 

ostroŜnie i powoli, minęli Byfleet i Pyrford, po czym zdąŜając ku Ripley i Weybridge 

background image

pojawili się na tle zachodzącego słońca przed przyczajonymi tam bateriami. 

Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz tyra

lierą, o jakieś półtorej mili jeden od drugiego. W marszu porozumiewali się 

wyciem o zmiennej tonacji, podobnym do głosu syren fabrycznych.

Te właśnie wycia, zmieszane z armatnimi strzałami pod Ripley i St. George's 

Hill, usłyszeliśmy wraz z wikarym w Górnym Hallifordzie, Kanonierzy broniący 

dostępu do Ripley, niedoświadczeni ochotnicy, ja: kimi nigdy w Ŝyciu nie naleŜało 

obsadzać tak trudnego i odpowiedzialnego stanowiska, oddali na oślep jedną jedyną, 

przedwczesną i zupełnie bezskuteczną salwę, po czym rzucili się konno i pieszo przez 

opuszczoną wieś do ucieczki, Marsjanie zaś po prostu przestąpili przez porzucone 

działa nie uŜywając nawet Snopa Gorąca. Krocząc ostroŜnie dalej stanęli.: znienacka 

przed armatami ukrytymi w parku Painshill i natychmiast, zniszczyli je.

Załoga wzgórza St. George miała jednak lepszych dowódców, a moŜe była 

dzielniejsza, w kaŜdym razie wydaje się, Ŝe ukrycie jej w sosnowym lasku stanowiło 

dla najbliŜszego Marsjanina prawdziwą niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie 

jak na poligonie i wypalono z odległości' tysiąca jardów.

Pociski wybuchły tuŜ koło olbrzyma. Ten zrobił jeszcze kilka kroków, 

zatoczył się i upadł. śołnierze wrzasnęli z radości i z gorączkowym pośpiechem znów 

załadowali armaty. Obalony Marsjanin zawył przeciągle. W odpowiedzi natychmiast 

pojawił się nad lasem drugi połyskujący olbrzym. Wydaje się, Ŝe wybuch pocisku 

uszkodził jedną z nóg trójnoga. Następna salwa nie trafiła leŜącego Marsjanina, obaj 

zaś jego sąsie-  dzi natychmiast uŜyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. Amunicja 

poszła w powietrze, sosnowy lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi 

ocaleli tylko ci nieliczni, którzy wcześniej juŜ uciekli i zdąŜyli , skryć się za szczytem 

pagórka..

Po tym, co zaszło, cała trójka przystanęła, by się naradzić; obserwujący ją 

bacznie zwiadowcy donieśli, Ŝe pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny. 

Obalony Marsjanin z trudem wypełzł z kaptura i wziął się do naprawy trójnoga. Mała 

jego brązowa postać podobna była z oddali do plamki rdzy na lśniącym metalu 

machiny. Zakończył pracę około dzie wiątej, gdyŜ o tej właśnie porze zwiadowcy 

zameldowali o ponownym pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura.

Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej . następni 

Marsjanie. Uzbrojeni byli w grube czarne rury. Takie same rury wręczyli trzem 

background image

pozostałym i cała siódemka ustawiła się półkolem, w równych odstępach, między 

wzgórzem St. George, miasteczkiem Weybridge a leŜącą na południowy zachód od 

Ripley wioską Send.

' Zaledwie ruszyli z miejsca, juŜ z pasma ciągnących się przed nimi wzgórz 

wystrzelił w niebo tuzin rakiet ostrzegając przyczajone pod Ditton i Esher baterie. 

Cztery uzbrojone w czarne rury machiny bojowe przeszły jednocześnie w bród rzekę, 

zaś ciemne sylwetki dwóch innych ukazały się na tle zachodniego nieba naszym 

oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym drogą wiodącą z Halliford na 

północ. Wydawało się, Ŝe suną ponad chmurami, gdyŜ pola spowite były mleczną, 

zatapiającą olbrzymy powyŜej kolan, mgłą.

Wikary krzyknął na ten widok głucho, ochryple i rzucił się do ucieczki. Co do 

mnie - wiedziałem dobrze, Ŝe nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, Ŝe nie zda się 

to na nic, skręciłem więc gwałtownie w bok i pełznąc wśród wilgotnych od rosy 

pokrzyw i ostów ukryłem się w głębokim rowie przydroŜnym. Wikary obejrzał się i 

widząc, co robię, zawrócił w moją stronę.

Obaj Marsjanie przystanęli. BliŜszy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś, 

podobny do szarej plamy na tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines.

Ryki, jakie wydawali od czasu do czasu, ustały. Stanowiska rozrzucone 

ogromnym półksięŜycem wokół walców zajęte zostały w głębokim milczeniu. 

PółksięŜyc ten mierzył od krańca do krańca ze dwanaście mil. Nigdy chyba jeszcze, 

od dnia kiedy wynaleziono proch, Ŝadna bitwa nie zaczynała się tak cicho. I nam, i 

obserwatorom od Ripley mogło wydawać się, Ŝe jedynymi władcami nocnych 

ciemności, rozświetlanych wąziutkim sierpem księŜyca, gwiazdami, zamierającą 

poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów byli groźni przybysze z Marsa.

Zwrócone zaś ku półksięŜycowi, pod Staines i pod Hounslow, pod Ditton i 

Esher, i Ockham, na lesistych pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród 

rozległych nizinnych łąk na północ od niej, wszędzie gdzie tylko kępka drzew czy 

wiejska chałupa zapewniała jakie takie ukrycie, czyhały na nich armaty. Gdy sypiąc 

deszczem iskier i ginąc w nocnych ciemnościach wzbijały się sygnałowe race- 

napięcie wyczekiwania przy bateriach wzrosło jeszcze bardziej. Dość było jednego 

kroku Marsjan w polu ognia, by znieruchomiałe czarne sylwetki ludzkie i połyskujące 

w wieczornym mroku paszcze dział rozszalały się burzliwą wściekłością walki.

Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim 

jedna uporczywa myśl - jak dalece oni nas pojmują? Czy zrozumieli, Ŝe jesteśmy w 

background image

swej mnogości zorganizowani, zdyscyplinowani, Ŝe potrafimy współdziałać ze sobą? 

Czy teŜ patrzyli na nasze nawały ogniowe, na kąśliwe wybuchy naszych pocisków, na 

nieustanne oblęŜenie ich

obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków obronie 

niszczonego ula? Czy łudzili się, Ŝe potrafią nas wytępić? (Nikt przecieŜ nie wiedział 

jeszcze wtedy, czym Ŝywią się Marsjanie.) Kiedy patrzyłem na olbrzymią postać 

wartownika, umysł mój kipiał setką takich wątpliwości. Wyczuwałem podświadomie, 

Ŝ

e na drodze między nami a Londynem czekają w ukryciu wielkie, potęŜne siły. Czy 

przygotowano

 zasadzki? Czy pracuje wytwórnia prochu w Hounslow? Czy nie zabraknie 

męstwa londyńczykom, by z potęŜnego morza swych domostw uczynić drugą, 

większą jeszcze Moskwę?

Wreszcie po nieskończenie, jak się zdawało, długim czasie doszedł nas, 

skulonych, wypatrujących, dźwięk podobny de odległego huku działa. Potem następny

bliŜej i znów następny. W końcu stojący koło nas Marsjanin podniósł wysoko rurę i 

wypalił z niej jak ze strzelby z grzmotem, od którego zadrŜała ziemia. Zawtórował mu 

kompan stojący pod Staines. Nie było przy tym Ŝadnego błysku ani dymu, tylko 

głuchy wybuch. Tak podnieciły mnie te głośne, szybko następujące po sobie 

wystrzały,

Ŝ

e zapomniałem zupełnie o bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i 

przedarłem się przez krzewy, by widzieć, co stanie się z Sanbury. W tej samej chwili 

rozległ się następny grzmot i ogromny pocisk przemknął nad naszymi głowami ku 

Hounslow. Spodziewałem się dostrzec ogień, a przynajmniej dym wybuchu czy jakiś 

inny ślad jego działania, tymczasem nie ujrzałem nic prócz granatowego nieba, jednej 

jedynej gwiazdki i ławicy białej mgły ścielącej się szeroką i cienką smugą. Nie 

słyszałem Ŝadnego y wybuchu. Zapanowała przedłuŜająca się z minuty na minutę 

cisza.

- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem.

Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk, 

krzyki, potem wszystko nagle ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak 

ruszył posuwiście brzegiem rzeki na wschód.

Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej 

ciszy. Postać Marsjanina malała w oddaleniu, aŜ roztopiła się 'i' wreszcie we mgle i 

background image

gęstniejącej nocy. Pchnięci tą samą siłą wspięliśmy się wyŜej. Nad Sunbury pojawiło 

się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle stoŜek górski przesłaniający widok na 

dalszą okolicę. Dalej, za rzeką, koło Walton, dostrzegliśmy drugą taką górę. Obie o 

opadały rozszerząc się w oczach.

Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam takŜe wznosił się taki sam 

mglisty pagórek.

Było zupełnie cicho. Tylko bardzo daleko na południowych wschodzie,

jakby dla podkreślenia tej ciszy, rozległo się pohukiwanie Marsjan, później 

zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów. Lecz ziemska 

artyleria nie odpowiadała.

Nie pojmowaliśmy jeszcze wówczas tego, co się stało; później dopiero 

zrozumiałem znaczenie złowróŜbnych czarnych wzgórz pojawiających się w mroku. 

KaŜdy z Marsjan ustawionych, jak juŜ mówiłem, w półksięŜyc wyrzucił z rury na 

dany znak wielki zbiornik mierząc w znajdujące się przed nim wzgórza, kępy drzew, 

zabudowania, w kaŜde jednym słowem ukryte działo. Niektórzy oddali tylko jeden 

strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący pod Ripley, jak 

mówiono, wystrzelił aŜ pięć pocisków. Zbiorniki te nie wybuchały, lecz rozbijały się 

przy zderzeniu z ziemią i wyrzucały gwałtownie ogromne ilości kłębiącego się, 

gęstego, atramentowego oparu wzbijającego się potęŜną chmurą w górę. Po chwili 

chmura opadała rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem, 

wciągnięcie-do płuc tej mgły gryzącej przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha.

Oparł był cięŜki, cięŜszy od najgęstszego dymu, tak Ŝe po gwałtownym 

wydostaniu się ze zbiornika i rozpręŜeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się 

po ziemi, podobniejszy w tym do cieczy raczej niŜ do gazu. Spływał z pagórków, 

wypełniając doliny, rowy i łoŜyska potoków, podobnie jak czyni to uchodzący ze 

szczelin wulkanicznych kwas węglowy. W miejscu jego zetknięcia się z wodą 

następowała reakcja chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą warstwą, 

opadającą wolno na dno, by ustąpić miejsca następnej. Piana ta była całkowicie 

nierozpuszczalna, co najdziwniejsze zaś, jeśli weźmie się pod uwagę zabójczą 

szybkość działania gazu, przefiltrowana woda była zupełnie nieszkodliwa. Opar nie 

rozpraszał się, jak zwykły to czynić gazy, lecz utrzymywał się zwartymi ławicami 

spływając powoli po stokach wzgórz lub ustępując niechętnie przed podmuchami 

wiatru. Wiązał się teŜ powoli z wilgocią atmosferyczną i opadał na ziemię w postaci 

pyłu. Prócz tego, Ŝe w skład jego wchodził .nieznany pierwiastek, dający w 

background image

niebieskim polu widma cztery linie - do dziś dnia nie wiemy nic o innych jego 

właściwościach.

W miarę opadania kłębiących się wzniesień czarny dym tak ściśle przywierał 

do ziemi, Ŝe zanim jeszcze osiadł zupełnie, moŜna było schronić się przed zatruciem 

na wysokości pięćdziesięciu stóp, na dachach, na górnych piętrach domów, na 

wierzchołkach wysokich drzew. Stwierdzono to zresztą tej właśnie nocy w Cobham i 

Ditton.

Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieŜy kościel

nej zjawom domków wynurzających się z atramentowej nicości. Przesiedział 

na niej półtora dnia, osłabły, wygłodniały, praŜony słońcem, widząc najpierw tylko 

błękit nieba i aksamitną czerń rozpościerającą się aŜ po odległe wzgórza. Tu i ówdzie 

przezierały z niej czerwone dachy i zielone czubki drzew, później dopiero poczęły z 

wolna wyłaniać się okryte jakby czarnym szronem krzaki, zabudowania, mury i 

bramy.

Było to w Cobham, gdzie opar unosił się swobodnie w powietrzu, dopóki nie 

opadł samorzutnie na ziemię. Z reguły jednak Marsjanie oczyszczali powietrze z 

gazu, gdy spełnił juŜ swe zadanie, kierując nań strumień przegrzanej pary. Tak 

właśnie postąpili z chmurami oparu w pobliŜu nas. Przyglądaliśmy się temu w świetle 

gwiazd z okna pustego domu, po powrocie do górnego Hallifordu. Widzieliśmy 

stamtąd reflektory z Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, koło jedenastej 

zabrzęczały szyby i rozległ się grzmot cięŜkich fortecznych dział. Biły one 

nieprzerwanie przez kwadrans wysyłając pocisk za pociskiem na oślep, w 

niewidocznych Marsjan pod Hampton i Ditton, potem zaś blade strumyczki światła 

elektrycznego zgasły ustępując miejsca jasnoczerwonej łunie.

A potem spadł czwarty walec, zielono lśniący meteor, jak się później 

dowiedziałem, w parku Bushey. Zanim jeszcze zagrały działa na wzgórzach 

Richmondu i Kingstonu, gdzieś daleko, na południowym zachodzie, słychać było 

gęstą kanonadę. Prowadzili ją; jak sądzę, strzelający na chybił trafił artylerzyści, 

zanim nie rozprawił się z nimi czarny opar.

Tak oto, posługując się nim metodycznie jak ludzie podkurzający gniazdo os, 

Marsjanie pokryli tym dziwnym duszącym oparem cały kraj aŜ po Londyn. Rogi 

półksięŜyca rozchodziły się z wolna, aŜ zmienił się on wreszcie w linię prostą od 

Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa niszczące rury posuwały się naprzód. 

background image

Ani razu juŜ, od obalenia Marsjanina pod St. George's Hill, nie pozostawili oni naszej 

artylerii cienia nawet moŜliwości. Wszędzie, gdzie tylko było prawdopodobieństwo 

ukrycia wymierzonego przeciw nim działa - spadł nowy zbiornik czarnego oparu, tam 

zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał się z nimi Snop Gorąca.

Przed północą płonące drzewa na stokach Richmondu i łuna Kingstonu 

oświetlały sieć stoŜków Czarnego Dymu, pokrywającą jak okiem sięgnąć całą dolinę 

Tamizy. Brodzili w niej wolno dwaj Marsjanie, kierując to tu, to tam syczące 

strumienie pary.

Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być moŜe mieli 

ograniczony tylko zapas surowca do jego wytwarzania, a moŜe nie chcieli

niszczyć kraju, poprzestając na zastraszeniu tylko i zgnieceniu oporu. Cel ten 

zresztą osiągnęli w zupełności. W niedzielną noc ustało wszelkie zorganizowane 

przeciwdziałanie ruchom Marsjan. Przekonano się,Ŝe Ŝadna broń ziemska nie mogła 

im dotrzymać pola, Ŝe jakakolwiek próba walki z nimi była beznadziejna. Nawet 

załogi wysłanych w górę Tamizy, ze względu na szybkostrzelność, torpedowców i 

niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i odpłynęły z powrotem. Jedyne 

działania bojowe, na jakie ludzie odwaŜyli się jeszcze po tej nieszczęsnej nocy, 

polegały na minowaniu dostępu do Londynu i kopaniu wilczych dołów, ale nawet i 

one były dorywcze tylko i zupełnie Ŝywiołowe.

MoŜna bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod 

Esher. Nikt tam nie ocalał. MoŜna wyobrazić sobie, jak w ciszy wieczoru stoją w 

ordynku gotowe do strzału obsługi z czujnymi oficerami na czele, jak leŜą 

przygotowane pod ręką stosy amunicji, jak jezdni trzymają konię, a gromadki 

ciekawych cywilów przysuwają się moŜliwie jak najbliŜej. Gdy rozległy się huki 

pierwszych oddanych przez Marsjan wystrzałów i wirujące w locie ponad drzewami i 

dachami niezdarne pociski zaczęły rozbijać się na sąsiednich polach - ambulansy i 

namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z 

Weybridge.

Nietrudno wyobrazić sobie, jak uwaga wszystkich skupia się nagle na 

kłębiącym się czarnymi kręgami i wybrzuszeniami, podpełzającym coraz bliŜej, 

piętrzącym się pod niebo, zmieniającym półmrok w dotykalną niemal ciemność, 

dziwnym i straszliwym oparze. MoŜna sobie wyobrazić, jak rzuca się on na swe 

ofiary, na ledwie widoczne w mroku sylwetki ludzi i koni. MoŜna sobie wyobrazić 

bieganinę, jęki, okrzyki przeraŜenia, porzucone armaty, walące się na ziemię ciała 

background image

ludzi duszących się w konwulsjach. A potem juŜ tylko noc i cisza, i bezgłośny całun 

nieprzeniknionego oparu okrywający martwych. 0 świcie Czarny Opar przelewał się 

ulicami Richmondu, zaś rozkładający się organizm państwowy czynił ostatnie 

wysiłki, by powiadomić mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki.

16 Ucieczka z Londynu

Łatwo pojąć burzliwą falę przeraŜenia przewalającą się poniedziałkowym 

rankiem przez największe miasto świata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź, 

zalewał spienionym wirem dworce kolejowe, piętrzył się

straszliwą kipielą wokół przystani na Tamizie, by ruszyć w końcu wszelkimi 

moŜliwymi kanałami na północ i na wschód. 0 dziesiątej policja, v południe zaś 

koleje straciły swą dotychczasową spoistość i sprawność, uległy i rozpłynęły się bez 

ś

ladu w topniejącym porządku społecznym.

Wszystkie linie kolejowe na północnym brzegu Tamizy oraz ludność dzielnic 

leŜących na południowy wschód od Cannon Street zostały ostrzeŜanejuŜ w niedzielę o 

północy, toteŜ od drugiej nad ranem pociągi odchodziły przepełnione, a ludzie 

walczyli dziko o kaŜde miejsce w wagonie. 0 trzeciej ludzie tłoczyli się i tratowali 

nawet na ulicach Bishopsgate. 0 kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano 

z rewolwerów, kłuto się noŜami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy 

tych, do których ochrany byli przecieŜ powołani.

W ciągu dnia. w miarę jak maszyniści i palacze odnawiali powrotu do 

Londynu, pęd ucieczki odciągał od dworców rosnące nieustannie rzesze, kierując je w 

biegnące na północ gościńce. W południe w Barnes ukazał się Marsjanin i opadająca 

powali chmura czarnego oparu poczęła suną wzdłuŜ Tamizy, przez pola Lambeth, 

odcinając ślimaczym ruchem wszelkie drogi ucieczki przez mosty.

Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę 

z ocalałymi wprawdzie, lecz odciętymi od świata ludźmi.

Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego 

Towarzystwa na stacji Chalk Farm, gdzie parowóz, ciągnąc nabite ludźmi wagony, 

przeorywał się dosłownie przez rozwrzeszczany tłum, zaś tuzin tęgich chłopów 

ochraniał z wysiłkiem maszynistę przed zmiaŜdŜeniem o własny jego kocioł, brat mój 

wydostał się na drogę, przedarł się przez rój pędzących pojazdów i trafił szczęśliwie, 

jako jeden z pierwszych, na dopiero co rozbity sklep z bicyklami. Przebił co prawda 

przednią oponę, wyciągając pojazd przez okno wystawowe, wsiadł nań jednak i 

background image

odjechał nie odnosząc Ŝadnych, prócz lekkiego skaleczenia napięstka, obraŜeń. 

Stroma droŜyna wiodąca wzgórzem Haverstock była nie do przebycia, gdyŜ 

przegradzały ją cielska padłych koni, toteŜ brat udał się gościńcem do Belsize.

Uszedł w ten sposób wściekłej panice i skręcając drogą do Edgware, dotarł 

około siódmej do tego miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie 

cały tłum. Na przydroŜnych ścieŜkach pełno było miejscowych gapiów. Brata 

prześcignęło tylko kilku cyklistów, paru jeźdźców i dwa samochody. 0 milę przed 

Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było porzucić. Brat zostawił go przy 

drodze i pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy głównej ulicy 

byty

pouchylane, a ludzie tłoczyli się na jezdni, w drzwiach i oknach domów, 

przyglądając się ze zdziwieniem rozpoczynającemu się właśnie niezwykłemu 

pochodowi uciekinierów. W oberŜy udało się bratu dosiać trochę Ŝywności.

Nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, pozostawał czas jakiś w Edgware. 

Liczba uciekających wzrastała nieustannie. Widać było, iŜ wielu z nich ma chętkę, jak 

mój brat, pozostać w miasteczku. 0 najeźdźcach z Marsa nie było Ŝadnych nowin.

Szosą szło juŜ wówczas wiele łudzi, tłoku jednak na niej jeszcze nie było. 

Większość uciekinierów jechała dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się 

samochody, powozy i bryczki, nad gościńcem do St. Albans zawisły gęste chmury 

kurzu. .

Brat mój wspomniał widocznie przyjaciół mieszkających w Chelmslord, gdyŜ 

skierował kroki w cichy zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej 

kroczył ścieŜką wśród pól na północny wschód, Mijał liczne rozsiane chaty i 

wioseczki o nie znanych mu nazwach. Nie napotkał tu zbyt wielu uciekinierów, aŜ 

dopiero na polnej drodze wiodą cej do górnego Barnet natknął się na dwie panie, 

które stały się odtąd jego towarzyszkami podróŜy. Natknął się zaś w sam czas, aby je 

wyratować z opresji. Usłyszał jakieś krzyki i wybiegając zza węgła ujrzał dwóch 

męŜczyzn usiłujących ściągnąć je przemocą z zaprzęŜonej w kucyka bryczuszki, 

podczas gdy trzeci z trudem przytrzymywał łeb wystraszonego zwierzęcia. Jedna z 

kobiet, niŜsza, odziana w białą suknię, krzyczała tylko. druga natomiast, smagła, 

wysmukła, chłostała batem ciągnącego ją za ramię napastnika,

Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki, 

a wówczas jeden z męŜczyzn porzucił wózek i zwrócił się ku niemu. Brat poznał po 

minie przeciwnika, Ŝe bójka jest nieunikniona, będąc zaś doświadczonym bokserem 

background image

dopadł go i zwalił jednym ciosem pod koła wózka. Nie było czasu na pięściarską 

rycerskość, toteŜ dodał mu kopniaka, po czym chwycił za kołnierz łotra 

wyciągającego z bryczuszki smukłą dziewczynę. Równocześnie usłyszał stuk 

podków, bicz chlasnął go po twarzy, trzeci przeciwnik wyrŜnął go pięścią między 

oczy, zaś trzymany za kołnierz obwieś wyrwał się i popędzie w stronę, z której 

nadszedł właśnie brat.

Na poły ogłuszony brat mój znalazł się twarz w twarz z męŜczyzną 

przytrzymującym dotychczas kucyka, dojrzał teŜ, jak oddalał się podskakując po 

wybojach powozik z oglądającymi się co chwila wystraszonymi kobietami. Stojący 

przed nimi krzepki drab rzucił się na brata, ten jednak

powstrzymał go potęŜnym ciosem w szczękę. Natychmiast teŜ, zdając sobie 

sprawę, Ŝe jest osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym się powozikiem. 

TuŜ za nim pędził drab, nieco dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdąŜył juŜ 

tymczasem powrócić.

Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego 

prześladowca. Gdy brat zerwał się - stało przed nim juŜ znów dwóch złoczyńców. 

Niewielkie miałby przeciw nim szanse, gdyby dzielna smagła dziewczyna nie wróciła, 

by przyjść mu z pomocą. Okazała się, Ŝe przez cały ten czas miała rewolwer, jednak 

w chwili napaści był on ukryty pad siedzeniem bryczki. Teraz wypaliła zeń z 

odległości sześciu maŜe jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata. 

Tchórzliwszy z napastników znów rzucił się do ucieczki, kamrat zaś jego, 

przeklinając tchórza, pobiegł za nim. Obaj przystanęli, widoczni z dała, nad leŜącym 

wciąŜ jeszcze nieprzytomnie trzecim łotrem.

- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer.

- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi.

Odwróciła się bez słowa, zdyszani byli oboje, po czym razem juŜ poszli ku 

pani w bieli usiłującej powstrzymać rwącego kucyka. Rabusie mieli juŜ widocznie 

dosyć, kiedy bowiem brat spojrzał ponownie w ich stronę dostrzegł, jak się oddalali.

- Ja takŜe wsiądę - rzekł brat - jeśli panie pozwolą - i wskoczył na wolne 

miejsce na koźle. Dziewczyna spojrzała nań z ukosa.

- Proszę dać mi lejce - powiedziała i zacięła biczem kucyka. Jeszcze chwila i 

trzej bandyci znikli za zakrętem.

Tak oto, zupełnie nieoczekiwanie, brat mój, zasapany, z rozplataną wargą, 

background image

skaleczoną szczęką i poobijanymi da krwi pięściami, znalazł się wraz z dwiema 

kobietami w bryczuszce podąŜającej nieznaną drogą. Dowiedział się, iŜ jedna z nich 

jest Ŝoną, a druga, młodsza, siostrą lekarza ze Stanmore, wezwanego wczesnym 

rankiem da cięŜko chorega w Pinner. Na jednej ze stacji kolejowych doktor 

dowiedział się o natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził obie panie 

(słuŜąca odeszła akurat dwa dni temu), zapakował nieco Ŝywności, schował pod 

siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać do Edgware 

myśląc, Ŝe uda im się tam dostać do pociągu. Sam pozostał, by obudzić sąsiadów; 

obiecując dopędzić je najdalej a wpół do piątej rano, mima jednak iŜ dochodziła juŜ 

dziewiąta, nie zjawił się jeszcze. W Edgware nie mogły czekać nań przy głównej 

ulicy, gdyŜ ruch wzrastał nieustannie, toteŜ skręciły w tę właśnie boczną uliczkę.

Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego 

Bagnet, gdzie znów przystanęli na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał 

pozostać z nimi przynajmniej do chwili, aŜ postanowią, co robić dalej, lub aŜ pojawi 

się nieobecny doktor. Przechwalał się teŜ, Ŝe włada świetnie pistoletem, choć broń ta 

była mu zupełnie obca. Rozbili przy szosie coś w rodzaju biwaku, przede wszystkim 

ku wielkiej uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom o ucieczce z 

Londynu, jak równieŜ a wszystkim, czego dowiedział się o Marsjanach i ich 

zachowaniu. Słońce wzbijało się coraz wyŜej. Rozmowa wygasła, pozostał niemiły 

nastrój wyczekiwania. Brat starał się uzyskać od nielicznych mijających ich 

podróŜnych jak najwięcej wiadomości. KaŜda jednak pośpieszna odpowiedź 

pogłębiała tylko wraŜenie wielkiego nieszczęścia, jakie spadła na ludzkość, pogłębiała 

pewność, Ŝe dalsza, i to niezwłoczna, ucieczka jest koniecznością. Brat starał się 

przekonać o tym obie panie.

- Mamy pieniądze - oświadczyła smukła panna i zawahała się. Oczy jej 

napotkały spojrzenie brata i wahanie znikło.

- I ja mam - odparł brat.

Wtedy wyjaśniła, Ŝe prócz pięciofuntowego banknotu mają trzydzieści funtów 

w złocie. Zaproponowała teŜ, aby spróbować dostać się z tym do pociągu w St. 

Albans lub w Nowym Barnet. Zdaniem brata było to jednak beznadziejne. Widział on 

juŜ przecieŜ szał, jaki ogarnął londyńczyków na dworcach i w pociągach, toteŜ upierał 

się, aby pojechać przez Essex do Harwich, a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju.

Pani Elphinstone, takie bowiem nazwisko nosiła biało odziana dama, nie 

chciała o niczym słyszeć i powtarzała tylko bez ustanku: -Jureczku, Jureczku! - 

background image

szwagierka jej natomiast zachowywała się nad wyraz spokojnie i rozwaŜnie, zgodziła 

się teŜ wreszcie na pomysł mego brata. PodąŜyli więc ku Barnet zamierzając przeciąć 

tam wielki trakt północny. Brat prowadził kucyka, a sam szedł obok piechotą, gdyŜ 

zwierzę naleŜało jak najbardziej oszczędzać.

Im wyŜej wznosiło się słańce, tym dzień stawał się upalniejszy. Gruby biały 

piach pad stopami palił i oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. śywopłoty szare 

były od kurzu. Im bliŜej Barnet - tym głośniejszy stawał się burzliwy pomruk tłumu.

Ludzi napotykali coraz więcej. Zmordowani, posępni, brudni szli wpatrzeni 

przed siebie i mruczeli coś niezrozumiale. Jakiś jegomość odziany w strój 

wieczorowy szedł pieszo z oczami utkwionymi w ziemię. Głos jego Słychać była z 

daleka, jedną rękę wplątał we włosy, drugą wymachiwał,

jakby bijąc przed sobą kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości .' minął, 

on zaś szedł dalej nie oglądając się na nikogo.

ZbliŜywszy się do skrzyŜowania, na południe od Barnet, brat ujrzał 

nadchodzącą polami kobietę z dwojgiem dzieci. Na ręku dźwigała trzecie. Potem 

minął ich brudny, czarno odziany męŜczyzna z grubą laską w jednej, z niewielką 

walizką w drugiej ręce. Dalej, u wylotu zaułka, pomiędzy obrzeŜającymi go willami, 

ukazał się kary spocony koń ciągnący nieduŜy wózek. Powoził blady, szary od kurzu 

młodzieniec w meloniku. Na wózku siedziały stłoczone trzy dziewczyny wyglądające 

na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci.

- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy 

brat wyjaśnił, Ŝe naleŜy w tym celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa 

podzięki.

Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między '' domami i 

przesłaniającą jakby welonem białe ściany will ze szosą. Pani , Elphinstone krzyknęła 

nagle na widok dymu i języków płomienia tańczą-' tych na tle gorącego błękitnego 

nieba po dachach pobliskich domów. Zgiełk gościńca zmienił się teraz w nieskładną 

mieszaninę ludzkich gło- sów, turkotu kół, skrzypienia wozów i stukotu kopyt. 0 

jakieś pięćdziesiąt jardów od skrzyŜowania zaułek skręcał ostro ku szosie.

- BoŜe drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat 

zatrzymał kucka.,

Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca 

niepowstrzymanie na północ. Kurz zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu 

background image

ławicą rozmazywał i czynił wszystko szarym i niewyraźnym co najmniej do 

wysokości dwudziestu stóp. Ławicę tę zasilały coraz to nowe tumany wzbijane 

nogami śpieszących gęstym tłumem ludzi i koni i kołami pojazdów wszelkich 

moŜliwych gatunków i typów.

- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi!

Wylot zaułka na szosę wyglądał jak wjazd do dymiącego pieca. Tłum huczał 

jak ogień, gorący zaś kurz gryzł jak dym. Nieco dalej w górę szosy rzeczywiście 

płonęła willa i buchający kłębami na drogę czarny dym jeszcze bardziej wzmagał 

zamieszanie.

Przeszło dwóch męŜczyzn, za nimi zakurzona kobieta dźwigająca z łkaniem 

cięŜki tobół. Jakiś zbłąkany pies z wywieszonym językiem krąŜył niepewnie wokół 

wózka, wystraszony, dopóki brat nie odpędził go precz.

W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w 

jeden wielki, zamknięty po brzegi dwoma rzędami domów

strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę 

zbliŜania się do zakrętu czarne głowy i stłoczone ciała roztapiały się w pośpiesznie 

oddalającej się masie, ginęły tonąc w chmurach kurzu.

- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi!

Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając 

kucyka przy pysku. Po chwili, wsysany bezpowrotnie potokiem ludzi począł posuwać 

się z wolna, krok za krokiem, ku szosie.

W Edgware panowało zamieszanie, w Chalk Farm zgiełkliwy tumult, tu 

natomiast wydawało się, Ŝe gościńcem wali cała ludność kraju. Trudno sobie po 

prostu wyobrazić te zastępy. Nie miały one jakiegoś wyraźnego oblicza. Postaci 

ludzkie wysypywały się zza zakrętu i ginęły za następnym zakrętem zwrócone 

plecami ku grupie stojącej w zaułku. Piesi potykając się i potrącając szli skrajem 

drogi. Wisiała nad nimi nieustanna groźba przejechania. Wozy i bryki zbijały się w 

gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym lub bardziej niecierpliwym pojazdom, 

te zaś przy kaŜdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi rozbiegali się 

wówczas na strony, kuląc się pod płotami i w bramach.

- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! JuŜ nadchodzą!

Na jednym z wozów stał ślepic w mundurze Armii Zbawienia i wymachując 

rękami wrzeszczał: - Wieczność! Wieczność! - Ochrypły głos tak był donośny, Ŝe brat 

mój słyszał go jeszcze po zniknięciu wozu w. obłokach kurzu. Niektórzy stłoczeni w 

background image

pojazdach ludzie okładali bezmyślnie batem konie i wykłócali się z innymi 

woźnicami; niektórzy siedzieli bez ruchu wpatrzeni zgaszonym wzrokiem w próŜnię; 

niektórzy gryźli palce z pragnienia lub leŜeli bezwładnie w swych wozach. Konie 

ociekały pianą, oczy miały przekrwione.

Drogą sunęły nieprzeliczone doroŜki, bryczki, wozy, platformy, przejechał 

wóz pocztowy, za nim karawan z napisem: "Dom modlitwy św. Pankracego", za nim 

ogromna platforma opałowa pełna jakichś oberwańców. Potem przetoczyła się 

dwukółka piwiarza z planami świeŜej krwi na kołach.

- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi!

- Wie-e-czność! Wie-e-eczność! - brzmiało jak echo nad drogą. Obok przeszły 

smętne, posępne, choć zamoŜnie ubrane kobiety prowadzące za rękę płaczące 

potykające się dzieci. Wytworne ich suknie pokryte były kurzem, po zmęczonych 

twarzach płynął pot i łzy. Obok szli męŜczyźni, jedni usiłowali im pomagać, inni 

patrzyli ponuro i dziko. Za nimi pchał się tłum jakichś włóczęgów odzianych w 

spłowiałe czarne

szmaty, rozwrzeszczanych, klnących. Przeszli krzepcy robotnicy przepychając 

się nieustępliwie przez tłum; przeszli zmęczeni, nie ogoleni męŜczyźni podobni z 

odzienia do urzędników lub sprzedawców sklepowych; potykając się i rozpychając 

przeszedł raniony Ŝołnierz; grupa tragarzy kolejowych parła za nim, a dalej wlokło się 

jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem.

ChociaŜ tak róŜny w składających się nań jednostkach - cały ten tłum jedną 

miał przecieŜ cechę wspólną. Było nią przeraŜenie i ból malujący się na twarzach, był 

nią gnający ich przemoŜny strach. KaŜdy hałas na drodze, kaŜda kłótnia o miejsce na 

wazie przyśpieszała kroki tłumu. Ci nawet, którym zmęczenie podcinało nogi, zrywali 

się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się juŜ uciekającym dobrze we znaki. 

Twarze ich były spalone, wargi czarne i spękane. Wszyscy byli spragnieni, znuŜeni, 

wyczerpani. Pośród rozlicznych okrzyków słyszało się swary, narzekania, jęki 

słabości i zmęczenia; głosy brzmiały ochryple i słabo. A poprzez całą tę wrzawę 

przebijało jedno powtarzające się zdanie; - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą!

Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na 

drogę skośnym wąskim wylotem i pozornie prowadził w stronę Londynu. Mimo to 

wir ludzki rzucał tam osłabłych tylko po to, by po chwilowym odpoczynku mogli 

zanurzyć się w nim ponownie. Nieco głębiej w zaułku leŜał z obnaŜoną, owiniętą 

background image

skrwawionymi szmatami nogą jakiś człowiek, a nad nim pochylali się dwaj jego 

przyjaciele. Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół.

Staruszek z siwym wojskowym wąsem, w brudnym czarnym surducie, 

pokuśtykał na bok, usiadł przy wózku, zdjął but ukazując okrwawioną skarpetkę, 

wytrząsnął kamyki, wdział z powrotem but i powlókł się dalej; nadeszła malutka, 

ośmioletnia moŜe dziewczynka, zupełnie sama, i padła płacząc u Ŝywopłotu, tuŜ koło 

mego brata.

- Nie mogę juŜ dalej! Nie mogę juŜ dalej!

Brat ocknął się z osłupienia, chwycił ją na ręce i przemawiając łagodnie 

zaniósł do pani Elphinstone. Mała pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby 

czymś przestraszona.

- Helenko! Helenko! - wołała kobieta w tłumie pełnym łez głosem. Helenko! - 

Dziecko wyrwało się bratu i biegnąc ku drodze krzyczało: Mamo!

- Nadchodzą! - wołał mijając zaułek jadący wierzchem męŜczyzna. - Z drogi 

tam! = wrzeszczał woźnica stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę.

Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść 

pod koła. Brat cofnął kucyka i bryczuszkę pod sam Ŝywopłot, kareta zaś przejechała 

obok i stanęła. Była dwukonna, jednak w zaprzęgu szedł tylko jeden koń.

Poprzez tumany kurzu brat dostrzegł niewyraźnie; jak dwaj ludzie wynoszą z 

niej i składają ostroŜnie na trawie pod krzewami Ŝywopłotu rozpostarte na białych 

noszach ciało.

Jeden z nich podbiegł do brata.

- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić!

- Lord Garrick! - wykrzyknął brat. - Prezes Sądu NajwyŜszego? - Gdzie tu 

woda? - powtórzył tamten.

- MoŜe w którymś z tych domków. My nie mamy wody. Bałbym się zresztą 

odejść od moich pań.

Woźnica począł przepychać się przez tłum do bramy naroŜnego domu. - 

Uciekaj! - wołano za nim. - Marsjanie nadchodzą! Uciekaj! Nagle uwagę brata 

zwrócił orlą swą twarzą męŜczyzna ciągnący za sobą

niewielką walizkę. W tej właśnie chwili otwarła mu się. Sypnęły z niej 

potokiem rulony złotych suwerenów rozpryskując się w zderzeniu z ziemią w grad 

złotych krąŜków, pojedynczych monet. Toczyły się we wszystkie strony pośród 

depczących nieustannie drogę ludzkich i końskich nóg. Człowiek o orlej twarzy stanął 

background image

patrząc tępo na stos rozsypanego złota. Nagle potrącił go w ramię i odrzucił na bok 

dyszel wozu. Tamten krzyknął i skoczył w bok omal nie wpadając pod koła.

- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi!

Gdy wóz oddalił się nieco, męŜczyzna padł z rozpostartymi ramionami na stos 

monet i pełnymi garściami począł napychać nimi kieszenie. TuŜ nad nim ukazał się 

łeb koński i usiłujący właśnie powstać człowiek znów legł na ziemi tratowany 

kopytami.

- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieŜką kobietę próbował 

pochwycić konia za wędzidło.

Zanim mu się to jednak udało, usłyszał jęk i poprzez tuman pyłu ujrzał, jak po 

plecach nieszczęśnika przetoczyły się koła wozu. Woźnica zamierzył się biczem na 

przebiegającego na drugą stronę, za wozem, brata. Dokoła podniosły się krzyki. 

LeŜący wił się w kurzu, pośród rozsypanych monet, z przetrąconym kręgosłupem, 

usiłując powstać na bezsilne, zmartwiałe nogi. Brat stanął nad nim krzycząc na 

napierającego następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś jeździec dosiadający 

rumaka.

- Zabierzcie go z drogi! - wykrzyknął; brat schwycił wolną ręką leŜącego za 

kołnierz i powlókł go na ścieŜkę obok szosy. Ten jednak walił brata po ręku pięścią 

pełną złota, przeszywając go przy tym wściekłym spojrzeniem.

- Naprzód! Naprzód! - krzyczały za nimi gniewne głosy. - Z drogi! Rozległ się 

trzask. To dyszel powozu wbił się w zatrzymany przez jeźdźca wóz. Brat rzucił okiem 

w tamtą stronę, równocześnie zaś człowiek ze złotem przekrzywił głowę i ugryzł 

trzymającą go za kołnierz rękę. Wóz ruszył; kary koń uskoczył w bok, a zaprzęg 

przeszedł tak blisko brata, Ŝe kopyta omal nie zmiaŜdŜyły mu stóp. Brat cofnął się 

pośpiesznie puszczając leŜącego. Dostrzegł jeszcze złość zmieniającą się na twarzy 

nieszczęsnego w ,przeraŜenie, po czym znikł on pod kołami, brat zaś pociągnięty 

potokiem ludzkim i uniesiony poza wylot zaułka cięŜko musiał walczyć, by dotrzeć 

doń z powrotem.

Powróciwszy do bryczuszki zobaczył, Ŝe pani Elphinstone przysłania oczy 

rękami, obok niej zaś stoi jakieś dziecko i przygląda się ze zwykłym u dzieci brakiem 

współczucia, szeroko rozwartymi oczami, leŜącej na szosie czarnej, zakurzonej, 

nieruchomej, tratowanej kopytami i miaŜdŜonej kołami postaci.

- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka. - Nie 

background image

przejedziemy przez to piekło!

Wrócili ze sto jardów przebytą niedawno drogą. Oszalały tłum znikł im 

wreszcie z oczu. Mijając zakręt, brat ujrzał śmiertelnie bladą, ściągniętą i lśniącą od 

potu twarz umierającego w rowie pod ligustrem lorda Garricka. Obie panie siedziały 

w bryczce bez słowa, skulone i drŜące.

Za zakrętem brat znów zatrzymał wózek. Panna Elphinstone była blada, 

szwagierka zaś jej zalewała się łzami, zbyt wystraszona nawet, by wzywać swego 

"Jureczka". Brat mój teŜ był zmieszany i wstrząśnięty. Gdy tylko zawrócili, pojął, jak 

pilnie i nieodzownie naleŜało przebić się na przeciwległy skraj gościńca. Nagle 

zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone.

- Musimy przejechać! - zawołał i znów zawrócił kucyka ku szosie. Po raz 

wtóry juŜ tego dnia dziewczyna dała dowód wielkiej siły ducha. Chcąc wedrzeć się w 

potok ludzki na szosie brat skoczył w sam gąszcz pojazdów i zatrzymał najbliŜszy 

zaprzęg, a tymczasem panna wprowadziła przedeń bryczuszkę. Zahamowany na 

chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy błotnik wraz ze 

stopniem. W następnej chwili prąd porwał ich i poniósł z innymi. Brat z czerwonymi 

pręgami od

smagnięć biczem po twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał 

dziewczynie lejce.

- Proszę grozić temu za nami pistoletem - rzekł, wręczając jej broń - jeŜeli 

zanadto będzie się pchał. Nie! Lepiej niech pani mierzy w konia.

Następnie podjął wysiłki, by przedrzeć się na drugą stronę drogi. Dać nura 

jednak w ten odmęt oznaczało utracić wolną wolę, zlać się w jedno Ŝ całym tym 

zakurzonym, oszalałym motłochem. Niesieni potokiem płynęli przez Chipping Barnet 

i dopiero o jakąś milę za śródmieściem udało im się przedostać na przeciwległy brzeg 

nurtu. Hałas i zamieszanie panowały tu nie do opisania, w samym jednak miasteczku i 

poza nim szosa rozwidla się parokrotnie, rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk 

na drodze.

PodróŜni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy 

ludzi gaszących pragnienie wodą ze strumienia, gdy niektórzy walczyli o dostęp do 

niego. Nieco dalej, z pagórka w pobliŜu Wschodniego Barnet, dostrzegli dwa sunące 

bardzo wolno, bez Ŝadnych sygnałów, jeden za drugim, pociągi zapchane ludźmi 

siedzącymi nawet w tendrach, na węglu. ZdąŜały one na północ trasą Wielkiej Kolei 

Północnej. Brat mój przypuszczał, iŜ musiały wyruszyć spoza Londynu, gdyŜ w tym 

background image

czasie obłąkane przeraŜenie ludności uniemoŜliwiało juŜ odjazd z londyńskich 

dworców.

Niedaleko pagórka zatrzymali się na południowy wypoczynek, gdyŜ 

gwałtowność całodziennych przeŜyć wyczerpała w najwyŜszym stopniu całą trójkę. 

Zaczął im równieŜ doskwierać głód, a Ŝe wieczór był chłodny, Ŝadne nie mogło usnąć. 

Późnym wieczorem drogą obok biwaku przeszło w pośpiechu mnóstwo ludzi 

uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, a ludzie ci uchodzili w tę stronę - 

z której przybył mój brat.

17 Dziecię Gromu

Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek 

zgładzić całą rozpraszającą się w ucieczce po najbliŜszej okolicy ludność Londynu. 

Nie tylko bowiem gościńcem do Barnet, lecz i przez Edgware, i Waltham Abbey, i 

drogami biegnącymi na wschód, do Southend i Shoeburyness, i na południe od 

Tamizy, w stronę Deal i Broad

stairs, płynął rozgorączkowany motłoch. Gdyby ktoś owego czerwcowego 

poranka wzbił się balonem w rozpalone błękity pod Londynem, ujrzałby, Ŝe wszystkie 

wybiegające z nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są 

czarnymi, zlewającymi się w strumienie punkcikami. KaŜdy zaś punkcik był ludzką 

agonią i przeraŜeniem, i rozpaczą. Aby czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ten 

potok czarnych punkcików widziany z bliska oczami jednego z nich - opisałem 

szeroko w poprzednim rozdziale to wszystko, co widział mój brat na gościńcu 

wiodącym przez Chipping Barnet. Nigdy jeszcze w dziejach świata tak wielka liczba 

połączonych cierpieniem istot ludzkich nie porzucała swych siedzib. Legendarne 

zastępy Gotów i Hunów, najpotęŜniejsze, jakie kto kiedykolwiek widział, armie 

wschodu -byłyby kroplą tylko w tej rzece. A nie był to przecieŜ bynajmniej Ŝaden 

zdyscyplinowany marsz. Był to bieg straszliwy, gigantyczny bieg, bez porządku i bez 

celu, bieg sześciu milionów wystraszonych, bezbronnych i pozbawionych Ŝywności 

ludzi, gnanych lękiem, gdzie oczy poniosą. Wydawać się mogło, Ŝe to początek 

zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego.

Na wprost pod sobą pasaŜer balonu widziałby rozpostartą daleko i szeroko sieć

pustych juŜ ulic, mostów, domostw, świątyń, ogrodów i parków - ogromną mapę 

background image

upstrzoną na południu czarnymi plamami. Zdawało się, Ŝe koło Ealing, Richmondu i 

Wimbledonu potworne jakieś pióro bryznęło na nią atramentem. KaŜda z tych bryzg 

rosła i rozszerzała się nieustannie, wystrzelając to tu, to tam poza swój kształt 

pierwotny, raz zbierając się w ławice przed wzniesieniami terenu, to znów wylewając 

się szybko w doliny, gdy przekroczyła grzbiet wzgórza, zupełnie jak kropla atramentu 

rozpływająca się po bibule.

W oddali zaś, ponad wznoszącymi się na południe od rzeki niebieskimi 

wzgórzami, uwijali się lśniący w słońcu Marsjanie spokojnie i metodycznie 

pokrywając to tę, to tamtą część kraju obłokami, spędzając je strumieniami pary, gdy 

spełniły juŜ swe dzieło, i obejmując w posiadanie podbitą krainę. Wydawało się, Ŝe 

celem ich było nie tyle zniszczenie, co całkowite zdemoralizowanie i stłumienie 

oporu. Wysadzali w powietrze kaŜdą napotkaną prochownię, przecinali kaŜdą linię 

telegraficzną, gdzieniegdzie zaś zrywali tory kolejowe. Postanowili okaleczyć 

ludzkość. Nie zaleŜało im, jak się zdaje, na pośpiechu, toteŜ nie posunęli się tego dnia 

poza śródmieścia Londynu. Dlatego, być moŜe, w poniedziałek rano mnóstwo 

mieszkańców pozostało w swych domach. Pewne jest bowiem, iŜ tysiące ich zginęły 

tam wytrute Czarnym Dymem.

AŜ do południa port londyński przedstawiał zadziwiający widok. Cze

kały tu najprzeróŜniejszego rodzaju parowce i okręty skuszone ogromnymi 

sumami płaconymi przez uciekających; mówiono, Ŝe wielu spośród wdzierających się 

na nie ludzi utonęło spychanych przez majtków bosakami. Około pierwszej po 

południu pomiędzy filarami mostu Blackfriars pojawiły się rozrzedzone forpoczty 

Czarnego Dymu. Wówczas w. całym porcie zapanowało obłąkane wprost 

zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez długi czas pod 

północnym łukiem mostu Tower, zaś majtkowie i tragarze portowi musieli walczyć 

uparcie z napierającymi ze wszystkich stron tłumami: Doszło do tego, Ŝe ludzie 

spuszczali się z mostu po filarach...

Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i 

przeszedł w bród rzekę, po wodzie koło Limehouse pływały juŜ tylko jakieś szczątki.

0 tym, jak spadł piąty walec, opowiem nieco później. Szósty natomiast upadł 

w Wimbledonie. Brat mój czuwając w bryczuszce nad snem kobiet widział jego 

zielony błysk w oddali za wzgórzami. We wtorek cała trójka, wciąŜ jeszcze 

zdecydowana uciekać za morze, przebijała się przez kipiące uciekinierami okolice 

Colchester. Potwierdziła się wiadomość, Ŝe Marsjanie opanowali juŜ cały Londyn. 

background image

Widziano ich w Highate, a nawet, jak twierdzili niektórzy, w Neasdon. Brat mój 

jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka.

Tymczasem rozproszone tłumy poczęły zdawać sobie sprawę z coraz 

groźniejszego braku poŜywienia. W miarę jak wzrastał głód - malało poszanowanie 

praw własności. Wieśniacy stawali z bronią w ręku w obronie swych chlewów, 

spichlerzy i dojrzewających zbiorów. Niemało ludzi, podobnie jak i rój brat, podąŜało 

teraz na wschód, moŜna jednak było znaleźć i takich straceńców, którzy w 

poszukiwaniu Ŝywności zawracali do Londynu. Byli to przewaŜnie mieszkańcy 

północnych jego dzielnic, znający Czarny Opar z opowiadań tylko. Mówiono, Ŝe 

połowa bez mała członków rządu schroniła się w Birminghamie i Ŝe przygotowuje się 

olbrzymie ilości środków wybuchowych, by uŜyć ich do zaminowania dolin 

Midlandu.

Mówiono teŜ, Ŝe Towarzystwo Kolei Midlandzkieh, po uzupełnieniu luk 

powstałych wśród maszynistów i palaczy w. pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie 

normalny ruch i wypuszcza ze stacji w St. Albans pociągi odchodzące na północ, 

chcąc rozładować w ten sposób przeludnione, najbliŜej Londynu połoŜone okolice. W 

Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, Ŝe na północy kraju 

zgromadzono wielkie zapasy mąki i Ŝe w ciągu dwudziestu czterech godzin pomiędzy 

głodującą lud

ność okoliczną rozdzielony będzie chleb. Wiadomości te nie powstrzymały 

jednak ani brata, ani jego towarzyszek od zamierzonej ucieczki i cała trójka 

jechała,.jak dzień długi, na wschód, widząc rozdzielanego chleba tyle tylko, ile go 

było na plakatach. Jeśli juŜ o tym mowa, to trzeba powiedzieć, Ŝe nikt zresztą nie 

widział go na oczy. Nocy tej spadła siódma juŜ z kolei gwiazda, niedaleko pagórka 

Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyŜ czuwała ona na zmianę 

z bratem. Ona teŜ właśnie ją dostrzegła.

We środę trójka uciekinierów, po nocy spędzonej w polu wśród niedojrzałej 

pszenicy, dotarła do Chelmsford, gdzie grupa mieszkańców mianująca się jakimś 

Komitetem Publicznego Zaopatrzenia skonfiskowała im kucyka na mięso, w zamian 

obiecując poszkodowanym udział w jego zjedzeniu. Opowiadano tu, Ŝe Marsjanie są 

juŜ w Epping oraz Ŝe podczas nieudanej próby wysadzenia w powietrze jednego z 

nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey.

Ludność wypatrywała tu Marsjan z wieŜ kościelnych. Brat mój na swoje, jak 

background image

się później okazało, szczęście wolał nie czekać na jedzenie, chociaŜ wszyscy troje 

bardzo byli głodni, lecz niezwłocznie podąŜył wraz z paniami ku wybrzeŜu. W 

południe minęli Tillingham, gdzie było nad podziw pusto i spokojnie, tylko jakieś 

łaziki plądrowały domy w poszukiwaniu Ŝywności. Niedaleko za Tillingham widać 

juŜ było morze, a na nim najdziwaczniejszą, jaką sobie tylko moŜna wyobrazić, 

zbieraninę statków.

PoniewaŜ nie dało się juŜ wpływać do ujścia Tamizy, przybijały one do 

wybrzeŜa hrabstwa Essex, by zabierać ludzi z Harwich, z Walton i Clacton, potem zaś 

z Foulness i Shoebury. Rozciągnęły się ogromnym łukiem, którego koniec ginął we 

mgle aŜ za przylądkiem Naze. TuŜ przy brzegu zaś uwijało się mnóstwo angielskich, 

szkockich, francuskich, holenderskich i szwedzkich kutrów, parowczyków z Tamizy, 

jachtów, motorówek - głębiej w morzu widać było statki o większej wyporności, 

przeróŜne węglowce, statki do przewozu bydła, tankowce, schludne statki handlowe, 

parowce pasaŜerskie, frachtowce oceaniczne, był tam nawet jakiś stary Ŝaglowiec; 

jeszcze zaś głębiej stały białe i popielate statki regularnych linii okrętowych z 

Southamptonu i Hamburga. WzdłuŜ całego błękitnego wybrzeŜa aŜ do Blackwater 

moŜna było mgliście dojrzeć gęsty rój szalup i ich właścicieli targujących się z ludźmi 

na lądzie, rój ciągnący się poza Blackwater prawie aŜ do Maldon.

Jeszcze dalej, o parę mil od brzegu, leŜał zanurzony tak głęboko, Ŝe

według słów brata wyglądał jakby nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to 

kontrtorpedowiec Dziecię Gromu. Jedyna zresztą widoczna tu z lądu jednostka floty 

wojennej. Ale hen daleko, w prawo, nad gładzią morską, gdyŜ w dniu tym panowała 

prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne węŜyki dymków znaczących stanowiska 

pancerników floty kanału. Z kotłami pod parą, w pełnej gotowości bojowej 

przegradzała ona stalowym łańcuchem wylot Tamizy przez cały czas zwycięskiego 

natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać.

Na widok morza pani Elphinstone, mimo pełnych otuchy słów swej 

szwagierki, uległa panice. Nigdy jeszcze nie wyjeŜdŜała poza granice Anglii i woli 

raczej umrzeć, niŜ znaleźć się sama, bez przyjaciół, w obcym kraju. Jak wynikało z jej 

słów, biedaczka wyobraŜała sobie widocznie Francuzów nie lepszymi od Marsjan. 

Podczas ostatnich dwu dni podróŜy była coraz bardziej wystraszona, przygnębiona i 

rozhisteryzowana. Jedynym i nieustannym jej marzeniem był powrót do Stanmore. W 

Stanmore przecieŜ zawsze było tak dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore na pewno 

odnajdą Jureczka...

background image

Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plaŜę, gdzie brat mój 

zdołał właśnie zwrócić uwagę marynarzy z jakiegoś przedpotopowego, o łopatkowym 

napędzie, parowca rzecznego z Tamizy. Podpłynęli oni szalupą i zgodzili się 

przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili, 

płynąć miał ich stateczek.

Dochodziła druga, gdy zapłaciwszy przy wejściu umówioną sumę brat mój 

znalazł się wraz z paniami bezpieczny na pokładzie statku. MoŜna tam było dostać 

poŜywienie, po niezwykle co prawda wysokich cenach, toteŜ naszej trójce udało się 

wreszcie spoŜyć jaki taki posiłek. Na pokładzie było juŜ kilkudziesięciu pasaŜerów. 

Wielu z nich wydało ostatnie grosze, aby tylko zapewnić sobie przejazd, kapitan 

jednakŜe tkwił pod Blackwater aŜ do piątej, przyjmując wciąŜ nowych i nowych 

podróŜnych, aŜ wreszcie na pokładzie zapanował niebezpieczny tłok. Tkwiłby tam 

pewnie i dłuŜej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze rozległ się gdzieś na 

południu. Jakby w odpowiedzi na to, kontrtorpedowiec wypalił w stronę morza z 

małego działa i wciągnął na masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu.

Niektórzy pasaŜerowie twierdzili, Ŝe to strzelają pod Shoeburyness,. potem 

jednak okazało się, Ŝe huki stają się coraz głośniejsze. Równocześnie daleko na 

południowym wschodzie wynurzyły się kolejno z morza maszyny i wieŜyczki trzech 

jeszcze pancerników spowitych chmurami

czarnego dymu. Lecz uwagę brata skupiła na sobie nieustanna strzelanina. 

Wydawało mu się, Ŝe dostrzega na południu wznoszący się w mglistej szarej dali słup 

dymu.

Parowczyk pluskał łopatkami przebijając się na wschód, poza rozsypane 

wachlarzem statki, i płaskie wybrzeŜa Essexu roztapiały się juŜ w błękitnej mgiełce, 

gdy ukazał się zmniejszony odległością, posuwający się błotnistym wybrzeŜem od 

strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten widok przeraŜony i rozgniewany kapitan 

począł przeklinać własne guzdralstwo, a łopatki stateczku, jakby udzielił się im jego 

lęk, zapulsowały gwałtownie. Kto Ŝyw na parowcu pchał się ku burtom i wspinał się 

na ławki, by oglądać tę odległą postać przewyŜszającą drzewa i wieŜe kościelne, 

posuwającą się ruchami wyglądającymi na przedrzeźnianie ruchów człowieka.

Był to pierwszy widziany przez brata Marsjanin, toteŜ przyglądał mu się 

bardziej zdziwiony niŜ przestraszony. Tymczasem gigant zbliŜał się ostroŜnie do 

okrętu, zanurzając się coraz głębiej w morze. Potem daleko za Crouch ukazał się 

background image

drugi, przedzierający się pośród karłowatych drzewek, a jeszcze dalej trzeci, brodzący 

w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeŜnych, jakby zawieszony w pół 

drogi między morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie 

przeszkodzić w ucieczce statkom zebranym pomiędzy Foulness a Naze. Mimo 

pośpiesznego rytmu maszyn, mimo spienionej kipieli, jaką pozostawiały za sobą 

łopatki, ucieczka parowczyka, na którym płynął brat, była przeraŜająco powolna.

Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w 

przeraŜeniu ogromny wachlarz statków, jak ścigają się one ze sobą, jak zwracają rufy 

miast burt ku brzegom, jak gwiŜdŜą buchając parą parowce, jak wciągają Ŝagle 

Ŝ

aglowce, jak pomykają tu i tam warcząc motorami motorówki. Widok ten, zarówno 

jak i niebezpieczeństwo nadciągające od brzegu tak go urzekły, Ŝe nie patrzył wcale 

na morze. Wtem błyskawiczny zwrot stateczku dokonany dla uniknięcia zderzenia 

strącił brata z zajmowanego przezeń krzesła. Dokoła wszyscy krzyczeli, potem rozległ 

się tupot nóg i wiwaty, na które, jak mu się zdawało, ktoś odpowiadał z oddali. Nagle 

stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg.

Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od 

kołyszącego się, przechylonego parowca ujrzał prujący morze wielki stalowy kadłub. 

Ciął dziobem wodę, jak lemiesz pługa tnie rolę. Odgarniane na boki potęŜne 

spienione fale kołysały'i podrzucały stateczkiem,

ten zaś to zanurzał się po pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko 

wymachiwał bezsilnie łopatkami w powietrzu.

Pienisty prysznic oślepił brata na chwilę. Gdy przetarł oczy, stalowy potwór 

minął ich mknąc w stronę lądu. Nad płaskim kadłubem wznosiły się potęŜne 

nadbudówki, zaś dwa bliźniacze kominy pluły dymem gęsto przetykanym iskrami. 

Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający zagroŜonym statkom z odsieczą.

Wpierając stopy w rozkołysany pokład, trzymając się kurczowo poręczy brat 

popatrzył wpierw na szarŜującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę 

Marsjan. Stali tuŜ przy sobie; i to tak daleko od brzegu, Ŝe trójnogi ich prawie 

zupełnie skryły się w morzu: Zanurzeni głęboko i pomniejszeni odległością wydawali 

się o wiele mniej groźni od potęŜnego stalowego cielska, w którego nurcie huśtał się 

bezwolnie stateczek niosący na swym pokładzie brata. Mogło wydawać się, Ŝe 

przyglądają się zaskoczeni temu nowemu wrogowi. Być moŜe wzięli go za istotę 

podobną do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku nim z największą 

szybkością i to właśnie, Ŝe gnał bez strzału, pozwoliło mu prawdopodobnie podsunąć 

background image

się tak blisko do nieprzyjaciół. Ci zaś nie wiedzieli widocznie, co z nim zrobić. Dość 

było jednego wystrzału, aby Snop Gorąca posłał go nieuchronnie na dno.

Kontrtorpedowiec, czarny, gwałtownie malejący kadłub na tle oddalającej się 

płaszczyzny essekskiego wybrzeŜa, mknął tak szybko, iŜ po chwili wydawał się juŜ w 

pół drogi między stateczkiem a Marsjanami. ,

Wtem najbliŜszy z Marsjan nachylił rurę i wypalił z niej w napastnika 

zbiornikiem Czarnego Dymu. Zbiornik uderzył o lewą burtę tryskając atramentowym 

strumieniem rozlewającym się szeroko po morzu potokami Czarnego Dymu, 

kontrtorpedowiec jednak był juŜ daleko. Patrzącym pod słońce z zanurzonego 

głęboko parowczyka widzom zdawało się, Ŝe wpadł on juŜ między Marsjan.

Widać było posępne ich postacie wynurzające się z wody i oddalające od 

siebie w ucieczce ku brzegowi. Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował 

go skośnie w dół i natychmiast trysnęły z wody obłoki pary. Snop musiał przebić 

stalowy pancerz statku równie łatwo, jak rozpalone do białości Ŝelazo przebija kartkę 

papieru.

Obłoki pary rozdarł błysk płomienia, a Marsjanin zatoczył się i potknął. 

Jeszcze chwila i upadł. PotęŜny słup wody i pary strzelił wysoko w górę. Teraz 

dopiero zagrzmiały działa Dziecięcia Gronu głusząc syk pary. Jeden z pocisków 

uderzył w pobliŜu parowczyka brata, odbił się rykoszetem w stronę innych 

uciekających na północ okrętów i zgruchotał

pobliski kuter. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejął. Na widok upadku 

Marsjanina kapitan na mostku ryknął coś niezrozumiale, a tłoczący się na pokładzie 

pasaŜerowie wydali głośny okrzyk. Po chwili zaś znów zaczęli wrzeszczeć radośnie. 

Oto z białej zawieruchy wypadło coś długiego, czarnego, buchającego z kominów, 

wentylatorów i śródokręcia płomieniami...

Kontrtorpedowiec Ŝył jeszcze; ster był widocznie nie uszkodzony i maszyny 

pracowały dalej. Pędził prosto na drugiego Marsjanina i był juŜ od niego o niecałe sto 

jardów, gdy znów uderzył weń Snop Gorąca. Wówczas kominy i pokład wyleciały z 

głośnym hukiem w powietrze. Gwałtowność wybuchu zachwiała Marsjaninem, a po 

chwili płonący wrak pchany siłą rozpędu wpadł na niego i zgniótł jak tekturową 

zabawkę. Brat mój mimo woli krzyknął. Znów kłęby wrzącej pary przesłoniły 

wszystko.

- Dwa! - ryknął kapitan.

background image

Wszyscy dokoła darli się wniebogłosy. Cały stateczek od dzioba do rufy 

rozbrzmiewał gorączkowymi wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aŜ 

objęły wszystkie stłoczone w gęstą gromadę, mknące w morze statki.

Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego 

Marsjanina, i wybrzeŜe. Przez cały ten czas stateczek szedł morze, oddalając się bez 

ustanku od pobojowiska; gdy wreszcie para rozwiała się, pojawił się sunący powoli 

wał Czarnego Oparu i znów nie moŜna było dostrzec ani Dziecięcia Gromu, ani 

trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeŜem stały teraz inne 

kontrtorpedowce.

Stateczek płynął wciąŜ dalej i dalej, zostawiając z wolna kontrtorpedowce za 

sobą, zaś wybrzeŜe skrywała nieprzenikniona ławica oparu, po części pary, po części 

Czarnego Dymu, zmieszanych ze sobą i splątanych w najdziwaczniejsze formy. 

Armada uciekinierów rozpraszała się na północo-wschód. Między kontrtorpedowcami 

a parowcami płynęło wiele kutrów. Po pewnym czasie okręty wojenne, nie 

dopłynąwszy jeszcze do osiadającej coraz niŜej ławicy Czarnego Dymu, zawróciły na 

północ, obeszły ją i skręciwszy na południe roztopiły się w mgle wieczornej. 

WybrzeŜe rysowało się coraz niewyraźniej pod niskimi, gromadzącymi się wokół 

zachodzącego słońca zwałami chmur.

Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam 

moŜna było ruch jakichś czarnych cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze 

zaczęli przepychać się ku burtom, by lepiej widzieć, co dzieje się w oślepiającym 

kotle zachodu. Nie udało się jednak nic tam wypatrzeć.

Chmury dymu wzbijając się skośnymi pasmami przesłaniały słońce. Pulsujący 

napięciem stateczek płynął jakby zawieszony w bezkresach.

Słońce skryło się za szarymi chmurami, niebo rozbłysło na chwilę i 

ś

ciemniało, zamigotała wieczorna gwiazda. Panował juŜ głęboki mrok, gdy kapitan 

krzyknął wskazując w górę. Brat mój wytęŜył wzrok. Z szarości wieczoru wystrzeliło 

niezmiernie szybko skośnie w górę, ponad chmury, w lśniącą jasność zachodniego 

nieba coś płaskiego i szerokiego, i ogromnego i płynąc w krąg po szerokiej spirali, 

malało opadając z wolna, aŜ znikło zupełnie w pełnych tajemnic cieniach nocy. Lecąc 

zaś prószyło na ziemię ciemnością.

Księga druga

Ziemia we władzy Marsjan

background image

1 Zdeptani

Podczas gdy brat mój doświadczał tak szeroko opisanych w ostatnich dwóch 

rozdziałach pierwszej księgi przygód, wikary i ja czailiśmy się w pustym domu w 

Hallifordzie, dokąd uszliśmy, by schronić się przed Czarnym Dymem. Od tego teŜ 

miejsca podejmuję swą opowieść.

W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki, 

jak rozbitki odcięci Czarnym Dymem od reszty świata na wysepce jasności dziennej. 

Skazani przez te dwa męczące dni na Ŝałosną bezczynność, mogliśmy tylko czekać.

Myśli me opanował niepokój o Ŝonę. WyobraŜałem sobie, jak jest przeraŜona, 

jakie niebezpieczeństwa groŜą jej w Leatherhead, jak opłakuje mój domniemany 

zgon. Przechadzałem się po pokojach łkając głośno na myśl o naszej rozłące, o tym, 

co moŜe ją spotkać podczas mej nieobecności. ChociaŜ wiedziałem, jak dzielnie 

kuzyn mój potrafi stawić czoło przeciwnościom, to jednak nie naleŜał on do ludzi 

szybko rozpoznających niebezpieczeństwo ani teŜ szybko działających. A teraz 

właśnie potrzebna była nie tyle odwaga, ile zdolność przewidywania i szybkość 

decyzji. Jedyną pociechą było przypuszczenie, iŜ posuwając się w stronę Londynu 

Marsjanie oddalają się od Leatherhead. Tego typu nieokreślone niepokoje trzymają 

umysł w bolesnym napięciu. Z trudnością mi przychodziło panowanie nad sobą. 

Nieustanne jęki duchownego, widok jego samolubnej rozpaczy męczył mnie i draŜnił 

coraz bardziej. Kiedy zaś uwagi, jakie mu czyniłem, nie odnosiły skutku, począłem 

unikać go przesiadując w pokoju przeznaczonym, jak sądzę, na izbę szkolną dla 

dzieci, gdyŜ pełno tam było ławek, globusów, zeszytów i podręczników. Gdy i tam 

dotarł za mną, uciekłem na strych i zamknąłem się, aby pozostać sam na sam ze swą 

boleścią.

Przez cały ten dzień, jak równieŜ przez następny ranek Czarny Opar osaczał 

nas nieubłaganie. W niedzielę wieczorem dostrzegliśmy w sąsiednim domku ślady 

ludzkiej obecności: twarz w oknie, przesuwające się

ś

wiatło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co 

się z nimi stało. Nazajutrz juŜ ich nie widzieliśmy. Przez cały poniedziałkowy ranek 

Czarny Opar spływał z wolna ku rzece podpełzając wciąŜ bliŜej i bliŜej, aŜ zalał w 

końcu gościniec, przy którym stał dom stanowiący obecnie nasze schronienie.

W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej 

pary bijąc nią z sykiem o ściany domów, wybijając szyby i parząc w rękę księdza 

background image

usiłującego uciec z frontowego pokoju. Gdy przeczołgaliśmy się wreszcie przez 

zamokłe izby i wyjrzeliśmy na świat, cała okolica na północ od nas wyglądała jak po 

czarnej zamieci. Patrząc w stronę rzeki spostrzegliśmy ze zdziwieniem niepojętą dla 

nas czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk.

Długi czas nie uświadamialiśmy sobie, Ŝe zmiana naszego połoŜenia polega 

nie tylko na uwolnieniu od groźby uduszenia przez Czarny Opar. Dopiero później 

pojąłem, Ŝe nie jesteśmy juŜ osaczeni, Ŝe droga do wolności stoi otworem. 

Natychmiast teŜ zacząłem znowu myśleć o działaniu. CóŜ, kiedy wikary popadł w 

bezmyślną jakąś apatię.

- Tutaj jesteśmy bezpieczni - powtarzał - tutaj nic nam nie grozi. Wtedy 

postanowiłem porzucić go. O, czemuŜ tak się nie stało! Mądrzejszy o wiedzę nabytą 

od artylerzysty, przygotowania do drogi rozpocząłem od zaopatrzenia się w prowiant. 

Na oparzenia me znalazłem oliwę i czyste szmaty, zabrałem teŜ znalezione w sypialni 

kapelusz i flanelową koszulę. Kiedy stało się jasne, Ŝe wybieram się sam, Ŝe jestem na 

to zdecydowany, wikary zaczął się raptem takŜe szykować.

Popołudnie minęło spokojnie, toteŜ koło piątej wyruszyliśmy sczerniałą drogą 

do Sunbury. Zarówno w samym Sunbury, jak i po drodze leŜało mnóstwo 

poskręcanych w męce ciał ludzkich i koni, porozrzucanych tobołów, przewróconych 

wozów, a wszystko pokryte grubą warstwą czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do 

popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton Court dotarliśmy bez 

Ŝ

adnych przygód. Przez całą drogę nie mogliśmy nadziwić się niezwykłej obcości 

pokrytego czerwienią i czernią krajobrazu. Dopiero w Hampton Court oczom naszym 

ukazała się pierwsza ocalała od duszących oparów Czarnego Dymu zieleń. Minęliśmy 

Bushey Park z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej 

ujrzeliśmy kobiety i męŜczyzn śpieszących polami do Hampton. Byli to pierwsi 

dostrzeŜeni przez nas w tej okolicy ludzie. My skierowaliśmy kroki do Twickenham.

Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąŜ jeszcze płonął. 

Twickenham nie ucierpiało ani od Snopa Gorąca, ani od

Czarnego Oparu, toteŜ ludzi było tu więcej, nikt jednak nie mógł udzielić nam 

Ŝ

adnych nowych wiadomości. Byli to przewaŜnie ludzie korzystający, jak i my, z 

chwili ciszy, by uciec dalej od terenów okupowanych przez Marsjan. Odniosłem 

wraŜenie, iŜ w wielu jeszcze domach pozostawali mieszkańcy, zbyt wystraszeni, by 

uchodzić. I tu takŜe duŜo było na szosie śladów pośpiesznej ucieczki. Szczególnie 

background image

Ŝ

ywo utkwił mi w pamięci stos złoŜony z trzech wgniecionych w gościniec kołami 

pogruchotanych bicykli. Około wpół do dziewiątej minęliśmy most w Richmond. 

Gdyśmy przezeń przebiegali w pośpiechu, dostrzegłem płynące rzeką liczne 

kilkustopowej długości czerwone bryły. Nie wiedziałem, co to było, na badanie zaś 

nie starczyło czasu. Wydały mi się wtedy czymś straszliwym. RównieŜ i tu, na brzegu 

Surrey, leŜał czarny osad i trupy, cały ich stos koło dworca, nie pokazywali się tylko 

Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliŜu Barnes.

W czerniejącej dali dostrzegliśmy troje ludzi biegnących pustą na pozór ulicą 

w stronę rzeki. Na wzgórzu płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu 

Czarnego Dymu.

Wtem, podchodząc do Kew, zobaczyliśmy całą gromadę uciekających, za nimi 

zaś, nie dalej jak o sto jardów od nas, ukazał się kaptur Marsjanina. Stanęliśmy 

poraŜeni niespodzianym niebezpieczeństwem i gdyby potwór spojrzał w dół - 

bylibyśmy zgubieni. PrzeraŜenie nasze było tak wielkie, Ŝe nie śmieliśmy iść dalej. 

Skoczyliśmy w bok i skryliśmy się w szopie stojącej w pobliskim ogrodzie. Tam 

wikary przypadł do ziemi i łkając cicho oświadczył, Ŝe nie ruszy się z miejsca.

Mnie jednak nie opuszczała uparta myśl o Leatherhead, toteŜ o zmroku 

wyruszyłem dalej. Przedarłem się przez gęste krzewy i posuwając się ostroŜnie 

uliczką biegnącą obok wysokiego domu wyszedłem na drogę do Kew. Wikary 

pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z pośpiechem.

Mój ówczesny postępek uwaŜam za największe, jakie kiedykolwiek w Ŝyciu 

popełniłem, szaleństwo, jasne bowiem było, iŜ dokoła kręcą się Marsjanie. Ledwie 

wikary przyłączył się do mnie, juŜ ujrzeliśmy daleko, na polach w stronie Kew Lodge, 

jeszcze jedną Bojową Machinę. Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało przed nią 

po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to było od razu, ścigał je zawzięcie. W 

trzech susach był juŜ przy nich. Ludzie usiłowali ujść rozbiegając się w róŜne strony. 

Prześladowca nie uŜył Snopa Gorąca, lecz wyłowił ich skrzętnie, po jednemu, i 

wrzucił do wielkiego, przytroczonego do pleców, metalowego pudła. Przypominało 

ona kształtem koszyki, jakie zwykli nosić do pracy nasi

robotnicy. Po raz pierwszy zdałem sobie wówczas sprawę, iŜ celem Marsjan 

moŜe być nie tylko zniszczenie pokonanej ludzkości. Staliśmy przez chwilę jak 

skamieniali, po czym zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się w 

przypadkowo dostrzeŜonym rowie, w jakimś okolonym wysokim murem ogrodzie. 

Długo, aŜ do pojawienia się gwiazd, leŜeliśmy tam bojąc się rozmawiać nawet 

background image

szeptem.

Dochodziła, jak sądzę, jedenasta w nocy, gdy zebrawszy się na odwagę 

ruszyliśmy dalej. Nie wyszliśmy juŜ jednak na drogę, lecz prześlizgiwaliśmy się pod 

Ŝ

ywopłotami i przez ogrody, wypatrując pilnie w ciemnościach, wikary na lewo, a ja 

na prawo, krąŜących, jak się nam wydawało, w pobliŜu Marsjan. W pewnej chwili 

natknęliśmy się na ostygły juŜ i pokryty popiołem, wypalony, sczerniały szmat ziemi. 

LeŜało tam mnóstwo trupów. Głowy ich i ciała były straszliwie spalone, nogi jednak 

wraz z obuwiem zupełnie nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi 

szeregiem czterema rozwalonymi działami leŜały martwe konie i zdruzgotane 

przodki.

Miasteczko Sheen uniknęło zniszczenia, było jednak ciche i opuszczone. Nie 

widzieliśmy teŜ w nim martwych, choć trzeba stwierdzić, Ŝe w tak ciemną noc jak 

tamta niewiele moŜna było dojrzeć. W Sheen właśnie towarzysz mój zaczął nagle 

uskarŜać się na słabość i pragnienie, postanowiliśmy więc zajrzeć do któregoś z 

domków.

Pierwszym, do którego z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy się przez 

okno, była niewielka, stojąca nieco na uboczu willa. Prócz spleśniałego sera nie było 

w niej nic do jedzenia. Znalazła się za to woda. Zabrałem teŜ leŜącą w kuchni 

siekierkę, która mogła nam oddać wiele usług przy następnych włamaniach.

Na drugą stronę szosy przeszliśmy w miejscu, gdzie skręca ona ku Mortlake. 

Stał tam biały domek w ogrodzie. W spiŜarni znaleźliśmy zapas Ŝywności składający 

się z dwu bochenków chleba w blaszanym pudełku, surowej polędwicy i połowy 

szynki. Wymieniam to wszystko dokładnie, gdyŜ, jak się okazało, musiało nam tego 

starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś 

dwa worki fasoli i parę zwiędłych główek sałaty. SpiŜarnia łączyła się z kuchnią, w 

której znaleźliśmy trochę drewek i kredens, a w nim tuzin butelek burgunda, zupę i 

łososia w konserwach oraz dwie paczki sucharków.

Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy 

chleb z szynką zapijając piwem prosto z flaszek. Wikary, wciąŜ jeszcze roztrzęsiony i 

przeraŜony, upierał się, by iść nie zwlekając dalej, ja zaś nalegałem, aby pokrzepić się 

przed drogą posiłkiem, gdy

wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym domku na długo. - Nie ma 

chyba jeszcze dwunastej - odezwałem się i w tejŜe chwili

background image

oślepił nas jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone 

wnętrze kuchni i znikło w ciemności. Rozległ się grzmot, jakiego nie słyszałem nigdy 

ani przedtem, ani potem. TuŜ po nim, wydawało się, Ŝe niemal równocześnie, 

usłyszałem za sobą huk, szczęk szkła i łoskot walących się ścian. O nasze głowy 

rozbił się w kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. Runąłem jak długi na 

podłogę uderzając przy tym skronią o gałkę kuchenek drzwiczek i straciłem 

przytomność. Długo, jak mi potem opowiadał wikary, leŜałem ogłuszony, gdy zaś 

powróciłem do zmysłów, w kuchni panowały egipskie ciemności, wikary zaś z twarzą 

mokrą, jak się okazało - od krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą.

Początkowo nie pamiętam, co się stało. Powoli jednak pamięć wydarzeń 

powróciła. Potwierdzeniem zaś ich była rana na skroni.

- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem.

- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z 

kredensu. Nie da się uczynić kroku, by nie narobić hałasu, a zdaje się, Ŝe oni są koło 

domu.

Obaj siedzieliśmy tak cicho, Ŝe ledwo było słychać własne nasze oddechy. 

Dokoła w domku panowała martwa cisza, raz tylko obsunął się z hałasem, gdzieś w 

pobliŜu, kawał tynku czy spękanego muru. Z zewnątrz zaś, z bezpośredniej bliskości, 

dochodził przerywany metaliczny grzechot.

- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co 

to jest?

- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej.

- To nie był Snop Gorąca - rzekłem. Przez chwilę skłonny byłem 

przypuszczać; Ŝe jedna z Machin Bojowych zderzyła się z naszym domem, podobnie 

jak tamta, widziana przeze mnie pod Shepperton, z wieŜą kościelną.

PołoŜenie nasze tak było dziwaczne i niepojęte, Ŝe do świtu, to znaczy ze trzy 

czy cztery godziny, nie poruszaliśmy się prawie wcale. Wreszcie do kuchni poczęło 

przesączać się blade światło poranka. Docierało ono tu jednak nie przez czarne wciąŜ 

okno, przez trójkątną szczelinę w ścianie za nami, między belką stropową a 

zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym półmroku wnętrze naszej 

kuchni.

Okno wtłoczone zostało do środka masą ziemi z ogrodu, pełno jej było na 

stole, koło którego siedzieliśmy. Pokrywała teŜ grubą warstwą podłogę. Od zewnątrz 

ziemia obsypała wysokim zwałem cały dom. Pod górną framugą okna moŜna było 

background image

dostrzec wyrwaną rynnę. Na podłodze leŜały rozrzucone w nieładzie rondle; ściana 

między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła się i w coraz jaśniejszym świetle 

dziennym moŜna było bez trudu rozpoznać, iŜ większa część domu leŜy w gruzach. 

JakŜe jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był wytworny, pomalowany na modny 

seledynowy kolor, pełen mosięŜnych i cynowych naczyń kredens, imitująca białe i 

niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną 

zasłonek.

Gdy dzień rozjaśnił wyrwę zupełnie, ujrzeliśmy przez nią postać Marsjanina 

stojącego na czatach przy rozŜarzonym jeszcze, jak sądziłem, walcu. Na ten widok 

przeczołgaliśmy się moŜliwie jak najszybciej z półmroku kuchni w ciemność spiŜarni.

Nagle zaświtało mi w głowie właściwe wyjaśnienie tego, co się stało. - Piąty 

walec - szepnąłem. - Piąty pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami.

Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad 

nami.

Usłyszałem ciche szlochanie.

Ten tylko dźwięk przerywał otaczającą nas w spiŜarni ciszę. Jeśli o mnie idzie, 

ledwie ośmieliłem się oddychać i siedziałem bez ruchu, z oczami utkwionymi w słabo 

oświetlony otwór drzwi kuchennych. TuŜ obok jaśniała niewyraźnie owalna plama 

twarzy duchownego, jego biały kołnierzyk i mankiety. Na zewnątrz rozpoczęło się 

tymczasem metaliczne jakieś kucie, potem gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie 

głośny syk podobny do syku maszyny parowej. Hałasy te, najzupełniej dla nas 

zagadkowe, słychać było z przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały się coraz 

częściej. Wreszcie dały się słyszeć rytmiczne, głuche uderzenia i odczuliśmy nie 

przerwane juŜ przez długi czas drgania, od których trzęsło się wszystko dokoła, a w 

spiŜarni z brzękiem podskakiwały naczynia. W pewnej chwili coś przesłoniło światło 

i ledwie widoczne dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej 

nieszczęsnej kryjówce skuleni, milczący, drŜący z trwogi - aŜ zmęczenie przemogło 

czujność...

Obudziłem się niesłychanie wygłodniały. Sądzę, Ŝe przeleŜeliśmy tak większą 

część dnia. Głód był tak silny, Ŝe zmusił mnie do działania. Powiedziałem, Ŝe idę 

poszukać czegoś do jedzenia, i popełzłem po

omacku do kredensu. Nie otrzymałem odpowiedzi, kiedy tylko jednak 

począłem jeść, odgłos ten musiał widocznie poruszyć wikarego, gdyŜ usłyszałem, jak 

background image

czołga się za mną.

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach

Skończywszy z jedzeniem powróciliśmy do spiŜarni. Musiałem znów 

zadrzemać, gdyŜ po pewnym czasie, kiedy poruszyłem się - spostrzegłem, Ŝe jestem 

sam. Huki i wywołane nimi drgania trwały nadal z męczącą jednostajnością. 

Nawoływałem kilkakrotnie cichutko, aŜ w końcu podąŜyłem po omacku do drzwi 

kuchennych. Jeszcze był dzień, toteŜ dostrzegłem duchownego po drugiej stronie 

izby, leŜącego przy trójkątnym, wychodzącym wprost na Marsjan otworze. Tak był 

przy tym zgarbiony, Ŝe wyglądał jak bez głowy.

Na zewnątrz hałasy przypominały rozgwar wielkiej hali maszyn, dokoła zaś 

wszystko trzęsło się w takt grzmiących uderzeń. Przez otwór w ścianie mogłem 

dojrzeć skąpany w złocie wierzchołek drzewa i ciepły lazur cichego wieczornego 

nieba. Przyglądałem się przez chwilę wikaremu, po czym skulony stąpając z 

największą ostroŜnością pośród zaściełających podłogę skorup posunąłem się ku 

niemu.

Gdy dotknąłem jego kolana, drgnął gwałtownie i potrącił przy tym odłam 

muru, który potoczył się z wielkim hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie 

krzyknął, chwyciłem go za ramię, po czym długo leŜeliśmy bez ruchu. Podniosłem się 

wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z naszej osłony. W resztce muru pozostała po 

odpadłym kawale ściany pionowa szczelina, przez którą widać było, gdy wychyliłem 

się ostroŜnie ponad belką, cichą jeszcze wczoraj, podmiejską uliczkę. Wielkie tu 

doprawdy zaszły zmiany. Piąty walec trafił widocznie w sam środek willi, w której 

najpierw byliśmy. Domek zdruzgotany całkowicie, rozbity w proch, skruszony ciosem 

przestał istnieć. Znacznie poniŜej dawnych fundamentów, w głębokim dole, o wiele 

zresztą szerszym od jamy widzianej przeze mnie pod Woking, leŜał teraz walec. 

PotęŜne uderzenie chlusnęło dokoła ziemią ("chlusnęło" będzie tu najlepszym chyba 

wyraŜeniem), piętrząc ją w zwały skrywające szczątki pobliskich domów. Ziemia 

zachowała się tu zupełnie jak uderzone z całej siły cięŜkim młotem błoto. Nasz dom 

zwalił się do tyłu, elewacja aŜ do parteru włącznie została zniszczona kompletnie. 

Szczęśliwym trafem ocalała kuchnia i spiŜarnia. Stały one nienaruszone, przysypane 

ziemią i szczątkami muru, zamknięte z trzech stron

ławami ziemi, z jednym jedynym wyjściem ku walowi. Z taką to perspektywą 

zawieszeni byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez 

Marsjan. TuŜ za nami słychać było odgłosy cięŜkich uderzeń, przed naszą zaś 

background image

szczeliną przepływały co chwila podobne do welonu chmurki jasnozielonej pasy.

W samym środku jamy leŜał otwarty juŜ walec, po przeciwnej zaś od nas 

stronie, wśród połamanych i zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej 

chwili przez uŜytkownika, sztywna i ogromna na tle wieczornego nieba, jedna z 

wielkich Machin Bojowych. W pierwszym momencie nie zauwaŜyłem ani jamy, ani 

walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy jednak opis naleŜałoby 

rozpocząć od nich właśnie, juŜ choćby ze względu na niezwykły lśniący mechanizm 

pracujący w wykopie czy teŜ na dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich 

zwałach ziemi istoty.

Uwagę mą przykuł przede wszystkim mechanizm. Była to jedna z tych 

niesłychanie skomplikowanych maszyn, nazwanych później Machinami Roboczymi, 

których poznanie tak bardzo przyczyniło się do rozwoju ziemskiej wynalazczości. 

Najpierw uderzyło mnie jej podobieństwo do metalowego pająka o pięciu zwinnych, 

kolankowatych odnóŜach; opatrzonego wokół kadłuba niezliczoną liczbą dźwigni, 

drąŜków oraz rozciągliwych, chwytnych macek. Większa ich część obecnie nie 

pracowała, trzy tylko długie macki wyławiały .z wnętrza walca liczne pręty, płyty i 

wsporniki stanowiące bez wątpienia wewnętrzne umocnienia jego ścian. W miarę 

wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy.

Ruchy macek były tak szybkie, płynne i dokładne, Ŝe mimo metalicznego 

połysku nie chciało mi się z początku wierzyć, iŜ patrzę na pracę mechanizmu. 

Machiny Bojowe były w bardzo wysokim stopniu podobne do Ŝyjących, posłusznych 

woli pana istot, nie moŜna ich jednak nawet porównywać z Machinami Roboczymi. 

Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je tylko z pozbawionych 

wyobraźni szkiców malarskich czy technicznych lub z niedoskonałych opisów 

naocznych świadków, takich jak ja na przykład, ten z trudem moŜe wyobrazić sobie, 

jak bardzo przypominały one Ŝywe stworzenia.

Myślę tu przede wszystkim o ilustracjach do jednej z pierwszych broszur 

usiłujących przedstawić cały przebieg tej wojny. Malarz obejrzał, dość pobieŜnie 

zapewne, jedną z Machin Bojowych i na tym zakończyła się jego o nich wiedza. 

Uczynił z nich sztywne mechaniczne trójnogi, pozbawione zupełnie giętkości i 

posuwistości, wywołując w ten sposób

fałszywe, jednostronne wyobraŜenie. PoniewaŜ broszura opatrzona tymi 

rycinami miała ogromne powodzenie, wspominam o tym, by przestrzec czytelników 

background image

przed błędnymi wraŜeniami, jakie mogłyby na jej podstawie powstać. Rysunki 

przypominały Marsjan, których widziałem przecieŜ w ruchu niezliczoną ilość razy, 

tak samo jak kukły woskowe przypominają Ŝywe istoty ludzkie. Moim zdaniem 

broszura byłaby bez nich o wiele lepsza.

Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym 

maszyn, lecz raczej kraba o lśniącej powłoce. Zamiast mózgu, za pomocą wraŜliwych 

czułek, kierował jej ruchami Marsjanin. Prawdziwą naturę tego sprawnego robotnika 

wyjaśniłem sobie wówczas dopiero, gdy spostrzegłem podobieństwo jego 

szarobrązowej połyskującej "skóry" do pozostałych pełzających dokoła cielsk. 

Równocześnie ze zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty, 

na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich przelotnie dawniej i ówczesna odraza nie 

przeszkadzała mi juŜ teraz w obserwacji. Ponadto mogłem przyglądać się im z 

ukrycia, nie poruszając się niemal, w skupieniu.

Teraz dopiero stwierdziłem, Ŝe są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie 

tylko moŜna sobie wyobrazić. Były to wielkie obłe cielska lub raczej głowy, około 

czterech stóp średnicy. KaŜde miało z przodu twarz. Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyŜ 

Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się zdaje, zmysłem powonienia, miała za to parę 

ogromnych ciemnych oczu, tuŜ pod nimi zaś coś w rodzaju mięsistego dzioba. W 

tylnej części głowy czy teŜ ciała-sam juŜ nie wiem, jak to nazywać-mieściła się jedna 

tylko, sztywno napięta błona bębenkowa, anatomicznie odpowiadająca, jak później 

stwierdzono, uchu, jakkolwiek w ziemskim gęstym powietrzu było ono zupełnie 

niemal bezuŜyteczne. Dokoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w dwa 

pęki, po osiem w kaŜdym, smukłe, podobne do biczy macki. Pęki te nazwane zostały 

potem, dość udanie zresztą, przez słynnego profesora anatomii Howesa - rękami. JuŜ 

po raz pierwszy widząc Marsjan zauwaŜyłem, jak usiłowali oni dźwigać się za 

pomocą tych rąk, co zwaŜywszy zwiększony w ziemskich warunkach cięŜar tych istot 

było, rzecz jasna, niemoŜliwe. Są jednak podstawy, aby przypuszczać, iŜ na Marsie 

takie poruszanie się nie nastręcza Ŝadnej trudności.

Wewnętrzna ich budowa, mogę to stwierdzić, gdyŜ dokonane sekcje nie 

pozostawiają Ŝadnych wątpliwości, była tak sarno prosta. Większą część wnętrza 

zajmował mózg, z którego grube nerwy prowadziły do oczu, ucha i czułek. Ponadto 

mieli złoŜone płuca łączące się z ustami i serce wraz z układem naczyń krwionośnych.

PrzeciąŜenie płuc wywołane gęściejszą

atmosferą ziemską i zwiększoną siłą ciąŜenia przejawiało się zupełnie 

background image

wyraźnie konwulsyjnym drganiem naskórka.

ś

adnych innych wewnętrznych organów nie mieli. Choć moŜe się nam to 

wydać dziwne, u Marsjan nie istniał cały skomplikowany system trawienia zajmujący 

tyle miejsca w ciałach ludzi. Byli głowami, po prostu tylko głowami. Nie mieli 

Ŝ

adnych wnętrzności. Nie jedli, tym bardziej zaś nie trawili. W zamian pobierali 

ś

wieŜą krew Ŝywych istot, wstrzykując ją do własnych Ŝył. Widziałem, jak się to 

odbywa, wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał się wydać 

przewraŜliwiony, nic potrafię zmusić się do opisania tego, czemu nie mogłem nawet 

przyglądać się bez odrazy. Niech wystarczy, jeśli powiem, Ŝe krew pochodząca z 

Ŝ

ywego jeszcze stworzenia, najczęściej z istoty ludzkiej, wprowadzana była za 

pomocą ssawki bezpośrednio do przewodu przyjmującego.

Dla nas sama juŜ myśl o tym jest niewątpliwie odraŜająca, sądzę jednak, iŜ 

naleŜy równocześnie pamiętać, jak odraŜającymi musiałyby wydać się inteligentnemu 

na przykład królikowi nasze mięsoŜercze zwyczaje.

Jeśli się zaś pomyśli o niesłychanej wprost stracie czasu ludzkiego i energii 

poświęconych na jedzenie i proces trawienia, fizjologiczne korzyści takiego sposobu 

odŜywiania się są niezaprzeczalne. Ciała nasze w połowie niemal składają się z 

gruczołów, przewodów i organów zajętych przekształcaniem róŜnorodnych 

pokarmów na krew. Procesy trawienia i ich wpływ na układ nerwowy podkopują 

nasze siły i odbijają się na umysłowości. Ludzie bywają szczęśliwi lub nieszczęśliwi 

w zaleŜności od tego, czy mają zdrową, czy teŜ chorą wątrobę, czy ich gruczoły 

trawienne pracują naleŜycie, czy teŜ nie. Marsjanie zaś byli wyŜsi ponad te organiczne 

zmiany nastrojów i uczuć.

To, Ŝe uznali oni ludzi za najlepsze źródło poŜywienia, moŜną po części 

wytłumaczyć sobie podobieństwem szczątków ich ofiar stanowiących zapasy 

Ŝ

ywności przywiezione z Marsa. Stworzenia te, sądząc z zeschłych szczątków, które 

dostały się w ręce ludzi, były dwunogie, miały słabe krzemowe szkielety podobne do 

krzemowych szkieletów gąbek i równie słabe umięśnienie. Wzrost ich sięgał sześciu 

stóp w postawie wyprostowanej, głowy były kuliste i miały dwa stwardniałe oczodoły. 

W kaŜdym walcu wieziono po dwie, trzy takie istoty, wszystkie one jednak zostały 

zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało to jednak Ŝadnej 

właściwie róŜnicy, gdyŜ kaŜda próba wyprostowania się na naszej planecie 

doprowadziłaby natychmiast do zmiaŜdŜenia wszystkich ich kości.

JeŜeli juŜ jestem przy opisie Marsjan, pragnę tu dorzucić pewne dalsze

background image

szczegóły, które (jakkolwiek wówczas jeszcze nam nie znane) pozwolą 

czytelnikowi zaznajomionemu z nimi stworzyć sobie dokładniejszy obraz groźnych 

tych istot.

Fizjologia ich róŜniła się znacznie od naszej w trzech innych jeszcze 

dziedzinach. Organizmy te w ogóle nie znały snu, a przynajmniej nie spały dłuŜej, niŜ 

ś

pi ludzkie serce. Bez wymagającego ustawicznej regeneracji rozwiniętego 

mechanizmu mięśniowego nie znali oni okresowego ugasania - snu. Wydaje się, Ŝe 

nie odczuwali zupełnie (lub w bardzo nie- , znacznym tylko stopniu) zmęczenia. Na 

Ziemi zawsze poruszali się z :_ wysiłkiem, do samego jednak końca byli w 

ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, podobnie 

jak się to dzieje u ziemskich mrówek.

Dalej, choć moŜe to w świecie płciowym wydać się dziwne, Marsjanie  nie 

posiadali Ŝadnej płci, a więc pozbawieni byli wszystkich tych burzli- wych uczuć, 

jakie miotają podzieloną na rodzaje ludzkością. Nie ma wątpliwości, iŜ w czasie 

wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody Marsjanin. Znaleziono go złączonego z 

ciałem rodziciela, wypączkowanego 

zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi 

polipami.

U człowieka i u wyŜej zorganizowanych zwierząt ten sposób rozmnaŜania się 

zanikł juŜ całkowicie, był on jednak niewątpliwie równieŜ u nas, na Ziemi, 

pierwotnym sposobem mnoŜenia się. U zwierząt niŜej zorganizowanych, takich 

choćby, jak odległe krewniaczki kręgowców osłonice, oba te sposoby istnieją obok 

siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł całkowicie 

wegetatywnego rywala. Na Marsie widocznie stało się odwrotnie.

Warto tu zwrócić uwagę, iŜ pewien pseudonaukowy pisarz na długo jeszcze 

przed najazdem Marsjan przewidywał przyszłą budowę ciała ludzkiego bardzo 

podobnie do obecnej budowy ciała mieszkańców Marsa. Przepowiednia jego, 

pamiętam, ukazała się w listopadzie czy teŜ w grudniu 1893 roku, w od dawna juŜ nie 

istniejącym czasopiśmie Pall-Mall. Przypominam sobie równieŜ, iŜ została ona 

wyśmiana w przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch.

Pisarz ten dowodził z wielką swadą, Ŝe wskutek rozwoju urządzeń .) 

mechanicznych ulegną zanikowi nogi, a wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia; 

Ŝ

e takie organy, jak włosy, nozdrza, zęby, uszy, przestaną być zasadniczymi częściami 

background image

ludzkiego ciała i Ŝe dobór naturalny pójdzie na przestrzeni nadchodzących stuleci w 

kierunku stałego ich zaniku. NajwaŜniejszą koniecznością pozostanie tylko mózg. 

Jedna jedyna część cia

ła, której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - "nauczyciel i pośrednik 

mózgu". Gdy reszta ciała zmarnieje, ręce rozrosną się.

Wiele juŜ prawd wypowiedziano fantazjując, tu zaś na Marsjanach mieliśmy 

nie podlegające dyskusji potwierdzenie podporządkowania umysłowi zwierzęcej 

strony organizmu. Mnie osobiście wydaje się zupełnie moŜliwe, iŜ Marsjanie mogą 

pochodzić od istot podobnych do nas. Zmieniając się stopniowo dzięki rozwojowi 

mózgu kosztem reszty ciała ręce Marsjan przekształciły się w dwa pęki wraŜliwych 

macek. Mózg zaś bez ciała, pozbawiony podkładu uczuciowego, musiał, rzecz jasna, 

stawać się umysłowością coraz bardziej samolubną.

Ostatnim rzucającym się w oczy szczegółem, w którym stworzenia te róŜniły 

się od nas, było coś, co moŜna by uznać za drobiazg. Na Marsie albo w ogóle nie było 

drobnoustrojów powodujących tyle chorób i bólu tu, na Ziemi, albo teŜ marsjańska 

wiedza sanitarna rozprawiła się z nimi juŜ przed wiekami. śycie Marsjan wolne więc 

było od setek chorób, od wszelkich gorączek i zakaŜeń, od gruźlicy, raka, wrzodów i 

innych bied. Mówiąc zaś o róŜnicach między Ŝyciem na Marsie a Ŝyciem ziemskim 

chcę przytoczyć ciekawe uwagi o Czerwonym Zielsku.

Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor 

zielony, lecz jaskrawy odcień krwawej czerwieni. W kaŜdym razie wszystkie gatunki 

roślin, jakie wzeszły z nasion przywiezionych przypadkowo czy teŜ rozmyślnie przez 

Marsjan, były zabarwione na czerwono. Spośród nich jednej tylko, znanej ogólnie pod 

nazwą Czerwonego Zielska, udało się znieść zwycięsko konkurencję ziemskich 

gatunków. Czerwone Pnącze było rośliną tak krótkotrwałą, Ŝe niewiele ludzi w ogóle 

je widziało. Czerwone Zielsko jednak krzewiło się przez pewien czas nad podziw 

bujnie i szybko. Na trzeci czy czwarty dzień uwięzienia wspięło się ono po ścianach 

jamy i kaktusowatymi łodygami obrzeŜyło karminową obwódką krawędzie naszego 

trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza 

zaś wszędzie tam, gdzie była woda.

Marsjanie mieli, jak wiadomo, organ słuchu, pojedynczą kolistą membranę z 

tyłu głowy, oraz oczy o zakresie widzenia nie róŜniącym się wiele od naszego, z 

wyjątkiem, jak twierdził Philips, iŜ niebieską i fiołkową barwę widzieli jako czarną. 

Przypuszcza się ogólnie, iŜ porozumiewali się oni za pomocą dźwięków i gestów. 

background image

Twierdzi się tak, na przykład, w umiejętnie, lecz zbyt powierzchownie opracowanej 

broszurze, o której wspomniałem juŜ poprzednio. Była ona, jak dotąd, głównym 

ź

ródłem informacji o nich, mimo iŜ pisał ją ktoś, kto nie widział zacho

wania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich, które przeŜyły 

najazd, nie widział tyle z Ŝycia Marsjan, co ja. Nie przechwalam się tym bynajmniej, 

stwierdzam po prostu fakt. Stwierdzam teŜ, Ŝe obserwowałem ich z bliska przez 

dłuŜszy czas, Ŝe widziałem, jak wspólnie, we czwórkę, w piątkę, a raz nawet w 

szóstkę wykonywali najbardziej skomplikowane czynności bez Ŝadnego dźwięku ni 

gestu. Szczególne pohukiwania zawsze poprzedzały przyjmowanie pokarmu; tonacja 

tych dźwięków była niezmienna, nie moŜna więc, moim zdaniem, uznać ich za jakieś 

sygnały, lecz za zwykłe wydechy przed przystąpieniem do czynności ssania. Mam 

pretensje do podstawowej co najmniej znajomości psychologii i jestem pewien, jeśli 

w ogóle moŜna być czegokolwiek pewnym, Ŝe Marsjanie wymieniali myśli bez 

udziału czynników fizycznych. Pewien zaś tego jestem wbrew powaŜnym w tej 

dziedzinie uprzedzeniom. Przed najazdem Marsjan, jak moŜe przypominają sobie 

niektórzy czytelnicy, wypowiadałem się dość namiętnie przeciw teorii telepatii.

Marsjanie nie nosili Ŝadnej odzieŜy. Ich pojęcie ozdób czy strojów było z 

konieczności odmienne od naszego; nie tylko zaś byli w sposób zupełnie wyraźny 

mniej od nas wraŜliwi na wahania temperatury, lecz i zmiany ciśnienia zdawały się 

wcale nie wpływać na stan ich zdrowia. Jeśli jednak nie nosili odzieŜy, to przecieŜ 

mieli nad ludźmi olbrzymią wyŜszość w stosowaniu sztucznych uzupełnień ciała. My, 

ludzie, ze swymi bicyklami, wrotkami, samochodami i Lilienthalowskimi machinami 

latającymi, ,pistoletami, karabinami, armatami czy kijami rozpoczynamy dopiero tę 

ewolucję, którą Marsjanie bez wątpienia juŜ przeszli. Stali się oni w rzeczywistości 

samymi tylko mózgami odzianymi w niezbędne dla określonych potrzeb urządzenia, 

tak jak ludzie odziewają się w szaty w zaleŜności od wymagań pór roku, jak posługują 

się rowerem w pośpiechu lub podczas deszczu parasolem. We wszystkich zaś ich 

urządzeniach najgodniejszy podziwu moŜe wydać się człowiekowi brak podstawy 

kaŜdego niemal mechanizmu ziemskiego - zupełny brak koła. Pośród wszystkiego, co 

przywieźli ze sobą na Ziemię, nie było nic, co wskazywałoby na uŜywanie przez nich 

kół. MoŜna by było oczekiwać tego przynajmniej w przyrządach słuŜących do 

poruszania się. NaleŜy tu podkreślić, Ŝe i u nas, na Ziemi, przyroda nigdy nie uŜywa 

samorzutnie koła, przedkłada, być moŜe, ponad nie inne rozwiązania. Marsjanie nie 

background image

tylko nie znali, co zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy nie chcieli stosować 

koła, lecz co więcej w aparatach swych w małym tylko niezmiernie stopniu uŜywali 

dźwigni o stałym lub półstałym punkcie zaczepienia, a więc poruszających się ruchem 

obrotowym w jednej płaszczyźnie. Wszystkie złącza w

mechanizmach były złoŜonym systemem suwaków poruszających się w 

niewielkich, lecz wspaniale ukształtowanych łoŜyskach ciernych. Jeśli juŜ wdałem się 

w te szczegóły, to pragnę podkreślić, Ŝe dźwignie ich maszyn napędzane były w 

większości wypadków przez coś w rodzaju licznych tarcz, mieszczących się w 

elastycznych osłonach; tarcze te zmieniały się pod działaniem przepuszczanego przez 

nie prądu elektrycznego w potęŜne magnesy. Uzyskiwali oni w ten sposób niezwykle 

interesujące podobieństwo do ruchów zwierząt, ruchów, których naśladowanie w 

mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom.

Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba 

Machinie Roboczej rozładowującej piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając 

po raz pierwszy przez szczelinę w murze. Wydała mi się ona o wiele bardziej Ŝywa od 

prawdziwych Marsjan wylegujących się koło niej w promieniach zachodzącego 

słońca, dyszących z wysiłkiem, poruszających bezcelowo mackami i przeciągających 

się leniwie po męczącej. długotrwałej podróŜy międzyplanetarnej.

Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca, 

notując w pamięci kaŜdy szczegół dziwacznych tych postaci, wikary przypomniał o 

swej obecności szarpiąc mnie gwałtownie za ramię. Zwróciłem się ku nachmurzonej 

twarzy i milczącym wymownie ustom. Teraz on chciał patrzeć, bo tylko jeden z nas 

mógł wyglądać przez szczelinę; tak więc, gdy on cieszył się tym przywilejem, ja z 

kolei,musiałem przerwać na pewien czas obserwację.

Gdy wyjrzałem ponownie, Machina Robocza złoŜyła juŜ z licznych 

wydobytych z walca części mechanizm o zupełnie do niej podobnym kształcie. NiŜej 

zaś i bardziej na lewo ukazała się niewielka koparka ziejąca strumieniami zielonej 

pary, przekopująca się wokół jamy, odkładając ziemię na zwał i metodycznie i 

nieprzerwanie ubijająca ją. To właśnie ubijanie było przyczyną głośnych rytmicznych 

uderzeń i regularnie powtarzających się wstrząsów, wprawiających w drŜenie ruiny 

naszego schroniska. Pracy tej towarzyszyły najprzeróŜniejsze piski i gwizdy. O ile 

mogłem dojrzeć, nie kierował nią Ŝaden Marsjanin.

3 Dni więzienne

Przybycie drugiej Machiny Bojowej odegnało nas od szczeliny i zapędziło do 

background image

spiŜarni, gdyŜ obawialiśmy się, by Marsjanie mimo naszego ukrycia nie dojrzeli nas z 

góry. Później przestaliśmy się lękać, gdyŜ z zewnątrz, dla

olśnionego słonecznym światłem oka, schronienie nasze musiało wydawać się 

jakby zaciągnięte czarną błoną, początkowo jednak przy najlŜejszym nawet 

podejrzeniu odkrycia rzucaliśmy się z bijącym sercem do ucieczki, by ukryć się w 

spiŜarni. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa, jakim groziło wyglądanie, nie 

mogliśmy oprzeć się pokusie. Z uczuciem zdumienia powracam myślą do tamtych 

chwil, kiedy niepomni nieustannej groźby zagłodzenia lub gorszej jeszcze śmierci z 

rąk Marsjan - walczyliśmy zawzięcie o straszliwy przywilej patrzenia. Ścigaliśmy się 

w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się wyprzedzić wzajemnie i bojąc się 

przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali, o kilka 

cali, o krok od wykrycia.

Faktem jest, Ŝe usposobienia nasze, nasz sposób myślenia i postępowania były 

nie do pogodzenia, zaś niebezpieczeństwo i osamotnienie podkreślały tę rozbieŜność 

jeszcze mocniej. JuŜ w Hallifordzie znienawidziłem te bezsilne jęki, ten tępy umysł. 

Nigdy nie kończący się, wymrukiwany bez przerwy jego monolog psuł mi kaŜdą 

próbę obmyślenia jakiegoś sposobu działania, czasami zaś doprowadzał niemal do 

szału. Brakowało mu opanowania jak kapryśnej kobiecie... Mógł płakać całymi 

godzinami i pewien jestem, Ŝe do samego końca to rozpieszczone przez Ŝycie dziecko 

uwaŜało łzy swej słabości za oręŜ w jakiś sposób skuteczny. Ja zaś siedziałem w 

ciemności nie mogąc oderwać od niego myśli. Jadł więcej ode mnie i próŜną było 

rzeczą tłumaczyć mu, Ŝe jedyną moŜliwość przeŜycia daje nam ukrywanie się w tym 

domu do czasu, aŜ Marsjanie skończą roboty w jamie, Ŝe przy tym długim 

wyczekiwaniu moŜe nadejść chwila, gdy zabraknie nam Ŝywności. Jadł i pił 

nieumiarkowanie, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Spał niewiele.

W miarę jak upływały dni, nierozwaŜna ta beztroska pogarszała stale sytuację i 

powiększała niebezpieczeństwo, tak iŜ (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się 

najpierw do gróźb, w końcu zaś do razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki 

tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz pełne chytrości. Brakło mu odwagi, by 

stawić czoło nie tylko Bogu czy ludziom, lecz własnej nawet słabości. Była to 

wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka.

Przykro mi wspominać i opisywać te sprawy, postanowiłem jednak nie 

pomijać w tej historii niczego. Tym, którzy uniknęli w Ŝyciu wszystkiego, co ciemne i 

background image

straszne, nietrudno będzie potępić mnie za brutalność, za wybuch wściekłości, jakim 

zakończyła się nasza tragedia; czym ,jest zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie 

wiedzą natomiast, do czego zdolni są ludzie torturowani. Ci przecieŜ, którzy poznali 

mroki Ŝycia, którzy

zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okaŜą wyrozumiałości.

Gdy my toczyliśmy wewnątrz, w mglistej ciemności, walkę szeptów, 

zaciśniętych pięści i bezlitosnych razów, na zewnątrz, w palącym słońcu straszliwego 

owego czerwca Marsjanie prowadzili zwykłe dla nich, a tak obce i dziwne dla nas 

roboty. Lecz powróćmy do tych nowych dla mnie doświadczeń. Gdy po długim czasie 

znów odwaŜyłem się wyjrzeć przez szczelinę, dostrzegłem, iŜ nowo przybyłych 

wzmocniły załogi co najmniej trzech Machin Bojowych. Dostarczyły one jakichś 

nowych urządzeń ustawionych rzędem koła walca. Druga Machina Robocza była juŜ 

gotowa i obsługiwała jedno z nich. Kształtem przypominało ono bańkę do mleka, nad 

którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, połoŜonego niŜej 

basenu strumień białego proszku. Machina Robocza nadawała za pomocą macki 

zbiornikowi ruch wahadłowy. Dwiema łopatkowymi rękami kopała ona i wrzucała do 

gruszkowatego zbiornika glinę, innym zaś ramieniem otwierała co pewien czas 

drzwiczki w środkowej części aparatu i usuwała stamtąd rdzawoczarny ŜuŜel. Jeszcze 

jedna stalowa macka kierowała proszek z basenu Ŝeberkowym kanałem do zbiornika 

ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. Stamtąd unosił się w 

nieruchomym powietrzu pionowo w górę cienki słup zielonego dymu. Gdy patrzyłem, 

Machina Robocza rozsunęła teleskopowym sposobem ze słabym melodyjnym 

podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze krótkim tępo zakończonym 

trzpieniem, tak daleko, Ŝe koniec jej skrył się za zwałem gliny. Za chwilę ukazała się 

ona ponownie, przy czym niosła sztabę nieskazitelnie białego, połyskującego 

oślepiająco aluminium i złoŜyła ją na rosnącym nieustannie na skraju jamy stosie tych 

sztab. Od zniknięcia słońca do ukazania się pierwszych gwiazd wydajna ta maszyna 

zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich sztab, zaś hałda niebieskiego 

kurzu urosła ponad brzeg jamy.

Kontrast między szybkimi i złoŜonymi poruszeniami tych mechanizmów a 

ocięŜałą, zadyszaną niezdarnością ich władców był tak wielki, iŜ musiałem 

wielokrotnie przekonywać sam siebie, Ŝe nie mechanizmy, lecz oni to właśnie są 

istotami Ŝyjącymi.

Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi, przy szczelinie był wikary. Ja 

background image

siedziałem niŜej, skulony, wytęŜając słuch. Widząc, Ŝe odskakuje gwałtownie od 

otworu, skuliłem się przeraŜony jeszcze bardziej, pewny, Ŝe Marsjanie dostrzegli go. 

Ześliznąwszy się w dół po rumowisku przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał 

coś niezrozumiale, wymachując rękami,

aŜ zaraził mnie na chwilę swym przestrachem. Poznałem po gestach, Ŝe 

zrezygnował ze szczeliny, gdy więc zaciekawienie przemogło wreszcie obawę, 

podniosłem się i wspiąłem do wyrwy. Zrazu nie mogłem pojąć przyczyny jego 

przeraŜenia. Panował juŜ półmrok, gwiazdy były jeszcze blade, jamę jednak 

rozświetlał jasny, zielony, migotliwy blask towarzyszący produkcji aluminium. 

Całość obrazu wyglądała jak migocący zielonymi błyskami ekran, na który padały 

ruchliwe rdzawoczarne, niezwykle męczące wzrok cienie. Nad jamą uwijały się 

obojętne na wszystko nietoperze. Pełzających Marsjan nie było nigdzie widać. 

Przesłaniała ich rosnąca bez przerwy hałda niebieskozielonego.pyłu. W naroŜniku 

jamy stała, jakby skrócona, na skurczonych nogach Machina Bojowa. Wtem pośrodku 

klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos ludzki. Początkowo starałem 

się uparcie odpędzić od siebie nawet wszelką myśl o tym.

Skulony przyglądałem się uwaŜnie Machinie Bojowej upewniając się 

wreszcie, Ŝe w jej kapturze rzeczywiście znajduje się Marsjanin. Gdy zielone 

płomienie wzbijały się wyŜej, moŜna było wyraźnie dojrzeć oleisty połysk naskórka i 

blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i spostrzegłem długą mackę sięgającą 

poprzez ramię maszyny do niezbyt wielkiej klatki przewieszonej przez jej plecy. Po 

chwili macka uniosła się wysoko trzymając coś wijącego się rozpaczliwie, coś, co 

rysowało się na tle gwiazd czarnym, mglistym znakiem zapytania. Ten znak zapytania 

w miarę zniŜania się przybierał w zielonym świetle postać człowieka. Przez chwilę 

widziałem go zupełnie wyraźnie. Był to tęgi, zaŜywny, dostatnio odziany męŜczyzna 

w średnim wieku; parę jeszcze dni temu kroczył zapewne dumny po świecie jako 

człowiek otoczony ogólnym szacunkiem. Widziałem doskonale wytrzeszczone oczy i 

odblask światła na spinkach i dewizce. Znikł za hałdą i przez chwilę nic nie było 

słychać. Potem rozległ się rozdzierający krzyk i przeciągłe, jakby drwiące 

pohukiwanie Marsjan...

Ześliznąłem się po rumowisku, porwałem się na nogi, zatkałem uszy i 

wpadłem do spiŜarni. Duchowny, skulony dotąd w milczeniu z głową ukrytą w 

ramionach, spojrzał, gdy go mijałem, krzyknął głośno, bym nie zostawiał go samego, i 

background image

popędził za mną.

Nocy tej, przyczajony w spiŜarni, wahając się między przeraŜeniem a 

straszliwym urokiem wyglądania, pojąłem, Ŝe trzeba koniecznie działać, i to zaraz. Na 

próŜno jednak siliłem się na ułoŜenie planu ucieczki; później dopiero, następnego 

dnia, udało mi się rozwaŜyć nasze połoŜenie bardziej szczegółowo. Wikary, jak 

stwierdziłem, był zupełnie niezdolny nawet do

dyskusji; groza uczyniła zeń stworzenie poddające się przelotnym, 

Ŝ

ywiołowym bodźcom, odebrała rozsądek i przezorność. Prawdę powiedziawszy, 

spadł on juŜ właściwie do poziomu zwierzęcia. Ja zaś, jak się to mówi, wziąłem się w 

garść. Przemyślawszy wszystko pojąłem jasno, Ŝe połoŜenie nasze, jakkolwiek 

okropne, nie dawało jeszcze powodów do ostatecznej rozpaczy.

Największą naszą szansą byłoby, rzecz jasna, gdyby Marsjanie potraktowali 

jamę jako tylko przejściowe obozowisko. Nawet jednak gdyby mieli pozostawać w 

niej na stałe, nie musieli przecieŜ pilnować jej nieustannie, to zaś mogło nam 

umoŜliwić ucieczkę. RozwaŜałem teŜ bardzo szczegółowo moŜliwość przekopania 

przejścia podziemnego poza jamę, prawdopodobieństwo jednak wydostania się na 

powierzchnię w zasięgu wzroku wartujących Marsjan wydawało mi się od razu zbyt 

wielkie. Poza tym trzeba by przekopywać się samemu, gdyŜ wikary niewątpliwie nie 

pomógłby mi w niczym.

Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka. 

Był to zresztą jedyny wypadek, gdy widziałem Marsjan przyjmujących pokarm. Po 

tym, co ujrzałem - przez większą część dnia unikałem wyrwy jak ognia. Udałem się 

do spiŜarni i po zdjęciu z zawiasów drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu 

posługując się, jak tylko moŜna najciszej, siekierką; gdy jednak okazało się, Ŝe 

wygrzebana na długość kilku stóp dziura zawaliła się z hałasem, nie ośmieliłem się 

kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi czas leŜałem zniechęcony, bez 

ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce 

przekopem.

Wiele moŜna powiedzieć o wraŜeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie. 

Początkowo, widząc, jak potrafią oni niweczyć wszelkie ludzkie wysiłki, nie miałem 

w ogóle nadziei na ocalenie. Czwartej czy piątej jednak nocy doszedł mnie odgłos 

podobny do odległych strzałów z cięŜkich dział.

Noc była późna i świecił jasno księŜyc. Marsjanie zabrali gdzieś koparkę, toteŜ 

prócz Machiny Bojowej stojącej na przeciwległym brzegu jamy oraz Machiny 

background image

Roboczej zajętej czymś tuŜ pod naszą szczeliną - w jamie nie było nikogo. Gdyby nie 

blady odblask padający z dołu, gdzie pracowała Machina Robocza, i białe plamy i 

smugi księŜycowej poświaty, ciemność byłaby zupełna. Ciszę przerywało tylko 

brzęczenie maszyny. Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało się, Ŝe księŜyc objął 

w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali dochodziło szczekanie psa. Ono właśnie 

skłoniło mnie do wytęŜenia słuchu i wówczas usłyszałem

zupełnie wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu cięŜkiego działa. Naliczyłem 

sześć takich wybuchów, a po długiej przerwie sześć następnych. 1 to było wszystko.

4 Śmierć wikarego

Szóstego dnia naszego uwięzienia, gdy wyglądałem po raz ostatni, 

spostrzegłem nagle, Ŝe jestem przy wyrwie sam. Wikary, zamiast trzymać się, jak to 

zazwyczaj bywało, w pobliŜu i odpychać mnie od szczeliny, powrócił widocznie do 

spiŜarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z pośpiechem i w milczeniu za nim. 

Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce me pochwyciły 

butelkę wina.

Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy 

butelka upadła na ziemię i rozbiła się. Staliśmy zdyszani groŜąc sobie nawzajem. 

Stanąłem ostatecznie między nim a zapasem Ŝywności i oświadczyłem, Ŝe odtąd będę 

racjonować posiłki. Cały nasz zapas podzieliłem na porcje wystarczające do 

przetrwania dziesięciu dni. Tego dnia nie dałem mu nic juŜ więcej do jedzenia. Po 

południu próbował wyrwać mi Ŝywność siłą, był jednak na to zbyt słaby. Drzemałem 

właśnie, obudziłem się jednak natychmiast. Cały dzień i całą następną noc 

siedzieliśmy twarzą w twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany, on skomlący coś o 

trapiącym go głodzie. Wiedziałem, Ŝe trwało to dzień i noc, wówczas jednak 

wydawało mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, Ŝe czas ten ciągnął się nieskończenie 

długo.

W ten sposób coraz bardziej pogłębiająca się rozbieŜność zakończyła się 

otwartym konfliktem. Dwa długie dni zeszły nam na przyciszonych sporach i 

milczących zmaganiach. Były chwile, gdy biłem go i kopałem, jak szaleniec, były i 

takie, gdy schlebiałem mu i prosiłem. Raz próbowałem nawet przekupstwa, 

odstępując mu ostatnią butelkę wina, gdyŜ w kuchni była pompa dająca nieco wody. 

background image

Ani siła jednak, ani dobroć nie i skutkowały, naprawdę stracił cały rozsądek. Nie 

zaprzestawał zamachów na Ŝywność, nie zaprzestawał głośnego bełkotu, nie chciał 

przestrzegać najbardziej podstawowych zasad ostroŜności, od zachowania których 

zaleŜało przecieŜ nasze bezpieczeństwo i Ŝycie. Zaczynałem pojmować coraz jaśniej, 

Ŝ

e inteligencja jego gasła, Ŝe jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności 

ukrycia jest człowiekiem obłąkanym.

Sądząc z niektórych mglistych wspomnień umysł mój takŜe był chwilami 

przyćmiony. KaŜdy sen wypełniały dziwaczne, potworne koszmary.

Brzmi to niezbyt moŜe zrozumiale, sądzę jednak, Ŝe właśnie obłęd wikarego 

stał się dla mnie ostrzeŜeniem, dodał sił i uchronił przed szaleństwem.

Ósmego dnia zaprzestał szeptu i począł mówić na głos, ja zaś nie mogłem 

uciszyć go w Ŝaden sposób.

- Tak być powinno, o BoŜe! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię 

kary niech spadnie na mnie i na dzieci moje. Grzeszyliśmy, nadto byliśmy dufni w 

swoje siły. Nędza panowała dokoła i ból, ubogich deptano w prochu, ja zaś 

milczałem. CóŜ za głupstwa kazałem, BoŜe mój, cóŜ za głupstwa! Zamiast powstać i 

Ŝ

ycie oddać w ofierze, i wołać głosem wielkim: Pokutujcie, pokutujcie!... 

CiemięŜyciele maluczkich i łaknących... JakŜe groźna jest dłoń Pana!

Potem niespodziewanie przeskakiwał na jedzenie, którego mu odmawiałem, 

prosząc, błagając, płacząc; w końcu groŜąc. Zaczął podnosić głos, prosiłem go, by 

zamilkł. Wówczas widząc, Ŝe ma mnie w ręku, zagroził, iŜ krzykiem ściągnie na nas 

Marsjan. W pierwszej chwili przeraziłem się, kaŜde jednak ustępstwo zmniejszałoby 

tylko moŜliwość przetrwania. Rzuciłem mu więc wyzwanie, chociaŜ wcale nie byłem 

pewien, czy go nie` podejmie. Tym razem jeszcze nie podjął. Przez resztę ósmego i 

cały dziewiąty dzień mówił coraz głośniej. Groźby i błagania płynące spienionym 

potokiem półprzytomnych słów skruchy i Ŝalu za oszukańczą pustkę jego słuŜby boŜej

budziły we mnie litość. Zasnął wreszcie na chwilę, po przebudzeniu jednak zaczął 

wykrzykiwać z nową siłą, i to tak głośno, Ŝe za wszelką cenę trzeba go było nakłonić 

do milczenia.

- Bądź cicho - prosiłem.

Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł.

- Zbyt długo juŜ byłem cicho - odkrzyknął głosem, który bez wątpienia dotarł 

do jamy. - Czas juŜ, bym dał świadectwo prawdzie. Biada miastu, które wiarę 

utraciło. Biada! Biada! Po trzykroć biada ludziom ziemi, gdy zabrzmią trąby 

background image

archanielskie...

- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przeraŜenia, by nie usłyszeli go 

Marsjanie. - Na miłość boską! - dodałem.

- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się takŜe i rozkrzyŜowując ramiona. - 

Nie zamilknę! Głos Pana jest ze mną!

Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi.

- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt juŜ długo zwlekałem!

Wyciągnąłem rękę i namacałem wiszący na ścianie tasak. Skoczyłem za nim 

jak błyskawica. Oszalałem ze strachu. Dopadłem go na środku kuch

ni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w mym ręku tak, Ŝe cios padł nie 

ostrzem, -lecz płazem. Wikary runął na twarz i leŜał bez ruchu. Potknąłem się o 

rozciągnięte ciało i stanąłem cięŜko dysząc.

Wtem dobiegł mnie z zewnątrz jakiś szelest, a potem szmer obsuwającego się 

tynku. Coś przesłoniło trójkątną wyrwę w murze. Spojrzałem i oczom mym ukazał się 

kadłub, a raczej górna część Machiny Roboczej przepychającej się z wolna przez 

wyrwę. Jedna z chwytnych macek wiła się po rumowisku; po chwili pojawiła się 

druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - skamieniały - patrzyłem. 

Przez przezroczystą, jakby szklaną ścianę kadłuba dostrzegłem twarz Marsjanina i 

jego wielkie, ciemne, bacznie wpatrzone w mrok kuchni oczy. Stalowy wąŜ macki 

począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę.

Z największym tylko wysiłkiem odwróciłem się od wyrwy, potknąłem się o 

ciało i sparaliŜowany przeraŜeniem stanąłem w drzwiach spiŜarni. Macka posunęła się 

juŜ o jakieś dwa jardy w głąb kuchni, wijąc się i zwracając to w jedną, to w drugą 

stronę szybkimi, urywanymi ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony tym powolnym, 

niesamowitym zbliŜaniem. Potem z cichym ochrypłym okrzykiem schroniłem się w 

spiŜarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. Otworzyłem drzwi do 

piwnicy i stojąc w ciemności wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do kuchni. 

Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił?

W kuchni coś poruszało się bardzo powoli to tu, to tam, obijało się o ściany i 

znów sunęło dalej z metalicznym, podobnym do pobrzękiwania kluczy na kółku, 

dźwiękiem. Potem usłyszałem, jak macka wlokła coś cięŜkiego - aŜ nadto dobrze 

wiedziałem, co to było - przez kuchnię do wyrwy. Pociągany nieodpartą siłą 

przemknąłem się do drzwi i zajrzałem do kuchni. W trójkącie słonecznego światła 

background image

zobaczyłem, jak siedzący w swej sturękiej maszynie Marsjanin oglądał głowę 

wikarego. Pojąłem, Ŝe ślad uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność.

Poczołgałem się z powrotem do piwnicy, zamknąłem drzwi i począłem 

przykrywać się w ciemności, najciszej jak tylko mogłem, węglem i drzewem. 

Przerywałem co chwila, nasłuchując, czy Marsjanin nie wysłał znów macki przez 

wyrwę.

Wtem ciche metaliczne brzęczenie powróciło. Śledziłem, jak sunęło z wolna 

przez kuchnię. Wkrótce było juŜ blisko, jak sądziłem - w spiŜarni. Miałem nadzieję, 

Ŝ

e macka okaŜe się zbyt krótka, by sięgnąć aŜ do mnie. Modliłem się o to gorąco. 

Usłyszałem, jak sunie ocierając się o drzwi piwnicy. Nadeszła chwila oczekiwania 

trwająca wieki całe; potem macka

poczęła mocować się z klamką. Znalazła drzwi. Marsjanie znali drzwi! Macka 

trudziła się przez czas pewien przy klamce, po czym drzwi

rozwarły się. Ledwie była widoczna w mroku, podobna do trąby słonia, wijąca 

się w mą stronę, badająca dotykiem ściany, węgiel, drwa i sufit. Wyglądała jak czarny 

kołyszący we wszystkie strony ślepą głową wąŜ.

Raz nawet dotknęła mego obcasa. O mało nie krzyknąłem; zagryzłem palce do 

krwi. Zatrzymała się na chwilę. Mogło wydawać się, Ŝe odpełzła. Nagle z urwanym 

trzaskiem pochwyciła coś-myślałem, Ŝe mnie-i znów, zdało mi się, znikła z piwnicy. 

Nie byłem jednak pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do zbadania.

Skorzystałem z okazji, aby odmienić niewygodną nieco pozycję, i 

nasłuchiwałem dalej. Po chwili znów doszedł mnie powolny, jednostajny, coraz 

bliŜszy szelest. Wolno, wolno macka nadciągała ocierając się o ściany i roztrącając 

meble.

Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, Ŝe to 

niemoŜliwe. Wiła się potem jeszcze po spiŜarni, grzechotała blaszankami, zbiła 

butelkę, wyrŜnęła wreszcie czymś twardym o drzwi piwnicy i uciekła. CzyŜby się 

oddaliła?

Długo czekałem, nim zdecydowałem, Ŝe tak. Nie pojawiła się juŜ więcej w 

spiŜarni; leŜałem jednak przez cały dziesiąty dzień w zupełnej ciemności, zagrzebany 

w węglu i drzewie, bojąc się nawet wypełznąć po wodę, choć ginąłem z pragnienia. 

Dopiero jedenastego dnia odwaŜyłem się opuścić bezpieczne ukrycie.

5 Cisza

Pierwszą mą po wejściu do spiŜarni czynnością było zamknięcie drzwi do 

background image

kuchni. SpiŜarnia jednak była pusta - cały Ŝywność znikła. Zabrał ją widocznie 

poprzedniego dnia Marsjanin. Po tym odkryciu po raz pierwszy zwątpiłem w ocalenie. 

Jedenastego i dwunastego dnia nie miałem w ustach ani okruszyny chleba, ani kropli 

wody.

Wargi me i gardło były spieczone, a siły opuszczały mnie coraz szybciej. 

Siedziałem w mrocznej spiŜarni pogrąŜony w rozpaczy. Umysł mój zaprzątały 

natrętne myśli o jedzeniu. Zdawało mi się przy tym, Ŝe utraciłem słuch, gdyŜ nie 

dochodził mnie z jamy Ŝaden dźwięk. Nie podchodziłem wcale do wyrwy, zbyt słaby, 

by móc tam dotrzeć bez hałasu.

Dwunastego dnia gardło tak miałem obolałe; Ŝe, ryzykując wykrycie

przez Marsjan, uŜyłem skrzypiącej pompy i wypiłem parę szklanek brudnej, 

czerwonej od rdzy wody. OdświeŜyło mnie to znacznie, równocześnie , zaś natchnęło 

otuchą, gdyŜ odgłos pompowania nie ściągnął do kuchni Ŝadnej ciekawej macki.

W ciągu tych kilku dni wiele myślałem o wikarym, o tym, jak zginął, myśli me 

jednak rozpierzchały się ustawicznie i rwały.

Trzynastego dnia znów piłem wodę, myślałem o jedzeniu, dumałem bezładnie 

o jakichś nierealnych planach ucieczki. Drzemki me wypeł- nione były straszliwymi 

zjawami, śmiercią wikarego lub wspaniałymi ucztami; we śnie jednak czy na jawie 

nie opuszczał mnie ostry ból, który mogłem ukoić tylko piciem wody. Światło 

przedostające się do spiŜarni utraciło odcień szarości i stało się czerwonawe. Dla 

roztrzęsionej mej wyobraźni wyglądało to jak krew.

Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok 

czerwonego listowia, które wdzierając się przez wyrwę w ścianie, zmie-niało szary 

półmrok w purpurową ciemność.

Wczesnym rankiem piętnastego dnia usłyszałem dziwnie znajome odgłosy. 

Przysłuchując się rozpoznałem, Ŝe to pies węszy i drze pazurami . ziemię. Wchodząc 

do kuchni dostrzegłem wyglądający spośród czerwo- ,' nych liści pysk psa. Zdziwiło 

mnie to oczywiście niezmiernie. Pies zwęszywszy mnie szczeknął krótko.

Pomyślałem sobie, iŜ dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być ; 

moŜe udałoby się zabić go i zjeść. W kaŜdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć 

na kuchnię uwagi Marsjan.

ZbliŜałem się więc doń powoli, powtarzając łagodnie: - Dobry piesek, dobry - 

gdy wtem łeb znikł, a uszu mych doszedł odgłos ucieczki. Nasłuchiwałem - okazało 

background image

się, Ŝe jednak nie ogłuchłem - lecz w jamie

panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i . ochrypłe 

krakanie. To było wszystko.

Długą chwilę leŜałem koło wyrwy, obawiając się rozgarnąć przesłaniające 

ją czerwone rośliny. Parę razy słyszałem słabo, jak pies biegał gdzieś głęboko 

w dole, po piasku, rozlegały się takŜe głosy ptaków, więcej jednak'; nic nie było 

słychać. Ośmielony wreszcie tą ciszą, wyjrzałem.

W jamie, oprócz zgromadzonych w jednym kącie szkieletów wyssanych przez 

Marsjan ludzi, pośród których uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie 

było Ŝywego ducha.

Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc 

ogromnej hałdy szaroniebieskiego pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium, 

Czarnych ptaków i kupy szkieletów, u mych stóp le-

Ŝ

ał zwykły, pusty, okrągły dół, wykopana w piachu gigantyczna jama. 

Przedarłem się ostroŜnie przez Czerwone Zielsko i wstąpiłem na

rumowisko. Przede mną rozciągał się rozległy widok, nigdzie jednak nie 

moŜna było dostrzec ani Marsjan, ani Ŝadnych oznak ich bliskości. TuŜ u mych stóp 

ś

ciana jamy opadała stromo w dół, nieco w bok jednak rumowisko tworzyło 

pochyłość wiodącą aŜ na szczyt ruin. Nadeszła chwila wyzwolenia. Ogarnęło mnie 

drŜenie.

Po króciutkim wahaniu, w porywie desperackiej odwagi, z sercem bijącym 

gwałtownie, wspiąłem się na rumowisko, pod którym kryłem się tak długo. Znów 

rozejrzałem się dokoła. Marsjan nie było nigdzie.

Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była 

to ustronna, boczna uliczka zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych 

dachach, ocieniona bujnym starodrzewem. Teraz zaś stałem na zwalisku skruszonych 

cegieł, gliny i Ŝwiru, po kolana w oplatającym je gąszczu czerwonego, kaktusowatego 

zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa 

stały martwe, brązowe, w dali jednak po Ŝywych jeszcze pniach i konarach pięły się 

czerwone Ŝyłki zielska.

Wszystkie sąsiednie domy były uszkodzone, nie spłonął jednak ani jeden. 

Gdzieniegdzie ściany, bez drzwi i okien co prawda, zachowały się do wysokości 

pierwszego piętra: Otwarte ku niebu pokoje wypełniało pleniące się 

niepowstrzymanie Czerwone Zielsko.

background image

W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o 

szczątki. Parę innych ptaków skakało po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą 

zbiedzony kot, śladów człowieka natomiast nie dostrzegłem nigdzie.

Dzień, w przeciwieństwie do mroku panującego nieustannie w naszym 

schowku, wydawał się oślepiająco jasny, niebo pałało błękitem. Letni wietrzyk 

łagodnie kołysał porastającym kaŜdy wolny skrawek ziemi Czerwonym Zielskiem. O, 

jakŜe upajające było powietrze!

6 Trud dni piętnastu

Niepomny moŜliwych niebezpieczeństw stałem na chwiejnych nogach. 

rozglądając się ze szczytu rumowiska. W niezdrowej wilgotnej norze, z której dopiero 

co się wydostałem, myśl moja obracała się w wąskim kręgu Ŝarliwej troski o 

przetrwanie osobiste. Nie zdawałem sobie ,sprawy, co działo się z resztą świata, nie 

przeczuwałem tej przeraŜającej wizji rzeczy

nieznanych, jaka roztoczyła się teraz przede mną. Sądziłem, Ŝe ujrzę Sheen w 

ruinach, dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety.

W owej chwili uczucia me przekraczały zwykłe granice odczuwań ludzkich. 

Sięgały one niechybnie w dziedzinę dobrze znaną nieszczęsnym, podległym naszej 

władzy stworzeniom. Czułem to samo, co odczułby królik, kiedy wracając do swej 

norki zastanie niespodzianie tuzin kopaezy zajętych wykopem pod fundamenty domu 

w tym właśnie miesjcu, gdzie do niedawna jeszcze była norka. W świadomości mej 

pojawił się pierwszy przebłysk myśli, coraz ostrzej rysującej się i prześladującej mnie 

przez wiele następnych dni, myśli o detronizacji człowieka; przeświadczenia, Ŝe nie 

jesteśmy juŜ dłuŜej panami stworŜenia, lecz zwierzętami jak inne, podległymi władzy 

Marsjan. Odtąd i my, i one skazani jesteśmy na nieustanne czuwanie i czajenie się, na 

ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły bezpowrotnie.

Gdy jednak pojąłem tę niezwykłą prawdę, przestałem nią zaprzątać sobie 

głowę. Myślą przewodnią stała się Ŝądza zaspokojenia bez przerwy i od dawna 

trapiącego mnie głodu. . W przeciwległej do jamy stronie dojrzałem za murem z 

cegieł skrawek ocalałego ogrodu. Skłoniło mnie to do udania się w tamtym kierunku, 

choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające kolan, a nieraz i szyi zarośla 

Czerwonego Zielska. Trudność ta zapewniała mi jednak doskonałe, w razie potrzeby, 

ukrycie. Okazało się, Ŝe mur miał około sześciu stóp wysokości i kiedy spróbowałem 

wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się , więc wzdłuŜ muru aŜ do 

background image

kamiennego naroŜnika i tam dopiero udało mi -i się jakoś wleźć na ogrodzenie, skąd 

stoczyłem się do upragnionego ogrodu. Znalazłem w nim trochę młodej cebulki, parę 

bulw mieczyków i duŜo nie wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem 

skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu poszedłem, wśród spowitych w purpurę i 

szkarłat drzew, drogą wiodącą do Kew. Szedłem tą aleją wysadzaną jak gdyby 

olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej Ŝywności 

oraz odejść, na ile tylko pozwolą mi siły, jak najdalej od tej przeklętej, nieziemskiej 

jamy.

Nieco dalej natrafiłem na ukrytą w trawie kępkę grzybów, które poŜarłem 

natychmiast łapczywie. Ta odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód. 

Wkrótce natknąłem się, w miejscu gdzie dawniej były łąki, na płytką, rozległą taflę 

brunatnej wody. Zdziwiła mnie początkowo ta powódź, gdyŜ lato było gorące i suche, 

później dopiero odkryłem, iŜ przyczyną jej była tropikalna wprost bujność 

Czerwonego Zielska. Gdy

tylko niezwykła ta roślina napotykała wodę, natychmiast rozwijała się do 

gigantycznych rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost 

nasionami wody Tamizy i rzeki Wey, zaś niezwykle szybko rozrastające się i ogromne

jej liście po prostu zakorkowały obydwie te rzeki powodując wylew.

W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie 

Zielska, zaś w Richmond wody Tamizy równieŜ rozlały się szeroką i płytką gładzią 

zatapiając łąki pod Hampton i Twickenham. Za nimi zaś z kolei podąŜyło Czerwone 

Zielsko skrywając na długo zrujnowane w dolinie Tamizy wille i przesłaniając 

czerwonym pokrowcem większość zniszczeń dokonanych przez Marsjan.

Ostatecznie jednak Czerwone Zielsko zmarniało, i to równie szybko, jak 

przedtem się rozpleniło. Rzuciła się nań (wywołana, jak się ogólnie przypuszcza, 

działaniem pewnej bakterii) niszcząca jakaś choroba. Nasza ziemska roślinność, pod 

wpływem prawa doboru naturalnego, uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy teŜ 

nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone Zielsko zaś gniło juŜ za Ŝycia, z 

góry skazane na zagładę. Liście jego blakły, kurczyły się i schły. Przy najlŜejszym 

dotknięciu opadały, a wody, które przedtem tak bardzo przyczyniły się do bujnego ich 

wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu...

Dotarłszy do zalewu przede wszystkim zaspokoiłem pragnienie. Potem zaś 

odruchowo spróbowałem Ŝuć liście Czerwonego Zielska, były jednak wodniste i 

miały nieprzyjemny metaliczny posmak. Przekonałem się, Ŝe woda była dostatecznie 

background image

płytka, bym mógł brodzić w niej bezpiecznie, choć Czerwone Zielsko utrudniało 

kroki; zalew jednak stawał się, w miarę przybliŜania się do rzeki, coraz głębszy, toteŜ 

zawróciłem ku Mortlake. Drogę wskazywały mi rozrzucone tu i ówdzie ruiny 

domków, szczątki płotów i latarń, wkrótce więc przebrnąłem przez zalew i, 

wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney.

Widok zmienił się teraz z obcego i nieznanego w ruiny znanego; były tu 

miejsca wyglądające jak po przejściu huraganu, kilkadziesiąt zaś jardów dalej 

natykałem się na białe nienaruszone domy z oknami przysłoniętymi skrupulatnie 

okiennicami, z pozamykanymi na głucho drzwiami, jakby mieszkańcy ich wyjechali 

na parę dni czy teŜ spali twardym snem w swych łóŜkach. Czerwone Zielsko nie 

krzewiło się tutaj tak bujnie, nie pięło się teŜ po wysokich drzewach zarastających 

uliczki. Rozpocząłem poszukiwania Ŝywności w ogrodach, nie znajdując w nich 

jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało się, Ŝe włamano się 

juŜ tam przede mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leŜąc w 

krzakach, gdyŜ zbyt byłem słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej.

Przez cały ten czas nie dostrzegłem Ŝadnej istoty ludzkiej, nie widziałem teŜ 

nigdzie Marsjan. Napotkałem tylko kilka wygłodniałych psów, ominęły mnie jednak 

wielkim łukiem pomimo prób zwabienia. W pobliŜu Rochampton widziałem dwa 

szkielety ludzkie, nie ciała, lecz obrane do czysta szkielety, w lasku zaś znalazłem 

rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć 

gryzłem i Ŝułem je długo, nie nasyciło mnie to ani trochę.

Po zachodzie słońca powlokłem się drogą do Starego Putney, gdzie, jak sądzę, 

uŜyto z nieznanych powodów Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, juŜ za 

Rochampton, znalazłem trochę młodych ziemniaków, było ich tyle, Ŝe zdołałem 

wreszcie zaspokoić głód. Z ogrodu widać było rzekę i pola aŜ do Putney. Widok ten w 

przedwieczornym mroku był szczególnie posępny; sczerniałe drzewa, okopcone 

ponure ruiny, u stóp pagórka tafla wody splamiona czerwienią Zielska, nad wszystkim 

zaś głucha cisza. Myśl o tym, jak szybko nastąpiły te okropne zmiany, napełniała 

mnie nieopisanym przeraŜeniem.

Byłem w tej chwili pewien, Ŝe ludzkość zmieciono z powierzchni Ziemi,. Ŝe 

zostałem sam jeden, ostatni Ŝyjący człowiek. TuŜ za szczytem wzgórza Putney 

natknąłem się na jeszcze jeden szkielet ludzki; tym razem bez rąk. LeŜały one o parę 

kroków od reszty ciała: Idąc dalej utwierdzałem się coraz bardziej w mniemaniu, iŜ 

nie licząc takich przypadkowo ocalałych szczęśliwców jak ja, w tej przynajmniej 

background image

okolicy zagłada ludności była zupełna. Marsjanie, myślałem, zniszczyli kraj i udali się 

szukać Ŝywności gdzieś dalej. Być moŜe w tej właśnie chwili niszczą Berlin lub 

ParyŜ, a moŜe poszli na północ...

Człowiek ze wzgórza pod Putney

Noc spędziłem w oberŜy połoŜonej u stóp pagórka pod Putney. Po raz 

pierwszy od dnia ucieczki do Leatherhead spałem w łóŜku. Nie będę tu opisywać 

niepotrzebnych, jak się okazało, trudności przy włamywaniu się przez okno do domu - 

później dopiero przekonałem się, Ŝe drzwi wcale nie były zamknięte. Nie będę teŜ 

opisywał, jak przetrząsnąłem pokój za pokojem w poszukiwaniu jadła, zanim bliski 

rozpaczy nie znalazłem w sypialni słuŜby dwu puszek konserw z ananasa i 

obgryzionych przez szczury, jak sądzę, skórek chleba.

Miejsce to było widocznie juŜ przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie 

później znalazłem w barze trochę przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te 

ostatnie nie nadawały się juŜ co prawda do jedzenia, za to sucharkami nie tylko 

nasyciłem głód, lecz napełniłem równieŜ kieszenie. W obawie, by nie zwabić 

Marsjan, być moŜe przetrząsających takŜe tę część Londynu w pogoni za 

poŜywieniem, nie zapalałem lampy. Zanim poszedłem do łóŜka, opanował mnie 

niepokój. KrąŜyłem od okna do okna wypatrując śladu tych potworów. Potem 

połoŜyłem się. Spałem niewiele. LeŜąc stwierdziłem, Ŝe myślę w sposób 

skoordynowany i uporządkowany, coś, czego nie pamiętałem od ostatniego mego 

sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący mnie od tamtej chwili proces myślenia 

ograniczał się do pośpiesznych, zmieniających się ustawicznie doznań emocjonalnych 

lub do pewnego rodzaju bezmyślnego chłonięcia wraŜeń. Tej nocy jednak mózg mój, 

pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem juŜ myśleć normalnie.

Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza, 

działalność Marsjan i losy mej Ŝony.

Pierwszy z nich nie wywoływał we mnie ani uczucia grozy, ani teŜ wyrzutów 

sumienia. Patrzyłem na to, co; się stało, po prostu jako na czyn juŜ dokonany, 

wspomnienie nieskończenie przykre wprawdzie, lecz nie budzące Ŝalu. Widziałem juŜ 

wtedy, jak widzę to i dzisiaj, Ŝe do ciosu tego doprowadziła mnie, krok za krokiem, 

nieubłagana konieczność, łańcuch wydarzeń wiodących doń w sposób nieuchronny. 

Nie czułem Ŝadnej winy, dręczyły mnie jednak nieustanne wspomnienia. W ciszy 

nocnej, czując w wypełnionej spokojem ciemności bliskość Boga, którą w takich 

okolicznościach czasem się odczuwa, sprawowałem sąd nad sobą, jedyny sąd, jaki 

background image

mnie spotkał za tę chwilę strachu i gniewu. Raz jeszcze kroczyłem poprzez wszystkie 

nasze rozmowy, od chwili gdy pojawił się przy mnie skulony, nieczuły na me błagania 

o wodę, zapatrzony w płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni 

do współistnienia, ponury los nie dbał jednak o to. Gdybym mógł przewidzieć, co się 

stanie, porzuciłbym go juŜ w Hallifordzie. Przewidzieć jednak nie mogłem, zbrodnią 

zaś byłoby przewidywać, a mimo to uczynić. Tak to wyglądało w rzeczywistości i tak 

dzisiaj o tym piszę. Mógłbym ukryć wszystko, gdyŜ świadków nie miałem, nie 

ukrywam przecieŜ nic z tego, co było, a czytelnik niech osądzi mnie wedle swej woli.

Gdy rozprawiłem się wreszcie po wielu wysiłkach z prześladującym mnie 

obrazem rozciągniętego nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i 

losu mej Ŝony. Co do pierwszego nie miałem Ŝadnych

danych, mogłem tylko wyobrazić sobie tysiące najgorszych rzeczy. Tak samo 

niestety było i z ostatnim. Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem się siedząc na 

łóŜku, wpatrzony w ciemność. Modliłem się, by Snop Gorąca zgładził ją szybko i 

bezboleśnie. Od nocy mego powrotu z Leatherheaed nie modliłem się ani razu. Kiedy 

przycisnęła mnie ostateczna potrzeba, szeptałem bezmyślnie bałwochwalcze jakieś 

pacierze niby poganin zaklęcia, teraz jednak modliłem się rzeczywiście, błagałem 

ś

wiadomie i Ŝarliwie, twarzą w twarz z wypełnioną Bogiem ciemnością. Przedziwna 

noc! Najdziwniejsze zaś, Ŝe natychmiast po nastaniu świtu ja, który rozmawiałem z 

Bogiem, wypełzłem z oberŜy jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa, zwierzę 

pośledniego gatunku, na które nowi władcy moi mogli wedle przelotnego kaprysu 

polować, które mogli zgładzić. Być moŜe oni takŜe modlili się niemniej Ŝarliwie tej 

nocy. Doprawdy, wojna ta powinna była nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla 

wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą nad sobą panowanie. .

Ranek piękny wstał i jasny, na wschodzie płonęło róŜowe, haftowane 

złocistymi chmurkami niebo. Droga zbiegająca ze szczytu wzgórka Putney ku 

Wimbledonowi usiana była nędznymi szczątkami przeraŜonego potoku, jaki przewalił 

się nią w noc niedzielnej paniki. Stał tu dwukołowy wózek z tabliczką właściciela, 

jakiegoś Tomasza Lobba, zieleniarza z New Maldon; koło miał zgruchotane, obok 

niego zaś leŜał porzucony kufer. Nieco dalej walał się wdeptany w stwardniałą glinę 

słomkowy kapelusz, na szczycie zaś West Hill ziemię pokrywały skrwawione odłamki 

szkła rozsypane gęsto wokół przewróconego koryta. Szedłem leniwie, nie miałem 

określonych planów. Chciałem pójść do Leatherhead, choć czułem, Ŝe 

background image

prawdopodobieństwo odnalezienia tam Ŝony bardzo jest niewielkie. Jasne było; iŜ 

jeśli śmierć nie zaskoczyła ich znienacka, krewni uszli wraz z nią juŜ dawno. 

Wydawało mi się jednak, Ŝe będę mógł przynajmniej zasięgnąć języka, dokąd uciekli 

mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, Ŝe boli mnie serce o Ŝonę; Ŝe pragnę ją 

odnaleźć, nie wiedziałem jednak, jak tego dokonać. Byłem równieŜ przeświadczony o 

całkowitej swej samotności. Przynajmniej na rozległej ,przestrzeni, poczynając od 

zakątka, z którego wyszedłem, by przedzierać się przez gąszcz drzew i krzewów, aŜ 

po skraj pola Wimbledon. 

Ciemną płaszczyznę rozjaśniały Ŝółte plamy janowca i ostów; nie było tu 

widać Czerwonego Zielska, gdy zaś przystanąłem pełen wahania na brzegu otwartego 

pola, ukazało się zalewające wszystko Ŝyciodajnym światłem słońce. Między 

drzewami natrafiłem na bajorko kipiące od

malutkich Ŝabek. Stałem długą chwilę przyglądając się i ucząc od nich 

niezwycięŜonej woli Ŝycia. Nagle odwróciłem się, czując na sobie czyjeś spojrzenie, i 

w pobliskiej kępie krzewów dostrzegłem skulony jakiś kształt. Stałem i patrzyłem. 

Uczyniłem krok w tamtą stronę. Kształt wyprostował.się i zmienił w zbrojnego w nóŜ 

człowieka. Podchodziłem doń powoli. Stał milczący, nieporuszony, przyglądał mi się 

bacznie.

Podchodząc dostrzegłem, Ŝe odzieŜ jego nie mniej jest zakurzona. od mojej. 

Wyglądał jak wyciągnięty z rynsztoka: Z bliska znać na niej było ślady zielonkawego 

szlamu z błotnistych rowów zmieszane z zaschłym błotem i czarnymi, tłustymi 

plamami po węglu. Ciemne włosy opadały mu na oczy, twarz miał splamioną słońcem 

i brudną, policzki zaś tak zapadłe, Ŝe z początku nie poznałem go. Od ucha do brody 

biegła szeroka czerwona blizna.

- Stój - zawołał, gdy zbliŜyłem się na dziesięć jardów. Stanąłem. Głos miał 

ochrypły. - Skąd idziesz? - zapytał. Przyglądałem mu się z namysłem. - Z Mortlake - 

odparłem. - Ukrywałem się tam, niedaleko jamy Marsjan, gdzie spadł walec. Potem 

wydostałem się z ruin i uciekłem.

- Tu nie ma nic do jedzenia- mówił- "To jest mój teren. Cała ta górka, aŜ po 

rzekę i od Clapham do skraju wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd 

idziesz`?

Nie śpieszyłem z odpowiedzią.

- Nie wiem - odrzekłem. - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam 

pojęcia, co się przez ten czas stało.

background image

Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku.

-' Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead, 

do Ŝony.

Wyciągnął ku mnie rękę.

- To pan! - zawołał. - Człowiek z-Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge?

Ja takŜe go poznałem.

- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie!

- Co za szczęście! - mówił. - Co za szczęściarze z nas! Pomyśleć, Ŝe to pan! - 

Podał mi rękę, ja zaś uścisnąłem ją gorąco. - Ukrywałem się w rowie - ciągnął. - Ale 

oni nie zabijali wszystkich. Kiedy zaś oddalili się, uciekłem polami do Walton. Ale 

przecieŜ minęło zaledwie szesnaście dni, a pan osiwiał! - Obejrzał się gwałtownie. - 

To tylko gawron -rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, Ŝe i ptaki mają cień. Trochę 

tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki.

- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliŜu? - zapytałem. - Od kiedy 

wydostałem się...

- Poszli do Londynu - wyjaśnił. - Myślę, Ŝe załoŜyli tam jakieś większe 

obozowisko. Co nocy w stronie Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim 

miastem. Widać ich, jak łaŜą w tej łunie. A w dzień - nic. Ale bliŜej nie widziałem ich 

nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. Potem widziałem dwóch, w stronie 

Hammersmith, jak taszczyli coś cięŜkiego. A przedwczoraj w nocy - przerwał, .po 

czym powiedział naciskiem: - ciemno juŜ było, co prawda, ale widziałem, jak coś 

uniosło się w powietrze. Myślę, Ŝe zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać.

Przystanąłem na czworakach, gdyŜ wdzieraliśmy się właśnie w głąb zarośli. - 

Latać?! - zawołałem.

- Tak - odparł. - Latać!

Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem. '

- To koniec ludzkości! - zawołałem. - JeŜeli potrafią latać, po prostu oblecą 

ś

wiat dokoła i...

Przytaknął mi głową.

= Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza 

tym-śpojrzał na mnie-tak panu szkoda, Ŝe z ludzkością koniec? Bo mnie nie bardzo. 

Wykończyli nas. Z kretesem.

Popatrzyłem na niego. Choć moŜe to wydać się dziwne, sam jednak nie 

background image

potrafiłem dojść do tego wniosku. Jasne stało się dla mnie wszystko dopiero teraz, 

kiedy padły te słowa. Tkwiła we mnie jeszcze dotąd jaka mglista nadzieja, nie 

nadzieja raczej, lecz z dawien dawna nabyte przyzwyczajenie. On zaś powtórzył:

- Z kretesem! - Brzmiała w tym niezachwiana pewność. - To koniec dodał. - 

Oni stracili jednego jedynego. Usadowili się mocno, a nam dali po kulach. Przetrącili 

krzyŜe największej potędze świata. Przespacerowali się po nas. Śmierć tego pod 

Weybridge to czysty przypadek. A to tylko zwiadowcy. Nowi przylatują bez przerwy. 

Te zielone gwiazdy (co prawda przez pięć ostatnich dni nie widziałem ich) na pewno 

spadają gdzieś co nocy. Nic się nie da zrobić. Wykończyli nas na amen!

Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próŜno siliłem się 

wydusić z mózgu jakąś rozsądną myśl.

- Co to za wojna? - ciągnął dalej artylerzysta. - Od samego początku było tak, 

jakby ludzie wojowali z mrówkami.

Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym

pocisku przestali strzelać, przynajmniej do wylądowania pierwszego walca.

- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się.

- MoŜe im się działo popsuło -- rzekł. - No i co z tego? Na pewno juŜ 

naprawili. A jeŜeli nawet trochę się odwlecze, to koniec, wszystko jedno, będzie ten 

sam. Akurat: mrówki i ludzie. Mrówki budują miasta, Ŝyją swoim Ŝyciem, prowadzą 

wojny, robią rewolucje, aŜ przychodzi człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko Ŝe w 

tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego...

- Co? - rzuciłem.

- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie.

- I co z nami będzie? - zapytałem.

- O tym właśnie myślałem - zawołał. - O tym właśnie myślałem. I'o Weybridge 

szedłem na południe i myślałem. Widziałem, co się tam działo. Ludzie piszczeli ze 

strachu. A ja nie lubię piszczeć. Nie raz, nie dwa zaglądałem śmierci w oczy. Ja nie 

malowany Ŝołnierzyk, dla mnie śmierć to śmierć i nic więcej. Ten wyŜyje, kto myśli. 

Widziałem, jak wszystko wiało na południe. Pomyślałem sobie: na długo im tam 

Ŝ

arcia nie starczy, i od razu zawróciłem. Poszedłem między Marsjan, jak jaskółka leci 

między ludzi. A dokoła - zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, obdzierają ze 

skóry...

Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie.

- Ci, co mieli funty, popłynęli oczywiście do Francji - dodał. Zawahał się, czy 

background image

mówić dalej, napotkał me spojrzenie i ciągnął: - Jedzenia jest tu duŜo. Puszki konserw 

po sklepach, wino, wódka, wody mineralne. A rury wodociągowe i kanały są puste. 

Powiem panu, co sobie pomyślałem. Oni są mądrzy i, zdaje się, potrzebują nas do 

jedzenia: Poniszczą więc przede wszystkim nasze statki, maszyny, armaty, miasta, 

cały nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego nie zostanie. Gdybyśmy byli tej 

wielkości, co mrówki - moŜe by się nam upiekło. Ale jesteśmy więksi. Za gruby byłby 

kawał, gdyby to wszystko miało się rozejść po kościach. Nie da rady. Prawda?

Potwierdziłem. - No, tak. Ta sobie właśnie myślałem. Dobrze, na razie łapią 

nas, kiedy i jak chcą. Dosyć takiemu Marsjaninowi przejść parę mil, a juŜ ma całe 

tłumy zmykających. Widziałem, jak któregoś dnia w Wandsworth jeden burzył domy 

i rył w ruinach. Ale kiedyś wreszcie chyba przestaną. Jak tylko skończą z naszymi 

działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko,

co sobie zamierzyli, wtedy zaczną systematycznie wyłapywać najgrubszych i 

zamykać w klatkach. Niedługo na pewno zaczną to robić: O, mój BoŜe! PrzecieŜ oni 

jeszcze się do nas naprawdę nie wzięli!

- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem.

- Pewno, Ŝe nie. - Wszystko, co się dotąd stało, to tylko nasza wina. Nie 

mieliśmy dosyć rozsądku, aby siedzieć cicho, zaczęliśmy naprzykrzać się im głupimi 

armatami. Straciliśmy głowę, goniliśmy całymi tłumami to tu, to lam. ChociaŜ tam- 

wcale nie jest bezpieczniej niŜ tu. A oni w ogóle nie mieli zamiaru nas ruszać. 

Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą z Marsa, szykują 

miejsce dla reszty. Kto wie, czy nie dlatego właśnie przestali strzelać tymi walcami. 

ś

eby nie trafić któregoś ze swoich tu, na Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w 

ś

lepym popłochu albo próbować zgładzić ich dynamitem, powinniśmy spróbować 

przystosować się do nowej sytuacji. Tak przynajmniej ja to sobie wyobraŜam. MoŜe 

człowiek wolałby, dla siebie i dla swoich, Ŝeby było inaczej, ale fakty są uparte. I na 

tej zasadzie zacząłem działać. Miasta, państwa, cywilizacja, postęp - z tym juŜ 

koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem!

- Więc po co w takim razić Ŝyć? Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę.

- śadnych koncertów galowych przez jakiś milion najbliŜszych lat nie będzie 

na pewno; ani wystaw obrazów; ani smakowitych wyŜerek w wytwornych knajpach. 

JeŜeli panu potrzebne są rozrywki, to myślę, Ŝe nie ma pan tu czego szukać. JeŜeli pan 

ma salonowe maniery i nie lubi jeść ryby noŜem czy słuchać mowy cockneyów, to 

background image

proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu potrzebne.

- Pan myśli...

- Ja myślę, Ŝe tacy jak ja muszą Ŝyć. Dla zachowania gatunku. Mówię panu, ja 

cholernie chcę Ŝyć.1 jeŜeli się nie mylę, to pan niedługo powie teŜ to samo. Takich jak 

my nie wytępią. Na pewno nie damy się schwytać ani oswoić; ani tuczyć jak głupie 

barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie brązowe gady...

- Nie myśli pan chyba...

-- Właśnie Ŝe myślę. Będę Ŝył. Pod ich panowaniem. Uplanowałem juŜ sobie 

wszystko. Obmyśliłem. My, ludzie, zostaliśmy pokonani. Z,a mało umiemy. Musimy 

wiele nauczyć się, zanim spróbujemy szczęścia. A ucząc się, musimy Ŝyć. I to na 

wolności. Rozumie pan'? Oto, co trzeba zrobić.

Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka.

- Na Boga! - zawołałem. - Prawdziwy z pana męŜczyzna! - i uścisnąłem z 

zapałem jego dłoń.

- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda?

- Niech pan mówi dalej - nalegałem.

- Dobra. Ci, co chcą uniknąć schwytania, muszą się przygotować. Ja się 

przygotowuję. Niech pan pojmie, nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym 

właśnie będziemy musieli stać się. Dlatego tak uwaŜnie przyglądałem się panu. 

Miałem wątpliwości. Pan wygląda na chudego i słabego. Nie poznałem pana. Nie 

wiedziałem, Ŝe tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co 

Ŝ

yli w tym domkach, te przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego Ŝycia, byliby do 

niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, bez wzniosłych porywów. A 

człowiek bez tego to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się codziennie 

do pracy. Widziałem ich setkami, jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak 

wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko jak najwcześniej otworzyć te 

swoje marne sklepiki i ciułać te swoje głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili 

do domu, Ŝeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń BoŜe, nie jeść chłodnej zupy; jak 

siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóŜek ze swoimi 

Ŝ

onami, nie dlatego, Ŝe je kochali, ale dlatego, Ŝe było to wygodne i nie komplikowało 

ich nędznej wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś 

wypadkiem na tym świecie, a w niedziele - ze strachu przed Ŝyciem pozagrobowym. 

Tak jakby piekło było dla królików! Dla nich Marsjanie jak z nieba spadli. Wygodne 

klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, Ŝadnych zmartwień. Jak pobiegają z tydzień, 

background image

dwa po połach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, Ŝeby dać się złapać. I będą 

uszczęśliwieni. Dziwić się będą, jak ludzie mogli Ŝyć, zanim Marsjanie nie zaczęli się 

o nich troszczyć. A te róŜne darmozjady, franty i oczajdusze, juŜ ich widz. JuŜ widzę - 

mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią czuli, jacy naboŜni. Choć 

przejrzałem dopiero w ostatnich dniach, duŜo juŜ zdąŜyłem zobaczyć. Wielu tłustych 

a głupich nie będzie się martwić o nic. Inni poczują, Ŝe nie wszystko jest w porządku, 

Ŝ

e trzeba zacząć działać. A kiedy sprawy tak się układają, Ŝe ludzie zaczynają 

odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą 

myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania 

wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie 

się woli Stwórcy! Pan zresztą takŜe widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach 

zmiótł całą energię.

Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy 

prostacy moŜe, jak to się mówi, zaczną się gzić...

Przerwał. - Bardzo moŜliwe, Ŝe Marsjanie będą mieli swoich ulubieńców; 

wyuczą ich sztuczek, kto wie? Będą rozczulać się nad kochanym chłoptysiem, Ŝe juŜ 

utył i Ŝe trzeba go zarŜnąć. A niektórych nauczą polować na nas.

- Nie! - krzyknąłem. - To niemoŜliwe! śaden człowiek...

- Po ,co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet 

bardzo chętnie. Byłoby głupotą udawać, Ŝe się w to nie wierzy. Pewność jego 

przekonała mnie.

- Ale niech tylko spróbują przyjść po mnie. BoŜe! Niech tylko spróbują - 

powiedział i popadł w ponurą zadumę.

Siedziałem bez słowa, rozwaŜając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego, 

co- moŜna by przeciwstawić rozumowaniu tego człowieka. W dniach sprzed najazdu 

nikt nie wątpiłby w mą wyŜszość umysłową nad nim. Ja, znany i ceniony pisarz i 

filozof- i on, prosty Ŝołnierz. A przecieŜ to on, a nie ja, oceniłem naleŜycie nasze 

połoŜenie, gdy ja nie zacząłem nawet jeszcze dobrze zdawać sobie sprawy z tego, co 

się stało.

- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany? Zawahał się.

- No, dobra; powiem panu. Więc jest tak - odrzekł. - Co mamy robić? Musimy 

wynaleźć taki sposób Ŝycia, Ŝeby człowiek mógł mnoŜyć się i bezpiecznie chować 

dzieci. Tak... Niech pan zaczeka, zaraz wyjaśnię dokładniej, co moim zdaniem naleŜy 

background image

zrobić. Oswojeni będą jak wszystkie oswojone bydlęta. Po paru pokoleniach staną się 

tłuści, pełnokrwiści, głupi - śmiecie. Chodzi o to, Ŝebyśmy my, wolni, nie zdziczeli, 

nie zmienili się w duŜe dzikie szczury... Bo, widzi pan, będziemy chyba musieli Ŝyć 

pod ziemią. Myślałem o londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, wyobraŜają sobie 

oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem są całe mile, setki mil kanałów. Niech 

kilka dni popadają deszcze, przy pustym Londynie kanały zrobią się czyściutkie, 

schludniutkie. Główne magistrale będą dość duŜe i przestronne dla kaŜdego. A są 

przecieŜ jeszcze piwnice, podziemia, składy; moŜna w nich będzie porobić przejścia 

do kanałów. A tunele kolejowe, a kolej podziemna? Co? Zaczyna pan rozumieć? 

Trzeba stworzyć grupę silnych, mądrych ludzi. Nie przyjmiemy Ŝadnego śmiecia. 

Słabych nam nie potrzeba...

- Takich jak ja, co?

- PrzecieŜ juŜ wyjaśniłem, Ŝe to była pomyłka. Prawda? - Nie będziemy się 

spierać. 1 co dalej?

- Ci, co zostaną, muszą być karni. Silne, mądre kobiety będą takŜe potrzebne. 

Matki i wychowawczynie - nie Ŝadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami. 

Słabych ani głupich nie chcemy. Znów będzie się Ŝyło naprawdę, a bezuŜyteczni, 

uciąŜliwi i szkodliwi muszą wymrzeć. Powinni wymrzeć. Powinni sami chcieć 

wymrzeć. Bo ostatecznie Ŝyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność. Nie byliby 

zresztą szczęśliwi. A śmierć wcale nie jest taka znów straszna; tylko tchórze lak ją 

sobie wyobraŜają. Tak więc, kanały. Tam będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem 

będzie Londyn. Kto wie, moŜe nawet będziemy wartować i kiedy Marsjanie gdzieś się 

oddalą, wychodzić na powierzchnię. MoŜe nawet będziemy mogli grać w cricketa! 

Zachowamy w ten sposób gatunek. Co? PrzecieŜ to chyba będzie moŜliwe? Ale samo 

zachowanie gatunku to jeszcze mało. Tyle to i szczury potrafią. WaŜniejsze będzie 

zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej.1 tutaj właśnie pojawia się na widowni pan. 

Są ksiąŜki, są wzory. Trzeba wyszukać głębokie, pewne schowki i ukryć tam jak 

najwięcej ksiąŜek; nie Ŝadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale ksiąŜek o 

wiedzy, o myśli ludzkiej. Tu zaczyna się, powiadam pańska rola: Musimy dobrać się 

do British Museum i przejrzeć wszystko, co tam jest:v Przede wszystkim zachować 

naszą wiedzę i rozwijać ją. Musimy podpatrywać Marsjan. Niektórzy będą musieli 

stać się szpiegami. Kto wie... kiedy juŜ wszystko będzie zorganizowane, moŜe i ja się 

nim stanę`? Pozwolę się złapać. A najwaŜniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan. 

Nie wolno nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu uciekać. Trzeba pokazać, Ŝe nie 

background image

wałczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie będą nas tępić, jeŜeli tylko będą mieć wszystko, 

co im potrzeba, i jeŜeli uznają nas za nieszkodliwe robactwo.

Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu.

- MoŜe nawet nie będzie trzeba tak duŜo nauczyć się, zanim... Proszę sobie 

tylko wyobrazić, nagle rusza pięć, sześć Machin Bojowych, Gorącym Snopem w 

lewo, w prawo, a w nich nie Marsjanie, lecz ludzie! Ludzie, którzy wiedzą, jak się z 

nimi obchodzić! A to moŜe nawet być jeszcze za naszego Ŝycia. Niech pan sobie tylko 

wyobrazi - złapać takie jedno kochaniątko i pomachać Snopem! Panować nad nimi! I 

cóŜ, jeśli nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - po takim balu? JuŜ widzę 

Marsjan, jak wytrzeszczają te swoje śliczne oczęta! Człowieku;-moŜe pan sobie to 

wyobrazić`? MoŜe pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią, i dyszą, i pokrzykują, i 

kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a

tu Ŝadna nie działa! A wtedy my trzask, prask, łup, cup - akurat kiedy się tak 

przy nich grzebią, trzask Snopem i proszę, człowiek znów zajmuje naleŜne mu 

miejsce. 

Na długą chwilę śmiała wizja wyczarowana przez artylerzystę, pewność i 

odwaga brzmiące w jego głosie podbiły mą wyobraźnię całkowicie. Uwierzyłem bez 

wahania zarówno w przewidywane przezeń losy ludzkości, jak i w moŜliwość 

wcielania jego planów w Ŝycie - czytelnik zaś, który mógłby uznać mnie za głuptaka 

ulegającego zbyt łatwo cudzym wpływom, musi pojąć róŜnicę między nim, z jego od 

dawna juŜ przemyślanym planem, a mną, leŜącym w ukryciu pod krzakiem i 

słuchającym w pomieszaniu tych myśli. Przegadaliśmy w ten sposób cały ranek, po 

czym wypełzliśmy z zarośli i zbadawszy szczegółowo widnokrąg, czy nie widać gdzie 

w pobliŜu Marsjan, pośpieszyliśmy na wzgórze Putney, do domku, w którym było 

jego legowisko. Kiedy zeszliśmy do piwnicy i ujrzałem wykop o długości dziesięciu 

co najwyŜej jardów, na który stracił juŜ przeszło tydzień - miał to być przekop do 

przechodzącego przez Putney burzowca - po raz pierwszy dostrzegłem przepaść 

dzielącą marzenia tego człowieka od jego sił. Taką dziurę moŜna było wygrzebać w 

ciągu jednego dnia. Wierzyłem jeszcze w niego tak mocno, Ŝe pracowałem wraz z 

nim przy wykopie aŜ do południa. Mieliśmy taczkę i wykopaną ziemię wywoziliśmy 

na podwórze. W południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej 

spiŜarni. Jednostajna praca przynosiła mi dziwną ulgę. Zapominałem przy niej o 

całym tym boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o projektach 

background image

artylerzysty i z wolna poczęły budzić się we mnie zastrzeŜenia i wątpliwości. 

Pracowałem jednak bez ustanku, szczęśliwy, Ŝe znów mam jakiś cel przed sobą. 

Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać odległość dzielącą nas od kanału. 

Zwątpiłem, czy w ogóle doń trafimy. Nie mogłem pojąć, po co mamy kopać taki długi 

tunel, kiedy moŜna było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się 

takŜe, iŜ dom nie był najlepiej wybrany i dlatego potrzeba było tak długiego przekopu. 

Właśnie kiedy uświadomiłem sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i 

spojrzał na mnie.

- Narobiliśmy się nielicho - powiedział i odłoŜył łopatę. - Trzeba trochę 

odsapnąć. - Potem zaś dodał: - Myślę, Ŝe czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie.

Ja jednak chciałem pracować dalej, po krótkim więc wahaniu wziął się znowu 

za szpadel; wtedy uderzyła mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast 

zrobił to samo.

- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj?

- Wyszedłem przewietrzyć się trochę - odparł - i akurat wracałem. W nocy 

zawsze bezpieczniej. , - A robota?

- PrzecieŜ nie moŜna ciągle pracować - odrzekł, ja zaś jak w olśnieniu 

przejrzałem tego człowieka. Wahałem się, trzymając w ręku łopatę.

- Powinniśmy teraz rozejrzeć się - powtórzył. - JeŜeli ktoś podejdzie, moŜe 

posłyszeć nasze kopanie. Zaskoczą nas nie przygotowanych.

Nie miałem chęci sprzeciwiać się dłuŜej. Poszliśmy na strych i stojąc na 

drabinie wyjrzeliśmy spod klapy włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteŜ śmiało 

wstąpiliśmy na dach i ukryliśmy się za parapetem.

Co prawda większą część Putney przesłaniały nam drzewa, widać jednak było 

dolinę rzeki zarosłą fantastyczną gęstwą Czerwonego Zielska i Dolne Lambeth, zalane 

i równieŜ tonące w czerwieni. Spośród pęków Czerwonego Pnącza sterczały 

cherlawe, martwe gałęzie drzew w pałacowym parku. Dziwne, jak bardzo obie te 

rośliny uzaleŜnione były w swym rozwoju od obfitości wody. W pobliŜu naszego 

domku Ŝadnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu szczodrzewca, kwiatów 

głogu, buldeneŜów i drzew tui strzelających wysoko ponad zielone krzewy 

wawrzynów i mieniących się tęczą barw w promieniach słońca hortensji. Daleko, za 

Kensingtonem, unosił się gęsty dym przesłaniając pospołu z błękitną mgiełką łańcuch 

ciągnących się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach, 

którzy pozostali jeszcze w Londynie.

background image

- Którejś nocy zeszłego tygodnia - mówił - jacyś głupcy naprawili przewody 

elektryczne i po rzęsiście oświetlonych Regent's Street i Piccadilly Circus wrzeszczała 

i tańcowała aŜ do rana gromada obdartych, brudnych pijaków, męŜczyzn i kobiet. 

Opowiadał mi jeden, co to widział. Kiedy zrobił się dzień, połapali się, Ŝe niedaleko, 

pod Langham, stoi i gapi się na nich Machina Bojowa. Bóg wie, jak długo juŜ tak 

stała. Potem zbliŜyła się i wyłapała ze setkę takich, co z pijaństwa albo ze strachu nie 

mieli sił uciekać.

Sądzę, Ŝe Ŝadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń 

tamtych czasów.

Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów. 

Począł zapalać się. Tak wymownie opisywał zdobycie przez człowieka Machiny 

Bojowej, Ŝe znów na poły weń uwierzyłem. Teraz jednak, znając prawdziwą jego 

wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, by nie robić nic zbyt pośpiesznie. 

ZauwaŜyłem teŜ, iŜ nie ma juŜ teraz mowy o jego osobistym udziale w opanowaniu i 

poprowadzeniu do boju potęŜnej tej maszyny.

Po pewnym czasie powróciliśmy do piwnicy. śaden z nas jednak nie miał; 

zdaje się, ochoty zabierać się znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie 

protestowałem. Stał się nagle niezwykle szczodry i gdy nasyciliśmy się, wyszedł, by 

przynieść kilka doskonałych cygar. Zapaliliśmy, a on równieŜ zapłonął optymizmem. 

Potraktował me przybycie jako wielkie święto.

- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział. - Po wodzie lepiej się kopie - 

odrzekłem.

- Nie - zawołał. - Dzisiaj ja wydaję przyjęcie! Szampan! Mocny BoŜe! Toć 

przed nami cięŜka praca. Trzeba trochę odpocząć i, póki jeszcze moŜna, nabrać sił. 

Niech pan spojrzy na te pęcherze!

Upierał się; by resztę dnia świętować, i nalegał, byśmy po obiedzie zagrali w 

karty. Nauczył mnie gry w belotkę, po czym podzieliliśmy Londyn na dwie części, dla 

mnie północną, dla niego południową, i poczęliśW y grać o parafie. Trzeźwo 

myślącemu czytelnikowi moŜe to wydać się głupie i groteskowe, wszystko jednak 

działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, i inne gry, w które 

graliśmy później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące.

Dziwny jest umysł ludzki! Rodzaj nasz stał przed groźbą zagłady, a 

przynajmniej straszliwego poniŜenia; nas samych nie czekało nic prócz straszliwej 

background image

ś

mierci, my zaś zabawialiśmy się malowanymi tekturkami i z oŜywieniem, ba! z 

podnieceniem graliśmy.w oczko! Potem nauczył mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy 

razy z rzędu w szachy. Gdy ściemniało, tak byliśmy przejęci grą, Ŝe nie zwaŜając na 

niebezpieczeństwo zapaliliśmy lampę.

Po nieskończonej ilości partii zjedliśmy kolację, przy której artylerzysta 

wykończył szampana. Potem, paląc cygara, graliśmy dalej. Nie był on juŜ teraz tym 

energicznym odnowicielem gatunku, którego spotkałem rankiem. Optymizm jego stał 

się mniej bojowy, spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając zawiłe, 

pełne jąkania się i powtórzeń przemówienie. Po tej właśnie tyradzie zapaliłem cygaro 

i wspiąłem się na dach, chcąc obejrzeć zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na 

pagórkach Highgate.

Początkowo gapiłem się bezmyślnie w kotlinę londyńską. Wzgórza na północy 

tonęły w ciemności. Opodal Kensingtonu widniały czerwone ognie. Wystrzelały co 

jakiś czas pomarańczowymi płomieniami, by zniknąć po chwili w granatowej nocy. 

Reszta Londynu była czarna. Nieco bliŜej dostrzegłem dziwne światło, bladofioletową 

migotliwą poświatę drŜącą w wieczornym wietrze. Długo nie mogłem sobie wyjaśnić 

tego

zjawiska, aŜ w końcu pojąłem, Ŝe to słabe promieniowanie pochodzi od 

Czerwonego Zielska. Obudziło mnie to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do 

rzeczywistości. Przeniosłem wzrok na Marsa, jasną, czerwoną gwiazdkę błyszczącą 

wysoko na zachodzie, potem zaś,długo i Ŝarliwie wpatrywałem się w ciemność 

Hampstead i Highgate.

Długi czas stałem na dachu, zastanawiając się nad dziwacznymi wydarzeniami 

tego niezwykłego dnia. Raz jeszcze przebiegłem myślą wszystkie przemiany, jakie we 

mnie zaszły; począwszy od nocnych modlitw, na bezsensownym kartograjstwie 

skończywszy. Odczułem gwałtowny wstręt. Pamiętam, jak odrzuciłem, z pewnym co 

prawda Ŝalem, nie dopalone jeszcze cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z 

płomienną przesadą zarzucałem sobie głupotę, czułem się zdrajcą wobec własnej Ŝony 

i całego rodzaju ludzkiego, trapiły mnie wyrzuty sumienia. Postanowiłem opuścić 

tego marzyciela z fantastycznymi planami, pijaństwem i obŜarstwem oraz udać się do 

Londynu. Tam, jak sądziłem,. najpewniej dowiem się, co robią Marsjanie, a co moi 

towarzysze, ludzie. KsięŜyc juŜ wzszedł, a ja wciąŜ jeszcze stałem na dachu.

8 Londyn wymarły

Po opuszczeniu artylerzysty poszedłem do Highstreet i dalej mostem przez 

background image

Tamizę do Lambeth. Most ginął całkowicie niemal w gęstwinie Czerwonego Zielska. 

Łodygi i liście tej rośliny zdradzały juŜ jednak pierwsze oznaki zagłady - gęsto 

rozsiane białawe plamy.

Na rogu uliczki wiodącej ku przystani w Putney leŜał człowiek. Okryty 

czarnym pyłem wyglądał jak kominiarz. Nie był martwy, lecz pijany do 

nieprzytomności. Nie udało mi się wydostać z niego nic prócz przekleństw i 

wściekłych razów. Zostałbym moŜe przy nim, gdyby nie nazbyt juŜ zbydlęcona jego 

twarz.

Za mostem pokrywał wszystko czarny pył. Warstwa jego, w miarę jak 

zbliŜałem się do Fulham, była coraz grubsza. PrzeraŜała mnie pustka ulic. W 

pobliskiej piekarni znalazłem trochę poŜywienia, spleśniałego, czerstwego, jednak 

nadającego się jeszcze do jedzenia chleba. Nieco dalej, w pobliŜu Walham Green, 

pyłu nie było, natomiast cała jedna strona ulicy stała w płomieniach; huk poŜaru 

przynosił w martwej ciszy prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton takŜe były 

puste, jakby wymarłe.

Tutaj znów pełno było czarnego kurzu i trupów. Na samej Falham Road 

naliczyłem ich dwanaście. Musiały leŜeć tam od wielu juŜ dni, toteŜ

uciekłem od nich czym prędzej. Okrywał je grubą warstwą czarny pył, niektóre 

zaś były napoczęte przez psy.

Tam gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu - wyglądało dziwnie 

odświętnie. Sklepy pozamykane, okna zasłonięte, wszędzie cisza i pustka. 

Gdzieniegdzie, przewaŜnie w sklepach spoŜywczych i winiarniach, widniały ślady 

rabunku. Ujrzałem teŜ rozbitą wystawę złotnika, rabuś jednak został widocznie 

spłoszony, gdyŜ na chodniku leŜały porzucone w nieładzie złote łańcuszki i zegarki. 

Nawet nie schyliłem się po nie. Nieco dalej na progu domu siedziała skulona kobieta 

w łachmanach. Krew ze spoczywającej na kolanach skaleczonej ręki rozlała się 

rdzawą plamą po sukni, obok zaś, na chodniku, wokół rozbitej flaszki po szampanie, 

widniała cała kałuŜa. Kobieta wydawała się pogrąŜona w głębokim śnie, była jednak 

martwa.

Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to 

jednak cisza śmierci. Było to milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada 

chwila przecieŜ wszystkie te domy mogły zmienić się w dymiące zgliszcza, jak 

zmieniły się w nie północno-zachodnie dzielnice, mogły zginąć, jak zginęły domy 

background image

Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane...

Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego 

kurzu. Tam teŜ usłyszałem po raz pierwszy dziwny odgłos rozpaczy. Dotarł on do mej 

ś

wiadomości niemal niepostrzeŜenie. Brzmiał jak nieustanne łkanie złoŜone z dwu 

tonów: "ul-la, ul-la, ul-la". Gdy szedłem na północ, natęŜenie jego narastało, choć 

głuszyły je domy. Z pełną mocą rozbrzmiewał natomiast, kiedy wyszedłem na 

Exhibition Road. Zatrzymałem się zdziwiony tym płynącym z oddali jękiem patrząc 

ku kensingtońskim ogrodom. Mogło wydawać się, Ŝe to łka głosem lęku i pustki 

niezmierzone skupisko domów. "U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" brzmiał nieludzki jęk, a 

potęŜne fale dźwięków przelewały się szeroką, słoneczną, zamkniętą dwoma rzędami 

wysokich kamienic ulicą. Zwróciłem się pełen niepokoju ku Ŝelaznym bramom Hyde 

Parku. Zastanawiałem się, czy nie wedrzeć się do Muzeum Przyrodniczego, by się 

wspiąć na szczyt wieŜy i rozejrzeć po okolicy. Postanowiłem jednak pozostać na 

ziemi, gdzie łatwiej moŜna było w razie potrzeby znaleźć kryjówkę, i podąŜyłem dalej 

wzdłuŜ Exhibition Road. Kamienice puste. były i milczące i tylko głośne echo mych 

kroków rozbrzmiewało dokoła. W pobliŜu bramy parkowej czekał mnie dziwny 

widok. LeŜał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia. 

Stałem przy nim długą chwilę, po czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz 

potęŜniejszy, choć nie ,

było widać nic prócz chmury dymu kłębiącej się ponad konarami drzew.

"U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" - nawoływał głos dochodzący, jak mi się zdawało, 

gdzieś z Regent's Park. Rozpaczliwy ten krzyk działał przygnę-, biająco. Począłem 

tracić siły, ogarniało mnie coraz większe zmęczenie. Poczułem się słaby, obolały, 

głodny i spragniony. Minęło juŜ południe. Po co błąkałem się samotnie po tym 

wymarłym mieście? Po co znalazłem się w Londynie, spowitym w czarny całun, 

spoczywającym na katafalku trupie miasta? Poczułem się śmiertelnie samotny. 

Wybiegałem pamięcią ku zapomnianym od lat przyjaciołom. Myślałem o truciznach 

ukrytych w opuszczonych aptekach, o pełnych wódki piwnicach. Wspomniałem tych 

parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot...

Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było 

czarnego pyłu i wiele martwych ciał. Z piwnicznych okien biła złowieszcza

, okropna woń. Panował upał, a Ŝe szedłem juŜ długo, zachciało mi się jeść i 

pić. Z wielkimi trudnościami włamałem-się do jakiegoś baru. Udało mi się tam 

nasycić zarówno głód, jak i pragnienie, osłabiło mnie to jednak tak bardzo, Ŝe 

background image

wyciągnąłem się na stojącej pod ścianą kanapce i zasnąłem kamiennym snem. 

Ocknąłem się z ponurym jękiem "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" w uszach. Panował juŜ 

mrok. Posiliłem się znalezionym w barze serem i sucharkami (spiŜarka na mięso 

pełna była tylko robactwa), po czym powlokłem się ku Baker Street i dalej do 

Regent's Park. Przechodziłem obok szeregu wymarłych skwerów - w tej chwili 

przypominam sobie nazwę'tylko jednego z nich - Portman Square. Wychodząc z 

Baker Street dostrzegłem w oddali, ponad drzewami, w świetle zachodu kaptur 

olbrzyma z Marsa. Jęk dobiegał stamtąd właśnie. Nie przeraziłem się. Widok ów 

wydał mi się- czymś zupełnie naturalnym. Przyglądałem się długo. Gigant stał bez 

ruchu i jęczał. .Nie mogłem pojąć, dlaczego tak stoi i krzyczy.

Usiłowałem ułoŜyć jakiś plan działania, nieprzerwane to szlochanie 

przeszkadzało mi jednak. MoŜe zaś zbyt byłem zmęczony, aby lękać się 

czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem ciekaw przyczyn tego płaczu, niŜ 

przeraŜony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, chcąc obejść park 

dokoła, i posuwając się pod osłoną domów wyszedłem od strony St. John's Wood, by 

przyjrzeć się stamtąd jęczącemu Marsjaninowi. O paręset jardów od Baker Street 

usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym kierunku psa z ochłapem 

czerwonego mięsa w pysku. Gnała za nim sfora wynędzniałych kundli. Ominął mnie 

wielkim łukiem, obawiając się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej

zdobyczy. Gdy szczekanie ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe 

"ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la". 

W pobliŜu dworca St. John's Wood natknąłem się na zniszczoną Machinę 

Roboczą. Wydawało mi się z początku, Ŝe ulicę przegrodził zwalony dom. Dopiero 

kiedy wspiąłem się na ruiny, ujrzałem ze zdziwieniem, iŜ przykrywają one 

zgruchotany mechanizm z pogiętymi i splątanymi mackami. Część przednia była 

zmiaŜdŜona. Wyglądało na to, Ŝe pędząca na oślep maszyna wpadła na dom i zginęła 

pod jego szczątkami. Sądziłem wówczas, Ŝe katastrofa nastąpiła wskutek puszczenia 

maszyny samopas. Zbyt było juŜ ciemno, by chodzić pośród ruin, toteŜ nie 

dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków 

Marsjanina.

Wstrząśnięty tym widokiem zdąŜałem dalej, ku Primrose Hill. W oddaleniu 

między drzewami, w kierunku Ogrodu Zoologicznego, stał drugi, nieruchomy, 

milczący Marsjanin. W pobliŜu rozwalonego domu natknąłem się na Czerwone 

background image

Zielsko, zaś Kanał Regenta stanowił jedną wielką, gąbczastą masę ciemnoczerwonej 

roślinności.

Nagle, kiedy wchodziłem na most, dźwięk "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" 

umilkł jak ucięty noŜem. Cisza uderzyła we mnie niby grom.

Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w 

ciemności. Drzewa w parku wydawały się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po 

ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, ginąc gdzieś w górze, w mroku. Tajemnicza 

noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i groza. Gdy rozbrzmiewał ten 

głos, moŜna jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki niemu Londyn 

wydawał się nie taki martwy. Ten pozór Ŝycia podtrzymywał mnie na duchu. Gdy 

zamilkł, coś się nagle zmieniło, odeszło, sam nie wiedziałem co, i cisza stała się 

niemal dotykalna. Upiorna cisza.

Londyn wpatrywał się we mnie oczodołami pustych, czarnych okien. 

Wyobraźnia ukazywała tysiące bezgłośnych, czyhających w mroku wrogów. 

Opanował mnie.obłędny strach, przeraziłem się własnego zuchwalstwa. Przede mną 

ulica była czarna, jakby zalana smołą, na chodniku dojrzałem jakiś skulony, czarny 

kształt. Nie mogłem uczynić ani kroku. Zawróciłem wreszcie i uciekłem co sił od tej 

ciszy, prosto przed siebie, ku Kilburn. Do świtu niemal kryłem się ,przed tą nocą w 

domku jakiegoś dryndziarza przy Harrow Road. Przed wschodem słońca jednak 

odwaga znów powróciła i jeszcze gwiazdy widniały na niebie, gdy zwróciłem kroki 

ku Regent's Park. Błąkałem się w labiryncie uliczek, aŜ w końcu dostrze

głem w bladym świetle poranka pagórek Primrose. Na jego szczycie stał 

spiętrzony pod niebo, wyprostowany i nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin.

Powziąłem szalone postanowienie. Zginę raz wreszcie i skończy się to 

wszystko. Mogę nawet oszczędzić sobie trudu samobójstwa. Podszedłem niedbale 

wprost ku olbrzymowi, podchodząc zaś ujrzałem

w coraz jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krąŜących wokół kaptura 

i siedzących na nim czarnych ptaków. Na ten widok serce we mnie zabiło Ŝywiej i 

rzuciłem się naprzód.

Przedarłem się przez Czerwone Zielsko spowijające St. Edmund's Terrace, 

przebrnąłem zalewający mnie do pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z 

uszkodzonej stacji pomp i wraz z pierwszymi promieniami słońca stanąłem u podnóŜa 

zarosłego trawą zbocza. PotęŜne wały ziemne okalały wierzchołek wzgórza czyniąc 

zeń niedostępną twierdzę, największe i zarazem ostatnie obozowisko Marsjan na 

background image

Ziemi. Spoza szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu.

Po wale przemknęła rysująca się ostro na tle nieba sylwetka psa. Świtająca 

zaledwie w mózgu mym myśl poczęła nabierać cech coraz większej pewności. 

Biegnąc pod górę, ku nieruchomemu potworowi, nie odczuwałem lęku, lecz dzikie, 

pełne drŜenia uniesienie. Z kaptura zwisało bezsilne brunatne cielsko, a chmary 

ptactwa dziobały je i rwały w strzępy.

W mgnieniu oka wdarłem się na wał i stanąłem na jego koronie. Przede mną 

leŜała twierdza. Zajmowała ogromną przestrzeń. Tu i ówdzie stały wielkie machin, 

leŜały stosy przeróŜnych materiałów, gdzieniegdzie widać było dziwne jakieś, 

podobne do ziemianek, schronienia. Dokoła zaś, rozrzuceni po całej twierdzy, jedni w 

obalonych Machinach Bojowych, inni w kabinach bezczynnych juŜ Machin 

Roboczych, jeszcze inni leŜąc rzędem, sztywno i nieruchomo - spoczywali Marsjanie, 

martwi, zabici przez chorobotwórcze i gnilne bakterie, z którymi nie umiały walczyć 

ich organizmy. Zginęli, jak zginęło po nich Czerwone Zielsko. Zginęli, gdy zawiodła 

cała potęga człowieka, zgładzeni przez malutkie, niewidoczne stworzonka, które 

mądrość BoŜa ustanowiła na ziemi.

Stało się to, co i ja, i wielu z nas mogłoby przewidzieć, gdyby umysłów 

naszych nie zaślepiło przeraŜenie i groza. Ludzkość olbrzymią spłaciła daninę od 

pierwszego dnia swego istnienia tym drobniutkim istotkom. Dzięki jednak doborowi 

naturalnemu rodzaj ludzki nabył wielkiej odporności. Nigdy nie ulegaliśmy bez walki, 

toteŜ wiele spośród nich; przede wszystkim zaś te, które wywołują gnicie ciał 

martwych, nie mogą dziś juŜ nam szkodzić. Na.Marsie jednak nie ma bakterii, 

zaledwie więc najeźdźcy

stanęli na Ziemi, zaledwie odetchnęli ziemskim powietrzem i przyjęli ziemski 

pokarm, natychmiast nasi mikroskopijni sojusznicy poczęli gotować im nieuchronną 

zgubę. Gdy po raz pierwszy patrzyłem na nich, juŜ wówczas byli nieodwołalnie 

skazani, umierali i rozkładali się nawet będąc w stałym ruchu. Los ich był 

przesądzony. Miliardami śmierci opłacił człowiek swe prawo do Ziemi i nikomu go 

nie odstąpi; utrzymałby je wówczas nawet, gdyby Marsjanie dziesięćkroć byli 

potęŜniejsi. Bo człowiek Ŝyje i umiera nie na próŜno.

LeŜeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie 

samych ogromnej mogile, dotknięci śmiercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich 

rodzajów śmierci niepojętą. Ja zaś widziałem jedno tylko oto leŜały przede mną 

background image

martwe istoty, tak straszliwe za Ŝycia dla ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, Ŝe to Bóg 

uŜalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła śmierci.

Stałem wpatrując się w jamę z sercem bijącym radością, zaś promienie 

wschodzącego słońca zapalały dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze 

półmrok; potęŜne mechanizmy, tak wielkie i niezwykłe w swej a mocy i złoŜoności, 

tak nieziemskie w dziwacznych swych kształtach, wyłaniały się powoli z cienia - 

złowróŜbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora psów walczy o rozpostarte w 

mrocznej głębi u mych stóp martwe cielska.

Na przeciwległym krańcu jamy leŜała wielka, płaska, szeroka Machina 

Latająca, której nie zdąŜyli juŜ wypróbować w gęstej ziemskiej atmosferze. Śmierć 

nadeszła w sam czas. Krakanie przyciągnęło mój wzrok ku ogromnej Machinie 

Bojowej, która juŜ nigdy nie miała wziąć udziału w Ŝadnym boju, ku szarpanym 

dziobami i ptactwa krwawym ochłapom zaściełającym wnętrze kaptura na szczycie 

wzgórza Primrose.

Odwróciłem się i spojrzałem w dół, gdzie wiry ptasie okalały tamtych dwu, na 

których śmierć patrzyłem wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być 

moŜe głosił światu samotną swą mękę, konając ostatni, dopóki maszyneria nie 

odmówiła mu posłuszeństwa. W blasku rodzącego się słońca połyskiwały bezsilne juŜ 

trójnogie wieŜe z lśniącego metalu.

Dokoła jamy zaś, jakby cudem ocalałe od straszliwej zagłady, leŜało miasto. 

Ci, którzy znają Londyn spowity w chmury posępnych dymów, z trudem tylko 

potrafią wyobrazić sobie nagą czystość i piękno głuchej ciszy tego oceanu domów.

Na wschodzie, ponad czarnymi ruinami Albert Terrace i rozszczepioną 

wieŜycą kościoła, płonęło na bezchmurnym niebie oślepiające słońce.

Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego 

promienie tafelki szyb. W blasku tym pięknie i tajemniczo wyglądał nawet sklepiony 

skład win koło dworca Chalk Farm, wielkie zajezdnie kolejowe, pocięte czarnymi 

zazwyczaj, a dziś, po dwutygodniowej przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami torów.

Na północy leŜały błękitne, zatłoczone domami Kilburn i Hampstead; 

zachodnia część miasta kryła się w mgiełce, zaś na południu, w dali, poza 

Marsjanami, falowała w słońcu zieleń Regent's Park, jaśniały hotel Langham, kopuła 

Albert Hall, Instytut Imperialny i wysokie domostwa przy Brompton Road, dalej zaś 

rysowały się mgliście poszarpane ruiny Westminsteru. W błękitnej dali wznosiły się 

pagórki Surrey, a wieŜyce Kryształowego Pałacu połyskiwały jak dwa srebrzyste 

background image

groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz 

dopiero spostrzegłem, iŜ jest uszkodzona, Ŝe z jednej strony zieje w niej głęboka 

wyrwa.

Spoglądając na tę niezmierzoną przestrzeń usianą domami, fabrykami i 

ś

wiątyniami, cichą teraz i opustoszałą, dumałem o wszystkich nadziejach i wysiłkach, 

o niezliczonych zastępach istnień ludzkich, które złoŜyły się na powstanie tego 

skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, jakie nad nim zawisło. Kiedy pojąłem, 

Ŝ

e cień zagłady rozwiał się juŜ, Ŝe moje ukochane, olbrzymie, martwe w tej chwili 

miasto moŜe znów oŜyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się do łez nieomal

Nawałnica ucichła. Zdrowie od dzisiaj juŜ zaczynało powracać. Ci, którzy 

przeŜyli, choć rozproszeni po całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw, 

Ŝ

ywności, jak owce bez pasterza, te tysiące, które uszły za morza - mogą juŜ 

powracać; znów wymarłe dziś ulice i opuszczone skwery zapulsują Ŝyciem. ChociaŜ 

wielkiego dokonała zniszczenia - rękę niszczyciela powstrzymano. Wszystkie te 

upiorne ruiny, wszystkie sczerniałe szkielety domów patrzące złowrogo na słoneczną 

zieleń pagórka mogą wkrótce juŜ wypełnić się gwarem odbudowy, stukotem młotków 

i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować Bogu. Za rok, 

myślałem, za rok...

I wtedy, dopiero wtedy przygniotła mnie myśl o sobie, o Ŝonie, o dawnym, 

pełnym nadziei i uroku Ŝyciu, które odeszło na zawsze.

9 Ocaleni z rozbicia

Teraz nastąpi najdziwniejsza moŜe część mego opowiadania. Choć z drugiej 

strony nie jest ona aŜ tak bardzo znów dziwaczna. Pamiętam jasno, Ŝywo i dokładnie 

wszystko, co nastąpiło tego dnia, do chwili gdy stanąłem na szczycie wzgórza 

Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie pamiętam nic juŜ więcej.

O trzech następnych dniach nie wiem nic zgoła. Później dopiero dowiedziałem 

się, Ŝe nie ja pierwszy odkryłem zgubę Marsjan; Ŝe juŜ w nocy dokonało tego kilku 

podobnych do mnie wędrowców. Pierwszy z nich, gdy ja kryłem się w domku 

doroŜkarza, popędził do St: Martin's - le - Grand i zadepeszował do ParyŜa. Stamtąd 

radosna wieść pomknęła w świat i tysiące miast i miasteczek zmartwiałych w 

koszmarnym wyczekiwaniu oŜyło gorączką radości; gdy ja stałem nad jamą, o 

zagładzie Marsjan wiedziano juŜ w Dublinie, Edynburgu, Manchesterze i 

background image

Birminghamie. Ludzie płacząc i krzycząc z radości rzucali pracę, padali sobie w 

objęcia, by po chwili pędzić z krzykiem na dworzec i pchać się do szczelnie 

wypełnionych, zdąŜających z całego kraju ku Londynowi pociągów.

Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, oŜyły teraz i przesyłając 

radosne posłanie rozdzwoniły całą Anglię. Wychudli, brudni, zmęczeni ludzie 

podąŜali wszystkimi drogami, pieszo, na bicyklach; wozami, rozgłaszając radosnym 

zgiełkiem wieść o niespodzianym ocaleniu. A Ŝywność! Przez kanał La Manche, 

przez Morze Irlandzkie, przez Atlantyk płynął strumień ziarna, chleba i mięsa. 

Zdawało się, Ŝe wszystkie okręty świata skierowano do Londynu. Ja jednak nic z tego 

nie pamiętam. Błąkałem się bez celu jak oszalały. Znalazłem się wreszcie wśród 

dobrych jakichś ludzi, którzy napotkali mnie na trzeci dzień, płaczącego i 

nieprzytomnego, krąŜącego uliczkami w pobliŜu St. John's Wood. Opowiadali mi 

później, Ŝe wyśpiewywałem coś bez sensu o "ostatnim Ŝyjącym człowieku". Mając 

niemało własnych kłopotów, ludzie ci, których nazwiska nawet nie mogę tu 

przytoczyć, choć usilnie pragnę wyrazić im swą wdzięczność, zajęli się mną 

troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej teŜ dowiedzieli 

się coś niecoś o tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów.

Gdy wróciłem juŜ całkowicie do zmysłów, opowiedzieli mi bardzo ostroŜnie 

to, czego udało im się tymczasem dowiedzieć o losie Leatherhead. Dwa dni po mym 

uwięzieniu zostało ono zniszczone przez Marsjan, przy czym nikt nie ocalał. Zmietli 

je po prostu z powierzchni Ziemi, ot tak

sobie, bez Ŝadnej przyczyny, jak chłopcy, którzy z nadmiaru sił Ŝywotnych 

rozwalają czasem mrowisko.

Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo 

smutny, oni zaś opiekowali się mną. Po powrocie do zdrowia pozostałem u nich 

jeszcze przez cztery dni. Ciągle jednak czułem, Ŝe pcha mnie jakaś siła, by choć raz 

jeszcze spojrzeć na szczątki Ŝycia, które tak przecieŜ niedawno wydawało mi się jasne 

i szczęśliwe. Usiłowali powstrzymać mnie. Było to, ich zdaniem, niepotrzebne 

rozdrapywanie nie zaschłych jeszcze ran. Robili, co było w ich mocy, aby odwrócić 

me chorobliwe myśli od tej wyprawy w przeszłość. W końcu nie mogłem jednak 

oprzeć się ślepemu -nakazowi wewnętrznemu i; obiecując niezawodnie powrócić, 

opuściłem ze łzami w oczach mych czterodniowych przyjaciół, by znów wyjść na 

puste tak jeszcze niedawno, obce i nieme ulice.

Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte, 

background image

widziałem nawet wodę zdatną do picia, bijącą z ulicznych wodotrysków"

Pamiętam, jak szyderczo jaśniało słońce, gdy. rozpoczynałem smutną tną 

pielgrzymkę do domku w Woking, jakie oŜywione, ruchliwe było miasto dokoła. 

Uwijało się tu takie mnóstwo zajętych czymś, ludzi, Ŝe niewiarygodną .wprost 

wydawała się niedawna śmierć tylu ich tysięcy. Twarze były poŜółkłe, włosy w 

nieładzie, oczy szeroko rozwarte i jakby wyblakłe, większość zaś odziana była w 

łachmany. Lecz na wszystkich tych twarzach, we wszystkich oczach dwa wyczytałbyś 

tylko uczucia: podniecenia i zawziętej energii - lub posępnej determinacji. Gdyby nie 

to, Londyn byłby w tych dniach miastem włóczęgów. Na ulicach rozdzielano hojnie 

chleb nadesłany z Francji. Nielicznym koniom znać było wszystkie Ŝebra. Na rogach 

ulic stali juŜ policjanci. Zniszczenia poczynione przez Marsjan ujrzałem dopiero na 

ulicy Wellingtona, tam teŜ spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach 

mostu Waterloo.

U wejścia na most zauwaŜyłem, jakŜe charakterystyczny dla tych 

groteskowych dni, dziwaczny obrazek. Do gęstwy Czerwonego Zielska przypięty był 

patykiem arkusz papieru, świeŜo wydany numer Daily Mail, pierwszy, jaki ukazał się 

po wielu dniach przerwy. Znalazłem w kieszeni sczerniałego szylinga i kupiłem 

gazetę. Wydawca nie zapełnił całego numeru, większa część szpalt pozostała nie 

zadrukowana, ostatnią zaś stronę wypełniały dawne jeszcze reklamy i ogłoszenia. W 

gazecie znalazłem jedynie oddane drukiem wraŜenia piszącego, agencje prasowe 

widocznie nie podjęły jeszcze pracy. Nie dowiedziałem się niczego nowego ponad to, 

Ŝ

e juŜ po tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Mars

jan osiągnięto zadziwiające wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co 

zresztą nie uwierzyłem, Ŝe poznano juŜ tajemnicę lotu. 7. dworca Waterloo 

odchodziły pociągi przewoŜące bezpłatnie ludność do domów. Pierwsza fala 

powracających spłynęła juŜ parę dni temu. W pociągu niewielu było pasaŜerów, ja zaś 

nie miałem nastroju do rozmów, toteŜ usiadłem w pustym przedziale i patrzyłem, 

skrzyŜowawszy ręce na piersiach, na mknącą za oknem, skąpaną w słońcu panoramę 

zniszczeń. TuŜ za stacją pociąg biegł powoli po prowizorycznie ułoŜonych torach, po 

obu zaś stronach ciągnęły się sczerniałe ruiny domów. AŜ do Clapham, mimo 

dwudniowego deszczu i burzy, Londyn pokryty był osadem Czarnego Dymu: W 

Clapham tory były uszkodzone. Setki bezrobotnych sklepikarzy i urzędników ramię w 

ramię z kolejarzami trudziło się przy ich naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na 

background image

złączach pośpiesznie ułoŜonych. szyn.

Cała okolica wzdłuŜ toru wyglądała niezwykle i smętnie. Wimbledon ucierpiał 

szczególnie. Najmniej, zdawało się, ucierpiał Walton, przynajmniej las otaczający go 

nie był spalony. Rzeczki Wandle i Mole, a takŜe kaŜdy, najmniejszy nawet 

strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego Zielska, to podobnego do stosu 

mięsiwa w jatce, to znów do poszatkowanej fioletowej kapusty. Sosnowe lasy Surrey 

wydawały się uschłe, tak rozpleniło się tam Czerwone Pnącze. Za Wimbledonem, w 

pobliŜu toru, widać było zwały ziemi wokół szóstego walca. Stało tam mnóstwo ludzi 

przyglądających się pracy saperów. Nad nimi trzepotała wesoło na porannym 

wietrzyku chorągiew narodowa. Całą okolicę pokrywała karmazynowa roślinność, 

raŜąc boleśnie oko purpurowym odcieniem. Spojrzenie umęczone nieustanną 

szarzyzną zgliszcz i posępną czerwienią roślin szukało ukojenia w łagodnych 

zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz.

Dojazd do Woking od strony Londynu nie został jeszcze naprawiony, toteŜ 

wysiadłem w Byfleet i poszedłem gościńcem do Maybury. Minąłem po drodze 

miejsce, gdzie rozmawialiśmy wraz z artylerzystą z patrolem huzarów, potem to, w 

którym ujrzałem wśród burzy pierwszego Marsjanina w Bojowej Machinie. Pchnięty 

ciekawością zboczyłem nieco, by w plątaninie czerwonego listowia odnaleźć 

przewróconą bryczkę i zbielałe, obgryzione, rozwleczone dokoła końskie kości. 

Długo przyglądałem się tym szczątkom...

Zagłębiłem się w las i brnąc miejscami po szyję w Czerwonym Zielsku 

zobaczyłem, iŜ oberŜysta został juŜ pochowany; mijając College Arms zbliŜyłem się 

wreszcie do domu. Jakiś stojący w rozwartych drzwiach swej willi męŜczyzna powitał 

mnie, gdy go mijałem, po nazwisku.

Rzuciłem na nasz domek pełne nadziei spojrzenie, zgasła ona jednak 

natychmiast. Drzwi były wywaŜone, nie domknięte i podchodząc dostrzegłem,jak 

porusza nimi i trzaska przeciąg.

W otwartym oknie gabinetu, przez które wyglądałem wówczas, aŜ do świtu, 

wraz z artylerzystą, powiewały franki. Nikt od tego czasu go nie zamknął. Połamane 

krzewy wyglądały tak samo jak wtedy, cztery bez mała tygodnie temu, gdy 

odchodziłem. Wszedłem do przedpokoju po to tylko, by wszystkimi zmysłami odczuć 

beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam gdzie przemoczony burzą 

siedziałem bezsilnie w ową okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. Na stopniach 

zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp.

background image

Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz 

papieru, na którym kreśliłem mą rozprawkę w tym właśnie dniu, gdy otworzył się 

pierwszy walec. Długo stałem odczytując po wielekroć dawno juŜ zapomniane zdania. 

Pisałem wówczas o tym, jak będzie prawdopodobnie rozwijać się nasza moralność w 

miarę rozwoju cywilizacji; ostatnie zaś słowa były początkiem przepowiedni: "Za 

jakieś dwieście lat" napisałem "moŜemy oczekiwać..." w tym miejscu zdanie urywało 

się. Wspomniałem, jak nie udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak rzuciłem 

wszystko i zbiegłem na dół, by nabyć u gazeciarza Daily Chronicle. Wspomniałem, 

jak pędziłem do furtki, gdy nadchodził, i jak słuchałem dziwacznej historii o 

"ludziach z Marsa". Zszedłem na dół i stanąłem w jadalni. Na stole leŜał chleb i 

baranina zupełnie juŜ zepsuta, i przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak 

pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc z domu. Mieszkanie było puste. Pojąłem, 

jakim szaleństwem była tak długo piastowana nikła nadzieja. Raptem zaszło coś 

dziwnego.

- To nie ma przecieŜ sensu - rozległ się czyjś głos- dom jest opuszczony. JuŜ 

od dawna nie ma w nim nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt 

prócz ciebie nie ocalał.

ZadrŜałem. Czy to ja sam myślałem na głos? Zwróciłem się ku szerokiemu 

francuskiemu oknu, wychodzącemu do ogrodu, zbliŜyłem się doń i wyjrzałem.

I oto nie mniej ode mnie zdziwieni i zalęknieni stali tam kuzyn mój i Ŝona - 

pobladła - powstrzymująca łzy. Na mój widok krzyknęła słabo.

- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam...

Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w 

ramiona.

10 Epilog

Mogę tylko Ŝałować; iŜ teraz, kończąc juŜ mą opowieść, tak niewiele 

wniosłem do dyskusji nad licznymi nie rozwiązanymi, jak dotąd, zagadnieniami. 

Krytyk obawiam się z jednego tylko względu. Oto właściwą mą dziedziną jest 

filozofia. Wiedzę o fizjologii porównawczej zaczerpnąłem z paru zaledwie ksiąŜek, 

lecz twierdzenia Carvera o przyczynach nagłej zguby Marsjan wydają się tak 

prawdopodobne, iŜ mogą być uznane za pewnik. Stwierdziłem to juŜ zresztą w toku 

opowiadania.

W kaŜdym razie w ciałach Marsjan badanych po wojnie nie wykryto Ŝadnych 

background image

innych drobnoustrojów prócz gatunków znanych, dotychczas na Ziemi. To, Ŝe 

przybysze nie grzebali swych zmarłych, jak i to, Ŝe niedbale obchodzili się ze 

zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, równieŜ wskazuje na całkowitą 

nieznajomość procesów gnilnych. Trzeba jednak stwierdzić, iŜ przy całym swym 

prawdopodobieństwie wnioski te nie zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone.

Nie jest równieŜ znany skład chemiczny Czarnego Dymu uŜywanego z tak 

straszliwym skutkiem przez Marsjan. Zagadką pozostało takŜe i źródło Snopa Gorąca. 

Okropne wypadki, jakie wydarzyły się w laboratoriach w Ealing i South Kensington, 

powstrzymały fizyków od dalszych.z nimi doświadczeń. Analiza spektralna czarnego 

pyłu wykazała nieomylnie obecność nieznanego pierwiastka, dającego trzy lśniące 

linie w zielonym polu widma, przy czym moŜliwe jest, iŜ łączy się on z argonem 

wytwarzając związek oddziałujący zabójczo na któryś ze składników krwi. Te jednak 

nie udokumentowane niczym rozwaŜania nie zainteresują zapewne zwykłego 

czytelnika, dla którego przeznaczyłem tę opowieść. Nie zbadano równieŜ brązowej 

piany spływającej do morza Tamizą po zniszczeniu Machiny Bojowej pod 

Shepperton, teraz zaś jest juŜ oczywiście za późno.

Wyniki badań anatomicznych resztek Marsjan pozostawionych przez 

wygłodniałe psy przedstawiłem juŜ wcześniej. KaŜdy jednak moŜe zapoznać się ze 

wspaniale zachowanym w spirytusie, nie uszkodzonym okazem w Muzeum 

Przyrodniczym jak równieŜ z niezliczonymi rysunkami i fotografiami tego okazu; dla 

fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające. '

Znacznie waŜniejsze i ogólniejsze natomiast jest pytanie, -czy naleŜy liczyć się 

z moŜliwością ponownego najazdu Marsjan. Nie wydaje mi się, by sprawie tej 

poświęcono, jak dotąd, naleŜytą uwagę. W tej chwili.odle

głość od Marsa jest ogromna, przy kaŜdej jednak opozycji ja przynajmniej 

oczekuję nowych z ich strony prób. W kaŜdym zaś razie winniśmy być do tego 

przygotowani. Sądzę, Ŝe da się z wielką dokładnością ustalić połoŜenie działa, które 

oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie obserwować tę część-planety, by 

zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu.

MoŜna by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii 

walce, jeszcze zanim ostygną na tyle, by Marsjanie mogli się z nich wydostać, lub teŜ 

wybić ich za pomocą granatów natychmiast po odkręceniu się śruby. Wydaje mi się, 

Ŝ

e stracili oni jednak, i to bezpowrotnie, tę wielką nad nami przewagę, jaką dało im 

przy pierwszym na nas najeździe zaskoczenie. Być moŜe, iŜ pogląd ich jest podobny 

background image

do mego.

Lessing ma dostateczne podstawy, by twierdzić, iŜ Marsjanom udało się 

dokonać lądowania na Wenus. Przed siedmiu miesiącami Mars był w opozycji z tą 

planetą i wówczas to właśnie astronomowie dostrzegli na nie oświetlonej jej części, 

zwróconej ku Marsowi, szczególne sinusoidalnego kształtu znaki świetlne i 

równocześnie niemal takie same znaki dostrzeŜono na fotografiach Marsa. Wystarczy 

porównać zdjęcia obu tych tarcz, aby zadziwiające podobieństwo znaków stało się 

zupełnie oczywiste.

W kaŜdym bądź razie, czy moŜemy spodziewać się ponownego najazdu, czy 

teŜ nie - nasz pogląd na przyszłe losy ludzkości musi pod wpływem niedawnych 

wypadków ulec gruntownej zmianie. Nauczyły nas one, Ŝe nie wolno uwaŜać naszego 

globu za całkowicie bezpieczne schronienie; nigdy przecieŜ nie da się przewidzieć, 

jakie nieznane, dobre czy złe, istoty mogą spaść do nas z międzyplanetarnych 

przestrzeni. MoŜna jednak stwierdzić, iŜ w ostatecznym rozrachunku najazd Marsjan 

przyniósł ludzkości wiele korzyści. Odebrał nam bowiem to nieuzasadnione 

zadufanie, które zazwyczaj staje się przyczyną upadku. Przyniósł równieŜ w darze 

naszej wiedzy rzeczy nowe i niezwykłe i przyczynił się do powaŜnego wzrostu 

poczucia wspólnoty na Ziemi. Być moŜe, iŜ poprzez gwiezdne przestrzenie Marsjanie 

widzieli los swych wysłanników i dobrze pojęli tę lekcję, być moŜe takŜe, iŜ na 

Wenus znaleźli bardziej sprzyjające warunki bytowania. Niech sobie zresztą będzie, 

co chce, lecz przez wiele jeszcze lat nie zniknie napięcie, z jakim obserwować będą 

tu, na Ziemi, tarczę Marsa i spadające gwiazdy, które w tamtych okrutnych dniach 

przyniosły ludzkości tyle nieszczęść.

Trudno równieŜ przecenić wpływ najazdu na rozszerzenie się naszych 

.horyzontów myślowych. Zanim pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne 

przeświadczenie, iŜ w całym nieobjętym wszechświecie tylko

na malutkiej naszej Ziemi kwitnie Ŝycie. Dziś wiemy juŜ znacznie więcej. Jeśli 

Marsjanie potrafili dotrzeć do Wenus, nie ma podstaw, by sądzić, Ŝe nie potrafi 

dokonać tego takŜe i człowiek, gdy zaś powolne stygnięcie Słońca sprawi, iŜ na Ziemi 

nie będzie juŜ moŜna Ŝyć dłuŜej, co przecieŜ nieuchronnie musi kiedyś nastąpić, być 

moŜe trzeba będzie przenieść potok ziemskiego Ŝycia na siostrzaną planetę. Czy 

dokonamy tego?

Mglista i wspaniała jest wizja, jaką stworzył mój umysł, wizja Ŝycia 

background image

przenoszonego stopniowo z malutkiego zarodka, jakim jest nasz Układ Słoneczny, aŜ 

w najodleglejsze krańce wszechświata. Odległe to jeszcze marzenie. ś drugiej jednak 

strony niewykluczone, iŜ zagłada pierwszych Marsjan odroczyła tylko naszą zgubę. 

Do nich, być moŜe, nie do nas naleŜy przyszłość.

Muszę wyznać, iŜ groza i burzliwość tamtych czasów pozostawiły w mym 

umyśle zwątpienie i niepewność. Bywa, iŜ siedząc przy świetle lampy nad pracą w 

cichym gabinecie, dostrzegam gdzieś w dole, przed sobą, rozległą równinę pokrytą 

wijącymi się płomieniami, za plecami zaś czuję pustkę i samotność domu. Wychodzę 

na gościniec do Byfleet, mijają mnie pojazdy, wóz rzeźnika, bryczka pełna gości, 

robotnik na rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle wszystko to roztapia się we 

mgle, staje się nierzeczywiste i wydaje mi się, Ŝe idę z artylerzystą przez upalną, pustą 

ciszę. Nocami widuję czarny kurz pokrywający ulice i poskręcane dziwacznie, 

spowite kirem pyłu trupy. Schodzą się całymi gromadami, straszne, poszarpane przez 

psy, mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne

, ja zaś budzę się zmęczony, zlany potem, wpatrzony niewidzącymi oczami w 

ciemność nocy.

Jadę do Londynu i ruchliwe, pełne Ŝycia Fleet Street i Strand znów widzę jako 

ciche, wymarłe zaułki. Snują się wokół upiory przeszłości, martwe cienie, szydzące z 

oŜywionego dziś miasta. Jak dziwnie jest stanąć na szczycie wzgórza Primrose, a 

uczyniłem to właśnie wczoraj, przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na morze 

domków spowite niebieską mgiełką dymów, zlewające się z chmurnym, nawisłem 

nisko niebem, patrzeć na spacerujących beztrosko pośród kwietników ludzi, na 

gapiów podziwiających do dziś stojące tam machiny Marsjan, przysłuchiwać się 

hałaśliwym igraszkom dzieci i wspominać chwile, gdy patrzyłem na Londyn, taki 

jasny, tak wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim 

dniu.

Najdziwniejsze zaś - to móc znowu trzymać dłoń mej Ŝony i wspominać 

chwile, gdy oboje myśleliśmy o sobie jako o ludziach martwych.

Spis rzeczy

Księga pierwsza 

Przybycie Marsjan

1 W przededniu wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 

background image

2 Spadająca gwiazda . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 

3 świrowisko pod Horsell. . . . . . . . . . . . . . . 15 

4 Walec otwiera się . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 

5 Snop Gorąca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham. . .- . . . . : 23 

7 Jak dotarłem do domu . . . . . . . . . . . . . . . 25 

8 Piątkowa noc. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28 

9 Walka rozpoczyna się . . . . . . . . . . . . . . . . 30 

10 Nawałnica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 

11 U okna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40 

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 44 

13 Jak spotkałem się z wikarym . . . . . . . . . . . . 52 

14 W Londynie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57 

15 Co stało się w Surrey . . . . . . . . . . . . . . . . 65 

16 Ucieczka z Londynu. . . . . . . . . . . . . . . . . 71 

17 Dziecię Gromu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81 

Księga druga

Ziemia we władzy Marsjan

1 Zdeptani . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 90 

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach. . . . . . . . 96 

3 Dni więzienne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103 

4 Śmierć wikarego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 108 

5 Cisza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111 

6 Trud dni piętnastu. . . . . . . . . . . . . . . . . . 113 

7 Człowiek ze wzgórza pod Putney . . . . . . . . 116 

8 Londyn wymarły. . . .  . . . . . . . 129 

9 Ocaleni z rozbicia . . . . . . . . 136 

10 Epilog . . . . . . . . . . . . . 140

(scaned by MarcinW®)