Herbert George Welles
Wojna światów
KSIĘGA PIERWSZA
PRZYBYCIE MARSJAN
1. W PRZEDEDNIU WOJNY
Nikt pod koniec dziewiętnastego wieku nie uwierzyłby chyba, iŜ Ŝycie ludzi
bacznie i wszechstronnie obserwują istoty mądrzejsze od człowieka, a przecieŜ jak i
on śmiertelne; Ŝe krzątających się wokół swych spraw codziennych ludzi badają i
analizują one równie być moŜe skrupulatnie, jak skrupulatnie bada człowiek pad
mikroskopem rające się i mnoŜące w kropli wody drobnoustroje. Snując się,
niezmiernie radzi z siebie, po naszym globie, szczerze jesteśmy przekonani o swej
władzy nad materią. MoŜliwe, Ŝe Ŝyjątka pod mikroskopem czują tak samo. Ale
nikomu z nas nie przyszła do głowy myśl, Ŝe są inne, starze od naszego światy, które
mogą być źródłem niebezpieczeństwa dla ludzkości. KaŜdą myśl o Ŝyciu na nich
odpędzaliśmy od siebie, uwaŜając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno
wątpliwe.
Dzisiejszego czytelnika zainteresuje niezawodnie nasz sposób myślenia z
tamtych odległych dni. Przypuszczano podówczas, Ŝe na Marsie mogą Ŝyć co
najwyŜej inni jacyś ludzie, na niŜszym od naszego stopniu rozwoju, którzy z radością
powitaliby ziemskie wyprawy misjonarskie. A tymczasem poprzez otchłań
międzyplanetarnej przestrzeni spoglądały na naszą. Ziemię zazdrosnym okiem istoty
obdarzane umysłami o tyleŜ wyŜszymi od naszych, o ile ludzkie wyŜsze są od
umysłów zagładą zagroŜonych zwierząt; o intelekcie szerokim, lecz chłodnym i
niechętnym. I powali, lecz nieuchronnie opracowywały swe plany przeciwka nam. W
pierwszych latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE.
Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iŜ Mars krąŜy dookoła Słońca w
odległości 140 000 000 mil, a światła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od
naszej Ziemi. Mars, jeśli teorie mgławicowo kryją w sobie choć ziarno prawdy, musi
być znacznie od Ziemi starszy i Ŝycie na nim musiało pojawić się na długo przed
ukształtowaniem się ziemskiej skorupy. To, Ŝe masa Marsa wynosi zaledwie jedną
siódmą masy Ziemi, przyspieszyło jego ostyganie do temperatury, w której pojawia
się Ŝycie. Co więcej, posiada on powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne
jest do podtrzymywania Ŝywego istnienia.
Człowiek jednak jest tak próŜny i tak w swej próŜności zaślepiony, iŜ do
samego schyłku XIX stulecia ne. znalazł się Ŝaden pisarz, który wyraziłby pogląd, Ŝe
mogła się tam rozwinąć Ŝycie istot rozumnych, na poziomie wyŜszym od ziemskiego.
Nie pojmowano teŜ na ogół, Ŝe na Marsie, który o wiele jest od Ziemi starszy,
powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leŜy od Słońca - Ŝycie musi
być nie tylko odleglejsze od swych początków, ale bliŜsze końca.
Nieustanne stygnięcie, któremu podległa jest przecieŜ i nasza planeta,
posunęło się u naszego sąsiada znacznie dalej. Warunki fizyczne tam panujące są dla
nas, co prawda, wciąŜ jeszcze tajemnicą - wiemy jednak, Ŝe nawet na równiku
temperatura południa osiąga zaledwie temperaturę naszych najostrzejszych zim.
Atmosfera Marsa jest o wiele bardziej rozrzedzona od naszej, oceany zaś skurczyły
się tak dalece, iŜ pokrywają juŜ tylko jedną trzecią powierzchni tej planety. PotęŜne
lodowce zalegają oba jej bieguny, a wskutek powolnych zmian pór roku spełzają
coraz groźniej na obszary strefy umiarkowanej. Ten najwyŜszy stopień wyczerpania,
tak niewiarygodnie jeszcze dla naszej Ziemi odległy, stał się palącym problemem dla
mieszkańców Marsa. Pod bezpośrednim naciskiem konieczności rozkwitła ich nauka,
urosła ich wiedza - lecz stwardniały serca. Spoglądając przez przyrządy, o jakich nam
się nawet nie śniło, w przestrzeń, w kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o
zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą cieplejszą planetę, pokrytą zielenią
roślinności, szarą od wód, z atmosferą pełną chmur - wymownym świadectwem
płodności, z przelotnym pośród tych chmur widokiem gęsto zaludnionych lądów i
upstrzonych statkami mórz.
My zaś, ludzie, stworzenia zamieszkujące tę Ziemię, byliśmy dla nich czymś
tak samo obcym i niŜszym, jak obce i niŜsze są dla nas małpy i lemury. Umysł
człowieka pojął juŜ prawdę, iŜ Ŝycie jest nieustanną walką o byt. Wydaje się, Ŝe
prawdę, tę wyznawali równieŜ Marsjanie. Ich świat stygł coraz bardziej, nasz zaś
pełen był Ŝycia, śycia obcego im. niŜszego. pierwotnego. Jedyną ucieczką od groźby
nieuniknionego końca, groźby wzrastającej z pokolenia na pokolenie, było dla nich
przedsięwzięcie wyprawy wojennej bliŜej Słońca.
Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie. jak bezlitośnie tępił
własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy
ludzkie, na niŜszym stające szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni
doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z: Europy. CzyŜ tacy z nas
apostołowie litości, byśmy mieli prawo Ŝalić się na Marsjan postępujących tak samo z
nami?
Obmyślili oni swoje lądowanie na Ziemi z zadziwiającą wprost precyzją - ich
wiedza matematyczna stoi niewątpliwie znacznie wyŜej od naszej - i poprowadzili
przygotowania prawie zupełnie jednomyślnie. Gdyby nasze przyrządy pozwalały na
to, wzbierające niebezpieczeństwo moŜna by dostrzec znacznie juŜ wcześniej w XIX
wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali wprawdzie czerwoną planetę -
nawiasem mówiąc ciekawe, Ŝe Mars z dawien dawna uchodził za symbol wojny - lecz
nie potrafili pojąć zmian zachodzących w wyglądzie pewnych wycinków jej
powierzchni, choć tak dokładnie umieli zmiany te nanosić na mapy. A przez cały ten
czas Marsjanie przygotowywali się.
W 1894 roku, w czasie wielkiej apozycji Marsa, dostrzeŜono jasny błysk na
oświetlonej części jego tarczy. Pierwsze ujrzało go obserwatorium Licka, nieco
później Perrotin w Nicei, potem zaś inne obserwatoria. Angielska publiczność
dowiedziała się o tym po raz pierwszy 2 sierpnia z artykułów w Przyrodzie. Ja
osobiście skłonny jestem przypuszczać, iŜ zjawiska to było błyskiem wystrzału
oddanego z głębokiego szybu wyrytego w skorupie Marsa, niby z potęŜnego działa
wyrzucającego skierowane na Ziemię pociski. Pojawienie się szczególnych
punkcików dostrzeŜonych w pobliŜu miejsca błysku podczas dwu następnych
opozycji nie zastała dotychczas wyjaśnione.
Burza zwaliła się na nas przed sześciu laty. Gdy Mars osiągnął największe
przybliŜenie, Lavelle z Jawy zelektryzował cały świat astronomiczny zadziwiającą
wiadomością a potęŜnym na tej planecie wybuchu rozŜarzonych do białości gazów.
Stała się to dwunastego przed północą, przy czym uŜyty przezeń natychmiast
spektroskop wykazał wielką masę płonących gazów, głównie wodoru, mknącą z
błyskawiczną szybkością w kierunku Ziemi. Ten strumień ognia przestał być
widoczny mniej więcej po piętnastu minutach. Astronom porównywał go do
olbrzymiego kłębu płomieni wytrysłych gwałtownie z planety, "zupełnie jak płomień
z wylotu lufy",
Później dopiero okazało się, jak trafne była ta porównanie. Następnego jednak
dnia nie znalazłbyś, z wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph ani słowa o
tym zjawisku w Ŝadnej gazecie i świat Ŝył dalej nic nie wiedząc o największym
niebezpieczeństwie jakie kiedykolwiek zagraŜało rodzajowi ludzkiemu. Nie
dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem nie spotkał w Ottershaw
słynnego astronoma Ogilvy'ego. Wiadomość o niezwykłym zjawisku bardzo go
poruszyła i temu właśnie zawdzięczałem zaproszenie, by tegoŜ wieczoru obserwować
z nim razem czerwoną planetę.
Mimo wszystko, co potem zaszło - wieczór ów pamiętam bardzo dokładnie.
Ciemne i milczące obserwatorium, nikłą plamę światła przyćmionej latarni w kącie,
monotonne tykanie mechanizmu zegarowego przy teleskopie, wreszcie szczelinę w
kopule dachu - podłuŜną głębię przeciętą smugą gwiezdnego pyłu. słychać było, jak
niewidoczny Ogiivy poruszał się gdzieś w pobliŜu. teleskopie widniał krąg głębokiego
granatu z unoszącą się w samym niemal jego środku planetą. Wydała mi się okruchem
ś
wiatła - taka była jasna, maleńka i nieruchoma. Przecinały ją ledwie dostrzegalne
poprzeczne kreski, a na biegunach była leciutko spłaszczona. Taka drobna, taka
srebrzyście ciepła kropelka światła! Wydawało się, Ŝe drŜy, naprawdę jednak drŜał
tylko utrzymywany nieustannym działaniem mechanizmu zegarowego na wprost
gwiazdy teleskop.
Gdy tak patrzyłem. gwiazda rosła, to malała, zbliŜała się nieco, to znów
oddalała. Było to złudzenie wywołane po prostu wysiłkiem wzroku. Dzieliła ją ode
mnie 40 000 000 mil-ponad czterdzieści milionów mil próŜni. Niewielu tylko spośród
nas potrafi wyobrazić sobie bezmiar kosmicznej pustki usianej gwiezdnym ziarnem
ś
wiatów.
W pobliŜu Marsa, pamiętam, tkwiły trzy świetlne kropki, trzy nieskończenie
odległe, widoczne tylko przez teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się
nieprzenikniona ciemność próŜni. Wiecie, jak wygląda ciemność nieba w gwiaździstą
mroźną noc. W teleskopie wydaje się ona daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo
tak odległe i małe, mknęło bez wytchnienia poprzez niezmierzoną przestrzeń, zbliŜało
się o tysiące mit z kaŜdą chwilą; nadchodziło wysłane przez tamtych COŚ - co miało
przynieść nam walkę i nieszczęścia i śmierć. Patrząc na nieruchomą gwiazdę nie
ś
niłem nawet o tym. Nikt na całej kuli ziemskiej nie śnił o bezbłędnie wymierzonych
w nas pociskach.
Tej nocy takŜe nastąpił wybuch gazów na odległej planecie. Dojrzałem go.
Czerwony błysk na krawędzi tarczy, ledwie dostrzegalny zarys wytrysku światła -
akurat gdy chronometr wydzwaniał północ. Przywołałem Ogilvy'ego, by zastąpił mnie
przy teleskopie. Noc była upalna i chciało mi się pić. Stąpając niezdarnie i potykając
się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś
o pędzących w naszą stronę kłębach gazów.
Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk,
prawdopodobnie juŜ drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak
siedziałem na stole tam, w ciemności, a przed oczami migotały mi zielone i szkarłatne
plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić światło. Nie podejrzewałem, co
oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy obserwował do
pierwszej, potem takŜe dał spokój. Z jasno juŜ płonącą latarnią wracaliśmy do domu.
Gdzieś niŜej, w ciemnościach, leŜały ciche miasteczka Otershaw i Chertsey z setkami
ś
piących spokojnie mieszkańców.
Ogilvy zastanawiał się tej nocy nad warunkami, jakie panują na Marsie, i
wydrwiwał prostackie pomysły, Ŝe jego mieszkańcy dają nam jakieś znaki. Twierdził,
Ŝ
e to gęsty deszcz meteorytów spada na tę planetę lub teŜ, Ŝe rozwija się tam potęŜny
wybuch wulkanu. Udowadniał mi, jakim niepodobieństwem jest identyczny rozwój
Ŝ
ycia organicznego na dwu sąsiadujących ze sobą planetach.
- Jest moŜe jedna szansa na milion - mówił - aby na Marsie Ŝyło coś
podobnego do człowieka.
W setkach obserwatoriów widziano tej nocy błysk i następnej, i znów
następnej, i tak dziesięć razy z rzędu, noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy
wybuchy, po dziesiątym, ustały - nikt na Ziemi nie usiłował sobie tego wytłumaczyć.
Być moŜe, gazy tworzące się przy wystrzałach sprawiły w jakiś sposób kłopot
Marsjanom. W kaŜdym razie, dostrzeŜone przez najsilniejsze ziemskie teleskopy,
gęste chmury dymu i kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek o
zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze planety przesłaniając przelotnie tak
dobrze znane astronomom szczegóły jej powierzchni.
Ocknęła się wreszcie codzienna prasa. Poczęły się ukazywać popularnie
podawane wiadomości o wulkanach na Marsie. Pamiętam, Ŝe satyryczny tygodnik
Punch wykorzystał, nawet dosyć dowcipnie, temat ten do satyry politycznej. A
tymczasem; nie oczekiwane przez nikogo, szybowały ku nam wystrzelone przez
Marsjan pociski. Mknęły z chyŜością wielu mil na sekundę przez pustą otchłań
przestrzeni, godzina za godziną, dzień za dniem, wciąŜ bliŜej. i bliŜej. Dzisiaj wydaje
się czymś niemal niewiarygodnym, Ŝe mimo wiszącej wówczas nad nami groźby
zajmowaliśmy się powszednimi swoimi kłopotami. Pamiętam, jak cieszył się
Markham, gdy udało mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię
Marsa. Jeśli o mnie idzie - dzieliłem czas między dwa zajęcia naukę jazdy na bicyklu i
pracę nad szeregiem artykułów na temat prawdopodobnych dróg rozwoju moralności
w miarę postępu cywilizacji.
Pewnego wieczoru - pierwszy z pocisków był juŜ wtedy o niespełna dziesięć
milionów mil od Ziemi - wyszedłem z Ŝoną na przechadzkę. Niebo było
wygwieŜdŜone i pokazywałem jej znaki zodiaku, a potem Marsa, jasny punkcik
wspinający się powali coraz wyŜej, ku zenitowi, punkcik, na który patrzyło w tej
chwili tyle potęŜnych teleskopów. Noc była ciepła. Wracając minęliśmy grupę
spacerowiczów z Chertsey czy moŜe z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W
oddaleniu jaśniały okna domów. Ludzie kładli się spać. Ze stacji kolejowej
dochodziły, zmienione odległością w jakąś niemal melodię, dźwięki dzwonków,
dudnienie, szczęk przetaczanych wagonów. Jaskrawa siatka czerwonych, zielonych i
Ŝ
ółtych świateł sygnałowych była - wedle słów Ŝony - jakby wpięta w ciemną ramę
nieba. Wszystko tu wydawało się takie spokojne, takie bezpieczne.
2. Spadająca gwiazda
Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem
ujrzano wysoko w górze krechę ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na
wschód i zgasła. Patrzyły na nią setki ludzi .biorąc je niczawodnie za ślad zwykłego
meteoru. Według opisu reportera Albina ciągnął on za sobą zielonkawy, jarzący się
przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy nasz autorytet w dziedzinie
meteorytów, stwierdził, iŜ dostrzeŜono go na wysokości około dziewięćdziesięciu, a
moŜe stu mil. Zdawało mu się, Ŝe bolid spadł o jakieś sto mil na wschód.
Nocy tej byłem w domu, pracowałem w gabinecie, a chociaŜ okno wychodzi
na Ottershaw i zasłona była podniesiona (lubiłem w tamtych czasach spoglądać w
nocne niebo) - nie dostrzegłem nic. A przecieŜ najdziwniejszy ten przedmiot, jaki
kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na Ziemię, spadł wtedy właśnie i ujrzałbym go
niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie jego lotu twierdzą, iŜ
mknął ze świstem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób w
13erkshire, Surmy i Middlesex, ale wydawało im się pewnie, Ŝe to spada jakiś
zwyczajny meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej jeszcze nocy.
Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekona
ny, iŜ leŜy ona gdzieś na polach między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał
się skoro świt i ruszył na poszukiwania. Odnalazł ją rzeczywiście, krótko po
wschodzie słońca, w pobliŜu Ŝwirowiska. Pocisk uderzając z wielką siłą o ziemię
wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie strony Ŝwir i piasek zasypując
wrzosowisko. Powstałe w ten sposób zwały widać było o półtorej mili. Wschodnia
część wrzosowiska płonęła i na tle wschodzącego właśnie słońca snuty się
przezroczyste niebieskawe dymki.
Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się
pogruchotane resztki połamanych przy upadku sosen. Widoczna jego część
przypominała ogromnych rozmiarów walec pokryty grubą okładziną z płyt lub raczej
z prostokątnych ciemnobrązowych łusek. średnica walca mogła wynosić ze
trzydzieści jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem -
meteory są zazwyczaj. mniej lub bardziej kuliste - chciał podejść do bryły, była ona
jednak wciąŜ jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez atmosferę
ziemską, Ŝe zamiar ten spełznął na niczym. Zgrzyty dochodzące z wnętrza walca
wziął za odgłosy wywołane nierównomiernym ostyganiem powierzchni, gdyŜ nie
przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, Ŝe walec moŜe być wydrąŜony.
Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego
wygląd, przede wszystkim zaś barwę i kształt, poczęło mu świtać mgliście, iŜ jest
moŜe jakaś celowość w przybyciu walca na Ziemię. Poranek byt cudownie cichy,
słońce nieźle juŜ przypiekało sponad rozsypanych kępami w stronę Weybridge sosen.
Nie było słychać świergotu ptaków
, nie zaszemrał najlŜejszy wietrzyk, tylko z okopconego walca dochodziły
słabe jakieś dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie.
Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iŜ wzdłuŜ kolistej krawędzi walca skruszyło
się i odpadło trochę brązowej, zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona
odrywać się i spadać na piasek płatami. Nagle odpadł duŜy kawał z takim łoskotem,
Ŝ
e w Ogilvym serce zamarło.
Chcąc zdać` sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo
bijącego z jamy Ŝaru na dno, aby obejrzeć walec z bliska. Nawet wtedy jeszcze sądził,
Ŝ
e przyczyną odpadania okładziny jest stygnięcie walca, chociaŜ nurtować go juŜ
zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się ona tylko wzdłóŜ krawędzi.I wtedy
spostrzegł, Ŝe koliste dno walca obraca się powolutku dokoła swej podłuŜnej osi.
Ruch ten był tak powolny, Ŝe niemal niedostrzegalny. ZauwaŜył go dopiero wówczas,
gdy zorientował się, Ŝe czarna plama na skraju dna będąca pięć minut temu tuŜ przed
nim
zawędrowała teraz na przeciwległą stronę. Olśniła go myś. Walec był
sztuczny! WydrąŜony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał!
- Wielkie nieba! - krzyknął Ogilvy. - Tam w środku jest człowiek... ludzie! Na
wpół zwęgleni! Usiłują się wydostać!
Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na
Marsie.
Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iŜ niepomny na gorąco y
przypadł do dna, by dopomóc w odkręcaniu. Na szczęście silne promieniowanie
uchroniło go przed spaleniem rąk groŜącym przy zetknięciu ą z wciąŜ jeszcze
rozŜarzonym metalem. Stał chwilę niezdecydowany, potem odwrócił się, wyskoczył z
jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta rano. Po drodze
spotkał jakiegoś woźnicę i probował mu tłumaczyć, ale zarówno wygląd jego-
kapelusz zgubił w jamie jak i to, co mówił, było tak niesamowite, Ŝe chłopina zaciął
konia i odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się teŜ z pomywaczem otwiera- t
jącyrn właśnie oberŜę przy moście w Horsell. Człowiek ten wziął go za wariata i
nawet usiłował, bezskutecznie na szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco
otrzeźwiło, kiedy więc ujrzał w ogródku londyńskiego dziennikarza Hendersona
krzyknął do niego przez płot i począł opowia dać bardziej juŜ zrozumiale.
- Henderson! - zawołał. - Widział pan ten wczorajszy meteor? - A bo co? -
zapytał Henderson.
- LeŜy na polu, za Horsell!
- Mój BoŜe! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe!
- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! 1 coś jest
w środku!
Henderson podniósł się trzymając:w ręku łopatę.
- Co takiego? - zapytał: Henderson był przygłuchy na jedno ucho. Ogilvy
opowiedział mu wszystko, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę, potom
rzucił łopatę, wdział marynarkę i wybiegł na ulicę. Popędzili we dwójkę z powrotem
na pole i stwierdzili, Ŝe walec nie zmienił połoŜenia. Nie było teŜ słychać zgrzytów,
za to pomiędzy ścianą a dnem ukazał się wąziutki paseczek lśniącego metalu. Przez tę
szczelinę wchodziło do walca lub, być moŜe, uchodziło z niego z lekkim sykiem
powietrze. Chwilę nasłuchiwali, postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy
Ŝ
adnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, Ŝe człowiek czy ludzie w
walcu muszą być nieprzytomni lub zgoła martwi.
Sami oczywiście nie mogli im w niczym dopomóc, wykrzykiwali więc ,
tylko przez chwilę słowa otuchy i obietnic, po czym udali się z powrotem po
pomoc. MoŜna ich sobie wyobrazić, jak ubrudzeni piaskiem, podnieceni, z odzieŜą w
nieładzie gnali pogodnym rankiem przez miasteczko pełne trzasku odsłanianych
Ŝ
aluzji wystawowych i okiennic sypialni. Henderson popędził prosto na pocztę, aby
nadać depeszę do Londynu. Arykuły w prasie przygotowywały juŜ, bądŜ co bądź,
umysły ludzkie do uznania takiej wiadomości za wiarygodną.
JuŜ o ósmej wielu wyrostków i dorosłych poszło na pola, by obejrzeć
"nieboszczyków z Marsa". Tak się ta historia rozpoczęła. Ja dowiedziałem się o
wszystkim od gazeciarza, gdy mniej więcej za. kwadrans dziewiąta wyszedłem jak
zwykle po Daily Chronicle. Wiadomości te poruszyły mnie oczywiście bardzo, toteŜ
nie tracąc ani chwili poszedłem na przełaj przez Ottershaw ku Ŝwirowisku.
3 świrowisko pod Horsell
Zastałem tam tłumek złoŜony z dwudziestu moŜe ludzi otaczających wielką
jamę, w której Spoczywał walec. Wcześniej juŜ opisałem wygląd tej olbrzymiej,
wbitej głęboko w ziemię bryły. świr i trawa dokoła wyglądały jak osmalone nagłym
wybuchem. Był to niewątpliwie skutek zderzenia z rozŜarzonym bolidem. Nie
zastałem przy jamie ani Hendersona, ani Ogilvy'ego. Widocznie przekonawszy się, Ŝe
nie ma na razie nic do zrobienia ; udali się na śniadanie do domu HenderSOna.
Kilku wyrostków siedziało na skraju jamy i wymachując nogami zabawiało
się, dopókim im tego nie zabroniłem, rzucaniem w walec kamieniami. Odpędzeni -
zaczęli bawić się w berka uwijając się między grupami gapiów.
Byli tu dwaj cykliści, ogrodnik, którego niekiedy zatrudniałem w naszym
ogródku, dziewczynka z niemowlęciem na ręku, rzeźnik Gregg z synkiem i kilku
łazików obijających się zazwyczaj koło dworca i wynaj mujących się jako pomoc do
noszenia kijów golfowych. Nie było słychać Ŝadnych prawie rozmów. W tamtych
czasach astronomia była dla prostych ludzi w Anglii czymś zupełnie nie znanym.
Większość zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno walca.
Pozostawało ono zresztą od czasu odejścia Ogilvy'ego i Hendersona w nie
zmienionym połoŜeniu. WyobraŜam sobie, jak rozczarowali się wszyscy ci ludzie
zastając tu zamiast spodziewanego stosu zwęglonych trupów - nieru
chomą bryłę metalu. Niektórzy odchodzili, na ich miejsce przybywali inni.
Zszedłem do jamy i wydało mi się, Ŝe z dołu, spad mych nóg, słychać słabe jakieś
dźwięki. Pewien natomiast byłem jednego - Ŝe dno przestało się obracać.
Niezwykłość walca stała się dla mnie oczywista wtedy dopiero, gdy ujrzałem
go z bezpośredniej bliskości. Na pierwszy rzut oka nie robił większego wraŜenia niŜ
przewrócony wagon czy zwalone w poprzek drogi drzewo. A moŜe nawet mniejsze.
Najbardziej przypominał zagrzebany w piachu, zardzewiały ze starości zbiornik z
gazowni.
Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauwaŜyć, Ŝe rdzawa jego
okładzina to nie zwyczajna rdza, a Ŝółtawobiały metal połyskujący między ścianą i
dnem teŜ nie wygląda zwyczajnie. Pojęcie "nieziemski" dla większości tu zebranych
nie zawierało Ŝadnej treści.
JuŜ wtedy byłem przekonany, Ŝe przedmiot ten przybył do nas z Marsa. Nie
sądziłem jednak, aby mogła w nim być jakaś Ŝyjąca istota. Przypuszczałem, iŜ dno
odkręca się automatycznie. Pomimo wywodów Ogilvy'ego wciąŜ jeszcze wierzyłem,
Ŝ
e na Marsie Ŝyją ludzie. WyobraŜałem sobie, Ŝe znajdziemy w walcu jakieś wzorce i
monety, jakieś rękopisy, myślałem o trudnościach połączonych z ich
rozszyfrowaniem. Walec był
jednak zbyt duŜy, by zawierać taki tylko ładunek. Z wielką tedy
niecierpliwością czekałem na całkowite wykręcenie się dna. Kiedy koło jedenastej
spostrzegłem, Ŝe nadal nic się nie dzieje, ruszyłem z głową nabitą myślami do
Maybury, do domu. Ale i tu nie dały mi one spokojnie pracować nad moimi
abstrakcyjnymi badaniami.
Po południu-wygląd pola zmienił się nie do poznania. Wczesne wydania
wieczornych gazet poruszyły Londyn ogromnymi tytułami w rodzaju: ,,POSŁANIE Z
MARSA" lub "GODNE UWAGI WYDARZENIE W WOKING" itd. W dodatku
depesza Ogilvy'ego do Instytutu Astronomicznego postawiła na nogi wszystkie
obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie.
Na polu opodal jamy stało ze sześć przynajmniej doroŜek z Woking, bryczka z
Cobham, a nawet jakaś wielkopańska kareta. Nie mówiąc juŜ o mnóstwie bicykli.
Prócz tego, choć dzień był upalny, wielu ludzi z Wo king i Chertsey musiało ściągnąć
tu na piechotę, tak iŜ tłum zebrał się niemały. Było w nim nawet kilka jaskrawo
odzianych kobiet.
Upał był, jak się juŜ rzekło, piekielny. Niebo bez chmurki i ani tchnienia
wietrzyku, tylko rozsiane tu i ówdzie pojedynczo sosny rzucały nieco skąpego cienia.
Płonące wrzosowisko juŜ ugaszono, cała jednak równina, jak okiem sięgnąć w stronę
Ottershaw, wypalona była i sczerniała, a
gdzieniegdzie sączyły się z niej pionowe smuŜki dymu. Przedsiębiorczy
piwiarz z Cobham przysłał syna z wózkiem pełnym butelek piwa i jabłek.
ZbliŜając się do jamy spostrzegłem nad samym jej brzegiem grupkę złoŜoną z
sześciu ludzi. Byli między nimi Ogilvy, Henderson i wysoki jasnowłosy męŜczyzna,
jak się później dowiedziałem - astronom Stent z Królewskiego Obserwatorium, a
takŜe paru robotników z łopatami i kilofami. Stent ostrym podniesionym głosem
wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym na walcu, który oczywiście ostygł juŜ
znacznie. Stent był purpurowy, po twarzy spływał mu strumieniami pot, widać było
wyraźnie, Ŝe coś go bardzo zirytowało.
DuŜa część walca została juŜ odkopana, dolny jednak koniec wciąŜ jeszcze
tkwił w ziemi. Ogilvy dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał
mnie do jamy i poprosił, bym udał się do lorda Hiltona, właściciela tej posiadłości.
Rosnący nieustannie tłum, a zwłaszcza wyrostki - mówił - bardzo utrudniają
odkopywanie. Trzeba na gwałt ogrodzić, prowizorycznie chociaŜby, jamę, by
oddzielić ją od gapiów. Powiedział takŜe, iŜ od czasu do czasu słychać jeszcze w
walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie udało się, gdyŜ nic ma ono Ŝadnych
uchwytów. Ściany są niewątpliwie bardzo grubo, być więc moŜe, iŜ dochodzące do
nas słabe dźwięki są w rzeczywistości głośnym zgiełkiem.
Prośba Ogilvy'ego ucieszyła mnie bardzo., gdyŜ spełnienie jej czyniło mnie
widzem uprzywilejowanym, dopuszczonym niechybnie poza projektowane
ogrodzenie. Co prawda lorda Hiltona nie zastałem, powiedziano
mi jednak, Ŝe spodziewają się jego przyjazdu z Londynu pociągiem
przybywającym o szóstej po południu. PoniewaŜ było dopiero piętnaście po piątej,
wróciłem do domu na podwieczorek, potem zaś pośpieszyłem na dworzec, aby tam na
niego czatować.
4 Walec otwiera się
Na Ŝwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się juŜ ku zachodowi. Od
strony Woking wciąŜ napływały w pośpiechu grupy ludzi, podczas gdy nieliczni tylko
wracali do domu. Tłum zarysowany ciemnym konturem na tle cytrynowoŜółtego
nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba osób. Dochodziły z niego jakieś krzyki, a
bliŜej jamy słychać było odgłosy szamotania się. Przez głowę przelatywały mi
najdziwniejsze myśli. Podchodząc bliŜej usłyszałem głos Stenta:
- Cofnąć się Cofnąć się!
W moją stronę pędził jakiś chłopczyk.
- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam
do domu!
ZbliŜyłem się pospiesznie do tłumu. Stało tam moŜe dwieście, moŜe trzysta
rozpychających się łokciami, tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących
się tam pań wykazywało nie mniejszą aktywność.
- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy.
Tłum falował, ja zaś przepychałem się siłą ku przodowi. Wszyscy byli
niezwykle podnieceni. Z jamy rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie
- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - PomóŜ odpędzić tych idiotów PrzecieŜ nie
wiadomo, co jest w tym przeklętym walcu!
Ujrzałem młodego człowieka, zdaje się sprzedawcę z Woking, stojącego na
walcu i usiłującego wydostać się z jamy, do której zepchnął go falujący tłum.
Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać juŜ było ze dwie stopy lśniącego
gwintu. Ktoś popchnął mnie tak silnie, Ŝe omal nie spadłem na obracające się dno.
Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała wykręcić się do końca, gdyŜ. dno
upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie męŜczyznę
i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie
czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.
Myślę, Ŝe wszyscy spodziewali się ujrzeć wydobywającego się z walca
człowieka, być moŜe niezupełnie podobnego do ziemskich ludzi, ale przecieŜ
człowieka. Przynajmniej ja się tego spodziewałem. Tymczasem w głębi tej czerni
ujrzałem jakieś ruchy, jakieś wciąŜ bliŜsze i bliŜsze, nakładające się szare falowania,
następnie dwie połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z wnętrza wysunęło
się coś na kształt szarego węŜa grubości zwykłej laski i poczęło wić się w powietrzu
wprost ku nam. Po chwili za pierwszym węŜem ukazał się następny.
Wstrząsnął mną nagły dreszcz. Jakaś kobieta za mną krzyknęła głośno. Na
wpół odwrócony, ze wzrokiem wciąŜ utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne
macki, począłem przepychać się dalej od skraju jamy. Widziałem wyraźniej, jak
zdumienie malujące się na twarzach otaczających mnie ludzi zmieniało się w
przeraŜenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. Tłum zaczął się cofać.
Patrzyłem, jak sprzedawca wspina się ź pośpiechem po zboczu jamy, nagle
spostrzegłem, Ŝe jestem
sam, a po przeciwnej stronie jamy tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w
pole. Znów spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany strach. Stałem
skamieniały i patrzyłem.
Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duŜe, wielkości niedźwiedzia
, szare kuliste cielsko. Wychynęło z otworu i zalśniło w promieniach słońca
jak wilgotna skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we mnie
przenikliwie. Cielsko było owalne i, moŜna by rzec, miało twarz. PoniŜej oczu
widniał otwór gębowy, wąska szrama bez warg, drgająca bezustanku, sapiąca,
ociekająca śliną. Całe ciało dyszało i pulsowało konwulsyjnie. Cienkim mackowatym
ramieniem trzymało się krawędzi walca, podczas gdy druga macka bujała w
powietrzu.
Ktoś, kto nigdy nie widział Ŝywych Marsjan, z trudem tylko moŜe wyobrazić
sobie niezwykłe obrzydzenie, jakie budził ich wygląd. Zwłaszcza drgające nieustannie
usta wygięte w kształt litery V, z obwisłą ku przodowi górną wargą, brak łuków
brwiowych, brak podbródka pod klinowatą wargą dolną, węŜowe macki, głośne i
pośpieszne sapanie wywołane-obcą im atmosferą ziemską, wyraźna trudność w
poruszaniu się spowodowana silniejszym niŜ na Marsie przyciąganiem, a przede
wszystkim niesamowita wprost przenikliwość ogromnych oczu - widok ten
przyprawiał nieomal o mdłości. W ich oleistej brunatnej skórze było coś gąbczastego,
w niezręcznej celowości powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego.
JuŜ pierwsze z nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i
przeraŜeniem.
Wtem potwór znikł. Przewinął się przez krawędź walca i, z głuchym hukiem
upuszczonego na ziemię cięŜkiego zwoju skór, spadł na dno jamy. Usłyszałem, jak
wydał z siebie przy tym szczególny ochrypły okrzyk, po czym z głębi ciemnego
otworu wypełzło następne straszydło.
Na ten widok nie udało mi się juŜ dłuŜej opanować przestrachu. Odwróciłem
się i pędząc jak szalony dopadłem oddalonej o sto moŜe jardów kępy drzew. Biegłem
w skos i potykałem się co krok, gdyŜ nie mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych
istot wzroku.
Zatrzymałem się wreszcie, dysząc cięŜko, wśród karłowatych sosenek
przerośniętych krzewami jałowca i czekałem, co będzie dalej. Calutkie wrzosowisko
usiane była ludźmi przykutymi jak i ja do ziemi przeraŜającym jakimś urokiem,
wpatrującymi się w te wstrętne istoty, a właściwie w skrywające je zwały Ŝwiru.
Nagłe ujrzałem, z nową falą przeraŜeni, wysuwający się spoza nasypu jakiś czarny
okrągły przedmiot. Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem nieba głowa
sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełoŜył rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili
jednak znów pozostała widoczna tylko głowa. Wyglądało to, jakby ześliznął
się z powrotem. Nagle znikła i głowa i wydawało mi się, Ŝe w jamie rozległ się słaby
krzyk. Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej rozterce
strach przewaŜył. Potem nie było juŜ widać nic więcej. Wszystka skrywało hałdy
piasku i Ŝwiru, utworzone po upadku cylindra. Ktoś nadchodzący gościńcem od
Cobham lub Woking zadziwiłby się niewątpliwie widokiem topniejącego tłumu około
setki ludzi rozsypanych półkolem po polu, kryjących się w zagłębieniach, za
krzewami, za pniami drzew, porozumiewających się między sobą krótkimi
gorączkowymi wykrzyknikami i wpatrującymi się w kilka wielkich kup piasku. Jak
niesamowity wrak wózek czerniał na tle płomiennego nieba porzucony wózek
piwiarza, a nieco opodal - rząd opuszczonych pojazdów. Konie chrupały owies z
nadzianych na łby mieszków !lub skubały trawę.
5 Snop Gorąca
Przelotny widok Marsjan wydobywających się z walca, w którym przybyli ze
swej planety na Ziemię, zafascynował mnie paraliŜując me ruchy. Stałem po kalana
we wrzosach, z oczami utkwionymi w skrywający ich nasyp, i czułem, Ŝe ścierają się
we mnie strach i ciekawość.
Nie miałem odwagi powrócić do jamy, równocześnie jednak pragnąłem
namiętnie zajrzeć do niej znowu. Ruszyłem wreszcie wolniutko, wielkim łukiem,
szukając jakiegoś punktu obserwacyjnego. Nadal nie odrywałem wzroku od nasypu,
za którym schowali się przybysze. Raz nad jamą zabłysło na chwilę w słońcu i znowu
skryło się kłębowisko czarnych cienkich węŜy podobnych d.o macek ośmiornicy.
Potem, bardzo powoli, wynurzyła się długa tyczka zakończona okrągłą tarczą
wirującą nieustannym, szybkim, drgającym ruchem. Co się tam mogło dziać
Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliŜej
Woking, druga od strony Cobham. Widocznie wszyscy przeŜywali rozterkę podobną
do mojej. W pobliŜu stało paru męŜczyzn. Podszedłem do jednego z nich. Był to mój
sąsiad, nie znany mi zresztą z nazwiska. Choć nie była to najwłaściwsza do rozmowy
chwila, zagadnąłem go.
- CóŜ to za wstrętne bydlaki-odrzekł. -0, mój BoŜe! Co to za wstrętne bydlaki!
- powtarzał w kółko.
- Widział pan tego człowieka w jamie? - zapytałem; nic na to nie
odpowiedział. Milczeliśmy obaj, zapatrzeni, czując się we dwóch nieco
raźniej. Po chwili przesunąłem się trochę w bok, by wspiąć się na niewielki,
lecz zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem,
zobaczyłem, jak oddalał się w stronę Woking.
Dopiero roztapiający się w mroku zachód przyniósł nowe wydarzenia. Na
lewo, w stronę Woking, tłum gęstniał. Donosił się stamtąd gwar rozmów. Znikła
natomiast grupka pod Cobham. W jamie panowała zupełna cisza.
Natchnęło to widocznie ludzi odwagą. Sądzę, Ŝe odegrali teŜ pewną rolę nawa
przybyli z Woking. W kaŜdym razie równocześnie z zapadającym mrokiem rozpoczął
się przerywany ruch w kierunku jamy, tym Ŝywszy, im cichszy i spokojniejszy
wydawał się gęstniejący wokół walca wieczór. Czarne pionowe figurki posuwały się
parami, trójkami ku przodowi, przystawały niepewnie, wpatrywały się w ciemność i
znów ruszały przed siebie opasując Ŝwirowisko szerokim nieregularnym
półksięŜycem. Ja takŜe począłem zbliŜać się do jamy.
Na Ŝwirowisko wkroczyło śmiało kilku woźniców, po czym rozległ się tupot
kopyt i skrzypienie kół. Zobaczyłem teŜ chłopaka popychającego wózek z jabłkami.
Nagle, o trzydzieści maŜe jardów od jamy, ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą
gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek wymachujący białą chorągwią.
Było to poselstwo. Widząc, Ŝe Marsjanie mimo odpychającej
powierzchowności są istotami niewątpliwie myślącymi, postanowiono po
gorączkowych naradach przekonać ich za pomocą znaków, Ŝe my równieŜ obdarzeni
jesteśmy inteligencją.
Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od
poselstwa zbyt była wielka, bym mógł rozpoznać, kto brał w nim udział. Później
dopiero dowiedziałem się, Ŝe w próbie porozumienia uczestniczyli, prócz innych,
takŜe Ogilvy, Stent i Hen.derson. W bezpiecznym za parlamentariuszami oddaleniu
posuwało się dość duŜo ciemnych postaci. Wyglądało to, jakby ktoś przebił w jednym
miejscu otaczający jamę, dosyć juŜ teraz szczelnie, krąg.
Nagle zabłysło jaskrawe światło i z jamy buchnęły unoszące się pionowo w
górę, jeden za drugim, trzy potęŜne kłęby zielono jarzącego się dymu. Dym ten,
trafniej maŜe byłoby nazwać go płomieniem, świecił tak jaskrawo, Ŝe w jego blasku i
ciemnobłękitne niebo nad głowami, i zamglone brązowe zarośla ciągnące się aŜ pod
Chertsey, i czarne rozrzucone tu i ówdzie sosny-pociemniały jeszcze bardziej i
pozostały czarne, kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się ciche syczenie.
ZbliŜająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamen
tariuszy, małych czarnych figurek na czarnej rozległej płaszczyźnie,
zatrzymała się na ten widok jak wryta. Gdy zielony dym wzbił się w górę, twarze
rozświetliły się bladą zielenią i zgasły. Syczenie przeszło z wolna w brzęczenie,
potem w długi donośny warkot. Równocześnie z jamy wysunął się powoli sklepiony,
podobny do garbu kształt wysyłający w przestrzeń ledwie dostrzegalny, wąski,
cieniutki promyk światła.
Po chwili w rozproszonej grupie zaczęły przeskakiwać z człowieka na
człowieka jasne iskry, oślepiające błyski płomienia. Wydawało się, jakby
niewidzialny strumień światła uderzał ich i zapalał po kolei, jakby jeden po drugim
stawali nagle w płomieniach.
Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy
towarzyszący im dotychczas tłum rzucił się do ucieczki.
Stojąc tak i przyglądając się nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe to śmierć grasuje
wśród tej małej odległej gromadki. Czułem tylko, Ŝe dzieje się tam coś dziwnego.
Oślepiający, bezgłośny błysk światła i człowiek wali się na ziemię. Kiedy zaś
niewidoczny snop gorąca sięgał dalej wydając głuchy odgłos - stawały w płomieniach
sosny, buchały ogniem wysuszone kępy janowca. Nawet hen, daleko, gdzieś aŜ pod
Knaphill dostrzegłem płonące drzewa, Ŝywopłoty i drewniane zabudowania.
Niewidzialny gorący grot, ognista śmierć, szybko i nieuchronnie raził
wszystko dokoła. Pałające krzewy znaczyły jego drogę ku mnie, tak jednak byłem
osłupiały, tak oszołomiony, Ŝe nie mogłem ruszyć się z miejsca. Słychać było
wyraźnie ogień potrzaskujący na wrzosowisku. Jakiś koń zarŜał i urwał nagle. Jakby
ktoś przeciągnął po oddzielających mnie od Marsjan wrzosach niewidzialnym
rozŜarzonym palcem i natychmiast szerokim śladem zadymiła i potrzaskała ziemia.
Na lewo, u wylotu gościńca z Woking na Ŝwirowisko, coś runęło z hukiem. Wtem
syczenie i warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym jamę nasypem.
Wszystka odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, Ŝe
nie zdąŜyłem nawet poruszyć się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy -
byłbym zgubiony. Przeszła jednak bokiem, oszczędziła mnie i pozostawiła po sobie
nagle ciemną, niezwykłą noc.
Pod granatowym sklepieniem wieczornego nieba leŜały ciche, ciemne aŜ do
czerni, pagórkowate wrzosowiska przecięte popielatą wstęgą gościńca. Ciemność
zdała się całkiem bezludna. W górze migotały juŜ pierwsze gwiazdy, niebo na
zachodzie jaśniało jeszcze bladym, seledynowym błękitem. Na jego tle rysowały się
czarno wierzchołki sosen i dachy domów w Horsell. Z wyjątkiem tyczki z wirującym
nieustannie zwiercia
dłem na czubku nie była widać ani Marsjan, ani Ŝadnych ich narzędzi.
Gdzieniegdzie dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking
biły w ciche, pogodne niebo języki płomieni.
Prócz tych poŜarów i przeraŜonego zdumienia wszystko było jak przedtem.
Wydawało się, Ŝe zniknięcie z powierzchni Ziemi kilku czarnych figurek z białą
chorągiewką w niczym nie zakłóciło ciszy wieczoru.
Nagle poczułem się na całym tym ciemnym, bezkresnym polu sam, bezbronny
i bezsilny. Ogarnęło mnie przeraŜenie.
Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko.
Nie tylko Marsjanie napawali mnie grozą, groźna była ciemność, groźna cisza.
PrzeraŜenie załamało cały mój męski hart ducha. Biegnąc płakałem bezgłośnie, jak
płaczą małe dzieci. Raz odwróciwszy się - nie śmiałem juŜ spoglądać za siebie.
Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, Ŝe ktoś ze mną igra, Ŝe właśnie
teraz, kiedy od ocalenia dzieli mnie tylko krok, dopędzi mnie i schwyta przyczajona w
jamie koło walca, szybka jak błyskawica, tajemnicza śmierć.
6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham
Bezgłośna szybkość, z jaką Marsjanie potrafili zabijać, zdumiewa nas wciąŜ
jeszcze. Mniema się ogólnie, Ŝe, umieli oni w sobie tylko wiadomy sposób wytwarzać
zasoby intensywnego ciepła w komorach o minimalnym
przewodnictwie. Potem, uŜywając wykonanego z nieznanego stopu
parabolicznego zwierciadła, rzucali snop tego gorąca, podobnie jak zwierciadło latarni
morskiej rzuca snop światła, na dowolny przedmiot. Nikt oczywiście nie potwierdził
naukowo tych szczegółów. W kaŜdym jednak razie pewne jest, iŜ podstawą tej broni
był snop gorąca. Gorąca i niewidzalnego, zamiast widzialnego, światła. Pod jego
dotknięciem wszystko, co palne, stawało w płomieniach, ołów płynął jak woda,
miękło Ŝelazo, pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę.
Czterdziestu bez mała zwęglonych, zmienionych do niepoznania ludzi legło
owego pogodnego wieczora dokoła jamy, zaś rozświetlone poŜarami pola między
Horsell i Maybury pozostawały przez całą noc pusto i jaskrawo płonące:
Wiadomość o masakrze dotarła równocześnie niemal do Cobham, do
Woking i do Ottershaw. Gdy na Ŝwirowisku rozgrywała się tragedia, w
Woking zamykano właśnie sklepy - toteŜ niemało pociągniętych zasłyszanymi
wieściami ludzi udało się przez most pod Horsell i dalej drogą pomiędzy Ŝywopłotami
prowadzącą ku Ŝwirowisku.
Nietrudno wyobrazić sobie wyświeŜoną po całodziennej pracy młodzieŜ, jak
korzystając z okazji stworzonej przez nowinę wybierała się na wieczorną przechadzkę
wypełnioną zwykłymi zalotami. Nietrudno wyobrazić sobie płynący nad gościńcem
gwar młodych głosów...
Choć nieszczęsny Henderson pchnął gońca na bicyklu, aby nadać z poczty w
Woking depeszę do wieczornych gazet londyńskich, to jednak mało kto, nawet w
Woking, wiedział, Ŝe walec juŜ się otworzył.
Ciekawi, nadchodzący dwójkami, trójkami, widzieli jedynie gorączkowo
rozprawiające gromadki ludzi wpatrzonych w wirujące nieustannie na czubku
tyczki nad jamą zwierciadła. Trudno wątpić", by panujące tu podniecenie nie udzieliło
się takŜe i nowo przybyłym.
Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze,
na gościńcu zebrało się juŜ, nie licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć
Marsjan z bliska, około trzystu osób. Było teŜ trzech policjantów, w tym jeden konny,
usiłujących za wszelką cenę wykonać polecenie Stenta, to jest utrzymać gapiów z
daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez wrzawy ze strony tych bezmyślnych i
ulegających podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest okazją do hałasowania i
głupich dowcipów.
Stent i Ogilvy natychmiast po ukazaniu się,Marsjan, przewidując moŜliwość
jakichś starć, depeszowali z Horsell do najbliŜszych koszar z. prośbą o przysłanie
kompanii piechurów, aby uchronić te dziwne stworzenia przed gwałtem. Dokonawszy
tego powrócili czym prędzej do jamy, aby stanąć na czele owego nieszczęsnego
poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie róŜni się niczym od opisu
wydarzeń widzianych przez tłum ciekawych. Trzy kłęby zielonego dymu, odgłos
głuchego warkotu w jamie, błyski płomienia.
Cały ten tłum był jednak znacznie bliŜszy śmierci ode mnie. Ocaliły go zarosłe
wrzosami piaszczyste pagórki, które przegrodziły drogę dolnemu pasmu Snopa
Gorąca. Gdyby paraboliczne zwierciadło uniosło się o kilka jardów wyŜej, nie
zostałby przy Ŝyciu ani jeden świadek. Najpierw
ujrzano błyski, padających ludzi i zapalane, jakby niewidoczną w mroku ręką,
coraz bliŜej i bliŜej, krzaki. Patem, z sykiem zagłuszającym dochodzący z jamy
warkot, łysnął nad głowami Snop Gorąca i natychmiast stanęły w ogniu czubki
obrzeŜających gościniec buków. Poczęły kruszyć
się cegły, trzaskać w oknach szyby, zapłonęły drewniane framugi, a z
naroŜnego domu posypały się na ziemię szczątki dachu.
Wśród nagłego syku, trzasku i huku, oślepiany blaskiem płonących drzew,
zdjęty paniką tłum zamarł na chwilę.
Na gościniec poczęły się sypać iskry, a za nimi płonące liście i gałęzie.
Zajmowała, się od nich odzieŜ i kapelusze. Na wrzosowisku rozległy się krzyki. W
cały ten rozgardiasz wtargnął wrzeszcząc coś i osłaniając głowę rękami konny
policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się
do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. Tam, gdzie gościniec
zwęŜa się, przebiegając w wykopie, zrobił się zator, ścisk i wybuchła rozpaczliwa
bójka. Nie wszyscy uszli z niej cało - zduszone i stratowane pozostały, konając w
okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko.
7 Jak dotarłem do domu
Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się
pośród drzew i pełen potknięć bieg przez wrzosowisko. Dokoła była groza i pewność,
Ŝ
e gorące ostrze krąŜy i unosi się nieustannie nad głową, aby spaść i zgładzić mnie
bezlitośnie, Na gościniec wyszedłem pomiędzy Horsell a skrzyŜowaniem, ku któremu
pognałem co sił.
W pewnej chwili poczułem, Ŝe dalej juŜ biec nie mogę. Wyczerpany
gwałtownością wraŜeń i wysiłkiem ucieczki zatoczyłem się i padłem na skraju drogi.
Było to tuŜ przy moście nad kanalem, w pobliŜu gazowni. Upadłem i leŜałem bez
ruchu.
LeŜałem tak, zdaje się, dość długo.
Wtem, jakby czymś zaniepokojony, usiadłem. Przez chwilę nie moglem pojąć;
skąd się tu wziąłem. PrzeraŜenie opadło ze mnie jak płaszcz. W ucieczce zgubiłem
kapelusz, a kołnierzyk zsunął się z ułamanej spinki. Jeszcze przed chwilą oczywiste
były dla mnie trzy tylko rzeczy: bezmiar nocy, przestrzeni i przyrody - własna moja
trwoga i niemoc - i bliskość śmierci. Teraz, jakby coś się we mnie odmieniło,
zacząłem widzieć wszystko inaczej. Nie było to świadome przejście z jednego stanu
w drugi. Po prostu poczułem się znowu zwykłym sobą, powaŜnym i statecznym
obywatelem. A te ciche pola, ta instynktowna ucieczka, te buchające płomienie -
wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę.
Nie mogłem uwierzyć.
Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepeł
niało mnie zdumienie. Nerwy i mięśnie osłabły, jakby z nich uszły wszelkie
siły. Rzec moŜna: potykałem się niczym pijany. Spoza sklepienia mostu ukazała się
wpierw głowa, patem reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony
koszykiem, a obok biegł mały chłopczyk. Mijając Ŝyczyli mi dobrej nocy. Chciałem
odpowiedzieć i - nie mogłem. Mruknąłem tylko coś niezrozumiale i powlokłem się
dalej. Pod mostem Maybury zadudnił pociąg. Długa gąsienica oświetlonych okien,
biała falująca smuga dymu oświetlonego ogniem, stukot kół - i znikł mknąc na
południe: Przy furtkach willowych ogródków (wchodziłem od strony pięknego
przedmieścia zwanego Wschodnim Tarasem) gwarzyły spokojnie ciemne gromadki
mieszkańców. Wszystko było tu takie zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza
mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, wmawiałem w siebie, tego być nie mogło!
Jestem, być moŜe, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy
duŜo jest ludzi podobnych w tym do mnie. OtóŜ odczuwam czasami dziwne jakieś
oderwanie się od samego siebie, od otaczającego mnie świata; wydaje mi się
wówczas, Ŝe patrzę na wszystko jakby z zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z
niezmiernego oddalenia, spoza napięcia rozgrywającej się nieustannie tragedii bytu.
Uczucie to było we mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął do drugiego
brzegu snu.
Największej troski przyczyniła mi niepojęta sprzeczność między otaczającą
mnie ciszą a śmiercią grasującą o niecałe dwie. mile stąd. W gazowni słychać było
odgłosy - normalnej pracy, elektryczne lampy płonęły jak co wieczór.
Przystanąłem przy najbliŜszej grupce gwarzących. - Co słychać na
Ŝ
wirowisku? - zapytałem.
Przy furtce stało dwóch męŜczyzn i kobieta. - Co? - jeden z nich zwrócił się ku
mnie.
- Co słychać na Ŝwirowisku? - powtórzyłem pytanie. - A pan nie stamtąd
wraca?-odparł.
- Powariowali z tym Ŝwirowiskiem! -zawołała kobieta. - Co tam się dzieje?
- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - 0 stworzeniach z
Marsa?
- AŜ za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! Wszyscy troje
roześmieli się.
Poczułem się ośmieszony, i to mnie rozgniewało. Próbowałem opowiadać im,
co widziałem, lecz nie udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko.
- Jeszcze o nich usłyszycie! - wykrzyknąłem i ruszyłem do domu. JuŜ w progu
przeraziłem Ŝonę niesamowitym wyglądem. W jadalni
usiadłem przy stole, wypiłem nieco wina i gdy trochę przyszedłem do siebie,
zacząłem opowiadać o wszystkich swych przejściach. Gotowa od dawna zimna
kolacja stała nie tknięta na stole przez cały czas opowiadania.
- Jedno jest pewne-kończyłem chcąc choć trochę złagodzić wywołane
wraŜenie. - Nigdy jeszcze nie widziałem stworzeń poruszających się równie
niezdarnie. Mogą, rzecz prosta, siedzieć sobie w tej swojej jamie i zabijać kaŜdego,
kto tylko zbliŜy się do nich, ale na pewno nie potraf ą z niej wyjść... Wyglądają jednak
okropnie.
- Przestań, kochanie! - zawołała Ŝona ściągając brwi i kładając rękę na mojej.
- Biedny OgiIvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, moŜe leŜy tam martwy! śona w
kaŜdym razie nie wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną
bladość natychmiast umilkłem.
- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku.
Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić.
- PrzecieŜ ledwie łaŜą - tłumaczyłem.
Chcąc pocieszyć i ją, i siebie powtarzałem to, co wczoraj mówił Ogilvy: Ŝe
niepodobieństwem jest, by Marsjanie mogli zadomowić się na Ziemi. Szczególny
nacisk kładłem na trudności grawitacyjne. Siła cięŜkości jest trzykrotnie większa na
Ziemi niŜ na Marsie. Wskutek tego Marsjanin waŜy na Ziemi trzy razy tyle, choć siła
jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego będzie jak z ołowiu! Takie zresztą było
powszechne mniemanie. Przytoczę tu dla przykładu, iŜ następnego poranka i Times, i
Daily Telegraph twierdziły słowo w sławo to samo, zapominając jak i ja o działaniu
dwu zupełnie oczywistych czynników.
Atmosfera ziemska zawiera, jak wiadomo, więcej tlenu, a mniej argonu od
atmosfery Marsa. Ta nadwyŜka tlenu oddziaływała na Marsjan dostatecznie
pobudzająco, aby w znacznym stopniu zrównowaŜyć zwiększony cięŜar ich ciała, Po
drugie, przeoczano na ogół fakt, Ŝe wysoki poziom myśli technicznej pozwalał
Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni.
Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tym, toteŜ całe moje rozumowanie
pozbawiało najeźdźców najmniejszej nawet szansy w walce z ludźmi. Konieczność
uspokojenia Ŝony i ufność, jaką natchnął mnie ,suto zastawiony stół, smaczne
jedzenie i dobre wino sprawiły,
iŜ z minuty na, minutę stawałem się odwaŜniejszy i pewniejszy siebie.
- Popełnili głupstwo - twierdziłem dolewając sobie wina. - Oszaleli ze strachu
i to uczyniło ich niebezpiecznymi. MoŜe nie spodziewali, się zastać tu, na Ziemi, istot
Ŝ
yjących i obdarzonych do tego inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego
pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej jamie,
Niezwykłe podniecenie wywołane wypadkami tamtego dnia musiało wprawić
mą spostrzegawczość w stan wysokiego uczulenia. Wieczór ów pamiętam dzisiaj
jeszcze niezwykle Ŝywo. Zwrócona ku mnie, słodka w róŜowym cieniu abaŜuru,
zaniepokojona twarz Ŝony; biały obrus, srebrna i kryształowa zastawa - w tamtych
czasach nawet filozoficzni pisarze mogli sobie pozwolić na pewien przepych -
purpurowe wina w kielichu wryły się w mą pamięć z fotograficzną dokładnością.
Siedziałem przy stole, koiłem nerwy papierosem, współczułem nierozwaŜnemu
Ogilvy'emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan.
Zupełnie tak samo, myśląc o dostrzeŜonych za dnia myśliwych, poruszył się w
swym gniazdku jakiś szacowny ptak dodo. "Zadziobiemy ich jutro na śmierć" -
ć
wierkał zapewne do swej małŜonki.
SkądŜe mogłem wówczas wiedzieć, Ŝe była to ostatnia wykwintna kolacja,
jaką miałem zjeść w ciągu wielu dziwnych i straszliwych dni,.
8 Piątkowa noc
Ze wszystkich niezwykłych zjawisk oglądanych przeze mnie w ów piątek za
najniezwyklejsze uwaŜam trwałość zwyczajów panującego podówczas porządku
społecznego, w momencie gdy rozpoczynały się zdarzenia, które miały ten porządek
obalić.
Gdyby w piątek wieczorem zatoczyć koło w promieniu pięciu mil ze środkiem
w Ŝwirowisku pod Woking - nie sądzę, by choć jeden człowiek (poza, być moŜe,
krewnymi nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leŜących wokół jamy martwych
londyńczyków) przebywający poza tym okręgiem zmienił z uwagi na zaziemskich
przybyszów, choć w nieznaczny sposób, codzienne swe nawyki.
0 walcu słyszało oczywiście wiele osób. Na pewno rozmawiano nawet o nim
w wolnych chwilach, jednak niemieckie ultimatum, na przykład, zrobiłoby, z wszelką
pewnością, większe wraŜenie.
Telegram Hendersona o odkręcaniu się walca uznano tego wieczoru w
Londynie za zwykłą kaczkę. Redakcja zadepeszowała doń Ŝądając potwierdzenia
wiadomości, a nie otrzymawszy odpowiedzi - biedak nie Ŝył juŜ przecie - postanowiła
nie wydawać dodatku nadzwyczajnego.
Nawet jednak wewnątrz tego pięciomilowego kręgu większość ludzi
pozostawała bezczynna. Wspomniałem juŜ o zachowaniu się zagadniętych przeze
mnie męŜczyzn i kobiety. W całej okolicy ludzie spoŜywali obojętnie posiłek, grzebali
po pracy w ogródkach, dzieci kładziono spać, młode pary spacerowały po
zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad ksiąŜkami.
Być moŜe, uliczna plotka w wioskach, nowy interesujący temat w piwiarni,
słowa któregoś naocznego świadka ostatnich wydarzeń wywołały gdzieniegdzie
trochę zamętu, krzyków i bieganiny, w ogromnej jednak większości ludzie pracowali,
jedli, pili, szli spać, zupełnie tak samo jak co dzień, jak co rok, od najdawniejszych
czasów, jakby na niebie nie było Ŝadnego Marsa. Nawet na stacji w Woking, w
Horsell i w Cobham było tak sama.
Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeŜdŜały
i odchodziły pociągi, niektóre przetaczano na boczne tory, pasaŜerowie wysiadali i
czekali na połączenia. Wszystko szło normalnym trybem. Jakiś chłopak z miasta
usiłował przełamać monopol Smitha sprzedając na stacji popołudniowe gazety. Jego
okrzyki: - Ludzie z Marsal mieszały się z ostrymi gwizdami parowozów i stukotem
kół. Gdy około dziewiątej pojawili się na dworcu;wstrząśnięci niewiarygodnymi
wprost przeŜyciami ludzie - nie zrobili tam większego wraŜenia od zwykłych pijaków.
Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów w ciemność, a widząc gdzieś pod
Horsell z rzadka tylko ukazujące się iskry, słaby czerwony odblask i nikłe smuŜki
dymu wijące się po wygwieŜdŜonym niebie sądzili, iŜ patrzą na zwykły o tej porze
roku poŜar wrzosowisk. Sprawa wyglądała powaŜniej dopiero w obrębie
wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć domków. We wszystkich trzech
wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aŜ do świtu
Tłum ciekawskich zebrany na mostach w Cobham i w Horsell nie topniał ani
przez chwilę. Gdy jedni odchodzili, przybywali nowi i zbiegowisko nie zmniejszała
się. Później dopiero stwierdzono, iŜ kilku śmiałków podsunęło się w ciemnościach
bardzo blisko do Marsjan - nie powrócili oni juŜ jednak nigdy, promień światła
bowiem; jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu do czasu pole, a Snop Gorąca był
zawsze w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, tylko zwęglone ciała
leŜały
nietknięte przez całą noc i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z
jamy odgłosy kucia,
W piątek wieczorem sytuacja wyglądała następująco: w środku, jak zatrute
Ŝą
dło w naskórku naszej starej Ziemi, tkwił wale. Trucizna jednak nie działała jeszcze
z pełną macą. Dalej rozciągał się pas cichych, miejscami okopconych pól z
rozrzuconymi tu i ówdzie ciemnymi, poskręcanymi dziwacznie figurkami.
Gdzieniegdzie paliło się drzewo i krzak. Poza nimi przebiegała obwódka podniecenia,
lecz zapalenie nie sięgało jeszcze dalej w głąb. Przez resztę świata płynął, jak od
niepamiętnych czasów, codzienny potok Ŝycia. Gorączka wojenną. która miała
wkrótce zasklepić Ŝyły i arterie, zabić nerwy i zniszczyć mózg, dopiero miała się
rozwijać,
Marsjanie, jak noc długa, bez zmruŜenia oka i bez chwili wytchnienia kuli i
hałasowali przygotowując swe machiny. Co chwila buchały w wygwieŜdŜone niebo
kłęby białozielonego dymu. Po godzinie jedenastej przemaszerowała przez Horsell i,
tworząc kordon, zaciągnęła posterunki dokoła Ŝwirowiska kompania piechoty. Przez
Cobham przeszła druga, zamykając Ŝwirowisko od północy. Opowiadano, Ŝe tego
dnia było tam juŜ kilku oficerów i Ŝe jeden z nich, major Eden z pułku lnkermana,
zaginął. Na moście w Cobham zatrzymał się dowódca pułku i niezwłocznie, choć
dochodziła juŜ północ, zabrał się do przesłuchiwania zebranych tam gapiów. Trzeba
przyznać, Ŝe władze w wojskowe nie zlekcewaŜyły sytuacji. Jak doniosły nazajutrz
poranne dzienniki, juŜ przed jedenastą wyruszyły z Aldershot w pole oddziały w sile
jednego szwadronu huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu
piechurów z pułku Cardigana.
W parę dosłownie sekund po północy tłum zebrany na gościńcu wiodącym z
Woking do Chertsey ujrzał, jak w pobliskim sosnowym lesie spadł meteor. Lot jego
do złudzenia przypominał letnią błyskawicę, lecz światło było zielone. Na Ziemię
spadł drugi walec.
9 Walka rozpoczyna się
Sobota, pamiętam, była dniem zawieszenia. TakŜe i dniem znuŜenia, gdyŜ
upał i duchota były straszliwe. Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w
górę. W przeciwieństwie do Ŝony spałem bardzo krótko i z łóŜka zerwałem się juŜ
wczesnym rankiem. Przed śniadaniem wyszedłem
do ogrodu. Nasłuchiwałem długo i uwaŜnie, lecz nad polami unosił się tylko
ś
piew skowronka. n
Mleczarz zjawił się jak co dzień. Turkot wózka wywołał mnie do furtki, gdyŜ
chciałem posłuchać najnowszych plotek. Dowiedziałem się, Ŝe w nocy Marsjan
otoczyło wojsko i teraz czekają tam juŜ tylko na armaty. Rozmowę przerwało nam tak
dobrze znane, tak pokrzepiające dudnienie pociągu pod Woking,
- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz
.
Przez płot zobaczyłem sąsiada dłubiącego w grządkach. Gawędziliśmy
chwilkę, po czym poszedłem na śniadanie. Ranek by't najzupełniej powszedni. Sąsiad
mój twierdził, Ŝe Marsjanie zostaną dziś jeszcze uwięzieni lub zgładzeni przez
wojsko.
- Szkoda, Ŝe tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się
czegoś o Ŝyciu na ich planecie. Niejednego mogliby nas pewno nauczyć.
Podszedł do płotu częstując mnie garścią truskawek, gdyŜ ogrodnik był z
niego równie szczodry, co zapalony. Opowiadał teŜ o płonącym lesie sosnowym pod
Byfleet.
- Opowiadają - rzekł - Ŝe spadło tam drugie takie paskudztwo. Jakby jednego
było mało. No, ubezpieczeniowcy zapłacą za to wszystko parę ładnych groszy. -
Ubawiło go to widocznie, bo chichotał. przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy
wyjaśniając, Ŝe to właśnie pali się las i, śmiejąc się, mówił:
- Długo im będzie gorąco, bo igły i mchy tlą się powoli. - Później jednak
wspomniał "tego biedaka Ogilvy'ego" i znów spowaŜniał.
Po śniadaniu, zamiast zasiąść jak co dzień do pisania - postanowiłem przejść
się na Ŝwirowisko. Pod mostem kolejowym natknąłem się na oddziałek Ŝołnierzy,
saperów zdaje się, w okrągłych czapkach, w rozpiętych brudnych czerwonych
bluzach, spod których wyzierały niebieskie koszule, w ciemnych spodniach i krótkich,
do pół łydki, butach. Oświadczyli mi, Ŝe nikomu nie wolno przechodzić na tamten
brzeg kanału. Na gościńcu za mostem teŜ stał wartownik. Gawędziłem z Ŝołnierzami
dość długo, Opowiadałem im o Marsjanach i o tym, co wydarzyło się tutaj
wczorajszego wieczora. śaden z nich nie widział jeszcze Marsjan, toteŜ wyobraŜali
ich sobie bardzo mgliście. Zasypali mnie oczywiście pytania mi. Nie wiedzieli, na
czyj rozkaz wystąpiło wojsko, słyszeli tylko o jakichś sporach z gwardią konną.
Przeciętny saper stoi znacznie wyŜej od zwykłego piechura, toteŜ spierali się o róŜne
sposoby moŜliwej wałki z dość
duŜą bystrością, Gdy opisałem snop Gorąca, spór rozgorzał na nowo. -
Podczołgać się w ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden
- Akurat! - odrzekł inny, - Co ci pomoŜe ukrycie przed takim gorącem? Od
razu cię usmaŜą. Trzeba podejść jak najbliŜej, a potem robić podkop.
- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy,
powinieneś był urodzić się kretem!
- To znaczy jak? Szyi zupełnie nie mają? - dopytywał się trzeci, smagły,
zamyślony człeczyna z fajką w zębach.
Opisałem raz jeszcze ich wygląd.
- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z
nas rybojady!
- Myślę, Ŝe zabić takie bydlę to nie Ŝadna zbrodnia - powiedział pierwszy.
- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z
fajką. - Nigdy nie wiadomo, co wymyślą!
- A gdzieŜ te twoje szrapnele? - odparł pierwszy.- Zresztą na co czekać?
Skoczyć, powiadam, na nich i juŜ! Czasu nie ma?
Tak -się spierali. Po chwili zostawiłem ich, by pójść na dworzec po poranne
gazety; których kupiłem całą stertę,
Nie będę więcej nuŜył czytelnika opisem długiego tego poranka i dłuŜszego
jeszcze popołudnia. Nie udało mi się rzucić okiem na Ŝwirowisko, gdyŜ władze
wojskowe obsadziły nawet wieŜe kościelne w Horsell i w Cobham. Zapytywani
Ŝ
ołnierze nie nie wiedzieli, oficerowie zaś byli tyleŜ tajemniczy, co zajęci.
Stwierdziłem tylko, Ŝe obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność miasteczka. Od
Marshalla, właściciela trafiki, dowiedŜiałem się, Ŝe wśród wczorajszych ofiar był
takŜe i jego syn. śołnierze nakazali tymczasem mieszkańcom przedmieścia w Horsell
pozamykać i opuścić domy. w
Na obiad wróciłem dopiero po drugiej, bardzo zmęczony, gdyŜ, powtarzam,
dzień był niezwykle upalny i parny. Po południu, chcąc nieco się odświeŜyć, wziąłem
zimną kąpiel. Około wpół do piątej znów udałem się na dworzec po wieczorne
dzienniki, gdyŜ w porannych był tylko, bardzo zresztą niedokładny, opis śmierci
Stenta, Hendersona, Ogilvy'ego i innych, Znałem zresztą wszystko to szczegółowo.
Marsjanie nie pokazywali
się juŜ więcej ani razu. Pracowali widocznie w swej jamie, bo unosiły się nad
nią bez przerwy kłęby dymu, nie milkły teŜ ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się
zapewne do walki. "Poczyniono nowe próby porozumienia, jednak bezskutecznie" -
zdanie to powtarzało się we wszystkich
gazetach. Jakiś saper opowiedział mi, Ŝe próbowano machać z ukrycia
chorągiewką na długim kiju, ale Marsjanie tyle akurat zwracali na to uwagi, co my na
ryki krów. _
Muszę wyznać, Ŝe widok wszystkich tych zbrojnych przygotowań podziałał na
mnie niezwykle podniecająco, Wyobraźnia malowała niesłychanie wojownicze obrazy
coraz to innej zguby najeźdźców. OŜyły we mnie chłopięce sny o bohaterskich bojach.
Wałka wydawała mi się jednak aŜ nazbyt nierówna. Wróg był w swej jamie taki
bezbronny.
O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy teŜ Addlestone powtarzający się w
równomiernych odstępach huk działa. Okazało się, Ŝe to bombardowano leŜący w
sosnowym lesie drugi walec chcąc zniszczyć go, zanim się jeszcze otworzy, Armata
przeznaczona do walki z pierwszym oddziałem Marsjan przybyła do Cobham dopiero
o piątej,
Nieco po szóstej siedziałem z Ŝoną w altance przy podwieczorku rozmawiając
z oŜywieniem o zbliŜającej się bitwie, gdy wtem na Ŝwirowisku rozległa się głucha
detonacja, a w ślad za nią gęsta strzelanina. Nie przebrzmiały jeszcze strzały, gdy tuŜ
koło nas wstrząsnął ziemią gwałtowny głuchy huk. Wyskoczyłem z altany i oczom
mym przedstawił się zdumiewający widok. Czubki drzew okalających Kolegium
Wschodnie stały w płomieniach, wieŜa pobliskiego kościółka rozsypywała się właśnie
w gruzy, igły minaretu juŜ nie było, a dach Kolegium wyglądał jak ostrzelany z
cięŜkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku, a czerwone jego szczątki
sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach.
Staliśmy oboje jak wryci. Pojąłem w jednej chwili, Ŝe po zniszczeniu dachu
Kolegium grzbiet wzgórza Maybury musi znaleźć się w zasięgu Snopa Gorąca:
Chwyciłem Ŝonę z ramię i wyciągnąłem bez ceremonii na góściniec. To samo
zrobiłem ze słuŜącą, choć dopominała się płaczliwie o pozostawiony na strychu
kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę,
- Nie będziemy w Ŝadnym wypadku mogli pozostać tu dłuŜej - powiedziałem;
równocześnie na Ŝwirowisku znów zagrzmiały strzały.
- A gdzieŜ się podziejemy? - pytała wystraszona Ŝona.
Zastanowiłem sig, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w
Leatherhead.
- Leatherhead! - usiłowałem przekrzyczeć panujący dokoła zgiełk. Zona
patrzyła poza mną, w dolinę. PrzeraŜeni sąsiedzi wybiegali z domów.
- JakŜe my się tam dostaniemy? - zapytała.
Dolinką, pod mostem kolejowym, pędził oddziałek huzarów. Trzech
wpadło galopem na dziedziniec Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i
poczęli biegać od domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew przeglądało
czerwone jak krew słońce, rzucając na świat niezwykłe, wyblakie jakby promienie.
- Czekaj tu - zawołałem - tutaj jest bezpiecznie - i popędziłem co tchu do
zajazdu Pod Łaciatym Psem, którego właściciel posiadał konia i bryczkę. Spieszyłem
się, rzecz jasna, bardzo, gdyŜ nietrudno było odgadnąć, Ŝe za chwilę ruszą się wszyscy
zamieszkujący tamtą stronę wzgórza. OberŜysto stał spokojnie za ladą nie mając
najmniejszego pojęcia o tym, co się dzieje dokoła. Targował się z jakimś
odwróconym do mnie plecami jegomościem.
- Muszę dostać funta - mówił - i nie mam woźnicy. Dam panu dwa -
krzyknąłem obcemu przez ramię. - Za co?
I zwrócę przed północą!
- Na miłość boską? - zawołał oberŜysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a
pan chce dać za niego dwa funty i zwrócić przed północą`? Nic nie rozumiem.
Wyjaśniłem pośpiesznie, Ŝe muszę natychmiast wyjechać, do czego potrzebny
mi jest za wszelką cenę jego zaprzęg: Nawet nie pomyślałem, Ŝe oberŜysta takŜe
zechce moŜe uciekać. Wziąłem bryczkę od razu; podjechałem pod dom i zostawiając
ją pod opieką Ŝony i słuŜącej wpadłem do mieszkania, by zabrać nieliczne nasze
kosztowności: śywopłoty i przydroŜne drzewa płonęły coraz gwałtowniej. Pakując
rzeczy dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w naszym kierunku.
Pędząc od domu od domu wzywał mieszkańców do ucieczki. Kiedy dźwigając
zawinięte w obrus nasze skarby stanąłem w drzwiach - akurat przebiegał koło nas.
Krzyknąłem za nim: - Co się dzieje?
Odwrócił się, spojrzał, wybełkotał coś w rodzaju: "czołgają się przykryci
rondlami", i wpadł do bramy stojącego na szczycie domku, Przepływający nad
gościńcem kłąb czarnego dymu przesłonił go na chwilę. Podbiegłem do drzwi
sąsiadów i zapukałem chcąc upewnić się, czy wyjeŜdŜając dziś do Londynu zamknęli
mieszkanie, po czym wróciłem raz jeszcze do domu po kuferek słuŜącej, przyniosłem
go i wpakowałem do bryczki, uchwyciłem lejce i wskoczyłem na kozioł obok Ŝony.
Jeszcze chwila - i zjeŜdŜaliśmy stokiem pagórka do Starego Woking pozostawiając za
sobą zgiełk i dym.
Przed nami leŜał cichy słoneczny krajobraz, na polach przeciętych tasiemką
gościńca kołysała się pszenica, powiewał na wietrze szyld oberŜy
w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza
obejrzałem się, by rzucić okiem na stok, z którego zjeŜdŜałem. W nieruchomym
powietrzu, kładąc się szarym cieniem na zielone czubki drzew, płynęły cięŜkie kłęby
czarnego dymu przetykane czerwonymi pręgami płomieni. Dym rozpościerał się od
lasu pod Byfleet na wschodzie aŜ po Woking na zachodzie. Gościniec za nami usiany
był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, nagrzane powietrze
roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który po
chwili ustał, i przerywany grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko,
czego tylko dosięgnął Snop Gorąca.
Nie jestem doświadczonym woźnicą, toteŜ całą uwagę musiałem skupić na
koniu. Gdy obejrzałem się znowu - czarny dym skrył się juŜ za następ nym
pagórkiem. Zaciąłem konia i nie zwalniałem, dopóki nie zostawiłem za sobą Woking i
Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed Send.
10 Nawałnica
Leatherhead leŜy o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford
powietrze była przesycone wonią świeŜego siana, która mieszała się ze słodkim
zapachem oplatających, przydroŜne Ŝywopłoty polnych róŜ. Gwałtowna strzelanina,
która wybuchła przy naszym zjeździe z pagórka Maybury, ucichła równie nagle, jak
się przedtem zaczęła, pozostawiając po sobie niczym nie zamąconą ciszę i spokój
wieczoru. Do Leatherhead dotarliśmy, beŜ Ŝadnych przygód, około dziewiątej.
Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak potrzebował nasz konik, zjedliśmy
kolację, po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad Ŝoną.
Przez całą drogę Ŝona dziwnie była milcząca, jakby przeczuwała przyszłe
nieszczęście. Kiedy próbowałem dodawać jej otuchy dowodząc, Ŝe Marsjanie
przykuci są do jamy swoim cięŜarem, Ŝe mogą się po niej co najwyŜej czołgać,
odpowiadała półsłówkami albo milczała. Gdyby nie obietnica dana oberŜyście, iŜ
odprowadzę konia - bez wątpienia nalegałaby, abym pozostał tej nocy w Leatherhead.
CzemuŜ nie pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu.
Co do mnie - przez cały ten dzień byłem jak w gorączce. Opanowało mnie coś
w rodzaju gorączki wojennej, która czasami udzielała się cywilizowanemu
społeczeństwu, i w głębi duszy cieszyłem się, Ŝe muszę wracać tej nocy do Maybury.
Obawiałem się nawet, iŜ ostatnia kanonada
mogła oznaczać zagładę najeźdźców z Marsa. Najlepiej zresztą określę swój
stan, jeśli powiem, iŜ pragnąłem być przy ich zniszczeniu.
W drogę powrotną wyruszyłem tuŜ przed jedenastą. Noc była
nadspodziewanie ciemna; kiedy wyszliśmy z oświetlonego przedpokoju - wydała mi
się czarna. Upał i duchota panujące przez cały dzień nie zmniejszyły się ani odrobinę.
ChociaŜ nie -było nawet tchnienia wiatru, po niebie mknęły chmury. Ktoś ze słuŜby
zapalił boczne światła u bryczki. Drogę na szczęście znałem doskonale. Dopóki nie
wskoczyłem na kozioł, Ŝona stała w rozwartych oświetlonych drzwiach. Wtem
odwróciła się i odeszła, pozostawiając na ganku Ŝyczących mi szczęśliwej drogi
krewnych.
Z początku obawy zony udzieliły mi się, wkrótce jednak powróciłem myślami
do Marsjan. Nie miałem wówczas pojęcia o przebiegu wieczornej potyczki. Nie
wiedziałem nawet, co przyśpieszyło starcie. Gdy przejeŜdŜałem przez Ockham
(wracałem nie przez Send i Stare Woking, lecz inną drogą), dostrzegłem, iŜ cały
zachodni widnokrąg rozświetla krwawa łuna, zajmująca w miarę zbliŜania się do niej
coraz więcej nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami czarno-
czerwonego dymu.
W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem kilku oświetlonych okien nie było tam
widać ani śladu Ŝycia. Na zakręcie do P,yrford omal nie wpadłem na gromadkę ludzi.
Stali w milczeniu, gdy ich mijałem. Nie mam pojęcia, czy wiedzieli, co się działo
poza pagórkiem; nie mam teŜ pojęcia, czy domki, obok których przejeŜdŜałem, spały
spokojnie, czy stały próŜne i opuszczone, czy moŜe Wpatrywały się z niepokojem w
okropną ciemność tej nocy.
Gościniec z Ripley do Pyrford przebiega doliną rzeki Wey, toteŜ łuny nie było
widać. WjeŜdŜając na pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu,
równocześnie zaś zaszeleściły drzewa pod pierwszym tchnieniem ścigającej mnie
burzy. Usłyszałem wydzwaniający północ zegar na wieŜy kościelnej i w tejŜe chwili
wyłoniło się przede mną, obrzeŜone wyraźnie rysującymi się na tle łuny czubkami
drzew i wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury.
Gdy oglądałem ten widok, gościniec rozświetliła nagle bladozielona poświata
ukazując dalekie lasy w kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców.
Nagle błysk zielonego płomienia przebił grubą warstwę chmur, ukazał na moment
splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś w polu, na lewo od drogi. Była to trzecia z
kolei spadająca gwiazda.
Na niebie roztańczyły się oślepiająco fioletowe, przez kontrast z zielenią,
błyskawice i zahuczał pierwszy grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł.
Gnaliśmy zbiegającym po lekkiej pochyłości gościńcem ku podnóŜu pagórka
Maybury. Nigdy dotąd nie widziałem tak szybko następujących po sobie błyskawic.
Pioruny zdawały się deptać sobie z trzaskiem po piętach, bardziej przypominając
pracę jakiejś potęŜnej machiny elektrycznej niŜ zwykłe wyładowania atmosferyczne.
Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł siec drobny grad.
Z początku patrzyłem tylko na biegnący przede mną gościniec, nagle jednak
uwagę mą zwróciło coś sunącego z duŜą szybkością w dół po przeciwległym stoku
wzgórza. Wziąłem to w pierwszej chwili za mokry dach domu, jednak w nieustannym
niemal świetle błyskawic widać było wyraźnie jego szybki, posuwisty ruch. Zjawisko
było ledwo dostrzegalnemoment obezwładniającej' ciemności, potem znów stało się
jasno ja-k w dzień, ujrzałem poci samym szczytem pagórka czerwone mury
sierocińca, zielone wierzchotki sosen i ten zagadkowy, ostro i wyraźnie rysujący się
przedmiot.
I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyŜszy od domów trójnóg
łamiący i depczący w pędzie sosny, potęŜna machina z połyskującego metalu
krocząca przez wrzosowisko, wymachująca giętkimi stalowymi mackami! Hałaśliwy
grzechot jej ruchu mieszał się z rykiem burzy. Błysk = i widać wyraźnie, jak dwie
nogi unoszą się nad ziemią, błysk gaśnie zapala się następny i trójnóg wydaje się juŜ o
sto jardów bliŜej. Czy moŜesz, czytelniku, wyobrazić sobie trójnogi stołek skaczący i
pędzący na szczudłach? Tak to w blasku błyskawic wyglądało. Tylko Ŝe zamiast
małego stołka sunęła przede mną olbrzymia machina na trójnogim statywie.
Wtem, w coraz bliŜszym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe
zielsko, przez które przedziera się człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu,
zdawało się, wprost na mnie. A koń galopował co sił na jego spotkanie! Na widok
drugiego potwora nerwy me nie wytrzymały. Nie patrząc na niego szarpnąłem konia
w prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś wyleciałem jak ź
procy w bok i zwaliłem się cięŜko w niegłębokie bajoro.
Natychmiast zerwałem się i po kolana w wodzie przykucnąłem za kępą
krzaków. Koń leŜał bez ruchu - biedne zwierzę złamało sobie kark. W blasku
błyskawic widziałem czarny zarys obalonej bryczki i ciągle jeszcze obracające się
wolniutko koła. Chwila - i ogromny mechanizm przestąpił przeze mnie i począł
wspinać się na wzgórze, ku Pyrford.
Z bliska wyglądał niewiarygodnie dziwacznie, wcale nie jak zwykła bezduszna
maszyna sunąca z góry wytyczoną prostą drogą. Krok jego
dźwięczał metalicznie, wokół kadłuba zaś wiły się z chrzęstem długie, giętkie
i lśniące macki. Jedna z nich, jakby mimochodem, wyrwała z korzeniami sosnę.
Sunąc przez las potwór wybierał sobie drogę, a obracający się we wszystkie strony
wysoko w górze mosięŜny kaptur do złudzenia przypominał głowę rozglądającego się
człowieka. Z tyłu, za plecami kadłuba, umocowane było metalowe pudło podobne do
ogromnego rybackiego kosza, ze stawów zaś potwora, gdy mnie mijał, tryskały strugi
zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu.
Wszystko to widziałem niezbyt wyraźnie, gdyŜ migotliwe i oślepiające światło
błyskawic przerywała co chwila gęsta czarna ciemność. W biegu potwór wydawał z
siebie ogłuszający triumfalny ryk - "aluu! aluu!", głośniejszy od huku gromów. Po
chwili dopędził towarzysza i obaj przystanęli, nachylając się nad czym leŜącym w
polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla mnie Ŝadnej wątpliwości, iŜ
zatrzymali się przy trzecim przybyłym z.Marsa walcu.
LeŜałem pewien czas na deszczu, przyglądając się w przerywanej
błyskawicami
ciemności uwijającym się , ponad Ŝywopłotami potwornym metalowym
istotom.:Chwilami zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem
, to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc
pochłaniała je całkowicie.
Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo
trwało, nim otrząsnąłem się ze zdziwienia na tyle, aby wyczołgać się z bajora i
pomyśleć o groŜącym mi niebezpieczeństwie.
Nie opodal, na kartoflisku, stała samotna chałupa jakiegoś osiedleńca.
Podniosłem się w końcu i skulony pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w
drzwi, nikt jednak się nie odezwał - być moŜe nie słyszeli lub w chacie nie było
nikogo. Po chwili zrezygnowany podąŜyłem kryjąc się w przydroŜnych rowach do
ciągnącego się aŜ pod Maybury lasu.
Lasem, przemoczony i drŜący z zimna, skierowałem się do domu. Błąkałem
się wśród drzew szukając ścieŜki. Było bardzo ciemno, gdyŜ błyskawice stawały się
coraz rzadsze, a rzęsisty deszcz z gradem wypełniał kaŜdą szczelinę między
drzewami.
Gdybym zdał sobie wówczas w pełni sprawę, co oznaczają widziane przeze
mnie wydarzenia, zawróciłbym od razu do Byfleet i Cobham, aby dostać się czym
prędzej do Leatherhead, do Ŝony. Niesamowitość jednak otaczającej mnie nocy i
zmęczenie nie pozwoliły mi na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony
nawałnicą.
Kołatało we mnie podświadome pragnienie powrotu do domu i sądzę, Ŝe ono
właśnie kierowało moimi krokami. Obijałem się o pnie, wpadałem
do wądołów, kaleczyłem kolana o sterczące zdradziecko sęki, aŜ wbrodziłem
wreszcie na łąkę na stoku poniŜej College Arms. Mówię: wbrodziłem, gdyŜ łąką
rwały potoki brudnej deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś
męŜczyzna, i to z taką siłą, Ŝe ledwie utrzymałem się na nogach.
Wydał okrzyk przeraŜenia, odskoczył w bok i zanim zdąŜyłem się opanować i
przemówić doń - uciekł. Wicher dął tak gwałtownie, iŜ wlokłem się pod górę z
największym trudem. Chcąc posuwać się jako tako naprzód, musiałem podejść do
pobliskiego parkanu i pomagać sobie czepiając się sztachet. `
TuŜ przed szczytem stanąłem na czymś miękkim. Przy świetle błyskawicy
ujrzałem pod nogami czarny płaszcz i trzewiki. Nim mogłem rozpoznać, Ŝe to leŜy
człowiek - światło zgasło. Przystanąłem czekając na następny błysk. Przy jego świetle
udało mi się rozpoznać tęgiego męŜczyznę odzianego skromnie, lecz nie ubogo;
głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, Ŝe skryła się zupełnie pod ciałem. LeŜał
skulony tuŜ koło parkanu, jakby gwałtownie oń rzucony. .
Pokonując zrozumiały u tego, kto nigdy nie dotykał trupa, wstręt nachyliłem
się i odwróciłem leŜącego, sprawdzić, czy bije w nim jeszcze serce. Był martwy.
Widocznie skręcił kark. Błysnęło po raz trzeci i poznałem go. Wyprostowałem się
wstrząśnięty. Był to oberŜysta, właściciel poŜyczonej bryczki.
Przestąpiłem ostroŜnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem
posterunek policji, College Arms i doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie
wzgórza nie było widać poŜarów, na Ŝwirowisku tylko wciąŜ jeszcze połyskiwał
czerwony odblask rozświetlający pędzone wichrem, podcinane gradem kłębowiska
rudego dymu. Domy dokoła, o ile mogłem zauwaŜyć w błyskach burzy, stały
nienaruszone. Jakiś czarny kształt leŜał na gościńcu. koto College Arms.
Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło
mi jednak sił, by krzyknąć czy podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do
domu, zamknąłem je za sobą na zasuwę, dowlokłem się do wiodących na piętro
schodów i usiadłem na stopniu. Wyobraźnię mą przepełniały sunące polami metalowe
potwory i zmiaŜdŜone o płoty trupy.
Siedziałem na .schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze.
11 U okna
Wspomniałem juŜ, zdaje się, iŜ najburzliwsze nawet uczucia wygasają we
mnie nad podziw szybko. ToteŜ wkrótce poczułem dotkliwy chłód. Ociekałem wodą
do tego stopnia, Ŝe dokoła mnie na schodach i na chodniku stały kałuŜe. Podniosłem
się mechanicznie, poszedłem do jadalni i pociągnąłem łyk whisky, po czym odczułem
potrzebę przyodziania się w coś suchego.
Nieco później wspiąłem się na górę do gabinetu. Po co tam poszedłem nie
mam pojęcia. Okna mego gabinetu wychodzą na tory i pola Horsell. W pośpiechu
ucieczki zapomniałem je zamknąć przed odjazdem. Korytarz i wnętrze pokoju; w
przeciwieństwie do widoku oprawionego w ramę okna, wydawały się pełne
nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty.
Nawałnica juŜ przeszła. WieŜyczki Kolegium i otaczające go drzewa znikły
bez śladu i widać teraz było doskonale ciągnące się w dali pola i Ŝwirowisko
rozświetlone jaskrawym czerwonym blaskiem. W blasku tym krzątały się ciemne,
dziwaczne, groteskowo ogromne postacie.
Wydawało się, Ŝe cała okolica płonie, tak gęsto usiana była malutkimi,
migocącymi w podmuchach zamierającej burzy i rzucającymi krwawy blask na gęste
chmury płomykami. Przed oknem przepływały co chwila, przesłaniając sylwetki
Marsjan, kłęby dymu. Nie mogłem dojrzeć, co robili, gdyŜ zarysy ich były bardzo
niewyraźne. Nie mogłem takŜe ustalić przeznaczenia czarnych urządzeń, przy których
trudzili się z taką gorliwością. Niewidoczny teŜ był najbliŜszy poŜar, choć odblask
jego tańczył po ścianach i suficie. Powietrze-przepełniał ostry odór palonej gumy.
Zamknąłem bezszelestnie drzwi i podkradłem się do okna. Widziałem teraz
przestrzeń leŜącą między otaczającymi dworzec w Woking domami a osmalonym,
sczerniałym lasem pod Byfleet. Na torze, koło mostu, coś się świeciło, a z kilku
domostw stojących przy gościńcu do Maybury i w pobliŜu stacji zostały jedynie tlące
się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać tam było czarny, płonący jasnym
płomieniem stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch Ŝółtych prostokącików.
Zrozumiałem po chwili, Ŝe to leŜy rozbity pociąg ze zdruzgotanym parowozem. Kilka
pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała spokojnie na szynach.
Pośród tych trzech głównych ognisk, to znaczy: między grupą domów,
pociągiem i poŜarem pod Cobham, ciągnęły się nieregularne, ciemne
plamy pól przerywane gdzieniegdzie pasmami tlących się i dymiących zgliszcz
i wrzosowisk. Przedziwny był ten widok czarnej przestrzeni przetykanej ogniem.
Najbardziej przypominał mi ogromną hutę nocą. Ludzi z początku nie widziałem
nigdzie. Później dopiero ujrzałem w blasku płonącego dworca w Woking kilka
czarnych figurek przebiegających pojedynczo przez tory.
CzyŜby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie
Ŝ
yło się od tylu juŜ lat? Nie wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu
godzin, nie wiedziałem teŜ, choć zaczynałem juŜ po trosze odgadywać, jaki był
związek między mechanicznymi kolosami a niezdarnie pełzającymi istotami, które z
takim trudem wyłaziły przymnie z walca. Z dziwnym uczuciem bezosobowego
zainteresowania przywlokłem do okna fotel, usiadłem i przyglądałem się sczerniałym
łąkom, a zwłaszcza trzem gigantycznym postaciom krzątającym się po Ŝwirowisku.
Wydawały mi się zadziwiająco czynne. Zastanawiałem się, czym one są. Czy
myślącymi mechanizmami? Czułem, Ŝe to niepodobieństwo, Być moŜe w kaŜdym z
nich krył się Marsjanin kierując, rządząc, rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i
rozkazuje ciału? Porównywałem je do naszych maszyn; po raz pierwszy w Ŝyciu
zapytałem siebie, czym mogą być ludzkie krąŜowniki i parowce dla zwierząt o niŜszej
inteligencji.
Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek
szpilki Mars skłaniał się juŜ ku zachodowi - do ogródka wszedł Ŝołnierz. Najpierw
zatrzeszczał cicho płot. Rozejrzałem się jak człowiek obudzony z letargu i
spostrzegłem go. Przełaził przez ogrodzenie. Na widok istoty ludzkiej minęło
dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna.
- Pst! - szepnąłem.
Zatrzymał się niezdecydowany, siedząc okrakiem na parkanie. Potem
zeskoczył i pobiegł trawnikiem do najbliŜszego naroŜnika domu. Pochylony posuwał
się wolno wzdłuŜ ściany.
- Kto tam? - zapytał, takŜe szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę.
- Dokąd pan idzie? - spytałem. - Bóg wie.
- Chce się pan ukryć? - Tak.
- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem.
Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast za
mknąłem je znowu. Twarzy Ŝołnierza nie mogłem dojrzeć. Był bez czapki,
mundur miał rozchełstany.
- 0 BoŜe! ; powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju.
Co się stało? - pytałem. r - Niech pan lepiej zapyta, co się nie stało! - W
ciemności ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli nas! Po prostu nas zmietli!
- powtarzał w kółko.
Jak automat wszedł za mną do jadalni.
- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky.
Wypił: Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak
dziecko. Ja zaś, zapomniawszy o niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim
zaskoczony. '
Wiele upłynęło czasu, zanim opanował się na tyle, by móc odpowiedzieć na
me pytania. Mówił bezładnie, zacinał się co chwila. Był jezdnym w artylerii, do akcji
weszli dopiero około siódmej. Opowiadano, Ŝe pierwszy oddział Marsjan - posuwał
się powoli pod osłoną metalowej tarczy w kierunku drugiego walca.
Tarcza ta, ustawiona później na trójnogu, stała się pierwszą machiną bojową,
którą zresztą i ja potem widziałem. Działo, przy którym był jezdnym, odprzodkowano
niedaleko Horsell, aby panować nad Ŝwirowiskiem. Przybycie artylerii przyśpieszyło
działania. Gdy jezdni odprowadzali przodek, jego koń potknął się i upadł zrzucając go
w jakąś rozpadlinę. Równocześnie działo pękło, amunicja wybuchła, wszystko,
dokoła stanęło w płomieniach, a on znalazł się pod stosem martwych, zwęglonych
ludzi i koni.
- LeŜałem bez ruchu - mówił - nieprzytomny ze strachu, przyciśnięty zadem
końskim. Zmietli nas! A ten smród - dobry BoŜe! Jak przypalone mięso! Plecy bolały
mnie po upadku, leŜałem więc czekając, aŜ ból przejdzie. Przed chwilą wszystko było
jak na paradzie i raptem koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął.
Długo leŜał pod martwym koniem, od czasu do czasu tylko wyglądając w pole.
Piechurzy próbowali atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór
zaczął przechadzać się po Ŝwirowisku, między uciekającymi, kręcąc podobnym do
głowy kapturem, zupełnie jak rozglądający się człowiek. W czymś, co przypominało
rękę,.trzymał siejącą zielonymi iskrami, metalową; skomplikowanej budowy skrzynkę
opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca.
Starczyło kilka chwili by na polu nie pozostało nic Ŝywego, przynaj
mniej w zasięgu wzroku Ŝołnierza, a reszta nie zmienionych jeszcze dotąd w
czarne, osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach.
Huzarów ukrytych za. wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę
słyszał grzechot maxima, potem i to ucichło. Olbrzym do ostatka oszczędzał dworzec
w Woking i przyległe don", domy, potem jednak skierował Snop na miasteczko.
Pozostały zeń tylko ruiny. Wtedy potwór wyłączył Snop, zwrócił się do artylerzysty
tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leŜał drugi walec. Równocześnie z
jamy wyłonił się następny Tytan.
Gdy i ten podąŜył w ślad za pierwszym, artylerzysta począł czołgać się
ostroŜnie polem, przez gorące jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się
dotrzeć do przydroŜnego rowu i ujść nim do Woking. Dalsza jego opowieść pełna
była wykrzykników. 0 przejściu przed miasteczko nie było mowy. Zachowała się tam,
być moŜe, garstka Ŝyjących, ale byli to bez wątpienia ludzie bądź obłąkani ze strachu,
bądź teŜ straszliwie poparzeni. Widząc, iŜ jeden z Marsjan - powraca Ŝołnierz ukrył
się za dymiącymi ruinami jakiegoś muru. Stamtąd widział, jak gigant dopędziwszy
człowieka schwycił go`w jedną ze swych stalowych macek i zmiaŜdŜył o pień sosny.
Po zapadnięciu mroku artylerzysta skoczył ku nasypowi kolejowemu i przebiegł na
drugą stronę.
Przemykał się następnie do Maybury w nadziei, iŜ idąc w kierunku Londynu
uniknie niebezpieczeństwa Ludzie kryli się po piwnicach i rowach, a większość tych,
co uszli z Ŝyciem, wędrowała do Send i Woking. Męczyło go pragnienie, dopóki nie
natrafił na rozbitą pompę kolejową tryskającą strumieniem wody aŜ na gościniec.
Taką to wydobyłem z niego, słowo po słowie; historię. Opowiadanie o
wszystkim, w widział, uspokoiło go nieco. Od ubiegłego popołudnia, jak mówił, nie
miał nic w ustach, poszedłem więc do spiŜarni, skąd przyniosłem trochę baraniny i
chleba. Bojąc się zwabić Marsjan nie paliliśmy lampy, toteŜ ręce nasze często stykały
się nad talerzem. W miarę jak mówił, wyłaniały się z ciemności otaczające nas
przedmioty, a podeptane krzewy i połamane krzaki róŜ za oknem stawały się coraz
widoczniejsze. Wyglądało to, jakby przez ogród przewaliła się czereda ludzi czy
zwierząt. Coraz wyraźniej teŜ widziałem poczerniałą, posępną, niewiele zapewne
róŜniącą się od mojej, twarz Ŝołnierza.
Zakończywszy posiłek wspięliśmy się wolniutko na piętro, do gabinetu, by
dalej patrzeć przez okno. Dolina nasza w ciągu jednej nocy zmieniła się w popielisko.
PoŜary dogasały. Tam gdzie niedawno szalały płomienie,
teraz wzbijały się smugi dymu; bezlitosne światło poranka obnaŜało osłonięte
dotąd mrokiem nocy straszliwe, odpychające w swej grozie, nieprzeliczone
ruiny zburzonych domów i szkielety zwęglonych, sczerniałych drzew.
Gdzieniegdzie widniały, jakby cudem ocalałe, jakiś semafor na torach, jakaś altanka
w ogrodzie - jasne i Ŝywe pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie
nie było tak zupełne, tak powszechne. A koło jamy, pobłyskując w promieniach
wschodzącego słońca, stali trzej metalowi olbrzymi i kręcąc kapturami przyglądali się
dokonanym spustoszeniom. _
Wydawało mi się, Ŝe jama została powiększona. W niebo biły z niej co chwila,
unosiły się wirując i rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary.
Widniejące w oddali, w Cobham, słupy płomieni zmieniły się za pierwszym
dotknięciem dnia w słupy krwawego dymu.
12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu
Ś
wiat zdawał się zbyt jasny, toteŜ zaprzestaliśmy podglądania Marsjan,
opuściliśmy okno i zeszliśmy cichutko na dół.
Artylerzysta przyznał mi rację, iŜ dom nie jest bezpiecznym schronieniem.
Chciał iść dalej, jak mówił, na Londyn,.dó swojej baterii. Dwunastej konnej. Mój
plan, powstały pod przemoŜnym wraŜeniem potęgi Marsjan, polegał na niezwłocznym
powrocie do Leatherhead po Ŝonę, zabraniu jej do Newhaven i opuszczeniu kraju.
Pojąłem juŜ bowiem zupełnie jasno, iŜ okolice Londynu muszą stać się, zanim
straszliwe te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk.
Pomiędzy mną wszakŜe a Leatherhead leŜał pilnowany przez olbrzymów
trzeci walec. Myślę, iŜ będąc sam próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj.
Artylerzysta jednak powstrzymał mnie od tego. Dla kochającej Ŝony, tłumaczył mi, to
Ŝ
adna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie ustąpiłem i postanowiliśmy iść razem,
pod osłoną lasu, na północ, do Street Cobham. Stamtąd dopiero miałem udać się
zataczając wielki krąg przez Epsom do Leatherhead.
Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy,
znał się na tym lepiej ode mnie. Musiałem przetrząsnąć cały dom, aby znaleźć
manierkę i napełnić ją whisky. Kieszenie wypchaliśmy sucharami i pokrojonym w
plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy się
z domu i popędziliśmy co siłą tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem
wczorajszej nocy. Domy wydawały się opuszczone. No gościńcu natknęliśmy się na
trzy zbite w ciasną gromadkę zwęglone ciała, niewątpliwie ofiary Gorącego Snopa.
Gdzieniegdzie poniewierały się pogubione przez uciekających drobiazgi, jakiś
zegarek, jakiś pojedynczy pantofel, jakaś srebrna łyŜka i tym podobne kosztowności.
Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech kołach, zapchany gratami wózek.
Pośród rozrzuconych dokoła szczątków leŜała rozbita w pośpiechu skarbonka.
Z wyjątkiem wciąŜ jeszcze płonącego sierocińca Ŝaden z pobliskich domów
nie ucierpiał wiele. Snop zgolił tylko kominy i przemknął dalej. Mimo to wydawało
się, Ŝe w owym Maybury nie ma prócz nas Ŝywego ducha. Większość mieszkańców
uszła, jak sądziłem, drogą na Stare Woking, tą samą, którą jechaliśmy wczoraj do
Leatherhead. A moŜe ukrywała się gdzieś w pobliŜu.
Schodząc łąką po stoku minęliśmy ciało męŜczyzny w czarnym przemokłym
od nocnej ulewy ubraniu i u podnóŜa wzgórka weszliśmy w las. f,asem, nie
napotykając nikogo, podąŜaliśmy ku linii kolejowej. Po drugiej stronie toru ciągnęły
się czarne zgliszcza. Większość drzew leŜała pokotem, gdzieniegdzie tylko sterczały
szare pnie z kikutami konarów pokrytych zwęglonym ciemnobrązowym listowiem. '
Po naszej stronie poŜarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko
skraj lasu. W pobliŜu niedawno, widocznie w sobotę jeszcze, pracowali drwale. Na
polanie obok kupy trocin i wielkiej mechanicznej piły leŜały świeŜo zrąbane i pocięte
klocki. TuŜ przy nich stał nieduŜy pusty barak. Ranek był dziwnie cichy, bez tchnienia
wiatru. Nawet ptaki przycichły
, my zaś, krocząc Ŝ pośpiechem, takŜe rozmawialiśmy tylko szeptem.
Oglądaliśmy się co chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując.
Po pewnym czasie, gdy .zbliŜaliśmy się juŜ do gościńca, doszedł nas stamtąd
tupot kopyt końskich. Poprzez rozchylone gałęzie ujrzeliśmy jadącą powoli w
kierunku Woking trójkę kawalerzystów.
Zawołaliśmy na nich, a kiedy przystanęli, pośpieszyliśmy na drogę. Byli to
porucznik i dwaj huzarzy z ósmego pułku. Wieźli z sobą podobny do teodolitu
przyrząd na statywie. Artylerzysta wyjaśnił mi, Ŝe to heliograf.
- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! -wykrzyknął porucznik
. - Co się tu dzieje?
Minę i głos bardzo miał przejęte. Stojący za nim Ŝołnierze przyglądali się nam
ciekawie. Artylerzysta przeskoczył przez równa drogę i zasalutował.
- Melduję posłusznie, panie poruczniku, w nocy rozbito nam działo.
Ukrywałem się. Próbuję odnaleźć baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół
mili stąd na Marsjan.
- A cóŜ to znów za diabły?
-- Melduję posłusznie, opancerzone olbrzymy. Wysokość sto stóp. Trzy nogi.
Ciało aluminiowe. Ogromne głowy w kapturach.
- Nie wygłupiajcie się! = zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury!
- Przekona się pan porucznik. Mają teŜ skrzynki, z których strzelają ogniem.
- Chyba armaty?
- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł Ŝywo opisywać Snop Gorąca.
Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na
skraju drogi bez słowa.
- Pan teŜ ich widział? - zapytał.
- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem.
- Tak - zakonkludował porucznik. - Myślę, Ŝe i ja powinienem to zobaczyć. A
wy-tu spojrzał na artylerzystę-idźcie najlepiej zameldować się u dowódcy brygady,
generała Marvina, i powtórzcie mu to wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z
domów. Generał jest w Weybridge: Znacie drogę? h
J Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe.
- Pół mili, mówicie? - rzucił.
- Co najwyŜej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe.
Podziękował i ruszyli drogą. Więcej ich nie widzieliśmy.
Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte
wynoszeniem rzeczy z chałupy. Ręczny wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych
węzełków. ,Kobiety tak były zajęte, Ŝe nie miały nawet czasu, by z nami rozmawiać.
Z lasu wyszliśmy niedaleko dworca w Byfleet; Cała ta okolica, skąpana w
promieniach porannego słońca, cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aŜ tutaj,
toteŜ gdyby nie milcząca pustka wielu domów, gdyby nie wybuchający gdzieniegdzie
zgiełk i gwar pakowania się, gdyby nie oddział Ŝołnierzy rozstawionych na moście
kolejowym i spoglądających na Woking
, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela.
Do Addlestone ciągnął gościńcem szereg skrzypiących wozów i bryczek.
Ujrzeliśmy na drugim krańcu łąki sześć armat, dwunastofuntówek,
ustawionych w jednakowych odstępach i wymierzonych w Woking. Przy
armatach stała obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak
na paradzie.
- To rozumiem!-zawołałem. -Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał.
Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął.
BliŜej Weybridge, tuŜ przy moście, gromada Ŝołnierzy w białych roboczyeh
drelichach sypała długi szaniec, za którym widniały liczne działa.
- Łuki i strzały przeciwko piorunom - powiedział artylerzysta. - Nie widzieli
jeszcze ognistego promienia!
Wolni od pracy przy szańcu oficerowie wypatrywali czegoś ponad drzewami, a
sypiący go Ŝołnierze przerywali co chwila robotę, aby teŜ rzucić okiem w południową
stronę.
Zamieszanie w Byfleet panowało niewiarygodne: Ludzie pakowali się; a
huzarzy, jedni wierzchem, inni pieszo, popędzali ich beŜ wytchnienia. Na wiejskiej
uliczce ładowano w pośpiechu, prócz innych pojazdów, trzy czy cztery ambulanse
oznaczone krzyŜami :na białych polach i stary omnibus. Wszędzie uwijały się grupki
odświętnie odzianych ludzi. śołnierzom z największym trudem udawało się wyjaśnić
im powagę sytuacji.
Jakiś staruszek chciał zabrać ogromną skrzynię pełną doniczek z orchideami i
wykłócał się ząb za ząb z usiłującym mu to wyperswadować kapralem.
- Wie pan, co stamtąd nadchodzi?-krzyknąłem wskazując przesłaniające
Marsjan drzewa.
- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, Ŝe to drogie rzeczy. .
- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go
głowiącego się nad tymi słowami pośpieszyłem za artylerzystą. Na zakręcie
obejrzałem się. śołnierz odszedł, a staruszek stał przy swej skrzynce i gapił się na
dalekie drzewa.
Nikt w całym Weybridge nie potrafił nas objaśnić, gdzie mieści się kwaterą
główna: takiego bałaganu nie widziałem jeszcze, jak Ŝyję, w Ŝadnym miasteczku.
Wszędzie pełno było bryk, wozów, przedziwnej jakiejś mieszaniny pojazdów i koni.
Pięknie odziane damy i szacowni obywatele miasta w golfowych wioślarskich
strojach pakowali się na gwałt przy energicznej pomocy rozmaitych próŜniaków.
Dzieciaki były podniecone i raczej zachwycone tą niezwykłą odmianą w coniedzielnej
nudzie.
A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawia) wczesne
naboŜeństwo zwołując na nie wiernych przeraźliwą sygnaturką.
Przysiedliśmy z moim artylerzystą na stopniach studni, by posilić się nieco
zapasami. Patrole wojskowe, tym razem nie huzarzy, lecz biało odziani grenadierzy,
ostrzegały ludność, aby w razie strzelaniny kryć się natychmiast po piwnicach albo
niezwłocznie opuszczać mieścinę. Mijając most kolejowy ujrzeliśmy na dworcu tłum
ludzi i perony zawalone walizami i tobołami. Normalny ruch prawdopodobnie
wstrzymano, aby przepuścić transporty wojska do Chertsey. Dopiero później
dowiedziałem się o
dzikich walkach o miejsca w pociągu specjalnym, podstawionym po długim
oczekiwaniu.
W Weybrigde pozostaliśmy do południa, a wkrótce potem znaleźliśmy się
koło przystani Shepperton, w miejscu gdzie Wey wpada do Tamizy. Zatrzymaliśmy
się tam nieco dłuŜej pomagając dwu starowinom załadować rzeczy na wózek. Ujście
Wey składa się z trzech koryt, przez rzekę kursuje prom, jest tam teŜ przystań i
wynajem łódek. Na brzegu od strony Sheppertonu stała wówczas oberŜa okolona
rozległym trawnikiem, nieco głębiej zaś - kościół z wieŜą (odbudowano ją potem
bardziej strzelistą) wznoszącą się wysoko ponad drzewa.
Zastaliśmy tam podniecony i hałaśliwy tłum uciekinierów. Wprawdzie
ucieczka nie była jeszcze paniczna, tyle jednak zebrało się tutaj ludzi, Ŝe nie zdołałyby
ich przewieźć wszystkie łodzie z całej rzeki razem wzięte. A wciąŜ jeszcze napływały
nowe, zadyszane, obładowane tobołami gromady. Jakieś małŜeństwo niosło dobytek
ułoŜony na zdjętych z zawiasów drzwiach domku. Ktoś udowadniał, Ŝe łatwiej będzie
wyjechać z Sheppertonu pociągiem.
Hałasu było tu co niemiara, a jakiś facet próbował nawet kpić i dworować.
Najwidoczniej cały ten tłum wyobraŜał sobie Marsjan jako ludzi groźnych wprawdzie,
którzy mogą napaść i zrabować miasteczka i wioski, ale którzy wcześniej czy później
nie unikną zagłady. Wzrok wszystkich zwracał się co chwila ku łąkom za Wey,
ciągnącym się aŜ po Chertsey, lecz panował tam zupełny spókój.
W przeciwieństwie do wybrzeŜa po stronie Surrey, na przeciwległym brzegu
Tamizy, z wyjątkiem miejsca gdzie przybijają łodzie, cicho było i spokojnie. Lądujący
rozchodzili się w pośpiechu polnymi droŜynami. Akurat wielki prom dobijał do
brzegu. Kilku stojących na trawniku koło oberŜy Ŝołnierzy pokpiwało sobie z
uciekinierów nie udzielając im pomocy. OberŜa, jak zwykle w niedzielę, była
zamknięta.
- Co to? - krzyknął przewoźnik.
- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od
Chertsey rozległ się głuchy huk, odgłos strzału armatniego.
Walka rozpoczęła się. Niemal natychmiast zaczęły przyłączać .się do chóru,
strzelając co sił, jedna po drugiej, niewidoczne, ukryte bardziej na prawo, za
porastającymi przeciwległy brzeg drzewami, baterie. Któraś kobieta krzyknęła. Tłum
stał nieporuszony, wsłuchany w nagły zgiełk tak bliskiej, a przecieŜ niewidocznej
bitwy. Dostrzec moŜna było tylko płaskie łąki, krowy skubiące trawę i srebrzyste,
nieruchome w upalnym słońcu płaczące wierzby. .
- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło
mnie paniusia. Nad drzewami unosiła się leciutka mgiełka.
Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła
wciąŜ wyŜej i wyŜej, aŜ zawisła wysoko w nieruchomym powietrzu. Potem ziemia
zadrŜała pod nogami i powietrzem targnął głośny wybuch wybijając szyby w oknach i
ogłuszając nas na długą chwilę.
- JuŜ tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich?
Tam!
W oddali spoza drzew ukazał się nagle jeden, drugi, trzeci, czwarty Marsjanin.
Gnali ciągnącymi się ód Chertsey polami ku rzece. Z dala wyglądali jak niewielkie
zakapturzone figurki mknące posuwistym, szybkim jak lot ptaków ruchem. Potem
pojawił się piąty. Pędził na przełaj, wprost na nas. Szli-na działa. Lśniły w słońcu
metalowe cielska rosnących z kaŜdym krokiem potworów. Najodleglejszy, ostatni w
lewo, wymachiwał wzniesioną wysoko skrzynką i nagle upiorny, straszliwy Snop
Gorąca, tak dobrze znany mi od piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w nieszczęsne
miasteczko.
Wydawało się, Ŝe widok tych przedziwnych, okropnych istot poraził na chwilę
zebrany nad,.rzeką tłum. Zapanowała zupełna cisza, nikt nie krzyknął, nikt nie jęknął.
Potem rozległ się ochrypły pomruk, tupot setek nóg i plusk wody. Jakiś męŜczyzna,
zbyt wystraszony, by rzucić trzymaną na ramieniu walizę, odwrócił się i wyrŜnął mnie
nią tak mocno, aŜ się zatoczyłem. Biegnąca ku rzece kobieta popchnęła mnie z
niespodziewaną siłą. Ja teŜ rzuciłem się wraz z tłumem do ucieczki, mimo
przeraŜenia jednak nie przestawałem myśleć. Ani na chwilę nie zapominałem o
Snopie Gorąca! Ukryć się pod wodą! Oto jedyny ratunek!
- Kryć się pod wodą! - ryknąłem. . Rozejrzałem się i popędziłem na spotkanie
nadchodzącego Marsjanina, prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to
samo. Gdy bie
głem, obok. z zawracającej do brzegu łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na
dnie oślizłe były i zamulone, woda zaś tak płytka, Ŝe chcąc zagłębić się do pasa,
musiałem odbiec ze dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać
Marsjanina była o paręset juŜ tylko jardów ode mnie dałem nurka. Plusk, z jakim
ludzie wyskakiwali z łodzi, grzmiał mi w uszach z siłą piorunów. Ludzie z pośpiechu
lądowali po obu stronach rzeki.
Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi,
jak człowiek nie zwraca uwagi na mrówki krzątające się wokół kopniętego
przypadkiem mrowiska. Gdy wytknąłem nareszcie, na pół uduszony, głowę z wody -
kaptur Marsjanina patrzył ku strzelającym jeszcze zza rzeki bateriom. Potem olbrzym
ruszył dalej wymachując w takt kroków zbiornikiem gorąca.
Po chwili był juŜ nad rzeką i począł brnąć przez wodę. Wychodząc na
przeciwległy brzeg przyklęknął na chwilę, natychmiast jednak powstał i ruszył ku-
Sheppertonowi. Równocześnie wypaliło sześć ukrytych wśród podmiejskich domków
armat. Niespodziane, bliskie, następujące szybko po sobie wybuchy przeraziły mnie.
Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy ó kilka stóp od kaptura rozerwał się
granat.
Wydałem okrzyk zdumienia: Nie parzyłem juŜ na tamtych czterech, nie
myślałem o nich, całą uwagę skupiłem na najbliŜszym. Dwa następne pociski
wybuchły tuŜ koło metalowego cielska, a czwarty rąbnął w usiłujący uniknąć go
obrotem kaptur. Kaptur.pękł, błysnął i rozleciał się w kawałki sypiąc wkoło
odłamkami metalu i krwawymi strzępami mięsa.
- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem.
Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem
na brzeg.
Pozbawiony głowy kolos zataczał się jak pijany; nie przewrócił się jednak.
Cudem niemal zachował równowagę, ale nie panując nad ruchami pomykał ze
wzniesionym w górę zbiornikiem gorąca ku Sheppertonowi. śywa inteligencja,
zamknięty w kapturze Marsjanin, została zgładzona, rozprysła się na cztery wiatry i
potwór był juŜ tylko metalowym mechanizmem sunącym ku nieuchronnej zagładzie.
Nie kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran w wieŜę
kościelną, zdruzgotał ją jak szklaną zabawkę, skręcił w bok, potknął się i ginąc z oczu
runął w rzekę z potęŜnym łoskotem.
Gwałtowny wybuch wstrząsnął powietrzem. W niebo 'strzelił słup wody, pary,
błota i odłamków metalu. To komora ze Snopem dotknęła
wody zmieniając ją niepowstrzymanie w parę. Rzeką runęła jak wrzący
błotnisty przypływ potęŜna fala. Widziałem ludzi uciekających na brzegi, zewsząd
rozlegały się jęki i krzyki zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina.
Nie zwracając uwagi na gorąco, stłumiwszy instynkt samozachowawczy
przepychałem się wśród uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w
górę rzeki, do zakrętu, chcąc ujrzeć, co się tam dzieje. Kilka porzuconych łódek
obijało się bez celu po wzburzonych falach. Wreszcie zobaczyłem Marsjanina. LeŜał
w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony.
Nad szczątkami unosiły się gęste obłoki pary. Widać przez nie było; jak
olbrzymie członki młócą w nieustannych drgawkach wodę, jak rozpryskują w
powietrzu błotnistą pianę. Macki niby Ŝywe ramiona to splatały się konwulsyjnie, to
rozplatały i gdyby nie bezradna jałowość tych ruchów wydawałoby się, Ŝe to
ś
miertelnie zraniona istota walczy z falami o Ŝycie. 7a machiny tryskały z głośnym
sykiem olbrzymie strugi rdzawobrązowej cieczy. ,
Od widoku tego odwróciły mą uwagę wściekłe ryki przypominające dźwięki
rozpowszechnionych w przemysłowych miastach syren fabrycznych. Jakiś jegomość
stojący tuŜ przy brzegu, po kolana w wodzie, krzyczał coś do mnie pokazując palcem
w tył, poza mnie. Odwróciłem się i ujrzałem sadzących ogromnymi susami brzegiem,
od Chertsey, Marsjan. Z Sheppertonu znów odezwały się działa, tym jednak razem
bez skutku.
Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty,
dopóki kaŜdy ruch nie stał się męką. Woda dokoła burzyła się coraz gwałtowniej,
temperatura rosła błyskawicznie.
Gdy.wynurzyłem się na chwilę, by zaczerpnąć tchu, i przetarłem oczybiałe
kłęby pary przesłoniły Marsjan niemal całkowicie. Hałas panował ogłuszający.
Wreszcie ujrzałem niewyraźnie ogromne, bo powiększone jeszcze przez mgłę, szare
postacie. Minęły mnie, po czym dwie nachyliły się nad parującymi szczątkami
towarzysza.
Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej
jardów od mnie, druga bliŜej ku Laleham. Wzniesione wysoko
zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie.
Powietrze pełne było wrzawy, ogłuszającej mieszaniny skłóconych ze sobą
hałasów; podobnych do głosu trąb, ryków Marsjan, łoskotu walą. cych się domów,
trzasku płonących drzew, płotów i zabudowań. Gęsty,
czarny dym łączył się z bijącą z rzeki parą, w Weybridge zaś miejsca dotknięte
Snopem łyskały oślepiającą białością i w jednej chwili zmieniały się w dymiące,
roztańczone płomienie. Pobliskie domy wciąŜ jeszcze stały nietknięte, wyczekując
swego losu. Przesłaniały je drŜące, blade obłoczki pary, oświetlały buzujące poŜary. ,
Dysząc cięŜko, stałem chwilę po pierś we wrzącej niemal wodzie,
oszołomiony beznadziejnością "połoŜenia, pewny nieuchronnej zguby. Poprzez opary
widziałem ludzi uchodzących na brzeg i przezierających się przez gęstwę trzcin, na
podobieństwo Ŝab przeraŜonych zbliŜaniem się człowieka.
Nagle biała smuga Snopa poczęła .pomykać w mą stronę. Pod jej dotknięciem
z domów tryskały płomienie, drzewa stawały w ogniu. Przejećhała po brzegu w jedną
stronę, potem w drugą, zlizując uciekających, i dotknęła rzeki niespełna pięćdziesiąt
kroków ode mnie. Musnęła wodę przesuwając się od brzegu do brzegu, a śladem jej
pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą piany. Skoczyłem ku brzegowi.
Uszedłem parę zaledwie kroków, gdy runęła na mnie potęŜna, wrząca niemal
fala. Wrzasnąłem nieprzytomnie i poparzony, na pół oślepiony, czując, Ŝe ginę,
zataczając się wśród syczącej, rwącej wody przedzierałem się resztkami sił ku
brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to koniec. Nie potknąłem się jednak. Upadłem
wyczerpany na szerokiej, piaszczystej łasze, przy samym ujściu Wey do Tamizy, tuŜ
pod nosem nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, Ŝe czeka mnie śmierć.
Jak przez mgłę pamiętam ogromną stopę Marsjanina. Wparła się w ziemię o
kilkanaście zaledwie jardów od mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po
czym znów uniosła się w górę. Pamiętam długą, pełną niepewności chwilę
wyczekiwania, a potem widok, to wyraźny, to przesłonięty welonem dymu, czterech
kolosów dźwigających szczątki zgładzonego towarzysza. Uchodziły one
nieskończenie wolno, jak mi się zdawało, przez rzekę i dalej, nadbrzeŜnymi łęgami.
Dopiero wtedy zacząłem pojmować coraz jaśniej, Ŝe chyba cudem jakimś - ocalałem.
13 Jak spotkałem się z wikarym
ł'o tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń,
Marsjanie wycofali się na pola pod Horsell; do swych wyjściowych pozycji; Ŝe zaś
odchodzili w pośpiechu i do tego obciąŜeni szczątkami powalonego kompana -
przeoczyli niewątpliwie wielu takich rozsianych w
pojedynkę rozbitków jak ja. Gdyby nie zajmowali się wówczas swym
towarzyszem, lecz atakowali dalej, to nieliczne baterie broniące dostępu do Londynu
nie byłyby w stanie ich powstrzymać i stanęliby w stolicy wcześniej niŜ wieść o ich
pochodzie. Byłoby to natarcie tak nagłe, straszliwe i niszczące, jak trzęsienie ziemi,
które przed stu laty zburzyło Lizbonę.
Nie śpieszyli się jednak. Poprzez międzyplanetarne przestrzenie mknął
przecieŜ walec za walcem. KaŜda doba przynosiła posiłki. A tymczasem nasze sztaby,
lądowy i morski, znając juŜ w pełni niesłychaną moc wroga pracowały z wściekłą
energią. Dosłownie co minutę stawało na stanowisku nowe działo, tak Ŝe o zmierzchu
z kaŜdego zagłębienia, zza kaŜdego krzaka i domku, ze stoków wzgórz Kingstonu i
Richmondu wyzierały czujne, choć zamaskowane czarne paszcze armatnie. A przez
zwęglone, martwe pola, wszystkiego ze-dwadzieścia moŜe mil kwadratowych,
otaczające obozowiska Marsjan w Horsell, przez spalone, zrujnowane wioski, między
sczerniałymi, zeschłymi kikutami wczoraj jeszcze szumiących drzew przemykali się
ofiarni zwiadowcy z heliografami, które miały ostrzegać artylerzystów o kaŜdym
ruchu Marsjan. Ci jednak pojęli juŜ znakomicie działanie naszej artylerii, pojęli
niebezpieczeństwo ludzkiej bliskości, toteŜ podejść bliŜej niŜ o milę do któregoś z
walców moŜna było tylko za cenę Ŝycia.
Wydaje się, Ŝe wczesnym popołudniem olbrzymy przeniosły zawartość
drugiego i trzeciego walca z Adlestone i Pyrfordu do pierwszej swej jamy na polach
Horsell. Na wzniesieniu, ponad wypalonymi wrzosowiskami i zrujnowanymi
budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni opuścili swe machiny wojenne i
zeszli do jamy. Pracowali tam zawzięcie do późnej nocy. Świadczył o tym piętrzący
się nad jamą słup zielonego dymu widoczny wyraźnie z pagórków pod Merrow, a
nawet, jak mówiono, z Banstead, Epsom i Downs.
Podczas gdy za mymi plecami Marsjanie gotowali się do następnego wypadu,
a przede mną ludzkość zbierała siły do walki, ja w niewypowiedzianej męce, bólu i
trudzie przedzierałem się przez ogień i dym płonącego Weybridge ku Londynowi.
Dostrzegłszy jakieś porzucone czółno płynące w dół rzeki, zrzuciłem
przemoczone zwierzchnie odzienie, dotarłem do łódki i w ten sposób opuściłem teren
zagłady. Wioseł w czółnie- nie było, toteŜ grzebiąc w wodzie poparzonymi rękami
posuwałem się z wielkim tylko trudem do Hallifordu i Waltonu. Oglądałem się przy
tym nieustannie, co zresztą łatwo chyba przyjdzie czytelnikowi zrozumieć. Wybrałem
rzekę, bo wie
działem teraz, Ŝe najwięcej szans ocalenia, gdyby potwory pojawiły się znowu,
zapewnia woda.
Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, Ŝe przez większą część
pierwszej mili para całkowicie przesłaniała mi widok brzegów rzeki. Raz tylko, przez
krótką chwilę, widziałem czarny sznur sylwetek uciekających polami od Weybridge.
Halliford, jak mi się zdawało, był całkowicie opuszczony, a szereg nadbrzeŜnych
domków płonęło. Dziwny to był widok- zupełny spokój, zupełna pustka pod upalnym,
błękitnym niebem i tylko dym i płomienie tańczące w popołudniowym skwarze.
Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć płonących domów bez zgiełkliwego tłumu
gapiów: Nieco dalej tliły się i dymiły suche przybrzeŜne szuwary, zaś nie skoszonymi
jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha ognia,,
Tak bylem obolały i.zmordowany gwałtownością przeŜyć, tak straszny
panował skwar na rzece; 'iŜ długi czas dawałem bezwalnie nieść się prądowi. W
końcu jednak arach przemógł i znów zacząłem wiosłować. Na dobitek słońce spiekło
mi obnaŜone plecy, toteŜ gdy wyłonił się wreszcie zza zakrętu most w Waltonie- upał
i wyczerpanie przemogły przeraŜenie. Przybiłem do brzegu i śmiertelnie znuŜony
wyciągnąłem się wśród wysokiej trawy. Była moŜe czwarta, moŜe piąta po południu.
Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili nie spotykając po drodze Ŝywej duszy i
znów ległem, tym razem w cieniu Ŝywopłotu. Pamiętam: idąc mówiłem coś
półprzytomnie sam do siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko Ŝałowałem, Ŝe
wypiłem tak mało wody. Ciekawe, Ŝe zły byłem na Ŝonę; nie potrafię tego objaśnić,
lecz winiłem ją za jałowość mych prób powrotu do Leatherhead.
Duchowny zjawił się prawdopodobnie w czasie mej drzemki, gdyŜ nadejścia
jego zupełnie sobie nie przypominam. Ujrzałem go siedzącego przy mnie, w
wybrudzonej sadzami bluzie, z wygoloną twarzą wzniesioną w górę, zapatrzonego w
migocące na niebie błyski. Niebo pokryte było barankami, kłębkami puchowych
chmurek zabarwionych leciutkim róŜem letniego zachodu.
Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie.
- Nie ma pan wody? - spytałem krótko. . Zaprzeczył ruchem głowy.
- Dopomina się pan o wodę juŜ od godziny - odrzekł.
Milczeliśmy przyglądając się sobie badawczo. Śmiem twierdzić, Ŝe
wyglądałem dość dziwacznie, nagi do pasa, w mokrych spodniach i skar
petkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości.
Cofnięta broda, kędzierzawe, lniane niemal loki opadające na niskie czoło, dość duŜe
bladoniebieskie bez wyrazu oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próŜnię.
- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć? Patrzyłem nań bez
słowa.
Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem:
- Dlaczego pozwala się na to? Za jakie grzechy? Wyszedłetń po rannym
naboŜeństwie w pole, by odświeŜyć nieco umysł, i nagle ogień,'trzęsienie ziemi,
ś
mierć! Jak Sodoma i Gomora! Cała nasza praca zniszczona, cała praca... Kim są ci
Marsjanie?
- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple.
Opasał kolana ramionami i znów zwrócił się ku mnie. Długą chwilę patrzał na
mnie w milczeniu.
- Wyszedłem na spacer, by odświeŜyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień,
trzęsienie ziemi, śmierć!
Zamilkł, skłaniając głowę tak nisko, iŜ brodą sięgał niemal kolan. Wtem
począł wymachiwać ręką. - Cała praca, wszystkie szkoły... CóŜeśmy zawinili? Co
zawiniło Weybridge? Wszystko zniszczone! Nic nie zostało! Kościół! Odbudowany
trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! Za co?
Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca.
- Dymy poŜarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał.
Oczy płonęły mu, cienkim palcem wskazywał Weybrigde. Zacząłem
pojmować. Straszliwa tragedia, jaką przeŜył - uszedł najwidoczniej z Weybridge -
doprowadziła go niemal do obłędu.
- Daleko stąd do Sunbury`? - zapytałem rzeczowo.
- I cóŜ mamy czynić? - pytał. - Czy te istoty są wszędzie? Czy całą Ziemię
otrzymały we władanie?
- Daleko stąd do Sunbury? ,
- PrzecieŜ dziś rano odprawiałem jeszcze mszę...
- Od rana zmieniło się wiele rzeczy - odparłem spokojnie. - Proszę się
opanować. Nie naleŜy tracić nadziei.
- Nadziei!
- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń!
Zacząłem wyjaśniać swój pogląd na sytuację. Z początku słuchał, w miarę
jednak jak mówiłem, zainteresowanie w jego oczach zmieniało się w poprzednią
bezmyślność. Odwrócił wzrok.
= To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec!
"Wielki, straszliwy dzień Pana! I ludy wzywać będą pagórki i skały, by spadły
na nie i ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na tronie!"
Zacząłem rozumieć sytuację. Zaprzestałem wypracowanego rozumowania,
powstałem i pochylając się nad nim oparłem mu dłoń na ramieniu.
- Trzeba, być męŜczyzną - wyrzekłem. - Pan jest nieprzytomny ze strachu. CóŜ
za poŜytek z religii, jeśli kruszy się ona w obliczu nieszczęścia? Proszę pomyśleć,
ile.zła wyrządziły ludzkości trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, wybuchy wulkanów!
Czy panu zdaje się, Ŝe Bóg ubezpieczył Weybrigde od wypadku? Człowieku, Bóg to
nie agent ubezpieczeniowy.
Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu.
- I jakŜe moŜemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosięŜni, oni są
bezlitośni...
- Ani jedno, ani prawdopodobnie drugie- odparłem. - Poza tym im są
potęŜniejsi, tym mądrzejsi i ostroŜniejsi powinniśmy być my. Jeden z nich zginął, o,
tam, niespełna trzy godziny temu.
- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - JakŜe mógł zginąć wysłannik
Pana?
- Widziałem na własne oczy - odparłem. - Przypadkowo wpadliśmy w sam
gąszcz wydarzeń... i to wszystko - zakończyłem.
- Co to za iskry na niebie? '- zapytał urywanie.
Wyjaśniłem, Ŝe są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie
wysiłków i pomocy ludzkiej na ziemi.
- Jesteśmy w samym środku - mówiłem. -Choć teraz panuje tu spokój, błyski
te zwiastują nadchodzącą burzę. Tam, zdaje się, są Marsjanie, a pod Londynem, tam
gdzie widać pagórki, koło Richmondu i Kingstonu, usypano szańce i ustawiono
działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą
Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? -
zawołał.
Spoza płaskich pagórków na tamtym brzegu rzeki doszedł nas głuchy huk
dalekich dział i odległy tajemniczy krzyk. Potem wszystko ucichło. Nad krzakami
przemknął hucząc głośno czarny trzmiel. Na zachodzie wysoko nad dymami
Weybrigde i Sheppertonu, nad płomienną świetnością gasnącego słońca zawisł na
niebie biały, wąski sierp księŜyca.
- Chodźmy lepiej w tamtą stronę -- rzekłem - na północ.
14 W Londynie
Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w
Londynie. Studiował tam medycynę i, przygotowując się do bliskich juŜ egzaminów,
aŜ do soboty rano nie słyszał nic o ich przybyciu. Sobotnie -dzienniki poranne, prócz
przydługich artykułów na temat Marsa, Ŝycia na innych planetach i tak dalej,
przyniosły krótką i mgliście sformułowaną, a więc tym bardziej zaskakującą depeszę.
Marsjanie wystraszeni zbliŜaniem się tłumu uŜyli szybkostrzelnego działa i
zabili trochę ludzi. Tyle mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: "Jakkolwiek
Marsjanie wydają się groźni, to jednak nie ruszają się ze swej jamy, co więcej, nie są
chyba do tego zdolni. Przyczyną tego jest prawdopodobnie względna wielkość siły
ziemskiego ciąŜenia". Nad tą to właśnie tezą komentatorzy rozwodzili się w
artykułach redakcyjnych najbardziej optymistycznie.
RzecŜ jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry
biologii, gdzie tego właśnie dnia brat miał zajęcia, na ulicach jednak nie moŜna było
dostrzec ani śladu jakiegoś podniecenia. Wieczorna prasa rozdmuchiwała strzępy
wiadomości opatrując je ogromnymi tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to,
Ŝ
e na Ŝwirowisko skierowano oddziały wojskowe i Ŝe pomiędzy Woking a Weybrigde
wybuchł poŜar lasu. Tak było aŜ do ósmej wieczór. Później ST. James' Gazette
doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber Ŝadnych zresztą komentarzy, o przerwaniu
linii telegraficznej. Przypuszczano, iŜ walące się drzewa uszkodziły przewody. Nocy
tej, nocy mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły juŜ Ŝadne
dalsze wiadomości o walce.
Brat nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iŜ walec spadł o dobre dwie mile
od naszego domku. Postanowił jednak skoczyć do nas wieczorem, aby- jak.potem
mówił'-Ŝobaczyć te stwory, zanim zostaną zabite. około czwartej nadał depeszę, która
nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś spędził na koncercie.
W noc sobotnią nad Londynem takŜe przeszła nawałnica, toteŜ mój brat na
dworzec Waterloo udał się doroŜką. Na peronie, z którego zazwyczaj odchodzą nocne
pociągi, po dość długim wyczekiwaniu dowiedział się, Ŝe jakiś wypadek na trasie nie
pozwala dostać się tej nocy do Woking. Nie zdołał upewnić się, o jaki to wypadek
chodziło; prawdę powiedziawszy, władze kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie
wiedziały, co się tam stało. Na dworcu nie było widać podniecenia., gdyŜ kolejarze,
przy
puszczając, Ŝe chodzi po prostu o zwykłe uszkodzenie toru między Byfleet a
Woking, puszczali pociągi idące normalnie przez Woking - okólną trasą, przez
Virginia Water lub przez Guildford. Czyniono takŜe niezbędne przygotowania do
zmiany tras wycieczek niedzielnych do Southampton i Portsmouth. Pewien nocny
reporter jednej z gazet, biorąc mego brata za zawiadowcę stacji, jako Ŝe istotnie był do
niego trochę podobny, usiłował po długim czatowaniu przeprowadzić z nim wywiad.
Mało kto prócz kolejarzy kojarzył sobie przerwę w ruchu z Marsjanami.
W jednym z późniejszych opisów ówczesnych wydarzeń czytałem, iŜ w
niedzielę rano "cały Londyn zelektryzowany został wiadomościami z Woking". W
rzeczywistości jednak nie działo się.tam nic, co mogłoby usprawiedliwić to przesadne
twierdzenie. Mnóstwo ludzi w Londynie w ogóle nie słyszało o Marsjanach aŜ do
poniedziałkowej paniki. Ci zaś, którzy słyszeli - potrzebowali dość duŜo czasu, by
pojąć, co kryło się naprawdę za pośpiesznymi, krótkimi słowami depesz w
niedzielnych dziennikach. Wszak większość mieszkańców Londynu w ogóle nie czyta
niedzielnej prasy.
Co więcej, nawyk osobistego bezpieczeństwa tak głęboko tkwi w świadomości
przeciętnego londyńczyka, zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą
tak zwykłą, iŜ czytał on bez Ŝadnego niepokoju:'"Wczoraj, około siódmej wieczór,
Marsjanie wydostali się z walca i poruszając się pod osłoną metalowych tarcz
zniszczyli całkowicie dworzec w Woking wraz z pobliskimi domami oraz rozgromili
cały batalion pułku Cardigana. BliŜsze szczegóły nie są dotychczas znane. Karabiny
maszynowe są zupełnie bezskuteczne wobec pancerzy uŜywanych przez Marsjan,
działa zaś polowe zostały przez nich obezwładnione. Szwadron huzarów
przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, Ŝe Marsjanie posuwają się
wolno w kierunku Chertsey lub Windsoru. W zachodniej części Surrey panuje
powaŜne zaniepokojenie: Prowadzi się roboty ziemne, aby powstrzymać marsz
Marsjan na Londyn". Tak pisał Suanday Sun, zaś Referee w krótkim, zręcznie
zredagowanym artykuliku porównywał Marsjan do "dzikich zwierząt, które wyrwały
się nagle z menaŜerii i rozbiegły po wiosce".
Nikt w Londynie nie wiedział nic dokładnego o uzbrojeniu Marsjan i wciąŜ
jeszcze panowało tu przekonanie, Ŝe potwory te są "nieruchawe", Ŝe "czołgają się" lub
"pełzają z trudem" - jak to z początku określały wszystkie niemal doniesienia. śadna
depesza nie pochodziła przecieŜ od naocznego świadka ich marszu. W niedzielę
redakcje drukowały dodatki nadzwyczajne w miarę napływu nowych wiadomości,
niektóre zaś nawet i
bez tego. AŜ do późnego jednak popołudnia, kiedy to władze przekazały
agencjom prasowym pierwsze oficjalne komunikaty, gazety nie miały właściwie dla
swych czytelników Ŝadnych nowości. Ograniczały się więc do drukowania
wiadomości o tłumach mieszkańców Walton, Weybridge i okolicy ciągnących
wszystkimi drogami do Londynu.
Brat mój, dalej nic nie wiedząc o wydarzeniach ubiegłej nocy, był z rana w
kaplicy szpitalnej Foundling. Tam usłyszał pogłoski o najeździe i uczestniczył w
specjalnych modłach o pokój. Wychodząc kupił numer Referee. Wiadomości, jakie w
nim znalazł, przeraziły go, udał się więc ponownie na dworzec Waterloo, by
dowiedzieć się, czy jest juŜ połączenie z Woking. Omnibusy, pojazdy, cykliści,
nieprzeliczone tłumy odświętnie odzianych przechodniów, wszystko to nie wydawało
się wcale poruszone dziwnymi wiadomościami, wykrzykiwanymi przez gazeciarzy.
Owszem, udzie byli zaciekawieni; jeśli zaś niepokoili się, to przede wszystkim o los
mieszkańców zagroŜonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pier wszy o
przerwaniu linii do Windsoru i Chertsey. Tragarze mówili, Ŝe z rana nadeszła z
Byfleet i Chertsey wiele waŜnych depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany.
Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele szczegółów. Wiadomości ich
ograniczmy się do tego, Ŝe "koło Weybrigde biją się".
Ruch pociągów był mocno zdezorganizowany. Pod dworcem stało mnóstwo
łudzi oczekujących przyjazdu znajomych z licznych miejscowości objętych siecią
Południowo - Zachodniego Towarzystwa Linii Kolejowych. Jakiś starszy, szpakowaty
jegomość podszedł do brata i Ŝalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą się jeszcze z
tego tłumaczyć! - powtarzał.
Z Richmondu, Putney i Kingstonu nadeszło parę pociągów wypełnionych
ludźmi, którzy pojechali na łódki i zastali przystanie pozamykane i ogólną atmosferę
paniki. Jakiś pan w biało-niebieskiej marynarce zasypał brata niezwykłymi nowinami.
- Do Kingstonu zjechały całe gromady ludzi wozami, bryczkami, Bóg wie
czym jeszcze, z pakami, ze wszystkim - opowiadał. - Jechali z Molesey, z Weybridge,
z Waltonu i mówili, Ŝe w Chertsey słychać armaty, gęstą' kanonadę, a jacyś
kawalerzyści kazali im się czym prędzej wynosić, bo nadchodzą Marsjanie. My teŜ na
stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale myśleliśmy,'Ŝe to burza. Co to
wszystko ma, do licha, znaczyć? PrzecieŜ Marsjanie nie potrafią wyleźć z jamy,
prawda?
Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć.
Nieco później przekonał się, Ŝe nieokreślone uczucie niepokoju, sze
rzyło się równieŜ wśród pasaŜerów kolei podziemnej i Ŝe niedzielni
wycieczkowicze zaczęli powracać tłumnie z poludniowo - zachodnich "płuc"
Londynu: z Barnes, z Wimbledonu, z parku w Richmond, z Kew i tak dalej, o
niezwykle wczesnej porze; nikt jednak nie mógł nic powiedzieć oprócz niepewnych
plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to bardzo poirytowani.
Około piątej tłum zebranych pod dworcem obiegła niezwykle podniecająca
wiadomość. Oto uruchomiono połączenie, zawsze prawie zamknięte, pomiędzy stacją
Południowo - Wschodnią a Południowo - za chodnią i skierowano tam transportery
wojskowe załadowane ogromnymi działami i wojskiem. Były to armaty wysłane z
Woolwich i Chatham dla ochrony Kingstonu. Publiczność wymieniała z Ŝołnierzami
dowcipy w rodzaju: "uwaŜajcie, bo was poŜrą", "zrobili z nas pogromców dzikich
zwierząt" i wiele innych. Wkrótce przybył na dworzec oddział policji i przystąpił do
usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z innymi na ulicę.
Dzwony kościelne biły na wieczorne naboŜeństwo, zaś ulicą Waterloo
przemaszerowała śpiewając grupka dziewcząt z Armii Zbawienia. Na moście
gromada gapiów przyglądała się płatom dziwnej, brązowej piany niesionej prądem w
dół rzeki. Słońce zachodziło i na tle złocistego, przeciętego długimi ukośnymi
pasmami purpurowych chmur nieba rysowały się dachy Parlamentu i wieŜa Clock
Tower. Mówiono coś o topielcach. Jakiś człowiek, rezerwista, jak wynikało z jego
słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach heliografów.
Na ulicy Wellingtona brat natknął się na kilku obdartusów wybiegających z
F`leet Street z wilgotnymi jeszcze, prosto z drukarni, gazetami i afiszami. - Straszliwa
klęska - wrzeszczeli jeden przez drugiego, pędząc jezdnią. - Bitwa pod Weybridge!
Dokładny opis! Marsjanie odparci! Londyn w niebezpieczeństwie! - Za gazetę brat
musiał zapłacić trzy pensy.
Wtedy, i dopiero wtedy, zaczął zdawać sobie po trosze sprawę ze straszliwej
potęgi tych istot. Dowiedział się, Ŝe nie są one tylko garstką niezdarnych potworów,
Ŝ
e potrafią kierować potęŜnymi mechanizmami, Ŝe poruszają się z błyskawiczną
szybkością, Ŝe zadają niespodziewane ciosy, którym nie mogą sprostać najcięŜsze
nawet działa.
Opisywano ich jako "wielkie, podobne do pająków machiny około stu stóp
wysokości, rozwijające szybkość pociągu pośpiesznego i wyrzucające snop
intensywnego gorąca". Tereny wokół Horsell, a zwłaszcza pomiędzy Woking i
Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi bateriami.
przede wszystkim artylerią polową. DostrzeŜono pięć machin podąŜających ku
Tamizie, jedna z nich dzięki szczęśliwemu trafieniu została zniszczona. Inne działa
spudłowały i wszystkie je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano o
cięŜkich stratach wśród Ŝołnierzy, ogólny jednak ton komunikatu był raczej
optymistyczny.
Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do
wyznaczonego walcami koła ze środkiem w Woking. Ze wszystkich stron tropili ich
zwiadowcy z heliografami. PrzewoŜono pośpiesznie działa z Windsoru, Portsmouth,
Aldershot, Woolwich, nawet z Północy.; były nawet długie, potęŜne
dziewięćdziesiątki piątki z Woolwich. Ogółem ustawiono z pośpiechem na
stanowiskach sto szesnaście armat, głównie jako osłonę Londynu. Jak Anglia Anglią,
nigdy dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego skoncentrowania narzędzi wojny.
WyraŜano nadzieję, iŜ kaŜdy następny lądujący walec będzie moŜna
natychmiast niszczyć pośpiesznie wytwarzanymi i dosyłanymi na plac boju
materiałami wybuchowymi. Niewątpliwie, głosiło dalej sprawozdanie, sytuację naleŜy
określić jako mocno niepewną i jako najpowaŜniejszą, lecz wzywa się ludność, by nie
ulegała panice. Wprawdzie Marsjanie wydają się nam bezgranicznie obcy i straszliwi,
jednak jest ich najwyŜej dwudziestu przeciw milionom ludzi.
Władze przypuszczały na podstawie rozmiarów walców, iŜ w kaŜdym z nich
pomieścić się mogło co najmniej pięciu Marsjan, czyli razem piętnastu. Co najmniej
zaś jeden, a być; moŜe więcej, został zgładzony. W wypadku niebezpieczeństwa
ludność zostanie ostrzeŜona na czas, ponadto przedsięwzięto szczegółowo
przemyślane środki zabezpieczenia mieszkańców zagroŜonych południowo -
zachodnich przedmieść. Komunikat kończył się ponownymi zapewnieniami o
bezpieczeństwie Londynu i wezwaniem, by ludność ufała władzom, iŜ potrafią one
opanować trudności.
Wszystko to wydrukowane było ogromnymi czcionkami i najwidoczniej przed
chwilą dopiero, gdyŜ papier nie zdąŜył nawet jeszcze wyschnąć. Nie starczyło teŜ
widocznie czasu na jakiekolwiek komentarze. Zadziwiło brata, jak mi później
opowiadał, Ŝe usunięto bez litości z numeru wszelkie inne wiadomości, aby zostawić
jak najwięcej miejsca dla komunikatu.
WzdłuŜ całej ulicy Wellingtona widać było przechodniów czytających i
wymachujących róŜowymi płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi
nawoływaniami całej czeredy gazeciarzy pędzącej w ślad za grupką swych obdartych
przywódców. Ludzie wyskakiwali z omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się w gazetę.
Komunikat ten niewątpliwie zaniepo
koił ludzi powaŜnie, niezaleŜnie od uprzedniej apatii. śaluzje jednego ze
sklepów z mapami przy Strandzie zostały podniesione, opowiadał brat, a jakiś
jegomość w niedzielnym ubraniu, nie zdjąwszy nawet rękawiczek cytrynowej barwy,
pojawił się za szybą przyklejając do niej z pośpiechem mapę hrabstwa Surrey. '
Idąc tak z gazetą w ręku Strandem do Trafalgar Square, brat ujrzał pierwszych
uchodźców z zachodniego Surrey. Był to jakiś męŜczyzna z Ŝoną i dwoma
chłopcami, jadący na wyładowanym gratami zieleniarskim wózku. Jechali od strony
mostu Westminsterskiego, a tuŜ za nimi ciągnął ' drabiniasty wóz, na którym
znajdowało się pięć czy sześć zamoŜnych z pozoru osób oraz kilka pak i kufrów.
Twarze ich były posępne, a cały wygląd raził zdecydowanie na tle odświętnych
strojów przechodniów. r Z doroŜek przyglądali się im wyelegantowani spacerowicze.
Uciekinierzy przystanęli na placu, jakby niezdecydowani, w którą udać się stronę, i
ostatecznie skręcili na wschód, Strandem. W pewnym za nimi oddaleniu ukazał się
jadący na staromodnym trzykołowym rowerze męŜczyzna w roboczym odzieniu. Był
brudny i bardzo blady.
Brat mój skręcił do dworca Victoria, gdzie natknął się takŜe na wielu
uchodźców Nurtowała go myśl, Ŝe być moŜe spotka wśród nich i mnie. Spostrzegł
teŜ, Ŝe ruch uliczny reguluje niezwykle duŜo policjantów. Niektórzy uciekinierzy
opowiadali coś pasaŜerom omnibusów. Ktoś zapewniał, iŜ widział Marsjan na własne
oczy. - Kotły na szczudłach, mówię wam, a chodzą jak ludzie. - Większość
podniecona była i wzbu- rzona niezwykłymi przygodami.
Za Victoria Station bary prowadziły z przybyszami oŜywiony handel: Na
wszystkich naroŜnikach ulic gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z
oŜywieniem, gapiąc się na tych niezwykłych niedzielnych gości. W miarę jak noc
gęstniała, napływało ich wciąŜ więcej i więcej, aŜ w końcu, jak mówił brat, ulice były
tak przepełnione, jak główna ulica Epsom w dniu Derby. Zagadywał on kilkakrotnie
niektórych uchodźców, od większości jednak otrzymywał nic nie mówiące
odpowiedzi.
0 Woking nikt nie umiał nic powiedzieć, tylko jakiś pan zapewniał go, iŜ
miasteczko ?.ostało ubiegłej nocy zrównane z ziemią.
- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś
cyklista i chodząc od domu do domu ostrzegał nas i radził uciekać. Potem nadeszli
Ŝ
ołnierze. Chodziliśmy patrzeć; na południu widać byto chmury dymu - nic, tylko
dym i dym, i ani Ŝywego ducha. Od Chertsey "y słyszeliśmy armaty, a z Weybridge
zaczęli nadchodzić ludzie. Zamknąłem `' wtedy dom i teŜ poszedłem.
Na ulicach panowało ogólne przekonanie, Ŝe wszystkiemu winien był rząd, bo
nie potrafił zawczasu obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych
kłopotów. ,
Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było
wyraźnie huk dział. Wprawdzie duŜy ruch na głównych ulicach nie pozwalał bratu go
słyszeć, wystarczyło jednak skręcić w spokojniejsze zaułki, bliŜej rzeki, aby
natychmiast nieomylnie odróŜnić strzelaninę.
Z Westminsteru powrócił brat do swego pokoju przy Regent's Park koła
godziny drugiej. Martwił się o mnie bardzo i niepokoiła go oczywista juŜ teraz
powaga sytuacji; Umysł jego zaprzątały, podobnie jak mój w sobotę, działania
wojenne. Myślał o wszystkich tych wyczekujących w ukryciu działach, o
mieszkańcach wielkiej połaci kraju zmienionych niespodziewanie w tułaczy i
usiłował wyobrazić sobie ;,kotły na szczudłach" stustopowej wysokości.
Przez Oxford Street i Marylebone Road przejechało parę wozów z
uchodźcami, lecz wiadomości rozchodziły się tak wolno, iŜ Regent's Street i Portland
Road wciąŜ jeszcze pełne były przechadzających się grupkami i gawędzących
spokojnie zwykłych niedzielnych spacerowi ozów. Alejkami Regent's Park
spacerowały przy świetle gazowych latarni milczące pary. Noc była spokojna i trochę
parna, grzmot dział rozlegał się nieprzerwanie, po dwunastej zaś niebo na południu
poczęły przecinać błyskawice.
Brat odczytywał wielokrotnie gazetę obawiając się dla mnie najgorszego. Nie
mógł usiedzieć na miejscu i po kolacji wyszedł, by powałęsać się bez celu po mieście.
Po powrocie na próŜno usiłował skupić sig nad skryptem. Spać poszedł nieco po
północy, a o świcie obudziło go z koszmarnych snów walenie w bramę dochodzące z
ulicy, tupot nóg, odległe bicie w bębny i dźwięk dzwonów. Po suficie tańczyły
czerwone błyski. LeŜał długą chwilę oszołomiony nie wiedząc,-czy to dzień juŜ
nasiał, czy teŜ świat nagle oszalał. Wyskoczył wreszcie z łóŜka i pobiegł do okna.
Pokój był na poddaszu. Brat, chcąc wyjrzeć, otworzył z hukiem okno.
Odpowiedział mu echem tuzin innych okien, a w kaŜdym pojawiła -się głowa odziana
w czepek lub szlafmycę. Na zewnątrz rozlegały się pytająca. okrzyki. Jakiś policjant
bił pięścią w bramę i wykrzykując: - Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do
następnej bramy.
W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś
okoliczne kościoły robiły, co mogły, by gorączkowym, przeraźliwym dźwiękiem
dzwonów spędzić z miasta resztki snu. Wszędzie słychać było hałas otwieranych w
pośpiechu drzwi, a w domach naprzeciwko wszędzie
dotychczas ciemne okna rozświetlały się, jedno po drugim, Ŝółtym światłem.
Zza rogu ukazała. się mknąca galopem karoca. Turkot kół, słaby z początku,
potęŜniał pod oknami przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. TuŜ za
nią goniło kilka doroŜek, zwiastunów długiej procesji uciekających pojazdów.
Wszystko to podąŜało przewaŜnie w kierunku dworca Chalk Farm, skąd - zamiast jak
zazwyczaj z Euston odchodziły specjalne pociągi Towarzystwa Północno -
Zachodniego.
Brat mój długi czas patrzył w osłupiałym zadziwieniu przez okno, jak
policjant dobija się do bram i wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi
jego pokoju otwarły się i stanął w nich sąsiad. Miał na sobie tylko koszulę, spodnie i
nocne pantofle, szelki zwisały luźno po bokach, był rozczochrany; wprost z łóŜka.
- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy? Obaj
wyglądali oknem usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek
wybiegali ludzie i gromadząc się na naroŜnikach rozprawiali o czymś gorączkowo.
- Co to wszystko ma znaczyć, do diabła? -zawołał sąsiad do brata. Brat
odkrzyknął coś niezrozumiale i począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem
biegając z kaŜdą częścią odzieŜy do okna; aby nie stracić nic z rosnącego podniecenia
ulicy. Nagle pojawili się rozkrzyczani sprzedawcy niezwykle dziś wcześnie wydanych
gazet:
- Londynowi grozi wytrucie! Opór pod Richmondem i Kingstonem złamany!
Straszliwa masakra w dolinie Tamizy!
A wszędzie dokoła, w mieszkaniu pod nim, w domach po obu stronach ulicy i
w Park Terrace, i na stu innych ulicach dzielnicy Marylebone, i na północ w w
Kilburn, w St. John's Wood, w Hampstead, i na wschód w Shoreditch, i w Highbury, i
w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w całym ogromnym Londynie od Ealing po
East Ham - ludzie przecierali oczy, otwierali okna, wyglądali na ulicę, zadawali
bezsensowne pytania i odziewali się w pośpiechu przy pierwszym odgłosie
nadciągającej nawałnicy przeraŜenia. Był to świt wielkiej paniki. Londyn zasypiając
beztrosko w niedzielę wieczorem ocknął się wczesnym rankiem w poniedziałek
przepełniony Ŝywym poczuciem niebezpieczeństwa.
Gdy brat, nie mogąc dowiedzieć się przez okno, co się właściwie stało, zbiegł
na dół i wyszedł na ulicę - pierwsze promienie słońca malowały właśnie róŜem
prześwitujące między dachami niebo. Tłum uciekający końmi i na piechotę gęstniał z
kaŜdą chwilą. - Czarny dym! - krzyczeli ludzie i znowu: - Czarny dym! - Strach
szerzył się jak płomień. Brat,
niezdecydowany, stał w bramie. Przebiegający gazeciarz sprzedał mu świeŜy
numer dziennika i popędził dalej zdzierając po szylingu za sztukę groteskowa
mieszanina chciwości i przeraŜenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny
komunikat Naczelnego Dowództwa:
"Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego
trującego oparu. Zniszczyli nasze baterie, zburzyli Richmond, Kingston i
Wimbledon i zbliŜają się powoli do Londynu niszcząc wszystko po drodze.
Powstrzymać ich niepodobna, jedynym środkiem ocalenia przed Czarnym Dymem
jest natychmiastowa ucieczka".
Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego;
sześciomilionowego miasta kotłowała się i wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse
na północ.
- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore!
Dzwony pobliskiego kościoła jęczały przeraźliwie, jakiś nieostroŜnie
powoŜony wóz rozbił się wśród krzaków i przekleństw o hydrant uliczny. W domach
na przemian zapalały się i gasły blade, Ŝółtawe światełka, niektóre doroŜki
paradowały z zapalonymi latarniami. Tylko niebo było coraz jaśniejsze, coraz
czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze.
W sąsiednich pokojach i na schodach brat słyszał bieganinę i krzyki. Do bramy
podeszła gospodyni odziana w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią
ś
pieszył, pokrzykując coś, mąŜ.
Gdy groza wydarzeń dotarła wreszcie do świadomości brata, popędził do
pokoju, zabrał całą posiadaną gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł
ponownie na ulicę.
15 Co stało się w Surrey
W tym samym czasie, kiedy wikary gadał od rzeczy siedząc ze mną pod
Ŝ
ywopłotem na łączce niedaleko Hallifordu, a brat mój przyglądał się płynącemu
mostem Westminsterskim potokowi uchodźców - Marsjanie rozpoczęli kolejne
natarcie. Jeśli moŜna wierzyć późniejszym sprzecznym częstokroć sprawozdaniom,
większość z nich zajmowała się aŜ do dziesiątej wieczór pośpiesznymi
przygotowaniami w jamie pod Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej
pary.
Pewne teŜ było, iŜ trzej Marsjanie wyruszyli juŜ około ósmej. Posuwając się
ostroŜnie i powoli, minęli Byfleet i Pyrford, po czym zdąŜając ku Ripley i Weybridge
pojawili się na tle zachodzącego słońca przed przyczajonymi tam bateriami.
Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz tyra
lierą, o jakieś półtorej mili jeden od drugiego. W marszu porozumiewali się
wyciem o zmiennej tonacji, podobnym do głosu syren fabrycznych.
Te właśnie wycia, zmieszane z armatnimi strzałami pod Ripley i St. George's
Hill, usłyszeliśmy wraz z wikarym w Górnym Hallifordzie, Kanonierzy broniący
dostępu do Ripley, niedoświadczeni ochotnicy, ja: kimi nigdy w Ŝyciu nie naleŜało
obsadzać tak trudnego i odpowiedzialnego stanowiska, oddali na oślep jedną jedyną,
przedwczesną i zupełnie bezskuteczną salwę, po czym rzucili się konno i pieszo przez
opuszczoną wieś do ucieczki, Marsjanie zaś po prostu przestąpili przez porzucone
działa nie uŜywając nawet Snopa Gorąca. Krocząc ostroŜnie dalej stanęli.: znienacka
przed armatami ukrytymi w parku Painshill i natychmiast, zniszczyli je.
Załoga wzgórza St. George miała jednak lepszych dowódców, a moŜe była
dzielniejsza, w kaŜdym razie wydaje się, Ŝe ukrycie jej w sosnowym lasku stanowiło
dla najbliŜszego Marsjanina prawdziwą niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie
jak na poligonie i wypalono z odległości' tysiąca jardów.
Pociski wybuchły tuŜ koło olbrzyma. Ten zrobił jeszcze kilka kroków,
zatoczył się i upadł. śołnierze wrzasnęli z radości i z gorączkowym pośpiechem znów
załadowali armaty. Obalony Marsjanin zawył przeciągle. W odpowiedzi natychmiast
pojawił się nad lasem drugi połyskujący olbrzym. Wydaje się, Ŝe wybuch pocisku
uszkodził jedną z nóg trójnoga. Następna salwa nie trafiła leŜącego Marsjanina, obaj
zaś jego sąsie- dzi natychmiast uŜyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. Amunicja
poszła w powietrze, sosnowy lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi
ocaleli tylko ci nieliczni, którzy wcześniej juŜ uciekli i zdąŜyli , skryć się za szczytem
pagórka..
Po tym, co zaszło, cała trójka przystanęła, by się naradzić; obserwujący ją
bacznie zwiadowcy donieśli, Ŝe pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny.
Obalony Marsjanin z trudem wypełzł z kaptura i wziął się do naprawy trójnoga. Mała
jego brązowa postać podobna była z oddali do plamki rdzy na lśniącym metalu
machiny. Zakończył pracę około dzie wiątej, gdyŜ o tej właśnie porze zwiadowcy
zameldowali o ponownym pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura.
Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej . następni
Marsjanie. Uzbrojeni byli w grube czarne rury. Takie same rury wręczyli trzem
pozostałym i cała siódemka ustawiła się półkolem, w równych odstępach, między
wzgórzem St. George, miasteczkiem Weybridge a leŜącą na południowy zachód od
Ripley wioską Send.
' Zaledwie ruszyli z miejsca, juŜ z pasma ciągnących się przed nimi wzgórz
wystrzelił w niebo tuzin rakiet ostrzegając przyczajone pod Ditton i Esher baterie.
Cztery uzbrojone w czarne rury machiny bojowe przeszły jednocześnie w bród rzekę,
zaś ciemne sylwetki dwóch innych ukazały się na tle zachodniego nieba naszym
oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym drogą wiodącą z Halliford na
północ. Wydawało się, Ŝe suną ponad chmurami, gdyŜ pola spowite były mleczną,
zatapiającą olbrzymy powyŜej kolan, mgłą.
Wikary krzyknął na ten widok głucho, ochryple i rzucił się do ucieczki. Co do
mnie - wiedziałem dobrze, Ŝe nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, Ŝe nie zda się
to na nic, skręciłem więc gwałtownie w bok i pełznąc wśród wilgotnych od rosy
pokrzyw i ostów ukryłem się w głębokim rowie przydroŜnym. Wikary obejrzał się i
widząc, co robię, zawrócił w moją stronę.
Obaj Marsjanie przystanęli. BliŜszy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś,
podobny do szarej plamy na tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines.
Ryki, jakie wydawali od czasu do czasu, ustały. Stanowiska rozrzucone
ogromnym półksięŜycem wokół walców zajęte zostały w głębokim milczeniu.
PółksięŜyc ten mierzył od krańca do krańca ze dwanaście mil. Nigdy chyba jeszcze,
od dnia kiedy wynaleziono proch, Ŝadna bitwa nie zaczynała się tak cicho. I nam, i
obserwatorom od Ripley mogło wydawać się, Ŝe jedynymi władcami nocnych
ciemności, rozświetlanych wąziutkim sierpem księŜyca, gwiazdami, zamierającą
poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów byli groźni przybysze z Marsa.
Zwrócone zaś ku półksięŜycowi, pod Staines i pod Hounslow, pod Ditton i
Esher, i Ockham, na lesistych pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród
rozległych nizinnych łąk na północ od niej, wszędzie gdzie tylko kępka drzew czy
wiejska chałupa zapewniała jakie takie ukrycie, czyhały na nich armaty. Gdy sypiąc
deszczem iskier i ginąc w nocnych ciemnościach wzbijały się sygnałowe race-
napięcie wyczekiwania przy bateriach wzrosło jeszcze bardziej. Dość było jednego
kroku Marsjan w polu ognia, by znieruchomiałe czarne sylwetki ludzkie i połyskujące
w wieczornym mroku paszcze dział rozszalały się burzliwą wściekłością walki.
Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim
jedna uporczywa myśl - jak dalece oni nas pojmują? Czy zrozumieli, Ŝe jesteśmy w
swej mnogości zorganizowani, zdyscyplinowani, Ŝe potrafimy współdziałać ze sobą?
Czy teŜ patrzyli na nasze nawały ogniowe, na kąśliwe wybuchy naszych pocisków, na
nieustanne oblęŜenie ich
obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków obronie
niszczonego ula? Czy łudzili się, Ŝe potrafią nas wytępić? (Nikt przecieŜ nie wiedział
jeszcze wtedy, czym Ŝywią się Marsjanie.) Kiedy patrzyłem na olbrzymią postać
wartownika, umysł mój kipiał setką takich wątpliwości. Wyczuwałem podświadomie,
Ŝ
e na drodze między nami a Londynem czekają w ukryciu wielkie, potęŜne siły. Czy
przygotowano
zasadzki? Czy pracuje wytwórnia prochu w Hounslow? Czy nie zabraknie
męstwa londyńczykom, by z potęŜnego morza swych domostw uczynić drugą,
większą jeszcze Moskwę?
Wreszcie po nieskończenie, jak się zdawało, długim czasie doszedł nas,
skulonych, wypatrujących, dźwięk podobny de odległego huku działa. Potem następny
bliŜej i znów następny. W końcu stojący koło nas Marsjanin podniósł wysoko rurę i
wypalił z niej jak ze strzelby z grzmotem, od którego zadrŜała ziemia. Zawtórował mu
kompan stojący pod Staines. Nie było przy tym Ŝadnego błysku ani dymu, tylko
głuchy wybuch. Tak podnieciły mnie te głośne, szybko następujące po sobie
wystrzały,
Ŝ
e zapomniałem zupełnie o bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i
przedarłem się przez krzewy, by widzieć, co stanie się z Sanbury. W tej samej chwili
rozległ się następny grzmot i ogromny pocisk przemknął nad naszymi głowami ku
Hounslow. Spodziewałem się dostrzec ogień, a przynajmniej dym wybuchu czy jakiś
inny ślad jego działania, tymczasem nie ujrzałem nic prócz granatowego nieba, jednej
jedynej gwiazdki i ławicy białej mgły ścielącej się szeroką i cienką smugą. Nie
słyszałem Ŝadnego y wybuchu. Zapanowała przedłuŜająca się z minuty na minutę
cisza.
- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem.
Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk,
krzyki, potem wszystko nagle ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak
ruszył posuwiście brzegiem rzeki na wschód.
Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej
ciszy. Postać Marsjanina malała w oddaleniu, aŜ roztopiła się 'i' wreszcie we mgle i
gęstniejącej nocy. Pchnięci tą samą siłą wspięliśmy się wyŜej. Nad Sunbury pojawiło
się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle stoŜek górski przesłaniający widok na
dalszą okolicę. Dalej, za rzeką, koło Walton, dostrzegliśmy drugą taką górę. Obie o
opadały rozszerząc się w oczach.
Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam takŜe wznosił się taki sam
mglisty pagórek.
Było zupełnie cicho. Tylko bardzo daleko na południowych wschodzie,
jakby dla podkreślenia tej ciszy, rozległo się pohukiwanie Marsjan, później
zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów. Lecz ziemska
artyleria nie odpowiadała.
Nie pojmowaliśmy jeszcze wówczas tego, co się stało; później dopiero
zrozumiałem znaczenie złowróŜbnych czarnych wzgórz pojawiających się w mroku.
KaŜdy z Marsjan ustawionych, jak juŜ mówiłem, w półksięŜyc wyrzucił z rury na
dany znak wielki zbiornik mierząc w znajdujące się przed nim wzgórza, kępy drzew,
zabudowania, w kaŜde jednym słowem ukryte działo. Niektórzy oddali tylko jeden
strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący pod Ripley, jak
mówiono, wystrzelił aŜ pięć pocisków. Zbiorniki te nie wybuchały, lecz rozbijały się
przy zderzeniu z ziemią i wyrzucały gwałtownie ogromne ilości kłębiącego się,
gęstego, atramentowego oparu wzbijającego się potęŜną chmurą w górę. Po chwili
chmura opadała rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem,
wciągnięcie-do płuc tej mgły gryzącej przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha.
Oparł był cięŜki, cięŜszy od najgęstszego dymu, tak Ŝe po gwałtownym
wydostaniu się ze zbiornika i rozpręŜeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się
po ziemi, podobniejszy w tym do cieczy raczej niŜ do gazu. Spływał z pagórków,
wypełniając doliny, rowy i łoŜyska potoków, podobnie jak czyni to uchodzący ze
szczelin wulkanicznych kwas węglowy. W miejscu jego zetknięcia się z wodą
następowała reakcja chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą warstwą,
opadającą wolno na dno, by ustąpić miejsca następnej. Piana ta była całkowicie
nierozpuszczalna, co najdziwniejsze zaś, jeśli weźmie się pod uwagę zabójczą
szybkość działania gazu, przefiltrowana woda była zupełnie nieszkodliwa. Opar nie
rozpraszał się, jak zwykły to czynić gazy, lecz utrzymywał się zwartymi ławicami
spływając powoli po stokach wzgórz lub ustępując niechętnie przed podmuchami
wiatru. Wiązał się teŜ powoli z wilgocią atmosferyczną i opadał na ziemię w postaci
pyłu. Prócz tego, Ŝe w skład jego wchodził .nieznany pierwiastek, dający w
niebieskim polu widma cztery linie - do dziś dnia nie wiemy nic o innych jego
właściwościach.
W miarę opadania kłębiących się wzniesień czarny dym tak ściśle przywierał
do ziemi, Ŝe zanim jeszcze osiadł zupełnie, moŜna było schronić się przed zatruciem
na wysokości pięćdziesięciu stóp, na dachach, na górnych piętrach domów, na
wierzchołkach wysokich drzew. Stwierdzono to zresztą tej właśnie nocy w Cobham i
Ditton.
Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieŜy kościel
nej zjawom domków wynurzających się z atramentowej nicości. Przesiedział
na niej półtora dnia, osłabły, wygłodniały, praŜony słońcem, widząc najpierw tylko
błękit nieba i aksamitną czerń rozpościerającą się aŜ po odległe wzgórza. Tu i ówdzie
przezierały z niej czerwone dachy i zielone czubki drzew, później dopiero poczęły z
wolna wyłaniać się okryte jakby czarnym szronem krzaki, zabudowania, mury i
bramy.
Było to w Cobham, gdzie opar unosił się swobodnie w powietrzu, dopóki nie
opadł samorzutnie na ziemię. Z reguły jednak Marsjanie oczyszczali powietrze z
gazu, gdy spełnił juŜ swe zadanie, kierując nań strumień przegrzanej pary. Tak
właśnie postąpili z chmurami oparu w pobliŜu nas. Przyglądaliśmy się temu w świetle
gwiazd z okna pustego domu, po powrocie do górnego Hallifordu. Widzieliśmy
stamtąd reflektory z Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, koło jedenastej
zabrzęczały szyby i rozległ się grzmot cięŜkich fortecznych dział. Biły one
nieprzerwanie przez kwadrans wysyłając pocisk za pociskiem na oślep, w
niewidocznych Marsjan pod Hampton i Ditton, potem zaś blade strumyczki światła
elektrycznego zgasły ustępując miejsca jasnoczerwonej łunie.
A potem spadł czwarty walec, zielono lśniący meteor, jak się później
dowiedziałem, w parku Bushey. Zanim jeszcze zagrały działa na wzgórzach
Richmondu i Kingstonu, gdzieś daleko, na południowym zachodzie, słychać było
gęstą kanonadę. Prowadzili ją; jak sądzę, strzelający na chybił trafił artylerzyści,
zanim nie rozprawił się z nimi czarny opar.
Tak oto, posługując się nim metodycznie jak ludzie podkurzający gniazdo os,
Marsjanie pokryli tym dziwnym duszącym oparem cały kraj aŜ po Londyn. Rogi
półksięŜyca rozchodziły się z wolna, aŜ zmienił się on wreszcie w linię prostą od
Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa niszczące rury posuwały się naprzód.
Ani razu juŜ, od obalenia Marsjanina pod St. George's Hill, nie pozostawili oni naszej
artylerii cienia nawet moŜliwości. Wszędzie, gdzie tylko było prawdopodobieństwo
ukrycia wymierzonego przeciw nim działa - spadł nowy zbiornik czarnego oparu, tam
zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał się z nimi Snop Gorąca.
Przed północą płonące drzewa na stokach Richmondu i łuna Kingstonu
oświetlały sieć stoŜków Czarnego Dymu, pokrywającą jak okiem sięgnąć całą dolinę
Tamizy. Brodzili w niej wolno dwaj Marsjanie, kierując to tu, to tam syczące
strumienie pary.
Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być moŜe mieli
ograniczony tylko zapas surowca do jego wytwarzania, a moŜe nie chcieli
niszczyć kraju, poprzestając na zastraszeniu tylko i zgnieceniu oporu. Cel ten
zresztą osiągnęli w zupełności. W niedzielną noc ustało wszelkie zorganizowane
przeciwdziałanie ruchom Marsjan. Przekonano się,Ŝe Ŝadna broń ziemska nie mogła
im dotrzymać pola, Ŝe jakakolwiek próba walki z nimi była beznadziejna. Nawet
załogi wysłanych w górę Tamizy, ze względu na szybkostrzelność, torpedowców i
niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i odpłynęły z powrotem. Jedyne
działania bojowe, na jakie ludzie odwaŜyli się jeszcze po tej nieszczęsnej nocy,
polegały na minowaniu dostępu do Londynu i kopaniu wilczych dołów, ale nawet i
one były dorywcze tylko i zupełnie Ŝywiołowe.
MoŜna bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod
Esher. Nikt tam nie ocalał. MoŜna wyobrazić sobie, jak w ciszy wieczoru stoją w
ordynku gotowe do strzału obsługi z czujnymi oficerami na czele, jak leŜą
przygotowane pod ręką stosy amunicji, jak jezdni trzymają konię, a gromadki
ciekawych cywilów przysuwają się moŜliwie jak najbliŜej. Gdy rozległy się huki
pierwszych oddanych przez Marsjan wystrzałów i wirujące w locie ponad drzewami i
dachami niezdarne pociski zaczęły rozbijać się na sąsiednich polach - ambulansy i
namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z
Weybridge.
Nietrudno wyobrazić sobie, jak uwaga wszystkich skupia się nagle na
kłębiącym się czarnymi kręgami i wybrzuszeniami, podpełzającym coraz bliŜej,
piętrzącym się pod niebo, zmieniającym półmrok w dotykalną niemal ciemność,
dziwnym i straszliwym oparze. MoŜna sobie wyobrazić, jak rzuca się on na swe
ofiary, na ledwie widoczne w mroku sylwetki ludzi i koni. MoŜna sobie wyobrazić
bieganinę, jęki, okrzyki przeraŜenia, porzucone armaty, walące się na ziemię ciała
ludzi duszących się w konwulsjach. A potem juŜ tylko noc i cisza, i bezgłośny całun
nieprzeniknionego oparu okrywający martwych. 0 świcie Czarny Opar przelewał się
ulicami Richmondu, zaś rozkładający się organizm państwowy czynił ostatnie
wysiłki, by powiadomić mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki.
16 Ucieczka z Londynu
Łatwo pojąć burzliwą falę przeraŜenia przewalającą się poniedziałkowym
rankiem przez największe miasto świata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź,
zalewał spienionym wirem dworce kolejowe, piętrzył się
straszliwą kipielą wokół przystani na Tamizie, by ruszyć w końcu wszelkimi
moŜliwymi kanałami na północ i na wschód. 0 dziesiątej policja, v południe zaś
koleje straciły swą dotychczasową spoistość i sprawność, uległy i rozpłynęły się bez
ś
ladu w topniejącym porządku społecznym.
Wszystkie linie kolejowe na północnym brzegu Tamizy oraz ludność dzielnic
leŜących na południowy wschód od Cannon Street zostały ostrzeŜanejuŜ w niedzielę o
północy, toteŜ od drugiej nad ranem pociągi odchodziły przepełnione, a ludzie
walczyli dziko o kaŜde miejsce w wagonie. 0 trzeciej ludzie tłoczyli się i tratowali
nawet na ulicach Bishopsgate. 0 kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano
z rewolwerów, kłuto się noŜami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy
tych, do których ochrany byli przecieŜ powołani.
W ciągu dnia. w miarę jak maszyniści i palacze odnawiali powrotu do
Londynu, pęd ucieczki odciągał od dworców rosnące nieustannie rzesze, kierując je w
biegnące na północ gościńce. W południe w Barnes ukazał się Marsjanin i opadająca
powali chmura czarnego oparu poczęła suną wzdłuŜ Tamizy, przez pola Lambeth,
odcinając ślimaczym ruchem wszelkie drogi ucieczki przez mosty.
Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę
z ocalałymi wprawdzie, lecz odciętymi od świata ludźmi.
Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego
Towarzystwa na stacji Chalk Farm, gdzie parowóz, ciągnąc nabite ludźmi wagony,
przeorywał się dosłownie przez rozwrzeszczany tłum, zaś tuzin tęgich chłopów
ochraniał z wysiłkiem maszynistę przed zmiaŜdŜeniem o własny jego kocioł, brat mój
wydostał się na drogę, przedarł się przez rój pędzących pojazdów i trafił szczęśliwie,
jako jeden z pierwszych, na dopiero co rozbity sklep z bicyklami. Przebił co prawda
przednią oponę, wyciągając pojazd przez okno wystawowe, wsiadł nań jednak i
odjechał nie odnosząc Ŝadnych, prócz lekkiego skaleczenia napięstka, obraŜeń.
Stroma droŜyna wiodąca wzgórzem Haverstock była nie do przebycia, gdyŜ
przegradzały ją cielska padłych koni, toteŜ brat udał się gościńcem do Belsize.
Uszedł w ten sposób wściekłej panice i skręcając drogą do Edgware, dotarł
około siódmej do tego miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie
cały tłum. Na przydroŜnych ścieŜkach pełno było miejscowych gapiów. Brata
prześcignęło tylko kilku cyklistów, paru jeźdźców i dwa samochody. 0 milę przed
Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było porzucić. Brat zostawił go przy
drodze i pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy głównej ulicy
byty
pouchylane, a ludzie tłoczyli się na jezdni, w drzwiach i oknach domów,
przyglądając się ze zdziwieniem rozpoczynającemu się właśnie niezwykłemu
pochodowi uciekinierów. W oberŜy udało się bratu dosiać trochę Ŝywności.
Nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, pozostawał czas jakiś w Edgware.
Liczba uciekających wzrastała nieustannie. Widać było, iŜ wielu z nich ma chętkę, jak
mój brat, pozostać w miasteczku. 0 najeźdźcach z Marsa nie było Ŝadnych nowin.
Szosą szło juŜ wówczas wiele łudzi, tłoku jednak na niej jeszcze nie było.
Większość uciekinierów jechała dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się
samochody, powozy i bryczki, nad gościńcem do St. Albans zawisły gęste chmury
kurzu. .
Brat mój wspomniał widocznie przyjaciół mieszkających w Chelmslord, gdyŜ
skierował kroki w cichy zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej
kroczył ścieŜką wśród pól na północny wschód, Mijał liczne rozsiane chaty i
wioseczki o nie znanych mu nazwach. Nie napotkał tu zbyt wielu uciekinierów, aŜ
dopiero na polnej drodze wiodą cej do górnego Barnet natknął się na dwie panie,
które stały się odtąd jego towarzyszkami podróŜy. Natknął się zaś w sam czas, aby je
wyratować z opresji. Usłyszał jakieś krzyki i wybiegając zza węgła ujrzał dwóch
męŜczyzn usiłujących ściągnąć je przemocą z zaprzęŜonej w kucyka bryczuszki,
podczas gdy trzeci z trudem przytrzymywał łeb wystraszonego zwierzęcia. Jedna z
kobiet, niŜsza, odziana w białą suknię, krzyczała tylko. druga natomiast, smagła,
wysmukła, chłostała batem ciągnącego ją za ramię napastnika,
Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki,
a wówczas jeden z męŜczyzn porzucił wózek i zwrócił się ku niemu. Brat poznał po
minie przeciwnika, Ŝe bójka jest nieunikniona, będąc zaś doświadczonym bokserem
dopadł go i zwalił jednym ciosem pod koła wózka. Nie było czasu na pięściarską
rycerskość, toteŜ dodał mu kopniaka, po czym chwycił za kołnierz łotra
wyciągającego z bryczuszki smukłą dziewczynę. Równocześnie usłyszał stuk
podków, bicz chlasnął go po twarzy, trzeci przeciwnik wyrŜnął go pięścią między
oczy, zaś trzymany za kołnierz obwieś wyrwał się i popędzie w stronę, z której
nadszedł właśnie brat.
Na poły ogłuszony brat mój znalazł się twarz w twarz z męŜczyzną
przytrzymującym dotychczas kucyka, dojrzał teŜ, jak oddalał się podskakując po
wybojach powozik z oglądającymi się co chwila wystraszonymi kobietami. Stojący
przed nimi krzepki drab rzucił się na brata, ten jednak
powstrzymał go potęŜnym ciosem w szczękę. Natychmiast teŜ, zdając sobie
sprawę, Ŝe jest osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym się powozikiem.
TuŜ za nim pędził drab, nieco dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdąŜył juŜ
tymczasem powrócić.
Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego
prześladowca. Gdy brat zerwał się - stało przed nim juŜ znów dwóch złoczyńców.
Niewielkie miałby przeciw nim szanse, gdyby dzielna smagła dziewczyna nie wróciła,
by przyjść mu z pomocą. Okazała się, Ŝe przez cały ten czas miała rewolwer, jednak
w chwili napaści był on ukryty pad siedzeniem bryczki. Teraz wypaliła zeń z
odległości sześciu maŜe jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata.
Tchórzliwszy z napastników znów rzucił się do ucieczki, kamrat zaś jego,
przeklinając tchórza, pobiegł za nim. Obaj przystanęli, widoczni z dała, nad leŜącym
wciąŜ jeszcze nieprzytomnie trzecim łotrem.
- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer.
- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi.
Odwróciła się bez słowa, zdyszani byli oboje, po czym razem juŜ poszli ku
pani w bieli usiłującej powstrzymać rwącego kucyka. Rabusie mieli juŜ widocznie
dosyć, kiedy bowiem brat spojrzał ponownie w ich stronę dostrzegł, jak się oddalali.
- Ja takŜe wsiądę - rzekł brat - jeśli panie pozwolą - i wskoczył na wolne
miejsce na koźle. Dziewczyna spojrzała nań z ukosa.
- Proszę dać mi lejce - powiedziała i zacięła biczem kucyka. Jeszcze chwila i
trzej bandyci znikli za zakrętem.
Tak oto, zupełnie nieoczekiwanie, brat mój, zasapany, z rozplataną wargą,
skaleczoną szczęką i poobijanymi da krwi pięściami, znalazł się wraz z dwiema
kobietami w bryczuszce podąŜającej nieznaną drogą. Dowiedział się, iŜ jedna z nich
jest Ŝoną, a druga, młodsza, siostrą lekarza ze Stanmore, wezwanego wczesnym
rankiem da cięŜko chorega w Pinner. Na jednej ze stacji kolejowych doktor
dowiedział się o natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził obie panie
(słuŜąca odeszła akurat dwa dni temu), zapakował nieco Ŝywności, schował pod
siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać do Edgware
myśląc, Ŝe uda im się tam dostać do pociągu. Sam pozostał, by obudzić sąsiadów;
obiecując dopędzić je najdalej a wpół do piątej rano, mima jednak iŜ dochodziła juŜ
dziewiąta, nie zjawił się jeszcze. W Edgware nie mogły czekać nań przy głównej
ulicy, gdyŜ ruch wzrastał nieustannie, toteŜ skręciły w tę właśnie boczną uliczkę.
Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego
Bagnet, gdzie znów przystanęli na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał
pozostać z nimi przynajmniej do chwili, aŜ postanowią, co robić dalej, lub aŜ pojawi
się nieobecny doktor. Przechwalał się teŜ, Ŝe włada świetnie pistoletem, choć broń ta
była mu zupełnie obca. Rozbili przy szosie coś w rodzaju biwaku, przede wszystkim
ku wielkiej uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom o ucieczce z
Londynu, jak równieŜ a wszystkim, czego dowiedział się o Marsjanach i ich
zachowaniu. Słońce wzbijało się coraz wyŜej. Rozmowa wygasła, pozostał niemiły
nastrój wyczekiwania. Brat starał się uzyskać od nielicznych mijających ich
podróŜnych jak najwięcej wiadomości. KaŜda jednak pośpieszna odpowiedź
pogłębiała tylko wraŜenie wielkiego nieszczęścia, jakie spadła na ludzkość, pogłębiała
pewność, Ŝe dalsza, i to niezwłoczna, ucieczka jest koniecznością. Brat starał się
przekonać o tym obie panie.
- Mamy pieniądze - oświadczyła smukła panna i zawahała się. Oczy jej
napotkały spojrzenie brata i wahanie znikło.
- I ja mam - odparł brat.
Wtedy wyjaśniła, Ŝe prócz pięciofuntowego banknotu mają trzydzieści funtów
w złocie. Zaproponowała teŜ, aby spróbować dostać się z tym do pociągu w St.
Albans lub w Nowym Barnet. Zdaniem brata było to jednak beznadziejne. Widział on
juŜ przecieŜ szał, jaki ogarnął londyńczyków na dworcach i w pociągach, toteŜ upierał
się, aby pojechać przez Essex do Harwich, a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju.
Pani Elphinstone, takie bowiem nazwisko nosiła biało odziana dama, nie
chciała o niczym słyszeć i powtarzała tylko bez ustanku: -Jureczku, Jureczku! -
szwagierka jej natomiast zachowywała się nad wyraz spokojnie i rozwaŜnie, zgodziła
się teŜ wreszcie na pomysł mego brata. PodąŜyli więc ku Barnet zamierzając przeciąć
tam wielki trakt północny. Brat prowadził kucyka, a sam szedł obok piechotą, gdyŜ
zwierzę naleŜało jak najbardziej oszczędzać.
Im wyŜej wznosiło się słańce, tym dzień stawał się upalniejszy. Gruby biały
piach pad stopami palił i oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. śywopłoty szare
były od kurzu. Im bliŜej Barnet - tym głośniejszy stawał się burzliwy pomruk tłumu.
Ludzi napotykali coraz więcej. Zmordowani, posępni, brudni szli wpatrzeni
przed siebie i mruczeli coś niezrozumiale. Jakiś jegomość odziany w strój
wieczorowy szedł pieszo z oczami utkwionymi w ziemię. Głos jego Słychać była z
daleka, jedną rękę wplątał we włosy, drugą wymachiwał,
jakby bijąc przed sobą kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości .' minął,
on zaś szedł dalej nie oglądając się na nikogo.
ZbliŜywszy się do skrzyŜowania, na południe od Barnet, brat ujrzał
nadchodzącą polami kobietę z dwojgiem dzieci. Na ręku dźwigała trzecie. Potem
minął ich brudny, czarno odziany męŜczyzna z grubą laską w jednej, z niewielką
walizką w drugiej ręce. Dalej, u wylotu zaułka, pomiędzy obrzeŜającymi go willami,
ukazał się kary spocony koń ciągnący nieduŜy wózek. Powoził blady, szary od kurzu
młodzieniec w meloniku. Na wózku siedziały stłoczone trzy dziewczyny wyglądające
na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci.
- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy
brat wyjaśnił, Ŝe naleŜy w tym celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa
podzięki.
Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między '' domami i
przesłaniającą jakby welonem białe ściany will ze szosą. Pani , Elphinstone krzyknęła
nagle na widok dymu i języków płomienia tańczą-' tych na tle gorącego błękitnego
nieba po dachach pobliskich domów. Zgiełk gościńca zmienił się teraz w nieskładną
mieszaninę ludzkich gło- sów, turkotu kół, skrzypienia wozów i stukotu kopyt. 0
jakieś pięćdziesiąt jardów od skrzyŜowania zaułek skręcał ostro ku szosie.
- BoŜe drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat
zatrzymał kucka.,
Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca
niepowstrzymanie na północ. Kurz zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu
ławicą rozmazywał i czynił wszystko szarym i niewyraźnym co najmniej do
wysokości dwudziestu stóp. Ławicę tę zasilały coraz to nowe tumany wzbijane
nogami śpieszących gęstym tłumem ludzi i koni i kołami pojazdów wszelkich
moŜliwych gatunków i typów.
- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi!
Wylot zaułka na szosę wyglądał jak wjazd do dymiącego pieca. Tłum huczał
jak ogień, gorący zaś kurz gryzł jak dym. Nieco dalej w górę szosy rzeczywiście
płonęła willa i buchający kłębami na drogę czarny dym jeszcze bardziej wzmagał
zamieszanie.
Przeszło dwóch męŜczyzn, za nimi zakurzona kobieta dźwigająca z łkaniem
cięŜki tobół. Jakiś zbłąkany pies z wywieszonym językiem krąŜył niepewnie wokół
wózka, wystraszony, dopóki brat nie odpędził go precz.
W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w
jeden wielki, zamknięty po brzegi dwoma rzędami domów
strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę
zbliŜania się do zakrętu czarne głowy i stłoczone ciała roztapiały się w pośpiesznie
oddalającej się masie, ginęły tonąc w chmurach kurzu.
- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi!
Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając
kucyka przy pysku. Po chwili, wsysany bezpowrotnie potokiem ludzi począł posuwać
się z wolna, krok za krokiem, ku szosie.
W Edgware panowało zamieszanie, w Chalk Farm zgiełkliwy tumult, tu
natomiast wydawało się, Ŝe gościńcem wali cała ludność kraju. Trudno sobie po
prostu wyobrazić te zastępy. Nie miały one jakiegoś wyraźnego oblicza. Postaci
ludzkie wysypywały się zza zakrętu i ginęły za następnym zakrętem zwrócone
plecami ku grupie stojącej w zaułku. Piesi potykając się i potrącając szli skrajem
drogi. Wisiała nad nimi nieustanna groźba przejechania. Wozy i bryki zbijały się w
gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym lub bardziej niecierpliwym pojazdom,
te zaś przy kaŜdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi rozbiegali się
wówczas na strony, kuląc się pod płotami i w bramach.
- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! JuŜ nadchodzą!
Na jednym z wozów stał ślepic w mundurze Armii Zbawienia i wymachując
rękami wrzeszczał: - Wieczność! Wieczność! - Ochrypły głos tak był donośny, Ŝe brat
mój słyszał go jeszcze po zniknięciu wozu w. obłokach kurzu. Niektórzy stłoczeni w
pojazdach ludzie okładali bezmyślnie batem konie i wykłócali się z innymi
woźnicami; niektórzy siedzieli bez ruchu wpatrzeni zgaszonym wzrokiem w próŜnię;
niektórzy gryźli palce z pragnienia lub leŜeli bezwładnie w swych wozach. Konie
ociekały pianą, oczy miały przekrwione.
Drogą sunęły nieprzeliczone doroŜki, bryczki, wozy, platformy, przejechał
wóz pocztowy, za nim karawan z napisem: "Dom modlitwy św. Pankracego", za nim
ogromna platforma opałowa pełna jakichś oberwańców. Potem przetoczyła się
dwukółka piwiarza z planami świeŜej krwi na kołach.
- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi!
- Wie-e-czność! Wie-e-eczność! - brzmiało jak echo nad drogą. Obok przeszły
smętne, posępne, choć zamoŜnie ubrane kobiety prowadzące za rękę płaczące
potykające się dzieci. Wytworne ich suknie pokryte były kurzem, po zmęczonych
twarzach płynął pot i łzy. Obok szli męŜczyźni, jedni usiłowali im pomagać, inni
patrzyli ponuro i dziko. Za nimi pchał się tłum jakichś włóczęgów odzianych w
spłowiałe czarne
szmaty, rozwrzeszczanych, klnących. Przeszli krzepcy robotnicy przepychając
się nieustępliwie przez tłum; przeszli zmęczeni, nie ogoleni męŜczyźni podobni z
odzienia do urzędników lub sprzedawców sklepowych; potykając się i rozpychając
przeszedł raniony Ŝołnierz; grupa tragarzy kolejowych parła za nim, a dalej wlokło się
jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem.
ChociaŜ tak róŜny w składających się nań jednostkach - cały ten tłum jedną
miał przecieŜ cechę wspólną. Było nią przeraŜenie i ból malujący się na twarzach, był
nią gnający ich przemoŜny strach. KaŜdy hałas na drodze, kaŜda kłótnia o miejsce na
wazie przyśpieszała kroki tłumu. Ci nawet, którym zmęczenie podcinało nogi, zrywali
się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się juŜ uciekającym dobrze we znaki.
Twarze ich były spalone, wargi czarne i spękane. Wszyscy byli spragnieni, znuŜeni,
wyczerpani. Pośród rozlicznych okrzyków słyszało się swary, narzekania, jęki
słabości i zmęczenia; głosy brzmiały ochryple i słabo. A poprzez całą tę wrzawę
przebijało jedno powtarzające się zdanie; - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą!
Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na
drogę skośnym wąskim wylotem i pozornie prowadził w stronę Londynu. Mimo to
wir ludzki rzucał tam osłabłych tylko po to, by po chwilowym odpoczynku mogli
zanurzyć się w nim ponownie. Nieco głębiej w zaułku leŜał z obnaŜoną, owiniętą
skrwawionymi szmatami nogą jakiś człowiek, a nad nim pochylali się dwaj jego
przyjaciele. Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół.
Staruszek z siwym wojskowym wąsem, w brudnym czarnym surducie,
pokuśtykał na bok, usiadł przy wózku, zdjął but ukazując okrwawioną skarpetkę,
wytrząsnął kamyki, wdział z powrotem but i powlókł się dalej; nadeszła malutka,
ośmioletnia moŜe dziewczynka, zupełnie sama, i padła płacząc u Ŝywopłotu, tuŜ koło
mego brata.
- Nie mogę juŜ dalej! Nie mogę juŜ dalej!
Brat ocknął się z osłupienia, chwycił ją na ręce i przemawiając łagodnie
zaniósł do pani Elphinstone. Mała pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby
czymś przestraszona.
- Helenko! Helenko! - wołała kobieta w tłumie pełnym łez głosem. Helenko! -
Dziecko wyrwało się bratu i biegnąc ku drodze krzyczało: Mamo!
- Nadchodzą! - wołał mijając zaułek jadący wierzchem męŜczyzna. - Z drogi
tam! = wrzeszczał woźnica stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę.
Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść
pod koła. Brat cofnął kucyka i bryczuszkę pod sam Ŝywopłot, kareta zaś przejechała
obok i stanęła. Była dwukonna, jednak w zaprzęgu szedł tylko jeden koń.
Poprzez tumany kurzu brat dostrzegł niewyraźnie; jak dwaj ludzie wynoszą z
niej i składają ostroŜnie na trawie pod krzewami Ŝywopłotu rozpostarte na białych
noszach ciało.
Jeden z nich podbiegł do brata.
- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić!
- Lord Garrick! - wykrzyknął brat. - Prezes Sądu NajwyŜszego? - Gdzie tu
woda? - powtórzył tamten.
- MoŜe w którymś z tych domków. My nie mamy wody. Bałbym się zresztą
odejść od moich pań.
Woźnica począł przepychać się przez tłum do bramy naroŜnego domu. -
Uciekaj! - wołano za nim. - Marsjanie nadchodzą! Uciekaj! Nagle uwagę brata
zwrócił orlą swą twarzą męŜczyzna ciągnący za sobą
niewielką walizkę. W tej właśnie chwili otwarła mu się. Sypnęły z niej
potokiem rulony złotych suwerenów rozpryskując się w zderzeniu z ziemią w grad
złotych krąŜków, pojedynczych monet. Toczyły się we wszystkie strony pośród
depczących nieustannie drogę ludzkich i końskich nóg. Człowiek o orlej twarzy stanął
patrząc tępo na stos rozsypanego złota. Nagle potrącił go w ramię i odrzucił na bok
dyszel wozu. Tamten krzyknął i skoczył w bok omal nie wpadając pod koła.
- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi!
Gdy wóz oddalił się nieco, męŜczyzna padł z rozpostartymi ramionami na stos
monet i pełnymi garściami począł napychać nimi kieszenie. TuŜ nad nim ukazał się
łeb koński i usiłujący właśnie powstać człowiek znów legł na ziemi tratowany
kopytami.
- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieŜką kobietę próbował
pochwycić konia za wędzidło.
Zanim mu się to jednak udało, usłyszał jęk i poprzez tuman pyłu ujrzał, jak po
plecach nieszczęśnika przetoczyły się koła wozu. Woźnica zamierzył się biczem na
przebiegającego na drugą stronę, za wozem, brata. Dokoła podniosły się krzyki.
LeŜący wił się w kurzu, pośród rozsypanych monet, z przetrąconym kręgosłupem,
usiłując powstać na bezsilne, zmartwiałe nogi. Brat stanął nad nim krzycząc na
napierającego następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś jeździec dosiadający
rumaka.
- Zabierzcie go z drogi! - wykrzyknął; brat schwycił wolną ręką leŜącego za
kołnierz i powlókł go na ścieŜkę obok szosy. Ten jednak walił brata po ręku pięścią
pełną złota, przeszywając go przy tym wściekłym spojrzeniem.
- Naprzód! Naprzód! - krzyczały za nimi gniewne głosy. - Z drogi! Rozległ się
trzask. To dyszel powozu wbił się w zatrzymany przez jeźdźca wóz. Brat rzucił okiem
w tamtą stronę, równocześnie zaś człowiek ze złotem przekrzywił głowę i ugryzł
trzymającą go za kołnierz rękę. Wóz ruszył; kary koń uskoczył w bok, a zaprzęg
przeszedł tak blisko brata, Ŝe kopyta omal nie zmiaŜdŜyły mu stóp. Brat cofnął się
pośpiesznie puszczając leŜącego. Dostrzegł jeszcze złość zmieniającą się na twarzy
nieszczęsnego w ,przeraŜenie, po czym znikł on pod kołami, brat zaś pociągnięty
potokiem ludzkim i uniesiony poza wylot zaułka cięŜko musiał walczyć, by dotrzeć
doń z powrotem.
Powróciwszy do bryczuszki zobaczył, Ŝe pani Elphinstone przysłania oczy
rękami, obok niej zaś stoi jakieś dziecko i przygląda się ze zwykłym u dzieci brakiem
współczucia, szeroko rozwartymi oczami, leŜącej na szosie czarnej, zakurzonej,
nieruchomej, tratowanej kopytami i miaŜdŜonej kołami postaci.
- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka. - Nie
przejedziemy przez to piekło!
Wrócili ze sto jardów przebytą niedawno drogą. Oszalały tłum znikł im
wreszcie z oczu. Mijając zakręt, brat ujrzał śmiertelnie bladą, ściągniętą i lśniącą od
potu twarz umierającego w rowie pod ligustrem lorda Garricka. Obie panie siedziały
w bryczce bez słowa, skulone i drŜące.
Za zakrętem brat znów zatrzymał wózek. Panna Elphinstone była blada,
szwagierka zaś jej zalewała się łzami, zbyt wystraszona nawet, by wzywać swego
"Jureczka". Brat mój teŜ był zmieszany i wstrząśnięty. Gdy tylko zawrócili, pojął, jak
pilnie i nieodzownie naleŜało przebić się na przeciwległy skraj gościńca. Nagle
zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone.
- Musimy przejechać! - zawołał i znów zawrócił kucyka ku szosie. Po raz
wtóry juŜ tego dnia dziewczyna dała dowód wielkiej siły ducha. Chcąc wedrzeć się w
potok ludzki na szosie brat skoczył w sam gąszcz pojazdów i zatrzymał najbliŜszy
zaprzęg, a tymczasem panna wprowadziła przedeń bryczuszkę. Zahamowany na
chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy błotnik wraz ze
stopniem. W następnej chwili prąd porwał ich i poniósł z innymi. Brat z czerwonymi
pręgami od
smagnięć biczem po twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał
dziewczynie lejce.
- Proszę grozić temu za nami pistoletem - rzekł, wręczając jej broń - jeŜeli
zanadto będzie się pchał. Nie! Lepiej niech pani mierzy w konia.
Następnie podjął wysiłki, by przedrzeć się na drugą stronę drogi. Dać nura
jednak w ten odmęt oznaczało utracić wolną wolę, zlać się w jedno Ŝ całym tym
zakurzonym, oszalałym motłochem. Niesieni potokiem płynęli przez Chipping Barnet
i dopiero o jakąś milę za śródmieściem udało im się przedostać na przeciwległy brzeg
nurtu. Hałas i zamieszanie panowały tu nie do opisania, w samym jednak miasteczku i
poza nim szosa rozwidla się parokrotnie, rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk
na drodze.
PodróŜni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy
ludzi gaszących pragnienie wodą ze strumienia, gdy niektórzy walczyli o dostęp do
niego. Nieco dalej, z pagórka w pobliŜu Wschodniego Barnet, dostrzegli dwa sunące
bardzo wolno, bez Ŝadnych sygnałów, jeden za drugim, pociągi zapchane ludźmi
siedzącymi nawet w tendrach, na węglu. ZdąŜały one na północ trasą Wielkiej Kolei
Północnej. Brat mój przypuszczał, iŜ musiały wyruszyć spoza Londynu, gdyŜ w tym
czasie obłąkane przeraŜenie ludności uniemoŜliwiało juŜ odjazd z londyńskich
dworców.
Niedaleko pagórka zatrzymali się na południowy wypoczynek, gdyŜ
gwałtowność całodziennych przeŜyć wyczerpała w najwyŜszym stopniu całą trójkę.
Zaczął im równieŜ doskwierać głód, a Ŝe wieczór był chłodny, Ŝadne nie mogło usnąć.
Późnym wieczorem drogą obok biwaku przeszło w pośpiechu mnóstwo ludzi
uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, a ludzie ci uchodzili w tę stronę -
z której przybył mój brat.
17 Dziecię Gromu
Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek
zgładzić całą rozpraszającą się w ucieczce po najbliŜszej okolicy ludność Londynu.
Nie tylko bowiem gościńcem do Barnet, lecz i przez Edgware, i Waltham Abbey, i
drogami biegnącymi na wschód, do Southend i Shoeburyness, i na południe od
Tamizy, w stronę Deal i Broad
stairs, płynął rozgorączkowany motłoch. Gdyby ktoś owego czerwcowego
poranka wzbił się balonem w rozpalone błękity pod Londynem, ujrzałby, Ŝe wszystkie
wybiegające z nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są
czarnymi, zlewającymi się w strumienie punkcikami. KaŜdy zaś punkcik był ludzką
agonią i przeraŜeniem, i rozpaczą. Aby czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ten
potok czarnych punkcików widziany z bliska oczami jednego z nich - opisałem
szeroko w poprzednim rozdziale to wszystko, co widział mój brat na gościńcu
wiodącym przez Chipping Barnet. Nigdy jeszcze w dziejach świata tak wielka liczba
połączonych cierpieniem istot ludzkich nie porzucała swych siedzib. Legendarne
zastępy Gotów i Hunów, najpotęŜniejsze, jakie kto kiedykolwiek widział, armie
wschodu -byłyby kroplą tylko w tej rzece. A nie był to przecieŜ bynajmniej Ŝaden
zdyscyplinowany marsz. Był to bieg straszliwy, gigantyczny bieg, bez porządku i bez
celu, bieg sześciu milionów wystraszonych, bezbronnych i pozbawionych Ŝywności
ludzi, gnanych lękiem, gdzie oczy poniosą. Wydawać się mogło, Ŝe to początek
zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego.
Na wprost pod sobą pasaŜer balonu widziałby rozpostartą daleko i szeroko sieć
pustych juŜ ulic, mostów, domostw, świątyń, ogrodów i parków - ogromną mapę
upstrzoną na południu czarnymi plamami. Zdawało się, Ŝe koło Ealing, Richmondu i
Wimbledonu potworne jakieś pióro bryznęło na nią atramentem. KaŜda z tych bryzg
rosła i rozszerzała się nieustannie, wystrzelając to tu, to tam poza swój kształt
pierwotny, raz zbierając się w ławice przed wzniesieniami terenu, to znów wylewając
się szybko w doliny, gdy przekroczyła grzbiet wzgórza, zupełnie jak kropla atramentu
rozpływająca się po bibule.
W oddali zaś, ponad wznoszącymi się na południe od rzeki niebieskimi
wzgórzami, uwijali się lśniący w słońcu Marsjanie spokojnie i metodycznie
pokrywając to tę, to tamtą część kraju obłokami, spędzając je strumieniami pary, gdy
spełniły juŜ swe dzieło, i obejmując w posiadanie podbitą krainę. Wydawało się, Ŝe
celem ich było nie tyle zniszczenie, co całkowite zdemoralizowanie i stłumienie
oporu. Wysadzali w powietrze kaŜdą napotkaną prochownię, przecinali kaŜdą linię
telegraficzną, gdzieniegdzie zaś zrywali tory kolejowe. Postanowili okaleczyć
ludzkość. Nie zaleŜało im, jak się zdaje, na pośpiechu, toteŜ nie posunęli się tego dnia
poza śródmieścia Londynu. Dlatego, być moŜe, w poniedziałek rano mnóstwo
mieszkańców pozostało w swych domach. Pewne jest bowiem, iŜ tysiące ich zginęły
tam wytrute Czarnym Dymem.
AŜ do południa port londyński przedstawiał zadziwiający widok. Cze
kały tu najprzeróŜniejszego rodzaju parowce i okręty skuszone ogromnymi
sumami płaconymi przez uciekających; mówiono, Ŝe wielu spośród wdzierających się
na nie ludzi utonęło spychanych przez majtków bosakami. Około pierwszej po
południu pomiędzy filarami mostu Blackfriars pojawiły się rozrzedzone forpoczty
Czarnego Dymu. Wówczas w. całym porcie zapanowało obłąkane wprost
zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez długi czas pod
północnym łukiem mostu Tower, zaś majtkowie i tragarze portowi musieli walczyć
uparcie z napierającymi ze wszystkich stron tłumami: Doszło do tego, Ŝe ludzie
spuszczali się z mostu po filarach...
Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i
przeszedł w bród rzekę, po wodzie koło Limehouse pływały juŜ tylko jakieś szczątki.
0 tym, jak spadł piąty walec, opowiem nieco później. Szósty natomiast upadł
w Wimbledonie. Brat mój czuwając w bryczuszce nad snem kobiet widział jego
zielony błysk w oddali za wzgórzami. We wtorek cała trójka, wciąŜ jeszcze
zdecydowana uciekać za morze, przebijała się przez kipiące uciekinierami okolice
Colchester. Potwierdziła się wiadomość, Ŝe Marsjanie opanowali juŜ cały Londyn.
Widziano ich w Highate, a nawet, jak twierdzili niektórzy, w Neasdon. Brat mój
jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka.
Tymczasem rozproszone tłumy poczęły zdawać sobie sprawę z coraz
groźniejszego braku poŜywienia. W miarę jak wzrastał głód - malało poszanowanie
praw własności. Wieśniacy stawali z bronią w ręku w obronie swych chlewów,
spichlerzy i dojrzewających zbiorów. Niemało ludzi, podobnie jak i rój brat, podąŜało
teraz na wschód, moŜna jednak było znaleźć i takich straceńców, którzy w
poszukiwaniu Ŝywności zawracali do Londynu. Byli to przewaŜnie mieszkańcy
północnych jego dzielnic, znający Czarny Opar z opowiadań tylko. Mówiono, Ŝe
połowa bez mała członków rządu schroniła się w Birminghamie i Ŝe przygotowuje się
olbrzymie ilości środków wybuchowych, by uŜyć ich do zaminowania dolin
Midlandu.
Mówiono teŜ, Ŝe Towarzystwo Kolei Midlandzkieh, po uzupełnieniu luk
powstałych wśród maszynistów i palaczy w. pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie
normalny ruch i wypuszcza ze stacji w St. Albans pociągi odchodzące na północ,
chcąc rozładować w ten sposób przeludnione, najbliŜej Londynu połoŜone okolice. W
Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, Ŝe na północy kraju
zgromadzono wielkie zapasy mąki i Ŝe w ciągu dwudziestu czterech godzin pomiędzy
głodującą lud
ność okoliczną rozdzielony będzie chleb. Wiadomości te nie powstrzymały
jednak ani brata, ani jego towarzyszek od zamierzonej ucieczki i cała trójka
jechała,.jak dzień długi, na wschód, widząc rozdzielanego chleba tyle tylko, ile go
było na plakatach. Jeśli juŜ o tym mowa, to trzeba powiedzieć, Ŝe nikt zresztą nie
widział go na oczy. Nocy tej spadła siódma juŜ z kolei gwiazda, niedaleko pagórka
Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyŜ czuwała ona na zmianę
z bratem. Ona teŜ właśnie ją dostrzegła.
We środę trójka uciekinierów, po nocy spędzonej w polu wśród niedojrzałej
pszenicy, dotarła do Chelmsford, gdzie grupa mieszkańców mianująca się jakimś
Komitetem Publicznego Zaopatrzenia skonfiskowała im kucyka na mięso, w zamian
obiecując poszkodowanym udział w jego zjedzeniu. Opowiadano tu, Ŝe Marsjanie są
juŜ w Epping oraz Ŝe podczas nieudanej próby wysadzenia w powietrze jednego z
nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey.
Ludność wypatrywała tu Marsjan z wieŜ kościelnych. Brat mój na swoje, jak
się później okazało, szczęście wolał nie czekać na jedzenie, chociaŜ wszyscy troje
bardzo byli głodni, lecz niezwłocznie podąŜył wraz z paniami ku wybrzeŜu. W
południe minęli Tillingham, gdzie było nad podziw pusto i spokojnie, tylko jakieś
łaziki plądrowały domy w poszukiwaniu Ŝywności. Niedaleko za Tillingham widać
juŜ było morze, a na nim najdziwaczniejszą, jaką sobie tylko moŜna wyobrazić,
zbieraninę statków.
PoniewaŜ nie dało się juŜ wpływać do ujścia Tamizy, przybijały one do
wybrzeŜa hrabstwa Essex, by zabierać ludzi z Harwich, z Walton i Clacton, potem zaś
z Foulness i Shoebury. Rozciągnęły się ogromnym łukiem, którego koniec ginął we
mgle aŜ za przylądkiem Naze. TuŜ przy brzegu zaś uwijało się mnóstwo angielskich,
szkockich, francuskich, holenderskich i szwedzkich kutrów, parowczyków z Tamizy,
jachtów, motorówek - głębiej w morzu widać było statki o większej wyporności,
przeróŜne węglowce, statki do przewozu bydła, tankowce, schludne statki handlowe,
parowce pasaŜerskie, frachtowce oceaniczne, był tam nawet jakiś stary Ŝaglowiec;
jeszcze zaś głębiej stały białe i popielate statki regularnych linii okrętowych z
Southamptonu i Hamburga. WzdłuŜ całego błękitnego wybrzeŜa aŜ do Blackwater
moŜna było mgliście dojrzeć gęsty rój szalup i ich właścicieli targujących się z ludźmi
na lądzie, rój ciągnący się poza Blackwater prawie aŜ do Maldon.
Jeszcze dalej, o parę mil od brzegu, leŜał zanurzony tak głęboko, Ŝe
według słów brata wyglądał jakby nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to
kontrtorpedowiec Dziecię Gromu. Jedyna zresztą widoczna tu z lądu jednostka floty
wojennej. Ale hen daleko, w prawo, nad gładzią morską, gdyŜ w dniu tym panowała
prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne węŜyki dymków znaczących stanowiska
pancerników floty kanału. Z kotłami pod parą, w pełnej gotowości bojowej
przegradzała ona stalowym łańcuchem wylot Tamizy przez cały czas zwycięskiego
natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać.
Na widok morza pani Elphinstone, mimo pełnych otuchy słów swej
szwagierki, uległa panice. Nigdy jeszcze nie wyjeŜdŜała poza granice Anglii i woli
raczej umrzeć, niŜ znaleźć się sama, bez przyjaciół, w obcym kraju. Jak wynikało z jej
słów, biedaczka wyobraŜała sobie widocznie Francuzów nie lepszymi od Marsjan.
Podczas ostatnich dwu dni podróŜy była coraz bardziej wystraszona, przygnębiona i
rozhisteryzowana. Jedynym i nieustannym jej marzeniem był powrót do Stanmore. W
Stanmore przecieŜ zawsze było tak dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore na pewno
odnajdą Jureczka...
Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plaŜę, gdzie brat mój
zdołał właśnie zwrócić uwagę marynarzy z jakiegoś przedpotopowego, o łopatkowym
napędzie, parowca rzecznego z Tamizy. Podpłynęli oni szalupą i zgodzili się
przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili,
płynąć miał ich stateczek.
Dochodziła druga, gdy zapłaciwszy przy wejściu umówioną sumę brat mój
znalazł się wraz z paniami bezpieczny na pokładzie statku. MoŜna tam było dostać
poŜywienie, po niezwykle co prawda wysokich cenach, toteŜ naszej trójce udało się
wreszcie spoŜyć jaki taki posiłek. Na pokładzie było juŜ kilkudziesięciu pasaŜerów.
Wielu z nich wydało ostatnie grosze, aby tylko zapewnić sobie przejazd, kapitan
jednakŜe tkwił pod Blackwater aŜ do piątej, przyjmując wciąŜ nowych i nowych
podróŜnych, aŜ wreszcie na pokładzie zapanował niebezpieczny tłok. Tkwiłby tam
pewnie i dłuŜej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze rozległ się gdzieś na
południu. Jakby w odpowiedzi na to, kontrtorpedowiec wypalił w stronę morza z
małego działa i wciągnął na masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu.
Niektórzy pasaŜerowie twierdzili, Ŝe to strzelają pod Shoeburyness,. potem
jednak okazało się, Ŝe huki stają się coraz głośniejsze. Równocześnie daleko na
południowym wschodzie wynurzyły się kolejno z morza maszyny i wieŜyczki trzech
jeszcze pancerników spowitych chmurami
czarnego dymu. Lecz uwagę brata skupiła na sobie nieustanna strzelanina.
Wydawało mu się, Ŝe dostrzega na południu wznoszący się w mglistej szarej dali słup
dymu.
Parowczyk pluskał łopatkami przebijając się na wschód, poza rozsypane
wachlarzem statki, i płaskie wybrzeŜa Essexu roztapiały się juŜ w błękitnej mgiełce,
gdy ukazał się zmniejszony odległością, posuwający się błotnistym wybrzeŜem od
strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten widok przeraŜony i rozgniewany kapitan
począł przeklinać własne guzdralstwo, a łopatki stateczku, jakby udzielił się im jego
lęk, zapulsowały gwałtownie. Kto Ŝyw na parowcu pchał się ku burtom i wspinał się
na ławki, by oglądać tę odległą postać przewyŜszającą drzewa i wieŜe kościelne,
posuwającą się ruchami wyglądającymi na przedrzeźnianie ruchów człowieka.
Był to pierwszy widziany przez brata Marsjanin, toteŜ przyglądał mu się
bardziej zdziwiony niŜ przestraszony. Tymczasem gigant zbliŜał się ostroŜnie do
okrętu, zanurzając się coraz głębiej w morze. Potem daleko za Crouch ukazał się
drugi, przedzierający się pośród karłowatych drzewek, a jeszcze dalej trzeci, brodzący
w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeŜnych, jakby zawieszony w pół
drogi między morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie
przeszkodzić w ucieczce statkom zebranym pomiędzy Foulness a Naze. Mimo
pośpiesznego rytmu maszyn, mimo spienionej kipieli, jaką pozostawiały za sobą
łopatki, ucieczka parowczyka, na którym płynął brat, była przeraŜająco powolna.
Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w
przeraŜeniu ogromny wachlarz statków, jak ścigają się one ze sobą, jak zwracają rufy
miast burt ku brzegom, jak gwiŜdŜą buchając parą parowce, jak wciągają Ŝagle
Ŝ
aglowce, jak pomykają tu i tam warcząc motorami motorówki. Widok ten, zarówno
jak i niebezpieczeństwo nadciągające od brzegu tak go urzekły, Ŝe nie patrzył wcale
na morze. Wtem błyskawiczny zwrot stateczku dokonany dla uniknięcia zderzenia
strącił brata z zajmowanego przezeń krzesła. Dokoła wszyscy krzyczeli, potem rozległ
się tupot nóg i wiwaty, na które, jak mu się zdawało, ktoś odpowiadał z oddali. Nagle
stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg.
Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od
kołyszącego się, przechylonego parowca ujrzał prujący morze wielki stalowy kadłub.
Ciął dziobem wodę, jak lemiesz pługa tnie rolę. Odgarniane na boki potęŜne
spienione fale kołysały'i podrzucały stateczkiem,
ten zaś to zanurzał się po pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko
wymachiwał bezsilnie łopatkami w powietrzu.
Pienisty prysznic oślepił brata na chwilę. Gdy przetarł oczy, stalowy potwór
minął ich mknąc w stronę lądu. Nad płaskim kadłubem wznosiły się potęŜne
nadbudówki, zaś dwa bliźniacze kominy pluły dymem gęsto przetykanym iskrami.
Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający zagroŜonym statkom z odsieczą.
Wpierając stopy w rozkołysany pokład, trzymając się kurczowo poręczy brat
popatrzył wpierw na szarŜującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę
Marsjan. Stali tuŜ przy sobie; i to tak daleko od brzegu, Ŝe trójnogi ich prawie
zupełnie skryły się w morzu: Zanurzeni głęboko i pomniejszeni odległością wydawali
się o wiele mniej groźni od potęŜnego stalowego cielska, w którego nurcie huśtał się
bezwolnie stateczek niosący na swym pokładzie brata. Mogło wydawać się, Ŝe
przyglądają się zaskoczeni temu nowemu wrogowi. Być moŜe wzięli go za istotę
podobną do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku nim z największą
szybkością i to właśnie, Ŝe gnał bez strzału, pozwoliło mu prawdopodobnie podsunąć
się tak blisko do nieprzyjaciół. Ci zaś nie wiedzieli widocznie, co z nim zrobić. Dość
było jednego wystrzału, aby Snop Gorąca posłał go nieuchronnie na dno.
Kontrtorpedowiec, czarny, gwałtownie malejący kadłub na tle oddalającej się
płaszczyzny essekskiego wybrzeŜa, mknął tak szybko, iŜ po chwili wydawał się juŜ w
pół drogi między stateczkiem a Marsjanami. ,
Wtem najbliŜszy z Marsjan nachylił rurę i wypalił z niej w napastnika
zbiornikiem Czarnego Dymu. Zbiornik uderzył o lewą burtę tryskając atramentowym
strumieniem rozlewającym się szeroko po morzu potokami Czarnego Dymu,
kontrtorpedowiec jednak był juŜ daleko. Patrzącym pod słońce z zanurzonego
głęboko parowczyka widzom zdawało się, Ŝe wpadł on juŜ między Marsjan.
Widać było posępne ich postacie wynurzające się z wody i oddalające od
siebie w ucieczce ku brzegowi. Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował
go skośnie w dół i natychmiast trysnęły z wody obłoki pary. Snop musiał przebić
stalowy pancerz statku równie łatwo, jak rozpalone do białości Ŝelazo przebija kartkę
papieru.
Obłoki pary rozdarł błysk płomienia, a Marsjanin zatoczył się i potknął.
Jeszcze chwila i upadł. PotęŜny słup wody i pary strzelił wysoko w górę. Teraz
dopiero zagrzmiały działa Dziecięcia Gronu głusząc syk pary. Jeden z pocisków
uderzył w pobliŜu parowczyka brata, odbił się rykoszetem w stronę innych
uciekających na północ okrętów i zgruchotał
pobliski kuter. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejął. Na widok upadku
Marsjanina kapitan na mostku ryknął coś niezrozumiale, a tłoczący się na pokładzie
pasaŜerowie wydali głośny okrzyk. Po chwili zaś znów zaczęli wrzeszczeć radośnie.
Oto z białej zawieruchy wypadło coś długiego, czarnego, buchającego z kominów,
wentylatorów i śródokręcia płomieniami...
Kontrtorpedowiec Ŝył jeszcze; ster był widocznie nie uszkodzony i maszyny
pracowały dalej. Pędził prosto na drugiego Marsjanina i był juŜ od niego o niecałe sto
jardów, gdy znów uderzył weń Snop Gorąca. Wówczas kominy i pokład wyleciały z
głośnym hukiem w powietrze. Gwałtowność wybuchu zachwiała Marsjaninem, a po
chwili płonący wrak pchany siłą rozpędu wpadł na niego i zgniótł jak tekturową
zabawkę. Brat mój mimo woli krzyknął. Znów kłęby wrzącej pary przesłoniły
wszystko.
- Dwa! - ryknął kapitan.
Wszyscy dokoła darli się wniebogłosy. Cały stateczek od dzioba do rufy
rozbrzmiewał gorączkowymi wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aŜ
objęły wszystkie stłoczone w gęstą gromadę, mknące w morze statki.
Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego
Marsjanina, i wybrzeŜe. Przez cały ten czas stateczek szedł morze, oddalając się bez
ustanku od pobojowiska; gdy wreszcie para rozwiała się, pojawił się sunący powoli
wał Czarnego Oparu i znów nie moŜna było dostrzec ani Dziecięcia Gromu, ani
trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeŜem stały teraz inne
kontrtorpedowce.
Stateczek płynął wciąŜ dalej i dalej, zostawiając z wolna kontrtorpedowce za
sobą, zaś wybrzeŜe skrywała nieprzenikniona ławica oparu, po części pary, po części
Czarnego Dymu, zmieszanych ze sobą i splątanych w najdziwaczniejsze formy.
Armada uciekinierów rozpraszała się na północo-wschód. Między kontrtorpedowcami
a parowcami płynęło wiele kutrów. Po pewnym czasie okręty wojenne, nie
dopłynąwszy jeszcze do osiadającej coraz niŜej ławicy Czarnego Dymu, zawróciły na
północ, obeszły ją i skręciwszy na południe roztopiły się w mgle wieczornej.
WybrzeŜe rysowało się coraz niewyraźniej pod niskimi, gromadzącymi się wokół
zachodzącego słońca zwałami chmur.
Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam
moŜna było ruch jakichś czarnych cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze
zaczęli przepychać się ku burtom, by lepiej widzieć, co dzieje się w oślepiającym
kotle zachodu. Nie udało się jednak nic tam wypatrzeć.
Chmury dymu wzbijając się skośnymi pasmami przesłaniały słońce. Pulsujący
napięciem stateczek płynął jakby zawieszony w bezkresach.
Słońce skryło się za szarymi chmurami, niebo rozbłysło na chwilę i
ś
ciemniało, zamigotała wieczorna gwiazda. Panował juŜ głęboki mrok, gdy kapitan
krzyknął wskazując w górę. Brat mój wytęŜył wzrok. Z szarości wieczoru wystrzeliło
niezmiernie szybko skośnie w górę, ponad chmury, w lśniącą jasność zachodniego
nieba coś płaskiego i szerokiego, i ogromnego i płynąc w krąg po szerokiej spirali,
malało opadając z wolna, aŜ znikło zupełnie w pełnych tajemnic cieniach nocy. Lecąc
zaś prószyło na ziemię ciemnością.
Księga druga
Ziemia we władzy Marsjan
1 Zdeptani
Podczas gdy brat mój doświadczał tak szeroko opisanych w ostatnich dwóch
rozdziałach pierwszej księgi przygód, wikary i ja czailiśmy się w pustym domu w
Hallifordzie, dokąd uszliśmy, by schronić się przed Czarnym Dymem. Od tego teŜ
miejsca podejmuję swą opowieść.
W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki,
jak rozbitki odcięci Czarnym Dymem od reszty świata na wysepce jasności dziennej.
Skazani przez te dwa męczące dni na Ŝałosną bezczynność, mogliśmy tylko czekać.
Myśli me opanował niepokój o Ŝonę. WyobraŜałem sobie, jak jest przeraŜona,
jakie niebezpieczeństwa groŜą jej w Leatherhead, jak opłakuje mój domniemany
zgon. Przechadzałem się po pokojach łkając głośno na myśl o naszej rozłące, o tym,
co moŜe ją spotkać podczas mej nieobecności. ChociaŜ wiedziałem, jak dzielnie
kuzyn mój potrafi stawić czoło przeciwnościom, to jednak nie naleŜał on do ludzi
szybko rozpoznających niebezpieczeństwo ani teŜ szybko działających. A teraz
właśnie potrzebna była nie tyle odwaga, ile zdolność przewidywania i szybkość
decyzji. Jedyną pociechą było przypuszczenie, iŜ posuwając się w stronę Londynu
Marsjanie oddalają się od Leatherhead. Tego typu nieokreślone niepokoje trzymają
umysł w bolesnym napięciu. Z trudnością mi przychodziło panowanie nad sobą.
Nieustanne jęki duchownego, widok jego samolubnej rozpaczy męczył mnie i draŜnił
coraz bardziej. Kiedy zaś uwagi, jakie mu czyniłem, nie odnosiły skutku, począłem
unikać go przesiadując w pokoju przeznaczonym, jak sądzę, na izbę szkolną dla
dzieci, gdyŜ pełno tam było ławek, globusów, zeszytów i podręczników. Gdy i tam
dotarł za mną, uciekłem na strych i zamknąłem się, aby pozostać sam na sam ze swą
boleścią.
Przez cały ten dzień, jak równieŜ przez następny ranek Czarny Opar osaczał
nas nieubłaganie. W niedzielę wieczorem dostrzegliśmy w sąsiednim domku ślady
ludzkiej obecności: twarz w oknie, przesuwające się
ś
wiatło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co
się z nimi stało. Nazajutrz juŜ ich nie widzieliśmy. Przez cały poniedziałkowy ranek
Czarny Opar spływał z wolna ku rzece podpełzając wciąŜ bliŜej i bliŜej, aŜ zalał w
końcu gościniec, przy którym stał dom stanowiący obecnie nasze schronienie.
W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej
pary bijąc nią z sykiem o ściany domów, wybijając szyby i parząc w rękę księdza
usiłującego uciec z frontowego pokoju. Gdy przeczołgaliśmy się wreszcie przez
zamokłe izby i wyjrzeliśmy na świat, cała okolica na północ od nas wyglądała jak po
czarnej zamieci. Patrząc w stronę rzeki spostrzegliśmy ze zdziwieniem niepojętą dla
nas czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk.
Długi czas nie uświadamialiśmy sobie, Ŝe zmiana naszego połoŜenia polega
nie tylko na uwolnieniu od groźby uduszenia przez Czarny Opar. Dopiero później
pojąłem, Ŝe nie jesteśmy juŜ osaczeni, Ŝe droga do wolności stoi otworem.
Natychmiast teŜ zacząłem znowu myśleć o działaniu. CóŜ, kiedy wikary popadł w
bezmyślną jakąś apatię.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni - powtarzał - tutaj nic nam nie grozi. Wtedy
postanowiłem porzucić go. O, czemuŜ tak się nie stało! Mądrzejszy o wiedzę nabytą
od artylerzysty, przygotowania do drogi rozpocząłem od zaopatrzenia się w prowiant.
Na oparzenia me znalazłem oliwę i czyste szmaty, zabrałem teŜ znalezione w sypialni
kapelusz i flanelową koszulę. Kiedy stało się jasne, Ŝe wybieram się sam, Ŝe jestem na
to zdecydowany, wikary zaczął się raptem takŜe szykować.
Popołudnie minęło spokojnie, toteŜ koło piątej wyruszyliśmy sczerniałą drogą
do Sunbury. Zarówno w samym Sunbury, jak i po drodze leŜało mnóstwo
poskręcanych w męce ciał ludzkich i koni, porozrzucanych tobołów, przewróconych
wozów, a wszystko pokryte grubą warstwą czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do
popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton Court dotarliśmy bez
Ŝ
adnych przygód. Przez całą drogę nie mogliśmy nadziwić się niezwykłej obcości
pokrytego czerwienią i czernią krajobrazu. Dopiero w Hampton Court oczom naszym
ukazała się pierwsza ocalała od duszących oparów Czarnego Dymu zieleń. Minęliśmy
Bushey Park z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej
ujrzeliśmy kobiety i męŜczyzn śpieszących polami do Hampton. Byli to pierwsi
dostrzeŜeni przez nas w tej okolicy ludzie. My skierowaliśmy kroki do Twickenham.
Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąŜ jeszcze płonął.
Twickenham nie ucierpiało ani od Snopa Gorąca, ani od
Czarnego Oparu, toteŜ ludzi było tu więcej, nikt jednak nie mógł udzielić nam
Ŝ
adnych nowych wiadomości. Byli to przewaŜnie ludzie korzystający, jak i my, z
chwili ciszy, by uciec dalej od terenów okupowanych przez Marsjan. Odniosłem
wraŜenie, iŜ w wielu jeszcze domach pozostawali mieszkańcy, zbyt wystraszeni, by
uchodzić. I tu takŜe duŜo było na szosie śladów pośpiesznej ucieczki. Szczególnie
Ŝ
ywo utkwił mi w pamięci stos złoŜony z trzech wgniecionych w gościniec kołami
pogruchotanych bicykli. Około wpół do dziewiątej minęliśmy most w Richmond.
Gdyśmy przezeń przebiegali w pośpiechu, dostrzegłem płynące rzeką liczne
kilkustopowej długości czerwone bryły. Nie wiedziałem, co to było, na badanie zaś
nie starczyło czasu. Wydały mi się wtedy czymś straszliwym. RównieŜ i tu, na brzegu
Surrey, leŜał czarny osad i trupy, cały ich stos koło dworca, nie pokazywali się tylko
Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliŜu Barnes.
W czerniejącej dali dostrzegliśmy troje ludzi biegnących pustą na pozór ulicą
w stronę rzeki. Na wzgórzu płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu
Czarnego Dymu.
Wtem, podchodząc do Kew, zobaczyliśmy całą gromadę uciekających, za nimi
zaś, nie dalej jak o sto jardów od nas, ukazał się kaptur Marsjanina. Stanęliśmy
poraŜeni niespodzianym niebezpieczeństwem i gdyby potwór spojrzał w dół -
bylibyśmy zgubieni. PrzeraŜenie nasze było tak wielkie, Ŝe nie śmieliśmy iść dalej.
Skoczyliśmy w bok i skryliśmy się w szopie stojącej w pobliskim ogrodzie. Tam
wikary przypadł do ziemi i łkając cicho oświadczył, Ŝe nie ruszy się z miejsca.
Mnie jednak nie opuszczała uparta myśl o Leatherhead, toteŜ o zmroku
wyruszyłem dalej. Przedarłem się przez gęste krzewy i posuwając się ostroŜnie
uliczką biegnącą obok wysokiego domu wyszedłem na drogę do Kew. Wikary
pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z pośpiechem.
Mój ówczesny postępek uwaŜam za największe, jakie kiedykolwiek w Ŝyciu
popełniłem, szaleństwo, jasne bowiem było, iŜ dokoła kręcą się Marsjanie. Ledwie
wikary przyłączył się do mnie, juŜ ujrzeliśmy daleko, na polach w stronie Kew Lodge,
jeszcze jedną Bojową Machinę. Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało przed nią
po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to było od razu, ścigał je zawzięcie. W
trzech susach był juŜ przy nich. Ludzie usiłowali ujść rozbiegając się w róŜne strony.
Prześladowca nie uŜył Snopa Gorąca, lecz wyłowił ich skrzętnie, po jednemu, i
wrzucił do wielkiego, przytroczonego do pleców, metalowego pudła. Przypominało
ona kształtem koszyki, jakie zwykli nosić do pracy nasi
robotnicy. Po raz pierwszy zdałem sobie wówczas sprawę, iŜ celem Marsjan
moŜe być nie tylko zniszczenie pokonanej ludzkości. Staliśmy przez chwilę jak
skamieniali, po czym zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się w
przypadkowo dostrzeŜonym rowie, w jakimś okolonym wysokim murem ogrodzie.
Długo, aŜ do pojawienia się gwiazd, leŜeliśmy tam bojąc się rozmawiać nawet
szeptem.
Dochodziła, jak sądzę, jedenasta w nocy, gdy zebrawszy się na odwagę
ruszyliśmy dalej. Nie wyszliśmy juŜ jednak na drogę, lecz prześlizgiwaliśmy się pod
Ŝ
ywopłotami i przez ogrody, wypatrując pilnie w ciemnościach, wikary na lewo, a ja
na prawo, krąŜących, jak się nam wydawało, w pobliŜu Marsjan. W pewnej chwili
natknęliśmy się na ostygły juŜ i pokryty popiołem, wypalony, sczerniały szmat ziemi.
LeŜało tam mnóstwo trupów. Głowy ich i ciała były straszliwie spalone, nogi jednak
wraz z obuwiem zupełnie nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi
szeregiem czterema rozwalonymi działami leŜały martwe konie i zdruzgotane
przodki.
Miasteczko Sheen uniknęło zniszczenia, było jednak ciche i opuszczone. Nie
widzieliśmy teŜ w nim martwych, choć trzeba stwierdzić, Ŝe w tak ciemną noc jak
tamta niewiele moŜna było dojrzeć. W Sheen właśnie towarzysz mój zaczął nagle
uskarŜać się na słabość i pragnienie, postanowiliśmy więc zajrzeć do któregoś z
domków.
Pierwszym, do którego z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy się przez
okno, była niewielka, stojąca nieco na uboczu willa. Prócz spleśniałego sera nie było
w niej nic do jedzenia. Znalazła się za to woda. Zabrałem teŜ leŜącą w kuchni
siekierkę, która mogła nam oddać wiele usług przy następnych włamaniach.
Na drugą stronę szosy przeszliśmy w miejscu, gdzie skręca ona ku Mortlake.
Stał tam biały domek w ogrodzie. W spiŜarni znaleźliśmy zapas Ŝywności składający
się z dwu bochenków chleba w blaszanym pudełku, surowej polędwicy i połowy
szynki. Wymieniam to wszystko dokładnie, gdyŜ, jak się okazało, musiało nam tego
starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś
dwa worki fasoli i parę zwiędłych główek sałaty. SpiŜarnia łączyła się z kuchnią, w
której znaleźliśmy trochę drewek i kredens, a w nim tuzin butelek burgunda, zupę i
łososia w konserwach oraz dwie paczki sucharków.
Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy
chleb z szynką zapijając piwem prosto z flaszek. Wikary, wciąŜ jeszcze roztrzęsiony i
przeraŜony, upierał się, by iść nie zwlekając dalej, ja zaś nalegałem, aby pokrzepić się
przed drogą posiłkiem, gdy
wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym domku na długo. - Nie ma
chyba jeszcze dwunastej - odezwałem się i w tejŜe chwili
oślepił nas jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone
wnętrze kuchni i znikło w ciemności. Rozległ się grzmot, jakiego nie słyszałem nigdy
ani przedtem, ani potem. TuŜ po nim, wydawało się, Ŝe niemal równocześnie,
usłyszałem za sobą huk, szczęk szkła i łoskot walących się ścian. O nasze głowy
rozbił się w kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. Runąłem jak długi na
podłogę uderzając przy tym skronią o gałkę kuchenek drzwiczek i straciłem
przytomność. Długo, jak mi potem opowiadał wikary, leŜałem ogłuszony, gdy zaś
powróciłem do zmysłów, w kuchni panowały egipskie ciemności, wikary zaś z twarzą
mokrą, jak się okazało - od krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą.
Początkowo nie pamiętam, co się stało. Powoli jednak pamięć wydarzeń
powróciła. Potwierdzeniem zaś ich była rana na skroni.
- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem.
- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z
kredensu. Nie da się uczynić kroku, by nie narobić hałasu, a zdaje się, Ŝe oni są koło
domu.
Obaj siedzieliśmy tak cicho, Ŝe ledwo było słychać własne nasze oddechy.
Dokoła w domku panowała martwa cisza, raz tylko obsunął się z hałasem, gdzieś w
pobliŜu, kawał tynku czy spękanego muru. Z zewnątrz zaś, z bezpośredniej bliskości,
dochodził przerywany metaliczny grzechot.
- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co
to jest?
- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej.
- To nie był Snop Gorąca - rzekłem. Przez chwilę skłonny byłem
przypuszczać; Ŝe jedna z Machin Bojowych zderzyła się z naszym domem, podobnie
jak tamta, widziana przeze mnie pod Shepperton, z wieŜą kościelną.
PołoŜenie nasze tak było dziwaczne i niepojęte, Ŝe do świtu, to znaczy ze trzy
czy cztery godziny, nie poruszaliśmy się prawie wcale. Wreszcie do kuchni poczęło
przesączać się blade światło poranka. Docierało ono tu jednak nie przez czarne wciąŜ
okno, przez trójkątną szczelinę w ścianie za nami, między belką stropową a
zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym półmroku wnętrze naszej
kuchni.
Okno wtłoczone zostało do środka masą ziemi z ogrodu, pełno jej było na
stole, koło którego siedzieliśmy. Pokrywała teŜ grubą warstwą podłogę. Od zewnątrz
ziemia obsypała wysokim zwałem cały dom. Pod górną framugą okna moŜna było
dostrzec wyrwaną rynnę. Na podłodze leŜały rozrzucone w nieładzie rondle; ściana
między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła się i w coraz jaśniejszym świetle
dziennym moŜna było bez trudu rozpoznać, iŜ większa część domu leŜy w gruzach.
JakŜe jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był wytworny, pomalowany na modny
seledynowy kolor, pełen mosięŜnych i cynowych naczyń kredens, imitująca białe i
niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną
zasłonek.
Gdy dzień rozjaśnił wyrwę zupełnie, ujrzeliśmy przez nią postać Marsjanina
stojącego na czatach przy rozŜarzonym jeszcze, jak sądziłem, walcu. Na ten widok
przeczołgaliśmy się moŜliwie jak najszybciej z półmroku kuchni w ciemność spiŜarni.
Nagle zaświtało mi w głowie właściwe wyjaśnienie tego, co się stało. - Piąty
walec - szepnąłem. - Piąty pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami.
Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad
nami.
Usłyszałem ciche szlochanie.
Ten tylko dźwięk przerywał otaczającą nas w spiŜarni ciszę. Jeśli o mnie idzie,
ledwie ośmieliłem się oddychać i siedziałem bez ruchu, z oczami utkwionymi w słabo
oświetlony otwór drzwi kuchennych. TuŜ obok jaśniała niewyraźnie owalna plama
twarzy duchownego, jego biały kołnierzyk i mankiety. Na zewnątrz rozpoczęło się
tymczasem metaliczne jakieś kucie, potem gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie
głośny syk podobny do syku maszyny parowej. Hałasy te, najzupełniej dla nas
zagadkowe, słychać było z przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały się coraz
częściej. Wreszcie dały się słyszeć rytmiczne, głuche uderzenia i odczuliśmy nie
przerwane juŜ przez długi czas drgania, od których trzęsło się wszystko dokoła, a w
spiŜarni z brzękiem podskakiwały naczynia. W pewnej chwili coś przesłoniło światło
i ledwie widoczne dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej
nieszczęsnej kryjówce skuleni, milczący, drŜący z trwogi - aŜ zmęczenie przemogło
czujność...
Obudziłem się niesłychanie wygłodniały. Sądzę, Ŝe przeleŜeliśmy tak większą
część dnia. Głód był tak silny, Ŝe zmusił mnie do działania. Powiedziałem, Ŝe idę
poszukać czegoś do jedzenia, i popełzłem po
omacku do kredensu. Nie otrzymałem odpowiedzi, kiedy tylko jednak
począłem jeść, odgłos ten musiał widocznie poruszyć wikarego, gdyŜ usłyszałem, jak
czołga się za mną.
2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach
Skończywszy z jedzeniem powróciliśmy do spiŜarni. Musiałem znów
zadrzemać, gdyŜ po pewnym czasie, kiedy poruszyłem się - spostrzegłem, Ŝe jestem
sam. Huki i wywołane nimi drgania trwały nadal z męczącą jednostajnością.
Nawoływałem kilkakrotnie cichutko, aŜ w końcu podąŜyłem po omacku do drzwi
kuchennych. Jeszcze był dzień, toteŜ dostrzegłem duchownego po drugiej stronie
izby, leŜącego przy trójkątnym, wychodzącym wprost na Marsjan otworze. Tak był
przy tym zgarbiony, Ŝe wyglądał jak bez głowy.
Na zewnątrz hałasy przypominały rozgwar wielkiej hali maszyn, dokoła zaś
wszystko trzęsło się w takt grzmiących uderzeń. Przez otwór w ścianie mogłem
dojrzeć skąpany w złocie wierzchołek drzewa i ciepły lazur cichego wieczornego
nieba. Przyglądałem się przez chwilę wikaremu, po czym skulony stąpając z
największą ostroŜnością pośród zaściełających podłogę skorup posunąłem się ku
niemu.
Gdy dotknąłem jego kolana, drgnął gwałtownie i potrącił przy tym odłam
muru, który potoczył się z wielkim hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie
krzyknął, chwyciłem go za ramię, po czym długo leŜeliśmy bez ruchu. Podniosłem się
wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z naszej osłony. W resztce muru pozostała po
odpadłym kawale ściany pionowa szczelina, przez którą widać było, gdy wychyliłem
się ostroŜnie ponad belką, cichą jeszcze wczoraj, podmiejską uliczkę. Wielkie tu
doprawdy zaszły zmiany. Piąty walec trafił widocznie w sam środek willi, w której
najpierw byliśmy. Domek zdruzgotany całkowicie, rozbity w proch, skruszony ciosem
przestał istnieć. Znacznie poniŜej dawnych fundamentów, w głębokim dole, o wiele
zresztą szerszym od jamy widzianej przeze mnie pod Woking, leŜał teraz walec.
PotęŜne uderzenie chlusnęło dokoła ziemią ("chlusnęło" będzie tu najlepszym chyba
wyraŜeniem), piętrząc ją w zwały skrywające szczątki pobliskich domów. Ziemia
zachowała się tu zupełnie jak uderzone z całej siły cięŜkim młotem błoto. Nasz dom
zwalił się do tyłu, elewacja aŜ do parteru włącznie została zniszczona kompletnie.
Szczęśliwym trafem ocalała kuchnia i spiŜarnia. Stały one nienaruszone, przysypane
ziemią i szczątkami muru, zamknięte z trzech stron
ławami ziemi, z jednym jedynym wyjściem ku walowi. Z taką to perspektywą
zawieszeni byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez
Marsjan. TuŜ za nami słychać było odgłosy cięŜkich uderzeń, przed naszą zaś
szczeliną przepływały co chwila podobne do welonu chmurki jasnozielonej pasy.
W samym środku jamy leŜał otwarty juŜ walec, po przeciwnej zaś od nas
stronie, wśród połamanych i zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej
chwili przez uŜytkownika, sztywna i ogromna na tle wieczornego nieba, jedna z
wielkich Machin Bojowych. W pierwszym momencie nie zauwaŜyłem ani jamy, ani
walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy jednak opis naleŜałoby
rozpocząć od nich właśnie, juŜ choćby ze względu na niezwykły lśniący mechanizm
pracujący w wykopie czy teŜ na dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich
zwałach ziemi istoty.
Uwagę mą przykuł przede wszystkim mechanizm. Była to jedna z tych
niesłychanie skomplikowanych maszyn, nazwanych później Machinami Roboczymi,
których poznanie tak bardzo przyczyniło się do rozwoju ziemskiej wynalazczości.
Najpierw uderzyło mnie jej podobieństwo do metalowego pająka o pięciu zwinnych,
kolankowatych odnóŜach; opatrzonego wokół kadłuba niezliczoną liczbą dźwigni,
drąŜków oraz rozciągliwych, chwytnych macek. Większa ich część obecnie nie
pracowała, trzy tylko długie macki wyławiały .z wnętrza walca liczne pręty, płyty i
wsporniki stanowiące bez wątpienia wewnętrzne umocnienia jego ścian. W miarę
wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy.
Ruchy macek były tak szybkie, płynne i dokładne, Ŝe mimo metalicznego
połysku nie chciało mi się z początku wierzyć, iŜ patrzę na pracę mechanizmu.
Machiny Bojowe były w bardzo wysokim stopniu podobne do Ŝyjących, posłusznych
woli pana istot, nie moŜna ich jednak nawet porównywać z Machinami Roboczymi.
Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je tylko z pozbawionych
wyobraźni szkiców malarskich czy technicznych lub z niedoskonałych opisów
naocznych świadków, takich jak ja na przykład, ten z trudem moŜe wyobrazić sobie,
jak bardzo przypominały one Ŝywe stworzenia.
Myślę tu przede wszystkim o ilustracjach do jednej z pierwszych broszur
usiłujących przedstawić cały przebieg tej wojny. Malarz obejrzał, dość pobieŜnie
zapewne, jedną z Machin Bojowych i na tym zakończyła się jego o nich wiedza.
Uczynił z nich sztywne mechaniczne trójnogi, pozbawione zupełnie giętkości i
posuwistości, wywołując w ten sposób
fałszywe, jednostronne wyobraŜenie. PoniewaŜ broszura opatrzona tymi
rycinami miała ogromne powodzenie, wspominam o tym, by przestrzec czytelników
przed błędnymi wraŜeniami, jakie mogłyby na jej podstawie powstać. Rysunki
przypominały Marsjan, których widziałem przecieŜ w ruchu niezliczoną ilość razy,
tak samo jak kukły woskowe przypominają Ŝywe istoty ludzkie. Moim zdaniem
broszura byłaby bez nich o wiele lepsza.
Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym
maszyn, lecz raczej kraba o lśniącej powłoce. Zamiast mózgu, za pomocą wraŜliwych
czułek, kierował jej ruchami Marsjanin. Prawdziwą naturę tego sprawnego robotnika
wyjaśniłem sobie wówczas dopiero, gdy spostrzegłem podobieństwo jego
szarobrązowej połyskującej "skóry" do pozostałych pełzających dokoła cielsk.
Równocześnie ze zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty,
na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich przelotnie dawniej i ówczesna odraza nie
przeszkadzała mi juŜ teraz w obserwacji. Ponadto mogłem przyglądać się im z
ukrycia, nie poruszając się niemal, w skupieniu.
Teraz dopiero stwierdziłem, Ŝe są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie
tylko moŜna sobie wyobrazić. Były to wielkie obłe cielska lub raczej głowy, około
czterech stóp średnicy. KaŜde miało z przodu twarz. Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyŜ
Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się zdaje, zmysłem powonienia, miała za to parę
ogromnych ciemnych oczu, tuŜ pod nimi zaś coś w rodzaju mięsistego dzioba. W
tylnej części głowy czy teŜ ciała-sam juŜ nie wiem, jak to nazywać-mieściła się jedna
tylko, sztywno napięta błona bębenkowa, anatomicznie odpowiadająca, jak później
stwierdzono, uchu, jakkolwiek w ziemskim gęstym powietrzu było ono zupełnie
niemal bezuŜyteczne. Dokoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w dwa
pęki, po osiem w kaŜdym, smukłe, podobne do biczy macki. Pęki te nazwane zostały
potem, dość udanie zresztą, przez słynnego profesora anatomii Howesa - rękami. JuŜ
po raz pierwszy widząc Marsjan zauwaŜyłem, jak usiłowali oni dźwigać się za
pomocą tych rąk, co zwaŜywszy zwiększony w ziemskich warunkach cięŜar tych istot
było, rzecz jasna, niemoŜliwe. Są jednak podstawy, aby przypuszczać, iŜ na Marsie
takie poruszanie się nie nastręcza Ŝadnej trudności.
Wewnętrzna ich budowa, mogę to stwierdzić, gdyŜ dokonane sekcje nie
pozostawiają Ŝadnych wątpliwości, była tak sarno prosta. Większą część wnętrza
zajmował mózg, z którego grube nerwy prowadziły do oczu, ucha i czułek. Ponadto
mieli złoŜone płuca łączące się z ustami i serce wraz z układem naczyń krwionośnych.
PrzeciąŜenie płuc wywołane gęściejszą
atmosferą ziemską i zwiększoną siłą ciąŜenia przejawiało się zupełnie
wyraźnie konwulsyjnym drganiem naskórka.
ś
adnych innych wewnętrznych organów nie mieli. Choć moŜe się nam to
wydać dziwne, u Marsjan nie istniał cały skomplikowany system trawienia zajmujący
tyle miejsca w ciałach ludzi. Byli głowami, po prostu tylko głowami. Nie mieli
Ŝ
adnych wnętrzności. Nie jedli, tym bardziej zaś nie trawili. W zamian pobierali
ś
wieŜą krew Ŝywych istot, wstrzykując ją do własnych Ŝył. Widziałem, jak się to
odbywa, wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał się wydać
przewraŜliwiony, nic potrafię zmusić się do opisania tego, czemu nie mogłem nawet
przyglądać się bez odrazy. Niech wystarczy, jeśli powiem, Ŝe krew pochodząca z
Ŝ
ywego jeszcze stworzenia, najczęściej z istoty ludzkiej, wprowadzana była za
pomocą ssawki bezpośrednio do przewodu przyjmującego.
Dla nas sama juŜ myśl o tym jest niewątpliwie odraŜająca, sądzę jednak, iŜ
naleŜy równocześnie pamiętać, jak odraŜającymi musiałyby wydać się inteligentnemu
na przykład królikowi nasze mięsoŜercze zwyczaje.
Jeśli się zaś pomyśli o niesłychanej wprost stracie czasu ludzkiego i energii
poświęconych na jedzenie i proces trawienia, fizjologiczne korzyści takiego sposobu
odŜywiania się są niezaprzeczalne. Ciała nasze w połowie niemal składają się z
gruczołów, przewodów i organów zajętych przekształcaniem róŜnorodnych
pokarmów na krew. Procesy trawienia i ich wpływ na układ nerwowy podkopują
nasze siły i odbijają się na umysłowości. Ludzie bywają szczęśliwi lub nieszczęśliwi
w zaleŜności od tego, czy mają zdrową, czy teŜ chorą wątrobę, czy ich gruczoły
trawienne pracują naleŜycie, czy teŜ nie. Marsjanie zaś byli wyŜsi ponad te organiczne
zmiany nastrojów i uczuć.
To, Ŝe uznali oni ludzi za najlepsze źródło poŜywienia, moŜną po części
wytłumaczyć sobie podobieństwem szczątków ich ofiar stanowiących zapasy
Ŝ
ywności przywiezione z Marsa. Stworzenia te, sądząc z zeschłych szczątków, które
dostały się w ręce ludzi, były dwunogie, miały słabe krzemowe szkielety podobne do
krzemowych szkieletów gąbek i równie słabe umięśnienie. Wzrost ich sięgał sześciu
stóp w postawie wyprostowanej, głowy były kuliste i miały dwa stwardniałe oczodoły.
W kaŜdym walcu wieziono po dwie, trzy takie istoty, wszystkie one jednak zostały
zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało to jednak Ŝadnej
właściwie róŜnicy, gdyŜ kaŜda próba wyprostowania się na naszej planecie
doprowadziłaby natychmiast do zmiaŜdŜenia wszystkich ich kości.
JeŜeli juŜ jestem przy opisie Marsjan, pragnę tu dorzucić pewne dalsze
szczegóły, które (jakkolwiek wówczas jeszcze nam nie znane) pozwolą
czytelnikowi zaznajomionemu z nimi stworzyć sobie dokładniejszy obraz groźnych
tych istot.
Fizjologia ich róŜniła się znacznie od naszej w trzech innych jeszcze
dziedzinach. Organizmy te w ogóle nie znały snu, a przynajmniej nie spały dłuŜej, niŜ
ś
pi ludzkie serce. Bez wymagającego ustawicznej regeneracji rozwiniętego
mechanizmu mięśniowego nie znali oni okresowego ugasania - snu. Wydaje się, Ŝe
nie odczuwali zupełnie (lub w bardzo nie- , znacznym tylko stopniu) zmęczenia. Na
Ziemi zawsze poruszali się z :_ wysiłkiem, do samego jednak końca byli w
ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, podobnie
jak się to dzieje u ziemskich mrówek.
Dalej, choć moŜe to w świecie płciowym wydać się dziwne, Marsjanie nie
posiadali Ŝadnej płci, a więc pozbawieni byli wszystkich tych burzli- wych uczuć,
jakie miotają podzieloną na rodzaje ludzkością. Nie ma wątpliwości, iŜ w czasie
wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody Marsjanin. Znaleziono go złączonego z
ciałem rodziciela, wypączkowanego
zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi
polipami.
U człowieka i u wyŜej zorganizowanych zwierząt ten sposób rozmnaŜania się
zanikł juŜ całkowicie, był on jednak niewątpliwie równieŜ u nas, na Ziemi,
pierwotnym sposobem mnoŜenia się. U zwierząt niŜej zorganizowanych, takich
choćby, jak odległe krewniaczki kręgowców osłonice, oba te sposoby istnieją obok
siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł całkowicie
wegetatywnego rywala. Na Marsie widocznie stało się odwrotnie.
Warto tu zwrócić uwagę, iŜ pewien pseudonaukowy pisarz na długo jeszcze
przed najazdem Marsjan przewidywał przyszłą budowę ciała ludzkiego bardzo
podobnie do obecnej budowy ciała mieszkańców Marsa. Przepowiednia jego,
pamiętam, ukazała się w listopadzie czy teŜ w grudniu 1893 roku, w od dawna juŜ nie
istniejącym czasopiśmie Pall-Mall. Przypominam sobie równieŜ, iŜ została ona
wyśmiana w przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch.
Pisarz ten dowodził z wielką swadą, Ŝe wskutek rozwoju urządzeń .)
mechanicznych ulegną zanikowi nogi, a wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia;
Ŝ
e takie organy, jak włosy, nozdrza, zęby, uszy, przestaną być zasadniczymi częściami
ludzkiego ciała i Ŝe dobór naturalny pójdzie na przestrzeni nadchodzących stuleci w
kierunku stałego ich zaniku. NajwaŜniejszą koniecznością pozostanie tylko mózg.
Jedna jedyna część cia
ła, której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - "nauczyciel i pośrednik
mózgu". Gdy reszta ciała zmarnieje, ręce rozrosną się.
Wiele juŜ prawd wypowiedziano fantazjując, tu zaś na Marsjanach mieliśmy
nie podlegające dyskusji potwierdzenie podporządkowania umysłowi zwierzęcej
strony organizmu. Mnie osobiście wydaje się zupełnie moŜliwe, iŜ Marsjanie mogą
pochodzić od istot podobnych do nas. Zmieniając się stopniowo dzięki rozwojowi
mózgu kosztem reszty ciała ręce Marsjan przekształciły się w dwa pęki wraŜliwych
macek. Mózg zaś bez ciała, pozbawiony podkładu uczuciowego, musiał, rzecz jasna,
stawać się umysłowością coraz bardziej samolubną.
Ostatnim rzucającym się w oczy szczegółem, w którym stworzenia te róŜniły
się od nas, było coś, co moŜna by uznać za drobiazg. Na Marsie albo w ogóle nie było
drobnoustrojów powodujących tyle chorób i bólu tu, na Ziemi, albo teŜ marsjańska
wiedza sanitarna rozprawiła się z nimi juŜ przed wiekami. śycie Marsjan wolne więc
było od setek chorób, od wszelkich gorączek i zakaŜeń, od gruźlicy, raka, wrzodów i
innych bied. Mówiąc zaś o róŜnicach między Ŝyciem na Marsie a Ŝyciem ziemskim
chcę przytoczyć ciekawe uwagi o Czerwonym Zielsku.
Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor
zielony, lecz jaskrawy odcień krwawej czerwieni. W kaŜdym razie wszystkie gatunki
roślin, jakie wzeszły z nasion przywiezionych przypadkowo czy teŜ rozmyślnie przez
Marsjan, były zabarwione na czerwono. Spośród nich jednej tylko, znanej ogólnie pod
nazwą Czerwonego Zielska, udało się znieść zwycięsko konkurencję ziemskich
gatunków. Czerwone Pnącze było rośliną tak krótkotrwałą, Ŝe niewiele ludzi w ogóle
je widziało. Czerwone Zielsko jednak krzewiło się przez pewien czas nad podziw
bujnie i szybko. Na trzeci czy czwarty dzień uwięzienia wspięło się ono po ścianach
jamy i kaktusowatymi łodygami obrzeŜyło karminową obwódką krawędzie naszego
trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza
zaś wszędzie tam, gdzie była woda.
Marsjanie mieli, jak wiadomo, organ słuchu, pojedynczą kolistą membranę z
tyłu głowy, oraz oczy o zakresie widzenia nie róŜniącym się wiele od naszego, z
wyjątkiem, jak twierdził Philips, iŜ niebieską i fiołkową barwę widzieli jako czarną.
Przypuszcza się ogólnie, iŜ porozumiewali się oni za pomocą dźwięków i gestów.
Twierdzi się tak, na przykład, w umiejętnie, lecz zbyt powierzchownie opracowanej
broszurze, o której wspomniałem juŜ poprzednio. Była ona, jak dotąd, głównym
ź
ródłem informacji o nich, mimo iŜ pisał ją ktoś, kto nie widział zacho
wania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich, które przeŜyły
najazd, nie widział tyle z Ŝycia Marsjan, co ja. Nie przechwalam się tym bynajmniej,
stwierdzam po prostu fakt. Stwierdzam teŜ, Ŝe obserwowałem ich z bliska przez
dłuŜszy czas, Ŝe widziałem, jak wspólnie, we czwórkę, w piątkę, a raz nawet w
szóstkę wykonywali najbardziej skomplikowane czynności bez Ŝadnego dźwięku ni
gestu. Szczególne pohukiwania zawsze poprzedzały przyjmowanie pokarmu; tonacja
tych dźwięków była niezmienna, nie moŜna więc, moim zdaniem, uznać ich za jakieś
sygnały, lecz za zwykłe wydechy przed przystąpieniem do czynności ssania. Mam
pretensje do podstawowej co najmniej znajomości psychologii i jestem pewien, jeśli
w ogóle moŜna być czegokolwiek pewnym, Ŝe Marsjanie wymieniali myśli bez
udziału czynników fizycznych. Pewien zaś tego jestem wbrew powaŜnym w tej
dziedzinie uprzedzeniom. Przed najazdem Marsjan, jak moŜe przypominają sobie
niektórzy czytelnicy, wypowiadałem się dość namiętnie przeciw teorii telepatii.
Marsjanie nie nosili Ŝadnej odzieŜy. Ich pojęcie ozdób czy strojów było z
konieczności odmienne od naszego; nie tylko zaś byli w sposób zupełnie wyraźny
mniej od nas wraŜliwi na wahania temperatury, lecz i zmiany ciśnienia zdawały się
wcale nie wpływać na stan ich zdrowia. Jeśli jednak nie nosili odzieŜy, to przecieŜ
mieli nad ludźmi olbrzymią wyŜszość w stosowaniu sztucznych uzupełnień ciała. My,
ludzie, ze swymi bicyklami, wrotkami, samochodami i Lilienthalowskimi machinami
latającymi, ,pistoletami, karabinami, armatami czy kijami rozpoczynamy dopiero tę
ewolucję, którą Marsjanie bez wątpienia juŜ przeszli. Stali się oni w rzeczywistości
samymi tylko mózgami odzianymi w niezbędne dla określonych potrzeb urządzenia,
tak jak ludzie odziewają się w szaty w zaleŜności od wymagań pór roku, jak posługują
się rowerem w pośpiechu lub podczas deszczu parasolem. We wszystkich zaś ich
urządzeniach najgodniejszy podziwu moŜe wydać się człowiekowi brak podstawy
kaŜdego niemal mechanizmu ziemskiego - zupełny brak koła. Pośród wszystkiego, co
przywieźli ze sobą na Ziemię, nie było nic, co wskazywałoby na uŜywanie przez nich
kół. MoŜna by było oczekiwać tego przynajmniej w przyrządach słuŜących do
poruszania się. NaleŜy tu podkreślić, Ŝe i u nas, na Ziemi, przyroda nigdy nie uŜywa
samorzutnie koła, przedkłada, być moŜe, ponad nie inne rozwiązania. Marsjanie nie
tylko nie znali, co zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy nie chcieli stosować
koła, lecz co więcej w aparatach swych w małym tylko niezmiernie stopniu uŜywali
dźwigni o stałym lub półstałym punkcie zaczepienia, a więc poruszających się ruchem
obrotowym w jednej płaszczyźnie. Wszystkie złącza w
mechanizmach były złoŜonym systemem suwaków poruszających się w
niewielkich, lecz wspaniale ukształtowanych łoŜyskach ciernych. Jeśli juŜ wdałem się
w te szczegóły, to pragnę podkreślić, Ŝe dźwignie ich maszyn napędzane były w
większości wypadków przez coś w rodzaju licznych tarcz, mieszczących się w
elastycznych osłonach; tarcze te zmieniały się pod działaniem przepuszczanego przez
nie prądu elektrycznego w potęŜne magnesy. Uzyskiwali oni w ten sposób niezwykle
interesujące podobieństwo do ruchów zwierząt, ruchów, których naśladowanie w
mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom.
Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba
Machinie Roboczej rozładowującej piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając
po raz pierwszy przez szczelinę w murze. Wydała mi się ona o wiele bardziej Ŝywa od
prawdziwych Marsjan wylegujących się koło niej w promieniach zachodzącego
słońca, dyszących z wysiłkiem, poruszających bezcelowo mackami i przeciągających
się leniwie po męczącej. długotrwałej podróŜy międzyplanetarnej.
Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca,
notując w pamięci kaŜdy szczegół dziwacznych tych postaci, wikary przypomniał o
swej obecności szarpiąc mnie gwałtownie za ramię. Zwróciłem się ku nachmurzonej
twarzy i milczącym wymownie ustom. Teraz on chciał patrzeć, bo tylko jeden z nas
mógł wyglądać przez szczelinę; tak więc, gdy on cieszył się tym przywilejem, ja z
kolei,musiałem przerwać na pewien czas obserwację.
Gdy wyjrzałem ponownie, Machina Robocza złoŜyła juŜ z licznych
wydobytych z walca części mechanizm o zupełnie do niej podobnym kształcie. NiŜej
zaś i bardziej na lewo ukazała się niewielka koparka ziejąca strumieniami zielonej
pary, przekopująca się wokół jamy, odkładając ziemię na zwał i metodycznie i
nieprzerwanie ubijająca ją. To właśnie ubijanie było przyczyną głośnych rytmicznych
uderzeń i regularnie powtarzających się wstrząsów, wprawiających w drŜenie ruiny
naszego schroniska. Pracy tej towarzyszyły najprzeróŜniejsze piski i gwizdy. O ile
mogłem dojrzeć, nie kierował nią Ŝaden Marsjanin.
3 Dni więzienne
Przybycie drugiej Machiny Bojowej odegnało nas od szczeliny i zapędziło do
spiŜarni, gdyŜ obawialiśmy się, by Marsjanie mimo naszego ukrycia nie dojrzeli nas z
góry. Później przestaliśmy się lękać, gdyŜ z zewnątrz, dla
olśnionego słonecznym światłem oka, schronienie nasze musiało wydawać się
jakby zaciągnięte czarną błoną, początkowo jednak przy najlŜejszym nawet
podejrzeniu odkrycia rzucaliśmy się z bijącym sercem do ucieczki, by ukryć się w
spiŜarni. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa, jakim groziło wyglądanie, nie
mogliśmy oprzeć się pokusie. Z uczuciem zdumienia powracam myślą do tamtych
chwil, kiedy niepomni nieustannej groźby zagłodzenia lub gorszej jeszcze śmierci z
rąk Marsjan - walczyliśmy zawzięcie o straszliwy przywilej patrzenia. Ścigaliśmy się
w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się wyprzedzić wzajemnie i bojąc się
przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali, o kilka
cali, o krok od wykrycia.
Faktem jest, Ŝe usposobienia nasze, nasz sposób myślenia i postępowania były
nie do pogodzenia, zaś niebezpieczeństwo i osamotnienie podkreślały tę rozbieŜność
jeszcze mocniej. JuŜ w Hallifordzie znienawidziłem te bezsilne jęki, ten tępy umysł.
Nigdy nie kończący się, wymrukiwany bez przerwy jego monolog psuł mi kaŜdą
próbę obmyślenia jakiegoś sposobu działania, czasami zaś doprowadzał niemal do
szału. Brakowało mu opanowania jak kapryśnej kobiecie... Mógł płakać całymi
godzinami i pewien jestem, Ŝe do samego końca to rozpieszczone przez Ŝycie dziecko
uwaŜało łzy swej słabości za oręŜ w jakiś sposób skuteczny. Ja zaś siedziałem w
ciemności nie mogąc oderwać od niego myśli. Jadł więcej ode mnie i próŜną było
rzeczą tłumaczyć mu, Ŝe jedyną moŜliwość przeŜycia daje nam ukrywanie się w tym
domu do czasu, aŜ Marsjanie skończą roboty w jamie, Ŝe przy tym długim
wyczekiwaniu moŜe nadejść chwila, gdy zabraknie nam Ŝywności. Jadł i pił
nieumiarkowanie, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Spał niewiele.
W miarę jak upływały dni, nierozwaŜna ta beztroska pogarszała stale sytuację i
powiększała niebezpieczeństwo, tak iŜ (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się
najpierw do gróźb, w końcu zaś do razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki
tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz pełne chytrości. Brakło mu odwagi, by
stawić czoło nie tylko Bogu czy ludziom, lecz własnej nawet słabości. Była to
wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka.
Przykro mi wspominać i opisywać te sprawy, postanowiłem jednak nie
pomijać w tej historii niczego. Tym, którzy uniknęli w Ŝyciu wszystkiego, co ciemne i
straszne, nietrudno będzie potępić mnie za brutalność, za wybuch wściekłości, jakim
zakończyła się nasza tragedia; czym ,jest zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie
wiedzą natomiast, do czego zdolni są ludzie torturowani. Ci przecieŜ, którzy poznali
mroki Ŝycia, którzy
zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okaŜą wyrozumiałości.
Gdy my toczyliśmy wewnątrz, w mglistej ciemności, walkę szeptów,
zaciśniętych pięści i bezlitosnych razów, na zewnątrz, w palącym słońcu straszliwego
owego czerwca Marsjanie prowadzili zwykłe dla nich, a tak obce i dziwne dla nas
roboty. Lecz powróćmy do tych nowych dla mnie doświadczeń. Gdy po długim czasie
znów odwaŜyłem się wyjrzeć przez szczelinę, dostrzegłem, iŜ nowo przybyłych
wzmocniły załogi co najmniej trzech Machin Bojowych. Dostarczyły one jakichś
nowych urządzeń ustawionych rzędem koła walca. Druga Machina Robocza była juŜ
gotowa i obsługiwała jedno z nich. Kształtem przypominało ono bańkę do mleka, nad
którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, połoŜonego niŜej
basenu strumień białego proszku. Machina Robocza nadawała za pomocą macki
zbiornikowi ruch wahadłowy. Dwiema łopatkowymi rękami kopała ona i wrzucała do
gruszkowatego zbiornika glinę, innym zaś ramieniem otwierała co pewien czas
drzwiczki w środkowej części aparatu i usuwała stamtąd rdzawoczarny ŜuŜel. Jeszcze
jedna stalowa macka kierowała proszek z basenu Ŝeberkowym kanałem do zbiornika
ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. Stamtąd unosił się w
nieruchomym powietrzu pionowo w górę cienki słup zielonego dymu. Gdy patrzyłem,
Machina Robocza rozsunęła teleskopowym sposobem ze słabym melodyjnym
podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze krótkim tępo zakończonym
trzpieniem, tak daleko, Ŝe koniec jej skrył się za zwałem gliny. Za chwilę ukazała się
ona ponownie, przy czym niosła sztabę nieskazitelnie białego, połyskującego
oślepiająco aluminium i złoŜyła ją na rosnącym nieustannie na skraju jamy stosie tych
sztab. Od zniknięcia słońca do ukazania się pierwszych gwiazd wydajna ta maszyna
zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich sztab, zaś hałda niebieskiego
kurzu urosła ponad brzeg jamy.
Kontrast między szybkimi i złoŜonymi poruszeniami tych mechanizmów a
ocięŜałą, zadyszaną niezdarnością ich władców był tak wielki, iŜ musiałem
wielokrotnie przekonywać sam siebie, Ŝe nie mechanizmy, lecz oni to właśnie są
istotami Ŝyjącymi.
Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi, przy szczelinie był wikary. Ja
siedziałem niŜej, skulony, wytęŜając słuch. Widząc, Ŝe odskakuje gwałtownie od
otworu, skuliłem się przeraŜony jeszcze bardziej, pewny, Ŝe Marsjanie dostrzegli go.
Ześliznąwszy się w dół po rumowisku przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał
coś niezrozumiale, wymachując rękami,
aŜ zaraził mnie na chwilę swym przestrachem. Poznałem po gestach, Ŝe
zrezygnował ze szczeliny, gdy więc zaciekawienie przemogło wreszcie obawę,
podniosłem się i wspiąłem do wyrwy. Zrazu nie mogłem pojąć przyczyny jego
przeraŜenia. Panował juŜ półmrok, gwiazdy były jeszcze blade, jamę jednak
rozświetlał jasny, zielony, migotliwy blask towarzyszący produkcji aluminium.
Całość obrazu wyglądała jak migocący zielonymi błyskami ekran, na który padały
ruchliwe rdzawoczarne, niezwykle męczące wzrok cienie. Nad jamą uwijały się
obojętne na wszystko nietoperze. Pełzających Marsjan nie było nigdzie widać.
Przesłaniała ich rosnąca bez przerwy hałda niebieskozielonego.pyłu. W naroŜniku
jamy stała, jakby skrócona, na skurczonych nogach Machina Bojowa. Wtem pośrodku
klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos ludzki. Początkowo starałem
się uparcie odpędzić od siebie nawet wszelką myśl o tym.
Skulony przyglądałem się uwaŜnie Machinie Bojowej upewniając się
wreszcie, Ŝe w jej kapturze rzeczywiście znajduje się Marsjanin. Gdy zielone
płomienie wzbijały się wyŜej, moŜna było wyraźnie dojrzeć oleisty połysk naskórka i
blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i spostrzegłem długą mackę sięgającą
poprzez ramię maszyny do niezbyt wielkiej klatki przewieszonej przez jej plecy. Po
chwili macka uniosła się wysoko trzymając coś wijącego się rozpaczliwie, coś, co
rysowało się na tle gwiazd czarnym, mglistym znakiem zapytania. Ten znak zapytania
w miarę zniŜania się przybierał w zielonym świetle postać człowieka. Przez chwilę
widziałem go zupełnie wyraźnie. Był to tęgi, zaŜywny, dostatnio odziany męŜczyzna
w średnim wieku; parę jeszcze dni temu kroczył zapewne dumny po świecie jako
człowiek otoczony ogólnym szacunkiem. Widziałem doskonale wytrzeszczone oczy i
odblask światła na spinkach i dewizce. Znikł za hałdą i przez chwilę nic nie było
słychać. Potem rozległ się rozdzierający krzyk i przeciągłe, jakby drwiące
pohukiwanie Marsjan...
Ześliznąłem się po rumowisku, porwałem się na nogi, zatkałem uszy i
wpadłem do spiŜarni. Duchowny, skulony dotąd w milczeniu z głową ukrytą w
ramionach, spojrzał, gdy go mijałem, krzyknął głośno, bym nie zostawiał go samego, i
popędził za mną.
Nocy tej, przyczajony w spiŜarni, wahając się między przeraŜeniem a
straszliwym urokiem wyglądania, pojąłem, Ŝe trzeba koniecznie działać, i to zaraz. Na
próŜno jednak siliłem się na ułoŜenie planu ucieczki; później dopiero, następnego
dnia, udało mi się rozwaŜyć nasze połoŜenie bardziej szczegółowo. Wikary, jak
stwierdziłem, był zupełnie niezdolny nawet do
dyskusji; groza uczyniła zeń stworzenie poddające się przelotnym,
Ŝ
ywiołowym bodźcom, odebrała rozsądek i przezorność. Prawdę powiedziawszy,
spadł on juŜ właściwie do poziomu zwierzęcia. Ja zaś, jak się to mówi, wziąłem się w
garść. Przemyślawszy wszystko pojąłem jasno, Ŝe połoŜenie nasze, jakkolwiek
okropne, nie dawało jeszcze powodów do ostatecznej rozpaczy.
Największą naszą szansą byłoby, rzecz jasna, gdyby Marsjanie potraktowali
jamę jako tylko przejściowe obozowisko. Nawet jednak gdyby mieli pozostawać w
niej na stałe, nie musieli przecieŜ pilnować jej nieustannie, to zaś mogło nam
umoŜliwić ucieczkę. RozwaŜałem teŜ bardzo szczegółowo moŜliwość przekopania
przejścia podziemnego poza jamę, prawdopodobieństwo jednak wydostania się na
powierzchnię w zasięgu wzroku wartujących Marsjan wydawało mi się od razu zbyt
wielkie. Poza tym trzeba by przekopywać się samemu, gdyŜ wikary niewątpliwie nie
pomógłby mi w niczym.
Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka.
Był to zresztą jedyny wypadek, gdy widziałem Marsjan przyjmujących pokarm. Po
tym, co ujrzałem - przez większą część dnia unikałem wyrwy jak ognia. Udałem się
do spiŜarni i po zdjęciu z zawiasów drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu
posługując się, jak tylko moŜna najciszej, siekierką; gdy jednak okazało się, Ŝe
wygrzebana na długość kilku stóp dziura zawaliła się z hałasem, nie ośmieliłem się
kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi czas leŜałem zniechęcony, bez
ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce
przekopem.
Wiele moŜna powiedzieć o wraŜeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie.
Początkowo, widząc, jak potrafią oni niweczyć wszelkie ludzkie wysiłki, nie miałem
w ogóle nadziei na ocalenie. Czwartej czy piątej jednak nocy doszedł mnie odgłos
podobny do odległych strzałów z cięŜkich dział.
Noc była późna i świecił jasno księŜyc. Marsjanie zabrali gdzieś koparkę, toteŜ
prócz Machiny Bojowej stojącej na przeciwległym brzegu jamy oraz Machiny
Roboczej zajętej czymś tuŜ pod naszą szczeliną - w jamie nie było nikogo. Gdyby nie
blady odblask padający z dołu, gdzie pracowała Machina Robocza, i białe plamy i
smugi księŜycowej poświaty, ciemność byłaby zupełna. Ciszę przerywało tylko
brzęczenie maszyny. Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało się, Ŝe księŜyc objął
w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali dochodziło szczekanie psa. Ono właśnie
skłoniło mnie do wytęŜenia słuchu i wówczas usłyszałem
zupełnie wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu cięŜkiego działa. Naliczyłem
sześć takich wybuchów, a po długiej przerwie sześć następnych. 1 to było wszystko.
4 Śmierć wikarego
Szóstego dnia naszego uwięzienia, gdy wyglądałem po raz ostatni,
spostrzegłem nagle, Ŝe jestem przy wyrwie sam. Wikary, zamiast trzymać się, jak to
zazwyczaj bywało, w pobliŜu i odpychać mnie od szczeliny, powrócił widocznie do
spiŜarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z pośpiechem i w milczeniu za nim.
Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce me pochwyciły
butelkę wina.
Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy
butelka upadła na ziemię i rozbiła się. Staliśmy zdyszani groŜąc sobie nawzajem.
Stanąłem ostatecznie między nim a zapasem Ŝywności i oświadczyłem, Ŝe odtąd będę
racjonować posiłki. Cały nasz zapas podzieliłem na porcje wystarczające do
przetrwania dziesięciu dni. Tego dnia nie dałem mu nic juŜ więcej do jedzenia. Po
południu próbował wyrwać mi Ŝywność siłą, był jednak na to zbyt słaby. Drzemałem
właśnie, obudziłem się jednak natychmiast. Cały dzień i całą następną noc
siedzieliśmy twarzą w twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany, on skomlący coś o
trapiącym go głodzie. Wiedziałem, Ŝe trwało to dzień i noc, wówczas jednak
wydawało mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, Ŝe czas ten ciągnął się nieskończenie
długo.
W ten sposób coraz bardziej pogłębiająca się rozbieŜność zakończyła się
otwartym konfliktem. Dwa długie dni zeszły nam na przyciszonych sporach i
milczących zmaganiach. Były chwile, gdy biłem go i kopałem, jak szaleniec, były i
takie, gdy schlebiałem mu i prosiłem. Raz próbowałem nawet przekupstwa,
odstępując mu ostatnią butelkę wina, gdyŜ w kuchni była pompa dająca nieco wody.
Ani siła jednak, ani dobroć nie i skutkowały, naprawdę stracił cały rozsądek. Nie
zaprzestawał zamachów na Ŝywność, nie zaprzestawał głośnego bełkotu, nie chciał
przestrzegać najbardziej podstawowych zasad ostroŜności, od zachowania których
zaleŜało przecieŜ nasze bezpieczeństwo i Ŝycie. Zaczynałem pojmować coraz jaśniej,
Ŝ
e inteligencja jego gasła, Ŝe jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności
ukrycia jest człowiekiem obłąkanym.
Sądząc z niektórych mglistych wspomnień umysł mój takŜe był chwilami
przyćmiony. KaŜdy sen wypełniały dziwaczne, potworne koszmary.
Brzmi to niezbyt moŜe zrozumiale, sądzę jednak, Ŝe właśnie obłęd wikarego
stał się dla mnie ostrzeŜeniem, dodał sił i uchronił przed szaleństwem.
Ósmego dnia zaprzestał szeptu i począł mówić na głos, ja zaś nie mogłem
uciszyć go w Ŝaden sposób.
- Tak być powinno, o BoŜe! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię
kary niech spadnie na mnie i na dzieci moje. Grzeszyliśmy, nadto byliśmy dufni w
swoje siły. Nędza panowała dokoła i ból, ubogich deptano w prochu, ja zaś
milczałem. CóŜ za głupstwa kazałem, BoŜe mój, cóŜ za głupstwa! Zamiast powstać i
Ŝ
ycie oddać w ofierze, i wołać głosem wielkim: Pokutujcie, pokutujcie!...
CiemięŜyciele maluczkich i łaknących... JakŜe groźna jest dłoń Pana!
Potem niespodziewanie przeskakiwał na jedzenie, którego mu odmawiałem,
prosząc, błagając, płacząc; w końcu groŜąc. Zaczął podnosić głos, prosiłem go, by
zamilkł. Wówczas widząc, Ŝe ma mnie w ręku, zagroził, iŜ krzykiem ściągnie na nas
Marsjan. W pierwszej chwili przeraziłem się, kaŜde jednak ustępstwo zmniejszałoby
tylko moŜliwość przetrwania. Rzuciłem mu więc wyzwanie, chociaŜ wcale nie byłem
pewien, czy go nie` podejmie. Tym razem jeszcze nie podjął. Przez resztę ósmego i
cały dziewiąty dzień mówił coraz głośniej. Groźby i błagania płynące spienionym
potokiem półprzytomnych słów skruchy i Ŝalu za oszukańczą pustkę jego słuŜby boŜej
budziły we mnie litość. Zasnął wreszcie na chwilę, po przebudzeniu jednak zaczął
wykrzykiwać z nową siłą, i to tak głośno, Ŝe za wszelką cenę trzeba go było nakłonić
do milczenia.
- Bądź cicho - prosiłem.
Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł.
- Zbyt długo juŜ byłem cicho - odkrzyknął głosem, który bez wątpienia dotarł
do jamy. - Czas juŜ, bym dał świadectwo prawdzie. Biada miastu, które wiarę
utraciło. Biada! Biada! Po trzykroć biada ludziom ziemi, gdy zabrzmią trąby
archanielskie...
- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przeraŜenia, by nie usłyszeli go
Marsjanie. - Na miłość boską! - dodałem.
- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się takŜe i rozkrzyŜowując ramiona. -
Nie zamilknę! Głos Pana jest ze mną!
Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi.
- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt juŜ długo zwlekałem!
Wyciągnąłem rękę i namacałem wiszący na ścianie tasak. Skoczyłem za nim
jak błyskawica. Oszalałem ze strachu. Dopadłem go na środku kuch
ni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w mym ręku tak, Ŝe cios padł nie
ostrzem, -lecz płazem. Wikary runął na twarz i leŜał bez ruchu. Potknąłem się o
rozciągnięte ciało i stanąłem cięŜko dysząc.
Wtem dobiegł mnie z zewnątrz jakiś szelest, a potem szmer obsuwającego się
tynku. Coś przesłoniło trójkątną wyrwę w murze. Spojrzałem i oczom mym ukazał się
kadłub, a raczej górna część Machiny Roboczej przepychającej się z wolna przez
wyrwę. Jedna z chwytnych macek wiła się po rumowisku; po chwili pojawiła się
druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - skamieniały - patrzyłem.
Przez przezroczystą, jakby szklaną ścianę kadłuba dostrzegłem twarz Marsjanina i
jego wielkie, ciemne, bacznie wpatrzone w mrok kuchni oczy. Stalowy wąŜ macki
począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę.
Z największym tylko wysiłkiem odwróciłem się od wyrwy, potknąłem się o
ciało i sparaliŜowany przeraŜeniem stanąłem w drzwiach spiŜarni. Macka posunęła się
juŜ o jakieś dwa jardy w głąb kuchni, wijąc się i zwracając to w jedną, to w drugą
stronę szybkimi, urywanymi ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony tym powolnym,
niesamowitym zbliŜaniem. Potem z cichym ochrypłym okrzykiem schroniłem się w
spiŜarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. Otworzyłem drzwi do
piwnicy i stojąc w ciemności wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do kuchni.
Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił?
W kuchni coś poruszało się bardzo powoli to tu, to tam, obijało się o ściany i
znów sunęło dalej z metalicznym, podobnym do pobrzękiwania kluczy na kółku,
dźwiękiem. Potem usłyszałem, jak macka wlokła coś cięŜkiego - aŜ nadto dobrze
wiedziałem, co to było - przez kuchnię do wyrwy. Pociągany nieodpartą siłą
przemknąłem się do drzwi i zajrzałem do kuchni. W trójkącie słonecznego światła
zobaczyłem, jak siedzący w swej sturękiej maszynie Marsjanin oglądał głowę
wikarego. Pojąłem, Ŝe ślad uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność.
Poczołgałem się z powrotem do piwnicy, zamknąłem drzwi i począłem
przykrywać się w ciemności, najciszej jak tylko mogłem, węglem i drzewem.
Przerywałem co chwila, nasłuchując, czy Marsjanin nie wysłał znów macki przez
wyrwę.
Wtem ciche metaliczne brzęczenie powróciło. Śledziłem, jak sunęło z wolna
przez kuchnię. Wkrótce było juŜ blisko, jak sądziłem - w spiŜarni. Miałem nadzieję,
Ŝ
e macka okaŜe się zbyt krótka, by sięgnąć aŜ do mnie. Modliłem się o to gorąco.
Usłyszałem, jak sunie ocierając się o drzwi piwnicy. Nadeszła chwila oczekiwania
trwająca wieki całe; potem macka
poczęła mocować się z klamką. Znalazła drzwi. Marsjanie znali drzwi! Macka
trudziła się przez czas pewien przy klamce, po czym drzwi
rozwarły się. Ledwie była widoczna w mroku, podobna do trąby słonia, wijąca
się w mą stronę, badająca dotykiem ściany, węgiel, drwa i sufit. Wyglądała jak czarny
kołyszący we wszystkie strony ślepą głową wąŜ.
Raz nawet dotknęła mego obcasa. O mało nie krzyknąłem; zagryzłem palce do
krwi. Zatrzymała się na chwilę. Mogło wydawać się, Ŝe odpełzła. Nagle z urwanym
trzaskiem pochwyciła coś-myślałem, Ŝe mnie-i znów, zdało mi się, znikła z piwnicy.
Nie byłem jednak pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do zbadania.
Skorzystałem z okazji, aby odmienić niewygodną nieco pozycję, i
nasłuchiwałem dalej. Po chwili znów doszedł mnie powolny, jednostajny, coraz
bliŜszy szelest. Wolno, wolno macka nadciągała ocierając się o ściany i roztrącając
meble.
Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, Ŝe to
niemoŜliwe. Wiła się potem jeszcze po spiŜarni, grzechotała blaszankami, zbiła
butelkę, wyrŜnęła wreszcie czymś twardym o drzwi piwnicy i uciekła. CzyŜby się
oddaliła?
Długo czekałem, nim zdecydowałem, Ŝe tak. Nie pojawiła się juŜ więcej w
spiŜarni; leŜałem jednak przez cały dziesiąty dzień w zupełnej ciemności, zagrzebany
w węglu i drzewie, bojąc się nawet wypełznąć po wodę, choć ginąłem z pragnienia.
Dopiero jedenastego dnia odwaŜyłem się opuścić bezpieczne ukrycie.
5 Cisza
Pierwszą mą po wejściu do spiŜarni czynnością było zamknięcie drzwi do
kuchni. SpiŜarnia jednak była pusta - cały Ŝywność znikła. Zabrał ją widocznie
poprzedniego dnia Marsjanin. Po tym odkryciu po raz pierwszy zwątpiłem w ocalenie.
Jedenastego i dwunastego dnia nie miałem w ustach ani okruszyny chleba, ani kropli
wody.
Wargi me i gardło były spieczone, a siły opuszczały mnie coraz szybciej.
Siedziałem w mrocznej spiŜarni pogrąŜony w rozpaczy. Umysł mój zaprzątały
natrętne myśli o jedzeniu. Zdawało mi się przy tym, Ŝe utraciłem słuch, gdyŜ nie
dochodził mnie z jamy Ŝaden dźwięk. Nie podchodziłem wcale do wyrwy, zbyt słaby,
by móc tam dotrzeć bez hałasu.
Dwunastego dnia gardło tak miałem obolałe; Ŝe, ryzykując wykrycie
przez Marsjan, uŜyłem skrzypiącej pompy i wypiłem parę szklanek brudnej,
czerwonej od rdzy wody. OdświeŜyło mnie to znacznie, równocześnie , zaś natchnęło
otuchą, gdyŜ odgłos pompowania nie ściągnął do kuchni Ŝadnej ciekawej macki.
W ciągu tych kilku dni wiele myślałem o wikarym, o tym, jak zginął, myśli me
jednak rozpierzchały się ustawicznie i rwały.
Trzynastego dnia znów piłem wodę, myślałem o jedzeniu, dumałem bezładnie
o jakichś nierealnych planach ucieczki. Drzemki me wypeł- nione były straszliwymi
zjawami, śmiercią wikarego lub wspaniałymi ucztami; we śnie jednak czy na jawie
nie opuszczał mnie ostry ból, który mogłem ukoić tylko piciem wody. Światło
przedostające się do spiŜarni utraciło odcień szarości i stało się czerwonawe. Dla
roztrzęsionej mej wyobraźni wyglądało to jak krew.
Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok
czerwonego listowia, które wdzierając się przez wyrwę w ścianie, zmie-niało szary
półmrok w purpurową ciemność.
Wczesnym rankiem piętnastego dnia usłyszałem dziwnie znajome odgłosy.
Przysłuchując się rozpoznałem, Ŝe to pies węszy i drze pazurami . ziemię. Wchodząc
do kuchni dostrzegłem wyglądający spośród czerwo- ,' nych liści pysk psa. Zdziwiło
mnie to oczywiście niezmiernie. Pies zwęszywszy mnie szczeknął krótko.
Pomyślałem sobie, iŜ dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być ;
moŜe udałoby się zabić go i zjeść. W kaŜdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć
na kuchnię uwagi Marsjan.
ZbliŜałem się więc doń powoli, powtarzając łagodnie: - Dobry piesek, dobry -
gdy wtem łeb znikł, a uszu mych doszedł odgłos ucieczki. Nasłuchiwałem - okazało
się, Ŝe jednak nie ogłuchłem - lecz w jamie
panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i . ochrypłe
krakanie. To było wszystko.
Długą chwilę leŜałem koło wyrwy, obawiając się rozgarnąć przesłaniające
ją czerwone rośliny. Parę razy słyszałem słabo, jak pies biegał gdzieś głęboko
w dole, po piasku, rozlegały się takŜe głosy ptaków, więcej jednak'; nic nie było
słychać. Ośmielony wreszcie tą ciszą, wyjrzałem.
W jamie, oprócz zgromadzonych w jednym kącie szkieletów wyssanych przez
Marsjan ludzi, pośród których uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie
było Ŝywego ducha.
Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc
ogromnej hałdy szaroniebieskiego pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium,
Czarnych ptaków i kupy szkieletów, u mych stóp le-
Ŝ
ał zwykły, pusty, okrągły dół, wykopana w piachu gigantyczna jama.
Przedarłem się ostroŜnie przez Czerwone Zielsko i wstąpiłem na
rumowisko. Przede mną rozciągał się rozległy widok, nigdzie jednak nie
moŜna było dostrzec ani Marsjan, ani Ŝadnych oznak ich bliskości. TuŜ u mych stóp
ś
ciana jamy opadała stromo w dół, nieco w bok jednak rumowisko tworzyło
pochyłość wiodącą aŜ na szczyt ruin. Nadeszła chwila wyzwolenia. Ogarnęło mnie
drŜenie.
Po króciutkim wahaniu, w porywie desperackiej odwagi, z sercem bijącym
gwałtownie, wspiąłem się na rumowisko, pod którym kryłem się tak długo. Znów
rozejrzałem się dokoła. Marsjan nie było nigdzie.
Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była
to ustronna, boczna uliczka zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych
dachach, ocieniona bujnym starodrzewem. Teraz zaś stałem na zwalisku skruszonych
cegieł, gliny i Ŝwiru, po kolana w oplatającym je gąszczu czerwonego, kaktusowatego
zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa
stały martwe, brązowe, w dali jednak po Ŝywych jeszcze pniach i konarach pięły się
czerwone Ŝyłki zielska.
Wszystkie sąsiednie domy były uszkodzone, nie spłonął jednak ani jeden.
Gdzieniegdzie ściany, bez drzwi i okien co prawda, zachowały się do wysokości
pierwszego piętra: Otwarte ku niebu pokoje wypełniało pleniące się
niepowstrzymanie Czerwone Zielsko.
W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o
szczątki. Parę innych ptaków skakało po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą
zbiedzony kot, śladów człowieka natomiast nie dostrzegłem nigdzie.
Dzień, w przeciwieństwie do mroku panującego nieustannie w naszym
schowku, wydawał się oślepiająco jasny, niebo pałało błękitem. Letni wietrzyk
łagodnie kołysał porastającym kaŜdy wolny skrawek ziemi Czerwonym Zielskiem. O,
jakŜe upajające było powietrze!
6 Trud dni piętnastu
Niepomny moŜliwych niebezpieczeństw stałem na chwiejnych nogach.
rozglądając się ze szczytu rumowiska. W niezdrowej wilgotnej norze, z której dopiero
co się wydostałem, myśl moja obracała się w wąskim kręgu Ŝarliwej troski o
przetrwanie osobiste. Nie zdawałem sobie ,sprawy, co działo się z resztą świata, nie
przeczuwałem tej przeraŜającej wizji rzeczy
nieznanych, jaka roztoczyła się teraz przede mną. Sądziłem, Ŝe ujrzę Sheen w
ruinach, dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety.
W owej chwili uczucia me przekraczały zwykłe granice odczuwań ludzkich.
Sięgały one niechybnie w dziedzinę dobrze znaną nieszczęsnym, podległym naszej
władzy stworzeniom. Czułem to samo, co odczułby królik, kiedy wracając do swej
norki zastanie niespodzianie tuzin kopaezy zajętych wykopem pod fundamenty domu
w tym właśnie miesjcu, gdzie do niedawna jeszcze była norka. W świadomości mej
pojawił się pierwszy przebłysk myśli, coraz ostrzej rysującej się i prześladującej mnie
przez wiele następnych dni, myśli o detronizacji człowieka; przeświadczenia, Ŝe nie
jesteśmy juŜ dłuŜej panami stworŜenia, lecz zwierzętami jak inne, podległymi władzy
Marsjan. Odtąd i my, i one skazani jesteśmy na nieustanne czuwanie i czajenie się, na
ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły bezpowrotnie.
Gdy jednak pojąłem tę niezwykłą prawdę, przestałem nią zaprzątać sobie
głowę. Myślą przewodnią stała się Ŝądza zaspokojenia bez przerwy i od dawna
trapiącego mnie głodu. . W przeciwległej do jamy stronie dojrzałem za murem z
cegieł skrawek ocalałego ogrodu. Skłoniło mnie to do udania się w tamtym kierunku,
choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające kolan, a nieraz i szyi zarośla
Czerwonego Zielska. Trudność ta zapewniała mi jednak doskonałe, w razie potrzeby,
ukrycie. Okazało się, Ŝe mur miał około sześciu stóp wysokości i kiedy spróbowałem
wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się , więc wzdłuŜ muru aŜ do
kamiennego naroŜnika i tam dopiero udało mi -i się jakoś wleźć na ogrodzenie, skąd
stoczyłem się do upragnionego ogrodu. Znalazłem w nim trochę młodej cebulki, parę
bulw mieczyków i duŜo nie wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem
skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu poszedłem, wśród spowitych w purpurę i
szkarłat drzew, drogą wiodącą do Kew. Szedłem tą aleją wysadzaną jak gdyby
olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej Ŝywności
oraz odejść, na ile tylko pozwolą mi siły, jak najdalej od tej przeklętej, nieziemskiej
jamy.
Nieco dalej natrafiłem na ukrytą w trawie kępkę grzybów, które poŜarłem
natychmiast łapczywie. Ta odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód.
Wkrótce natknąłem się, w miejscu gdzie dawniej były łąki, na płytką, rozległą taflę
brunatnej wody. Zdziwiła mnie początkowo ta powódź, gdyŜ lato było gorące i suche,
później dopiero odkryłem, iŜ przyczyną jej była tropikalna wprost bujność
Czerwonego Zielska. Gdy
tylko niezwykła ta roślina napotykała wodę, natychmiast rozwijała się do
gigantycznych rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost
nasionami wody Tamizy i rzeki Wey, zaś niezwykle szybko rozrastające się i ogromne
jej liście po prostu zakorkowały obydwie te rzeki powodując wylew.
W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie
Zielska, zaś w Richmond wody Tamizy równieŜ rozlały się szeroką i płytką gładzią
zatapiając łąki pod Hampton i Twickenham. Za nimi zaś z kolei podąŜyło Czerwone
Zielsko skrywając na długo zrujnowane w dolinie Tamizy wille i przesłaniając
czerwonym pokrowcem większość zniszczeń dokonanych przez Marsjan.
Ostatecznie jednak Czerwone Zielsko zmarniało, i to równie szybko, jak
przedtem się rozpleniło. Rzuciła się nań (wywołana, jak się ogólnie przypuszcza,
działaniem pewnej bakterii) niszcząca jakaś choroba. Nasza ziemska roślinność, pod
wpływem prawa doboru naturalnego, uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy teŜ
nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone Zielsko zaś gniło juŜ za Ŝycia, z
góry skazane na zagładę. Liście jego blakły, kurczyły się i schły. Przy najlŜejszym
dotknięciu opadały, a wody, które przedtem tak bardzo przyczyniły się do bujnego ich
wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu...
Dotarłszy do zalewu przede wszystkim zaspokoiłem pragnienie. Potem zaś
odruchowo spróbowałem Ŝuć liście Czerwonego Zielska, były jednak wodniste i
miały nieprzyjemny metaliczny posmak. Przekonałem się, Ŝe woda była dostatecznie
płytka, bym mógł brodzić w niej bezpiecznie, choć Czerwone Zielsko utrudniało
kroki; zalew jednak stawał się, w miarę przybliŜania się do rzeki, coraz głębszy, toteŜ
zawróciłem ku Mortlake. Drogę wskazywały mi rozrzucone tu i ówdzie ruiny
domków, szczątki płotów i latarń, wkrótce więc przebrnąłem przez zalew i,
wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney.
Widok zmienił się teraz z obcego i nieznanego w ruiny znanego; były tu
miejsca wyglądające jak po przejściu huraganu, kilkadziesiąt zaś jardów dalej
natykałem się na białe nienaruszone domy z oknami przysłoniętymi skrupulatnie
okiennicami, z pozamykanymi na głucho drzwiami, jakby mieszkańcy ich wyjechali
na parę dni czy teŜ spali twardym snem w swych łóŜkach. Czerwone Zielsko nie
krzewiło się tutaj tak bujnie, nie pięło się teŜ po wysokich drzewach zarastających
uliczki. Rozpocząłem poszukiwania Ŝywności w ogrodach, nie znajdując w nich
jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało się, Ŝe włamano się
juŜ tam przede mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leŜąc w
krzakach, gdyŜ zbyt byłem słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej.
Przez cały ten czas nie dostrzegłem Ŝadnej istoty ludzkiej, nie widziałem teŜ
nigdzie Marsjan. Napotkałem tylko kilka wygłodniałych psów, ominęły mnie jednak
wielkim łukiem pomimo prób zwabienia. W pobliŜu Rochampton widziałem dwa
szkielety ludzkie, nie ciała, lecz obrane do czysta szkielety, w lasku zaś znalazłem
rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć
gryzłem i Ŝułem je długo, nie nasyciło mnie to ani trochę.
Po zachodzie słońca powlokłem się drogą do Starego Putney, gdzie, jak sądzę,
uŜyto z nieznanych powodów Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, juŜ za
Rochampton, znalazłem trochę młodych ziemniaków, było ich tyle, Ŝe zdołałem
wreszcie zaspokoić głód. Z ogrodu widać było rzekę i pola aŜ do Putney. Widok ten w
przedwieczornym mroku był szczególnie posępny; sczerniałe drzewa, okopcone
ponure ruiny, u stóp pagórka tafla wody splamiona czerwienią Zielska, nad wszystkim
zaś głucha cisza. Myśl o tym, jak szybko nastąpiły te okropne zmiany, napełniała
mnie nieopisanym przeraŜeniem.
Byłem w tej chwili pewien, Ŝe ludzkość zmieciono z powierzchni Ziemi,. Ŝe
zostałem sam jeden, ostatni Ŝyjący człowiek. TuŜ za szczytem wzgórza Putney
natknąłem się na jeszcze jeden szkielet ludzki; tym razem bez rąk. LeŜały one o parę
kroków od reszty ciała: Idąc dalej utwierdzałem się coraz bardziej w mniemaniu, iŜ
nie licząc takich przypadkowo ocalałych szczęśliwców jak ja, w tej przynajmniej
okolicy zagłada ludności była zupełna. Marsjanie, myślałem, zniszczyli kraj i udali się
szukać Ŝywności gdzieś dalej. Być moŜe w tej właśnie chwili niszczą Berlin lub
ParyŜ, a moŜe poszli na północ...
Człowiek ze wzgórza pod Putney
Noc spędziłem w oberŜy połoŜonej u stóp pagórka pod Putney. Po raz
pierwszy od dnia ucieczki do Leatherhead spałem w łóŜku. Nie będę tu opisywać
niepotrzebnych, jak się okazało, trudności przy włamywaniu się przez okno do domu -
później dopiero przekonałem się, Ŝe drzwi wcale nie były zamknięte. Nie będę teŜ
opisywał, jak przetrząsnąłem pokój za pokojem w poszukiwaniu jadła, zanim bliski
rozpaczy nie znalazłem w sypialni słuŜby dwu puszek konserw z ananasa i
obgryzionych przez szczury, jak sądzę, skórek chleba.
Miejsce to było widocznie juŜ przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie
później znalazłem w barze trochę przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te
ostatnie nie nadawały się juŜ co prawda do jedzenia, za to sucharkami nie tylko
nasyciłem głód, lecz napełniłem równieŜ kieszenie. W obawie, by nie zwabić
Marsjan, być moŜe przetrząsających takŜe tę część Londynu w pogoni za
poŜywieniem, nie zapalałem lampy. Zanim poszedłem do łóŜka, opanował mnie
niepokój. KrąŜyłem od okna do okna wypatrując śladu tych potworów. Potem
połoŜyłem się. Spałem niewiele. LeŜąc stwierdziłem, Ŝe myślę w sposób
skoordynowany i uporządkowany, coś, czego nie pamiętałem od ostatniego mego
sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący mnie od tamtej chwili proces myślenia
ograniczał się do pośpiesznych, zmieniających się ustawicznie doznań emocjonalnych
lub do pewnego rodzaju bezmyślnego chłonięcia wraŜeń. Tej nocy jednak mózg mój,
pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem juŜ myśleć normalnie.
Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza,
działalność Marsjan i losy mej Ŝony.
Pierwszy z nich nie wywoływał we mnie ani uczucia grozy, ani teŜ wyrzutów
sumienia. Patrzyłem na to, co; się stało, po prostu jako na czyn juŜ dokonany,
wspomnienie nieskończenie przykre wprawdzie, lecz nie budzące Ŝalu. Widziałem juŜ
wtedy, jak widzę to i dzisiaj, Ŝe do ciosu tego doprowadziła mnie, krok za krokiem,
nieubłagana konieczność, łańcuch wydarzeń wiodących doń w sposób nieuchronny.
Nie czułem Ŝadnej winy, dręczyły mnie jednak nieustanne wspomnienia. W ciszy
nocnej, czując w wypełnionej spokojem ciemności bliskość Boga, którą w takich
okolicznościach czasem się odczuwa, sprawowałem sąd nad sobą, jedyny sąd, jaki
mnie spotkał za tę chwilę strachu i gniewu. Raz jeszcze kroczyłem poprzez wszystkie
nasze rozmowy, od chwili gdy pojawił się przy mnie skulony, nieczuły na me błagania
o wodę, zapatrzony w płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni
do współistnienia, ponury los nie dbał jednak o to. Gdybym mógł przewidzieć, co się
stanie, porzuciłbym go juŜ w Hallifordzie. Przewidzieć jednak nie mogłem, zbrodnią
zaś byłoby przewidywać, a mimo to uczynić. Tak to wyglądało w rzeczywistości i tak
dzisiaj o tym piszę. Mógłbym ukryć wszystko, gdyŜ świadków nie miałem, nie
ukrywam przecieŜ nic z tego, co było, a czytelnik niech osądzi mnie wedle swej woli.
Gdy rozprawiłem się wreszcie po wielu wysiłkach z prześladującym mnie
obrazem rozciągniętego nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i
losu mej Ŝony. Co do pierwszego nie miałem Ŝadnych
danych, mogłem tylko wyobrazić sobie tysiące najgorszych rzeczy. Tak samo
niestety było i z ostatnim. Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem się siedząc na
łóŜku, wpatrzony w ciemność. Modliłem się, by Snop Gorąca zgładził ją szybko i
bezboleśnie. Od nocy mego powrotu z Leatherheaed nie modliłem się ani razu. Kiedy
przycisnęła mnie ostateczna potrzeba, szeptałem bezmyślnie bałwochwalcze jakieś
pacierze niby poganin zaklęcia, teraz jednak modliłem się rzeczywiście, błagałem
ś
wiadomie i Ŝarliwie, twarzą w twarz z wypełnioną Bogiem ciemnością. Przedziwna
noc! Najdziwniejsze zaś, Ŝe natychmiast po nastaniu świtu ja, który rozmawiałem z
Bogiem, wypełzłem z oberŜy jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa, zwierzę
pośledniego gatunku, na które nowi władcy moi mogli wedle przelotnego kaprysu
polować, które mogli zgładzić. Być moŜe oni takŜe modlili się niemniej Ŝarliwie tej
nocy. Doprawdy, wojna ta powinna była nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla
wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą nad sobą panowanie. .
Ranek piękny wstał i jasny, na wschodzie płonęło róŜowe, haftowane
złocistymi chmurkami niebo. Droga zbiegająca ze szczytu wzgórka Putney ku
Wimbledonowi usiana była nędznymi szczątkami przeraŜonego potoku, jaki przewalił
się nią w noc niedzielnej paniki. Stał tu dwukołowy wózek z tabliczką właściciela,
jakiegoś Tomasza Lobba, zieleniarza z New Maldon; koło miał zgruchotane, obok
niego zaś leŜał porzucony kufer. Nieco dalej walał się wdeptany w stwardniałą glinę
słomkowy kapelusz, na szczycie zaś West Hill ziemię pokrywały skrwawione odłamki
szkła rozsypane gęsto wokół przewróconego koryta. Szedłem leniwie, nie miałem
określonych planów. Chciałem pójść do Leatherhead, choć czułem, Ŝe
prawdopodobieństwo odnalezienia tam Ŝony bardzo jest niewielkie. Jasne było; iŜ
jeśli śmierć nie zaskoczyła ich znienacka, krewni uszli wraz z nią juŜ dawno.
Wydawało mi się jednak, Ŝe będę mógł przynajmniej zasięgnąć języka, dokąd uciekli
mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, Ŝe boli mnie serce o Ŝonę; Ŝe pragnę ją
odnaleźć, nie wiedziałem jednak, jak tego dokonać. Byłem równieŜ przeświadczony o
całkowitej swej samotności. Przynajmniej na rozległej ,przestrzeni, poczynając od
zakątka, z którego wyszedłem, by przedzierać się przez gąszcz drzew i krzewów, aŜ
po skraj pola Wimbledon.
Ciemną płaszczyznę rozjaśniały Ŝółte plamy janowca i ostów; nie było tu
widać Czerwonego Zielska, gdy zaś przystanąłem pełen wahania na brzegu otwartego
pola, ukazało się zalewające wszystko Ŝyciodajnym światłem słońce. Między
drzewami natrafiłem na bajorko kipiące od
malutkich Ŝabek. Stałem długą chwilę przyglądając się i ucząc od nich
niezwycięŜonej woli Ŝycia. Nagle odwróciłem się, czując na sobie czyjeś spojrzenie, i
w pobliskiej kępie krzewów dostrzegłem skulony jakiś kształt. Stałem i patrzyłem.
Uczyniłem krok w tamtą stronę. Kształt wyprostował.się i zmienił w zbrojnego w nóŜ
człowieka. Podchodziłem doń powoli. Stał milczący, nieporuszony, przyglądał mi się
bacznie.
Podchodząc dostrzegłem, Ŝe odzieŜ jego nie mniej jest zakurzona. od mojej.
Wyglądał jak wyciągnięty z rynsztoka: Z bliska znać na niej było ślady zielonkawego
szlamu z błotnistych rowów zmieszane z zaschłym błotem i czarnymi, tłustymi
plamami po węglu. Ciemne włosy opadały mu na oczy, twarz miał splamioną słońcem
i brudną, policzki zaś tak zapadłe, Ŝe z początku nie poznałem go. Od ucha do brody
biegła szeroka czerwona blizna.
- Stój - zawołał, gdy zbliŜyłem się na dziesięć jardów. Stanąłem. Głos miał
ochrypły. - Skąd idziesz? - zapytał. Przyglądałem mu się z namysłem. - Z Mortlake -
odparłem. - Ukrywałem się tam, niedaleko jamy Marsjan, gdzie spadł walec. Potem
wydostałem się z ruin i uciekłem.
- Tu nie ma nic do jedzenia- mówił- "To jest mój teren. Cała ta górka, aŜ po
rzekę i od Clapham do skraju wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd
idziesz`?
Nie śpieszyłem z odpowiedzią.
- Nie wiem - odrzekłem. - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam
pojęcia, co się przez ten czas stało.
Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku.
-' Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead,
do Ŝony.
Wyciągnął ku mnie rękę.
- To pan! - zawołał. - Człowiek z-Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge?
Ja takŜe go poznałem.
- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie!
- Co za szczęście! - mówił. - Co za szczęściarze z nas! Pomyśleć, Ŝe to pan! -
Podał mi rękę, ja zaś uścisnąłem ją gorąco. - Ukrywałem się w rowie - ciągnął. - Ale
oni nie zabijali wszystkich. Kiedy zaś oddalili się, uciekłem polami do Walton. Ale
przecieŜ minęło zaledwie szesnaście dni, a pan osiwiał! - Obejrzał się gwałtownie. -
To tylko gawron -rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, Ŝe i ptaki mają cień. Trochę
tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki.
- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliŜu? - zapytałem. - Od kiedy
wydostałem się...
- Poszli do Londynu - wyjaśnił. - Myślę, Ŝe załoŜyli tam jakieś większe
obozowisko. Co nocy w stronie Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim
miastem. Widać ich, jak łaŜą w tej łunie. A w dzień - nic. Ale bliŜej nie widziałem ich
nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. Potem widziałem dwóch, w stronie
Hammersmith, jak taszczyli coś cięŜkiego. A przedwczoraj w nocy - przerwał, .po
czym powiedział naciskiem: - ciemno juŜ było, co prawda, ale widziałem, jak coś
uniosło się w powietrze. Myślę, Ŝe zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać.
Przystanąłem na czworakach, gdyŜ wdzieraliśmy się właśnie w głąb zarośli. -
Latać?! - zawołałem.
- Tak - odparł. - Latać!
Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem. '
- To koniec ludzkości! - zawołałem. - JeŜeli potrafią latać, po prostu oblecą
ś
wiat dokoła i...
Przytaknął mi głową.
= Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza
tym-śpojrzał na mnie-tak panu szkoda, Ŝe z ludzkością koniec? Bo mnie nie bardzo.
Wykończyli nas. Z kretesem.
Popatrzyłem na niego. Choć moŜe to wydać się dziwne, sam jednak nie
potrafiłem dojść do tego wniosku. Jasne stało się dla mnie wszystko dopiero teraz,
kiedy padły te słowa. Tkwiła we mnie jeszcze dotąd jaka mglista nadzieja, nie
nadzieja raczej, lecz z dawien dawna nabyte przyzwyczajenie. On zaś powtórzył:
- Z kretesem! - Brzmiała w tym niezachwiana pewność. - To koniec dodał. -
Oni stracili jednego jedynego. Usadowili się mocno, a nam dali po kulach. Przetrącili
krzyŜe największej potędze świata. Przespacerowali się po nas. Śmierć tego pod
Weybridge to czysty przypadek. A to tylko zwiadowcy. Nowi przylatują bez przerwy.
Te zielone gwiazdy (co prawda przez pięć ostatnich dni nie widziałem ich) na pewno
spadają gdzieś co nocy. Nic się nie da zrobić. Wykończyli nas na amen!
Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próŜno siliłem się
wydusić z mózgu jakąś rozsądną myśl.
- Co to za wojna? - ciągnął dalej artylerzysta. - Od samego początku było tak,
jakby ludzie wojowali z mrówkami.
Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym
pocisku przestali strzelać, przynajmniej do wylądowania pierwszego walca.
- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się.
- MoŜe im się działo popsuło -- rzekł. - No i co z tego? Na pewno juŜ
naprawili. A jeŜeli nawet trochę się odwlecze, to koniec, wszystko jedno, będzie ten
sam. Akurat: mrówki i ludzie. Mrówki budują miasta, Ŝyją swoim Ŝyciem, prowadzą
wojny, robią rewolucje, aŜ przychodzi człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko Ŝe w
tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego...
- Co? - rzuciłem.
- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie.
- I co z nami będzie? - zapytałem.
- O tym właśnie myślałem - zawołał. - O tym właśnie myślałem. I'o Weybridge
szedłem na południe i myślałem. Widziałem, co się tam działo. Ludzie piszczeli ze
strachu. A ja nie lubię piszczeć. Nie raz, nie dwa zaglądałem śmierci w oczy. Ja nie
malowany Ŝołnierzyk, dla mnie śmierć to śmierć i nic więcej. Ten wyŜyje, kto myśli.
Widziałem, jak wszystko wiało na południe. Pomyślałem sobie: na długo im tam
Ŝ
arcia nie starczy, i od razu zawróciłem. Poszedłem między Marsjan, jak jaskółka leci
między ludzi. A dokoła - zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, obdzierają ze
skóry...
Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie.
- Ci, co mieli funty, popłynęli oczywiście do Francji - dodał. Zawahał się, czy
mówić dalej, napotkał me spojrzenie i ciągnął: - Jedzenia jest tu duŜo. Puszki konserw
po sklepach, wino, wódka, wody mineralne. A rury wodociągowe i kanały są puste.
Powiem panu, co sobie pomyślałem. Oni są mądrzy i, zdaje się, potrzebują nas do
jedzenia: Poniszczą więc przede wszystkim nasze statki, maszyny, armaty, miasta,
cały nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego nie zostanie. Gdybyśmy byli tej
wielkości, co mrówki - moŜe by się nam upiekło. Ale jesteśmy więksi. Za gruby byłby
kawał, gdyby to wszystko miało się rozejść po kościach. Nie da rady. Prawda?
Potwierdziłem. - No, tak. Ta sobie właśnie myślałem. Dobrze, na razie łapią
nas, kiedy i jak chcą. Dosyć takiemu Marsjaninowi przejść parę mil, a juŜ ma całe
tłumy zmykających. Widziałem, jak któregoś dnia w Wandsworth jeden burzył domy
i rył w ruinach. Ale kiedyś wreszcie chyba przestaną. Jak tylko skończą z naszymi
działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko,
co sobie zamierzyli, wtedy zaczną systematycznie wyłapywać najgrubszych i
zamykać w klatkach. Niedługo na pewno zaczną to robić: O, mój BoŜe! PrzecieŜ oni
jeszcze się do nas naprawdę nie wzięli!
- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem.
- Pewno, Ŝe nie. - Wszystko, co się dotąd stało, to tylko nasza wina. Nie
mieliśmy dosyć rozsądku, aby siedzieć cicho, zaczęliśmy naprzykrzać się im głupimi
armatami. Straciliśmy głowę, goniliśmy całymi tłumami to tu, to lam. ChociaŜ tam-
wcale nie jest bezpieczniej niŜ tu. A oni w ogóle nie mieli zamiaru nas ruszać.
Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą z Marsa, szykują
miejsce dla reszty. Kto wie, czy nie dlatego właśnie przestali strzelać tymi walcami.
ś
eby nie trafić któregoś ze swoich tu, na Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w
ś
lepym popłochu albo próbować zgładzić ich dynamitem, powinniśmy spróbować
przystosować się do nowej sytuacji. Tak przynajmniej ja to sobie wyobraŜam. MoŜe
człowiek wolałby, dla siebie i dla swoich, Ŝeby było inaczej, ale fakty są uparte. I na
tej zasadzie zacząłem działać. Miasta, państwa, cywilizacja, postęp - z tym juŜ
koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem!
- Więc po co w takim razić Ŝyć? Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę.
- śadnych koncertów galowych przez jakiś milion najbliŜszych lat nie będzie
na pewno; ani wystaw obrazów; ani smakowitych wyŜerek w wytwornych knajpach.
JeŜeli panu potrzebne są rozrywki, to myślę, Ŝe nie ma pan tu czego szukać. JeŜeli pan
ma salonowe maniery i nie lubi jeść ryby noŜem czy słuchać mowy cockneyów, to
proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu potrzebne.
- Pan myśli...
- Ja myślę, Ŝe tacy jak ja muszą Ŝyć. Dla zachowania gatunku. Mówię panu, ja
cholernie chcę Ŝyć.1 jeŜeli się nie mylę, to pan niedługo powie teŜ to samo. Takich jak
my nie wytępią. Na pewno nie damy się schwytać ani oswoić; ani tuczyć jak głupie
barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie brązowe gady...
- Nie myśli pan chyba...
-- Właśnie Ŝe myślę. Będę Ŝył. Pod ich panowaniem. Uplanowałem juŜ sobie
wszystko. Obmyśliłem. My, ludzie, zostaliśmy pokonani. Z,a mało umiemy. Musimy
wiele nauczyć się, zanim spróbujemy szczęścia. A ucząc się, musimy Ŝyć. I to na
wolności. Rozumie pan'? Oto, co trzeba zrobić.
Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka.
- Na Boga! - zawołałem. - Prawdziwy z pana męŜczyzna! - i uścisnąłem z
zapałem jego dłoń.
- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda?
- Niech pan mówi dalej - nalegałem.
- Dobra. Ci, co chcą uniknąć schwytania, muszą się przygotować. Ja się
przygotowuję. Niech pan pojmie, nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym
właśnie będziemy musieli stać się. Dlatego tak uwaŜnie przyglądałem się panu.
Miałem wątpliwości. Pan wygląda na chudego i słabego. Nie poznałem pana. Nie
wiedziałem, Ŝe tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co
Ŝ
yli w tym domkach, te przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego Ŝycia, byliby do
niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, bez wzniosłych porywów. A
człowiek bez tego to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się codziennie
do pracy. Widziałem ich setkami, jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak
wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko jak najwcześniej otworzyć te
swoje marne sklepiki i ciułać te swoje głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili
do domu, Ŝeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń BoŜe, nie jeść chłodnej zupy; jak
siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóŜek ze swoimi
Ŝ
onami, nie dlatego, Ŝe je kochali, ale dlatego, Ŝe było to wygodne i nie komplikowało
ich nędznej wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś
wypadkiem na tym świecie, a w niedziele - ze strachu przed Ŝyciem pozagrobowym.
Tak jakby piekło było dla królików! Dla nich Marsjanie jak z nieba spadli. Wygodne
klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, Ŝadnych zmartwień. Jak pobiegają z tydzień,
dwa po połach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, Ŝeby dać się złapać. I będą
uszczęśliwieni. Dziwić się będą, jak ludzie mogli Ŝyć, zanim Marsjanie nie zaczęli się
o nich troszczyć. A te róŜne darmozjady, franty i oczajdusze, juŜ ich widz. JuŜ widzę -
mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią czuli, jacy naboŜni. Choć
przejrzałem dopiero w ostatnich dniach, duŜo juŜ zdąŜyłem zobaczyć. Wielu tłustych
a głupich nie będzie się martwić o nic. Inni poczują, Ŝe nie wszystko jest w porządku,
Ŝ
e trzeba zacząć działać. A kiedy sprawy tak się układają, Ŝe ludzie zaczynają
odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą
myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania
wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie
się woli Stwórcy! Pan zresztą takŜe widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach
zmiótł całą energię.
Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy
prostacy moŜe, jak to się mówi, zaczną się gzić...
Przerwał. - Bardzo moŜliwe, Ŝe Marsjanie będą mieli swoich ulubieńców;
wyuczą ich sztuczek, kto wie? Będą rozczulać się nad kochanym chłoptysiem, Ŝe juŜ
utył i Ŝe trzeba go zarŜnąć. A niektórych nauczą polować na nas.
- Nie! - krzyknąłem. - To niemoŜliwe! śaden człowiek...
- Po ,co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet
bardzo chętnie. Byłoby głupotą udawać, Ŝe się w to nie wierzy. Pewność jego
przekonała mnie.
- Ale niech tylko spróbują przyjść po mnie. BoŜe! Niech tylko spróbują -
powiedział i popadł w ponurą zadumę.
Siedziałem bez słowa, rozwaŜając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego,
co- moŜna by przeciwstawić rozumowaniu tego człowieka. W dniach sprzed najazdu
nikt nie wątpiłby w mą wyŜszość umysłową nad nim. Ja, znany i ceniony pisarz i
filozof- i on, prosty Ŝołnierz. A przecieŜ to on, a nie ja, oceniłem naleŜycie nasze
połoŜenie, gdy ja nie zacząłem nawet jeszcze dobrze zdawać sobie sprawy z tego, co
się stało.
- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany? Zawahał się.
- No, dobra; powiem panu. Więc jest tak - odrzekł. - Co mamy robić? Musimy
wynaleźć taki sposób Ŝycia, Ŝeby człowiek mógł mnoŜyć się i bezpiecznie chować
dzieci. Tak... Niech pan zaczeka, zaraz wyjaśnię dokładniej, co moim zdaniem naleŜy
zrobić. Oswojeni będą jak wszystkie oswojone bydlęta. Po paru pokoleniach staną się
tłuści, pełnokrwiści, głupi - śmiecie. Chodzi o to, Ŝebyśmy my, wolni, nie zdziczeli,
nie zmienili się w duŜe dzikie szczury... Bo, widzi pan, będziemy chyba musieli Ŝyć
pod ziemią. Myślałem o londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, wyobraŜają sobie
oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem są całe mile, setki mil kanałów. Niech
kilka dni popadają deszcze, przy pustym Londynie kanały zrobią się czyściutkie,
schludniutkie. Główne magistrale będą dość duŜe i przestronne dla kaŜdego. A są
przecieŜ jeszcze piwnice, podziemia, składy; moŜna w nich będzie porobić przejścia
do kanałów. A tunele kolejowe, a kolej podziemna? Co? Zaczyna pan rozumieć?
Trzeba stworzyć grupę silnych, mądrych ludzi. Nie przyjmiemy Ŝadnego śmiecia.
Słabych nam nie potrzeba...
- Takich jak ja, co?
- PrzecieŜ juŜ wyjaśniłem, Ŝe to była pomyłka. Prawda? - Nie będziemy się
spierać. 1 co dalej?
- Ci, co zostaną, muszą być karni. Silne, mądre kobiety będą takŜe potrzebne.
Matki i wychowawczynie - nie Ŝadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami.
Słabych ani głupich nie chcemy. Znów będzie się Ŝyło naprawdę, a bezuŜyteczni,
uciąŜliwi i szkodliwi muszą wymrzeć. Powinni wymrzeć. Powinni sami chcieć
wymrzeć. Bo ostatecznie Ŝyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność. Nie byliby
zresztą szczęśliwi. A śmierć wcale nie jest taka znów straszna; tylko tchórze lak ją
sobie wyobraŜają. Tak więc, kanały. Tam będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem
będzie Londyn. Kto wie, moŜe nawet będziemy wartować i kiedy Marsjanie gdzieś się
oddalą, wychodzić na powierzchnię. MoŜe nawet będziemy mogli grać w cricketa!
Zachowamy w ten sposób gatunek. Co? PrzecieŜ to chyba będzie moŜliwe? Ale samo
zachowanie gatunku to jeszcze mało. Tyle to i szczury potrafią. WaŜniejsze będzie
zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej.1 tutaj właśnie pojawia się na widowni pan.
Są ksiąŜki, są wzory. Trzeba wyszukać głębokie, pewne schowki i ukryć tam jak
najwięcej ksiąŜek; nie Ŝadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale ksiąŜek o
wiedzy, o myśli ludzkiej. Tu zaczyna się, powiadam pańska rola: Musimy dobrać się
do British Museum i przejrzeć wszystko, co tam jest:v Przede wszystkim zachować
naszą wiedzę i rozwijać ją. Musimy podpatrywać Marsjan. Niektórzy będą musieli
stać się szpiegami. Kto wie... kiedy juŜ wszystko będzie zorganizowane, moŜe i ja się
nim stanę`? Pozwolę się złapać. A najwaŜniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan.
Nie wolno nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu uciekać. Trzeba pokazać, Ŝe nie
wałczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie będą nas tępić, jeŜeli tylko będą mieć wszystko,
co im potrzeba, i jeŜeli uznają nas za nieszkodliwe robactwo.
Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu.
- MoŜe nawet nie będzie trzeba tak duŜo nauczyć się, zanim... Proszę sobie
tylko wyobrazić, nagle rusza pięć, sześć Machin Bojowych, Gorącym Snopem w
lewo, w prawo, a w nich nie Marsjanie, lecz ludzie! Ludzie, którzy wiedzą, jak się z
nimi obchodzić! A to moŜe nawet być jeszcze za naszego Ŝycia. Niech pan sobie tylko
wyobrazi - złapać takie jedno kochaniątko i pomachać Snopem! Panować nad nimi! I
cóŜ, jeśli nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - po takim balu? JuŜ widzę
Marsjan, jak wytrzeszczają te swoje śliczne oczęta! Człowieku;-moŜe pan sobie to
wyobrazić`? MoŜe pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią, i dyszą, i pokrzykują, i
kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a
tu Ŝadna nie działa! A wtedy my trzask, prask, łup, cup - akurat kiedy się tak
przy nich grzebią, trzask Snopem i proszę, człowiek znów zajmuje naleŜne mu
miejsce.
Na długą chwilę śmiała wizja wyczarowana przez artylerzystę, pewność i
odwaga brzmiące w jego głosie podbiły mą wyobraźnię całkowicie. Uwierzyłem bez
wahania zarówno w przewidywane przezeń losy ludzkości, jak i w moŜliwość
wcielania jego planów w Ŝycie - czytelnik zaś, który mógłby uznać mnie za głuptaka
ulegającego zbyt łatwo cudzym wpływom, musi pojąć róŜnicę między nim, z jego od
dawna juŜ przemyślanym planem, a mną, leŜącym w ukryciu pod krzakiem i
słuchającym w pomieszaniu tych myśli. Przegadaliśmy w ten sposób cały ranek, po
czym wypełzliśmy z zarośli i zbadawszy szczegółowo widnokrąg, czy nie widać gdzie
w pobliŜu Marsjan, pośpieszyliśmy na wzgórze Putney, do domku, w którym było
jego legowisko. Kiedy zeszliśmy do piwnicy i ujrzałem wykop o długości dziesięciu
co najwyŜej jardów, na który stracił juŜ przeszło tydzień - miał to być przekop do
przechodzącego przez Putney burzowca - po raz pierwszy dostrzegłem przepaść
dzielącą marzenia tego człowieka od jego sił. Taką dziurę moŜna było wygrzebać w
ciągu jednego dnia. Wierzyłem jeszcze w niego tak mocno, Ŝe pracowałem wraz z
nim przy wykopie aŜ do południa. Mieliśmy taczkę i wykopaną ziemię wywoziliśmy
na podwórze. W południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej
spiŜarni. Jednostajna praca przynosiła mi dziwną ulgę. Zapominałem przy niej o
całym tym boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o projektach
artylerzysty i z wolna poczęły budzić się we mnie zastrzeŜenia i wątpliwości.
Pracowałem jednak bez ustanku, szczęśliwy, Ŝe znów mam jakiś cel przed sobą.
Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać odległość dzielącą nas od kanału.
Zwątpiłem, czy w ogóle doń trafimy. Nie mogłem pojąć, po co mamy kopać taki długi
tunel, kiedy moŜna było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się
takŜe, iŜ dom nie był najlepiej wybrany i dlatego potrzeba było tak długiego przekopu.
Właśnie kiedy uświadomiłem sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i
spojrzał na mnie.
- Narobiliśmy się nielicho - powiedział i odłoŜył łopatę. - Trzeba trochę
odsapnąć. - Potem zaś dodał: - Myślę, Ŝe czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie.
Ja jednak chciałem pracować dalej, po krótkim więc wahaniu wziął się znowu
za szpadel; wtedy uderzyła mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast
zrobił to samo.
- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj?
- Wyszedłem przewietrzyć się trochę - odparł - i akurat wracałem. W nocy
zawsze bezpieczniej. , - A robota?
- PrzecieŜ nie moŜna ciągle pracować - odrzekł, ja zaś jak w olśnieniu
przejrzałem tego człowieka. Wahałem się, trzymając w ręku łopatę.
- Powinniśmy teraz rozejrzeć się - powtórzył. - JeŜeli ktoś podejdzie, moŜe
posłyszeć nasze kopanie. Zaskoczą nas nie przygotowanych.
Nie miałem chęci sprzeciwiać się dłuŜej. Poszliśmy na strych i stojąc na
drabinie wyjrzeliśmy spod klapy włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteŜ śmiało
wstąpiliśmy na dach i ukryliśmy się za parapetem.
Co prawda większą część Putney przesłaniały nam drzewa, widać jednak było
dolinę rzeki zarosłą fantastyczną gęstwą Czerwonego Zielska i Dolne Lambeth, zalane
i równieŜ tonące w czerwieni. Spośród pęków Czerwonego Pnącza sterczały
cherlawe, martwe gałęzie drzew w pałacowym parku. Dziwne, jak bardzo obie te
rośliny uzaleŜnione były w swym rozwoju od obfitości wody. W pobliŜu naszego
domku Ŝadnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu szczodrzewca, kwiatów
głogu, buldeneŜów i drzew tui strzelających wysoko ponad zielone krzewy
wawrzynów i mieniących się tęczą barw w promieniach słońca hortensji. Daleko, za
Kensingtonem, unosił się gęsty dym przesłaniając pospołu z błękitną mgiełką łańcuch
ciągnących się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach,
którzy pozostali jeszcze w Londynie.
- Którejś nocy zeszłego tygodnia - mówił - jacyś głupcy naprawili przewody
elektryczne i po rzęsiście oświetlonych Regent's Street i Piccadilly Circus wrzeszczała
i tańcowała aŜ do rana gromada obdartych, brudnych pijaków, męŜczyzn i kobiet.
Opowiadał mi jeden, co to widział. Kiedy zrobił się dzień, połapali się, Ŝe niedaleko,
pod Langham, stoi i gapi się na nich Machina Bojowa. Bóg wie, jak długo juŜ tak
stała. Potem zbliŜyła się i wyłapała ze setkę takich, co z pijaństwa albo ze strachu nie
mieli sił uciekać.
Sądzę, Ŝe Ŝadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń
tamtych czasów.
Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów.
Począł zapalać się. Tak wymownie opisywał zdobycie przez człowieka Machiny
Bojowej, Ŝe znów na poły weń uwierzyłem. Teraz jednak, znając prawdziwą jego
wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, by nie robić nic zbyt pośpiesznie.
ZauwaŜyłem teŜ, iŜ nie ma juŜ teraz mowy o jego osobistym udziale w opanowaniu i
poprowadzeniu do boju potęŜnej tej maszyny.
Po pewnym czasie powróciliśmy do piwnicy. śaden z nas jednak nie miał;
zdaje się, ochoty zabierać się znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie
protestowałem. Stał się nagle niezwykle szczodry i gdy nasyciliśmy się, wyszedł, by
przynieść kilka doskonałych cygar. Zapaliliśmy, a on równieŜ zapłonął optymizmem.
Potraktował me przybycie jako wielkie święto.
- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział. - Po wodzie lepiej się kopie -
odrzekłem.
- Nie - zawołał. - Dzisiaj ja wydaję przyjęcie! Szampan! Mocny BoŜe! Toć
przed nami cięŜka praca. Trzeba trochę odpocząć i, póki jeszcze moŜna, nabrać sił.
Niech pan spojrzy na te pęcherze!
Upierał się; by resztę dnia świętować, i nalegał, byśmy po obiedzie zagrali w
karty. Nauczył mnie gry w belotkę, po czym podzieliliśmy Londyn na dwie części, dla
mnie północną, dla niego południową, i poczęliśW y grać o parafie. Trzeźwo
myślącemu czytelnikowi moŜe to wydać się głupie i groteskowe, wszystko jednak
działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, i inne gry, w które
graliśmy później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące.
Dziwny jest umysł ludzki! Rodzaj nasz stał przed groźbą zagłady, a
przynajmniej straszliwego poniŜenia; nas samych nie czekało nic prócz straszliwej
ś
mierci, my zaś zabawialiśmy się malowanymi tekturkami i z oŜywieniem, ba! z
podnieceniem graliśmy.w oczko! Potem nauczył mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy
razy z rzędu w szachy. Gdy ściemniało, tak byliśmy przejęci grą, Ŝe nie zwaŜając na
niebezpieczeństwo zapaliliśmy lampę.
Po nieskończonej ilości partii zjedliśmy kolację, przy której artylerzysta
wykończył szampana. Potem, paląc cygara, graliśmy dalej. Nie był on juŜ teraz tym
energicznym odnowicielem gatunku, którego spotkałem rankiem. Optymizm jego stał
się mniej bojowy, spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając zawiłe,
pełne jąkania się i powtórzeń przemówienie. Po tej właśnie tyradzie zapaliłem cygaro
i wspiąłem się na dach, chcąc obejrzeć zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na
pagórkach Highgate.
Początkowo gapiłem się bezmyślnie w kotlinę londyńską. Wzgórza na północy
tonęły w ciemności. Opodal Kensingtonu widniały czerwone ognie. Wystrzelały co
jakiś czas pomarańczowymi płomieniami, by zniknąć po chwili w granatowej nocy.
Reszta Londynu była czarna. Nieco bliŜej dostrzegłem dziwne światło, bladofioletową
migotliwą poświatę drŜącą w wieczornym wietrze. Długo nie mogłem sobie wyjaśnić
tego
zjawiska, aŜ w końcu pojąłem, Ŝe to słabe promieniowanie pochodzi od
Czerwonego Zielska. Obudziło mnie to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do
rzeczywistości. Przeniosłem wzrok na Marsa, jasną, czerwoną gwiazdkę błyszczącą
wysoko na zachodzie, potem zaś,długo i Ŝarliwie wpatrywałem się w ciemność
Hampstead i Highgate.
Długi czas stałem na dachu, zastanawiając się nad dziwacznymi wydarzeniami
tego niezwykłego dnia. Raz jeszcze przebiegłem myślą wszystkie przemiany, jakie we
mnie zaszły; począwszy od nocnych modlitw, na bezsensownym kartograjstwie
skończywszy. Odczułem gwałtowny wstręt. Pamiętam, jak odrzuciłem, z pewnym co
prawda Ŝalem, nie dopalone jeszcze cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z
płomienną przesadą zarzucałem sobie głupotę, czułem się zdrajcą wobec własnej Ŝony
i całego rodzaju ludzkiego, trapiły mnie wyrzuty sumienia. Postanowiłem opuścić
tego marzyciela z fantastycznymi planami, pijaństwem i obŜarstwem oraz udać się do
Londynu. Tam, jak sądziłem,. najpewniej dowiem się, co robią Marsjanie, a co moi
towarzysze, ludzie. KsięŜyc juŜ wzszedł, a ja wciąŜ jeszcze stałem na dachu.
8 Londyn wymarły
Po opuszczeniu artylerzysty poszedłem do Highstreet i dalej mostem przez
Tamizę do Lambeth. Most ginął całkowicie niemal w gęstwinie Czerwonego Zielska.
Łodygi i liście tej rośliny zdradzały juŜ jednak pierwsze oznaki zagłady - gęsto
rozsiane białawe plamy.
Na rogu uliczki wiodącej ku przystani w Putney leŜał człowiek. Okryty
czarnym pyłem wyglądał jak kominiarz. Nie był martwy, lecz pijany do
nieprzytomności. Nie udało mi się wydostać z niego nic prócz przekleństw i
wściekłych razów. Zostałbym moŜe przy nim, gdyby nie nazbyt juŜ zbydlęcona jego
twarz.
Za mostem pokrywał wszystko czarny pył. Warstwa jego, w miarę jak
zbliŜałem się do Fulham, była coraz grubsza. PrzeraŜała mnie pustka ulic. W
pobliskiej piekarni znalazłem trochę poŜywienia, spleśniałego, czerstwego, jednak
nadającego się jeszcze do jedzenia chleba. Nieco dalej, w pobliŜu Walham Green,
pyłu nie było, natomiast cała jedna strona ulicy stała w płomieniach; huk poŜaru
przynosił w martwej ciszy prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton takŜe były
puste, jakby wymarłe.
Tutaj znów pełno było czarnego kurzu i trupów. Na samej Falham Road
naliczyłem ich dwanaście. Musiały leŜeć tam od wielu juŜ dni, toteŜ
uciekłem od nich czym prędzej. Okrywał je grubą warstwą czarny pył, niektóre
zaś były napoczęte przez psy.
Tam gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu - wyglądało dziwnie
odświętnie. Sklepy pozamykane, okna zasłonięte, wszędzie cisza i pustka.
Gdzieniegdzie, przewaŜnie w sklepach spoŜywczych i winiarniach, widniały ślady
rabunku. Ujrzałem teŜ rozbitą wystawę złotnika, rabuś jednak został widocznie
spłoszony, gdyŜ na chodniku leŜały porzucone w nieładzie złote łańcuszki i zegarki.
Nawet nie schyliłem się po nie. Nieco dalej na progu domu siedziała skulona kobieta
w łachmanach. Krew ze spoczywającej na kolanach skaleczonej ręki rozlała się
rdzawą plamą po sukni, obok zaś, na chodniku, wokół rozbitej flaszki po szampanie,
widniała cała kałuŜa. Kobieta wydawała się pogrąŜona w głębokim śnie, była jednak
martwa.
Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to
jednak cisza śmierci. Było to milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada
chwila przecieŜ wszystkie te domy mogły zmienić się w dymiące zgliszcza, jak
zmieniły się w nie północno-zachodnie dzielnice, mogły zginąć, jak zginęły domy
Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane...
Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego
kurzu. Tam teŜ usłyszałem po raz pierwszy dziwny odgłos rozpaczy. Dotarł on do mej
ś
wiadomości niemal niepostrzeŜenie. Brzmiał jak nieustanne łkanie złoŜone z dwu
tonów: "ul-la, ul-la, ul-la". Gdy szedłem na północ, natęŜenie jego narastało, choć
głuszyły je domy. Z pełną mocą rozbrzmiewał natomiast, kiedy wyszedłem na
Exhibition Road. Zatrzymałem się zdziwiony tym płynącym z oddali jękiem patrząc
ku kensingtońskim ogrodom. Mogło wydawać się, Ŝe to łka głosem lęku i pustki
niezmierzone skupisko domów. "U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" brzmiał nieludzki jęk, a
potęŜne fale dźwięków przelewały się szeroką, słoneczną, zamkniętą dwoma rzędami
wysokich kamienic ulicą. Zwróciłem się pełen niepokoju ku Ŝelaznym bramom Hyde
Parku. Zastanawiałem się, czy nie wedrzeć się do Muzeum Przyrodniczego, by się
wspiąć na szczyt wieŜy i rozejrzeć po okolicy. Postanowiłem jednak pozostać na
ziemi, gdzie łatwiej moŜna było w razie potrzeby znaleźć kryjówkę, i podąŜyłem dalej
wzdłuŜ Exhibition Road. Kamienice puste. były i milczące i tylko głośne echo mych
kroków rozbrzmiewało dokoła. W pobliŜu bramy parkowej czekał mnie dziwny
widok. LeŜał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia.
Stałem przy nim długą chwilę, po czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz
potęŜniejszy, choć nie ,
było widać nic prócz chmury dymu kłębiącej się ponad konarami drzew.
"U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" - nawoływał głos dochodzący, jak mi się zdawało,
gdzieś z Regent's Park. Rozpaczliwy ten krzyk działał przygnę-, biająco. Począłem
tracić siły, ogarniało mnie coraz większe zmęczenie. Poczułem się słaby, obolały,
głodny i spragniony. Minęło juŜ południe. Po co błąkałem się samotnie po tym
wymarłym mieście? Po co znalazłem się w Londynie, spowitym w czarny całun,
spoczywającym na katafalku trupie miasta? Poczułem się śmiertelnie samotny.
Wybiegałem pamięcią ku zapomnianym od lat przyjaciołom. Myślałem o truciznach
ukrytych w opuszczonych aptekach, o pełnych wódki piwnicach. Wspomniałem tych
parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot...
Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było
czarnego pyłu i wiele martwych ciał. Z piwnicznych okien biła złowieszcza
, okropna woń. Panował upał, a Ŝe szedłem juŜ długo, zachciało mi się jeść i
pić. Z wielkimi trudnościami włamałem-się do jakiegoś baru. Udało mi się tam
nasycić zarówno głód, jak i pragnienie, osłabiło mnie to jednak tak bardzo, Ŝe
wyciągnąłem się na stojącej pod ścianą kanapce i zasnąłem kamiennym snem.
Ocknąłem się z ponurym jękiem "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" w uszach. Panował juŜ
mrok. Posiliłem się znalezionym w barze serem i sucharkami (spiŜarka na mięso
pełna była tylko robactwa), po czym powlokłem się ku Baker Street i dalej do
Regent's Park. Przechodziłem obok szeregu wymarłych skwerów - w tej chwili
przypominam sobie nazwę'tylko jednego z nich - Portman Square. Wychodząc z
Baker Street dostrzegłem w oddali, ponad drzewami, w świetle zachodu kaptur
olbrzyma z Marsa. Jęk dobiegał stamtąd właśnie. Nie przeraziłem się. Widok ów
wydał mi się- czymś zupełnie naturalnym. Przyglądałem się długo. Gigant stał bez
ruchu i jęczał. .Nie mogłem pojąć, dlaczego tak stoi i krzyczy.
Usiłowałem ułoŜyć jakiś plan działania, nieprzerwane to szlochanie
przeszkadzało mi jednak. MoŜe zaś zbyt byłem zmęczony, aby lękać się
czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem ciekaw przyczyn tego płaczu, niŜ
przeraŜony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, chcąc obejść park
dokoła, i posuwając się pod osłoną domów wyszedłem od strony St. John's Wood, by
przyjrzeć się stamtąd jęczącemu Marsjaninowi. O paręset jardów od Baker Street
usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym kierunku psa z ochłapem
czerwonego mięsa w pysku. Gnała za nim sfora wynędzniałych kundli. Ominął mnie
wielkim łukiem, obawiając się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej
zdobyczy. Gdy szczekanie ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe
"ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la".
W pobliŜu dworca St. John's Wood natknąłem się na zniszczoną Machinę
Roboczą. Wydawało mi się z początku, Ŝe ulicę przegrodził zwalony dom. Dopiero
kiedy wspiąłem się na ruiny, ujrzałem ze zdziwieniem, iŜ przykrywają one
zgruchotany mechanizm z pogiętymi i splątanymi mackami. Część przednia była
zmiaŜdŜona. Wyglądało na to, Ŝe pędząca na oślep maszyna wpadła na dom i zginęła
pod jego szczątkami. Sądziłem wówczas, Ŝe katastrofa nastąpiła wskutek puszczenia
maszyny samopas. Zbyt było juŜ ciemno, by chodzić pośród ruin, toteŜ nie
dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków
Marsjanina.
Wstrząśnięty tym widokiem zdąŜałem dalej, ku Primrose Hill. W oddaleniu
między drzewami, w kierunku Ogrodu Zoologicznego, stał drugi, nieruchomy,
milczący Marsjanin. W pobliŜu rozwalonego domu natknąłem się na Czerwone
Zielsko, zaś Kanał Regenta stanowił jedną wielką, gąbczastą masę ciemnoczerwonej
roślinności.
Nagle, kiedy wchodziłem na most, dźwięk "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la"
umilkł jak ucięty noŜem. Cisza uderzyła we mnie niby grom.
Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w
ciemności. Drzewa w parku wydawały się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po
ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, ginąc gdzieś w górze, w mroku. Tajemnicza
noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i groza. Gdy rozbrzmiewał ten
głos, moŜna jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki niemu Londyn
wydawał się nie taki martwy. Ten pozór Ŝycia podtrzymywał mnie na duchu. Gdy
zamilkł, coś się nagle zmieniło, odeszło, sam nie wiedziałem co, i cisza stała się
niemal dotykalna. Upiorna cisza.
Londyn wpatrywał się we mnie oczodołami pustych, czarnych okien.
Wyobraźnia ukazywała tysiące bezgłośnych, czyhających w mroku wrogów.
Opanował mnie.obłędny strach, przeraziłem się własnego zuchwalstwa. Przede mną
ulica była czarna, jakby zalana smołą, na chodniku dojrzałem jakiś skulony, czarny
kształt. Nie mogłem uczynić ani kroku. Zawróciłem wreszcie i uciekłem co sił od tej
ciszy, prosto przed siebie, ku Kilburn. Do świtu niemal kryłem się ,przed tą nocą w
domku jakiegoś dryndziarza przy Harrow Road. Przed wschodem słońca jednak
odwaga znów powróciła i jeszcze gwiazdy widniały na niebie, gdy zwróciłem kroki
ku Regent's Park. Błąkałem się w labiryncie uliczek, aŜ w końcu dostrze
głem w bladym świetle poranka pagórek Primrose. Na jego szczycie stał
spiętrzony pod niebo, wyprostowany i nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin.
Powziąłem szalone postanowienie. Zginę raz wreszcie i skończy się to
wszystko. Mogę nawet oszczędzić sobie trudu samobójstwa. Podszedłem niedbale
wprost ku olbrzymowi, podchodząc zaś ujrzałem
w coraz jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krąŜących wokół kaptura
i siedzących na nim czarnych ptaków. Na ten widok serce we mnie zabiło Ŝywiej i
rzuciłem się naprzód.
Przedarłem się przez Czerwone Zielsko spowijające St. Edmund's Terrace,
przebrnąłem zalewający mnie do pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z
uszkodzonej stacji pomp i wraz z pierwszymi promieniami słońca stanąłem u podnóŜa
zarosłego trawą zbocza. PotęŜne wały ziemne okalały wierzchołek wzgórza czyniąc
zeń niedostępną twierdzę, największe i zarazem ostatnie obozowisko Marsjan na
Ziemi. Spoza szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu.
Po wale przemknęła rysująca się ostro na tle nieba sylwetka psa. Świtająca
zaledwie w mózgu mym myśl poczęła nabierać cech coraz większej pewności.
Biegnąc pod górę, ku nieruchomemu potworowi, nie odczuwałem lęku, lecz dzikie,
pełne drŜenia uniesienie. Z kaptura zwisało bezsilne brunatne cielsko, a chmary
ptactwa dziobały je i rwały w strzępy.
W mgnieniu oka wdarłem się na wał i stanąłem na jego koronie. Przede mną
leŜała twierdza. Zajmowała ogromną przestrzeń. Tu i ówdzie stały wielkie machin,
leŜały stosy przeróŜnych materiałów, gdzieniegdzie widać było dziwne jakieś,
podobne do ziemianek, schronienia. Dokoła zaś, rozrzuceni po całej twierdzy, jedni w
obalonych Machinach Bojowych, inni w kabinach bezczynnych juŜ Machin
Roboczych, jeszcze inni leŜąc rzędem, sztywno i nieruchomo - spoczywali Marsjanie,
martwi, zabici przez chorobotwórcze i gnilne bakterie, z którymi nie umiały walczyć
ich organizmy. Zginęli, jak zginęło po nich Czerwone Zielsko. Zginęli, gdy zawiodła
cała potęga człowieka, zgładzeni przez malutkie, niewidoczne stworzonka, które
mądrość BoŜa ustanowiła na ziemi.
Stało się to, co i ja, i wielu z nas mogłoby przewidzieć, gdyby umysłów
naszych nie zaślepiło przeraŜenie i groza. Ludzkość olbrzymią spłaciła daninę od
pierwszego dnia swego istnienia tym drobniutkim istotkom. Dzięki jednak doborowi
naturalnemu rodzaj ludzki nabył wielkiej odporności. Nigdy nie ulegaliśmy bez walki,
toteŜ wiele spośród nich; przede wszystkim zaś te, które wywołują gnicie ciał
martwych, nie mogą dziś juŜ nam szkodzić. Na.Marsie jednak nie ma bakterii,
zaledwie więc najeźdźcy
stanęli na Ziemi, zaledwie odetchnęli ziemskim powietrzem i przyjęli ziemski
pokarm, natychmiast nasi mikroskopijni sojusznicy poczęli gotować im nieuchronną
zgubę. Gdy po raz pierwszy patrzyłem na nich, juŜ wówczas byli nieodwołalnie
skazani, umierali i rozkładali się nawet będąc w stałym ruchu. Los ich był
przesądzony. Miliardami śmierci opłacił człowiek swe prawo do Ziemi i nikomu go
nie odstąpi; utrzymałby je wówczas nawet, gdyby Marsjanie dziesięćkroć byli
potęŜniejsi. Bo człowiek Ŝyje i umiera nie na próŜno.
LeŜeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie
samych ogromnej mogile, dotknięci śmiercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich
rodzajów śmierci niepojętą. Ja zaś widziałem jedno tylko oto leŜały przede mną
martwe istoty, tak straszliwe za Ŝycia dla ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, Ŝe to Bóg
uŜalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła śmierci.
Stałem wpatrując się w jamę z sercem bijącym radością, zaś promienie
wschodzącego słońca zapalały dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze
półmrok; potęŜne mechanizmy, tak wielkie i niezwykłe w swej a mocy i złoŜoności,
tak nieziemskie w dziwacznych swych kształtach, wyłaniały się powoli z cienia -
złowróŜbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora psów walczy o rozpostarte w
mrocznej głębi u mych stóp martwe cielska.
Na przeciwległym krańcu jamy leŜała wielka, płaska, szeroka Machina
Latająca, której nie zdąŜyli juŜ wypróbować w gęstej ziemskiej atmosferze. Śmierć
nadeszła w sam czas. Krakanie przyciągnęło mój wzrok ku ogromnej Machinie
Bojowej, która juŜ nigdy nie miała wziąć udziału w Ŝadnym boju, ku szarpanym
dziobami i ptactwa krwawym ochłapom zaściełającym wnętrze kaptura na szczycie
wzgórza Primrose.
Odwróciłem się i spojrzałem w dół, gdzie wiry ptasie okalały tamtych dwu, na
których śmierć patrzyłem wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być
moŜe głosił światu samotną swą mękę, konając ostatni, dopóki maszyneria nie
odmówiła mu posłuszeństwa. W blasku rodzącego się słońca połyskiwały bezsilne juŜ
trójnogie wieŜe z lśniącego metalu.
Dokoła jamy zaś, jakby cudem ocalałe od straszliwej zagłady, leŜało miasto.
Ci, którzy znają Londyn spowity w chmury posępnych dymów, z trudem tylko
potrafią wyobrazić sobie nagą czystość i piękno głuchej ciszy tego oceanu domów.
Na wschodzie, ponad czarnymi ruinami Albert Terrace i rozszczepioną
wieŜycą kościoła, płonęło na bezchmurnym niebie oślepiające słońce.
Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego
promienie tafelki szyb. W blasku tym pięknie i tajemniczo wyglądał nawet sklepiony
skład win koło dworca Chalk Farm, wielkie zajezdnie kolejowe, pocięte czarnymi
zazwyczaj, a dziś, po dwutygodniowej przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami torów.
Na północy leŜały błękitne, zatłoczone domami Kilburn i Hampstead;
zachodnia część miasta kryła się w mgiełce, zaś na południu, w dali, poza
Marsjanami, falowała w słońcu zieleń Regent's Park, jaśniały hotel Langham, kopuła
Albert Hall, Instytut Imperialny i wysokie domostwa przy Brompton Road, dalej zaś
rysowały się mgliście poszarpane ruiny Westminsteru. W błękitnej dali wznosiły się
pagórki Surrey, a wieŜyce Kryształowego Pałacu połyskiwały jak dwa srebrzyste
groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz
dopiero spostrzegłem, iŜ jest uszkodzona, Ŝe z jednej strony zieje w niej głęboka
wyrwa.
Spoglądając na tę niezmierzoną przestrzeń usianą domami, fabrykami i
ś
wiątyniami, cichą teraz i opustoszałą, dumałem o wszystkich nadziejach i wysiłkach,
o niezliczonych zastępach istnień ludzkich, które złoŜyły się na powstanie tego
skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, jakie nad nim zawisło. Kiedy pojąłem,
Ŝ
e cień zagłady rozwiał się juŜ, Ŝe moje ukochane, olbrzymie, martwe w tej chwili
miasto moŜe znów oŜyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się do łez nieomal
Nawałnica ucichła. Zdrowie od dzisiaj juŜ zaczynało powracać. Ci, którzy
przeŜyli, choć rozproszeni po całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw,
Ŝ
ywności, jak owce bez pasterza, te tysiące, które uszły za morza - mogą juŜ
powracać; znów wymarłe dziś ulice i opuszczone skwery zapulsują Ŝyciem. ChociaŜ
wielkiego dokonała zniszczenia - rękę niszczyciela powstrzymano. Wszystkie te
upiorne ruiny, wszystkie sczerniałe szkielety domów patrzące złowrogo na słoneczną
zieleń pagórka mogą wkrótce juŜ wypełnić się gwarem odbudowy, stukotem młotków
i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować Bogu. Za rok,
myślałem, za rok...
I wtedy, dopiero wtedy przygniotła mnie myśl o sobie, o Ŝonie, o dawnym,
pełnym nadziei i uroku Ŝyciu, które odeszło na zawsze.
9 Ocaleni z rozbicia
Teraz nastąpi najdziwniejsza moŜe część mego opowiadania. Choć z drugiej
strony nie jest ona aŜ tak bardzo znów dziwaczna. Pamiętam jasno, Ŝywo i dokładnie
wszystko, co nastąpiło tego dnia, do chwili gdy stanąłem na szczycie wzgórza
Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie pamiętam nic juŜ więcej.
O trzech następnych dniach nie wiem nic zgoła. Później dopiero dowiedziałem
się, Ŝe nie ja pierwszy odkryłem zgubę Marsjan; Ŝe juŜ w nocy dokonało tego kilku
podobnych do mnie wędrowców. Pierwszy z nich, gdy ja kryłem się w domku
doroŜkarza, popędził do St: Martin's - le - Grand i zadepeszował do ParyŜa. Stamtąd
radosna wieść pomknęła w świat i tysiące miast i miasteczek zmartwiałych w
koszmarnym wyczekiwaniu oŜyło gorączką radości; gdy ja stałem nad jamą, o
zagładzie Marsjan wiedziano juŜ w Dublinie, Edynburgu, Manchesterze i
Birminghamie. Ludzie płacząc i krzycząc z radości rzucali pracę, padali sobie w
objęcia, by po chwili pędzić z krzykiem na dworzec i pchać się do szczelnie
wypełnionych, zdąŜających z całego kraju ku Londynowi pociągów.
Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, oŜyły teraz i przesyłając
radosne posłanie rozdzwoniły całą Anglię. Wychudli, brudni, zmęczeni ludzie
podąŜali wszystkimi drogami, pieszo, na bicyklach; wozami, rozgłaszając radosnym
zgiełkiem wieść o niespodzianym ocaleniu. A Ŝywność! Przez kanał La Manche,
przez Morze Irlandzkie, przez Atlantyk płynął strumień ziarna, chleba i mięsa.
Zdawało się, Ŝe wszystkie okręty świata skierowano do Londynu. Ja jednak nic z tego
nie pamiętam. Błąkałem się bez celu jak oszalały. Znalazłem się wreszcie wśród
dobrych jakichś ludzi, którzy napotkali mnie na trzeci dzień, płaczącego i
nieprzytomnego, krąŜącego uliczkami w pobliŜu St. John's Wood. Opowiadali mi
później, Ŝe wyśpiewywałem coś bez sensu o "ostatnim Ŝyjącym człowieku". Mając
niemało własnych kłopotów, ludzie ci, których nazwiska nawet nie mogę tu
przytoczyć, choć usilnie pragnę wyrazić im swą wdzięczność, zajęli się mną
troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej teŜ dowiedzieli
się coś niecoś o tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów.
Gdy wróciłem juŜ całkowicie do zmysłów, opowiedzieli mi bardzo ostroŜnie
to, czego udało im się tymczasem dowiedzieć o losie Leatherhead. Dwa dni po mym
uwięzieniu zostało ono zniszczone przez Marsjan, przy czym nikt nie ocalał. Zmietli
je po prostu z powierzchni Ziemi, ot tak
sobie, bez Ŝadnej przyczyny, jak chłopcy, którzy z nadmiaru sił Ŝywotnych
rozwalają czasem mrowisko.
Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo
smutny, oni zaś opiekowali się mną. Po powrocie do zdrowia pozostałem u nich
jeszcze przez cztery dni. Ciągle jednak czułem, Ŝe pcha mnie jakaś siła, by choć raz
jeszcze spojrzeć na szczątki Ŝycia, które tak przecieŜ niedawno wydawało mi się jasne
i szczęśliwe. Usiłowali powstrzymać mnie. Było to, ich zdaniem, niepotrzebne
rozdrapywanie nie zaschłych jeszcze ran. Robili, co było w ich mocy, aby odwrócić
me chorobliwe myśli od tej wyprawy w przeszłość. W końcu nie mogłem jednak
oprzeć się ślepemu -nakazowi wewnętrznemu i; obiecując niezawodnie powrócić,
opuściłem ze łzami w oczach mych czterodniowych przyjaciół, by znów wyjść na
puste tak jeszcze niedawno, obce i nieme ulice.
Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte,
widziałem nawet wodę zdatną do picia, bijącą z ulicznych wodotrysków"
Pamiętam, jak szyderczo jaśniało słońce, gdy. rozpoczynałem smutną tną
pielgrzymkę do domku w Woking, jakie oŜywione, ruchliwe było miasto dokoła.
Uwijało się tu takie mnóstwo zajętych czymś, ludzi, Ŝe niewiarygodną .wprost
wydawała się niedawna śmierć tylu ich tysięcy. Twarze były poŜółkłe, włosy w
nieładzie, oczy szeroko rozwarte i jakby wyblakłe, większość zaś odziana była w
łachmany. Lecz na wszystkich tych twarzach, we wszystkich oczach dwa wyczytałbyś
tylko uczucia: podniecenia i zawziętej energii - lub posępnej determinacji. Gdyby nie
to, Londyn byłby w tych dniach miastem włóczęgów. Na ulicach rozdzielano hojnie
chleb nadesłany z Francji. Nielicznym koniom znać było wszystkie Ŝebra. Na rogach
ulic stali juŜ policjanci. Zniszczenia poczynione przez Marsjan ujrzałem dopiero na
ulicy Wellingtona, tam teŜ spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach
mostu Waterloo.
U wejścia na most zauwaŜyłem, jakŜe charakterystyczny dla tych
groteskowych dni, dziwaczny obrazek. Do gęstwy Czerwonego Zielska przypięty był
patykiem arkusz papieru, świeŜo wydany numer Daily Mail, pierwszy, jaki ukazał się
po wielu dniach przerwy. Znalazłem w kieszeni sczerniałego szylinga i kupiłem
gazetę. Wydawca nie zapełnił całego numeru, większa część szpalt pozostała nie
zadrukowana, ostatnią zaś stronę wypełniały dawne jeszcze reklamy i ogłoszenia. W
gazecie znalazłem jedynie oddane drukiem wraŜenia piszącego, agencje prasowe
widocznie nie podjęły jeszcze pracy. Nie dowiedziałem się niczego nowego ponad to,
Ŝ
e juŜ po tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Mars
jan osiągnięto zadziwiające wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co
zresztą nie uwierzyłem, Ŝe poznano juŜ tajemnicę lotu. 7. dworca Waterloo
odchodziły pociągi przewoŜące bezpłatnie ludność do domów. Pierwsza fala
powracających spłynęła juŜ parę dni temu. W pociągu niewielu było pasaŜerów, ja zaś
nie miałem nastroju do rozmów, toteŜ usiadłem w pustym przedziale i patrzyłem,
skrzyŜowawszy ręce na piersiach, na mknącą za oknem, skąpaną w słońcu panoramę
zniszczeń. TuŜ za stacją pociąg biegł powoli po prowizorycznie ułoŜonych torach, po
obu zaś stronach ciągnęły się sczerniałe ruiny domów. AŜ do Clapham, mimo
dwudniowego deszczu i burzy, Londyn pokryty był osadem Czarnego Dymu: W
Clapham tory były uszkodzone. Setki bezrobotnych sklepikarzy i urzędników ramię w
ramię z kolejarzami trudziło się przy ich naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na
złączach pośpiesznie ułoŜonych. szyn.
Cała okolica wzdłuŜ toru wyglądała niezwykle i smętnie. Wimbledon ucierpiał
szczególnie. Najmniej, zdawało się, ucierpiał Walton, przynajmniej las otaczający go
nie był spalony. Rzeczki Wandle i Mole, a takŜe kaŜdy, najmniejszy nawet
strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego Zielska, to podobnego do stosu
mięsiwa w jatce, to znów do poszatkowanej fioletowej kapusty. Sosnowe lasy Surrey
wydawały się uschłe, tak rozpleniło się tam Czerwone Pnącze. Za Wimbledonem, w
pobliŜu toru, widać było zwały ziemi wokół szóstego walca. Stało tam mnóstwo ludzi
przyglądających się pracy saperów. Nad nimi trzepotała wesoło na porannym
wietrzyku chorągiew narodowa. Całą okolicę pokrywała karmazynowa roślinność,
raŜąc boleśnie oko purpurowym odcieniem. Spojrzenie umęczone nieustanną
szarzyzną zgliszcz i posępną czerwienią roślin szukało ukojenia w łagodnych
zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz.
Dojazd do Woking od strony Londynu nie został jeszcze naprawiony, toteŜ
wysiadłem w Byfleet i poszedłem gościńcem do Maybury. Minąłem po drodze
miejsce, gdzie rozmawialiśmy wraz z artylerzystą z patrolem huzarów, potem to, w
którym ujrzałem wśród burzy pierwszego Marsjanina w Bojowej Machinie. Pchnięty
ciekawością zboczyłem nieco, by w plątaninie czerwonego listowia odnaleźć
przewróconą bryczkę i zbielałe, obgryzione, rozwleczone dokoła końskie kości.
Długo przyglądałem się tym szczątkom...
Zagłębiłem się w las i brnąc miejscami po szyję w Czerwonym Zielsku
zobaczyłem, iŜ oberŜysta został juŜ pochowany; mijając College Arms zbliŜyłem się
wreszcie do domu. Jakiś stojący w rozwartych drzwiach swej willi męŜczyzna powitał
mnie, gdy go mijałem, po nazwisku.
Rzuciłem na nasz domek pełne nadziei spojrzenie, zgasła ona jednak
natychmiast. Drzwi były wywaŜone, nie domknięte i podchodząc dostrzegłem,jak
porusza nimi i trzaska przeciąg.
W otwartym oknie gabinetu, przez które wyglądałem wówczas, aŜ do świtu,
wraz z artylerzystą, powiewały franki. Nikt od tego czasu go nie zamknął. Połamane
krzewy wyglądały tak samo jak wtedy, cztery bez mała tygodnie temu, gdy
odchodziłem. Wszedłem do przedpokoju po to tylko, by wszystkimi zmysłami odczuć
beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam gdzie przemoczony burzą
siedziałem bezsilnie w ową okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. Na stopniach
zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp.
Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz
papieru, na którym kreśliłem mą rozprawkę w tym właśnie dniu, gdy otworzył się
pierwszy walec. Długo stałem odczytując po wielekroć dawno juŜ zapomniane zdania.
Pisałem wówczas o tym, jak będzie prawdopodobnie rozwijać się nasza moralność w
miarę rozwoju cywilizacji; ostatnie zaś słowa były początkiem przepowiedni: "Za
jakieś dwieście lat" napisałem "moŜemy oczekiwać..." w tym miejscu zdanie urywało
się. Wspomniałem, jak nie udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak rzuciłem
wszystko i zbiegłem na dół, by nabyć u gazeciarza Daily Chronicle. Wspomniałem,
jak pędziłem do furtki, gdy nadchodził, i jak słuchałem dziwacznej historii o
"ludziach z Marsa". Zszedłem na dół i stanąłem w jadalni. Na stole leŜał chleb i
baranina zupełnie juŜ zepsuta, i przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak
pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc z domu. Mieszkanie było puste. Pojąłem,
jakim szaleństwem była tak długo piastowana nikła nadzieja. Raptem zaszło coś
dziwnego.
- To nie ma przecieŜ sensu - rozległ się czyjś głos- dom jest opuszczony. JuŜ
od dawna nie ma w nim nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt
prócz ciebie nie ocalał.
ZadrŜałem. Czy to ja sam myślałem na głos? Zwróciłem się ku szerokiemu
francuskiemu oknu, wychodzącemu do ogrodu, zbliŜyłem się doń i wyjrzałem.
I oto nie mniej ode mnie zdziwieni i zalęknieni stali tam kuzyn mój i Ŝona -
pobladła - powstrzymująca łzy. Na mój widok krzyknęła słabo.
- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam...
Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w
ramiona.
10 Epilog
Mogę tylko Ŝałować; iŜ teraz, kończąc juŜ mą opowieść, tak niewiele
wniosłem do dyskusji nad licznymi nie rozwiązanymi, jak dotąd, zagadnieniami.
Krytyk obawiam się z jednego tylko względu. Oto właściwą mą dziedziną jest
filozofia. Wiedzę o fizjologii porównawczej zaczerpnąłem z paru zaledwie ksiąŜek,
lecz twierdzenia Carvera o przyczynach nagłej zguby Marsjan wydają się tak
prawdopodobne, iŜ mogą być uznane za pewnik. Stwierdziłem to juŜ zresztą w toku
opowiadania.
W kaŜdym razie w ciałach Marsjan badanych po wojnie nie wykryto Ŝadnych
innych drobnoustrojów prócz gatunków znanych, dotychczas na Ziemi. To, Ŝe
przybysze nie grzebali swych zmarłych, jak i to, Ŝe niedbale obchodzili się ze
zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, równieŜ wskazuje na całkowitą
nieznajomość procesów gnilnych. Trzeba jednak stwierdzić, iŜ przy całym swym
prawdopodobieństwie wnioski te nie zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone.
Nie jest równieŜ znany skład chemiczny Czarnego Dymu uŜywanego z tak
straszliwym skutkiem przez Marsjan. Zagadką pozostało takŜe i źródło Snopa Gorąca.
Okropne wypadki, jakie wydarzyły się w laboratoriach w Ealing i South Kensington,
powstrzymały fizyków od dalszych.z nimi doświadczeń. Analiza spektralna czarnego
pyłu wykazała nieomylnie obecność nieznanego pierwiastka, dającego trzy lśniące
linie w zielonym polu widma, przy czym moŜliwe jest, iŜ łączy się on z argonem
wytwarzając związek oddziałujący zabójczo na któryś ze składników krwi. Te jednak
nie udokumentowane niczym rozwaŜania nie zainteresują zapewne zwykłego
czytelnika, dla którego przeznaczyłem tę opowieść. Nie zbadano równieŜ brązowej
piany spływającej do morza Tamizą po zniszczeniu Machiny Bojowej pod
Shepperton, teraz zaś jest juŜ oczywiście za późno.
Wyniki badań anatomicznych resztek Marsjan pozostawionych przez
wygłodniałe psy przedstawiłem juŜ wcześniej. KaŜdy jednak moŜe zapoznać się ze
wspaniale zachowanym w spirytusie, nie uszkodzonym okazem w Muzeum
Przyrodniczym jak równieŜ z niezliczonymi rysunkami i fotografiami tego okazu; dla
fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające. '
Znacznie waŜniejsze i ogólniejsze natomiast jest pytanie, -czy naleŜy liczyć się
z moŜliwością ponownego najazdu Marsjan. Nie wydaje mi się, by sprawie tej
poświęcono, jak dotąd, naleŜytą uwagę. W tej chwili.odle
głość od Marsa jest ogromna, przy kaŜdej jednak opozycji ja przynajmniej
oczekuję nowych z ich strony prób. W kaŜdym zaś razie winniśmy być do tego
przygotowani. Sądzę, Ŝe da się z wielką dokładnością ustalić połoŜenie działa, które
oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie obserwować tę część-planety, by
zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu.
MoŜna by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii
walce, jeszcze zanim ostygną na tyle, by Marsjanie mogli się z nich wydostać, lub teŜ
wybić ich za pomocą granatów natychmiast po odkręceniu się śruby. Wydaje mi się,
Ŝ
e stracili oni jednak, i to bezpowrotnie, tę wielką nad nami przewagę, jaką dało im
przy pierwszym na nas najeździe zaskoczenie. Być moŜe, iŜ pogląd ich jest podobny
do mego.
Lessing ma dostateczne podstawy, by twierdzić, iŜ Marsjanom udało się
dokonać lądowania na Wenus. Przed siedmiu miesiącami Mars był w opozycji z tą
planetą i wówczas to właśnie astronomowie dostrzegli na nie oświetlonej jej części,
zwróconej ku Marsowi, szczególne sinusoidalnego kształtu znaki świetlne i
równocześnie niemal takie same znaki dostrzeŜono na fotografiach Marsa. Wystarczy
porównać zdjęcia obu tych tarcz, aby zadziwiające podobieństwo znaków stało się
zupełnie oczywiste.
W kaŜdym bądź razie, czy moŜemy spodziewać się ponownego najazdu, czy
teŜ nie - nasz pogląd na przyszłe losy ludzkości musi pod wpływem niedawnych
wypadków ulec gruntownej zmianie. Nauczyły nas one, Ŝe nie wolno uwaŜać naszego
globu za całkowicie bezpieczne schronienie; nigdy przecieŜ nie da się przewidzieć,
jakie nieznane, dobre czy złe, istoty mogą spaść do nas z międzyplanetarnych
przestrzeni. MoŜna jednak stwierdzić, iŜ w ostatecznym rozrachunku najazd Marsjan
przyniósł ludzkości wiele korzyści. Odebrał nam bowiem to nieuzasadnione
zadufanie, które zazwyczaj staje się przyczyną upadku. Przyniósł równieŜ w darze
naszej wiedzy rzeczy nowe i niezwykłe i przyczynił się do powaŜnego wzrostu
poczucia wspólnoty na Ziemi. Być moŜe, iŜ poprzez gwiezdne przestrzenie Marsjanie
widzieli los swych wysłanników i dobrze pojęli tę lekcję, być moŜe takŜe, iŜ na
Wenus znaleźli bardziej sprzyjające warunki bytowania. Niech sobie zresztą będzie,
co chce, lecz przez wiele jeszcze lat nie zniknie napięcie, z jakim obserwować będą
tu, na Ziemi, tarczę Marsa i spadające gwiazdy, które w tamtych okrutnych dniach
przyniosły ludzkości tyle nieszczęść.
Trudno równieŜ przecenić wpływ najazdu na rozszerzenie się naszych
.horyzontów myślowych. Zanim pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne
przeświadczenie, iŜ w całym nieobjętym wszechświecie tylko
na malutkiej naszej Ziemi kwitnie Ŝycie. Dziś wiemy juŜ znacznie więcej. Jeśli
Marsjanie potrafili dotrzeć do Wenus, nie ma podstaw, by sądzić, Ŝe nie potrafi
dokonać tego takŜe i człowiek, gdy zaś powolne stygnięcie Słońca sprawi, iŜ na Ziemi
nie będzie juŜ moŜna Ŝyć dłuŜej, co przecieŜ nieuchronnie musi kiedyś nastąpić, być
moŜe trzeba będzie przenieść potok ziemskiego Ŝycia na siostrzaną planetę. Czy
dokonamy tego?
Mglista i wspaniała jest wizja, jaką stworzył mój umysł, wizja Ŝycia
przenoszonego stopniowo z malutkiego zarodka, jakim jest nasz Układ Słoneczny, aŜ
w najodleglejsze krańce wszechświata. Odległe to jeszcze marzenie. ś drugiej jednak
strony niewykluczone, iŜ zagłada pierwszych Marsjan odroczyła tylko naszą zgubę.
Do nich, być moŜe, nie do nas naleŜy przyszłość.
Muszę wyznać, iŜ groza i burzliwość tamtych czasów pozostawiły w mym
umyśle zwątpienie i niepewność. Bywa, iŜ siedząc przy świetle lampy nad pracą w
cichym gabinecie, dostrzegam gdzieś w dole, przed sobą, rozległą równinę pokrytą
wijącymi się płomieniami, za plecami zaś czuję pustkę i samotność domu. Wychodzę
na gościniec do Byfleet, mijają mnie pojazdy, wóz rzeźnika, bryczka pełna gości,
robotnik na rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle wszystko to roztapia się we
mgle, staje się nierzeczywiste i wydaje mi się, Ŝe idę z artylerzystą przez upalną, pustą
ciszę. Nocami widuję czarny kurz pokrywający ulice i poskręcane dziwacznie,
spowite kirem pyłu trupy. Schodzą się całymi gromadami, straszne, poszarpane przez
psy, mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne
, ja zaś budzę się zmęczony, zlany potem, wpatrzony niewidzącymi oczami w
ciemność nocy.
Jadę do Londynu i ruchliwe, pełne Ŝycia Fleet Street i Strand znów widzę jako
ciche, wymarłe zaułki. Snują się wokół upiory przeszłości, martwe cienie, szydzące z
oŜywionego dziś miasta. Jak dziwnie jest stanąć na szczycie wzgórza Primrose, a
uczyniłem to właśnie wczoraj, przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na morze
domków spowite niebieską mgiełką dymów, zlewające się z chmurnym, nawisłem
nisko niebem, patrzeć na spacerujących beztrosko pośród kwietników ludzi, na
gapiów podziwiających do dziś stojące tam machiny Marsjan, przysłuchiwać się
hałaśliwym igraszkom dzieci i wspominać chwile, gdy patrzyłem na Londyn, taki
jasny, tak wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim
dniu.
Najdziwniejsze zaś - to móc znowu trzymać dłoń mej Ŝony i wspominać
chwile, gdy oboje myśleliśmy o sobie jako o ludziach martwych.
Spis rzeczy
Księga pierwsza
Przybycie Marsjan
1 W przededniu wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . 7
2 Spadająca gwiazda . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12
3 świrowisko pod Horsell. . . . . . . . . . . . . . . 15
4 Walec otwiera się . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17
5 Snop Gorąca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20
6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham. . .- . . . . : 23
7 Jak dotarłem do domu . . . . . . . . . . . . . . . 25
8 Piątkowa noc. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28
9 Walka rozpoczyna się . . . . . . . . . . . . . . . . 30
10 Nawałnica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35
11 U okna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40
12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 44
13 Jak spotkałem się z wikarym . . . . . . . . . . . . 52
14 W Londynie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57
15 Co stało się w Surrey . . . . . . . . . . . . . . . . 65
16 Ucieczka z Londynu. . . . . . . . . . . . . . . . . 71
17 Dziecię Gromu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81
Księga druga
Ziemia we władzy Marsjan
1 Zdeptani . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 90
2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach. . . . . . . . 96
3 Dni więzienne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103
4 Śmierć wikarego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 108
5 Cisza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111
6 Trud dni piętnastu. . . . . . . . . . . . . . . . . . 113
7 Człowiek ze wzgórza pod Putney . . . . . . . . 116
8 Londyn wymarły. . . . . . . . . . . 129
9 Ocaleni z rozbicia . . . . . . . . 136
10 Epilog . . . . . . . . . . . . . 140
(scaned by MarcinW®)