background image

R

O

Z

D

Z

I

A

Ł 

3

 

POSZŁAM DO MOJEGO pokoju o dziesi

ą

tej. Tori ju

Ŝ

 tam była, skupiona na Hrabi 

Monte Cristo. Nie zrobiła nic wi

ę

cej ni

Ŝ

 machniecie r

ę

k

ą

, dopóki nie sko

ń

czyła  

rozdziału. Rozmawiały

ś

my przez chwil

ę

. O niczym wa

Ŝ

nym. Tylko rozmawiały

ś

my, 

staraj

ą

c si

ę

 by

ć

 spokojne, podczas gdy modliły

ś

my si

ę

 by czas, przy

ś

pieszył. Ju

Ŝ

 

prawie. Jeszcze tylko kilka godzin … 
 
Derek  powiedział, 

Ŝ

e Andrew nigdy nie idzie do łó

Ŝ

ka przed północ

ą

. Je

Ŝ

eli 

chcieli

ś

my dosta

ć

 go po tym, jak twardo za

ś

nie, musieli

ś

my poczeka

ć

 co najmniej do 

drugiej. 
 
O dziwo, zasn

ę

łam, i to tak zdrowo, 

Ŝ

e nie słyszałam budzika w zegarku który dał mi 

wcze

ś

niej Derek. Obudziłam si

ę

 gdy Tori potrz

ą

sała mnie za r

ę

k

ę

 gdy drug

ą

 

próbowała wył

ą

czy

ć

 budzik. 

 
Ziewn

ę

łam i mocno zamrugałam. 

 
- Uciekaj

ą

c po tym, jak ledwie spała

ś

 przez ostatni tydzie

ń

 nie jest dobrym 

pomysłem,- powiedziała. -Na szcz

ęś

cie, przewidziałam to. 

 
Otworzyła puszk

ę

 coli i wr

ę

czyła mi ja. 

 
- Nie tak dobre jak kawa - powiedziała. -Ale mog

ę

 si

ę

 zało

Ŝ

y

ć

  

Ŝ

e nie pijesz kawy, 

prawda? 
 
 Potrz

ą

sn

ę

łam głowa, gdy wypiłam łyk. 

 
- Dzieci- powiedziała, przewracaj

ą

c oczami. 

 
Drzwi otwarty si

ę

 i wbiegł Simon. 

 
- Przepraszam?- powiedziała Tori. 
 
- Derek - powiedział do mnie - Nie mog

ę

 go obudzi

ć

 
 Wbiegli

ś

my od pokoju. Derek nadal  był w łó

Ŝ

ku, rozci

ą

gni

ę

ty, kołdra spadła na 

podłog

ę

. Le

Ŝ

ał na brzuchu  maj

ą

cym na sobie tylko bokserki. 

 
Potrz

ą

sn

ę

łam jego rami

ę

. Moje palce były chłodne od puszki, ale on nadal si

ę

 nie 

ruszał. 
 
- Oddycha - szepn

ą

ł Simon – tylko si

ę

 nie obudzi. 

 
Tori podeszła do łó

Ŝ

ka. Katem oka, widziałam, 

Ŝ

e przygl

ą

da mu si

ę

 raz za razem. 

 
- Wiesz, pod tym kontem, wcale nie wygl

ą

da tak 

ź

le -  powiedziała. 

 
Spojrzałam na ni

ą

background image

 
- Tylko mówi

ę

 … 

 
 Pochyliłam si

ę

 nad Derekiem, mówi

ą

c do niego tak gło

ś

no jak tylko si

ę

 o

ś

mieliłam. 

 
- Osobi

ś

cie, bardziej jestem typem uciekaj

ą

cej dziewczyny – powiedziała Tori -Ale, 

je

Ŝ

eli wolisz typ ochraniaj

ą

cy, to jest… 

 
Moje gro

ź

ne spojrzenie uciszyło j

ą

 
- Zasłaniasz mi 

ś

wiatło -  powiedziałam, machaj

ą

c by przeszła na bok. 

 
- Umiesz pierwsz

ą

 pomoc, Chloe? 

 
 Potrz

ą

sn

ą

łem głowa. 

 
- Wtedy ty zasłaniasz mi 

ś

wiatło. Uciekaj.   

 
Przepo

ś

ciłam j

ą

. Sprawdziła Derekowi puls i jego oddech, mówi

ą

c, 

Ŝ

e oba wydaja si

ę

 

w porz

ą

dku, nast

ę

pnie pochyliła si

ę

 w dół do jego twarzy. 

 
- Nic dziwnego w jego oddechu. Zapachy … jakby pasty do z

ę

bów. 

 
 Oczy Dereka otworzyły si

ę

 i pierwsz

ą

 rzecz

ą

, któr

ą

 zobaczył była pochylona nad nim 

twarz Tori. Odskoczył i zakl

ą

ł. 

 
Simon zachichotał. Szybko machn

ę

łam do niego by był cicho. 

 
- Dobrze si

ę

 czujesz? – Spytałam Derek'a. 

 
- Teraz ju

Ŝ

 tak – powiedział  Simon – Po tym jak Tori przyprawiła go o zawał serca. 

 
- Nie mogli

ś

my ci

ę

 obudzi

ć

 - powiedziałam. -Tori upewniała si

ę

 czy wszystko z Tob

ą

 

dobrze. 
 
Nadal mrugał, zdezorientowany. 
 
- Mam col

ę

 w moim… -  zacz

ę

łam. 

 
- Pójd

ę

 po ni

ą

 – powiedziała Tori. 

 
Obróciłam si

ę

 do Derek'a. Nadal mrugał. 

 
- Derek? 
 
- Tak - wymamrotał, jakby mówił przez 

ś

cian

ę

, zdziwił si

ę

 i odchrz

ą

kn

ą

ł. 

 
- Jak si

ę

 czujesz ? - Spytałam. 

 
- Zm

ę

czony. Musiałem mocno spa

ć

background image

 
- Jak skała - powiedział Simon. 
 
- Czujesz si

ę

 podpity?- Spytałam. 

 
- Tak - znów si

ę

 zdziwił - Co jadłem zeszłej nocy? 

 
 Przeleciał mnie chłód. - Twoje usta s

ą

 wyschni

ę

te? 

 
- Tak- zakl

ą

ł i podniósł si

ę

 
Chwyciłam col

ę

 od Tori, gdy  wróciła. – Został u

ś

piony. 

 
- U

ś

piony? -  Simon umilkł tylko na sekund

ę

, nast

ę

pnie powiedział, -Andrew. 

 
- Bior

ę

 nasze torby,- powiedziała Tori - Wzi

ę

ły

ś

my je do naszych pokoi zeszłej nocy, 

boj

ą

c si

ę

Ŝ

e mogliby je znale

źć

 w szafie na dole. 

 
Podeszłam do Dereka gdy pił duszkiem reszt

ę

 coli. 

 
-Andrew przyniósł nam cole wieczorem, przed snem. - powiedział Simon, gdy brał 
swoj

ą

 torb

ę

 
- I powiedział, która jest Dereka? 
 
- Nie musiał. Moja zawsze jest dietetyczna. 

 

Patrzyłam na Dereka poniewa

Ŝ

 przetarł r

ę

k

ą

 usta. – Ju

Ŝ

 lepiej? 

 
- Tak. Tylko pozwól mi si

ę

 ubra

ć

 

Dlaczego Andrew u

ś

pił Dereka? Czy chcieli przyj

ść

 po niego dzi

ś

 wieczorem? Lub  

nasza paranoja dobrze argumentowana i grupa wiedziała dokładnie, co 
kombinowali

ś

my? Tak czy owak, nasz najlepszy wojownik był niesprawny. 

 
- Zostan

ę

 z Derekiem -  powiedziałam. - Simon, mo

Ŝ

esz kry

ć

 Tori i dosta

ć

 si

ę

 do 

pokoju Andrewa? 

 

Zerkn

ą

ł na Dereka dla potwierdzenia. Derek mrugn

ą

ł mocno, skupiaj

ą

c si

ę

Ŝ

eby 

wyrówna

ć

  niewyra

ź

ny obraz, -Tak. Zrób to. 

 
-Ale uwa

Ŝ

aj, - powiedziałam. - Jest du

Ŝ

a szans

ą

Ŝ

e Andrewa nie ma w łó

Ŝ

ku. 

 

Wrócili dziesi

ęć

 minut pó

ź

niej. 

 
- Niema go – szepn

ą

ł Simon. 

 

- Co? 
 
- Nigdzie nie ma po nim 

ś

ladu – potwierdziła Tori - Ci

ęŜ

arówka jest na zewn

ą

trz, ale 

w domu nie pala si

ę

 

Ŝ

adne 

ś

wiatła. 

background image

 
- Jego buty tez znikn

ę

ły – powiedział  Simon. 

 
- Spotkał si

ę

 z kim

ś

 - szepn

ę

łam. - Kto

ś

 musi tu przyj

ść

, by zabra

ć

 Dereka i Andrew 

jest na zewn

ę

trzny z nim, próbuj

ą

c uzgodni

ć

 jak to zrobi

ć

 
- Lub został zabrany – powiedziała  Tori. 

 

Derek potarł twarz, i ostro potrz

ą

sn

ą

ł głowa - Zapomnij o Andrewie. Po prosu 

uciekajmy i b

ą

d

ź

my ostro

Ŝ

ni. 

 
Simon wsadził r

ę

k

ę

 pod ramie Dereka wbrew jego protestom. Niosłam torb

ę

 Dereka  

jak równie

Ŝ

 własna; Tori miała torb

ę

 Simona. 

 
Spojrzeli

ś

my w dół ciemnego korytarza. Teodoryk w

ę

szył. Ostatni 

ś

lad Andrewa był 

stary, co znaczyło, 

Ŝ

e nie wchodził na pi

ę

tro po przyniesieniu coli. Derek stan

ą

ł na 

szczycie głównych schodów i słuchał, wtedy potrz

ą

sn

ą

ł głow

ę

ś

adnego d

ź

wi

ę

ku na 

dole. 
 
Zmierzali

ś

my do schodów, które prowadziły na tył domu, znale

ź

li

ś

my je wcze

ś

niej 

zakładaj

ą

c, 

Ŝ

e prawdopodobnie korzystała z nich słu

Ŝ

ba. To było jedyne miejsce, 

którego Tori nie wyczy

ś

ciła —a ni nikt inny od lat, najwidoczniej, musiałam zakry

ć

 

nos  i usta  przed kurzem by nie kichn

ąć

 
Kiedy zeszli

ś

my na dół, byłam na przedzie, Tori na prawo za mn

ą

 a Simona 

pomagaj

ą

cy Derekowi w tyle. Schody ko

ń

czyły si

ę

 drzwiami. Obróciłam wolno gałk

ę

próbuj

ą

c by

ć

 cicho. Skr

ę

ciła si

ę

 w połowie, i zatrzymała. Pchn

ę

łam Drzwi nie ruszyły 

si

ę

 
 Tori naparła ramieniem po mnie. - Zamkni

ę

te -  szepn

ę

ła – mówiłam wam... 

 
- Sprawdziłem wszystkie drzwi zeszłej nocy- powiedział, Simon  - Zrobili

ś

my to. Były 

otwarte. 
 
- Przesu

ń

cie si

ę

 -   wymamrotał Derek, jego głos nadal był przytłumiony. 

 

Ś

cisn

ę

li

ś

my si

ę

 na bok. Chwycił gałk

ę

 i zamek p

ę

kł, sprawiaj

ą

c, 

Ŝ

e wzdrygn

ę

łam si

ę

 

od hałasu. 
 
Schody otworzyły si

ę

 do ciemno

ść

, pokój o niskim stropie. Stara spi

Ŝ

arnia lub co

ś

 

takiego. Tori o

ś

wiecała j

ą

 latarka. Pokój był brudny i pusty— dlatego nie  u

Ŝ

ywano 

tych schodów. Tym razem, Tori była pierwsza przy kolejnych drzwiach. Wiedziałam, 
co odkryje zanim nawet to powiedziała. 
 
- Zamkni

ę

te. 

 

- Powa

Ŝ

nie? - szepn

ą

ł  Simon 

 
Derek podszedł, ju

Ŝ

 przebudzony. Skr

ę

cił gałk

ę

 i, znów, zamek p

ę

kł. Energicznie 

szarpn

ą

ł drzwi. Nie ruszyły si

ę

. Poci

ą

gn

ą

ł mocniej, sprawiaj

ą

c, 

Ŝ

e zawiasy zaj

ę

czały. 

background image

 
- Zakl

ę

cie zamkni

ę

cia -  powiedział głos za nami 

 
Obrócili

ś

my si

ę

, gdy Andrew wyszedł z klatki schodowej. Palce Simona poleciały ku 

górze by rzuci

ć

 zakl

ę

cie zatrzymania. Derek odwrócił si

ę

, by ruszy

ć

 do ataku. 

Andrew machn

ą

ł  r

ę

k

ę

 do mnie. Iskry poleciały z jego palców. Simon i Derek 

zatrzymali si

ę

 jednocze

ś

nie. 

 
Andrew posłał skrzywiony u

ś

miech. - Pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e to mo

Ŝ

e si

ę

 przyda

ć

. Simon, 

wiesz, jak to jest. Wszystkie zakl

ę

cia mam przygotowane od obiadu. Pó

ź

niej 

potrzebne jest tylko słowo, by sko

ń

czy

ć

 
- J-jaki rodzaj zakl

ę

cia? - Szepn

ę

łam, zahipnotyzowana przez iskry skacz

ą

ce do 

mnie. 
 

Ś

miertelny - powiedział  Andrew. 

 

Derek warkn

ą

ł. Prawdziwe warczenie, wilcze, które sprawiło, 

Ŝ

e włosy na mojej szyi 

stan

ę

ły . 

 
Z drugiej strony, Tori mówiła co

ś

 do mnie. Nie mogłam tego zrozumie

ć

, ale 

domy

ś

liłam si

ę

Ŝ

e ostrzegała mnie, przed rzuceniem zakl

ę

cia. 

 
- Nie,- powiedział Derek, słowo było prawie warczeniem. Jego spojrzenie utkwione 
było  w Andrewie i my

ś

lałam, 

Ŝ

e  rozmawia z nim, ale wtedy jego oczy 

ś

lizgn

ę

ły si

ę

 w 

stron

ę

 Tori. 

  
- Nie. 
 
- Posłuchaj Dereka -  powiedział Andrew  - Je

Ŝ

eli wydawałoby mu si

ę

Ŝ

e jest 

jakimkolwiek sposób dopadni

ę

cia mnie zanim rzuc

ę

 zakl

ę

cie, zrobiłby to sam. Tori, 

sta

ń

 przede mn

ą

, prosz

ę

, bym mógł widzie

ć

 twoje usta. Simon, usi

ą

d

ź

 na r

ę

kach. 

Derek? 

 

 Spojrzałam na Dereka. Jego spojrzenie zostało utkwione w Andrewie, płon

ę

ło, 

mi

ęś

nie jego szcz

ę

ki napinały si

ę

. Andrew powtórzył jego imi

ę

, ale wydawało si

ę

  

Ŝ

nie słyszy, pi

ęś

ci zwijały i rozlu

ź

niały po jego bokach 

 
Derek -  powiedział Andrew, ostrzej. 

 

- Co?-  Kolejne warczenie wyszło za słowa. 

 

Andrew wzdrygn

ą

ł si

ę

, wtedy zaparł si

ę

 i chwycił go za ramiona. -Obró

ć

 si

ę

 
- Nie. 
 
Derek. 

 

Derek tylko gro

ź

nie popatrzył. Wtedy pochylił głow

ę

 i nie widziałem jego wyrazu 

twarzy, ale co

ś

 w tym sprawiało, 

Ŝ

e Andrew si

ę

 cofn

ą

ł, tylko troch

ę

. Jego jabłko 

Adama hu

ś

tało si

ę

. Spróbował znów si

ę

 wyprostowywa

ć

, spróbował spotyka

ć

 

background image

spojrzenie Dereka, ale nie mógł tego osi

ą

gn

ąć

. Jego palce wygi

ę

ły si

ę

, iskry skakały 

gdy przygotowywał zakl

ę

cie zatrzymania. 

 
- Derek? -  Szepn

ę

łam. - Prosz

ę

. Nie rób tego. 

 

Drgn

ą

ł na d

ź

wi

ę

ku mojego głosu, trac

ą

c kontakt z Andrewem i w tej sekundzie, jego 

postawa zmienia si

ę

, obraz wilka znikał, powracał Derek. 

 
- Zrób, co mówi,- powiedziałam. - Prosz

ę

 

Kiwn

ą

ł głow

ą

 i wolno obrócił si

ę

, staj

ą

c przodem do 

ś

ciany. 

 
- Dzi

ę

kuje - powiedział Andrew. - Miałem nadziej

ę

 unikn

ąć

 tego, ale domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e nie doceniłem dawki. Nie chc

ę

 cie zrani

ć

, Derek. Dlatego cie u

ś

piłem. Nie chc

ę

 

zrani

ć

 

Ŝ

adnego  z was. Jestem tu, by cie ochroni

ć

. Zawsze byłem. 

 

Simon parskn

ą

ł. -Tak, jasne nie chcesz zrani

ć

 Dereka. Poprosiłe

ś

 te wilkołaki, 

Ŝ

eby 

zabiły go delikatnie, prawda? 
 
- Nie chciałem zabi

ć

 Dereka. 

 

- Nie, wynaj

ą

łe

ś

 kogo

ś

  by to zrobił Jeste

ś

 zbyt du

Ŝ

ym tchórzem, by spojrze

ć

 mu w 

twarz i poci

ą

gn

ąć

 za spust. Lub by

ć

 mo

Ŝ

e to był ten bałagan, o który si

ę

 martwiłe

ś

Wiem, jak bardzo lubisz ubrania. Plamy z krwi s

ą

 tak cholernie ci

ęŜ

kie do 

wywabienia. 
 
- Nie zrobiłem... 

 

- Znale

ź

li

ś

my e-maile!- Simon skoczył do góry, wtedy pod spojrzeniem Derek'a, 

zatrzymał si

ę

 i znów usiadł na podłodze. -Wiemy, 

Ŝ

e w tym byłe

ś

 

-Tak, uczestniczyłem w planie, by przekaza

ć

 Dereka do Stada. To jest to, co 

znale

ź

li

ś

cie, prawda? Nic o mnie daj

ą

cym pozwolenie bo go zabi

ć

. To była całkowita 

robota  Russella. Nasz plan polegał na przywróceniu go do Stada. Tomas i ja 
dowiedzieli

ś

my si

ę

 wszystkiego, co mogli

ś

my o nich, a

Ŝ

 byli

ś

my zadowoleni, 

Ŝ

e nie 

zabij

ą

 szesnastoletniego  wilkołak. Oni s

ą

 jak ka

Ŝ

da inna zorganizowana grupa sił 

nadprzyrodzonych— to jest miejsce gdzie rosn

ą

, ucz

ą

 si

ę

 jak kontrolowa

ć

 moce w 

ludzkim 

ś

wiecie. Miejsce, gdzie mog

ą

 by

ć

 własnym rodzajem. 

 
Spojrzałam na Dereka, spinaj

ą

c siebie, by zobaczy

ć

 migotliwe 

ś

wiatło, które 

powiedziałoby 

Ŝ

e to jest to, czego chciał. Ale tylko gapił si

ę

 na 

ś

cian

ę

, jego 

spojrzenie było całkowicie pozbawione uczu

ć

 
- Według mnie jest to najlepsze rozwi

ą

zanie dla ciebie, Derek,- powiedział  Andrew - 

Wilkołaki nale

Ŝą

 do wilkołaków. 

 
- A synowie nale

Ŝą

 do ojców -  powiedziałam cicho. 

 
Andrew zesztywniał. Jego przera

Ŝ

one spojrzenie strzeliło we mnie. 

 
- Znale

ź

li

ś

my tak

Ŝ

e te e-maile - powiedziałam. -Trzymałe

ś

 ich tat

ę

 daleko od nich. 

background image

 
Przerwa. -Tak, tak zrobiłem. I jest powód. 
 
- Na pewno jest, - powiedział Simon jego głos kipiał sarkazmem. – Niech si

ę

 

domy

ś

le. Nasz tata tak naprawd

ę

 jest złym czarnoksi

ęŜ

nikiem Cabal. Lub  

podwójnym agentem Edison Grup. Jest złym, fałszywym facetem, który zabijałby 
nas, je

Ŝ

eli miałby taka szans

ę

 
- Nie, Simon - powiedział Andrew delikatnym głosem. - Twój tata jest najlepszym 
ojcem, jakiego znam. Zrezygnował ze wszystkiego—  z kariery, z przyjaciół, swojego  

Ŝ

ycia —aby uciec i was chroni

ć

. Odmówił doł

ą

czenia do naszej grupy, poniewa

Ŝ

  

mogło to wam zagrozi

ć

. Jego priorytetem byli

ś

cie wy dwaj, nie zlikwidowanie Edison 

Grup. Nigdy nie pozwoliłby mi zabra

ć

 was do tego laboratorium, by pomóc w 

zatrzymaniu ich. Je

Ŝ

eli zadzwoniłbym do niego, zabrałby was— cał

ą

 czwórk

ę

 — i 

uciekłby. Kazałby mi zatrzyma

ć

 Edison Grup

ę

 bez was. 

 
- Nie zły pomysł,- powiedziała Tori. 
 
Andrew potrz

ą

sn

ą

ł głowa- Je

Ŝ

eli Kit zabierze was, dzieci, wtedy b

ę

dziecie 

bezpieczne. Je

Ŝ

eli b

ę

dziecie bezpieczny, moi ludzie nie b

ę

d

ą

 mieli 

Ŝ

adnej motywacji, 

by zniszczy

ć

 Edison Grup. Próbuj

ę

 przekona

ć

 ich, by zrobi

ć

 to ju

Ŝ

 od lat, teraz s

ą

 

gotowi, mog

ą

 zadziała

ć

, ale tylko, na natychmiastowe zagro

Ŝ

enie. Je

Ŝ

eli odejdziecie,  

wróc

ą

 do obserwacji. I dlatego, zdecydowałem si

ę

 nie pozwoli

ć

 wam z nim odej

ść

 
- Dlaczego mieliby tego nie robi

ć

 ?- Simon powiedział. – Zabierz nas z ich r

ą

k. 

 
- Dla wi

ę

kszo

ś

ci z nich to najmniejsze z ich zmartwie

ń

, klasyfikuje si

ę

 daleko za ich 

pogl

ą

dami o niebezpiecze

ń

stwie, jakie stanowicie dla 

ś

wiata nadprzyrodzonego gdy 

jeste

ś

cie na wolno

ś

ci. Je

ś

li twój tata przyb

ę

dzie… -  Machn

ą

ł, dr

Ŝą

c

ą

 r

ę

ka, ładuj

ą

zakl

ę

cie na sekund

ę

 przed kolejnym wyznaniem - Mam nadziej

ę

Ŝ

e Russell działał 

samotnie kiedy  zatrudnił  te wilkołaki, by zabi

ć

 Dereka i Chloe, ale szczerze… nie 

wiem. 
 
- Masz tam miłych przyjaciół. 
 
- Tak, kilku z nich jest moimi przyjaciółmi, Simon, ale w wi

ę

kszo

ś

ci s

ą

 tak jakby 

innymi członkami klubu. Dzielimy zainteresowania, nic wa

Ŝ

nego. Tym 

zainteresowaniem jest ochrona naszego 

ś

wiata. Dla mnie, to oznacza zlikwidowanie 

Edison Grup. Dla kilku z nich… 
 
- To znaczy zlikwidowanie nas,- szepn

ę

łam. 

 
- Nie słuchaj go, Chloe - powiedział Simon - Jest kłamc

ą

 i zdrajc

ą

. Je

Ŝ

eli ci ludzie tak 

nas si

ę

 boja, to dlaczego nie zostawi

ą

 nas w spokoju tylko tob

ą

, i nie zaobserwuj

ą

 

nas? 
 
-  Nie zrobi

ą

 tego. Dlatego musiałem zatrzyma

ć

 was zanim postawiliby

ś

cie stop

ę

 za 

tymi drzwiami. 
 

background image

Simon 

ś

miał si

ę

. To nie był miły 

ś

miech. - Racja, poniewa

Ŝ

 czaj

ą

 si

ę

 w ciemno

ś

ci, 

czekaj

ą

c by trzasn

ąć

 w nas zakl

ę

ciem energii. Moment, poczekaj, wła

ś

nie to 

zrobiłe

ś

, prawda? 

 
Andrew obni

Ŝ

ył  palce tylko na ułamek sekundy, tak jakby chciał cofn

ąć

 zakl

ę

cie.  

 
-Tak, s

ą

 tam, Simon. Nie dokładnie za drzwiami, ale wystarczaj

ą

co blisko, pilnuj

ą

ś

cie

Ŝ

ek. Poniewa

Ŝ

 to dokładnie to, czego boj

ą

 si

ę

 najbardziej. Waszej ucieczki. 

ś

pobiegniecie do ludzi i zdradzicie nas. Lub stracicie kontrol

ę

 i narazicie nas. 

Uciekli

ś

cie z Lyle House i uciekli

ś

cie z  Edison Grup. To jest pierwsz

ą

 rzecz, któr

ą

 

robicie, gdy czujecie najmniejsze problemy? Uciekniecie i … 
 
Derek skoczył. Uderzył mnie w ramie i powalił na podłog

ę

, l

ą

duj

ą

c na mnie. Jego 

ciało szarpn

ę

ło si

ę

, jakby został uderzony zakl

ę

ciem, j

ę

kn

ę

łam, walcz

ą

c by wsta

ć

ale mnie trzymał, szepcz

ą

c,- Nic mi nie jest. Nic mi nie jest -  a

Ŝ

 w ko

ń

cu słowa do 

mnie dotarły. 
 
Podniosłam głow

ę

, by zobaczy

ć

 Andrew'a unieruchomionego, przez Simona, który 

skoczył na jego nogi . Uporał si

ę

 z jego r

ę

koma i zwin

ą

ł je na plecy. Derek wstał, a 

nast

ę

pnie mi pomógł. Spojrzał na Andrewa. 

 
- Nic ci nie jest? Nie uderzył ci

ę

 zakl

ę

ciem?- zapytałam, gdy odeszłam na bok, 

kolana nadal mi si

ę

 trz

ę

sły. 

 
-Tak, zrobił to. 
 
Andrew podnosił głow

ę

. -I, jak wida

ć

, to była 

ś

mierciono

ś

na fala energetyczna. 

Mówiłem, 

Ŝ

e nie chc

ę

 cie zrani

ć

 Derek. Nie zraniłbym te

Ŝ

 Chloe. Chciałem tylko 

by

ś

cie mnie wysłuchali. 

 
- Wysłuchali

ś

my – powiedział Derek - Simon? My

ś

l

ę

Ŝ

e widziałem sznur w 

warsztacie. Chloe? Zosta

ń

 tu. Tori? Ochraniaj Simona, na wypadek gdyby kto

ś

 inny  

był jeszcze w domu. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 33 

 

DEREK MIAŁ WI

Ę

CEJ PYTA

Ń

 do Andrew'a. Pytał o t

ą

 nocy w domku wiejskim. Andrew 

przyznał, 

Ŝ

e był cz

ęś

ci

ą

 planu, by zainscenizowa

ć

 jego porwanie i poda

ć

 si

ę

 za Edison Grup. 

Wszystko było ukartowane —nawet okazja przechwycenia radia by

ś

my mogli usłysze

ć

 o 

jego “ucieczce.” Przedstawili siebie jako naszych ratowników, by mogliby wzi

ąć

 nas pod 

ochron

ę

 

background image

Simon przyszedł d

ź

wigaj

ą

c długi sznur. - Jego telefon komórkowy. Mo

Ŝ

emy zadzwoni

ć

 do 

Taty. Sprawd

ź

 jego kieszenie. 

 

- Jest na nocnym stoliku przy moim łó

Ŝ

ku – powiedział Andrew - I jest bezu

Ŝ

yteczny. 

Centrala wł

ą

cza si

ę

 i wył

ą

cza, tak jest przez cała noc. My

ś

l

ę

Ŝ

e kto

ś

 u

Ŝ

ywa blokady na dom. 

 

- Nie uwierz

ę

 ci na słowo - powiedział Simom. 

 

- Nie oczekuj

ę

 tego od ciebie. 

 

Wystarczaj

ą

co pewny, 

Ŝ

e nie dostaniemy si

ę

 do centrali. Nawet podkradanie si

ę

 na dach nie 

pomogło. 

 

Wi

ę

c Andrew mówił prawd

ę

. Ale co z reszt

ą

? Czy naprawd

ę

 byli tam jego ludzie,  

czekaj

ą

c i obserwuj

ą

c dom? Czy było to tylko kolejne kłamstwo by powstrzyma

ć

 nas przed 

ucieczk

ą

 

Zwi

ą

zali

ś

my Andrew, zakneblowali

ś

my mu usta i poło

Ŝ

yli

ś

my go w piwnicy. Wtedy 

zacz

ę

li

ś

my rozmawia

ć

 

Nie zaskoczyło nas, 

Ŝ

e Tori chciała jak najszybciej uciec. Simon zgadzał si

ę

 z tym. 

ś

adne z 

nas nie chciało zosta

ć

 tu ani chwili dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 to konieczne. Powinni

ś

my uciec i, je

Ŝ

eli nas 

złapi

ą

, jak powiedziała Tori – To co nam zrobi

ą

? Zabija nas? 

 

Problem polegał na tym, 

Ŝ

e mogli dokładnie to, zrobi

ć

 

Nie s

ą

dzili

ś

my by Russell działał samotnie. Czy był w tym razem z Gwen? Lub kim

ś

 innym? 

Jak wielu ludzi z tej grupy potajemnie byłoby szcz

ęś

liwych widz

ą

c nas martwymi —dogodne 

rozwi

ą

zanie dylematu naszego niewygodnego istnienia. 

 

Nawet, je

ś

li nie chcieli 

Ŝ

eby

ś

my umarli, kiedy zostaliby

ś

my schwytani. Cała nasza czwórka 

skradaj

ą

ca si

ę

 przez las z plecakami, nie zadawaliby pyta

ń

 „co robimy”. Stracili

ś

my nasz

ą

 

szanse ucieczki. 

background image

 

A wi

ę

c jeden z nas powinien i

ść

. Ale kto? Najbardziej prawdopodobne jest to, 

Ŝ

e Derek 

zostanie zabity, je

Ŝ

eli go złapi

ą

. Tori tylko przerzucała oczami po sugestii, 

Ŝ

e jeste

ś

my w 

ś

miertelnym niebezpiecze

ń

stwie, ale nie zaofiarowała si

ę

 by wyj

ść

. Derek nie byłby 

zadowolony z pomysłu 

Ŝ

e Simon lub ja mamy wyj

ść

 

Dyskutowali

ś

my. Wtedy rozdzielili

ś

my si

ę

, Derek i Simon poszli na dół, by spróbowa

ć

 

dostawa

ć

 wi

ę

cej informacji od Andrewa, aTori zdecydowała przeszuka

ć

 laptop Andrewa, by 

zobaczy

ć

, czy było cokolwiek, co mogli

ś

my przeoczy

ć

, co

ś

, co mogło potwierdzi

ć

 lub obali

ć

 

jego prawdomówno

ść

 

Gdy ona szukała, kl

ę

kn

ę

łam i spróbowałam wezwa

ć

 Liz. Byłaby doskonałym rozwi

ą

zaniem 

tego problemu— mogłaby przelecie

ć

 si

ę

 niezauwa

Ŝ

ona i zobaczy

ć

, czy kto

ś

 otaczał dom. 

Wyra

ź

nie starałam si

ę

 j

ą

 sobie zobrazowa

ć

 i wezwałam j

ą

 jej imieniem, 

Ŝ

eby przypadkowo nie wezwa

ć

 Royce lub dr Banks. Był kto

ś

 jeszcze, z kim chciałabym si

ę

 

skontaktowa

ć

 z— moj

ą

 mam

ą

 —lecz nie mogłam o tym my

ś

le

ć

. Nawet, je

ś

li dostałabym j

ą

w

ą

tpiłam, 

Ŝ

e mogłabym utrzyma

ć

 j

ą

 tu wystarczaj

ą

co długo, by nam pomogła. 

 

Wi

ę

c wezwałam Liz. I wzywałam, i wzywałam i nie czułam 

Ŝ

adnego szarpni

ę

cia. 

 

- Derek jest z wami? -  Podskoczyłam. Gdy Simon wszedł, wstałam. 

 

- My

ś

lałem, 

Ŝ

e jest z tob

ą

,- powiedziałam. 

 

- Nie. Zmusił mnie, 

Ŝ

ebym zrobił test na poziom cukru w krwi i chwyciłem przek

ą

sk

ę

, ale 

kiedy wróciłem, Andrew był sam. 

 

- Pomog

ę

 ci szuka

ć

 

 Znalazłam Dereka na dachu, rozgl

ą

daj

ą

cego si

ę

, nasłuchuj

ą

cego i w

ę

sz

ą

cego 

ś

ladów 

kogo

ś

 otaczaj

ą

cego dom. 

 

-Och, to jest 

ś

wietny pomysł,- powiedziałam. -Facet, do którego najprawdopodobniej b

ę

d

ą

 

strzela

ć

 stoi na dachu, daj

ą

c im doskonały cel. 

background image

 

- Nie zobacz

ą

 mnie tu stoj

ą

cego. 

 

Kiedy posłałam mu spojrzenie, westchn

ą

ł, jakbym robiła, du

Ŝą

 spraw

ę

 z niczego -W 

porz

ą

dku? 

 

- My

ś

l

ę

Ŝ

e to nie jest bezpieczne, dla ciebie. 

 

- Jeszcze tylko kilka minut -  Zdj

ą

ł kurtk

ę

 i poło

Ŝ

ył j

ą

 koło siebie. - Usi

ą

d

ź

 tu, mi

ę

dzy mn

ą

 a 

kominem. Tu jest bezpieczne. 

 

- To nie o siebie si

ę

 martwi

ę

 

- Nic mi nie b

ę

dzie. 

 

- Sk

ą

d wiesz? Mog

ą

 mie

ć

 noktowizory, snajperskie karabiny … 

 

 K

ą

cik jego ust podniósł si

ę

 do góry, zesztywniałam - Ogl

ą

dasz zbyt wiele filmów.- Nie 

powiedział tego, jednak wiedziałem, 

Ŝ

e pomy

ś

lał o tym. 

 

- Nie wracasz do 

ś

rodka, prawda? 

 

- Wróc

ę

. Tylko usi

ą

d

ź

. Chc

ę

 z tob

ą

 porozmawia

ć

 

- A ja chce by

ś

 wszedł do 

ś

rodka.. Mo

Ŝ

emy tam porozmawia

ć

 

- Nikogo tam nie wyw

ę

szyłem. My

ś

l

ę

Ŝ

e Andrew kłamie. 

 

- Prosz

ę

, Derek? Wejd

ź

 do 

ś

rodka? 

background image

 

- Z minutk

ę

 - Odwróciłam si

ę

 i odeszłam. 

 

- Chloe …  

 

Miałam nadziej

ę

Ŝ

e pójdzie za mn

ą

. Chocia

Ŝ

 wiedziałam 

Ŝ

e tego nie zrobi. Nie zrobił. 

 

- Znalazłam go - powiedziałam, spotykaj

ą

c Simon w korytarzu przy schodach. - Na dachu. 

 

- Na dachu? Zakładam, 

Ŝ

e powiedziała

ś

 mu, 

Ŝ

e jest idiot

ą

 

- Poprosiłem go, 

Ŝ

eby zszedł. Nie zrobił tego. 

 

-Poniewa

Ŝ

 my

ś

li, 

Ŝ

e tak wła

ś

nie trzeba robi

ć

ś

e to jest dobre dla wszystkich innych, którzy 

tu s

ą

. Pewnego dnia si

ę

 doigra - Simon przebiegł r

ę

k

ą

 po włosach.– Mog

ę

 z nim 

porozmawia

ć

. Mog

ę

 na niego nakrzycze

ć

. Tylko, 

Ŝ

e to do niego nie dotrze. Nie jest 

samobójc

ą

. Tylko po prostu nie obchodzi go czy b

ę

dzie martwy czy 

Ŝ

ywy. On tylko... 

 

- Nie jest najwa

Ŝ

niejszy. 

 

- Nie, je

Ŝ

eli przeszkadzałaby mu w ochranianiu nas. Mo

Ŝ

e wmawia

ć

Ŝ

e to wilcze 

zachowanie, ale te dwa wilkołaki, które spotkała

ś

 nie rzucały siebie na linie ognia, by 

uratowa

ć

 siebie nawzajem, prawda? 

 

- Nie. 

 

Westchn

ą

ł. – Mo

Ŝ

e znam sposób wydostania go stamt

ą

d. Tylko si

ę

 nie denerwuj 

 

- Nie b

ę

d

ę

 

background image

Gdy Simon odszedł, wiedziałam, co musiało by

ć

 zrobione. Było tylko kilka godzin do 

ś

witu i 

siedzieli

ś

my tu jak przera

Ŝ

one o

ś

lepiaj

ą

cym 

ś

wiatłem sarny, czekaj

ą

c, a

Ŝ

 samochód w nas 

uderzy. Musieli

ś

my wiedzie

ć

, czy był naprawd

ę

 kto

ś

 pilnuj

ą

cy domu i był tylko jeden sposób 

by zrobi

ć

 to wła

ś

ciwie. 

 

 

ROZDZIAŁ 34 

 

 

WYSZŁAM tylnymi drzwiami i szłam wzdłu

Ŝ

 domu, gdzie Derek nie widział mnie z dachu. 

Wiatr dmuchn

ą

ł mi w plecy, co znaczyło, 

Ŝ

e mój zapach nie dotrze do niego. Dobrze. 

W

ś

lizgn

ę

łam si

ę

 do lasu. 

 

Najlepszym sposobem by dowiedzie

ć

 si

ę

, czy kto

ś

 pilnuje domu jest wysłanie przyn

ę

ty. Z 

nas czworo, byłam najlepszym kandydatem. Nie miałam siły Derek'a lub czarów Tori i 
Simona. Byłam najmniejsza i najmniej zdolna by obroni

ć

 si

ę

 i jak mogłabym si

ę

 przez to 

znienawidzi

ć

, wła

ś

nie teraz było plusem, stanowiłam najmniejsze zagro

Ŝ

enie. 

 

Był tylko jeden problem. Posiadło

ść

 była ogromna. To znaczyło, 

Ŝ

e było tu wiele miejsc, 

gdzie mo

Ŝ

na by si

ę

 ukry

ć

. Tak jak oni to robili? Kiedy Derek spytał o to, Andrew powiedział, 

Ŝ

e u

Ŝ

ywaj

ą

 zakl

ęć

. Simon nie był przekonany, czy to było mo

Ŝ

liwe, ale przyznał, 

Ŝ

e nie był 

pewien. 

 

A co z zeszła noc

ą

? To miało sens, nie chronili posiadło

ś

ci kiedy byłam z 

Derekiem— mieli Liama i Ramona, aby to robili. Ale a co z wcze

ś

niejszym, kiedy Simon i ja 

poszli

ś

my na lody? Andrew powiedział, 

Ŝ

e nie 

ś

ledzili nas i nie byli zaniepokojeni, wiedz

ą

c, 

Ŝ

e Simon jest bez Dereka. Ale …  

 

Czy naprawd

ę

 uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

e jeste

ś

my pod ochron

ą

? Nie. Andrew ustawiał wymy

ś

lonego 

ochroniarza, by zatrzyma

ć

 nas w domu, dopóki jego przyjaciele nie poka

Ŝą

 si

ę

 rano i nie 

uratuj

ą

 go. Wiec wszystko, co musiałam zrobi

ć

 to udowadnia

ć

 ze mog

ę

 dotrze

ć

, do stacji 

benzynowej. 

 

Aby osi

ą

gn

ąć

 to, musiałam przej

ść

 przez las. Poniewa

Ŝ

 szłam, 

ś

wiatła od domu zanikały i 

robiło si

ę

 ciemno— co

ś

 jak: “nie widz

ę

 własnej r

ę

ki przed twarz

ą

” ciemno. Zabrałam ze sob

ą

 

background image

latark

ę

, ale, gdy tylko byłam w lesie, zrozumiałam, 

Ŝ

e to nie był mój najbystrzejszy pomysł. 

Mogłabym równie dobrze zapali

ć

 neon nad moj

ą

 głow

ą

 

Bez latarki, mogłam tylko prawdopodobnie zaalarmowa

ć

 kogo

ś

 tylko przez potkniecie si

ę

 i 

rozbijanie si

ę

 w ciemno

ś

ciach. Wi

ę

c tak zrobiłam- przepuszczaj

ą

c tylko delikatne 

ś

wiatło 

przez palce. 

 

Las był ciemny, ale daleko mu było do ciszy. Gał

ą

zki i li

ś

cie trzeszczały. Mysz pisn

ę

ła, jej 

pisk ucichł na krótk

ą

 chwile przed obrzydliwym chrupaniem. Wiatr szeptał i przelatywał nad 

głow

ą

. Nawet moje stopy robiły hałas z ka

Ŝ

dym krokiem. Spróbowałam koncentrowa

ć

 si

ę

 na 

tym, ale im bardziej to robiłam, tym bardziej brzmiało jak uderzenia serca, bum  bum, bum, 

bum, bum. Przełkn

ę

łam i chwyciłam latark

ę

, plastik 

ś

lizgał si

ę

 pod moimi spoconymi palcami. 

 

Po prostu id

ź

. Trzymaj si

ę

 

ś

cie

Ŝ

ki. Jedna stopa za drug

ą

 

Sowa zawyła. Podskoczyłam. Parskni

ę

cie, jakby zduszony 

ś

miech, obróciłem si

ę

, palce 

ze

ś

lizgiwały si

ę

 z raczki, machn

ę

łam łukiem 

ś

wiatła,i nie zobaczyła niczego. 

 

My

ś

lisz 

Ŝ

e, kto tam jest? Kto

ś

 z grupy Andrew'a? Wy

ś

miewa si

ę

 z ciebie? 

 

Wypu

ś

ciłam latark

ę

 z mia

Ŝ

d

Ŝą

cego u

ś

cisku i przeło

Ŝ

yłam ja do drugiej reki, wycieraj

ą

wilgotn

ą

 dło

ń

 o d

Ŝ

insy, nast

ę

pnie znów przykryłam palcami 

ś

wiatło. Wzi

ą

łem gł

ę

boki oddech, 

wdychaj

ą

c powietrze, które pachniało deszczem. Deszcz, wilgotna ziemia i mdl

ą

cy zapach 

rozkładu. Martwych rzeczy. Gnij

ą

cych rzeczy. 

 

Kolejny gł

ę

boki oddech, i zacz

ę

łam znów i

ść

, z trudem, ze skulonymi ramionami, wciskaj

ą

si

ę

 w kurtk

ę

, najgł

ę

biej jak tylko mogłam, mro

ź

ny wiatr zamra

Ŝ

ał mój nos i uszy. 

 

Spojrzałam w gór

ę

, miałam nadzieje zobaczy

ć

 

ś

wiatło ksi

ęŜ

yca, które o

ś

wietli mi drog

ę

, ale 

zobaczyłam tylko płat szarego nieba przez grube drzewa, i sploty gał

ę

zi daleko ponad moj

ą

 

głow

ą

 

Spojrzałam w dół, ale widok nie był ani troch

ę

 lepszy. Nieko

ń

cz

ą

ce si

ę

 drzewa rozci

ą

gały si

ę

 

na wszystkie strony, tuzin grubych cieni, z który ka

Ŝ

dy mógłby by

ć

 duchem, stoj

ą

c tam, 

obserwuj

ą

c mnie, czekaj

ą

c …  

background image

 

Tu ziemia była bardziej mi

ę

kka i ka

Ŝ

dy krok robił si

ę

 coraz straszniejszy, wydaj

ą

c ss

ą

cy 

d

ź

wi

ę

k. Podszycie zaszele

ś

ciło po mojej lewej i schwyciłam powiew rozkładaj

ą

cego si

ę

 ciała. 

Obraz błysn

ą

ł mi przed oczami— pies zombi, królik zombi i cokolwiek jeszcze podniosłam 

zeszłej nocy. Czy naprawd

ę

 wypu

ś

ciłam je wszystkie? Lub, je

ś

li nadal tu byli, to czy czekaj

ą

 

na mnie? 

 

Szłam szybciej. 

 

Bez słowny szept zabrzmiał za mn

ą

. Odwróciłam si

ę

, zaciskaj

ą

c palce na latarce. Głos nie 

przestawał szepta

ć

, d

ź

wi

ę

k kr

ąŜ

ył dookoła mnie. Pod

ąŜ

yłam za min z trz

ę

s

ą

cym si

ę

 snopem 

ś

wiatła, ale nie widziałem niczego. 

 

Co

ś

 uderzyło w moj

ą

 zabanda

Ŝ

owan

ą

 r

ę

k

ę

. Pisn

ę

łam i skoczyłam. Latarka wyleciała z mojej 

r

ę

ki, uderzyła o ziemi

ę

 i zgasła. 

 

Ukl

ę

kłam i grzebałam dookoła a

Ŝ

 j

ą

 znalazłam. Próbowałam zapali

ć

. Nic. 

 

Uderzyłam latarka o moje kolano, pozostała wył

ą

czona. Mrugałam mocno i stopniowo 

mogłam rozró

Ŝ

ni

ć

 kształty krzaków i chropowatych pni drzew. 

 

- Boisz si

ę

 ciemno

ś

ci?- szepn

ą

ł głos. 

 

Znów uderzyłam w latark

ę

. Mocniej. Nadal nic. 

 

- Co za ładna czerwona kurtk

ę

, masz ubrania. Mały Czerwony Kapturek, zupełnie sam w 

nocy w lesie. Gdzie jest twój du

Ŝ

y, zły wilk?- Chłód skradał si

ę

 przeze mnie. 

 

- Royce. 

 

- M

ą

dra dziewczynka. Szkoda 

Ŝ

e nie jeste

ś

 wystarczaj

ą

co m

ą

dra, by domy

ś

li

ć

 si

ę

, co staje 

si

ę

 małym dziewczynkom zupełnie samym w lesie, w nocy. 

 

background image

Pami

ę

tałam ko

ń

cowy obraz dziewczyny, któr

ą

 zobaczyłem w lesie, krwisty , połamany, 

pełzn

ą

cy przez poszycie, próbuj

ą

c rozpaczliwie uciec od napastnika, tylko po to, by podci

ą

ł 

jej gardło, wykrwawiła si

ę

 w lesie, i została tam pochowana. 

 

Royce 

ś

miał si

ę

, gł

ę

boki 

ś

miech, bogaty w przyjemno

ść

. Lubił mój l

ę

k. Karmił si

ę

 nim. 

Wci

ą

gn

ę

łam powietrze, schowałam latark

ę

 do mojej kieszeni i zacz

ę

ty znów i

ść

 

- Wiesz, czyj

ą

 kurtk

ę

 masz na sobie? To jest Austina. Jego kurtka narciarska. Kolor krwi. 

Stosowny, nieprawda

Ŝ

? Umarł w czerwonej plamie. Krew, mózg i małe kawałki ko

ś

ci. 

 

Szłam szybciej. 

 

- Kiedy widziałem ci

ę

 jak idziesz, przez sekund

ę

, my

ś

lałem, 

Ŝ

e to Austin. Ale nie wygl

ą

dasz 

jak on. Wcale nie. Jeste

ś

 ładn

ą

 mał

ą

 dziewczyn

ą

, wiesz o tym? 

 

 Spróbowałam zablokowa

ć

 jego głos, skoncentrowa

ć

 si

ę

 na uderzeniach moich kroków 

zamiast niego, ale teraz było bardziej mi

ę

kko, zbyt mi

ę

kko i nie było słycha

ć

 niczego innego, 

tylko ta ciemno

ś

ci, cichy las i Roycea. Zmaterializował si

ę

 teraz, id

ą

c obok mnie. Moja skóra 

mrowiła i oparłam si

ę

 pragnieniu, by potrze

ć

 r

ę

ce. 

 

- Lubi

ę

 ładne dziewczyny.- powiedział – A one lubi

ą

 mnie. Tylko trzeba wiedzie

ć

, jak je 

traktowa

ć

 -  Jego szeroki u

ś

miech błysn

ą

ł w ciemno

ś

ci. -Chciałby

ś

 spotka

ć

 jedn

ą

 z moich 

dziewczyn? Jest nie daleko st

ą

d. Twardo 

ś

pi

ą

ca pod przykryciem li

ś

ci i brudu. Mo

Ŝ

esz j

ą

 

obudzi

ć

, mie

ć

 mił

ą

 pogaw

ę

dk

ę

 dziewczyny z dziewczyn

ą

, spyta

ć

 jej, co zrobiłem-  Pochylił 

si

ę

, i szepn

ą

ł do ucha. – Czy mo

Ŝ

e chcesz, bym ci powiedział? 

 

 Potkn

ę

łam si

ę

, a on za

ś

miał. Rozejrzałam si

ę

 dookoła, sprawdzaj

ą

c swoje poło

Ŝ

enie, ale 

wszystko, co widziałem było nieko

ń

cz

ą

cym si

ę

 czarnym lasem. Co

ś

 pop

ę

dziło przez moj

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ę

. Royce znów si

ę

 za

ś

miał si

ę

 

- Nerwowa, nieprawda

Ŝ

? To nie dobrze dla nekromanty. Twoje nerwy b

ę

d

ą

 poszarpane na  

długo przed szale

ń

stwem . 

 

Nie przestawałam i

ść

 

background image

- Ostrzegli ci

ę

 o szale

ń

stwie? 

 

- Tak, twój wuj powiedział mi, jak wszyscy oszalejemy, tak jak ty.- Mój głos sprawił, 

Ŝ

e moje 

serce uspokoiło si

ę

 

- Ja? Nie jestem szalony. Po prostu lubi

ę

 krzywdzi

ć

. Zawsze lubiłem. Tylko Wuj Todd tego 

nie widział. Wmawiał sobie, 

Ŝ

e szczeniak Austina miał wypadek, koty s

ą

siadów zostały 

zabite przez kojoty … Wiesz, jacy s

ą

 doro

ś

li. 

 

 Szłam szybciej. Nadal trzymał si

ę

 obok mnie. 

 

- Kiedy powiedziałem szale

ń

stwo, miałem na my

ś

li przekle

ń

stwo nekromancji. Powiedzieli ci 

o tym, prawda? Lub by

ć

 mo

Ŝ

e tez si

ę

 obawiaj

ą

. Jeste

ś

 tak

ą

 mał

ą

 delikatn

ą

 rzecz

ą

 

Nic nie powiedziałam. 

 

- Widzisz, po 

Ŝ

yciu ogl

ą

dania duchów, nekromanci.... 

 

- Nie interesuje mnie to. 

 

- Nie przerywaj mi -  Jego głos ozi

ę

bił si

ę

 

- Wiem wszystko o szale

ń

stwie -  skłamałam, - Wi

ę

c nie musisz si

ę

 powtarza

ć

 

- W porz

ą

dku, wiec b

ę

dziemy rozmawia

ć

 o dziewczynie. Czy chcesz usłysze

ć

, co si

ę

 z ni

ą

 

stało? 

 

 Skr

ę

ciłam w lewo. 

 

- Odchodzisz ode mnie? 

 

background image

Zimne brzmienie znów w

ś

lizgn

ę

ło si

ę

 do jego głosu. Zrobiłam trzy kroki, wtedy co

ś

 uderzyło 

w moja głow

ę

. Zatoczyłam si

ę

. Kamie

ń

 rozmiaru jajka upadł na ziemi i potoczył si

ę

 do 

ś

cie

Ŝ

ki. 

 

- Nie ignoruj mnie - powiedział Royce. - Nie przerywaj mi. Nie odchod

ź

 

Zatrzymałam si

ę

 i obróciłam. U

ś

miech wpłyn

ą

ł na jego usta. 

 

- Tak lepiej. O czym chcesz 

Ŝ

ebym ci opowiedział? To, co zrobiłem tej dziewczynie? Czy o 

przekle

ń

stwie nekromantów? Twój wybór. 

 

Posłałam mu umysłowe pchni

ę

cie. Zamigotał, ale znów powrócił, usta zaciskaj

ą

c z furi

ą

 

- Próbujesz mnie wkurza

ć

? Poniewa

Ŝ

 to jest naprawd

ę

 zły pomysł. 

 

Znikn

ą

ł. Obróciłam si

ę

, próbuj

ą

c go znale

źć

. Skała uderzyła mnie w tył głowy, tak mocno ze 

na sekund

ę

 straciłam przytomno

ść

, upadaj

ą

c na kolana, krew kapała w dół mojej szyi. 

Skoczyłam w góre i pobiegłam. Nast

ę

pny kamie

ń

 uderzył w moje rami

ę

. Nie przestawałam 

i

ść

, próbuj

ą

c wyobrazi

ć

 sobie jego lec

ą

cego do nast

ę

pnego wymiaru, ale nie mogłam si

ę

 

skupi

ć

, a nie o

ś

mieliłam si

ę

 zamyka

ć

 oczu nawet na sekundk

ę

, podszycia chwytały moje 

stopy, gał

ę

zie chłostały moj

ą

 twarz, 

ś

cie

Ŝ

k

ę

 dawno znikn

ę

ła. 

 

Kamie

ń

 uderzył w tył mojego kolana i potkn

ą

łem si

ę

. Zdołałam utrzyma

ć

 równowag

ę

zataczaj

ą

c si

ę

 do przodu, znów zmuszaj

ą

c do biegu. Gał

ąź

 uderzyła w moje oko. Wtedy 

moja stopa zahaczyła w korzenie i upadłam, twarz

ą

 do ziemi. 

 

Podniosłam si

ę

 na r

ę

ce i kolana. Co

ś

 hukn

ę

ło mnie mi

ę

dzy łopatki i znów upadłam twarz

ą

 w 

brud. Na pół schowany kij rozci

ą

ł mój policzek do

ść

 mocno, by poleciała krew. 

 

Tym razem nie próbowałam si

ę

 podnie

ść

. Le

Ŝ

ałam na brzuchu, głowa w dół, z zamkni

ę

tymi 

oczami, próbuj

ą

c odesła

ć

 Royce do innego wymiaru. 

 

background image

- Kazałem ci si

ę

 zatrzyma

ć

 …- Jego głos zamierał przy ka

Ŝ

dym odesłaniu — 

ś

wiatło, 

spowodowało uderzenie. Kij upadł obok mnie, jak gdyby nie miał siły, by go trzyma

ć

 

Pchałam mocniej. Kij podniósł si

ę

. Policzyłam do trzech, wtedy przetoczyłam si

ę

 drog

ą

Zmaterializował si

ę

, przybieraj

ą

c mask

ę

 w

ś

ciekło

ś

ci. Skoczyłam na nogi. Znów si

ę

 

zamachn

ą

ł, tym razem dziko ale łatwo uchyliłam si

ę

. Leciał prosto na mnie, machaj

ą

kijem. Umysłowo uderzyłam go wszystkim, co miałam. Poleciał do tyłu, twardo l

ą

duj

ą

c na  

plecach, puszczaj

ą

c przy tym kij. 

 

Próbował złapa

ć

 kij ale odtoczył si

ę

. Znów spróbował go chwyci

ć

. Ale podniósł si

ę

 nad 

ziemi

ą

, i poleciał w powietrzu. Gro

ź

nie popatrzył na mnie, jakbym to ja zrobiła. Nie zrobiłam. 

 

Kij poleciał ponad jego głow

ą

. Podskoczył do niego. Przeleciał bokiem, poza jego zasi

ę

g. 

Znów  skoczył . Kij upadł na ziemi

ę

 

Royce wpatrywał si

ę

 we mnie i kiedy to robił, pojawiła si

ę

 posta

ć

 obok niego —nastoletnia 

dziewczyna z długimi blond włosami, ubrana w pi

Ŝ

am

ę

 z Myszk

ą

 Minni i w pomara

ń

czowe 

skarpety w 

Ŝ

yrafy. 

 

- Liz! 

 

- Co?- Royce pod

ąŜ

ył za moim spojrzeniem, ale znikn

ę

ła. 

 

Cofn

ę

łam si

ę

. Royce pochyli si

ę

 do kija. Potoczył si

ę

 daleko od jego palców. Kiedy chwycił 

go— p

ę

kł na dwa. 

 

Kiedy spojrzał w moja stron

ę

, Liz ukazała si

ę

, dziko gestykuluj

ą

c do mnie, by go wygna

ć

 

Zamkn

ę

łam oczy. To była walka, aby trzyma

ć

 je zamkni

ę

te i nie uciec przed uderzeniem, ale 

ufałam, 

Ŝ

e Liz miała wszystko pod kontrol

ą

. Pchn

ą

łem go tak mocno jak to było mo

Ŝ

liwe, 

wyobra

Ŝ

aj

ą

c sobie wszelkiego rodzajów pomocne scenariusze —Royce spadaj

ą

cy z 

klifu, Royce spadaj

ą

cy z wie

Ŝ

owca, Royce wypadaj

ą

cy w tr

ą

b

ę

 powietrzna. Nie było ci

ęŜ

ko 

co

ś

 wymy

ś

li

ć

 

background image

 

Royce w

ś

ciekł si

ę

. Przeklinał. Groził. Ale, je

Ŝ

eli rzuciłby czymkolwiek, to nigdy by mnie to nie 

si

ę

gn

ę

ło. Jego słowa napływały i zanikały, rosn

ą

c i słabn

ą

c za ka

Ŝ

dym razem, a

Ŝ

 w ko

ń

cu 

była cisza i Liz powiedziała, - Odszedł. 

 

 

ROZDZIAŁ 35 

 

 

LIZ STAŁA TAM, U

Ś

MIECHAJ

Ą

C SI

Ę

. - Zrobiły

ś

my to. 

 

Za

ś

miałam si

ę

, na szcz

ęś

cie na dwie-sekundy-przed-płaczem , moje kolana mi

ę

kły z ulga. 

 

Podeszła.- Wiec, domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e przegrany jest telekinetycznym, pół demonem tak jak ja. 

Z eksperymentów? 

 

Kiwn

ę

łam głow

ą

 

- To nie znaczy, 

Ŝ

e jestem z nim spokrewniona, prawda? 

 

- My

ś

l

ę

Ŝ

e nie. 

 

- Có

Ŝ

,  mam ju

Ŝ

 wystarczaj

ą

co du

Ŝ

o szale

ń

ców w swoim drzewie genologicznym. A mówi

ą

o szale

ń

cach, masz co

ś

 w rodzaju radaru na nich, prawda? 

 

- Najwidoczniej. 

 

- Zadziałało to na mnie, chocia

Ŝ

 mój poziom szale

ń

stwa nie jest jeszcze wystarczaj

ą

co 

wysoki, poniewa

Ŝ

 zaj

ę

ło mi chwile zanim ci

ę

 znalazłam. Usłyszałem wołanie, ale 

odpowiedzenie na nie było inn

ą

 spraw

ą

 

background image

- Dzi

ę

kuje. 

 

Mój głos trz

ą

sł si

ę

. Liz podeszła, i obiela mnie rekami. Nie mogłam czu

ć

 jej przytulenia, ale 

mogłam je sobie wyobrazi

ć

 

- Twój ochroniarz poltergeist wraca do dru

Ŝ

yny. Tak mi

ę

dzy nami, mo

Ŝ

emy poradzi

ć

 sobie za 

wszystkimi du

Ŝ

ymi, przera

Ŝ

aj

ą

cymi duchami. Ja je obezwładniam a ty je odsyłasz - 

u

ś

miechn

ę

ła si

ę

. - Hej, to całkiem nie

ź

le. 

 

 U

ś

miechn

ę

łam si

ę

 - Tak jest. 

 

- A mówi

ą

c o du

Ŝ

ym i przera

Ŝ

aj

ą

cym, domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e jeste

ś

 tu z Derekiem, pomagasz mu 

zmienia

ć

 si

ę

 w wilka. Lepiej go złap, poniewa

Ŝ

 w lesie jest wi

ę

cej przera

Ŝ

aj

ą

cych 

ś

wirów. S

ą

 

to 

ś

wiry z zakl

ę

ciami i pistoletami.- przygl

ą

dała mi si

ę

 - I, dlaczego mam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e to nie 

jest niespodziank

ą

 

 Wyja

ś

niłam,  tak szybko i cicho jako mogłam. 

 

- Andrew mówi prawd

ę

,-  powiedziała. – Jest czterech ludzi tu, ubranych na czarno, maj

ą

 

radia i karabiny. To nie du

Ŝ

o, jednak maj

ą

 wysokie techniczne urz

ą

dzenia po swojej 

stronie— normalne i te ponadnormalne. Rozstawili kable i lasery na podczerwie

ń

 i słyszałam, 

jak rozmawiali o czym

ś

 co nazywali zakl

ę

ciem obwodu. 

 

- Musimy wróci

ć

, i wtedy ja… 

 

- Ciiii. Kto

ś

 idzie. 

 

Kucn

ę

łam. 

 

Liz szepn

ę

ła mi do ucha. - Nie wydaje mi si

ę

, aby to był nasz kumpel poltergeist ale poczekaj 

tu. Pójd

ę

 sprawdzi

ć

 

background image

Pobiegła. Pochyliłam si

ę

 tak blisko ziemi jak mogłam. Kiedy ogromna posta

ć

 stan

ę

ła przede 

mn

ą

, st

ę

kn

ę

łam. To podeszło do przodu. 

 

- To ja- szepn

ą

ł znajomy głos. 

 

- Der… 

 

Uderzenie. Upadł, Liz stała na nim, trzymaj

ą

c gał

ąź

 

-Liz, to jest… 

 

Znów go uderzyła, wymachuj

ą

c kijem po pełnym okr

ę

gu , uderzyła go pod ramionami co 

spowodowało, 

Ŝ

e wypu

ś

cił całe powietrze i upadł st

ę

kaj

ą

c. Rozpoznała głos— lub 

przekle

ń

stwo— pochyliła si

ę

, by spojrze

ć

 na niego. 

 

- Ojjjjjj. 

 

- Mówiłem mu 

Ŝ

e w ko

ń

cu mu si

ę

 dostanie, zawsze zakrada si

ę

 do ludzi, - Simon szedł z 

tego samego kierunku z którego przeszedł Derek. Rozejrzał si

ę

 dookoła. - Cze

ść

, Liz … 

 

 Wskazałam kierunek  i obrócił si

ę

 w jej stron

ę

 

- Cze

ść

, Simon. 

 

Powtórzyłam jej pozdrowienie, gdy Derek wstał, mamrocz

ą

c. 

 

- Kto

ś

 mówił, 

Ŝ

e jest tu Liz?- Tori wyszła z lasu. 

 

Kiedy wskazałam na Liz, Tori u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 najja

ś

niejszym u

ś

miechem, jaki widziałam u 

niej od … dobrze, nie wiem od kiedy. Liz była przyjaciółk

ą

 Tori w Lyle House ,przywitały si

ę

korzystaj

ą

c ze mnie jako po

ś

rednika. 

background image

 

-  Co wy tu robicie? - Spytałam. 

 

- Jeste

ś

my twoj

ą

 oficjaln

ą

 grup

ą

 poszukiwawcz

ą

,- powiedziała  Tori – Z tropicielem na 

przedzie. 

 

Machn

ę

ła na Dereka, który czy

ś

cił swoje d

Ŝ

insy. 

 

- Zostawiłam ci notatk

ę

,- powiedziałam do Dereka - Napisałam ci, dokładnie co robi

ę

 i gdzie 

id

ę

 

- Dostał j

ą

 - powiedział Simon – To nie miało znaczenia. 

 

Derek gro

ź

nie popatrzył. - My

ś

lisz, 

Ŝ

e zostawianie notatki sprawi, 

Ŝ

e to b

ę

dzie w porz

ą

dku, 

by zrobi

ć

 co

ś

… 

 

- Nie mów 'głupie' -  ostrzegłam. 

 

- Dlaczego nie? To było głupie. 

 

Simon wzdrygn

ą

ł si

ę

 i szepn

ą

ł, -Uspokój si

ę

, bro. 

 

- W porz

ą

dku,- powiedziałam. -Jestem przyzwyczajona do tego. 

 

 Spojrzałam w gore na Dereka. Zawahał si

ę

 przez sekund

ę

, wtedy skrzy

Ŝ

ował r

ę

ce, i 

zacisn

ą

ł szcz

ę

k

ę

 

-To było głupie- powiedział. -Ryzykowne i niebezpieczne. Ci faceci mogliby tu by

ć

 z 

pistoletami… 

 

background image

- Oni tu s

ą

.- Zwróciłam si

ę

 do Simona i Tori. - Liz widziała ich. Andrew mówił prawd

ę

Musimy wróci

ć

 do 

ś

rodka zanim nas usłysz

ą

, jak si

ę

 kłócimy. 

 

To było cichy spacer z powrotem. Przy tylnych drzwiach, Liz zatrzymała si

ę

. Wyci

ą

gn

ę

ła 

r

ę

k

ę

, i to było jakby przeciskała si

ę

 przez szkło. 

 

- My

ś

l

ę

Ŝ

e jest tu jakie

ś

 zakl

ę

cie, by nie wpuszcza

ć

 duchów, jak w Lyle House,- 

powiedziałam. – Mogłaby

ś

 spróbowa

ć

 w piwnicy lub na strychu, tak jak inne. Inne duchy 

mogły tak zrobi

ć

. Pójd

ę

… 

 

- Tu mi dobrze, Chloe. Ty Id

ź

 robi

ć

 swoje rzeczy. 

 

 Zawahałam si

ę

 

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

. -Powa

Ŝ

nie. Nigdzie nie id

ę

.. Kiedy b

ę

dziesz mnie potrzebowa

ć

, b

ę

d

ę

 tu, w 

porz

ą

dku? 

 

 Zaledwie przeszłam przez drzwi 

Ŝ

ałowałam, 

Ŝ

e nie zostałam z Liz. 

 

- Była

ś

 wkurzona na mnie za zostanie na dachu,- powiedział Derek patrz

ą

c si

ę

 zawzi

ę

cie. 

 

- Wiec wyszłam by ci si

ę

 odgry

źć

 

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e nie. Ale była

ś

 wkurzona na mnie za ryzykowanie. Wi

ę

c zrobiła

ś

 to samo, 

udowodniaj

ą

c swoj

ą

 racj

ę

 

ś

adna walka z tob

ą

 nie jest warta zaryzykowania swojego 

Ŝ

ycia, Derek. I nie byłam 

wkurzona na ciebie. Zdenerwowana, tak. Zmartwiona, zdecydowanie. Ale, je

Ŝ

eli powiem 

swoj

ą

 opinie to licz

ę

 si

ę

 równie

Ŝ

 z twoja, dobre, 

Ŝ

e nieraz szybko mnie prostujesz. 

 

Zbladł . –Ja… 

 

background image

- Wyszłam poniewa

Ŝ

 miałam powód, który napisałam ci w mojej notatce. Poniewa

Ŝ

 

musieli

ś

my wiedzie

ć

 i byłam najlepszy obiektem, by dosta

ć

 odpowied

ź

 

- Jak? Czy umiesz widzie

ć

 w nocy? Nadludzka sil

ę

? Nadludzkie zmysły? 

 

- Nie, ale facet który je ma wyszedł na dach, wi

ę

c nast

ę

pnym najlepszym sposobem było 

wysłanie osoby bez tego wszystkiego. Te, któr

ą

 oni uwa

Ŝ

aj

ą

 za najmniej gro

ź

n

ą

 

- Ma racj

ę

,- szepn

ą

ł Simon, wchodz

ą

c za nas. -Nie podoba ci si

ę

 to, co zrobiła, ale wiesz, 

Ŝ

e  

musiało to by

ć

 zrobione. 

 

- Powinni

ś

my zdecydowa

ć

 o tym wszyscy razem. 

 

- Posłuchałby

ś

?- Spytałam. 

 

Nie odpowiedział. 

 

Kontynuowałam - Nie mogłam powiedzie

ć

 Tori, poniewa

Ŝ

 winiłby

ś

 j

ą

 

Ŝ

e pozwoliła mi i

ść

. Nie 

mogłam powiedzie

ć

 Simonowi, poniewa

Ŝ

 on wiedziałby, 

Ŝ

e winiłby

ś

 go, wi

ę

c  zatrzymałby 

mnie. Nie lubi

ę

 skrada

ć

 si

ę

 dookoła, ale nie zostawiłe

ś

 mi wyboru. Dla ciebie  jest to czarno-

białe. Je

Ŝ

eli Simon lub ja ryzykujemy, jeste

ś

my głupi i lekkomy

ś

lni. Je

Ŝ

eli ty to robisz, 

jeste

ś

my głupi 

Ŝ

e si

ę

 martwimy. 

 

- Nigdy nie powiedziałem 

Ŝ

e... 

 

- Słuchałe

ś

 mnie na dachu? 

 

- Powiedziałem, 

Ŝ

e zejd

ę

 

- Kiedy? Odeszłam dwadzie

ś

cia minut pó

ź

niej a Simon był nadal tam na górze, próbuj

ą

nakłoni

ć

 ci

ę

 

Ŝ

eby

ś

 zszedł-  Potrz

ą

sn

ę

łam głowa. - Wystarczy. Nie mamy czasu, by si

ę

 kłóci

ć

Musimy wymy

ś

li

ć

 plan.  

background image

 

 

ROZDZIAŁ 36 

 

 

ROZWA

ś

YLI

Ś

MY jak bezpiecznie wprowadzi

ć

 Liz, ale mie

Ŝ

yli

ś

my si

ę

 z zakl

ę

ciami i wysoko 

technicznymi alarmami —rzeczy, których duch nie wywołałby. Musieli

ś

my zało

Ŝ

y

ć

 

Ŝ

e obwód 

został mocno zamkni

ę

ty. 

 

Musieli

ś

my równie

Ŝ

 zało

Ŝ

y

ć

Ŝ

e nie b

ę

dzie zamkni

ę

ty podczas dnia, kiedy mieli Andrew'a, 

Margaret i dwóch nowych ludzi, do pilnowania nas. Wła

ś

nie wtedy powinni

ś

my uciec. 

 

Do tego czasu, musieli

ś

my uda

ć

, ze zgadzamy si

ę

 z planem Andrewa do wykorzystania nas; 

teraz my wykorzystywali

ś

my jego. Oznaczało to jednak, 

Ŝ

e musieli

ś

my go uwolni

ć

Wyt

ęŜ

ali

ś

my nasze mózgi, by wymy

ś

li

ć

 jakie

ś

 inne rozwi

ą

zanie, ale nie było 

Ŝ

adnego. Aby 

uciec, musieli

ś

my przekona

ć

 ich 

Ŝ

e wszystko jest w porz

ą

dku. Aby to  zrobi

ć

, Andrew musiał 

uwierzy

ć

Ŝ

e jeste

ś

my po jego stronie. 

 

Nie wtajemniczyli

ś

my go oczywi

ś

cie w nasz plan. Zostawili

ś

my go w piwnicy do rana, wtedy 

ogłosili

ś

my, 

Ŝ

e zdecydowali

ś

my si

ę

 mu pomoc , 

Ŝ

eby u

Ŝ

y

ć

 jego planu do zniszczenia Edison 

Grup. 

 

B

ę

dzie ju

Ŝ

 ranek, kiedy Margaret i jacy

ś

 inni przyb

ę

d

ą

, i znajda nas ch

ę

tnych, do 

współpracy. Wi

ę

c mieli

ś

my nadziej

ę

Ŝ

e zwolni

ą

 stra

Ŝ

ników i wtedy wy

ś

lemy Liz, by upewniła 

si

ę

Ŝ

e trasa ucieczki jest czysta. 

 

Je

Ŝ

eli zawiodłoby to, mieli

ś

my inn

ą

 opcj

ę

. Zadzwoniliby

ś

my do Pana Baena. 

 

Była prawie szósta, kiedy sko

ń

czyli

ś

my układa

ć

 nasz plan, co znaczyło, 

Ŝ

e nadal mieli

ś

my 

co najmniej kilka godzin przed przybyciem Margaret. Tori nie przestawała pracowa

ć

 nad 

komputerem Andrew'a. Do tego czasu, nie oczekiwali

ś

my dowiedzie

ć

 si

ę

 nic wi

ę

cej z 

niego, ale to dało jej cel. Faceci obserwowali Andrewa. To dało im cel. A ja? Byłam 
zagubiona. Przestraszona, zagubiona i sfrustrowana. I ura

Ŝ

ona. Tak bardzo jak próbowałam 

nie my

ś

le

ć

 o Dereku nic na to nie mogłam poradzi

ć

 

background image

Znalazłam kartk

ę

 papieru i ołówek i poszłam do salonu, by obróci

ć

 wieczorny spacer przez 

lasy w scenariusz filmu. Nie napisałem pojedynczej linii od pierwszego dnia pobytu w Lyle 
House. Ale wła

ś

nie teraz rozpaczliwie potrzebowałam odwrócenia uwagi. 

 

Szkicowałam scen

ę

, kiedy drzwi otworzyły si

ę

. Spojrzałam w gore, by zobaczy

ć

 stoj

ą

cego 

tam Dereka. 

 

Starałam si

ę

 utrzyma

ć

 moje spojrzenie jak najbardziej neutralne. - Hmm? 

 

- Mam co

ś

 dla ciebie.- Trzymał stara o

ś

mio milimetrow

ą

 kamer

ę

 wideo. - Znalazłem to na 

dole. Nie działa, ale my

ś

l

ę

Ŝ

e mog

ę

 j

ą

 naprawi

ć

 

Kamera wideo? Do czego miałabym jej u

Ŝ

y

ć

? Nagrywa

ć

 nasz

ą

 wielk

ą

 ucieczk

ę

? Nie 

powiedziałam tego, poniewa

Ŝ

 wiedziałam, 

Ŝ

e nie o to chodziło. To był prezent, sposób 

powiedzenia “wiem spieprzyłem spraw

ę

 i przepraszam.” 

 

Jego oczy błagały mnie, bym j

ą

 wzi

ę

ła. Po prostu to we

ź

. Wybacz mu. Zapomnij, o tym, co 

si

ę

 stało. Zacznij od nowa. I to jest to, co wła

ś

nie chciałam zrobi

ć

 — przyj

ąć

 jego prezent i 

u

ś

miechn

ąć

 si

ę

 by zobaczy

ć

 t

ę

 iskr

ę

 w jego oczach i— wzi

ę

łam kamer

ę

 i postawiłam j

ą

 na 

stole. 

 

- Zimno tutaj – powiedział Derek – Grzejnik nie działa?- podszedł i poło

Ŝ

ył r

ę

k

ę

 na nim.- Nie 

za dobrze. Przynios

ę

 koc. 

 

- Nie potrzebuj

ę

... 

 

- Tylko sekundk

ę

 

Wybiegł. Minut

ę

 pó

ź

niej, wrócił i wr

ę

czył mi zło

Ŝ

ony koc. Poło

Ŝ

yłam go na kolanach. 

Rozejrzał si

ę

 dookoła, przeszedł przez pokój i usiadł na kanapie. 

 

Po kilku minutach ciszy, powiedział, -Dlaczego nie przyjdziesz tutaj? Tu jest wygodniej ni

Ŝ

 na 

krze

ś

le. Jest tu tak

Ŝ

e cieplej, bli

Ŝ

ej grzejnika. 

background image

 

- Tu mi dobrze. 

 

- Ci

ęŜ

ko rozmawia

ć

 z tob

ą

 przez cały pokój. 

 

Przesun

ą

ł si

ę

 na koniec kanapy, chocia

Ŝ

 i tak było mnóstwo miejsca. Poklepał r

ę

k

ą

 w 

kanap

ę

. Próbuj

ą

c si

ę

 u

ś

miechn

ąć

 i naprawd

ę

, naprawd

ę

 nie zamierzałam tego, ale moje 

serce nadal robiło małe fikołki. 

 

On przeprasza, Chloe. On naprawd

ę

 jest słodkim facetem. Nie b

ą

d

ź

 suk

ą

. I nie m

ę

cz go. 

Tylko id

ź

 tam. Daj mu szans

ę

, a z czasem, zapomnisz o tym wszystkim. 

 

I dlatego dokładnie, wstałam z krzesła. Nie chciałam jeszcze wszystkiego zapomnie

ć

 i 

kolejna rzecz, któr

ą

 sobie przypomniałam, to on stoj

ą

cy tam na dachu, nara

Ŝ

aj

ą

cy si

ę

 na 

niebezpiecze

ń

stwo. 

 

- Nie rozumiesz tego? - powiedziałam w ko

ń

cu. 

 

- Czego? - Spytał niewinnie, ale jego spojrzenie uciekło w dół. - Przepraszam. To jest to, co 

próbuj

ę

 powiedzie

ć

, Chloe. 

ś

e Przepraszam. 

 

- Za co? 

 

Spojrzał, zmieszany. – 

ś

e ci

ę

 zdenerwowałem. 

 

Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam si

ę

, by wyj

ść

. Skierowałam si

ę

 w stron

ę

 drzwi. Ale on 

ju

Ŝ

 tam był, za mn

ą

, łapi

ą

c za mój łokie

ć

. Nie obejrzałam si

ę

 na niego. Nie o

ś

mieliłam si

ę

Ale stałam i słuchałam. 

 

- Kiedy w

ś

ciekałem si

ę

 za twoje wyj

ś

cie - powiedział, - to nie przez to, 

Ŝ

e my

ś

lałem, 

Ŝ

e to 

było głupie lub 

Ŝ

e nie b

ę

dziesz ostro

Ŝ

na. 

 

background image

- Tylko martwiłe

ś

 si

ę

 o mnie.  

 

Wypu

ść

 powietrze, z ulg

ą

Ŝ

e rozumiem. - Tak. 

 

 Obróciłam si

ę

. - Poniewa

Ŝ

 my

ś

lisz, 

Ŝ

e jestem tego warta. 

 

Chwycił palcami mój podbródek. - Całkowicie my

ś

l

ę

Ŝ

e jeste

ś

 tego warta. 

 

- Ale nie my

ś

lisz tak o sobie. 

 

Jego usta otworzyły si

ę

 i zamkn

ę

ły. 

 

- O to wła

ś

nie chodzi Derek. Nie pozwalasz nam martwic si

ę

 o ciebie, poniewa

Ŝ

 uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

nie jeste

ś

 tego wart. Ale ja tak uwa

Ŝ

am. Całkowicie. 

 

 Stan

ę

łam na palcach, i poło

Ŝ

yłam r

ę

ce na jego szyi, poci

ą

gn

ę

łam go. Kiedy nasze usta 

spotkały si

ę

, ten pierwszy wstrz

ą

s … To było wszystko, czego nie poczułam z Simonem, 

wszystko, co chciałam czu

ć

 

Jego r

ę

ce obj

ę

ły mnie dookoła mojej talii, przyci

ą

gaj

ą

c bli

Ŝ

ej— kroki Simona załomotały 

przez korytarz. Skoczyli

ś

my na bok. 

 

- I on mówi, 

Ŝ

e ja mam n

ę

dzne wyczucie czasu – gderał Derek. Wtedy zawołał, - Co si

ę

 

dzieje? 

 

- Andrew mówi, 

Ŝ

e musi i

ść

 do łazienki,- powiedział Simon, wchodz

ą

c. -Jestem całkowicie za 

powiedzeniem mu 

Ŝ

e trudno, ale … 

 

- Dobrze. Załatwi

ę

 to- powiedział Derek - Chloe? Chcesz i

ść

... 

 

- Musze porozmawia

ć

 z Simonem. 

background image

 

Posłał mi dziwne spojrzenie, ale tylko przez sekund

ę

, jakby nie był zazdrosny, tylko mo

Ŝ

troch

ę

 ura

Ŝ

ony, 

Ŝ

e nie skakałam z rado

ś

ci, by z nim i

ść

 

- To wa

Ŝ

ne,- powiedziałem. – We

ź

 Tori. Ona mo

Ŝ

e ci pomóc z Andrewem. 

 

Kiwn

ą

ł głow

ą

 i odszedł.