background image

Rafał A. Ziemkiewicz 

 Okolice fantastyki 

background image

1 Kto by lubił Kasandrę 

„Książki fantastyczne? Lubię, ale tylko złe” – mówił w jed-

nym z opowiadań pilot Pirx. W gruncie rzeczy określał w ten 

sposób pewną ogólną prawidłowość. Ludzie lubią książki fan-

tastyczne wtedy, gdy są one złe; w każdym razie te złe lubią 

znacznie  bardziej. A  może,  lepiej,  nie  tyle  bardziej  je  lubią, 

co bardziej ich potrzebują.

Proszę się nie obawiać, ten felieton nie będzie jeszcze jed-

ną lamentacją nie chcianego pisarza, że świat schodzi na psy, 

bo masowa publiczność zamiast czytać jego dzieła ogląda na 

wideo „Krwawe  bęcki  7”.  Określenia „złe  książki  fantastycz-

ne”  używam  tu  w  pewnym  szczególnym  sensie,  takim  wła-

śnie, jakie miało ono w zacytowanej na początku „Opowieści 

Pirxa”; nie po to, by owe książki piętnować, tylko po to by 

stwierdzić pewien mechanizm, podważający w jakimś stop-

niu sens istnienia dobrej science fiction.

Skoro zacząłem od Lema, to i na jego przykładzie rzecz wyja-

śnię. Napisał on w latach sześćdziesiątych powieść „Głos Pana”, 

przez wielu uważaną za najlepszą w dorobku pisarza. (Cieka-

wa historia, swoją drogą; paręnaście lat temu zabierałem się 

do tego tekstu tak i owak, od przodu, od tyłu, ze środka – i 

za każdym razem padałem po paru stronach; ostatnio trafi-

łem go gdzieś na taniej książce i połknąłem w zachwycie od 

jednego kopa. Czyżbym jednak z wiekiem troszkę mądrzał?) 

background image

Temat dla science fiction standardowy, kontakt z obcą cywi-

lizacją. Ujęcie natomiast jak na SF rewolucyjne, bo oto Lem 

opisał  sprawę  tak,  jakby  ona  rzeczywiście  mogła  wyglądać. 

Żadnego picu, rysowania na piasku twierdzenia Pitagorasa i 

innych naiwnych głupactw, których tyle SF naprodukowała. 

Zamiast tego pokazuje Lem, jak grupa naukowców, i nie byle 

neptków,  tylko  najwybitniejszych,  łamie  sobie  zęby  na  pró-

bie rozwiązania zadania ze zbyt wielką liczbą niewiadomych. 

Zresztą nie będę streszczał, każdy szanujący się fan zna.

To  właśnie  nazywam  tu  fantastyką  dobrą.  Czy „Głos  Pana” 

odniósł  sukces?  Hm,  w  pewnym  stopniu,  w  pewnym  kręgu 

odbiorców... Ale  czy  można  porównać  to  z  sukcesem „Kon-

taktu” Sagana? Nie przypadkiem porównuję „Głos Pana” wła-

śnie  z  tą  powieścią.  Punkt  wyjścia  jest  w  obu  niemal  iden-

tyczny; odebranie przesłanego z kosmosu sygnału. Dalej jed-

nak idzie zupełnie inaczej. U Lema odkrycie zostaje natych-

miast utajnione, pracujący nad nim naukowcy ukrywają się 

w tajnej bazie wojskowej, na owocach ich wysiłku kładą łapę 

politycy i generalicja, przede wszystkim sprawdzając staran-

nie, czy nie stanowią one zagrożenia dla bezpieczeństwa na-

rodowego.  U  Sagana  z  punktu  zaczyna  się  sielanka,  wodzo-

wie  światowych  mocarstw  (tekst  ma  swoje  lata)  padają  so-

bie  w  ramiona,  uzgadniając  współdziałanie  dla  dobra  ludz-

kości. U Lema naukowcy nadgryzają komunikat od różnych 

stron analizą matematyczną i za każdym razem nie są w sta-

nie zrozumieć otrzymanego wyniku. U Sagana „suną bez wy-

siłku  w  sedna  środek”,  jak  to  śpiewał  ongiś  Młynarski.  Gdy 

lemowscy  naukowcy  próbują  zastosować  otrzymany  komu-

nikat jako przepis konstrukcyjny, otrzymują w efekcie nie do 

końca wiadomo co; gdy to samo robią eksperci u Sagana, w 

try miga udaje im się skonstruować gwiezdny powóz, tylko 

wsiadać i fruuu, prosto pomiędzy odległe galaktyki.

background image

Biorąc rzecz tak na zdrowy rozum, idiotyzm pogania u Sa-

gana  idiotyzm.  Spróbujcie  nadać  dzikim  buszmenom  opis 

konstrukcji „Poloneza”,  wystukując  go  na  tam  –  tamie  alfa-

betem Morse’a. Jeśli buszmeni słysząc wasze stukanie nauczą 

się sami z siebie owego alfabetu, a następnie szybciutko roz-

winą przemysł metalurgiczny, gumowy, naftowy, chemiczny 

i inne, jakie są do tego niezbędne – wszystko oczywiście bez 

pomocy z zewnątrz – i w czasie krótszym niż pokolenie wy-

fabrykują coś, co będzie w stanie jeździć, to zjem cały nakład 

„Fantastyki” z tym felietonem i odszczekam spod stołu. Choć 

oczywiście ten akurat przykład jest bardzo dla Sagana życzli-

wy, bo różnica poziomu między nami a buszmenami jest zni-

koma wobec przepaści, jaka musiałaby dzielić nas od cywiliza-

cji zdolnej do podróży międzygwiezdnych, a i ukręcenie „Po-

loneza” z piasku to betka w porównaniu ze stworzeniem na 

Ziemi,  posiadanymi  tu  materiałami  i  technologiami czegoś, 

co by było do takich podróży zdolne. Ale naiwność naiwno-

ścią, a sukces „Kontaktu” był niewątpliwy („Milion dolarów 

za  ten  guzik  wart  elaborat!”  –  wyrwał  się  Lemowi  okrzyk 

zgrozy  i  oburzenia  w  jednym  z  wywiadów).  Nie „pomimo” 

oczywistego faktu, iż cała jego fabułka jest od góry do dołu 

niemożliwa, absurdalna, wyssana z palca i naciągana do nie-

możności – ale właśnie dlatego. Pamiętacie Państwo, dlaczego 

Pirx lubił tylko złą fantastykę? Ano dlatego, że dobra opisu-

je świat takim, jakim on jest – a świata takiego, jaki on jest, 

Pirx miał wokół siebie po dziurki w nosie i ani myślał mieć 

go jeszcze w lekturze. Oto i odpowiedź.

Biskup Krasicki (proszę bardzo PT. Nawiedzonych, żeby da-

rowali  sobie  nadsyłanie  pełnych  jadu  listów,  iż  używając  w 

druku słowa „biskup” dopuszczam się propagowania kleryka-

lizmu i państwa wyznaniowego; naprawdę wiem wszystko, co 

możecie napisać i serdecznie to, hm, lekceważę) napisał swego 

background image

czasu bajeczkę o dwóch malarzach, z których

 

jeden klepał bie-

dę, a drugi był obsypywany złotem – bo pierwszy malował 

twarze  podobne,  a  drugi  piękniejsze.  Ta  zasada  obowiązuje 

także  przy  fantazjowaniu.  Mało  kto  oczekuje  po  fantastyce 

prorokowania tego, co się zdarzyć może naprawdę. To co się 

zdarzy naprawdę, będzie ani chybi szare, smutne albo wręcz 

parszywe, jak to życie. Po fantastykę ludzie sięgają, żeby po-

bujać  w  obłokach,  poobcować  z  radosną  bajeczką,  znieczu-

lić  się  nieuzasadnionym  optymizmem.  Dlatego  niepopraw-

ny marzyciel Sagan musiał wygrać z kraczącym jak kruk Le-

mem. Powie ktoś, że przecież dzieła katastroficzne też cieszą 

się popytem – ale to będzie uwaga nader powierzchowna, bo 

w istocie, kultura masowa trawi tylko takie katastrofy, gdzie 

z dala widać, iż walą się tekturowe makiety. Ludzie chętnie 

się poboją wielkiego rekina albo Zoltara z planety jakiejśtam; 

poboją się strachem bezpiecznym, oczyszczającym i rozłado-

wywanym łatwą pointą. Ale gdy katastroficzna wizja nabiera 

niepokojących znamion realizmu, gdy odbiorca zaczyna czuć, 

że to mu naprawdę grozi – popyt na nią spada gwałtownie. 

Gdyby było inaczej, ludzie zamiast kaset z horrorkami kupo-

waliby masowo przestrogi naukowców.

Innymi słowy, pisarz SF musi być grabarzem własnej popu-

larności. Jeśli zacznie pisać za dobrze, zbyt prawdziwie, ludzie 

przestaną go czytać. Jeśli będzie pisać źle, zagryzą go wyrzuty 

sumienia (nie dotyczy grafomanów i chałturników). Jeśli któ-

remuś z czytelników wciąż jeszcze kołatał się w głowie taki 

szalony pomysł, by łapać się za pisanie fantastyki, mam na-

dzieję, że skutecznie wybiłem mu go z głowy.

background image

2  Kwitko  Worczyk,  Nornik  z 

Dnoworek 

Rzecznicy spolszczania nazwisk i nazw u Tokiena szermują 

argumentem,  że  to  właśnie  sam  Mistrz  kazał,  by  owe  imio-

na i nazwiska brzmiały w każdym języku swojsko. Ich prze-

ciwnicy, podobnie, powołują się na osobiste przykazanie Mi-

strza,  by  hobbici  w  każdym  języku  przypominali Anglików, 

a więc pozostawali przy oryginalnych nazwiskach i nazwach. 

Sam Mistrz, z przyczyn obiektywnych, zachowuje milczenie. 

I bądź tu, człowieku, mądry.

Myślę jednak, że to, co miał on na ten temat do powiedze-

nia, nie jest najważniejsze. Argumentem rozstrzygającym po-

winno  być  rychłe  wejście  w  życie  przygotowywanej  w  sej-

mie ustawy o ochronie języka polskiego. Fakt, że projekt nie 

idzie tak daleko, jak prawo francuskie (gdzie nawet „kompu-

ter” przerobiono na „l’ordinateur” – ale to kompleksy uwię-

dłego  imperium)  i  nie  narzuca  zmian  w  utworach  literac-

kich. Jeszcze nie narzuca; ale roztropność każe się załapywać 

z duchem czasu, gdy tylko rzeczony duch daje się uchwycić 

– i fakt, że wydawca i tłumacz już teraz wyszli mu, być może 

nieświadomie,  naprzeciw,  może  tylko  cieszyć.  Szkoda  tylko, 

że  wyszli  tak  słabo  i  niekonsekwentnie.  Przyznam  bowiem, 

że nowy przekład „Władcy Pierścieni” p. Łozińskiego, opubli-

background image

kowany przez Zyska i S–kę, budzi głęboki niedosyt. Po pro-

stu jest nie dość jeszcze swojski. Bilbo Baggins to na przykład 

u  Łozińskiego  Bilbo  Bagosz.  Przepraszam,  Bagosz  brzmi  dla 

mnie równie obco, jak Baggins; cząstka

 

„bag” kojarzy się, je-

śli już z czymś, to z bagnem, a powinna z workiem. A więc, 

jeśli  już,  to  nie „Bagosz”,  tylko „Worczyk”.  Imię  Bilbo  rów-

nież  wymaga  spolszczenia  –  zawarta  w  nim  bowiem  cząst-

ka „bil” brzmi dla Anglika bardzo znajomo, winna zatem za-

brzmieć podobnie i dla nas. „Bill” to w angielskim albo zdrob-

nienie imienia William (które nie ma polskiego odpowiedni-

ka, niestety), albo słowo oznaczające rachunek, a bardziej po 

naszemu:  kwit.  Jestem  zatem  przekonany,  że  będzie  dosko-

nałym  spełnieniem  intencji  autora  zamiana  tego  dziwaczne-

go dla Polaków imienia na polskie „Kwitko”. Kwitko Worczyk 

–  oto  nasza  swojska  odpowiedź  na  sługusa  językowego  im-

perializmu anglosasów, Bilba Bagginsa! Gdzie mieszka Kwitko 

Worczyk? Oczywiście, nie może to być Bagoszno. Ta nazwa też 

nie kojarzy się z wyraźnie zaznaczonym w oryginale workiem 

(chyba, że przez brzmieniowe skojarzenie z moszną – ale to 

dość odległa asocjacja). W oryginale jest „Bag End”, co można 

przetłumaczyć bardzo ładnie i tak swojsko, że nawet minister 

Podkański będzie uradowany: Dnoworki (kogo czego: Dno-

worek,  komu  czemu:  Dnoworkom,  etc, to jest, tfu, przepra-

szam, itd.) Dnoworki zaś, jak wiemy, są częścią miejsca, które 

w angielskim nazwane zostało „Hobbitonem”, a w przekładzie 

pana Łozińskiego „Hobbitowem”. Nie, nie, nie, panie spolsz-

czaczu! Znowu popełnia pan ten sam błąd, co przy przy „Ba-

goszu” – ogranicza się pan do spolszczenia końcówki, a obco 

brzmiący źródłosłów pozostawia bez zmian. Tak nie można! A 

ponieważ słowo „hobbit”, ewidentnie (tfu, tfu – chciałem po-

wiedzieć, że jak w pysk) angielskie należy do kluczowych w 

całej opowieści, nie ma co robić uników, tylko trzeba chwy-

background image

cić byka za rogi. Sprawa, przyznaję, nie była łatwa, bo choć 

„hobbit” brzmi bardzo angielsko, to nic po angielsku nie zna-

czy. Na szczęście w załącznikach, w trzecim tomie trylogii, au-

tor wyjaśnia jego pochodzenie. Pisze Tolkien, że jego boha-

terowie sami nazywali swoją rasę „kudukami”, co z kolei po-

chodziło od „kud–dukan”, czyli „mieszkaniec nor”. „Przetłu-

maczyłem tę nazwę jako holbytla i utworzyłem jej skróconą 

formę  hobbit  –  bo  tak  zapewne przekształciłby się ten wy-

raz, gdyby był istniał w naszym starym języku”. „Nasz język” 

oznacza  oczywiście  u  Tolkiena  angielski,  nie  ma  zatem  naj-

mniejszego powodu, by z jego tłumaczenia korzystać. Na pol-

ski „kud–dukan”, mieszkaniec nor, przekłada się krótko jako 

„nornik”. A miasteczko norników to oczywiście Nornikowo. 

Przy okazji wiemy już, jaki tytuł nadać nowemu przekłado-

wi  pierwszej  z  wydanych  drukiem  książek  Tolkiena,  której 

też przecież nie można zostawić tak jak teraz, zachwaszczo-

nej angielszczyzną.

Trzeba  jednak  podejść  do  sprawy  odważnie:  jeśli  ma  być 

swojsko,  samo  spolszczenie  nazw,  nazwisk  i  imion  nie  wy-

starczy.  Będzie  bowiem  poważnym  zgrzytem,  gdy  pozwoli-

my naszemu Kwitko Worczykowi mieszkać dalej w Pagórku 

przypominającym jako żywo angielską rezydencję, zamiast w 

czymś podobniejszym do swojskiej chałupy. Mniejsza już na-

wet o drzwi, okrągłe „jak okienko okrętowe”, zielone i z mo-

siężną  klamką „sterczącą  dokładnie  pośrodku”.  Ale  za  tymi 

drzwiami, jak czytamy we wspomnianej już powieści „Nor-

nik”,  rozciąga  się  –przepraszam  za  to  słowo  – „hall”,  i  to „z 

boazerią na ścianach i chodnikiem na kafelkowej podłodze”. 

Na  dodatek  czytamy  o  kilku  garderobach  i  o

 

otaczającym 

Pagórek  typowo  angielskim  ogrodzie,  w  którym  bohater,  z 

„porządnie  wyszczotkowanymi”  stopami  (swojski,  rodzimy 

Kwitko nie ma prawa szczotkować sobie czegokolwiek!) ćmi 

background image

sobie fajkę. Czy muszę dowodzić, że w porządnym, swojskim 

przekładzie fajkę musi zastąpić „sport”, ewentualnie „klubo-

wy”, a o żadnych kafelkach, garderobach i boazeriach po pro-

stu  nie  może  być  mowy? Wysoki  status  Kwitka  i  bogactwo 

jego siedziby podkreślić należy w taki sposób, jak to się rze-

czywiście robi na polskiej prowincji – okładając Pagórek lu-

sterkami i montując na nim wielki, wielki talerz anteny sa-

telitarnej.  A  wewnątrz  domu  oznakę  zamożności  stanowić 

będzie nie mnóstwo pokojów „przeznaczonych wyłącznie na 

ubrania”, tylko ustawiony w każdym pomieszczeniu koloro-

wy telewizor i wideo, to jest, mówiąc swojsko, „widziaj”. I jest 

jasne, że w swojej luksusowej willi Kwitko nie będzie podej-

mował Gandalfa „kropelką czerwonego wina” i szarlotką, tyl-

ko... Ohoho, zapędziłem się i omal nie wpadłem w lukę praw-

ną, na którą niniejszym zwracam Wysokiemu Sejmowi uwa-

gę – chcąc pozostać konsekwentnie wiernym duchowi usta-

wy  o  ochronie  języka  trzeba  by  naruszyć  ustawę  o  wycho-

waniu w trzeźwości. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że czym 

Kwitko  będzie  podejmował  czarodzieja,  to  i  tak  każde  pol-

skie dziecko, wychowane w ustawowej trzeźwości, dobrze wie. 

Zresztą nie zamierzam w tym felietonie odwalać całej roboty 

za  przyszłych  tłumaczy,  którzy  pójdą  szlakiem  wytyczonym 

przez p. Łozińskiego. Chciałem tylko uświadomić im, jak wie-

le trzeba będzie jeszcze zmienić, aby w duchu konsekwentnie 

swojskim i ustawowym przedstawić polskiemu czytelnikowi 

przekład „Czerwonej Księgi”. „Czerwona Księga”... Przynajm-

niej  to  brzmi  niezwykle  we  wspomnianym  duchu,  bez  żad-

nych dodatkowych zabiegów tłumaczy.

background image

3 Kupa radości

  Jeszcze  parę  lat  temu  wielu  polskich  autorów  fantastyki  jedyną 

szansę sprzedania książki widziało w ukryciu się pod brzmiącym z 

angielska pseudonimem. Dziś chce się wierzyć, że te czasy już nie po-

wrócą. W miesiącu, w którym piszę ten tekst, w pierwszej piątce li-

sty bestsellerów „Gazety Wyborczej” – mowa o kategorii książek pol-

skich,  oczywiście  –znalazły  się  aż  trzy  polskie  książki  fantastyczne. 

Zajęły tam miejsca obok noblistki Szymborskiej oraz powieści Tom-

ka Tryzny, bardzo chwalonej i wspartej filmem Wajdy.

Dostarczyła  mi  ta  wiadomość  różnorakich  radości,  daleko 

wykraczających poza tę najoczywistszą, iż sam, obok Sapkow-

skiego i Wolskiego, załapałem się do grona autorów bestselle-

rowych. Na tę najprostszą radość autora nałożyła się, rzecz ja-

sna, radość fantasty, zadowolonego, że wieloletnia praca tylu 

miłych jego sercu ludzi nie idzie na marne, że przynosi owo-

ce.  Odezwała  się  i  radość  polskiego  szowinisty  (którym  je-

stem,  przyznaję  otwarcie,  w  dwóch  dziedzinach  –  literatu-

ry i piwa), choć ta pojawiała się już wcześniej, gdy w czytel-

niczych  plebiscytach „Fantastyki”  tubylcy  zaczęli  wygrywać 

z obcokrajowcami. Dołożyła się też do nich radość zagorza-

łego liberała: oto w tych czasach powszechnego

 

skiełczenia o 

rządową opiekę i o dotacje, żałosnego mamlania, że „państwo 

musi”, że „na całym świecie” etc. – literatura, której nikt nie 

pomaga, a wielu rzuca kłody pod nogi, daje sobie radę i wy-

grywa  z  przeciwnościami losu. O radości człowieka biesiad-

background image

nego z okazji do wypitki nawet już nie wspomnę.

Pamiętam, że w lipcu roku 1995, kiedy Mirek Kowalski zde-

cydował się rzucić na rynek jednocześnie cztery polskie po-

wieści i zainwestować co nieco  w  promocję  krajowej  fanta-

styki, uznano to za czyn o wysokim stopniu ryzyka. Sam po-

mysłodawca zdawał się mieć duszę na ramieniu. Po roku oka-

zało się, że wyszedł do przodu nie tylko na Sapkowskim – z 

trzech pozostałych powieści jedną dodrukowywał jak dotąd 

trzy, drugą dwa razy, a tylko jedna sprzedała się w nakładzie 

założonym pierwotnie. Co więcej: przez ten rok pojawiły się 

na rynku dwa wydawnictwa, utrzymujące się z publikowania 

autorów polskich. Pierwsze to SR, którego gwiazdorem stał się 

Przewodas, czyli – dla nieznajomych – Konrad Lewandowski. 

Wydawnictwo raczej na nim nie straciło, skoro sięgnęło także 

po Kołodziej czaka, Dębskiego i Jabłońskiego, zapowiada Żwi-

kiewicza  i  Komudę  oraz,  oczywiście,  kolejne  książki  Lewan-

dowskiego. O ile SR startował innymi rzeczami, a z fantastyki 

publikuje równolegle dzieła Strugackich i Lovecraa, to wy-

dawnictwo Trickster zaczęło od razu od dzieł zebranych Fe-

liksa W. Kresa. I widać na nich nie straciło, skoro obok kolej-

nych  tomów „Księgi  Całości”  zapowiada także wspólny tom 

opowiadań Drzewińskiego i Inglota.

Co więcej, polską fantastykę zauważyły też oficyny od „No-

wej”,  o  SR  czy „Tricksterze”  nie  wspominając,  nieporówna-

nie  większe. „Zysk  i  s–ka”  zainwestowało  w  Marka  Hubera-

tha, „Rebis” – w Jacka Inglota. Można oczywiście rzec, że za-

decydowała o tym fandomowa proweniencja obu rynkowych 

potentatów. Ale najwyraźniej i oni na polskich autorach nie 

stracili,  skoro  już  zapowiadają  ich  kolejne  książki.  Ciekawe 

wnioski daje porównanie list bestsellerów z dzienników z ze-

stawieniem branżowym, które sporządza „Nowa Fantastyka” 

na podstawie danych z księgarń w fantastyce wyspecjalizowa-

background image

nych. W zestawieniu za październik 1996 pozycja Tomka Ko-

łodziej czaka jest wyższa od mojej, a Marcina Wolskiego nie 

ma w ogóle. Na liście „Wyborczej” jest Wolski, brakuje Koło-

dziejczaka (nad czym zresztą boleję, bo „Kolory Sztandarów” 

uważam za rzecz bardzo dobrą). Trochę podobnie było i z po-

przednią czwórką „Nowej” – powodzenie poszczególnych ty-

tułów wśród fanów nie pokrywało się z danymi o sprzedaży. 

Można  powiedzieć  pesymistycznie: Wolski  znany  jest  z „60 

minut na godzinę” i „Polskiego Zoo”, a Ziemkiewicz z polity-

ki – widać trzeba robić karierę gdzie indziej, porządny fan-

tasta nadal nie ma poza gettem szans. Ja traktuję tę sprawę 

raczej  optymistycznie:  coraz  więcej  autorów  fantastyki  po-

trafi zainteresować także czytelników z zewnątrz. Nawet je-

śli pomogło im w tym zaangażowanie w inne sprawy, to prze-

cież przecierają drogę kolegom, pracują na lepszą markę całe-

go gatunku, na zainteresowanie nim hurtowników, księgarzy 

i czytelników. Na – powiedzmy to odważnie –kolejny boom 

polskiej fantastyki. A co?

Od tamtego z początku lat osiemdziesiątych minęła już cała 

dekada. Najwyższy czas na następny.

background image

4 Jak jest?

W  kabaretowym  skeczu  z  okresu  schyłkowej  propagandy 

sukcesu na

 

powyższe pytanie odpowiadano: „jest nieźle i co-

raz nieźlej!” Na pytanie o

 

stan polskiej fantastyki u schyłku 

roku 1998 odpowiedzieć trzeba

 

odwrotnie: jest nieźle, ale co-

raz mniej nieźle.

Nieźle, rzecz jasna, jeśli porównać z początkiem dekady, kie-

dy to żadna

 

sygnowana polskim nazwiskiem książka nie miała 

szansy wyjść na

 

księgarską ladę (choć, mam wrażenie, w cza-

sopismach było wtedy

ciekawiej  niż  dziś).  Przeżyliśmy  jednak  niedawno  chwi-

lę ekscytacji, gdy po

 

udanym wprowadzeniu na rynek przez 

Nową kilku polskich powieści w

1995 i 1996 wydawało się, że krajowa SF wyszła wreszcie z 

dołka. W

stosunku do rozbudzonych wówczas oczekiwań można być

 

rozczarowanym.  Zapowiadany  (między  innymi  i  przeze 

mnie) boom nie

nastąpił.
Przejdźmy do konkretów. Nowa w roku 1998 wydała tylko 

jedną  książkę  –mój „Walc  stulecia”.  Zapowiadane  jest  jesz-

cze na ten rok „Gniazdo światów” Huberatha, choć nie moż-

na wykluczyć, że przeleci na styczeń 1999.  Powód  tej  posu-

background image

chy prozaiczny – wszyscy przewalili terminy. Niemniej tek-

sty, acz z poślizgiem, z wolna spływają do wydawcy. W koń-

cowej  fazie  pracy  są  nowe  rzeczy  Wolskiego,  Sapkowskiego 

(piąty  i  ostatni  tom  sagi),  Dukaja,  Białołęckiej  i  Dębskiego 

–  wymieniam  w  prawdopodobnej  kolejności  druku.  Zade-

biutuje na rynku książkowym (powieścią utopioną wcześniej 

w SR) Jacek Komuda, oraz, także powieścią, otwierającą cykl 

fantasy, Anna Brzezińska. Z innymi wydawnictwami jest go-

rzej. SR zakończył wydawanie fantastyki w równie brzydkim 

stylu, w jakim tę działalność prowadził – Dębski, Jabłoński, 

Lewandowski i Żółtowska wylądowali na taniej książce, razem 

z resztą produkcji upadłej firmy. Równie brzydko rozstał się 

Zysk z Huberathem, oddając do jatek niesprzedane egzempla-

rze obu jego zbiorów. Ten sam tekst niemal jednocześnie na-

grodzony został Zajdlem i trafił na wyprzedaż – przypadek 

bez  precedensu  i,  delikatnie  mówiąc,  nie  świadczący  o  sile 

przebicia naszego środowiska. Z publikowania polskiej fanta-

styki zrezygnował, jak się zdaje, również Rebis; jak na razie 

przynajmniej  o  tyle  uczciwiej,  że  bez  wyrzucania  wydanych 

już książek na stragan.

W  tej  sytuacji  Nowa  pozostała  na  placu  boju  osamotnio-

na. Być może na krótko – serię polską zapowiada Prószyński i 

s–ka. A nawet aż dwie serie, jedną Malinowskiej, a drugą Pa-

rowskiego. Z tym, że książki tego ostatniego wychodzą, po-

wiedzmy, z oporami: jubileuszowa antologia na piętnastole-

cie ukazała się dobre pół roku po promujących ją reklamach 

i recenzjach, i jak na razie wciąż pozostaje jedyną pozycją za-

powiadanej serii, choć anonse kolejnych antologii oraz zbio-

ru Zimniaka zdążyły pożółknąć.

Natomiast seria Malinowskiej, co już widać z zapowiedzi i 

wyników ogłoszonego przez wydawnictwo konkursu, stawia 

na fantastykę do czytania – a więc na to właśnie, czego Parow-

background image

ski  obsesyjnie  nienawidzi,  co  nazywa „SF  rozrywkową”  i  co 

tępi w imię „SF problemowej”. Ponieważ naczelny NF z mie-

siąca na miesiąc wydaje się coraz bardziej dziwaczeć (naubli-

żać czytelnikowi, w odpowiedzi na drukowany list, od cha-

mów – to numer, jakiego chyba jeszcze nikt w Polsce nie wy-

ciął!) można spodziewać się, że pismo będzie wojować z se-

rią formalnie przez nie współprowadzoną.

Są przesłanki każące się spodziewać, iż ambicja Parowskiego 

by mieć swą serię książkową (kompleks Kowala?) skłania go 

do  porzucenia  deklaracji,  jakoby  nie  publikował  nazwisk,  a 

tylko teksty. Jeśli jego seria nie okaże się tylko mrzonką, pew-

ne wydaje się jej powiązanie z pismem w swoisty mini–kon-

cern, promujący miłą sercu redaktora odmianę SF i utworze-

nie przy takim koncernie „stajni” autorów. To z kolei wymusi 

na Nowej jakieś sformalizowanie układu wiążącego ją z tra-

dyjnie  tam  drukującymi  pisarzami;  słowem,  może  w  przy-

szłości dojść do sytuacji, gdy będzie się albo autorem „Fan-

tastyki”, albo Nowej, i jedno będzie wykluczać drugie. Przed-

smak  stanowią  już  teraz  noty  o  autorach  w  NF  (Dukaj  w 

11/98. Goraj w 12/98) omijające nazwę wydawnictwa, w któ-

rym pierwszy opublikował książkę, a drugi debiutował.

By  skończyć  obraz  rynku  książkowego,  wspomnieć  trzeba 

o  sporadycznych  wydaniach  poza  seriami.  Trzy  polskie  po-

wieści z pogranicza baśni i fantasy wydał Prószyński, a jedną 

Wydawnictwo Literackie. Ponadto dał o sobie znać Stanisław 

Wiśniewski,  spadkobierca  nieboszczyka  Snerga  –  w  wydaw-

nictwie C&T upchnął on juwenilną, eksploatującą Daenikena 

„Trzecią cywilizację”, a w Amberze inną nie drukowaną po-

wieść brata „Oro”. Swego rodzaju fantastyką jest też powieść 

Redlińskiego „Krfotok”  –propagandowa  wizja,  do  czego  do-

prowadzić by mogło rozwydrzenie „Solidarności”, gdyby nie 

patriotyzm Jaruzela. Statystyka wygląda więc nawet nieźle.

background image

Co do czasopism: dominująca pozycja „Fantastyki” nie ule-

ga  kwestii.  Sprzedaż pisma stabilizuje się na poziomie dale-

ko  niższym  niż  w  latach  prosperity,  ale  wciąż  opłacalnym 

dla wydawcy; w trzecim kwartale jakby nawet zaczęła mini-

malnie wzrastać. Jeszcze nie wiadomo, na ile ożywi ją nowa 

wkładka „Cyberkultura”  (i  czy  się  zwróci  –  16  kolorowych 

stron bez podnoszenia ceny to ryzyko, chyba że przedsięwzię-

cie ma nieujawnionego sponsora). Generalnie, znać w piśmie 

stagnację. Nie ma konkurencji, która by zmuszała do stawa-

nia na palcach. Największą przewagą zasiedziałego czempiona 

nad  półamatorską  konkurencją  pozostaje  sekretarz  redakcji. 

Dział graficzny usamodzielnił się i poświęca gros energii re-

alizacji  rozmaitych  kontraktów  reklamowych,  ilustrując  pi-

smo w chwilach wolnych od zarabiania pieniędzy. Jednooso-

bowy dział publicystyki pracuje, hm, adekwatnie do sum, ja-

kie mu „Fantastyka” sp z o.o płaci i sposobu, w jaki go trak-

tuje.  Teksty  się  ukazują,  nierzadko  nawet  ciekawe,  ale  żad-

nego  w  tym  bigla,  a  recenzowanych  książek  przeważnie  już 

od  dawna  w  sprzedaży  nie  ma.  Marek  nie  jest  też  w  stanie 

–  albo  nie  chce  mu  się  –  obronić  przed  Parowskim  tekstu, 

który  ten  uzna

 

za „niezgodny  z  linią  pisma”  ani  wyperswa-

dować mu, że w szanującym się piśmie naczelny nie „prostu-

je”  wymowy  idowej  każdego  publikowanego  tekstu  dopisy-

waniem się doń pieniackimi peesami (patrz przypadek szki-

cu Krywaka o fantastyce gadzinowej). Dział zagraniczny wła-

ściwie znalazł się jakby poza redakcją – daje opowiadania z 

reguły dobre, ale mające się nijak do reszty pisma. Wyborcza 

klęska koalicji „Ojczyzna” daje szansę, że Jęczmyk zmieni swą 

wcześniejszą  decyzję  i  przyjmie  złożoną  mu  przez  redakcję 

propozycję. Co do działu polskiego – cóż, jaki jest, każdy wi-

dzi. Tu się na razie nic nie zmieniło i nic się nie zmieni, póki 

pismo jest prywatnym folwarkiem Parowskiego – a ten, do-

background image

chrapawszy  się  takowego  po  latach  oczekiwania,  trzyma  się 

stołka  równie  mocno  jak  prezes  PZPN.  Dla  jasności  obrazu 

dodajmy, że wierszówki uchodzące w NF za stawkę extra sta-

nowią obecnie mniej więcej połowę tego, co przyzwoite ga-

zety płacą za zrobiony na kolanie tekścik o polityce lub dziu-

rze  w  moście. „Fenix”  wygląda  jeszcze  gorzej  niż  za  czasów 

gdy byłem tam wpisany w stopce jako naczelny – a to zna-

czy, że wygląda naprawdę źle. Mówię o wyglądzie, bo wskutek 

ogromnej  ilości  wszelkich  możliwych  błędów  technicznych 

czytać mi go trudno i zazwyczaj poprzestaję na „Piątym pi-

wie”. Jeśli w numerze są, dajmy na to, dwa opowiadania Pili-

piuka  i w  jednym Wędrowycz  buduje  Tajemniczą  Maszynę, 

a w drugim łowi Złotą Rybkę, to chyba już nawet nikogo nie 

dziwi,  że  przy  opowiadaniu  o  Maszynie  ilustracja  przedsta-

wia faceta z wędką, a to o Rybce zdobi rysunek gościa maj-

strującego przy jakimś urządzeniu. Tu i tam a to pomylona 

kolejność stron, a to powtórzony dwukrotnie ten sam akapit 

albo na paginie tytuł tekstu z poprzedniego numeru. Literó-

wek – od pyty. Jest już tradycją pisma, że co roku łapie ono 

kilka  miesięcy  opóźnienia,  które  wydawca „nadrabia”  prze-

mianowując numer listopadowy na styczniowy roku następ-

nego. Wierszówki nieco poniżej poziomu NF. „Magia i miecz” 

raz na parę miesięcy gotowa jest puścić opowiadanie fanta-

sy, ale  generalnie jest to pismo o  czym innym i dla innych 

czytelników. Ambicję integrowania graczy z czytaczami miał 

łódzki „Talizman”,  padł  jednak  dość  szybko,  szkoda,  bo  pi-

smo graficznie było znakomite, a i poczytać się dawało. Poja-

wił się, też w Łodzi, pierwszy i chyba ostatni numer nowego 

pisma „Łowca Wyobraźni” – niestety, pod każdym względem 

amatorszczyzna. Nie widać na horyzoncie nikogo, kto by był 

gotów zainwestować w pismo fantastyczne niezbędną kasę i 

infrastukturę, a i coraz mniej takich, którzy by w takim pi-

background image

śmie  gotowi  byli  robić,  nawet  gdyby  mieli  do  tego  warun-

ki. Po prostu wszyscy zajmują się czym innym, czyli zarabia-

niem pieniędzy. Nie ma zatem na rynku pisma, z którym da-

łoby się wiązać jakieś nadzieje i w przewidywalnej przyszło-

ści raczej takiego nie będzie.

Fandom wydaje się sprawniejszy niż przed kilku laty, ciągle 

są ludzie, którym się chce, pisma i imprezy robią dobre wra-

żenie; szczególnie ciekawe jest rozmnożenie fanzinów. Ale nie 

zmienia się fakt, że na sprzedaż książki (pisma, jak podejrze-

wam,  również)  opinie  fanów  nie  mają  żadnego  przełożenia. 

Również przyznawane przez nich nagrody, z Zajdlem włącz-

nie, nie dają zauważalnego dla wydawcy efektu promocyjne-

go. Fandom w wielkim stopniu tworzony jest obecnie przez 

graczy –

 

fantastyka w stylu Oramusa czy Zimniaka dotyczyć 

się  ich  zdaje  w  podobnym  stopniu,  co  dzieła  Żeromskiego. 

Ponadto fanowie nie kupują książek; pożyczają je od innych 

fanów lub z klubowej biblioteki. Wyjątek czynią może tylko 

dla Sapkowskiego, żeby mieć komplet na półce. Wypada do-

konać tu wreszcie ogólnego spostrzeżenia, które wyjaśnia ob-

jawy stopniowego więdnięcia polskiej fantastyki. Po prostu: 

nie ma tu pieniędzy. Mniejsza nawet o pisarza – wszyscy kan-

dydaci do tego zakonu dobrze wiedzą, że tu się robi za dar-

mo. Ale nie ma też pieniędzy dla wydawcy ewentualnego no-

wego  pisma,  dla  pracowników  redakcji,  nie  ma  perspektyw, 

które skłaniałyby do inwestowania w tę dziedzinę czy to ka-

pitału,  czy  czasu  i  pracy.  Z  pozoru  fantastyka  to  duży  seg-

ment rynku; ale jeśli się przyjrzeć bliżej, jeśli policzyć nakła-

dy i zważyć szanse sprzedaży, coraz mniej skłania, by się tym 

segmentem  interesować  –  jeśli  już,  bardziej  pociąga  praca 

dla głównego nurtu, gdzie i pieniądze pewniejsze (dotacje!), 

i większa publicity.

Nakłady to w Polsce wciąż tajemnica. Mogę powiedzieć tyle, 

background image

że w Nowej sprzedaż dwóch tysięcy egzemplarzy w ciągu pół 

roku uważa się za wynik przyzwoity; wszystko, co powyżej, to 

czysty zysk. Wydawnictwo ma w ofercie już ponad dwadzie-

ścia tytułów krajowej SF, stale dodrukowywanych i niewiel-

kimi porcjami upychanych na rynku. Pozwala mu to rozkła-

dać ryzyko, zadowalać się bardzo odłożonymi zyskami. Poli-

tyka wydawnicza, jaką zastosował Wojtek Płotek, jest krańco-

wo odmienna od tego, co robią wydawcy zachodniej masów-

ki, z Prószyńskim, Zyskiem i Amberem na czele.

Ci ostatni, uważam, kompletnie zdemolowali rynek książki 

fantastycznej. Trudno mi doprawdy pojąć, czym się kierowa-

li, podejmując decyzje o stałym zwiększaniu podaży, w każ-

dym  razie  doprowadzili  w  ten  sposób  do  klasycznego  prze-

grzania koniunktury.

Mechanizm obecnego kryzysu książki fantastycznej jest na-

stępujący.  Powiedzmy,  wydawca  ma  serię,  w  której  wydaje 

jedną książkę na miesiąc i każda schodzi w pięciu tysiącach. 

Nie satysfakcjonuje go to, postanawia zatem zdwoić produk-

cję, ale kiedy wydaje dwie książki miesięcznie, ich sprzedaż 

spada do czterech tysięcy na tytule. Zdwaja więc produkcję 

raz jeszcze (a cóż za problem – wciąż jeszcze są na Zachodzie 

tysiące książek nie przełożonych na polski!) – ale nieoczeki-

wanie  sprzedaż  tytułu  spada  do  trzech,  a  może  i  dwóch  ty-

sięcy. A przecież nasz wydawca nie jest jedynym. Konkuren-

ci robią to samo. Załóżmy optymistycznie, że przeciętny czy-

telnik połyka jedną książkę tygodniowo, i – dla uproszczenia 

– że nigdy nie korzysta z bibliotek ani nie pożycza od zna-

jomych.  A  na  ladach  księgarń  co  dwa  dni  ukazują  się  trzy 

nowe  tytuły  (tak  obliczał WojtaS  podaż  w  roku  1997).  Kto 

to ma kupować?

W tej masie księgarze nie odróżniająjednego autora od dru-

giego. Sztuka z serii to sztuka z serii – ot, fantastyka, książ-

background image

ka do książki ma się dla nich tak, jak pomidor do pomido-

ra. Jak taki pomidor długo leży na półce, przestaje być świe-

ży. Księgarze, w miarę wzrostu produkcji, ograniczają liczbę 

zamawianych egzemplarzy na rzecz liczby tytułów. Biorą po 

dwa, trzy egzemplarze nowości i oczywiście nie dobierają, bo 

i po co. W efekcie

każdy kolejny tytuł dodaje swoje do hałd rosnących w ma-

gazynie wydawcy.

Ogólna  niesprawność  polskiego  handlu  książką  skłania  do 

przyjęcia  jednej  z  dwóch  strategii.  Pierwszą,  stosowaną  np. 

przez  Nową,  nazwałbym  ostrożną:  drukujemy  stosunkowo 

niewielki nakład podstawowy (dwa – trzy tysiące) i dajemy 

go  jedynie  sprawdzonym  hurtowniom,  nie  szafując  kredy-

tem  i  w  miarę  potrzeby  dobijając  dodruki  po  tysiąc  –  dwa 

tysiące  egzemplarzy.  Straty  wydawcy  są  tu  ograniczone,  ale 

książka jest droga, dostępna tylko w niewielkiej części księ-

garń, nie w całym kraju, i sprzedaje się wolno. Firmy więk-

sze wybrały inną metodę, nazwijmy ją ofensywną: wytłuc od 

razu pięć – siedem tysięcy sztuk, zawalić nimi wszystkie ka-

nały dystrybucyjne, a w ściąganiu należności polegać na ar-

gumencie siły – kto nie zapłaci, nie dostanie następnych ty-

tułów. (Do pewnego momentu to działało, póki konkurencja 

między rynkowymi gigantami nie pozwoliła się nieuczciwym 

handlarzom poczuć pewniej). Książka jest wszędzie, sprzedaje 

się oczywiście lepiej, część idzie na rozkurz, jako nieuniknio-

na danina dla fałszywych i prawdziwych bankrutów – a część 

wraca jako zwroty, już bez szans sprzedaży, bo rynek zalewa 

nowsza,  równie  masowa  produkcja  nasza  i  naszych  konku-

rentów. Strategia ofensywna przyśpiesza więc zapełnianie się 

magazynu koncówkami nakładów kolejnych książek. W któ-

rymś momencie koszt przechowywania owych resztówek za-

czyna  dla  wydawnictwa  –  nawet  dużego  i  mającego  własne 

background image

magazyny – stanowić poważne obciążenie. Gdyby  wydawcy 

mieli dość rozumu, zachowaliby się tak, jak „Harlequin” –to 

znaczy kierowaliby resztówki na przemiał, głusi na wszelkie 

błagania handlarzy tanią książką. Ale zarówno Zysk, jak Pró-

szyński, Amber,  Rebis  czy  nawet Alfa  łaszczą  się  na  grosiki, 

nieświadomi, że tracą w ten sposób grube pieniądze. Oddają 

więc końcówki nakładów na wyprzedaż, tym samym zabija-

jąc popyt na swe nowe książki.

Tak  jest:  tania  książka  zabija  rynek!  Ktoś  powie:  przecież 

tak  się  robi  i  na  Zachodzie. Ale  zachodnia  tania  książka  to 

zupełnie co innego. Tam na wyprzedaż trafiają resztki tytu-

łów ewidentnie nietrafionych, w sytuacji, gdy wydawca de-

finitywnie  rezygnuje  z  chybionego  przedsięwzięcia,  z  dane-

go  autora  czy  formy  wydania  (np.  resztę  nakładu  hard–co-

ver książki, która potem stała się bestsellerem, przetrzymu-

je się pół roku – rok i zbywa w cenie paperbacku). Nie jest 

natomiast do pomyślenia, by sprzedawać za ćwierć ceny po-

zycje  z  tej  samej  serii,  która  jednocześnie  jest  oferowana  w 

księgarniach. Nie jest do pomyślenia, by książka na wyprze-

daży  stanowiła  konkurencję  dla  książki  w  księgarni!  U  nas 

zaś na taniej książce można obecnie kupić prawie wszystko, 

co z SFiF wydawano rok – dwa lata temu. Skłania to do pew-

ności,  że  to,  co  leży  w księgarniach obecnie, za parę miesię-

cy dostępne będzie po ćwierć ceny. Miłośnik SFiF, jak każdy 

zresztą, nie cierpi na nadmiar gotówki. Może za tę samą cenę 

kupić jedną książkę w księgarni bądź trzy, cztery na straganie. 

Te ze straganu nie są w niczym gorsze – w swoim czasie zgi-

nęły czytelnikowi w masie, a że wydane przed rokiem? Prze-

cież i tak odczekały swoje na polski przekład.

W zachodnim systemie wyprzedaży istnieją pewne zasady. 

Aby skierować książkę na wyprzedaż, trzeba ją wycofać z nor-

malnej dystrybucji, uprzedzić księgarzy i zostawić im czas na 

background image

pozbycie się towaru ze sklepu. U nas nikt nie bawi się w takie 

uprzejmości. Niejeden księgarz stwierdza ze zdumieniem, że 

rzecz, którą on oferuje u siebie w pełnej cenie, pchnięta już 

została do jatek. Oczywiście, utwierdza go to w przekonaniu, 

że  książka  fantastyczna  parzy w ręce. Że trzeba ją brać tyl-

ko gdy świeżutka, prosto z drukarni, tylko tyle sztuk, ile uda 

się szybko sprzedać – Boże broń niczego, co już się raz mia-

ło na ladzie.

Największą krzywdę, oczywiście, rzucenie na wyprzedaż wy-

rządza autorowi polskiemu. Nie kupię już w księgarni Marka 

Nowakowskiego  ani  Janusza  Krasińskiego  (bo  jego „Twarzą 

do ściany”, rewelację roku 1997, „Czytelnik” też rzucił do ja-

tek, jakby to był kabanos na granicy terminu ważności) – wi-

dząc ich nowe książki myślę sobie, że mogę poczekać te pół 

roku. Podejrzewam, niestety, że w podobnej sytuacji znaleź-

li się teraz koledzy wydutkani przez SR.

Ale nawet i ci, którym takiego podłego dowcipu nie zrobio-

no,  nie  mogą  nie  odczuć skutków zalewu przecen. Sądzę, że 

mamy do czynienia z powtórką sytuacji z lat 90–tych. Wtedy 

krajową fantastykę zabijał zalew przekladów. Teraz tak samo 

kasuje ją wyprzedaż. W cenie jednego „Walca stulecia” Ziem-

kiewicza  mogę  sobie  kupić  cztery  książki  Sheckleya,  Beara, 

Andersona,  Bestera,  Blisha,  Carda,  nawet  Dicka,  nawet  Prat-

cheta,  bo  i  ten  już  na  straganach  zagościł.  O  trzecim  tomie 

drugiej części siódmej serii „Smoczej lancy” po dwa złocisze 

za trzy sztuki już nie wspomnę. Sam bym się zastanowił nad 

wyborem.  A  jak  w  takiej  sytuacji  wyglądają  szanse  autora, 

który rzadziej ma możność wetknąć gębę do telewizorni?

Pytanie,  które  zadaję  sobie  cały  czas:  czy  polski  czytelnik 

odwrócił się od polskiego pisarza? Wiele na to wskazuje, ale 

nie  znam  ostatecznej  odpowiedzi. W  dorocznych  badaniach 

CBOS do czytania fantastyki przyznawało się 5 – 7 proc. re-

background image

spondentów. W ostatnim, z tego roku, odsetek ten wzrósł do 

14 proc. Jednocześnie rynek jest w kryzysie. Jedno i drugie to 

oczywiście efekt zalania go tanią książką. Fantastyka po dwa 

złote przyciąga czytelników. Być może zaowocuje to w przy-

szłości zwiększonym popytem. Tylko – czy do tego dotrwa-

my?  Osobiście  mam  wrażenie,  że  szansą  dla  polskiego  pisa-

rza SF jest obecnie szukanie czytelników poza kręgiem fanów. 

Ale nie upieram się, że to dotyczy każdego rodzaju fantastyki. 

To zresztą temat do osobnego rozważenia. Aha, byłbym zapo-

mniał: szczęśliwego nowego roku.

background image

5 Czas na fantastykę 

Takiego  boomu  polska  fantastyka  nie  notowała  od  sześciu 

lat. Na przełomie 1995/1996 trafiło lub wkrótce trafi na lady 

kilkanaście nowych książek uprawiających ten gatunek krajo-

wych autorów. Są wśród nich pisarze z uznanym dorobkiem i 

debiutanci; są rynkowe „pewniaki” i pozycje, które sami wy-

dawcy traktują jako ryzykowny eksperyment. Można jednak, 

ogólnie rzecz biorąc, powiedzieć, że na naszym

 

ekstremalnie 

trudnym rynku księgarskim krajowa fantastyka okazuje się 

zdolna rywalizować z przekładami amerykańskich mistrzów 

gatunku. Wcale nie jest to światową normą. Science fiction i 

fantasy funkcjonują na całym świecie jako kulturowy import 

z  USA.  Na  palcach  jednej  ręki  można  policzyć  pisarzy  bry-

tyjskich. Francuzi i Niemcy rodzimej fantastyki praktycznie 

nie mają, ogranicza się ona do naśladownictw, częstokroć pi-

sanych pod brzmiącymi z amerykańska pseudonimami. Po-

dobnie jest w Japonii. Bardzo niegdyś ciekawa fantastyka ro-

syjska popadła wraz z całym krajem w głęboką smutę, na Wę-

grzech właśnie zbankrutowało chlubiące się wieloletnią tra-

dycją  pismo „Galaktika”,  które  zresztą  i  tak  od  dawna  pro-

mowało  głównie  przekłady.  Lepiej  wygląda  sytuacja  u  Cze-

chów, ale i oni dochowali się zaledwie garstki autorów zdol-

nych sprzedać książkę. Podobnie mogło być i w Polsce. Przez 

kilka lat nawet wydawało się, że będzie – wydawcy, hurtow-

background image

nicy i księgarze stronili od polskich nazwisk, z czterech pro-

mujących  fantastykę  pism  dwa  upadły,  a  rynek  został  zala-

ny przekładami z amerykańskiego (ponad 150 tytułów rocz-

nie). Nasuwa się istotne pytanie. Na ile ten rozkwit polskiej 

fantastyki jest reakcją na zmiany księgarskiego rynku, które 

sprawiły, że już książka sprzedana w nakładzie 2.000 egzem-

plarzy jest dziś atrakcyjna dla wydawcy – a na ile wynikł on 

z przyczyn głębszych, z jakiegoś trudno uchwytnego falowa-

nia  nastrojów,  z  podzielanego  przez  wielu  wzburzenia  zbio-

rowej podświadomości?

Innymi  słowy:  czy  kilkunastu  polskich  pisarzy  napisało 

niemal  jednocześnie  nowe  książki  dlatego,  że  teraz  wreszcie 

mogli je napisać –czy dlatego, że właśnie teraz musieli je na-

pisać?

J.G.  Ballard,  znakomity  pisarz  brytyjski,  określił  niegdyś 

fantastykę  jako  „literaturę  przezroczystą”,  zauważaną  jedy-

nie  przez  zaprzysięgłych  miłośników  i  bez  względu  na  swe 

wartości  ignorowaną  przez  krytykę  i  publiczność „główne-

go nurtu”. W istocie wyobrażenia fantastyki wśród szerokiej 

publiczności  literackiej  pozostają  często  w  kręgu  stereoty-

pów ukształtowanych przez czasy pierwszych marzeń o pod-

boju kosmosu lub filmy z Arnoldem Schwarzneggerem. Bar-

dziej  otwarta  część  tej  publiczności  zna  jeszcze  Stanisława 

Lema, od wielu zresztą lat odcinającego się od SF i opluwa-

jącego ją ostentacyjnie. Wszystkie te stereotypy pozostają od 

dawna nieaktualne. Rakiety kosmiczne przestały interesować 

SF już w latach sześćdziesiątych; dziś, kiedy na ekranach kin 

sukcesy święci historyczny film Apollo 13 sugestie, że mogło-

by być inaczej, brzmią wręcz śmiesznie. Przygodowe widowi-

sko, będące istotą większości fantastycznych filmów, w litera-

turze nie stanowiło nigdy nurtu dominującego – chyba tyl-

ko  wśród  książek  powstałych  na  podstawie  scenariuszy  ka-

background image

sowych hitów.

Nie  jest  również  kontynuowana  konwencja,  którą  do  per-

fekcji  doprowadził  Lem.  I,  wbrew  twierdzeniom  mistrza  z 

Krakowa, nie dlatego, a w każdym razie nie tylko dlatego, że 

pisarzom młodszych pokoleń brak wykształcenia, a czytelni-

cy zmienili się w ciemną masę, żądną jedynie prymitywnych 

fabułek i pornografii. Myślę, że zapiekły żal do współczesnych 

i poczucie niedocenienia (niesłuszne przecież) odebrały

tutaj Lemowi jego zwykłą przenikliwość. W istocie fanta-

styka, jaką uprawiał, osiągnąwszy pod jego piórem doskona-

łość,  straciła  zarazem  uzasadnienie.  Prosty  materializm,  ra-

cjonalizm  i  ateizm,  sprowadzające  człowieka  do  roli  biolo-

gicznej  maszyny,  a  świat  czyniące  zbiorem  przypadków,  w 

drugiej połowie XX wieku przestały być akceptowanym klu-

czem do zrozumienia człowieka i ludzkości. Ludzkość końca 

wieku kłoni się ku poszukiwaniom metafizycznym, ku pene-

trowaniu świata nadprzyrodzonego; literatura, która tego nie 

przyjmuje do wiadomości, usycha.

Nigdy  nie  doczekał  się  ze  strony  krytyki  sprawiedliwo-

ści specyficznie polski nurt  fantastyki,  nazywany  przez  we-

wnętrzną krytykę gatunku „fantastyką socjologiczną” (okre-

ślenie „polityczna”  byłoby  niewątpliwie  o  wiele  stosowniej-

sze, jednak na początku lat osiemdziesiątych brzmiałoby ono 

jak denuncjacja). Social fiction nie polegała, jak zdarza się to 

niektórym  krytykom  sugerować,  na  czynieniu  politycznych 

aluzji. Te pojawiały się w niej, jeśli w ogóle, to niejako przy 

okazji głównej roboty, którą była analiza społeczeństwa znie-

wolonego i zniewolonego człowieka. Zbiegło się w tym zjawi-

sku wiele szczególnych zaszłości, których wyjaśnienie wyma-

gałoby  wnikliwego  szkicu.  Z  jednej  strony,  w  PRL  pojawiła 

się szczególna grupa inteligencji technicznej i przedstawicieli 

nauk ścisłych o humanistycznych talentach. Ludzie o patrio-

background image

tycznych  i  wolnościowych  przekonaniach,  wybierając  w  la-

tach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych kierunek studiów, kie-

rowali się ku przedmiotom ścisłym nieco wbrew sobie – bo 

historia,  filozofia,  literatura  zostały  przez  komunistów  zbyt 

zakłamane i zduszone, a fizyka czy matematyka pozostawa-

ły  od  marksizmu  wolne.  Ta  grupa,  której  najdoskonalszym 

przedstawicielem  był  fizyk  jądrowy  i,  jak  sam  się  określał, 

„niedzielny pisarz” Janusz A. Zajdel, miała dla polskiej scien-

ce fiction przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych 

oraz kierunku jej poszukiwań fundamentalne znaczenie.

Z drugiej strony, w gatunku SF dostrzegło możliwość wypo-

wiedzenia się wielu przedstawicieli pokolenia 68, o dzienni-

karskim temperamencie i niecenzuralnych biografiach – nie 

jest przypadkiem wielkie znaczenie, jakie w kształtowaniu się 

fantastyki socjologicznej odegrało śodowisko skupione wokół 

studenckiego dwutygodnika „Politechnik”. Ale ze staraniami 

jednych i drugich zbiegły się oczekiwania rodzącego się wła-

śnie wówczas ruchu klubów miłośników fantastyki, zdomino-

wanego przez ludzi bardzo młodych, poszukujących. Ruchu, 

który wchłonął tę część ówczesnego najmłodszego pokolenia, 

która w pokoleniach poprzednich tworzyła grupy poetyckie, 

studenckie  teatrzyki  i  kabarety,  oraz  który  nadał  fantasty-

ce socjologicznej, nie kochanej przez krytyków i wydawców, 

znaczenie, który stworzył jej legendę i otoczył ją kultem.

Fantastyka socjologiczna jest fenomenem wartym bliższego 

zbadania, nie tylko od strony dzieł jakie po sobie zostawiła. 

W moim przekonaniu pozostaje ona, nie tylko ze względu na 

owe dzieła, kluczowym zjawiskiem w polskiej powojennej SF, 

niezbędnym do zrozumienia tego, co pisze się w niej dzisiaj.

Trzeba się bowiem zgodzić z jednym z niestrudzonych po-

pularyzatorów  polskiej  fantastyki,  Maciejem  Parowskim,  że 

od lat osiemdziesątych fantastyka przestała być w Polsce kon-

background image

wencją, a stała się językiem. Jest to zasługą właśnie autorów 

działających  na  przełomie  dekad  70/80,  przekształcających 

bardzo  dynamicznie  zastaną  konwencję.  Także  tych,  którzy 

pojawili  się  na  rynku  w  latach  osiemdziesiątych.  Być  może 

właśnie w owym szczególnym sposobie funkcjonowania fan-

tastyki, jako języka, leży przyczyna interpretacyjnej niemo-

cy, jaką żywią wobec niej krytycy głównego nurtu. Być może 

niemoc  ta  wynika  po  prostu  z  faktu,  iż  krytycy  koniecznie 

chcą zamknąć fantastykę w ramki jednej, określonej konwen-

cji, nie godzą się z faktem, iż konwencja ta dawno już zosta-

ła  rozsadzona  i  że  mają  do  czynienia  ze  zjawiskiem  literac-

kim. Chyba nawet więcej: alternatywnym obiegiem literac-

kim. Fantastyka polska, jak wspominałem, przez kilka lat była 

słabo  reprezentowana  na  rynku  książkowym,  jednak  przez 

cały czas wychodziły dwa branżowe miesięczniki (a do roku 

1993 także kwartalnik), w których ukazywało się rocznie kil-

kadziesiąt  opowiadań  i  mikropowieści.  Znaleźć  dla  wszyst-

kich tych utworów wspólny mianownik byłoby jeszcze trud-

niej, niż próbować zamknąć w jednym krytycznym pojęciu 

całą  równoległą  produkcję „głównego dm

j

z C in

edn

?

un

jk

/

całą 

s

poj en ip

background image

twem etosu  rycerskiego  –  po  Marka  Oramusa,  zanurzonego 

po uszy w codzienności dziennikarza, który swą niezgodę na 

świat  wywiódł  chyba  raczej  z  tradycji  młodopolskiej  cyga-

nerii. Od Feliksa W. Kresa, którego świat fantasy poraża swą 

amoralnością,  brutalnością  i  bezlitosnym  odarciem  bohate-

rów ze wszelkich pozorów, do warstwy podstawowych instyk-

tów  i  pożądań  –  po  bezpretensjonalnego  opowiadacza  roz-

rywkowych  historii,  Eugeniusza  Dębskiego.  Taką  wyliczan-

ką można by zająć kilka kolumn. Polska fantastyka kipi dziś 

bogactwem tematów, form, myśli, osobowości, ujęć – bogac-

twem, którego mamrocząca pod nosem, jednostajna i zapa-

dająca się w kolaps wewnętrznych penetracji literatura głów-

nego  nurtu  może  jej  tylko  bezsilnie  zazdrościć.  I  zazdrości 

–bezzasadna złośliwość i napastliwość niektórych recenzji nie 

pozwala w to ani przez chwilę wątpić.

Raz jeszcze zgodzę się z Parowskim, który na łamach mie-

sięcznika  „Fantastyka”  analizował  przyczyny  wracającej  fali 

krajowych książek w kontekście bankructwa węgierskiej „Ga-

laktiki”. Gdyby polska SF, jak węgierska, dała się zamknąć w 

kręgu standardowych realizacji o UFO, maszynach czasu i ko-

smosie (do czego ją ongiś usilnie popychano, by

przypomnieć  tylko  wychodzącą  w  kilkusettysięcznych  na-

kładach  serię  SF  KAWu)  nie  miałaby  w  sobie  dość  siły,  aby 

przetrwać niekorzystny okres i w bardziej sprzyjających wa-

runkach  rynkowych  odwojować  stan  posiadania  sprzed 

otwarcia  granic.  Ojej  sile  i  prężności  zadecydowała  wyćwi-

czona  na  łamach  czasopism  zdolność  reagowania  na  bieżące 

życie umysłowe, na nastroje czytelników, na panujące niepo-

koje.  Ta  zdolność  polskiej  fantastyki  utrzymuje  się  zresztą, 

jak  dowodzi  choćby  niedawny  czytelniczy  sukces  grotesko-

wego  opowiadania  Konrada  Lewandowskiego „Noteka  2015”, 

mówiącego o nieudanej interwencjii w Polsce wojsk amery-

background image

kańskich, strzegących pod sztandarem ONZ i demokracji in-

teresów sowieckiej mafii.

Ale medal ma drugą stronę. Szef Nowej, Mirosław Kowal-

ski  –  którego  można  uznać  twórcę  obecnego  boomu  –  swą 

akcję  promocyjną  jednoczesnego  wydania  czterech  polskich 

książek  planował  już  od  dawna.  Nie  chciał  jednak  zaczynać 

od  zbiorów  opowiadań,  a  nie  mógł  zdobyć  satysfakcjonują-

cych  go  powieści.  Pojawiły  się  one  dopiero  teraz,  w  drugiej 

połowie roku 1995. Wiele innych wydawanych obecnie dłuż-

szych form to także rzeczy nowe. Dlaczego powstały właśnie 

teraz? Powtórzę: czy pisarze dotąd milczący lub poprzestający 

na krótkich formach zaczęli je pisać, bo wyczuli, że już moż-

na wydać powieść – czy też by być wiernymi jakiemuś we-

wnętrznemu nakazowi?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Powinna je podjąć kry-

tyka  literacka,  której  zainteresowanie  fantastyką  pozostaje 

wciąż bardzo daleko za zainteresowaniem nią czytelników.

background image

 6 Człowiek w sieci 

„Jaki człowiek jest, to my już wiemy. Chodzi o to, co z nim dalej zro-

bić” –powiada jeden z bohaterów „Pory deszczów” Strugackich. Lech 

Jęczmyk, znakomity tłumacz i człowiek instytucja polskiej science fic-

tion przywoływał swego czasu tego zdanie gwoli wyjaśnienia, czym 

jest i czym zajmuje się fantastyka. Owoż, wbrew częstemu mniema-

niu, nie rakietami, robotami i temu podobnym futurystycznym zło-

mem. Ale także nie „plotkami o nieznajomych” i nie babraniem się w 

prawdziwych czy zmyślonych życiorysach. Science fiction, w swoich 

najlepszych realizacjach, zastanawia się nad tym właśnie, co z czło-

wiekiem zrobić. I co on sam ze sobą zrobi.

Wykorzystuje  przy  tym  fantastyka  prawidłowość  znaną 

od dawna i zaświadczoną wielokrotnie w historii literatury, 

zgodnie z którą każdy nowy ludzki wynalazek, każde odkry-

cie bądź dokonanie człowieka uświadamia mu coś nowego o 

nim  samym.  Oczywiście,  nowe  wynalazki  i  odkrycia  fascy-

nują też pisarzy same w sobie. Kiedy człowiek na dobre za-

domowił się na oceanach, a skonstruowane przez niego stat-

ki poczęły przybijać do najdalszych brzegów, przez dziesięcio-

lecia  dostarczały  one  pożywki  dla  wyobraźni  autorów  mno-

żących najdziwaczniejsze perypetie na pokładach żaglowców 

i w interiorze odległych krain. Kiedy od ziemi oderwały się 

pierwsze  samoloty,  fascynacja  stalowymi  ptakami  i  lotnic-

twem udzielała się w równym stopniu twórcom tandetnych

 

romansideł,  jak  poetom. Ale  po  legionie  mniej  lub  bardziej 

background image

jarmarcznych marynistów przyszedł Joseph Conrad, a po pro-

ducentach opowieści o lotnikach de Saint Exupery i powie-

dzieli wszystko, co wynikało z postawienia człowieka w no-

wej sytuacji.

Fantastyka  jest  literaturą  niecierpliwą. W  przeciwieństwie 

do marynistów czy piewców podniebnych podróży nie chce 

z opisaniem nowej sytuacji człowieka czekać, aż się ona na-

prawdę  wydarzy.  Wystarczy  jej  pewność,  że  to  prędzej  czy 

później  nastąpi. „Szukamy  już  dziś  odpowiedzi  na  pytania, 

które staną przed ludzkością dopiero jutro” – tak specyfikę 

SF  ujmował  jeden  z  jej  amerykańskich  mistrzów,  Frederick 

Pohl.  Science  fiction  rozpatrzyła  od  najróżniejszych  stron, 

co  zrobić  z  człowiekiem  w  dobie  podróży  kosmicznych  lub 

w wypadku spotkania z obcą cywilizacją. Teraz, od kilkuna-

stu  lat,  do  jej  ulubionych  tematów  należy  zastanawianie  się 

nad człowiekiem wplątanym w sieć komputerową. Stworzono 

dla takich prób nazwę „cyberpunk”, zresztą głównie dla pro-

mocji. W latach siedemdziesiątych grupa młodych pisarzy SF, 

reklamujących się hasłem „odrzucamy starą, zmurszałą przy-

szłość”, ukuła to określenie przede wszystkim dla zareklamo-

wania  swojej  fantastyki  i  jej  odmienności  od  tego,  co  pisa-

li poprzednicy. Nazwę kupili chętnie księgarze, zainteresowa-

ni możliwie najbardziej przejrzystym ułożeniem sprzedawa-

nych dzieł na półkach. Z punktu widzenia specjalisty od kom-

puterów budzi już ona pewne wątpliwości. „Punk”, owszem, 

niech będzie – fantastyka wspomnianej grupy nieodmiennie 

rozgrywana była w kręgach wyrzutków i przestępców ery in-

formatycznej, pośród młodzieżowych gangów, handlujących 

super – narkotykami oraz nielegalnym oprogramowaniem i 

hakerów  (szybko  zresztą  zrobiła  się  z  tego  sztywna,  skrety-

niała w jednostajności konwencja – jak to zazwyczaj w po-

pkulturze). Ale gdzie owo „cyber”?

background image

Najgłośniejszy  i  bez  wątpienia  najwybitniejszy  z  „cyber-

punków”, William Gibson, tak naprawdę okazał się nie kom-

puterzystą, ale po trosze poetą, a po trosze malarzem. Kilka 

swych  pierwszych  powieści,  ze  sławnym „Neuromancerem” 

na czele, napisał na zwykłej maszynie; mechanicznej, nawet 

nie elektrycznej. Pierwszy komputer kupił sobie, gdy był już 

uznaną sławą od przyszłości informatyki – podobno do dziś 

nie  przyłączył  go  do  sieci.  Jego  wizje  tejże  sieci,  sposób,  w 

jaki wizualizuje się ona przed bohaterami, w jaki eksploatu-

je się zmagazynowane tam dane, z punktu widzenia wymo-

gów informatyki są bardzo dyletanckie, a momentami wręcz 

nonsensowne. Są za to nieodparcie malownicze. Gibson wy-

myślił  świat  rzeczywistości  wirtualnej  zanim  jeszcze  zaczę-

ło się o takim świecie mówić. Zbudował go nie z dłubaniny 

programistów,  której  nie  rozumiał  jak  każdy  inny  laik,  lecz 

z  płaszczyzn  i  punktów  kolorowego  światła,  w  rozściełaniu 

których  nie  przeszkadzały  mu  żadne  reguły  fizyki  czy  per-

spektywy. Wymyślił też dla tego świata nazewnictwo, na czele 

z przyjętym już w większości języków świata pojęciem „cy-

berprzestrzeni” (cyberspace). I chyba ma rację polski tłumacz 

Gibsona, Piotr W. Cholewa, gdy mówi, że jeśli przyszłościowa 

sieć komputerowa będzie przypominać tę z powieści Gibso-

na to nie dlatego, że Gibson ją tak dobrze wymyślił –

 

tylko 

dlatego, że wszyscy, którzy się dziś nad stworzeniem tej sieci 

biedzą, wychowywali się na jego książkach. Tak przejawia się 

mitotwórcza  siła  fantastyki. Ale  o  ile  deklaracje  cyberpun-

ków o odrzucaniu „starej przyszłości” miały pokrycie w no-

wych sceneriach, to bohaterowie, jakimi te scenerie zaludnio-

no, jak na razie wciąż pozostają bladzi i schematyczni, a ich 

przygody kręcą się wokół kilku wciąż tych samych standar-

dowych wątków. Tego, co sieć komputerowa zrobi z człowie-

kiem, jeszcze się SF pokazać nie udało; dlatego właśnie fan-

background image

tastyka spod znaku „cyber”, wbrew twierdzeniom niektórych 

krytyków, daleka jest od wyczerpania. Nie nastąpi to, dopó-

ki  nie wyda ona swojego Conrada czy de Saint Exupery’ego. 

[uwaga  dla  korekty:  chodzi  o „starą,  zmurszałą  przyszłość”, 

nie przeszłość – proszę nie zmieniać]

background image

7 Guru

Jeden  z  gwiazdorów  anglosaskiej  fantastyki,  J.G.  Ballard, 

określił  ją  mianem  „literatury  przezroczystej”.  Niby  istnie-

je, ma rzesze zapalonych zwolenników – ale przez ludzi z ze-

wnątrz  rzadko  bywa dostrzegana,  a jeśli, to  poprzez  dalekie 

od prawdy stereotypy. Czasami wychodzi jej to na szczęście 

i  tak  właśnie  stało  się  w  ostatnich  dwóch  dekadach  istnienia 

PRL. W 1982 roku pewien miejscowy dyrektor ośrodka kul-

tury, gdzie grupa moich znajomych zakładała klub miłośni-

ków SF, oznajmił im od serca: „to wszystko bzdury, ale lepiej, 

żeby  się  młodzież  zajmowała  bzdurami,  niż  ma  rzucać  ka-

mieniami w milicję”. Z podobnych przesłanek wyjść musieli 

jego starsi rangą towarzysze, którzy w tym samym 1982 roku 

zezwolili  wreszcie  (po  pięciu  latach  starań)  na  uruchomie-

nie  miesięcznika „Fantastyka”.  Byli  po  prostu  głęboko  prze-

konani,  że  będzie  to  polegało  na  czarowaniu  młodzieży  ba-

jędami  o  zielonych  ludkach  z  UFO.  Tymczasem  polska  fan-

tastyka,  sprzedawana  spod  lady  i  pogardliwie  zbywana  mil-

czeniem  przez  tzw.  środowiska  literackie  stała  się  wówczas, 

tak naprawdę, jedyną nadziemną literaturą swego czasu – to 

znaczy jedyną, która na bieżąco podejmowała rozterki i pro-

blemy nurtujące czytelników. Jej patronami nie byli twórcy 

historyjek  o  latających  talerzach,  w  znikomym  tylko  stop-

niu funkcjonował w takiej roli Stanisław Lem, którego roz-

background image

ważania były dla fanów SF zbyt zimne i abstrakcyjne. Bliżej 

było im do Orwella, Huxleya czy Zamiatina. Kluby SF stały 

się  miejscem  kształtowania  znacznej  części  pokolenia  stanu 

wojennego. Że była to dobra szkoła, przekonuję się co krok, 

spotykając starych znajomych z fanowskiego ruchu po redak-

cjach i organizacjach. W ogromnej mierze – może decydują-

cej – jest to zasługą pisarza, od nagłej śmierci którego mija 

właśnie dziewięć lat – Janusza Zajdla. Był on owej  literatu-

ry niekwestionowanym mistrzem, zdolnym w oczach wielu 

przyćmić sławę Lema, był też kimś w rodzaju guru związa-

nego z nią ruchu. Mimo dziewięciu lat, jakie minęły od jego 

nagłego odejścia, wciąż jest autorem pamiętanym i przypo-

minanym.

Jak przedstawić Janusza Zajdla tym, którzy go nie znali ani 

nie czytali? Po pierwsze powiedzieć trzeba krótko: był czło-

wiekiem prawym. Krótko przed

śmiercią napisał w wypowiedzi dla jednego z amatorskich 

pism  SF: „Nie  uważam  się  za  człowieka  sukcesu. W  dziedzi-

nie zawodowej nie osiągnąłem wysokich stanowisk ani stopni 

naukowych – zachowując w zamian czyste ręce, autentycznie 

własne poglądy i własną twarz. W dziedzinie pisarstwa zdo-

łałem napisać jedenaście powieści i zbiorów opowiadań. Spo-

ro opowiadań i dwie powieści ukazały się za granicą. W cią-

gu  dwudziestu  lat  pracy  twórczej  dorobiłem  się  M–4,  żony, 

dziecka i samochodu, aktualnie mocno zużytego”. Tę prezen-

tację  można  uzupełnić  kilkoma  dodatkowymi  informacja-

mi: urodził się w 1938 roku, ukończył fizykę jądrową, pra-

cował w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. 

Pierwszą i ostatnią organizacją, do jakiej wstąpił (nie licząc 

ZAiKSu)  była „Solidarność”;  w  1980  roku  koledzy  z  pracy 

wybrali go przewodniczącym komisji zakładowej.

Pisał w czasie kradzionym z urlopów i weekendów, z począt-

background image

ku traktując to chyba jak przedłużenie pracy zawodowej. De-

biutował w roku 1961, publikował dość regularnie na łamach 

„Młodego Technika” czy „Astronautyki”, wydał kilka powieści 

dla młodzieży. Przez długie lata była to jeszcze tylko solidna, 

klasyczna SF, odrobinę dydaktyczna, odrobinę popularyzator-

ska, dowcipna i pomysłowa, ale nie przekraczająca granic li-

teratury  popularnej.  Innej  fantastyki  w  latach  sześćdziesią-

tych  i  na  początku  siedemdziesiątych  być  nie  mogło;  gatu-

nek dopiero się tworzył, autorzy, pozbawieni kontaktu z jego 

głównym, zachodnim nurtem, po omacku starali się uchwy-

cić specyfikę fantastyczno–naukowego języka. Pod koniec lat 

siedemdziesiątych  w  twórczości  Zajdla  nastąpił  jakościowy 

przełom. W stosunkowo krótkim okresie powstały wówczas 

powieści,  wyznaczające  na  długie  lata  kanon  tzw.  fantastyki 

socjologicznej. Najpierw ukazał się „Cylinder Van Troffa”, wi-

zja  tragicznych  skutków  zapobiegania  przeludnieniu  Ziemi 

poprzez  genetyczne  manipulacje,  mające  ograniczyć  ludzką 

płodność. Dziś powieść staje się bodaj czy nie bardziej aktu-

alna, niż w chwili pierwodruku, kiedy to więcej emocji wzbu-

dzał w niej opis totalitarnie rządzonej księżycowej kolonii, w 

której wegetowali zdegenerowani potomkowie autorów wiel-

kiego dzieła „stabilizacji demograficznej”. Motyw zamkniętej 

społeczności, utrzymywanej w posłuchu zmasowanym kłam-

stwem,  ideologią  i  policyjną  inwigilacją  wykorzystał  Zajdel 

także  w  powieściach „Cała  prawda  o  planecie  Ksi”  (1983)  i 

„Paradyzja” (1984); w dwóch innych odbił się od klasyczne-

go  dla  SF  motywu  kosmicznej  inwazji,  zakończonej  okupa-

cją, która wynosi do władzy zaprzedanych potężnym obcym i 

ich obłąkańczej ideologii kolaborantów – były to „Limes In-

ferior” (1982) i „Wyjście z cienia” (1983). Te książki stały się 

sensacją. Znikały spod lady. Owocowały naśladownictwami i 

twórczymi  rozwinięciami.  Współtworzyły  znakomitą  szko-

background image

łę  polskiej  fantastyki  orwellowskiej.  Rzecz  jasna,  odbierano 

je wówczas jednoznacznie jako aluzję do sytuacji Polski. Ta-

kie odczytanie było oczywiste, ale przecież nie jedyne; rów-

nie dobrze można by je odnosić do każdego istniejącego kie-

dykolwiek w dziejach reżimu. Zajdel nie robił aluzji. Zajdel 

używał  metafory  fantastycznego  świata,  by  poddać  analizie 

obłędny system i – przede wszystkim – ludzi, którym przy-

szło w tym systemie żyć.

Swoje powieści zaludnił Zajdel galerią charakterystycznych 

typów:  pseudo–wallenrodów,  usprawiedliwiających  swe  słu-

żalstwo  i  podłość  argumentem,  że  inaczej  przyjdą  jeszcze 

gorsi;  drobnych  małych  szujek;  zagonionych  szarych  ludzi, 

nie wiedzących już nawet co to godność i wolność; czy wresz-

cie tych, dla których stawianie oporu zniewoleniu jest czyn-

nością  równie  oczywistą  jak  dla  innych  oddychanie.  To  za-

sługuje na szczególne podkreślenie: Zajdel uczył swych czy-

telników najprostszych, niezmiennych zasad. Odwrotnie, niż 

zabełkotana i pogrążona w zakłamaniu lub uciekająca w abs-

trakcje i językowe gierki oficjalna literatura, powtarzał, że ho-

nor,  wolność,  godność  i  wierność  są  zasadami  nadrzędnymi 

i wartymi poświęcenia. Że trzeba się opierać złu, choćby na 

niewielką, codzienną miarę. Że prędzej czy później każda noc 

musi się skończyć i że do tych, którzy pozostają prawi nale-

żeć będzie ostateczne zwycięstwo. To było niezmienne prze-

słanie jego twórczości. Może proste. Ale  w  końcu  powtarza-

nie takich prostych, zapominanych czy wręcz kwestionowa-

nych przez rozmaite „elity” prawd jest właśnie rolą literatu-

ry popularnej.

To przesłanie Zajdla zyskało mu rzeszę zapalonych zwolen-

ników oraz pogardę ze strony tzw. „salonu literackiego”. Jego 

twórczość deprecjonowano jako „doraźną publicystykę”, „pro-

ste aluzje”, najczęściej starano się – w dużym stopniu skutecz-

background image

nie – zamilczeć. Krytycy o nim nie wspominali, nie dopusz-

czono  go  do  pozafantastycznego  obiegu  literackiego.  Trud-

no było z tym walczyć – wypisanie expressis verbis, dlacze-

go Zajdel zasługuje na literackie laury nie było przecież wów-

czas możliwe.

Trudno powiedzieć, czy pisarz się tym przejmował. Czytel-

nicy nigdy go nie zawiedli. Widzieli w nim duchowego przy-

wódcę, może nawet wychowawcę. On sam chętnie znajdował 

czas na spotkania w klubach SF, dyskusje, dzielenie się pomy-

słami i zainteresowaniami. Wśrod tych ostatnich szczególną 

ciekawością darzył Zajdel biurokrację, zwłaszcza systemy po-

datkowe i finansowe. Było to jego hobby, dysponował ogrom-

ną  wiedzą  o  wszystkich  sposobach  zapędzania  urzędnika  w 

kozi róg i niejedną panią z księgowości doprowadził tą wie-

dzą  do  czarnej  rozpaczy.  To  hobby  zaznaczyło  się  w  książce 

uważanej powszechnie za najlepszą w dorobku Zajdla – „Li-

mes Inferior”. Jest to opowieść (recenzenci nazywali ją „fan-

tastyką ekonomiczną”) o świecie wywołanych forsowaną bez-

myślnie  utopijną  ideoologią  ekonomicznych  absurdów,  któ-

ry funkcjonuje wyłącznie dzięki, jak byśmy dziś powiedzie-

li, „szarej strefie”. Bohaterem jest odpowiednik naszego cink-

ciarza,  czujący  się  w  półświatku „lifterów”, „kameleonów”  i 

innych  kombinatorów  niczym  ryba  w  wodzie,  który  wsku-

tek splotu okoliczności zaczyna nagle poznawać ukryte przed 

szarym obywatelem rządzące światem mechanizmy.

Poza  wszystkim,  książki  Zajdla  były  –  i  pozostają,  nawet 

po wygaśnięciu wszystkich emocji, które zapewniały im po-

pularność  –  znakomitą  fantastyką  naukową,  czyli  literaturą 

konstruującą logiczne, konsekwentne światy i po prostu da-

jącą czytelnikowi lekturową przyjemność. W czasach, gdy li-

teratura zdegenerowała się do pędzonej państwowymi dota-

cjami  bufonady,  zadęcia  i  bełkotu  sprawia  to,  że  dzieło  Zaj-

background image

dla ma szanse

pozostać  pamiętanym  jeszcze  długo.  Na  pewno  pozostanie 

takim  dopóki  żyją  ludzie,  którzy  się  na  jego  książkach  wy-

chowywali.

background image

8 Frajerzy

Pozwoliłem  sobie  ongi,  przy  okazji,  której  już  nie  pamię-

tam,  porównać  fantastykę  do  działań  takich,  jak  rozmaite 

STS–y,  Bim  –  Bomy  i  podobne  im  legendy  polskiej  powo-

jennej  kultury.  Zupełnie  poważnie:  uważam,  że  dla  mojego 

pokolenia kluby SF odegrały dokładnie tę samą rolę, co wy-

żej wspomniane instytucje dla ludzi o kilkanaście czy kilka-

dziesiąt  lat  starszych.  Tę  mianowicie,  iż  umożliwiły  spotka-

nie się dziwakom i marzycielom.

Proszę  się  rozejrzeć  wokół  siebie. W  każdej  szkolnej  klasie 

znajdzie się jeden taki okularnik, który marnie biega, nie po-

trafi wdrapać się na trzepak, z dziewczynami wychodzi mu, 

no, powiedzmy, średnio – za to książki pochłania w ilościach 

całkiem  niewyobrażalnych.  Żyje  trochę  w  swoim  własnym 

świecie, niby jest, ale tak jakby go nie było. Czasem, jeśli go 

podpuścić, gotów nagle rozgadać się na tematy, które, praw-

dę  mówiąc,  poza  nim  psa  z  kulawą  nogą  nie  obchodzą. Ale 

zazwyczaj myśli o nich sam.

Oto właśnie nasz dziwak. Aha, byłbym zapomniał – na do-

datek  jest  jeszcze  marzycielem.  I,  rzecz  jasna,  nie  jest  mu  z 

tym wszystkim dobrze, dlatego, jak zresztą każde żywe stwo-

rzenie, instynktownie szuka innych podobnych sobie. Bądź-

my spokojni, że nie znajdzie ich na dyskotekach, basenach, w 

halach sportowych i gdzie tam jeszcze gromadzą się jego ru-

background image

miani, wolni od bólu istnienia rówieśnicy. Ale, coś na pocie-

szenie  –  na  owych  dyskotekach  i  siłowniach  rzeczy  ważne  i 

piękne rodzą się rzadko. Zazwyczaj, jak świadczą całe niemal 

dzieje kultury, tworzą je właśnie tacy pogardzani frajerzy.

Nie wiem, co się z takimi dziwakami dzieje teraz, ale za mo-

ich czasów duża ich część trafiała właśnie do klubów SF. Klu-

by te, niejako z założenia, naznaczone były piętnem ciężkiej 

szajby. Weźmy, na przykład, konwenty. O, za moich czasów nie 

przypominały one jeszcze dzisiejszych perfekcyjnie zorgani-

zowanych spędów na kilkaset osób, z nieustannymi projek-

cjami  na  telebimie,  osobnymi  salami  dla  graczy  –  turlaczy, 

graczy  –strategów  i  graczy  –  karciarzy,  pokojem  dla  inter-

nautów,  równoległym  programem  seminaryjnym,  wyszyn-

kiem,  dyskoteką  i  striptizem.  Pamiętam  konwent  w  kwate-

rze Hitlera w Gierłoży, gdzie wskutek mrozu wszyscy chodzi-

li poowijani w koce, a zamroczeni płynami rozgrzewającymi 

organizatorzy ratowali program, urządzając pokaz sztuk wal-

ki – z taką ofiarnością, że aż posoka tryskała na beton ścian. 

Pamiętam równie mroźny konwent w Łodzi, a właściwie pod 

Łodzią, gdzieś w szczerym polu, gdzie jedyne jedzenie stano-

wiły ciasteczka w „zimnym bufecie” – zimnym nie tylko z na-

zwy, mróz zarastał tam od wewnątrz szyby. (Wiele imprez or-

ganizowano wtedy zimą, by wykorzystać nagle odkrycie tego 

lub  owego  ośrodka  kultury,  że  musi  szybko,  do  końca  roku 

wydać przydzielone fundusze, aby mu ich zaś w następnym 

nie  obcięto)  Na  takie  to  imprezy  tłuc  się  trzeba  było  przez 

cały dzień brudnym, spóźnionym o pół doby

pociągiem,  nie  ogrzewanym,  albo  jeszcze  gorzej,  ogrzewa-

nym do temperatur tropikalnych bez żadnej możliwości re-

gulacji, by potem przez kilka dni katować organizm podłym 

jedzeniem oraz brakiem snu. I żeby ślepnąć od wpatrywania 

się załzawionymi oczyma w dusznej, nabitej na full sali w te-

background image

lewizor wielkości znaczka pocztowego, na którym leciała ja-

kaś kopia z siódmego przegrania.

I po co to wszystko? W gruncie rzeczy po to, by się naga-

dać – do rana w sześciu przy jednej połówce. Po to, by ze sobą 

pobyć. Żeby się spotkać i wymienić swoim szaleństwem, wci-

skać sobie nawzajem do łapy nowe płody młodzieńczego pió-

ra, snuć do świtu wizje przyszłych potężnych pism, serii książ-

kowych i fanzinów, no i oczywiście prowadzić święte między-

klubowe wojny, bezinteresowne zgoła i właściwie pozbawione 

jakiegokolwiek sensu, ale traktowane z tak śmiertelną powa-

gą, jakby w nich szło o światowe zasoby złota i uranu.

Kto  by  ponosił  tyle  wyrzeczeń  i  wysiłków  w  tak  błahym 

celu? Tylko frajerzy. I o to właśnie, tak naprawdę, w całej tej 

fantastyce chodziło. O niewiarygodną, przemożną radość ob-

cowania z podobnymi sobie frajerami, tak samo jak ty uga-

niającymi się nie wiadomo za czym, nie wiedzieć czym urze-

czonymi. Fantastyka była furtką do innego, lepszego świata. 

Także w sensie towarzyskim. Mam nadzieję, że jest nią i bę-

dzie nadal – bez względu na to, co się akurat w fandomie są-

czy i czym zakąsza, i czy się czyta, czy ogląda, czy gra.

A po co? Bo warto. Piszę ten felieton w przeddzień epoko-

wego, jak to zapowiada telewizja, wydarzenia – bezpośredniej 

transmisji z Marsa. Jutro miliony ludzi zasiądą przed ekrana-

mi, aby przyglądać się lądowaniu na Czerwonej Planecie ame-

rykańskiej sondy. Wszyscy o tym trąbią, nawet przyjechał do 

Polski  autentyczny  amerykański  astronauta,  żeby  komento-

wać na żywo transmisję. A mnie się chce śmiać. Ha, ha! Fra-

jerzy! – mam ochotę zawołać do tych podekscytowanych tłu-

mów przed telewizorami. – My to wszystko widzieliśmy już 

piętnaście lat temu, dziesiątki razy, we wszystkich możliwych 

wariantach. A wy się o Marsie dowiedzieliście dopiero teraz? 

Ha, ha. Z czym do ludzi?!

background image

Rafał A. Ziemkiewicz – ze świata sf

 9 Dług 

Mija osiem lat od 

śmierci Janusza Zajdla; autora, którego seria powieści, 

dziś z wolna zapominanych, przewróciła polską SF do góry 

nogami  i

 

otworzyła  w  niej  bodaj  czy  nie  najciekawszy  roz-

dział – fantastyki

 

socjologicznej.

Janusz A. Zajdel nie został przez krytyków głównego nur-

tu obdarzony

mianem wielkiego pisarza; ale też, jak sądzę, bycie wielkim 

pisarzem w

takim znaczeniu, jakie nadali temu pojęciu krytycy głów-

nego nurtu, 

niewiele  go  interesowało.  Pisarstwo  stanowiło  dla  Zajdla 

ulubioną zabawę, 

było  owocem  „niepróżnującego  próżnowania”  podczas 

weekendów i

 

urlopów, kiedy to zapracowany fizyk przedzierz-

gał się w opowiadacza

 

historii. Inżynierska dusza Zajdla nie 

znosiła marnowania czasu i brzydziła

 

się zabawą dla samej za-

bawy, toteż jego weekendowe pisarstwo po prostu

musiało służyć czemuś więcej niż tylko uprzyjemnianiu lu-

dziom

 

kolejowych podróży lub deszczowych wakacji. Swoje 

utwory konstruował więc Zajdel jak na umysł ścisły przysta-

ło: wiedział dokładnie, co chce osiągnąć i z bogatego skarb-

ca  literackich  chwytów  wybierał  takie,  które  wydawały  mu 

się najstosowniejsze. Kreacja świata, bohater, dialogi, fabuła 

– wszystko to istniało nie tylko samo dla siebie, ale dla tre-

ści,  którą  autor  chciał  rozpropagować.  Każdy  element  kon-

strukcji miał przyciągnąć czytelnika, zainteresować go, poru-

szyć, uczynić podatniejszym na zawarty w utworze przekaz. 

Prostota, jasność i przejrzystość wywodu, żadnych udziwnień 

ani artystycznych cudactw; tak przynajmniej ja osobiście to 

widzę. Wyliczone  powyżej  przymioty  nie  są  raczej  kojarzo-

background image

ne  z  –  cokolwiek  by  to  miało  oznaczać  –  wielką  literaturą. 

Jak się już rzekło, twórczości Zajdla nie należy rozpatrywać 

w tych kategoriach. Zajdel, czy popularyzował problemy na-

ukowe, czy też wypowiadał się o politycznych i społecznych 

problemach współczesnego mu świata, był przede wszystkim 

znakomitym  –  nie  waham  się  tutaj  użyć  określenia „wiel-

kim” – publicystą.

Pogląd, że publicystyka nie może się łączyć z literaturą, po-

chodzi z tego samego składowiska bredni, co twierdzenia, że 

wiersz  nie  może  mieć  rymu  ani  rytmu,  albo  że  prawdziwej 

sztuce nie wolno traktować o niczym konkretnym. Czterdzie-

ści parę lat prowadzonej przez władze peerelu „polityki kul-

turalnej” pozostawiło nam całe sterty podobnych mądrości. 

Swego czasu umożliwiały one byt kawiarnianym pseudoar-

tystom, których komuniści mieli kaprys utrzymywać, podob-

nie jak dawni królowie hodowali w złotych klatkach papugi 

albo małpy. Wszystko, na co koncesjonowani literaci mieli za 

małe móżdżki albo co mogłoby się nie spodobać ich właści-

cielowi – wobec którego wprawdzie modny był lekki dąsik, 

ale który przecież regularnie sypał do złotych klatek karmę 

i  utrzymywał  je  w  czystości!  – spotykało się ze strony tego 

środowiska  z  chóralnym  potępieniem  i  wypchnięciem  poza 

nawias Sztuki. Zwłaszcza publicystyka. Koncesjonowani lite-

raci pisali zawsze „tania” publicystyka. A już czymś najokrop-

niejszym, najdalszym jak tylko można od Prawdziwej Sztuki 

była dla nich publicystyka „doraźna”. Bardzo to wesołe, jeśli 

się chwilę nad sprawą zastanowić. Bo przecież tak się akurat 

składa, że większość tego, co w literaturze polskiej najwspa-

nialsze, wyrosło z doraźnej publicystyki. Więc biorąc poważ-

nie jazgot zaludniających ZLePowskie i eSPePowskie kawiar-

nie  papug,  należałoby  wyrzucić  z  podręczników  i „Pieśń  o 

spustoszeniu Podola” Kochanowskiego, i pełne doraźności sa-

background image

tyry oraz pamflety biskupa Krasickiego... Bardzo wiele nale-

żałoby wyrzucić. „Dziadów część III” Mickiewicza to przecież 

załatwianie doraźnych porachunków poety z Nowosilcowem, 

Koźmianem  i  panną  Ankwiczówną.  Słowacki  w „Kordianie” 

leci  po  nazwiskach,  najpierw  niszcząc  przywódców  powsta-

nia  listopadowego,  potem  przywalając  papieżowi,  a  na  koń-

cu oskarżając carskiego brata o zamordowanie na tle seksual-

nym pewnej cudzoziemki. A Krasiński, poświęcający połowę 

„Nie–boskiej” na rozprawę z  wyznawcami –  jak to  sam  po-

eta  określał  w  listach  –  „komunistowskiego  bluźnierstwa”? 

A  Wyspiański  ze  swoim „Wyzwoleniem”,  zaplątanym  w  do-

raźne polityczne spory bardziej niż niejedna gazeta? „Trage-

dia jest to przedstawienie fatalności historycznej albo socjal-

nej, wiekowi albo

 

narodowi jakiemu wyłącznie właściwej.” To 

Norwid. Sformułowana przez niego definicja nie wyczerpu-

je możliwych sensów literatury. Przedstawia jeden z jej rów-

nouprawnionych  nurtów.  Uwidocznić  „fatalność  historycz-

ną albo socjalną” – bo nie można dojść do prawd uniwersal-

nych i ponadczasowych inaczej, niż wychodząc od konkret-

nych  warunków  historycznych  i  społecznych.  A  w  każdym 

razie jest naturalnym procesem dochodzenie do uogólnienia, 

ponadczasowej syntezy od obserwacji szczegółów. Próba wy-

eliminowania  z  literatury „doraźnej  publicystyki”  nie  wyni-

kała wcale z dbałości o to, by Sztuka operowała jedynie praw-

dami  uniwersalnymi  i  ponadczasowymi.  Wręcz  przeciwnie 

– chodziło o to, by tych właśnie prawd nikomu nie objawiła. 

Na szczęście natura próżni nie toleruje i zakazane w tzw. li-

teraturze pięknej konkrety musiały się gdzieś podziać. Myślę, 

że jak to często bywa, znakomitemu publicyście Januszowi A. 

Zajdlowi przydarzyło się coś, o co mało dbał. W swych pro-

stych, dydaktycznych powieściach, aż gęstych od nawiązań do 

aktualności,  zatrącił  o  sprawy  ponadczasowe  i  uniwersalne, 

background image

te, które stanowią o literaturze. Wykorzystując fantastykę dla 

skromnych, dydaktycznych i popularyzatorskich celów poka-

zał jej, niejako przy okazji, drogę do wielkości.

Otwierające ten tekst zdanie jest oczywiście pewnym skró-

tem  myślowym  i  proszę  nie  brać  go  dosłownie.  Naturalnie, 

przed  Zajdlem  byli  Żuławski  i  Lem,  równolegle  z  nim  pi-

sał fantastykę socjologiczną Wnuk–Lipiński, którego również 

można by uznać za twórcę tego nurtu. Nie jestem krytykiem 

literackim i piszę tych parę słów w innym celu, niż przyna-

leżne  krytyce.  Chciałem  po  prostu  podkreślić,  jak  wielką  i 

arcyważną instytucją w rodzimej SF był Zajdel dla nas, au-

torów  startujących  w  czasach  jego  wielkości.  Otoczony  sła-

wą  niekwestionowanego  lidera  krajowej  fantastyki,  a  zara-

zem bardzo przystępny, otwarty, zawsze gotów znaleźć chwi-

lę na rozmowę  o  czym  tam  akurat  miał  kto  ochotę  rozma-

wiać. Należał do tych ludzi, wokół których zawsze gromadzą 

się  uczniowie,  wyznawcy  i  przyjaciele.  Bo  czego  jak  czego, 

ale przyjaciół Zajdel miał całe krocie. Zwłaszcza po śmierci. 

W nieco innym sensie i ja stałem się przyjacielem Zajdla do-

piero po jego odejściu. Wcześniej jakoś nie było okazji; jako 

małolat, stawiający w literaturze pierwsze kroki, nie miałem 

po prostu z czym do mistrza startować. Zamieniliśmy kilka-

krotnie parę słów, podrzuciłem mu jakąś swoją głupotkę, o 

której przez uprzejmość nie powiedział niczego konkretnego 

– ot, wszystko. Zajdel umarł w roku 1985. Na parę lat przed 

tym, jak zacząłem mieć z nim o czym rozmawiać. Bywa. Jest 

pochowany na warszawskim cmentarzu ewangelickim. Nieda-

leko znajduje się grobowiec, który dość często odwiedzam i 

w którym najpewniej zostanie położony także i mój futerał, 

kiedy już przestanę go potrzebować. Nabrałem więc zwycza-

ju zachodzenia przy okazji na grób Zajdla. Może to dziwac-

two, ale czuję się dłużnikiem autora „Limes Inferior” i „Cy-

background image

lindra van Troffa”.

Ten  dług,  to  nauka  myślenia  o  wolności.  Wolności,  któ-

ra nigdy i nigdzie nie jest człowiekowi dana, o którą trzeba 

się bezustannie użerać, pilnować

 

jej i bronić. Z książek Zaj-

dla widać doskonale, że wiedział to, co spora część Polaków 

pojęła dopiero w ostatnich latach, po bolesnej nauczce „okrą-

głego stołu” – a czego większość nie pojmie nigdy i zresztą 

nie pragnie tego, bo sen o wolności zawsze był udziałem nie-

licznych.  Może  dlatego  tak  wielu  ludzi  dostrzegło  w  książ-

kach Zajdla tylko tyle, że „robił aluzje”. Współczuję takim fa-

cetom i staram się ograniczać rozmowy z nimi do niezbęd-

nego minimum. Zajdel opisywał nie tyle sytuację zniewole-

nia, ile mechanizm utraty wolności. Bardzo łatwo ją utracić. 

Wystarczy, że do autobusu wejdzie pijany zbir i potrząsnąw-

szy ci, drogi czytelniku, przed twarzą piąchami, każe ci śpie-

wać albo sp... z fotela. Możesz być pewien, że wszyscy współ-

pasażerowie – choć razem bez kłopotu daliby facetowi radę 

–  staną  się  przezroczyści  i  w  skupieniu  zaczną  kontemplo-

wać widoki za oknem. Zupełnie przy tym nie zechcą pamię-

tać,  że  za  chwilę  zbir  dobierze  się  do  któregoś  z  nich,  przy 

tej  samej  obojętności  sąsiadów.  Ty  zresztą  też  będziesz  wo-

lał podporządkować się rozkazowi, niż się z pijakiem użerać. 

Ostatnie lata dowiodły, że Polska jest takim właśnie autobu-

sem. W roku 1980 przywódcy buntu rozmawiali z komuni-

stami  przy  włączonych mikrofonach, a głośniki stoczniowe-

go  radiowęzła  niosły  każde  ich  słowo. W  dziewięć  lat  póź-

niej  porozumieli  się  jakoś  milczkiem,  nawet  nie  przy  okrą-

głym stole, ustawionym raczej dla dekoracji, tylko w jeszcze 

węższym gronie, w Magdalence. Niektóre szczegóły tego po-

rozumienia,  jak  się  zdaje,  nie  zostały  ujawnione  do  dziś.  Są 

przecież  są  kraje  w  pełni  demokratyczne,  którymi  rządzi  i 

w których jest właścicielami wszystkiego raptem kilka połą-

background image

czonych mafijnym układem rodzin. Są kraje kapitalistyczne, 

w których z dobrodziejstw kapitalizmu korzystają oligarchie, 

a większość skazana zastała na wegetowanie w beznadziejnej 

biedzie.  Są  rozmaite  prawne  i  konstytucyjne  kruczki,  które 

pozwalają  w  strukturach  formalnie  demokratycznych  spra-

wować faktyczną władzę rozmaitym nieformalnym sitwom i 

koteriom. Brak cenzury nie stanowi jeszcze o wolności słowa, 

bo za pomocą różnych manewrów z przepisami i funduszami 

potęga mass–mediów łatwo może zostać wyrwana spod spo-

łecznej  kontroli  i  podporządkowana  takim  właśnie  sitwom. 

Tego wszystkiego za komuny nie wiedzieliśmy i nie przewi-

dywaliśmy. Wydawało się, że po zwycięstwie wolność po pro-

stu będzie – tymczasem okazało się, że w walce o nią każde 

zwycięstwo  jest  tylko  rozpoczęciem  kolejnej  walki,  a  każdej 

zdobyczy trzeba niestannie bronić. Demokracja, pozostawia-

jąca wszystko do rozstrzygnięcia większości, nie przeszkadza 

przecież wcale zniewoleniu – bo większość można ogłupić, bo 

większość ulega psychozom, modom i stereotypom, bo więk-

szości  nie  chce  się „zajmować  polityką”,  bo  w  końcu  więk-

szość czasem po prostu ordynarnie pragnie być trzymana za 

mordę.  Te  wszystkie  odkrycia  trzech  ostatnich  lat  dla  Zaj-

dla  nie  byłyby,  jak  sądzę,  zaskoczeniem.  Z  maniackim  upo-

rem, w pośpiechu, ścigając się z kostuchą, powtarzał w swych 

ostatnich  powieściach:  pilnujcie  swojej  wolności,  walczcie  o 

nią, bądźcie nieufni wobec obietnic, strzeżcie się duchowego 

lenistwa, pozwalającego działać cynicznym tyranom i obłud-

nym  manipulatorom!  Chciał  wszczepić  dręczący  go  niepo-

kój wszystkim dokoła, chciał dotrzeć z tym ostrzeżeniem do 

jak największej liczby zagrożonych zniewoleniem ludzi. Nad 

jego  trumną  Lech

 

Jęczmyk  powiedział  po  prostu: „żegnamy 

dziś Janusza Zajdla, człowieka prawego”. Sądzę, że ujął w tych 

słowach wszystko, co najważniejsze.

background image

 10 Chuchać i dmuchać !

Pisarzem się nie jest, pisarzem się bywa – pozwolę sobie spa-

rafrazować  wieszcza.  Co  najgorsze  (tu  znowu  pożyczę  kon-

strukcję zdania, tym razem od Bułhakowa) to, że się nim tyl-

ko bywa, okazuje się zazwyczaj nagle. Ot, opublikował czło-

wiek  to  czy  tamto,  odniósł,  powiedzmy,  jakiś  sukces,  zdo-

był  sobie  mniejsze  albo  większe  grono  życzliwie  nastawio-

nych  czytelników,  czekających  na  kolejne  teksty,  oczywiście 

jeszcze lepsze –słowem, teraz już tylko pisać. Siada więc nad 

klawiaturą, zbiera myśli... i nic. Nie ma czego zbierać. Źródło 

wyschło, natchnienie odpłynęło jak sen jaki złoty i ani myśli 

wracać,  choćby  autor  nie  wiem  jak  mozolnie  starał  się  wy-

rzeźbić coś w zdrewniałym nagle mózgu. W pierwszej chwili 

tknięty  paraliżem pióra delikwent pociesza się, że to nic, że 

wystarczy wstać od biurka, przejść się, popływać, może poje-

chać na wakacje, i przejdzie. Często rzeczywiście tak jest; zły 

okres  mija  i  przez  jakiś  czas  wydaje  się,  że  wszystko  jest  w 

porządku. Złudne nadzieje: przypadłość rozwija się jak ma-

laria, po pierwszym ataku przychodzą nieuchronnie następ-

ne,  przedzielone  krótszymi  lub  dłuższymi  okresami  remisji, 

i  trzeba  się  nauczyć  jakoś  z  tym  żyć.  Różnie  zresztą  bywa; 

czasem już pierwszy atak eliminuje dotkniętego tym syndro-

mem z grona piszących. Niekiedy okresy remisji stają się roz-

paczliwie krótkie, a okresy pisarskiej niemożności rozciąga-

background image

ją się na całe lata.

Amerykanie nazwali to writer’s block; blok pisarski. Można 

uznać go za chorobę, choć o ile mi wiadomo, Minister Zdro-

wia i Opieki Społecznej zapomniał ująć ją w urzędowym wy-

kazie  chorób  i  opatrzyć  numerem  statystycznym.  Niedopa-

trzenie: przypadłość jest naprawdę częsta, dość spojrzeć w hi-

storię  literatury. W  fantastyce  przykład  najbardziej  spekta-

kularny stanowi Alfred Bester, który po znakomitej powie-

ści „Gwiazdy moje przeznaczenie” nie mógł nic napisać przez 

piętnaście lat. Po czym napisał jeszcze lepszą powieść „e De-

molished Man”. Przykład nie tylko spektakularny, ale i opty-

mistyczny – gdyby mnie osobiście trafiło się w życiu zrobić 

tylko jedną taką powieść, uznałbym, że moje istnienie zosta-

ło usprawiedliwione.

Nie taję, że o bloku pisarskim nie piszę tu z pozycji akade-

mickich; myślę o nim mniej więcej tak, jak pewnie prostytut-

ki i narkomani myślą o AIDS (a w każdym razie, jak powinni 

o tym myśleć). Sam może jeszcze zbyt poważnych paroksy-

zmów choroby nie doświadczyłem, pisanie zawsze szło mi jak 

krew  z  nosa,  stroniczkę  rodzę  dobrą  godzinę  i  nic  się  tutaj 

nie zmieniło. Ale, proszę mi wybaczyć takie nieznośne kom-

batanctwo, co i raz obserwuję, jak twórcza impotencja powala 

któregoś z przyjaciół, z którymi razem się startowało, i którzy 

się ongiś zapowiadali nie to, że równie dobrze, ale znacznie 

lepiej. W grupie TRUST, u zarania lat osiemdziesiątych, było 

nas w porywach do sześciu. Z tej szóstki w miarę regularnie 

pisuje oprócz mnie jeszcze tylko jeden Piekara. Z późniejsze-

go

 

o kilka lat i szerszego o kilka nazwisk Klubu Twórców nie 

zostało wiele więcej. Pustawo się robi na horyzoncie.

Nie myślę tutaj o tych, którzy rzucili pisanie, bo po prostu 

zajęli się czym innym. To jest inne zjawisko. Fantastykę pisało 

się za moich czasów tak, jak się pisze pierwsze młodzieńcze 

background image

wiersze – było wielu ludzi, zdolnych skądinąd, którzy zrobili 

w tej dziedzinie tyle, ile mieli do zrobienia, i nie mają już nic 

do dodania – pozakładali firmy, pożenili się, nie mają powo-

du żałować. Nie o nich tu myślę. Myślę o autorach z krwi i 

kości, którzy na pisanie postawili, którym szło ono świetnie 

– i nagle uschło. I dla których jest to problem.

Na  pisarską  niemoc  żadnej  viagry  dotąd  nie  wynaleziono, 

można się więc leczyć z niej tylko półśrodkami. Można zacząć 

pisać dzienniki (ale to rada tylko dla twórców starych i ude-

korowanych), można przekwalifikować się na krytyka, felie-

tonistę,  wreszcie  choćby  na  publicystę  politycznego.  Finan-

sowo może się to nawet opłacać. Ale, takie mam wrażenie, je-

śli ktoś naprawdę zaznał tej szajby, jakąjest pisanie, podobne 

namiastki  nigdy  już  mu  jej  nie  zastąpią.  Pisanie,  tworzenie 

światów to swego rodzaju narkotyk. I za każdym razem sia-

da człowiek do nowego tekstu tak, jak gladiator wychodzący 

na arenę, zadając sobie w duchu pytanie: czy to już ten ostat-

ni raz, czy jeszcze tym razem się podniosę? Pisarz, niech PT 

czytelnicy  wezmą  to  sobie  do  serca,  to  stworzenie  delikatne 

jak szklarniowa roślinka; proszę się nie dać zwieść jego po-

zorną odpornością na pochłaniane trucizny. Na pisarza czy-

telnicy powinni chuchać i dmuchać, żeby im się nie zabloko-

wał. A jeśli się już przypadkiem zablokował – to żeby się od-

blokował.  Czego  serdecznie  życzę  wszystkim  chwilowo  mil-

czącym kumplom, w głębokim przekonaniu, że swoje najlep-

sze kawałki wciąż jeszcze mają oni przed sobą.

background image

11 Jak to się je, czyli parę słów o 

pisaniu fantastyki 

Zacząć  by  należało  od  wyjaśnienia,  czym  właściwie  jest  fantasty-

ka,  czy  też  –  zwykłem  używać  tych  terminów  wymiennie  –  scien-

ce fiction. Wedle dostępnej mi wiedzy polonistycznej badający pro-

blem  literaturoznawcy  wypracowali  w  tej  kwestii  około  230  defini-

cji, różniących się od siebie właściwie wszystkim, ale mających jed-

ną cechę wspólną: wszystkie one, mianowicie, są do bani. To znaczy, 

albo usuwają poza obręb fantastyki dzieła zdaniem autorów i czytel-

ników niewątpliwie fantastyką będące – albo też każą do niej zaliczać 

teksty, których fantaści po prostu za swoje nie uważają i już. Zdaje 

się, że wysiłki próbujących zdefiniować gatunek krytyków są równie 

beznadziejne,  jak  swego  czasu  starania  pracowników  Katedry  Języ-

ka Polskiego polonistyki UW, którzy uparli się wprogramować pol-

ską gramatykę do komputera; po kilku latach udało im się ten kom-

puter przepalić i był to niestety jedyny sukces. Z tej prostej przyczy-

ny, że gramatyka, tworząca się latami, nawarstwiająca się na rozma-

itych przypadkowo uznanych za zasadę precedensach, ze swej natu-
ry jest 

nielogiczna i ma więcej wyjątków niż reguł. Uczniowie 

się  z  tym  godzą  i  wkuwają  na  pamięć  –  komputery  jeszcze 

tego nie potrafią. Podobnie nielogiczne i stąd nie poddające 

się definicji wydają mi się gusta miłośników SF. Jak coś im się 

spodoba, to zaliczają to do fantastyki i nie ma rady, choćbyś 

walił głową ścianę. Pisarze SF wiedzą o tym i tworzą na wła-

sny użytek swoje definicje, o tyle bardziej urokliwe od tych 

background image

literaturoznawczych, że dające się interpretować, powiedzmy, 

dość szeroko. Taką pisarską definicją jest na przykład stwier-

dzenie  bodajże  Artura  Clarka,  że  SF  to „literatura  o  zmia-

nach” (choć chyba nie o wszystkich rodzajach zmian – nie są-

dzę, by na przykład miała SF obejmować tzw. przekształcenia 

własnościowe). Inną definicję, bardzo zresztą przeze mnie lu-

bianą, stworzył Fryderyk Pohl. Jego zdaniem SF to „literatura, 

która już dziś odpowiada na pytania, jakie ludzkość posta-

wi sobie dopiero jutro”. Cyborga z rzędem temu, kto potrafi 

z tej definicji wycisnąć jakieś konkretne wnioski, ale brzmi 

ładnie i niewątpliwie jest słuszna.

Cały  ten  przydługi  wstęp  kreślę  tutaj  jako  swego  rodza-

ju zasłonę dymną. Wobec braku satysfakcjonującej definicji 

gatunku,  o  czym  mam  tutaj  zuchwały  zamiar  pisać,  zamie-

rzam  bowiem  stworzyć  takową  sam.  Wszystko  co  powyżej 

było mi potrzebne na wypadek, gdyby nie przypadła ci ona, 

czytelniku, do gustu – ma cię uprzedzić, że łamały sobie na 

tym zęby nie takie tuzy jak ja i tym sposobem sprawić, byś 

nabrał dla mnie kompasji oraz mizerykordii. A teraz, skoro 

już się to stało, moja definicja (moja teoria, która jest wymy-

ślona  przeze  mnie  i  stanowi  moją  własność  –jak  by  to  po-

wiedzieli Monty Pythonsi): fantastyka to taki rodzaj litera-

tury, w którym podstawą przekazu i zasadą funkcjonowania 

jest przenoszenie czytelnika do innego świata, wykreowane-

go przez autora z elementów stanowiących wspólny dorobek 

i  własność  wszystkich  uprawiających  tę  konwencję  pisarzy. 

Kto nie wierzy, niech poczyta pod tym kątem trochę klasy-

ki i spróbuje mi udowodnić, że w SF najważniejsze może być 

coś innego.

Bohater? Trzy czwarte klasyki SF ma bohaterów wyciętych z 

papieru, a mimo to pozostaje klasyką. Fabuła? Wszystkie tek-

sty „złotego wieku” mająfabułki słabiutkie i pretekstowe, słu-

background image

żące tylko pokazaniu świata SF w działaniu, a mimo to... etc. 

Oczywiście,  światy  fantastyki  zmieniały  się  w  jej  dziejach: 

od lśniących chromem i niklem wnętrz rakiet galaktycznych 

pionierów,  po  śmierdzące  oraz  zaszczurzone  slumsy  czarnej 

przyszłości, surrealistyczne pejzaże inner space lub baśniowe 

ostępy pełne uganiających conanów. Zmieniał się sposób ich 

funkcjonowania w utworze oraz przyczyna, dla której je kre-

owano. Z początku bywały celem samym w sobie, by z cza-

sem zacząć służyć za egzemplifikację futurologicznych bądź fi-

lozoficznych hipotez, ostrzeżenie, autonomiczną kreację arty-

styczną, wreszcie metaforę.

To ostatnie wydaje mi się najciekawsze, najpłodniejsze i naj-

bardziej  warte  wysiłku:  tworzenie  światów  będących  meta-

forą (nie mylić z alegorią czy aluzją!), pozwalających o spra-

wach  trudnych  wypowiedzieć  się  w  sposób  prosty  bez  ich 

upraszczania oraz zawrzeć w utworze swoje lęki, 

przemyślenia i poglądy bez szkody dla fabularnej atrakcyj-

ności tekstu. Takim właśnie pisaniem warto się zajmować.

Skoro ustaliliśmy już, w czym jest specyfika i niezwykłość 

fantastyki,  możemy  poświęcić  uwagę  sprawom  dotyczącym 

każdej  w  ogóle  literatury  –  choć  na  terenie  SF  szczególne 

istotnym.  Otóż  ktokolwiek  chciałby  pisać,  musi  zdać  sobie 

sprawę, że wszelkie pisanie zaczyna się i kończy na słowach. 

Powtórzmy: pisanie polega na układaniu słów. Nic mniej i nic 

więcej.  Tylko  z  pozoru  jest  to  banał.  Jak  nietrudno  zauwa-

żyć po efektach, owo układanie słów stanowi wielką i trud-

ną  sztukę.  Niejeden  mniema,  że  wystarczy  po  prostu  otwo-

rzyć sobie w głowie zbiorniczek z myślami –scenami, obra-

zami,  historyjkami  –  i  pozwolić  im  ściekać  wartką  strużką 

na  papier.  Znam  autorów,  których  tempo  pisania  ogranicza 

jedynie  szybkość  klawiatury;  ot,  stukają  w  nią  i  stukają,  aż 

uznawszy, że wyleli już z siebie wystarczającą ilość słów, ro-

background image

bią  nowy  akapit,  potem  rozdział,  a  w  końcu  stawiają  słowo 

„koniec”. Ukończony tekst pchają do druku nawet nie czyta-

jąc go powtórnie, i zresztą słusznie, bo zazwyczaj jest to ostat-

nia rzecz, do jakiej ich dzieło się nadaje. Tacy faceci skazani 

są na ciężkie rozczarowania i egzystencjalne męki. Nie mogą 

potem za grosz pojąć, dlaczego ich myśli i uczucia wzbudzi-

ły w odbiorcach tyleż zainteresowania, co tartinki z cebulą i 

smalcem  na  dyplomatycznym  raucie.  Szukając  odpowiedzi 

nieodmiennie dochodzą do wniosku, że czytelnicy są do bani, 

kultura upada, a prawdziwi artyści skazani są na nieuchron-

ną przegraną w walce z wymóżdżeniem i komercją. Cóż in-

nego mogą sądzić? Że sami są do niczego? Po pierwsze, nikt 

łatwo nie przyjmuje czegoś podobnego do wiadomości, a po 

drugie  mają  przecież  na  swoje  poparcie  silne  często  argu-

menty:  wszak  zawierają  w  swych  utworach  ważkie  i  orygi-

nalne „głębsze treści”, których istnieniu zaprzeczyć nie może 

żaden  fachowiec.  To  zjawisko  jest  fatalną  spuścizną  strasz-

liwego  nieszczęścia,  jakie  spadło  na  literaturę  na  przełomie 

wieków. Nieszczęścia określanego mianem „awangarda”. Owa 

awangarda  narobiła  spustoszeń  na  dwa  główne  sposoby.  Po 

pierwsze, zaprzeczyła tej najoczywistszej prawdzie, że pisarz 

jest  rzemieślnikiem  słowa.  Zaprzeczyła  regułom  stylistyki, 

gramatyki,  składni. Może jej twórcom o coś jeszcze chodzi-

ło, wielu z nich mogło pochwalić się i talentem, i umiejętno-

ściami. Ale w śladach prekursorów niemal natychmiast zaro-

iło się od drobnego ścierwa, które przyuczyło się od małego, 

że pisarz nic nie musi umieć, a już zwłaszcza nie musi umieć 

napisać normalnego, prostego zdania, takiego w stylu „mar-

kiza wyszła z domu o piątej”.

W normalniejszych czasach całe to drobne ścierwo skosiłby 

w parę tygodni rynek: niestety, w zepsutym wieku dwudzie-

stym  za  mecenasowanie  sztuce  wzięły  się  rządy,  przynosząc 

background image

w efekcie społeczeństwom zalew malarzy, których nikt nigdy 

nie uczył jak się rysuje człowieka albo konia, poetów, którzy 

nie wiedzą czym się różni rym pełny od asonansowego, czy 

wreszcie  literatów,  którzy  nigdy  nie  próbowali  napisać  jed-

nej i tej samej sceny na dziesięć różnych sposobów. Całe to 

tałatajstwo w dodatku – i to drugi fatalny spadek po awan-

gardach – czuje się od takich umiejętności dożywotnio zwol-

nione, ani mu w głowie przysiąść fałdów, popracować, skąd-

że – dawać im tu szmalec za ich wypociny, bo są kulturą na-

rodową i

 

każdy winien płonąć żądzą poznania ich wewnętrz-

nych światów, jeśli nie chce robić za ćwoka i luja. Kiedy się 

owym literackim lepperom przyjrzeć, trudno nie zrozumieć, 

dlaczego nieboszczka literatura tzw. głównego nurtu nie inte-

resuje dziś już nawet psa z kulawą nogą. My, jak to sformu-

łował wieszcz, plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi, czy-

li do samej istności owego cudu, jakim jest dobrze napisana 

książka lub opowiadanie. A ów cud nie przydarza się nikomu, 

kto zapomni popracować nad swym językiem. Nie chciałbym 

się zanadto mądrzyć, ale nie sposób zacytować tu także inne-

go wieszcza, który życzył sobie „aby język giętki powiedział 

wszystko,  co  pomyśli  głowa”,  oraz  jeszcze  innego,  który  na-

pisał „mowa ojczysta niechaj będzie prosta, ażeby każdy kto 

usłyszy słowo zobaczył rzekę, drzewo, zakręt drogi tak jak się 

widzi w blasku błyskawicy” (zaliczone – więcej wieszczów na 

dziś już nie przewiduję). Żadna głębsza treść ani żadna naj-

misterniej naplątana fabuła nie zajmie uwagi czytelnika, je-

śli  poda  mu  się  ją  stylem  jąkały,  w  zdaniach  trzeszczących 

pomiędzy zębami i nierównych jak oddech zdychającego na 

zaolejonej plaży walenia. Więc jeśli przypadkiem, drogi ko-

lego, słoń ci nadepnął na ucho i po prostu nie jesteś w stanie 

zauważyć różnicy pomiędzy mową potoczystą, wartką i ob-

razową,  a  drętwym  ględzeniem  –medycyna  zna  takie  przy-

background image

padki – to lepiej idź się od razu powieś i nie psuj papieru. Je-

śli nie jesteś pewien, czy masz się wieszać, czy może coś jesz-

cze z ciebie będzie, możesz to bardzo prosto sprawdzić. Się-

gnij  po  prostu  po  parę  dobrych  książek. Weź,  dajmy  na  to, 

„Stąd  do  wieczności”  Jonesa  i „Paragraf  22”  Hellera. „Krzy-

żowców” Kossak – Szczuckiej i trylogię Tolkiena. Tę ostatnią 

porównaj  z „Hobbitem”.  Albo  weź  jakiegoś  dobrze  przetłu-

maczonego  Rosjanina  – Wojnowicza,  Trifonowa  –  i  porów-

naj z Hłaską. Możesz poczytać chwilę na głos. Czujesz różni-

cę? Jeśli nie, to naprawdę daj sobie spokój. Jeśli tak, spróbuj 

ją określić i powtórzyć po swojemu. Właściwie każdy dobry 

pisarz  (w  wypadku  etranżera  trzeba  mówić  o  tandemie  pi-

sarz – tłumacz) to osobny zestaw rozmaitych melodii. I jeśli 

chcesz pisać samemu, musisz się z tymi melodiami osłuchać, 

aby móc z czasem zacząć tworzyć nowe. Od tego właśnie za-

czyna się pisanie: od czytania. Myślę, że do napisania jednej 

stroniczki  własnej  trzeba  najpierw  pochłonąć  około  tysiąca 

cudzych. Dobrze jest, jeśli nie będą to beznadziejnie sknoco-

ne tłumaczenia: znam autora naprawdę utalentowanego, któ-

ry pisze koszmarkowatym językiem „klubówek”, jakby słowo 

po  słowie  tłumaczył  z  angielskiego  –  i  tym  samym  skazuje 

się na wieczną drugorzędność. Jeśli nie chcesz powtórzyć jego 

losu,  staraj się  nie zawężać  do  swej  ulubionej  makulatury  w 

kolorowych okładkach. Sięgaj po klasykę. Po głośne powieści 

współczesne  (choć  tu  już  trzeba  być  ostrożnym).  Po  poezję. 

Najlepiej po wszystko.

Skupiaj uwagę na kluczowych scenach. Takich, jak w „Stąd 

do wieczności” sceny, gdy Prewitt gra capstrzyk, gdy urzyna 

się na drodze z Wardenem, gdy pracuje szesnastofuntowym 

młotem w kamieniołomach Schofield Barracks i gdy walczy 

z  Grubasem  Judsonem.  Każda  z  nich  to  zupełnie  inny  język 

i rytm. Jeśli będziesz czytać uważnie, szybko zdołasz sam na 

background image

własny użytek zrekonstruować sobie dziesiątki drobnych re-

guł,  rządzących  układaniem  słów.  Jakich  reguł?  Choćby  ta-

kich jak ta, że rytm zdania jest

 

najprostszym i najoczywist-

szym sposobem regulowania tempa akcji. Długie, wielokrot-

nie złożone zdania sprzyjają rozciągnięciu uwagi, są na miej-

scu, gdy chcesz przyhamować, zwolnić. Jeśli chcesz przy tym 

zrobić  nastrój  sceny,  bardzo  skuteczne  jest  połączenie  dłuż-

szych zdań z rytmicznie powtarzającą się frazą, powracającą 

co  jakiś  czas  niczym  refren.  Oczywiście,  aby  zrobić  nastrój 

musisz też uważać, by nie wetknąć gdzieś słowa do tego na-

stroju nie pasującego. Wracając do rytmu: dla odmiany zda-

nia krótkie, pojedyńcze, wymarzone są do opisu scen szyb-

kich,  o  dużym  napięciu.  W  momentach  szczytowych  do-

brze jest nawet zastąpić je na chwilę samymi równoważnika-

mi zdań. To oczywiście przybliżenie. W praktyce nie ma nic 

nudniejszego,  niż  jednostajność.  Natłok  krótkich,  szybkich 

zdań nuży tak samo, jak kwiecisty, młodopolski słowotok, w 

którym na każde zdanie przyapadały trzy orzeczenia i sześć 

okoliczników. Dwa zdania długie, jedno krótkie, jedno dłu-

gie,  dwa  krótkie  –  taki  jest  mniej  więcej  optymalny  rytm 

narracji, kiedy nie dzieje się nic szczególnego.

Osobną sprawą są dialogi. Tutaj słuch potrzebny jest auto-

rowi bardziej niż w którymkolwiek innym momencie pracy. 

Dialog nie może być drętwy. Musi brzmieć tak, jakby ludzie 

mówili naprawdę. Słuchaj rozmów – w domu, na uczelni, w 

autobusie. Zwróć uwagę, że każdy mówi nieco inaczej i posta-

raj się uchwycić na czym ta inność polega. Na pewno zauwa-

żysz szybko, że język mówiony (który w istocie jest inną zu-

pełnie odmianą polszczyzny) praktycznie rzecz biorąc nie da 

się zapisać, to znaczy zapisany dosłownie staje się bełkotem. 

A jednak dialogi nie mogą też być zrobione językiem „pisa-

nym”. Jaki stąd wniosek? Ano taki, że musisz je podstylizować 

background image

na język mówiony. Musisz dobierać słowa tak, aby pozosta-

wały zrozumiałe, a zarazem brzmiały jak spisane z taśmy ma-

gnetofonowej. Nie zapominając przy tym, że każdy z boha-

terów musi mówić na swój, indywidualny sposób wysławia-

nia  się  (tylko  nie  staraj  się  tego  ostatniego  osiągnąć  sposo-

bem scenarzystów serialu „Dom”, gdzie każdy cudak obowiąz-

kowo wtrącał co dwa zdania swoje „powiedzonko”, doprowa-

dzając tym widzów do ciężkiej desperacji). Zwracam uwagę 

na  pewną  drobnostkę:  otóż  czytelnik  podskakuje  z  radości, 

gdy w utworze coś mu zabrzmi znajomo. Dotyczy to zarów-

no  wewnątrztekstowych  powtórzeń,  zwłaszcza  wracających 

refrenowo fraz w dialogach (co, na przykład, jest stałą zasadą 

konstruowania tekstów przez Sapkowskiego), jak i nawiązań 

w tekście do jakichś sformułowań znanych z życia codzien-

nego. Zresztą mechanizm ten działa nie tylko na poziomie ję-

zyka. Generalnie: musisz pamiętać, że czytelnik ma do wybo-

ru także wiele odmiennych propozycji. Za te same pieniądze 

może obejrzeć film, zjeść hamburgera, wypić piwo. Nie licz 

na jego cierpliwość. Naprawdę nie musi czytać twoich dzieł i 

byłoby bezczelnością domagać się od niego, by płacił za nic. 

Dlatego  musisz  napisać  pierwsze  zdanie  tak,  aby  chciało  się 

po nim przeczytać następne, musisz pisać w ten sposób, aby 

każdy akapit zaciekawiał, ciągnął za sobą dalsze partie tekstu. 

Na tym właśnie polega sztuka pisania.

W potocznym mniemaniu tym, co sprawia, że czytelnik nie 

może  oderwać  się  od  tekstu  i  przerzuca  kartki  z  zapartym 

tchem,  zagryzając  przy  tym

 

wargi  z  emocji,  ma  być  wartka 

akcja. Przy czym wartkość akcji rozumie się tu zazwyczaj jako 

spiętrzenie w jak najkrótszym czasie maksymalnej ilości po-

goni, bijatyk, strzelanin etc. W wielkim stopniu jest to bzdu-

rą i mogę z miejsca wskazać kilkanaście takich dzieł (zwłaszcza 

spośród tzw. fantastyki antyimportowej końca ubiegłej deka-

background image

dy) w których zużycie amunicji i materiałów wybuchowych 

przekracza pięcioletni limit całych polskich sił zbrojnych do 

kupy wziętych, a mimo to nie sposób nad nimi nie ziewać.

Czas odkryć kolejne z podstawowych praw rządzących lite-

raturą. Otóż pisanie zasadza się na grze z emocjami czytelni-

ka: ich umiejętnym pobudzaniu i rozładowywaniu. Ciekawe 

skądinąd, że sprawę odkrył już dziadzio Arystoteles, a wciąż 

można o niej mówić niczym o prawdzie objawionej. Przystęp-

nie i ładnie wyjaśniał to mistrz suspensu, Alfred Hitchcock, 

na przykładzie z bombą pod stołem. Mamy oto sytuację, że 

bohater negatywny chcąc zabić pozytywnego podłożył bombę 

zegarową pod  stolikiem,  przy  którym  pozytyw  gra  z  przy-

jaciółmi w karty. Kretyn rozegra to tak, że pokaże, jak face-

ci grają w karty, aż tu nagle łubudu –wylatują w powietrze. 

Widz  przez  chwilę  jest  ogłuszony  i  dłubie  palcem  w  uchu. 

Koniec. Człowiek z olejem w głowie przede wszystkim zadba 

o to, aby odbiorca wiedział o bombie. A więc: najpierw sce-

na, jak szwarccharakter umieszcza bombę pod stołem. Zbli-

żenie wskazówek zapalnika. Potem goście siadają przy stole. 

Ględzą. Zbliżenie na bombę –bomba cyka. A ci nic. Rozdają 

karty.  Bomba  cyka.  Zbliżenie  na  zegarek.  Któryś  proponuje, 

żeby pójść do baru. Widz oddycha z ulgą. Ale nie: postanowi-

li jeszcze raz zagrać. Bomba cyka. Zbliżenie zegarka. A ci gra-

ją. Nagle rozdającemu upada pod stół karta. Schyla się, sięga 

o centymetr od tykającej bomby i... nie zauważa jej! Wracają 

do gry. Zbliżenie zegarka, na którym do wybuchu pozostają 

już tylko sekundy. I w tym momencie widz z trudem opano-

wuje chęć, aby zerwać się i wrzeszczeć na cały głos: „ludzie, 

uciekajcie,  tam  jest  bomba!”.  Na  tym  właśnie  polega  budo-

wanie akcji. Czytelnik nie będzie śledzić wydarzeń tylko dla 

nich samych. Czytelnik potrzebuje czegoś, co go do zaintere-

sowania się owymi wydarzeniami pobudzi, co sprawi, że bę-

background image

dzie  miał  ochotę  dowiedzieć  się,  jak  to  się  skończy. W  kla-

sycznym kryminale rolę tego magnesu pełni zagadka: czyta-

my, by dowiedzieć się kto zabił. W thrillerze i horrorze za-

gadkę zastąpiono obawą: tu czytamy by się upewnić, że nie 

stanie się coś, co ma się stać. Stąd tyle tam grożących boha-

terowi niebezpieczeństw, tyle niewinnych dzieci i sympatycz-

nych panienek na które dybią zboczeńcy z piłami łańcucho-

wymi bądź śmierdzące gnijącym mięsem demony. Autor, któ-

ry odpala wszystkie petardy od razu jest takim samym par-

taczem, jak facet, który z miejsca łapie kobietę za najczulszy 

punkt i załatwia sprawę w minutę osiem, pozostawiając jąc 

ją z miną „to już wszystko?” – i tak samo czeka go sromota 

oraz pohańbienie. W jaki sposób stopniować i dawkować na-

pięcie najlepiej uczyć się na najlepszych horrorach, które dla-

tego mają średnio po pięćset stron, że przez pierwsze sto au-

tor szkicuje sympatyczne, przeciętne amerykańskie miastecz-

ko,  przez  drugie  sto  sympatyczną,  przeciętną  amerykańską 

rodzinę, przez trzecie sto rozrzuca po tekście rozmaite nie-

samowitości, zwiastujące

rychłe  pojawienie  się  Nieznanego,  a  dopiero  rozgotowaw-

szy czytelnika na miękko poświęca ostatnią setkę na finałową 

rozpierduchę.  Sposobów  jest  rzecz  jasna  nieskończona  ilość. 

Wspomniany już Hitchcock twierdził że utwór powinien się 

rozpoczynać  solidnym  trzęsieniem  ziemi,  i  tego  momentu 

napięcie musi stale wzrastać (to świetna metoda, jeśli tylko 

zawczasu przygotowałeś sobie parę waliz kapiszonów). Zda-

niem Agaty Christie drugi trup tylko przeszkadza w lekturze 

(co nie przeszkodziło jej samej napisać „Dziesięciu Murzyn-

ków”). Jest szkoła, która uważa, że nie powinno się zdejmo-

wać nogi z gazu ani na moment (na przykład Ludlum, któ-

rym, szczerze mówiąc, gardzę) i jest szkoła wręcz nakazują-

ca kształtować fabułę na podobieństwo sinusoidy, to znaczy 

background image

po mordobiciu dawać dla odsapnięcia chwilę przytulanek w 

świetle księżyca i dialogu, jakie to życie jest. Jest wreszcie całe 

mnóstwo gotowych segmentów fabularnej układanki, w ro-

dzaju „o  co  tutaj  chodzi?”, „kobieta  w  niebezpieczeństwie”, 

„szaleniec roi o wladzy nad światem” etc. Możesz je sobie wy-

łuskiwać  z  pochłanianych  lektur,  kolekcjonować  w  pudełku 

i stosować do oli. Zalecałbym jednak w tym umiar: z zasa-

dy bowiem ilość fajerwerków w tekście jest odwrotnie pro-

porcjonalna do jakości autora i mnożąc eksplozję bomb ato-

mowych, rozpylając na proszek całe planety oraz sadząc się 

od razu na katastrofy w skali kosmicznej łacno można wyjść 

na leszcza.

Celowo  nie  wspomniałem  dotąd  o  najważniejszej  sprawie, 

jaka  się  wiąże  z  budowaniem  fabuły  –  a  to  mianowicie  dla 

jasności wywodu. Tą sprawą jest bohater. W 90% napisanych 

dotąd książek tym, co skłania czytelnika do lektury jest cie-

kawość, jak też potoczą się losy głównego bohatera i czy uda 

mu się dopełnić tego, co sobie zamierzył. Nietrudno oczywi-

ście  się  domyślić,  że  aby  czytelnika  to  w  ogóle  zaintereso-

wało, trzeba owego bohatera odrobić należycie, a nie wyciąć 

z gazety – los gościa wyciętego z gazety nikogo bowiem nie 

wzrusza. Gdy mówi się o dobrze skrojonym bohaterze to, nie 

wiem  dlaczego,  większość  ludzi  jakoś  odruchowo  odczytuje 

to w ten sposób, że niby ma ów bohater być skomplikowa-

ny psychologicznie. To znaczy, powienien być workiem kom-

pleksów  i  urazów,  ofiarą  seksualnego  molestowania  w  dzie-

ciństwie,  mieć  lęk  wysokości  i  bać  się  kobiet,  które  kojarzą 

mu  się  z  nianią–sadystką;  najlepiej,  żeby  jak  w  latynoame-

rykańskim  dramacie  był  cierpiącym  na  niemoc  twórczą  pi-

sarzem – alkoholikiem i impotentem, na dodatek sparaliżo-

wanym  po  wylewie  i  obdarzonym  żoną  nimfomanką.  Takie 

oczekiwania są powszechne od czasu, gdy znaczna część głów-

background image

nego nurtu ugrzęzła we Freudzie i jego następcach. Nie mam 

pojęcia, dlaczego tak to chwyciło. Psychologizm był w litera-

turze niewiele znaczącym epizodem i naprawdę, penetrowa-

nie popapranych psychik nie należy do jej powinności. Bo-

hater nie musi być skomplikowany psychologicznie. Spójrz-

my  na  dorobek  faceta,  który  stworzył  bodaj  najlepszą  gale-

rię literackich herosów w dziejach polskiej prozy – na Sien-

kiewicza. Czy Zagłoba jest skomplikowany? Albo Petroniusz? 

Ani trochę. A jednak są to postacie, których nie sposób zapo-

mnieć. Są bowiem wyraziste. I o to właśnie chodzi: bohater 

musi być charakterystyczny, zapadający w pamięć. Musi być 

także facetem, którego da się lubić – po to właśnie, aby fabu-

ła z jego udziałem przykuła uwagę

 

czytelnika i aby nie było 

mu obojętne, czy gość na końcu pojmie królestwo i pół księż-

niczki, czy też utną mu łeb. Nie jest łatwo takiego gościa wy-

strugać. Trzeba użyć do tego fragmentów samego siebie. Trze-

ba gościa poznać dogłębnie, zżyć się z nim, znać na wyrywki 

jego przeszłość, wiedzieć co pomyśli i jak się zachowa w każ-

dej sytuacji. Mnóstwo czasu i roboty. Dlatego też zazwyczaj 

jeśli już autor zdołał tego dokonać, nie rozstaje się ze swym 

bohaterem przez wiele tomów. Tym oto sposobem doszliśmy 

do  początku  niniejszych  rozważań,  czyli  do  budowy  świata 

utworu. Być może zarzucasz mi w tej chwili, drogi czytelni-

ku, daleko idącą niekonsekwencję. W końcu na samym wstę-

pie stwierdziłem, że fabuła, bohater i styl to w SF sprawy nie-

najważniejsze, by potem poświęcić im bite dziesięć stron glę-

dzenia. No cóż, będę brutalnie szczery: epoka, w której kwe-

stie nienajważniejsze można było olewać, minęła bezpowrot-

nie. Za czasów, gdy Harrison szył „Skalnego nurka” a Asimov 

„Nastanie Nocy” można było polegać wyłącznie na pomyśle, 

co do reszty dbając tylko o przyzwoity poziom. Dziś trzeba 

się zmierzyć z telewizją, wideokasetami, komputerami i dia-

background image

bli  wiedzą  czym  jeszcze. To znaczy, że trzeba być dużo lep-

szym niż dawni mistrzowie; a przynajmniej wypruć z siebie 

flaki w dążeniu do tego celu. Język, fabuła, bohater, to kwe-

stie wystarczające by pisać na przyzwoitym poziomie każdą 

inną literaturę. Fantastyka, jako wyższa szkoła jazdy, wyma-

ga jeszcze zdobycia umiejętności dodatkowej, jaką jest two-

rzenie światów, Sztuka ta sama w sobie wymagłaby książki, 

tym bardziej, że owych światów mogą być nieskończone ilo-

ści zależnie od konwencji, jaka autorowi przypadła do sma-

ku, i od niego samego. Inaczej robi się świat twardej SF, in-

aczej  –  najłatwiej,  jak  sądzę  –  fantasy,  o  innych  gatunkach 

nie wspominając. Mogę mówić tylko o SF, i to o jej odmia-

nie socjologicznej, bo na tym się przypadkiem znam. Z nie-

kończonej ilości sposobów kreacji jej uniwersów mnie oso-

biście najbliższa jest ekstrapolacja. To znaczy: bierzemy coś ze 

świata współczesnego i poddajemy obróbce. Zakładamy pe-

wien scenariusz wydarzeń – tak, jak wydaje się to prawdo-

podobne albo możliwe – i staramy się skonstruować rzeczy-

wistość, która byłaby logicznym następstwem przyjętych za-

łożeń.  Przymierzamy  i  poddajemy  efekt  naszej  pracy  testo-

wi  na  wewnętrzną  spójność.  Poprawiamy  i  próbujemy  zno-

wu. Upewniamy się co do szczegółów wertując książki i roz-

mawiając z rozmaitymi ludźmi, którzy się na takiej lub innej 

sprawie znają. Masz jak w banku, że jeśli choć w jednym je-

dynym punkcie odpuścisz i nie upewnisz się, czy to co wy-

myśliłeś jest rzeczywiście możliwe, to znajdzie się jakiś facet 

nie znający się absolutnie na niczym poza tą jedyną sprawą i 

publicznie zrobi z ciebie durnia. Więc trzeba sprawdzać i spa-

sowywać wszystko, aż logika i prawdopodobieństwo twojego 

świata nie będzie pozostawiać absolutnie nic do życzenia.

Tak  budowane  światy  mają  jedną  maksymalnie  wkurzają-

cą  cechę:  ogromna  większość  ciężkiej  pracy,  jakiej  wymaga 

background image

napisanie tą metodą utworu, koniec końców prawie w ogó-

le  nie  jest  w  nim  widoczna.  Trzeba  się  jednak  z  tym  pogo-

dzić, jako że innego sposobu po prostu nie ma. Osobną bo-

wiem  kwestią  jest  świat  wymyślić,  a  osobną  ukazać  go  czy-

telnikowi tak, 

aby go nie znudzić. Tu mamy dwie metody, które stosować 

trzeba równolegle. Pierwsza, to pokazywanie świata w dzia-

łaniu; druga, to inkrustowanie pewnymi charakterystyczny-

mi jego przejawami tła. Pokazywanie świata w działaniu ro-

zumiem tak, iż wszystkie wydarzenia fabularne powinny być 

wynikiem  zdarzeń  zachodzących  w  owym  wykreowanym 

świecie,  być  dla  niego  charakterystyczne  i  nie  mieć  sensu 

poza  nim.  Nie  opisujemy  świata  przyszłości  poprzez  gościa, 

który pracuje jako pomywacz w knajpie i którego pomywa-

nie  nie  różni  się  nic  a  nic  od  pracy  pomywacza  w  knajpie 

normalnej, dzisiejszej, ani zeszłowiecznej. Opisujemy go po-

przez Kowboja Cyberprzestrzeni, Liera albo inne tego typu 

zwierzę.

Każemy mu się mierzyć z problemami typowymi dla jego 

sytuacji,  wynikłymi  z  jej  specyfiki.  Innymi  słowy,  każemy 

mu – a wraz z nim czytelnikowi – brnąć przez skutki dzia-

łania  owej  myślowej  konstrukcji,  którą  właśnie  puściliśmy 

w ruch (zwróćcie uwagę, że zakłada to, iż najpierw musimy 

mieć kompletny świat, aby w ogóle zacząć kombinować nad 

fabułą.  Słyszałem,  że  Lem  zaczął „Solaris”  od  drugiego  koń-

ca i nie potrafię tego wyjaśnić inaczej, jak tylko że całą ro-

botę musiał mieć już wcześniej wykonaną w podświadomo-

ści). Ponieważ z reguły to nie wystarcza – wszak prowadząc 

bohatera przez wszystkie możliwe zdarzenia, jakie mogą mu 

się trafić w jego świecie, zanudzilibyśmy czytelnika na amen 

– trzeba też przenieść nieco do tła. Nasz bohater nie porusza 

się przecież w pustce. Koło niego przewijają się różni ludzie, 

background image

rozmawiają z nim i między sobą, odzywają się telefony, ra-

dioodbiorniki, od czasu do czasu wzrok bohatera paść musi 

na ekran telewizora lub gazetę. Czytelnik musi zobaczyć, że 

nasza historia jest tylko jedną z wielu, które się stale w tym 

świecie dzieją. Aby to osiągnąć, warto strawić nieco czasu na 

dopracowywanie  szczegółów,  i  warto  też  potem  bezlitośnie 

wywalać z tekstu ich nadmiar. W ogóle – i to moja ostatnia 

rada – warto nie mieć dla własnego tekstu litości. Jeżeli kusi 

cię, by być dla siebie samego pobłażliwym, pamiętaj, że inni 

na pewno tacy nie będą. Można by oczywiście dłużej i wię-

cej, ale myślę, że zrealizowałem już oba zamierzone cele. To 

znaczy: wypełniłem zamówioną przez redakcję objętość i zdo-

łałem zniechęcić cię, czytelniku, do prób pisania i odbierania 

mi  chleba.  Jeśli  tak,  powiem  ci  teraz  jedną  rzecz  na  pocie-

chę: kiedy już poznasz wszystkie, ale to wszystkie reguły, któ-

re trzeba poznać, by dobrze pisać, przyjdzie chwila (dopiero 

wtedy – niestety), abyś zrozumiał, że tak naprawdę wszystkie 

one nie są ważne: że naprawdę ważna będzie tylko ta jedna, 

dotąd nikomu nie znana, którą odkryjesz sam.

background image

12 Chwała pechowcom 

Powiedzmy sobie szczerze bolesną prawdę: nie wszyscy załapiemy 

się do historii. Nawet tak w sumie, na tle dziejów powszechnych, mar-

ginalnej,  jak  historia  polskiej  fantastyki.  Przewodas  wyliczył  swego 

czasu, ile to setek autorów SF i fantasy przewinęło się tylko w ostat-

nim dziesięcioleciu przez czasopisma oraz księgarnie („Stary krytyk 
mocno śpi”, NF ?/?). Z 

owej licznej gromady najbardziej zapa-

lony fan zdoła wyliczyć dziesięć, może dwadzieścia nazwisk. 

Taki już jest porządek świata: sukces odnoszą wybrańcy, resz-

ta pozostaje dla nich tłem. Są w owym tle i tacy, którym pary 

starczyło na tylko jedno naprawdę odkrywcze dzieło. Ci mają 

jeszcze szansę zostać ocalonymi od zapomnienia przez kry-

tyka,  który  odda  im  sprawiedliwość wzmianką w historycz-

noliterackiej  syntezie.  Z  tym,  że  akurat  pod  tym  względem 

autor fantastyki znajduje się w sytuacji wyjątkowo ciężkiej, 

bo na jej temat krytycznych syntez napisano bardzo niewie-

le, wszystkie kończące się na początkach lat osiemdziesiątych 

(a więc właśnie wtedy, gdy zaczynało być najciekawiej). No-

wych,  wobec  znanego  faktu  ogólnej  nieopłacalności  wszyst-

kiego,  nie  ma  się  nawet  co  spodziewać.  Siłą  rzeczy  opisanie 

fantastyki spoczęło na barkach zagonionych i z przymusu nie-

metodycznych recenzentów. Nie sposób nawet mieć preten-

sje, jeśli im jakiś tytuł czy nazwisko umknie. Można najwy-

żej  powiedzieć,  że  autor,  który  sobie  na  taką  wzmiankę  za-

służył, a jej nie dostał, po prostu miał pecha.

background image

W ramach walki z rozmaitymi niesprawiedliwościami świa-

ta tego (czym, jak uważny czytelnik zapewne wie, zajmuję się 

na wiele sposobów) prowadzę na własny użytek prywatną li-

stę takich pechowców, którzy wnieśli do SF coś ważnego, a z 

różnych względów nie zostali docenieni. I od czasu do czasu 

zamierzam tu o ludziach i dziełach z mojej listy wspominać, 

choćby  na  użytek  najmłodszych,  którzy  inaczej  nigdy  się  o 

nich nie dowiedzą.

Na początek dwoje pisarzy, których pech miał przeciwstaw-

ne  wektory.  W  wypadku  Gabrieli  Górskiej  i  jej  debiutanc-

kiego opowiadania – właściwie nawet mikropowieści – „Ini-

cjacja”, pech ten polegał na tym, że napisała i wydrukowała 

tekst o kilka lat za wcześnie. W wypadku Andrzeja Mercika i 

powieści „Mgła” było dokładnie odwrotnie – rzecz wyszła o 

kilka lat za późno.

W obu wypadkach miałem wrażenie obcowania z dziełem 

dobrze przemyślanym i ucziwym. Opowiadanie Górskiej uka-

zało się w prasie literackiej w roku 1977, na dwa lata przed 

Wnukiem  i „Cylindrem  Van  Troffa”  Zajdla,  i  zapowiedzia-

ło już wtedy zbliżające się triumfy social –fiction. Prosta, ale 

ładnie napisana historia młodego człowieka, który nie może 

pogodzić się z nagle poznaną prawdą o mechanizmie rządzą-

cym jego światem, brzmi na szalenie podobną nutę, jak kil-

ka późniejszych od niej powieści. W opisie fantastyki socjo-

logicznej powinna „Inicjacja” zostać za to należycie uhonoro-

wana – pech sprawił, że ją to ominęło. Z kolei powieść Mer-

cika byłaby zapewne tekstem szeroko dyskutowanym i doce-

nionym pod koniec lat siedemdziesiątych. Fabułą nawiązują-

ca  trochę  do  lemowego „Ananke”,  była „Mgła”  bardzo  uda-

nym rozwinięciem modelu twardej fantastyki, której wzbo-

gacenie o tematykę społeczną i metafizyczną wychodziło tu 

niejako od wewnątrz, brało się nie z odrzucenia konwencji, 

background image

a  z  logicznego  pociągnięcia  jej  o  krok  dalej.  Niestety.  Opo-

wieść Mercika, pełna mglistego, tajemniczego nastroju i nie-

pokojów  zupełnie  w  twardej  SF  nowatorskich  wyszła  dru-

kiem,  kiedy  podobne  tony  inni  zdążyli  już  wygrać  mocniej 

–  po  wierzchołku  fali  socjologicznej  i  po  zaprezentowaniu 

nowej poetyki w licznych

 

debiutanckich opowiadaniach. Wy-

dana w szarej, nieciekawej okładce, bez emblematu SF, jakoś 

wpadła „Mgła” między głośniejsze dokonania i nikt jej dotąd 

stamtąd nie wygrzebał.

Trudno liczyć, by ktoś dzisiaj wznowił czy to „Mgłę”, czy an-

tologię „Naszej Księgarni” „Instar  Omnium”,  w  której  prze-

drukowano „Inicjację”. Może najwyżej ktoś te pechowe dzie-

ła odkryje na jakimś straganie ze starymi książkami. Jeśli tak, 

zachęcam serdecznie, by wysupłać na nie parę groszy.

background image

 13 A mury runą...

Pamiętam,  jak  dobrych  paręnaście  lat  temu  chichraliśmy 

się w klubie SFAN niczym młode małpy nad zamieszczonym 

w poczytnym wówczas tygodniku artykułem pewnego jego-

mościa.  Jegomość  ów  lżył  okrutnie  science  fiction  za  to,  że 

bombarduje  czytelnika  cudacznymi  nazwami  i  neologizma-

mi, zupełnie dla normalnego człowieka (dla niego, znaczy się) 

niezrozumiałymi.  Najzabawniejsza  w  tym  była  przytoczona 

przez pana redaktora, jak to się mądrze nazywa, egzemplifi-

kacja. Jako cudaczne a niezrozumiałe neologizmy wymieniał 

on bowiem słowa takie, jak „laryngofon” czy „serwomotor”.

W kilkanaście (?!) lat później przyjaciel, z którym się wów-

czas naśmiewaliśmy z nieszczęsnego publicysty, zarzucił mi w 

recenzji, że sieję po  tekście  jakąś  komputerową  kminą  –  na 

przykład  słowami  tak  niezrozumiałymi,  jak  „aplikacja”  czy 

„serwer”.  Z  lekka  to  mną  wstrząsnęło,  prowokując  do  pew-

nej  banalnej  refleksji,  którą  niniejszym  mam  nieprzepartą 

chęć  uraczyć  PT  czytelników. W  największym  skrócie  spro-

wadza się ona do jeszcze jednej próby wyjaśnienia, dlaczego 

napisać dobrą fantastykę jest wielokrotnie trudniej, niż do-

brą  prozę  współczesną.  Bo  że  trudniej,  to  chyba  oczywiste: 

wystarczy porównać, ile pisze się w Polsce książek przynale-

żących do głównego nurtu, a ile SF, pamiętając, że ludzie za-

wsze wolą iść na łatwiznę i że pisarze nie stanowią wśród nich 

background image

żadnego wyjątku.

Dlaczego zatem? Otóż pisarz SF staje przed szeregiem pro-

blemów, których autor prozy współczesnej nie przeczuwa na-

wet w najkoszmarniejszych snach. Ten drugi, patrząc na spra-

wę z technicznego punktu widzenia, ogranicza się do opisu. 

Ten pierwszy musi jednocześnie tworzyć to, co opisuje, i ję-

zyk, w którym opisuje. Musi więc radzić sobie ze wszystkimi 

problemami,  które  dręczą  jego  konkurenta,  i  jeszcze  z  całą 

stertą zupełnie tamtemu nie znanych.

Inaczej  mówiąc;  podkreślałem  już  kiedyś  na  tych  łamach, 

że  w  ostatecznym  rozrachunku  literatura  to  nic  więcej,  jak 

tylko słowa. Wszystko, co pisarz robi, zaczyna się i kończy na 

języku. Za jego pośrednictwem czytelnik poznaje świat, zda-

rzenia  i  bohaterów,  pod  wpływem  doboru  takich  a  nie  in-

nych słów zostaje wprowadzony w odpowiedni nastrój, rytm 

zdań warunkuje łatwość i przyjemność czytania.

Prosty  stąd  wniosek,  że  warunkiem  podstawowym  literac-

kiego  sukcesu  jest  ciągłe  utrzymanie  zrozumienia  między 

nadawcą a odbiorcą. Język pisarza musi być językiem czytel-

nika. Inaczej ten drugi zaczyna ziewać, przerzucać nerwowo 

całe strony w pościgu za umykającą akcją, a wreszcie ziryto-

wany rzuca książką o podłogę.

Wbrew pozorom, utrzymać tę wspólnotę języka to zadanie 

potwornie trudne już wtedy, gdy świat opisywany przez auto-

ra pokrywa się ze światem znanym czytelnikowi z doświad-

czenia. Cóż dopiero, gdy jest inaczej! Kiedy autor ma przed 

oczyma wyobraźni coś zupełnie nowego, niewidzianego, nie-

słyszanego,  i  pragnie  się  tym  z  kimś  podzielić  –  a  słowami, 

na jakie jest skazany, chwyta się ową wykreowaną rzeczywi-

stość topornie, niczym przez grubą rękawicę z jednym pal-

cem.  Taka  właśnie sytuacja  jest w  fantastyce regułą. Zdarza 

background image

się zresztą także w wielu podgatunkach prozy współczesnej, 

kiedy autorzy usiłują wejść w prywatne światy bohaterów, w 

rzeczywistość  urojeń,  schizofrenicznych  deformacji  lub  ob-

sesji. Ponieważ jednak mainststreamowcy, rozpieszczeni roz-

maitymi dotacjami i ułatwieniami, żyją w oddaleniu od czy-

telnika i nie czują nad grzbietem jego bata, z reguły idą po 

najmniejszej linii oporu: po prostu komplikują język i rezy-

gnują ze wszystkiego, co stanowi o atrakcyjności utworu. W 

efekcie przeczytanie ich dzieł wymaga zazwyczaj uprzednich 

specjalnych studiów (sama polonistyka, jak wiem po sobie, 

nie wystarcza), które potencjalny czytelnik musiałby podjąć 

bez żadnej pewności, że w ogóle dane dzieło czytać warto. Z 

tego powodu mało kto, poza zamkniętym środowiskiem in-

nych twórców, w ogóle po te dzieła sięga, co skutkuje ze stro-

ny wspomianego środowiska coraz głośniejszym dobijaniem 

się do ministerstw i urzędów wojewódzkich o jeszcze więk-

sze dotacje, bo inaczej kultura narodowa zginie.

Pisarz  fantastyki,  na  swoje  szczęście,  żadnych  dotacji  nig-

dy nie dostanie. Cóż zatem mu pozostaje? Musi nauczyć czy-

telnika słów, niezbędnych mu do zrozumienia świata utworu. 

Musi to uczynić nie tracąc jego zainteresowania, niejako na 

marginesie  głównego  toku  fabuły,  drobnymi  porcjami,  nie-

postrzeżenie. Drobnostka, nieprawdaż? Spróbujcie sobie wy-

obrazić,  że  nikt  na  świecie  nie  zna  angielskiego  ani  nie  sły-

szał o Średniowieczu, i napisać jeszcze raz „Hamleta”, po an-

gielsku, ale tak, aby czytelnik nie znający tej mowy uczył się 

jej z każdym kolejnym słowem, zarazem cały czas rozumie-

jąc o czym mowa i nie tracąc ochoty na dalszą lekturę. Jeśli 

ktoś  potrafi  podobnego  wyczynu  dokonać,  powiem  mu,  że 

śmiało może się kusić o napisanie fantastycznego arcydzieła. 

Oczywiście,  pisarze  stawiani  przed  takim  zadaniem  wymy-

ślali  przeróżne  ułatwiające  je  sztuczki.  Najstarszą  i  najczę-

background image

ściej  używaną  było  wprowadzenie  w  ów  wykreowany  świat 

człowieka mniej więcej takiego samego jak czytelnik, o zbli-

żonej  do  niego  świadomości  i  zasobie  pojęć.  Przytłaczająca 

większość  starej  SF  opisywała  przyszłość  za  pomocą  bohate-

ra  współczesnego  jej  twórcom,  który  dostał  się  tam  maszy-

ną  czasu  lub  jako  zamrożony  w  lodach  hibernatus  i  które-

go obywatele wykreowanego świata mogli na każdym kroku 

pouczać, tak jak Sherlock Holmes musiał wyjaśniać swe de-

dukcje wiecznie nic nie kumającemu Watsonowi.

No,  ale  w  którymś  momencie  czytelnikom  musiało  się  to 

znudzić. Wtedy pisarzom fantastyki zostało tylko jedno: pra-

cować  zespołowo.  Kraść  od  siebie  nawzajem,  zawsze  zresz-

tą  z  przyzwoleniem  okradanego,  który  przy  najbliższej  oka-

zji  odkradał  się  na  kradnącym.  Dzięki  temu  świat  SF  (ana-

logicznie  było  ze  światem  fantasy)  stał  się  wspólną  własno-

ścią  i  czytelnik  pochłaniający  kolejne  dokonania  konwencji 

nie musiał być za każdym razem uświadamiany od zera, co 

to  robot,  a  co  dysza  silnika  rakietowego.  Rodziło  to  dwoja-

kie skutki uboczne. Z jednej strony, słabsi pisarze nie mogli 

często zapanować nad tą wspólną rupieciarną i pozwalali, aby 

konwencja muyślała za nich; z drugiej zaś fantastyka zaczęła 

się zamykać na tych, którzy owej graciarni nie znali. Czytanie 

SF  stało  się  na  długie  dziesięciolecia  wtajemniczeniem,  wy-

magającym  wprowadzających  i  specjalnej  inicjacji.  Nie  spo-

sób było przecież napisać kawałka SF bez używania neologi-

zmów, oznaczających przedmioty jeszcze w realnej rzeczywi-

stości nie istniejące!

Co,  mówiąc  nawiasem,  i  tak  jest  łatwizną.  Tak  naprawdę 

przecież język rozwija się nie przez neologizmy, ale głównie 

przez neosemantyzmy –starym słowom nadaje się nowe zna-

czenia.  Cytowana  tu „aplikacja”  dziesięć  lat  temu  oznaczała 

naszywkę na koszulkę, a „wibrator” to była za moich czasów 

background image

taka metalowa wajcha u gitary elektrycznej. Tu stopień trud-

ności, piętrzących się przed autorem, podnosi się wręcz prze-

rażająco,  a  ryzyko  wygłupienia  się,  jak  dowodzi  przykład  z 

wibratorem, wzrasta skokowo. Spójrzmy choćby, jak fatalny 

pech  przytrafił  się  braciom  Strugackim,  i  to  ich  najgenial-

niejszej książce. Słowo „stalker”, utworzone przez nich w peł-

nej zgodzie z logiką języka od to stalk – podkradać, względnie 

czaić się – z niewiadomych przyczyn zaczęło we współczesnej 

amerykańszczyźnie  oznaczać...  gwałciciela.  Biedny  Red  Sho-

ehart. Zacząłem jednak ten felieton od cytowania słów, któ-

re choć wcale nie zostały wymyślone przez autorów SF, zda-

ją się części publiczności równie niezrozumiałe jak ich neo-

logizmy. A zarazem – są do pisania o pewnych sprawach nie-

zbędne, jak przysłowiowy dżdż kani. No bo jakże tu opisać 

dialog czołgistów lub nurków bez laryngofonu albo kompu-

ter bez aplikacji? Nie da się.

Z pozoru wniosek z tego smutny: pewne kręgi czytelników 

zawsze będą nas, fantastów odrzucać, bo nie znają języka, w 

jakim piszemy. Otóż nie, wcale nie tak! Tak można było my-

śleć  dawniej.  Dziś  zrobiło  się  odwrotnie,  i  to  mnie  właśnie 

cieszy, a i innych powinno. Dziś świat rzeczywisty zaczął ję-

zykowo  –  przynajmniej  w  kwestii  nazewnictwa,  bo  w  bar-

dziej skomplikowane zagadnienia nie chciałem się już wgłę-

biać  –  nadrabiać  zaległości.  Przy  tym  tempie  rozwoju  tech-

nologicznego nawet panny służące będą niedługo wiedziały, 

co zacz antymateria (czytałem, że podobno ją właśnie zsyn-

tetyzowano  –  tylko  troszkę,  ale  to  tak,  na  początek).  Mury 

językowego getta walą się z trzaskiem, szykujmy się do opa-

nowania nowych mas czytelniczych!

Pewnie,  może  jeszcze  przez  pewien  czas  zostać  malejąca  z 

każdym rokiem grupa ludzi zacofanych, nie wiedzących, co to 

serwer, a co troubleshooter. Ja  sam,  jeśli  miewam  problemy 

background image

z  komputerową  terminologią,  pytam

 

znajomych  dwunasto-

latków. Oni zawsze wiedzą – więc mogę tę metodę z pełnym 

przekonaniem polecić czytelnikom.

background image