background image

Zelazny Roger

Dziewięciu Książąt Amberu

Rozdział 01

Koszmar zbliżał się ku końcowi, lecz miałem wrażenie, że trwał całą wieczność. 

Spróbowałem poruszyć  palcami u nóg - udało mi się. Leżałem na  szpitalnym łóżku i miałem obie nogi w  gipsie, 

ale przynajmniej wciąż je miałem. 

Trzykrotnie zacisnąłem i otworzyłem powieki. 

Pokój przestał mi wirować przed oczami. 

Gdzie, u diabła, byłem? 

Po  chwili  zaćmienie  zaczęło  ustępować  i  wróciła  mi  częściowo  pamięć.  Przypomniałem  sobie  długie  noce, 

pielęgniarki  i  igły.  Za  każdym  razem,  kiedy  zaczynało  mi  się  nieco  rozjaśniać  w  głowie,  ktoś  wchodził  i  coś  mi 

wstrzykiwał. Tak to wyglądało, dokładnie  tak. Teraz  jednak, skoro przyszedłem już  trochę  do siebie, będą  musieli z tym 

skończyć. 

Ale czy skończą? 

I naraz jak obuchem uderzyła mnie myśl: niekoniecznie. 

Wrodzony sceptycyzm co do szlachetności ludzkiej natury nie  pozwolił mi na zbytni optymizm. Zrozumiałem, że 

od dłuższego czasu odurzano mnie narkotykami. Nie  miałem pojęcia dlaczego, ale też  nie widziałem powodu, dla którego 

miano  by  zaprzestać  tych  praktyk,  jeśli  im  za  to  płacono.  Musisz  zachować  zimną  krew  i  udawać,  że  jesteś  nadal 

zamroczony - podpowiedziało mi moje drugie, gorsze, choć zapewne i mądrzejsze ja. 

Tak też uczyniłem. 

Kiedy  w  jakieś  dziesięć  minut  później  zajrzała  przez  drzwi  pielęgniarka,  oczywiście  wciąż  słodko  chrapałem. 

Odeszła. Przez ten czas zdążyłem już częściowo zrekonstruować, co zaszło. 

Uprzytomniłem sobie niejasno, że miałem jakiś wypadek. To, co było potem, pamiętałem jak przez mgłę, a tego, 

co  było  przedtem,  nie  pamiętałem  zupełnie. Ale  przypomniałem  sobie, że  najpierw  przebywałem  w  szpitalu, a  dopiero 

później przeniesiono mnie tutaj. Dlaczego? Nie miałem pojęcia. 

Czułem, że  nogi mi się już  zrosły  i są na  tyle silne, że  mogę  spróbować stanąć. Nie  zdawałem sobie  sprawy, ile 

czasu upłynęło od ich złamania, ale wiedziałem, że były złamane. 

Usiadłem. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, gdyż bolały mnie wszystkie  mięśnie. Na  dworze było już ciemno i 

zza okna mrugało na mnie kilka gwiazd. Odmrugnąłem im i przerzuciłem nogi przez krawędź łóżka. 

Zakręciło  mi  się  w  głowie,  ale  tylko  przez  chwilę;  wstałem  i  trzymając  się  poręczy  u  wezgłowia  zrobiłem 

ostrożnie pierwszy krok. 

W porządku. Trzymałem się na nogach. 

A więc teoretycznie mogłem wyjść stąd o własnych siłach. 

Wróciłem do łóżka, wyciągnąłem się i zacząłem rozmyślać. Ciało miałem zlane potem i trząsłem się jak w febrze. 

Przed oczami migotały mi kolorowe plamki. 

Coś się psuje w państwie duńskim... 

To był wypadek samochodowy, uzmysłowiłem sobie. Cholernie nieprzyjemny wypadek... 

Wtem drzwi się  otworzyły wpuszczając trochę światła i przez wpółprzymknięte powieki zobaczyłem pielęgniarkę 

ze strzykawką. Miała szerokie biodra, ciemne wtosy i muskularne ręce. Kiedy zbliżała się do łóżka, usiadłem. 

- Dobry wieczór - powiedziałem. 

- Ależ... dobry wieczór - odparła. 

- Kiedy stąd wychodzę? - spytałem. 

- Będę musiała zapytać lekarza. 

- Świetnie, niech pani zapyta. 

- Proszę podwinąć rękaw. 

- Nie, dziękuję. 

- Muszę zrobić panu zastrzyk. 

- Nic podobnego. Nie potrzebuję żadnego zastrzyku. 

- O tym decyduje lekarz. 

- Więc niech tu przyjdzie i sam mi to powie. A na razie nic z tego. 

- Przykro mi, ale muszę słuchać poleceń moich przełożonych. 

- Tak samo tłumaczył się Eichmann i sama pani wie czym się to dla niego skończyło - pokręciłem wolno głową. 

- Skoro tak - oświadczyła - będę musiała zameldować o tym... 

- Doskonale. I proszę przy okazji powiedzieć, że jutro rano się wypisuję. 

- To niemożliwe. Nie może pan nawet chodzić... i miał pan obrażenia wewnętrzne... 

- Zobaczymy - powiedziałem. - Do widzenia. 

Odwróciła się i wyszła bez odpowiedzi. 

Leżałem i rozmyślałem. Byłem chyba w  jakiejś prywatnej klinice -  a więc ktoś musiał pokrywać rachunek. Kto? 

Przed oczami nie stanęli mi żadni krewni. Ani przyjaciele. Któż więc pozostawał? Wrogowie? 

Usiłowałem przywołać ich w pamięci. 

Pustka. 

Nie zgłosił się żaden kandydat do tego miana. 

Nagle  przypomniałem sobie, że  auto, którym jechałem, spadło ze skały  prosto do jeziora. I  to  było  wszystko, co 

pamiętałem. 

Jestem... 

Wytężyłem pamięć i znów poczułem, że oblewa mnie pot. 

Nie wiedziałem, kim jestem. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

1 / 55

background image

Żeby się czymś zająć, usiadłem i odwinąłem bandaże. Wyglądało na to, że pod spodem wszystko jest w porządku i 

że  postąpiłem słusznie.  Za  pomocą  metalowego  pręta, wyjętego z  wezgłowia  łóżka, zerwałem teraz  gips  z  prawej  nogi. 

Miałem nieodparte wrażenie, że muszę się szybko stąd wydostać, że czekają na mnie jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. 

Sprawdziłem, jak spisuje się  moja  prawa noga. Była zdrowa. Zerwałem gips z  lewej nogi, wstałem i podszedłem 

do szafy. Nie wisiało w niej żadne ubranie. 

Wtem usłyszałem kroki. Wróciłem do łóżka  i  przykryłem się, zasłaniając  zerwany gips i zdarte  bandaże. Drzwi 

ponownie się otworzyły. 

Rozbłysło światło - przy ścianie z ręką na kontakcie stał muskularny osiłek w białym fartuchu. 

- Podobno wojuje pan z pielęgniarką? I co zrobimy z tym fantem? - zapytał i trudno już było udawać, że śpię. 

- No właśnie - odparłem. - Co z nim zrobimy? 

Zmarszczył brwi skonsternowany, a potem oznajmił: 

- Pora na zastrzyk. 

- Czy jest pan lekarzem? - spytałem. 

- Nie, ale otrzymałem polecenie, żeby zrobić panu zastrzyk. 

- A ja się nie zgadzam - powiedziałem - do czego mam pełne prawo. I co pan na to? 

-  Dostanie  pan swój zastrzyk  tak  czy  inaczej  -  oświadczył  i podszedł z  lewej  strony  do łóżka. Trzymał w  ręce 

strzykawkę, którą dotąd chował za plecami. 

Wymierzyłem mu paskudny cios, jakieś dziesięć centymetrów poniżej pasa, który rzucił go na kolana. 

- ...! - zaklął, kiedy odzyskał głos. 

- Spróbuj podejść do mnie Jeszcze raz, kochasiu - zagroziłem - to dopiero zobaczysz. 

- Już my mamy swoje sposoby na takich pacjentów - wysapał. 

Zrozumiałem, że najwyższy czas działać. 

- Gdzie moje ubranie? - spytałem. 

- ...! - powtórzył. 

- Wobec tego będę musiał wziąć pańskie. Proszę mi je dać. 

Trzecia wiązanka już mnie znudziła, zarzuciłem mu więc kołdrę na głowę i stuknąłem go metalowym prętem. 

Nie minęły dwie minuty, a byłem od stóp do głów w bieli, niczym Moby Dick lub lody waniliowe. Obrzydlistwo. 

Wepchnąłem osiłka do szafy i wyjrzałem przez  okno. Zobaczyłem księżyc  w  nowiu wiszący  nad rzędem topoli. 

Trawa  była  srebrzysta  i  połyskująca.  Noc  przekomarzała  się  niemrawo  ze  świtem. Nie  dostrzegłem  niczego,  co  by  mi 

pomogło zlokalizować to miejsce. Stałem na drugim piętrze jakiegoś budynku, a kwadratowa plama światła w dole na lewo 

wskazywała, że na parterze ktoś pełni dyżur. 

Wyszedłem z  pokoju  i rozejrzałem się  po korytarzu. Na lewo kończył się ścianą  z  oknem i miał jeszcze  czworo 

drzwi, po parze z każdej strony. Zapewne prowadziły do podobnych pokoi jak mój. Podszedłem do okna: tak samo trawnik, 

drzewa, noc - nic nowego. Odwróciłem się i skierowałem w drugą stronę. 

Drzwi,  drzwi,  drzwi,  spod  żadnych  smugi  światła,  a  jedyny  odgłos  to  moje  kroki  w  za  dużych, pożyczonych 

butach. 

Zegarek  osiłka  wskazywał  piątą  czterdzieści  cztery.  Za  paskiem,  pod  białym  kitlem  sanitariusza,  miałem 

metalowy  pręt,  który  przy  każdym  ruchu  ocierał  mi  się  o  biodro.  Z  sufitu  co  jakieś  pięć  metrów  padało  blade, 

czterdziestowatowe światło żarówki. 

Schody  skręcały  w  prawo  w  dół, były  puste  i  wyłożone  chodnikiem.  Pierwsze  piętro  wyglądało  tak  samo  jak 

drugie: rzędy pokoi, nic więcej;  schodziłem więc dalej. Kiedy znalazłem się na parterze, skierowałem się w prawo szukając 

drzwi, spod których sączyło się światło. 

Znalazłem je tuż przy końcu korytarza i nie zadałem sobie trudu, żeby zapukać. 

Za  wielkim lśniącym  biurkiem  siedział facet  w  jaskrawym  płaszczu  kąpielowym  przeglądając  jakąś  kartotekę. 

Spojrzał na  mnie ze złością i usta już złożyły mu się do krzyku, który jednak uwiązł mu w gardle, może z  powodu mojej 

groźnej miny. Wstał szybko zza biurka. 

Zamknąłem drzwi za sobą, podszedłem i powiedziałem; 

- Dzień dobry. Narobił pan sobie kłopotów. 

Najwyraźniej kłopoty zawsze budzą ciekawość, bo już po trzech sekundach, jakie zajęło mi przejście przez pokój, 

padły słowa: 

- Co to znaczy? 

-  To  znaczy  -  wyjaśniłem  - że  czeka  pana  proces o  przetrzymywanie  mnie  w odosobnieniu  oraz  drugi proces o 

niedozwolone praktyki lekarskie i nadużywanie narkotyków. Jeśli o mnie chodzi, to już cierpię na głód narkotyczny i mogę 

zrobić coś nieobliczalnego... 

Stał i patrzył na mnie. 

- Proszę stąd wyjść - zażądał. 

Zobaczyłem na biurku paczkę papierosów. Poczęstowałem się i powiedziałem: 

- Niech pan siada i zamknie buzię. Mamy parę spraw do omówienia. 

Usiadł, ale buzi nie zamknął. 

- Przekroczył pan cały szereg przepisów - stwierdził. 

-  Wobec  tego  sąd  rozstrzygnie,  po  czyjej  stronie  leży  wina  -  zareplikowałem.  -  Proszę  oddać  mi  ubranie  i 

wszystkie rzeczy. 

- W pańskim stanie zdrowia nie może pan... 

- Nikt pana nie pytał o zdanie. Albo się pan pospieszy, albo będzie pan odpowiadał przed sądem. 

Sięgnął do dzwonka na biurku, ale trzepnąłem go w rękę. 

- Trzeba to było zrobić, kiedy wszedłem. Teraz jest już za późno. Poproszę ubranie - powtórzyłem. 

- Panie Corey, pańskie zachowanie jest doprawdy... 

Corey? 

-  Nie  ja wybierałem sobie  tę klinikę  i z  pewnością  mam prawo  w  każdej chwili  zrezygnować  z  waszych  usług. 

Teraz właśnie ta chwila nadeszła. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

2 / 55

background image

- Ależ  pańska  forma  w żadnym razie  nie pozwala  mi pana  wypisać. Nie  mogę do tego dopuścić. Muszę  wezwać 

kogoś, żeby odtransportował pana do pokoju i położył do łóżka. 

- Niech pan tylko spróbuje  - powiedziałem - a przekona się pan, w jakiej jestem formie. A teraz do rzeczy. Przede 

wszystkim mam kilka pytań: kto mnie tu umieścił i kto za mnie płaci? 

- Jak pan sobie życzy - westchnął, a jego rzadkie, rudawe  wąsy opadły jeszcze  niżej. Otworzył szufladę  i sięgnął 

do  niej,  ale  ja  miałem  się  na  baczności.  Wytrąciłem  mu  rewolwer  z  ręki,  zanim  zdążył  go  odbezpieczyć  -  był  to 

automatyczny colt kaliber 32, bardzo zgrabny. Sam odbezpieczyłem zamek, wycelowałem w niego i powiedziałem: 

- Teraz odpowie mi pan na moje pytania. Najwyraźniej uważa mnie  pan za  kogoś niebezpiecznego. Być może ma 

pan rację. 

Uśmiechnął się  niewyraźnie  i  zapalił papierosa, co było  błędem, jeśli  chciał mi udowodnić, że  zachował  zimną 

krew. Ręce mu się trzęsły. 

- Niech będzie, Corey - powiedział. - Skoro ma to pana uszczęśliwić: umieściła tu pana pańska siostra. 

? - pomyślałem. 

- Która siostra? - spytałem. 

- Evelyn - odparł. 

Nic mi to nie mówiło. 

- Ależ to nonsens - zaprotestowałem. - Nie widziałem jej od lat. Nie wiedziała nawet, gdzie jestem. 

Wzruszył ramionami. 

- Niemniej... 

- Gdzie ona teraz mieszka? Chciałbym ją odwiedzić - powiedziałem. 

- Nie mam jej adresu pod ręką. 

- To niech go pan wyszuka. 

Wstał, podszedł do kartoteki, otworzył ją, przejrzał, wyciągnął kartę. 

Przeczytałem ją uważnie. Pani Evelyn Flaumel... Nowojorski adres również był mi nie znany, ale wbiłem go sobie 

do głowy. Jak wynikało z karty, miałem na imię Carl. Świetnie. Coraz więcej danych. 

Wsadziłem rewolwer za pasek obok pręta, oczywiście uprzednio go zabezpieczywszy. 

- No dobra - powiedziałem. - A teraz gdzie jest moje ubranie i ile zamierza mi pan zapłacić? 

- Pańskie ubranie zostało zniszczone podczas wypadku - odparł - i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że miał pan 

złamane  obie  nogi,  lewą  nawet w  dwóch  miejscach.  Prawdę  mówiąc  nie  rozumiem,  jakim  cudem stoi  pan  o  własnych 

siłach. Minęły zaledwie dwa tygodnie... 

- Zawsze szybko wracałem do zdrowia - wyjaśniłem. - Przejdźmy teraz do kwestii pieniędzy... 

- Jakich pieniędzy? 

-  W  ramach  ugody, dzięki  której  nie  zaskarżę  pana  do  sadu  za  niezgodne  z  etyką  lekarską  praktyki  i  te  inne 

sprawy. 

- Niech pan nie będzie śmieszny. 

- Kto tu jest śmieszny? Zgodzę się na tysiąc, w gotówce, do ręki. 

- Nie ma nawet o czym mówić. 

-  Niech się  pan lepiej zastanowi, czy  to się  panu opłaci, niech pan pomyśli o  szumie, jaki się  podniesie  wokół 

kliniki,  jeśli  nadam  sprawie  rozgłos  jeszcze  przed  procesem.  Z  całą  pewnością  skontaktuję  się  ze  Stowarzyszeniem 

Lekarzy, z prasą, z... 

- To szantaż - powiedział. - Nie zamierzam się przed tym ugiąć. 

-  Będzie  pan  musiał zapłacić  teraz  albo  potem, po  procesie  -  ciągnąłem. -  Mnie  jest  wszystko jedno. Ale  teraz 

będzie taniej. 

Wiedziałem, że jeśli zmięknie, to znaczy, iż moje podejrzenia były słuszne. 

Patrzył na mnie ponuro, sam nie wiem jak długo. W końcu powiedział: 

- Nie mam przy sobie tysiąca dolarów. 

- To niech pan wymieni jakąś rozsądną sumę. 

Znów zamilkł, a potem rzekł: 

- To złodziejstwo. 

- Nie w przypadku, kiedy kupuje pan za to milczenie. No więc, ile pan proponuje? 

- Mam w sejfie jakieś pięćset dolarów. 

- Niech będzie. 

Po zbadaniu zawartości małego sejfu w  ścianie  oznajmił, że  znalazł tylko  czterysta  trzydzieści dolarów, a  ja  nie 

zamierzałem  zostawiać  tam odcisków  palców  tylko  po to, żeby  sprawdzić, czy  mówi prawdę. Przyjąłem więc  tę  sumę  i 

wepchnąłem banknoty do kieszeni. 

- Gdzie jest najbliższe przedsiębiorstwo taksówkowe obsługujące tę okolicę? 

Podał  mi  nazwę,  wyszukałem  ją  w  książce  telefonicznej  i  przekonałem  się,  że  jestem  w  stanie  Nowy  Jork. 

Kazałem mu wezwać  taksówkę, bo nie znałem nazwy kliniki, a  nie chciałem się  zdradzać przed nim z  lukami w pamięci. 

Ostatecznie jeden z bandaży, które zdjąłem, był okręcony wokół mojej głowy. 

Kiedy zamawiał taksówkę, usłyszałem adres: Szpital Prywatny w Greenwood. 

Zgasiłem papierosa, wyjąłem następnego i ulżyłem moim nogom o jakieś sto  kilogramów, siadając w  brązowym 

fotelu przy półce z książkami. 

- Poczekamy sobie tutaj, a potem odprowadzi mnie pan do drzwi - powiedziałem. 

Nie odezwał się już ani słowem.

Rozdział 02 

Było  około  ósmej  rano,  kiedy  taksówkarz  wysadził  mnie  na  pierwszym  lepszym  rogu  najbliższego  miasta. 

Zapłaciłem mu i przez jakieś dwadzieścia minut wałęsałem się  bez celu. W końcu wszedłem do restauracji, usiadłem przy 

stoliku i zamówiłem sok pomarańczowy, dwa jajka na boczku, grzanki i trzy filiżanki kawy. Boczek był za tłusty. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

3 / 55

background image

Poświęciłem na  śniadanie  dobrą godzinę, a potem poszedłem na  poszukiwanie  sklepu z  odzieżą i poczekałem do 

dziewiątej trzydzieści, aż go otworzą. 

Kupiłem spodnie, trzy  sportowe  koszule, pasek, bieliznę  i parę  wygodnych butów. A także  chusteczkę  do nosa, 

portfel i grzebień. 

Następnie  znalazłem dworzec  autobusowy  i  wsiadłem  do  autobusu  do Nowego  Jorku.  Nikt nie  próbował  mnie 

zatrzymać. Nikt mnie nie śledził. 

Podczas drogi obserwowałem jesienny, wietrzny krajobraz  pod jasnym, zimnym niebem i sumowałem w myślach 

wszystko, co wiem o sobie i swojej sytuacji. 

Zostałem umieszczony w szpitalu w Greenwood jako Carl Corey przez  moją  siostrę  Evelyn Flaumel. Stało się to 

na skutek wypadku samochodowego, który wydarzył się jakieś piętnaście dni temu i w którym połamałem sobie obie nogi, 

obecnie  już  zrośnięte. Nie  pamiętałem swojej  siostry  Evelyn. Lekarze  z  Greenwood dostali  polecenie, żeby  utrzymywać 

mnie w stanie zamroczenia i przestraszyli się konsekwencji prawnych, kiedy zagroziłem im sądem. Dobrze. Ktoś z  jakichś 

przyczyn się mnie boi. Rozegram tę grę do końca i zobaczymy, co z tego wymknie. 

Zmusiłem się, żeby wrócić pamięcią  do wypadku samochodowego i rozpamiętywałem to aż  do bólu. To  nie był 

wypadek. Odniosłem takie  nieodparte wrażenie, choć nie  wiedziałem dlaczego. Ale dowiem się, jak było naprawdę, i ktoś 

mi zapłaci. Ktoś mi drogo zapłaci. Gniew, straszny gniew chwycił mnie  za  gardło. Każdy, kto podniósł na mnie rękę, kto 

próbował zrobić mi krzywdę, czynił to na  własne  ryzyko i teraz  otrzyma  stosowną  zapłatę;  kimkolwiek by był. Ogarnęła 

mnie żądza  mordu, żądza  unicestwienia  przeciwnika  i czułem, że  zdarza się  to nie  po raz  pierwszy  i że  ulegałem już  tej 

żądzy w przeszłości. I to nieraz. 

Patrzyłem przez okno na opadające liście. 

Po przyjeździe  do metropolii przede wszystkim poszedłem do fryzjera ogolić się  i ostrzyc, a potem zmieniłem w 

toalecie  koszulę  i podkoszulek, bo  nie  cierpię  drapiących  resztek  włosów  na  plecach. Automat  kaliber  32, należący  do 

bezimiennego indywiduum z  Greenwood, spoczywał w prawej kieszeni mojej marynarki. Gdyby  ktoś  z kliniki albo moja 

siostra chcieli, aby mnie zatrzymano, posiadanie  broni bez zezwolenia stanowiłoby dobry pretekst. Mimo to postanowiłem 

go nie wyrzucać. Najpierw musieliby mnie  znaleźć i mieć ku temu powód. Zjadłem szybki lunch, przez  godzinę jeździłem 

po  mieście  metrem  i autobusami, a  potem  wziąłem  taksówkę  i kazałem się  zawieźć  do Westchester, pod  adres  Evelyn, 

mojej domniemanej siostry, której widok, jak się łudziłem, wpłynie ożywczo na moją pamięć. 

Jeszcze zanim dojechałem, przemyślałem całą taktykę, jaką zamierzałem obrać. 

Toteż  kiedy  w  odpowiedzi  na  moje  pukanie  po  jakichś trzydziestu  sekundach  otworzyły  się  drzwi  do  wielkiej 

starej  rezydencji,  wiedziałem,  co  powiedzieć.  Przemyślałem  to  idąc  długim,  krętym,  wysypanym  białym  żwirem 

podjazdem,  między  ciemnymi  dębami  i  jasnymi  klonami;  liście  szeleściły  mi  pod  stopami,  a  wiatr  chłodził  świeżo 

podgolony kark pod podniesionym kołnierzem marynarki. Zapach mojego  płynu do włosów mieszał się  z  duszącą  wonią 

bluszczu, który oplatał ściany tego szarego ceglanego domostwa. Nie było tu nic  znajomego. Miałem wrażenie, że  jestem 

tu po raz pierwszy. 

Zapukałem i w środku rozległo się echo. 

Wpakowałem ręce do kieszeni i czekałem. 

Kiedy drzwi się otworzyły, uśmiechnąłem się i skinąłem głową obsypanej pieprzykami pokojówce o śniadej cerze 

i portorykanskim akcencie. 

- Tak? - spytała. 

- Chciałbym się widzieć z panią Evelyn Flaumel. 

- Kogo mam zaanonsować? 

- Jej brata. Carla. 

- Och, proszę wejść - powiedziała. 

Hall, do  którego wszedłem, miał mozaikową  podłogę  z  maleńkich  łososiowo-turkusowych  płytek  i mahoniowe 

ściany, a na lewo stała  długa, wielka donica, pełna zielonych liściastych roślin. Z góry szklano-emaliowany sześcian rzucał 

żółte światło. 

Dziewczyna odeszła, a ja rozglądałem się za czymś znajomym. 

Nic. 

Czekałem więc. 

W końcu pokojówka wróciła, uśmiechnęła się, dygnęła i powiedziała: 

Proszę za mną. Pani przyjmie pana w bibliotece. 

Poszedłem za nią  trzy stopnie  w górę, a potem korytarzem obok dwojga zamkniętych drzwi. Trzecie na lewo były 

otwarte i te właśnie pokojówka mi wskazała. Wszedłem i zatrzymałem się na progu. 

Biblioteka, jak  wszystkie  biblioteki, była  pełna  książek. Wisiały  w  niej  także  trzy  obrazy,  dwa  przedstawiające 

sielskie widoki, a trzeci spokojne  morze. Na podłodze leżał gruby zielony dywan. Obok dużego biurka  stał wielki globus 

zwrócony  do  mnie  Afryką,  a  z  tyłu  ciągnęło  się  na  całą  ścianę  okno,  osiem  wielkich  tafli  szklą.  Ale  nie  dlatego 

zatrzymałem się w progu. 

Kobieta  za  biurkiem była  ubrana w turkusową  suknię z  szeroką  krezą  i dekoltem w szpic, miała  fryzurę  z  długą 

grzywką  i  włosy  koloru  pośredniego  między  barwą  obłoków  o  zachodzie  słońca  a  drgającym  płomieniem  świecy  w 

ciemnym  pokoju. Jej oczy  -  co jakimś  cudem wiedziałem -  skryte  za  okularami,  których  chyba  nie  potrzebowała, były 

błękitne jak jezioro Erie  o trzeciej po południu  w bezchmurny, letni dzień;  a  kolor jej powściągliwego  uśmiechu pasował 

do włosów. Ale nie to sprawiło, że stanąłem w progu jak wryty. 

Skądś ją znałem, ale nie wiedziałem skąd. 

Podszedłem, przykleiwszy do twarzy uśmiech. 

- Jak się masz - powiedziałem. 

-  Siadaj, proszę  -  wskazała  mi przepastny, pomarańczowy  fotel z  rodzaju  tych, w  jakie  człowiek  z  lubością  się 

zagłębia. 

Usiadłem, a ona uważnie mi się przyjrzała. 

- Cieszę się, że znów jesteś na chodzie - powiedziała. 

- Ja tez - odparłem. - A co u ciebie? 

- Wszystko dobrze, dziękuję. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się twojej wizyty. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

4 / 55

background image

- Wiem -  zablefowałem -  ale  przyszedłem podziękować  ci za  twoją  siostrzaną  pomoc  i opiekę. - Nadałem temu 

lekko ironiczny ton, żeby zobaczyć jej reakcję. 

W tym momecie  do pokoju wszedł ogromny pies - wilczarz irlandzki - i położył się  przed biurkiem. Tuż za nim 

wsunął się drugi okaz i wolno okrążył dwa razy globus. 

- No cóż - odparła z równą ironią - przynajmniej tyle mogłam dla ciebie zrobić. Powinieneś jeździć ostrożniej. 

- Na przyszłość  będę  bardziej uważał, przyrzekam. - Nie  wiedziałem, jaka gra się tu toczy, ale  ponieważ ona  nie 

wiedziała,  że  ja  nie  wiem, postanowiłem  wyciągnąć  z  niej  jak  najwięcej  informacji.  -  Pomyślałem  sobie, że  będziesz 

ciekawa, w jakim jestem stanie, więc przyjechałem się pokazać. 

- Tak, oczywiście - odpowiedziała. - Czy jadłeś coś? 

- Lunch kilka godzin temu. 

Zadzwoniła na pokojówkę i kazała podać posiłek. 

- Podejrzewałam, że  sam zechcesz wynieść się  z Greenwood, jak tylko poczujesz  się na  siłach -  oznajmiła. - Ale 

nie przypuszczałam, że nastąpi to tak szybko i że się tutaj zjawisz. 

- Wiem - odparłem. - I dlatego tu jestem. 

Poczęstowała mnie papierosem, podałem jej ogień i sam zapaliłem. 

- Zawsze byłeś nieobliczalny - oświadczyła w końcu. - I chociaż w przeszłości często ci to pomagało, w tej chwili 

bym na to nie liczyła. 

- Co masz na myśli? - spytałem. 

-  Stawka jest za  wysoka na blef, a chyba tego właśnie  próbujesz, przychodząc tu sobie  jakby nigdy nic. Zawsze 

podziwiałam twoją odwagę, Corwin, ale nie bądź głupcem. Znasz sytuację. 

Corwin? Trzeba zanotować to w pamięci pod "Corey". 

- Niekoniecznie - odparłem. - Nie zapominaj, że ostatnio dłuższy czas przespałem. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że się z nikim nie kontaktowałeś? 

- Nie miałem okazji, odkąd odzyskałem przytomność. 

Przechyliła głowę na ramię i zmierzyła mnie swoimi cudownymi oczami. 

- Niezbyt to roztropne  - powiedziała - ale  możliwe. Całkiem możliwe. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciebie. Załóżmy, 

że mówisz prawdę. W takim razie postąpiłeś mądrze i bezpiecznie. Niech no pomyślę. 

Zaciągnąłem  się  papierosem  z  nadzieją,  że  powie  coś  jeszcze,  Ale  milczała,  wobec  tego  postanowiłem 

wykorzystać punkt zdobyty w tej grze, dla mnie nie zrozumiałej, z nieznanymi graczami i niejasnym celem. 

Sam fakt, że tu przyszedłem, coś znaczy - powiedziałem. 

- Tak - odparła - wiem. Ale ponieważ jesteś sprytny, może to znaczyć niejedno. Poczekamy i zobaczymy. 

Poczekamy na co? Co zobaczymy? 

Przyniesiono steki i dzban piwa, zostałem więc na chwilę  zwolniony od czynienia ogólnikowych i mętnych uwag, 

które  ona  mogła  interpretować  jako  subtelne  lub  wieloznaczne.  Stek  był  doskonały,  krwisty  w  środku  i  soczysty;  z 

przyjemnością  zagłębiłem  też  zęby  w  świeżym,  chrupiącym  chlebie  i  pociągnąłem  łyk  piwa,  zaspokajając  głód  i 

pragnienie. Evelyn śmiała się, obserwując mnie i dziubiąc widelcem w talerzu. 

- Lubię  patrzeć, jak umiesz  cieszyć  się  życiem -  powiedziała. - I  dlatego  wolałabym, żebyś nie musiał się  z nim 

rozstawać. 

- Ja też - przyznałem z pełnymi ustami. 

Jadłem i  przyglądałem się  jej. Zobaczyłem ją  naraz  w  wydekoltowanej,  wieczorowej  sukni, szmaragdowej  jak 

morze, na  tle  muzyki, tańców, głosów... Ja byłem w  srebrno-czarnym stroju  i... Obraz  się  rozpłynął. Ale  wiedziałem, że 

wspomnienie było prawdziwe i kląłem w duchu, że trwało tak krótko. Co ona wtedy do mnie mówiła, kiedy stała w swojej 

szmaragdowej sukni przede mną ubranym na czarno i srebrno, tej nocy z muzyką, tańcami i szmerem głosów w tle? 

Dolałem piwa i zdecydowałem się zapuścić sondę. 

- Pamiętam pewną noc - powiedziałem - kiedy byłaś w szmaragdowej sukni, a ja w swoich kolorach. Jakie to były 

szczęśliwe chwile... i ta muzyka... 

Na jej twarzy pojawił się cień melancholii, a rysy złagodniały. 

- Tak... - powiedziała. - To były czasy, prawda...? Rzeczywiście z nikim się nie kontaktowałeś? 

- Słowo honoru - przysiągłem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. 

- Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót - mówiła - a Cienie kryją okropności, o jakich się nam nawet nie śniło... 

- I...? - pytałem dalej. 

- On nadal ma kłopoty - skończyła. 

- Och! 

- Tak - dodała - i będzie chciał wiedzieć, gdzie stoisz. 

- Tutaj - odparłem. 

- To znaczy...? 

- Na razie  - dopowiedziałem, może zbyt szybko, bo jej oczy rozszerzyły się  trochę za bardzo - dopóki nie poznam 

całokształtu sprawy. - Cokolwiek to miało znaczyć. 

- Och! 

Skończyliśmy nasze  steki i piwo, a kości rzuciliśmy psom. Przy kawie  poczułem przypływ braterskich uczuć, ale 

je zdusiłem. 

- A co z resztą? - spytałem, starając się, by brzmiało to neutralnie i bezpiecznie. 

W pierwszej chwili  wystraszyłem  się, że  spyta, co mam na  myśli, ale  ona  wyciągnęła  się  wygodniej w  fotelu, 

wlepiła wzrok w sufit i powiedziała: 

-  Jak zwykle, od nikogo  nie słychać  nic nowego. Może  ty postąpiłeś  najrozsądniej. Mnie  się  to w każdym  razie 

podoba. Ale jak można zapomnieć... czasy świetności? 

Spuściłem oczy, bo nie byłem pewien, co powinny wyrażać. 

- Nie można - powiedziałem. - Nigdy nie można. 

Nastąpiła długa, niezręczna cisza, którą przerwała pytaniem; 

- Czy mnie nienawidzisz? 

- Oczywiście, że nie - odparłem. - Jak mógłbym cię nienawidzić... zważywszy na okoliczności? 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

5 / 55

background image

Chyba ją to ucieszyło, bo pokazała w uśmiechu piękne białe zęby. 

- To dobrze, dziękuję ci - rzekła. - Cokolwiek by mówić, jesteś dżentelmenem. 

Skłoniłem się z emfazą. 

- Zawrócisz mi w głowie. 

- Wątpię - powiedziała. - Zważywszy na okoliczności... 

Zrobiło mi się nieswojo. 

Wciąż  palił  mnie  gniew  i  ciekaw  byłem,  czy  ona  wie,  kto  na  ten  gniew  zasłużył.  Miałem  wrażenie,  że  tak. 

Poczułem nieodparte pragnienie, aby ją o to zapytać wprost, ale się powstrzymałem. 

- No więc, co proponujesz? - zagadnęła w końcu. 

Przyparty w len sposób do muru odrzekłem: 

- Oczywiście, nie ufasz mi... 

- Jak moglibyśmy ci ufać? 

Postanowiłem zapamiętać to "my". 

- Cóż, na razie jestem gotów oddać się w twoje ręce. Z chęcią pozostanę u ciebie, co pozwoli ci mieć mnie na oku. 

- A potem? 

- Potem? Zobaczymy. 

-  Sprytnie  -  powiedziała. -  Bardzo  sprytnie. I  stawiasz  mnie  w  niezręcznej sytuacji. (Zaproponowałem  to tylko 

dlatego,  że  nie  miałem  gdzie  się  podziać,  a  reszta  wymuszonych  szantażem  pieniędzy  nie  na  długo  by  mi  starczyła). 

Naturalnie,  możesz  zostać.  Ale  ostrzegam  cię  -  tu  pokazała  wisiorek  na  łańcuszku,  który  nosiła  na  szyi  -  to  jest 

ultradźwiękowy gwizdek na psy. Donner i Blitzen mają czterech braci, a cała szóstka świetnie radzi sobie z niepożądanymi 

osobnikami i reaguje na  mój gwizdek. Nie  próbuj więc myszkować  tam, gdzie cię  nie proszą. Jeden gwizd i nawet ty nic 

przeciwko nim nie wskórasz. To dzięki tej właśnie rasie w Irlandii nie ma już wilków, wiesz. 

- Wiem - przyznałem i uzmysłowiłem sobie, że to prawda. 

- Tak - ciągnęła. - Erykowi się to spodoba, że jesteś moim gościem. To powinno go skłonić do zostawienia cię  w 

spokoju, a przecież o to ci właśnie chodzi, n'est-ce pas? 

- Oui - przyznałem. 

Eryk!  To  imię  coś  mi mówiło!  Znałem  jakiegoś  Eryka  i  była  to  bardzo  ważna  znajomość. Ten  Eryk, którego 

znalem, nadal najwyraźniej kręci się gdzieś w pobliżu, i to też było ważne. 

Dlaczego? 

Przede  wszystkim  dlatego,  że  go  nienawidziłem.  Nienawidziłem  go  tak  bardzo,  że  mógłbym  go  zabić.  I 

niewykluczone, że próbowałem. 

Uświadomiłem też sobie, że łączy nas pewna więź. 

Rodzinna? 

Tak, właśnie  tak. Żaden  z  nas  nie  był tym zachwycony, że  jesteśmy... braćmi!  Tak, teraz  sobie  przypomniałem: 

potężny, władczy Eryk o krętej, lśniącej brodzie i oczach - dokładnie takich samych jak oczy Evelyn! 

Zalała mnie nowa fala wspomnień, zaszumiało mi w skroniach, poczułem ciepło rozlewające się na karku. 

Zachowałem  jednak  kamienną  twarz  i  jakby  nigdy  nic  zaciągnąłem  się  papierosem  popijając  piwo,  choć 

jednocześnie uzmysłowiłem sobie, że Evelyn jest rzeczywiście moją siostrą! Tylko że  nie nazywa się Evelyn. Nie mogłem 

sobie  przypomnieć,  jak  się  naprawdę  nazywa,  ale  nie  Evelyn. Postanowiłem  być  ostrożny i nie  zwracać  się  do  niej  po 

imieniu, dopóki sobie nie przypomnę. 

A kim ja jestem? I co się właściwie wokół mnie dzieje? 

Nagle  poczułem, że  Eryk musiał mieć  coś wspólnego z  moim wypadkiem. Miał to  być wypadek śmiertelny, ale 

udało mi się przeżyć. I to on był sprawcą? Tak - podpowiedziało mi przeczucie. To musiała był sprawka  Eryka. A Evelyn z 

nim współpracowała, opłacając szpital, żeby trzymano mnie w stanie odurzenia. Lepsze to niż śmierć, ale... 

Równocześnie  zdałem  sobie  sprawę,  że  przychodząc  do  Evelyn  oddałem  się  niejako  w  ręce  Eryka  i  jeśli  tu 

zostanę, będę jego więźniem, wystawionym na kolejny atak. 

Niemniej ona  twierdziła, że  jako jej gość  mogę liczyć na  spokój z jego strony. Należało się  nad tym zastanowić. 

Nie wolno mi o niczym decydować pochopnie, muszę mieć się nieustannie na baczności. Może byłoby lepiej, gdybym stąd 

odszedł i poczekał, aż stopniowo wróci mi pamięć. 

Ale  zżerała  mnie  jakaś  straszna,  gorączkowa  niecierpliwość.  Musiałem  jak  najszybciej  poznać  całą  prawdę  i 

zacząć  odpowiednio działać. Popychał mnie  do tego nieodparty  przymus wewnętrzny. Jeśli  nawet za  odzyskanie pamięci 

przyjdzie mi ponieść koszty ryzyka i niebezpieczeństwa, to trudno. Zostanę. 

- Pamiętam też... - mówiła  Evelyn i uprzytomniłem sobie, że opowiada coś od dłuższej chwili, a ja  nie słucham. 

Może przyczyną był refleksyjny ton jej słów, nie wymagający odpowiedzi, może mój własny natłok myśli. - Pamiętam, jak 

kiedyś zwyciężyłeś Juliana w jego ulubionej grze; a on zaklął i rzucił w ciebie kielichem pełnym wina. Wtedy ty chwyciłeś 

z wściekłością swoje trofeum i zamierzyłeś się, a on się  przestraszył, że posunął się za daleko. Ale ty się nagle roześmiałeś 

i  przepiłeś  do  niego. Było  mi  przykro, że  ty,  zawsze  taki  chłodny  i  opanowany,  wpadłeś  w  taki  gniew,  a  w  Julianie 

wzbudziłeś tego dnia zawiść. Pamiętasz? Wydaje mi się, że od tej pory pod wieloma względami usiłuje cię naśladować. Ale 

ja nadal go nienawidzę i mam nadzieję, że go wkrótce diabli wezmą... Coś czuję, że tak będzie... 

Julian, Julian, Julian. Tak i nie. Jakaś gra, kłótnia  i utrata mojej niemal legendarnej zimnej krwi. Było w tym coś 

znajomego, lecz nie, nie mogłem sobie przypomnieć, o co właściwie chodziło. 

- A Caine, jego to dopiero wystrychnąłeś na dudka! Wciąż cię nienawidzi, wiesz... 

Zrozumiałem,  że  nie  jestem  osobą  szczególnie  lubianą.  Ale  to  uczucie  w  dziwny  sposób  sprawiało  mi 

przyjemność. 

A  imię  Caine  także  zabrzmiało  swojsko. Nawet bardzo  Eryk,  Julian, Caine, Corwin.  Te  imiona  dudniły  mi  w 

uszach i rozsadzały czaszkę. 

- To było tak dawno temu - powiedziałem niemal bezwiednie i chyba zgodnie z prawdą. 

- Corwin, nie bawmy się w ciuciubabkę. Chcesz czegoś więcej niż bezpiecznego kąta, wiem o tym. I  jesteś wciąż 

dość silny, żeby zdobyć coś dla siebie, jeśli odpowiednio to rozegrasz. Nie mam pojęcia, co knujesz, ale może moglibyśmy 

dojść do  porozumienia  z  Erykiem. -  Teraz  słówko "my"  przeszło najwyraźniej na  naszą  stronę. Musiała uznać, że  jestem 

coś  wart  w  tej  grze,  o  cokolwiek  się  ona  toczy.  Zobaczyła  szansę  osiągnięcia  własnych  korzyści.  Uśmiechnąłem  się 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

6 / 55

background image

kącikiem ust. -  Czy  dlatego  tu przyszedłeś? -  ciągnęła. -  Masz  jakąś  propozycję  dla  Eryka  i szukasz  kogoś, kto mógłby 

posłużyć jako pośrednik? 

- Może... - powiedziałem. - Ale muszę  się  najpierw zastanowić. Ledwo wróciłem do zdrowia  i mam sporo spraw 

do  przemyślenia.  Jednak  na  wszelki  wypadek  wołałem  ulokować  się  w  miejscu,  z  którego  mógłbym  szybko  działać, 

gdybym doszedł do wniosku, że w moim interesie jest zawrzeć pakt z Erykiem. 

- Uważaj - powiedziała. - Wiesz, że powtórzę każde twoje słowo. 

- Oczywiście - przytaknąłem, wcale o tym nie wiedząc i szukając szybkiego wyjścia z sytuacji - chyba że w twoim 

interesie będzie współpracować ze mną. 

Ściągnęła brwi, między którymi pokazały się leciutkie zmarszczki. 

- Nie bardzo wiem, co mi proponujesz. 

-  Jeszcze  nic. Jestem tylko  z  tobą  całkiem szczery  i  mówię  ci, że  na  razie  sam  nie  wiem, co  dalej. Nie  mam 

pewności,  czy  chcę  dochodzić  do  porozumienia  z  Erykiem.  -  W  końcu...  -  specjalnie  zawiesiłem  głos,  bo  czułem,  że 

powinienem coś zaproponować, a nie wiedziałem co. 

- Masz inną propozycję? - zerwała się nagle na równe nogi, chwytając za gwizdek. - Bleys! Oczywiście! 

-  Siadaj -  powiedziałem  - i  nie bądź  śmieszna. Czy oddałbym się  tak  chętnie  i bez  namysłu w  twoje ręce, żeby 

zostać rzuconym na pożarcie psom w chwili, gdy przyjdzie ci do głowy Bleys? 

Odprężyła się, a nawet jakby trochę skuliła, a potem usiadła. 

-  Może  i nie  -  przyznała  w  końcu. -  Ale  wiem, że  lubisz stawiać  wszystko  na  jedną  kartę, i wiem też, że  jesteś 

podstępny.  Jeśli  przyszedłeś  tu  z  zamiarem  pozbycia  się  przeciwnika,  to  szkoda  fatygi. Nie  jestem  taka  znów  ważna. 

Powinieneś już tyle wiedzieć. Poza tym zawsze myślałam, że mnie lubisz. 

- Lubiłem cię i lubię - zapewniłem ją - więc nie masz się czego obawiać. Ciekawe, że wspomniałaś akurat to imię. 

Żeby tylko połknęła przynętę! Tylu rzeczy musiałem się dowiedzieć! 

- Dlaczego? Czyżby rzeczywiście skontaktował się z tobą? 

- Wolałbym o tym nie mówić - odparłem mając nadzieję, że da mi to jakąś przewagę i teraz, znając już płeć owego 

Bleysa, dorzuciłem: - Nawet gdyby tak było, odpowiedziałbym mu to samo, co Erykowi: "Muszę to przemyśleć". 

-  Bleys  -  powtórzyła,  a  ja  dodałem  w  myślach;  Bleys,  lubię  cię.  Nie  pamiętam  dlaczego  i  może  nawet 

niekoniecznie mam ku temu powody, ale cię lubię. Tyle wiem. 

Siedzieliśmy przez  chwilę  w milczeniu i poczułem, że  ogarnia  mnie zmęczenie, ale  nie  chciałem tego po  sobie 

pokazać. Powinienem być silny. Wiedziałem, że muszę być silny. Uśmiechnąłem się więc i powiedziałem: 

- Ładną masz bibliotekę. 

A ona odparła: 

- Dziękuję. 

- Bleys - powtórzyła znów po chwili. - Naprawdę uważasz, że ma szansę? 

Wzruszyłem ramionami. 

- Kto to może wiedzieć? Na pewno nie ja. Może ma, a może nie. 

Oczy jej się rozszerzyły, spojrzała na mnie z otwartymi ustami. 

- Chyba nie zamierzasz... nie zamierzasz sam spróbować? 

Roześmiałem się, głównie po to, żeby ją uspokoić. 

- Nie  bądź  niemądra. Ja? - Ale  wiedziałem, że mówiąc to, poruszyła we mnie jakąś strunę, jakieś głęboko ukryte 

pragnienie, które odpowiedziało potężnym: "Czemu nie?" 

I naraz ogarnął mnie wielki strach. 

Ona  w  każdym  razie  wyglądała  na  uspokojoną  moim  odżegnaniem  się  od  tego,  od  czego  się  odżegnałem. 

Uśmiechnęła się i ruchem głowy wskazała wbudowany w ścianę barek na lewo ode mnie. 

- Napiłabym się trochę Irish Mist - powiedziała. 

- Ja też, skoro już o tym mowa - przyznałem, podniosłem się i nalałem nam po kieliszku. 

-  Wiesz  -  powiedziałem, usadowiwszy  się  znów  wygodnie  w  fotelu  -  przyjemnie  jest  tak  pobyć  znów  razem, 

nawet jeśli to tylko na krótko. Od razu nasuwa się tyle wspomnień. 

Odpowiedziała uśmiechem, z którym jej było bardzo do twarzy. 

-  Masz  rację  -  przyznała,  pociągając  łyczek.  -  Czuję  się  przy  tobie  niemal  jak  w  Amberze  -  a  ja  omal  nie 

wypuściłem kieliszka z ręki, Amber! To słowo uderzyło we mnie jak grom! 

W tym momencie ona zaczęła płakać, podszedłem więc i objąłem ją pocieszająco ramieniem. 

-  Nie  płacz,  siostrzyczko,  proszę  cię,  nie  płacz.  Sprawiasz  mi  ból.  -  Amber!  Coś  się  w  tym  kryło,  coś 

porywającego i potężnego, - Jeszcze znów nadejdą dobre czasy - dodałem pocieszająco. 

- Czy naprawdę w to wierzysz? - spytała. 

- Tak - potwierdziłem z mocą. - Wierzę! 

- Jesteś szalony -  powiedziała. - Może właśnie  dlatego zawsze  byłeś moim ulubionym bratem. Niemal wierzę  w 

to, co mówisz, choć wiem, że  jesteś szalony. - Chlipnęła jeszcze raz i drugi, i przestała. - Corwin - ciągnęła -  gdyby ci się 

udało... gdyby jakimś nieprawdopodobnym cudem ci się udało, będziesz pamiętać o swojej siostrze Florimel? 

- Tak - obiecałem, zdając sobie sprawę, że to jej prawdziwe imię. - Tak, będę o tobie pamiętał. 

- Dziękuję ci. Powiem Erykowi tylko to, co konieczne, nie wspomnę ani słowem o Bleysie i zatrzymam dla siebie 

swoje najnowsze podejrzenia. 

- Dziękuję, Floro. 

- Ale pamiętaj, że ci nie ufam ani na jotę - dodała. 

- To się rozumie samo przez się. 

Wezwała pokojówkę, która zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie ledwo zdołałem się rozejrzeć, a  potem padłem na 

łóżko i spałem przez jedenaście godzin.

Rozdział 03 

Rano jej nie  było i nie zostawiła dla mnie żadnej wiadomości. Pokojówka podała  mi w kuchni śniadanie i wróciła 

do  swoich  obowiązków. Zrezygnowałem  z  pomysłu, żeby  starać  się  wyciągnąć  z  niej jakieś  informacje, bo  albo  nic  nie 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

7 / 55

background image

wiedziała,  albo  nic  by  mi nie  zdradziła, a  za  to  z  pewnością  powiedziałaby  o moich indagacjach  Florze. Ale  ponieważ 

miałem  dom do  swojej dyspozycji,  postanowiłem  wrócić  do biblioteki i rozejrzeć  się  trochę. Poza  tym lubię  biblioteki. 

ściany pełne pięknych i mądrych słów  dają mi poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Zawsze przyjemniej jest wiedzieć, że 

można czymś się obronić przed Cieniami. 

Donner  czy Blitzen,  czy też  któryś  z  ich  krewnych pojawił się  skądś w  hallu  i  węsząc  kroczył sztywno  moim 

śladem,  Próbowałem  się  z  nim  zaprzyjaśnić,  ale  przypominało  to  wymianę  uprzejmości  z  policjantem,  który  kazał  ci 

zjechać na pobocze. Po drodze zaglądałem do innych pokoi - wyglądały normalnie i niewinnie. 

Wszedłem  do  biblioteki,  z  której  nadal  spoglądała  na  mnie  Afryka.  Zamknąłem  za  sobą  drzwi  przed  psami  i 

ruszyłem wzdłuż  ścian  czytając  tytuły  tomów na  półkach. Najwięcej było  książek historycznych. Znalazłem także  sporo 

książek o sztuce w  albumowych, drogich wydaniach i parę  z nich przekartkowałem. Zwykle najlepiej mi się  myśli, kiedy 

pozornie jestem zajęty czymś innym. 

Zastanawiałem się  nad źródłem oczywistego bogactwa  Flory. Czy, skoro jesteśmy krewnymi, znaczyło to, że  i ja 

cieszę się pewną zamożnością? Usiłowałem przypomnieć sobie swoją sytuację materialną i socjalną, zawód, pochodzenie. 

Odnosiłem wrażenie, że nigdy nie musiałem martwić się o pieniądze, że zawsze jakimś cudem miałem ich pod dostatkiem. 

Czy byłem także właścicielem równie wspaniałego domu? Nie pamiętałem. 

Jaki był mój zawód? 

Usiadłem za  biurkiem i  starałem się  uprzytomnić  sobie, czy  znam tajniki  jakiejś szczególnej  dziedziny wiedzy. 

Bardzo  trudno  jest  egzaminować  samego  siebie,  toteż  niewiele  z  tego  wynikło.  Nasza  wiedza  jest cząstką  nas  samych, 

integralnym elementem całości i trudno ją oddzielić. 

Lekarz? Przyszło mi to do głowy, kiedy przeglądałem anatomiczne rysunki Leonarda da Vinci. Niemal bezwiednie 

zacząłem  przebiegać  w  myśli  poszczególne  fazy  operacji  chirurgicznych. Zdałem sobie  sprawę, że  kiedyś  w  przeszłości 

musiałem operować. 

Ale  nie  było  to  jeszcze  to,  czego  szukałem.  Z  chwilą  gdy  uświadomiłem  sobie,  że  odebrałem  wykształcenie 

medyczne, zrozumiałem, że  była  to  tylko część  jakiejś  ogólniejszej  wiedzy. Wiedziałem, że  nie  jestem chirurgiem. Kim 

więc? Co jeszcze wchodziło w rachubę? 

Coś przyciągnęło mój wzrok. 

Siedząc  za  biurkiem  miałem  przed  sobą  przeciwległą  ścianę, a  na  niej,  obok  innych  rzeczy,  wisiała  antyczna 

szabla kawaleryjska, której poprzednio nie zauważyłem. Wstałem, podszedłem do niej i zdjąłem ją z uchwytów. 

Syknąłem  w  duchu  gniewnie  na  jej  opłakany  stan.  Chętnie  przywróciłbym  jej  należytą  świetność  za  pomocą 

zwykłej osełki i kawałka naoliwionej szmatki. Znałem się na starodawnej broni, zwłaszcza białej. 

Szabla leżała mi w dłoni jak ulał i czułem, że potrafię się nią posługiwać. Odparowałem i natarłem parę razy. Tak, 

umiałem sobie z nią radzić. 

O  czym to  mogło świadczyć? Rozejrzałem  się  po pokoju  w  poszukiwaniu czegoś jeszcze,  co  by  pobudziło mi 

pamięć. Nic  nie  znalazłem,  odwiesiłem  więc  szablę  i wróciłem  do  biurka. Siadając  za  nim,  postanowiłem  je  przejrzeć. 

Zacząłem od  środkowej szuflady  poprzez  tę  po  lewej i wszystkie  szuflady  po prawej stronie  aż  do samego dołu. Papier 

listowy, koperty, znaczki, spinacze, resztki ołówków, gumki - nic nadzwyczajnego. 

Wyciągałem każdą  szufladę  na  całą  długość  i opierałem  ją  na  kolanach przeglądając zawartość. Nie  był to mój 

pomysł. Postępowałem tak na skutek otrzymanego niegdyś przeszkolenia, które kazało mi badać każde ścianki i dno. 

A jednak pewna rzecz omal nie uszła mojej uwagi i spostrzegłem ją dopiero w ostatniej chwili: tył niższej szuflady 

po prawej stronie nie  sięgał tak wysoko, jak tyły innych szuflad. To musiało coś oznaczać -  kiedy ukląkłem i zajrzałem w 

głąb,  zobaczyłem  u  góry  coś  na  kształt  małego  pudełeczka.  Była  to  osobna  szufladka,  schowana  na  samym  tyle  i 

zamknięta. 

Spróbowałem się  do  niej  dobrać  spinaczem, agrafką, a  w  końcu  metalową  łyżką  do  butów, znalezioną  w  innej 

szufladzie; okazała się najbardziej pomocna i po jakiejś minucie zamek puścił. 

Szufladka zawierała pudełko z talią kart. A jego wierzch zdobił herb, na którego widok zesztywniałem, oblał mnie 

zimny pot i nie  mogłem złapać oddechu. Herb przedstawiał białego jednorożca na zielonym polu, wzniesionego na tylnych 

nogach, zwróconego na prawo. Wiedziałem, że znam ten herb, i zakłuło mnie boleśnie, że nie potrafię go nazwać. 

Otworzyłem pudełko i wyjąłem karty. Były to karty tarokowe, przedstawiające zwykłe dla nich berła, pentagramy, 

kielichy  i  szpady,  ale  Figury  Atutowe  -  Wielkie  Arkana  -  były  całkiem  inne.  Wsunąłem  najpierw  obie  szuflady,  nie 

zamykając tej mniejszej, i dopiero potem przystąpiłem do bliższych oględzin. 

Figury Atutowe  wyglądały niemal jak  żywe, miało  się  wrażenie, że  zaraz  zejdą  z  lśniącego obrazka  na  ziemię. 

Karty były przyjemne i chłodne w dotyku. 

Naraz zrozumiałem, że i ja sam byłem kiedyś posiadaczem takiej talii. 

Rozłożyłem karty na blacie. 

Pierwsza  przedstawiała  uśmiechniętego  drobnego  mężczyznę,  o  chytrym  wyrazie  twarzy,  ostrym  nosie,  ze 

strzechą  słomianych  włosów  na  głowie.  Był  ubrany  w  coś  w  rodzaju  kostiumu  renesansowego  w  kolorach 

pomarańczowym, czerwonym i brązowym. Nosił długie pończochy i obcisły, haftowany kubrak. Znałem go. Miał na imię 

Random. 

Z  następnej karty  patrzyło na  mnie  beznamiętne  oblicze  Juliana;  długie, ciemne  włosy  opadały  mu do  ramion, 

niebieskie oczy były zimne i bez wyrazu. Od stóp do głów skrywała go biała łuskowa zbroja, nie srebrzysta ani metaliczna, 

ale jakby emaliowana. Wiedziałem jednak, że mimo na pozór odświętnego i dekoracyjnego wyglądu była twarda i odporna 

na  ciosy.  Tego  właśnie  człowieka  pobiłem  w  jego  ulubionej  grze,  za  co  rzucił  we  mnie  kielichem.  Znałem  go  i 

nienawidziłem. 

Teraz  przeniosłem wzrok  na  śniadą, ciemnooką  twarz  Caine'a, ubranego w  czarno-zielony atłas oraz  w  ciemny, 

założony  z fantazją, trójgraniasty kapelusz  z  zielonym pióropuszem  spływającym na  plecy. Stał profilem, podparłszy  się 

jedną ręką pod bok, a u pasa miał wysadzany szmaragdami sztylet. Jego wizerunek wywołał we mnie mieszane uczucia. 

Potem był  Eryk. Należało  mu  przyznać, że  był  przystojny. Włosy  miał tak czarne, że  niemal granatowe, broda 

wiła mu się wokół stale uśmiechniętych ust, a ubrany był po prostu w skórzaną kurtkę, pelerynę, wysokie czarne botforty i 

spięty rubinem czerwony pas, u którego wisiał srebrzysty miecz. Wysoki, czarny kołnierz  osłaniający szyję obszyty był na 

czerwono, podobnie  jak rękawy. Stał z kciukami zatkniętymi za  pas - jego ręce wyglądały na bardzo silne  i sprawne. Nad 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

8 / 55

background image

prawym biodrem sterczały zza pasa czarne rękawice. Byłem teraz pewien, że to właśnie on próbował mnie zabić tego dnia, 

kiedy omal nie zginąłem. Przyjrzałem mu się uważnie i nie bez trwogi. 

Następny był Benedykt, wysoki i surowy, o pociągłej twarzy i szczupłym ciele, ale tęgim umyśle. Ubrany był na 

pomarańczowo-żółto-brązowo  i  nasuwał  mi  na  myśl  stogi  siana,  dynie,  strachy  na  wróble  i  legendy  o  zapadłych 

miasteczkach. Miał  długą,  mocno  zarysowaną  szczękę, piwne  oczy i  proste, brązowe  włosy. Stał  obok  gniadego  konia, 

opierając się na lancy oplecionej wiankiem z kwiatów. Rzadko się uśmiechał. Lubiłem go. 

Zastygłem, kiedy odkryłem następną kartę i serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. 

To byłem ja. 

Znałem tę  twarz, która  codziennie  przy goleniu patrzyła  na  mnie  z lustra. Zielone  oczy, ciemne  włosy, czarno  - 

srebrny strój. Miałem na sobie pelerynę, lekko wzdętą jakby przez wiatr. Miałem też  czarne  botforty, podobnie jak Eryk i 

jak on miecz przy boku, tylko mój był cięższy, choć nieco krótszy. Nosiłem rękawice, srebrne i łuskowe. Klamra przy szyi 

była w kształcie srebrnej róży. 

Oto ja, Corwin. 

Z następnej karty spojrzał na  mnie wysoki, potężny mężczyzna. Był do mnie  bardzo podobny, tylko miał silniej 

zarysowaną szczękę i wiedziałem, że jest wyższy ode mnie, lecz bardziej ociężały. Jego siła była legendarna. Był ubrany w 

niebiesko-szary strój  spięty na  środku szerokim, czarnym pasem  i stał  z  wesołą, roześmianą  miną. Z  szyi  zwisał mu  na 

sznurze srebrny róg myśliwski. Miał wystrzępioną bródkę i mały wąsik. W prawej ręce  trzymał kielich wina. Poczułem do 

niego nagłą sympatię i wtedy przypomniałem sobie jego imię. Nazywał się Gerard. 

Teraz  przyszła  kolej  na  mężczyznę  o  ognistej  brodzie  i  płomiennych  włosach,  z  mieczem  w  prawej  dłoni  i 

pucharem białego  wina  w  lewej, w  czerwono-pomarańczowych  jedwabiach. W jego oczach, równie  błękitnych jak oczy 

Flory  i  Eryka,  igrał  diablik.  Miał  drobny  podbródek,  ale  przykryty  brodą.  Jego  miecz  był  kunsztownie  inkrustowany 

złotem. Na prawej ręce błyszczały dwa ogromne pierścienie, a  na lewej jeden: szmaragd, rabin i szafir. Wiedziałem, że to 

Bleys. 

Następna postać nosiła w sobie podobieństwo zarówno do Bleysa, jak i do mnie. Mężczyzna miał moje rysy, choć 

drobniejsze, moje  oczy, włosy  Bleysa, był bez  brody. Miał  na  sobie  zielony  strój jeździecki  i  siedział  na  białym koniu 

zwróconym na prawo. Była w  nim siła  i słabość, niepokój i rezygnacja. Odpychał  mnie  i pociągał, budził zarówno moją 

sympatię, jak niechęć. Wystarczyło mi rzucić na niego okiem, by wiedzieć, że nazywa się Brand. 

Zdałem sobie  teraz  jasno sprawę, że znam ich  wszystkich, pamiętam ich, a  wraz  z nimi ich mocne i słabe  trony, 

zwycięstwa i porażki. 

- Byli to moi bracia. 

Zapaliłem papierosa, którego podkradłem Florze z  pudełka na biurku, wyciągnąłem się w fotelu i podsumowałem 

zebrane w pamięci fakty. 

Tych ośmiu dziwnych mężczyzn w dziwnych strojach to byli moi bracia. Czułem jednak, że ich sposób ubierania 

się był dla  nich tak  oczywisty i naturalny, jak dla mnie czerń i srebro. W tym momencie  zakrztusiłem się  dymem, zdając 

sobie  sprawę,  co  mam  na  sobie,  co  kupiłem  w  tym  małym  sklepiku  w  miasteczku,  w  którym  się  zatrzymałem  po 

opuszczeniu  Greenwood. Byłem w  czarnych spodniach, jednej z  trzech nabytych tam srebrzystoszarych koszul  i czarnej 

marynarce. 

Powróciłem  do  kart.  Zobaczyłem  Florę  w  turkusowej  sukni  koloru  morza,  w  której  przypomniała  mi  się 

poprzedniego wieczoru, a po niej brunetkę o podobnych błękitnych oczach i długich rozpuszczonych włosach, ubraną całą 

na  czarno, przepasaną  srebrnym paskiem. Nie wiem, dlaczego na  jej widok łzy zakręciły mi się  w oczach. Miała na imię 

Deirdre. Dalej przyszła  kolej na  Fionę, o włosach jak Bleys i Brand, moich oczach i cerze  jak masa perłowa. Poczułem do 

niej  nienawiść  od pierwszego  spojrzenia. Później  była  Llewella, której odcień  włosów  pasował do  oczu  koloru  nefrytu. 

Ubrana  była  w  migotliwą,  szarozieloną  suknię  z  lawendowym  paskiem i patrzyła  smutno,  jakby  przez  łzy.  Przeczucie 

mówiło mi, że jest jakaś inna od reszty z nas. Ale ona także była moją siostrą. 

Ogarnęło mnie  gorzkie poczucie  oddalenia i rozłąki z nimi wszystkimi, choć jednocześnie miałem jakby wrażenie 

ich  fizycznej bliskości. Karty były  tak zimne  w  dotyku, że  je odłożyłem, aczkolwiek  niechętnie  wypuszczałem je  z  ręki. 

Więcej Figur Atutowych nie  było, resztę  stanowiły  zwykle  karty. Skądś  mimo  to wiedziałem -  i znów:  skąd? -  że  kilku 

Atutów brakuje. W żaden sposób nie  mogłem sobie jednak przypomnieć, kogo te Atuty reprezentowały. Dziwnie  mnie to 

zasmuciło, wziąłem następnego papierosa i zamyśliłem się. 

Dlaczego  wszystko  tak  łatwo  do  mnie  wracało,  kiedy  patrzyłem  na  karty?  Wracało  bez  konieczności 

wygrzebywania  z  pamięci  jednej informacji  po  drugiej? Znałem  już  teraz  twarze  i imiona  mojego  rodzeństwa  -  ale  nic 

więcej. 

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego zostaliśmy wszyscy umieszczeni na kartach do gry, niemniej czułem przemożną 

chęć posiadania takiej talii. Gdybym wziął tę Flory, zaraz by to spostrzegła i znalazłbym się w tarapatach. Odłożyłem więc 

karty do małej szufladki za dużą szufladą i zamknąłem jak poprzednio. A potem zacząłem sobie znów usilnie łamać  głowę 

nad własną przeszłością, lecz niewiele mi z tego przyszło. 

Dopóki nie przypomniałem sobie magicznego słowa. 

Amber. 

To  słowo poprzedniego  wieczora  tak  mnie  wytrąciło z  równowagi, że  starałem się  potem o nim nie  myśleć. Ale 

teraz je przywołałem. Obracałem je w myślach na wszystkie strony, badając skojarzenia, jakie we mnie budziło. 

Niosło ze sobą  ogromną tęsknotę  i potężną nostalgię. Było w nim zapomniane  piękno, świetność  i moc, straszna, 

niemal niezwyciężona moc. Należało do  mojego codziennego słownictwa. Było zrośnięte ze  mną, a  ja  byłem zrośnięty  z 

nim. Nagle przypomniałem sobie. Była to nazwa miejscowości. Miejscowości, którą niegdyś znałem. Ale  wraz z  tym nie 

przyszły żadne obrazy, tylko wzruszenie. 

Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Czas przestał istnieć. W końcu wyrwało mnie z zamyślenia delikatne pukanie 

do  drzwi. Potem gałka  wolno  się  przekręciła  i  weszła  pokojówka  o  imieniu Carmella, pytając,  czy nie  mam ochoty  na 

lunch. Uznałem to za dobry pomysł, poszedłem więc z  nią  do  kuchni, gdzie  zjadłem pół kurczaka  i wypiłem litr  mleka. 

Potem wziąłem ze sobą do biblioteki dzbanek kawy, omijając po drodze psy. 

Piłem właśnie drugą  filiżankę, kiedy zadzwonił telefon. Miałem wielką ochotę go odebrać, ale byłem pewien, że 

w domu jest więcej aparatów i że zrobi to Carmella. Myliłem się. Telefon ciągle dzwonił. W końcu nie  mogłem się  dłużej 

oprzeć. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

9 / 55

background image

- Halo, tu rezydencja pani Flaumel - powiedziałem. 

-  Czy  mógłbym mówić  z  panią  Flaumel? -  usłyszałem męski  głos, urywany i trochę  nerwowy. Zdyszane  słowa 

dobiegały niewyraźnie poprzez trzaski i szum głosów międzymiastowej. 

- Niestety, nie ma jej w domu. Czy mam jej przekazać jakąś wiadomość albo prosić, żeby zadzwoniła? 

- Z kim mówię? - chciał wiedzieć mężczyzna. 

Zawahałem się, lecz odpowiedziałem: 

- Tu Corwin. 

- Wielkie nieba! - wykrzyknął i zapadła dłuższa cisza. Myślałem już, że odłożył słuchawkę, i spytałem: 

- Halo? - lecz w tym momencie on znów się odezwał. 

- Czy ona jeszcze żyje? - spytał. 

- Oczywiście, że żyje! Z kim, do diabła, rozmawiam? 

-  Nie  poznajesz,  Corwin? Tu  Random.  Słuchaj,  jestem  w  Kalifornii  i  mam  kłopoty. Dzwonię  do  Flory,  żeby 

udzieliła mi schronienia. Czy trzymasz z nią? 

- Chwilowo - odpowiedziałem. 

- Rozumiem. Czy zapewnisz mi swoją opiekę? - Umilkł i dodał: - Proszę cię, Corwin. 

- Zrobię, co będzie w mojej mocy - obiecałem - ale nie mogę podejmować żadnych zobowiązań w imieniu Flory. 

- A obronisz mnie przed nią? 

- Tak. 

     - To mi wystarczy. Postaram się jakoś dotrzeć do Nowego Jorku. Muszę wybrać okrężną  trasę, więc nie wiem, 

ile  czasu  mi  to  zajmie.  Jeśli  uda  mi  się  ominąć  nie  sprzyjające  Cienie,  to  prędzej  czy  później  się  spotkamy. Życz  mi 

powodzenia. 

- Powodzenia - powiedziałem. 

Usłyszałem trzask słuchawki, a potem już tylko odległe echo dzwoniących telefonów i głosów jak z zaświatów. A 

więc  buńczuczny mały Random wpadł w tarapaty! Miałem wrażenie, że nie powinienem się  tym szczególnie  przejmować. 

Ale  teraz był on jednym z  kluczy do mojej przeszłości, a może i do przyszłości. Toteż  postaram się mu  pomóc, w miarę 

swoich sił, dopóki nie dowiem się od niego wszystkiego, na czym mi zależy. Czułem, że więzy braterstwa między nami nie 

zostały jeszcze  zbytnio nadszarpnięte. Ale  wiedziałem też, że  to  chytra  sztuka;  bystry, przebiegły, a jednocześnie dziwnie 

sentymentalny  w  najgłupszych  sprawach:  z  drugiej  strony  jego  słowo  było  niewiele  warte  i  zapewne  bez  skrupułów 

sprzedałby  moje  zwłoki  najbliższej akademii medycznej, gdyby  mu się  to  opłacało. Owszem, pamiętałem tego gnojka  i 

nawet czułem do niego cień sympatii, zapewne w powodu paru miłych chwil, które razem spędziliśmy. Ale żebym miał mu 

ufać? Co to, to nie. Postanowiłem, że powiem Florze o jego przyjeździe dopiero w ostatnim momencie. Może się zdarzyć, 

że posłuży mi jako as atutowy lub przynajmniej jako walet. 

Dolałem sobie trochę gorącej kawy i wolno ją wypiłem. Przed kim uciekał? Nie przed Erykiem, bo nie zwróciłby 

się tutaj o pomoc. Ciekawe, czy spytał o życie Flory dlatego, że mnie tu zastał? Czyżby wiązało ją tak silne przymierze  z 

bratem, którego nienawidziłem,  iż  cała  rodzina  zakładała,  że  i na  niej wywrę  zemstę? Wydawało  mi się  to  dziwne, ale 

przecież zadał to pytanie. 

I w czym byli tak sprzymierzeni? Jakie było źródło tego napięcia, tej walki? Dlaczego Random uciekał? 

Amber. 

Oto odpowiedź. 

Amber. Klucz do wszystkiego tkwił w Amberze. Tajemnica całej historii leżała w Amberze, w jakimś wydarzeniu, 

które  miało tam miejsce  niezbyt dawno temu, jak należało przypuszczać. Muszę poruszać  się na  palcach. Muszę  udawać, 

że wiem to wszystko, czego nie wiem, a jednocześnie kawałek po kawałku wyciągać informacje od innych. Byłem pewien, 

że  mi się to uda. Przy tej dozie nieufności, jaką sobie tu wszyscy okazywali, nietrudno być enigmatycznym. Tego się będę 

trzymał. Wyduszę  od  nich  to, co  mi potrzebne, zdobędę, co  zechcę, będę  pamiętał  o  tych,  którzy  mi  pomogli, a  resztę 

stratuję.  Wiedziałem  bowiem,  że  właśnie  takie  zasady  obowiązują  w  mojej  rodzinie,  a  ja  byłem  nieodrodnym  synem 

mojego ojca... 

Nagle rozbolała mnie głowa, tępym, dojmującym bólem, który niemal rozsadzał mi czaszkę. Wiedziałem, czułem, 

byłem pewien, że  wywołała to myśl o ojcu. Ale nie miałem pojęcia, jak to się stało i dlaczego. Po jakimś czasie ból trochę 

ustąpił i zdrzemnąłem  się  w  fotelu. Po jeszcze znacznie  dłuższym czasie  drzwi się otworzyły i weszła Flora. Na  dworze 

było już ciemno, nastała kolejna noc. 

Flora była ubrana w zieloną jedwabną bluzkę  i długą wełnianą spódnicę koloru szarego oraz w turystyczne buty i 

grube skarpety. Włosy miała ściągnięte do tyłu, a twarz lekko przybladłą. Nadal nie rozstawała się ze swoim gwizdkiem. 

- Dobry wieczór - powiedziałem wstając. 

Nie  odpowiedziała. Podeszła  szybko  do baru, nalała  sobie  sporą  porcję  whisky  i wypiła ją  jednym haustem, jak 

mężczyzna. Potem dopełniła szklankę i usiadła z nią w fotelu. Zapaliłem papierosa i podałem jej. Podziękowała skinieniem 

głowy i powiedziała: 

- Droga do Amberu najeżona jest trudnościami. 

- Dlaczego? 

Spojrzała na mnie ze zdumieniem. 

- Kiedy ostatnio z niej korzystałeś? 

Wzruszyłem ramionami. 

- Nie pamiętam. 

- Niech ci będzie - powiedziała. - Zastanawiam się tylko, czy to twoja sprawka. 

Nie  odpowiedziałem, bo  nie  miałem  pojęcia, o czym  ona  mówi. Naraz  uprzytomniłem sobie, że  jest łatwiejszy 

sposób na znalezienie się w miejscu zwanym Amber. 

- Brakuje ci kilku Atutów - oznajmiłem raptem nie swoim głosem. 

Zerwała się na równe nogi, wychlapując sobie na rękę połowę szklanki. 

- Oddaj je natychmiast! - krzyknęła sięgając po gwizdek. 

Podszedłem i chwyciłem ją za ramiona. 

- Nie mam ich. Powiedziałem to tylko tak sobie. 

Odprężyła się i zaczęła szlochać; pchnąłem ją delikatnie z powrotem na fotel. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

10 / 55

background image

- Myślałam że wziąłeś moją talię, a nie że bawisz się w głupie i niestosowne uwagi. 

Nie przeprosiłem. Czułem, że byłoby to nie na miejscu. 

- Jak daleko udało ci się dotrzeć? 

-  Niezbyt  daleko. -  Raptem  roześmiała  się  i  spojrzała  na  mnie  z  nowym  błyskiem w  oczach. -  Wiem  już,  co 

zrobiłeś, Corwinie  -  oświadczyła, a  ja  zapaliłem  papierosa,  żeby  nie  musieć  odpowiadać.  -  Niektóre  z  tych  przeszkód 

pochodziły od ciebie, prawda? Zablokowałeś mi drogę do Amberu, zanim tu przyszedłeś, tak? Wiedziałeś, że  udam się do 

Eryka. Teraz  już nie  mogę, muszę  czekać, aż on  przyjdzie  do  mnie. Bardzo  sprytnie. Chcesz  go tu ściągnąć, tak? Ale  on 

przyśle posłańca, nie będzie fatygował się osobiście. 

W  głosie  tej  kobiety, która  przyznawała,  że  właśnie  miała  zamiar  wydać  mnie  w  ręce  wroga  i  to  zrobi  przy 

pierwszej okazji, brzmiała  nuta podziwu, kiedy  mówiła  o  rzekomym pokrzyżowaniu przeze  mnie  jej  planów. Jak można 

okazywać tak jawny  makiawelizm w obliczu niedoszłej ofiary? Odpowiedź nasunęła  mi się  sama:  tacy  już jesteśmy. Nie 

musimy bawić się w subtelności między sobą. Niemniej pomyślałem, że Florze brak finezji prawdziwego mistrza. 

- Czy sądzisz, że jestem aż  tak głupi, Floro? - spytałem. -  Uważasz, że zjawiłem się  tu  tylko po  to, żebyś mogła 

wydać mnie Erykowi? Nie wiem, co ci stanęło na drodze, ale dobrze ci tak. 

-  Pamiętaj, że  nie  gram w twojej drużynie! A poza tym  ty  też  jesteś  na wygnaniu! A więc  nie  byłeś znowu taki 

sprytny! 

W jej zapalczywych słowach wyczułem fałsz. 

- Nie mów bzdur! - powiedziałem ostro. 

Roześmiała się. 

- Wiedziałam, że cię to rozzłości. Dobrze, niech ci będzie, masz własne powody, żeby zamieszkiwać Cienie. Jesteś 

szaleńcem. 

Wzruszyłem ramionami. 

- Czego chcesz? Po co naprawdę tu przyszedłeś? - pytała dalej. 

-  Byłem  ciekaw,  jakie  są  twoje  plany  -  odparłem.  -  To  wszystko.  Nie  możesz  zatrzymać  mnie  tu  siłą,  jeśli 

postanowię  odejść.  Nawet  Eryk  nic  na  to  nie  poradzi.  Może  po  prostu  chciałem  cię  odwiedzić.  Może  staję  się 

sentymentalny  na  stare  lata. W  każdym  razie  zostanę  tu  jeszcze  trochę,  a  potem  pójdę  na  dobre.  Gdybyś  się  tak  nie 

śpieszyła  po nagrodę za  wydanie  mnie, mogłabyś wyjść na  tym znacznie  lepiej, młoda  damo. Prosiłaś, żebym pamiętał o 

tobie pewnego pięknego dnia... 

Upłynęło parę sekund, zanim dotarło do niej to coś, co miałem nadzieję dać jej do zrozumienia. Wykrzyknęła: 

- A więc masz zamiar spróbować! Naprawdę masz zamiar spróbować! 

- Święta racja  - potwierdziłem, zdając sobie sprawę, ze rzeczywiście mam zamiar spróbować, cokolwiek to miało 

znaczyć - i możesz to powiedzieć Erykowi, jeśli chcesz, ale pamiętaj, że może mi się  udać. Nie zapominaj, że  wtedy lepiej 

należeć do moich przyjaciół. 

Dużo dałbym za  to, żeby wiedzieć, o  czym mówię, ale  poznałem  już  kluczowe  słowa  i przywiązywaną  do  nich 

wagę,  posługiwałem  się  więc  nimi  bezbłędnie,  nie  mając  pojęcia,  co  właściwie  znaczą.  Niemniej  czułem,  że  brzmią 

całkiem naturalnie, aż nadto naturalnie... 

Naraz Flora objęła mnie i pocałowała. 

-  Nic  mu  nie  powiem, Corwinie,  naprawdę!  Myślę, że  może  ci  się  udać. Z  Blyesem będą  kłopoty,  ale  Gerard 

pewno ci pomoże, a może i Benedykt. Caine też się przyłączy, jak zobaczy, co się święci... 

- Planowanie zostaw mnie - przerwałem. 

- Odsunęła się. Nalała dwa kieliszki wina i podała mi jeden. 

- Wypijmy za przyszłość - powiedziała. 

- Z przyjemnością. 

Spełniliśmy toast. Nalała mi drugi kieliszek i przyjrzała mi się uważnie. 

- To musi być któryś z was trzech:  Eryk, Bleys albo ty - stwierdziła. - Jedynie wy macie  dość odwagi i rozumu. 

Ale zniknąłeś z horyzontu na tak długo, że przestałam brać cię pod uwagę. 

- To tylko dowodzi, że nigdy nic nie wiadomo. 

Sączyłem wino marząc, żeby choć na chwilę umilkła. Miałem wrażenie, że trochę zbyt nachalnie próbuje rozwijać 

każdy pomysł, jaki jej przychodzi do głowy. Coś mnie zaniepokoiło i chciałem to w spokoju przemyśleć. 

Ile miałem lat? 

Ta  kwestia wyjaśniała po trosze moje gorzkie  poczucie oddalenia  i rozłąki z osobami przedstawionymi na  kartach 

taroka.  Byłem  starszy,  niżby  na  to  wskazywał  mój  wygląd.  (Patrząc  w  lustro  dawałem  sobie  około  trzydziestki,  ale 

wiedziałem, że  to dlatego, iż Cienie  mnie  okłamują. Byłem znacznie, znacznie starszy  i upłynęło już  bardzo dużo czasu, 

odkąd widziałem swoje rodzeństwo żyjące zgodnie, razem, w dobrej komitywie, bez napięć i tarć - jak na owej talii kart. 

Usłyszeliśmy dźwięk dzwonka i kroki Carmelli idącej do drzwi. 

- To nasz brat, Random - powiedziałem pewien, że się nie mylę. - Jest pod moją opieką. 

Jej  oczy  rozszerzyły  się,  a  potem  się  uśmiechnęła.  Jakby  wyrażając  uznanie  dla  mądrego  posunięcia,  które 

wykonałem. 

Oczywiście nie było w tym żadnej mojej zasługi, ale nie miałem nic przeciwko temu, żeby tak myślała. 

Dawało mi to większe poczucie bezpieczeństwa.

Rozdział 04 

Nowo zdobyte poczucie bezpieczeństwa towarzyszyło mi wszystkiego może trzy minuty. 

Prześcignąłem Carmellę  w  drodze  do drzwi i  otworzyłem je  na  oścież. Random  wpadł  do  środka,  natychmiast 

zamykając  je  za  sobą  i zasuwając  zasuwę. Jego  jasne  oczy były podkrążone i  nie  miał na sobie  kolorowego kubraka  ani 

długich  pończoch. Był  nie  ogolony  i  ubrany w  brązowy wełniany  garnitur. Przez  ramię  miał przerzucony  gabardynowy 

płaszcz, a  na  nogach ciemne zamszowe  buty. Ale  był to bez wątpienia  Random, ten sam Random, którego widziałem  na 

karcie  tarokowej, tylko  jego  śmiejące  się  usta  wykrzywiał  teraz  grymas  zmęczenia, a  pod  paznokciami  miał  obwódki 

brudu. 

- Corwin! - powiedział i objął mnie. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

11 / 55

background image

Uścisnąłem go za ramię. 

- Chyba przydałby ci się łyk czegoś mocniejszego - zauważyłem. 

- Tak. Tak. Tak... - zgodził się i pociągnąłem go do biblioteki. 

Jakieś trzy minuty później, kiedy usiadł ze szklanką w jednej ręce, a papierosem w drugiej, powiedział: 

- Gonią mnie. Za chwilę tu będą, Flora wydala stłumiony okrzyk, który zignorowaliśmy. 

- Kto? - spytałem. 

- Jacyś faceci z Cieni. Nie wiem, kim są ani kto ich nasłał. Jest ich czterech albo pięciu, może nawet sześciu. Byli 

ze  mną w samolocie. Leciałem odrzutowcem. Spostrzegłem ich koło Denver. Kilka razy zmieniałem samolot, żeby się  ich 

pozbyć, ale nic z tego, a nie chciałem za bardzo zbaczać z trasy. Zgubiłem ich dopiero na Manhattanie, ale to tylko kwestia 

czasu. Sądzę, że wkrótce tu będą. 

- I nie domyślasz się, kto ich nasłał? 

Uśmiechnął się leciutko. 

-  Cóż,  myślę,  że  możemy  bez  większego ryzyka  ograniczyć  krąg  podejrzanych  do rodziny.  Może  Bleys, może 

Julian, może Caine. A może nawet ty, żeby mnie tu ściągnąć. Ale mam nadzieję, że nie. To nie ty, prawda? 

- Nie ja - zapewniłem go. - Czy wyglądają bardzo groźnie? 

Wzruszył ramionami. 

- Gdyby było ich tylko dwóch albo trzech, mógłbym spróbować wciągnąć ich w zasadzkę, ale z całą tą bandą... 

Był drobnym mężczyzną, liczącym niewiele ponad metr sześćdziesiąt wzrostu i ważącym najwyżej sześćdziesiąt 

parę kilo. Mimo to mówił najwyraźniej serio. Byłem przekonany, że rzeczywiście, bez wahania stawiłby sam czoło dwóm 

lub trzem napastnikom. Zaciekawiło mnie nagle, czy i ja  dysponuję  podobną siłą fizyczną będąc  jego bratem. Czułem się 

pod  tym  względem  nie  najgorzej.  Bez  większych  obaw  byłbym  gotów  zmierzyć  się  w  równej  walce  z  każdym 

przeciwnikiem. Jaki mogłem być silny? 

W tej chwili zrozumiałem, że już niedługo będę miał okazję się przekonać. 

Do drzwi frontowych rozległo się pukanie. 

- Co robimy? - spytała Flora. 

Random roześmiał się, rozwiązał krawat i rzucił go na płaszcz leżący na biurku. Potem zdjął marynarkę i rozejrzał 

się  po pokoju. Jego wzrok padł na  szablę  -  w  jednej chwili  był przy  niej i  trzymał ją  w  ręku. Wymacałem rewolwer  w 

kieszeni marynarki i odbezpieczyłem. 

- Co robimy? - powtórzył. - Istnieje prawdopodobieństwo, że sforsują wejście  - ciągnął - i wobec tego zaraz się tu 

znajdą. Kiedy walczyłaś po raz ostatni, siostro? 

- Wieki temu. 

- Więc lepiej szybko to sobie  przypomnij, bo  nie  mamy dużo czasu. Mówię wam, ktoś nimi steruje. Ale  nas jest 

trójka, a ich najwyżej dwa razy tyle. O co więc tu się martwić? 

- Nie wiemy, co to za jedni - zauważyła Flora. 

- Co za różnica? 

- Żadna - odparłem. - Czy mam ich wpuścić? 

Oboje nieco zbledli. 

- Równie dobrze możemy poczekać... 

- A może by tak wezwać policję? - zaproponowałem. 

W odpowiedzi wybuchnęli niemal histerycznym śmiechem. 

- Albo Eryka - dodałem, patrząc na nią badawczo. 

Ale ona tylko potrząsnęła głową. 

- Nie starczy czasu. Mamy jego Atut, lecz zanim zdąży powiedzieć, jeśli w ogóle zechce, będzie już za późno. 

- A może to jego sprawka, co? - mruknął Random. 

- Wątpię - odparła. - Bardzo wątpię. To nie w jego stylu. 

- To prawda - dorzuciłem dla zasady, żeby dać im znać że się orientuję. 

Znowu rozległo się pukanie, tym razem znacznie głośniejsze. 

- A Carmella? - spytałem, tknięty nagłą myślą. 

Flora potrząsnęła głową. 

- To mało prawdopodobne, żeby ona poszła otworzyć. 

- Nie wiesz, co ryzykujesz! - krzyknął Random i wypadł z pokoju. 

Wyszedłem za nim do hallu i sieni w samą porę, żeby powstrzymać Carmellę przed otwarciem drzwi. Wystaliśmy 

ją do jej pokoju z nakazem, żeby się zamknęła, a Random zauważył; 

- Oto dowód, jaką silą dysponują nasi przeciwnicy. Kto tu właściwie za kim stoi, Corwin? 

Wzruszyłem ramionami. 

     - Gdybym wiedział, nie omieszkałbym ci powiedzieć. W każdym razie my w tej chwili stoimy ramię w ramię. - 

Cofnij się. - I otworzyłem drzwi. 

Najbliższy  napastnik  usiłował  odsunąć  mnie  na  bok,  ale  unieruchomiłem  mu  rękę  w  żelaznym  uścisku  i 

odepchnąłem go. Było ich sześciu. 

- Czego chcecie - spytałem. 

W odpowiedzi nie padło ani jedno  słowo, tylko  ujrzałem lufy. Błyskawicznie  zatrzasnąłem drzwi i zaciągnąłem 

zasuwę. 

- Okay, rzeczywiście tam są - powiedziałem. - Ale skąd mogę wiedzieć, że to nie jakiś twój podstęp? 

- To prawda - przyznał - niemal sam żałuję, że tak nie jest. Wyglądają na skończonych oprychów. 

Miał rację. Faceci na progu byli potężnie  zbudowani i  mieli kapelusze  naciągnięte  głęboko  na  oczy. Ich twarze 

pozostawały w cieniu. 

- Chciałbym wiedzieć, kto tu za kim stoi - powtórzył Random. 

W tym momencie poczułem w  bębenkach uszu przeraźliwą wibrację. Zrozumiałem, że  to Flora  zrobiła użytek ze 

swojego gwizdka. Dobiegł mnie  brzęk rozbijanej szyby  i nie  zdziwiłem się, gdy po chwili usłyszałem głuche warczenie i 

ujadanie. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

12 / 55

background image

-  Wypuściła  na nich psy  -  powiedziałem. -  Sześć  przeraźliwych, dzikich  bestii, które  w  innych  okolicznościach 

mogły być poszczute na nas. 

Random  kiwnął  głową  i  ruszyliśmy  w  kierunku,  skąd  dobiegał  hałas.  Kiedy  weszliśmy  do  salonu,  dwóch 

mężczyzn już  tam było i obaj mieli broń. Jednym strzałem położyłem pierwszego z  nich i padłem na  podłogę celując  do 

drugiego. Random przeskoczył nade  mną wywijając  szablą  i zobaczyłem, jak głowa  tamtego spada z  ramion. Tymczasem 

dwaj inni już drapali się przez okno. Wypróżniłem do nich magazynek, słysząc warczenie psów i jakieś obce strzały. Trzech 

mężczyzn  leżało  już  martwych  na  podłodze  i  tyleż  psów  Flory.  Z  satysfakcją  pomyślałem, że  załatwiliśmy  już  połowę 

napastników  i  gdy  nadbiegła  reszta,  zabiłem  jeszcze  jednego  w  sposób,  który  mnie  samego  zdumiał.  Bez  namysłu 

chwyciłem ciężki fotel i rzuciłem nim jakieś dziesięć metrów przez pokój, przetrącając facetowi kręgosłup. 

Skoczyłem  do  pozostałych  dwóch,  ale  Random  już  zdążył  przeszyć  jednego  szablą, zostawiając  resztę  roboty 

psom, i właśnie zabierał się do następnego, kiedy tamtego powalił jeden z wilczarzy. Wilczarz padł, ale jego zabójca nigdy 

już nikogo nie zabił - zginął uduszony przez Randoma. 

Okazało się, że dwa psy są  martwe, a jeden ciężko ranny. Random dobił go jednym ruchem i skierowaliśmy teraz 

uwagę na mężczyzn. 

W ich  wyglądzie  było  coś  dziwnego.  Weszła  Flora  (wspólnie  ustaliliśmy  co.  Po  pierwsze, wszystkich  sześciu 

miało bardzo mocno  nabiegłe  krwią  oczy, co jednak w  ich  przypadku  wydawało się  czymś normalnym. Po  drugie, przy 

palcach u  rąk  mieli o  jeden  staw  więcej, a  na  wierzchu dłoni ostre, zakrzywione  ostrogi. Ich szczęki były  kwadratowe  i 

wydatne, po rozwarciu ust zaś naliczyłem u jednego z nich czterdzieści cztery zęby, na  ogół dłuższe niż u ludzi i znacznie 

ostrzejsze. Ich ciała miały szarawy odcień, były twarde i lśniące. Z pewnością dałoby się zauważyć więcej różnic, ale już te 

zdawały się potwierdzać jakieś przypuszczenie. Wzięliśmy ich broń i z przyjemnością zatrzymałem sobie trzy małe, płaskie 

pistolety. 

- Wypełzli z Cieni, to jasne  - powiedział Random, a  ja  skinąłem głową. - Muszę  przyznać, że  miałem szczęście. 

Nie spodziewali się, że wesprą mnie takie posiłki:  waleczny brat i pół tony psów. - Podszedł i wyjrzał przez zbite okno;  nie 

kwapiłem się, aby  mu towarzyszyć. -  Nic i  nikogo  -  powiedział po chwili. -  Z pewnością  załatwiliśmy  już  wszystkich. - 

Zaciągnął  ciężkie  pomarańczowe  zasłony  i  przysunął  do  nich  parę  mebli  o  wysokich  oparciach,  podczas  gdy  ja 

sprawdzałem  kieszenie  zabitych.  Jak  można  się  było  spodziewać,  nie  znalazłem  w  nich  nic,  co  pomogłoby  ich 

zidentyfikować. 

- Wracajmy do biblioteki - powiedział Random. - Chciałbym skończyć swojego drinka. 

Zanim usiadł, wyczyścił starannie szablę  i odwiesił  ją  na  ścianę. Ja  tymczasem  nalałem  Florze  kieliszek  czegoś 

mocniejszego. 

- No cóż, zapewne teraz, kiedy trzymamy się w trójkę, dadzą mi na razie święty spokój - stwierdził Random. 

- Zapewne - zgodziła się Flora. 

- Boże, od wczoraj nie miałem nic w ustach! - oznajmił. 

Wobec  tego Flora  poszła  powiedzieć  Carmelli,  że  może  już  wyjść  ze  swojego  pokoju,  tylko  ma  trzymać  się  z 

daleka od salonu i przynieść do biblioteki solidny posiłek. Ledwo wyszła za próg, Random zwrócił się do mnie z pytaniem: 

- Jak jest teraz między wami? 

- Lepiej miej się przed nią na baczności. 

- Nadal trzyma z Erykiem? 

- O ile mi wiadomo. 

- To co tutaj robisz? 

-  Próbowałem  zwabić  Eryka,  żeby  sam  się  po  mnie  pofatygował.  Wie,  że  tylko  w  ten  sposób  może  mnie 

dosięgnąć, i chciałem sprawdzić, jak bardzo mu na tym zależy. 

Random potrząsnął głową. 

- Nic z tego nie będzie. Ani cienia szansy. Dopóki ty jesteś tutaj, a on tam, po co miałby wychylać  nosa? Przecież 

ma nadal silniejszą pozycję. Jeśli chcesz się z nim zmierzyć, to ty będziesz musiał udać się do niego. 

- Właśnie doszedłem do takiego samego wniosku. 

Jego  oczy  zalśniły,  a  na  ustach  pojawił  się  znajomy  uśmieszek.  Przeciągnął  ręką  po  jasnej  czuprynie  i  nie 

spuszczał ze mnie wzroku. 

- Czy naprawdę zamierzasz to zrobić? - zapytał. 

- Może - odparłem. 

- Nie zbywaj mnie, stary. Masz to wypisane na  twarzy. Wiesz, sam miałbym ochotę  się do ciebie przyłączyć. Ze 

stosunków międzyludzkich najbardziej odpowiada mi seks, a najmniej stosunki rodzinne z Erykiem. 

Zapaliłem papierosa rozważając w duchu jego słowa. 

- Zastanawiasz się, jak widzę -  ciągnął Random zgodnie z prawdą. - Myślisz:  "Na  ile  mogę mu tym razem ufać? 

Jest przebiegły, kłamliwy, nieobliczalny i gotów sprzedać mnie za miskę soczewicy". Tak? 

Skinąłem głową. 

-  Pamiętaj  jednak, braciszku Corwinie, że  jeśli  nawet nie  zrobiłem ci niczego  dobrego, to i  nie  wyrządziłem  ci 

nigdy  szczególnej  krzywdy.  Oprócz  paru  niewinnych  figli.  Wszystko  razem  wziąwszy  można  powiedzieć, że  stosunki 

między  nami  układały  się  najlepiej  z  całej  rodziny,  to  znaczy  nie  wchodziliśmy  sobie  w  drogę.  Przemyśl  to.  Chyba 

nadchodzi już Flora albo jej pokojówka, więc zmieńmy temat... Ale zaraz! Pewno nie masz przy sobie talii ulubionych kart 

rodzinnych, co? 

Potrząsnąłem przecząco głową. 

Weszła Flora i oznajmiła: 

- Carmella zaraz przyniesie coś do jedzenia. 

Wypiliśmy z tej okazji i Random mrugnął do mnie za plecami Flory. 

Nazajutrz  rano ciała  z  salonu  już  uprzątnięto, nie  było  plam na  dywanie, a  szyby  zostały  wstawione. Random 

wyjaśnił, że "zajął się, czym trzeba". Nie wypytywałem go dalej. 

Pożyczyliśmy  mercedesa  Flory  i pojechaliśmy na  przejażdżkę. Okolica  była  dziwnie  zmieniona. Nie  potrafiłem 

sprecyzować, na  czym to polegało, ale miałem wrażenie, że  jest jakoś inaczej. Przy próbie  rozwiązania  tej zagadki znów 

rozbolała mnie głowa, postanowiłem więc na razie o tym nie myśleć. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

13 / 55

background image

Siedziałem przy kierownicy, a Random obok. Mimochodem rzuciłem, że chciałbym znaleźć się znów w Amberze, 

po prostu, żeby się przekonać, co mi odpowie. 

- Ciekaw jestem, czy chodzi ci tylko o zemstę, czy o coś więcej - powiedział, odrzucając  w ten sposób piłeczkę i 

zostawiając  mi  z  kolei  pole  do  odpowiedzi,  jeśli  uznam  to  za  stosowne.  Uznałem.  Uciekłem  się  do  ogólnikowego 

stwierdzenia: 

- Sam się nad tym zastanawiałem, próbując ocenić swoje szansę. Może jednak zaryzykuję... 

Odwrócił się do mnie (do tej pory patrzył przez okno) i powiedział: 

-  Myślę,  że  wszyscy  mieliśmy  podobne  ambicje  lub  przynajmniej podobne  myśli. W każdym  razie  ja  miałem, 

choć  dość wcześnie, wycofałem się z gry. Tak czy owak uważam, że warto spróbować. Jak rozumiem, pytasz  mnie, czy ci 

pomogę. Odpowiedź  brzmi:  "Tak", choćby po to, żeby zrobić na  złość reszcie. - Potem dodał:  - A co z Florą? Myślisz, że 

stanie po naszej stronie? 

-  Bardzo  wątpię  -  odparłem.  -  Przyłączyłaby  się,  gdybyśmy  byli  pewni  swego. Ale  jak  tu  można  być  czegoś 

pewnym w tej sytuacji? 

- Czy w każdej innej - dorzucił. 

- Czy w każdej innej - powtórzyłem, jakbym się właśnie takiej odpowiedzi spodziewał. 

Wolałem nie zwierzać  mu się  z utraty pamięci. Bałem się mu zaufać. Musiałem się dowiedzieć  tylu rzeczy, a  nie 

miałem od kogo! Rozmyślałem nad tym prowadząc samochód. 

- No to kiedy zaczynamy? - spytałem. 

- Kiedy będziesz gotów. 

Masz ci los! Co mam teraz z tym fantem zrobić? 

- A może by tak od razu? - zaproponowałem. 

Milczał. Zapalił papierosa, pewno dla zyskania na czasie. Poszedłem w jego ślady. 

- Dobrze - powiedział w końcu. - Kiedy byłeś tam po raz ostatni? 

- Tak cholernie dawno temu - odparłem - że nawet nie jestem pewien, czy trafię. 

- W porządku, wobec tego musimy najpierw odjechać, zanim będziemy mogli wracać. Ile masz benzyny? 

- Trzy czwarte baku. 

- Na następnym rogu skręć w lewo i zobaczymy, co się stanie. 

Skręciłem i po chwili wszystkie chodniki wzdłuż ulicy zaczęły się iskrzyć. 

- Do diaska! - zaklął Random. - Nie robiłem tego od jakichś dwudziestu lat i teraz za szybko przypominam sobie 

różne rzeczy. 

Jechaliśmy dalej, a  ja się zastanawiałem, co się, u diabła, dzieje. Niebo stało się zielonkawe, potem poróżowiało. 

Zagryzłem usta powstrzymując się od zadawania pytań. Przejechaliśmy pod mostem, a kiedy wynurzyliśmy się  po drugiej 

stronie, niebo miało znów normalny kolor, wszędzie wokół nas stały wielkie żółte wiatraki. 

- Nie martw się - powiedział szybko Random, - Mogło być gorzej. 

Zauważyłem, że ludzie, których mijaliśmy, mieli dziwne stroje, a droga była brukowana. 

- Skręć w prawo. 

Skręciłem.  Słońce  zakryły  purpurowe  chmury  i  zaczęło  padać.  Błyskawice  przecinały  niebo,  a  nad  naszymi 

głowami  przetaczał  się  głuchy  grzmot.  Moje  wycieraczki  pracowały  pełną  parą,  lecz  niewiele  to  pomagało. Zapaliłem 

reflektory i jeszcze bardziej zwolniłem. 

Byłbym przysiągł, że minąłem jeźdźca na koniu jadącego w przeciwną stronę, ubranego od stóp do głów na szaro, 

z wysoko podniesionym kołnierzem i głową pochyloną przed deszczem. 

Później  chmury rozeszły  się  i  jechaliśmy  wzdłuż  morza. Wysokie  fale  rozbijały się  o brzeg, a  nisko  nad  nimi 

krążyły olbrzymie mewy. Deszcz ustał, wyłączyłem więc światła i wycieraczki. Teraz nawierzchnia  drogi była  tłuczniowa, 

ale  okolica  wydawała  mi  się  całkiem obca. W  lusterku  wstecznym  nie  było ani śladu miasta, które  właśnie  minęliśmy. 

Zacisnąłem mocniej ręce  na  kierownicy, widząc nagle na  skraju szosy szubienicę, z  której zwisał szkielet szarpany przez 

wiatr. 

Random  palił papierosa  i  wyglądał przez  okno,  a  tymczasem  droga  odeszła  od brzegu morza  i  skręciła  w bok, 

pnąc  się  wokół  wzgórza. Po  prawej  mieliśmy  bezdrzewną  równinę  porosłą  trawą, a  po lewej  piętrzył  się  rząd  wzgórz. 

Niebo  miało  teraz  intensywny  ciemonofioletowy  kolor,  jak  woda  w  głębokim,  czystym,  krytym  basenie. Nigdy  dotąd 

czegoś podobnego nie widziałem. 

Random  otworzył okno,  żeby  wyrzucić  niedopałek,  i wpuścił podmuch  zimnego  powietrza,  który  przyniósł  ze 

sobą zapach morza, wilgotny i ostry. 

- Wszystkie drogi prowadzą do Amberu - stwierdził sentymentalnie, jakby wygłaszał starą prawdę. 

Wtedy przypomniałem sobie, co powiedziała  mi Flora  poprzedniego  dnia. I  mimo  obaw, aby  nie wziął  mnie  za 

durnia lub nie posądził o zatajenie ważnych informacji, uznałem, że dla naszego wspólnego dobra muszę mu to powtórzyć. 

- Wiesz -  zacząłem ostrożnie  - mam wrażenie, że  kiedy zadzwoniłeś wczoraj podczas nieobecności Flory, ona  w 

tym czasie starała się dotrzeć do Amberu, lecz okazało się, że droga jest zablokowana. 

Roześmiał się na to. 

-  Ta  kobieta  nie  ma  krzty  wyobraźni -  odrzekł.  -  Oczywiście, że  w takiej chwili droga  będzie  zablokowana. Z 

pewnością my też będziemy w końcu musieli iść pieszo i wytężać wszystkie siły i całą pomysłowość, żeby się przedrzeć, o 

ile  nam się  to  w  ogóle  uda. Czy  ona  myślała, że  wróci  sobie  jak księżniczka  po dywanie  z  kwiatów?  Głupia  baba.  Nie 

zasługuje  na to, aby żyć, ale nie mnie o tym decydować, przynajmniej na  razie. Na skrzyżowaniu skręć w prawo -  polecił 

nagle. 

Co się  działo? Zdawałem  sobie  sprawę, że  Random  jest w  jakiś  sposób odpowiedzialny  za  egzotyczne  zmiany 

zachodzące wokół nas, ale nie  miałem  pojęcia, jak on  to  robi ani dokąd nas prowadzi. Dużo dałbym  za  to, żeby zgłębić 

jego sekret, a  nie mogłem go przecież  zapytać  wprost, bo zdradziłbym się ze  swoją niewiedzą. I  byłbym wtedy zdany  na 

jego  łaskę.  Pozornie  siedział  całkiem  bezczynnie,  palił  tylko  papierosa  i  patrzył  przez  okno,  lecz  gdy  pokonaliśmy 

niewielkie  wzniesienie,  znaleźliśmy  się  raptem  na  błękitnej  pustyni  pod  różowym  słońcem  na  migotliwym  niebie.  W 

lusterku  wstecznym  widać  było  za  nami  całe  mile  tej  pustyni  ciągnącej  się  aż  po  horyzont.  Niezła  sztuczka,  trzeba 

przyznać. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

14 / 55

background image

Naraz  silnik  zaharczał, uspokoił  się  i  po  chwili  powtórzył  swój występ. Kierownica  zmieniła  kształt  w  moich 

rękach. Stała się półokrągła, a siedzenie jakby odsunęło się do tyłu, samochód przywarł do ziemi, szyby okienne zrobiły się 

bardziej skośne. 

Nic  nie  powiedziałem, nawet kiedy rozpętała  się wokół nas lawendowa  burza piaskowa. A kiedy opadła, zaparło 

mi dech. 

Na  drodze  przed nami wyrósł  gigantyczny, ciągnący  się na jakieś pół mili korek samochodowy. Wszystkie  auta 

stały nieruchomo i trąbiły. 

- Zwolnij - powiedział Random. - To pierwsza przeszkoda. 

Zwolniłem i w tym momencie  ogarnął nas następny podmuch burzy piaskowej. Zanim zdążyłem zapalić światła, 

już było po wszystkim i ze  zdumieniem zamrugałem parę  razy oczami. Samochody  zniknęły i ucichł ryk  klaksonów. Ale 

droga iskrzyła się teraz jak przedtem chodniki i słyszałem, że Random przeklina kogoś lub coś pod nosem. 

-  Jestem  pewien, że  ominąłem tę  pułapkę  właśnie  tak, Jak  tego  chciał ten, co nam ją  zastawił  -  powiedział. -  I 

wściekam się, że zrobiłem to, czego się spodziewał: rzecz oczywistą. 

- Eryk? - spytałem. 

-  Zapewne. Jak  myślisz, co  powinniśmy teraz  zrobić?  Zatrzymać  się  i spróbować  trudniejszej  drogi  czy jechać 

dalej i czekać na następną przeszkodę? 

- Jedźmy dalej - zdecydowałem. - W końcu to była dopiero pierwsza. 

- Dobrze - zgodził się, ale dodał: - Kto wie, jaka będzie ta druga? 

Drugą była rzecz - nie wiem, jak inaczej to nazwać. 

Rzecz,  która  wyglądała  jak  piec  hutniczy  z  ramionami,  przycupnięty  na  środku  drogi,  sięgający  po  auta  i 

pożerający je. 

Gwałtownie zahamowałem. 

- Co robisz? - spytał Random. - Jedź dalej. Jak inaczej go wyminiesz? 

-  Trochę  mną  to wstrząsnęło -  przyznałem, a  on spojrzał  na  mnie  dziwnie  z  ukosa, i  znów  owiała  nas  chmura 

piasku. 

Zrozumiałem, że powiedziałem coś niewłaściwego. 

Kiedy pył opadł, jechaliśmy znów po pustej drodze. 

A w oddali widać było wieże. 

- Myślę, że go załatwiłem - odezwał się Random. - Połączyłem kilka w jedną i chyba na tej się nas nie spodziewał. 

W końcu nikt nie może zagrodzić wszystkich dróg do Amberu. 

- To prawda - przyznałem z nadzieją, że uda mi się zatrzeć złe wrażenie wywołane moim nieświadomym faux pas. 

Zerknąłem  spod  okna  na  Randoma.  Drobny,  niepozorny  człowieczek, który  mógł  równie  łatwo  jak  ja  zginąć 

poprzedniego  wieczoru. Na  czym  polegała  jego  moc?  I  co  znaczyło  to  całe  gadanie  o  Cieniach?  Coś  mi  mówiło,  że 

poruszam się  wśród nich nawet teraz. W jaki sposób? Działo się to za sprawą Randoma, a ponieważ  nie  było najwyraźniej 

związane z  wysiłkiem fizycznym, gdyż  jego ręce spoczywały bezczynnie  na  kolanach, doszedłem do wniosku, że  robi to 

siłą umysłu. Ale jak? 

Mówił  o  "dodawaniu"  i  "odejmowaniu", jakby  świat,  w  którym  się  porusza, był  jednym wielkim równaniem. 

Nagle ogarnęła mnie dziwna pewność, że dodaje on i odejmuje różne elementy otaczającej nas rzeczywistości, żeby zbliżyć 

się do tego osobliwego miejsca, zwanego Amberem, do którego się przedzierał. 

Ja też kiedyś to umiałem. I w przebłysku olśnienia zrozumiałem, że klucz  do wszystkiego leży w przypomnieniu 

sobie Amberu. Ale nie mogłem sobie nic przypomnieć. 

Szosa nagle skręciła, zostawiając pustynię z  tyłu i wjeżdżając w  pola porosłe  wysoką, niebieską, ostrą trawą. Po 

chwili  teren stał  się  pagórkowaty, a  u stóp  trzeciego  wzgórza  dobra  nawierzchnia  się  skończyła  i  wjechaliśmy  w  wąską 

polną drogę. Była ubita i wiła się między coraz  wyższymi wzgórzami, na których zaczęły się teraz pojawiać niskie  krzewy 

i  podobne  do  bagnetów  osty. Po  jakiejś  półgodzinie  wzgórza  zostały  w  tyle  i  wjechaliśmy  w  las  rozłożystych  drzew  o 

grubych  pniach  i  romboidalnych  liściach  w  jesiennych  kolorach  purpury  i  żółci.  Zaczął  padać  drobny  deszcz,  wśród 

krzewów  przesuwały się  cienie. Nad  kobiercem  mokrych  liści unosiła  się  warstewka  mgły. Gdzieś  na  prawo rozległ  się 

skowyt. 

Kierownica  zdążyła  już  trzy  razy  zmienić  kształt  w  moich  rękach, na  ostatek  przyjmując  postać  drewnianego 

ośmiokąta.  Samochód  miał  teraz  wysokie  podwozie,  a  na  masce  figurkę  w  kształcie  flaminga.  Powstrzymałem  się  od 

wszelkich komentarzy, dostosowując się do zmian położenia  siedzenia  i coraz to nowych warunków prowadzenia pojazdu. 

Znów  rozległ  się  skowyt.  Random  zerknął  na  kierownicę,  potrząsnął  głową  i  nagle  drzewa  stały  się  o  wiele  wyższe, 

oplecione  pnączami winorośli i błękitną woalką hiszpańskiego mchu, a  samochód niemalże  wrócił do normy. Spojrzałem 

na wskaźnik paliwa i zobaczyłem, że mamy połowę baku. 

- Posuwamy się do przodu - zauważył Random, a ja przytaknąłem. 

Droga raptownie się poszerzyła  i zrobiła asfaltowa. Po obu stronach stały rowy pełne  błotnistej wody. Pływały w 

nich liście, gałęzie i kolorowe piórka. Nagle zakręciło mi się w głowie i poczułem się jakby odurzony. 

- Oddychaj wolno i głęboko - powiedział szybko Random, zanim zdążyłem się do tego stanu przyznać. - Jedziemy 

na  skróty, więc  atmosfera  i  grawitacja  będą  przez  jakiś czas  nieco  inne.  Mieliśmy  do  tej  pory  sporo  szczęścia;  chcę  to 

wykorzystać i jak najszybciej dostać się jak najbliżej. 

- Świetna myśl - pochwaliłem go. 

- Może tak, a może nie - odparł - ale warto spróbo... Uważaj! 

Wjechaliśmy  na  szczyt wzgórza;  raptem  z  przeciwnej  strony  wyłoniła  się  ciężarówka  i toczyła  prosto  na  nas. 

Skręciłem, aby ją wyminąć, ale i ona skręciła. W ostatniej chwili zdołałem zjechać z drogi na miękkie  pobocze na lewo tuż 

przy skraju rowu. Ciężarówka po prawej zahamowała. Usiłowałem wrócić z pobocza z powrotem na szosę, lecz utknęliśmy 

w rozmokłej glinie. 

Usłyszałem trzask drzwiczek i zobaczyłem, że kierowca wyskakuje z kabiny po prawej stronie, co znaczyło, że to 

jednak  on  jechał  zapewne  po  właściwym  pasie,  a  nie  my.  Byłem  pewien,  że  nigdzie  w  Stanach  nie  ma  ruchu 

lewostronnego, ale jednocześnie miałem przeczucie, że już dawno opuściliśmy Ziemię, którą znałem. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

15 / 55

background image

Ciężarówka  okazała  się  cysterną. Dużymi, czerwonymi  literami  miała  wypisane  na  boku:  "ZUNOCO", a  pod 

spodem slogan reklamowy: "Jesteśmy wszędzie". Kierowca obrzucił mnie wyzwiskami, ledwo wysiadłem z  wozu, żeby go 

przeprosić. Był równie wysoki jak ja, gruby jak beczka łoju i trzymał w ręku lewarek. 

- Przecież mówię, że bardzo mi przykro - powtórzyłem. - Co jeszcze mam zrobić? Ostatecznie nic się nikomu nie 

stało. 

- Takich pieprzonych kierowców nie powinno się puszczać na szosę! - wrzeszczał. - To śmierć w oczach! 

Random wysiadł z samochodu i warknął: 

- Zjeżdżaj pan! - W ręce miał rewolwer. 

- Odłóż to - powiedziałem, ale odbezpieczył broń i wycelował. 

Facet  odwrócił  się  i  zaczął  biec,  oczy  miał  rozszerzone  z  przerażenia  i  opadniętą  szczękę.  Random  podniósł 

rewolwer i wycelował mu w plecy - zbiłem mu rękę w chwili, gdy naciskał cyngiel. 

Pocisk uderzył w bruk i odbił się rykoszetem. 

Random odwrócił się do mnie z pobielałą twarzą. 

- Ty cholerny głupcze! Mogłem trafić w cysternę! 

- Mogłeś też trafić w człowieka, do którego mierzyłeś. 

- No to co? Nigdy więcej się tu nie znajdziemy, w każdym razie za życia tego pokolenia. Ten bydlak miał czelność 

obrazić księcia Amberu! Stanąłem w obronie twojego honoru! 

- Sam potrafię zadbać o swój honor - powiedziałem i nagle zawładnęło mną poczucie siły, które włożyło mi w usta 

słowa: - Decyzja, czy go zabić, należała do mnie, nie do ciebie - co mówiąc poczułem autentyczną wściekłość. 

Drzwi szoferki zatrzasnęły się i ciężarówka czym prędzej ruszyła, a Random skłonił przede mną głowę i rzekł: 

-  Przepraszam,  bracie. Nie  chciałem  wkraczać  w  twoje  prawa. Poczułem  się  urażony  słysząc, jak  jeden z  nich 

mówi do ciebie w ten sposób. Wiem, że powinienem poczekać, aż sam zrobisz, co uznasz za stosowne, albo przynajmniej 

cię spytać. 

- No dobra - powiedziałem - postarajmy się jakoś dostać z powrotem na szosę i ruszyć w drogę. 

Tylne koła ugrzęzły w błocie aż po osie. Patrzyłem na nie, zastanawiając się, co zrobić z tym fantem, gdy Random 

zawołał: 

-  Podniosę  przedni zderzak, a  ty  weź  tylny  i wyniesiemy wóz  na  szosę. Ale  lepiej  postawmy  go tym razem  na 

lewym pasie. 

Wcale nie żartował. 

Mówił coś przedtem o mniejszej sile przyciągania, ale ja nie czułem się znów aż taki lekki. Wiedziałem, że jestem 

silny, lecz miałem niejakie wątpliwości, czy będę w stanie udźwignąć mercedesa. 

Musiałem jednak spróbować, bo Random najwyraźniej tego  po mnie  oczekiwał, a  nie mogłem dać mu okazji do 

podejrzeń,  że  mam  luki  w  pamięci.  Przykucnąłem  więc,  zaparłem  się,  chwyciłem  zderzaki  i  zacząłem  powoli  się 

prostować. Tylne  koła  z klaśnięciem wydobyły się  z  mokrej gliny. Trzymałem tył samochodu pół metra  nad ziemią. Był 

ciężki - do diaska! był porządnie ciężki - lecz dałem mu radę! 

Przy każdym kroku zapadałem się  głęboko w  ziemię. Ale go niosłem! A Random pomagał mi z  drugiego  końca. 

Postawiliśmy  samochód  na  szosie.  Zdjąłem  buty,  opróżniłem  je  z  błota  i  wyczyściłem  kępkami  trawy,  wykręciłem 

skarpetki, wrzuciłem je wraz z butami na tylne siedzenie, otrzepałem nogawki i usiadłem boso za kierownicą. 

Random zajął miejsce przy mnie i rzekł: 

- Posłuchaj, chciałem cię raz jeszcze przeprosić... 

- Nie mówmy już o tym - uciąłem. - Było, minęło. 

- Ale nie chciałbym, żebyś żywił do mnie urazę. 

-  Nie  mam zamiaru. Proszę  cię  tylko, żebyś na  przyszłość  trzymał na  wodzy swoją  popędliwość, jeśli chodzi o 

odbieranie ludziom życia w mojej obecności. 

- Dobrze - obiecał. 

- No to w drogę - powiedziałem i ruszyliśmy. 

Jechaliśmy  przez skalisty kanion, a  potem przez  miasto, które  wyglądało, jakby było zrobione  całe  ze  szkła  albo 

szkłopodobnej materii, przez jego mieszkańców zaś przeświecało różowe słońce, ukazując  ich organy wewnętrzne i resztki 

ostatniego spożytego posiłku. Przyglądali się nam i gromadzili na rogach ulic, ale nikt nie próbował nas zatrzymać ani nam 

przeszkodzić. 

- Tutejsi naukowcy będą z pewnością opisywać to wydarzenie przez wiele lat - powiedział mój brat. 

Przytaknąłem. 

Później  w  ogóle  nie  było  drogi  i jechaliśmy po  czymś  w  rodzaju gładkiego  silikonu  bez  początku  i końca. Po 

jakimś  czasie  zwęził  się  i  stał  naszą  drogą,  a  jeszcze  potem  po  obu  stronach  rozlały  się  moczary,  zarosło,  brunatne  i 

cuchnące. I  przysiągłbym, że  widziałem diplodoka, który podniósł głowę  i uważnie nam się przyglądał. Potem przeleciał 

nam nad głowami olbrzymi cien o skrzydłach nietoperza. Niebo było teraz granatowe, a słońce koloru złotej ochry. 

- Mamy już mniej niż jedną czwartą baku - zauważyłem. 

- Dobra - powiedział Random. - Zatrzymaj się. 

Stanąłem i czekałem. 

Przez dłuższy czas - około sześciu minut - milczał, a potem powiedział. 

- Jedź dalej. 

Po jakichś  trzech  milach  dojechaliśmy  do  ogrodzenia  z  bali, wzdłuż  którego  ruszyłem. Wreszcie  trafiliśmy  na 

bramę i Random rzekł; 

- Stań i zatrąb. 

Po chwili wielkie żelazne zawiasy zaskrzypiały i drewniane wrota otworzyły się do środka. 

- Możesz wjechać - powiedział Random. - Nic nam nie grozi. 

Na  lewo stały  trzy kopulaste  pompy  benzynowe, a  za  nimi mały budyneczek  z  rodzaju  tych, które  widywałem 

niezliczoną  ilość  razy  w  bardziej  przyziemnych  okolicznościach.  Zatrzymałem  się  przy  jednym  z  dystrybutorów  i 

czekałem. 

Facet, który do  nas  wyszedł, miał jakieś  półtora  metra  wzrostu, talię jak beka, nos  przypominający  truskawka  i 

bary szerokie na metr. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

16 / 55

background image

- Do pełna? - spytał. 

Skinąłem głową. 

- Niech pan podjedzie trochę bliżej - zarządził. 

Podjechałem i spytałem Randoma: 

- Czy moje pieniądze są tutaj ważne? 

- Obejrzyj je sobie - zaproponował. 

Mój  portfel  był  wypchany  plikiem  pomarańczowych  i  żółtych  banknotów  z  rzymskimi  cyframi w  rogach,  po 

których następowały litery D.R. Random uśmiechnął się zadowolony z siebie. 

- Widzisz, zadbałem o wszystko. 

- Wspaniale. A propos, jestem głodny. 

Rozejrzeliśmy się wokół i zobaczyliśmy tablicę z facetem znanym mi skądinąd z reklamy kurczaków z rożna, a tu 

polecającym pobliską knajpę. 

Truskawkowy  Nos  strzepnął  resztę  benzyny  na  ziemię  dla  równego  rachunku,  odwiesił  węża,  podszedł  i 

powiedział: 

- Osiem Drachae Regums. 

Znalazłem pomarańczowy banknot oznaczony V D.R. i trzy inne oznaczone I D.R. i podałem mu. 

- Dziękuję - rzekł i wsadził je do kieszeni. - Sprawdzić olej i wodę? 

- Tak. 

Dolał trochę wody, powiedział, że poziom oleju jest w porządku, i maznął brudną ścierką przednią szybę. Potem 

nam pomachał i zniknął w budyneczku. 

Podjechaliśmy  do  reklamowanej  knajpy  i  kupiliśmy  kilkanaście  porcji  jaszczurki  z  rożna  i  galon  słabego, 

słonawego w  smaku piwa. Potem umyliśmy się  w  przybudówce, zatrąbiliśmy przed bramą i poczekaliśmy cierpliwie, aż 

przyszedł człowiek z halabardą przewieszoną przez prawe ramię i nas wypuścił. Znów ruszyliśmy w drogę. 

W pewnej chwili wyskoczył nam przed maskę  tyranosaurus, zawahał się  przez  moment i ruszył swoją  drogą, na 

lewo. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne trzy pterodaktyle. 

-  Niechętnie  porzucani  niebo Amberu  -  powiedział  Random, cokolwiek  to miało  znaczyć,  a  ja  mruknąłem  coś 

potwierdzająco  w  odpowiedzi. - Ale  boję  się  próbować  wszystkiego  naraz  -  ciągnął. -  Moglibyśmy zostać  rozerwani  na 

strzępy. 

- Zgoda - przyznałem. 

- Z drugiej strony, nie podoba mi się to miejsce. 

Kiwnąłem głową i jechaliśmy dalej, aż silikonowa równina się skończyła i rozciągnął się przed nami goły kamień. 

- Co zamierzasz dalej? - zaryzykowałem. 

- Teraz, kiedy mam już niebo, nastawię się na teren - powiedział. 

Kamienna  pustynia  zaroiła  się  skałami,  między  którymi  prześwitywała  ciemna  ziemia.  W miarę  upływu  czasu 

ziemi było coraz więcej, a skał coraz mniej. W końcu zobaczyłem plamy zieleni. Najpierw tu i ówdzie kępki traw. Ale była 

to bardzo, bardzo jasna zieleń, koloru nie spotykanego na Ziemi. 

Wkrótce było jej więcej. 

Później pokazały się drzewa, rosnące gdzieniegdzie przy drodze. 

I wreszcie las. 

Ale jaki! 

Nigdy  nie  widziałem  takich  drzew  -  potężnych  i  majestatycznych,  o  głębokiej,  soczystej  zieleni  ze  złotym 

połyskiem. Pięły  się  ku niebu, wznosiły do  chmur. Były  tu wielkie  sosny, dęby, klony  i wiele  innych, których nazw  nie 

znałem. Kiedy opuściłem trochę szybę, owionął mnie podmuch  wspaniałego, wonnego powietrza. Odetchnąłem parę  razy 

głęboko i postanowiłem jechać dalej przy otwartym oknie. 

- Las Ardeński - powiedział człowiek, który był moim bratem i którego zarówno kochałem, jak i zazdrościłem mu 

jego wiedzy i mądrości. 

- Bracie - zwróciłem się do niego - spisujesz się świetnie. Lepiej, niż się spodziewałem. Dziękuję. 

Był najwyraźniej zdumiony. Jakby po raz pierwszy usłyszał dobre słowo od kogoś z rodziny. 

- Staram się, jak mogę - powiedział. - I dalej będę się starał, obiecuję. Spójrz tylko!  Mamy już niebo i mamy las! 

Aż  za  dobre, żeby  było prawdziwe!  Minęliśmy już  połowę  drogi i nic  się  nam  na  razie  specjalnego nie  dało we  znaki. 

Myślę, że mamy dużo szczęścia. Czy dasz mi własne księstwo? 

-  Tak  -  odparłem, nie  wiedząc,  o co  mu  chodzi,  ale  gotów  zaspokoić  jego  zachciankę  jeśli będzie  to  leżało  w 

granicach moich możliwości. 

Skinął głową i rzekł: 

- Jesteś w porządku. 

Krwiożerczy mały gnojek, który  zawsze, jak  pamiętałem,  miał duszę  buntownika.  Rodzice  starali  się  go  jakoś 

utemperować, ale bez  większych rezultatów. Zdałem sobie  w tym momencie sprawę, że mieliśmy wspólnych rodziców, w 

przeciwieństwie  do mnie  i Eryka,  do mnie  i Flory, Caina, Bleysa  i  Fiony. I może  jeszcze  innych, ale  co do  tych  byłem 

pewien. 

Jechaliśmy po twardej, ubitej drodze leśnej pośród nawy ogromnych drzew. Ciągnęły się bez końca. Czułem się tu 

bezpiecznie. Raz i drugi spłoszyliśmy jelenia i wystraszyli zająca przy drodze. Gdzieniegdzie widać było odciski końskich 

kopyt. Promienie  słońca  przeświecały  tu i ówdzie  przez  liście, przypominając  napięte  złote  struny  jakiegoś hinduskiego 

instrumentu muzycznego. Powietrze  było wilgotne  i ożywcze.  Zaświtała  mi myśl, że  znam  to miejsce, że  w  przeszłości 

często przebywałem tę drogę. Jeździłem po Lesie Ardeńskim na koniu, chodziłem pieszo, polowałem, leżałem na plecach 

pod tymi potężnymi konarami, z  rękami pod  głową, wpatrując  się  w  niebo. Wspinałem się  na  niektóre  z  tych  gigantów, 

patrząc z góry na ruchomy, zielony świat. 

- Kocham ten las - powiedziałem bezwiednie na głos, a Random odpowiedział: 

- Zawsze go kochałeś. - W jego głosie kryła się jakby nuta rozbawienia, ale nie byłem pewien. 

Wtem z oddali usłyszałem dźwięk, który instynktownie rozpoznałem jako głos rogu. 

- Jedź szybciej - rzekł nagle Random. - To chyba róg Juliana. 

Posłuchałem go. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

17 / 55

background image

Róg zabrzmiał znowu, tym razem bliżej. - Te jego cholerne psy rozszarpią nasz samochód na strzępy, a  ptaszysko 

wydziobie  nam  oczy!  -  powiedział  Random.  -  Wolałbym  nie  spotykać  się  z  nim  akurat  w  chwili, kiedy  jest  w  pełnej 

gotowości bojowej. Nie wiem, na co poluje, ale z pewnością chętnie porzuci tę zwierzynę dla łupu w postaci dwóch swoich 

braci. 

- Żyj i daj żyć innym, oto moja najnowsza dewiza - oznajmiłem. 

Random zachichotał. 

- Co za osobliwy pomysł. Założę się, że przetrwa nie dłużej niż pięć minut. 

Róg odezwał się ponownie, jeszcze bliżej, i Random zaklął: 

- Niech to diabli! 

Szybkościomierz  wskazywał  siedemdziesiąt  pięć  mil na  godzinę, w  dziwnych, runicznych cyfrach, i  bałem  się 

jechać  szybciej  na  tej  leśnej  drodze.  Znów  wyraźnie  usłyszeliśmy  róg  z  lewej  strony,  trzy  długie  sygnały,  którym 

towarzyszyło ujadanie psów. 

- Jesteśmy bardzo blisko prawdziwej Ziemi, chociaż wciąż  daleko od Amberu - powiedział mój brat. -  Ucieczka 

przez sąsiednie Cienie na nic się nie zda, bo jeśli to Julian nas goni, podaży za nami. Albo jego Cień. 

- Co robimy? 

- Dodaj gazu i miejmy nadzieję, że nie nas ściga. 

Tym razem róg zabrzmiał tuż-tuż. 

- Na czym on tak pędzi, na lokomotywie? - spytałem. 

- Raczej na swoim potężnym Morgenstemie, najszybszym koniu, jakiego stworzył. 

Obracałem  to  ostatnie  słowo  w  myślach,  starając  się  je  rozszyfrować. Jakiś  głos  wewnętrzny  mówił  mi, że  to 

prawda, że rzeczywiście stworzył Morgensterna, czerpiąc z Cieni, wyposażając bestię w prędkość huraganu i siłę kafara. 

Przypomniałem sobie, że mam swoje powody bać się tego zwierza - i właśnie w tym momencie go zobaczyłem. 

Morgenstem  był  o  sześć  piędzi  wyższy  od  każdego  innego  konia,  miał  oczy  martwego  koloru,  jak  wyżeł 

weimarski, szarą  maść  i kopyta  z  polerowanej stali. Pędził  jak wiatr za  naszym samochodem, a w siodle  siedział  Julian, 

taki, jakim go pamiętałem z  talii kart -  miał długie  czarne włosy, błękitne oczy i łuskową  białą zbroję. Uśmiechnął się  do 

nas i pomachał, a Morgenstem podrzucił w górę łeb i jego wspaniała grzywa zafalowała na wietrze jak flaga. Nogi śmigały 

mu jak błyskawice. 

Przypomniało mi się, że Julian ubrał kiedyś swojego pachołka w moje  ubranie i kazał mu dręczyć to zwierzę. Oto 

dlaczego  Morgenstem  próbował  mnie  stratować  podczas  pewnego  polowania,  kiedy  zsiadłem  z  konia,  żeby  oprawić 

jelenia. 

Zamknąłem okno,  aby  zapach nie  zdradził mojej  obecności. Ale  Julian  wypatrzył  mnie  już  i  wiedziałem, co to 

znaczy. Wokół niego biegła sfora krwiożerczych ogarów o niezwykłej wytrzymałości i zębach jak stal. One też  pochodziły 

z  Cieni,  bo  żaden  normalny  pies  nie  mógłby  tak  biec. Ale  wiedziałem, że  słowo  "normalny"  tak  czy  owak  nie  ma  tu 

zastosowania. 

Julian dał mi znak, żebyśmy się zatrzymali. Spojrzałem pytająco na Randoma, a on kiwnął głową. 

- Jeśli go nie posłuchamy, to nas stratuje. 

Nacisnąłem hamulce, zwolniłem, stanąłem. 

Morgenstem zarżał, stanął dęba, zarył  wszystkimi  czterema  kopytami w  ziemię  i zaczął tańczyć  w miejscu. Psy 

dreptały wokół z wywieszonymi językami, ciężko dysząc. Koń był pokryty lśniącą warstwą potu. Spuściłem okno. 

-  Co  za  niespodzianka!  -  powitał nas Julian swoim rozwlekłym, lekko  zacinającym się  głosem, a gdy  to mówił, 

wielki sokół o czamo-zielonkawym upierzeniu zatoczył w powietrzu koło i usiadł mu na lewym ramieniu. 

- Tak, rzeczywiście niespodzianka - przyznałem. - Jakże się miewasz? 

- Doskonale, jak zawsze. A ty i nasz drogi brat Random? 

- Jestem w dobrej formie - powiedziałem, a Random skinął mu głową i zauważył: 

- Sądziłem, że w dzisiejszych czasach znajdziesz sobie inną rozrywkę niż polowanie. 

Julian pochylił się i spojrzał na niego drwiąco przez przednią szybę. 

- Lubię zabijać dzikie bestie - powiedział - a przy tym dzień i noc myślę o swoich krewnych. 

Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. 

- Przerwałem polowanie słysząc  w oddali warkot samochodu -  ciągnął. -  Nie sądziłem jednak, że  jadą  nim takie 

dwie  osobistości. Przypuszczam, że  nie  wybraliście  się  na  przejażdżkę  dla  czystej  przyjemności, lecz  macie  przed  sobą 

jakiś cel, na przykład Amber. Zgadza się? 

- Zgadza - przyznałem. - Mogę spytać, dlaczego jesteś tutaj, a nie tam? 

- Eryk kazał mi pilnować  tej drogi - odparł, a moja ręka  automatycznie powędrowała do pistoletu zatkniętego za 

pasek. Miałem jednak wrażenie, że kula nie przebije jego zbroi. Rozważałem, czyby nie zastrzelić Morgensterna. 

- Cóż, bracia - rzekł Julian z uśmiechem - witam was i życzę dobrej podróży. Z pewnością zobaczymy się wkrótce 

w Amberze. Do widzenia. - Zawrócił konia i zniknął w lesie. 

-  Uciekajmy  stąd czym  prędzej -  powiedział  Random. -  Na  pewno  planuje  zasadzkę  albo  pogoń. -  Co mówiąc 

wyciągnął pistolet zza pasa i położył na kolanach. 

Prułem przed siebie z całkiem przyzwoitą prędkością. 

Po jakichś pięciu minutach, kiedy już byłem gotów odetchnąć, usłyszałem róg. Nacisnąłem pedał gazu, wiedząc, 

że  Julian i  tak  nas  dogoni, ale  chciałem  zyskać  na  czasie  i  odjechać  jak  najdalej. ścinaliśmy  zakręty, pokonywaliśmy  z 

rykiem wzgórza  i  doliny, w pewnej chwili omal nie  potrąciliśmy jelenia, ale szczęśliwie  udało nam się  go wyminąć  nie 

wytracając prędkości. 

Róg brzmiał coraz bliżej i Random klął pod nosem. 

Coś mi mówiło, że mamy przed sobą jeszcze długą drogę przez las, i nie dodawało mi to ducha. 

Trafił  nam  się  jeden  długi,  prosty  odcinek,  kiedy  mogłem  przycisnąć  pedał  do  deski  i  trzymać  przez  prawie 

minutę. Dźwięk rogu Juliana nieco się oddalił. Ale  polem wjechaliśmy w teren, gdzie droga wiła się i kręciła, i musiałem 

zwolnić. Julian znów zaczął nas doganiać. 

Po jakichś sześciu minutach pokazał się we wstecznym lusterku, pędząc galopem w otoczeniu zażartej, ujadającej 

sfory. Random otworzył okno, a po chwili wychylił się i zaczął strzelać. 

- Niech diabli porwą tę jego zbroję! - zaklął. - Jestem pewien, że trafiłem go dwukrotnie i nic mu się nie stało. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

18 / 55

background image

- Niechętnie myślę o zabiciu tej bestii - powiedziałem - ale spróbuj wycelować w konia. 

- Już próbowałem, nawet kilkakrotnie - odparł, rzucając pusty pistolet na podłogę i wyjmując drugi - i albo jestem 

gorszym strzelcem, niż sądziłem, albo to prawda, co wieść niesie: że Morgenstena można zabić tylko srebrną kulą. 

Pozostałymi  nabojami  położył  sześć  psów,  ale  jeszcze  zostało  ich  ze  dwa  tuziny. Podałem  mu  jeden  z  moich 

pistoletów i załatwił dalszych pięć bestii. 

- Ostatni nabój zostawiłem na głowę Juliana, jeśli podjedzie dostatecznie blisko - rzekł. 

Byli już  kilkanaście metrów za nami i szybko się  zbliżali, nacisnąłem wiec hamulce. Nie  wszystkie  psy zdążyły 

się zatrzymać, ale Julian nagle zniknął, tylko nad głowami przeleciał nam czarny cień. 

Morgenstern przeskoczył samochód! Odwrócił się  w miejscu i w chwili, gdy koń wraz  z jeźdźcem stanęli przed 

nami, nacisnąłem gaz zrywając wóz do przodu. 

Morgenstern  błyskawicznie  uskoczył  na  bok.  W  lusterku  zobaczyłem,  że  dwa  psy  porzucają  błotnik,  który 

oderwały, i ruszają w dalszą pogoń. Przyłączyło się do nich jeszcze piętnaście czy szesnaście sztuk, reszta leżała na drodze. 

-  Niezły  numer  -  powiedział  Random  -  ale  miałeś  szczęście,  że  nie  rozszarpały  opon. Pewno  nigdy dotąd  nie 

polowały na samochód. 

Podałem mu mój drugi pistolet z poleceniem: 

- Celuj w psy. 

Strzelając dokładnie i precyzyjnie  położył jeszcze  sześć. Julian był już przy samochodzie, w prawej ręce trzymał 

miecz. 

Nacisnąłem klakson, żeby spłoszyć  Morgensterna, lecz  ten ani drgnął. Skręciłem prosto na  nich, a wtedy koń się 

usunął. Random pochylił się w siedzeniu, złożony do strzału, oparłszy prawą rękę z pistoletem o lewe przedramię. 

- Poczekaj - powiedziałem. - Spróbuję wziąć go żywcem. 

- Oszalałeś - zaprotestował, kiedy hamowałem. Ale opuścił broń. 

- W chwili gdy  stanęliśmy, otworzyłem błyskawicznie drzwi i wyskoczyłem - zapomniałem, że wciąż  jestem  na 

bosaka, niech to diabli! 

Dałem nura pod jego mieczem, chwyciłem go za rękę i wysadziłem z siodła. Zdążył uderzyć mnie tylko raz swoją 

opancerzoną lewą ręką, ale poczułem potworny ból i zobaczyłem wszystkie gwiazdy. 

Leżał  bez  ruchu  na  ziemi, nieco zamroczony, a  ja  opędzałem się  od  szarpiących  mnie  psów, które  Random  na 

prawo i lewo raczył kopniakami. Podniosłem miecz Juliana i przytknąłem mu szpic do gardła. 

- Każ im się uspokoić! - zażądałem. - Albo przyszpilę cię do ziemi. 

Wychrypiał rozkaz i psy się cofnęły. Random tymczasem trzymał za cugle niespokojnego Morgensterna. 

No wiec, drogi bracie, co masz do powiedzenia na - swoją obronę? - spytałem. 

W jego oczach pojawił się zimny niebieski błysk, ale twarz pozostała nieruchoma. 

- Jeśli masz zamiar mnie zabić, to na co czekasz - powiedział. 

- Wszystko w swoim czasie - odparłem, nie bez przyjemności patrząc  na jego nieskazitelną  zbroję, teraz  utytłaną 

w błocie. - A na razie powiedz mi, ile jest dla ciebie warte twoje życie? 

- Wszystko co mam, oczywiście. 

Cofnąłem się. 

- Wstawaj i siadaj na tylne siedzenie samochodu -  zarządziłem, zabierając  mu jednocześnie sztylet. Random zajął 

swoje poprzednie miejsce i trzymał pistolet z ostatnim nabojem wymierzonym w głowę Juliana. 

- Dlaczego go po prostu nie zabijesz? - spytał. 

- Może  nam się przydać - wyjaśniłem. - Jest parę rzeczy, których chciałbym się  dowiedzieć. A przed nami jeszcze 

długa droga. 

Ruszyłem. Psy wciąż krążyły w pobliżu, a i Morgenstern pocwałował za samochodem. 

- Obawiam się, że niezbyt wam się  przydam jako jeniec - odezwał się Julian. - Nawet na torturach mogę zdradzić 

tylko to, co wiem, a wiem niewiele. 

- To może od tego zacznijmy - zaproponowałem. 

- Eryk ma obecnie najsilniejszą  pozycję  jako ten, który był na miejscu w Amberze, gdy wszystko się rozpadło. W 

każdym razie  ja  tak  to widzę, dlatego  ofiarowałem mu swoje  poparcie. Gdyby to  był któryś  z  was, pewno  zrobiłbym to 

samo. Eryk wyznaczył mi straż w Ardenie, gdyż  tędy wiedzie jedna  z głównych tras, Gerard ma pod kontrolą  południowe 

szlaki morskie, a Caine północne. 

- Co z Benedyktem? - spytał Random. 

- Nie wiem. Nic o nim nie słyszałem. Może jest z Bleysem. Może przebywa w którymś z Cieni i w ogóle jeszcze o 

niczym nie słyszał. A może nawet nie żyje. Już od lat nic o nim nie wiadomo. 

- Ilu masz ludzi w Ardenie? - ciągnął Random. 

- Ponad tysiąc. Niektórzy z nich pewno cały czas was obserwują. 

- I jeśli wolisz zostać przy życiu, lepiej, żeby się do tego ograniczyli - stwierdził Random. 

-  Niewątpliwie  masz  rację  -  odparł  Julian.  -  Muszę  przyznać,  że  Corwin  postąpił  sprytnie  biorąc  mnie  jako 

zakładnika. Może dzięki temu uda się wam wydostać z lasu. 

- Mówisz tak, bo chcesz żyć - odparował Random. 

- Oczywiście, że chcę żyć. Mogę? 

- Jak to? 

- W zamian za informacje, których wam dostarczyłem. 

Random roześmiał się. 

- Twoje informacje są niewiele warte, jestem pewien, że można by wydrzeć z ciebie znacznie więcej. Przekonamy 

się, jak tylko nadarzy się okazja, żeby stanąć, co, Corwin? 

- Zobaczymy - powiedziałem, - Gdzie jest Fiona? 

- Chyba gdzieś na południu - odparł Julian. 

- A Deirdre? 

- Nie wiem. 

- Llewella? 

- W Rebmie. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

19 / 55

background image

- W porządku. Mam wrażenie, że powiedziałeś mi wszystko, co wiesz. 

- Owszem. 

Jechaliśmy  dalej w  milczeniu i  w końcu  las zaczął się  przerzedzać. Dawno już  straciłem z  oczu Morgensterna, 

choć  krążył  jeszcze  nad  nami sokół  Juliana.  Droga  wiodła  teraz  do  góry  ku  przełęczy  pomiędzy  dwoma  purpurowymi 

szczytami.  Mieliśmy  już  zaledwie  ćwierć  baku  benzyny.  Po  godzinie  przejeżdżaliśmy  między  wysokimi  skalnymi 

grzbietami. 

- To idealne miejsce na zablokowanie drogi - powiedział Random. 

- Zupełnie możliwe - zgodziłem się. - Co na to powiesz, Julianie? 

Julian westchnął. 

- Macie rację - przyznał. - Zaraz będzie zapora. Wiecie, jak się przedostać. 

Wiedzieliśmy. Kiedy podjechaliśmy do bramy i wyszedł do nas strażnik w zielono-brązowym skórzanym stroju i z 

odsłoniętym mieczem, wskazałem kciukiem na tylne siedzenie i spytałem: 

- Czy coś ci to mówi? 

Poznał nie tylko Juliana, ale i nas. Czym prędzej podniósł szlaban i zasalutował, kiedy przejeżdżaliśmy. 

Czekały  nas  jeszcze  dwie  zapory,  zanim  minęliśmy  przełęcz;  po  drodze  zgubiliśmy  sokoła. Byliśmy  teraz  na 

wysokości kilkuset metrów -  zatrzymałem samochód na wąskim odcinku biegnącym po gołej półce skalnej. Na  prawo nie 

było nic tylko ziejąca przepaść. 

- Wysiadaj - powiedziałem. - Czeka cię mały spacer. 

Julian zbladł. 

- Nie mam zamiaru się przed tobą płaszczyć - rzekł. - Nie sądź, że będę cię błagał o litość. - I wysiadł. 

- Szkoda - stwierdziłem. - Dawno nikt się przede mną nie płaszczył... A teraz podejdź do krawędzi. Jeszcze trochę 

bliżej. - Random cały czas trzymał mu pistolet przy głowie. - Niedawno oświadczyłeś, że stanąłbyś po stronie każdego, kto 

miałby taką pozycję jak Eryk. 

- To prawda. 

- Spójrz pod nogi. 

Posłuchał. Oko nie sięgało dna. 

- Zapamiętaj swoje słowa  w razie, gdyby sytuacja się zmieniła. I zapamiętaj, kto darował ci życie, choć może  nie 

każdy by tak postąpił. Chodź, Random, jedziemy. 

Zostawiliśmy go nad przepaścią; stał ze ściągniętymi brwiami, ciężko dysząc. 

Wjechaliśmy  na  szczyt  na  resztkach benzyny. Włączyłem  jałowy  bieg,  zgasiłem  silnik  i  puściłem się  w  długą 

drogę w dół. 

- Jak widzę, nie  straciłeś nic  z dawnej przebiegłości - odezwał się  Random. - Ja bym go na  pewno zabił za karę. 

Ale  myślę,  że  postąpiłeś słusznie. Zapewne  nas  poprze,  jeśli uda  nam  się  uzyskać  przewagę  nad  Erykiem. Tymczasem 

jednak oczywiście o wszystkim mu zamelduje. 

- Oczywiście - przyznałem mu rację. 

- Poza tym miałeś własne powody, żeby go uśmiercić. 

Uśmiechnąłem się. 

- W polityce i w interesach nie należy kierować się emocjami. 

Random zapalił dwa papierosy i jednego mi podał. 

Patrząc  w dół  przez  mgłę  ujrzałem morze. Jego wody  pod granatowym niebem, na którym wisiało złote  słońce, 

były tak  intensywnej barwy  - fioletowopurpurowe, gęste  jak  farba i pofałdowane  niczym  kawałek materiału -  że od  tego 

widoku  niemal  rozbolały  mnie  oczy.  Nagle  złapałem  się  na  tym,  że  mówię  coś  na  głos  w  języku,  który  nawet  nie 

wiedziałem, że znam. Recytowałem "Balladę o wilku morskim", a Random słuchał, dopóki nie skończyłem, i spytał: 

- Czy to prawda, że sam ją napisałeś? 

- To było tak dawno - powiedziałem - że już nie pamiętam. 

Grań skręciła  w  lewo  i jadąc jej zboczem w  dół ku zadrzewionej dolinie mieliśmy coraz  większy obszar  morza 

przed oczami. 

-  Spójrz,  latarnia  morska  w  Cabrze  -  powiedział  Random, pokazując  ogromną  szarą  wieżę  wyrastającą  pośród 

morza. - Całkiem o niej zapomniałem. 

- Ja też - przyznałem. - To bardzo dziwne  uczucie, wracać do domu - dodałem i zdałem sobie naraz sprawę, że nie 

mówimy po angielsku, lecz w języku zwanym thari. 

Po jakiejś półgodzinie byliśmy na dole. Jechałem siła rozpędu, jak długo mogłem, a potem włączyłem silnik. Na 

jego dźwięk z pobliskiego krzaka zerwało się  stadko czarnych ptaków. Szary cień, podobny do wilka, wypadł z kryjówki i 

pomknął  w  stronę  zarośli, jeleń  zaś, którego podchodził, dotąd  niewidoczny, umykał teraz  wielkimi susami. Byliśmy  w 

dolinie obfitości - choć nie tak gęsto i bujnie zalesionej jak Las Ardeński - która łagodnie opadała w stronę morza. 

Na  lewo  piętrzyły  się  góry.  Im  dalej  zapuszczaliśmy  się  w  dolinę,  tym  wyraźniej  widać  było  ogrom  masywu 

skalnego,  z  którego  pomniejszego  szczytu  zjechaliśmy.  Góry  potężniały  w  swoim  marszu  ku  morzu,  przywdziewając 

barwny płaszcz  mieniący się  zielenią, fioletem, purpurą, złotem  i indygo. Ich  czoło  zwrócone  ku morzu pozostawało  dla 

nas  niewidoczne, ale  z  najwyższego, ostatniego wierzchołka  spływał  leciutki  welon  z  przejrzystych  chmur, a  promienie 

słońca  rozjarzały  jego  czubek  żywym  ogniem.  Oceniłem,  że  dzieli  nas  jeszcze  jakieś  trzydzieści  pięć  mil  od  tego 

pulsującego światłem  miejsca, a  wskaźnik paliwa  stał na  zerze. Wiedziałem, że  celem naszej podróży jest ten  najwyższy 

szczyt, i zaczęło mnie ogarniać coraz większe podniecenie. Random patrzył w tym samym kierunku. 

- Jest wciąż na swoim miejscu - odezwałem się. 

- Już prawie zapomniałem... - westchnął Random. 

Zmieniając biegi zauważyłem, że  moje  spodnie nabrały dziwnego połysku, którego przedtem nie  miały. Zwężały 

się też wyraźnie  ku dołowi, a mankiety zniknęły. Zwróciłem z  kolei uwagę na  moją koszulę. Przypominała teraz  bardziej 

marynarkę, była  czarna  i lamowana  srebrem, a  mój  pasek znacznie  się  poszerzył. Po bliższym zbadaniu  okazało  się, że 

mam też srebrne lampasy na spodniach. 

- Widzę, że jestem już w odpowiednim rynsztunku - skonstatowałem, chcąc się przekonać, jaki to odniesie skutek. 

Random  zachichotał  i  dopiero  teraz  spostrzegłem,  że  ma  na  sobie  brązowe  spodnie  w  czerwone  paski  i 

pomarańczowo-brązową koszulę. Brązowa czapka z żółtą lamówką leżała obok na siedzeniu. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

20 / 55

background image

- Ciekaw byłem, kiedy zauważysz - powiedział. - Jak się czujesz? 

- Zupełnie nieźle - odparłem. - Ale, nawiasem mówiąc, jedziemy na ostatnich kroplach benzyny. 

-  Za  późno  już,  żeby  coś  na  to  poradzić.  Jesteśmy  teraz  w  prawdziwym  świecie  i  sztuczki  z  Cieniami 

kosztowałyby za dużo wysiłku. A ponadto nie przeszłyby niepostrzeżenie. Niestety, będziemy musieli iść pieszo, kiedy wóz 

stanie. 

Stanął  dwie  i  pół  mili  dalej.  Zjechałem  na  skraj  drogi  i  zatrzymałem  się.  Słońce  żegnało  się  już  z  nami  na 

zachodzie i rzucało długi cień. 

Sięgnąłem  za  siebie  na  tylne  siedzenie  po  buty, które  tymczasem przekształciły  się  w długie,  czarne  botforty, i 

wyjmując je usłyszałem metaliczny brzęk. Jak się okazało, był to dobrze wyważony srebrny miecz wraz z pochwą. Pochwa 

idealnie pasowała do mojego pasa. Leżała tam także czarna peleryna z zapinką w kształcie srebrnej róży. 

- Myślałeś pewno, że na zawsze są stracone? - zapytał Random. 

- Tak jakby - odparłem. 

Wysiedliśmy  z  samochodu  i ruszyliśmy  pieszo.  Wieczór  był  chłodny  i rześki.  Na  wschodzie  pokazały  się  już 

gwiazdy, słońce chowało się za horyzont. Szliśmy drogą, a Random zauważył: 

- Coś tu nie gra. 

- Co masz na myśli? 

-  Za  łatwo  nam  poszło.  Nie  podoba  mi  się  to. Dojechaliśmy  do  Lasu Ardeńskiego  niemal  bez  przeszkód. Co 

prawda  Julian próbował nas zatrzymać, ale sam nie  wiem... Tak gładko dotarliśmy aż  tutaj, że zaczynam podejrzewać, iż 

nam na to pozwolono. 

- Mnie też to przyszło do głowy - skłamałem. - Jak sądzisz, co to może znaczyć? 

- Obawiam się - odparł - że idziemy prosto w pułapkę. 

Przez kilka minut szliśmy w milczeniu. 

- Myślisz o zasadzce? - spytałem. - Ten las wydaje mi się dziwnie spokojny. 

- Bo ja wiem. 

Przeszliśmy jeszcze jakieś dwie mile, zanim słońce zaszło. Zapadła ciemna noc rozjarzona gwiazdami. 

- Niezbyt to dla nas odpowiedni sposób podróżowania - zauważył Random. 

- To prawda - przyznałem. 

- Ale trochę się boję zdobywać teraz rumaka. 

- Ja też. 

- Jaka jest twoja ocena sytuacji? - zapytał Random. 

- W każdej chwili może nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. 

- Czy sądzisz, że powinniśmy zejść z drogi? 

- Zastanawiałem się nad tym - znów skłamałem. - Nic nam nie zaszkodzi pójść trochę skrajem lasu. 

Weszliśmy pomiędzy drzewa  i ciemne  cienie  skał i krzewów. Powoli wzeszedł księżyc, srebrzysty, rozjaśniający 

noc. 

- Męczy mnie przeczucie, że nie może nam się udać - odezwał się Random. 

- Na czym je opierasz? 

- Na jednej zasadniczej rzeczy. 

- Jakiej? 

-  Wszystko  poszło  za  szybko  i  za  łatwo.  Wcale  mi  się  to  nie  podoba. Teraz, kiedy  jesteśmy  w  prawdziwym 

świecie, za późno już, żeby się  cofać. Nie możemy igrać z Cieniami, musimy polegać na  własnych mieczach. (Sam miał u 

pasa  krótką, wypolerowaną do połysku klingę). Podejrzewam, że  to za sprawą Eryka dotarliśmy aż  tutaj. Nic już  na to nie 

możemy poradzić, ale teraz żałuję, że nie musieliśmy walczyć o każdy cal przebytej drogi. 

Przeszliśmy jeszcze milę i zatrzymaliśmy się na papierosa. Paliliśmy, osłaniając dłońmi żarzący się czubek. 

- Co za piękna noc - powiedziałem do Randoma i chłodnego wietrzyku. 

- Tak, zapewne... Co to takiego? 

Za nami zaszeleściło coś w krzakach. 

- Może to jakieś zwierzę... 

Random już  trzymał  miecz  w  ręku. Zamarliśmy  w  bezruchu, ale  nic  więcej  nie  usłyszeliśmy. Random schował 

miecz  i ruszyliśmy w dalszą  drogę. Z tyłu nie  dobiegały już żadne  dźwięki, lecz po chwili usłyszałem coś przed nami. Na 

moje spojrzenie Random odpowiedział skinięciem głowy i zaczęliśmy iść jeszcze ostrożniej. 

W oddali widać  było delikatną  łunę, jaką  daje  ognisko. Nie  słyszeliśmy żadnych głosów, ale porozumiawszy się 

bez słów zgodnie skierowaliśmy się w tamtą stronę. 

Minęła  prawie  godzina,  zanim  dotarliśmy  do  obozowiska.  Wokół  ognia  siedziało  czterech  mężczyzn,  dwóch 

innych spało w cieniu. Dziewczyna przywiązana do pala miała wprawdzie odwróconą głowę, lecz na jej widok serce zabiło 

mi żywiej. 

- Czyżby to była...? - szepnąłem do Randoma. 

- Tak, to może być ona - przyznał. 

Dziewczyna zwróciła twarz w naszą stronę i wtedy ją rozpoznałem. 

- Deirdre! 

-  Ciekawe, co  ta  lala  zmalowała? -  powiedział Random. -  Sądząc  po ich barwach, zabierają  ją  z  powrotem  do 

Amberu. 

Mężczyźni mieli stroje czarno-czerwono-srebrne, które to zestawienie, jak pamiętałem z kart tarokowych i jeszcze 

skądś, było charakterystyczne dla Eryka. 

- Skoro Eryk chce ją mieć, to wystarczający powód, aby jej nie dostał - oświadczyłem. 

-  Nigdy nie  żywiłem szczególnych uczuć  do  Deirdre  -  powiedział Random -  ale  wiem, że  ty wręcz  przeciwnie, 

wobec tego... - I wyciągnął miecz z pochwy. Poszedłem w jego ślady. 

- Szykuj się - poleciłem, gotując się do skoku. 

Spadliśmy na  nich jak piorun. W dwie minuty było już  po wszystkim, Deirdre obserwowała nas z napięciem, jej 

twarz  w  świetle  ognia  wyglądała  jak  wykrzywiona  maska.  Krzyczała,  śmiała  się  i  powtarzała  nasze  imiona  wysokim  i 

przestraszonym głosem, dopóki nie rozciąłem jej więzów i nie pomogłem wstać. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

21 / 55

background image

- Bądź pozdrowiona, siostro. Czy przyłączysz się do nas w naszej Drodze do Amberu? 

- Nie  - odpowiedziała. - Dziękuję za uratowanie  mi życia, ale wolałabym od razu go nie stracić. Po co właściwie 

idziecie do Amberu? 

-  Jest  tam  pewien  tron  do  zdobycia  -  odparł  Random,  co  było  dla  mnie  nowością  -  a  my  jesteśmy  nim 

zainteresowani. 

-  Jeśli  macie  choć  odrobinę  oleju  w  głowie,  to  radzę  wam  trzymać  się  z  daleka  i  nie  nadstawiać  karku  - 

powiedziała.  Była  naprawdę  urocza,  choć  wymęczona  i  umorusana.  Wziąłem  ją  w  ramiona  i  uścisnąłem.  Random 

tymczasem znalazł bukłak wina i napiliśmy się wszyscy po łyku. 

- Eryk jest jedynym księciem w Amberze - ciągnęła Deirdre - i wojsko jest mu oddane. 

- Nie boję się Eryka - oświadczyłem, choć w głębi duszy wcale nie byłem tego taki pewien. 

- Nigdy nie wpuści was do Amberu - mówiła  dalej. - Sama byłam tam więźniem, dopóki dwa  dni temu nie  udało 

mi się wydostać sekretnym przejściem. Myślałam, że schronię  się  pośród Cieni, dopóki wszystko  się  jakoś nie  ułoży, ale 

niełatwo tam przejść tak blisko od rzeczywistego świata. Toteż dziś rano jego ludzie mnie znaleźli i wieźli z powrotem do 

Amberu. Możliwe, że po powrocie kazałby mnie zabić, choć nie jestem tego pewna. W każdym razie i tak byłabym nic nie 

znaczącą kukiełką. Wydaje mi się, że Eryk może być obłąkany, ale tego też nie jestem pewna. 

- A co z Bleysem? - zapytał Random. 

-  Wysyła  różne  stwory z  Cieni  i Eryk jest  mocno  zaniepokojony. Ale  nigdy dotąd nie  zaatakował  wprost, więc 

Eryk  nie  wie,  co  o tym  myśleć, a  sprawa  sukcesji korony dalej jest  nie  rozstrzygnięta, choć  Eryk dzierży teraz  berło  w 

garści. 

- Rozumiem. Czy mówił coś o nas? 

- O tobie nie, ale o Corwinie  owszem. Nadal boi się  jego  powrotu do Amberu. Jeszcze  przez  jakieś pięć mil nic 

wam nie  grozi, potem jednak  na każdym kroku czyha na was śmiertelne  niebezpieczeństwo. Każde  drzewo i każda skała 

kryją pułapkę lub zasadzkę, wszystko na cześć Bleysa i Corwina. Eryk chciał, żebyście dotarli aż tutaj, gdzie Cienie  wam 

nie pomogą i będziecie w jego mocy. To absolutnie niemożliwe, aby udało się wam ominąć niezliczone pułapki i dostać się 

do Amberu. 

- A jednak ty uciekłaś... 

-  To  co  innego. Ja  starałam  się  wydostać, a  nie  wtargnąć  do środka. Zapewne  też  z  powodu  mojej płci  i braku 

ambicji nie poświęcał mi tyle uwagi, co wam. A poza tym, jak widzicie, i tak mi się nie udało. 

- Teraz to się zmieni, siostro - obiecałem. - Póki mam miecz  w garści, jestem na twoje usługi. - A ona ucałowała 

mnie i uścisnęła mi rękę, na co zawsze byłem łasy. 

- Jestem pewien, że nas śledzą - powiedział Random i wszyscy troje daliśmy nura w ciemności. 

Leżeliśmy  bez  ruchu  za  krzakiem,  obserwując,  czy  ktoś  się  nie  pokaże.  Po  pewnym  czasie  z  pospiesznej, 

przeprowadzonej szeptem narady  wynikło jasno, że  oczekują  ode  mnie  podjęcia  jakiejś decyzji. Pytanie  było  proste:  co 

dalej? 

Na  tak  lapidarnie  postawioną  kwestię  nie  mogłem już  dać  wykrętnej  odpowiedzi. Wiedziałem, że  nie  należy im 

ufać,  nawet  drogiej  Deirdre, a  jeśli już  miałem  związać  z  kimś  swoje  losy,  to  Random  był przynajmniej wraz  ze  mną 

pogrążony po uszy, a Deirdre zawsze darzyłem szczególną sympatią. 

- Kochane rodzeństwo - zacząłem - muszę wam coś wyznać... - i ręka Randoma natychmiast spoczęła na rękojeści 

miecza: oto jak przedstawiały się nasze braterskie stosunki. Słyszałem niemal, jak mówi do siebie: Corwin uknuł zdradę. 

- Jeśli uknułeś zdradę - powiedział - to żywcem mnie nie weźmiesz. 

- Zwariowałeś? -  odparłem. - Potrzebna mi jest twoja pomoc, a  nie  twoja głowa. A moje wyznanie sprowadza się 

do tego, że nie mam pojęcia, o co, u diabła, w tym wszystkim chodzi. Domyśliłem się pewnych rzeczy, ale tak naprawdę to 

nie wiem, gdzie jesteśmy, co to  jest Amber, co robi Eryk, kim jest Eryk i dlaczego chowamy się po krzakach przed  jego 

ludźmi, no i przede wszystkim kim ja właściwie jestem. 

Zapadła nieznośnie długa cisza, przerwana wreszcie szeptem Randoma: 

- Co to znaczy? 

- Właśnie, co to znaczy? - zawtórowała mu Deirdre. 

- To znaczy, że  udało mi się  wywieść  cię  w  pole, Random. Nie  wydawało ci się to  dziwne, że  przez  całą  drogę 

moja rola sprowadzała się wyłącznie do prowadzenia samochodu? 

- Ty kierowałeś całą wyprawą. Sądziłem, że  działasz  według jakiegoś planu. Poza  tym wykonałeś kilka całkiem 

sprytnych posunięć. No i bądź co bądź, jesteś Corwinem. 

-  Ja  sam  dowiedziałem się  o  tym dwa  dni  temu -  powiedziałem. - Wiem tyle, że  jestem kimś, kogo  nazywacie 

Corwinem, ale niedawno  miałem  wypadek, podczas  którego  doznałem obrażeń głowy -  jak  się rozjaśni, to  pokażę  wam 

bliznę -  i od tej pory cierpię na  amnezję. Nie  pojmuję  całego tego gadania o Cieniach. Nie  przypominam sobie nawet, jak 

wygląda  Amber.  Pamiętam  tylko  moje  rodzeństwo  i  fakt,  że  nie  bardzo  mogę  mu  ufać.  Oto  cała  historia.  I  co  teraz 

zrobimy? 

-  Do diaska!  - zaklął Random. - Tak, teraz  rozumiem. To  wyjaśnia  różne drobiazgi, które  mnie dziwiły  podczas 

drogi... Ale jak ci się udało tak kompletnie omamić Florę? 

- Kwestia szczęścia i podświadomej przebiegłości. Chociaż nie! Ona po prostu jest głupia. Teraz jednak naprawdę 

was potrzebuję. 

- Czy sądzisz, że zdołamy przedrzeć się do Cieni? - spytała Deirdre, lecz nie zwracała się z tym do mnie. 

- Tak, ale  jestem temu przeciwny -  odparł Random. - Chciałbym ujrzeć Corwina  w Amberze, a głowę Eryka  na 

palu. I nie cofnę się przed ryzykiem, żeby to zobaczyć, nie zamierzam więc wracać do Cieni. Ty oczywiście rób, co chcesz. 

Zawsze  uważaliście  mnie  za mięczaka i pozera;  teraz  się przekonacie, że  potrafię  przeprowadzić raz  powziętą sprawę  do 

końca. 

- Dzięki, bracie - powiedziałem. 

- Masz źle w głowie - stwierdziła Deirdre. 

- Ciesz się, że już nie tkwisz przywiązana do pala - wypomniał jej i więcej się nie odezwała. 

Odpoczywaliśmy w trawie jeszcze przez chwilę, gdy wtem na polanę wkroczyło trzech mężczyzn. Rozejrzeli się 

dokoła i dwóch z nich pochyliło się, wąchając ziemię. Później spojrzeli w naszym kierunku. 

- Ciekawe - szepnął Random, kiedy zaczęli się zbliżać. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

22 / 55

background image

Zobaczyłem to wyraźnie, choć tylko odbite w Cieniu. Mężczyźni opuścili się na czworaki, a ich szare stoję uległy 

w świetle księżyca dziwnemu przeobrażeniu. I raptem spojrzało na mnie sześcioro płonących oczu naszych tropicieli. 

Przeszyłem pierwszego wilka mieczem i rozległ się ludzki jęk. Random jednym ruchem ściął głowę drugiemu i ze 

zdumieniem zobaczyłem, że Deirdre podnosi trzeciego i z suchym, krótkim trzaskiem łamie mu kręgosłup na kolanie. 

- Chodź tu, szybko! - krzyknął Random. Przebiłem jeszcze ciało jego ofiary, a potem przetrąconego wilka Deirdre, 

czemu towarzyszyły dalsze rozdzierające krzyki. 

- Uciekajmy! - zarządził Random. - Tędy! 

Podążyliśmy za nim i po jakiejś godzinie przemykania się pośród zarośli Deirdre spytała: 

- Dokąd właściwie idziemy? 

- Do morza - odparł Random. 

- Po co? 

- Bo tam się kryje pamięć Corwina. 

- Jak to? 

- W Rebmie, oczywiście. 

- Zabiją cię tam i rzucą rekinom na pożarcie. 

- Nie pójdę do samego końca. Od brzegu ty go poprowadzisz i porozmawiasz z siostrą twojej siostry. 

- Chcesz, żeby jeszcze raz przeszedł Wzorzec? 

- Tak. 

- To niebezpieczne. 

- Wiem... Posłuchaj, Corwinie - zwrócił się do mnie -  muszę przyznać, że  zachowywałeś się ostatnio w stosunku 

do  mnie  bardzo  przyzwoicie. Jeśli  przypadkiem  nie  jesteś Corwinem, to  będzie  po  tobie. Chociaż  musisz  nim  być,  nie 

możesz być  nikim innym  sądząc  po tym, jak  sobie  radziłeś mimo braku  pamięci. Nie, głowę  dam, że  to ty. Zaryzykuj i 

przejdź drogę wyznaczoną przez Wzorzec. Istnieje szansa, że przywróci ci to pamięć. Czy jesteś gotów? 

- Chyba tak - odparłem. - Ale co to takiego ten Wzorzec? 

-  Rebma to  miasto  widmo. Stanowi  odbicie zatopione  w morzu. Jak  w zwierciadle  odbija  się  w nim cały świat. 

Żyją tam ludzie Llewelli, tak jakby żyli w Amberze. Nienawidzą mnie za  kilka  grzeszków z  przeszłości, więc nie  mogę  ci 

towarzyszyć, ale  jeśli wyjaśnisz im, co cię  sprowadza, i  napomkniesz  o  swojej misji, to  chyba  pozwolą  ci przejść  przez 

Wzorzec  Rebmy,  który  będąc  odwrotnością  tego  z  Amberu,  powinien  odnieść  ten  sam  skutek.  To  znaczy  dać  synowi 

naszego ojca moc przebywania pośród Cieni. 

- Co przez to zyskam? 

- Zyskasz wiedzę o sobie samym. 

- Wobec tego jestem gotów - oświadczyłem. 

- Brawo!  Skoro tak, to idziemy na  południe. Zajmie nam to parę dni, zanim dotrzemy do  schodów -  Zejdziesz  z 

nim, Deirdre? 

-  Tak, zejdę  tam z  moim  bratem  Corwinem. Wiedziałem, że  tak odpowie, i  ucieszyłem  się, choć  jednocześnie 

ogarnął mnie lęk. 

Szliśmy całą noc. Wyminęliśmy trzy zbrojne oddziały, a nad ranem przespaliśmy się w jaskini.

Rozdział 05 

Dwie  doby  szliśmy  do różowo-czarnych piasków oceanu. Trzeciego  dnia  rano  dotarliśmy na  plażę, uniknąwszy 

szczęśliwie  spotkania  z  kolejnym  oddziałem. Nie  chcieliśmy  wychodzić  na  otwartą  przestrzeń, dopóki  nie  wypatrzymy 

miejsca, w którym znajduje się Faiella-bionin, czyli Schody do Rebmy, i nie będziemy mogli szybko do nich podbiec. 

Wschodzące słońce rzucało tysięczne refleksy na spienione fale i oślepieni ich migotliwym tańcem nie mogliśmy 

dostrzec, co  się  dzieje  pod  powierzchnia  wody. Przez  ostatnie  dwie  doby  żywiliśmy  się  owocami, byłem więc  wściekle 

głodny, ale  zapomniałem o tym patrząc  na szeroką, opadającą  ku morzu plażę, na jej kręte  brzegi porośnięte  czerwonym, 

pomarańczowym  i różowym  koralowcem, na  złoża  muszelek  i wypolerowanych  kamyków, na  złoto-błękitno-purpurowe 

fale z cichym pluskiem ślące w dal swoją pieśń życia, niczym błogosławieństwo spod różowej zorzy porannej. 

Jakieś  dwadzieścia  mil  na  lewo  w  kierunku  północnym,  zwrócona  ku  wschodowi,  wznosiła  się  góra  Kolvir, 

matczynym  gestem  chroniąca  Amber  w  objęciach,  a  budzące  się  słońce  oświetlało  ją  złotą  poświatą,  rozpinając  nad 

miastem  welon  tęczy.  Random spojrzał  w  tamtą  stronę  i  zazgrzytał  zębami -  możliwe, że  i ja  bezwiednie  uczyniłem to 

samo. 

Deirdre  dotknęła mojej ręki, wskazała  przed siebie  ruchem głowy i zaczęła iść  na północ, równolegle do brzegu. 

Random i ja podążyliśmy za nią. Najwyraźniej wypatrzyła jakiś znak. 

Przeszliśmy może ćwierć mili, kiedy nagle ziemia jakby lekko zadrżała. 

- Jeźdźcy na koniach! - syknął Random. 

-  Spójrzcie! -  powiedziała  Deirdre. Głowę zadarła  do góry i patrzyła  w  niebo. Poszedłem  za  jej wzrokiem. Nad 

nami krążył jastrząb. 

- Jak daleko jeszcze? - spytałem. 

-  Tam,  przy  tym  kopcu  -  odparła.  Wznosił  się  jakieś  sto  metrów  przed  nami,  wysoki  na  ponad  dwa  metry, 

zbudowany z dużych szarych kamieni, wytartych przez piasek, wiatr i wodę, usypanych na kształt ściętego stożka. 

Odgłos kopyt rozległ się bliżej i towarzyszył mu dźwięk rogu, ale nie był to róg Juliana. 

- Biegiem! - krzyknął Random i rzuciliśmy się naprzód. 

Po jakichś dwudziestu pięciu krokach spadł na nas jastrząb. Runął na Randoma, ale  ten opędził się trzymanym w 

ręku mieczem. Wtedy ptaszysko  rzuciło się na Deirdre. Błyskawicznie  wyciągnąłem miecz  z  pochwy i ciąłem. Poleciały 

pióra. Ptak uniósł się  i  znów  opadł -  tym  razem  ostrze  trafiło  celnie  i  myślę, że  jastrząb spadł na  ziemię, ale  nie  mogę 

przysiąc, bo  nie  miałem  zamiaru zatrzymywać  się i oglądać. Tętent słychać  było  już całkiem blisko i wyraźnie, a  sygnał 

rogu przewiercał nam uszy. 

Dobiegliśmy do  stożka. Deirdre zwróciła się  pod  kątem  prostym do  morza  i  ruszyła  przed  siebie. Nie  byłem  w 

nastroju, żeby kwestionować decyzję tej, która zdawała się doskonale wiedzieć, co robi. Poszedłem w jej ślady; kątem oka 

widziałem już jeźdźców. Byli jeszcze dość  daleko, ale  pędzili galopem po plaży pośród ujadania  psów i kakofonii rogów. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

23 / 55

background image

Na  ten widok Random  i ja  rzuciliśmy  się  czym  prędzej do  wody  za  naszą  siostrą. Byliśmy  już  po  pas  w  morzu, kiedy 

Random powiedział: 

- Czeka mnie śmierć, czy zostanę, czy pójdę dalej. 

- Ale tu grozi ci natychmiast, a tam można jeszcze próbować negocjacji. Chodź szybko! 

Byliśmy na  czymś w  rodzaju kamiennego chodnika, który  schodził w  morze. Nie  miałem pojęcia, jak  oni sobie 

wyobrażają oddychanie pod wodą, ale Deirdre  najwyraźniej się  tym nie przejmowała, więc  i ja  starałem się  nie okazywać 

niepokoju, choć mocno mnie  to nurtowało. Kiedy woda  zaczęła nam podchodzić  do gardła, byłem bliski paniki. Jednakże 

Deirdre szła prosto przed siebie, a ja z Randomem za nią. Co parę kroków był stopień w dół. Schodziliśmy po ogromnych 

schodach, które nazywały się Faiella-bionin, jak sobie naraz uprzytomniłem. 

Przy  następnym stopniu  woda  zamknie  mi się  nad  głową  -  Deirdre  już  zeszła  poniżej linii  morza! Wciągnąłem 

wiec  głęboko powietrze  i zanurzyłem się. Stopnie schodziły coraz  niżej. Nie mogłem się  nadziwić, że  woda nie  wypycha 

mnie  w  górę, lecz  idę  sobie  zupełnie  swobodnie  jak  po  normalnych schodach, choć  moje  ruchy są  nieco  spowolnione. 

Zacząłem  się  martwić,  co  zrobię, kiedy nie  będę  mógł  dłużej  wstrzymywać  oddechu. Widziałem  pęcherzyki nad  głową 

Deirdre  i Randoma  i starałem się podpatrzeć, jak  oni to robią, ale nic  szczególnego nie  rzucało  mi się  w  oczy. Ich  piersi 

unosiły się w normalnym rytmie oddechu. 

Kiedy byliśmy już  jakieś trzy metry pod wodą, dobiegł mnie z  lewej strony glos Randoma - jego słowa  rozlegały 

się jakby z głębi studni, ale były całkiem wyraźne. 

- Nie sądzę, aby psy poszły za nami, choćby nawet udało im się zmusić konie - powiedział. 

- W jaki sposób jesteś w stanie oddychać? - spróbowałem zapytać i jakby z oddali usłyszałem własne słowa. 

- Nie  martw się  - powiedział szybko. - Jeśli wstrzymujesz powietrze, to je  wypuść i odpręż się. Dopóki jesteś na 

schodach, możesz normalnie oddychać. 

- Jak to możliwe? 

- Jeśli nasz plan się uda, sam zrozumiesz - odpowiedział, a jego glos zadudnił głucho w zimnej, płynnej zieleni. 

Byliśmy już jakieś siedem metrów pod wodą  - wypuściłem odrobinę powietrza i spróbowałem leciutko wciągnąć 

oddech. Nie  odczułem żadnych przykrych następstw, wciągnąłem więc  oddech głębiej. Poleciało jeszcze trochę bąbelków, 

ale  oprócz tego nic szczególnego nie  nastąpiło. Nie czułem też  parcia  wody, a  schody, po których schodziłem, widziałem 

jak przez zieloną mgłę. Wiodły coraz niżej i niżej, prosto przed siebie. Gdzieś z dołu sączyło się nikłe światło. 

- Kiedy miniemy łuk, będziemy bezpieczni - powiedziała moja siostra. 

- Wy będziecie bezpieczni - poprawił ją Random. Zastanawiałem się, co takiego mógł zrobić, żeby zasłużyć sobie 

na podobny gniew w miejscu zwanym Rebmą. - Jeśli jadą na koniach, które nigdy tędy nie szły, to będą musieli ścigać nas 

pieszo - ciągnął Random. - Wtedy mamy szansę im uciec. 

- W takim przypadku zapewne w ogóle zrezygnują z pogoni - zauważyła Deirdre. 

Przyspieszyliśmy kroku. Kiedy byliśmy już kilkanaście metrów pod powierzchnią, zrobiło się  ciemno i zimno, ale 

poświata dobiegająca z dołu była coraz jaśniejsza i po kolejnych paru stopniach zobaczyłem jej źródło. 

Na prawo wznosiła się kolumna. Jej szczyt wieńczyło coś na kształt jarzącego się klosza. Jakieś pięć metrów dalej 

stała druga  taka kolumna, tym razem na lewo, a potem następna, znów na  prawo i tak dalej. Kiedy się do nich zbliżyliśmy, 

woda stała się cieplejsza, a schody wyraźniejsze; były białe, w różowe i zielone żyłki;  przy pominałyby marmur, gdyby nie 

to, że nie były śliskie mimo opływającej je wody. Miały jakieś piętnaście metrów szerokości i po obu stronach ogradzała je 

balustrada z tego samego materiału. 

Wokół nas pływały ryby. Obejrzałem się przez ramię, lecz nie dojrzałem żadnych śladów pościgu. 

Robiło  się  coraz  jaśniej.  Weszliśmy  w  krąg  pierwszego  światła  i  zobaczyłem,  że  to  wcale  nie  klosz  zwieńcza 

czubek kolumny. Musiałem dodać sobie ów  szczegół, próbując jakoś zracjonalizować w  myślach to zjawisko. Tymczasem 

okazało  się, że  był to  półmetrowy  płomień, tańczący  jak  na  wielkiej pochodni. Postanowiłem, że  spytam o  to później, a 

teraz zachowam oddech - jeśli tak to można nazwać - na szybki marsz w dół. 

Kiedy weszliśmy w aleję światła i minęliśmy sześć dużych pochodni, Random powiedział: 

- Gonią nas. 

Obejrzałem się ponownie i zobaczyłem w dali kilka postaci, cztery z nich na koniach. To dziwne uczucie śmiać się 

pod wodą i słyszeć własny śmiech. 

- Proszę bardzo -  oświadczyłem, dotykając  rękojeści - teraz, kiedy doszliśmy aż dotąd, wstąpiła we mnie dziwna 

moc! 

Przyspieszyliśmy  jednak kroku  -  na  prawo  i  na  lewo  otaczały  nas  wody  czarne  jak  atrament.  Oświetlone  były 

tylko  schody,  po  których  zbiegaliśmy  w  dół  co  sił,  aż  wreszcie  dostrzegłem  w  oddali  coś  jakby  wielki  łuk.  Deirdre 

przeskakiwała po dwa stopnie naraz, ale już czuliśmy wibracje tworzone przez staccato kopyt końskich za nami. 

Daleko  z  tyłu  widać  było  zbrojny  oddział  wypełniający  całą  szerokość  schodów.  Czterej  jeźdźcy  na  koniach 

wysforowali się do przodu i powoli nas doganiali. Biegnąc za Deirdre, nie zdejmowałem ręki z rękojeści. 

Trzy, cztery, pięć. Dopiero minąwszy piąte światło odwróciłem się znowu i zobaczyłem, że jeźdźcy są kilkanaście 

metrów  nad  nami. Pieszego  oddziału nie  było  już  prawie  widać. W dole  majaczył  łuk, od  którego  dzieliło  nas  jeszcze 

kilkadziesiąt  metrów.  Duży,  lśniący  jak  alabaster,  zdobiony  rzeźbami  trytonów,  nimf  morskich,  syren,  delfinów.  A  po 

drugiej stronie stali chyba ludzie. 

- Muszą się dziwić, po co tu przychodzimy - powiedział Random. 

- Jeśli nie zdołamy tam dotrzeć, ta kwestia pozostanie bez odpowiedzi - odparłem, biegnąc ile sił, gdyż kątem oka 

dojrzałem, że  jeźdźcy zbliżyli się  jeszcze o kilka  metrów. Wyciągnąłem miecz z  pochwy - jego ostrze  błysnęło w  świetle 

pochodni. Random  poszedł  za  moim przykładem. Jeszcze  parę stopni i wibracje  dochodzące z zielonej  toni  stały się  tak 

potężne, i musieliśmy stanąć i zmierzyć się z przeciwnikiem, by nie dać się zarąbać w biegu. 

Napastnicy byli tuż-tuż. Od bramy dzieliło nas nie więcej niż trzydzieści metrów, ale póki nie  pokonamy czterech 

jeźdźców, równie  dobrze mogło to być  trzydzieści mil. Zrobiłem unik przed ciosem nacierającego na  mnie  mężczyzny. Z 

prawej  strony,  nieco  za  nim,  zbliżał  się  następny  napastnik,  wobec  tego  przesunąłem  się  w  lewo,  bliżej  balustrady. 

Zmuszało go to do cięcia po przekątnej, jako że trzymał miecz w prawej ręce. 

Jego  cios  sparowałem  en  quatre  i zripostowałem. Był mocno  wychylony z  siodła  i czubek miecza  przeszył mu 

szyję  po prawej stronie. Silny strumień krwi niczym szkarłatny dym uniósł się  wirując  w zielonej poświacie. Pomyślałem 

idiotycznie,  że  powinien  to  zobaczyć  Van  Gogh.  Koń  przeszedł  bokiem,  a  ja  skoczyłem  do  drugiego  napastnika  i 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

24 / 55

background image

zaatakowałem  go od  tyłu. Odwrócił się  i odparł cios. Ale  siła  inercji w  wodzie  i  moje  uderzenie  wysadziły  go z  siodła. 

Kiedy  spadał, kopniakiem podrzuciłem go  w  górę  i gdy dryfował nade  mną,  znów  ciąłem. I  tym  razem sparował, lecz 

wypchnęło go to poza  balustradę. Usłyszałem jeszcze  tylko jego krzyk, kiedy wessało go ogromne  ciśnienie wody. Potem 

zapadła cisza. 

Zwróciłem  się  teraz  do  Randoma,  który  zabił  już  jednego  jeźdźca  wraz  z  koniem i  właśnie  walczył z  drugim. 

Zanim  do  niego  dobiegłem, zabił  i  jego  i  śmiał  się  w  głos.  Krew  falowała  nad  ciałami  zabitych  i  nagle  zdałem  sobie 

sprawę, że  naprawdę dawno temu znalem szalonego, smutnego, nieszczęsnego Vincenta van Gogha, i to wielka  szkoda, iż 

nie mógł tego namalować. 

Oddział pieszych znajdował się teraz  jakieś trzydzieści metrów za  nami, rzuciliśmy się  więc  biegiem w kierunku 

łuku. Deirdre  była  już  po  drugiej  stronie. Po  chwili  i  my  przekroczyliśmy  bramę.  Mieliśmy  obecnie  do dyspozycji  las 

mieczy i goniący cofnęli się. Schowaliśmy broń, a Random powiedział: 

- Dostanę teraz za swoje - po czym podeszliśmy do grupy ludzi, którzy stanęli w naszej obronie. 

Randomowi kazano natychmiast oddać  broń -  wzruszył ramionami i odpiął  miecz. Dwóch  mężczyzn stanęło po 

jego bokach, a trzeci z tyłu i w ten sposób schodziliśmy dalej po schodach. 

Straciłem poczucie  czasu  w  tym wodnym  królestwie, ale  musieliśmy  chyba  iść  jakiś  kwadrans  do pół godziny, 

zanim doszliśmy na miejsce. 

Stały przed nami złote wrota Rebmy. Weszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w mieście. Wszystko widać było przez 

zieloną  mgiełkę. Budynki, delikatnej konstrukcji i w większości wysokie, tworzyły regularne  wysepki, a ich kolory raniły 

mi oczy, wwiercając się w mózg i natrętnie domagając  się  miejsca w mojej pamięci. Niestety, skończyło się na znanym mi 

już bólu głowy, który odzywał się, ilekroć dawały  o sobie znać  rzeczy zapomniane lub na  wpół zapomniane. Wiedziałem 

jednak, że chodziłem już kiedyś po tych ulicach lub w każdym razie po bardzo podobnych. 

Random nie  wypowiedział ani słowa, odkąd go aresztowano. Deirdre zapytała  jedynie  o naszą  siostrę, Llewellę, 

Upewniono ją, że Llewella jest w Rebmie. 

Przyjrzałem się eskortującym nas mężczyznom. Ich włosy były zielonkawe, purpurowe lub czarne, a oczy zielone, 

tylko jeden miał oczy piwne. Ubrani byli w łuskowate pantalony i peleryny, mieli skrzyżowane na piersiach szelki i krótkie 

klingi u pasów nabitych muszelkami. Wszyscy byli dość skąpo owłosieni. Nic do mnie nie mówili, ale przypatrywali mi się 

ciekawie - Pozwolono mi zatrzymać broń. 

W mieście  poprowadzono nas szeroką aleją, jeszcze  gęściej oświetloną płonącymi kolumnami niż Faiella-bionin. 

Ludzie  patrzyli na  nas  zza  ośmiokątnych przyciemnionych  okien,  a  wokół  pływały  barwne  ryby. Kiedy  skręciliśmy  na 

rogu, ogarnął nas zimny prąd, niczym podmuch północnego wiatru, a po kilku krokach prąd ciepły, jak wiosenny zefirek. 

Doprowadzono  nas  do  pałacu  w  środku  miasta,  który  znałem  jak  własną  kieszeń.  Był  odbiciem  pałacu  w 

Amberze,  zamglonym  przez  zieloną  toń  i  zniekształconym  przez  niezliczone  lustra  umieszczone  w  najdziwniejszych 

miejscach. W szklanej sali, też mi znajomej, siedziała na  tronie kobieta o szmaragdowych włosach przetykanych srebrem, 

ogromnych oczach koloru nefrytu i brwiach jak skrzydła Jaskółki. Miała małe usta, okrągły podbródek i wysokie, wyraźnie 

zarysowane  kości  policzkowe.  Przez  jej  czoło  biegła  obręcz  z  białego  złota,  a  szyję  zdobił  kryształowy  naszyjnik  ze 

wspaniałym  szafirem  rzucającym  błyski  spomiędzy  jej  pięknych,  gołych  piersi,  których  czubki  też  były  jasnozielone. 

Ubrana była  w niebieskie  łuskowe spodnie  i srebrny pasek, w  ręku trzymała  berło z różowego korala, a  na każdym palcu 

miała pierścionek z kamieniem w innym odcieniu błękitu. Powitała nas bez uśmiechu. 

- Czego tu szukacie, wygnańcy z Amberu? - spytała melodyjnym miękkim głosem. 

Odpowiedziała jej Deirdre. 

- Uciekamy przed gniewem księcia, który rządzi w prawdziwym mieście, czyli przed Erykiem. Prawdę  mówiąc, 

chcemy go  obalić. Jeśli mu sprzyjacie, to znaczy, że oddaliśmy się  w  ręce  wroga  i jesteśmy  zgubieni. Ale przeczucie mi 

mówi, że tak nie jest. Przyszliśmy prosić o pomoc szlachetna Moire... 

-  Nie  dam  wam  posiłków  do  ataku  na Amber. Jak  wiecie, wszelkie  rozruchy  znajdą  swoje  odbicie  i  w  moim 

królestwie. 

-  Nie  o  to nam chodzi, droga  Moire  -  odparła  Deirdre  -  ale  o niewielką  przysługę, która  ani  ciebie, ani  twoich 

poddanych nie będzie nic kosztowała. 

- Słucham więc. Eryk jest tutaj równie znienawidzony, jak ten renegat stojący po twojej lewej ręce. - I wskazała na 

mojego brata, który patrzył jej prosto w oczy z zuchwałym uśmieszkiem w kącikach ust. 

Jeśli  nawet  przyjdzie  mu  zapłacić  wysoką  cenę  za  to, co  zrobił,  to  wiedziałem,  że  zapłaci  ją  z  godnością,  jak 

prawdziwy  książę  Amberu  -  podobnie  jak  to  niegdyś  uczyniło  trzech  naszych  nieżyjących  braci,  co  sobie  nagle 

uświadomiłem.  Zapłaci  ją  drwiąc  ze  śmierci  i  śmiejąc  się  ustami  pełnymi  krwi,  a  umierając  rzuci  klątwę,  która  się 

niechybnie spełni. Zrozumiałem, że ja też mam taką moc i użyję jej, gdy okoliczności będą tego wymagać. 

-  Przysługa,  o którą  proszę  - ciągnęła  Deirdre  -  dotyczy mojego  brata  Corwina, a  zarazem brata  lady Llewelli, 

która mieszka tu z tobą. O ile wiem, on sam nigdy w niczym ci nie uchybił... 

- To prawda. Ale dlaczego nie mówi sam za siebie? 

- W tym cały problem, pani. Nie może, bo nie wie, o co prosić. Utracił pamięć po wypadku, jaki mu się przytrafił, 

gdy żył pośród Cieni. Przybyliśmy tu właśnie po to, żeby mógł ją odzyskać i stawić czoło Erykowi. 

- Proszę cię, mów dalej - zachęciła ją kobieta na tronie patrząc na mnie spod rzęs ocieniających oczy. 

- Tu, w tym budynku - ciągnęła Deirdre -  jest pewna  komnata, rzadko odwiedzana. W tej komnacie, odtworzony 

na podłodze gorejącą linią, mieści się duplikat tego, co nazywamy Wzorcem. Bez  utraty życia przebyć  go może tylko syn 

lub  córka  ostatniego  władcy  Amberu.  Daje  im  to  władzę  nad  Cieniami.  -  W tym  miejscu  Moire  zamrugała  parę  razy 

oczami, a  ja  zadałem  sobie  pytanie, ile  też  osób  wysłała  na  tę  ścieżkę,  żeby  zdobyć  cząstkę  owej  władzy  dla  Rebmy. 

Oczywiście  bez  rezultatu. -  Uważamy,  że  przejście  przez  Wzorzec  powinno  wrócić  Corwinowi  pamięć  i  wspomnienie 

dawnych dni, gdy był księciem Amberu. O ile nam wiadomo, to jedyne miejsce, gdzie Wzorzec  jest zduplikowany, oprócz 

Tir-na Nog'th, dokąd naturalnie nie możemy się w tej chwili udać. 

Moire  zwróciła  spojrzenie  ku  mojej  siostrze,  zmierzyła  zimnym wzrokiem  Randoma  i  znów  utkwiła  oczy  we 

mnie. 

- Czy Corwin jest gotów poddać się tej próbie? - spytała. 

Skłoniłem przed nią głowę. 

- Jestem gotów, pani. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

25 / 55

background image

-  Doskonale  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Wobec  tego  udzielam  ci  mojego  pozwolenia.  Nie  mogę  jednak 

zapewnić ci bezpieczeństwa poza granicami mojego królestwa. 

-  Jeśli o  to  chodzi, wasza  wysokość - wtrąciła  Deirdre  -  nie  oczekujemy  żadnych przywilejów;  po wyjściu  stąd 

sami będziemy sobie radzić. 

- Z wyjątkiem Randoma - oświadczyła Moire - który będzie miał tu zapewnioną opiekę. 

- Co to znaczy? - spytała Deirdre, gdyż w tej sytuacji Random oczywiście milczał. 

- Z pewnością przypominasz sobie, że pewnego razu książę Random przybył do mojego królestwa jako przyjaciel, 

a potem w pośpiechu je opuścił z moją córką Morganthe. 

- Słyszałam coś o tym, lady Moire, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy. 

- Tak  właśnie było. W miesiąc później moja  córka  do mnie  wróciła. Popełniła  samobójstwo w parę  miesięcy po 

wydaniu na świat syna, Martina. Co masz nam na to do powiedzenia, książę Randomie? 

- Nic - odparł Random. 

- Kiedy Martin doszedł do pełnoletniości - ciągnęła Moire - jako że płynęła w nim krew władcy Amberu, uparł się 

przejść przez Wzorzec. Jemu jednemu z moich ludzi się to udało. Oddalił się potem do Cieni i więcej go nie widziałam. Co 

masz na to do powiedzenia, lordzie Randomie? 

- Nic - powtórzył Random. 

- Wobec  tego  wymierzę ci karę -  oznajmiła Moire. - Ożenisz  się  z  kobietą, którą  ci wskażę, i zostaniesz  z nią  w 

moim królestwie przez okrągły rok albo pożegnasz się z życiem. Co ty na to, Randomie? 

Random  nic  nie  rzekł, ale  gwałtownie  pokiwał głową.  Moire  uderzyła  berłem  o  poręcz  swojego  turkusowego 

tronu. 

- Dobrze - oświadczyła. - Niech więc tak będzie. 

I tak się stało. 

Udaliśmy się teraz do komnat gościnnych, żeby się trochę odświeżyć. Wkrótce potem Moire pojawiła się w moich 

drzwiach. 

- Witaj, Moire - powiedziałem. 

- Lord Corwin z Amberu we własnej osobie - rzekła. - Zawsze chciałam cię poznać. 

- A ja ciebie - skłamałem. 

- Twoje bohaterskie czyny przeszły już do legendy. 

- Dziękuję, ale sam niewiele z nich pamiętam. 

- Czy mogę wejść. 

- Oczywiście - usunąłem się na bok. 

Weszła do pięknie urządzonej komnaty, którą mi przydzieliła, i usiadła na brzegu pomarańczowej sofy. 

- Kiedy chcesz spróbować swoich sił na Wzorcu? 

- Jak najszybciej. 

Zamyśliła się chwilę, potem spytała: 

- Gdzie byłeś przebywając wśród Cieni? 

- Bardzo daleko stąd - odparłem. - W miejscu które pokochałem. 

- To dziwne, że książę Amberu posiada taką zdolność. 

- Jaką zdolność? 

- Do miłości. 

- Może użyłem niewłaściwego słowa. 

- Nie sądzę - odparła. - Ballady Corwina potrafią poruszyć strunę serca. 

- Pani, jesteś bardzo łaskawa. 

- Tylko prawdomówna. 

- Pewnego dnia poświęcę ci balladę. 

- Czym się zajmowałeś mieszkając wśród Cieni? 

- Mam wrażenie, że byłem zawodowym żołnierzem. Walczyłem dla tych, którzy mi płacili. A także pisałem słowa 

i muzykę do popularnych piosenek. 

- Obie te rzeczy wydają mi się w twoim przypadku logiczne i naturalne. 

- Powiedz mi, proszę, co będzie z moim bratem, Randomem? 

- Ożeni się z moją poddaną, dziewczyną imieniem Vialle. Jest niewidoma i nie ma konkurenta. 

- Czy jesteś pewna - spytałem - że wyrządzasz jej tym przysługę? 

- W ten sposób  osiągnie wysoką  pozycję, nawet jeśli on po  roku odejdzie i nigdy  nie wróci. Bo  cokolwiek  by o 

nim mówić, jest jednak księciem Amberu. 

- A co będzie, jeśli się w nim zakocha? 

- Czy jego w ogóle można pokochać? 

- Ja, na swój sposób, kocham go jak brata. 

- Chyba po raz pierwszy syn powiedział coś podobnego i przypisuję to twojej poetyckiej naturze. 

- Niemniej, czy to w istocie najlepsze, co można dla niej uczynić? 

- Przemyślałam to i jestem pewna, że tak. Wyleczy się z wszelkich ran, jakie on jej może zadać, a po jego odejściu 

zostanie jedną z moich dam dworu. 

-  Niech  więc  będzie,  co  ma  być  -  ustąpiłem,  nie  patrząc  na  nią  i  czując  dziwny  smutek  na  myśl  o  biednej 

dziewczynie.  -  Cóż  mogę  dodać?  -  powiedziałem  jeszcze.  -  Może  postępujesz  słusznie.  Mam  nadzieję,  że  tak.  -  I 

pocałowałem ją w rękę. 

- Lordzie Corwinie, jesteś jedynym księciem Amberu, który może  liczyć na moją pomoc -  rzekła. - Może  oprócz 

Benedykta. Ale nikt o nim nie słyszał od dwunastu lat i Lir jeden wie, gdzie są pochowane jego kości. Szkoda. 

-  Nic  o  tym  nie  wiedziałem - odparłem. -  Wszystko przez  tę  moją  pamięć. Muszę  cię  prosić  o wyrozumiałość. 

Będzie  mi  brakować  Benedykta, jeśli  rzeczywiście  nie  żyje. Był  moim  nauczycielem szermierki i nauczył  mnie  władać 

wszelką bronią. Lecz mimo to miał w sobie dużo delikatności. 

- Tak jak i ty, Corwinie - powiedziała, biorąc mnie za rękę i przyciągając do siebie. 

- Nie, wcale nie - zaprotestowałem, siadając obok niej na kanapie. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

26 / 55

background image

- Mamy dużo czasu do kolacji - rzekła i oparła się o mnie krągłym ramieniem. 

- Kiedy zasiadamy do stołu? - zapytałem. 

- Wtedy, gdy to zarządzę - odparła, przylegając do mnie całym ciałem. 

Wziąłem  ją  w  ramiona  i  znalazłem  zapinkę  szaty  skrywającej  słodycz  jej  wdzięków.  Jej  ciało  było  miękkie  i 

uległe, a włosy zielone. 

Na tej kanapie dałem jej obiecaną balladę. Jej usta odpowiadały mi bez słów. 

Po kolacji - nauczyłem się  jeść pod wodą, którą to sztukę  może opiszę  kiedyś dokładniej, jeśli okoliczności będą 

tego wymagać  -  wstaliśmy  od stołu w długim marmurowym hallu, udekorowanym siecią i czerwonobrązowymi linami, i 

wyszliśmy  na  wąski  korytarzyk  na  tyłach,  który  zawiódł  nas  na  spiralne  schody  żarzące  się  w  absolutnej  ciemności  i 

biegnące pionowo w dół aż pod dno morza. Po jakichś dwudziestu krokach mój brat zaklął, zszedł ze schodów i dał nura w 

głąb. 

- Rzeczywiście w ten sposób jest szybciej - zauważyła Moire. 

- A to długa droga - dodała Deirdre, która znała tę odległość z Amberu. 

Opuściliśmy więc wszyscy  schody  i popłynęliśmy wzdłuż  ich  jarzącej się  spirali. Minęło jakieś dziesięć  minut, 

zanim  dotknęliśmy  podłogi,  ale  stanęliśmy  na  niej  mocno  i  pewnie.  Wokół  nas  żarzyły  się  blade  światełka  pochodni 

umieszczonych w niszach. 

- Dlaczego ta część oceanu otaczająca sobowtóra Amberu tak się różni od innych wód? - spytałem. 

- Bo tak jest - odparła Deirdre, co mnie zirytowało. 

Byliśmy w ogromnej grocie, z której w różne strony rozchodziły się wydrążone tunele. Poszliśmy jednym z nich. 

Po bardzo długim marszu zaczęły się po bokach pokazywać wnęki, jedne chronione drzwiami lub kratami, inne  nie. Przed 

siódmą  wnęką stanęliśmy. Zamykały ją  ogromne  szare drzwi, pokryte jakby łuską  wykutą z metalu i dwa razy wyższe  od 

mnie. Na ten widok przypomniało mi się coś na temat wysokości trytonów. Moire uśmiechnęła się  patrząc prosto na mnie, 

wybrała ogromny klucz z kółka wiszącego przy pasie i włożyła do zamka. 

Nie  mogła  go  jednak  przekręcić.  Może  zbyt  długo  drzwi  nie  były  otwierane.  Random  sarknął  niecierpliwie, 

odtrącił ją i sam chwycił za klucz. Rozległ się szczęk. Otworzył drzwi kopniakiem i weszliśmy do środka. 

W pokoju o rozmiarach  sali balowej  znajdował  się  Wzorzec. Podłoga  była  czarna  i gładka  jak szkło,  a  na  niej 

rozpościerał się Wzorzec. 

Iskrzył  się  jak  zimne  ognisko,  migotał,  nadawał  całej  komnacie  nierealny  wymiar.  Był  to  skomplikowany, 

promieniujący dziwną energią  ornament, złożony głównie  z  linii krętych, choć  bliżej środka było  też  parę linii prostych. 

Przypominał  mi  fantastycznie  zagmatwaną,  wyolbrzymioną  wersję  jednego  z  tych  labiryntów,  po  których  wędruje  się 

ołówkiem  (czy  też  długopisem),  żeby  znaleźć  wyjście  lub  wejście.  Niemalże  widziałem  słowo:  "Początek"  wypisane  z 

boku. Miał jakieś sto metrów szerokości i chyba sto pięćdziesiąt metrów długości. 

Zaszumiało  mi  w  głowie  i  krew  uderzyła  do  skroni.  Całe  moje  jestestwo  wzdragało  się  przed  bezpośrednim 

kontaktem  z tym  przeraźliwym tworem. Ale  jeśli byłem księciem Amberu, to  ten  wzór  był zakodowany gdzieś w  moich 

genach, w moim systemie nerwowym, gwarantując odpowiednią reakcję, która umożliwi mi przejście. 

- Szkoda, że nie mam przy sobie papierosa  - powiedziałem, na  co kobiety zachichotały, ale jakby zbyt nerwowo i 

za wysoko. 

Random wziął mnie pod ramię i powiedział: 

-  To  ciężka  próba, ale  możliwa  do przebycia, inaczej byśmy  cię  tu  nie  przyprowadzali. Idź  bardzo  wolno i  nie 

myśl o niczym innym. Nie  bój się  fontanny iskier, która  będzie  tryskać  ci  spod nóg  przy każdym kroku. Jest niegroźna. 

Poczujesz  przebiegający  cię  lekki prąd, a  po  chwili ogarnie  cię  radosne  podniecenie. Ale  nie  rozpraszaj się  i pamiętaj  - 

przez cały czas posuwaj się naprzód. Pod żadnym pozorem nie przestawaj i nie schodź z wyznaczonej ścieżki, bo zginiesz! 

Szliśmy wzdłuż ściany po prawej ręce, okrążając Wzorzec, żeby znaleźć się na  jego drugim końcu. Panie szły za 

nami. 

- Próbowałem wyperswadować jej ten plan w stosunku do ciebie, ale bez skutku - szepnąłem do Randoma. 

- Tak też myślałem, że spróbujesz -  odparł. - Ale nie martw się. Rok mogę spędzić nawet stojąc na głowie, a poza 

tym może wypuszczą mnie wcześniej, jeśli wykażę się wystarczająco przykrym charakterem. 

- Dziewczyna, którą ci wybrała, nazywa się Vialle. Jest niewidoma. 

- Wspaniale - rzekł. - świetny kawał. 

- Pamiętasz to księstwo, o którym mówiliśmy? 

- Jasne. 

- Wobec tego bądź dla niej miły i zostań przez cały rok, a ja będę hojny. 

Żadnej odpowiedzi. Dopiero po chwili szturchnął mnie w bok. 

- Jakaś twoja przyjaciółeczka, tak? - zarechotał. - Jaka ona jest? 

- A więc załatwione? - spytałem dobitnie. 

- Załatwione. 

Stanęliśmy  w  miejscu,  skąd  zaczynał  się  Wzorzec,  w  rogu  pokoju.  Przysunąłem  się  bliżej  i  przyjrzałem  się 

ognistej linii biegnącej tuż  obok mojej prawej nogi. Wzorzec  stanowił jedyne  oświetlenie pokoju. Przemknął mnie  zimny 

dreszcz. 

Postawiłem  lewą  stopę  na  ścieżce.  Obrysowała  ją  linia  błękitnych  iskierek.  Teraz  dostawiłem  prawą  stopę  i 

przeszył mnie prąd, o którym mówił Random. Zrobiłem krok do przodu. 

Rozległ  się  trzask  i  poczułem,  że  włosy  stają  mi  dęba.  Następny  krok.  Raptem  ścieżka  gwałtownie  skręciła 

zawracając. Zrobiłem jeszcze  dziesięć  kroków  i natrafiłem na  jakiś opór, jakby  wyrosła  przede  mną  niewidzialna  zapora 

odpierająca wszelkie moje próby jej pokonania. 

Forsowałem ją  wytrwale. Nagle uprzytomniłem sobie, że  jest to Pierwsza Zasłona. Przedostanie  się  za  nią będzie 

już  stanowiło  pewne  zwycięstwo,  dobry  znak,  dowodzący,  że  istotnie  jestem  częścią  Wzorca.  Każde  podniesienie  i 

opuszczenie stopy wymagało teraz nadludzkiego wysiłku, a z moich włosów leciały iskry. 

Skoncentrowałem  się  cały  na  ognistej  linii.  Szedłem  ciężko  dysząc.  Wtem  opór  zelżał.  Zasłona  rozchyliła  się 

przede mną  równie nagle, jak przedtem zapadła. Przeszedłem na  drugą stronę  i coś osiągnąłem. Zdobyłem cząstkę wiedzy 

o sobie samym. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

27 / 55

background image

Zobaczyłem wychudłe, obleczone papierową skórą szkielety ludzi pomordowanych w Oświęcimiu. Byłem obecny 

na  procesie  w  Norymberdze.  Słyszałem  głos  Stephena  Spendera  recytującego  "Wiedeń"  i  widziałem  Matkę  Courage 

przemierzającą  scenę  podczas  premiery  sztuki  Brechta.  Patrzyłem  na  rakiety  strzelające  w  niebo  z  takich  miejsc,  jak 

Peenemiinde,  Yandenberg,  Przylądek  Kennedy'ego,  Kyzyl-kum  w  Kazachstanie,  i  dotykałem  ręką  Chińskiego  Muru. 

Piliśmy piwo i wino, w pewnym momencie Szapur powiedział, że jest pijany, i odszedł na bok zwymiotować. Błądziłem po 

zielonych lasach Zachodniego Rezerwatu i w ciągu jednego dnia zdobyłem trzy skalpy. Podczas marszu nuciłem melodię, 

którą  inni podchwycili, i w ten sposób  powstała  piosenka  "Auprós de  ma  Blonde"... Przypominałem  sobie  coraz  więcej 

szczegółów  z  mojego życia  w  Cieniu, który  jego  mieszkańcy  nazywali  Ziemią. Jeszcze  trzy kroki,  a  trzymałem w  ręku 

zakrwawioną  szpadę  i  umykałem  na  koniu  przed  rewolucją  francuską,  zostawiając  za  sobą  zwłoki  trzech  mężczyzn. 

Nasuwały mi się coraz to nowe obrazy, aż wróciłem pamięcią... 

Jeszcze jeden krok. 

Wróciłem pamięcią... 

Trupy. Leżały wszędzie wokół, a w powietrzu unosił się straszliwy fetor:  odór rozkładających się  ciał. Z jakiegoś 

zaułka  dolatywało  rozpaczliwe  wycie  batożonego na  śmierć  psa. Niebo zasnuwały kłęby czarnego  dymu, a  wokół mnie 

hulał  lodowaty  wiatr  niosąc  kilka  kropli  deszczu.  Gardło  mnie  piekło,  ręce  mi  się  trzęsły,  głowę  miałem  w  ogniu. 

Kuśtykałem niepewnie  przed  siebie, widząc  wszystko jak przez  mgłę  na  skutek gorączki, która  mnie  trawiła. Rynsztoki 

były pełne  śmieci, zdechłych kotów  i odchodów. Z turkotem i dźwiękiem dzwonka  przetoczył się  obok  wóz  wypełniony 

trupami, ochlapując mnie błotem i zimną wodą. 

Nie wiem, jak długo tak się błąkałem, lecz w pewnej chwili chwyciła mnie za ramię jakaś kobieta z pierścionkiem 

w kształcie trupiej czaszki na palcu. Powiodła mnie do swojej izby i tam dopiero odkryła, że nie mam pieniędzy i jestem na 

wpół  przytomny.  Na  jej  wymalowanej  twarzy  pojawił  się  wyraz  strachu,  wymazując  uśmiech  z  karminowych  warg. 

Uciekła, a ja padłem na jej łóżko. 

Po jakimś czasie  -  lecz  znów  nie  wiem po  jakim - pojawił się  jej  sutener, uderzył mnie  w twarz  i  wyciągnął  z 

łóżka. Uczepiłem się jego prawego bicepsu, a on na pół ciągnąc, na pół niosąc, dowlókł mnie do drzwi. Kiedy zdałem sobie 

sprawę, że chce  mnie wyrzucić na  ulicę, zacisnąłem w  proteście  rękę, ściskałem go resztką  sił mamrocząc  coś błagalnie. 

Nagle  przez  łzy  i  pot zalewający  mi  oczy  zobaczyłem jego szeroko otwarte  usta  i  usłyszałem  krzyk wydobywający  się 

spomiędzy zepsutych zębów. 

Złamałem mu kość w miejscu, gdzie go ściskałem. 

Odepchnął mnie lewą ręką i upadł na kolana, łkając. Usiadłem na podłodze i na chwilę rozjaśniło mi się w głowie. 

- Zostaję - tutaj... - wymamrotałem - dopóki nie poczuję się lepiej. Wynoś się. Jeśli wrócisz, zabiję cię. 

- Jest pan chory na zarazę! - krzyknął. - Przyjdą tu jutro po pańskie kości! - Splunął, wstał i wyszedł chwiejnie. 

Dowlokłem  się  do  drzwi  i  zaryglowałem  je.  Później  doczołgałem  się  z  powrotem  do  łóżka  i  zasnąłem.  Jeśli 

przyszli nazajutrz  po moje  kości, to  się  rozczarowali. Albowiem jakieś  dziesięć  godzin  później obudziłem się  w  środku 

nocy zlany potem i poczułem, że gorączka minęła. Byłem osłabiony, ale zdolny do racjonalnego działania. 

Zrozumiałem, że przemogłem zarazę. 

Wziąłem męskie okrycie, które znalazłem w szafie, oraz trochę pieniędzy z szuflady. I wyszedłem w noc na  ulice 

Londynu w roku Wielkiej Zarazy, szukając czegoś... 

Nie pamiętałem, kim jestem ani co robię. Oto jak się to wszystko zaczęło. 

Przeszedłem  już  dobrych  parę  metrów  Wzorca,  a  iskry  wciąż  tryskały  mi  spod  stóp  na  wysokość  kolan.  Nie 

orientowałem się  już, w którą stronę  idę  ani gdzie stoją Random, Deirdre i Moire. Raz po raz  przebiegał przeze mnie prąd, 

a  gałki oczne  zdawały się  wibrować. Naraz  poczułem mrowienie  w policzkach i  chłód na  karku. Zacisnąłem zęby, żeby 

nimi nie szczękać. 

To nie wypadek samochodowy spowodował moją amnezję. Miałem częściowy zanik pamięci od czasu panowania 

Elżbiety I. Flora musiała uznać, że na  skutek wypadku zostałem uleczony. Wiedziała o moim stanie. Nagle uderzyła mnie 

myśl, że przebywała na Cieniu zwanym Ziemią głównie po to, żeby mieć mnie na oku. 

Czyżby trwało to od szesnastego wieku? 

Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Ale wkrótce się dowiem. 

Zrobiłem  sześć  szybkich kroków  dochodząc  do końca  łuku  i początku linii prostej. Ledwo  postawiłem  na  niej 

nogę, poczułem, jak z każdym moim ruchem rośnie przede mną nowa zapora. Była to Druga Zasłona. 

Skręt  na  prawo, potem  jeszcze  jeden  i jeszcze. A więc  byłem księciem Amberu. Tak  przedstawiała  się  prawda. 

Było nas piętnastu braci i osiem sióstr, z czego nie żyło sześciu braci i dwie, a może nawet cztery siostry. Spędzaliśmy dużo 

czasu  przebywając  pośród  Cieni  albo  w  swoich  własnych  światach.  To  czysto  akademickie,  choć  z  punktu  widzenia 

filozofii doniosłe  pytanie:  czy  osoba mająca  moc  nad Cieniami może stworzyć  swój własny świat? Nie  wgłębiając się  w 

meritum, praktycznie biorąc, może. 

Wkroczyłem  na  kolejną  krętą  linię  i sunąłem  po  niej  krok  po  kroku, wolno, jak  w  smole. Raz... dwa...  trzy... 

cztery... Podnosiłem z trudem gorejące buty, brnąc naprzód. W głowie mi huczało, a serce waliło jak młotem. 

Amber! 

Teraz,  kiedy  przypomniałem  sobie  Amber,  droga  znów  była  wolna.  Amber  to  największe  miasto,  jakie 

kiedykolwiek istniało lub będzie istnieć. Od zawsze było i zawsze będzie, a wszelkie inne miasta są tylko odbiciem cienia 

którejś z  faz Amberu. Amber, Amber, Amber... Pamiętam cię i już  nigdy cię nie  zapomnę. Myślę, że gdzieś w głębi serca 

zawsze cię pamiętałem, przez wszystkie te wieki, które spędziłem na Cieniu-Ziemi, gdyż często w nocy widziałem w snach 

twoje  zielone  i  złote  iglice  i  rozległe  tarasy. Pamiętam  twoje  szerokie  promenady  i  kolorowe, żółto-czerwone  klomby 

kwiatów. Pamiętam wonne powietrze, świątynie, pałace i niewysłowiony urok, który cię  otacza, otaczał i zawsze  będzie 

otaczać. Amber, nieśmiertelne miasto dające  początek wszystkim innym miastom. Nigdy cię nie  zapomnę, podobnie  jak i 

dnia, w którym znów ujrzałem twój obraz  na Wzorcu w Rebmie, pośród twoich odbitych ścian. I  choć  byłem przyjemnie 

syty po uczcie i miłości z Moire, nic nie mogło się równać rozkoszy, jaką poczułem na to wspomnienie! Nawet teraz, kiedy 

stoję  kontemplując Dworce Chaosu i opowiadając tę  historię  jedynemu obecnemu świadkowi, żeby mógł ją  powtórzyć po 

mojej śmierci, nawet teraz przepełnia mnie miłość na myśl o tym mieście, do rządzenia którym zostałem stworzony... 

Jeszcze  dziesięć  kroków  i  wyrosły  przede  mną  wirujące  języki  ognia.  Wszedłem  w  nie,  a  fale  natychmiast 

zmywały tryskający  ze  mnie pot. Lecz  oto czekała  mnie  nowa, diabelska  zaiste sztuczka:  w  wodzie  wypełniającej pokój 

powstały  nagle  silne  prądy,  grożące  zepchnięciem  mnie  z  Wzorca.  Walczyłem  z  nimi,  opierając  się  z  całych  sił. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

28 / 55

background image

Instynktownie  czułem, że  zejście  ze  ścieżki  przed jej ukończeniem równa  się  śmierci. Nie  śmiałem podnieść  oczu  znad 

ognistej linii pod nogami, żeby zobaczyć, jaki dystans już przeszedłem i ile mi jeszcze zostało. 

Prądy  ustąpiły  i  opadły  mnie  nowe  wspomnienia, wspomienia  z  mojego  życia  jako  księcia  ... Nie,  proszę  nie 

pytać, jakie  -  one  należą  tylko  do  mnie;  niektóre  są  złe  i  okrutne, inne  piękne  -  wspomnienia  z  dzieciństwa  w  wielkim 

pałacu w Amberze, nad  którym powiewał zielony sztandar  mojego ojca, Oberona, z  białym jednorożcem, uniesionym  na 

tylnych nogach, zwróconym na prawo. 

Random przeszedł przez Wzorzec, a nawet Deirdre, toteż  wiedziałem, że i ja, Corwin, muszę tego dokonać  mimo 

wszelkich przeszkód. 

Wyszedłem z  ognia  i  wkroczyłem na  Wielki Łuk.  Wszystkie  żywioły  wszechświata  rozpętały się  wokół mnie. 

Miałem  jednak pewną  przewagę  nad innymi, którzy próbowali  przebyć  tę  drogę. Wiedziałem, że  już  raz  ją  pokonałem, 

wobec  czego jestem w  stanie  zrobić  to  po raz  drugi. To pomogło mi zwalczyć  śmiertelne  obawy, które  opadły mnie  jak 

czarne  chmury,  odpłynęły  i  powróciły  ze  zdwojoną  siłą.  Szedłem  po  Wzorcu  i  przypomniałem  sobie  całą  przeszłość, 

przypominałem sobie dni sprzed tych paru  wieków  spędzonych na  Cieniu-Ziemi i rozmaite miejsca na  tym Cieniu, które 

były mi drogie i bliskie, zwłaszcza zaś jedno, które szczególnie ukochałem, najbardziej po Amberze. 

Przemierzyłem jeszcze trzy łuki, linię  prostą i szereg ostrych zakrętów, znów w pełni świadom swej mocy, której 

nigdy nie straciłem: mocy panowania nad Cieniami. 

Kolejnych dziesięć zakrętów przyprawiło mnie o zawrót głowy, później przyszła kolej na krótki łuk, linię prostą i 

Ostatnią Zasłonę. Każdy krok stanowił mękę. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Woda była raz  zimna, raz wrząca. 

Fale napierały bezlitośnie. Walczyłem z nimi, idąc stopa za stopą. Iskry tryskały mi teraz aż do piersi, wreszcie do ramion. 

Sięgały oczu, były wszędzie wokół. Ledwo widziałem przez nie sam Wzorzec. 

Teraz jeszcze krótki łuk, kończący się w ciemności. 

Raz... dwa...  Ostatni  krok  był  jak  próba  przebicia  się  przez  betonowy  mur. Ale  wyszedłem  z  niej  zwycięsko. 

Dopiero  wtedy  się  odwróciłem  się  wolno  i  spojrzałem  za  siebie,  na  drogę,  którą  przebyłem. Nie  pozwoliłem  sobie  na 

luksus osunięcia się  na kolana. Przecież byłem księciem Amberu i nic nie  mogło mnie zmusić  do okazania słabości przed 

równymi sobie. Nawet Wzorzec! 

Pomachałem wesoło w kierunku, gdzie zapewne stali. Czy mnie widzieli, to już inna sprawa. 

Zadałem sobie teraz pytanie, co dalej. Znałem już moc Wzorca. Wrócić tą samą drogą to żadna sztuka - Ale po co? 

Nie miałem swojej talii kart, lecz przecież mogłem się posłużyć Wzorcem. Wprawdzie oni tam na mnie czekali, mój brat i 

siostra, i Moire  o  udach toczonych  z  marmuru... Lecz z drugiej strony  Deirdre  mogła  od  tej pory radzić  sobie  sama  -  w 

końcu  uratowaliśmy jej życie. Nie czułem się  w  obowiązku opiekować  się  nią  na stałe. Random był na  rok uwiązany do 

Rebmy, chyba  że  zbierze  się  na  odwagę  i skoczy  na  Wzorzec, którego  magiczna  moc  pomoże  mu  uciec. Jeśli  chodzi o 

Moire, to miło mi było ją poznać i może los znów nas ze sobą zetknie, co powitam z radością. Zamknąłem oczy i skłoniłem 

głowę. 

Jednakże  ułamek sekundy  wcześniej mignął mi z dala  jakiś cień. Czyżby Random próbował szczęścia? Tak czy 

owak nie dowie się, dokąd się udałem. Nikt się nie dowie. 

Otworzyłem  oczy.  Stałem  w  środku  takiego  samego  Wzorca, lecz  odwróconego.  Było  zimno,  a  ja  czułem  się 

piekielnie  zmęczony, ale byłem w Amberze -  w prawdziwym pokoju, którego tamten, przed chwilą  opuszczony, stanowił 

tylko odbicie. Z Wzorca mogłem przenieść się do dowolnego miejsca w Amberze. Z powrotem mogą jednak być kłopoty. 

Stałem tak ociekając potem i zastanawiałem się, co robić. Jeśli Eryk zamieszkał w  apartamentach króla, mogę go 

tam poszukać. Albo w sali  tronowej. Ale wtedy będę  musiał znów  przejść  przez  Wzorzec, żeby dotrzeć do  punktu, skąd 

możliwa jest ucieczka. 

Przeniosłem  się  do  znanego  mi  tajnego  pomieszczenia  w  pałacu.  Była  to  ciemna  klitka  bez  okna,  do  której 

wpadało trochę  światła przez  judasza  wysoko w górze. Zamknąłem się od środka na zasuwę, wytarłem z  kurzu drewnianą 

pryczę  przy ścianie, rozciągnąłem na  niej pelerynę  i ułożyłem się  do drzemki. Gdyby ktoś schodził tu z  góry, usłyszę  go 

znacznie wcześniej, nim dotrze do drzwi. Zasnąłem. 

Po  jakimś  czasie  obudziłem  się. Wstałem, wytrzepałem  pelerynę  i  znów  ją  włożyłem. Potem  zabrałem  się  za 

pokonywanie  długiego  szeregu  kołków  w  ścianie  wiodących  w  górę  do  pałacu.  Wiedziałem,  na  jakim  poziomie  się 

znajduję, dzięki oznaczeniom na murze. Na drugim piętrze wskoczyłem na niewielki podest i zajrzałem przez judasz, śladu 

żywego ducha. W bibliotece było pusto. Przesunąłem więc ruchomą część ściany i wszedłem. 

W pierwszej chwili poraziła mnie ogromna liczba książek. To zawsze robi na  mnie wrażenie. Później przejrzałem 

cały pokój, łącznie z gablotami, i w końcu podszedłem do kryształowej szkatuły, w której - jak żartowaliśmy - krył się cały 

zjazd rodzinny. Zawierała bowiem cztery talie  rodzinnych kart i zacząłem się teraz zastanawiać, jak wydobyć jedną z  nich 

nie  wzniecając alarmu, który  uniemożliwi mi jej użycie. Po dziesięciu  minutach powiodło  mi  się, choć  nie była  to łatwa 

sztuczka. Później, z talią w ręku, usadowiłem się w wygodnym fotelu, żeby pomyśleć. 

Karty były takie same jak te Flory, więziły nas pod szkłem i były zimne w dotyku. Teraz już wiedziałem dlaczego. 

Potasowałem je  i rozłożyłem  przed  sobą w należytym  porządku. Odczytałem z  nich, że  całą  rodzinę  czekają  w 

najbliższych czasach kłopoty. Zebrałem je z powrotem, zostawiając jedną kartę. Był na niej Bleys. Zapakowałem pozostałe 

karty do pudełka i włożyłem za pasek. Potem zacząłem się przyglądać Bleysowi. 

Właśnie  w  tym  momencie  usłyszałem  szczęk  klucza  w  zamku.  Cóż  mi  pozostawało? Poluzowałem  miecz  w 

pochwie  i  czekałem  pochyliwszy  się  nisko  za  biurkiem.  Po  chwili  wyjrzałem  ostrożnie  i  zobaczyłem,  że  to  służący 

imieniem Dik, który najwyraźniej przyszedł posprzątać, gdyż zabrał się do opróżniania popielniczek i koszy na śmieci oraz 

do odkurzania pólek. Nie chciałem, żeby mnie odkrył w tej poniżającej pozycji, wstałem więc i powiedziałem: 

- Dzień dobry, Dik. Pamiętasz mnie? 

Poszarzał, zbladł i omal nie uciekł. W końcu wyjąkał: 

- Oczywiście, panie. Jak mógłbym zapomnieć? 

- Sądzę, że po tak drugim czasie byłoby to całkiem możliwe. 

- Nigdy, lordzie Corwinie - zapewnił mnie. 

- Przybyłem tu raczej nieoficjalnie i w  niezbyt przyjaznych zamiarach - powiedziałem mu. - Jeśli Eryk rozzłości 

się na  wieść, że mnie widziałeś, to przekaż mu, proszę, że korzystam po prostu ze  swoich praw i że niebawem sam mnie 

zobaczy. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

29 / 55

background image

- Zrobię, co pan każe - ukłonił się. 

-  Siądź  ze  mną  na  chwilę,  przyjacielu, a  powiem  ci  coś  jeszcze. Był  czas  -  zacząłem,  patrząc  w  jego  sędziwe 

oblicze  -  że  uważano  mnie  za  zmarłego  i bezpowrotnie  straconego. Ponieważ  jednak wciąż  żyję  i jestem  w pełni władz 

fizycznych i umysłowych, obawiam się, że  muszę  zakwestionować  pretensje  Eryka  do tronu. Nie  jest ani pierworodnym 

synem,  ani  nie  może  liczyć  na  powszechne  poparcie,  gdyby  zjawił  się  inny  kandydat.  Z  tych  to  oraz  innych,  głównie 

osobistych względów  mam zamiar  wystąpić  przeciwko  niemu. Nie  wiem jeszcze, jak i kiedy, ale, na  Boga!, najwyższy 

czas, żeby ktoś to zrobił! Powtórz  mu to. Jeśli chce  mnie  poszukać, niech wie, że  mieszkam pośród Cieni, lecz  innych niż 

poprzednio. Może się domyśli, co przez to rozumiem. Nie pójdzie mu ze mną łatwo, bo będę się strzegł co najmniej tak, jak 

on tutaj. Ma we mnie wroga na śmierć i życie i nie spocznę, póki jeden z nas nie zginie. Co ty na to, stary sługo? 

Uniósł moją rękę do ust i pocałował. 

- Bądź pozdrowiony, lordzie Corwinie - powiedział i otarł łzę z oka. 

W tym momencie skrzypnęły drzwi. Wszedł Eryk. 

- Witaj - powiedziałem wstając, tonem najmniej przyjemnym z możliwych. - Nie spodziewałem się spotkać cię w 

tak wczesnym stadium rozgrywki. Jak się mają rzeczy w Amberze? 

Oczy mu się rozszerzyły ze zdumienia, lecz odpowiedział mi głosem nabrzmiałym sarkazmem: 

- Rzeczy się mają dobrze, Corwinie. Gorzej, jeśli chodzi o inne sprawy. 

- Szkoda - odparłem. - A jak moglibyśmy temu zaradzić? 

- Znam sposób - rzekł i łypnął na Dika, który natychmiast wyszedł i zamknął za sobą drzwi. 

Eryk sięgnął do miecza. 

- Chcesz zdobyć tron - oświadczył. 

- Czyż nie chcemy tego wszyscy? 

-  Zapewne  -  przyznał  z  westchnieniem.  -  To  prawda, że  każdy  z  nas  ma  głowę  zaprzątniętą  jedną  myślą.  Nie 

wiem,  co  za  siłą  pcha  nas do  walki o  tę  śmieszną  pozycję. Ale  musisz  pamiętać, że  już  dwukrotnie  cię  pokonałem, za 

drugim razem wielkodusznie darowując ci życie na Cieniu-Ziemi. 

-  Nie  było  to  znowu takie  wielkoduszne. Zostawiłeś  mnie  na  śmierć  podczas  Wielkiej Zarazy. A za  pierwszym 

razem, jak sobie przypominam, skończyło się remisem. 

-  A  więc  musimy  to  teraz  rozstrzygnąć,  Corwinie  -  oznajmił. -  Jestem  od  ciebie  starszy  i  lepszy. Jeśli chcesz 

zmierzyć  się ze mną, z  przyjemnością  stawię ci czoło, Zabij mnie  i tron jest twój. Spróbuj. Nie sądzę  jednak, żeby ci się 

udało. Wolałbym też od razu odeprzeć twoje pretensje. Nacieraj. Zobaczymy, czego się nauczyłeś na Cieniu-Ziemi. 

Obaj mieliśmy już miecze w garści. Wyszedłem zza biurka. 

-  Ależ  ty  masz  niebywałą  czelność!  -  powiedziałem.  -  Dlaczego  niby  masz  być  lepszy  od  nas  i  bardziej 

predestynowany do rządzenia? 

- Bo to ja zająłem tron - odpowiedział. - Spróbuj mi go odebrać. 

Spróbowałem. Zacząłem od cięcia  w  glowę, które  sparował, ja  zaś  odpowiedziałem  na  jego  pchnięcie  w  serce 

cięciem w nadgarstek. Obronił się i pchnął między nas stołek, który odrzuciłem kopniakiem, mając nadzieję, że rąbnę go w 

twarz, ale  nie  trafiłem. Odparłem  jego  natarcie, a  on  moje. Walczyliśmy  zaciekle  bez  większego  skutku. Zastosowałem 

teraz  bardzo  wymyślny  atak, którego nauczyłem się  we  Francji, a  który składał się z natarcia, zasłony czwartej i szóstej 

oraz wypadu zakończonego niespodziewanym cięciem w nadgarstek. 

Drasnąłem go i popłynęła krew, 

- Piekielny bracie! - powiedział cofając się. - Jak mi donoszą, towarzyszy ci Random. 

- To prawda. Więcej jest takich, którzy sprzysięgli się przeciwko tobie. 

Natarł  gwałtownie  zmuszając  mnie  do  cofnięcia  się  i  zrozumiałem, że  przy  całym  moim  kunszcie  jest  nadal 

lepszy. Był  jednym  z  największych  szermierzy,  z  jakimi  przyszło  mi  walczyć,  i  odczułem  nagle,  że  nie  dam mu  rady, 

parowałem jak wściekły i z równą wściekłością cofałem się krok po kroku pod jego naporem. Obaj mieliśmy za sobą wieki 

treningu  u  najlepszych  mistrzów  klingi,  z  których  największym  był  mój brat,  Benedykt  -  w  obecnej  chwili  jednak  nie 

mogłem liczyć na jego pomoc. Chwytałem rozmaite przedmioty z biurka i rzucałem nimi w Eryka, lecz on stale uchylał się 

i nacierał nieubłaganie. Starałem się zajść go od lewej strony, ale nie  mogłem uciec od czubka jego miecza  wymierzonego 

prosto w moje  lewe  oko. I  balem się. Eryk był  wspaniały. Gdybym nie  czuł do  niego takiej nienawiści, wyraziłbym mu 

uznanie za jego artyzm. 

Tymczasem  wciąż  się  cofałem, coraz  jaśniej  ze  strachem  uświadamiając  sobie, że  nie  zdołam  go  pokonać.  W 

walce  na  miecze  był lepszy  ode  mnie. Przeklinałem  go  w  duchu,  ale  nic  nie  mogłem  na  to  poradzić.  Jeszcze  trzy  razy 

próbowałem bardziej wymyślnych  ataków, lecz  bez  skutku. Parował każde  pchnięcie  i przeciwnatarciami wciąż  zmuszał 

mnie do odwrotu. 

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja sam jestem naprawdę niezłym szermierzem. Tyle że on był lepszy. 

Usłyszałem w hallu hałas i szczęk broni. Nadchodziła świta Eryka. Jeśli nawet Eryk nie zabije  mnie wcześniej, to 

z pewnością zrobi to któryś z jego ludzi - choćby strzałem z kuszy. 

Prawy  nadgarstek  Eryka  wciąż  krwawił.  Ręką  nadal  władał  pewnie,  miałem  jednak  wrażenie,  że  w  innych 

okolicznościach, walcząc  defensywnie, mógłbym  go dzięki tej ranie  zmęczyć  i  potem wykorzystać  najmniejszy moment 

nieuwagi. 

Zakląłem pod nosem, a on się roześmiał. 

- Byłeś głupi, zjawiając się tutaj - powiedział. 

Nie zorientował się, do czego zmierzam, aż do chwili, kiedy było już za późno. Cofając się, znalazłem się tuż przy 

drzwiach -  było to  ryzykowne, bo  nie  zostawiało  mi pola  manewru, ale  lepsze  niż  pewna  śmierć. Lewą  ręką  zdołałem 

zasunąć rygiel. Drzwi były wielkie i ciężkie, będą musieli je teraz wyważyć, aby wejść. Zyskałem dzięki temu jeszcze parę 

minut,  lecz  jednocześnie  otrzymałem  pchnięcie  w  lewe  ramię,  które  mogłem  tylko  częściowo  odparować  podczas 

zamykania  rygla.  Na  szczęście,  prawa  ręka,  którą  walczyłem,  pozostała  nietknięta.  Uśmiechnąłem  się,  dodając  sobie 

animuszu. 

-  A  może  to  ty  byłeś  głupcem,  wchodząc  tutaj  -  powiedziałem.  -  Idzie  ci  coraz  gorzej,  sam  widzisz  -  i 

przypuściłem gwałtowny, bezlitosny atak. Odparował go, ale musiał się  przy tym cofnąć  o dwa kroki. - Ta rana daje  już o 

sobie znać - dodałem. - Ręka ci mdleje. Chyba sam czujesz, że opuszczają cię siły... 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

30 / 55

background image

-  Zamknij  się!  -  warknął  i  zrozamiałem,  że  powiedziałem prawdę. To zwiększyło moje  szansę  o  parę  procent, 

natarłem więc z nowym impetem, wiedząc, że niezbyt długo będę mógł utrzymać takie tempo. 

Ale  Eryk  tego  nie  wiedział.  Zasiałem  w  nim ziarno  niepokoju  i cofał się  teraz  przed  moim  niespodziewanym 

zaciekłym atakiem. 

Rozległo się walenie do drzwi, ale jeszcze przez parę minut nie musiałem się o to martwić. 

- Zaraz z tobą skończę, Eryku - powiedziałem. - Jestem twardszy niż dawniej i już po tobie, bracie. 

Zobaczyłem w  jego oczach strach, który odbił się  grymasem na twarzy i wpłynął na  zmianę stylu walki. Walczył 

teraz  defensywnie;  cofając się  przed moim atakiem i byłem pewien, że nie  udawał. Najwyraźniej mój blef  się  udał, choć 

dotąd Eryk zawsze był lepszy ode mnie. A może to przekonanie też wynikało głównie z mojego nastawienia psychicznego? 

Może  omal nie dałem się poskromić  tym mitem, który Eryk pielęgnował? Może  byłem równie  dobry jak on? Z dziwnym 

przypływem  pewności  siebie  spróbowałem  tego  samego  natarcia  co  poprzednio  i  tym  razem  trafiłem  go,  zostawiając 

jeszcze jeden krwawy ślad na jego przedramieniu. 

- To było dość naiwne, Eryku, żeby dać się  po raz drugi nabrać na ten  sam trik -  powiedziałem, podczas gdy on 

cofał  się  za  fotel.  Walczyliśmy  przez  chwilę  ponad  oparciem,  a  tymczasem  walenie  w  drzwi  ustało  i  pytające  glosy 

zamilkły. 

- Poszli po siekiery - wysapal Eryk. - Zaraz tu będą. 

- Zajmie im to parę minut - odparłem nie przestając  się uśmiechać - a to więcej, niż mi potrzeba. Już ledwo stoisz 

na nogach i krew ci płynie coraz obficiej, spójrz tylko! 

- Zamknij się! 

- Zanim tu wejdą, w Amberze będzie tylko jeden książę, i to nie ty! 

Raptem  lewą  ręką  zgarnął z  półki  cały  rząd  książek, obsypując  mnie  nimi  jak  gradem. Nie  skorzystał jednak  z 

okazji do ataku, lecz  przebiegł przez  pokój chwytając  po drodze  krzesło. Zaklinował się w rogu, trzymając  przed sobą  w 

jednej ręce, krzesło, a w drugiej miecz. W hallu dały się słyszeć szybkie kroki, a potem łomot siekier o drzwi. 

- No chodź! - rzekł Eryk. - Spróbuj mnie teraz dostać! 

- Boisz się, co? 

Roześmiał się. 

- Daj spokój! Nie możesz mi nic zrobić, zanim drzwi nie puszczą, a potem i tak już po tobie. 

Musiałem przyznać mu rację. W tej pozycji mógł bronić się skutecznie przed każdym przeciwnikiem przynajmniej 

dobrych parę  minut. Przeszedłem szybko przez  pokój do sąsiedniej ściany. Lewą ręką otworzyłem ukryte drzwiczki, przez 

które wszedłem. 

- Dobra  - powiedziałem. - Udało ci się... na  razie. Masz  szczęście. Następnym razem, kiedy się spotkamy, nic  ci 

już nie pomoże. 

Splunął i  obrzucił mnie  gradem wyzwisk, a  nawet odstawił krzesło, żeby  zrobić  obraźliwy  gest. Dałem nura  w 

otwór  i  zasunąłem  drzwiczki,  a  gdy  je  ryglowałem,  rozległ  się  trzask  i  tuż  przy  moim  ramieniu  zalśniło  dwadzieścia 

centymetrów stalowej klingi. Rzucił we mnie  mieczem, co było ryzykowne, gdybym zechciał wrócić. Ale wiedział, że to 

mało prawdopodobne, gdyż główne drzwi do biblioteki już pękały pod naporem sił. 

Schodziłem po kołkach w ścianie  jak najszybciej do miejsca, gdzie  poprzednio spałem. Jednocześnie myślałem o 

kunszcie,  do  jakiego  doszedłem  we  władaniu  mieczem.  Początkowo  w  trakcie  walki  mimo  woli  czułem  lęk  przed 

człowiekiem, który dwukrotnie mnie  pobił. Teraz  jednak  przyszło mi do głowy, że  może  te  stulecia spędzone  na  Cieniu-

Ziemi nie poszły całkiem na marne. Może rzeczywiście  czegoś się przez ten czas nauczyłem. Czułem, że jestem nie gorszy 

od Eryka. Było to bardzo przyjemne  uczucie. Jeśli się  jeszcze kiedyś zmierzymy, co niechybnie  nastąpi, i jeśli nie przyjdą 

mu  z  pomocą  okoliczności  zewnętrzne,  to  kto  wie?  Należałoby  szybko  poszukać  takiej  okazji.  Dzisiejsza  potyczka 

przestraszyła go, byłem pewien. To może sprawić, że następnym razem zadrży mu ręka, że zawaha  się  na jedną śmiertelną 

chwilę... 

Puściłem się  kolka  i zeskoczyłem z ostatnich pięciu  metrów  lądując  na  ziemi na ugiętych kolanach. Była  to  już 

przysłowiowa ostatnia chwila, ale nie traciłem nadziei, że zdążę umknąć prześladowcom: 

Miałem bowiem za paskiem talię kart. 

Wyciągnąłem  kartę  z  Bleysem  i  wbiłem  w  nią  wzrok.  Ramię  mnie  piekło,  ale  zapomniałem  o  tym  czując 

ogarniający mnie chłód. 

Istniały dwa sposoby, żeby przenieść się z Amberu bezpośrednio do Cieni... Jeden to Wzorzec, rzadko używany do 

tego celu, a  drugi Atuty, pod warunkiem, że można było  zaufać  któremuś  z braci. Mój wybór padł na  Bleysa. Był moim 

bratem i miał kłopoty, co znaczyło, że mogę mu się przydać. 

Wpatrywałem  się  intensywnie  w  jego  ubraną  na  czerwono-pomarańczowo  postać  z  ognistą  koroną  włosów,  z 

mieczem  w  prawem  ręce,  a  kielichem  wina  w  lewej.  W  jego  niebieskich  oczach  tańczyły  diabliki,  broda  płonęła,  a 

ornament na klindze  przedstawiał -  jak sobie nagle  uświadomiłem - fragment Wzorca. Jego pierścienie rzucały błyski. On 

sam wyglądał jak żywy. 

Nawiązanie kontaktu zwiastował lodowaty wiatr. Mężczyzna na  karcie urósł do naturalnych rozmiarów i zmienił 

pozycję. Poszukał mnie wzrokiem i poruszył ustami. 

- Kto to? - spytał i usłyszałem te słowa całkiem wyraźnie. 

- Corwin - odpowiedziałem, na co wyciągnął do mnie lewą rękę, w której nie było już kielicha. 

- Wobec tego chodź do mnie, jeśli chcesz. 

Wyciągnąłem rękę i nasze  palce się zetknęły. Postąpiłem krok  naprzód. Nadal trzymałem kartę  w lewej ręce, ale 

staliśmy obaj na  skale, po prawej stronie zionęła przepaść, a  po lewej wznosiła  się wysoka  forteca. Niebo nad nami było 

koloru ognia. 

- Witaj, Bleys - powiedziałem, wtykając jego kartę do pozostałych za pasem. - Dzięki za pomoc. 

Nagle poczułem, że słabnę, i zobaczyłem krew tryskającą mi z lewego ramienia. 

- Jesteś ranny! - zawołał, opasując mnie ręką, a ja kiwnąłem głową i zemdlałem. 

Później  tego  wieczoru,  wyciągnięty  w  fotelu  w  jednej  z  komnat  fortecy,  omówiłem  z  Bleysem  sytuację  nad 

butelką whisky. 

- A więc zjawiłeś się w Amberze? 

-Tak. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

31 / 55

background image

- I zraniłeś Eryka w pojedynku? 

- Tak. 

-  Niech to diabli!  Szkoda, że  go nie  zabiłeś! -  Tu się  zreflektował. - Choć  może  to i dobrze. Wtedy  ty objąłbyś 

tron. Kto wie, czy nie lepiej mi pójdzie z Erykiem, niż poszłoby mi z tobą. Jakie masz plany? 

Postanowiłem zagrać w otwarte karty. 

- Wszyscy chcemy tronu -  powiedziałem - wobec  czego nie  warto się  okłamywać. Nie mam zamiaru nastawać  z 

tego  powodu  na  twoje  życie  -  byłaby  to  głupota  -  ale  też  nie  myślę  zrezygnować  z  walki  z  wdzięczności  za  twoją 

gościnność. Random chciałby tego co my, lecz nie  ma szans. O Benedykcie nikt od dłuższego czasu nie słyszał. Gerard i 

Caine  popierają Eryka  i nie  zgłaszają  pretensji. To samo  z Julianem. Zostają Brand i  nasze  siostry. Nie  mam pojęcia, co 

knuje  Brand,  ale  wiem, że  Deirdre  nic  sama  nie  wskóra.  Chyba  że  wesprze  ją  Llewella  i  zgromadzą  jakieś  posiłki  w 

Rebmie. Flora jest oddana Erykowi. Co z Fioną, nie wiadomo. 

- Wobec tego na polu walki zostajemy my dwaj - skonstatował Bleys, nalewając nam następną szklaneczkę. - Tak, 

masz rację. Nie wiem, co chodzi po głowach całej reszcie, ale oszacowałem siły każdego z nas i myślę, że mam największe 

szansę. Mądrze zrobiłeś zwracając się do mnie. Poprzyj mnie, a dam ci księstwo. 

- Serdeczne dzięki - powiedziałem. - Zobaczymy. Pociągnęliśmy ze szklaneczek. 

- Co innego pozostaje do zrobienia? - spytał i zrozumiałem, że to ważne pytanie. 

- Mogę jeszcze zebrać własną armię i przystąpić do oblężenia Amberu - powiedziałem. 

- Gdzie pośród Cieni leży twoja armia? - zainteresował się. 

-  To  już,  oczywiście,  moja  sprawa  -  rzekłem.  -  Nie  mam  zamiaru  powstawać  przeciwko  tobie. Jeśli  chodzi  o 

sukcesję, chciałbym widzieć na tronie ciebie, siebie, Gerarda albo Benedykta, o ile jeszcze żyje. 

- Najchętniej naturalnie siebie. 

- Oczywiście. 

- Wobec tego rozumiemy się. I sądzę, że możemy na razie zjednoczyć swoje siły. 

- Ja też tak sądzę. Inaczej nie oddałbym się w twoje ręce. 

Uśmiechnął się w gęstwinie brody. 

- Potrzebowałeś kogoś - powiedział - a ja byłem mniejszym złem. 

- To prawda - przyznałem. 

- Szkoda, że nie ma z nami Benedykta. Szkoda, że Gerard się sprzedał. 

- Daremne żale. Na nic się nie zda rozpatrywać, co by było, gdyby... 

- Masz rację. 

Przez chwilę paliliśmy w milczeniu. 

- Jak dalece mogę ci ufać? - zapytał. 

- Tak dalece, jak ja tobie. 

- Wobec tego zawrzyjmy umowę. Prawdę mówiąc, myślałem, że nie żyjesz. Nie przyszło mi do głowy, że zjawisz 

się nagle w kluczowym momencie zgłaszając własne pretensje. Ale skoro tu jesteś, to przesądza sprawę. Zawrzyjmy sojusz, 

połączmy nasze  siły i razem przystąpmy  do oblężenia  Amberu. Ten  z  nas, który  przeżyje, zdobędzie  tron. Jeśli zaś  obaj 

przeżyjemy, to cóż, zawsze możemy rozstrzygnąć sprawę przez pojedynek. 

Zastanowiłem się  nad  tym i doszedłem do wniosku, że  to zapewne  najkorzystniejsza  propozycja, na jaką  mogę 

liczyć. 

- Chcę to jeszcze przemyśleć - powiedziałem. - Dam ci odpowiedź jutro rano, zgoda? 

- Zgoda. 

Wypiliśmy do dna i oddaliśmy się wspomnieniom. Ramię trochę mnie rwało, ale whisky i maść dostarczona przez 

Bleysa łagodziły ból. Wkrótce ogarnął nas obu sentymentalny nastrój. 

To  dziwne  uczucie  mieć  rodzeństwo, a  zarazem  go  nie  mieć,  jako  że  każde  z  nas  szło  przez  życie  osobno  i 

własnymi ścieżkami. Dobry Boże! Rozmawialiśmy aż do świtu, zanim zmogło nas zmęczenie. Dopiero wtedy Bleys wstał, 

klepnął mnie w zdrowe ramię, powiedział, że zaczyna mu się już kręcić w głowie i że rano służący przyniesie mi śniadanie. 

Kiwnąłem głową, objęliśmy się i wyszedł. 

Podszedłem do okna, skąd miałem dobry widok na dolinę. W dole jak gwiazdy jarzyły się punkciki ognisk. Były 

ich  tysiące. Widziałem, że  Bleys zgromadził  potężne  siły, i pozazdrościłem mu. Ale, z  drugiej strony, to bardzo dobrze. 

Jeśli ktoś mógł pokonać Eryka, to właśnie Bleys. Nie byłby też złym władcą Amberu -  tylko po prostu wolałem sam nim 

zostać. 

Popatrzyłem jeszcze przez chwilę  i dostrzegłem, że postacie  kręcące się między ogniskami mają dziwne kształty. 

Zaciekawiłem się, z jakiego rodzaju istot składa się jego armia. Tak czy owak było to więcej, niż ja posiadałem. 

Wróciłem do stołu i nalałem sobie szklaneczkę. Zanim ją jednak wypiłem, zapaliłem lampkę nocną i w jej świetle 

wyjąłem skradzioną  talię kart. Rozłożyłem je przed sobą i wyciągnąłem tę z  wizerunkiem Eryka. Położyłem ją na  środku 

stołu,  a  resztę  odsunąłem na  bok. Po  chwili karta  ożyła, zobaczyłem  Eryka  w  stroju nocnym, z  zabandażowaną  ręką, i 

usłyszałem słowa: 

- Kto tam? 

- To ja, Corvin. Jak się masz? 

Zaklął, a  ja  się  roześmiałem. Wdałem się  w  niebezpieczną  grę  i  zapewne  przyczyniła  się  do  tego whisky, ale 

kontynuowałem: 

-  Chciałem cię zawiadomić, że  u mnie  wszystko w porządku. Oraz  przyznać  ci rację  co do głów  zaprzątniętych 

jedną myślą. Ty wszakże swojej głowy długo już nie ponosisz. Do zobaczenia, bracie! Dzień, w którym ponownie przybędę 

do Amberu, będzie dniem twojej śmierci. Pomyślałem sobie, że lepiej cię uprzedzić, bo to już niedługo. 

-  Przybywaj -  odparł -  i nie  proś o  litość, gdy przyjdzie  ci umierać. - Spojrzał mi prosto  w  oczy  i przez  chwilę 

mierzyliśmy się wzrokiem. Potem zagrałem mu na nosie  i przykryłem go dłonią  - bo było to niczym odłożenie słuchawki 

telefonicznej - a następnie zmieszałem jego kartę z resztą talii. 

Zasypiając myślałem o armii Bleysa zgromadzonej w wąwozie i o jej szansach na zdobycie Amberu. Nie będzie to 

łatwe.

Rozdział 06 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

32 / 55

background image

Kraina zwała się Avernus, a żołnierze  zwerbowani przez Bleysa różnili się  nieco wyglądem od ludzi. Obejrzałem 

ich podczas lustracji następnego ranka idąc za Bleysem. Wszyscy mieli ponad dwa metry wzrostu, bardzo czerwoną skórę, 

skąpe  owłosienie, kocie oczy i sześciopalczaste dłonie oraz  stopy. Ubrani byli w stroje lekkie jak z jedwabiu, ale utkane  z 

czegoś innego, i przeważnie szare lub niebieskie. Każdy z nich był uzbrojony w dwie krótkie klingi, zakrzywione na końcu. 

Mieli spiczaste  uszy, a ich palce  zakończone były pazurami. Klimat był tu ciepły, kolory zachwycające i wszyscy uważali 

nas za bogów. 

Bleys znalazł miejsce, gdzie panowała  religia opierająca się  na wierze  w braci-bogów, którzy wyglądali jak my i 

mieli swoje  kłopoty. Główną  rolę  w  ich mitach grał  oczywiście  zły  brat,  który zagarnął władzę  i  prześladował dobrych 

braci. I naturalnie  towarzyszyła  temu opowieść o apokalipsie głosząca, że nadejdzie dzień, gdy oni sami zostaną wezwani 

na pomoc skrzywdzonym dobrym braciom. 

Chodziłem z lewą ręką na  czarnym temblaku i przypatrywałem się tym, którzy wybierali się na  śmierć. Stanąłem 

przed jednym z nich i spytałem: 

- Czy wiesz, kim jest Eryk? 

- Księciem Ciemności - odparł. 

Skinąłem głową. 

- Bardzo dobrze - pochwaliłem go i poszedłem dalej. 

Bleys dostał wykonane jak na zamówienie mięso armatnie. 

- Z całym szacunkiem dla tych, którzy są gotowi oddać  życie  - powiedziałem mu - nie możesz zdobyć Amberu z 

tą pięćdziesięciotysięczną  armią, nawet gdybyś zdołał dotrzeć  z  nimi wszystkimi do podnóża Kolviru, czego nie zdołasz. 

Sama myśl, żeby użyć tych biedaków z ich szabelkami jak zabawki przeciw nieśmiertelnemu miastu, jest śmieszna. 

- Wiem - przyznał - ale mam coś jeszcze. 

- Musisz mieć znacznie, znacznie więcej. 

- A co powiesz na trzy floty o połowę większe od tego, czym dysponują Caine i Gerard razem wzięci? 

- Jeszcze nie dość. To dopiero początek. 

- Wiem. Nadal gromadzę siły. 

- Więc lepiej zgromadźmy ich nieporównywalnie więcej. Eryk będzie siedział sobie spokojnie w Amberze i zabijał 

nas podczas marszu przez  Cienie. Kiedy pozostałe siły dotrą  w końcu do podnóża Kolviru, zostaną tam zdziesiątkowane. 

Potem trzeba jeszcze  wspiąć  się do Amberu. Jak myślisz, ilu nas zostanie, kiedy wkroczymy  do miasta? Garstka, z którą 

Eryk  rozprawi się  w  ciągu pięciu  minut  bez  najmniejszego  trudu. Jeśli  to wszystko, czym dysponujesz, drogi  bracie, to 

mam złe przeczucie co do tej wyprawy. 

-  Eryk  ogłosił, że  jego  koronacja  odbędzie  się  za  trzy  miesiące  -  powiedział  Bleys. -  Do  tego  czasu  mogę  co 

najmniej potroić swoje siły lub nawet zgromadzić pośród Cieni ćwierćmilionową armię. Są inne światy podobne do tego, w 

których zbiorę taką armię krzyżowców, jakiej dotąd nikt jeszcze przeciw Amberowi nie prowadził. 

- Eryk będzie  miał tyle samo czasu na przygotowanie działań obronnych - zauważyłem, - Sam nie wiem, Bleys... 

to niemal samobójstwo. Nie znałem w pełni sytuacji, kiedy się do ciebie zwróciłem... 

- A ty sam, co masz do zaoferowania? - spytał. - Nic. Podobno byłeś dłuższy czas dowódcą w wojsku. Gdzie twoje 

oddziały? 

Odwróciłem się. 

- Nic po nich nie zostało. Wiem to na pewno. 

- Nie mógłbyś poszukać Cienia swojego Cienia? 

- Nawet nie chcę próbować - odparłem. - Bardzo mi przykro. 

- To jaki właściwie mam z ciebie pożytek? 

- Odejdę więc - oświadczyłem - skoro pragniesz ode mnie jedynie więcej mięsa armatniego... 

- Zaczekaj! - krzyknął. - Tak mi się tylko wyrwało. Zależy mi już choćby na twojej radzie. Zostań że mną, proszę. 

Mogę cię nawet przeprosić. 

- Nie trzeba - powiedziałem, wiedząc, co to znaczy dla księcia Amberu. - Zostanę. Sądzę, że mogę ci się przydać. 

- Doskonale! - Klepnął mnie w zdrowe ramię. 

- I sprowadzę ci posiłki - dodałem. - Nic się nie martw. 

Dotrzymałem  słowa.  Udałem  się  miedzy  Cienie  i  znalazłem  rasę  obrośniętych  sierścią  stworzeń,  z  kłami  i 

pazurami, nieco człekopodobnych i o inteligencji studentów z pierwszego roku - przepraszam was, moi drodzy, ale mam na 

myśli to, że byli lojalni, oddani, uczciwi i zbyt łatwo dający się omamić takim łajdakom, jak ja i mój brat, Czułem się  jak 

ludożerca. 

Znalazłem sto tysięcy wyznawców gotowych walczyć za  nas z bronią w ręku. Wywarło to odpowiednie wrażenie 

na  moim  bracie,  który  nie  robił  mi  więcej  żadnych  uwag.  Po  tygodniu  ramię  mi  się  wygoiło.  Po  dwóch  miesiącach 

mieliśmy ćwierć miliona żołnierzy, a nawet więcej. 

- Corwin, Corwin! Pozostałeś w każdym calu sobą! - powiedział Bleys przepijając do mnie. 

Ale  ja  czułem się  nieszczególnie. Większość  z  nich  musiała  zginąć, a  ja  byłem  za  to  odpowiedzialny. Miałem 

wyrzuty sumienia, choć  znałem różnicę między Cieniem, a Substancją. Ale wiedziałem też, że  każda śmierć jest śmiercią 

prawdziwą. 

Czasami w nocy siadałem nad talią kart. Były w niej także  te Atuty, których brakowało w poprzedniej talii. Jeden 

z nich przedstawiał sam Amber i wiedziałem, że mógłby mnie tam przenieść. Na innych były wizerunki mojego zmarłego 

lub zaginionego rodzeństwa, a pośród nich portret ojca, który szybko odłożyłem. Nie było go już wśród nas. 

Wpatrywałem się  długo  w  każdą  twarz  zastanawiając  się, co  mógłbym, od  którego  z  nich  uzyskać.  Kilka  razy 

układałem karty i zawsze wskazywały na tę samą osobę. Na Caine'a. 

Miał  na  sobie  zielono-czamy  atłasowy  strój  i  trójgraniasty  kapelusz  z  długim  zielonym  pióropuszem.  U  pasa 

wisiał mu wysadzony szmaragdami sztylet. Był ciemnowłosy. 

- Caine - wywołałem go. 

Po chwili przyszła odpowiedź. 

- Kto to? - zapytał. 

- Corvin. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

33 / 55

background image

- Corvin? Czy to jakiś żart? 

- Nie. 

- Czego chcesz? 

- A co masz? 

-  Dobrze  wiesz.  -  Podniósł  oczy  i  spojrzał  prosto  na  mnie,  lecz  ja  nie  spuszczałem  wzroku  z  jego  ręki 

spoczywającej blisko sztyletu. - Gdzie jesteś? 

- Z Bleysem. 

- Doszły mnie słuchy, że pokazałeś się niedawno w Amberze, dziwiło mnie też zabandażowane ramię Eryka. 

- Sprawcę tego masz przed sobą - powiedziałem. - Jaka jest twoja cena? 

- Co masz na myśli? 

- Pomówmy szczerze i bez ogródek. Czy sądzisz, że Bleys i ja możemy pokonać Eryka? 

-  Nie, i dlatego właśnie  z nim trzymam. Nie  mam też  zamiaru odstąpić  wam swojej armady, a podejrzewam, że 

głównie o to ci chodzi. 

-  Domyślny  braciszku  -  uśmiechnąłem  się.  -  No  to  cóż,  miło  mi  było  z  tobą  porozmawiać.  Do  zobaczenia  w 

Amberze... może już wkrótce. 

Zrobiłem ruch ręką, a on krzyknął: 

- Poczekaj! 

- Na co? 

- Nie znam nawet twojej oferty. 

- Owszem, znasz. Odgadłeś ją i nie jesteś zainteresowany. 

- Tego nie powiedziałem. Ale wiem, po czyjej stronie leży słuszność. 

- Czy też siła. 

- Niech będzie siła. Co masz mi do zaproponowania? 

Rozmawialiśmy przez jakąś godzinę, po której pomocne szlaki morskie  zostały otwarte  dla floty Bleysa, mogącej 

po wpłynięciu oczekiwać posiłków. 

- Jeśli się wam nie uda. Amber będzie świadkiem trzech egzekucji - powiedział Caine. 

- Ale w gruncie rzeczy nie spodziewasz się tego, prawda? 

- Nie;  sądzę, że ty albo Bleys obejmiecie tron. Ja jestem gotów służyć zwycięzcy. Własne  księstwo w zupełności 

mi wystarczy. Nadal jednak chętnie przyjąłbym głowę Randoma jako część zapłaty. 

- Nie ma mowy. Bierz, co ci daję, albo się wycofaj. 

- Biorę. 

Uśmiechnąłem się, zakryłem  kartę  dłonią  i już  go  nie było. Gerarda  postanowiłem zostawić  na  następny  dzień. 

Rozmowa z Caine'em była męcząca. Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. 

Gerard, kiedy poznał stawkę, zgodził się nas nie  atakować. Głównie dlatego, że  to ja  się do  niego zwróciłem, a 

uznał, że z dwojga  złego mogę okazać się potężniejszy niż Eryk. Szybko dobiłem z nim targu, obiecując mu wszystko, co 

chciał, jako że nie prosił o niczyją głowę. 

Później  ponownie  zrobiłem  przegląd  wojsk  i  opowiedziałem  im  coś  niecoś  o  Amberze.  Dziwnie,  ale 

czerwonoskóre  olbrzymy i owłosione karzełki współżyli zgodnie  jak bracia. Było to smutne, ale  prawdziwe. Uważali nas 

za bogów i koniec, kropka. 

Zobaczyłem flotę  płynącą po wielkim oceanie  koloru krwi. Zadumałem się. W świecie Cieni, po którym płynęli, 

wielu z nich zginie na zawsze. 

Pomyślałem o armii z Avernus i moich rekrutach z miejsca zwanego Ri'ik. Ich zadaniem był marsz na Ziemię i do 

Amberu. 

Potasowałem karty  i rozłożyłem je. Wziąłem do ręki portret Benedykta. Przywoływałem go przez  dłuższy czas, 

lecz  odpowiedzią  było  tylko  zimno. Sięgnąłem po  kartę  Branda. Znów  przez  dłuższą  chwilę  czułem tylko chłód. Potem 

usłyszałem krzyk. Przeraźliwy, ścinający krew w żyłach krzyk. 

- Pomóż mi! 

- Jak? 

- Kto to? - zapytał i zobaczyłem, że jego ciało się wije. 

- Corwin. 

- Wydobądź mnie stąd, Corwinie! Dam ci za to wszystko, co chcesz! 

- Gdzie jesteś? 

-  Jestem...  -  Obraz  zakłębił  się  ukazując  rzeczy,  które  wzdrygałem  się  przyjąć  do  wiadomości,  i  rozległ  się 

ponowny krzyk, jakby ze śmiertelnej otchłani, po czym zapadła głucha cisza. Znów ogarnął mnie chłód. 

Poczułem, że się trzęsę, lecz nie wiedziałem dlaczego. Zapaliłem papierosa i podszedłem do zasnutego nocą okna, 

zostawiając na stole rozrzucone karty. 

Gwiazdy  były  małe  i  zasnute  mgłą.  Nie  mogłem  rozpoznać  żadnej  konstelacji.  Mały,  niebieski  księżyc  sunął 

szybko w ciemnościach. Noc powiała nagłym, lodowatym chłodem i szczelniej otuliłem się peleryną. Przypomniała mi się 

nasza  nieszczęsna, zimowa  kampania  w  Rosji. Dobry  Boże!  Omal  nie  zamarzłem  na  śmierć!  I  do  czego  to  wszystko 

prowadziło? 

Do tronu Amberu, oczywiście. Ten cel uświęcał wszystko. 

Ale co z Brandem? Gdzie był? Co się z nim działo, kto był tego sprawcą? Żadnej odpowiedzi. 

Zamyśliłem  się  patrząc  w  noc,  śledząc  wzrokiem  błękitną  elipsę  księżyca.  Czy  przeoczyłem  coś  w  obrazie 

sytuacji, jakiś szczegół, który umknął mojej uwagi? Żadnej odpowiedzi. 

Usiadłem jeszcze raz przy stole z kieliszkiem w ręce. Przwertowałem wszystkie karty i wyjąłem wizerunek ojca. 

Oberon, władca Amberu, stał przede mną w swojej zieleni i złocie. Wysoki, dobrze zbudowany, z włosami i brodą 

przetykaną  srebrem. Na  palcach pierścienie  z  zielonymi kamieniami w  złotej oprawie. Złoty miecz. Niegdyś sądziłem, że 

nic i nigdy nie  odbierze  mu  odwiecznego panowania nad Amberem. Co się stało? Nadal nie  wiedziałem. Ale  on odszedł. 

Jaki koniec spotkał mego ojca? 

Patrzyłem na kartę, skupiwszy całą uwagę. 

Nic... nic... 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

34 / 55

background image

Coś? 

Coś. 

W  odpowiedzi  dał  się  zauważyć  ledwo  widoczny  ruch,  figura  na  karcie  skurczyła  się  i  przeobraziła  w  cień 

człowieka, którego reprezentowała. 

- Ojcze? - spytałem. 

Cisza. 

- Ojcze? 

- Tak... - Bardzo słaby i odległy głos, jakby wydobywający się z muszli, zatopiony w jej monotonnym szumie. 

- Gdzie jesteś? Co się stało? 

- Ja... - Długa pauza. 

- Tak? To Corwin, twój syn. Co zaszło w Amberze, że cię nie ma? 

- Nadszedł mój czas. - Jego głos dochodził z bardzo daleka. 

-  Czy to znaczy, że abdykowałeś? Żaden z braci nic  mi nie  powiedział, a  nie  ufam im na  tyle, aby  pytać. Wiem 

tylko, że  tron  stoi  otworem dla  wszystkich  chętnych. Eryk  ma  teraz  miasto we  władaniu, a  Julian  sprawuje  pieczę  nad 

Lasem Ardeńskim. Caine  i  Gerard  kontrolują  morze. Bleys jest  gotów stawić  im  wszystkim czoło, a  ja  zawarłem z  nim 

przymierze. Jakie są twoje życzenia w tym względzie? 

- Jesteś... jedynym, który o to pyta... Tak... 

- "Tak",co? 

- Tak... Stawcie im opór... 

- A co z tobą? Jak mogę ci pomóc? 

- Mnie... nie można pomóc. Weź tron... 

- Ja? Czy Bleys i ja? 

- Ty! 

- Tak? 

- Masz moje błogosławieństwo... Weź tron... i pospiesz się! 

- Dlaczego, ojcze? 

- Brak mi tchu... Weź tron! - I zniknął. 

A więc  ojciec  żył. To  było  interesujące. Co teraz  robić? Popijałem whisky i rozmyślałem. Żył gdzieś i nadal był 

królem  Amberu.  Dlaczego  zniknął?  Dokąd  się  udał?  Co  się  za  tym  kryło?  Same  zagadki.  Nie  potrafiłem  udzielić 

odpowiedzi na żadne z tych pytań, lecz sprawa nie dawała mi spokoju. 

Tu muszę wyznać, że moje stosunki z ojcem nigdy nie  układały się zbyt dobrze. Nie czułem wprawdzie do niego 

nienawiści  jak  Random  lub  paru  innych  braci, ale  nie  miałem  też  najmniejszego  powodu,  żeby  darzyć  go  szczególną 

sympatią. Był silny, potężny i okupował tron - to chyba wystarczy? Uosabiał też niemal całą znaną nam historię Amberu, a 

historia Amberu sięga wstecz  tyle  tysiącleci, że  nie  warto  ich nawet liczyć. Co było  robić  w  tej sytuacji? Jeśli  chodzi o 

mnie, dopiłem whisky i poszedłem spać. 

Nazajutrz  rano  zwołaliśmy  naradę  wojenną.  Bleys  miał  czterech  admirałów,  z  których  każdy  dowodził  mniej 

więcej jedną czwartą  floty, i cały sztab oficerów piechoty. Razem było nas jakieś  trzydzieści osób, w  połowie wielkich i 

czerwonoskórych, a w połowie małych i owłosionych. 

Narada  trwała  cztery  godziny,  po  czym  rozeszliśmy  się  coś  zjeść.  Uzgodniliśmy,  że  wyruszamy  za  trzy  dni. 

Ponieważ drogę do Amberu mógł otworzyć tylko ktoś królewskiej krwi, ja miałem przewodzić flocie na okręcie flagowym, 

a Bleys miał poprowadzić piechotę przez krainy Cieni. 

Zastanowiło mnie to i zapytałem, co by zrobił, gdybym się nie  zjawił, przychodząc mu z pomocą. W odpowiedzi 

usłyszałem  dwie  rzeczy:  że,  po  pierwsze,  gdyby  musiał  polegać  na  własnych  siłach,  poprowadziłby  najpierw  flotę  i 

zostawił ją w odpowiedniej odległości od brzegu, po czym wróciłby jednym z okrętów do Avernus, żeby powieść żołnierzy 

na spotkanie  o wyznaczonym czasie, a po drugie, że  specjalnie  szukał takiego Cienia, w którym mógł liczyć na  przybycie 

któregoś z braci gotowego go wesprzeć. 

To  ostatnie  wzbudzało  niejakie  podejrzenia, a  to pierwsze  wyglądało  mało  realistyczne, gdyż  flota  stałaby  zbyt 

daleko w morzu, aby dostrzec jakieś sygnały z brzegu, a ryzyko spóźnienia się na  spotkanie było - przy tej liczbie wojska - 

zbyt duże, aby pokładać większe nadzieje w tego rodzaju planie. 

Ale jako taktyk Bleys zawsze był, moim zdaniem, niezrównany i kiedy rozłożył mapy Amberu i okolic, które sam 

sporządził, i zaczął wyjaśniać taktykę, jaką zamierzał zastosować, widziałem, że cechuje go spryt godny księcia Amberu. 

Kłopot  w  tym,  że  naszym  przeciwnikiem był  inny książę  Amberu, i  to  taki,  który  miał niewątpliwie  silniejszą 

pozycję. Trochę  mnie  to  niepokoiło, lecz  wobec  zbliżającej się  koronacji  nie  pozostawało nam nic  innego, jak  pójść  na 

całość.  Jeśli  przegramy,  jesteśmy  zgubieni,  a  zdawałem  sobie  sprawę,  że  Eryk  ma  do  swojej  dyspozycji  czas  i 

najpotężniejsze środki, czego myśmy nie mieli. 

Przemierzałem krainę zwaną Avernus podziwiając jej zamglone  doliny i przepaści, jej dymiące kratery, jaskrawe 

słońce  na  zwariowanym  niebie, mroźne  noce  i  zbyt  gorące  dni,  skały  i  wydmy  ciemnego  piasku, małe, ale  zjadliwe  i 

niebezpieczne zwierzęta, wielkie purpurowe rośliny, jak choćby pozbawione kolców kaktusy, a po południu drugiego dnia, 

kiedy stałem na  występie skalnym nad morzem, pod wieżą skłębionych cynobrowatych chmur, doszedłem do wniosku, że 

lubię  ten  kraj  i  jeśli  jego  synowie  zginą  w  walce  za  swoich  bogów, postaram  się  unieśmiertelnić  ich  pewnego  dnia  w 

poświęconym im hymnie. 

Uspokoiwszy  w  ten  sposób  sumienie, objąłem dowództwo  floty. Jeśli  zwyciężymy, moi wojownicy  będą  przez 

wieki  opiewani  na  dworach  i  zamkach  nieśmiertelnych  władców.  Ja  zaś  byłem  ich  wodzem  i  przewodnikiem,  który 

otwierał im drogę. Poczułem radość. 

Nazajutrz  wyruszyliśmy  w  morze,  a  ja  dowodziłem  z  okrętu  flagowego.  Wprowadziłem  flotę  w  sztorm  i 

wypłynęliśmy z niego o wiele bliżej miejsca przeznaczenia. Wprowadziłem nas w ogromny wir i wyszło nam to na  dobre. 

Przeprowadziłem flotę  przez  kamienną  mieliznę i wody oceanu pogłębiły się, a ich kolor  zaczął przypominać  toń wokół 

Amberu.  A  więc  nadal  posiadałem  tę  umiejętność.  Mogłem  kształtować  nasz  los  w  czasie  i  przestrzeni.  Mogłem 

doprowadzić nas do domu. To znaczy, do mojego domu. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

35 / 55

background image

Przeprowadziłem okręty obok  dziwnych wysp, na  których krakały  zielone  ptaszyska, a  zielone  małpy zwisały  z 

drzew niczym owoce, powrzaskując  coś do siebie  i rzucając kamieniami w naszym kierunku. Wyprowadziłem flotę daleko 

w morze, a potem zawróciłem w stronę brzegu. 

Bleys maszerował tymczasem przez równiny światów. Miałem dziwną świadomość, że pokona wszelkie trudności 

i poradzi sobie  z  pułapkami Eryka. Porozumiewałem się  z  nim za  pomocą  kart  i wiedziałem o wszystkim, co zaszło  po 

drodze. O  tym, że  stracił dziesięć  tysięcy  ludzi w  walce  z  centaurami, pięć  tysięcy zginęło  podczas  wyjątkowo  silnego 

trzęsienia ziemi, tysiąc pięćset zmiotła trąba powietrzna, dziewiętnaście tysięcy zginęło lub przepadło bez wieści w jakiejś 

dżungli, kiedy  spadł na  nich  napalm z  dziwnych huczących  obiektów na niebie;  sześć  tysięcy  zdezerterowało w  miejscu 

wyglądającym jak obiecany im raj;  pięciuset zginęło na  piaszczystej równinie, gdy wybuchła obok wznosząc  się do  góry 

chmura w kształcie  grzyba;  osiem tysięcy  sześciuset zostało zabitych  w  dolinie  walczących maszyn, które  wyjechały  na 

gąsienicach miotając  ogień;  ośmiuset  rannych  i chorych zostawiono  własnemu  losowi;  dwustu  porwały  wezbrane  wody 

rzeki;  pięćdziesięciu czterech odniosło śmiertelne rany w pojedynkach między sobą;  trzystu zmarło po zjedzeniu trujących 

miejscowych  owoców;  tysiąc  stratował  pędzący  tabun  bawołopodobnych  stworzeń;  siedemdziesięciu  trzech  zginęło 

podczas pożaru namiotów;  tysiąc pięciuset utonęło podczas powodzi;  dwa tysiące padło ofiarą tornada, które  nadciągnęło 

od błękitnych wzgórz. 

Byłem zadowolony, że sam straciłem w tym czasie tylko sto osiemdziesiąt sześć statków. 

Zasnąć!  Może  śnić! -  w  tym sęk  cały... Eryk  zabijał nas  cal po calu i  godzina  po godzinie. Jego  zapowiedziana 

koronacja miała się odbyć już za parę tygodni, a on najwyraźniej wiedział, że nadciągamy, bo wymieraliśmy jak muchy. 

Powiedziane  jest,  że  tylko  książę  Amberu  może  się  poruszać  pośród  Cieni,  choć  oczywiście  wolno  mu 

przeprowadzić  ze  sobą, kogo  chce. Wiedliśmy  nasze  wojska  i  patrzyliśmy, jak  giną,  jeśli  zaś  chodzi  o  Cień,  to  mogę 

powiedzieć  tyle:  istnieje  Cień  i  istnieje  Substancja,  i  to  leży  u  podstaw  wszechrzeczy. Z  Substancji  jest  tylko  Amber, 

prawdziwe  miasto na prawdziwej Ziemi, które zawiera w  sobie  wszystko. Z Cieni jest nieskończona liczba rzeczy. Każda 

możliwość  istnieje  gdzieś  jako  Cień  tego,  co  prawdziwe.  Amber,  poprzez  samą  swoją  egzystencję,  rzuca  cienie  we 

wszystkich kierunkach. Co jeszcze można dodać? Cień rozciąga się od Amberu do Chaosu i w jego granicach wszystko jest 

możliwe. Są tylko trzy sposoby na przebycie go, każdy z nich trudny. 

Książę lub księżniczka  krwi może  przemierzać  Cienie  nadając otoczeniu dowolne  kształty, dopóki nie  przybierze 

ono pożądanej postaci - wtedy tam zostają. Cień ów staje się ich własnym światem, w którym mogą robić, co chcą, o ile nie 

zakłóci im tego ktoś z rodziny. W takim właśnie miejscu żyłem przez całe wieki. 

Drugim  sposobem  są  karty,  zrobione  przez  Dworkina,  Mistrza  Rysunku,  który  stworzył  je  na  nasz  obraz  i 

podobieństwo,  żeby  ułatwić  porozumiewanie  się  członkom  rodziny  królewskiej.  Był  to  sędziwy  artysta,  dla  którego 

przestrzeń  i perspektywa  nie  miały  tajemnic. Sporządził rodzinne Atuty, które  umożliwiały  nam  bezpośredni  kontakt  na 

każdą odległość. Miałem jednak wrażenie, że nie zawsze używaliśmy ich zgodnie z intencją autora. 

Trzecim sposobem był Wzorzec, też narysowany przez  Dworkina, po którym mógł przejść tylko członek naszej 

rodziny. Stanowił on jakby wprowadzenie w system kart i po przejściu dawał moc panowania nad Cieniami. 

Karty i Wzorzec  umożliwiały natychmiastowe  przeniesienie się z  Substancji przez Cień. Inny sposób, wędrówka, 

był trudniejszy. 

Wiedziałem,  co  Random  robił  torując  nam  drogę  do  prawdziwego  świata.  Jadąc,  dodawał  w  pamięci  to,  co 

zapamiętał  z  Amberu,  i  odejmował  to,  co  się  nie  zgadzało.  Kiedy  wszystko  ze  sobą  korespondowało,  wiedział,  że 

przybyliśmy  na  miejsce.  Nie  była  to  jedynie  sprytna  sztuczka,  bo  przy  odpowiedniej  wiedzy  każdy  człowiek  mógłby 

dotrzeć  do  własnego Amberu. Nawet teraz  Bleys  i ja  mogliśmy poszukać  Cieni Amberu, gdzie  każdy  z  nas  by rządził i 

spędził na  tronie  całą  wieczność. Ale  to  by  dla  nas  nie  było  to samo. Bo żadne  z  tych  miejsc  nie  byłoby  prawdziwym 

Amberem miastem, w którym się urodziliśmy, miastem, z którego wszystkie inne biorą kształt. 

Toteż  dla celów  naszej  inwazji  na Amber  obraliśmy najcięższą  drogę, wędrówkę  przez  Cień. Każdy, kto  o tym 

wiedział  i  dysponował  dostateczną  siłą,  mógł  stawiać  nam  na  tej  drodze  przeszkody.  Eryk  to  robił  i  ginęliśmy  w  ich 

obliczu. Co z tego wyniknie? Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. 

Gdyby Eryk został ukoronowany, znalazłoby  to swój odpowiednik, swoje  odzwierciedlenie wszędzie. A każdy  z 

nas, pozostałych  braci, każdy z  książąt Amberu, z  chęcią  osiągnąłby  ten  status i pozwolił,  aby  odbiło  się  to w  dowolny 

sposób w Cieniach 

Minęliśmy widmową flotę, statki Gerarda - Latającego Holendra tego świata/tamtego świata - i wiedziałem, że się 

zbliżamy. Posłużyły mi za punkt orientacyjny. 

Ósmego  dnia  podróży  byliśmy  blisko  Amberu.  Wtedy  właśnie  rozpętał  się  sztorm. Morze  pociemniało,  niebo 

zasnuły chmury, żagle opadły wskutek nagłej ciszy. Słońce schowało swoją tarczę - błękitną i ogromną - i czułem, że  Eryk 

w końcu nas dopadł. 

Zerwał się wiatr  i - jeśli można  to tak nazwać - natarł z furią na  mój statek. Znaleźliśmy się w szponach burzy, w 

samym sercu nawałnicy, jak mówią poeci. Trzewia podeszły mi do gardła, gdy uderzyły w nas pierwsze  bałwany. Miotało 

nami od burty do burty, jakbyśmy byli kośćmi do gry w rękach olbrzyma. Zalewała nas woda z morza i woda z nieba, które 

stało się  czarne, a  deszcz  ze  śniegiem  przesłaniał  oblodzony, ściągający  pioruny  takielunek. Jestem pewien, że  wszyscy 

krzyczeli, ja  też. Powlokłem się  z  trudem po szalejącym pokładzie  do opuszczonego  steru. Przywiązałem się  sznurami i 

chwyciłem koło. Eryk niewątpliwie poszedł na całego. 

Jedna  godzina, druga, trzecia, czwarta i  ani chwili wytchnienia  -  Pięć godzin. Ilu ludzi straciliśmy? Nie  miałem 

pojęcia. 

Zadzwoniło mi w uszach, poczułem mrowienie i zobaczyłem Bleysa jakby na końcu długiego, szarego tunelu. 

- Co się dzieje? - pytał. - Nie mogę się z tobą skontaktować. 

- Życie jest pełne niespodzianek - odparłem. - Właśnie staramy się stawić czoło jednej z nich. 

- Sztorm? - zapytał. 

- Nie inaczej. Praprzodek wszystkich sztormów. Wydaje roi się, że widzę potwora morskiego. Jeśli ma choć trochę 

w głowie, napadnie nas od spodu... Właśnie to zrobił. 

- Przed chwilą nas też zaatakował - powiedział Bleys. 

- Potwór czy sztorm? 

- Sztorm. Zginęło dwieście osób. 

- Nie trać ducha, broń fortu, porozmawiamy później, dobrze? 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

36 / 55

background image

Skinął głową, a za jego plecami przeleciała błyskawica. 

- Eryk zna naszą liczbę - dodał jeszcze, zanim zniknął. Musiałem się z tym zgodzić. 

Dopiero po następnych trzech godzinach nawałnica zelżała nieco, a jeszcze później dowiedziałem się, że straciłem 

połowę floty, na moim statku flagowym zaś aż czterdzieści osób z załogi Uczącej sto dwadzieścia. Była to nielicha burza. 

Zdołaliśmy  jednak  jakoś  dopłynąć  do  oceanu  nad  Rebmą. Wyjąłem  karty  i  zatrzymałem  wzrok  na  wizerunku 

Randoma. Kiedy się zorientował, kto go wzywa, pierwsze jego słowa brzmiały: 

- Zawracaj! 

- Dlaczego? 

- Llewella twierdzi, że Eryk rozbije was w proch. Radzi, żebyś trochę odczekał, aż wszystko się uspokoi, i dopiero 

wtedy uderzył; może za jakiś rok. 

Potrząsnąłem głową. 

- Bardzo mi przykro -  powiedziałem - ale nie mogę. Ponieśliśmy zbyt wielkie straty, żeby dotrzeć  aż  tutaj. Teraz 

albo nigdy. 

Wzruszył ramionami z miną: "Pamiętaj, że cię ostrzegałem". 

- Czemu miałbym się cofać? - spytałem. 

- Głównie dlatego, że jak słyszę, Eryk sprawuje tu kontrolę nad pogodą. 

- Mimo to musimy zaryzykować. 

Znów wzruszył ramionami. 

- Nic mów, że cię nie uprzedzałem. 

- Jesteś pewien, że on o nas wie? 

- Czy sądzisz, że jest kretynem? 

- No nie. 

-  Wobec  tego  musi  wiedzieć.  Jeśli  ja  domyśliłem  się  tego  w  Rebmie,  to  tym  bardziej  on  w  Amberze. A  ja 

odgadłem prawdę po migotaniu Cienia. 

- Niestety, mam złe przeczucia co do tej wyprawy - powiedziałem - ale to pomysł Bleysa. 

- Wycofaj się i niech on sam kładzie głowę pod topór. 

- Nie mogę podjąć takiego ryzyka. A nuż wygra. Ja stoję na czele floty. 

- Rozmawiałeś z Caine'em i z Gerardem? 

- Tak. 

- Więc pewno sądzisz, że  na morzu masz  szansę. Ale  posłuchaj, jak wnoszę  z tutejszych plotek dworskich, Eryk 

posiadł tajemnicę Klejnotu Wszechmocy. Dało mu to władzę nad pogodą i Bóg wie, nad czym jeszcze. 

-  Wielka  szkoda  -  powiedziałem.  -  Będziemy  musieli  jakoś  to  znieść.  Nie  możemy  dać  się  wystraszyć  paru 

sztormom. 

- Corwin, muszę ci coś wyznać. Trzy dni temu sam rozmawiałem z Erykiem. 

- Po co? 

- Prosił mnie o to. Rozmawiałem z nim z nudów. Nakreślił mi ze szczegółami swoją linię obronną. 

- Dowiedział się od Juliana, że przybyliśmy tu razem i był pewien, że mi wszystko powtórzysz. 

- Zapewne. Ale to nie zmienia faktów. 

- Masz rację. 

- Więc niech Bleys walczy sobie na własną rękę, a ty uderz na Eryka później. 

- Niedługo ma zostać ukoronowany. 

- Wiem, wiem. Ale równie  dobrze  można zaatakować króla jak księcia, czyż nie? Co za  różnica, jaki będzie nosił 

tytuł w chwili, gdy go pokonasz? To będzie nadal ten sam Eryk. 

- To prawda, ale związałem się z Bleysem. 

- Więc się odwiąż. 

- Nie mogę tak postąpić. 

- Wobec tego jesteś szalony. 

- Może. 

- Cóż, powodzenia. 

- Dzięki. 

- Do zobaczenia. 

Na  tym  skończyliśmy  rozmowę,  która  zasiała  jednak  we  mnie  ziarno  niepokoju. Czyżbym  zmierzał prosto  w 

pułapkę? Eryk nie był głupcem. Może zarzucił już na nas gigantyczną sieć śmierci? Wzruszyłem ramionami i oparłem się o 

burtę, włożywszy karty ponownie za pasek. 

To dumne i samotne uczucie być księciem Amberu, nie mogącym nikomu zaufać. W danej chwili nie sprawiało mi 

to szczególnej satysfakcji, ale trudna rada... 

Oczywiście, to Eryk był sprawcą sztormu, który na nas spadł, co by się zgadzało z twierdzeniem Randoma, że jest 

panem pogody w Amberze. 

Spróbowałem więc  i ja  pewnej sztuczki  Poprowadziłem flotę w kierunku Amberu, nad którym szalała  śnieżyca. 

Była  to najstraszniejsza nawałnica śnieżna, jaką mogłem wywołać. Ogromne płatki śniegu zaczęły spadać  także  na ocean. 

Niech Eryk spróbuje poradzić sobie ze zwykłym darem z Cienia, jeśli potrafi. 

I poradził sobie. 

W ciągu pół godziny śnieżyca ustała. Amber okazał się, praktycznie wodoszczelny -  było to naprawdę  jedyne  w 

swoim rodzaju miasto. Nie chciałem zbaczać z kursu, pozostawiłem więc bieg rzeczy własnemu losowi. Eryk rzeczywiście 

panował nad pogodą w Amberze. 

Co teraz robić? 

Płynęliśmy dalej, prosto w objęcia śmierci. 

Cóż mogę dodać? 

Drugi  sztorm  okazał  się  jeszcze  gorszy  niż  pierwszy,  ale  udało  mi  się  utrzymać  koło  sterowe.  Burza  była 

naładowana  elektrycznością  i skierowana  głównie  na  flotę. Rozproszyła  nas po  morzu i zabrała  nam Jeszcze  czterdzieści 

statków. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

37 / 55

background image

Bałem się skontaktować z Bleysem i usłyszeć, co jego spotkało. 

- Zostało mi jeszcze dwieście tysięcy wojska  - powiedział. - Mieliśmy potop. Powtórzyłem mu, co usłyszałem od 

Randoma. 

- Gotów jestem dać temu wiarę - odrzekł. - Ale nie ma co się nad tym rozwodzić. Panuje nad pogodą czy nie, i tak 

go pobijemy. 

- Miejmy nadzieję - odparłem. 

Zapaliłem  papierosa  i  oparłem  się  o  dziób.  Wkrótce  powinniśmy  zobaczyć  Amber.  Umiałem  już  na  powrót 

poruszać  się  pośród Cieni i wiedziałem, jak  tam dotrzeć. Wszak wszyscy miewają złe przeczucia i żaden dzień nigdy nie 

wydaje  się odpowiedni... Płynęliśmy więc dalej, kiedy spadła na nas nagła ciemność i rozpętał się najgorszy ze  sztormów. 

Uszliśmy  jakoś  przed  jego  czarnymi  mackami, ale  przeszył mnie  strach.  Byliśmy  na  północnych  wodach  -  jeśli  Caine 

dotrzyma słowa, to wszystko w porządku, gdyby jednak zamierzał nas wydać, to ma nad wyraz korzystną sytuację. 

Przyjąłem, że nas zdradzi. Dlaczegóż by nie? Przygotowywałem właśnie flotę do bitwy - pozostałe siedemdziesiąt 

trzy okręty - gdy zobaczyłem, że  płynie  w naszym kierunku. Karty kłamały - lub też powiedziały całą prawdę - wskazując 

na niego jako na kluczową postać. 

Jego  statek  wysunął  się  na  czoło  i  popłynąłem  mu  na  spotkanie.  Stanęliśmy  burta  w  burtę,  patrząc  na  siebie. 

Mogliśmy  skomunikować  się  przez  Atuty,  ale  Caine  zdecydował  inaczej,  a  ponieważ  miał  silniejszą  pozycję, etykieta 

rodzinna  wymagała, aby  to  on wybrał  odpowiedni  środek.  Najwyraźniej chciał, żeby  go wszyscy  słyszeli, gdy  krzyknął 

przez tubę: 

- Corwin! Złóż broń! Mamy nad wami przewagę liczebną! Nie macie żadnych szans! 

Spojrzałem na niego przez wodę i podniosłem swoją tubę do ust. 

- Co z naszą umową? - spytałem. 

- Uznaj ją za niebyłą - odparł. - Twoje siły są  o wiele za  słabe, żeby zdobyć Amber, oszczędź wiec swoich ludzi i 

poddaj się. 

Obejrzałem się przez ramię na słońce. 

-  Zechciej wysłuchać  mej prośby, bracie, i  pozwól,  bym póki  słońce  nie  stanie  w  zenicie, mógł  naradzić  się  z 

moimi kapitanami. 

- Dobrze - odparł bez wahania. - Jestem pewien, że zdają sobie sprawę ze swojego położenia. 

Odwróciłem się i wydałem rozkaz odwrotu i dobicia do reszty naszych okrętów. 

Gdybym  spróbował  uciec,  Caine  ścigałby  mnie  przez  Cienie  i  niszczył  jeden  statek  po  drugim.  Proch  się  nie 

zapalał na prawdziwej  Ziemi, ale wystarczyło odpłynąć dość  daleko, aby i on posłużył do naszej zguby. Gdybym uszedł 

sam, flota  nie  mogłaby  przebyć  morza  Cieni  beze  mnie  i osiadłaby  tu,  na  prawdziwych  wodach, niczym  stado  kaczek. 

Cokolwiek bym zrobił, załogę czeka śmierć albo uwięzienie. 

Random miał rację. 

Wyciągnąłem Atut z Bleysem i skoncentrowałem się na obrazku, póki się nie poruszył. 

- Tak? - usłyszałem jego zaniepokojony głos. Z daleka dochodziły mnie jakby odgłosy bitwy. 

- Mam kłopot - powiedziałem. - Przebiłem się z siedemdziesięcioma trzema okrętami, lecz Caine zażądał. abyśmy 

do południa się poddali. 

- Niech to diabli!  - zaklął Bleys. - Nie  dotarłem aż tak daleko jak ty, a na  dodatek  jestem teraz w  samym środku 

bitwy.  Kawaleria  roznosi nas  na  strzępy. Nie  mogę  ci  więc  nic  rozsądnego  doradzić. Mam własne  problemy. Rób,  jak 

uważasz za stosowne. Znowu nacierają! - I kontakt się urwał. 

Wyciągnąłem teraz  kartę Gerarda. Kiedy rozmawialiśmy, zdawało mi się, że dostrzegam linię  brzegową za  jego 

plecami. To by potwierdzało moje przypuszczenie, że jest na morzach południowych. Z niechęcią wspominam tę rozmowę. 

Zapytałem go, czy może i zechce udzielić mi wsparcia w walce przeciw Caine'owi. 

-  Zgodziłem się  tylko cię przepuścić  - odparł. - Dlatego wycofałem się na  południe. Nie  zdążyłbym przyjść  ci z 

pomocą, nawet gdybym chciał. Poza tym nie umawiałem się, że będę ci pomagał w zabiciu naszego brata. 

I zanim zdążyłem odpowiedzieć, już go nie było. Miał oczywiście  rację. Zgodził się dać mi sposobność do walki, 

a nie walczyć za mnie. 

Cóż mi pozostawało? 

Zapaliłem papierosa, chodząc tam i z  powrotem po pokładzie. Robiło się coraz później. Poranna mgła dawno się 

rozeszła, a słońce grzało w plecy. Niedługo będzie południe. Za jakieś dwie godziny... 

Obracałem w rękach karty, ważyłem je na dłoni. Mogłem przy ich użyciu wezwać Eryka lub Caine'a na pojedynek 

woli. Dawały taką możliwość i zapewne jeszcze wiele innych, o których nic nie wiedziałem. Zostały tak zaprojektowane na 

rozkaz  Oberona,  ręką  szalonego  artysty  Dworkina  Barimena,  garbusa  o  dzikim  spojrzeniu,  który  był  czarownikiem, 

księdzem lub medykiem - różne wersje krążyły - z jakiegoś odległego Cienia, w którym ojciec uratował go przed okrutnym 

losem,  jaki  sobie  zgotował.  Nikt  nie  znał  szczegółów,  ale  od  tamtej  pory  Dworkin  miał  lekko  pomieszane  w  głowie. 

Niemniej  był wielkim artystą i  niewątpliwie  posiadał  dziwną  moc. Zniknął wieki  temu, po stworzeniu  kart  i wytyczeniu 

Wzorca  w Amberze. Często  zastanawialiśmy  się, co się  z  nim stało, ale  nikt nie  potrafił  udzielić  odpowiedzi.  Może  to 

ojciec kazał go zgładzić, żeby na zawsze zachować jego sekrety w tajemnicy. 

Caine będzie przygotowany na taki krok z  mojej strony i prawdopodobnie  nie  zdołam go złamać, choć może  uda 

mi się go przetrzymać. Lecz jego ludzie, tak czy owak, z pewnością dostali rozkaz ataku. 

Eryk  będzie  bez  wątpienia  gotowy  na  wszystko,  ale  skoro  nie  pozostawało  mi  nic  innego,  to  co  mi  szkodzi 

spróbować? Nie miałem nic do stracenia oprócz duszy. 

Była też jeszcze karta przedstawiająca Amber. Za jej pomocą mogłem się tam przenieść i próbować zabójstwa, ale 

szansę przeżycia miałbym wtedy jedną na milion. 

Bytem gotów  zginąć w walce, lecz  po co ciągnąć  za  sobą  na  śmierć  tych  wszystkich  ludzi? Moja  krew  została 

najwyraźniej skażona, mimo władzy, jaką miałem nad Wzorcem. Prawdziwy książę Amberu nie  miałby takich skrupułów. 

Doszedłem  do  wniosku,  że  musiałem  się  zmienić  podczas  tych  stuleci  spędzonych  na  Cieniu-Ziemi,  które  mnie 

zmiękczyły, sprawiły, że stałem się inny niż moi bracia. 

Postanowiłem, że  poddam  flotę, a  sam przeniosę  się  do Amberu  i  wyzwę  Eryka  na  rozstrzygający  pojedynek. 

Będzie głupcem, jeśli przyjmie wyzwanie, ale cóż do diabła, i tak nie miałem nic do stracenia. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

38 / 55

background image

Odwróciłem  się,  żeby  wydać  rozkazy  oficerom,  gdy  nagle  chwyciła  mnie  w  swe  kleszcze  straszna  siła, 

odbierająca mi  dech i mowę. Poczułem, że  ktoś  szuka  ze mną  kontaktu  i w  końcu  udało się  wykrztusić przez  zaciśnięte 

zęby:  "Kto tam?"  Nie było odpowiedzi, tylko powolne, uporczywe wiercenie w  głębi czaszki, któremu z determinacją  się 

przeciwstawiłem. Po chwili, kiedy Eryk  zorientował się, że  nie  złamie  mnie  bez  długiej  walki, usłyszałem jego  głos  na 

wietrze: 

- Jak ci idzie, bracie? 

- Niespecjalnie  - odparłem czy też pomyślałem, a on zachichotał, choć głos miał zduszony, jakby brakło mu tchu 

po naszej potyczce. 

-  Wielka  szkoda  -  powiedział.  -  Gdybyś  wrócił  mnie  poprzeć,  hojnie  bym  cię  wynagrodził.  Teraz  jest  już 

oczywiście za późno. Pozostaje mi cieszyć się z twojej i Bleysa porażki. 

Nie odpowiedziałem, lecz  zaatakowałem go z całą zaciekłością. Cofnął się trochę przed tym natarciem, ale  zdołał 

zatrzymać mnie w miejscu. 

Gdyby  któryś  z  nas pozwolił sobie  na  moment nieuwagi, dostałby  się  pod  psychiczną  dominację  drugiego  lub 

wszedł  z  nim  w  kontakt  fizyczny.  Widziałem  go  bardzo  wyraźnie  we  wnętrzu  pałacu.  Żaden  z  nas  nie  śmiał  zrobić 

najmniejszego ruchu, żeby nie dać przewagi przeciwnikowi. 

Toteż  walczyliśmy  ze  sobą  tylko  wzrokiem i  wewnętrzną  silą  woli.  Cóż, rozwiązał jeden  z  moich  problemów 

atakując  mnie  pierwszy. Trzymał mój Atut w  lewej ręce  i wpatrywał się  we mnie  ze  zmarszczonymi brwiami. Szukałem 

słabego punktu, ale bez rezultatu. Moi ludzie coś do mnie mówili, lecz nie słyszałem ich słów stojąc oparty o burtę. 

Która to mogła być godzina? 

Poczucie czasu opuściło mnie, odkąd zaczęło się nasze starcie. Czy mogły już minąć dwie  godziny? Nie  miałem 

pojęcia. 

-  Odgaduję, co  cię  dręczy  - rzekł Eryk. - Tak, współdziałam  z  Caine'em. Skontaktował  się  ze  mną  po  waszych 

pertraktacjach. Mogę cię tu trzymać, gdy tymczasem on rozbije twoją flotę i wyśle ją do Rebmy rybom na pożarcie. 

- Poczekaj -  powiedziałem. -  Oni są bez winy. Bleys i ja  zwiedliśmy ich i myślą, że prawo jest po naszej stronie. 

Ich śmierć nic ci nie da. Miałem zamiar poddać flotę. 

- Trzeba było nie zwlekać z tym tak długo - odparł. - Teraz jest już za późno. Nie mogę wezwać Caine'a i odwołać 

rozkazu nie  zwalniając  cię, a  w  momencie  kiedy cię  zwolnię, dostanę  się  pod  twoją  psychiczną  dominację  albo  zostanę 

przez ciebie napadnięty bezpośrednio. Nasze psychiki są zbyt podobne. 

- A gdybym dał ci słowo, że tego nie wykorzystam? 

- Łatwo jest złamać słowo, żeby zdobyć królestwo. 

- Czyż nie czytasz w moich myślach? Nie czujesz, że mówię prawdę? Dotrzymam słowa! 

- Czuję jakąś dziwną litość z twojej strony w stosunku do istot, które zwiodłeś, i nie wiem, czemu to przypisać, ale 

nie mogę  się  zgodzić. Sam rozumiesz. Nawet jeśli w tej chwili mówisz szczerze, czego nie  wykluczam, to pokusa  będzie 

zbyt wielka w momencie, gdy zdarzy się okazja. Sam to wiesz. Nie mogę ryzykować. 

Miał rację. Amber płonął zbyt silnie w naszych żyłach. 

-  Twoja  sztuka  władania  bronią  znacznie  wzrosła  -  zauważył.  -  Widzę,  że  wygnanie  pod  tym  względem  ci 

posłużyło. Chyba  ty jeden mógłbyś z czasem stać się  moim równorzędnym przeciwnikiem, nie licząc Benedykta, o ile on 

żyje. 

- Nie pochlebiaj sobie - powiedziałem szybko. - Jestem pewien, że mogę cię pobić. Prawdę mówiąc... 

- Nie trudź się. Nie mam zamiaru się z tobą pojedynkować w obecnym stanie rzeczy. - I uśmiechnął się, odgadując 

moją myśl, która płonęła aż nazbyt jasno. 

-  Niemal żałuję, że  nie  stoisz  u mojego boku - rzekł. - Miałbym z ciebie więcej pożytku niż  z któregokolwiek  z 

tamtych. Julianem gardzę. Caine jest tchórzem, a Gerard jest silny, ale głupi. 

Postanowiłem wtrącić dobre słowo za Randomem. 

- Posłuchaj - powiedziałem. - To ja namówiłem Randoma, żeby tu ze  mną przybył, on się wcale  do tego nie  palił. 

Myślę, że byłby cię poparł, gdybyś się do niego zwrócił. 

-  Ten  łajdak!  Nie  powierzyłbym  mu  nawet  opróżniania  nocników.  Prędzej  czy  później  znalazłbym  w  swoim 

piranię. Nie, dziękuję. Może nawet darowałbym mu życie, gdyby nie twoje wstawiennictwo. Chciałbyś, żebym przycisnął 

go do piersi i nazwał bratem, tak? O nie! Zbyt szybko stanąłeś w jego obronie. To zdradza jego prawdziwe intencje, które 

niewątpliwie znasz. Niech lepiej nie liczy na prawo łaski. 

Poczułem dym i usłyszałem szczęk metalu o metal. To by znaczyło, że Caine już nadciągnął i przystąpił do dzieła. 

- Masz rację - powiedział Eryk, czytając w moich myślach. 

- Powstrzymaj go! Proszę cię! Moi ludzie nie mają szansy przeciwko takiej sile! 

-  Nawet  gdybyś  się  oddał w moje  ręce  -  Urwał  i zaklął. Pochwyciłem jednak  jego  zamysł.  Mógł kazać  mi  się 

poddać  w  zamian  za  ich  życie  i  wcale  nie  przerwać  rzezi.  Z  przyjemnością  by  tak  postąpił,  ale  w  zacietrzewieniu 

wyniknęło mu się tych parę zdradliwych słów. 

Zaśmiałem się szyderczo z jego irytacji. 

- I tak już wkrótce cię dostanę - warknął. - Jak tylko zdobędę okręt flagowy. 

- A tymczasem masz! - krzyknąłem i natarłem na niego całą siłą woli, wgryzając mu się  w mózg, bombardując go 

swoją nienawiścią. Poczułem jego ból, co jeszcze dodało mi ostrogi. Smagałem go bezlitośnie w rewanżu za wszystkie lata 

na  wygnaniu, przynajmniej taką  wyznaczając  mu zapłatę. Zaatakowałem granice  jego  zdrowych  zmysłów w  odwecie  za 

cierpienia, jakie  zesłał  na mnie  podczas  zarazy. Uderzyłem go  z  całym impetem za wypadek samochodowy, którego był 

sprawcą, zadając mu mękę w zamian za własne udręki. 

Zachwiał się jakby, co jeszcze wzmogło moją furię. Natarłem z nową energią i poczułem, że jego duch słabnie. 

-  Ty  diable!  -  krzyknął  w  końcu  i  zasłonił  ręką  kartę,  którą  trzymał.  Kontakt  się  urwał;  stałem  na  pokładzie 

dygocząc jak w febrze. 

Dokonałem tego. Pobiłem go w pojedynku woli. Mogłem się już nie obawiać mojego brata tyrana w żadnej formie 

walki wręcz. Byłem od niego silniejszy. 

Zaczerpnąłem  kilka  głębokich  oddechów  i  stałem  wyprostowany  oczekując  chłodnego  powiewu  zwiastującego 

kolejny psychiczny atak. Wiedziałem jednak, że  to mi nie grozi, w każdym razie  ze strony Eryka. Czułem, że przestraszył 

się mojej wściekłości. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

39 / 55

background image

Rozejrzałem się wokół - wszędzie  wrzała walka. Pokłady już spływały krwią. Wrogi okręt zahaczył o nas burtą, a 

inny próbował zrobić  to samo  z  drugiej  strony. Koło  ucha  gwizdnęła  mi  strzała. Wyciągnąłem miecz  i  skoczyłem w  wir 

walki. 

Nie  wiem, ilu  ludzi  zabiłem  tego  dnia. Po  dwunastym  czy trzynastym  straciłem  rachubę. W każdym razie  już 

podczas tej jednej potyczki było ich co najmniej dwa razy tyle. Wrodzona siła książąt Amberu, dzięki której mogłem unieść 

mercedesa, dobrze mi tego dnia służyła i byłem w stanie jedną ręką wyrzucić mężczyznę za burtę. 

Wybiliśmy  do  nogi  załogi  wrogich  statków  i  zatapiając  luki  wysłaliśmy  obydwa  do  Rebmy,  żeby  uradować 

Randoma taką masakrą. Z mojej własnej załogi została połowa, a ja odniosłem niezliczone ukłucia i zadrapania, ale żadnej 

poważnej rany. Pospieszyliśmy  na  pomoc  bratniemu  okrętowi  i pobiliśmy  kolejnych  napastników. Wszyscy  z  naszych, 

którzy ocaleli, przeszli na mój statek flagowy i znów miałem pełną załogę. 

- Krwi! - krzyknąłem. - Krwi i zemsty! Dajcie mi to, dzielni wojownicy, a wasze imię w Amberze nie zaginie! 

Jak jeden mąż podnieśli broń wrzeszcząc: "Krwi!" 

I popłynęły jej tego dnia już nie galony, ale całe rzeki. Zniszczyliśmy jeszcze dwie jednostki Caine'a, uzupełniając 

załogę niedobitkami z naszej floty. Kiedy zmierzaliśmy do szóstego statku, wspiąłem się na grotmaszt, żeby się rozejrzeć w 

sytuacji. 

Wyglądało na to, że  mają nad nami przewagę  trzy do jednego. Z mojej floty zostało  na oko  czterdzieści pięć  do 

pięćdziesięciu pięciu statków. 

Wzięliśmy szósty statek i nie musieliśmy rozglądać się za siódmym i ósmym. Same do nas przypłynęły. Pobiliśmy 

je też, ale odniosłem parę ran podczas walki, po której znów zostałem z połową załogi. Otrzymałem głębokie cięcie w lewe 

ramię i w prawe udo, a ponadto rwało mnie rozpłatane prawe biodro. 

Kiedy posłaliśmy te dwa  statki na dno, ruszyły na nas następne. Uszliśmy przed nimi pod osłoną jednej z naszych 

jednostek,  która  właśnie  zwycięsko  wyszła  z  własnej  potyczki.  Raz  jeszcze  połączyliśmy  siły,  tym  razem  przenosząc 

banderę na tamten statek, mniej zniszczony niż mój, który już zaczął nabierać wody i miał przechył na prawą burtę. 

Nie mieliśmy niemal pola  manewru, kiedy podpłynął następny wrogi okręt i jego załoga zaczęła wdzierać się  na 

nasz pokład. Moi ludzie byli zmęczeni i mnie też niewiele brakowało. Na szczęście tamci byli w nie lepszym stanie. Zanim 

przybyto  im na  odsiecz,  pokonaliśmy  ich  i  zawładnęli pokładem,  po  raz  kolejny  przenosząc  banderę  na  lepszy  statek. 

Odnieśliśmy jeszcze jedno zwycięstwo i zostałem teraz z dobrym statkiem, czterdziestoma ludźmi i resztką sił. 

W zasięgu  wzroku nie było już nikogo, kto mógłby nam przyjść z  pomocą. Każdy z moich pozostałych okrętów 

toczył boje z  co najmniej jednym statkiem Caine'a. Musieliśmy  uciekać przed kolejnym napastnikiem. Zyskaliśmy w  ten 

sposób jakieś dwadzieścia  minut. Usiłowałem  wpłynąć  do  Cienia, ale  to ciężki i  powolny proces tak  blisko Amberu. O 

wiele  łatwiej  jest  dostać  się  w  tę  stronę  niż  z  powrotem, gdyż  Amber  jest samym środkiem, przyczyną  wszechrzeczy. 

Gdybym miał jeszcze dziesięć minut, może by mi się udało. Ale nie miałem. 

Kiedy  ścigający  nas  podpływali coraz  bliżej,  zobaczyłem, że  z  oddali  kieruje  się  w  naszą  stronę  jeszcze  inny 

statek.  Oprócz  barw  Eryka  i  flagi  z  białym  jednorożcem  dojrzałem  również  czamo-zieloną  banderę  Caine'a.  Chciał 

osobiście dokończyć dzieła. 

Pokonaliśmy  załogę  pierwszego okrętu, lecz  nie  mieliśmy nawet czasu otworzyć  grodzi, kiedy  zjawił się  Caine. 

Stałem na zakrwawionym pokładzie z garstką mężczyzn wokół, gdy Caine z dzioba  swego statku wezwał mnie, żebym się 

poddał. 

- Czy jeśli to zrobię, darujesz moim ludziom życie? 

- Tak - odparł. - Inaczej sam musiałbym bez potrzeby stracić paru wojowników. 

- Słowo księcia? 

Pomyślał chwilę, potem skinął głową. 

- Słowo - powiedział, - Każ załodze złożyć broń i przejść na mój pokład, kiedy podpłynę. 

Schowałem miecz do pochwy i zwróciłem się do moich ludzi. 

- Stoczyliście wspaniałą walkę i kocham was za to. Niestety, przegraliśmy. - Mówiąc to wycierałem ręce starannie 

w pelerynę, żeby nie poplamić  dzieła  sztuki Dworkina, po które zaraz miałem sięgnąć. - Złóżcie teraz  broń i wiedzcie, że 

wasze dzisiejsze czyny na trwałe zapiszą się w pamięci. Pewnego dnia oddam wam sprawiedliwość na dworze w Amberze. 

Mężczyźni, dziewięciu czerwonoskórych olbrzymów i trzech kudłatych karzełków, płakali składając broń. 

-  Nie  sądźcie, że  wszystko  stracone, jeśli  chodzi o  nasze  miasto  -  pocieszyłem  ich. -  Przegraliśmy  tylko jedną 

bitwę, ale walka jeszcze trwa. Mój brat Bleys właśnie toruje sobie  drogę do Amberu. Caine  dotrzyma słowa  i daruje  wam 

życie, nawet gdy zobaczy, że odszedłem połączyć się z Bleysem. Przykro mi, że nie mogę wziąć was ze sobą. 

Wyjąłem Atut  Bleysa  z  talii i  trzymałem go  nisko, za  burtą, zasłaniając  przed  tamtym statkiem. Właśnie  kiedy 

Caine się zbliżył, poczułem ruch pod zimną powierzchnią. 

- Kto? - spytał Bleys. 

- Corwin. Co u ciebie? 

- Wygraliśmy bitwę, ale straciliśmy wielu ludzi. Odpoczywamy teraz przed podjęciem marszu. A u ciebie? 

-  Udało nam się zatopić chyba połowę floty Caine'a, ale  on zwyciężył. Zaraz wejdzie  na mój pokład. Pomóż mi 

uciec. 

Bleys wyciągnął rękę, dotknąłem jej i upadłem mu w ramiona. 

- Zaczyna mi to wchodzić w zwyczaj - mruknąłem i dopiero wtedy spostrzegłem, że  i on jest ranny. Głowę i lewą 

dłoń miał owinięte bandażem. 

- Byłem zmuszony złapać gołą ręką ostrze sztyletu - wyjaśnił. - Piecze jak diabli. 

Odetchnąłem głęboko  i  poszliśmy  do  jego  namiotu, gdzie  otworzył butelkę  wina  i poczęstował  mnie  chlebem, 

serem  i  suszonym  mięsem.  Miał  wciąż  spory  zapas  papierosów;  wziąłem  jednego  i  zapaliłem,  podczas  gdy  lekarz 

wojskowy opatrywał mi rany. 

Zostało  mu  jeszcze  sto  osiemdziesiąt  tysięcy  żołnierzy. Kiedy  tego  wieczoru  patrzyłem  ze  wzgórza  na  rozbite 

namioty, ujrzałem przed sobą nieskończenie długi szereg obozowisk, w których koczowałem przez te wszystkie  stulecia. I 

naraz poczułem, że łzy mi napływają do oczu na myśl o ludziach, którzy w przeciwieństwie do władców Amberu żyją tylko 

krótką chwilę, zanim obrócą się w proch, a jeszcze tylu z nich ginie na polach bitewnych całego świata. 

Wróciłem do namiotu Bleysa i skończyliśmy butelkę wina.

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

40 / 55

background image

Rozdział 07 

Tej nocy znów rozpętał się gwałtowny sztorm. Nie zelżał nawet, kiedy srebrzysty świt przebił się zza chmur, lecz 

towarzyszył nam uparcie przez cały dzień. 

Wędrówka w deszczu, i to zimnym, nie wpływa dobrze na morale. Zawsze nienawidziłem błota, po którym byłem 

zmuszony maszerować przez całe wieki! 

Szukaliśmy drogi w Cieniu, na  której nie padałyby deszcze, ale nasze  wysiłki nie przynosiły żadnych rezultatów. 

Maszerowaliśmy do Amberu w ubraniach klejących się do ciała, do wtóru piorunów i przy blasku błyskawic. 

Następnej nocy temperatura opadła i rano powitały nas sztywne od mrozu chorągwie i biały świat pod ołowianym, 

zasnutym śnieżycą niebem. 

Nasi żołnierze, pomijając  tych małych, kudłatych, nie  byli odpowiednio wyposażeni do takich okoliczności, toteż 

kazaliśmy im iść jak najszybciej, żeby zapobiec  odmrożeniom. Czerwone wielkoludy cierpiały. W ich ojczyźnie klimat był 

bardzo ciepły. 

Tego dnia zaatakowały nas tygrys, niedźwiedź polarny oraz wilk. Tygrys, którego zabił Bleys, mierzył od czubka 

nosa do końca ogona ponad cztery metry dwadzieścia centymetrów. 

Maszerowaliśmy  do  późna  w  noc, aż  do  porannej rosy.  Bleys  poganiał  żołnierzy,  żeby  czym prędzej  wyjść  z 

zimnych Cieni. Atut Amberu ukazywał ciepłą, suchą jesień, a zbliżaliśmy się już do prawdziwej Ziemi. 

Następnego  dnia  maszerowaliśmy  do  północy  przez  topniejący  śnieg,  śnieg  z  deszczem, zimny  deszcz,  ciepły 

deszcz, aż  do  suchego  lądu. Wydaliśmy rozkaz,  żeby tu  rozbić  obóz, z  potrójnym  kordonem  straży. Biorąc  pod  uwagę 

zmęczenie wojska, byliśmy łatwym łupem. Ale ludzie już ledwo trzymali się na nogach i nie uszliby dużo dalej. 

Atak  nastąpił kilka  godzin później, pod  wodzą  Juliana, czego  się  dowiedziałem poniewczasie  z  opisu  tych,  co 

przeżyli.  Skierował  komandosów  na  najsłabiej  obstawione  punkty  naszego  obozu,  na  tyłach. Gdybym  wiedział,  że  to 

Julian, mógłbym spróbować  go  przytrzymać  za  pomocą  jego Atutu, ale  dowiedziałem się  tego  dopiero po  fakcie. Przez 

nagły napad zimy straciliśmy niemal dwa tysiące ludzi i nie wiadomo, ilu jeszcze w walce z Julianem. 

Wojsku  zaczynała  zagrażać  demoralizacja,  niemniej  posłuchali  rozkazu  wymarszu.  Następny  dzień  był  jedną 

wielką pułapką. Armia naszej wielkości miała za małą możliwość manewru, żeby sobie poradzić z podjazdami, które Julian 

przeciwko  nam  wysyłał.  Zabiliśmy  wprawdzie  paru  jego  ludzi,  ale  stosunkowo  niewielu,  może  jednego  na  dziesięciu 

naszych. 

W  południe  wkroczyliśmy  w  dolinę  biegnącą  równolegle  do  brzegu  morza.  Las  Ardeński  znajdował  się  na 

północy, na  lewo, a Amber prosto przed nami. Powietrze  było chłodne i przesycone aromatem ziemi i jej płodów. Opadło 

już parę liści. Amber leżał osiemdziesiąt mil przed nami, widoczny tylko jako migotliwy blask nad horyzontem. 

Po południu zebrały się chmury, spadł lekki deszcz i z nieba zaczęły walić pioruny. Potem burza ucichła i wyjrzało 

słońce, osuszając świat. 

Po jakimś czasie poczuliśmy dym. A po chwili zobaczyliśmy wokół języki płomieni. I wkrótce  strzeliły w  niebo 

ruchome ściany ognia, które  zbliżały się do nas z miarowym trzaskiem, niosąc ze sobą  żar i wzniecając panikę  w naszych 

szeregach. Rozległy się krzyki, kolumna rozpadła się i rzuciła do ucieczki. Zaczęliśmy biec. 

Obsypał nas  deszcz  popiołu,  a  dym robił  się  coraz  gęstszy. Pędziliśmy  co  sil, ale  ogień  był  szybszy. Płonące 

połacie  lasu  huczały  i  grzmiały  wokół,  zalewając  nas  falami  gorąca.  Wkrótce  płomienie  były  już  przy  nas,  drzewa 

poczerniały, liście się spopieliły, mniejsze drzewka zaczęły się chwiać. Droga przed nami była jedną rzeką płomieni. 

Biegliśmy jak szaleni, bojąc się, że za chwilę będzie jeszcze gorzej. I nie myliliśmy się. Teraz już i wielkie, grube 

drzewa  padały  nam  pod  nogi;  musieliśmy  je  przeskakiwać  i  okrążać.  Całe  szczęście,  że  byliśmy  na  szerokiej  drodze 

leśnej... 

Żar stał się  nie  do wytrzymania  i oddychaliśmy  z  największym trudem. Mijały nas jelenie, wilki, lisy  i zające, 

ignorując  naszą  obecność  i siebie  nawzajem w  panicznej ucieczce. Nad  dymem  unosił się  krzyk  ptaków, które  spadały 

masowo na ziemię, nie zwracając niczyjej uwagi. 

Spalenie  tego  wiekowego lasu, równie sędziwego jak Las Ardeński, wydawało  mi  się  niemal świętokradztwem. 

Ale Eryk był księciem Amberu i wkrótce miał zostać królem. Na jego miejscu może zrobiłbym to samo... 

Miałem  osmalone  brwi  i włosy, a  gardło  spalone  jak komin. Zadawałem sobie  pytanie, ile  ofiar  będzie  nas  ten 

pożar  kosztować? Między nami i Amberem leżało  jeszcze  siedemdziesiąt mil zalesionej doliny,  za  nami, do  końca  lasu, 

zostało ponad trzydzieści. 

-  Bleys!  -  wykrztusiłem. -  Dwie  lub  trzy mile  przed  nami  jest  rozgałęzienie!  Prawa  odnoga  prowadzi do  rzeki 

Oisen, płynącej do morza. To nasza jedyna szansa! Cała dolina Garnath stoi w ogniu. Jedyna nadzieja w tym, że dotrzemy 

do wody! 

Przytaknął. Biegliśmy dalej, ale ogień był szybszy. Dotarliśmy jednak do rozwidlenia, gasząc płomienie na tlącym 

się  ubraniu,  wycierając  popiół  z  oczu  i wypluwając  go  z  ust, przeczesując  rękami włosy, kiedy  zagnieździły  się  w  nich 

płomyki. 

- Jeszcze tylko ćwierć mili - powiedziałem. 

Kilkakrotnie  spadały na  mnie  rozżarzone  gałęzie, nie osłonięta  skóra paliła  mnie  żywym ogniem, a  i te  osłonięte 

części ciała miały się nie lepiej. 

Biegliśmy  przez  płonącą  trawę  wzdłuż  długiego  zbocza  i  kiedy  u  podnóża  dojrzeliśmy  wodę,  jeszcze 

przyspieszyliśmy kroku, choć wydawało się to niemożliwe. Wskoczyliśmy do rzeki, z ulgą zanurzając się w chłodną toń. 

Trzymaliśmy się  z Bleysem jak najbliżej siebie, walcząc  z  prądem, który unosił nas krętym nurtem rzeki Oisen. 

Splątane  konary drzew  nad naszymi głowami wyglądały jak strop płonącej katedry. Kiedy łamały się i spadały prosto  na 

nas,  musieliśmy  ratować  się  błyskawicznym  kraulem  lub  głębokim  nurem  pod  powierzchnię. Wodę  wokół  pokrywały 

syczące, czarne szczątki, a wystające z niej głowy niedobitków naszej armii wyglądały jak pływające orzechy kokosowe. 

Rzeka była ciemna i zimna, wkrótce rozbolały nas rany, zaczęliśmy szczękać zębami i dygotać. Przebyliśmy dobre 

parę  mil,  zanim  zostawiliśmy  z  tyłu  płonący  las  i  dotarliśmy  do  płaskiej,  bezdrzewnej  równiny  biegnącej  do  morza. 

Pomyślałem, że  to idealne  miejsce dla  Juliana, aby zaczaić się  na nas z łucznikami. Podzieliłem się tym z Bleysem, który 

zgodził się z moją opinią, ale uznał, że niewiele możemy na to poradzić. Musiałem przyznać mu rację. Tymczasem drzewa 

płonęły wokół nas, a my posuwaliśmy się naprzód płynąc i brodząc. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

41 / 55

background image

Wydawało się, że  minęły całe godziny, ale  w rzeczywistości musiało upłynąć  znacznie mniej czasu, zanim moje 

obawy się sprawdziły i spadł na nas pierwszy grad strzał. 

Zanurkowałem  i popłynąłem  pod  wodą, a  ponieważ  płynąłem  z  prądem,  udało  mi  się  przebyć  całkiem  niezły 

dystans, zanim znów  wynurzyłem się na  powierzchnię. W tej samej chwili zaświstały  mi  koło  uszu następne  strzały. Nie 

miałem pojęcia, jak długi może być ten korytarz śmierci, ale  nie paliłem się do tego, aby wychodzić na  brzeg i sprawdzać. 

Wciągnąłem  głęboko  powietrze  i  ponownie  dałem  nura.  Dotknąłem  dna  i  wymacując  drogę  między  kamieniami 

przesunąłem się  jak  mogłem najdalej, a  potem  skierowałem się  do  prawego  brzegu, wypuszczając po drodze  powietrze. 

Wychyliłem się  na powierzchnię, wziąłem głęboki oddech i znów się  zanurzyłem, nie rozglądając się przy tym zbytnio na 

boki. Płynąłem, aż zaczęło rozsadzać mi płuca, wtedy znów wyjrzałem. 

Tym  razem nie  miałem  szczęścia  i dostałem strzałą  w  lewy biceps. Zdołałem zanurkować  i  złamać  drzewce,  a 

potem wyciągnąłem grot i posuwałem się do przodu wyrzucając nogi żabką  i pomagając sobie ostrożnymi ruchami prawej 

ręki. Wiedziałem, że  kiedy znów  się  wynurzę, zastrzelą  mnie  jak  kaczkę. Zmusiłem się  więc  do  zostania  pod  wodą, aż 

przed oczami zaczęły mi latać czerwone plamki i pociemniało mi w głowie. Musiałem wytrzymać chyba pełne trzy minuty. 

Za  to kiedy  tym razem wyjrzałem na  powierzchnię, spotkała  mnie cisza. Ciężko dysząc  ruszyłem przez  wodę  do lewego 

brzegu i chwyciłem się zwisających wici. 

Rozejrzałem się  wokół.  Stało  tu  niewiele  drzew  i  ogień  dotąd  nie  dotarł. Oba  brzegi były  puste,  podobnie  jak 

rzeka.  Czyżbym  był  jedynym,  który  ocalał?  Wydawało  mi  się  to  niemożliwe,  Przecież  było  nas  jeszcze  tylu,  kiedy 

przystępowaliśmy do ostatniego marszu... 

Bytem ledwo żywy z  wyczerpania  i obolały  na  całym ciele. Czułem się, jakbym miał spalona  skórę, lecz  woda 

była tak zimna, że trząsłem się  i siniałem. Wiedziałem, że muszę szybko wyjść z rzeki, jeśli chcę utrzymać się przy życiu. 

Uznałem  jednak,  że  stać  mnie  na  jeszcze  parę  podwodnych  wycieczek,  i  postanowiłem  odpłynąć  trochę  dalej,  zanim 

opuszczę bezpieczne głębiny. 

Jakimś  cudem  zdołałem  zanurkować  jeszcze  czterokrotnie, nim  poczułem,  że  za  piątym  razem  mogę  już  nie 

wypłynąć. Przywarłem więc  do  przybrzeżnej skały, złapałem  oddech i  wygramoliłem  się  na  brzeg. Nie  poznawałem tej 

okolicy,  pożar  jednak  ją  ominął.  Na  prawo  stała  gęsta  kępa  krzewów,  doczołgałem  się  do  niej,  wpełzłem  do  środka, 

upadłem na twarz i natychmiast zasnąłem. 

Kiedy się obudziłem, niemal tego pożałowałem. Bolał mnie  każdy centymetr ciała i byłem ciężko chory. Leżałem 

tak bez ruchu przez długie godziny, na wpół przytomny, aż wreszcie z  najwyższym trudem dowlokłem się do rzeki, żeby 

się napić wody. Potem wróciłem do krzaków i znów zasnąłem. 

Byłem  nadal  cały  obolały,  gdy  wróciła  mi  przytomność,  ale  już  trochę  silniejszy.  Poszedłem  do  rzeki  i  z 

powrotem, a potem z pomocą lodowatego Atutu przekonałem się, że Bleys żyje. 

- Gdzie jesteś? - spytał, gdy nawiązałem kontakt. 

-  Sam nie  wiem -  odparłem. -  Cieszę  się, że w ogóle  jeszcze  jestem. Chyba  gdzieś  w pobliżu  morza. Słyszę  w 

oddali fale i rozpoznaję zapach. 

- Jesteś nad rzeką? 

- Tak. 

- Na którym brzegu? 

- Na lewym, patrząc w stronę morza. Północnym. 

- Zostań tam i nie ruszaj się z miejsca. Wyślę kogoś po ciebie. Zbieram nasze rozrzucone siły. Mam już ponad dwa 

tysiące żołnierzy i z każdą chwilą ta liczba się powiększa. Julian zostawił nas na razie w spokoju. 

- Dobrze - powiedziałem i zostałem w miejscu, ułożywszy się do snu. 

Usłyszałem  jakiś  ruch  w  krzakach  i  usiadłem  zaniepokojony. Rozsunąłem  paprocie  i  wyjrzałem.  Były  to  trzy 

czerwone wielkoludy. 

Poprawiłem rynsztunek, wygładziłem  ubranie, przeczesałem ręką  włosy, stanąłem wyprostowany, choć  miałem 

nieco miękkie kolana, odetchnąłem parę razy głęboko i wyszedłem. 

- Jestem tutaj - oznajmiłem. 

Dwaj z nich aż podskoczyli na dźwięk mojego głosu wyjmując błyskawicznie  broń, ale szybko się  zreflektowali, 

powitali  mnie  z  szacunkiem  i  zaprowadzili do  obozu, który  był  odległy  o  jakieś  dwie  mile. Przeszedłem  ten  dystans  o 

własnych siłach. Bleys powitał mnie słowami: 

- Jest nas już ponad trzy tysiące. - Później wezwał lekarza wojskowego, oddając mnie ponownie w jego ręce. 

Tej nocy - która  minęła  spokojnie  - i następnego dnia  wróciła  reszta naszych żołnierzy. Było nas teraz jakieś pięć 

tysięcy. Z daleka widzieliśmy Amber. 

Nazajutrz  rano wyruszyliśmy. Do południa zrobiliśmy piętnaście mil. Maszerowaliśmy wzdłuż plaży i nigdzie nie 

było widać ani śladu Juliana. 

Oparzenia bolały mnie  coraz  mniej. Udo  miałem już wygojone, ale ręka  i ramię  wciąż  mocno dawały mi się we 

znaki. 

Maszerowaliśmy przed siebie i wkrótce od Amberu dzieliło nas już tylko czterdzieści mil. Pogoda była łaskawa, a 

las  na  lewo  zamienił  się  w  wymarłą, czarną  pustynię. Ogień  zniszczył całą  roślinność  w dolinie  i przynajmniej to  jedno 

obróciło się teraz na naszą korzyść. 

Ani Julian, ani nikt inny nie  mógł zastawić na  nas pułapki -  na odległość  mili wszystko widać było jak na  dłoni. 

Przed zachodem słońca przeszliśmy dalszych dziesięć mil, a potem rozbiliśmy obóz na plaży. 

Nazajutrz  uprzytomniłem  sobie,  że  wkrótce  ma  się  odbyć  koronacja  Eryka,  i  przypomniałem  to  Bleysowi. 

Straciliśmy prawie rachubę czasu i teraz zrozumieliśmy, że zostało nam już tylko parę dni. 

Do  południa  wiedliśmy żołnierzy szybkim marszem,  a  potem  stanęliśmy na  odpoczynek. Byliśmy  dwadzieścia 

pięć  mil  od  podnóża  Kolviru.  O  zmroku  ta  odległość  zmalała  do  dziesięciu  mil. I  szliśmy  dalej. Maszerowaliśmy  do 

północy i dopiero wtedy rozbiliśmy obóz. Tego dnia poczułem, że wracają mi siły. Spróbowałem zrobić mieczem parę cięć 

i wyszło to nie najgorzej. Nazajutrz miałem się jeszcze lepiej. 

Maszerowaliśmy, aż doszliśmy do stóp Kolviru, gdzie spotkały nas połączone  siły Juliana i Caine'a, którego flota 

przedzierzgnęła się teraz w piechotę. 

Bleys zagrzewał żołnierzy okrzykami do walki; jak Robert E. Lee pod Chancellorsville, i pobiliśmy ich. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

42 / 55

background image

Zostało nam trzy tysiące  ludzi, kiedy skończyliśmy rozprawiać się  z przeciwnikiem. Julian oczywiście uciekł. Ale 

zwyciężyliśmy. Tej nocy było wielkie święto. Zwyciężyliśmy. 

Niemniej gnębiły mnie coraz poważniejsze obawy i podzieliłem się nimi z Bleysem. Trzy tysiące  ludzi przeciwko 

Kolvirowi. Ja straciłem flotę, a Bleys dziewięćdziesiąt osiem procent swojej piechoty. Nie było powodów do uciechy. 

I wcale mi się to nie podobało. 

Ale nazajutrz zaczęliśmy podejście. Kamienne schodki mieściły tylko dwóch mężczyzn idących ramię w ramię, a 

wyżej  jeszcze  się  zwężały, zmuszając  nas  do  wchodzenia  w  pojedynczym  szeregu. Wspięliśmy  się  sto  metrów,  potem 

dwieście, trzysta. Wtem uderzył w nas sztorm od morza i smagani bezlitośnie, przywarliśmy ciasno do skał. Lecz mimo to 

straciliśmy kilkuset ludzi. 

Podczas dalszej  wspinaczki spadł na  nas ulewny  deszcz. Droga  robiła  się  coraz  bardziej stroma, coraz  bardziej 

śliska. Na mniej więcej jednej czwartej wysokości Kolviru zderzyliśmy się ze schodzącą z góry zbrojną kolumną. Pierwsze 

szeregi zwarły się z naszą strażą przednią i dwóch mężczyzn padło. Zdobyliśmy jeszcze dwa stopnie i padł następny trup. 

I  tak  to  się  toczyło  przez  przeszło  godzinę,  podczas  której  zdołaliśmy  jednak  wdrapać  się  na  jedną  trzecią 

wysokości, mimo przerzedzającego  się  szeregu. Mieliśmy szczęście, że  nasi  czerwonoskórzy wojownicy byli silniejsi od 

ludzi  Eryka. Co chwilę  dawał  się  słyszeć  szczęk  broni, krzyk  i  znoszono  w  dół  kolejną  ofiarę. Czasem był to  któryś  z 

naszych olbrzymów lub porośniętych futrem karzełków, ale częściej żołnierze w barwach Eryka. 

Weszliśmy  do  połowy  góry,  walcząc  o  każdy  stopień.  Wiedzieliśmy,  że  na  szczycie  czekają  na  nas  szerokie 

schody, których  te  prowadzące  do  Rebmy  były  zaledwie  odbiciem.  Zawiodą  nas one  do  Wielkiego  Łuku, który  stanowi 

wschodnie wejście do Amberu. 

Nasza straż przednia liczyła teraz może pięćdziesiąt osób. Potem czterdzieści, trzydzieści, dwadzieścia, tuzin... 

Byliśmy już na dwóch trzecich wysokości, stopnie  szły zygzakiem w górę po ścianie Kolviru. Wschodnie  schody 

są rzadko używane. Stanowią niemal dekorację. Początkowo  mieliśmy w planie przeciąć  spaloną obecnie  dolinę, okrążyć 

górę wspinając się zachodnim szlakiem i wejść do Amberu od tyłu. Przez pożar i działania Juliana ten projekt upadł. Nigdy 

nie zdołalibyśmy  pokonać  góry, jednocześnie ją  okrążając. Mieliśmy do  wyboru  frontalny atak albo nic. Ale  nie  zanosiło 

się na nic. 

Trzech  dalszych przeciwników padło  i zdobyliśmy  cztery stopnie. Z  kolei nasz  człowiek  idący  na czele spadł w 

przepaść i straciliśmy jeszcze jednego wojownika. 

Od  morza  wiał  ostry i  chłodny  wiatr, u  stóp góry zbierały się  ptaki.  Słońce  wyjrzało zza  chmur, czyli  że  Eryk 

najwyraźniej zaniechał sterowania pogodą, teraz kiedy mierzyliśmy się z jego siłami. 

Zdobyliśmy sześć stopni i straciliśmy następnego żołnierza. 

Było dziwnie, smutno i dziko... 

Bleys stał przede mną i wkrótce miała nadejść jego kolej. A potem moja, jeśli zginie. 

Zostało jeszcze sześciu ludzi. 

Dziesięć kroków... 

Teraz zostało tylko pięć. 

Posuwaliśmy się naprzód cal po calu i jak okiem sięgnąć  wszystkie stopnie  w dół poznaczone były krwią. Gdzieś 

w tym musi kryć się głęboki morał. 

Piąty mężczyzna zabił czterech, zanim upadł, i znaleźliśmy się  na kolejnym zakręcie. Wspinaliśmy się zakosami 

coraz wyżej, a nasz obecny przewodnik bił się z bronią w obu rękach. Dobrze, że walczył w świętej wojnie, bo każdy jego 

cios krył prawdziwą żarliwość. Zanim zginął, wyprawił na tamten świat trzech przeciwników. 

Następny już nie był tak żarliwy lub tak dobrze władający bronią. Padł natychmiast i zostało tylko dwóch. 

Bleys wyciągnął swój długi inkrustowany miecz i jego ostrze zalśniło w powietrzu. 

- Zaraz się przekonamy - powiedział - co potrafią zdziałać przeciwko księciu. 

- Mam nadzieję, że jeden książę wystarczy - odparłem, a on zachichotał. 

Byliśmy  chyba  w  trzech  czwartych drogi, kiedy  w  końcu  nadeszła  jego kolej. Skoczył  do  przodu,  natychmiast 

rozprawiając  się  z  pierwszym,  który  mu  stanął  na  drodze.  Drugiemu  błyskawicznie  przebił  gardło  czubkiem  miecza  i 

niemal jednocześnie ściął głowę trzeciemu. Przez chwilę walczył z czwartym, nim go zabił. 

Posuwałem się za nim krok w krok, trzymając odkryty miecz w dłoni. 

Był dobry, nawet  lepszy, niż  pamiętałem. Parł naprzód jak cyklon, a  jego miecz  ciął jak  błyskawica, zbierając 

śmiertelne pokłosie. Cokolwiek by mówić o Bleysie, tego dnia spisał się jak przystało na człowieka jego rangi. 

Zadawałem sobie pytanie, jak długo wytrzyma. 

W  lewej  ręce  trzymał  sztylet,  którym  posługiwał  się  z  bezwzględną  skutecznością,  ilekroć  udało  mu  się 

doprowadzić do bezpośredniego zwarcia. Zostawił go w gardle jedenastej ofiary. 

Nie widziałem końca kolumny naszych przeciwników. Doszedłem do wniosku, że musi ciągnąć się aż  do samego 

szczytu. Miałem nadzieję, że moja kolej nigdy nie nadejdzie, i już niemal w to uwierzyłem. 

Obok mnie spadły jeszcze trzy ciała i stanęliśmy na występie skalnym na zakręcie. Bleys oczyścił występ i zaczął 

się wspinać. Przez pół godziny obserwowałem, jak wysyłał wrogów na  tamten świat. Za sobą  słyszałem pełne podziwu i 

nabożnego lęku szepty naszych żołnierzy. 

Byłem gotów pomyśleć, że dojdzie aż do szczytu. 

Używał wszelkich możliwych sztuczek. Machał przeciwnikom przed oczami peleryną, podstawiał nogę, wykręcał 

ręce. 

Doszliśmy do następnej półki skalnej. Dostrzegłem krew  na jego rękawie, ale jemu uśmiech nie schodził z ust, a 

wojownicy za  plecami tych, których zabijał, mieli poszarzałe strachem twarze. To też ułatwiało mu zadanie. Może  do ich 

przestrachu  i spowolnionej nerwami reakcji  przyczyniał się  fakt, że  stałem z  tyłu gotów  w  każdej chwili wypełnić  lukę. 

Pamiętali przecież, co się działo podczas naszej bitwy morskiej. 

Bleys stał już na kolejnym nawisie, oczyścił go, skręcił, zaczął posuwać się w górę. Nigdy nie przypuszczałem, że 

dojdzie aż tak daleko. Sam chyba nie umiałbym tego dokonać. Był to najbardziej fenomenalny pokaz sztuki szermierczej i 

wytrzymałości,  jaki  widziałem  od  czasu,  gdy  Benedykt  bronił  przełęczy  nad  Lasem  Ardeńskim  przed  Księżycowymi 

Jeźdźcami z Ghenesh. 

Jednak i on najwyraźniej powoli tracił siły. Gdybym tylko mógł go zluzować, zastąpić choć na chwilę... 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

43 / 55

background image

Ale to było niemożliwe, szedłem więc za nim, bojąc  się, że każdy cios może już  okazać się ostatnim. Widziałem, 

że słabnie. Byliśmy w odległości zaledwie trzydziestu metrów od szczytu. 

Nagle poczułem do niego miłość. Był moim bratem i stał u mego boku. Chyba już nie wierzył, że wygra, a jednak 

walczył... dając mi w efekcie szansę na tron. 

Zabił kolejnych trzech mężczyzn, lecz jego miecz poruszał się  coraz  wolniej. Z czwartym walczył przez  prawie 

pięć minut, nim go pokonał. Byłem pewien, że następny przeciwnik będzie ostatnim. 

Ale się myliłem. 

Gdy  go dobijał, przełożyłem miecz  z prawej ręki do lewej, a  prawą  ręką  wyjąłem sztylet i rzuciłem nim. Aż  po 

rękojeść  zagłębił  się  w  gardle  następnego  przeciwnika.  Bleys  przeskoczył  dwa  stopnie  i  podciął  nogi  kolejnemu 

mężczyźnie, zrzucając  go w przepaść. Potem jednym ruchem ręki rozpłatał brzuch jego następcy. Pospieszyłem wypełnić 

lukę  i stanąłem tuż  za  nim  w  pełnej  gotowości. On  jednak  jeszcze mnie  nie  potrzebował. W nowym  przypływie  energii 

uśmiercił następnych dwóch. Zawołałem, żeby podano mi z tylu sztylet, poczekałem, aż Bleys się odsunie, i rzuciłem nim 

w mężczyznę, z którym walczył. Ten właśnie robił wypad do przodu i sztylet trafił go nie tyle ostrzem, ile rękojeścią, lecz 

za  to  w  głowę.  Jednocześnie  Bleys  przeszył  mu  ramię  i  mężczyzna  padł. Ale  zza  jego  pleców  wyskoczył  z  impetem 

następny przeciwnik i nadziawszy się na miecz, runął jak długi na Bleysa, pociągając go za sobą w przepaść. 

Instynktownie,  niemal  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego, co  robię, jednak  w  tej  jednotysięcznej  części  sekundy 

podejmując  decyzję,  którą  człowiek  uświadamia  sobie  dopiero  po  fakcie,  sięgnąłem  do  pasa,  wyszarpnąłem  moją  talię 

Atutów i rzuciłem ją Bleysowi, który zdawał się przez moment wisieć w powietrzu - tak szybko zareagowały moje mięśnie 

i percepcja - krzycząc: 

- Łap, głupcze! 

Złapał. 

Dalej nie miałem czasu patrzeć, co się dzieje, bo musiałem zająć się parowaniem i zadawaniem ciosów. 

Tak zaczął się ostatni etap zdobywania Kolviru. 

Wystarczy powiedzieć, że dokonałem tego i stałem ciężko dysząc na szczycie, gdy moi ludzie jeden po drugim do 

mnie dochodzili. Raz jeszcze skonsolidowaliśmy siły i ruszyliśmy naprzód. Marsz do Wielkiego Łuku zajął nam godzinę. 

Przeszliśmy pod nim. Byliśmy w Amberze. 

Nie wiedziałem, gdzie jest Eryk, ale z pewnością nigdy nie przypuszczał, że dotrzemy aż tutaj. 

Zastanawiałem się też, gdzie  jest Bleys. Czy zdołał wyciągnąć jakiś Atut i zrobić  z  niego użytek, zanim sięgnął 

dna? Pewno nigdy się nie dowiem. 

Przeceniliśmy  nasze  siły.  Przeciwnik  był  znacznie  liczniejszy  i  jedyne,  co  nam  teraz  pozostawało, to  walczyć 

godnie do końca. Dlaczego postąpiłem tak idiotycznie i oddałem Bleysowi moje  karty? Wiedziałem, że nie ma własnych, i 

chyba to wywołało we mnie taki odruch, nabyty prawdopodobnie podczas tych lat spędzonych na Cieniu-Ziemi. A przecież 

mógłbym ich użyć do ucieczki, gdyby sprawy przyjęły zły obrót. 

Sprawy przyjęły zły obrót. 

Biliśmy  się  aż  do  zmierzchu  i  z  mojego  wojska  została  niewielka  grupka.  Otoczono  nas  zaraz  za  granicami 

Amberu, daleko od pałacu. Walczyliśmy już tylko w obronie życia i moi żołnierze jeden po drugim ginęli. Przewaga wroga 

była miażdżąca. 

Llewella albo Deirdre udzieliłyby mi schronienia. Dlaczego to zrobiłem? 

Powaliłem kolejnego przeciwnika i odsunąłem to pytanie na dalszy plan. Słońce zaszło i ciemności zasnuły niebo. 

Zostało nas tylko parę setek, lecz wcale nie byliśmy bliżej pałacu. 

I  wtedy  zobaczyłem Eryka  wydającego  rozkazy.  Gdybym  tylko  mógł  się  z  nim  porozumieć!  Ale  nie  mogłem. 

Najprawdopodobniej  poddałbym  się,  żeby  oszczędzić  życie  moich  żołnierzy,  którzy  służyli  mi  lepiej,  niż  na  to 

zasługiwałem.  Lecz  nie  było  komu  się  poddać,  nikt  do  tego  nie  wzywał.  Eryk  nie  usłyszałby  mnie,  nawet  gdybym 

wrzeszczał co sił. Był daleko i dowodził. 

Walczyliśmy  więc  i wkrótce  została  nas  tylko  setka. Powiem  krótko:  w  końcu  zabili  wszystkich  oprócz  mnie. 

Rzucili na  mnie  sieci i obsypali  gradem przytępionych strzał. Kiedy  padłem, ogłuszyli  mnie  i skrępowali powrozem  jak 

wieprzka, po czym wszystko odpłynęło w dal prócz koszmarów, które za nic nie chciały ustąpić. 

Przegraliśmy. 

Ocknąłem się w lochu głęboko pod Amberem, żałując, że dotarłem aż tak daleko. To, że wciąż żyłem, znaczyło, iż 

Eryk  ma  co do  mnie  jakieś  plany. Wyobraziłem sobie  koło  tortur  i kleszcze, ogień i  szczypce. Leżąc  na  mokrej słomie 

ujrzałem swoją hańbę. 

Jak długo byłem nieprzytomny? Nie miałem pojęcia. 

Przetrząsnąłem  celę  w  poszukiwaniu  czegoś,  co  pomogłoby  mi  popełnić  samobójstwo.  Niczego  takiego  nie 

znalazłem. 

Rany paliły mnie żywym ogniem i byłem krańcowo wyczerpany. Położyłem się i zapadłem w sen. 

Po  jakimś  czasie  obudziłem  się,  lecz  nadal  nikt  się  mną  nie  interesował.  Nie  było  nikogo,  kogo  można  by 

przekupić, ani nikogo, kto chciałby mnie  torturować. Nie  było także nic  do jedzenia. Leżałem owinąwszy się  w pelerynę i 

myślałem o  wszystkim, co  się  zdarzyło, odkąd  opuściłem szpital w  Greenwood, nie  pozwalając  sobie zrobić  następnego 

zastrzyku. 

Może byłoby lepiej, gdybym na to pozwolił? 

Poznałem, co to rozpacz. 

Lada chwila  Eryk  miał być  ukoronowany. Może nawet już  to  nastąpiło. Lecz  sen  był taką  zbawczą  rzeczą, a  ja 

byłem taki zmęczony. Po raz  pierwszy od dawna nie  miałem nic  do roboty tylko spać  i zapomnieć o wszystkim. Cela  była 

wilgotna, ciemna i cuchnąca.

Rozdział 08 

- Nie wiem, ile razy się budziłem i znów  zapadałem w sen. Dwukrotnie znalazłem na  tacy przy drzwiach chleb, 

mięso i wodę. W celi panowały ciemności i przejmujący chłód. Czekałem i czekałem bez końca. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

44 / 55

background image

Wreszcie  po mnie przyszli. Drzwi się otwarły wpuszczając słabe światło. Zamrugałem oczami i kazano mi wyjść. 

Korytarz  aż  pękał  w  szwach  od  uzbrojonych  po  zęby  ludzi,  więc  nie  miałem co  próbować  żadnych  sztuczek. Potarłem 

szczecinę na brodzie i poszedłem posłusznie  ze  strażą. Po długim marszu doszliśmy do  hallu ze  spiralnymi schodami, po 

których zaczęliśmy wchodzić. Nie zadawałem żadnych pytań i nikt nie spieszył z żadnymi wyjaśnieniami. 

Po wejściu na górę zaprowadzono mnie do pałacu, a w nim do czystego, ciepłego pomieszczenia, gdzie kazano mi 

się rozebrać. Czekała tam już na mnie parująca balia wody i służący, który mnie wyszorował, ogolił i przystrzygł mi włosy. 

Polem  dostałem  świeży  strój w  kolorze  srebrnym  i czarnym.  Ubrałem  się, a  na  plecy  zarzucono  mi  czarną  pelerynę  z 

zapinką w kształcie srebrnej róży. 

- Gotowe - powiedział dowódca straży. - Idziemy. 

Ruszyłem za nim, a za mną straż. Zaprowadzono mnie na tyły pałacu, gdzie kowal zakuł mi ręce i nogi w kajdany 

z łańcuchem tak grubym, abym nie mógł go rozerwać. Gdybym się opierał, z pewnością pobiliby mnie do nieprzytomności 

i rezultat byłby taki sam. Nie miałem ochoty ponownie zostać tak pobity, więc się poddałem. 

Następnie kilku strażników podniosło mój łańcuch i poprowadzono mnie z powrotem do komnat pałacowych. Nie 

miałem nawet ochoty patrzeć na otaczający mnie przepych. Byłem więźniem i wkrótce czekała mnie śmierć lub koło tortur. 

I  absolutnie  nic  nie  mogłem na  to  poradzić. Rzut oka  przez  okno powiedział mi, że  jest wczesny  wieczór. Przechodząc 

przez komnaty, w których bawiliśmy się jako dzieci, uznałem, że nie czas teraz i miejsce na nostalgię. 

Poprowadzono mnie  długim  korytarzem  do sali jadalnej, w  której za  stołami siedziało  mnóstwo  ludzi, wielu mi 

znajomych.  Najwytworniejsze  suknie  i  stroje  mieniły  się  wszelkimi  odcieniami  tęczy  na  przybyłych  wielmożach,  z 

oświetlonego pochodniami rogu pokoju rozbrzmiewała muzyka, a stoły były już suto zastawione, choć nikt jeszcze nie jadł. 

Zobaczyłem  znajome  twarze,  jak  twarz  Flory,  i  sporo  nieznajomych.  Był  tu  też  minstrel,  lord  Rein,  którego 

niegdyś  sam  pasowałem  na  rycerza  i którego  nie  widziałem  przez  całe  stulecia. Odwrócił wzrok,  kiedy  nasze  oczy  się 

spotkały. 

Podprowadzono  mnie  do  krańca  ogromnego  głównego  stołu  i  tam  usadzono.  Strażnicy  stanęli  za  mną. 

Przymocowali końce  moich łańcuchów do żelaznych  kółek świeżo osadzonych  w podłodze. Krzesło u szczytu stołu było 

jeszcze puste. 

Nie  znałem  kobiety  siedzącej  po  mojej  prawej  ręce,  ale  mężczyzną  po  lewej  był  Julian.  Zignorowałem  go  i 

spojrzałem na swoją sąsiadkę, drobną blondynkę. 

- Dobry wieczór - powiedziałem. - Chyba się jeszcze nie znamy. Nazywam się Corwin. 

Spojrzała w popłochu na  mężczyznę po prawej, potężnego, piegowatego rudzielca, szukając u niego pomocy, lecz 

on wdał się naraz w wielce ożywioną konwersację ze swoją drugą sąsiadką. 

- Może pani ze mną porozmawiać, przysięgam - ciągnąłem. - To nie jest zaraźliwe. 

Uśmiechnęła się niepewnie i rzekła: 

- Nazywam się Carmel. Jak się pan ma, lordzie Corwinie? 

-  Piękne  imię -  odparłem. - Mam się świetnie. Co taka miła  dziewczyna  jak  pani robi w takim miejscu? Wypiła 

szybko łyk wody. 

-  Corwin  -  powiedział  Julian  głośniej,  niż  to było  konieczne  -  ta  pani  uważa  twoje  zachowanie  za  obraźliwe  i 

bezczelne. 

-  Ile  opinii zdążyła  już  z  tobą wymienić tego wieczoru? -  spytałem uprzejmie, a on się  nawet nie  zaczerwienił. 

Zbielał. 

- Dość już tego! 

Wstałem na  te  słowa i  zagrzechotałem łańcuchami. Prócz  efektu, jaki  to wywołało, miałem możność  przekonać 

się, ile zostawiono mi luzu. Oczywiście, za mało. Eryk był ostrożny. 

- Podejdź bliżej i szepnij mi do ucha swoje zastrzeżenia - powiedziałem. Nie posłuchał. 

-  Posadzono  mnie  do  stołu  jako  ostatniego,  wiedziałem  więc,  że  moment  kulminacyjny  już  się  zbliża.  I  nie 

myliłem się, 

Sześciu trębaczy dało pięciokrotny krótki sygnał i Eryk wkroczył do sali. Wszyscy się podnieśli. Oprócz mnie. 

Strażnicy  poderwali mnie  łańcuchami na  nogi i  tak  przytrzymali. Eryk  uśmiechnął się  i  zszedł  ze  schodów  po 

mojej  prawej  ręce.  Ledwo  widziałem  jego  barwy  pod gronostajowym futrem, które  miał na  sobie. Podszedł do  szczytu 

stołu  i  stanął  za  krzesłem,  a  za  nim  jego  kamerdyner.  Inni  służący  zaczęli  obchodzić  stoły,  rozlewając  wino.  Kiedy 

skończyli, Eryk wzniósł toast: 

- Żyjcie szczęśliwie w Amberze, który jest wieczny! 

Wszyscy podnieśli kieliszki. Oprócz mnie. 

- Wypij! - rozkazał Julian. 

- Udław się! 

Spojrzał na mnie z wściekłością, lecz  w tym momencie pochyliłem się i szybko wziąłem kieliszek. Między mną  a 

Erykiem, który nie spuszczał ze mnie oczu, siedziało kilkaset osób, a mój głos zabrzmiał donośnie; 

- Za Eryka, który siedzi na szarym końcu stołu! 

Nikt się nie  poruszył, tylko Julian wylał swoje wino na podłogę  i po chwili wszyscy poszli za  jego przykładem, 

lecz ja zdołałem wziąć spory łyk, zanim wytrącono mi kieliszek z ręki. 

Eryk usiadł, goście poszli jego śladem, a i mnie pozwolono opaść na krzesło. Zaczęła się uczta, a ponieważ byłem 

głodny,  jadłem  z  równym  apetytem  jak  wszyscy,  a  może  i  większym.  Muzyka  grała  nieprzerwanie  i  biesiada  trwała 

przeszło dwie godziny. Nikt się już do mnie nie odezwał, a i ja nie powiedziałem więcej ani słowa. Ale wszyscy czuli moją 

obecność i nasz stół był cichszy niż inne. 

Caine siedział wyżej stołu, po prawej ręce Eryka, z czego wnioskowałem, że Julian jest w niełasce. Nie  było ani 

Randoma, ani Deirdre. Dojrzałem jeszcze wielu znajomych, których niegdyś zaliczałem do przyjaciół, lecz nikt nie ważył 

się spojrzeć mi w oczy. Zrozumiałem, że pasowanie Eryka na króla Amberu to czcza formalność. Która zresztą niebawem 

stała się faktem. 

Po uczcie nie było żadnych mów. Po prostu Eryk wstał, znów  zagrzmiały trąbki i wszyscy przeszli w procesji do 

sali tronowej Amberu. 

Wiedziałem, co teraz nastąpi. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

45 / 55

background image

Eryk  stanął  przed  tronem i wszyscy  zgięli  się  w  niskim ukłonie.  Oprócz  mnie, oczywiście. Niemniej,  tak  czy 

owak, rzucono mnie na kolana. 

Dzisiaj był dzień koronacji. 

Zapadła cisza. Potem Caine wniósł poduszkę, na  której spoczywała  korona Amberu. Ukląkł i zastygł w tej pozie, 

ofiarowując ją Erykowi. 

Szarpnięto mnie na nogi i powleczono w stronę tronu. Zrozumiałem, czego ode mnie chcą, uzmysłowiłem to sobie 

w ułamku sekundy i stawiłem opór. Ale zostałem pobity i rzucony na kolana przed stopniami tronu. 

Muzyka zabrzmiała nieco głośniej - grano "Zielony zarękawek" - i Julian stojący za mną powiedział: 

- Oto zbliża się moment koronacji nowego króla Amberu! - A do mnie szeptem:  - Weź koronę i podaj ją Erykowi. 

On sam się ukoronuje. 

Spojrzałem  na  koronę Amberu  leżącą  na  purpurowej  poduszce, trzymanej  przez  Caine'a. Była  srebrna  i  miała 

siedem pałek, każdą  zwieńczoną klejnotem. Cała była wysadzana szmaragdami i miała  po dwa  ogromne rubiny na  każdej 

skroni. Nie poruszyłem się, myśląc o czasach, kiedy widziałem pod nią twarz mojego ojca. 

- Nie - powiedziałem krótko i poczułem uderzenie w lewy policzek. 

- Weź ją i podaj Erykowi - powtórzył. 

Zamachnąłem  się  na  niego,  lecz  łańcuchy,  na  których  mnie  trzymano,  były  mocno  ściągnięte.  Uderzył  mnie 

ponownie. Spojrzałem na wysokie, ostre szpice korony. 

- Dobrze - powiedziałem w końcu i sięgnąłem po nią. 

Przez chwilę trzymałem ją w obu rękach, a potem błyskawicznie włożyłem ją sobie na głowę, mówiąc: 

- Ja, Corwin, koronuję się królem Amberu! 

Zdjęto  mi  ją  natychmiast i położono  z  powrotem  na  poduszce. Na  moje  plecy spadły  razy, przez  salę  przebiegł 

szmer. 

- Spróbujmy jeszcze raz - powiedział Julian. - Weź ją i podaj Erykowi. 

Znów cios. 

- W porządku - zgodziłem się czując, że moja koszula wilgotnieje. 

Tym razem rzuciłem Erykowi koronę prosto w twarz, mając nadzieję, że wykolę mu oko. Chwycił ją prawą ręką i 

uśmiechnął się do mnie patrząc, jak mnie biją. 

-  Dziękuję  ci  -  powiedział.  -  Ale  teraz  słuchajcie  mnie  wszyscy  obecni  i  ci,  którzy  pozostają  w  Cieniu.  W 

dzisiejszym  dniu  przejmuję  tron  i koronę Amberu  i  biorę  do  ręki berło  królewskie. Wygrałem tron w  uczciwej  walce  i 

słusznie mi się on z krwi należy. 

- Kłamca! - krzyknąłem i czyjaś ręka zasłoniła mi usta. 

- Koronuję się Erykiem Pierwszym, królem Amberu. 

- Niech żyje król! - zakrzyknęli po trzykroć zebrani. 

Wtedy Eryk nachylił się i powiedział do mnie zniżonym głosem: 

-  Twoje  oczy  właśnie  ujrzały  widok, który  ci  będzie  musiał  na  długo  wystarczyć...  Straż!  Zaprowadzić  go  do 

miejsca kaźni i wypalić  oczy! Niech dzisiejsza uroczystość na  zawsze  pozostanie mu w  pamięci jako ostatnia  rzecz, którą 

widział. Później wrzućcie go do najgłębszej ciemnicy pod Amberem i niech jego imię zostanie zapomniane. 

Splunąłem i spadł na mnie grad razów. 

Opierałem się  zaciekle  przez  całą drogę, lecz wywleczono mnie  z sali. Wszystkie  oczy odwracały się  ode mnie, 

kiedy  wychodziłem, i ostatnie, co  pamiętam, to  uśmiechnięty Eryk na  tronie  rozdzielający  swe  łaski między wielmożów 

Amberu. 

Jego rozkaz wykonano i na szczęście podczas kaźni straciłem przytomność. 

Nie mam pojęcia, jak długo leżałem bez życia, zanim ocknąłem się  w absolutnej ciemności, z  potwornym bólem 

rozsadzającym mi czaszkę. Może  to  wtedy  rzuciłem klątwę, a  może  zrobiłem to, gdy  wżarło  się  we  mnie  rozpalone  do 

białości  żelazo. Nie  pamiętam  dokładnie,  wiedziałem  jednak, że  Eryk  nigdy  nie  zazna  spokoju  na  tronie,  gdyż  klątwa 

księcia Amberu, rzucona w momencie niepohamowanej furii, zawsze się spełnia. 

Szarpałem w rozpaczy słomę w tej najczarniejszej z cel, lecz nie wylałem ani jednej łzy. I to było najstraszniejsze. 

Po jakimś czasie - tylko wy, bogowie, i ja wiemy, jak długim - znów zasnąłem. 

- Kiedy się obudziłem, głowa  nadal pękała mi z bólu. Podniosłem się  na nogi i zmierzyłem wielkość celi. Miała 

cztery kroki szerokości i pięć długości. Dziura w podłodze  pełniła  rolę ustępu, a w rogu leżał wypchany słomą  materac. U 

dołu drzwi była szczelina, a  za  nią taca  ze  stęchłym chlebem i butelką  wody. Posiliłem się, ale  nie  przyniosło mi to ulgi. 

Ból pulsował mi w skroniach i daleko mi było do spokoju ducha. 

Starałem  się  jak  najwięcej  spać.  Nikt  do  mnie  ani  razu  nie  przyszedł.  Budziłem  się,  przemierzałem  celę, 

wymacywałem tacę pod drzwiami i jadłem, co mi dawano. 

Potem znów szedłem spać. 

Po siedmiu  spaniach  przeszedł  mi ból w  oczodołach. Nienawidziłem  mojego  brata, który  był  królem Amberu. 

Wolałbym, żeby mnie zabił. 

Ciekaw  byłem  reakcji  ogółu, ale  pozostawało  to  dla  mnie  tajemnicą. Wiedziałem jednak, że  gdy  mrok  obejmie 

sam Amber, Eryk pożałuje swojego czynu. To jedno wiedziałem na pewno i z tego czerpałem pociechę. 

Tak  zaczęły  się  moje  dni  w  ciemności,  których  nie  miałem  jak  odmierzyć.  Nawet  gdybym  miał  oczy,  nie 

odróżniłbym dnia od nocy w tym lochu. 

Czas płynął sobie obok, ignorując mnie. Czasem oblewał mnie zimny pot i drżałem jak w gorączce na myśl o tym. 

Jak długo już tu jestem? Parę miesięcy? Może tylko parę godzin? Tygodni? Czy lat? 

Przestałem  się  nad  tym  zastanawiać.  Spałem,  spacerowałem  (wiedziałem  z  największą  dokładnością,  gdzie 

postawić stopę i kiedy zawrócić), rozmyślałem o wszystkim, czego dokonałem i czego nie dokonałem. Czasem siadałem ze 

skrzyżowanymi nogami, oddychałem wolno i głęboko, usuwałem z głowy myśli i starałem się wytrwać w takim stanie jak 

najdłużej. To pomagało - o niczym nie myśleć. 

Eryk  był  sprytny.  Mimo  że  posiadałem  w  sobie  moc,  teraz  była  ona  bezużyteczna.  Niewidomy  nie  może 

wędrować przez Cienie. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

46 / 55

background image

Broda  urosła  mi  aż  do  pasa,  włosy  miałem  długie  i  zmierzwione. Początkowo  stale  byłem  głodny,  ale  potem 

straciłem apetyt. Czasem kręciło mi się w  głowie, gdy zbyt raptownie  wstałem. Miałem koszmary, podczas których śniło 

mi się, że widzę, i tym gorsze było przebudzenie. 

Jednakże  po pewnym czasie wypadki, które  mnie tu doprowadziły, wydały mi się  czymś odległym i nierealnym. 

Miałem wrażenie, że przydarzyły się komuś innemu. I było to w pewnym sensie prawdą. 

Straciłem sporo na wadze. Wyobrażałem sobie, jak wyglądam, blady i wychudły. Nie mogłem nawet płakać, choć 

parę razy próbowałem. Coś było nie w  porządku z  moimi kanalikami łzowymi. To straszne, żeby doprowadzić człowieka 

do takiego stanu. 

Pewnego  dnia  usłyszałem  lekkie  drapanie  w  drzwi.  Zignorowałem  to.  Powtórzyło  się,  lecz  znów  nie 

zareagowałem. Wtedy dobiegło mnie moje imię, wypowiedziane pytającym szeptem. Przeszedłem przez celę. 

- Tak? - spytałem. 

- To ja, Rein. Jak się czujesz? Roześmiałem się na to. 

-  Wspaniale,  po prostu wspaniale!  Noc  w  noc  piję  szampana  i  tańczę  z  dziewczętami.  Powinieneś  sam  kiedyś 

spróbować. 

- Bardzo mi przykro, że nie mogę nic dla ciebie zrobić - powiedział i wyczułem w jego głosie ból. 

- Wiem - odparłem. 

- Pomógłbym ci, gdybym tylko mógł. 

- Wiem. 

- Przyniosłem ci coś. Masz. 

Klapka u dołu drzwi zaskrzypiała parokrotnie przy podnoszeniu. 

- Co to jest? - spytałem. 

-  Czyste  ubranie,  trzy  bochenki  świeżego  chleba, ser, mięso, dwie  butelki wina, karton  papierosów  i mnóstwo 

zapałek. 

Ścisnęło mnie w gardle. 

- Dziękuję, Rein. Jesteś porządnym człowiekiem. Jak ci się udało to przeprowadzić? 

- Znam strażnika, który ma dzisiaj służbę. On nic nie powie. Za dużo jest mi winien. 

- Oby nie zechciał zlikwidować swoich długów za pomocą szantażu - powiedziałem. - Nie przychodź więcej, choć 

nie muszę ci mówić, jak bardzo ci jestem wdzięczny. Oczywiście zniszczę wszelkie ślady. 

- Żałuję, że tak się to skończyło, Corwinie. 

- Ja też. Dziękuję, żeś o mnie nie zapomniał, pomimo rozkazu. 

- Przyszło mi to bez trudu. 

- Jak długo tu jestem? 

- Cztery miesiące i dziesięć dni. 

- Co nowego w Amberze? 

- Eryk rządzi. To wszystko. 

- Gdzie jest Julian? 

- Z powrotem w Lesie Ardeńskim ze swoją strażą. 

- Dlaczego? 

- Jakieś dziwne rzeczy zaczęty ostatnio przenikać z Cieni. 

- Rozumiem. Co z Caine'em? 

- Jest nadal w Amberze i hula, ile wlezie. Przeważnie pije i zabawia się z dziewczętami. 

- A Gerard? 

- Jest admirałem całej floty. 

Odetchnąłem z  ulgą.  Bałem  się, że  przyjdzie  mu  zapłacić  za  wycofanie  się  na  południe  podczas  naszej  bitwy 

morskiej. 

- A co z Randomem? 

- Jest za kratkami. 

- Co? Schwytali go? 

- Tak. Przeszedł Wzorzec w Rebmie i zjawił się tutaj z kuszą. Zranił Eryka, zanim go ujęto. 

- Naprawdę? Dlaczego nie został zabity? 

- Podobno ożenił się w Rebmie z damą dworu. Eryk nie chce w tej chwili żadnych zadrażnień z Rebmą. Moire jest 

władczynią pięknego królestwa i mówi się, że Eryk chce prosić ją o rękę. To wszystko plotki, oczywiście - Ale interesujące. 

- Tak - powiedziałem. 

- Lubiła cię, prawda? 

- Poniekąd. Skąd wiesz? 

- Byłem obecny, kiedy sądzono Randoma. Rozmawiałem z nim przez chwilę. Lady Vialle, jego żona, prosiła, żeby 

pozwolono jej zamieszkać z nim w celi. Eryk nie wie jeszcze, co odpowiedzieć. 

Pomyślałem o niewidomej dziewczynie, której nigdy nie widziałem, i zadumałem się. 

- Kiedy się to wszystko zdarzyło? - spytałem. 

- Hm... Przeszło miesiąc temu. Wtedy właśnie pojawił się Random. A w tydzień później Vialle wystąpiła ze swoją 

prośbą. 

- Musi być dziwną kobietą, jeśli naprawdę pokochała Randoma. 

- To samo pomyślałem. Nie mogę sobie wyobrazić bardziej niezwykłej pary. 

- Jeśli będziesz miał okazję go zobaczyć, przekaż mu moje pozdrowienia i wyrazy współczucia. 

- Dobrze. 

- Jak się mają moje siostry? 

-  Deirdre  i  Llewella  są  nadal  w Rebmie. Lady  Florimel cieszy  się  łaskami Eryka  i zajmuje  wysoką  pozycję  na 

dworze. Nie wiem nic o Fionie. 

- Czy są jakieś wieści o Bleysie? Jestem pewien, że zginął. 

- Musiał zginąć - powiedział Rein. - Ale jego ciała nie odnaleziono. 

- Co z Benedyktem? 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

47 / 55

background image

- Jak kamień w wodę. 

- A z Brandem? 

- Żadnego kontaktu. 

- To by chyba było całe drzewo rodzinne. Napisałeś jakieś nowe ballady? 

-  Nie  -  odparł.  -  Wciąż  pracuję  nad  "Oblężeniem Amberu",  lecz  w  najlepszym razie  będzie  to  można  śpiewać 

jedynie pokątnie. 

Wyciągnąłem rękę przez szczelinę u dołu drzwi. 

-  Chciałbym  uścisnąć  ci  prawicę  -  powiedziałem  i  poczułem, że  jego  dłoń  dotyka  mojej. -  Postąpiłeś  bardzo 

szlachetnie, że do mnie przyszedłeś, ale  nie  rób tego więcej. Byłoby głupotą narażać się na gniew Eryka. Chwycił mnie za 

rękę, wymamrotał coś i poszedł. 

Wymacałem jego pakunek z darami i zabrałem się przede wszystkim do mięsa, które najłatwiej się psuje. Zjadłem 

do niego mnóstwo chleba i uświadomiłem sobie, że niemal zapomniałem już, jak smakuje dobre jedzenie. 

Później ogarnęła mnie senność i położyłem się. Chyba  nie spałem zbyt długo, a  kiedy się  obudziłem, otworzyłem 

jedną z butelek wina. 

Przy  moim  wycieńczeniu  niewiele  trzeba  było,  abym  poczuł  się  na  rauszu. Zapaliłem  papierosa,  usiadłem  na 

materacu, oparłem się o ścianę i oddałem się wspomnieniom. 

Przypomniałem sobie  Reina  jako  dziecko. Ja  byłem już  dorosły,  a  on był kandydatem  na  królewskiego błazna. 

Chudy, mądry  dzieciak, z którego wszyscy się  naigrawali. Łącznie  ze  mną. Komponowałem już wtedy muzykę  i pisałem 

ballady, on  natomiast zdobył skądś lutnię  i nauczył się na  niej grać. Wkrótce śpiewaliśmy razem unisono i na  dwa głosy; 

bardzo szybko go polubiłem i zacząłem uczyć sztuki wojennej. Niezbyt dobrze mu to szło, ale czułem się winny za  to, jak 

go  traktowałem  przedtem, toteż  nie  szczędziłem  mu  łask, nawet  na  wyrost,  i  w  końcu  nauczyłem  go  całkiem znośnie 

władać szablą. Nigdy tego nie  żałowałem, i on zapewne  też  nie. Wkrótce  został minstrelem na dworze  w Amberze. Przez 

cały  ten  czas  nazywałem  go  swoim  paziem, i  kiedy  ogłoszono  wojnę  przeciwko  ciemnym  siłom  przybyłym  z  Cienia, 

zwanym Weirmonkenami, uczyniłem go  swoim giermkiem  i pojechaliśmy razem na  wojnę. Pasowałem go na  rycerza  na 

polu bitewnym pod Jones Falls i w pełni na to zasłużył. Później przerósł mnie  w materii układania  pieśni. Był prawdziwie 

złotoustym śpiewakiem,  a  nosił się  w  barwach  szkarłatu. Kochałem go  jako  jednego  z  moich  nielicznych  przyjaciół  w 

Amberze. Nie  przypuszczałem  jednak,  że  ośmieli  się  zaryzykować  przemycenie  mi żywności. Nikt  by  się  nie  ośmielił. 

Zapaliłem  drugiego  papierosa  i  pociągnąłem  następny  łyk  na  jego  cześć  i  za  jego  zdrowie. Był  dobrym  człowiekiem. 

Ciekawe, jak długo uda mu się zachować skórę. 

Wyrzuciłem niedopałki do dziury, podobnie  jak później pustą butelkę. Nie  chciałem, aby w razie nagłej inspekcji 

cokolwiek zdradzało, że  ktoś "umilał mi  życie". Pochłonąłem wszystko, co mi  przyniósł, i po raz  pierwszy  od momentu 

uwięzienia najadłem się aż do przesytu. Drugą butelkę wina zachowałem na później, aby się upić i zapomnieć. 

A  gdy  i  to  miałem  już  za  sobą,  znów  naszła  mnie  fala  gorzkich  rozważań.  Jedyną  nadzieję  czerpałem  z 

przekonania, że Eryk nie  zna  do końca granic naszych możliwości. Był królem Amberu, to prawda, ale  nie zgłębił jeszcze 

wszystkich tajemnic. Nie wiedział tego wszystkiego, co ojciec. Istniała szansa, jedna na  milion, że coś może obrócić się  na 

moją korzyść. Tylko tyle miałem na pociechę, żeby nie zwariować z rozpaczy. 

Ale  całkiem  możliwe,  że  na  jakiś  czas  postradałem  zmysły  -  nie  wiem.  Są  dni, których  w  żaden  sposób  nie 

potrafię sobie  odtworzyć, teraz kiedy stoję tutaj na krawędzi Chaosu. Bóg jeden wie, co się za nimi kryło, a ja z pewnością 

nie  wybiorę  się  do psychoanalityka, żeby to roztrząsać. Zresztą  i  tak żaden lekarz  nie  dałby  sobie  rady z  nikim z  mojej 

rodziny. 

Spędzałem  czas  leżąc  lub  chodząc  w  paraliżującej  ciemności.  Stałem  się  bardziej  wyczulony  na  dźwięki. 

Słyszałem harce szczurów w słomie, dalekie jęki innych więźniów, echo kroków strażnika, gdy zbliżał się z tacą. 

Nauczyłem się rozpoznawać po odgłosach odległość i kierunek. 

Zapewne  stałem  się  też  bardziej  wrażliwy  na  zapachy,  lecz  starałem  się  nie  zwracać  na  to  uwagi.  Oprócz 

oczywistego mdlącego smrodu, przez dłuższy czas mógłbym przysiąc, że czuję odór rozkładającego się ciała. 

Zastanawiałem  się,  jak  długo  by  trwało,  zanim  by  spostrzeżono,  że  nie  żyję?  Ile  kromek  chleba  i  misek  z 

pomyjami musiałoby się zgromadzić pod drzwiami, żeby strażnik postanowił sprawdzić, co się stało? 

Odpowiedź na to pytanie mogła być bardzo ważna. 

Odór  śmierci utrzymywał się w  powietrzu dość długo. Próbując myśleć  w kategoriach czasu, uznałem, że trwało 

to przeszło tydzień. 

Chociaż wydzielałem sobie papierosy bardzo ostrożnie, walcząc z gwałtowną chęcią i łatwą do spełnienia pokusą, 

nadszedł w końcu dzień, kiedy wziąłem do ręki ostatnią paczkę. 

Otworzyłem  ją  i  zapaliłem.  Miałem  karton  salemów,  a  więc  wypaliłem  jedenaście  paczek.  Czyli  dwieście 

dwadzieścia  papierosów. Obliczyłem kiedyś, że  palę  jednego papierosa  przez siedem minut. To  znaczy, że  samo palenie 

zajęło mi tysiąc  pięćset czterdzieści minut, czyli dwadzieścia pięć godzin i czterdzieści minut. Byłem pewien, że  między 

jednym papierosem a drugim upływała co najmniej godzina, a raczej nawet półtorej. Powiedzmy półtorej godziny. Spałem 

jakieś sześć do ośmiu godzin na dobę, czyli zostawało szesnaście do osiemnastu godzin czuwania. Paliłem więc dziesięć do 

dwunastu papierosów dziennie. Czyli to by znaczyło, że od wizyty Reina upłynęły jakieś trzy tygodnie. Powiedział mi, że 

siedzę  tu  cztery  miesiące  i  dziesięć  dni,  wobec  tego  do  chwili  obecnej  od  dnia  koronacji  musiało  minąć  około  pięciu 

miesięcy. 

Hołubiłem moją  ostatnią  paczkę  papierosów, rozkoszując  się  każdym z  nich  jak  przygodą  miłosną,  a  kiedy  się 

skończyły, ogarnęła mnie depresja. Czas płynął i płynął. Myślałem o Eryku. Jak sobie radził jako władca? Jakie mógł mieć 

problemy? Jakie  miał plany? Dlaczego  nie kazał mnie torturować? Czy to  możliwe, by zapomniano  o mnie  w Amberze, 

nawet jeśli tak nakazywał dekret królewski? Uznałem, że niemożliwe. 

A co z moimi braćmi? Dlaczego żaden z nich się ze mną  nie  skontaktował? Nic łatwiejszego, jak wyciągnąć mój 

Atut i złamać rozkaz Eryka. Ale nikt tego nie zrobił. 

Długo myślałem o Moire, ostatniej kobiecie, którą kochałem. Co robiła? Czy mnie wspominała? Pewno nie. Może 

była już kochanką Eryka albo jego żoną. Czy kiedykolwiek mówiła z nim o mnie? Znów uznałem, że pewno nie. 

Co porabiały moje siostry? Do diabła z nimi, wszystkie takie same. 

Straciłem już  kiedyś  wzrok, gdy  oślepił mnie  odrzut płomienia  przy odpalaniu armaty w  osiemnastym wieku  na 

Cieniu-Ziemi.  Ale  trwało  to  tylko  około  miesiąca,  potem  wzrok  odzyskałem.  Jednakże  Eryk  wydając  rozkaz  wybrał 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

48 / 55

background image

radykalny  środek.  Nadal  budziłem  się  z  krzykiem  i  dygotałem  zlany  zimnym  potem, gdy  wracał  mi  w  pamięci  obraz 

rozpalonych do białości prętów - i ich dotyk! 

Jęczałem bezgłośnie i chodziłem od ściany do ściany. 

Nic absolutnie  nie mogłem zrobić i to było najgorsze ze  wszystkiego. Byłem bezradny jak niemowlę. Oddałbym 

duszę  za  to, żeby odzyskać wzrok i dać  upust dławiącej mnie nienawiści. Żeby choć  na godzinę móc  z  mieczem w dłoni 

stanąć jeszcze przeciwko bratu. 

Położyłem się  na  materacu  i zasnąłem.  Kiedy  się  obudziłem, zjadłem swoją  porcję  i znów  zacząłem  krążyć  po 

celi. U rąk i nóg miałem szpony zamiast paznokci, broda sięgała mi za  pas, a włosy bez przerwy spadały na oczy. Byłem 

brudny i wszystko mnie swędziało. Zastanawiałem się, czy mam wszy. 

Na myśl, że można doprowadzić księcia Amberu do takiego stanu, trząsłem się z  bezsilnej furii, płynącej gdzieś z 

samego środka  jestestwa. Wychowałem się  w przekoamiu, że  jesteśmy niezwyciężeni, nieskazitelni, opanowani i twardzi 

niczym diamenty, jak nasze portrety na Atutach. Najwyraźniej tak nie było. 

Ale  przynajmniej byłem na tyle podobny do innych ludzi, żeby szukać ratunku. Grałem sam ze sobą  w rozmaite 

gry, opowiadałem sobie  historyjki, wspominałem różne przyjemne  chwile  -  a było  ich wiele. Przywoływałem w  myślach 

uroki  przyrody:  wiatr, deszcz,  ciepłe  lato,  rześkie  podmuchy  wiosny.  Na  Cieniu-Ziemi  miałem  mały  samolot  i  bardzo 

lubiłem  nim  latać.  Teraz  odtwarzałem  w  pamięci  rozjaśnione  słońcem  panoramy,  zminiaturyzowane  miasta,  ogromne 

błękitne przestrzenie  nieba, stada chmurek (gdzie  one teraz  są?)  i wielkie połacie oceanu pod skrzydłami. Przypominałem 

sobie kobiety, które kochałem, przyjęcia, potyczki zbrojne. 

A kiedy już nie mogłem się powstrzymać, myślałem o Amberze. 

Pewnego dnia, przy podobnej okazji, moje kanaliki łzowe znów zaczęły funkcjonować. Zapłakałem. 

Po nieskończenie  długim czasie, wypełnionym  ciemnością  i snem, usłyszałem kroki, które zatrzymały się  przed 

drzwiami mojej celi, i zgrzytnął klucz w zamku. 

Było  to tak długo po wizycie Reina, że zapomniałem już, jak smakuje wino i papierosy. Nie  potrafiłem określić, 

ile czasu minęło, ale byłem pewny, że upłynęło go dużo. 

Na  korytarzu stali dwaj mężczyźni. Poznałem to po krokach, jeszcze  zanim usłyszałem ich głosy. Jeden z głosów 

był mi znajomy. Drzwi się otworzyły i Julian zawołał mnie po imieniu. Nie odpowiedziałem, powtórzył więc: 

- Corwin? Chodź tutaj. Ponieważ nie miałem wielkiej możliwości wyboru, wstałem i wyszedłem. Zatrzymałem się 

przed nim. 

- Czego chcesz? - spytałem 

- Chodź ze mną. - I wziął mnie za ramię. 

Poszliśmy  korytarzem;  on  nic  nie  mówił, a  ja  prędzej  bym  sobie  język  odgryzł,  niż  zadał mu  jakieś  pytanie. 

Poznałem po odgłosach, że wchodzimy do hallu. Później powiódł mnie schodami w górę, a następnie do pałacu. 

Tam zaprowadzono  mnie  do jakiegoś pomieszczenia  i usadzono na  krześle. Golibroda  przystąpił do ścinania mi 

włosów i brody. Nie poznałem go po głosie, kiedy spytał, czy chcę mieć brodę równo przyciętą czy zgoloną. 

-  Zgól  -  zaordynowałem, po czym  zostałem oddany  w  ręce  manikiurzystki,  która  zajęła  się  wszystkimi  moimi 

dwudziestoma paznokciami. 

Zostałem  wykąpany i ubrany w  czysty strój, który  na  mnie  wisiał. Zostałem także  odwszawiony, ale  o  tym  nie 

mówmy. 

Teraz  zaprowadzono  mnie  do  innego  czarnego  pomieszczenia  wypełnionego  muzyką, zapachem  smakowitych 

potraw, śmiechem i gwarem głosów. Domyśliłem się, że to sala jadalna. 

Gwar nieco ucichł, kiedy  Julian wprowadził mnie i usadowił na  krześle. Siedziałem tam, aż rozległy się dźwięki 

trąbki i zmuszono mnie, żebym wstał. 

Usłyszałem toast: 

- Niech żyje Eryk Pierwszy, król Amberu! Niech żyje król! 

Nie spełniłem toastu, ale nikt nic zwrócił na to uwagi. Wniósł go Caine, to jego głos dobiegał ze szczytu stołu. Nie 

żałowałem sobie  jedzenia,  jako  że  był to  najlepszy  posiłek, jaki  dostałem  od  koronacji.  Z  dobiegających mnie  rozmów 

zrozumiałem, że obchodzimy właśnie rocznicę tego wydarzenia, co znaczyło, że spędziłem cały rok w ciemnicy. 

Nikt się  do mnie nie  odezwał i ja  nie próbowałem zagadywać do nikogo. Byłem tu obecny jedynie  w charakterze 

ducha. Po to, aby  mnie  upokorzyć i unaocznić  moim braciom cenę, jaką  trzeba zapłacić za sprzeniewierzenie  się władcy. 

Poza dzisiejszym wieczorem zaś zostałem skazany na zapomnienie. 

Trwało to do późnej nocy. Ktoś hojnie  dolewał mi wina, a to już było coś. Przez resztę nocy siedziałem gdzieś w 

kącie  i  słuchałem  muzyki  przygrywającej  do  tańca.  Nad  ranem,  pijanego  do  nieprzytomności,  zawleczono  mnie  z 

powrotem  do  celi.  I  już  było  po  wszystkim,  został mi  na  pociechę  czysty  strój. Żałowałem  jedynie,  że  nie  upiłem  się 

dostatecznie, aby zanieczyścić podłogę albo czyjeś odświętne szaty. 

Tak skończył się mój pierwszy rok w ciemnicy.

Rozdział 09 

Nie  chcę  się  powtarzać, więc  powiem krótko, że  drugi  rok  był  bardzo  podobny  do  pierwszego, z  tym  samym 

finałem. Podobnie  jak  trzeci.  Podczas  drugiego  roku  Rein  przyszedł  do  mnie  dwukrotnie, przynosząc  rozmaite  dobra  i 

plotki. W obu przypadkach zabroniłem mu pokazywać się więcej. Trzeciego roku przyszedł sześć razy, co drugi miesiąc  - 

za  każdym  razem  zabraniałem  mu  tego  na  nowo,  choć  z  niekłamaną  przyjemnością  jadłem  przyniesioną  żywność  i 

słuchałem jego nowin. 

Źle się działo w Amberze. Jakieś nieczyste siły przybywały z Cieni szerząc  zniszczenie. Rozprawiano się  z nimi, 

oczywiście.  Eryk  zachodził w  głowę, skąd  się  brały. Nie  wspomniałem nic  o mojej  klątwie,  lecz  później  w  samotności 

czerpałem radość z jej spełnienia. 

Random  był  nadal  więźniem,  jak  i  ja.  Jego  żona  rzeczywiście  się  z  nim  połączyła.  Pozycja  reszty  mojego 

rodzeństwa pozostała nie zmieniona. 

I tak przebrnąłem przez trzecią rocznicę koronacji mojego brata, gdy zdarzyło się coś, co niemal przywróciło mnie 

życiu. 

To coś... 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

49 / 55

background image

To  coś pojawiło się  pewnego dnia i wprawiło mnie  w tak doskonały humor, że natychmiast otworzyłem ostatnią 

butelkę  wina  od Reina  i ostatnie  zaoszczędzone  pudełko  papierosów. Paliłem, pociągałem z  butelki i  rozkoszowałem się 

myślą, że jednak pobiłem Eryka. Gdyby się o tym dowiedział, oznaczałoby to mój koniec. Ale nie wiedział. Piłem, paliłem 

i upajałem się światełkiem, które mi zamigotało. 

Tak, światełkiem. 

Dojrzałem jasną plamkę gdzieś na prawo. Czy macie pojęcie, co to dla mnie znaczyło? 

Jak pamiętacie, odzyskawszy przytomność na  łóżku szpitalnym dowiedziałem się, że kości zrosły mi się znacznie 

szybciej, niż  się  ktokolwiek  spodziewał. Rozumiecie  już? Zdrowieję  w  szybszym  tempie  niż  inni. Wszyscy  książęta  i 

księżniczki Amberu są  w  pewnym stopniu  obdarzeni tą  właściwością. Przeżyłem zarazę, przeżyłem  marsz  na  Moskwę... 

Regeneruję  się  prędzej i lepiej niż wszyscy inni. Nawet Napoleon zwrócił na  to uwagę. Podobnie  jak generał MacArthur. 

Tkanka  nerwowa  potrzebowała  po  prostu więcej czasu, żeby się  odnowić, i  tyle. Ta  cudowna  plamka  światła  na  prawo 

oznaczała, że odzyskiwałem wzrok. Jak się okazało, było to zakratowane okienko w drzwiach celi. 

Moje  palce  powiedziały mi, że  mam  nowe  gałki  oczne. Trwało  to trzy  lata, ale  się  dokonało. To była  ta  jedna 

szansa na milion, o której mówiłem wcześniej; szansa, której nawet Eryk nie  mógł przewidzieć z powodu zróżnicowanych 

możliwości poszczególnych członków  rodziny. I  na  tym polu go pobiłem:  przekonałem się, że  mogę sprawić  sobie nowe 

oczy.  Zawsze  wiedziałem,  że  mój  organizm  potrafi  w  stosownym  czasie  odnowić  tkankę  nerwową.  Podczas  wojny 

francusko-pruskiej  otrzymałem  postrzał  w  kręgosłup  i  zostałem  częściowo  sparaliżowany. Po  dwóch  latach  to  minęło. 

Żywiłem cichą nadzieję  - przyznaję, że  zwariowaną -  iż  może  coś takiego stanie się i w  tym przypadku, i moje wypalone 

oczy się zregenerują. I miałem rację. Sprawiały wrażenie zdrowych i całych, a wzrok powoli mi wracał. 

Ile  czasu zostało do następnej rocznicy koronacji? Przestałem krążyć  po celi i serce  zabiło mi mocniej. W chwili 

gdy ktoś zauważy, że odzyskałem oczy, znów je stracę. Muszę więc uciec, zanim miną cztery lata. 

Ale jak? 

Do  tej  pory  nie  poświęcałem  temu  zagadnieniu  większej  uwagi,  gdyż  nawet  gdybym  wymyślił  sposób  na 

wydostanie się z celi, nigdy nie  udałoby mi się ujść z Amberu - czy choćby z  pałacu - bez oczu, bez niczyjej pomocy i bez 

żadnych szans na jedno czy drugie. Jednakże teraz... 

Drzwi  celi  były  duże,  ciężkie,  okute  mosiądzem,  z  malutkim  zakratowanym  okienkiem  na  wysokości  półtora 

metra, żeby  można  było  zajrzeć  do środka, czy  jeszcze  żyję, gdyby  kogokolwiek  to  obchodziło.  Nawet  gdybym  zdołał 

wyrwać kratę, nie sięgnąłbym ręką do zamka po drugiej stronie. Na dole była tylko wąska szczelina osłonięta klapką, przez 

którą można było najwyżej wziąć pożywienie. Zawiasy znajdowały się po drugiej stronie albo między drzwiami a framugą, 

ale tak czy owak poza moim zasięgiem. Innych drzwi nie było. 

Nadal  czułbym  się  jak  ślepiec, gdyby  nie  nikłe,  pokrzepiające  na  duchu  światełko  zza  kratki.  Zdawałem  sobie 

sprawę, że  nie odzyskałem jeszcze  w pełni wzroku i że  to musi potrwać, lecz  i tak niewiele  bym dojrzał w tych egipskich 

ciemnościach. Wiedziałem to, ponieważ znałem lochy pod Amberem. 

Zapaliłem papierosa  chodząc  od  ściany  do ściany,  a  potem  oszacowałem  swój  dobytek  pod  kątem  tego,  co  by 

mogło mi być pomocne. Miałem ubranie, materac i ile dusza zapragnie  przegniłej słomy. Miałem także zapałki, ale szybko 

odrzuciłem  myśl,  żeby  ją  podpalić.  Było  mocno  wątpliwe,  aby  ktoś  przyszedł  i  otworzył  drzwi.  Już  prędzej  strażnik 

odpowiedziałby mi śmiechem, gdyby  się  w  ogóle  zjawił. Miałem jeszcze łyżkę, którą  zwędziłem na  ostatnim bankiecie. 

Chciałem wziąć nóż, ale Julian zauważył, że go biorę do ręki, i wyrwał mi. Nie wiedział jednak, że była to już moja druga 

próba i że zdążyłem przedtem wetknąć do buta łyżkę. 

Czy mogła mi się teraz do czegoś przydać? 

Słyszałem  te  historie  o  facetach  wydłubujących  tunel  z  celi  za  pomocą  najnieprawdopodobniejszych  rzeczy: 

klamerek od paska  (którego nie  miałem) -  i tak  dalej. Aleja nie  mogłem tracić  czasu na  metody hrabiego  Monte  Christo. 

Musiałem być na wolności w ciągu paru miesięcy, w przeciwnym razie moje nowe oczy na nic mi się nie przydadzą. 

Drzwi były drewniane. Dębowe. Opasane  czterema  metalowymi paskami. Jeden biegł naokoło przy samej górze, 

drugi  na  dole, tuż  nad  szczeliną;  dwa  pozostałe  z  góry  na  dół  po obu stronach  zakratowanego okienka. Wiedziałem, że 

drzwi otwierają się  na zewnątrz  i mają zamek  po lewej stronie. Jak pamiętałem z  dawnych czasów, ich grubość  wynosiła 

jakieś pięć centymetrów;  starałem się przypomnieć sobie mniej więcej położenie zamka, co zweryfikowałem opierając  się 

o drzwi i czując w tym miejscu opór. Wiedziałem, że są  także zamknięte na  zasuwę, ale  to zmartwienie zostawiłem sobie 

na potem. Może uda mi się ją podważyć wsuwając trzonek łyżki między drzwi a framugę. 

Klęcząc na materacu wyryłem łyżką czworokąt w miejscu, gdzie powinien znajdować się w drzwiach mechanizm 

zamka. Później zabrałem się  do  pracy  i nie  ustawałem  przez  parę  godzin, dopóki  ręka  nie  odmówiła  mi  posłuszeństwa. 

Przejechałem paznokciem po powierzchni drzwi. Ledwo  je  zadrapałem, ale  początek był zrobiony. Przełożyłem łyżkę  do 

lewej ręki i dłubałem dalej, dopóki i ona nie zaczęła mnie boleć. 

Miałem  nadzieję, że  może  Rein  się  pokaże. Byłem pewien, że  uda  mi się  namówić  go do  oddania  mi  swojego 

sztyletu, jeśli go przycisnę. Nie pokazał się jednak, więc nadal mozolnie ścierałem drzwi łyżką. 

Pracowałem tak dzień po dniu, aż wyżłobiłem prostokąt głęboki na  przeszło centymetr. Za  każdym razem, kiedy 

słyszałem kroki  strażnika, przesuwałem  materac  z  powrotem  do  przeciwległej  ściany  i  kładłem  się  na  nim  plecami  do 

drzwi. Gdy  strażnik  odchodził, wracałem do  roboty. Musiałem ją  jednak na  jakiś  czas  przerwać,  choć  z  dużą  niechęcią. 

Mimo  że  owinąłem dłonie kawałkiem materiału oddartym z  ubrania, były całe w bąblach, które pękając odsłaniały żywe, 

krwawiące  mięso. Byłem więc  zmuszony  dać  im się  wygoić, a  ten czas  postanowiłem przeznaczyć na zaplanowanie, co 

zrobię po wyjściu. 

Kiedy  wydłubię  już  dostatecznie  głęboki  otwór  w  drzwiach,  podniosę  zasuwę.  Łomot,  jaki  wyda  spadając, 

sprowadzi  prawdopodobnie  strażnika.  Ja  będę  już  wtedy  na  zewnątrz.  Parę  kopniaków  powinno  wyłamać  drzwi  wokół 

zamka, a sam zamek może sobie zostać na miejscu. Stanę twarzą w twarz ze strażnikiem, który w przeciwieństwie do mnie 

będzie uzbrojony, lecz będę musiał go pokonać. 

Z jednej strony może  działać ze zbytnią  pewnością siebie myśląc, iż  jestem ślepy, lecz z  drugiej strony może też 

zachować pewną ostrożność, pamiętając, jak wkroczyłem do Amberu. Tak czy owak zginie, a ja zdobędę broń. Pomacałem 

prawy  biceps  i  czubki  moich  palców  niemal  się  zetknęły. Boże!  Ależ  byłem  wychudzony!  Ale  nadal  byłem  księciem 

Amberu i nawet w tym stanie  powinienem dać  radę  zwykłemu człowiekowi. Może  sam siebie  zwodziłem, ale  musiałem 

spróbować. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

50 / 55

background image

Jeśli mi się powiedzie, to mając miecz w ręku nie cofnę się przed niczym, żeby dotrzeć do Wzorca, a potem z jego 

centrum przeniosę  się  do dowolnego świata  Cieni. Tam się  wykuruję, powrócę do sił i tym razem nie  będę  się  spieszył. 

Nawet gdyby miało mi to zająć całe stulecie, przygotuję wszystko do ostatniego szczegółu, zanim znów wyruszę na Amber. 

Ostatecznie  byłem jego legalnym władcą. Czyż  nie ukoronowałem się  w obecności całego dworu jeszcze  przed Erykiem? 

Mam więc słuszne prawo do tronu! 

Gdyby  tylko  można  było  przejść  do  Cienia  prosto  z  Amberu!  Nie  musiałbym  wtedy  zawracać  sobie  głowy 

Wzorcem. Ale mój Amber stanowi centrum wszechrzeczy i nie tak łatwo się go opuszcza. 

Po jakimś miesiącu ręce mi się  wygoiły i wkrótce po podjęciu pracy były znów całe w odciskach. Pewnego dnia, 

słysząc  kroki  strażnika,  jak  zwykle  przesunąłem  materac  do  przeciwległej  ściany.  Klapka  skrzypnęła  i  mój  posiłek 

przesunął się przez szczelinę. Zaraz też kroki się oddaliły. 

Wróciłem  do  drzwi.  Nie  patrząc  na  tacę  wiedziałem,  co  zawiera:  kromkę  suchego  chleba,  garnek  wody  i  w 

najlepszym razie  jeszcze  kawałek  sera. Wróciłem do  poprzedniego zajęcia. Byłem w  nim na dobre pogrążony, gdy nagle 

usłyszałem za plecami zduszony śmiech. 

Odwróciłem się. Przy ścianie na lewo stał jakiś człowiek i chichotał. 

- Kim jesteś? -  spytałem, a mój głos zabrzmiał mi w uszach jakoś dziwnie. Uświadomiłem sobie, że to pierwsze 

słowa, jakie wypowiedziałem od dłuższego czasu. 

- Szykujemy ucieczkę - odezwał się. - Próbujemy zwiać. - I znów zachichotał. 

- Jak się tu dostałeś? 

- Wszedłem. 

- Którędy? W jaki sposób? 

Zapaliłem zapałkę i choć zabolały mnie oczy, nie zgasiłem płomienia. 

Miałem przed sobą niewielkiego mężczyznę. Właściwie nawet zupełnie małego. Miał jakieś półtora metra wzrostu 

i  był  garbusem.  Jego  włosy  i  broda  były  w  nie  lepszym  stanie  niż  moje.  Jedyną  wyróżniającą  go  cechą  pośród  tej 

zmierzwionej gęstwiny był długi, haczykowaty nos i czarne oczka, teraz zmrużone przed światłem. 

- Dworkin - powiedziałem. 

Znów zachichotał. 

- Zgadza się. A ty kim jesteś? 

-  Nie  poznajesz  mnie, Dworkinie?  -  Zapaliłem  drugą  zapałkę  i  przysunąłem  ją  do  twarzy. -  Przyjrzyj  mi  się. 

Odejmij brodę i dodaj mi jakieś pięćdziesiąt kilo wagi. Wyrysowałeś mnie z całą dokładnością na kilkunastu taliach kart. 

- Corwin - powiedział w końcu. - Przypominam sobie, tak. 

- Myślałem, że nie żyjesz. 

- Żyję, żyję. Widzisz? - Zakręcił przede mną  pirueta. -  Jak się  ma twój ojciec? Widziałeś go ostatnio? Czy to on 

cię tu wpakował? 

- Nie ma już Oberona - odparłem. - W Amberze rządzi mój brat Eryk, a ja jestem jego więźniem. 

- Wobec tego Ja mam pierwszeństwo, gdyż ja jestem więźniem Oberona. 

- Naprawdę? Nikt z nas nie wiedział, że ojciec wsadził cię do więzienia. 

Usłyszałem szloch. 

- Owszem - powiedział po chwili. - Nie ufał mi. 

- Dlaczego? 

- Powiedziałem mu, że wymyśliłem, w jaki sposób można zniszczyć Amber. Opisałem mu to, a on mnie zamknął. 

- Niezbyt to było miłe z jego strony. 

- Wiem - przyznał Dworkin - ale dał mi wygodne pomieszczenie i rozmaite rzeczy do eksperymentowania. 

Tylko że po jakimś czasie  przestał mnie  odwiedzać. Przyprowadzał ze sobą  różnych ludzi, którzy pokazywali mi 

kleksy z atramentu i kazali układać o nich historie. To było nawet zabawne, ale pewnego dnia jeden kleks nie bardzo mi się 

spodobał  i  zamieniłem  tego  mężczyznę  w  żabę.  Król  się  rozzłościł,  kiedy  nie  chciałem  go  przywrócić  do  poprzedniej 

postaci. Teraz od tak dawna nikogo nie widziałem, że nawet byłbym gotów to zrobić. Raz... 

- Jak dostałeś się tutaj, do mojej celi? - spytałem ponownie. 

- Powiedziałem ci, wszedłem. 

- Przez ścianę? 

- Oczywiście, że nie. Przez ścianę Cienia. 

- Przecież żaden człowiek nie może przejść przez Cień w Amberze. W Amberze nie ma Cieni. 

- No cóż, uciekłem się do oszustwa - przyznał. 

- Jak to? 

-  Narysowałem nowy Atut  i przeszedłem  przez  niego, żeby  zobaczyć, co  jest po tej  stronie  ściany. Ojej! To mi 

przypomina, że nie mogę bez niego wrócić. Muszę narysować następny. Masz coś do jedzenia? I coś do pisania? I kawałek 

papieru? 

- Proszę, oto chleb - poczęstowałem go - a do tego kawałek sera. 

-  Dziękuję,  Corwinie  -  połknął  je  z  wilczym  apetytem,  popijając  całą  moją  wodą.  -  Teraz  daj  mi  kawałek 

pergaminu i  ołówek, bo  muszę  już  wracać  do  siebie. Chcę  skończyć  czytać  książkę. Miło  mi  było się  z  tobą  zobaczyć. 

Szkoda, że Eryk cię uwięził. Wpadnę do ciebie jeszcze kiedyś na pogawędkę. Jak zobaczysz ojca, powiedz mu, żeby się na 

mnie nie gniewał, bo ja... 

- Nie mam ołówka ani pergaminu - przerwałem. 

- Coś takiego! To barbarzyństwo! 

- Wiem, ale też i Eryk ma barbarzyńskie zwyczaje. 

- A co masz? Wolę mój własny pokój od tego miejsca. Przynajmniej jest lepiej oświetlony. 

- Zjadłeś ze mną kolacje - powiedziałem -  a teraz chciałbym prosić cię  o przysługę. Jeśli ją  spełnisz, przyrzekam, 

że zrobię wszystko, aby pogodzić cię z ojcem. 

- Co byś chciał? 

- Od dawna podziwiam twoją sztukę i jest coś, co bardzo chciałbym mieć namalowane  twoją  ręką. Czy pamiętasz 

latarnię morską w Cabrze? 

- Oczywiście. Byłem tam wiele razy. Znam nawet latarnika, Jopina. Grywałem z nim w szachy. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

51 / 55

background image

- Przez całe swoje dorosłe życie marzyłem o tym, aby zobaczyć jeden z twoich magicznych rysunków tej wielkiej 

szarej wieży - ciągnąłem. 

-  Bardzo wzruszająca  prośba  -  odparł - a  poza  tym dość  łatwa  do spełnienia. Robiłem kiedyś  wstępne  szkice  tej 

latarni, ale nigdy poza nie nie wyszedłem, zawsze była jakaś pilniejsza praca. Znajdę ci któryś z nich, jeśli sobie życzysz. 

-  Nie, chciałbym mieć  coś  trwalszego,  coś  co  dotrzymywałoby  mi towarzystwa  tutaj,  w  celi,  i podtrzymywało 

mnie na duchu, a potem innych, którzy zajmą moje miejsce. 

- To pięknie, ale jak to wykonać? 

- Mam tu rylec - powiedziałem (łyżka była  już dobrze wyostrzona) - i mógłbyś nakreślić obraz na  tamtej ścianie, 

żebym patrzył na niego przed snem. 

Milczał przez chwilę, a potem rzekł: 

- Trochę tu ciemno. 

-  Mam  kilka  pudełek  zapałek  i  będę  ci  nimi  przyświecał.  Możemy  nawet  spalić  trochę  słomy,  jeśli  zajdzie 

konieczność. 

- Trudno to nazwać idealnymi warunkami do pracy... 

-  Wiem,  i  bardzo  cię  za  to  przepraszam,  wielki  Dworkinie,  ale  to  wszystko,  czym  dysponuję.  Dzieło  sztuki 

skreślone twoją ręką ze wszech miar umili mi moją nędzną egzystencję. 

Roześmiał się. 

-  Dobrze  więc. Ale  musisz  obiecać  mi  dość  światła, żebym  mógł  potem naszkicować  sobie  drogę  powrotną  do 

siebie. 

- Zgoda - powiedziałem i przetrząsnąłem kieszenie. Miałem trzy pełne pudełka i resztkę czwartego. Włożyłem mu 

łyżkę do ręki i podprowadziłem go w stronę ściany. 

- Czy poznajesz, jakie narzędzie trzymasz? - spytałem. 

- To naostrzona łyżka, prawda? 

-  Tak.  Zapalę  zapałkę,  jak  tylko  powiesz,  że  jesteś  gotów.  Będziesz  musiał  się  pośpieszyć,  bo  mam  ich 

ograniczony zapas. Przeznaczę połowę na latarnię morską, a drugą połowę dla ciebie. 

- Dobrze - zgodził się i zabrał do roboty, kreśląc szybko na wilgotnym, szarym murze. 

Najpierw  zrobił  pionowy  prostokąt  jako  obramowanie  całości.  Polem  kilkoma  zręcznymi  kreskami  zaczął 

wyczarowywać obraz  latarni morskiej. Jakimś cudem, choć sam był pomylony, jego sztuka  nic nic ucierpiała. Trzymałem 

zapałki na  samym koniuszku, obśliniałem lewy kciuk i palec wskazujący i kiedy już  mnie  parzyły, chwytałem drugą  ręką 

za zwęglony czubek, aby wypaliły się do samego końca. 

Kiedy  skończyło  się  pierwsze  pudełko, latarnia  już  była  gotowa  i  Dworkin  zaczynał  pracować  nad  niebem  i 

morzem. Zachęcałem go, jak mogłem, wyrażając zachwyt nad każdą kreską. 

- Wspaniałe, naprawdę wspaniałe -  pochwaliłem go, gdy dzieło było już niemal skończone. Zmusił mnie jeszcze 

do zmarnowania następnej zapałki, żeby się podpisać. W drugim pudełku widać już było dno. 

- Teraz możemy podziwiać mój obraz - powiedział. 

-  Jeśli chcesz  się  dostać  do siebie  -  zauważyłem -  to lepiej zostaw podziwianie  mnie. Mamy zbyt mało zapałek, 

żeby się w tej chwili bawić w krytyków sztuki. 

Naburmuszył  się  trochę,  ale  przeszedł  pod  drugą  ścianę  i  zaczął  szkicować,  jak  tylko  zapaliłem  zapałkę. 

Narysował mały pokój, czaszkę na biurku, obok niej globus, wokół ściany pełne książek. 

-  W  porządku  -  oznajmił,  właśnie  kiedy  odrzuciłem  trzecie  pudełko  i  zabrałem  się  za  resztkę  czwartego. 

Dokończenie  rysunku  kosztowało mnie  jeszcze  sześć zapałek, a  podpis  siódmą. Przy ósmej -  zostały mi już  tylko dwie  - 

spojrzał na swoje dzieło, postąpił krok naprzód i już go nie było. 

Tymczasem zapałka  sparzyła  mnie  w  palce, rzuciłem  ją  na  podłogę, zaskwierczala  spadając  na  słomę  i zgasła. 

Stałem dygocąc na  całym ciele, pełen sprzecznych uczuć, gdy wtem znów usłyszałem jego głos i poczułem, że jest obok. 

Dworkin wrócił. 

- Coś mi przyszło do głowy - powiedział. - Jak chcesz podziwiać mój obraz, kiedy tu jest tak ciemno? 

- Nic nie  szkodzi, nauczyłem się  widzieć  w ciemności - zapewniłem go. - Żyję w niej od tak dawna, że  zdążyłem 

ją oswoić. 

- Rozumiem. Po prostu byłem ciekaw. Zapal światło, żebym mógł wrócić. 

-  Dobrze  -  przystałem, wyjmując  moją  przedostatnią zapałkę  -  ale  kiedy  wpadniesz  następnym  razem, przynieś 

lepiej własną pochodnię. Ja będę już bez zapałek. 

Kiedy zniknął ponownie, odwróciłem się szybko i zanim zapałka zgasła, spojrzałem na latarnię morską w Cabrze. 

Tak, była w niej moc, czułem ją. 

Jednakże  czy  moja  jedyna,  ostatnia  zapałka  wystarczy?  Nie,  chyba  nie.  Potrzebowałem  dłuższej  chwili 

koncentracji, aby użyć Atutu jako furtki. 

Co  mógłbym  spalić?  Słoma  była  zbyt  wilgotna  i  mogłaby  się  nie  zająć.  To  straszne  mieć  furtkę  -  drogę  do 

wolności - tuż przed nosem i nie móc z niej skorzystać. Potrzebowałem ognia, który potrwa przez jakiś czas. 

Mój  siennik.  Był  to  zszyty  kawałek  zgrzebnego  płótna  wypchany  słomą.  Ta  słoma  powinna  być  suchsza, a  i 

materiał powinien się zapalić. 

Uprzątnąłem  połowę  celi do  gołego  kamienia  na  podłodze.  Później  rozejrzałem  się  za  wyostrzoną  łyżką, żeby 

przeciąć nią poszwę. Zakląłem. Dworkin wziął ją ze sobą. Targając  i szarpiąc  rozerwałem siennik i wyciągnąłem ze środka 

suchą  słomę. Zrobiłem z niej mały kopczyk, a  płótno położyłem obok, żeby je w razie potrzeby dorzucić do ognia. Ale im 

mniej dymu, tym lepiej. Mógłby zwrócić uwagę przechodzącego strażnika. Nie  było to na  szczęście zbyt prawdopodobne, 

gdyż dopiero co dostałem jedzenie, a przynoszą mi jeden posiłek dziennie. 

Zapaliłem  moją  ostatnią  zapałkę  i  najpierw  podpaliłem  puste  już  pudełko  tekturowe,  a  kiedy  się  zajęło, 

przytknąłem  je  do  słomy.  Zatliła  się  i  omal nie  zgasła  -  była  wilgotniejsza, niż  myślałem, mimo  że  wyciągnąłem  ją  z 

samego środka materaca. Ale  w końcu rozjarzyło się parę iskierek, a  potem pokazał się płomień. Musiałem zużyć  do tego 

celu  dwa  pozostałe  puste  pudełka  po  zapałkach,  toteż  dziękowałem  w  duchu  Bogu,  że  nie  wyrzuciłem  ich  do  dziury 

kloacznej.  Czwarte  i  ostatnie  pudełko  ściskałem  w  pogotowiu  w  garści,  w  lewej  ręce  trzymając  poszwę  siennika  i 

wpatrując się intensywnie w rysunek. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

52 / 55

background image

Kiedy płomienie poszły w górę, a ich blask ogarnął ścianę, skupiłem się na widoku latarni, wywołując w myśli jej 

obraz.  Zdawało  mi  się,  że  słyszę  w  dali  krzyk  mew  i  czuję  słony  powiew  wiatru  na  twarzy. Im  dłużej  patrzyłem, tym 

realniejszy  stawał  się  widok  przed  moimi  oczami.  Nie  odrywając  wzroku  od  rysunku  dorzuciłem  do  ognia  poszwę  - 

płomienie na moment przygasły, lecz zaraz wystrzeliły w górę. 

Ręka  Dworkina  nie  straciła  swoich  magicznych  właściwości, gdyż  wkrótce  latarnia  morska  wydawała  mi  się 

równie  rzeczywista  jak  moja cela, a  po chwili stała  się  jedyną  rzeczywistością, a  cela  tylko Cieniem  za  moimi plecami. 

Usłyszałem plusk fal i poczułem ciepło popołudniowego słońca. Zrobiłem krok naprzód, lecz moja noga nie wylądowała w 

ognisku. 

Stałem na piaszczysto-skalistym brzegu małej wyspy zwanej Cabrą, na  której znajdowała  się  duża, szara latarnia 

morska,  wskazująca  w  nocy  drogę  statkom  płynącym  do  Amberu.  Nad  moją  głową  krążyło  stadko  przestraszonych, 

wrzeszczących mew, a mój śmiech zlał się w jedno z  szumem fal i swobodną pieśnią  wiatru. Amber  leżał czterdzieści trzy 

mile za moim lewym ramieniem. 

Uciekłem.

Rozdział 10 

Poszedłem do latarni i wspiąłem się  po kamiennych schodach wiodących do wejścia po zachodniej stronie. Drzwi 

były wysokie, szerokie, solidne i wodoszczelne. Były zamknięte. Za mną wychodził w morze niewielki pomost, do którego 

przycumowano  dwie  łódki:  łódź  wiosłową  i  małą  kabinową  żaglówkę.  Kołysały  się  łagodnie  na  wodzie  migoczącej 

blaskiem  słońca. Patrzyłem  na  nie  przez  chwilę. Tak  długo  nic  nie  widziałem,  że  przez  moment  wydały  mi się  czymś 

nadziemskim. Zdusiłem szloch, który chwycił mnie za gardło. 

Odwróciłem się tyłem i zapukałem do drzwi. Po nieskończenie długim czekaniu zapukałem ponownie. Wreszcie 

usłyszałem jakiś ruch i drzwi się otwarły, skrzypiąc niemiłosiernie. 

Jopin,  latarnik,  spojrzał  na  mnie  przekrwionymi  oczami.  Zalatywała  od  niego  whisky.  Był  niewysoki  i  tak 

zgarbiony, że przypominał mi Dworkina. Jego broda była równie długa jak moja, więc naturalnie wydawała  mi się jeszcze 

dłuższa i  miała  kolor  popiołu, nie  licząc  paru  żółtawych plamek w  okolicy pomarszczonych ust. Cerę  miał porowatą  jak 

skórka pomarańczy, zbrązowiałą na słońcu i wietrze i wysuszoną na pergamin. Zamrugał parę razy oczami i w końcu udało 

mu się skoncentrować wzrok na mojej twarzy. Jak wiele osób, które nie dosłyszą, mówił dość głośno. 

- Kim jesteście? Czego chcecie? - spytał. 

Doszedłem  do  wniosku,  że  skoro  trudno  mnie  poznać  w  obecnym  opłakanym  stanie,  to  mogę  równie  dobrze 

zachować anonimowość. 

-  Jestem  podróżnikiem  z  południa  -  powiedziałem.  -  Mój  statek  się  rozbił, a  ja  dryfowałem  przez  wiele  dni 

uczepiony kawałka drewna, aż wreszcie morze wyrzuciło mnie tu na brzeg. Spałem na plaży przez cale rano i dopiero teraz 

zebrałem dość sił, żeby dowlec się do waszej latami. 

Podszedł do mnie i chwycił mnie pod rękę. Drugą ręką objął mnie wpół. 

- Chodźcie, chodźcie do środka - powiedział. - Oprzyjcie się na mnie. Tędy. 

Zaprowadził  mnie  do  swojej  izby,  która  była  nieprawdopodobnie  zagracona  i  zarzucona  starymi  książkami, 

wykresami, mapami i przyrządami okrętowymi. Nie szedł zbyt pewnie, toteż nie opierałem się na nim za mocno, tylko tyle, 

żeby uwiarygodnić wersję o moim wycieńczeniu, które starałem się zobrazować podtrzymując się framugi drzwi. 

Podprowadził mnie do kanapy mówiąc, żebym się  położył, i poszedł zamknąć drzwi wejściowe oraz przynieść mi 

coś do jedzenia. 

Zdjąłem buty, ale miałem tak brudne nogi, że włożyłem je z powrotem. Gdybym dryfował po morzu, nie byłbym 

brudny.  Nie  chciałem  zdradzać  swojej  historii,  przykryłem  się  więc  kocem  i  wyciągnąłem  wygodnie  nareszcie 

odpoczywając. 

Jopin  wrócił  z  dzbankiem  wody,  dzbankiem  piwa,  dużą  porcją  mięsa  i  bochenkiem  chleba  na  drewnianej 

kwadratowej tacy. Jednym ruchem opróżnił wierzch  małego  stolika, który  kopnięciem przysunął  do kanapy. Postawił  na 

nim tacę i zachęcił mnie do jedzenia. 

Nie  trzeba  mi  było  tego  dwa  razy  powtarzać. Rzuciłem się  żarłocznie  na  tacę, zmiatając  wszystko do  ostatniej 

okruszynki.  Opróżniłem też  oba  dzbanki. I  poczułem, że  ogarnia  mnie  nieludzkie  zmęczenie.  Jopin  widząc  to,  pokiwał 

tylko głową i kazał mi iść spać. Zasnąłem w tej samej sekundzie. 

Kiedy się obudziłem, była już  noc. Od niepamiętnych czasów nie czułem się tak dobrze. Wstałem i wyszedłem z 

budynku. Na  dworze  było  chłodno, ale  niebo  było krystalicznie  czyste  i lśnił na  nim milion gwiazd. Za  moimi plecami 

latarnia  zapalała  się  i  gada, zapalała  się  i gasła. Woda  była  zimna, ale  musiałem się  umyć. Wykąpałem się  i  wyprałem 

ubranie. Zajęło mi to chyba godzinę. Potem wróciłem do wieży, rozwiesiłem pranie  na oparciu krzesła, wsunąłem się pod 

koc i zasnąłem. 

Rano, gdy otworzyłem  oczy,  Jopin  był  już  na  nogach.  Przygotował mi  solidne  śniadanie,  które  potraktowałem 

podobnie  jak  kolację  zeszłego  wieczoru.  Później  pożyczyłem  od  niego  brzytwę,  lusterko  i  nożyczki;  ogoliłem  się  i 

przystrzygłem  włosy.  Ponownie  wykąpałem  się  w  morzu  i  kiedy  włożyłem  pachnące  solą,  sztywne  i  czyste  ubranie, 

poczułem się jak nowo narodzony. 

Jopia spojrzał na mnie uważnie, gdy wróciłem znad brzegu morza, i powiedział: 

- Coś mi się  widzi, jakbym was skądś znał. - Wzruszyłem ramionami. - No to opowiedzcie  mi teraz  o katastrofie 

waszego statku. 

Więc  mu  opowiedziałem.  Od  początku  do  końca.  Nie  szczędziłem  opisu  żadnych  nieszczęść.  Łącznie  ze 

złamaniem się grotmasztu. 

Poklepał mnie po plecach i nalał mi szklaneczkę. Przypalił mi cygaro, którym mnie poczęstował. 

- Odpocznijcie  tu sobie  - zaprosił mnie. -  Odstawię was na ląd, kiedy tylko zechcecie, albo dam znać któremuś z 

przepływających statków. 

Skorzystałem  z  jego  gościnności.  Ratowała  mi  życie.  Jadłem  i  piłem  zapasy  z  jego  spiżarni  i  przyjąłem  w 

prezencie czystą koszulę, która była dla mnie za duża. Należała do jego przyjaciela, który się utopił. 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

53 / 55

background image

Zostałem  z  nim przez  trzy  miesiące, nabierając  sił. Pomagałem mu  jak  mogłem:  doglądałem latarni  w  te  noce, 

kiedy  miał ochotę  się  upić;  sprzątałem wszystkie  pomieszczenia,  a  dwa  pokoje  nawet  odmalowałem i  wymieniłem pięć 

popękanych szyb; podczas sztormów obserwowałem z nim morze. 

Jak się dowiedziałem, polityka  go nie  interesowała. Nic go nie obchodziło, kto rządzi w Amberze. Jego zdaniem, 

cała nasza cholerna rodzina była diabła warta. Dopóki mógł w spokoju obsługiwać latarnię morską, jeść i pić do woli oraz 

kreślić  swoje mapy, miał głęboko w nosie, co się dzieje na  brzegu. Zapałałem do niego prawdziwą sympatią, a  ponieważ 

znałem  się  nieco  na  mapach i  wykresach, spędziliśmy  na  ich  poprawianiu  wiele  przyjemnych  wieczorów. Dawno  temu 

pływałem  po  morzach  północnych  i  sporządziłem  mu  nowy  wykres  oparty  na  moich  wspomnieniach  z  tej  wyprawy. 

Sprawiło mu to niekłamaną radość, podobnie jak i opis tamtych stron. 

-  Corey (tak  się  kazałem  nazywać),  chciałbym tam  kiedyś  z  tobą  popłynąć  -  powiedział. -  Nie  wiedziałem, że 

dowodziłeś własnym statkiem. 

- Kto wie? - odparłem. - Przecież sam byłeś kiedyś kapitanem, prawda? 

- Skąd wiesz? 

Prawdę mówiąc, pamiętałem to z przeszłości, ale zatoczyłem ręką koło w odpowiedzi. 

- Po tych wszystkich przedmiotach, które zebrałeś, i po twoim zamiłowaniu do wykresów. Poza tym nosisz się jak 

ktoś przywykły do dowodzenia. 

Uśmiechnął się. 

- Tak, to prawda. Dowodziłem przez przeszło sto lat. Ale to było dawno temu... Napijmy się. 

Pociągnąłem łyk i odstawiłem szklankę. Podczas tych miesięcy, które  z nim spędziłem, musiałem przytyć  ponad 

dwadzieścia  kilo.  Lada  moment  mógł mnie  rozpoznać.  Zastanawiałem się,  czy wydałby  mnie  Erykowi. Ostatecznie  nie 

byliśmy  znów  aż  tak  blisko  zaprzyjaźnieni  -  miałem  jednak  wrażenie,  że  by  mnie  nie  wydał.  Ale  wolałem  tego  nie 

sprawdzać. 

Pilnując  latarni  zastanawiałem  się,  jak  długo  powinienem  tu  jeszcze  zostać?  Dolewając  kroplę  smaru  do 

mechanizmu obrotowego doszedłem do wniosku, że niezbyt długo. Zdecydowanie  niedługo. Czas znów ruszać  w drogę i 

udać się pomiędzy Cienie. 

I  raptem  pewnego  dnia  poczułem  nacisk, początkowo  delikatny i jakby sondujący.  Nie  miałem  pojęcia, kto  to 

może  być.  Natychmiast stanąłem  bez  ruchu;  zamknąłem  oczy  i opróżniłem  umysł. Trwało  to  jakieś  pięć  minut,  zanim 

czyjaś myszkująca obecność się wycofała. 

Zacząłem chodzić  tam i z powrotem pogrążony w myślach i po chwili uśmiechnąłem się sam do siebie z powodu 

krótkiego dystansu, na jakim krążyłem. Podświadomie dostosowałem swoje kroki do wymiarów mojej celi w Amberze. 

Ktoś próbował się ze mną skontaktować poprzez Atut. 

Czyżby Eryk? Dowiedział się  o mojej ucieczce i chciał mnie  w ten sposób zlokalizować? Chyba  nie. Czułem, że 

obawia  się  naszego  ponownego  psychicznego  zderzenia.  A  więc  Julian?  Gerard? A  może  Caine?  Ktokolwiek  to  był, 

całkowicie  zamknąłem  mu  dostęp. I  byłem  zdecydowany odmówić  kontaktu  z  każdym członkiem mojej rodziny. Nawet 

gdybym miał stracić  przez  to ważne  nowiny lub ofertę  pomocy, nie  mogłem pozwolić  sobie  na ryzyko. Próba  kontaktu i 

wysiłek przy jej zablokowaniu napełniły mnie chłodem. Zadrżałem. Myślałem o tym przez resztę dnia  i postanowiłem, że 

pora  odejść.  Nic  dobrego  dla  mnie  nie  wyniknie  z  pozostawania  tak  blisko  Amberu  w  sytuacji,  gdy  jestem  całkiem 

bezbronny.  Byłem  już  dość  silny,  aby  udać  się  między  Cienie  i  poszukać  dogodnego  dla  siebie  miejsca,  jeśli  mam 

kiedykolwiek  zdobyć  Amber,  Opieka  starego  Jopina  pozbawiła  mnie  czujności  i  pogrążyła  w  niemal  błogim  spokoju. 

Przykro mi będzie  go opuszczać, bo w  ciągu tych miesięcy, które spędziliśmy razem, szczerze  polubiłem staruszka. Tego 

wieczoru, kiedy skończyliśmy grać w szachy, powiedziałem mu, że wyjeżdżam. 

Nalał nam po szklaneczce whisky i podnosząc swoją powiedział: 

- Powodzenia, Corwinie. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. 

Nie  zaprotestowałem,  kiedy  nazwał  mnie  moim  prawdziwym  imieniem,  a  on  się  uśmiechnął  widząc,  że  nie 

umknęło to mojej uwagi. 

- Byłeś dla mnie bardzo dobry, Jopinie - powiedziałem. - Jeśli moje plany się powiodą, nie zapomnę o tobie. 

Potrząsnął głową. 

- Nic od ciebie nie chcę. Czuję się szczęśliwy tu, gdzie  jestem, robiąc to, co robię. Lubię tę cholerną  latarnię. Jest 

dla mnie wszystkim. Jeśli to się powiedzie w tym, co planujesz... nie, nie mów mi o tym, nie  chcę nic wiedzieć to wpadnij 

do mnie któregoś dnia na partyjkę szachów. 

- Na pewno - obiecałem. 

- Możesz jutro rano wziąć "Motyla", jeśli chcesz. 

- Dzięki. 

"Motyl" to była jego żaglówka. 

- Zanim odpłyniesz, radzę ci wziąć moją lunetę, wejść na latarnię i obejrzeć sobie Dolinę Garnath - dodał. 

- A cóż tam może być ciekawego? 

Wzruszył ramionami. 

- To już sam zobaczysz. 

- Dobrze. 

Przed pójściem spać  wypiliśmy  jeszcze  parę  szklaneczek i spędziliśmy miły  wieczór. Wiedziałem, że  będzie mi 

brak starego Jopina. Był, obok Reina, jedyną przyjazną duszą, jaką spotkałem od chwili powrotu. Zastanawiałem się, co też 

mogło zajść w dolinie, która  gdy ją ostatni raz  widziałem, była rzeką płomieni. Co takiego niezwykłego działo się tam po 

czterech latach? 

Zasnąłem dręczony  snami o  wilkolakach i  sabatach  czarownic, dopiero gdy  księżyc  w  pełni zawisł już  wysoko 

nad światem. 

Wstałem o brzasku. Jopin jeszcze  spał, co mi odpowiadało, bo nie  lubię  pożegnań, a miałem dziwne  przeczucie, 

że go więcej nie zobaczę. 

Z  lunetą  u  boku  wdrapałem  się  do  najwyższego  pomieszczenia  na  wieży,  w  którym  znajdowała  się  latarnia. 

Podszedłem do okna wychodzącego na brzeg i skierowałem lunetę na dolinę. 

Nad lasem wisiała mgła  - zimna, szara, wilgotna, opasująca wierzchołki karłowatych, powykręcanych drzew. Ich 

czarne konary splatały się ze sobą, jak palce sczepionych dłońmi zapaśników. Między nimi migały jakieś ciemne kształty, 

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

54 / 55

background image

ale po ich locie widziałem, że to nie ptaki. Raczej nietoperze. Jakieś zło zagnieździło się w tym wielkim lesie... I po chwili 

zrozumiałem: to ja sam byłem tego sprawcą. 

Sprowadziłem to moją klątwą. Przekształciłem spokojną  Dolinę Gamath w  to, czym teraz  była:  w symbol mojej 

nienawiści do Eryka i tych wszystkich, którzy go otaczali i pozwolili mu zagarnąć władzę, pozwolili mu mnie oślepić. Nie 

podobał mi się  ten las i patrząc  na  niego ujrzałem jasno, jak skrystalizowała  się moja  nienawiść, której sam nadałem ten 

kształt. 

Otworzyłem  nowe  wejście  do  prawdziwego  świata. Gamath  była  teraz  ścieżką  przez  Cienie.  Ciemną  i  groźną 

ścieżką. Tylko Zło miało tędy dostęp. To było źródło "nieczystych sił", o których wspominał Rein, a które przyczyniały tyle 

zmartwień  Erykowi.  Poniekąd  to  dobrze,  że  go  niepokoiły. Ale  przesuwając  lunetę  nie  mogłem  oprzeć  się  wrażeniu, że 

zrobiłem coś bardzo złego. W owym czasie  nie  wiedziałem, że  jeszcze  kiedyś ujrzę  światło dzienne. Teraz, kiedy tak się 

stało, zrozumiałem, że  otworzyłem  drogę  dla  czegoś, co  będzie  bardzo  trudno  opanować. Cały  czas  poruszały  się  tam 

jakieś dziwne kształty. Zrobiłem coś, czego nikt nie zrobił podczas całego panowania Oberona:  otworzyłem nową drogę do 

Amberu.  I  można  się  po  tym  spodziewać  tylko  wszystkiego  najgorszego.  Nadejdzie  dzień,  kiedy  władca  Amberu  - 

ktokolwiek nim wtedy będzie -  stanie wobec  problemu  zaniknięcia tej strasznej drogi. Wiedziałem to, patrząc  na wytwór 

mojego bólu, gniewu  i nienawiści. Jeśli kiedyś zdobędę Amber, będę musiał walczyć z własnym dziełem, co jest zawsze 

piekielnie  trudną  sprawą. Odjąłem lunetę, od oczu  i westchnąłem. Co będzie, to będzie, pomyślałem. A tymczasem  Eryk 

ma zapewnionych kilka bezsennych nocy. 

Przełknąłem szybko parę kęsów, przygotowałem łódkę, podniosłem żagle i wypłynąłem. Jopin o tej porze zwykle 

już nie spał, ale może i on nie lubił pożegnań. 

Skierowałem się  na  pełne  morze, wiedząc, dokąd chcę  się  udać, ale  nie  wiedząc  jak. Będę  płynąć  przez  Cień i 

obce wody, ale to lepsze niż droga lądowa z czającym się wytworem mojej nienawiści. 

Wybrałem za  cel ląd, który skrzył się  prawie tak  jak Amber i był niemal równie  nieśmiertelny, ląd, który już  nie 

istniał.  Zniknął  w  Chaosie  wieki  temu,  ale  musiał  gdzieś  przetrwać  jego  Cień.  Należało  go  tylko  znaleźć,  poznać  i  z 

powrotem uczynić swoim, jak to było dawno temu. Później, wsparty własną armią, dokażę w Amberze jeszcze jednego, nie 

znanego  dotąd  wyczynu.  Nie  miałem  gotowego  planu,  ale  przysiągłem  sobie,  że  w  dniu  mojego  powrotu  ogień  z  dział 

wstrząśnie nieśmiertelnym miastem. 

Kiedy  wpływałem  do  Cienia,  podfrunął  do  mnie  biały  ptak  moich  pragnień  i  siadł  mi  na  prawym  ramieniu. 

Przytwierdziłem mu do nóżki podpisaną przez siebie wiadomość; "Przybywam" i puściłem go w niebo. 

Nie spocznę, dopóki nie wywrę zemsty i nie zdobędę tronu, i biada temu, kto stanie mi na drodze. 

Słońce wschodziło po mojej lewej ręce, wiatr dął w żagle  i pchał mnie na szerokie wody. Rzuciłem przekleństwo 

na głowę Eryka i roześmiałem się. 

Byłem wolny i choć musiałem uciekać, to jednak dopiąłem swego. Obecnie stoi przede mną nowa szansa, o której 

marzyłem. 

Teraz podfrunął czarny ptak moich pragnień i siadł mi na lewym ramieniu. Napisałem drugą kartkę, przywiązałem 

mu do nogi i wysłałem go na zachód. 

Kartka głosiła: "Eryku, wrócę!" i była podpisana: 

"Corwin, władca Amberu". 

Demon wiatru pchał mnie na wschód od słońca.

Zelazny Roger - Dziewięciu książąt Amberu - tom 1

55 / 55