background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM SIÓDMY 

 

 

Krew Amberu 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Refleksje w kryształowej grocie

 

 

Klinga p kła, wi c odrzuciłem r koje . Bro  nie pomagała wobec bł kitnego 

morza  ciany, nawet w miejscu, które uznałem za najcie sze. U moich stóp le ało 

kilka drobnych, kamiennych odprysków. Podniosłem je i potarłem. To nie było 

wyj cie. Jedynym wyj ciem jest chyba droga, któr  tu wszedłem, a ta została 

zamkni ta.  

      Wróciłem do swojej kwatery, to znaczy tej cz ci jaski , gdzie rzuciłem swój 

gruby, br zowy  piwór. Usiadłem na nim, odkorkowałem butelk  wina i napiłem 

si . Byłem spocony po kuciu tej  ciany.  

      Frakir poruszyła mi si  na przedramieniu, cz ciowo rozwin ła i wpełzła na 

dło . Skr ciła si  wokół dwóch niebieskich kamyków, które wci  trzymałem, 

zwi zała je sob  i opadła, kołysz c si  jak wahadło. Odstawiłem butelk  i 

patrzyłem. Płaszczyzna ruchu była równoległa do tunelu, który teraz nazywałem 

domem. Frakir hu tała si  chyba przez cał  minut . Potem podci gn ła kamiemie 

i znieruchomiała na mojej dłoni. Uło yła je u podstawy serdecznego palca i 

wróciła na sw  zwykł , ukryt  pozycj .  

      Przygl dałem si . Uniosłem migotliw  lamp  naftow  i obserwowałem 

kamienie. Ich kolor...  

      Tak.  

      Na tle skóry były całkiem podobne do kamienia w pier cieniu Luke'a, który 

kiedy  odebrałem z New Line Motel. Przypadek? A mo e istnieje jaki  zwi zek? 

Co chciał mi powiedzie  mój dusicielski powróz? I gdzie jeszcze widziałem taki 

kamie ?  

      Przy wisiorku na klucze Luke'a. Miał tam niebieski kamie  w metalowej 

oprawie... A gdzie mogłem spotka  jeszcze jeden?  

      Groty, w których byłem uwi ziony, blokowały działanie Atutów i moj  magi  

Logrusu. Je li Luke nosił przy sobie kamienie z tych  cian, to musiał mie  jaki  

szczególny powód. Jakie jeszcze własno ci mog  mie ?  

      Przez godzin  próbowałem rozszyfrowa  ich natur , lecz były odporne na 

moje logrusowe sondy. Wreszcie, zniech cony, wrzuciłem je do kieszeni, zjadłem 

troch  chleba z serem i popiłem winem. Potem wstałem i zrobiłem obchód. 

Sprawdzałem swoje pułapki.  

      Tkwiłem tu uwi ziony ju  chyba przez miesi c. Szukaj c drogi na wolno , 

zbadałem wszystkie tunele, korytarze i sale. Nigdzie nie znalazłem wyj cia. 

Czasami biegałem jak wariat i rozkrwawiałem sobie kostki o zimne  ciany. Kiedy 

indziej szedłem powoli, rozgl daj c si  za p kni ciami i szczelinami. Kilka razy 

próbowałem poruszy  głaz, blokuj cy otwór wej ciowy. Bezskutecznie.  

      Był zaklinowany i nie umiałem go podwa y . Wszystko wskazywało na to,  e 

posiedz  tu dłu ej.  

      Moje pułapki...  

      Nie zmieniły si  od ostatniej kontroli. Spadaj ce głazy, które natura z 

wła ciw  sobie niedbało ci  porozrzucała wokół. Teraz czekały podparte i 

gotowe, by stoczy  si  w dół, gdy tylko kto  zaczepi o ukryty w mroku sznur, 

jakim były obwi zane paki w magazynie.  

      Kto ?  

background image

 

      Luke, oczywi cie. Któ  by inny? To on mnie tu uwi ził. A je li wróci... nie 

je li. Kiedy wróci, pułapki b d  czekały. Przyjdzie uzbrojony. W wysoko 

poło onym otworze wej cia miałby spor  przewag , gdybym zwyczajnie czekał na 

niego w dole. Nic z tego. Nie b dzie mnie tam.  

      Zmusz  go, by po mnie przyszedł... a wtedy...  

      Lekko zaniepokojony, wróciłem do swojej kwatery. Le ałem z r kami pod 

głow  i rozmy lałem nad swoim planem. Głazy mog  zabi , a ja nie chciałem 

zabija  Luke'a. Nie z powodu sentymentu, cho  do niedawna uwa ałem go za 

przyjaciela - to znaczy do chwili, kiedy si  dowiedziałem,  e zabił wujka Caine'a i 

najwyra niej zamierzał wyko czy  moich pozostałych krewnych w Amberze. A 

to dlatego,  e Caine zabił ojca Luke'a, wuja Branda - człowieka, którego pozostali 

te  ch tnie by zatłukli. Owszem, Luke - albo Rinaldo, jak mi si  przedstawił - był 

moim kuzynem i miał powody, by ogłosi  rodzinn  wendet . Mimo to polowanie 

na wszystkich wydało mi si  odrobin  przesadzone.  

      Ale nie dla pokrewie stwa czy sentymentu powinienem zdemontowa  pułapki. 

Chciałem go dosta   ywego, poniewa  zbyt wiele było spraw, których nie 

rozumiałem. A mogłem nigdy ju  ich nie zrozumie , gdyby Luke zgin ł niczego 

nie tłumacz c.  

      Jasra... Atuty Zguby... metoda. dzi ki której tak łatwo wytropił mnie w 

Cieniu... cała historia jego kontaktów z tym szalonym okultyst  Melmanem... 

wszystko, co wiedział o Julii i jej  mierci...  

      Zacz łem od pocz tku. Zlikwidowałem pułapki. Nowy plan był prosty i 

opierał si  na czym , o czym Luke nie miał chyba poj cia. Przeniosłem  piwór na 

nowe miejsce, do tunelu tu  obok komory, w której stropie zablokowany był 

otwór wej cia. Zabrałem te  cz  zapasów. Postanowiłem siedzie  tam mo liwie 

bez przerwy.  

      Nowa pułapka była całkiem prymitywna: prosta i praktycznie nie do 

omini cia. Kiedy j  zało yłem, pozostało mi ju  tylko czeka . Czeka  i 

wspomina . I planowa . Musiałem ostrzec pozostałych. Musiałem postanowi  co  

w sprawie Ghostwheela. Powinienem sprawdzi , co wie Meg Devlin. 

Powinienem... jeszcze wiele rzeczy.  

      Czekałem. My lałem o sztormach Clenia, snach, niezwykłych Atutach i Pani z 

Jeziora. Po długim okresie spokoju, w ci gu kilku dni moje  ycie nagle stało si  

pełne wydarze . A potem znowu miesi c, kiedy nic si  nie działo. Na pocieszenie 

miałem tylko tyle,  e ta linia czasu prawdopodobnie wyprzedzała wszystkie inne, 

jakie były dla mnie wa ne. Miesi c tutaj mo e by  tylko dob  w Amberze. Albo 

jeszcze mniej. Je li w miar  szybko zdołam si  st d uwolni ,  lady, jakimi 

chciałem pod a , nie zd

 jeszcze wystygn .  

      Pó niej zgasiłem lamp  i poszedłem spa . Przez kryształowe soczewki mojego 

wi zienia przenikało do   wiatła, ja niejszego i ciemniej cego na przemian, by 

odró ni  dzie  od nocy. Dopasowałem swój skromny rozkład dnia do tego rytmu.  

      Przez kolejne trzy dni po raz drugi przeczytałem dziennik Melmana. 

Wska nik aluzji miał do  wysoki, ale u ytecznych informacji raczy niski. Pod 

koniec prawie zdołałem siebie przekona ,  e Zakapturzony, jak okre lał swego 

go cia i nauczyciela, to prawdopodobnie Luke. Pozostało tylko kilka dziwnych 

odwoła  do obojnactwa. Pod koniec natrafiłem na uwagi o zło eniu w ofierze 

background image

 

Syna Chaosu. Odnosiły si  zapewne do mnie, skoro kto  wystawił Melmana,  eby 

mnie zabił. Lecz je li zrobił to Luke - jak wytłumaczy  jego dwuznaczne 

zachowanie w górach Nowego Meksyku? Kazał mi zniszczy  Atuty Zguby i 

przep dził mnie tak, jakby chciał mnie przed czym  uchroni . Poza tym przyznał 

si  do wcze niejszych zamacbów na moje  ycie, ale wyparł si  tych pó niejszych. 

Po co miałby to robi , gdyby te  był za nie odpowiedzialny? Co jeszcze wi e si  z 

t  spraw ? I kto? I jak? W łamigłówce brakowało niektórych klocków, miałem 

jednak wra enie,  e nie s  istotne.  

      Wystarczy najdrobniejsza informacja, najl ejsze poruszenie wzorca, a 

wszystko wskoczy na miejsce. Pojawi si  obraz czego , co powinienem odgadn  

ju  dawno.  

      Mogłem si  domy li ,  e wizyta nast pi noc . Mogłem, ale si  nie domy liłem. 

Gdybym na to wpadł, zmieniłbym cykl snu czuwania i byłbym rozbudzony i 

czujny. Cho  byłem prawie pewien swojej pułapki, w naprawd  powa nych 

sprawach liczy si  ka da drobna przewaga.  

      Spałem gł boko, a zgrzyt kamieni wydawał si  bardzo odległy. Poruszyłem si  

lekko, gdy d wi k trwał ci gle, ale dopiero po kilku sekundach zaskoczyły 

wła ciwe obwody i zrozumiałem, co to znaczy. Usiadłem, wci  jeszcze zaspany, 

potem przykucn łem pod najbli sz  wej cia  cian  komory. Rozcierałem oczy, 

przygładzałem włosy i na odpływaj cym brzegu snu szukałem zagubionej 

czujno ci.  

      Pierwsze odgłosy towarzyszyły zapewne usuwaniu klinów, co najwyra niej 

wymagało przechylania czy podwa ania głazu. D wi ki trwały nadal, stłumione, 

pozbawione echa... zewn trzne.  

      Zaryzykowałem rzut oka do komory. Nie zauwa yłem otwartego przej cia, 

ukazuj cego gwiazdy. Odgłosy kołysania ust piły przeci głemu chrz stowi i 

zgrzytaniu. Przez półprzejrzysty strop jaskini widziałem kul   wiatła w rozmytej 

aureoli. Pewnie latarnia. Jak na pochodni   wieciła zbyt równo. W tych 

okoliczno ciach pochodnia byłaby niepraktyczna.  

      Pojawił si  sierp nieba z dwoma gwiazdami w pobli u dolnego rogu. Poszerzał 

si . Usłyszałem gło ne sapanie i st kanie chyba dwóch ludzi.  

      Poczułem mrowienie palców, gdy dodatkowa porcja adrenaliny wykonała 

swoj  biologiczn  sztuczk  z organizmem. Nie s dziłem,  e Luks kogo  

przyprowadzi.  

      Mój głupoodporny plan mógł nie by  odporny na taki fakt - co oznaczało,  e 

to ja jestem głupi.  

      Głaz odsuwał si  coraz szybciej. Nie miałcm nawet czasu na przekle stwo. 

My li p dziły szalc czo, szukaj c wyj cia z sytuacji, a  wreszcie zaj ły wła ciwe 

pozycje.  

      Przywołałem obraz Logrusu, a on uformował si  przede mn . Powstałem, 

nadal opieraj c si  o  cian , i zacz łem porusza  ramionami w zgodzie z pozornie 

chaotycznymi ruchami dwóch widmowych gał zi. D wi ki na górze ucichły, nim 

uzyskałem wła ciwe dostrojenie.  

      Wej cie było odsłoni te. Po chwili kto  podniósł  wiatło i przysun ł je do 

otworu.  

      Wkroczyłem do komory i wyci gn łem r ce. Kiedy pojawili si  dwaj 

background image

 

m czy ni, niscy i ciemni, całkowicie zrezygnowałem z dawnego planu. Obaj 

trzymali w prawych dłoniach nagie sztylety.  aden nie był Lukiem.  

      Si gn łem logrusowymi r kawicami i złapałem ich za gardła. Scisn łem, a  

zawi li w moim uchwycie. Przycisn łem jeszcze troch  i pu ciłem.  

      Upadli, znikaj c z pola widzenia, a ja zaczepiłem l ni ce linie mocy o kraw d  

otworu i podci gn lem si  do góry. Tu  przed wyj ciem przystan łem jeszcze, by 

zabra  Frakir, owini t  dookoła po wewn trznej stronie. To była moja pułapka. 

Luke, czy ktokolwiek inny, wchodz c musiałby przej  przez p tl  - p tl  gotow  

do zaci ni cia, gdyby cokolwiek si  w niej Poruszyło.  

      Teraz jednak...  

      Ogniowa  cie ka biegła zboczem po prawej stronie.  

      Upuszczona latarnia strzaskała si , a rozlane Paliwo spływało płon c  strug . 

Przyduszeni m czy ni le eli po obu stronach. Głaz zamykaj cy wej cie 

spoczywał po lewej, troch  za mn . Zostałem na miejscu, z głow  i ramionami na 

zewn trz, podparty na łokciach. Wizerunek Logrusu ta czył mi przed oczami; 

czułem mrowienie linii mocy, wci  poł czonych z moimi r kami. Frakir 

przesuwała si  z lewego ramienia na biceps.  

      Wszystko było niemal zbyt łatwe. Nie mogłem sobie wyobrazi , by Luke 

powierzyl dwóm opryszkom przesłuchanie, zabicie czy przeniesienie mnie - na 

czymkolwiek miała polega  ich misja. Dlatego nie wychodziłem i ze stosunkowo 

bezpiecznej pozycji przeszukiwałem wzrokiem okryte zasłon  nocy otoczenie.  

      Dla odmiany okazałem rozs dek. Gdy  noc t  dzielił ze mn  kto  jeszcze. Było 

tak ciemno, nawet przy dogasaj cej  cie ce ognia,  e mój normalny wzrok nie 

dostarczył mi tej informacji. Kiedy jednak przyzywam Logrus, układ psychiczny 

pozwalaj cy mi widzie  jego obraz umo liwia tak e dostrzeganie innych, 

niefizycznych zjawisk.  

      Dlatego odkryłem dziwn  konstrukcj  pod drzewem po lewej stronie, w ród 

cieni, gdzie nie zauwa yłbym ludzkiej postaci, przed któr  si  wznosiła. Był to 

do  dziwaczny wzorzec, przypominaj cy ten z Amberu; obracał si  wolno jak 

szprychowe koło, wyci gaj c czułki przydymionego  ółtego  wiatła. Płyn ły w 

moj  stron . A ja patrzylem zafascynowany i wiedzialem ju , co zrobi , gdy 

nadejdzie wła ciwa chwila.  

      Cztery najwi ksze macki zbli ały si  wolno, badawczo.  

      Kilka metrów ode mnie zwolniły, zwiotczały troch  i nagle zaatakowały jak 

kobry. Trzymałem r ce razem, lekko skrzy owani, wyci gaj c logrusowe 

ramiona. Szerokim gestem rozdzieliłem je teraz, jednocze nie pochylaj c do 

przodu. Uderzyły w  ółte czułki, odepchn ły je i obrzuciły z powrotem na 

wzorzec. Poczułem dziwne mrowienie w przedramionach. U ywaj c przedłu enia 

prawej r ki jak miecza, ci łem we wzorzec niby w tarcz . Usłyszałem krótki, 

ostry krzyk, obraz zaszedł mgł , szybko uderzyłem znowu, wyskoczyłem ze 

swojej dziury i pop dziłem w dół zbocza. Bolała mnie prawa r ka.  

      Obraz - czymkolwiek był - zafalował i znikn ł.  

      Tymczasem jednak wyra niej widziałem opart  o pie  drzewa, chyba kobiec  

posta . Nie mogłem rozpozna  jej rysów, gdy  uniosła jaki  niewielki przedmiot i 

trzymała go teraz na poziomie oczu. Bałem si ,  e to mo e bro , wi c uderzyłem 

logrusowym przedłu eniem w nadziei,  e wytr c  jej to z r ki.  

background image

 

      Potkn łem si , gdy  nast piło odbicie i ze spor  sił  szarpn ło moim 

ramieniem. Uderzony przedmiot musiał by  pot nym obiektem magicznym. 

Miałem przynajmniej satysfakcj  widz c,  e dama tak e si  zachwiała.  

      Krzykn ła, ale nie wypu ciła przedmiotu.  

      Po chwili wokół jej sywetki pojawiło si  delikatne, wielobarwne l nienie i 

wtedy zrozumiałem, co trzyma w r ku i sk d to szarpni cie: wła nie skierowałem 

moc Logrusu przeciw Atutowi. Teraz musiałem j  złapa , cho by po to,  eby si  

dowiedzie , kim jest.  

      Ale biegn c ile sił, u wiadomiłem sobie,  e mog  nie zd y . Chyba  e...  

      Zdj łem Frakir z ramienia i rzuciłem j  wzdlu  linii mocy Logrusu, kieruj c 

we wła ciw  stron  i w locie wydaj c instrukcje.  

      Z bli szej odległo ci i dzi ki lekkiej t czowej po wiacie, jaka teraz j  

spowijała, mogłem wreszcie zobaczy  twarz obcej damy. To była Jasra; to jej 

uk szenie w mieszkaniu Melmana niemal mnie zabiło. Za chwil  zniknie, a wraz 

z ni  szansa uzyskania pewnych odpowiedzi, od których mo e zale e  moje  ycie.  

      - Jasra! - krzykn łem, by j  zdekoncentrowa .  

      Nie udało mi si . Za to Frakir tak. Mój powróz dusiciela zapłon ł teraz 

srebrzy cie i oplótł jej szyj , a wolny koniec owin ł si  wokół gał zi zwisaj cej w 

pobli u, na lewo od Jasry.  

      Zacz ła zanika . Wyra nie nie zdawala sobie sprawy,  e jest ju  za pó no. Nie 

mogła si  wyatutowa  nie trac c przy tym głowy. Przekonała si  szybko. 

Usłyszałem chrapliwy j k i Jasra powrócila, okrzepła, straciła po wiat . Rzuciła 

Atut i si gn ła do sznura zaci ni tego na szyi.  

      Podszedłem i polo yłem dło  na Frakir, która odwin ła si  z gał zi i oplotła 

mi nadgarstek.  

      - Dobry wieczór, Jasro. - Szarpn łem j  do tyłu. - Spróbuj tylko tego 

jadowitego k sania, a b dziesz potrzebowała gorsetu szyjnego. Rozumiesz?  

      Bezskutecznie próbowała co  powiedzie . Kiwn ła głow .  

      - Poluzuj  troch  powróz,  eby  mogła odpowiada  na moje pytania.  

      Frakir zwolniła u cisk na jej gardłe, Jasra zacz ła kaszle  i obrzuciła mnie 

spojrzeniem, które mogłoby piasek zmieni  w szkło. Jej magiczna konstrukcja 

rozwiała si  zupełnie, pozwoliłem wi c, by Logrus znikn ł tak e.  

      - Dlaczego mnie prze ladujesz? - spytałem. - Kim dla ciebie jestem?  

      - Synem piekieł - warkn ła i próbowała splun , ale chyba miała zbyt sucho w 

ustach.  

      Szarpn łem lekko Frakir i zakaszlała znowu.  

      - Odpowied  nieprawidłowa - stwierdziłem. - Próbuj dalej.  

      Ale wtedy u miechn ła si  lekko, przenosz c wzrok gdzie  poza moje plecy. 

Napi łem Frakir i zaryzykowałem spojrzenie przez rami . Z tylu, nieco z prawej, 

powietrze zaczynalo migota , co było oczywistym znakiem,  e kto  zamierza si  tu 

przeatutowa .  

      Nie byłem gotów, by zmierzy  si  z drugim przeciwnikiem. Wsun łem woln  

r k  do kieszeni i wyj łem kilka wlasnych Atutów. Na wierzchu le ała karta 

Flory.  

      Mo e by .  

      Si gn lem do niej my l  przez słaby blask, poza twarz na karcie. Odebrałem 

background image

 

jej rozproszon  uwag , i zaraz potem nagł  czujno .  

      W reszcie...  

      Tak?  

      - Przeci gnij mnie! Szybko! - powiedziałem.  

      Czy to powa na sprawa?  

      - Lepiej nie pytaj.  

      No... Dobrze. Przechod .  

      Dostrzegłem wizj  Flory w łó ku. Była coraz wyra niejsza. Wyci gn ła r k .  

      Chwyciłem j . Zrobiłem krok do przodu i równocze nie usłyszałem głos 

Luke'a.  

      - Stój! - zawołał.  

      Szedłem dalej ci gn c za sob  Jasr . Próbowała si  wyrwa  i udało jej si  

mnie zatrzyma , gdy zahaczyłem nog  o brzeg łó ka. Dopiero wtedy zauwa yłem 

ciemnowłosego brodatego m czyzn , który z drugiej strony posłania wpatrywał 

si  we mnie szeroko otwartymi oczami.  

      - Kto...? Co...? - zacz ł, gdy u miechn łem si  przepraszaj co i odzyskałem 

równowag .  

      Za moim wi niem pojawił si  zamglony obraz Luke'a.  

      Wyci gn ł r k  i chwycił Jasr  za rami , odci gaj c j  ode mnie. Zachrypiała, 

gdy szarpni cie mocniej zacisn ło Frakir na jej szyi.  

      Niech to diabli! Co teraz? Flora zerwała si  nagle z wykrzywion  twarz . 

Pachn ca lawend  kołdra opadła, a Flora z zadziwiaj c  pr dko ci  

wyprowadziła cios.  

      - Ty dziwko! - krzykn ła. - Pami tasz mnie?  

      Pi  trafiła w szcz k  Jasry, a ja ledwie zd yłem uwolni  Frakir, by nie 

zosta  przeci gni ty z powrotem, w st sknione ramiona Luke'a.  

      Oboje znikn li, potem zgasła po wiata.  

      Ciemnowłosy facet wygramolił si  tymczasem z łó ka i wła nie chwytał ró ne 

elementy odzie y. Kiedy znalazł ju  wszystkie, nie marnował czasu na ubieranie, 

lecz trzymaj c je obur cz wycofał si  do drzwi.  

      - Ron! Co robisz? - zapytała Flora.  

      - Wychodz  - odpowiedział, otworzy drzwi i przest pił próg.  

      - Hej! Zaczekaj!  

      - Nie ma mowy. - Odpowied  dobiegła z s siedniego pokoju.  

      - Szlag! - spojrzała na mnie z niech ci . - Dlaczego zawsze musisz pakowa  si  

w czyje   ycie osobiste? - I zawołała: - Ron! Co z kolacj ?  

      - Musz  si  zobaczy  z psychoanalitykiem - dobiegł jego głos, a zaraz po nim 

trza ni cie kolejnych drzwi.  

      - Mam nadziej ,  e zdajesz sobie spraw . jak pi kne uczucie wła nie 

zniszczyłe  - powiedziała Flora.  

      Westchn łem.  

      - Kiedy go poznała ?  

      - Ja... wczoraj. - Zmarszczyła brwi. - No dalej, u miechaj si  drwi co. Takie 

sprawy nie zawsze s  funkcj  czasu. Od razu wiedziałam,  e to b dzie co  

wyj tkowego. I jak zwykle jaki  dure , na przykład ty albo twój ojciec, musi 

wyszydza  wspaniały...  

background image

 

      - Przykro mi - wtr ciłem. - Dzi kuj ,  e mnie przeci gn ła . On wróci, 

oczywi cie. Po prostu przestraszyli my go  miertelnie. Ale jak mógłby nie wróci , 

skoro ju  ci  poznał?  

      - Tak, naprawd  jeste  podobny do Corwina. - U miechn ła si . - Dure , ale 

spostrzegawczy.  

      Podeszła do szafy i wyj ła lawendowy szlafrok.  

      - O co w tym wszystkim chodzi? - spytała zawi zuj c pasek.  

      - To długa historia...  

      - W takim razie lepiej wysłucham jej przy lunchu. Głodny jeste ?  

      U miechn łem si  tylko.  

      - Zgadza si . Chod .  

      Przeszli my przez salon urz dzony w stylu francuskiej prowincji do du ej 

wiejskiej kuchni pełnej kafelków i miedzi. Zaproponowałem pomoc, ale ona tylko 

wskazała mi krzesło.  

      - Przede wszystkim... - zacz łem, gdy wyjmowała z lodówki liczne pakunki.  

      - Tak?  

      - Gdzie jeste my?  

      - W San Francisco - wyja niła.  

      - Czemu prowadzisz tu dom?  

      - Kiedy załatwiłam wszystkie sprawy dla Randoma, postanowiłam jeszcze 

zosta . Miasto znów mi si  spodobało.  

      Pstrykn łem palcami. Zupełnie zapomniałem,  e miała ustali  dane 

wła ciciela tego budynku, gdzie Victor Melman miał pracowni  i mieszkanie, a 

finna Rrutus Storage trzymała zapas strzelaj cej w Amberze amunicji.  

      - Kto był wła cicielem? - spytałem.  

      - Brutus Storage - odparła. - Melman wynajmował od nich.  

      - A kto jest wła cicielem Brutus Storage?  

      - Spółka J. B. Rand.  

      - Adres?  

      - Biuro w Sausalito. Opuszczone kilka miesi cy temu.  

      - Czy ludzie, którzy je wynajmowali, znali domowy adres najemcy?  

      - Tylko skrytk  pocztow . Te  porzucona.  

      Kiwn łem głow .  

      - Przeczuwałem co  podobnego. A teraz opowiedz mi o Jasrze. Najwyra niej 

znasz t  dam .  

      -  adn  dam . - Skrzywiła si . - Kiedy j  znałam, była królewsk  dziwk .  

      - Gdzie?  

      - W Kashfie.  

      - Co to jest?  

      - Takie niedu e królestwo, kawałek za granic  Złotego Kr gu pa stw, z 

którymi Amber prowadzi wymian  handlow . Cyrkowy, barbarzy ski splendor i 

takie rzeczy. Kulturalna prowincja.  

      - Wi c jak to si  stało,  e w ogóle je znasz?  

      Na moment przerwała mieszanie czego  w misie.  

      - Och, dotrzymywałam towarzystwa kashfa skiemu szlachcicowi. Spotkałam 

go kiedy  w lesie. Polował z sokołem, a ja akurat skr ciłam kostk ...  

background image

 

      - Ehm - chrz kn łem, by nie odbiegła od tematu. - A Jasra?  

      - Była mał onk  starego króta Menillana. Owin ła go wokół palca.  

      - Co masz przeciw niej?  

      - Kiedy wyjechałam z miasta, ukradła mi Jasricka.  

      - Jasricka?  

      - Mojego szlachcica. Jarla Kronklef.  

      - A co o tym s dził jego wysoko  Menillari?  

      - Nie dowiedział si . Wtedy le ał ju  na ło u  mierci, a zmarł wkrótce potem. 

Wła ciwie to dlatego potrzebowała Jasricka. Był dowódc  gwardii pałacowej, a 

jego brat generałem. Gdy odszedł Menillan, z ich pomoc  dokonała przewrotu. 

Kiedy ostatnio o niej słyszalam, była królow  Kashfy i pozbyła si  Jasricka. 

Dobrze mu tak. Chyba sam miał ochot  na tron, ona nie chciała si  dzieli . 

Skazała go razem z bratem na  mier  za zdrad  czy co  takiego. Był naprawd  

bardzo przystojny... Cho  niezbyt inteligentny.  

      - Czy mieszka cy Kashfy maj  jakie ... hm... jakie  niezwykłe cechy fizyczne? 

- spytałem.  

      U miechn ła si .  

      - No có , Jasrick to był kawał chłopa. Ale nie nazwałabym "niezwykłym" 

tego...  

      - Nie, nie - przerwałem. - Chodziło mi o jak  anomali  w budowie ust... 

wysuwane kły,  dło albo co  podobnego.  

      - Hm... - Nie wiedziałem, czy jej rumieniec jest skutkiem tylko ciepła 

kuchenki. - Nic takiego. Maj  do  typow  anatomi . Czemu pytasz?  

      - Kiedy w Amberze opowiadałem ci o sobie, pomin łem ten fragment, kiedy 

Jasra mnie uk siła. Wstrzykn ła mi jak  trucizn  i ledwo zdołałem si  

wyatutowa . Byłem sparali owany, ot piały i przez dłu szy czas bardzo słaby.  

      Pokr ciła głow .  

      - Kashfanie niczego takiego nie potrafi . Ale przecie  Jasra nie pochodzi z 

Kashfy.  

      - Nie? A sk d?  

      - Nie wiem. Ale była cudzoziemk . Niektórzy mówiłi,  e handlarz niewolników 

przywiózł j  z jakiej  dalekiej wyspy. Inni,  e przyw drowała sama i zwróciła 

uwag  Menillana. Plotka głosiła,  e jest czarownic . Nie wiem.  

      - Ja wiem. Plotka była prawdziwa.  

      - Rzeczywi cie? Mo e w ten sposób zdobyła Jasricka.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Ile czasu min ło od waszego... spotkania?  

      - Jakie  trzydzie ci, czterdzie ci lat.  

      - A ona nadal jest królow  w Kashfie?  

      - Nie wiem. Dawno nie odwiedzałam tamtych okolic.  

      - Czy Amber ma złe stosunki z Kashf ?  

      - Nie ma wła ciwie  adnych stosunków. - Pokr ciła głow . - Jak ju  mówiłam, 

to troch  nie po drodze. Nie s  tak łatwo dost pni jak inne kraje, a nie maj  

niczego cennego, czym mo na by handlowa .  

      - Czyli nie ma wła ciwie powodów,  eby nas nienawidziła?  

      - Nie bardziej ni  kogokolwiek innego.  

background image

 

10 

      W kuchni unosiły si  smakowite zapachy. Siedziałem i wdychałem je, my l c o 

gor cym prysznicu, który czeka na mnie po jedzeniu. I wtedy Flora powiedziała 

co , czego wła ciwie si  spodziewałem.  

      - Ten człowiek, który  ci gn ł Jasr  z powrotem... Wydawał si  znajomy. Kto 

to był?  

      - To ten, o którym ci opowiadałem w Amberze. Luke. Ciekaw jestem, czy ci 

kogo  przypomina.  

      - Mam takie wra enie - przyznała po namy le. - Ale nie umiem powiedzie  

kogo.  

      Poniewa  stała odwrócona do mnie plecami, ostrzegłem:  

      - Je eli trzymasz co , co mo e si  potłuc albo rozła , lepiej to odłó .  

      Usłyszałem, jak kładzie co  na blacie. Potem spojrzała na mnie ze 

zdziwieniem.  

      - Mów.  

      - Naprawd  ma na imi  Rinaldo i jest synem Branda. Przez ponad miesi c 

byłem jego wi niem w innym cieniu. Wła nie uciekłem.  

      - Co  takiego - szepn ła. - Czego on chce?  

      - Zemsty.  

      - Na kim  konkretnym?  

      - Nie. Na nas wszystkich. Ale, oczywi cie, Caine był pierwszy.  

      - Rozumiem.  

      - Tylko prosz  ci , niczego nie przypal - uprzedziłem. - Od dłu szego czasu 

marz  o dobrym jedzeniu.  

      Pokiwała głow  i odwróciła si .  

      - Znałe  go do  długo - odezwała si  po chwili. - Jaki był?  

      - Miły go . Takie sprawiał wra enie. Je li jest szalony jak jego ojciec, dobrze 

si  maskował.  

      Otworzyła butelk  wina, nalała do dwóch kieliszków i postawiła je na stole. 

Nast pnie podała jedzenie. Po kilku k sach znieruchomiała z uniesionym 

widelcem, zapatrzona w przestrze .  

      - Kto by pomy lał,  e ten sukinsyn b dzie si  reprodukował? - mrukn ła.  

      - Chyba Fiona - odparłem. - W nocy przed pogrzebem Caine'a spytała, czy 

mam fotografi  Luke'a. Pokazałem jej. Widziałem,  e co  j  zaskoczyło, ale nie 

chciała powiedzie , o co chodzi.  

      - A nast pnego dnia ona i Bleys znikn li... Tak. Je li si  zastanowi , to on 

rzeczywi cie przypomina troch  Branda, kiedy był bardzo młody.... Dawno temu. 

Luke jest wi kszy i pot niejszy, ale istnieje podobie stwo.  

      Wróciła do jedzenia.  

      - Nawiasem mówi c, to jest  wietne - pochwaliłem.  

      - Dzi kuj . - Westchn ła. - To znaczy,  e na cał  opowie  musz  zaczeka , a  

sko czysz.  

      Kiwn łem tylko głow , gdy  usta miałem pełne. Niech chwieje si  imperium. 

Ja byłem głodny.

 

 

 

 

 

background image

 

11 

Rozdział 1 

 

Wyk pany, przystrzy ony, z obci tymi paznokciami i w nowym,  wie o 

wyczarowanym ubraniu, sprawdziłem w informacji numer i zadzwoniłem do 

jedynych mieszkaj cych w tej okolicy Devlinów. W słuchawce odezwał si  

kobiecy głos. Nie miał wła ciwego timbre'u, ale rozpoznałem go.  

      - Meg? Meg Devlin? - upewniłem si .  

      - Tak - usłyszałem odpowied . - Kto mówi?  

      - Merle Corey.  

      - Kto?  

      - Merle Corey. Jaki  czas temu sp dzili my razem bardzo interesuj c  noc...  

      - Przykro mi - stwierdziła. - To chyba jaka  pomyłka.  

      - Je li nie mo esz rozmawia , zadzwoni  kiedy indziej. Albo ty zadzwo .  

      - Nie znam pana - o wiadczyła i rozł czyła si .  

      Wpatrywałem si  w słuchawk . Owszem, musiała udawa , je li stał przy niej 

m . Ale mogła przynajmniej zasugerowa ,  e mnie zna i  e kiedy indziej b dzie 

mogła rozmawia .  

      Nie kontaktowałem si  z Randomem, bo miałem przeczucie,  e natychmiast 

wezwie mnie do Amberu. A chciałem przedtem porozmawia  z Meg. Niestety, nie 

miałem czasu, by j  odwiedzi . Nie rozumiałem jej reakcji, ale na razie musiałem 

si  z ni  pogodzi . Spróbowałem wi c jedynej rzeczy, jaka mi przyszła do głowy. 

Zadzwoniłem do informacji i spytałem o numer Hansenów, s siadów Billa.  

      Po trzecim sygnale kto  podniósł słuchawk ; poznałem głos pani Hansen. 

Spotkałem j  kilka razy, cho  nie widziałem podczas mojej ostatniej tam 

bytno ci.  

      - Dzie  dobry, pani Hansen - zacz łem. - Mówi Merle Corey.  

      - Ach, Merle... Podobno byłe  niedawno w naszej okolicy.  

      - Tak, ale nie mogłem zosta  długo. Poznałem jednak George'a. Du o 

rozmawiali my. Wła ciwie to chciałbym zamieni  z nim kilka słów, je li jest 

gdzie  niedaleko.  

      Cisza trwała o kilka uderze  pulsu za długo.  

      - George... Wiesz, Merle, George jest teraz w s pitalu. Czy co  mu przekaza ?  

      - Nie, to nic pilnego. A co mu si  stało?  

      - To... to nic gro nego. Jest w domu, ale dzisiaj poszedł na kontrol . Ma dosta  

jakie  lekarstwa. W zeszłym miesi cu miał... co  w rodzaju załamania. 

Kilkudniow  amnezj . Nie maj  poj cia, z jakiego powodu.  

      - Bardzo mi przykro.  

      - W ka dym razie rentgen nie wykazał  adnych uszkodze . To znaczy, nie 

uderzył si  w głow  ani nic. Teraz jest całkiem normalny. Mówi ,  e chyba nic 

mu nie b dzie. Ale chcieli obserwowa  go jeszcze paez jaki  czas. To wszystko. - 

Nagle, jak w natchnieniu, zapytała: - Jakie wra enie na tobie zrobił, kiedy 

rozmawiali cie?  

      Przewidywałem to, wi c odpowiedziałem bez wahania.  

      - Kiedy go widziałem, wydawał si  zupełnie normalny. Ale nie znałem go 

wcze niej, wi c trudno mi stwierdzi , czy zachowywał si  inaczej ni  zwykle.  

      - Rozumiem - westchn ła. - Czy ma do ciebie dzwoni , kiedy wróci?  

background image

 

12 

      - Nie. Musz  wyjecha  i nie jestem pewien, na jak długo. Zreszt  to nic 

wa nego. Za par  dni zatelefonuj  znowu.  

      - Jak chcesz. Powiem mu tylko,  e dzwoniłe .  

      - Dzi kuj . Do widzenia.  

      Mogłem si  tego spodziewa . Po Meg. Pod koniec George zachowywał si  

całkiem dziwacznie. Najbardziej mnie martwiło,  e najwyra niej wiedział, kim 

jestem naprawd . I wiedział o Amberze. A nawet chciał mnie  ciga  przez Atut. 

Wygl dało na to,  e on i Meg stali si  ofiarami jakiej  niezwykłej manipulacji.  

      Natychmiast przyszła mi do głowy Jasra. Ale ona była chyba 

sprzymierze cem Luke'a, a przed Lukiem ostrzegła mnie Meg. Czemu miałaby to 

robi , gdyby to Jasra ni  kierowała? To bez sensu. Która jeszcze ze znanych mi 

osób byłaby zdolna do wywołania takich efektów?  

      Na przykład Fiona. Ale ona towarzyszyła mi, gdy wróciłem z Amberu do tego 

cienia, a nawet podwiozła mnie po wieczorze z Meg. I sprawiała wra enie me 

mniej ode mnie zdziwionej rozwojem wydarze . Cholera.  ycie pełne jest drzwi, 

które nie otwieraj  si , kiedy człowiek puka. I takich, które si  otwieraj , kiedy 

tego nie chce.  

      Wróciłem i zapukałem do drzwi sypialni. Flora zawołała,  e mog  wej . 

Siedziała przez lustrem i nakładała makija .  

      - Jak poszło? - zapytała.  

      - Nie za dobrze. Wła ciwie całkiem  le - podsumowałem wyniki rozmów.  

      - I co teraz zrobisz?  

      - Skontaktuj  si  z Randomem i opowiem mu o ostatnich wypadkach. Mam 

przeczucie,  e ka e mi wraca . Przyszedłem si  po egna  i podzi kowa  za 

pomoc. Przepraszam,  e zerwałem ci romans.  

      Wzruszyła ramionami. Siedziała tyłem do mnie i studiowała swoje odbicie w 

lustrze.  

      - Nie martw si ...  

      Flora wci  mówiła, ale nie słyszałem dalszego ci gu. Moj  uwag  

przyci gn ło co , co przypominało kontakt przez Atut. Otworzyłem umysł i 

czekałem. Wra enie nabierało mocy, ale to samo  wzywaj cego wci  

pozostawała ukryta. Odwróciłem si  od Flory.  

      - Merle, co si  dzieje? - usłyszałem jej pytanie.  

      Podniosłem r k . Odczucie było coraz bardziej intensywne. Miałem wra enie, 

e patrz  w gł b długiego czarnego tunelu, a na drugim ko cu nie ma nic.  

      - Nie wiem - odpowiedziałem, przywołuj c Logrus i przejmuj c kontrol  nad 

jedn  z gał zi. - Ghost? Czy to ty? Chcesz porozmawia ? - spytałem.  

      Nikt nie odpowiadał. Czułem chłód, gdy czekałem otwieraj c umysł. Nigdy 

jeszcze nie spotkałem czego  takiego. Zdawało mi si ,  e wystarczy jeden krok do 

przodu, a zostan  gdzie  przeniesiony. Czy to wyzwanie? Pułapka? Wszystko 

jedno; tylko głupiec przyj łby takie zaproszenie od nieznajomego. Przecie  

mogłem trafi  z powrotem do kryształowej jaskini.  

      - Je li chcesz czego  - rzuciłem - musisz si  przedstawi  i poprosi . Randki w 

ciemno ju  mnie nie bawi .  

      Przez tunel przes czyło si  wra enie obecno ci, ale  adnych wskazówek co do 

to samo ci.  

background image

 

13 

      - Dobrze. Ja nie pójd , a ty nie masz nic do przekazania. Jedyne, co mi jeszcze 

przychodzi do głowy, to  e chcesz mnie odwiedzi . W takim razie prosz .  

      Wyci gn łem obie, pozornie puste, r ce. Mój niewidzialny sznur dusiciela 

przesun ł si  do pozycji na lewej dłoni, w prawej czekał niewidoczny, 

mierciono ny grom Logrusu. Była to jedna z tych okazji, kiedy uprzejmo  

wymaga profesjonalizmu.  

      Cichy  miech zdawał si  odbija  echem w czarnym tunelu. Był projekcj  

czysto psychiczn , chłodn  i bezpłciow .  

      Twoja propozycja jest, oczywi cie, pułapk , usłyszałem. Nie jeste  przecie  

głupcem. Mimo to nie mo na ci odmówi  odwagi, skoro zwracasz si  w ten sposób 

do nieznanego. Nie wiesz, co ci  spotka, ale oczekujesz tego. Nawet zapraszasz.  

      - Propozycja jest nadal aktualna - o wiadczyłem.  

      - Nigdy nie wydawałe  mi si  niebezpieczny.  

      - Czego chcesz?  

      - Przyjrzer  ci si .  

      - Po co?  

      - Nadejdzie mo e czas, gdy spotkamy si  w innych warunkach.  

      - Jakich warunkach?  

      - Przeczuwam,  e nasze cele mog  by  sprzeczne.  

      - Kim jeste ?  

      Znowu  miech.  

      - Nie. Nie teraz. Jeszcze nie. Chc  tylko popatrze  na ciebie i zbada  twoje 

reakcje.  

      - I co? Napatrzyłe  si ?  

      - Prawie.  

      - Je li nasze cele s  sprzeczne, niech starcie nast pi teraz - powiedziałem. - 

Wol  to mie  za sob ,  ebym mógł si  zaj  wa niejszymi sprawami.  

      - Podoba mi si  twoja bezczelno . Gdy jednak nadejdzie czas, nie do ciebie 

b dzie nale ał wyhór.  

      - Ch tnie zaczekam - o wiadczyłem, ostro nie wsuwaj c w mroczny korytarz 

logrusowe rami .  

      Nic. Moja sonda niczego nie znalazła...  

      - Podziwiam twój wyst p. Masz!  

      Co  run ło w moj  stron . Moja magiczna ko czyna poinformowała,  e to co  

mi kkiego... zbyt mi kkiego i lu nego,  eby wyrz dzi  mi powa n  krzywd ... 

wielka, chłodna masa w jaskrawych kolorach...  

      Nie cofn łem si . Si gn łem poprzez ni , w gł b, daleko, jeszcze dalej... 

Szukałem  ródła. Trafiłem na co  materialnego, namacalnego i ust pliwego... 

mo e ciało, mo e nie. Zbyt... zbyt du e, by przeci gn  je jednym szarpni ciem.  

      Kilka małych obiektów, twardych, o dostatecznie małej masie, znalazło si  w 

zasi gu moich gor czkowych poszukiwa . Chwyciłem jeden, wyrwałem z tego, do 

czego był przymocowany, i przyzwałem do siebie. Niemy impuls zaskoczenia 

dotarł do mnie w tej samej chwili co p dz ca masa i powracaj ce logrusowe 

rami .  

      Rozprysn ły si  wokół jak fajerwerki: kwiaty, kwiaty, kwiaty. Fiołki, zawilce, 

onkile, ró e... Flora j kn ła tylko, gdy całe ich setki wpadły do pokoju. Kontakt 

background image

 

14 

natychmiast uległ przerwaniu. Zdałem sobie spraw ,  e trzymam w r ku co  

małego i twardego, a upajaj ce aromaty kwietnej wystawy atakuj  mi nozdrza.  

      - Co si  stało? - zapytała Flora. - Do diabła.  

      - Nie jestem pewien - odparłem, strzepuj c z koszuli płatki. - Lubisz kwiaty? 

Mo esz je sobie zatrzyma .  

      - Owszem, ale wol  lepiej dobrane bukiety. - Przygl dała si  barwnej stercie u 

moich stóp. - Kto je przysłał?  

      - Bezimienna osoba na ko cu ciemnego tunelu.  

      - Dlaczego?  

      - Mo e jako zaliczk  na wieniec pogrzebowy. Nie jestem pewien. Cała ta 

rozmowa sugerowała gro b .  

      - B d  wdzi czna, je li przed wyj ciem pomo esz mi je sprz tn .  

      - Jasne - zgodziłem si .  

      - W kuchni i w łazience s  wazony. Chod my. Poszedłem za ni  i wrócilem z 

kilkoma. Po drodze zbadałem przedmiot, jaki sprowadziłem z drugiego ko ca 

poł czenia. Był to niebieski guzik w złotej oprawie, w której utkwiło jeszcze kilka 

granatowych nitek. Na oszlifowanym kamieniu wyryto jaki  symbol o czterech 

zakrzywionych ramionach. Pokazałem guzik Florze, ale pokr ciła głow .  

      - Z niczym mi si  nie kojarzy - stwierdziła.  

      Si gn łem do kieszeni i wyj łem kilka odprysków kamienia z kryształowej 

groty. Pasowały. Frakir zadr ała lekko, kiedy przesun łem guzik obok niej. 

Potem znieruchomiała, jakby miała ju  do  ostrzegania mnie przed niebieskimi 

kamieniami, gdy ja najwyra niej nie miałem zamiaru nic w tej sprawie robi .  

      - Dziwne - mrukn łem.  

      - Postaw kilka ró  na nocnej szafce - poprosiła Flora. - I par  mieszanych 

bukietów na toaletce. Wiesz, mnie nikt jeszcze nie przysłał kwiatów w taki 

sposób. Intryguj ca metoda zawierania znajomo ci. Jeste  pewien,  e były dla 

ciebie?  

      Burkn łem co  na temat anatomii czy teologii i zebrałem ró ane p czki.  

      Pó niej, kiedy siedziałem w kuchni, piłem kaw  i my lałem, Flora zauwa yła:  

      - Wiesz, to troch  przera aj ce.  

      - Owszem.  

      - Mo e kiedy porozmawiasz ju  z Randomem, powiniene  opowiedzie  o 

wszystkim Fi.  

      - Mo e.  

      - A skoro ju  o tym mowa, czy nie powiniene  skontaktowa  si  z Randomem?  

      - Mo e.  

      - Co to znaczy "mo e"? Trzeba go ostrzec.  

      - Zgadza si . Ale mam przeczucie,  e bezpiecze stwo nie udzieli odpowiedzi 

na moje pytania.  

      - Co masz na my li, Merle?  

      - Masz samochód?  

      - Tak, kupiłam par  dni temu. Czemu pytasz?  

      Wyj łem z kieszeni guzik i kamienie, rozło yłem je na stole i przyjrzałem si  

uwa nie.  

      - Kiedy zbierałem kwiaty, przypomniałem sobie, gdzie jeszcze mogłem widzie  

background image

 

15 

co  takiego.  

      - Gdzie?  

      - Musiałem tłumi  to wspomnienie, bo nie jest zbyt przyjemne. Chodzi o 

wygl d Julii, kiedy j  znalazłem. Miała chyba wisior z takim kamieniem. Mo e to 

zwykły przypadek, ale...  

      - Niewykluczone. - Skin ła głow . - Ale je li nawet, to pewnie zabrała go ju  

policja.  

      - Nie jest mi potrzebny. Ale przypomniał mi,  e nie zbadałem jej mieszkania 

tak dobrze, jakbym to zrobił, gdybym nie musiał wynosi  si  w po piechu. Chc  

tam zajrze , zanim wróc  do Amberu. Wci  nie rozumiem, jak ten... stwór... 

dostał si  do  rodka.  

      - A je li wysprz tali to mieszkanie? Albo wynaj li komu  innemu?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Jest tylko jeden sposób,  eby si  przekona .  

      - W porz dku. Zawioz  ci .  

      Kilka minut pó niej siedzieli my ju  w samochodzie, a ja tłumaczyłem, gdzie 

ma dojecha . Było to jakie  dwadzie cia minut jazdy pod zbł kanymi chmurkami 

na słonecznym, popołudniowym niebie. Wi kszo  tego czasu po wi ciłem na 

pewne wst pne działania z mocami Logrusu. Byłem gotów, gdy dotarli my do 

wła ciwej okolicy.  

      - Zakr  tutaj, a potem objed  dookoła. - Wskazałem kierunek. - Jak tylko 

b dzie miejsce, powiem ci, gdzie zaparkowa .  

      Było - niedaleko punktu, gdzie zostawiłem samochód tamtego dnia.  

      Zatrzymała si  przy kraw niku i spojrzała na mnie.  

      - Co teraz? Chcesz tak zwyczajnie podej  do drzwi i zapuka ?  

      - Uczyni  nas niewidzialnymi - wyja niłem. - Dopóki nie wejdziemy do  rodka. 

Musisz trzyma  si  blisko mnie,  eby my widzieli si  nawzajem.  

      Kiwn ła głow .  

      - Dworkin zrobił to kiedy  dla mnie - powiadziała. - Byłam jeszcze dzieckiem. 

Podgl dałam wtedy ró nych ludzi. - Za miała si . - Zapomniałam.  

      Wykonałem ostatnie poci gni cia skomplikowanego zakl cia i rzuciłem je na 

nas.  wiat za szyb  zaszedł mgł , jakbym ogl dał go przez szare okulary. 

Wy lizn li my si  na chodnik, wolno przeszli my na róg i skr cili my w lewo.  

      - Czy to trudne zakl cie? - spytała Flora. - Wydaje si  bardzo u yteczne.  

      - Niestety tak - odparłem. - Najwi ksza jego wada, to  e je li nie jest 

przygotowane, nie mo na go rzuci  tak od razu. Ja go nie miałem. Zaczynaj c od 

zera, buduje si  je przez jakie  dwadzie cia minut.  

      Skr cili my w alejk  prowadz c  do wielkiego, starego budynku.  

      - Które pi tro? - zapytała.  

      - Ostatnie.  

      Weszli my po schodkach i stan li my przed drzwiami. Były zamkni te na 

klucz. Na pewno ostatnio bardziej uwa aj  na takie rzeczy.  

      - Wyłamiemy? - szepn ła Flora.  

      - Za du o hałasu - odpowiedziałem.  

      Poło yłem dło  na klamce i wydałem Frakir bezgło ny rozkaz. Odwin ła mi z 

r ki dwa zwoje i stała sio widoczna, sun c po powierzchni zamka i wsuwaj c si  

background image

 

16 

do dziurki. Zacisn ła si , zesztywniała i poruszała przez chwil . Cichy szcz k 

oznaczał,  e rygiel ust pił. Nacisn łem klamk  i pchn łem lekko. Drzwi stan ły 

otworem. Frakir powróciła do formy bransoletki i do niewidzialno ci.  

      Weszli my, cicho zamykaj c za sob  drzwi. Nie było nas wida  w zamglonym 

lustrze. Poprowadziłcm Flor  na schody. Jakie  głosy dobiegały z mieszkania na 

pierwszym pi trze. To wszystko.  adnego powiewu.  adnych podnieconych 

psów. A głosy ucichły, nim dotarli my na drugie pi tro.  

      Zauwa yłem,  e wymieniono drzwi do mieszkania Julii. Były troch  

ciemniejsre od pozostałych i miały błyszcz cy nowy zamek. Zapukałem lekko i 

czekali my.  adnej reakcji, ale po trzydziestu sekundach zastukałem jeszcze raz i 

znowu czekali my. Nikt nie odpowiadał. Sprawdziłem: drzwi były zamkni te, lecz 

Frakir powtórzyła swój wyst p. Zawahałem si . Dło  mi zadr ała na 

wspomnienie poprzedniej wizyty. Wiedziałem,  e nie ma tam jej okaleczonego 

ciała i  adna mordercza bestia nie czai si , by mnie zaatakowa . Jednak pami  

powstrzymała mnie na kilka sekund.  

      - Co si  stało? - zdziwiła si  Flora.  

      - Nic - mrukn łem i otworzyłem drzwi.  

      Mieszkanie było, o ile pami tam, wynaj te z cz ciowym umeblowaniem. I te 

meble zostały - sofa i stoliczki, wi kszy stół, kilka krzeseł. Znikn ły te, które 

nale ały do Julii. Na podłodze zauwa yłem nowy dywan, a sama podłoga była 

niedawno wyszorowana. Chyba nikt tu nie mieszkał, gdy  nigdzie nie dostrzegłem 

adnych rzeczy osobistych.  

      Weszli my. Zamkn łem drzwi i zdj łem czar, który ukrywał nas po drodze. 

Zacz łem obchód pokojów. Gdy spadły nasze magiczne zasłony, uobiło si  

wyra nie widniej.  

      - Nic tu chyba nie znajdziesz - stwierdziła Flora. - Pachnie past  do podłogi, 

jakim   rodkiem dezynfekcyjnym i farb ...  

      Przytakn łem.  

      - Materialne mo liwo ci mo na raczej wykluczy . Ale chciałbym sprawdzi  

co  innego.  

      Uspokoiłem umysł i przywołałem logrusowe widzenie. Gdyby pozostały jakie  

lady działa  magicznych, powinienem wykry  je w ten sposób. Przeszedłem 

powoli wokół salonu i przygl dałem si  wszystkiemu z ka dego mo liwego k ta. 

Flora zostawiła mnie i zaj ła si  własnym  ledztwem, polegaj cym głównie na 

zagl daniu pod wszystko co mo liwe. Pokój migotał mi lekko przed oczami, gdy 

badałem te długo ci fal, na których poszukiwane zjawiska powinny ukaza  si  z 

najwi kszym prawdopodobie stwem. Tak najlepiej mo na opisa  ten proces w 

tym konkretnym cieniu. Nic małego czy wielkiego nie ukryło si  przed moim 

wzrokiem. Po długich minutach przeszedłem do sypialni. Flora musiała usłysze  

moje gło ne westchnienie, poniewa  w ci gu kilku sekund wbiegła do pokoju i 

stan ła obok mnie. Spojrzała na komod , przed któr  si  zatrzymałem.  

      - Co  jest w  rodku? - zapytała. Wyci gn ła r k  i cofn ła j  natychmiast.  

      - Nie - odparłem. - Z tyłu.  

      Komod  przesuni to podczas odnawiania lokalu. Kiedy  stała o jaki  metr 

dalej na prawo. To, co zobaczyłem, było widoczne u góry i po lewej stronie, a 

mebel zasłaniał wi ksz  tego cz . Złapałem komod  i pchn łem j  na miejsce, 

background image

 

17 

które zajmowała dawniej.  

      - Dalej nic nie widz  - oznajmiła Flora.  

      Chwyciłem j  za r k  i obj łem moc  Logrusu, by zobaczyła to co ja.  

      - Co  podobnego... - Podniosła drug  r k  i przesun ła palcem wzdłu  

niewyra nego prostok ta na  cianie. - To wygl da... jak drzwi.  

      Przyjrzałem si  przy mionym liniom wyblakłych płomieni. Przej cie było 

wyra nie zapiecz towane i to ju  do  dawno. W ko cu wyga nie zupełnie i 

zniknie.  

      - To s  drzwi - odpowiedziałem.  

      Wyci gn ła mnie do s siedniego pokoju i obejrzała  cian  z drugiej strony.  

      - Nic tu nic ma - zauwa yła. - Nic nie przechodzi.  

      - Teraz pojmujesz. Te drzwi prowadz  gdzie indziej.  

      - Gdzie?  

      - Do miejsca, sk d przybyła ta bestia, która zabiła Juli .  

      - Umiesz je otworzy ?  

      - Jestem gotów sta  przy nich, ile b dzie trzeba - o wiadczyłem. - I próbowa .  

      Wróciłem do sypialni i przyjrzałem si  dokładnie.  

      - Merlinie - zacz ła Flora, gdy pu ciłem jej r k  i wzniosłem przed sob  obie 

dłonie. - Nie s dzisz,  e nadeszła wła ciwa chwila, by  skontaktował si  z 

Randomem i opowiedział mu wszystko, co si  dzieje? Kiedy uda ci si  otworzy  te 

drzwi, mo e powiniene  mie  przy sobie Gerarda?  

      - Powinienem - zgodziłem si . - Ale nie zrobi  tego.  

      - Czemu?  

      - Bo on mo e mi zakaza .  

      - I mo e mie  racj .  

      Opu ciłem r ce.  

      - Przyznaj ,  e mówisz rozs dnie. Musz  opowiedzie  o wszystkim 

Randomowi, a zbyt długo ju  to odkładam. Dlatego zrobimy tak: wrócisz do 

samochodu i zaczekasz. Daj mi godzin . Je li do tego czasu nie wyjd , wezwiesz 

Randoma i powtórzysz mu to, co ci mówiłem. O tym tutaj równie .  

      - Sama nie wiem - westchn ła. - Je li si  nie poka esz, Random b dzie 

w ciekły.  

      - Powiedz mu,  e si  uparłem i nic nie mogła  poradzi . Zreszt  tak wła nie 

jest, je li si  nad tym zastanowisz.  

      Przygryzła wargi.  

      - Nie chc  ci  zostawia ... Cho  nie mam te  ochoty zosta  tu z tob . Mo e 

wzi łby  granat r czny?  

      Zacz ła otwiera  torebk .  

      - Nic, dzi kuj . A wła ciwie po co ci takie rzeczy?  

      - W tym cieniu zawsze nosz  je przy sobie - odparła z u miechem. - Czasem 

bardzo si  przydaj . Ale zgoda. Poczekam.  

      Pocałowała mnie lekko w policzek i odwróciła si .  

      - Je li nie wróc , spróbuj te  złapa  Fion  - dodałem jeszcze. - Mo e zna lepsze 

metody.  

      Skin ła głow  i wyszła. Odczekałem, póki nie zamkn ły si  za ni  drzwi, po 

czym skoncentrowałem uwag  na jasnym prostok cie. Kontur wydawał si  do  

background image

 

18 

jednolity, z kilkoma tylko szerszymi. ja niejszymi odcinkami i kilkoma cie szymi, 

przygaszonymi. Wolno przesun łem wzdłu  linii wn trzem prawej dłoni, mniej 

wi cej dwa centymetry nad powierzchni   ciany. Czułem lekkie ukłucia i 

wra enie gor ca. Tak jak oczekiwałem, były silniejsze nad jasnymi odcinkami. 

Uznałem to za wskazówk ,  e w tych miejscach piecz  jest nieco mniej doskonała 

ni  gdzie indziej.  wietnie. Wkrótce si  przekonam. czy mo na wywa y  te drzwi, 

a atak rozpoczn  od tych wła nie punktów.  

      Gł biej wkr ciłem dłonie w sie  Logrusu, a  jej gał zie przylegały jak w skie 

r kawice; w miejscach, gdzie si gała ich moc, były twardsze ni  stal i bardziej 

czułe ni  j zyk.  

      Przesun łem praw  dło  na wysoko  biodra, a gdy dotkn łem ja niejszego 

punktu. poczułem t tnienie dawnego zakl cia. Zw ałem przedłu enie r ki i 

pchałem; było coraz cie sze, a  wreszcie wcisn ło si  w szczelin . T tnienie stało 

si  bardziej rytmiczne. Powtórzyłem zabieg po lewej stronie, nieco wy ej.  

      Stałem tam, wyczuwaj c energi  piecz ci; włókna przedłu e  ramion 

wibrowały w jej sieci. Sprobowałem nimi poruszy , najpierw w gór , potem w 

dół. Prawe przesun ło si  troch  dalej ni  lewe, w obie strony; potem zatrzymał je 

rosn cy opór. Przywołałem wi cej mocy z j dra Logrusu, który pływał jak 

widmo wewn trz mnie i przede mn . Wlałem t  moc w r kawice, a wzorzec 

Logrusu zmienił si  znowu. Kiedy znów spróbowałem, prawa gał  zjechała w dół 

o trzydzie ci centymetrów, nim uwi ziło j  narastaj ce t tnienie. Pchn łem w 

gór  i dotarłem niemal do szczytu. Sprawdziłem lew  kraw d  drzwi, lecz 

zyskałem najwy ej pi tna cie centymetrów poni ej punktu wyj ciowego.  

      Odetchn łem gł boko. Czułem,  e zaczynam si  poci . Posłałem do r kawic 

wi cej mocy i szarpn łem przedłu enia w dół. Opór był tu wi kszy. a t tnienie 

przepłyn ło wzdłu  ramion do samego j dra mej istoty. Przerwałem, odpocz łem 

chwil , po czym zwi kszyłem moc do wy szego stopnia koncentracji. Logrus 

zawirował, a ja pchn łem obie r ce do samej podłogi. Ukl kłem dysz c ci ko. Po 

chwili wzi łem si  do pracy przy dolnej kraw dzi. To przej cie najwyra niej 

nigdy nie miało by  otwierane. Nie było tu miejsca dla sztuki, jedynie dla 

brutalnej siły.  

      Kiedy gał zie Logrusu spotkały si  po rodku, odst piłem i spojrzałem na 

swoje dzieło. Wzdłu  prawej, lewej i dolnej kraw dzi cienkie czerwone linie 

zmieniły si  w szerokie płomienne wst gi. Przez dziel c  nas odległo  

wyczuwałem ich pulsowanie. Wstałem i uniosłem ramiona. Zaj łem si  gór , 

zaczynaj c od rogów i przesuwaj c si  w stron  centrum. Było to łatwiejsze ni  

poprzednio. Energia z otwartych brzegów jakby zwi kszała nacisk i moje dłonie 

przepłyn ły swobodnie a  do  rodka. Kiedy si  spotkały, miałem wra enie,  e 

słysz  ciche westchnienie. Opu ciłem r ce i obejrzałem wyniki pracy. Cały kontur 

drzwi płon ł.  

      Ale to nie wszystko. Zdawało si ,  e jasna linia płynie dookoła...  

      Przez kilka minut stałem nieruchomo. Uspokajałem si , zbierałem siły, 

odpoczywałem. Szykowałem si . Wiedziałem tylko,  e drzwi prowadz  do innego 

cienia. To mogło oznacza  wszystko. Kiedy je otworz , co  mo e wyskoczy  i 

zaatakowa . Chocia  z drugiej strony, ju  do  długo były zamkni te. Je li jest 

tam pułapka, to prawdopodobnie całkiem innego rodzaju. Najprawdopodobniej 

background image

 

19 

otworz  je i nic si  nie stanie. Wtedy b d  miał do wyboru: albo rozejrze  si  

tylko z zewn trz, albo wej . I chyba niewiele zobacz, stoj c w progu i zagl daj c 

do  rodka.  

      Raz jeszcze wysun łem logrusowe ramiona, chwyciłem drzwi z obu strun i 

pchn łem. Ust piły po prawej stronie, wi c pu ciłem je z lewej, zwi kszyłem 

nacisk na praw ... i nagle cały prostok t odchylił si  do wn trza...  

      Spogl dałem w gł b perłowego tunelu, który po kilku krokach zdawał si  

rozszerza . Dalej było tylko migotanie, jak fale ciepła nad szos  w gor cy letni 

dzie . Pływały tam czerwone plamy i nieokre lone ciemne kształty. Czekałem 

mo e pół minuty, ale nic si  nie zbli yło.  

      Przygotowałem Frakir na kłopoty. Podtrzymywałem kontakt z Logrusem. 

Ruszyłem, wyci gaj c do przodu sonduj ce ramiona. Przekroczyłem próg.  

      Nagła zmiana ci nienia za plecami sprawiła,  e obejrzałem si  szybko. Drzwi 

zamkn ły si  i zmalaly. Teraz przypominały male k  czerwon  kostk . 

Naturalnie, kilka kroków mogło przenie  mnie na wielk  odległo , gdyby tak 

wła nie działały tutaj prawa przestrzeni.  

      Szedłem dalej. Gor cy wiatr wyleciał mi na spotkanie, okr ył mnie i ju  

pozostał.  ciany korytarza oddaliły si , a widok przede mn  migotał i ta czył. Z 

trudem stawiałem kroki, jakbym nagle zacz ł wchodzi  pod gór .  

      Usłyszałem głuche st kni cie spoza miejsca, gdzie wzrok tracił dobre maniery. 

Lewa sonda Logrusu trafiła na co , co drgn ło lekko. Wyczułem aur  wrogo ci, a 

Frakir zacz ła pulsowa  na nadgarstku. Nie spodziewałem si ,  e b dzie łatwo. 

Gdybym to ja układał scenariusz, nie poprzestałbym na zapiecz towaniu drzwi.  

      - Do , o le jeden! Zatrzymaj si  natychmiast! - zagrzmiał z przodu jaki  głos.  

      Wspinałem si  dalej.  

      - Powiedziałem: stój!  

      Wszystkie elementy zacz ły spływa  na swoje miejsca. Nad głow  pojawił si  

strop, po obu stronach wyrosły nagle  ciany, zw aj c si  i zbiegaj c...  

      Wielka, okr gła posta  blokowala przej cie. Wygl dała jak fioletowy Budda z 

uszami nietoperza. Kiedy si  zbli yłem, dostrzegłem inne szczegóły: wystaj ce 

kły,  ółte oczy chyba pozbawione powiek, długie czerwone szpony u wiełkich łap i 

stóp. Potwór siedział po rodku tunelu i nie próbował nawet wsta . Był nagi, ale 

wielki wzd ty brzuch opadał mu na kolana i zakrywał narz dy płciowe. Głos miał 

jednak ochrypły i m ski, a zapach zdecydowanie paskudny.  

      - Cze  - powiedziałem. - Ładny mieli my dzie .  

      Warkn ł, a temperatura podniosła si  nieco. Frakir zacz ła szale , wi c 

uspokoiłem j  w my lach.  

      Stwór pochylił si  i jaskrawym pazurem wykre lił na skalnej podłodze 

dymi c  lini . Zatrzymałem si  przed ni .  

      - Przekrocz t  lini , czarowniku, a koniec z tob  - oznajmił.  

      - Dlaczego? - spytałem.  

      - Bo ja tak mówi .  

      - Je li pobierasz myto, wymie  cen  - zaproponowałem.  

      Pokr cił głow .  

      - Nie kupisz sobie przej cia.  

      - Hm... a czemu s dzisz,  e jestem czarownikiem?  

background image

 

20 

      Otworzył jam  swojej paskudnej g by, odsłaniaj c nawet wi cej ukrytych 

z bów, ni  si  spodziewałem, i wydał d wi k podobny do dudnienia arkusza 

blachy.  

      - Wyczułem t  twoj  sond  - wyja nił. - To czarodziejska sztuczka. Zreszt , 

tylko czarownik mógł dotrze  do miejsca, gdzie teraz stoisz.  

      - Nie  ywisz chyba specjalnego szacunku do tej profesji.  

      - Zjadam czarowników - poinformował.  

      Skrzywiłem si , wspominaj c kilku starych pierdzieli, jakich poznałem w tym 

fachu.  

      - Ka demu i ka dej, co jemu czy jej si  nale y - mrukn łem. - Ale do rzeczy. 

Tunel jest niepotrzebny, je li nie mo na przez niego przej . Jak ci  omin ?  

      - Nie da si .  

      - Nawet je li rozwi

 zagadk ?  

      - To mi nie wystarczy. -  ółte oko błysn ło nagle. - Ale tak, dla sportu, co jest 

zielone i czerwone i pływa w koło i w koło, i w koło? - zapytał.  

      - Znasz sfinksa!  

      - Szlag by... słyszałe  to ju .  

      - Sporo podró uj . - Wzruszyłem ramionami.  

      - Ale nie t dy.  

      Przyjrzałem mu si  dokładnie. Musiał mie  jaka  specjaln  osłon  przed 

magi , skoro postawiono go, by zjadał czarowników. Co do obrony fizycznej, 

robił wra enie. Zastanawiałem si , jaki jest szybki. Czy mógłbym przeskoczy  

obok niego i uciec? Uznałem,  e nie mam ochoty na eksperymenty.  

      - Naprawd  musz  przej  - powiedziałem. - To wyj tkowa sytuacja.  

      - Szkoda.  

      - Słuchaj, wła ciwie co ty z tego masz? To do  nudne zaj cie, siedzie  tak w 

rodku tunelu...  

      - Kocham moj  prac . Do niej zostałem stworzony.  

      - A dlaczego pozwoliłe  sfinksowi przyj  i odej ?  

      - Istoty magiczne si  nie licz .  

      - Hm.  

      - Chcesz mnie przekona ,  e sam jeste  istot  magiczn , a potem wykr ci  mi 

jak  czarodziejsk  iluzj . Takie sztuczki potrafi  przejrze  na wylot.  

      - Wierz  ci. A przy okazji, jak masy na imi ?  

      Parskn ł.  

      - Na potrzeby konwersacji mo esz mnie nazywa  Scrofem. A ty?  

      - Mów mi Corey.  

      - Dobra, Corey. Mog  sobie tak siedzie  z tob  i pieprzy  głupoty, poniewa  

mie ci si  to w regułach. Jest dozwolone. Masz trzy wyj cia, a jedno z nich 

naprawd  wyj tkowo głupie. Mo esz odwróci  si  i wraca , sk d przyszedłe . Nic 

na tym nic stracisz. Mo esz biwakowa  tam gdzie stoisz, tak długo, jak tylko 

chcesz. Nie kiwn  nawet palcem, dopóki b dziesz si  odpowiednio zachowywał. 

Post pisz głupio, je li przekroczysz t  lini , któr  narysowałem. Wtedy z tob  

sko cz . To bowiem jest Próg, a ja jestem jego Mieszka cem. Nikomu nie 

pozwalam przej .  

      - Jestem wdzi czny za jasne postawienie sprawy.  

background image

 

21 

      - To nale y do obowi zków. I co wybierasz?  

      Uniosłem r ce, a linie sił na czubkach moich palców skr ciły si  w no e. 

Frakir spłyn ła mi z nadgarstka i zacz ła wygina  si  w zło one wzory.  

      Scrof u miechn ł si .  

      - Zjadam nie tyłko czarowników. Zjadam te  ich magi . Tylko istota wyrwana 

z pierwotnego Chaosu mo e za da  przej cia. Wi c chod , je li s dzisz,  e dasz 

sobie rad .  

      - Chaos, tak? Wyrwana z pierwotnego Chaosu?  

      - Tak. Mało kto mo e pokona  co  takiego.  

      - Mo e z wyj tkiem Lorda Chaosu - odparłem, przenosz c  wiadomo  do 

rozmaitych punktów swego ciała. Nieprzyjemne zaj cie. Im szybciej si  to robi, 

tym bardziej jest bolesne.  

      I znowu dudnienie arkusza blachy.  

      - Wiesz, jakie s  szanse,  e Lord Chaosu dojdzie a  tutaj,  eby gra  do dwóch 

wygranych z Mieszka cem? - zapytał Scrof.  

      Ramiona wydłu yły mi si  i czułem,  e koszula p ka na plecach, gdy si  

pochyliłem. Ko ci mojej twarzy zmieniły układ, a klatka piersiowa rosła i rosła...  

      - Wystarczy do jednej wygranej - odpowiedziałem, gdy transformacja 

dobiegła ko ca.  

      - Szlag - mrukn ł Scrof, kiedy przekroczyłem lini .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

22 

Rozdział 2 

 

Przez chwil  odpoczywałem przy wej ciu do groty. Bolało mnie lewe rami , 

dokuczała te  prawa noga. Gdybym opanował ten ból przed retransformacj , po 

przebudowie anatomii znikn łby pewnie bez  ladu. Jednak byłbym potem 

solidnie zm czony. Sam proces pochłania sporo energii, a dwie szybkie przemiany 

maj  obezwładniaj cy efekt, zwłaszcza teraz, po bójce z Mieszka cem.  

      Dlatego czekałem w jaskini, do której doprowadził mnie w ko cu perłowy 

tunel, i obserwowałem okolic .  

      Daleko w dole, po lewej stronie, le ał jasnoniebieski i mocno wzburzony 

obszar wodny. Białe grzywacze fal gin ły w samobójczych atakach na szare skały 

wybrze a. Wicher porywał kropelki wody, a w ród mgieł wisiała t cza. Przede 

mn  i poni ej rozci gały si  prawie dwa kilometry nierównej, sp kanej i dymi cej 

ziemi, od czasu do czasu wstrz sanej gł bokim dr eniem. Dalej wyrastały wysokie 

mury zadziwiaj co pot nej i zło onej budowli, któr  natychmiast ochrzciłem 

Gormenghastem. Była to mieszanina stylów architektonicznych, gorsza nawet od 

pałacu w Amberze i ponura jak całe piekło. Była te  oblegana.  

      Widziałem sporo  ołnierzy pod murami, wi kszo  na odległym, nie spalonym 

obszarze zwyczajnej ziemi z odrobin  ro linno ci. Trawa była tam jednak 

zdeptana, a wiele drzew połamanych. Oblegaj cy mieli drabiny i taran, lecz w tej 

chwili taran stał bezczynnie, a drabiny le ały na ziemi. Co , co wygl dało na 

poło on  pod murami wiosk , płon ło w kł bach czarnego dymu. Zauwa yłem 

nieruchome postacie, prawdopodobnie zabitych w walce.  

      Si gaj c wzrokiem bardziej jeszcze w prawo, poza cytadel , trafiłem na 

obszar o lepiaj cej bieli. Wygl dał na wysuni ty skraj masywnego lodowca. 

Wiatr podrywał chmury  niegu i lodowych kryształków, podobne do morskich 

mgieł po lewej.  

      Wiatr był tu chyba stałym w drowcem. Z wysoka słyszałem jego wycie. Kiedy 

wreszcie wyszedłem na zewn trz i popatrzyłem w gór , przekonałem si ,  e 

jestem załedwie w połowie zbocza kamiennego wzgórza - albo niskiej góry, zale y 

jak na to patrze  - a w ród poszarpanych skał jeszcze gło niej rozlega si  j kliwa 

nuta wichru. Usłyszałem te  głuchy stuk za plecami, a kiedy si  obejrzałem, nie 

znalazłem ju  otworu jaskini. Gdy wyszedłem i moja podró  od ognistych drzwi 

dobiegła ko ca, czar najwyra niej zaskoczył i natychmiast zamkn ł drog . 

Mógłbym pewnie odszuka  na stromym stoku zarys wyj cia, jednak chwilowo mi 

na tym nie zale ało.  

      Usypałem w tym miejscu niewielki stos kamieni, po czym rozejrzałem si  

znowu, badaj c szczegóły.  

      W ska  cie ka skr cała po prawej stronie i znikała mi dzy wysokimi głazami. 

Ruszyłem w tamtym kierunku. Wyczułem dym. Trudno powiedzie , czy 

pochodził z pola bitwy, czy z tych wulkanicznych terenów poni ej.  

      Niebo pokrywały łaty  wiatła i chmur. Kiedy przystan łem mi dzy dwoma 

głazami i spojrzałem za siebie, atakuj cy poderwali si  do szturmu, nios c do 

murów drabiny. Dostrzegłem te  jakby tornado, które powstało po przeciwnej 

stronie cytadeli i rozpocz ło powolny marsz dookoła. Je li potrwa dłu ej, w ko cu 

dosi gnie oblegaj cych. Chytra sztuczka. Na szcz cie to ich problem, nie mój.  

background image

 

23 

      Wróciłem do skalnego zagł bienia, usiadłem na niskim wyst pie i 

przyst piłem do trudnego zadania zmiany kształtu. Oceniałem,  e zajmie to około 

pół godziny. Przemiana z istoty nominalnie ludzkiej w co  niezwykłego i dziwnego 

- dla jednych mo e obrzydliwego, u innych budz cego strach - a pó niej na 

powrót w człowieka, to koncepcja, któr  wielu uzna  mo e za odra aj c . Nie 

powinni. Wszyscy to przecie  robimy, codziennie i na wiele ró nych sposobów. 

Prawda?  

      Kiedy zako czyłem transformacj , poło yłem si  na wznak, oddychaj c 

gł boko i słuchaj c wiatru. Kamienie osłaniały mnie przed podmuchami, 

słyszałem wi c tylko pie . Czułem wibracje ziemi i przyjmowałem je jak 

delikatny, koj cy masa . Ubranie miałem w strz pach, ale chwilowo byłem zbyt 

zm czony, by przywoła  now  odzie . Ból w ramieniu ustał, pozostało tylko 

nikn ce wolno lekkie kłucie w nodze... Na chwil  zamkn łem oczy.  

      Przeszedłem jako  i miałem przeczucie,  e rozwi zanie zagadki mordercy 

Julii le y w tej obl onej cytadeli w dole. Na razie nie przychodził mi do głowy 

aden prosty sposób przenikni cia do wn trza, by przeprowadzi   ledztwo. Ale 

były przecie  inne metody. Postanowiłem zaczeka  i wypocz , póki si  nie 

ciemni - o ile zmiany nast puj  tutaj w normalnym cyklu dnia i nocy. Potem 

zejd  na dół, porw  jednego z oblegaj cych i wypytam go o wszystko. Tak. A je li 

si  nie  ciemni? Wtedy pomy l  o czym  innym. Na razie przyjemnie było tak 

le e ...  

      Nie jestem pewien, jak długo trwała moja drzemka. Obudził mnie stuk 

kamieni z prawej strony. Oprzytomniałem natychmiast, chocia  nie otwierałem 

oczu. Obcy nie próbował si  skrada , a charakter coraz bli szych d wi ków - 

głównie człapanie jakby stóp w lu nych sandałach -  wiadczył,  e nadchodzi 

pojedynczy osobnik. Napi łem i rozlu niłem mi nie; kilka razy odetchn łem 

gł boko.  

      Spomi dzy głazów wynurzył si  zaro ni ty m czyzna. Miał jakie  metr 

sze dziesi t pi  wzrostu, ciemn  zwierz c  skór  na biodrach i był strasznie 

brudny. Miał te  sandały. Przygl dał mi si  przez chwil , nim odsłonił w 

u miechu  ółte szcz tki z bów.  

      - Witaj. Jeste  ranny? - zapytał w zniekształconym thari, jakiego nigdy jeszcze 

nie słyszałem.  

      Przeci gn łem si  dla pewno ci i wstałem.  

      - Nie - odparłem. - Dlaczego pytasz?  

      U miech nie znikał.  

      - Pomy lałem,  e miałe  ju  do  tej bitwy na dale i postanowiłe  zrezygnowa .  

      - Rozumiem. Nie, to nie całkiem tak...  

      Skin ł głow  i podszedł bli ej.  

      - Mam na imi  Dave. A ty?  

      - Merle. - U cisn łem brudn  dło .  

      - Nie martw si , Merle - uspokoił mnie. - Nie wydam nikogo, kto wolał rzuci  

wojaczk . Chyba  e byłaby nagroda... ale w tej wojnie nie ma. Sam kiedy  tak 

zrobiłem i nigdy tego nie  ałowałem. Moja przebiegała całkiem podobnie do tej, a 

ja miałem do  rozumu,  eby zwiewa .  adna armia nie zdobyła jeszcze tej 

fortecy i, moim zdaniem,  adna nie zdob dzie.  

background image

 

24 

      - Co to za miejsce?  

      Pochylił głow  i zmru ył oczy. Potem wzruszył ramionami.  

      - Twierdza Czterech  wiatów - stwierdził. - Werbownik niczego ci nie 

powiedział?  

      Westchn łem.  

      - Nie.  

      - Nie masz przypadkiem czego  do palenia?  

      - Nie. - Cały tyto  do fajki zu yłem w kryształowej grocie.  

      Wymin łem Dave'a i przeszedłem do miejsca, sk d mi dzy głazami mogłem 

popatrze  w dół. Chciałem si  przyjrze  Twierdzy Czterech Swiatów. Była w 

ko cu rozwi zaniem zagadki, a tak e tematem wielu tajemniczych wzmianek w 

dzienniku Melmana. Nowe ciała za cielały grunt pod murami; wygl dały jak 

rozrzucone przez tr b  powietrzn , powracaj c  teraz do miejsca swych 

narodzin. Mimo to niewielka grupa atakuj cych wdarła si  na mury, a w dole 

biegły do drabin  wie e siły. Jeden z  ołnierzy niósł proporzec, którego nie 

potrafiłem rozpozna , cho  wygl dał jakby znajomo: czarno-zielony, z dwoma 

walcz cymi heraldycznymi bestiami. Dwie drabiny stały wci  przy murach, a na 

blankach trwały zaci te walki.  

      - Atakuj cy dostali si  do  rodka - zauwa yłem.  

      Dave podbiegł do mnie i spojrzał. Natychmiast przeszedłem na nawietrzn .  

      - Masz racj  - przyznał. - To pierwszy raz. Je li zdołaj  otworzy  t  przekl t  

bram  i wpu ci  reszt , b d  mieli szans . Nie s dziłem,  e tego do yj .  

      - Jak dawno atakowała Twierdz  ta armia, z któr  tu przybyłe ?  

      - B dzie osiem, dziewi ... mo e dziesi  lat temu - mrukn ł. - Ci chłopcy s  

naprawd  dobrzy...  

      - O co tu chodzi? - zapytałem.  

      Odwrócił si  i spojrzał na mnie zdziwiony.  

      - Naprawd  nie wiesz?  

      - Dopiero co si  zjawiłem - wyja niłem.  

      - Głodny? Spragniony?  

      - Szczerze mówi c, tak.  

      - No to chod . - Chwycił mnie za rami , pokierował mi dzy głazy i dalej 

w sk   cie k .  

      - Gdzie idziemy? - zainteresowałem si .  

      - Mieszkam niedaleko. Zawsze karmi  dezerterów przez pami  starych 

czasów. Dla ciebie zrobi  wyj tek.  

      - Dzi ki.  

      Scie ka rozwidlała si . Skr cili my w praw  odnog , co wymagało wspinaczki. 

Wreszcie dotarli my do ci gu skalnych półek, z których ostatnia była wyj tkowo 

szeroka. Na ko cu dostrzegłem kilka rozpadlin. W jednej z nich znikn ł Dave. 

Poszedłem za nim. Wkrótce przystan ł przed niskim otworem jaskini. Z wn trza 

unosił si  potworny smród zgnilizny; słyszałem brz czenie much.  

      - Tu mieszkam - o wiadczył Dave. - Zaprosiłbym ci , ale jest troch ... ee...  

      - Nie ma sprawy. Zaczekam.  

      Zanurkował do  rodka, a ja poczulem,  e mój apetyt znikł w szybkim tempie, 

zwlaszcza apetyt na to, co mógłby tam przechowywa . Dave wrócił po chwili z 

background image

 

25 

wypchanym workiem na ramieniu.  

      - Mam tu kilka smakołyków - oznajmił.  

      Ruszyłem z powrotem do rozpadliny.  

      - Hej! - zawołał. - Gdzie idziesz?  

      - Na powietrze - wyja niłem, - Wracam na t  półk . Tu jest troch  duszno.  

      - Aha. Dobrze. - Ruszył za mn .  

      Miał dwie pełne butelki wina, kilka manierek wody,  wie y z wygl du 

bochenek chleba, troch  mi sa w puszkach, para jabłek i cał  gomółk  sera. 

Kiedy usiedli my na  wie ym powietrzu, podał mi worek,  ebym st  cz stował. 

Siedz c przezornie po nawietrznej, wzi łem na przek sk  troch  wody i jabłko.  

      - To miejsce ma burzliw  histori  - stwierdził Dave, wyjmuj c zza pasa no yk. 

Ukroił sobie sera. - Nie jestem pewien, kto zbudował Twierdz  ani jak dlugo tu 

stoi...  

      Powstrzymałem go, widz c,  e korek chce z butelki wydłuba  no em. 

Dyskretnie wysłałem Logrus na niewielkie poszukiwanie i niemal natychmiast 

wreczyłem Dave'owi korkoci g. Otworzył butelk  podał mi i otworzył sobie 

drug . Odpowiadało mi to ze wzgl dów higienicznych, cho  nie miałem ochoty na 

tyle wina.  

      - Oto co nazywam wła ciwym przygotowaniem - stwierdził obracaj c w dłoni 

korkoci g. - Przydało by mi si  co  takiego.  

      - We  sobie. Ale opowiedz co  wi cej o Twierdzy. Kto tam mieszka? Jak 

trafiłe  tu z armi ? Kto teraz atakuje mury?  

      Pokiwał głow  i tykn ł wina z butelki.  

      - Najdawniejszym szefem tego zamku, o jakim słyszałem, był mag imieniem 

Shuru Garrul. Królowa mojego kraju wyjechała nagle i przybyła tutuj. - 

Przerwał i przez dług  chwil  wpatrywał si  w przestrze , wreszcie parskn ł. - 

Polityka! Nie wiem nawet, jaki wtedy podała pretekst swojej wizyty. Za tamtych 

lat w ogóle nie słyszałem o tej okolicy. W ka dym razie została tu do  długo i 

ludzie zacz li gada . Mo e jest wi niem? Albo próbuje zawrze  przymierze? Czy 

te  ma romans? Jak rozumiem, od czasu do czasu przysyłała wiadomo ci, ale 

były to zwyczajne gładkie wskazówki, z których nic nie wynikało. Chyba  e były 

to te  tajne przekazy, o których pro ci ludzie, tacy jak ja, nie mieli poj cia. 

Towarzyszył jej całkiem spory orszak i gwardia honorowa, nie tylko na pokaz. Ci 

faceci byli twardymi weteranami, chocia  nosili  liczne mundurki. Tak  e trudno 

było zauwa y , co si  wła ciwie dzieje.  

      - Jedno pytanie, je li mo na - wtr ciłem. - Jak  rol  miał w tym wszystkim 

wasz król? Nie wspomniałe  o nim, a powinien przecie  wiedzie ...  

      - Nie  ył - odparł krótko. - Była pi kn  wdow  i wszyscy na ni  naciskali,  eby 

znowu wyszła za m . Ale ona brała tylko kolejnych kochanków i rozgrywała 

rozmaite frakcje jedn  przeciwko drugiej. Jej faceci byli zwykle dowódcami 

wojskowymi albo wpływowymi arystokratami. Albo i tym, i tym. Kiedy 

wyjechała, zostawiła rz dy synowi.  

      - Rozumiem. Czyli ksi

 był ju  wystarczaj co dorosły, by sprawowa  

władz ?  

      - Tak. Wła ciwie to on zacz ł t  przekl t  wojn . Zebrał  ołnierzy, ale nie był 

zadowolony z wyszkolenia. Sprowadził wi c przyjaciela z lat młodo ci, człowieka 

background image

 

26 

powszechnie uznawanego za przest pc , który jednak dowodził du  grup  

najemników. Nazywał si  Dalt...  

      - Czekaj! - rzuciłem.  

      My li zawirowały mi szale czo, gdy przypomniałem sobie, co kiedy  

opowiadał Gerard. Był jaki  dziwny człowiek imieniem Dalt, który na czele 

prywatnej armii zaatakował Amber. Zaatakował niezwykle skutecznie i trzeba 

było wzywa  samego Benedykta, by go odparł. U stóp Kolviru siły Dalta zostały 

rozbite, a on sam ci ko ranny. Wprawdzie nikt nie widział ciała, to jednak 

uznano,  e powinien był zgin  od tych ran. Ale to jeszcze nie koniec.  

      - Twój kraj - powiedziałem. - Nie mówiłe , jak si  nazywa. Sk d pochodzisz, 

Dave?  

      - Z Kashfy - odparł.  

      - I Jasra była wasz  królow ?  

      - Słyszałe  o nas. A ty sk d jeste ?  

      - Z San Francisco.  

      Pokr cił głow .  

      - Nie słyszałem.  

      - A kto słyszał? Słuchaj, masz dobry wzrok?  

      - O co ci chodzi?  

      - Kiedy przed chwil  obserwowali my walk , jeden z atakuj cych niósł flag . 

Co na niej było?  

      - Moje oczy nie s  ju  takie jak kiedy .  

      - Była zielono-czarna z jakimi  zwierz tami.  

      Gwizdn ł.  

      - Zało  si ,  e to lew rozdzieraj cy jednoro ca. Wygl da na Dalta.  

      - Co oznacza ten symbol?  

      - On nienawidzi tych tam Amberytów. To wła nie oznacza. Kiedy  nawet na 

nich napadł.  

      Spróbowałem wina. Całkiem niezłe.  

      Czyli to ten sam człowiek...  

      - Wiesz, czemu ich nienawidzi?  

      - Słyszałem,  e zabili mu matk  - wyja nił. - Jaka  wojna graniczna. Takie 

sprawy zawsze s  skomplikowane. Nie znam szczegółów.  

      Otworzyłem puszk  mi sa, odłamałem kawałek chleba i zrobiłem sobie 

kanapk .  

      - Opowiadaj dalej - poprosiłem.  

      - Na czym stan łem?  

      - Ksi

 sprowadził Dalta, bo martwił si  o matk  i potrzebował wi cej 

ołnierzy.  

      - Zgadza si . Mniej wi cej wtedy wzi li mnie do wojska. Do piechoty. Ksi

 i 

Dalt prowadzili nas mrocznymi  cie kami, a  dotarli my do tej Twierdzy na dole. 

Potem robili my mniej wi cej to, co teraz ci chłopcy.  

      - I co dalej?  

      Roze miał si .  

      - Z pocz tku nie szło nam najlepiej. My l ,  e ten, który trzyma fortec , 

potrafi jako  kierowa   ywiołami... jak tym wirem, który widziałe  przed chwil . 

background image

 

27 

Mieli my trz sienie ziemi, zawiej  i błyskawice. Ale doszli my do murów. 

Zobaczyłem mojego brata,  miertełnie poparzonego wrz cym olejem. Wtedy 

uznałem,  e mam do . Zacz łem ucieka  i wspi łem si  a  tutaj. Nikt mnie nie 

gonił, wi c czekałem i obserwowałem. Nie powinienem chyba, ale nie wiedziałem, 

jak si  to wszystko uło y. Nie my lałem,  e cokolwiek si  zmieni. Pomyliłem si . 

Potem było ju  za pó no na powrót. Pewnie uci liby mi glow  albo jak  inn  

cenn  cz  ciała.  

      - A co si  stało?  

      - Mam wra enie,  e nasz szturm zmusił Jasr  do działania. Chyba od 

pocz tku zamierzała si  pozby  Sharu Garrula i przej  Twierdz . My l ,  e 

przygotowywała si , zdobywała jego zaufanie. Pewnie troch  si  bała tego 

starucha. Ale kiedy armia stan ła pod murami, musiała działa , cho  nie była 

jeszcze gotowa. Jej gwardia pilnowała ludzi, a ona sama wyzwała Garrula na 

czarnoksi ski pojedynek. Wygrała, cho  podobno była ranna. I w ciekła na syna 

jak diabli...  e sprowadził wojsko, chocia  mu nie kazała. W ka dym razie 

gwardia otworzyła bramy od  rodka,  ołnierze wkroczyli i Jasra zaj ła Twierdz . 

Dlatego mówilem,  e nikt jej jeszcze nie zdobył. To było załatwione od wewn trz.  

      - Sk d wiesz o tym wszystkim?  

      - Jak mówilem: kiedy przechodz  t dy dezerterzy, karmi  ich i słucham 

wie ci.  

      - Powiedziale  chyba,  e inni te  próbowali zdoby  zamek. To musiało by  

pó niej, kiedy ona ju  tam rz dziła.  

      Przytakn ł i napił si  wina.  

      - Zgadza si . Kiedy ona i jej dzieciak wyjechali, w Kashfie nast pił przewrót. 

Władz  przej ł szachcic imieniem Kasman, brat niejakiego Jasricka, jednego z 

jej nie yj cych kochanków. Ten Karman chciał si  pozby  jej i ksi cia. Chyba z 

pół tuzina razy szturmował mury. Nigdy nie dostał si  do  rodka. Musiał chyba w 

ko cu zrezygnowa . Jaki  czas potem odesłała syna. Mo e miał zebra  armi  i 

odzyska  dla niej tron? Nie wiem. To było dawno temu.  

      - A co z Daltem?  

      - Spłacili go cz ci  łupów z Twierdzy. Widocznie było tam do  bogactw. 

Potem zabrał  ołnierzy i odszedł do swojej kryjówki.  

      Łykn łem wina i ukroiłem sobie kawałek sera.  

      - Jak to si  stało,  e zostałe  tu przez te wszystkie lata? Chyba niełatwo tu 

wy y ?  

      Przytakn ł.  

      - Prawda jest taka,  e nie umiem trafi  do domu. Dziwnymi szlakami nas tu 

prowadzili. Zdawało mi si ,  e wiem, któr dy pój ... Ale kiedy szukałem, nie 

znalazłem drogi. Mogłem po prostu i  przed siebie, ale pewnie zgubiłbym si  

jeszcze bardziej. Poza tym, tutaj jako  sobie radz . Za par  tygodni postawi  na 

nowo te chaty i chłopi wróc , niezale nie od tego, kto zwyci y. A oni uwa aj  

mnie za  wi tego, który w górach modli si  i medytuje. Kiedy schodz  tam do 

nich, prosz  o błogosławie stwo. Daj  mi prowiant i wino na długi czas.  

      - A jeste   wi tym człowiekiem? - spytałem.  

      - Udaj  tylko - odparł. - Oni si  ciesz , a ja nie chodz  głodny. Tylko im tego 

nie powtarzaj.  

background image

 

28 

      - Jasne. Zreszt  i tak by nie uwierzyli.  

      - Masz racj . - Roze miał si  znowu.  

      Wstałem i przeszedłem kilka kroków, by spojrze  na Twierdz . Na ziemi 

le ały drabiny, a wokół jeszcze wi cej trupów. Nie dostrzegłem  adnych walk 

wewn trz murów.  

      - Czy otworzyli ju  bram ? - zawołał Dave.  

      - Nie. Chyba za mało ich si  przebiło.  

      - Wida  gdzie  t  zielono-czarn  chor giew?  

      - Nie.  

      Podszedł bli ej, nios c obie butelki. Podał mi jedn  i napili my si  obaj. 

ołnierze wycofywali si  spod murów.  

      - My lisz,  e szykuj  nast pny szturm? - zapytał.  

      - Na razie trudno powiedzie .  

      - Niewa ne. I tak do wieczora b dzie tam co pl drowa . Zaczekaj troch . 

Mo esz zabra  tyle, ile uniesiesz.  

      - Ciekaw jestem... - mrukn łem. - Daczego Dalt znowu atakuje, je li jest w 

dobrych stosunkach z królow  i jej synem?  

      - Chyba tylko z synem - sprostował Dave. - A on wyjechał. Stara to podobno 

prawdziwa suka. Zreszt , ten facet to przecie  najemnik. Mo e Kasman go 

wynaj ł,  eby si  pozby  królowej.  

      - Przecie  jej mo e tam nie by  - rzuciłem. Nie miałem poj cia, jak szybko 

płyn ł tu strumie  czasu, my lałem jednak o niedawnym spotkaniu z t  dam . 

Wspomnienie wywołało seri  skojarze . - Wła ciwie jak ksi

 ma na imi ?  

      - Rinaldo. Pot ny, rudowłosy...  

      - Jest jego matk ! - zawołałem odruchowo.  

      - W ten sposób człowiek zostaje ksi ciem. - Dave roze miał si . - Kiedy ma 

królow  za matk .  

      Ale to oznaczało...  

      - Brand! - stwierdziłem. - Brand z Amberu.  

      Przytakn ł.  

      - Znasz t  histori .  

      - Wła ciwie nie. Słyszałem tylko - odparłem. - Opowiedz.  

      - No wi c złowiła sobie Amberyt , ksi cia imieniem Brand. Podobno spotkali 

si  przy jakiej  czarnoksi skiej operacji i były to miło  od pierwszej krwi. 

Chciała go zatrzyma  i ludzie mówi ,  e nawet potajemnie wzi li  lub. Ale jego 

nie interesował tron Kashfy, chocia  był pewnie, jedynym, którego chciałaby na 

nim ogl da . Wiele podró ował, znikał na długi czas. Słyszałem nawet,  e jest 

odpowiedzialny za Dni Ciemno ci wiele lat temu, i  e zgin ł z r k swoich 

krewnych w wielkiej bitwie mi dzy Chaosem i Amberem.  

      - Tak - mrukn łem, a Dave obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, na poły 

badawczym, na poły zdumionym. - Opowiedz jeszcze o Rinaldzie.  

      - Nie ma wiele do opowiadania. Urodziła go i podobro nauczyła troch  swojej 

Sztuki. Wła ciwie nie znał ojca, gdy  Brand stale gdzie  wyje d ał. Taki troch  

dzikus. Uciekał par  razy i ukrywał si  u banitów...  

      - Ludzi Dalta? - wtr ciłem.  

      Skin ł głow .  

background image

 

29 

      - Mówi ,  e je dził z nimi, chocia  za głowy niektórych jego matka 

wyznaczyła spore nagrody.  

      - Zaczekaj chwil . To znaczy,  e nienawidziła tych wyrzutków i najemników...  

      - "Nienawidziła" to nie jest odpowiednie słowo. Przedtem wcale jej nie 

obchodzili, ale kiedy syn si  z nimi zaprzyja nił, wpadła we w ciekło .  

      - Uznała,  e wywieraj  zły wpływ?  

      - Nie. Chyba nie podobało jej si ,  e ucieka do nich, a oni go przyjmuj , kiedy 

tylko si  z ni  pokłóci.  

      - A jednak mówiłe ,  e ze skarbów Twierdzy spłaciła Dalta i pozwoliła mu 

odjecha . I  e zmusił j  do akcji przeciw Sharu Garrulowi.  

      - Fakt. Strasznie si  wtedy po arli, Rinaldo z matk . Wła nie o to. W ko cu 

ust piła. Tak słyszałem od paru ludzi, którzy przy tym byli. Podobno jeden z 

niewielu przypadków, kiedy chłopak postawił si  jej i wygrał. Zreszt , dlatego 

zdezerterowali. Kazała zgładzi  wszystkich  wiadków tej kłótni. Tylko oni zdołali 

uciec.  

      - Twarda kobieta.  

      - Aha.  

      Wrócili my na nasze siedzenia i przegry li my jeszcze co nieco. Pie  wiatru 

zabrzmiała gło niej, a na morzu rozszalała si  burza. Zapytałem Dave'a o te 

podobne do psów stworzenia. Wyja nił,  e całe stada b d  pewnie  erowa  noc  

na ofiarach bitwy.  yły w tej okolicy.  

      - Dzielimy si  łupem - wyja nił. - Ja bior  racje  ywno ciowe, wino i wszystkie 

kosztowno ci. Im zale y tylko na ciałach.  

      - Na co ci kosztowno ci? - zdziwiłem si .  

      - Och, to wła ciwie nic cennego. Tyle  e zawsze byłem oszcz dny. Opowiadam 

o tym, jakby chodziło o jaki  skarb. - Zastanowił si . - Zreszt , nigdy nie 

wiadomo, co si  mo e przyda  - dodał.  

      - To prawda - przyznałem.  

      - Jak wła ciwie si  tu dostałe , Merle? - spytał szybko, jakby chciał, bym 

zapomniał o jego zdobyczy.  

      - Na piechot .  

      - To dziwne. Nikt nie przychodzi tu z własnej woli.  

      - Nie wiedziałem,  e dotr  w to miejsce. I chyba nie zostan  długo - dodałem 

widz c,  e zaczyna si  bawi  swoim no ykiem. - W takiej chwili nie warto 

schodzi  na dół i prosi  o go cin .  

      - Fakt - zgodził si .  

      Czy ten stary wariat naprawd  chciał mnie napa ,  eby chroni  swój skarb? 

yj c samotnie w cuchn cej jaskini i udaj c  wi tego mógł przecie  straci  

rozum.  

      - Chciałby  wróci  do Kashfy? - spytałem. - Gdybym wskazał ci wła ciw  

drog ?  

      Spojrzał na mnie przebiegłe.  

      - Nie znasz Kashfy - stwierdził. - Inaczej by  mnie tak nie wypytywał. A teraz 

twierdzisz,  e mo esz odesła  mnie do domu.  

      - Rozumiem,  e nie jeste  zainteresowany.  

      Westchn ł.  

background image

 

30 

      - Wła ciwie nie. Ju  nie. Za pó no. To jest mój dom. Polubiłem pustelnicze 

ycie.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - No có ... dzi kuj ,  e mnie nakarmiłe . I za wiadomo ci.  

      Wstałem.  

      - Gdzie teraz pójdziesz?  

      - Rozejrz  si  troch  po okolicy, a pó niej wróc  do domu. - Cofn łem si , 

widz c w jego oczach błysk szale stwa.  

      Wzniósł nó  i zacisn ł palce na r koje ci. Lecz zaraz opu cił go i odkroił 

kawał sera.  

      - We  troch  sera, je li masz ochot  - powiedział.  

      - Nie, nie trzeba. Dzi kuj .  

      - Chciałem zaoszcz dzi  ci wydatków. Szcz liwej drogi.  

      - Dzi ki. Powodzenia.  

      A  do  cie ki słyszałem jego chichot, nim wreszcie zagłuszył go wiatr.  

      Nast pne kilka godzin po wi ciłem na rozpoznanie. Pochodziłem troch  po 

górach. Zszedłem na rozedrgane, dymi ce ziemie. Spacerowałem wzdłu  

morskiego brzxgu. Przeszedłem po normalnie wygl daj cym terenie i 

przekroczyłem j zor lodowca. Przez cały czas trzymałem si  jak najdalej od 

Twierdzy. Chciałem utrwali  to miejsce w pami ci, by potem odnale  tu drog  

poprzez Cie , zamiast z trudem przebija  si  przez Próg. Zauwa yłem stada 

dzikich psów, ale interesowały je raczej ciała na polu bitwy ni  co , co si  

poruszało.  

      Na brzegach ka dego z topograficznych obszarów stały kamienie graniczne 

ozdobione niezwykłymi inskrypcjami. Zastanawiałem si , czy miały tylko 

pomaga  kartografom, czy pełniły te  inne funkcje. Wreszcie wyrwałem jeden z 

płon cej ziemi i przeniosłem jakie  pi  metrów w region lodu i  niegu. Niemal 

natychmiast powaliło mnie pot ne drgnienie gruntu. Zd yłem wsta  i odbiec, 

nim otworzyła si  szczelina i wystrzeliły gejzery. W niecałe pół godziny obszar 

gor ca zagarn ł w ski pasek lodowego pola. Na szcz cie byłem ju  do  daleko. 

Unikn łem dalszych wstrz sów i z bezpiecznego miejsca obserwowałem 

wydarzenia. Miały swój dalszy ci g.  

      Ukryłem si  w skałach u podnó a gór, z których wyruszyłem. Dotarłem tu 

przekraczaj c skrawek terenów wulkanicznych. Tutaj usiadłem i patrzyłem. 

Niewielki obszar zmieniał swój wygl d, a wiatr roznosił po okolicy dym i par . 

Podskakiwały i przetaczały si  głazy; czarne s py nadkładały drogi, by omin  

co , co z pewno ci  było  ródłem ciekawych pr dów termicznych.  

      A potem dostrzegłem poruszenie, które z pocz tku wydało mi si  sejsmicznej 

natury. Przeniesiony kamie  graniczny podskoczył lekko i wychylił si  na bok. Po 

chwili wzniósł si  jeszcze wy ej, zupełnie jakby lewitował tu  nad ziemi , i 

popłyn ł nad rozpalonym gruntem w linii prostej, z jednostajn  pr dko ci . 

Dopóki - o ile mogłem to oceni  - nie osi gn ł swej poprzedniej pozycji. Wtedy 

opadł. Natychmiast zacz ły si  wstrz sy; tym razem lodowe pole przemie ciło si  

jednym szarpni ciem i odzyskało stracony teren.  

      Przywołałem widzenie Logrusu i dostrzegłem wokół kamienia mroczn  

po wiat . Długi, prosty i równy promie   wiatła, mniej wi cej tej samej barwy, 

background image

 

31 

ł czył j  z wysok  wie  w tylnej cz ci Twierdzy. Fascynuj ce. Wiele bym dał, 

by obejrze  sobie wn trze tej fortecy.  

      Wtedy, zrodzona z westchnienia i dojrzewaj ca do gwizdu, nad granicznym 

obszarem wzniosła si  tr ba powietrzna. Ruszyła ku mnie niby tr ba jakiego  

chmurnego, wysokiego do nieba słonia. Odwróciłem si  i wspi łem wy ej, 

wyszukuj c przej cia mi dzy skałami i wokół stromizn. Zjawisko  cigało mnie, 

jakby jego ruchem kierowała inteligencja. A sposób, w jaki utrzymywało stał  

form  ponad nieregularnym terenem, sugerował sztuczne pochodzenie. W tej 

okolicy oznaczało to zapewne: magiczne.  

      Trzeba czasu, by okre li  wła ciw  magiczn  obron , a jeszcze wi cej, by j  

uruchomi . Niestety, wyprzedzałem wir najwy ej o minut , a margines 

prawdopodobnie si  zw ał.  

      Kiedy dostrzegłem za zakr tem dług , w sk  szczelin , zygzakowat  jak gał  

błyskawicy, zatrzymałem si  tylko na moment, by oceni  jej gł boko . I 

pognałem w dół; wicher szarpał strz pami ubrania, powietrzny wir  cigał mnie z 

hukiem...  

      Droga biegła w gł b, a ja po niej, po nierówno ciach i skr tach. Huk narastał 

do ryku; zakaszlałem, gdy wchłon ł mnie obłok kurzu i zaatakował grad 

kamyków. Rzuciłem si  na ziemi  mniej wi cej dwa i pół metra poni ej kraw dzi 

szczeliny i zakryłem dło mi głow . Uznałem,  e tr ba przejdzie bezpo rednio 

nade mn .  

      Wymruczałem ochronne zakl cia, mimo ich znikomego efektu na tak  

odległo  i wobec takiej koncentracji energii.  

      Nie poderwałem si , gdy zapadła cisza. By  mo e widz c,  e jestem poza jego 

zasi giem, kieruj cy tornadem zrezygnował i rozproszył wiruj cy lej. A mo e to 

tylko oko cyklonu, a mnie czekał kolejny atak  ywiołu. Nie poderwałem si  

wprawdzie, ale spojrzałem, gdy  nie lubi  traci  pouczaj cych okazji.  

      I zobaczyłem twarz, a raczej mask . Przygl dała mi si  z samego  rodka wiru. 

Była to projekcja, naturalnie, wi ksza od rzeczywistej i nie do ko ca materialna. 

Głow  okrywał kaptur, a maska, kobaltowobiała i zasłaniaj ca cał  twarz, 

przypominała osłony noszone przez hokejowych bramkarzy. Z dwóch pionowych 

szczelin oddechowych wydobywał si  blady dym - jak na mój gust, efekt nieco 

zbyt teatralny. Liczne otwory poni ej miały pewnie sprawia  wra enie 

skrzywionych ironicznie ust. Spod maski dobiegał lekko stłumiony  miech.  

      - Nie przesadzasz troch ? - spytałem. Przykucn łem i wzniosłem mi dzy nami 

obraz Logrusu. - To dobre dla dzieciaka na Halloween. Ale przecie  jeste my 

doro li, prawda? Wystarczyłaby zwykła maseczka domino.  

      - Poruszyłe  mój kamie ! - oznajmiła maska.  

      - Takie sprawy interesuj  mnie z czysto akademickich wzgl dów - wyja niłem, 

wpasowuj c r ce w odgał zienia Logrusu. - Nie ma si  o co denerwowa . Czy to 

ty, Jasro? Ja...  

      Zagrzmiało znowu, z pocz tku cicho, potem z coraz wi ksz  sił .  

      - Dogadajmy si  - zaproponowałem. - Ty odwołasz burz , a ja obiecam wi cej 

nie przesuwa  znaczników.  

      Znowu  miech. Huk sztormu był coraz gło niejszy.  

      - Za pó no - dobiegła odpowied . - Za pó no dla ciebie. Chyba  e jeste  

background image

 

32 

mocniejszy, ni  na to wygl dasz.  

      Do diabła! Nie zawsze silniejszy zwyci a, a mili faceci na ogół wygrywaj , 

Poniewa  to oni pisz  pó niej pami tniki. Ramionami Logrusu badałem 

niematerialn  mask , a  wreszcie znalazłem poł czenie, korytarz prowadz cy do 

jej  ródła. Udcrzyłem poprzez niego - atak porównywalny z wyładowaniem 

elektrycznym - w to, co le ało w gł bi.  

      Zabrzmiał krzyk. Maska rozpadu si , tr ba powietrzna tak e, a ja zerwałem 

si  i pomkn łem jak najszybciej. Kiedy ten, w kogo trafiłem, dojdzie do siebie, 

wolałem by  ju  w innym miejscu. To tutaj mogło ulec nagłemu rozpadowi.  

      Miałem do wyboru: skr ci  w Cie  albo spróbowa  szybszej drogi ucieczki. 

Gdyby czarodziej mnie  ledził, kiedy zaczn  przesuwa  cienie, mógłby za mn  

pod y . Dlatego si gn łem po Atuty i wybrałem kart  Randoma. Min łem 

zakr t i stwierdziłem,  e i tak musiałbym si  tu zatrzyma  - szczelina zw ała si  i 

dalszy bieg był niemo liwy. Podniosłem kart  i si gn łem my l . Kontakt nast pił 

niemal od razu. Lecz kiedy materializowały si  obrazy, poczułem dotkni cie. 

Byłem pewien,  e to moja nemezis w bł kitnej masce.  

      Wyra nie ju  widziałem Randoma. Siedział przy perkusji z pałeczkami w 

r kach. Na mój widok odło ył je i wstał.  

      - Najwy szy czas - o wiadczył, wyci gaj c r k .  

      Si gaj c czułem,  e co  p dzi w moj  stron . Kiedy zetkn ły si  nasze palce, 

zasypało mnie niczym gigantyczna fala.  

      Przeszedłem do pracowni muzycznej w Amberze. Random otworzył usta, by 

co  powiedzie , i wtedy run ła na nas kaskada kwiatów.  

      Spojrzał na mnie, strzepuj c z koszuli fiołki.  

      - Wolałbym,  eby  wyraził to słowami - zauwa ył.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

33 

Rozdział 3

 

 

Portrety artystów, sprzeczne cele, opadaj ca temperatura... Słoneczne 

popołudnie, spacer przez niewielki park po lekkim obiedzie, my, długie chwile 

ciszy, monosylabowe odpowiedzi na konwersacyjne zaczepki wskazuj ce,  e nie 

wszystko jest w porz dku na drugim ko cu napi tej linii komunikacji. Potem na 

ławce, usadzeni, spogl daj c na klomby; stan duszy ogarnia ciała, słowa, my li...  

      - W porz dku, Merle. Jaka jest stawka? - pyta.  

      - Nie wiem, o jakiej grze mówisz, Julio.  

      - Nie udawaj. Chc  tylko uczciwej odpowiedzi.  

      - Na jakie pytanie?  

      - To miejsce, gdzie mnie zabrałe  z pla y, tamtej nocy... Gdzie to jest?  

      - To było... co  w rodzaju snu.  

      - Bzdury! - Siada bokiem, by spojrze  mi prosto w twarz, a ja musz  

wytrzyma  wzrok tych błyszcz cych oczu tak, by niczego nie zdradzi .  

      - Wracałam tam kilka razy i szukałam drogi, któr  poszli my. Nie ma  adnej 

jaskini. Nic nie ma! Co si  z ni  stało? Co si  dzieje?  

      - Mo e nadszedł przypływ i...  

      - Merle! Czy ty mnie bierzesz za idiotk ? To przej cie nie istnieje na  adnej 

mapie. Nikt w tamtej okolicy nawet nie słyszał o takich miejscach. To 

geograficznie niemo liwe. Zmieniały si  pory dnia i pory roku. Jedyne 

wyja nienie to zjawiska nadprzyrodzone albo paranormalne, jakkolwiek zechcesz 

je nazwa . Co si  stało? Dobrze wiesz,  e winien mi jeste  wyja nienie. Co si  

stało? Dok d mnie zabrałe ?  

      Uciekłem wzrokiem poza moje stopy, poza kwiaty.  

      - Ja... nie mog  powiedzie .  

      - Dlaczego?  

      - Ja... - Jak miałem jej to wyja ni ? Nie chodziło nawet o to,  e wiedza o 

Cieniu zakłóci, mo e nawet zniszczy jej pogl d na rzeczywisto . Sedno problemu 

tkwiło w tym,  e musiałbym te  wytłumaczy , sk d o tym wiem, a to z kolei 

wymagało zdradzenia, kim jestem, sk d pochodz  i czym jestem. A obawiałem si  

powierzenia jej tej informacji. Powtarzałem sobie,  e przerwałoby to nasz 

zwi zek równie pewnie, jak moje milczenie; a skoro nie miał  adnej przyszło ci, 

wolałem rozsta  si  tak, by Julia nie dysponowała t  wiedz . Pó niej, o wiele 

pó niej, zrozumiałem,  e próbowałem tylko zracjonalizowa  swoj  decyzj ; 

prawdziw  przyczyn  odmowy odpowiedzi było to,  e nie byłem jeszcze gotów 

zaufa  jej ani nikomu innemu. Gdybym znał j  dłu ej, lepiej... powiedzmy 

nast pny rok... mo e bym odpowiedział. Sam nie wiem. Nie u ywali my słowa 

"miło ", cho  musiało czasem przychodzi  jej na my l. Tak jak mnie. Po prostu 

- tak s dz  - nie kochałem jej dostatecznie mocno, by jej zaufa . A potem było ju  

za pó no. Dlatego moja odpowied  brzmiała: "Nie mog  powiedzie ".  

      - Masz jak  moc, któr  nie chcesz si  dzieli .  

      - Nazywaj to, jak chcesz.  

      - Zrobi , co tylko zechcesz, obiecam wszystko, na czym ci zale y.  

      - Mam wa ne powody, Julio.  

      Zrywa si  na nogi, podpiera pod boki.  

background image

 

34 

      - I tych powodów te  mi nie zdradzisz?  

      Kr c  głow .  

      - Samotny musi by   wiat, w którym  yjesz, czarowniku, je li zamkni ty jest 

nawet przed tymi, którzy ci  kochaj .  

      W tej chwili uznaj ,  e probuje swej ostatniej sztuczki, by wyci gn  ze mnie 

odpowied . Tym mocniej utwierdzam si  w swej decyzji.  

      - Tego nie powiedziałem.  

      - Nie musiałe . Twoje milczenie jest a  nadto wymowne. Mo e znasz tak e 

drog  do Piekła? Czemu si  tam nie wybierzesz?  egnam!  

      - Julio! Nie...  

      Woli nie słysze .  

      Martwa natura z kwiatami...  

 

      Przebudzenie. Noc. Jesienny wiatr za oknem. Sny. Krew  ycia pozbawiona 

ciała... wiruje... Zsun łem nogi z łó ka i usiadłem przecieraj c oczy, masuj c 

skronie.  wieciło jeszcze sło ce i trwało popołudnie, kiedy sko czyłem opowiada  

Randomowi swoj  histori . Potem zwolnił mnie,  ebym si  troch  zdrzemn ł. 

Cierpiałem z powodu ró nicy czasu w cieniach i w tej chwili cały organizm 

miałem zupełnie rozregulowany. Chocia  nie byłem pewien, która jest teraz 

godzina. Przeci gn łem si , wstałem, doprowadziłem si  do porz dku i wło yłem 

wie e ubranie. Wiedziałem,  e ju  nie zasn ; w dodatku zaczynałem odczuwa  

głód. Narzuciłem ciepły płaszcz i wyszedłem. Wolałem raczej zje  na mie cie, ni  

rabowa  spi arni . Miałem ochot  na spacer, a poza tym nie wychodziłem z 

pałacu ju  od... lat, przypuszczalnie.  

      Zszedłem na dół, a potem skróciłem sobie drog  przez kilka du ych komnat i 

wielki hall, poł czony z tyłu z korytarzem, którym mógłbym tu doj  prosto od 

schodów, gdybym miał na to ochot . Tyle  e wtedy nie obejrzałbym kilku 

gobelinów, z którymi chciałem odnowi  znajomo : idylliczna scena le na z par  

pieszcz c  si  po pikniku na ł ce oraz scena łowiecka z lud mi i psami 

cigaj cymi wspaniałego jelenia; jele  wygl da, jakby wci  jeszcze miał szans , 

je li tylko odwa y si  na szale czy skok ponad otchłani ...  

      Min łem je i ruszyłem korytarzem do wartowni. Znudzony stra nik imieniem 

Jordy usłyszał moje kroki i nagle usiłował wygl da  na czujnego. Przystan łem, 

eby chwil  pogada , i dowiedziałem si ,  e zejdzie z posterunku dopiero o 

północy, czyli za dobre dwie godziny.  

      - Wychodz  do miasta - oznajmiłem. - Gdzie mo na dobrze zje  o tej porze?  

      - A na co masz ochot , ksi

?  

      - Na jak  morsk  potraw  - zdecydowałem szybko.  

      - Jest "Kraina Wiecznych Łowów", mniej wi cej w dwóch trzecich długo ci 

Głównej Alei. Doskonałe rybne dania. Elegancki lokal...  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie chc  eleganckich lokali.  

      - "Pod Sieci " wci  jest podobno niezła... niedaleko, na rogu Kowali i 

elaznej. Niezbyt elegancka.  

      -- Ale sam by  tam nie poszedł?  

      - Kiedy  chodziłem - odparł. - Ale niedawno odkryło j  kilku szlachciców i 

background image

 

35 

bogatych kupców. Teraz nie czułbym si  zbyt dobrze. Nie pasuj  do towarzystwa.  

      - Do diabła! Nie zale y mi na rozmowach ani atmosferze. Szukam tylko 

smacznej,  wie ej ryby. Gdzie poszedłby  najch tniej?  

      - To kawał drogi. Ale je li pójdziesz, ksi

, a  do doków, nad zatok , kawałek 

na zachód... Ale mo e nie powiniene . Robi si  pó no, a po zmroku nie jest to 

przyjemna okolica.  

      - Czy by  mówił o Alei  mierci?  

      - Tak j  czasem nazywaj , jako  e od czasu do czasu znajduj  tam rankiem 

jakie  zwłoki. Mo e lepiej id  "Pod Sie ", zwłaszcza  e jeste  sam.  

      - Gerard pokazał mi kiedy  te okolice, za dnia. Chyba potrafi  znale  drog . 

Nie ma sprawy. Jak si  nazywa ta knajpa?  

      - Hm... "U Krwawego Billa".  

      - Dzi ki. Pozdrowi  Billa od ciebie.  

      Potrz sn ł głow .  

      - Niemo liwe. Nazwano j  tak w zwi zku ze sposobem jego zej cia. Teraz 

prowadzi j  jego kuzyn, Andy.  

      - Aha... A jak nazywała si  przedtem?  

      - "U Krwawego Sama" - odparł.  

      Do licha, co mi tam. Po egnałem si  i ruszyłem  cie k  ku stopniom 

prowadz cym do ogrodowej alejki i dalej, do bocznej furtki. Stra nik wypu cił 

mnie na zewn trz. Noc była chłodna, a bryza niosła  wiatu zapachy jesieni. 

Wci gn łem je do płuc i wypu ciłem znowu, zmierzaj c w stron  Głównej Alei; 

dalekie, zapomniane niemal, powolne stukanie kopyt na bruku dobiegało niby 

d wi k ze snu albo wspomnie . Nie było ksi yca, ale gwiazdy rozja niały 

firmament, a aleja w dole biegła mi dzy kulami fosforyzuj cej cieczy, osadzonymi 

na wysokich tykach. Mi dzy nimi przemykały górskie  my o długich ogonach.  

      Zwolniłem, kiedy dotarłem do alei. Wyprzedziło mnie kilka zamkni tych 

powozów. Starzec prowadz cy na ła cuchu male kiego zielonego smoka dotkn ł 

palcem kapelusza i powiedział: "Dobry wieczór". Widział, z której strony 

przyszedłem, cho  byłem pewien,  e mnie nie poznał. Moja twarz nie jest 

powszechnie znana w tym mie cie. Po chwili poprawił mi si  nastrój i poczułem, 

e krok odzyskuje spr ysto .  

      Random nie był tak zagniewany, jak si  obawiałem. Ghostwheel nie sprawiał 

kłopotów, wi c nie nakazał mi rusza  natychmiast, by jeszcze raz spróbowa  

wył czenia systemu. Polecił tylko,  ebym si  zastanowił i zaproponował 

najrozs dniejsze działania. A Flora kontaktowała si  z nim wcze niej i wyja niła, 

kim jest Luke. Poznał to samo  przeciwnika, co chyba troch  go uspokoiło. 

Mimo moich pyta  nie zdradził, jak zamierza sobie z nim poradzi . Napomkn ł 

tylko,  e niedawno wysłał do Kashfy agenta, by zdoby  jakie  tajemnicze 

informacje.  

      Najbardziej zmartwił si  wie ci ,  e banita Dalt wci  jeszcze chodzi po tym 

wiecie.  

      - Co  w tym człowieku budzi niepokój... - zacz ł Random.  

      - Co? - spytałem.  

      - Przede wszystkim widziałem, jak Benedykt go powalił. To zwykle oznacza 

koniec kariery.  

background image

 

36 

      - Twardy sukinsyn - stwierdziłem. - Albo ma cholerne szcz cie. Mo e jedno i 

drugie.  

      - Je li to ten sam człowiek, to jest synem Desacratrix. Słyszałe  o niej?  

      - Deela - mrukn łem. - Tak chyba miała na imi ? Jaka  fanatyczka religijna? 

Wojuj ca?  

      Random przytakn ł.  

      - Sprawiała sporo kłopotów na peryferiach Złotego Kr gu, przede wszystkim 

wokół Begmy. Byłe  tam kiedy?  

      - Nie.  

      - Begma to najbli szy Kashfy punkt Kr gu. To sprawia,  e cała historia staje 

si  szczególnie interesuj ca. Robiła napady w Begmie i sami nie mogli sobie z ni  

poradzi . W ko cu przypomnieli nam o traktacie obronnym, jaki wi e nas z 

wi kszo ci  królestw Kr gu. Tato postanowił wkroczy  i udzieli  jej lekcji. 

Spaliła o jedn  kaplic  Jednoro ca za du o. Zebrał skromne siły, pobił jej 

ołnierzy, wzi ł j  w niewol  i powywieszał jej ludzi. Uciekła jednak, a par  lat 

pó niej, kiedy ju  wszyscy zapomnieli o sprawie, wróciła z now  armi  i zacz ła 

wszystko od nawa. Begma podniosła wrzask, ale tato był zaj ty. Wysłał Bleysa z 

wi kszymi siłami. Było kilka nie rozstrzygni tych potyczek - to w ko cu bandyci, 

nie regularna armia. Wreszcie Bleys przyparł j  do muru i rozbił doszcz tnie. 

Zgin ła wtedy, prowadz c swoich ludzi.  

      - A Dalt jest jej synem?  

      - Jest taka teoria. Ma sens, poniewa  od dawna robi co mo e,  eby utrudni  

nam  ycie. Chodzi mu o czyst  i prost  zemst  za  mier  matki. W ko cu zebrał 

znaczne siły i spróbował zaatakowa  Amber. Przedarł si  o wiele dalej, ni  

mógłby  przypuszcza : do samego Kolviru. Ale tam czekał Benedykt, a z nim ten 

jego wypieszczony regiment. Posiekał ich na kawałki i wygl dało na to,  e Dalt 

został  miertelnie ranny. Kilku jego ludzi zdołało go wynie  z pola walki, wi c 

nie znale li my ciała. Ale kto by si  tym przejmował?  

      - My lisz,  e ten sam facet był przyjacielem Luke'a w dzieci stwie... i potem?  

      - No có , wiek mniej wi cej si  zgadza i pochodzi, zdaje si , z tego samego 

regionu. To chyba mo liwe.  

      Zastanawiałem si . Według słów pustelnika, Jasra nie przepadała za Daltem. 

Jak  wi c rol  odgrywał w tej chwili? Zbyt wiele niewiadomych, uznałem. 

Wolałbym, by odpowiedzi udzieliła raczej wiedza ni  rozumowanie. Zostawiłem 

wi c t  zagadk  i postanowiłem rozkoszowa  si  kolacj .  

      Wci  szedłem alej . W pobli u ko ca usłyszałem  miechy i zobaczyłem,  e 

kilku zatwardziałych pijaków nadal okupuje stoliki niewielkiej kawiarni. W ród 

nich dostrzegłem Dropp , ale nie zauwa ył mnie. Przeszedłem szybko. Nie 

miałem nastroju do  artów. Skr ciłem w ulic  Tkaczy, która miała mnie 

doprowadzi  do miejsca, gdzie z dzielnicy portowej bierze pocz tek Zachodnia 

Winna. Obok przebiegła wysoka, zamaskowana dama. Wsiadła do oczekuj cego 

powozu, spojrzała na mnie i u miechn ła si  spod domina. Byłem całkiem pewien, 

e jej nie znam, i  ałowałem tego. Miała pi kny u miech.  

      Podmuch wiatru przyniósł zapach z czyjego  kominka, a przy okazji 

zaszele cił suchymi li mi. Zastanawiałem si , gdzie jest teraz mój ojciec.  

      Dalej zatem, prosto, a potem w lewo w Zachodni  Winn ... W sza od alei, ale 

background image

 

37 

wci  szeroka; wi ksze odległo ci mi dzy latarniami, ale nadal dostatecznie 

o wietlona dla nocnych w drowców. Dwaj je d cy przeczłapali obok,  piewaj c 

nie znan  mi piosenk . W chwil  pó niej co  du ego i ciemnego przeleciało mi 

nad głow , by usi

 na dachu po drugiej stronie ulicy. Dobiegło stamt d kilka 

cichych skrobni , potem cisza. Min łem łagodny łuk w prawo, potem nast pny 

w lewo. Wiedziałem,  e przede mn  jest seria ostrych zakr tów. Droga była coraz 

bardziej stroma.  

      Jaki  czas pó niej od portu nadpłyn ła bryza nios ca słony zapach morza. A 

jeszcze pó niej - jakie  dwa zakr ty - daleko w dole zobaczyłem samo morze: 

rozkołysane  wiatła na l ni cej, faluj cej czerni, uwi zione w wygi tej linii 

jasnych punktów Drogi Portowej. Na wschodzie niebo pokrywał delikatny pył 

gwiazd, a na kraw dzi  wiata pojawiła si  zapowied  horyzontu. Miałem 

wra enie,  e dostrzegam  wiatło dalekiej Cabry, potem, za kolejnym zakr tem, 

straciłem je z oczu.  

      Kału a jasno ci podobna do rozlanego mleka pulsowała na ulicy po prawej 

stronie, swym dolnym brzegiem wlewaj c si  w kratownic  rowków mi dzy 

płytami bruku. Stercz ca z niej pasiasta tyka mogłaby reklamowa  warsztat 

upiornego golibrody: p kni ta kula na szczycie wci  jeszcze fosforyzowała lekko 

i przypominała czaszk  na kiju; przywodziła mi na my l gr , w któr  jako dzieci 

bawili my si  w Dworcach. Kilka  wietlnych odcisków stóp oddalało si  od kału y 

w dół - słabe, słabsze, znikn ły... Przeszedłem obok, a w dali usłyszałem krzyk 

morskich ptaków. Aromaty jesieni zaton ły w zapachu oceanu.  wietlny pył za 

moim ramieniem wzniósł si  wy ej nad wod , dryfuj c ku pomarszczonemu 

obliczu gł bin. Ju  niedługo...  

      W miar  spaceru rósł mój apetyt. Przed sob , po drugiej stronie ulicy, 

zobaczyłem innego spacerowicza w ciemnym płaszczu; podeszwy jego butów 

jarzyły si  jeszcze. Pomy lałem,  e wkrótce b d  jadł ryb , i przyspieszyłem 

kroku, dogoniłem i wyprzedziłem mroczn  posta . Kotka na progu przerwała na 

chwil  lizanie tyłka i spojrzała na mnie, z uniesion  pionowo tyln  nog .  

      Przemkn ł kolejny je dziec, tym razem pod gór . Słyszałem urywki kłótni 

mi dzy m czyzn  a kobiet , dobiegaj ce z górnych okien jednego z ciemnych 

budynków. Nast pny zakr t i pojawił si  róg ksi yca niby wspaniała bestia 

wynurzaj ca si  na powierzchni  z gł bi jasnych grot, strz saj ca krople blasku.  

      Po dziesi ciu minutach dotarłem do dzielnicy portowej i odnalazłem Drog  

Portow ; niemal całkowity brak  wietlnych kul równowa ył blask padaj cy z 

okien, kilka wiader płon cej smoły i l nienie ksi yca. Zapach soli i wodorostów 

był tu silniejszy, droga zasypana  mieciami, przechodnie ubrani bardziej 

kolorowo i bardziej hała liwi ni  ci, których spotkałem w alei... je li nie liczy  

Droppy.  

      Dotarłem nad zatok , gdzie wyra niej słyszałem szum morza: ruch, szum fal, 

potem ich załamywanie i plusk za lini  przyboju; bli ej łagodniejsze chlupni cia i 

powolne odpływy; trzeszczenie kadłubów statków, brz k ła cuchów, uderzenia 

jakiej  łodzi o kej  czy poler cumowniczy.  

      Wspomniałem "Gwiezdn  strzał ", moj  star   aglówk .  

      Maszerowałem po łuku ulicy a  na zachodnie nabrze e portu. Dwa szczury 

przebiegły mi drog   cigaj c kota w jednej z bocznych uliczek, do których 

background image

 

38 

skr całem poszukuj c tej jednej, o któr  mi chodziło. Zapach wymiocin był tu 

równie silny jak stałych i ciekłych ludzkich odchodów. Słyszałem krzyki, trzaski i 

uderzenia - w pobli u trwała jaka  bójka, co napełniło mnie wiar ,  e trafiłem we 

wła ciwe okolice. Gdzie  daleko zad wi czał dzwonek boi. Nieco bli ej 

dosłyszałem znudzon  niemal wi zank  przekle stw - dwaj marynarze wyszli zza 

rogu, zataczaj c si , ze  miechem przeszli obok mnie i natychmiast zacz li jak  

pie . Na rogu sprawdziłem tablic  z nazw  ulicy. Zaułek Morskiej Bryzy, głosił 

napis.  

      Byłem na miejscu, w uliczce zwanej powszechnie Alej   mierci. Tutaj 

skr ciłem. Ulica nie ró niła si  od innych. Przez pierwsze pi dziesi t kroków nie 

dostrzegłem  adnych zwłok ani nawet le cych pijaków, chocia  jaki  stoj cy w 

bramie człowiek usiłował sprzeda  mi sztylet, a kr py osobnik z w sikiem 

zaproponował,  e znajdzie dla mnie co  młodego i j drnego. Odmówiłem obu, a 

od tego drugiego dowiedziałem si ,  e jestem ju  blisko "Krwawego Billa". 

Poszedłem. Ogl dałem si  od czasu do czasu i daleko z tyłu zauwa yłem trzy 

postacie w ciemnych płaszczach. Mogli mnie  ledzi ; widziałem ich tak e na 

Drodze Portowej. Ale nie musieli. Nie cierpiałem na mani  prze ladowcz , 

uznałem wi c,  e mog  by  kimkolwiek i zmierza  dok dkolwiek; zignorowałem 

ich. Nic si  nie stało. Nie zaczepiali mnie, a kiedy w ko cu odnalazłem 

"Krwawego Billa" i wszedłem, min li drzwi.  

      Przeszli przez ulic  i trafili do małego bistro kawałek dalej.  

      Odwróciłem si  i spojrzałem na wn trze gospody "U Billa". Bar stał po 

prawej stronie, stoliki po lewej, na podłodze zauwa yłem podejrzane plamy. 

Tablica na  cianie sugerowała, bym zło ył zamówienie w barze i powiedział, gdzie 

siedz . Pod spodem wypisano kred  dzisiejszy jadłospis.  

      Podszedłem wi c i czekałem,  ci gaj c na siebie spojrzenia klientów. Po chwili 

zjawił si  mocno zbudowany m czyzna o siwych, zdumiewaj co krzaczastych 

brwiach. Spytał, czego chc . Zamówiłem bł kitnego pstr ga morskiego i 

wskazałem wolny stolik pod  cian . Skin ł głow  i krzykiem wydał polecenia 

przez dziur  w  cianie. Zapytał jeszcze, czy poda  butelk  Szczyn Bayle'a. 

Zgodziłem si , przyniósł wino i szklank , odkorkował. Zapłaciłem i zaj łem 

miejsce, plecami do  ciany.  

      Naftowe płomyki migotały w brudnych osłonach na hakach. Trzej ludzie w 

k cie - dwaj młodzi, jeden w  rednim wieku - grali w karty i podawali sobie 

butelk . Przy stoliku z lewej strony siedział samotnie starszy m czyzna. Jadł co . 

Miał brzydk  blizn  przecinaj c  lewe oko, a długi, gro ny miecz, na pi tna cie 

centymetrów wyci gni ty z pochwy, stał oparty o krzesło obok niego. M czyzna 

tak e siedział plecami do  ciany. Nast pny stolik zajmowali ludzie z 

instrumentami muzycznymi; pewnie mieli przerw  w wyst pach. Nalałem  ółtego 

wina i wypiłem nieco: charakterystyczny smak, jaki zapami tałem sprzed lat. 

Nadawało si  do posiłku. Baron Bayle posiadał liczne winnice, mniej wi cej 

pi dziesi t kilometrów na wschód od miasta. Był oficjalnym dostawc  Dworu i 

jego wina czerwone były na ogół doskonałe. Z białymi nie odnosił takich 

sukcesów i cz sto rzucał na rynek parti  towaru w marnym gatunku. Na 

naklejkach był jego emblemat i rysunek psa - baron lubił psy; dlatego czasem 

nazywano to wino Psimi Szczynami, a czasem Szczynami Bayle'a, zale nie od 

background image

 

39 

towarzystwa.  

      Miło nicy psów obra ali si , słysz c to pierwsze okre lenie.  

      Mniej wi cej w czasie, kiedy podano mi danie, zauwa yłem,  e dwóch 

młodych ludzi przy barze odrobin  zbyt cz sto spogl da w moj  stron . Mówili 

do siebie co , czego nie słyszałem, i u miechali si  bez przerwy. Nie zwracałem na 

nich uwagi i zaj łem si  kolacj . Po chwili człowiek z blizn  przy s siednim 

stoliku odezwał si  cicho, nie patrz c w moj  stron  i niemal nie poruszaj c 

wargami:  

      - Darmowa porada. Moim zdaniem ci dwaj przy barze zauwa yli,  e nie nosisz 

miecza. I wzi li ci  na cel.  

      - Dzi ki - mrukn łem.  

      No có ... nie martwiłem si , czy sobie z nimi poradz . Ale gdybym miał wybór, 

wolałbym raczej unikn  sporu. Je li jedynym tego warunkiem był widoczny 

miecz, bez trudu mogłem go załatwi .  

      Chwila koncentracji i Logrus zata czył mi przed oczami. Zaraz potem 

si gałem poprzez niego w poszukiwaniu odpowiedniej broni: ani zbyt długiej, ani 

ci kiej, dobrze wywa onej i z wygodn  r koje ci , a tak e z szerokim, ciemnym 

pasem i pochw . Trwało to prawie trzy minuty, pewnie dlatego,  e byłem taki 

wybredny... ale, do diabła, je li ostro no  wymaga miecza, chciałem dosta  

wygodny. A poza tym si ganie w Cie  w pobli u Amberu jest trudniejsze ni  

gdziekolwiek indziej.  

      Kiedy wskoczył mi w r k , odetchn łem i otarłem czoło. Potem wyj łem go 

spod stołu razem z pasem i, bior c przykład z s siada, wyci gn łem z pochwy na 

pi tna cie centymetrów i poło yłem na stołku po prawej r ce. Dwaj faceci przy 

barze zauwa yli mój pokaz. Wyszczerzyłem z by w ich stron . Zacz li szybko 

rozmawia  i tym razem ju  si  nie  miali. Dolałem sobie wina i wypiłem jednym 

haustem. Po czym wróciłem do ryby; Jordy si  nie mylił. Jedzenie dawali tu 

doskonałe.  

      - Sprytna sztuczka - stwierdził m czyzna przy s siednim stoliku. - Nie 

przypuszczam,  eby była łatwa do nauczenia?  

      - Nie.  

      - To by pasowało. Musz  by  trudne, bo inaczej wszyscy by je robili. Mog  

zaczepi  ci  mimo wszystko, skoro widz ,  e jeste  sam. Zale y, ile wypij  i na ile 

strac  rozwag . Martwi ci  to?  

      - Nie.  

      - Tak przypuszczałem. Ale kogo  dzisiaj napadn .  

      - Sk d wies ?  

      Po raz pierwszy spojrzał prosto na mnie i u miechn ł si  nieprzyjemnie.  

      - S  przewidywalni jak nakr cane zabawki. Do zobaczenia.  

      Rzucił na stół monet , wstał, zapi ł pas z mieczem, chwycił czarny kapelusz z 

pióropuszem i ruszył do drzwi.  

      - Uwa aj na siebie.  

      Kiwn łem głow .  

      - Dobranoc.  

      Kiedy znikn ł, ci dwaj przy barze zacz li co  szepta , tym razem spogl daj c 

raczej za nim ni  na mnie. Powzi li jak  decyzj  i wyszli szybko. Przez chwil  

background image

 

40 

czułem pokus , by ruszy  za nimi, ale co  mnie powstrzymało. Z ulicy dobiegły 

odgłosy bójki. W kilka sekund pó niej w drzwiach stan ł jaki  człowiek, chwiał 

si  przez moment, po czym upadł na twarz. Był to jeden z dwóch pijaków. Miał 

poder ni te gardło. Andy pokr cił głow  i wysłał jednego ze swoich ludzi,  eby 

zawiadomił najbli szy posterunek. Potem chwycił zwłoki za pi ty i wywlókł na 

zewn trz, by nie hamowały napływu klientów.  

      Pó niej, kiedy zamawiałem drug  porcj  ryby, spytałem Andy'ego o całe 

zaj cie. U miechn ł si  ponuro.  

      - Niezdrowo jest stawa  na drodze emisariuszowi Korony -stwierdził. - 

Zwykle wybieraj  twardych facetów.  

      - Ten człowiek, który siedział obok mnie, pracuje dla Randoma?  

      Przyjrzał si  mojej twarzy, po czym przytakn ł.  

      - Stary John pracował te  dla Oberona. Zawsze tutaj jada, ile razy t dy 

przeje d a.  

      - Ciekawe, z jakiej misji powracał.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Kto wie? Ale płacił kashfa sk  walut , a przecie  nie pochodzi z Kashfy.  

      Rozmy lałem o tym, pochylony nad talerzem. To co , czego chciał Random z 

Kashfy, było ju  zapewne w drodze do zamku. Chyba  e jest nieosi galne. I 

chyba wi zało si  z Lukiem i Jasr . Zastanawiałem si , co to takiego i do czego 

mo e si  przyda .  

      Siedziałem jeszcze długo i my lałem; lokal był o wiele spokojniejszy ni  przed 

godzin , nawet kiedy muzycy zacz li now  wi zank . Czy to Johna obserwowali 

przez cały czas ci bandyci, a my obaj s dzili my,  e to na mnie patrz ? A mo e po 

prostu zdecydowali ruszy  za pierwsz  osob , jaka wyjdzie st d samotnie? Te 

refleksje u wiadomiły mi,  e jak prawdziwy Amberyta, znów szukam wsz dzie 

spisków... A przecic  nie tak dawno wróciłem. To pewnie co  w powietrzu, 

uznałem. Mo e lepiej,  e mój umysł znowu zacz ł pracowa  według tych 

schematów, poniewa  wmieszałem si  w wiele spraw i taka podejrzliwo  

wydawała si  rozs dn  inwestycj  w przetrwanie.  

      Dopiłem wino i zostawiłem na stole butelk  z zawarto ci  jeszcze paru 

kieliszków. Przyszło mi do głowy,  e w obecnej sytuacji nie powinienem ot pia  

własnych zmysłów. Wstałem i przypi łem miecz.  

      Kiedy mijałem bar, Andy skin ł mi głow .  

      - Je li spotkasz kogo  z pałacu - rzucił cicho - mo esz wspomnie ,  e nie 

wiedziałem,  e co  takiego si  zdarzy.  

      - Znałe  ich?  

      - Tak. Marynarze. Ich statek przypłyn ł par  dni temu. Zawsze sprawiali 

kłopoty. Od razu przepuszczaj  wypłat , a potem szukaj  sposobu,  eby szybko 

zarobi  wi cej.  

      - S dzisz,  e mogli by  zawodowcami od... usuwania ludzi?  

      - Dlatego,  e John jest tym, kim jest? Nie. Spróbowali o jeden raz za du o. 

Głównie dlatego,  e byli durniami. Pr dzej czy pó niej musieli trafi  na kogo , 

kto zna si  na robocie, i sko czy  wła nie tak. Nie znam nikogo, kto by ich 

wynaj ł do czego  powa nego.  

      - To znaczy,  e tego drugiego te  załatwił?  

background image

 

41 

      - Tak. Kawałek dalej. Wi c mo esz wspomnie ,  e po prostu zdarzyło im si  

zjawi  w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie.  

      Spojrzałem na niego uwa nie. Mrugn ł porozumiewawczo.  

      - Par  dni temu widziałem ci  tutaj z Gerardem. Staram si  nigdy nie 

zapomina  twarzy, która mo e by  warta zapami tania.  

      Pokiwałem głow .  

      - Dzi kuj . Dobrze karmisz.  

      Na zewn trz było ju  chłodniej. Ksi yc wisiał wy ej, a morze szumiało 

gło niej. Na ulicy nie było nikogo. Z jakiej  knajpy bli ej Drogi Portowej 

dobiegała gło na muzyka i towarzysz cy jej  miech. Przechodz c zajrzałem do 

rodka: zm czona kobieta na niewielkim podwy szeniu aplikowała sobie badanie 

ginekologiczne. Gdzie  w pobli u trzasn ło p kaj ce szkło. Jaki  pijak wytoczył 

si  ku mnie spomi dzy budynków, wyci gaj c r k . Szedłem dalej. Wiatr j czał 

w ród masztów w porcie, a ja zapragn łem nagle, by u mojego boku znalazł si  

Luke - jak za dawnych czasów, zanim wszystko si  skomplikowało. 

Potrzebowałem partnera do rozmowy, w moim wieku i z podobnym 

usposobieniem. Moi krewni mieli za sob  zbyt wiele stuleci cynizmu i m dro ci, 

by spogl da  na sprawy w taki sam sposób.  

      Dziesi  kroków dalej Frakir zacz ła pulsowa  gwałtownie na moim 

przedramieniu. Poniewa  akurat w pobli u nie było nikogo, nie si gn łem nawet 

po miecz. Rzuciłem si  na ziemi  i natychmiast przetoczyłem do cienia na prawo. 

Równocze nie usłyszałem głuchy stuk od strony budynku naprzeciw. Przy 

pierwszej okazji spojrzałem w tamtym kierunku. Zobaczyłem strzał  stercz c  z 

muru na takiej wysoko ci i w takiej pozycji,  e gdybym nie upadł, mogłaby mnie 

trafi . Jej k t nachylenia wskazywał te ,  e rzucilem si  w stron , sk d została 

wypuszczona.  

      Uniosłem si  tyle tylko, by doby  miecza, i popatrzyłem na prawo. Najbli szy 

dom miał pozamykane okna i drzwi. Był ciemny, a od jego frontowej  ciany 

dzieliły mnie teraz jakie  dwa metry. Ale mi dzy nim a s siednimi budynkami 

były odst py; geometria podpowiedziala mi,  e strzała wyleciała ze szczeliny 

przede mn . Przetoczyłem si  znowu i wsun łem pod niski, zadaszony ganek, 

biegn cy wzdłu  całej  ciany. Wspi łem si  na niego i dopiero wtedy wstałem. 

Trzymaj c sio blisko  ciany, sun łem do przodu i przeklinałem powolno , 

niezb dn  dla zachowania ciszy. Byłem ju  prawie tak blisko szczeliny,  e 

zd yłbym zaatakowa  łucznika, który by si  wychylił, zanim zdołałby wypu ci  

strzaf . Przemkn ła mi jednak my l,  e napastnik mo e okr y  dom i strzeli  do 

mie z tyłu, wi c przycisn łem si  do  ciany, wysun łem kling  i spogl dałem 

przez rami  za siebie. Frakir wypełzła mi na dło  i zawisła w gotowo ci. Gdybym 

dotarł do rogu i nikt si  nie pojawił, nie bardzo bym wiedział, co robi  dalej. 

Sytuacja najwyra niej wymagała magicznej ofensywy. Ale je li zakl cia nie s  

przygotowane - a zaniedbałem to - w sytuacjach, gdy chodzi o  ycie, niecz sto 

mo na po wi ci  temu niezb dn  uwag . Przystan łem. Opanowałem oddech. 

Nasłuchiwałem.  

      Był ostro ny, ale usłyszałem cichy szmer na dachu. Zbli ał si . Nie wykluczało 

to innego, albo innych, czekaj cych za rogiem. Nie miałem poj cia, ilu ludzi 

bierze udział w tej zasadzce, cho  zaczynała sprawia  wra enie nieco zbyt 

background image

 

42 

dopracowanej jak na zwykły napad. A w takim przypadku nie wierzyłem, by 

napastnik był tylko jeden. I mogli na ró ne sposoby rozdzieli  siły. Nie ruszałem 

si  z miejsca i my lałem gor czkowo. Kiedy zaatakuj , uderz  z kilku stron. 

Wyobraziłem sobie łucznika za rogiem, ze strzał  na ci ciwie, czekaj cego na 

sygnał. Ten na dachu ma najprawdopodobniej miecz.  

      Domy lałem si  te  mieczy u innych... Nie zastanawiałem si , kto na mnie 

poluje i w jaki sposób mie odnalazł - je li to rzeczywi cie o mnie chodziło. Takie 

rozwa ania nie przynosiły po ytku. Je li im si  uda, to b d  martwy, niezale nie 

od tego, czy s  zwykłymi bandytami zainteresowanymi moj  sakiewk , czy 

skrytobójcami.  

      Znowu. Odgłos z góry. Kto  znalazł si  wprost nade mn . Teraz ju  lada 

chwila...  

      Co  zaszurało na dachu i napastnik z krzykiem zeskoczył na ulic  tu  przede 

mn . Ten krzyk był zapewne sygnałem dla łucznika, gdy  natychmiast usłyszałem 

kroki, a równocze nie tupot zza drugiego rogu budynku, za sob .  

      Zanim ten z dachu zd ył dotkn  nogami ziemi, rzuciłem w niego Frakir z 

rozkazem, by zabiła. Sam skoczyłem na łucznika, nim jeszcze wynurzył si  zza 

rogu. W biegu zamachn łem si  mieczem. Ci cie przeszło przez jego łuk, rami  i 

doln  cz  tułowia. Sytuacja miała te  pewne złe strony: za nim był kto  z 

mieczem, a kto  inny nadbiegal gankiem od tyłu.  

      Przyło yłem lew  stop  do piersi skulonego łucznika i pchn łem go na 

człowieka z tyłu. Wykorzystałem energi  odbicia, by odwróci  si  i szeroko 

machn  mieczem, przechodz c do niezdarnego bloku. Natychmiast musiałem go 

poprawi , by odbi  ci cie w głow  wyprowadzone przez człowieka, który 

przebiegł przez ganek. Ripostowałem w pier , on te  odbił, a ja dostrzegłem 

k tem oka tego z dachu. Kl czał teraz na ulicy i drapał palcami gardło. 

Widocznie Frakir wykonywała swoj  robot .  

      Przeciwnik za mn  budził nieprzyjemne uczucie nago ci w okolicy pleców. 

Musiałem co  zrobi , i to szybko, inaczej jego klinga trafi mnie w ci gu kilku 

sekund. Zatem...  

      Zamiast ripostowa , udałem,  e si  potykam, w rzeczywisto ci przesuwaj c 

ci ar ciała i przyjmuj c pozycj . Zaatakował, tn c od góry. Odskoczyłem na bok 

i pchn łem, równocze nie skr caj c tułów. Gdyby potrafił zmieni  k t uderzenia 

odpowiednio do mojego uniku, odczułbym to natychmiast. Niebezpieczny 

manewr, ale nie miałem innego wyj cia.  

      Nawet gdy moje ostrze zagł biło si  w jego pier , wci  nie wiedziałem, czy 

mnie trafił. Zreszt  teraz nie miało to ju  znaczenia. Albo trafił, albo nie. 

Musiałem atakowa , póki nie padn  albo mnie nie powal .  

      U yłem klingi jako d wigni i obracałem go, przesuwaj c si  w lew  stron  po 

łuku wokół niego. Miałem nadzi j ,  e wepchn  go jako  mi dzy siebie a 

czwartego z wrogów. Zamiar powiódł si  cz ciowo. Zabrakło czasu, by do ko ca 

przesun  mojego bezwładnego, nabitego na miecz przeciwnika; wystarczyło 

jednak, by wywoła  niewielkie zderzenie mi dzy nim a tym drugim. Zd

pomy lałem.  

      Musz  tylko wyrwa  miecz i b dzie jeden na jednego. Szarpn łem...  

      Niech to diabli! Ostrze wklinowało si  i zablokowało mi dzy ko mi. Tamten 

background image

 

43 

odzyskał równowag , a ja wci  obracałem trupa,  eby mnie osłaniał. 

Jednocze nie lew  r k  próbowałem uwolni  bro  mojego niedawnego 

przeciwnika z jego wci  zaci ni tych palców.  

      Diabli, jak wy ej. Była uwi ziona w  miertelnym u cisku; zesztywniałe pałce 

jak kable owijały r koje . M czyzna przesłał mi nieprzyjemny u mieszek. 

Przesuwał ostrze, szukaj c jakiej  luki. Wtedy wła nie dostrzegłem błysk jego 

pier cienia z bł kitnym kamieniem. Była to odpowied  na pytanie, czy to wła nie 

mnie szukali dzi  wieczorem w tym miejscu.  

      Ugi łem kolana, przesun łem si  i umie ciłem r ce nisko pod ciałem zabitego.  

      Takie sytuacje jak ta, czasami, przynajmniej u mnie, nagrywaj  si  w pami ci 

niby na ta mie wideo - całkowity brak wszelkich  wiadomych my li i ogromna 

masa natychmiastowych percepcji - bezczasowa, podległa jedynie 

sekwencyjnemu przejrzeniu, kiedy umysł bawi si  odtwarzaniem.  

      Słyszałem krzyki na ulicy, z okien i z chodnika. Słyszałem ludzi biegn cych w 

moj  stron . Krew spływała po chodniku i pami tam,  e nakazałem sobie 

ostro no , by si  nie po lizn . Widziałem strzelca i jego łuk, obu rozci tych, na 

ziemi tu  poza kraw dzi  ganku. Uduszony napastnik le ał troch  na prawo od 

człowieka, który zagra ał mi w tej chwili. Zwłoki, które przemieszczałem i 

ustawiałem, stały si  martwym ci arem. Odczułem niewielk  ulg  widz c,  e nie 

przybywa nikt nowy, by doł czy  do ostatniego z wrogów. A ten odskakiwał w 

bok z wysuni tym mieczem, gotów do ataku.  

      W porz dku. Czas.  

      Z całej siły pchn łem ciało na przeciwnika i nie czekałem, by sprawdzi  

rezultat tej akcji. Ryzyko, jakie miałem podj , nie dawało czasu na takie 

rozrywki. Skoczylem na ziemi  i wykonałem przewrót przez rami  obok le cego 

na wznak człowieka, który upu cił miecz próbuj c dło mi oderwa  Frakir. Z tyłu 

rozległ si  odgłos uderzenia i st kni cie wskazuj ce,  e przynajmniej cz ciowo 

trafiłem trupem w  ywego. Czy to pomo e, miałem si  dopiero przekona .  

      W locie wysun łem praw  r k  i chwyciłem r koje  upuszczonego miecza. 

Poderwałem si , staj c twarz  do przeciwnika, skrzy owałem nogi i 

odskoczyłem... W ostatniej chwili. Wyprowadził seri  ataków, a ja cofałem si  

szybko i jak szalony odbijałem ciosy. Wci  si  u miechał, ale moja pierwsza 

riposta spowolniła jego natarcie, a druga powstrzymała. Przyj łem pozycj . Był 

silny, ale widziałem,  e jestem szybszy. Ludzie stali w pobli u i obserwowali nas. 

Usłyszałem kilka wykrzyczanych, bezu ytecznych rad. Nie wiem, do którego z 

nas były skierowane. Zreszt  to nieistotne. Wytrzymał kilka chwil, gdy 

przeszedłem do ataku, a potem zacz ł ust powa  - powoli - ale wiedziałem ju ,  e 

sobie z nim poradz .  

      Chciałem go jednak dosta   ywego, co stanowiło dodatkow  trudno . 

Pier cie  z bł kitnym kamieniem połyskiwał przede mn  jak zagadka, której 

rozwi zanie znał ten człowiek. Potrzebowałem tego rozwi zania. Nacierałem 

wi c,  eby go zm czy .  

      Próbowałem odwróci  go, bardzo ostro nie, po trochu. Miałem nadziej ,  e 

potknie si  o głow  zabitego. I prawie mi si  udało.  

      Kiedy postawił pi t  na r ku trupa, przerzucił ci ar ciała do przodu, by 

utrzyma  równowag . W jednym z tych rzadkich momentów natchnienia, kiedy 

background image

 

44 

trzeba działa  błyskawicznie i bez namysłu, zmienił ten ruch w atak - dostrzegł, 

e moja klinga zeszła z linii, gdy  przygotowywałem szerokie ci cie, by 

wykorzysta  jego zachwianie. Zrobiłem bł d, licz c na zbyt wiele. Odbił mój 

miecz na ukos, odsun ł swój i stan li my corps d'corpus. Odwracał si  w t  sam  

stron  co ja, a to pechowo dało mu mo liwo  wyprowadzenia pot nego, 

wspartego rozp dem ciosu w praw  nerk .  

      Natychmiast si gn ł lew  stop , by mnie podci , a siła zderzenia 

wskazywała,  e pewnie mu si  uda. Najlepsze, co zdołałem wymy li , to lew  

dłoni  chwyci  płaszcz i machn  nim, opl tuj c obie nasze klingi. Próbowałem 

te  odwróci  si  padaj c, by wyl dowa  na górze. To si  nie powiodło. Upadli my 

obok siebie, twarz  w twarz, a osłona r koje ci miecza- chyba mojego - wbiła mi 

si  mocno w  ebra po lewej stronie. Praw  dło  miałem uwi zion  pod sob , lew  

ci gle zapl tan  w płaszcz. Jego lewa była wolna. Si gn ł mi do twarzy. Ugryzłem 

go w r k , ale nie zdolałem jej utrzyma . Tymczasem wyrwałem jako  swoj  lew  

i waln łem go w szcz k . Odwrócił głow , spróbował kopn  mnie kolanem, trafił 

w biodro, potem d gn ł sztywnymi palcami celuj c w oczy. Chwyciłem go za 

nadgarstek i przytrzymałem. Nadal nie mogli my u y  prawych r k - byli my 

mniej wi cej równej wagi - zatem musiałem tylko  cisn .  

      Ko ci zachrz ciły w moim uchwycie i wtedy po raz pierwszy krzykn ł. Potem 

odepchn łem go po prostu, przykl kn łem i zacz łem wstawa , ci gn c go w 

gór . Koniec zabawy. Zwyci yłem.  

      Opada nagle bezwładnie. Przez moment s dziłem,  e to jaka  ko cowa 

sztuczka, natychmiast jednak zauwa yłem stercz cy mu z pleców sztylet. 

Człowiek z ponur  g b , który go tam wbił, zaciskał wła nie palce, by wyrwa  

bro .  

      - Ty sukinsynu! - rykn łem po angielsku, ale jestem pewien,  e zrozumiał, o co 

mi chodzi. Pu ciłem zwłoki i wbiłem pi  w twarz obcego. Padł na plecy, a sztylet 

pozostał na miejscu. - Był mi potrzebny!  

      Pochwyciłem mojego niedawnego przeciwnika i uło yłem w mo liwie 

najwygodniejszej pozycji.  

      - Kto ci  przysłał? - spytałem. - Jak mnie znale li cie?  

      U miechn ł si  słabo i krew pociekła mu z ust.  

      - Nic za darmo - powiedział. - Spytaj kogo  innego.  

      Głowa mu opadła i poplamił mi krwi  koszul .  ci gn łem mu z palca 

pier cie  i doł czyłem do kolekcji tych przekl tych bł kitnych kamieni. Potem 

wstałem i spojrzałem na wła ciciela sztyletu. Dwaj inni pomagali mu wsta  na 

nogi.  

      - Do diabła, dlaczego to zrobiłe ? - zapytałem podchodz c.  

      - Uratowałem ci to cholerne  ycie - warkn ł.  

      - Akurat! Mo e wła nie przez ciebie je strac . Ten człowiek był mi potrzebny 

ywy.  

      Wtedy odezwała si  osoba stoj ca po jego lewej r ce.  

      Rozpoznałem głos. Delikatnie poło yła dło  na mym ramieniu; nie 

zauwa yłem nawet,  e uniosłem je, by uderzy  raz jeszcze.  

      - Zrobił to na mój rozkaz - powiedziała. - Bałam si  o twoje  ycie i nie 

zdawałam sobie sprawy,  e chcesz wzi  je ca.  

background image

 

45 

      Patrzyłem na jej blad , pełn  godno ci twarz pod uniesionym kapturem 

płaszcza. To była Vinta Bayle, dama Caine'a, któr  ostatnio widziałem na jego 

pogrzebie. Była te  trzeci  córk  barona Bayle'a, któremu Amber zawdzi czał 

wiele nocnych pijatyk.  

      Zauwa yłem,  e dr  lekko. Odetchn łem gł boko i spróbowałem si  

opanowa .  

      - Rozumiem - mrukn łem wreszcie. - Dzi kuj  ci.  

      - Przepraszaun.  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie mogła  wiedzie . Co si  stało, to si  stało. Jestem wdzi czny ka demu, 

kto próbuje mi pomóc.  

      - Nadał mog  ci pomóc - o wiadczyła. - Mo e nie zrozumiałam tej sytuacji, ale 

s dz ,  e niebezpiecze stwo nadal ci grozi. Chod my st d. Skin łem głow .  

      - Chwileczk .  

      Podszedłem do drugiego zabitego i zabrałem Frakir; natychmiast znikn ła mi 

w lewym r kawie. Miecz, którego u ywałem, mniej wi cej pasował do pochwy, 

wi c wcisn łem go i poprawiłem pas, przesuwaj c bro  do tyłu.  

      - Chod my - powiedziałem.  

      Cał  czwórk  ruszyli my w stron  ułicy Portowej. Zaciekawieni gapie 

pospiesznie schodzili nam z drogi. Kto  pewnie ju  okradał zabitych. Wszystko 

si  sypało; o rodek władzy nie potrafił utrzyma  porz dku. Ale, do diabła, to 

przecie  był mój dom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

46 

Rozdział 4

 

 

Z  ebrami obolałymi po spotkaniu z r koje ci  miecza szedłem z lady Vint  i 

dwoma słu cymi Bayle'ów pod jasnym ksi ycem i błyszcz cymi gwiazdami, 

poprzez morsk  mgł , coraz dalej od Alei Smierci. Miałem szcz cie,  e oprócz 

siniaka na piersi praktycznie bez szwanku wyszedłem ze starcia z tymi, którzy 

chcieli mnie zabi .  

      Nie wiem, jak mnie znale li tak szybko po powrocie. Miałem jednak wra enie, 

e mo e Vinta si  tego domy la. Byłem skłonny jej zaufa . Znałem j  troch ; poza 

tym jej partner, wuj Caine, zgin ł z r ki mojego byłego przyjaciela, Luke'a. A to 

chyba on był dostawc  tych bł kitnych kamieni.  

      Kiedy skr cili my w Portow , w kierunku morza, spylałem, co planuje.  

      - My lałem,  e idziemy na Winn .  

      - Wiesz,  e grozi ci niebezpiecze stwo - oznajmiła.  

      - To chyba do  oczywiste.  

      - Mog  ci  zabra  do domu ojca - stwierdziła. - Albo odprowadzi  do pałacu. 

Kto  jednak wiedzial,  e tu jeste , i nie musiał długo szuka .  

      - To prawda.  

      - Mam łód  zacumowan  w porcie. Mo emy popłyn  wzdłu  brzegu i przed 

witem dotrze  do wiejskiej rezydencji mojego ojca. Znikniesz. Kto by ci  szukał 

w Amberze, zgubi trop.  

      - Nie wierzysz,  e w pałacu b d  bezpieczny?  

      - Mo e. Ale wszyscy w okolicy b d  wiedzieli, gdzie przebywasz. Pły  ze mn , 

a przestanie ci to grozi .  

      - Kiedy nie wróc , Random dowie si  od stra ników,  e poszedłem w Alej  

mierci. To go zaniepokoi i wywoła sporo zamieszania.  

      - Jutro skontaktujesz si  z nim przez Atut i powiesz,  e wyjechałe  na wie ... o 

ile masz ze sob  karty.  

      - Rzeczywi cie. Sk d wiedziała , gdzie mnie szuka ? Nie przekonasz mnie,  e 

nasze spotkanie było przypadkowe.  

      - Nie, szli my za tob . Siedzieli my naprzeciwko karczmy Billa.  

      - Przewidywała ,  e b d  miał kłopoty?  

      - Dostrzegłam tak  mo liwo . Gdybym wiedziała wszystko, nie byłoby całego 

zaj cia.  

      - Ale o co tu chodzi? Co o tym wiesz i jaka jest w tym twoja rola?  

      Roze miała si , a ja uprzytomniłem sobie,  e po raz pierwszy słysz  jej 

miech. Nie była tak  zimn , ironiczn  kobiet , jak j  sobie wyobra ałem u boku 

Caine'a.  

      - Chc  odbi , póki trwa przypływ - powiedziała. - A odpowied  na twoje 

pytanie to długa historia. Zajmie nam cał  noc. Co wybierzesz, Merlinie? 

Bezpiecze stwo czy satysfakcj ?  

      - Chciałbym jedno i drugie, ale mo e po kolei.  

      - Doskonale. - Zwróciła si  do ni szego z dwóch słu cych, tego, którego 

uderzyłem. - Jarl, wracaj do domu. Rano powiesz mojemu ojcu,  e postanowiłam 

wróci  do Arbor. Wytłumaczysz,  e noc była pi kna i miałam ochot  po eglowa , 

wi c wzi łam łód . Nie wspominaj o Merlinie. M czyzna uchylił kapelusza.  

background image

 

47 

      - Jak sobie  yczysz, pani.  

      Zawrócił drog , któr  przyszli my.  

      - Chod  - rzuciła Vinta. Ona i drugi, wy szy sługa (miał na imi  Drew) 

poprowadzili mnie mi dzy pomosty, gdzie czekała zacumowana smukła 

aglówka.  

      - Pływałe  ju ?  

      - Kiedy  tak. Całkiem sporo.  

      - To dobrze. Pomo esz nam.  

      Pomogłem. Niewiele rozmawiali my, póki nie odcumowali my, nie 

postawili my  agli i nie odpłyn li my od pomostu. Drew sterował, a my 

pracowali my przy  aglach. Pó niej na zmian  pełnili my wachty. Wiatr był 

spokojny. Wła ciwie niemal idealny. Wy lizn li my si  z portu, okr yli my pas 

przyboju i bez  adnych kłopotów wypłyn li my na morze. Zrzucili my płaszcze i 

przekonałem si ,  e Vinta ma na sobie ciemne spodnie i grub  koszul . Bardzo 

praktyczny kostium, je li z góry planowała co  takiego. U pasa, który zdj ła 

tak e, wisiał prawdziwy długi miecz, nie  aden wysadzany klejnotami sztylecik. 

Obserwuj c jej ruchy odniosłem wra enie,  e potrafi si  nim posługiwa . W 

dodatku kogo  mi przypominała, cho  nie mogłem sobie przypomnie , kto to był. 

Podobie stwo tkwiło raczej w sposobie gestykulacji i głosie ni  wygl dzie. 

Zreszt , nie miało to wi kszego znaczenia. Gdy tylko łódka weszła na kurs, a ja 

mogłem popatrze  na ciemne wody i troch  powspomina , oddałem si  my lom o 

wa niejszych sprawach.  

      Znałem zasadnicze fakty z jej  ycia i spotkałem j  kilkakrotnie na gruncie 

towarzyskim. Wiedziała,  e jestem synem Corwina, urodzonym i wychowanym w 

Dworcach Chaosu;  e pochodz  z tej linii, która w staro ytno ci ł czyła si  z 

rodem Amberu. Z rozmowy podczas ostatniego spotkania wywnioskowałem,  e 

słyszała, i  na kilka lat wyruszyłem w Cie ,  yłem jak tubylec i zdobywałem 

wykształcenie. Wuj Caine chciał zapewne, by orientowala si  w sprawach 

rodzinnych. To z kolei skłoniło mnie do rozwa a , jak powa ny był ich zwi zek. 

Słyszałem,  e byli ze sob  przez kilka lat. Dlatego zastanawiałem si  teraz, ile 

wła ciwie o mnie wiedziała. Czułem si  przy niej stosunkowo bezpieczny, ale 

musiałem zdecydowa , ile powiem w zamian za informacje, które najwyra niej 

posiadała - informacje o ludziach, którzy na mnie napadli. Miałem przeczucie,  e 

dojdzie do takiej wymiany. Poza wy wiadczeniem przysługi przedstawicielowi 

rodu panuj cego, co na ogół jest rozs dn  inwestycj , nie miała innych powodów, 

by si  mn  interesowa . Motywem musiała wi c by  zemsta za  mier  Caine'a. W 

tej sytuacji skłonny byłem wej  do gry. Zawsze dobrze jest mie  sprzymierze ca. 

Musiałem jednak zdecydowa , jak du  cz  obrazu jej odsłoni . Czy 

wprowadza  w cały kompleks dziej cych si  wokół mnie wydarze ? Raczej nie, 

cho  nie wiedziałem jeszcze, o co poprosi. Prawdopodobnie zechce po prostu 

wł czy  si  do polowania, na czymkolwiek miałoby ono polega . Kiedy 

spojrzałem przez rami  na podkre lone  wiatłem ksi yca ostre rysy jej twarzy, 

nietrudno było nało y  na nie mask  Nemezis.  

      Niedaleko brzegu, gdy płyn li my z morsk  bryz  na wschód, mijaj c wielk  

skał  Kolvitu, gdy  wiatła Amberu jak klejnoty błyszczały w jej włosach, raz 

jeszcze poczułem,  e ogarnia mnie dziwne uczucie sympatii. Dorastałem w ród 

background image

 

48 

mroku i egzotycznych rozbłysków, w ród nieeuklidesowych paradoksów 

Dworców, gdzie pi kno formowało si  z bardziej surrealistycznych elementów. 

Amber poci gał mnie z ka d  wizyt  bardziej, a  w ko cu zrozumiałem,  e jest 

cz ci  mnie, a  o nim tak e zacz łem my le , jak o domu. Nie chciałem, by Luke 

szturmował jego zbocza z lud mi uzbrojonymi w karabiny ani by Dalt próbował 

partyzanckich ataków w okolicy. Wiedziałem,  e stan  do walki, by broni  

Amberu.  

      Na pla y, w pobli u miejsca, gdzie na wieczny odpoczynek zło ono Caine'a, 

dostrzegłem ta cz c  plam  bieli; poruszała si  wolno, potem pr dzej, by w 

ko cu znikn  w jakiej  szczelinie zbocza. Powiedziałbym,  e to Jednoro ec, ale 

przy tej odległo ci i szybko ci, z jak  wszystko si  stało... Nie byłem pewien.  

      Wkrótce potem chwycili my idealny wiatr, co mnie bardzo ucieszyło. Mimo 

całodniowej drzemki byłem zm czony. Ucieczka z kryształowej groty, spotkanie z 

Mieszka cem, po cig powietrznego wiru i jego zamaskowanego władcy - 

wszystkie te zdarzenia razem płyn ły w moich my lach jak zapis niemal ci głej 

akcji. A teraz, po niedawnej walce, narastała postadrenalinowa reakcja. 

Pragn łem tylko wsłuchiwa  si  w plusk fal, patrze , jak po bakburcie przepływa 

czarna, poszarpana linia brzegu, albo odwróci  si  i spojrze  na migotliw  

powierzchni  morza po sterburcie. Nie chciało mi si  my le , nie chciało mi si  

rusza ...  

      Blada dło  na moim ramieniu.  

      - Jeste  zm czony - usłyszałem.  

      - Chyba tak - usłyszałem siebie.  

      - Tu masz swój płaszcz. Mo e okryjesz si  i odpoczniesz? Trzymamy stały 

kurs. Poradzimy sobie we dwójk . Ju  nie jeste  nam potrzebny.  

      Skin łem głow  i okryłem si .  

      - Wierz  ci na słowo. Dzi ki.  

      - Jeste  głodny albo spragniony?  

      - Nie. Zjadłem porz dn  kolacj  w mie cie.  

      Nie zabrała dłoni. Podniosłem głow  - u miechała si . Po raz pierwszy 

widziałem jej u miech. Czubkami palców drugiej r ki musn ła plam  krwi na 

mojej koszuli.  

      - Nie martw si . Zaopiekuj  si  tob .  

      Odpowiedziałem u miechem, poniewa  odniosłem wra enie,  e tego wła nie 

oczekuje. Wtedy  cisn ła mnie za rami  i odeszła, a ja spogl dałem za ni  i 

my lałem, czy nie pomin łem jakiego  walnego elementu w uło onym niedawno 

równaniu na jej temat. Byłem jednak zbyt zm czony, by szuka  rozwi za  dla 

nowej niewiadomej.  

      Maszyneria umysłu zwalniała, zwalniała...  

      Oparłem plecy o okr nic  bakburty i spu ciłem głow , kołysany łagodnie 

przez fale. Półprzymkni tymi oczyma widziałem na gorsie koszuli ciemn  plam . 

Krew. Tak, krew...  

 

      - Pierwsza krew! - zawołał Despil. - To wystarczy! Czy jeste  

usatysfakcjonowany?  

      - Nie! - odkrzykn ł Jurt. - Ledwie go drasn łem!  

background image

 

49 

      Zakr cił si  na swoim kamieniu i machn ł ku mnie trzema szponami trispa. 

Szykował kolejne natarcie. Z naci cia na lewym ramieniu płyn ła krew, a krople 

wznosiły si  w powietrze i odpływały niby gar  rubinów. Uniosłem andnn do 

wysokiej gardy i opu ciłem trisp, trzymany daleko po prawej stronie, lekko 

wysuni ty w przód. Ugi łem lewe kolano i obróciłem mój kamie  o 

dziewi dziesi t stopni wokół naszej wspólnej osi. Jurt natychmiast poprawia 

własn  pozycj  i opadł o dwa metry. Wykonałem jeszcze  wier  obrotu i teraz 

obaj wisieli my wzgl dem siebie głowami w dół.  

      - B karcie Amberu! - wrzasn ł. Potrójna  wietlna lanca strzeliła z jego broni, 

rozprysn ła si  na jasne, podobne do motyli płatki i wiruj c spłyn ła w dół, w 

Otchła  Chaosu, nad któr  si  unosili my.  

      - Ul yj sobie - odpowiedziałem i  cisn łem r koje  trispa, z jego trzech 

cienkich jak włos ostrzy uwalniaj c pulsuj ce promienie. Wyci gn łem r k  

wysoko, atakuj c jego łydki.  

      Odbił promienie landaraerra, niemał na granicy dwuipółmetrowego zasi gu. 

Trisliver potrzebuje prawie trzech sekund na ponowne naładowanie, ale 

zamarkowałem pchni cie w twarz, on odruchowo uniósł farad, a ja uruchomiłem 

trispa probuj c szerokiego ci cia na wysoko ci kolan. Niskim faradem przełamał 

sekundowy impuls, strzelił mi w twarz i zatoczył pełny kr g w tył; liczył,  e okres 

ładowania ocali mu plecy. Wyskoczył znowu i wysoko trzymaj c, faradon, ci ł 

mnie w rami .  

      Ale mnie ju  tam nie było; okr yłem go, opadłem i zawirowałem 

wyprostowany. Wyprowadziłem ci cie w odsłoni ty bark, był jednak poza 

zasi giem. Daleko z prawej, na kamieniu wielko ci piłki pla owej, kr ył Despil, a 

z góry opadał szybko mój sekundant, Mandor.  

      Zaciskali my swoje małe kamyki przekształconymi stopami, dryfuj c na 

kraw dzi wiru w zewn trznym pr dzie Chaosu. Jurt zakr cił si  wraz ze mn . 

Lewym przedramieniem - do którego w łokciu i nadgarstku umocowany jest 

fandon - wykonywał w poziomie wolne, okr ne ruchy. Metrowa zasłona 

półprzejrzystej siatki, obci ona u dołu mordem, l niła w  wietle ognia, 

rozbłyskuj cego od czasu do czasu z ró nych kierunków. Jurt uniósł trisp do 

ataku z pozycji  redniej i pokazał z by, chocia  si  nie u miechał. Kr yli my po 

rednicy trzy metrowego, kre lonego wci  od nowa kr gu, czekaj c na luk  w 

osłonie przeciwnika.  

      Przechyliłem płaszczyzn  swojej orbity, a on natychmiast dopasował swoj , 

by dotrzyma  mi towarzystwa.  

      Powtórzyłem manewr, on tak e. Potem zanurkowałem: dziewi dziesi t 

stopni w przód, fandon podniesiony i wysuni ty. Obróciłem dło  i ugi łem łokie , 

atakuj c szerokim ci ciem pod jego gard .  

      Zakl ł i pchn ł, ale odbiłem jego  wiatło, a na jego lewym udzie zakwitły trzy 

ciemne linie. Trisiiver zadaje rany na gł boko  mniej wi cej dwóch 

centymetrów; dlatego podczas powa nych star  ulubionymi celami ataku s  

krta , oczy, skronie, wewn trzne cz ci nadgarstków i t tnice udowe. Chocia  

wystarczy zada  dostatecznie wiele trafie  w zupełnie dowolne miejsca, by 

pomacha  przeciwnikowi na po egnanie, gdy w ród roju czerwonych b belków 

odpływa do miejsca, sk d nie powraca  aden w drowiec.  

background image

 

50 

      - Krew! -zawołał Mandor, gdy z nogi Jurta pociekły drobne krople. - Czy 

otrzymali cie satysfakcj , panowie?  

      - Ja tak - odpowiedziałem.  

      - A ja nie! - krzykn ł Jurt, ogl daj c si  za mn . Dryfowałem na jego lew  

flank  i kr ciłem si  w prawo. - Zapytaj jeszcze raz, kiedy poder n  mu gardło!  

      Jurt zacz ł mnie chyba nienawidzi , zanim jeszcze nauczył si  chodzi , z sobie 

tylko znanych powodów. Ja wprawdzie nie podzielałem tego uczucia, jednak 

polubienie go przekraczało moje mo liwo ci. Zawsze dobrze nam si  układało z 

Despilem, cho  cz ciej brał stron  Jurta ni  moj . To zrozumiałe. Byli pełnymi 

bra mi, a Jurt był najmłodszy.  

      Trisp Jurta rozbłysn l. Odbiłem  wiatło i ripostowałem. Rozproszył moje 

promicnie i wykr cił w bok. Pod yłem za nim. Nasze trispy zaja niały 

równocze nie, oba ataki trafiły w gard  i przestrze  mi dzy nami wypełniła si  

płatkami blasku. Uderzyłem znowu, kiedy tylko sko czyłem ładowanie, tym 

razem nisko. On pchn ł z góry i jeszcze raz oba sztychy sko czyły w landach.  

      Podpłyn li my bli ej.  

      - Jurt - zacz łem. - Je li jeden z nas zabije drugiego, ska  go na banicj . 

Sko czmy z tym.  

      - Warto - odpowiedział. - S dzisz,  e o tym nie my lałem?  

      I ci ł mnie w twarz. Odruchowo podniosłem obie r ce, fandon i trisp, i 

wystrzeliłem, gdy spływała ulewa  wietlnych błysków. Usłyszałem krzyk. 

Opu ciłem fandon. Jurt zgi ł si  wpół, a jego trisp odpływał w pustk . Podobnie 

jak jego lewe ucho, ci gn ce czerwon  nitk  p kaj c  natychmiast w pojedyncze 

paciorki. Fragment skóry na głowie tak e zwisał lu no i Jurt próbował wcisn  

go na miejsce. Mandor i Despil ju  do niego podlatywali.  

      - Pojedynek zako czony! - krzyczeli obaj, a ja obrotem głowicy 

zabezpieczyłem trispa.  

      - Jaka rana? - zapytał mnie Despil.  

      - Nie wiem.  

      Jurt pozwolił mu si  zbada .  

      - Wyjdzie z tego - oznajmił po chwili Despil. - Ale mama b dzie w ciekła.  

      Pokiwałem głow .  

      - To był jego pomysł - przypomniałem.  

      - Wiem. Chod my st d. Wracajmy.  

      Pomógł Jurtowi sterowa  w stron  wypustu Kraw dzi; Mandor płyn ł za 

nimi niby złamane skrzydło. Ja wlokłem si  z tyłu. Mandor, syn Sawalla, mój 

brat przyrodni, poło ył mi r k  na ramieniu.  

      - A  tak ci na nim nie zale y - powiedział. - Wiem.  

      Przytakn łem i zagryzłem warg . Mimo wszystko Despil miał racj  co do 

naszej matki, lady Dary. Faworyzowała Jurta, a on ju  potrafi j  jako  

przekona ,  e to wszystko moja wina. Miałem czasem wra enie,  e bardziej ode 

mnie kocha synów Sawalla, starego diuka Pogranicza, którego po lubiła, kiedy 

zrezygnowała ju  z mojego taty. Słyszałem kiedy , jak mówiono,  e przypominam 

jej ojca, do którego byłem bardzo podobny. Znowu pomy lałem o Amberze i 

innych miejscach daleko w Cieniu; i poczułem zwykły dreszcz l ku, gdy  

przypomniało mi to wij cy si  Logrus; wiedziałem,  e b dzie moim biletem do 

background image

 

51 

nieznanych krain. I wiedziałem,  e wejd  na niego szybciej, ni  pocz tkowo 

planowałem.  

      - Chod my do Suhuya - zaproponowałem Mandorowi, gdy razem wznie li my 

si  nad Otchłani . - S  sprawy, o które musz  go zapyta .  

 

      Kiedy w ko cu trafiłem do college'u, nie po wi całem zbyt wiele czasu na 

pisanie listów do domu.  

      - ...domu - mówiła Vinta Bayle. - To ju  niedaleko. Napij si  wody.  

      Podała mi manierk .  

      Wypiłem troch  i oddałem jej.  

      - Dzi ki.  

      Wyprostowałem skulone ramiona i odetchn łem chłodnym, morskim 

powietrzem. Poszukałem ksi yca i znałazłem go daleko za plecami.  

      - Naprawd  byłe  daleko - stwierdziła.  

      - Mówiłem przez sen?  

      - Nie.  

      - To dobrze.  

      - Złe sny?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Mogły by  gorsze.  

      - Mo e rzeczywi cie j kn łe  cicho, tu  przed obudzeniem.  

      - Aha.  

      Daleko przed nami dostrzegłem niewielkie  wiatełko na ko cu ciemnego 

cypla. Skin ła w tamt  stron .  

      - Kiedy miniemy to miejsce - wyja niła - zobaczymy zatok  Baylesport. Tam 

znajdziemy  niadanie i wierzchowce.  

      - Jak to daleko od Arbor?  

      - Jakie  trzy mile. Łatwa jazda.  

      Została przy mnie jeszcze chwił . W milczeniu spogl dała na lini  brzegu i 

morze. Po raz pierwszy zwyczajnie siedzieli my obok siebie; r ce miałem wolne i 

nie zaj te my li. A mój czarodziejski zmysł przebudził si  w tej krótkiej chwili. 

Odniosłem wra enie,  e znalazłem si  w obecno ci magii. Nie jakiego  prostego 

zakl cia czy aury magicznego obiektu, jaki mogła nosi  przy sobie Vinta, lecz 

czego  niezwykle subtelnego. Przywołałem swoje spojrzenie i zwróciłem je ku 

niej. Nie dostrzegłem niczego wyra nego, lecz ostro no  nakazywała sprawdzi  

dokładniej. Si gn łem zmysłami poprzez Logrus...  

      - Nie rób tego, prosz  - powiedziała.  

      Wła nie popełniłem gaf . Takie sondowanie innego czarodzieja uwa ane jest 

powszechnie za nietakt.  

      - Przepraszam. Nie wiedziałem,  e jeste  adeptk  Sztuki.  

      - Nie jestem. Ale jestem wyczulona na jej działanie.  

      - W takim razie nadawałaby  si .  

      - Mam inne zainteresowania.  

      - My lałem,  e mo e kto  rzucił na ciebie urok - wyja niłem. - Próbowałem 

tylko...  

      - Cokolwiek znalazłe  - odparła - by  powinno. Zostawmy to.  

background image

 

52 

      - Jak sobie  yczysz. Przepraszam.  

      Musiała jednak wiedzie ,  e nie mog  na tym poprzesta . Nieznana magia 

reprezentowała potencjalne zagro enie. Mówiła wi c dalej:  

      - To nic, co mogłoby ci zaszkodzi . Zapewniam. Wr cz przeciwnie.  

      Czekałem, ale nic wi cej nie miała do powiedzenia. Na razie przestałem wi c 

my le  o t j sprawie. Znowu spojrzałem na latarni . W co si  pakuj  płyn c z 

Vint ? Sk d wiedziała,  c wróciłem do miasta, nie mówi c ju  o tym,  e wybior  

si  w Alej  Smierci? Musiała si  domy la ,  e gn bi  mnie te pytania. Je li 

mieli my sobie wierzy , powinna na nie odpowiedzie .  

      Popatrzyłem na ni . U miechała si .  

      - Wiatr si  zmienia pod osłon  cypla latarni - oznajmiła wstaj c. - B dzie 

sporo pracy.  

      - Mog  ci pomóc?  

      - Za chwil . Zawołam, kiedy b dziesz potrzebny.  

      Przygl dałem si , jak odchodzi... Odniosłem przedziwne wra enie,  e tak e 

mnie obserwuje, cho by patrzyła w inn  stron . I u wiadomiłem sobie,  e to 

uczucie towarzyszy mi ju  do  dawno, jak morze.  

      Niebo poja niało od wschodu, nim przybili my do nabrze a, 

uporz dkowali my pokład i ruszyli my szerok , brukowan  drog  w stron  

gospody ze smug  dymu nad kominem. Po solidnym  niadaniu  wiatło poranka 

zalało  wiat z pełn  moc . Przeszli my do stajni i wypo yczyli my trzy spokojne 

wierzchowce na drog  do posiadło ci ojca Vinty.  

      Był jeden z tych czystych, rze kich dni jesieni, coraz rzadszych i cenniejszych 

w miar  jak rok chyli si  ku ko cowi. Wreszcie troch  odpocz łem, a w gospodzie 

mieli kaw , co w Amberze poza pałacem nie zdarza si  cz sto. Z rozkosz  

wypiłem fili ank . Przyjemnie było tak jecha  wolno przez pola, wdycha  

zapachy ziemi, patrze , jak rosa znika z roziskrzonych pól i li ci zwracaj cych si  

ku sło cu, czu  dotyk wiatru, słysze  i widzie  klucz ptaków zd aj cych do 

Słonecznych Wysp na południu.  

      Jechali my w milczeniu; nie zdarzyło si  nic, co by odmieniło nastrój. 

Wspomnienia smutku, zdrady, cierpienia i przemocy s  silne; ale bledn  z 

czasem. Za to interludia, takie jak to, kiedy zamykam oczy i spogl dam na 

kalendarz moich dni,  yj  dłu ej; widz  siebie jad cego obok Vinty Bayle pod 

porannym niebem, tam gdzie domy i płoty s  z kamienia, gdzie słycha  wołanie 

morskich ptaków, poprzez krain  winoro li na wschód od Amberu. Sierp czasu 

nie ma dost pu do tego zakamarka mojego serca.  

      Kiedy dotarli my do rezydencji Arbor, przekazali my konie pod opiek  

stajennych Bayle'a, którzy mieli dopiłnowa  ich powrotu do stajni w miasteczku. 

Drew odszedł do swojej kwatery, a ja ruszyłem z Vint  do wielkiego domu na 

szczycie wzgórza. Roztaczał si  stamt d przepi kny widok na skalne doliny i 

zbocza, gdzie hodowano winoro le. Kiedy zmierzali my do wej cia, podbiegło 

wielkie stado psów i próbowało nawi za  znajomo . Jeszcze wewn trz 

słyszeli my czasem ich głosy. Drewno i kute  elazo, szare kamienne podłogi, 

wysokie belkowane stropy, rz dy okien, portrety rodzinne, kilka niewielkich 

gobelinów w barwach łososia, br zu, ko ci słoniowej i bł kitu, kolekcja starej, 

oksydowanej broni, pasma sadzy na szarych kamieniach wokół kominka... 

background image

 

53 

Przeszli my przez wielki hall na schody.  

      - Zajmij ten pokój - powiedziała otwieraj c drzwi z ciemnego drewna.  

      Skin łem głow , wszedłem i rozejrzałem si . Był przestronny, du e okna 

wygl dały na południowe zbocza doliny. Wi kszo  słu by wyniosła si  na jesie  

do miejskiej rezydencji barona.  

      - Tam jest łazienka - dodała Vinta, wskazuj c drzwi po lewej stronie.  

      -  wietnie. Dzi ki. Dokładnie tego mi trzeba.  

      - Zatem odzyskuj siły. - Podeszła do okna i spojrzała w dół. - Je li nie masz nic 

przeciwko tcmu, za godzin  spotkamy si  na tarasie.  

      Podszedłem i wyjrzałem na wielki, brukowany plac, ocieniony wiekowymi 

drzewami - ich li cie,  ółte ju , czerwone i brunatne, zalegały patio. Wokół były 

puste teraz klomby. Stały stoły i krzesła, a mi dzy nimi dobrane ze smakiem 

krzewy w donicach.  

      - Doskonale.  

      Odwróciła si  do mnie.  

      -  yczysz sobie czego  szczególnego?  

      - Gdyby cie mieli troch  kawy, nie odmówiłbym jednej czy dwóch fili anek.  

      - Zobacz , co da si  zrobi .  

      U miechn ła si  i jakby pochyliła w moj  stron . Miałem wra enie,  e 

oczekuje, bym j  obj ł. Lecz gdybym si  mylił, sytuacja stałaby si  odrobin  

niezr czna. A w tych okoliczno ciach nie zale ało mi na zbytniej za yło ci. Nie 

wiedziałem przecie , jak  gr  próbuje rozegra . Dlatego odpowiedziałem 

u miechem i  cisn łem j  za r k .  

      - Dzi kuj  - powiedziałem i cofn łem si . - Sprawdz  teraz, co z k piel .  

      Odprowadziłem j  do wyj cia i zamkn łem drzwi.  

      Przyjemnie było zdj  buty. A jeszcze przyjemniej odmaka  przez długi, 

ciepły czas.  

      Pó niej, w  wie o wyczarowanym kostiumie, zszedłem na dół i odszukałem 

boczne drzwiczki, które z kuchni prowadziły na patio. Vinta, tak e wyk pana i 

przebrana, w br zowych spodniach do konnej jazdy i lu nej be owej bluzie, 

siedziała przy stole na wschodnim kra cu tarasu.  

      Przygotowano dwa nakrycia, zauwa yłem te  dzbanek z kaw  i tac  owoców i 

serów. Podszedłem; li cie szele ciły mi pod stopami. Usiadłem.  

      - Jeste  zadowolony? - spytała.  

      - Całkowicie.  

      - Zawiadomiłe  Amber, gdzie jeste ?  

      Przytakn łem. Random troch  si  zdenerwował,  e wyszedłem bez 

uprzedzenia, ale przecie  mi tego nie zabronił. Uspokoił si , kiedy wyja niłem,  e 

nie wyjechałem zbyt daleko. W ko cu przyznał nawet,  e post piłem rozs dnie 

znikaj c w tak niezwykły sposób. "Miej oczy otwarte i informuj mnie o 

wszystkim", brzmiały jego ostatnie słowa.  

      - To dobrze. Kawy?  

      - Tak, prosz .  

      Nalała mi i wskazała tac . Wybrałem jabłko i nadgryzłem je.  

      - Ró ne rzeczy zaczynaj  si  dzia  ostatnio - stwierdziła do  enigmatycznie.  

      - Trudno zaprzeczy  - przyznałem.  

background image

 

54 

      - A twoje problemy bywaj  najrozmaitszej natury.  

      - Istotnie.  

      Wypiła łyk kawy.  

      - Czy miałby  ochot  opowiedzie  mi o nich? - spytała w ko cu.  

      - S  odrobin  nazbyt rozmaite - odparłem. - Noc  ty tak e wspomniała  o 

jakiej  zbyt długiej historii.  

      U miechn ła si  blado.  

      - Uwa asz zapewne,  e nie masz powodów, by ufa  mi bardziej, ni  to 

konieczne - rzekła. - Nie dziwi  si . Po co obdarza  zaufaniem kogo , kogo nie 

musisz, gdy nadci ga niebezpiecze stwo, które nie do ko ca rozumiesz? Czy tak?  

      - To chyba rozs dna strategia.  

      - A jednak musz  ci  zapewni ,  e najwa niejsze jest dla mnie twoje 

bezpiecze stwo.  

      - S dzisz mo e,  e dysponuj   rodkami, by dotrze  do mordercy Caine'a?  

      - Tak - przyznała. - A poniewa  mo e sta  si  tak e twoim zabójc , 

chciałabym go znale .  

      - Próbujesz mnie przekona ,  e nie zemsta jest twoim głównym celem?  

      - Dokładnie. Wol  raczej ochrania   ywych, ni  m ci  si  za umarłych.  

      - To chyba czysto akademickie rozró nienie, gdyby w obu wypadkach 

chodziło o t  sam  osob . Czy s dzisz,  e tak wła nie jest?  

      - Nie jestem pewna, czy to Luke wysłał wczoraj za tob  tych ludzi - 

stwierdziła.  

      Poło yłem jabłko obok fili anki i napiłem si  kawy.  

      - Luke? - zapytałem. - Jaki Luke? Co mo esz wiedzie  o jakim  Luke'u?  

      - Lucas Raynard - odparła spokojnie. - Wyszkolił grup  najemników na 

pustyni Pecos w Nowym Meksyku. Zaopatrzył ich w specjaln  amunicj , której 

mo na u ywa  w Amberze, a potem odesłał do domu. Mieli oczekiwa  na jego 

rozkaz, by zebra  si  i ruszy  tutaj. Zamierzali spróbowa  czego , co wiele lat 

temu nie udało si  twojemu ojcu.  

      - Niech to szlag! - mrukn łem.  

      To wiele wyja niało... cho by to, dlaczego Luke zjawił si  w Hiltonie w Santa 

Fe ubrany w wojskowy dres, z historyjk  o zamiłowaniu do wycieczek po Pecos i 

z tym niezwykłym nabojem, który znalazłem u niego w kieszeni. A tak e liczne 

wyprawy, jakie podejmował w te okolice - bardziej liczne, ni  wymagałyby tego 

interesy. Co  takiego nigdy nie przyszło mi do głowy, ale wi zało si  sensownie ze 

wszystkim, czego dowiedziałem si  od tamtej pory.  

      - W porz dku - ust piłem. - Rozumiem,  e znasz Luke'a Raynarda. Mogłaby  

mi wytłumaczy , jak si  tego dowiedziała ?  

      - Nie.  

      - Nie?  

      - Nie mogłabym. Obawiam si ,  e b d  musiała zagra  według twoich zasad i 

wymienia  informacj  za informacj . Kiedy si  nad tym zastanawiam, s dz ,  e 

tak b dzie dla mnie najwygodniej. Co ty na to?  

      - Ka de z nas w ka dej chwili mo e zrezygnowa ?  

      - Co przerwie wymian , chyba  e zmienimy umow .  

      - Zgoda.  

background image

 

55 

      - Czyli ty jeste  mi winien. Wczoraj wróciłe  do Amberu. Gdzie byłe ?  

      Westchn łem i ugryzłem kawałek jabłka.  

      - Wiele  dasz - stwierdziłem w ko cu. - Pytanie ma szeroki zakres. Byłem w 

wielu miejscach. Wszystko zale y od tego, jak daleko zechcesz si  cofn .  

      - Powiedzmy: od mieszkania Meg Devlin do wczoraj - odparła.  

      Zakrztusiłem si .  

      - Dobrze, wygrała . Masz znakomite  ródła informacji - przyznałem. - Ale o 

tym musiała ci powiedzie  Fiona. Współdziałasz z ni  jako , prawda?  

      - To nie twoja kolej na stawianie pyta  - przypomniała. - Nie odpowiedziałe  

jeszcze na moje.  

      - No dobrze. Kiedy wyszedłem od Meg, Fi i ja wrócili my do Amberu. 

Nast pnego dnia Random wysłał mnie,  ebym wył czył maszyn , któr  

zbudowałem. Nazywa si  Ghostwheel. Nie powiodło mi si , ale po drodze 

spotkałem Luke'a. Pomógł mi w ci kiej sytuacji. Potem, w rezultacie pewnego 

nieporozumienia z moim tworem, musiałem u y  niezwykłego Atutu, by 

przenie  siebie i Luke'a w bezpieczne miejsce. Pó niej Luke uwi ził mnie w 

kryształowej grocie...  

      - Aha! - zawołała.  

      - Mam przerwa  w tym miejscu?  

      - Nie, mów dalej.  

      - Byłem wi niem przez jaki  miesi c, chocia  min ło ledwie kilka dni czasu 

Amberu. Wypu ciło mnie dwóch facetów pracuj cych dla pewnej damy imieniem 

Jasra. Posprzeczałem si  z nimi troch , z dam  tak e, i przeatutowałem do San 

Francisco, do mieszkania Flory. Tam zło yłem wizyt  w lokalu, gdzie miało 

miejsce morderstwo...  

      - U Julii?  

      - Tak. Odkryłem magiczn  bram , któr  zdołałem otworzy . Przeszedłem ni  

do micjsca zwanego Twierdz  Czterech  wiatów. Trwała tam bitwa. 

Atakuj cymi dowodził prawdopodobnie człowiek imieniem Dalt, swego czasu 

ciesz cy si  w naszych okolicach pewn  sław . Pó niej  cigał mnie magiczny wir i 

przyzywał zamaskowany czarnoksi nik. Wyatutowałem si  i przybyłem tutaj, 

wła nie wczoraj.  

      - To ju  wszystko?  

      - W streszczeniu, tak.  

      - Niczego nie opu ciłe ?  

      - Owszem. Na przykład na progu bramy spotkałem Mieszka ca, ale jako  

udało mi si  przej .  

      - Nie, to nale y do zestawu. Jeszcze co ?  

      - Hmm... Tak, były jeszcze dwa do  dziwaczne poł czenia, zako czone 

kwiatami.  

      - Opowiedz mi o nich.  

      Opowiedziałem. Kiedy sko czyłem, pokr ciła głow .  

      - Tego nie rozumiem.  

      Sko czyłem kaw  i jabłko. Nalała mi drug  fili ank .  

      - Teraz moja kolej - o wiadczyłem. - Co miało znaczy  to "aha", kiedy 

wspomniałem o kryształowej grocie?  

background image

 

56 

      - To był bł kitny kryształ, prawda? Blokował twoj  moc?  

      - Sk d wiesz?  

      - Miał ten sam kolor co kamie  w pier cieniu, który wczoraj w nocy zabrałe  

temu człowiekowi.  

      - Tak.  

      Wstała i obeszła stół, zatrzymała si  na chwil , wreszcie wskazała w okolice 

mojego biodra.  

      - Czy mógłby  wyło y  na stół wszystko, co masz w tej kieszeni?  

      U miechn łem si .  

      - Pewnie. Sk d wiedziała ?  

      Nie odpowiedziała, ale to było ju  inne pytanie. Wyj łem z kieszeni cały 

zestaw bł kitnych kamieni: odpryski z jaskini, wyrwany rze biony guzik, 

pier cie ... Uło yłem wszystko na stole.  

      Podniosła guzik, przyjrzała si , wreszcie skin ła głow .  

      - Tak, to tak e.  

      - Co tak e?  

      Zignorowała pytanie. W kropli kawy rozlanej na jej spodeczku umoczyła 

palec wskazuj cy i wykre liła wokół kamieni trzy kr gi, przeciwnie do ruchu 

wskazówek zegara. Potem skin ła głow  raz jeszcze i wróciła na miejsce. 

Przywołałem widzenie na czas, by zobaczy ,  e buduje wokół nich klatk  sił. 

Kiedy si  przygl dałem, miałem wra enie,  e kamienie wydychaj  ledwie 

widoczne, uwi zione wewn trz kr gów pasma bł kitnego dymu.  

      - Mówiła  chyba,  e nie jeste  czarodziejk .  

      - Nie jestem - potwierdziła.  

      - Nie b d  marnował pytania. Ale odpowiedz mi na poprzednie. Jakie 

znaczenie maj  te bł kitne kamienie?  

      - S  powi zane z grot  i ze sob  nawzajem - wyja niła. - Po krótkim 

przeszkoleniu kto  mo e wzi  jeden z nich i po prostu i , pod aj c za słabym 

przyci ganiem psychicznym. W ko cu trafi do groty.  

      - Chcesz powiedzie : przez Cie ?  

      - Tak.  

      - Intryguj ce, ale jako  nie dostrzegam u yteczno ci tego zjawiska.  

      - To nie wszystko. Je li zignorujesz przyci ganie groty, wyczujesz 

poci gni cia wtórne. Naucz si  jeszcze rozró nia  charakterystyki poszczególnych 

kamieni a wsz dzie wytropisz ich wła cicieli.  

      - To ju  bardziej przydatne. My lisz,  e tak wła nie odnale li mnie ci ludzie 

wczoraj w nocy? Poniewa  miałem pełn  kiesze  tych kamieni?  

      - To na pewno pomogło. Jednak w twoim przypadku nie były ju  chyba 

konieczne.  

      - Dlaczego nie?  

      - Wywieraj  pewien dodatkowy efekt. Ka dy, kto miał je w posiadaniu przez 

pewien czas, dostraja si  do nich. Mo na je wyrzuci , ale dostrojenie pozostaje. 

Tak  osob  mo na wy ledzi , jakby wci  miała kamie . Ty masz ju  pewnie 

własn  charakterystyk .  

      - To znaczy,  e jestem naznaczony nawet teraz, bez nich?  

      - Tak.  

background image

 

57 

      - Ile czasu trzeba,  eby to min ło?  

      - Nie jestem pewna, czy to w ogóle mo liwe.  

      - Musi by  jaka  metoda.  

      - Nie wiem na pewno, ale przychodzi mi do głowy kilka mo liwych rozwi za .  

      - Na przykład?  

      - Przej cie Wzorca Amberu albo pokonanie Logrusu Chaosu. Jak si  wydaje, 

one praktycznie rozrywaj  człowieka na kawałki i składaj  z powrotem w 

czystszej formie. Znane s  przypadki, kiedy usun ły bardzo dziwne stany. O ile 

pami tam, wła nie Wzorzec przywrócił pami  twojemu ojcu.  

      - Tak... Nie pytam nawet, sk d wiesz o Logrusie. Mo esz mie  racj . I jak 

cz sto bywa, to zbyt niewygodne,  eby mogło mi si  przyda . Czyli uwa asz,  e 

mog  wła nie mnie namierza , z kamieniami czy bez?  

      - Tak.  

      - Sk d to wszystko wiesz? - zapytałem.  

      - Potrafi  wyczu . To było dodatkowe pytanie. Ale to jedno przyznam ci za 

darmo, dla dobra transakcji.  

      - Dzi kuj . Rozumiem,  e teraz twoja kolej.  

      - Zanim zgin ła, Julia spotykała si  z okultyst , niejakim Victorem 

Melmanem. Czy wiesz dlaczego?  

      - Studiowała z nim, szukała dróg rozwoju... tak przynajmniej twierdził facet, 

który j  wtedy znał. To było ju  po naszym zerwaniu.  

      - Nie całkiem o to mi chodziło. Czy wiesz, dlaczego szukała dróg rozwoju?  

      - Brzmi to dla mnie jak drugie pytanie, ale mo e jestem ci winien odpowied . 

Człowiek, z którym rozmawiałem, powiedział mi,  e j  przestraszyłem. Wierzyła, 

e posiadam jak  szczegółn  moc, wi c zacz ła szuka  sposobów rozwini cia 

swojej. W obronie własnej.  

      - Doko cz - poprosiła.  

      - Nie rozumiem.  

      - To nie była pełna odpowied . Czy naprawd  dałe  jej powód, by wierzyła w 

to i bała si  ciebie?  

      - No có , chyba tak. A teraz moje pytanie: sk d wła ciwie dowiedziała  si  o 

Julii?  

      - Byłam tam - odparła. - Znałam j .  

      - Mów dalej.  

      - To ju  wszystko. Teraz moja kolej.  

      - Nie jest to wyczerpuj ca odpowied .  

      - Ale niczego wi cej si  nie dowiesz. Uznaj j  albo nie, jak chcesz.  

      - Zgodnie z nasz  umow , mog  przerwa  wymian .  

      - To prawda. Zrobisz to?  

      - A czego chciałaby  si  teraz dowiedzie ?  

      - Czy Julia rozwin ła w sobie te zdolno ci, których poszukiwała.  

      - Mówiłem ju ,  e przestali my si  widywa , zanim wpl tała si  w te sprawy. 

Sk d mógłbym wiedzie ?  

      - Znalazłe  w jej mieszkaniu portal. Tamt dy prawdopodobnie przedostała si  

bestia, która j  zabiła. Dwa pytania, nie po to,  eby  na nie odpowiadał, ale  eby  

si  zastanowił. Przede wszystkim: komu zale ało na jej  mierci? I czy metoda 

background image

 

58 

zabójstwa nie wydaje ci si  dziwna? Potraft  sobie wyobrazi  wiele prostszych 

sposobów pozbycia si  kogo .  

      - Masz racj  - przyznałem. - Du o łatwiej posłu y  si  broni  ni  magi . A 

dlaczego, mog  si  tylko domy la . Zakładałem,  e była to pułapka na mnie, a 

mier  Julii mie ciła si  w schemacie dorocznych prezentów na trzydziestego 

kwietnia. Czy o tym tak e wiesz?  

      - Zostawmy t  kwesti  na pó niej. Na pewno zdajesz sobie spraw ,  e ka dy 

czarodziej ma swój styl, tak samo jak malarz, pisarz czy muzyk. Kiedy trafiłe  na 

bram  w mieszkaniu Julii, czy dostrzegłe  co , co mogliby my nazwa  podpisem 

autora?  

      - Nic szczególnego sobie nie przypominam. Naturalnie, spieszyłem si ,  eby si  

przebi . Nie miałem czasu na podziwianie estetyki obiektu. Ale nie, nie potrafi  

powi za  przej cia ze stylem kogokolwiek, kogo prace bym znał. Do czego 

zmierzasz?  

      - Zastanawiałam si  wła nie, czy zdołała wykształci  u siebie pewne 

umiej tno ci tego typu, a potem przypadkiem sama otworzyła przej cie i poniosła 

konsekwencje.  

      - Absurd!  

      - Jak chcesz. Próbuj  tylko znale  jakie  wytłumaczenie. Rozumiem zatem, 

e nigdy nie dostrzegłe  u niej niczego, co wskazywałoby na ukryte zdolno ci 

magiczne?  

      - Nie, niczego takiego sobie nie przypominam.  

      Dopiłem kaw  i nalałem sobie znowu.  

      - Je li s dzisz,  e to nie Luke teraz na mnie poluje, to kto? - zapytałem.  

      - Kilka lat temu zorganizował ci seri  pozorowanych wypadków.  

      - Tak. Niedawno przyznał si  do tego. Powiedział te ,  e po pierwszych kilku 

próbach zrezygnował.  

      - To si  zgadza.  

      - Zwariowa  mo na... Nie mam poj cia, co wiesz, a czego nie wiesz.  

      - Dlatego wla nie rozmawiamy, prawda? To twój pomysł,  eby załatwia  to w 

taki sposób.  

      - Wcale nie! Ty zaproponowała  wymian !  

      - Dzi  rano tak. Ale pomysł nale y do ciebie. My l  tu o pewnej rozmowie 

telefonicznej w domku pana Rotha...  

      - Ty? Ten niewyra ny głos w słuchawce? Jak to mo liwe?  

      - Wolisz posłucha  o tym czy raczej o Luke'u?  

      - O tym! Nie, o Luke'u! O jednym i drugim, do diabła!  

      - Sam widzisz,  e rozs dek nakazuje trzyma  si  wcze niejszych ustale . 

Porz dek nikomu jeszcze nie zaszkodził.  

      - Zgoda, przekonała  mnie po raz kolejny. Opowiedz o Luke'u.  

      - Jako obserwator odniosłam wra enie,  e zaprzestał zamachów, gdy tylko 

lepiej ci  poznał.  

      - To znaczy w okresie, kiedy si  zaprzyja nili my? Nie udawał wtedy?  

      - Wtedy nie wiedziałam jeszcze na pewno. Bez w tpienia przez całe lata 

aprobował zamachy na ciebie... Ale wierz ,  e udaremnił niektóre.  

      - Wi c kto je organizował, kiedy Luke si  wycofał?  

background image

 

59 

      - Rudowłosa dama, z któr  jest chyba spokrewniony.  

      - Jasra?  

      - Tak, tak ma na imi . Wci  nie wiem o niej tyle, ile bym chciała. Masz co  na 

jej temat?  

      - Chyba zachowam to na powa n  wymian .  

      Po raz pierwszy spojrzała na mnie mru c oczy i zaciskaj c z by.  

      - Czy nie rozumiesz, Merlinie,  e próbuj  ci pomóc?  

      - Rozumiem tylko,  e zale y ci na informacjach, które posiadam. W porz dku. 

Zgadzam si  na wymian , poniewa  ty tak e wiesz o kilku ciekawych sprawach. 

Musz  jednak przyzna ,  e twoje motywy wydaj  mi si  do  niejasne. Sk d, u 

diabła, wzi ła  si  w Berkeley? Co planowała , dzwoni c do mnie w domu Billa? 

Na czym polega twoja moc, o której twierdzisz,  e nie jest magi ? Jak...  

      - To ju  trzy pytania - odparła. - I pocz tek czwartego. Mo e wolisz spisa  je 

wszystkie, a ja zrobi  to samo? Potem mo emy oboje wróci  do swoich pokojów i 

zdecydowa , na które z nich najbardziej chcemy pozna  odpowiedzi.  

      - Nie. Grajmy dalej. Ale rozumiesz chyba, dlaczego chc  si  tego wszystkiego 

dowiedzie . Dla mnie to kwestia przetrwania. Z pocz tku my lałem,  e zale y ci 

na informacjach prowadz cych do zabójcy Caine'a. Ale ty twierdzisz,  e nie. I nie 

chcesz zdradzi  prawdziwych motywów.  

      - Jak to nie? Robi  to, bo chc  ci  chroni !  

      - Doceniam to uczucie. Ale dlaczego? Kiedy si  dobrze zastanowi , prawie 

mnie nie znasz.  

      - Mimo to takie s  moje motywy i nie b d  dłu ej tego tłumaczy . Uwierz albo 

nie.  

      Wstałem i zacz łem spacerowa  po patio. Nie miałem ochoty oddawa  

informacji, która mogła si  okaza  kluczowa dla bezpiecze stwa mojego, a w 

rezultacie i Amberu - chocia  trzeba przyzna ,  e jak dot d, wymiana była 

opłacalna. To, co powiedziała dotychczas Vinta, brzmiało rozs dnie. Nawiasem 

mówi c, ród Bayle'ów od dawna znany był ze swojej lojalno ci wobec Korony, 

cokolwiek była ona warta. Niepokoiło mnie wła ciwie tylko jedno: upierała si ,  e 

nie chodzi jej o zemst . Było to bardzo nieamberowskie podej cie. Poza tym - je li 

w ogóle potrafiła oceni , co wyda mi si  prawdopodobne - wystarczyło tylko 

przyzna ,  e chce krwi, a uznałbym jej trosk  za zrozumiał . Kupiłbym cał  

histori  i niczego si  w niej nie doszukiwał. A co mi zaproponowała? Ogólne nic i 

tajne motywacje... Co mogło oznacza ,  e mówi prawd . Rezygnacja z wygodnego 

kłamstwa na korzy  tej niezbyt wiarygodnej wersji mogła by  dowodem 

szczero ci. A najwyra niej wiedziała jeszcze sporo...  

      Usłyszałem cichy grzechot na stole. Z pocz tku my lałem,  e to Vinta 

demonstruje zniecierpliwienie b bni c palcami po blacie. Lecz kiedy si  

obejrzałem, siedziała nieruchomo i nawet na mnie nie patrzyła. Podszedłem 

bli ej, szukaj c  ródła tego d wi ku. Pier cie , odpryski bł kitnych kamieni, a 

nawet guzik podskakiwały na stole, jakby z własnej woli.  

      - Ty to robisz? - spytałem.  

      - Nie.  

      Kamie  w pier cieniu trzasn ł i wyskoczył z mocowania.  

      - Wi c co?  

background image

 

60 

      - Przerwałam poł czenie - wyja niła. - S dz ,  e co  próbuje je przywróci , ale 

bezskutecznie.  

      - Je li nawet, to jestem dostrojony i nie potrzebuj  ich,  eby mnie znale .  

      - By  mo e działa tu wi cej ni  jedna grupa - zauwa yła. - Powinnam chyba 

wysła  sług  do miasta i kaza  mu wrzuci  to wszystko do morza. Je li kto  

zechce tam za nimi pod y , prosz  bardzo.  

      - Te odpryski powinny doprowadzi  z powrotem do groty, a pier cie  do 

zabitego - stwierdziłem. - Ale wolałbym jeszcze nie wyrzuca  guzika.  

      - Dlaczego? Jest wielk  niewiadom .  

      - Dokładnie. Ale te rzeczy powinny działa  w obie strony, prawda? To 

oznacza,  e mog  wykorzysta  guzik i znale  drog  do tego miotacza kwiatów.  

      - To mo e by  niebezpieczne.  

      - Na dłu sz  met  rezygnacja mo e si  okaza  jeszcze hardziej niebezpieczna. 

Nie. Cał  reszt  mo esz wyrzuci  do morza, ale guzik zostaje.  

      - Dobrze. Na razie zablokuj  je dla ciebie.  

      - Dzi ki. Jasra jest matk  Luke'a.  

      - Chyba  artujesz!  

      - Nie.  

      - To wyja nia, dlaczego nie przyciskał jej w sprawie pó niejszych 

trzydziestych kwietnia. Fascynuj ce! Otwiera zupełnie nowe pola domysłów.  

      - Podzielisz si  nimi?  

      - Pó niej, pó niej. Tymczasem zajm  si  tymi kamieniami.  

      Si gn ła do kr gu i chwyciła je. Przez moment zdawały si  ta czy  w jej dłoni. 

Wstała.  

      - Hm... guzik - przypomniałem.  

      - Tak.  

      Schowała guzik do kieszeni, a pozostałe trzymała w r ku.  

      - Zestroisz si , je li b dziesz tak przechowywa  ten guzik - ostrzegłem.  

      - Nie.  

      - Dlaczego nie?  

      - S  powody. Przepraszam teraz. Poszukam pojemnika na pozostałe kamienie, 

a potem kogo , kto je przewiezie.  

      - Czy ta osoba si  nie zestroi?  

      - To wymaga czasu.  

      - Rozumiem.  

      - Napij si  jeszcze kawy... albo zjedz co .  

      Odeszła. Zjadłem kawałek sera. Próbowałem oceni , czy nasza rozmowa 

wi cej dostarczyła odpowiedzi czy nowych pyta . I usiłowałem doło y  do starej 

łamigłówki kilka nowych klocków.  

      - Ojcze.  

      Obejrzałem si , szukaj c tego, kto to powiedział. Nie znalazłem nikogo.  

      - Tutaj, ni ej.  

      Na pobliskim klombie, pustym, je li nie liczy  kilku suchych łodyg i li ci, 

dostrzegłem kr ek  wiatła wielko ci monety. Poruszył si  i tym zwrócił moj  

uwag .  

      - Ghost? - zapytałem.  

background image

 

61 

      - Aha - dobiegła spomi dzy li ci odpowied . - Czekałem, a  zostaniesz sam. 

Nie bardzo ufam tej kobiecie.  

      - Dlaczego nie?  

      - Nie skanuje normalnie, jak inni ludzie. Nie wiem, na czym to polega. Ale nie 

o tym chciałem z tob  rozmawia .  

      - Wi c o czym?  

      - No wiesz... czy mówiłe  powa nie, kiedy powiedziałe ,  e nie chcesz mnie 

wył cza ?  

      - Rany! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem! Twoja edukacja i w ogóle... 

I taszczenie wszystkich twoich cz ci do takiego miejsca, gdzie byłby  bezpieczny! 

Jak mo esz o to pyta ?  

      - Sam słyszałem, jak Random ci to zlecał...  

      - Ty te  nie robisz wszystkiego, co ci ka , prawda? Zwłaszcza je li chodzi o 

ataki na mnie, kiedy chc  tylko sprawdzi  par  programów. Nale y mi si  chyba 

odrobina szacunku!  

      - Ee... no tak. Wiesz, przykro mi.  

      - Powinno ci by  przykro. Miałem przez ciebie mas  kłopotów.  

      - Szukałem ci  od paru dni i nigdzie nie mogłem znale .  

      - Kryształowe groty to nic przyjemnego.  

      - Nie mam zbyt wiele czasu... -  wiatło zamigotało, zbladło niemał do granic 

widzialno ci i znowu rozblysło. - Odpowiesz mi szybko na jedno pytanie?  

      - Strzelaj.  

      - Ten człowiek, który był z tob , kiedy tu przyszedłe ... i odszedłe ... Taki 

du y, rudowłosy?  

      - Luke. Co z nim?  

      - Mog  mu zaufa ? - głos Ghosta był słaby, ledwie słyszalny.  

      - Nie! - wrzasn łem. - To idiotyczny pomysł!  

      Ghost znikn ł i nie wiedziałem, czy słyszał moj  odpowied .  

      - Co si  dzieje?  

      Głos Vinty, gdzie  z góry.  

      - Kłótnia z towarzyszem zabaw z wyobra ni! - zawołałem.  

      Nawet z tej odległo ci dostrzegłem zdziwienie na jej twarzy. Rozgl dała si , a  

nabrała przekonania,  e naprawd  jestem sam. Skin ła głow .  

      - Aha - mrukn ła. I dodała: - Zejd  za chwił .  

      - Nie ma po piechu - zapewniłem.  

      Gdzie mo na odnale  m dro  i gdzie znajd  zrozumienie? Gdybym 

wiedział, poszedłbym tam od razu. W tej chwili stałem raczej po rodku wielkiej 

mapy, w ród obszarów, gdzie czaiły si  wizerunki szczególnie paskudnych 

zmiennych losowych. Doskonałe miejsce, moim zdaniem,  eby pogada  samemu 

ze sob . I Wróciłem do  rodka,  eby skorzysta  z toalety. Za du o tej kawy...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

62 

Rozdział 5

 

 

No có , mo e. To znaczy z Juli .  

      Siedziałem sam w pokoju przy  wiecy i my lałem. Vinta poruszyła pewne 

wspomnienia, które dzi ki niej wypłyn ły na powierzchni .  

      To zdarzyło si  pó niej, kiedy nie spotykali my si  ju  tak cz sto...  

      Poznałem Juli  na wykładach z metod numerycznych. Zacz li my si  

spotyka , najpierw do  rzadko: kawa po zaj ciach i takie rzeczy. Potem cz ciej 

i wkrótce sprawa stała si  powa na. Teraz ko czyła si  tak, jak zacz ła: po 

trochu...  

      Wychodziłem z supermarketu z torb  zakupów, kiedy poczułem na ramieniu 

dło  Julii. Wiedziałem,  e to ona, odwróciłem si  i obok nie było nikogo. Kilka 

sekund pó niej pomachała do mnie z drugiej strony parkingu. Podszedłem, 

przywitałem si , zapytałem, czy nadal pracuje w tym sklepie z oprogramowaniem 

co ostatnio. Zaprzeczyła. Pami tam, miała wtedy na szyi mały pentagram na 

ła cuszku. Mógł bez trudu - mo e nawet powinien - zwisa  ukryty pod bluzk . 

Ale wtedy, oczywi cie, bym nie zauwa ył, a wszystkie jej gesty sugerowały,  e 

koniecznie chce, bym go dostrzegł. Dlatego zignorowałem go. Wymienili my 

ogólne uwagi; odrzuciła moje zaproszenie na kolacj  i do kina, cho  

proponowałem kilka wieczorów z rz du.  

      - Co teraz robis ? - zapytałem.  

      - Studiuj .  

      - Co?  

      - Och... ró ne rzeczy. Niedługo zrobi  ci niespodziank .  

      Znowu nie zareagowałem, chocia  akurat wtedy podszedł do nas jaki  

nadmiernie przyjazny irlandzki seter. Poło yła mu r k  na głowie, powiedziała: 

"Siad", a on usiadł. Znieruchomiał jak pos g przy jej nodze i został na miejscu, 

kiedy odeszli my. Z tego co wiem, wci  siedzi tam szkielet psa, niby jaka  

współczesna rze ba obok rz du wózków.  

      Wtedy nie wydało mi si  to szczególnie wa ne. Ale w retrospekcji zacz łem si  

zastanawia ...  

      Wybrali my si  na przeja d k , Vinta i ja. Pami taj c moj  irytacj , musiała 

wyczu ,  e konieczna jest przerwa. Miała racj . Kiedy po lekkim obiedzie 

zaproponowała wycieczk  po posiadło ci, zgodziłem si  ch tnie. Potrzebowałem 

czasu do namysłu, zanim wrócimy do naszych wzajemnych pyta  i dyskusji. 

Pogoda była pi kna, a okolica atrakcyjna.  

      Jechali my kr t   cie k  poprzez ł ki, docieraj c w ko cu do północnych 

wzgórz, sk d a  po l ni ce w sło cu morze ci gn ła si  szachownica pól. Niebo 

było pełne wiatrów, strz pów chmur, przelatuj cych ptaków... Vinta nie 

prowadziła w  adne konkretne miejsce, a mnie to nie przeszkadzało.  

      Po drodze przypomniałem sobie wizyt  w winnicy Napa Valley.  

      - Czy butelkujecie wino tutaj, na miejscu? - zapytałem, kiedy zwolnili my, by 

da  koniom odpocz . - Czy raczej w mie cie? A mo e w Amberze?  

      - Nie wiem - odparła.  

      - My lałem,  e tutaj si  wychowała .  

      - Nigdy nie zwracałam na to uwagi.  

background image

 

63 

      Powstrzymałem si  od komentarzy na temat patrycjuszowskiego podej cia. 

Je li nie  artowała, to naprawd  nie wiem, jak mogła nie wiedzie  czego  takiego. 

Dostrzegła moj  min .  

      - Robili my to w ró ny sposób w ró nych okresach - dodała szybko. - Od kilku 

lat mieszkam w mie cie. Nie wiem, gdzie ostatnio rozlewamy wina.  

      Ładna obrona; niczego nie mogłem jej zarzuci . Moje pytania nie miały by  

adn  pułapk , wyczułem jednak,  e wła nie trafiłem na co  wa nego. Mo e 

dlatego,  e nie zostawiła tej sprawy. Zacz ła opowiada ,  e cz sto wysyłaj  

wielkie beczki i tak wła nie sprzedaj  wino. Z drugiej strony, niektórzy klienci 

wol  je w butelkach... Po chwili przestałem jej słucha . Z jednej strony mogłem 

si  tego spodziewa  po córce winiarza, z drugiej jednak sam bez trudu 

wymy liłbym co  podobnego. Nie mogłem sprawdzi . Miałem wra enie,  e 

próbuje mnie zagada , próbuje co  ukry . A nie wiedziałem co.  

      - Dzi ki - wtr ciłem, gdy przerwała dla nabrania tchu. Spojrzała na mnie 

dziwnie, ale zrozumiała aluzj  i nie opowiadała dalej.  

      - Musisz zna  angielski - stwierdziłem w tym j zyku. - Je li to, co mi wcze niej 

mówiła , jest prawd .  

      - Wszystko, co mówiłam, jest prawd  - odparła po angielsku, bez  ladu obcego 

akcentu.  

      - Gdzie si  nauczyła?  

      - Na cieniu-Ziemi, gdzie studiowałe .  

      - Mo esz mi powiedzie , co tam robiła ?  

      - Wypełniałam specjaln  misj .  

      - Dla swojego ojca? Dla Korony?  

      - Wol  nie odpowiada , ni  ci  okłamywa .  

      - Doceniam to. Naturalnie, spróbuj  odgadn .  

      Wzruszyła ramionami.  

      - Mówisz,  e była  w Berkeley? - spytałem.  

      Chwila wahania.  

      - Tak.  

      - Nie pami tam,  ebym ci  tam widział.  

      Znowu wzruszenie ramion. Miałem ochot  chwyci  j  i potrz sn .  

      - Wiedziała  o Meg Devlin - powiedziałem zamiast tego. - Twierdzisz,  e była  

w Nowym Jorku...  

      - Mam wra enie,  e wyprzedzasz mnie w ilo ci pyta .  

      - Nie wiedziałem,  e znowu gramy. S dziłem,  e zwyczajnie rozmawiamy.  

      - Dobrze wi c: tak.  

      - Powiedz mi jeszcze co , a mo e potrafi  ci pomóc. U miechn ła si .  

      - Nie potrzebuj  pomocy. To ty masz kłopoty.  

      - Czy mog  spyta  mimo wszystko?  

      - Pytaj. Ka de twoje pytanie zdradza mi co  ciekawego.  

      - Wiedziała  o najemnikach Luke'a. Czy odwiedziła  tak e Nowy Meksyk?  

      - Owszem, byłam tam.  

      - Dzi kuj  - rzekłem.  

      - To wszystko?  

      - To wszystko.  

background image

 

64 

      - Doszedłe  do jakich  wniosków?  

      - Mo e.  

      - Powiesz mi, o co chodzi?  

      Z u miechem pokr ciłem głow .  

      Nie wracałem ju  do tego. Kilka zawoalowanych aluzji po drodze dowodziło, 

e zastanawia si , co nagle odkryłem lub dostrzegłem. To dobrze. Postanowiłem 

trzyma  j  w niepewno ci. Chciałem si  zrewan owa  za małomówno  w tych 

kwestiach, które mnie interesowały najbardziej. Mo e to doprowadzi do pełnej 

wymiany informacji. Poza tym, naprawd  doszedłem do niezwykłych wniosków. 

Nie były jeszcze kompletne, ale je li si  nie myliłem, pr dzej czy pó niej b dzie mi 

potrzebny dalszy ci g odpowiedzi. Czyli nie do ko ca blefowałem.  

      Wokół nas trwało popołudnie: złociste, pomara czowe, czerwone,  ółte, z 

jesiennowilgotnym aromatem niesionym podmuchami wiatru. Niebo było 

bł kitne, jak pewne kamienie...  

      Mo e z dziesi  minut pó niej zadałem bardziej neutralne pytanie.  

      - Mo esz mi pokaza  drog  do Amberu?  

      - Nie znasz jej?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nigdy nie byłem w tej okolicy. Wiem tylko,  e istniej  szlaki biegn ce t dy i 

prowadz ce do Wschodniej Bramy.  

      - Zgadza si . To chyba kawałek dalej na północ. Poszukajmy.  

      Zawróciła do drogi, któr  jechali my jeszcze niedawno. Skr cili my w ni , co 

uznałem za logiczne. Nie komentowałem niezbyt precyzyjnej wypowiedzi Vinty. 

Spodziewałem si  za to,  e zwróci uwag ,  e nie okre liłem swoich planów na 

przyszło . Miałem wra enie,  e tego ode mnie oczekuje.  

      Niecałe półtora kilometra dalej dotarli my do skrzy owania. W lewym 

dalszym rogu stał kamie , na którym wyryto odległo ci do Amberu, z powrotem 

do Baylesport, do Baylecrest na wschodzie i jakiego  Murn prosto przed nami.  

      - Co to jest Murn? - zainteresowałem si .  

      - Taka mała wioska. Hoduj  krowy.  

      Aby to sprawdzi , musiałbym przejecha  prawie trzydzie ci kilometrów.  

      - Zamierzasz konno wraca  do Amberu? - spytała.  

      - Tak.  

      - Dlaczego nie u yjesz Atutu?  

      - Chc  lepiej pozna  okolice. To mój dom. Podoba mi si  tutaj.  

      - Przecie  uprzedzałam ci ... o zagro eniu. Kamienie ci  naznaczyły. Oni 

mog  ci  wy ledzi .  

      - To jeszcze nie znaczy,  e wy ledz . W tpi , by mocodawca wczorajszych 

napastników wiedział ju ,  e mnie spotkali i zawiedli. Gdybym nie wyszedł na 

kolacj , wci  jeszcze czailiby si  w mie cie. Jestem pewien,  e mam kilka dni 

łaski. Zd

 usun  te znaki, o których mówisz.  

      Zeskoczyła z siodła i pozwoliła koniowi skuba  rzadk  traw . Zrobiłem to 

samo. To znaczy zsiadłem.  

      - Chyba masz racj  - przyznała. - Po prostu wolałabym,  eby  nie podejmował 

adnego ryzyka. Co planujesz po powrocie?  

      - Jeszcze nie wiem. Przypuszczam,  e im dłu ej b d  czekał, tym bardziej 

background image

 

65 

zniecierpliwi si  osoba stoj ca za wydarzeniami ostatniej nocy. I mo e wy le 

jakiego  osiłka.  

      Chwyciła mnie za rami  i odwróciła tak,  e nagle znalazła si  tu  przy mnie. 

Byłem lekko zaskoczony, lecz, wolna r ka odruchowo obj ła dam , jak to zwykle 

czyni przy takich okazjach.  

      - Nie miałe  chyba zamiaru odje d a  teraz? Bo je li tak, jad  z tob .  

      - Nie - odparłem zgodnie z prawd . Planowałem wyjazd jutro rano, po dobrze 

przespanej nocy.  

      - Wi c kiedy? Wci  mamy wiele do omówienia.  

      - Doprowadzili my chyba t  zabaw  w pytania i odpowiedzi tak daleko,  e 

adne z nas nie ma ochoty posuwa  si  jeszcze dalej...  

      - S  pewne sprawy...  

      - Wiem.  

      Niezr czna sytuacja. Tak, była atrakcyjna. I nie, w takim sensie wolałem nie 

mie  z ni  nic wspólnego. Cz ciowo dlatego,  e czułem, i  pragnie jeszcze czego  

- nie byłem pewien czego. A cz ciowo poniewa  dysponowała niezwykł  moc , na 

działanie której wolałem si  nie wystawia . Jak zwykle mawiał mój wujek Suhuy, 

wyst puj c formalnie jako czarodziej: "Je li czego  nie rozumiesz, nie baw si  

tym". A miałem przeczucie,  e wszystko poza przyjazn  znajomo ci  mo e si  

przerodzi  w pojedynek energii.  

      Dlatego pocałowałem j  szybko, by pozosta  na przyjaznym gruncie, i 

uwolniłem si .  

      - Mo e wyrusz  jutro - powiedziałem.  

      - To dobrze. Miałam nadziej ,  e zostaniesz na noc. Mo e nawet dłu ej. B d  

ci  chroni .  

      - Owszem, jestem jeszcze bardzo zm czony.  

      - Musimy ci  dobrze karmi ,  eby  odzyskał siły.  

      Musn ła czubkami palców mój policzek i nagle u wiadomiłem sobie,  e sk d  

j  znam. Sk d? Nie wiedziałem. I to tak e troch  mnie przestraszyło. Nawet 

bardziej ni  troch . Kiedy ruszyli my z powrotem do Arbor, zacz łem planowa , 

jak wymkn  si  stamt d jeszcze noc . I tak, siedz c w swoim pokoju, s cz c z 

kielicha wino nieobecnej gospodyni - czerwone - i obserwuj c  wiece migocz ce w 

podmuchach bryzy wpadaj cych przez otwarte okno, czekałem. Przede 

wszystkim, by w domu zapadła cisza, co ju  nast piło. Po drugie, by min ł 

odpowiedni czas. Drzwi były zaryglowane. Przy kolacji wspomniałem 

kilkakrotnie, jak bardzo jestem zm czony, a potem wyszedłem wcze nie. Nie 

jestem takim egocentrycznym samcem, by wierzy ,  e ka da kobieta mnie 

pragnie; jednak Vinta dała do zrozumienia,  e mo e mnie odwiedzi . Musiałem 

jako  wytłumaczy  swój ci ki sen.  

      Nie chciałbym jej urazi . Miałem a  nadto problemów, by dodatkowo zwraca  

przeciwko sobie tego niezwykłego sprzymierze ca.  ałowałem,  e nie mam 

jakiej  dobrej ksi ki, ale ostatni  zostawiłem u Billa. Gdybym spróbował j  

teraz  ci gn , mo e Vinta wyczułaby posłanie jak kiedy  Fiona wiedziała,  e 

tworz  Atut, i zacz ła dobija  si  do drzwi, by sprawdzi , co, do diabła, si  dzieje. 

Ale nikt si  nie dobijał, a ja nasłuchiwałem trzasków w u pionym domu i 

szelestów z zewn trz.  wiece były coraz krótsze, a cienie na  cianie pływały i 

background image

 

66 

falowały w ich niepewnym blasku. My lałem i s czyłem wino. Ju  niedługo...  

      Zdawało mi si ? Czy naprawd  usłyszałem swoje imi , wyszeptane z jakiego  

nieokre lonego punktu?  

      - Merle...  

      Znowu.  

      Realne, ale...  

      Pole widzenia zafalowało przez chwil  i wtedy zrozumiałem, co to znaczy: 

bardzo słaby kontakt przez Atut.  

      - Tak - rzuciłem, otwieraj c umysł. - Kto to?  

      - Merle, mały... Pomó  mi albo ju  po mnie...  

      Luke!  

      - Tutaj - powiedziałem. Si gałem coraz dalej, a  obraz wyostrzył si  i utrwalił.  

      Przygarbiony, ze zwieszon  głow , opierał si  plecami o mur.  

      - Je li to jaka  sztuczka, Luke, jestem przygotowany - uprzedziłem. Wstałem 

szybko, przeszedłem do stolika, gdzie zostawiłem miecz, wyj łem go i wysun łem 

kling .  

      -  adna sztuczka. Spiesz si ! Wyci gnij mnie st d! Podniósł lew  r k , ja 

uniosłem swoj  i chwyciłem go. Natychmiast padł na mnie, a  si  zachwiałem. 

Pomy lałem,  e to atak, ale był tylko bezwładnym ci arem.  

      Zobaczyłem,  e jest cały zalany krwi . W prawej dłoni wci   ciskał 

zakrwawiony miecz.  

      - Chod . Tutaj.  

      Podtrzymuj c go, przeprowadziłem kilka kroków dalej i uło yłem na łó ku. 

Wyj łem z palców miecz i odło yłem na krzesło obok swojego.  

      - Co si  stało, do licha?  

      Zakaszlał i niepewnie potrz sn ł głow . Kilka razy gł boko odetchn ł.  

      - Widziałem chyba kieliszek wina... - szepn ł. - Kiedy mijali my stół.  

      - Tak. Zaczekaj.  

      Przyniosłem wino, podparłem Luke'owi głow  i przysun łem kielich do ust. 

Pił wolno, przerywaj c dla nabrania tchu.  

      - Dzi ki - powiedział, kiedy sko czył, a potem głowa opadła mu na bok.  

      Zemdlał. Sprawdziłem puls. Był szybki, ale jakby troch  słaby.  

      - Niech ci  szlag, Luke! - burkn łem. - Wybrałe  najgorszy moment...  

      Ale on nie słyszał. Le ał tylko i krwawił. Kilka przekłe stw pó niej zd yłem 

go rozebra  i przemywaj c mokrym r cznikiem, szukałem ran pod cał  t  krwi . 

Miał jedn  paskudn  na piersi po prawej stronie; mogła si ga  płuca. Oddychał 

jednak płytko i nie byłem pewien. Je li tak, to miałem tylko nadziej ,  e w pełni 

odziedziczył amberowsk  zdolno  regeneracji. Przyło yłem mu kompres, 

przytrzymałem na miejscu i sprawdziłem pozostałe obra enia. Podejrzewałem 

p kni cie kilku  eber. Lew  r k  miał złaman  powy ej łokcia; nastawiłem j  i 

wzi łem w łubki, u ywaj c listewek z krzesła, które zauwa yłem wcze niej za 

szaf . Potem przywi załem r k  do piersi. Znalazłem jeszcze z tuzin ró nej 

gł boko ci nakłu  i naci  na udach, prawym biodrze, prawym r ku, ramieniu i 

na plecach. Oczy ciłem je wszystkie i opatrzyłem, przez co zacz ł przypomina  

ilustracj  z podr cznika pierwszej pomocy. Pó niej sprawdziłem jeszcze ran  na 

piersi i przykryłem go.  

background image

 

67 

      My lałem o pewnych logrusowych metodach leczenia; znałem je teoretycznie, 

ale nigdy nie miałem okazji sprawdzi  w praktyce. Luke był bardzo blady, wi c 

uznałem,  e chyba lepiej spróbuj . Kiedy sko czyłem, jego twarz wyra nie 

nabrała koloru. Rzuciłem swój płaszcz na koc, którym byi przykryty. Zbadałem 

puls i tym razem był mocniejszy. Zakl łem jeszcze,  eby nie wyj  z wprawy, 

zdj łem z krzesła miecze i usiadłem. W chwil  pó niej zaniepokoiło mnie 

wspomnienie rozmowy z Ghostwheelem. Czy Luke próbował si  dogada  z moim 

dziełem? Powiedział,  e potrzcbuje mocy Ghosta, by zrealizowa  swe plany wobec 

Amberu. A dzisiaj rano Ghost pytał, czy mo e mu zaufa , za  moja odpowied  

była wyra nie negatywna.  

      Czy by stan Luke'a był efektem sposobu, w jaki Ghost zrywał negocjacje? 

Wyj łem Atuty i odszukałem jasny kr g Ghostwheela. Skoncentrowałem si , 

przygotowałem umysł do kontaktu, posłałem wezwanie.  

      W ci gu kilkuminutowej próby dwukrotnie czułem,  e jestem blisko czego ... 

poruszonego... Ale nic wi cej, jakby rozdzielała nas tafla szkła. Czy by Ghost był 

zaj ty? A mo e nie miał ochoty na rozmow ?  

      Odło yłem karty. Posłu yły jednak, by skierowa  moje my li na inny tor.  

      Zebrałem pokrwawione ubranie Luke'a i przeszukałem kieszenie. W bocznej 

znalazłem komplet Atutów, kilka czystych kart i ołówek. Tak, były chyba 

namalowane w tym samym stylu co tamte, które zacz łem nazywa  Atutami 

Zguby. Dodałem do talii jeszcze jeden przedstawiaj cy mnie; Luke trzymał go w 

r ku, kiedy si  tutaj przeatutował.  

      Miał fascynuj cy zestaw. Był tam Atut Jasry i Victora Melmana. Był tak e 

Julii i nie doko czony Bleysa. Był Atut kryształowej groty i Atut dawnego 

mieszkania Luke'a. Kilka przekopiował z Atutów Zguby, znalazłem te  nie znany 

mi pałac, pokój, gdzie kiedy  mieszkałem, portret ponurego jasnowłosego faceta 

w zieleni i czerni, innego szczupłego o kasztanowych włosach w br zie i czerni, i 

kobiety tak do niego podobnej,  e musieli by  rodze stwem. To dziwne, ale 

ostatni  par  namalowano w innym stylu, a nawet, powiedziałbym, inn  r k . Z 

tych nieznanych postaci byłem mniej wi cej pewien tylko blondyna: s dz c po 

kolorach uznałem,  e to Dalt, stary przyjaciel Luke'a i najemnik.  

      W talii znalazłem tak e trzy ró ne szkice czego , co przypominało 

Ghostwheela, wszystkie trzy niezbyt udane. Usłyszałem warkni cie Luke'a - 

otworzył oczy i rozgl dał si .  

      - Spokojnie - powiedziałem. - Jeste  bezpieczny.  

      Kiwn ł głow  i zamkn ł oczy. Po chwili otworzył je znowu.  

      - Hej! Moje karty - szepn ł słabym głosem.  

      U miechn łem si .  

      - Ładna robota - zauwa yłem. - Kto je malował?  

      - Ja - odpowiedział. - Któ  by inny?  

      - Gdzie si  uczyłe ?  

      - U ojca. Był w tym dobry.  

      - Je li mo esz tworzy  Atuty, to musiałe  przej  Wzorzec.  

      Przytakn ł.  

      - Gdzie?  

      Obserwował mnie przez moment, po czym spróbował wzruszy  ramionami i 

background image

 

68 

skrzywił si .  

      - W Tir na Nog'th.  

      - Ojciec ci  tam zabrał i pomógł?  

      Znowu skinienie głowy.  

      Dlaczego go nie przycisn , skoro wyra nie miałem dobr  pass ? Wyj łem 

kart .  

      - To jest Dalt - stwierdziłem. - Byli cie razem w dru ynie skautów?  

      Nie odpowiedział. Spojrzałem na niego, zobaczyłem zmru one oczy i 

zmarszczone czoło.  

      - Nigdy go nie widziałem - wyja niłem. - Ale rozpoznaj  barwy i wiem,  e 

pochodzi z twoich okolic: z Kashfy.  

      Luke u miechn ł si .  

      - W szkole te  zawsze odrabiałe  prace domowe.  

      - Zwykle w terminie - zgodziłem si . - Ale za tob  nie mogłem nad y . Na 

przykład, nie widz  tu Atutu Twierdzy Czterech  wiatów. A tu jest kto , kogo nie 

znam.  

      Pomachałem mu kart  szczupłej damy. U miechn ł si  znowu.  

      - Słabn  i znowu brakuje mi tchu - powiedział. - Byłe  przy Twierdzy?  

      - Tak.  

      - Ostatnio?  

      Kiwn łem głow .  

      - Wiesz co? - zaproponował. - Powiedz, co widziałe  pod Twierdz  i sk d 

wiesz o pewnych moich sprawach, a ja ci powiem, kim ona jest.  

      Zastanowiłem si  szybko. Mógłbym mówi  tak, by nie powiedzie  mu niczego, 

o czym by ju  nie wiedział. Zatem...  

      - Ale ty pierwszy.  

      - Dobrze. Ta dama - rzekł - to Sand.  

      Przygl dałem si  w takim skupieniu,  e poczułem wst p kontaktu. 

Przerwałem go.  

      - Dawno zaginiona - dodał.  

      Podniosłem kart  podobnego do niej m czyzny.  

      - To zatem musi by  Delwin.  

      - Zgadza si .  

      - Nie ty malowałe  te dwie karty. To nie twój styl, zreszt  nie wiedziałby  

nawet, jak wygl dali.  

      - Spostrzegawczy jeste . To mój ojciec, jeszcze w czasie zam tu... niewiele na 

tym skorzystał. Jemu te  nie chcieli pomóc.  

      - Te ?  

      - Nie byli zainteresowani udzieleniem mi pomocy, mimo braku sympatii dla 

tego miejsca. Mo esz uzna ,  e wypadli z gry.  

      - Tego miejsca? - powtórzyłem. - Jak my lisz, Luke, gdzie si  znalazłe ?  

      Szeroko otworzył oczy i rozejrzał si  dookoła.  

      - W obozie wroga - odpowiedział. - Nie miałem wyboru. To twoje pokoje w 

Amberze, zgadza si ?  

      - Nie.  

      - Nie  artuj sobie, Merle. Dostałe  mnie. Jestem twoim wi niem. Gdzie 

background image

 

69 

trafiłem?  

      - Znasz Vint  Bayle?  

      - Nie.  

      - Była kochank  Caine'a. To jej rodzinna posiadło  na wsi. Ona sama jest 

gdzie  w tym domu. Mo e nawet tu zajrzy. My l ,  e na mnie leci.  

      - Uhm... Och! Czy to twarda kobieta?  

      - Bardzo.  

      - Co ty wyrabiasz? Podrywasz j  tak krótko po pogrzebie? To niezbyt 

eleganckie.  

      - No wiesz! Gdyby nie ty, nie byłoby  adnego pogrzebu.  

      - Nie udawaj oburzenia, Merle. A ty by  si  nie m cił, gdyby to twojego ojca, 

Corwina, zabił Caine?  

      - To nieuczciwe. Mój ojciec nie zrobiłby tego, co zrobił Brand.  

      - Mo e nie, a mo e tak. Ale przypu my,  e by zrobił. Co wtedy? Nie 

zapolowałby  na Caine'a?  

      Odwróciłem si .  

      - Nie wiem - wyznałem w ko cu. - To tylko hipotezy.  

      - Zrobiłby  to, Merle, wiesz o tym doskonale. Jestem pewien.  

      Westchn łem.  

      - Mo e... No dobrze, mo e rzeczywi cie. Ale na tym bym poprzestał. Nie 

próbowałbym zamachów na pozostałych. Nie chc  ci sprawia  przykro ci, ale 

twój ojciec był psychiczny. Na pewno sam o tym wiesz. A ty nie jeste . 

Zastanawiałem si  nad tym wszystkim. Widzisz, Amber uznaje osobist  wendet , 

zatem twoja sprawa nadaje si  do obrony. I zabójstwo nie nast piło nawet w 

Amberze, gdyby ju  Random szukał dla ciebie usprawiedliwie .  

      - A dlaczego miałby szuka ?  

      - Poniewa  ja za wiadcz  o twojej uczciwo ci w innych kwestiach.  

      - Daj spokój, Merle...  

      - To przecie  klasyczny przypadek wendety: syn, który chciał pom ci   mier  

ojca.  

      - Sam nie wiem... Chwileczk , czy ty przypadkiem nie chcesz si  wykr ci  od 

powiedzenia tego, co obiecałe ?  

      - Nie, ale...  

      - No wi c dotarłe  do Twierdzy Czterech  wiatów. Czego si  tam dowiedziałe  

i w jaki sposób?  

      - No dobrze. Ale zastanów si  nad tym.  

      Twarz nawet mu nie drgn ła.  

      - Spotkałem tam starego pustelnika imieniem Dave... - zacz łem.  

      Luke usn ł, zanim sko czyłem. Mówiłem coraz ciszej, wreszcie umilkłem i 

siedziałem nieruchomo. Po pewnym czasie wstałem, znalazłem butelk  wina i 

nalałem sobie, poniewa  Luke opró nił kielich do dna. Podszedłem do okna i 

spojrzałem w dół, na patio, gdzie wiatr szele cił li mi. My lałem nad tym, co 

mówiłem Luke'owi. Nie był to pełny obraz; po cz ci dlatego,  e nie miałem czasu 

a szczegóły, ale przede wszystkim on sam nie był specjalnie zainteresowany. Lecz 

je li nawet Random formalnie uniewinni go w sprawie morderstwa Caine'a, to 

Julian lub Gerard spróbuj  go pewnie zabi  zgodnie z tym samym kodeksem 

background image

 

70 

wendety. Nie bardzo wiedziałem, co mam zrobi . Powinienem zawiadomi  o 

wszystkim Randoma, ale niech mnie diabli, je li b d  si  z tym spieszył.  

      Chciałem jeszcze zapyta  o wiele rzeczy, a kiedy Luke zostanie wi niem w 

Amberze, dost p do niego b dzie du o trudniejszy. Dlaczego musiał si  urodzi  

akurat jako syn Branda?  

      Wróciłem do krzesła przy łó ku. Obok le ały nasze miecze i Atuty Luke'a. 

Przeniosłem to wszystko w drugi koniec pokoju, gdzie usiadłem na 

wygodniejszym krze le, które zajmowałem poprzednio. Raz jeszcze przejrzałem 

karty. Zadziwiaj ce. Trzymałem w r ku kawał historii...  

      Rilga,  ona Oberona, okazała si  mało odporna, szybko zacz ła si  starze  i 

wybrała pustelnicze  ycie w wiejskim klasztorze. Oberon wyjechał i o enił si  

znowu, budz c tym niezadowolenie ich dzieci, Caine'a, Juliana i Gerarda. Ale 

eby utrudni  prac  genealogom i pedantom rodzinnego legalizmu, uczynił to w 

miejscu, gdzie czas płyn ł o wiele szybciej ni  w Amberze. Mo na wysun  

interesuj ce argumenty zarówno za, jak i przeciw bigamicznej naturze 

mał e stwa z Harl . Nie mnie to os dza . Cał  t  histori  powiedziała mi wiele lat 

temu Flora. Nigdy nie miała najlepszych stosunków z Delwinem i Sand, owocami 

tego zwi zku, popierała zatem frakcj  probigamiczn . A  do dzisiaj nie 

widziałem wizerunków Delwina i Sand. W pałacu nie było ich portretów, a o nich 

samych rzadko wspominano. Zreszt  mieszkali w Amberze przez stosunkowo 

krótki okres, kiedy Harla była królow . Po jej  mierci byli coraz bardziej 

niezadowoleni z polityki Oberona wobec ich rodzinnego kraju, gdzie cz sto 

składali wizyty. Po jakim  czasie odeszli, przysi gaj c,  e nie chc  mie  z 

Amberem nic wspólnego. Tak przynajmniej słyszałem. Mogły te  wchodzi  w gr  

jakie  rodzinne intrygi. Nie wiem. I oto zobaczyłem dwoje zaginionych członków 

królewskiej rodziny. Luke widocznie dowiedział si  o nich i nawi zał kontakt w 

nadziei,  e o ywi dawne urazy i zdob dzie sprzymierze ców. Przyznał,  e mu si  

nie udało.  

      Nie mo na przez dwie cie lat trwa  w gniewie, a według moich informacji tyle 

wła nie min ło od ich wyjazdu. Zastanawiałem si  przez moment, czy nie 

powinienem si  z nimi poł czy ; tylko po to, by powiedzie  "dzie  dobry". Je li 

odmówili pomocy Luke'owi, nie wierzyłem, by zechcieli udzieli  jej stronie 

przeciwnej, kiedy ju  dowiedzieli si ,  e istnieje jaka  przeciwna strona. Jednak 

wypadało, bym jako nie znany im jeszcze członek rodziny, przedstawił si  i zło ył 

wyrazy szacunku. Postanowiłem,  e kiedy  to zrobi ; chwila obecna nie wydawała 

si  odpowiednia. Wraz z dobrymi intencjami doło yłem ich Atuty do własnego 

zbioru.  

      Dalej był Dalt - przysi gły wróg Amberu. Studiowałem jego kart  i my lałem. 

Je li naprawd  był dobrym przyjacielem Luke'a, mo e powinienem go 

zawiadomi , co zaszło. Mo e wie co  o okoliczno ciach zaj cia i udzieli informacji, 

które zdołam wykorzysta . Im dłu ej o tym my lałem - wspominaj c niedawn  

obecno  Dalta pod Twierdz  Czterech  wiatów - tym bardziej kusz cy był 

kontakt. Całkiem mo liwe,  e dowiem si  tak e czego  na temat rozwoju sytuaoji 

w tamtym miejscu.  

      Przygryzłem kciuk. Powinienem czy nie powinienem?  

      Nic mi chyba nie groziło. Niczego nie miałem zamiaru zdradza . Mimo to 

background image

 

71 

miałem pewne obawy. Do licha, pomy lałem. Bez ryzyka... Hej, hej! Si gałem 

poprzez zimn  nagle kart ... Gdzie  tam moment zaskoczenia, potem 

zrozumienie. Wizja zafalowała niby o ywiony portret.  

      - Kim jeste ? - zapytał m czyzna, z dłoni  na r koje ci wyci gni tego do 

połowy miecza.  

      - Na imi  mi Merlin - wyja niłem. - Mamy wspólnego zuajomego, niejakiego 

Rinaldo. Chciałem ci  zawiadomi ,  e został ci ko ranny.  

      W tej chwili obaj unosili my si  pomi dzy naszymi rzeczywisto ciami, realni i 

doskonale dla siebie widoczni. Był wy szy, ni  s dziłem na podstawie portretu, i 

stał po rodku komnaty o kamiennych  cianach; okno po jego lewej r ce 

ukazywało bł kit nieba i strz p chmury. Zielone oczy, z pocz tku otwarte 

szeroko, zmru ył teraz, wysuwaj c nieco zaczepnie doln  szcz k .  

      - Gdzie on jest? - zapytał.  

      - Tutaj. Ze mn .  

      - Dobrze si  składa - stwierdził. Miecz znalazł si  w jego r ku; ruszył do 

przodu.  

      Odwróciłem Atut, ale to nie przerwało poł czenia. Musiałem wezwa  Logrus, 

który opadł mi dzy nas niby ostrze gilotyny. Doznałem wstrz su, jakbym dotkn ł 

przewodu pod napi ciem. Jedynym pocieszeniem było,  e Dalt prze ył pewnie to 

samo.  

      - Merle, co si  dzieje? - rozległ si  zachrypni ty głos Luke'a. - Widziałem... 

Dalta.  

      -- Tak. Wła nie go wywołałem.  

      Lekko uniósł glow .  

      - Po co?  

      -  eby powiedzie  mu o tobie. Jeste cie przecie  przyjaciółmi.  

      - Ty durniu! To on mnie tak urz dził.  

      Zaniósł si  kaszlem, wi c skoczyłem mu na pomoc.  

      - Przynie  troch  wody - poprosił.  

      - Ju  lec .  

      Wybiegłem do łazienki i napełniłem szklank . Podtrzymalem go, kiedy pił.  

      - Mo e powinienem ci powiedzie  - stwierdził w ko cu. - Nie my lałem...  e 

b dziesz si  bawił... w taki sposób... kiedy nie wiesz... o co chodzi...  

      Znowu zakaszlał i napił si  wody.  

      - Trudno zdecydowa , o czym ci mówi ... a o czym nie - kontynuował po 

chwili.  

      - Dlaczego nie powiesz wszystkiego? - zaproponowałem.  

      Pokr cił głow .  

      - Nie mog . To by ci  pewnie zabiło. A raczej nas obu.  

      - S dz c po ostatnich wydarzeniach, mo e to nast pi  niezale nie od tego, czy 

mi powiesz czy nie.  

      U miechn ł si  słabo i wypił jeszcze łyk.  

      - Po cz ci s  to sprawy osobiste - o wiadczył. - Nie chc  miesza  w nie innych.  

      - Rozumiem,  e twoje coroczne wiosenne zamachy na mnie te  były spraw  

osobist  - zauwa yłem. - A jednak czułem si  jako  wmieszany.  

      - Dobrze, dobrze. - Opadł na plecy i uniósł praw  r k . - Mówiłem ci przecie , 

background image

 

72 

e ju  dawno z tym sko czyłem.  

      - Ale te zamachy nie ustały.  

      - Nie były moim dziełem.  

      W porz dku, postanowiłem. Trzeba spróbowa .  

      - To była Jasra, prawda?  

      - Co o niej wies ?  

      - Wiem,  e jest twoj  matk . Domy lam si ,  e to była równie  jej wojna.  

      Skin ł głow .  

      - Wi c wiesz... Dobrze. To ułatwia spraw . - Przerwał, by nabra  tchu. Kazała 

mi organizowa  te trzydzieste kwietnia dla praktyki. Kiedy poznałem ci  lepiej i 

przerwałem, wpadła we w ciekło .  

      - I dalej działała sama?  

      Przytakn ł.  

      - Chciała,  eby  zabił Caine'a - powiedziałem.  

      - Ja te  chciałem go zabi .  

      - Ale innych? Zało  si ,  e naciskała na ciebie. A ty nie jeste  przekonany,  e 

im si  nale y.  

      Milczenie.  

      - Jeste ?  

      Odwrócił wzrok; usłyszałem, jak zgrzytu z bami.  

      - Ty nie masz si  czego ba  - o wiadczył w ko cu. - Nie mam zamiaru ci  

krzywdzi . Jej tak e nie pozwol .  

      - A co z Bleysem, Randomem, Fion , Flor , Gerardem...  

      Roze miał si , co kosztowało go skrzywienie ust i szybki ruch r k  do piersi.  

      - Je li o nas chodzi, nie musz  si  martwi  - odparł. - Nie w tej chwili.  

      - Nie rozumiem.  

      - Pomy l tylko. Mogłem si  przeatutowa  do swojego dawnego mieszkania, 

przestraszy  na  mier  nowych lokatorów i wezwa  karetk . Teraz byłbym ju  w 

szpitalu.  

      - To dlaczego nie jeste ?  

      - Wychodziłem ju  z gorszych ran. Jestem tutaj, bo potrzebuj  twojej pomocy.  

      - Tak? W czym?  

      Spojrzał na mnie, potem odwrócił głow .  

      - Ona ma kłopoty i musimy j  ratowa .  

      - Kto? - spytałem, znaj c ju  odpowied .  

      - Moja matka.  

      Miałem ochot  wybuchn   miechem, ale nie mogłem, kiedy spojrzałem mu w 

twarz. Proszenie mnie o pomoc w ratowmiu kobiety, która chciała mnie zabi , i to 

nie raz, ale wiele razy, i której  yciowym celem było unicestwienie całej mojej 

rodziny, wymagało wielkiej odwagi. Odwagi albo...  

      - Nie mam si  do kogo zwróci .  

      - Je li mnie do tego namówisz, Luke, zasłu ysz na tytuł Sprzedawcy Roku - 

o wiadczyłem. - Ale ch tnie posłucham.  

      - W gardle mi zaschło - poskar ył si .  

      Wyszedłem napełni  szklank . Kiedy wracałem, wydało mi si ,  e słysz  na 

kurytarzu jakie  szmery. Podaj c Luke'owi wod , nasłuchiwałem.  

background image

 

73 

      Wypił i skin ł głow , lecz wtedy usłyszałem kolejny szmer. Podniosłem palec 

do ust i spojrzałem na drzwi. Odstawiłem szklank , wstałem i przeszedłem przez 

pokój, chwytaj c po drodze miecz.  

      Zanim dotarłem do drzwi, kto  zapukał delikatnie.  

      - Tak? - rzuciłem podchodz c.  

      - To ja - odpowiedział głos Vinty. - Wiem,  e jest tam Luke, i chc  go 

zobaczy .  

      -  eby go wyko czy ? - spytałem.  

      - Mówiłam ci ju ,  e nie jest to moim zamiarem.  

      - W takim razie nie jeste  człowiekiem.  

      - Nigdy nie twierdziłam,  e jestem.  

      - Zatem nie jeste  Vint  Bayle - powiedziałem.  

      Zapadła długa cisza.  

      - Przypu my,  e nie.  

      - Powiedz mi wi c, kim jeste .  

      - Nie mog .  

      - Mo e spotkamy si  w połowie drogi - zaproponowałem, si gaj c do 

wszystkich swoich domysłów na jej temat. - Powiedz mi, kim była .  

      - Nie wiem, o co ci chodzi.  

      - Owszem. wiesz. Wybierz jedn , któr kolwiek. To nieistotne.  

      Znowu cisza. Wreszcie...  

      - Wyci gn łam ci  z ognia. Ale nie potrafiłam zapanowa  nad koniem. 

Umarłam w jeziorze. Otuliłe  mnie swoim płaszczem...  

      Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem. Ale wystarczała. Ostrzem miecza 

odsun łem rygiel. Pchn ła drzwi i spojrzała na kling  w mojej dłoni.  

      - Dramatyczne - zauwa yła.  

      - Wywarła  na mnie wra enie - odparłem - mówi c o niebezpiecze stwach, 

jakie mi zagra aj .  

      - Niedostatecznie mocne, jak widz . - Weszła z u miechem.  

      - O co ci chodzi?  

      - Nie słyszałam,  eby  go pytał o bł kitne kamienie ani o to, co mo e ci   ledzi  

w rezultacie zestrojenia.  

      - Podsłuchiwała .  

      - Wieloletnie przyzwyczajenie.  

      - Luke, to jest Vinta Bayle - przedstawiłem j . - Mniej wi cej.  

      Nie odrywaj c wzroku od jej twarzy, podniósł praw  r k .  

      - Chc  wiedzie  tylko jedno... - zacz ł.  

      - Nie w tpi  - przerwała mu. - Zamierzam ci  zabi  czy nie? My l o tym. 

Jeszcze nie zdecydowałam. Pami tasz, jak kiedy  zabrakło ci benzyny na północ 

od San Luis Obispo i odkryłe ,  e nie masz portfela?  eby wróci  do domu, 

musiałe  po yczy  pieni dzy od swojej dziewczyny. Przypominała ci dwa razy, 

zanim je oddałe .  

      - Sk d mo esz o tym wiedzie ? - wyszeptał.  

      - Kiedy  wdałe  si  w bójk  z trzema motocyklistami - mówiła dalej. - Niewiele 

brakowało,  eby  stracił oko, kiedy jeden z nich trafił ci  ła cuchem w głow . 

Pi knie si  zagoiło. Nie wida  nawet blizny...  

background image

 

74 

      - Wygrałem - dorzucił Luke.  

      - Tak. Niewielu ludzi potrafi tak podnie  i cisn  Harleya.  

      - Sk d to wszystko wiesz? Musisz mi powiedzie .  

      - Mo e kiedy  ci powiem. Wspomniałam o tym,  eby skłoni  ci  do szczero ci. 

Teraz zadam kilka pyta , a twoje  ycie b dzie zale e  od tego, czy szczerze mi 

odpowiesz. Rozumiesz...  

      - Vinto - wtr ciłem. - Mówiła ,  e nie chcesz zabija  Luke'a.  

      - Nie jest na szczycie mojej listy - odparła. - Ale je li jest zamieszany w to, co 

si  dzieje, zginie.  

      Luke ziewn ł.  

      - Powiem ci o tych kamieniach - wymruczał. - Nikt nie pod a teraz 

bł kitnokamiennym  ladem Merle'a.  

      - Czy Jasra mogła posła  kogo  tym tropem?  

      - Mo liwe. Nie wiem.  

      - Co z lud mi, którzy wczoraj w nocy napadli na niego w Amberze?  

      - Pierwszy raz o tym słysz  - zapewnił przymykaj c oczy.  

      - Popatrz na to - rozkazała, wyjmuj c z kieszeni niebieski guzik.  

      Otworzył oczy i spojrzał z ukosa.  

      - Poznajesz to?  

      - Nie. - Znowu opu cił powieki.  

      - I nie chcesz wyrz dzi  Merle'owi  adnej krzywdy?  

      - Zgadza si  - odpowiedział cichn cym głosem.  

      - Pozwól mu spa  - wtr ciłem, gdy znowu otworzyła usta. - Nigdzie si  st d nie 

ruszy.  

      Spojrzała zagniewana, ale kiwn ła głow .  

      - Masz racj  - przyznała.  

      - I co teraz zrobisz? Zabijesz go, póki  pi?  

      - Nie - orzekła. - Mówił prawd .  

      - Czy to jaka  ró nica?  

      - Owszem. Na razie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

75 

Rozdział 6

 

 

Wyspałem si  całkiem nie le mimo przeszkód, w tym jakiej  dalekiej walki 

psów i wycia. Vinta nie zdradzała ch ci do dalszej gry w pytania i odpowiedzi, a 

ja nie chciałem,  eby dłu ej m czyła Luke'a. Przekonałem j ,  eby sobie poszła i 

dała nam odpocz . Potem rozsiadłem si  w wygodnym fotelu i oparłem nogi o 

drugi. Liczyłem,  e na osobno ci doko cz  rozmow  z Lukiem. Pami tam,  e 

zachichotałem tu  przed za ni ciem; zastanawiałem si , komu z nich bardziej nie 

ufam.  

            Obudził mnie pierwszy brzask na niebie i jakie  kłótnie ptaków. 

Przeci gn łem si  kilka razy i ruszyłem do łazienki. W połowie ablucji usłyszałem 

kaszlni cie Luke'a, a potem wypowiedziane szeptem moje imi .  

      - Je li nie masz krwotoku, to zaczekaj chwil  - zawołałem, wycieraj c si . - 

Chcesz wody?  

      - Tak, przynie  troch .  

      Zarzuciłem r cznik na rami  i wzi łem szklank .  

      - Jest tu jeszcze? - zapytał Luke.  

      - Nie.  

      - Daj wod  i id  sprawdzi  w korytarzu, dobra? Poradz  sobie jako .  

      Kiwn łem głow  i podałem mu szklank . Jak najciszej uchyliłem drzwi. 

Wyszedłem na korytarz, zajrzałem za róg. Nie było nikogo.  

      - Teren czysty - szepn łem wracaj c do pokoju.  

      Luke znikn ł. W chwil  pó niej usłyszałem go w łazience.  

      - Zwariowałe ? Pomógłbym ci! - zawołałem.  

      - Potrafi  jeszcze sam si  odpryska  - stwierdził, staj c niepewnie w drzwiach. 

Zdrow  r k  opierał si  o  cian . - Musiałem sprawdzi , czy dam rad  - wyja nił, 

opadaj c na brzeg łó ka. Przycisn ł dłoni   ebra i oddychał ci ko. - Niech to 

diabli! Boli!  

      - Pomog  ci si  poło y .  

      - Dzi ki. Słuchaj, ona nie mo e wiedzie ,  e potrafi  nawet tyle.  

      - Dobrze. Uspokój si . Wypoczywaj.  

      Pokr cił głow .  

      - Chc  ci powiedzie  jak najwi cej, zanim ona znowu tu wpadnie. A zrobi to, 

mo esz mi wierzy .  

      - Taki jeste  pewny?  

      - Tak. Nie jest człowiekiem, a jest lepiej zestrojona z nami dwoma ni  

wszystkie bł kitne kamienie razem. Nie znam twojego stylu magii, ale ja mam 

własny i rozumiem, co mi mówi. To twoje pytanie, kim była, skłoniło mnie do 

namysłu. Rozszyfrowałe  j  ju ?  

      - Nie, nie do ko ca.  

      - Ja wiem,  e potrafi zmienia  ciała jak ubrania... i mo e podró owa  przez 

Cie .  

      - Czy nazwiska Meg Devlin albo George'a Hansem co  ci mówi ?  

      - Nie. A powinny?  

      - Nie przypuszczam. Ale jestem pewien,  e była nimi obojgiem.  

      Nie wspomniałem o Danie Martinezie. Nie dlatego,  e strzelał si  z Lukiem i 

background image

 

76 

po tej informacji stałby si  jeszcze bardziej nieufny. Raczej dlatego,  e nie 

powinien si  domy li ,  e wiem o jego partyzanckich operacjach w Nowym 

Meksyku, a rozmowa doprowadziłaby nas pewnie do tej sprawy.  

      - Była te  Gail Lampron.  

      - T  twoj  dziewczyn , jeszcze w szkole?  

      - Tak. Od razu zauwa yłem w niej co  znajomego. Ale zrozumiałem dopiero 

pó niej. Widzisz, ona ma wszystkie te drobne gesty Gail to, jak odwraca glow , co 

robi z r kami i oczami podczas rozmowy. A potem wspomniała o dwóch 

zdarzeniach, które miały tylko jednego wspólnego  wiadka: Gail.  

      - Mam wra enie,  e chciała, by  wiedział.  

      - Tak s dz  -- zgodził si .  

      - Ciekawe tylko, dlaczego nie powiedziała tego wprost.  

      - Chyba nie mo e. Podlega jak gdyby zakl ciu, chocia  nie wiadomo, bo 

przecie  nie jest człowiekiem. - Mówi c to, spogl dał ukradkiem w stron  drzwi. - 

Sprawd  jeszcze raz - poprosił.  

      - Nadal czysto - oznajmiłem. - A co powiesz...  

      - Innym razem - przerwal mi. - Musz  si  st d wydosta .  

      - Rozumiem,  e wolisz nie by  zbyt blisko niej... - zacz łem.  

      Pokr cił głow .  

      - Nie w tym rzecz. Musz  jak myszybciej zaatakowa  Twierdz  Czterech 

wiatów.  

      - W twoim stanie...  

      - No wła nie. O to mi chodzi. Musz  si  st d wydosta ,  eby szybko wróci  do 

formy. My l ,  e stary Sharu Garrul si  uwolnił. Tylko tak umiem wytłumaczy  

to, co si  stało.  

      - A co si  stało?  

      - Odebrałem od matki wezwanie o pomoc. Kiedy uwolniłem j  od ciebie, 

wróciła do Twierdzy.  

      - Dlaczego?  

      - Co dlaczego?  

      - Dlaczego wróciła do Twierdzy?  

      - Wiesz, to o rodek mocy. Ł cz  si  tam cztery  wiaty, a to wyzwala mas  

swobodnej energii, któr  adept mo e wykorzysta ...  

      - Naprawd  stykaj  si  tam cztery  wiaty? To znaczy,  e zale nie od kierunku 

marszu trafiasz do ró nych cieni?  

      Przygl dał mi si  przez chwil .  

      - Tak - potwierdził wreszcie. - Ale nigdy nie sko cz , je li b dziesz pytał o 

wszystkie szczegóły.  

      - A ja nie zrozumiem, je li zbyt wiele opu cisz. Czyli wróciła do Twierdzy, 

eby nabra  sił, a tymczasem wpadła w kłopoty. Wezwała ci ,  eby  jej pomógł. 

Po co jej była ta moc?  

      - Hm... Wiesz, miałem problemy z Ghostwheelem. My lałem ju ,  e zaraz go 

przekonam do przej cia na nasz  stron . Ale ona uznała chyba,  e nie czyni  

dostatecznych post pów, i najwyra niej spróbowała zwi za  go pot nym 

zakl ciem, kiedy...  

      - Chwileczk ! Rozmawiałe  z Ghostem? Jak si  z nim poł czyłe ? Te Atuty, 

background image

 

77 

które rysowałe , s  do niczego.  

      - Wiem. Poszedłem tam.  

      - Jak ci si  udało?  

      - W kostiumie płetwonurka. Miałem piank  i butle z tlenem.  

      - Ty spryciarzu! Interesuj ce podej cie.  

      - Nie na darmo byłem najlepszym handlowcem w Grand D. Ju  prawie go 

przekonałem. Ale ona dowiedziała si , gdzie ci  zapuszkowałem. Postanowiła 

przyspieszy  sprawy, opanowa  twój umysł, a potem wykorzysta  dla 

przypiecz towania umowy. Rozumiesz, tak jakby  ty te  przeszedł na nasz  

stron . W ka dym razie ten plan zawiódł, musiałem przyby  i wyrwa  ci j . 

Potem si  rozdzielili my. My lałem,  e jedzie do Kashfy, ale ona ruszyła do 

Twierdzy. Mówiłem ju : przypuszczam,  e próbowała jakich  magicznych akcji 

przeciw Ghostwheelowi. I my l ,  e przypadkiem uwolniła Sharu, a ten odbił 

zamek i uwi ził j . W ka dym razie dotarło do mnie rozpaczliwe wezwanie, 

wi c...  

      - Ten stary czarownik - mrukn łem. - Był tam zamkni ty przez... jak długo?  

      Luke próbował wzruszy  ramionami, ale zrezygnował.  

      - Sk d mam wiedzie , u licha? Słu ył za wieszak, jeszcze. kiedy byłem 

dzieckiem.  

      - Wieszak?  

      - Tak. Przegrał czarnoksi ski pojedynek. Nie wiem wła ciwie, czy to ona go 

załatwiła czy ojciec. Ktokolwiek to zrobił, dostał go w połowie inwokacji, z 

rozło onymi r kami i w ogóle. Tak zamarł, sztywny jak deska. Pó niej postawili 

go koło wej cia. Ludzie wieszali na nim płaszcze i kapelusze, słu ba odkurzała go 

od czasu do czasu. Nawet wyryłem mu na nodze swoje imi , jak na drzewie. 

Zawsze my lałem,  e to mebel. Wiele lat pó niej dowiedziałem si ,  e w swoim 

czasie miał opini  niezłego zawodnika.  

      - Czy nosił przy pracy bł kitn  mask ?  

      - Zagi łe  mnie. Nic nie wiem o jego stylu. Słuchaj, zostawmy te akademickie 

dyskusje, bo ona wróci tu, zanim sko czymy. Mo e nawet powinni my znikn  

ju  teraz, a pó niej opowiem ci reszt .  

      - No tak... - mrukn łem. - Jak sam zauwa yłe  w nocy, jeste  moim wi niem. 

Musiałbym zwariowa ,  eby ci  wypu ci , zanim powiesz mi o wiele wi cej ni  do 

tej pory. Stanowisz zagro enie dla Amberu. Bomba, któr  rzuciłe  w czasie 

pogrzebu, była a  nadto reałna. S dzisz,  e dam ci jeszcze jedn  szans ?  

      U miechn ł si , ale tylko na moment.  

      - Dlaczego musiałe  si  urodzi  jako syn Corwina? - mrukn ł. - Przyjmiesz 

moje słowo?  

      - Nie wiem. B d  miał kłopoty, kiedy si  dowiedz ,  e ju  ci  trzymałem i 

wypu ciłem. Co proponujesz? Przysi gniesz zrezygnowa  z wojny z Amberem?  

      Przygryzł warg .  

      - Nie mog  tego zrobi , Merle. Absolutnie.  

      - Nie mówisz mi o pewnych sprawach, prawda?  

      Skin ł głow . I nagle u miechn ł si .  

      - Ale zło  ci propozycj  nie do odrzucenia.  

      - Luke, sko cz z tymi głodnymi kawałkami.  

background image

 

78 

      - Daj mi jedn  minut , zgoda? Sam zobaczysz,  e nie mo esz sobie pozwoli  

na odmow .  

      - Luke, nie dam si  na to nabra .  

      - Tylko minut . Sze dziesi t sekund. Kiedy sko cz , zawsze mo esz 

powiedzie : nie.  

      - No dobrze - westchn łem. - Mów.  

      - Dobra. Posiadam informacj  kluczow  dla bezpiecze stwa Amberu i jestem 

pewien,  e nikt nawet si  nie domy la, o co chodzi. Przeka  ci j , je li mi 

pomo esz.  

      - Dlaczego chcesz nam odda  tak  wiadomo ? To jakby  grał przeciwko sobie.  

      - Wcale nie chc . I rzeczywi cie gram. Ale nic wi cej nie mam do 

zaoferowania. Pomó  mi przenie  si  st d do miejsca, które znam i gdzie czas 

płynie tak szybko,  e wyzdrowiej  w ci gu dnia czy dwóch czasu Twierdzy.  

      - Albo tutejszego, jak przypuszczam.  

      - Fakt. Potem... Och, auu... Padł na plecy, zdrow  r k  przycisn ł ran  na 

piersi i zacz ł j cze .  

      - Luke!  

      Podniósł głow , mrugn ł do mnie, spojrzał na drzwi i j czał dalej.  

      Po chwili usłyszałem pukanie.  

      - Prosz ! - zawołałem.  

      Weszła Vinta i przyjrzała si  nam obu. Kiedy patrzyła na Luke'a, miałem 

wra enie,  e na jej twarzy pojawił si  wyraz szczerej troski. Podeszła i poło yła 

mu dłonie na ramionach.  

      - Prze yjesz - oznajmiła po minucie.  

      - W tej chwili - burkn ł - sam nie wiem, czy to błogosławie stwo, czy raczej 

przekle stwo.  

      Niespodziewanie obj ł j  zdrow  r k , przyci gn ł do siebie i pocałował.  

      - Cze , Gail - rzucił. - Dawno si  nie widzieli my.  

      Cofn ła si , lecz nie tak szybko, jak mógłbym oczekiwa .  

      - Widz ,  e ju  ci si  polepszyło - zauwa yła. - Merle zrobił co ,  eby ci pomóc. 

- U miechn ła si  lekko. - Tak, rzeczywi cie dawno, głuptasie. Nadal lubisz jajka 

przysma one z obu stron?  

      - Tak. Ale nie pół tuzina. Dzisiaj wystarcz  dwa. Nie jestem w najlepszej 

formie.  

      - Dobrze. Chod my, Merle. B dziesz musiał mi pomóc.  

      Luke spojrzał na mnie dziwnie, z pewno ci  przekonany,  e Vinta chce 

porozmawia  wła nie o nim. Ja z kolei nie byłem pewien, czy mog  zostawi  go 

samego. Wprawdzie miałem w kieszeni wszystkie Atuty, ale wci  nie do ko ca 

znałem jego mo liwo ci, a jeszcze mniej zamiary. Dlatego oci gałem si .  

      - Mo e kto  powinien zosta  z inwalid ?  

      - Nic mu nie b dzie - stwierdziła. - A przyda mi si  twoja pomoc, bo nie chc  

przestraszy  słu by.  

      Z drugiej strony, mo e miała do powiedzenia co  ciekawego...  

      Wci gn łem koszul  i przygładziłem włosy.  

      - Dobra - mrukn łem. - To na razie, Luke.  

      - Mo e znajdziesz dla mnie jak  lask , wytniesz kij albo co  podobnego.  

background image

 

79 

      - Chyba za bardzo ci si  spieszy - stwierdziła Vinta.  

      - Nigdy nic nie wiadomo.  

      Zabrałem ze sob  miecz. Na schodach przyszło mi do głowy,  e kiedy tylko 

dwoje z naszej trójki spotykało si  na osobno ci, na ogół mieli sobie do 

powiedzenia co  o tym trzecim.  

      - Ryzykował, zwracaj c si  do ciebie - zauwa yła Vinta, kiedy tylko Luke 

znalazł si  poza zasi giem głosu.  

      - To prawda.  

      - Musiało mu si   le układa , skoro uznał,  e tylko ciebie mo e prosi  o 

pomoc.  

      - To tak e prawda.  

      - Jestem równie  przekonana,  e chce czego  wi cej, nie tylko bezpiecznej 

kryjówki, gdzie mógłby wróci  do zdrowia.  

      - Prawdopodobnie.  

      - "Prawdopodobnie", akurat. Na pewno ju  ci  o to prosił.  

      - Mo liwe.  

      - Prosił czy nie prosił?  

      - Vinto, najwyra niej powiedziała  mi ju  wszystko, co zamierzała  

powiedzie  - o wiadczyłem. - I vice versa. Rachunki wyrównane. Nie musz  ci 

niczego wyja nia . Je li zechc  zaufa  Luke'owi, zrobi  to. Zreszt , jeszcze nie 

zdecydowałem.  

      - Wi c zło ył ci propozycj . Mog  ci pomóc podj  decyzj , je li zdradzisz, o 

co chodzi.  

      - Nie, dzi kuj . Nie jeste  lepsza od niego.  

      - Dbam tylko o twoje bezpiecze stwo. Nie spiesz si  z odrzucaniem 

sprzymierze ca.  

      - Nie spiesz  si  - zapewniłem. - Ale je li si  chwil  zastanowisz, sama 

przyznasz,  e znam go lepiej ni  ciebie. Chyba wiem, w jakich sprawach nie 

powinienem mu ufa , a które s  bezpieczne.  

      - Mam nadziej ,  e nie stawiasz w tej grze swojego karku.  

      U miechn łem si .  

      - W tej kwestii jestem do  konserwatywny.  

      Dotarli my do kuchni. Vinta porozmawiała chwil  z kobiet , której wcze niej 

nie spotkałem, a która chyba tu rz dziła. Przekazała jej instrukcje co do 

niadania, po czym bocznymi drzwiami wyprowadziła mnie na patio. Wskazała 

k p  drzew po wschodniej stronie.  

      - Znajdziesz tam do  młodych p dów na lask  dla Luke'a.  

      - Zapewne. - Ruszyli my w tamtym kierunku. - Wi c naprawd  była  Gail 

Lampron - powiedziałem nagle.  

      - Tak.  

      - Nie rozumiem tej zamiany ciał.  

      - A ja nie b d  ci tłumaczy .  

      - Powiesz, dlaczego nie?  

      - Nie.  

      - Nie mo esz czy nie chcesz?  

      - Nie mog .  

background image

 

80 

      - Ale gdybym ju  co  wiedział, zgodzisz si  o wieci  mnie jeszcze troch ?  

      - Mo e. Spróbuj.  

      - Jako Dan Martinez strzeliła  do jednego z nas. Do którego?  

      - Do Luke'a - odpowiedziała.  

      - Czemu?  

      - Nabrałam przekonania,  e to nie on... to znaczy,  e on ci zagra a...  

      - ...i chciała  mnie chroni  - doko czyłem.  

      - Dokładnie.  

      - Co miała  na my li mówi c: " e to nie on"?  

      - Przej zyczenie. To chyba odpowiednie drzewko.  

      Parskn łem.  

      - Za grube. Dobrze, niech b dzie.  

      Wszedłem z g szcz. Po prawej stronie dostrzegłem pewne mo liwo ci. Id c 

w ród iglic poranka przebijaj cych strop gał zi, gdy mokre li cie i rosa lgn ły do 

moich butów, dostrzegłem po drodze jakie  niezwykłe  lady, rz d zagł bie  

prowadz cy dalej na prawo, gdzie...  

      - Co to jest? - spytałem retorycznie, gdy  nie spodziewałem si , by Vinta znała 

odpowied . Skr ciłem ku ciemnej masie w cieniu pod starym drzewem.  

      Dotarłem na miejsce pierwszy. To był jeden z psów Bayle'ów - wielki, 

br zowy okaz. Miał rozerwane gardło. Krew poczerniała ju  i zakrzepła. Dalej na 

prawo zauwa yłem szcz tki mniejszego psa - co  wypruło mu flaki.  

      Zbadałem najbli sz  okolic . Na mokrej ziemi odbiły si   lady bardzo 

wielkich łap. Nie były to jednak trójpalczaste łapy tych morderczych, 

psiopodobnych stworów, które poznałem dawniej. Te wydawały si  po prostu 

tropem bardzo wielkiego psa.  

      - Pewnie to wła nie słyszałem w nocy - zauwa yłem. - Brzmiało to tak, jakby 

gryzły si  psy.  

      - Kiedy to było? - spytała.  

      - Niedługo po twoim wyj ciu. Drzemałem.  

      Wtedy zrobiła co  dziwnego. Przykl kła, schyliła si  i obw chała  lady. Kiedy 

wstała, jej twarz wyra ała lekkie zdziwienie.  

      - Co znalazła ? - zapytałem.  

      Pokr ciła głow , potem spojrzała na północny wschód.  

      - Nie jestem pewna - stwierdziła po chwili. - Ale to odeszło t dy.  

      Dokładniej przestudiowałem grunt, wyprostowałem si  i ruszyłem tropem 

napastnika. Rzeczywi cie, odbiegł w tamt  stron ; zgubiłem trop po kilkuset 

metrach, kiedy opu cił zagajnik. Zawróciłem.  

      - To pewnie który  z psów zaatakował pozostałe - stwierdziłem. - Lepiej 

znajd my Luke'owi ten kij i wracajmy, je li chcemy zje  ciepłe  niadanie.  

      W kuchni dowiedzieli my si ,  e posiłek Luke'a został odesłany do pokoju. Nie 

wiedziałem, co robi . Chciałem przył czy  si  do niego i kontynuowa  rozmow . 

Gdybym jednak tak post pił, Vinta poszłaby za mn  i z rozmowy trzeba by 

zrezygnowa . W takich okoliczno ciach z ni  równie  nie mógłbym rozmawia  

swobodnie. B d  wi c musiał zosta  z ni  na dole, a zatem zostawi  Luke'a 

samego dłu ej, ni  miałem na to ochot . Zgodziłem si  wi c, gdy zaproponowała:  

      - Zjedzmy tutaj.  

background image

 

81 

      Zaprowadziła mnie do wielkiej sali. Przypuszczam,  e wybrała j , gdy  okno 

mojego pokoju wychodziło na patio i Luke słyszałby nas, gdyby my tam usiedli. 

Zaj li my miejsca na ko cu długiego stołu z ciemnego drewna. Tam 

przygotowano nam nakrycia.  

      - Co teraz zrobisz? - odezwała si , gdy zostali my sami.  

      - O co ci chodzi? - spytałem, s cz c sok winogronowy.  

      Spojrzała w gór .  

      - Z nim - wyja niła. - Zabierzesz go do Amberu?  

      - To by było logiczne.  

      - Dobrze. Powiniene  chyba przetransportowa  go jak najszybciej. W pałacu 

maj  niezły sprz t medyczny.  

      - Tak zrobi  - przytakn łem.  

      Przez chwil  jedli my w milczeniu.  

      - Zrobisz to, prawda? - upewniła si  Vinta.  

      - Czemu pytasz?  

      - Poniewa  ka da inna decyzja byłaby niem dra. Ale on nie zechce tam 

jecha . Spróbuje zatem namówi  ci  do czego , co da mu pewn  swobod  na czas 

powrotu do zdrowia. Sam wiesz,  e potrafi człowieka zagada . Przekona ci ,  e to 

znakomity pomysł, cokolwiek to b dzie. Musisz pami ta ,  e jest wrogiem 

Amberu, a kiedy b dzie gotów do kolejnego ataku, ty staniesz si  przeszkod .  

      - To ma sens - przyznałem.  

      - Jeszcze nie sko czyłam.  

      - Och?  

      U miechn ła si  i na chwil  zaj ła jedzeniem, pozwalaj c mi na domysły.  

      - Miał powód,  eby zwróci  si  wła nie do ciebie - podj ła w ko cu. - Mógł si  

zaszy  w dowolnym miejscu i tam liza  rany. Zjawił si  u ciebie, poniewa  czego  

chce. Ryzykuje, ale to wykalkulowane ryzyko. Nie zgadzaj si  na to, Merle. Nic 

mu nie jeste  winien.  

      - Sam nie wiem, czemu wła ciwie uwa asz,  e sam nie potrafi  o siebie zadba .  

      - Tego nie powiedziałam. Ale czasem argumenty s  wyrównane i odrobina 

wsparcia mo e zawa y  na decyzji, Znasz Luke'a, ale ja równie . To nie jest 

odpowiednia pora, by mu ust powa .  

      - Co  w tym jest - przyznałem.  

      - A wi c postanowiłe  da  mu to, czego chce!  

      U miechn łem si  i łykn łem kawy.  

      - Do licha, nie był dostatecznie długo przytomny,  eby sprzeda  mi swój towar 

- odparłem. - Zastanawiałem si  nad tym i chc  wiedzie , o co mu chodzi.  

      - Nie twierdz ,  e nie powiniene  dowiedzie  si  jak najwi cej. Przypominam 

tylko,  e rozmowa z Lukiem to czasem co  w rodzaju dyskusji ze smokiem.  

      Znowu napiłem si  kawy.  

      - Lubiła  go? - zapytałem.  

      - Lubiłam? - powtórzyła. - Tak. I nadal go lubi . Ale w tej chwili nie ma to 

znaczenia.  

      - Nie jestem pewien.  

      - Co masz na my li?  

      - Nie skrzywdziłaby  go bez wa nych powodów.  

background image

 

82 

      - Nie. To prawda.  

      - W tej chwili nie jest dla mnie gro ny.  

      - Tak si  wydaje.  

      - A gdybym zostawił go pod twoj  opiek  i sam pojechał do Amberu,  eby 

przej  Wzorzec i przygotowa  ich na wie ci?  

      Energicznie potrz sn ła głow .  

      - Nie - o wiadczyła. - Nie b d ... nie mog ... przyj  w tej chwili takiej 

odpowiedzialno ci.  

      - Dlaczego nie?  

      Zawahała si .  

      - Tylko mi nie mów,  e nie mo esz - ci gn łem. - Znajd  jaki  sposób i 

powiedz tyle, ile zdołasz.  

      Odpowiedziała powoli, jakby starannie dobierała ka de słowo.  

      - Poniewa  wa niejsze jest dla mnie piłnowanie ciebie ni  Luke'a. Wci  grozi 

ci niebezpiecze stwo, którego nie rozumiem, nawet, je li nie on jest tego 

bezpo redni  przyczyn . Strze enie ci  przed nieznan  gro b  ma wy szy 

priorytet ni  opieka nad nim. Tym samym nie mog  tu pozosta . Je li ty wracasz 

do Amberu, to ja tak e.  

      - Wdzi czny jestem za trosk , ale nie chc ,  eby  za mn  chodziła.  

      - Oboje nie mamy wyboru.  

      - Przypu my,  e po prostu wyatutuj  si  st d do jakiego  dalekiego cienia?  

      - B d  zmuszona pod y  za tob .  

      - W tej postaci, czy jakiej  innej?  

      Odwróciła głow  i zacz ła grzeba  w talerzu.  

      - Przyznała  ju ,  e mo esz by  innymi osobami. Odnajdujesz mnie w jaki  

tajemniczy sposób, a potem przejmujesz kontrol  nad kim  z mojego otoczenia.  

      Podniosła do ust fili ank .  

      - By  mo e co  nie pozwala ci tego przyzna  - mówiłem dalej. - Ale tak wła nie 

jest. Wiem o tym.  

      Sztywno skin ła głow  i wróciła do, jedzenia.  

      - Powiedzmy,  e wyatutuj  si  w tej chwili - powiedziałem. - A ty ruszysz za 

mn , wykorzystuj c swoje tajemnicze metody. - Wspomniałem rozmowy 

telefoniczne z Meg Devlin i pani  Hansen. - Wtedy prawdziwa Vinta Bayle obudzi 

si  we własnym ciele z luk  w pami ci. Tak?  

      - Tak - przyznała cicho.  

      - A Luke znajdzie si  w towarzystwie kobiety, która z rado ci  go zabije, gdy 

tylko si  domy li, z kim ma do czynienia.  

      - Dokładnie tak. - U miechn ła si  blado.  

      Przez chwil  jedli my w milczeniu. Próbowała ograniczy  mój wybór, skłoni  

mnie, bym przeatutował si  do Amberu i zabrał Luke'a ze sob . Nie lubi , kiedy 

si  mn  kieruje albo do czego  zmusza. Odruchowo robi  wtedy co  innego, ni  

ode mnie oczekuj . Nalałem kawy do fili anek. Spojrzałem na kolekcj  psich 

portretów na  cianie. Wypiłem troch , rozkoszuj c si  smakiem. Milczałem, bo 

nie przychodziło mi do głowy nic, co mógłbym jeszcze doda .  

      W ko cu ona zacz ła.  

      - I co zrobis ? - zapytała.  

background image

 

83 

      Dopiłem kaw  i wstałem.  

      - Zanios  Luke'owi lask  - odparłem.  

      Wsun łem krzesło na miejsce i przeszedłem do rogu, gdzie postawiłem kij.  

      - A potem? - Nie ust powała. - Co zrobisz potem?  

      Spojrzałem na ni , wa c kij w dłoni. Siedziała wyprostowana sztywno, z 

dło mi na blacie stołu. Znowu dostrzegłem w jej twarzy mask  Nemezis. Czułem 

niemal elektryzacj  powietrza.  

      - To co musz  - odpowiedziałem, ruszaj c do drzwi.  

      Przyspieszyłem, gdy tylko znikn łem jej z oczu. Na schodach, kiedy byłem 

pewien,  e za mn  nie idzie, przeskakiwałem po dwa stopnie. Po drodze wyj łem 

z kieszeni karty i odszukałem wła ciwa.  

      Luke odpoczywał wsparty na poduszkach. Taca ze  niadaniem stała na 

krzesełku obok łó ka. Zaryglowałem drzwi.  

      - Co si  dzieje, chłopie? Atakuj  nas czy co? - zapytał.  

      - Zbieraj si  - rzuciłem.  

      Wzi łem jego miecz, podszedłem do łó ka, pomogłem mu usi

 i wcisn łem 

do r k bro  i kij.  

      - Nie mam wyboru - wyja niłem. - A nie chc  oddawa  ci  Randomowi.  

      - Pocieszaj ce - zauwa ył.  

      - Ale musimy si  wynie . Natychmiast.  

      - Je li o mnie chodzi, to zgoda.  

      Wsparł si  na kiju i wstał ostro nie. Usłyszałem jaki  hałas w korytarzu, ale 

było ju  za pó no. Uniosłem kart  i skoncentrowałem si .  

      Kto  zacz ł dobija  si  do drzwi.  

      - Co  planujesz i uwa am,  e robisz bł d! - zawołała Vinta.  

      Nie odpowiadałem. Wizja krystalizowała si . Framuga p kła pod straszliwym 

kopni ciem, a wyrwany rygiel zawisł lu no. Luke spojrzał lekko przestraszony, 

kiedy chwyciłem go za rami .  

      - Chod my.  

      Vinta wpadła do pokoju, kiedy przeprowadzałem ju  Luke'a. Wyci gała r ce, 

oczy jej błyszczały, a krzyk "Głupcze!" zdawał si  przechodzi  w wycie, gdy 

oblała j  t cza. Potem zafalowała i znikn ła.  

      Stali my na trawie. Luke wypu cił powietrze - musiał wstrzymywa  oddech.  

      - Lubisz chyba takie zagrania na ostatni  chwil  - stwierdził. Potem rozejrzał 

si  i rozpoznał okolic .  

      U miechn ł si  krzywo.  

      - Kto by pomy lał - mrukn ł. - Kryształowa grota.  

      - Z własnego do wiadczenia wiem,  e czas płynie tu w tempie mniej wi cej 

takim, jakiego potrzebujesz.  

      Skin ł głow . Ruszyli my wolno w kierunku wysokiego, niebieskiego wzgórza.  

      - Wci  jest mnóstwo zapasów - dodałem. - A  piwór powinien le e  tam, 

gdzie go zostawiłem.  

      - Przyda si  - mrukn ł.  

      Zatrzymał si  zdyszany, zanim dotarłi my do stóp wzgórza. Dostrzegłem,  e 

spogl da w lewo, na garstk  porozrzucanych ko ci. Min ło pewnie kilka miesi cy, 

odk d padła tam ta dwójka, która usun ła głaz.  cierwojady miały do  czasu, 

background image

 

84 

eby solidnie wykona  swoj  robot . Luke wzruszył ramionami, zrobił par  

kroków i wsparł si  o niebiesk  skał . Wołno opadł do pozycji siedz cej.  

      - B dziesz musiał zaczeka , zanim spróbuj  wej  na gór  - oznajmił. - Nawet 

z twoj  pomoc .  

      - Jasne - zgodziłem si . - Mo emy doko czy  rozmowy. O ile pami tam, 

chciałe  wła nie zło y  mi propozycj  nie do odrzucenia. Ja miałem przenie  ci  

w takie miejsce jak to, gdzie odzyskasz siły szybko, według czasu Twierdzy. Ty z 

kolei obiecałe  przekaza  informacj  istotn  dla bezpiecze stwa Amberu.  

      - Zgadza si  - przyznał. - Nie słyszałe  te  ko ca mojej historii. Jedno wi e si  

z drugim.  

      Przykucn łem naprzeciw niego.  

      - Mówiłe ,  e twoja matka uciekła do Twierdzy, wpadła w jakie  kłopoty i 

wezwała ci  na pomoc.  

      - Tak - potwierdził. - Zostawiłem sprawy z Ghostwheelem i próbowałem jako  

jej pomóc. Skontaktowałem si  z Daltem, a on zgodził si  przyby  i zaatakowa  

Twierdz .  

      - Zawsze dobrze jest mie  znajomy oddział najemników, których mo na 

szybko sprowadzi  - stwierdziłem. Spojrzał na mnie spod oka, ale zdołałem 

zachowa  niewinn  min .  

      - Poprowadzili my wi c ludzi przez Cie  i ruszyli my do szturmu - 

kontynuował. - To nas musiałe  widzie , kiedy tam byłe .  

      Wolno pokiwałem głow .  

      - Wygl dało na to,  e pokonali cie mury. Co si  nie udało?  

      - Wci  nie wiem. Wszystko szło dobrze. Obrona si  sypała, wdzierali my si  

coraz gł biej, a  nagle Dalt napadł na mnie. Rozdzielili my si  na pewien czas, 

potem zjawił si  znowu i zaatakował. Najpierw my lałem,  e si  pomylił; obaj 

byli my brudni i pokrwawieni. Krzykn łem,  e to ja. Ale nie ust pował. Dlatego 

tak mnie posiekał. Z pocz tku nie chciałem mu robi  krzywdy, bo s dziłem,  e to 

jakie  nieporozumienie i za par  sekund zauwa y swój bł d.  

      - My lisz,  e ci  sprzedał? Czy mo e planował to ju  wcze niej? Jakie  urazy?  

      - Nie mog  w to uwierzy .  

      - Zatem magia?  

      - Mo e. Nie wiem.  

      Przyszła mi do głowy niezwykła my l.  

      - Czy wiedział,  e zabiłe  Caine'a? - zapytałem.  

      - Nie. Postanowiłem nikomu nie zdradza  wszystkiego na swój temat.  

      - Nie oszukujesz mnie, co?  

      Roze miał si  i zrobił ruch, jakby chciał klepn  mnie w rami , ale zaraz 

skrzywił si  i zrezygnował.  

      - Dlaczego pytasz? - rzucił po chwili.  

      - Sam nie wiem. Z ciekawo ci.  

      - Pewnie - mrukn ł. - Pomó , mi wej  na gór  i do  rodka - dodał. - Zobacz , 

ile zostawiłe  zapasów.  

      - Dobrze.  

      Wstałem i pomogłem mu si  podnie . Przeszli my kawałek na prawo, gdzie 

zbocze było najłagodniejsze, i wolno doprowadziłem go na szczyt.  

background image

 

85 

      Oparł si  na lasce i zajrzał do otworu.  

      - Niełatwe zej cie - stwierdził. - Przynajmniej dla mnie. Z pocz tku my lałem, 

e podtoczysz beczk  ze spi arni, a ja zeskocz  na ni , a potem na ziemi . Ale 

teraz widz ,  e to jeszcze gł biej, ni  pami tam. Na pewno co  sobie złami .  

      - Hmm... - mrukn łem. - Zaczekaj. Mam pewien pomysł.  

      Zawróciłem. Na dole skr ciłem w prawo wzdłu  podstawy bł kitnego zbocza, 

min łem dwie l ni ce skarpy i znikn łem Luke'owi z oczu.  

      Wolałem bez koniecznej potrzeby nie u ywa  Logrusu w jego obecno ci. Nie 

powinien wiedzie , jak załatwiam pewne rzeczy i nie miałem ochoty mu 

u wiadamia , co potrafi , a czego nie. Te  nie lubi  zdradza  zbyt wiele na swój 

temat.  

      Logrus pojawił si  na mój zew, a ja si gn łem w niego i wyci gn łem 

ramiona. Pragnienie zadr ało, celem si  stało. Płyn ło wezwanie jak my li 

wołanie, daleko, coraz dalej...  

      Strasznie długo wyci gałem logrusowe ramiona. Musieli my naprawd  trafi  

w jakie  pustkowie Cienia...  

      Kontakt.  

      Nie szarpałem, a raczej wywierałem powolny, stały nacisk. Czułem, jak sunie 

ku mnie poprzez cienie.  

      - Hej, Merle! Wszystko w porz dku?  

      - Tak - odpowiedziałem, nie wchodz c w szczegóły.  

      Bli ej, jeszcze bli ej...  

      Jest!  

      Zachwiałem si , gdy przybyła zdobycz, poniewa  wpadła na mnie zbyt blisko 

jednego z ko ców. Drugi uderzył o ziemi . Przesun łem si  do  rodka, chwyciłem 

mocno, podniosłem i ruszyłem z powrotem. Uło yłem j  na stromym odcinku 

stoku, kawałek przed miejscem, gdzie zostawiłem Luke'a, i wszedłem szybko. 

Potem ci gn łem j  za sob .  

      - Sk d wzi łe  drabin ? - zdziwił si .  

      - Znalazłem.  

      - To z boku wygl da jak  wie a farba.  

      - Widocznie kto  zgubił j  niedawno.  

      Opu ciłem drabin  do otworu. Kiedy si gn ła dna, z góry wystawał jeszcze 

prawie metr. Przesun łem j  kawałek,  eby poprawi  stabilno .  

      - Zaczn  schodzi  pierwszy - powiedziałem. - I b d  tu  pod tob .  

      - Znie  najpierw moj  lask  i miecz, dobrze?  

      - Pewnie.  

      Zniosłem. Zanim wyszedłem na gór , Luke chwycił szczeble i rozpocz ł 

zej cie.  

      - Bodziesz mnie musiał nauczy  tej sztuczki - o wiadczył dysz c ci ko.  

      - Nie wiem, o co ci chodzi - odpowiedziałem.  

      Schodził powoli, odpoczywaj c na ka dym szczeblu. Na dole był spocony i 

zdyszany. Natychmiast opadł na ziemi  i przycisn ł dło  do piersi. Po dłu szej 

chwili przeczołgał si  do tyłu i oparł o  cian .  

      - Dobrze si  czujesz? - zapytałem.  

      - B d  si  czuł. - Kiwn ł głow . - Za par  minut. Cios w pier  zawsze odbiera 

background image

 

86 

siły.  

      - Chcesz koc?  

      - Nie, dzi kuj .  

      - Odpocznij tutaj, a ja sprawdz  w spi arni, czy kto  nie dobrał si  do 

zapasów. Przynie  ci co ?  

      - Troch  wody.  

      Zapasom nic si  nie stało, a  piwór le ał na miejscu. Wróciłem do Luke'a z 

wod  i kilkoma ironicznymi wspomnieniami tamtych chwil, kiedy on zrobił dla 

mnie to samo.  

      - Dobra wiadomo  - powiedziałem. - Wszystkiego jest pod dostatkiem.  

      - Nie wypiłe  chyba całego wina? - spytał mi dzy jednym łykiem wody a 

drugim.  

      - Nie.  

      - To dobrze.  

      - Mówiłe ,  e posiadasz informacj  niezwykle istotn  dla interesów Amberu - 

przypomniałem. - Powiesz mi teraz?  

      - Jeszcze nie. - U miechn ł si .  

      - My lałem,  e taka była umowa.  

      - Nie słyszałe  wszystkiego. Przerwano nam.  

      Potrz sn łem głow .  

      - No dobrze, przerwano nam - zgodziłem si . - Powiedz mi reszt .  

      - Musz  stan  na nogach,  eby zdoby  Twierdz  i uwolni  matk ...  

      Przytakn łem.  

      - Dostaniesz t  informacj , kiedy ju  j  uwolnimy.  

      - Zaraz! Chwileczk ! Troch  za wiele wymagasz!  

      - Nie za wiele wobec tego, czym płac .  

      - Wychodzi na to,  e kupuj  kota w worku.  

      - Tak, chyba tak. Ale przekonasz si ,  e warto.  

      - A je li warto  twoich informacji objawi si  wtedy, kiedy ja b d  jeszcze 

czeka ?  

      - Nie, przeliczyłem sobie wszystko. Moja rekonwalescencja potrwa kilka dni 

czasu Amberu. Nie wierz , by sprawy skomplikowały si  tak szybko.  

      - Luke, to mi zaczyna wygl da  na jaki  numer.  

      - Bo tak jest - przyznał. - Ale przyniesie korzy ci zarówno Amberowi jak 

mnie.  

      - No wła nie. Nie wyobra am sobie,  eby  zdradził przeciwnikowi co  

podobnego.  

      Westchn ł.  

      - To mo e nawet wystarczy ,  eby mnie odci  od stryczka.  

      - Chcesz odwoła  wendet ?  

      - Sam jeszcze nie wiem. Ale sporo ostatnio my lałem i gdybym postanowił 

spróbowa  tej drogi, miałbym niezłe wej cie.  

      - A gdyby  postanowił nie próbowa , to działasz przeciwko sobie. Zgadza si ?  

      - Jako  zdołam to prze y . Zadanie b dzie trudniejsze, ale wci  wykonalne.  

      - Czy ja wiem? Je li kto  si  o tym dowie, a ja nie przedstawi   adnych 

powodów, dlaczego ci  wypu ciłem, wpadn  w bagno po uszy.  

background image

 

87 

      - Nikomu nie powiem, je li ty nie powiesz.  

      - Jest jeszcze Vinta.  

      - A ona upiera si ,  e głównym celem jej  ycia jest opieka nad tob . Zreszt , 

kiedy wrócisz, jej ju  nie b dzie. A raczej b dzie prawdziwa Vinta, która wła nie 

przebudziła si  z niespokojnego snu.  

      - Sk d mo esz wiedzie ?  

      - Bo znikn łe . Na pewno ruszyła ci  szuka .  

      - Domy lasz si , kim ona jest naprawd ?  

      - Nie, ale kiedy  ch tnie pomog  ci zgadywa .  

      - Nie teraz?  

      - Nie. Teraz musz  si  jeszcze przespa . Znowu słabn .  

      -- Wi c powtórzmy jeszcze raz nasz  umow . Co zamierzasz robi , w jaki 

sposób chcesz to załatwi  i co obiecujesz?  

      Ziewn ł.  

      - Zostan  tutaj, póki nie wróc  do formy. Skontaktuj  si  z tob , kiedy b d  

gotów do szturmu na Twierdz . Co mi przypomina,  e wci  masz moje Atuty.  

      - Wiem. Mów dalej. Jak planujesz zdoby  Twierdz ?  

      - Pracuj  nad tym. Zawiadomi  ci . Wtedy zreszt  mo esz nam pomóc albo 

nie, jak uznasz za stosowne. Chocia  nie przeszkadzałby mi drugi czarodziej do 

pomocy. Kiedy b dziemy w  rodku, a ona wolna, powiem, co obiecałem, a ty 

mo esz to przekaza  w Amberze.  

      - A je li przegracie? - spytałem.  

      Odwrócił wzrok.  

      - No có , zawsze istnieje taka mo liwo  - zgodził si  po chwili. - Co powiesz 

na tak  propozycj : spisz  wszystko i b d  miał ze sob . Przed atakiem przeka  

ci to osobi cie albo przez Atut. Wygramy czy przegramy, zostaniesz spłacony.  

      Wyci gn ł zdrow  r k . U cisn łem j .  

      - Zgoda.  

      - Wi c oddaj mi Atuty, a ja poł cz  si  z tob , jak tylko b d  gotów.  

      Zawahałem si . Wreszcie wyj łem tali , która ostatnio znacznie pogrubiała. 

Odło yłem swoje i cz  jego, a jemu oddałem pozostałe.  

      - Co z reszt ?  

      - Chc  im si  przyjrze , Luke. Zgoda?  

      Wzruszył ramionami.  

      - Zawsze mog  zrobi  nowe. Ale oddaj mi Atut matki.  

      - Trzymaj.  

      Wzi ł kart .  

      - Nie wiem, co planujesz - powiedział. - Ale dam ci dobr  rad : nie zadawaj si  

z Daltem. Nawet kiedy jest normalny, nie nale y do najsympatyczniejszych ludzi, 

a my l ,  e w tej chwili co  z nim jest nie tak. Trzymaj si  od niego z daleka.  

      Skin łem głow  i wstałem.  

      - Idziesz ju ? - spytał.  

      - Tak.  

      - Zostaw mi drabin .  

      - Jest twoja.  

      - Co powiesz w Amberze?  

background image

 

88 

      - Nic... na razie. Słuchaj, mo e przynios  ci tutaj troch  jedzenia? Nie b dziesz 

musiał sam chodzi .  

      - Niezły pomysł. I butelk  wina.  

      Ruszyłem korytarzem i po chwili wróciłem ze stosem prowiantu. 

Przyci gn łem te   piwór.  

      Wszedłem na drabin  i zatrzymałem si .  

      - Nie podj łe  jeszcze decyzji - rzuciłem. - Prawda?  

      - Nie b d  taki pewny. - U miechn ł si .  

      Na górze spojrzałem na wielki głaz, który kiedy  wi ził mnie w grocie. 

Niedawno planowałem odpłaci  Luke'owi tym samym. Mógłbym wyliczy  czas i 

wróci  po niego, jak tylko wyzdrowieje. W ten sposób na pewno by nie uciekł. 

Zrezygnowałem, nie tylko dlatego,  e nikt o nim nie wiedział i gdyby co  mi si  

przytrafiło, Luke byłby trupem. Główn  przyczyn  było to,  e zamkni ty nie 

dosi gn łby mnie przez Atut, kiedy nadejdzie pora, by rusza . Tak przynajmniej 

to sobie tłumaczyłem. Schyliłem si  jednak, chwyciłem kraw d  głazu i pchn łem 

go bli ej otworu.  

      - Merle! Co ty robisz? - głos z dołu.  

      - Szukam robaków na ryby - odpowiedziałem.  

      - Przesta ! Nie...  

      Roze miałem si  i popchn łem jeszcze kawałek.  

      - Merle!  

      - Pomy lałem,  e wolisz mie  drzwi zamkni te, bo przecie  mo e pada . Ale s  

za ci kie. Nic z tego. Nie przejmuj si .  

      Odwróciłem si  i skoczyłem. Uznałem,  e powinno mu pomóc troch  

dodatkowej adrenaliny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

89 

Rozdział 7

 

 

Zeskoczyłem na ziemi  i pobiegłem dalej, do miejsca, gdzie wyczarowałem 

drabin . Było osłoni te z kilku stron.  

      Wyj łem jedn  z czystych kart. Czas naglił. Kiedy znalazłem ołówek, okazało 

si ,  e jest złamany. Si gn łem po miecz; miał kling  długo ci mojego ramienia. 

Odkryłem dla niej nowe zastosowanie. Po minucie czy dwóch karta le ała przede 

mn  na kamieniu, a ja szkicowałem swój pokój w Arbor; przez moje dłonie 

płyn ła moc Logrusu. Musiałem pracowa  starannie, przelewaj c w rysunek 

odpowiednie wra enie tamtego miejsca. Wreszcie sko czyłem i wyprostowałem 

si . Atut był jak nale y, gotów. Otworzyłem umysł i spogl dałem na swe dzieło, a  

stało si  rzeczywisto ci . A potem wszedłem do pokoju. Dokładnie w chwili, kiedy 

przypomniałem sobie co , o co powinienem spyta  Luke'a. Za pó no.  

      Za oknem cienie drzew wyci gały si  ku wschodowi.  

      Najwyra niej znikn łem st d prawie na cały dzie . Rozejrzałem si . Na 

zasłanym teraz łó ku zauwa yłem kawałek papieru, dla ochrony przed 

podmuchami wiatru przyci ni ty rogiem poduszki. Podniosłem kartk , 

zdejmuj c z niej wcze niej mały niebieski guzik.  

      List był po angielsku. Brzmiał:  

       

      SCHOWAJ GUZIK BEZPIECZNIE, DOPÓKI NIE B DZIESZ GO 

POTRZEBOWAŁ. NA TWOIM MIEJSCU NIE NOSIŁABYM GO ZBYT CZ STO. 

MAM NADZIEJ ,  E PODJ ŁE  SŁUSZN  DECYZJ . ZAPEWNE WKRÓTCE 

SI  PRZEKONAM. DO ZOBACZENIA.  

      Podpisu nie było.  

      W bezpiecznym miejscu czy nie, nie mogłem przecie  zostawi  go tutaj. 

Zawin łem wi c guzik w list i wsadziłem do kieszeni. Potem wyj łem z szafy 

płaszcz i przewiesiłem sobie przez rami .  

      Wyszedłem na korytarz. Zamek był wyłamany, wi c zostawiłem drzwi 

szeroko otwarte. Nasłuchiwałem uwa nie, nie usłyszałem jednak  adnych głosów, 

adnych szmerów.  

      Dotarłem do schodów i ruszyłem w dół. Zauwa yłem j  w ostatniej chwili, tak 

nieruchomo siedziała przy oknie z prawej strony. Obok, na małym stoliczku, 

stała taca z chlebem i serem, kielich i butelka wina.  

      - Merlin! - zawołała, unosz c si  w fotelu. - Słu ba powiedziała mi,  e tu byłe , 

ale nie mogłam ci  znale .  

      - Odwołano mnie - wyja niłem. Zszedłem z ostatniego stopnia i zbli yłem si  

do niej. - Jak si  czujesz?  

      - Sk d... co o mnie wiesz? - spytała.  

      - Prawdopodobnie nie pami tasz niczego, co miało miejsce w ci gu ostatnich 

kilku dni - wyja niłem.  

      - Masz racj  - przyznała. - Mo e usi dziesz?  

      Skin ła w stron  pustego fotela naprzeciw niej.  

      - Cz stuj si . - Wskazała tac . - Pozwól,  e nalej  ci wina.  

      - Dzi kuj  - odparłem. Zauwa yłem,  e pije białe.  

      Wstała, podeszła do szafki i wyj ła drugi kielich. Wróciła, nalała zdrow  

background image

 

90 

porcj  Sików Bayle'a i postawiła przede mn . Pomy lałem,  e mo e dobre wino 

trzymaj  dla siebie.  

      - Czy mo esz jako  wytłumaczy  ten zanik pami ci? - zapytała. - Byłam w 

Amberze, a nast pna rzecz, jak  pami tam, to  e zbudziłam si  tutaj i min ło 

kilka dni.  

      - Tak - przyznałem, cz stuj c si  krakersem z kawałkiem sera. - Kiedy mniej 

wi cej stała  si  znowu sob ?  

      - Dzi  rano.  

      - Nie ma powodów do zmartwie . Teraz ju  nie. Objawy nie powinny si  

powtórzy .  

      - Ale co to było?  

      - Po prostu co , co si  tu działo. - Skosztowałem wina.  

      - Bardziej przypomina to czary ni  gryp .  

      - Mo e była w tym odrobina czarów - potwierdziłem. - Nigdy nie wiadomo, co 

mo e tu przywia  z Cienia. Ale prawie wszyscy, którzy na to zapadli, czuj  si  

teraz doskonale.  

      Zmarszczyła czoło.  

      - To dziwne...  

      Zjadłem jeszcze par  krakersów i łykn łem wina. Rzeczywi cie, to lepsze 

trzymali dla siebie.  

      - Nie ma absolutnie  adnych powodów do niepokoju - powtórzyłem.  

      - Wierz  ci. - Z u miechem skin ła głow . - A co wła ciwie tu robis ?  

      - Zatrzymałem si  na chwil . Wracam do Amberu... sk din d. Co mi 

przypomina: czy mógłbym po yczy  konia?  

      - Naturalnie. Kiedy chcesz odjecha ?  

      - Jak tylko dostan  konia.  

      Wstała.  

      - Nie zdawałam sobie sprawy,  e si  spieszysz. Zaprowadz  ci  do stajni.  

      - Dzi ki.  

      Po drodze złapałem jeszcze dwa krakersy z serem i wypiłem reszt  wina. 

Zastanawiałem si , gdzie teraz dryfuje bł kitna mgiełka.  

      Wybrałem dobrego konia; powiedziała,  e mog  go odprowadzi  do ich stajni 

w Amberze. Osiodłałem go i zało yłem uprz . Był szary i miał na imi  Smuga. 

Potem zarzuciłem płaszcz i  cisn łem dłonie Vinty.  

      - Dzi kuj  za go cinno . Nawet je li jej nie pami tasz.  

      - Nie  egnaj si  jeszeze. Przejed  dookoła, do kuchennych drzwi przy patio. 

Dam ci manierk  i jaki  prowiant na drog . Nie mieli my chyba szalonego 

romansu, o którym teraz zapomniałam?  

      - D entelmen nie mówi o takich rzeczach.  

      Roze miała si  i klepn ła mnie w rami .  

      - Odwied  mnie kiedy , kiedy b d  w Amberze. Od wie ysz moje 

wspomnienia.  

      Chwyciłem juki, worek owsa dla Smugi i długi powróz.  

      Potem wyprowadziłem konia na zewn trz. Vinta pobiegła do domu. 

Wskoczyłem na siodło i ruszyłem wolno za ni . Kilka psów odprowadzało mnie w 

podskokach. Dłu sz  drog  okr yłem rezydencj , a w pobli u kuchni  ci gn łem 

background image

 

91 

wodze i zeskoczyłem na ziemi . Spogl dałem na patio,  ałuj c,  e nie mam 

takiego samego. Mógłbym siadywa  tam rankami i popija  kaw . A mo e 

chodziło o towarzystwo?  

      Po chwili otworzyły si  drzwi. Vinta wr czyła mi zawini tko i manierk .  

      - Daj zna  mojemu ojcu,  e wróc  za kilka dni - poprosiła, kiedy 

przytraczałem prowiant. - Powiedz,  e wyjechałam na wie , bo nie czułam si  

najlepiej, ale teraz ju  wszystko w porz dku.  

      - Z przyjenmo ci  - obiecałem.  

      - Wła ciwie nie wiem, po co si  tu zjawiłe . Ale je li ma to zwi zek z polityk  

albo intrygami, wol  nie wiedzie .  

      - Dobrze.  

      - Je li słu cy zaniósł  niadanie wysokiemu, rudowłosemu m czy nie, który 

wygl dał na powa nie rannego, to pewnie lepiej o tym zapomnie ?  

      - Raczej tak.  

      - B dzie wi c zapomniane. Ale chciałabym pozna  t  histori .  

      - Ja te  - odparłem. - Zobaczymy, co da si  zrobi .  

      - No to szcz liwej podró y.  

      - Dzi ki. Postaram si ,  eby była szcz liwa.  

       cisn łem jej r k , odwróciłem si , wskoczyłem na konia.  

      - Na razie.  

      - Do zobaczenia w Amberze - odpowiedziała.  

      Ruszyłem dalej wokół domu, a  znów znalazłem si  przy stajni. Min łem j  i 

wjechałem na szlak, znany mi z naszej wycieczki i biegn cy we wła ciwym 

kierunku. Za plecami zawył pies, a po chwili przył czył si  drugi. Od południa 

wiał lekki wiatr, nios cy jesienne li cie. Chciałem by  ju  na drodze, daleko st d i 

sam. Ceni  samotno , poniewa  wtedy najlepiej mi si  my li, a wiele spraw 

miałem do przemy lenia.  

      Jechałem na północ. Mniej wi cej po dziesi ciu minutach trafłem na poln  

drog , któr  przecinali my wczoraj. Tym razem skr ciłem na zachód i dotarłem 

do skrzy owania ze znakiem wskazuj cym,  e Amber le y na wprost. Ruszyłem.  

      W  ółtej ziemi odcisn ły si  koleiny wielu kół. Mijałem wzniesienia i dolinki, 

ugory i pola otoczone niskimi kamiennymi murkami, kilka drzew po obu 

stronach traktu.  

      Daleko w przodzie widziałem surowe szczyty gór, wznosz ce si  nad coraz 

bli szym lasem. Jechałem swobodnym kłusem, wracaj c my lami do wydarze  

ostatnich dni. Bez w tpienia miałem gdzie  zaci tego wroga. Luke zapewnił mnie, 

e to ju  nie on, i musz  przyzna ,  e był przekonuj cy. Nie musiał przychodzi  

po pomoc do mnie, co zauwa ył on sam i Vinta. Sam znalazłby drog  do bł kitnej 

groty albo jakiego  innego sanktuarium. A ta sprawa z pomoc  w uwolnieniu 

Jasry z pewno ci  mogła poczeka . Moim zdaniem Luke próbował pogodzi  si  

ze mn  jak najszybciej, poniewa  byłem jego jedynym kontaktem z dworem 

Amberu, a los chyba przestał mu sprzyja . Miałem przeczucie,  e chciałby 

formalnie okre li  swoj  sytuacj  w Amberze; wspomniał o informacji, któr  

obiecał przekaza  jako znak dobrej woli, a jednocze nie argument w przetargu. 

Nie wiem, czy byłem niezb dny dla realizacji planów uwolnienia Jasry. Znał 

przecie  Twierdz  na wylot, był swego rodzaju czarodziejem i miał grup  

background image

 

92 

najemników, których mógł przetransportowa  z cienia-Ziemi. Ta jego amunicja 

powinna działa  nie gorzej ni  w Amberze. A niezale nie od tego, mógł przecie  

od razu przeatutowa  grup  szturmow  na miejsce. Nie musiał nawet wygrywa  

bitwy; wystarczyło przeskoczy  do  rodka, złapa  Jasr  i znikn . Nie, naprawd  

nie s dziłem, by konieczny był mój udział w tej operacji. Przypuszczam,  e 

zarzucił na mnie w dk  w nadziei,  e kiedy atmosfera si  oczy ci, rozwa ymy 

spokojnie, co ma i czego chce, i zło ymy mu jak  ofert .  

      Miałem te  wra enie,  e teraz, kiedy Caine zgin ł i honor rodu został 

zaspokojony, Luke byłby skłonny odwoła  swoj  wendet . A wtedy Jasra stałaby 

si  kul  u nogi. Nie wiedziałem, jak bardzo jest od niej zale ny, przyszło mi 

jednak do głowy,  e ta tajemnicza wiadomo  mo e dotyczy  wła nie metod 

unieszkodliwienia Jasry.  

      Gdyby przekazał nam j  dyskretnie i tak, by wydawało si ,  e sami na to 

wpadli my, zachowałby twarz wobec matki i zagwarantował sobie pokój z nami. 

Kusz cy pomysł. Musiałem tyłko znale  sposób, by przedstawi  go na dworze, 

nie nara aj c si  przy tym na zarzut,  e uwolnienie Luke'a było zdrad . A zatem 

wykaza ,  e zyski warte s  ryzyka.  

      Drzewa przy drodze rosły g ciej, a sam las zbli ył si  wyra nie. Przejechałem 

drewnianym mostkiem nad czystym potokiem, a cichy plusk towarzyszył mi 

jeszcze przez długi czas. Po lewej stronie widziałem brunatne pola i odległe 

zabudowania, po prawej wóz z p kni t  osi ...  

      A je li  le odczytałem intencje Luke'a? Czy mogłem przycisn  go jako  i 

sprawi , by te interpretacje okazały si  jednak słuszne? Przyszedł mi do głowy 

pewien pomysł. Nie byłem nim zachwycony, ale rozwa yłem mimo wszystko. 

Wi zał si  z ryzykiem i szybko ci . Miał przy tym pewne zalety. Analizowałem go 

przez chwil , po czym wróciłem do wyj ciowych rozwa a .  

      Gdzie  tam był nieprzyjaciel. Je li to nie Luke, to kto? Oczywistym 

kandydatem wydawała si  Jasra. Bardzo wyra nie okre liła swoje uczucia wobec 

mnie przy obu okazjach, gdy si  spotkali my. Mogła te  wysła  tych zbójów, 

którzy zaatakowali mnie w Alei  mierci. W takim przypadku, skoro Jasra jest 

teraz wi niem w Twierdzy, nic mi ju  chyba nie grozi. Chyba  e wysłała jeszcze 

kilku, zanim dostała si  w niewoł . Ale to chyba przesada. Po co marnowa  na 

mnie tylu ludzi? Je li szukała zemsty, byłem tylko niewiele znacz c  figur  w jej 

planach. A tym, którzy mnie napadli, mało brakowało do wykonania zadania.  

      A je li to nie Jasra? W takim razie wci  byłem w niebezpiecze stwie. 

Czarownik w niebieskiej masce - zakładałem,  e to Sharu Garrul - wysłai za mn  

tornado, co było wst pem o wiele mniej przyjaznym od kwiatów, które nadeszły 

pó niej. Te z kolei dowodziły,  e on wła nie krył si  za t  dziwn  rozmow  w 

mieszkaniu Flory w San Francisco. Wtedy sam zainicjował kontakt, co oznaczało, 

e ma wobec mnie jakie  plany. Co takiego powiedział?  e w przyszło ci nasze 

cele mog  by  sprzeczne. Interesuj ce, zwłaszcza w retrospekcji. Poniewa  

dostrzegałem teraz mo liwo ,  e tak wła nie si  stanie.  

      Ale czy to naprawd  Sharu Garrul nasłał na mnie morderców? Co  tu si  nie 

zgadzało, chocia  musiał wiedzie  - dowodził tego niebieski guzik w mojej 

kieszeni - o mocy bł kitnego kamienia, który ich do mnie doprowadził. Przede 

wszystkim nasze cele nie znalazły si  jeszcze w sprzeczno ci. Po drugie, styl chyba 

background image

 

93 

nie był odpowiedni dla tajemniczego, rzucaj cego kwiaty władcy  ywiołów. 

Mogłem si  myli , naturalnie, ale od kogo  takiego oczekiwałem raczej jakiego  

pojedynku na czary. Pola ust piły miejsca dzikim ugorom - zbli ałem si  do 

granicy lasu. Zwiastun zmierzchu wkroczył ju  pod zielone li cie jego dziedziny. 

Jednak ten las nie przypominał starej, g stej puszczy, jak Arden. Z daleka 

dostrzegałem liczne przerwy w dachu gał zi. Droga wci  była szeroka i dobrze 

utrzymana. Wje d aj c w cienisty chłód, mocniej otuliłem si  płaszczem. 

Zapowiadała si  przyjemna wycieczka - je li nadal tak to b dzie wygl da . Nie 

spieszyłem si . Zbyt wiele miałem problemów i musiałem pomy le ...  

      Gdybym tyłko potrafił dowiedzie  si  czego  wi cej od tej niezwykłej, 

bezimiennej istoty, która ostatnio panowała nad Vint  Bayle. Wci  nie miałem 

poj cia, jaka jest jej prawdziwa natura. Tak, "jej". Wyczuwałem jako ,  e jest to 

istota raczej  e ska ni  m ska, chocia  kierowała te  George'em Hansenem i 

Danem Martinezem.  

      Mo e powodem był fakt,  e kochałem si  z Meg Devlin. Trudno powiedzie . 

Ale do  długo znałem Gail, a Pani z Jeziora wydawała si  prawdziw  pani ...  

      Dosy . Wybrałem zaimek. W gr  wchodziły wa niejsze sprawy. Na przykład, 

dlaczego wsz dzie mnie  ledziła, upieraj c si  przy tym,  e chce mnie chroni ? 

Nie miałem nic przeciwko temu, ale wolałbym pozna  jej motywy.  

      Była jednak kwestia o wiele bardziej istotna. To w ko cu jej sprawa,  e chce 

mnie chroni . Problem w tym, przed czym jej zdaniem potrzebowałem ochrony. 

Musiała my le  o jakim  bardzo konkretnym zagro eniu, a nie napomkn ła 

nawet, o co mo e chodzi . Czy wi c to był nieprzyjaciel? Prawdziwy 

nieprzyjaciel? Przeciwnik Vinty?  

      Spróbowałem przypomnie  sobie wszystko, co o niej wiedziałem albo si  

domy liłem.  

      Jest niezwykł  istot , która czasem przyjmuje posta  niebieskiej mgiełki. 

Potrafi pod a  za mn  przez Cie . Jej moc pozwala na opanowanie ludzkiego 

ciała i całkowite stłumienie naturalnej ja ni. Przez wiele lat przebywała w moim 

otoczeniu, a ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jej pierwsz  inkarnacj , o 

jakiej wiem, była Gail, dawna dziewezyna Luke'a.  

      Czemu Gail? Je li chroniła mnie, to dlaczego chodziła z Lukiem? Daczego nie 

została któr  z moich dziewczyn? Czemu nie Juli ? Ale nie. Wybrała Gail. Czy 

dlatego,  e to Luke stanowił zagro enie i wolała obserwowa  go z bliska? Ale 

przecie  nie przeszkodziła mu w zamachach na moje  ycie. A potem Jasrze. 

Wiedziała przecie , sama przyznała,  e to Jasra dokonywała nast pnych. 

Dktczego po prostu nie usun ła obojga?  

      Mogła opanowa  ciało Luke'a, wej  przed rozp dzony samochód, wyfrun  

ze zwłok, a potem zrobi  to samo z Jasr . Nie bała si   mierci nosiciela. Dwa razy 

widziałem, jak to robi.  

      Chyba  e sk d  wiedziała,  e wszystkie zamachy na mnie si  nie powiod . Czy 

mogła interweniowa  w wypadku paczki z bomb ? Czy miała co  wspólnego z 

moimi przeczuciami tamtego ranka otwartych palników? I przy innych 

okazjach? Mimo wszystko, łatwiej chyba byłoby dotrze  do samego  ródła i 

usun  je. Wiedziałem,  e nie ma oporów przed zabijaniem. Kazała zabi  

ostatniego z napastników w Alei  mierci.  

background image

 

94 

      Dlaczego wi c?  

      Przychodziły mi na my l dwa wyja nienia. Jedno,  e naprawd  polubiła 

Luke'a i szukała sposobów, by unieszkodliwi  go nie zabijaj c. Zaraz jednak 

przypomniałem sobie j  we wcieleniu Martineza i teoria upadła. Przecie  

strzelała tamtej nocy w Santa Fe. No dobrze. Istniała te  inna mo liwo : to nie 

Luke był głównym zagro eniem, a ona lubiła go i pozwoliła  y , kiedy przerwał te 

zabawy z trzydziestymi kwietnia, a nasze stosunki znowu si  poprawiły. W 

Nowym Meksyku nast piło co , co skłoniło j  do zmiany zdania. Nie miałem 

poj cia, co to było. Potem jechała za mn  do Nowego Jorku i wcieliła si  po kolei 

w George'a Hansena i Meg Devlin. Luke znikn ł wtedy z horyzontu; nie pojawił 

si  a  od incydentu na wycieczce. Nie zagra ał mi, lecz ona wci  podejmowała 

gor czkowe próby nawi zania ze mn  kontaktu. Czy nadci gało prawdziwe 

niebezpiecze stwo?  

      My lałem intensywnie, ale wci  nie miałem poj cia, na czym mogłoby 

polega . Czy by moje domysły biegły fałszywym tropem? Z pewno ci  nie była 

wszechwiedz ca. Sprowadziła mnie do Arbor,  eby uzyska  informacje, nie tylko 

aby usun  mnie ze sceny napadu. A pewne jej pytania były nie mniej intryguj ce 

ni  niektóre odpowiedzi.  

      Mój umysł wykonał salto w tył. Jak brzmiało jej pierwsze pytanie?  

      Wyl dowałem zwinnie na stopach my li: u Billa Rotha słyszałem to pytanie 

kilkakrotnie. Jako George Hansen postawiła je niby przypadkiem, a ja 

skłamałem. Postawiła je jako głos w słuchawce telefonu, a ja odmówiłem 

odpowiedzi. Jako Meg Devlin, w łó ku, skłoniła mnie w ko cu do szczerego 

wyznania: jak ma na imi  moja matka. Kiedy powiedziałem,  e Dara, zacz ła w 

ko cu mówi . Ostrzegła mnie przed Lukiem. Skłonna była chyba powiedzie  co  

wi cej, lecz przybycie m a prawdziwej Meg przerwało nam rozmow .  

      O czym mogło to  wiadczy ? Dowodziło,  e pochodz  z Dworców Chaosu, o 

których ani razu nie wspomniała. A jednak to musiało by  wa ne.  

      Miałem wra enie,  e znam ju  odpowied , ale nie u wiadomi  jej sobie, póki 

nie sformułuj  wła ciwego pytania.  

      Do  o tym. To  lepy zaułek. Nic nie umiałem wywnioskowa  z faktu,  e ona 

wie o moich zwi zkach z Dworcami. Oczywi cie wiedziała te  o moich zwi zkach 

z Amberem, i te  nie miałem poj cia, jak wkomponowa  to w układ wydarze . 

Na razie musiałem porzuci  t  kwesti , by wróci  do niej przy innej okazji. 

Miałem wiele innych problemów. A przynajmniej wiele nowych pyta , które 

zadam jej przy nast pnym spotkaniu. Byłem pewien,  e si  jeszcze spotkamy.  

      A potem przyszło mi do głowy co  innego. Je li w ogóle mnie chroniła, musiała 

to robi  bardzo dyskretnie. Udzieliła wielu informacji, zapewne prawdziwych, ale 

nie miałem  adnej mo liwo ci ich sprawdzenia. Poczynaj c od tych telefonów i 

obserwowania mnie w Nowym Jorku, a  po zabicie jedynego potencjalnego 

ródła informacji w Alei  mierci, sprawiała raczej kłopoty ni  pomagała. 

Mo liwe,  e pojawi si  znowu i wyskoczy z t  swoj  pomoc  w najmniej 

odpowiednim momencie.  

      Zamiast wi c przygotowywa  si  do dyskusji z Randomem, przez nast pn  

godzin  dumałem nad natur  istoty, która potrafi wst pi  w ciało i opanowa  

umysł dowolnej osoby. O ile wiem, mo na tego dokona  jedynie pewn  sko czon  

background image

 

95 

ilo ci  sposobów. Dzi ki temu szybko ograniczyłem pole poszukiwa . 

Przypomniałem sobie, co o niej wiem, i wykorzystałem pewne techniczne 

sztuczki, jakich nauczył mnie wujek. Kiedy uznałem,  e rozpracowałem problem, 

wróciłem do pocz tku i zadumałem si  nad siłami, które były w to zaanga owane.  

      Od sił przeszedłem do harmonicznych wibracji ich aspektów. U ycie czystej 

mocy, cho  robi wra enie, jest marnotrawstwem, w dodatku bardzo m cz cym 

dla wykonawcy. Nie wspomn  nawet,  e to estetyczne barbarzy stwo. Lepiej 

przygotowa  si  zawczasu.  

      Uło yłem mówione znaki i zredagowałem z nich zakl cie. Suhuy potrafiłby 

pewnie zrobi  to krócej, ale w tych sprawach działa prawo malej cych zysków; 

moje zakl cie powinno wystarczy , je li nie pomyliłem si  w kwestiach 

zasadniczych. Zło yłem je i zestawiłem. Było do  długie - za długie, by je 

recytowa  w po piechu. Przestudiowałem zakl cie dokładnie i dostrzegłem trzy 

punkty zaczepienia, które powinny je utrzyma . Cho  lepsze byłyby cztery.  

      Przywołałem Logrus i wsun łem j zyk w jego ruchomy wzorzec. Potem 

wypowiedziałem zakl cie, powoli i wyra nie, opuszczaj c tylko cztery wybrane, 

kluczowe słowa. Las wokół zamarł w absolutnej ciszy i tylko mój głos d wi czał 

dono nie. Czar zawisł przede mn  jak okaleczony motyl d wi ku i koloru, 

pochwycony w synestetycznej sieci mojej osobistej wizji Logrusu. Pojawi si  

znowu, gdy go przywołam, i zostanie uwolniony, gdy wypowiem cztery 

opuszczone słowa.  

      Odesłałem wizj  i poczułem, jak rozlu nia mi si  j zyk. Teraz nie tylko ona 

była zdolna do kłopotliwych niespodzianek.  

      Przystan łem, by łykn  wody. Niebo pociemniało i znowu zabrzmiały 

odgłosy lasu. Zastanawiałem si , czy nadeszły jakie  wie ci od Fiony albo Bleysa, i 

jak radzi sobie w mie cie Bill. Słuchałem szumu gał zi. I nagle odniosłem 

wra enie,  e kto  mnie obserwuje... nic zimne wejrzenie Atutu, ale uczucie,  e 

jaka  para oczu wbija we mnie wzrok. Zadr ałem. To przez te my li o 

nieprzyjaciołach.  

      Poluzowałem miecz i jechałem dalej. Noc była jeszcze młoda i wi cej mil 

przede mn  ni  za plecami. Jechałem poprzez zmierzch. Byłem ostro ny, ale nie 

widziałem ani nie słyszałem niczego podejrzanego. Czy pomyliłem si  co do Jasry, 

Sharu Garrula, a nawet Luke'a? Czy  cigała mnie ju  banda morderców? Co 

jaki  czas  ci gałem wodze i nasłuchiwałem. Nie usłyszałem niczego, co mo na by 

uzna  za odgłos pogoni. Wyra nie czułem w kieszeni niebieski guzik. Czy był 

latarni  morsk  dla posłania jakiego  złowrogiego maga? Nie chciałem si  go 

pozbywa , gdy  przewidywałem dla niego liczne zastosowania. Poza tym, je li ju  

mnie dostroił - a prawdopodobnie tak - nic by mi nie przyszło z wyrzucenia go 

teraz. Ukryj  go raczej wjakim  bezpiecznym miejscu, a potem spróbuj  wygasi  

jego wibracje. Do tej pory nie warto było podejmowa   adnych działa .  

      Niebo ciemniało stopniowo i, z pewnym wahaniem, postanowiło si  pokaza  

kilka gwiazd. Smuga i ja zwolnili my jeszcze bardziej, lecz droga była równa, a 

jej wyra nie widoczna jasna powierzchnia nie stwarzała zagro e . Z prawej 

strony rozległo si  wołanie sowy i po chwili dostrzegłem ciemn  sylwetk  

szybuj c  niezbyt wysoko mi dzy drzewami. Nocna jazda byłaby przyjemna, 

gdybym nie wymy lał własnych upiorów i nie straszył si  nimi. Uwielbiam zapach 

background image

 

96 

jesieni i lasu; postanowiłem spali  pó niej w ognisku troch  li ci - dla tego 

nieporównanego z  adnym innym aromatu.  

      Powietrze było chłodne i czyste. Stukot kopyt, nasze oddechy i wiatr były 

chyba jedynymi odgłosami, póki chwil  pó niej nie spłoszyli my jelenia; długo 

jeszcze słyszeli my cichn cy t tent jego racic. Przejechali my przez niewielki, lecz 

solidny drewniany mostek, ale  aden troll nie pobierał myta. Droga pi ła si  w 

gór , a my pod ali my wraz z ni , powoli, ale systematycznie docieraj c do 

coraz wy ej poło onych terenów. Przez spl tane gał zie widziałem liczne 

gwiazdy, nie dostrzegłem jednak nawet chmurki. Drzewa li ciaste były coraz 

bardziej nagie i coraz cz ciej trafiały si  iglaste. Silniej dmuchał wiatr.  

      Zatrzymywałem si  teraz cz ciej, by Smuga mógł odpocz , by posłucha , 

przegry  co  z zapasów. Postanowiłem nie rozbija  biwaku przynajmniej do 

wschodu ksi yca - jego czas próbowałem odgadn  na podstawie wspomnie  

zeszłej nocy, kiedy ksi yc pojawił si  zaraz po tym, jak opu ciłem Amber. Je li 

dotr  odpowiednio daleko, pozostała na jutrzejszy ranek cz  drogi b dzie 

całkiem prosta.  

      Frakir raz tylko  cisn ła mi lekko nadgarstek. Ale, do licha, takie rzeczy 

zdarzały si  nawet na ulicy, kiedy zajechałem komu  drog . Mo e akurat 

przebiegał głodny lis, zobaczył mnie i zapragn ł by  nied wiedziem. Mimo 

wszystko zatrzymałem si  wtedy tam dłu ej, ni  zamierzałem; szykowałem si  na 

atak i usiłowałem nie sprawia  takiego wra enia.  

      Ale nic si  nie stało, a Frakir nie powtórzyła ostrze enia, wi c po chwili 

ruszyłem dalej. Wróciłem do idei przyci ni cia troch  Luke'a, a przy okazji 

Jasry. Nie był to jeszcze plan, poniewa  brakowało wszystkich wła ciwie 

szczegółów. Im dłu ej o tym my lałem, tym bardziej wydawał si  zwariowany. 

Przede wszystkim jednak był niezwykle kusz cy i potencjalnie rozwi zywał wiele 

problemów. Zastanawiałem si , czemu nigdy nie stworzyłem Atutu Billa Rotha. 

Poczułem nagle,  e powinienem pogada  z dobrym adwokatem. Mo e przed 

zako czeniem sprawy przyda mi si  kto , kto przemówi w moim imieniu. Troch  

za ciemno, by próbowa  rysunku... Zreszt  na razie nie ma potrzeby. Chciałem z 

nim tylko porozmawia , przekaza  najnowsze wie ci, pozna  zdanie kogo , kto 

nie jest bezpo rednio zaanga owany.  

      Przez nast pn  godzin  Frakir nie próbowała mnie przed niczym ostrzega . 

Rozpocz li my łagodny zjazd, wkrótce docieraj c do bardziej osłoni tych 

terenów, gdzie unosił si  ci ki aromat sosen. My lałem... o czarownikach i 

kwiatach, o Ghostwheelu i jego kłopotach, o imieniu tej istoty, która ostatnio 

panowała nad Vint . Miałem te  do przemy lenia inne sprawy, a niektóre si gały 

bardzo daleko wstecz.  

      Wiele przystanków pó niej, kiedy cienka stru ka ksi ycowego blasku s czyła 

si  za mn  przez gał zie, postanowiłem przerwa  jazd  i poszuka  miejsca na 

nocleg. W najbli szym strumieniu pozwoliłem Smudze napi  si  wody. Mniej 

wi cej kwadrans pó niej dostrzegłem obiecuj c  ł k  po prawej stronie. 

Zjechałem wi c z drogi i ruszyłem w tamtym kierunku.  

      Okazało si ,  e miejsce nie jest tak wygodne, jak my lałem. Pojechałem wi c 

dalej w las, a  natrafiłem na odpowiedni  polank . Zeskoczyłem na ziemi , 

rozsiodłałem i uwi załem Smug , wytarłem go derk  i dałem co  do jedzenia. 

background image

 

97 

Mieczem oczy ciłem kawałek ziemi, po rodku wykopałem dół i przygotowałem 

ognisko. Byłem rozleniwiony, wi c rozpaliłem je zakl ciem. Wspominaj c 

niedawne refleksje, dorzuciłem kilka gar ci li ci.  

      Siadłem na płaszczu, oparty plecami o pie  niezbyt du ego drzewa, zjadłem 

kanapk  z serem, popiłem wod  i spróbowałem wzbudzi  w sobie do  zapału, by 

zdj  buty. Miecz poło yłem obok na ziemi. Mi nie rozlu niały si  z wolna. 

Zapach ogniska budził nostalgi .  

      Wzniosłem toast kolejn  kanapk .  

      Siedziałem tak i przez pewien czas nie my lałem o niczym. Stopniowo, ledwie 

wyczuwalnymi etapami, ogarniało mnie to delikatne spowolnienie, które budzi w 

mi niach zm czenie. Przed snem powinienem nazbiera  drewna... Chocia  

wła ciwie go nie potrzebowałem. Nie było a  tak zimno. Ogie  słu ył mi głównie 

do towarzystwa.  

      A jednak... wstałem niech tnie i wszedłem w las. Kiedy ju  si  ruszyłem, 

dokładnie i powoli zbadałem okolic . Chocia , szczerze mówi c, wstałem głównie 

dlatego,  e chciałem sobie ul y . Przerwałem obchód, kiedy wydało mi si ,  e na 

północnym wschodzie dostrzegam w dali migocz ce  wiatełko. Czyje  ognisko? 

Blask ksi yca na wodzie? Pochodnia? Widziałem je tylko przez moment, a 

potem nie umiałem odszuka , cho  rozgl dałem si , cofn łem o kilka kroków, a 

nawet przeszedłem kawałek w tamt  stron .  

      Nie miałem jednak ochoty  ciga  jakiego  bł dnego ognika i sp dzi  nocy na 

bieganiu po krzakach. Sprawdziłem ró ne drogi podej cia do obozowiska. Małe 

ognisko nawet z bliska było prawie niewidoczne. Okr yłem polank , wróciłem i 

rozci gn łem si  znowu.  

      Ogie  przygasał i postanowiłem,  e pozwol  mu wypali  si  do ko ca. Okryty 

płaszczem, nasłuchiwałem odgłosów wiatru.  

      Zasn łem szybko. Nie wiem, jak długo spałem. Nie zapami tałem  adnych 

snów.  

      Obudziło mnie gor czkowe pulsowanie Frakir. Odrobin  uchyliłem powieki i 

przewróciłem si , jakby przez sen, tak by prawa dło  upadła mo liwie blisko 

r koje ci miecza. Oddychałem powoli i równo. Słyszałem i czułem,  e wiatr si  

wzmógł; rozdmuchał głownie i ognisko zapaliło si  znowu. Jednak przed sob  nie 

zauwa yłem nikogo. Wyt yłem słuch, ale prócz szumu wiatru i trzasków ognia 

nie usłyszałem niczego.  

      Nie wydawało si  rozs dnym wyj ciem, by skoczy  na równe nogi i stan  w 

pozycji obronnej. Nie wiedziałem przecie , z której strony nadchodzi 

niebezpiecze stwo. Byłbym łatwym cełem. Z drugiej strony, specjalnie rzuciłem 

płaszcz w takim miejscu,  e miałem za plecami wielk , nisko rozgał zion  sosn . 

Bardzo trudno byłoby komu  zaj  mnie od tyłu, nie wspominaj c ju  o 

zachowaniu ciszy. Nie s dz , by stamt d groził mi atak. Lekko przesun łem 

głow , by spojrze  na Smug . Zachowywał si  niespokojnie. Frakir nie 

przerywała swej ostrzegawczzj działalno ci, a  nakazałem jej spokój. Smuga 

strzygł uszami i potrz sał głow , rozdymaj c nozdrza. Przyjrzałem si  

dokładniej: jego uwag  przyci gało chyba co  po mojej prawej stronie. Zacz ł 

cofa  si  przez obóz, wlok c za sob  długi postronek.  

      Wtedy usłyszałem d wi k gło niejszy od kroków Smugi. Co  si  zbli ało z 

background image

 

98 

prawej strony. Przez chwil  trwała cisza, potem usłyszałem go znowu. To nie były 

kroki; to raczej ciało zaczepiaj ce o gał , która zaprotestowała słabo.  

      Wyobraziłem sobie drzewa i krzaki po tamtej stronie i uznałem,  e pozwol  

temu tajemniczemu czemu  podej  bli ej. Odrzuciłem my l, by wezwa  Logrus i 

przygotowa  magiczny atak. Potrzebowałbym na to wi cej czasu, ni  moim 

zdaniem pozostało. Zreszt , s dz c po zachowaniu Smugi i po tym, co usłyszałem, 

nadchodził tylko jeden napastnik. Postanowiłem jednak przy najbli szej okazji 

przygotowa  porz dny zapas zakl , zarówno ofensywnych, jak i obronnych, 

podobnych do tych, w które uzbroiłem si  przeciwko chroni cej mnie istocie. 

Problem w tym,  e trzeba kilku dni w samotno ci, by dopracowa  je w 

sensownym zakresie, ustawi  i prze wiczy  tak, by potem rzuca  błyskawicznie. 

W dodatku po mniej wi cej tygodniu zakl cia zdradzaj  tendencj  do rozkładu. 

Czasem wytrzymuj  dłu ej, czasem krócej, zale nie od ilo ci wło onej w nie 

energii oraz magicznego klimatu konkretnego cienia, w którym przychodzi 

działa . Rzecz niewarta zachodu, je li nie ma pewno ci,  e b d  potrzebne w 

konkretnym czasie. Z drugiej strony dobry czarodziej powinien zawsze mie  pod 

r k  jedno zakl cie ataku, jedno obrony i jedno ucieczki. Ja jednak jestem troch  

leniwy i nie lubi  kłopotów, w dodatku do niedawna nie widziałem potrzeby 

takich przygotowa . A od niedawna nie miałem czasu,  eby si  tym zaj .  

      Gdybym zatem wezwał teraz Logrus i ustawił si  w jego zasi gu, mógłbym co 

najwy ej ciska  gromy czystej energii - co jest niezwykle wyczerpuj ce.  

      Niech podejdzie bli ej, to wystarczy. Wtedy napotka zimn  stal i dusz cy 

powróz.  

      Czułem, jak si  zbli a, słyszałem delikatne dr enie sosnowych igieł. Jeszcze 

par  metrów, mój wrogu... Podejd . Tylko tego mi trzeba. Podejd  blisko...  

      Zatrzymał si . Słyszałem jego równy, cichy oddech.  

      Wreszcie...  

      - Z pewno ci  wiesz ju  o mnie, Magu - nadpłyn ł szept. - Wszyscy bowiem 

mamy swoje drobne sztuczki, a ja znam  ródło twoich.  

      - Kim jeste ? - spytałem. Chwyciłem r koje  miecza, poderwałem si  i 

przykucn łem wpatrzony w ciemno . Ostrze zakre liło niewielki kr g.  

      - Jestem nieprzyjacielem - brzmiała odpowied . - Tym, o którym my lałe ,  e 

nigdy si  nie zjawi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

99 

Rozdział 8

 

 

Moc.  

      Pami tam ten dzie . Stan łem na skalnym wzniesieniu.  

      Fiona - odziana w lawend , przepasana srebrem - stała wy ej, przede mn  i 

nieco na prawo. W prawej dłoni trzymała srebrne zwierciadło i przez mgł  

spogl dała w dół, gdzie wyrastało wielkie drzewo. Wokół panował absolutny 

bezruch i nawet d wi ki dochodziły tu stłumione. Górna cz  drzewa nikn ła w 

wisz cych nisko kł bach mgły, a docieraj ce tu  wiatło ostro rysowało jego 

sylwetk  na tle  ciany mgły wisz cej dalej, wznosz cej si , by doł czy  do tej nad 

nami. Jaskrawa, jakby płon ca własnym blaskiem linia l niła wyrze biona w 

gruncie u korzeni drzewa, wyginała si  i znikała w białym tumanie. Po lewej 

widoczny był niewielki, równie jaskrawy łuk; wynurzał si  i znikał na powrót w 

skł bionym białym murze.  

      - Co to jest, Fiono? - zapytałem. - Dlaczego sprowadziła  mnie w to miejsce?  

      - Słyszałe  o tym - odparła. - Chciałe  to obejrze .  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nigdy o tym nie słyszałem. Nie mam poj cia, na co patrz .  

      - Chod  - rzuciła i rozpocz ła zej cie.  

      Odepchn ia moj  dło ; poruszała si  szybko i z gracj . Zeszli my ze skał i 

zbli yli my si  do drzewa. Było tu co  znajomego, ale nie mogłem tego 

umiejscowi .  

      - Od ojca - powiedziała w ko cu. - Długo opowiadał ci swoj  histori . Z 

pewno ci  nie pomin ł tej cz ci.  

      Przystan łem, gdy pojawiło si  niepewne z pocz tku zrozumienie.  

      - To drzewo... - rzekłem.  

      - Kiedy Corwin rozpocz ł stwarzanie nowego Wzorca, wbił w ziemi  swoj  

lask  - wyja niła. - Była  wie a. Zapu ciła korzenie.  

      Zdawało mi si ,  e wyczuwam delikatne dr enie gruntu.  

      Fiona odwróciła si  plecami, uniosła zwierciadło i ustawiła je tak, by ponad 

prawym ramieniem obserwowa  cał  scen .  

      - Tak - stwierdziła po chwili. Podała mi zwierciadło. - Spójrz - poleciła. - Jak 

ja przed chwil .  

      Przyj łem je, podniosłem, nachyliłem i patrzyłem. Obraz w zwierciadle ró nił 

si  od tego, który dostrzegałem nie uzbrojonym okiem. Mogłem teraz spojrze  

poza drzewo, poprzez mgł , zobaczy  wi ksz  cz  tego dziwnego Wzorca. Wił 

sw   cie k  po ziemi, skr caj c do  rodka, ku mimo rodowemu kra cowi. Ten cel 

byi jedynym punktem wci  zakrytym nieruchom  kolumn  bieli, w której jak 

gwiazdy rozbłyskiwały male kie  wiatełka.  

      - Nie przypomina Wzorca w Amberze - zauwa yłem.  

      - Nie - przyznała. - Czy jest cho  troch  podobny do Logrusu?  

      - Niespecjalnie. Wła ciwie to Logrus cały czas zmienia si  po trochu. Ale i tak 

jest bardziej kanciasty, a to tutaj składa si  głównie z łuków i krzywych.  

      Przygl dałem si  jeszcze przez chwil , po czym oddałem jej zwierciadło.  

      - Ciekawe zakl cie w tym lustrze - stwierdziłem, przy okazji bowiem 

studiowałem trzyman  w r ku tafl .  

background image

 

100 

      - I o wiele trudniejsze, ni  my lisz - odparła. - Gdy  jest tu co  wi cej ni  mgła. 

Patrz.  

      Zbli yła si  do pocz tku Wzorca, u stóp wielkiego drzewa. Podeszła, jakby 

chciała postawi  stop  na błyszcz cej  cie ce. Zanim to nast piło, niewielka 

elektryczna iskra strzeliła w gór  i trafiła w jej bucik. Fiona szybko cofn ła nog .  

      - Odpycha mnie - oznajmiła. - Nie mog  na nim stan . Ty spróbuj.  

      Było w jej spojrzeniu co , co mi si  nie spodobało. Podszedłem jednak.  

      - Dlaczego twoje lustro nie si ga do  rodka? - spytałem nagle.  

      - Im bli ej centrum, tym bardziej narasta opór. Tam jest najwi kszy. Ale 

dlaczego tak jest, nie mam poj cia.  

      Wahałem si  jeszcze.  

      - Czy kto  oprócz ciebie tego próbował?  

      - Przyprowadziłam tu Bleysa - odparła. - Ale jego tak e odepchn ł.  

      - I tylko on widział ten Wzorzec?  

      - Nie. Był tu jeszcze Random. Ale odmówił próby. Powiedział,  e woli si  w to 

nie bawi .  

      - Mo e i rozs dnie. Miał wtedy Klejnot?  

      - Nie. Dlaczego?  

      - Czysta ciekawo .  

      - Sprawd , mo e tobie si  uda.  

      Uniosłem praw  stop  i przesun łem j  wolno w stron  linii. Jakie  trzydzie ci 

centymetrów nad powierzchni  zatrzymałem si .  

      - Co  mnie powstrzymuje - oznajmiłem.  

      - To dziwne. Nie było wyładowania elektrycznego.  

      - Niewielka pociecha - mrukn łem i pchn łem stop  jeszcze kilka 

centymetrów w dół. Westchn łem. - Nic z tego, Fi. Nie mog .  

      Widziałem rozczarowanie w jej twarzy.  

      - Miałam nadziej  - o wiadczyła, kiedy ju  si  cofn łem -  e kto  inny prócz 

Corwina potrafi przej  ten Wzorzec. Jego syn wydawał si  najrozs dniejszym 

kandydatem.  

      - Ale dlaczego to takie wa ne,  eby kto  przeszedł? Tylko dlatego,  e tu jest?  

      - Uwa am,  e stanowi zagro enie - wyja niła. - Trzeba go zbada  i usun .  

      - Zagro enie? Czemu?  

      - Amber i Chaos to dwa bieguny egzystencji w naszym rozumieniu - zacz ła. - 

To dlatego,  e s  siedzibami Wzorca i Logrusu. Przez całe wieki trwała mi dzy 

nimi pewna równowaga. Teraz, moim zdaniem, ten wredny Wzorzec twojego ojca 

zakłóca układ.  

      - W jaki sposób?  

      - Zawsze istniały falowe poł czenia pomi dzy Amberem i Chaosem. To tutaj 

wywołuje interferencje.  

      - Mo e to jak kostka lodu wrzucona do drinka. Po jakim  czasie wszystko si  

uspokoi.  

      Pokr ciła głow .  

      - Nic si  nie uspokaja. Od kiedy Corwin to stworzył, wybucha coraz wi cej 

sztormów Cienia. Naruszaj  sam  osnow   wiata. Wpływaj  na natur  

rzeczywisto ci.  

background image

 

101 

      - Nie masz racji - stwierdziłem. - W tym samym czasie miało miejsce inne 

wydarzenie, o wiele, wa niejsze, ale podobnego typu: oryginalny Wzorzec w 

Amberze został uszkodzony i Oberon go naprawił. Fala Chaosu, jaka po tym 

nast piła, zalała cały Cie . Wywarła wpływ na wszystko. Ale Wzorzec przetrwał i 

sprawy wróciły do normy. S dz  raczej,  e te sztormy Cienia to rodzaj fali 

odbitej.  

      - Dobry argument - przyznała. - Ale je li bł dny?  

      - Nie przypuszczam.  

      - Merle, tutaj działa jaka  moc... straszliwa ilo  energii.  

      - W to nie w tpi .  

      - Zawsze starali my si  uwa a  na moc, zrozumie  j  i opanowa . Poniewa  

pewnego dnia mo e si  sta  niebezpieczna. Czy Corwin powiedział ci co , 

cokolwiek, o tym, co dokładnie reprezentuje ten Wzorzec i jak do niego podej ?  

      - Nie. Tylko tyle,  e wykre lił go w po piechu, by zast pi  stary. S dzie,  e 

Oberonowi naprawa mogła si  nie powie .  

      - Gdyby my tylko potrafili go odnale .  

      - Wci  nie ma  adnych wie ci?  

      - Droppa twierdzi,  e widział go u Sandsa, na tym cieniu-Ziemi, któr  obaj 

tak lubicie. Mówi,  e Corwinowi towarzyszyła atrakcyjna kobieta,  e oboje co  

pili i słuchali zespołu. Pomachał i zacz ł przeciska  si  do nich przez tłum. My li, 

e Corwin go zauwa ył. Ale kiedy dotarł do ich stolika, oni ju  znikn li.  

      - To wszystko?  

      - To wszystko.  

      - Niewiele.  

      - Wiem. Je li Corwin jest jedyny, który mo e przej  to paskudztwo i je li ono 

rzeczywi cie stanowi zagro enie, pewnego dnia mo emy mie  powa ne kłopoty.  

      - Uwa am,  e panikujesz, cioteczko.  

      - Mam nadziej ,  e si  nie mylisz, Merle. Chod , zabior  ci  do domu.  

      Raz jeszcze przyjrzałem si  okolicy. Zapami tywałem nie tytko szczegóły, ale i 

nastrój, poniewa  zamierzałem stworzy  Atut tego miejsca. Nigdy nikomu nie 

zdradziłem,  e nie czułem  adnego oporu. Ale je eli postawi si  ju  stop  na 

Wzorcu albo Logrusie, nie ma odwrotu. Mo na i  naprzód a  do ko ca albo 

zgin . A chocia  uwielbiam tajemnice, ko czyły mi si  ferie i musiałem wraca  

na zaj cia.  

 

      Moc.  

      Byłi my razem w lesie Czarnej Strefy, tego obszaru Cienia, z którym Chaos 

mo e prowadzi  handel. Polowali my na ahindy, które s  rogate, niskie, czarne, 

dzikie i drapie ne. Nie bardzo lubi  polowania, poniewa  nie bardzo lubi  

zabijanie stworze , których zabija  nie musz . Jednak to Jurt wpadł na ten 

pomysł, a ja przyj łem propozycj , gdy  była to jedna z ostatnich okazji, by 

pogodzi  si  jako  z bratem, zanim wyjad .  aden z nas nie był zbyt dobrym 

łucznikiem, a zhindy s  szybkie.  

      Przy odrobinie szcz cia  aden nie zginie, a my b dziemy mogli porozmawia ; 

mo e po polowaniu nasze stosunki si  poprawi .  

      Po jakim  czasie zgubili my trop i zatrzymali my si  na odpoczynek. Długo 

background image

 

102 

rozmawiali my o łucznictwie, polityce na dworze, o Cieniu i o pogodzie. Ostatnio 

był wobec mnie grzeczniejszy, co uznałem za dobry znak. Zapu cił włosy, by 

zakrywały miejsce po brakuj cym uchu - uszy trudno si  regeneruj . Nie 

mówili my o pojedynku ani o kłótni, która do niego doprowadziła.  

      Wkrótce miałem znikn  z jego  ycia, pomy lałem wi c,  e chce zamkn  ten 

rozdział w sposób w miar  przyjacielski, by ka dy z nas mógł odej  bez 

nieprzyjemnych wspomnie . Przynajmniej połowicznie miałem racj .  

      Pó niej, kiedy zatrzymali my si  na zimny lunch, zapytał:  

      Jak z tym jest?  

      Z czym? - Nie zrozumiałem.  

      Z moc  - wyja nił. - Moc  Logrusu: chodzi  przez Cie , działa  na wy szym 

poziomie magii ni  ta zwyczajna.  

      Nie chciałem mówi  o szczegółach, poniewa  wiedziałem,  e on sam 

trzykrotnie przygotowywał si  do przej cia Logrusu. Za ka dym razem 

wycofywał si , kiedy na niego spojrzał. Mo e wpłyn ły na te decyzje tak e 

szkielety tych, którym si  nie udało - Suhuy trzyma je dookoła. Jurt chyba nie 

zdawał sobie sprawy,  e wiem o dwóch ostatnich nieudanych próbach. 

Postanowiłem wi c zlekcewa y  swoje osi gni cie.  

      - Wła ciwie nie czuje si  niczego szczególnego - stwierdziłem. - Dopóki jej nie 

u ywasz. Wtedy trudno to opisa .  

      - My l ,  e wkrótce sam tego spróbuj  - oznajmił. - Przyjemnie b dzie 

zobaczy  w Cieniu to i owo, mo e nawet znale  dla siebie jakie  królestwo. 

Mógłby  mi co  doradzi ?  

      Przytakn łem.  

      - Nie ogl daj si . Nie my l. Po prostu id  naprzód.  

      Roze miał si .  

      - To brzmi jak rozkazy dla wojska.  

      - S dz ,  e istnieje pewne podobie stwo.  

      Znowu si  za miał.  

      - Zabijmy zhinda - rzekł.  

      Tego popołudnia zgubili my trop w g stwinie pełnej połamanych, suchych 

gał zi. Słyszeli my, jak przebija si  tamt dy zhind, ale trudno było zgadn , w 

któr  stron  uciekł. Stałem plecami do Jurta i obserwowałem skraj zagajnika, 

gdy Frakir mocno  cisn ła mi nadgarstek, a potem rozlu niła u cisk i opadła na 

ziemi .  

      Schyliłem si , by j  podnie , i wtedy nast pił atak.  

      Usłyszałem jakie  stukni cie nad głow . Spojrzałem; tu  przede mn  z pnia 

sterczała strzała. Wbiła si  na takiej wysoko ci,  e gdybym stał prosto, trafiłaby 

mnie w plecy.  

      Odwróciłem si  szybko, wci  pochylony. Jurt nakładał na ci ciw  kolejn  

strzał .  

      - Nie ogl daj si  - powiedział. - Nie my l. Po prostu id  naprzód. - I wybuchn ł 

miechem.  

      Skoczyłem ku niemu, gdy unosił bro . Lepszy łucznik pewnie by mnie zabił. 

S dz  jednak,  e kiedy ruszyłem, wpadł w panik  i zbyt wcze nie wypu cił 

strzał . Wbiła si  w bok mojej skórzanej kamizeli, a ja nie poczułem bólu. 

background image

 

103 

Chwyciłem go nad kolanami; padaj c na wznak wypu cił łuk. Wyrwał z pochwy 

my liwski nó , przetoczył si  na bok i ci ł mnie w szyj . Chwyciłem go lew  r k  

za nadgarstek; sił  rozp du powalił mnie na plecy. Wyprowadziłem prawy sierp 

w szcz k , równocze nie odpychaj c od siebie ostrze. Zablokował cios i kopn ł 

mnie kolanem w krocze.  

      Uderzenie odebrało mi wi ksz  cz  sił i ostrze no a opadło na kilka 

centymetrów nad moj  krta . Obolały, zdołałem jednak przesun  biodro, by 

zablokowa  nast pnego kopniaka. Wcisn łem prawe przedrami  pod jego 

nadgarstek, przy okazji rozcinaj c sobie r k . Potem pchn łem praw , 

poci gn łem lew  i przewróciłem si  w bok. Wyrwał r k  z mojego wci  zbyt 

słabego uchwytu, potoczył si  dalej, próbował wsta ... i wtedy usłyszałem jego 

wrzask.  

      Przykl kn łem. Jurt le ał na lewym boku, tam gdzie upadł. Dwa metry za 

nim sterczał nó  wbity w pl tanin  połamanych gał zi. Jurt obiema r kami 

zasłaniał twarz i krzyczał chrapliwie jak zranione zwierz .  

      Podszedłem sprawdzi , co si  stało. Frakir trzymałem w pogotowiu, by 

owin ła mu szyj , gdyby planował jak  sztuczk .  

      Ale nie. Zobaczyłem,  e jaki  ostry patyk wbił mu si  w prawe oko. Krew 

spływała po policzku i nosie.  

      - Przesta  si  rzuca  - powiedziałem. - Tylko pogarszasz spraw . Czekaj, 

wyci gn  to.  

      - Trzymaj łapy z daleka! - krzykn ł.  

      Potem, zaciskaj c z by i krzywi c si  potwornie, chwycił patyk praw  r k  i 

szarpn ł głow  w tył. Musiałem si  odwróci . W chwil  pó niej zaskomlał cicho i 

padł nieprzytomny. Oderwałem r kaw koszuli, rozci łem na pasy, jeden 

zwin łem i przycisn łem do zranionego oka. Drugim zamocowałem opatrunek. 

Frakir jak zwykle powróciła na swoje miejsce powy ej dłoni.  

      Potem wyj łem Atut, który miał nas przenie  do domu, i wzi łem Jurta na 

r ce. Mamie si  to nie spodoba.  

 

      Moc.  

      Była sobota. Cały ranek latali my z Lukiem na lotniach. Potem zjedli my 

lunch z Juli  i Gail a jeszcze potem wzi li my Gwiezdn  Strzał  i pływali my a  

do wieczora. W porcie trafili my do baru z grillem; kiedy czekali my na steki, ja 

poszedłem po piwo. Luke przycisn ł mi dło  do stołu, gdy siłowali my si  na r ce 

o to, kto płaci za drinki.  

      - Gdybym dostał milion dolarów bez podatku, to... - powiedział kto  przy 

s siednim stoliku.  

      Julia roze miała si .  

      - Co w tym  miesznego? - spytałem.  

      - Jego lista  ycze . Ja chciałabym szaf  pełn  najlepszych ciuchów, a do tego 

jak  gustown  bi uteri . Ta szafa stałaby w prze licznym domu, a dom w jakiej  

okolicy, gdzie byłabym wa na...  

      - I tak przechodzimy od pieni dzy do władzy - u miechn ł si  Luke.  

      - Mo e i tak - przyznała. - Ale wła ciwie, jaka to ró nica?  

      - Za pieni dze kupuje si  rzeczy - wyja nił. - Władza to moc sprawiania, by 

background image

 

104 

rzeczy si  zdarzały. Je li mogłaby  wybiera , we  władz .  

      Zwykły u miech Gail pobladł. Spowa niała nagle.  

      - Nie wierz , by władza mogła by  czym  samym w sobie - o wiadczyła. - 

Wolno jej u ywa  tylko do pewnych celów.  

      - Co jest złego w si ganiu po władz , moc? - roze miała si  Julia. - To chyba 

do  przyjemne.  

      - Dopóki nie natrafisz na wi ksz  moc - odparł Luke.  

      - Wi c trzeba samemu mie  wi ksz .  

      - Tak nie mo na - wtr ciła Gail. - Istniej  obowi zki i one s  najwa niejsze.  

      Luke przyjrzał si  jej z uwag  i skin ł głow .  

      - Czy koniecznie trzeba miesza  do tego moralno ? - skrzywiła si  Julia.  

      - Koniecznie - potwierdził Luke.  

      - Nie zgadzam si .  

      Wzruszył ramionami.  

      - Ona ma racj  - odezwała si  nagle Gail. - Moralno  i obowi zek to wcale nie 

to samo.  

      - Je li ci y na tobie jaki  obowi zek - zacz ł - Luke co , co absolutnie musisz 

zrobi , powiedzmy sprawa honorowa, wtedy staje si  to Twoj  moralno ci .  

      Julia spojrzała na Luke'a, potem na Gail.  

      - Czy to znaczy,  e wła nie doszli my do porozumienia? - spytała.  

      - Nie - mrukn ł Luke. - Nie s dz .  

      Gail podniosła szklank .  

      - Mówisz o osobistym kodeksie, który nie musi mie  nic wspólnego z 

konwencjonaln  moralno ci .  

      - To prawda.  

      - Czyli tak naprawd  nie jest to moralno . Mówisz po prostu o obowi zku - 

zako czyła.  

      - Masz racj  z tym obowi zkiem - przyznał. - Ale to jednak moralno .  

      - Moralno ci  s  warto ci cywilizacyjne.  

      - Nie istnieje co  takiego jak cywilizacja - sprzeciwił si  Luke. - To słowo 

oznacza tylko sztuk   ycia w miastach.  

      - Niech b dzie. Warto ci kulturowe.  

      - Warto ci kulturowe s  wzgl dne - u miechn ł si . - A moje podpowiadaj  

mi,  e mam racj .  

      - A sk d si  bior  twoje warto ci? - spytała Gail, obserwuj c go uwa nie.  

      - Trzymajmy si  czysto filozoficznych argumentów, dobrze?  

      - Wi c mo e powinni my całkiem odrzuci  to poj cie - zaproponowała. - 

Trzymajmy si  obowi zku.  

      - A co si  stało z władz ? - wtr ciła Julia.  

      - Jest gdzie  w tym wszystkim - odparłem.  

      Nagle na twarzy Gail pojawił si  wyraz zaskoczenia, jakby nasza dyskusja nie 

była czym  powtarzanym w rozmaitych wariantach ju  tysi ce razy. Jakby 

naprawd  wskazała jej całkiem nowy tor my lenia.  

      - Je li to dwie ró ne rzeczy - powiedziała wolno - to która z nich jest 

wa niejsza?  

      - Nie ró ne - upierał si  Luke. - To jedno i to samo.  

background image

 

105 

      -- Nie s dz  - sprzeciwiła si  Julia. - Obowi zki s  jasno okre lone, a wła nie 

uznali my,  e mo na sobie wybra  moralno . Je li wi c które  z nich jest 

konieczne, wol  moralno .  

      - Wol  jasno zdefiniowane terminy - mrukn ła Gail.  

      Luke łykn ł piwa. Odbiło mu si .  

      - Do cholery! - zawołał. -  wiczenia z filozofii mamy dopiero we wtorek. 

Dzisiaj sobota. Merle, kto stawia nast pn  kolejk ?  

      Poło yłem na stole lewy łokie  i otworzyłem dło . Kiedy naciskali my i rosło 

napi cie mi dzy nami, rzucił przez zaci ni to z by:  

      - Miałem racj , prawda?  

      - Miałe  - przyznałem i pchn łem jego rami  a  do blatu.  

 

      Moc.  

      Wyj łem poczt  z zamykanej na klucz skrzynki w korytarzu i zaniosłem na 

gór , do mieszkania. Były tam dwa rachunki, jakie  ulotki rekłamowe i co  

grubego, lotniczego, bez adresu nadawcy.  

      Zamkn łem za sob  drzwi, schowałem klucze do kieszeni i rzuciłem neseser 

na najbli sze krzesło. Ruszyłem do sofy, kiedy zadzwonił telefon w kuchni. 

Zostawiłem listy na stoliku, odwróciłem si  i poszedłem do drzwi. Wybuch, jaki 

nast pił za moimi plecami, mógł, ale nie musiał by  dostatecznie silny, by mnie 

przewróci . Nie wiem, poniewa  gdy tylko usłyszałem huk, z własnej woli padłem 

na podłog . Uderzyłem głow  o nog  kuchennego stołu. Troch  mnie to 

oszołomiło, ale poza tym wyszedłem bez szwanku. Ucierpiał tylko pokój. Zanim 

zd yłem si  podnie , telefon ucichł.  

      Wiedziałem ju ,  e istnieje wiele prostszych sposobów pozbywania si  

niepotrzebnych ulotek reklamowych, ale długo jeszcze dr czyło mnie pytanie, kto 

wtedy do mnie dzwonił.  

      Wspominam czasem pierwszy z serii zamachów, t  ci arówk , która jechała 

prosto na mnie. Tylko przez moment, nim odskoczyłem, widziałem twarz 

kierowcy - nieruchom , bez  adnego wyrazu, jakby był martwy, 

zahipnotyzowany, pod wpływem narkotyków albo op tany. Do wyboru dowolna 

pozycja z tej listy, mo e nawet wi cej ni  jedna.  

      A potem ta noc opryszków. Zaatakowali mnie bez słowa. Kiedy ju  było po 

wszystkim i odchodziłem w swoj  stron , obejrzałem si  jeszcze. Miałem 

wra enie,  e dostrzegam wskakuj c  do bramy mroczn  sylwetk . Rozs dne 

posuni cie, pomy lałem, w  wietle tego, co si  wła nie wydarzyło. Cho  oczywi cie 

mógł to by  kto  powi zany z napadem. Nie mogłem si  zdecydowa . Ten 

człowiek stał zbyt daleko, by poda  mój rysopis. Gdybym zawrócił, a on był 

zwykłym przechodniem, pozostałby  wiadek mog cy mnie zidentyfikowa . 

Oczywi cie, to była prosta jak drut uprawa obrony koniecznej, ale straciłbym 

mas  czasu. Dlatego powiedziałem sobie: do diabla z tym, i poszedłem dalej. 

Kolejny ciekawy trzydziesty kwietnia.  

      Dzie  karabinu. Dwa strzały, kiedy szedłem ulic . Cbybiły, zanim 

zrozumiałem, co si  dzieje; wykruszyły cegły w murze po lewej stronie. Trzeciego 

strzału nie było, ale usłyszałem huk i trzask z budynku po drugiej stronie ulicy. 

Okno na trzecim pi trze było szeroko otwarte.  

background image

 

106 

      Przebiegłem. Frontowe drzwi starego domu były zamkni te na klucz, ale nie 

marnowałem czasu na subtelno ci. Znalazłem schody i ruszyłem na gór . Kiedy 

dotarłem do wła ciwego moim zdaniem mieszkania, postanowiłem wypróbowa  

bardziej staromodne podej cie do drzwi. Udało si . Były otwarte.  

      Stan łem z boku, pchn łem je i zobaczyłem,  e lokal jest nie umeblowany i 

pusty. I chyba opuszczony. Czy bym si  mylił? Ale wtedy zauwa yłem,  e okno 

na ulic  stoi otworem. Zauwa yłem te , co le y na podłodze.  

      Wszedłem i zamkn łem za sob  drzwi.  

      W k cie le ał połamany karabin. Ze  ladów na kolbie wywnioskowałem,  e 

kto  waln ł nim mocno w pobliski kaloryfer i dopiero potem odrzucił. A potem 

spostrzegłem na podłodze jeszcze co : czerwone i wilgotne. Niewiele. Zaledwie 

kilka kropel.  

      Szybko przeszukalem mieszkanie. Było niedu e. Znalazłem jedyne okno w 

jedynej sypialni, te  otwarte. Wyjrzałem; na zewn trz były schody 

przeciwpo arowe. Uznałem,  e sam równie  powinienem si  wynie  t  drog . Na 

czarnym metalu zauwa yłem jeszcze kilka kropel krwi, ale nic wi cej. Na dole nie 

spotkałem nikogo.  

      Moc. By zabija . Luke, Jasra, Gail. Które z nich za co było odpowiedzialne?  

      Im dłu ej si  nad tym zastanawiałem, tym bardziej wydawało mi si  

prawdopodobne,  e kto  telefonował tak e pami tnego ranka otwartych 

palników. Mo e wła nie dzwonek sprawił,  e przebudziłem si  ze  wiadomo ci  

zagro enia? Za ka dym razem, kiedy rozmy lałem o tych sprawach, akcent 

ulegał lekkiemu przesuni ciu.  

      Spogl dałem na nie w nowym  wietle. Według Luke'a i pseudo-Vinty, w 

ostatnich epizodach nie groziło mi wielkie niebezpiecze stwo, chocia  ka dy z 

nich łatwo mógł sta  si  ostatnim. Do kogo powinienem mie  pretensje? Do 

sprawcy? Czy do obro cy, który ledwie zd ył? I kto był kim? Pami tam, jak 

opowie  ojca komplikował ten przekl ty wypadek samochodowy, powracaj cy 

stale niby motyw "Zeszłego roku w Marienbadzie". A przecie  w porównaniu z 

tym wszystkim, co spadło na mnie, jego historia wydawała si  trywialnie prosta. 

On przynajmniej wiedział na ogół, co ma robi .  

      Czy bym został spadkobierc  rodzinnej kl twy dotycz cej spl tanych intryg?  

 

      Moc.  

      Pami tam ostatni  lekcj  wujka Suhuya. Kiedy przeszedłem Logrus, sporo 

czasu po wi cił ucz c mnie tego, czego wcze niej nie mogłem pozna . Wreszcie 

nadeszła chwila, gdy my lałem,  e sko czyli my. Moja znajomo  Kunsztu 

została potwierdzona, a ja byłem wolny. S dziłem,  e opanowałem cało  podstaw 

i pozostało mi ju  tylko dopracowanie szczegółów. Zacz łem szykowa  si  do 

podró y na cie -Ziemi . A  pewnego ranka Suhuy przysłał po mnie. Uznałem,  e 

pewnie chce si  po egna  i udzieli  mi kilku przyjacielskich rad.  

      Włosy miał białe, garbił si  troch  i bywały dni, gdy chodził o lasce. To 

wła nie był jeden z nich. Miał na sobie swój  ółty kaftan; zawsze my łałem, ze to 

strój roboczy, nie do przyjmowania go ci.  

      - Jeste  gotów na krótk  wycieczk ? - zapytał.  

      - B dzie długa - odpowiedziałem. - Ale jestem prawie gotowy.  

background image

 

107 

      - Nie. Nie o t  podró  mi chodzi.  

      - Aha. To znaczy,  e chcesz. zabra  mnie gdzie  w tej chwili?  

      - Chod  - rzekł.  

      Pod yłem wi c za nim, a cienie rozst powały si  przed nami. Szli my przez 

coraz wi ksze pustkowia, a  dotarli my do miejsc, gdzie nie było nawet  ladu 

ycia. Wokół le ały ciemne, sterylne głazy, nieruchome w mosi nym blasku 

gasn cego, pradawnego sło ca. To miejsce było chłodne i suche, a kiedy 

zatrzymali my si  i spojrzałem wokół siebie, zadr ałem.  

      Czekałem, by wyja nił, o co mu chodzi. Lecz nim przemówił, min ła długa 

chwila. Bez słowa wpatrywał si  w martwy pejza , jakby zapomniał o mojej 

obecno ci.  

      Wreszcie...  

      - Nauczyłem ci  metod Cienia - o wiadczył wolno. - A tak e kompozycji zakl  

i ich działania.  

      Milczałem. To stwierdzenie nie wymagało chyba odpowiedzi.  

      - Wiesz zatem nieco o własno ciach mocy - kontynuował. - Pobierasz j  ze 

Znaku Chaosu, Logrusu, i wykorzystujesz na ró ne sposoby.  

      W ko cu spojrzał na mnic, wi c przytakn łem.  

      - Rozumiem,  e ci, co nosz  Wzorzec, Znak Porz dku, mog  dokonywa  

podobnych rzeczy sposobami, które mog , ale nie musz  by  podobne - mówił 

dalej. - Nie wiem na pewno, gdy  nie przeszedłem wtajemniczenia we Wzorcu. 

W tpi , by duch zniósł wysiłek poznania obu Znaków. Powiniene  jednak zdawa  

sobie spraw ,  e gdzie  tam istnieje  ródło mocy b d ce antytez  naszego.  

      - Rozumiem - potwierdziłem, poniewa  oczekiwał chyba odpowiedzi.  

      - Ty jednak masz do dyspozycji  ródło, którego nie znaj  ci z Amberu. Patrz!  

      Ostatnie słowo nie oznaczało,  e mam si  przygl da , jak opiera lask  o 

kamie  i unosi przed sob  r ce. Oznaczało,  e powinienem mie  przed oczami 

Logrus i z tego poziomu obserwowa  działania Suhuya. Przywołałem wi c wizj  i 

patrzyłem poprzez ni .  

      Zawieszona przed nim wizja zdawała si  rozci gni tym i wiruj cym 

przedłu eniem mojej. Zobaczyłem i poczulem, jak Suhuy ł czy z ni  r ce i 

wyci ga par  zygzakowatych ramion, jak si ga coraz dalej, by dotkn  le cego 

ni ej na zboczu głazu.  

      - Wejd  teraz w Logrus - polecił. - Pozosta  bierny. B d  ze mn  we 

wszystkim, co zamierzam uczyni . Ale w  adnym razie nie próbuj si  wtr ca .  

      - Rozumiem.  

      Wsun łem dłonie w swoj  wizj  i przemieszczałem je szukaj c zgodno ci, a  

stały si  jej cz ci .  

      - Dobrze - pochwalił, kiedy znalazłem wła ciw  pozycj . - Teraz masz tylko 

obserwowa , na wszystkich poziomach.  

      Co  pulsowało w odgał zieniach, którymi kierował, co  płyn ło w dół a  do 

głazu. Na to, co nast piło potem, nie byłem przygotowany. Obraz Logrusu przede 

mn  poczerniał, stał si  wrz cym kleksem atramentowego wiru. Przepłyn ło 

przeze mnie straszliwe uczucie niszcz cej mocy, ogromna niszczycielska siła 

groziła,  e mnie zmia d y, poniesie w błog  nico  ostatecznego nieładu. Jaka  

cz  umysłu pragn ła tego, gdy inna bezgło nym krzykiem nakazywała tej mocy 

background image

 

108 

znikn . Suhuy jednak panował nad zjawiskiem a ja widziałem, jak to robi, tak 

jak widziałem, w jaki sposób je wywołał.  

      Głaz poł czył si  z zam tem, zjednoczył i znikn ł. Nie było  adnej eksplozji 

ani implozji, jedynie wra enie pot nych, lodowatych wichrów i kakofonicznych 

d wi ków. W redy mój wuj wolno rozsun ł r ce, a linie wrz cej czerni pod yly 

za nimi, popłyn ły w obu kierunkach do tego obszaru chaosu, który kiedy  był 

głazem. Stworzyły długi, ciemny okop, w którym mogłem obserwowa  paradoks 

równocze nie pustki i aktywno ci.  

      Potem Suhuy znieruchomiał, blokuj c niezwykły fenomen.  

      - Mógłbym go teraz uwolni  - oznajmił. - Pozwoli , by szalał swobodnie. Albo 

nada  mu kierunek i uwolni  dopiero wtedy.  

      Umilkł.  

      - Co by si  stało? - spytałem. - Czy trwałby nadal, póki nie zniszczyłby całego 

cienia?  

      - Nie - odparł. - Istniej  czynniki ognmiczaj ce. Si gałby coraz dalej, ale 

równocze nie narastałby opór porz dku wobec Chaosu. W ko cu zostałby 

powstrzymany.  

      - A gdyby  pozostał, jak jeste , i przywoływał wci  wi cej?  

      - Mógłbym wyrz dzi  wielkie szkody.  

      - A gdyby my poł czyli wysiłki?  

      - Wtedy szkody byłyby jeszcze wi ksze. Ale nie o tak  lekcj  mi chodziło. 

Teraz b d  si  przygl dał, a ty spróbujesz nad nim zapanowa .  

      Przej łem wi c Znak Logrusu i poprowadziłem lini  zniszczenia z powrotem, 

po wielkim okr gu, niby w otaczaj cej nas mrocznej fosie.  

      - Odp d  go teraz - polecił Suhuy.  

      Uczyniłem to.  

      Wichry i d wi ki scalały jednak nadal. Nic nie widziałem za czarnym murem, 

który wydawał si  napiera  na nas ze wszystkich stron.  

      - Jak widz , nie osi gn ł jeszcze czynników ograniczaj cych - zauwa yłem.  

      ZachichotaL  

      - Masz racj . Przerwała  wprawdzie, ale przekroczyłe  pewn  graniczn  

warto . On teraz szaleje.  

      - Och - mrukn łem. - Ile potrwa, zanim wycisz  go te naturalne ograniczniki, 

o których wspominałe ?  

      - Wcze niej całkowicie unicestwi ten teren, na którym stoimy.  

      - Rozszerza si  we wszystkie strony, a równocze nie pod a w tym kierunku?  

      - Tak.  

      - To ciekawe. Jaka jest masa krytyczna?  

      - B d  ci musiał pokaza . Ale najpierw poszukajmy jakiego  innego miejsca. 

Tego ju  wkrótce nie b dzie. Daj r k .  

      Podałem, a on zaprowadził mnie do innego cienia.  

      Tym razem sam przywołałem Chaos i przeprowadziłem wszystkie operacje. 

Suhuy tylko obserwował. Teraz nie uwolniłem sztormu. Kiedy sko czyłem, 

stałem oszołomiony, wpatrzony w niewielki krater, który sam stworzylem. Suhuy 

poło ył mi dło  na ramieniu.  

      - Wiedziałe  ju  teoretycznie,  e za twoimi zakl ciami stoi ostateczna moc: 

background image

 

109 

sam Chaos. Bezpo rednie kierowanie nim jest niebezpieczne, ale jak sam 

widziałe , mo liwe. Teraz, kiedy wiesz o tym, twoje szkolenie dobiegło ko ca.  

      To było bardziej ni  wstrz saj ce... było przera aj ce. I dla wi kszo ci 

sytuacji, jakie potrafiłem sobie wyobrazi , przypominałoby strzelanie do rzutków 

pociskami j drowymi. Nie mogłem nawet wymy li  okoliczno ci, które zmusiłyby 

mnie do wykorzystania tej techniki - a  do chwili, kiedy Victor Melman 

naprawd  mi si  naraził.  

      Moc w swych licznych postaciach, odmianach, wielko ciach i stylach wci  

mnie fascynuje. Od tak dawna była cz ci  mojego  ycia,  e czuj  si  tak, jakbym 

j  poznał. Chocia  nie s dz , bym kiedykolwiek zrozumiał j  w pełni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

110 

Rozdział 9

 

 

- Najwy szy czas - o wiadczyłem temu, co czaiło si  w cieniu.  

      Głuchy warkot, jaki si  rozległ, nie mógł pochodzi  z ludzkiej krtani. 

Zastanawiałem si , z jak  besti  przyszło mi si  potyka . Byłem pewien,  e atak 

nast pi od razu, lecz myliłem si . Warkot ucichł.  

      - Poczuj swój strach - nadpłyn ł szept.  

      - Sam poczuj - odpowiedziałem. - Póki jeszcze mo esz.  

      Usłyszałem gło ne dyszenie. Płomienie ta czyły mi za plecami, a Smuga 

odsun ł si  tak daleko, jak tylko pozwalał mu długi powróz.  

      - Mogłe  zgin  we  nie - oznajmił wolno przybysz.  

      - Głupio,  e mnie nie zabiłe . Zapłacisz za to.  

      - Chc  na ciebie popatrze , Merlinie. Chc  widzie  twoje zdziwienie, twoj  

niepewno . Chc  widzie  twój strach, zanim zobacz  twoj  krew.  

      - Rozumiem wi c,  e chodzi o spraw  osobist , nie słu bow .  

      Rozległ si  dziwny odgłos. Dopiero po chwili poj łem,  e to nieludzkie gardło 

próbuje wyda  ludzki chichot.  

      - Uprzedz  ci  od razu, czarowniku - odpowiedział. - Przywołaj swój Znak, a 

zdekoncentrujesz si . B d  to wiedzie  i rozerw  ci , zanim go u yjesz.  

      - To ładnie,  e mnie ostrzegasz.  

      - Tylko dlatego, by usun  tak  mo liwo  z twych my li. Ta rzecz zwini ta na 

twej lewej r ce tak e nie zd y ci pomóc.  

      - Masz dobry wzrok.  

      - W takich sprawach owszem.  

      - Masz mo e ochot  na dyskusj  o filozofii zemsty?  

      - Czekam, a  si  załamiesz i zrobisz co  nierozs dnego. To zwi kszy moj  

rozkosz. Twoje działania ograniczone s  do czysto fizycznych, a zatem jeste  

skazany.  

      - Mo esz sobie czeka .  

      Krzaki zaszele ciły, gdy co  ruszyło w moj  stron . Nadal nic nie widziałem. 

Odsun łem si  o krok w lewo, by blask ognia si gn ł cienia. Wtedy dostrzegłem 

l nienie nisko nad ziemi  -  wiatło odbijało si   ółto od pojedynczego, szeroko 

otwartego oka.  

      Opu ciłem ostrze, kieruj c je w to oko. Do licha, przecie  ka de znane mi 

stworzenie chroni oczy.  

      - Banzai! - wrzasn łem i zaatakowałem. Konwersacja i tak nie toczyła si  zbyt 

ywo, a ja niecierpliwiłem si , by przej  do innych spraw.  

      Stwór poderwał si  błyskawicznie i unikaj c pchni cia pot nymi susami 

pomkn ł ku mnie. Okazał si  wielkim, czarnym wilkiem z wielkimi uszami. 

Przemkn ł pod kling , omijaj c nerwowe ci cie, jakie zd yłem wyprowadzi , i 

rzucił mi si  wprost do gardła. Odruchowo uniosłem i wepchn łem w rozwart  

paszcz  lewe rami . Równocze nie zamachn łem si  prawym i z całej siły 

waln łem go w głow  r koje ci  miecza.  

      U cisk z bów zel ał, kiedy poleciałem do tyłu, nadal jednak trzymały mocno, 

przebijaj c koszul  i ciało. A ja padaj c skr całem si  i ci gn łem; chciałem 

wyl dowa  na wierzchu i wiedziałem,  e nie wyl duj .  

background image

 

111 

      Upadłem na lewy bok i obracaj c si  zadałem kolejny cios głowni  w skro  

bestii. I wtedy szcz cie u miechn ło si  dla odmiany do mnie, gdy  dostrzegłem, 

e le ymy niedaleko ogniska i wci  toczymy si  w tamt  stron . Upu ciłem miecz 

i praw  r k  si gn łem mu do gardła. Było pot nie umi nione i nie miałem 

adnych szans na zmia d enie tchawicy. Nie na tym jednak mi zale ało.  

      Si gn łem r k  wy ej, złapałem go za doln  szcz k  i  cisn łem z całej siły. 

Przesuwałem stopy, a  znalazłem oparcie i zacz łem pcha  nogami. 

Przesun li my si  jeszcze kawałek, dostatecznie daleko, bym wepchn ł do ognia 

kosmaty łeb.  

      Przez chwil  nic si  nie działo, je li nie liczy  równego strumyczka krwi 

płyn cego z mojego przedramienia do jego paszczy, a z niej na zewn trz. U cisk 

pot nych szcz k wci  był silny i bolesny. Pu cił moj  r k , kiedy po kilku 

sekundach głowa i szyja stan ły mu w płomieniach. Szarpn ł mocno, by odsun  

si  od ognia. Odepchn ł mnie na bok i skoczył na łapy; przenikliwe wycie 

wyrwało mu si  z gardła. Przetoczyłem si , kl kn łem i uniosłem r ce, ale on ju  

nie atakował. Min ł mnie p dem i pognał do lasu, w kierunku przeciwnym do 

tego, sk d przybył.  

      Chwyciłem miecz i pobiegłem za nim. Nie było czasu,  eby przystan  i 

wci gn  buty; udało mi si  przekształci  nieco podeszwy stóp, utwardzi  je 

troch  przeciwko kamieniom i patykom. Widziałem go jeszcze, gdy  sier  nadal 

si  tliła. Zreszt  do skutecznej pogoni wystarczało mi jego bezustanne niemal 

wycie. Co dziwne, zmieniało ton i wysoko , coraz bardziej przypominało ludzkie 

j ki, a coraz mniej skarg  wilka. Dziwne równie ,  e zwierz nie biegł tak szybko i 

pewnie, jak mógłbym oczekiwa  po przedstawicielu tego gatunku. Słyszałem, jak 

przedziera si  przez chaszcze i wpada na drzewa. Kilkakrotnie po takich 

zderzeniach wydawał d wi k całkiem podobny do ludzkich przekle stw. Dlatego 

wła nie mogłem utrzyma  dystans bli szy, ni  si  spodziewałem. Po kilku 

minutach zacz łem go nawet dogania .  

      I nagle dostrzegłem jego cel. Znowu zobaczyłem blade  wiatło, to samo, które 

zauwa yłem poprzednio. Zbli ali my si  szybko, wi c było teraz ja niejsze i 

wi ksze, mniej wi cej prostok tne, mniej wi cej na trzy metry wysokie i szerokie 

na niecałe dwa. Nie my lałem ju  o  ciganiu wilka na słuch i pop dziłem do 

wiatła. On tam wła nie zmierzał, a ja chciałem by  pierwszy.  

      Biegłem. Wilk był przede mn , z lewej strony. Sier  ju  mu nie płon ła, cho  

wci  warczał i st kał p dz c przed siebie.  wiatło przed nami l niło coraz 

mocniej; mogłem ju  w nie spojrze , popatrze  poprzez nie i po raz pierwszy 

dostrzec tam wyra niejszy obraz. Zobaczyłem zbocze wzgórza, na nim niski 

kamienny budynek, brukowan   cie k , kamienne schody - jak ram  obrazu 

otoczone prostok tem blasku - z pocz tku zamglone, ale z ka dym krokiem 

wyra niejsze. Obraz stał jakie  dwadzie cia metrów ode mnie, na samym  rodku 

polany, i trwało w nim chmurne popołudnie.  

      Kiedy zobaczyłem wilka wypadaj cego spomi dzy drzew, zrozumiałem,  e nie 

zd

 dobiec i pochwyci  tego, o czym wiedziałem,  e musi le e  w pobli u. Wci  

jednak miałem nadziej ,  e do cign  zwierza i zatrzymam go.  

      Przyspieszył jednak, gdy tylko znalazł si  w otwartym terenie. Wyra nie 

widziałem scen , ku której zmierzał. Krzykn łem, by odwróci , jego uwag , ale 

background image

 

112 

nadaremnie.  

      Mój ko cowy wysiłek nie wystarczył. I wtedy, na ziemi, tu  przed progiem, 

zobaczyłem to, czego szukałem. Za pó no. Na moich oczach wilk schylił głow  i 

chwycił płaski, prostok tny przedmiot. Nawet nie zwolnił kroku.  

      Zatrzymałem si  i odwróciłem, gdy skoczył do przodu; wypu ciłem miecz i 

rzuciłem si  na ziemi , przetoczyłem raz, potem drugi.  

      Poczułem wstrz s bezgło nej eksplozji, po niej implozji, a zaraz potem krótk  

seri  fal uderzeniowych. Le ałem my l c paskudne rzeczy, a  wszystko si  

uspokoiło. Wtedy wstałem i odszukałem bro .  

      Wokół znowu trwała normalna noc. Gwiazdy. Wiatr w gał ziach sosen. Nie 

musiałem si  nawet ogl da , ale zrobiłem to, by si  przekona ,  e cel, do którego 

p dziłem kilka chwil temu, jasne drzwi do innego  wiata, znikn ły bez  ladu.  

      Wróciłem do obozowiska i uspokoiłem Smug . Potem wci gn łem buty, 

zapi łem płaszcz, zasypałem ziemi  głownie w ognisku i wyprowadziłem konia na 

trakt.  

      Wskoczyłem na siodło i prawie godzin  jechali my drog  w stron  Amberu, 

nim wybrałem nowe miejsce na biwak pod białym jak ko  sierpem ksi yca.  

      Pozostała cz  nocy min ła spokojnie. Obudził mnie słoneczny blask i 

poranne wołania ptaków w gał ziach sosen. Zaj łem si  Smug , szybko zjadłem 

na  niadanie resztki prowiantu, jak najlepiej zadbałem o swój wygl d i w ci gu 

pół godziny byłem gotów do drogi.  

      Ranek był chłodny; wysoko po lewej stronie wznosił si  wał cumulusów, ale 

nad głow  miałem czyste niebo. Nie spieszyłem si . Wybrałem jazd  konn  

zamiast przeskoku Atutem, poniewa  chciałem lepiej pozna  okolice Amberu. 

Chciałem te  pomy le  troch  w samotno ci. Jasra była uwi ziona, Luke w 

szpitalu, a Ghostwheel zaj ty; wydawało si ,  e główne zagro enia dla Amberu 

uległy na razie zawieszeniu. Chwila wytchnienia była wi c usprawiedliwiona. 

Miałem nawet uczucie,  e zbli am si  do punktu, gdzie potrafi  sam rozwi za  

problemy z Lukiem i Jasr . Musiałem tylko pozna  jeszcze kilka szczegółów. 

Byłem te  pewien,  e poradz  sobie z Ghostem. Nasza ostatnia rozmowa budziła 

pewne nadzieje.  

      To były zasadnicze sprawy. Potem b d  si  martwił o cał  reszt . Taki 

dwubitowy magik jak Sharu Garrul był zaledwie irytuj cy w porównaniu z 

innymi problemami. Pojedynek z nim nie sprawi kłopotów, kiedy tylko znajd  

woln  chwil ... chocia  musiałem przyzna ,  e nie mam poj cia, czemu w ogóle si  

mn  zainteresował. Nie zapomniałem o tej istocie, która przez pewien czas była 

Vint . Wprawdzie z jej strony nie dostrzegałem zagro enia, jednak tajemnica 

zakłócała spokój ducha i w ogólnym rozrachunku migła co  wspólnego z moim 

bezpiecze stwem. T  spraw  tak e si  zajm , gdy znajd  woln  chwil .  

      Niepokoiła mnie oferta Luke'a,  e po uwolnieniu Jasry zdradzi wiadomo  

istotn  dla bezpiecze stwa Amberu. To dlatego,  e mu wierzyłem. Wierzyłem te , 

e dotrzyma słowa, cho  miałem przeczucie,  e zrobi to wtedy, gdy niewiele 

b dzie ju  mo na poradzi . Zgadywanie nie miało sensu; nie dało si  przewidzie , 

jakie nale y podj  przygotowania. A mo e sama propozycja, cho by szczera, 

była elementem wojny psychologicznej? Luke zawsze był bardziej subtelny, ni  

sugerował jego rubaszny wygl d. Wiele straciłem czasu, by si  o tym przekona , i 

background image

 

113 

teraz ju  nie zapomn .  

      Uznałem,  e mog  chwilowo nie my le  o bł kitnych kamieniach. Planowałem 

wkrótce pozby  si  ich wibracji.  aden problem, trzeba tylko zachowa  

szczególn  ostro no  - a szczególnie ostro ny byłem, ju  teraz, zreszt  od do  

dawna.  

      Pozostawał jeszcze ten nocny wilk. Powinienem jako  dopasowa  go do 

szerszego obrazu.  

      To jasne,  e nie miałem do czynienia ze zwykłym wilkiem, a cel jego wizyty 

był a  nadto oczywisty. Jednak na inne pytania nie umiałem ju  tak prosto 

odpowiedzie . Kim albo czym był? Czy działał niezale nie, czy wykonywał 

polecenia? Je li to drugie, to kto go przysłał? A wreszcie: dlaczego?  

      Pewna niezr czno  ruchów wskazywała - wiem, bo sam kiedy  próbowałem 

takich zabaw -  e był człowiekiem w wilczej postaci, a nie wilkiem magicznie 

obdarzonym darem mowy. Wi kszo  tych, co marz  o przemianie w krwio ercz  

besti , przegryzaniu ludziom gardeł, rozszarpywaniu ich, okaleczaniu, a mo e 

nawet po eraniu, koncentruje si  na samych przyjemno ciach.  

      Zapominaj  o praktycznych wzgl dach takiej sytuacji.  

      Kiedy człowiek staje si  czworonogiem, z całkiem inaczej poło onym 

rodkiem ci ko ci i obcym sobie zestawem zmysłów, niełatwo mu zachowa  cho  

odrobin  zwierz cej gracji. Na ogół jest bardziej bezbronny, ni  sugerowałby jego 

wygl d. A ju  na pewno nie tak gro ny, jak prawdziwe zwierz  trenuj ce przez 

całe  ycie. Nie. Zawsze uwa ałem to raczej za element taktyki zastraszania ni  

cokolwiek innego.  

      Zreszt  niewa ne. Moje obawy budziła przede wszystkim metoda przybycia i 

ucieczki bestii. Wykorzystała Bram  Atutu, a czego  takiego nie robi si  łatwo - 

najlepiej wcale, je li tylko mo na tego unikn . To rzadki, spektakularny wyczyn, 

by zrealizowa  Atutem kontakt z jakim  odległym miejscem, a potem 

wpompowa  całe tony mocy w obiektywizacj  takiej bramy jako formy zdolnej 

przez pewien czas do niezale nej egzystencji.  

      Stworzenie bramy, która postoi cho by pi tna cie minut, wymaga 

niesamowitych nakładów energii. Nawet piekielny wy cig jest mniej m cz cy. Co  

takiego mo e na długo pozbawi  człowieka sił. A jednak zdarzyło si . I nie 

przyczyny mnie niepokoiły, ale sam fakt. Jedynymi bowiem lud mi zdolnymi do 

takiego dokonania s  prawdziwi wtajemniczeni Atutów. Nie potrafi tego zrobi  

kto , kto przypadkiem wszedł w posiadanie karty.  

      A to mocno zaw ało pole domysłów.  

      Spróbowałem sobie wyobrazi  czynno ci tego wilkołaka. Najpierw musiał 

mnie znale  i...  

      Oczywi cie. Nagle przypomniałem sobie martwe psy w zagajniku przy 

rezydencji i  lady wielkich, podobnych do psich, łap. Potwór odszukał mnie 

wcze niej, czekał i obserwował. Ruszył za mn , kiedy wyjechałem wczoraj 

wieczorem, a kiedy stan łem na noc, wykonał ruch.  

      Ustawił - albo ustawiono mu - Bram  Atutu jako drog  ucieczki, przez któr  

nie przedostanie si  pogo .  

      A potem przyszedł, by mnie zabi . A ja nie wiedziałem, czy miało to zwi zek z 

Sharu Garrułem, sekretem Luke'a, niebieskimi kamieniami czy misj  tej 

background image

 

114 

zmieniaj cej ciała istoty. Na razie sprawa musiała zaczeka  na rozwi zanie. Ja 

miałem do przemy lenia kwestie bardziej zasadnicze.  

      Dogoniłem i wyprzedziłem kolumn  wozów zmierzaj cych do Amberu, min ło 

mnie kilku je d ców p dz cych w przeciwnym kierunku. Nikogo znajomego, 

cho  wszyscy mi machali. Chmury wci  gromadzily si  po lewej stronie, ale nic 

nie zwiastowalo burzy. Dzie  trwał chłodny i słoneczny. Droga opadała i wznosiła 

si  znowu, kilka razy, cho  generalnie bardziej si  wznosiła, ni  opadała. W 

du ej, hała liwej ober y zjadłem solidny obiad, ale nie zatrzymywałem si  na 

dłu ej. Trakt był coraz lepszy i wkrótce potem dostrzegłem w dali Amber na 

szczycie Kolviru, błyszcz cy w południowym sło cu.  

      W miar  jak zbli ał si  wieczór, g stniał tłok na drodze. Jechałem przez 

popołudnie, nadał snułem plany i rozwa ałem ka d  spraw , jaka mi przyszła do 

głowy. Trakt skr cał kilka razy, wspinaj c si  coraz wy ej, ale prawie cały czas 

widziałem Amber.  

      Po drodze nie spotkałem nikogo ze znajomych. Pod wieczór dotarłem do 

Wschodniej Bramy, cz ci dawnych fortyfikacji. Skr ciłem we Wschodni  Winn  

i odnalazłem rezydencj  Bayle'ów. Byłem tu kiedy  na przyj ciu. Zostawiłem 

Smug  z koniuszym w stajni na tyłach domu - obaj wyra nie si  ucieszyli na swój 

widok. Potem zaszedłem od frontu i zastukałem. Lokaj poinformował,  e baron 

wyszedł. Przedstawiłem si  wi c i przekazałem wiadomo  Vinty, któr  obiecał 

powtórzy , gdy tylko wróci jego pracodawca.  

      Dopełniwszy obowi zku, dalej pod gór  ruszyłem pieszo. W pobli u szczytu, 

ale zanim jeszcze zbocze stało si  mniej wi cej płaskie, poczułem zapach jedzenia 

i porzuciłem zamiar, by zaczeka  z posiłkiem, póki nie znajd  si  w pałacu. 

Rozejrzałem si  za  ródłem tych aromatów i znalazłem je w bocznej uliczce po 

prawej stronie. Po rodku małego placyku stala fontanna: miedziany smok 

uniesiony na tylnych łapach i pokryty pi kn  zielon  patyn  siusiał do basenu z 

ró owego kamienia. Smok spogl dał na restauracj  w podziemiach. Nazywała si  

"Jama". Na zewn trz stało dziesi  stolików za niskim ogrodzeniem z 

miedzianych pr tów i rz dem ro lin w donicach. Przeszedłem przez placyk. 

Mijaj c fontann  zobaczyłem,  e w czystej wodzie le y mnóstwo egzotycznych 

monet, mi dzy innymi  wier dolarówka wybita na dwustulecie USA.  

      Wszedłem za ogrodzenie, min łem stoliki i miałem ju  zej  po schodach, gdy 

usłyszałem,  e kto  wykrzykuje moje imi .  

      - Merle! Tutaj!  

      Rozejrzałem si , ale nie rozpoznałem nikogo z siedz cych przy czterech 

zaj tych stolikach. Potem, kiedy wzrok przesuwał si  z powrotem, dostrzegłem,  e 

starszy m czyzna przy stoliku w k cie po prawej stronie u miecha si .  

      - Bill! - zawołałem.  

      Bill Roth wstał, raczej by si  pokaza , ni  formalnie przywita . Nie poznałem 

go z pocz tku, gdy  nosił teraz w sy i zacz tki siwiej cej brody. Miał te  na sobie 

br zowe spodnie ze srebrnym lampasem wpuszczone w wysokie br zowe buty. 

Koszula była srebrzysta z br zowymi lamówkami, a czarny płaszcz le ał rzucony 

na krzesło po prawej stronie. Na nim zauwa yłem szeroki czarny pasz 

krótkopół rednim mieczem w pochwie.  

      - Zadomowiłe  si . I zeszczuplałe .  

background image

 

115 

      - To prawda - przyznał. - My l , czyby nie przeprowadzi  si  tutaj na 

emerytur . Podoba mi si  tu.  

      Usiedli my.  

      - Zamawiałe  jus? - spytałem.  

      - Tak, ale widz  kelnera na schodach. Zawołam go.  

      Tak uczynił i zamówił dla mnie kolacj .  

      - Du o lepiej mówisz w thari - pochwaliłem go.  

      - Kwestia praktyki.  

      - Co porabiałe ?  

      -  eglowałem z Gerardem. Odwiedziłem Deig  i jeden z obozów Juliana w 

Ardenie. Byłem te  w Rebmie. Fascynuj ce miejsce. Pobierałem lekcje 

szermierki. A Droppa oprowadzał mnie po mie cie.  

      - Głównie po barach, przypuszczam.  

      - Nie tylko. Dlatego wła nie tu siedz . On jest wła cicielem połowy "Jamy". 

Musiałem obieca ,  e cz sto b d  tu jadał. Ale to niezły lokal. Kiedy wróciłe ?  

      - Przed chwil  - odparłem. - I mam dla ciebie jeszcze jedn  dług  opowie .  

      - Dobrze. Twoje opowie ci s  zawsze niezwykłe i popl tane - stwierdził. - W 

sam raz na chłodny jesienny wieczór. Słucham.  

      Mówiłem przez cał  kolacj  i jeszcze długo po niej. Wieczorny chłód zacz ł si  

dawa  we znaki, wi c ruszyli my do pałacu. Wreszcie zako czyłem opowiadanie 

przy gor cym jabłeczniku przed kominkiem w jednej z mniejszych komnat 

wschodniego skrzydła.  

      Bill pokr cił głow .  

      - Potrafisz znale  sobie zaj cie - mrukn ł. - Mam jedno pytanie.  

      - Jakie?  

      - Dlaczego nie przywiozłe  Luke'a?  

      - Ju  ci mówiłem.  

      - To  aden powód. Dla jakiej  mglistej informacji, która według niego jest 

wa na dla Amberu? W dodatku musisz go złapa ,  eby j  uzyska ?  

      - To wcale nie tak.  

      - On jest handlowcem, Merle, i wła nie sprzedał ci chłam. Tak uwa am.  

      - Nie masz racji, Bill. Znam go.  

      - Znasz go długo - przyznał. - Ale czy dobrze? Rozmawiali my ju  o tym. 

Tego, czego o Luke'u nie wiesz, jest o wiele wi cej ni  tego, w wiesz.  

      - Mógł i  gdziekolwiek, ale zwrócił si  do mnie.  

      - Jeste  elementem jego planu, Merle. Poprzez ciebie zamierza dobra  si  do 

Amberu.  

      - Nie s dz  - sprzeciwiłem si . - To nie w jego stylu.  

      - A ja my l ,  e wykorzysta wszystko, co wpadnie mu w r k ... i ka dego.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Ja mu wierz , a ty nie. To wszystko.  

      - Chyba tak - zgodził si . - Co zamierzasz teraz robi ? Zaczeka  i zobaczy , co 

si  stanie?  

      - Mam plan - odparłem. - Wierz  mu, ale to nie oznacza,  e nie chc  si  

zabezpieczy . Mam do ciebie jedno pytanie.  

      - Tak?  

background image

 

116 

      - Gdybym go tu sprowadził, a Random uznał,  e fakty nie s  wystarczaj co 

jasne i za dał przesłuchania, czy zgodziłby  si  reprezentowa  Luke'a?  

      Szeroko otworzył oczy, a potem u miechn ł si .  

      - Co to za przesłuchanie? - zapytał. - Nie wiem, jak prowadzi si  tutaj takie 

sprawy.  

      - Jako wnuk Oberona - wyja niłem - Luke podlega Prawu Rodowemu. 

Random jest teraz głow  rodu. Od niego zale y, czy zapomnie  o całej sprawie, 

wyda  wyrok, czy zarz dzi  przesłuchanie. Jak rozumiem, przesłuchanie mo e 

by  tak formalne albo tak nieformalne, jak tylko zechce. W bibliotcce s  ksi ki 

na ten temat. Ale przesłuchiwanemu przysługuje prawo, je li sobie  yczy, do 

prawnego przedstawiciela.  

      - Oczywi cie,  e wzi łbym t  spraw  - oznajmił Bill. - To do wiadczenie 

prawnicze, jakiego nie zdobywa si  cz sto... Ale mogłoby to wygl da  na konflikt 

interesów - dodał. - Przecie  wykonywałem zlecenia Korony.  

      Dopiłem jabłecznik i odstawiłem szklank  na półk . Ziewn łem.  

      - Musz  ju  i , Bill.  

      Skin ł głow .  

      - To tylko teoretyczne rozwa ania? - zapytał jeszcze.  

      - Oczywi cie. Mo e si  zdarzy ,  c b dzie to moje przesłuchanie. Dobranoc.  

      Przyjrzał mi ai .  

      - Hm... To zabezpieczenie, o którym wspomniałe  - zacz ł, - Chodzi o co  

niebezpiecznego, prawda?  

      U miechn łem si .  

      - Nikt pewnie nie mo e ci w tym pomóc?  

      - Nie.  

      - No có ... powodzenia.  

      - Dzi ki.  

      - Zobaczymy si  jutro?  

      - Mo e, ale raczej wieczorem.  

      Poszedłem do swojego pokoju i do łó ka. Musiałem troch  wypocz , zanim 

zajm  si  tym, co planowałem. Nie zapami tałem  adnych snów na ten temat, ani 

za, ani przeciw.  

      Było wci  ciemno, kiedy si  obudziłem. Dobrze wiedzie ,  e mój wewn trzny 

budzik działa. Z przyjemno ci  odwróciłbym si  na drugi bok i spał dalej, ale nie 

sta  mnie było na taki luksus. Czekał mnie dzie , który miał by   wiczeniem z 

planowania czasu. W zwi zku z tym wstałem, umyłem si  i wło yłem  wie e 

ubranie.  

      Poszedłem do kuchni. Zaparzyłem sobie herbat , zrobiłem grzank  i 

jajecznic  z kilku jajek z cebul , papryk  i odrobin  pieprzu. Odkryłem te  

owoce melka ze Snelters - co , czego od dawna nie jadłem.  

      Potem wyszedłem tylnymi drzwiami i dotarłem do ogrodu. Było ciemno, 

bezksi ycowo i wilgotno. Tylko kilka pasemek mgły badało niewidoczne  cie ki. 

Wybrałem prowadz c  na północny zacbód.  wiat był teraz miejscem niezwykle 

spokojnym, a własne my li te  doprowadziłem do tego stanu. Czekał mnie dzie  

załatwiania tylko jednej sprawy naraz i wolałem, by umysł od razu si  do tego 

przyzwyczaił.  

background image

 

117 

      Min łem ogród, wyszedłem przez przerw  w  ywopłocie i ruszyłem dalej 

nierównym traktem, w jaki zmieniła si  moja  cie ka. Wspinała si  wolno przez 

pierwsze kilka minut, potem skr ciła nagle i natychmiast stała si  bardziej 

stroma. Przystan łem na jednym ze wzniesie  i spojrzałem za siebie; wyra nie 

widziałem ciemn  sylwetk  pałacu i par   wiateł w oknach. Jakie  rozwiane 

cirrusy nad głow  wygl dały, jakby kto  zagrabił  wiatło gwiazd w niebia skim 

ogrodzie, w którym siedzial zadumany Amber. Po chwili ruszyłem dalej. Przed 

sob  miałem jeszcze kawał drogi.  

      Kiedy dotarłem do grzbietu, spostrzegłem na wschodzie, za opuszezonym 

niedawno łasem, pasmo ja niejszego nieba. Szybko min łem trzy masywne 

stopnie pie ni i historii, i rozpocz łem zej cie na stron  północn .  

      Droga opadała z pocz tku łagodnie, potem stromo, potem skr ciła na 

północny wschód i na łagodniejsze zbocze. Kiedy znowu odbije na północny 

zachód, b dzie jeszcze jeden stromy stok, potem jeden łatwy i wiedziałem,  e 

dalej pójd  ju  bez wysiłku. Wysokie rami  Kolviru za plecami zasłaniało 

wszelkie widziane wcze niej zwiastuny przed witu. Przede mn  i nade mn  

wisiała rozgwie d ona noc, zacieraj c kontury wszystkich, prócz najbli szych 

głazów. Mimo to wiedziałem w przybli eniu, dok d si  kierowa . Byłem tu ju  

kiedy , cho  wtedy zatrzymałem si  tylko na chwil .  

      To było jakie  trzy kilometry za grzbietem. Zwolniłem zbli aj c si  do tego 

miejsca. Szukałem sporego zagł bienia terenu mniej wi cej w kształcie podkowy. 

Znalazłem je w ko cu i wkroczyłem powoli. Budziło we mnie dziwne uczucia. Nie 

przewidywałem  wiadomie wszystkich swoich reakcji, ale na jakim  gł bszym 

poziomie chyba ich oczekiwałem.  

      Szedłem, a po obu stronach wyrastały kamienne  ciany, jak w w wozie. 

Trafiłem na  cie k  i pod yłem ni  dalej. Prowadziła lekko w dół, ku parze 

niewyra nych sylwetek drzew, potem mi dzy nimi do miejsca, gdzie stał niski 

kamienny budynek. Wokół rosły dziko rozmaite krzewy i trawy. Słyszałem,  e 

specjalnie nawieziono tu gleb , by posadzi  ro liny, pó niej jednak o nich 

zapomniano.  

      Usiadłem na jednej z kamiennych ławek przed budynkiem i czekałem, a  

poja nieje niebo. To był grób mojego ojca... wła ciwie mauzoleum, zbudowane 

dawno temu, kiedy wszyscy uwa ali go za zmarłego. Bawiło go to, kiedy pó niej 

odwiedzał to miejsce. Teraz, oczywi cie, sytuacja mogła ulec zmianie. Teraz 

mógło to by  prawdziwe mauzoleum. Czy usunie to ironi , czy jeszcze j  wzmo e? 

Nie byłem pewien. Jednak budziło to mój niepokój, wi kszy, ni  si  

spodziewałem. Nie przyszedłem tu jako pielgrzym. Przyszedłem szukaj c pokoju 

i ciszy, jakiej potrzebuje czarodziej mojego pokroju, by zawiesi  kilka zakl . 

Przyszedłem...  

      Mo e szukałem racjonalnego wytłumaczenia. Wybrałem ten punkt, poniewa  

- prawdziwy czy nie - grób nosił imi  Corwina i dlatego rozbudzał poczucie jego 

obecno ci. Chciałbym pozna  go lepiej, a mo e ju  nigdy nie b d  miał okazji. 

Nagle poj łem, czemu zaufałem Luke'owi. Miał racj  wtedy w Arbor. Gdybym 

dowiedział si  o  mierci Corwina, gdybym zobaczył,  e mog  obci y  kogo  

win , rzuciłbym wszystko. Wyruszyłbym, by przedstawi  rachunek i pobra  

opłat , by zamkn  rozliczenia i krwi  wypisa  pokwitowanie. Nawet gdybym nie 

background image

 

118 

znał Luke'a tak dobrze, jak znałem, łatwo mi było wyobrazi  sobie siebie na jego 

miejscu. A trudno go os dza .  

      Do diabła! Czemu musimy si  nawzajem karykaturowa  poza granice 

miechu i zrozumienia, a  do bólu, zawodu i konfliktu lojalno ci?  

      Wstałem. Było ju  dostatecznie jasno,  ebym widział, co robi .  

      Wszedłem do  rodka i zbli yłem si  do niszy, gdzie stał pusty kamienny 

sarkofag. Wydawał si  idealnym sejfem, ale zawahałem si , gdy stan łem przy 

nim. R ce mi dr ały. To  mieszne. Wiedziałem,  e go tam nie ma,  e to tylko puste 

rze bione pudło... A jednak min ło par  minut, nim zmusiłem si , by chwyci  i 

podnie  wieko.  

      Pusty, naturalnie, jak tak wiele marze  i l ków. Wrzuciłem niebieski guzik i 

zamkn łem wieko. Do licha, je li Sharu Garrul zechce go odebra  i znajdzie 

tutaj, zrozumie chyba przesłanie,  e bawi c si  w te swoje gierki staje nad 

grobem.  

      Wyszedłem, pozostawiaj c w krypcie swe uczucia. Pora zaczyna . Musiałem 

dopracowa  i zawiesi  mas  zakl , poniewa  nie zamierzałem wcbodzi  

bezbronny do micjsca, gdzie wiej  dzikie wichry.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

119 

Rozdział 10

 

 

Stałem na wzniesieniu ponad ogrodem i podziwiałem jesienne li cie w dole. 

Wiatr bawił si  moim płaszczem. Pałac k pał si  w promieniach łagodnego 

popołudniowego sło ca. Panował chłód. Stadko martwych li ci przemkn ło obok 

jak lemingi i spłyn ło poza kraw d  szlaku, szeleszcz c w rzadkim powietrzu.  

      Wła ciwie nie zatrzymałem si  tutaj dla widoków. Stan łem,  eby zablokowa  

drug  ju  tego dnia prób  kontaktu przez Atut. Pierwsza zdarzyła si  wcze niej, 

kiedy jak sznur błyskotek wieszałem zakl cie na obrazie Chaosu. Pomy lałem,  e 

to albo Random - zirytowany,  e wróciłem do Amberu i nie uznałem za stosowne 

poinformowa  go o swoich ostatnich wyczynach i planach - albo Luke, który 

odzyskał siły i chce prosi  o pomoc w ataku na Twierdz . Przyszli mi do głowy, 

poniewa  ich wła nie najbardziej chciałem unikn .  adnemu nie spodobałoby 

si  to, co zamierzyłem, chocia  ka demu z całkiem innych powodów.  

      Zew osłabł i znikn ł, a ja ruszyłem dalej  cie k , min łem  ywopłot i 

wkroczyłem do ogrodu. Nie chciałem traci  zakl cia na maskowanie swej 

obecno ci, wi c skr ciłem w lewo. Alejka prowadziła przez liczne altany, gdzie 

byłem mniej widoczny dla kogo , kto akurat wyjrzałby przez okno. Mógłbym si  

przeatutowa , ale karty zawsze doprowadzaj  do głównego hallu. Nie wiedziałem, 

kogo tam zastan .  

      Oczywi cie, i tak musiałem tamt dy przej ...  

      Wróciłem tras , któr  opuszczałem pałac: przez kuchni . Po drodze zrobiłem 

sobie kanapk  i popiłem mlekiem. Potem tylnymi schodami wszedłem na pi tro i 

przekradłem si  do swoich komnat. Nikt mnie nie zauwa ył.  

      Na miejscu przypasałem miecz, który zostawiłem przy łó ku, sprawdziłem 

kling , odszukałem mały sztylet i wsun łem za pas po prawej stronie. Sztylet 

pochodził z Chaosu - prezent od nurka Otchłani, Borquista, któremu napisałem 

kiedy  wst p, co doprowadziło do patronatu (Borquist był niezłym poet ). Do 

wewn trznej cz ci lewego r kawa przypi łem Atut. Umyłem r ce i twarz, 

wyszorowałem z by. A potem nie mogłem ju  wymy li  pretekstu do dalszej 

zwłoki. Musiałem i  i zrobi  co , czego si  bałem. Było to konieczne do realizacji 

planu. Nagle ogarn ło mnie pragnienie, by wypłyn   aglówk  na morze. Albo 

cho by pole e  na pla y...  

      Wyszedłem i ruszyłem na dół drog , któr  wchodziłem. Skierowałem si  mało 

u ywanym korytarzem na zachód. Nasłuchiwałem, czy nie rozlegn  si  czyje  

kroki albo głosy, a raz schowałem si  do komórki,  eby przepu ci  jak  grup . 

Wszystko, byłe tylko o chwil  dłu ej unikn  wykrycia. Wreszcie skr ciłem w 

lewo, przeszedłem kilka kroków i czekałem prawie minut , zanim wszedłem w 

główny korytarz, prowadz cy obok wielkiej, marmurowej sali jadalnej. Nikogo w 

polu widzenia. Dobrze. Biegiem dotarłem do najbli szego wej cia i zajrzałem. 

Doskonale.  

      Sala była pusta. Nie u ywano jej codziennie, ale nie miałem poj cia, czy 

dzisiaj nie zdarzy si  jaka  szczególna okazja... cho  pora nie była odpowiednia 

na posiłek.  

      Przeszedłem przez sal . Na jej tyłach znajduje si  ciemny, w ski korytarz. 

Stra nik stoi zwykle przy wej ciu albo przy drzwiach na drugim ko cu. 

background image

 

120 

Członkowie rodziny maj  prawo wst pu, chocia  wartownik notuje ich przej cie. 

Jednak przeka e informacj  zwierzchnikowi dopiero składaj c raport po zej ciu 

z posterunku. Wtedy nie b dzie to ju  miało znaczenia.  

      Tod był niski, kr py i brodaty. Kiedy mnie zauwa ył, wykonał "prezentuj 

bro " toporem, który jeszcze przed chwil  stał oparty o  cian .  

      - Spocznij. Du o roboty? - spytałem.  

      - Prawd  mówi c nie, sir.  

      - Schodz  na dół. Mam nadziej ,  e s  tu jakie  latarnie. Nie znam stopni tak 

dobrze jak pozostali.  

      - Sprawdziłem, kiedy obejmowałem słu b . Zapal  jedn , sir.  

      Uznałem,  e lepiej zachowa  energi , któr  zu yłbym na zakl cie ognia. 

Wszystko mo e pomóc...  

      - Dzi kuj .  

      Otworzył drzwi i kolejno zwa ył w r ku trzy latarnie, stoj ce w schowku po 

prawej stronie. Wybrał drug , wyniósł na korytarz i zapalił od wielkiej  wiecy w 

lichtarzu.  

      - To chwil  potrwa - uprzedziłem go. - Pewnie sko czysz słu b , zanim wróc .  

      - Oczywi cie, sir. Prosz  uwa a .  

      - B d , mo esz mi wierzy .  

      Kr yłem w koło po długich, spiralnych schodach. Niewiele widziałem. Tylko 

w dole płon ły w szybie osłoni te  wiece, pochodnie na  cianach i wisz ce latarnie, 

pot guj c l k wysoko ci bardziej ni  absolutna ciemno .  

      Pode mn  były tylko te punkty  wiatła; nie widziałem ani odległej podłogi, ani 

cian. Jedn  r k  trzymałem por cz, w drugiej  ciskałem latarni . Wilgotno było 

tu w dole. Powietrze troch  st chłe. Nie mówi  ju  o zimnie. Raz jeszcze 

spróbowałem policzy  stopnie. I jak zwykle gdzie  po drodze straciłem rachunek. 

Przy nast pnej okazji...  

      My lami wróciłem do tego dalekiego dnia, gdy pokonywałem t  drog  

wierz c,  e zmierzam ku  mierci. Nie umarłem, ale teraz niezbyt mnie to 

pocieszało. To była potworna próba. I mo liwe,  e teraz co  pokr c , usma  si  

albo rozwiej  jak dym.  

      W koło, w koło. W dół, w dół. Nocne my li wczesnym popołudniem.  

      Z drugiej strony Flora wspomniała kiedy ,  e za drugim razem jest łatwiej. 

Troch  wcze niej mówiła o Wzoreu i miałem nadziej ,  e nie zmieniła tematu. 

Wielki Wzorzec Amberu, Symbol Porz dku. Dorównuj cy moc  Wielkiemu 

Logrusowi w Dworcach, Znakowi Chaosu. Napi cie mi dzy nimi tworzy 

wszystko, co ma znaczenie w tym  wiecie. Wystarczy zwi za  si  z którym , 

straci  panowanie i koniec. Trzeba mojego szcz cia,  eby si  zwi za  z oboma. 

Nie ma nikogo, z kim mógłbym porówna  do wiadczenia. Nie wiem, czy to 

utrudnia spraw . Chocia  na moje ego dobrze wpływa  wiadomo ,  e znak 

pozostawiony przez jeden z nich czyni ten drugi trudniejszym... a one 

pozostawiaj  swój znak. Oba. Na pewnym poziomie rozrywaj  człowieka na 

cz ci i składaj  według schematu otchłannych kosmicznych reguł. Brzmi to 

dumnie, szlachetnie, metafizycznie, duchowo i pi knie, ale tak naprawd  tylko 

przeszkadza. To cena, jak  trzeba zapłaci  za pewne mo liwo ci. Jednak  adne 

kosmiczne reguły nie nakazuj  si  z tego cieszy .  

background image

 

121 

      Logrus i Wzorzec umo liwiaj  wtajemniczonym samodzielne podró e przez 

Cie ... a Cie  to do  ogólna nazwa potencjalnie niesko czonego zbioru wariacji 

rzeczywisto ci, w których  yjemy. Daj  te  pewne inne zdolno ci...  

      W koło i w dół. Zwolniłem. Troch  kr ciło mi si  w głowie, tak jak 

poprzednio. W ka dym razie nie zamierzałem t dy wraca .  

      Przyspieszyłem, kiedy wreszcie zobaczyłem dno. Była tu ława, stół, par  

stojaków i skrzy  i  wiatło,  eby je widzie . Normalnie stał te  wartownik, ale go 

nie zauwa yłem. Mo e poszedł na obchód. Gdzie  po lewej mie ciły si  cele, gdzie 

czasem mo na było znale  szczególnie pechowych wi niów politycznych, którzy 

pełzali pod  cianami i z wolna tracili rozum. Nie wiedziałem, czy w tej chwili 

jacy  odsiaduj  tu swoje wyroki. Miałem nadziej ,  e nie. Mój ojciec kiedy  do 

nich nale ał i z jego opisów wnioskuj ,  e nie jest to miłe prze ycie.  

      Zatrzymałem si  na dole i krzykn łem kilka razy. Odpowiedziało mi tylko 

odpowiednio niesamowite echo. Nic wi cej.  

      Ze stojaka zdj łem napełnion  latarni . Zapasowe  wiatło mogło si  przyda . 

Przecie  nie znałem drogi.  

      Ruszyłem na prawo. Tam le ał tunel, którego szukałem.  

      Po długiej chwili przystan łem i wysoko podniosłem latarni . Miałem 

wra enie,  e zaszedłem za daleko, ale w polu widzenia wci  nie było otworu 

tunelu. Obejrzałem si : nadał widziałem posterunek stra nika. Pomaszerowałem 

wi c dalej, analizuj c wspomnienia poprzedniego razu. Wreszcie zmieniły si  

d wi ki - szybkie echa moich kroków. Musiałem zbli a  si  do jakiej   ciany czy 

prze szkody. Znowu podniosłem latarni .  

      Tak. Czysta ciemno  przede mn . A wokół niej szara skała. Tam skr ciłem.  

      Ciemno. Daleko. Trwał bezustanny teatr cieni, gdy  wiatło prze lizgiwało si  

po nierówno ciach skały, gdy promienie odbijały si  od błyszcz cych punkcików 

w  cianach. Po lewej stronie dostrzegłem odnog  korytarza. Min łem j , nie 

zwalniaj c kroku. Zaraz powinna by  nast pna. Tak. Druga...  

      Do trzeciej było troch  dalej. A potem czwarta. Zastanawiałem si , dok d 

mog  prowadzi . Nikt nigdy mi tego nie wyja nił. Mole sami nie wiedzieli? 

Niezwykłe groty nieopisanej pi kno ci? Inne  wiaty?  lepe zaułki?  

      Magazyny? Mo e pewnego dnia, gdy spotkaj  si  czas i ochota...  

      Pi ta...  

      I nast pna.  

      Szukałem siódmej. Zatrzymałem si , gdy na ni  natrafiłem. Nie była taka 

długa. Pomy lałem o innych, którzy przede mn  szli t  drog , po czym ruszyłem 

do wielkich, ci kich, okutych  elazem drzwi. Po prawej stronie na wbitym w 

skał  stalowym haku wisiał ogromny klucz. Zdj łem go, otworzyłem drzwi i 

zawiesiłem z powrotem. Wiedziałem,  e stra nik z dołu sprawdzi je i zamknie 

podczas którego  z obchodów. I po raz nie wiem który zdziwiłem si , po co w 

ogóle zamyka  te drzwi, skoro klucz zawsze tu wisi. Jakby dla obrony przed 

niebezpiecze stwem, które mo e wynurzy  si  ze  rodka. Pytałem o to, ale nikt 

nie wiedział. Tradycja, tłumaczyli. Gerard i Fłora sugerowali, bym spytał 

odpowiednio Randoma i Fion . A oni z kolei s dzili,  e Benedykt mo e co  

wiedzie . Jako  nigdy nie pami tałem,  eby si  do niego zwróci .  

      Pchn łem mocno i nic si  nie stało. Odstawiłem obie latarnie i nacisn łem z 

background image

 

122 

całej siły. Drzwi zatrzeszczały i ust piły wolno. Podniosłem latarnie i wszedłem. 

Drzwi zamkn ły si  za mn , a Frakir, dzieci  Chaosu, zacz ła gwałtownie 

pulsowa . Przypomniałem sobie poprzedni  tutaj wizyt  i przyczyn , dla której 

nikt nie zabierał zapasowej latarni: niebieskawe l nienie Wzorca na gładkim, 

czarnym podło u o wietlało grot  dostatecznie, by nie zgubi  drogi.  

      Zapaliłem drug  latarni . Pierwsz  ustawiłem przy samym brzegu Wzorca, 

drug  przeniosłem wzdłu  obwodu i poło yłem na podłodze na drugim ko cu. 

Nie obchodziło mnie,  e Wzorzec zapewnia wystarczaj ce o wietlenie. Uwa ałem 

go za co  denerwuj cego, zimnego i wr cz budz cego l k. Naturalne  wiatło 

zdecydowanie poprawiało mi samopoczucie w jego obecno ci.  

      Przechodz c do pocz tku, studiowałem zło on  siatk  wygi tych linii. 

Uspokoiłem Frakir, lecz nie do ko ca poskromiłem własne l ki. Je li była to 

reakcja Logrusu we mnie, to ciekawe, czy gorzej reagowałbym na sam Logrus, 

gdyby wrócił i spróbował raz jeszeze teraz, kiedy nosiłem w sobie Wzorzec. 

Bezowocne spekulacje.  

      Próbowałem si  rozlu ni . Na chwil  przymkn łem oczy, ugi łem kolana, 

opu ciłem ramiona. Dłu sze czekanie nie ma sensu.  

      Otworzyłem oczy i postawiłem stop  na Wzorcu. Natychmiast strzeliły iskry. 

Zrobiłem krok. Wi cej iskier. Cichutki trzask. Kolejny krok. Odrobina oporu, 

kiedy ruszyłem znowu...  

      Wszystko wróciło - wszystko, co czułem przy pierwszym przej ciu: chłód, 

lekkie wstrz sy, łatwe i trudne odcinki. Gdzie  we mnie istniała mapa Wzorca. 

Id c wzdłu  pierwszego łuku czułem si  tak, jakbym z niej czytał. Narastał opór, 

tryskały iskry, włosy stawały mi d ba, trzaski, jaka  wibracja...  

      Dotarłem do Pierwszej Zasłony i miałem wra enie,  e wszedłem do tunelu 

aerodynamicznego. Ka dy ruch wymagał strasznego wysiłku. Ale tak naprawd  

niezb dny był upór. Je li b d  atakował, b d  szedł naprzód, chocia  powoli. 

Rzecz w tym, by si  nie zatrzymywa . Ruszenie z miejsca jest czym  potwornym, 

w niektórych miejscach wr cz niemo liwym. Równy nacisk to wszystko, czego 

potrzebowałem. Jeszcze kilka chwil, a przebij  si . Potem b dzie łatwiej. Dopiero 

Druga Zasłona jest naprawd  zabójcza.  

      Skr t, skr t...  

      Przeszedłem. Wiedziałem,  e teraz przez jaki  czas droga b dzie łatwiejsza. Z 

wi ksz  pewno ci  siebie sun łem do przodu. Mo e Flora miała racj . Ta cz  

nie wydawała si  tak m cz ca jak za pierwszym razem. Pokonałem długi łuk, a 

potem ostry zakr t. Iskry przesłaniały ju  moje buty. Umysł zalały mi teraz 

wspomnienia trzydziestych kwietnia, rodzinnych intryg w Dworcach, gdzie ludzie 

pojedynkowali si  i gin li, gdzie sukcesja po sukcesji wiła si  i kre liła sw  

zło on  lini  poprzez krwawe rytuały pozycji i wyniesienia. Do  tego. 

Sko czyłem. Odrzuciłem to. Mo e s  grzeczniejsi, ale wi cej krwi przelewa si  

tam ni  w Amberze, i to dla uzyskania diabelnie małej przewagi nad innymi...  

      Zacisn łem z by. Trudno było si  skupi  na bie cym zadaniu. Oczywi cie, 

wla nie takie s  jego efekty. Teraz sobie przypomniałem. Jeszcze krok... 

Mrowienie nóg, a  po uda... Trzask, gło ny dla mnie jak ryk burzy... Jedna stopa 

przed drug ... Podnie , postawi ... Włosy staj  d ba... Zwrot... Ruch... 

Wprowadzam Gwiezdn  strzal  do portu przed jesiennymi szkwałami, Luke 

background image

 

123 

pracuje przy  aglach, wiatr dmucha nam w plecy niby tchnienie smoków... 

Jeszcze trzy kroki i opór wzrasta...  

      Docieram do Drugiej Zasłony i czuj  si  nagle, jakbym próbowa wypchn  

samochód z błotnistego rowu... Wszystkie siły wkładam w ruch, zyskuj c 

niesko czenie mały dystans. Sun  z powolno ci  lodowca, a iskry si gaj  mi 

piersi. Jestem bł kitnym płomieniem...  

      Umysł zostaje odarty z wszelkich my li. Nawet Czas odchodzi i zostawia mnie 

samego. Trwa tylko istota, któr  si  stałem - pozbawiona przeszło ci, pozbawiona 

imienia, całym jestestwem atakuj ca inercj  swych dni - równanie zbalansowane 

tak doskonale,  e powinno zastygn  tu w pół kroku... ale zniesienie wszystkich 

mas i sił pozostawia nie osłabion  wol , oczyszcza j  w pewien sposób, a proces 

ruchu prze ciga fizyczny wysiłek... Jeszcze krok, i jeszcze, i przeszedłem, starszy 

o całe wieki i znowu id cy naprzód. Wiem,  e osi gn  cel, mimo  e zbli am si  do 

Wielkiego Łuku, który jest ci ki, trudny i długi. Zupełnie inaczej ni  Logrus. Tu 

moc jest syntetyczna, nie analityczna...  

      Wszech wiat zdaje si  wirowa  wokół mnie. Przy ka dym kroku mam 

wra enie,  e zanikam i ogniskuj  si  na powrót, zostaj  rozerwany i zło ony, 

rozrzucony i pozbierany, umieram i o ywam...  

      Dalej. Naprzód. Jeszcze trzy zakr ty, potem prosta. Parłem do przodu. 

Zawrót głowy, mdło ci... Mokry od potu... Koniec linii. Seria łuków. Zwrot. 

Zwrot. Znowu zwrot...  

      Wiedziałem,  e zbli am si  do Ko cowej Zasłony, kiedy iskry si gn ły w gór  

i zmieniły si  w klatk  błyskawic, a stopy znowu zacz ły ci y . Bezruch i 

straszliwy wysiłek...  

      Tym razem jednak czułem si  jako  wzmocniony i atakowałem wiedz c,  e si  

przebij ...  

      Dokonałem tego i pozostał ju  tylko jeden krótki łuk. Te ostatnie trzy kroki 

mog  by  najtrudniejsze. To tak, jakby Wzorzec poznał id cego tak dobrze,  e 

nie chce go wypu ci . Walczyłem z nim, a kostki bolały mnie jak pod koniec 

biegu. Dwa kroki... Trzeci...  

      Koniec. Stoj  nieruchomo. Dysz  i dr . Spokój. Znikn ły wyładowania. 

Znikn ły iskry. Je li to nie zmyło rezonansów bł kitnych kamieni, to nie wiem, co 

mogłoby tego dokona .  

      A teraz... raczej za chwil ... mog  si  uda  gdzie zechc . Z tego miejsca, w tej 

chwili wszechmocy, mog  nakaza  Wzorcowi, by przetransportował mnie 

dok dkolwiek, a on spełni mój rozkaz. Szkoda marnowa  tak  szans ,  eby - 

powiedzmy - zaoszcz dzi  sobie wchodzenia po spiralnych schodach i drogi do 

pokoju. Nie. Miałem inne plany. Za chwil ...  

      Poprawiłem ubranie, przeczesałem palcami włosy, sprawdziłem bro  i ukryty 

Atut, odczekałem, by przycichł dudni cy puls.  

      Luke odniósł swe rany w bitwie pod Twierdz  Czterech  wiatów, walcz c z 

byłym przyjacielem i sprzymierze cem Daltem, najemnikiem i synem 

Desacratrix. Dalt nie interesował mnie, chyba  e jako potencjalna przeszkoda, 

poniewa  teraz podobno pracował dla władcy Twierdzy. Ale nawet uwzgl dniaj c 

ró nic  czasu, pewnie zreszt  niewielk , widziałem go wkrótce po walce z 

Lukiem. A to dowodziło,  e przebywał w Twierdzy, kiedy dotarłem do niego 

background image

 

124 

przez Atut.  

      W porz dku.  

      Spróbowałem je przywoła : moje wspomnienie komnaty, w której zobaczyłem 

Dalta. Było niezbyt dokładne. Jakie jest minimum danych, wymagane przez 

Wzorzec, by zadziała ? Wyobraziłem sobie faktur  kamiennej  ciany, kształt 

niewielkiego okna, skrawek wytartego gobelinu, sitowie rozrzucone na podłodze; 

kiedy Dalt si  przesun ł, za jego plecami pojawiła si  niska ława i stołek, nad 

nimi p kni cie na  cianie... i kawałek paj czyny... Uformowałem obraz mo liwie 

precyzyjnie. I zapragn łem si  tam przenie . Chciałem by  w tym miejscu...  

      I byłem.  

      Odwróciłem si  szybko z dłoni  na r koje ci miecza, ale byłem w komnacie 

sam. Dostrzegłem łó ko, bro  na  cianie, małe biurko i kufer.  adna z tych 

rzeczy nie mie ciła si  w polu widzenia, kiedy po raz pierwszy przelotnie 

zobaczyłem ten pokój.  wiatło dnia padało przez małe okienko.  

      Stan łem przy jedynych drzwiach i długo nasłuchiwałem. Panowała cisza. 

Uchyliłem je odrobin  - otwierały si  w lewo - i wyjrzałem na długi, pusty 

korytarz.  

      Pchn łem drzwi dalej. Na wprost były schody w dół. Po lewej  lepy mur. 

Wyszedłem i zamkn łem drzwi. Pój  w dół czy na prawo? Po obu stronach 

korytarza były okna, wi c przysun łem si  do najbli szego - po prawej - i 

wyjrzałem.  

      Przekonałem si ,  e jestem niedaleko rogu prostok tnego dziedzi ca. 

Naprzeciw i z obu stron stały poł czone budynki. Pozostawało wolne wyj cie 

jedynie po prawej stronie, dalej ode mnie. Zdawało si ,  e prowadzi na drugi 

dziedziniec, gdzie nad dachami wyrastała jaka  bardzo wielka budowla. 

Dostrzegłem mo e z dziesi ciu  ołnierzy ustawionych przy wej ciach, ale nie 

sprawiali wra enia wartowników. To znaczy, zajmowali si  czyszczeniem i 

reperacj  sprz tu. Dwaj byli mocno obanda owani. Mimo to, wi kszo  mogłaby 

szybko stan  w gotowo ci. Na drugim ko cu dziedzi ca le ały jakie  dziwaczne 

szcz tki. Wygl dały jak połamany latawiec i co  mi przypominały. Postanowiłem 

ruszy  korytarzem.  

      Uznałem,  e w ten sposób dojd  do budynków po przeciwnej stronie i 

prawdopodobnie b d  mógł zajrze  na nast pny dziedziniec.  

      Wolno ruszyłem naprzód, uwa aj c na wszelkie podejrzane d wi ki. W 

całkowitej ciszy dotarłem a  do rogu i przystan łem, nasłuchuj c czujnie.  

      Niczego nie usłyszałem, wi c zrobiłem krok naprzód i zamarłem. Tak samo 

jak człowiek siedz cy na parapecie okna po prawej stronie. Miał na sobie krótk  

kolczug , skórzany hełm, skórzane spodnie i buty. Ci ki miecz wisiał nm u boku, 

ale w r ku trzymał sztylet i najwyra niej robił sobie manicure. Zdawał si  nie 

mniej zaskoczony ode mnie, kiedy gwałtownie odwrócił głow .  

      - Co  za jeden? - zapytał.  

      Wyprostował si  i opu cił r ce, jakby chciał odepchn  si  od parapetu i 

wsta .  

      Kłopotliwa sytuacja dla nas obu. Był chyba stra nikiem. Czujno  czy 

ukrywanie si  mogły go zdradzi  przed Frakir, natomiast lenistwo zamaskowało 

go doskonale, a mnie postawiło przed dylematem. Byłem pewien,  e nie zdołam go 

background image

 

125 

oszuka  ani zaufa  wynikom, gdyby mi si  pozornie udało. Nie chciałem go 

atakowa , bo to grozi hałasem. Nie miałem wielkiego wyboru. Mogłem go zabi  

szybko i cicho  licznym, niewielkim zakl ciem zawału serca, które zawiesiłem 

przed sob . Zbyt jednak ceni   ycie, by odbiera  je bez konieczno ci. Zatem, cho  

nie chciałem tak szybko traci  jednego ze swoich zakl , wymówiłem słowo. R ka 

odruchowo wykonała odpowiedni gest i na moment rozbłysn ł Logrus, gdy 

przepływała przeze mnie jego moc. M czyzna zamkn ł oczy i oparł si  o futryn . 

Poprawiłem go troch ,  eby si  nie ze lizn ł, i zostawiłem chrapi cego spokojnie, 

nadal ze sztyletem w dłoni. Zreszt , zakl cie zawału serca pó niej mo e przyda  

si  bardziej.  

      Korytarz dochodził do czego  w rodzaju galerii i rozszerzał si  w obie strony. 

Od pewnego miejsca był niewidoczny, uznałem wi c,  e szybciej, ni  planowałem, 

musz  u y  kolejnego zakł cia. Wypowiedziałem słowo dla czaru niewidzialno ci 

i  wiat stał si  o kilka tonów ciemniejszy. Miałem nadziej ,  e wykorzystam go 

troch  dalej; działał jakie  dwadzie cia minut, a nie miałem poj cia, gdzie szuka  

swego skarbu. Jednak nie sta  mnie było na ryzyko. Ruszyłem naprzód i 

dotarłem do galerii.  

      Była pusta.  

      Stamt d jednak lepiej poznałem topografi  okolicy.  

      Moglem wyjrze  na drugi, gigantyczny dziedziniec. Stała tam ta olbrzymia 

budowla, któr  widziałem poprzednio.  

      Okazała si  wielk , solidnie zbudowan  fortec ; miała chyba tylko jedno, i to 

dobrze strze one wej cie. Z drugiego ko ca galerii wyjrzałem na dziedziniec 

zewn trzny, si gaj cy wysokich, ufortyfikowanych murów. Wyszedłem szuka  

schodów na dół. Byłem prawie pewien,  e ta ponura budowla z szarego kamienia 

jest miejscem, które nale y zbada . Otaczała j  magiczna aura, któr  

wyczuwałem całym ciałem a  po czubki palców.  

      Pobiegłem korytarzem, min łem zakr t i zobaczyłem wartownika u szczytu 

schodów. Je li co  zauwa ył, to tylko wywołany przez mój płaszcz lekki podmuch. 

Zbiegłem na dół. Po lewej stronie było wej cie do innego, ciemnego korytarza, a 

na wprost ci kie, okute wrota prowadz ce na wewn trzny dziedziniec.  

      Otworzyłem je, wyszedłem i natychmiast odst piłem na bok, gdy  stra nik 

obejrzał si , wytrzeszczył oczy i zacz ł podchodzi . Wymin łem go i ruszyłem do 

cytadeli. Ognisko mocy, mówił Luke. Tak. Im bardziej si  zbli ałem, tym silniej 

to czułem. Nie miałem czasu na rozwa enie, jak sobie z ni  poradzi , jak ni  

pokierowa . W ka dym razie przyniosłem własny zapas.  

      Pod murem odbiłem w lewo. Przyda si  szybki obchód w celach 

informacyjnych. W połowie drogi przekonałem si ,  e moje domysły o jedynym 

wej ciu były słuszne. Nie dostrzegłem te  ani jednego okna ni ej ni  trzydzie ci 

metrów. Wokół stało wysokie, naje one kolcami metalowe ogrodzenie, a za nim 

fosa. Jednak budowla nie zaskoczyła mnie tak, jak dwa połamane i trzy mniej 

wi cej całe latawce po drugiej stronie dziedzi ca pod murem.  

      Dziwaczne otoczenie nie przy miewało mi ju  zmysłów - zwłaszcza teraz, 

kiedy zobaczyłem je w cało ci. To były lotnie. Chciałem przyjrze  si  im z bliska, 

ale czas niewidzialno ci płyn ł szybko i nie mogłem sobie pozwoli  na dodatkowe 

wycieczki. Okr yłem dziedziniec i skierowałem si  do bramy.  

background image

 

126 

      Przej cie przez ogrodzenie było zamkni te i pilnowane przez dwóch 

stra ników. Kilka kroków dalej brzegi fosy ł czył drewniany, zwodzony most, 

wzmocniony stalowymi ta mami. W rogach zamocowano wielkie sworznie, a w 

murze nad bram  zauwa yłem kołowrót. Si gały tam cztery zako czone hakami 

ła cuchy. Zastanawiałem si , ile wa y ten most. Wrota były cofni te o metr w 

gł b muru, wysokie i okute. Sprawiały wra enie,  e długo mog  wytrzymywa  

uderzenia taranu.  

      Zbadałem przej cie w ogrodzeniu.  adnego zamka, tylko prosty r czny rygiel. 

Mógłbym go otworzy , przebiec przez most i stan  pod bram , zanim stra nicy 

zauwa ,  e co  si  dzieje. Z drugiej strony, wobec niezwykłego charakteru tego 

miejsca, mogli otrzyma  instrukcje na wypadek nadprzyrodzonego ataku. Je li 

tak, nie musieli mnie widzie , gdyby zareagowali dostatecznie szybko i przyłapali 

we wn ce. A miałem przeczucie,  e ci ka brama nie stoi otworem. My lałem 

przez chwil , badaj c swoje zakl cia. Uwa ałem te  na pozycje sze ciu czy o miu 

ludzi na dziedzi cu.  aden nie znalazł si  zbyt blisko,  aden tu nie podchodził...  

      Cicho zbli yłem si  do stra ników i poło yłem Frakir na ramieniu tego po 

lewej stronie. Wydałem rozkaz szybkiego przyduszenia. Potem trzy szybkie kroki 

na prawo i kantem dłoni trafiłem drugiego stra nika w szyj . Złapałem go pod 

pachy, by unikn  gło nego upadku, i opu ciłem na ziemi . Jednak zza pleców 

usłyszałem stuk. Pierwszy zawadził 0 ogrodzenie pochw  miecza, kiedy padał 

si gaj c palcami do gardła. Podbiegłem, uło yłem go i zabrałem Frakir.  

      Rozejrzałem si  szybko; dwóch ludzi po drugiej stronie dziedz ica patrzyło 

wła nie w t  stron . Niech to szlag!  

      Otworzyłem przej cie, przemkn łem do  rodka i zasun łem rygiel. Na mo cie 

obejrzałem si  znowu; ci dwaj, których zauwa yłem poprzednio, szli teraz w 

moj  stron . Tym samym musiałem dokona  kolejnego wyboru.  

      Ciekawe, jak trudne oka e si  rozwi zanie najrozs dniejsze pod wzgl dem 

strategicznym.  

      Przykucn łem i chwyciłem najbli szy róg mostu - ten z prawej strony. Fosa, 

nad któr  le ał, miała ze cztery metry gł boko ci i dwa razy tyle szeroko ci. 

Zacz łem prostowa  nogi. Most był piekielnie ci ki, ale zatrzeszczał i uniósł si  o 

kilka centymetrów. Przytrzymałem go przez chwil  i spróbowałem znowu. Wi cej 

trzasków i jeszcze par  centymetrów. I znów... Kraw d  mostu bole nie wbijała 

mi si  w dłonie. Miałem uczucie,  e co  wolno wyrywa mi r ce ze stawów. 

Prostuj c nogi i ci gn c coraz mocniej, my lałem, ilu ludzi zawodzi w takich 

siłowych przedsi wzi ciach z powodu nagłych problemów z krzy em. 

Przypuszczam,  e ci, o których si  nie słyszy. Czułem dudnienie serca, jakby 

wypełniało cał  klatk  piersiow . Mój róg był ju  prawie trzydzie ci centymetrów 

nad ziemi , ale lewy brzeg mostu wci  dotykał gruntu. Spróbowałem znowu, 

czuj c, jak pot wypływa mi na czoło i pod pachami, niby wywołany magi . 

Oddech... W gór !  

      Podci gn łem a  do kolan, potem wy ej. Lewy róg oderwał si  w ko cu od 

ziemi. Słyszałem głosy nadchodz cej dwójki - gło ne, podekscytowane... Biegli 

ju . Ci gn c za sob  drewnian  konstrukcj , zacz łem przesuwa  si  w lewo. Róg 

naprzeciwko przemie cił si  w stron  fosy. To dobrze. Szedłem dalej. Lewy róg 

był ju  prawie metr poza kraw dzi . Czułem ostry ból r k, barków i szyi. Dalej...  

background image

 

127 

      M czy ni stali ju  koło przej cia, ale zatrzymali si , by obejrze  

nieprzytomnych kolegów. Doskonale. Wci  nie byłem pewien, czy upuszczony 

most nie zaczepi o co  i nie zatrzyma si . Musiałem wrzuci  go do fosy. Inaczej na 

darmo nara ałem kr gosłup. W lewo...  

      Zacz ł si  kołysa  i przechyla  w prawo. Widziałem,  e za chwil  nie zdołam 

go utrzyma . Dalej w lewo, jeszcze... prawie... Tamci zostawili stra ników, 

zauwa yli ruchomy most i grzebali teraz przy ryglu. Jeszcze dwóch biegło im z 

pomoc ; słyszałem krzyki. Nast pny krok. Most wy lizgiwał mi si  z r k. Za 

chwil  go wypuszcz ... Jeszcze krok...  

      Pu ci  i odskoczy !  

      Mój róg zaczepił o brzeg rowu, ale drewno p kło, a ziemia ust piła. Cofn łem 

si . Most przewrócił si  padaj c, dwa razy uderzył o przeciwległ   cian  i ze 

straszliwym trzaskiem run ł na dno. R ce zwisały mi bezwładnie, chwilowo 

bezu yteczne.  

      Zawróciłem do bramy. Zakl cie wci  działało, wi c przynajmniej nie byłem 

celem dla pocisków zza fosy.  

      Kiedy stan łem u wrót, potrzebowałem wszystkich sił, by unie  r ce do 

elaznego pier cienia w prawym skrzydle. Nic si  nie stało, gdy szarpn łem. 

Brama była zabezpieczona. Spodziewałem si  tego i przygotowałem odpowiednio, 

ale najpierw musiałem sprawdzi . Nie zu ywam lekkomy lnie swoich zakl .  

      Wymówiłem słowa, tym razem a  trzy - mniej elegancko, ale było to do  

toporne zakl cie. Miało za to straszliw  sił .  

      Całe moje ciało drgn ło, kiedy drzwi zapadły si  do wn trza jakby kopni te 

przez olbrzyma w bucie okutym stal . Wkroczyłem natychmiast i natychmiast 

stan łem zakłopotany, gdy tylko oczy przystosowały si  do półmroku. Znalazłem 

si  w hallu wysokim na dwa pi tra.  

      Naprzeciwko, z prawej i z lewej strony, prowadziły na gór  schody; skr cały 

do wn trza, do otoczonego por cz  podestu na pi trze, sk d wybiegał korytarz. 

Pod nim był drugi korytarz, dokładnie naprzeciw mnie. Dwa ci gi schodów 

prowadziły te  w dół, na tyłach tych pierwszych. Decyzje, decyzje...  

      W samym  rodku sali stała czarna kamienna fontanna, wyrzucaj c w 

powietrze płomienie zamiast wody. Ogie  opadał do kamiennej misy, wirował 

tam i ta czył. Płomienie były czerwone i pomara czowe w powietrzu, białe i  ółte 

w dole; falowały. Sal  wypełniała aura mocy.  

      Ka dy, kto potrafi sterowa  uwolnion  w tym miejscu energi , b dzie 

trudnym przeciwnikiem. Przy odrobinie szcz cia mo e si  nie przekonam, jak 

trudnym. Niewiele brakowało, a zmarnowałbym swój specjalny atak, kiedy 

dostrzegłem nagle dwie postacie w k cie po prawej stronie. Ale nie poruszyły si . 

Trwały w nienaturalnym bezruchu. Pos gi, oczywi cie...  

      Nie mogłem si  zdecydowa , czy szuka  na górze, na dole, czu ruszy  prosto 

przed siebie. I wła nie postanowiłem sprawdzi  na dole, zgodnie z teori ,  e jaki  

instynkt nakazuje wi zi  nieprzyjaciół w zimnych, podziemnych lochach. A  

nagle co  w tych dwóch pos gach znowu przyci gn ło moj  uwag . Wzrok 

przystosował si  nieco i widziałem teraz,  e jeden z nich przedstawia siwowłosego 

m czyzn , drugi ciemnowłos  kobiet . Przetarłem oczy i dopiero po kilku 

sekundach u wiadomiłem sobie,  e dostrzegam zarys swej dłoni. Czar 

background image

 

128 

niewidzialno ci rozpraszał si ...  

      Podszedłem do obu figur. Starzec trzymał kilka płaszczy i kapeluszy, co 

powinno by  wskazówk . Uniosłem jednak poł  jego bł kitnej szaty. W 

jaskrawym nagle blasku fontanny zauwa yłem imi  RINALDO wyryte na prawej 

nodze. Paskudny bachor.  

      Kobieta obok okazała si  Jasr , oszcz dzaj c mi poszukiwani mi dzy 

szczurami w podziemiach. Tak e wyci gała r ce, jakby w ge cie obrony. Kto  

powiesił jej na lewym ramieniu jasnoniebiesk  parasolk , na prawym jasnoszary 

deszczowiec typu Londy ska Mgła. Przeciwdeszczowy kapelusz w tym samym 

kolorze tkwił na bakier na jej głowie. Twarz miała pomalowan  jak klown i dwa 

ółte fr dzle przypi te do gorsu zielonej bluzki.  

       wiatło za plecami rozbłysła jeszcze mocniej i obejrzałem si , by zbada  

przyczyny. fontanna, jak si  okazało, strzelała płynnym ogniem ju  na sze  

metrów w gór . Płomienie wylewały si  z misy na kamienie posadzki, a szeroki 

strumie  płyn ł w moj  stron .  

      W tej wła nie chwili usłyszałem cichy  miech. Podniosłem głow .  

      W ciemnej szacie, kapturze i r kawicach stał na pode cie u góry mag w 

kobaltowej masce. Jedn  dło  oparł na por czy, drug  wyci gał ku fontannie. 

Poniewa  oczekiwałem spotkania z nim podczas wyprawy, przygotowałem si  

nale ycie. Gdy płomienie skoczyły jeszcze wy ej i utworzyły wielk , jasn  wie , 

która niemal natychmiast pochyliła si  w moj  stron , wypowiedziałem słowo 

najodpowiedniejszego z moich trzech zakl  obronnych. Drgn ły pr dy powietrza 

i wspierane energi  Logrusu błyskawicznie osi gn ły pot g  huraganu. 

Odpychały ode mnie ogie . Zmieniłem troch  pozycj , by dmuchały w stron  

maga na schodach. Szybko skin ł r k ; płomienie opadły do fontanny i przygasły 

do ledwie  arz cego si  strumyczka.  

      W porz dku. Remis. Nie przyszedłem,  eby rozstrzygn  spraw  z tym 

facetem. Przybyłem, by przechytrzy  Luke'a i samemu uratowa  Jasr . Kiedy 

zostanie moim wi niem, Amber b dzie dokładnie zabezpieczony przed 

wszystkim, co Luke sobie zaplanował. Mimo to my lałem o tym magu; gdy tylko 

ucichła wichura, znów usłyszałem jego  miech. Czy u ywał zakl , jak ja? Czy 

yj c u  ródła tak wielkich mocy, potrafił kierowa  nimi bezpo rednio i 

kształtowa  wedle woli? Je li to drugie, co podejrzewałem, to chował w r kawie 

praktycznie niewyczerpany zapas sztuczek; ka dy pojedynek w pełnej skali na 

jego terenie sko czy si  ucieczk  albo u yciem broni j drowej - to znaczy 

wezwaniem samego Chaosu, by doszcz tnie rozniósł cał  okolic . A tego wła nie 

wolałbym unikn : unicestwienia wszystkich zagadek, w ród nich sekretu 

to samo ci maga. Lepiej je rozwi za , uzyska  odpowiedzi by  mo e kluczowe 

dla bezpiecze stwa Amberu.  

      L ni ca metalowa włócznia zmaterializowała si  w powietrzu przed magiem, 

zawisła na moment i pomkn ła ku mnie. U yłem drugiego zakl cia obronnego: 

przywołałem tarcz , która odbiła pocisk.  

      Istniała tylko jedna alternatywa pojedynku na zakl cia albo zniszczenie 

lokalu przez Chaos: musiałbym nauczy  si  samemu kierowa  tutejsz  moc  i 

spróbowa  pokona  Mask  w jego własnej grze. Teraz nie miałem czasu na 

próby; w pierwszej spokojniejszej chwili musiałem załatwi  swoj  spraw . 

background image

 

129 

Pr dzej czy pó niej jednak dojdzie do konfrontacji - on wyra nie si  na mnie 

uwzi ł i mo e nawet sam wysłał do lasu tego niezr cznego wilkołaka.  

      Nie chciałem w takiej chwili ryzykowa  badania tutejszego  ródła mocy, 

zwłaszcza  e Jasra była do  silna, by pokona  pierwszego władc , Sharu 

Garrula, a ten facet do  silny, by pokona  Jasr . Chocia  wiele bym dał za 

wyja nienie, czemu si  do mnie przyczepił...  

      A wi c...  

      - Czego wła ciwie chcesz?! - krzykn łem.  

      Metaliczny głos odpowiedział natychmiast.  

      - Twojej krwi, twojej duszy, twojego umysłu i twojego ciała.  

      - A co z moim zbiorem znaczków pocztowych?! - wrzasn łem. - Pozwolisz mi 

zachowa  datowniki z pierwszego dnia emisji?  

      Przysun łem si  do Jasry i obj łem j  za ramiona.  

      - Po co ci ona,  mieszny człowieczku'? - spytał mag. - To przedmiot bez  adnej 

warto ci.  

      - To czemu si  nie zgadzasz,  ebym j  sobie zabrał?  

      - Ty zbierasz znaczki. Ja kolekcjonuj  zarozumiałych czarnoksi ników. Ona 

jest moja, a ty b dziesz nast pny.  

      Czułem, jak wznosi si  skierowana przeciwko mnie moc.  

      - Co masz przeciwko swoim braciom i siostrom w Sztuce?! - zawołałem.  

      Nie odpowiedział, ale powietrze wypełniło si  nagle ostrymi, wiruj cymi 

przedmiotami: no e, ostrza toporów, stalowe gwiazdki, rozbite butelki. 

Wymówiłem słowo swej ostatniej obrony, Zasłony Chaosu. Mi dzy nami wyrosła 

rozedrgana, przydymiona  ciana. Ostre obiekty p dz ce w nasz  stron , 

dotykaj c jej rozpadały si  w kosmiczny pył.  

      - Jak mam ci  nazywa ? - spytałem, przekrzykuj c zgiełk tego starcia.  

      - Mask ! - odpowiedział natychmiast czarodziej.  

      Niezbyt oryginalnie. Spodziewałem si  raczej odwoła  do Johna D. 

MacDonalda: mo e Koszmarny Bł kit albo Kobaltowy Kask. Wszystko jedno.  

      Zu yłem ostatnie defensywne zakl cie. Uniosłem te  lew  r k  tak,  e cz  

r kawa z przypi tym Atutem Amberu znalazła si  w moim polu widzenia. Jak 

dot d on miał inicjatyw , ale nie pokazałem jeszcze wszystkiego. Grałem 

defensywnie, a byłem do  dumny z zakl cia, jakie zachowałem w rezerwie.  

      - To ci nie pomo e - o wiadczył Maska, gdy oba nasze czary wygasły i 

szykował si  do kolejnego ataku.  

      - Miłego dnia - rzuciłem, przekr ciłem dłonie, wysun łem palce dla 

sterowania przepływem i wypowiedziałem słowo, które pobiło go na głow .  

      - Oko za oko! - krzykn łem, kiedy na Mask  run ła cała zawarto  

kwiaciarni. Został pogrzebany pod najwi kszym bukietem, jaki widziałem w 

yciu. Ładnie pachniało.  

      Nastała cisza, opadła moc. Wpatrywałem si  w Atut, si gałem w gł b... 

Nast pił ju  kontakt, kiedy dostrzegłem poruszenie w ród wystawy kwiatów i 

Maska wynurzył si  z nich niby alegoria wiosny.  

      Rozpływałem si  ju  chyba, bo powiedział:  

      - Jeszcze ci  dostan !  

      - I słodycz do słodyczy - odparłem. Rzuciłem słowo, które dopełniło czaru, 

background image

 

130 

zwalaj c na niego furmank  nawozu.  

      Zrobiłem krok i ci gn c za sob  Jasr  przest piłem do głównego hallu w 

Amberze. Martin z kielichem wina stał obok kredensu i rozmawiał z Borsem, 

sokolnikiem.  

      Gdy Bors mnie dostrzegł, wytrzeszczył oczy i umilkł.  

      Martin obejrzał si  i zareagował podobnie.  

      Postawiłem Jasr  koło drzwi. Nie miałem na razie ochoty grzeba  przy 

rzuconym na ni  zakl ciu. Zreszt  nie bardzo wiedziałem, co bym z ni  robił po 

uwolnieniu. Dlatego powiesiłem na niej płaszcz, podszedłem do kredensu i 

nalałem sobie wina. Po drodze skin łem głow  Maronowi i Borsowi.  

      Wypiłem do dna.  

      - Cokolwiek zrobicie, nie ryjcie na niej swoich inicjałów - rzuciłem i 

wyszedłem.  

      Znalazłem woln  sof  w komnacie wschodniego skrzydła, wyci gn łem si  i 

zamkn łem oczy. Most nad rzek  zmartwie . S  takie dni w tygodniu. Gdzie s  

kwiaty z tamtych lat?  

      Czy co  w tym rodzaju.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

131 

Rozdział 11

 

 

Było mnóstwo dymu, gigantyczna d d ownica i błyski kolorowych  wiateł. 

Ka dy d wi k budził si  do istnienia, osi gał szczyt i wi dn c zanikał. Wszystko 

to jak momentalne pchni cia istnienia, pojawiaj ce si  i odchodz ce w Cie . 

D d ownica ci gn ła si  bez ko ca. Kwiaty o psich głowach kłapały na mnie 

z bami, ale potem merdały li mi. Płyn cy dym przystan ł przed opuszczonym z 

nieba sygnalizatorem. D d ownica... nie, raczej g sienica, u miechn ł si . Spadł 

drobny, g sty deszczyk, a ka da kropla była oszlifowana jak klejnot...  

      Co nie pasuje w tym obrazie?, zapytał jaki  wewn trzny głos.  

      Zrezygnowałem, bo nie byłem pewien. Miałem tylko niejasne wra enie,  e 

nieregularny pejza  nie powinien tak falowa ...  

      - O rany! Merle...  

      Czego Luke znowu chciał? Nie mógłby si  ode mnie odczepi ? Zawsze jakie  

problemy.  

      - Spójrz na to, dobrze?  

      Patrzyłem tam, gdzie jaskrawe, podskakuj ce kule - a mo e to byty komety - 

tkały gobelin  wiatła. Opadł na łas parasoli.  

      - Luke... - zacz łem, ale jeden z kwiatów z psim łbem ugryzł mnie w r k , o 

której całkiem zapomniałem.  

      Wszystko wokół zarysowało si , jakby było namalowane na szybie, przez 

któr  wła nie przeleciał pocisk. Za ni  l niła t cza...  

      - Merle! Merle!  

      To Droppa szarpał mnie za rami , o czym poinformowały mnie otwarte nagle 

oczy. Wilgotna plama na sofie znaczyła miejsce, gdzie poło yłem głow .  

      - Droppa... co?  

      - Nie wiem - odpowiedział.  

      - Czego nie wiesz? To znaczy... do diabła, co si  tu działo?  

      - Siedziałem w fotelu - wyja nił, wskazuj c r k . - Czekałem, a  si  obudzisz. 

Martin mówił,  e ci  tu znajd . Miałem ci przekaza ,  e jak tylko wrócisz do 

siebie, Random chce z tob  porozmawia .  

      Kiwn łem głow . I zauwa yłem,  e z r ki s czy mi si  krew - w miejscu, gdzie 

ugryzł mnie kwiat.  

      - Długo spałem?  

      - Ze dwadzie cia minut.  

      Zsun łem nogi na podłog  i usiadłem.  

      - Zatem dlaczego postanowiłe  mnie obudzi ?  

      - Zaraz by  si  wyatutował - odparł krótko.  

      - Wyatutował? Przez sen? To przecie  nie działa w taki sposób. Jeste  

pewien...?  

      - Nieszcz liwie si  składa,  e jestem w tej chwili trze wy - o wiadczył. - 

Miałe  t czowy połysk, zacz łe  rozmywa  si  na brzegach i zanika . Pomy lałem, 

e lepiej ci  obudz  i spytam, czy rzeczywi cie tego chcesz. Co wła ciwie piłe , 

wywabiacz do plam?  

      - Nie.  

      - Raz wypróbowałem to na swoim psie...  

background image

 

132 

      - Sny - mrukn łem. Rozmasowałem pulsuj ce skronie. - Nic wi cej. Sny.  

      - Takie, które mog  zobaczy  inni ludzie? Jak delirium tremens a deux?  

      - Nie o tym mówiłem.  

      - Lepiej chod my do Randoma. - Odwrócił si  do drzwi.  

      Potrz sn łem głow .  

      - Jeszcze nie. Posiedz  tu troch  i spróbuj  si  pozbiera . Co  tu nie pasuje.  

      Spojrzałem na niego; oczy miał szeroko otwarte i patrzył poza mnie. 

Obejrzałem si .  ciana za plecami topniała, jakby była zrobiona z wosku i stała 

za blisko ognia.  

      - Jak si  zdaje, nadchodzi czas paniki i biegów - zauwa ył Droppa. - Na 

pomoc!  

      Z krzykiem wypadł za drzwi.  

      Trzy mgnienia oka potem  ciana znowu wygl dała całkiem normalnie, ale ja 

dr ałem. Co tu si  działo, do diabła? Czy by Maska zd ył rzuci  na mnie 

zakl cie, zanim znikn łem? Je li tak, to do czego to wszystko zmierzało?  

      Wstałem i wolno obróciłem si  dookoła. Wszystko było chyba na miejscu. 

Wiedziałem,  e to nie halucynacja wywołana niedawnym napi ciem - przecie  

Droppa tak e to widział. Czyli nie traciłem rozumu. To było co  innego i czułem, 

e nadal czai si  gdzie  w pobli u.  

      Powietrze miało jak  nienaturaln  czysto  i ka dy obiekt rysował si  

niezwykle wyrazi cie.  

      Szybko obszedłem pokój, nie wiedz c dokładnie, czego wła ciwie szukam. Nic 

wi c dziwnego,  e nie znalazłem. Wyszedłem na korytarz. Czy przyczyn  mogło 

by  co , co przyniosłem ze sob ? Czy by Jasra, sztywna i wyniosła, pełniła 

funkcj  Konia Troja skiego?  

      Szedłem do głównego hallu. Po dziesi ciu krokach pojawiła si  przede mn  

przekrzywiona siatka  wiatła. Zmusiłem si , by i  dalej, a ona ust powała, przy 

okazji zmieniaj c kształt.  

      - Chod  tu, Merle! - Głos Luke'a. Samego Luke'a nie było wida .  

      - Gdzie?! - krzykn łem nie zwalniaj c.  

      Nie było odpowiedzi, ale siatka p kła w poiowie i obie cz ci rozchyliły si  

przede mn  jak okiennice. Otwierały si  na o lepiaj cy blask; zdawało mi si ,  e 

w tym blasku dostrzegam królika. A potem nagle wizja znikn ła. Jedynie kilka 

sekund bezkierunkowego  miechu Luke'a uratowało mnie przed złudzeniem,  e 

wszystko wróciło do normy.  

      Pobiegłem. Czy by naprawd  Luke był nieprzyjacielem, jak wielokrotnie 

mnie ostrzegano? Czy w ostatnich wydarzeniach  wiadomie kierował mn  w tym 

wył cznie celu, by wyrwa  Jasr  z Twierdzy Czterech  wiatów? A teraz, kiedy 

ju  była bezpieczna, o mielił si  sam zaatakowa  Amber i wyzwa  mnie na 

czarnoksi ski pojedynek, którego warunków w ogóle nie rozumiałem?  

      Nie, nie mogłem w to uwierzy . Byłem pewien,  e nie ma takiej mocy. A nawet 

gdyby, nie odwa yłby si  teraz, gdy Jasra jest zakładniczk .  

      Znowu go usłyszałem - zewsz d i znik d. Tym razem  piewał. Miał pi kny 

baryton i wybrał star  szkock  pie  o dawnych dobrych czasach. Co to miała 

by  za aluzja?  

      Wpadłem do głównego hallu. Martin i Bors ju  wyszli; dostrzegłem na 

background image

 

133 

kredensie ich puste kielichy; tam niedawno stali. A obok drugich drzwi...? Tak, 

obok drugich drzwi nadal stała Jasra, wyprostowana, nie zmieniona, wci  

trzymaj ca mój płaszcz.  

      - W porz dku, Luke, załatwmy to! - krzykn łem. - Sko cz z tymi bzdurami i 

bierzmy si  do rzeczy!  

      - Co?  

       piew urwał si  nagle.  

      Wolno podszedłem do Jasry i przyjrzałem si  jej uwa nie. Była zupełnie taka 

sama, je łi nie liczy  kapelusza, który kto  wsadził jej w drug  r k . Gdzie  z 

wn trza pałacu dobiegł krzyk. Mo e to Droppa wci  panikował.  

      - Gdziekolwiek jeste , Luke - powiedziałem. - Je li mnie słyszysz, to 

skoncentruj si  i patrz: mam j  tutaj. Widzisz? Cokolwiek sobie planujesz, nie 

zapominaj o tym.  

      Sala zafalowała gwałtownie, jakbym stał po rodku obrazu bez ram, który 

kto  postanowił wła nie strzepn ,  eby wyrówna  i potem napr y .  

      - Co ty na to?  

      Cisza.  

      A potem chichot.  

      - Moja matka wieszakiem... No, no. Dzi ki, chłopie. Niezły pokaz. Nie mogłem 

dosi gn  ci  wcze niej. Nie wiedziałem,  e wszedłe . Wytłukli nas. Wzi łem paru 

najemników na lotniach i przejechałem na pr dach termicznych. Ale oni byli 

gotowi. Załatwili nas. Potem nie pami tam dokładnie... Boli!  

      - Nic ci si  nie stało?  

      Usłyszałem co  jakby chlipni cie. W tej samej chwili wkroczyli Random i 

Droppa. Za nimi dostrzegłem chud  posta  Benedykta, cichego jak  mier .  

      - Merle! - krzykn ł Random. - Co si  dzieje?  

      - Nie mam poj cia. - Pokr ciłem głow .  

      - Pewnie, postawi  ci d nka - zabrzmiał ledwie słyszalny głos Luke'a.  

      Ognista kurzawa zawirowała po rodku sali. Trwała tylko przez moment, a 

potem na jej miejscu pojawił si  du y prostok t.  

      - Jeste  czarodziejem - przypomniał mi Random. - Zrób co .  

      - Do diabła! Nie wiem, co to jest - odpowiedziałem. - Nigdy nie widziałem 

czego  podobnego. Jakby magia oszalała.  

      W prostok cie zamajaczył niewyra ny kształt... ludzki. Nabrał kontrastu, 

pojawiły si  rysy, ubranie... To był Atut, gigantyczny Atut zawieszony w 

powietrzu, materializuj cy si ... To był... To byłem ja. Spojrzałem na własn  

twarz, a tamten spojrzał na mnie. U miechał si .  

      - Chod , Merle. Doł cz do nas - usłyszałem głos Luke'a. Atut zacz ł obraca  

si  wolno wzdłu  pionowej osi.  

      W hallu zabrzmiały d wi ki szklanych dzwoneczków.  

      Ogromna karta wykonała  wier  obrotu i teraz widziałem j  z boku, jak 

czarn  krech . Potem linia zmarszczyła si  i rozsun ła jak kurtyna. Zobaczyłem 

płyn ce za ni  kolorowe plamy ostrego  wiatła. Dostrzegłem te  g sienic  z 

nargilami, tłuste parasole i jasn , l ni c  por cz...  

      Ze szczeliny wysun ła si  r ka.  

      - T dy.  

background image

 

134 

      Random gło no nabrał tchu.  

      Ostrze Benedykta skierowało si  nagle w nasz  stron . Ale Random poło ył 

mu dło  na ramieniu i powiedział:  

      - Nie.  

      W powietrzu dr ała teraz dziwna, urywana muzyka. Nie wiem czemu, ale 

wydawała si  odpowiednia.  

      - Chod , Merle.  

      - Wchodzisz czy wychodzisz? - spytałem.  

      - Jedno i drugie.  

      - Obiecałe  mi co , Luke: informacj  w zamian za ratowanie twojej matki. 

Widzisz? Mam j  tutaj. Jak brzmi ten sekret?  

      - Co  wa nego dla twojego bezpiecze stwa? - zapytał powoli.  

      - Wa nego dla bezpiecze stwa Amberu. Tak mówiłe .  

      - Ach, o ten sekret ci chodzi.  

      - Ch tnie poznam tak e ten drugi.  

      - Przykro mi, ale sprzedaj  tylko jeden. Który wolisz?  

      - Bezpiecze stwo Amberu - zdecydowałem.  

      - Dalt - odpowiedział.  

      - Co z nim?  

      - Jego matka to Deela Desacratrix...  

      - To ju  wiem.  

      - ...była w niewoli u Oberona dziewi  miesi cy przed narodzinami Dalta. 

Oberon j  zgwałcił. Dlatego Dalt tak was nie lubi, chłopcy.  

      - Bzdury! - rzuciłem.  

      - Te  to powiedziałem, kiedy o jeden raz za du o usłyszałem t  histori . I 

wyzwałem go, by spróbował przej  Wzorzec na niebie.  

      - I...?  

      - Przeszedł.  

      - Hm...  

      - Niedawno si  o tym dowiedziałem - wtr cił Random. - Od emisariusza, który 

wrócił z Kashfy. Ale nie miałem poj cia,  e spróbował Wzorca.  

      - Je li wiedzieli cie, to wci  jestem wam co  winien - stwierdzii Luke niemal z 

roztargnieniem. - W porz dku, macie: Dalt odwiedził mnie pó niej na cieniu-

Ziemi. To on obrabował mój skład, ukradł zapas broni i specjalnej amunicji. 

Spalił magazyn,  eby zatrze   lady, ale znalazłem  wiadków. Mo e si  zjawi  w 

ka dej chwili. Kto zgadnie kiedy?  

      - Kolejna rodzinna wizyta - westchn ł Random. - Dlaczego nie jestem 

jedynakiem?  

      - Zróbcie z t  wiadomo ci , co chcecie - dodał Luke. - Nasze rachunki s  

wyrównane. Daj r k !  

      - Przejdziesz tutaj?  

      Za miał si , a cały hall jakby podskoczył. Szczelina w powietrzu zawisła 

przede mn , jaku  dło  chwyciła mnie za r k . Co  tu bardzo nie pasowało. 

Próbowałem  ci gn  go do siebie, ale poczułem,  e to on mnie ci gnie. Nie 

mogłem walczy  z t  szalon  moc ; pochwyciła mnie, a wszech wiat skr cił si  

nagle.  

background image

 

135 

      Konstelacje rozst piły si  i znów zobaczyłem t  jasn  por cz. Luke opierał na 

niej stop . Gdzie  z daleka, z tyłu, słyszałem krzyk Randoma:  

      - B-dwana cie! B-dwana cie! Rozł czam si !  

      ...A potem nie mogłem sobie przypomnie , czego si  wła ciwie przestraszyłem. 

To przecie . cudowne miejsce. Głupio tylko,  e wzi łem grzyby za parasole... Te  

postawiłem nog  na por czy. Kapelusznik podał mi piwo i dolał Luke'owi. Ten 

skin ł r k  i Marcowy Zaj c te  dostał porcj . Humpty czuł si   wietnie, 

balansuj c w pobli u ko ca wszystkich rzeczy. Tweedledum, Tweedledee, Dodo i 

aba Piechur pilnowali muzyki.  

      A G sienica pykał tylko swoje nargile.  

      Luke klepn ł mnie w rami . Chciałem sobie co  przypomnie , ale ono stale si  

chowało.  

      - Ju  wyzdrowiałem - rzekł Luke. - Wszystko jest w najlepszym porz dku.  

      - Nie, jest jeszcze co ... nie pami tam...  

      Uniósł kufel i stukn ł si  ze mn .  

      - Baw si ! - zawołał. -  ycie jest kabaretem!  

      Kot na stołku obok mnie u miechał si  tylko.