background image

ROGER ZELAZNY 

DZIEWIĘCIU KSIĄśĄT 

AMBERU 

Pierwszy tom z cyklu 

„The First Chronicles of Amber” 

Tłumaczył: Piotr W. Cholewa 

Wydanie polskie: 1999 

Wydanie oryginalne: 1970 

background image

 

Rozdział 1 

Koszmar  zbliŜał  się  ku  końcowi,  lecz  miałem  wraŜenie,  Ŝe  trwał  całą  wieczność. 

Spróbowałem poruszyć palcami u nóg – udało mi się. LeŜałem na szpitalnym łóŜku i miałem 

obie nogi w gipsie, ale przynajmniej wciąŜ je miałem. 

Trzykrotnie zacisnąłem i otworzyłem powieki. 

Pokój przestał mi wirować przed oczami. 

Gdzie, u diabła, byłem? 

Po  chwili  zaćmienie  zaczęło  ustępować  i  wróciła  mi  częściowo  pamięć.  Przypomniałem 

sobie  długie  noce,  pielęgniarki  i  igły.  Za  kaŜdym  razem,  kiedy  zaczynało  mi  się  nieco 

rozjaśniać  w  głowie,  ktoś  wchodził  i  coś  mi  wstrzykiwał.  Tak  to  wyglądało,  dokładnie  tak. 

Teraz jednak, skoro przyszedłem juŜ trochę do siebie, będą musieli z tym skończyć. 

Ale czy skończą? 

I naraz jak obuchem uderzyła mnie myśl: niekoniecznie. 

Wrodzony  sceptycyzm  co  do  szlachetności  ludzkiej  natury  nie  pozwolił  mi  na  zbytni 

optymizm.  Zrozumiałem,  Ŝe  od  dłuŜszego  czasu  odurzano  mnie  narkotykami.  Nie  miałem 

pojęcia  dlaczego,  ale  teŜ  nie  widziałem  powodu,  dla  którego  miano  by  zaprzestać  tych 

praktyk,  jeśli  im  za  to  płacono.  Musisz  zachować  zimną  krew  i  udawać,  Ŝe  jesteś  nadal 

zamroczony – podpowiedziało mi moje drugie, gorsze, choć zapewne i mądrzejsze ja. 

Tak teŜ uczyniłem. 

Kiedy  w  jakieś  dziesięć  minut  później  zajrzała  przez  drzwi  pielęgniarka,  oczywiście 

wciąŜ słodko chrapałem. Odeszła. Przez ten czas zdąŜyłem juŜ częściowo zrekonstruować, co 

zaszło. 

Uprzytomniłem sobie niejasno, Ŝe miałem jakiś wypadek. To, co było potem, pamiętałem 

jak przez mgłę, a tego, co było przedtem, nie pamiętałem zupełnie. Ale przypomniałem sobie, 

Ŝ

e  najpierw  przebywałem  w  szpitalu,  a  dopiero  później  przeniesiono  mnie  tutaj.  Dlaczego? 

Nie miałem pojęcia. 

Czułem,  Ŝe  nogi  mi  się  juŜ  zrosły  i  są  na  tyle  silne,  Ŝe  mogę  spróbować  stanąć.  Nie 

zdawałem sobie sprawy, ile czasu upłynęło od ich złamania, ale wiedziałem, Ŝe były złamane. 

background image

Usiadłem.  Kosztowało  mnie  to  sporo  wysiłku,  gdyŜ  bolały  mnie  wszystkie  mięśnie.  Na 

dworze  było  juŜ  ciemno  i  zza  okna  mrugało  na  mnie  kilka  gwiazd.  Odmrugnąłem  im  i 

przerzuciłem nogi przez krawędź łóŜka. 

Zakręciło  mi  się  w  głowie,  ale  tylko  przez  chwilę;  wstałem  i  trzymając  się  poręczy  u 

wezgłowia zrobiłem ostroŜnie pierwszy krok. 

W porządku. Trzymałem się na nogach. 

A więc teoretycznie mogłem wyjść stąd o własnych siłach. 

Wróciłem do łóŜka, wyciągnąłem się i zacząłem rozmyślać. Ciało miałem zlane potem i 

trząsłem się jak w febrze. Przed oczami migotały mi kolorowe plamki. 

Coś się psuje w państwie duńskim... 

To był wypadek samochodowy, uzmysłowiłem sobie. Cholernie nieprzyjemny wypadek... 

Wtem drzwi się otworzyły wpuszczając trochę światła i przez wpółprzymknięte powieki 

zobaczyłem  pielęgniarkę  ze  strzykawką.  Miała  szerokie  biodra,  ciemne  włosy  i  muskularne 

ręce. Kiedy zbliŜała się do łóŜka, usiadłem. 

– Dobry wieczór – powiedziałem. 

– AleŜ... dobry wieczór – odparła. 

– Kiedy stąd wychodzę? – spytałem. 

– Będę musiała zapytać lekarza. 

– Świetnie, niech pani zapyta. 

– Proszę podwinąć rękaw. 

– Nie, dziękuję. 

– Muszę zrobić panu zastrzyk. 

– Nic podobnego. Nie potrzebuję Ŝadnego zastrzyku. 

– O tym decyduje lekarz. 

– Więc niech tu przyjdzie i sam mi to powie. A na razie nic z tego. 

– Przykro mi, ale muszę słuchać poleceń moich przełoŜonych. 

–  Tak  samo  tłumaczył  się  Eichmann  i  sama  pani  wie  czym  się  to  dla  niego  skończyło – 

pokręciłem wolno głową. 

– Skoro tak – oświadczyła – będę musiała zameldować o tym... 

– Doskonale. I proszę przy okazji powiedzieć, Ŝe jutro rano się wypisuję. 

– To niemoŜliwe. Nie moŜe pan nawet chodzić... i miał pan obraŜenia wewnętrzne... 

– Zobaczymy – powiedziałem. – Do widzenia. 

Odwróciła się i wyszła bez odpowiedzi. 

LeŜałem  i  rozmyślałem.  Byłem  chyba  w  jakiejś  prywatnej  klinice  –  a  więc  ktoś  musiał 

pokrywać  rachunek.  Kto?  Przed  oczami  nie  stanęli  mi  Ŝadni  krewni.  Ani  przyjaciele.  KtóŜ 

więc pozostawał? Wrogowie? 

Usiłowałem przywołać ich w pamięci. 

Pustka. 

background image

Nie zgłosił się Ŝaden kandydat do tego miana. 

Nagle przypomniałem sobie, Ŝe auto, którym jechałem, spadło ze skały prosto do jeziora. 

I to było wszystko, co pamiętałem. 

Jestem... 

WytęŜyłem pamięć i znów poczułem, Ŝe oblewa mnie pot. 

Nie wiedziałem, kim jestem. 

ś

eby  się  czymś  zająć,  usiadłem  i  odwinąłem  bandaŜe.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  pod  spodem 

wszystko jest w porządku i Ŝe postąpiłem słusznie. Za pomocą metalowego pręta, wyjętego z 

wezgłowia łóŜka, zerwałem teraz gips z prawej nogi. Miałem nieodparte wraŜenie, Ŝe muszę 

się szybko stąd wydostać, Ŝe czekają na mnie jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. 

Sprawdziłem, jak spisuje się moja prawa noga. Była zdrowa. Zerwałem gips z lewej nogi, 

wstałem i podszedłem do szafy. Nie wisiało w niej Ŝadne ubranie. 

Wtem usłyszałem kroki. Wróciłem do łóŜka i przykryłem się, zasłaniając zerwany gips i 

zdarte bandaŜe. Drzwi ponownie się otworzyły. 

Rozbłysło  światło  –  przy  ścianie  z  ręką  na  kontakcie  stał  muskularny  osiłek  w  białym 

fartuchu. 

– Podobno wojuje pan z pielęgniarką? I co zrobimy z tym fantem? – zapytał i trudno juŜ 

było udawać, Ŝe śpię. 

– No właśnie – odparłem. – Co z nim zrobimy? 

Zmarszczył brwi skonsternowany, a potem oznajmił: 

– Pora na zastrzyk. 

– Czy jest pan lekarzem? – spytałem. 

– Nie, ale otrzymałem polecenie, Ŝeby zrobić panu zastrzyk. 

– A ja się nie zgadzam – powiedziałem – do czego mam pełne prawo. I co pan na to? 

–  Dostanie  pan  swój  zastrzyk  tak  czy  inaczej  –  oświadczył  i  podszedł  z  lewej  strony  do 

łóŜka. Trzymał w ręce strzykawkę, którą dotąd chował za plecami. 

Wymierzyłem  mu  paskudny  cios,  jakieś  dziesięć  centymetrów  poniŜej  pasa,  który  rzucił 

go na kolana. 

– ...! – zaklął, kiedy odzyskał głos. 

– Spróbuj podejść do mnie Jeszcze raz, kochasiu – zagroziłem – to dopiero zobaczysz. 

– JuŜ my mamy swoje sposoby na takich pacjentów – wysapał. 

Zrozumiałem, Ŝe najwyŜszy czas działać. 

– Gdzie moje ubranie? – spytałem. 

– ...! – powtórzył. 

– Wobec tego będę musiał wziąć pańskie. Proszę mi je dać. 

Trzecia wiązanka juŜ mnie znudziła, zarzuciłem mu więc kołdrę na głowę i stuknąłem go 

metalowym prętem. 

background image

Nie  minęły  dwie  minuty,  a  byłem  od  stóp  do  głów  w  bieli, niczym Moby Dick lub lody 

waniliowe. Obrzydlistwo. 

Wepchnąłem  osiłka  do  szafy  i  wyjrzałem  przez  okno.  Zobaczyłem  księŜyc  w  nowiu 

wiszący  nad  rzędem  topoli.  Trawa  była  srebrzysta  i  połyskująca.  Noc  przekomarzała  się 

niemrawo  ze  świtem.  Nie  dostrzegłem  niczego,  co  by  mi  pomogło  zlokalizować  to  miejsce. 

Stałem  na  drugim  piętrze  jakiegoś  budynku,  a  kwadratowa  plama  światła  w  dole  na  lewo 

wskazywała, Ŝe na parterze ktoś pełni dyŜur. 

Wyszedłem z pokoju i rozejrzałem się po korytarzu. Na lewo kończył się ścianą z oknem 

i  miał  jeszcze  czworo  drzwi,  po  parze  z  kaŜdej  strony.  Zapewne  prowadziły  do  podobnych 

pokoi  jak  mój.  Podszedłem  do  okna:  tak  samo  trawnik,  drzewa,  noc  –  nic  nowego. 

Odwróciłem się i skierowałem w drugą stronę. 

Drzwi,  drzwi,  drzwi,  spod  Ŝadnych  smugi  światła,  a  jedyny  odgłos  to  moje  kroki  w  za 

duŜych, poŜyczonych butach. 

Zegarek  osiłka  wskazywał  piątą  czterdzieści  cztery.  Za  paskiem,  pod  białym  kitlem 

sanitariusza, miałem metalowy pręt, który przy kaŜdym ruchu ocierał mi się o biodro. Z sufitu 

co jakieś pięć metrów padało blade, czterdziestowatowe światło Ŝarówki. 

Schody  skręcały  w  prawo  w  dół,  były  puste  i  wyłoŜone  chodnikiem.  Pierwsze  piętro 

wyglądało  tak  samo  jak  drugie:  rzędy  pokoi,  nic  więcej;  schodziłem  więc  dalej.  Kiedy 

znalazłem się na parterze, skierowałem się w prawo szukając drzwi, spod których sączyło się 

ś

wiatło. 

Znalazłem je tuŜ przy końcu korytarza i nie zadałem sobie trudu, Ŝeby zapukać. 

Za  wielkim  lśniącym  biurkiem  siedział  facet  w  jaskrawym  płaszczu  kąpielowym 

przeglądając jakąś kartotekę. Spojrzał na mnie ze złością i usta juŜ złoŜyły mu się do krzyku, 

który  jednak  uwiązł  mu  w  gardle,  moŜe  z  powodu  mojej  groźnej  miny.  Wstał  szybko  zza 

biurka. 

Zamknąłem drzwi za sobą, podszedłem i powiedziałem: 

– Dzień dobry. Narobił pan sobie kłopotów. 

Najwyraźniej kłopoty zawsze budzą ciekawość, bo juŜ po trzech sekundach, jakie zajęło 

mi przejście przez pokój, padły słowa: 

– Co to znaczy? 

–  To  znaczy  –  wyjaśniłem  –  Ŝe  czeka  pana  proces  o  przetrzymywanie  mnie  w 

odosobnieniu  oraz  drugi  proces  o  niedozwolone  praktyki  lekarskie  i  naduŜywanie 

narkotyków.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  juŜ  cierpię  na  głód  narkotyczny  i  mogę  zrobić  coś 

nieobliczalnego... 

Stał i patrzył na mnie. 

– Proszę stąd wyjść – zaŜądał. 

Zobaczyłem na biurku paczkę papierosów. Poczęstowałem się i powiedziałem: 

– Niech pan siada i zamknie buzię. Mamy parę spraw do omówienia. 

background image

Usiadł, ale buzi nie zamknął. 

– Przekroczył pan cały szereg przepisów – stwierdził. 

–  Wobec  tego  sąd  rozstrzygnie,  po  czyjej  stronie  leŜy  wina  –  zareplikowałem.  –  Proszę 

oddać mi ubranie i wszystkie rzeczy. 

– W pańskim stanie zdrowia nie moŜe pan... 

– Nikt pana nie pytał o zdanie. Albo się pan pospieszy, albo będzie pan odpowiadał przed 

sądem. 

Sięgnął do dzwonka na biurku, ale trzepnąłem go w rękę. 

–  Trzeba  to  było  zrobić,  kiedy  wszedłem.  Teraz  jest  juŜ  za  późno.  Poproszę  ubranie  – 

powtórzyłem. 

– Panie Corey, pańskie zachowanie jest doprawdy... 

Corey? 

–  Nie  ja  wybierałem  sobie  tę  klinikę  i  z  pewnością  mam  prawo  w  kaŜdej  chwili 

zrezygnować z waszych usług. Teraz właśnie ta chwila nadeszła. 

–  AleŜ  pańska  forma  w  Ŝadnym  razie  nie  pozwala  mi  pana  wypisać.  Nie  mogę  do  tego 

dopuścić. Muszę wezwać kogoś, Ŝeby odtransportował pana do pokoju i połoŜył do łóŜka. 

– Niech pan tylko spróbuje – powiedziałem – a przekona się pan, w jakiej jestem formie. 

A  teraz  do  rzeczy.  Przede  wszystkim  mam  kilka  pytań:  kto  mnie  tu  umieścił  i  kto  za  mnie 

płaci? 

–  Jak  pan  sobie  Ŝyczy  –  westchnął,  a  jego  rzadkie,  rudawe  wąsy  opadły  jeszcze  niŜej. 

Otworzył szufladę i sięgnął do niej, ale ja miałem się na baczności. Wytrąciłem mu rewolwer 

z ręki, zanim zdąŜył go odbezpieczyć – był to automatyczny colt kaliber 32, bardzo zgrabny. 

Sam odbezpieczyłem zamek, wycelowałem w niego i powiedziałem: 

–  Teraz  odpowie  mi  pan  na  moje  pytania.  Najwyraźniej  uwaŜa  mnie  pan  za  kogoś 

niebezpiecznego. Być moŜe ma pan rację. 

Uśmiechnął  się  niewyraźnie  i  zapalił  papierosa,  co  było  błędem,  jeśli  chciał  mi 

udowodnić, Ŝe zachował zimną krew. Ręce mu się trzęsły. 

– Niech będzie, Corey – powiedział. – Skoro ma to pana uszczęśliwić: umieściła tu pana 

pańska siostra. 

? – pomyślałem. 

– Która siostra? – spytałem. 

– Evelyn – odparł. 

Nic mi to nie mówiło. 

–  AleŜ  to  nonsens  –  zaprotestowałem.  –  Nie  widziałem  jej  od  lat.  Nie  wiedziała  nawet, 

gdzie jestem. 

Wzruszył ramionami. 

– Niemniej... 

– Gdzie ona teraz mieszka? Chciałbym ją odwiedzić – powiedziałem. 

background image

– Nie mam jej adresu pod ręką. 

– To niech go pan wyszuka. 

Wstał, podszedł do kartoteki, otworzył ją, przejrzał, wyciągnął kartę. 

Przeczytałem  ją  uwaŜnie.  Pani  Evelyn  Flaumel...  Nowojorski  adres  równieŜ  był  mi  nie 

znany,  ale  wbiłem  go  sobie  do  głowy.  Jak  wynikało z karty, miałem na imię Carl. Świetnie. 

Coraz więcej danych. 

Wsadziłem rewolwer za pasek obok pręta, oczywiście uprzednio go zabezpieczywszy. 

–  No  dobra  –  powiedziałem.  –  A  teraz  gdzie  jest  moje  ubranie  i  ile  zamierza  mi  pan 

zapłacić? 

–  Pańskie  ubranie  zostało  zniszczone  podczas  wypadku  –  odparł  –  i  nie  ulega 

najmniejszej  wątpliwości,  Ŝe  miał  pan  złamane  obie  nogi,  lewą  nawet  w  dwóch  miejscach. 

Prawdę mówiąc nie rozumiem, jakim cudem stoi pan o własnych siłach. Minęły zaledwie dwa 

tygodnie... 

–  Zawsze  szybko  wracałem  do  zdrowia  –  wyjaśniłem.  –  Przejdźmy  teraz  do  kwestii 

pieniędzy... 

– Jakich pieniędzy? 

– W ramach ugody, dzięki której nie zaskarŜę pana do sadu za niezgodne z etyką lekarską 

praktyki i te inne sprawy. 

– Niech pan nie będzie śmieszny. 

– Kto tu jest śmieszny? Zgodzę się na tysiąc, w gotówce, do ręki. 

– Nie ma nawet o czym mówić. 

– Niech się pan lepiej zastanowi, czy to się panu opłaci, niech pan pomyśli o szumie, jaki 

się  podniesie  wokół  kliniki,  jeśli  nadam  sprawie  rozgłos  jeszcze  przed  procesem.  Z  całą 

pewnością skontaktuję się ze Stowarzyszeniem Lekarzy, z prasą, z... 

– To szantaŜ – powiedział. – Nie zamierzam się przed tym ugiąć. 

–  Będzie  pan  musiał  zapłacić  teraz  albo  potem,  po  procesie  –  ciągnąłem.  –  Mnie  jest 

wszystko jedno. Ale teraz będzie taniej. 

Wiedziałem, Ŝe jeśli zmięknie, to znaczy, iŜ moje podejrzenia były słuszne. 

Patrzył na mnie ponuro, sam nie wiem jak długo. W końcu powiedział: 

– Nie mam przy sobie tysiąca dolarów. 

– To niech pan wymieni jakąś rozsądną sumę. 

Znów zamilkł, a potem rzekł: 

– To złodziejstwo. 

– Nie w przypadku, kiedy kupuje pan za to milczenie. No więc, ile pan proponuje? 

– Mam w sejfie jakieś pięćset dolarów. 

– Niech będzie. 

background image

Po  zbadaniu  zawartości  małego  sejfu  w  ścianie  oznajmił,  Ŝe  znalazł  tylko  czterysta 

trzydzieści  dolarów,  a  ja  nie  zamierzałem  zostawiać  tam  odcisków  palców  tylko  po  to, Ŝeby 

sprawdzić, czy mówi prawdę. Przyjąłem więc tę sumę i wepchnąłem banknoty do kieszeni. 

– Gdzie jest najbliŜsze przedsiębiorstwo taksówkowe obsługujące tę okolicę? 

Podał  mi  nazwę,  wyszukałem  ją  w  ksiąŜce  telefonicznej  i  przekonałem  się,  Ŝe  jestem  w 

stanie  Nowy  Jork.  Kazałem  mu  wezwać  taksówkę,  bo  nie  znałem  nazwy  kliniki,  a  nie 

chciałem  się  zdradzać  przed  nim  z  lukami  w  pamięci.  Ostatecznie  jeden  z  bandaŜy,  które 

zdjąłem, był okręcony wokół mojej głowy. 

Kiedy zamawiał taksówkę, usłyszałem adres: Szpital Prywatny w Greenwood. 

Zgasiłem  papierosa,  wyjąłem  następnego  i  ulŜyłem  moim  nogom  o  jakieś  sto 

kilogramów, siadając w brązowym fotelu przy półce z ksiąŜkami. 

– Poczekamy sobie tutaj, a potem odprowadzi mnie pan do drzwi – powiedziałem. 

Nie odezwał się juŜ ani słowem. 

 

background image

 

Rozdział 2 

Było  około  ósmej  rano,  kiedy  taksówkarz  wysadził  mnie  na  pierwszym  lepszym  rogu 

najbliŜszego miasta. Zapłaciłem mu i przez jakieś dwadzieścia minut wałęsałem się bez celu. 

W  końcu  wszedłem  do  restauracji,  usiadłem  przy  stoliku  i  zamówiłem  sok  pomarańczowy, 

dwa jajka na boczku, grzanki i trzy filiŜanki kawy. Boczek był za tłusty. 

Poświęciłem  na  śniadanie  dobrą  godzinę,  a  potem  poszedłem  na  poszukiwanie  sklepu  z 

odzieŜą i poczekałem do dziewiątej trzydzieści, aŜ go otworzą. 

Kupiłem  spodnie,  trzy  sportowe  koszule,  pasek,  bieliznę  i  parę  wygodnych  butów.  A 

takŜe chusteczkę do nosa, portfel i grzebień. 

Następnie  znalazłem  dworzec  autobusowy  i  wsiadłem  do  autobusu  do  Nowego  Jorku. 

Nikt nie próbował mnie zatrzymać. Nikt mnie nie śledził. 

Podczas drogi obserwowałem jesienny, wietrzny krajobraz pod jasnym, zimnym niebem i 

sumowałem w myślach wszystko, co wiem o sobie i swojej sytuacji. 

Zostałem  umieszczony  w  szpitalu  w  Greenwood  jako  Carl  Corey  przez  moją  siostrę 

Evelyn  Flaumel.  Stało  się  to  na  skutek  wypadku  samochodowego,  który  wydarzył  się  jakieś 

piętnaście  dni  temu  i  w  którym  połamałem  sobie  obie  nogi,  obecnie  juŜ  zrośnięte.  Nie 

pamiętałem swojej siostry Evelyn. Lekarze z Greenwood dostali polecenie, Ŝeby utrzymywać 

mnie  w  stanie  zamroczenia  i  przestraszyli  się  konsekwencji  prawnych,  kiedy  zagroziłem  im 

sądem. Dobrze. Ktoś z jakichś przyczyn się mnie boi. Rozegram tę grę do końca i zobaczymy, 

co z tego wymknie. 

Zmusiłem się, Ŝeby wrócić pamięcią do wypadku samochodowego i rozpamiętywałem to 

aŜ  do  bólu.  To  nie  był  wypadek.  Odniosłem  takie  nieodparte wraŜenie, choć nie wiedziałem 

dlaczego.  Ale  dowiem  się,  jak  było  naprawdę,  i  ktoś  mi  zapłaci.  Ktoś  mi  drogo  zapłaci. 

Gniew,  straszny  gniew  chwycił  mnie  za  gardło.  KaŜdy,  kto  podniósł  na  mnie  rękę,  kto 

próbował  zrobić  mi  krzywdę,  czynił  to  na  własne  ryzyko  i  teraz  otrzyma  stosowną  zapłatę; 

kimkolwiek  by  był.  Ogarnęła  mnie  Ŝądza  mordu,  Ŝądza unicestwienia przeciwnika i czułem, 

Ŝ

e zdarza się to nie po raz pierwszy i Ŝe ulegałem juŜ tej Ŝądzy w przeszłości. I to nieraz. 

Patrzyłem przez okno na opadające liście. 

background image

Po  przyjeździe  do  metropolii  przede  wszystkim  poszedłem  do  fryzjera  ogolić  się  i 

ostrzyc,  a  potem  zmieniłem  w  toalecie  koszulę  i  podkoszulek,  bo  nie  cierpię  drapiących 

resztek  włosów  na  plecach.  Automat  kaliber  32,  naleŜący  do  bezimiennego  indywiduum  z 

Greenwood,  spoczywał  w  prawej  kieszeni  mojej  marynarki.  Gdyby  ktoś  z  kliniki  albo  moja 

siostra  chcieli,  aby  mnie  zatrzymano,  posiadanie  broni  bez  zezwolenia  stanowiłoby  dobry 

pretekst. Mimo to postanowiłem go nie wyrzucać. Najpierw musieliby mnie znaleźć i mieć ku 

temu  powód.  Zjadłem  szybki  lunch,  przez  godzinę  jeździłem  po  mieście  metrem  i 

autobusami,  a  potem  wziąłem  taksówkę  i  kazałem  się  zawieźć  do  Westchester,  pod  adres 

Evelyn, mojej domniemanej siostry, której widok, jak się łudziłem, wpłynie oŜywczo na moją 

pamięć. 

Jeszcze zanim dojechałem, przemyślałem całą taktykę, jaką zamierzałem obrać. 

ToteŜ  kiedy  w  odpowiedzi  na  moje  pukanie  po  jakichś  trzydziestu  sekundach  otworzyły 

się  drzwi  do  wielkiej  starej  rezydencji,  wiedziałem,  co  powiedzieć.  Przemyślałem  to  idąc 

długim, krętym, wysypanym białym Ŝwirem podjazdem, między ciemnymi dębami i jasnymi 

klonami;  liście  szeleściły  mi  pod  stopami,  a  wiatr  chłodził  świeŜo  podgolony  kark  pod 

podniesionym kołnierzem marynarki. Zapach mojego płynu do włosów mieszał się z duszącą 

wonią  bluszczu,  który  oplatał  ściany  tego  szarego  ceglanego  domostwa.  Nie  było  tu  nic 

znajomego. Miałem wraŜenie, Ŝe jestem tu po raz pierwszy. 

Zapukałem i w środku rozległo się echo. 

Wpakowałem ręce do kieszeni i czekałem. 

Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  uśmiechnąłem  się  i  skinąłem  głową  obsypanej  pieprzykami 

pokojówce o śniadej cerze i portorykanskim akcencie. 

– Tak? – spytała. 

– Chciałbym się widzieć z panią Evelyn Flaumel. 

– Kogo mam zaanonsować? 

– Jej brata. Carla. 

– Och, proszę wejść – powiedziała. 

Hall,  do  którego  wszedłem,  miał  mozaikową  podłogę  z  maleńkich  łososiowo-

turkusowych  płytek  i  mahoniowe  ściany,  a  na  lewo  stała  długa,  wielka  donica,  pełna 

zielonych liściastych roślin. Z góry szklano-emaliowany sześcian rzucał Ŝółte światło. 

Dziewczyna odeszła, a ja rozglądałem się za czymś znajomym. 

Nic. 

Czekałem więc. 

W końcu pokojówka wróciła, uśmiechnęła się, dygnęła i powiedziała: 

Proszę za mną. Pani przyjmie pana w bibliotece. 

Poszedłem  za  nią  trzy  stopnie  w  górę,  a  potem  korytarzem  obok  dwojga  zamkniętych 

drzwi.  Trzecie  na  lewo  były  otwarte  i  te  właśnie  pokojówka  mi  wskazała.  Wszedłem  i 

zatrzymałem się na progu. 

background image

Biblioteka, jak wszystkie biblioteki, była pełna ksiąŜek. Wisiały w niej takŜe trzy obrazy, 

dwa  przedstawiające  sielskie  widoki,  a  trzeci  spokojne  morze.  Na  podłodze  leŜał  gruby 

zielony  dywan.  Obok  duŜego  biurka  stał  wielki  globus  zwrócony  do  mnie  Afryką,  a  z  tyłu 

ciągnęło się na całą ścianę okno, osiem wielkich tafli szklą. Ale nie dlatego zatrzymałem się 

w progu. Kobieta za biurkiem była ubrana w turkusową suknię z szeroką krezą i dekoltem w 

szpic,  miała  fryzurę  z  długą  grzywką  i  włosy  koloru  pośredniego  między  barwą  obłoków  o 

zachodzie  słońca  a  drgającym  płomieniem  świecy  w  ciemnym  pokoju.  Jej  oczy  –  co  jakimś 

cudem  wiedziałem  –  skryte  za  okularami,  których  chyba  nie  potrzebowała, były błękitne jak 

jezioro  Erie  o  trzeciej  po  południu  w  bezchmurny,  letni  dzień;  a  kolor  jej  powściągliwego 

uśmiechu pasował do włosów. Ale nie to sprawiło, Ŝe stanąłem w progu jak wryty. 

Skądś ją znałem, ale nie wiedziałem skąd. 

Podszedłem, przykleiwszy do twarzy uśmiech. 

– Jak się masz – powiedziałem. 

–  Siadaj,  proszę  –  wskazała  mi  przepastny,  pomarańczowy  fotel  z  rodzaju  tych,  w  jakie 

człowiek z lubością się zagłębia. 

Usiadłem, a ona uwaŜnie mi się przyjrzała. 

– Cieszę się, Ŝe znów jesteś na chodzie – powiedziała. 

– Ja tez – odparłem. – A co u ciebie? 

– Wszystko dobrze, dziękuję. Muszę przyznać, Ŝe nie spodziewałam się twojej wizyty. 

–  Wiem  – zablefowałem – ale przyszedłem podziękować ci za twoją siostrzaną pomoc i 

opiekę. – Nadałem temu lekko ironiczny ton, Ŝeby zobaczyć jej reakcję. 

W  tym  momencie  do  pokoju  wszedł  ogromny  pies  –  wilczarz  irlandzki  –  i  połoŜył  się 

przed biurkiem. TuŜ za nim wsunął się drugi okaz i wolno okrąŜył dwa razy globus. 

–  No  cóŜ  –  odparła  z  równą  ironią  –  przynajmniej  tyle  mogłam  dla  ciebie  zrobić. 

Powinieneś jeździć ostroŜniej. 

–  Na  przyszłość  będę  bardziej  uwaŜał,  przyrzekam.  –  Nie  wiedziałem,  jaka  gra  się  tu 

toczy,  ale  poniewaŜ  ona  nie  wiedziała,  Ŝe  ja  nie  wiem,  postanowiłem  wyciągnąć  z  niej  jak 

najwięcej informacji. – Pomyślałem sobie, Ŝe będziesz ciekawa, w jakim jestem stanie, więc 

przyjechałem się pokazać. 

– Tak, oczywiście – odpowiedziała. – Czy jadłeś coś? 

– Lunch kilka godzin temu. 

Zadzwoniła na pokojówkę i kazała podać posiłek. 

– Podejrzewałam, Ŝe sam zechcesz wynieść się z Greenwood, jak tylko poczujesz się na 

siłach – oznajmiła. – Ale nie przypuszczałam, Ŝe nastąpi to tak szybko i Ŝe się tutaj zjawisz. 

– Wiem – odparłem. – I dlatego tu jestem. 

Poczęstowała mnie papierosem, podałem jej ogień i sam zapaliłem. 

– Zawsze byłeś nieobliczalny – oświadczyła w końcu. – I chociaŜ w przeszłości często ci 

to pomagało, w tej chwili bym na to nie liczyła. 

background image

– Co masz na myśli? – spytałem. 

–  Stawka  jest  za  wysoka  na  blef,  a  chyba  tego  właśnie  próbujesz,  przychodząc  tu  sobie 

jakby  nigdy  nic.  Zawsze  podziwiałam  twoją  odwagę,  Corwin,  ale  nie  bądź  głupcem.  Znasz 

sytuację. 

Corwin? Trzeba zanotować to w pamięci pod „Corey”. 

– Niekoniecznie – odparłem. – Nie zapominaj, Ŝe ostatnio dłuŜszy czas przespałem. 

– Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe się z nikim nie kontaktowałeś? 

– Nie miałem okazji, odkąd odzyskałem przytomność. 

Przechyliła głowę na ramię i zmierzyła mnie swoimi cudownymi oczami. 

–  Niezbyt  to  roztropne  –  powiedziała  –  ale  moŜliwe.  Całkiem  moŜliwe.  Zwłaszcza  jeśli 

chodzi o ciebie. ZałóŜmy, Ŝe mówisz prawdę. W takim razie postąpiłeś mądrze i bezpiecznie. 

Niech no pomyślę. 

Zaciągnąłem  się  papierosem  z  nadzieją,  Ŝe  powie  coś  jeszcze,  Ale  milczała,  wobec  tego 

postanowiłem wykorzystać punkt zdobyty w tej grze, dla mnie nie zrozumiałej, z nieznanymi 

graczami i niejasnym celem. 

Sam fakt, Ŝe tu przyszedłem, coś znaczy – powiedziałem. 

–  Tak  –  odparła  –  wiem.  Ale  poniewaŜ  jesteś  sprytny,  moŜe  to  znaczyć  niejedno. 

Poczekamy i zobaczymy. 

Poczekamy na co? Co zobaczymy? 

Przyniesiono  steki  i  dzban  piwa,  zostałem  więc  na  chwilę  zwolniony  od  czynienia 

ogólnikowych  i  mętnych  uwag,  które  ona  mogła  interpretować  jako  subtelne  lub 

wieloznaczne.  Stek  był  doskonały,  krwisty  w  środku  i  soczysty;  z  przyjemnością  zagłębiłem 

teŜ  zęby  w  świeŜym,  chrupiącym  chlebie  i  pociągnąłem  łyk  piwa,  zaspokajając  głód  i 

pragnienie. Evelyn śmiała się, obserwując mnie i dziobiąc widelcem w talerzu. 

–  Lubię  patrzeć,  jak  umiesz  cieszyć  się  Ŝyciem  –  powiedziała.  –  I  dlatego  wolałabym, 

Ŝ

ebyś nie musiał się z nim rozstawać. 

– Ja teŜ – przyznałem z pełnymi ustami. 

Jadłem  i  przyglądałem  się  jej.  Zobaczyłem  ją  naraz  w  wydekoltowanej,  wieczorowej 

sukni,  szmaragdowej  jak  morze,  na  tle  muzyki,  tańców,  głosów...  Ja  byłem  w  srebrno-

czarnym  stroju  i...  Obraz  się  rozpłynął.  Ale  wiedziałem,  Ŝe  wspomnienie  było  prawdziwe  i 

kląłem  w  duchu,  Ŝe  trwało  tak  krótko.  Co  ona  wtedy  do  mnie  mówiła,  kiedy  stała  w  swojej 

szmaragdowej  sukni  przede  mną  ubranym na czarno i srebrno, tej nocy z muzyką, tańcami i 

szmerem głosów w tle? 

Dolałem piwa i zdecydowałem się zapuścić sondę. 

–  Pamiętam  pewną  noc  –  powiedziałem  –  kiedy  byłaś  w  szmaragdowej  sukni,  a  ja  w 

swoich kolorach. Jakie to były szczęśliwe chwile... i ta muzyka... 

Na jej twarzy pojawił się cień melancholii, a rysy złagodniały. 

background image

–  Tak...  –  powiedziała.  –  To  były  czasy,  prawda...?  Rzeczywiście  z  nikim  się  nie 

kontaktowałeś? 

– Słowo honoru – przysiągłem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. 

– Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót – mówiła – a Cienie kryją okropności, o jakich 

się nam nawet nie śniło... 

– I...? – pytałem dalej. 

– On nadal ma kłopoty – skończyła. 

– Och! 

– Tak – dodała – i będzie chciał wiedzieć, gdzie stoisz. 

– Tutaj – odparłem. 

– To znaczy...? 

–  Na  razie  –  dopowiedziałem,  moŜe  zbyt  szybko,  bo  jej  oczy  rozszerzyły  się  trochę  za 

bardzo – dopóki nie poznam całokształtu sprawy. – Cokolwiek to miało znaczyć. 

– Och! 

Skończyliśmy  nasze  steki  i  piwo,  a  kości  rzuciliśmy  psom.  Przy  kawie  poczułem 

przypływ braterskich uczuć, ale je zdusiłem. 

– A co z resztą? – spytałem, starając się, by brzmiało to neutralnie i bezpiecznie. 

W pierwszej chwili wystraszyłem się, Ŝe spyta, co mam na myśli, ale ona wyciągnęła się 

wygodniej w fotelu, wlepiła wzrok w sufit i powiedziała: 

– Jak zwykle, od nikogo nie słychać nic nowego. MoŜe ty postąpiłeś najrozsądniej. Mnie 

się to w kaŜdym razie podoba. Ale jak moŜna zapomnieć... czasy świetności? 

Spuściłem oczy, bo nie byłem pewien, co powinny wyraŜać. 

– Nie moŜna – powiedziałem. – Nigdy nie moŜna. 

Nastąpiła długa, niezręczna cisza, którą przerwała pytaniem: 

– Czy mnie nienawidzisz? 

–  Oczywiście,  Ŝe  nie  –  odparłem.  –  Jak  mógłbym  cię  nienawidzić...  zwaŜywszy  na 

okoliczności? 

Chyba ją to ucieszyło, bo pokazała w uśmiechu piękne białe zęby. 

– To dobrze, dziękuję ci – rzekła. – Cokolwiek by mówić, jesteś dŜentelmenem. 

Skłoniłem się z emfazą. 

– Zawrócisz mi w głowie. 

– Wątpię – powiedziała. – ZwaŜywszy na okoliczności... 

Zrobiło mi się nieswojo. 

WciąŜ palił mnie gniew i ciekaw byłem, czy ona wie, kto na ten gniew zasłuŜył. Miałem 

wraŜenie,  Ŝe  tak.  Poczułem  nieodparte  pragnienie,  aby  ją  o  to  zapytać  wprost,  ale  się 

powstrzymałem. 

– No więc, co proponujesz? – zagadnęła w końcu. 

Przyparty w len sposób do muru odrzekłem: 

background image

– Oczywiście, nie ufasz mi... 

– Jak moglibyśmy ci ufać? 

Postanowiłem zapamiętać to „my”. 

–  CóŜ,  na  razie  jestem  gotów  oddać  się  w  twoje  ręce.  Z  chęcią  pozostanę  u  ciebie,  co 

pozwoli ci mieć mnie na oku. 

– A potem? 

– Potem? Zobaczymy. 

–  Sprytnie  –  powiedziała.  –  Bardzo  sprytnie.  I  stawiasz  mnie  w  niezręcznej  sytuacji. 

(Zaproponowałem  to  tylko  dlatego,  Ŝe  nie  miałem  gdzie  się  podziać,  a  reszta  wymuszonych 

szantaŜem pieniędzy nie na długo by mi starczyła). Naturalnie, moŜesz zostać. Ale ostrzegam 

cię  –  tu  pokazała  wisiorek  na  łańcuszku,  który  nosiła  na  szyi  –  to  jest  ultradźwiękowy 

gwizdek  na  psy.  Donner  i  Blitzen  mają  czterech  braci,  a  cała  szóstka  świetnie  radzi  sobie  z 

niepoŜądanymi osobnikami i reaguje na mój gwizdek. Nie próbuj więc myszkować tam, gdzie 

cię nie proszą. Jeden gwizd i nawet ty nic przeciwko nim nie wskórasz. To dzięki tej właśnie 

rasie w Irlandii nie ma juŜ wilków, wiesz. 

– Wiem – przyznałem i uzmysłowiłem sobie, Ŝe to prawda. 

–  Tak  –  ciągnęła.  –  Erykowi  się  to  spodoba,  Ŝe  jesteś  moim  gościem.  To  powinno  go 

skłonić do zostawienia cię w spokoju, a przecieŜ o to ci właśnie chodzi, n’est-ce pas? 

– Oui – przyznałem. 

Eryk! To imię coś mi mówiło! Znałem jakiegoś Eryka i była to bardzo waŜna znajomość. 

Ten Eryk, którego znalem, nadal najwyraźniej kręci się gdzieś w pobliŜu, i to teŜ było waŜne. 

Dlaczego? 

Przede  wszystkim  dlatego,  Ŝe  go  nienawidziłem.  Nienawidziłem  go  tak  bardzo,  Ŝe 

mógłbym go zabić. I niewykluczone, Ŝe próbowałem. 

Uświadomiłem teŜ sobie, Ŝe łączy nas pewna więź. 

Rodzinna? 

Tak, właśnie tak. śaden z nas nie był tym zachwycony, Ŝe jesteśmy... braćmi! Tak, teraz 

sobie  przypomniałem:  potęŜny,  władczy  Eryk o krętej, lśniącej brodzie i oczach – dokładnie 

takich samych jak oczy Evelyn! 

Zalała  mnie  nowa  fala  wspomnień,  zaszumiało  mi  w  skroniach,  poczułem  ciepło 

rozlewające się na karku. 

Zachowałem  jednak  kamienną  twarz  i  jakby  nigdy  nic  zaciągnąłem  się  papierosem 

popijając  piwo,  choć  jednocześnie  uzmysłowiłem  sobie,  Ŝe  Evelyn  jest  rzeczywiście  moją 

siostrą!  Tylko  Ŝe  nie  nazywa  się  Evelyn.  Nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  jak  się  naprawdę 

nazywa,  ale  nie  Evelyn.  Postanowiłem  być  ostroŜny  i  nie  zwracać  się  do  niej  po  imieniu, 

dopóki sobie nie przypomnę. 

A kim ja jestem? I co się właściwie wokół mnie dzieje? 

background image

Nagle  poczułem,  Ŝe  Eryk  musiał  mieć  coś  wspólnego  z  moim  wypadkiem.  Miał  to  być 

wypadek śmiertelny, ale udało mi się przeŜyć. I to on był sprawcą? Tak – podpowiedziało mi 

przeczucie.  To  musiała  był  sprawka  Eryka.  A  Evelyn  z  nim  współpracowała,  opłacając 

szpital, Ŝeby trzymano mnie w stanie odurzenia. Lepsze to niŜ śmierć, ale... 

Równocześnie  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  przychodząc  do  Evelyn  oddałem  się  niejako  w 

ręce Eryka i jeśli tu zostanę, będę jego więźniem, wystawionym na kolejny atak. 

Niemniej  ona  twierdziła,  Ŝe  jako  jej  gość  mogę  liczyć na spokój z jego strony. NaleŜało 

się  nad  tym  zastanowić.  Nie  wolno  mi  o  niczym  decydować  pochopnie,  muszę  mieć  się 

nieustannie na baczności. MoŜe byłoby lepiej, gdybym stąd odszedł i poczekał, aŜ stopniowo 

wróci mi pamięć. 

Ale  zŜerała  mnie  jakaś  straszna,  gorączkowa  niecierpliwość.  Musiałem  jak  najszybciej 

poznać całą prawdę i zacząć odpowiednio działać. Popychał mnie do tego nieodparty przymus 

wewnętrzny.  Jeśli  nawet  za  odzyskanie  pamięci  przyjdzie  mi  ponieść  koszty  ryzyka  i 

niebezpieczeństwa, to trudno. Zostanę. 

–  Pamiętam  teŜ... – mówiła Evelyn i uprzytomniłem sobie, Ŝe opowiada coś od dłuŜszej 

chwili,  a  ja  nie  słucham.  MoŜe  przyczyną  był  refleksyjny  ton  jej  słów,  nie  wymagający 

odpowiedzi,  moŜe  mój  własny  natłok  myśli.  –  Pamiętam,  jak  kiedyś  zwycięŜyłeś  Juliana  w 

jego ulubionej grze; a on zaklął i rzucił w ciebie kielichem pełnym wina. Wtedy ty chwyciłeś 

z wściekłością swoje trofeum i zamierzyłeś się, a on się przestraszył, Ŝe posunął się za daleko. 

Ale ty się nagle roześmiałeś i przepiłeś do niego. Było mi przykro, Ŝe ty, zawsze taki chłodny 

i  opanowany,  wpadłeś  w  taki  gniew,  a  w  Julianie  wzbudziłeś  tego  dnia  zawiść.  Pamiętasz? 

Wydaje mi się, Ŝe od tej pory pod wieloma względami usiłuje cię naśladować. Ale ja nadal go 

nienawidzę i mam nadzieję, Ŝe go wkrótce diabli wezmą... Coś czuję, Ŝe tak będzie... 

Julian, Julian, Julian. Tak i nie. Jakaś gra, kłótnia i utrata mojej niemal legendarnej zimnej 

krwi.  Było  w  tym  coś  znajomego,  lecz  nie,  nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  o  co  właściwie 

chodziło. 

– A Caine, jego to dopiero wystrychnąłeś na dudka! WciąŜ cię nienawidzi, wiesz... 

Zrozumiałem, Ŝe nie jestem osobą szczególnie lubianą. Ale to uczucie w dziwny sposób 

sprawiało mi przyjemność. 

A  imię  Caine  takŜe  zabrzmiało  swojsko.  Nawet  bardzo  Eryk,  Julian,  Caine,  Corwin.  Te 

imiona dudniły mi w uszach i rozsadzały czaszkę. 

– To było tak dawno temu – powiedziałem niemal bezwiednie i chyba zgodnie z prawdą. 

–  Corwin,  nie  bawmy  się  w  ciuciubabkę.  Chcesz  czegoś  więcej  niŜ  bezpiecznego  kąta, 

wiem  o  tym.  I  jesteś  wciąŜ  dość  silny,  Ŝeby  zdobyć  coś  dla  siebie,  jeśli  odpowiednio  to 

rozegrasz.  Nie  mam  pojęcia,  co  knujesz,  ale  moŜe  moglibyśmy  dojść  do  porozumienia  z 

Erykiem.  –  Teraz  słówko  „my”  przeszło  najwyraźniej  na  naszą  stronę.  Musiała  uznać,  Ŝe 

jestem coś wart w tej grze, o cokolwiek się ona toczy. Zobaczyła szansę osiągnięcia własnych 

background image

korzyści.  Uśmiechnąłem  się  kącikiem  ust.  –  Czy  dlatego  tu  przyszedłeś? – ciągnęła. – Masz 

jakąś propozycję dla Eryka i szukasz kogoś, kto mógłby posłuŜyć jako pośrednik? 

–  MoŜe...  –  powiedziałem.  –  Ale  muszę  się  najpierw  zastanowić.  Ledwo  wróciłem  do 

zdrowia i mam sporo spraw do przemyślenia. Jednak na wszelki wypadek wołałem ulokować 

się w miejscu, z którego mógłbym szybko działać, gdybym doszedł do wniosku, Ŝe w moim 

interesie jest zawrzeć pakt z Erykiem. 

– UwaŜaj – powiedziała. – Wiesz, Ŝe powtórzę kaŜde twoje słowo. 

–  Oczywiście  –  przytaknąłem,  wcale  o  tym  nie  wiedząc  i  szukając  szybkiego  wyjścia  z 

sytuacji – chyba Ŝe w twoim interesie będzie współpracować ze mną. 

Ś

ciągnęła brwi, między którymi pokazały się leciutkie zmarszczki. 

– Nie bardzo wiem, co mi proponujesz. 

– Jeszcze nic. Jestem tylko z tobą całkiem szczery i mówię ci, Ŝe na razie sam nie wiem, 

co dalej. Nie mam pewności, czy chcę dochodzić do porozumienia z Erykiem. – W końcu... – 

specjalnie  zawiesiłem  głos,  bo  czułem,  Ŝe  powinienem  coś  zaproponować,  a  nie  wiedziałem 

co. 

–  Masz  inną  propozycję?  –  zerwała  się  nagle  na  równe  nogi,  chwytając  za  gwizdek.  – 

Bleys! Oczywiście! 

–  Siadaj  –  powiedziałem  –  i  nie  bądź  śmieszna.  Czy  oddałbym  się  tak  chętnie  i  bez 

namysłu w twoje ręce, Ŝeby zostać rzuconym na poŜarcie psom w chwili, gdy przyjdzie ci do 

głowy Bleys? 

OdpręŜyła się, a nawet jakby trochę skuliła, a potem usiadła. 

– MoŜe i nie – przyznała w końcu. – Ale wiem, Ŝe lubisz stawiać wszystko na jedną kartę, 

i wiem teŜ, Ŝe jesteś podstępny. Jeśli przyszedłeś tu z zamiarem pozbycia się przeciwnika, to 

szkoda  fatygi.  Nie  jestem taka znów waŜna. Powinieneś juŜ tyle wiedzieć. Poza tym zawsze 

myślałam, Ŝe mnie lubisz. 

–  Lubiłem  cię  i  lubię  –  zapewniłem  ją  –  więc  nie  masz  się  czego  obawiać.  Ciekawe,  Ŝe 

wspomniałaś akurat to imię. 

ś

eby tylko połknęła przynętę! Tylu rzeczy musiałem się dowiedzieć! 

– Dlaczego? CzyŜby rzeczywiście skontaktował się z tobą? 

–  Wolałbym  o  tym  nie  mówić  –  odparłem  mając  nadzieję,  Ŝe  da  mi  to  jakąś  przewagę  i 

teraz, znając juŜ płeć owego Bleysa, dorzuciłem: – Nawet gdyby tak było, odpowiedziałbym 

mu to samo, co Erykowi: „Muszę to przemyśleć”. 

– Bleys – powtórzyła, a ja dodałem w myślach: Bleys, lubię cię. Nie pamiętam dlaczego i 

moŜe nawet niekoniecznie mam ku temu powody, ale cię lubię. Tyle wiem. 

Siedzieliśmy  przez  chwilę  w  milczeniu  i  poczułem,  Ŝe  ogarnia  mnie  zmęczenie,  ale  nie 

chciałem  tego  po  sobie  pokazać.  Powinienem  być  silny.  Wiedziałem,  Ŝe  muszę  być  silny. 

Uśmiechnąłem się więc i powiedziałem: 

– Ładną masz bibliotekę. 

background image

A ona odparła: 

– Dziękuję. 

– Bleys – powtórzyła znów po chwili. – Naprawdę uwaŜasz, Ŝe ma szansę? 

Wzruszyłem ramionami. 

– Kto to moŜe wiedzieć? Na pewno nie ja. MoŜe ma, a moŜe nie. 

Oczy jej się rozszerzyły, spojrzała na mnie z otwartymi ustami. 

– Chyba nie zamierzasz... nie zamierzasz sam spróbować? 

Roześmiałem się, głównie po to, Ŝeby ją uspokoić. 

–  Nie  bądź  niemądra.  Ja?  –  Ale  wiedziałem,  Ŝe  mówiąc  to,  poruszyła  we  mnie  jakąś 

strunę, jakieś głęboko ukryte pragnienie, które odpowiedziało potęŜnym: „Czemu nie?” 

I naraz ogarnął mnie wielki strach. 

Ona w kaŜdym razie wyglądała na uspokojoną moim odŜegnaniem się od tego, od czego 

się  odŜegnałem.  Uśmiechnęła  się  i  ruchem  głowy  wskazała  wbudowany  w  ścianę  barek  na 

lewo ode mnie. 

– Napiłabym się trochę Irish Mist – powiedziała. 

– Ja teŜ, skoro juŜ o tym mowa – przyznałem, podniosłem się i nalałem nam po kieliszku. 

– Wiesz – powiedziałem, usadowiwszy się znów wygodnie w fotelu – przyjemnie jest tak 

pobyć znów razem, nawet jeśli to tylko na krótko. Od razu nasuwa się tyle wspomnień. 

Odpowiedziała uśmiechem, z którym jej było bardzo do twarzy. 

–  Masz  rację  –  przyznała,  pociągając  łyczek.  –  Czuję  się  przy  tobie  niemal  jak  w 

Amberze – a ja omal nie wypuściłem kieliszka z ręki, Amber! To słowo uderzyło we mnie jak 

grom! 

W  tym  momencie  ona  zaczęła  płakać,  podszedłem  więc  i  objąłem  ją  pocieszająco 

ramieniem. 

–  Nie  płacz,  siostrzyczko,  proszę  cię,  nie  płacz.  Sprawiasz  mi  ból.  –  Amber!  Coś  się  w 

tym  kryło,  coś  porywającego  i  potęŜnego,  –  Jeszcze  znów  nadejdą  dobre  czasy  –  dodałem 

pocieszająco. 

– Czy naprawdę w to wierzysz? – spytała. 

– Tak – potwierdziłem z mocą. – Wierzę! 

–  Jesteś  szalony  –  powiedziała.  –  MoŜe  właśnie  dlatego  zawsze  byłeś  moim  ulubionym 

bratem. Niemal wierzę w to, co mówisz, choć wiem, Ŝe jesteś szalony. – Chlipnęła jeszcze raz 

i  drugi,  i  przestała.  –  Corwin  –  ciągnęła  –  gdyby  ci  się  udało...  gdyby  jakimś 

nieprawdopodobnym cudem ci się udało, będziesz pamiętać o swojej siostrze Florimel? 

–  Tak  –  obiecałem,  zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  to  jej  prawdziwe  imię.  –  Tak,  będę  o  tobie 

pamiętał. 

–  Dziękuję  ci.  Powiem  Erykowi  tylko  to,  co  konieczne,  nie  wspomnę  ani  słowem  o 

Bleysie i zatrzymam dla siebie swoje najnowsze podejrzenia. 

– Dziękuję, Floro. 

background image

– Ale pamiętaj, Ŝe ci nie ufam ani na jotę – dodała. 

– To się rozumie samo przez się. 

Wezwała  pokojówkę,  która  zaprowadziła  mnie  do  pokoju,  gdzie  ledwo  zdołałem  się 

rozejrzeć, a potem padłem na łóŜko i spałem przez jedenaście godzin. 

 

background image

 

Rozdział 3 

Rano  jej  nie  było  i  nie  zostawiła  dla  mnie  Ŝadnej  wiadomości.  Pokojówka  podała  mi  w 

kuchni  śniadanie  i  wróciła  do  swoich  obowiązków.  Zrezygnowałem  z  pomysłu,  Ŝeby  starać 

się wyciągnąć z niej jakieś informacje, bo albo nic nie wiedziała, albo nic by mi nie zdradziła, 

a za to z pewnością powiedziałaby o moich indagacjach Florze. Ale poniewaŜ miałem dom do 

swojej  dyspozycji,  postanowiłem  wrócić  do  biblioteki  i  rozejrzeć  się  trochę.  Poza  tym  lubię 

biblioteki.  ściany  pełne  pięknych  i  mądrych  słów  dają  mi  poczucie  komfortu  i 

bezpieczeństwa.  Zawsze  przyjemniej  jest  wiedzieć,  Ŝe  moŜna  czymś  się  obronić  przed 

Cieniami. 

Donner  czy  Blitzen,  czy  teŜ  któryś  z  ich  krewnych  pojawił  się  skądś  w  hallu  i  węsząc 

kroczył  sztywno  moim  śladem,  Próbowałem  się  z  nim  zaprzyjaźnić,  ale  przypominało  to 

wymianę uprzejmości z policjantem, który kazał ci zjechać na pobocze. Po drodze zaglądałem 

do innych pokoi – wyglądały normalnie i niewinnie. 

Wszedłem  do  biblioteki,  z  której  nadal  spoglądała  na  mnie  Afryka.  Zamknąłem  za  sobą 

drzwi przed psami i ruszyłem wzdłuŜ ścian czytając tytuły tomów na półkach. Najwięcej było 

ksiąŜek  historycznych.  Znalazłem  takŜe  sporo  ksiąŜek  o  sztuce  w  albumowych,  drogich 

wydaniach  i  parę  z  nich  przekartkowałem.  Zwykle  najlepiej  mi  się  myśli,  kiedy  pozornie 

jestem zajęty czymś innym. 

Zastanawiałem  się  nad  źródłem  oczywistego  bogactwa  Flory.  Czy,  skoro  jesteśmy 

krewnymi, znaczyło to, Ŝe i ja cieszę się pewną zamoŜnością? Usiłowałem przypomnieć sobie 

swoją sytuację materialną i socjalną, zawód, pochodzenie. Odnosiłem wraŜenie, Ŝe nigdy nie 

musiałem martwić się o pieniądze, Ŝe zawsze jakimś cudem miałem ich pod dostatkiem. Czy 

byłem takŜe właścicielem równie wspaniałego domu? Nie pamiętałem. 

Jaki był mój zawód? 

Usiadłem  za  biurkiem  i  starałem  się  uprzytomnić  sobie,  czy  znam  tajniki  jakiejś 

szczególnej dziedziny wiedzy. Bardzo trudno jest egzaminować samego siebie, toteŜ niewiele 

z  tego  wynikło.  Nasza  wiedza  jest  cząstką  nas  samych,  integralnym  elementem  całości  i 

trudno ją oddzielić. 

background image

Lekarz?  Przyszło  mi  to  do  głowy,  kiedy  przeglądałem anatomiczne rysunki Leonarda da 

Vinci.  Niemal  bezwiednie  zacząłem  przebiegać  w  myśli  poszczególne  fazy  operacji 

chirurgicznych. Zdałem sobie sprawę, Ŝe kiedyś w przeszłości musiałem operować. 

Ale  nie  było  to  jeszcze  to,  czego  szukałem.  Z  chwilą  gdy  uświadomiłem  sobie,  Ŝe 

odebrałem wykształcenie medyczne, zrozumiałem, Ŝe była to tylko część jakiejś ogólniejszej 

wiedzy. Wiedziałem, Ŝe nie jestem chirurgiem. Kim więc? Co jeszcze wchodziło w rachubę? 

Coś przyciągnęło mój wzrok. 

Siedząc  za  biurkiem  miałem  przed  sobą  przeciwległą  ścianę,  a  na  niej,  obok  innych 

rzeczy,  wisiała  antyczna  szabla  kawaleryjska,  której  poprzednio  nie  zauwaŜyłem.  Wstałem, 

podszedłem do niej i zdjąłem ją z uchwytów. 

Syknąłem  w  duchu  gniewnie  na  jej  opłakany  stan.  Chętnie  przywróciłbym  jej  naleŜytą 

ś

wietność  za  pomocą  zwykłej  osełki  i  kawałka  naoliwionej  szmatki.  Znałem  się  na 

starodawnej broni, zwłaszcza białej. 

Szabla leŜała mi w dłoni jak ulał i czułem, Ŝe potrafię się nią posługiwać. Odparowałem i 

natarłem parę razy. Tak, umiałem sobie z nią radzić. 

O czym to mogło świadczyć? Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu czegoś jeszcze, 

co by pobudziło mi pamięć. Nic nie znalazłem, odwiesiłem więc szablę i wróciłem do biurka. 

Siadając  za  nim,  postanowiłem  je  przejrzeć.  Zacząłem  od  środkowej  szuflady  poprzez  tę  po 

lewej  i  wszystkie  szuflady  po  prawej  stronie  aŜ  do  samego  dołu.  Papier  listowy,  koperty, 

znaczki, spinacze, resztki ołówków, gumki – nic nadzwyczajnego. 

Wyciągałem  kaŜdą  szufladę  na  całą  długość  i  opierałem  ją  na  kolanach  przeglądając 

zawartość.  Nie  był  to  mój  pomysł.  Postępowałem  tak  na  skutek  otrzymanego  niegdyś 

przeszkolenia, które kazało mi badać kaŜde ścianki i dno. 

A  jednak  pewna rzecz omal nie uszła mojej uwagi i spostrzegłem ją dopiero w ostatniej 

chwili:  tył  niŜszej  szuflady  po  prawej  stronie  nie  sięgał  tak  wysoko,  jak  tyły  innych  szuflad. 

To  musiało  coś  oznaczać  –  kiedy  ukląkłem  i  zajrzałem  w  głąb,  zobaczyłem  u  góry  coś  na 

kształt małego pudełeczka. Była to osobna szufladka, schowana na samym tyle i zamknięta. 

Spróbowałem  się  do  niej  dobrać  spinaczem,  agrafką,  a  w  końcu  metalową  łyŜką  do 

butów,  znalezioną  w  innej  szufladzie;  okazała  się  najbardziej  pomocna  i  po  jakiejś  minucie 

zamek puścił. 

Szufladka  zawierała  pudełko  z  talią  kart.  A  jego  wierzch  zdobił  herb,  na  którego  widok 

zesztywniałem,  oblał  mnie  zimny  pot  i  nie  mogłem  złapać  oddechu.  Herb  przedstawiał 

białego  jednoroŜca  na  zielonym  polu,  wzniesionego  na  tylnych  nogach,  zwróconego  na 

prawo. Wiedziałem, Ŝe znam ten herb, i zakłuło mnie boleśnie, Ŝe nie potrafię go nazwać. 

Otworzyłem  pudełko  i  wyjąłem  karty.  Były  to  karty  tarokowe,  przedstawiające  zwykłe 

dla  nich  berła,  pentagramy,  kielichy  i  szpady,  ale  Figury  Atutowe  –  Wielkie  Arkana  –  były 

całkiem inne. Wsunąłem najpierw obie szuflady, nie zamykając tej mniejszej, i dopiero potem 

przystąpiłem do bliŜszych oględzin. 

background image

Figury  Atutowe  wyglądały  niemal  jak  Ŝywe,  miało  się  wraŜenie,  Ŝe  zaraz  zejdą  z 

lśniącego obrazka na ziemię. Karty były przyjemne i chłodne w dotyku. 

Naraz zrozumiałem, Ŝe i ja sam byłem kiedyś posiadaczem takiej talii. 

RozłoŜyłem karty na blacie. 

Pierwsza przedstawiała uśmiechniętego drobnego męŜczyznę, o chytrym wyrazie twarzy, 

ostrym  nosie,  ze  strzechą  słomianych  włosów  na  głowie.  Był  ubrany  w  coś  w  rodzaju 

kostiumu renesansowego w kolorach pomarańczowym, czerwonym i brązowym. Nosił długie 

pończochy i obcisły, haftowany kubrak. Znałem go. Miał na imię Random. 

Z  następnej  karty  patrzyło  na  mnie  beznamiętne  oblicze  Juliana;  długie,  ciemne  włosy 

opadały mu do ramion, niebieskie oczy były zimne i bez wyrazu. Od stóp do głów skrywała 

go  biała  łuskowa  zbroja,  nie  srebrzysta  ani  metaliczna,  ale  jakby  emaliowana.  Wiedziałem 

jednak,  Ŝe  mimo  na  pozór  odświętnego  i  dekoracyjnego  wyglądu  była  twarda  i  odporna  na 

ciosy.  Tego  właśnie  człowieka  pobiłem  w  jego  ulubionej  grze,  za  co  rzucił  we  mnie 

kielichem. Znałem go i nienawidziłem. 

Teraz  przeniosłem  wzrok  na  śniadą,  ciemnooką  twarz  Caine’a,  ubranego  w  czarno-

zielony  atłas  oraz  w  ciemny,  załoŜony  z  fantazją,  trójgraniasty  kapelusz  z  zielonym 

pióropuszem  spływającym  na  plecy.  Stał  profilem,  podparłszy  się  jedną  ręką  pod  bok,  a  u 

pasa  miał  wysadzany  szmaragdami  sztylet.  Jego  wizerunek  wywołał  we  mnie  mieszane 

uczucia. 

Potem  był  Eryk.  NaleŜało  mu  przyznać,  Ŝe  był  przystojny.  Włosy  miał  tak  czarne,  Ŝe 

niemal granatowe, broda wiła mu się wokół stale uśmiechniętych ust, a ubrany był po prostu 

w  skórzaną  kurtkę,  pelerynę,  wysokie  czarne  botforty  i  spięty  rubinem  czerwony  pas,  u 

którego  wisiał  srebrzysty  miecz.  Wysoki,  czarny  kołnierz  osłaniający  szyję  obszyty  był  na 

czerwono, podobnie jak rękawy. Stał z kciukami zatkniętymi za pas – jego ręce wyglądały na 

bardzo silne i sprawne. Nad prawym biodrem sterczały zza pasa czarne rękawice. Byłem teraz 

pewien,  Ŝe  to  właśnie  on  próbował  mnie  zabić  tego  dnia,  kiedy  omal  nie  zginąłem. 

Przyjrzałem mu się uwaŜnie i nie bez trwogi. 

Następny był Benedykt, wysoki i surowy, o pociągłej twarzy i szczupłym ciele, ale tęgim 

umyśle. Ubrany był na pomarańczowo-Ŝółto-brązowo i nasuwał mi na myśl stogi siana, dynie, 

strachy  na  wróble  i  legendy  o  zapadłych  miasteczkach.  Miał  długą,  mocno  zarysowaną 

szczękę, piwne oczy i proste, brązowe włosy. Stał obok gniadego konia, opierając się na lancy 

oplecionej wiankiem z kwiatów. Rzadko się uśmiechał. Lubiłem go. 

Zastygłem, kiedy odkryłem następną kartę i serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. 

To byłem ja. 

Znałem  tę  twarz,  która  codziennie  przy  goleniu  patrzyła  na  mnie  z  lustra.  Zielone  oczy, 

ciemne  włosy,  czarno  –  srebrny  strój.  Miałem  na  sobie  pelerynę,  lekko  wzdętą  jakby  przez 

wiatr. Miałem teŜ czarne botforty, podobnie jak Eryk i jak on miecz przy boku, tylko mój był 

background image

cięŜszy,  choć  nieco  krótszy.  Nosiłem  rękawice,  srebrne  i  łuskowe.  Klamra  przy  szyi  była  w 

kształcie srebrnej róŜy. 

Oto ja, Corwin. 

Z  następnej  karty  spojrzał  na  mnie  wysoki,  potęŜny  męŜczyzna.  Był  do  mnie  bardzo 

podobny,  tylko  miał  silniej  zarysowaną  szczękę  i  wiedziałem, Ŝe jest wyŜszy ode mnie, lecz 

bardziej  ocięŜały.  Jego  siła  była  legendarna.  Był  ubrany  w  niebiesko-szary  strój  spięty  na 

ś

rodku  szerokim,  czarnym  pasem  i  stał  z  wesołą,  roześmianą  miną.  Z  szyi  zwisał  mu  na 

sznurze  srebrny  róg  myśliwski.  Miał  wystrzępioną  bródkę  i  mały  wąsik.  W  prawej  ręce 

trzymał  kielich  wina.  Poczułem  do  niego  nagłą  sympatię  i  wtedy  przypomniałem  sobie  jego 

imię. Nazywał się Gerard. 

Teraz przyszła kolej na męŜczyznę o ognistej brodzie i płomiennych włosach, z mieczem 

w prawej dłoni i pucharem białego wina w lewej, w czerwono-pomarańczowych jedwabiach. 

W  jego  oczach,  równie  błękitnych  jak  oczy  Flory  i  Eryka,  igrał  diablik.  Miał  drobny 

podbródek, ale przykryty brodą. Jego miecz był kunsztownie inkrustowany złotem. Na prawej 

ręce  błyszczały  dwa  ogromne  pierścienie,  a  na  lewej  jeden:  szmaragd,  rabin  i  szafir. 

Wiedziałem, Ŝe to Bleys. 

Następna  postać  nosiła  w  sobie  podobieństwo  zarówno  do  Bleysa,  jak  i  do  mnie. 

MęŜczyzna  miał  moje  rysy,  choć  drobniejsze,  moje  oczy, włosy Bleysa, był bez brody. Miał 

na sobie zielony strój jeździecki i siedział na białym koniu zwróconym na prawo. Była w nim 

siła  i  słabość,  niepokój  i  rezygnacja.  Odpychał  mnie  i  pociągał,  budził  zarówno  moją 

sympatię,  jak  niechęć.  Wystarczyło  mi  rzucić  na  niego  okiem,  by  wiedzieć,  Ŝe  nazywa  się 

Brand. 

Zdałem  sobie  teraz  jasno  sprawę,  Ŝe  znam  ich  wszystkich,  pamiętam  ich,  a  wraz  z  nimi 

ich mocne i słabe trony, zwycięstwa i poraŜki. 

– Byli to moi bracia. 

Zapaliłem papierosa, którego podkradłem Florze z pudełka na biurku, wyciągnąłem się w 

fotelu i podsumowałem zebrane w pamięci fakty. 

Tych ośmiu dziwnych męŜczyzn w dziwnych strojach to byli moi bracia. Czułem jednak, 

Ŝ

e ich sposób ubierania się był dla nich tak oczywisty i naturalny, jak dla mnie czerń i srebro. 

W  tym  momencie  zakrztusiłem  się  dymem,  zdając  sobie  sprawę,  co  mam  na  sobie,  co 

kupiłem  w  tym  małym  sklepiku  w  miasteczku,  w  którym  się  zatrzymałem  po  opuszczeniu 

Greenwood.  Byłem  w  czarnych  spodniach,  jednej  z  trzech  nabytych  tam  srebrzystoszarych 

koszul i czarnej marynarce. 

Powróciłem  do  kart.  Zobaczyłem  Florę  w  turkusowej  sukni  koloru  morza,  w  której 

przypomniała  mi  się  poprzedniego  wieczoru,  a  po  niej  brunetkę  o  podobnych  błękitnych 

oczach  i  długich  rozpuszczonych  włosach,  ubraną  całą  na  czarno,  przepasaną  srebrnym 

paskiem.  Nie  wiem,  dlaczego  na  jej  widok  łzy  zakręciły  mi  się  w  oczach.  Miała  na  imię 

Deirdre. Dalej przyszła kolej na Fionę, o włosach jak Bleys i Brand, moich oczach i cerze jak 

background image

masa perłowa. Poczułem do niej nienawiść od pierwszego spojrzenia. Później była Llewella, 

której odcień włosów pasował do oczu koloru nefrytu. Ubrana była w migotliwą, szarozieloną 

suknię z lawendowym paskiem i patrzyła smutno, jakby przez łzy. Przeczucie mówiło mi, Ŝe 

jest jakaś inna od reszty z nas. Ale ona takŜe była moją siostrą. 

Ogarnęło mnie gorzkie poczucie oddalenia i rozłąki z nimi wszystkimi, choć jednocześnie 

miałem  jakby  wraŜenie  ich  fizycznej  bliskości.  Karty  były  tak  zimne  w  dotyku,  Ŝe  je 

odłoŜyłem, aczkolwiek niechętnie wypuszczałem je z ręki. Więcej Figur Atutowych nie było, 

resztę stanowiły zwykle karty. Skądś mimo to wiedziałem – i znów: skąd? – Ŝe kilku Atutów 

brakuje.  W  Ŝaden  sposób  nie  mogłem  sobie  jednak  przypomnieć,  kogo  te  Atuty 

reprezentowały. Dziwnie mnie to zasmuciło, wziąłem następnego papierosa i zamyśliłem się. 

Dlaczego  wszystko  tak  łatwo  do  mnie  wracało,  kiedy  patrzyłem  na  karty?  Wracało  bez 

konieczności wygrzebywania z pamięci jednej informacji po drugiej? Znałem juŜ teraz twarze 

i imiona mojego rodzeństwa – ale nic więcej. 

Nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  zostaliśmy  wszyscy  umieszczeni  na  kartach  do  gry, 

niemniej  czułem  przemoŜną  chęć  posiadania takiej talii. Gdybym wziął tę Flory, zaraz by to 

spostrzegła i znalazłbym się w tarapatach. OdłoŜyłem więc karty do małej szufladki za duŜą 

szufladą i zamknąłem jak poprzednio. A potem zacząłem sobie znów usilnie łamać głowę nad 

własną przeszłością, lecz niewiele mi z tego przyszło. 

Dopóki nie przypomniałem sobie magicznego słowa. 

Amber. 

To słowo poprzedniego wieczora tak mnie wytrąciło z równowagi, Ŝe starałem się potem 

o  nim  nie  myśleć.  Ale  teraz  je  przywołałem.  Obracałem  je  w  myślach  na  wszystkie  strony, 

badając skojarzenia, jakie we mnie budziło. 

Niosło  ze  sobą  ogromną  tęsknotę  i  potęŜną  nostalgię.  Było  w  nim  zapomniane  piękno, 

ś

wietność  i  moc,  straszna,  niemal  niezwycięŜona  moc.  NaleŜało  do  mojego  codziennego 

słownictwa. Było zrośnięte ze mną, a ja byłem zrośnięty z nim. Nagle przypomniałem sobie. 

Była  to  nazwa  miejscowości.  Miejscowości,  którą  niegdyś  znałem.  Ale  wraz  z  tym  nie 

przyszły Ŝadne obrazy, tylko wzruszenie. 

Nie  wiem,  jak  długo  tak  siedziałem.  Czas  przestał  istnieć.  W  końcu  wyrwało  mnie  z 

zamyślenia  delikatne  pukanie  do  drzwi.  Potem  gałka  wolno  się  przekręciła  i  weszła 

pokojówka o imieniu Carmella, pytając, czy nie mam ochoty na lunch. Uznałem to za dobry 

pomysł,  poszedłem  więc  z  nią  do  kuchni,  gdzie  zjadłem  pół  kurczaka  i  wypiłem  litr  mleka. 

Potem wziąłem ze sobą do biblioteki dzbanek kawy, omijając po drodze psy. 

Piłem  właśnie  drugą  filiŜankę,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Miałem  wielką  ochotę  go 

odebrać, ale byłem pewien, Ŝe w domu jest więcej aparatów i Ŝe zrobi to Carmella. Myliłem 

się. Telefon ciągle dzwonił. W końcu nie mogłem się dłuŜej oprzeć. 

– Halo, tu rezydencja pani Flaumel – powiedziałem. 

background image

–  Czy  mógłbym  mówić  z  panią  Flaumel?  –  usłyszałem  męski  głos,  urywany  i  trochę 

nerwowy.  Zdyszane  słowa  dobiegały  niewyraźnie  poprzez  trzaski  i  szum  głosów 

międzymiastowej. 

– Niestety, nie ma jej w domu. Czy mam jej przekazać jakąś wiadomość albo prosić, Ŝeby 

zadzwoniła? 

– Z kim mówię? – chciał wiedzieć męŜczyzna. 

Zawahałem się, lecz odpowiedziałem: 

– Tu Corwin. 

–  Wielkie  nieba!  –  wykrzyknął  i  zapadła  dłuŜsza  cisza.  Myślałem  juŜ,  Ŝe  odłoŜył 

słuchawkę, i spytałem: 

– Halo? – lecz w tym momencie on znów się odezwał. 

– Czy ona jeszcze Ŝyje? – spytał. 

– Oczywiście, Ŝe Ŝyje! Z kim, do diabła, rozmawiam? 

–  Nie  poznajesz,  Corwin?  Tu  Random.  Słuchaj,  jestem  w  Kalifornii  i  mam  kłopoty. 

Dzwonię do Flory, Ŝeby udzieliła mi schronienia. Czy trzymasz z nią? 

– Chwilowo – odpowiedziałem. 

– Rozumiem. Czy zapewnisz mi swoją opiekę? – Umilkł i dodał: – Proszę cię, Corwin. 

–  Zrobię,  co  będzie  w  mojej  mocy  –  obiecałem  –  ale  nie  mogę  podejmować  Ŝadnych 

zobowiązań w imieniu Flory. 

– A obronisz mnie przed nią? 

– Tak. 

– To mi wystarczy. Postaram się jakoś dotrzeć do Nowego Jorku. Muszę wybrać okręŜną 

trasę, więc nie wiem, ile czasu mi to zajmie. Jeśli uda mi się ominąć nie sprzyjające Cienie, to 

prędzej czy później się spotkamy. śycz mi powodzenia. 

– Powodzenia – powiedziałem. 

Usłyszałem  trzask  słuchawki,  a  potem  juŜ  tylko  odległe  echo  dzwoniących  telefonów  i 

głosów  jak  z  zaświatów.  A  więc  buńczuczny  mały  Random  wpadł  w  tarapaty!  Miałem 

wraŜenie,  Ŝe  nie  powinienem  się  tym  szczególnie  przejmować.  Ale  teraz  był  on  jednym  z 

kluczy do mojej przeszłości, a moŜe i do przyszłości. ToteŜ postaram się mu pomóc, w miarę 

swoich  sił,  dopóki  nie  dowiem  się  od  niego  wszystkiego,  na  czym  mi  zaleŜy.  Czułem,  Ŝe 

więzy braterstwa między nami nie zostały jeszcze zbytnio nadszarpnięte. Ale wiedziałem teŜ, 

Ŝ

e to chytra sztuka; bystry, przebiegły, a jednocześnie dziwnie sentymentalny w najgłupszych 

sprawach:  z  drugiej  strony  jego  słowo  było  niewiele  warte  i  zapewne  bez  skrupułów 

sprzedałby moje zwłoki najbliŜszej akademii medycznej, gdyby mu się to opłacało. Owszem, 

pamiętałem  tego  gnojka  i  nawet  czułem  do  niego  cień  sympatii,  zapewne  w  powodu  paru 

miłych  chwil,  które  razem  spędziliśmy.  Ale  Ŝebym  miał  mu  ufać?  Co  to,  to  nie. 

Postanowiłem, Ŝe powiem Florze o jego przyjeździe dopiero w ostatnim momencie. MoŜe się 

zdarzyć, Ŝe posłuŜy mi jako as atutowy lub przynajmniej jako walet. 

background image

Dolałem  sobie  trochę  gorącej  kawy  i  wolno  ją  wypiłem.  Przed  kim  uciekał?  Nie  przed 

Erykiem,  bo  nie  zwróciłby  się  tutaj  o  pomoc.  Ciekawe,  czy  spytał  o  Ŝycie  Flory  dlatego,  Ŝe 

mnie  tu  zastał?  CzyŜby  wiązało  ją  tak  silne  przymierze  z  bratem,  którego  nienawidziłem,  iŜ 

cała rodzina zakładała, Ŝe i na niej wywrę zemstę? Wydawało mi się to dziwne, ale przecieŜ 

zadał to pytanie. 

I  w  czym  byli  tak  sprzymierzeni?  Jakie  było  źródło  tego  napięcia,  tej  walki?  Dlaczego 

Random uciekał? 

Amber. 

Oto odpowiedź. 

Amber.  Klucz  do  wszystkiego  tkwił  w  Amberze.  Tajemnica  całej  historii  leŜała  w 

Amberze,  w  jakimś  wydarzeniu,  które  miało  tam  miejsce  niezbyt  dawno  temu,  jak  naleŜało 

przypuszczać.  Muszę  poruszać  się  na  palcach.  Muszę  udawać,  Ŝe  wiem  to  wszystko,  czego 

nie  wiem,  a  jednocześnie  kawałek  po  kawałku  wyciągać  informacje  od  innych.  Byłem 

pewien,  Ŝe  mi  się  to  uda.  Przy  tej  dozie  nieufności,  jaką  sobie  tu  wszyscy  okazywali, 

nietrudno być enigmatycznym. Tego się będę trzymał. Wyduszę od nich to, co mi potrzebne, 

zdobędę,  co  zechcę,  będę  pamiętał  o  tych,  którzy  mi  pomogli,  a  resztę  stratuję.  Wiedziałem 

bowiem,  Ŝe  właśnie  takie  zasady  obowiązują  w  mojej  rodzinie,  a  ja  byłem  nieodrodnym 

synem mojego ojca... 

Nagle  rozbolała  mnie  głowa,  tępym,  dojmującym  bólem,  który  niemal  rozsadzał  mi 

czaszkę.  Wiedziałem,  czułem,  byłem  pewien,  Ŝe  wywołała  to  myśl  o  ojcu.  Ale  nie  miałem 

pojęcia,  jak  to  się  stało  i  dlaczego.  Po  jakimś  czasie  ból  trochę  ustąpił  i  zdrzemnąłem  się  w 

fotelu.  Po  jeszcze  znacznie  dłuŜszym  czasie  drzwi  się  otworzyły  i  weszła  Flora.  Na  dworze 

było juŜ ciemno, nastała kolejna noc. 

Flora  była  ubrana  w  zieloną  jedwabną  bluzkę  i  długą  wełnianą  spódnicę  koloru  szarego 

oraz  w  turystyczne  buty  i  grube  skarpety.  Włosy  miała  ściągnięte  do  tyłu,  a  twarz  lekko 

przybladłą. Nadal nie rozstawała się ze swoim gwizdkiem. 

– Dobry wieczór – powiedziałem wstając. 

Nie odpowiedziała. Podeszła szybko do baru, nalała sobie sporą porcję whisky i wypiła ją 

jednym haustem, jak męŜczyzna. Potem dopełniła szklankę i usiadła z nią w fotelu. Zapaliłem 

papierosa i podałem jej. Podziękowała skinieniem głowy i powiedziała: 

– Droga do Amberu najeŜona jest trudnościami. 

– Dlaczego? 

Spojrzała na mnie ze zdumieniem. 

– Kiedy ostatnio z niej korzystałeś? 

Wzruszyłem ramionami. 

– Nie pamiętam. 

– Niech ci będzie – powiedziała. – Zastanawiam się tylko, czy to twoja sprawka. 

background image

Nie  odpowiedziałem,  bo  nie  miałem  pojęcia,  o  czym  ona  mówi.  Naraz  uprzytomniłem 

sobie, Ŝe jest łatwiejszy sposób na znalezienie się w miejscu zwanym Amber. 

– Brakuje ci kilku Atutów – oznajmiłem raptem nie swoim głosem. 

Zerwała się na równe nogi, wychlapując sobie na rękę połowę szklanki. 

– Oddaj je natychmiast! – krzyknęła sięgając po gwizdek. 

Podszedłem i chwyciłem ją za ramiona. 

– Nie mam ich. Powiedziałem to tylko tak sobie. 

OdpręŜyła się i zaczęła szlochać; pchnąłem ją delikatnie z powrotem na fotel. 

– Myślałam Ŝe wziąłeś moją talię, a nie Ŝe bawisz się w głupie i niestosowne uwagi. 

Nie przeprosiłem. Czułem, Ŝe byłoby to nie na miejscu. 

– Jak daleko udało ci się dotrzeć? 

–  Niezbyt  daleko.  –  Raptem  roześmiała  się  i  spojrzała  na  mnie  z  nowym  błyskiem  w 

oczach. – Wiem juŜ, co zrobiłeś, Corwinie – oświadczyła, a ja zapaliłem papierosa, Ŝeby nie 

musieć  odpowiadać.  –  Niektóre  z  tych  przeszkód  pochodziły  od  ciebie,  prawda? 

Zablokowałeś  mi  drogę  do  Amberu,  zanim  tu  przyszedłeś,  tak?  Wiedziałeś,  Ŝe  udam  się  do 

Eryka. Teraz juŜ nie mogę, muszę czekać, aŜ on przyjdzie do mnie. Bardzo sprytnie. Chcesz 

go tu ściągnąć, tak? Ale on przyśle posłańca, nie będzie fatygował się osobiście. 

W  głosie  tej  kobiety,  która  przyznawała,  Ŝe  właśnie  miała  zamiar  wydać  mnie  w  ręce 

wroga  i  to  zrobi  przy  pierwszej  okazji,  brzmiała  nuta  podziwu,  kiedy  mówiła  o  rzekomym 

pokrzyŜowaniu  przeze  mnie  jej  planów.  Jak  moŜna  okazywać  tak  jawny  makiawelizm  w 

obliczu  niedoszłej  ofiary?  Odpowiedź  nasunęła  mi  się  sama:  tacy  juŜ  jesteśmy.  Nie  musimy 

bawić  się  w  subtelności  między  sobą.  Niemniej  pomyślałem,  Ŝe  Florze  brak  finezji 

prawdziwego mistrza. 

– Czy sądzisz, Ŝe jestem aŜ tak głupi, Floro? – spytałem. – UwaŜasz, Ŝe zjawiłem się tu 

tylko po to, Ŝebyś mogła wydać mnie Erykowi? Nie wiem, co ci stanęło na drodze, ale dobrze 

ci tak. 

– Pamiętaj, Ŝe nie gram w twojej druŜynie! A poza tym ty teŜ jesteś na wygnaniu! A więc 

nie byłeś znowu taki sprytny! 

W jej zapalczywych słowach wyczułem fałsz. 

– Nie mów bzdur! – powiedziałem ostro. 

Roześmiała się. 

–  Wiedziałam,  Ŝe  cię  to  rozzłości.  Dobrze,  niech  ci  będzie,  masz  własne  powody,  Ŝeby 

zamieszkiwać Cienie. Jesteś szaleńcem. 

Wzruszyłem ramionami. 

– Czego chcesz? Po co naprawdę tu przyszedłeś? – pytała dalej. 

– Byłem ciekaw, jakie są twoje plany – odparłem. – To wszystko. Nie moŜesz zatrzymać 

mnie  tu  siłą,  jeśli  postanowię  odejść.  Nawet  Eryk  nic  na  to  nie  poradzi.  MoŜe  po  prostu 

chciałem cię odwiedzić. MoŜe staję się sentymentalny na stare lata. W kaŜdym razie zostanę 

background image

tu  jeszcze  trochę,  a  potem  pójdę  na  dobre.  Gdybyś  się  tak  nie  śpieszyła  po  nagrodę  za 

wydanie  mnie,  mogłabyś  wyjść  na  tym  znacznie  lepiej,  młoda  damo.  Prosiłaś,  Ŝebym 

pamiętał o tobie pewnego pięknego dnia... 

Upłynęło  parę  sekund,  zanim  dotarło  do  niej  to  coś,  co  miałem  nadzieję  dać  jej  do 

zrozumienia. Wykrzyknęła: 

– A więc masz zamiar spróbować! Naprawdę masz zamiar spróbować! 

–  Święta  racja  –  potwierdziłem,  zdając  sobie  sprawę,  ze  rzeczywiście  mam  zamiar 

spróbować,  cokolwiek to miało znaczyć – i moŜesz to powiedzieć Erykowi, jeśli chcesz, ale 

pamiętaj, Ŝe moŜe mi się udać. Nie zapominaj, Ŝe wtedy lepiej naleŜeć do moich przyjaciół. 

DuŜo  dałbym  za  to,  Ŝeby  wiedzieć,  o  czym  mówię,  ale  poznałem  juŜ  kluczowe  słowa  i 

przywiązywaną do nich wagę, posługiwałem się więc nimi bezbłędnie, nie mając pojęcia, co 

właściwie  znaczą.  Niemniej  czułem,  Ŝe  brzmią  całkiem  naturalnie,  aŜ  nadto  naturalnie... 

Naraz Flora objęła mnie i pocałowała. 

– Nic mu nie powiem, Corwinie, naprawdę! Myślę, Ŝe moŜe ci się udać. Z Blyesem będą 

kłopoty,  ale  Gerard  pewno  ci  pomoŜe,  a  moŜe  i  Benedykt.  Caine  teŜ  się  przyłączy,  jak 

zobaczy, co się święci... 

– Planowanie zostaw mnie – przerwałem. 

– Odsunęła się. Nalała dwa kieliszki wina i podała mi jeden. 

– Wypijmy za przyszłość – powiedziała. 

– Z przyjemnością. 

Spełniliśmy toast. Nalała mi drugi kieliszek i przyjrzała mi się uwaŜnie. 

– To musi być któryś z was trzech: Eryk, Bleys albo ty – stwierdziła. – Jedynie wy macie 

dość  odwagi  i  rozumu.  Ale  zniknąłeś  z  horyzontu  na  tak  długo,  Ŝe  przestałam  brać  cię  pod 

uwagę. 

– To tylko dowodzi, Ŝe nigdy nic nie wiadomo. 

Sączyłem  wino  marząc,  Ŝeby  choć  na  chwilę  umilkła.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  trochę  zbyt 

nachalnie  próbuje  rozwijać  kaŜdy  pomysł,  jaki  jej  przychodzi  do  głowy.  Coś  mnie 

zaniepokoiło i chciałem to w spokoju przemyśleć. 

Ile miałem lat? 

Ta  kwestia  wyjaśniała  po  trosze  moje  gorzkie  poczucie  oddalenia  i  rozłąki  z  osobami 

przedstawionymi  na  kartach  taroka.  Byłem  starszy,  niŜby  na  to  wskazywał  mój  wygląd. 

(Patrząc  w  lustro  dawałem  sobie  około  trzydziestki,  ale  wiedziałem,  Ŝe  to  dlatego,  iŜ  Cienie 

mnie  okłamują.  Byłem  znacznie,  znacznie  starszy  i  upłynęło  juŜ  bardzo  duŜo  czasu,  odkąd 

widziałem swoje rodzeństwo Ŝyjące zgodnie, razem, w dobrej komitywie, bez napięć i tarć – 

jak na owej talii kart. 

Usłyszeliśmy dźwięk dzwonka i kroki Carmelli idącej do drzwi. 

– To nasz brat, Random – powiedziałem pewien, Ŝe się nie mylę. – Jest pod moją opieką. 

background image

Jej oczy rozszerzyły się, a potem się uśmiechnęła. Jakby wyraŜając uznanie dla mądrego 

posunięcia, które wykonałem. 

Oczywiście  nie  było  w  tym  Ŝadnej  mojej  zasługi,  ale  nie  miałem  nic  przeciwko  temu, 

Ŝ

eby tak myślała. 

Dawało mi to większe poczucie bezpieczeństwa. 

 

background image

 

Rozdział 4 

Nowo zdobyte poczucie bezpieczeństwa towarzyszyło mi wszystkiego moŜe trzy minuty. 

Prześcignąłem Carmellę w drodze do drzwi i otworzyłem je na ościeŜ. Random wpadł do 

ś

rodka,  natychmiast  zamykając  je  za  sobą  i  zasuwając  zasuwę.  Jego  jasne  oczy  były 

podkrąŜone i nie miał na sobie kolorowego kubraka ani długich pończoch. Był nie ogolony i 

ubrany  w  brązowy  wełniany  garnitur.  Przez  ramię  miał  przerzucony gabardynowy płaszcz, a 

na  nogach  ciemne  zamszowe  buty.  Ale  był  to  bez  wątpienia  Random,  ten  sam  Random, 

którego widziałem na karcie tarokowej, tylko jego śmiejące się usta wykrzywiał teraz grymas 

zmęczenia, a pod paznokciami miał obwódki brudu. 

– Corwin! – powiedział i objął mnie. 

Uścisnąłem go za ramię. 

– Chyba przydałby ci się łyk czegoś mocniejszego – zauwaŜyłem. 

– Tak. Tak. Tak... – zgodził się i pociągnąłem go do biblioteki. 

Jakieś  trzy  minuty  później,  kiedy  usiadł  ze  szklanką  w  jednej  ręce,  a  papierosem  w 

drugiej, powiedział: 

– Gonią mnie. Za chwilę tu będą, Flora wydala stłumiony okrzyk, który zignorowaliśmy. 

– Kto? – spytałem. 

– Jacyś faceci z Cieni. Nie wiem, kim są ani kto ich nasłał. Jest ich czterech albo pięciu, 

moŜe  nawet  sześciu.  Byli  ze  mną  w  samolocie.  Leciałem  odrzutowcem.  Spostrzegłem  ich 

koło  Denver.  Kilka  razy  zmieniałem  samolot,  Ŝeby  się  ich  pozbyć,  ale  nic  z  tego,  a  nie 

chciałem  za  bardzo  zbaczać  z  trasy.  Zgubiłem  ich  dopiero  na  Manhattanie,  ale  to  tylko 

kwestia czasu. Sądzę, Ŝe wkrótce tu będą. 

– I nie domyślasz się, kto ich nasłał? 

Uśmiechnął się leciutko. 

–  CóŜ,  myślę,  Ŝe  moŜemy  bez  większego  ryzyka  ograniczyć  krąg  podejrzanych  do 

rodziny. MoŜe Bleys, moŜe Julian, moŜe Caine. A moŜe nawet ty, Ŝeby mnie tu ściągnąć. Ale 

mam nadzieję, Ŝe nie. To nie ty, prawda? 

– Nie ja – zapewniłem go. – Czy wyglądają bardzo groźnie? 

background image

Wzruszył ramionami. 

–  Gdyby  było  ich  tylko  dwóch  albo  trzech,  mógłbym  spróbować  wciągnąć  ich  w 

zasadzkę, ale z całą tą bandą... 

Był drobnym męŜczyzną, liczącym niewiele ponad metr sześćdziesiąt wzrostu i waŜącym 

najwyŜej  sześćdziesiąt  parę  kilo.  Mimo  to  mówił  najwyraźniej  serio.  Byłem  przekonany,  Ŝe 

rzeczywiście,  bez  wahania  stawiłby  sam  czoło  dwóm  lub  trzem  napastnikom.  Zaciekawiło 

mnie nagle, czy i ja dysponuję podobną siłą fizyczną będąc jego bratem. Czułem się pod tym 

względem nie najgorzej. Bez większych obaw byłbym gotów zmierzyć się w równej walce z 

kaŜdym przeciwnikiem. Jaki mogłem być silny? 

W tej chwili zrozumiałem, Ŝe juŜ niedługo będę miał okazję się przekonać. 

Do drzwi frontowych rozległo się pukanie. 

– Co robimy? – spytała Flora. 

Random  roześmiał  się,  rozwiązał  krawat  i  rzucił  go  na  płaszcz  leŜący  na  biurku.  Potem 

zdjął  marynarkę  i  rozejrzał  się  po  pokoju.  Jego  wzrok  padł  na  szablę  –  w  jednej  chwili  był 

przy niej i trzymał ją w ręku. Wymacałem rewolwer w kieszeni marynarki i odbezpieczyłem. 

– Co robimy? – powtórzył. – Istnieje prawdopodobieństwo, Ŝe sforsują wejście – ciągnął 

– i wobec tego zaraz się tu znajdą. Kiedy walczyłaś po raz ostatni, siostro? 

– Wieki temu. 

–  Więc  lepiej  szybko  to  sobie  przypomnij,  bo  nie  mamy  duŜo  czasu.  Mówię  wam,  ktoś 

nimi steruje. Ale nas jest trójka, a ich najwyŜej dwa razy tyle. O co więc tu się martwić? 

– Nie wiemy, co to za jedni – zauwaŜyła Flora. 

– Co za róŜnica? 

– śadna – odparłem. – Czy mam ich wpuścić? 

Oboje nieco zbledli. 

– Równie dobrze moŜemy poczekać... 

– A moŜe by tak wezwać policję? – zaproponowałem. 

W odpowiedzi wybuchnęli niemal histerycznym śmiechem. 

– Albo Eryka – dodałem, patrząc na nią badawczo. 

Ale ona tylko potrząsnęła głową. 

– Nie starczy czasu. Mamy jego Atut, lecz zanim zdąŜy powiedzieć, jeśli w ogóle zechce, 

będzie juŜ za późno. 

– A moŜe to jego sprawka, co? – mruknął Random. 

– Wątpię – odparła. – Bardzo wątpię. To nie w jego stylu. 

– To prawda – dorzuciłem dla zasady, Ŝeby dać im znać Ŝe się orientuję. 

Znowu rozległo się pukanie, tym razem znacznie głośniejsze. 

– A Carmella? – spytałem, tknięty nagłą myślą. 

Flora potrząsnęła głową. 

– To mało prawdopodobne, Ŝeby ona poszła otworzyć. 

background image

– Nie wiesz, co ryzykujesz! – krzyknął Random i wypadł z pokoju. 

Wyszedłem  za  nim  do  hallu  i  sieni  w  samą  porę,  Ŝeby  powstrzymać  Carmellę  przed 

otwarciem  drzwi.  Wystaliśmy  ją  do  jej  pokoju  z  nakazem,  Ŝeby  się  zamknęła,  a  Random 

zauwaŜył: – Oto dowód, jaką silą dysponują nasi przeciwnicy. Kto tu właściwie za kim stoi, 

Corwin? 

Wzruszyłem ramionami. 

–  Gdybym  wiedział,  nie  omieszkałbym  ci  powiedzieć.  W  kaŜdym  razie  my  w  tej  chwili 

stoimy ramię w ramię. – Cofnij się. – I otworzyłem drzwi. 

NajbliŜszy  napastnik  usiłował  odsunąć  mnie  na  bok,  ale  unieruchomiłem  mu  rękę  w 

Ŝ

elaznym uścisku i odepchnąłem go. Było ich sześciu. 

– Czego chcecie – spytałem. 

W  odpowiedzi  nie  padło  ani  jedno  słowo,  tylko  ujrzałem  lufy.  Błyskawicznie 

zatrzasnąłem drzwi i zaciągnąłem zasuwę. 

– Okay, rzeczywiście tam są – powiedziałem. – Ale skąd mogę wiedzieć, Ŝe to nie jakiś 

twój podstęp? 

– To prawda – przyznał – niemal sam Ŝałuję, Ŝe tak nie jest. Wyglądają na skończonych 

oprychów. 

Miał  rację.  Faceci  na  progu  byli  potęŜnie  zbudowani  i  mieli  kapelusze  naciągnięte 

głęboko na oczy. Ich twarze pozostawały w cieniu. 

– Chciałbym wiedzieć, kto tu za kim stoi – powtórzył Random. 

W tym momencie poczułem w bębenkach uszu przeraźliwą wibrację. Zrozumiałem, Ŝe to 

Flora  zrobiła  uŜytek  ze  swojego  gwizdka.  Dobiegł  mnie  brzęk  rozbijanej  szyby  i  nie 

zdziwiłem się, gdy po chwili usłyszałem głuche warczenie i ujadanie. 

– Wypuściła na nich psy – powiedziałem. – Sześć przeraźliwych, dzikich bestii, które w 

innych okolicznościach mogły być poszczute na nas. 

Random kiwnął głową i ruszyliśmy w kierunku, skąd dobiegał hałas. Kiedy weszliśmy do 

salonu,  dwóch  męŜczyzn  juŜ  tam  było  i  obaj  mieli  broń.  Jednym  strzałem  połoŜyłem 

pierwszego  z  nich  i  padłem  na  podłogę  celując  do  drugiego. Random przeskoczył nade mną 

wywijając szablą i zobaczyłem, jak głowa tamtego spada z ramion. Tymczasem dwaj inni juŜ 

drapali  się  przez  okno.  WypróŜniłem  do  nich  magazynek,  słysząc  warczenie  psów  i  jakieś 

obce  strzały.  Trzech  męŜczyzn  leŜało  juŜ  martwych  na  podłodze  i  tyleŜ  psów  Flory.  Z 

satysfakcją  pomyślałem,  Ŝe  załatwiliśmy  juŜ  połowę  napastników  i  gdy  nadbiegła  reszta, 

zabiłem  jeszcze  jednego  w  sposób,  który  mnie  samego  zdumiał.  Bez  namysłu  chwyciłem 

cięŜki  fotel  i  rzuciłem  nim  jakieś  dziesięć  metrów  przez  pokój,  przetrącając  facetowi 

kręgosłup. 

Skoczyłem  do  pozostałych  dwóch,  ale  Random  juŜ  zdąŜył  przeszyć  jednego  szablą, 

zostawiając  resztę  roboty  psom,  i  właśnie  zabierał  się  do  następnego,  kiedy  tamtego  powalił 

background image

jeden  z  wilczarzy.  Wilczarz  padł,  ale  jego  zabójca  nigdy  juŜ  nikogo  nie  zabił  –  zginął 

uduszony przez Randoma. 

Okazało  się,  Ŝe  dwa  psy  są  martwe,  a  jeden  cięŜko  ranny.  Random  dobił  go  jednym 

ruchem i skierowaliśmy teraz uwagę na męŜczyzn. 

W ich wyglądzie było coś dziwnego. Weszła Flora (wspólnie ustaliliśmy co. Po pierwsze, 

wszystkich  sześciu  miało  bardzo  mocno  nabiegłe  krwią  oczy,  co  jednak  w  ich  przypadku 

wydawało  się  czymś  normalnym.  Po  drugie,  przy palcach u rąk mieli o jeden staw więcej, a 

na  wierzchu  dłoni  ostre,  zakrzywione  ostrogi.  Ich  szczęki  były  kwadratowe  i  wydatne,  po 

rozwarciu ust zaś naliczyłem u jednego z nich czterdzieści cztery zęby, na ogół dłuŜsze niŜ u 

ludzi i znacznie ostrzejsze. Ich ciała miały szarawy odcień, były twarde i lśniące. Z pewnością 

dałoby się zauwaŜyć więcej róŜnic, ale juŜ te zdawały się potwierdzać jakieś przypuszczenie. 

Wzięliśmy ich broń i z przyjemnością zatrzymałem sobie trzy małe, płaskie pistolety. 

–  Wypełzli  z  Cieni,  to  jasne  –  powiedział  Random,  a  ja  skinąłem  głową.  –  Muszę 

przyznać,  Ŝe  miałem  szczęście.  Nie  spodziewali  się,  Ŝe  wesprą  mnie  takie  posiłki:  waleczny 

brat  i  pół  tony  psów.  –  Podszedł  i  wyjrzał  przez  zbite  okno;  nie  kwapiłem  się,  aby  mu 

towarzyszyć.  –  Nic  i  nikogo  –  powiedział  po  chwili.  –  Z  pewnością  załatwiliśmy  juŜ 

wszystkich.  –  Zaciągnął  cięŜkie  pomarańczowe  zasłony  i  przysunął  do  nich  parę  mebli  o 

wysokich  oparciach,  podczas  gdy  ja  sprawdzałem  kieszenie  zabitych.  Jak  moŜna  się  było 

spodziewać, nie znalazłem w nich nic, co pomogłoby ich zidentyfikować. 

– Wracajmy do biblioteki – powiedział Random. – Chciałbym skończyć swojego drinka. 

Zanim  usiadł,  wyczyścił  starannie  szablę  i  odwiesił  ją  na  ścianę.  Ja  tymczasem  nalałem 

Florze kieliszek czegoś mocniejszego. 

– No cóŜ, zapewne teraz, kiedy trzymamy się w trójkę, dadzą mi na razie święty spokój – 

stwierdził Random. 

– Zapewne – zgodziła się Flora. 

– BoŜe, od wczoraj nie miałem nic w ustach! – oznajmił. 

Wobec  tego  Flora  poszła  powiedzieć  Carmelli,  Ŝe  moŜe  juŜ  wyjść  ze  swojego  pokoju, 

tylko  ma  trzymać  się  z  daleka  od  salonu  i  przynieść  do  biblioteki  solidny  posiłek.  Ledwo 

wyszła za próg, Random zwrócił się do mnie z pytaniem: 

– Jak jest teraz między wami? 

– Lepiej miej się przed nią na baczności. 

– Nadal trzyma z Erykiem? 

– O ile mi wiadomo. 

– To co tutaj robisz? 

–  Próbowałem  zwabić  Eryka,  Ŝeby  sam  się  po  mnie  pofatygował.  Wie,  Ŝe  tylko  w  ten 

sposób moŜe mnie dosięgnąć, i chciałem sprawdzić, jak bardzo mu na tym zaleŜy. 

Random potrząsnął głową. 

background image

– Nic z tego nie będzie. Ani cienia szansy. Dopóki ty jesteś tutaj, a on tam, po co miałby 

wychylać  nosa?  PrzecieŜ  ma  nadal  silniejszą  pozycję.  Jeśli  chcesz  się  z  nim  zmierzyć,  to  ty 

będziesz musiał udać się do niego. 

– Właśnie doszedłem do takiego samego wniosku. 

Jego oczy zalśniły, a na ustach pojawił się znajomy uśmieszek. Przeciągnął ręką po jasnej 

czuprynie i nie spuszczał ze mnie wzroku. 

– Czy naprawdę zamierzasz to zrobić? – zapytał. 

– MoŜe – odparłem. 

–  Nie  zbywaj  mnie,  stary.  Masz  to  wypisane  na twarzy. Wiesz, sam miałbym ochotę się 

do  ciebie  przyłączyć.  Ze  stosunków  międzyludzkich  najbardziej  odpowiada  mi  seks,  a 

najmniej stosunki rodzinne z Erykiem. 

Zapaliłem papierosa rozwaŜając w duchu jego słowa. 

–  Zastanawiasz  się,  jak  widzę  –  ciągnął  Random  zgodnie  z  prawdą.  –  Myślisz:  „Na  ile 

mogę mu tym razem ufać? Jest przebiegły, kłamliwy, nieobliczalny i gotów sprzedać mnie za 

miskę soczewicy”. Tak? 

Skinąłem głową. 

– Pamiętaj jednak, braciszku Corwinie, Ŝe jeśli nawet nie zrobiłem ci niczego dobrego, to 

i  nie  wyrządziłem  ci  nigdy  szczególnej  krzywdy.  Oprócz  paru  niewinnych  figli.  Wszystko 

razem  wziąwszy  moŜna  powiedzieć,  Ŝe  stosunki  między  nami  układały  się  najlepiej  z  całej 

rodziny, to znaczy nie wchodziliśmy sobie w drogę. Przemyśl to. Chyba nadchodzi juŜ Flora 

albo  jej  pokojówka,  więc  zmieńmy  temat...  Ale  zaraz!  Pewno  nie  masz  przy  sobie  talii 

ulubionych kart rodzinnych, co? 

Potrząsnąłem przecząco głową. 

Weszła Flora i oznajmiła: 

– Carmella zaraz przyniesie coś do jedzenia. 

Wypiliśmy z tej okazji i Random mrugnął do mnie za plecami Flory. 

Nazajutrz rano ciała z salonu juŜ uprzątnięto, nie było plam na dywanie, a szyby zostały 

wstawione. Random wyjaśnił, Ŝe „zajął się, czym trzeba”. Nie wypytywałem go dalej. 

PoŜyczyliśmy  mercedesa  Flory  i  pojechaliśmy  na  przejaŜdŜkę.  Okolica  była  dziwnie 

zmieniona.  Nie  potrafiłem  sprecyzować,  na  czym  to  polegało,  ale  miałem  wraŜenie,  Ŝe  jest 

jakoś inaczej. Przy próbie rozwiązania tej zagadki znów rozbolała mnie głowa, postanowiłem 

więc na razie o tym nie myśleć. 

Siedziałem  przy  kierownicy,  a  Random  obok.  Mimochodem  rzuciłem,  Ŝe  chciałbym 

znaleźć się znów w Amberze, po prostu, Ŝeby się przekonać, co mi odpowie. 

– Ciekaw jestem, czy chodzi ci tylko o zemstę, czy o coś więcej – powiedział, odrzucając 

w  ten  sposób  piłeczkę  i  zostawiając  mi  z  kolei  pole  do  odpowiedzi,  jeśli  uznam  to  za 

stosowne. Uznałem. Uciekłem się do ogólnikowego stwierdzenia: 

background image

–  Sam  się  nad  tym  zastanawiałem,  próbując  ocenić  swoje  szansę.  MoŜe  jednak 

zaryzykuję... 

Odwrócił się do mnie (do tej pory patrzył przez okno) i powiedział: 

–  Myślę,  Ŝe  wszyscy  mieliśmy  podobne  ambicje  lub  przynajmniej  podobne  myśli.  W 

kaŜdym razie ja miałem, choć dość wcześnie, wycofałem się z gry. Tak czy owak uwaŜam, Ŝe 

warto  spróbować.  Jak  rozumiem,  pytasz  mnie,  czy  ci  pomogę.  Odpowiedź  brzmi:  „Tak”, 

choćby po to, Ŝeby zrobić na złość reszcie. – Potem dodał: – A co z Florą? Myślisz, Ŝe stanie 

po naszej stronie? 

– Bardzo wątpię – odparłem. – Przyłączyłaby się, gdybyśmy byli pewni swego. Ale jak tu 

moŜna być czegoś pewnym w tej sytuacji? 

– Czy w kaŜdej innej – dorzucił. 

– Czy w kaŜdej innej – powtórzyłem, jakbym się właśnie takiej odpowiedzi spodziewał. 

Wolałem  nie  zwierzać  mu  się  z  utraty  pamięci.  Bałem  się  mu  zaufać.  Musiałem  się 

dowiedzieć tylu rzeczy, a nie miałem od kogo! Rozmyślałem nad tym prowadząc samochód. 

– No to kiedy zaczynamy? – spytałem. 

– Kiedy będziesz gotów. 

Masz ci los! Co mam teraz z tym fantem zrobić? 

– A moŜe by tak od razu? – zaproponowałem. 

Milczał. Zapalił papierosa, pewno dla zyskania na czasie. Poszedłem w jego ślady. 

– Dobrze – powiedział w końcu. – Kiedy byłeś tam po raz ostatni? 

– Tak cholernie dawno temu – odparłem – Ŝe nawet nie jestem pewien, czy trafię. 

– W porządku, wobec tego musimy najpierw odjechać, zanim będziemy mogli wracać. Ile 

masz benzyny? 

– Trzy czwarte baku. 

– Na następnym rogu skręć w lewo i zobaczymy, co się stanie. 

Skręciłem i po chwili wszystkie chodniki wzdłuŜ ulicy zaczęły się iskrzyć. 

–  Do  diaska!  –  zaklął  Random.  –  Nie  robiłem  tego  od  jakichś  dwudziestu  lat  i  teraz  za 

szybko przypominam sobie róŜne rzeczy. 

Jechaliśmy  dalej,  a  ja  się  zastanawiałem,  co  się,  u  diabła,  dzieje.  Niebo  stało  się 

zielonkawe,  potem  poróŜowiało.  Zagryzłem  usta  powstrzymując  się  od  zadawania  pytań. 

Przejechaliśmy pod mostem, a kiedy wynurzyliśmy się po drugiej stronie, niebo miało znów 

normalny kolor, wszędzie wokół nas stały wielkie Ŝółte wiatraki. 

– Nie martw się – powiedział szybko Random, – Mogło być gorzej. 

ZauwaŜyłem, Ŝe ludzie, których mijaliśmy, mieli dziwne stroje, a droga była brukowana. 

– Skręć w prawo. 

Skręciłem.  Słońce  zakryły  purpurowe  chmury  i  zaczęło  padać.  Błyskawice  przecinały 

niebo,  a  nad  naszymi  głowami  przetaczał  się  głuchy  grzmot.  Moje  wycieraczki  pracowały 

pełną parą, lecz niewiele to pomagało. Zapaliłem reflektory i jeszcze bardziej zwolniłem. 

background image

Byłbym  przysiągł,  Ŝe  minąłem  jeźdźca  na  koniu  jadącego  w  przeciwną  stronę,  ubranego 

od  stóp  do  głów  na  szaro,  z  wysoko  podniesionym  kołnierzem  i  głową  pochyloną  przed 

deszczem. 

Później  chmury  rozeszły  się  i  jechaliśmy  wzdłuŜ  morza.  Wysokie  fale  rozbijały  się  o 

brzeg,  a  nisko  nad  nimi  krąŜyły  olbrzymie  mewy.  Deszcz  ustał,  wyłączyłem  więc  światła  i 

wycieraczki. Teraz nawierzchnia drogi była tłuczniowa, ale okolica wydawała mi się całkiem 

obca. W lusterku wstecznym nie było ani śladu miasta, które właśnie minęliśmy. Zacisnąłem 

mocniej ręce na kierownicy, widząc nagle na skraju szosy szubienicę, z której zwisał szkielet 

szarpany przez wiatr. 

Random  palił  papierosa  i  wyglądał  przez  okno,  a  tymczasem  droga  odeszła  od  brzegu 

morza  i  skręciła  w  bok,  pnąc  się  wokół  wzgórza.  Po  prawej  mieliśmy  bezdrzewną  równinę 

porosłą  trawą,  a  po  lewej  piętrzył  się  rząd  wzgórz.  Niebo  miało  teraz  intensywny 

ciemonofioletowy kolor, jak woda w głębokim, czystym, krytym basenie. Nigdy dotąd czegoś 

podobnego nie widziałem. 

Random  otworzył  okno,  Ŝeby  wyrzucić  niedopałek,  i  wpuścił  podmuch  zimnego 

powietrza, który przyniósł ze sobą zapach morza, wilgotny i ostry. 

–  Wszystkie  drogi  prowadzą  do  Amberu  –  stwierdził  sentymentalnie,  jakby  wygłaszał 

starą prawdę. 

Wtedy przypomniałem sobie, co powiedziała mi Flora poprzedniego dnia. I mimo obaw, 

aby nie wziął mnie za durnia lub nie posądził o zatajenie waŜnych informacji, uznałem, Ŝe dla 

naszego wspólnego dobra muszę mu to powtórzyć. 

–  Wiesz  –  zacząłem  ostroŜnie  –  mam  wraŜenie,  Ŝe  kiedy  zadzwoniłeś  wczoraj  podczas 

nieobecności  Flory,  ona  w  tym  czasie  starała  się  dotrzeć  do  Amberu,  lecz  okazało  się,  Ŝe 

droga jest zablokowana. 

Roześmiał się na to. 

–  Ta  kobieta  nie  ma  krzty  wyobraźni  –  odrzekł.  –  Oczywiście,  Ŝe  w  takiej  chwili  droga 

będzie  zablokowana.  Z  pewnością  my  teŜ  będziemy  w  końcu  musieli  iść  pieszo  i  wytęŜać 

wszystkie siły i całą pomysłowość, Ŝeby się przedrzeć, o ile nam się to w ogóle uda. Czy ona 

myślała, Ŝe wróci sobie jak księŜniczka po dywanie z kwiatów? Głupia baba. Nie zasługuje na 

to, aby Ŝyć, ale nie mnie o tym decydować, przynajmniej na razie. Na skrzyŜowaniu skręć w 

prawo – polecił nagle. 

Co  się  działo?  Zdawałem  sobie  sprawę,  Ŝe  Random  jest  w  jakiś  sposób  odpowiedzialny 

za egzotyczne zmiany zachodzące wokół nas, ale nie miałem pojęcia, jak on to robi ani dokąd 

nas prowadzi. DuŜo dałbym za to, Ŝeby zgłębić jego sekret, a nie mogłem go przecieŜ zapytać 

wprost,  bo  zdradziłbym  się  ze  swoją  niewiedzą.  I  byłbym  wtedy  zdany  na  jego  łaskę. 

Pozornie  siedział  całkiem  bezczynnie,  palił  tylko  papierosa  i  patrzył  przez  okno,  lecz  gdy 

pokonaliśmy  niewielkie  wzniesienie,  znaleźliśmy  się  raptem  na  błękitnej  pustyni  pod 

background image

róŜowym  słońcem  na  migotliwym  niebie.  W  lusterku  wstecznym  widać  było  za  nami  całe 

mile tej pustyni ciągnącej się aŜ po horyzont. Niezła sztuczka, trzeba przyznać. 

Naraz  silnik  zacharczał,  uspokoił  się  i  po  chwili  powtórzył  swój  występ.  Kierownica 

zmieniła kształt w moich rękach. Stała się półokrągła, a siedzenie jakby odsunęło się do tyłu, 

samochód przywarł do ziemi, szyby okienne zrobiły się bardziej skośne. 

Nic  nie  powiedziałem,  nawet  kiedy  rozpętała się wokół nas lawendowa burza piaskowa. 

A kiedy opadła, zaparło mi dech. 

Na  drodze  przed  nami  wyrósł  gigantyczny,  ciągnący  się  na  jakieś  pół  mili  korek 

samochodowy. Wszystkie auta stały nieruchomo i trąbiły. 

– Zwolnij – powiedział Random. – To pierwsza przeszkoda. 

Zwolniłem  i  w  tym  momencie  ogarnął  nas  następny  podmuch  burzy  piaskowej.  Zanim 

zdąŜyłem  zapalić  światła,  juŜ  było  po  wszystkim  i  ze  zdumieniem  zamrugałem  parę  razy 

oczami.  Samochody  zniknęły  i  ucichł  ryk  klaksonów.  Ale  droga  iskrzyła  się  teraz  jak 

przedtem chodniki i słyszałem, Ŝe Random przeklina kogoś lub coś pod nosem. 

–  Jestem  pewien,  Ŝe  ominąłem  tę  pułapkę  właśnie  tak,  Jak  tego  chciał  ten,  co  nam  ją 

zastawił  –  powiedział.  –  I  wściekam  się,  Ŝe  zrobiłem  to,  czego  się  spodziewał:  rzecz 

oczywistą. 

– Eryk? – spytałem. 

–  Zapewne.  Jak  myślisz,  co  powinniśmy  teraz  zrobić?  Zatrzymać  się  i  spróbować 

trudniejszej drogi czy jechać dalej i czekać na następną przeszkodę? 

– Jedźmy dalej – zdecydowałem. – W końcu to była dopiero pierwsza. 

– Dobrze – zgodził się, ale dodał: – Kto wie, jaka będzie ta druga? 

Drugą była rzecz – nie wiem, jak inaczej to nazwać. 

Rzecz,  która  wyglądała  jak  piec  hutniczy  z  ramionami,  przycupnięty  na  środku  drogi, 

sięgający po auta i poŜerający je. 

Gwałtownie zahamowałem. 

– Co robisz? – spytał Random. – Jedź dalej. Jak inaczej go wyminiesz? 

–  Trochę  mną  to  wstrząsnęło  –  przyznałem,  a  on  spojrzał  na  mnie  dziwnie  z  ukosa,  i 

znów owiała nas chmura piasku. 

Zrozumiałem, Ŝe powiedziałem coś niewłaściwego. 

Kiedy pył opadł, jechaliśmy znów po pustej drodze. 

A w oddali widać było wieŜe. 

– Myślę, Ŝe go załatwiłem – odezwał się Random. – Połączyłem kilka w jedną i chyba na 

tej się nas nie spodziewał. W końcu nikt nie moŜe zagrodzić wszystkich dróg do Amberu. 

– To prawda – przyznałem z nadzieją, Ŝe uda mi się zatrzeć złe wraŜenie wywołane moim 

nieświadomym faux pas. 

Zerknąłem spod okna na Randoma. Drobny, niepozorny człowieczek, który mógł równie 

łatwo jak ja zginąć poprzedniego wieczoru. Na czym polegała jego moc? I co znaczyło to całe 

background image

gadanie o Cieniach? Coś mi mówiło, Ŝe poruszam się wśród nich nawet teraz. W jaki sposób? 

Działo  się  to  za  sprawą  Randoma,  a  poniewaŜ  nie  było  najwyraźniej  związane  z  wysiłkiem 

fizycznym,  gdyŜ  jego  ręce  spoczywały  bezczynnie  na  kolanach,  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 

robi to siłą umysłu. Ale jak? 

Mówił  o  „dodawaniu”  i  „odejmowaniu”,  jakby  świat,  w którym się porusza, był jednym 

wielkim  równaniem.  Nagle  ogarnęła  mnie  dziwna  pewność,  Ŝe  dodaje  on  i  odejmuje  róŜne 

elementy  otaczającej  nas  rzeczywistości,  Ŝeby  zbliŜyć  się  do  tego  osobliwego  miejsca, 

zwanego Amberem, do którego się przedzierał. 

Ja teŜ kiedyś to umiałem. I w przebłysku olśnienia zrozumiałem, Ŝe klucz do wszystkiego 

leŜy w przypomnieniu sobie Amberu. Ale nie mogłem sobie nic przypomnieć. 

Szosa  nagle  skręciła,  zostawiając  pustynię  z  tyłu  i  wjeŜdŜając  w  pola  porosłe  wysoką, 

niebieską, ostrą trawą. Po chwili teren stał się pagórkowaty, a u stóp trzeciego wzgórza dobra 

nawierzchnia się skończyła i wjechaliśmy w wąską polną drogę. Była ubita i wiła się między 

coraz  wyŜszymi  wzgórzami,  na  których  zaczęły  się  teraz  pojawiać  niskie  krzewy  i  podobne 

do  bagnetów  osty.  Po  jakiejś  półgodzinie  wzgórza  zostały  w  tyle  i  wjechaliśmy  w  las 

rozłoŜystych drzew o grubych pniach i romboidalnych liściach w jesiennych kolorach purpury 

i  Ŝółci.  Zaczął  padać  drobny  deszcz,  wśród  krzewów  przesuwały  się  cienie.  Nad  kobiercem 

mokrych liści unosiła się warstewka mgły. Gdzieś na prawo rozległ się skowyt. 

Kierownica zdąŜyła juŜ trzy razy zmienić kształt w moich rękach, na ostatek przyjmując 

postać drewnianego ośmiokąta. Samochód miał teraz wysokie podwozie, a na masce figurkę 

w  kształcie  flaminga.  Powstrzymałem  się  od  wszelkich  komentarzy,  dostosowując  się  do 

zmian połoŜenia siedzenia i coraz to nowych warunków prowadzenia pojazdu. Znów rozległ 

się skowyt. Random zerknął na kierownicę, potrząsnął głową i nagle drzewa stały się o wiele 

wyŜsze,  oplecione  pnączami  winorośli  i  błękitną  woalką  hiszpańskiego  mchu,  a  samochód 

niemalŜe  wrócił  do  normy.  Spojrzałem  na  wskaźnik  paliwa  i  zobaczyłem,  Ŝe  mamy  połowę 

baku. 

– Posuwamy się do przodu – zauwaŜył Random, a ja przytaknąłem. 

Droga  raptownie  się  poszerzyła  i  zrobiła  asfaltowa.  Po  obu  stronach  stały  rowy  pełne 

błotnistej  wody.  Pływały  w  nich  liście,  gałęzie  i  kolorowe  piórka.  Nagle  zakręciło  mi  się  w 

głowie i poczułem się jakby odurzony. 

–  Oddychaj  wolno  i  głęboko  –  powiedział  szybko  Random,  zanim  zdąŜyłem się do tego 

stanu przyznać. – Jedziemy na skróty, więc atmosfera i grawitacja będą przez jakiś czas nieco 

inne.  Mieliśmy  do  tej  pory  sporo  szczęścia;  chcę  to  wykorzystać  i  jak  najszybciej  dostać  się 

jak najbliŜej. – Świetna myśl – pochwaliłem go. 

– MoŜe tak, a moŜe nie – odparł – ale warto spróbo... UwaŜaj! 

Wjechaliśmy  na  szczyt  wzgórza,  raptem  z  przeciwnej  strony  wyłoniła  się  cięŜarówka  i 

toczyła  prosto  na  nas.  Skręciłem,  aby  ją  wyminąć,  ale  i  ona  skręciła.  W  ostatniej  chwili 

zdołałem  zjechać  z  drogi  na  miękkie  pobocze  na  lewo  tuŜ  przy  skraju rowu. CięŜarówka po 

background image

prawej zahamowała. Usiłowałem wrócić z pobocza z powrotem na szosę, lecz utknęliśmy w 

rozmokłej glinie. 

Usłyszałem  trzask  drzwiczek  i  zobaczyłem,  Ŝe  kierowca  wyskakuje  z  kabiny  po  prawej 

stronie,  co  znaczyło,  Ŝe  to  jednak  on  jechał  zapewne  po  właściwym  pasie,  a  nie  my.  Byłem 

pewien,  Ŝe  nigdzie  w  Stanach  nie  ma  ruchu  lewostronnego,  ale  jednocześnie  miałem 

przeczucie, Ŝe juŜ dawno opuściliśmy Ziemię, którą znałem. 

CięŜarówka okazała się cysterną. DuŜymi, czerwonymi literami miała wypisane na boku: 

„ZUNOCO”,  a  pod  spodem  slogan  reklamowy:  „Jesteśmy  wszędzie”.  Kierowca  obrzucił 

mnie  wyzwiskami,  ledwo  wysiadłem  z  wozu,  Ŝeby  go  przeprosić.  Był  równie  wysoki  jak  ja, 

gruby jak beczka łoju i trzymał w ręku lewarek. 

–  PrzecieŜ  mówię,  Ŝe  bardzo  mi  przykro  –  powtórzyłem.  –  Co  jeszcze  mam  zrobić? 

Ostatecznie nic się nikomu nie stało. 

– Takich pieprzonych kierowców nie powinno się puszczać na szosę! – wrzeszczał. – To 

ś

mierć w oczach! 

Random wysiadł z samochodu i warknął: 

– ZjeŜdŜaj pan! – W ręce miał rewolwer. 

– OdłóŜ to – powiedziałem, ale odbezpieczył broń i wycelował. 

Facet odwrócił się i zaczął biec, oczy miał rozszerzone z przeraŜenia i opadniętą szczękę. 

Random podniósł rewolwer i wycelował mu w plecy – zbiłem mu rękę w chwili, gdy naciskał 

cyngiel. 

Pocisk uderzył w bruk i odbił się rykoszetem. 

Random odwrócił się do mnie z pobielałą twarzą. 

– Ty cholerny głupcze! Mogłem trafić w cysternę! 

– Mogłeś teŜ trafić w człowieka, do którego mierzyłeś. 

– No to co? Nigdy więcej się tu nie znajdziemy, w kaŜdym razie za Ŝycia tego pokolenia. 

Ten bydlak miał czelność obrazić księcia Amberu! Stanąłem w obronie twojego honoru! 

–  Sam  potrafię  zadbać  o  swój  honor  –  powiedziałem  i  nagle  zawładnęło  mną  poczucie 

siły, które włoŜyło mi w usta słowa: – Decyzja, czy go zabić, naleŜała do mnie, nie do ciebie 

– co mówiąc poczułem autentyczną wściekłość. 

Drzwi  szoferki  zatrzasnęły  się  i  cięŜarówka  czym  prędzej  ruszyła,  a  Random  skłonił 

przede mną głowę i rzekł: 

–  Przepraszam,  bracie.  Nie  chciałem  wkraczać  w  twoje  prawa.  Poczułem  się  uraŜony 

słysząc,  jak  jeden  z  nich  mówi  do  ciebie  w  ten  sposób.  Wiem,  Ŝe  powinienem  poczekać,  aŜ 

sam zrobisz, co uznasz za stosowne, albo przynajmniej cię spytać. 

– No dobra – powiedziałem – postarajmy się jakoś dostać z powrotem na szosę i ruszyć w 

drogę. 

Tylne koła ugrzęzły w błocie aŜ po osie. Patrzyłem na nie, zastanawiając się, co zrobić z 

tym fantem, gdy Random zawołał: 

background image

–  Podniosę  przedni  zderzak,  a  ty  weź  tylny  i  wyniesiemy  wóz  na  szosę.  Ale  lepiej 

postawmy go tym razem na lewym pasie. 

Wcale nie Ŝartował. 

Mówił  coś  przedtem  o  mniejszej  sile  przyciągania,  ale  ja  nie  czułem  się  znów  aŜ  taki 

lekki.  Wiedziałem,  Ŝe  jestem  silny,  lecz  miałem  niejakie  wątpliwości,  czy  będę  w  stanie 

udźwignąć mercedesa. 

Musiałem  jednak  spróbować,  bo  Random  najwyraźniej  tego  po  mnie  oczekiwał,  a  nie 

mogłem dać mu okazji do podejrzeń, Ŝe mam luki w pamięci. Przykucnąłem więc, zaparłem 

się, chwyciłem zderzaki i zacząłem powoli się prostować. Tylne koła z klaśnięciem wydobyły 

się z mokrej gliny. Trzymałem tył samochodu pół metra nad ziemią. Był cięŜki – do diaska! 

był porządnie cięŜki – lecz dałem mu radę! 

Przy  kaŜdym  kroku  zapadałem  się  głęboko  w  ziemię.  Ale  go  niosłem!  A  Random 

pomagał  mi  z  drugiego  końca.  Postawiliśmy  samochód  na  szosie.  Zdjąłem  buty,  opróŜniłem 

je  z  błota  i  wyczyściłem  kępkami  trawy,  wykręciłem  skarpetki,  wrzuciłem  je  wraz  z  butami 

na tylne siedzenie, otrzepałem nogawki i usiadłem boso za kierownicą. 

Random zajął miejsce przy mnie i rzekł: 

– Posłuchaj, chciałem cię raz jeszcze przeprosić... 

– Nie mówmy juŜ o tym – uciąłem. – Było, minęło. 

– Ale nie chciałbym, Ŝebyś Ŝywił do mnie urazę. 

–  Nie  mam  zamiaru.  Proszę  cię  tylko,  Ŝebyś  na  przyszłość  trzymał  na  wodzy  swoją 

popędliwość, jeśli chodzi o odbieranie ludziom Ŝycia w mojej obecności. 

– Dobrze – obiecał. 

– No to w drogę – powiedziałem i ruszyliśmy. 

Jechaliśmy  przez  skalisty  kanion,  a  potem  przez  miasto,  które  wyglądało,  jakby  było 

zrobione całe ze szkła albo szkłopodobnej materii, przez jego mieszkańców zaś przeświecało 

róŜowe  słońce,  ukazując  ich  organy  wewnętrzne  i  resztki  ostatniego  spoŜytego  posiłku. 

Przyglądali się nam i gromadzili na rogach ulic, ale nikt nie próbował nas zatrzymać ani nam 

przeszkodzić. 

–  Tutejsi  naukowcy  będą  z  pewnością  opisywać  to  wydarzenie  przez  wiele  lat  – 

powiedział mój brat. 

Przytaknąłem. 

Później  w  ogóle  nie  było  drogi  i  jechaliśmy  po  czymś  w  rodzaju  gładkiego  silikonu  bez 

początku  i  końca.  Po  jakimś  czasie  zwęził  się  i  stał  naszą  drogą,  a  jeszcze  potem  po  obu 

stronach  rozlały  się  moczary,  zarosło,  brunatne  i  cuchnące.  I  przysiągłbym,  Ŝe  widziałem 

diplodoka,  który  podniósł  głowę  i  uwaŜnie  nam  się  przyglądał.  Potem  przeleciał  nam  nad 

głowami olbrzymi cień o skrzydłach nietoperza. Niebo było teraz granatowe, a słońce koloru 

złotej ochry. 

– Mamy juŜ mniej niŜ jedną czwartą baku – zauwaŜyłem. 

background image

– Dobra – powiedział Random. – Zatrzymaj się. 

Stanąłem i czekałem. 

Przez dłuŜszy czas – około sześciu minut – milczał, a potem powiedział. 

– Jedź dalej. 

Po  jakichś  trzech  milach  dojechaliśmy  do  ogrodzenia  z  bali,  wzdłuŜ  którego  ruszyłem. 

Wreszcie trafiliśmy na bramę i Random rzekł: 

– Stań i zatrąb. 

Po  chwili  wielkie  Ŝelazne  zawiasy  zaskrzypiały  i  drewniane  wrota  otworzyły  się  do 

ś

rodka. 

– MoŜesz wjechać – powiedział Random. – Nic nam nie grozi. 

Na  lewo  stały  trzy  kopulaste  pompy  benzynowe,  a  za  nimi  mały  budyneczek  z  rodzaju 

tych,  które  widywałem  niezliczoną  ilość  razy  w  bardziej  przyziemnych  okolicznościach. 

Zatrzymałem się przy jednym z dystrybutorów i czekałem. 

Facet,  który  do  nas  wyszedł,  miał  jakieś  półtora  metra  wzrostu,  talię  jak  beka,  nos 

przypominający truskawka i bary szerokie na metr. 

– Do pełna? – spytał. 

Skinąłem głową. 

– Niech pan podjedzie trochę bliŜej – zarządził. 

Podjechałem i spytałem Randoma: 

– Czy moje pieniądze są tutaj waŜne? 

– Obejrzyj je sobie – zaproponował. 

Mój  portfel  był  wypchany  plikiem  pomarańczowych  i  Ŝółtych  banknotów  z  rzymskimi 

cyframi w rogach, po których następowały litery D.R. Random uśmiechnął się zadowolony z 

siebie. 

– Widzisz, zadbałem o wszystko. 

– Wspaniale. A propos, jestem głodny. 

Rozejrzeliśmy się wokół i zobaczyliśmy tablicę z facetem znanym mi skądinąd z reklamy 

kurczaków z roŜna, a tu polecającym pobliską knajpę. 

Truskawkowy  Nos  strzepnął  resztę  benzyny  na  ziemię  dla  równego  rachunku,  odwiesił 

węŜa, podszedł i powiedział: 

– Osiem Drachae Regums. 

Znalazłem  pomarańczowy  banknot  oznaczony  V  D.R.  i  trzy  inne  oznaczone  I  D.R.  i 

podałem mu. 

– Dziękuję – rzekł i wsadził je do kieszeni. – Sprawdzić olej i wodę? 

– Tak. 

Dolał trochę wody, powiedział, Ŝe poziom oleju jest w porządku, i maznął brudną ścierką 

przednią szybę. Potem nam pomachał i zniknął w budyneczku. 

background image

Podjechaliśmy do reklamowanej knajpy i kupiliśmy kilkanaście porcji jaszczurki z roŜna i 

galon  słabego,  słonawego  w smaku piwa. Potem umyliśmy się w przybudówce, zatrąbiliśmy 

przed bramą i poczekaliśmy cierpliwie, aŜ przyszedł człowiek z halabardą przewieszoną przez 

prawe ramię i nas wypuścił. Znów ruszyliśmy w drogę. 

W pewnej chwili wyskoczył nam przed maskę tyranosaurus, zawahał się przez moment i 

ruszył swoją drogą, na lewo. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne trzy pterodaktyle. 

–  Niechętnie  porzucani  niebo  Amberu  –  powiedział  Random,  cokolwiek  to  miało 

znaczyć,  a  ja  mruknąłem  coś  potwierdzająco  w  odpowiedzi.  –  Ale  boję  się  próbować 

wszystkiego naraz – ciągnął. – Moglibyśmy zostać rozerwani na strzępy. 

– Zgoda – przyznałem. 

– Z drugiej strony, nie podoba mi się to miejsce. 

Kiwnąłem głową i jechaliśmy dalej, aŜ silikonowa równina się skończyła i rozciągnął się 

przed nami goły kamień. 

– Co zamierzasz dalej? – zaryzykowałem. 

– Teraz, kiedy mam juŜ niebo, nastawię się na teren – powiedział. 

Kamienna pustynia zaroiła się skałami, między którymi prześwitywała ciemna ziemia. W 

miarę upływu czasu ziemi było coraz więcej, a skał coraz mniej. W końcu zobaczyłem plamy 

zieleni. Najpierw tu i ówdzie kępki traw. Ale była to bardzo, bardzo jasna zieleń, koloru nie 

spotykanego na Ziemi. 

Wkrótce było jej więcej. 

Później pokazały się drzewa, rosnące gdzieniegdzie przy drodze. 

I wreszcie las. 

Ale jaki! 

Nigdy nie widziałem takich drzew – potęŜnych i majestatycznych, o głębokiej, soczystej 

zieleni  ze  złotym  połyskiem.  Pięły  się  ku  niebu,  wznosiły  do  chmur.  Były  tu  wielkie  sosny, 

dęby, klony i wiele innych, których nazw nie znałem. Kiedy opuściłem trochę szybę, owionął 

mnie  podmuch  wspaniałego,  wonnego  powietrza.  Odetchnąłem  parę  razy  głęboko  i 

postanowiłem jechać dalej przy otwartym oknie. 

–  Las  Ardeński  –  powiedział  człowiek,  który  był  moim  bratem  i  którego  zarówno 

kochałem, jak i zazdrościłem mu jego wiedzy i mądrości. 

– Bracie – zwróciłem się do niego – spisujesz się świetnie. Lepiej, niŜ się spodziewałem. 

Dziękuję. 

Był  najwyraźniej  zdumiony.  Jakby  po  raz  pierwszy  usłyszał  dobre  słowo  od  kogoś  z 

rodziny. 

–  Staram  się,  jak  mogę  –  powiedział.  –  I  dalej  będę  się  starał,  obiecuję.  Spójrz  tylko! 

Mamy juŜ niebo i mamy las! AŜ za dobre, Ŝeby było prawdziwe! Minęliśmy juŜ połowę drogi 

i  nic  się  nam  na  razie  specjalnego  nie  dało  we  znaki.  Myślę,  Ŝe  mamy  duŜo  szczęścia.  Czy 

dasz mi własne księstwo? 

background image

–  Tak  –  odparłem,  nie  wiedząc,  o  co  mu  chodzi,  ale  gotów  zaspokoić  jego  zachciankę 

jeśli będzie to leŜało w granicach moich moŜliwości. 

Skinął głową i rzekł: 

– Jesteś w porządku. 

KrwioŜerczy  mały  gnojek,  który  zawsze,  jak  pamiętałem,  miał  duszę  buntownika. 

Rodzice starali się go jakoś utemperować, ale bez większych rezultatów. Zdałem sobie w tym 

momencie sprawę, Ŝe mieliśmy wspólnych rodziców, w przeciwieństwie do mnie i Eryka, do 

mnie i Flory, Caina, Bleysa i Fiony. I moŜe jeszcze innych, ale co do tych byłem pewien. 

Jechaliśmy po twardej, ubitej drodze leśnej pośród nawy ogromnych drzew. Ciągnęły się 

bez  końca.  Czułem  się  tu  bezpiecznie.  Raz  i  drugi  spłoszyliśmy  jelenia  i  wystraszyli  zająca 

przy  drodze.  Gdzieniegdzie  widać  było  odciski  końskich  kopyt.  Promienie  słońca 

przeświecały  tu  i  ówdzie  przez  liście,  przypominając  napięte  złote  struny  jakiegoś 

hinduskiego  instrumentu  muzycznego.  Powietrze  było  wilgotne  i  oŜywcze.  Zaświtała  mi 

myśl, Ŝe znam to miejsce, Ŝe w przeszłości często przebywałem tę drogę. Jeździłem po Lesie 

Ardeńskim na koniu, chodziłem pieszo, polowałem, leŜałem na plecach pod tymi potęŜnymi 

konarami,  z  rękami  pod  głową,  wpatrując  się  w  niebo.  Wspinałem  się  na  niektóre  z  tych 

gigantów,  patrząc  z  góry  na  ruchomy,  zielony  świat.  –  Kocham  ten  las  –  powiedziałem 

bezwiednie na głos, a Random odpowiedział: 

–  Zawsze  go  kochałeś.  –  W  jego  głosie  kryła  się  jakby  nuta  rozbawienia,  ale  nie  byłem 

pewien. 

Wtem z oddali usłyszałem dźwięk, który instynktownie rozpoznałem jako głos rogu. 

– Jedź szybciej – rzekł nagle Random. – To chyba róg Juliana. 

Posłuchałem go. 

Róg  zabrzmiał  znowu,  tym  razem  bliŜej.  –  Te  jego  cholerne  psy  rozszarpią  nasz 

samochód  na  strzępy,  a  ptaszysko  wydziobie  nam  oczy!  –  powiedział  Random. – Wolałbym 

nie spotykać się z nim akurat w chwili, kiedy jest w pełnej gotowości bojowej. Nie wiem, na 

co  poluje,  ale  z  pewnością  chętnie  porzuci  tę  zwierzynę  dla  łupu  w  postaci  dwóch  swoich 

braci. 

– śyj i daj Ŝyć innym, oto moja najnowsza dewiza – oznajmiłem. 

Random zachichotał. 

– Co za osobliwy pomysł. ZałoŜę się, Ŝe przetrwa nie dłuŜej niŜ pięć minut. 

Róg odezwał się ponownie, jeszcze bliŜej, i Random zaklął: 

– Niech to diabli! 

Szybkościomierz wskazywał siedemdziesiąt pięć mil na godzinę, w dziwnych, runicznych 

cyfrach,  i  bałem  się  jechać  szybciej  na  tej  leśnej  drodze.  Znów  wyraźnie  usłyszeliśmy  róg  z 

lewej strony, trzy długie sygnały, którym towarzyszyło ujadanie psów. 

background image

–  Jesteśmy  bardzo  blisko  prawdziwej  Ziemi,  chociaŜ  wciąŜ  daleko  od  Amberu  – 

powiedział  mój  brat.  –  Ucieczka  przez  sąsiednie  Cienie  na  nic  się  nie  zda,  bo  jeśli to Julian 

nas goni, podaŜy za nami. Albo jego Cień. 

– Co robimy? 

– Dodaj gazu i miejmy nadzieję, Ŝe nie nas ściga. 

Tym razem róg zabrzmiał tuŜ-tuŜ. 

– Na czym on tak pędzi, na lokomotywie? – spytałem. 

– Raczej na swoim potęŜnym Morgenstemie, najszybszym koniu, jakiego stworzył. 

Obracałem  to  ostatnie  słowo  w  myślach,  starając  się  je  rozszyfrować.  Jakiś  głos 

wewnętrzny  mówił  mi,  Ŝe  to  prawda,  Ŝe  rzeczywiście  stworzył  Morgensterna,  czerpiąc  z 

Cieni, wyposaŜając bestię w prędkość huraganu i siłę kafara. 

Przypomniałem  sobie,  Ŝe  mam  swoje  powody  bać  się  tego  zwierza  –  i  właśnie  w  tym 

momencie go zobaczyłem. 

Morgenstern  był  o  sześć  piędzi  wyŜszy  od  kaŜdego  innego  konia,  miał  oczy  martwego 

koloru,  jak  wyŜeł  weimarski,  szarą  maść  i  kopyta  z  polerowanej  stali.  Pędził  jak  wiatr  za 

naszym samochodem, a w siodle siedział Julian, taki, jakim go pamiętałem z talii kart – miał 

długie czarne włosy, błękitne oczy i łuskową białą zbroję. Uśmiechnął się do nas i pomachał, 

a Morgenstern podrzucił w górę łeb i jego wspaniała grzywa zafalowała na wietrze jak flaga. 

Nogi śmigały mu jak błyskawice. 

Przypomniało mi się, Ŝe Julian ubrał kiedyś swojego pachołka w moje ubranie i kazał mu 

dręczyć  to  zwierzę.  Oto  dlaczego  Morgenstern  próbował  mnie  stratować  podczas  pewnego 

polowania, kiedy zsiadłem z konia, Ŝeby oprawić jelenia. 

Zamknąłem  okno,  aby  zapach  nie  zdradził  mojej  obecności.  Ale  Julian  wypatrzył  mnie 

juŜ i wiedziałem, co to znaczy. Wokół niego biegła sfora krwioŜerczych ogarów o niezwykłej 

wytrzymałości  i  zębach  jak  stal.  One  teŜ  pochodziły  z  Cieni,  bo  Ŝaden  normalny  pies  nie 

mógłby tak biec. Ale wiedziałem, Ŝe słowo „normalny” tak czy owak nie ma tu zastosowania. 

Julian  dał  mi  znak,  Ŝebyśmy  się  zatrzymali.  Spojrzałem  pytająco  na  Randoma,  a  on 

kiwnął głową. 

– Jeśli go nie posłuchamy, to nas stratuje. 

Nacisnąłem hamulce, zwolniłem, stanąłem. 

Morgenstern  zarŜał,  stanął  dęba,  zarył  wszystkimi  czterema  kopytami  w  ziemię  i  zaczął 

tańczyć  w  miejscu.  Psy  dreptały  wokół  z  wywieszonymi  językami,  cięŜko  dysząc.  Koń  był 

pokryty lśniącą warstwą potu. Spuściłem okno. 

–  Co  za  niespodzianka!  –  powitał  nas  Julian  swoim  rozwlekłym,  lekko  zacinającym  się 

głosem, a gdy to mówił, wielki sokół o czarno-zielonkawym upierzeniu zatoczył w powietrzu 

koło i usiadł mu na lewym ramieniu. 

– Tak, rzeczywiście niespodzianka – przyznałem. – JakŜe się miewasz? 

– Doskonale, jak zawsze. A ty i nasz drogi brat Random? 

background image

– Jestem w dobrej formie – powiedziałem, a Random skinął mu głową i zauwaŜył: 

– Sądziłem, Ŝe w dzisiejszych czasach znajdziesz sobie inną rozrywkę niŜ polowanie. 

Julian pochylił się i spojrzał na niego drwiąco przez przednią szybę. 

–  Lubię  zabijać  dzikie  bestie  –  powiedział  –  a  przy  tym  dzień  i  noc  myślę  o  swoich 

krewnych. 

Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. 

–  Przerwałem  polowanie  słysząc  w  oddali  warkot  samochodu  –  ciągnął.  –  Nie  sądziłem 

jednak,  Ŝe  jadą  nim  takie  dwie  osobistości.  Przypuszczam,  Ŝe  nie  wybraliście  się  na 

przejaŜdŜkę  dla  czystej  przyjemności,  lecz  macie  przed  sobą  jakiś  cel,  na  przykład  Amber. 

Zgadza się? 

– Zgadza – przyznałem. – Mogę spytać, dlaczego jesteś tutaj, a nie tam? 

– Eryk kazał mi pilnować tej drogi – odparł, a moja ręka automatycznie powędrowała do 

pistoletu  zatkniętego  za  pasek.  Miałem  jednak  wraŜenie,  Ŝe  kula  nie  przebije  jego  zbroi. 

RozwaŜałem, czyby nie zastrzelić Morgensterna. 

–  CóŜ,  bracia  –  rzekł  Julian  z  uśmiechem  –  witam  was  i  Ŝyczę  dobrej  podróŜy.  Z 

pewnością  zobaczymy  się  wkrótce  w  Amberze.  Do  widzenia.  –  Zawrócił  konia  i  zniknął  w 

lesie. 

– Uciekajmy stąd czym prędzej – powiedział Random. – Na pewno planuje zasadzkę albo 

pogoń. – Co mówiąc wyciągnął pistolet zza pasa i połoŜył na kolanach. 

Prułem przed siebie z całkiem przyzwoitą prędkością. 

Po  jakichś  pięciu  minutach,  kiedy  juŜ  byłem  gotów  odetchnąć,  usłyszałem  róg. 

Nacisnąłem  pedał  gazu,  wiedząc,  Ŝe  Julian  i  tak  nas dogoni, ale chciałem zyskać na czasie i 

odjechać  jak  najdalej.  ścinaliśmy  zakręty,  pokonywaliśmy  z  rykiem  wzgórza  i  doliny,  w 

pewnej  chwili  omal  nie  potrąciliśmy  jelenia,  ale  szczęśliwie  udało  nam  się  go  wyminąć  nie 

wytracając prędkości. 

Róg brzmiał coraz bliŜej i Random klął pod nosem. 

Coś mi mówiło, Ŝe mamy przed sobą jeszcze długą drogę przez las, i nie dodawało mi to 

ducha. 

Trafił  nam  się  jeden  długi,  prosty  odcinek,  kiedy  mogłem  przycisnąć  pedał  do  deski  i 

trzymać przez prawie minutę. Dźwięk rogu Juliana nieco się oddalił. Ale polem wjechaliśmy 

w teren, gdzie droga wiła się i kręciła, i musiałem zwolnić. Julian znów zaczął nas doganiać. 

Po  jakichś  sześciu  minutach  pokazał  się  we  wstecznym  lusterku,  pędząc  galopem  w 

otoczeniu zaŜartej, ujadającej sfory. Random otworzył okno, a po chwili wychylił się i zaczął 

strzelać. 

– Niech diabli porwą tę jego zbroję! – zaklął. – Jestem pewien, Ŝe trafiłem go dwukrotnie 

i nic mu się nie stało. 

– Niechętnie myślę o zabiciu tej bestii – powiedziałem – ale spróbuj wycelować w konia. 

background image

–  JuŜ  próbowałem,  nawet  kilkakrotnie  –  odparł,  rzucając  pusty  pistolet  na  podłogę  i 

wyjmując  drugi  –  i  albo  jestem  gorszym  strzelcem,  niŜ  sądziłem,  albo  to  prawda,  co  wieść 

niesie: Ŝe Morgensterna moŜna zabić tylko srebrną kulą. 

Pozostałymi nabojami połoŜył sześć psów, ale jeszcze zostało ich ze dwa tuziny. Podałem 

mu jeden z moich pistoletów i załatwił dalszych pięć bestii. 

– Ostatni nabój zostawiłem na głowę Juliana, jeśli podjedzie dostatecznie blisko – rzekł. 

Byli juŜ kilkanaście metrów za nami i szybko się zbliŜali, nacisnąłem wiec hamulce. Nie 

wszystkie  psy  zdąŜyły  się  zatrzymać,  ale  Julian  nagle  zniknął,  tylko  nad  głowami  przeleciał 

nam czarny cień. 

Morgenstern przeskoczył samochód! Odwrócił się w miejscu i w chwili, gdy koń wraz z 

jeźdźcem stanęli przed nami, nacisnąłem gaz zrywając wóz do przodu. 

Morgenstern  błyskawicznie  uskoczył  na  bok.  W  lusterku  zobaczyłem,  Ŝe  dwa  psy 

porzucają  błotnik,  który  oderwały,  i  ruszają  w  dalszą pogoń. Przyłączyło się do nich jeszcze 

piętnaście czy szesnaście sztuk, reszta leŜała na drodze. 

–  Niezły  numer  –  powiedział  Random  –  ale  miałeś  szczęście,  Ŝe  nie  rozszarpały  opon. 

Pewno nigdy dotąd nie polowały na samochód. 

Podałem mu mój drugi pistolet z poleceniem: 

– Celuj w psy. 

Strzelając dokładnie i precyzyjnie połoŜył jeszcze sześć. Julian był juŜ przy samochodzie, 

w prawej ręce trzymał miecz. 

Nacisnąłem  klakson,  Ŝeby  spłoszyć  Morgensterna,  lecz  ten  ani  drgnął.  Skręciłem  prosto 

na  nich,  a  wtedy  koń  się  usunął.  Random  pochylił  się  w  siedzeniu,  złoŜony  do  strzału, 

oparłszy prawą rękę z pistoletem o lewe przedramię. 

– Poczekaj – powiedziałem. – Spróbuję wziąć go Ŝywcem. 

– Oszalałeś – zaprotestował, kiedy hamowałem. Ale opuścił broń. 

–  W  chwili  gdy  stanęliśmy,  otworzyłem  błyskawicznie  drzwi  i  wyskoczyłem  – 

zapomniałem, Ŝe wciąŜ jestem na bosaka, niech to diabli! 

Dałem  nura  pod  jego  mieczem,  chwyciłem  go  za  rękę  i  wysadziłem  z  siodła.  ZdąŜył 

uderzyć  mnie  tylko  raz  swoją  opancerzoną  lewą  ręką,  ale  poczułem  potworny  ból  i 

zobaczyłem wszystkie gwiazdy. 

LeŜał  bez  ruchu  na  ziemi,  nieco  zamroczony,  a  ja  opędzałem  się  od  szarpiących  mnie 

psów,  które  Random  na  prawo  i  lewo  raczył  kopniakami.  Podniosłem  miecz  Juliana  i 

przytknąłem mu szpic do gardła. 

– KaŜ im się uspokoić! – zaŜądałem. – Albo przyszpilę cię do ziemi. 

Wychrypiał rozkaz i psy się cofnęły. Random tymczasem trzymał za cugle niespokojnego 

Morgensterna. 

No wiec, drogi bracie, co masz do powiedzenia na – swoją obronę? – spytałem. 

W jego oczach pojawił się zimny niebieski błysk, ale twarz pozostała nieruchoma. 

background image

– Jeśli masz zamiar mnie zabić, to na co czekasz – powiedział. 

–  Wszystko  w  swoim  czasie  –  odparłem,  nie  bez  przyjemności  patrząc  na  jego 

nieskazitelną zbroję, teraz utytłaną w błocie. – A na razie powiedz mi, ile jest dla ciebie warte 

twoje Ŝycie? 

– Wszystko co mam, oczywiście. 

Cofnąłem się. 

–  Wstawaj  i  siadaj  na  tylne  siedzenie  samochodu  –  zarządziłem,  zabierając  mu 

jednocześnie  sztylet.  Random  zajął  swoje  poprzednie  miejsce  i  trzymał  pistolet  z  ostatnim 

nabojem wymierzonym w głowę Juliana. 

– Dlaczego go po prostu nie zabijesz? – spytał. 

–  MoŜe  nam  się  przydać  –  wyjaśniłem.  –  Jest  parę  rzeczy,  których  chciałbym  się 

dowiedzieć. A przed nami jeszcze długa droga. 

Ruszyłem. Psy wciąŜ krąŜyły w pobliŜu, a i Morgenstern pocwałował za samochodem. 

– Obawiam się, Ŝe niezbyt wam się przydam jako jeniec – odezwał się Julian. – Nawet na 

torturach mogę zdradzić tylko to, co wiem, a wiem niewiele. 

– To moŜe od tego zacznijmy – zaproponowałem. 

–  Eryk  ma  obecnie  najsilniejszą  pozycję  jako  ten,  który  był  na  miejscu w Amberze, gdy 

wszystko  się  rozpadło.  W  kaŜdym  razie  ja  tak  to  widzę,  dlatego  ofiarowałem  mu  swoje 

poparcie.  Gdyby  to  był  któryś  z  was,  pewno zrobiłbym to samo. Eryk wyznaczył mi straŜ w 

Ardenie, gdyŜ tędy wiedzie jedna z głównych tras, Gerard ma pod kontrolą południowe szlaki 

morskie, a Caine północne. 

– Co z Benedyktem? – spytał Random. 

– Nie wiem. Nic o nim nie słyszałem. MoŜe jest z Bleysem. MoŜe przebywa w którymś z 

Cieni i w ogóle jeszcze o niczym nie słyszał. A moŜe nawet nie Ŝyje. JuŜ od lat nic o nim nie 

wiadomo. 

– Ilu masz ludzi w Ardenie? – ciągnął Random. 

– Ponad tysiąc. Niektórzy z nich pewno cały czas was obserwują. 

–  I  jeśli  wolisz  zostać  przy  Ŝyciu,  lepiej,  Ŝeby  się  do  tego  ograniczyli  –  stwierdził 

Random. 

– Niewątpliwie masz rację – odparł Julian. – Muszę przyznać, Ŝe Corwin postąpił sprytnie 

biorąc mnie jako zakładnika. MoŜe dzięki temu uda się wam wydostać z lasu. 

– Mówisz tak, bo chcesz Ŝyć – odparował Random. 

– Oczywiście, Ŝe chcę Ŝyć. Mogę? 

– Jak to? 

– W zamian za informacje, których wam dostarczyłem. 

Random roześmiał się. 

–  Twoje  informacje  są  niewiele  warte,  jestem  pewien,  Ŝe  moŜna  by  wydrzeć  z  ciebie 

znacznie więcej. Przekonamy się, jak tylko nadarzy się okazja, Ŝeby stanąć, co, Corwin? 

background image

– Zobaczymy – powiedziałem, – Gdzie jest Fiona? 

– Chyba gdzieś na południu – odparł Julian. 

– A Deirdre? 

– Nie wiem. 

– Llewella? 

– W Rebmie. 

– W porządku. Mam wraŜenie, Ŝe powiedziałeś mi wszystko, co wiesz. 

– Owszem. 

Jechaliśmy dalej w milczeniu i w końcu las zaczął się przerzedzać. Dawno juŜ straciłem z 

oczu Morgensterna, choć krąŜył jeszcze nad nami sokół Juliana. Droga wiodła teraz do góry 

ku  przełęczy  pomiędzy dwoma purpurowymi szczytami. Mieliśmy juŜ zaledwie ćwierć baku 

benzyny. Po godzinie przejeŜdŜaliśmy między wysokimi skalnymi grzbietami. 

– To idealne miejsce na zablokowanie drogi – powiedział Random. 

– Zupełnie moŜliwe – zgodziłem się. – Co na to powiesz, Julianie? 

Julian westchnął. 

– Macie rację – przyznał. – Zaraz będzie zapora. Wiecie, jak się przedostać. 

Wiedzieliśmy.  Kiedy  podjechaliśmy  do  bramy  i  wyszedł  do  nas  straŜnik  w  zielono-

brązowym  skórzanym  stroju  i  z  odsłoniętym  mieczem,  wskazałem  kciukiem  na  tylne 

siedzenie i spytałem: 

– Czy coś ci to mówi? 

Poznał  nie  tylko  Juliana,  ale  i  nas.  Czym  prędzej  podniósł  szlaban  i  zasalutował,  kiedy 

przejeŜdŜaliśmy. 

Czekały  nas  jeszcze  dwie  zapory,  zanim  minęliśmy  przełęcz;  po  drodze  zgubiliśmy 

sokoła.  Byliśmy  teraz  na  wysokości  kilkuset  metrów  –  zatrzymałem  samochód  na  wąskim 

odcinku biegnącym po gołej półce skalnej. Na prawo nie było nic tylko ziejąca przepaść. 

– Wysiadaj – powiedziałem. – Czeka cię mały spacer. 

Julian zbladł. 

–  Nie  mam  zamiaru  się  przed  tobą  płaszczyć  –  rzekł.  –  Nie  sądź,  Ŝe  będę  cię  błagał  o 

litość. – I wysiadł. 

– Szkoda – stwierdziłem. – Dawno nikt się przede mną nie płaszczył... A teraz podejdź do 

krawędzi.  Jeszcze  trochę  bliŜej.  –  Random  cały  czas  trzymał  mu  pistolet  przy  głowie.  – 

Niedawno oświadczyłeś, Ŝe stanąłbyś po stronie kaŜdego, kto miałby taką pozycję jak Eryk. 

– To prawda. 

– Spójrz pod nogi. 

Posłuchał. Oko nie sięgało dna. 

– Zapamiętaj swoje słowa w razie, gdyby sytuacja się zmieniła. I zapamiętaj, kto darował 

ci Ŝycie, choć moŜe nie kaŜdy by tak postąpił. Chodź, Random, jedziemy. 

Zostawiliśmy go nad przepaścią; stał ze ściągniętymi brwiami, cięŜko dysząc. 

background image

Wjechaliśmy  na  szczyt  na  resztkach  benzyny.  Włączyłem  jałowy  bieg,  zgasiłem  silnik  i 

puściłem się w długą drogę w dół. 

– Jak widzę, nie straciłeś nic z dawnej przebiegłości – odezwał się Random. – Ja bym go 

na pewno zabił za karę. Ale myślę, Ŝe postąpiłeś słusznie. Zapewne nas poprze, jeśli uda nam 

się  uzyskać  przewagę  nad  Erykiem.  Tymczasem  jednak  oczywiście  o  wszystkim  mu 

zamelduje. 

– Oczywiście – przyznałem mu rację. 

– Poza tym miałeś własne powody, Ŝeby go uśmiercić. 

Uśmiechnąłem się. 

– W polityce i w interesach nie naleŜy kierować się emocjami. 

Random zapalił dwa papierosy i jednego mi podał. 

Patrząc  w  dół  przez  mgłę  ujrzałem  morze.  Jego  wody  pod  granatowym  niebem,  na 

którym  wisiało  złote  słońce,  były  tak  intensywnej  barwy  –  fioletowopurpurowe,  gęste  jak 

farba  i  pofałdowane  niczym  kawałek  materiału  –  Ŝe  od  tego  widoku  niemal  rozbolały  mnie 

oczy. Nagle złapałem się na tym, Ŝe mówię coś na głos w języku, który nawet nie wiedziałem, 

Ŝ

e  znam.  Recytowałem  „Balladę  o  wilku  morskim”,  a  Random  słuchał,  dopóki  nie 

skończyłem, i spytał: 

– Czy to prawda, Ŝe sam ją napisałeś? 

– To było tak dawno – powiedziałem – Ŝe juŜ nie pamiętam. 

Grań skręciła w lewo i jadąc jej zboczem w dół ku zadrzewionej dolinie mieliśmy coraz 

większy obszar morza przed oczami. 

–  Spójrz,  latarnia  morska  w  Cabrze  –  powiedział  Random,  pokazując  ogromną  szarą 

wieŜę wyrastającą pośród morza. – Całkiem o niej zapomniałem. 

– Ja teŜ – przyznałem. – To bardzo dziwne uczucie, wracać do domu – dodałem i zdałem 

sobie naraz sprawę, Ŝe nie mówimy po angielsku, lecz w języku zwanym thari. 

Po  jakiejś  półgodzinie  byliśmy  na  dole.  Jechałem  siła  rozpędu,  jak  długo  mogłem,  a 

potem  włączyłem  silnik.  Na  jego  dźwięk  z  pobliskiego  krzaka  zerwało  się  stadko  czarnych 

ptaków.  Szary  cień,  podobny  do  wilka,  wypadł  z  kryjówki  i  pomknął  w  stronę  zarośli,  jeleń 

zaś,  którego  podchodził,  dotąd  niewidoczny,  umykał  teraz  wielkimi  susami.  Byliśmy  w 

dolinie  obfitości  –  choć  nie  tak  gęsto  i  bujnie  zalesionej  jak  Las  Ardeński  –  która  łagodnie 

opadała w stronę morza. 

Na  lewo  piętrzyły  się  góry.  Im  dalej  zapuszczaliśmy  się  w  dolinę,  tym  wyraźniej  widać 

było ogrom masywu skalnego, z którego pomniejszego szczytu zjechaliśmy. Góry potęŜniały 

w  swoim  marszu  ku morzu, przywdziewając barwny płaszcz mieniący się zielenią, fioletem, 

purpurą, złotem i indygo. Ich czoło zwrócone ku morzu pozostawało dla nas niewidoczne, ale 

z  najwyŜszego,  ostatniego  wierzchołka  spływał  leciutki  welon  z  przejrzystych  chmur,  a 

promienie  słońca  rozjarzały  jego  czubek  Ŝywym  ogniem.  Oceniłem,  Ŝe  dzieli  nas  jeszcze 

jakieś  trzydzieści  pięć  mil  od  tego  pulsującego  światłem  miejsca,  a  wskaźnik  paliwa  stał  na 

background image

zerze.  Wiedziałem,  Ŝe  celem  naszej  podróŜy  jest  ten  najwyŜszy  szczyt,  i  zaczęło  mnie 

ogarniać coraz większe podniecenie. Random patrzył w tym samym kierunku. 

– Jest wciąŜ na swoim miejscu – odezwałem się. 

– JuŜ prawie zapomniałem... – westchnął Random. 

Zmieniając  biegi  zauwaŜyłem,  Ŝe  moje  spodnie  nabrały  dziwnego  połysku,  którego 

przedtem  nie  miały.  ZwęŜały  się  teŜ  wyraźnie  ku  dołowi,  a  mankiety  zniknęły. Zwróciłem z 

kolei  uwagę  na  moją  koszulę.  Przypominała  teraz  bardziej  marynarkę,  była  czarna  i 

lamowana srebrem, a mój pasek znacznie się poszerzył. Po bliŜszym zbadaniu okazało się, Ŝe 

mam teŜ srebrne lampasy na spodniach. 

–  Widzę,  Ŝe  jestem  juŜ  w  odpowiednim  rynsztunku  –  skonstatowałem,  chcąc  się 

przekonać, jaki to odniesie skutek. 

Random  zachichotał  i  dopiero  teraz  spostrzegłem,  Ŝe  ma  na  sobie  brązowe  spodnie  w 

czerwone  paski  i  pomarańczowo-brązową  koszulę.  Brązowa  czapka  z  Ŝółtą  lamówką  leŜała 

obok na siedzeniu. 

– Ciekaw byłem, kiedy zauwaŜysz – powiedział. – Jak się czujesz? 

– Zupełnie nieźle – odparłem. – Ale, nawiasem mówiąc, jedziemy na ostatnich kroplach 

benzyny. 

– Za późno juŜ, Ŝeby coś na to poradzić. Jesteśmy teraz w prawdziwym świecie i sztuczki 

z  Cieniami  kosztowałyby  za  duŜo  wysiłku.  A  ponadto  nie  przeszłyby  niepostrzeŜenie. 

Niestety, będziemy musieli iść pieszo, kiedy wóz stanie. 

Stanął dwie i pół mili dalej. Zjechałem na skraj drogi i zatrzymałem się. Słońce Ŝegnało 

się juŜ z nami na zachodzie i rzucało długi cień. 

Sięgnąłem  za  siebie  na  tylne  siedzenie  po  buty,  które  tymczasem  przekształciły  się  w 

długie,  czarne  botforty,  i  wyjmując  je  usłyszałem  metaliczny  brzęk.  Jak  się  okazało,  był  to 

dobrze wywaŜony srebrny miecz wraz z pochwą. Pochwa idealnie pasowała do mojego pasa. 

LeŜała tam takŜe czarna peleryna z zapinką w kształcie srebrnej róŜy. 

– Myślałeś pewno, Ŝe na zawsze są stracone? – zapytał Random. 

– Tak jakby – odparłem. 

Wysiedliśmy  z  samochodu  i  ruszyliśmy  pieszo.  Wieczór  był  chłodny  i  rześki.  Na 

wschodzie  pokazały  się  juŜ  gwiazdy,  słońce  chowało  się  za  horyzont.  Szliśmy  drogą,  a 

Random zauwaŜył: 

– Coś tu nie gra. 

– Co masz na myśli? 

– Za łatwo nam poszło. Nie podoba mi się to. Dojechaliśmy do Lasu Ardeńskiego niemal 

bez  przeszkód.  Co  prawda  Julian  próbował  nas  zatrzymać,  ale  sam  nie  wiem...  Tak  gładko 

dotarliśmy aŜ tutaj, Ŝe zaczynam podejrzewać, iŜ nam na to pozwolono. 

– Mnie teŜ to przyszło do głowy – skłamałem. – Jak sądzisz, co to moŜe znaczyć? 

background image

–  Obawiam  się  –  odparł  –  Ŝe  idziemy  prosto  w  pułapkę.  Przez  kilka  minut  szliśmy  w 

milczeniu. 

– Myślisz o zasadzce? – spytałem. – Ten las wydaje mi się dziwnie spokojny. 

– Bo ja wiem. 

Przeszliśmy  jeszcze  jakieś  dwie  mile,  zanim  słońce  zaszło.  Zapadła  ciemna  noc 

rozjarzona gwiazdami. 

– Niezbyt to dla nas odpowiedni sposób podróŜowania – zauwaŜył Random. 

– To prawda – przyznałem. 

– Ale trochę się boję zdobywać teraz rumaka. 

– Ja teŜ. 

– Jaka jest twoja ocena sytuacji? – zapytał Random. 

– W kaŜdej chwili moŜe nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. 

– Czy sądzisz, Ŝe powinniśmy zejść z drogi? 

–  Zastanawiałem  się  nad  tym  –  znów  skłamałem.  –  Nic  nam  nie  zaszkodzi  pójść  trochę 

skrajem lasu. 

Weszliśmy  pomiędzy  drzewa  i  ciemne  cienie  skał  i  krzewów.  Powoli  wzeszedł  księŜyc, 

srebrzysty, rozjaśniający noc. 

– Męczy mnie przeczucie, Ŝe nie moŜe nam się udać – odezwał się Random. 

– Na czym je opierasz? 

– Na jednej zasadniczej rzeczy. 

– Jakiej? 

–  Wszystko  poszło  za  szybko  i  za  łatwo.  Wcale  mi  się  to  nie  podoba.  Teraz,  kiedy 

jesteśmy w prawdziwym świecie, za późno juŜ, Ŝeby się cofać. Nie moŜemy igrać z Cieniami, 

musimy polegać na własnych mieczach. (Sam miał u pasa krótką, wypolerowaną do połysku 

klingę).  Podejrzewam,  Ŝe  to  za  sprawą  Eryka  dotarliśmy  aŜ  tutaj.  Nic  juŜ  na  to  nie  moŜemy 

poradzić, ale teraz Ŝałuję, Ŝe nie musieliśmy walczyć o kaŜdy cal przebytej drogi. 

Przeszliśmy  jeszcze  milę  i  zatrzymaliśmy  się  na  papierosa.  Paliliśmy,  osłaniając  dłońmi 

Ŝ

arzący się czubek. 

– Co za piękna noc – powiedziałem do Randoma i chłodnego wietrzyku. 

– Tak, zapewne... Co to takiego? 

Za nami zaszeleściło coś w krzakach. 

– MoŜe to jakieś zwierzę... 

Random  juŜ  trzymał  miecz  w  ręku.  Zamarliśmy  w  bezruchu,  ale  nic  więcej  nie 

usłyszeliśmy.  Random  schował  miecz  i  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Z  tyłu  nie  dobiegały  juŜ 

Ŝ

adne  dźwięki,  lecz  po  chwili  usłyszałem  coś  przed  nami.  Na  moje  spojrzenie  Random 

odpowiedział skinięciem głowy i zaczęliśmy iść jeszcze ostroŜniej. 

W oddali widać było delikatną łunę, jaką daje ognisko. Nie słyszeliśmy Ŝadnych głosów, 

ale porozumiawszy się bez słów zgodnie skierowaliśmy się w tamtą stronę. 

background image

Minęła prawie godzina, zanim dotarliśmy do obozowiska. Wokół ognia siedziało czterech 

męŜczyzn, dwóch innych spało w cieniu. Dziewczyna przywiązana do pala miała wprawdzie 

odwróconą głowę, lecz na jej widok serce zabiło mi Ŝywiej. 

– CzyŜby to była...? – szepnąłem do Randoma. 

– Tak, to moŜe być ona – przyznał. 

Dziewczyna zwróciła twarz w naszą stronę i wtedy ją rozpoznałem. 

– Deirdre! 

–  Ciekawe,  co  ta  lala  zmalowała?  –  powiedział  Random.  –  Sądząc  po  ich  barwach, 

zabierają ją z powrotem do Amberu. 

MęŜczyźni  mieli  stroje  czarno-czerwono-srebrne,  które  to  zestawienie,  jak  pamiętałem z 

kart tarokowych i jeszcze skądś, było charakterystyczne dla Eryka. 

– Skoro Eryk chce ją mieć, to wystarczający powód, aby jej nie dostał – oświadczyłem. 

–  Nigdy  nie  Ŝywiłem  szczególnych  uczuć  do  Deirdre  –  powiedział  Random  –  ale  wiem, 

Ŝ

e  ty  wręcz  przeciwnie,  wobec  tego...  –  I  wyciągnął  miecz  z  pochwy.  Poszedłem  w  jego 

ś

lady. 

– Szykuj się – poleciłem, gotując się do skoku. 

Spadliśmy  na  nich  jak  piorun.  W  dwie  minuty  było  juŜ  po  wszystkim,  Deirdre 

obserwowała  nas z napięciem, jej twarz w świetle ognia wyglądała jak wykrzywiona maska. 

Krzyczała,  śmiała  się  i  powtarzała  nasze  imiona  wysokim  i  przestraszonym  głosem,  dopóki 

nie rozciąłem jej więzów i nie pomogłem wstać. 

– Bądź pozdrowiona, siostro. Czy przyłączysz się do nas w naszej Drodze do Amberu? 

– Nie – odpowiedziała. – Dziękuję za uratowanie mi Ŝycia, ale wolałabym od razu go nie 

stracić. Po co właściwie idziecie do Amberu? 

– Jest tam pewien tron do zdobycia – odparł Random, co było dla mnie nowością – a my 

jesteśmy nim zainteresowani. 

–  Jeśli  macie  choć  odrobinę  oleju  w  głowie,  to  radzę  wam  trzymać  się  z  daleka  i  nie 

nadstawiać  karku  –  powiedziała.  Była  naprawdę  urocza,  choć  wymęczona  i  umorusana. 

Wziąłem ją w ramiona i uścisnąłem. Random tymczasem znalazł bukłak wina i napiliśmy się 

wszyscy po łyku. 

– Eryk jest jedynym księciem w Amberze – ciągnęła Deirdre – i wojsko jest mu oddane. 

–  Nie  boję  się  Eryka  –  oświadczyłem,  choć  w  głębi  duszy  wcale  nie  byłem  tego  taki 

pewien. 

– Nigdy nie wpuści was do Amberu – mówiła dalej. – Sama byłam tam więźniem, dopóki 

dwa  dni  temu  nie  udało  mi  się  wydostać  sekretnym  przejściem.  Myślałam,  Ŝe  schronię  się 

pośród  Cieni,  dopóki  wszystko  się  jakoś  nie  ułoŜy,  ale  niełatwo  tam  przejść  tak  blisko  od 

rzeczywistego  świata.  ToteŜ  dziś  rano  jego  ludzie  mnie  znaleźli  i  wieźli  z  powrotem  do 

Amberu.  MoŜliwe,  Ŝe  po  powrocie  kazałby  mnie  zabić,  choć  nie  jestem  tego  pewna.  W 

background image

kaŜdym  razie  i  tak  byłabym  nic  nie  znaczącą  kukiełką.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  Eryk  moŜe  być 

obłąkany, ale tego teŜ nie jestem pewna. 

– A co z Bleysem? – zapytał Random. 

–  Wysyła  róŜne  stwory  z  Cieni  i  Eryk  jest  mocno  zaniepokojony.  Ale  nigdy  dotąd  nie 

zaatakował  wprost,  więc  Eryk  nie  wie,  co o tym myśleć, a sprawa sukcesji korony dalej jest 

nie rozstrzygnięta, choć Eryk dzierŜy teraz berło w garści. 

– Rozumiem. Czy mówił coś o nas? 

–  O  tobie  nie,  ale  o  Corwinie  owszem.  Nadal  boi  się  jego  powrotu  do  Amberu.  Jeszcze 

przez  jakieś  pięć  mil  nic  wam  nie  grozi,  potem  jednak  na  kaŜdym  kroku  czyha  na  was 

ś

miertelne  niebezpieczeństwo.  KaŜde  drzewo  i  kaŜda  skała  kryją  pułapkę  lub  zasadzkę, 

wszystko na cześć Bleysa i Corwina. Eryk chciał, Ŝebyście dotarli aŜ tutaj, gdzie Cienie wam 

nie  pomogą  i  będziecie  w  jego  mocy.  To absolutnie niemoŜliwe, aby udało się wam ominąć 

niezliczone pułapki i dostać się do Amberu. 

– A jednak ty uciekłaś... 

–  To  co  innego.  Ja  starałam  się  wydostać,  a  nie  wtargnąć  do  środka.  Zapewne  teŜ  z 

powodu  mojej  płci  i  braku  ambicji  nie  poświęcał  mi  tyle  uwagi,  co  wam.  A  poza  tym,  jak 

widzicie, i tak mi się nie udało. 

– Teraz to się zmieni, siostro – obiecałem. – Póki mam miecz w garści, jestem na twoje 

usługi. – A ona ucałowała mnie i uścisnęła mi rękę, na co zawsze byłem łasy. 

–  Jestem  pewien,  Ŝe  nas  śledzą  –  powiedział  Random  i  wszyscy  troje  daliśmy  nura  w 

ciemności. 

LeŜeliśmy  bez  ruchu  za  krzakiem,  obserwując,  czy  ktoś  się  nie  pokaŜe.  Po  pewnym 

czasie  z  pospiesznej,  przeprowadzonej szeptem narady wynikło jasno, Ŝe oczekują ode mnie 

podjęcia jakiejś decyzji. Pytanie było proste: co dalej? 

Na  tak  lapidarnie  postawioną  kwestię  nie  mogłem  juŜ  dać  wykrętnej  odpowiedzi. 

Wiedziałem, Ŝe nie naleŜy im ufać, nawet drogiej Deirdre, a jeśli juŜ miałem związać z kimś 

swoje  losy,  to  Random  był  przynajmniej  wraz  ze  mną  pogrąŜony  po  uszy,  a  Deirdre zawsze 

darzyłem szczególną sympatią. 

–  Kochane  rodzeństwo  –  zacząłem  –  muszę  wam  coś  wyznać...  –  i  ręka  Randoma 

natychmiast spoczęła na rękojeści miecza: oto jak przedstawiały się nasze braterskie stosunki. 

Słyszałem niemal, jak mówi do siebie: Corwin uknuł zdradę. 

– Jeśli uknułeś zdradę – powiedział – to Ŝywcem mnie nie weźmiesz. 

– Zwariowałeś? – odparłem. – Potrzebna mi jest twoja pomoc, a nie twoja głowa. A moje 

wyznanie sprowadza się do tego, Ŝe nie mam pojęcia, o co, u diabła, w tym wszystkim chodzi. 

Domyśliłem  się  pewnych  rzeczy,  ale  tak  naprawdę  to  nie  wiem,  gdzie  jesteśmy,  co  to  jest 

Amber, co robi Eryk, kim jest Eryk i dlaczego chowamy się po krzakach przed jego ludźmi, 

no i przede wszystkim kim ja właściwie jestem. 

Zapadła nieznośnie długa cisza, przerwana wreszcie szeptem Randoma: 

background image

– Co to znaczy? 

– Właśnie, co to znaczy? – zawtórowała mu Deirdre. 

–  To  znaczy,  Ŝe  udało  mi  się  wywieść  cię  w  pole,  Random.  Nie  wydawało  ci  się  to 

dziwne,  Ŝe  przez  całą  drogę  moja  rola  sprowadzała  się  wyłącznie  do  prowadzenia 

samochodu? 

–  Ty  kierowałeś  całą  wyprawą.  Sądziłem,  Ŝe  działasz  według  jakiegoś  planu.  Poza  tym 

wykonałeś kilka całkiem sprytnych posunięć. No i bądź co bądź, jesteś Corwinem. 

– Ja sam dowiedziałem się o tym dwa dni temu – powiedziałem. – Wiem tyle, Ŝe jestem 

kimś, kogo nazywacie Corwinem, ale niedawno miałem wypadek, podczas którego doznałem 

obraŜeń głowy – jak się rozjaśni, to pokaŜę wam bliznę – i od tej pory cierpię na amnezję. Nie 

pojmuję całego tego gadania o Cieniach. Nie przypominam sobie nawet, jak wygląda Amber. 

Pamiętam tylko moje rodzeństwo i fakt, Ŝe nie bardzo mogę mu ufać. Oto cała historia. I co 

teraz zrobimy? 

–  Do  diaska!  –  zaklął  Random.  –  Tak,  teraz  rozumiem.  To  wyjaśnia  róŜne  drobiazgi, 

które mnie dziwiły podczas drogi... Ale jak ci się udało tak kompletnie omamić Florę? 

–  Kwestia  szczęścia  i  podświadomej  przebiegłości.  ChociaŜ  nie!  Ona  po  prostu  jest 

głupia. Teraz jednak naprawdę was potrzebuję. 

– Czy sądzisz, Ŝe zdołamy przedrzeć się do Cieni? – spytała Deirdre, lecz nie zwracała się 

z tym do mnie. 

–  Tak,  ale  jestem  temu  przeciwny  –  odparł  Random.  –  Chciałbym  ujrzeć  Corwina  w 

Amberze,  a  głowę  Eryka  na  palu.  I  nie  cofnę  się  przed  ryzykiem,  Ŝeby  to  zobaczyć,  nie 

zamierzam więc wracać do Cieni. Ty oczywiście rób, co chcesz. Zawsze uwaŜaliście mnie za 

mięczaka  i  pozera;  teraz  się  przekonacie,  Ŝe  potrafię  przeprowadzić  raz  powziętą  sprawę  do 

końca. 

– Dzięki, bracie – powiedziałem. 

– Masz źle w głowie – stwierdziła Deirdre. 

–  Ciesz  się,  Ŝe  juŜ  nie  tkwisz  przywiązana  do  pala  –  wypomniał  jej  i  więcej  się  nie 

odezwała. 

Odpoczywaliśmy  w  trawie  jeszcze  przez  chwilę,  gdy  wtem  na  polanę  wkroczyło  trzech 

męŜczyzn.  Rozejrzeli  się  dokoła  i  dwóch  z  nich  pochyliło  się,  wąchając  ziemię.  Później 

spojrzeli w naszym kierunku. 

– Ciekawe – szepnął Random, kiedy zaczęli się zbliŜać. 

Zobaczyłem  to  wyraźnie,  choć  tylko  odbite  w  Cieniu.  MęŜczyźni  opuścili  się  na 

czworaki,  a  ich  szare  stoję  uległy  w  świetle  księŜyca  dziwnemu  przeobraŜeniu.  I  raptem 

spojrzało na mnie sześcioro płonących oczu naszych tropicieli. 

Przeszyłem  pierwszego  wilka  mieczem  i  rozległ  się  ludzki jęk. Random jednym ruchem 

ś

ciął głowę drugiemu i ze zdumieniem zobaczyłem, Ŝe Deirdre podnosi trzeciego i z suchym, 

krótkim trzaskiem łamie mu kręgosłup na kolanie. 

background image

–  Chodź  tu,  szybko!  –  krzyknął  Random.  Przebiłem  jeszcze  ciało  jego  ofiary,  a  potem 

przetrąconego wilka Deirdre, czemu towarzyszyły dalsze rozdzierające krzyki. 

– Uciekajmy! – zarządził Random. – Tędy! 

PodąŜyliśmy za nim i po jakiejś godzinie przemykania się pośród zarośli Deirdre spytała: 

– Dokąd właściwie idziemy? 

– Do morza – odparł Random. 

– Po co? 

– Bo tam się kryje pamięć Corwina. 

– Jak to? 

– W Rebmie, oczywiście. 

– Zabiją cię tam i rzucą rekinom na poŜarcie. 

–  Nie  pójdę  do  samego  końca.  Od  brzegu  ty  go  poprowadzisz  i  porozmawiasz  z  siostrą 

twojej siostry. 

– Chcesz, Ŝeby jeszcze raz przeszedł Wzorzec? 

– Tak. 

– To niebezpieczne. 

– Wiem... Posłuchaj, Corwinie – zwrócił się do mnie – muszę przyznać, Ŝe zachowywałeś 

się ostatnio w stosunku do mnie bardzo przyzwoicie. Jeśli przypadkiem nie jesteś Corwinem, 

to będzie po tobie. ChociaŜ musisz nim być, nie moŜesz być nikim innym sądząc po tym, jak 

sobie  radziłeś  mimo  braku  pamięci.  Nie,  głowę  dam,  Ŝe  to  ty.  Zaryzykuj  i  przejdź  drogę 

wyznaczoną przez Wzorzec. Istnieje szansa, Ŝe przywróci ci to pamięć. Czy jesteś gotów? 

– Chyba tak – odparłem. – Ale co to takiego ten Wzorzec? 

– Rebma to miasto widmo. Stanowi odbicie zatopione w morzu. Jak w zwierciadle odbija 

się w nim cały świat. śyją tam ludzie Llewelli, tak jakby Ŝyli w Amberze. Nienawidzą mnie 

za kilka grzeszków z przeszłości, więc nie mogę ci towarzyszyć, ale jeśli wyjaśnisz im, co cię 

sprowadza, i napomkniesz o swojej misji, to chyba pozwolą ci przejść przez Wzorzec Rebmy, 

który  będąc  odwrotnością  tego  z  Amberu,  powinien  odnieść  ten  sam  skutek.  To  znaczy  dać 

synowi naszego ojca moc przebywania pośród Cieni. 

– Co przez to zyskam? 

– Zyskasz wiedzę o sobie samym. 

– Wobec tego jestem gotów – oświadczyłem. 

– Brawo! Skoro tak, to idziemy na południe. Zajmie nam to parę dni, zanim dotrzemy do 

schodów – Zejdziesz z nim, Deirdre? 

–  Tak,  zejdę  tam  z  moim  bratem  Corwinem.  Wiedziałem,  Ŝe  tak  odpowie,  i  ucieszyłem 

się, choć jednocześnie ogarnął mnie lęk. 

Szliśmy  całą  noc.  Wyminęliśmy  trzy  zbrojne  oddziały,  a  nad  ranem  przespaliśmy  się  w 

jaskini. 

 

background image

 

Rozdział 5 

Dwie doby szliśmy do róŜowo-czarnych piasków oceanu. Trzeciego dnia rano dotarliśmy 

na plaŜę, uniknąwszy szczęśliwie spotkania z kolejnym oddziałem. Nie chcieliśmy wychodzić 

na otwartą przestrzeń, dopóki nie wypatrzymy miejsca, w którym znajduje się Faiella-bionin, 

czyli Schody do Rebmy, i nie będziemy mogli szybko do nich podbiec. 

Wschodzące  słońce  rzucało  tysięczne  refleksy  na  spienione  fale  i  oślepieni  ich 

migotliwym  tańcem  nie  mogliśmy  dostrzec,  co  się  dzieje  pod  powierzchnia  wody.  Przez 

ostatnie dwie doby Ŝywiliśmy się owocami, byłem więc wściekle głodny, ale zapomniałem o 

tym patrząc na szeroką, opadającą ku morzu plaŜę, na jej kręte brzegi porośnięte czerwonym, 

pomarańczowym i róŜowym koralowcem, na złoŜa muszelek i wypolerowanych kamyków, na 

złoto-błękitno-purpurowe  fale  z  cichym  pluskiem  ślące  w  dal  swoją  pieśń  Ŝycia,  niczym 

błogosławieństwo spod róŜowej zorzy porannej. 

Jakieś  dwadzieścia  mil  na  lewo  w  kierunku  północnym,  zwrócona  ku  wschodowi, 

wznosiła  się  góra  Kolvir,  matczynym  gestem  chroniąca  Amber  w  objęciach,  a  budzące  się 

słońce oświetlało ją złotą poświatą, rozpinając nad miastem welon tęczy. Random spojrzał w 

tamtą stronę i zazgrzytał zębami – moŜliwe, Ŝe i ja bezwiednie uczyniłem to samo. 

Deirdre dotknęła mojej ręki, wskazała przed siebie ruchem głowy i zaczęła iść na północ, 

równolegle do brzegu. Random i ja podąŜyliśmy za nią. Najwyraźniej wypatrzyła jakiś znak. 

Przeszliśmy moŜe ćwierć mili, kiedy nagle ziemia jakby lekko zadrŜała. 

– Jeźdźcy na koniach! – syknął Random. 

– Spójrzcie! – powiedziała Deirdre. Głowę zadarła do góry i patrzyła w niebo. Poszedłem 

za jej wzrokiem. Nad nami krąŜył jastrząb. 

– Jak daleko jeszcze? – spytałem. 

– Tam, przy tym kopcu – odparła. Wznosił się jakieś sto metrów przed nami, wysoki na 

ponad  dwa  metry,  zbudowany  z  duŜych  szarych  kamieni,  wytartych  przez  piasek,  wiatr  i 

wodę, usypanych na kształt ściętego stoŜka. 

Odgłos kopyt rozległ się bliŜej i towarzyszył mu dźwięk rogu, ale nie był to róg Juliana. 

– Biegiem! – krzyknął Random i rzuciliśmy się naprzód. 

background image

Po  jakichś  dwudziestu  pięciu  krokach  spadł  na  nas  jastrząb.  Runął  na  Randoma,  ale  ten 

opędził  się  trzymanym  w  ręku  mieczem.  Wtedy  ptaszysko  rzuciło  się  na  Deirdre. 

Błyskawicznie wyciągnąłem miecz z pochwy i ciąłem. Poleciały pióra. Ptak uniósł się i znów 

opadł  –  tym  razem  ostrze  trafiło  celnie  i  myślę,  Ŝe  jastrząb  spadł  na  ziemię,  ale  nie  mogę 

przysiąc, bo nie miałem zamiaru zatrzymywać się i oglądać. Tętent słychać było juŜ całkiem 

blisko i wyraźnie, a sygnał rogu przewiercał nam uszy. 

Dobiegliśmy do stoŜka. Deirdre zwróciła się pod kątem prostym do morza i ruszyła przed 

siebie.  Nie  byłem  w  nastroju,  Ŝeby  kwestionować  decyzję  tej,  która  zdawała  się  doskonale 

wiedzieć,  co  robi.  Poszedłem  w  jej  ślady;  kątem  oka  widziałem  juŜ  jeźdźców.  Byli  jeszcze 

dość  daleko,  ale  pędzili  galopem  po  plaŜy  pośród  ujadania  psów  i  kakofonii  rogów.  Na  ten 

widok Random i ja rzuciliśmy się czym prędzej do wody za naszą siostrą. Byliśmy juŜ po pas 

w morzu, kiedy Random powiedział: 

– Czeka mnie śmierć, czy zostanę, czy pójdę dalej. 

– Ale tu grozi ci natychmiast, a tam moŜna jeszcze próbować negocjacji. Chodź szybko! 

Byliśmy na czymś w rodzaju kamiennego chodnika, który schodził w morze. Nie miałem 

pojęcia, jak oni sobie wyobraŜają oddychanie pod wodą, ale Deirdre najwyraźniej się tym nie 

przejmowała, więc i ja starałem się nie okazywać niepokoju, choć mocno mnie to nurtowało. 

Kiedy  woda  zaczęła  nam  podchodzić  do  gardła,  byłem  bliski  paniki.  JednakŜe  Deirdre  szła 

prosto przed siebie, a ja z Randomem za nią. Co parę kroków był stopień w dół. Schodziliśmy 

po ogromnych schodach, które nazywały się Faiella-bionin, jak sobie naraz uprzytomniłem. 

Przy następnym stopniu woda zamknie mi się nad głową – Deirdre juŜ zeszła poniŜej linii 

morza! Wciągnąłem wiec głęboko powietrze i zanurzyłem się. Stopnie schodziły coraz niŜej. 

Nie  mogłem  się  nadziwić,  Ŝe  woda  nie  wypycha  mnie  w  górę,  lecz  idę  sobie  zupełnie 

swobodnie  jak  po  normalnych  schodach,  choć  moje  ruchy  są  nieco  spowolnione.  Zacząłem 

się  martwić,  co  zrobię,  kiedy  nie  będę  mógł  dłuŜej  wstrzymywać  oddechu.  Widziałem 

pęcherzyki  nad  głową  Deirdre  i  Randoma  i  starałem  się  podpatrzeć,  jak  oni  to robią, ale nic 

szczególnego nie rzucało mi się w oczy. Ich piersi unosiły się w normalnym rytmie oddechu. 

Kiedy byliśmy juŜ jakieś trzy metry pod wodą, dobiegł mnie z lewej strony glos Randoma 

– jego słowa rozlegały się jakby z głębi studni, ale były całkiem wyraźne. 

–  Nie  sądzę,  aby  psy  poszły  za  nami,  choćby  nawet  udało  im  się  zmusić  konie  – 

powiedział. 

–  W  jaki  sposób  jesteś  w  stanie  oddychać?  –  spróbowałem  zapytać  i  jakby  z  oddali 

usłyszałem własne słowa. 

–  Nie  martw  się  –  powiedział  szybko.  –  Jeśli  wstrzymujesz  powietrze,  to  je  wypuść  i 

odpręŜ się. Dopóki jesteś na schodach, moŜesz normalnie oddychać. 

– Jak to moŜliwe? 

– Jeśli nasz plan się uda, sam zrozumiesz – odpowiedział, a jego glos zadudnił głucho w 

zimnej, płynnej zieleni. 

background image

Byliśmy  juŜ  jakieś  siedem  metrów  pod  wodą  –  wypuściłem  odrobinę  powietrza  i 

spróbowałem  leciutko  wciągnąć  oddech.  Nie  odczułem  Ŝadnych  przykrych  następstw, 

wciągnąłem  więc  oddech  głębiej.  Poleciało  jeszcze  trochę  bąbelków,  ale  oprócz  tego  nic 

szczególnego  nie  nastąpiło.  Nie  czułem  teŜ  parcia  wody,  a  schody,  po  których  schodziłem, 

widziałem  jak  przez  zieloną  mgłę.  Wiodły  coraz  niŜej  i  niŜej,  prosto  przed  siebie.  Gdzieś  z 

dołu sączyło się nikłe światło. 

– Kiedy miniemy łuk, będziemy bezpieczni – powiedziała moja siostra. 

–  Wy  będziecie  bezpieczni  –  poprawił  ją  Random.  Zastanawiałem  się,  co  takiego  mógł 

zrobić,  Ŝeby  zasłuŜyć  sobie  na  podobny  gniew  w  miejscu  zwanym  Rebmą.  –  Jeśli  jadą  na 

koniach,  które  nigdy  tędy  nie  szły,  to  będą  musieli  ścigać  nas  pieszo  –  ciągnął  Random.  – 

Wtedy mamy szansę im uciec. 

– W takim przypadku zapewne w ogóle zrezygnują z pogoni – zauwaŜyła Deirdre. 

Przyspieszyliśmy  kroku.  Kiedy  byliśmy  juŜ  kilkanaście  metrów  pod  powierzchnią, 

zrobiło  się  ciemno  i  zimno,  ale  poświata  dobiegająca  z  dołu  była  coraz  jaśniejsza  i  po 

kolejnych paru stopniach zobaczyłem jej źródło. 

Na prawo wznosiła się kolumna. Jej szczyt wieńczyło coś na kształt jarzącego się klosza. 

Jakieś  pięć  metrów  dalej  stała  druga  taka  kolumna,  tym  razem  na  lewo,  a  potem  następna, 

znów na prawo i tak dalej. Kiedy się do nich zbliŜyliśmy, woda stała się cieplejsza, a schody 

wyraźniejsze; były białe, w róŜowe i zielone Ŝyłki; przypominałyby marmur, gdyby nie to, Ŝe 

nie  były  śliskie  mimo  opływającej  je  wody.  Miały  jakieś  piętnaście  metrów  szerokości  i  po 

obu stronach ogradzała je balustrada z tego samego materiału. 

Wokół nas pływały ryby. Obejrzałem się przez ramię, lecz nie dojrzałem Ŝadnych śladów 

pościgu. 

Robiło się coraz jaśniej. Weszliśmy w krąg pierwszego światła i zobaczyłem, Ŝe to wcale 

nie  klosz  zwieńcza  czubek  kolumny.  Musiałem  dodać  sobie  ów  szczegół,  próbując  jakoś 

zracjonalizować  w  myślach  to  zjawisko.  Tymczasem  okazało  się,  Ŝe  był  to  półmetrowy 

płomień,  tańczący  jak  na  wielkiej  pochodni.  Postanowiłem,  Ŝe  spytam  o  to  później,  a  teraz 

zachowam oddech – jeśli tak to moŜna nazwać – na szybki marsz w dół. 

Kiedy  weszliśmy  w  aleję  światła  i  minęliśmy  sześć  duŜych  pochodni,  Random 

powiedział: 

– Gonią nas. 

Obejrzałem się ponownie i zobaczyłem w dali kilka postaci, cztery z nich na koniach. To 

dziwne uczucie śmiać się pod wodą i słyszeć własny śmiech. 

–  Proszę  bardzo  –  oświadczyłem,  dotykając  rękojeści  –  teraz,  kiedy  doszliśmy  aŜ  dotąd, 

wstąpiła we mnie dziwna moc! 

Przyspieszyliśmy  jednak  kroku  –  na  prawo  i  na  lewo  otaczały  nas  wody  czarne  jak 

atrament.  Oświetlone  były  tylko  schody,  po  których  zbiegaliśmy  w  dół  co  sił,  aŜ  wreszcie 

background image

dostrzegłem w oddali coś jakby wielki łuk. Deirdre przeskakiwała po dwa stopnie naraz, ale 

juŜ czuliśmy wibracje tworzone przez staccato kopyt końskich za nami. 

Daleko  z  tyłu  widać  było  zbrojny  oddział wypełniający całą szerokość schodów. Czterej 

jeźdźcy na koniach wysforowali się do przodu i powoli nas doganiali. Biegnąc za Deirdre, nie 

zdejmowałem ręki z rękojeści. 

Trzy, cztery, pięć. Dopiero minąwszy piąte światło odwróciłem się znowu i zobaczyłem, 

Ŝ

e jeźdźcy są kilkanaście metrów nad nami. Pieszego oddziału nie było juŜ prawie widać. W 

dole  majaczył  łuk,  od  którego  dzieliło  nas  jeszcze  kilkadziesiąt  metrów.  DuŜy,  lśniący  jak 

alabaster, zdobiony rzeźbami trytonów, nimf morskich, syren, delfinów. A po drugiej stronie 

stali chyba ludzie. 

– Muszą się dziwić, po co tu przychodzimy – powiedział Random. 

–  Jeśli  nie  zdołamy  tam  dotrzeć,  ta  kwestia  pozostanie  bez  odpowiedzi  –  odparłem, 

biegnąc  ile  sił,  gdyŜ  kątem  oka  dojrzałem,  Ŝe  jeźdźcy  zbliŜyli  się  jeszcze  o  kilka  metrów. 

Wyciągnąłem miecz z pochwy – jego ostrze błysnęło w świetle pochodni. Random poszedł za 

moim  przykładem.  Jeszcze  parę  stopni  i  wibracje  dochodzące  z  zielonej  toni  stały  się  tak 

potęŜne, i musieliśmy stanąć i zmierzyć się z przeciwnikiem, by nie dać się zarąbać w biegu. 

Napastnicy byli tuŜ-tuŜ. Od bramy dzieliło nas nie więcej niŜ trzydzieści metrów, ale póki 

nie pokonamy czterech jeźdźców, równie dobrze mogło to być trzydzieści mil. Zrobiłem unik 

przed  ciosem  nacierającego  na  mnie  męŜczyzny.  Z  prawej  strony,  nieco  za  nim,  zbliŜał  się 

następny napastnik, wobec tego przesunąłem się w lewo, bliŜej balustrady. Zmuszało go to do 

cięcia po przekątnej, jako Ŝe trzymał miecz w prawej ręce. 

Jego cios sparowałem en quatre i zripostowałem. Był mocno wychylony z siodła i czubek 

miecza  przeszył  mu  szyję  po  prawej  stronie.  Silny  strumień  krwi  niczym  szkarłatny  dym 

uniósł  się  wirując  w  zielonej  poświacie.  Pomyślałem  idiotycznie,  Ŝe  powinien  to  zobaczyć 

Van Gogh. Koń przeszedł bokiem, a ja skoczyłem do drugiego napastnika i zaatakowałem go 

od tyłu. Odwrócił się i odparł cios. Ale siła inercji w wodzie i moje uderzenie wysadziły go z 

siodła.  Kiedy  spadał,  kopniakiem  podrzuciłem  go  w  górę  i  gdy  dryfował  nade  mną,  znów 

ciąłem.  I  tym  razem  sparował,  lecz  wypchnęło  go  to  poza  balustradę.  Usłyszałem  jeszcze 

tylko jego krzyk, kiedy wessało go ogromne ciśnienie wody. Potem zapadła cisza. 

Zwróciłem  się  teraz  do  Randoma,  który  zabił  juŜ  jednego  jeźdźca  wraz  z  koniem  i 

właśnie  walczył  z  drugim.  Zanim  do  niego  dobiegłem,  zabił  i  jego  i  śmiał  się  w  głos.  Krew 

falowała nad ciałami zabitych i nagle zdałem sobie sprawę, Ŝe naprawdę dawno temu znalem 

szalonego, smutnego, nieszczęsnego Vincenta van Gogha, i to wielka szkoda, iŜ nie mógł tego 

namalować. 

Oddział  pieszych  znajdował  się  teraz  jakieś  trzydzieści  metrów  za  nami,  rzuciliśmy  się 

więc  biegiem  w  kierunku  łuku.  Deirdre  była  juŜ  po  drugiej  stronie.  Po  chwili  i  my 

przekroczyliśmy  bramę.  Mieliśmy  obecnie  do  dyspozycji  las  mieczy  i  goniący  cofnęli  się. 

Schowaliśmy broń, a Random powiedział: 

background image

– Dostanę teraz za swoje – po czym podeszliśmy do grupy ludzi, którzy stanęli w naszej 

obronie. 

Randomowi  kazano  natychmiast  oddać  broń  –  wzruszył  ramionami  i  odpiął  miecz. 

Dwóch męŜczyzn stanęło po jego bokach, a trzeci z tyłu i w ten sposób schodziliśmy dalej po 

schodach. 

Straciłem  poczucie  czasu  w  tym  wodnym  królestwie,  ale  musieliśmy  chyba  iść  jakiś 

kwadrans do pół godziny, zanim doszliśmy na miejsce. 

Stały  przed  nami  złote  wrota  Rebmy.  Weszliśmy  przez  nie  i  znaleźliśmy  się  w  mieście. 

Wszystko  widać  było  przez  zieloną  mgiełkę.  Budynki,  delikatnej  konstrukcji  i  w większości 

wysokie,  tworzyły  regularne  wysepki,  a  ich  kolory  raniły  mi  oczy,  wwiercając  się  w  mózg  i 

natrętnie  domagając  się  miejsca  w  mojej  pamięci.  Niestety,  skończyło się na znanym mi juŜ 

bólu  głowy,  który  odzywał  się,  ilekroć  dawały  o  sobie  znać  rzeczy  zapomniane  lub  na  wpół 

zapomniane. Wiedziałem jednak, Ŝe chodziłem juŜ kiedyś po tych ulicach lub w kaŜdym razie 

po bardzo podobnych. 

Random  nie  wypowiedział  ani  słowa,  odkąd  go  aresztowano.  Deirdre  zapytała  jedynie  o 

naszą siostrę, Llewellę, Upewniono ją, Ŝe Llewella jest w Rebmie. 

Przyjrzałem  się  eskortującym  nas  męŜczyznom.  Ich  włosy  były  zielonkawe,  purpurowe 

lub czarne, a oczy zielone, tylko jeden miał oczy piwne. Ubrani byli w łuskowate pantalony i 

peleryny,  mieli  skrzyŜowane  na  piersiach  szelki  i  krótkie  klingi  u  pasów  nabitych 

muszelkami. Wszyscy byli dość skąpo owłosieni. Nic do mnie nie mówili, ale przypatrywali 

mi się ciekawie – Pozwolono mi zatrzymać broń. 

W  mieście  poprowadzono  nas  szeroką  aleją,  jeszcze  gęściej  oświetloną  płonącymi 

kolumnami  niŜ  Faiella-bionin.  Ludzie  patrzyli  na  nas  zza  ośmiokątnych  przyciemnionych 

okien,  a  wokół  pływały  barwne  ryby.  Kiedy  skręciliśmy  na  rogu,  ogarnął  nas  zimny  prąd, 

niczym podmuch północnego wiatru, a po kilku krokach prąd ciepły, jak wiosenny zefirek. 

Doprowadzono  nas  do  pałacu  w  środku  miasta,  który  znałem  jak  własną  kieszeń.  Był 

odbiciem  pałacu  w  Amberze,  zamglonym  przez  zieloną  toń  i  zniekształconym  przez 

niezliczone  lustra  umieszczone  w  najdziwniejszych  miejscach.  W  szklanej  sali,  teŜ  mi 

znajomej,  siedziała  na  tronie  kobieta  o  szmaragdowych  włosach  przetykanych  srebrem, 

ogromnych  oczach  koloru  nefrytu  i  brwiach  jak  skrzydła  Jaskółki.  Miała  małe  usta,  okrągły 

podbródek i wysokie, wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Przez jej czoło biegła obręcz z 

białego  złota,  a  szyję  zdobił  kryształowy  naszyjnik  ze  wspaniałym  szafirem  rzucającym 

błyski  spomiędzy  jej  pięknych,  gołych  piersi,  których  czubki  teŜ  były  jasnozielone.  Ubrana 

była w niebieskie łuskowe spodnie i srebrny pasek, w ręku trzymała berło z róŜowego korala, 

a  na  kaŜdym  palcu  miała  pierścionek  z  kamieniem  w  innym  odcieniu  błękitu.  Powitała  nas 

bez uśmiechu. 

– Czego tu szukacie, wygnańcy z Amberu? – spytała melodyjnym miękkim głosem. 

Odpowiedziała jej Deirdre. 

background image

–  Uciekamy  przed  gniewem  księcia,  który  rządzi  w  prawdziwym  mieście,  czyli  przed 

Erykiem. Prawdę mówiąc, chcemy go obalić. Jeśli mu sprzyjacie, to znaczy, Ŝe oddaliśmy się 

w ręce wroga i jesteśmy zgubieni. Ale przeczucie mi mówi, Ŝe tak nie jest. Przyszliśmy prosić 

o pomoc szlachetna Moire... 

– Nie dam wam posiłków do ataku na Amber. Jak wiecie, wszelkie rozruchy znajdą swoje 

odbicie i w moim królestwie. 

– Nie o to nam chodzi, droga Moire – odparła Deirdre – ale o niewielką przysługę, która 

ani ciebie, ani twoich poddanych nie będzie nic kosztowała. 

– Słucham więc. Eryk jest tutaj równie znienawidzony, jak ten renegat stojący po twojej 

lewej  ręce.  –  I  wskazała  na  mojego  brata,  który  patrzył  jej  prosto  w  oczy  z  zuchwałym 

uśmieszkiem w kącikach ust. 

Jeśli nawet przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę za to, co zrobił, to wiedziałem, Ŝe zapłaci 

ją  z  godnością,  jak  prawdziwy  ksiąŜę  Amberu  –  podobnie  jak  to  niegdyś  uczyniło  trzech 

naszych  nieŜyjących  braci,  co  sobie  nagle  uświadomiłem.  Zapłaci  ją  drwiąc  ze  śmierci  i 

ś

miejąc  się  ustami  pełnymi  krwi,  a  umierając  rzuci  klątwę,  która  się  niechybnie  spełni. 

Zrozumiałem, Ŝe ja teŜ mam taką moc i uŜyję jej, gdy okoliczności będą tego wymagać. 

–  Przysługa,  o  którą  proszę  –  ciągnęła  Deirdre  –  dotyczy  mojego  brata  Corwina,  a 

zarazem brata lady Llewelli, która mieszka tu z tobą. O ile wiem, on sam nigdy w niczym ci 

nie uchybił... 

– To prawda. Ale dlaczego nie mówi sam za siebie? 

–  W  tym  cały  problem,  pani.  Nie  moŜe,  bo  nie  wie,  o  co  prosić.  Utracił  pamięć  po 

wypadku,  jaki  mu  się  przytrafił,  gdy  Ŝył  pośród  Cieni.  Przybyliśmy  tu  właśnie  po  to,  Ŝeby 

mógł ją odzyskać i stawić czoło Erykowi. 

–  Proszę  cię,  mów  dalej  –  zachęciła  ją  kobieta  na  tronie  patrząc  na  mnie  spod  rzęs 

ocieniających oczy. 

–  Tu,  w  tym  budynku  –  ciągnęła  Deirdre  –  jest  pewna  komnata,  rzadko  odwiedzana.  W 

tej komnacie, odtworzony na podłodze gorejącą linią, mieści się duplikat tego, co nazywamy 

Wzorcem. Bez utraty Ŝycia przebyć go moŜe tylko syn lub córka ostatniego władcy Amberu. 

Daje  im  to  władzę  nad  Cieniami.  –  W  tym  miejscu  Moire  zamrugała  parę  razy  oczami,  a  ja 

zadałem  sobie  pytanie,  ile  teŜ  osób  wysłała  na  tę  ścieŜkę,  Ŝeby  zdobyć  cząstkę  owej  władzy 

dla  Rebmy.  Oczywiście  bez  rezultatu.  –  UwaŜamy,  Ŝe  przejście  przez  Wzorzec  powinno 

wrócić Corwinowi pamięć i wspomnienie dawnych dni, gdy był księciem Amberu. O ile nam 

wiadomo, to jedyne miejsce, gdzie Wzorzec jest zduplikowany, oprócz Tir-na Nog’th, dokąd 

naturalnie nie moŜemy się w tej chwili udać. 

Moire  zwróciła  spojrzenie  ku  mojej  siostrze,  zmierzyła  zimnym  wzrokiem  Randoma  i 

znów utkwiła oczy we mnie. 

– Czy Corwin jest gotów poddać się tej próbie? – spytała. 

Skłoniłem przed nią głowę. 

background image

– Jestem gotów, pani. 

– Doskonale – powiedziała z uśmiechem. – Wobec tego udzielam ci mojego pozwolenia. 

Nie mogę jednak zapewnić ci bezpieczeństwa poza granicami mojego królestwa. 

–  Jeśli  o  to  chodzi,  wasza  wysokość  –  wtrąciła  Deirdre  –  nie  oczekujemy  Ŝadnych 

przywilejów; po wyjściu stąd sami będziemy sobie radzić. 

– Z wyjątkiem Randoma – oświadczyła Moire – który będzie miał tu zapewnioną opiekę. 

– Co to znaczy? – spytała Deirdre, gdyŜ w tej sytuacji Random oczywiście milczał. 

– Z pewnością przypominasz sobie, Ŝe pewnego razu ksiąŜę Random przybył do mojego 

królestwa jako przyjaciel, a potem w pośpiechu je opuścił z moją córką Morganthe. 

– Słyszałam coś o tym, lady Moire, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy. 

–  Tak  właśnie  było.  W  miesiąc  później  moja  córka  do  mnie  wróciła.  Popełniła 

samobójstwo  w  parę  miesięcy  po  wydaniu  na  świat  syna,  Martina.  Co  masz  nam  na  to  do 

powiedzenia, ksiąŜę Randomie? 

– Nic – odparł Random. 

– Kiedy Martin doszedł do pełnoletniości – ciągnęła Moire – jako Ŝe płynęła w nim krew 

władcy Amberu, uparł się przejść przez Wzorzec. Jemu jednemu z moich ludzi się to udało. 

Oddalił się potem do Cieni i więcej go nie widziałam. Co masz na to do powiedzenia, lordzie 

Randomie? 

– Nic – powtórzył Random. 

–  Wobec  tego  wymierzę  ci  karę  –  oznajmiła  Moire.  –  OŜenisz  się  z  kobietą,  którą  ci 

wskaŜę, i zostaniesz z nią w moim królestwie przez okrągły rok albo poŜegnasz się z Ŝyciem. 

Co ty na to, Randomie? 

Random  nic  nie  rzekł,  ale  gwałtownie  pokiwał  głową.  Moire  uderzyła  berłem  o  poręcz 

swojego turkusowego tronu. 

– Dobrze – oświadczyła. – Niech więc tak będzie. 

I tak się stało. 

Udaliśmy  się  teraz  do  komnat  gościnnych,  Ŝeby  się  trochę  odświeŜyć.  Wkrótce  potem 

Moire pojawiła się w moich drzwiach. 

– Witaj, Moire – powiedziałem. 

– Lord Corwin z Amberu we własnej osobie – rzekła. – Zawsze chciałam cię poznać. 

– A ja ciebie – skłamałem. 

– Twoje bohaterskie czyny przeszły juŜ do legendy. 

– Dziękuję, ale sam niewiele z nich pamiętam. 

– Czy mogę wejść. 

– Oczywiście – usunąłem się na bok. 

Weszła  do  pięknie  urządzonej  komnaty,  którą  mi  przydzieliła,  i  usiadła  na  brzegu 

pomarańczowej sofy. 

– Kiedy chcesz spróbować swoich sił na Wzorcu? 

background image

– Jak najszybciej. 

Zamyśliła się chwilę, potem spytała: 

– Gdzie byłeś przebywając wśród Cieni? 

– Bardzo daleko stąd – odparłem. – W miejscu które pokochałem. 

– To dziwne, Ŝe ksiąŜę Amberu posiada taką zdolność. 

– Jaką zdolność? 

– Do miłości. 

– MoŜe uŜyłem niewłaściwego słowa. 

– Nie sądzę – odparła. – Ballady Corwina potrafią poruszyć strunę serca. 

– Pani, jesteś bardzo łaskawa. 

– Tylko prawdomówna. 

– Pewnego dnia poświęcę ci balladę. 

– Czym się zajmowałeś mieszkając wśród Cieni? 

–  Mam  wraŜenie,  Ŝe  byłem  zawodowym  Ŝołnierzem.  Walczyłem  dla  tych,  którzy  mi 

płacili. A takŜe pisałem słowa i muzykę do popularnych piosenek. 

– Obie te rzeczy wydają mi się w twoim przypadku logiczne i naturalne. 

– Powiedz mi, proszę, co będzie z moim bratem, Randomem? 

–  OŜeni  się  z  moją  poddaną,  dziewczyną  imieniem  Vialle.  Jest  niewidoma  i  nie  ma 

konkurenta. 

– Czy jesteś pewna – spytałem – Ŝe wyrządzasz jej tym przysługę? 

–  W  ten  sposób  osiągnie  wysoką  pozycję,  nawet  jeśli  on  po  roku  odejdzie  i  nigdy  nie 

wróci. Bo cokolwiek by o nim mówić, jest jednak księciem Amberu. 

– A co będzie, jeśli się w nim zakocha? 

– Czy jego w ogóle moŜna pokochać? 

– Ja, na swój sposób, kocham go jak brata. 

– Chyba po raz pierwszy syn powiedział coś podobnego i przypisuję to twojej poetyckiej 

naturze. 

– Niemniej, czy to w istocie najlepsze, co moŜna dla niej uczynić? 

– Przemyślałam to i jestem pewna, Ŝe tak. Wyleczy się z wszelkich ran, jakie on jej moŜe 

zadać, a po jego odejściu zostanie jedną z moich dam dworu. 

– Niech więc będzie, co ma być – ustąpiłem, nie patrząc na nią i czując dziwny smutek na 

myśl o biednej dziewczynie. – CóŜ mogę dodać? – powiedziałem jeszcze. – MoŜe postępujesz 

słusznie. Mam nadzieję, Ŝe tak. – I pocałowałem ją w rękę. 

– Lordzie Corwinie, jesteś jedynym księciem Amberu, który moŜe liczyć na moją pomoc 

–  rzekła.  –  MoŜe  oprócz  Benedykta.  Ale  nikt  o  nim  nie  słyszał  od  dwunastu  lat  i  Lir  jeden 

wie, gdzie są pochowane jego kości. Szkoda. 

–  Nic  o  tym  nie  wiedziałem  –  odparłem.  –  Wszystko  przez  tę  moją  pamięć.  Muszę  cię 

prosić  o  wyrozumiałość.  Będzie  mi  brakować  Benedykta,  jeśli  rzeczywiście  nie  Ŝyje.  Był 

background image

moim nauczycielem szermierki i nauczył mnie władać wszelką bronią. Lecz mimo to miał w 

sobie duŜo delikatności. 

– Tak jak i ty, Corwinie – powiedziała, biorąc mnie za rękę i przyciągając do siebie. 

– Nie, wcale nie – zaprotestowałem, siadając obok niej na kanapie. 

– Mamy duŜo czasu do kolacji – rzekła i oparła się o mnie krągłym ramieniem. 

– Kiedy zasiadamy do stołu? – zapytałem. 

– Wtedy, gdy to zarządzę – odparła, przylegając do mnie całym ciałem. 

Wziąłem  ją  w  ramiona  i  znalazłem  zapinkę  szaty  skrywającej  słodycz  jej  wdzięków.  Jej 

ciało było miękkie i uległe, a włosy zielone. 

Na tej kanapie dałem jej obiecaną balladę. Jej usta odpowiadały mi bez słów. 

Po kolacji – nauczyłem się jeść pod wodą, którą to sztukę moŜe opiszę kiedyś dokładniej, 

jeśli  okoliczności  będą  tego  wymagać  –  wstaliśmy  od  stołu  w  długim  marmurowym  hallu, 

udekorowanym  siecią  i  czerwonobrązowymi  linami,  i  wyszliśmy  na  wąski  korytarzyk  na 

tyłach,  który  zawiódł  nas  na  spiralne  schody  Ŝarzące  się  w  absolutnej  ciemności  i  biegnące 

pionowo w dół aŜ pod dno morza. Po jakichś dwudziestu krokach mój brat zaklął, zszedł ze 

schodów i dał nura w głąb. 

– Rzeczywiście w ten sposób jest szybciej – zauwaŜyła Moire. 

– A to długa droga – dodała Deirdre, która znała tę odległość z Amberu. 

Opuściliśmy więc wszyscy schody i popłynęliśmy wzdłuŜ ich jarzącej się spirali. Minęło 

jakieś  dziesięć  minut,  zanim  dotknęliśmy  podłogi,  ale  stanęliśmy  na  niej  mocno  i  pewnie. 

Wokół nas Ŝarzyły się blade światełka pochodni umieszczonych w niszach. 

– Dlaczego ta część oceanu otaczająca sobowtóra Amberu tak się róŜni od innych wód? – 

spytałem. 

– Bo tak jest – odparła Deirdre, co mnie zirytowało. 

Byliśmy  w  ogromnej  grocie,  z  której  w  róŜne  strony  rozchodziły  się  wydrąŜone  tunele. 

Poszliśmy jednym z nich. Po bardzo długim marszu zaczęły się po bokach pokazywać wnęki, 

jedne chronione drzwiami lub kratami, inne nie. Przed siódmą wnęką stanęliśmy. Zamykały ją 

ogromne  szare  drzwi,  pokryte  jakby  łuską  wykutą  z  metalu  i  dwa  razy  wyŜsze  od  mnie.  Na 

ten  widok  przypomniało  mi  się  coś  na  temat  wysokości  trytonów.  Moire  uśmiechnęła  się 

patrząc  prosto  na  mnie,  wybrała  ogromny  klucz  z  kółka  wiszącego  przy  pasie  i  włoŜyła  do 

zamka. 

Nie  mogła  go  jednak  przekręcić.  MoŜe  zbyt  długo  drzwi  nie  były  otwierane.  Random 

sarknął niecierpliwie, odtrącił ją i sam chwycił za klucz. Rozległ się szczęk. Otworzył drzwi 

kopniakiem i weszliśmy do środka. 

W pokoju o rozmiarach sali balowej znajdował się Wzorzec. Podłoga była czarna i gładka 

jak szkło, a na niej rozpościerał się Wzorzec. 

Iskrzył się jak zimne ognisko, migotał, nadawał całej komnacie nierealny wymiar. Był to 

skomplikowany,  promieniujący  dziwną  energią  ornament,  złoŜony  głównie  z  linii  krętych, 

background image

choć  bliŜej  środka  było  teŜ  parę  linii  prostych.  Przypominał  mi  fantastycznie  zagmatwaną, 

wyolbrzymioną wersję jednego z tych labiryntów, po których wędruje się ołówkiem (czy teŜ 

długopisem),  Ŝeby  znaleźć  wyjście  lub  wejście.  NiemalŜe  widziałem  słowo:  „Początek” 

wypisane z boku. Miał jakieś sto metrów szerokości i chyba sto pięćdziesiąt metrów długości. 

Zaszumiało  mi  w  głowie  i  krew  uderzyła  do  skroni.  Całe  moje  jestestwo  wzdragało  się 

przed  bezpośrednim  kontaktem  z  tym  przeraźliwym  tworem.  Ale  jeśli  byłem  księciem 

Amberu, to ten wzór był zakodowany gdzieś w moich genach, w moim systemie nerwowym, 

gwarantując odpowiednią reakcję, która umoŜliwi mi przejście. 

– Szkoda, Ŝe nie mam przy sobie papierosa – powiedziałem, na co kobiety zachichotały, 

ale jakby zbyt nerwowo i za wysoko. 

Random wziął mnie pod ramię i powiedział: 

–  To  cięŜka  próba,  ale  moŜliwa  do  przebycia,  inaczej  byśmy  cię  tu  nie  przyprowadzali. 

Idź bardzo wolno i nie myśl o niczym innym. Nie bój się fontanny iskier, która będzie tryskać 

ci spod nóg przy kaŜdym kroku. Jest niegroźna. Poczujesz przebiegający cię lekki prąd, a po 

chwili  ogarnie  cię  radosne  podniecenie.  Ale  nie  rozpraszaj  się  i  pamiętaj  –  przez  cały  czas 

posuwaj  się  naprzód.  Pod  Ŝadnym  pozorem  nie  przestawaj  i  nie  schodź  z  wyznaczonej 

ś

cieŜki, bo zginiesz! 

Szliśmy  wzdłuŜ  ściany  po  prawej  ręce,  okrąŜając  Wzorzec,  Ŝeby  znaleźć  się  na  jego 

drugim końcu. Panie szły za nami. 

–  Próbowałem  wyperswadować  jej  ten  plan  w  stosunku  do  ciebie,  ale  bez  skutku  – 

szepnąłem do Randoma. 

–  Tak  teŜ  myślałem,  Ŝe  spróbujesz  –  odparł.  –  Ale  nie  martw  się.  Rok  mogę  spędzić 

nawet  stojąc  na  głowie,  a  poza  tym  moŜe  wypuszczą  mnie  wcześniej,  jeśli  wykaŜę  się 

wystarczająco przykrym charakterem. 

– Dziewczyna, którą ci wybrała, nazywa się Vialle. Jest niewidoma. 

– Wspaniale – rzekł. – świetny kawał. 

– Pamiętasz to księstwo, o którym mówiliśmy? 

– Jasne. 

– Wobec tego bądź dla niej miły i zostań przez cały rok, a ja będę hojny. 

ś

adnej odpowiedzi. Dopiero po chwili szturchnął mnie w bok. 

– Jakaś twoja przyjaciółeczka, tak? – zarechotał. – Jaka ona jest? 

– A więc załatwione? – spytałem dobitnie. 

– Załatwione. 

Stanęliśmy w miejscu, skąd zaczynał się Wzorzec, w rogu pokoju. Przysunąłem się bliŜej 

i  przyjrzałem  się  ognistej  linii  biegnącej  tuŜ  obok  mojej  prawej  nogi.  Wzorzec  stanowił 

jedyne oświetlenie pokoju. Przemknął mnie zimny dreszcz. 

background image

Postawiłem  lewą  stopę  na  ścieŜce.  Obrysowała  ją  linia  błękitnych  iskierek.  Teraz 

dostawiłem  prawą  stopę  i  przeszył  mnie  prąd,  o  którym  mówił  Random.  Zrobiłem  krok  do 

przodu. 

Rozległ  się  trzask  i  poczułem,  Ŝe  włosy  stają  mi  dęba.  Następny  krok.  Raptem  ścieŜka 

gwałtownie skręciła zawracając. Zrobiłem jeszcze dziesięć kroków i natrafiłem na jakiś opór, 

jakby  wyrosła  przede  mną  niewidzialna  zapora  odpierająca  wszelkie  moje  próby  jej 

pokonania. 

Forsowałem  ją  wytrwale.  Nagle  uprzytomniłem  sobie,  Ŝe  jest  to  Pierwsza  Zasłona. 

Przedostanie  się  za  nią  będzie  juŜ  stanowiło  pewne  zwycięstwo,  dobry  znak,  dowodzący,  Ŝe 

istotnie  jestem  częścią  Wzorca.  KaŜde  podniesienie  i  opuszczenie  stopy  wymagało  teraz 

nadludzkiego wysiłku, a z moich włosów leciały iskry. 

Skoncentrowałem  się  cały  na  ognistej  linii.  Szedłem  cięŜko  dysząc.  Wtem  opór  zelŜał. 

Zasłona rozchyliła się przede mną równie nagle, jak przedtem zapadła. Przeszedłem na drugą 

stronę i coś osiągnąłem. Zdobyłem cząstkę wiedzy o sobie samym. 

Zobaczyłem  wychudłe,  obleczone  papierową  skórą  szkielety  ludzi  pomordowanych  w 

Oświęcimiu.  Byłem  obecny  na  procesie  w  Norymberdze.  Słyszałem  głos  Stephena  Spendera 

recytującego  „Wiedeń”  i  widziałem  Matkę  Courage  przemierzającą  scenę  podczas  premiery 

sztuki  Brechta.  Patrzyłem  na  rakiety  strzelające  w  niebo  z  takich  miejsc,  jak  Peenemiinde, 

Yandenberg,  Przylądek  Kennedy’ego,  Kyzyl-kum  w  Kazachstanie,  i  dotykałem  ręką 

Chińskiego  Muru.  Piliśmy  piwo  i  wino,  w  pewnym  momencie  Szapur  powiedział,  Ŝe  jest 

pijany,  i  odszedł  na  bok  zwymiotować.  Błądziłem  po  zielonych  lasach  Zachodniego 

Rezerwatu  i  w  ciągu  jednego  dnia  zdobyłem  trzy  skalpy.  Podczas  marszu  nuciłem  melodię, 

którą  inni  podchwycili,  i  w  ten  sposób  powstała  piosenka  „Auprós  de  ma  Blonde”... 

Przypominałem  sobie  coraz  więcej  szczegółów  z  mojego  Ŝycia  w  Cieniu,  który  jego 

mieszkańcy  nazywali  Ziemią.  Jeszcze  trzy  kroki,  a  trzymałem  w  ręku  zakrwawioną szpadę i 

umykałem na koniu przed rewolucją francuską, zostawiając za sobą zwłoki trzech męŜczyzn. 

Nasuwały mi się coraz to nowe obrazy, aŜ wróciłem pamięcią... 

Jeszcze jeden krok. 

Wróciłem pamięcią... 

Trupy.  LeŜały  wszędzie  wokół,  a  w  powietrzu  unosił  się  straszliwy  fetor:  odór 

rozkładających  się  ciał.  Z  jakiegoś  zaułka  dolatywało  rozpaczliwe  wycie  batoŜonego  na 

ś

mierć psa. Niebo zasnuwały kłęby czarnego dymu, a wokół mnie hulał lodowaty wiatr niosąc 

kilka  kropli  deszczu.  Gardło  mnie  piekło,  ręce  mi  się  trzęsły,  głowę  miałem  w  ogniu. 

Kuśtykałem  niepewnie  przed  siebie,  widząc  wszystko  jak  przez  mgłę  na  skutek  gorączki, 

która mnie trawiła. Rynsztoki były pełne śmieci, zdechłych kotów i odchodów. Z turkotem i 

dźwiękiem dzwonka przetoczył się obok wóz wypełniony trupami, ochlapując mnie błotem i 

zimną wodą. 

background image

Nie wiem, jak długo tak się błąkałem, lecz w pewnej chwili chwyciła mnie za ramię jakaś 

kobieta z pierścionkiem w kształcie trupiej czaszki na palcu. Powiodła mnie do swojej izby i 

tam dopiero odkryła, Ŝe nie mam pieniędzy i jestem na wpół przytomny. Na jej wymalowanej 

twarzy  pojawił  się  wyraz  strachu,  wymazując  uśmiech  z  karminowych  warg.  Uciekła,  a  ja 

padłem na jej łóŜko. 

Po jakimś czasie – lecz znów nie wiem po jakim – pojawił się jej sutener, uderzył mnie w 

twarz  i  wyciągnął  z  łóŜka.  Uczepiłem  się jego prawego bicepsu, a on na pół ciągnąc, na pół 

niosąc, dowlókł mnie do drzwi. Kiedy zdałem sobie sprawę, Ŝe chce mnie wyrzucić na ulicę, 

zacisnąłem  w  proteście  rękę,  ściskałem go resztką sił mamrocząc coś błagalnie. Nagle przez 

łzy  i  pot  zalewający  mi  oczy  zobaczyłem  jego  szeroko  otwarte  usta  i  usłyszałem  krzyk 

wydobywający się spomiędzy zepsutych zębów. 

Złamałem mu kość w miejscu, gdzie go ściskałem. 

Odepchnął  mnie  lewą  ręką  i  upadł  na  kolana,  łkając.  Usiadłem  na  podłodze  i  na  chwilę 

rozjaśniło mi się w głowie. 

–  Zostaję  –  tutaj...  –  wymamrotałem  –  dopóki  nie  poczuję  się  lepiej.  Wynoś  się.  Jeśli 

wrócisz, zabiję cię. 

–  Jest  pan  chory  na  zarazę!  –  krzyknął.  –  Przyjdą  tu  jutro  po  pańskie  kości!  –  Splunął, 

wstał i wyszedł chwiejnie. 

Dowlokłem  się  do  drzwi  i  zaryglowałem  je.  Później  doczołgałem  się  z  powrotem  do 

łóŜka i zasnąłem. Jeśli przyszli nazajutrz po moje kości, to się rozczarowali. Albowiem jakieś 

dziesięć  godzin  później  obudziłem  się  w  środku  nocy  zlany  potem  i  poczułem,  Ŝe  gorączka 

minęła. Byłem osłabiony, ale zdolny do racjonalnego działania. 

Zrozumiałem, Ŝe przemogłem zarazę. 

Wziąłem  męskie  okrycie,  które  znalazłem  w  szafie,  oraz  trochę  pieniędzy  z  szuflady.  I 

wyszedłem w noc na ulice Londynu w roku Wielkiej Zarazy, szukając czegoś... 

Nie pamiętałem, kim jestem ani co robię. Oto jak się to wszystko zaczęło. 

Przeszedłem  juŜ  dobrych  parę  metrów  Wzorca,  a  iskry  wciąŜ  tryskały  mi  spod  stóp  na 

wysokość  kolan.  Nie  orientowałem  się  juŜ,  w  którą  stronę  idę  ani  gdzie  stoją  Random, 

Deirdre i Moire. Raz po raz przebiegał przeze mnie prąd, a gałki oczne zdawały się wibrować. 

Naraz  poczułem  mrowienie  w  policzkach  i  chłód  na  karku.  Zacisnąłem  zęby,  Ŝeby  nimi  nie 

szczękać. 

To  nie  wypadek  samochodowy  spowodował  moją  amnezję.  Miałem  częściowy  zanik 

pamięci od czasu panowania ElŜbiety I. Flora musiała uznać, Ŝe na skutek wypadku zostałem 

uleczony.  Wiedziała  o  moim  stanie.  Nagle  uderzyła  mnie  myśl,  Ŝe  przebywała  na  Cieniu 

zwanym Ziemią głównie po to, Ŝeby mieć mnie na oku. 

CzyŜby trwało to od szesnastego wieku? 

Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Ale wkrótce się dowiem. 

background image

Zrobiłem sześć szybkich kroków dochodząc do końca łuku i początku linii prostej. Ledwo 

postawiłem  na  niej  nogę,  poczułem,  jak  z  kaŜdym  moim  ruchem  rośnie  przede  mną  nowa 

zapora. Była to Druga Zasłona. 

Skręt  na  prawo,  potem  jeszcze  jeden  i  jeszcze.  A  więc  byłem  księciem  Amberu.  Tak 

przedstawiała  się  prawda.  Było  nas  piętnastu  braci  i  osiem  sióstr,  z  czego  nie  Ŝyło  sześciu 

braci i dwie, a moŜe nawet cztery siostry. Spędzaliśmy duŜo czasu przebywając pośród Cieni 

albo  w  swoich  własnych  światach.  To  czysto  akademickie,  choć  z  punktu  widzenia  filozofii 

doniosłe pytanie: czy osoba mająca moc nad Cieniami moŜe stworzyć swój własny świat? Nie 

wgłębiając się w meritum, praktycznie biorąc, moŜe. 

Wkroczyłem na kolejną krętą linię i sunąłem po niej krok po kroku, wolno, jak w smole. 

Raz... dwa... trzy... cztery... Podnosiłem z trudem gorejące buty, brnąc naprzód. W głowie mi 

huczało, a serce waliło jak młotem. 

Amber! 

Teraz, kiedy przypomniałem sobie Amber, droga znów była wolna. Amber to największe 

miasto,  jakie  kiedykolwiek  istniało  lub  będzie  istnieć.  Od  zawsze  było  i  zawsze  będzie,  a 

wszelkie inne miasta są tylko odbiciem cienia którejś z faz Amberu. Amber, Amber, Amber... 

Pamiętam  cię  i  juŜ  nigdy  cię  nie  zapomnę.  Myślę,  Ŝe  gdzieś  w  głębi  serca  zawsze  cię 

pamiętałem, przez wszystkie te wieki, które spędziłem na Cieniu-Ziemi, gdyŜ często w nocy 

widziałem  w  snach  twoje  zielone  i  złote  iglice  i  rozległe  tarasy.  Pamiętam  twoje  szerokie 

promenady  i  kolorowe,  Ŝółto-czerwone  klomby  kwiatów.  Pamiętam  wonne  powietrze, 

ś

wiątynie,  pałace  i  niewysłowiony  urok,  który  cię  otacza,  otaczał  i  zawsze  będzie  otaczać. 

Amber,  nieśmiertelne  miasto  dające  początek  wszystkim  innym  miastom.  Nigdy  cię  nie 

zapomnę,  podobnie  jak  i  dnia,  w  którym  znów  ujrzałem  twój  obraz  na  Wzorcu  w  Rebmie, 

pośród twoich odbitych ścian. I choć byłem przyjemnie syty po uczcie i miłości z Moire, nic 

nie  mogło  się  równać  rozkoszy,  jaką  poczułem na to wspomnienie! Nawet teraz, kiedy stoję 

kontemplując Dworce Chaosu i opowiadając tę historię jedynemu obecnemu świadkowi, Ŝeby 

mógł  ją  powtórzyć  po  mojej  śmierci,  nawet  teraz  przepełnia  mnie  miłość  na  myśl  o  tym 

mieście, do rządzenia którym zostałem stworzony... 

Jeszcze dziesięć kroków i wyrosły przede mną wirujące języki ognia. Wszedłem w nie, a 

fale  natychmiast  zmywały  tryskający  ze  mnie  pot.  Lecz  oto  czekała  mnie  nowa,  diabelska 

zaiste  sztuczka:  w  wodzie  wypełniającej  pokój  powstały  nagle  silne  prądy,  groŜące 

zepchnięciem  mnie  z  Wzorca.  Walczyłem  z  nimi,  opierając  się  z  całych  sił.  Instynktownie 

czułem, Ŝe zejście ze ścieŜki przed jej ukończeniem równa się śmierci. Nie śmiałem podnieść 

oczu  znad  ognistej  linii  pod  nogami,  Ŝeby  zobaczyć,  jaki  dystans  juŜ  przeszedłem  i  ile  mi 

jeszcze zostało. 

Prądy  ustąpiły  i  opadły  mnie  nowe  wspomnienia,  wspomnienia  z  mojego  Ŝycia  jako 

księcia...  Nie,  proszę  nie  pytać,  jakie  –  one  naleŜą  tylko  do  mnie;  niektóre  są  złe  i  okrutne, 

inne  piękne  –  wspomnienia  z  dzieciństwa  w  wielkim  pałacu  w  Amberze,  nad  którym 

background image

powiewał  zielony  sztandar  mojego  ojca,  Oberona,  z  białym  jednoroŜcem,  uniesionym  na 

tylnych nogach, zwróconym na prawo. 

Random  przeszedł  przez  Wzorzec,  a  nawet  Deirdre,  toteŜ  wiedziałem,  Ŝe  i  ja,  Corwin, 

muszę tego dokonać mimo wszelkich przeszkód. 

Wyszedłem  z  ognia  i  wkroczyłem  na  Wielki  Łuk.  Wszystkie  Ŝywioły  wszechświata 

rozpętały  się  wokół  mnie.  Miałem  jednak  pewną  przewagę  nad  innymi,  którzy  próbowali 

przebyć tę drogę. Wiedziałem, Ŝe juŜ raz ją pokonałem, wobec czego jestem w stanie zrobić 

to  po  raz  drugi.  To  pomogło  mi  zwalczyć  śmiertelne  obawy,  które  opadły  mnie  jak  czarne 

chmury, odpłynęły i powróciły ze zdwojoną siłą. Szedłem po Wzorcu i przypomniałem sobie 

całą  przeszłość,  przypominałem  sobie  dni  sprzed  tych  paru  wieków  spędzonych  na  Cieniu-

Ziemi i rozmaite miejsca na tym Cieniu, które były mi drogie i bliskie, zwłaszcza zaś jedno, 

które szczególnie ukochałem, najbardziej po Amberze. 

Przemierzyłem  jeszcze  trzy  łuki,  linię  prostą  i  szereg  ostrych  zakrętów,  znów  w  pełni 

ś

wiadom swej mocy, której nigdy nie straciłem: mocy panowania nad Cieniami. 

Kolejnych dziesięć zakrętów przyprawiło mnie o zawrót głowy, później przyszła kolej na 

krótki  łuk,  linię  prostą i Ostatnią Zasłonę. KaŜdy krok stanowił mękę. Wszystko sprzysięgło 

się przeciwko mnie. Woda była raz zimna, raz wrząca. Fale napierały bezlitośnie. Walczyłem 

z nimi, idąc stopa za stopą. Iskry tryskały mi teraz aŜ do piersi, wreszcie do ramion. Sięgały 

oczu, były wszędzie wokół. Ledwo widziałem przez nie sam Wzorzec. 

Teraz jeszcze krótki łuk, kończący się w ciemności. 

Raz...  dwa...  Ostatni  krok  był  jak  próba  przebicia  się  przez  betonowy  mur.  Ale 

wyszedłem z niej zwycięsko. Dopiero wtedy się odwróciłem się wolno i spojrzałem za siebie, 

na drogę, którą przebyłem. Nie pozwoliłem sobie na luksus osunięcia się na kolana. PrzecieŜ 

byłem  księciem  Amberu  i  nic  nie  mogło  mnie  zmusić  do  okazania  słabości  przed  równymi 

sobie. Nawet Wzorzec! 

Pomachałem  wesoło  w  kierunku,  gdzie  zapewne  stali.  Czy  mnie  widzieli,  to  juŜ  inna 

sprawa. 

Zadałem sobie teraz pytanie, co dalej. Znałem juŜ moc Wzorca. Wrócić tą samą drogą to 

Ŝ

adna  sztuka  –  Ale  po  co?  Nie  miałem  swojej  talii  kart,  lecz  przecieŜ  mogłem  się  posłuŜyć 

Wzorcem. Wprawdzie oni tam na mnie czekali, mój brat i siostra, i Moire o udach toczonych 

z  marmuru...  Lecz  z  drugiej  strony  Deirdre  mogła  od  tej  pory  radzić  sobie  sama  –  w  końcu 

uratowaliśmy jej Ŝycie. Nie czułem się w obowiązku opiekować się nią na stałe. Random był 

na  rok  uwiązany  do  Rebmy,  chyba  Ŝe  zbierze  się  na  odwagę  i  skoczy  na  Wzorzec,  którego 

magiczna moc pomoŜe mu uciec. Jeśli chodzi o Moire, to miło mi było ją poznać i moŜe los 

znów nas ze sobą zetknie, co powitam z radością. Zamknąłem oczy i skłoniłem głowę. 

JednakŜe  ułamek  sekundy  wcześniej  mignął  mi  z  dala  jakiś  cień.  CzyŜby  Random 

próbował szczęścia? Tak czy owak nie dowie się, dokąd się udałem. Nikt się nie dowie. 

background image

Otworzyłem  oczy.  Stałem  w  środku  takiego  samego  Wzorca,  lecz  odwróconego.  Było 

zimno, a ja czułem się piekielnie zmęczony, ale byłem w Amberze – w prawdziwym pokoju, 

którego  tamten,  przed  chwilą  opuszczony,  stanowił  tylko  odbicie.  Z  Wzorca  mogłem 

przenieść się do dowolnego miejsca w Amberze. Z powrotem mogą jednak być kłopoty. 

Stałem  tak  ociekając  potem  i  zastanawiałem  się,  co  robić.  Jeśli  Eryk  zamieszkał  w 

apartamentach  króla,  mogę  go  tam  poszukać.  Albo  w  sali  tronowej.  Ale  wtedy  będę  musiał 

znów przejść przez Wzorzec, Ŝeby dotrzeć do punktu, skąd moŜliwa jest ucieczka. 

Przeniosłem  się  do  znanego  mi  tajnego  pomieszczenia  w  pałacu.  Była  to  ciemna  klitka 

bez okna, do której wpadało trochę światła przez judasza wysoko w górze. Zamknąłem się od 

ś

rodka  na  zasuwę,  wytarłem  z  kurzu  drewnianą  pryczę  przy  ścianie,  rozciągnąłem  na  niej 

pelerynę  i  ułoŜyłem  się  do  drzemki.  Gdyby  ktoś  schodził  tu  z  góry,  usłyszę  go  znacznie 

wcześniej, nim dotrze do drzwi. Zasnąłem. 

Po  jakimś  czasie  obudziłem  się.  Wstałem,  wytrzepałem  pelerynę  i  znów  ją  włoŜyłem. 

Potem zabrałem się za pokonywanie długiego szeregu kołków w ścianie wiodących w górę do 

pałacu.  Wiedziałem,  na  jakim  poziomie  się  znajduję,  dzięki  oznaczeniom  na  murze.  Na 

drugim  piętrze  wskoczyłem  na  niewielki  podest  i  zajrzałem  przez  judasz,  śladu  Ŝywego 

ducha. W bibliotece było pusto. Przesunąłem więc ruchomą część ściany i wszedłem. 

W  pierwszej  chwili  poraziła  mnie  ogromna  liczba  ksiąŜek.  To  zawsze  robi  na  mnie 

wraŜenie.  Później  przejrzałem  cały  pokój,  łącznie  z  gablotami,  i  w  końcu  podszedłem  do 

kryształowej  szkatuły,  w  której  –  jak Ŝartowaliśmy – krył się cały zjazd rodzinny. Zawierała 

bowiem  cztery  talie  rodzinnych  kart  i  zacząłem  się  teraz  zastanawiać,  jak  wydobyć  jedną  z 

nich  nie  wzniecając  alarmu,  który  uniemoŜliwi  mi  jej  uŜycie.  Po  dziesięciu  minutach 

powiodło  mi  się,  choć  nie  była  to łatwa sztuczka. Później, z talią w ręku, usadowiłem się w 

wygodnym fotelu, Ŝeby pomyśleć. 

Karty były takie same jak te Flory, więziły nas pod szkłem i były zimne w dotyku. Teraz 

juŜ wiedziałem dlaczego. 

Potasowałem  je  i  rozłoŜyłem  przed  sobą  w  naleŜytym  porządku.  Odczytałem  z  nich,  Ŝe 

całą  rodzinę  czekają  w  najbliŜszych  czasach  kłopoty.  Zebrałem  je  z  powrotem,  zostawiając 

jedną kartę. Był na niej Bleys. Zapakowałem pozostałe karty do pudełka i włoŜyłem za pasek. 

Potem zacząłem się przyglądać Bleysowi. 

Właśnie  w  tym  momencie  usłyszałem  szczęk  klucza  w  zamku.  CóŜ  mi  pozostawało? 

Poluzowałem  miecz  w  pochwie  i  czekałem  pochyliwszy  się  nisko  za  biurkiem.  Po  chwili 

wyjrzałem ostroŜnie i zobaczyłem, Ŝe to słuŜący imieniem Dik, który najwyraźniej przyszedł 

posprzątać, gdyŜ zabrał się do opróŜniania popielniczek i koszy na śmieci oraz do odkurzania 

pólek.  Nie  chciałem,  Ŝeby  mnie  odkrył  w  tej  poniŜającej  pozycji,  wstałem  więc  i 

powiedziałem: 

– Dzień dobry, Dik. Pamiętasz mnie? 

background image

Poszarzał, zbladł i omal nie uciekł. W końcu wyjąkał: – Oczywiście, panie. Jak mógłbym 

zapomnieć? 

– Sądzę, Ŝe po tak drugim czasie byłoby to całkiem moŜliwe. 

– Nigdy, lordzie Corwinie – zapewnił mnie. 

–  Przybyłem  tu  raczej  nieoficjalnie  i  w  niezbyt  przyjaznych  zamiarach  –  powiedziałem 

mu.  –  Jeśli  Eryk  rozzłości  się  na  wieść,  Ŝe  mnie  widziałeś,  to  przekaŜ  mu,  proszę,  Ŝe 

korzystam po prostu ze swoich praw i Ŝe niebawem sam mnie zobaczy. 

– Zrobię, co pan kaŜe – ukłonił się. 

–  Siądź  ze  mną  na  chwilę,  przyjacielu,  a  powiem  ci  coś  jeszcze.  Był  czas  –  zacząłem, 

patrząc  w  jego  sędziwe  oblicze  –  Ŝe  uwaŜano  mnie  za  zmarłego  i  bezpowrotnie  straconego. 

PoniewaŜ  jednak  wciąŜ  Ŝyję  i  jestem  w pełni władz fizycznych i umysłowych, obawiam się, 

Ŝ

e  muszę  zakwestionować  pretensje  Eryka  do  tronu.  Nie  jest  ani  pierworodnym  synem,  ani 

nie  moŜe  liczyć  na  powszechne  poparcie,  gdyby  zjawił  się  inny  kandydat.  Z  tych  to  oraz 

innych,  głównie  osobistych  względów  mam  zamiar  wystąpić  przeciwko  niemu.  Nie  wiem 

jeszcze, jak i kiedy, ale, na Boga!, najwyŜszy czas, Ŝeby ktoś to zrobił! Powtórz mu to. Jeśli 

chce mnie poszukać, niech wie, Ŝe mieszkam pośród Cieni, lecz innych niŜ poprzednio. MoŜe 

się  domyśli,  co  przez  to  rozumiem.  Nie  pójdzie  mu  ze  mną  łatwo,  bo  będę  się  strzegł  co 

najmniej tak, jak on tutaj. Ma we mnie wroga na śmierć i Ŝycie i nie spocznę, póki jeden z nas 

nie zginie. Co ty na to, stary sługo? 

Uniósł moją rękę do ust i pocałował. 

– Bądź pozdrowiony, lordzie Corwinie – powiedział i otarł łzę z oka. 

W tym momencie skrzypnęły drzwi. Wszedł Eryk. 

–  Witaj  –  powiedziałem  wstając,  tonem  najmniej  przyjemnym  z  moŜliwych.  –  Nie 

spodziewałem  się  spotkać  cię  w  tak  wczesnym  stadium  rozgrywki.  Jak  się  mają  rzeczy  w 

Amberze? 

Oczy  mu  się  rozszerzyły  ze  zdumienia,  lecz  odpowiedział  mi  głosem  nabrzmiałym 

sarkazmem: 

– Rzeczy się mają dobrze, Corwinie. Gorzej, jeśli chodzi o inne sprawy. 

– Szkoda – odparłem. – A jak moglibyśmy temu zaradzić? 

–  Znam  sposób  –  rzekł  i  łypnął  na  Dika,  który  natychmiast  wyszedł  i  zamknął  za  sobą 

drzwi. 

Eryk sięgnął do miecza. 

– Chcesz zdobyć tron – oświadczył. 

– CzyŜ nie chcemy tego wszyscy? 

–  Zapewne  –  przyznał  z  westchnieniem.  –  To  prawda,  Ŝe  kaŜdy  z  nas  ma  głowę 

zaprzątniętą jedną myślą. Nie wiem, co za siłą pcha nas do walki o tę śmieszną pozycję. Ale 

musisz  pamiętać,  Ŝe  juŜ  dwukrotnie  cię  pokonałem,  za  drugim  razem  wielkodusznie 

darowując ci Ŝycie na Cieniu-Ziemi. 

background image

–  Nie  było  to  znowu  takie  wielkoduszne.  Zostawiłeś  mnie  na  śmierć  podczas  Wielkiej 

Zarazy. A za pierwszym razem, jak sobie przypominam, skończyło się remisem. 

– A więc musimy to teraz rozstrzygnąć, Corwinie – oznajmił. – Jestem od ciebie starszy i 

lepszy.  Jeśli  chcesz  zmierzyć  się  ze  mną,  z  przyjemnością stawię ci czoło, Zabij mnie i tron 

jest twój. Spróbuj. Nie sądzę jednak, Ŝeby ci się udało. Wolałbym teŜ od razu odeprzeć twoje 

pretensje. Nacieraj. Zobaczymy, czego się nauczyłeś na Cieniu-Ziemi. 

Obaj mieliśmy juŜ miecze w garści. Wyszedłem zza biurka. 

– AleŜ ty masz niebywałą czelność! – powiedziałem. – Dlaczego niby masz być lepszy od 

nas i bardziej predestynowany do rządzenia? 

– Bo to ja zająłem tron – odpowiedział. – Spróbuj mi go odebrać. 

Spróbowałem.  Zacząłem  od  cięcia  w  głowę,  które  sparował,  ja  zaś  odpowiedziałem  na 

jego  pchnięcie  w  serce  cięciem  w  nadgarstek.  Obronił  się  i  pchnął  między  nas  stołek,  który 

odrzuciłem kopniakiem, mając nadzieję, Ŝe rąbnę go w twarz, ale nie trafiłem. Odparłem jego 

natarcie, a on moje. Walczyliśmy zaciekle bez większego skutku. Zastosowałem teraz bardzo 

wymyślny  atak,  którego  nauczyłem  się  we  Francji,  a  który  składał  się  z  natarcia,  zasłony 

czwartej i szóstej oraz wypadu zakończonego niespodziewanym cięciem w nadgarstek. 

Drasnąłem go i popłynęła krew, 

– Piekielny bracie! – powiedział cofając się. – Jak mi donoszą, towarzyszy ci Random. 

– To prawda. Więcej jest takich, którzy sprzysięgli się przeciwko tobie. 

Natarł gwałtownie zmuszając mnie do cofnięcia się i zrozumiałem, Ŝe przy całym moim 

kunszcie  jest  nadal  lepszy.  Był  jednym  z  największych  szermierzy,  z  jakimi  przyszło  mi 

walczyć,  i  odczułem  nagle,  Ŝe  nie  dam  mu  rady,  parowałem  jak  wściekły  i  z  równą 

wściekłością  cofałem  się  krok  po  kroku  pod  jego  naporem.  Obaj  mieliśmy  za  sobą  wieki 

treningu  u  najlepszych  mistrzów  klingi,  z  których  największym  był  mój  brat,  Benedykt  –  w 

obecnej  chwili  jednak  nie  mogłem  liczyć na jego pomoc. Chwytałem rozmaite przedmioty z 

biurka i rzucałem nimi w Eryka, lecz on stale uchylał się i nacierał nieubłaganie. Starałem się 

zajść go od lewej strony, ale nie mogłem uciec od czubka jego miecza wymierzonego prosto 

w  moje  lewe  oko.  I  balem  się.  Eryk  był  wspaniały.  Gdybym  nie  czuł  do  niego  takiej 

nienawiści, wyraziłbym mu uznanie za jego artyzm. 

Tymczasem  wciąŜ  się  cofałem,  coraz  jaśniej  ze  strachem  uświadamiając  sobie,  Ŝe  nie 

zdołam go pokonać. W walce na miecze był lepszy ode mnie. Przeklinałem go w duchu, ale 

nic  nie  mogłem  na  to  poradzić.  Jeszcze  trzy  razy  próbowałem  bardziej  wymyślnych  ataków, 

lecz  bez  skutku.  Parował  kaŜde  pchnięcie  i  przeciwnatarciami  wciąŜ  zmuszał  mnie  do 

odwrotu. 

Chciałbym  być  dobrze  zrozumiany.  Ja  sam  jestem  naprawdę  niezłym  szermierzem.  Tyle 

Ŝ

e on był lepszy. 

Usłyszałem  w  hallu  hałas  i  szczęk  broni.  Nadchodziła  świta Eryka. Jeśli nawet Eryk nie 

zabije mnie wcześniej, to z pewnością zrobi to któryś z jego ludzi – choćby strzałem z kuszy. 

background image

Prawy  nadgarstek  Eryka  wciąŜ  krwawił.  Ręką  nadal  władał  pewnie,  miałem  jednak 

wraŜenie,  Ŝe  w  innych  okolicznościach,  walcząc  defensywnie,  mógłbym  go  dzięki  tej  ranie 

zmęczyć i potem wykorzystać najmniejszy moment nieuwagi. 

Zakląłem pod nosem, a on się roześmiał. 

– Byłeś głupi, zjawiając się tutaj – powiedział. 

Nie zorientował się, do czego zmierzam, aŜ do chwili, kiedy było juŜ za późno. Cofając 

się,  znalazłem  się  tuŜ  przy  drzwiach  –  było  to  ryzykowne,  bo  nie  zostawiało  mi  pola 

manewru,  ale  lepsze  niŜ  pewna  śmierć.  Lewą  ręką  zdołałem  zasunąć  rygiel.  Drzwi  były 

wielkie  i  cięŜkie,  będą  musieli  je  teraz  wywaŜyć,  aby  wejść.  Zyskałem  dzięki  temu  jeszcze 

parę  minut,  lecz  jednocześnie  otrzymałem  pchnięcie  w  lewe  ramię,  które  mogłem  tylko 

częściowo  odparować  podczas  zamykania  rygla.  Na  szczęście,  prawa ręka, którą walczyłem, 

pozostała nietknięta. Uśmiechnąłem się, dodając sobie animuszu. 

–  A  moŜe  to  ty  byłeś  głupcem,  wchodząc  tutaj  –  powiedziałem.  –  Idzie  ci  coraz  gorzej, 

sam widzisz – i przypuściłem gwałtowny, bezlitosny atak. Odparował go, ale musiał się przy 

tym cofnąć o dwa kroki. – Ta rana daje juŜ o sobie znać – dodałem. – Ręka ci mdleje. Chyba 

sam czujesz, Ŝe opuszczają cię siły... 

–  Zamknij  się!  –  warknął  i  zrozumiałem,  Ŝe  powiedziałem  prawdę.  To  zwiększyło  moje 

szansę o parę procent, natarłem więc z nowym impetem, wiedząc, Ŝe niezbyt długo będę mógł 

utrzymać takie tempo. 

Ale Eryk tego nie wiedział. Zasiałem w nim ziarno niepokoju i cofał się teraz przed moim 

niespodziewanym zaciekłym atakiem. 

Rozległo  się  walenie  do  drzwi,  ale  jeszcze  przez  parę  minut  nie  musiałem  się  o  to 

martwić. 

–  Zaraz  z  tobą  skończę,  Eryku  –  powiedziałem.  –  Jestem  twardszy  niŜ  dawniej  i  juŜ  po 

tobie, bracie. 

Zobaczyłem  w  jego  oczach  strach,  który  odbił  się  grymasem  na  twarzy  i  wpłynął  na 

zmianę  stylu  walki.  Walczył  teraz  defensywnie;  cofając  się  przed  moim  atakiem  i  byłem 

pewien,  Ŝe  nie  udawał.  Najwyraźniej  mój  blef  się  udał,  choć  dotąd  Eryk  zawsze  był  lepszy 

ode mnie. A moŜe to przekonanie teŜ wynikało głównie z mojego nastawienia psychicznego? 

MoŜe  omal  nie  dałem  się  poskromić  tym  mitem,  który  Eryk  pielęgnował?  MoŜe  byłem 

równie  dobry  jak  on?  Z  dziwnym  przypływem  pewności  siebie  spróbowałem  tego  samego 

natarcia  co  poprzednio  i  tym  razem  trafiłem  go,  zostawiając  jeszcze  jeden  krwawy  ślad  na 

jego przedramieniu. 

–  To  było  dość  naiwne,  Eryku,  Ŝeby  dać  się  po  raz  drugi  nabrać  na  ten  sam  trik  – 

powiedziałem, podczas gdy on cofał się za fotel. Walczyliśmy przez chwilę ponad oparciem, 

a tymczasem walenie w drzwi ustało i pytające glosy zamilkły. 

– Poszli po siekiery – wysapał Eryk. – Zaraz tu będą. 

background image

– Zajmie im to parę minut – odparłem nie przestając się uśmiechać – a to więcej, niŜ mi 

potrzeba. JuŜ ledwo stoisz na nogach i krew ci płynie coraz obficiej, spójrz tylko! 

– Zamknij się! 

– Zanim tu wejdą, w Amberze będzie tylko jeden ksiąŜę, i to nie ty! 

Raptem lewą ręką zgarnął z półki cały rząd ksiąŜek, obsypując mnie nimi jak gradem. Nie 

skorzystał jednak z okazji do ataku, lecz przebiegł przez pokój chwytając po drodze krzesło. 

Zaklinował  się  w  rogu,  trzymając  przed  sobą  w  jednej  ręce,  krzesło,  a  w  drugiej  miecz.  W 

hallu dały się słyszeć szybkie kroki, a potem łomot siekier o drzwi. 

– No chodź! – rzekł Eryk. – Spróbuj mnie teraz dostać! 

– Boisz się, co? 

Roześmiał się. 

–  Daj  spokój!  Nie  moŜesz  mi  nic  zrobić,  zanim drzwi nie puszczą, a potem i tak juŜ po 

tobie. 

Musiałem  przyznać  mu  rację.  W  tej  pozycji  mógł  bronić  się  skutecznie  przed  kaŜdym 

przeciwnikiem  przynajmniej  dobrych  parę  minut.  Przeszedłem  szybko  przez  pokój  do 

sąsiedniej ściany. Lewą ręką otworzyłem ukryte drzwiczki, przez które wszedłem. 

–  Dobra  –  powiedziałem.  –  Udało  ci  się...  na  razie.  Masz  szczęście.  Następnym  razem, 

kiedy się spotkamy, nic ci juŜ nie pomoŜe. 

Splunął  i  obrzucił  mnie  gradem  wyzwisk,  a  nawet  odstawił  krzesło,  Ŝeby  zrobić 

obraźliwy gest. Dałem nura w otwór i zasunąłem drzwiczki, a gdy je ryglowałem, rozległ się 

trzask i tuŜ przy moim ramieniu zalśniło dwadzieścia centymetrów stalowej klingi. Rzucił we 

mnie  mieczem,  co  było  ryzykowne,  gdybym  zechciał  wrócić.  Ale  wiedział,  Ŝe  to  mało 

prawdopodobne, gdyŜ główne drzwi do biblioteki juŜ pękały pod naporem sił. 

Schodziłem  po  kołkach  w  ścianie  jak  najszybciej  do  miejsca,  gdzie  poprzednio  spałem. 

Jednocześnie myślałem o kunszcie, do jakiego doszedłem we władaniu mieczem. Początkowo 

w  trakcie  walki  mimo  woli  czułem  lęk  przed  człowiekiem,  który  dwukrotnie  mnie  pobił. 

Teraz jednak przyszło mi do głowy, Ŝe moŜe te stulecia spędzone na Cieniu-Ziemi nie poszły 

całkiem  na  marne.  MoŜe  rzeczywiście  czegoś  się  przez  ten  czas  nauczyłem.  Czułem,  Ŝe 

jestem  nie  gorszy  od  Eryka.  Było  to  bardzo  przyjemne  uczucie.  Jeśli  się  jeszcze  kiedyś 

zmierzymy, co niechybnie nastąpi, i jeśli nie przyjdą mu z pomocą okoliczności zewnętrzne, 

to  kto  wie?  NaleŜałoby  szybko  poszukać  takiej  okazji.  Dzisiejsza  potyczka  przestraszyła  go, 

byłem pewien. To moŜe sprawić, Ŝe następnym razem zadrŜy mu ręka, Ŝe zawaha się na jedną 

ś

miertelną chwilę... 

Puściłem się kolka i zeskoczyłem z ostatnich pięciu metrów lądując na ziemi na ugiętych 

kolanach. Była to juŜ przysłowiowa ostatnia chwila, ale nie traciłem nadziei, Ŝe zdąŜę umknąć 

prześladowcom: 

Miałem bowiem za paskiem talię kart. 

background image

Wyciągnąłem  kartę  z  Bleysem  i  wbiłem  w  nią  wzrok.  Ramię  mnie  piekło,  ale 

zapomniałem o tym czując ogarniający mnie chłód. 

Istniały  dwa  sposoby,  Ŝeby  przenieść  się  z  Amberu  bezpośrednio  do  Cieni...  Jeden  to 

Wzorzec, rzadko uŜywany do tego celu, a drugi Atuty, pod warunkiem, Ŝe moŜna było zaufać 

któremuś  z  braci.  Mój  wybór  padł  na  Bleysa.  Był moim bratem i miał kłopoty, co znaczyło, 

Ŝ

e mogę mu się przydać. 

Wpatrywałem  się  intensywnie  w  jego  ubraną  na  czerwono-pomarańczowo  postać  z 

ognistą  koroną  włosów,  z  mieczem  w  prawem  ręce,  a  kielichem  wina  w  lewej.  W  jego 

niebieskich oczach tańczyły diabliki, broda płonęła, a ornament na klindze przedstawiał – jak 

sobie  nagle  uświadomiłem  –  fragment  Wzorca.  Jego  pierścienie  rzucały  błyski.  On  sam 

wyglądał jak Ŝywy. 

Nawiązanie  kontaktu  zwiastował  lodowaty  wiatr.  MęŜczyzna  na  karcie  urósł  do 

naturalnych rozmiarów i zmienił pozycję. Poszukał mnie wzrokiem i poruszył ustami. 

– Kto to? – spytał i usłyszałem te słowa całkiem wyraźnie. 

–  Corwin  –  odpowiedziałem,  na  co  wyciągnął  do  mnie  lewą  rękę,  w  której  nie  było  juŜ 

kielicha. 

– Wobec tego chodź do mnie, jeśli chcesz. 

Wyciągnąłem rękę i nasze palce się zetknęły. Postąpiłem krok naprzód. Nadal trzymałem 

kartę w lewej ręce, ale staliśmy obaj na skale, po prawej stronie zionęła przepaść, a po lewej 

wznosiła się wysoka forteca. Niebo nad nami było koloru ognia. 

– Witaj, Bleys – powiedziałem, wtykając jego kartę do pozostałych za pasem. – Dzięki za 

pomoc. 

Nagle poczułem, Ŝe słabnę, i zobaczyłem krew tryskającą mi z lewego ramienia. 

– Jesteś ranny! – zawołał, opasując mnie ręką, a ja kiwnąłem głową i zemdlałem. 

Później  tego  wieczoru,  wyciągnięty  w  fotelu  w  jednej  z  komnat  fortecy,  omówiłem  z 

Bleysem sytuację nad butelką whisky. 

– A więc zjawiłeś się w Amberze? – Tak. 

– I zraniłeś Eryka w pojedynku? 

– Tak. 

–  Niech  to  diabli!  Szkoda,  Ŝe  go  nie  zabiłeś!  –  Tu  się  zreflektował.  –  Choć  moŜe  to  i 

dobrze. Wtedy ty objąłbyś tron. Kto wie, czy nie lepiej mi pójdzie z Erykiem, niŜ poszłoby mi 

z tobą. Jakie masz plany? 

Postanowiłem zagrać w otwarte karty. 

–  Wszyscy  chcemy  tronu  –  powiedziałem  –  wobec  czego  nie  warto  się  okłamywać.  Nie 

mam zamiaru nastawać z tego powodu na twoje Ŝycie – byłaby to głupota – ale teŜ nie myślę 

zrezygnować z walki z wdzięczności za twoją gościnność. Random chciałby tego co my, lecz 

nie  ma  szans.  O  Benedykcie  nikt  od  dłuŜszego  czasu  nie  słyszał.  Gerard  i  Caine  popierają 

Eryka i nie zgłaszają pretensji. To samo z Julianem. Zostają Brand i nasze siostry. Nie mam 

background image

pojęcia,  co  knuje  Brand,  ale  wiem,  Ŝe  Deirdre  nic  sama  nie  wskóra.  Chyba  Ŝe  wesprze  ją 

Llewella  i  zgromadzą  jakieś  posiłki  w  Rebmie.  Flora  jest  oddana  Erykowi.  Co  z  Fioną,  nie 

wiadomo. 

–  Wobec  tego  na  polu  walki  zostajemy  my  dwaj  –  skonstatował  Bleys,  nalewając  nam 

następną  szklaneczkę.  –  Tak,  masz  rację.  Nie  wiem,  co  chodzi  po  głowach  całej reszcie, ale 

oszacowałem  siły  kaŜdego  z  nas  i  myślę,  Ŝe  mam  największe  szansę.  Mądrze  zrobiłeś 

zwracając się do mnie. Poprzyj mnie, a dam ci księstwo. 

– Serdeczne dzięki – powiedziałem. – Zobaczymy. Pociągnęliśmy ze szklaneczek. 

– Co innego pozostaje do zrobienia? – spytał i zrozumiałem, Ŝe to waŜne pytanie. 

– Mogę jeszcze zebrać własną armię i przystąpić do oblęŜenia Amberu – powiedziałem. 

– Gdzie pośród Cieni leŜy twoja armia? – zainteresował się. 

– To juŜ, oczywiście, moja sprawa – rzekłem. – Nie mam zamiaru powstawać przeciwko 

tobie.  Jeśli  chodzi  o  sukcesję,  chciałbym  widzieć  na  tronie  ciebie,  siebie,  Gerarda  albo 

Benedykta, o ile jeszcze Ŝyje. 

– Najchętniej naturalnie siebie. 

– Oczywiście. 

– Wobec tego rozumiemy się. I sądzę, Ŝe moŜemy na razie zjednoczyć swoje siły. 

– Ja teŜ tak sądzę. Inaczej nie oddałbym się w twoje ręce. 

Uśmiechnął się w gęstwinie brody. 

– Potrzebowałeś kogoś – powiedział – a ja byłem mniejszym złem. 

– To prawda – przyznałem. 

– Szkoda, Ŝe nie ma z nami Benedykta. Szkoda, Ŝe Gerard się sprzedał. 

– Daremne Ŝale. Na nic się nie zda rozpatrywać, co by było, gdyby... 

– Masz rację. 

Przez chwilę paliliśmy w milczeniu. 

– Jak dalece mogę ci ufać? – zapytał. 

– Tak dalece, jak ja tobie. 

– Wobec tego zawrzyjmy umowę. Prawdę mówiąc, myślałem, Ŝe nie Ŝyjesz. Nie przyszło 

mi do głowy, Ŝe zjawisz się nagle w kluczowym momencie zgłaszając własne pretensje. Ale 

skoro  tu  jesteś,  to  przesądza  sprawę.  Zawrzyjmy  sojusz,  połączmy  nasze  siły  i  razem 

przystąpmy  do  oblęŜenia  Amberu.  Ten  z  nas,  który  przeŜyje,  zdobędzie  tron.  Jeśli  zaś  obaj 

przeŜyjemy, to cóŜ, zawsze moŜemy rozstrzygnąć sprawę przez pojedynek. 

Zastanowiłem  się  nad  tym  i  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  to  zapewne  najkorzystniejsza 

propozycja, na jaką mogę liczyć. 

– Chcę to jeszcze przemyśleć – powiedziałem. – Dam ci odpowiedź jutro rano, zgoda? 

– Zgoda. 

Wypiliśmy do dna i oddaliśmy się wspomnieniom. Ramię trochę mnie rwało, ale whisky i 

maść dostarczona przez Bleysa łagodziły ból. Wkrótce ogarnął nas obu sentymentalny nastrój. 

background image

To  dziwne  uczucie  mieć  rodzeństwo,  a  zarazem  go  nie  mieć,  jako  Ŝe  kaŜde  z  nas  szło 

przez  Ŝycie  osobno  i  własnymi  ścieŜkami.  Dobry  BoŜe!  Rozmawialiśmy  aŜ  do  świtu,  zanim 

zmogło  nas  zmęczenie.  Dopiero  wtedy  Bleys  wstał,  klepnął  mnie  w  zdrowe  ramię, 

powiedział, Ŝe zaczyna mu się juŜ kręcić w głowie i Ŝe rano słuŜący przyniesie mi śniadanie. 

Kiwnąłem głową, objęliśmy się i wyszedł. 

Podszedłem do okna, skąd miałem dobry widok na dolinę. W dole jak gwiazdy jarzyły się 

punkciki  ognisk.  Były  ich  tysiące.  Widziałem,  Ŝe  Bleys  zgromadził  potęŜne  siły,  i 

pozazdrościłem mu. Ale, z drugiej strony, to bardzo dobrze. Jeśli ktoś mógł pokonać Eryka, to 

właśnie Bleys. Nie byłby teŜ złym władcą Amberu – tylko po prostu wolałem sam nim zostać. 

Popatrzyłem  jeszcze  przez  chwilę  i  dostrzegłem,  Ŝe  postacie  kręcące  się  między 

ogniskami  mają  dziwne  kształty.  Zaciekawiłem  się,  z  jakiego  rodzaju  istot  składa  się  jego 

armia. Tak czy owak było to więcej, niŜ ja posiadałem. 

Wróciłem  do  stołu  i  nalałem  sobie  szklaneczkę.  Zanim  ją  jednak  wypiłem,  zapaliłem 

lampkę  nocną  i  w  jej  świetle  wyjąłem  skradzioną  talię  kart.  RozłoŜyłem  je  przed  sobą  i 

wyciągnąłem  tę  z  wizerunkiem  Eryka.  PołoŜyłem  ją  na  środku  stołu,  a  resztę  odsunąłem  na 

bok.  Po  chwili  karta  oŜyła,  zobaczyłem  Eryka  w  stroju  nocnym,  z  zabandaŜowaną  ręką,  i 

usłyszałem słowa: 

– Kto tam? 

– To ja, Corvin. Jak się masz? 

Zaklął, a ja się roześmiałem. Wdałem się w niebezpieczną grę i zapewne przyczyniła się 

do tego whisky, ale kontynuowałem: 

–  Chciałem  cię  zawiadomić,  Ŝe  u  mnie  wszystko w porządku. Oraz przyznać ci rację co 

do  głów  zaprzątniętych  jedną  myślą.  Ty  wszakŜe  swojej  głowy  długo  juŜ  nie  ponosisz.  Do 

zobaczenia,  bracie!  Dzień,  w  którym  ponownie  przybędę  do  Amberu,  będzie  dniem  twojej 

ś

mierci. Pomyślałem sobie, Ŝe lepiej cię uprzedzić, bo to juŜ niedługo. 

– Przybywaj – odparł – i nie proś o litość, gdy przyjdzie ci umierać. – Spojrzał mi prosto 

w oczy i przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Potem zagrałem mu na nosie i przykryłem 

go  dłonią  –  bo  było  to  niczym  odłoŜenie  słuchawki  telefonicznej  –  a  następnie  zmieszałem 

jego kartę z resztą talii. 

Zasypiając  myślałem  o  armii  Bleysa  zgromadzonej  w  wąwozie  i  o  jej  szansach  na 

zdobycie Amberu. Nie będzie to łatwe. 

 

background image

 

Rozdział 6 

Kraina  zwała  się  Avernus,  a  Ŝołnierze  zwerbowani  przez  Bleysa  róŜnili  się  nieco 

wyglądem  od  ludzi.  Obejrzałem  ich  podczas  lustracji  następnego  ranka  idąc  za  Bleysem. 

Wszyscy  mieli  ponad  dwa  metry  wzrostu,  bardzo  czerwoną  skórę,  skąpe  owłosienie,  kocie 

oczy  i  sześciopalczaste  dłonie  oraz  stopy.  Ubrani  byli  w  stroje  lekkie  jak  z  jedwabiu,  ale 

utkane z czegoś innego, i przewaŜnie szare lub niebieskie. KaŜdy z nich był uzbrojony w dwie 

krótkie  klingi,  zakrzywione  na  końcu.  Mieli  spiczaste  uszy,  a  ich  palce  zakończone  były 

pazurami. Klimat był tu ciepły, kolory zachwycające i wszyscy uwaŜali nas za bogów. 

Bleys  znalazł  miejsce,  gdzie  panowała  religia  opierająca  się  na  wierze  w  braci-bogów, 

którzy wyglądali jak my i mieli swoje kłopoty. Główną rolę w ich mitach grał oczywiście zły 

brat,  który  zagarnął  władzę  i  prześladował  dobrych  braci.  I  naturalnie  towarzyszyła  temu 

opowieść o apokalipsie głosząca, Ŝe nadejdzie dzień, gdy oni sami zostaną wezwani na pomoc 

skrzywdzonym dobrym braciom. 

Chodziłem z lewą ręką na czarnym temblaku i przypatrywałem się tym, którzy wybierali 

się na śmierć. Stanąłem przed jednym z nich i spytałem: 

– Czy wiesz, kim jest Eryk? 

– Księciem Ciemności – odparł. 

Skinąłem głową. 

– Bardzo dobrze – pochwaliłem go i poszedłem dalej. 

Bleys dostał wykonane jak na zamówienie mięso armatnie. 

–  Z  całym  szacunkiem  dla  tych,  którzy  są  gotowi  oddać  Ŝycie  – powiedziałem mu – nie 

moŜesz  zdobyć  Amberu  z  tą  pięćdziesięciotysięczną  armią,  nawet  gdybyś  zdołał  dotrzeć  z 

nimi  wszystkimi  do  podnóŜa  Kolviru,  czego  nie  zdołasz.  Sama  myśl,  Ŝeby  uŜyć  tych 

biedaków z ich szabelkami jak zabawki przeciw nieśmiertelnemu miastu, jest śmieszna. 

– Wiem – przyznał – ale mam coś jeszcze. 

– Musisz mieć znacznie, znacznie więcej. 

– A co powiesz na trzy floty o połowę większe od tego, czym dysponują Caine i Gerard 

razem wzięci? 

background image

– Jeszcze nie dość. To dopiero początek. 

– Wiem. Nadal gromadzę siły. 

–  Więc  lepiej  zgromadźmy  ich  nieporównywalnie  więcej.  Eryk  będzie  siedział  sobie 

spokojnie w Amberze i zabijał nas podczas marszu przez Cienie. Kiedy pozostałe siły dotrą w 

końcu do podnóŜa Kolviru, zostaną tam zdziesiątkowane. Potem trzeba jeszcze wspiąć się do 

Amberu.  Jak  myślisz,  ilu  nas  zostanie,  kiedy  wkroczymy  do  miasta?  Garstka,  z  którą  Eryk 

rozprawi  się  w  ciągu  pięciu  minut  bez  najmniejszego  trudu.  Jeśli  to  wszystko,  czym 

dysponujesz, drogi bracie, to mam złe przeczucie co do tej wyprawy. 

– Eryk ogłosił, Ŝe jego koronacja odbędzie się za trzy miesiące – powiedział Bleys. – Do 

tego  czasu  mogę  co  najmniej  potroić  swoje  siły  lub  nawet  zgromadzić  pośród  Cieni 

ć

wierćmilionową  armię.  Są  inne  światy  podobne  do  tego,  w  których  zbiorę  taką  armię 

krzyŜowców, jakiej dotąd nikt jeszcze przeciw Amberowi nie prowadził. 

– Eryk będzie miał tyle samo czasu na przygotowanie działań obronnych – zauwaŜyłem, 

–  Sam  nie  wiem,  Bleys...  to  niemal  samobójstwo.  Nie  znałem  w  pełni  sytuacji,  kiedy  się  do 

ciebie zwróciłem... 

–  A  ty  sam,  co  masz  do  zaoferowania?  –  spytał.  –  Nic.  Podobno  byłeś  dłuŜszy  czas 

dowódcą w wojsku. Gdzie twoje oddziały? 

Odwróciłem się. 

– Nic po nich nie zostało. Wiem to na pewno. 

– Nie mógłbyś poszukać Cienia swojego Cienia? 

– Nawet nie chcę próbować – odparłem. – Bardzo mi przykro. 

– To jaki właściwie mam z ciebie poŜytek? 

–  Odejdę  więc  –  oświadczyłem  –  skoro  pragniesz  ode  mnie  jedynie  więcej  mięsa 

armatniego... 

–  Zaczekaj!  –  krzyknął.  –  Tak  mi  się  tylko  wyrwało.  ZaleŜy  mi  juŜ  choćby  na  twojej 

radzie. Zostań Ŝe mną, proszę. Mogę cię nawet przeprosić. 

–  Nie  trzeba  –  powiedziałem,  wiedząc,  co  to  znaczy  dla  księcia  Amberu.  –  Zostanę. 

Sądzę, Ŝe mogę ci się przydać. 

– Doskonale! – Klepnął mnie w zdrowe ramię. 

– I sprowadzę ci posiłki – dodałem. – Nic się nie martw. 

Dotrzymałem  słowa.  Udałem  się  miedzy  Cienie  i  znalazłem  rasę  obrośniętych  sierścią 

stworzeń, z kłami i pazurami, nieco człekopodobnych i o inteligencji studentów z pierwszego 

roku – przepraszam was, moi drodzy, ale mam na myśli to, Ŝe byli lojalni, oddani, uczciwi i 

zbyt łatwo dający się omamić takim łajdakom, jak ja i mój brat, Czułem się jak ludoŜerca. 

Znalazłem  sto  tysięcy  wyznawców  gotowych  walczyć  za  nas  z  bronią  w  ręku.  Wywarło 

to  odpowiednie  wraŜenie  na  moim  bracie,  który  nie  robił  mi  więcej  Ŝadnych  uwag.  Po 

tygodniu  ramię  mi  się  wygoiło.  Po  dwóch  miesiącach  mieliśmy  ćwierć  miliona  Ŝołnierzy,  a 

nawet więcej. 

background image

–  Corwin,  Corwin!  Pozostałeś  w  kaŜdym  calu  sobą!  –  powiedział  Bleys  przepijając  do 

mnie. 

Ale  ja  czułem  się  nieszczególnie.  Większość  z  nich  musiała  zginąć,  a  ja  byłem  za  to 

odpowiedzialny.  Miałem  wyrzuty  sumienia,  choć  znałem  róŜnicę  między  Cieniem,  a 

Substancją. Ale wiedziałem teŜ, Ŝe kaŜda śmierć jest śmiercią prawdziwą. 

Czasami w nocy siadałem nad talią kart. Były w niej takŜe te Atuty, których brakowało w 

poprzedniej  talii.  Jeden  z  nich  przedstawiał  sam  Amber  i  wiedziałem,  Ŝe  mógłby  mnie  tam 

przenieść. Na innych były wizerunki mojego zmarłego lub zaginionego rodzeństwa, a pośród 

nich portret ojca, który szybko odłoŜyłem. Nie było go juŜ wśród nas. 

Wpatrywałem się długo w kaŜdą twarz zastanawiając się, co mógłbym, od którego z nich 

uzyskać. Kilka razy układałem karty i zawsze wskazywały na tę samą osobę. Na Caine’a. 

Miał  na  sobie  zielono-czarny  atłasowy  strój  i  trójgraniasty  kapelusz  z  długim  zielonym 

pióropuszem. U pasa wisiał mu wysadzony szmaragdami sztylet. Był ciemnowłosy. 

– Caine – wywołałem go. 

Po chwili przyszła odpowiedź. 

– Kto to? – zapytał. 

– Corvin. 

– Corvin? Czy to jakiś Ŝart? 

– Nie. 

– Czego chcesz? 

– A co masz? 

–  Dobrze  wiesz.  –  Podniósł  oczy  i  spojrzał  prosto  na  mnie,  lecz  ja  nie  spuszczałem 

wzroku z jego ręki spoczywającej blisko sztyletu. – Gdzie jesteś? 

– Z Bleysem. 

–  Doszły  mnie  słuchy,  Ŝe  pokazałeś  się  niedawno  w  Amberze,  dziwiło  mnie  teŜ 

zabandaŜowane ramię Eryka. 

– Sprawcę tego masz przed sobą – powiedziałem. – Jaka jest twoja cena? 

– Co masz na myśli? 

– Pomówmy szczerze i bez ogródek. Czy sądzisz, Ŝe Bleys i ja moŜemy pokonać Eryka? 

–  Nie,  i  dlatego  właśnie  z  nim  trzymam.  Nie  mam  teŜ  zamiaru  odstąpić  wam  swojej 

armady, a podejrzewam, Ŝe głównie o to ci chodzi. 

–  Domyślny  braciszku  –  uśmiechnąłem  się.  –  No  to  cóŜ,  miło  mi  było  z  tobą 

porozmawiać. Do zobaczenia w Amberze... moŜe juŜ wkrótce. 

Zrobiłem ruch ręką, a on krzyknął: 

– Poczekaj! 

– Na co? 

– Nie znam nawet twojej oferty. 

– Owszem, znasz. Odgadłeś ją i nie jesteś zainteresowany. 

background image

– Tego nie powiedziałem. Ale wiem, po czyjej stronie leŜy słuszność. 

– Czy teŜ siła. 

– Niech będzie siła. Co masz mi do zaproponowania? 

Rozmawialiśmy  przez  jakąś  godzinę,  po  której  pomocne  szlaki  morskie  zostały  otwarte 

dla floty Bleysa, mogącej po wpłynięciu oczekiwać posiłków. 

– Jeśli się wam nie uda. Amber będzie świadkiem trzech egzekucji – powiedział Caine. 

– Ale w gruncie rzeczy nie spodziewasz się tego, prawda? 

– Nie sądzę, Ŝe ty albo Bleys obejmiecie tron. Ja jestem gotów słuŜyć zwycięzcy. Własne 

księstwo w zupełności mi wystarczy. Nadal jednak chętnie przyjąłbym głowę Randoma jako 

część zapłaty. 

– Nie ma mowy. Bierz, co ci daję, albo się wycofaj. 

– Biorę. 

Uśmiechnąłem  się,  zakryłem  kartę  dłonią  i  juŜ  go  nie  było.  Gerarda  postanowiłem 

zostawić  na  następny  dzień.  Rozmowa  z  Caine’em  była  męcząca.  Rzuciłem  się  na  łóŜko  i 

zasnąłem. 

Gerard, kiedy poznał stawkę, zgodził się nas nie atakować. Głównie dlatego, Ŝe to ja się 

do  niego  zwróciłem,  a  uznał,  Ŝe  z  dwojga  złego  mogę  okazać  się  potęŜniejszy  niŜ  Eryk. 

Szybko  dobiłem  z  nim  targu,  obiecując  mu  wszystko,  co  chciał,  jako  Ŝe  nie  prosił  o  niczyją 

głowę. 

Później  ponownie  zrobiłem  przegląd  wojsk  i  opowiedziałem  im  coś  niecoś  o  Amberze. 

Dziwnie,  ale  czerwonoskóre  olbrzymy  i  owłosione  karzełki  współŜyli  zgodnie  jak  bracia. 

Było to smutne, ale prawdziwe. UwaŜali nas za bogów i koniec, kropka. 

Zobaczyłem  flotę  płynącą  po  wielkim  oceanie  koloru  krwi.  Zadumałem  się.  W  świecie 

Cieni, po którym płynęli, wielu z nich zginie na zawsze. 

Pomyślałem o armii z Avernus i moich rekrutach z miejsca zwanego Ri’ik. Ich zadaniem 

był marsz na Ziemię i do Amberu. 

Potasowałem  karty  i rozłoŜyłem je. Wziąłem do ręki portret Benedykta. Przywoływałem 

go przez dłuŜszy czas, lecz odpowiedzią było tylko zimno. Sięgnąłem po kartę Branda. Znów 

przez  dłuŜszą  chwilę  czułem  tylko  chłód.  Potem  usłyszałem  krzyk.  Przeraźliwy,  ścinający 

krew w Ŝyłach krzyk. 

– PomóŜ mi! 

– Jak? 

– Kto to? – zapytał i zobaczyłem, Ŝe jego ciało się wije. 

– Corwin. 

– Wydobądź mnie stąd, Corwinie! Dam ci za to wszystko, co chcesz! 

– Gdzie jesteś? 

background image

–  Jestem...  –  Obraz  zakłębił  się  ukazując  rzeczy,  które  wzdrygałem  się  przyjąć  do 

wiadomości,  i  rozległ  się  ponowny  krzyk,  jakby  ze  śmiertelnej  otchłani,  po  czym  zapadła 

głucha cisza. Znów ogarnął mnie chłód. 

Poczułem, Ŝe się trzęsę, lecz nie wiedziałem dlaczego. Zapaliłem papierosa i podszedłem 

do zasnutego nocą okna, zostawiając na stole rozrzucone karty. 

Gwiazdy  były  małe  i  zasnute  mgłą.  Nie  mogłem  rozpoznać  Ŝadnej  konstelacji.  Mały, 

niebieski  księŜyc  sunął  szybko  w  ciemnościach. Noc powiała nagłym, lodowatym chłodem i 

szczelniej otuliłem się peleryną. Przypomniała mi się nasza nieszczęsna, zimowa kampania w 

Rosji. Dobry BoŜe! Omal nie zamarzłem na śmierć! I do czego to wszystko prowadziło? 

Do tronu Amberu, oczywiście. Ten cel uświęcał wszystko. 

Ale  co  z  Brandem?  Gdzie  był?  Co  się  z  nim  działo,  kto  był  tego  sprawcą?  śadnej 

odpowiedzi. 

Zamyśliłem  się  patrząc  w  noc,  śledząc  wzrokiem  błękitną  elipsę  księŜyca.  Czy 

przeoczyłem  coś  w  obrazie  sytuacji,  jakiś  szczegół,  który  umknął  mojej  uwagi?  śadnej 

odpowiedzi. 

Usiadłem jeszcze raz przy stole z kieliszkiem w ręce. Przewertowałem wszystkie karty i 

wyjąłem wizerunek ojca. 

Oberon,  władca  Amberu,  stał  przede  mną  w  swojej  zieleni  i  złocie.  Wysoki,  dobrze 

zbudowany,  z  włosami  i  brodą  przetykaną  srebrem.  Na  palcach  pierścienie  z  zielonymi 

kamieniami w złotej oprawie. Złoty miecz. Niegdyś sądziłem, Ŝe nic i nigdy nie odbierze mu 

odwiecznego panowania nad Amberem. Co się stało? Nadal nie wiedziałem. Ale on odszedł. 

Jaki koniec spotkał mego ojca? 

Patrzyłem na kartę, skupiwszy całą uwagę. 

Nic... nic... Coś? 

Coś. 

W  odpowiedzi  dał  się  zauwaŜyć  ledwo  widoczny  ruch,  figura  na  karcie  skurczyła  się  i 

przeobraziła w cień człowieka, którego reprezentowała. 

– Ojcze? – spytałem. 

Cisza. 

– Ojcze? 

– Tak... – Bardzo słaby i odległy głos, jakby wydobywający się z muszli, zatopiony w jej 

monotonnym szumie. 

– Gdzie jesteś? Co się stało? 

– Ja... – Długa pauza. 

– Tak? To Corwin, twój syn. Co zaszło w Amberze, Ŝe cię nie ma? 

– Nadszedł mój czas. – Jego głos dochodził z bardzo daleka. 

– Czy to znaczy, Ŝe abdykowałeś? śaden z braci nic mi nie powiedział, a nie ufam im na 

tyle,  aby  pytać.  Wiem  tylko,  Ŝe  tron  stoi  otworem  dla  wszystkich  chętnych.  Eryk  ma  teraz 

background image

miasto  we  władaniu,  a  Julian  sprawuje  pieczę  nad  Lasem  Ardeńskim.  Caine  i  Gerard 

kontrolują  morze.  Bleys  jest  gotów  stawić  im  wszystkim  czoło,  a  ja  zawarłem  z  nim 

przymierze. Jakie są twoje Ŝyczenia w tym względzie? 

– Jesteś... jedynym, który o to pyta... Tak... 

– „Tak”, co? 

– Tak... Stawcie im opór... 

– A co z tobą? Jak mogę ci pomóc? 

– Mnie... nie moŜna pomóc. Weź tron... 

– Ja? Czy Bleys i ja? 

– Ty! 

– Tak? 

– Masz moje błogosławieństwo... Weź tron... i pospiesz się! 

– Dlaczego, ojcze? 

– Brak mi tchu... Weź tron! – I zniknął. 

A więc ojciec Ŝył. To było interesujące. Co teraz robić? Popijałem whisky i rozmyślałem. 

ś

ył  gdzieś  i  nadal  był  królem  Amberu.  Dlaczego  zniknął?  Dokąd  się  udał?  Co  się  za  tym 

kryło? Same zagadki. Nie potrafiłem udzielić odpowiedzi na Ŝadne z tych pytań, lecz sprawa 

nie dawała mi spokoju. 

Tu  muszę  wyznać,  Ŝe  moje  stosunki  z  ojcem  nigdy  nie  układały  się  zbyt  dobrze.  Nie 

czułem wprawdzie do niego nienawiści jak Random lub paru innych braci, ale nie miałem teŜ 

najmniejszego  powodu,  Ŝeby  darzyć  go  szczególną  sympatią.  Był  silny,  potęŜny  i  okupował 

tron  –  to  chyba  wystarczy?  Uosabiał  teŜ  niemal  całą  znaną  nam  historię  Amberu,  a  historia 

Amberu  sięga  wstecz  tyle  tysiącleci,  Ŝe  nie  warto  ich  nawet  liczyć.  Co  było  robić  w  tej 

sytuacji? Jeśli chodzi o mnie, dopiłem whisky i poszedłem spać. 

Nazajutrz  rano  zwołaliśmy  naradę  wojenną.  Bleys  miał  czterech  admirałów,  z  których 

kaŜdy dowodził mniej więcej jedną czwartą floty, i cały sztab oficerów piechoty. Razem było 

nas  jakieś  trzydzieści  osób,  w  połowie  wielkich  i  czerwonoskórych,  a  w  połowie  małych  i 

owłosionych. 

Narada  trwała  cztery  godziny,  po  czym  rozeszliśmy  się  coś  zjeść.  Uzgodniliśmy,  Ŝe 

wyruszamy  za  trzy  dni.  PoniewaŜ  drogę  do  Amberu  mógł  otworzyć  tylko  ktoś  królewskiej 

krwi,  ja  miałem  przewodzić flocie na okręcie flagowym, a Bleys miał poprowadzić piechotę 

przez krainy Cieni. 

Zastanowiło mnie to i zapytałem, co by zrobił, gdybym się nie zjawił, przychodząc mu z 

pomocą.  W  odpowiedzi  usłyszałem  dwie  rzeczy:  Ŝe,  po  pierwsze,  gdyby  musiał  polegać  na 

własnych  siłach,  poprowadziłby  najpierw  flotę  i  zostawił  ją  w  odpowiedniej  odległości  od 

brzegu,  po  czym  wróciłby  jednym  z  okrętów  do  Avernus,  Ŝeby  powieść  Ŝołnierzy  na 

spotkanie o wyznaczonym czasie, a po drugie, Ŝe specjalnie szukał takiego Cienia, w którym 

mógł liczyć na przybycie któregoś z braci gotowego go wesprzeć. 

background image

To  ostatnie  wzbudzało  niejakie  podejrzenia,  a  to  pierwsze  wyglądało  mało  realistyczne, 

gdyŜ  flota  stałaby  zbyt  daleko  w  morzu,  aby  dostrzec  jakieś  sygnały  z  brzegu,  a  ryzyko 

spóźnienia się na spotkanie było – przy tej liczbie wojska – zbyt duŜe, aby pokładać większe 

nadzieje w tego rodzaju planie. 

Ale  jako  taktyk  Bleys  zawsze  był,  moim  zdaniem,  niezrównany  i  kiedy  rozłoŜył  mapy 

Amberu i okolic, które sam sporządził, i zaczął wyjaśniać taktykę, jaką zamierzał zastosować, 

widziałem, Ŝe cechuje go spryt godny księcia Amberu. 

Kłopot  w  tym,  Ŝe  naszym  przeciwnikiem  był  inny  ksiąŜę  Amberu,  i  to  taki,  który  miał 

niewątpliwie  silniejszą  pozycję.  Trochę  mnie  to  niepokoiło,  lecz  wobec  zbliŜającej  się 

koronacji  nie  pozostawało  nam  nic  innego,  jak  pójść  na  całość.  Jeśli  przegramy,  jesteśmy 

zgubieni,  a  zdawałem  sobie  sprawę,  Ŝe  Eryk  ma do swojej dyspozycji czas i najpotęŜniejsze 

ś

rodki, czego myśmy nie mieli. 

Przemierzałem  krainę  zwaną  Avernus  podziwiając  jej  zamglone  doliny  i  przepaści,  jej 

dymiące  kratery,  jaskrawe  słońce  na  zwariowanym  niebie,  mroźne  noce  i  zbyt  gorące  dni, 

skały  i  wydmy  ciemnego  piasku,  małe,  ale  zjadliwe  i  niebezpieczne  zwierzęta,  wielkie 

purpurowe  rośliny,  jak  choćby  pozbawione  kolców  kaktusy,  a  po  południu  drugiego  dnia, 

kiedy  stałem  na  występie  skalnym  nad  morzem,  pod  wieŜą  skłębionych  cynobrowatych 

chmur, doszedłem do wniosku, Ŝe lubię ten kraj i jeśli jego synowie zginą w walce za swoich 

bogów, postaram się unieśmiertelnić ich pewnego dnia w poświęconym im hymnie. 

Uspokoiwszy  w  ten  sposób  sumienie,  objąłem  dowództwo  floty.  Jeśli  zwycięŜymy,  moi 

wojownicy  będą  przez  wieki  opiewani  na  dworach  i  zamkach  nieśmiertelnych  władców.  Ja 

zaś byłem ich wodzem i przewodnikiem, który otwierał im drogę. Poczułem radość. 

Nazajutrz  wyruszyliśmy  w  morze,  a  ja  dowodziłem  z  okrętu  flagowego.  Wprowadziłem 

flotę  w  sztorm i wypłynęliśmy z niego o wiele bliŜej miejsca przeznaczenia. Wprowadziłem 

nas  w  ogromny  wir  i  wyszło  nam  to  na  dobre.  Przeprowadziłem  flotę  przez  kamienną 

mieliznę i wody oceanu pogłębiły się, a ich kolor zaczął przypominać toń wokół Amberu. A 

więc  nadal  posiadałem  tę  umiejętność.  Mogłem  kształtować  nasz  los  w  czasie  i  przestrzeni. 

Mogłem doprowadzić nas do domu. To znaczy, do mojego domu. 

Przeprowadziłem  okręty  obok  dziwnych  wysp,  na  których  krakały  zielone  ptaszyska,  a 

zielone  małpy  zwisały  z  drzew  niczym  owoce,  powrzaskując  coś  do  siebie  i  rzucając 

kamieniami w naszym kierunku. Wyprowadziłem flotę daleko w morze, a potem zawróciłem 

w stronę brzegu. 

Bleys  maszerował  tymczasem  przez  równiny  światów.  Miałem  dziwną  świadomość,  Ŝe 

pokona wszelkie trudności i poradzi sobie z pułapkami Eryka. Porozumiewałem się z nim za 

pomocą kart i wiedziałem o wszystkim, co zaszło po drodze. O tym, Ŝe stracił dziesięć tysięcy 

ludzi w walce z centaurami, pięć tysięcy zginęło podczas wyjątkowo silnego trzęsienia ziemi, 

tysiąc  pięćset  zmiotła  trąba  powietrzna,  dziewiętnaście  tysięcy  zginęło  lub  przepadło  bez 

wieści  w  jakiejś  dŜungli,  kiedy  spadł  na  nich  napalm  z  dziwnych  huczących  obiektów  na 

background image

niebie;  sześć  tysięcy  zdezerterowało  w  miejscu  wyglądającym  jak  obiecany  im  raj;  pięciuset 

zginęło  na  piaszczystej  równinie,  gdy  wybuchła  obok  wznosząc  się  do  góry  chmura  w 

kształcie  grzyba;  osiem  tysięcy  sześciuset  zostało  zabitych  w  dolinie  walczących  maszyn, 

które  wyjechały  na  gąsienicach  miotając  ogień;  ośmiuset  rannych  i  chorych  zostawiono 

własnemu  losowi;  dwustu  porwały  wezbrane  wody  rzeki;  pięćdziesięciu  czterech  odniosło 

ś

miertelne  rany  w  pojedynkach  między  sobą;  trzystu  zmarło  po  zjedzeniu  trujących 

miejscowych  owoców;  tysiąc  stratował  pędzący  tabun  bawołopodobnych  stworzeń; 

siedemdziesięciu  trzech  zginęło  podczas  poŜaru  namiotów;  tysiąc  pięciuset  utonęło  podczas 

powodzi; dwa tysiące padło ofiarą tornada, które nadciągnęło od błękitnych wzgórz. 

Byłem zadowolony, Ŝe sam straciłem w tym czasie tylko sto osiemdziesiąt sześć statków. 

Zasnąć! MoŜe śnić! – w tym sęk cały... Eryk zabijał nas cal po calu i godzina po godzinie. 

Jego  zapowiedziana  koronacja  miała  się  odbyć  juŜ  za  parę  tygodni,  a  on  najwyraźniej 

wiedział, Ŝe nadciągamy, bo wymieraliśmy jak muchy. 

Powiedziane  jest,  Ŝe  tylko  ksiąŜę  Amberu  moŜe  się  poruszać  pośród  Cieni,  choć 

oczywiście  wolno  mu  przeprowadzić  ze  sobą,  kogo  chce.  Wiedliśmy  nasze  wojska  i 

patrzyliśmy, jak giną, jeśli zaś chodzi o Cień, to mogę powiedzieć tyle: istnieje Cień i istnieje 

Substancja,  i  to  leŜy  u  podstaw  wszechrzeczy.  Z  Substancji  jest  tylko  Amber,  prawdziwe 

miasto  na  prawdziwej  Ziemi,  które  zawiera  w  sobie  wszystko.  Z  Cieni  jest  nieskończona 

liczba  rzeczy.  KaŜda  moŜliwość  istnieje  gdzieś  jako  Cień  tego,  co  prawdziwe.  Amber, 

poprzez  samą  swoją  egzystencję,  rzuca  cienie  we  wszystkich  kierunkach.  Co  jeszcze  moŜna 

dodać? Cień rozciąga się od Amberu do Chaosu i w jego granicach wszystko jest moŜliwe. Są 

tylko trzy sposoby na przebycie go, kaŜdy z nich trudny. 

KsiąŜę  lub  księŜniczka  krwi  moŜe  przemierzać  Cienie  nadając  otoczeniu  dowolne 

kształty, dopóki nie przybierze ono poŜądanej postaci – wtedy tam zostają. Cień ów staje się 

ich własnym światem, w którym mogą robić, co chcą, o ile nie zakłóci im tego ktoś z rodziny. 

W takim właśnie miejscu Ŝyłem przez całe wieki. 

Drugim sposobem są karty, zrobione przez Dworkina, Mistrza Rysunku, który stworzył je 

na  nasz  obraz  i  podobieństwo,  Ŝeby  ułatwić  porozumiewanie  się  członkom  rodziny 

królewskiej. Był to sędziwy artysta, dla którego przestrzeń i perspektywa nie miały tajemnic. 

Sporządził  rodzinne  Atuty,  które  umoŜliwiały  nam  bezpośredni  kontakt  na  kaŜdą  odległość. 

Miałem jednak wraŜenie, Ŝe nie zawsze uŜywaliśmy ich zgodnie z intencją autora. 

Trzecim  sposobem  był  Wzorzec,  teŜ  narysowany  przez  Dworkina,  po  którym  mógł 

przejść  tylko  członek  naszej  rodziny.  Stanowił  on  jakby  wprowadzenie  w  system  kart  i  po 

przejściu dawał moc panowania nad Cieniami. 

Karty  i  Wzorzec umoŜliwiały natychmiastowe przeniesienie się z Substancji przez Cień. 

Inny sposób, wędrówka, był trudniejszy. 

Wiedziałem, co Random robił torując nam drogę do prawdziwego świata. Jadąc, dodawał 

w pamięci to, co zapamiętał z Amberu, i odejmował to, co się nie zgadzało. Kiedy wszystko 

background image

ze  sobą  korespondowało,  wiedział,  Ŝe  przybyliśmy  na  miejsce.  Nie  była  to  jedynie  sprytna 

sztuczka,  bo  przy  odpowiedniej  wiedzy  kaŜdy  człowiek  mógłby  dotrzeć  do  własnego 

Amberu.  Nawet  teraz  Bleys  i  ja  mogliśmy  poszukać  Cieni  Amberu,  gdzie  kaŜdy  z  nas  by 

rządził i spędził na tronie całą wieczność. Ale to by dla nas nie było to samo. Bo Ŝadne z tych 

miejsc  nie  byłoby  prawdziwym  Amberem  miastem,  w  którym  się  urodziliśmy,  miastem,  z 

którego wszystkie inne biorą kształt. 

ToteŜ  dla  celów  naszej  inwazji  na  Amber  obraliśmy  najcięŜszą  drogę,  wędrówkę  przez 

Cień.  KaŜdy,  kto  o  tym  wiedział  i  dysponował  dostateczną  siłą,  mógł  stawiać  nam  na  tej 

drodze przeszkody. Eryk to robił i ginęliśmy w ich obliczu. Co z tego wyniknie? Nikt nie znał 

odpowiedzi na to pytanie. 

Gdyby  Eryk  został  ukoronowany,  znalazłoby  to  swój  odpowiednik,  swoje 

odzwierciedlenie  wszędzie.  A  kaŜdy  z  nas,  pozostałych  braci,  kaŜdy  z  ksiąŜąt  Amberu,  z 

chęcią osiągnąłby ten status i pozwolił, aby odbiło się to w dowolny sposób w Cieniach 

Minęliśmy  widmową  flotę,  statki  Gerarda  –  Latającego  Holendra  tego  świata/tamtego 

ś

wiata – i wiedziałem, Ŝe się zbliŜamy. PosłuŜyły mi za punkt orientacyjny. 

Ósmego dnia podróŜy byliśmy blisko Amberu. Wtedy właśnie rozpętał się sztorm. Morze 

pociemniało,  niebo  zasnuły  chmury,  Ŝagle  opadły  wskutek  nagłej  ciszy.  Słońce  schowało 

swoją tarczę – błękitną i ogromną – i czułem, Ŝe Eryk w końcu nas dopadł. 

Zerwał się wiatr i – jeśli moŜna to tak nazwać – natarł z furią na mój statek. Znaleźliśmy 

się w szponach burzy, w samym sercu nawałnicy, jak mówią poeci. Trzewia podeszły mi do 

gardła, gdy uderzyły w nas pierwsze bałwany. Miotało nami od burty do burty, jakbyśmy byli 

kośćmi do gry w rękach olbrzyma. Zalewała nas woda z morza i woda z nieba, które stało się 

czarne,  a  deszcz  ze  śniegiem  przesłaniał  oblodzony,  ściągający  pioruny  takielunek.  Jestem 

pewien,  Ŝe  wszyscy  krzyczeli,  ja  teŜ.  Powlokłem  się  z  trudem  po  szalejącym  pokładzie  do 

opuszczonego steru. Przywiązałem się sznurami i chwyciłem koło. Eryk niewątpliwie poszedł 

na całego. 

Jedna  godzina,  druga,  trzecia,  czwarta  i  ani  chwili  wytchnienia  –  Pięć  godzin.  Ilu  ludzi 

straciliśmy? Nie miałem pojęcia. 

Zadzwoniło  mi  w  uszach,  poczułem  mrowienie  i  zobaczyłem  Bleysa  jakby  na  końcu 

długiego, szarego tunelu. 

– Co się dzieje? – pytał. – Nie mogę się z tobą skontaktować. 

– śycie jest pełne niespodzianek – odparłem. – Właśnie staramy się stawić czoło jednej z 

nich. 

– Sztorm? – zapytał. 

–  Nie  inaczej.  Praprzodek  wszystkich  sztormów.  Wydaje  roi  się,  Ŝe  widzę  potwora 

morskiego. Jeśli ma choć trochę w głowie, napadnie nas od spodu... Właśnie to zrobił. 

– Przed chwilą nas teŜ zaatakował – powiedział Bleys. 

– Potwór czy sztorm? 

background image

– Sztorm. Zginęło dwieście osób. 

–  Nie  trać  ducha,  broń  fortu,  porozmawiamy  później,  dobrze?  Skinął  głową,  a  za  jego 

plecami przeleciała błyskawica. 

– Eryk zna naszą liczbę – dodał jeszcze, zanim zniknął. Musiałem się z tym zgodzić. 

Dopiero  po  następnych  trzech  godzinach  nawałnica  zelŜała  nieco,  a  jeszcze  później 

dowiedziałem  się,  Ŝe  straciłem  połowę  floty,  na  moim  statku  flagowym  zaś  aŜ  czterdzieści 

osób z załogi Uczącej sto dwadzieścia. Była to nielicha burza. 

Zdołaliśmy  jednak  jakoś  dopłynąć  do  oceanu  nad  Rebmą.  Wyjąłem  karty  i  zatrzymałem 

wzrok  na  wizerunku  Randoma.  Kiedy  się  zorientował,  kto  go  wzywa,  pierwsze  jego  słowa 

brzmiały: 

– Zawracaj! 

– Dlaczego? 

–  Llewella  twierdzi,  Ŝe  Eryk  rozbije  was  w  proch.  Radzi,  Ŝebyś  trochę  odczekał,  aŜ 

wszystko się uspokoi, i dopiero wtedy uderzy; moŜe za jakiś rok. 

Potrząsnąłem głową. 

–  Bardzo  mi  przykro  –  powiedziałem  –  ale  nie  mogę.  Ponieśliśmy  zbyt  wielkie  straty, 

Ŝ

eby dotrzeć aŜ tutaj. Teraz albo nigdy. 

Wzruszył ramionami z miną: „Pamiętaj, Ŝe cię ostrzegałem”. 

– Czemu miałbym się cofać? – spytałem. 

– Głównie dlatego, Ŝe jak słyszę, Eryk sprawuje tu kontrolę nad pogodą. 

– Mimo to musimy zaryzykować. 

Znów wzruszył ramionami. 

– Nic mów, Ŝe cię nie uprzedzałem. 

– Jesteś pewien, Ŝe on o nas wie? 

– Czy sądzisz, Ŝe jest kretynem? 

– No nie. 

– Wobec tego musi wiedzieć. Jeśli ja domyśliłem się tego w Rebmie, to tym bardziej on 

w Amberze. A ja odgadłem prawdę po migotaniu Cienia. 

–  Niestety,  mam  złe  przeczucia  co  do  tej  wyprawy  –  powiedziałem  –  ale  to  pomysł 

Bleysa. 

– Wycofaj się i niech on sam kładzie głowę pod topór. 

– Nie mogę podjąć takiego ryzyka. A nuŜ wygra. Ja stoję na czele floty. 

– Rozmawiałeś z Caine’em i z Gerardem? 

– Tak. 

– Więc pewno sądzisz, Ŝe na morzu masz szansę. Ale posłuchaj, jak wnoszę z tutejszych 

plotek  dworskich,  Eryk  posiadł  tajemnicę  Klejnotu  Wszechmocy.  Dało  mu  to  władzę  nad 

pogodą i Bóg wie, nad czym jeszcze. 

background image

– Wielka szkoda – powiedziałem. – Będziemy musieli jakoś to znieść. Nie moŜemy dać 

się wystraszyć paru sztormom. 

– Corwin, muszę ci coś wyznać. Trzy dni temu sam rozmawiałem z Erykiem. 

– Po co? 

– Prosił mnie o to. Rozmawiałem z nim z nudów. Nakreślił mi ze szczegółami swoją linię 

obronną. 

–  Dowiedział  się  od  Juliana,  Ŝe  przybyliśmy  tu  razem  i  był  pewien,  Ŝe  mi  wszystko 

powtórzysz. 

– Zapewne. Ale to nie zmienia faktów. 

– Masz rację. 

– Więc niech Bleys walczy sobie na własną rękę, a ty uderz na Eryka później. 

– Niedługo ma zostać ukoronowany. 

– Wiem, wiem. Ale równie dobrze moŜna zaatakować króla jak księcia, czyŜ nie? Co za 

róŜnica, jaki będzie nosił tytuł w chwili, gdy go pokonasz? To będzie nadal ten sam Eryk. 

– To prawda, ale związałem się z Bleysem. – Więc się odwiąŜ. 

– Nie mogę tak postąpić. 

– Wobec tego jesteś szalony. 

– MoŜe. 

– CóŜ, powodzenia. 

– Dzięki. 

– Do zobaczenia. 

Na tym skończyliśmy rozmowę, która zasiała jednak we mnie ziarno niepokoju. CzyŜbym 

zmierzał prosto w pułapkę? Eryk nie był głupcem. MoŜe zarzucił juŜ na nas gigantyczną sieć 

ś

mierci? Wzruszyłem ramionami i oparłem się o burtę, włoŜywszy karty ponownie za pasek. 

To  dumne  i  samotne  uczucie  być  księciem  Amberu,  nie  mogącym  nikomu  zaufać.  W 

danej chwili nie sprawiało mi to szczególnej satysfakcji, ale trudna rada... 

Oczywiście,  to  Eryk  był  sprawcą  sztormu,  który  na  nas  spadł,  co  by  się  zgadzało  z 

twierdzeniem Randoma, Ŝe jest panem pogody w Amberze. 

Spróbowałem  więc  i  ja  pewnej  sztuczki  Poprowadziłem  flotę  w  kierunku  Amberu,  nad 

którym  szalała  śnieŜyca.  Była  to  najstraszniejsza  nawałnica  śnieŜna,  jaką  mogłem  wywołać. 

Ogromne płatki śniegu zaczęły spadać takŜe na ocean. Niech Eryk spróbuje poradzić sobie ze 

zwykłym darem z Cienia, jeśli potrafi. 

I poradził sobie. 

W ciągu pół godziny śnieŜyca ustała. Amber okazał się, praktycznie wodoszczelny – było 

to  naprawdę  jedyne  w  swoim  rodzaju  miasto.  Nie  chciałem  zbaczać  z  kursu,  pozostawiłem 

więc bieg rzeczy własnemu losowi. Eryk rzeczywiście panował nad pogodą w Amberze. 

Co teraz robić? 

Płynęliśmy dalej, prosto w objęcia śmierci. 

background image

CóŜ mogę dodać? 

Drugi  sztorm  okazał  się  jeszcze  gorszy  niŜ  pierwszy,  ale  udało  mi  się  utrzymać  koło 

sterowe.  Burza  była  naładowana  elektrycznością  i  skierowana  głównie  na  flotę.  Rozproszyła 

nas po morzu i zabrała nam Jeszcze czterdzieści statków. 

Bałem się skontaktować z Bleysem i usłyszeć, co jego spotkało. 

–  Zostało  mi  jeszcze  dwieście  tysięcy  wojska  –  powiedział.  –  Mieliśmy  potop. 

Powtórzyłem mu, co usłyszałem od Randoma. 

– Gotów jestem dać temu wiarę – odrzekł. – Ale nie ma co się nad tym rozwodzić. Panuje 

nad pogodą czy nie, i tak go pobijemy. 

– Miejmy nadzieję – odparłem. 

Zapaliłem  papierosa  i  oparłem  się  o  dziób.  Wkrótce  powinniśmy  zobaczyć  Amber. 

Umiałem  juŜ  na  powrót  poruszać  się  pośród  Cieni  i  wiedziałem,  jak  tam  dotrzeć.  Wszak 

wszyscy miewają złe przeczucia i Ŝaden dzień nigdy nie wydaje się odpowiedni... Płynęliśmy 

więc  dalej,  kiedy  spadła  na  nas  nagła  ciemność  i  rozpętał  się  najgorszy  ze  sztormów. 

Uszliśmy  jakoś  przed  jego  czarnymi  mackami,  ale  przeszył  mnie  strach.  Byliśmy  na 

północnych  wodach  –  jeśli  Caine  dotrzyma  słowa,  to  wszystko  w  porządku,  gdyby  jednak 

zamierzał nas wydać, to ma nad wyraz korzystną sytuację. 

Przyjąłem, Ŝe nas zdradzi. DlaczegóŜ by nie? Przygotowywałem właśnie flotę do bitwy – 

pozostałe  siedemdziesiąt trzy okręty – gdy zobaczyłem, Ŝe płynie w naszym kierunku. Karty 

kłamały – lub teŜ powiedziały całą prawdę – wskazując na niego jako na kluczową postać. 

Jego statek wysunął się na czoło i popłynąłem mu na spotkanie. Stanęliśmy burta w burtę, 

patrząc na siebie. Mogliśmy skomunikować się przez Atuty, ale Caine zdecydował inaczej, a 

poniewaŜ miał silniejszą pozycję, etykieta rodzinna wymagała, aby to on wybrał odpowiedni 

ś

rodek. Najwyraźniej chciał, Ŝeby go wszyscy słyszeli, gdy krzyknął przez tubę: 

– Corwin! ZłóŜ broń! Mamy nad wami przewagę liczebną! Nie macie Ŝadnych szans! 

Spojrzałem na niego przez wodę i podniosłem swoją tubę do ust. 

– Co z naszą umową? – spytałem. 

–  Uznaj  ją  za  niebyłą  –  odparł.  –  Twoje  siły  są  o  wiele  za  słabe,  Ŝeby  zdobyć  Amber, 

oszczędź wiec swoich ludzi i poddaj się. 

Obejrzałem się przez ramię na słońce. 

– Zechciej wysłuchać mej prośby, bracie, i pozwól, bym póki słońce nie stanie w zenicie, 

mógł naradzić się z moimi kapitanami. 

–  Dobrze  –  odparł  bez  wahania.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  zdają  sobie  sprawę  ze  swojego 

połoŜenia. 

Odwróciłem się i wydałem rozkaz odwrotu i dobicia do reszty naszych okrętów. 

Gdybym  spróbował  uciec,  Caine  ścigałby  mnie  przez  Cienie  i  niszczył  jeden  statek  po 

drugim.  Proch  się  nie  zapalał  na  prawdziwej  Ziemi,  ale  wystarczyło  odpłynąć  dość  daleko, 

aby  i  on  posłuŜył  do  naszej  zguby.  Gdybym  uszedł  sam,  flota  nie  mogłaby  przebyć  morza 

background image

Cieni  beze  mnie  i  osiadłaby  tu,  na  prawdziwych  wodach,  niczym  stado  kaczek.  Cokolwiek 

bym zrobił, załogę czeka śmierć albo uwięzienie. 

Random miał rację. 

Wyciągnąłem Atut z Bleysem i skoncentrowałem się na obrazku, póki się nie poruszył. 

–  Tak?  –  usłyszałem  jego  zaniepokojony  głos.  Z  daleka  dochodziły  mnie  jakby  odgłosy 

bitwy. 

–  Mam  kłopot  –  powiedziałem.  –  Przebiłem  się  z  siedemdziesięcioma  trzema  okrętami, 

lecz Caine zaŜądał. abyśmy do południa się poddali. 

– Niech to diabli! – zaklął Bleys. – Nie dotarłem aŜ tak daleko jak ty, a na dodatek jestem 

teraz  w  samym  środku  bitwy.  Kawaleria  roznosi  nas  na  strzępy.  Nie  mogę  ci  więc  nic 

rozsądnego  doradzić.  Mam  własne  problemy.  Rób,  jak  uwaŜasz  za  stosowne.  Znowu 

nacierają! – I kontakt się urwał. 

Wyciągnąłem teraz kartę Gerarda. Kiedy rozmawialiśmy, zdawało mi się, Ŝe dostrzegam 

linię brzegową za jego plecami. To by potwierdzało moje przypuszczenie, Ŝe jest na morzach 

południowych.  Z  niechęcią  wspominam  tę  rozmowę.  Zapytałem  go,  czy  moŜe  i  zechce 

udzielić mi wsparcia w walce przeciw Caine’owi. 

– Zgodziłem się tylko cię przepuścić – odparł. – Dlatego wycofałem się na południe. Nie 

zdąŜyłbym przyjść ci z pomocą, nawet gdybym chciał. Poza tym nie umawiałem się, Ŝe będę 

ci pomagał w zabiciu naszego brata. 

I zanim zdąŜyłem odpowiedzieć, juŜ go nie było. Miał oczywiście rację. Zgodził się dać 

mi sposobność do walki, a nie walczyć za mnie. 

CóŜ mi pozostawało? 

Zapaliłem  papierosa,  chodząc  tam  i  z  powrotem  po  pokładzie.  Robiło  się  coraz  później. 

Poranna  mgła  dawno  się  rozeszła,  a  słońce  grzało  w  plecy.  Niedługo  będzie  południe.  Za 

jakieś dwie godziny... 

Obracałem w rękach karty, waŜyłem je na dłoni. Mogłem przy ich uŜyciu wezwać Eryka 

lub  Caine’a  na  pojedynek  woli.  Dawały  taką  moŜliwość  i  zapewne  jeszcze  wiele  innych,  o 

których  nic  nie  wiedziałem.  Zostały  tak  zaprojektowane  na  rozkaz  Oberona,  ręką  szalonego 

artysty Dworkina Barimena, garbusa o dzikim spojrzeniu, który był czarownikiem, księdzem 

lub  medykiem  –  róŜne  wersje  krąŜyły  –  z  jakiegoś  odległego  Cienia,  w  którym  ojciec 

uratował  go  przed  okrutnym  losem,  jaki  sobie  zgotował.  Nikt  nie  znał  szczegółów,  ale  od 

tamtej  pory  Dworkin  miał  lekko  pomieszane  w  głowie.  Niemniej  był  wielkim  artystą  i 

niewątpliwie  posiadał  dziwną  moc.  Zniknął  wieki  temu,  po  stworzeniu  kart  i  wytyczeniu 

Wzorca  w  Amberze.  Często  zastanawialiśmy  się,  co  się  z  nim  stało,  ale  nikt  nie  potrafił 

udzielić odpowiedzi. MoŜe to ojciec kazał go zgładzić, Ŝeby na zawsze zachować jego sekrety 

w tajemnicy. 

background image

Caine będzie przygotowany na taki krok z mojej strony i prawdopodobnie nie zdołam go 

złamać, choć moŜe uda mi się go przetrzymać. Lecz jego ludzie, tak czy owak, z pewnością 

dostali rozkaz ataku. 

Eryk będzie bez wątpienia gotowy na wszystko, ale skoro nie pozostawało mi nic innego, 

to co mi szkodzi spróbować? Nie miałem nic do stracenia oprócz duszy. 

Była teŜ jeszcze karta przedstawiająca Amber. Za jej pomocą mogłem się tam przenieść i 

próbować zabójstwa, ale szansę przeŜycia miałbym wtedy jedną na milion. 

Bytem  gotów  zginąć  w  walce,  lecz  po  co  ciągnąć  za  sobą  na  śmierć  tych  wszystkich 

ludzi?  Moja  krew  została  najwyraźniej  skaŜona,  mimo  władzy,  jaką  miałem  nad  Wzorcem. 

Prawdziwy  ksiąŜę  Amberu  nie  miałby  takich  skrupułów.  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 

musiałem  się  zmienić  podczas  tych  stuleci  spędzonych  na  Cieniu-Ziemi,  które  mnie 

zmiękczyły, sprawiły, Ŝe stałem się inny niŜ moi bracia. 

Postanowiłem,  Ŝe  poddam  flotę,  a  sam  przeniosę  się  do  Amberu  i  wyzwę  Eryka  na 

rozstrzygający  pojedynek.  Będzie  głupcem,  jeśli przyjmie wyzwanie, ale cóŜ do diabła, i tak 

nie miałem nic do stracenia. 

Odwróciłem się, Ŝeby wydać rozkazy oficerom, gdy nagle chwyciła mnie w swe kleszcze 

straszna  siła,  odbierająca  mi  dech  i  mowę.  Poczułem,  Ŝe  ktoś  szuka  ze  mną  kontaktu  i  w 

końcu  udało  się  wykrztusić  przez  zaciśnięte  zęby:  „Kto  tam?”  Nie  było  odpowiedzi,  tylko 

powolne, uporczywe wiercenie w głębi czaszki, któremu z determinacją się przeciwstawiłem. 

Po chwili, kiedy Eryk zorientował się, Ŝe nie złamie mnie bez długiej walki, usłyszałem jego 

głos na wietrze: 

– Jak ci idzie, bracie? 

–  Niespecjalnie  –  odparłem  czy  teŜ  pomyślałem,  a  on  zachichotał,  choć  głos  miał 

zduszony, jakby brakło mu tchu po naszej potyczce. 

–  Wielka  szkoda  –  powiedział.  –  Gdybyś  wrócił  mnie  poprzeć,  hojnie  bym  cię 

wynagrodził.  Teraz  jest  juŜ  oczywiście  za  późno.  Pozostaje  mi  cieszyć  się  z  twojej  i  Bleysa 

poraŜki. 

Nie  odpowiedziałem,  lecz  zaatakowałem  go  z  całą  zaciekłością.  Cofnął  się  trochę  przed 

tym natarciem, ale zdołał zatrzymać mnie w miejscu. 

Gdyby  któryś  z  nas  pozwolił  sobie  na  moment  nieuwagi,  dostałby  się  pod  psychiczną 

dominację drugiego lub wszedł z nim w kontakt fizyczny. Widziałem go bardzo wyraźnie we 

wnętrzu  pałacu.  śaden  z  nas  nie  śmiał  zrobić  najmniejszego  ruchu,  Ŝeby  nie  dać  przewagi 

przeciwnikowi. 

ToteŜ walczyliśmy ze sobą tylko wzrokiem i wewnętrzną silą woli. CóŜ, rozwiązał jeden 

z moich problemów atakując mnie pierwszy. Trzymał mój Atut w lewej ręce i wpatrywał się 

we mnie ze zmarszczonymi brwiami. Szukałem słabego punktu, ale bez rezultatu. Moi ludzie 

coś do mnie mówili, lecz nie słyszałem ich słów stojąc oparty o burtę. 

Która to mogła być godzina? 

background image

Poczucie czasu opuściło mnie, odkąd zaczęło się nasze starcie. Czy mogły juŜ minąć dwie 

godziny? Nie miałem pojęcia. 

– Odgaduję, co cię dręczy – rzekł Eryk. – Tak, współdziałam z Caine’em. Skontaktował 

się ze mną po waszych pertraktacjach. Mogę cię tu trzymać, gdy tymczasem on rozbije twoją 

flotę i wyśle ją do Rebmy rybom na poŜarcie. 

–  Poczekaj  –  powiedziałem.  –  Oni  są  bez  winy.  Bleys  i  ja  zwiedliśmy  ich  i  myślą,  Ŝe 

prawo jest po naszej stronie. Ich śmierć nic ci nie da. Miałem zamiar poddać flotę. 

– Trzeba było nie zwlekać z tym tak długo – odparł. – Teraz jest juŜ za późno. Nie mogę 

wezwać  Caine’a  i  odwołać  rozkazu  nie  zwalniając  cię,  a  w  momencie  kiedy  cię  zwolnię, 

dostanę  się  pod  twoją  psychiczną  dominację  albo  zostanę  przez  ciebie  napadnięty 

bezpośrednio. Nasze psychiki są zbyt podobne. 

– A gdybym dał ci słowo, Ŝe tego nie wykorzystam? 

– Łatwo jest złamać słowo, Ŝeby zdobyć królestwo. 

– CzyŜ nie czytasz w moich myślach? Nie czujesz, Ŝe mówię prawdę? Dotrzymam słowa! 

–  Czuję  jakąś  dziwną  litość  z  twojej  strony  w  stosunku  do  istot,  które  zwiodłeś,  i  nie 

wiem, czemu to przypisać, ale nie mogę się zgodzić. Sam rozumiesz. Nawet jeśli w tej chwili 

mówisz  szczerze,  czego  nie  wykluczam,  to  pokusa  będzie  zbyt  wielka  w  momencie,  gdy 

zdarzy się okazja. Sam to wiesz. Nie mogę ryzykować. 

Miał rację. Amber płonął zbyt silnie w naszych Ŝyłach. 

– Twoja sztuka władania bronią znacznie wzrosła – zauwaŜył. – Widzę, Ŝe wygnanie pod 

tym względem ci posłuŜyło. Chyba ty jeden mógłbyś z czasem stać się moim równorzędnym 

przeciwnikiem, nie licząc Benedykta, o ile on Ŝyje. 

–  Nie  pochlebiaj  sobie  –  powiedziałem  szybko.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  mogę  cię  pobić. 

Prawdę mówiąc... 

– Nie trudź się. Nie mam zamiaru się z tobą pojedynkować w obecnym stanie rzeczy. – I 

uśmiechnął się, odgadując moją myśl, która płonęła aŜ nazbyt jasno. 

– Niemal Ŝałuję, Ŝe nie stoisz u mojego boku – rzekł. – Miałbym z ciebie więcej poŜytku 

niŜ z któregokolwiek z tamtych. Julianem gardzę. Caine jest tchórzem, a Gerard jest silny, ale 

głupi. 

Postanowiłem wtrącić dobre słowo za Randomem. 

–  Posłuchaj  –  powiedziałem.  –  To  ja  namówiłem  Randoma,  Ŝeby  tu  ze  mną  przybył,  on 

się wcale do tego nie palił. Myślę, Ŝe byłby cię poparł, gdybyś się do niego zwrócił. 

–  Ten  łajdak!  Nie  powierzyłbym  mu  nawet  opróŜniania  nocników.  Prędzej  czy  później 

znalazłbym  w  swoim  piranię.  Nie,  dziękuję.  MoŜe  nawet  darowałbym  mu  Ŝycie,  gdyby  nie 

twoje wstawiennictwo. Chciałbyś, Ŝebym przycisnął go do piersi i nazwał bratem, tak? O nie! 

Zbyt szybko stanąłeś w jego obronie. To zdradza jego prawdziwe intencje, które niewątpliwie 

znasz. Niech lepiej nie liczy na prawo łaski. 

background image

Poczułem  dym  i  usłyszałem  szczęk  metalu  o  metal.  To  by  znaczyło,  Ŝe  Caine  juŜ 

nadciągnął i przystąpił do dzieła. 

– Masz rację – powiedział Eryk, czytając w moich myślach. 

– Powstrzymaj go! Proszę cię! Moi ludzie nie mają szansy przeciwko takiej sile! 

–  Nawet  gdybyś  się  oddał  w  moje  ręce  –  Urwał  i  zaklął.  Pochwyciłem  jednak  jego 

zamysł.  Mógł  kazać  mi  się  poddać  w  zamian  za  ich  Ŝycie  i  wcale  nie  przerwać  rzezi.  Z 

przyjemnością by tak postąpił, ale w zacietrzewieniu wyniknęło mu się tych parę zdradliwych 

słów. 

Zaśmiałem się szyderczo z jego irytacji. 

– I tak juŜ wkrótce cię dostanę – warknął. – Jak tylko zdobędę okręt flagowy. 

– A tymczasem masz! – krzyknąłem i natarłem na niego całą siłą woli, wgryzając mu się 

w mózg, bombardując go swoją nienawiścią. Poczułem jego ból, co jeszcze dodało mi ostrogi. 

Smagałem  go  bezlitośnie  w  rewanŜu  za  wszystkie  lata  na  wygnaniu,  przynajmniej  taką 

wyznaczając  mu  zapłatę.  Zaatakowałem  granice  jego  zdrowych  zmysłów  w  odwecie  za 

cierpienia, jakie zesłał na mnie podczas zarazy. Uderzyłem go z całym impetem za wypadek 

samochodowy, którego był sprawcą, zadając mu mękę w zamian za własne udręki. 

Zachwiał się jakby, co jeszcze wzmogło moją furię. Natarłem z nową energią i poczułem, 

Ŝ

e jego duch słabnie. 

–  Ty  diable!  –  krzyknął  w  końcu  i  zasłonił  ręką  kartę,  którą  trzymał.  Kontakt  się  urwał; 

stałem na pokładzie dygocząc jak w febrze. 

Dokonałem  tego.  Pobiłem  go  w  pojedynku  woli.  Mogłem  się  juŜ  nie  obawiać  mojego 

brata tyrana w Ŝadnej formie walki wręcz. Byłem od niego silniejszy. 

Zaczerpnąłem  kilka  głębokich  oddechów  i  stałem  wyprostowany  oczekując  chłodnego 

powiewu  zwiastującego  kolejny  psychiczny  atak.  Wiedziałem  jednak,  Ŝe  to  mi  nie  grozi,  w 

kaŜdym razie ze strony Eryka. Czułem, Ŝe przestraszył się mojej wściekłości. 

Rozejrzałem  się  wokół  –  wszędzie  wrzała  walka.  Pokłady  juŜ  spływały  krwią.  Wrogi 

okręt  zahaczył  o  nas  burtą,  a  inny  próbował  zrobić  to  samo  z  drugiej  strony.  Koło  ucha 

gwizdnęła mi strzała. Wyciągnąłem miecz i skoczyłem w wir walki. 

Nie wiem, ilu ludzi zabiłem tego dnia. Po dwunastym czy trzynastym straciłem rachubę. 

W  kaŜdym  razie  juŜ  podczas  tej  jednej  potyczki  było  ich  co  najmniej  dwa  razy  tyle. 

Wrodzona siła ksiąŜąt Amberu, dzięki której mogłem unieść mercedesa, dobrze mi tego dnia 

słuŜyła i byłem w stanie jedną ręką wyrzucić męŜczyznę za burtę. 

Wybiliśmy  do  nogi  załogi  wrogich  statków  i  zatapiając  luki  wysłaliśmy  obydwa  do 

Rebmy,  Ŝeby  uradować  Randoma  taką  masakrą.  Z  mojej  własnej  załogi  została  połowa, a ja 

odniosłem  niezliczone  ukłucia  i  zadrapania,  ale  Ŝadnej  powaŜnej  rany.  Pospieszyliśmy  na 

pomoc  bratniemu  okrętowi  i  pobiliśmy  kolejnych  napastników.  Wszyscy  z  naszych,  którzy 

ocaleli, przeszli na mój statek flagowy i znów miałem pełną załogę. 

background image

– Krwi! – krzyknąłem. – Krwi i zemsty! Dajcie mi to, dzielni wojownicy, a wasze imię w 

Amberze nie zaginie! 

Jak jeden mąŜ podnieśli broń wrzeszcząc: „Krwi!” 

I  popłynęły  jej  tego  dnia  juŜ  nie  galony,  ale  całe  rzeki.  Zniszczyliśmy  jeszcze  dwie 

jednostki  Caine’a,  uzupełniając  załogę  niedobitkami  z  naszej  floty.  Kiedy  zmierzaliśmy  do 

szóstego statku, wspiąłem się na grotmaszt, Ŝeby się rozejrzeć w sytuacji. 

Wyglądało  na  to,  Ŝe  mają  nad  nami  przewagę  trzy  do  jednego.  Z  mojej  floty  zostało  na 

oko czterdzieści pięć do pięćdziesięciu pięciu statków. 

Wzięliśmy  szósty  statek  i  nie  musieliśmy  rozglądać  się  za  siódmym  i  ósmym.  Same  do 

nas  przypłynęły.  Pobiliśmy  je  teŜ,  ale  odniosłem  parę  ran  podczas  walki,  po  której  znów 

zostałem  z  połową  załogi.  Otrzymałem  głębokie  cięcie  w  lewe  ramię  i  w  prawe  udo,  a 

ponadto rwało mnie rozpłatane prawe biodro. 

Kiedy posłaliśmy te dwa statki na dno, ruszyły na nas następne. Uszliśmy przed nimi pod 

osłoną  jednej  z  naszych  jednostek,  która  właśnie  zwycięsko  wyszła  z  własnej  potyczki.  Raz 

jeszcze połączyliśmy siły, tym razem przenosząc banderę na tamten statek, mniej zniszczony 

niŜ mój, który juŜ zaczął nabierać wody i miał przechył na prawą burtę. 

Nie  mieliśmy niemal pola manewru, kiedy podpłynął następny wrogi okręt i jego załoga 

zaczęła wdzierać się na nasz pokład. Moi ludzie byli zmęczeni i mnie teŜ niewiele brakowało. 

Na  szczęście  tamci  byli  w  nie  lepszym  stanie.  Zanim  przybyto  im  na  odsiecz,  pokonaliśmy 

ich i zawładnęli pokładem, po raz kolejny przenosząc banderę na lepszy statek. Odnieśliśmy 

jeszcze jedno zwycięstwo i zostałem teraz z dobrym statkiem, czterdziestoma ludźmi i resztką 

sił. 

W  zasięgu  wzroku  nie  było  juŜ  nikogo,  kto  mógłby  nam  przyjść  z  pomocą.  KaŜdy  z 

moich  pozostałych  okrętów  toczył  boje  z  co  najmniej  jednym  statkiem  Caine’a.  Musieliśmy 

uciekać  przed  kolejnym  napastnikiem.  Zyskaliśmy  w  ten  sposób  jakieś  dwadzieścia  minut. 

Usiłowałem  wpłynąć  do  Cienia,  ale  to  cięŜki  i  powolny  proces  tak  blisko  Amberu.  O  wiele 

łatwiej  jest  dostać  się  w  tę  stronę  niŜ  z  powrotem,  gdyŜ  Amber  jest  samym  środkiem, 

przyczyną wszechrzeczy. Gdybym miał jeszcze dziesięć minut, moŜe by mi się udało. Ale nie 

miałem. 

Kiedy ścigający nas podpływali coraz bliŜej, zobaczyłem, Ŝe z oddali kieruje się w naszą 

stronę  jeszcze  inny  statek.  Oprócz  barw  Eryka  i  flagi  z  białym  jednoroŜcem  dojrzałem 

równieŜ czarno-zieloną banderę Caine’a. Chciał osobiście dokończyć dzieła. 

Pokonaliśmy  załogę  pierwszego  okrętu,  lecz  nie  mieliśmy  nawet  czasu  otworzyć grodzi, 

kiedy  zjawił  się  Caine.  Stałem  na  zakrwawionym  pokładzie  z  garstką  męŜczyzn  wokół,  gdy 

Caine z dzioba swego statku wezwał mnie, Ŝebym się poddał. 

– Czy jeśli to zrobię, darujesz moim ludziom Ŝycie? 

– Tak – odparł. – Inaczej sam musiałbym bez potrzeby stracić paru wojowników. 

– Słowo księcia? 

background image

Pomyślał chwilę, potem skinął głową. 

–  Słowo  –  powiedział,  –  KaŜ  załodze  złoŜyć  broń  i  przejść  na  mój  pokład,  kiedy 

podpłynę. 

Schowałem miecz do pochwy i zwróciłem się do moich ludzi. 

– Stoczyliście wspaniałą walkę i kocham was za to. Niestety, przegraliśmy. – Mówiąc to 

wycierałem  ręce  starannie  w  pelerynę,  Ŝeby  nie  poplamić  dzieła  sztuki  Dworkina,  po  które 

zaraz  miałem  sięgnąć.  –  ZłóŜcie  teraz  broń  i  wiedzcie,  Ŝe  wasze  dzisiejsze  czyny  na  trwałe 

zapiszą się w pamięci. Pewnego dnia oddam wam sprawiedliwość na dworze w Amberze. 

MęŜczyźni,  dziewięciu  czerwonoskórych  olbrzymów  i  trzech  kudłatych  karzełków, 

płakali składając broń. 

–  Nie  sądźcie,  Ŝe  wszystko  stracone,  jeśli  chodzi  o  nasze  miasto  –  pocieszyłem  ich.  – 

Przegraliśmy  tylko  jedną  bitwę,  ale  walka  jeszcze  trwa.  Mój  brat  Bleys  właśnie  toruje  sobie 

drogę  do  Amberu.  Caine  dotrzyma  słowa  i  daruje  wam  Ŝycie,  nawet  gdy  zobaczy,  Ŝe 

odszedłem połączyć się z Bleysem. Przykro mi, Ŝe nie mogę wziąć was ze sobą. 

Wyjąłem  Atut  Bleysa  z  talii  i  trzymałem  go  nisko,  za  burtą,  zasłaniając  przed  tamtym 

statkiem. Właśnie kiedy Caine się zbliŜył, poczułem ruch pod zimną powierzchnią. 

– Kto? – spytał Bleys. 

– Corwin. Co u ciebie? 

–  Wygraliśmy  bitwę,  ale  straciliśmy  wielu  ludzi.  Odpoczywamy  teraz  przed  podjęciem 

marszu. A u ciebie? 

– Udało nam się zatopić chyba połowę floty Caine’a, ale on zwycięŜył. Zaraz wejdzie na 

mój pokład. PomóŜ mi uciec. 

Bleys wyciągnął rękę, dotknąłem jej i upadłem mu w ramiona. 

– Zaczyna mi to wchodzić w zwyczaj – mruknąłem i dopiero wtedy spostrzegłem, Ŝe i on 

jest ranny. Głowę i lewą dłoń miał owinięte bandaŜem. 

– Byłem zmuszony złapać gołą ręką ostrze sztyletu – wyjaśnił. – Piecze jak diabli. 

Odetchnąłem  głęboko  i  poszliśmy  do  jego  namiotu,  gdzie  otworzył  butelkę  wina  i 

poczęstował  mnie  chlebem,  serem  i  suszonym  mięsem.  Miał  wciąŜ  spory zapas papierosów; 

wziąłem jednego i zapaliłem, podczas gdy lekarz wojskowy opatrywał mi rany. 

Zostało mu jeszcze sto osiemdziesiąt tysięcy Ŝołnierzy. Kiedy tego wieczoru patrzyłem ze 

wzgórza  na  rozbite  namioty,  ujrzałem  przed  sobą  nieskończenie  długi  szereg  obozowisk,  w 

których  koczowałem  przez  te  wszystkie  stulecia.  I  naraz  poczułem,  Ŝe  łzy  mi  napływają  do 

oczu  na  myśl  o  ludziach,  którzy  w  przeciwieństwie  do  władców  Amberu  Ŝyją  tylko  krótką 

chwilę,  zanim  obrócą  się  w  proch,  a  jeszcze  tylu  z  nich  ginie  na  polach  bitewnych  całego 

ś

wiata. 

Wróciłem do namiotu Bleysa i skończyliśmy butelkę wina. 

 

background image

 

Rozdział 7 

Tej  nocy  znów  rozpętał  się  gwałtowny  sztorm.  Nie  zelŜał  nawet,  kiedy  srebrzysty  świt 

przebił się zza chmur, lecz towarzyszył nam uparcie przez cały dzień. 

Wędrówka w deszczu, i to zimnym, nie wpływa dobrze na morale. Zawsze nienawidziłem 

błota, po którym byłem zmuszony maszerować przez całe wieki! 

Szukaliśmy  drogi  w  Cieniu,  na  której  nie  padałyby  deszcze,  ale  nasze  wysiłki  nie 

przynosiły  Ŝadnych  rezultatów.  Maszerowaliśmy  do  Amberu  w  ubraniach  klejących  się  do 

ciała, do wtóru piorunów i przy blasku błyskawic. 

Następnej  nocy  temperatura  opadła  i  rano  powitały  nas  sztywne  od  mrozu  chorągwie  i 

biały świat pod ołowianym, zasnutym śnieŜycą niebem. 

Nasi  Ŝołnierze,  pomijając  tych  małych,  kudłatych,  nie  byli  odpowiednio  wyposaŜeni  do 

takich  okoliczności,  toteŜ  kazaliśmy  im  iść  jak  najszybciej,  Ŝeby  zapobiec  odmroŜeniom. 

Czerwone wielkoludy cierpiały. W ich ojczyźnie klimat był bardzo ciepły. 

Tego  dnia  zaatakowały  nas  tygrys,  niedźwiedź  polarny  oraz  wilk.  Tygrys,  którego  zabił 

Bleys, mierzył od czubka nosa do końca ogona ponad cztery metry dwadzieścia centymetrów. 

Maszerowaliśmy  do  późna  w  noc,  aŜ  do  porannej  rosy.  Bleys  poganiał  Ŝołnierzy,  Ŝeby 

czym  prędzej  wyjść  z  zimnych  Cieni.  Atut  Amberu  ukazywał  ciepłą,  suchą  jesień,  a 

zbliŜaliśmy się juŜ do prawdziwej Ziemi. Następnego dnia maszerowaliśmy do północy przez 

topniejący  śnieg,  śnieg  z  deszczem,  zimny  deszcz,  ciepły  deszcz,  aŜ  do  suchego  lądu. 

Wydaliśmy  rozkaz,  Ŝeby  tu  rozbić  obóz,  z  potrójnym  kordonem  straŜy.  Biorąc  pod  uwagę 

zmęczenie wojska, byliśmy łatwym łupem. Ale ludzie juŜ ledwo trzymali się na nogach i nie 

uszliby duŜo dalej. 

Atak  nastąpił  kilka  godzin  później,  pod  wodzą  Juliana,  czego  się  dowiedziałem 

poniewczasie  z  opisu  tych,  co  przeŜyli.  Skierował  komandosów  na  najsłabiej  obstawione 

punkty  naszego  obozu,  na  tyłach.  Gdybym  wiedział,  Ŝe  to  Julian,  mógłbym  spróbować  go 

przytrzymać za pomocą jego Atutu, ale dowiedziałem się tego dopiero po fakcie. Przez nagły 

napad  zimy  straciliśmy  niemal  dwa  tysiące  ludzi  i  nie  wiadomo,  ilu  jeszcze  w  walce  z 

Julianem. 

background image

Wojsku  zaczynała  zagraŜać  demoralizacja,  niemniej  posłuchali  rozkazu  wymarszu. 

Następny  dzień  był  jedną  wielką  pułapką.  Armia  naszej  wielkości  miała  za  małą  moŜliwość 

manewru, Ŝeby sobie poradzić z podjazdami, które Julian przeciwko nam wysyłał. Zabiliśmy 

wprawdzie paru jego ludzi, ale stosunkowo niewielu, moŜe jednego na dziesięciu naszych. 

W południe wkroczyliśmy w dolinę biegnącą równolegle do brzegu morza. Las Ardeński 

znajdował  się  na  północy,  na  lewo,  a  Amber  prosto  przed  nami.  Powietrze  było  chłodne  i 

przesycone aromatem ziemi i jej płodów. Opadło juŜ parę liści. Amber leŜał osiemdziesiąt mil 

przed nami, widoczny tylko jako migotliwy blask nad horyzontem. 

Po  południu  zebrały  się  chmury,  spadł  lekki  deszcz  i  z  nieba  zaczęły  walić  pioruny. 

Potem burza ucichła i wyjrzało słońce, osuszając świat. 

Po  jakimś  czasie  poczuliśmy  dym.  A  po  chwili  zobaczyliśmy  wokół  języki  płomieni.  I 

wkrótce  strzeliły  w  niebo  ruchome  ściany  ognia,  które  zbliŜały  się  do  nas  z  miarowym 

trzaskiem, niosąc ze sobą Ŝar i wzniecając panikę w naszych szeregach. Rozległy się krzyki, 

kolumna rozpadła się i rzuciła do ucieczki. Zaczęliśmy biec. 

Obsypał  nas  deszcz  popiołu,  a  dym  robił  się  coraz  gęstszy.  Pędziliśmy  co  sil,  ale  ogień 

był  szybszy.  Płonące  połacie  lasu  huczały  i  grzmiały  wokół,  zalewając  nas  falami  gorąca. 

Wkrótce  płomienie  były  juŜ  przy  nas,  drzewa  poczerniały,  liście  się  spopieliły,  mniejsze 

drzewka zaczęły się chwiać. Droga przed nami była jedną rzeką płomieni. 

Biegliśmy  jak  szaleni,  bojąc  się,  Ŝe  za  chwilę  będzie  jeszcze  gorzej.  I nie myliliśmy się. 

Teraz  juŜ  i  wielkie,  grube  drzewa  padały  nam  pod  nogi;  musieliśmy  je  przeskakiwać  i 

okrąŜać. Całe szczęście, Ŝe byliśmy na szerokiej drodze leśnej... 

ś

ar  stał  się  nie  do  wytrzymania  i  oddychaliśmy  z  największym  trudem.  Mijały  nas 

jelenie, wilki, lisy i zające, ignorując naszą obecność i siebie nawzajem w panicznej ucieczce. 

Nad dymem unosił się krzyk ptaków, które spadały masowo na ziemię, nie zwracając niczyjej 

uwagi. 

Spalenie  tego  wiekowego  lasu,  równie  sędziwego  jak  Las  Ardeński,  wydawało  mi  się 

niemal  świętokradztwem.  Ale  Eryk  był  księciem  Amberu  i  wkrótce  miał  zostać  królem.  Na 

jego miejscu moŜe zrobiłbym to samo... 

Miałem osmalone brwi i włosy, a gardło spalone jak komin. Zadawałem sobie pytanie, ile 

ofiar będzie nas ten poŜar kosztować? Między nami i Amberem leŜało jeszcze siedemdziesiąt 

mil zalesionej doliny, za nami, do końca lasu, zostało ponad trzydzieści. 

–  Bleys!  –  wykrztusiłem.  –  Dwie  lub  trzy  mile  przed  nami  jest  rozgałęzienie!  Prawa 

odnoga  prowadzi  do  rzeki  Oisen,  płynącej  do  morza.  To  nasza  jedyna  szansa!  Cała  dolina 

Garnath stoi w ogniu. Jedyna nadzieja w tym, Ŝe dotrzemy do wody! 

Przytaknął.  Biegliśmy  dalej,  ale  ogień  był  szybszy.  Dotarliśmy  jednak  do  rozwidlenia, 

gasząc  płomienie  na  tlącym  się  ubraniu,  wycierając  popiół  z  oczu  i  wypluwając  go  z  ust, 

przeczesując rękami włosy, kiedy zagnieździły się w nich płomyki. 

– Jeszcze tylko ćwierć mili – powiedziałem. 

background image

Kilkakrotnie spadały na mnie rozŜarzone gałęzie, nie osłonięta skóra paliła mnie Ŝywym 

ogniem, a i te osłonięte części ciała miały się nie lepiej. 

Biegliśmy  przez  płonącą  trawę  wzdłuŜ  długiego  zbocza  i  kiedy  u  podnóŜa  dojrzeliśmy 

wodę,  jeszcze  przyspieszyliśmy  kroku,  choć  wydawało  się  to  niemoŜliwe.  Wskoczyliśmy do 

rzeki, z ulgą zanurzając się w chłodną toń. 

Trzymaliśmy  się  z  Bleysem  jak  najbliŜej  siebie,  walcząc  z  prądem,  który  unosił  nas 

krętym nurtem rzeki Oisen. Splątane konary drzew nad naszymi głowami wyglądały jak strop 

płonącej  katedry.  Kiedy  łamały  się  i  spadały  prosto  na  nas,  musieliśmy  ratować  się 

błyskawicznym  kraulem  lub  głębokim  nurem  pod  powierzchnię.  Wodę  wokół  pokrywały 

syczące,  czarne  szczątki,  a  wystające  z  niej  głowy  niedobitków  naszej  armii  wyglądały  jak 

pływające orzechy kokosowe. 

Rzeka  była  ciemna  i  zimna,  wkrótce  rozbolały  nas  rany,  zaczęliśmy  szczękać  zębami  i 

dygotać.  Przebyliśmy  dobre  parę  mil,  zanim  zostawiliśmy  z  tyłu  płonący  las  i  dotarliśmy  do 

płaskiej,  bezdrzewnej  równiny  biegnącej  do  morza.  Pomyślałem,  Ŝe  to  idealne  miejsce  dla 

Juliana, aby zaczaić się na nas z łucznikami. Podzieliłem się tym z Bleysem, który zgodził się 

z  moją  opinią,  ale  uznał,  Ŝe  niewiele  moŜemy  na  to  poradzić.  Musiałem  przyznać  mu  rację. 

Tymczasem drzewa płonęły wokół nas, a my posuwaliśmy się naprzód płynąc i brodząc. 

Wydawało  się,  Ŝe  minęły  całe  godziny,  ale  w  rzeczywistości  musiało  upłynąć  znacznie 

mniej czasu, zanim moje obawy się sprawdziły i spadł na nas pierwszy grad strzał. 

Zanurkowałem  i  popłynąłem  pod  wodą,  a  poniewaŜ  płynąłem  z  prądem,  udało  mi  się 

przebyć  całkiem  niezły  dystans,  zanim  znów  wynurzyłem  się  na  powierzchnię.  W  tej  samej 

chwili zaświstały mi koło uszu następne strzały. Nie miałem pojęcia, jak długi moŜe być ten 

korytarz  śmierci,  ale  nie  paliłem  się  do  tego,  aby  wychodzić  na  brzeg  i  sprawdzać. 

Wciągnąłem  głęboko  powietrze  i  ponownie  dałem  nura.  Dotknąłem  dna  i  wymacując  drogę 

między  kamieniami  przesunąłem  się  jak  mogłem  najdalej,  a  potem  skierowałem  się  do 

prawego  brzegu,  wypuszczając  po  drodze  powietrze.  Wychyliłem  się  na  powierzchnię, 

wziąłem głęboki oddech i znów się zanurzyłem, nie rozglądając się przy tym zbytnio na boki. 

Płynąłem, aŜ zaczęło rozsadzać mi płuca, wtedy znów wyjrzałem. 

Tym razem nie miałem szczęścia i dostałem strzałą w lewy biceps. Zdołałem zanurkować 

i  złamać  drzewce,  a  potem  wyciągnąłem  grot  i  posuwałem  się  do  przodu  wyrzucając  nogi 

Ŝ

abką  i  pomagając  sobie  ostroŜnymi  ruchami  prawej  ręki.  Wiedziałem,  Ŝe  kiedy  znów  się 

wynurzę,  zastrzelą  mnie  jak  kaczkę.  Zmusiłem  się  więc  do  zostania  pod  wodą,  aŜ  przed 

oczami  zaczęły  mi  latać  czerwone  plamki  i  pociemniało  mi  w  głowie. Musiałem wytrzymać 

chyba  pełne  trzy  minuty.  Za  to  kiedy  tym  razem  wyjrzałem  na  powierzchnię,  spotkała  mnie 

cisza.  CięŜko  dysząc  ruszyłem  przez  wodę  do  lewego  brzegu  i  chwyciłem  się  zwisających 

wici. 

background image

Rozejrzałem się wokół. Stało tu niewiele drzew i ogień dotąd nie dotarł. Oba brzegi były 

puste,  podobnie  jak  rzeka.  CzyŜbym  był  jedynym,  który  ocalał?  Wydawało  mi  się  to 

niemoŜliwe, PrzecieŜ było nas jeszcze tylu, kiedy przystępowaliśmy do ostatniego marszu... 

Bytem  ledwo  Ŝywy  z  wyczerpania  i  obolały  na  całym  ciele.  Czułem  się,  jakbym  miał 

spalona  skórę,  lecz  woda  była  tak  zimna,  Ŝe  trząsłem  się  i  siniałem.  Wiedziałem,  Ŝe  muszę 

szybko  wyjść  z  rzeki,  jeśli  chcę  utrzymać  się  przy  Ŝyciu.  Uznałem  jednak,  Ŝe  stać  mnie  na 

jeszcze  parę  podwodnych wycieczek, i postanowiłem odpłynąć trochę dalej, zanim opuszczę 

bezpieczne głębiny. 

Jakimś  cudem  zdołałem  zanurkować  jeszcze  czterokrotnie,  nim  poczułem,  Ŝe  za  piątym 

razem  mogę  juŜ  nie  wypłynąć.  Przywarłem  więc  do  przybrzeŜnej  skały,  złapałem  oddech  i 

wygramoliłem  się  na  brzeg.  Nie  poznawałem  tej  okolicy,  poŜar  jednak  ją  ominął.  Na  prawo 

stała gęsta kępa krzewów, doczołgałem się do niej, wpełzłem do środka, upadłem na twarz i 

natychmiast zasnąłem. 

Kiedy  się  obudziłem,  niemal  tego  poŜałowałem.  Bolał  mnie  kaŜdy  centymetr  ciała  i 

byłem  cięŜko  chory.  LeŜałem  tak  bez  ruchu  przez  długie  godziny,  na  wpół  przytomny,  aŜ 

wreszcie  z  najwyŜszym  trudem  dowlokłem  się  do  rzeki,  Ŝeby  się  napić  wody.  Potem 

wróciłem do krzaków i znów zasnąłem. 

Byłem  nadal  cały  obolały,  gdy  wróciła  mi  przytomność,  ale  juŜ  trochę  silniejszy. 

Poszedłem do rzeki i z powrotem, a potem z pomocą lodowatego Atutu przekonałem się, Ŝe 

Bleys Ŝyje. 

– Gdzie jesteś? – spytał, gdy nawiązałem kontakt. 

–  Sam  nie  wiem  –  odparłem.  –  Cieszę  się,  Ŝe  w  ogóle  jeszcze  jestem.  Chyba  gdzieś  w 

pobliŜu morza. Słyszę w oddali fale i rozpoznaję zapach. 

– Jesteś nad rzeką? 

– Tak. 

– Na którym brzegu? 

– Na lewym, patrząc w stronę morza. Północnym. 

– Zostań tam i nie ruszaj się z miejsca. Wyślę kogoś po ciebie. Zbieram nasze rozrzucone 

siły.  Mam  juŜ  ponad  dwa  tysiące  Ŝołnierzy  i  z  kaŜdą  chwilą  ta  liczba  się  powiększa.  Julian 

zostawił nas na razie w spokoju. 

– Dobrze – powiedziałem i zostałem w miejscu, ułoŜywszy się do snu. 

Usłyszałem  jakiś  ruch  w  krzakach  i  usiadłem  zaniepokojony.  Rozsunąłem  paprocie  i 

wyjrzałem. Były to trzy czerwone wielkoludy. 

Poprawiłem  rynsztunek,  wygładziłem  ubranie,  przeczesałem  ręką  włosy,  stanąłem 

wyprostowany,  choć  miałem  nieco  miękkie  kolana,  odetchnąłem  parę  razy  głęboko  i 

wyszedłem. 

– Jestem tutaj – oznajmiłem. 

background image

Dwaj  z  nich  aŜ  podskoczyli  na  dźwięk  mojego  głosu  wyjmując  błyskawicznie  broń,  ale 

szybko  się  zreflektowali,  powitali  mnie  z  szacunkiem  i  zaprowadzili  do  obozu,  który  był 

odległy  o  jakieś  dwie  mile.  Przeszedłem  ten  dystans  o  własnych  siłach.  Bleys  powitał  mnie 

słowami: 

–  Jest  nas  juŜ  ponad  trzy  tysiące.  –  Później  wezwał  lekarza  wojskowego,  oddając  mnie 

ponownie w jego ręce. 

Tej  nocy  – która minęła spokojnie – i następnego dnia wróciła reszta naszych Ŝołnierzy. 

Było nas teraz jakieś pięć tysięcy. Z daleka widzieliśmy Amber. 

Nazajutrz  rano  wyruszyliśmy.  Do  południa  zrobiliśmy  piętnaście  mil.  Maszerowaliśmy 

wzdłuŜ plaŜy i nigdzie nie było widać ani śladu Juliana. 

Oparzenia  bolały  mnie  coraz  mniej.  Udo  miałem  juŜ  wygojone,  ale  ręka  i  ramię  wciąŜ 

mocno dawały mi się we znaki. 

Maszerowaliśmy przed siebie i wkrótce od Amberu dzieliło nas juŜ tylko czterdzieści mil. 

Pogoda była łaskawa, a las na lewo zamienił się w wymarłą, czarną pustynię. Ogień zniszczył 

całą roślinność w dolinie i przynajmniej to jedno obróciło się teraz na naszą korzyść. 

Ani Julian, ani nikt inny nie mógł zastawić na nas pułapki – na odległość mili wszystko 

widać  było  jak  na  dłoni.  Przed zachodem słońca przeszliśmy dalszych dziesięć mil, a potem 

rozbiliśmy obóz na plaŜy. 

Nazajutrz  uprzytomniłem  sobie,  Ŝe  wkrótce  ma  się  odbyć  koronacja  Eryka,  i 

przypomniałem  to  Bleysowi.  Straciliśmy  prawie  rachubę  czasu  i  teraz  zrozumieliśmy,  Ŝe 

zostało nam juŜ tylko parę dni. 

Do południa wiedliśmy Ŝołnierzy szybkim marszem, a potem stanęliśmy na odpoczynek. 

Byliśmy  dwadzieścia  pięć  mil  od  podnóŜa  Kolviru.  O  zmroku  ta  odległość  zmalała  do 

dziesięciu mil. I szliśmy dalej. Maszerowaliśmy do północy i dopiero wtedy rozbiliśmy obóz. 

Tego dnia poczułem, Ŝe wracają mi siły. Spróbowałem zrobić mieczem parę cięć i wyszło to 

nie najgorzej. Nazajutrz miałem się jeszcze lepiej. 

Maszerowaliśmy, aŜ doszliśmy do stóp Kolviru, gdzie spotkały nas połączone siły Juliana 

i Caine’a, którego flota przedzierzgnęła się teraz w piechotę. 

Bleys zagrzewał Ŝołnierzy okrzykami do walki; jak Robert E. Lee pod Chancellorsville, i 

pobiliśmy ich. 

Zostało  nam  trzy  tysiące  ludzi,  kiedy  skończyliśmy  rozprawiać  się  z  przeciwnikiem. 

Julian oczywiście uciekł. Ale zwycięŜyliśmy. Tej nocy było wielkie święto. ZwycięŜyliśmy. 

Niemniej gnębiły mnie coraz powaŜniejsze obawy i podzieliłem się nimi z Bleysem. Trzy 

tysiące ludzi przeciwko Kolvirowi. Ja straciłem flotę, a Bleys dziewięćdziesiąt osiem procent 

swojej piechoty. Nie było powodów do uciechy. 

I wcale mi się to nie podobało. 

Ale  nazajutrz  zaczęliśmy  podejście.  Kamienne  schodki  mieściły  tylko  dwóch  męŜczyzn 

idących  ramię  w  ramię,  a  wyŜej  jeszcze  się  zwęŜały,  zmuszając  nas  do  wchodzenia  w 

background image

pojedynczym szeregu. Wspięliśmy się sto metrów, potem dwieście, trzysta. Wtem uderzył w 

nas  sztorm  od  morza  i  smagani  bezlitośnie,  przywarliśmy  ciasno  do  skał.  Lecz  mimo  to 

straciliśmy kilkuset ludzi. 

Podczas  dalszej  wspinaczki  spadł  na  nas  ulewny  deszcz.  Droga  robiła  się  coraz  bardziej 

stroma, coraz bardziej śliska. Na mniej więcej jednej czwartej wysokości Kolviru zderzyliśmy 

się ze schodzącą z góry zbrojną kolumną. Pierwsze szeregi zwarły się z naszą straŜą przednią 

i dwóch męŜczyzn padło. Zdobyliśmy jeszcze dwa stopnie i padł następny trup. 

I tak to się toczyło przez przeszło godzinę, podczas której zdołaliśmy jednak wdrapać się 

na  jedną  trzecią  wysokości, mimo przerzedzającego się szeregu. Mieliśmy szczęście, Ŝe nasi 

czerwonoskórzy wojownicy byli silniejsi od ludzi Eryka. Co chwilę dawał się słyszeć szczęk 

broni, krzyk i znoszono w dół kolejną ofiarę. Czasem był to któryś z naszych olbrzymów lub 

porośniętych futrem karzełków, ale częściej Ŝołnierze w barwach Eryka. 

Weszliśmy  do  połowy  góry,  walcząc  o  kaŜdy  stopień.  Wiedzieliśmy,  Ŝe  na  szczycie 

czekają  na  nas  szerokie  schody,  których  te  prowadzące  do  Rebmy  były  zaledwie  odbiciem. 

Zawiodą nas one do Wielkiego Łuku, który stanowi wschodnie wejście do Amberu. 

Nasza straŜ przednia liczyła teraz moŜe pięćdziesiąt osób. Potem czterdzieści, trzydzieści, 

dwadzieścia, tuzin... 

Byliśmy  juŜ  na  dwóch  trzecich  wysokości,  stopnie  szły  zygzakiem  w  górę  po  ścianie 

Kolviru.  Wschodnie  schody  są  rzadko  uŜywane.  Stanowią  niemal  dekorację.  Początkowo 

mieliśmy  w  planie  przeciąć  spaloną  obecnie  dolinę,  okrąŜyć  górę  wspinając  się  zachodnim 

szlakiem i wejść do Amberu od tyłu. Przez poŜar i działania Juliana ten projekt upadł. Nigdy 

nie  zdołalibyśmy  pokonać  góry,  jednocześnie  ją  okrąŜając.  Mieliśmy  do  wyboru  frontalny 

atak albo nic. Ale nie zanosiło się na nic. 

Trzech dalszych przeciwników padło i zdobyliśmy cztery stopnie. Z kolei nasz człowiek 

idący na czele spadł w przepaść i straciliśmy jeszcze jednego wojownika. 

Od morza wiał ostry i chłodny wiatr, u stóp góry zbierały się ptaki. Słońce wyjrzało zza 

chmur, czyli Ŝe Eryk najwyraźniej zaniechał sterowania pogodą, teraz kiedy mierzyliśmy się z 

jego siłami. 

Zdobyliśmy sześć stopni i straciliśmy następnego Ŝołnierza. 

Było dziwnie, smutno i dziko... 

Bleys stał przede mną i wkrótce miała nadejść jego kolej. A potem moja, jeśli zginie. 

Zostało jeszcze sześciu ludzi. 

Dziesięć kroków... 

Teraz zostało tylko pięć. 

Posuwaliśmy  się  naprzód  cal  po  calu  i  jak  okiem  sięgnąć  wszystkie  stopnie  w  dół 

poznaczone były krwią. Gdzieś w tym musi kryć się głęboki morał. 

Piąty  męŜczyzna  zabił  czterech,  zanim  upadł,  i  znaleźliśmy  się  na  kolejnym  zakręcie. 

Wspinaliśmy  się  zakosami  coraz  wyŜej,  a  nasz  obecny  przewodnik  bił  się  z  bronią  w  obu 

background image

rękach.  Dobrze,  Ŝe  walczył  w  świętej  wojnie,  bo  kaŜdy  jego  cios  krył  prawdziwą  Ŝarliwość. 

Zanim zginął, wyprawił na tamten świat trzech przeciwników. 

Następny  juŜ  nie  był  tak  Ŝarliwy  lub  tak  dobrze  władający  bronią.  Padł  natychmiast  i 

zostało tylko dwóch. 

Bleys wyciągnął swój długi inkrustowany miecz i jego ostrze zalśniło w powietrzu. 

– Zaraz się przekonamy – powiedział – co potrafią zdziałać przeciwko księciu. 

– Mam nadzieję, Ŝe jeden ksiąŜę wystarczy – odparłem, a on zachichotał. 

Byliśmy chyba w trzech czwartych drogi, kiedy w końcu nadeszła jego kolej. Skoczył do 

przodu,  natychmiast  rozprawiając  się  z  pierwszym,  który  mu  stanął  na  drodze.  Drugiemu 

błyskawicznie  przebił  gardło  czubkiem  miecza  i  niemal  jednocześnie  ściął  głowę  trzeciemu. 

Przez chwilę walczył z czwartym, nim go zabił. 

Posuwałem się za nim krok w krok, trzymając odkryty miecz w dłoni. 

Był  dobry,  nawet  lepszy,  niŜ  pamiętałem.  Parł  naprzód  jak cyklon, a jego miecz ciął jak 

błyskawica,  zbierając  śmiertelne  pokłosie.  Cokolwiek  by  mówić  o  Bleysie,  tego  dnia  spisał 

się jak przystało na człowieka jego rangi. 

Zadawałem sobie pytanie, jak długo wytrzyma. 

W lewej ręce trzymał sztylet, którym posługiwał się z bezwzględną skutecznością, ilekroć 

udało mu się doprowadzić do bezpośredniego zwarcia. Zostawił go w gardle jedenastej ofiary. 

Nie  widziałem  końca  kolumny  naszych  przeciwników.  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  musi 

ciągnąć się aŜ do samego szczytu. Miałem nadzieję, Ŝe moja kolej nigdy nie nadejdzie, i juŜ 

niemal w to uwierzyłem. 

Obok mnie spadły jeszcze trzy ciała i stanęliśmy na występie skalnym na zakręcie. Bleys 

oczyścił występ i zaczął się wspinać. Przez pół godziny obserwowałem, jak wysyłał wrogów 

na tamten świat. Za sobą słyszałem pełne podziwu i naboŜnego lęku szepty naszych Ŝołnierzy. 

Byłem gotów pomyśleć, Ŝe dojdzie aŜ do szczytu. 

UŜywał  wszelkich  moŜliwych  sztuczek.  Machał  przeciwnikom  przed  oczami  peleryną, 

podstawiał nogę, wykręcał ręce. 

Doszliśmy  do  następnej  półki  skalnej.  Dostrzegłem  krew  na  jego  rękawie,  ale  jemu 

uśmiech  nie  schodził  z  ust,  a  wojownicy  za  plecami  tych,  których  zabijał,  mieli  poszarzałe 

strachem  twarze.  To  teŜ  ułatwiało  mu  zadanie.  MoŜe  do  ich  przestrachu  i  spowolnionej 

nerwami  reakcji  przyczyniał  się  fakt,  Ŝe  stałem z tyłu gotów w kaŜdej chwili wypełnić lukę. 

Pamiętali przecieŜ, co się działo podczas naszej bitwy morskiej. 

Bleys  stał  juŜ  na  kolejnym  nawisie,  oczyścił  go,  skręcił,  zaczął  posuwać  się  w  górę. 

Nigdy nie przypuszczałem, Ŝe dojdzie aŜ tak daleko. Sam chyba nie umiałbym tego dokonać. 

Był to najbardziej fenomenalny pokaz sztuki szermierczej i wytrzymałości, jaki widziałem od 

czasu, gdy Benedykt bronił przełęczy nad Lasem Ardeńskim przed KsięŜycowymi Jeźdźcami 

z Ghenesh. 

background image

Jednak  i  on  najwyraźniej  powoli  tracił  siły.  Gdybym  tylko  mógł  go  zluzować,  zastąpić 

choć na chwilę... 

Ale to było niemoŜliwe, szedłem więc za nim, bojąc się, Ŝe kaŜdy cios moŜe juŜ okazać 

się  ostatnim.  Widziałem,  Ŝe  słabnie.  Byliśmy  w  odległości  zaledwie  trzydziestu  metrów  od 

szczytu. 

Nagle  poczułem  do  niego  miłość.  Był  moim  bratem  i  stał  u  mego  boku.  Chyba  juŜ  nie 

wierzył, Ŝe wygra, a jednak walczył... dając mi w efekcie szansę na tron. 

Zabił kolejnych trzech męŜczyzn, lecz jego miecz poruszał się coraz wolniej. Z czwartym 

walczył  przez  prawie  pięć  minut,  nim  go  pokonał.  Byłem  pewien,  Ŝe  następny  przeciwnik 

będzie ostatnim. 

Ale się myliłem. 

Gdy go dobijał, przełoŜyłem miecz z prawej ręki do lewej, a prawą ręką wyjąłem sztylet i 

rzuciłem  nim.  AŜ  po  rękojeść  zagłębił  się  w  gardle  następnego  przeciwnika.  Bleys 

przeskoczył  dwa  stopnie  i  podciął  nogi  kolejnemu  męŜczyźnie,  zrzucając  go  w  przepaść. 

Potem  jednym  ruchem  ręki  rozpłatał  brzuch  jego  następcy.  Pospieszyłem  wypełnić  lukę  i 

stanąłem tuŜ za nim w pełnej gotowości. On jednak jeszcze mnie nie potrzebował. W nowym 

przypływie  energii  uśmiercił  następnych  dwóch.  Zawołałem,  Ŝeby  podano  mi  z  tylu  sztylet, 

poczekałem,  aŜ  Bleys  się  odsunie,  i  rzuciłem  nim  w  męŜczyznę,  z  którym  walczył.  Ten 

właśnie robił wypad do przodu i sztylet trafił go nie tyle ostrzem, ile rękojeścią, lecz za to w 

głowę.  Jednocześnie  Bleys  przeszył  mu  ramię  i  męŜczyzna  padł.  Ale  zza  jego  pleców 

wyskoczył  z  impetem  następny  przeciwnik  i  nadziawszy  się  na  miecz,  runął  jak  długi  na 

Bleysa, pociągając go za sobą w przepaść. 

Instynktownie,  niemal  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  robię,  jednak  w  tej 

jednotysięcznej  części  sekundy  podejmując  decyzję,  którą  człowiek  uświadamia  sobie 

dopiero  po  fakcie,  sięgnąłem  do  pasa,  wyszarpnąłem  moją  talię  Atutów  i  rzuciłem  ją 

Bleysowi, który zdawał się przez moment wisieć w powietrzu – tak szybko zareagowały moje 

mięśnie i percepcja – krzycząc: 

– Łap, głupcze! 

Złapał. 

Dalej  nie  miałem  czasu  patrzeć,  co  się  dzieje,  bo  musiałem  zająć  się  parowaniem  i 

zadawaniem ciosów. 

Tak zaczął się ostatni etap zdobywania Kolviru. 

Wystarczy  powiedzieć,  Ŝe  dokonałem  tego  i  stałem  cięŜko  dysząc  na  szczycie,  gdy  moi 

ludzie jeden po drugim do mnie dochodzili. Raz jeszcze skonsolidowaliśmy siły i ruszyliśmy 

naprzód.  Marsz  do  Wielkiego  Łuku  zajął  nam  godzinę.  Przeszliśmy  pod  nim.  Byliśmy  w 

Amberze. 

Nie wiedziałem, gdzie jest Eryk, ale z pewnością nigdy nie przypuszczał, Ŝe dotrzemy aŜ 

tutaj. 

background image

Zastanawiałem się teŜ, gdzie jest Bleys. Czy zdołał wyciągnąć jakiś Atut i zrobić z niego 

uŜytek, zanim sięgnął dna? Pewno nigdy się nie dowiem. 

Przeceniliśmy  nasze  siły.  Przeciwnik  był  znacznie  liczniejszy  i  jedyne,  co  nam  teraz 

pozostawało,  to  walczyć  godnie  do  końca.  Dlaczego  postąpiłem  tak  idiotycznie  i  oddałem 

Bleysowi  moje  karty?  Wiedziałem,  Ŝe  nie  ma  własnych,  i  chyba  to  wywołało  we  mnie  taki 

odruch,  nabyty  prawdopodobnie  podczas  tych  lat  spędzonych  na  Cieniu-Ziemi.  A  przecieŜ 

mógłbym ich uŜyć do ucieczki, gdyby sprawy przyjęły zły obrót. 

Sprawy przyjęły zły obrót. 

Biliśmy  się  aŜ  do  zmierzchu  i  z  mojego  wojska  została  niewielka  grupka. Otoczono nas 

zaraz za granicami Amberu, daleko od pałacu. Walczyliśmy juŜ tylko w obronie Ŝycia i moi 

Ŝ

ołnierze jeden po drugim ginęli. Przewaga wroga była miaŜdŜąca. 

Llewella albo Deirdre udzieliłyby mi schronienia. Dlaczego to zrobiłem? 

Powaliłem kolejnego przeciwnika i odsunąłem to pytanie na dalszy plan. Słońce zaszło i 

ciemności zasnuły niebo. Zostało nas tylko parę setek, lecz wcale nie byliśmy bliŜej pałacu. 

I  wtedy  zobaczyłem  Eryka  wydającego  rozkazy.  Gdybym  tylko  mógł  się  z  nim 

porozumieć!  Ale  nie  mogłem.  Najprawdopodobniej  poddałbym  się,  Ŝeby  oszczędzić  Ŝycie 

moich  Ŝołnierzy,  którzy  słuŜyli  mi  lepiej,  niŜ  na  to  zasługiwałem.  Lecz  nie  było  komu  się 

poddać, nikt do tego nie wzywał. Eryk nie usłyszałby mnie, nawet gdybym wrzeszczał co sił. 

Był daleko i dowodził. 

Walczyliśmy  więc  i  wkrótce  została  nas  tylko  setka.  Powiem  krótko:  w  końcu  zabili 

wszystkich oprócz mnie. Rzucili na mnie sieci i obsypali gradem przytępionych strzał. Kiedy 

padłem, ogłuszyli mnie i skrępowali powrozem jak wieprzka, po czym wszystko odpłynęło w 

dal prócz koszmarów, które za nic nie chciały ustąpić. 

Przegraliśmy. 

Ocknąłem się w lochu głęboko pod Amberem, Ŝałując, Ŝe dotarłem aŜ tak daleko. To, Ŝe 

wciąŜ Ŝyłem, znaczyło, iŜ Eryk ma co do mnie jakieś plany. Wyobraziłem sobie koło tortur i 

kleszcze, ogień i szczypce. LeŜąc na mokrej słomie ujrzałem swoją hańbę. 

Jak długo byłem nieprzytomny? Nie miałem pojęcia. 

Przetrząsnąłem  celę  w  poszukiwaniu  czegoś,  co  pomogłoby  mi  popełnić  samobójstwo. 

Niczego takiego nie znalazłem. 

Rany  paliły  mnie  Ŝywym  ogniem  i  byłem  krańcowo  wyczerpany.  PołoŜyłem  się  i 

zapadłem w sen. 

Po jakimś czasie obudziłem się, lecz nadal nikt się mną nie interesował. Nie było nikogo, 

kogo  moŜna  by  przekupić,  ani  nikogo,  kto  chciałby  mnie  torturować.  Nie  było  takŜe  nic  do 

jedzenia. LeŜałem owinąwszy się w pelerynę i myślałem o wszystkim, co się zdarzyło, odkąd 

opuściłem szpital w Greenwood, nie pozwalając sobie zrobić następnego zastrzyku. 

MoŜe byłoby lepiej, gdybym na to pozwolił? 

Poznałem, co to rozpacz. 

background image

Lada chwila Eryk miał być ukoronowany. MoŜe nawet juŜ to nastąpiło. Lecz sen był taką 

zbawczą  rzeczą,  a  ja  byłem  taki  zmęczony.  Po  raz  pierwszy  od  dawna  nie  miałem  nic  do 

roboty tylko spać i zapomnieć o wszystkim. Cela była wilgotna, ciemna i cuchnąca. 

 

background image

 

Rozdział 8 

Nie wiem, ile razy się budziłem i znów zapadałem w sen. Dwukrotnie znalazłem na tacy 

przy  drzwiach  chleb,  mięso  i  wodę.  W  celi  panowały  ciemności  i  przejmujący  chłód. 

Czekałem i czekałem bez końca. 

Wreszcie  po  mnie  przyszli.  Drzwi  się  otwarły  wpuszczając  słabe  światło.  Zamrugałem 

oczami  i  kazano  mi  wyjść. Korytarz aŜ pękał w szwach od uzbrojonych po zęby ludzi, więc 

nie  miałem  co  próbować  Ŝadnych  sztuczek.  Potarłem  szczecinę  na  brodzie  i  poszedłem 

posłusznie  ze  straŜą.  Po  długim  marszu  doszliśmy  do  hallu  ze  spiralnymi  schodami,  po 

których  zaczęliśmy  wchodzić.  Nie  zadawałem  Ŝadnych  pytań  i  nikt  nie  spieszył  z  Ŝadnymi 

wyjaśnieniami. 

Po  wejściu  na  górę  zaprowadzono  mnie  do  pałacu,  a  w  nim  do  czystego,  ciepłego 

pomieszczenia, gdzie kazano mi się rozebrać. Czekała tam juŜ na mnie parująca balia wody i 

słuŜący,  który  mnie  wyszorował,  ogolił  i  przystrzygł  mi włosy. Polem dostałem świeŜy strój 

w  kolorze  srebrnym  i  czarnym.  Ubrałem  się,  a  na  plecy  zarzucono  mi  czarną  pelerynę  z 

zapinką w kształcie srebrnej róŜy. 

– Gotowe – powiedział dowódca straŜy. – Idziemy. 

Ruszyłem za nim, a za mną straŜ. Zaprowadzono mnie na tyły pałacu, gdzie kowal zakuł 

mi ręce i nogi w kajdany z łańcuchem tak grubym, abym nie mógł go rozerwać. Gdybym się 

opierał, z pewnością pobiliby mnie do nieprzytomności i rezultat byłby taki sam. Nie miałem 

ochoty ponownie zostać tak pobity, więc się poddałem. 

Następnie kilku straŜników podniosło mój łańcuch i poprowadzono mnie z powrotem do 

komnat  pałacowych.  Nie  miałem  nawet  ochoty  patrzeć  na  otaczający  mnie  przepych.  Byłem 

więźniem  i  wkrótce  czekała  mnie  śmierć  lub  koło  tortur.  I  absolutnie  nic  nie  mogłem  na  to 

poradzić.  Rzut  oka  przez  okno  powiedział  mi,  Ŝe  jest  wczesny  wieczór.  Przechodząc  przez 

komnaty,  w  których  bawiliśmy  się  jako  dzieci,  uznałem,  Ŝe  nie  czas  teraz  i  miejsce  na 

nostalgię. 

Poprowadzono  mnie  długim  korytarzem  do  sali  jadalnej,  w  której  za  stołami  siedziało 

mnóstwo ludzi, wielu mi znajomych. Najwytworniejsze suknie i stroje mieniły się wszelkimi 

background image

odcieniami  tęczy  na  przybyłych  wielmoŜach,  z  oświetlonego  pochodniami  rogu  pokoju 

rozbrzmiewała muzyka, a stoły były juŜ suto zastawione, choć nikt jeszcze nie jadł. 

Zobaczyłem znajome twarze, jak twarz Flory, i sporo nieznajomych. Był tu teŜ minstrel, 

lord  Rein,  którego  niegdyś  sam  pasowałem  na  rycerza  i  którego  nie  widziałem  przez  całe 

stulecia. Odwrócił wzrok, kiedy nasze oczy się spotkały. 

Podprowadzono  mnie  do  krańca  ogromnego  głównego  stołu  i  tam  usadzono.  StraŜnicy 

stanęli  za  mną.  Przymocowali  końce  moich  łańcuchów  do  Ŝelaznych  kółek  świeŜo 

osadzonych w podłodze. Krzesło u szczytu stołu było jeszcze puste. 

Nie  znałem  kobiety  siedzącej  po  mojej  prawej  ręce,  ale  męŜczyzną  po  lewej  był  Julian. 

Zignorowałem go i spojrzałem na swoją sąsiadkę, drobną blondynkę. 

– Dobry wieczór – powiedziałem. – Chyba się jeszcze nie znamy. Nazywam się Corwin. 

Spojrzała  w  popłochu  na  męŜczyznę  po  prawej,  potęŜnego,  piegowatego  rudzielca, 

szukając  u  niego  pomocy,  lecz  on  wdał  się  naraz  w  wielce  oŜywioną  konwersację  ze  swoją 

drugą sąsiadką. 

– MoŜe pani ze mną porozmawiać, przysięgam – ciągnąłem. – To nie jest zaraźliwe. 

Uśmiechnęła się niepewnie i rzekła: 

– Nazywam się Carmel. Jak się pan ma, lordzie Corwinie? 

– Piękne imię – odparłem. – Mam się świetnie. Co taka miła dziewczyna jak pani robi w 

takim miejscu? Wypiła szybko łyk wody. 

–  Corwin  –  powiedział  Julian  głośniej,  niŜ  to  było  konieczne  –  ta  pani  uwaŜa  twoje 

zachowanie za obraźliwe i bezczelne. 

–  Ile  opinii  zdąŜyła  juŜ  z  tobą  wymienić  tego  wieczoru?  –  spytałem  uprzejmie,  a  on  się 

nawet nie zaczerwienił. Zbielał. 

– Dość juŜ tego! 

Wstałem  na  te  słowa  i  zagrzechotałem  łańcuchami.  Prócz  efektu,  jaki  to  wywołało, 

miałem  moŜność  przekonać  się,  ile  zostawiono  mi  luzu.  Oczywiście,  za  mało.  Eryk  był 

ostroŜny. 

– Podejdź bliŜej i szepnij mi do ucha swoje zastrzeŜenia – powiedziałem. Nie posłuchał. 

–  Posadzono  mnie  do  stołu  jako  ostatniego,  wiedziałem  więc,  Ŝe  moment  kulminacyjny 

juŜ się zbliŜa. I nie myliłem się, 

Sześciu  trębaczy  dało  pięciokrotny  krótki  sygnał  i  Eryk  wkroczył  do  sali.  Wszyscy  się 

podnieśli. Oprócz mnie. 

StraŜnicy  poderwali  mnie  łańcuchami  na  nogi  i  tak  przytrzymali.  Eryk  uśmiechnął  się  i 

zszedł  ze  schodów  po  mojej  prawej  ręce.  Ledwo  widziałem  jego  barwy  pod  gronostajowym 

futrem,  które  miał  na  sobie.  Podszedł  do  szczytu  stołu  i  stanął  za  krzesłem,  a  za  nim  jego 

kamerdyner.  Inni  słuŜący  zaczęli  obchodzić  stoły,  rozlewając  wino.  Kiedy  skończyli,  Eryk 

wzniósł toast: 

– śyjcie szczęśliwie w Amberze, który jest wieczny! 

background image

Wszyscy podnieśli kieliszki. Oprócz mnie. 

– Wypij! – rozkazał Julian. 

– Udław się! 

Spojrzał na mnie z wściekłością, lecz w tym momencie pochyliłem się i szybko wziąłem 

kieliszek. Między mną a Erykiem, który nie spuszczał ze mnie oczu, siedziało kilkaset osób, a 

mój głos zabrzmiał donośnie: 

– Za Eryka, który siedzi na szarym końcu stołu! 

Nikt  się  nie  poruszył,  tylko  Julian  wylał  swoje  wino  na  podłogę  i  po  chwili  wszyscy 

poszli za jego przykładem, lecz ja zdołałem wziąć spory łyk, zanim wytrącono mi kieliszek z 

ręki. 

Eryk usiadł, goście poszli jego śladem, a i mnie pozwolono opaść na krzesło. Zaczęła się 

uczta,  a  poniewaŜ  byłem  głodny,  jadłem  z  równym  apetytem  jak  wszyscy,  a  moŜe  i 

większym. Muzyka grała nieprzerwanie i biesiada trwała przeszło dwie godziny. Nikt się juŜ 

do  mnie  nie  odezwał,  a  i  ja  nie  powiedziałem  więcej  ani  słowa.  Ale  wszyscy  czuli  moją 

obecność i nasz stół był cichszy niŜ inne. 

Caine siedział wyŜej stołu, po prawej ręce Eryka, z czego wnioskowałem, Ŝe Julian jest w 

niełasce.  Nie  było  ani  Randoma,  ani  Deirdre.  Dojrzałem  jeszcze  wielu  znajomych,  których 

niegdyś zaliczałem do przyjaciół, lecz nikt nie waŜył się spojrzeć mi w oczy. Zrozumiałem, Ŝe 

pasowanie  Eryka  na  króla  Amberu  to  czcza  formalność.  Która  zresztą  niebawem  stała  się 

faktem. 

Po  uczcie  nie  było  Ŝadnych  mów.  Po  prostu  Eryk  wstał,  znów  zagrzmiały  trąbki  i 

wszyscy przeszli w procesji do sali tronowej Amberu. 

Wiedziałem, co teraz nastąpi. 

Eryk  stanął  przed  tronem  i  wszyscy  zgięli  się  w  niskim  ukłonie.  Oprócz  mnie, 

oczywiście. Niemniej, tak czy owak, rzucono mnie na kolana. 

Dzisiaj był dzień koronacji. 

Zapadła  cisza.  Potem  Caine  wniósł  poduszkę,  na  której  spoczywała  korona  Amberu. 

Ukląkł i zastygł w tej pozie, ofiarowując ją Erykowi. 

Szarpnięto  mnie  na  nogi  i  powleczono  w  stronę  tronu.  Zrozumiałem,  czego  ode  mnie 

chcą,  uzmysłowiłem  to  sobie  w  ułamku  sekundy  i  stawiłem  opór.  Ale  zostałem  pobity  i 

rzucony na kolana przed stopniami tronu. 

Muzyka zabrzmiała nieco głośniej – grano „Zielony zarękawek” – i Julian stojący za mną 

powiedział: 

– Oto zbliŜa się moment koronacji nowego króla Amberu! – A do mnie szeptem: – Weź 

koronę i podaj ją Erykowi. On sam się ukoronuje. 

Spojrzałem na koronę Amberu leŜącą na purpurowej poduszce, trzymanej przez Caine’a. 

Była  srebrna  i  miała  siedem  pałek,  kaŜdą  zwieńczoną  klejnotem.  Cała  była  wysadzana 

background image

szmaragdami i miała po dwa ogromne rubiny na kaŜdej skroni. Nie poruszyłem się, myśląc o 

czasach, kiedy widziałem pod nią twarz mojego ojca. 

– Nie – powiedziałem krótko i poczułem uderzenie w lewy policzek. 

– Weź ją i podaj Erykowi – powtórzył. 

Zamachnąłem  się  na  niego,  lecz  łańcuchy,  na  których  mnie  trzymano,  były  mocno 

ś

ciągnięte. Uderzył mnie ponownie. Spojrzałem na wysokie, ostre szpice korony. 

– Dobrze – powiedziałem w końcu i sięgnąłem po nią. 

Przez  chwilę  trzymałem  ją  w  obu  rękach,  a  potem  błyskawicznie  włoŜyłem  ją  sobie  na 

głowę, mówiąc: 

– Ja, Corwin, koronuję się królem Amberu! 

Zdjęto mi ją natychmiast i połoŜono z powrotem na poduszce. Na moje plecy spadły razy, 

przez salę przebiegł szmer. 

– Spróbujmy jeszcze raz – powiedział Julian. – Weź ją i podaj Erykowi. 

Znów cios. 

– W porządku – zgodziłem się czując, Ŝe moja koszula wilgotnieje. 

Tym razem rzuciłem Erykowi koronę prosto w twarz, mając nadzieję, Ŝe wykolę mu oko. 

Chwycił ją prawą ręką i uśmiechnął się do mnie patrząc, jak mnie biją. 

–  Dziękuję  ci  –  powiedział.  –  Ale  teraz  słuchajcie  mnie  wszyscy  obecni  i  ci,  którzy 

pozostają w Cieniu. W dzisiejszym dniu przejmuję tron i koronę Amberu i biorę do ręki berło 

królewskie. Wygrałem tron w uczciwej walce i słusznie mi się on z krwi naleŜy. 

– Kłamca! – krzyknąłem i czyjaś ręka zasłoniła mi usta. 

– Koronuję się Erykiem Pierwszym, królem Amberu. 

– Niech Ŝyje król! – zakrzyknęli po trzykroć zebrani. 

Wtedy Eryk nachylił się i powiedział do mnie zniŜonym głosem: 

– Twoje oczy właśnie ujrzały widok, który ci będzie musiał na długo wystarczyć... StraŜ! 

Zaprowadzić  go  do  miejsca  kaźni  i  wypalić  oczy!  Niech  dzisiejsza  uroczystość  na  zawsze 

pozostanie  mu  w  pamięci  jako  ostatnia  rzecz,  którą  widział.  Później  wrzućcie  go  do 

najgłębszej ciemnicy pod Amberem i niech jego imię zostanie zapomniane. 

Splunąłem i spadł na mnie grad razów. 

Opierałem  się  zaciekle  przez  całą  drogę,  lecz  wywleczono  mnie  z  sali.  Wszystkie  oczy 

odwracały  się  ode  mnie,  kiedy  wychodziłem,  i  ostatnie,  co  pamiętam,  to  uśmiechnięty  Eryk 

na tronie rozdzielający swe łaski między wielmoŜów Amberu. 

Jego rozkaz wykonano i na szczęście podczas kaźni straciłem przytomność. 

Nie  mam  pojęcia,  jak  długo  leŜałem  bez  Ŝycia,  zanim  ocknąłem  się  w  absolutnej 

ciemności, z potwornym bólem rozsadzającym mi czaszkę. MoŜe to wtedy rzuciłem klątwę, a 

moŜe  zrobiłem  to,  gdy  wŜarło  się  we  mnie  rozpalone  do  białości  Ŝelazo.  Nie  pamiętam 

dokładnie, wiedziałem jednak, Ŝe Eryk nigdy nie zazna spokoju na tronie, gdyŜ klątwa księcia 

Amberu, rzucona w momencie niepohamowanej furii, zawsze się spełnia. 

background image

Szarpałem w rozpaczy słomę w tej najczarniejszej z cel, lecz nie wylałem ani jednej łzy. I 

to było najstraszniejsze. Po jakimś czasie – tylko wy, bogowie, i ja wiemy, jak długim – znów 

zasnąłem. 

–  Kiedy  się  obudziłem,  głowa  nadal  pękała  mi  z  bólu.  Podniosłem  się  na  nogi  i 

zmierzyłem  wielkość  celi.  Miała  cztery  kroki  szerokości  i  pięć  długości.  Dziura  w  podłodze 

pełniła rolę ustępu, a w rogu leŜał wypchany słomą materac. U dołu drzwi była szczelina, a za 

nią taca ze stęchłym chlebem i butelką wody. Posiliłem się, ale nie przyniosło mi to ulgi. Ból 

pulsował mi w skroniach i daleko mi było do spokoju ducha. 

Starałem  się  jak  najwięcej  spać.  Nikt  do  mnie  ani  razu  nie  przyszedł.  Budziłem  się, 

przemierzałem celę, wymacywałem tacę pod drzwiami i jadłem, co mi dawano. 

Potem znów szedłem spać. 

Po siedmiu spaniach przeszedł mi ból w oczodołach. Nienawidziłem mojego brata, który 

był królem Amberu. Wolałbym, Ŝeby mnie zabił. 

Ciekaw byłem reakcji ogółu, ale pozostawało to dla mnie tajemnicą. Wiedziałem jednak, 

Ŝ

e  gdy  mrok  obejmie  sam  Amber,  Eryk  poŜałuje  swojego  czynu.  To  jedno  wiedziałem  na 

pewno i z tego czerpałem pociechę. 

Tak zaczęły się moje dni w ciemności, których nie miałem jak odmierzyć. Nawet gdybym 

miał oczy, nie odróŜniłbym dnia od nocy w tym lochu. 

Czas płynął sobie obok, ignorując mnie. Czasem oblewał mnie zimny pot i drŜałem jak w 

gorączce  na  myśl  o  tym.  Jak  długo  juŜ  tu  jestem?  Parę  miesięcy?  MoŜe  tylko  parę  godzin? 

Tygodni? Czy lat? 

Przestałem  się  nad  tym  zastanawiać.  Spałem,  spacerowałem  (wiedziałem  z  największą 

dokładnością,  gdzie  postawić  stopę  i  kiedy  zawrócić),  rozmyślałem  o  wszystkim,  czego 

dokonałem i czego nie dokonałem. Czasem siadałem ze skrzyŜowanymi nogami, oddychałem 

wolno  i  głęboko,  usuwałem  z  głowy  myśli  i  starałem  się  wytrwać  w  takim  stanie  jak 

najdłuŜej. To pomagało – o niczym nie myśleć. 

Eryk  był  sprytny.  Mimo  Ŝe  posiadałem  w  sobie  moc,  teraz  była  ona  bezuŜyteczna. 

Niewidomy nie moŜe wędrować przez Cienie. 

Broda urosła mi aŜ do pasa, włosy miałem długie i zmierzwione. Początkowo stale byłem 

głodny,  ale  potem  straciłem  apetyt.  Czasem  kręciło  mi  się  w  głowie,  gdy  zbyt  raptownie 

wstałem.  Miałem  koszmary,  podczas  których  śniło  mi  się,  Ŝe  widzę,  i  tym  gorsze  było 

przebudzenie. 

JednakŜe po pewnym czasie wypadki, które mnie tu doprowadziły, wydały mi się czymś 

odległym  i  nierealnym.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  przydarzyły  się  komuś  innemu.  I  było  to  w 

pewnym sensie prawdą. 

Straciłem  sporo  na  wadze.  WyobraŜałem  sobie,  jak  wyglądam,  blady  i  wychudły.  Nie 

mogłem  nawet  płakać,  choć  parę  razy  próbowałem.  Coś  było  nie  w  porządku  z  moimi 

kanalikami łzowymi. To straszne, Ŝeby doprowadzić człowieka do takiego stanu. 

background image

Pewnego  dnia  usłyszałem  lekkie  drapanie  w  drzwi.  Zignorowałem  to.  Powtórzyło  się, 

lecz  znów  nie  zareagowałem.  Wtedy  dobiegło  mnie  moje  imię,  wypowiedziane  pytającym 

szeptem. Przeszedłem przez celę. 

– Tak? – spytałem. 

– To ja, Rein. Jak się czujesz? Roześmiałem się na to. 

–  Wspaniale,  po  prostu  wspaniale!  Noc  w  noc  piję  szampana  i  tańczę  z  dziewczętami. 

Powinieneś sam kiedyś spróbować. 

– Bardzo mi przykro, Ŝe nie mogę nic dla ciebie zrobić – powiedział i wyczułem w jego 

głosie ból. 

– Wiem – odparłem. 

– Pomógłbym ci, gdybym tylko mógł. 

– Wiem. 

– Przyniosłem ci coś. Masz. 

Klapka u dołu drzwi zaskrzypiała parokrotnie przy podnoszeniu. 

– Co to jest? – spytałem. 

–  Czyste  ubranie,  trzy  bochenki  świeŜego  chleba,  ser,  mięso,  dwie  butelki  wina,  karton 

papierosów i mnóstwo zapałek. 

Ś

cisnęło mnie w gardle. 

– Dziękuję, Rein. Jesteś porządnym człowiekiem. Jak ci się udało to przeprowadzić? 

– Znam straŜnika, który ma dzisiaj słuŜbę. On nic nie powie. Za duŜo jest mi winien. 

–  Oby  nie  zechciał  zlikwidować  swoich  długów  za  pomocą  szantaŜu  –  powiedziałem.  – 

Nie przychodź więcej, choć nie muszę ci mówić, jak bardzo ci jestem wdzięczny. Oczywiście 

zniszczę wszelkie ślady. 

– śałuję, Ŝe tak się to skończyło, Corwinie. 

– Ja teŜ. Dziękuję, Ŝeś o mnie nie zapomniał, pomimo rozkazu. 

– Przyszło mi to bez trudu. 

– Jak długo tu jestem? 

– Cztery miesiące i dziesięć dni. 

– Co nowego w Amberze? 

– Eryk rządzi. To wszystko. 

– Gdzie jest Julian? 

– Z powrotem w Lesie Ardeńskim ze swoją straŜą. 

– Dlaczego? 

– Jakieś dziwne rzeczy zaczęty ostatnio przenikać z Cieni. 

– Rozumiem. Co z Caine’em? 

– Jest nadal w Amberze i hula, ile wlezie. PrzewaŜnie pije i zabawia się z dziewczętami. 

– A Gerard? 

– Jest admirałem całej floty. 

background image

Odetchnąłem  z  ulgą.  Bałem  się,  Ŝe  przyjdzie  mu  zapłacić  za  wycofanie  się  na  południe 

podczas naszej bitwy morskiej. 

– A co z Randomem? 

– Jest za kratkami. 

– Co? Schwytali go? 

–  Tak.  Przeszedł  Wzorzec  w  Rebmie  i  zjawił  się  tutaj  z  kuszą.  Zranił  Eryka,  zanim  go 

ujęto. 

– Naprawdę? Dlaczego nie został zabity? 

–  Podobno  oŜenił  się  w  Rebmie  z  damą  dworu.  Eryk  nie  chce  w  tej  chwili  Ŝadnych 

zadraŜnień  z  Rebmą.  Moire  jest  władczynią  pięknego  królestwa  i  mówi  się,  Ŝe  Eryk  chce 

prosić ją o rękę. To wszystko plotki, oczywiście – Ale interesujące. 

– Tak – powiedziałem. 

– Lubiła cię, prawda? 

– Poniekąd. Skąd wiesz? 

–  Byłem  obecny,  kiedy  sądzono  Randoma.  Rozmawiałem  z  nim  przez  chwilę.  Lady 

Vialle, jego Ŝona, prosiła, Ŝeby pozwolono jej zamieszkać z nim w celi. Eryk nie wie jeszcze, 

co odpowiedzieć. 

Pomyślałem o niewidomej dziewczynie, której nigdy nie widziałem, i zadumałem się. 

– Kiedy się to wszystko zdarzyło? – spytałem. 

– Hm... Przeszło miesiąc temu. Wtedy właśnie pojawił się Random. A w tydzień później 

Vialle wystąpiła ze swoją prośbą. 

– Musi być dziwną kobietą, jeśli naprawdę pokochała Randoma. 

– To samo pomyślałem. Nie mogę sobie wyobrazić bardziej niezwykłej pary. 

–  Jeśli  będziesz  miał  okazję  go  zobaczyć,  przekaŜ  mu  moje  pozdrowienia  i  wyrazy 

współczucia. 

– Dobrze. 

– Jak się mają moje siostry? 

–  Deirdre  i  Llewella  są  nadal  w  Rebmie.  Lady  Florimel  cieszy  się  łaskami  Eryka  i 

zajmuje wysoką pozycję na dworze. Nie wiem nic o Fionie. 

– Czy są jakieś wieści o Bleysie? Jestem pewien, Ŝe zginął. 

– Musiał zginąć – powiedział Rein. – Ale jego ciała nie odnaleziono. 

– Co z Benedyktem? 

– Jak kamień w wodę. 

– A z Brandem? 

– śadnego kontaktu. 

– To by chyba było całe drzewo rodzinne. Napisałeś jakieś nowe ballady? 

–  Nie  –  odparł.  –  WciąŜ  pracuję  nad  „OblęŜeniem  Amberu”,  lecz  w  najlepszym  razie 

będzie to moŜna śpiewać jedynie pokątnie. 

background image

Wyciągnąłem rękę przez szczelinę u dołu drzwi. 

– Chciałbym uścisnąć ci prawicę – powiedziałem i poczułem, Ŝe jego dłoń dotyka mojej. 

–  Postąpiłeś  bardzo  szlachetnie,  Ŝe  do  mnie  przyszedłeś,  ale  nie  rób  tego  więcej.  Byłoby 

głupotą naraŜać się na gniew Eryka. Chwycił mnie za rękę, wymamrotał coś i poszedł. 

Wymacałem  jego  pakunek  z  darami  i  zabrałem  się  przede  wszystkim  do  mięsa,  które 

najłatwiej  się  psuje.  Zjadłem  do  niego  mnóstwo  chleba  i  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  niemal 

zapomniałem juŜ, jak smakuje dobre jedzenie. 

Później ogarnęła mnie senność i połoŜyłem się. Chyba nie spałem zbyt długo, a kiedy się 

obudziłem, otworzyłem jedną z butelek wina. 

Przy  moim  wycieńczeniu  niewiele  trzeba  było,  abym  poczuł  się  na  rauszu.  Zapaliłem 

papierosa, usiadłem na materacu, oparłem się o ścianę i oddałem się wspomnieniom. 

Przypomniałem sobie Reina jako dziecko. Ja byłem juŜ dorosły, a on był kandydatem na 

królewskiego  błazna.  Chudy,  mądry  dzieciak,  z  którego  wszyscy  się  naigrawali.  Łącznie  ze 

mną. Komponowałem juŜ wtedy muzykę i pisałem ballady, on natomiast zdobył skądś lutnię i 

nauczył się na niej grać. Wkrótce śpiewaliśmy razem unisono i na dwa głosy; bardzo szybko 

go  polubiłem  i  zacząłem  uczyć  sztuki  wojennej.  Niezbyt  dobrze  mu  to  szło,  ale  czułem  się 

winny za to, jak go traktowałem przedtem, toteŜ nie szczędziłem mu łask, nawet na wyrost, i 

w  końcu  nauczyłem  go  całkiem  znośnie  władać  szablą.  Nigdy  tego  nie  Ŝałowałem,  i  on 

zapewne  teŜ  nie.  Wkrótce  został  minstrelem  na  dworze  w  Amberze.  Przez  cały  ten  czas 

nazywałem go swoim paziem, i kiedy ogłoszono wojnę przeciwko ciemnym siłom przybyłym 

z Cienia, zwanym Weirmonkenami, uczyniłem go swoim giermkiem i pojechaliśmy razem na 

wojnę. Pasowałem go na rycerza na polu bitewnym pod Jones Falls i w pełni na to zasłuŜył. 

Później przerósł mnie w materii układania pieśni. Był prawdziwie złotoustym śpiewakiem, a 

nosił  się  w  barwach  szkarłatu.  Kochałem  go  jako  jednego  z  moich  nielicznych  przyjaciół  w 

Amberze. Nie przypuszczałem jednak, Ŝe ośmieli się zaryzykować przemycenie mi Ŝywności. 

Nikt  by  się  nie  ośmielił.  Zapaliłem  drugiego  papierosa  i  pociągnąłem  następny  łyk  na  jego 

cześć i za jego zdrowie. Był dobrym człowiekiem. Ciekawe, jak długo uda mu się zachować 

skórę. 

Wyrzuciłem niedopałki do dziury, podobnie jak później pustą butelkę. Nie chciałem, aby 

w  razie  nagłej  inspekcji  cokolwiek  zdradzało,  Ŝe  ktoś  „umilał  mi  Ŝycie”.  Pochłonąłem 

wszystko,  co  mi  przyniósł,  i  po  raz  pierwszy  od  momentu  uwięzienia  najadłem  się  aŜ  do 

przesytu. Drugą butelkę wina zachowałem na później, aby się upić i zapomnieć. 

A gdy i to miałem juŜ za sobą, znów naszła mnie fala gorzkich rozwaŜań. Jedyną nadzieję 

czerpałem  z  przekonania,  Ŝe  Eryk  nie  zna  do  końca  granic  naszych  moŜliwości.  Był  królem 

Amberu,  to  prawda,  ale  nie  zgłębił  jeszcze  wszystkich  tajemnic.  Nie  wiedział  tego 

wszystkiego,  co  ojciec.  Istniała  szansa,  jedna  na  milion,  Ŝe  coś  moŜe  obrócić  się  na  moją 

korzyść.  Tylko  tyle  miałem  na  pociechę,  Ŝeby  nie  zwariować  z  rozpaczy.  Ale  całkiem 

moŜliwe, Ŝe na jakiś czas postradałem zmysły – nie wiem. Są dni, których w Ŝaden sposób nie 

background image

potrafię sobie odtworzyć, teraz kiedy stoję tutaj na krawędzi Chaosu. Bóg jeden wie, co się za 

nimi kryło, a ja z pewnością nie wybiorę się do psychoanalityka, Ŝeby to roztrząsać. Zresztą i 

tak Ŝaden lekarz nie dałby sobie rady z nikim z mojej rodziny. 

Spędzałem  czas  leŜąc  lub  chodząc  w  paraliŜującej  ciemności.  Stałem  się  bardziej 

wyczulony  na  dźwięki.  Słyszałem  harce  szczurów  w  słomie,  dalekie  jęki  innych  więźniów, 

echo kroków straŜnika, gdy zbliŜał się z tacą. 

Nauczyłem się rozpoznawać po odgłosach odległość i kierunek. 

Zapewne stałem się teŜ bardziej wraŜliwy na zapachy, lecz starałem się nie zwracać na to 

uwagi.  Oprócz  oczywistego  mdlącego  smrodu,  przez  dłuŜszy  czas  mógłbym  przysiąc,  Ŝe 

czuję odór rozkładającego się ciała. 

Zastanawiałem  się,  jak długo by trwało, zanim by spostrzeŜono, Ŝe nie Ŝyję? Ile kromek 

chleba i misek z pomyjami musiałoby się zgromadzić pod drzwiami, Ŝeby straŜnik postanowił 

sprawdzić, co się stało? 

Odpowiedź na to pytanie mogła być bardzo waŜna. 

Odór  śmierci  utrzymywał  się  w  powietrzu  dość  długo.  Próbując  myśleć  w  kategoriach 

czasu, uznałem, Ŝe trwało to przeszło tydzień. 

ChociaŜ  wydzielałem  sobie  papierosy  bardzo  ostroŜnie,  walcząc  z  gwałtowną  chęcią  i 

łatwą do spełnienia pokusą, nadszedł w końcu dzień, kiedy wziąłem do ręki ostatnią paczkę. 

Otworzyłem ją i zapaliłem. Miałem karton salemów, a więc wypaliłem jedenaście paczek. 

Czyli dwieście dwadzieścia papierosów. Obliczyłem kiedyś, Ŝe palę jednego papierosa przez 

siedem  minut.  To  znaczy,  Ŝe  samo  palenie  zajęło  mi  tysiąc  pięćset  czterdzieści  minut,  czyli 

dwadzieścia pięć godzin i czterdzieści minut. Byłem pewien, Ŝe między jednym papierosem a 

drugim upływała co najmniej godzina, a raczej nawet półtorej. Powiedzmy półtorej godziny. 

Spałem  jakieś  sześć  do  ośmiu  godzin  na  dobę,  czyli  zostawało  szesnaście  do  osiemnastu 

godzin  czuwania.  Paliłem  więc  dziesięć  do  dwunastu  papierosów  dziennie.  Czyli  to  by 

znaczyło, Ŝe od wizyty Reina upłynęły jakieś trzy tygodnie. Powiedział mi, Ŝe siedzę tu cztery 

miesiące i dziesięć dni, wobec tego do chwili obecnej od dnia koronacji musiało minąć około 

pięciu miesięcy. 

Hołubiłem moją ostatnią paczkę papierosów, rozkoszując się kaŜdym z nich jak przygodą 

miłosną,  a  kiedy  się  skończyły,  ogarnęła  mnie  depresja.  Czas  płynął  i  płynął.  Myślałem  o 

Eryku. Jak sobie radził jako władca? Jakie mógł mieć problemy? Jakie miał plany? Dlaczego 

nie kazał mnie torturować? Czy to moŜliwe, by zapomniano o mnie w Amberze, nawet jeśli 

tak nakazywał dekret królewski? Uznałem, Ŝe niemoŜliwe. 

A  co  z  moimi  braćmi?  Dlaczego  Ŝaden  z  nich  się  ze  mną  nie  skontaktował?  Nic 

łatwiejszego, jak wyciągnąć mój Atut i złamać rozkaz Eryka. Ale nikt tego nie zrobił. 

Długo  myślałem  o  Moire,  ostatniej  kobiecie,  którą  kochałem.  Co  robiła?  Czy  mnie 

wspominała?  Pewno  nie.  MoŜe  była  juŜ  kochanką  Eryka  albo  jego  Ŝoną.  Czy  kiedykolwiek 

mówiła z nim o mnie? Znów uznałem, Ŝe pewno nie. 

background image

Co porabiały moje siostry? Do diabła z nimi, wszystkie takie same. 

Straciłem juŜ kiedyś wzrok, gdy oślepił mnie odrzut płomienia przy odpalaniu armaty w 

osiemnastym  wieku  na  Cieniu-Ziemi.  Ale  trwało  to  tylko  około  miesiąca,  potem  wzrok 

odzyskałem.  JednakŜe  Eryk  wydając  rozkaz  wybrał  radykalny  środek.  Nadal  budziłem  się  z 

krzykiem i dygotałem zlany zimnym potem, gdy wracał mi w pamięci obraz rozpalonych do 

białości prętów – i ich dotyk! 

Jęczałem bezgłośnie i chodziłem od ściany do ściany. 

Nic absolutnie nie mogłem zrobić i to było najgorsze ze wszystkiego. Byłem bezradny jak 

niemowlę.  Oddałbym  duszę  za  to,  Ŝeby  odzyskać  wzrok  i  dać  upust  dławiącej  mnie 

nienawiści. śeby choć na godzinę móc z mieczem w dłoni stanąć jeszcze przeciwko bratu. 

PołoŜyłem się na materacu i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, zjadłem swoją porcję i znów 

zacząłem  krąŜyć  po  celi.  U  rąk  i  nóg  miałem  szpony  zamiast  paznokci,  broda  sięgała  mi  za 

pas,  a  włosy  bez  przerwy  spadały  na  oczy.  Byłem  brudny  i  wszystko  mnie  swędziało. 

Zastanawiałem się, czy mam wszy. 

Na  myśl,  Ŝe  moŜna  doprowadzić  księcia  Amberu  do  takiego  stanu,  trząsłem  się  z 

bezsilnej  furii,  płynącej  gdzieś  z  samego  środka  jestestwa.  Wychowałem  się  w  przekonaniu, 

Ŝ

e  jesteśmy  niezwycięŜeni,  nieskazitelni,  opanowani  i  twardzi  niczym  diamenty,  jak  nasze 

portrety na Atutach. Najwyraźniej tak nie było. 

Ale  przynajmniej  byłem  na  tyle  podobny  do  innych  ludzi,  Ŝeby  szukać  ratunku.  Grałem 

sam  ze  sobą  w  rozmaite  gry,  opowiadałem  sobie  historyjki,  wspominałem  róŜne  przyjemne 

chwile  –  a  było  ich  wiele.  Przywoływałem  w  myślach  uroki  przyrody:  wiatr,  deszcz,  ciepłe 

lato, rześkie podmuchy wiosny. Na Cieniu-Ziemi miałem mały samolot i bardzo lubiłem nim 

latać.  Teraz  odtwarzałem  w  pamięci  rozjaśnione  słońcem  panoramy,  zminiaturyzowane 

miasta,  ogromne  błękitne  przestrzenie  nieba,  stada  chmurek  (gdzie  one  teraz  są?)  i  wielkie 

połacie  oceanu  pod  skrzydłami.  Przypominałem  sobie  kobiety,  które  kochałem,  przyjęcia, 

potyczki zbrojne. 

A kiedy juŜ nie mogłem się powstrzymać, myślałem o Amberze. 

Pewnego  dnia,  przy  podobnej  okazji,  moje  kanaliki  łzowe  znów  zaczęły  funkcjonować. 

Zapłakałem. 

Po  nieskończenie  długim  czasie,  wypełnionym  ciemnością  i  snem,  usłyszałem  kroki, 

które zatrzymały się przed drzwiami mojej celi, i zgrzytnął klucz w zamku. 

Było to tak długo po wizycie Reina, Ŝe zapomniałem juŜ, jak smakuje wino i papierosy. 

Nie potrafiłem określić, ile czasu minęło, ale byłem pewny, Ŝe upłynęło go duŜo. 

Na  korytarzu  stali  dwaj  męŜczyźni.  Poznałem  to  po  krokach,  jeszcze  zanim  usłyszałem 

ich  głosy.  Jeden  z  głosów  był  mi  znajomy.  Drzwi  się  otworzyły  i  Julian  zawołał  mnie  po 

imieniu. Nie odpowiedziałem, powtórzył więc: 

–  Corwin?  Chodź  tutaj.  PoniewaŜ  nie  miałem  wielkiej  moŜliwości  wyboru,  wstałem  i 

wyszedłem. Zatrzymałem się przed nim. 

background image

– Czego chcesz? – spytałem 

– Chodź ze mną. – I wziął mnie za ramię. 

Poszliśmy korytarzem; on nic nie mówił, a ja prędzej bym sobie język odgryzł, niŜ zadał 

mu  jakieś  pytanie.  Poznałem  po  odgłosach,  Ŝe  wchodzimy  do  hallu.  Później  powiódł  mnie 

schodami w górę, a następnie do pałacu. 

Tam  zaprowadzono  mnie  do  jakiegoś  pomieszczenia  i  usadzono  na  krześle.  Golibroda 

przystąpił do ścinania mi włosów i brody. Nie poznałem go po głosie, kiedy spytał, czy chcę 

mieć brodę równo przyciętą czy zgoloną. 

–  Zgól  –  zaordynowałem,  po  czym  zostałem  oddany  w  ręce  manikiurzystki,  która  zajęła 

się wszystkimi moimi dwudziestoma paznokciami. 

Zostałem  wykąpany  i  ubrany  w  czysty  strój,  który  na  mnie  wisiał.  Zostałem  takŜe 

odwszawiony, ale o tym nie mówmy. 

Teraz  zaprowadzono  mnie  do  innego  czarnego  pomieszczenia  wypełnionego  muzyką, 

zapachem  smakowitych  potraw,  śmiechem  i  gwarem  głosów.  Domyśliłem  się,  Ŝe  to  sala 

jadalna. 

Gwar nieco ucichł, kiedy Julian wprowadził mnie i usadowił na krześle. Siedziałem tam, 

aŜ rozległy się dźwięki trąbki i zmuszono mnie, Ŝebym wstał. 

Usłyszałem toast: 

– Niech Ŝyje Eryk Pierwszy, król Amberu! Niech Ŝyje król! 

Nie  spełniłem  toastu,  ale  nikt  nic  zwrócił  na  to  uwagi.  Wniósł  go  Caine,  to  jego  głos 

dobiegał ze szczytu stołu. Nie Ŝałowałem sobie jedzenia, jako Ŝe był to najlepszy posiłek, jaki 

dostałem od koronacji. Z dobiegających mnie rozmów zrozumiałem, Ŝe obchodzimy właśnie 

rocznicę tego wydarzenia, co znaczyło, Ŝe spędziłem cały rok w ciemnicy. 

Nikt  się  do  mnie  nie  odezwał  i  ja  nie  próbowałem  zagadywać  do  nikogo.  Byłem  tu 

obecny  jedynie  w  charakterze  ducha.  Po  to,  aby  mnie  upokorzyć  i  unaocznić  moim  braciom 

cenę,  jaką  trzeba  zapłacić  za  sprzeniewierzenie  się  władcy.  Poza  dzisiejszym  wieczorem zaś 

zostałem skazany na zapomnienie. 

Trwało  to  do  późnej  nocy.  Ktoś  hojnie  dolewał  mi  wina,  a  to  juŜ  było  coś.  Przez  resztę 

nocy  siedziałem  gdzieś  w  kącie  i  słuchałem  muzyki  przygrywającej  do  tańca.  Nad  ranem, 

pijanego do nieprzytomności, zawleczono mnie z powrotem do celi. I juŜ było po wszystkim, 

został  mi  na  pociechę  czysty  strój.  śałowałem  jedynie,  Ŝe  nie  upiłem  się  dostatecznie,  aby 

zanieczyścić podłogę albo czyjeś odświętne szaty. 

Tak skończył się mój pierwszy rok w ciemnicy. 

 

background image

 

Rozdział 9 

Nie  chcę  się  powtarzać,  więc  powiem  krótko,  Ŝe  drugi  rok  był  bardzo  podobny  do 

pierwszego,  z  tym  samym  finałem.  Podobnie  jak  trzeci.  Podczas  drugiego  roku  Rein 

przyszedł  do  mnie  dwukrotnie,  przynosząc  rozmaite  dobra  i  plotki.  W  obu  przypadkach 

zabroniłem mu pokazywać się więcej. Trzeciego roku przyszedł sześć razy, co drugi miesiąc 

– za kaŜdym razem zabraniałem mu tego na nowo, choć z niekłamaną przyjemnością jadłem 

przyniesioną Ŝywność i słuchałem jego nowin. 

Ź

le  się  działo  w  Amberze.  Jakieś  nieczyste siły przybywały z Cieni szerząc zniszczenie. 

Rozprawiano  się  z  nimi,  oczywiście.  Eryk  zachodził  w  głowę,  skąd  się  brały.  Nie 

wspomniałem  nic  o  mojej  klątwie,  lecz  później  w  samotności  czerpałem  radość  z  jej 

spełnienia. 

Random  był  nadal  więźniem,  jak  i  ja.  Jego  Ŝona  rzeczywiście  się  z  nim  połączyła. 

Pozycja reszty mojego rodzeństwa pozostała nie zmieniona. 

I tak przebrnąłem przez trzecią rocznicę koronacji mojego brata, gdy zdarzyło się coś, co 

niemal przywróciło mnie Ŝyciu. 

To coś... 

To  coś  pojawiło  się  pewnego  dnia  i  wprawiło  mnie  w  tak  doskonały  humor,  Ŝe 

natychmiast  otworzyłem  ostatnią  butelkę  wina  od  Reina  i  ostatnie  zaoszczędzone  pudełko 

papierosów.  Paliłem,  pociągałem  z  butelki  i  rozkoszowałem  się  myślą,  Ŝe  jednak  pobiłem 

Eryka.  Gdyby  się  o  tym  dowiedział,  oznaczałoby  to  mój  koniec.  Ale  nie  wiedział.  Piłem, 

paliłem i upajałem się światełkiem, które mi zamigotało. 

Tak, światełkiem. 

Dojrzałem jasną plamkę gdzieś na prawo. Czy macie pojęcie, co to dla mnie znaczyło? 

Jak  pamiętacie,  odzyskawszy  przytomność  na  łóŜku  szpitalnym  dowiedziałem  się,  Ŝe 

kości  zrosły  mi  się  znacznie  szybciej,  niŜ  się  ktokolwiek  spodziewał.  Rozumiecie  juŜ? 

Zdrowieję w szybszym tempie niŜ inni. Wszyscy ksiąŜęta i księŜniczki Amberu są w pewnym 

stopniu  obdarzeni  tą  właściwością.  PrzeŜyłem  zarazę,  przeŜyłem  marsz  na  Moskwę... 

Regeneruję  się  prędzej  i  lepiej  niŜ  wszyscy  inni.  Nawet  Napoleon  zwrócił  na  to  uwagę. 

background image

Podobnie  jak  generał  MacArthur.  Tkanka  nerwowa  potrzebowała  po  prostu  więcej  czasu, 

Ŝ

eby  się  odnowić,  i  tyle.  Ta  cudowna  plamka  światła  na  prawo  oznaczała,  Ŝe  odzyskiwałem 

wzrok. Jak się okazało, było to zakratowane okienko w drzwiach celi. 

Moje  palce  powiedziały  mi,  Ŝe  mam  nowe  gałki  oczne.  Trwało  to  trzy  lata,  ale  się 

dokonało.  To  była  ta  jedna  szansa  na  milion,  o  której  mówiłem  wcześniej;  szansa,  której 

nawet  Eryk  nie  mógł  przewidzieć  z  powodu  zróŜnicowanych  moŜliwości  poszczególnych 

członków rodziny. I na tym polu go pobiłem: przekonałem się, Ŝe mogę sprawić sobie nowe 

oczy.  Zawsze  wiedziałem,  Ŝe  mój  organizm  potrafi  w  stosownym  czasie  odnowić  tkankę 

nerwową.  Podczas  wojny  francusko-pruskiej  otrzymałem  postrzał  w  kręgosłup  i  zostałem 

częściowo sparaliŜowany. Po dwóch latach to minęło. śywiłem cichą nadzieję – przyznaję, Ŝe 

zwariowaną  –  iŜ  moŜe  coś  takiego  stanie  się  i  w  tym  przypadku,  i  moje  wypalone  oczy  się 

zregenerują.  I  miałem  rację.  Sprawiały  wraŜenie  zdrowych  i  całych,  a  wzrok  powoli  mi 

wracał. 

Ile czasu zostało do następnej rocznicy koronacji? Przestałem krąŜyć po celi i serce zabiło 

mi  mocniej.  W  chwili  gdy  ktoś  zauwaŜy,  Ŝe  odzyskałem  oczy,  znów  je  stracę.  Muszę  więc 

uciec, zanim miną cztery lata. 

Ale jak? 

Do  tej  pory  nie  poświęcałem  temu  zagadnieniu  większej  uwagi,  gdyŜ  nawet  gdybym 

wymyślił  sposób  na  wydostanie  się  z  celi,  nigdy  nie  udałoby  mi  się  ujść  z  Amberu  –  czy 

choćby  z  pałacu  –  bez  oczu,  bez  niczyjej  pomocy  i  bez  Ŝadnych  szans  na  jedno  czy  drugie. 

JednakŜe teraz... 

Drzwi celi były duŜe, cięŜkie, okute mosiądzem, z malutkim zakratowanym okienkiem na 

wysokości  półtora  metra,  Ŝeby  moŜna  było  zajrzeć  do  środka,  czy  jeszcze  Ŝyję,  gdyby 

kogokolwiek  to  obchodziło.  Nawet  gdybym  zdołał  wyrwać  kratę,  nie  sięgnąłbym  ręką  do 

zamka  po  drugiej  stronie.  Na  dole  była  tylko  wąska  szczelina  osłonięta  klapką,  przez  którą 

moŜna  było  najwyŜej  wziąć  poŜywienie.  Zawiasy  znajdowały  się  po  drugiej  stronie  albo 

między drzwiami a framugą, ale tak czy owak poza moim zasięgiem. Innych drzwi nie było. 

Nadal  czułbym  się  jak  ślepiec,  gdyby  nie  nikłe,  pokrzepiające  na  duchu  światełko  zza 

kratki.  Zdawałem  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  odzyskałem  jeszcze  w  pełni  wzroku  i  Ŝe  to  musi 

potrwać,  lecz  i  tak  niewiele  bym  dojrzał  w  tych  egipskich  ciemnościach.  Wiedziałem  to, 

poniewaŜ znałem lochy pod Amberem. 

Zapaliłem  papierosa  chodząc  od  ściany  do  ściany,  a  potem  oszacowałem  swój  dobytek 

pod kątem tego, co by mogło mi być pomocne. Miałem ubranie, materac i ile dusza zapragnie 

przegniłej słomy. Miałem takŜe zapałki, ale szybko odrzuciłem myśl, Ŝeby ją podpalić. Było 

mocno  wątpliwe,  aby  ktoś  przyszedł  i  otworzył  drzwi.  JuŜ  prędzej  straŜnik  odpowiedziałby 

mi śmiechem, gdyby się w ogóle zjawił. Miałem jeszcze łyŜkę, którą zwędziłem na ostatnim 

bankiecie.  Chciałem  wziąć  nóŜ,  ale  Julian  zauwaŜył,  Ŝe  go  biorę  do  ręki,  i  wyrwał  mi.  Nie 

background image

wiedział  jednak,  Ŝe  była  to  juŜ  moja  druga  próba  i  Ŝe  zdąŜyłem  przedtem  wetknąć  do  buta 

łyŜkę. 

Czy mogła mi się teraz do czegoś przydać? 

Słyszałem  te  historie  o  facetach  wydłubujących  tunel  z  celi  za  pomocą 

najnieprawdopodobniejszych  rzeczy:  klamerek  od  paska  (którego  nie  miałem)  –  i  tak  dalej. 

Aleja nie mogłem tracić czasu na metody hrabiego Monte Christo. Musiałem być na wolności 

w ciągu paru miesięcy, w przeciwnym razie moje nowe oczy na nic mi się nie przydadzą. 

Drzwi  były  drewniane.  Dębowe.  Opasane  czterema  metalowymi  paskami.  Jeden  biegł 

naokoło  przy  samej  górze,  drugi  na  dole,  tuŜ  nad  szczeliną;  dwa  pozostałe  z  góry  na  dół  po 

obu stronach zakratowanego okienka. Wiedziałem, Ŝe drzwi otwierają się na zewnątrz i mają 

zamek po lewej stronie. Jak pamiętałem z dawnych czasów, ich grubość wynosiła jakieś pięć 

centymetrów;  starałem  się  przypomnieć  sobie  mniej  więcej  połoŜenie  zamka,  co 

zweryfikowałem opierając się o drzwi i czując w tym miejscu opór. Wiedziałem, Ŝe są takŜe 

zamknięte  na  zasuwę,  ale  to  zmartwienie  zostawiłem  sobie  na  potem.  MoŜe  uda  mi  się  ją 

podwaŜyć wsuwając trzonek łyŜki między drzwi a framugę. 

Klęcząc na materacu wyryłem łyŜką czworokąt w miejscu, gdzie powinien znajdować się 

w  drzwiach  mechanizm  zamka.  Później  zabrałem  się  do  pracy  i  nie  ustawałem  przez  parę 

godzin,  dopóki  ręka  nie  odmówiła  mi  posłuszeństwa.  Przejechałem  paznokciem  po 

powierzchni  drzwi.  Ledwo  je  zadrapałem,  ale  początek  był  zrobiony.  PrzełoŜyłem  łyŜkę  do 

lewej ręki i dłubałem dalej, dopóki i ona nie zaczęła mnie boleć. 

Miałem nadzieję, Ŝe moŜe Rein się pokaŜe. Byłem pewien, Ŝe uda mi się namówić go do 

oddania mi swojego sztyletu, jeśli go przycisnę. Nie pokazał się jednak, więc nadal mozolnie 

ś

cierałem drzwi łyŜką. 

Pracowałem  tak  dzień  po  dniu,  aŜ  wyŜłobiłem  prostokąt  głęboki  na  przeszło  centymetr. 

Za  kaŜdym  razem,  kiedy  słyszałem  kroki  straŜnika,  przesuwałem  materac  z  powrotem  do 

przeciwległej  ściany  i  kładłem  się  na  nim  plecami  do  drzwi.  Gdy  straŜnik  odchodził, 

wracałem do roboty. Musiałem ją jednak na jakiś czas przerwać, choć z duŜą niechęcią. Mimo 

Ŝ

e  owinąłem  dłonie  kawałkiem  materiału  oddartym  z  ubrania,  były  całe  w  bąblach,  które 

pękając  odsłaniały  Ŝywe,  krwawiące  mięso.  Byłem  więc  zmuszony  dać  im  się  wygoić,  a  ten 

czas postanowiłem przeznaczyć na zaplanowanie, co zrobię po wyjściu. 

Kiedy  wydłubię  juŜ  dostatecznie  głęboki  otwór  w  drzwiach,  podniosę  zasuwę.  Łomot, 

jaki  wyda  spadając,  sprowadzi  prawdopodobnie  straŜnika.  Ja  będę  juŜ  wtedy  na  zewnątrz. 

Parę  kopniaków  powinno  wyłamać  drzwi  wokół  zamka,  a  sam  zamek  moŜe  sobie  zostać  na 

miejscu.  Stanę  twarzą  w  twarz  ze  straŜnikiem,  który  w  przeciwieństwie  do  mnie  będzie 

uzbrojony, lecz będę musiał go pokonać. 

Z jednej strony moŜe działać ze zbytnią pewnością siebie myśląc, iŜ jestem ślepy, lecz z 

drugiej strony moŜe teŜ zachować pewną ostroŜność, pamiętając, jak wkroczyłem do Amberu. 

Tak  czy  owak  zginie,  a  ja  zdobędę  broń.  Pomacałem  prawy  biceps  i  czubki  moich  palców 

background image

niemal  się  zetknęły.  BoŜe!  AleŜ  byłem  wychudzony!  Ale  nadal  byłem  księciem  Amberu  i 

nawet  w  tym  stanie  powinienem  dać  radę  zwykłemu  człowiekowi.  MoŜe  sam  siebie 

zwodziłem, ale musiałem spróbować. 

Jeśli  mi  się  powiedzie,  to  mając  miecz  w  ręku  nie  cofnę  się przed niczym, Ŝeby dotrzeć 

do  Wzorca,  a  potem  z  jego  centrum  przeniosę  się  do  dowolnego  świata  Cieni.  Tam  się 

wykuruję,  powrócę  do  sił  i tym razem nie będę się spieszył. Nawet gdyby miało mi to zająć 

całe  stulecie,  przygotuję  wszystko  do  ostatniego  szczegółu,  zanim  znów  wyruszę  na  Amber. 

Ostatecznie  byłem  jego  legalnym  władcą.  CzyŜ  nie  ukoronowałem  się  w  obecności  całego 

dworu jeszcze przed Erykiem? Mam więc słuszne prawo do tronu! 

Gdyby  tylko  moŜna  było  przejść  do  Cienia  prosto  z  Amberu!  Nie  musiałbym  wtedy 

zawracać  sobie  głowy  Wzorcem.  Ale  mój  Amber  stanowi  centrum  wszechrzeczy  i  nie  tak 

łatwo się go opuszcza. 

Po  jakimś  miesiącu  ręce  mi  się  wygoiły  i  wkrótce  po  podjęciu  pracy  były  znów  całe  w 

odciskach.  Pewnego  dnia,  słysząc  kroki  straŜnika,  jak  zwykle  przesunąłem  materac  do 

przeciwległej ściany. Klapka skrzypnęła i mój posiłek przesunął się przez szczelinę. Zaraz teŜ 

kroki się oddaliły. 

Wróciłem do drzwi. Nie patrząc na tacę wiedziałem, co zawiera: kromkę suchego chleba, 

garnek wody i w najlepszym razie jeszcze kawałek sera. Wróciłem do poprzedniego zajęcia. 

Byłem w nim na dobre pogrąŜony, gdy nagle usłyszałem za plecami zduszony śmiech. 

Odwróciłem się. Przy ścianie na lewo stał jakiś człowiek i chichotał. 

–  Kim  jesteś?  –  spytałem,  a  mój  głos  zabrzmiał  mi  w  uszach  jakoś  dziwnie. 

Uświadomiłem sobie, Ŝe to pierwsze słowa, jakie wypowiedziałem od dłuŜszego czasu. 

– Szykujemy ucieczkę – odezwał się. – Próbujemy zwiać. – I znów zachichotał. 

– Jak się tu dostałeś? 

– Wszedłem. 

– Którędy? W jaki sposób? 

Zapaliłem zapałkę i choć zabolały mnie oczy, nie zgasiłem płomienia. 

Miałem  przed  sobą  niewielkiego  męŜczyznę.  Właściwie  nawet  zupełnie  małego.  Miał 

jakieś półtora metra wzrostu i był garbusem. Jego włosy i broda były w nie lepszym stanie niŜ 

moje.  Jedyną  wyróŜniającą  go  cechą  pośród  tej  zmierzwionej  gęstwiny  był  długi, 

haczykowaty nos i czarne oczka, teraz zmruŜone przed światłem. 

– Dworkin – powiedziałem. 

Znów zachichotał. – Zgadza się. A ty kim jesteś? 

– Nie poznajesz mnie, Dworkinie? – Zapaliłem drugą zapałkę i przysunąłem ją do twarzy. 

– Przyjrzyj mi się. Odejmij brodę i dodaj mi jakieś pięćdziesiąt kilo wagi. Wyrysowałeś mnie 

z całą dokładnością na kilkunastu taliach kart. 

– Corwin – powiedział w końcu. – Przypominam sobie, tak. 

– Myślałem, Ŝe nie Ŝyjesz. 

background image

– śyję, Ŝyję. Widzisz? – Zakręcił przede mną pirueta. – Jak się ma twój ojciec? Widziałeś 

go ostatnio? Czy to on cię tu wpakował? 

– Nie ma juŜ Oberona – odparłem. – W Amberze rządzi mój brat Eryk, a ja jestem jego 

więźniem. 

– Wobec tego Ja mam pierwszeństwo, gdyŜ ja jestem więźniem Oberona. 

– Naprawdę? Nikt z nas nie wiedział, Ŝe ojciec wsadził cię do więzienia. 

Usłyszałem szloch. 

– Owszem – powiedział po chwili. – Nie ufał mi. 

– Dlaczego? 

–  Powiedziałem  mu,  Ŝe  wymyśliłem,  w  jaki  sposób  moŜna  zniszczyć  Amber.  Opisałem 

mu to, a on mnie zamknął. 

– Niezbyt to było miłe z jego strony. 

–  Wiem  –  przyznał  Dworkin  –  ale  dał  mi  wygodne  pomieszczenie  i  rozmaite  rzeczy  do 

eksperymentowania. 

Tylko  Ŝe  po  jakimś  czasie  przestał  mnie  odwiedzać.  Przyprowadzał  ze  sobą  róŜnych 

ludzi, którzy pokazywali mi kleksy z atramentu i kazali układać o nich historie. To było nawet 

zabawne,  ale  pewnego  dnia  jeden  kleks  nie  bardzo  mi  się  spodobał  i  zamieniłem  tego 

męŜczyznę  w  Ŝabę.  Król  się  rozzłościł,  kiedy  nie  chciałem  go  przywrócić  do  poprzedniej 

postaci. Teraz od tak dawna nikogo nie widziałem, Ŝe nawet byłbym gotów to zrobić. Raz... 

– Jak dostałeś się tutaj, do mojej celi? – spytałem ponownie. 

– Powiedziałem ci, wszedłem. 

– Przez ścianę? 

– Oczywiście, Ŝe nie. Przez ścianę Cienia. 

– PrzecieŜ Ŝaden człowiek nie moŜe przejść przez Cień w Amberze. W Amberze nie ma 

Cieni. 

– No cóŜ, uciekłem się do oszustwa – przyznał. 

– Jak to? 

–  Narysowałem  nowy  Atut  i  przeszedłem  przez  niego,  Ŝeby  zobaczyć,  co  jest  po  tej 

stronie  ściany.  Ojej!  To  mi  przypomina,  Ŝe  nie  mogę  bez  niego  wrócić.  Muszę  narysować 

następny. Masz coś do jedzenia? I coś do pisania? I kawałek papieru? 

– Proszę, oto chleb – poczęstowałem go – a do tego kawałek sera. 

– Dziękuję, Corwinie – połknął je z wilczym apetytem, popijając całą moją wodą. – Teraz 

daj  mi  kawałek  pergaminu  i  ołówek,  bo  muszę  juŜ  wracać  do  siebie.  Chcę  skończyć  czytać 

ksiąŜkę.  Miło  mi  było  się  z  tobą  zobaczyć.  Szkoda,  Ŝe  Eryk  cię  uwięził.  Wpadnę  do  ciebie 

jeszcze kiedyś na pogawędkę. Jak zobaczysz ojca, powiedz mu, Ŝeby się na mnie nie gniewał, 

bo ja... 

– Nie mam ołówka ani pergaminu – przerwałem. 

– Coś takiego! To barbarzyństwo! 

background image

– Wiem, ale teŜ i Eryk ma barbarzyńskie zwyczaje. 

–  A  co  masz?  Wolę  mój  własny  pokój  od  tego  miejsca.  Przynajmniej  jest  lepiej 

oświetlony. 

– Zjadłeś ze mną kolacje – powiedziałem – a teraz chciałbym prosić cię o przysługę. Jeśli 

ją spełnisz, przyrzekam, Ŝe zrobię wszystko, aby pogodzić cię z ojcem. 

– Co byś chciał? 

–  Od  dawna  podziwiam  twoją  sztukę  i  jest  coś,  co  bardzo  chciałbym  mieć  namalowane 

twoją ręką. Czy pamiętasz latarnię morską w Cabrze? 

–  Oczywiście.  Byłem  tam wiele razy. Znam nawet latarnika, Jopina. Grywałem z nim w 

szachy. 

–  Przez  całe  swoje  dorosłe  Ŝycie  marzyłem  o  tym,  aby  zobaczyć  jeden  z  twoich 

magicznych rysunków tej wielkiej szarej wieŜy – ciągnąłem. 

–  Bardzo  wzruszająca  prośba  –  odparł  –  a  poza  tym  dość  łatwa  do  spełnienia.  Robiłem 

kiedyś  wstępne  szkice  tej  latarni,  ale  nigdy  poza  nie  nie  wyszedłem,  zawsze  była  jakaś 

pilniejsza praca. Znajdę ci któryś z nich, jeśli sobie Ŝyczysz. 

–  Nie,  chciałbym  mieć  coś  trwalszego,  coś  co  dotrzymywałoby  mi  towarzystwa  tutaj,  w 

celi, i podtrzymywało mnie na duchu, a potem innych, którzy zajmą moje miejsce. 

– To pięknie, ale jak to wykonać? 

– Mam tu rylec – powiedziałem (łyŜka była juŜ dobrze wyostrzona) – i mógłbyś nakreślić 

obraz na tamtej ścianie, Ŝebym patrzył na niego przed snem. 

Milczał przez chwilę, a potem rzekł: 

– Trochę tu ciemno. 

–  Mam  kilka  pudełek  zapałek  i  będę  ci  nimi  przyświecał.  MoŜemy  nawet  spalić  trochę 

słomy, jeśli zajdzie konieczność. 

– Trudno to nazwać idealnymi warunkami do pracy... 

–  Wiem,  i  bardzo  cię  za  to  przepraszam,  wielki  Dworkinie,  ale  to  wszystko,  czym 

dysponuję.  Dzieło  sztuki  skreślone  twoją  ręką  ze  wszech  miar  umili  mi  moją  nędzną 

egzystencję. 

Roześmiał  się.  –  Dobrze  więc.  Ale  musisz  obiecać  mi  dość  światła,  Ŝebym  mógł  potem 

naszkicować sobie drogę powrotną do siebie. 

– Zgoda – powiedziałem i przetrząsnąłem kieszenie. Miałem trzy pełne pudełka i resztkę 

czwartego. WłoŜyłem mu łyŜkę do ręki i podprowadziłem go w stronę ściany. 

– Czy poznajesz, jakie narzędzie trzymasz? – spytałem. 

– To naostrzona łyŜka, prawda? 

–  Tak.  Zapalę  zapałkę,  jak  tylko  powiesz,  Ŝe  jesteś  gotów.  Będziesz  musiał  się 

pośpieszyć,  bo  mam  ich  ograniczony  zapas.  Przeznaczę  połowę  na  latarnię  morską,  a  drugą 

połowę dla ciebie. 

– Dobrze – zgodził się i zabrał do roboty, kreśląc szybko na wilgotnym, szarym murze. 

background image

Najpierw zrobił pionowy prostokąt jako obramowanie całości. Polem kilkoma zręcznymi 

kreskami  zaczął  wyczarowywać  obraz  latarni  morskiej.  Jakimś  cudem,  choć  sam  był 

pomylony,  jego  sztuka  nic  nie  ucierpiała.  Trzymałem  zapałki  na  samym  koniuszku, 

obśliniałem lewy kciuk i palec wskazujący i kiedy juŜ mnie parzyły, chwytałem drugą ręką za 

zwęglony czubek, aby wypaliły się do samego końca. 

Kiedy  skończyło  się  pierwsze  pudełko,  latarnia  juŜ  była  gotowa  i  Dworkin  zaczynał 

pracować nad niebem i morzem. Zachęcałem go, jak mogłem, wyraŜając zachwyt nad kaŜdą 

kreską. 

–  Wspaniałe,  naprawdę  wspaniałe  –  pochwaliłem  go,  gdy  dzieło  było  juŜ  niemal 

skończone.  Zmusił  mnie  jeszcze  do  zmarnowania  następnej  zapałki,  Ŝeby  się  podpisać.  W 

drugim pudełku widać juŜ było dno. 

– Teraz moŜemy podziwiać mój obraz – powiedział. 

–  Jeśli  chcesz  się  dostać  do  siebie  –  zauwaŜyłem  –  to  lepiej  zostaw  podziwianie  mnie. 

Mamy zbyt mało zapałek, Ŝeby się w tej chwili bawić w krytyków sztuki. 

Naburmuszył  się  trochę,  ale  przeszedł  pod  drugą  ścianę  i  zaczął  szkicować,  jak  tylko 

zapaliłem zapałkę. Narysował mały pokój, czaszkę na biurku, obok niej globus, wokół ściany 

pełne ksiąŜek. 

–  W  porządku  –  oznajmił,  właśnie  kiedy  odrzuciłem  trzecie  pudełko  i  zabrałem  się  za 

resztkę  czwartego.  Dokończenie  rysunku  kosztowało  mnie  jeszcze  sześć  zapałek,  a  podpis 

siódmą.  Przy  ósmej  –  zostały  mi  juŜ  tylko  dwie  –  spojrzał  na  swoje  dzieło,  postąpił  krok 

naprzód i juŜ go nie było. 

Tymczasem  zapałka  sparzyła  mnie  w  palce,  rzuciłem  ją  na  podłogę,  zaskwierczała 

spadając  na  słomę  i  zgasła.  Stałem  dygocąc  na  całym  ciele,  pełen  sprzecznych  uczuć,  gdy 

wtem znów usłyszałem jego głos i poczułem, Ŝe jest obok. Dworkin wrócił. 

–  Coś  mi  przyszło  do  głowy  –  powiedział.  –  Jak  chcesz  podziwiać  mój  obraz,  kiedy  tu 

jest tak ciemno? 

– Nic nie szkodzi, nauczyłem się widzieć w ciemności – zapewniłem go. – śyję w niej od 

tak dawna, Ŝe zdąŜyłem ją oswoić. 

– Rozumiem. Po prostu byłem ciekaw. Zapal światło, Ŝebym mógł wrócić. 

–  Dobrze  –  przystałem,  wyjmując  moją  przedostatnią  zapałkę  –  ale  kiedy  wpadniesz 

następnym razem, przynieś lepiej własną pochodnię. Ja będę juŜ bez zapałek. 

Kiedy  zniknął  ponownie,  odwróciłem  się  szybko  i  zanim  zapałka  zgasła,  spojrzałem  na 

latarnię morską w Cabrze. Tak, była w niej moc, czułem ją. 

JednakŜe  czy  moja  jedyna,  ostatnia  zapałka  wystarczy?  Nie,  chyba  nie.  Potrzebowałem 

dłuŜszej chwili koncentracji, aby uŜyć Atutu jako furtki. 

Co mógłbym spalić? Słoma była zbyt wilgotna i mogłaby się nie zająć. To straszne mieć 

furtkę  –  drogę  do  wolności  –  tuŜ  przed  nosem  i  nie  móc  z  niej  skorzystać.  Potrzebowałem 

ognia, który potrwa przez jakiś czas. 

background image

Mój  siennik.  Był  to  zszyty  kawałek  zgrzebnego  płótna  wypchany  słomą.  Ta  słoma 

powinna być suchsza, a i materiał powinien się zapalić. 

Uprzątnąłem  połowę  celi  do  gołego  kamienia  na  podłodze.  Później  rozejrzałem  się  za 

wyostrzoną łyŜką, Ŝeby przeciąć nią poszwę. Zakląłem. Dworkin wziął ją ze sobą. Targając i 

szarpiąc  rozerwałem  siennik  i  wyciągnąłem  ze  środka  suchą  słomę.  Zrobiłem  z  niej  mały 

kopczyk, a płótno połoŜyłem obok, Ŝeby je w razie potrzeby dorzucić do ognia. Ale im mniej 

dymu, tym lepiej. Mógłby zwrócić uwagę przechodzącego straŜnika. Nie było to na szczęście 

zbyt  prawdopodobne,  gdyŜ  dopiero  co  dostałem  jedzenie,  a  przynoszą  mi  jeden  posiłek 

dziennie. 

Zapaliłem  moją  ostatnią  zapałkę  i  najpierw  podpaliłem  puste  juŜ  pudełko  tekturowe,  a 

kiedy  się  zajęło,  przytknąłem  je  do  słomy.  Zatliła  się i omal nie zgasła – była wilgotniejsza, 

niŜ  myślałem,  mimo  Ŝe  wyciągnąłem  ją  z  samego  środka  materaca.  Ale  w  końcu  rozjarzyło 

się  parę  iskierek,  a  potem  pokazał  się  płomień.  Musiałem  zuŜyć  do  tego  celu  dwa  pozostałe 

puste  pudełka  po  zapałkach,  toteŜ  dziękowałem  w  duchu  Bogu,  Ŝe  nie  wyrzuciłem  ich  do 

dziury  kloacznej.  Czwarte  i  ostatnie  pudełko  ściskałem  w  pogotowiu  w  garści,  w  lewej  ręce 

trzymając poszwę siennika i wpatrując się intensywnie w rysunek. 

Kiedy  płomienie  poszły  w  górę,  a  ich  blask  ogarnął  ścianę,  skupiłem  się  na  widoku 

latarni,  wywołując  w  myśli  jej  obraz.  Zdawało  mi  się,  Ŝe  słyszę  w  dali  krzyk  mew  i  czuję 

słony powiew wiatru na twarzy. Im dłuŜej patrzyłem, tym realniejszy stawał się widok przed 

moimi  oczami.  Nie  odrywając  wzroku  od  rysunku  dorzuciłem  do  ognia  poszwę  –  płomienie 

na moment przygasły, lecz zaraz wystrzeliły w górę. 

Ręka  Dworkina  nie  straciła  swoich  magicznych  właściwości,  gdyŜ  wkrótce  latarnia 

morska  wydawała  mi  się  równie  rzeczywista  jak  moja  cela,  a  po  chwili  stała  się  jedyną 

rzeczywistością,  a  cela  tylko  Cieniem  za  moimi  plecami.  Usłyszałem  plusk  fal  i  poczułem 

ciepło  popołudniowego  słońca.  Zrobiłem  krok  naprzód,  lecz  moja  noga  nie  wylądowała  w 

ognisku. 

Stałem na piaszczysto-skalistym brzegu małej wyspy zwanej Cabrą, na której znajdowała 

się duŜa, szara latarnia morska, wskazująca w nocy drogę statkom płynącym do Amberu. Nad 

moją  głową  krąŜyło  stadko  przestraszonych,  wrzeszczących  mew,  a  mój  śmiech  zlał  się  w 

jedno  z  szumem  fal  i  swobodną  pieśnią  wiatru.  Amber  leŜał  czterdzieści  trzy  mile  za  moim 

lewym ramieniem. 

Uciekłem. 

background image

 

Rozdział 10 

Poszedłem  do  latarni  i  wspiąłem  się  po  kamiennych  schodach  wiodących  do  wejścia  po 

zachodniej  stronie.  Drzwi  były  wysokie,  szerokie,  solidne  i  wodoszczelne.  Były  zamknięte. 

Za  mną  wychodził  w  morze  niewielki  pomost,  do  którego  przycumowano  dwie  łódki:  łódź 

wiosłową  i  małą  kabinową  Ŝaglówkę.  Kołysały  się  łagodnie  na  wodzie  migoczącej blaskiem 

słońca. Patrzyłem na nie przez chwilę. Tak długo nic nie widziałem, Ŝe przez moment wydały 

mi się czymś nadziemskim. Zdusiłem szloch, który chwycił mnie za gardło. 

Odwróciłem  się  tyłem  i  zapukałem  do  drzwi.  Po  nieskończenie  długim  czekaniu 

zapukałem  ponownie.  Wreszcie  usłyszałem  jakiś  ruch  i  drzwi  się  otwarły,  skrzypiąc 

niemiłosiernie. 

Jopin, latarnik, spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Zalatywała od niego whisky. Był 

niewysoki  i  tak  zgarbiony,  Ŝe  przypominał  mi  Dworkina.  Jego  broda  była  równie  długa  jak 

moja, więc naturalnie wydawała mi się jeszcze dłuŜsza i miała kolor popiołu, nie licząc paru 

Ŝ

ółtawych  plamek  w  okolicy  pomarszczonych  ust.  Cerę  miał  porowatą  jak  skórka 

pomarańczy,  zbrązowiałą  na  słońcu  i  wietrze  i  wysuszoną  na  pergamin.  Zamrugał  parę  razy 

oczami i w końcu udało mu się skoncentrować wzrok na mojej twarzy. Jak wiele osób, które 

nie dosłyszą, mówił dość głośno. 

– Kim jesteście? Czego chcecie? – spytał. 

Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  skoro  trudno  mnie  poznać  w  obecnym  opłakanym  stanie,  to 

mogę równie dobrze zachować anonimowość. 

–  Jestem  podróŜnikiem  z  południa  –  powiedziałem.  –  Mój  statek  się  rozbił,  a  ja 

dryfowałem przez wiele dni uczepiony kawałka drewna, aŜ wreszcie morze wyrzuciło mnie tu 

na brzeg. Spałem na plaŜy przez cale rano i dopiero teraz zebrałem dość sił, Ŝeby dowlec się 

do waszej latami. 

Podszedł do mnie i chwycił mnie pod rękę. Drugą ręką objął mnie wpół. 

– Chodźcie, chodźcie do środka – powiedział. – Oprzyjcie się na mnie. Tędy. 

Zaprowadził  mnie  do  swojej  izby,  która  była  nieprawdopodobnie  zagracona  i  zarzucona 

starymi  ksiąŜkami,  wykresami,  mapami  i  przyrządami  okrętowymi.  Nie  szedł  zbyt  pewnie, 

background image

toteŜ  nie  opierałem  się  na  nim  za  mocno,  tylko  tyle,  Ŝeby  uwiarygodnić  wersję  o  moim 

wycieńczeniu, które starałem się zobrazować podtrzymując się framugi drzwi. 

Podprowadził  mnie  do  kanapy  mówiąc,  Ŝebym  się  połoŜył,  i  poszedł  zamknąć  drzwi 

wejściowe oraz przynieść mi coś do jedzenia. 

Zdjąłem  buty,  ale  miałem  tak  brudne  nogi,  Ŝe  włoŜyłem  je  z  powrotem.  Gdybym 

dryfował po morzu, nie byłbym brudny. Nie chciałem zdradzać swojej historii, przykryłem się 

więc kocem i wyciągnąłem wygodnie nareszcie odpoczywając. 

Jopin wrócił z dzbankiem wody, dzbankiem piwa, duŜą porcją mięsa i bochenkiem chleba 

na  drewnianej  kwadratowej  tacy.  Jednym  ruchem  opróŜnił  wierzch  małego  stolika,  który 

kopnięciem przysunął do kanapy. Postawił na nim tacę i zachęcił mnie do jedzenia. 

Nie  trzeba  mi  było  tego  dwa  razy  powtarzać.  Rzuciłem się Ŝarłocznie na tacę, zmiatając 

wszystko do ostatniej okruszynki. OpróŜniłem teŜ oba dzbanki. I poczułem, Ŝe ogarnia mnie 

nieludzkie zmęczenie. Jopin widząc to, pokiwał tylko głową i kazał mi iść spać. Zasnąłem w 

tej samej sekundzie. 

Kiedy się obudziłem, była juŜ noc. Od niepamiętnych czasów nie czułem się tak dobrze. 

Wstałem  i  wyszedłem  z  budynku.  Na  dworze  było  chłodno,  ale  niebo  było  krystalicznie 

czyste i lśnił na nim milion gwiazd. Za moimi plecami latarnia zapalała się i gada, zapalała się 

i gasła. Woda była zimna, ale musiałem się umyć. Wykąpałem się i wyprałem ubranie. Zajęło 

mi  to  chyba  godzinę.  Potem  wróciłem  do  wieŜy,  rozwiesiłem  pranie  na  oparciu  krzesła, 

wsunąłem się pod koc i zasnąłem. 

Rano, gdy otworzyłem oczy, Jopin był juŜ na nogach. Przygotował mi solidne śniadanie, 

które  potraktowałem  podobnie  jak  kolację  zeszłego  wieczoru.  Później  poŜyczyłem  od  niego 

brzytwę, lusterko i noŜyczki; ogoliłem się i przystrzygłem włosy. Ponownie wykąpałem się w 

morzu  i  kiedy  włoŜyłem  pachnące  solą,  sztywne  i  czyste  ubranie,  poczułem  się  jak  nowo 

narodzony. 

Jopia spojrzał na mnie uwaŜnie, gdy wróciłem znad brzegu morza, i powiedział: 

–  Coś  mi  się  widzi,  jakbym  was  skądś  znał.  –  Wzruszyłem  ramionami.  –  No  to 

opowiedzcie mi teraz o katastrofie waszego statku. 

Więc  mu  opowiedziałem.  Od  początku  do  końca.  Nie  szczędziłem  opisu  Ŝadnych 

nieszczęść. Łącznie ze złamaniem się grotmasztu. 

Poklepał  mnie  po  plecach  i  nalał  mi  szklaneczkę.  Przypalił  mi  cygaro,  którym  mnie 

poczęstował. 

–  Odpocznijcie  tu  sobie  –  zaprosił  mnie.  –  Odstawię  was  na  ląd,  kiedy  tylko  zechcecie, 

albo dam znać któremuś z przepływających statków. 

Skorzystałem  z  jego  gościnności.  Ratowała  mi  Ŝycie.  Jadłem  i  piłem  zapasy  z  jego 

spiŜarni i przyjąłem w prezencie czystą koszulę, która była dla mnie za duŜa. NaleŜała do jego 

przyjaciela, który się utopił. 

background image

Zostałem  z  nim  przez  trzy  miesiące,  nabierając  sił.  Pomagałem  mu  jak  mogłem: 

doglądałem  latarni  w  te  noce,  kiedy  miał  ochotę  się  upić;  sprzątałem  wszystkie 

pomieszczenia,  a  dwa  pokoje  nawet  odmalowałem  i  wymieniłem  pięć  popękanych  szyb; 

podczas sztormów obserwowałem z nim morze. 

Jak się dowiedziałem, polityka go nie interesowała. Nic go nie obchodziło, kto rządzi w 

Amberze.  Jego  zdaniem,  cała  nasza  cholerna  rodzina  była  diabła  warta.  Dopóki  mógł  w 

spokoju obsługiwać latarnię morską, jeść i pić do woli oraz kreślić swoje mapy, miał głęboko 

w nosie, co się dzieje na brzegu. Zapałałem do niego prawdziwą sympatią, a poniewaŜ znałem 

się  nieco  na  mapach  i  wykresach,  spędziliśmy  na  ich  poprawianiu  wiele  przyjemnych 

wieczorów. Dawno temu pływałem po morzach północnych i sporządziłem mu nowy wykres 

oparty na moich wspomnieniach z tej wyprawy. Sprawiło mu to niekłamaną radość, podobnie 

jak i opis tamtych stron. 

– Corey (tak się kazałem nazywać), chciałbym tam kiedyś z tobą popłynąć – powiedział. 

– Nie wiedziałem, Ŝe dowodziłeś własnym statkiem. 

– Kto wie? – odparłem. – PrzecieŜ sam byłeś kiedyś kapitanem, prawda? 

– Skąd wiesz? 

Prawdę mówiąc, pamiętałem to z przeszłości, ale zatoczyłem ręką koło w odpowiedzi. 

–  Po  tych  wszystkich  przedmiotach,  które  zebrałeś,  i  po  twoim  zamiłowaniu  do 

wykresów. Poza tym nosisz się jak ktoś przywykły do dowodzenia. 

Uśmiechnął się. 

– Tak, to prawda. Dowodziłem przez przeszło sto lat. Ale to było dawno temu... Napijmy 

się. 

Pociągnąłem  łyk  i  odstawiłem  szklankę.  Podczas  tych  miesięcy,  które  z  nim  spędziłem, 

musiałem  przytyć  ponad  dwadzieścia  kilo.  Lada  moment  mógł  mnie  rozpoznać. 

Zastanawiałem  się,  czy  wydałby  mnie  Erykowi.  Ostatecznie  nie  byliśmy  znów  aŜ  tak  blisko 

zaprzyjaźnieni  –  miałem  jednak  wraŜenie,  Ŝe  by  mnie  nie  wydał.  Ale  wolałem  tego  nie 

sprawdzać. 

Pilnując  latarni  zastanawiałem  się,  jak  długo  powinienem  tu  jeszcze  zostać?  Dolewając 

kroplę  smaru  do  mechanizmu  obrotowego  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  niezbyt  długo. 

Zdecydowanie niedługo. Czas znów ruszać w drogę i udać się pomiędzy Cienie. 

I  raptem  pewnego  dnia  poczułem  nacisk,  początkowo  delikatny  i  jakby  sondujący.  Nie 

miałem  pojęcia,  kto  to  moŜe  być.  Natychmiast  stanąłem  bez  ruchu;  zamknąłem  oczy  i 

opróŜniłem  umysł.  Trwało  to  jakieś  pięć  minut,  zanim  czyjaś  myszkująca  obecność  się 

wycofała. 

Zacząłem chodzić tam i z powrotem pogrąŜony w myślach i po chwili uśmiechnąłem się 

sam do siebie z powodu krótkiego dystansu, na jakim krąŜyłem. Podświadomie dostosowałem 

swoje kroki do wymiarów mojej celi w Amberze. 

Ktoś próbował się ze mną skontaktować poprzez Atut. 

background image

CzyŜby Eryk? Dowiedział się o mojej ucieczce i chciał mnie w ten sposób zlokalizować? 

Chyba  nie.  Czułem,  Ŝe  obawia  się  naszego  ponownego  psychicznego  zderzenia.  A  więc 

Julian?  Gerard?  A  moŜe  Caine?  Ktokolwiek  to  był,  całkowicie  zamknąłem  mu  dostęp.  I 

byłem  zdecydowany  odmówić  kontaktu  z  kaŜdym  członkiem  mojej  rodziny.  Nawet  gdybym 

miał stracić przez to waŜne nowiny lub ofertę pomocy, nie mogłem pozwolić sobie na ryzyko. 

Próba  kontaktu  i  wysiłek  przy  jej  zablokowaniu  napełniły  mnie  chłodem.  ZadrŜałem. 

Myślałem o tym przez resztę dnia i postanowiłem, Ŝe pora odejść. Nic dobrego dla mnie nie 

wyniknie  z  pozostawania  tak  blisko  Amberu  w  sytuacji,  gdy  jestem  całkiem  bezbronny. 

Byłem  juŜ  dość  silny,  aby  udać  się  między  Cienie  i  poszukać  dogodnego  dla siebie miejsca, 

jeśli  mam  kiedykolwiek  zdobyć  Amber,  Opieka  starego  Jopina  pozbawiła  mnie  czujności  i 

pogrąŜyła  w  niemal  błogim  spokoju.  Przykro  mi  będzie  go  opuszczać,  bo  w  ciągu  tych 

miesięcy,  które  spędziliśmy  razem,  szczerze  polubiłem  staruszka.  Tego  wieczoru,  kiedy 

skończyliśmy grać w szachy, powiedziałem mu, Ŝe wyjeŜdŜam. 

Nalał nam po szklaneczce whisky i podnosząc swoją powiedział: 

– Powodzenia, Corwinie. Mam nadzieję, Ŝe się jeszcze kiedyś zobaczymy. 

Nie  zaprotestowałem,  kiedy  nazwał  mnie  moim  prawdziwym  imieniem,  a  on  się 

uśmiechnął widząc, Ŝe nie umknęło to mojej uwagi. 

– Byłeś dla mnie bardzo dobry, Jopinie – powiedziałem. – Jeśli moje plany się powiodą, 

nie zapomnę o tobie. 

Potrząsnął głową. 

– Nic od ciebie nie chcę. Czuję się szczęśliwy tu, gdzie jestem, robiąc to, co robię. Lubię 

tę cholerną latarnię. Jest dla mnie wszystkim. Jeśli to się powiedzie w tym, co planujesz... nie, 

nie  mów  mi  o  tym,  nie  chcę  nic  wiedzieć  to  wpadnij  do  mnie  któregoś  dnia  na  partyjkę 

szachów. 

– Na pewno – obiecałem. 

– MoŜesz jutro rano wziąć „Motyla”, jeśli chcesz. 

– Dzięki. 

„Motyl” to była jego Ŝaglówka. 

– Zanim odpłyniesz, radzę ci wziąć moją lunetę, wejść na latarnię i obejrzeć sobie Dolinę 

Garnath – dodał. 

– A cóŜ tam moŜe być ciekawego? 

Wzruszył ramionami. 

– To juŜ sam zobaczysz. 

– Dobrze. 

Przed  pójściem  spać  wypiliśmy  jeszcze  parę  szklaneczek  i  spędziliśmy  miły  wieczór. 

Wiedziałem, Ŝe będzie mi brak starego Jopina. Był, obok Reina, jedyną przyjazną duszą, jaką 

spotkałem od chwili powrotu. Zastanawiałem się, co teŜ mogło zajść w dolinie, która gdy ją 

background image

ostatni  raz  widziałem,  była  rzeką  płomieni.  Co  takiego  niezwykłego  działo  się  tam  po 

czterech latach? 

Zasnąłem  dręczony  snami  o  wilkołakach  i  sabatach  czarownic,  dopiero  gdy  księŜyc  w 

pełni zawisł juŜ wysoko nad światem. 

Wstałem  o  brzasku.  Jopin  jeszcze  spał,  co  mi  odpowiadało,  bo  nie  lubię  poŜegnań,  a 

miałem dziwne przeczucie, Ŝe go więcej nie zobaczę. 

Z  lunetą  u  boku  wdrapałem  się  do  najwyŜszego  pomieszczenia  na  wieŜy,  w  którym 

znajdowała się latarnia. Podszedłem do okna wychodzącego na brzeg i skierowałem lunetę na 

dolinę. 

Nad  lasem  wisiała  mgła  –  zimna,  szara,  wilgotna,  opasująca  wierzchołki  karłowatych, 

powykręcanych  drzew.  Ich  czarne  konary  splatały  się  ze  sobą, jak palce sczepionych dłońmi 

zapaśników. Między nimi migały jakieś ciemne kształty, ale po ich locie widziałem, Ŝe to nie 

ptaki.  Raczej  nietoperze.  Jakieś  zło  zagnieździło  się  w  tym  wielkim  lesie...  I  po  chwili 

zrozumiałem: to ja sam byłem tego sprawcą. 

Sprowadziłem to moją klątwą. Przekształciłem spokojną Dolinę Gamath w to, czym teraz 

była:  w  symbol  mojej  nienawiści  do  Eryka  i  tych  wszystkich,  którzy  go  otaczali  i  pozwolili 

mu zagarnąć władzę, pozwolili mu mnie oślepić. Nie podobał mi się ten las i patrząc na niego 

ujrzałem jasno, jak skrystalizowała się moja nienawiść, której sam nadałem ten kształt. 

Otworzyłem  nowe  wejście  do  prawdziwego  świata.  Gamath  była  teraz  ścieŜką  przez 

Cienie.  Ciemną  i  groźną  ścieŜką.  Tylko  Zło  miało  tędy  dostęp.  To  było  źródło  „nieczystych 

sił”,  o  których  wspominał  Rein,  a  które  przyczyniały  tyle  zmartwień  Erykowi.  Poniekąd  to 

dobrze,  Ŝe  go  niepokoiły.  Ale  przesuwając  lunetę  nie  mogłem  oprzeć  się  wraŜeniu,  Ŝe 

zrobiłem  coś  bardzo  złego.  W  owym  czasie  nie  wiedziałem,  Ŝe  jeszcze  kiedyś  ujrzę  światło 

dzienne. Teraz, kiedy tak się stało, zrozumiałem, Ŝe otworzyłem drogę dla czegoś, co będzie 

bardzo  trudno  opanować.  Cały  czas  poruszały  się  tam  jakieś  dziwne  kształty.  Zrobiłem  coś, 

czego  nikt  nie  zrobił  podczas  całego  panowania  Oberona:  otworzyłem  nową  drogę  do 

Amberu.  I  moŜna  się  po  tym  spodziewać  tylko  wszystkiego  najgorszego.  Nadejdzie  dzień, 

kiedy  władca  Amberu  –  ktokolwiek  nim  wtedy  będzie  –  stanie  wobec  problemu  zaniknięcia 

tej strasznej drogi. Wiedziałem to, patrząc na wytwór mojego bólu, gniewu i nienawiści. Jeśli 

kiedyś  zdobędę  Amber,  będę  musiał  walczyć  z  własnym  dziełem,  co  jest  zawsze  piekielnie 

trudną sprawą. Odjąłem lunetę, od oczu i westchnąłem. Co będzie, to będzie, pomyślałem. A 

tymczasem Eryk ma zapewnionych kilka bezsennych nocy. 

Przełknąłem  szybko  parę  kęsów, przygotowałem łódkę, podniosłem Ŝagle i wypłynąłem. 

Jopin o tej porze zwykle juŜ nie spał, ale moŜe i on nie lubił poŜegnań. 

Skierowałem się na pełne morze, wiedząc, dokąd chcę się udać, ale nie wiedząc jak. Będę 

płynąć  przez  Cień  i  obce  wody,  ale  to  lepsze  niŜ  droga  lądowa  z  czającym  się  wytworem 

mojej nienawiści. 

background image

Wybrałem  za  cel  ląd,  który  skrzył  się  prawie  tak  jak  Amber  i  był  niemal  równie 

nieśmiertelny,  ląd,  który  juŜ  nie  istniał.  Zniknął  w  Chaosie  wieki  temu,  ale  musiał  gdzieś 

przetrwać jego Cień. NaleŜało go tylko znaleźć, poznać i z powrotem uczynić swoim, jak to 

było  dawno  temu.  Później,  wsparty  własną  armią,  dokaŜę  w  Amberze  jeszcze  jednego,  nie 

znanego  dotąd  wyczynu.  Nie  miałem  gotowego  planu,  ale  przysiągłem  sobie,  Ŝe  w  dniu 

mojego powrotu ogień z dział wstrząśnie nieśmiertelnym miastem. 

Kiedy wpływałem do Cienia, podfrunął do mnie biały ptak moich pragnień i siadł mi na 

prawym  ramieniu.  Przytwierdziłem  mu  do  nóŜki  podpisaną  przez  siebie  wiadomość; 

„Przybywam” i puściłem go w niebo. 

Nie spocznę, dopóki nie wywrę zemsty i nie zdobędę tronu, i biada temu, kto stanie mi na 

drodze. 

Słońce wschodziło po mojej lewej ręce, wiatr dął w Ŝagle i pchał mnie na szerokie wody. 

Rzuciłem przekleństwo na głowę Eryka i roześmiałem się. 

Byłem  wolny  i  choć  musiałem  uciekać,  to  jednak  dopiąłem  swego.  Obecnie  stoi  przede 

mną nowa szansa, o której marzyłem. 

Teraz  podfrunął  czarny  ptak  moich  pragnień  i  siadł  mi  na  lewym  ramieniu.  Napisałem 

drugą kartkę, przywiązałem mu do nogi i wysłałem go na zachód. 

Kartka głosiła: „Eryku, wrócę!” i była podpisana: 

„Corwin, władca Amberu”. 

Demon wiatru pchał mnie na wschód od słońca. 

background image