background image

Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 01  
 
      Koszmar zbliżał się ku końcowi, lecz miałem wrażenie, że trwał całą wieczność.  
      Spróbowałem  poruszyć  palcami  u  nóg  -  udało  mi  się.  Leżałem  na  szpitalnym 
łóżku i miałem obie nogi w gipsie, ale przynajmniej wciąż je miałem.  
      Trzykrotnie zacisnąłem i otworzyłem powieki.  
      Pokój przestał mi wirować przed oczami.  
      Gdzie, u diabła, byłem?  
      Po  chwili  zaćmienie  zaczęło  ustępować  i  wróciła  mi  częściowo  pamięć. 
Przypomniałem  sobie  długie  noce,  pielęgniarki  i  igły.  Za  każdym  razem,  kiedy 
zaczynało mi się nieco rozjaśniać w głowie, ktoś wchodził i coś mi wstrzykiwał. Tak to 
wyglądało, dokładnie tak. Teraz jednak, skoro przyszedłem już trochę do siebie, będą 
musieli z tym skończyć.  
      Ale czy skończą?  
      I naraz jak obuchem uderzyła mnie myśl: niekoniecznie.  
      Wrodzony  sceptycyzm  co  do  szlachetności  ludzkiej  natury  nie  pozwolił  mi  na 
zbytni  optymizm.  Zrozumiałem,  że  od  dłuższego  czasu  odurzano mnie  narkotykami. 
Nie  miałem  pojęcia  dlaczego,  ale  też  nie  widziałem  powodu,  dla  którego  miano  by 
zaprzestać  tych  praktyk,  jeśli  im  za  to  płacono.  Musisz  zachować  zimną  krew  i 
udawać, że jesteś nadal zamroczony - podpowiedziało mi moje drugie, gorsze, choć 
zapewne i mądrzejsze ja.  
      Tak też uczyniłem.  
      Kiedy  w  jakieś  dziesięć  minut  później  zajrzała  przez  drzwi  pielęgniarka, 
oczywiście  wciąż  słodko  chrapałem.  Odeszła.  Przez  ten  czas  zdążyłem  już 
częściowo zrekonstruować, co zaszło.  
      Uprzytomniłem  sobie  niejasno,  że  miałem  jakiś  wypadek.  To,  co  było  potem, 
pamiętałem  jak  przez mgłę,  a  tego,  co  było przedtem,  nie  pamiętałem  zupełnie.  Ale 
przypomniałem  sobie,  że  najpierw  przebywałem  w  szpitalu,  a  dopiero  później 
przeniesiono mnie tutaj. Dlaczego? Nie miałem pojęcia.  
      Czułem,  że  nogi  mi  się  już  zrosły  i  są  na  tyle  silne,  że  mogę  spróbować  stanąć. 
Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  ile  czasu  upłynęło  od  ich  złamania,  ale  wiedziałem,  że 
były złamane.  
      Usiadłem. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, gdyż bolały mnie wszystkie mięśnie. 
Na dworze było już ciemno i zza okna mrugało na mnie kilka gwiazd. Odmrugnąłem 
im i przerzuciłem nogi przez krawędź łóżka.  
      Zakręciło mi się w głowie, ale tylko przez chwilę; wstałem i trzymając się poręczy 
u wezgłowia zrobiłem ostrożnie pierwszy krok.  
      W porządku. Trzymałem się na nogach.  
      A więc teoretycznie mogłem wyjść stąd o własnych siłach.  
      Wróciłem  do  łóżka,  wyciągnąłem  się  i  zacząłem  rozmyślać.  Ciało  miałem  zlane 
potem i trząsłem się jak w febrze. Przed oczami migotały mi kolorowe plamki.  
      Coś się psuje w państwie duńskim...  
      To  był  wypadek  samochodowy,  uzmysłowiłem  sobie.  Cholernie  nieprzyjemny 
wypadek...  
      Wtem  drzwi  się  otworzyły  wpuszczając  trochę  światła  i  przez  wpółprzymknięte 
powieki zobaczyłem pielęgniarkę ze strzykawką. Miała szerokie biodra, ciemne wtosy 
i muskularne ręce. Kiedy zbliżała się do łóżka, usiadłem.  
      - Dobry wieczór - powiedziałem.  
      - Ależ... dobry wieczór - odparła.  
      - Kiedy stąd wychodzę? - spytałem.  
      - Będę musiała zapytać lekarza.  

background image

      - Świetnie, niech pani zapyta.  
      - Proszę podwinąć rękaw.  
      - Nie, dziękuję.  
      - Muszę zrobić panu zastrzyk.  
      - Nic podobnego. Nie potrzebuję żadnego zastrzyku.  
      - O tym decyduje lekarz.  
      - Więc niech tu przyjdzie i sam mi to powie. A na razie nic z tego.  
      - Przykro mi, ale muszę słuchać poleceń moich przełożonych.  
      -  Tak  samo  tłumaczył  się  Eichmann  i  sama  pani  wie  czym  się  to  dla  niego 
skończyło - pokręciłem wolno głową.  
      - Skoro tak - oświadczyła - będę musiała zameldować o tym...  
      - Doskonale. I proszę przy okazji powiedzieć, że jutro rano się wypisuję.  
      -  To  niemożliwe.  Nie  może  pan  nawet  chodzić...  i  miał  pan  obrażenia 
wewnętrzne...  
      - Zobaczymy - powiedziałem. - Do widzenia.  
      Odwróciła się i wyszła bez odpowiedzi.  
      Leżałem  i  rozmyślałem.  Byłem  chyba  w  jakiejś  prywatnej  klinice  -  a  więc  ktoś 
musiał  pokrywać  rachunek.  Kto?  Przed  oczami  nie  stanęli  mi  żadni  krewni.  Ani 
przyjaciele. Któż więc pozostawał? Wrogowie?  
      Usiłowałem przywołać ich w pamięci.  
      Pustka.  
      Nie zgłosił się żaden kandydat do tego miana.  
      Nagle przypomniałem sobie, że auto, którym jechałem, spadło ze skały prosto do 
jeziora. I to było wszystko, co pamiętałem.  
      Jestem...  
      Wytężyłem pamięć i znów poczułem, że oblewa mnie pot.  
      Nie wiedziałem, kim jestem.  
      Żeby  się  czymś  zająć,  usiadłem  i  odwinąłem  bandaże.  Wyglądało  na  to,  że  pod 
spodem wszystko jest w porządku i że postąpiłem słusznie. Za pomocą metalowego 
pręta,  wyjętego  z  wezgłowia  łóżka,  zerwałem  teraz  gips  z  prawej  nogi.  Miałem 
nieodparte wrażenie, że muszę się szybko stąd wydostać, że czekają na mnie jakieś 
nie cierpiące zwłoki sprawy.  
      Sprawdziłem,  jak  spisuje  się  moja  prawa  noga.  Była  zdrowa.  Zerwałem  gips  z 
lewej nogi, wstałem i podszedłem do szafy. Nie wisiało w niej żadne ubranie.  
      Wtem usłyszałem kroki. Wróciłem do łóżka i przykryłem się, zasłaniając zerwany 
gips i zdarte bandaże. Drzwi ponownie się otworzyły.  
      Rozbłysło  światło  -  przy  ścianie  z  ręką  na  kontakcie  stał  muskularny  osiłek  w 
białym fartuchu.  
      -  Podobno  wojuje  pan  z  pielęgniarką?  I  co  zrobimy  z  tym  fantem?  -  zapytał  i 
trudno już było udawać, że śpię.  
      - No właśnie - odparłem. - Co z nim zrobimy?  
      Zmarszczył brwi skonsternowany, a potem oznajmił:  
      - Pora na zastrzyk.  
      - Czy jest pan lekarzem? - spytałem.  
      - Nie, ale otrzymałem polecenie, żeby zrobić panu zastrzyk.  
      - A ja się nie zgadzam - powiedziałem - do czego mam pełne prawo. I co pan na 
to?  
      -  Dostanie  pan  swój  zastrzyk  tak  czy  inaczej  -  oświadczył  i  podszedł  z  lewej 
strony do łóżka. Trzymał w ręce strzykawkę, którą dotąd chował za plecami.  
      Wymierzyłem mu paskudny cios, jakieś dziesięć centymetrów poniżej pasa, który 
rzucił go na kolana.  

background image

      - ...! - zaklął, kiedy odzyskał głos.  
      -  Spróbuj  podejść  do  mnie  Jeszcze  raz,  kochasiu  -  zagroziłem  -  to  dopiero 
zobaczysz.  
      - Już my mamy swoje sposoby na takich pacjentów - wysapał.  
      Zrozumiałem, że najwyższy czas działać.  
      - Gdzie moje ubranie? - spytałem.  
      - ...! - powtórzył.  
      - Wobec tego będę musiał wziąć pańskie. Proszę mi je dać.  
      Trzecia  wiązanka  już  mnie  znudziła,  zarzuciłem  mu  więc  kołdrę  na  głowę  i 
stuknąłem go metalowym prętem.  
      Nie  minęły  dwie  minuty,  a  byłem  od  stóp do  głów  w  bieli,  niczym  Moby  Dick  lub 
lody waniliowe. Obrzydlistwo.  
      Wepchnąłem  osiłka  do  szafy  i  wyjrzałem  przez  okno.  Zobaczyłem  księżyc  w 
nowiu  wiszący  nad  rzędem  topoli.  Trawa  była  srebrzysta  i  połyskująca.  Noc 
przekomarzała się niemrawo ze świtem. Nie dostrzegłem niczego, co by mi pomogło 
zlokalizować  to  miejsce.  Stałem  na  drugim  piętrze  jakiegoś  budynku,  a  kwadratowa 
plama światła w dole na lewo wskazywała, że na parterze ktoś pełni dyżur.  
      Wyszedłem z pokoju i rozejrzałem się po korytarzu. Na lewo kończył się ścianą z 
oknem i miał jeszcze czworo drzwi, po parze z każdej strony. Zapewne prowadziły do 
podobnych pokoi jak mój. Podszedłem do okna: tak samo trawnik, drzewa, noc - nic 
nowego. Odwróciłem się i skierowałem w drugą stronę.  
      Drzwi, drzwi, drzwi, spod żadnych smugi światła, a jedyny odgłos to moje kroki w 
za dużych, pożyczonych butach.  
      Zegarek  osiłka  wskazywał  piątą  czterdzieści  cztery.  Za  paskiem,  pod  białym 
kitlem  sanitariusza, miałem  metalowy  pręt,  który  przy  każdym  ruchu ocierał  mi  się  o 
biodro.  Z  sufitu  co  jakieś  pięć  metrów  padało  blade,  czterdziestowatowe  światło 
żarówki.  
      Schody  skręcały  w  prawo  w  dół,  były  puste  i  wyłożone  chodnikiem.  Pierwsze 
piętro wyglądało tak samo jak drugie: rzędy pokoi, nic więcej; schodziłem więc dalej. 
Kiedy  znalazłem  się  na  parterze,  skierowałem  się  w  prawo  szukając  drzwi,  spod 
których sączyło się światło.  
      Znalazłem je tuż przy końcu korytarza i nie zadałem sobie trudu, żeby zapukać.  
      Za  wielkim  lśniącym  biurkiem  siedział  facet  w  jaskrawym  płaszczu  kąpielowym 
przeglądając jakąś kartotekę. Spojrzał na mnie ze złością i usta już złożyły mu się do 
krzyku, który jednak uwiązł mu w gardle, może z powodu mojej groźnej miny. Wstał 
szybko zza biurka.  
      Zamknąłem drzwi za sobą, podszedłem i powiedziałem;  
      - Dzień dobry. Narobił pan sobie kłopotów.  
      Najwyraźniej kłopoty zawsze budzą ciekawość, bo już po trzech sekundach, jakie 
zajęło mi przejście przez pokój, padły słowa:  
      - Co to znaczy?  
      -  To  znaczy  -  wyjaśniłem  -  że  czeka  pana  proces  o  przetrzymywanie  mnie  w 
odosobnieniu  oraz  drugi  proces  o  niedozwolone  praktyki  lekarskie  i  nadużywanie 
narkotyków. Jeśli o mnie chodzi, to już cierpię na głód narkotyczny i mogę zrobić coś 
nieobliczalnego...  
      Stał i patrzył na mnie.  
      - Proszę stąd wyjść - zażądał.  
      Zobaczyłem na biurku paczkę papierosów. Poczęstowałem się i powiedziałem:  
      - Niech pan siada i zamknie buzię. Mamy parę spraw do omówienia.  
      Usiadł, ale buzi nie zamknął.  
      - Przekroczył pan cały szereg przepisów - stwierdził.  

background image

      -  Wobec  tego  sąd  rozstrzygnie,  po  czyjej  stronie  leży  wina  -  zareplikowałem.  - 
Proszę oddać mi ubranie i wszystkie rzeczy.  
      - W pańskim stanie zdrowia nie może pan...  
      -  Nikt  pana  nie  pytał  o  zdanie.  Albo  się  pan  pospieszy,  albo  będzie  pan 
odpowiadał przed sądem.  
      Sięgnął do dzwonka na biurku, ale trzepnąłem go w rękę.  
      -  Trzeba  to  było  zrobić,  kiedy  wszedłem.  Teraz  jest  już  za  późno.  Poproszę 
ubranie - powtórzyłem.  
      - Panie Corey, pańskie zachowanie jest doprawdy...  
      Corey?  
      -  Nie  ja  wybierałem  sobie  tę  klinikę  i  z  pewnością  mam  prawo  w  każdej  chwili 
zrezygnować z waszych usług. Teraz właśnie ta chwila nadeszła.  
      - Ależ pańska forma w żadnym razie nie pozwala mi pana wypisać. Nie mogę do 
tego dopuścić. Muszę wezwać kogoś, żeby odtransportował pana do pokoju i położył 
do łóżka.  
      -  Niech  pan  tylko  spróbuje -  powiedziałem -  a  przekona  się  pan,  w  jakiej  jestem 
formie. A teraz do rzeczy. Przede wszystkim mam kilka pytań: kto mnie tu umieścił i 
kto za mnie płaci?  
      -  Jak  pan  sobie  życzy  -  westchnął,  a  jego  rzadkie,  rudawe  wąsy  opadły  jeszcze 
niżej. Otworzył szufladę i sięgnął do niej, ale ja miałem się na baczności. Wytrąciłem 
mu rewolwer z ręki, zanim zdążył go odbezpieczyć - był to automatyczny colt kaliber 
32,  bardzo  zgrabny.  Sam  odbezpieczyłem  zamek,  wycelowałem  w  niego  i 
powiedziałem:  
      - Teraz odpowie mi pan na moje pytania. Najwyraźniej uważa mnie pan za kogoś 
niebezpiecznego. Być może ma pan rację.  
      Uśmiechnął  się  niewyraźnie  i  zapalił  papierosa,  co  było  błędem,  jeśli  chciał  mi 
udowodnić, że zachował zimną krew. Ręce mu się trzęsły.  
      - Niech będzie, Corey - powiedział. - Skoro ma to pana uszczęśliwić: umieściła tu 
pana pańska siostra.  
      ? - pomyślałem.  
      - Która siostra? - spytałem.  
      - Evelyn - odparł.  
      Nic mi to nie mówiło.  
      -  Ależ  to  nonsens  -  zaprotestowałem.  -  Nie  widziałem  jej  od  lat.  Nie  wiedziała 
nawet, gdzie jestem.  
      Wzruszył ramionami.  
      - Niemniej...  
      - Gdzie ona teraz mieszka? Chciałbym ją odwiedzić - powiedziałem.  
      - Nie mam jej adresu pod ręką.  
      - To niech go pan wyszuka.  
      Wstał, podszedł do kartoteki, otworzył ją, przejrzał, wyciągnął kartę.  
      Przeczytałem ją uważnie. Pani Evelyn Flaumel... Nowojorski adres również był mi 
nie znany, ale wbiłem go sobie do głowy. Jak wynikało z karty, miałem na imię Carl. 
Świetnie. Coraz więcej danych.  
      Wsadziłem  rewolwer  za  pasek  obok  pręta,  oczywiście  uprzednio  go 
zabezpieczywszy.  
      - No dobra - powiedziałem. - A teraz gdzie jest moje ubranie i ile zamierza mi pan 
zapłacić?  
      -  Pańskie  ubranie  zostało  zniszczone  podczas  wypadku  -  odparł  -  i  nie  ulega 
najmniejszej  wątpliwości,  że  miał  pan  złamane  obie  nogi,  lewą  nawet  w  dwóch 

background image

miejscach.  Prawdę  mówiąc  nie  rozumiem,  jakim  cudem  stoi  pan  o  własnych  siłach. 
Minęły zaledwie dwa tygodnie...  
      - Zawsze szybko wracałem do zdrowia - wyjaśniłem. - Przejdźmy teraz do kwestii 
pieniędzy...  
      - Jakich pieniędzy?  
      - W ramach ugody, dzięki której nie zaskarżę pana do sadu za niezgodne z etyką 
lekarską praktyki i te inne sprawy.  
      - Niech pan nie będzie śmieszny.  
      - Kto tu jest śmieszny? Zgodzę się na tysiąc, w gotówce, do ręki.  
      - Nie ma nawet o czym mówić.  
      -  Niech  się  pan  lepiej  zastanowi,  czy  to  się  panu  opłaci,  niech  pan  pomyśli  o 
szumie,  jaki  się  podniesie  wokół  kliniki,  jeśli  nadam  sprawie  rozgłos  jeszcze  przed 
procesem.  Z  całą  pewnością  skontaktuję  się  ze  Stowarzyszeniem  Lekarzy,  z  prasą, 
z...  
      - To szantaż - powiedział. - Nie zamierzam się przed tym ugiąć.  
      -  Będzie  pan  musiał  zapłacić  teraz  albo  potem,  po  procesie -  ciągnąłem.  -  Mnie 
jest wszystko jedno. Ale teraz będzie taniej.  
      Wiedziałem, że jeśli zmięknie, to znaczy, iż moje podejrzenia były słuszne.  
      Patrzył na mnie ponuro, sam nie wiem jak długo. W końcu powiedział:  
      - Nie mam przy sobie tysiąca dolarów.  
      - To niech pan wymieni jakąś rozsądną sumę.  
      Znów zamilkł, a potem rzekł:  
      - To złodziejstwo.  
      - Nie w przypadku, kiedy kupuje pan za to milczenie. No więc, ile pan proponuje?  
      - Mam w sejfie jakieś pięćset dolarów.  
      - Niech będzie.  
      Po  zbadaniu  zawartości  małego  sejfu  w  ścianie  oznajmił,  że  znalazł  tylko 
czterysta  trzydzieści  dolarów,  a  ja  nie  zamierzałem  zostawiać  tam  odcisków  palców 
tylko po to, żeby sprawdzić, czy mówi prawdę. Przyjąłem więc tę sumę i wepchnąłem 
banknoty do kieszeni.  
      - Gdzie jest najbliższe przedsiębiorstwo taksówkowe obsługujące tę okolicę?  
      Podał  mi  nazwę,  wyszukałem  ją  w  książce  telefonicznej  i  przekonałem  się,  że 
jestem  w  stanie  Nowy  Jork.  Kazałem  mu  wezwać  taksówkę,  bo  nie  znałem  nazwy 
kliniki, a nie chciałem się zdradzać przed nim z lukami w pamięci. Ostatecznie jeden 
z bandaży, które zdjąłem, był okręcony wokół mojej głowy.  
      Kiedy zamawiał taksówkę, usłyszałem adres: Szpital Prywatny w Greenwood.  
      Zgasiłem  papierosa,  wyjąłem  następnego  i  ulżyłem  moim  nogom  o  jakieś  sto 
kilogramów, siadając w brązowym fotelu przy półce z książkami.  
      - Poczekamy sobie tutaj, a potem odprowadzi mnie pan do drzwi - powiedziałem.  
      Nie odezwał się już ani słowem.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 02  
 
      Było  około  ósmej  rano,  kiedy  taksówkarz  wysadził  mnie  na  pierwszym  lepszym 
rogu najbliższego miasta. Zapłaciłem mu i przez jakieś dwadzieścia minut wałęsałem 
się  bez  celu.  W  końcu  wszedłem  do  restauracji,  usiadłem  przy  stoliku  i  zamówiłem 
sok pomarańczowy, dwa jajka na boczku, grzanki i trzy filiżanki kawy. Boczek był za 
tłusty.  
      Poświęciłem  na  śniadanie  dobrą  godzinę,  a  potem  poszedłem  na  poszukiwanie 
sklepu z odzieżą i poczekałem do dziewiątej trzydzieści, aż go otworzą.  

background image

      Kupiłem spodnie, trzy sportowe koszule, pasek, bieliznę i parę wygodnych butów. 
A także chusteczkę do nosa, portfel i grzebień.  
      Następnie  znalazłem  dworzec  autobusowy  i  wsiadłem  do  autobusu  do  Nowego 
Jorku. Nikt nie próbował mnie zatrzymać. Nikt mnie nie śledził.  
      Podczas  drogi  obserwowałem  jesienny,  wietrzny  krajobraz  pod  jasnym,  zimnym 
niebem i sumowałem w myślach wszystko, co wiem o sobie i swojej sytuacji.  
      Zostałem  umieszczony  w  szpitalu  w  Greenwood  jako  Carl  Corey  przez  moją 
siostrę  Evelyn  Flaumel.  Stało  się  to  na  skutek  wypadku  samochodowego,  który 
wydarzył  się  jakieś  piętnaście  dni  temu  i  w  którym  połamałem  sobie  obie  nogi, 
obecnie  już  zrośnięte.  Nie  pamiętałem  swojej  siostry  Evelyn.  Lekarze  z  Greenwood 
dostali  polecenie,  żeby  utrzymywać  mnie  w  stanie  zamroczenia  i  przestraszyli  się 
konsekwencji prawnych, kiedy zagroziłem im sądem. Dobrze. Ktoś z jakichś przyczyn 
się mnie boi. Rozegram tę grę do końca i zobaczymy, co z tego wymknie.  
      Zmusiłem  się,  żeby  wrócić  pamięcią  do  wypadku  samochodowego  i 
rozpamiętywałem  to  aż  do  bólu.  To  nie  był  wypadek.  Odniosłem  takie  nieodparte 
wrażenie,  choć  nie  wiedziałem  dlaczego.  Ale  dowiem  się,  jak  było  naprawdę,  i  ktoś 
mi  zapłaci.  Ktoś  mi  drogo  zapłaci.  Gniew,  straszny  gniew  chwycił  mnie  za  gardło. 
Każdy,  kto  podniósł  na  mnie  rękę,  kto  próbował  zrobić  mi  krzywdę,  czynił  to  na 
własne  ryzyko  i  teraz  otrzyma  stosowną  zapłatę;  kimkolwiek  by  był.  Ogarnęła  mnie 
żądza mordu, żądza unicestwienia przeciwnika i czułem, że zdarza się to nie po raz 
pierwszy i że ulegałem już tej żądzy w przeszłości. I to nieraz.  
      Patrzyłem przez okno na opadające liście.  
      Po przyjeździe do metropolii przede wszystkim poszedłem do fryzjera ogolić się i 
ostrzyc,  a  potem  zmieniłem  w  toalecie  koszulę  i  podkoszulek,  bo  nie  cierpię 
drapiących  resztek  włosów  na  plecach.  Automat  kaliber  32,  należący  do 
bezimiennego  indywiduum  z  Greenwood,  spoczywał  w  prawej  kieszeni  mojej 
marynarki.  Gdyby  ktoś  z  kliniki  albo  moja  siostra  chcieli,  aby  mnie  zatrzymano, 
posiadanie  broni  bez  zezwolenia  stanowiłoby  dobry  pretekst. Mimo  to  postanowiłem 
go  nie  wyrzucać.  Najpierw  musieliby  mnie  znaleźć  i  mieć  ku  temu  powód.  Zjadłem 
szybki  lunch,  przez  godzinę  jeździłem  po  mieście  metrem  i  autobusami,  a  potem 
wziąłem  taksówkę  i  kazałem  się  zawieźć  do  Westchester,  pod  adres  Evelyn,  mojej 
domniemanej  siostry,  której  widok,  jak  się  łudziłem,  wpłynie  ożywczo  na  moją 
pamięć.  
      Jeszcze zanim dojechałem, przemyślałem całą taktykę, jaką zamierzałem obrać.  
      Toteż  kiedy  w  odpowiedzi  na  moje  pukanie  po  jakichś  trzydziestu  sekundach 
otworzyły  się  drzwi  do  wielkiej  starej  rezydencji,  wiedziałem,  co  powiedzieć. 
Przemyślałem to idąc długim, krętym, wysypanym białym żwirem podjazdem, między 
ciemnymi dębami i jasnymi klonami; liście szeleściły mi pod stopami, a wiatr chłodził 
świeżo  podgolony  kark  pod  podniesionym  kołnierzem  marynarki.  Zapach  mojego 
płynu  do  włosów  mieszał  się  z  duszącą  wonią  bluszczu,  który  oplatał  ściany  tego 
szarego  ceglanego  domostwa.  Nie  było  tu  nic  znajomego.  Miałem  wrażenie,  że 
jestem tu po raz pierwszy.  
      Zapukałem i w środku rozległo się echo.  
      Wpakowałem ręce do kieszeni i czekałem.  
      Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  uśmiechnąłem  się  i  skinąłem  głową  obsypanej 
pieprzykami pokojówce o śniadej cerze i portorykanskim akcencie.  
      - Tak? - spytała.  
      - Chciałbym się widzieć z panią Evelyn Flaumel.  
      - Kogo mam zaanonsować?  
      - Jej brata. Carla.  
      - Och, proszę wejść - powiedziała.  

background image

      Hall,  do  którego  wszedłem,  miał  mozaikową  podłogę  z  maleńkich  łososiowo-
turkusowych płytek i mahoniowe ściany, a na lewo stała długa, wielka donica, pełna 
zielonych liściastych roślin. Z góry szklano-emaliowany sześcian rzucał żółte światło.  
      Dziewczyna odeszła, a ja rozglądałem się za czymś znajomym.  
      Nic.  
      Czekałem więc.  
      W końcu pokojówka wróciła, uśmiechnęła się, dygnęła i powiedziała:  
      Proszę za mną. Pani przyjmie pana w bibliotece.  
      Poszedłem  za  nią  trzy  stopnie  w  górę,  a  potem  korytarzem  obok  dwojga 
zamkniętych drzwi. Trzecie na lewo były otwarte i te właśnie pokojówka mi wskazała. 
Wszedłem i zatrzymałem się na progu.  
      Biblioteka,  jak  wszystkie  biblioteki,  była  pełna  książek.  Wisiały  w  niej  także  trzy 
obrazy,  dwa  przedstawiające  sielskie  widoki,  a  trzeci  spokojne  morze.  Na  podłodze 
leżał gruby zielony dywan. Obok dużego biurka stał wielki globus zwrócony do mnie 
Afryką,  a  z  tyłu  ciągnęło  się  na  całą  ścianę  okno,  osiem  wielkich  tafli  szklą.  Ale  nie 
dlatego zatrzymałem się w progu.  
      Kobieta za biurkiem była ubrana w turkusową suknię z szeroką krezą i dekoltem 
w  szpic,  miała  fryzurę  z  długą  grzywką  i  włosy  koloru  pośredniego  między  barwą 
obłoków o zachodzie słońca a drgającym płomieniem świecy w ciemnym pokoju. Jej 
oczy  -  co  jakimś  cudem  wiedziałem  -  skryte  za  okularami,  których  chyba  nie 
potrzebowała, były błękitne jak jezioro Erie o trzeciej po południu w bezchmurny, letni 
dzień; a kolor jej powściągliwego uśmiechu pasował do włosów. Ale nie to sprawiło, 
że stanąłem w progu jak wryty.  
      Skądś ją znałem, ale nie wiedziałem skąd.  
      Podszedłem, przykleiwszy do twarzy uśmiech.  
      - Jak się masz - powiedziałem.  
      - Siadaj, proszę - wskazała mi przepastny, pomarańczowy fotel z rodzaju tych, w 
jakie człowiek z lubością się zagłębia.  
      Usiadłem, a ona uważnie mi się przyjrzała.  
      - Cieszę się, że znów jesteś na chodzie - powiedziała.  
      - Ja tez - odparłem. - A co u ciebie?  
      -  Wszystko  dobrze,  dziękuję.  Muszę  przyznać,  że  nie  spodziewałam  się  twojej 
wizyty.  
      -  Wiem  -  zablefowałem  -  ale  przyszedłem  podziękować  ci  za  twoją  siostrzaną 
pomoc i opiekę. - Nadałem temu lekko ironiczny ton, żeby zobaczyć jej reakcję.  
      W tym momecie do pokoju wszedł ogromny pies - wilczarz irlandzki - i położył się 
przed biurkiem. Tuż za nim wsunął się drugi okaz i wolno okrążył dwa razy globus.  
      -  No  cóż  -  odparła  z  równą  ironią  -  przynajmniej  tyle  mogłam  dla  ciebie  zrobić. 
Powinieneś jeździć ostrożniej.  
      - Na przyszłość będę bardziej uważał, przyrzekam. - Nie wiedziałem, jaka gra się 
tu toczy, ale ponieważ ona nie wiedziała, że ja nie wiem, postanowiłem wyciągnąć z 
niej  jak  najwięcej  informacji.  -  Pomyślałem  sobie,  że  będziesz  ciekawa,  w  jakim 
jestem stanie, więc przyjechałem się pokazać.  
      - Tak, oczywiście - odpowiedziała. - Czy jadłeś coś?  
      - Lunch kilka godzin temu.  
      Zadzwoniła na pokojówkę i kazała podać posiłek.  
      - Podejrzewałam, że sam zechcesz wynieść się z Greenwood, jak tylko poczujesz 
się na siłach - oznajmiła. - Ale nie przypuszczałam, że nastąpi to tak szybko i że się 
tutaj zjawisz.  
      - Wiem - odparłem. - I dlatego tu jestem.  
      Poczęstowała mnie papierosem, podałem jej ogień i sam zapaliłem.  

background image

      -  Zawsze  byłeś  nieobliczalny  -  oświadczyła  w  końcu.  -  I  chociaż  w  przeszłości 
często ci to pomagało, w tej chwili bym na to nie liczyła.  
      - Co masz na myśli? - spytałem.  
      - Stawka jest za wysoka na blef, a chyba tego właśnie próbujesz, przychodząc tu 
sobie  jakby  nigdy  nic.  Zawsze  podziwiałam  twoją  odwagę,  Corwin,  ale  nie  bądź 
głupcem. Znasz sytuację.  
      Corwin? Trzeba zanotować to w pamięci pod "Corey".  
      -  Niekoniecznie  -  odparłem.  -  Nie  zapominaj,  że  ostatnio  dłuższy  czas 
przespałem.  
      - Chcesz przez to powiedzieć, że się z nikim nie kontaktowałeś?  
      - Nie miałem okazji, odkąd odzyskałem przytomność.  
      Przechyliła głowę na ramię i zmierzyła mnie swoimi cudownymi oczami.  
      -  Niezbyt  to  roztropne  -  powiedziała  -  ale  możliwe.  Całkiem  możliwe.  Zwłaszcza 
jeśli chodzi o ciebie. Załóżmy, że mówisz prawdę. W takim razie postąpiłeś mądrze i 
bezpiecznie. Niech no pomyślę.  
      Zaciągnąłem  się  papierosem  z  nadzieją,  że  powie  coś  jeszcze,  Ale  milczała, 
wobec  tego  postanowiłem  wykorzystać  punkt  zdobyty  w  tej  grze,  dla  mnie  nie 
zrozumiałej, z nieznanymi graczami i niejasnym celem.  
      Sam fakt, że tu przyszedłem, coś znaczy - powiedziałem.  
      -  Tak  -  odparła  -  wiem.  Ale  ponieważ  jesteś  sprytny,  może  to  znaczyć  niejedno. 
Poczekamy i zobaczymy.  
      Poczekamy na co? Co zobaczymy?  
      Przyniesiono steki i dzban piwa, zostałem więc na chwilę zwolniony od czynienia 
ogólnikowych  i  mętnych  uwag,  które  ona  mogła  interpretować  jako  subtelne  lub 
wieloznaczne.  Stek  był  doskonały,  krwisty  w  środku  i  soczysty;  z  przyjemnością 
zagłębiłem  też  zęby  w  świeżym,  chrupiącym  chlebie  i  pociągnąłem  łyk  piwa, 
zaspokajając  głód  i  pragnienie.  Evelyn  śmiała  się,  obserwując  mnie  i  dziubiąc 
widelcem w talerzu.  
      -  Lubię  patrzeć,  jak  umiesz  cieszyć  się  życiem  -  powiedziała.  -  I  dlatego 
wolałabym, żebyś nie musiał się z nim rozstawać.  
      - Ja też - przyznałem z pełnymi ustami.  
      Jadłem  i  przyglądałem  się  jej.  Zobaczyłem  ją  naraz  w  wydekoltowanej, 
wieczorowej  sukni,  szmaragdowej  jak  morze,  na  tle  muzyki,  tańców,  głosów...  Ja 
byłem  w  srebrno-czarnym  stroju  i...  Obraz  się  rozpłynął.  Ale  wiedziałem,  że 
wspomnienie było prawdziwe i kląłem w duchu, że trwało tak krótko. Co ona wtedy do 
mnie  mówiła,  kiedy  stała  w  swojej  szmaragdowej  sukni  przede  mną  ubranym  na 
czarno i srebrno, tej nocy z muzyką, tańcami i szmerem głosów w tle?  
      Dolałem piwa i zdecydowałem się zapuścić sondę.  
      - Pamiętam pewną noc - powiedziałem - kiedy byłaś w szmaragdowej sukni, a ja 
w swoich kolorach. Jakie to były szczęśliwe chwile... i ta muzyka...  
      Na jej twarzy pojawił się cień melancholii, a rysy złagodniały.  
      -  Tak...  -  powiedziała.  -  To  były  czasy,  prawda...?  Rzeczywiście  z  nikim  się  nie 
kontaktowałeś?  
      - Słowo honoru - przysiągłem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.  
      -  Sprawy  przybrały  jeszcze  gorszy  obrót  -  mówiła  -  a  Cienie  kryją  okropności,  o 
jakich się nam nawet nie śniło...  
      - I...? - pytałem dalej.  
      - On nadal ma kłopoty - skończyła.  
      - Och!  
      - Tak - dodała - i będzie chciał wiedzieć, gdzie stoisz.  
      - Tutaj - odparłem.  

background image

      - To znaczy...?  
      - Na razie - dopowiedziałem, może zbyt szybko, bo jej oczy rozszerzyły się trochę 
za bardzo - dopóki nie poznam całokształtu sprawy. - Cokolwiek to miało znaczyć.  
      - Och!  
      Skończyliśmy  nasze  steki  i  piwo,  a  kości  rzuciliśmy  psom.  Przy  kawie  poczułem 
przypływ braterskich uczuć, ale je zdusiłem.  
      - A co z resztą? - spytałem, starając się, by brzmiało to neutralnie i bezpiecznie.  
      W  pierwszej  chwili  wystraszyłem  się,  że  spyta,  co  mam  na  myśli,  ale  ona 
wyciągnęła się wygodniej w fotelu, wlepiła wzrok w sufit i powiedziała:  
      - Jak zwykle, od nikogo nie słychać nic nowego. Może ty postąpiłeś najrozsądniej. 
Mnie się to w każdym razie podoba. Ale jak można zapomnieć... czasy świetności?  
      Spuściłem oczy, bo nie byłem pewien, co powinny wyrażać.  
      - Nie można - powiedziałem. - Nigdy nie można.  
      Nastąpiła długa, niezręczna cisza, którą przerwała pytaniem;  
      - Czy mnie nienawidzisz?  
      - Oczywiście, że nie - odparłem. - Jak mógłbym cię nienawidzić... zważywszy na 
okoliczności?  
      Chyba ją to ucieszyło, bo pokazała w uśmiechu piękne białe zęby.  
      - To dobrze, dziękuję ci - rzekła. - Cokolwiek by mówić, jesteś dżentelmenem.  
      Skłoniłem się z emfazą.  
      - Zawrócisz mi w głowie.  
      - Wątpię - powiedziała. - Zważywszy na okoliczności...  
      Zrobiło mi się nieswojo.  
      Wciąż  palił  mnie  gniew  i  ciekaw  byłem,  czy  ona  wie,  kto  na  ten  gniew  zasłużył. 
Miałem  wrażenie,  że  tak.  Poczułem  nieodparte  pragnienie,  aby  ją  o  to  zapytać 
wprost, ale się powstrzymałem.  
      - No więc, co proponujesz? - zagadnęła w końcu.  
      Przyparty w len sposób do muru odrzekłem:  
      - Oczywiście, nie ufasz mi...  
      - Jak moglibyśmy ci ufać?  
      Postanowiłem zapamiętać to "my".  
      - Cóż, na razie jestem gotów oddać się w twoje ręce. Z chęcią pozostanę u ciebie, 
co pozwoli ci mieć mnie na oku.  
      - A potem?  
      - Potem? Zobaczymy.  
      - Sprytnie - powiedziała. - Bardzo sprytnie. I stawiasz mnie w niezręcznej sytuacji. 
(Zaproponowałem  to  tylko  dlatego,  że  nie  miałem  gdzie  się  podziać,  a  reszta 
wymuszonych  szantażem  pieniędzy  nie  na  długo  by  mi  starczyła).  Naturalnie, 
możesz  zostać.  Ale  ostrzegam  cię -  tu  pokazała  wisiorek  na  łańcuszku,  który  nosiła 
na szyi - to jest ultradźwiękowy gwizdek na psy. Donner i Blitzen mają czterech braci, 
a  cała  szóstka  świetnie  radzi  sobie  z  niepożądanymi  osobnikami  i  reaguje  na  mój 
gwizdek. Nie próbuj więc myszkować tam, gdzie cię nie proszą. Jeden gwizd i nawet 
ty  nic  przeciwko  nim  nie  wskórasz.  To  dzięki  tej  właśnie  rasie  w  Irlandii  nie  ma  już 
wilków, wiesz.  
      - Wiem - przyznałem i uzmysłowiłem sobie, że to prawda.  
      - Tak - ciągnęła. - Erykowi się to spodoba, że jesteś moim gościem. To powinno 
go  skłonić  do  zostawienia  cię  w  spokoju,  a  przecież  o  to  ci  właśnie  chodzi,  n'est-ce 
pas?  
      - Oui - przyznałem.  

background image

      Eryk!  To  imię  coś  mi  mówiło!  Znałem  jakiegoś  Eryka  i  była  to  bardzo  ważna 
znajomość. Ten Eryk, którego znalem, nadal najwyraźniej kręci się gdzieś w pobliżu, i 
to też było ważne.  
      Dlaczego?  
      Przede wszystkim dlatego, że go nienawidziłem. Nienawidziłem go tak bardzo, że 
mógłbym go zabić. I niewykluczone, że próbowałem.  
      Uświadomiłem też sobie, że łączy nas pewna więź.  
      Rodzinna?  
      Tak,  właśnie  tak.  Żaden  z  nas  nie  był  tym  zachwycony,  że  jesteśmy...  braćmi! 
Tak,  teraz  sobie  przypomniałem:  potężny,  władczy  Eryk  o  krętej,  lśniącej  brodzie  i 
oczach - dokładnie takich samych jak oczy Evelyn!  
      Zalała  mnie  nowa  fala  wspomnień,  zaszumiało  mi  w  skroniach,  poczułem  ciepło 
rozlewające się na karku.  
      Zachowałem  jednak  kamienną  twarz  i  jakby  nigdy  nic  zaciągnąłem  się 
papierosem  popijając  piwo,  choć  jednocześnie  uzmysłowiłem  sobie,  że  Evelyn  jest 
rzeczywiście  moją  siostrą!  Tylko  że  nie  nazywa  się  Evelyn.  Nie  mogłem  sobie 
przypomnieć, jak się naprawdę nazywa, ale nie Evelyn. Postanowiłem być ostrożny i 
nie zwracać się do niej po imieniu, dopóki sobie nie przypomnę.  
      A kim ja jestem? I co się właściwie wokół mnie dzieje?  
      Nagle poczułem, że Eryk musiał mieć coś wspólnego z moim wypadkiem. Miał to 
być  wypadek  śmiertelny,  ale  udało  mi  się  przeżyć.  I  to  on  był  sprawcą?  Tak  - 
podpowiedziało  mi  przeczucie.  To  musiała  był  sprawka  Eryka.  A  Evelyn  z  nim 
współpracowała,  opłacając  szpital,  żeby  trzymano  mnie  w  stanie  odurzenia.  Lepsze 
to niż śmierć, ale...  
      Równocześnie  zdałem  sobie  sprawę,  że  przychodząc  do  Evelyn  oddałem  się 
niejako w ręce Eryka i jeśli tu zostanę, będę jego więźniem, wystawionym na kolejny 
atak.  
      Niemniej  ona  twierdziła,  że  jako  jej  gość  mogę  liczyć  na  spokój  z  jego  strony. 
Należało  się  nad  tym  zastanowić.  Nie  wolno  mi  o  niczym  decydować  pochopnie, 
muszę mieć się nieustannie na baczności. Może byłoby lepiej, gdybym stąd odszedł i 
poczekał, aż stopniowo wróci mi pamięć.  
      Ale  zżerała  mnie  jakaś  straszna,  gorączkowa  niecierpliwość.  Musiałem  jak 
najszybciej  poznać  całą  prawdę  i  zacząć  odpowiednio  działać.  Popychał  mnie  do 
tego  nieodparty  przymus  wewnętrzny.  Jeśli  nawet  za  odzyskanie  pamięci  przyjdzie 
mi ponieść koszty ryzyka i niebezpieczeństwa, to trudno. Zostanę.  
      -  Pamiętam  też...  -  mówiła  Evelyn  i  uprzytomniłem  sobie,  że  opowiada  coś  od 
dłuższej  chwili,  a  ja  nie  słucham.  Może  przyczyną  był  refleksyjny  ton  jej  słów,  nie 
wymagający  odpowiedzi,  może  mój  własny  natłok  myśli.  -  Pamiętam,  jak  kiedyś 
zwyciężyłeś  Juliana  w  jego  ulubionej  grze;  a  on  zaklął  i  rzucił  w  ciebie  kielichem 
pełnym wina. Wtedy ty chwyciłeś z wściekłością swoje trofeum i zamierzyłeś się, a on 
się przestraszył, że posunął się za daleko. Ale ty się nagle roześmiałeś i przepiłeś do 
niego.  Było  mi  przykro,  że  ty,  zawsze  taki  chłodny  i  opanowany,  wpadłeś  w  taki 
gniew, a w Julianie wzbudziłeś tego dnia zawiść. Pamiętasz? Wydaje mi się, że od tej 
pory  pod  wieloma  względami  usiłuje  cię  naśladować.  Ale  ja  nadal  go  nienawidzę  i 
mam nadzieję, że go wkrótce diabli wezmą... Coś czuję, że tak będzie...  
      Julian,  Julian,  Julian.  Tak  i  nie.  Jakaś  gra,  kłótnia  i  utrata  mojej  niemal 
legendarnej  zimnej  krwi.  Było  w  tym  coś  znajomego,  lecz  nie,  nie  mogłem  sobie 
przypomnieć, o co właściwie chodziło.  
      - A Caine, jego to dopiero wystrychnąłeś na dudka! Wciąż cię nienawidzi, wiesz...  
      Zrozumiałem, że nie jestem osobą szczególnie lubianą. Ale to uczucie w dziwny 
sposób sprawiało mi przyjemność.  

background image

      A  imię  Caine  także  zabrzmiało  swojsko.  Nawet  bardzo  Eryk,  Julian,  Caine, 
Corwin. Te imiona dudniły mi w uszach i rozsadzały czaszkę.  
      -  To  było  tak  dawno  temu  -  powiedziałem  niemal  bezwiednie  i  chyba  zgodnie  z 
prawdą.  
      - Corwin, nie bawmy się w ciuciubabkę. Chcesz czegoś więcej niż bezpiecznego 
kąta,  wiem  o  tym.  I  jesteś  wciąż  dość  silny,  żeby  zdobyć  coś  dla  siebie,  jeśli 
odpowiednio to rozegrasz. Nie mam pojęcia, co knujesz, ale może moglibyśmy dojść 
do  porozumienia  z  Erykiem.  -  Teraz  słówko  "my"  przeszło  najwyraźniej  na  naszą 
stronę.  Musiała  uznać,  że  jestem  coś  wart  w  tej  grze,  o  cokolwiek  się  ona  toczy. 
Zobaczyła  szansę  osiągnięcia  własnych  korzyści.  Uśmiechnąłem  się  kącikiem  ust. - 
Czy dlatego tu przyszedłeś? - ciągnęła. - Masz jakąś propozycję dla Eryka i szukasz 
kogoś, kto mógłby posłużyć jako pośrednik?  
      -  Może...  -  powiedziałem. -  Ale  muszę  się  najpierw  zastanowić.  Ledwo  wróciłem 
do  zdrowia  i  mam  sporo  spraw  do  przemyślenia.  Jednak  na  wszelki  wypadek 
wołałem  ulokować  się  w  miejscu,  z  którego  mógłbym  szybko  działać,  gdybym 
doszedł do wniosku, że w moim interesie jest zawrzeć pakt z Erykiem.  
      - Uważaj - powiedziała. - Wiesz, że powtórzę każde twoje słowo.  
      -  Oczywiście  -  przytaknąłem,  wcale  o  tym  nie  wiedząc  i  szukając  szybkiego 
wyjścia z sytuacji - chyba że w twoim interesie będzie współpracować ze mną.  
      Ściągnęła brwi, między którymi pokazały się leciutkie zmarszczki.  
      - Nie bardzo wiem, co mi proponujesz.  
      - Jeszcze nic. Jestem tylko z tobą całkiem szczery i mówię ci, że na razie sam nie 
wiem, co dalej. Nie mam pewności, czy chcę dochodzić do porozumienia z Erykiem. - 
W  końcu...  -  specjalnie  zawiesiłem  głos,  bo  czułem,  że  powinienem  coś 
zaproponować, a nie wiedziałem co.  
      -  Masz  inną  propozycję?  -  zerwała  się  nagle  na  równe  nogi,  chwytając  za 
gwizdek. - Bleys! Oczywiście!  
      - Siadaj - powiedziałem - i nie bądź śmieszna. Czy oddałbym się tak chętnie i bez 
namysłu  w  twoje  ręce,  żeby  zostać  rzuconym  na  pożarcie  psom  w  chwili,  gdy 
przyjdzie ci do głowy Bleys?  
      Odprężyła się, a nawet jakby trochę skuliła, a potem usiadła.  
      - Może i nie - przyznała w końcu. - Ale wiem, że lubisz stawiać wszystko na jedną 
kartę, i wiem też, że jesteś podstępny. Jeśli przyszedłeś tu z zamiarem pozbycia się 
przeciwnika,  to  szkoda  fatygi.  Nie  jestem  taka  znów  ważna.  Powinieneś  już  tyle 
wiedzieć. Poza tym zawsze myślałam, że mnie lubisz.  
      - Lubiłem cię i lubię - zapewniłem ją - więc nie masz się czego obawiać. Ciekawe, 
że wspomniałaś akurat to imię.  
      Żeby tylko połknęła przynętę! Tylu rzeczy musiałem się dowiedzieć!  
      - Dlaczego? Czyżby rzeczywiście skontaktował się z tobą?  
      -  Wolałbym  o  tym  nie  mówić  -  odparłem  mając  nadzieję,  że  da  mi  to  jakąś 
przewagę i teraz, znając już płeć owego Bleysa, dorzuciłem: - Nawet gdyby tak było, 
odpowiedziałbym mu to samo, co Erykowi: "Muszę to przemyśleć".  
      -  Bleys  -  powtórzyła,  a  ja  dodałem  w  myślach;  Bleys,  lubię  cię.  Nie  pamiętam 
dlaczego i może nawet niekoniecznie mam ku temu powody, ale cię lubię. Tyle wiem.  
      Siedzieliśmy  przez  chwilę  w  milczeniu  i  poczułem,  że  ogarnia  mnie  zmęczenie, 
ale  nie  chciałem  tego  po  sobie  pokazać.  Powinienem  być  silny.  Wiedziałem,  że 
muszę być silny. Uśmiechnąłem się więc i powiedziałem:  
      - Ładną masz bibliotekę.  
      A ona odparła:  
      - Dziękuję.  
      - Bleys - powtórzyła znów po chwili. - Naprawdę uważasz, że ma szansę?  

background image

      Wzruszyłem ramionami.  
      - Kto to może wiedzieć? Na pewno nie ja. Może ma, a może nie.  
      Oczy jej się rozszerzyły, spojrzała na mnie z otwartymi ustami.  
      - Chyba nie zamierzasz... nie zamierzasz sam spróbować?  
      Roześmiałem się, głównie po to, żeby ją uspokoić.  
      -  Nie  bądź  niemądra.  Ja?  -  Ale  wiedziałem,  że  mówiąc  to,  poruszyła  we  mnie 
jakąś  strunę,  jakieś  głęboko  ukryte  pragnienie,  które  odpowiedziało  potężnym: 
"Czemu nie?"  
      I naraz ogarnął mnie wielki strach.  
      Ona  w  każdym  razie  wyglądała  na  uspokojoną  moim  odżegnaniem  się  od  tego, 
od czego się odżegnałem. Uśmiechnęła się i ruchem głowy wskazała wbudowany w 
ścianę barek na lewo ode mnie.  
      - Napiłabym się trochę Irish Mist - powiedziała.  
      -  Ja  też,  skoro  już  o  tym  mowa  -  przyznałem,  podniosłem  się  i  nalałem  nam  po 
kieliszku.  
      -  Wiesz  -  powiedziałem,  usadowiwszy  się  znów  wygodnie  w  fotelu  -  przyjemnie 
jest  tak  pobyć  znów  razem,  nawet  jeśli  to  tylko  na  krótko.  Od  razu  nasuwa  się  tyle 
wspomnień.  
      Odpowiedziała uśmiechem, z którym jej było bardzo do twarzy.  
      -  Masz  rację  -  przyznała,  pociągając  łyczek.  -  Czuję  się  przy  tobie  niemal  jak  w 
Amberze  -  a  ja  omal  nie  wypuściłem  kieliszka  z  ręki,  Amber!  To  słowo  uderzyło  we 
mnie jak grom!  
      W tym momencie ona zaczęła płakać, podszedłem więc i objąłem ją pocieszająco 
ramieniem.  
      -  Nie  płacz,  siostrzyczko,  proszę  cię,  nie  płacz.  Sprawiasz  mi  ból. -  Amber!  Coś 
się w tym kryło, coś porywającego i potężnego, - Jeszcze znów nadejdą dobre czasy 
- dodałem pocieszająco.  
      - Czy naprawdę w to wierzysz? - spytała.  
      - Tak - potwierdziłem z mocą. - Wierzę!  
      -  Jesteś  szalony  -  powiedziała.  -  Może  właśnie  dlatego  zawsze  byłeś  moim 
ulubionym  bratem.  Niemal  wierzę  w  to,  co  mówisz,  choć  wiem,  że  jesteś  szalony.  - 
Chlipnęła  jeszcze  raz  i  drugi,  i  przestała.  -  Corwin  -  ciągnęła  -  gdyby  ci  się  udało... 
gdyby  jakimś  nieprawdopodobnym  cudem  ci  się  udało,  będziesz  pamiętać  o  swojej 
siostrze Florimel?  
      -  Tak  -  obiecałem,  zdając  sobie  sprawę, że  to  jej  prawdziwe  imię. -  Tak,  będę  o 
tobie pamiętał.  
      - Dziękuję ci. Powiem Erykowi tylko to, co konieczne, nie wspomnę ani słowem o 
Bleysie i zatrzymam dla siebie swoje najnowsze podejrzenia.  
      - Dziękuję, Floro.  
      - Ale pamiętaj, że ci nie ufam ani na jotę - dodała.  
      - To się rozumie samo przez się.  
      Wezwała  pokojówkę,  która  zaprowadziła  mnie  do  pokoju,  gdzie  ledwo  zdołałem 
się rozejrzeć, a potem padłem na łóżko i spałem przez jedenaście godzin.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 03  
 
      Rano jej nie było  i nie zostawiła dla mnie  żadnej wiadomości. Pokojówka podała 
mi  w  kuchni  śniadanie  i  wróciła  do  swoich  obowiązków.  Zrezygnowałem  z  pomysłu, 
żeby starać się wyciągnąć z niej jakieś informacje, bo albo nic nie wiedziała, albo nic 
by mi nie zdradziła, a za to z pewnością powiedziałaby o moich indagacjach Florze. 

background image

Ale  ponieważ  miałem  dom do  swojej  dyspozycji,  postanowiłem  wrócić  do biblioteki  i 
rozejrzeć się trochę. Poza tym lubię biblioteki. ściany pełne pięknych i mądrych słów 
dają  mi  poczucie  komfortu  i  bezpieczeństwa.  Zawsze  przyjemniej  jest  wiedzieć,  że 
można czymś się obronić przed Cieniami.  
      Donner  czy  Blitzen,  czy  też  któryś  z  ich  krewnych  pojawił  się  skądś  w  hallu  i 
węsząc  kroczył  sztywno  moim  śladem,  Próbowałem  się  z  nim  zaprzyjaśnić,  ale 
przypominało  to  wymianę  uprzejmości  z  policjantem,  który  kazał  ci  zjechać  na 
pobocze. Po drodze zaglądałem do innych pokoi - wyglądały normalnie i niewinnie.  
      Wszedłem do biblioteki, z której nadal spoglądała na mnie Afryka. Zamknąłem za 
sobą  drzwi  przed  psami  i  ruszyłem  wzdłuż  ścian  czytając  tytuły  tomów  na  półkach. 
Najwięcej  było  książek  historycznych.  Znalazłem  także  sporo  książek  o  sztuce  w 
albumowych,  drogich  wydaniach  i  parę  z  nich  przekartkowałem.  Zwykle  najlepiej  mi 
się myśli, kiedy pozornie jestem zajęty czymś innym.  
      Zastanawiałem  się  nad  źródłem  oczywistego  bogactwa  Flory.  Czy,  skoro 
jesteśmy krewnymi, znaczyło to, że i ja cieszę się pewną zamożnością? Usiłowałem 
przypomnieć  sobie  swoją  sytuację  materialną  i  socjalną,  zawód,  pochodzenie. 
Odnosiłem  wrażenie,  że  nigdy  nie  musiałem  martwić  się  o  pieniądze,  że  zawsze 
jakimś  cudem  miałem  ich  pod  dostatkiem.  Czy  byłem  także  właścicielem  równie 
wspaniałego domu? Nie pamiętałem.  
      Jaki był mój zawód?  
      Usiadłem  za  biurkiem  i  starałem  się  uprzytomnić  sobie,  czy  znam  tajniki  jakiejś 
szczególnej dziedziny wiedzy. Bardzo trudno jest egzaminować samego siebie, toteż 
niewiele  z  tego  wynikło.  Nasza  wiedza  jest  cząstką  nas  samych,  integralnym 
elementem całości i trudno ją oddzielić.  
      Lekarz?  Przyszło  mi  to  do  głowy,  kiedy  przeglądałem  anatomiczne  rysunki 
Leonarda  da  Vinci.  Niemal  bezwiednie  zacząłem  przebiegać  w  myśli  poszczególne 
fazy operacji chirurgicznych. Zdałem sobie sprawę, że kiedyś w przeszłości musiałem 
operować.  
      Ale nie było to jeszcze to, czego szukałem. Z chwilą gdy uświadomiłem sobie, że 
odebrałem  wykształcenie  medyczne,  zrozumiałem,  że  była  to  tylko  część  jakiejś 
ogólniejszej  wiedzy.  Wiedziałem,  że  nie  jestem  chirurgiem.  Kim  więc?  Co  jeszcze 
wchodziło w rachubę?  
      Coś przyciągnęło mój wzrok.  
      Siedząc  za  biurkiem  miałem  przed  sobą  przeciwległą  ścianę,  a  na  niej,  obok 
innych  rzeczy,  wisiała  antyczna  szabla  kawaleryjska,  której  poprzednio  nie 
zauważyłem. Wstałem, podszedłem do niej i zdjąłem ją z uchwytów.  
      Syknąłem  w  duchu  gniewnie  na  jej  opłakany  stan.  Chętnie  przywróciłbym  jej 
należytą świetność za pomocą zwykłej osełki i kawałka naoliwionej szmatki. Znałem 
się na starodawnej broni, zwłaszcza białej.  
      Szabla  leżała  mi  w  dłoni  jak  ulał  i  czułem,  że  potrafię  się  nią  posługiwać. 
Odparowałem i natarłem parę razy. Tak, umiałem sobie z nią radzić.  
      O czym to mogło świadczyć? Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu czegoś 
jeszcze,  co  by  pobudziło  mi  pamięć.  Nic  nie  znalazłem,  odwiesiłem  więc  szablę  i 
wróciłem  do  biurka.  Siadając  za  nim,  postanowiłem  je  przejrzeć.  Zacząłem  od 
środkowej szuflady poprzez tę po lewej i wszystkie szuflady po prawej stronie aż do 
samego dołu. Papier listowy, koperty, znaczki, spinacze, resztki ołówków, gumki - nic 
nadzwyczajnego.  
      Wyciągałem  każdą  szufladę  na  całą  długość  i  opierałem  ją  na  kolanach 
przeglądając  zawartość.  Nie  był  to  mój  pomysł.  Postępowałem  tak  na  skutek 
otrzymanego niegdyś przeszkolenia, które kazało mi badać każde ścianki i dno.  

background image

      A  jednak  pewna  rzecz  omal  nie  uszła  mojej  uwagi  i  spostrzegłem  ją  dopiero  w 
ostatniej  chwili:  tył  niższej  szuflady  po  prawej  stronie  nie  sięgał  tak  wysoko,  jak  tyły 
innych  szuflad.  To  musiało  coś  oznaczać  -  kiedy  ukląkłem  i  zajrzałem  w  głąb, 
zobaczyłem  u  góry  coś  na  kształt  małego  pudełeczka.  Była  to  osobna  szufladka, 
schowana na samym tyle i zamknięta.  
      Spróbowałem  się  do  niej  dobrać  spinaczem,  agrafką,  a  w  końcu  metalową  łyżką 
do butów, znalezioną w innej szufladzie; okazała się najbardziej pomocna i po jakiejś 
minucie zamek puścił.  
      Szufladka  zawierała  pudełko  z  talią  kart.  A  jego  wierzch  zdobił  herb,  na  którego 
widok  zesztywniałem,  oblał  mnie  zimny  pot  i  nie  mogłem  złapać  oddechu.  Herb 
przedstawiał białego jednorożca na zielonym polu, wzniesionego na tylnych nogach, 
zwróconego na prawo. Wiedziałem, że znam ten herb, i zakłuło mnie boleśnie, że nie 
potrafię go nazwać.  
      Otworzyłem  pudełko  i  wyjąłem  karty.  Były  to  karty  tarokowe,  przedstawiające 
zwykłe  dla  nich  berła,  pentagramy,  kielichy  i  szpady,  ale  Figury  Atutowe  -  Wielkie 
Arkana  -  były  całkiem  inne.  Wsunąłem  najpierw  obie  szuflady,  nie  zamykając  tej 
mniejszej, i dopiero potem przystąpiłem do bliższych oględzin.  
      Figury  Atutowe  wyglądały niemal  jak  żywe,  miało  się  wrażenie,  że  zaraz  zejdą  z 
lśniącego obrazka na ziemię. Karty były przyjemne i chłodne w dotyku.  
      Naraz zrozumiałem, że i ja sam byłem kiedyś posiadaczem takiej talii.  
      Rozłożyłem karty na blacie.  
      Pierwsza przedstawiała uśmiechniętego drobnego mężczyznę, o chytrym wyrazie 
twarzy, ostrym nosie, ze strzechą słomianych włosów na głowie. Był ubrany w coś w 
rodzaju  kostiumu  renesansowego  w  kolorach  pomarańczowym,  czerwonym  i 
brązowym.  Nosił  długie  pończochy  i  obcisły,  haftowany  kubrak.  Znałem  go.  Miał  na 
imię Random.  
      Z  następnej  karty  patrzyło  na  mnie  beznamiętne  oblicze  Juliana;  długie,  ciemne 
włosy  opadały  mu  do  ramion,  niebieskie  oczy  były  zimne  i  bez  wyrazu.  Od  stóp  do 
głów  skrywała  go  biała  łuskowa  zbroja,  nie  srebrzysta  ani  metaliczna,  ale  jakby 
emaliowana.  Wiedziałem  jednak,  że  mimo  na  pozór  odświętnego  i  dekoracyjnego 
wyglądu  była  twarda  i  odporna  na  ciosy.  Tego  właśnie  człowieka  pobiłem  w  jego 
ulubionej grze, za co rzucił we mnie kielichem. Znałem go i nienawidziłem.  
      Teraz  przeniosłem  wzrok  na  śniadą,  ciemnooką  twarz  Caine'a,  ubranego  w 
czarno-zielony  atłas  oraz  w  ciemny,  założony  z  fantazją,  trójgraniasty  kapelusz  z 
zielonym  pióropuszem  spływającym  na  plecy.  Stał  profilem,  podparłszy  się  jedną 
ręką  pod  bok,  a  u  pasa  miał  wysadzany  szmaragdami  sztylet.  Jego  wizerunek 
wywołał we mnie mieszane uczucia.  
      Potem był Eryk. Należało mu przyznać, że był przystojny. Włosy miał tak czarne, 
że niemal granatowe, broda wiła mu się wokół stale uśmiechniętych ust, a ubrany był 
po  prostu  w  skórzaną  kurtkę,  pelerynę,  wysokie  czarne  botforty  i  spięty  rubinem 
czerwony pas, u którego wisiał srebrzysty miecz. Wysoki, czarny kołnierz osłaniający 
szyję obszyty był na czerwono, podobnie jak rękawy. Stał z kciukami zatkniętymi za 
pas - jego ręce wyglądały na bardzo silne i sprawne. Nad prawym biodrem sterczały 
zza pasa czarne rękawice. Byłem teraz pewien, że to właśnie on próbował mnie zabić 
tego dnia, kiedy omal nie zginąłem. Przyjrzałem mu się uważnie i nie bez trwogi.  
      Następny był Benedykt, wysoki i surowy, o pociągłej twarzy i szczupłym ciele, ale 
tęgim  umyśle.  Ubrany  był  na  pomarańczowo-żółto-brązowo  i  nasuwał  mi  na  myśl 
stogi siana, dynie, strachy na wróble i legendy o zapadłych miasteczkach. Miał długą, 
mocno zarysowaną szczękę, piwne oczy i proste, brązowe włosy. Stał obok gniadego 
konia, opierając się na lancy oplecionej wiankiem z kwiatów. Rzadko się uśmiechał. 
Lubiłem go.  

background image

      Zastygłem,  kiedy  odkryłem  następną  kartę  i  serce  o  mało  nie  wyskoczyło  mi  z 
piersi.  
      To byłem ja.  
      Znałem tę twarz, która codziennie przy goleniu patrzyła na mnie z lustra. Zielone 
oczy,  ciemne  włosy,  czarno  -  srebrny  strój. Miałem  na  sobie  pelerynę,  lekko  wzdętą 
jakby  przez  wiatr.  Miałem  też czarne botforty, podobnie jak Eryk  i  jak on miecz przy 
boku, tylko mój był cięższy, choć nieco krótszy. Nosiłem rękawice, srebrne i łuskowe. 
Klamra przy szyi była w kształcie srebrnej róży.  
      Oto ja, Corwin.  
      Z  następnej  karty  spojrzał  na  mnie  wysoki,  potężny  mężczyzna.  Był  do  mnie 
bardzo  podobny,  tylko  miał  silniej  zarysowaną  szczękę  i  wiedziałem,  że  jest  wyższy 
ode mnie, lecz bardziej ociężały. Jego siła była legendarna. Był ubrany w niebiesko-
szary  strój  spięty  na  środku  szerokim,  czarnym  pasem  i  stał  z  wesołą,  roześmianą 
miną. Z szyi zwisał mu na sznurze srebrny róg myśliwski. Miał wystrzępioną bródkę i 
mały wąsik. W prawej ręce trzymał kielich wina. Poczułem do niego nagłą sympatię i 
wtedy przypomniałem sobie jego imię. Nazywał się Gerard.  
      Teraz  przyszła  kolej  na  mężczyznę  o  ognistej  brodzie  i  płomiennych  włosach,  z 
mieczem  w  prawej  dłoni  i  pucharem  białego  wina  w  lewej,  w  czerwono-
pomarańczowych  jedwabiach.  W  jego  oczach,  równie  błękitnych  jak  oczy  Flory  i 
Eryka,  igrał  diablik.  Miał  drobny  podbródek,  ale  przykryty  brodą.  Jego  miecz  był 
kunsztownie  inkrustowany  złotem.  Na  prawej  ręce  błyszczały  dwa  ogromne 
pierścienie, a na lewej jeden: szmaragd, rabin i szafir. Wiedziałem, że to Bleys.  
      Następna postać nosiła w sobie podobieństwo zarówno do Bleysa, jak i do mnie. 
Mężczyzna  miał  moje  rysy,  choć  drobniejsze,  moje  oczy,  włosy  Bleysa,  był  bez 
brody. Miał na sobie zielony strój jeździecki i siedział na białym koniu zwróconym na 
prawo.  Była  w  nim  siła  i  słabość,  niepokój  i  rezygnacja.  Odpychał  mnie  i  pociągał, 
budził zarówno moją sympatię, jak niechęć. Wystarczyło mi rzucić na niego okiem, by 
wiedzieć, że nazywa się Brand.  
      Zdałem sobie teraz jasno sprawę, że znam ich wszystkich, pamiętam ich, a wraz 
z nimi ich mocne i słabe trony, zwycięstwa i porażki.  
      - Byli to moi bracia.  
      Zapaliłem  papierosa,  którego  podkradłem  Florze  z  pudełka  na  biurku, 
wyciągnąłem się w fotelu i podsumowałem zebrane w pamięci fakty.  
      Tych  ośmiu  dziwnych  mężczyzn  w  dziwnych  strojach  to  byli  moi  bracia.  Czułem 
jednak, że ich sposób ubierania się był dla nich tak oczywisty i naturalny, jak dla mnie 
czerń  i  srebro.  W  tym  momencie  zakrztusiłem  się  dymem,  zdając  sobie  sprawę,  co 
mam  na  sobie,  co  kupiłem  w  tym  małym  sklepiku  w  miasteczku,  w  którym  się 
zatrzymałem  po  opuszczeniu  Greenwood.  Byłem  w  czarnych  spodniach,  jednej  z 
trzech nabytych tam srebrzystoszarych koszul i czarnej marynarce.  
      Powróciłem do kart. Zobaczyłem Florę w turkusowej sukni koloru morza, w której 
przypomniała  mi  się  poprzedniego  wieczoru,  a  po  niej  brunetkę  o  podobnych 
błękitnych  oczach  i  długich  rozpuszczonych  włosach,  ubraną  całą  na  czarno, 
przepasaną srebrnym paskiem. Nie wiem, dlaczego na jej widok łzy zakręciły mi się 
w oczach. Miała na imię Deirdre. Dalej przyszła kolej na Fionę, o włosach jak Bleys i 
Brand,  moich  oczach  i  cerze  jak  masa  perłowa.  Poczułem  do  niej  nienawiść  od 
pierwszego spojrzenia. Później była Llewella, której odcień włosów pasował do oczu 
koloru nefrytu. Ubrana była w migotliwą, szarozieloną suknię z lawendowym paskiem 
i patrzyła smutno, jakby przez łzy. Przeczucie mówiło mi, że jest jakaś inna od reszty 
z nas. Ale ona także była moją siostrą.  
      Ogarnęło  mnie  gorzkie  poczucie  oddalenia  i  rozłąki  z  nimi  wszystkimi,  choć 
jednocześnie  miałem  jakby  wrażenie  ich  fizycznej  bliskości.  Karty  były  tak  zimne  w 

background image

dotyku, że je odłożyłem, aczkolwiek niechętnie wypuszczałem je z ręki. Więcej Figur 
Atutowych  nie  było,  resztę  stanowiły  zwykle  karty.  Skądś  mimo  to  wiedziałem  -  i 
znów:  skąd?  -  że  kilku  Atutów  brakuje.  W  żaden  sposób  nie  mogłem  sobie  jednak 
przypomnieć,  kogo  te  Atuty  reprezentowały.  Dziwnie  mnie  to  zasmuciło,  wziąłem 
następnego papierosa i zamyśliłem się.  
      Dlaczego wszystko tak łatwo do mnie wracało, kiedy patrzyłem na karty? Wracało 
bez konieczności wygrzebywania z pamięci jednej informacji po drugiej? Znałem już 
teraz twarze i imiona mojego rodzeństwa - ale nic więcej.  
      Nie mogłem zrozumieć, dlaczego zostaliśmy wszyscy umieszczeni na kartach do 
gry,  niemniej  czułem  przemożną  chęć  posiadania  takiej  talii.  Gdybym  wziął  tę Flory, 
zaraz by to spostrzegła i znalazłbym się w tarapatach. Odłożyłem więc karty do małej 
szufladki  za  dużą  szufladą  i  zamknąłem  jak  poprzednio.  A  potem  zacząłem  sobie 
znów usilnie łamać głowę nad własną przeszłością, lecz niewiele mi z tego przyszło.  
      Dopóki nie przypomniałem sobie magicznego słowa.  
      Amber.  
      To słowo poprzedniego wieczora tak mnie wytrąciło z równowagi, że starałem się 
potem  o  nim  nie  myśleć.  Ale  teraz  je  przywołałem.  Obracałem  je  w  myślach  na 
wszystkie strony, badając skojarzenia, jakie we mnie budziło.  
      Niosło  ze  sobą  ogromną  tęsknotę  i  potężną  nostalgię.  Było  w  nim  zapomniane 
piękno,  świetność  i  moc,  straszna,  niemal  niezwyciężona  moc.  Należało  do  mojego 
codziennego  słownictwa.  Było  zrośnięte  ze  mną,  a  ja  byłem  zrośnięty  z  nim.  Nagle 
przypomniałem  sobie.  Była  to  nazwa  miejscowości.  Miejscowości,  którą  niegdyś 
znałem. Ale wraz z tym nie przyszły żadne obrazy, tylko wzruszenie.  
      Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Czas przestał istnieć. W końcu wyrwało mnie 
z zamyślenia delikatne pukanie do drzwi. Potem gałka wolno się przekręciła i weszła 
pokojówka o imieniu Carmella, pytając, czy nie mam ochoty na lunch. Uznałem to za 
dobry pomysł, poszedłem więc z nią do kuchni, gdzie zjadłem pół kurczaka i wypiłem 
litr  mleka.  Potem  wziąłem  ze  sobą  do  biblioteki  dzbanek  kawy,  omijając  po  drodze 
psy.  
      Piłem  właśnie  drugą  filiżankę,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Miałem  wielką  ochotę  go 
odebrać,  ale  byłem  pewien,  że  w  domu  jest  więcej  aparatów  i  że  zrobi  to  Carmella. 
Myliłem się. Telefon ciągle dzwonił. W końcu nie mogłem się dłużej oprzeć.  
      - Halo, tu rezydencja pani Flaumel - powiedziałem.  
      -  Czy  mógłbym  mówić  z  panią  Flaumel?  -  usłyszałem  męski  głos,  urywany  i 
trochę  nerwowy.  Zdyszane  słowa  dobiegały  niewyraźnie  poprzez  trzaski  i  szum 
głosów międzymiastowej.  
      -  Niestety,  nie  ma  jej  w  domu.  Czy  mam  jej  przekazać  jakąś  wiadomość  albo 
prosić, żeby zadzwoniła?  
      - Z kim mówię? - chciał wiedzieć mężczyzna.  
      Zawahałem się, lecz odpowiedziałem:  
      - Tu Corwin.  
      -  Wielkie  nieba!  -  wykrzyknął  i  zapadła  dłuższa  cisza.  Myślałem  już,  że  odłożył 
słuchawkę, i spytałem:  
      - Halo? - lecz w tym momencie on znów się odezwał.  
      - Czy ona jeszcze żyje? - spytał.  
      - Oczywiście, że żyje! Z kim, do diabła, rozmawiam?  
      - Nie poznajesz, Corwin? Tu Random. Słuchaj, jestem w Kalifornii i mam kłopoty. 
Dzwonię do Flory, żeby udzieliła mi schronienia. Czy trzymasz z nią?  
      - Chwilowo - odpowiedziałem.  
      -  Rozumiem.  Czy  zapewnisz  mi  swoją  opiekę?  -  Umilkł  i  dodał:  -  Proszę  cię, 
Corwin.  

background image

      -  Zrobię,  co  będzie  w  mojej  mocy  -  obiecałem  -  ale  nie  mogę  podejmować 
żadnych zobowiązań w imieniu Flory.  
      - A obronisz mnie przed nią?  
      - Tak.  
     -  To  mi  wystarczy.  Postaram  się  jakoś  dotrzeć  do  Nowego  Jorku.  Muszę  wybrać 
okrężną  trasę,  więc  nie  wiem,  ile  czasu  mi  to  zajmie.  Jeśli  uda  mi  się  ominąć  nie 
sprzyjające Cienie, to prędzej czy później się spotkamy. Życz mi powodzenia.  
      - Powodzenia - powiedziałem.  
      Usłyszałem  trzask  słuchawki,  a  potem  już  tylko  odległe  echo  dzwoniących 
telefonów  i  głosów  jak  z  zaświatów.  A  więc  buńczuczny  mały  Random  wpadł  w 
tarapaty! Miałem wrażenie, że nie powinienem się tym szczególnie przejmować. Ale 
teraz  był  on  jednym  z  kluczy  do  mojej  przeszłości,  a  może  i  do  przyszłości.  Toteż 
postaram  się  mu  pomóc,  w  miarę  swoich  sił,  dopóki  nie  dowiem  się  od  niego 
wszystkiego,  na  czym  mi  zależy.  Czułem,  że  więzy  braterstwa  między  nami  nie 
zostały  jeszcze  zbytnio  nadszarpnięte.  Ale  wiedziałem  też,  że  to  chytra  sztuka; 
bystry, przebiegły, a jednocześnie dziwnie sentymentalny w najgłupszych sprawach: 
z drugiej strony jego słowo było niewiele warte i zapewne bez skrupułów sprzedałby 
moje  zwłoki  najbliższej  akademii  medycznej,  gdyby  mu  się  to  opłacało.  Owszem, 
pamiętałem tego gnojka i nawet czułem do niego cień sympatii, zapewne w powodu 
paru  miłych  chwil,  które  razem  spędziliśmy. Ale  żebym  miał  mu  ufać?  Co  to,  to  nie. 
Postanowiłem,  że  powiem  Florze  o  jego  przyjeździe  dopiero  w  ostatnim  momencie. 
Może się zdarzyć, że posłuży mi jako as atutowy lub przynajmniej jako walet.  
      Dolałem  sobie  trochę  gorącej  kawy  i  wolno  ją  wypiłem.  Przed  kim  uciekał?  Nie 
przed Erykiem, bo nie zwróciłby się tutaj o pomoc. Ciekawe, czy spytał o życie Flory 
dlatego, że mnie tu zastał? Czyżby wiązało ją tak silne przymierze z bratem, którego 
nienawidziłem,  iż  cała  rodzina  zakładała,  że  i  na  niej  wywrę  zemstę?  Wydawało  mi 
się to dziwne, ale przecież zadał to pytanie.  
      I  w  czym  byli  tak  sprzymierzeni?  Jakie  było  źródło  tego  napięcia,  tej  walki? 
Dlaczego Random uciekał?  
      Amber.  
      Oto odpowiedź.  
      Amber.  Klucz  do  wszystkiego  tkwił  w  Amberze.  Tajemnica  całej  historii  leżała  w 
Amberze,  w  jakimś  wydarzeniu,  które  miało  tam  miejsce  niezbyt  dawno  temu,  jak 
należało przypuszczać. Muszę poruszać się na palcach. Muszę udawać, że wiem to 
wszystko, czego nie wiem, a jednocześnie kawałek po kawałku wyciągać informacje 
od  innych.  Byłem  pewien,  że  mi  się  to  uda.  Przy  tej  dozie  nieufności,  jaką  sobie  tu 
wszyscy okazywali, nietrudno być enigmatycznym. Tego się będę trzymał. Wyduszę 
od  nich  to,  co  mi  potrzebne,  zdobędę,  co  zechcę,  będę  pamiętał  o  tych,  którzy  mi 
pomogli,  a resztę  stratuję.  Wiedziałem  bowiem,  że  właśnie  takie  zasady obowiązują 
w mojej rodzinie, a ja byłem nieodrodnym synem mojego ojca...  
      Nagle  rozbolała  mnie  głowa,  tępym,  dojmującym  bólem,  który  niemal  rozsadzał 
mi czaszkę. Wiedziałem, czułem, byłem pewien, że wywołała to myśl o ojcu. Ale nie 
miałem  pojęcia,  jak  to  się  stało  i  dlaczego.  Po  jakimś  czasie  ból  trochę  ustąpił  i 
zdrzemnąłem się w fotelu. Po jeszcze znacznie dłuższym czasie drzwi się otworzyły i 
weszła Flora. Na dworze było już ciemno, nastała kolejna noc.  
      Flora  była  ubrana  w  zieloną  jedwabną  bluzkę  i  długą  wełnianą  spódnicę  koloru 
szarego oraz  w  turystyczne  buty  i  grube  skarpety.  Włosy  miała  ściągnięte  do  tyłu,  a 
twarz lekko przybladłą. Nadal nie rozstawała się ze swoim gwizdkiem.  
      - Dobry wieczór - powiedziałem wstając.  
      Nie  odpowiedziała.  Podeszła  szybko  do  baru,  nalała  sobie  sporą  porcję  whisky  i 
wypiła ją jednym haustem, jak mężczyzna. Potem dopełniła szklankę i usiadła z nią w 

background image

fotelu.  Zapaliłem  papierosa  i  podałem  jej.  Podziękowała  skinieniem  głowy  i 
powiedziała:  
      - Droga do Amberu najeżona jest trudnościami.  
      - Dlaczego?  
      Spojrzała na mnie ze zdumieniem.  
      - Kiedy ostatnio z niej korzystałeś?  
      Wzruszyłem ramionami.  
      - Nie pamiętam.  
      - Niech ci będzie - powiedziała. - Zastanawiam się tylko, czy to twoja sprawka.  
      Nie  odpowiedziałem,  bo  nie  miałem  pojęcia,  o  czym  ona  mówi.  Naraz 
uprzytomniłem sobie, że jest łatwiejszy sposób na znalezienie się w miejscu zwanym 
Amber.  
      - Brakuje ci kilku Atutów - oznajmiłem raptem nie swoim głosem.  
      Zerwała się na równe nogi, wychlapując sobie na rękę połowę szklanki.  
      - Oddaj je natychmiast! - krzyknęła sięgając po gwizdek.  
      Podszedłem i chwyciłem ją za ramiona.  
      - Nie mam ich. Powiedziałem to tylko tak sobie.  
      Odprężyła się i zaczęła szlochać; pchnąłem ją delikatnie z powrotem na fotel.  
      -  Myślałam  że  wziąłeś  moją  talię,  a  nie  że  bawisz  się  w  głupie  i  niestosowne 
uwagi.  
      Nie przeprosiłem. Czułem, że byłoby to nie na miejscu.  
      - Jak daleko udało ci się dotrzeć?  
      - Niezbyt daleko. - Raptem roześmiała się i spojrzała na mnie z nowym błyskiem 
w oczach. - Wiem już, co zrobiłeś, Corwinie - oświadczyła, a ja zapaliłem papierosa, 
żeby  nie  musieć  odpowiadać.  -  Niektóre  z  tych  przeszkód  pochodziły  od  ciebie, 
prawda? Zablokowałeś mi drogę do Amberu, zanim tu przyszedłeś, tak? Wiedziałeś, 
że udam się do Eryka. Teraz już nie mogę, muszę czekać, aż on przyjdzie do mnie. 
Bardzo  sprytnie.  Chcesz  go  tu  ściągnąć,  tak?  Ale  on  przyśle  posłańca,  nie  będzie 
fatygował się osobiście.  
      W  głosie  tej  kobiety,  która  przyznawała,  że  właśnie  miała  zamiar  wydać  mnie  w 
ręce  wroga  i  to  zrobi  przy  pierwszej  okazji,  brzmiała  nuta  podziwu,  kiedy  mówiła  o 
rzekomym  pokrzyżowaniu  przeze  mnie  jej  planów.  Jak  można  okazywać  tak  jawny 
makiawelizm w obliczu niedoszłej ofiary? Odpowiedź nasunęła mi się sama: tacy już 
jesteśmy.  Nie  musimy  bawić  się  w  subtelności  między  sobą.  Niemniej  pomyślałem, 
że Florze brak finezji prawdziwego mistrza.  
      - Czy sądzisz, że jestem aż tak głupi, Floro? - spytałem. - Uważasz, że zjawiłem 
się  tu  tylko  po  to,  żebyś  mogła  wydać  mnie  Erykowi?  Nie  wiem,  co  ci  stanęło  na 
drodze, ale dobrze ci tak.  
      - Pamiętaj, że nie gram w twojej drużynie! A poza tym ty też jesteś na wygnaniu! 
A więc nie byłeś znowu taki sprytny!  
      W jej zapalczywych słowach wyczułem fałsz.  
      - Nie mów bzdur! - powiedziałem ostro.  
      Roześmiała się.  
      - Wiedziałam, że cię to rozzłości. Dobrze, niech ci będzie, masz własne powody, 
żeby zamieszkiwać Cienie. Jesteś szaleńcem.  
      Wzruszyłem ramionami.  
      - Czego chcesz? Po co naprawdę tu przyszedłeś? - pytała dalej.  
      -  Byłem  ciekaw,  jakie  są  twoje  plany  -  odparłem.  -  To  wszystko.  Nie  możesz 
zatrzymać  mnie  tu  siłą,  jeśli  postanowię  odejść.  Nawet  Eryk  nic  na  to  nie  poradzi. 
Może po prostu chciałem cię odwiedzić. Może staję się sentymentalny na stare lata. 
W każdym razie zostanę tu jeszcze trochę, a potem pójdę na dobre. Gdybyś się tak 

background image

nie  śpieszyła  po  nagrodę  za  wydanie  mnie,  mogłabyś  wyjść  na  tym  znacznie  lepiej, 
młoda damo. Prosiłaś, żebym pamiętał o tobie pewnego pięknego dnia...  
      Upłynęło parę sekund, zanim dotarło do niej to coś, co miałem nadzieję dać jej do 
zrozumienia. Wykrzyknęła:  
      - A więc masz zamiar spróbować! Naprawdę masz zamiar spróbować!  
      - Święta racja - potwierdziłem, zdając sobie sprawę, ze rzeczywiście mam zamiar 
spróbować,  cokolwiek  to  miało  znaczyć  -  i  możesz  to  powiedzieć  Erykowi,  jeśli 
chcesz, ale pamiętaj, że może mi się udać. Nie zapominaj, że wtedy lepiej należeć do 
moich przyjaciół.  
      Dużo  dałbym  za  to,  żeby  wiedzieć,  o  czym  mówię,  ale  poznałem  już  kluczowe 
słowa  i  przywiązywaną  do  nich  wagę,  posługiwałem  się  więc  nimi  bezbłędnie,  nie 
mając pojęcia, co właściwie znaczą. Niemniej czułem, że brzmią całkiem naturalnie, 
aż nadto naturalnie...  
      Naraz Flora objęła mnie i pocałowała.  
      - Nic mu nie powiem, Corwinie, naprawdę! Myślę, że może ci się udać. Z Blyesem 
będą  kłopoty,  ale  Gerard  pewno  ci  pomoże,  a  może  i  Benedykt.  Caine  też  się 
przyłączy, jak zobaczy, co się święci...  
      - Planowanie zostaw mnie - przerwałem.  
      - Odsunęła się. Nalała dwa kieliszki wina i podała mi jeden.  
      - Wypijmy za przyszłość - powiedziała.  
      - Z przyjemnością.  
      Spełniliśmy toast. Nalała mi drugi kieliszek i przyjrzała mi się uważnie.  
      - To musi być któryś z was trzech: Eryk, Bleys albo ty - stwierdziła. - Jedynie wy 
macie dość odwagi i rozumu. Ale zniknąłeś z horyzontu na tak długo, że przestałam 
brać cię pod uwagę.  
      - To tylko dowodzi, że nigdy nic nie wiadomo.  
      Sączyłem wino marząc, żeby choć na chwilę umilkła. Miałem wrażenie, że trochę 
zbyt nachalnie próbuje rozwijać każdy pomysł, jaki jej przychodzi do głowy. Coś mnie 
zaniepokoiło i chciałem to w spokoju przemyśleć.  
      Ile miałem lat?  
      Ta  kwestia  wyjaśniała  po  trosze  moje  gorzkie  poczucie  oddalenia  i  rozłąki  z 
osobami  przedstawionymi  na  kartach  taroka.  Byłem  starszy,  niżby  na  to  wskazywał 
mój wygląd. (Patrząc w lustro dawałem sobie około trzydziestki, ale wiedziałem, że to 
dlatego,  iż  Cienie  mnie  okłamują.  Byłem  znacznie,  znacznie  starszy  i  upłynęło  już 
bardzo  dużo  czasu,  odkąd  widziałem  swoje  rodzeństwo  żyjące  zgodnie,  razem,  w 
dobrej komitywie, bez napięć i tarć - jak na owej talii kart.  
      Usłyszeliśmy dźwięk dzwonka i kroki Carmelli idącej do drzwi.  
      - To nasz brat, Random - powiedziałem pewien, że się nie mylę. - Jest pod moją 
opieką.  
      Jej  oczy  rozszerzyły  się,  a potem  się  uśmiechnęła.  Jakby wyrażając  uznanie  dla 
mądrego posunięcia, które wykonałem.  
      Oczywiście  nie  było  w  tym  żadnej  mojej  zasługi,  ale  nie  miałem  nic  przeciwko 
temu, żeby tak myślała.  
      Dawało mi to większe poczucie bezpieczeństwa.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 04  
 
      Nowo  zdobyte  poczucie  bezpieczeństwa  towarzyszyło  mi  wszystkiego  może  trzy 
minuty.  

background image

      Prześcignąłem  Carmellę  w  drodze  do  drzwi  i  otworzyłem  je  na  oścież.  Random 
wpadł do środka, natychmiast zamykając je za sobą i zasuwając zasuwę. Jego jasne 
oczy były podkrążone i nie miał na sobie kolorowego kubraka ani długich pończoch. 
Był nie ogolony i ubrany w brązowy wełniany garnitur. Przez ramię miał przerzucony 
gabardynowy płaszcz, a na nogach ciemne zamszowe buty. Ale był to bez wątpienia 
Random,  ten  sam  Random,  którego  widziałem  na  karcie  tarokowej,  tylko  jego 
śmiejące  się  usta  wykrzywiał  teraz  grymas  zmęczenia,  a  pod  paznokciami  miał 
obwódki brudu.  
      - Corwin! - powiedział i objął mnie.  
      Uścisnąłem go za ramię.  
      - Chyba przydałby ci się łyk czegoś mocniejszego - zauważyłem.  
      - Tak. Tak. Tak... - zgodził się i pociągnąłem go do biblioteki.  
      Jakieś trzy minuty później, kiedy usiadł ze szklanką w jednej ręce, a papierosem 
w drugiej, powiedział:  
      -  Gonią  mnie.  Za  chwilę  tu  będą,  Flora  wydala  stłumiony  okrzyk,  który 
zignorowaliśmy.  
      - Kto? - spytałem.  
      - Jacyś faceci z Cieni. Nie wiem, kim są ani kto ich nasłał. Jest ich czterech albo 
pięciu,  może  nawet  sześciu.  Byli  ze  mną  w  samolocie.  Leciałem  odrzutowcem. 
Spostrzegłem  ich  koło  Denver.  Kilka  razy  zmieniałem  samolot,  żeby  się  ich  pozbyć, 
ale  nic  z  tego,  a  nie  chciałem  za  bardzo  zbaczać  z  trasy.  Zgubiłem  ich  dopiero  na 
Manhattanie, ale to tylko kwestia czasu. Sądzę, że wkrótce tu będą.  
      - I nie domyślasz się, kto ich nasłał?  
      Uśmiechnął się leciutko.  
      - Cóż, myślę, że możemy bez większego ryzyka ograniczyć krąg podejrzanych do 
rodziny.  Może  Bleys,  może  Julian,  może  Caine.  A  może  nawet  ty,  żeby  mnie  tu 
ściągnąć. Ale mam nadzieję, że nie. To nie ty, prawda?  
      - Nie ja - zapewniłem go. - Czy wyglądają bardzo groźnie?  
      Wzruszył ramionami.  
      -  Gdyby  było  ich  tylko  dwóch  albo  trzech,  mógłbym  spróbować  wciągnąć  ich  w 
zasadzkę, ale z całą tą bandą...  
      Był  drobnym  mężczyzną,  liczącym  niewiele  ponad  metr  sześćdziesiąt  wzrostu  i 
ważącym najwyżej sześćdziesiąt parę kilo. Mimo to mówił najwyraźniej serio. Byłem 
przekonany,  że  rzeczywiście,  bez  wahania  stawiłby  sam  czoło  dwóm  lub  trzem 
napastnikom.  Zaciekawiło  mnie  nagle,  czy  i  ja  dysponuję  podobną  siłą  fizyczną 
będąc  jego  bratem.  Czułem  się  pod  tym  względem  nie  najgorzej.  Bez  większych 
obaw  byłbym  gotów  zmierzyć  się  w  równej  walce  z  każdym  przeciwnikiem.  Jaki 
mogłem być silny?  
      W tej chwili zrozumiałem, że już niedługo będę miał okazję się przekonać.  
      Do drzwi frontowych rozległo się pukanie.  
      - Co robimy? - spytała Flora.  
      Random  roześmiał  się,  rozwiązał  krawat  i  rzucił  go  na  płaszcz  leżący  na  biurku. 
Potem zdjął marynarkę i rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok padł na szablę - w jednej 
chwili  był  przy  niej  i  trzymał  ją  w  ręku.  Wymacałem  rewolwer  w  kieszeni marynarki  i 
odbezpieczyłem.  
      -  Co  robimy?  -  powtórzył.  -  Istnieje  prawdopodobieństwo,  że  sforsują  wejście  - 
ciągnął - i wobec tego zaraz się tu znajdą. Kiedy walczyłaś po raz ostatni, siostro?  
      - Wieki temu.  
      - Więc lepiej szybko to sobie przypomnij, bo nie mamy dużo czasu. Mówię wam, 
ktoś  nimi  steruje.  Ale  nas  jest  trójka,  a  ich  najwyżej  dwa  razy  tyle.  O  co  więc  tu  się 
martwić?  

background image

      - Nie wiemy, co to za jedni - zauważyła Flora.  
      - Co za różnica?  
      - Żadna - odparłem. - Czy mam ich wpuścić?  
      Oboje nieco zbledli.  
      - Równie dobrze możemy poczekać...  
      - A może by tak wezwać policję? - zaproponowałem.  
      W odpowiedzi wybuchnęli niemal histerycznym śmiechem.  
      - Albo Eryka - dodałem, patrząc na nią badawczo.  
      Ale ona tylko potrząsnęła głową.  
      - Nie starczy czasu. Mamy jego Atut, lecz zanim zdąży powiedzieć, jeśli w ogóle 
zechce, będzie już za późno.  
      - A może to jego sprawka, co? - mruknął Random.  
      - Wątpię - odparła. - Bardzo wątpię. To nie w jego stylu.  
      - To prawda - dorzuciłem dla zasady, żeby dać im znać że się orientuję.  
      Znowu rozległo się pukanie, tym razem znacznie głośniejsze.  
      - A Carmella? - spytałem, tknięty nagłą myślą.  
      Flora potrząsnęła głową.  
      - To mało prawdopodobne, żeby ona poszła otworzyć.  
      - Nie wiesz, co ryzykujesz! - krzyknął Random i wypadł z pokoju.  
      Wyszedłem  za  nim  do  hallu  i  sieni  w  samą  porę,  żeby  powstrzymać  Carmellę 
przed otwarciem drzwi. Wystaliśmy ją do jej pokoju z nakazem, żeby się zamknęła, a 
Random zauważył;  
      -  Oto  dowód,  jaką  silą  dysponują  nasi  przeciwnicy.  Kto  tu  właściwie  za  kim stoi, 
Corwin?  
      Wzruszyłem ramionami.  
     -  Gdybym  wiedział,  nie  omieszkałbym  ci  powiedzieć.  W  każdym  razie  my  w  tej 
chwili stoimy ramię w ramię. - Cofnij się. - I otworzyłem drzwi.  
      Najbliższy napastnik usiłował odsunąć mnie na bok, ale unieruchomiłem mu rękę 
w żelaznym uścisku i odepchnąłem go. Było ich sześciu.  
      - Czego chcecie - spytałem.  
      W  odpowiedzi  nie  padło  ani  jedno  słowo,  tylko  ujrzałem  lufy.  Błyskawicznie 
zatrzasnąłem drzwi i zaciągnąłem zasuwę.  
      - Okay, rzeczywiście tam są - powiedziałem. - Ale skąd mogę wiedzieć, że to nie 
jakiś twój podstęp?  
      -  To  prawda  -  przyznał  -  niemal  sam  żałuję,  że  tak  nie  jest.  Wyglądają  na 
skończonych oprychów.  
      Miał rację. Faceci na progu byli potężnie zbudowani i mieli kapelusze naciągnięte 
głęboko na oczy. Ich twarze pozostawały w cieniu.  
      - Chciałbym wiedzieć, kto tu za kim stoi - powtórzył Random.  
      W  tym  momencie  poczułem  w  bębenkach  uszu  przeraźliwą  wibrację. 
Zrozumiałem,  że  to  Flora  zrobiła  użytek  ze  swojego  gwizdka.  Dobiegł  mnie  brzęk 
rozbijanej  szyby  i  nie  zdziwiłem  się,  gdy  po  chwili  usłyszałem  głuche  warczenie  i 
ujadanie.  
      -  Wypuściła  na  nich  psy  -  powiedziałem.  -  Sześć  przeraźliwych,  dzikich  bestii, 
które w innych okolicznościach mogły być poszczute na nas.  
      Random  kiwnął  głową  i  ruszyliśmy  w  kierunku,  skąd  dobiegał  hałas.  Kiedy 
weszliśmy  do  salonu,  dwóch  mężczyzn  już  tam  było  i  obaj  mieli  broń.  Jednym 
strzałem  położyłem  pierwszego  z  nich  i  padłem  na  podłogę  celując  do  drugiego. 
Random  przeskoczył  nade  mną  wywijając  szablą  i  zobaczyłem,  jak  głowa  tamtego 
spada  z  ramion.  Tymczasem  dwaj  inni  już  drapali  się  przez  okno.  Wypróżniłem  do 
nich  magazynek,  słysząc  warczenie  psów  i  jakieś  obce  strzały.  Trzech  mężczyzn 

background image

leżało  już  martwych  na  podłodze  i  tyleż  psów  Flory.  Z  satysfakcją  pomyślałem,  że 
załatwiliśmy już połowę napastników i gdy nadbiegła reszta, zabiłem jeszcze jednego 
w sposób, który mnie samego zdumiał. Bez namysłu chwyciłem ciężki fotel i rzuciłem 
nim jakieś dziesięć metrów przez pokój, przetrącając facetowi kręgosłup.  
      Skoczyłem  do  pozostałych  dwóch,  ale  Random  już  zdążył  przeszyć  jednego 
szablą,  zostawiając  resztę roboty  psom,  i  właśnie  zabierał  się  do  następnego,  kiedy 
tamtego  powalił  jeden  z  wilczarzy.  Wilczarz  padł,  ale  jego  zabójca  nigdy  już  nikogo 
nie zabił - zginął uduszony przez Randoma.  
      Okazało  się,  że  dwa  psy  są  martwe,  a  jeden  ciężko  ranny.  Random  dobił  go 
jednym ruchem i skierowaliśmy teraz uwagę na mężczyzn.  
      W  ich  wyglądzie  było  coś  dziwnego.  Weszła  Flora  (wspólnie  ustaliliśmy  co.  Po 
pierwsze, wszystkich sześciu miało bardzo mocno nabiegłe krwią oczy, co jednak w 
ich przypadku wydawało się czymś normalnym. Po drugie, przy palcach u rąk mieli o 
jeden  staw  więcej,  a  na  wierzchu  dłoni  ostre,  zakrzywione  ostrogi.  Ich  szczęki  były 
kwadratowe i wydatne, po rozwarciu ust zaś naliczyłem u jednego z nich czterdzieści 
cztery zęby, na ogół dłuższe niż u ludzi i znacznie ostrzejsze. Ich ciała miały szarawy 
odcień, były twarde i lśniące. Z pewnością dałoby się zauważyć więcej różnic, ale już 
te  zdawały  się  potwierdzać  jakieś  przypuszczenie.  Wzięliśmy  ich  broń  i  z 
przyjemnością zatrzymałem sobie trzy małe, płaskie pistolety.  
      -  Wypełzli  z  Cieni,  to  jasne  -  powiedział  Random,  a  ja  skinąłem  głową. -  Muszę 
przyznać,  że  miałem  szczęście.  Nie  spodziewali  się,  że  wesprą  mnie  takie  posiłki: 
waleczny brat i pół tony psów. - Podszedł i wyjrzał przez zbite okno; nie kwapiłem się, 
aby mu towarzyszyć. - Nic i nikogo - powiedział po chwili. - Z pewnością załatwiliśmy 
już  wszystkich. -  Zaciągnął  ciężkie  pomarańczowe  zasłony  i  przysunął  do  nich  parę 
mebli  o  wysokich  oparciach,  podczas  gdy  ja  sprawdzałem  kieszenie  zabitych.  Jak 
można  się  było  spodziewać,  nie  znalazłem  w  nich  nic,  co  pomogłoby  ich 
zidentyfikować.  
      -  Wracajmy  do  biblioteki  -  powiedział  Random.  -  Chciałbym  skończyć  swojego 
drinka.  
      Zanim  usiadł,  wyczyścił  starannie  szablę  i  odwiesił  ją  na  ścianę.  Ja  tymczasem 
nalałem Florze kieliszek czegoś mocniejszego.  
      -  No  cóż,  zapewne  teraz,  kiedy  trzymamy  się  w  trójkę,  dadzą  mi  na  razie  święty 
spokój - stwierdził Random.  
      - Zapewne - zgodziła się Flora.  
      - Boże, od wczoraj nie miałem nic w ustach! - oznajmił.  
      Wobec  tego  Flora  poszła  powiedzieć  Carmelli,  że  może  już  wyjść  ze  swojego 
pokoju,  tylko  ma  trzymać  się  z  daleka  od  salonu  i  przynieść  do  biblioteki  solidny 
posiłek. Ledwo wyszła za próg, Random zwrócił się do mnie z pytaniem:  
      - Jak jest teraz między wami?  
      - Lepiej miej się przed nią na baczności.  
      - Nadal trzyma z Erykiem?  
      - O ile mi wiadomo.  
      - To co tutaj robisz?  
      - Próbowałem zwabić Eryka, żeby sam się po mnie pofatygował. Wie, że tylko w 
ten  sposób  może  mnie  dosięgnąć,  i  chciałem  sprawdzić,  jak  bardzo  mu  na  tym 
zależy.  
      Random potrząsnął głową.  
      - Nic z tego nie będzie. Ani cienia szansy. Dopóki ty jesteś tutaj, a on tam, po co 
miałby wychylać nosa? Przecież ma nadal silniejszą pozycję. Jeśli chcesz się z nim 
zmierzyć, to ty będziesz musiał udać się do niego.  
      - Właśnie doszedłem do takiego samego wniosku.  

background image

      Jego oczy zalśniły, a na ustach pojawił się znajomy uśmieszek. Przeciągnął ręką 
po jasnej czuprynie i nie spuszczał ze mnie wzroku.  
      - Czy naprawdę zamierzasz to zrobić? - zapytał.  
      - Może - odparłem.  
      -  Nie  zbywaj  mnie,  stary.  Masz  to  wypisane  na  twarzy.  Wiesz,  sam  miałbym 
ochotę się do ciebie przyłączyć. Ze stosunków międzyludzkich najbardziej odpowiada 
mi seks, a najmniej stosunki rodzinne z Erykiem.  
      Zapaliłem papierosa rozważając w duchu jego słowa.  
      - Zastanawiasz się, jak widzę - ciągnął Random zgodnie z prawdą. - Myślisz: "Na 
ile  mogę  mu  tym  razem  ufać?  Jest  przebiegły,  kłamliwy,  nieobliczalny  i  gotów 
sprzedać mnie za miskę soczewicy". Tak?  
      Skinąłem głową.  
      -  Pamiętaj  jednak,  braciszku  Corwinie,  że  jeśli  nawet  nie  zrobiłem  ci  niczego 
dobrego, to i nie wyrządziłem ci nigdy szczególnej krzywdy. Oprócz paru niewinnych 
figli. Wszystko razem wziąwszy można powiedzieć, że stosunki między nami układały 
się najlepiej z całej rodziny, to znaczy nie wchodziliśmy sobie w drogę. Przemyśl to. 
Chyba  nadchodzi  już  Flora  albo  jej  pokojówka,  więc  zmieńmy  temat...  Ale  zaraz! 
Pewno nie masz przy sobie talii ulubionych kart rodzinnych, co?  
      Potrząsnąłem przecząco głową.  
      Weszła Flora i oznajmiła:  
      - Carmella zaraz przyniesie coś do jedzenia.  
      Wypiliśmy z tej okazji i Random mrugnął do mnie za plecami Flory.  
      Nazajutrz rano ciała z salonu już uprzątnięto, nie było plam na dywanie, a szyby 
zostały  wstawione.  Random  wyjaśnił,  że  "zajął  się,  czym  trzeba".  Nie  wypytywałem 
go dalej.  
      Pożyczyliśmy  mercedesa  Flory  i  pojechaliśmy  na  przejażdżkę.  Okolica  była 
dziwnie  zmieniona.  Nie  potrafiłem  sprecyzować,  na  czym  to  polegało,  ale  miałem 
wrażenie,  że  jest  jakoś  inaczej.  Przy  próbie rozwiązania  tej  zagadki  znów  rozbolała 
mnie głowa, postanowiłem więc na razie o tym nie myśleć.  
      Siedziałem  przy  kierownicy,  a  Random  obok.  Mimochodem  rzuciłem,  że 
chciałbym  znaleźć  się  znów  w  Amberze,  po  prostu,  żeby  się  przekonać,  co  mi 
odpowie.  
      -  Ciekaw  jestem,  czy  chodzi  ci  tylko  o  zemstę,  czy  o  coś  więcej  -  powiedział, 
odrzucając  w  ten  sposób  piłeczkę  i  zostawiając  mi  z  kolei  pole  do  odpowiedzi,  jeśli 
uznam to za stosowne. Uznałem. Uciekłem się do ogólnikowego stwierdzenia:  
      -  Sam  się  nad  tym  zastanawiałem,  próbując  ocenić  swoje  szansę.  Może  jednak 
zaryzykuję...  
      Odwrócił się do mnie (do tej pory patrzył przez okno) i powiedział:  
      -  Myślę,  że  wszyscy  mieliśmy  podobne  ambicje  lub  przynajmniej  podobne  myśli. 
W każdym razie ja miałem, choć dość wcześnie, wycofałem się z gry. Tak czy owak 
uważam,  że  warto  spróbować.  Jak  rozumiem,  pytasz  mnie,  czy  ci  pomogę. 
Odpowiedź brzmi: "Tak", choćby po to, żeby zrobić na złość reszcie. - Potem dodał: - 
A co z Florą? Myślisz, że stanie po naszej stronie?  
      - Bardzo wątpię - odparłem. - Przyłączyłaby się, gdybyśmy byli pewni swego. Ale 
jak tu można być czegoś pewnym w tej sytuacji?  
      - Czy w każdej innej - dorzucił.  
      -  Czy  w  każdej  innej  -  powtórzyłem,  jakbym  się  właśnie  takiej  odpowiedzi 
spodziewał.  
      Wolałem  nie  zwierzać  mu  się  z  utraty  pamięci.  Bałem  się  mu  zaufać.  Musiałem 
się dowiedzieć tylu rzeczy, a nie miałem od kogo! Rozmyślałem nad tym prowadząc 
samochód.  

background image

      - No to kiedy zaczynamy? - spytałem.  
      - Kiedy będziesz gotów.  
      Masz ci los! Co mam teraz z tym fantem zrobić?  
      - A może by tak od razu? - zaproponowałem.  
      Milczał.  Zapalił  papierosa,  pewno  dla  zyskania  na  czasie.  Poszedłem  w  jego 
ślady.  
      - Dobrze - powiedział w końcu. - Kiedy byłeś tam po raz ostatni?  
      - Tak cholernie dawno temu - odparłem - że nawet nie jestem pewien, czy trafię.  
      -  W  porządku,  wobec  tego  musimy  najpierw  odjechać,  zanim  będziemy  mogli 
wracać. Ile masz benzyny?  
      - Trzy czwarte baku.  
      - Na następnym rogu skręć w lewo i zobaczymy, co się stanie.  
      Skręciłem i po chwili wszystkie chodniki wzdłuż ulicy zaczęły się iskrzyć.  
      - Do diaska! - zaklął Random. - Nie robiłem tego od jakichś dwudziestu lat i teraz 
za szybko przypominam sobie różne rzeczy.  
      Jechaliśmy dalej, a ja się zastanawiałem, co się, u diabła, dzieje. Niebo stało się 
zielonkawe,  potem  poróżowiało.  Zagryzłem  usta  powstrzymując  się  od  zadawania 
pytań.  Przejechaliśmy  pod  mostem,  a  kiedy  wynurzyliśmy  się  po  drugiej  stronie, 
niebo miało znów normalny kolor, wszędzie wokół nas stały wielkie żółte wiatraki.  
      - Nie martw się - powiedział szybko Random, - Mogło być gorzej.  
      Zauważyłem,  że  ludzie,  których  mijaliśmy,  mieli  dziwne  stroje,  a  droga  była 
brukowana.  
      - Skręć w prawo.  
      Skręciłem.  Słońce  zakryły  purpurowe  chmury  i  zaczęło  padać.  Błyskawice 
przecinały  niebo,  a  nad  naszymi  głowami  przetaczał  się  głuchy  grzmot.  Moje 
wycieraczki  pracowały  pełną  parą,  lecz  niewiele  to  pomagało.  Zapaliłem  reflektory  i 
jeszcze bardziej zwolniłem.  
      Byłbym  przysiągł,  że  minąłem  jeźdźca  na  koniu  jadącego  w  przeciwną  stronę, 
ubranego  od  stóp  do  głów  na  szaro,  z  wysoko  podniesionym  kołnierzem  i  głową 
pochyloną przed deszczem.  
      Później chmury rozeszły się i jechaliśmy wzdłuż morza. Wysokie fale rozbijały się 
o  brzeg,  a  nisko  nad  nimi  krążyły  olbrzymie  mewy.  Deszcz  ustał,  wyłączyłem  więc 
światła i wycieraczki. Teraz nawierzchnia drogi była tłuczniowa, ale okolica wydawała 
mi się całkiem obca. W  lusterku wstecznym nie było ani śladu miasta, które właśnie 
minęliśmy.  Zacisnąłem  mocniej  ręce  na  kierownicy,  widząc  nagle  na  skraju  szosy 
szubienicę, z której zwisał szkielet szarpany przez wiatr.  
      Random  palił  papierosa  i  wyglądał  przez  okno,  a  tymczasem  droga  odeszła  od 
brzegu  morza  i  skręciła  w  bok,  pnąc  się  wokół  wzgórza.  Po  prawej  mieliśmy 
bezdrzewną równinę porosłą trawą, a po lewej piętrzył się rząd wzgórz. Niebo miało 
teraz  intensywny  ciemonofioletowy  kolor,  jak  woda  w  głębokim,  czystym,  krytym 
basenie. Nigdy dotąd czegoś podobnego nie widziałem.  
      Random  otworzył  okno,  żeby  wyrzucić  niedopałek,  i  wpuścił  podmuch  zimnego 
powietrza, który przyniósł ze sobą zapach morza, wilgotny i ostry.  
      -  Wszystkie  drogi  prowadzą  do  Amberu  -  stwierdził  sentymentalnie,  jakby 
wygłaszał starą prawdę.  
      Wtedy przypomniałem sobie, co powiedziała mi Flora poprzedniego dnia. I mimo 
obaw, aby nie wziął mnie za durnia lub nie posądził o zatajenie ważnych informacji, 
uznałem, że dla naszego wspólnego dobra muszę mu to powtórzyć.  
      -  Wiesz  -  zacząłem  ostrożnie  -  mam  wrażenie,  że  kiedy  zadzwoniłeś  wczoraj 
podczas  nieobecności  Flory,  ona  w  tym  czasie  starała  się  dotrzeć  do  Amberu,  lecz 
okazało się, że droga jest zablokowana.  

background image

      Roześmiał się na to.  
      -  Ta  kobieta  nie  ma  krzty  wyobraźni  -  odrzekł.  -  Oczywiście,  że  w  takiej  chwili 
droga będzie zablokowana. Z pewnością my też będziemy w końcu musieli iść pieszo 
i  wytężać  wszystkie  siły  i  całą  pomysłowość,  żeby  się  przedrzeć,  o  ile  nam  się  to  w 
ogóle  uda.  Czy  ona  myślała,  że  wróci  sobie  jak  księżniczka  po  dywanie  z  kwiatów? 
Głupia  baba.  Nie  zasługuje  na  to,  aby  żyć,  ale  nie  mnie  o  tym  decydować, 
przynajmniej na razie. Na skrzyżowaniu skręć w prawo - polecił nagle.  
      Co  się  działo?  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  Random  jest  w  jakiś  sposób 
odpowiedzialny  za  egzotyczne  zmiany  zachodzące  wokół  nas,  ale  nie  miałem 
pojęcia, jak on to robi ani dokąd nas prowadzi. Dużo dałbym za to, żeby zgłębić jego 
sekret,  a  nie  mogłem  go  przecież  zapytać  wprost,  bo  zdradziłbym  się  ze  swoją 
niewiedzą.  I  byłbym  wtedy  zdany  na  jego  łaskę.  Pozornie  siedział  całkiem 
bezczynnie,  palił  tylko  papierosa  i  patrzył  przez  okno,  lecz  gdy  pokonaliśmy 
niewielkie  wzniesienie,  znaleźliśmy  się  raptem  na  błękitnej  pustyni  pod  różowym 
słońcem  na  migotliwym  niebie.  W  lusterku  wstecznym  widać  było  za  nami  całe  mile 
tej pustyni ciągnącej się aż po horyzont. Niezła sztuczka, trzeba przyznać.  
      Naraz silnik zaharczał, uspokoił się i po chwili powtórzył swój występ. Kierownica 
zmieniła kształt w moich rękach. Stała się półokrągła, a siedzenie jakby odsunęło się 
do tyłu, samochód przywarł do ziemi, szyby okienne zrobiły się bardziej skośne.  
 
      Nic  nie  powiedziałem,  nawet  kiedy  rozpętała  się  wokół  nas  lawendowa  burza 
piaskowa. A kiedy opadła, zaparło mi dech.  
      Na  drodze  przed  nami  wyrósł  gigantyczny,  ciągnący  się  na  jakieś  pół  mili  korek 
samochodowy. Wszystkie auta stały nieruchomo i trąbiły.  
      - Zwolnij - powiedział Random. - To pierwsza przeszkoda.  
      Zwolniłem  i  w  tym  momencie  ogarnął  nas  następny  podmuch  burzy  piaskowej. 
Zanim zdążyłem zapalić światła, już było po wszystkim i ze zdumieniem zamrugałem 
parę razy oczami. Samochody zniknęły i ucichł ryk klaksonów. Ale droga iskrzyła się 
teraz  jak  przedtem  chodniki  i  słyszałem,  że  Random  przeklina  kogoś  lub  coś  pod 
nosem.  
      - Jestem pewien, że ominąłem tę pułapkę właśnie tak, Jak tego chciał ten, co nam 
ją zastawił - powiedział. - I wściekam się, że zrobiłem to, czego się spodziewał: rzecz 
oczywistą.  
      - Eryk? - spytałem.  
      - Zapewne. Jak myślisz, co powinniśmy teraz zrobić? Zatrzymać się i spróbować 
trudniejszej drogi czy jechać dalej i czekać na następną przeszkodę?  
      - Jedźmy dalej - zdecydowałem. - W końcu to była dopiero pierwsza.  
      - Dobrze - zgodził się, ale dodał: - Kto wie, jaka będzie ta druga?  
      Drugą była rzecz - nie wiem, jak inaczej to nazwać.  
      Rzecz,  która  wyglądała  jak  piec  hutniczy  z  ramionami,  przycupnięty  na  środku 
drogi, sięgający po auta i pożerający je.  
      Gwałtownie zahamowałem.  
      - Co robisz? - spytał Random. - Jedź dalej. Jak inaczej go wyminiesz?  
      - Trochę mną to wstrząsnęło - przyznałem, a on spojrzał na mnie dziwnie z ukosa, 
i znów owiała nas chmura piasku.  
      Zrozumiałem, że powiedziałem coś niewłaściwego.  
      Kiedy pył opadł, jechaliśmy znów po pustej drodze.  
      A w oddali widać było wieże.  
      -  Myślę,  że  go  załatwiłem  -  odezwał  się  Random.  -  Połączyłem  kilka  w  jedną  i 
chyba  na  tej  się  nas  nie  spodziewał.  W  końcu  nikt  nie  może  zagrodzić  wszystkich 
dróg do Amberu.  

background image

      -  To  prawda  -  przyznałem  z  nadzieją,  że  uda  mi  się  zatrzeć  złe  wrażenie 
wywołane moim nieświadomym faux pas.  
      Zerknąłem spod okna na Randoma. Drobny, niepozorny człowieczek, który mógł 
równie łatwo jak ja zginąć poprzedniego wieczoru. Na czym polegała jego moc? I co 
znaczyło  to  całe  gadanie  o  Cieniach?  Coś  mi  mówiło,  że  poruszam  się  wśród  nich 
nawet teraz. W jaki sposób? Działo się to za sprawą Randoma, a ponieważ nie było 
najwyraźniej związane z wysiłkiem fizycznym, gdyż jego ręce spoczywały bezczynnie 
na kolanach, doszedłem do wniosku, że robi to siłą umysłu. Ale jak?  
      Mówił  o  "dodawaniu"  i  "odejmowaniu",  jakby  świat,  w  którym  się  porusza,  był 
jednym  wielkim  równaniem.  Nagle  ogarnęła  mnie  dziwna  pewność,  że  dodaje  on  i 
odejmuje  różne  elementy  otaczającej  nas  rzeczywistości,  żeby  zbliżyć  się  do  tego 
osobliwego miejsca, zwanego Amberem, do którego się przedzierał.  
      Ja  też  kiedyś  to  umiałem.  I  w  przebłysku  olśnienia  zrozumiałem,  że  klucz  do 
wszystkiego  leży  w  przypomnieniu  sobie  Amberu.  Ale  nie  mogłem  sobie  nic 
przypomnieć.  
      Szosa  nagle  skręciła,  zostawiając  pustynię  z  tyłu  i  wjeżdżając  w  pola  porosłe 
wysoką,  niebieską,  ostrą  trawą.  Po  chwili  teren  stał  się  pagórkowaty,  a  u  stóp 
trzeciego  wzgórza  dobra  nawierzchnia  się  skończyła  i  wjechaliśmy  w  wąską  polną 
drogę. Była ubita i wiła się między coraz wyższymi wzgórzami, na których zaczęły się 
teraz  pojawiać  niskie  krzewy  i  podobne  do  bagnetów  osty.  Po  jakiejś  półgodzinie 
wzgórza  zostały  w  tyle  i  wjechaliśmy  w  las  rozłożystych  drzew  o  grubych  pniach  i 
romboidalnych  liściach  w  jesiennych  kolorach  purpury  i  żółci.  Zaczął  padać  drobny 
deszcz,  wśród  krzewów  przesuwały  się  cienie.  Nad  kobiercem mokrych  liści  unosiła 
się warstewka mgły. Gdzieś na prawo rozległ się skowyt.  
      Kierownica  zdążyła  już  trzy  razy  zmienić  kształt  w  moich  rękach,  na  ostatek 
przyjmując postać drewnianego ośmiokąta. Samochód miał teraz wysokie podwozie, 
a  na  masce  figurkę  w  kształcie  flaminga.  Powstrzymałem  się  od  wszelkich 
komentarzy,  dostosowując  się  do  zmian  położenia  siedzenia  i  coraz  to  nowych 
warunków  prowadzenia  pojazdu.  Znów  rozległ  się  skowyt.  Random  zerknął  na 
kierownicę,  potrząsnął  głową  i  nagle  drzewa  stały  się  o  wiele  wyższe,  oplecione 
pnączami  winorośli  i  błękitną  woalką  hiszpańskiego  mchu,  a  samochód  niemalże 
wrócił  do  normy.  Spojrzałem  na  wskaźnik  paliwa  i  zobaczyłem,  że  mamy  połowę 
baku.  
      - Posuwamy się do przodu - zauważył Random, a ja przytaknąłem.  
      Droga  raptownie  się  poszerzyła  i  zrobiła  asfaltowa.  Po  obu  stronach  stały  rowy 
pełne błotnistej wody. Pływały w nich liście, gałęzie i kolorowe piórka. Nagle zakręciło 
mi się w głowie i poczułem się jakby odurzony.  
      - Oddychaj wolno i głęboko - powiedział szybko Random, zanim zdążyłem się do 
tego  stanu  przyznać.  -  Jedziemy  na  skróty,  więc  atmosfera  i  grawitacja  będą  przez 
jakiś czas nieco inne. Mieliśmy do tej pory sporo szczęścia; chcę to wykorzystać i jak 
najszybciej dostać się jak najbliżej.  
      - Świetna myśl - pochwaliłem go.  
      - Może tak, a może nie - odparł - ale warto spróbo... Uważaj!  
      Wjechaliśmy  na  szczyt  wzgórza;  raptem  z  przeciwnej  strony  wyłoniła  się 
ciężarówka i toczyła prosto na nas. Skręciłem, aby ją wyminąć, ale i ona skręciła. W 
ostatniej chwili zdołałem zjechać z drogi na miękkie pobocze na lewo tuż przy skraju 
rowu. Ciężarówka po prawej zahamowała. Usiłowałem wrócić z pobocza z powrotem 
na szosę, lecz utknęliśmy w rozmokłej glinie.  
      Usłyszałem  trzask  drzwiczek  i  zobaczyłem,  że  kierowca  wyskakuje  z  kabiny  po 
prawej  stronie,  co  znaczyło,  że  to  jednak on jechał  zapewne  po  właściwym  pasie,  a 

background image

nie  my.  Byłem  pewien,  że  nigdzie  w  Stanach  nie  ma  ruchu  lewostronnego,  ale 
jednocześnie miałem przeczucie, że już dawno opuściliśmy Ziemię, którą znałem.  
      Ciężarówka  okazała  się  cysterną.  Dużymi,  czerwonymi  literami  miała  wypisane 
na  boku:  "ZUNOCO",  a  pod  spodem  slogan  reklamowy:  "Jesteśmy  wszędzie". 
Kierowca  obrzucił  mnie  wyzwiskami,  ledwo  wysiadłem  z  wozu,  żeby  go  przeprosić. 
Był równie wysoki jak ja, gruby jak beczka łoju i trzymał w ręku lewarek.  
      - Przecież mówię, że bardzo mi przykro - powtórzyłem. - Co jeszcze mam zrobić? 
Ostatecznie nic się nikomu nie stało.  
      -  Takich  pieprzonych  kierowców  nie  powinno  się  puszczać  na  szosę!  - 
wrzeszczał. - To śmierć w oczach!  
      Random wysiadł z samochodu i warknął:  
      - Zjeżdżaj pan! - W ręce miał rewolwer.  
      - Odłóż to - powiedziałem, ale odbezpieczył broń i wycelował.  
      Facet odwrócił się i zaczął biec, oczy miał rozszerzone z przerażenia i opadniętą 
szczękę.  Random  podniósł  rewolwer  i  wycelował  mu  w  plecy  -  zbiłem  mu  rękę  w 
chwili, gdy naciskał cyngiel.  
      Pocisk uderzył w bruk i odbił się rykoszetem.  
      Random odwrócił się do mnie z pobielałą twarzą.  
      - Ty cholerny głupcze! Mogłem trafić w cysternę!  
      - Mogłeś też trafić w człowieka, do którego mierzyłeś.  
      -  No  to  co?  Nigdy  więcej  się  tu  nie  znajdziemy,  w  każdym  razie  za  życia  tego 
pokolenia.  Ten  bydlak  miał  czelność  obrazić  księcia  Amberu!  Stanąłem  w  obronie 
twojego honoru!  
      -  Sam  potrafię  zadbać  o  swój  honor  -  powiedziałem  i  nagle  zawładnęło  mną 
poczucie  siły,  które  włożyło  mi  w  usta  słowa:  -  Decyzja,  czy  go  zabić,  należała  do 
mnie, nie do ciebie - co mówiąc poczułem autentyczną wściekłość.  
      Drzwi  szoferki  zatrzasnęły  się  i  ciężarówka  czym  prędzej  ruszyła,  a  Random 
skłonił przede mną głowę i rzekł:  
      -  Przepraszam,  bracie.  Nie  chciałem  wkraczać  w  twoje  prawa.  Poczułem  się 
urażony  słysząc,  jak  jeden  z  nich  mówi  do  ciebie  w  ten  sposób.  Wiem,  że 
powinienem poczekać, aż sam zrobisz, co uznasz za stosowne, albo przynajmniej cię 
spytać.  
      -  No  dobra -  powiedziałem -  postarajmy  się  jakoś  dostać  z powrotem  na  szosę  i 
ruszyć w drogę.  
      Tylne koła ugrzęzły w błocie aż po osie. Patrzyłem na nie, zastanawiając się, co 
zrobić z tym fantem, gdy Random zawołał:  
      - Podniosę przedni zderzak, a ty weź tylny i wyniesiemy wóz na szosę. Ale lepiej 
postawmy go tym razem na lewym pasie.  
      Wcale nie żartował.  
      Mówił coś przedtem o mniejszej sile przyciągania, ale ja nie czułem się znów aż 
taki lekki. Wiedziałem, że jestem silny, lecz miałem niejakie wątpliwości, czy będę w 
stanie udźwignąć mercedesa.  
      Musiałem jednak spróbować, bo Random najwyraźniej tego po mnie oczekiwał, a 
nie mogłem dać mu okazji do podejrzeń, że mam luki w pamięci. Przykucnąłem więc, 
zaparłem  się,  chwyciłem  zderzaki  i  zacząłem  powoli  się  prostować.  Tylne  koła  z 
klaśnięciem  wydobyły  się  z  mokrej  gliny.  Trzymałem  tył  samochodu  pół  metra  nad 
ziemią. Był ciężki - do diaska! był porządnie ciężki - lecz dałem mu radę!  
      Przy każdym kroku zapadałem się głęboko w ziemię. Ale go niosłem! A Random 
pomagał  mi  z  drugiego  końca.  Postawiliśmy  samochód  na  szosie.  Zdjąłem  buty, 
opróżniłem  je  z błota  i  wyczyściłem  kępkami trawy,  wykręciłem  skarpetki,  wrzuciłem 

background image

je  wraz  z  butami  na  tylne  siedzenie,  otrzepałem  nogawki  i  usiadłem  boso  za 
kierownicą.  
      Random zajął miejsce przy mnie i rzekł:  
      - Posłuchaj, chciałem cię raz jeszcze przeprosić...  
      - Nie mówmy już o tym - uciąłem. - Było, minęło.  
      - Ale nie chciałbym, żebyś żywił do mnie urazę.  
      -  Nie  mam  zamiaru.  Proszę  cię  tylko,  żebyś  na  przyszłość  trzymał  na  wodzy 
swoją popędliwość, jeśli chodzi o odbieranie ludziom życia w mojej obecności.  
      - Dobrze - obiecał.  
      - No to w drogę - powiedziałem i ruszyliśmy.  
      Jechaliśmy  przez  skalisty  kanion,  a  potem  przez  miasto,  które  wyglądało,  jakby 
było zrobione całe ze szkła albo szkłopodobnej materii, przez jego mieszkańców zaś 
przeświecało  różowe  słońce,  ukazując  ich  organy  wewnętrzne  i  resztki  ostatniego 
spożytego  posiłku.  Przyglądali  się  nam  i  gromadzili  na  rogach  ulic,  ale  nikt  nie 
próbował nas zatrzymać ani nam przeszkodzić.  
      -  Tutejsi  naukowcy  będą  z  pewnością  opisywać  to  wydarzenie  przez  wiele  lat  - 
powiedział mój brat.  
      Przytaknąłem.  
      Później w ogóle nie było drogi i jechaliśmy po czymś w rodzaju gładkiego silikonu 
bez początku i końca. Po jakimś czasie zwęził się i stał naszą drogą, a jeszcze potem 
po obu stronach rozlały się moczary, zarosło, brunatne i cuchnące. I przysiągłbym, że 
widziałem  diplodoka,  który  podniósł  głowę  i  uważnie  nam  się  przyglądał.  Potem 
przeleciał nam nad głowami olbrzymi cien o skrzydłach nietoperza. Niebo było teraz 
granatowe, a słońce koloru złotej ochry.  
      - Mamy już mniej niż jedną czwartą baku - zauważyłem.  
      - Dobra - powiedział Random. - Zatrzymaj się.  
      Stanąłem i czekałem.  
      Przez dłuższy czas - około sześciu minut - milczał, a potem powiedział.  
      - Jedź dalej.  
      Po  jakichś  trzech  milach  dojechaliśmy  do  ogrodzenia  z  bali,  wzdłuż  którego 
ruszyłem. Wreszcie trafiliśmy na bramę i Random rzekł;  
      - Stań i zatrąb.  
      Po chwili wielkie żelazne zawiasy zaskrzypiały i drewniane wrota otworzyły się do 
środka.  
      - Możesz wjechać - powiedział Random. - Nic nam nie grozi.  
      Na  lewo  stały  trzy  kopulaste  pompy  benzynowe,  a  za  nimi  mały  budyneczek  z 
rodzaju  tych,  które  widywałem  niezliczoną  ilość  razy  w  bardziej  przyziemnych 
okolicznościach. Zatrzymałem się przy jednym z dystrybutorów i czekałem.  
      Facet, który do nas wyszedł, miał jakieś półtora metra wzrostu, talię jak beka, nos 
przypominający truskawka i bary szerokie na metr.  
      - Do pełna? - spytał.  
      Skinąłem głową.  
      - Niech pan podjedzie trochę bliżej - zarządził.  
      Podjechałem i spytałem Randoma:  
      - Czy moje pieniądze są tutaj ważne?  
      - Obejrzyj je sobie - zaproponował.  
      Mój  portfel  był  wypchany  plikiem  pomarańczowych  i  żółtych  banknotów  z 
rzymskimi cyframi w rogach, po których następowały litery D.R. Random uśmiechnął 
się zadowolony z siebie.  
      - Widzisz, zadbałem o wszystko.  
      - Wspaniale. A propos, jestem głodny.  

background image

      Rozejrzeliśmy  się  wokół  i  zobaczyliśmy  tablicę  z  facetem  znanym  mi  skądinąd  z 
reklamy kurczaków z rożna, a tu polecającym pobliską knajpę.  
      Truskawkowy  Nos  strzepnął  resztę  benzyny  na  ziemię  dla  równego  rachunku, 
odwiesił węża, podszedł i powiedział:  
      - Osiem Drachae Regums.  
      Znalazłem pomarańczowy banknot oznaczony V D.R. i trzy inne oznaczone I D.R. 
i podałem mu.  
      - Dziękuję - rzekł i wsadził je do kieszeni. - Sprawdzić olej i wodę?  
      - Tak.  
      Dolał trochę wody, powiedział, że poziom oleju jest w porządku, i maznął brudną 
ścierką przednią szybę. Potem nam pomachał i zniknął w budyneczku.  
      Podjechaliśmy do reklamowanej knajpy i kupiliśmy kilkanaście porcji jaszczurki z 
rożna  i  galon  słabego,  słonawego  w  smaku  piwa.  Potem  umyliśmy  się  w 
przybudówce,  zatrąbiliśmy  przed  bramą  i  poczekaliśmy  cierpliwie,  aż  przyszedł 
człowiek  z  halabardą  przewieszoną  przez  prawe  ramię  i  nas  wypuścił.  Znów 
ruszyliśmy w drogę.  
      W  pewnej  chwili  wyskoczył  nam  przed  maskę  tyranosaurus,  zawahał  się  przez 
moment i ruszył swoją drogą, na lewo. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne trzy 
pterodaktyle.  
      -  Niechętnie  porzucani  niebo  Amberu  -  powiedział  Random,  cokolwiek  to  miało 
znaczyć, a ja mruknąłem coś potwierdzająco w odpowiedzi. - Ale boję się próbować 
wszystkiego naraz - ciągnął. - Moglibyśmy zostać rozerwani na strzępy.  
      - Zgoda - przyznałem.  
      - Z drugiej strony, nie podoba mi się to miejsce.  
      Kiwnąłem  głową  i  jechaliśmy  dalej,  aż  silikonowa  równina  się  skończyła  i 
rozciągnął się przed nami goły kamień.  
      - Co zamierzasz dalej? - zaryzykowałem.  
      - Teraz, kiedy mam już niebo, nastawię się na teren - powiedział.  
      Kamienna  pustynia  zaroiła  się  skałami,  między  którymi  prześwitywała  ciemna 
ziemia. W miarę upływu czasu ziemi było coraz więcej, a skał coraz mniej. W końcu 
zobaczyłem plamy zieleni. Najpierw tu i ówdzie kępki traw. Ale była to bardzo, bardzo 
jasna zieleń, koloru nie spotykanego na Ziemi.  
      Wkrótce było jej więcej.  
      Później pokazały się drzewa, rosnące gdzieniegdzie przy drodze.  
      I wreszcie las.  
      Ale jaki!  
      Nigdy  nie  widziałem  takich  drzew  -  potężnych  i  majestatycznych,  o  głębokiej, 
soczystej zieleni ze złotym połyskiem. Pięły się ku niebu, wznosiły do chmur. Były tu 
wielkie sosny, dęby, klony i wiele innych, których nazw nie znałem. Kiedy opuściłem 
trochę  szybę,  owionął  mnie  podmuch  wspaniałego,  wonnego  powietrza. 
Odetchnąłem parę razy głęboko i postanowiłem jechać dalej przy otwartym oknie.  
      -  Las  Ardeński  -  powiedział  człowiek,  który  był  moim  bratem  i  którego  zarówno 
kochałem, jak i zazdrościłem mu jego wiedzy i mądrości.  
      -  Bracie  -  zwróciłem  się  do  niego  -  spisujesz  się  świetnie.  Lepiej,  niż  się 
spodziewałem. Dziękuję.  
      Był najwyraźniej zdumiony. Jakby po raz pierwszy usłyszał dobre słowo od kogoś 
z rodziny.  
      -  Staram  się,  jak  mogę  -  powiedział.  -  I  dalej  będę  się  starał,  obiecuję.  Spójrz 
tylko! Mamy już niebo i mamy las! Aż za dobre, żeby było prawdziwe! Minęliśmy już 
połowę drogi i nic się nam na razie specjalnego nie dało we znaki. Myślę, że mamy 
dużo szczęścia. Czy dasz mi własne księstwo?  

background image

      -  Tak  -  odparłem,  nie  wiedząc,  o  co  mu  chodzi,  ale  gotów  zaspokoić  jego 
zachciankę jeśli będzie to leżało w granicach moich możliwości.  
      Skinął głową i rzekł:  
      - Jesteś w porządku.  
      Krwiożerczy mały gnojek, który zawsze, jak pamiętałem, miał duszę buntownika. 
Rodzice  starali  się  go  jakoś  utemperować,  ale  bez  większych  rezultatów.  Zdałem 
sobie w tym momencie sprawę, że mieliśmy wspólnych rodziców, w przeciwieństwie 
do mnie i Eryka, do mnie i Flory, Caina, Bleysa i Fiony. I może jeszcze innych, ale co 
do tych byłem pewien.  
      Jechaliśmy  po  twardej,  ubitej  drodze  leśnej  pośród  nawy  ogromnych  drzew. 
Ciągnęły się bez końca. Czułem się tu bezpiecznie. Raz i drugi spłoszyliśmy jelenia i 
wystraszyli  zająca  przy  drodze.  Gdzieniegdzie  widać  było  odciski  końskich  kopyt. 
Promienie  słońca  przeświecały  tu  i  ówdzie  przez  liście,  przypominając  napięte  złote 
struny  jakiegoś  hinduskiego  instrumentu  muzycznego.  Powietrze  było  wilgotne  i 
ożywcze.  Zaświtała  mi  myśl,  że  znam  to  miejsce,  że  w  przeszłości  często 
przebywałem  tę  drogę.  Jeździłem  po  Lesie  Ardeńskim  na  koniu,  chodziłem  pieszo, 
polowałem,  leżałem  na  plecach  pod  tymi  potężnymi  konarami,  z  rękami  pod  głową, 
wpatrując się w niebo. Wspinałem się na niektóre z tych gigantów, patrząc z góry na 
ruchomy, zielony świat.  
      - Kocham ten las - powiedziałem bezwiednie na głos, a Random odpowiedział:  
      -  Zawsze  go  kochałeś.  -  W  jego  głosie  kryła  się  jakby  nuta  rozbawienia,  ale  nie 
byłem pewien.  
      Wtem  z  oddali  usłyszałem  dźwięk,  który  instynktownie  rozpoznałem  jako  głos 
rogu.  
      - Jedź szybciej - rzekł nagle Random. - To chyba róg Juliana.  
      Posłuchałem go.  
      Róg  zabrzmiał  znowu,  tym  razem  bliżej. -  Te  jego  cholerne  psy  rozszarpią  nasz 
samochód  na  strzępy,  a  ptaszysko  wydziobie  nam  oczy!  -  powiedział  Random.  - 
Wolałbym  nie  spotykać  się  z  nim  akurat  w  chwili,  kiedy  jest  w  pełnej  gotowości 
bojowej.  Nie  wiem,  na  co  poluje,  ale  z  pewnością  chętnie  porzuci  tę  zwierzynę  dla 
łupu w postaci dwóch swoich braci.  
      - Żyj i daj żyć innym, oto moja najnowsza dewiza - oznajmiłem.  
      Random zachichotał.  
      - Co za osobliwy pomysł. Założę się, że przetrwa nie dłużej niż pięć minut.  
      Róg odezwał się ponownie, jeszcze bliżej, i Random zaklął:  
      - Niech to diabli!  
      Szybkościomierz  wskazywał  siedemdziesiąt  pięć  mil  na  godzinę,  w  dziwnych, 
runicznych  cyfrach,  i  bałem  się  jechać  szybciej  na  tej  leśnej  drodze. Znów  wyraźnie 
usłyszeliśmy  róg  z  lewej  strony,  trzy  długie  sygnały,  którym  towarzyszyło  ujadanie 
psów.  
      -  Jesteśmy  bardzo  blisko  prawdziwej  Ziemi,  chociaż  wciąż  daleko  od  Amberu  - 
powiedział mój brat. - Ucieczka przez sąsiednie Cienie na nic się nie zda, bo jeśli to 
Julian nas goni, podaży za nami. Albo jego Cień.  
      - Co robimy?  
      - Dodaj gazu i miejmy nadzieję, że nie nas ściga.  
      Tym razem róg zabrzmiał tuż-tuż.  
      - Na czym on tak pędzi, na lokomotywie? - spytałem.  
      - Raczej na swoim potężnym Morgenstemie, najszybszym koniu, jakiego stworzył.  
      Obracałem  to  ostatnie  słowo  w myślach, starając  się  je  rozszyfrować.  Jakiś  głos 
wewnętrzny mówił mi, że to prawda, że rzeczywiście stworzył Morgensterna, czerpiąc 
z Cieni, wyposażając bestię w prędkość huraganu i siłę kafara.  

background image

      Przypomniałem sobie, że mam swoje powody bać się tego zwierza - i właśnie w 
tym momencie go zobaczyłem.  
      Morgenstem  był  o  sześć  piędzi  wyższy  od  każdego  innego  konia,  miał  oczy 
martwego  koloru,  jak  wyżeł  weimarski,  szarą  maść  i  kopyta  z  polerowanej  stali. 
Pędził  jak  wiatr  za  naszym  samochodem,  a  w  siodle  siedział  Julian,  taki,  jakim  go 
pamiętałem z talii kart - miał długie czarne włosy, błękitne oczy i łuskową białą zbroję. 
Uśmiechnął  się  do  nas  i  pomachał,  a  Morgenstem  podrzucił  w  górę  łeb  i  jego 
wspaniała grzywa zafalowała na wietrze jak flaga. Nogi śmigały mu jak błyskawice.  
      Przypomniało  mi  się,  że  Julian  ubrał  kiedyś  swojego  pachołka  w  moje  ubranie  i 
kazał  mu  dręczyć  to  zwierzę.  Oto  dlaczego  Morgenstem  próbował  mnie  stratować 
podczas pewnego polowania, kiedy zsiadłem z konia, żeby oprawić jelenia.  
      Zamknąłem okno, aby zapach nie zdradził mojej obecności. Ale Julian wypatrzył 
mnie już i wiedziałem, co to znaczy. Wokół niego biegła sfora krwiożerczych ogarów 
o  niezwykłej  wytrzymałości  i  zębach  jak  stal.  One  też  pochodziły  z  Cieni,  bo  żaden 
normalny pies nie mógłby tak biec. Ale wiedziałem, że słowo "normalny" tak czy owak 
nie ma tu zastosowania.  
      Julian dał mi znak, żebyśmy się zatrzymali. Spojrzałem pytająco na Randoma, a 
on kiwnął głową.  
      - Jeśli go nie posłuchamy, to nas stratuje.  
      Nacisnąłem hamulce, zwolniłem, stanąłem.  
      Morgenstem  zarżał,  stanął  dęba,  zarył  wszystkimi  czterema  kopytami  w  ziemię  i 
zaczął  tańczyć  w  miejscu.  Psy  dreptały  wokół  z  wywieszonymi  językami,  ciężko 
dysząc. Koń był pokryty lśniącą warstwą potu. Spuściłem okno.  
      - Co za niespodzianka! - powitał nas Julian swoim rozwlekłym, lekko zacinającym 
się głosem, a gdy to mówił, wielki sokół o czamo-zielonkawym upierzeniu zatoczył w 
powietrzu koło i usiadł mu na lewym ramieniu.  
      - Tak, rzeczywiście niespodzianka - przyznałem. - Jakże się miewasz?  
      - Doskonale, jak zawsze. A ty i nasz drogi brat Random?  
      - Jestem w dobrej formie - powiedziałem, a Random skinął mu głową i zauważył:  
      -  Sądziłem,  że  w  dzisiejszych  czasach  znajdziesz  sobie  inną  rozrywkę  niż 
polowanie.  
      Julian pochylił się i spojrzał na niego drwiąco przez przednią szybę.  
      - Lubię zabijać dzikie bestie - powiedział - a przy tym dzień i noc myślę o swoich 
krewnych.  
      Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.  
      -  Przerwałem  polowanie  słysząc  w  oddali  warkot  samochodu  -  ciągnął.  -  Nie 
sądziłem  jednak,  że  jadą  nim  takie  dwie  osobistości.  Przypuszczam,  że  nie 
wybraliście się na przejażdżkę dla czystej przyjemności, lecz macie przed sobą jakiś 
cel, na przykład Amber. Zgadza się?  
      - Zgadza - przyznałem. - Mogę spytać, dlaczego jesteś tutaj, a nie tam?  
      -  Eryk  kazał  mi  pilnować  tej  drogi  -  odparł,  a  moja  ręka  automatycznie 
powędrowała do pistoletu zatkniętego za pasek. Miałem jednak wrażenie, że kula nie 
przebije jego zbroi. Rozważałem, czyby nie zastrzelić Morgensterna.  
      -  Cóż,  bracia  -  rzekł  Julian  z  uśmiechem -  witam  was  i  życzę  dobrej  podróży.  Z 
pewnością  zobaczymy  się  wkrótce  w  Amberze.  Do  widzenia.  -  Zawrócił  konia  i 
zniknął w lesie.  
      -  Uciekajmy  stąd  czym  prędzej  -  powiedział  Random.  -  Na  pewno  planuje 
zasadzkę albo pogoń. - Co mówiąc wyciągnął pistolet zza pasa i położył na kolanach.  
      Prułem przed siebie z całkiem przyzwoitą prędkością.  
      Po  jakichś  pięciu  minutach,  kiedy  już  byłem  gotów  odetchnąć,  usłyszałem  róg. 
Nacisnąłem pedał gazu, wiedząc, że Julian i tak nas dogoni, ale chciałem zyskać na 

background image

czasie i odjechać jak najdalej. ścinaliśmy zakręty, pokonywaliśmy z rykiem wzgórza i 
doliny,  w  pewnej  chwili  omal  nie  potrąciliśmy  jelenia,  ale  szczęśliwie  udało  nam  się 
go wyminąć nie wytracając prędkości.  
      Róg brzmiał coraz bliżej i Random klął pod nosem.  
      Coś  mi  mówiło,  że  mamy  przed  sobą  jeszcze  długą  drogę  przez  las,  i  nie 
dodawało mi to ducha.  
      Trafił  nam  się  jeden  długi,  prosty  odcinek,  kiedy  mogłem  przycisnąć  pedał  do 
deski i trzymać przez prawie minutę. Dźwięk rogu Juliana nieco się oddalił. Ale polem 
wjechaliśmy  w  teren,  gdzie  droga  wiła  się  i  kręciła,  i  musiałem  zwolnić.  Julian  znów 
zaczął nas doganiać.  
      Po jakichś sześciu minutach pokazał się we wstecznym lusterku, pędząc galopem 
w otoczeniu zażartej, ujadającej sfory. Random otworzył okno, a po chwili wychylił się 
i zaczął strzelać.  
      -  Niech  diabli  porwą  tę  jego  zbroję!  -  zaklął.  -  Jestem  pewien,  że  trafiłem  go 
dwukrotnie i nic mu się nie stało.  
      - Niechętnie myślę o zabiciu tej bestii - powiedziałem - ale spróbuj wycelować w 
konia.  
      - Już próbowałem, nawet kilkakrotnie - odparł, rzucając pusty pistolet na podłogę i 
wyjmując  drugi -  i  albo  jestem  gorszym  strzelcem,  niż  sądziłem,  albo  to  prawda,  co 
wieść niesie: że Morgenstena można zabić tylko srebrną kulą.  
      Pozostałymi nabojami położył sześć psów, ale jeszcze zostało ich ze dwa tuziny. 
Podałem mu jeden z moich pistoletów i załatwił dalszych pięć bestii.  
      - Ostatni nabój zostawiłem na głowę Juliana, jeśli podjedzie dostatecznie blisko - 
rzekł.  
      Byli  już  kilkanaście  metrów  za  nami  i  szybko  się  zbliżali,  nacisnąłem  wiec 
hamulce. Nie wszystkie psy zdążyły się zatrzymać, ale Julian nagle zniknął, tylko nad 
głowami przeleciał nam czarny cień.  
      Morgenstern  przeskoczył  samochód!  Odwrócił  się  w  miejscu  i  w  chwili,  gdy  koń 
wraz z jeźdźcem stanęli przed nami, nacisnąłem gaz zrywając wóz do przodu.  
      Morgenstern błyskawicznie uskoczył na bok. W lusterku zobaczyłem, że dwa psy 
porzucają  błotnik,  który  oderwały,  i  ruszają  w  dalszą  pogoń.  Przyłączyło  się  do  nich 
jeszcze piętnaście czy szesnaście sztuk, reszta leżała na drodze.  
      -  Niezły  numer  -  powiedział  Random  -  ale  miałeś  szczęście,  że  nie  rozszarpały 
opon. Pewno nigdy dotąd nie polowały na samochód.  
      Podałem mu mój drugi pistolet z poleceniem:  
      - Celuj w psy.  
      Strzelając  dokładnie  i  precyzyjnie  położył  jeszcze  sześć.  Julian  był  już  przy 
samochodzie, w prawej ręce trzymał miecz.  
      Nacisnąłem klakson, żeby spłoszyć Morgensterna, lecz ten ani drgnął. Skręciłem 
prosto na nich, a wtedy koń się usunął. Random pochylił się w siedzeniu, złożony do 
strzału, oparłszy prawą rękę z pistoletem o lewe przedramię.  
      - Poczekaj - powiedziałem. - Spróbuję wziąć go żywcem.  
      - Oszalałeś - zaprotestował, kiedy hamowałem. Ale opuścił broń.  
      -  W  chwili  gdy  stanęliśmy,  otworzyłem  błyskawicznie  drzwi  i  wyskoczyłem  - 
zapomniałem, że wciąż jestem na bosaka, niech to diabli!  
      Dałem  nura  pod  jego  mieczem,  chwyciłem  go  za  rękę  i  wysadziłem  z  siodła. 
Zdążył uderzyć mnie tylko raz swoją opancerzoną lewą ręką, ale poczułem potworny 
ból i zobaczyłem wszystkie gwiazdy.  
      Leżał bez ruchu na ziemi, nieco zamroczony, a ja opędzałem się od szarpiących 
mnie  psów,  które  Random  na  prawo  i  lewo  raczył  kopniakami.  Podniosłem  miecz 
Juliana i przytknąłem mu szpic do gardła.  

background image

      - Każ im się uspokoić! - zażądałem. - Albo przyszpilę cię do ziemi.  
      Wychrypiał  rozkaz  i  psy  się  cofnęły.  Random  tymczasem  trzymał  za  cugle 
niespokojnego Morgensterna.  
      No wiec, drogi bracie, co masz do powiedzenia na - swoją obronę? - spytałem.  
      W jego oczach pojawił się zimny niebieski błysk, ale twarz pozostała nieruchoma.  
      - Jeśli masz zamiar mnie zabić, to na co czekasz - powiedział.  
      -  Wszystko  w  swoim  czasie  -  odparłem,  nie  bez  przyjemności  patrząc  na  jego 
nieskazitelną  zbroję,  teraz  utytłaną  w  błocie.  -  A  na  razie  powiedz  mi,  ile  jest  dla 
ciebie warte twoje życie?  
      - Wszystko co mam, oczywiście.  
      Cofnąłem się.  
      -  Wstawaj  i  siadaj  na  tylne  siedzenie  samochodu  -  zarządziłem,  zabierając  mu 
jednocześnie  sztylet.  Random  zajął  swoje  poprzednie  miejsce  i  trzymał  pistolet  z 
ostatnim nabojem wymierzonym w głowę Juliana.  
      - Dlaczego go po prostu nie zabijesz? - spytał.  
      -  Może  nam  się  przydać  -  wyjaśniłem.  -  Jest  parę  rzeczy,  których  chciałbym  się 
dowiedzieć. A przed nami jeszcze długa droga.  
      Ruszyłem.  Psy  wciąż  krążyły  w  pobliżu,  a  i  Morgenstern  pocwałował  za 
samochodem.  
      -  Obawiam  się,  że  niezbyt  wam  się  przydam  jako  jeniec  -  odezwał  się  Julian.  - 
Nawet na torturach mogę zdradzić tylko to, co wiem, a wiem niewiele.  
      - To może od tego zacznijmy - zaproponowałem.  
      - Eryk ma obecnie najsilniejszą pozycję jako ten, który był na miejscu w Amberze, 
gdy wszystko się rozpadło. W każdym razie ja tak to widzę, dlatego ofiarowałem mu 
swoje poparcie. Gdyby to był któryś z was, pewno zrobiłbym to samo. Eryk wyznaczył 
mi straż w Ardenie, gdyż tędy wiedzie jedna z głównych tras, Gerard ma pod kontrolą 
południowe szlaki morskie, a Caine północne.  
      - Co z Benedyktem? - spytał Random.  
      -  Nie  wiem.  Nic  o  nim  nie  słyszałem.  Może  jest  z  Bleysem.  Może  przebywa  w 
którymś z Cieni i w ogóle jeszcze o niczym nie słyszał. A może nawet nie żyje. Już od 
lat nic o nim nie wiadomo.  
      - Ilu masz ludzi w Ardenie? - ciągnął Random.  
      - Ponad tysiąc. Niektórzy z nich pewno cały czas was obserwują.  
      -  I  jeśli  wolisz  zostać  przy  życiu,  lepiej,  żeby  się  do  tego  ograniczyli  -  stwierdził 
Random.  
      -  Niewątpliwie  masz  rację  -  odparł  Julian.  -  Muszę  przyznać,  że  Corwin  postąpił 
sprytnie  biorąc  mnie  jako  zakładnika.  Może  dzięki  temu  uda  się  wam  wydostać  z 
lasu.  
      - Mówisz tak, bo chcesz żyć - odparował Random.  
      - Oczywiście, że chcę żyć. Mogę?  
      - Jak to?  
      - W zamian za informacje, których wam dostarczyłem.  
      Random roześmiał się.  
      -  Twoje  informacje  są  niewiele  warte,  jestem  pewien,  że  można  by  wydrzeć  z 
ciebie  znacznie  więcej.  Przekonamy  się,  jak  tylko  nadarzy  się  okazja,  żeby  stanąć, 
co, Corwin?  
      - Zobaczymy - powiedziałem, - Gdzie jest Fiona?  
      - Chyba gdzieś na południu - odparł Julian.  
      - A Deirdre?  
      - Nie wiem.  
      - Llewella?  

background image

      - W Rebmie.  
      - W porządku. Mam wrażenie, że powiedziałeś mi wszystko, co wiesz.  
      - Owszem.  
      Jechaliśmy  dalej  w  milczeniu  i  w  końcu  las  zaczął  się  przerzedzać.  Dawno  już 
straciłem  z  oczu  Morgensterna,  choć  krążył  jeszcze  nad  nami  sokół  Juliana.  Droga 
wiodła  teraz  do  góry  ku  przełęczy  pomiędzy  dwoma  purpurowymi  szczytami. 
Mieliśmy  już  zaledwie  ćwierć  baku  benzyny.  Po  godzinie  przejeżdżaliśmy  między 
wysokimi skalnymi grzbietami.  
      - To idealne miejsce na zablokowanie drogi - powiedział Random.  
      - Zupełnie możliwe - zgodziłem się. - Co na to powiesz, Julianie?  
      Julian westchnął.  
      - Macie rację - przyznał. - Zaraz będzie zapora. Wiecie, jak się przedostać.  
      Wiedzieliśmy. Kiedy podjechaliśmy do bramy i wyszedł do nas strażnik w zielono-
brązowym  skórzanym  stroju  i  z  odsłoniętym mieczem,  wskazałem  kciukiem  na  tylne 
siedzenie i spytałem:  
      - Czy coś ci to mówi?  
      Poznał nie tylko Juliana, ale i nas. Czym prędzej podniósł szlaban i zasalutował, 
kiedy przejeżdżaliśmy.  
      Czekały  nas  jeszcze  dwie  zapory,  zanim  minęliśmy  przełęcz;  po  drodze 
zgubiliśmy  sokoła.  Byliśmy  teraz  na  wysokości  kilkuset  metrów  -  zatrzymałem 
samochód  na  wąskim  odcinku  biegnącym  po  gołej  półce  skalnej.  Na  prawo  nie  było 
nic tylko ziejąca przepaść.  
      - Wysiadaj - powiedziałem. - Czeka cię mały spacer.  
      Julian zbladł.  
      - Nie mam zamiaru się przed tobą płaszczyć - rzekł. - Nie sądź, że będę cię błagał 
o litość. - I wysiadł.  
      -  Szkoda  -  stwierdziłem.  -  Dawno  nikt  się  przede  mną  nie  płaszczył...  A  teraz 
podejdź  do  krawędzi.  Jeszcze trochę  bliżej. -  Random  cały  czas  trzymał  mu pistolet 
przy  głowie.  -  Niedawno  oświadczyłeś,  że  stanąłbyś  po  stronie  każdego,  kto  miałby 
taką pozycję jak Eryk.  
      - To prawda.  
      - Spójrz pod nogi.  
      Posłuchał. Oko nie sięgało dna.  
      -  Zapamiętaj  swoje  słowa  w  razie,  gdyby sytuacja  się  zmieniła.  I  zapamiętaj,  kto 
darował ci życie, choć może nie każdy by tak postąpił. Chodź, Random, jedziemy.  
      Zostawiliśmy go nad przepaścią; stał ze ściągniętymi brwiami, ciężko dysząc.  
      Wjechaliśmy  na  szczyt  na  resztkach  benzyny.  Włączyłem  jałowy  bieg,  zgasiłem 
silnik i puściłem się w długą drogę w dół.  
      -  Jak  widzę, nie  straciłeś nic  z  dawnej  przebiegłości -  odezwał  się  Random. -  Ja 
bym  go  na  pewno  zabił  za  karę.  Ale  myślę,  że  postąpiłeś  słusznie.  Zapewne  nas 
poprze,  jeśli  uda  nam  się  uzyskać  przewagę  nad  Erykiem.  Tymczasem  jednak 
oczywiście o wszystkim mu zamelduje.  
      - Oczywiście - przyznałem mu rację.  
      - Poza tym miałeś własne powody, żeby go uśmiercić.  
      Uśmiechnąłem się.  
      - W polityce i w interesach nie należy kierować się emocjami.  
      Random zapalił dwa papierosy i jednego mi podał.  
      Patrząc  w  dół  przez  mgłę  ujrzałem  morze.  Jego  wody  pod  granatowym  niebem, 
na  którym  wisiało  złote  słońce,  były  tak  intensywnej  barwy  -  fioletowopurpurowe, 
gęste jak farba i pofałdowane niczym kawałek materiału - że od tego widoku niemal 
rozbolały  mnie  oczy.  Nagle  złapałem  się  na  tym,  że  mówię  coś  na  głos  w  języku, 

background image

który  nawet  nie  wiedziałem,  że  znam.  Recytowałem  "Balladę  o  wilku  morskim",  a 
Random słuchał, dopóki nie skończyłem, i spytał:  
      - Czy to prawda, że sam ją napisałeś?  
      - To było tak dawno - powiedziałem - że już nie pamiętam.  
      Grań skręciła w lewo i jadąc jej zboczem w dół ku zadrzewionej dolinie mieliśmy 
coraz większy obszar morza przed oczami.  
      -  Spójrz,  latarnia  morska  w  Cabrze  -  powiedział  Random,  pokazując  ogromną 
szarą wieżę wyrastającą pośród morza. - Całkiem o niej zapomniałem.  
      - Ja też - przyznałem. - To bardzo dziwne uczucie, wracać do domu - dodałem i 
zdałem  sobie  naraz  sprawę,  że  nie  mówimy  po  angielsku,  lecz  w  języku  zwanym 
thari.  
      Po jakiejś półgodzinie byliśmy na dole. Jechałem siła rozpędu, jak długo mogłem, 
a  potem  włączyłem  silnik.  Na  jego  dźwięk  z  pobliskiego  krzaka  zerwało  się  stadko 
czarnych ptaków. Szary cień, podobny do wilka, wypadł z kryjówki i pomknął w stronę 
zarośli,  jeleń  zaś,  którego  podchodził,  dotąd  niewidoczny,  umykał  teraz  wielkimi 
susami.  Byliśmy  w  dolinie  obfitości  -  choć  nie  tak  gęsto  i  bujnie  zalesionej  jak  Las 
Ardeński - która łagodnie opadała w stronę morza.  
      Na  lewo  piętrzyły  się  góry.  Im  dalej  zapuszczaliśmy  się  w  dolinę,  tym  wyraźniej 
widać  było  ogrom  masywu  skalnego,  z  którego  pomniejszego  szczytu  zjechaliśmy. 
Góry  potężniały  w  swoim  marszu  ku  morzu,  przywdziewając  barwny  płaszcz 
mieniący  się  zielenią,  fioletem,  purpurą,  złotem  i  indygo.  Ich  czoło  zwrócone  ku 
morzu pozostawało dla nas niewidoczne, ale z najwyższego, ostatniego wierzchołka 
spływał  leciutki  welon  z  przejrzystych  chmur,  a  promienie  słońca  rozjarzały  jego 
czubek żywym ogniem. Oceniłem, że dzieli nas jeszcze jakieś trzydzieści pięć mil od 
tego pulsującego światłem miejsca, a wskaźnik paliwa stał na zerze. Wiedziałem, że 
celem  naszej  podróży  jest  ten  najwyższy  szczyt,  i  zaczęło  mnie  ogarniać  coraz 
większe podniecenie. Random patrzył w tym samym kierunku.  
      - Jest wciąż na swoim miejscu - odezwałem się.  
      - Już prawie zapomniałem... - westchnął Random.  
      Zmieniając  biegi  zauważyłem,  że  moje  spodnie  nabrały  dziwnego  połysku, 
którego przedtem nie miały. Zwężały się też wyraźnie ku dołowi, a mankiety zniknęły. 
Zwróciłem  z  kolei  uwagę  na  moją  koszulę.  Przypominała  teraz  bardziej  marynarkę, 
była  czarna  i  lamowana  srebrem,  a mój  pasek  znacznie  się  poszerzył.  Po  bliższym 
zbadaniu okazało się, że mam też srebrne lampasy na spodniach.  
      -  Widzę,  że  jestem  już  w  odpowiednim  rynsztunku  -  skonstatowałem,  chcąc  się 
przekonać, jaki to odniesie skutek.  
      Random  zachichotał  i  dopiero  teraz  spostrzegłem,  że  ma  na  sobie  brązowe 
spodnie  w  czerwone  paski  i  pomarańczowo-brązową  koszulę.  Brązowa  czapka  z 
żółtą lamówką leżała obok na siedzeniu.  
      - Ciekaw byłem, kiedy zauważysz - powiedział. - Jak się czujesz?  
      -  Zupełnie  nieźle  -  odparłem.  -  Ale,  nawiasem  mówiąc,  jedziemy  na  ostatnich 
kroplach benzyny.  
      - Za późno już, żeby coś na to poradzić. Jesteśmy teraz w prawdziwym świecie i 
sztuczki  z  Cieniami  kosztowałyby  za  dużo  wysiłku.  A  ponadto  nie  przeszłyby 
niepostrzeżenie. Niestety, będziemy musieli iść pieszo, kiedy wóz stanie.  
      Stanął  dwie  i  pół  mili  dalej.  Zjechałem  na  skraj  drogi  i  zatrzymałem  się.  Słońce 
żegnało się już z nami na zachodzie i rzucało długi cień.  
      Sięgnąłem  za  siebie  na  tylne  siedzenie  po  buty,  które  tymczasem  przekształciły 
się  w  długie,  czarne  botforty,  i  wyjmując  je  usłyszałem  metaliczny  brzęk.  Jak  się 
okazało,  był  to  dobrze  wyważony  srebrny  miecz  wraz  z  pochwą.  Pochwa  idealnie 

background image

pasowała  do  mojego  pasa.  Leżała  tam  także  czarna  peleryna  z zapinką  w  kształcie 
srebrnej róży.  
      - Myślałeś pewno, że na zawsze są stracone? - zapytał Random.  
      - Tak jakby - odparłem.  
      Wysiedliśmy  z  samochodu  i  ruszyliśmy  pieszo.  Wieczór  był  chłodny  i  rześki.  Na 
wschodzie pokazały się już gwiazdy, słońce chowało się za horyzont. Szliśmy drogą, 
a Random zauważył:  
      - Coś tu nie gra.  
      - Co masz na myśli?  
      - Za łatwo nam poszło. Nie podoba mi się to. Dojechaliśmy do Lasu Ardeńskiego 
niemal  bez  przeszkód.  Co  prawda  Julian  próbował  nas  zatrzymać,  ale  sam  nie 
wiem...  Tak  gładko  dotarliśmy  aż  tutaj,  że  zaczynam  podejrzewać,  iż  nam  na  to 
pozwolono.  
      - Mnie też to przyszło do głowy - skłamałem. - Jak sądzisz, co to może znaczyć?  
      - Obawiam się - odparł - że idziemy prosto w pułapkę.  
      Przez kilka minut szliśmy w milczeniu.  
      - Myślisz o zasadzce? - spytałem. - Ten las wydaje mi się dziwnie spokojny.  
      - Bo ja wiem.  
      Przeszliśmy  jeszcze  jakieś  dwie  mile,  zanim  słońce  zaszło.  Zapadła  ciemna  noc 
rozjarzona gwiazdami.  
      - Niezbyt to dla nas odpowiedni sposób podróżowania - zauważył Random.  
      - To prawda - przyznałem.  
      - Ale trochę się boję zdobywać teraz rumaka.  
      - Ja też.  
      - Jaka jest twoja ocena sytuacji? - zapytał Random.  
      - W każdej chwili może nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.  
      - Czy sądzisz, że powinniśmy zejść z drogi?  
      -  Zastanawiałem  się  nad  tym  -  znów  skłamałem.  -  Nic  nam  nie  zaszkodzi  pójść 
trochę skrajem lasu.  
      Weszliśmy  pomiędzy  drzewa  i  ciemne  cienie  skał  i  krzewów.  Powoli  wzeszedł 
księżyc, srebrzysty, rozjaśniający noc.  
      - Męczy mnie przeczucie, że nie może nam się udać - odezwał się Random.  
      - Na czym je opierasz?  
      - Na jednej zasadniczej rzeczy.  
      - Jakiej?  
      - Wszystko poszło za szybko i za łatwo. Wcale mi się to nie podoba. Teraz, kiedy 
jesteśmy  w  prawdziwym  świecie,  za  późno  już,  żeby  się  cofać.  Nie  możemy  igrać  z 
Cieniami,  musimy  polegać  na  własnych  mieczach.  (Sam  miał  u  pasa  krótką, 
wypolerowaną do połysku klingę). Podejrzewam, że to za sprawą Eryka dotarliśmy aż 
tutaj. Nic już na to nie możemy poradzić, ale teraz żałuję, że nie musieliśmy walczyć 
o każdy cal przebytej drogi.  
      Przeszliśmy  jeszcze  milę  i  zatrzymaliśmy  się  na  papierosa.  Paliliśmy,  osłaniając 
dłońmi żarzący się czubek.  
      - Co za piękna noc - powiedziałem do Randoma i chłodnego wietrzyku.  
      - Tak, zapewne... Co to takiego?  
      Za nami zaszeleściło coś w krzakach.  
      - Może to jakieś zwierzę...  
      Random  już  trzymał  miecz  w  ręku.  Zamarliśmy  w  bezruchu,  ale  nic  więcej  nie 
usłyszeliśmy.  Random  schował  miecz  i  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Z  tyłu  nie 
dobiegały  już  żadne  dźwięki,  lecz  po  chwili  usłyszałem  coś  przed  nami.  Na  moje 

background image

spojrzenie  Random  odpowiedział  skinięciem  głowy  i  zaczęliśmy  iść  jeszcze 
ostrożniej.  
      W  oddali  widać  było  delikatną  łunę,  jaką  daje  ognisko.  Nie  słyszeliśmy  żadnych 
głosów, ale porozumiawszy się bez słów zgodnie skierowaliśmy się w tamtą stronę.  
      Minęła  prawie  godzina,  zanim  dotarliśmy  do  obozowiska.  Wokół  ognia  siedziało 
czterech mężczyzn,  dwóch  innych  spało  w  cieniu.  Dziewczyna  przywiązana  do  pala 
miała wprawdzie odwróconą głowę, lecz na jej widok serce zabiło mi żywiej.  
      - Czyżby to była...? - szepnąłem do Randoma.  
      - Tak, to może być ona - przyznał.  
      Dziewczyna zwróciła twarz w naszą stronę i wtedy ją rozpoznałem.  
      - Deirdre!  
      - Ciekawe, co ta lala zmalowała? - powiedział Random. - Sądząc po ich barwach, 
zabierają ją z powrotem do Amberu.  
      Mężczyźni  mieli  stroje  czarno-czerwono-srebrne,  które  to  zestawienie,  jak 
pamiętałem z kart tarokowych i jeszcze skądś, było charakterystyczne dla Eryka.  
      -  Skoro  Eryk  chce  ją  mieć,  to  wystarczający  powód,  aby  jej  nie  dostał  - 
oświadczyłem.  
      -  Nigdy  nie  żywiłem  szczególnych  uczuć  do  Deirdre  -  powiedział  Random  -  ale 
wiem,  że  ty  wręcz  przeciwnie,  wobec  tego...  -  I  wyciągnął  miecz  z  pochwy. 
Poszedłem w jego ślady.  
      - Szykuj się - poleciłem, gotując się do skoku.  
      Spadliśmy  na  nich  jak  piorun.  W  dwie  minuty  było  już  po  wszystkim,  Deirdre 
obserwowała  nas  z  napięciem,  jej  twarz  w  świetle  ognia  wyglądała  jak  wykrzywiona 
maska.  Krzyczała,  śmiała  się  i  powtarzała  nasze  imiona  wysokim  i  przestraszonym 
głosem, dopóki nie rozciąłem jej więzów i nie pomogłem wstać.  
      -  Bądź  pozdrowiona,  siostro.  Czy  przyłączysz  się  do  nas  w  naszej  Drodze  do 
Amberu?  
      - Nie - odpowiedziała. - Dziękuję za uratowanie mi życia, ale  wolałabym od razu 
go nie stracić. Po co właściwie idziecie do Amberu?  
      - Jest tam pewien tron do zdobycia - odparł Random, co było dla mnie nowością - 
a my jesteśmy nim zainteresowani.  
      -  Jeśli  macie  choć  odrobinę  oleju  w  głowie,  to radzę  wam trzymać  się  z daleka  i 
nie  nadstawiać  karku  -  powiedziała.  Była  naprawdę  urocza,  choć  wymęczona  i 
umorusana. Wziąłem ją w ramiona i uścisnąłem. Random tymczasem znalazł bukłak 
wina i napiliśmy się wszyscy po łyku.  
      -  Eryk  jest  jedynym  księciem  w  Amberze  -  ciągnęła  Deirdre  -  i  wojsko  jest  mu 
oddane.  
      - Nie boję się Eryka - oświadczyłem, choć w głębi duszy wcale nie byłem tego taki 
pewien.  
      -  Nigdy  nie  wpuści  was  do  Amberu -  mówiła  dalej. -  Sama  byłam  tam  więźniem, 
dopóki dwa dni temu nie udało mi się wydostać sekretnym przejściem. Myślałam, że 
schronię  się  pośród  Cieni,  dopóki  wszystko  się  jakoś  nie  ułoży,  ale  niełatwo  tam 
przejść tak blisko od rzeczywistego świata. Toteż dziś rano jego ludzie mnie znaleźli i 
wieźli z powrotem do Amberu. Możliwe, że po powrocie kazałby mnie zabić, choć nie 
jestem tego pewna. W każdym razie i tak byłabym nic nie znaczącą kukiełką. Wydaje 
mi się, że Eryk może być obłąkany, ale tego też nie jestem pewna.  
      - A co z Bleysem? - zapytał Random.  
      -  Wysyła  różne  stwory  z  Cieni  i  Eryk  jest  mocno  zaniepokojony.  Ale  nigdy  dotąd 
nie zaatakował wprost, więc Eryk nie wie, co o tym myśleć, a sprawa sukcesji korony 
dalej jest nie rozstrzygnięta, choć Eryk dzierży teraz berło w garści.  
      - Rozumiem. Czy mówił coś o nas?  

background image

      -  O  tobie  nie,  ale  o  Corwinie  owszem.  Nadal  boi  się  jego  powrotu  do  Amberu. 
Jeszcze  przez  jakieś  pięć  mil  nic  wam  nie  grozi,  potem  jednak  na  każdym  kroku 
czyha  na  was  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  Każde  drzewo  i  każda  skała  kryją 
pułapkę  lub  zasadzkę,  wszystko  na  cześć  Bleysa  i  Corwina.  Eryk  chciał,  żebyście 
dotarli aż tutaj, gdzie Cienie wam nie pomogą i będziecie w jego mocy. To absolutnie 
niemożliwe, aby udało się wam ominąć niezliczone pułapki i dostać się do Amberu.  
      - A jednak ty uciekłaś...  
      - To co innego. Ja starałam się wydostać, a nie wtargnąć do środka. Zapewne też 
z powodu mojej płci i braku ambicji nie poświęcał mi tyle uwagi, co wam. A poza tym, 
jak widzicie, i tak mi się nie udało.  
      - Teraz to się zmieni, siostro - obiecałem. - Póki mam miecz w garści, jestem na 
twoje usługi. - A ona ucałowała mnie i uścisnęła mi rękę, na co zawsze byłem łasy.  
      - Jestem pewien, że nas śledzą - powiedział Random i wszyscy troje daliśmy nura 
w ciemności.  
      Leżeliśmy  bez  ruchu  za  krzakiem,  obserwując,  czy  ktoś  się  nie  pokaże.  Po 
pewnym  czasie  z  pospiesznej,  przeprowadzonej  szeptem  narady  wynikło  jasno,  że 
oczekują ode mnie podjęcia jakiejś decyzji. Pytanie było proste: co dalej?  
      Na  tak  lapidarnie postawioną  kwestię  nie mogłem  już  dać  wykrętnej odpowiedzi. 
Wiedziałem, że nie należy im ufać, nawet drogiej Deirdre, a jeśli już miałem związać 
z  kimś  swoje  losy,  to  Random  był  przynajmniej  wraz  ze  mną  pogrążony  po  uszy,  a 
Deirdre zawsze darzyłem szczególną sympatią.  
      - Kochane rodzeństwo - zacząłem - muszę wam coś wyznać... - i ręka Randoma 
natychmiast spoczęła na rękojeści miecza: oto jak przedstawiały się nasze braterskie 
stosunki. Słyszałem niemal, jak mówi do siebie: Corwin uknuł zdradę.  
      - Jeśli uknułeś zdradę - powiedział - to żywcem mnie nie weźmiesz.  
      - Zwariowałeś? - odparłem. - Potrzebna mi jest twoja pomoc, a nie twoja głowa. A 
moje  wyznanie  sprowadza  się  do  tego,  że  nie  mam  pojęcia,  o  co,  u  diabła,  w  tym 
wszystkim  chodzi.  Domyśliłem  się  pewnych  rzeczy,  ale  tak  naprawdę  to  nie  wiem, 
gdzie jesteśmy, co to jest Amber, co robi Eryk, kim jest Eryk i dlaczego chowamy się 
po krzakach przed jego ludźmi, no i przede wszystkim kim ja właściwie jestem.  
      Zapadła nieznośnie długa cisza, przerwana wreszcie szeptem Randoma:  
      - Co to znaczy?  
      - Właśnie, co to znaczy? - zawtórowała mu Deirdre.  
      - To znaczy, że udało mi się wywieść cię w pole, Random. Nie wydawało ci się to 
dziwne,  że  przez  całą  drogę  moja  rola  sprowadzała  się  wyłącznie  do  prowadzenia 
samochodu?  
      - Ty kierowałeś całą wyprawą. Sądziłem, że działasz według jakiegoś planu. Poza 
tym  wykonałeś  kilka  całkiem  sprytnych  posunięć.  No  i  bądź  co  bądź,  jesteś 
Corwinem.  
      -  Ja  sam  dowiedziałem  się  o  tym  dwa  dni  temu -  powiedziałem. -  Wiem  tyle,  że 
jestem  kimś,  kogo  nazywacie  Corwinem,  ale  niedawno  miałem  wypadek,  podczas 
którego  doznałem  obrażeń  głowy  -  jak  się  rozjaśni,  to  pokażę  wam  bliznę  -  i  od  tej 
pory  cierpię  na  amnezję.  Nie  pojmuję  całego  tego  gadania  o  Cieniach.  Nie 
przypominam  sobie  nawet,  jak  wygląda  Amber.  Pamiętam  tylko  moje  rodzeństwo  i 
fakt, że nie bardzo mogę mu ufać. Oto cała historia. I co teraz zrobimy?  
      -  Do  diaska!  -  zaklął  Random.  -  Tak,  teraz  rozumiem.  To  wyjaśnia  różne 
drobiazgi,  które  mnie  dziwiły  podczas  drogi...  Ale  jak  ci  się  udało  tak  kompletnie 
omamić Florę?  
      -  Kwestia  szczęścia  i  podświadomej  przebiegłości.  Chociaż  nie!  Ona  po  prostu 
jest głupia. Teraz jednak naprawdę was potrzebuję.  

background image

      -  Czy  sądzisz,  że  zdołamy  przedrzeć  się  do  Cieni?  -  spytała  Deirdre,  lecz  nie 
zwracała się z tym do mnie.  
      - Tak, ale jestem temu przeciwny - odparł Random. - Chciałbym ujrzeć Corwina w 
Amberze,  a głowę  Eryka  na  palu.  I  nie  cofnę  się  przed  ryzykiem, żeby  to  zobaczyć, 
nie  zamierzam  więc  wracać  do  Cieni.  Ty  oczywiście  rób,  co  chcesz.  Zawsze 
uważaliście  mnie  za  mięczaka  i  pozera;  teraz  się  przekonacie,  że  potrafię 
przeprowadzić raz powziętą sprawę do końca.  
      - Dzięki, bracie - powiedziałem.  
      - Masz źle w głowie - stwierdziła Deirdre.  
      - Ciesz się, że już nie tkwisz przywiązana do pala - wypomniał jej i więcej się nie 
odezwała.  
      Odpoczywaliśmy  w  trawie  jeszcze  przez  chwilę,  gdy  wtem  na  polanę  wkroczyło 
trzech mężczyzn. Rozejrzeli się dokoła i dwóch z nich pochyliło się, wąchając ziemię. 
Później spojrzeli w naszym kierunku.  
      - Ciekawe - szepnął Random, kiedy zaczęli się zbliżać.  
      Zobaczyłem  to  wyraźnie,  choć  tylko  odbite  w  Cieniu.  Mężczyźni  opuścili  się  na 
czworaki,  a  ich  szare  stoję  uległy  w  świetle  księżyca  dziwnemu  przeobrażeniu.  I 
raptem spojrzało na mnie sześcioro płonących oczu naszych tropicieli.  
      Przeszyłem  pierwszego  wilka  mieczem  i  rozległ  się  ludzki  jęk.  Random  jednym 
ruchem  ściął  głowę  drugiemu  i  ze  zdumieniem  zobaczyłem,  że  Deirdre  podnosi 
trzeciego i z suchym, krótkim trzaskiem łamie mu kręgosłup na kolanie.  
      -  Chodź  tu,  szybko!  -  krzyknął  Random.  Przebiłem  jeszcze  ciało  jego  ofiary,  a 
potem przetrąconego wilka Deirdre, czemu towarzyszyły dalsze rozdzierające krzyki.  
      - Uciekajmy! - zarządził Random. - Tędy!  
      Podążyliśmy za nim i po jakiejś godzinie  przemykania się pośród zarośli Deirdre 
spytała:  
      - Dokąd właściwie idziemy?  
      - Do morza - odparł Random.  
      - Po co?  
      - Bo tam się kryje pamięć Corwina.  
      - Jak to?  
      - W Rebmie, oczywiście.  
      - Zabiją cię tam i rzucą rekinom na pożarcie.  
      -  Nie  pójdę  do  samego  końca.  Od  brzegu  ty  go  poprowadzisz  i  porozmawiasz  z 
siostrą twojej siostry.  
      - Chcesz, żeby jeszcze raz przeszedł Wzorzec?  
      - Tak.  
      - To niebezpieczne.  
      -  Wiem...  Posłuchaj,  Corwinie  -  zwrócił  się  do  mnie  -  muszę  przyznać,  że 
zachowywałeś  się  ostatnio  w  stosunku  do  mnie  bardzo  przyzwoicie.  Jeśli 
przypadkiem  nie  jesteś  Corwinem,  to  będzie  po  tobie.  Chociaż  musisz  nim  być,  nie 
możesz być nikim innym sądząc po tym, jak sobie radziłeś mimo braku pamięci. Nie, 
głowę  dam,  że  to  ty.  Zaryzykuj  i  przejdź  drogę  wyznaczoną  przez  Wzorzec.  Istnieje 
szansa, że przywróci ci to pamięć. Czy jesteś gotów?  
      - Chyba tak - odparłem. - Ale co to takiego ten Wzorzec?  
      - Rebma to miasto widmo. Stanowi odbicie zatopione w morzu. Jak w zwierciadle 
odbija  się  w  nim  cały  świat.  Żyją  tam  ludzie  Llewelli,  tak  jakby  żyli  w  Amberze. 
Nienawidzą mnie za kilka grzeszków z przeszłości, więc nie mogę ci towarzyszyć, ale 
jeśli wyjaśnisz im, co cię sprowadza, i napomkniesz o swojej misji, to chyba pozwolą 
ci przejść przez Wzorzec Rebmy, który będąc odwrotnością tego z Amberu, powinien 

background image

odnieść  ten  sam  skutek.  To  znaczy  dać  synowi  naszego  ojca  moc  przebywania 
pośród Cieni.  
      - Co przez to zyskam?  
      - Zyskasz wiedzę o sobie samym.  
      - Wobec tego jestem gotów - oświadczyłem.  
      -  Brawo!  Skoro  tak,  to  idziemy  na  południe.  Zajmie  nam  to  parę  dni,  zanim 
dotrzemy do schodów - Zejdziesz z nim, Deirdre?  
      -  Tak,  zejdę  tam  z  moim  bratem  Corwinem.  Wiedziałem,  że  tak  odpowie,  i 
ucieszyłem się, choć jednocześnie ogarnął mnie lęk.  
      Szliśmy całą noc. Wyminęliśmy trzy zbrojne oddziały, a nad ranem przespaliśmy 
się w jaskini.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 05  
 
      Dwie  doby  szliśmy  do  różowo-czarnych  piasków  oceanu.  Trzeciego  dnia  rano 
dotarliśmy  na  plażę,  uniknąwszy  szczęśliwie  spotkania  z  kolejnym  oddziałem.  Nie 
chcieliśmy  wychodzić  na  otwartą  przestrzeń,  dopóki  nie  wypatrzymy  miejsca,  w 
którym  znajduje  się  Faiella-bionin,  czyli  Schody  do  Rebmy,  i  nie  będziemy  mogli 
szybko do nich podbiec.  
      Wschodzące  słońce  rzucało  tysięczne  refleksy  na  spienione  fale  i  oślepieni  ich 
migotliwym  tańcem  nie  mogliśmy  dostrzec,  co  się  dzieje  pod  powierzchnia  wody. 
Przez  ostatnie  dwie  doby  żywiliśmy  się  owocami,  byłem  więc  wściekle  głodny,  ale 
zapomniałem  o  tym  patrząc  na  szeroką,  opadającą  ku  morzu  plażę,  na  jej  kręte 
brzegi  porośnięte  czerwonym,  pomarańczowym  i  różowym  koralowcem,  na  złoża 
muszelek  i  wypolerowanych  kamyków,  na  złoto-błękitno-purpurowe  fale  z  cichym 
pluskiem ślące w dal swoją pieśń życia, niczym błogosławieństwo spod różowej zorzy 
porannej.  
      Jakieś dwadzieścia mil na lewo w kierunku północnym, zwrócona ku wschodowi, 
wznosiła  się  góra  Kolvir,  matczynym  gestem  chroniąca  Amber  w  objęciach,  a 
budzące się słońce oświetlało ją złotą poświatą, rozpinając nad miastem welon tęczy. 
Random  spojrzał  w  tamtą  stronę  i  zazgrzytał  zębami  -  możliwe,  że  i  ja  bezwiednie 
uczyniłem to samo.  
      Deirdre dotknęła mojej ręki, wskazała przed siebie ruchem głowy i zaczęła iść na 
północ,  równolegle  do  brzegu.  Random  i  ja  podążyliśmy  za  nią.  Najwyraźniej 
wypatrzyła jakiś znak.  
      Przeszliśmy może ćwierć mili, kiedy nagle ziemia jakby lekko zadrżała.  
      - Jeźdźcy na koniach! - syknął Random.  
      -  Spójrzcie!  -  powiedziała  Deirdre.  Głowę  zadarła  do  góry  i  patrzyła  w  niebo. 
Poszedłem za jej wzrokiem. Nad nami krążył jastrząb.  
      - Jak daleko jeszcze? - spytałem.  
      -  Tam,  przy  tym  kopcu  -  odparła.  Wznosił  się  jakieś  sto  metrów  przed  nami, 
wysoki na ponad dwa metry, zbudowany z dużych szarych kamieni, wytartych przez 
piasek, wiatr i wodę, usypanych na kształt ściętego stożka.  
      Odgłos  kopyt  rozległ  się  bliżej  i  towarzyszył  mu  dźwięk  rogu,  ale  nie  był  to  róg 
Juliana.  
      - Biegiem! - krzyknął Random i rzuciliśmy się naprzód.  
      Po jakichś dwudziestu pięciu krokach spadł na nas jastrząb. Runął na Randoma, 
ale  ten  opędził  się  trzymanym  w  ręku  mieczem.  Wtedy  ptaszysko  rzuciło  się  na 
Deirdre.  Błyskawicznie  wyciągnąłem  miecz  z  pochwy  i  ciąłem.  Poleciały  pióra.  Ptak 
uniósł się i znów opadł - tym razem ostrze trafiło celnie i myślę, że jastrząb spadł na 

background image

ziemię,  ale  nie  mogę  przysiąc,  bo  nie  miałem  zamiaru  zatrzymywać  się  i  oglądać. 
Tętent  słychać  było  już  całkiem  blisko  i  wyraźnie,  a  sygnał  rogu  przewiercał  nam 
uszy.  
      Dobiegliśmy  do  stożka.  Deirdre  zwróciła  się  pod  kątem  prostym  do  morza  i 
ruszyła  przed  siebie.  Nie  byłem  w  nastroju,  żeby  kwestionować  decyzję  tej,  która 
zdawała  się  doskonale  wiedzieć,  co  robi.  Poszedłem  w  jej  ślady;  kątem  oka 
widziałem  już  jeźdźców.  Byli  jeszcze  dość  daleko,  ale  pędzili  galopem  po  plaży 
pośród  ujadania  psów  i  kakofonii  rogów.  Na  ten  widok  Random  i  ja  rzuciliśmy  się 
czym prędzej do wody za naszą siostrą. Byliśmy już po pas w morzu, kiedy Random 
powiedział:  
      - Czeka mnie śmierć, czy zostanę, czy pójdę dalej.  
      -  Ale  tu  grozi  ci  natychmiast,  a  tam  można  jeszcze  próbować  negocjacji.  Chodź 
szybko!  
      Byliśmy  na  czymś  w  rodzaju  kamiennego  chodnika,  który  schodził  w  morze.  Nie 
miałem  pojęcia,  jak  oni  sobie  wyobrażają  oddychanie  pod  wodą,  ale  Deirdre 
najwyraźniej się tym nie przejmowała, więc i ja starałem się nie okazywać niepokoju, 
choć  mocno  mnie  to  nurtowało.  Kiedy  woda  zaczęła  nam  podchodzić  do  gardła, 
byłem bliski paniki. Jednakże Deirdre szła prosto przed siebie, a ja z Randomem za 
nią. Co parę kroków był stopień w dół.  Schodziliśmy po ogromnych schodach, które 
nazywały się Faiella-bionin, jak sobie naraz uprzytomniłem.  
      Przy  następnym  stopniu  woda  zamknie  mi  się  nad  głową  -  Deirdre  już  zeszła 
poniżej  linii  morza!  Wciągnąłem  wiec  głęboko  powietrze  i  zanurzyłem  się.  Stopnie 
schodziły  coraz  niżej.  Nie  mogłem  się  nadziwić,  że  woda  nie  wypycha mnie  w górę, 
lecz idę sobie zupełnie swobodnie jak po normalnych schodach, choć moje ruchy są 
nieco  spowolnione.  Zacząłem  się  martwić,  co  zrobię,  kiedy  nie  będę  mógł  dłużej 
wstrzymywać  oddechu.  Widziałem  pęcherzyki  nad  głową  Deirdre  i  Randoma  i 
starałem  się  podpatrzeć,  jak  oni  to  robią,  ale  nic  szczególnego  nie  rzucało  mi  się  w 
oczy. Ich piersi unosiły się w normalnym rytmie oddechu.  
      Kiedy  byliśmy  już  jakieś  trzy  metry  pod  wodą,  dobiegł  mnie  z  lewej  strony  glos 
Randoma - jego słowa rozlegały się jakby z głębi studni, ale były całkiem wyraźne.  
      -  Nie  sądzę,  aby  psy  poszły  za  nami,  choćby  nawet  udało  im  się  zmusić  konie - 
powiedział.  
      - W jaki sposób jesteś w stanie oddychać? - spróbowałem zapytać i jakby z oddali 
usłyszałem własne słowa.  
      - Nie martw się - powiedział szybko. - Jeśli wstrzymujesz powietrze, to je wypuść i 
odpręż się. Dopóki jesteś na schodach, możesz normalnie oddychać.  
      - Jak to możliwe?  
      -  Jeśli  nasz  plan  się  uda,  sam  zrozumiesz  -  odpowiedział,  a  jego  glos  zadudnił 
głucho w zimnej, płynnej zieleni.  
      Byliśmy  już  jakieś  siedem  metrów  pod  wodą  -  wypuściłem  odrobinę  powietrza  i 
spróbowałem leciutko wciągnąć oddech. Nie odczułem żadnych przykrych następstw, 
wciągnąłem więc oddech głębiej. Poleciało jeszcze trochę bąbelków, ale oprócz tego 
nic  szczególnego  nie  nastąpiło.  Nie  czułem  też  parcia  wody,  a  schody,  po  których 
schodziłem, widziałem jak przez zieloną mgłę. Wiodły coraz niżej i niżej, prosto przed 
siebie. Gdzieś z dołu sączyło się nikłe światło.  
      - Kiedy miniemy łuk, będziemy bezpieczni - powiedziała moja siostra.  
      -  Wy  będziecie  bezpieczni -  poprawił ją  Random. Zastanawiałem  się,  co  takiego 
mógł  zrobić,  żeby  zasłużyć  sobie  na  podobny  gniew  w  miejscu  zwanym  Rebmą.  - 
Jeśli  jadą  na  koniach,  które  nigdy  tędy  nie  szły,  to  będą  musieli  ścigać  nas pieszo - 
ciągnął Random. - Wtedy mamy szansę im uciec.  
      - W takim przypadku zapewne w ogóle zrezygnują z pogoni - zauważyła Deirdre.  

background image

      Przyspieszyliśmy kroku. Kiedy byliśmy  już kilkanaście metrów pod powierzchnią, 
zrobiło się ciemno i zimno, ale poświata dobiegająca z dołu była coraz jaśniejsza i po 
kolejnych paru stopniach zobaczyłem jej źródło.  
      Na prawo wznosiła się kolumna. Jej szczyt wieńczyło coś na kształt jarzącego się 
klosza.  Jakieś  pięć  metrów  dalej  stała  druga  taka  kolumna,  tym  razem  na  lewo,  a 
potem następna, znów na prawo i tak dalej. Kiedy się do nich zbliżyliśmy, woda stała 
się  cieplejsza,  a  schody  wyraźniejsze;  były  białe,  w  różowe  i  zielone  żyłki;  przy 
pominałyby marmur, gdyby nie to, że nie były śliskie mimo opływającej je wody. Miały 
jakieś piętnaście metrów szerokości i po obu stronach ogradzała je balustrada z tego 
samego materiału.  
      Wokół nas pływały ryby. Obejrzałem się przez ramię, lecz nie dojrzałem żadnych 
śladów pościgu.  
      Robiło się coraz jaśniej. Weszliśmy w krąg pierwszego światła i zobaczyłem, że to 
wcale  nie  klosz  zwieńcza  czubek  kolumny.  Musiałem  dodać  sobie  ów  szczegół, 
próbując  jakoś  zracjonalizować  w  myślach  to  zjawisko.  Tymczasem  okazało  się,  że 
był  to  półmetrowy  płomień,  tańczący  jak  na  wielkiej  pochodni.  Postanowiłem,  że 
spytam  o  to  później,  a  teraz  zachowam  oddech  -  jeśli  tak  to  można  nazwać  -  na 
szybki marsz w dół.  
      Kiedy  weszliśmy  w  aleję  światła  i  minęliśmy  sześć  dużych  pochodni,  Random 
powiedział:  
      - Gonią nas.  
      Obejrzałem  się  ponownie  i  zobaczyłem  w  dali  kilka  postaci,  cztery  z  nich  na 
koniach. To dziwne uczucie śmiać się pod wodą i słyszeć własny śmiech.  
      -  Proszę  bardzo  -  oświadczyłem,  dotykając  rękojeści -  teraz,  kiedy  doszliśmy  aż 
dotąd, wstąpiła we mnie dziwna moc!  
      Przyspieszyliśmy jednak kroku - na prawo i na lewo otaczały nas wody czarne jak 
atrament.  Oświetlone  były  tylko  schody,  po  których  zbiegaliśmy  w  dół  co  sił,  aż 
wreszcie  dostrzegłem  w  oddali  coś  jakby  wielki  łuk.  Deirdre  przeskakiwała  po  dwa 
stopnie  naraz,  ale  już  czuliśmy  wibracje  tworzone  przez  staccato  kopyt  końskich  za 
nami.  
      Daleko  z  tyłu  widać  było  zbrojny  oddział  wypełniający  całą  szerokość  schodów. 
Czterej jeźdźcy na koniach wysforowali się do przodu i powoli nas doganiali. Biegnąc 
za Deirdre, nie zdejmowałem ręki z rękojeści.  
      Trzy,  cztery,  pięć.  Dopiero  minąwszy  piąte  światło  odwróciłem  się  znowu  i 
zobaczyłem, że jeźdźcy są kilkanaście metrów nad nami. Pieszego oddziału nie było 
już  prawie  widać.  W  dole  majaczył  łuk,  od  którego  dzieliło  nas  jeszcze  kilkadziesiąt 
metrów.  Duży,  lśniący  jak  alabaster,  zdobiony  rzeźbami  trytonów,  nimf  morskich, 
syren, delfinów. A po drugiej stronie stali chyba ludzie.  
      - Muszą się dziwić, po co tu przychodzimy - powiedział Random.  
      -  Jeśli  nie  zdołamy  tam  dotrzeć,  ta  kwestia  pozostanie  bez  odpowiedzi  - 
odparłem, biegnąc ile sił, gdyż kątem oka dojrzałem, że jeźdźcy zbliżyli się jeszcze o 
kilka  metrów.  Wyciągnąłem  miecz  z  pochwy  -  jego  ostrze  błysnęło  w  świetle 
pochodni.  Random  poszedł  za  moim  przykładem.  Jeszcze  parę  stopni  i  wibracje 
dochodzące z zielonej toni stały się tak potężne, i musieliśmy stanąć i zmierzyć się z 
przeciwnikiem, by nie dać się zarąbać w biegu.  
      Napastnicy  byli  tuż-tuż.  Od  bramy  dzieliło  nas  nie  więcej  niż  trzydzieści  metrów, 
ale  póki  nie  pokonamy  czterech  jeźdźców,  równie  dobrze  mogło  to  być  trzydzieści 
mil. Zrobiłem unik przed ciosem nacierającego na mnie mężczyzny. Z prawej strony, 
nieco  za  nim,  zbliżał  się  następny  napastnik,  wobec  tego  przesunąłem  się  w  lewo, 
bliżej  balustrady.  Zmuszało  go  to  do  cięcia  po  przekątnej,  jako  że  trzymał  miecz  w 
prawej ręce.  

background image

      Jego cios sparowałem en quatre i zripostowałem. Był mocno wychylony z siodła i 
czubek  miecza  przeszył  mu  szyję  po  prawej  stronie.  Silny  strumień  krwi  niczym 
szkarłatny  dym  uniósł  się  wirując  w  zielonej  poświacie.  Pomyślałem  idiotycznie,  że 
powinien to zobaczyć Van Gogh. Koń przeszedł bokiem, a ja skoczyłem do drugiego 
napastnika  i  zaatakowałem  go  od  tyłu.  Odwrócił  się  i  odparł  cios.  Ale  siła  inercji  w 
wodzie  i  moje  uderzenie  wysadziły  go  z  siodła.  Kiedy  spadał,  kopniakiem 
podrzuciłem go w górę i gdy dryfował nade mną, znów ciąłem. I tym razem sparował, 
lecz  wypchnęło  go  to  poza  balustradę.  Usłyszałem  jeszcze  tylko  jego  krzyk,  kiedy 
wessało go ogromne ciśnienie wody. Potem zapadła cisza.  
      Zwróciłem się teraz do Randoma, który zabił już jednego jeźdźca wraz z koniem i 
właśnie walczył z drugim. Zanim do niego dobiegłem, zabił i jego i śmiał się w głos. 
Krew  falowała  nad  ciałami  zabitych  i  nagle  zdałem  sobie  sprawę,  że  naprawdę 
dawno temu znalem szalonego, smutnego, nieszczęsnego Vincenta van Gogha, i to 
wielka szkoda, iż nie mógł tego namalować.  
      Oddział  pieszych  znajdował  się  teraz  jakieś  trzydzieści  metrów  za  nami, 
rzuciliśmy  się  więc  biegiem  w  kierunku  łuku.  Deirdre  była  już  po  drugiej  stronie.  Po 
chwili  i  my  przekroczyliśmy  bramę.  Mieliśmy  obecnie  do  dyspozycji  las  mieczy  i 
goniący cofnęli się. Schowaliśmy broń, a Random powiedział:  
      - Dostanę teraz za swoje - po czym podeszliśmy do grupy ludzi, którzy stanęli w 
naszej obronie.  
      Randomowi kazano natychmiast oddać broń - wzruszył ramionami i odpiął miecz. 
Dwóch mężczyzn stanęło po jego bokach, a trzeci z tyłu i w ten sposób schodziliśmy 
dalej po schodach.  
      Straciłem  poczucie  czasu  w  tym  wodnym  królestwie,  ale  musieliśmy  chyba  iść 
jakiś kwadrans do pół godziny, zanim doszliśmy na miejsce.  
      Stały  przed  nami  złote  wrota  Rebmy.  Weszliśmy  przez  nie  i  znaleźliśmy  się  w 
mieście. Wszystko widać było przez zieloną mgiełkę. Budynki, delikatnej konstrukcji i 
w  większości  wysokie,  tworzyły  regularne  wysepki,  a  ich  kolory  raniły  mi  oczy, 
wwiercając się w mózg i natrętnie domagając się miejsca w mojej pamięci. Niestety, 
skończyło się na znanym mi już bólu głowy, który odzywał się, ilekroć dawały o sobie 
znać rzeczy zapomniane lub na wpół zapomniane. Wiedziałem jednak, że chodziłem 
już kiedyś po tych ulicach lub w każdym razie po bardzo podobnych.  
      Random  nie  wypowiedział  ani  słowa,  odkąd  go  aresztowano.  Deirdre  zapytała 
jedynie o naszą siostrę, Llewellę, Upewniono ją, że Llewella jest w Rebmie.  
      Przyjrzałem  się  eskortującym  nas  mężczyznom.  Ich  włosy  były  zielonkawe, 
purpurowe  lub  czarne,  a  oczy  zielone,  tylko  jeden  miał  oczy  piwne.  Ubrani  byli  w 
łuskowate pantalony i peleryny, mieli skrzyżowane na piersiach szelki i krótkie klingi u 
pasów  nabitych  muszelkami.  Wszyscy  byli  dość  skąpo  owłosieni.  Nic  do  mnie  nie 
mówili, ale przypatrywali mi się ciekawie - Pozwolono mi zatrzymać broń.  
      W  mieście  poprowadzono  nas  szeroką  aleją,  jeszcze  gęściej  oświetloną 
płonącymi  kolumnami  niż  Faiella-bionin.  Ludzie  patrzyli  na  nas  zza  ośmiokątnych 
przyciemnionych  okien,  a  wokół  pływały  barwne  ryby.  Kiedy  skręciliśmy  na  rogu, 
ogarnął nas zimny prąd, niczym podmuch północnego wiatru, a po kilku krokach prąd 
ciepły, jak wiosenny zefirek.  
      Doprowadzono nas do pałacu w środku miasta, który znałem jak własną kieszeń. 
Był  odbiciem  pałacu  w  Amberze,  zamglonym  przez  zieloną  toń  i  zniekształconym 
przez niezliczone lustra umieszczone w najdziwniejszych miejscach. W szklanej sali, 
też mi znajomej, siedziała na tronie kobieta o szmaragdowych włosach przetykanych 
srebrem,  ogromnych  oczach  koloru  nefrytu  i  brwiach  jak  skrzydła  Jaskółki.  Miała 
małe  usta,  okrągły  podbródek  i  wysokie,  wyraźnie  zarysowane  kości  policzkowe. 
Przez jej czoło biegła obręcz z białego złota, a szyję zdobił kryształowy naszyjnik ze 

background image

wspaniałym  szafirem  rzucającym  błyski  spomiędzy  jej  pięknych,  gołych  piersi, 
których  czubki  też  były  jasnozielone.  Ubrana  była  w  niebieskie  łuskowe  spodnie  i 
srebrny  pasek,  w  ręku  trzymała  berło  z  różowego  korala,  a  na  każdym  palcu  miała 
pierścionek z kamieniem w innym odcieniu błękitu. Powitała nas bez uśmiechu.  
      - Czego tu szukacie, wygnańcy z Amberu? - spytała melodyjnym miękkim głosem.  
      Odpowiedziała jej Deirdre.  
      -  Uciekamy  przed  gniewem  księcia,  który  rządzi  w  prawdziwym  mieście,  czyli 
przed Erykiem. Prawdę mówiąc, chcemy go obalić. Jeśli mu sprzyjacie, to znaczy, że 
oddaliśmy się w ręce wroga i jesteśmy zgubieni. Ale przeczucie mi mówi, że tak nie 
jest. Przyszliśmy prosić o pomoc szlachetna Moire...  
      -  Nie  dam  wam  posiłków  do  ataku  na  Amber.  Jak  wiecie,  wszelkie  rozruchy 
znajdą swoje odbicie i w moim królestwie.  
      - Nie o to nam chodzi, droga Moire - odparła Deirdre - ale o niewielką przysługę, 
która ani ciebie, ani twoich poddanych nie będzie nic kosztowała.  
      - Słucham więc. Eryk  jest tutaj równie znienawidzony, jak ten renegat stojący po 
twojej  lewej  ręce.  -  I  wskazała  na  mojego  brata,  który  patrzył  jej  prosto  w  oczy  z 
zuchwałym uśmieszkiem w kącikach ust.  
      Jeśli nawet przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę za to, co zrobił, to wiedziałem, że 
zapłaci  ją  z  godnością,  jak  prawdziwy  książę  Amberu  -  podobnie  jak  to  niegdyś 
uczyniło  trzech  naszych nieżyjących  braci,  co  sobie  nagle  uświadomiłem. Zapłaci  ją 
drwiąc  ze  śmierci  i  śmiejąc  się  ustami  pełnymi  krwi,  a  umierając  rzuci  klątwę,  która 
się  niechybnie  spełni.  Zrozumiałem,  że  ja  też  mam  taką  moc  i  użyję  jej,  gdy 
okoliczności będą tego wymagać.  
      - Przysługa, o którą proszę - ciągnęła Deirdre - dotyczy mojego brata Corwina, a 
zarazem  brata  lady  Llewelli,  która  mieszka  tu  z  tobą.  O  ile  wiem,  on  sam  nigdy  w 
niczym ci nie uchybił...  
      - To prawda. Ale dlaczego nie mówi sam za siebie?  
      - W tym cały problem, pani. Nie może, bo nie wie, o co prosić. Utracił pamięć po 
wypadku,  jaki  mu  się  przytrafił,  gdy  żył  pośród  Cieni.  Przybyliśmy  tu  właśnie  po  to, 
żeby mógł ją odzyskać i stawić czoło Erykowi.  
      - Proszę cię, mów dalej - zachęciła ją kobieta na tronie patrząc na mnie spod rzęs 
ocieniających oczy.  
      -  Tu,  w  tym  budynku  -  ciągnęła  Deirdre  -  jest  pewna  komnata,  rzadko 
odwiedzana.  W  tej  komnacie,  odtworzony  na  podłodze  gorejącą  linią,  mieści  się 
duplikat  tego,  co  nazywamy  Wzorcem.  Bez  utraty  życia  przebyć  go  może  tylko  syn 
lub  córka  ostatniego  władcy  Amberu.  Daje  im  to  władzę  nad  Cieniami.  -  W  tym 
miejscu Moire zamrugała parę razy oczami, a ja zadałem sobie pytanie, ile też osób 
wysłała na tę ścieżkę, żeby zdobyć cząstkę owej władzy dla Rebmy. Oczywiście bez 
rezultatu. - Uważamy, że przejście przez Wzorzec powinno wrócić Corwinowi pamięć 
i wspomnienie dawnych dni, gdy był księciem Amberu. O ile nam wiadomo, to jedyne 
miejsce, gdzie Wzorzec jest zduplikowany, oprócz Tir-na Nog'th, dokąd naturalnie nie 
możemy się w tej chwili udać.  
      Moire  zwróciła  spojrzenie  ku  mojej  siostrze,  zmierzyła  zimnym  wzrokiem 
Randoma i znów utkwiła oczy we mnie.  
      - Czy Corwin jest gotów poddać się tej próbie? - spytała.  
      Skłoniłem przed nią głowę.  
      - Jestem gotów, pani.  
      -  Doskonale  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Wobec  tego  udzielam  ci  mojego 
pozwolenia.  Nie  mogę  jednak  zapewnić  ci  bezpieczeństwa  poza  granicami  mojego 
królestwa.  

background image

      - Jeśli o to chodzi, wasza wysokość - wtrąciła Deirdre - nie oczekujemy żadnych 
przywilejów; po wyjściu stąd sami będziemy sobie radzić.  
      -  Z  wyjątkiem  Randoma  -  oświadczyła  Moire  -  który  będzie  miał  tu  zapewnioną 
opiekę.  
      - Co to znaczy? - spytała Deirdre, gdyż w tej sytuacji Random oczywiście milczał.  
      - Z pewnością przypominasz sobie, że pewnego razu książę Random przybył do 
mojego  królestwa  jako  przyjaciel,  a  potem  w  pośpiechu  je  opuścił  z  moją  córką 
Morganthe.  
      - Słyszałam coś o tym, lady Moire, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy.  
      -  Tak  właśnie  było.  W  miesiąc  później  moja  córka  do  mnie  wróciła.  Popełniła 
samobójstwo w parę miesięcy po wydaniu na świat syna, Martina. Co masz nam na 
to do powiedzenia, książę Randomie?  
      - Nic - odparł Random.  
      - Kiedy Martin doszedł do pełnoletniości - ciągnęła Moire - jako że płynęła w nim 
krew władcy Amberu, uparł się przejść przez Wzorzec. Jemu jednemu z moich ludzi 
się to udało. Oddalił się potem do Cieni i więcej go nie widziałam. Co masz na to do 
powiedzenia, lordzie Randomie?  
      - Nic - powtórzył Random.  
      - Wobec tego wymierzę ci karę - oznajmiła Moire. - Ożenisz się z kobietą, którą ci 
wskażę, i zostaniesz z nią w moim królestwie przez okrągły rok albo pożegnasz się z 
życiem. Co ty na to, Randomie?  
      Random  nic  nie  rzekł,  ale  gwałtownie  pokiwał  głową.  Moire  uderzyła  berłem  o 
poręcz swojego turkusowego tronu.  
      - Dobrze - oświadczyła. - Niech więc tak będzie.  
      I tak się stało.  
      Udaliśmy  się  teraz  do  komnat  gościnnych,  żeby  się  trochę  odświeżyć.  Wkrótce 
potem Moire pojawiła się w moich drzwiach.  
      - Witaj, Moire - powiedziałem.  
      -  Lord  Corwin  z  Amberu  we  własnej  osobie  -  rzekła.  -  Zawsze  chciałam  cię 
poznać.  
      - A ja ciebie - skłamałem.  
      - Twoje bohaterskie czyny przeszły już do legendy.  
      - Dziękuję, ale sam niewiele z nich pamiętam.  
      - Czy mogę wejść.  
      - Oczywiście - usunąłem się na bok.  
      Weszła do pięknie urządzonej komnaty, którą mi przydzieliła, i usiadła na brzegu 
pomarańczowej sofy.  
      - Kiedy chcesz spróbować swoich sił na Wzorcu?  
      - Jak najszybciej.  
      Zamyśliła się chwilę, potem spytała:  
      - Gdzie byłeś przebywając wśród Cieni?  
      - Bardzo daleko stąd - odparłem. - W miejscu które pokochałem.  
      - To dziwne, że książę Amberu posiada taką zdolność.  
      - Jaką zdolność?  
      - Do miłości.  
      - Może użyłem niewłaściwego słowa.  
      - Nie sądzę - odparła. - Ballady Corwina potrafią poruszyć strunę serca.  
      - Pani, jesteś bardzo łaskawa.  
      - Tylko prawdomówna.  
      - Pewnego dnia poświęcę ci balladę.  
      - Czym się zajmowałeś mieszkając wśród Cieni?  

background image

      - Mam wrażenie, że byłem zawodowym żołnierzem. Walczyłem dla tych, którzy mi 
płacili. A także pisałem słowa i muzykę do popularnych piosenek.  
      - Obie te rzeczy wydają mi się w twoim przypadku logiczne i naturalne.  
      - Powiedz mi, proszę, co będzie z moim bratem, Randomem?  
      - Ożeni się z moją poddaną, dziewczyną imieniem Vialle. Jest niewidoma i nie ma 
konkurenta.  
      - Czy jesteś pewna - spytałem - że wyrządzasz jej tym przysługę?  
      - W ten sposób osiągnie wysoką pozycję, nawet jeśli on po roku odejdzie i nigdy 
nie wróci. Bo cokolwiek by o nim mówić, jest jednak księciem Amberu.  
      - A co będzie, jeśli się w nim zakocha?  
      - Czy jego w ogóle można pokochać?  
      - Ja, na swój sposób, kocham go jak brata.  
      -  Chyba  po  raz  pierwszy  syn  powiedział  coś  podobnego  i  przypisuję  to  twojej 
poetyckiej naturze.  
      - Niemniej, czy to w istocie najlepsze, co można dla niej uczynić?  
      -  Przemyślałam  to  i  jestem  pewna,  że  tak.  Wyleczy  się  z  wszelkich  ran,  jakie  on 
jej może zadać, a po jego odejściu zostanie jedną z moich dam dworu.  
      -  Niech  więc  będzie,  co  ma  być  -  ustąpiłem,  nie  patrząc  na  nią  i  czując  dziwny 
smutek na myśl o biednej dziewczynie. - Cóż mogę dodać? - powiedziałem jeszcze. - 
Może postępujesz słusznie. Mam nadzieję, że tak. - I pocałowałem ją w rękę.  
      -  Lordzie  Corwinie,  jesteś  jedynym  księciem  Amberu,  który  może  liczyć  na  moją 
pomoc - rzekła. - Może oprócz Benedykta. Ale nikt o nim nie słyszał od dwunastu lat i 
Lir jeden wie, gdzie są pochowane jego kości. Szkoda.  
      - Nic o tym nie wiedziałem - odparłem. - Wszystko przez tę moją pamięć. Muszę 
cię  prosić  o  wyrozumiałość.  Będzie  mi  brakować  Benedykta,  jeśli  rzeczywiście  nie 
żyje. Był moim nauczycielem szermierki i nauczył mnie władać wszelką bronią. Lecz 
mimo to miał w sobie dużo delikatności.  
      - Tak jak i ty, Corwinie - powiedziała, biorąc mnie za rękę i przyciągając do siebie.  
      - Nie, wcale nie - zaprotestowałem, siadając obok niej na kanapie.  
      - Mamy dużo czasu do kolacji - rzekła i oparła się o mnie krągłym ramieniem.  
      - Kiedy zasiadamy do stołu? - zapytałem.  
      - Wtedy, gdy to zarządzę - odparła, przylegając do mnie całym ciałem.  
      Wziąłem  ją  w  ramiona  i  znalazłem  zapinkę  szaty  skrywającej  słodycz  jej 
wdzięków. Jej ciało było miękkie i uległe, a włosy zielone.  
      Na tej kanapie dałem jej obiecaną balladę. Jej usta odpowiadały mi bez słów.  
      Po  kolacji  -  nauczyłem  się  jeść  pod  wodą,  którą  to  sztukę  może  opiszę  kiedyś 
dokładniej,  jeśli  okoliczności  będą  tego  wymagać  -  wstaliśmy  od  stołu  w  długim 
marmurowym  hallu,  udekorowanym  siecią  i  czerwonobrązowymi  linami,  i  wyszliśmy 
na  wąski  korytarzyk  na  tyłach,  który  zawiódł  nas  na  spiralne  schody  żarzące  się  w 
absolutnej  ciemności  i  biegnące  pionowo  w  dół  aż  pod  dno  morza.  Po  jakichś 
dwudziestu krokach mój brat zaklął, zszedł ze schodów i dał nura w głąb.  
      - Rzeczywiście w ten sposób jest szybciej - zauważyła Moire.  
      - A to długa droga - dodała Deirdre, która znała tę odległość z Amberu.  
      Opuściliśmy  więc  wszyscy  schody  i  popłynęliśmy  wzdłuż  ich  jarzącej  się  spirali. 
Minęło  jakieś  dziesięć  minut,  zanim  dotknęliśmy  podłogi,  ale  stanęliśmy  na  niej 
mocno  i  pewnie.  Wokół  nas  żarzyły  się  blade  światełka  pochodni  umieszczonych  w 
niszach.  
      - Dlaczego ta część oceanu otaczająca sobowtóra Amberu tak się różni od innych 
wód? - spytałem.  
      - Bo tak jest - odparła Deirdre, co mnie zirytowało.  

background image

      Byliśmy  w  ogromnej  grocie,  z  której  w  różne  strony  rozchodziły  się  wydrążone 
tunele.  Poszliśmy  jednym  z  nich.  Po  bardzo  długim  marszu  zaczęły  się  po  bokach 
pokazywać  wnęki,  jedne  chronione  drzwiami  lub  kratami,  inne  nie.  Przed  siódmą 
wnęką  stanęliśmy.  Zamykały  ją  ogromne  szare  drzwi,  pokryte  jakby  łuską  wykutą  z 
metalu  i  dwa  razy  wyższe  od  mnie.  Na  ten  widok  przypomniało  mi  się  coś  na  temat 
wysokości trytonów. Moire uśmiechnęła się patrząc prosto na mnie, wybrała ogromny 
klucz z kółka wiszącego przy pasie i włożyła do zamka.  
      Nie  mogła  go  jednak  przekręcić.  Może  zbyt  długo  drzwi  nie  były  otwierane. 
Random sarknął niecierpliwie, odtrącił ją i sam chwycił za klucz. Rozległ się szczęk. 
Otworzył drzwi kopniakiem i weszliśmy do środka.  
      W pokoju o rozmiarach sali balowej znajdował się Wzorzec. Podłoga była czarna i 
gładka jak szkło, a na niej rozpościerał się Wzorzec.  
      Iskrzył się jak zimne ognisko, migotał, nadawał całej komnacie nierealny wymiar. 
Był  to  skomplikowany,  promieniujący  dziwną  energią  ornament,  złożony  głównie  z 
linii  krętych,  choć  bliżej  środka  było  też  parę  linii  prostych.  Przypominał  mi 
fantastycznie  zagmatwaną,  wyolbrzymioną  wersję  jednego  z  tych  labiryntów,  po 
których wędruje się ołówkiem (czy też długopisem), żeby znaleźć wyjście lub wejście. 
Niemalże  widziałem  słowo:  "Początek"  wypisane  z  boku.  Miał  jakieś  sto  metrów 
szerokości i chyba sto pięćdziesiąt metrów długości.  
      Zaszumiało mi w głowie i krew uderzyła do skroni. Całe moje jestestwo wzdragało 
się  przed  bezpośrednim  kontaktem  z  tym  przeraźliwym  tworem.  Ale  jeśli  byłem 
księciem  Amberu,  to  ten  wzór  był  zakodowany  gdzieś  w  moich  genach,  w  moim 
systemie nerwowym, gwarantując odpowiednią reakcję, która umożliwi mi przejście.  
      -  Szkoda,  że  nie  mam  przy  sobie  papierosa  -  powiedziałem,  na  co  kobiety 
zachichotały, ale jakby zbyt nerwowo i za wysoko.  
      Random wziął mnie pod ramię i powiedział:  
      -  To  ciężka  próba,  ale  możliwa  do  przebycia,  inaczej  byśmy  cię  tu  nie 
przyprowadzali.  Idź  bardzo  wolno  i  nie  myśl  o  niczym  innym.  Nie  bój  się  fontanny 
iskier,  która  będzie  tryskać  ci  spod  nóg  przy  każdym  kroku.  Jest  niegroźna. 
Poczujesz przebiegający cię lekki prąd, a po chwili ogarnie cię radosne podniecenie. 
Ale nie rozpraszaj się i pamiętaj - przez cały czas posuwaj się naprzód. Pod żadnym 
pozorem nie przestawaj i nie schodź z wyznaczonej ścieżki, bo zginiesz!  
      Szliśmy  wzdłuż  ściany  po  prawej  ręce,  okrążając  Wzorzec,  żeby  znaleźć  się  na 
jego drugim końcu. Panie szły za nami.  
      - Próbowałem wyperswadować jej ten plan w stosunku do ciebie, ale bez skutku - 
szepnąłem do Randoma.  
      -  Tak  też  myślałem,  że  spróbujesz  -  odparł.  -  Ale  nie  martw  się.  Rok  mogę 
spędzić  nawet  stojąc  na  głowie,  a  poza  tym  może  wypuszczą  mnie  wcześniej,  jeśli 
wykażę się wystarczająco przykrym charakterem.  
      - Dziewczyna, którą ci wybrała, nazywa się Vialle. Jest niewidoma.  
      - Wspaniale - rzekł. - świetny kawał.  
      - Pamiętasz to księstwo, o którym mówiliśmy?  
      - Jasne.  
      - Wobec tego bądź dla niej miły i zostań przez cały rok, a ja będę hojny.  
      Żadnej odpowiedzi. Dopiero po chwili szturchnął mnie w bok.  
      - Jakaś twoja przyjaciółeczka, tak? - zarechotał. - Jaka ona jest?  
      - A więc załatwione? - spytałem dobitnie.  
      - Załatwione.  
      Stanęliśmy  w  miejscu,  skąd  zaczynał  się  Wzorzec,  w  rogu  pokoju.  Przysunąłem 
się  bliżej  i  przyjrzałem  się  ognistej  linii  biegnącej  tuż  obok  mojej  prawej  nogi. 
Wzorzec stanowił jedyne oświetlenie pokoju. Przemknął mnie zimny dreszcz.  

background image

      Postawiłem lewą stopę na ścieżce. Obrysowała ją linia błękitnych iskierek. Teraz 
dostawiłem prawą stopę i przeszył mnie prąd, o którym mówił Random. Zrobiłem krok 
do przodu.  
      Rozległ  się  trzask  i  poczułem,  że  włosy  stają  mi  dęba.  Następny  krok.  Raptem 
ścieżka  gwałtownie  skręciła  zawracając.  Zrobiłem  jeszcze  dziesięć  kroków  i 
natrafiłem  na  jakiś  opór,  jakby  wyrosła  przede  mną  niewidzialna  zapora  odpierająca 
wszelkie moje próby jej pokonania.  
      Forsowałem  ją  wytrwale.  Nagle  uprzytomniłem  sobie,  że  jest  to  Pierwsza 
Zasłona.  Przedostanie  się  za  nią  będzie  już  stanowiło  pewne  zwycięstwo,  dobry 
znak,  dowodzący,  że  istotnie  jestem  częścią  Wzorca.  Każde  podniesienie  i 
opuszczenie  stopy  wymagało  teraz  nadludzkiego  wysiłku,  a  z  moich  włosów  leciały 
iskry.  
      Skoncentrowałem  się  cały  na  ognistej  linii.  Szedłem  ciężko  dysząc.  Wtem  opór 
zelżał.  Zasłona  rozchyliła  się  przede  mną  równie  nagle,  jak  przedtem  zapadła. 
Przeszedłem  na  drugą  stronę  i  coś  osiągnąłem.  Zdobyłem  cząstkę  wiedzy  o  sobie 
samym.  
      Zobaczyłem 

wychudłe, 

obleczone 

papierową 

skórą 

szkielety 

ludzi 

pomordowanych  w  Oświęcimiu.  Byłem  obecny  na  procesie  w  Norymberdze. 
Słyszałem  głos  Stephena  Spendera  recytującego  "Wiedeń"  i  widziałem  Matkę 
Courage  przemierzającą  scenę  podczas  premiery  sztuki  Brechta.  Patrzyłem  na 
rakiety strzelające w niebo z takich miejsc, jak Peenemiinde, Yandenberg, Przylądek 
Kennedy'ego, Kyzyl-kum w Kazachstanie, i dotykałem ręką Chińskiego Muru. Piliśmy 
piwo i wino, w pewnym momencie Szapur powiedział, że jest pijany, i odszedł na bok 
zwymiotować.  Błądziłem  po  zielonych  lasach  Zachodniego  Rezerwatu  i  w  ciągu 
jednego  dnia  zdobyłem  trzy  skalpy.  Podczas  marszu  nuciłem  melodię,  którą  inni 
podchwycili,  i  w  ten  sposób  powstała  piosenka  "Auprós  de  ma  Blonde"... 
Przypominałem  sobie  coraz  więcej  szczegółów  z  mojego  życia  w  Cieniu,  który  jego 
mieszkańcy  nazywali  Ziemią.  Jeszcze  trzy  kroki,  a  trzymałem  w  ręku  zakrwawioną 
szpadę i umykałem na koniu przed rewolucją francuską, zostawiając za sobą zwłoki 
trzech mężczyzn. Nasuwały mi się coraz to nowe obrazy, aż wróciłem pamięcią...  
      Jeszcze jeden krok.  
      Wróciłem pamięcią...  
      Trupy.  Leżały  wszędzie  wokół,  a  w  powietrzu  unosił  się  straszliwy  fetor:  odór 
rozkładających  się  ciał.  Z  jakiegoś  zaułka  dolatywało  rozpaczliwe  wycie  batożonego 
na śmierć psa. Niebo zasnuwały kłęby czarnego dymu, a wokół mnie hulał lodowaty 
wiatr  niosąc  kilka  kropli  deszczu.  Gardło  mnie  piekło,  ręce  mi  się  trzęsły,  głowę 
miałem w ogniu. Kuśtykałem niepewnie przed siebie, widząc wszystko jak przez mgłę 
na skutek gorączki, która mnie trawiła. Rynsztoki były pełne śmieci, zdechłych kotów i 
odchodów.  Z  turkotem  i  dźwiękiem  dzwonka  przetoczył  się  obok  wóz  wypełniony 
trupami, ochlapując mnie błotem i zimną wodą.  
      Nie wiem, jak długo tak się błąkałem, lecz w pewnej chwili chwyciła mnie za ramię 
jakaś kobieta z pierścionkiem w kształcie trupiej czaszki na palcu. Powiodła mnie do 
swojej izby i tam dopiero odkryła, że nie mam pieniędzy i jestem na wpół przytomny. 
Na  jej  wymalowanej  twarzy  pojawił  się  wyraz  strachu,  wymazując  uśmiech  z 
karminowych warg. Uciekła, a ja padłem na jej łóżko.  
      Po jakimś czasie - lecz znów nie wiem po jakim - pojawił się jej sutener, uderzył 
mnie w twarz i wyciągnął z łóżka. Uczepiłem się jego prawego bicepsu, a on na pół 
ciągnąc, na pół niosąc, dowlókł mnie do drzwi. Kiedy zdałem sobie sprawę, że chce 
mnie  wyrzucić  na  ulicę,  zacisnąłem  w  proteście  rękę,  ściskałem  go  resztką  sił 
mamrocząc coś błagalnie. Nagle przez łzy i pot zalewający mi oczy zobaczyłem jego 

background image

szeroko  otwarte  usta  i  usłyszałem  krzyk  wydobywający  się  spomiędzy  zepsutych 
zębów.  
      Złamałem mu kość w miejscu, gdzie go ściskałem.  
      Odepchnął  mnie  lewą ręką  i  upadł  na  kolana,  łkając.  Usiadłem  na  podłodze  i  na 
chwilę rozjaśniło mi się w głowie.  
      - Zostaję - tutaj... - wymamrotałem - dopóki nie poczuję się lepiej. Wynoś się. Jeśli 
wrócisz, zabiję cię.  
      -  Jest  pan  chory  na  zarazę!  -  krzyknął.  -  Przyjdą  tu  jutro  po  pańskie  kości!  - 
Splunął, wstał i wyszedł chwiejnie.  
      Dowlokłem  się  do  drzwi  i  zaryglowałem  je.  Później  doczołgałem  się  z  powrotem 
do  łóżka  i  zasnąłem.  Jeśli  przyszli  nazajutrz  po  moje  kości,  to  się  rozczarowali. 
Albowiem jakieś dziesięć godzin później obudziłem się w środku nocy zlany potem i 
poczułem,  że  gorączka  minęła.  Byłem  osłabiony,  ale  zdolny  do  racjonalnego 
działania.  
      Zrozumiałem, że przemogłem zarazę.  
      Wziąłem  męskie  okrycie,  które  znalazłem  w  szafie,  oraz  trochę  pieniędzy  z 
szuflady.  I  wyszedłem  w  noc  na  ulice  Londynu  w  roku  Wielkiej  Zarazy,  szukając 
czegoś...  
      Nie pamiętałem, kim jestem ani co robię. Oto jak się to wszystko zaczęło.  
      Przeszedłem  już  dobrych  parę  metrów  Wzorca,  a  iskry  wciąż  tryskały  mi  spod 
stóp na wysokość kolan. Nie orientowałem się już, w którą stronę idę ani gdzie stoją 
Random,  Deirdre  i  Moire.  Raz  po  raz  przebiegał  przeze  mnie  prąd,  a  gałki  oczne 
zdawały  się  wibrować.  Naraz  poczułem  mrowienie  w  policzkach  i  chłód  na  karku. 
Zacisnąłem zęby, żeby nimi nie szczękać.  
      To  nie  wypadek  samochodowy  spowodował  moją  amnezję.  Miałem  częściowy 
zanik  pamięci  od  czasu  panowania  Elżbiety  I.  Flora  musiała  uznać,  że  na  skutek 
wypadku zostałem uleczony. Wiedziała o moim stanie. Nagle uderzyła mnie myśl, że 
przebywała na Cieniu zwanym Ziemią głównie po to, żeby mieć mnie na oku.  
      Czyżby trwało to od szesnastego wieku?  
      Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Ale wkrótce się dowiem.  
      Zrobiłem sześć szybkich kroków dochodząc do końca łuku i początku linii prostej. 
Ledwo postawiłem na niej nogę, poczułem, jak z każdym moim ruchem rośnie przede 
mną nowa zapora. Była to Druga Zasłona.  
      Skręt  na  prawo,  potem  jeszcze  jeden  i  jeszcze.  A  więc  byłem  księciem  Amberu. 
Tak  przedstawiała  się  prawda.  Było  nas  piętnastu  braci  i  osiem  sióstr,  z  czego  nie 
żyło  sześciu  braci  i  dwie,  a  może  nawet  cztery  siostry.  Spędzaliśmy  dużo  czasu 
przebywając pośród Cieni albo w swoich własnych światach. To czysto akademickie, 
choć  z  punktu  widzenia  filozofii  doniosłe  pytanie:  czy  osoba  mająca  moc  nad 
Cieniami  może  stworzyć  swój  własny  świat?  Nie  wgłębiając  się  w  meritum, 
praktycznie biorąc, może.  
      Wkroczyłem  na  kolejną  krętą  linię  i  sunąłem  po  niej  krok  po  kroku,  wolno,  jak  w 
smole.  Raz...  dwa...  trzy...  cztery...  Podnosiłem  z  trudem  gorejące  buty,  brnąc 
naprzód. W głowie mi huczało, a serce waliło jak młotem.  
      Amber!  
      Teraz,  kiedy  przypomniałem  sobie  Amber,  droga  znów  była  wolna.  Amber  to 
największe  miasto,  jakie  kiedykolwiek  istniało  lub  będzie  istnieć.  Od  zawsze  było  i 
zawsze będzie, a wszelkie inne miasta są tylko odbiciem cienia którejś z faz Amberu. 
Amber, Amber, Amber... Pamiętam cię i już nigdy cię nie zapomnę. Myślę, że gdzieś 
w  głębi  serca  zawsze  cię  pamiętałem,  przez  wszystkie  te  wieki,  które  spędziłem  na 
Cieniu-Ziemi,  gdyż  często  w  nocy  widziałem  w  snach  twoje  zielone  i  złote  iglice  i 
rozległe  tarasy.  Pamiętam  twoje  szerokie  promenady  i  kolorowe,  żółto-czerwone 

background image

klomby kwiatów. Pamiętam wonne powietrze, świątynie, pałace i niewysłowiony urok, 
który  cię  otacza,  otaczał  i  zawsze  będzie  otaczać.  Amber,  nieśmiertelne  miasto 
dające  początek  wszystkim  innym  miastom.  Nigdy  cię  nie  zapomnę,  podobnie  jak  i 
dnia,  w  którym  znów  ujrzałem  twój  obraz  na  Wzorcu  w  Rebmie,  pośród  twoich 
odbitych  ścian.  I  choć  byłem  przyjemnie  syty  po  uczcie  i  miłości  z  Moire,  nic  nie 
mogło  się  równać  rozkoszy,  jaką  poczułem  na  to  wspomnienie!  Nawet  teraz,  kiedy 
stoję  kontemplując  Dworce  Chaosu  i  opowiadając  tę  historię  jedynemu  obecnemu 
świadkowi,  żeby  mógł  ją  powtórzyć  po  mojej  śmierci,  nawet  teraz  przepełnia  mnie 
miłość na myśl o tym mieście, do rządzenia którym zostałem stworzony...  
      Jeszcze  dziesięć  kroków  i  wyrosły  przede  mną  wirujące  języki  ognia.  Wszedłem 
w  nie,  a  fale  natychmiast  zmywały  tryskający  ze  mnie  pot.  Lecz  oto  czekała  mnie 
nowa, diabelska zaiste sztuczka: w wodzie wypełniającej pokój powstały nagle silne 
prądy,  grożące  zepchnięciem  mnie  z  Wzorca.  Walczyłem  z  nimi,  opierając  się  z 
całych  sił.  Instynktownie  czułem,  że  zejście  ze  ścieżki  przed  jej  ukończeniem  równa 
się  śmierci.  Nie  śmiałem  podnieść  oczu  znad  ognistej  linii  pod  nogami,  żeby 
zobaczyć, jaki dystans już przeszedłem i ile mi jeszcze zostało.  
      Prądy ustąpiły i opadły mnie nowe wspomnienia, wspomienia z mojego życia jako 
księcia  ...  Nie,  proszę  nie  pytać,  jakie  -  one  należą  tylko  do  mnie;  niektóre  są  złe  i 
okrutne, inne piękne - wspomnienia z dzieciństwa w wielkim pałacu w Amberze, nad 
którym  powiewał  zielony  sztandar  mojego  ojca,  Oberona,  z  białym  jednorożcem, 
uniesionym na tylnych nogach, zwróconym na prawo.  
      Random  przeszedł  przez  Wzorzec,  a  nawet  Deirdre,  toteż  wiedziałem,  że  i  ja, 
Corwin, muszę tego dokonać mimo wszelkich przeszkód.  
      Wyszedłem z ognia i wkroczyłem na Wielki Łuk. Wszystkie żywioły wszechświata 
rozpętały  się  wokół  mnie.  Miałem  jednak  pewną  przewagę  nad  innymi,  którzy 
próbowali  przebyć  tę  drogę.  Wiedziałem,  że  już  raz  ją  pokonałem,  wobec  czego 
jestem  w  stanie  zrobić  to  po  raz  drugi.  To  pomogło  mi  zwalczyć  śmiertelne  obawy, 
które  opadły  mnie  jak  czarne  chmury,  odpłynęły  i  powróciły  ze  zdwojoną  siłą. 
Szedłem  po  Wzorcu  i  przypomniałem  sobie  całą  przeszłość,  przypominałem  sobie 
dni sprzed tych paru wieków spędzonych na Cieniu-Ziemi i rozmaite miejsca na tym 
Cieniu,  które  były  mi  drogie  i  bliskie,  zwłaszcza  zaś  jedno,  które  szczególnie 
ukochałem, najbardziej po Amberze.  
      Przemierzyłem  jeszcze  trzy  łuki,  linię  prostą  i  szereg  ostrych  zakrętów,  znów  w 
pełni świadom swej mocy, której nigdy nie straciłem: mocy panowania nad Cieniami.  
      Kolejnych  dziesięć  zakrętów  przyprawiło  mnie  o  zawrót  głowy,  później  przyszła 
kolej  na  krótki  łuk,  linię  prostą  i  Ostatnią  Zasłonę.  Każdy  krok  stanowił  mękę. 
Wszystko  sprzysięgło  się  przeciwko  mnie.  Woda  była  raz  zimna,  raz  wrząca.  Fale 
napierały  bezlitośnie.  Walczyłem  z  nimi,  idąc  stopa  za  stopą.  Iskry  tryskały  mi  teraz 
aż  do  piersi,  wreszcie  do  ramion.  Sięgały  oczu,  były  wszędzie  wokół.  Ledwo 
widziałem przez nie sam Wzorzec.  
      Teraz jeszcze krótki łuk, kończący się w ciemności.  
      Raz...  dwa...  Ostatni  krok  był  jak  próba  przebicia  się  przez  betonowy  mur.  Ale 
wyszedłem z niej zwycięsko. Dopiero wtedy się odwróciłem się wolno i spojrzałem za 
siebie,  na  drogę,  którą  przebyłem.  Nie  pozwoliłem  sobie  na  luksus  osunięcia  się  na 
kolana.  Przecież  byłem  księciem  Amberu  i  nic  nie  mogło  mnie  zmusić  do  okazania 
słabości przed równymi sobie. Nawet Wzorzec!  
      Pomachałem  wesoło  w  kierunku,  gdzie  zapewne  stali.  Czy  mnie  widzieli,  to  już 
inna sprawa.  
      Zadałem  sobie  teraz  pytanie,  co  dalej. Znałem  już  moc  Wzorca.  Wrócić  tą  samą 
drogą to żadna sztuka - Ale po co? Nie miałem swojej talii kart, lecz przecież mogłem 
się posłużyć Wzorcem. Wprawdzie oni tam na mnie czekali, mój brat i siostra, i Moire 

background image

o  udach  toczonych  z  marmuru...  Lecz  z  drugiej  strony  Deirdre  mogła  od  tej  pory 
radzić  sobie  sama  -  w  końcu  uratowaliśmy  jej  życie.  Nie  czułem  się  w  obowiązku 
opiekować  się  nią  na  stałe.  Random  był  na  rok  uwiązany  do  Rebmy,  chyba  że 
zbierze  się  na  odwagę  i  skoczy  na  Wzorzec,  którego  magiczna  moc  pomoże  mu 
uciec.  Jeśli  chodzi  o  Moire,  to  miło  mi  było  ją  poznać  i  może  los  znów  nas  ze  sobą 
zetknie, co powitam z radością. Zamknąłem oczy i skłoniłem głowę.  
      Jednakże ułamek sekundy wcześniej mignął mi z dala jakiś cień. Czyżby Random 
próbował  szczęścia?  Tak  czy  owak  nie  dowie  się,  dokąd  się  udałem.  Nikt  się  nie 
dowie.  
      Otworzyłem  oczy.  Stałem  w  środku  takiego  samego  Wzorca,  lecz odwróconego. 
Było  zimno,  a  ja  czułem  się  piekielnie  zmęczony,  ale  byłem  w  Amberze  -  w 
prawdziwym pokoju, którego tamten, przed chwilą opuszczony, stanowił tylko odbicie. 
Z  Wzorca  mogłem  przenieść  się  do  dowolnego  miejsca  w  Amberze.  Z  powrotem 
mogą jednak być kłopoty.  
      Stałem  tak  ociekając  potem  i  zastanawiałem  się,  co robić.  Jeśli  Eryk  zamieszkał 
w apartamentach króla, mogę go tam poszukać. Albo w sali tronowej. Ale wtedy będę 
musiał  znów  przejść  przez  Wzorzec,  żeby  dotrzeć  do  punktu,  skąd  możliwa  jest 
ucieczka.  
 
      Przeniosłem się do znanego mi tajnego pomieszczenia w pałacu. Była to ciemna 
klitka  bez  okna,  do  której  wpadało  trochę  światła  przez  judasza  wysoko  w  górze. 
Zamknąłem  się  od  środka  na  zasuwę,  wytarłem  z  kurzu  drewnianą  pryczę  przy 
ścianie, rozciągnąłem na niej pelerynę i ułożyłem się do drzemki. Gdyby ktoś schodził 
tu z góry, usłyszę go znacznie wcześniej, nim dotrze do drzwi. Zasnąłem.  
      Po  jakimś  czasie  obudziłem  się.  Wstałem,  wytrzepałem  pelerynę  i  znów  ją 
włożyłem.  Potem  zabrałem  się  za  pokonywanie  długiego  szeregu  kołków  w  ścianie 
wiodących  w  górę  do  pałacu.  Wiedziałem,  na  jakim  poziomie  się  znajduję,  dzięki 
oznaczeniom  na  murze.  Na  drugim  piętrze  wskoczyłem  na  niewielki  podest  i 
zajrzałem  przez  judasz,  śladu  żywego  ducha.  W  bibliotece  było  pusto.  Przesunąłem 
więc ruchomą część ściany i wszedłem.  
      W pierwszej chwili poraziła mnie ogromna liczba książek. To zawsze robi na mnie 
wrażenie. Później przejrzałem cały pokój, łącznie z gablotami, i w końcu podszedłem 
do  kryształowej  szkatuły,  w  której  -  jak  żartowaliśmy  -  krył  się  cały  zjazd  rodzinny. 
Zawierała  bowiem  cztery  talie  rodzinnych  kart  i  zacząłem  się  teraz  zastanawiać,  jak 
wydobyć  jedną  z  nich  nie  wzniecając  alarmu,  który  uniemożliwi  mi  jej  użycie.  Po 
dziesięciu minutach powiodło mi się, choć nie była to łatwa sztuczka. Później, z talią 
w ręku, usadowiłem się w wygodnym fotelu, żeby pomyśleć.  
      Karty były takie same jak te Flory, więziły nas pod szkłem i były zimne w dotyku. 
Teraz już wiedziałem dlaczego.  
      Potasowałem  je  i  rozłożyłem  przed  sobą  w  należytym  porządku.  Odczytałem  z 
nich,  że  całą  rodzinę  czekają  w  najbliższych  czasach  kłopoty.  Zebrałem  je  z 
powrotem,  zostawiając  jedną  kartę.  Był  na niej  Bleys.  Zapakowałem  pozostałe  karty 
do pudełka i włożyłem za pasek. Potem zacząłem się przyglądać Bleysowi.  
      Właśnie  w  tym  momencie  usłyszałem  szczęk  klucza  w  zamku.  Cóż  mi 
pozostawało?  Poluzowałem  miecz  w  pochwie  i  czekałem  pochyliwszy  się  nisko  za 
biurkiem.  Po  chwili  wyjrzałem  ostrożnie  i  zobaczyłem,  że  to  służący  imieniem  Dik, 
który najwyraźniej przyszedł posprzątać, gdyż zabrał się do opróżniania popielniczek 
i  koszy  na  śmieci  oraz  do  odkurzania  pólek.  Nie  chciałem,  żeby  mnie  odkrył  w  tej 
poniżającej pozycji, wstałem więc i powiedziałem:  
      - Dzień dobry, Dik. Pamiętasz mnie?  
      Poszarzał, zbladł i omal nie uciekł. W końcu wyjąkał:  

background image

      - Oczywiście, panie. Jak mógłbym zapomnieć?  
      - Sądzę, że po tak drugim czasie byłoby to całkiem możliwe.  
      - Nigdy, lordzie Corwinie - zapewnił mnie.  
      -  Przybyłem  tu  raczej  nieoficjalnie  i  w  niezbyt  przyjaznych  zamiarach  - 
powiedziałem  mu. -  Jeśli  Eryk  rozzłości  się  na  wieść,  że  mnie  widziałeś,  to  przekaż 
mu,  proszę,  że  korzystam  po  prostu  ze  swoich  praw  i  że  niebawem  sam  mnie 
zobaczy.  
      - Zrobię, co pan każe - ukłonił się.  
      -  Siądź  ze  mną  na  chwilę,  przyjacielu,  a  powiem  ci  coś  jeszcze.  Był  czas  - 
zacząłem,  patrząc  w  jego  sędziwe  oblicze  -  że  uważano  mnie  za  zmarłego  i 
bezpowrotnie  straconego.  Ponieważ  jednak  wciąż  żyję  i  jestem  w  pełni  władz 
fizycznych  i  umysłowych,  obawiam  się,  że  muszę  zakwestionować  pretensje  Eryka 
do  tronu.  Nie  jest  ani  pierworodnym  synem,  ani  nie  może  liczyć  na  powszechne 
poparcie,  gdyby  zjawił  się  inny  kandydat.  Z  tych  to  oraz  innych,  głównie  osobistych 
względów mam zamiar wystąpić przeciwko niemu. Nie wiem jeszcze, jak i kiedy, ale, 
na  Boga!,  najwyższy  czas,  żeby  ktoś  to  zrobił!  Powtórz  mu  to.  Jeśli  chce  mnie 
poszukać,  niech  wie,  że  mieszkam  pośród  Cieni,  lecz  innych  niż  poprzednio.  Może 
się domyśli, co przez to rozumiem. Nie pójdzie mu ze mną łatwo, bo będę się strzegł 
co najmniej tak, jak on tutaj. Ma we mnie wroga na śmierć i życie i nie spocznę, póki 
jeden z nas nie zginie. Co ty na to, stary sługo?  
      Uniósł moją rękę do ust i pocałował.  
      - Bądź pozdrowiony, lordzie Corwinie - powiedział i otarł łzę z oka.  
      W tym momencie skrzypnęły drzwi. Wszedł Eryk.  
      -  Witaj  -  powiedziałem  wstając,  tonem  najmniej  przyjemnym  z  możliwych.  -  Nie 
spodziewałem  się  spotkać  cię  w  tak  wczesnym  stadium  rozgrywki.  Jak  się  mają 
rzeczy w Amberze?  
      Oczy mu się rozszerzyły ze zdumienia, lecz odpowiedział mi głosem nabrzmiałym 
sarkazmem:  
      - Rzeczy się mają dobrze, Corwinie. Gorzej, jeśli chodzi o inne sprawy.  
      - Szkoda - odparłem. - A jak moglibyśmy temu zaradzić?  
      -  Znam  sposób  -  rzekł  i  łypnął  na  Dika,  który  natychmiast  wyszedł  i  zamknął  za 
sobą drzwi.  
      Eryk sięgnął do miecza.  
      - Chcesz zdobyć tron - oświadczył.  
      - Czyż nie chcemy tego wszyscy?  
      -  Zapewne  -  przyznał  z  westchnieniem.  -  To  prawda,  że  każdy  z  nas  ma  głowę 
zaprzątniętą  jedną  myślą.  Nie  wiem,  co  za  siłą  pcha  nas  do  walki  o  tę  śmieszną 
pozycję.  Ale  musisz  pamiętać,  że  już  dwukrotnie  cię  pokonałem,  za  drugim  razem 
wielkodusznie darowując ci życie na Cieniu-Ziemi.  
      -  Nie  było  to  znowu  takie  wielkoduszne.  Zostawiłeś  mnie  na  śmierć  podczas 
Wielkiej  Zarazy.  A  za  pierwszym  razem,  jak  sobie  przypominam,  skończyło  się 
remisem.  
      -  A  więc  musimy  to  teraz  rozstrzygnąć,  Corwinie  -  oznajmił.  -  Jestem  od  ciebie 
starszy  i  lepszy.  Jeśli  chcesz  zmierzyć  się  ze  mną,  z  przyjemnością  stawię  ci  czoło, 
Zabij mnie i tron jest twój. Spróbuj. Nie sądzę jednak, żeby ci się udało. Wolałbym też 
od  razu  odeprzeć  twoje  pretensje.  Nacieraj.  Zobaczymy,  czego  się  nauczyłeś  na 
Cieniu-Ziemi.  
      Obaj mieliśmy już miecze w garści. Wyszedłem zza biurka.  
      -  Ależ  ty  masz  niebywałą  czelność!  -  powiedziałem.  -  Dlaczego  niby  masz  być 
lepszy od nas i bardziej predestynowany do rządzenia?  
      - Bo to ja zająłem tron - odpowiedział. - Spróbuj mi go odebrać.  

background image

      Spróbowałem.  Zacząłem  od  cięcia  w  glowę,  które  sparował,  ja  zaś 
odpowiedziałem  na  jego  pchnięcie  w  serce  cięciem  w  nadgarstek.  Obronił  się  i 
pchnął między nas stołek, który odrzuciłem kopniakiem, mając nadzieję, że rąbnę go 
w  twarz,  ale  nie  trafiłem.  Odparłem  jego  natarcie,  a  on  moje.  Walczyliśmy  zaciekle 
bez  większego  skutku.  Zastosowałem  teraz  bardzo  wymyślny  atak,  którego 
nauczyłem  się  we  Francji,  a  który  składał  się  z  natarcia,  zasłony  czwartej  i  szóstej 
oraz wypadu zakończonego niespodziewanym cięciem w nadgarstek.  
      Drasnąłem go i popłynęła krew,  
      -  Piekielny  bracie!  -  powiedział  cofając  się.  -  Jak  mi  donoszą,  towarzyszy  ci 
Random.  
      - To prawda. Więcej jest takich, którzy sprzysięgli się przeciwko tobie.  
      Natarł gwałtownie zmuszając mnie do cofnięcia się i zrozumiałem, że przy całym 
moim  kunszcie  jest  nadal  lepszy.  Był  jednym  z  największych  szermierzy,  z  jakimi 
przyszło mi walczyć, i odczułem nagle, że nie dam mu rady, parowałem jak wściekły i 
z równą wściekłością cofałem się krok po kroku pod jego naporem. Obaj mieliśmy za 
sobą  wieki  treningu  u  najlepszych  mistrzów  klingi,  z  których  największym  był  mój 
brat,  Benedykt  -  w  obecnej  chwili  jednak  nie  mogłem  liczyć  na  jego  pomoc. 
Chwytałem  rozmaite  przedmioty  z  biurka  i  rzucałem  nimi  w  Eryka,  lecz  on  stale 
uchylał  się  i  nacierał  nieubłaganie.  Starałem  się  zajść  go  od  lewej  strony,  ale  nie 
mogłem uciec od czubka jego miecza wymierzonego prosto w moje lewe oko. I balem 
się.  Eryk  był  wspaniały.  Gdybym  nie  czuł  do niego  takiej  nienawiści,  wyraziłbym  mu 
uznanie za jego artyzm.  
      Tymczasem  wciąż  się  cofałem,  coraz  jaśniej  ze  strachem  uświadamiając  sobie, 
że nie zdołam go pokonać. W walce na miecze był lepszy ode mnie. Przeklinałem go 
w duchu, ale nic nie mogłem na to poradzić. Jeszcze trzy razy próbowałem bardziej 
wymyślnych  ataków,  lecz  bez  skutku.  Parował  każde  pchnięcie  i  przeciwnatarciami 
wciąż zmuszał mnie do odwrotu.  
      Chciałbym  być  dobrze  zrozumiany.  Ja  sam  jestem  naprawdę  niezłym 
szermierzem. Tyle że on był lepszy.  
      Usłyszałem  w  hallu  hałas  i  szczęk  broni.  Nadchodziła  świta  Eryka.  Jeśli  nawet 
Eryk  nie  zabije  mnie  wcześniej,  to  z  pewnością  zrobi  to  któryś  z  jego  ludzi -  choćby 
strzałem z kuszy.  
      Prawy  nadgarstek  Eryka  wciąż  krwawił.  Ręką  nadal  władał  pewnie,  miałem 
jednak  wrażenie,  że  w  innych  okolicznościach,  walcząc  defensywnie,  mógłbym  go 
dzięki tej ranie zmęczyć i potem wykorzystać najmniejszy moment nieuwagi.  
      Zakląłem pod nosem, a on się roześmiał.  
      - Byłeś głupi, zjawiając się tutaj - powiedział.  
      Nie  zorientował  się,  do  czego  zmierzam,  aż  do  chwili,  kiedy  było  już  za  późno. 
Cofając  się,  znalazłem  się  tuż  przy  drzwiach -  było  to  ryzykowne,  bo  nie  zostawiało 
mi pola manewru, ale lepsze niż pewna śmierć. Lewą ręką zdołałem zasunąć rygiel. 
Drzwi  były  wielkie  i  ciężkie,  będą  musieli  je  teraz  wyważyć,  aby  wejść.  Zyskałem 
dzięki  temu  jeszcze  parę  minut,  lecz  jednocześnie  otrzymałem  pchnięcie  w  lewe 
ramię,  które  mogłem  tylko  częściowo  odparować  podczas  zamykania  rygla.  Na 
szczęście,  prawa  ręka,  którą  walczyłem,  pozostała  nietknięta.  Uśmiechnąłem  się, 
dodając sobie animuszu.  
      -  A  może  to  ty  byłeś  głupcem,  wchodząc  tutaj  -  powiedziałem.  -  Idzie  ci  coraz 
gorzej,  sam  widzisz  -  i  przypuściłem  gwałtowny,  bezlitosny  atak.  Odparował  go,  ale 
musiał się przy tym cofnąć o dwa kroki. - Ta rana daje już o sobie znać - dodałem. - 
Ręka ci mdleje. Chyba sam czujesz, że opuszczają cię siły...  

background image

      -  Zamknij  się!  -  warknął  i  zrozamiałem,  że  powiedziałem  prawdę.  To  zwiększyło 
moje  szansę  o  parę  procent,  natarłem  więc  z  nowym  impetem,  wiedząc,  że  niezbyt 
długo będę mógł utrzymać takie tempo.  
      Ale Eryk tego nie wiedział. Zasiałem w nim ziarno niepokoju i cofał się teraz przed 
moim niespodziewanym zaciekłym atakiem.  
      Rozległo się walenie do drzwi, ale jeszcze przez parę minut nie musiałem się o to 
martwić.  
      - Zaraz z tobą skończę, Eryku - powiedziałem. - Jestem twardszy niż dawniej i już 
po tobie, bracie.  
      Zobaczyłem  w  jego  oczach  strach,  który odbił  się  grymasem  na  twarzy  i  wpłynął 
na  zmianę  stylu  walki.  Walczył  teraz  defensywnie;  cofając  się przed  moim  atakiem  i 
byłem pewien, że nie udawał. Najwyraźniej mój blef się udał, choć dotąd Eryk zawsze 
był  lepszy  ode  mnie.  A  może  to  przekonanie  też  wynikało  głównie  z  mojego 
nastawienia  psychicznego?  Może  omal  nie  dałem  się  poskromić  tym  mitem,  który 
Eryk  pielęgnował?  Może  byłem  równie  dobry  jak  on?  Z  dziwnym  przypływem 
pewności  siebie  spróbowałem  tego  samego  natarcia  co  poprzednio  i  tym  razem 
trafiłem go, zostawiając jeszcze jeden krwawy ślad na jego przedramieniu.  
      - To było dość naiwne, Eryku, żeby dać się po raz drugi nabrać na ten sam trik - 
powiedziałem,  podczas  gdy  on  cofał  się  za  fotel.  Walczyliśmy  przez  chwilę  ponad 
oparciem, a tymczasem walenie w drzwi ustało i pytające glosy zamilkły.  
      - Poszli po siekiery - wysapal Eryk. - Zaraz tu będą.  
      - Zajmie im to parę minut - odparłem nie przestając się uśmiechać - a to więcej, 
niż  mi  potrzeba.  Już  ledwo  stoisz  na  nogach  i  krew  ci  płynie  coraz  obficiej,  spójrz 
tylko!  
      - Zamknij się!  
      - Zanim tu wejdą, w Amberze będzie tylko jeden książę, i to nie ty!  
      Raptem  lewą  ręką  zgarnął  z  półki  cały  rząd  książek,  obsypując  mnie  nimi  jak 
gradem. Nie skorzystał jednak z okazji do ataku, lecz przebiegł przez pokój chwytając 
po  drodze  krzesło.  Zaklinował  się  w  rogu,  trzymając  przed  sobą  w  jednej  ręce, 
krzesło,  a  w  drugiej  miecz.  W  hallu  dały  się  słyszeć  szybkie  kroki,  a  potem  łomot 
siekier o drzwi.  
      - No chodź! - rzekł Eryk. - Spróbuj mnie teraz dostać!  
      - Boisz się, co?  
      Roześmiał się.  
      - Daj spokój! Nie możesz mi nic zrobić, zanim drzwi nie puszczą, a potem i tak już 
po tobie.  
      Musiałem  przyznać  mu  rację.  W  tej  pozycji  mógł  bronić  się  skutecznie  przed 
każdym przeciwnikiem przynajmniej dobrych parę minut. Przeszedłem szybko przez 
pokój  do  sąsiedniej  ściany.  Lewą  ręką  otworzyłem  ukryte  drzwiczki,  przez  które 
wszedłem.  
      -  Dobra  -  powiedziałem.  -  Udało  ci  się...  na  razie.  Masz  szczęście.  Następnym 
razem, kiedy się spotkamy, nic ci już nie pomoże.  
      Splunął  i  obrzucił  mnie  gradem  wyzwisk,  a  nawet  odstawił  krzesło,  żeby  zrobić 
obraźliwy  gest.  Dałem  nura  w  otwór  i  zasunąłem  drzwiczki,  a  gdy  je  ryglowałem, 
rozległ się trzask i tuż przy moim ramieniu zalśniło dwadzieścia centymetrów stalowej 
klingi.  Rzucił  we  mnie  mieczem,  co  było  ryzykowne,  gdybym  zechciał  wrócić.  Ale 
wiedział, że to mało prawdopodobne, gdyż główne drzwi do biblioteki już pękały pod 
naporem sił.  
      Schodziłem  po  kołkach  w  ścianie  jak  najszybciej  do  miejsca,  gdzie  poprzednio 
spałem.  Jednocześnie  myślałem  o  kunszcie,  do  jakiego  doszedłem  we  władaniu 
mieczem. Początkowo w trakcie walki mimo woli czułem lęk przed człowiekiem, który 

background image

dwukrotnie  mnie  pobił.  Teraz  jednak  przyszło  mi  do  głowy,  że  może  te  stulecia 
spędzone  na  Cieniu-Ziemi  nie  poszły  całkiem  na  marne.  Może  rzeczywiście  czegoś 
się przez ten czas nauczyłem. Czułem, że jestem nie gorszy od Eryka. Było to bardzo 
przyjemne uczucie. Jeśli się jeszcze kiedyś zmierzymy, co niechybnie nastąpi, i jeśli 
nie  przyjdą  mu  z  pomocą  okoliczności  zewnętrzne,  to  kto  wie?  Należałoby  szybko 
poszukać takiej okazji. Dzisiejsza potyczka przestraszyła go, byłem pewien. To może 
sprawić,  że  następnym  razem  zadrży  mu  ręka,  że  zawaha  się  na  jedną  śmiertelną 
chwilę...  
      Puściłem  się  kolka  i  zeskoczyłem  z  ostatnich  pięciu  metrów  lądując  na  ziemi  na 
ugiętych kolanach. Była to już przysłowiowa ostatnia chwila, ale nie traciłem nadziei, 
że zdążę umknąć prześladowcom:  
      Miałem bowiem za paskiem talię kart.  
      Wyciągnąłem  kartę  z  Bleysem  i  wbiłem  w  nią  wzrok.  Ramię  mnie  piekło,  ale 
zapomniałem o tym czując ogarniający mnie chłód.  
      Istniały  dwa  sposoby,  żeby  przenieść  się  z  Amberu  bezpośrednio  do  Cieni... 
Jeden  to  Wzorzec,  rzadko  używany  do  tego  celu,  a  drugi  Atuty,  pod  warunkiem,  że 
można  było  zaufać  któremuś  z  braci.  Mój  wybór  padł  na  Bleysa.  Był  moim  bratem  i 
miał kłopoty, co znaczyło, że mogę mu się przydać.  
      Wpatrywałem się intensywnie w jego ubraną na czerwono-pomarańczowo postać 
z  ognistą  koroną  włosów,  z  mieczem  w  prawem  ręce,  a  kielichem  wina  w  lewej.  W 
jego  niebieskich  oczach  tańczyły  diabliki,  broda  płonęła,  a  ornament  na  klindze 
przedstawiał  -  jak  sobie  nagle  uświadomiłem  -  fragment  Wzorca.  Jego  pierścienie 
rzucały błyski. On sam wyglądał jak żywy.  
      Nawiązanie  kontaktu  zwiastował  lodowaty  wiatr.  Mężczyzna  na  karcie  urósł  do 
naturalnych rozmiarów i zmienił pozycję. Poszukał mnie wzrokiem i poruszył ustami.  
      - Kto to? - spytał i usłyszałem te słowa całkiem wyraźnie.  
      - Corwin - odpowiedziałem, na co wyciągnął do mnie lewą rękę, w której nie było 
już kielicha.  
      - Wobec tego chodź do mnie, jeśli chcesz.  
      Wyciągnąłem  rękę  i  nasze  palce  się  zetknęły.  Postąpiłem  krok  naprzód.  Nadal 
trzymałem  kartę  w  lewej  ręce,  ale  staliśmy  obaj  na  skale,  po  prawej  stronie  zionęła 
przepaść, a po lewej wznosiła się wysoka forteca. Niebo nad nami było koloru ognia.  
      -  Witaj,  Bleys  -  powiedziałem,  wtykając  jego  kartę  do  pozostałych  za  pasem.  - 
Dzięki za pomoc.  
      Nagle poczułem, że słabnę, i zobaczyłem krew tryskającą mi z lewego ramienia.  
      - Jesteś ranny! - zawołał, opasując mnie ręką, a ja kiwnąłem głową i zemdlałem.  
      Później tego wieczoru, wyciągnięty w fotelu w jednej z komnat fortecy, omówiłem 
z Bleysem sytuację nad butelką whisky.  
      - A więc zjawiłeś się w Amberze?  
      -Tak.  
      - I zraniłeś Eryka w pojedynku?  
      - Tak.  
      - Niech to diabli! Szkoda, że go nie zabiłeś! - Tu się zreflektował. - Choć może to i 
dobrze.  Wtedy  ty  objąłbyś  tron.  Kto  wie,  czy  nie  lepiej  mi  pójdzie  z  Erykiem,  niż 
poszłoby mi z tobą. Jakie masz plany?  
      Postanowiłem zagrać w otwarte karty.  
      - Wszyscy chcemy tronu - powiedziałem - wobec czego nie warto się okłamywać. 
Nie  mam  zamiaru  nastawać  z  tego  powodu  na  twoje  życie -  byłaby  to  głupota  -  ale 
też  nie  myślę  zrezygnować  z  walki  z  wdzięczności  za  twoją  gościnność.  Random 
chciałby  tego  co  my,  lecz  nie  ma  szans.  O  Benedykcie  nikt  od  dłuższego  czasu nie 
słyszał. Gerard i Caine popierają Eryka i nie zgłaszają pretensji. To samo z Julianem. 

background image

Zostają Brand i nasze siostry. Nie mam pojęcia, co knuje Brand, ale wiem, że Deirdre 
nic  sama  nie  wskóra.  Chyba  że  wesprze  ją  Llewella  i  zgromadzą  jakieś  posiłki  w 
Rebmie. Flora jest oddana Erykowi. Co z Fioną, nie wiadomo.  
      -  Wobec  tego  na  polu  walki  zostajemy  my  dwaj -  skonstatował  Bleys,  nalewając 
nam następną szklaneczkę. - Tak, masz rację. Nie wiem, co chodzi po głowach całej 
reszcie,  ale  oszacowałem  siły  każdego  z  nas  i  myślę,  że  mam  największe  szansę. 
Mądrze zrobiłeś zwracając się do mnie. Poprzyj mnie, a dam ci księstwo.  
      - Serdeczne dzięki - powiedziałem. - Zobaczymy. Pociągnęliśmy ze szklaneczek.  
      - Co innego pozostaje do zrobienia? - spytał i zrozumiałem, że to ważne pytanie.  
      -  Mogę  jeszcze  zebrać  własną  armię  i  przystąpić  do  oblężenia  Amberu  - 
powiedziałem.  
      - Gdzie pośród Cieni leży twoja armia? - zainteresował się.  
      -  To  już,  oczywiście,  moja  sprawa  -  rzekłem.  -  Nie  mam  zamiaru  powstawać 
przeciwko  tobie.  Jeśli  chodzi  o  sukcesję,  chciałbym  widzieć  na  tronie  ciebie,  siebie, 
Gerarda albo Benedykta, o ile jeszcze żyje.  
      - Najchętniej naturalnie siebie.  
      - Oczywiście.  
      - Wobec tego rozumiemy się. I sądzę, że możemy na razie zjednoczyć swoje siły.  
      - Ja też tak sądzę. Inaczej nie oddałbym się w twoje ręce.  
      Uśmiechnął się w gęstwinie brody.  
      - Potrzebowałeś kogoś - powiedział - a ja byłem mniejszym złem.  
      - To prawda - przyznałem.  
      - Szkoda, że nie ma z nami Benedykta. Szkoda, że Gerard się sprzedał.  
      - Daremne żale. Na nic się nie zda rozpatrywać, co by było, gdyby...  
      - Masz rację.  
      Przez chwilę paliliśmy w milczeniu.  
      - Jak dalece mogę ci ufać? - zapytał.  
      - Tak dalece, jak ja tobie.  
      -  Wobec  tego  zawrzyjmy  umowę.  Prawdę  mówiąc,  myślałem,  że  nie  żyjesz.  Nie 
przyszło  mi  do  głowy,  że  zjawisz  się  nagle  w  kluczowym  momencie  zgłaszając 
własne  pretensje.  Ale  skoro  tu  jesteś,  to  przesądza  sprawę.  Zawrzyjmy  sojusz, 
połączmy  nasze  siły  i  razem  przystąpmy  do  oblężenia  Amberu.  Ten  z  nas,  który 
przeżyje,  zdobędzie  tron.  Jeśli  zaś  obaj  przeżyjemy,  to  cóż,  zawsze  możemy 
rozstrzygnąć sprawę przez pojedynek.  
      Zastanowiłem  się  nad  tym  i  doszedłem  do  wniosku,  że  to  zapewne 
najkorzystniejsza propozycja, na jaką mogę liczyć.  
      -  Chcę  to  jeszcze  przemyśleć  -  powiedziałem.  -  Dam  ci  odpowiedź  jutro  rano, 
zgoda?  
      - Zgoda.  
      Wypiliśmy  do  dna  i  oddaliśmy  się  wspomnieniom.  Ramię  trochę  mnie  rwało,  ale 
whisky  i  maść  dostarczona  przez  Bleysa  łagodziły  ból.  Wkrótce  ogarnął  nas  obu 
sentymentalny nastrój.  
      To dziwne uczucie mieć rodzeństwo, a zarazem go nie mieć, jako że każde z nas 
szło  przez  życie  osobno  i  własnymi  ścieżkami.  Dobry  Boże!  Rozmawialiśmy  aż  do 
świtu,  zanim  zmogło  nas  zmęczenie.  Dopiero  wtedy  Bleys  wstał,  klepnął  mnie  w 
zdrowe  ramię,  powiedział,  że  zaczyna  mu  się  już  kręcić  w  głowie  i  że  rano  służący 
przyniesie mi śniadanie. Kiwnąłem głową, objęliśmy się i wyszedł.  
      Podszedłem  do  okna,  skąd  miałem  dobry  widok  na  dolinę.  W  dole  jak  gwiazdy 
jarzyły się punkciki ognisk. Były ich tysiące. Widziałem, że Bleys zgromadził potężne 
siły,  i  pozazdrościłem  mu.  Ale,  z  drugiej  strony,  to  bardzo  dobrze.  Jeśli  ktoś  mógł 

background image

pokonać Eryka, to właśnie Bleys. Nie byłby też złym władcą Amberu - tylko po prostu 
wolałem sam nim zostać.  
      Popatrzyłem jeszcze przez chwilę i dostrzegłem, że postacie kręcące się między 
ogniskami mają dziwne kształty. Zaciekawiłem się, z jakiego rodzaju istot składa się 
jego armia. Tak czy owak było to więcej, niż ja posiadałem.  
      Wróciłem  do  stołu  i  nalałem  sobie  szklaneczkę.  Zanim  ją  jednak  wypiłem, 
zapaliłem  lampkę  nocną  i  w  jej  świetle  wyjąłem  skradzioną  talię  kart.  Rozłożyłem  je 
przed  sobą  i  wyciągnąłem  tę  z  wizerunkiem  Eryka.  Położyłem  ją  na  środku  stołu,  a 
resztę odsunąłem na bok. Po chwili karta ożyła, zobaczyłem Eryka w stroju nocnym, 
z zabandażowaną ręką, i usłyszałem słowa:  
      - Kto tam?  
      - To ja, Corvin. Jak się masz?  
      Zaklął,  a  ja  się  roześmiałem.  Wdałem  się  w  niebezpieczną  grę  i  zapewne 
przyczyniła się do tego whisky, ale kontynuowałem:  
      -  Chciałem  cię  zawiadomić,  że  u  mnie  wszystko  w  porządku.  Oraz  przyznać  ci 
rację co do głów zaprzątniętych jedną myślą. Ty wszakże swojej głowy długo już nie 
ponosisz.  Do  zobaczenia,  bracie!  Dzień,  w  którym  ponownie  przybędę  do  Amberu, 
będzie  dniem  twojej  śmierci.  Pomyślałem  sobie,  że  lepiej  cię  uprzedzić,  bo  to  już 
niedługo.  
      -  Przybywaj  -  odparł  -  i  nie  proś  o  litość,  gdy  przyjdzie  ci  umierać. -  Spojrzał  mi 
prosto w oczy i przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Potem zagrałem mu na nosie 
i  przykryłem  go  dłonią  -  bo  było  to  niczym  odłożenie  słuchawki  telefonicznej  -  a 
następnie zmieszałem jego kartę z resztą talii.  
      Zasypiając myślałem o armii Bleysa zgromadzonej w wąwozie i o jej szansach na 
zdobycie Amberu. Nie będzie to łatwe.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 06  
 
      Kraina  zwała  się  Avernus,  a  żołnierze  zwerbowani  przez  Bleysa  różnili  się  nieco 
wyglądem  od  ludzi.  Obejrzałem  ich  podczas  lustracji  następnego  ranka  idąc  za 
Bleysem.  Wszyscy  mieli  ponad  dwa  metry  wzrostu,  bardzo  czerwoną  skórę,  skąpe 
owłosienie,  kocie  oczy  i  sześciopalczaste  dłonie  oraz  stopy.  Ubrani  byli  w  stroje 
lekkie jak z jedwabiu, ale utkane z czegoś innego, i przeważnie szare lub niebieskie. 
Każdy  z  nich  był  uzbrojony  w  dwie  krótkie  klingi,  zakrzywione  na  końcu.  Mieli 
spiczaste  uszy,  a  ich  palce  zakończone  były  pazurami.  Klimat  był  tu  ciepły,  kolory 
zachwycające i wszyscy uważali nas za bogów.  
      Bleys  znalazł  miejsce,  gdzie  panowała  religia  opierająca  się  na  wierze  w  braci-
bogów,  którzy  wyglądali  jak  my  i mieli  swoje  kłopoty.  Główną  rolę  w  ich  mitach  grał 
oczywiście  zły  brat,  który  zagarnął  władzę  i  prześladował  dobrych  braci.  I  naturalnie 
towarzyszyła  temu  opowieść  o  apokalipsie  głosząca,  że  nadejdzie  dzień,  gdy  oni 
sami zostaną wezwani na pomoc skrzywdzonym dobrym braciom.  
      Chodziłem  z  lewą  ręką  na  czarnym  temblaku  i  przypatrywałem  się  tym,  którzy 
wybierali się na śmierć. Stanąłem przed jednym z nich i spytałem:  
      - Czy wiesz, kim jest Eryk?  
      - Księciem Ciemności - odparł.  
      Skinąłem głową.  
      - Bardzo dobrze - pochwaliłem go i poszedłem dalej.  
      Bleys dostał wykonane jak na zamówienie mięso armatnie.  
      - Z całym szacunkiem dla tych, którzy są gotowi oddać życie - powiedziałem mu - 
nie możesz zdobyć Amberu z tą pięćdziesięciotysięczną armią, nawet gdybyś zdołał 

background image

dotrzeć  z  nimi  wszystkimi  do  podnóża  Kolviru,  czego  nie  zdołasz.  Sama  myśl,  żeby 
użyć  tych  biedaków  z  ich  szabelkami  jak  zabawki  przeciw  nieśmiertelnemu  miastu, 
jest śmieszna.  
      - Wiem - przyznał - ale mam coś jeszcze.  
      - Musisz mieć znacznie, znacznie więcej.  
      -  A  co  powiesz  na  trzy  floty  o  połowę  większe  od  tego,  czym  dysponują  Caine  i 
Gerard razem wzięci?  
      - Jeszcze nie dość. To dopiero początek.  
      - Wiem. Nadal gromadzę siły.  
      -  Więc  lepiej  zgromadźmy  ich  nieporównywalnie  więcej.  Eryk  będzie  siedział 
sobie  spokojnie  w  Amberze  i  zabijał  nas  podczas  marszu  przez  Cienie.  Kiedy 
pozostałe  siły  dotrą  w  końcu  do  podnóża  Kolviru,  zostaną  tam  zdziesiątkowane. 
Potem  trzeba  jeszcze  wspiąć  się  do  Amberu.  Jak  myślisz,  ilu  nas  zostanie,  kiedy 
wkroczymy  do  miasta?  Garstka,  z  którą  Eryk  rozprawi  się  w  ciągu  pięciu  minut  bez 
najmniejszego  trudu.  Jeśli  to  wszystko,  czym  dysponujesz, drogi  bracie,  to  mam  złe 
przeczucie co do tej wyprawy.  
      - Eryk ogłosił, że jego koronacja odbędzie się za trzy miesiące - powiedział Bleys. 
-  Do  tego  czasu  mogę  co  najmniej  potroić  swoje  siły  lub  nawet  zgromadzić  pośród 
Cieni ćwierćmilionową armię. Są inne światy podobne do tego, w których zbiorę taką 
armię krzyżowców, jakiej dotąd nikt jeszcze przeciw Amberowi nie prowadził.  
      -  Eryk  będzie  miał  tyle  samo  czasu  na  przygotowanie  działań  obronnych  - 
zauważyłem,  -  Sam  nie  wiem,  Bleys...  to  niemal  samobójstwo.  Nie  znałem  w  pełni 
sytuacji, kiedy się do ciebie zwróciłem...  
      - A ty sam, co masz do zaoferowania? - spytał. - Nic. Podobno byłeś dłuższy czas 
dowódcą w wojsku. Gdzie twoje oddziały?  
      Odwróciłem się.  
      - Nic po nich nie zostało. Wiem to na pewno.  
      - Nie mógłbyś poszukać Cienia swojego Cienia?  
      - Nawet nie chcę próbować - odparłem. - Bardzo mi przykro.  
      - To jaki właściwie mam z ciebie pożytek?  
      -  Odejdę  więc  -  oświadczyłem  -  skoro  pragniesz  ode  mnie  jedynie  więcej  mięsa 
armatniego...  
      - Zaczekaj! - krzyknął. - Tak mi się tylko wyrwało. Zależy mi już choćby na twojej 
radzie. Zostań że mną, proszę. Mogę cię nawet przeprosić.  
      - Nie trzeba - powiedziałem, wiedząc, co to znaczy dla księcia Amberu. - Zostanę. 
Sądzę, że mogę ci się przydać.  
      - Doskonale! - Klepnął mnie w zdrowe ramię.  
      - I sprowadzę ci posiłki - dodałem. - Nic się nie martw.  
      Dotrzymałem  słowa.  Udałem  się  miedzy  Cienie  i  znalazłem  rasę  obrośniętych 
sierścią  stworzeń,  z  kłami  i  pazurami,  nieco  człekopodobnych  i  o  inteligencji 
studentów  z  pierwszego  roku -  przepraszam was,  moi  drodzy, ale  mam  na  myśli  to, 
że byli lojalni, oddani, uczciwi i zbyt łatwo dający się omamić takim łajdakom, jak ja i 
mój brat, Czułem się jak ludożerca.  
      Znalazłem  sto  tysięcy  wyznawców  gotowych  walczyć  za  nas  z  bronią  w  ręku. 
Wywarło to odpowiednie wrażenie na moim bracie, który nie robił mi więcej żadnych 
uwag.  Po  tygodniu  ramię  mi  się  wygoiło.  Po  dwóch  miesiącach  mieliśmy  ćwierć 
miliona żołnierzy, a nawet więcej.  
      - Corwin, Corwin! Pozostałeś w każdym calu sobą! - powiedział Bleys przepijając 
do mnie.  

background image

      Ale ja czułem się nieszczególnie. Większość z nich musiała zginąć, a ja byłem za 
to odpowiedzialny. Miałem wyrzuty sumienia, choć znałem różnicę między Cieniem, a 
Substancją. Ale wiedziałem też, że każda śmierć jest śmiercią prawdziwą.  
      Czasami  w  nocy  siadałem  nad  talią  kart.  Były  w  niej  także  te  Atuty,  których 
brakowało w poprzedniej talii. Jeden z nich przedstawiał sam Amber i wiedziałem, że 
mógłby  mnie  tam  przenieść.  Na  innych  były  wizerunki  mojego  zmarłego  lub 
zaginionego rodzeństwa, a pośród nich portret ojca, który szybko odłożyłem. Nie było 
go już wśród nas.  
      Wpatrywałem się długo w każdą twarz zastanawiając się, co mógłbym, od którego 
z nich uzyskać. Kilka razy układałem karty i  zawsze wskazywały na tę samą osobę. 
Na Caine'a.  
      Miał  na  sobie  zielono-czamy  atłasowy  strój  i  trójgraniasty  kapelusz  z  długim 
zielonym  pióropuszem.  U  pasa  wisiał  mu  wysadzony  szmaragdami  sztylet.  Był 
ciemnowłosy.  
      - Caine - wywołałem go.  
      Po chwili przyszła odpowiedź.  
      - Kto to? - zapytał.  
      - Corvin.  
      - Corvin? Czy to jakiś żart?  
      - Nie.  
      - Czego chcesz?  
      - A co masz?  
      - Dobrze wiesz. - Podniósł oczy i spojrzał prosto na mnie, lecz ja nie spuszczałem 
wzroku z jego ręki spoczywającej blisko sztyletu. - Gdzie jesteś?  
      - Z Bleysem.  
      -  Doszły  mnie  słuchy,  że  pokazałeś  się  niedawno  w  Amberze,  dziwiło  mnie  też 
zabandażowane ramię Eryka.  
      - Sprawcę tego masz przed sobą - powiedziałem. - Jaka jest twoja cena?  
      - Co masz na myśli?  
      - Pomówmy szczerze i bez ogródek. Czy sądzisz, że Bleys i ja możemy pokonać 
Eryka?  
      - Nie, i dlatego właśnie z nim trzymam. Nie mam też zamiaru odstąpić wam swojej 
armady, a podejrzewam, że głównie o to ci chodzi.  
      -  Domyślny  braciszku  -  uśmiechnąłem  się.  -  No  to  cóż,  miło  mi  było  z  tobą 
porozmawiać. Do zobaczenia w Amberze... może już wkrótce.  
      Zrobiłem ruch ręką, a on krzyknął:  
      - Poczekaj!  
      - Na co?  
      - Nie znam nawet twojej oferty.  
      - Owszem, znasz. Odgadłeś ją i nie jesteś zainteresowany.  
      - Tego nie powiedziałem. Ale wiem, po czyjej stronie leży słuszność.  
      - Czy też siła.  
      - Niech będzie siła. Co masz mi do zaproponowania?  
Rozmawialiśmy  przez  jakąś  godzinę,  po  której  pomocne  szlaki  morskie  zostały 
otwarte dla floty Bleysa, mogącej po wpłynięciu oczekiwać posiłków.  
      -  Jeśli  się  wam  nie  uda.  Amber  będzie  świadkiem  trzech  egzekucji  -  powiedział 
Caine.  
      - Ale w gruncie rzeczy nie spodziewasz się tego, prawda?  
      - Nie; sądzę, że ty albo Bleys obejmiecie tron. Ja jestem gotów służyć zwycięzcy. 
Własne księstwo w zupełności mi wystarczy. Nadal jednak chętnie przyjąłbym głowę 
Randoma jako część zapłaty.  

background image

      - Nie ma mowy. Bierz, co ci daję, albo się wycofaj.  
      - Biorę.  
      Uśmiechnąłem się, zakryłem kartę dłonią i już go nie było. Gerarda postanowiłem 
zostawić  na  następny  dzień.  Rozmowa  z  Caine'em  była  męcząca.  Rzuciłem  się  na 
łóżko i zasnąłem.  
      Gerard, kiedy poznał stawkę, zgodził się nas nie atakować. Głównie dlatego, że to 
ja się do niego zwróciłem, a uznał, że z dwojga złego mogę okazać się potężniejszy 
niż Eryk. Szybko dobiłem z nim targu, obiecując mu wszystko, co chciał, jako że nie 
prosił o niczyją głowę.  
      Później  ponownie  zrobiłem  przegląd  wojsk  i  opowiedziałem  im  coś  niecoś  o 
Amberze.  Dziwnie,  ale  czerwonoskóre  olbrzymy  i  owłosione  karzełki  współżyli 
zgodnie  jak  bracia.  Było  to  smutne,  ale  prawdziwe.  Uważali  nas  za  bogów  i  koniec, 
kropka.  
      Zobaczyłem  flotę  płynącą  po  wielkim  oceanie  koloru  krwi.  Zadumałem  się.  W 
świecie Cieni, po którym płynęli, wielu z nich zginie na zawsze.  
      Pomyślałem  o  armii  z  Avernus  i  moich  rekrutach  z  miejsca  zwanego  Ri'ik.  Ich 
zadaniem był marsz na Ziemię i do Amberu.  
      Potasowałem  karty  i  rozłożyłem  je.  Wziąłem  do  ręki  portret  Benedykta. 
Przywoływałem go przez dłuższy czas, lecz odpowiedzią było tylko zimno. Sięgnąłem 
po  kartę  Branda.  Znów  przez  dłuższą  chwilę  czułem  tylko  chłód.  Potem  usłyszałem 
krzyk. Przeraźliwy, ścinający krew w żyłach krzyk.  
      - Pomóż mi!  
      - Jak?  
      - Kto to? - zapytał i zobaczyłem, że jego ciało się wije.  
      - Corwin.  
      - Wydobądź mnie stąd, Corwinie! Dam ci za to wszystko, co chcesz!  
      - Gdzie jesteś?  
      - Jestem... - Obraz zakłębił się ukazując rzeczy, które wzdrygałem się przyjąć do 
wiadomości,  i  rozległ  się  ponowny  krzyk,  jakby  ze  śmiertelnej  otchłani,  po  czym 
zapadła głucha cisza. Znów ogarnął mnie chłód.  
      Poczułem,  że  się  trzęsę,  lecz  nie  wiedziałem  dlaczego.  Zapaliłem  papierosa  i 
podszedłem do zasnutego nocą okna, zostawiając na stole rozrzucone karty.  
      Gwiazdy  były  małe  i  zasnute  mgłą.  Nie  mogłem  rozpoznać  żadnej  konstelacji. 
Mały,  niebieski  księżyc  sunął  szybko  w  ciemnościach.  Noc  powiała  nagłym, 
lodowatym  chłodem  i  szczelniej  otuliłem  się  peleryną.  Przypomniała  mi  się  nasza 
nieszczęsna,  zimowa  kampania  w  Rosji.  Dobry  Boże!  Omal  nie  zamarzłem  na 
śmierć! I do czego to wszystko prowadziło?  
      Do tronu Amberu, oczywiście. Ten cel uświęcał wszystko.  
      Ale co z Brandem? Gdzie był? Co się z nim działo, kto był tego sprawcą? Żadnej 
odpowiedzi.  
      Zamyśliłem  się  patrząc  w  noc,  śledząc  wzrokiem  błękitną  elipsę  księżyca.  Czy 
przeoczyłem  coś  w  obrazie  sytuacji,  jakiś  szczegół,  który  umknął  mojej  uwagi? 
Żadnej odpowiedzi.  
      Usiadłem  jeszcze  raz  przy  stole  z  kieliszkiem  w  ręce.  Przwertowałem  wszystkie 
karty i wyjąłem wizerunek ojca.  
      Oberon,  władca  Amberu,  stał  przede  mną  w  swojej  zieleni  i  złocie.  Wysoki, 
dobrze zbudowany, z włosami i brodą przetykaną srebrem. Na palcach pierścienie z 
zielonymi kamieniami w złotej oprawie. Złoty miecz. Niegdyś sądziłem, że nic i nigdy 
nie  odbierze  mu  odwiecznego  panowania  nad  Amberem.  Co  się  stało?  Nadal  nie 
wiedziałem. Ale on odszedł. Jaki koniec spotkał mego ojca?  
      Patrzyłem na kartę, skupiwszy całą uwagę.  

background image

      Nic... nic...  
      Coś?  
      Coś.  
      W odpowiedzi dał się zauważyć ledwo widoczny ruch, figura na karcie skurczyła 
się i przeobraziła w cień człowieka, którego reprezentowała.  
      - Ojcze? - spytałem.  
      Cisza.  
      - Ojcze?  
      - Tak... - Bardzo słaby i odległy głos, jakby wydobywający się z muszli, zatopiony 
w jej monotonnym szumie.  
      - Gdzie jesteś? Co się stało?  
      - Ja... - Długa pauza.  
      - Tak? To Corwin, twój syn. Co zaszło w Amberze, że cię nie ma?  
      - Nadszedł mój czas. - Jego głos dochodził z bardzo daleka.  
      - Czy to znaczy, że abdykowałeś? Żaden z braci nic mi nie powiedział, a nie ufam 
im na tyle, aby pytać. Wiem tylko, że tron stoi otworem dla wszystkich chętnych. Eryk 
ma teraz miasto we władaniu, a Julian sprawuje pieczę nad Lasem Ardeńskim. Caine 
i Gerard kontrolują morze. Bleys jest gotów stawić im wszystkim czoło, a ja zawarłem 
z nim przymierze. Jakie są twoje życzenia w tym względzie?  
      - Jesteś... jedynym, który o to pyta... Tak...  
      - "Tak",co?  
      - Tak... Stawcie im opór...  
      - A co z tobą? Jak mogę ci pomóc?  
      - Mnie... nie można pomóc. Weź tron...  
      - Ja? Czy Bleys i ja?  
      - Ty!  
      - Tak?  
      - Masz moje błogosławieństwo... Weź tron... i pospiesz się!  
      - Dlaczego, ojcze?  
      - Brak mi tchu... Weź tron! - I zniknął.  
      A  więc  ojciec  żył.  To  było  interesujące.  Co  teraz  robić?  Popijałem  whisky  i 
rozmyślałem.  Żył  gdzieś  i  nadal  był  królem  Amberu.  Dlaczego  zniknął?  Dokąd  się 
udał?  Co  się  za  tym  kryło?  Same  zagadki.  Nie  potrafiłem  udzielić  odpowiedzi  na 
żadne z tych pytań, lecz sprawa nie dawała mi spokoju.  
      Tu muszę wyznać, że moje stosunki z ojcem nigdy nie układały się zbyt dobrze. 
Nie czułem wprawdzie do niego nienawiści jak Random lub paru innych braci, ale nie 
miałem  też  najmniejszego  powodu,  żeby  darzyć  go  szczególną  sympatią.  Był  silny, 
potężny  i  okupował  tron -  to  chyba  wystarczy?  Uosabiał  też  niemal  całą  znaną  nam 
historię  Amberu,  a  historia  Amberu  sięga  wstecz  tyle  tysiącleci,  że  nie  warto  ich 
nawet  liczyć.  Co  było  robić  w  tej  sytuacji?  Jeśli  chodzi  o  mnie,  dopiłem  whisky  i 
poszedłem spać.  
      Nazajutrz  rano  zwołaliśmy  naradę  wojenną.  Bleys  miał  czterech  admirałów,  z 
których  każdy  dowodził  mniej  więcej  jedną  czwartą  floty,  i  cały  sztab  oficerów 
piechoty.  Razem  było  nas  jakieś  trzydzieści  osób,  w  połowie  wielkich  i 
czerwonoskórych, a w połowie małych i owłosionych.  
      Narada  trwała  cztery godziny,  po  czym  rozeszliśmy  się  coś  zjeść.  Uzgodniliśmy, 
że  wyruszamy  za  trzy  dni.  Ponieważ  drogę  do  Amberu  mógł  otworzyć  tylko  ktoś 
królewskiej  krwi,  ja  miałem  przewodzić  flocie  na  okręcie  flagowym,  a  Bleys  miał 
poprowadzić piechotę przez krainy Cieni.  
      Zastanowiło mnie to i zapytałem, co by zrobił, gdybym się nie zjawił, przychodząc 
mu z pomocą. W odpowiedzi usłyszałem dwie rzeczy: że, po pierwsze, gdyby musiał 

background image

polegać na własnych siłach, poprowadziłby najpierw flotę i zostawił ją w odpowiedniej 
odległości od brzegu, po czym wróciłby jednym z okrętów do Avernus, żeby powieść 
żołnierzy  na  spotkanie  o  wyznaczonym  czasie,  a  po  drugie,  że  specjalnie  szukał 
takiego  Cienia,  w  którym  mógł  liczyć  na  przybycie  któregoś  z  braci  gotowego  go 
wesprzeć.  
      To  ostatnie  wzbudzało  niejakie  podejrzenia,  a  to  pierwsze  wyglądało  mało 
realistyczne,  gdyż  flota  stałaby  zbyt  daleko  w  morzu,  aby  dostrzec  jakieś  sygnały  z 
brzegu,  a  ryzyko  spóźnienia  się  na  spotkanie  było  -  przy  tej  liczbie  wojska  -  zbyt 
duże, aby pokładać większe nadzieje w tego rodzaju planie.  
      Ale  jako  taktyk  Bleys  zawsze  był,  moim  zdaniem,  niezrównany  i  kiedy  rozłożył 
mapy  Amberu  i  okolic,  które  sam  sporządził,  i  zaczął  wyjaśniać  taktykę,  jaką 
zamierzał zastosować, widziałem, że cechuje go spryt godny księcia Amberu.  
      Kłopot  w  tym,  że  naszym  przeciwnikiem  był  inny  książę  Amberu,  i  to  taki,  który 
miał  niewątpliwie  silniejszą  pozycję.  Trochę  mnie  to  niepokoiło,  lecz  wobec 
zbliżającej  się  koronacji  nie  pozostawało  nam  nic  innego,  jak  pójść  na  całość.  Jeśli 
przegramy,  jesteśmy  zgubieni,  a  zdawałem  sobie  sprawę,  że  Eryk  ma  do  swojej 
dyspozycji czas i najpotężniejsze środki, czego myśmy nie mieli.  
      Przemierzałem  krainę  zwaną  Avernus  podziwiając  jej  zamglone  doliny  i 
przepaści, jej dymiące kratery, jaskrawe słońce na zwariowanym niebie, mroźne noce 
i zbyt gorące dni, skały i wydmy ciemnego piasku, małe, ale zjadliwe i niebezpieczne 
zwierzęta,  wielkie  purpurowe  rośliny,  jak  choćby  pozbawione  kolców  kaktusy,  a  po 
południu  drugiego  dnia,  kiedy  stałem  na  występie  skalnym  nad  morzem,  pod  wieżą 
skłębionych  cynobrowatych  chmur,  doszedłem  do  wniosku,  że  lubię  ten  kraj  i  jeśli 
jego  synowie  zginą  w  walce  za  swoich  bogów,  postaram  się  unieśmiertelnić  ich 
pewnego dnia w poświęconym im hymnie.  
      Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, objąłem dowództwo floty. Jeśli zwyciężymy, 
moi  wojownicy  będą  przez  wieki  opiewani  na  dworach  i  zamkach  nieśmiertelnych 
władców.  Ja  zaś  byłem  ich  wodzem  i  przewodnikiem,  który  otwierał  im  drogę. 
Poczułem radość.  
      Nazajutrz  wyruszyliśmy  w  morze,  a  ja  dowodziłem  z  okrętu  flagowego. 
Wprowadziłem  flotę  w  sztorm  i  wypłynęliśmy  z  niego  o  wiele  bliżej  miejsca 
przeznaczenia.  Wprowadziłem  nas  w  ogromny  wir  i  wyszło  nam  to  na  dobre. 
Przeprowadziłem  flotę  przez  kamienną  mieliznę  i  wody  oceanu  pogłębiły  się,  a  ich 
kolor  zaczął  przypominać  toń  wokół  Amberu.  A  więc  nadal  posiadałem  tę 
umiejętność.  Mogłem  kształtować  nasz  los  w  czasie  i  przestrzeni.  Mogłem 
doprowadzić nas do domu. To znaczy, do mojego domu.  
      Przeprowadziłem  okręty  obok  dziwnych  wysp,  na  których  krakały  zielone 
ptaszyska,  a  zielone  małpy  zwisały  z  drzew  niczym  owoce,  powrzaskując  coś  do 
siebie  i  rzucając  kamieniami  w  naszym  kierunku.  Wyprowadziłem  flotę  daleko  w 
morze, a potem zawróciłem w stronę brzegu.  
      Bleys  maszerował  tymczasem  przez  równiny  światów.  Miałem  dziwną 
świadomość,  że  pokona  wszelkie  trudności  i  poradzi  sobie  z  pułapkami  Eryka. 
Porozumiewałem  się  z  nim  za  pomocą  kart  i  wiedziałem  o  wszystkim,  co  zaszło  po 
drodze.  O  tym,  że  stracił  dziesięć  tysięcy  ludzi  w  walce  z  centaurami,  pięć  tysięcy 
zginęło  podczas  wyjątkowo  silnego  trzęsienia  ziemi,  tysiąc  pięćset  zmiotła  trąba 
powietrzna, dziewiętnaście tysięcy zginęło lub przepadło bez wieści w jakiejś dżungli, 
kiedy spadł na nich napalm z dziwnych huczących obiektów na niebie; sześć tysięcy 
zdezerterowało  w  miejscu  wyglądającym  jak  obiecany  im  raj;  pięciuset  zginęło  na 
piaszczystej równinie, gdy wybuchła obok wznosząc się do góry chmura w kształcie 
grzyba;  osiem  tysięcy  sześciuset  zostało  zabitych  w  dolinie  walczących  maszyn, 
które  wyjechały  na  gąsienicach  miotając  ogień;  ośmiuset  rannych  i  chorych 

background image

zostawiono  własnemu  losowi;  dwustu  porwały  wezbrane  wody  rzeki;  pięćdziesięciu 
czterech  odniosło  śmiertelne  rany  w  pojedynkach  między  sobą;  trzystu  zmarło  po 
zjedzeniu  trujących  miejscowych  owoców;  tysiąc  stratował  pędzący  tabun 
bawołopodobnych  stworzeń;  siedemdziesięciu  trzech  zginęło  podczas  pożaru 
namiotów;  tysiąc  pięciuset  utonęło  podczas  powodzi;  dwa  tysiące  padło  ofiarą 
tornada, które nadciągnęło od błękitnych wzgórz.  
      Byłem zadowolony, że sam straciłem w tym czasie tylko sto osiemdziesiąt sześć 
statków.  
      Zasnąć!  Może  śnić!  -  w  tym  sęk  cały...  Eryk  zabijał  nas  cal  po  calu  i  godzina  po 
godzinie.  Jego  zapowiedziana  koronacja  miała  się  odbyć  już  za  parę  tygodni,  a  on 
najwyraźniej wiedział, że nadciągamy, bo wymieraliśmy jak muchy.  
      Powiedziane jest, że tylko książę Amberu może się poruszać pośród Cieni, choć 
oczywiście  wolno  mu  przeprowadzić  ze  sobą,  kogo  chce.  Wiedliśmy  nasze  wojska  i 
patrzyliśmy, jak giną, jeśli zaś chodzi o Cień, to mogę powiedzieć tyle: istnieje Cień i 
istnieje Substancja, i to leży u podstaw wszechrzeczy. Z Substancji jest tylko Amber, 
prawdziwe miasto na prawdziwej Ziemi, które zawiera w sobie wszystko. Z Cieni jest 
nieskończona  liczba  rzeczy.  Każda  możliwość  istnieje  gdzieś  jako  Cień  tego,  co 
prawdziwe.  Amber,  poprzez  samą  swoją  egzystencję,  rzuca  cienie  we  wszystkich 
kierunkach. Co jeszcze można dodać? Cień rozciąga się od Amberu do Chaosu i w 
jego granicach wszystko jest możliwe. Są tylko trzy sposoby na przebycie go, każdy z 
nich trudny.  
      Książę lub księżniczka krwi może przemierzać Cienie nadając otoczeniu dowolne 
kształty,  dopóki  nie  przybierze  ono  pożądanej  postaci -  wtedy  tam  zostają.  Cień  ów 
staje  się  ich  własnym  światem,  w  którym  mogą  robić,  co  chcą,  o  ile  nie  zakłóci  im 
tego ktoś z rodziny. W takim właśnie miejscu żyłem przez całe wieki.  
      Drugim  sposobem  są  karty,  zrobione  przez  Dworkina,  Mistrza  Rysunku,  który 
stworzył je na nasz obraz i podobieństwo, żeby ułatwić porozumiewanie się członkom 
rodziny królewskiej. Był to sędziwy artysta, dla którego przestrzeń i perspektywa nie 
miały  tajemnic.  Sporządził  rodzinne  Atuty,  które  umożliwiały  nam  bezpośredni 
kontakt na każdą odległość. Miałem jednak wrażenie, że nie zawsze używaliśmy ich 
zgodnie z intencją autora.  
      Trzecim sposobem był Wzorzec, też narysowany przez Dworkina, po którym mógł 
przejść tylko członek naszej rodziny. Stanowił on jakby wprowadzenie w system kart i 
po przejściu dawał moc panowania nad Cieniami.  
      Karty i Wzorzec umożliwiały natychmiastowe przeniesienie się z Substancji przez 
Cień. Inny sposób, wędrówka, był trudniejszy.  
      Wiedziałem, co Random robił torując nam drogę do prawdziwego świata. Jadąc, 
dodawał w pamięci to, co zapamiętał z Amberu, i odejmował to, co się nie zgadzało. 
Kiedy  wszystko  ze  sobą  korespondowało,  wiedział,  że  przybyliśmy  na  miejsce.  Nie 
była to jedynie sprytna sztuczka, bo przy odpowiedniej wiedzy każdy człowiek mógłby 
dotrzeć  do  własnego  Amberu.  Nawet  teraz  Bleys  i  ja  mogliśmy  poszukać  Cieni 
Amberu, gdzie każdy z nas by rządził i spędził na tronie całą wieczność. Ale to by dla 
nas  nie  było  to  samo.  Bo  żadne  z  tych  miejsc  nie  byłoby  prawdziwym  Amberem 
miastem, w którym się urodziliśmy, miastem, z którego wszystkie inne biorą kształt.  
      Toteż  dla  celów naszej  inwazji  na  Amber obraliśmy  najcięższą drogę,  wędrówkę 
przez  Cień.  Każdy,  kto  o  tym  wiedział  i  dysponował  dostateczną  siłą,  mógł  stawiać 
nam  na  tej  drodze  przeszkody.  Eryk  to  robił  i  ginęliśmy  w  ich  obliczu.  Co  z  tego 
wyniknie? Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie.  
      Gdyby  Eryk  został  ukoronowany,  znalazłoby  to  swój  odpowiednik,  swoje 
odzwierciedlenie  wszędzie.  A  każdy  z  nas,  pozostałych  braci,  każdy  z  książąt 

background image

Amberu,  z  chęcią  osiągnąłby  ten  status  i  pozwolił,  aby  odbiło  się  to  w  dowolny 
sposób w Cieniach  
      Minęliśmy  widmową  flotę,  statki  Gerarda  -  Latającego  Holendra  tego 
świata/tamtego  świata  -  i  wiedziałem,  że  się  zbliżamy.  Posłużyły  mi  za  punkt 
orientacyjny.  
      Ósmego dnia podróży byliśmy blisko Amberu. Wtedy właśnie rozpętał się sztorm. 
Morze pociemniało, niebo zasnuły chmury, żagle opadły wskutek nagłej ciszy. Słońce 
schowało swoją tarczę - błękitną i ogromną - i czułem, że Eryk w końcu nas dopadł.  
      Zerwał  się  wiatr  i  -  jeśli  można  to  tak  nazwać  -  natarł  z  furią  na  mój  statek. 
Znaleźliśmy  się  w  szponach  burzy,  w  samym  sercu  nawałnicy,  jak  mówią  poeci. 
Trzewia podeszły mi do gardła, gdy uderzyły w nas pierwsze bałwany. Miotało nami 
od  burty  do  burty,  jakbyśmy  byli  kośćmi  do  gry  w  rękach  olbrzyma.  Zalewała  nas 
woda  z  morza  i  woda  z  nieba,  które  stało  się  czarne,  a  deszcz  ze  śniegiem 
przesłaniał  oblodzony,  ściągający  pioruny  takielunek.  Jestem  pewien,  że  wszyscy 
krzyczeli, ja też. Powlokłem się z trudem po szalejącym pokładzie do opuszczonego 
steru.  Przywiązałem  się  sznurami  i  chwyciłem  koło.  Eryk  niewątpliwie  poszedł  na 
całego.  
      Jedna  godzina,  druga,  trzecia,  czwarta  i  ani  chwili  wytchnienia -  Pięć  godzin.  Ilu 
ludzi straciliśmy? Nie miałem pojęcia.  
      Zadzwoniło  mi  w  uszach,  poczułem  mrowienie  i  zobaczyłem  Bleysa  jakby  na 
końcu długiego, szarego tunelu.  
      - Co się dzieje? - pytał. - Nie mogę się z tobą skontaktować.  
      -  Życie  jest  pełne  niespodzianek -  odparłem.  -  Właśnie  staramy  się  stawić  czoło 
jednej z nich.  
      - Sztorm? - zapytał.  
      - Nie inaczej. Praprzodek wszystkich sztormów. Wydaje roi się, że widzę potwora 
morskiego.  Jeśli  ma  choć  trochę  w  głowie,  napadnie  nas  od  spodu...  Właśnie  to 
zrobił.  
      - Przed chwilą nas też zaatakował - powiedział Bleys.  
      - Potwór czy sztorm?  
      - Sztorm. Zginęło dwieście osób.  
      - Nie trać ducha, broń fortu, porozmawiamy później, dobrze?  
      Skinął głową, a za jego plecami przeleciała błyskawica.  
      -  Eryk  zna  naszą  liczbę  -  dodał  jeszcze,  zanim  zniknął.  Musiałem  się  z  tym 
zgodzić.  
      Dopiero  po  następnych  trzech  godzinach  nawałnica  zelżała  nieco,  a  jeszcze 
później dowiedziałem się, że straciłem połowę floty, na moim statku flagowym zaś aż 
czterdzieści osób z załogi Uczącej sto dwadzieścia. Była to nielicha burza.  
      Zdołaliśmy  jednak  jakoś  dopłynąć  do  oceanu  nad  Rebmą.  Wyjąłem  karty  i 
zatrzymałem  wzrok  na  wizerunku  Randoma.  Kiedy  się  zorientował,  kto  go  wzywa, 
pierwsze jego słowa brzmiały:  
      - Zawracaj!  
      - Dlaczego?  
      - Llewella twierdzi, że Eryk rozbije was w proch. Radzi, żebyś trochę odczekał, aż 
wszystko się uspokoi, i dopiero wtedy uderzył; może za jakiś rok.  
      Potrząsnąłem głową.  
      -  Bardzo  mi  przykro  -  powiedziałem  -  ale  nie  mogę.  Ponieśliśmy  zbyt  wielkie 
straty, żeby dotrzeć aż tutaj. Teraz albo nigdy.  
      Wzruszył ramionami z miną: "Pamiętaj, że cię ostrzegałem".  
      - Czemu miałbym się cofać? - spytałem.  
      - Głównie dlatego, że jak słyszę, Eryk sprawuje tu kontrolę nad pogodą.  

background image

      - Mimo to musimy zaryzykować.  
      Znów wzruszył ramionami.  
      - Nic mów, że cię nie uprzedzałem.  
      - Jesteś pewien, że on o nas wie?  
      - Czy sądzisz, że jest kretynem?  
      - No nie.  
      -  Wobec  tego  musi  wiedzieć.  Jeśli  ja  domyśliłem  się  tego  w  Rebmie,  to  tym 
bardziej on w Amberze. A ja odgadłem prawdę po migotaniu Cienia.  
      - Niestety, mam złe przeczucia co do tej wyprawy - powiedziałem - ale to pomysł 
Bleysa.  
      - Wycofaj się i niech on sam kładzie głowę pod topór.  
      - Nie mogę podjąć takiego ryzyka. A nuż wygra. Ja stoję na czele floty.  
      - Rozmawiałeś z Caine'em i z Gerardem?  
      - Tak.  
      -  Więc  pewno  sądzisz,  że  na  morzu  masz  szansę.  Ale  posłuchaj,  jak  wnoszę  z 
tutejszych  plotek dworskich,  Eryk  posiadł  tajemnicę  Klejnotu  Wszechmocy.  Dało mu 
to władzę nad pogodą i Bóg wie, nad czym jeszcze.  
      - Wielka szkoda - powiedziałem. - Będziemy musieli jakoś to znieść. Nie możemy 
dać się wystraszyć paru sztormom.  
      - Corwin, muszę ci coś wyznać. Trzy dni temu sam rozmawiałem z Erykiem.  
      - Po co?  
      -  Prosił  mnie  o  to.  Rozmawiałem  z  nim  z  nudów.  Nakreślił  mi  ze  szczegółami 
swoją linię obronną.  
      - Dowiedział się od Juliana, że przybyliśmy tu razem i był pewien, że mi wszystko 
powtórzysz.  
      - Zapewne. Ale to nie zmienia faktów.  
      - Masz rację.  
      - Więc niech Bleys walczy sobie na własną rękę, a ty uderz na Eryka później.  
      - Niedługo ma zostać ukoronowany.  
      - Wiem, wiem. Ale równie dobrze można zaatakować króla jak księcia, czyż nie? 
Co za różnica, jaki będzie nosił tytuł w chwili, gdy go pokonasz? To będzie nadal ten 
sam Eryk.  
      - To prawda, ale związałem się z Bleysem.  
      - Więc się odwiąż.  
      - Nie mogę tak postąpić.  
      - Wobec tego jesteś szalony.  
      - Może.  
      - Cóż, powodzenia.  
      - Dzięki.  
      - Do zobaczenia.  
      Na  tym  skończyliśmy  rozmowę,  która  zasiała  jednak  we  mnie  ziarno  niepokoju. 
Czyżbym zmierzał prosto w pułapkę? Eryk nie był głupcem. Może zarzucił już na nas 
gigantyczną  sieć  śmierci?  Wzruszyłem  ramionami  i  oparłem  się  o  burtę,  włożywszy 
karty ponownie za pasek.  
      To dumne i samotne uczucie być księciem Amberu, nie mogącym nikomu zaufać. 
W danej chwili nie sprawiało mi to szczególnej satysfakcji, ale trudna rada...  
      Oczywiście, to Eryk był sprawcą sztormu, który na nas spadł, co by się zgadzało z 
twierdzeniem Randoma, że jest panem pogody w Amberze.  
      Spróbowałem więc i ja pewnej sztuczki Poprowadziłem flotę w kierunku Amberu, 
nad  którym  szalała  śnieżyca.  Była  to  najstraszniejsza  nawałnica  śnieżna,  jaką 

background image

mogłem wywołać. Ogromne płatki śniegu zaczęły spadać także na ocean. Niech Eryk 
spróbuje poradzić sobie ze zwykłym darem z Cienia, jeśli potrafi.  
      I poradził sobie.  
      W  ciągu  pół  godziny  śnieżyca  ustała.  Amber  okazał  się,  praktycznie 
wodoszczelny  -  było  to  naprawdę  jedyne  w  swoim  rodzaju  miasto.  Nie  chciałem 
zbaczać z kursu, pozostawiłem więc bieg rzeczy własnemu losowi. Eryk rzeczywiście 
panował nad pogodą w Amberze.  
      Co teraz robić?  
      Płynęliśmy dalej, prosto w objęcia śmierci.  
      Cóż mogę dodać?  
      Drugi  sztorm  okazał  się  jeszcze  gorszy  niż  pierwszy,  ale  udało  mi  się  utrzymać 
koło sterowe. Burza była naładowana elektrycznością i skierowana głównie na flotę. 
Rozproszyła nas po morzu i zabrała nam Jeszcze czterdzieści statków.  
      Bałem się skontaktować z Bleysem i usłyszeć, co jego spotkało.  
      -  Zostało  mi  jeszcze  dwieście  tysięcy  wojska  -  powiedział.  -  Mieliśmy  potop. 
Powtórzyłem mu, co usłyszałem od Randoma.  
      - Gotów jestem dać temu wiarę - odrzekł. - Ale nie ma co się nad tym rozwodzić. 
Panuje nad pogodą czy nie, i tak go pobijemy.  
      - Miejmy nadzieję - odparłem.  
      Zapaliłem papierosa i oparłem się o dziób. Wkrótce powinniśmy zobaczyć Amber. 
Umiałem  już  na  powrót  poruszać  się  pośród  Cieni  i  wiedziałem,  jak  tam  dotrzeć. 
Wszak  wszyscy  miewają  złe  przeczucia  i  żaden  dzień  nigdy  nie  wydaje  się 
odpowiedni...  Płynęliśmy  więc  dalej,  kiedy  spadła  na  nas  nagła  ciemność  i  rozpętał 
się  najgorszy  ze  sztormów.  Uszliśmy  jakoś  przed  jego  czarnymi  mackami,  ale 
przeszył mnie strach. Byliśmy na północnych wodach - jeśli Caine dotrzyma słowa, to 
wszystko w porządku, gdyby jednak zamierzał nas wydać, to ma nad wyraz korzystną 
sytuację.  
      Przyjąłem, że nas zdradzi. Dlaczegóż by nie? Przygotowywałem właśnie flotę do 
bitwy  -  pozostałe  siedemdziesiąt  trzy  okręty -  gdy  zobaczyłem,  że  płynie  w  naszym 
kierunku. Karty kłamały - lub też powiedziały całą prawdę - wskazując na niego jako 
na kluczową postać.  
      Jego statek wysunął się na czoło i popłynąłem mu na spotkanie. Stanęliśmy burta 
w  burtę,  patrząc  na  siebie.  Mogliśmy  skomunikować  się  przez  Atuty,  ale  Caine 
zdecydował inaczej, a ponieważ miał silniejszą pozycję, etykieta rodzinna wymagała, 
aby  to  on  wybrał  odpowiedni  środek.  Najwyraźniej  chciał,  żeby  go  wszyscy  słyszeli, 
gdy krzyknął przez tubę:  
      -  Corwin!  Złóż  broń!  Mamy  nad  wami  przewagę  liczebną!  Nie  macie  żadnych 
szans!  
      Spojrzałem na niego przez wodę i podniosłem swoją tubę do ust.  
      - Co z naszą umową? - spytałem.  
      -  Uznaj  ją  za  niebyłą  -  odparł.  -  Twoje  siły  są  o  wiele  za  słabe,  żeby  zdobyć 
Amber, oszczędź wiec swoich ludzi i poddaj się.  
      Obejrzałem się przez ramię na słońce.  
      -  Zechciej  wysłuchać  mej  prośby,  bracie, i  pozwól,  bym  póki  słońce  nie  stanie  w 
zenicie, mógł naradzić się z moimi kapitanami.  
      -  Dobrze  -  odparł  bez  wahania.  -  Jestem  pewien,  że  zdają  sobie  sprawę  ze 
swojego położenia.  
      Odwróciłem się i wydałem rozkaz odwrotu i dobicia do reszty naszych okrętów.  
      Gdybym  spróbował  uciec,  Caine  ścigałby  mnie  przez  Cienie  i  niszczył  jeden 
statek  po  drugim.  Proch  się  nie  zapalał  na  prawdziwej  Ziemi,  ale  wystarczyło 
odpłynąć dość daleko, aby i on posłużył do naszej zguby. Gdybym uszedł sam, flota 

background image

nie mogłaby przebyć morza Cieni beze mnie i osiadłaby tu, na prawdziwych wodach, 
niczym stado kaczek. Cokolwiek bym zrobił, załogę czeka śmierć albo uwięzienie.  
      Random miał rację.  
      Wyciągnąłem  Atut  z  Bleysem  i  skoncentrowałem  się  na  obrazku,  póki  się  nie 
poruszył.  
      -  Tak?  -  usłyszałem  jego  zaniepokojony  głos.  Z  daleka  dochodziły  mnie  jakby 
odgłosy bitwy.  
      -  Mam  kłopot  -  powiedziałem.  -  Przebiłem  się  z  siedemdziesięcioma  trzema 
okrętami, lecz Caine zażądał. abyśmy do południa się poddali.  
      - Niech to diabli! - zaklął Bleys. - Nie dotarłem aż tak daleko jak ty, a na dodatek 
jestem teraz w samym środku bitwy. Kawaleria roznosi nas na strzępy. Nie mogę ci 
więc  nic  rozsądnego  doradzić.  Mam  własne  problemy.  Rób,  jak  uważasz  za 
stosowne. Znowu nacierają! - I kontakt się urwał.  
      Wyciągnąłem  teraz  kartę  Gerarda.  Kiedy  rozmawialiśmy,  zdawało  mi  się,  że 
dostrzegam  linię  brzegową  za  jego  plecami.  To  by  potwierdzało  moje 
przypuszczenie,  że  jest  na  morzach  południowych.  Z  niechęcią  wspominam  tę 
rozmowę.  Zapytałem  go,  czy  może  i  zechce  udzielić  mi  wsparcia  w  walce  przeciw 
Caine'owi.  
      - Zgodziłem się tylko cię przepuścić - odparł. - Dlatego wycofałem się na południe. 
Nie zdążyłbym przyjść ci z pomocą, nawet gdybym chciał. Poza tym nie umawiałem 
się, że będę ci pomagał w zabiciu naszego brata.  
      I zanim zdążyłem odpowiedzieć, już go nie było. Miał oczywiście rację. Zgodził się 
dać mi sposobność do walki, a nie walczyć za mnie.  
      Cóż mi pozostawało?  
      Zapaliłem  papierosa,  chodząc  tam  i  z  powrotem  po  pokładzie.  Robiło  się  coraz 
później. Poranna mgła dawno się rozeszła, a słońce grzało w plecy. Niedługo będzie 
południe. Za jakieś dwie godziny...  
      Obracałem w rękach karty, ważyłem je na dłoni. Mogłem przy ich użyciu wezwać 
Eryka lub Caine'a na pojedynek woli. Dawały taką możliwość i zapewne jeszcze wiele 
innych, o których nic nie wiedziałem. Zostały tak zaprojektowane na rozkaz Oberona, 
ręką  szalonego  artysty  Dworkina  Barimena,  garbusa  o  dzikim  spojrzeniu,  który  był 
czarownikiem, księdzem lub medykiem - różne wersje krążyły - z jakiegoś odległego 
Cienia, w którym ojciec uratował go przed okrutnym losem, jaki sobie zgotował. Nikt 
nie  znał  szczegółów,  ale  od  tamtej  pory  Dworkin  miał  lekko  pomieszane  w  głowie. 
Niemniej był wielkim artystą i niewątpliwie posiadał dziwną moc. Zniknął wieki temu, 
po stworzeniu kart i wytyczeniu Wzorca w Amberze. Często zastanawialiśmy się, co 
się  z  nim  stało,  ale  nikt  nie  potrafił  udzielić  odpowiedzi.  Może  to  ojciec  kazał  go 
zgładzić, żeby na zawsze zachować jego sekrety w tajemnicy.  
      Caine  będzie  przygotowany  na  taki  krok  z  mojej  strony  i  prawdopodobnie  nie 
zdołam go złamać, choć może uda mi się go przetrzymać. Lecz jego ludzie, tak czy 
owak, z pewnością dostali rozkaz ataku.  
      Eryk będzie bez wątpienia gotowy na wszystko, ale skoro nie pozostawało mi nic 
innego, to co mi szkodzi spróbować? Nie miałem nic do stracenia oprócz duszy.  
      Była  też  jeszcze  karta  przedstawiająca  Amber.  Za  jej  pomocą  mogłem  się  tam 
przenieść  i  próbować  zabójstwa,  ale  szansę  przeżycia  miałbym  wtedy  jedną  na 
milion.  
      Bytem  gotów  zginąć  w  walce,  lecz  po  co  ciągnąć  za  sobą  na  śmierć  tych 
wszystkich  ludzi?  Moja  krew  została  najwyraźniej  skażona,  mimo  władzy,  jaką 
miałem  nad  Wzorcem.  Prawdziwy  książę  Amberu  nie  miałby  takich  skrupułów. 
Doszedłem  do  wniosku,  że  musiałem  się  zmienić  podczas  tych  stuleci  spędzonych 
na Cieniu-Ziemi, które mnie zmiękczyły, sprawiły, że stałem się inny niż moi bracia.  

background image

      Postanowiłem,  że  poddam  flotę,  a  sam  przeniosę  się  do  Amberu  i  wyzwę  Eryka 
na  rozstrzygający  pojedynek.  Będzie  głupcem,  jeśli  przyjmie  wyzwanie,  ale  cóż  do 
diabła, i tak nie miałem nic do stracenia.  
      Odwróciłem  się,  żeby  wydać  rozkazy  oficerom,  gdy  nagle  chwyciła  mnie  w  swe 
kleszcze straszna siła, odbierająca mi dech i mowę. Poczułem, że ktoś szuka ze mną 
kontaktu  i  w  końcu  udało  się  wykrztusić  przez  zaciśnięte  zęby:  "Kto  tam?"  Nie  było 
odpowiedzi,  tylko  powolne,  uporczywe  wiercenie  w  głębi  czaszki,  któremu  z 
determinacją się przeciwstawiłem. Po chwili, kiedy Eryk zorientował się, że nie złamie 
mnie bez długiej walki, usłyszałem jego głos na wietrze:  
      - Jak ci idzie, bracie?  
      - Niespecjalnie - odparłem czy też pomyślałem, a on zachichotał, choć głos miał 
zduszony, jakby brakło mu tchu po naszej potyczce.  
      -  Wielka  szkoda  -  powiedział.  -  Gdybyś  wrócił  mnie  poprzeć,  hojnie  bym  cię 
wynagrodził.  Teraz  jest  już  oczywiście  za  późno.  Pozostaje  mi  cieszyć  się  z  twojej  i 
Bleysa porażki.  
      Nie odpowiedziałem, lecz zaatakowałem go z całą zaciekłością. Cofnął się trochę 
przed tym natarciem, ale zdołał zatrzymać mnie w miejscu.  
      Gdyby  któryś  z  nas  pozwolił  sobie  na  moment  nieuwagi,  dostałby  się  pod 
psychiczną  dominację  drugiego  lub  wszedł  z  nim  w  kontakt  fizyczny.  Widziałem  go 
bardzo  wyraźnie  we  wnętrzu  pałacu.  Żaden  z  nas  nie  śmiał  zrobić  najmniejszego 
ruchu, żeby nie dać przewagi przeciwnikowi.  
      Toteż walczyliśmy ze sobą tylko wzrokiem i wewnętrzną silą woli. Cóż, rozwiązał 
jeden  z  moich  problemów  atakując  mnie  pierwszy.  Trzymał  mój  Atut  w  lewej  ręce  i 
wpatrywał  się  we  mnie  ze  zmarszczonymi  brwiami.  Szukałem  słabego  punktu,  ale 
bez  rezultatu.  Moi  ludzie  coś  do  mnie  mówili,  lecz  nie  słyszałem  ich  słów  stojąc 
oparty o burtę.  
      Która to mogła być godzina?  
      Poczucie  czasu  opuściło  mnie,  odkąd  zaczęło  się  nasze  starcie.  Czy  mogły  już 
minąć dwie godziny? Nie miałem pojęcia.  
      -  Odgaduję,  co  cię  dręczy  -  rzekł  Eryk.  -  Tak,  współdziałam  z  Caine'em. 
Skontaktował  się  ze  mną  po  waszych  pertraktacjach.  Mogę  cię  tu  trzymać,  gdy 
tymczasem on rozbije twoją flotę i wyśle ją do Rebmy rybom na pożarcie.  
      - Poczekaj - powiedziałem. - Oni są bez winy. Bleys i ja zwiedliśmy ich i myślą, że 
prawo jest po naszej stronie. Ich śmierć nic ci nie da. Miałem zamiar poddać flotę.  
      - Trzeba było nie zwlekać z tym tak długo - odparł. - Teraz jest już za późno. Nie 
mogę wezwać Caine'a i odwołać rozkazu nie zwalniając cię, a w momencie kiedy cię 
zwolnię,  dostanę  się  pod  twoją  psychiczną  dominację  albo  zostanę  przez  ciebie 
napadnięty bezpośrednio. Nasze psychiki są zbyt podobne.  
      - A gdybym dał ci słowo, że tego nie wykorzystam?  
      - Łatwo jest złamać słowo, żeby zdobyć królestwo.  
      - Czyż nie czytasz w moich myślach? Nie czujesz, że mówię prawdę? Dotrzymam 
słowa!  
      -  Czuję  jakąś  dziwną  litość  z  twojej  strony  w  stosunku  do  istot,  które  zwiodłeś,  i 
nie wiem, czemu to przypisać, ale nie mogę się zgodzić. Sam rozumiesz. Nawet jeśli 
w tej chwili mówisz szczerze, czego nie wykluczam, to pokusa będzie zbyt wielka w 
momencie, gdy zdarzy się okazja. Sam to wiesz. Nie mogę ryzykować.  
      Miał rację. Amber płonął zbyt silnie w naszych żyłach.  
      -  Twoja  sztuka  władania  bronią  znacznie  wzrosła  -  zauważył.  -  Widzę,  że 
wygnanie pod tym względem ci posłużyło. Chyba ty jeden mógłbyś z czasem stać się 
moim równorzędnym przeciwnikiem, nie licząc Benedykta, o ile on żyje.  

background image

      -  Nie  pochlebiaj  sobie  -  powiedziałem  szybko.  -  Jestem  pewien,  że  mogę  cię 
pobić. Prawdę mówiąc...  
      -  Nie  trudź  się.  Nie  mam  zamiaru  się  z  tobą  pojedynkować  w  obecnym  stanie 
rzeczy. - I uśmiechnął się, odgadując moją myśl, która płonęła aż nazbyt jasno.  
      -  Niemal  żałuję,  że  nie  stoisz  u  mojego  boku  -  rzekł.  -  Miałbym  z  ciebie  więcej 
pożytku  niż  z  któregokolwiek  z  tamtych.  Julianem  gardzę.  Caine  jest  tchórzem,  a 
Gerard jest silny, ale głupi.  
      Postanowiłem wtrącić dobre słowo za Randomem.  
      - Posłuchaj - powiedziałem. - To ja namówiłem Randoma, żeby tu ze mną przybył, 
on się wcale do tego nie palił. Myślę, że byłby cię poparł, gdybyś się do niego zwrócił.  
      -  Ten  łajdak!  Nie  powierzyłbym  mu  nawet  opróżniania  nocników.  Prędzej  czy 
później  znalazłbym  w  swoim  piranię.  Nie,  dziękuję.  Może  nawet  darowałbym  mu 
życie,  gdyby  nie  twoje  wstawiennictwo.  Chciałbyś,  żebym  przycisnął  go  do  piersi  i 
nazwał  bratem,  tak?  O  nie!  Zbyt  szybko  stanąłeś  w  jego  obronie.  To  zdradza  jego 
prawdziwe intencje, które niewątpliwie znasz. Niech lepiej nie liczy na prawo łaski.  
      Poczułem dym i usłyszałem szczęk metalu o metal. To by znaczyło, że Caine już 
nadciągnął i przystąpił do dzieła.  
      - Masz rację - powiedział Eryk, czytając w moich myślach.  
      - Powstrzymaj go! Proszę cię! Moi ludzie nie mają szansy przeciwko takiej sile!  
      - Nawet gdybyś się oddał w moje ręce - Urwał i zaklął. Pochwyciłem jednak jego 
zamysł. Mógł kazać mi się poddać w zamian za ich życie i wcale nie przerwać rzezi. 
Z  przyjemnością  by  tak  postąpił,  ale  w  zacietrzewieniu  wyniknęło  mu  się  tych  parę 
zdradliwych słów.  
      Zaśmiałem się szyderczo z jego irytacji.  
      - I tak już wkrótce cię dostanę - warknął. - Jak tylko zdobędę okręt flagowy.  
      -  A  tymczasem  masz! -  krzyknąłem  i  natarłem  na  niego  całą  siłą  woli,  wgryzając 
mu  się  w  mózg,  bombardując  go  swoją  nienawiścią.  Poczułem  jego  ból,  co  jeszcze 
dodało  mi  ostrogi.  Smagałem  go  bezlitośnie  w  rewanżu  za  wszystkie  lata  na 
wygnaniu,  przynajmniej  taką  wyznaczając  mu  zapłatę.  Zaatakowałem  granice  jego 
zdrowych  zmysłów  w  odwecie  za  cierpienia,  jakie  zesłał  na  mnie  podczas  zarazy. 
Uderzyłem  go  z  całym  impetem  za  wypadek  samochodowy,  którego  był  sprawcą, 
zadając mu mękę w zamian za własne udręki.  
      Zachwiał  się  jakby,  co  jeszcze  wzmogło  moją  furię.  Natarłem  z  nową  energią  i 
poczułem, że jego duch słabnie.  
      -  Ty  diable!  -  krzyknął  w  końcu  i  zasłonił  ręką  kartę,  którą  trzymał.  Kontakt  się 
urwał; stałem na pokładzie dygocząc jak w febrze.  
      Dokonałem  tego.  Pobiłem  go  w  pojedynku  woli.  Mogłem  się  już  nie  obawiać 
mojego brata tyrana w żadnej formie walki wręcz. Byłem od niego silniejszy.  
      Zaczerpnąłem  kilka  głębokich  oddechów  i  stałem  wyprostowany  oczekując 
chłodnego powiewu zwiastującego kolejny psychiczny atak. Wiedziałem jednak, że to 
mi  nie  grozi,  w  każdym  razie  ze  strony  Eryka.  Czułem,  że  przestraszył  się  mojej 
wściekłości.  
      Rozejrzałem  się  wokół  -  wszędzie  wrzała  walka.  Pokłady  już  spływały  krwią. 
Wrogi  okręt  zahaczył  o  nas  burtą,  a  inny  próbował  zrobić  to  samo  z  drugiej  strony. 
Koło ucha gwizdnęła mi strzała. Wyciągnąłem miecz i skoczyłem w wir walki.  
      Nie  wiem,  ilu  ludzi  zabiłem  tego  dnia.  Po  dwunastym  czy  trzynastym  straciłem 
rachubę.  W  każdym  razie  już  podczas  tej  jednej  potyczki  było  ich  co  najmniej  dwa 
razy  tyle.  Wrodzona  siła  książąt  Amberu,  dzięki  której  mogłem  unieść  mercedesa, 
dobrze  mi  tego  dnia  służyła  i  byłem  w  stanie  jedną  ręką  wyrzucić  mężczyznę  za 
burtę.  

background image

      Wybiliśmy do nogi załogi wrogich statków i zatapiając luki wysłaliśmy obydwa do 
Rebmy,  żeby  uradować  Randoma  taką  masakrą.  Z  mojej  własnej  załogi  została 
połowa,  a  ja  odniosłem  niezliczone  ukłucia  i  zadrapania,  ale  żadnej  poważnej  rany. 
Pospieszyliśmy  na  pomoc  bratniemu  okrętowi  i  pobiliśmy  kolejnych  napastników. 
Wszyscy  z  naszych,  którzy  ocaleli,  przeszli  na  mój  statek  flagowy  i  znów  miałem 
pełną załogę.  
      - Krwi! - krzyknąłem. - Krwi i zemsty! Dajcie mi to, dzielni wojownicy, a wasze imię 
w Amberze nie zaginie!  
      Jak jeden mąż podnieśli broń wrzeszcząc: "Krwi!"  
      I popłynęły jej tego dnia już nie galony, ale całe rzeki. Zniszczyliśmy jeszcze dwie 
jednostki  Caine'a,  uzupełniając  załogę  niedobitkami  z  naszej  floty.  Kiedy 
zmierzaliśmy  do  szóstego  statku,  wspiąłem  się  na  grotmaszt,  żeby  się  rozejrzeć  w 
sytuacji.  
      Wyglądało  na  to,  że  mają  nad  nami  przewagę  trzy  do  jednego.  Z  mojej  floty 
zostało na oko czterdzieści pięć do pięćdziesięciu pięciu statków.  
      Wzięliśmy  szósty  statek  i  nie  musieliśmy  rozglądać  się  za  siódmym  i  ósmym. 
Same do nas przypłynęły. Pobiliśmy je też, ale odniosłem parę ran podczas walki, po 
której znów zostałem z połową załogi. Otrzymałem głębokie cięcie w lewe ramię i w 
prawe udo, a ponadto rwało mnie rozpłatane prawe biodro.  
      Kiedy posłaliśmy te dwa statki na dno, ruszyły na nas następne. Uszliśmy przed 
nimi  pod  osłoną  jednej  z  naszych  jednostek,  która  właśnie  zwycięsko  wyszła  z 
własnej  potyczki.  Raz  jeszcze  połączyliśmy  siły,  tym  razem  przenosząc  banderę  na 
tamten  statek,  mniej  zniszczony  niż  mój,  który  już  zaczął  nabierać  wody  i  miał 
przechył na prawą burtę.  
      Nie  mieliśmy  niemal  pola  manewru,  kiedy  podpłynął  następny  wrogi  okręt  i  jego 
załoga  zaczęła  wdzierać  się  na  nasz  pokład.  Moi  ludzie  byli  zmęczeni  i  mnie  też 
niewiele brakowało. Na szczęście tamci byli w nie lepszym stanie. Zanim przybyto im 
na  odsiecz,  pokonaliśmy  ich  i  zawładnęli  pokładem,  po  raz  kolejny  przenosząc 
banderę  na  lepszy  statek.  Odnieśliśmy  jeszcze  jedno  zwycięstwo  i  zostałem  teraz  z 
dobrym statkiem, czterdziestoma ludźmi i resztką sił.  
      W zasięgu wzroku nie było już nikogo, kto mógłby nam przyjść z pomocą. Każdy 
z  moich  pozostałych  okrętów  toczył  boje  z  co  najmniej  jednym  statkiem  Caine'a. 
Musieliśmy  uciekać  przed  kolejnym  napastnikiem.  Zyskaliśmy  w  ten  sposób  jakieś 
dwadzieścia minut. Usiłowałem wpłynąć do Cienia, ale to ciężki i powolny proces tak 
blisko  Amberu.  O  wiele  łatwiej  jest  dostać  się  w  tę  stronę  niż  z  powrotem,  gdyż 
Amber  jest  samym  środkiem,  przyczyną  wszechrzeczy.  Gdybym  miał  jeszcze 
dziesięć minut, może by mi się udało. Ale nie miałem.  
      Kiedy ścigający nas podpływali coraz bliżej, zobaczyłem, że z oddali kieruje się w 
naszą  stronę  jeszcze  inny  statek.  Oprócz  barw  Eryka  i  flagi  z  białym  jednorożcem 
dojrzałem  również  czamo-zieloną  banderę  Caine'a.  Chciał  osobiście  dokończyć 
dzieła.  
      Pokonaliśmy  załogę  pierwszego okrętu,  lecz  nie  mieliśmy  nawet  czasu  otworzyć 
grodzi,  kiedy  zjawił  się  Caine.  Stałem  na  zakrwawionym  pokładzie  z  garstką 
mężczyzn wokół, gdy Caine z dzioba swego statku wezwał mnie, żebym się poddał.  
      - Czy jeśli to zrobię, darujesz moim ludziom życie?  
      - Tak - odparł. - Inaczej sam musiałbym bez potrzeby stracić paru wojowników.  
      - Słowo księcia?  
      Pomyślał chwilę, potem skinął głową.  
      -  Słowo  -  powiedział,  -  Każ  załodze  złożyć  broń  i  przejść  na  mój  pokład,  kiedy 
podpłynę.  
      Schowałem miecz do pochwy i zwróciłem się do moich ludzi.  

background image

      -  Stoczyliście  wspaniałą  walkę  i  kocham  was  za  to.  Niestety,  przegraliśmy.  - 
Mówiąc  to  wycierałem  ręce  starannie  w  pelerynę,  żeby  nie  poplamić  dzieła  sztuki 
Dworkina,  po  które  zaraz miałem  sięgnąć. - Złóżcie  teraz broń  i  wiedzcie,  że  wasze 
dzisiejsze  czyny  na  trwałe  zapiszą  się  w  pamięci.  Pewnego  dnia  oddam  wam 
sprawiedliwość na dworze w Amberze.  
      Mężczyźni, dziewięciu czerwonoskórych olbrzymów i trzech kudłatych karzełków, 
płakali składając broń.  
      -  Nie  sądźcie,  że  wszystko  stracone,  jeśli  chodzi  o  nasze  miasto  -  pocieszyłem 
ich. - Przegraliśmy tylko jedną bitwę, ale walka jeszcze trwa. Mój brat Bleys właśnie 
toruje sobie drogę do Amberu. Caine dotrzyma słowa i daruje wam życie, nawet gdy 
zobaczy, że odszedłem połączyć się z Bleysem. Przykro mi, że nie mogę wziąć was 
ze sobą.  
      Wyjąłem  Atut  Bleysa  z  talii  i  trzymałem  go  nisko,  za  burtą,  zasłaniając  przed 
tamtym  statkiem.  Właśnie  kiedy  Caine  się  zbliżył,  poczułem  ruch  pod  zimną 
powierzchnią.  
      - Kto? - spytał Bleys.  
      - Corwin. Co u ciebie?  
      -  Wygraliśmy  bitwę,  ale  straciliśmy  wielu  ludzi.  Odpoczywamy  teraz  przed 
podjęciem marszu. A u ciebie?  
      -  Udało  nam  się  zatopić  chyba  połowę  floty  Caine'a,  ale  on  zwyciężył.  Zaraz 
wejdzie na mój pokład. Pomóż mi uciec.  
      Bleys wyciągnął rękę, dotknąłem jej i upadłem mu w ramiona.  
      - Zaczyna mi to wchodzić w zwyczaj - mruknąłem i dopiero wtedy spostrzegłem, 
że i on jest ranny. Głowę i lewą dłoń miał owinięte bandażem.  
      - Byłem zmuszony złapać gołą ręką ostrze sztyletu - wyjaśnił. - Piecze jak diabli.  
      Odetchnąłem głęboko i poszliśmy do jego namiotu, gdzie otworzył butelkę wina i 
poczęstował  mnie  chlebem,  serem  i  suszonym  mięsem.  Miał  wciąż  spory  zapas 
papierosów; wziąłem jednego i zapaliłem, podczas gdy lekarz wojskowy opatrywał mi 
rany.  
      Zostało  mu  jeszcze  sto  osiemdziesiąt  tysięcy  żołnierzy.  Kiedy  tego  wieczoru 
patrzyłem  ze  wzgórza  na  rozbite  namioty,  ujrzałem  przed  sobą  nieskończenie  długi 
szereg  obozowisk,  w  których  koczowałem  przez  te  wszystkie  stulecia.  I  naraz 
poczułem, że łzy mi napływają do oczu na myśl o ludziach, którzy w przeciwieństwie 
do władców Amberu żyją tylko krótką chwilę, zanim obrócą się w proch, a jeszcze tylu 
z nich ginie na polach bitewnych całego świata.  
      Wróciłem do namiotu Bleysa i skończyliśmy butelkę wina.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 07  
 
      Tej nocy znów rozpętał się gwałtowny sztorm. Nie zelżał nawet, kiedy srebrzysty 
świt przebił się zza chmur, lecz towarzyszył nam uparcie przez cały dzień.  
      Wędrówka  w  deszczu,  i  to  zimnym,  nie  wpływa  dobrze  na  morale.  Zawsze 
nienawidziłem błota, po którym byłem zmuszony maszerować przez całe wieki!  
      Szukaliśmy drogi w Cieniu, na której nie padałyby deszcze, ale nasze wysiłki nie 
przynosiły  żadnych  rezultatów.  Maszerowaliśmy  do  Amberu  w  ubraniach  klejących 
się do ciała, do wtóru piorunów i przy blasku błyskawic.  
      Następnej  nocy  temperatura  opadła  i  rano  powitały  nas  sztywne  od  mrozu 
chorągwie i biały świat pod ołowianym, zasnutym śnieżycą niebem.  
      Nasi  żołnierze,  pomijając  tych  małych,  kudłatych,  nie  byli  odpowiednio 
wyposażeni  do  takich  okoliczności,  toteż  kazaliśmy  im  iść  jak  najszybciej,  żeby 

background image

zapobiec  odmrożeniom.  Czerwone  wielkoludy  cierpiały.  W  ich  ojczyźnie  klimat  był 
bardzo ciepły.  
      Tego dnia zaatakowały nas tygrys, niedźwiedź polarny oraz wilk. Tygrys, którego 
zabił Bleys, mierzył od czubka nosa do końca ogona ponad cztery metry dwadzieścia 
centymetrów.  
      Maszerowaliśmy do późna w noc, aż do porannej rosy. Bleys poganiał żołnierzy, 
żeby  czym  prędzej  wyjść  z  zimnych  Cieni.  Atut  Amberu  ukazywał  ciepłą,  suchą 
jesień, a zbliżaliśmy się już do prawdziwej Ziemi.  
      Następnego  dnia  maszerowaliśmy  do  północy  przez  topniejący  śnieg,  śnieg  z 
deszczem,  zimny  deszcz,  ciepły  deszcz,  aż  do  suchego  lądu.  Wydaliśmy  rozkaz, 
żeby  tu  rozbić  obóz,  z  potrójnym  kordonem  straży.  Biorąc  pod  uwagę  zmęczenie 
wojska,  byliśmy  łatwym  łupem.  Ale  ludzie  już  ledwo  trzymali  się  na  nogach  i  nie 
uszliby dużo dalej.  
      Atak  nastąpił  kilka  godzin  później,  pod  wodzą  Juliana,  czego  się  dowiedziałem 
poniewczasie  z  opisu  tych,  co  przeżyli.  Skierował  komandosów  na  najsłabiej 
obstawione  punkty  naszego  obozu,  na  tyłach.  Gdybym  wiedział,  że  to  Julian, 
mógłbym  spróbować  go  przytrzymać  za  pomocą  jego  Atutu,  ale  dowiedziałem  się 
tego dopiero po fakcie. Przez nagły napad zimy straciliśmy niemal dwa tysiące ludzi i 
nie wiadomo, ilu jeszcze w walce z Julianem.  
      Wojsku  zaczynała  zagrażać  demoralizacja,  niemniej  posłuchali  rozkazu 
wymarszu. Następny dzień był jedną wielką pułapką. Armia naszej wielkości miała za 
małą możliwość manewru, żeby sobie poradzić z podjazdami, które Julian przeciwko 
nam  wysyłał.  Zabiliśmy  wprawdzie  paru  jego  ludzi,  ale  stosunkowo  niewielu,  może 
jednego na dziesięciu naszych.  
      W  południe  wkroczyliśmy  w  dolinę  biegnącą  równolegle  do  brzegu  morza.  Las 
Ardeński  znajdował  się  na  północy,  na  lewo, a  Amber  prosto  przed nami.  Powietrze 
było chłodne i przesycone aromatem ziemi i jej płodów. Opadło już parę liści. Amber 
leżał  osiemdziesiąt  mil  przed  nami,  widoczny  tylko  jako  migotliwy  blask  nad 
horyzontem.  
      Po  południu  zebrały  się  chmury,  spadł  lekki  deszcz  i  z  nieba  zaczęły  walić 
pioruny. Potem burza ucichła i wyjrzało słońce, osuszając świat.  
      Po  jakimś  czasie  poczuliśmy  dym.  A  po  chwili  zobaczyliśmy  wokół  języki 
płomieni. I wkrótce strzeliły w niebo ruchome ściany ognia, które zbliżały się do nas z 
miarowym trzaskiem, niosąc ze sobą żar i wzniecając panikę w naszych szeregach. 
Rozległy się krzyki, kolumna rozpadła się i rzuciła do ucieczki. Zaczęliśmy biec.  
      Obsypał nas deszcz popiołu, a dym robił się coraz gęstszy. Pędziliśmy co sil, ale 
ogień  był  szybszy.  Płonące  połacie  lasu  huczały  i  grzmiały  wokół,  zalewając  nas 
falami  gorąca.  Wkrótce  płomienie  były  już  przy  nas,  drzewa  poczerniały,  liście  się 
spopieliły, mniejsze drzewka zaczęły się chwiać. Droga przed nami była jedną rzeką 
płomieni.  
      Biegliśmy  jak  szaleni,  bojąc  się,  że  za  chwilę  będzie  jeszcze  gorzej.  I  nie 
myliliśmy się. Teraz już i wielkie, grube drzewa padały nam pod nogi; musieliśmy je 
przeskakiwać i okrążać. Całe szczęście, że byliśmy na szerokiej drodze leśnej...  
      Żar stał się nie do wytrzymania i oddychaliśmy z największym trudem. Mijały nas 
jelenie,  wilki,  lisy  i  zające,  ignorując naszą obecność  i  siebie  nawzajem  w  panicznej 
ucieczce. Nad dymem unosił się krzyk ptaków, które spadały masowo na ziemię, nie 
zwracając niczyjej uwagi.  
      Spalenie tego wiekowego lasu, równie sędziwego jak Las Ardeński, wydawało mi 
się  niemal  świętokradztwem.  Ale  Eryk  był  księciem  Amberu  i  wkrótce  miał  zostać 
królem. Na jego miejscu może zrobiłbym to samo...  

background image

      Miałem  osmalone  brwi  i  włosy,  a  gardło  spalone  jak  komin.  Zadawałem  sobie 
pytanie,  ile  ofiar  będzie  nas  ten  pożar  kosztować?  Między  nami  i  Amberem  leżało 
jeszcze siedemdziesiąt mil zalesionej doliny,  za nami, do końca lasu, zostało ponad 
trzydzieści.  
      - Bleys! - wykrztusiłem. - Dwie lub trzy mile przed nami jest rozgałęzienie! Prawa 
odnoga prowadzi do rzeki Oisen, płynącej do morza. To nasza jedyna szansa! Cała 
dolina Garnath stoi w ogniu. Jedyna nadzieja w tym, że dotrzemy do wody!  
      Przytaknął.  Biegliśmy  dalej,  ale  ogień  był  szybszy.  Dotarliśmy  jednak  do 
rozwidlenia,  gasząc  płomienie  na  tlącym  się  ubraniu,  wycierając  popiół  z  oczu  i 
wypluwając  go  z  ust,  przeczesując  rękami  włosy,  kiedy  zagnieździły  się  w  nich 
płomyki.  
      - Jeszcze tylko ćwierć mili - powiedziałem.  
      Kilkakrotnie  spadały  na  mnie rozżarzone gałęzie,  nie  osłonięta  skóra  paliła  mnie 
żywym ogniem, a i te osłonięte części ciała miały się nie lepiej.  
      Biegliśmy  przez  płonącą  trawę  wzdłuż  długiego  zbocza  i  kiedy  u  podnóża 
dojrzeliśmy wodę, jeszcze przyspieszyliśmy kroku, choć wydawało się to niemożliwe. 
Wskoczyliśmy do rzeki, z ulgą zanurzając się w chłodną toń.  
      Trzymaliśmy  się  z  Bleysem  jak  najbliżej  siebie,  walcząc  z  prądem,  który  unosił 
nas  krętym  nurtem  rzeki  Oisen.  Splątane  konary  drzew  nad  naszymi  głowami 
wyglądały  jak  strop  płonącej  katedry.  Kiedy  łamały  się  i  spadały  prosto  na  nas, 
musieliśmy  ratować  się  błyskawicznym  kraulem  lub  głębokim  nurem  pod 
powierzchnię.  Wodę  wokół  pokrywały  syczące,  czarne  szczątki,  a  wystające  z  niej 
głowy niedobitków naszej armii wyglądały jak pływające orzechy kokosowe.  
      Rzeka  była  ciemna  i  zimna,  wkrótce  rozbolały  nas  rany,  zaczęliśmy  szczękać 
zębami i dygotać. Przebyliśmy dobre parę mil, zanim zostawiliśmy z tyłu płonący las i 
dotarliśmy do płaskiej, bezdrzewnej równiny biegnącej do morza. Pomyślałem, że to 
idealne miejsce dla Juliana, aby zaczaić się na nas z łucznikami. Podzieliłem się tym 
z  Bleysem,  który  zgodził  się  z  moją  opinią,  ale  uznał,  że  niewiele  możemy  na  to 
poradzić. Musiałem przyznać mu rację. Tymczasem drzewa płonęły wokół nas, a my 
posuwaliśmy się naprzód płynąc i brodząc.  
      Wydawało  się,  że  minęły  całe  godziny,  ale  w  rzeczywistości  musiało  upłynąć 
znacznie mniej czasu, zanim moje obawy się sprawdziły i spadł na nas pierwszy grad 
strzał.  
      Zanurkowałem i popłynąłem pod wodą, a ponieważ płynąłem z prądem, udało mi 
się przebyć całkiem niezły dystans, zanim znów wynurzyłem się na powierzchnię. W 
tej  samej  chwili  zaświstały  mi  koło  uszu  następne  strzały.  Nie  miałem  pojęcia,  jak 
długi  może  być  ten  korytarz  śmierci,  ale  nie  paliłem  się  do  tego,  aby  wychodzić  na 
brzeg  i  sprawdzać.  Wciągnąłem  głęboko  powietrze  i  ponownie  dałem  nura. 
Dotknąłem dna i wymacując drogę między kamieniami przesunąłem się jak mogłem 
najdalej,  a  potem  skierowałem  się  do  prawego  brzegu,  wypuszczając  po  drodze 
powietrze.  Wychyliłem  się  na  powierzchnię,  wziąłem  głęboki  oddech  i  znów  się 
zanurzyłem,  nie  rozglądając  się  przy  tym  zbytnio  na  boki.  Płynąłem,  aż  zaczęło 
rozsadzać mi płuca, wtedy znów wyjrzałem.  
      Tym  razem  nie  miałem  szczęścia  i  dostałem  strzałą  w  lewy  biceps.  Zdołałem 
zanurkować i złamać drzewce, a potem wyciągnąłem grot i posuwałem się do przodu 
wyrzucając  nogi  żabką  i  pomagając  sobie  ostrożnymi  ruchami  prawej  ręki. 
Wiedziałem,  że  kiedy  znów  się  wynurzę,  zastrzelą  mnie  jak  kaczkę.  Zmusiłem  się 
więc  do  zostania  pod  wodą,  aż  przed  oczami  zaczęły  mi  latać  czerwone  plamki  i 
pociemniało  mi  w głowie.  Musiałem  wytrzymać  chyba  pełne trzy minuty. Za  to  kiedy 
tym razem wyjrzałem na powierzchnię, spotkała mnie cisza. Ciężko dysząc ruszyłem 
przez wodę do lewego brzegu i chwyciłem się zwisających wici.  

background image

      Rozejrzałem  się  wokół.  Stało  tu  niewiele  drzew  i  ogień  dotąd  nie  dotarł.  Oba 
brzegi były puste, podobnie jak rzeka. Czyżbym był jedynym, który ocalał? Wydawało 
mi  się  to  niemożliwe,  Przecież  było  nas  jeszcze  tylu,  kiedy  przystępowaliśmy  do 
ostatniego marszu...  
      Bytem  ledwo  żywy  z  wyczerpania  i  obolały  na  całym  ciele.  Czułem  się,  jakbym 
miał spalona skórę, lecz woda była tak zimna, że trząsłem się i siniałem. Wiedziałem, 
że muszę szybko wyjść z rzeki, jeśli chcę utrzymać się przy życiu. Uznałem jednak, 
że  stać  mnie  na  jeszcze  parę  podwodnych  wycieczek,  i  postanowiłem  odpłynąć 
trochę dalej, zanim opuszczę bezpieczne głębiny.  
      Jakimś cudem zdołałem zanurkować jeszcze czterokrotnie, nim poczułem, że za 
piątym  razem  mogę  już  nie  wypłynąć.  Przywarłem  więc  do  przybrzeżnej  skały, 
złapałem  oddech  i  wygramoliłem  się  na  brzeg.  Nie  poznawałem  tej  okolicy,  pożar 
jednak  ją  ominął.  Na  prawo  stała  gęsta  kępa  krzewów,  doczołgałem  się  do  niej, 
wpełzłem do środka, upadłem na twarz i natychmiast zasnąłem.  
      Kiedy się obudziłem, niemal tego pożałowałem. Bolał mnie każdy centymetr ciała 
i  byłem  ciężko  chory.  Leżałem  tak  bez  ruchu  przez  długie  godziny,  na  wpół 
przytomny, aż wreszcie z najwyższym trudem dowlokłem się do rzeki, żeby się napić 
wody. Potem wróciłem do krzaków i znów zasnąłem.  
      Byłem  nadal  cały  obolały,  gdy  wróciła  mi  przytomność,  ale  już  trochę  silniejszy. 
Poszedłem do rzeki i z powrotem, a potem z pomocą lodowatego Atutu przekonałem 
się, że Bleys żyje.  
      - Gdzie jesteś? - spytał, gdy nawiązałem kontakt.  
      -  Sam  nie  wiem  -  odparłem.  -  Cieszę  się,  że  w  ogóle  jeszcze  jestem.  Chyba 
gdzieś w pobliżu morza. Słyszę w oddali fale i rozpoznaję zapach.  
      - Jesteś nad rzeką?  
      - Tak.  
      - Na którym brzegu?  
      - Na lewym, patrząc w stronę morza. Północnym.  
      -  Zostań  tam  i  nie  ruszaj  się  z  miejsca.  Wyślę  kogoś  po  ciebie.  Zbieram  nasze 
rozrzucone  siły.  Mam  już  ponad  dwa  tysiące żołnierzy  i  z  każdą  chwilą  ta  liczba  się 
powiększa. Julian zostawił nas na razie w spokoju.  
      - Dobrze - powiedziałem i zostałem w miejscu, ułożywszy się do snu.  
      Usłyszałem  jakiś  ruch  w  krzakach  i  usiadłem  zaniepokojony.  Rozsunąłem 
paprocie i wyjrzałem. Były to trzy czerwone wielkoludy.  
      Poprawiłem  rynsztunek,  wygładziłem  ubranie,  przeczesałem  ręką  włosy, 
stanąłem wyprostowany, choć miałem nieco miękkie kolana, odetchnąłem parę razy 
głęboko i wyszedłem.  
      - Jestem tutaj - oznajmiłem.  
      Dwaj z nich aż podskoczyli na dźwięk mojego głosu wyjmując błyskawicznie broń, 
ale  szybko  się  zreflektowali,  powitali  mnie  z  szacunkiem  i  zaprowadzili  do  obozu, 
który  był  odległy  o  jakieś  dwie  mile.  Przeszedłem  ten  dystans  o  własnych  siłach. 
Bleys powitał mnie słowami:  
      - Jest nas już ponad trzy tysiące. - Później wezwał lekarza wojskowego, oddając 
mnie ponownie w jego ręce.  
      Tej  nocy  -  która  minęła  spokojnie  -  i  następnego  dnia  wróciła  reszta  naszych 
żołnierzy. Było nas teraz jakieś pięć tysięcy. Z daleka widzieliśmy Amber.  
      Nazajutrz  rano  wyruszyliśmy.  Do  południa  zrobiliśmy  piętnaście  mil. 
Maszerowaliśmy wzdłuż plaży i nigdzie nie było widać ani śladu Juliana.  
      Oparzenia  bolały  mnie  coraz  mniej.  Udo  miałem  już  wygojone,  ale  ręka  i  ramię 
wciąż mocno dawały mi się we znaki.  

background image

      Maszerowaliśmy  przed  siebie  i  wkrótce  od  Amberu  dzieliło  nas  już  tylko 
czterdzieści mil. Pogoda była łaskawa, a las na lewo zamienił się w wymarłą, czarną 
pustynię.  Ogień  zniszczył  całą  roślinność  w  dolinie  i  przynajmniej  to  jedno  obróciło 
się teraz na naszą korzyść.  
      Ani  Julian,  ani  nikt  inny  nie  mógł  zastawić  na  nas  pułapki  -  na  odległość  mili 
wszystko  widać  było  jak  na  dłoni.  Przed  zachodem  słońca  przeszliśmy  dalszych 
dziesięć mil, a potem rozbiliśmy obóz na plaży.  
      Nazajutrz  uprzytomniłem  sobie,  że  wkrótce  ma  się  odbyć  koronacja  Eryka,  i 
przypomniałem to Bleysowi. Straciliśmy prawie rachubę czasu i teraz zrozumieliśmy, 
że zostało nam już tylko parę dni.  
      Do  południa  wiedliśmy  żołnierzy  szybkim  marszem,  a  potem  stanęliśmy  na 
odpoczynek.  Byliśmy  dwadzieścia  pięć  mil  od  podnóża  Kolviru.  O  zmroku  ta 
odległość  zmalała  do  dziesięciu  mil.  I  szliśmy  dalej.  Maszerowaliśmy  do  północy  i 
dopiero  wtedy  rozbiliśmy  obóz.  Tego  dnia  poczułem,  że  wracają  mi  siły. 
Spróbowałem  zrobić  mieczem  parę  cięć  i  wyszło  to  nie  najgorzej.  Nazajutrz  miałem 
się jeszcze lepiej.  
      Maszerowaliśmy, aż doszliśmy do stóp Kolviru, gdzie spotkały nas połączone siły 
Juliana i Caine'a, którego flota przedzierzgnęła się teraz w piechotę.  
      Bleys  zagrzewał  żołnierzy  okrzykami  do  walki;  jak  Robert  E.  Lee  pod 
Chancellorsville, i pobiliśmy ich.  
      Zostało  nam  trzy  tysiące  ludzi,  kiedy  skończyliśmy  rozprawiać  się  z 
przeciwnikiem.  Julian  oczywiście  uciekł.  Ale  zwyciężyliśmy.  Tej  nocy  było  wielkie 
święto. Zwyciężyliśmy.  
      Niemniej  gnębiły  mnie  coraz  poważniejsze  obawy  i  podzieliłem  się  nimi  z 
Bleysem.  Trzy  tysiące  ludzi  przeciwko  Kolvirowi.  Ja  straciłem  flotę,  a  Bleys 
dziewięćdziesiąt osiem procent swojej piechoty. Nie było powodów do uciechy.  
      I wcale mi się to nie podobało.  
      Ale  nazajutrz  zaczęliśmy  podejście.  Kamienne  schodki  mieściły  tylko  dwóch 
mężczyzn  idących  ramię  w  ramię,  a  wyżej  jeszcze  się  zwężały,  zmuszając  nas  do 
wchodzenia  w  pojedynczym  szeregu.  Wspięliśmy  się  sto  metrów,  potem  dwieście, 
trzysta.  Wtem  uderzył  w  nas  sztorm  od  morza  i  smagani  bezlitośnie,  przywarliśmy 
ciasno do skał. Lecz mimo to straciliśmy kilkuset ludzi.  
      Podczas  dalszej  wspinaczki  spadł  na  nas  ulewny  deszcz.  Droga robiła  się  coraz 
bardziej  stroma,  coraz  bardziej  śliska.  Na  mniej  więcej  jednej  czwartej  wysokości 
Kolviru  zderzyliśmy  się  ze  schodzącą  z  góry  zbrojną  kolumną.  Pierwsze  szeregi 
zwarły się z naszą strażą przednią i dwóch mężczyzn padło. Zdobyliśmy jeszcze dwa 
stopnie i padł następny trup.  
      I  tak  to  się  toczyło  przez  przeszło  godzinę,  podczas  której  zdołaliśmy  jednak 
wdrapać  się  na  jedną  trzecią  wysokości,  mimo  przerzedzającego  się  szeregu. 
Mieliśmy  szczęście,  że  nasi  czerwonoskórzy  wojownicy  byli  silniejsi  od  ludzi  Eryka. 
Co  chwilę  dawał  się  słyszeć  szczęk  broni,  krzyk  i  znoszono  w  dół  kolejną  ofiarę. 
Czasem  był  to  któryś  z  naszych  olbrzymów  lub  porośniętych  futrem  karzełków,  ale 
częściej żołnierze w barwach Eryka.  
      Weszliśmy  do  połowy  góry,  walcząc  o  każdy  stopień.  Wiedzieliśmy,  że  na 
szczycie  czekają  na  nas  szerokie  schody,  których  te  prowadzące  do  Rebmy  były 
zaledwie  odbiciem.  Zawiodą  nas  one  do  Wielkiego  Łuku,  który  stanowi  wschodnie 
wejście do Amberu.  
      Nasza  straż  przednia  liczyła  teraz  może  pięćdziesiąt  osób.  Potem  czterdzieści, 
trzydzieści, dwadzieścia, tuzin...  
      Byliśmy  już  na  dwóch  trzecich  wysokości,  stopnie  szły  zygzakiem  w  górę  po 
ścianie  Kolviru.  Wschodnie  schody  są  rzadko  używane.  Stanowią  niemal  dekorację. 

background image

Początkowo  mieliśmy  w  planie  przeciąć  spaloną  obecnie  dolinę,  okrążyć  górę 
wspinając się zachodnim szlakiem i wejść do Amberu od tyłu. Przez pożar i działania 
Juliana  ten  projekt  upadł.  Nigdy  nie  zdołalibyśmy  pokonać  góry,  jednocześnie  ją 
okrążając. Mieliśmy do wyboru frontalny atak albo nic. Ale nie zanosiło się na nic.  
      Trzech  dalszych  przeciwników  padło  i  zdobyliśmy  cztery  stopnie.  Z  kolei  nasz 
człowiek idący na czele spadł w przepaść i straciliśmy jeszcze jednego wojownika.  
      Od morza wiał ostry i chłodny wiatr, u stóp góry zbierały się ptaki. Słońce wyjrzało 
zza  chmur,  czyli  że  Eryk  najwyraźniej  zaniechał  sterowania  pogodą,  teraz  kiedy 
mierzyliśmy się z jego siłami.  
      Zdobyliśmy sześć stopni i straciliśmy następnego żołnierza.  
      Było dziwnie, smutno i dziko...  
      Bleys  stał  przede  mną  i  wkrótce  miała  nadejść  jego  kolej.  A  potem  moja,  jeśli 
zginie.  
      Zostało jeszcze sześciu ludzi.  
      Dziesięć kroków...  
      Teraz zostało tylko pięć.  
      Posuwaliśmy się naprzód cal po calu i jak okiem sięgnąć wszystkie stopnie w dół 
poznaczone były krwią. Gdzieś w tym musi kryć się głęboki morał.  
      Piąty  mężczyzna  zabił  czterech,  zanim  upadł,  i  znaleźliśmy  się  na  kolejnym 
zakręcie. Wspinaliśmy się zakosami coraz wyżej, a nasz obecny przewodnik bił się z 
bronią  w  obu  rękach.  Dobrze,  że  walczył  w  świętej  wojnie,  bo  każdy  jego  cios  krył 
prawdziwą żarliwość. Zanim zginął, wyprawił na tamten świat trzech przeciwników.  
      Następny  już  nie  był  tak  żarliwy  lub  tak  dobrze  władający  bronią.  Padł 
natychmiast i zostało tylko dwóch.  
      Bleys wyciągnął swój długi inkrustowany miecz i jego ostrze zalśniło w powietrzu.  
      - Zaraz się przekonamy - powiedział - co potrafią zdziałać przeciwko księciu.  
      - Mam nadzieję, że jeden książę wystarczy - odparłem, a on zachichotał.  
      Byliśmy  chyba  w  trzech  czwartych  drogi,  kiedy  w  końcu  nadeszła  jego  kolej. 
Skoczył  do  przodu,  natychmiast  rozprawiając  się  z  pierwszym,  który  mu  stanął  na 
drodze.  Drugiemu  błyskawicznie  przebił  gardło  czubkiem  miecza  i  niemal 
jednocześnie ściął głowę trzeciemu. Przez chwilę walczył z czwartym, nim go zabił.  
      Posuwałem się za nim krok w krok, trzymając odkryty miecz w dłoni.  
      Był  dobry,  nawet  lepszy,  niż  pamiętałem.  Parł  naprzód  jak  cyklon,  a  jego  miecz 
ciął  jak  błyskawica,  zbierając  śmiertelne  pokłosie.  Cokolwiek  by  mówić  o  Bleysie, 
tego dnia spisał się jak przystało na człowieka jego rangi.  
      Zadawałem sobie pytanie, jak długo wytrzyma.  
      W lewej ręce trzymał sztylet, którym posługiwał się z bezwzględną skutecznością, 
ilekroć  udało  mu  się  doprowadzić  do  bezpośredniego  zwarcia. Zostawił  go  w  gardle 
jedenastej ofiary.  
      Nie widziałem końca kolumny naszych przeciwników. Doszedłem do wniosku, że 
musi  ciągnąć  się  aż  do  samego  szczytu.  Miałem  nadzieję,  że  moja  kolej  nigdy  nie 
nadejdzie, i już niemal w to uwierzyłem.  
      Obok  mnie  spadły  jeszcze  trzy  ciała  i  stanęliśmy  na  występie  skalnym  na 
zakręcie.  Bleys  oczyścił  występ  i  zaczął  się  wspinać.  Przez  pół  godziny 
obserwowałem,  jak  wysyłał  wrogów  na  tamten  świat.  Za  sobą  słyszałem  pełne 
podziwu i nabożnego lęku szepty naszych żołnierzy.  
      Byłem gotów pomyśleć, że dojdzie aż do szczytu.  
      Używał  wszelkich  możliwych  sztuczek.  Machał  przeciwnikom  przed  oczami 
peleryną, podstawiał nogę, wykręcał ręce.  
      Doszliśmy  do  następnej  półki  skalnej.  Dostrzegłem  krew  na  jego  rękawie,  ale 
jemu  uśmiech  nie  schodził  z  ust,  a  wojownicy  za  plecami  tych,  których  zabijał,  mieli 

background image

poszarzałe strachem twarze. To też ułatwiało mu zadanie. Może do ich przestrachu i 
spowolnionej  nerwami  reakcji  przyczyniał  się  fakt,  że  stałem  z  tyłu  gotów  w  każdej 
chwili wypełnić lukę. Pamiętali przecież, co się działo podczas naszej bitwy morskiej.  
      Bleys  stał  już  na  kolejnym  nawisie,  oczyścił  go,  skręcił,  zaczął  posuwać  się  w 
górę. Nigdy nie przypuszczałem, że dojdzie aż tak daleko. Sam chyba nie umiałbym 
tego  dokonać.  Był  to  najbardziej  fenomenalny  pokaz  sztuki  szermierczej  i 
wytrzymałości,  jaki  widziałem  od  czasu,  gdy  Benedykt  bronił  przełęczy  nad  Lasem 
Ardeńskim przed Księżycowymi Jeźdźcami z Ghenesh.  
      Jednak  i  on  najwyraźniej  powoli  tracił  siły.  Gdybym  tylko  mógł  go  zluzować, 
zastąpić choć na chwilę...  
      Ale  to  było  niemożliwe,  szedłem  więc  za  nim,  bojąc  się,  że  każdy  cios  może  już 
okazać  się  ostatnim.  Widziałem,  że  słabnie.  Byliśmy  w  odległości  zaledwie 
trzydziestu metrów od szczytu.  
      Nagle poczułem do niego miłość. Był moim bratem i stał u mego boku. Chyba już 
nie wierzył, że wygra, a jednak walczył... dając mi w efekcie szansę na tron.  
      Zabił  kolejnych  trzech  mężczyzn,  lecz  jego  miecz  poruszał  się  coraz  wolniej.  Z 
czwartym  walczył  przez  prawie  pięć  minut,  nim  go  pokonał.  Byłem  pewien,  że 
następny przeciwnik będzie ostatnim.  
      Ale się myliłem.  
      Gdy go dobijał, przełożyłem miecz z prawej ręki do lewej, a prawą ręką wyjąłem 
sztylet i rzuciłem nim. Aż po rękojeść zagłębił się w gardle następnego przeciwnika. 
Bleys przeskoczył dwa stopnie i podciął nogi kolejnemu mężczyźnie, zrzucając go w 
przepaść.  Potem  jednym ruchem  ręki  rozpłatał  brzuch  jego  następcy.  Pospieszyłem 
wypełnić lukę i stanąłem tuż za nim w pełnej gotowości. On jednak jeszcze mnie nie 
potrzebował.  W  nowym  przypływie  energii  uśmiercił  następnych  dwóch.  Zawołałem, 
żeby  podano  mi  z  tylu  sztylet,  poczekałem,  aż  Bleys  się  odsunie,  i  rzuciłem  nim  w 
mężczyznę, z którym walczył. Ten właśnie robił wypad do przodu i sztylet trafił go nie 
tyle  ostrzem,  ile  rękojeścią,  lecz  za  to  w  głowę.  Jednocześnie  Bleys  przeszył  mu 
ramię  i  mężczyzna  padł.  Ale  zza  jego  pleców  wyskoczył  z  impetem  następny 
przeciwnik  i  nadziawszy  się  na  miecz,  runął  jak  długi  na  Bleysa,  pociągając  go  za 
sobą w przepaść.  
      Instynktownie,  niemal  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  robię,  jednak  w  tej 
jednotysięcznej  części  sekundy  podejmując  decyzję,  którą  człowiek  uświadamia 
sobie  dopiero  po  fakcie,  sięgnąłem  do  pasa,  wyszarpnąłem  moją  talię  Atutów  i 
rzuciłem ją Bleysowi, który zdawał się przez moment wisieć w powietrzu - tak szybko 
zareagowały moje mięśnie i percepcja - krzycząc:  
      - Łap, głupcze!  
      Złapał.  
      Dalej nie miałem czasu patrzeć, co się dzieje, bo musiałem zająć się parowaniem 
i zadawaniem ciosów.  
      Tak zaczął się ostatni etap zdobywania Kolviru.  
      Wystarczy  powiedzieć,  że  dokonałem  tego  i  stałem  ciężko  dysząc  na  szczycie, 
gdy  moi  ludzie  jeden po  drugim  do mnie  dochodzili.  Raz  jeszcze  skonsolidowaliśmy 
siły  i  ruszyliśmy  naprzód.  Marsz  do  Wielkiego  Łuku  zajął  nam  godzinę.  Przeszliśmy 
pod nim. Byliśmy w Amberze.  
      Nie  wiedziałem,  gdzie  jest  Eryk,  ale  z  pewnością  nigdy  nie  przypuszczał,  że 
dotrzemy aż tutaj.  
      Zastanawiałem się też, gdzie jest Bleys. Czy zdołał wyciągnąć jakiś Atut i zrobić z 
niego użytek, zanim sięgnął dna? Pewno nigdy się nie dowiem.  
      Przeceniliśmy  nasze  siły.  Przeciwnik  był  znacznie  liczniejszy  i  jedyne,  co  nam 
teraz pozostawało, to walczyć godnie do końca. Dlaczego postąpiłem tak idiotycznie i 

background image

oddałem Bleysowi moje karty? Wiedziałem, że nie ma własnych, i chyba to wywołało 
we  mnie  taki  odruch,  nabyty  prawdopodobnie  podczas  tych  lat  spędzonych  na 
Cieniu-Ziemi.  A  przecież  mógłbym  ich  użyć  do  ucieczki,  gdyby  sprawy  przyjęły  zły 
obrót.  
      Sprawy przyjęły zły obrót.  
      Biliśmy  się  aż  do  zmierzchu  i  z  mojego  wojska  została  niewielka  grupka. 
Otoczono nas zaraz za granicami Amberu, daleko od pałacu. Walczyliśmy już tylko w 
obronie  życia  i  moi  żołnierze  jeden  po  drugim  ginęli.  Przewaga  wroga  była 
miażdżąca.  
      Llewella albo Deirdre udzieliłyby mi schronienia. Dlaczego to zrobiłem?  
      Powaliłem  kolejnego  przeciwnika  i  odsunąłem  to  pytanie  na  dalszy  plan.  Słońce 
zaszło i ciemności zasnuły niebo. Zostało nas tylko parę setek, lecz wcale nie byliśmy 
bliżej pałacu.  
      I  wtedy  zobaczyłem  Eryka  wydającego  rozkazy.  Gdybym  tylko  mógł  się  z  nim 
porozumieć!  Ale  nie  mogłem.  Najprawdopodobniej  poddałbym  się,  żeby  oszczędzić 
życie  moich  żołnierzy,  którzy  służyli  mi  lepiej,  niż  na  to  zasługiwałem.  Lecz  nie  było 
komu się poddać, nikt do tego nie wzywał. Eryk nie usłyszałby mnie, nawet gdybym 
wrzeszczał co sił. Był daleko i dowodził.  
      Walczyliśmy więc i wkrótce została nas tylko setka. Powiem krótko: w końcu zabili 
wszystkich oprócz mnie. Rzucili na mnie sieci i obsypali gradem przytępionych strzał. 
Kiedy padłem, ogłuszyli mnie i skrępowali powrozem jak wieprzka, po czym wszystko 
odpłynęło w dal prócz koszmarów, które za nic nie chciały ustąpić.  
      Przegraliśmy.  
      Ocknąłem się w lochu głęboko pod Amberem, żałując, że dotarłem aż tak daleko. 
To, że wciąż żyłem, znaczyło, iż Eryk ma co do mnie jakieś plany. Wyobraziłem sobie 
koło  tortur  i  kleszcze,  ogień  i  szczypce.  Leżąc  na  mokrej  słomie  ujrzałem  swoją 
hańbę.  
 
      Jak długo byłem nieprzytomny? Nie miałem pojęcia.  
      Przetrząsnąłem  celę  w  poszukiwaniu  czegoś,  co  pomogłoby  mi  popełnić 
samobójstwo. Niczego takiego nie znalazłem.  
      Rany  paliły  mnie  żywym  ogniem  i  byłem  krańcowo  wyczerpany.  Położyłem  się  i 
zapadłem w sen.  
      Po jakimś czasie obudziłem się, lecz nadal nikt się mną nie interesował. Nie było 
nikogo, kogo można by przekupić, ani nikogo, kto chciałby mnie torturować. Nie było 
także nic do jedzenia. Leżałem owinąwszy się w pelerynę i myślałem o wszystkim, co 
się  zdarzyło,  odkąd  opuściłem  szpital  w  Greenwood,  nie  pozwalając  sobie  zrobić 
następnego zastrzyku.  
      Może byłoby lepiej, gdybym na to pozwolił?  
      Poznałem, co to rozpacz.  
      Lada  chwila  Eryk  miał  być  ukoronowany. Może  nawet  już  to  nastąpiło.  Lecz  sen 
był  taką  zbawczą  rzeczą,  a  ja  byłem  taki  zmęczony.  Po  raz  pierwszy  od  dawna  nie 
miałem nic do roboty tylko spać i zapomnieć o wszystkim. Cela była wilgotna, ciemna 
i cuchnąca.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 08  
 
      - Nie wiem, ile razy się budziłem i znów zapadałem w sen. Dwukrotnie znalazłem 
na tacy przy drzwiach chleb, mięso i wodę. W celi panowały ciemności i przejmujący 
chłód. Czekałem i czekałem bez końca.  

background image

      Wreszcie  po  mnie  przyszli.  Drzwi  się  otwarły  wpuszczając  słabe  światło. 
Zamrugałem oczami i kazano mi wyjść. Korytarz aż pękał w szwach od uzbrojonych 
po  zęby  ludzi,  więc  nie  miałem  co  próbować żadnych  sztuczek.  Potarłem  szczecinę 
na  brodzie  i  poszedłem  posłusznie  ze  strażą.  Po  długim  marszu  doszliśmy  do  hallu 
ze  spiralnymi  schodami,  po  których  zaczęliśmy  wchodzić.  Nie  zadawałem  żadnych 
pytań i nikt nie spieszył z żadnymi wyjaśnieniami.  
      Po wejściu na górę zaprowadzono mnie do pałacu, a w nim do czystego, ciepłego 
pomieszczenia,  gdzie  kazano  mi  się  rozebrać.  Czekała  tam  już  na  mnie  parująca 
balia  wody  i  służący,  który  mnie  wyszorował,  ogolił  i  przystrzygł  mi  włosy.  Polem 
dostałem  świeży  strój  w  kolorze  srebrnym  i  czarnym.  Ubrałem  się,  a  na  plecy 
zarzucono mi czarną pelerynę z zapinką w kształcie srebrnej róży.  
      - Gotowe - powiedział dowódca straży. - Idziemy.  
      Ruszyłem  za  nim,  a  za  mną  straż.  Zaprowadzono  mnie  na  tyły  pałacu,  gdzie 
kowal  zakuł  mi  ręce  i  nogi  w  kajdany  z  łańcuchem  tak  grubym,  abym  nie  mógł  go 
rozerwać.  Gdybym  się  opierał,  z  pewnością  pobiliby  mnie  do  nieprzytomności  i 
rezultat  byłby  taki  sam.  Nie  miałem  ochoty  ponownie  zostać  tak  pobity,  więc  się 
poddałem.  
      Następnie  kilku  strażników  podniosło  mój  łańcuch  i  poprowadzono  mnie  z 
powrotem  do  komnat  pałacowych.  Nie  miałem  nawet  ochoty  patrzeć  na  otaczający 
mnie  przepych.  Byłem  więźniem  i  wkrótce  czekała  mnie  śmierć  lub  koło  tortur.  I 
absolutnie nic nie mogłem na to poradzić. Rzut oka przez okno powiedział mi, że jest 
wczesny  wieczór.  Przechodząc  przez  komnaty,  w  których  bawiliśmy  się  jako  dzieci, 
uznałem, że nie czas teraz i miejsce na nostalgię.  
      Poprowadzono  mnie  długim  korytarzem  do  sali  jadalnej,  w  której  za  stołami 
siedziało mnóstwo ludzi, wielu mi znajomych. Najwytworniejsze suknie i stroje mieniły 
się  wszelkimi  odcieniami  tęczy  na  przybyłych  wielmożach,  z  oświetlonego 
pochodniami  rogu  pokoju  rozbrzmiewała  muzyka,  a  stoły  były  już  suto  zastawione, 
choć nikt jeszcze nie jadł.  
      Zobaczyłem  znajome  twarze,  jak  twarz  Flory,  i  sporo  nieznajomych.  Był  tu  też 
minstrel,  lord  Rein,  którego  niegdyś  sam  pasowałem  na  rycerza  i  którego  nie 
widziałem przez całe stulecia. Odwrócił wzrok, kiedy nasze oczy się spotkały.  
      Podprowadzono  mnie  do  krańca  ogromnego  głównego  stołu  i  tam  usadzono. 
Strażnicy stanęli za mną. Przymocowali końce moich łańcuchów do żelaznych kółek 
świeżo osadzonych w podłodze. Krzesło u szczytu stołu było jeszcze puste.  
      Nie  znałem  kobiety  siedzącej  po  mojej  prawej  ręce,  ale  mężczyzną  po  lewej  był 
Julian. Zignorowałem go i spojrzałem na swoją sąsiadkę, drobną blondynkę.  
      -  Dobry  wieczór  -  powiedziałem.  -  Chyba  się  jeszcze  nie  znamy.  Nazywam  się 
Corwin.  
      Spojrzała  w  popłochu  na  mężczyznę  po  prawej,  potężnego,  piegowatego 
rudzielca,  szukając  u  niego  pomocy,  lecz  on  wdał  się  naraz  w  wielce  ożywioną 
konwersację ze swoją drugą sąsiadką.  
      -  Może  pani  ze  mną  porozmawiać,  przysięgam  -  ciągnąłem.  -  To  nie  jest 
zaraźliwe.  
      Uśmiechnęła się niepewnie i rzekła:  
      - Nazywam się Carmel. Jak się pan ma, lordzie Corwinie?  
      -  Piękne  imię -  odparłem.  -  Mam  się  świetnie.  Co  taka  miła  dziewczyna  jak  pani 
robi w takim miejscu? Wypiła szybko łyk wody.  
      - Corwin - powiedział Julian głośniej, niż to było konieczne - ta pani uważa twoje 
zachowanie za obraźliwe i bezczelne.  
      - Ile opinii zdążyła już z tobą wymienić tego wieczoru? - spytałem uprzejmie, a on 
się nawet nie zaczerwienił. Zbielał.  

background image

      - Dość już tego!  
      Wstałem  na  te  słowa  i  zagrzechotałem  łańcuchami.  Prócz  efektu,  jaki  to 
wywołało,  miałem  możność  przekonać  się,  ile  zostawiono  mi  luzu.  Oczywiście,  za 
mało. Eryk był ostrożny.  
      -  Podejdź  bliżej  i  szepnij  mi  do  ucha  swoje  zastrzeżenia  -  powiedziałem.  Nie 
posłuchał.  
      -  Posadzono  mnie  do  stołu  jako  ostatniego,  wiedziałem  więc,  że  moment 
kulminacyjny już się zbliża. I nie myliłem się,  
      Sześciu trębaczy dało pięciokrotny krótki sygnał i Eryk wkroczył do sali. Wszyscy 
się podnieśli. Oprócz mnie.  
      Strażnicy poderwali mnie łańcuchami na nogi i tak przytrzymali. Eryk uśmiechnął 
się  i  zszedł  ze  schodów  po  mojej  prawej  ręce.  Ledwo  widziałem  jego  barwy  pod 
gronostajowym  futrem,  które  miał  na  sobie.  Podszedł  do  szczytu  stołu  i  stanął  za 
krzesłem, a za nim jego kamerdyner. Inni służący zaczęli obchodzić stoły, rozlewając 
wino. Kiedy skończyli, Eryk wzniósł toast:  
      - Żyjcie szczęśliwie w Amberze, który jest wieczny!  
      Wszyscy podnieśli kieliszki. Oprócz mnie.  
      - Wypij! - rozkazał Julian.  
      - Udław się!  
      Spojrzał  na  mnie  z  wściekłością,  lecz  w  tym  momencie  pochyliłem  się  i  szybko 
wziąłem  kieliszek.  Między  mną  a  Erykiem,  który  nie  spuszczał  ze  mnie  oczu, 
siedziało kilkaset osób, a mój głos zabrzmiał donośnie;  
      - Za Eryka, który siedzi na szarym końcu stołu!  
      Nikt się nie poruszył, tylko Julian wylał swoje wino na podłogę i po chwili wszyscy 
poszli  za  jego  przykładem,  lecz  ja  zdołałem  wziąć  spory  łyk,  zanim  wytrącono  mi 
kieliszek z ręki.  
      Eryk  usiadł,  goście  poszli  jego  śladem,  a  i  mnie  pozwolono  opaść  na  krzesło. 
Zaczęła się uczta, a ponieważ byłem głodny, jadłem z równym apetytem jak wszyscy, 
a  może  i  większym.  Muzyka  grała  nieprzerwanie  i  biesiada  trwała  przeszło  dwie 
godziny. Nikt się  już do mnie nie odezwał, a  i ja nie powiedziałem więcej ani słowa. 
Ale wszyscy czuli moją obecność i nasz stół był cichszy niż inne.  
      Caine  siedział  wyżej  stołu,  po  prawej  ręce  Eryka,  z  czego  wnioskowałem,  że 
Julian  jest  w  niełasce.  Nie  było  ani  Randoma,  ani  Deirdre.  Dojrzałem  jeszcze  wielu 
znajomych, których niegdyś zaliczałem do przyjaciół, lecz nikt nie ważył się spojrzeć 
mi w oczy. Zrozumiałem, że pasowanie Eryka na króla Amberu to czcza formalność. 
Która zresztą niebawem stała się faktem.  
      Po uczcie nie było żadnych mów. Po prostu Eryk wstał, znów zagrzmiały trąbki i 
wszyscy przeszli w procesji do sali tronowej Amberu.  
      Wiedziałem, co teraz nastąpi.  
      Eryk  stanął  przed  tronem  i  wszyscy  zgięli  się  w  niskim  ukłonie.  Oprócz  mnie, 
oczywiście. Niemniej, tak czy owak, rzucono mnie na kolana.  
      Dzisiaj był dzień koronacji.  
      Zapadła  cisza.  Potem  Caine  wniósł  poduszkę,  na  której  spoczywała  korona 
Amberu. Ukląkł i zastygł w tej pozie, ofiarowując ją Erykowi.  
      Szarpnięto  mnie  na  nogi  i  powleczono  w  stronę  tronu.  Zrozumiałem,  czego  ode 
mnie  chcą,  uzmysłowiłem  to  sobie  w  ułamku sekundy  i  stawiłem  opór.  Ale  zostałem 
pobity i rzucony na kolana przed stopniami tronu.  
      Muzyka  zabrzmiała  nieco  głośniej  -  grano  "Zielony  zarękawek"  -  i  Julian  stojący 
za mną powiedział:  
      - Oto zbliża się moment koronacji nowego króla Amberu! - A do mnie szeptem: - 
Weź koronę i podaj ją Erykowi. On sam się ukoronuje.  

background image

      Spojrzałem  na  koronę  Amberu  leżącą  na purpurowej  poduszce,  trzymanej  przez 
Caine'a.  Była  srebrna  i miała  siedem  pałek, każdą  zwieńczoną  klejnotem.  Cała była 
wysadzana  szmaragdami  i  miała  po  dwa  ogromne  rubiny  na  każdej  skroni.  Nie 
poruszyłem się, myśląc o czasach, kiedy widziałem pod nią twarz mojego ojca.  
      - Nie - powiedziałem krótko i poczułem uderzenie w lewy policzek.  
      - Weź ją i podaj Erykowi - powtórzył.  
      Zamachnąłem się na niego, lecz łańcuchy, na których mnie trzymano, były mocno 
ściągnięte. Uderzył mnie ponownie. Spojrzałem na wysokie, ostre szpice korony.  
      - Dobrze - powiedziałem w końcu i sięgnąłem po nią.  
      Przez  chwilę  trzymałem  ją  w  obu  rękach,  a  potem  błyskawicznie  włożyłem  ją 
sobie na głowę, mówiąc:  
      - Ja, Corwin, koronuję się królem Amberu!  
      Zdjęto  mi  ją  natychmiast  i  położono  z  powrotem  na  poduszce.  Na  moje  plecy 
spadły razy, przez salę przebiegł szmer.  
      - Spróbujmy jeszcze raz - powiedział Julian. - Weź ją i podaj Erykowi.  
      Znów cios.  
      - W porządku - zgodziłem się czując, że moja koszula wilgotnieje.  
      Tym  razem  rzuciłem  Erykowi  koronę  prosto  w  twarz,  mając  nadzieję,  że  wykolę 
mu oko. Chwycił ją prawą ręką i uśmiechnął się do mnie patrząc, jak mnie biją.  
      - Dziękuję ci - powiedział. - Ale teraz słuchajcie mnie wszyscy obecni i ci, którzy 
pozostają  w  Cieniu.  W  dzisiejszym  dniu  przejmuję  tron  i  koronę  Amberu  i  biorę  do 
ręki  berło  królewskie.  Wygrałem  tron  w  uczciwej  walce  i  słusznie  mi  się  on  z  krwi 
należy.  
      - Kłamca! - krzyknąłem i czyjaś ręka zasłoniła mi usta.  
      - Koronuję się Erykiem Pierwszym, królem Amberu.  
      - Niech żyje król! - zakrzyknęli po trzykroć zebrani.  
      Wtedy Eryk nachylił się i powiedział do mnie zniżonym głosem:  
      - Twoje oczy właśnie ujrzały widok, który ci będzie musiał na długo wystarczyć... 
Straż! Zaprowadzić go do miejsca kaźni i wypalić oczy! Niech dzisiejsza uroczystość 
na  zawsze  pozostanie  mu  w  pamięci  jako  ostatnia  rzecz,  którą  widział.  Później 
wrzućcie  go  do  najgłębszej  ciemnicy  pod  Amberem  i  niech  jego  imię  zostanie 
zapomniane.  
      Splunąłem i spadł na mnie grad razów.  
      Opierałem się zaciekle przez całą drogę, lecz wywleczono mnie z sali. Wszystkie 
oczy  odwracały  się  ode  mnie,  kiedy  wychodziłem,  i  ostatnie,  co  pamiętam,  to 
uśmiechnięty Eryk na tronie rozdzielający swe łaski między wielmożów Amberu.  
      Jego rozkaz wykonano i na szczęście podczas kaźni straciłem przytomność.  
      Nie mam pojęcia, jak długo leżałem bez życia, zanim ocknąłem się w absolutnej 
ciemności,  z  potwornym  bólem  rozsadzającym  mi  czaszkę.  Może  to  wtedy  rzuciłem 
klątwę, a może zrobiłem to, gdy wżarło się we mnie rozpalone do białości żelazo. Nie 
pamiętam dokładnie, wiedziałem jednak, że Eryk nigdy nie zazna spokoju na tronie, 
gdyż klątwa księcia Amberu, rzucona w momencie niepohamowanej furii, zawsze się 
spełnia.  
      Szarpałem  w  rozpaczy  słomę  w  tej  najczarniejszej  z  cel,  lecz  nie  wylałem  ani 
jednej łzy. I to było najstraszniejsze. Po jakimś czasie - tylko wy, bogowie, i ja wiemy, 
jak długim - znów zasnąłem.  
      -  Kiedy  się  obudziłem,  głowa  nadal  pękała  mi  z  bólu.  Podniosłem  się  na  nogi  i 
zmierzyłem  wielkość  celi.  Miała  cztery  kroki  szerokości  i  pięć  długości.  Dziura  w 
podłodze  pełniła  rolę  ustępu,  a  w  rogu  leżał wypchany  słomą  materac.  U dołu  drzwi 
była  szczelina,  a  za  nią  taca  ze  stęchłym  chlebem  i butelką  wody.  Posiliłem  się,  ale 

background image

nie  przyniosło  mi  to  ulgi.  Ból  pulsował  mi  w  skroniach  i  daleko  mi  było  do  spokoju 
ducha.  
      Starałem  się  jak  najwięcej  spać.  Nikt  do  mnie  ani  razu  nie  przyszedł.  Budziłem 
się, przemierzałem celę, wymacywałem tacę pod drzwiami i jadłem, co mi dawano.  
      Potem znów szedłem spać.  
      Po  siedmiu  spaniach  przeszedł  mi  ból  w  oczodołach.  Nienawidziłem  mojego 
brata, który był królem Amberu. Wolałbym, żeby mnie zabił.  
      Ciekaw  byłem  reakcji  ogółu,  ale  pozostawało  to  dla  mnie  tajemnicą.  Wiedziałem 
jednak,  że  gdy  mrok  obejmie  sam  Amber,  Eryk  pożałuje  swojego  czynu.  To  jedno 
wiedziałem na pewno i z tego czerpałem pociechę.  
      Tak zaczęły się moje dni w ciemności, których nie miałem jak odmierzyć. Nawet 
gdybym miał oczy, nie odróżniłbym dnia od nocy w tym lochu.  
      Czas  płynął  sobie  obok,  ignorując  mnie.  Czasem  oblewał  mnie  zimny  pot  i 
drżałem  jak  w  gorączce  na  myśl  o  tym.  Jak  długo  już  tu  jestem?  Parę  miesięcy? 
Może tylko parę godzin? Tygodni? Czy lat?  
      Przestałem  się  nad  tym  zastanawiać.  Spałem,  spacerowałem  (wiedziałem  z 
największą  dokładnością,  gdzie  postawić  stopę  i  kiedy  zawrócić),  rozmyślałem  o 
wszystkim,  czego  dokonałem  i  czego  nie  dokonałem.  Czasem  siadałem  ze 
skrzyżowanymi  nogami,  oddychałem  wolno  i  głęboko,  usuwałem  z  głowy  myśli  i 
starałem  się  wytrwać  w  takim  stanie  jak  najdłużej.  To  pomagało  -  o  niczym  nie 
myśleć.  
      Eryk był sprytny. Mimo że posiadałem w sobie moc, teraz była ona bezużyteczna. 
Niewidomy nie może wędrować przez Cienie.  
      Broda  urosła  mi  aż  do  pasa,  włosy  miałem  długie  i  zmierzwione.  Początkowo 
stale byłem głodny, ale potem straciłem apetyt. Czasem kręciło mi się w głowie, gdy 
zbyt raptownie wstałem. Miałem koszmary, podczas których śniło mi się, że widzę, i 
tym gorsze było przebudzenie.  
      Jednakże po pewnym czasie wypadki, które mnie tu doprowadziły, wydały mi się 
czymś odległym i nierealnym. Miałem wrażenie, że przydarzyły się komuś innemu. I 
było to w pewnym sensie prawdą.  
      Straciłem sporo na wadze. Wyobrażałem sobie, jak wyglądam, blady i wychudły. 
Nie  mogłem  nawet  płakać,  choć  parę  razy  próbowałem.  Coś  było  nie  w  porządku  z 
moimi  kanalikami  łzowymi.  To  straszne,  żeby  doprowadzić  człowieka  do  takiego 
stanu.  
      Pewnego dnia usłyszałem lekkie drapanie w drzwi. Zignorowałem to. Powtórzyło 
się,  lecz  znów  nie  zareagowałem.  Wtedy  dobiegło  mnie  moje  imię,  wypowiedziane 
pytającym szeptem. Przeszedłem przez celę.  
      - Tak? - spytałem.  
      - To ja, Rein. Jak się czujesz? Roześmiałem się na to.  
      -  Wspaniale,  po  prostu  wspaniale!  Noc  w  noc  piję  szampana  i  tańczę  z 
dziewczętami. Powinieneś sam kiedyś spróbować.  
      - Bardzo mi przykro, że nie mogę nic dla ciebie zrobić - powiedział i wyczułem w 
jego głosie ból.  
      - Wiem - odparłem.  
      - Pomógłbym ci, gdybym tylko mógł.  
      - Wiem.  
      - Przyniosłem ci coś. Masz.  
      Klapka u dołu drzwi zaskrzypiała parokrotnie przy podnoszeniu.  
      - Co to jest? - spytałem.  
      -  Czyste  ubranie,  trzy  bochenki  świeżego  chleba,  ser,  mięso,  dwie  butelki  wina, 
karton papierosów i mnóstwo zapałek.  

background image

      Ścisnęło mnie w gardle.  
      -  Dziękuję,  Rein.  Jesteś  porządnym  człowiekiem.  Jak  ci  się  udało  to 
przeprowadzić?  
      -  Znam  strażnika,  który  ma  dzisiaj  służbę.  On  nic  nie  powie.  Za  dużo  jest  mi 
winien.  
      -  Oby  nie  zechciał  zlikwidować  swoich  długów  za  pomocą  szantażu  - 
powiedziałem. - Nie przychodź więcej, choć nie muszę ci mówić, jak bardzo ci jestem 
wdzięczny. Oczywiście zniszczę wszelkie ślady.  
      - Żałuję, że tak się to skończyło, Corwinie.  
      - Ja też. Dziękuję, żeś o mnie nie zapomniał, pomimo rozkazu.  
      - Przyszło mi to bez trudu.  
      - Jak długo tu jestem?  
      - Cztery miesiące i dziesięć dni.  
      - Co nowego w Amberze?  
      - Eryk rządzi. To wszystko.  
      - Gdzie jest Julian?  
      - Z powrotem w Lesie Ardeńskim ze swoją strażą.  
      - Dlaczego?  
      - Jakieś dziwne rzeczy zaczęty ostatnio przenikać z Cieni.  
      - Rozumiem. Co z Caine'em?  
      -  Jest  nadal  w  Amberze  i  hula,  ile  wlezie.  Przeważnie  pije  i  zabawia  się  z 
dziewczętami.  
      - A Gerard?  
      - Jest admirałem całej floty.  
      Odetchnąłem  z  ulgą.  Bałem  się,  że  przyjdzie  mu  zapłacić  za  wycofanie  się  na 
południe podczas naszej bitwy morskiej.  
      - A co z Randomem?  
      - Jest za kratkami.  
      - Co? Schwytali go?  
      - Tak. Przeszedł Wzorzec w Rebmie i zjawił się tutaj z kuszą. Zranił Eryka, zanim 
go ujęto.  
      - Naprawdę? Dlaczego nie został zabity?  
      - Podobno ożenił się w Rebmie z damą dworu. Eryk nie chce w tej chwili żadnych 
zadrażnień  z  Rebmą.  Moire  jest  władczynią  pięknego  królestwa  i  mówi  się,  że  Eryk 
chce prosić ją o rękę. To wszystko plotki, oczywiście - Ale interesujące.  
      - Tak - powiedziałem.  
      - Lubiła cię, prawda?  
      - Poniekąd. Skąd wiesz?  
      -  Byłem  obecny,  kiedy  sądzono  Randoma.  Rozmawiałem  z  nim  przez  chwilę. 
Lady Vialle, jego żona, prosiła, żeby pozwolono jej zamieszkać z nim w celi. Eryk nie 
wie jeszcze, co odpowiedzieć.  
      Pomyślałem  o  niewidomej  dziewczynie,  której  nigdy  nie  widziałem,  i  zadumałem 
się.  
      - Kiedy się to wszystko zdarzyło? - spytałem.  
      -  Hm...  Przeszło  miesiąc  temu.  Wtedy  właśnie  pojawił  się  Random.  A  w  tydzień 
później Vialle wystąpiła ze swoją prośbą.  
      - Musi być dziwną kobietą, jeśli naprawdę pokochała Randoma.  
      - To samo pomyślałem. Nie mogę sobie wyobrazić bardziej niezwykłej pary.  
      - Jeśli będziesz miał okazję go zobaczyć, przekaż mu moje pozdrowienia i wyrazy 
współczucia.  
      - Dobrze.  

background image

      - Jak się mają moje siostry?  
      - Deirdre i Llewella są nadal w Rebmie. Lady Florimel cieszy się łaskami Eryka i 
zajmuje wysoką pozycję na dworze. Nie wiem nic o Fionie.  
      - Czy są jakieś wieści o Bleysie? Jestem pewien, że zginął.  
      - Musiał zginąć - powiedział Rein. - Ale jego ciała nie odnaleziono.  
      - Co z Benedyktem?  
      - Jak kamień w wodę.  
      - A z Brandem?  
      - Żadnego kontaktu.  
      - To by chyba było całe drzewo rodzinne. Napisałeś jakieś nowe ballady?  
      -  Nie  -  odparł.  -  Wciąż  pracuję  nad  "Oblężeniem  Amberu",  lecz  w  najlepszym 
razie będzie to można śpiewać jedynie pokątnie.  
      Wyciągnąłem rękę przez szczelinę u dołu drzwi.  
      - Chciałbym uścisnąć ci prawicę - powiedziałem i poczułem, że jego dłoń dotyka 
mojej.  -  Postąpiłeś  bardzo  szlachetnie,  że  do  mnie  przyszedłeś,  ale  nie  rób  tego 
więcej.  Byłoby  głupotą  narażać  się  na  gniew  Eryka.  Chwycił  mnie  za  rękę, 
wymamrotał coś i poszedł.  
      Wymacałem  jego  pakunek  z  darami  i  zabrałem  się  przede  wszystkim  do  mięsa, 
które  najłatwiej  się  psuje.  Zjadłem  do  niego  mnóstwo  chleba  i  uświadomiłem  sobie, 
że niemal zapomniałem już, jak smakuje dobre jedzenie.  
      Później  ogarnęła  mnie  senność  i położyłem  się.  Chyba  nie  spałem  zbyt  długo,  a 
kiedy się obudziłem, otworzyłem jedną z butelek wina.  
      Przy  moim  wycieńczeniu  niewiele  trzeba  było,  abym  poczuł  się  na  rauszu. 
Zapaliłem  papierosa,  usiadłem  na  materacu,  oparłem  się  o  ścianę  i  oddałem  się 
wspomnieniom.  
      Przypomniałem  sobie  Reina  jako  dziecko.  Ja  byłem  już  dorosły,  a  on  był 
kandydatem  na  królewskiego  błazna.  Chudy,  mądry  dzieciak,  z  którego  wszyscy  się 
naigrawali. Łącznie ze mną. Komponowałem już wtedy muzykę i pisałem ballady, on 
natomiast zdobył skądś lutnię i nauczył się na niej grać. Wkrótce śpiewaliśmy razem 
unisono  i  na  dwa  głosy;  bardzo  szybko  go  polubiłem  i  zacząłem  uczyć  sztuki 
wojennej. Niezbyt dobrze mu to szło, ale czułem się winny za to, jak go traktowałem 
przedtem, toteż nie szczędziłem mu łask, nawet na wyrost, i w końcu nauczyłem go 
całkiem  znośnie  władać  szablą.  Nigdy  tego  nie  żałowałem,  i  on  zapewne  też  nie. 
Wkrótce został minstrelem na dworze w Amberze. Przez cały ten czas nazywałem go 
swoim  paziem,  i  kiedy  ogłoszono  wojnę  przeciwko  ciemnym  siłom  przybyłym  z 
Cienia,  zwanym  Weirmonkenami,  uczyniłem  go  swoim  giermkiem  i  pojechaliśmy 
razem  na  wojnę.  Pasowałem  go  na  rycerza  na  polu  bitewnym  pod  Jones  Falls  i  w 
pełni na to zasłużył. Później przerósł mnie w materii układania pieśni. Był prawdziwie 
złotoustym śpiewakiem, a nosił się w barwach szkarłatu. Kochałem go jako jednego z 
moich  nielicznych  przyjaciół  w  Amberze.  Nie  przypuszczałem  jednak,  że  ośmieli  się 
zaryzykować  przemycenie  mi  żywności.  Nikt  by  się  nie  ośmielił.  Zapaliłem  drugiego 
papierosa  i  pociągnąłem  następny  łyk  na  jego  cześć  i  za  jego  zdrowie.  Był  dobrym 
człowiekiem. Ciekawe, jak długo uda mu się zachować skórę.  
      Wyrzuciłem  niedopałki  do  dziury,  podobnie  jak  później  pustą  butelkę.  Nie 
chciałem, aby w razie nagłej inspekcji cokolwiek zdradzało, że ktoś "umilał mi życie". 
Pochłonąłem  wszystko,  co  mi  przyniósł,  i  po  raz  pierwszy  od  momentu  uwięzienia 
najadłem  się  aż  do  przesytu.  Drugą  butelkę  wina  zachowałem  na  później,  aby  się 
upić i zapomnieć.  
      A gdy i to miałem już za sobą, znów naszła mnie fala gorzkich rozważań. Jedyną 
nadzieję  czerpałem  z  przekonania,  że  Eryk  nie  zna  do  końca  granic  naszych 
możliwości.  Był  królem  Amberu,  to  prawda,  ale  nie  zgłębił  jeszcze  wszystkich 

background image

tajemnic.  Nie  wiedział  tego  wszystkiego,  co  ojciec.  Istniała  szansa,  jedna  na  milion, 
że  coś  może  obrócić  się  na  moją  korzyść.  Tylko  tyle  miałem  na  pociechę,  żeby  nie 
zwariować z rozpaczy.  
      Ale  całkiem  możliwe,  że  na  jakiś  czas  postradałem  zmysły  -  nie  wiem.  Są  dni, 
których  w  żaden  sposób  nie  potrafię  sobie  odtworzyć,  teraz  kiedy  stoję  tutaj  na 
krawędzi Chaosu. Bóg jeden wie, co się za nimi kryło, a ja z pewnością nie wybiorę 
się do psychoanalityka, żeby to roztrząsać. Zresztą i tak żaden lekarz nie dałby sobie 
rady z nikim z mojej rodziny.  
      Spędzałem czas leżąc lub chodząc w paraliżującej ciemności. Stałem się bardziej 
wyczulony  na  dźwięki.  Słyszałem  harce  szczurów  w  słomie,  dalekie  jęki  innych 
więźniów, echo kroków strażnika, gdy zbliżał się z tacą.  
      Nauczyłem się rozpoznawać po odgłosach odległość i kierunek.  
      Zapewne  stałem  się  też  bardziej  wrażliwy  na  zapachy,  lecz  starałem  się  nie 
zwracać  na  to  uwagi.  Oprócz  oczywistego  mdlącego  smrodu,  przez  dłuższy  czas 
mógłbym przysiąc, że czuję odór rozkładającego się ciała.  
      Zastanawiałem  się,  jak  długo  by  trwało,  zanim  by  spostrzeżono,  że  nie  żyję?  Ile 
kromek  chleba  i  misek  z  pomyjami  musiałoby  się  zgromadzić  pod  drzwiami,  żeby 
strażnik postanowił sprawdzić, co się stało?  
      Odpowiedź na to pytanie mogła być bardzo ważna.  
      Odór  śmierci  utrzymywał  się  w  powietrzu  dość  długo.  Próbując  myśleć  w 
kategoriach czasu, uznałem, że trwało to przeszło tydzień.  
      Chociaż  wydzielałem  sobie  papierosy  bardzo  ostrożnie,  walcząc  z  gwałtowną 
chęcią i łatwą do spełnienia pokusą, nadszedł w końcu dzień, kiedy wziąłem do ręki 
ostatnią paczkę.  
      Otworzyłem ją i zapaliłem. Miałem karton salemów, a więc wypaliłem jedenaście 
paczek. Czyli dwieście dwadzieścia papierosów. Obliczyłem kiedyś, że palę jednego 
papierosa  przez  siedem  minut.  To znaczy,  że  samo  palenie  zajęło  mi  tysiąc  pięćset 
czterdzieści minut, czyli dwadzieścia pięć godzin i czterdzieści minut. Byłem pewien, 
że  między  jednym  papierosem  a  drugim  upływała  co  najmniej  godzina,  a  raczej 
nawet półtorej. Powiedzmy półtorej godziny. Spałem jakieś sześć do ośmiu godzin na 
dobę,  czyli  zostawało  szesnaście  do  osiemnastu  godzin  czuwania.  Paliłem  więc 
dziesięć do dwunastu papierosów dziennie. Czyli to by znaczyło, że od wizyty Reina 
upłynęły  jakieś  trzy  tygodnie.  Powiedział  mi,  że  siedzę  tu  cztery  miesiące  i  dziesięć 
dni,  wobec  tego  do  chwili  obecnej  od  dnia  koronacji  musiało  minąć  około  pięciu 
miesięcy.  
      Hołubiłem  moją  ostatnią  paczkę  papierosów,  rozkoszując  się  każdym  z  nich  jak 
przygodą  miłosną,  a  kiedy  się  skończyły,  ogarnęła  mnie  depresja.  Czas  płynął  i 
płynął. Myślałem o Eryku. Jak sobie radził jako władca? Jakie mógł mieć problemy? 
Jakie  miał  plany?  Dlaczego  nie  kazał  mnie  torturować?  Czy  to  możliwe,  by 
zapomniano  o  mnie  w  Amberze,  nawet  jeśli  tak  nakazywał  dekret  królewski? 
Uznałem, że niemożliwe.  
      A  co  z  moimi  braćmi?  Dlaczego  żaden  z  nich  się  ze  mną  nie  skontaktował?  Nic 
łatwiejszego, jak wyciągnąć mój Atut i złamać rozkaz Eryka. Ale nikt tego nie zrobił.  
      Długo myślałem o Moire, ostatniej kobiecie, którą kochałem. Co robiła? Czy mnie 
wspominała?  Pewno  nie.  Może  była  już  kochanką  Eryka  albo  jego  żoną.  Czy 
kiedykolwiek mówiła z nim o mnie? Znów uznałem, że pewno nie.  
      Co porabiały moje siostry? Do diabła z nimi, wszystkie takie same.  
      Straciłem  już  kiedyś  wzrok,  gdy  oślepił  mnie  odrzut  płomienia  przy  odpalaniu 
armaty  w  osiemnastym  wieku  na  Cieniu-Ziemi.  Ale  trwało  to  tylko  około  miesiąca, 
potem  wzrok  odzyskałem.  Jednakże  Eryk  wydając  rozkaz  wybrał  radykalny  środek. 

background image

Nadal  budziłem  się  z  krzykiem  i  dygotałem  zlany  zimnym  potem,  gdy  wracał  mi  w 
pamięci obraz rozpalonych do białości prętów - i ich dotyk!  
      Jęczałem bezgłośnie i chodziłem od ściany do ściany.  
      Nic  absolutnie  nie  mogłem  zrobić  i  to  było  najgorsze  ze  wszystkiego.  Byłem 
bezradny  jak  niemowlę.  Oddałbym  duszę  za  to,  żeby  odzyskać  wzrok  i  dać  upust 
dławiącej  mnie  nienawiści.  Żeby  choć  na  godzinę  móc  z  mieczem  w  dłoni  stanąć 
jeszcze przeciwko bratu.  
      Położyłem  się  na  materacu  i  zasnąłem.  Kiedy  się  obudziłem,  zjadłem  swoją 
porcję i znów zacząłem krążyć po celi. U rąk i nóg miałem szpony zamiast paznokci, 
broda  sięgała  mi  za  pas,  a  włosy  bez  przerwy  spadały  na  oczy.  Byłem  brudny  i 
wszystko mnie swędziało. Zastanawiałem się, czy mam wszy.  
      Na myśl, że można doprowadzić księcia Amberu do takiego stanu, trząsłem się z 
bezsilnej  furii,  płynącej  gdzieś  z  samego  środka  jestestwa.  Wychowałem  się  w 
przekoamiu,  że  jesteśmy  niezwyciężeni,  nieskazitelni,  opanowani  i  twardzi  niczym 
diamenty, jak nasze portrety na Atutach. Najwyraźniej tak nie było.  
      Ale  przynajmniej  byłem  na  tyle  podobny  do  innych  ludzi,  żeby  szukać  ratunku. 
Grałem  sam  ze  sobą  w  rozmaite  gry,  opowiadałem  sobie  historyjki,  wspominałem 
różne przyjemne chwile - a było ich wiele. Przywoływałem w myślach uroki przyrody: 
wiatr,  deszcz,  ciepłe  lato,  rześkie  podmuchy  wiosny.  Na  Cieniu-Ziemi  miałem  mały 
samolot  i  bardzo  lubiłem  nim  latać.  Teraz  odtwarzałem  w  pamięci  rozjaśnione 
słońcem  panoramy,  zminiaturyzowane  miasta,  ogromne  błękitne  przestrzenie  nieba, 
stada  chmurek  (gdzie  one  teraz  są?)  i  wielkie  połacie  oceanu  pod  skrzydłami. 
Przypominałem sobie kobiety, które kochałem, przyjęcia, potyczki zbrojne.  
      A kiedy już nie mogłem się powstrzymać, myślałem o Amberze.  
      Pewnego  dnia,  przy  podobnej  okazji,  moje  kanaliki  łzowe  znów  zaczęły 
funkcjonować. Zapłakałem.  
      Po  nieskończenie  długim  czasie,  wypełnionym  ciemnością  i  snem,  usłyszałem 
kroki, które zatrzymały się przed drzwiami mojej celi, i zgrzytnął klucz w zamku.  
      Było  to  tak  długo  po  wizycie  Reina,  że  zapomniałem  już,  jak  smakuje  wino  i 
papierosy. Nie potrafiłem określić, ile czasu minęło, ale byłem pewny, że upłynęło go 
dużo.  
      Na  korytarzu  stali  dwaj  mężczyźni.  Poznałem  to  po  krokach,  jeszcze  zanim 
usłyszałem  ich  głosy.  Jeden  z  głosów  był  mi  znajomy.  Drzwi  się  otworzyły  i  Julian 
zawołał mnie po imieniu. Nie odpowiedziałem, powtórzył więc:  
      - Corwin? Chodź tutaj. Ponieważ nie miałem wielkiej możliwości wyboru, wstałem 
i wyszedłem. Zatrzymałem się przed nim.  
      - Czego chcesz? - spytałem  
      - Chodź ze mną. - I wziął mnie za ramię.  
      Poszliśmy korytarzem; on nic nie mówił, a ja prędzej bym sobie język odgryzł, niż 
zadał  mu  jakieś  pytanie.  Poznałem  po  odgłosach,  że  wchodzimy  do  hallu.  Później 
powiódł mnie schodami w górę, a następnie do pałacu.  
      Tam  zaprowadzono  mnie  do  jakiegoś  pomieszczenia  i  usadzono  na  krześle. 
Golibroda przystąpił do ścinania mi włosów i brody. Nie poznałem go po głosie, kiedy 
spytał, czy chcę mieć brodę równo przyciętą czy zgoloną.  
      -  Zgól  -  zaordynowałem,  po  czym  zostałem  oddany  w  ręce  manikiurzystki,  która 
zajęła się wszystkimi moimi dwudziestoma paznokciami.  
      Zostałem wykąpany i ubrany w czysty strój, który na mnie wisiał. Zostałem także 
odwszawiony, ale o tym nie mówmy.  
      Teraz  zaprowadzono  mnie  do  innego  czarnego  pomieszczenia  wypełnionego 
muzyką,  zapachem  smakowitych  potraw,  śmiechem  i  gwarem  głosów.  Domyśliłem 
się, że to sala jadalna.  

background image

      Gwar  nieco  ucichł,  kiedy  Julian  wprowadził  mnie  i  usadowił  na  krześle. 
Siedziałem tam, aż rozległy się dźwięki trąbki i zmuszono mnie, żebym wstał.  
      Usłyszałem toast:  
      - Niech żyje Eryk Pierwszy, król Amberu! Niech żyje król!  
      Nie  spełniłem  toastu,  ale  nikt  nic  zwrócił  na  to  uwagi.  Wniósł  go  Caine,  to  jego 
głos dobiegał ze szczytu stołu. Nie żałowałem sobie jedzenia, jako że był to najlepszy 
posiłek,  jaki  dostałem  od  koronacji.  Z  dobiegających  mnie  rozmów  zrozumiałem,  że 
obchodzimy właśnie rocznicę tego wydarzenia, co znaczyło, że spędziłem cały rok w 
ciemnicy.  
      Nikt się do mnie nie odezwał i ja nie próbowałem zagadywać do nikogo. Byłem tu 
obecny  jedynie  w  charakterze  ducha.  Po  to,  aby  mnie  upokorzyć  i  unaocznić  moim 
braciom  cenę,  jaką  trzeba  zapłacić  za  sprzeniewierzenie  się  władcy.  Poza 
dzisiejszym wieczorem zaś zostałem skazany na zapomnienie.  
      Trwało  to  do  późnej  nocy.  Ktoś  hojnie  dolewał  mi  wina,  a  to  już  było  coś.  Przez 
resztę  nocy  siedziałem gdzieś  w  kącie  i  słuchałem  muzyki przygrywającej  do  tańca. 
Nad ranem, pijanego do nieprzytomności, zawleczono mnie z powrotem do celi. I już 
było  po  wszystkim,  został  mi  na  pociechę  czysty  strój.  Żałowałem  jedynie,  że  nie 
upiłem się dostatecznie, aby zanieczyścić podłogę albo czyjeś odświętne szaty.  
      Tak skończył się mój pierwszy rok w ciemnicy.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 09  
 
      Nie chcę się powtarzać, więc powiem krótko, że drugi rok był bardzo podobny do 
pierwszego, z tym samym finałem. Podobnie jak trzeci. Podczas drugiego roku Rein 
przyszedł  do  mnie  dwukrotnie,  przynosząc  rozmaite  dobra  i  plotki.  W  obu 
przypadkach  zabroniłem  mu  pokazywać  się  więcej.  Trzeciego  roku  przyszedł  sześć 
razy,  co  drugi  miesiąc  -  za  każdym  razem  zabraniałem  mu  tego  na  nowo,  choć  z 
niekłamaną przyjemnością jadłem przyniesioną żywność i słuchałem jego nowin.  
      Źle  się  działo  w  Amberze.  Jakieś  nieczyste  siły  przybywały  z  Cieni  szerząc 
zniszczenie.  Rozprawiano  się  z  nimi,  oczywiście.  Eryk  zachodził  w  głowę,  skąd  się 
brały.  Nie  wspomniałem  nic  o  mojej  klątwie,  lecz  później  w  samotności  czerpałem 
radość z jej spełnienia.  
      Random był nadal więźniem, jak i ja. Jego żona rzeczywiście się z nim połączyła. 
Pozycja reszty mojego rodzeństwa pozostała nie zmieniona.  
      I tak przebrnąłem przez trzecią rocznicę koronacji mojego brata, gdy zdarzyło się 
coś, co niemal przywróciło mnie życiu.  
      To coś...  
      To  coś  pojawiło  się  pewnego  dnia  i  wprawiło  mnie  w  tak  doskonały  humor,  że 
natychmiast  otworzyłem  ostatnią  butelkę  wina  od  Reina  i  ostatnie  zaoszczędzone 
pudełko  papierosów.  Paliłem,  pociągałem  z  butelki  i  rozkoszowałem  się  myślą,  że 
jednak  pobiłem  Eryka.  Gdyby  się  o  tym  dowiedział,  oznaczałoby  to  mój  koniec.  Ale 
nie wiedział. Piłem, paliłem i upajałem się światełkiem, które mi zamigotało.  
      Tak, światełkiem.  
      Dojrzałem  jasną  plamkę  gdzieś  na  prawo.  Czy  macie  pojęcie,  co  to  dla  mnie 
znaczyło?  
      Jak pamiętacie, odzyskawszy przytomność na łóżku szpitalnym dowiedziałem się, 
że  kości  zrosły  mi  się  znacznie  szybciej,  niż  się  ktokolwiek  spodziewał.  Rozumiecie 
już?  Zdrowieję  w  szybszym  tempie  niż  inni.  Wszyscy  książęta  i  księżniczki  Amberu 
są  w  pewnym  stopniu  obdarzeni  tą  właściwością.  Przeżyłem  zarazę,  przeżyłem 
marsz  na  Moskwę...  Regeneruję  się  prędzej  i  lepiej  niż  wszyscy  inni.  Nawet 

background image

Napoleon  zwrócił  na  to  uwagę.  Podobnie  jak  generał  MacArthur.  Tkanka  nerwowa 
potrzebowała  po  prostu  więcej  czasu,  żeby  się  odnowić,  i  tyle.  Ta  cudowna  plamka 
światła  na  prawo  oznaczała,  że  odzyskiwałem  wzrok.  Jak  się  okazało,  było  to 
zakratowane okienko w drzwiach celi.  
      Moje palce powiedziały mi, że mam nowe gałki oczne. Trwało to trzy lata, ale się 
dokonało.  To  była  ta  jedna  szansa  na  milion,  o  której  mówiłem  wcześniej;  szansa, 
której  nawet  Eryk  nie  mógł  przewidzieć  z  powodu  zróżnicowanych  możliwości 
poszczególnych  członków  rodziny.  I  na  tym  polu  go  pobiłem:  przekonałem  się,  że 
mogę  sprawić  sobie  nowe  oczy.  Zawsze  wiedziałem,  że  mój  organizm  potrafi  w 
stosownym  czasie  odnowić  tkankę  nerwową.  Podczas  wojny  francusko-pruskiej 
otrzymałem  postrzał  w  kręgosłup  i  zostałem  częściowo  sparaliżowany.  Po  dwóch 
latach  to  minęło.  Żywiłem  cichą  nadzieję  -  przyznaję,  że  zwariowaną  -  iż  może  coś 
takiego stanie się i w tym przypadku, i moje wypalone oczy się zregenerują. I miałem 
rację. Sprawiały wrażenie zdrowych i całych, a wzrok powoli mi wracał.  
      Ile  czasu  zostało  do  następnej  rocznicy  koronacji?  Przestałem  krążyć  po  celi  i 
serce  zabiło  mi  mocniej.  W  chwili  gdy  ktoś  zauważy,  że  odzyskałem  oczy,  znów  je 
stracę. Muszę więc uciec, zanim miną cztery lata.  
      Ale jak?  
      Do  tej  pory  nie  poświęcałem  temu  zagadnieniu  większej  uwagi,  gdyż  nawet 
gdybym  wymyślił  sposób  na  wydostanie  się  z  celi,  nigdy  nie  udałoby  mi  się  ujść  z 
Amberu - czy choćby z pałacu - bez oczu, bez niczyjej pomocy i bez żadnych szans 
na jedno czy drugie. Jednakże teraz...  
      Drzwi  celi  były  duże,  ciężkie,  okute  mosiądzem,  z  malutkim  zakratowanym 
okienkiem  na  wysokości  półtora  metra,  żeby  można  było  zajrzeć  do  środka,  czy 
jeszcze  żyję,  gdyby  kogokolwiek  to  obchodziło.  Nawet  gdybym  zdołał  wyrwać  kratę, 
nie sięgnąłbym ręką do zamka po drugiej stronie. Na dole była tylko wąska szczelina 
osłonięta  klapką,  przez  którą  można  było  najwyżej  wziąć  pożywienie.  Zawiasy 
znajdowały się po drugiej stronie albo między drzwiami a framugą, ale tak czy owak 
poza moim zasięgiem. Innych drzwi nie było.  
      Nadal czułbym się jak ślepiec, gdyby nie nikłe, pokrzepiające na duchu światełko 
zza kratki. Zdawałem sobie sprawę, że nie odzyskałem jeszcze w pełni wzroku i że to 
musi  potrwać,  lecz  i  tak  niewiele  bym  dojrzał  w  tych  egipskich  ciemnościach. 
Wiedziałem to, ponieważ znałem lochy pod Amberem.  
      Zapaliłem  papierosa  chodząc  od  ściany  do  ściany,  a  potem  oszacowałem  swój 
dobytek pod kątem tego, co by mogło mi być pomocne. Miałem ubranie, materac i ile 
dusza zapragnie przegniłej słomy. Miałem także zapałki, ale szybko odrzuciłem myśl, 
żeby  ją  podpalić.  Było  mocno  wątpliwe,  aby  ktoś  przyszedł  i  otworzył  drzwi.  Już 
prędzej  strażnik  odpowiedziałby  mi  śmiechem,  gdyby  się  w  ogóle  zjawił.  Miałem 
jeszcze łyżkę, którą zwędziłem na ostatnim bankiecie. Chciałem wziąć nóż, ale Julian 
zauważył,  że  go  biorę  do  ręki,  i  wyrwał  mi.  Nie  wiedział  jednak,  że  była  to  już  moja 
druga próba i że zdążyłem przedtem wetknąć do buta łyżkę.  
      Czy mogła mi się teraz do czegoś przydać?  
      Słyszałem  te  historie  o  facetach  wydłubujących  tunel  z  celi  za  pomocą 
najnieprawdopodobniejszych rzeczy: klamerek od paska (którego nie miałem) - i tak 
dalej.  Aleja  nie  mogłem  tracić  czasu  na  metody  hrabiego  Monte  Christo.  Musiałem 
być na wolności w ciągu paru miesięcy, w przeciwnym razie moje nowe oczy na nic 
mi się nie przydadzą.  
      Drzwi  były  drewniane.  Dębowe.  Opasane  czterema metalowymi  paskami.  Jeden 
biegł  naokoło  przy  samej  górze,  drugi  na  dole,  tuż  nad  szczeliną;  dwa  pozostałe  z 
góry na dół po obu stronach zakratowanego okienka. Wiedziałem, że drzwi otwierają 
się  na  zewnątrz  i mają  zamek po  lewej  stronie.  Jak pamiętałem  z  dawnych  czasów, 

background image

ich grubość wynosiła jakieś pięć centymetrów; starałem się przypomnieć sobie mniej 
więcej  położenie  zamka,  co  zweryfikowałem  opierając  się  o  drzwi  i  czując  w  tym 
miejscu  opór.  Wiedziałem,  że  są  także  zamknięte  na  zasuwę,  ale  to  zmartwienie 
zostawiłem  sobie  na  potem.  Może  uda  mi  się  ją  podważyć  wsuwając  trzonek  łyżki 
między drzwi a framugę.  
      Klęcząc  na  materacu  wyryłem  łyżką  czworokąt  w  miejscu,  gdzie  powinien 
znajdować  się  w  drzwiach  mechanizm  zamka.  Później  zabrałem  się  do  pracy  i  nie 
ustawałem  przez  parę  godzin,  dopóki  ręka  nie  odmówiła  mi  posłuszeństwa. 
Przejechałem paznokciem po powierzchni drzwi. Ledwo je zadrapałem, ale początek 
był  zrobiony.  Przełożyłem  łyżkę  do  lewej  ręki  i  dłubałem  dalej,  dopóki  i  ona  nie 
zaczęła mnie boleć.  
      Miałem  nadzieję,  że  może  Rein  się  pokaże.  Byłem  pewien,  że  uda  mi  się 
namówić  go  do  oddania  mi  swojego  sztyletu,  jeśli  go  przycisnę.  Nie  pokazał  się 
jednak, więc nadal mozolnie ścierałem drzwi łyżką.  
      Pracowałem  tak  dzień  po  dniu,  aż  wyżłobiłem  prostokąt  głęboki  na  przeszło 
centymetr. Za każdym razem, kiedy słyszałem kroki strażnika, przesuwałem materac 
z  powrotem  do  przeciwległej  ściany  i  kładłem  się  na  nim  plecami  do  drzwi.  Gdy 
strażnik odchodził, wracałem do roboty. Musiałem ją jednak na jakiś czas przerwać, 
choć  z  dużą  niechęcią.  Mimo  że  owinąłem  dłonie  kawałkiem  materiału  oddartym  z 
ubrania, były całe w bąblach, które pękając odsłaniały żywe, krwawiące mięso. Byłem 
więc  zmuszony  dać  im  się  wygoić,  a  ten  czas  postanowiłem  przeznaczyć  na 
zaplanowanie, co zrobię po wyjściu.  
      Kiedy  wydłubię  już  dostatecznie  głęboki  otwór  w  drzwiach,  podniosę  zasuwę. 
Łomot, jaki wyda spadając, sprowadzi prawdopodobnie strażnika. Ja będę już wtedy 
na  zewnątrz.  Parę  kopniaków  powinno  wyłamać  drzwi  wokół  zamka,  a  sam  zamek 
może  sobie  zostać  na  miejscu.  Stanę  twarzą  w  twarz  ze  strażnikiem,  który  w 
przeciwieństwie do mnie będzie uzbrojony, lecz będę musiał go pokonać.  
      Z jednej strony może działać ze zbytnią pewnością siebie myśląc, iż jestem ślepy, 
lecz  z  drugiej  strony  może  też  zachować  pewną  ostrożność,  pamiętając,  jak 
wkroczyłem do Amberu. Tak czy owak zginie, a ja zdobędę broń. Pomacałem prawy 
biceps i czubki moich palców niemal się zetknęły. Boże! Ależ byłem wychudzony! Ale 
nadal byłem księciem Amberu i nawet w tym stanie powinienem dać radę zwykłemu 
człowiekowi. Może sam siebie zwodziłem, ale musiałem spróbować.  
      Jeśli  mi  się  powiedzie,  to  mając  miecz  w  ręku  nie  cofnę  się  przed  niczym,  żeby 
dotrzeć  do  Wzorca,  a  potem  z  jego  centrum  przeniosę  się  do  dowolnego  świata 
Cieni.  Tam  się  wykuruję,  powrócę  do  sił  i  tym  razem  nie  będę  się  spieszył.  Nawet 
gdyby miało mi to zająć całe stulecie, przygotuję wszystko do ostatniego szczegółu, 
zanim  znów  wyruszę  na  Amber.  Ostatecznie byłem  jego  legalnym  władcą.  Czyż  nie 
ukoronowałem  się  w  obecności  całego  dworu  jeszcze  przed  Erykiem?  Mam  więc 
słuszne prawo do tronu!  
      Gdyby tylko można było przejść do Cienia prosto z Amberu! Nie musiałbym wtedy 
zawracać sobie głowy Wzorcem. Ale mój Amber stanowi centrum wszechrzeczy i nie 
tak łatwo się go opuszcza.  
      Po  jakimś  miesiącu  ręce  mi  się  wygoiły  i  wkrótce  po  podjęciu  pracy  były  znów 
całe  w  odciskach.  Pewnego  dnia,  słysząc  kroki  strażnika,  jak  zwykle  przesunąłem 
materac do przeciwległej ściany. Klapka skrzypnęła i mój posiłek przesunął się przez 
szczelinę. Zaraz też kroki się oddaliły.  
      Wróciłem do drzwi. Nie patrząc na tacę wiedziałem, co zawiera: kromkę suchego 
chleba,  garnek  wody  i  w  najlepszym  razie  jeszcze  kawałek  sera.  Wróciłem  do 
poprzedniego  zajęcia.  Byłem  w  nim  na  dobre  pogrążony,  gdy  nagle  usłyszałem  za 
plecami zduszony śmiech.  

background image

      Odwróciłem się. Przy ścianie na lewo stał jakiś człowiek i chichotał.  
      -  Kim  jesteś?  -  spytałem,  a  mój  głos  zabrzmiał  mi  w  uszach  jakoś  dziwnie. 
Uświadomiłem  sobie,  że  to  pierwsze  słowa,  jakie  wypowiedziałem  od  dłuższego 
czasu.  
      - Szykujemy ucieczkę - odezwał się. - Próbujemy zwiać. - I znów zachichotał.  
      - Jak się tu dostałeś?  
      - Wszedłem.  
      - Którędy? W jaki sposób?  
      Zapaliłem zapałkę i choć zabolały mnie oczy, nie zgasiłem płomienia.  
      Miałem  przed  sobą  niewielkiego  mężczyznę.  Właściwie  nawet  zupełnie  małego. 
Miał  jakieś  półtora  metra  wzrostu  i  był  garbusem.  Jego  włosy  i  broda  były  w  nie 
lepszym  stanie  niż  moje.  Jedyną  wyróżniającą  go  cechą  pośród  tej  zmierzwionej 
gęstwiny był długi, haczykowaty nos i czarne oczka, teraz zmrużone przed światłem.  
      - Dworkin - powiedziałem.  
      Znów zachichotał.  
      - Zgadza się. A ty kim jesteś?  
      - Nie poznajesz mnie, Dworkinie? - Zapaliłem drugą zapałkę i przysunąłem ją do 
twarzy.  -  Przyjrzyj  mi  się.  Odejmij  brodę  i  dodaj  mi  jakieś  pięćdziesiąt  kilo  wagi. 
Wyrysowałeś mnie z całą dokładnością na kilkunastu taliach kart.  
      - Corwin - powiedział w końcu. - Przypominam sobie, tak.  
      - Myślałem, że nie żyjesz.  
      -  Żyję,  żyję.  Widzisz?  -  Zakręcił  przede  mną  pirueta.  -  Jak  się  ma  twój  ojciec? 
Widziałeś go ostatnio? Czy to on cię tu wpakował?  
      - Nie ma już Oberona - odparłem. - W Amberze rządzi mój brat Eryk, a ja jestem 
jego więźniem.  
      - Wobec tego Ja mam pierwszeństwo, gdyż ja jestem więźniem Oberona.  
      - Naprawdę? Nikt z nas nie wiedział, że ojciec wsadził cię do więzienia.  
      Usłyszałem szloch.  
      - Owszem - powiedział po chwili. - Nie ufał mi.  
      - Dlaczego?  
      -  Powiedziałem  mu,  że  wymyśliłem,  w  jaki  sposób  można  zniszczyć  Amber. 
Opisałem mu to, a on mnie zamknął.  
      - Niezbyt to było miłe z jego strony.  
      - Wiem - przyznał Dworkin - ale dał mi wygodne pomieszczenie i rozmaite rzeczy 
do eksperymentowania.  
      Tylko  że  po  jakimś  czasie  przestał  mnie  odwiedzać.  Przyprowadzał  ze  sobą 
różnych  ludzi,  którzy  pokazywali  mi  kleksy  z  atramentu  i  kazali  układać  o  nich 
historie.  To  było  nawet  zabawne,  ale  pewnego  dnia  jeden  kleks  nie  bardzo  mi  się 
spodobał i zamieniłem tego mężczyznę w żabę. Król się rozzłościł, kiedy nie chciałem 
go  przywrócić  do  poprzedniej  postaci.  Teraz od  tak dawna  nikogo nie  widziałem,  że 
nawet byłbym gotów to zrobić. Raz...  
      - Jak dostałeś się tutaj, do mojej celi? - spytałem ponownie.  
      - Powiedziałem ci, wszedłem.  
      - Przez ścianę?  
      - Oczywiście, że nie. Przez ścianę Cienia.  
      - Przecież żaden człowiek nie może przejść przez Cień w Amberze. W Amberze 
nie ma Cieni.  
      - No cóż, uciekłem się do oszustwa - przyznał.  
      - Jak to?  

background image

      -  Narysowałem  nowy  Atut  i  przeszedłem przez  niego,  żeby  zobaczyć,  co  jest  po 
tej  stronie  ściany.  Ojej!  To  mi  przypomina,  że  nie  mogę  bez  niego  wrócić.  Muszę 
narysować następny. Masz coś do jedzenia? I coś do pisania? I kawałek papieru?  
      - Proszę, oto chleb - poczęstowałem go - a do tego kawałek sera.  
      - Dziękuję, Corwinie - połknął je z wilczym apetytem, popijając całą moją wodą. - 
Teraz  daj  mi  kawałek  pergaminu  i  ołówek,  bo  muszę  już  wracać  do  siebie.  Chcę 
skończyć  czytać  książkę.  Miło  mi  było  się  z  tobą  zobaczyć.  Szkoda,  że  Eryk  cię 
uwięził.  Wpadnę  do  ciebie  jeszcze  kiedyś  na  pogawędkę.  Jak  zobaczysz  ojca, 
powiedz mu, żeby się na mnie nie gniewał, bo ja...  
      - Nie mam ołówka ani pergaminu - przerwałem.  
      - Coś takiego! To barbarzyństwo!  
      - Wiem, ale też i Eryk ma barbarzyńskie zwyczaje.  
      -  A  co  masz?  Wolę  mój  własny  pokój  od  tego  miejsca.  Przynajmniej  jest  lepiej 
oświetlony.  
      -  Zjadłeś  ze  mną  kolacje  -  powiedziałem  -  a  teraz  chciałbym  prosić  cię  o 
przysługę.  Jeśli  ją  spełnisz,  przyrzekam,  że  zrobię  wszystko,  aby  pogodzić  cię  z 
ojcem.  
      - Co byś chciał?  
      -  Od  dawna  podziwiam  twoją  sztukę  i  jest  coś,  co  bardzo  chciałbym  mieć 
namalowane twoją ręką. Czy pamiętasz latarnię morską w Cabrze?  
      -  Oczywiście.  Byłem  tam  wiele  razy.  Znam  nawet  latarnika,  Jopina.  Grywałem  z 
nim w szachy.  
      -  Przez  całe  swoje  dorosłe  życie  marzyłem  o  tym,  aby  zobaczyć  jeden  z  twoich 
magicznych rysunków tej wielkiej szarej wieży - ciągnąłem.  
      -  Bardzo  wzruszająca  prośba  -  odparł  -  a  poza  tym  dość  łatwa  do  spełnienia. 
Robiłem kiedyś wstępne szkice tej latarni, ale nigdy poza nie nie wyszedłem, zawsze 
była jakaś pilniejsza praca. Znajdę ci któryś z nich, jeśli sobie życzysz.  
      -  Nie,  chciałbym  mieć  coś  trwalszego,  coś  co  dotrzymywałoby  mi  towarzystwa 
tutaj,  w  celi,  i  podtrzymywało  mnie  na  duchu,  a  potem  innych,  którzy  zajmą  moje 
miejsce.  
      - To pięknie, ale jak to wykonać?  
      -  Mam  tu  rylec  -  powiedziałem  (łyżka  była  już  dobrze  wyostrzona)  -  i  mógłbyś 
nakreślić obraz na tamtej ścianie, żebym patrzył na niego przed snem.  
      Milczał przez chwilę, a potem rzekł:  
      - Trochę tu ciemno.  
      -  Mam  kilka  pudełek  zapałek  i  będę  ci  nimi  przyświecał.  Możemy  nawet  spalić 
trochę słomy, jeśli zajdzie konieczność.  
      - Trudno to nazwać idealnymi warunkami do pracy...  
      - Wiem,  i bardzo cię za to przepraszam, wielki Dworkinie, ale to  wszystko, czym 
dysponuję. Dzieło sztuki skreślone twoją ręką ze wszech miar umili mi moją nędzną 
egzystencję.  
      Roześmiał się.  
      -  Dobrze  więc.  Ale  musisz  obiecać  mi  dość  światła,  żebym  mógł  potem 
naszkicować sobie drogę powrotną do siebie.  
      -  Zgoda  -  powiedziałem  i  przetrząsnąłem  kieszenie.  Miałem  trzy  pełne  pudełka  i 
resztkę czwartego. Włożyłem mu łyżkę do ręki i podprowadziłem go w stronę ściany.  
      - Czy poznajesz, jakie narzędzie trzymasz? - spytałem.  
      - To naostrzona łyżka, prawda?  
      -  Tak.  Zapalę  zapałkę,  jak  tylko  powiesz,  że  jesteś  gotów.  Będziesz  musiał  się 
pośpieszyć, bo mam ich ograniczony zapas. Przeznaczę połowę na latarnię morską, 
a drugą połowę dla ciebie.  

background image

      -  Dobrze  -  zgodził  się  i  zabrał  do  roboty,  kreśląc  szybko  na  wilgotnym,  szarym 
murze.  
      Najpierw  zrobił  pionowy  prostokąt  jako  obramowanie  całości.  Polem  kilkoma 
zręcznymi  kreskami  zaczął  wyczarowywać  obraz  latarni  morskiej.  Jakimś  cudem, 
choć sam był pomylony, jego sztuka nic nic ucierpiała. Trzymałem zapałki na samym 
koniuszku,  obśliniałem  lewy  kciuk  i  palec  wskazujący  i  kiedy  już  mnie  parzyły, 
chwytałem drugą ręką za zwęglony czubek, aby wypaliły się do samego końca.  
      Kiedy  skończyło  się  pierwsze  pudełko,  latarnia  już  była  gotowa  i  Dworkin 
zaczynał  pracować  nad  niebem  i  morzem.  Zachęcałem  go,  jak  mogłem,  wyrażając 
zachwyt nad każdą kreską.  
      -  Wspaniałe,  naprawdę  wspaniałe  -  pochwaliłem  go,  gdy  dzieło  było  już  niemal 
skończone.  Zmusił  mnie  jeszcze  do  zmarnowania  następnej  zapałki,  żeby  się 
podpisać. W drugim pudełku widać już było dno.  
      - Teraz możemy podziwiać mój obraz - powiedział.  
      -  Jeśli  chcesz  się  dostać  do  siebie  -  zauważyłem  -  to  lepiej  zostaw  podziwianie 
mnie. Mamy zbyt mało zapałek, żeby się w tej chwili bawić w krytyków sztuki.  
      Naburmuszył  się  trochę,  ale  przeszedł  pod  drugą  ścianę  i  zaczął  szkicować,  jak 
tylko zapaliłem zapałkę. Narysował mały pokój, czaszkę na biurku, obok niej globus, 
wokół ściany pełne książek.  
      - W porządku - oznajmił, właśnie kiedy odrzuciłem trzecie pudełko i zabrałem się 
za resztkę czwartego. Dokończenie rysunku kosztowało mnie jeszcze sześć zapałek, 
a  podpis  siódmą.  Przy  ósmej  -  zostały  mi  już  tylko  dwie  -  spojrzał  na  swoje  dzieło, 
postąpił krok naprzód i już go nie było.  
      Tymczasem  zapałka  sparzyła  mnie  w  palce,  rzuciłem  ją  na  podłogę, 
zaskwierczala  spadając  na  słomę  i  zgasła.  Stałem  dygocąc  na  całym  ciele,  pełen 
sprzecznych  uczuć,  gdy  wtem  znów  usłyszałem  jego  głos  i  poczułem,  że  jest  obok. 
Dworkin wrócił.  
      - Coś mi przyszło do głowy - powiedział. - Jak chcesz podziwiać mój obraz, kiedy 
tu jest tak ciemno?  
      -  Nic  nie  szkodzi,  nauczyłem  się  widzieć  w  ciemności -  zapewniłem  go. - Żyję  w 
niej od tak dawna, że zdążyłem ją oswoić.  
      - Rozumiem. Po prostu byłem ciekaw. Zapal światło, żebym mógł wrócić.  
      -  Dobrze  -  przystałem,  wyjmując  moją  przedostatnią  zapałkę  -  ale  kiedy 
wpadniesz  następnym  razem,  przynieś  lepiej  własną  pochodnię.  Ja  będę  już  bez 
zapałek.  
      Kiedy  zniknął  ponownie,  odwróciłem  się  szybko  i  zanim  zapałka  zgasła, 
spojrzałem na latarnię morską w Cabrze. Tak, była w niej moc, czułem ją.  
      Jednakże  czy  moja  jedyna,  ostatnia  zapałka  wystarczy?  Nie,  chyba  nie. 
Potrzebowałem dłuższej chwili koncentracji, aby użyć Atutu jako furtki.  
      Co  mógłbym  spalić?  Słoma  była  zbyt  wilgotna  i  mogłaby  się  nie  zająć.  To 
straszne  mieć  furtkę  -  drogę  do  wolności  -  tuż  przed  nosem  i  nie  móc  z  niej 
skorzystać. Potrzebowałem ognia, który potrwa przez jakiś czas.  
      Mój siennik. Był to zszyty kawałek zgrzebnego płótna wypchany słomą. Ta słoma 
powinna być suchsza, a i materiał powinien się zapalić.  
      Uprzątnąłem  połowę  celi  do  gołego  kamienia  na  podłodze.  Później  rozejrzałem 
się  za  wyostrzoną  łyżką,  żeby  przeciąć  nią  poszwę.  Zakląłem.  Dworkin  wziął  ją  ze 
sobą. Targając i szarpiąc rozerwałem siennik i wyciągnąłem ze środka suchą słomę. 
Zrobiłem  z  niej  mały  kopczyk,  a  płótno  położyłem  obok,  żeby  je  w  razie  potrzeby 
dorzucić  do  ognia.  Ale  im  mniej  dymu,  tym  lepiej.  Mógłby  zwrócić  uwagę 
przechodzącego  strażnika.  Nie  było  to  na  szczęście  zbyt  prawdopodobne,  gdyż 
dopiero co dostałem jedzenie, a przynoszą mi jeden posiłek dziennie.  

background image

      Zapaliłem  moją  ostatnią  zapałkę  i  najpierw  podpaliłem  puste  już  pudełko 
tekturowe, a kiedy się zajęło, przytknąłem je do słomy. Zatliła się i omal nie zgasła - 
była  wilgotniejsza,  niż  myślałem,  mimo  że  wyciągnąłem  ją  z  samego  środka 
materaca.  Ale  w  końcu  rozjarzyło  się  parę  iskierek,  a  potem  pokazał  się  płomień. 
Musiałem  zużyć  do  tego  celu  dwa  pozostałe  puste  pudełka  po  zapałkach,  toteż 
dziękowałem  w  duchu  Bogu,  że  nie  wyrzuciłem  ich  do  dziury  kloacznej.  Czwarte  i 
ostatnie  pudełko  ściskałem  w  pogotowiu  w  garści,  w  lewej  ręce  trzymając  poszwę 
siennika i wpatrując się intensywnie w rysunek.  
      Kiedy  płomienie  poszły  w  górę,  a  ich  blask  ogarnął  ścianę,  skupiłem  się  na 
widoku  latarni,  wywołując  w  myśli  jej  obraz.  Zdawało  mi  się,  że  słyszę  w  dali  krzyk 
mew  i  czuję  słony  powiew  wiatru  na  twarzy.  Im  dłużej  patrzyłem,  tym  realniejszy 
stawał się widok przed moimi oczami. Nie odrywając wzroku od rysunku dorzuciłem 
do ognia poszwę - płomienie na moment przygasły, lecz zaraz wystrzeliły w górę.  
      Ręka Dworkina nie straciła swoich magicznych właściwości, gdyż wkrótce latarnia 
morska  wydawała  mi  się  równie  rzeczywista  jak  moja  cela,  a  po  chwili  stała  się 
jedyną rzeczywistością, a cela tylko Cieniem za moimi plecami. Usłyszałem plusk fal i 
poczułem ciepło popołudniowego słońca. Zrobiłem krok naprzód, lecz moja noga nie 
wylądowała w ognisku.  
      Stałem  na  piaszczysto-skalistym  brzegu  małej  wyspy  zwanej  Cabrą,  na  której 
znajdowała  się  duża,  szara  latarnia  morska,  wskazująca  w  nocy  drogę  statkom 
płynącym  do  Amberu.  Nad  moją  głową  krążyło  stadko  przestraszonych, 
wrzeszczących mew, a mój śmiech zlał się w jedno z szumem fal i swobodną pieśnią 
wiatru. Amber leżał czterdzieści trzy mile za moim lewym ramieniem.  
      Uciekłem.  
 
      
Zelazny Roger - Dziewięciu Książąt Amberu - Rozdział 10  
 
      Poszedłem  do  latarni  i  wspiąłem  się  po  kamiennych  schodach  wiodących  do 
wejścia po zachodniej stronie. Drzwi były wysokie, szerokie, solidne i wodoszczelne. 
Były  zamknięte.  Za  mną  wychodził  w  morze  niewielki  pomost,  do  którego 
przycumowano  dwie  łódki:  łódź  wiosłową  i  małą  kabinową  żaglówkę.  Kołysały  się 
łagodnie na wodzie migoczącej blaskiem słońca. Patrzyłem na nie przez chwilę. Tak 
długo  nic  nie  widziałem,  że  przez  moment  wydały  mi  się  czymś  nadziemskim. 
Zdusiłem szloch, który chwycił mnie za gardło.  
      Odwróciłem  się  tyłem  i  zapukałem  do  drzwi.  Po  nieskończenie  długim  czekaniu 
zapukałem  ponownie.  Wreszcie  usłyszałem  jakiś  ruch  i  drzwi  się  otwarły,  skrzypiąc 
niemiłosiernie.  
      Jopin,  latarnik,  spojrzał  na  mnie  przekrwionymi  oczami.  Zalatywała  od  niego 
whisky. Był niewysoki i tak zgarbiony, że przypominał mi Dworkina. Jego broda była 
równie długa jak moja, więc naturalnie wydawała mi się jeszcze dłuższa i miała kolor 
popiołu,  nie  licząc  paru  żółtawych  plamek  w okolicy  pomarszczonych  ust.  Cerę  miał 
porowatą  jak  skórka  pomarańczy,  zbrązowiałą  na  słońcu  i  wietrze  i  wysuszoną  na 
pergamin. Zamrugał parę razy oczami i w końcu udało mu się skoncentrować wzrok 
na mojej twarzy. Jak wiele osób, które nie dosłyszą, mówił dość głośno.  
      - Kim jesteście? Czego chcecie? - spytał.  
      Doszedłem  do  wniosku,  że  skoro  trudno  mnie  poznać  w  obecnym  opłakanym 
stanie, to mogę równie dobrze zachować anonimowość.  
      -  Jestem  podróżnikiem  z  południa  -  powiedziałem.  -  Mój  statek  się  rozbił,  a  ja 
dryfowałem przez wiele dni uczepiony kawałka drewna, aż wreszcie morze wyrzuciło 

background image

mnie tu na brzeg. Spałem na plaży przez cale rano i dopiero teraz zebrałem dość sił, 
żeby dowlec się do waszej latami.  
      Podszedł do mnie i chwycił mnie pod rękę. Drugą ręką objął mnie wpół.  
      - Chodźcie, chodźcie do środka - powiedział. - Oprzyjcie się na mnie. Tędy.  
      Zaprowadził  mnie  do  swojej  izby,  która  była  nieprawdopodobnie  zagracona  i 
zarzucona  starymi  książkami,  wykresami,  mapami  i  przyrządami  okrętowymi.  Nie 
szedł  zbyt  pewnie,  toteż  nie  opierałem  się  na  nim  za  mocno,  tylko  tyle,  żeby 
uwiarygodnić  wersję  o  moim  wycieńczeniu,  które  starałem  się  zobrazować 
podtrzymując się framugi drzwi.  
      Podprowadził  mnie  do  kanapy  mówiąc,  żebym  się  położył,  i  poszedł  zamknąć 
drzwi wejściowe oraz przynieść mi coś do jedzenia.  
      Zdjąłem  buty,  ale  miałem  tak  brudne  nogi,  że  włożyłem  je  z  powrotem.  Gdybym 
dryfował  po  morzu,  nie  byłbym  brudny.  Nie  chciałem  zdradzać  swojej  historii, 
przykryłem się więc kocem i wyciągnąłem wygodnie nareszcie odpoczywając.  
      Jopin  wrócił  z  dzbankiem  wody,  dzbankiem  piwa,  dużą  porcją  mięsa  i 
bochenkiem  chleba  na  drewnianej  kwadratowej  tacy.  Jednym  ruchem  opróżnił 
wierzch małego stolika, który kopnięciem przysunął do kanapy. Postawił na nim tacę i 
zachęcił mnie do jedzenia.  
      Nie  trzeba  mi  było  tego  dwa  razy  powtarzać.  Rzuciłem  się  żarłocznie  na  tacę, 
zmiatając wszystko do ostatniej okruszynki. Opróżniłem też oba dzbanki. I poczułem, 
że ogarnia mnie nieludzkie zmęczenie. Jopin widząc to, pokiwał tylko głową i kazał mi 
iść spać. Zasnąłem w tej samej sekundzie.  
      Kiedy  się  obudziłem,  była  już  noc.  Od  niepamiętnych  czasów  nie  czułem  się  tak 
dobrze.  Wstałem  i  wyszedłem  z  budynku.  Na  dworze  było  chłodno,  ale  niebo  było 
krystalicznie  czyste  i  lśnił  na  nim  milion  gwiazd.  Za  moimi  plecami  latarnia  zapalała 
się  i  gada,  zapalała  się  i  gasła.  Woda  była  zimna,  ale  musiałem  się  umyć. 
Wykąpałem się i wyprałem ubranie. Zajęło mi to chyba godzinę. Potem wróciłem do 
wieży, rozwiesiłem pranie na oparciu krzesła, wsunąłem się pod koc i zasnąłem.  
      Rano,  gdy  otworzyłem  oczy,  Jopin  był  już  na  nogach.  Przygotował  mi  solidne 
śniadanie,  które  potraktowałem  podobnie  jak  kolację  zeszłego  wieczoru.  Później 
pożyczyłem od niego brzytwę, lusterko i nożyczki; ogoliłem się i przystrzygłem włosy. 
Ponownie wykąpałem się w morzu i kiedy włożyłem pachnące solą, sztywne i czyste 
ubranie, poczułem się jak nowo narodzony.  
      Jopia spojrzał na mnie uważnie, gdy wróciłem znad brzegu morza, i powiedział:  
      -  Coś  mi  się  widzi,  jakbym  was  skądś  znał.  -  Wzruszyłem  ramionami.  -  No  to 
opowiedzcie mi teraz o katastrofie waszego statku.  
      Więc mu opowiedziałem. Od początku do końca. Nie szczędziłem opisu żadnych 
nieszczęść. Łącznie ze złamaniem się grotmasztu.  
      Poklepał  mnie  po  plecach  i  nalał  mi  szklaneczkę.  Przypalił  mi  cygaro,  którym 
mnie poczęstował.  
      -  Odpocznijcie  tu  sobie  -  zaprosił  mnie.  -  Odstawię  was  na  ląd,  kiedy  tylko 
zechcecie, albo dam znać któremuś z przepływających statków.  
      Skorzystałem  z  jego  gościnności.  Ratowała  mi  życie.  Jadłem  i  piłem  zapasy  z 
jego  spiżarni  i  przyjąłem  w  prezencie  czystą  koszulę,  która  była  dla  mnie  za  duża. 
Należała do jego przyjaciela, który się utopił.  
      Zostałem  z  nim  przez  trzy  miesiące,  nabierając  sił.  Pomagałem  mu  jak  mogłem: 
doglądałem  latarni  w  te  noce,  kiedy  miał  ochotę  się  upić;  sprzątałem  wszystkie 
pomieszczenia,  a  dwa  pokoje  nawet  odmalowałem  i  wymieniłem  pięć  popękanych 
szyb; podczas sztormów obserwowałem z nim morze.  
      Jak  się  dowiedziałem,  polityka  go  nie  interesowała.  Nic  go  nie  obchodziło,  kto 
rządzi  w  Amberze.  Jego  zdaniem,  cała  nasza  cholerna  rodzina  była  diabła  warta. 

background image

Dopóki  mógł  w  spokoju  obsługiwać  latarnię  morską,  jeść  i  pić  do  woli  oraz  kreślić 
swoje  mapy,  miał  głęboko  w  nosie,  co  się  dzieje  na  brzegu.  Zapałałem  do  niego 
prawdziwą  sympatią,  a  ponieważ  znałem  się  nieco  na  mapach  i  wykresach, 
spędziliśmy na ich poprawianiu wiele przyjemnych wieczorów. Dawno temu pływałem 
po  morzach  północnych  i  sporządziłem  mu  nowy  wykres  oparty  na  moich 
wspomnieniach z tej wyprawy. Sprawiło mu to niekłamaną radość, podobnie jak i opis 
tamtych stron.  
      -  Corey  (tak  się  kazałem  nazywać),  chciałbym  tam  kiedyś  z  tobą  popłynąć  - 
powiedział. - Nie wiedziałem, że dowodziłeś własnym statkiem.  
      - Kto wie? - odparłem. - Przecież sam byłeś kiedyś kapitanem, prawda?  
      - Skąd wiesz?  
      Prawdę  mówiąc,  pamiętałem  to  z  przeszłości,  ale  zatoczyłem  ręką  koło  w 
odpowiedzi.  
      -  Po  tych  wszystkich  przedmiotach,  które  zebrałeś,  i  po  twoim  zamiłowaniu  do 
wykresów. Poza tym nosisz się jak ktoś przywykły do dowodzenia.  
      Uśmiechnął się.  
      -  Tak,  to  prawda.  Dowodziłem  przez  przeszło  sto  lat.  Ale  to  było  dawno  temu... 
Napijmy się.  
      Pociągnąłem  łyk  i  odstawiłem  szklankę.  Podczas  tych  miesięcy,  które  z  nim 
spędziłem,  musiałem  przytyć  ponad  dwadzieścia  kilo.  Lada  moment  mógł  mnie 
rozpoznać.  Zastanawiałem  się,  czy  wydałby  mnie  Erykowi.  Ostatecznie  nie  byliśmy 
znów  aż  tak  blisko  zaprzyjaźnieni  -  miałem  jednak  wrażenie,  że  by  mnie  nie  wydał. 
Ale wolałem tego nie sprawdzać.  
      Pilnując  latarni  zastanawiałem  się,  jak  długo  powinienem  tu  jeszcze  zostać? 
Dolewając  kroplę  smaru  do  mechanizmu  obrotowego  doszedłem  do  wniosku,  że 
niezbyt  długo.  Zdecydowanie  niedługo.  Czas  znów  ruszać  w  drogę  i  udać  się 
pomiędzy Cienie.  
      I raptem pewnego dnia poczułem nacisk, początkowo delikatny i jakby sondujący. 
Nie  miałem  pojęcia,  kto  to  może  być.  Natychmiast  stanąłem  bez  ruchu;  zamknąłem 
oczy  i  opróżniłem  umysł.  Trwało  to  jakieś  pięć  minut,  zanim  czyjaś  myszkująca 
obecność się wycofała.  
      Zacząłem  chodzić  tam  i  z  powrotem  pogrążony  w  myślach  i  po  chwili 
uśmiechnąłem  się  sam  do  siebie  z  powodu  krótkiego  dystansu,  na  jakim  krążyłem. 
Podświadomie dostosowałem swoje kroki do wymiarów mojej celi w Amberze.  
      Ktoś próbował się ze mną skontaktować poprzez Atut.  
      Czyżby  Eryk?  Dowiedział  się  o  mojej  ucieczce  i  chciał  mnie  w  ten  sposób 
zlokalizować? Chyba nie. Czułem, że obawia się naszego ponownego psychicznego 
zderzenia.  A  więc  Julian?  Gerard?  A  może  Caine?  Ktokolwiek  to  był,  całkowicie 
zamknąłem mu dostęp. I byłem zdecydowany odmówić kontaktu z każdym członkiem 
mojej rodziny. Nawet gdybym miał stracić przez to ważne nowiny lub ofertę pomocy, 
nie mogłem pozwolić sobie na ryzyko. Próba kontaktu i wysiłek przy jej zablokowaniu 
napełniły  mnie  chłodem.  Zadrżałem.  Myślałem  o  tym  przez  resztę  dnia  i 
postanowiłem, że pora odejść. Nic dobrego dla mnie nie wyniknie z pozostawania tak 
blisko  Amberu  w  sytuacji,  gdy  jestem  całkiem  bezbronny.  Byłem  już  dość  silny,  aby 
udać  się  między  Cienie  i  poszukać  dogodnego  dla  siebie  miejsca,  jeśli  mam 
kiedykolwiek  zdobyć  Amber,  Opieka  starego  Jopina  pozbawiła  mnie  czujności  i 
pogrążyła w niemal błogim spokoju. Przykro mi będzie go opuszczać, bo w ciągu tych 
miesięcy,  które  spędziliśmy  razem,  szczerze  polubiłem  staruszka.  Tego  wieczoru, 
kiedy skończyliśmy grać w szachy, powiedziałem mu, że wyjeżdżam.  
      Nalał nam po szklaneczce whisky i podnosząc swoją powiedział:  
      - Powodzenia, Corwinie. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.  

background image

      Nie  zaprotestowałem,  kiedy  nazwał  mnie  moim  prawdziwym  imieniem,  a  on  się 
uśmiechnął widząc, że nie umknęło to mojej uwagi.  
      -  Byłeś  dla  mnie  bardzo  dobry,  Jopinie  -  powiedziałem.  -  Jeśli  moje  plany  się 
powiodą, nie zapomnę o tobie.  
      Potrząsnął głową.  
      - Nic od ciebie nie chcę. Czuję się szczęśliwy tu, gdzie jestem, robiąc to, co robię. 
Lubię tę cholerną latarnię. Jest dla mnie wszystkim. Jeśli to się powiedzie w tym, co 
planujesz... nie, nie mów mi o tym, nie chcę nic wiedzieć to wpadnij do mnie któregoś 
dnia na partyjkę szachów.  
      - Na pewno - obiecałem.  
      - Możesz jutro rano wziąć "Motyla", jeśli chcesz.  
      - Dzięki.  
      "Motyl" to była jego żaglówka.  
      - Zanim odpłyniesz, radzę ci wziąć moją lunetę, wejść na latarnię i obejrzeć sobie 
Dolinę Garnath - dodał.  
      - A cóż tam może być ciekawego?  
      Wzruszył ramionami.  
      - To już sam zobaczysz.  
      - Dobrze.  
      Przed  pójściem  spać  wypiliśmy  jeszcze  parę  szklaneczek  i  spędziliśmy  miły 
wieczór.  Wiedziałem,  że  będzie  mi  brak  starego  Jopina.  Był,  obok  Reina,  jedyną 
przyjazną duszą, jaką spotkałem od chwili powrotu. Zastanawiałem się, co też mogło 
zajść  w  dolinie,  która  gdy  ją  ostatni  raz  widziałem,  była  rzeką  płomieni.  Co  takiego 
niezwykłego działo się tam po czterech latach?  
      Zasnąłem  dręczony  snami  o  wilkolakach  i  sabatach  czarownic,  dopiero  gdy 
księżyc w pełni zawisł już wysoko nad światem.  
      Wstałem  o  brzasku.  Jopin  jeszcze  spał,  co  mi  odpowiadało,  bo  nie  lubię 
pożegnań, a miałem dziwne przeczucie, że go więcej nie zobaczę.  
      Z  lunetą  u  boku  wdrapałem  się  do  najwyższego  pomieszczenia  na  wieży,  w 
którym  znajdowała  się  latarnia.  Podszedłem  do  okna  wychodzącego  na  brzeg  i 
skierowałem lunetę na dolinę.  
      Nad  lasem  wisiała  mgła  -  zimna,  szara,  wilgotna,  opasująca  wierzchołki 
karłowatych, powykręcanych drzew. Ich czarne konary splatały się ze sobą, jak palce 
sczepionych  dłońmi  zapaśników.  Między  nimi  migały  jakieś  ciemne  kształty,  ale  po 
ich locie widziałem, że to nie ptaki. Raczej nietoperze. Jakieś zło zagnieździło się w 
tym wielkim lesie... I po chwili zrozumiałem: to ja sam byłem tego sprawcą.  
      Sprowadziłem  to  moją  klątwą.  Przekształciłem  spokojną  Dolinę  Gamath  w  to, 
czym  teraz  była:  w  symbol  mojej  nienawiści  do  Eryka  i  tych  wszystkich,  którzy  go 
otaczali  i  pozwolili  mu  zagarnąć  władzę,  pozwolili  mu  mnie  oślepić.  Nie  podobał  mi 
się ten las i patrząc na niego ujrzałem jasno, jak skrystalizowała się moja nienawiść, 
której sam nadałem ten kształt.  
      Otworzyłem  nowe  wejście  do  prawdziwego  świata.  Gamath  była  teraz  ścieżką 
przez  Cienie.  Ciemną  i  groźną  ścieżką.  Tylko  Zło  miało  tędy  dostęp.  To  było  źródło 
"nieczystych  sił",  o  których  wspominał  Rein,  a  które  przyczyniały  tyle  zmartwień 
Erykowi.  Poniekąd  to  dobrze,  że  go  niepokoiły.  Ale  przesuwając  lunetę  nie  mogłem 
oprzeć się wrażeniu, że zrobiłem coś bardzo złego. W owym czasie nie wiedziałem, 
że  jeszcze  kiedyś  ujrzę  światło  dzienne.  Teraz,  kiedy  tak  się  stało,  zrozumiałem,  że 
otworzyłem  drogę  dla  czegoś,  co  będzie  bardzo  trudno  opanować.  Cały  czas 
poruszały się tam jakieś dziwne kształty. Zrobiłem coś, czego nikt nie zrobił podczas 
całego panowania Oberona: otworzyłem nową drogę do Amberu. I można się po tym 
spodziewać tylko wszystkiego najgorszego. Nadejdzie dzień, kiedy władca Amberu - 

background image

ktokolwiek nim wtedy będzie - stanie wobec problemu zaniknięcia tej strasznej drogi. 
Wiedziałem  to,  patrząc  na  wytwór  mojego  bólu,  gniewu  i  nienawiści.  Jeśli  kiedyś 
zdobędę Amber, będę musiał walczyć z własnym dziełem, co jest zawsze piekielnie 
trudną  sprawą.  Odjąłem  lunetę,  od  oczu  i  westchnąłem.  Co  będzie,  to  będzie, 
pomyślałem. A tymczasem Eryk ma zapewnionych kilka bezsennych nocy.  
      Przełknąłem  szybko  parę  kęsów,  przygotowałem  łódkę,  podniosłem  żagle  i 
wypłynąłem. Jopin o tej porze zwykle już nie spał, ale może i on nie lubił pożegnań.  
      Skierowałem się na pełne morze, wiedząc, dokąd chcę się udać, ale nie wiedząc 
jak. Będę płynąć przez Cień i obce wody, ale to lepsze niż droga lądowa z czającym 
się wytworem mojej nienawiści.  
      Wybrałem  za  cel  ląd,  który  skrzył  się  prawie  tak  jak  Amber  i  był  niemal  równie 
nieśmiertelny,  ląd,  który  już  nie  istniał.  Zniknął  w  Chaosie  wieki  temu,  ale  musiał 
gdzieś przetrwać jego Cień. Należało go tylko znaleźć, poznać i z powrotem uczynić 
swoim,  jak to  było  dawno  temu.  Później,  wsparty  własną  armią,  dokażę  w  Amberze 
jeszcze  jednego,  nie  znanego  dotąd  wyczynu.  Nie  miałem  gotowego  planu,  ale 
przysiągłem  sobie,  że  w  dniu  mojego  powrotu  ogień  z  dział  wstrząśnie 
nieśmiertelnym miastem.  
      Kiedy  wpływałem  do  Cienia,  podfrunął  do  mnie  biały  ptak moich  pragnień  i  siadł 
mi  na  prawym  ramieniu.  Przytwierdziłem  mu  do  nóżki  podpisaną  przez  siebie 
wiadomość; "Przybywam" i puściłem go w niebo.  
      Nie  spocznę,  dopóki  nie  wywrę  zemsty  i  nie  zdobędę  tronu,  i  biada  temu,  kto 
stanie mi na drodze.  
      Słońce wschodziło po mojej lewej ręce, wiatr dął w żagle i pchał mnie na szerokie 
wody. Rzuciłem przekleństwo na głowę Eryka i roześmiałem się.  
      Byłem  wolny  i  choć  musiałem  uciekać,  to  jednak  dopiąłem  swego.  Obecnie  stoi 
przede mną nowa szansa, o której marzyłem.  
      Teraz  podfrunął  czarny  ptak  moich  pragnień  i  siadł  mi  na  lewym  ramieniu. 
Napisałem drugą kartkę, przywiązałem mu do nogi i wysłałem go na zachód.  
      Kartka głosiła: "Eryku, wrócę!" i była podpisana:  
      "Corwin, władca Amberu".  
      Demon wiatru pchał mnie na wschód od słońca.