background image

 
 

 

Barbara McMahon 

 

Pan biznesmen szuka żony 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
W  kafejce  nie  było  żywej  duszy.  Lindsay  Donovan  usadowiła  się  przy  stoliku  w 

zacisznym  kącie  i  po  raz  ostatni  przeglądała  notatki  przed  jutrzejszym  egzaminem. W  małej 
sali  panowała  idealna  cisza,  tylko  z  kuchni  czasami  dobiegały  odgłosy  krzątaniny.  To  Jack, 
kucharz,  który  od  ponad  pół  roku  razem  z  Lindsay  pracował  na  wieczornej  zmianie,  robił 
przed  wyjściem  ostatnie  porządki.  Na  początku  starała  się  zachować  do  Jacka  dystans  -  był 
starszy  o  tyle  lat,  zrzędliwy,  no  i  zatwardziały,  stary  kawaler.  Ale  kiedy  Jack  pewnego  razu 
odprowadził  ją  na  przystanek,  rozgadali  się  oboje  i  Lindsay  odkryła,  że  jej  rozmówca  jest 
człowiekiem bardzo miłym, życzliwym i ma do niej wręcz ojcowski stosunek. Od tej chwili, 
mimo różnicy wieku, stali się parą dobrych przyjaciół. 

Kiedy  do kafejki  wszedł spóźniony  gość,  Lindsay  odruchowo spojrzała na zegar.  Była 

prawie  północ.  Westchnęła  i  ciężko  podniosła  się  z  krzesła.  Idąc  powoli  w  stronę  baru, 
myślała, że gość, który zjawia się na dziesięć minut przed zamknięciem, powinien być na tyle 
przyzwoity,  aby  zadowolić  się  filiżanką  kawy.  Kątem  oka  zauważyła,  że  facet  jest  bardzo 
wysoki, ciemnowłosy i wyraźnie podminowany. Kiedy dotarła do baru, mężczyzna zdążył już 
usadowić  się  na  jednym  z  wysokich  stołków.  Teraz  zauważyła,  że  ma  na  sobie  ciemny 
smoking.  Jakim  cudem  ktoś  taki  trafił  do  ich  kafejki,  położonej  na  obrzeżach  portu  w 
Sydney?  Dyskretnie  podniosła  wzrok.  Ta  twarz.  Chyba  gdzieś  już  ją  widziała.  W  kafejce? 
Niemożliwe, przecież tutaj przychodzą tylko robotnicy z doków. 

 - Czym mogę panu służyć? - spytała, czując nagle, że mimo zmęczenia bardzo chętnie 

przyczesałaby  włosy  i  pociągnęła  usta  szminką.  Mężczyzna  przy  barze  był  nieludzko 
przystojny,  szkoda  tylko,  że  się  nie  uśmiecha.  Tak,  na  pewno  gdzieś  go  już  widziała.  Nagle 
przypomniała sobie. To chyba Luke, Luke Winters. Lato, plaża. Ona była wtedy podlotkiem, 
wesołym,  rozbrykanym,  zajętym  przede  wszystkim  swoją  osobą  i  zaczepianiem  starszych 
chłopców. A Luke był wówczas stałym obiektem jej marzeń... 

 - Zdążę jeszcze napić się kawy? 
Jego  wzrok  prześlizgnął się  obojętnie  po  pustej  salce,  potem  spoczął  gdzieś  w  okolicy 

talii Lindsay. 

 -  Zamykamy  o  północy,  proszę  pana  -  odpowiedziała  szybko,  sięgając  po  filiżankę  i 

spodeczek. Może to i lepiej, że Luke jej nie poznał. Przez te lata musiała się bardzo zmienić, 
nie mówiąc o tym, jak wygląda właśnie teraz. 

 - Chodziło mi o to, czy zdążę, zanim pani zacznie rodzić.  
Broda  Lindsay  natychmiast  uniosła  się  co  najmniej  o  dwa  centymetry.  Co,  u  licha! 

Niezależnie od sentymentów, nikt nie ma prawa mówić jej złośliwości. Nawet jeśli faktycznie 
jest to Luke Winters. 

 -  Dziecko  ma  jeszcze  czas,  proszę  pana.  Kilka  tygodni.  Zdąży  pan  spokojnie  wypić 

kawę, zapłacić i wyjść. 

 - Nie przepada pani za klientami? 
 - Przeciwnie, proszę pana, inaczej bym tu nie pracowała. Ale przed dwunastą zaczynam 

odczuwać lekki przesyt! - odcięła się, stawiając przed nim filiżankę z kawą. 

Mężczyzna wypił łyk i mruknął z aprobatą: 
 - Niezła. 
 - Świeżo parzona, proszę pana. 
Tak, to na pewno Luke. Nagle zapragnęła, żeby posiedział dłużej, żeby mogła trochę na 

niego  popatrzeć.  Tyle  lat  minęło,  to  już  zupełnie  ktoś  inny  niż  tamten  chłopak  z  plaży. 
Ciekawe,  jak  ułożyło  mu  się  życie?  Miał  tak  wojowniczą  naturę.  Pamiętała,  że  pochodził  z 
bogatej rodziny i jego matce, damulce z pretensjami, bardzo zależało, aby synek obracał się w 
„odpowiednim" towarzystwie. Luke miał jednak w nosie jej zakazy i wolał ganiać po plaży ze 
zwykłymi chłopakami. 

 - Może ma pan ochotę na kawałek ciasta? Albo kanapkę?  

background image

Ś

nieżnobiały gors koszuli aż lśnił na tle ciemnego smokingu. 

Naturalnie,  szytego  na  miarę.  Z  tymi  ciemnymi  włosami  i  prawie  czarnymi  oczami,  w 

płaszczu,  niedbale  zarzuconym  na  ramiona,  Luke  wyglądał  jak  książę  z  bajki.  Książę 
ciemności. 

 - Poproszę o kawałek placka ze śliwkami. 
Podała  szybko  i  znów  spojrzała  na  zegar.  Za  pięć  dwunasta,  a  Luke  dopiero  zaczyna 

jeść. Westchnęła cicho i dyskretnie pomasowała sobie plecy. Jej stan coraz bardziej dawał się 
we znaki, pod koniec dnia była wykończona Ale myśl o tym, że niedługo weźmie w ramiona 
upragnione maleństwo, dodawała sił. 

 -  Dlaczego  pani  nie  usiądzie?  -  zapytał  nagle  Luke.  -  A  tak  w  ogóle,  dlaczego  pani 

pracuje do tak późnej godziny? 

 -  Po  prostu  pracuję  -  mruknęła  Lindsay,  zajęta  ustawianiem  pojemniczków  z 

przyprawami w równym rządku. 

Znów zerknęła na jego drogie ubranie, złoty zegarek, włosy przystrzyżone na pewno nie 

u  taniego  fryzjera  za  rogiem.  Ten  Luke  nie  ma  pojęcia,  jak  to  jest...  żyć  w  niedostatku,  z 
trudem wiążąc koniec z końcem, aby zapłacić za wizyty u lekarza. 

Luke,  zajęty  kawą  i  ciastem,  spojrzał  na  nią  mimochodem  i  nagle  jego  wzrok 

znieruchomiał. 

 - Nie jest pani mężatką? 
Lindsay,  zaskoczona  obcesowym  pytaniem,  dopiero  po  chwili  powoli  potrząsnęła 

głową. Jednocześnie z kuchni rozległo się wołanie Jacka. 

 - Lindsay! Potrzebujesz czegoś? Jeśli nie, zacznę już tu powoli zamykać! 
 - Dzięki, Jack! Pan zdecydował się na ciasto! 
Mogła powiedzieć Luke'owi, że od przeszło ośmiu miesięcy jest wdową. Ale po co? To 

nie  jego  sprawa.  I  że,  owszem,  ma  obrączkę,  której  strzeże  jak  największego  skarbu,  ale 
ponieważ nie wchodzi już na lekko obrzmiały palec, nosi ją na łańcuszku na szyi. 

 - Czy ja pani przypadkiem gdzieś nie widziałem? 
Po sekundzie wahania, Lindsay skinęła twierdząco głową. 
 -  Tak.  Wiele  lat  temu.  Plaża  Manly  Beach.  Pamiętasz?  A  ty  jesteś  Luke  Winters, 

prawda? 

 -  Zgadza  się  -  potwierdził,  przyglądając  jej  się  z  wielką  uwagą.  -  Manly  Beach, 

powiadasz?  Nie  byłem  tam  od  lat.  Zaraz,  zaraz...  -  Nagle  jego  twarz  rozjaśniła  się.  -  Już 
wiem! Ty jesteś ta mała Lindsay McDonald. 

 - Tak, to ja. 
 -  Co  ty  tu  właściwie  robisz?  -  spytał  bez  ogródek,  patrząc  znacząco  na  jej  służbowy 

fartuch, opięty na wydatnym brzuchu. 

 - Mówiłam ci już - odparła Lindsay, dumnie unosząc głowę. - Pracuję. 
 -  Ale  męża  nie  masz  -  stwierdził  Luke,  ściągając  płaszcz  z  ramion  i  rzucając  go  na 

sąsiedni stołek. - A z pewnością by ci się przydał! 

Lindsay wzruszyła ramionami, zastanawiając się, czy może jednak powiedzieć mu, że z 

powodu  wypadku  samochodowego  jej  dziecko,  które  dopiero  przyjdzie  na  świat,  jest 
półsierotą. 

 - Przecież dziecko powinno mieć nazwisko ojca. 
 - I będzie miało. 
Co  on  sobie  wyobraża?  Że  dziecko  wzięło  się  z  powietrza?  No  tak,  dla  Wintersa  ona 

nadal jest Lindsay McDonald. Trzeba wyprowadzić go z błędu. 

 -  Uczysz  się?  -  spytał,  spoglądając  na  książki  i  notatki,  rozrzucone  na  stoliku  w  rogu 

sali. 

 - Tak, studiuję. Na uniwersytecie. 
 - I nikt ci nie pomaga? 

background image

 - Wybacz, Luke - powiedziała sucho, zabierając pusty talerzyk po cieście - ale to moja 

prywatna sprawa, czy ktoś mi pomaga, czy nie. 

 - A rodzice? Nie pomagają? 
 - Tylko dlatego, że nie żyją, od prawie dziesięciu lat.  
Luke dopił kawę. 
 - Bardzo ci współczuję - powiedział cicho i kiedy Lindsay sięgnęła po pustą filiżankę, 

delikatnie przytrzymał ją za rękę. - Czy mógłbym dostać jeszcze jedną kawę? 

Zadrżała,  czując  nagle  dziwną  falę  ciepła,  rozlewającą  się  po  całym  ciele.  Na  ułamek 

sekundy zapomniała, że jest opuchniętą kobietą w ósmym miesiącu ciąży. Zapomniała i cały 
ś

wiat  zakołysał  się  leciutko.  Jak  wtedy,  dawno  temu,  kiedy  na  plaży  zobaczyła  chłopca  o 

imieniu Luke. 

Skinęła  pospiesznie  głową  i  Luke  natychmiast  cofnął  dłoń.  Nalała  kawę,  podała  i 

odsunęła  się  na  bok.  O  nie,  Luke  Winters  żadnym  łapaniem  za  rękę  nie  zbije  jej  z  tropu. 
Oparła się łokciami o kontuar, dyskretnie uniosła jedną stopę i zaczęła zawzięcie obracać nią 
na  wszystkie  strony.  Tak,  jest  teraz  kobietą  dojrzałą  i  zna  swoje  obowiązki.  Głupiutka 
Lindsay McDonald dawno odeszła w przeszłość. 

 - Wyglądasz na bardzo zmęczoną. 
 - Bo tak jest - odparła przygaszonym głosem. - Kiedy wypijesz, będę zamykać. 
Luke zawsze był jakby z innego świata, ale na plaży wszyscy byli sobie równi. Ganiał z 

gromadą  chłopaków,  a  ona,  razem  z  innymi  dziewczynkami,  biegała  za  nimi.  Dokuczały  im 
okropnie, ale potem wzajemne docinki przeradzały się w pierwszy, jeszcze dziecinny flirt. 

 - Chciałbym ubić z tobą interes - odezwał się nagle Luke. 
 - Interes? Ze mną? 
Była tak zmęczona, że nic już nie było w stanie jej zaskoczyć. Uśmiechnęła się tylko z 

niedowierzaniem  i  wzruszyła  ramionami.  Interes  z  Lukiem  Wintersem,  który  śpi  na 
pieniądzach i mógłby sobie zafundować jakieś państewko średniej wielkości... 

 - Tak, z tobą. Mogłabyś rzucić tę pracę i przez pewien czas nie martwić się o pieniądze. 
 - A co w zamian? 
 - Po prostu wyjdziesz za mnie. 
 - Za ciebie? 
 - Tak. 
Lindsay odruchowo spojrzała w stronę kuchni. Dobrze, że Jack tam jest i w razie czego 

pospieszy  z  pomocą.  Ten  Luke  zawsze  miał  szalone  pomysły.  Tylko  że  teraz  nie  jest  to  już 
zadziorny  chłopak  z  plaży,  lecz  potężnie  zbudowany,  blisko  dwumetrowy  mężczyzna  i 
nietrudno wyczuć, że wszystko  w nim się  gotuje. A jedyne wyjście z sytuacji to nie drażnić 
go, bo w każdej chwili może wybuchnąć i interwencja starszego pana na niewiele się przyda... 

 - Wyjdziesz za mnie? 
 - Chyba... chyba nie mówisz tego poważnie. 
 - Najzupełniej poważnie. 
 - Piłeś? 
 -  Owszem,  trochę  -  przyznał.  -  Ale  nie  jestem  pijany,  tylko  wściekły.  Wściekły  jak 

diabli. Muszę się zemścić, rozumiesz? Dlatego proponuję ci interes. Wyjdziesz za mnie. Nie 
na  zawsze.  Na  jakiś  określony  czas.  I  przez  ten  czas  zapewnię  ci  całkowite  utrzymanie. 
Będziesz mogła spokojnie zająć się dzieckiem. 

 - Ale... jak to tak... wyjść za ciebie? 
Lindsay  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  jej  obecnym  stanie  trudno  uznać  ją  za 

kobietę atrakcyjną. Ostatnie miesiące ciąży dały jej się we znaki. Miała bladą, mizerną twarz, 
podkrążone  oczy  i  ten  brzuch  jak  balon.  Więc  dlaczego  właśnie  ona?  Przystojny  i  bogaty 
Luke  Winters  bez  trudu  mógłby  znaleźć  jakąś  piękną  kobietę,  gotową  spełnić  każde  jego 
żą

danie. 

background image

 - Tak, ty właśnie będziesz moją żoną - stwierdził Luke ponurym głosem. - Chcą, to się 

ożenię.  Ale  nie  dam  sobie  narzucić  żony.  Zresztą,  mam  problem  z  głowy.  Już  wybrałem. 
Ciebie. 

 - Przecież mnie w ogóle nie znasz. 
 -  Coś  nie  coś  o  tobie  wiem.  Znam  cię  z  plaży,  przez  dwa  sezony  biegałaś  za  mną jak 

piesek. Wiem, kim byli twoi rodzice i że jesteś wolna. Wystarczy, więcej nie muszę wiedzieć. 
Potrzebuję  żony,  a  tobie  mąż  też  by  się  przydał.  Naturalnie,  będzie  to  związek  platoniczny. 
Zabezpieczę cię finansowo i spokojnie zajmiesz się dzieckiem. 

Lindsay  pomyślała,  że  parę  minut  po  dwunastej,  kiedy  ledwo  trzyma  się  na  nogach, 

trudno wymagać, aby udzieliła przytomnej odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie. 

 - Musiałabym się nad tym zastanowić. 
Boże,  co  ona  mówi?  Zastanowić  się?  Przecież  to  absurd.  Nad  czym  tu  się  w  ogóle 

zastanawiać? Luke na pewno porządnie popił i jutro nie będzie o niczym pamiętał. 

 -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  jesteś  zaskoczona  -  powiedział  Luke,  wstając  ze  stołka  i 

sięgając  po  płaszcz.  -  Wszyscy  będą  zaskoczeni,  moja  matka  i  dziadek  też.  Ale  mnie  to  nie 
wzrusza. Nikt nie będzie mi dyktował, co mam robić. Przemyśl to, Lindsay, jutro przyjdę po 
odpowiedź. Pamiętaj, chcę tylko, żebyś była moją żoną na papierze. Niczego więcej. 

Sięgnął do kieszeni i na kontuar pofrunął spory zwitek banknotów. 
 - Dzięki, Lindsay, za kawę i ciasto. 
 - Dzięki. 
Patrzyła, jak znika za drzwiami, absolutnie pewna, że wypił o jeden kieliszek za dużo. 

Nikt nie proponuje małżeństwa - nawet tylko na papierze - obcej kobiecie, którą przypadkowo 
spotyka się po dwunastu latach i rozmawia się z nią zaledwie piętnaście minut. 

 - Jack, już zamykam! - krzyknęła w stronę kuchni. Szybko wykonała zwykłe, rutynowe 

czynności, zebrała książki i notatki ze stolika i ani na sekundę nie przestając myśleć o Luke'u 
Wintersie, poszła do kuchni po płaszcz. 

Jack, pomagając jej się ubrać, jak zwykle zastrzegł, że nie ma mowy, aby sama szła na 

przystanek. 

 - No i jak tam? Zaliczyłaś już ten semestr? - dopytywał się, kiedy szli już cichą, pustą 

ulicą. - Można pogratulować? 

 - Jeszcze nie, jutro mam ostatni egzamin. Ale po tym semestrze muszę przerwać studia 

- powiedziała przygaszonym głosem. - Nie dam rady tego wszystkiego pogodzić. 

 -  Nie  martw  się,  na  pewno  kiedyś  skończysz  i  będziesz  miała  najlepszą  kancelarię 

adwokacką w mieście - gorliwie pocieszał ją stary przyjaciel. - Lindsay, a kto to był ten facet, 
co przyszedł tuż przed północą? 

 - Luke Winters. Znałam go kiedyś, bardzo dawno. 
 - Szukał ciebie? 
 - Ależ skąd! W pierwszej chwili w ogóle mnie nie poznał. A najdziwniejsze, że on... - 

przerwała,  zastanawiając  się,  czy  w  ogóle  warto  wspominać  Jackowi  o  tej  przedziwnej 
propozycji. 

 - Że co? 
 - Wyobraź sobie, że zaproponował mi po prostu małżeństwo! 
 - No i dobrze. 
 - Ależ, Jack! Przecież ty go w ogóle nie znasz! 
 -  Ale  znam  ciebie  i  wiem,  w  jakiej  jesteś  sytuacji.  Nie  możesz  dalej  pracować  ponad 

siły i ciągle martwić się o pieniądze. Powinnaś spokojnie urodzić dziecko i zająć się nim jak 
należy. Czy on ci się podoba? 

 - Chyba tak. Ale nie widziałam go dwanaście lat. 
 - Może przez te dwanaście lat przechował w sercu jakiś sentyment do ciebie? 
 - Nie sądzę, Jack. Mnie się wydaje, że wypił trochę za dużo i zrobił głupi dowcip. 

background image

 -  Nie,  Lindsay.  Niezależnie  od  ilości  wypitej  whisky,  oświadczyny  dla  faceta  to 

poważna sprawa. 

 - Ale bogaci mężczyźni na ogół nie żenią się z kelnerkami. 
 - Więc tym bardziej coś w tym musi być. A ty, Lindsay, czy ty czujesz coś do niego? 
 -  Bo  ja  wiem...  Kiedyś  byłam  w  nim  zakochana  po  uszy,  ale,  Jack,  ja  miałam  wtedy 

czternaście lat! Potem każde z nas poszło w swoją stronę, no i spotkałam Willa... 

 - Hm, ty i Will - powiedział z zadumą Jack. - Wiesz co, Lindsay? Powiem szczerze. Ty 

i Will byliście przede wszystkim parą świetnych przyjaciół. 

 - Ależ ja go kochałam! 
 - Oczywiście! Ale czy byłaś w nim zakochana? 
Stali już na przystanku. Lindsay, wpatrując się w głąb ciemnej ulicy, myślała o tym, co 

powiedział  Jack.  Szczere  słowa  zabolały,  ale  czy  nie  było  w  nich  ziarna  prawdy?  Kochała 
męża  i  szczerze  opłakiwała  jego  śmierć.  Przedtem  jednak,  nawet  w  chwilach  największych 
uniesień, miała wrażenie, że w ich związku czegoś brakuje. Może właśnie tego zakochania, o 
którym  mówi  Jack?  Kiedy  była  z  Willem,  jej  serce  nigdy  nie  zabiło,  jak  na  widok  Luke'a 
Wintersa.  Tłumaczyła  sobie,  że  to  dlatego,  iż  jest  już  dorosła.  Ale  może  dorosłe  serce  też 
potrafi tak bić - jak szalone, aż człowiekowi zaczyna brakować tchu? 

Nocny chłód stawał się coraz bardziej przenikliwy i Lindsay z ulgą zobaczyła z daleka 

ś

wiatła autobusu. 

 -  No,  niebawem  będziesz  już  w  domu  -  stwierdził  z  zadowoleniem  Jack.  -  Lindsay, 

radzę ci, przemyśl to wszystko. Jesteś sama jak palec, masz za sobą osiem piekielnie ciężkich 
miesięcy. Może ta z pozoru dziwaczna propozycja okaże się jakimś rozwiązaniem? Przecież 
ten facet ci się podoba. No powiedz, czy nie tak? 

Lindsay  skinęła  głową.  Po  co  się  oszukiwać?  Przypomniała  sobie,  jak  zadrżała,  kiedy 

Luke  dotknął  jej  dłoni.  Ale  czy  to  ma  jakieś  znaczenie?  Przecież  to  będzie  małżeństwo  na 
papierze, a nie szczęśliwy związek aż do śmierci. 

 - Zastanowię się nad tym, Jack - powiedziała cicho. 
Luke Winters nie czuł przenikliwego chłodu. Sadził ulicą wielkimi krokami, jeszcze raz 

przetrawiając  w  duszy  powód  swojego  gniewu.  On,  Luke  Winters,  któremu  jak  z  płatka  idą 
najtrudniejsze  negocjacje,  który  obraca  milionami  dolarów,  dał  się  wystrychnąć  na  dudka 
przez szanowną rodzinkę. Co oni się tak uparli, żeby się żenił?  I jeszcze podsuwają mu pod 
nos  na  srebrnej  tacy  gotową  panienkę,  która  dla  matki  jest  „odpowiednia".  Głupią,  chciwą 
Jeannette,  którą  dziadek  skusił  akcjami  Balcomb  Enterprises.  A  on  był  przekonany,  że 
Jeannette  chce  wyjść  za  niego,  bo  go  kocha!  Staruszkowi  padło  na  mózg.  Nie  odda  firmy, 
dopóki  Luke  się  nie  ożeni!  Jakby  biznes  był  tylko  dla  żonatych!  Luke  aż  zgrzytnął  zębami. 
No to, moi drodzy, wasze marzenia się spełnią. Żenię się, ale żonę wybieram sam. Znajomą z 
lat młodzieńczych, pannę Lindsay McDonald. Po twarzy Luke'a przemknął złośliwy uśmiech. 
Ta whisky, którą wypił  w jakimś barku, zanim dotarł do kafejki „Na rogu", chyba do reszty 
pomieszała mu w głowie. 

Przypomniał  sobie  Manly  Beach,  ulubioną  plażę  mieszkańców  Sydney.  Matka  nie 

pozwalała mu tam chodzić, ale on i tak wymykał się z domu i ganiał z chłopakami, głównie 
po to, aby pokazać matce, że nie będzie nim rządzić. Dziś znów zakpił sobie z jej ambicyjek. 
Przecież dla niej jedyna  świętość to pozycja towarzyska.  No i będzie miała synową. Ale nie 
panienkę  z  bogatej  rodziny  z  tradycjami,  lecz  studentkę,  biedną  jak  mysz  kościelna.  Pannę 
Lindsay McDonald, która zarabia na życie w portowej kafejce. 

Lindsay...  To  chyba  ta  dziewczynka  z  jasnymi  włosami,  prawie  białymi  od  słońca,  i 

malutkimi  piegami  na  nosie.  Chudziutka,  z  nieprawdopodobnie  długimi  nogami,  opalonymi 
na brąz. Tak, to ona. Razem z innymi dziewczynkami zatruwała chłopakom życie. Jak to było 
dawno. Trudno uwierzyć, że beztroska dziewczynka jest teraz zmęczoną, mizerną kobietą w 
zaawansowanej  ciąży.  Ale  było  w  niej  coś  tak  pociągającego,  że  kiedy  siedział  w  tej 

background image

zapyziałej  kafejce,  miał  ochotę  patrzeć  na  nią  bez  przerwy.  Może  dlatego,  że  tyle  w  niej 
desperacji? Pracuje nad siły, uczy się, a wygląda na to, że lada chwila będzie rodzić. Musi być 
bardzo  dzielna.  I  dumna.  I  chyba  jest  bardzo  ładna,  tak  jak  tamta  dziewczynka  z  plaży. 
Ciekawe, co stało się z ojcem dziecka? Prawdopodobnie ulotnił się na wieść, że potomek jest 
w  drodze.  W  każdym  razie  dziewczyna  jest  w  nieciekawej  sytuacji.  Powinna  się  zgodzić  i 
wtedy  się okaże, kto kogo przechytrzył. A  Luke Winters dostanie to, na  co ciężko pracował 
przez dziesięć lat i ostatecznie udowodni, że sam zamierza kierować swoim życiem. 

Następnego ranka, jak zwykle, obudził Lindsay przeraźliwy jazgot budzika. Otworzyła 

oczy i przystąpiła do trudnego zadania ustawienia ociężałego ciała w pozycji pionowej. Udało 
się  i  teraz  Lindsay  spojrzała  z  niesmakiem  na  sukienkę,  przewieszoną  przez  poręcz  krzesła. 
Sukienka  na  wtorek.  Na  okres  ciąży  kupiła  sobie  siedem  tanich  sukienek,  na  każdy  dzień 
tygodnia inną, i miała ich już serdecznie dość. 

Z  ciężkim  westchnieniem  siadła  przed  lustrem.  Wiedziała,  że  jej  włosy  i  tak  nie  będą 

błyszczeć,  choćby  szczotkowała  je  przez  godzinę,  i  żaden  fluid  nie  ukryje  tych  wstrętnych 
sińców pod oczami. Jak zwykle, wyglądała fatalnie, mimo to nagle na jej twarzy pojawił się 
uśmiech.  Boże  drogi,  jednak  świat  jest  na  opak.  Przecież  wczoraj  o  północy  tej  wyblakłej 
kobiecie,  którą  widziała  teraz  w  lustrze,  oświadczył  się  sam  książę.  Piękny  Luke  Winters, 
spadkobierca  ogromnej  fortuny,  za  którym  na  pewno  szaleją  tłumy  pięknych  kobiet.  I  jego 
oświadczyny mają zmienić życie tej kobiety tak diametralnie, że... 

Zmiany  te  Lindsay  przerobiła  dokładnie,  jedząc  poranną  owsiankę.  Przede  wszystkim 

pieniądze  przestają  spędzać  jej  sen  z  powiek,  ponieważ,  dziwnym  trafem,  na  wszystko 
wystarcza.  Wynajmuje  mieszkanko,  najlepiej  na  parterze,  z  ogródkiem,  gdzie  będzie  mogła 
wystawiać  maleństwo  w  wózeczku.  Kupuje  dzidziusiowi  śliczne,  nowe  łóżeczko  i  nowe 
ubranka,  wcale  nie  musi  myszkować  po  sklepach  z  używaną  odzieżą.  A  swoje  stare  ubrania 
ładuje do worka na śmieci i ukazuje się światu w coraz to innej, coraz to bardziej eleganckiej 
sukience.  Nie  musi  już  biegać  z  jednej  pracy  do  drugiej.  Jest  panią  swojego  czasu,  który 
oczywiście wypełnia jej przede wszystkim dziecko. Jej dziecko. Dziecko Willa. 

W  oczach  Lindsay  zalśniły  łzy.  Will  był  taki  młody.  Boże,  jak  on  by  się  cieszył 

dzieckiem!  Will.  Tak  było  im  dobrze  ze  sobą.  Oboje  wcześnie  stracili  rodziców  i  może  to 
właśnie ich zbliżyło. Pobrali się i Will nalegał, żeby poszła na studia. Wszystko się układało. 
Will  pracował,  ona  rano  szła  na  parę  godzin  do  księgarni,  potem  biegła  na  uczelnię.  Byli 
młodzi  i  szczęśliwi,  pełni  planów  na  przyszłość.  A  potem  ten  wypadek.  Ciężarówka  z 
zepsutymi  hamulcami  zmiażdżyła  samochód.  Samochód  Willa.  I  wtedy  Will  odszedł  na 
zawsze. 

Lindsay ze ściągniętą twarzą powoli wstała od stołu. Otarła łzy. Tego, co się stało, nie 

da  się  zmienić,  tak  samo,  jak  nie  można  przewidzieć  przyszłości.  A  jej  nie  wolno  się 
załamywać. Jest potrzebna maleństwu, które wkrótce przyjdzie na świat. Musi być teraz silna, 
bardzo silna. 

Przez  cały  dzień  starała  się  nie  wracać  ani  do  smutnych  wspomnień,  ani  do 

wczorajszego  spotkania  z  Lukiem  Wintersem.  Po  pracy  na  porannej  zmianie  w  księgarni 
pojechała  na  uczelnię,  na  swój  ostatni  egzamin.  W  kafejce  zjawiła  się  kilkanaście  minut 
wcześniej,  żeby  spokojnie  zjeść  obiad  i  trochę  odpocząć,  zanim  zacznie  obsługiwać  gości. 
Była  z  siebie  dumna.  Egzamin  wypadł  dobrze,  a  więc  kolejny  semestr  zaliczony.  Teraz 
odpadną zajęcia na uczelni i po pracy w księgarni będzie miała trochę czasu, żeby wpaść do 
domu i poleżeć chociaż godzinkę. 

Luke nie przyszedł i Lindsay była zadowolona, że nie wzięła na serio jego zwariowanej 

propozycji. Jednak gdzieś tam, w głębi serca, czuła się rozczarowana. Przecież obiecał, a ona 
przez kilka chwil marzyła o trochę lepszym życiu dla swojego dziecka. 

Zjawił  się  po  dwóch  dniach.  Wkroczył  do  kafejki  śmiałym  krokiem  w  godzinach 

największego  szczytu  i  poczuł  się  jak  dureń,  bo  ubzdurał  sobie,  że  tu  jest  zawsze  cicho  i 

background image

spokojnie.  Lindsay,  z  talerzami  w  obu  rękach,  sunęła  między  stolikami.  Na  widok  Luke'a 
zbladła jak ściana. 

 - Możemy porozmawiać? 
 -  Teraz  nie  mogę  -  powiedziała  szybko,  patrząc  na  niego  spłoszonym  wzrokiem.  - 

Jestem bardzo zajęta. 

 - Nie szkodzi, poczekam. 
Przez  następne  pół  godziny  Luke  Winters,  gwiazda  wielkiego  biznesu  w  Sydney, 

siedział przy stoliku nad szklanką piwa i patrzył, jak kobieta, którą ma zamiar poślubić, uwija 
się z tacą. Zauważył, że Lindsay zna większość gości i że wszyscy lubią jasnowłosą kelnerkę, 
ale  było  mu  to,  oczywiście,  całkowicie  obojętne.  Panna  McDonald  interesowała  go  tylko 
dlatego, że jest kobietą, a on chce się ożenić, bo wtedy dziadek odda mu pełną kontrolę nad 
firmą,  której  Luke  podarował  dziesięć  lat  swojego  życia.  Harował  jak  wół,  teraz  rozruszał 
interes, dzięki któremu Balcomb Enterprises może wysunąć się na czołową pozycję w swojej 
branży. Ale żeby tak naprawdę pchać to wszystko do przodu, musi mieć pełną samodzielność 
i władzę. Dziadek jak najbardziej popiera jego posunięcia, stawiając tylko jeden podstawowy 
warunek: Luke ma już trzydzieści dwa lata, piękny dom w Kirribilli i ugruntowaną pozycję w 
biznesie. Najwyższy czas, aby założył rodzinę. 

Lindsay  krzątała się wśród gości, nie mogąc do  końca uwierzyć, że to naprawdę  Luke 

Winters,  a  więc  jego  dziwaczna  propozycja  wcale  nie  była  kiepskim  dowcipem.  On  to 
małżeństwo traktował serio! I kiedy tak się krzątała, a jej nogi puchły coraz bardziej i talerze, 
z  trudem  unoszone  nad  wydatnym  brzuchem,  wydawały  się  coraz  cięższe,  poczuła  nagle 
wielką ulgę. Luke przyszedł i, być może, ten koszmarny taniec między stolikami nareszcie się 
skończy.  Jeśli  rzeczywiście  Luke  chce  tylko  podpisu  na  papierze,  będzie  go  miał.  A  ona 
będzie miała co jeść i będzie normalną, szczęśliwą matką. Choć przez jakiś czas. 

Kiedy wszyscy goście zostali już obsłużeni, Lindsay przygładziła włosy i obciągnąwszy 

fartuch, podeszła do stolika Wintersa. 

 -  Przepraszam,  Luke,  dopiero  teraz  mam  wolną  chwilę  -  powiedziała  cicho, 

przysiadając na brzegu krzesła. 

Popatrzyła na jego granatowy garnitur, jasnoniebieską koszulę i srebrzysty krawat. Był 

tak samo elegancki, pewny siebie i tak samo nie  pasował do kafejki jak wtedy, kiedy zjawił 
się w smokingu. 

 -  To  ja  przepraszam,  że  przyszedłem  dopiero  dzisiaj.  Ale  nie  mogłem  odnaleźć  tej 

kafejki. 

 - Szukałeś? 
 - No, tak, powiedzmy, że szukałem. 
Nie  uśmiechnął  się.  Jego  twarz  była  nieruchoma,  pozbawiona  wyrazu,  tylko  oczy 

bardzo  czujne,  jakby  podejrzewał,  że  Lindsay  zamierza  oszukać  go  na  kilka  milionów. 
Poczuła, że robi jej się bardzo nieprzyjemnie. 

 -  Może  jednak  byłeś  tamtego  wieczoru  pijany  i  dlatego  przez  dwa  dni  nie  mogłeś 

odnaleźć tej kafejki - powiedziała szorstko. 

 - Najważniejsze, że odnalazłem. Zastanowiłaś się? A może myślałaś, że żartowałem? 
 - Tak. 
 -  Ja  nie  żartuję.  Potrzebna  mi  żona,  po  prostu  żona.  Nie  ma  sensu,  żebym  ci  teraz 

wszystko dokładnie wyjaśniał. 

Sięgnął  do  kieszeni  marynarki,  wyjął  kilka  złożonych  kartek  i  położył  na  stole  przed 

Lindsay. 

 - Proszę, oto propozycja naszej umowy małżeńskiej. Jeśli nie będziesz chciała niczego 

zmienić, jutro możemy wziąć ślub. 

Lindsay spojrzała na białe kartki i kompletnie oszołomiona, wyszeptała: 
 - Ale ja wcale jeszcze nie powiedziałam, że się zgadzam.  

background image

W czarnych oczach pojawił się gniew. Tak, to już nie był wesoły, zadziorny chłopak z 

Manly Beach. 

 - Ale zastanowiłaś się, prawda? 
 - No, tak - bąknęła przestraszona Lindsay i sięgnęła po kartki. 
Przeczytała pierwszy paragraf, potem szybko do końca. Potem jeszcze raz od początku. 

Nie  wierząc  własnym  oczom.  Luke  zapewniał  jej  apanaże  w  wysokości  przekraczającej 
dwukrotnie  to,  co  zarabiali  wspólnie  ona  i  Will.  Apanaże  będzie  otrzymywała  przez  cały 
okres trwania małżeństwa i przez jeden rok po jego anulowaniu. 

 - Ja... ja nie rozumiem, Luke. Tyle pieniędzy - szepnęła. - I tylko za to, że zgodzę się 

wyjść za ciebie? 

 - Tak. 
 - Na jak długo? 
 - To się okaże. 
 -  A  jaki  jest  powód  twojej  decyzji?  Myślę,  że  powinnam  to  wiedzieć,  zanim...  zanim 

wejdę z tobą w jakieś układy. 

 -  W  porządku  -  zgodził  się  Luke,  rozsiadając  się  wygodniej  na  krześle.  -  A  więc  mój 

dziadek nazywa Jonathan Balcomb. Słyszałaś może to nazwisko? 

Twarz Lindsay w jednej sekundzie zrobiła się biała jak papier. 
 -  Balcomb  Transportation?  -  powtórzyła  prawie  szeptem.  -  Ta  firma  zabiła  mojego 

męża! 

Luke wyprostował się, jakby rażony piorunem. 
 - Co? Co powiedziałaś? 
 -  To,  co  słyszałeś,  Luke  -  powiedziała  Lindsay  drżącym  głosem.  -  Nie  dopilnowano 

rutynowych  przeglądów.  Ta  ciężarówka  w  ogóle  nie  powinna  wyjeżdżać  na  ulicę.  Zawiodły 
hamulce. A mój mąż właśnie jechał samochodem. 

 - Byłem pewien, że jesteś niezamężna. 
 - Nie, Luke, jestem wdową. Mój mąż nie żyje. 
Luke nie odzywał się, ale Lindsay czuła, że gorączkowo szuka czegoś w pamięci. 
 - Will Donovan? 
 - Tak. A ja jestem Lindsay Donovan. Czy ty... ty pracujesz dla Balcomba? 
 - Tak. 
 - Rozumiem. 
Lindsay  odruchowo  przesunęła  kartki  w  stronę  Luke'a.  Nie,  nie  powinna  wchodzić  z 

nim w żadne układy, nawet jeśli jest tak strasznie zmęczona i zagoniona. Nie powinna z nim 
w  ogóle  rozmawiać,  choć  przez  sekundę  marzyła  o  lepszym  życiu  dla  swojego  dziecka. 
Powinna wstać i odejść. Spuściła głowę. Po chwili usłyszała, że  Luke mówi do niej. Już nie 
tonem urzędowym, jakby rzeczywiście załatwiali transakcję. Teraz ją prosił... 

 -  Lindsay,  chciałbym,  żebyś  się  zgodziła.  Ja  pracuję  w  Balcomb  Enterprises,  to 

konglomerat  spółek,  należy  do  nich  również  Balcomb  Transportation.  Jonathan  postawił  mi 
warunek.  Jeśli  się  ożenię,  przekaże  mi  pełną  kontrolę  nad  wszystkimi  spółkami.  Będę 
dyrektorem generalnym i będę decydować o wszystkim, również o regularności przeglądów. 
Mnie zależy na tej firmie, pracuję tam od dziesięciu lat, chcę wiele rzeczy zmienić, ulepszyć. 
A  dziadek  uparł  się,  że  muszę  się  ożenić.  Miałem  narzeczoną,  to  znajoma  naszej  rodziny. 
Tamtego wieczoru dowiedziałem się, że była ze mną, bo dziadek ją przekupił. 

 - Dlatego byłeś taki wściekły. 
 -  Tak,  Lindsay.  I  tak  to  wszystko  wygląda.  Dlatego  nadal  proponuję  ci  nasz...  układ. 

Wyjdziesz  za  mnie  i  spokojnie  będziesz  mogła  zająć  się  dzieckiem.  A  ja  zrobię  porządek  w 
firmie. Zgoda? 

Lindsay  pomyślała,  że  w  sumie  to  wszystko  ma  chyba  jakiś  sens.  Sięgnęła  znów  po 

papiery  i  jeszcze  raz  przeczytała  umowę.  Papierowe  małżeństwo,  umowa,  interes.  Ale 

background image

przecież w sumie i ona, i Luke chcą czegoś dobrego. Ona chce, żeby jej dziecko miało przy 
sobie  matkę.  Dzień  i  noc.  A  Luke  chce  zrobić  coś  dobrego  dla  firmy.  A  że  jest  wnukiem 
Balcomba?  Może  los  chciał  być  sprawiedliwy  i  rodzina,  która  dziecku  odebrała  ojca,  teraz 
temu dziecku pomoże? 

 -  Zgoda,  Luke  -  powiedziała  cicho,  wręczając  mu  umowę.  -  Nie  trzeba  niczego 

poprawiać. Mogę wyjść za ciebie, kiedy zechcesz. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Piąć miesięcy później. 
Lindsay  ułożyła  Ellie  w  łóżeczku  i  patrzyła  z  rozczuleniem,  jak  niemowlę,  zmęczone 

długim  spacerem  po  parku,  prawie  natychmiast  zapada  w  sen.  Nagle  drgnęła.  W  ciszy 
dziecięcego  pokoju  ostry  dźwięk  dzwonka  u  drzwi  wydał  jej  się  nienormalnie  głośny. 
Spojrzała na dziecko. Spało, niebożątko. 

Kiedy otworzyła drzwi wejściowe, zamarła. Na progu stał jej mąż. 
Nie  widzieli  się  przez  cztery  miesiące.  Prawie  natychmiast  po  ceremonii  ślubnej 

wyjechał  do  Anglii,  mówił,  że  są  duże  problemy  z  tamtejszą  filią.  Raz  w  miesiącu  Lindsay 
dostawała  czek,  do  którego  załączony  był  krótki,  zdawkowy  liścik.  Nikt  z  jego  rodziny  nie 
interesował  się  Lindsay.  Owszem,  na  dwa  dni  przed  narodzinami  Ellie  odwiedziła  ją  matka 
Luke'a,  Catherine  Winters.  Przyszła  tylko  na  moment,  aby  powiedzieć,  że  małżeństwo  jej 
syna z Lindsay to absurd i że rodzina planowała zupełnie coś innego. 

Po  narodzinach  córeczki,  Lindsay,  dumna  i  szczęśliwa  mama,  przekazała  do  Anglii 

ważną  nowinę  za  pośrednictwem  Balcomb  Enterprises.  W  odpowiedzi  otrzymała 
przeogromny bukiet kwiatów, a Ellie  wielkiego  misia. Kiedy  Lindsay przeprowadziła się do 
nowego  mieszkania,  wysłała  na  adres  firmy  grzecznościowy  bilecik,  informujący  o  zmianie 
adresu. Poza tym Luke dzwonił, co prawda bardzo rzadko, ale dzwonił. Wymieniali wtedy ze 
sobą parę uprzejmych zdań, które tylko podkreślały surrealistyczny charakter ich małżeństwa. 
A teraz Luke we własnej osobie stoi w drzwiach... 

 - Cóż za miła niespodzianka - wykrztusiła, otwierając szeroko drzwi. - Bardzo proszę, 

wejdź. Dawno wróciłeś? 

Luke nie ruszał się z miejsca, zapatrzony  w szczuplutką postać  w kwiecistej sukience, 

podziwiając złociste loczki okalające kształtną głowę. 

 - Lindsay, to ty?! 
 -  A  kto?  -  odparła  z  uśmiechem,  choć  wszystko  w  środku  w  niej  zamierało.  Luke  na 

pewno przyszedł porozmawiać o anulowaniu ich małżeństwa. A Ellie jest jeszcze taka mała. 

Patrzyła, jak pewnym krokiem wchodzi do jej saloniku i kieruje się wprost do kanapy. 

Jakby czuł się zaproszony. 

 - Siadaj. Napijesz się herbaty? 
 - Z chęcią, o ile nie sprawię ci kłopotu. 
 - Jakiż tam kłopot! 
 - To świetnie - powiedział Luke, sadowiąc się na kanapie i rozluźniając krawat. 
Lindsay, krzątając się po kuchni, starała się uspokoić za wszelką cenę. Jeśli Luke będzie 

chciał  anulować  małżeństwo,  nie  pozostaje  jej  nic  innego,  jak  wyrazić  zgodę.  I  tak  przeżyła 
kilka miesięcy jak w bajce, a Luke Winters nie ma obowiązku utrzymywać ich obu do końca 
ż

ycia. Postawiła czajnik i filiżanki na tacy i z uprzejmym uśmiechem na twarzy wkroczyła do 

saloniku. 

 - Już dawno nie biegałam z tacą... - zaczęła żartobliwie i natychmiast zamilkła. 
Luke  siedział  rozparty  na  kanapie,  z  rękoma  w  kieszeniach  spodni.  Długie  nogi 

wyciągnął przed siebie. Rozwiązany krawat podejrzanie swobodnie wił się po gorsie koszuli. 

Luke Winters spał jak nowo narodzone dziecię. 
 - Luke. 
Ż

adnej odpowiedzi. Lindsay ostrożnie postawiła tacę na stole i usiadła w fotelu. A więc 

to tak! Ona w kuchni bije się z myślami, a wygląda na to, że pan biznesmen przede wszystkim 
szukał jakiegoś przytulnego kącika, aby uciąć sobie drzemkę! Musiał być bardzo zmęczony. 
Wyglądał poważniej niż przed czterema miesiącami. Koło oczu i ust widać było zmarszczki, 
chyba  zeszczuplał.  Albo  Lindsay  zawodzi  pamięć.  Nic  dziwnego,  w  końcu,  ileż  to  czasu 
spędzili ze  sobą  po  tych  dwunastu  latach? Można  liczyć  w  godzinach,  podczas  których  ona, 
zmęczona ciążą i oszołomiona biegiem wypadków, była właściwie półprzytomna. 

background image

Lindsay  z  filiżanką  herbaty  w  ręku  wygodnie  rozsiadła  się  w  fotelu.  Przypomniała 

sobie,  że  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła  Luke'a  na  plaży,  pomyślała,  że  jest  bardzo 
arogancki  i  pewny  siebie.  Próbowała,  tak  dziecinnie,  przebić  się  przez  tę  arogancję  głupimi 
docinkami. Potem on gonił ją przez fale. I to właściwie wszystko. 

Tak, tamte lata to przede wszystkim marzenia. 
Luke budził się powoli. Świadomość wróciła, ale nie otwierał oczu. Nie chciał. Znowu 

osaczy go tysiąc problemów. Wszyscy, i w domu, i w pracy, wiecznie czegoś od niego chcą, 
wiecznie musi coś załatwiać, przemyśleć, doradzić. Nagle dotarło do niego, że wokół panuje 
podejrzany  spokój.  Słyszał  tylko  ciche  tykanie  zegara.  Ostrożnie  uniósł  powieki.  W  fotelu 
naprzeciwko  siedziała  śliczna  jasnowłosa  kobieta  i  przeglądała  jakieś  czasopismo.  Lindsay 
McDonald  Donovan  Winters.  Jego  małżonka.  A  on,  cymbał,  zasnął  na  kanapie.  Niby  nic 
dziwnego.  Przyleciał  z  Anglii  nad  ranem  i  od  razu  miał  ważne  spotkanie.  Jednak  z  drugiej 
strony  -  zarywał  noce  nieraz,  ale  nigdy  jeszcze  nie  zdarzyło  mu  się  zasnąć  na  kanapie  w 
czyimś saloniku. 

Lindsay, zajęta czytaniem, nie zauważyła, że się obudził. To dobrze, mógł spokojnie na 

nią  popatrzeć.  W  niczym  nie  przypominała  kobiety,  z  którą  wziął  ślub.  Już  wtedy 
podejrzewał,  że  jest  niebrzydka,  nie  sądził  jednak,  że  kiedy  ten  brzuch  zniknie,  Lindsay 
przeistoczy się w coś tak drobnego i delikatnego. Poza tym tamta kobieta miała długie, proste 
włosy,  ściągnięte  gumką.  A  to  zjawisko  w  fotelu  miało  na  głowie  mnóstwo  jasnozłocistych 
loków,  które  otaczały  szczupłą,  pociągłą  twarz  o  pięknych,  delikatnych  rysach.  Bardzo 
chciałby dotknąć takiego loczka. Wzrok Luke'a powędrował w dół, rejestrując ładne, wysoko 
osadzone  piersi  i  cienką  kibić.  Dalej  była  już  tylko  sukienka,  ukrywająca  podwinięte  nogi. 
Ale  Luke  wiedział  już,  jakie  one  są.  Zauważył  je,  kiedy  Lindsay  szła  do  kuchni.  Nogi  są 
fantastyczne. 

 - Zdaje się, że przespałem herbatkę - mruknął. Lindsay spojrzała na niego z wyraźnym 

rozbawieniem. 

 - Niestety, tak! Jesteś bardzo zmęczony, prawda? 
 - Trochę - przyznał. - Herbata wystygła? 
 - Zaparzę świeżą - zaproponowała, zrywając się z fotela. 
 - Pójdę z tobą. 
Wstał i ruszył za nią do kuchni, dyskretnie rozglądając się po pokoju. Był prawie pusty, 

ż

adnych  ozdób,  tylko  te  fotografie,  głównie  jej  córki,  i  parę  drobiazgów.  W  jednym  kącie 

stosy  książek.  Pod  ścianą  regał,  też  wypełniony  książkami.  Żadnej  wieży  stereo,  a  telewizor 
tak  mały,  że  aż  śmieszny.  W  kuchni  również  tylko  najpotrzebniejsze  sprzęty.  Mimo  to 
wszędzie było ładnie i wyjątkowo schludnie. 

 - Chcesz z mlekiem? 
 - Nie, dziękuję. Lindsay, powiedz, jak ci się wiodło? 
 - Dziękuję, świetnie. 
 -  Ale  ja  pytam  całkiem  poważnie.  Jak  dałaś  radę  to  wszystko  zorganizować?  Nie 

spodziewałem się, że zostanę w Anglii tak długo. Czy moja matka odwiedza cię? Dzwoniłem 
do niej, miała zaopiekować się tobą podczas mojej nieobecności. 

Luke  po  raz  drugi  zobaczył,  jak  Lindsay  dumnie  unosi  brodę.  Uśmiechnął  się.  Jego 

szarooka żona była coraz bardziej interesująca. 

 -  Luke,  przede  wszystkim  chciałam  ci  podziękować.  Z  całego  serca.  Za  te  cztery 

miesiące,  kiedy  nie  musiałam  rozstawać  się  z  moją  córeczką.  To  takie  ważne,  i  dla  matki,  i 
dla dziecka. Jestem ci bardzo, bardzo wdzięczna. A twoja matka była u mnie jeden raz, żeby 
powiedzieć, że jestem w waszej rodzinie intruzem, ale ja nie mam prawa czuć się dotknięta, 
skoro nasze małżeństwo to tylko układ, niewygodny dla twojej rodziny. 

 -  Przepraszam,  Lindsay,  że  musiałaś  przez  to  przejść.  Mojej  matce  często  trudno  jest 

pogodzić się z faktami - powiedział cicho Luke, wściekły na siebie, że w ogóle prosił matkę, 

background image

aby  złożyła  Lindsay  wizytę.  -  Lindsay,  powiedz  mi,  czy  rzeczywiście  na  wszystko  ci 
wystarcza? 

 - Naturalnie. Dlaczego pytasz? 
 - To mieszkanie jest prawie puste. 
 -  Naprawdę  wystarcza  nam  na  wszystko  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Poza  tym 

niewiele nam potrzeba. Jesteśmy tylko we dwie i jedna z nas jest jeszcze bardzo mała. 

 - Twoja córeczka... 
 - Tak. Nazywa się Ellie. 
Luke'owi  znów  zrobiło  się  nieprzyjemnie.  Nie  ma  co  ukrywać,  zachowuje  się  jak 

kompletny  dureń.  Zasypia  na  kanapie,  nasyła  rozindyczoną  Catherine  i  mówi  o  meblach,  a 
zapomina zapytać o dziecko. 

 - Przepraszam, Lindsay, że dopiero teraz, ale z okazji narodzin córki chciałbym... 
 -  Ależ,  Luke!  -  przerwała  ze  śmiechem  Lindsay.  -  Przecież  składałeś  już  życzenia. 

Zapomniałeś? Dostałam od ciebie piękne kwiaty, a Ellie ogromnego misia, który codziennie 
jeździ z nią na spacery. Ellie teraz śpi, ale kiedy się obudzi, jeśli chcesz, mogę ci ją pokazać. 

Wrócili  do  saloniku  i  Luke  znów  rozsiadł  się  na  wygodnej  kanapie.  Lindsy  nalała 

herbaty do filiżanek i zajęła miejsce w fotelu. 

 -  Luke!  Przyszedłeś  tak  niespodziewanie.  Czy  chciałbyś  ze  mną  coś  omówić?  Może 

chcesz już anulować to małżeństwo? 

 - Anulować? Nie. Nie myślałem o tym. Przyszedłem w zupełnie innej sprawie. 
 - To znaczy? 
 - Chciałem prosić cię o przysługę. 
 - Przysługę? Jaką? 
Luke  zamilkł,  jego  twarz  spochmurniała.  Dopiero  po  chwili  zaczął  mówić,  powoli,  z 

trudem, jakby sam nie wierzył swoim słowom. 

 - Mój dziadek jest bardzo chory. Lekarze mówią, że to nie potrwa długo. Zabrałem go 

ze szpitala, jest teraz u mnie. Mam bardzo duży dom. Zatrudniłem pielęgniarkę, czuwa przy 
nim dzień i noc. Nic więcej nie mogę zrobić, oprócz... 

 - Oprócz czego, Luke? 
 -  Lindsay,  wiesz  dobrze,  że  ożeniłem  się,  bo  tego  chciał  Jonathan,  ale  ożeniłem  się  z 

tobą, żeby było tak, jak ja chcę. 

 - Tak, wiem. Zawsze byłam ciekawa, jak zareaguje na to twoja rodzina, choć właściwie 

już wiem, co myśli twoja matka. 

 -  Nie  było  łatwo.  Po  ceremonii  ślubnej  pojechałem  do  Palm  Beach,  do  Jonathana. 

Zastałem  tam  matkę  i  Jeannette,  moją  byłą  narzeczoną.  Kiedy  ogłosiłem,  że  właśnie 
zmieniłem  stan  cywilny,  matka  omal  nie  dostała  apopleksji,  Jeannette  zaczęła  rozpaczać, 
jakbym  był  największą  miłością  jej  życia,  a  dziadek  zaklinał  się  na  wszystkie  świętości,  że 
spółki mi nie odda. 

 - W takim razie dlaczego wcześniej nie wystąpiłeś o anulowanie naszego małżeństwa? 
 -  Niczego  nie  chcę  anulować!  -  powiedział  ostrym  tonem  Luke.  -  A  jeśli  chodzi  o 

spółkę, to mam, czego chciałem. Tak się składa, że jestem niezłym menedżerem i wiele firm z 
chęcią  zatrudniłoby  mnie  od  zaraz.  Powiedziałem  o  tym  Jonathanowi.  Metoda  okazała  się 
skuteczna.  Miesiąc  później  dziadek  ustąpił,  prawdopodobnie  z  powodu  udanych  negocjacji, 
które prowadziłem w Londynie. Zawiadomili mnie o tym faksem. 

 - Gratuluję. 
Luke  nagle  zamilkł.  Siedział  nieruchomo,  wpatrzony  w  blat  stołu  i  Lindsay  poczuła 

niepokój. 

 - Luke? 

background image

 -  Nic,  nic,  już  w  porządku.  W  każdym  razie  między  Jonathanem  a  mną  doszło  do 

jakiegoś tam pojednania. Chyba ta choroba tak na niego wpłynęła. Przekazał mi kontrolę nad 
spółką, choć zaznaczył, że nie jest zadowolony z mojego małżeństwa. 

 - Czy wróciłeś do Australii z powodu jego choroby? 
 - Nie. I tak miałem już wracać. Pierwszy atak Jonathan miał jakieś trzy miesiące temu, 

kazał  jednak  ukryć  to  przede  mną,  dowiedziałem  się  o  tym  dopiero  po  powrocie.  Zleciłem 
sekretarce, żeby natychmiast przewieziono go ze szpitala do mojego domu, kazałem poszukać 
najlepszych specjalistów i wynająć pielęgniarkę... 

Luke przerwał i nerwowo potarł powieki, jakby nagle coś wpadło mu do oka. 
 -  Jesteś  nadzwyczajny  -  powiedziała  cicho  Lindsay.  -  Rodzina  jest  bardzo  ważna.  Ja 

mam tylko Ellie. 

 - A co się stało z twoją rodziną? Dlaczego nie masz nikogo? 
 -  Moi  rodzice  zginęli  w  katastrofie  lotniczej.  Nie  miałam  wtedy  jeszcze  ukończonych 

piętnastu lat. Zamieszkałam u ciotki, siostry mamy. Opiekowała się mną, a kiedy skończyłam 
osiemnaście  lat,  wyjechała  do  Tasmanii.  Marzyła  o  tym  całe  życie,  ale  z  mojego  powodu 
odłożyła wyjazd. Wkrótce potem umarła, okazało się, że od dawna była chora. 

 - A rodzina męża? 
 - Will też bardzo wcześnie stracił rodziców i nie miał żadnych krewnych. Wiesz, Luke, 

to wielkie szczęście, że tak długo masz swojego dziadka. 

 - Tak, Lindsay, wiem. I bardzo chcę, żeby przez ostatnie miesiące swego życia czuł się 

szczęśliwy. 

 - To zrozumiałe. 
 - Naprawdę tak myślisz? Nawet jeśli jego firma jest odpowiedzialna za śmierć twojego 

męża? 

 -  Luke,  przecież  ja  wiem,  że  odpowiedzialny  jest  ten,  kto  kazał  wyjechać  tej 

ciężarówce. 

 - Zwolniłem  go. To była moja pierwsza decyzja, kiedy przyszedł faks z nominacją na 

dyrektora generalnego. A teraz... teraz chciałbym prosić cię o przysługę. 

 - Oczywiście, Luke. Jeśli tylko będę mogła. 
 - Wiesz, że Jonathan bardzo chciał, abym się ożenił. Teraz, kiedy jego dni są policzone, 

zależy mi na tym, aby się przekonał, że moje małżeństwo jest udane. Mimo że on i matka nie 
zaakceptowali cię. Mój dziadek mnie kocha, Lindsay, i kiedy zobaczy, że jestem szczęśliwy, 
ż

e nam się układa, będzie spokojny o moją przyszłość. 

 - A co ja miałabym zrobić? - spytała cicho Lindsay. 
 - Chciałbym, żebyś sprowadziła się do mnie, i będziemy udawać kochającą się rodzinę. 
Zdumienie  na  twarzy  Lindsay  było  tak  szczere,  że  Luke,  mimo  powagi  sytuacji,  omal 

się nie roześmiał. 

 - Zamieszkać... razem... z tobą? - spytała łamiącym się głosem. 
 -  Tak.  Ty  i  oczywiście  Ellie.  Mój  dom  jest  bardzo  duży,  wygodny,  zatrudniam  kilka 

osób.  Nie  będziesz  miała  żadnych  obowiązków,  chodzi  tylko  o  to,  żebyś  po  prostu  była  i 
czasami odwiedziła Jonathana. Będziemy stwarzać pozory, że jesteśmy szczęśliwą parą. 

 - Luke, to szaleństwo. Jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież my jesteśmy sobie zupełnie 

obcy! I mamy udawać szczęśliwe małżeństwo? 

 - Tak. Będziemy zachowywać się normalnie, jak mąż i żona. 
 - To szaleństwo - powtórzyła Lindsay. 
Luke  czuł,  że  denerwuje  się  coraz  bardziej.  Zwykle  podczas  negocjacji  potrafił 

zachować kamienny spokój. Tym razem jednak nie chodziło o biznes. 

 - Lindsay, ja ci się odwdzięczę. Kiedy to... się skończy, anulujemy nasze małżeństwo, 

będziesz wolna, a ja wyposażę cię. Ciebie i dziecko. Będziesz mogła ponownie wyjść za mąż, 
zresztą, zrobisz co zechcesz. Pieniądze nigdy już nie będą twoim problemem. 

background image

Wiedział, że już popełnił pierwszy błąd. 
 -  Luke,  dlaczego  ciągle  mówisz  o  pieniądzach?  Czy  ty  uważasz,  że  wszystko  można 

kupić? 

Teraz popełnił dragi błąd. 
 - Przecież małżeństwo też sobie kupiłem, prawda? Lindsay wyprostowała się nagle jak 

struna i Luke'owi wydawało się, że w jej oczach pojawiły się łzy. 

 - Chcę, żebyśmy natychmiast anulowali nasze małżeństwo. .. 
 - Nie. Najpierw musisz zrobić to, o co cię proszę. 
 - Ja nie umiem oszukiwać. 
 - Teraz masz skrupuły? Przecież nasze małżeństwo jest jednym wielkim oszustwem. 
 - Nieprawda! To jest ugoda. Pomogłeś mi w trudnej sytuacji i chciałeś za to ślubu. Nic 

więcej. Ten ślub był przede wszystkim tobie potrzebny. 

 - Może i masz rację, ale, niestety, wszystko się zmienia, podlega ewolucji. 
 - Ja nie. 
 -  Ty?  -  Luke,  mimo  napiętych  nerwów,  tym  razem  nie  mógł  powstrzymać  się  od 

ś

miechu. - Ty zmieniasz się najbardziej. W niczym nie przypominasz tamtej pękatej osoby! 

 - Przecież ja byłam w ciąży! 
 -  Faktycznie.  Poza  tym  pracowałaś  w  dwóch  miejscach,  próbując  jeszcze  ciągnąć 

studia.  Oczywiście,  mogłaś  nie  przyjąć  mojej  propozycji  i  dalej  jakoś  sobie  radzić,  ciekawe 
jednak, co by się stało,  gdybyś na przykład zachorowała. Postawmy sprawę jasno. Owszem, 
wszystkiego  nie  można  kupić,  ale  często  pieniądze  są  nam  niezbędne.  Dlatego  wyszłaś  za 
ranie. I jeśli teraz znów mówiłem o pieniądzach, to nie po to, żeby cię przekupić, tylko żeby 
znów się z tobą ułożyć. Ty zrobisz to, o co cię proszę, a ja znów ci pomogę. Tobie i twojemu 
dziecku. Uważam, że moja pomoc jest ci niezbędna. 

 - Mimo wszystko wolałabym, żebyś nie mówił o pieniądzach. 
 - W porządku. Lindsay, proszę, zgódź się. Zrób to dla starego, umierającego człowieka. 
 -  Luke,  ja  wszystko  rozumiem  -  powiedziała  cicho  Lindsay.  -  Po  prostu  boję  się,  czy 

nam się uda. Przecież ja nie jestem aktorką, nie umiem udawać. Co będzie, jeśli to się wyda? 
Jaki to będzie szok dla chorego człowieka! 

 - Jeśli oboje się postaramy, na pewno się nie wyda. A ja ci się odwdzięczę. 
 - Przestań, Luke. Ty chyba myślisz, że ja jestem bardzo interesowna. 
 -  Ty?  Ty  jesteś  zaprzeczeniem  wszelkiej  interesowności.  Powtarzasz  z  uporem,  że  na 

wszystko ci wystarcza, a przecież to mieszkanie jest prawie puste. 

Lindsay opuściła głowę i nerwowo zaczęła skubać obicie fotela. 
 - Bo ja trochę zaoszczędziłam - wyjąkała. 
 - No proszę! Taka oszczędna małżonka to skarb. 
 -  Odłożyłam  trochę,  ale  tylko  dlatego,  że  nie  wiem,  jak  szybko  znajdę  pracę  - 

tłumaczyła gorączkowo Lindsay. - Kiedy anulujemy już małżeństwo... 

 -  Lindsay,  to  twoje  pieniądze  i  możesz  robić  z  nimi,  co  chcesz.  A  jeśli  chodzi  o 

anulowanie małżeństwa, zajmę się tym zaraz po... po pogrzebie. Ale teraz, błagam, zgódź się. 

 -  A  nie  byłoby  lepiej,  żebyśmy  już  teraz  je  anulowali?  -  powiedziała  zmęczonym 

głosem  i  westchnęła  głęboko.  -  Mógłbyś  spokojnie  poślubić  kobietę,  o  jakiej  zawsze 
marzyłeś, z twojego środowiska... 

Luke zaśmiał się serdecznie. 
 - Ty jesteś wymarzoną żoną. 
 - Ja? 
 -  Tak.  Nie  dość,  że  oszczędna,  to  jakże  mało  wymagająca!  Przez  cztery  miesiące 

małżeństwa  nigdy  nie  miałaś  o  nic  pretensji,  nie  stawiałaś  żadnych  żądań,  a  ja  praktycznie 
robiłem, co chciałem. Jesteś ideałem! 

background image

Ż

artował, ale w duchu już drugi raz pomyślał, że szarooka Lindsay jest niezwykła. Nie 

chodziło jej o pieniądze, a on przecież żył w świecie, gdzie pieniądze były treścią życia. Ale 
Lindsay była inna. Wiedział, że weszła z nim w układ tylko dlatego, że faktycznie była już na 
ostatnich nogach i bała się o dziecko. A teraz? On mówi, że się odwdzięczy, a ona się martwi, 
ż

e będzie oszukiwać i czy rzeczywiście pomogą choremu człowiekowi. Była inna niż ludzie, 

których  znał.  Ludzie  bez  skrupułów.  Na  Boga,  przecież  on  sam  po  raz  drugi  bez  skrupułów 
podporządkowuje swoim celom tę bezbronną kobietę z maleńkim dzieckiem. Ale tym razem 
robi to nie dla siebie, ale dla człowieka stojącego nad grobem. 

 - Jak wytłumaczysz Jonathanowi, że dopiero teraz sprowadzam się do ciebie? - spytała 

nagle Lindsay. 

 - Czekałaś do mojego powrotu, to logiczne. 
 - Myślisz, że uwierzy? 
 - Oczywiście! Uwierzy we wszystko, jeśli będziesz patrzyła na mnie z uwielbieniem. Ja 

zaraz  po  pracy  będę  przychodził  do  domu.  Będziemy  razem  chodzili  odwiedzić  dziadka. 
Wezmę  cię  za  rękę,  ty  tak  troszkę  się  do  mnie  przysuniesz,  no...  coś  w  tym  rodzaju, 
rozumiesz? 

 - A przed innymi ludźmi? 
 -  Tak  samo.  Żeby  nikomu  nie  przyszło  do  głowy  szepnąć  Jonathanowi,  że  to  fikcja. 

Lindsay, zdążysz zapakować się jeszcze dzisiaj? Chciałbym, żebyś na kolacji była już u mnie. 

 - Dzisiaj?! - krzyknęła przerażona Lindsay. - Przecież ja jeszcze nie powiedziałam, że 

się zgadzam... 

 - Ale zgodzisz się, prawda? 
 -  Tak  -  powiedziała  miękko.  -  Zrobię  to,  bo  mnie  o  to  prosisz,  a  tyle  mi  pomogłeś. 

Cieszę się, że ja też mogę zrobić coś dla ciebie. 

 - Dziękuję, Lindsay. 
Rozpromieniony Luke zerwał się z kanapy i chwycił leżącą obok marynarkę. 
 - Samochód przyjedzie o czwartej. 
 - O czwartej? Nie wiem, czy zdążę. 
 -  Zapakuj  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy,  na  kilka  dni.  Resztę  zabierze  się  potem, 

zgoda? 

 - Zastanowię się... 
 -  Zastanowisz  się  nad  wszystkim,  jak  będziesz  na  miejscu,  skarbie!  -  rzucił  wesoło 

Luke  i  wyraźnie  wchodząc  już  w  rolę  kochającego  małżonka,  pochylił  się  i  leciutko 
pocałował ją w usta. - No, to pa! Samochód będzie o czwartej. Zobaczymy się

 

na kolacji. 

 - No, to pa - powtórzyła jak echo, patrząc, jak Luke znika za drzwiami. 
Nie  do  wiary.  Luke  pocałował  ją,  bo  zgodziła  się  z  nim  zamieszkać.  Z  mężczyzną, 

którego  prawie  nie  zna,  a  który  od  czterech  miesięcy  w  świetle  prawa  jest  jej  ślubnym 
małżonkiem. 

Spojrzała  na  zegar  i  zerwała  się  na  równe  nogi.  Zanim  Ellie  się  obudziła,  Lindsay 

zdążyła spakować swoje rzeczy. Po karmieniu Ellie znów powędrowała do łóżeczka i Lindsay 
spakowała rzeczy dziecka, nie zapominając oczywiście o wielkim misiu od Luke'a. 

Szofer  stawił  się  punktualnie  o  czwartej.  Miły  pan  w  średnim  wieku  sprawnie  zniósł 

torby do samochodu i po chwili Lindsay, z Ellie na ręku, sadowiła się na miękkim siedzeniu 
wspaniałej limuzyny. Nie minęło pół godziny, kiedy dojeżdżali już na miejsce. Lindsay znała 
Kirribilli, tonącą  w zieleni dzielnicę Sydney, z której rozpościerał się piękny  widok na port, 
Harbour  Bridge  i  słynną  operę.  Była  to  dzielnica  ludzi  bardzo  zamożnych.  Dom  Luke'a  był 
okazały,  w  stylu  Tudorów,  z  piękną,  ceglaną  fasadą  ze  zdobieniami  i  wyeksponowanymi 
ciemnymi belkami. A wokół domu rozpościerał się ogród. Ogród jak z bajki. 

Szofer pomógł im obu wysiąść, podprowadził do drzwi i zadzwonił. 
 - Zaraz ktoś zejdzie. Ja zajmę się pani rzeczami. 

background image

 - Dobrze, dziękuję bardzo - odpowiedziała trochę skrępowana Lindsay. 
Drzwi  uchyliły  się  i  wyjrzała  z  nich  szczupła,  siwowłosa  kobieta  o  bardzo  ciemnej 

cerze. 

 - Pani Winters? 
 - Tak. to ja... 
 -  Witamy  panią  w  domu  -  powiedziała  kobieta  z  uprzejmym  uśmiechem  i  otworzyła 

szeroko  drzwi.  -  Jestem  Marabel,  gospodyni.  Bardzo  proszę,  pani  pozwoli  do  środka.  Pan 
Luke mówił, że pani przyjedzie dziś z córeczką. 

Lindsay, przyciskając mocno Ellie do siebie, powoli weszła do wielkiego holu. 
 -  Bardzo  proszę,  może  pójdziemy  na  górę  -  mówiła  wyraźnie  przejęta  gospodyni.  - 

Pokażę pani pokój i pokój dziecka. Kiedy Hedley wniesie rzeczy, zajmę się rozpakowaniem. 

 -  Och  nie,  dziękuję,  sama  się  tym  zajmę  -  zaprotestowała  Lindsay.  Nie  była 

przyzwyczajona, żeby ktoś jej usługiwał. 

Ruszyła powoli za gospodynią, zerkając ciekawie na wszystkie strony. Tam, na prawo, 

na pewno jest salon. Nie było drzwi, tylko pięknie rzeźbiony łuk. W głębi salonu dostrzegła 
stare meble, dywany i obrazy. Nic dziwnego, że jej mieszkanko wydało się Luke'owi puste. 

Kiedy weszły na górę, Marabel przystanęła na chwilę. 
 - Pokój pana Jonathana jest na lewo, w głębi holu. A pani tutaj. 
Gospodyni skręciła w prawo i otworzyła najbliższe drzwi. 
 - Bardzo proszę, oto pani pokój, no i oczywiście męża, pana Luke'a. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 -  A  gdzie  jest  pokój  Ellie?  -  spytała  Lindsay,  spoglądając  ciekawie  w  głąb  pokoju. 

Jedyne, co zdołała dojrzeć, to wielkie małżeńskie łoże pod ścianą. O nie, na ten temat trzeba 
będzie z panem mężem podyskutować. 

 -  Zaraz  za  pokojem  państwa  -  wyjaśniła  gospodyni.  Podeszła  parę  metrów  dalej  i 

otworzyła następne drzwi. - Bardzo proszę, oto pokój dziecka. 

Lindsay  przeszła  przez  próg  i  stanęła  jak  wryta.  Nie  przypuszczała,  że  pokój  dziecka 

może być tak śliczny. 

 - Pan Luke wszystko zamówił sam - oświadczyła Marabel z dumą w glosie. - I meble, i 

zabawki,  wszystko.  Pójdę  teraz  pomóc  Hedleyowi.  Gdyby  pani  czegoś  potrzebowała, 
jesteśmy do pani dyspozycji. Kolację podaje dziś o siódmej. 

Kiedy  gospodyni  zniknęła  za  drzwiami,  Lindsay  rozejrzała  się  po  pokoju.  Był  wielki, 

słoneczny,  z  dwoma  olbrzymimi  oknami,  przesłoniętymi  śnieżnobiałą  firanką.  Pod  ścianami 
stały jasne regały, pełne miękkich pluszowych zwierzątek i kolorowych książeczek dla dzieci. 
Ś

liczne  łóżeczko,  w  rogu  pokoju  niziutki  stoliczek,  dwa  dziecinne  krzesełka,  obok  fotel  na 

biegunach.  Podłoga  zasłana  grubym  srebrzystym  dywanem,  po  którym  dziecko  może 
bezpiecznie raczkować i stawiać pierwsze kroki. 

Lindsay westchnęła i tuląc do siebie córeczkę, usiadła w fotelu. Ile czasu musiałyby tu 

mieszkać,  żeby  Ellie  mogła  postawić  pierwsze  kroki  na  tym  pięknym  dywanie?  Luke 
naprawdę  się  postarał.  Biedny  Luke,  tak  bardzo  przeżywa  chorobę  swojego  dziadka.  Czy 
dlatego zgodziła się na to udawanie? Może, Poza tym trudno nie współczuć staremu choremu 
człowiekowi,  nawet  jeśli  jest  to  Jonathan  Balcomb,  znany  w  całym  Sydney  jako  człowiek 
bezwzględny  i  łasy  na  zysk.  Ale  przecież  zgodziła  się  nie  ze  względu  na  współczucie  dla 
Jonathana.'  Zrobiła  to  tylko  i  wyłącznie  dla  Luke'a,  który  rozpaczliwie  tego  chciał.  Dla 
Luke'u,  który  wybaczył  staremu  despocie  jego  podstępne  kombinacje  i  pewnie  gotów  był 
zrobić dla niego wszystko. 

Lindsay  powoli  podniosła  się  z  fotela  i  podeszła  do  okna,  z  którego  rozpościerał  się 

widok na wielki, starannie utrzymany ogród. Ciekawe, ile dni, ile tygodni będą razem z Ellie 
patrzeć na te piękne kwiaty? Czy zobaczą, jak przekwitają? 

Melancholijne rozmyślania przerwało wejście obładowanego torbami Hedleya. Lindsay 

położyła córeczkę do łóżeczka, po czym zajęła się rzeczami dziecka. 

Pora  kolacji  zbliżała  się  nieuchronnie  i  Lindsay  już  teraz  poczuła,  że  dostaje  gęsiej 

skórki.  Postanowiła  jednak  nie  martwić  się  na  zapas.  Wykąpała  malutką,  nałożyła  jej  czyste 
ś

pioszki i  usiadłszy  wygodnie  w  fotelu,  podała  jej  pierś.  Kiedy  Elli  skończyła  ssać,  Lindsay 

długo  jeszcze  nie  wypuszczała  dziecka  z  objęć.  Uwielbiała  te  ciche  godziny  ze  swoim 
maleństwem.  Kołysząc  się  w  fotelu,  głaskała  jedwabiste  włoski  córeczki,  całowała  malutkie 
paluszki  i  szeptała  czule  do  uszka.  Kiedy  powieki  Ellie  zaczęły  robić  się  ciężkie,  ostrożnie 
wstała  z  fotela  i  ułożyła  małą  w

 

łóżeczku.  Swoją  kruszynkę.  Jedyną  bliską  osobę  w  tym 

wielkim, obcym domu. 

Ellie  zasnęła.  Lindsay  jeszcze  przez  chwilę  postała  przy  dziecku,  potem  cicho 

wymknęła  się  z  pokoju  i  z  ciężkim  sercem  podeszła  do  sąsiednich  drzwi.  Pokój  Luke'a. 
Wszystko  tu  było  duże,  solidne,  pasujące  do  mężczyzny  słusznego  wzrostu.  Na  ścianach 
obrazy.  Dwa  abstrakcyjne,  o  krzykliwych  kolorach.  I  dwa  pełne  spokoju.  Błękit  morza,  z 
białymi plamami żagli. Lindsay znów spojrzała na zegarek i pospiesznie zaczęła rozglądać się 
po  pokoju,  szukając  swoich  toreb.  Czyżby  Marabel  nie  mogła  oprzeć  się  pokusie  i 
rozpakowała je sama? Lindsay otworzyła drzwi wielkiej szafy. Zobaczyła garnitury, koszule i 
dżinsy,  a  na  samym  końcu,  jak  podejrzewała,  jej  własne  sukienki.  Wybrała  najlepszą 
sukienkę, po czym podeszła do komody. W jednej z szuflad odnalazła swoją bieliznę. Szybko 
wybrała, co było potrzebne i pobiegła do łazienki. 

background image

Punktualnie  o  siódmej,  z  duszą  na  ramieniu,  zeszła  na  dół  i  stanęła  na  środku  holu. 

Przez otwarte drzwi jadalni zobaczyła na stole chińską porcelanę i srebra. Z salonu dobiegał 
szmer  cichej  rozmowy.  Luke  stał  przed  kominkiem,  sącząc  aperitif.  Na  kanapie  siedziała 
starsza pani o ciemnych włosach, przyprószonych siwizną, ubrana z wyszukaną elegancją. 

 - Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. 
Kobieta  na  kanapie  powoli  odwróciła  głowę  i  zmierzyła  Lindsay  od  stóp  do  głów. 

Wzrokiem, który powiedział, że obecność Lindsay jest tu absolutnie zbędna. 

 -  Oczywiście,  że  nie,  kochanie  -  powiedział  z  uśmiechem  Luke.  podchodząc  do 

Lindsay  i  całując  ją  w  policzek.  -  Mamo,  proszę,  powitaj  moją  żonę  w  jej  nowym  domu. 
Lindsay, miałaś już przyjemność poznać moją matkę. 

 - A więc to jest ta zapomniana żona - powiedziała chłodno Catherine, nie ruszając się z 

kanapy. 

 - Dlaczego zapomniana? - spytał ze zdziwieniem Luke. 
 -  Zdaje  się,  że  przez  te  cztery  miesiące  Luke  nie  bardzo  o  tobie  pamiętał  -  ciągnęła 

lodowatym głosem Catherine, nie odrywając oczu od Lindsay. - Mieliśmy już nadzieję, że ten 
godny pożałowania incydent w życiu mojego syna należy do przeszłości, jednak... 

 - Mamo, prosiłem! 
 -  A  więc  dobrze  -  zgodziła  się  Catherine  i  wyrecytowała:  -  Witaj  w  swoim  nowym 

domu, Lindsay. 

Lindsay nie odezwała się ani słowem. Frontalny atak zbił ją całkowicie z tropu. 
 - Może napijesz się czegoś? - zaproponował skwapliwie Luke. 
Lindsay miała wrażenie, że powietrze w salonie aż drży od napięcia. Czy w tym domu 

rodzinne  spotkania  zawsze  przebiegają  w  tak  napiętej  atmosferze?  No,  na  pewno,  kiedy 
pojawia się niechciana synowa. Trudno, trzeba będzie jakoś przez to przebrnąć. 

 -  Dziękuję,  Luke.  Marabel  mówiła,  że  kolację  podaje  się  o  siódmej,  nie  chciałabym 

nikogo zatrzymywać. 

 -  Marabel  poda,  kiedy  jej  się  każe  -  powiedział  ostro  Luke.  -  Jeśli  masz  ochotę  na 

drinka, bardzo proszę. 

 - Naprawdę dziękuję. 
 - Mamo, a ty? 
 - Ja również dziękuję. 
Pani Winters dostojnie uniosła się z kanapy i podeszła do syna, wsuwając mu rękę pod 

ramię. Luke spojrzał na Lindsay, która pojąwszy w lot, o co chodzi, wsunęła rękę pod drugie 
męskie ramię i cała trójka zgodnym krokiem pomaszerowała do jadalni. Lindsay z całej siły 
zagryzała wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Czy tę komedię będzie zmuszona odgrywać 
co wieczór? 

Luke zajął poczesne miejsce za stołem, matka po jego lewej stronie, a żona po prawej. 

Kiedy  już  zasiedli,  do  jadalni  wkroczyła  Marabel  z  tacą,  na  której  stały  talerze  z  zupą. 
Catherine chrząknęła i skierowała zimny wzrok na Lindsay. 

 - Podobno pracowałaś jako kelnerka. 
 - Owszem - odpowiedziała Lindsay z miłym uśmiechem. 
 - Ale to nie było moje jedyne zajęcie. Przede wszystkim byłam studentką, proszę pani. 

Studiowałam  prawo  na  uniwersytecie,  na  studiach  dziennych,  i  zanim  urodziłam  dziecko, 
zdążyłam zaliczyć kilka semestrów. A oprócz tego przed południem pracowałam jeszcze parę 
godzin  w  księgarni.  Wydaje  mi  się,  proszę  pani,  że  moje  wszystkie  zajęcia  były  godne 
szacunku,  łącznie  z  pracą  kelnerki  -  zakończyła  twardym  głosem,  zanurzając  łyżkę  w  zupie. 
Przełknęła i z uśmiechem zawołała do Marabel: 

 - Zupa jest pyszna! 
 -  Dziękuję  bardzo,  pani  Winters  -  odpowiedziała  wyraźnie  zadowolona  gospodyni.  - 

Powiem zaraz Rachel. 

background image

 - Jak się czuje dzisiaj Jonathan? - spytał Luke matkę. 
Na twarzy Catherine pojawił się wyraz wielkiego przygnębienia. 
 - Bez zmian - odparła smutnym głosem. - Siedziałam przy nim całe popołudnie. Prosił, 

ż

ebym  poczytała  mu  gazety.  Oczywiście  wiadomości  o  biznesie.  Mówił,  że  pod  koniec 

miesiąca wybierze się do firmy. Luke, jestem bardzo zmartwiona. Może poradzić się jeszcze 
jednego specjalisty? 

 -  Mamo,  Jonathana  badało  już  trzech  lekarzy  i  każdy  stwierdził  to  samo  -  powiedział 

Luke łagodnym głosem. - Musimy pogodzić się z tym, że jego stan nie ulegnie poprawie. 

W oczach Catherine pojawiły się łzy. Szybko opuściła głowę i skwapliwie sięgnęła po 

łyżkę,  a  Lindsay  nagle  zrobiło  się  żal  tej  starszej  pani,  mimo  jej  przykrego  usposobienia. 
Wiedziała, jak boli, kiedy traci się ojca. 

 - A jak Ellie? - spytał Luke, zwracając się do Lindsay. 
 -  Jaka  Ellie?  -  spytała  ostro  Catherine,  spoglądając  znad  talerza  na  syna,  i  Lindsay 

pomyślała, że to niemożliwe, aby w takich złych oczach mogła zobaczyć łzy. 

 - Córeczka Lindsay - wyjaśnił Luke. 
 -  Dziecko!  -  syknęła  Catherine,  odkładając  łyżkę.  -  To  dlatego  udało  ci  się  złapać 

Luke'a na męża! 

Lindsay zesztywniała. 
 - Przepraszam, co pani powiedziała? 
 -  To,  co  słyszałaś.  Specjalnie  zaszłaś  w  ciążę,  żeby  zmusić  mojego  syna  do 

małżeństwa! 

 -  Mamo,  proszę  -  powiedział  ostro  Luke,  ale  Lindsay  postanowiła  wziąć  sprawę  w 

swoje ręce. 

 -  Myli  się  pani!  -  oświadczyła  jasno  i  dobitnie.  -  Luke  zaproponował  mi  małżeństwo 

nie dlatego, że byłam w ciąży, ale mimo tego, powtarzam, mimo tego, że byłam w ciąży. 

 - Jeszcze lepiej! - prychnęła Catherine. - Ale chyba nie wszystko szło po twojej myśli, 

skoro zjawiłaś się w tym domu dopiero po czterech miesiącach! 

 - Mamo - włączył się Luke. - Mówiłem, że czekaliśmy z tym do mojego powrotu. 
 - Nic nie stało na przeszkodzie, żeby wprowadziła się zaraz po ślubie. 
Sprawa była ewidentna. Lindsay doprowadzała swoją teściową do szewskiej pasji. 
 - Mamo... 
 - Luke, wybacz, ja sama wytłumaczę. Wydaje mi się, że pani koniecznie chce wiedzieć, 

czy przypadkiem nie wyszłam za Luke'a dla pieniędzy. Bo to brzydko, tak? A przecież takie 
tu panują zwyczaje. Była narzeczona Luke'a nie robiła z tego tajemnicy. 

 - Jeannette pasowałaby do niego bardziej. Ona przynajmniej umie się ubrać. 
Broda Lindsay zadrżała, ale usta ułożyły się w uprzejmy uśmiech. 
 -  Przykro  mi  bardzo,  jeśli  moja  skromna  sukienka  nie  odpowiada  pani  standardom, 

choć nie sądzę, żeby była brzydka. W domu nie przebieram się do kolacji, bo nie mam takich 
aspiracji.  Podaję  sobie  sama,  w  kuchni.  Sadzam  sobie  dziecko  na  kolanach  i  jest  mi  bardzo 
dobrze i przyjemnie. Jak w rodzinie. 

 -  A  kiedy  poznałaś  moją  rodzinę,  nie  bardzo  masz  ochotę  przyłączyć  się  do  niej?  - 

spytał Luke, nie spuszczając wzroku z matki. 

 -  Chodzi  tylko  o  to,  Luke,  że  twoja  matka  jest  zupełnie  inna  niż  moi  rodzice  - 

stwierdziła spokojnie Lindsay. 

Catherine nerwowym ruchem odsunęła od siebie pusty talerz. 
 - Luke'owi nigdy niczego nie brakowało. 
 -  Proszę  pani.  ja  nie  znam  pani  i  nie  mam  prawa  oceniać,  czy  pani  była  i  jest  dobrą 

matką. ale... - głos Lindsay znów zaczynał niebezpiecznie drżeć - ale mam wrażenie, że moja 
obecność przy tym stole jest dla pani nadzwyczaj irytująca, dlatego proponuję, że posiłki będę 
jadać w swoim pokoju. 

background image

 -  Wystarczy!  -  krzyknął  Luke,  uderzając  dłonią  w  stół.  -  Lindsay,  jesteś  moją  żoną  i 

będziesz  jadła  tam,  gdzie  ja.  I  uspokójcie  się.  Na  górze  leży  umierający  człowiek  i  nie 
pozwolę,  żeby  cokolwiek  zakłóciło  jego  spokój.  Proszę  was,  zacznijcie  traktować  się 
przyzwoicie, bo inaczej, jak mi Bóg miły, zmuszę was do tego. 

Teraz Lindsay, dotknięta do żywego, odłożyła łyżkę. 
 -  Nie,  Luke,  mnie  do  niczego  zmuszać  nie  będziesz.  Mówiłeś,  że  nie  lubisz,  aby  ktoś 

tobą  rządził.  Otóż  ja  też.  I  nie  lubię,  kiedy  ktoś  mnie  prowokuje.  Ale  ja  mam  wyjście  z 
sytuacji. Jestem tu tylko dlatego, że mnie o to prosiłeś. I wcale nie muszę tutaj być. 

 -  Tylko  nie  strasz  -  syknął  Luke  prawie  niedosłyszalnie,  chwytając  ją  za  rękę.  -  Bo 

cofnę ci twoje apanaże i nie będziesz miała nawet na suchą bułkę. 

 -  Bez  obaw  -  wycedziła  również  prawie  niedosłyszalnie,  starając  się  uwolnić  rękę.  - 

Mam parę groszy w banku i nieźle poukładane w głowie, potrafię zarobić na swoje dziecko. 

 - To dlaczego zgodziłaś się tu wprowadzić? 
 -  Jestem  człowiekiem  i  żal  mi  twojego  dziadka,  nawet  jeśli  nie  pałam  do  niego 

sympatią. 

 - Zrobiłaś to dla pieniędzy. 
 -  Nieprawda.  I  oddam  ci  wszystkie  pieniądze,  które  mi  dałeś.  Spłacę  co  do  grosza.  A 

wprowadziłam się tu, bo mnie o to prosiłeś. Tylko dlatego! 

Przestała  się  szarpać.  Luke  nie  puszczał  jej  ręki,  wpatrując  się  w  nią.  Jego  czarne 

spojrzenie  aż  parzyło.  Zupełnie  inaczej  niż  wtedy,  kiedy  patrzył  na  nią  Will.  Dlaczego?  Bo 
Luke  nie  był  jej  przyjacielem.  Był  mężczyzną,  wielkim,  silnym,  czasami  groźnym. 
Mężczyzną, który oszałamiał i przyciągał ją z dziwną siłą, której zaczynała się bać. 

Luke patrzył na nią jeszcze przez chwilę, potem nagle uniósł jej dłoń i złożył delikatny 

pocałunek. 

 - Och, jaka romantyczna scena - prychnęła Catherine, której, mimo wielkich wysiłków, 

nie udało się dosłyszeć, o czym Luke i Lindsay szeptali tak zawzięcie. 

Po burzliwej dyskusji w jadalni zapadła cisza. Lindsay jadła szybko, nie zastanawiając 

się,  co  właściwie  ma  na  talerzu,,  cały  czas  z  niepokojem  myśląc  o  Ellie,  samiutkiej  w  tym 
pięknym, ale wielkim i obcym pokoju. 

Niestety,  po  kolacji  czekały  ją  jeszcze  dodatkowe  emocje  -  wizyta  w  pokoju  chorego 

Jonathana Balcomba. 

Była zadowolona, że Luke wziął ją za rękę. Jego ciepła, duża dłoń uspokajała. Podeszli 

do łóżka chorego i Lindsay ze ściśniętym sercem spojrzała na bladą, wychudzoną jak szkielet 
postać na wielkim łóżku. Pomyślała, że to łóżko jest za duże i umierający człowiek musi czuć 
się w nim jeszcze bardziej samotny. W głębi pokoju, pod oknem, odwrócona do nich plecami 
stała jakaś kobieta. Pewnie pielęgniarka, domyśliła się Lindsay. 

 - Jonathan? - powiedział cicho Luke. 
Powieki chorego drgnęły, uniosły się i Lindsay wiedziała już, po kim Luke odziedziczył 

czarne, płonące spojrzenie. 

 - Dobrze, że zjawiłeś się, chłopcze - powiedział chrapliwym głosem Jonathan. - To, że 

oddałem ci biznes, wcale jeszcze nie znaczy, że nie chcę wiedzieć, co w trawie piszczy. Nadal 
mogę  ci  się  na  coś  przydać,  jeśli  będziesz  miał  problemy.  Opowiadaj  więc,  co  słychać  w 
firmie. 

 - Dzięki. Jonathan, na razie wszystko mam pod kontrolą. Dziś chciałem przedstawić ci 

Lindsay. 

 - Kogo? 
 - Moją żonę - powiedział głośniej  Luke, kładąc  ręce na  ramionach  Lindsay, jakby bał 

się, że ucieknie. 

 - Jak się pan czuje? - spytała uprzejmie Lindsay. 
 - Więc to jest ta twoja kelnereczka! Nareszcie sprowadziłeś ją do domu. 

background image

Lindsay skrzywiła się nieznacznie. 
 - Przede wszystkim studentka prawa, proszę pana. I dla ścisłości, pracowałam również 

w księgarni. 

 -  Ale  odkąd  wyszłaś  za  mąż,  nie  zhańbiłaś  się  pracą,  prawda?  Głupiec  -  powiedział 

Jonathan, wbijając wzrok w Luke'a. - Powtarzam, głupiec. 

 - No, jasne - zauważył chłodno Luke. - Bardziej pasowałaby ci Jeannette Sullivan. 
 - Nie mnie, a tobie i twojej matce - warknął Jonathan, wbijając teraz wzrok w Lindsay. 

- A więc to jest ta twoja wybranka, dla której wszystko postawiłeś na jedną kartę? 

 - Ale dramat - mruknęła Lindsay pod nosem. 
 - O co chodzi? - spytał Jonathan. 
 - Nic, nic. Miło mi, że poznałam już całą rodzinę Luke'a. 
 - Miło to ci było złapać Luke'a w sidła. 
 -  Ja  go  nie  łapałam,  proszę  pana,  on  sam  zaproponował  mi  małżeństwo  - 

zaprotestowała  Lindsay,  czując,  jak  Luke  delikatnie  odsuwa  ją  na  bok.  Wziął  stojące  obok 
krzesło, przysunął je blisko łóżka i usiadł. 

 - No, jak tam? Może pogadalibyśmy o tym interesie z Blackmailem? 
Jonathan uśmiechnął się, zachwycony. 
 -  Czemu  nie?  Przecież mówiłem,  że  ta  moja  choroba  minie.  Po  koniec miesiąca  mam 

zamiar zajrzeć do firmy. Czuję, że już niedługo powrócę do normalnego życia. Prawda, panno 
Spencer? 

 -  Pan  sam  najlepiej  wie!  -  odpowiedziała  pielęgniarka  z  uśmiechem.  -  Zostawię 

państwa samych. Gdybym była potrzebna, proszę zadzwonić. 

 - To może ja też już pójdę - powiedziała szybko Lindsay. 
Luke odwrócił się, żeby ją zatrzymać, ale Lindsay była już za drzwiami. 
 - Niezła babka z tej twojej żony - stwierdził Jonathan tonem znawcy. - Sprowadziła się 

do ciebie na stałe, czy tylko na jakiś czas? 

 - Oczywiście, że na stałe - obruszył się Luke, pragnąc nagle, aby tak było naprawdę, 
 - Przyślij ją jutro do mnie. Chciałbym poznać bliżej tę twoją żonkę. 
 -  W  porządku,  jutro  zajrzy  do  ciebie  -  obiecał  Luke,  zdając  sobie  sprawę,  że  Lindsay 

wcale  nie  będzie  zachwycona,  jeśli  będzie  musiała  często  odwiedzać  Jonathana  i  poznawać 
bliżej człowieka, do którego ma tak wielki żal. 

 - A moja Maggie też była blondynką - odezwał się nagle Jonathan. 
 - Babcia? 
 -  No  jasne.  Jej  włosy  były  złociste  i  pięknie  lśniły  w  słońcu,  zawsze  tak  ładnie 

pachniały. Tęsknię za twoją babcią, chłopcze. 

 - Wszystkim nam jej brakuje. 
 -  Tak,  wiem.  Kiedy  umarła,  Catherine  była  kompletnie  załamana.  Parę  lat  wcześniej 

opuścił  ją  ten  jej  mężulek.  No  i  zobacz,  ja  po  śmierci  Maggie  już  całe  życie  byłem  sam. 
Catherine też. Kręciło się koło niej wielu facetów, ale ona żadnego nie chciała. Uparła się. Ty 
też jesteś uparty, masz to po niej. Luke, powiedz mi. czy ty kochasz tę małą? 

 - A jak myślisz? Przecież ożeniłem się z nią - odparł wymijająco Luke 
 - Mam nadzieję, że będziesz z nią szczęśliwy, tak jak ja z twoją babcią. To były piękne 

czasy.  Wiesz,  kiedy  człowiek  tak  sobie  leży,  nareszcie  ma  czas.  żeby  spokojnie  pomyśleć, 
powspominać.  No,  dobrze.  Teraz  opowiadaj,  co  z  tym  Blackmailem.  Pamiętaj,  Luke,  to  jest 
chytry lis. 

Luke długo siedział przy dziadku. Rozmawiali o interesach, o przeszłości, od czasu do 

czasu chory zapadał w krótką drzemkę i wtedy Luke zatapiał się we własnych myślach. Co to 
Lindsay  mówiła?  Że  zgodziła  się,  bo  on  ją  prosił.  Kiedy  to  ostatni  raz  ktoś  zrobił  coś  dla 
niego? Nie mógł sobie przypomnieć. 

background image

Gdy dziadek zasnął, Luke wstał i starannie okrył go kołdrą. Człowiek, który przez całe 

ż

ycie  zastępował  mu  ojca,  odchodził  na  zawsze.  Kiedyś  wysoki,  postawny,  a  teraz  jakby 

ubywało go z każdym dniem. I nic nie można już zrobić. 

Wyszedł do holu i dopiero wtedy  poczuł, jak bardzo jest zmęczony. W ciągu ostatniej 

doby  spał  zaledwie  pół  godziny,  w  saloniku  Lindsay.  Przypomniał  sobie,  że  nie  widział 
jeszcze  jej  dziecka.  Drzwi  pokoju  dziecięcego  były  uchylone.  Zobaczył  Lindsay  w  fotelu, 
pochyloną nad książką. Wszedł na palcach, skinął głową i podszedł do łóżeczka. Mała spała 
na brzuszku, Luke ujrzał ciemne loczki nad karczkiem, jeden pucołowaty policzek i malutką 
piąstkę, przyciśniętą do buzi. 

 - Lindsay - szepnął. - Ona jest śliczna. 
 -  Możesz  mówić  głośno  -  odpowiedziała  Lindsay,  podchodząc  do  łóżeczka.  -  Śpi 

bardzo  mocno.  Trochę  się  bałam,  jak  to  będzie  w  nowym  miejscu.  Ale  zabrałyśmy  z  domu 
ukochany  kocyk,  no  i  tego  misia  od  ciebie.  Może  nie  będzie  tak  źle,  zwykle  Ellie  bardzo 
ładnie przesypia całą noc. 

Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc na śpiące dziecko. 
 - Pokój jest nadzwyczajny, dzięki, Luke, 
 -  To  ja  chciałem  ci  podziękować,  że  się  zgodziłaś.  To  chyba  był  dobry  pomysł.  Po 

twoim wyjściu dziadek ożywił siei zaczął wspominać babcię. 

 - Kochasz bardzo Jonathana? 
 - Tak. Zastępował mi ojca. Nie mogę uwierzyć, że wkrótce go nie będzie. 
 - Ale masz jeszcze przed sobą wiele godzin, które możesz z nim spędzić - powiedziała 

miękko Lindsay. - A potem... potem nigdy o nim nie zapomnisz. 

Znów  zamilkli.  Luke,  wpatrując  się  w  maleńką  Ellie,  nagle  zapragnął  dowiedzieć  się, 

czy mała ma szare oczy  po matce, czy uśmiecha  się, może potrafi już usiąść? Tak, chciałby 
wiedzieć o wiele więcej o trzymiesięcznej panience. Również o szarookiej mamie, która stoi 
obok. 

 - A gdzie masz obrączkę? 
 - Ześlizguje mi się z palca. Pamiętasz, w ciąży,  miałam bardzo opuchnięte palce i nie 

wchodziła mi na palec, a teraz trochę schudłam i spada mi. Mam ją tutaj. 

Rozchyliła  kołnierz  sukienki,  pokazując  złoty  łańcuszek,  na  którym  wisiała  obrączka, 

kupiona tuż przed ich pospiesznym ślubem 

 - Trzeba było oddać ją do jubilera, żeby zmniejszył. 
 - Po co? Przecież nasze małżeństwo nie jest prawdziwe. 
 -  Jak  to  nieprawdziwe?  -  zaprotestował  nadzwyczaj  energicznie.  -  Wobec  prawa 

jesteśmy mężem i żoną. Daj, zajmę się tym. 

Delikatnie odpiął łańcuszek i zsunął z niego obrączkę. Lindsay nie protestowała. Miała 

teraz inny, ważniejszy problem na głowie. 

 - Luke! Marabel zaniosła moje rzeczy do twojego pokoju. 
 - No i? - mruknął, bawiąc się obrączką. 
 - No więc, gdzie ja będę spała? 
 - Oczywiście, że z mężem, kochanie. Chodź! 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 -  Nie  mówisz  tego  poważnie  -  zaprotestowała  Lindsay,  kiedy  dwie  sekundy  później 

znalazła się razem z Lukiem w jego sypialni. 

 - Dlaczego? Małżonkowie zwykle sypiają razem. 
 - Ale nasze małżeństwo jest nieprawdziwe, to wyłącznie interes. 
 - A chciałabyś, żeby było prawdziwe? 
Zbliżał  się  do  niej,  ona  cofała  się,  dopóki  nie  poczuła  za  plecami  chłodnego  drewna 

drzwi.  Różne  myśli,  jak  błyskawice,  przelatywały  jej  przez  głowę,  a  jedna  z  nich,  ku  jej 
rozpaczy, wydawała się być najważniejsza. Co by było, gdyby Luke ją pocałował? 

 - Luke, proszę, nie! 
 - Uspokój się, Lindsay. Przecież nie rzucę się na ciebie. 
 - Ale odsuń się, odejdź ode mnie. 
Luke ani drgnął, tylko jego oczy błysnęły dziwnie. 
 - Boisz się? 
 - Nie. 
Nie  bała  się  Luke'a,  który  uśmiechał  się  z  rozczuleniem  na  widok  jej  dziecka,  miał 

anielską cierpliwość do swojej matki i przebaczył dziadkowi jego podstępne kombinacje. Ale 
bała  się  tej  siły,  która  pcha  ją  do  niego  i  wyzwala  tę  okropną  chęć,  żeby  go  dotknąć, 
pogłaskać, po tych szerokich ramionach, po tej czarnej głowie.  Żeby przytulił ją i... Lindsay 
odruchowo spojrzała na wielkie łoże i oprzytomniała. 

 - Absolutnie nie możemy spać razem - powiedziała z determinacją. 
 - W takim razie co proponujesz? - spytał, podchodząc do ogromnej szafy. 
Ze  stoickim  spokojem  schował  do  niej  marynarkę  i  zaczął  rozpinać  guziki  koszuli. 

Lindsay zamarła. Chyba Luke nie ma zamiaru rozbierać się przy niej? 

 - W tym domu jest mnóstwo pokoi - powiedziała szybko. 
 - Poza tym mogę przecież spać u Ellie. 
 - Bez sensu - obruszył się Luke, ściągając koszulę. - Jutro rano w całym domu będzie 

aż huczało, że nie śpimy razem i dziadek zacznie coś podejrzewać. 

Koszula pofrunęła na krzesło, a  Lindsay, jak urzeczona, wpatrywała się  w muskularne 

ramiona  i  pięknie  wyrzeźbioną  klatkę.  Wyglądał  jak  posąg.  Lindsay  znów  poczuła,  że  się 
rumieni. Wściekła, że Luke Winters wzbudza w niej tak nieprzyzwoite emocje, siłą oderwała 
oczy od czekoladowego torsu i spojrzała gdzieś w kierunku szafy. 

 - Sama nie wiem. Może... 
 -  Lindsay,  porozmawiajmy  jak  dorośli  ludzie.  W  tym  łóżku  mogłyby  spać  ze  cztery 

osoby.  Jest  tak  wielkie,  że  w  ogóle  nie  będziesz  czuta  mojej  obecności.  Nie  prosiłem  cię. 
ż

ebyś się do mnie sprowadziła, bo chcę cię uwieść. Nie dotknę cię, możesz mi zaufać. Chyba 

ż

e  -  oczy  Luke'a  znów  dziwnie  błysnęły  -  chyba  że  sama  będziesz  chciała.  żebym  cię... 

dotykał. 

I to był właśnie problem. Od ponad roku była sama, bez mężczyzny. Jej życie wpierw 

wypełniało  oczekiwanie  na  dziecko,  a  potem  opieka  nad  Ellie.  Jednak  teraz,  ta  przedziwna, 
nieoczekiwana  zażyłość  z  obcym,  ale  jakże  pociągającym  mężczyzną,  obudziła  w  niej 
kobiece tęsknoty. 

Na szczęście, te tęsknoty nie zawładnęły nią całkowicie. 
 - Nie, Luke, nie chcę. 
Skinął głową, odwrócił się i z szuflady komody wyciągnął sweter. 
 -  Idę  do  gabinetu,  muszę  jeszcze  trochę  popracować.  A  ty  kładź  się  spać.  Zaśniesz, 

zanim wrócę, i nawet nie zauważysz, że chrapałem na drugim brzegu łóżka. 

 - Mogę spać na podłodze. Zrobię sobie całkiem wygodne legowisko z kocy... 
 -  Zrobisz,  jak  zechcesz.  Wzięłaś  swoją  „nianię"  z  pokoju  dziecka?  Nadajnik  już 

włączyłem. 

background image

 - Jaką nianię? 
 - Chodź, pokażę ci. 
W  pokoju  Ellie  panował  półmrok,  palił  się  tylko  mały  kinkiet.  Maleńka  słodko  spała. 

Luke na palcach podszedł do komody i wziął z niej mały plastikowy przedmiot, podobny do 
słuchawki telefonu. 

 - To jest właśnie elektroniczna „niania" - szepnął. - A tam, na ścianie, nad łóżeczkiem, 

jest nadajnik, widzisz? 

Lindsay skinęła głową. 
 - Żebyś była spokojna o dziecko. Ten nadajnik wyłapuje wszystkie dźwięki. To dobry 

aparat,  o  dużym  zasięgu.  Możesz  spokojnie  chodzić  po  całym  domu  i  ogrodzie,  wszędzie 
usłyszysz Ellie. 

 - Dzięki, Luke. Widzę, że pomyślałeś o wszystkim. 
 - Drobiazg. A teraz dobranoc. 
Lindsay  postała  jeszcze  chwilę  przy  dziecku,  po  czym,  ściskając  w  ręku  „nianię", 

wróciła do pokoju Luke'a. Przez moment poczuła się jak więzień, który wraca do swojej celi. 

Pół  godziny  późnej  była  już  po  gorącym  prysznicu,  przebrana  w  najobszerniejszy, 

najdłuższy T - shirt, jaki znalazła wśród swoich rzeczy. Zadowolona z siebie, zaczęła mościć 
się na swoim prowizorycznym posłaniu. Niestety, legowisko zrobione z kocy, które znalazła 
w  ogromnej  szafie,  z  pewnością  nie  było  tak  wygodne,  jak  materac  w  łożu  Luke'a.  Jednak 
Lindsay, choć przekonana, że Luke zachowa się jak dżentelmen, nie potrafiła się przełamać i 
wybrała  nocleg  na  podłodze.  Niemożliwie  twardej.  Ostatnią  przytomną  myślą  przed 
zaśnięciem było marzenie o nadmuchiwanym materacu. 

Budząc się następnego ranka, stwierdziła, że na tej podłodze jest nie najgorzej. Bardzo 

miękko i ciepło. Otworzyła oczy i natychmiast usiadła, wyprostowana jak struna. Siedziała na 
łóżku.  Ostrożnie  rozejrzała  się  dookoła  i  stwierdziła,  że  jest  sama.  Jak  to  się  mogło  stać? 
Przecież zasnęła na swoim wspaniałym legowisku. Może sama, przez sen, wpakowała się do 
łóżka?  Nie,  to  na  pewno  sprawka  Luke'a.  Na  domiar  złego,  spał  razem  z  nią.  Lindsay 
wyciągnęła  rękę  i  dotknęła  poduszki,  na  której  widniał  ślad  głowy.  Poduszka  była  zimna,  a 
więc Luke od dawna był na nogach. A co z Ellie? Może płakała w nocy? Lindsay wyskoczyła 
z  łóżka,  i  tak  jak  stała,  w  T  -  shircie  i  na  bosaka,  przemknęła  przez  hol  do  pokoju  dziecka. 
Mała spała jak aniołek, ale Lindsay wiedziała, że niebawem obudzi się i natychmiast głośnym 
płaczem  da  znać,  że  ma  pusty  brzuszek.  Pędem  wróciła  do  sypialni  i  zabrała  się  za  poranną 
toaletę. Kiedy wsuwała stopy w pantofle, w "niani" rozległ się znajomy głosik. Zerwała się na 
równe nogi. żeby lecieć do dziecka, przedtem jednak błyskawicznie zebrała z podłogi koce i 
schowała na miejsce. O, nie, nikt nie będzie plotkował na temat pożycia państwa Wintersów! 

Po  półgodzinie  Lindsay,  z  Ellie  na  ręku,  zeszła  do  jadalni.  Luke  siedział  za  stołem  i 

czytał gazetę. 

 - Dzień dobry, Luke. 
 - Witam obie panie! 
Zerwał  się  od  stołu  i  zanim  Lindsay  zdążyła  zaprotestować,  i  ona,  i  Ellie  zostały 

obdarowane  porannymi  buziakami.  Lindsay  prosto  w  usta,  a  Ellie  w  pucołowaty  policzek. 
Potem Luke wyciągnął ręce do dziecka i zapytał: 

 - Można? 
Lindsay  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  W  potężnych  ramionach  Luke'a  jej 

córeczka naprawdę wyglądała jak kruszynka. 

 -  Dzień  dobry  pani!  -  zawołała  od  progu  Marabel.  -  Jak  córeczka  spała  w  nowym 

miejscu? 

 -  Dziękuję,  dobrze,  w  każdym  razie  niczego  nie  słyszałam  -  odpowiedziała  Lindsay, 

spoglądając jednocześnie na Luke'a. 

 - A ty? 

background image

 -  Kiedy  wracałem  z  gabinetu,  zajrzałem  do  niej.  Spała  bardzo  mocno.  Marabel,  czy 

mogłaby pani przynieść fotelik dla dziecka? 

 - Luke, nie chcemy ci przeszkadzać - zaprotestowała cicho Lindsay. 
 -  Przeszkadzać?  -  Luke  uśmiechnął  się  szeroko  i  pogłaskał  małą  po  główce.  -  Chyba 

mam prawo zjeść śniadanie z moimi dziewczynami! Co o tym sądzisz, Ellie? 

Kiedy  zasiedli  do  stołu,  Lindsay,  rozejrzawszy  się  bacznie  dookoła,  oznajmiła 

konspiracyjnym szeptem: 

 - Luke, spaliśmy w jednym łóżku. 
 - Tak. I chyba nie poniosłaś żadnego uszczerbku? 
 - No, chyba nie. 
 - I było ci o wiele wygodniej niż na podłodze?  
Konspirację przerwało nadejście Marabel. 
 - Proszę, oto fotelik dla królewny - oznajmiła, stawiając na stole wyściełane krzesełko 

dla niemowląt. 

 -  Dziękuję,  Marabel  -  powiedział  uprzejmie  Luke  i  bez  problemu,  jakby  robił  to  co 

dzień, usadowił małą w foteliku. 

Lindsay była pod  wrażeniem. Ten wielki biznesmen był tak zręczny i delikatny, jakby 

osobiście odchował już co najmniej pięcioro dzieci! 

 - Lindsay! Zaplanowałaś coś na dzisiaj? 
 - Nie. 
 - Pomyślałem sobie, że może chciałabyś sprowadzić tu swój samochód. 
 -  Nie  mam  samochodu  -  odpowiedziała  spokojnie  Lindsay,  smarując  grzankę 

marmoladą. 

 - Jak to? 
 - Mieliśmy samochód, kiedy Will żył. Po wypadku wóz nadawał się jedynie do kasacji. 

Dostałam odszkodowanie, ale w mojej niepewnej sytuacji nie było sensu wydawać pieniędzy 
na samochód. 

 - Trzeba kupić ci jakiś wóz - zadecydował Luke. 
 - Po co? Przecież ja i tak jestem tu... na jakiś czas... 
 - Kupię wam samochód - powtórzył Luke, uśmiechając się do Ellie. - Zabierzesz go ze 

sobą, będzie twój. A na razie będziesz jeździła z Hedleyem. 

 -  Dzień  dobry,  Luke!  -  zadźwięczał  od  drzwi  znajomy  alt.  Do  jadalni  wpłynęła 

Catherine Winters, spowita w bladolilowy szlafrok. Podeszła do pustego krzesła i zauważyła 
na środku stołu niespodziewaną dekorację. 

 - Masz śliczne dziecko, Lindsay - powiedziała sztywno. 
 - Dziękuję - uśmiechnęła się Lindsay. - To Ellie.  
Catherine skinęła głową. Luke wstał, uprzejmie odsunął 
krzesło i starsza pani zasiadła do śniadania. 
 - Luke, będę dziś potrzebowała Hedleya, chciałabym pojechać po zakupy. 
 -  Oczywiście,  mamo,  o  ile  Lindsay  nie  zaplanowała  już  jakiegoś  wyjazdu  -  odparł 

Luke, sadowiąc się na swoim krześle i rozkładając poranną gazetę. 

 - Uważasz, że twoja żona powinna być w tym domu na pierwszym miejscu? 
 - Tak uważam, ponieważ to jest moja żona. 
W  porządku,  pomyślała  Lindsay,  jeśli  Luke  koniecznie  chce  ustalić  hierarchię  w  tym 

domu, nie ma sensu się sprzeciwiać. 

 -  Potrzebuję  Hedleya  przed  południem  -  powiedziała  ze słodkim  uśmiechem.  -  Wrócę 

na lunch i samochód będzie do pani dyspozycji. 

Catherine  zacisnęła  usta,  ale  skinęła  głową.  Lindsay  szybko  skończyła  śniadanie, 

chwyciła  fotelik  z  Ellie  i  z  ulgą  opuściła  jadalnię,  ciesząc  się,  że  ma  doskonałą  wymówkę. 
Przecież musi wyszykować dziecko do wyjazdu limuzyną Jonathana Balcomba! Cieszyła się, 

background image

ż

e wyjeżdża. Nie chciała zostać sama, kiedy  Luke pojedzie do pracy,  a ona będzie narażona 

na  złośliwe  uwagi  teściowej.  Pomysł  wyjazdu  do  miasta  nagle  wydał  jej  się  bardzo 
sympatyczny. Pojadą z Ellie do parku, a potem wpadną do kafejki, do Jacka... 

Wyprawa  na  obrzeża  miasta  przedłużyła  się  i  kiedy  Lindsay  dzwoniła  do  drzwi,  Ellie, 

której  pora  drzemki  dawno  minęła,  marudziła  i  wyraźnie  szykowała  się  do  głośniejszego 
protestu. 

 - Jak było w parku? - dopytywała się Marabel, otwierając szeroko drzwi. 
 - Dziękuję, bardzo przyjemnie. Ale trochę zabalowałyśmy, Ellie jest już niespokojna. 
Szybko  pobiegła  z  małą  na  górę.  Kiedy  Ellie,  przewinięta  i  nakarmiona,  miała  iść  już 

spać, ktoś dyskretnie zapukał do drzwi i Lindsay usłyszała łagodny głos panny Spencer. 

 -  Przepraszam  panią,  pani  Winters,  ale  pan  Balcomb  chciałby  bardzo  poznać  pani 

córeczkę. 

 - Naturalnie, tylko Ellie trochę marudzi, właśnie kładę ją spać. 
 -  Nie  szkodzi,  proszę  pani,  pan  Jonathan  przez  tę  chorobę  sam  jest  kapryśny  jak 

dziecko. Bardzo panią proszę, zrobi mu pani wielką przyjemność. 

Nie wypadało odmówić. Lindsay, żałując, że nie ma z nią Luke'a, wzięła małą na ręce i 

poszła  za  pielęgniarką.  Jonathan  Balcomb,  oparty  na  łokciu,  przywitał  je  bacznym 
spojrzeniem. 

 - Chciał pan nas widzieć? 
 -  Przede  wszystkim  twoje  dziecko  -  powiedział  zachrypniętym  głosem  Balcomb,  nie 

odrywając oczu od Ellie. Patrzył tak przez chwilę, a potem ciężko opadł na poduszki. - On mi 
nic nie powiedział, że jest dziecko. Do cholery! Powinien był mi o tym powiedzieć! 

Ellie poruszyła się niespokojnie i zaczęła cicho kwilić. 
 - Przepraszam, ale mała jest bardzo śpiąca. Może ja już pójdę... 
 - Poczekaj, niech no przyjrzę się mojej prawnuczce. Jak ma na imię? 
 -  Ellie  -  szepnęła  Lindsay,  nie  mając  zupełnie  pomysłu  na  to,  co  teraz  powinna 

powiedzieć. Czy wyprowadzić Jonathana z błędu, czy nie. 

 - Teraz się nie dziwię, że Luke ożenił się z tobą, a nie z Jeannette. Dlaczego mi nic nie 

powiedział? Przecież wie, że ja bardzo lubię małe dzieci. 

Ellie, zaintrygowana szorstkim męskim głosem, przestała się wyginać i marudzić, tylko 

wlepiła  w  Jonathana  swoje  ogromne  oczy.  Na  twarzy  starego  człowieka  pojawił  się  ciepły, 
serdeczny uśmiech. 

 -  Ale  nie  złapałaś  mojego  wnuka  na  dziecko?  -  spytał  cicho.  Lindsay  poczuła,  że 

blednie. 

 - Proszę pana, Ellie jest dzieckiem mojego męża. 
 - W porządku, w porządku - wymamrotał, wpatrując się z rozczuleniem w niemowlę. - 

Ile ona ma? 

 - Około trzech miesięcy. 
 - Jest nieduża. A Luke jest taki wysoki. 
 - Bo to dziewczynka - wyjaśniła Lindsay, pochylając się, aby Jonathan mógł pogłaskać 

małą po główce. 

 -  Pilnuj  jej.  A  kiedy  zacznie  chodzić,  trzeba  będzie  zabezpieczyć  wszystkie  kontakty, 

poprzestawiać  meble...  żeby  dziecko  nie  zrobiło  sobie  krzywdy.  Porozmawiaj  o  tym  z 
Marabel. 

Jaka  szkoda,  że  Balcomb  nie  zadbał  o  stan  swoich  ciężarówek  tak  samo,  jak  dba  o 

bezpieczeństwo  dzieci,  pomyślała  z  goryczą  Lindsay  i  przed  oczyma  stanęła  jej  roześmiana, 
młodzieńcza  twarz  Willa.  Poczuła,  że  oczy  jej  wilgotnieją,  na  szczęście  Ellie  przyszła  z 
pomocą i głośnym okrzykiem oznajmiła, że czas wizyty dobiegł końca. 

 - Naturalnie - przytaknęła szybko Lindsay, ruszając ku drzwiom. - Porozmawiam o tym 

z Marabel. 

background image

Kiedy  Luke  zjawił  się  na  szczycie  schodów,  pielęgniarka  właśnie  zamykała  za  sobą 

drzwi pokoju Jonathana. 

 - Śpi? - zapytał półgłosem. 
 - O Boże! Ale mnie pan przestraszył! Tak, zasnął przed chwilą. 
 - Jak się czuje? 
 - Tak jak zwykle. Ale był bardzo zadowolony z wizyty pańskiej córeczki. To dobrze, że 

w tej chorobie będzie miał choć trochę radości. Na pewno pośpi teraz trochę dłużej, a ja pójdę 
przejść się po ogrodzie. 

Luke zdumiał się. Ellie, jego córka? Po co Lindsay zaniosła dziecko do pokoju dziadka? 

Zawodowa  nieufność  kazała  mu  natychmiast  pomyśleć,  że  Lindsay  chce  oczarować  dziadka 
słodkim bobasem i przy  okazji wyciągnąć od niego jakieś pieniądze. Jednak to rozwiązanie, 
proste  i  logiczne,  zupełnie  nie  pasowało  do  tej  kobiety,  która,  kiedy  ją  poznał,  tak  ciężko  i 
uczciwie wykuwała swój los. Zrobiło mu się nieprzyjemnie. 

Zajrzał  do  Ellie.  Dziecko  spało  głębokim,  zdrowym  snem.  Na  fotelu  leżała  otwarta 

książka, ale Lindsay nie było. Poszedł dalej, do swojej sypialni. Tam też jej nie było. 

Przypomniał  sobie,  jak  wczoraj  wieczorem  wrócił  z  gabinetu  i  ze  zdumieniem 

stwierdził, że łóżko jest puste. Pomyślał, że może Lindsay rzeczywiście wyszukała sobie jakiś 
pusty  pokój.  Wtedy  na  podłodze  koło  okna  zauważył  legowisko  z  kocy  i  niedużą  postać, 
zwiniętą w kłębek. Spała jak suseł. Rozbawiony i trochę zakłopotany, podniósł ją ostrożnie i 
zaniósł do łóżka. Potem sam się położył. Był przekonany, ze jest tak, jak mówił Lindsay. To 
łoże  jest  tak  duże,  że  nie  czuje  się  obecności  drugiego  człowieka.  Bzdura.  Chyba  przez 
godzinę  wpatrywał  się  w  jasne  loczki.  rozsypane  na  poduszce.  A  kiedy  obudził  się  rano  i  ta 
ś

liczna  kobieta  nadal  spała  obok  niego,  ogarnęły  go  uczucia,  których  w  ogóle  się  nie 

spodziewał. Rzadko kiedy spędzał z kobietą całą noc, nawet jeśli był z nią dłużej związany. A 
w  ogóle,  to  po  raz  pierwszy  kobieta  znalazła  się  w  jego  własnym  łóżku,  pod  dachem  jego 
rodzinnego domu. Tak. Po raz pierwszy. I nagle zapragnął wziąć ją w ramiona. Opanował się, 
ale potem, przy śniadaniu, pocałował ją w usta. Słyszał, że nadchodzi Marabel i chciał, żeby 
gospodyni  to  zobaczyła.  Naprawdę?  Nie.  Po  prostu  chciał  pocałować  Lindsay.  W  ogóle 
chciałby ją całować i żeby ona też tego chciała. Była taka śliczna, jeszcze ładniejsza niż tamta 
dziewczynka z plaży. Była taka miła, pełna ciepła, czasami tak zabawnie czupurna. Łagodna, 
ale  kiedy  trzeba,  staje  do  walki.  W  tej  łagodnej  kobiecie  kryje  się  gorący  temperament. 
Ciekawe,  jaka  ona  jest  z  mężczyzną,  którego  kocha?  Jaka  była  dla  męża?  Luke  odruchowo 
potrząsnął głową. Jego myśli znów biegły w dziwnym kierunku. 

Zszedł na dół, zajrzał do jadalni i do salonu. Ani śladu Lindsay. Nagle wydało mu się, 

ż

e  od  strony  kuchni  słyszy  znajomy  głos.  Otworzył  drzwi  i  zaskoczony,  zatrzymał  się  na 

progu.  Jego  żona  stała  przy  kuchennym  blacie  i  zawzięcie  ugniatała  ciasto,  trajkocząc  przy 
tym z Marabel i Rachel, jakby znały się od lat. 

 - Lindsay? 
 - O, Luke! - spojrzała na niego ze zdumieniem. - Tak wcześnie wróciłeś? 
 -  Wpadłem  na  chwilę,  chciałem  zobaczyć,  co  z  Jonathanem.  Teraz  śpi.  A  ty  co  tu 

robisz? 

 - Ciasto według mojego przepisu. Lubisz szarlotkę? Za parę minut będę gotowa. 
 - Świetnie. Poczekam na ciebie w gabinecie. 
Zgodnie z przyrzeczeniem, po kilku minutach Lindsay stanęła na progu gabinetu. 
 - Chciałeś mi coś powiedzieć, Luke? 
 - Tak. Usiądź, proszę. 
Przysiadła  na  brzegu  kanapy  i  Luke  znowu  pomyślał,  jaka  to  ładna  kobieta.  I  taka 

szczupła... 

 - Chyba bardzo schudłaś ostatnio, prawda?  
Lindsay uśmiechnęła się. 

background image

 -  Ciągle  zapominasz,  że  byłam  w  ciąży  i  okropnie  puchłam.  Po  urodzeniu  dziecka 

wszystko wróciło do normy. Luke, czy coś się stało? 

 - Nie, skądże - uśmiechnął się. - Chciałem tylko prosić, żebyś korzystała z łóżka. Jesteś 

lekka jak piórko, jednak niełatwo podnosić z podłogi kobietę, której nie chce się obudzić. 

Lindsay zarumieniła się i spojrzała w bok. 
 - Byłaś z Ellie u dziadka? 
 - Tak, nie miałam wyjścia. Przysłał po nas pielęgniarkę.  Luke,  czy to ty  powiedziałeś 

Jonathanowi,  że  Ellie  jest  twoim  dzieckiem?  On  jest  przekonany,  że  Ellie  jest  jego 
prawnuczką. 

 - Nie, ja na pewno nie. Może Marabel? A ty co mu powiedziałaś? Że to moje dziecko? 
 -  Ależ  skąd!  -  wykrzyknęła  z  oburzeniem.  -  Kiedy  Jonathan  zapytał  mnie  wprost, 

powiedziałam, że to dziecko mojego męża. Przecież nie wiedziałam, jaka jest twoja wersja. 

 - Nie mam jeszcze żadnej - przyznał uczciwie Luke 
 - Czy to koniec przesłuchania? 
 -  Jakie  przesłuchanie!  -  obruszył  się  Luke.  -  Muszę  wiedzieć,  co  się  dzieje,  żeby  nie 

popełnić błędu. Poza tym mam jeszcze jedną sprawę. W piątek jest bal na cele dobroczynne, 
jestem zaproszony, oczywiście z małżonką. Pójdziesz, prawda? 

 - Ja? 
 - Naturalnie. A z kim wziąłem ślub? 
 - Nie wiem, Luke. 
 - Dlaczego? 
 - Przede wszystkim, kto zajmie się Ellie? Poza tym nie mam odpowiedniej sukienki i w 

ogóle nigdy jeszcze nie byłam na takim balu. 

 - A  więc nie ma problemu. Nie zapominaj, że jestem menedżerem. Jutro rano Hedley 

zawiezie  ciebie  i  matkę  do  miasta  i  kupicie  odpowiednią  sukienkę.  Marabel  będzie  czuwać 
przy Ellie. A na balu masz się po prostu dobrze bawić... i, przy okazji, pokazać wszystkim, że 
kochasz mnie do szaleństwa. 

 - Z tym także może być problem. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 -  W  takim  razie  może  trochę  poćwiczymy?  -  spytał  Luke  podejrzanie  łagodnym 

głosem. 

 - Poćwiczymy?! 
 - Jeśli udawanie zakochanej żony nie jest dla ciebie łatwe, można potrenować. 
 -  Nie  trzeba.  Atmosfera  balu  doda  mi  skrzydeł  -  odcięła  się  Lindsay.  -  Luke,  czy 

powinniśmy iść na ten bal, skoro twój dziadek jest chory? 

 - Oczywiście. Trzeba zachowywać się normalnie. 
Luke  spojrzał  w  okno.  Było  lato,  koniec  stycznia.  Wszystko  kwitło.  Luke  nienawidził 

myśli, że jest to ostatnie lato w życiu Jonathana. Już z góry nienawidził pustki, którą dziadek 
pozostawi po sobie. 

 - Wiesz, ja nigdy nie miałem ojca, miałem tylko dziadka. On jest czasami taki twardy, 

trudno się z nim porozumieć, ale... 

Dłonie  Luke'a  nagle  zwinęły  się  w  pięści.  Lindsay  zerwała  się  z  kanapy  i  stanąwszy 

obok, delikatnie pogłaskała go po ręku. 

 -  Luke,  wiem,  jak  to  jest,  kiedy  traci  się  kogoś  bliskiego  -  powiedziała  cicho.  -  Ale 

Jonathan  jeszcze  jest,  możesz  do  niego  pójść,  porozmawiać,  możesz  powiedzieć  mu  jeszcze 
tyle rzeczy. Możesz mu jeszcze coś z siebie dać. A Will i ja myśleliśmy, że mamy przed sobą 
całą  wieczność.  Odszedł  w  jednej  sekundzie.  Nawet  nie  zdążyłam  mu  powiedzieć,  że 
spodziewam  się  dziecka.  Nie  zdążyłam  się  z  nim  pożegnać.  A  ty  możesz.  Możesz  pożegnać 
człowieka, którego kochasz. 

Luke  spojrzał  na  Lindsay  i  kiedy  zobaczył  w  jej  oczach  łzy,  objął  ją  serdecznie 

ramieniem i poprosił: 

 - Opowiedz mi o swoim mężu. 
 -  Mówiłam  ci,  że  Will  też  był  sierotą,  tak  jak  ja.  To  chyba  nas  zbliżyło  do  siebie. 

Poznaliśmy się na jakimś koncercie, potem poszliśmy na kawę. Spodobał mi się od razu. Był 
bardzo wesoły i miał zwariowane pomysły. Kochał latawce. Puszczaliśmy je w parku albo na 
plaży.  To  były  cudowne  czasy,  Luke.  Mieliśmy  mnóstwo  znajomych,  do  domu  wracaliśmy 
późnym wieczorem i rano Willowi nigdy nie chciało się iść do pracy. 

 - A przedtem mieszkałaś z ciotką, tak? Czy też w Sydney? 
 - Oczywiście, ciotka miała duże, bardzo ładne  mieszkanie. To była osoba nadzwyczaj 

samodzielna,  nigdy  nie  wyszła  za  mąż  i  nie  marzyła  o  dzieciach,  jednak  po  śmierci  moich 
rodziców  zajęła  się  mną  bardzo  starannie.  Wyjechała  do  Tasmanii  dopiero  wtedy,  kiedy 
skończyłam  osiemnaście  lat.  Mówiłam  ci,  że  marzyła  o  tej  podróży.  Często  zastanawiałam 
się, dlaczego nie pojechałyśmy tam wcześniej, razem. Teraz wiem. Bo to było jej marzenie. 

 - A twoje marzenia, Lindsay? 
 - Wiele z moich marzeń odeszło razem z Willem. A teraz... teraz mam dziecko i prawie 

wszystkie  moje  marzenia  dotyczą  Ellie.  Na  pewno  chciałabym  kiedyś  skończyć  studia.  Tak, 
ale teraz najważniejsza jest Ellie, no i jeszcze mam wiele innych rzeczy na głowie. 

 - Jakich? - spytał z uśmiechem Luke. 
 -  No,  na  przykład  -  zaczęła  niepewnym  głosem  -  mam  bardzo  wymagającego  męża, 

nieco... uszczypliwą teściową i biorę udział w wielkiej mistyfikacji. Wystarczy? 

 - Wystarczy. 
Powiedział  to  dziwnym  głosem,  jego  ramię  drgnęło.  Lindsay  spojrzała  w  górę  i 

zobaczyła, że Luke pochyla głowę, już czuła na policzku gorący oddech. Jej oczy rozszerzyły 
się, ale nie odsunęła się. Jakby miało stać się to, na co czekała. I stało się. Gorący, namiętny 
pocałunek  trwał  długo.  Zapewne  trwałby  nieskończenie  długo,  gdyby  do  ich  oszołomionej 
ś

wiadomości nie wdarł się znajomy, dźwięczny alt: 

 - Czy takich rzeczy nie należy robić w swojej sypialni?  

background image

Lindsay  szarpnęła  się,  ale  Luke  przytrzymał  ją,  po  czym  bardzo  powoli  wypuścił  z 

objęć, nie spuszczając z niej oczu. 

 - Chciałaś czegoś, mamo? - spytał chłodno, spoglądając na matkę. 
 - Chciałabym, aby w tym domu panowały dobre obyczaje! Co by było, gdyby tu nagle 

weszła Marabel? 

 -  No  i  co  z  tego?  Przecież  pracuje  dla  mnie.  A  poza  tym,  to  chyba  normalne,  że  mąż 

całuje żonę. Chciałaś czegoś? 

 - Twój dziadek się obudził i pyta o ciebie. 
 - Dobrze, zaraz do niego pójdę. Lindsay, wszystko w porządku? 
Skinęła  głową,  unikając  jego  spojrzenia,  no  i  oczywiście  tych  jadowitych  oczu 

Catherine.  Wszystko  było  w  porządku,  oprócz  nieludzkiego  oszołomienia,  jakiego  nigdy 
dotąd nie odczuwała po żadnym pocałunku. 

 - Pójdę sprawdzić, co z moim ciastem - powiedziała cicho. 
 - Jakim ciastem? - spytała cierpkim głosem Catherine. 
 - Piekę szarlotkę, proszę pani - rzuciła Lindsay już od drzwi i pobiegła do kuchni. 
Ciasto  upiekło  się  znakomicie,  na  piękny,  złocistobrązowy  kolor.  Wkrótce  potem  w 

słuchawce  rozległ  się  płacz  dziecka.  Lindsay  jak  strzała  pomknęła  na  górę.  Przewinęła  i 
nakarmiła  małą,  po  czym  zdecydowała,  że  teraz  obie  z  Ellie  pójdą  spenetrować  ogród,  na 
który tyle razy spoglądały przez okno. 

Ogród  był  rzeczywiście  piękny  i  rozległy.  Kiedy  Lindsay  ustawiła  wózek  w  cieniu 

gumowego drzewa, Ellie zaczęła kręcić główką i szarpać kocyk, jakby chciała się odkryć. 

 - Dobrze, dobrze, moja panno! - zaśmiała się Lindsay. - Będziemy spacerować i mama 

pokaże ci kwiatki. 

Wyjęła małą z wózka i przykucnąwszy przy pięknej rabacie, zerwała kwiatek i leciutko 

połaskotała Ellie po policzku. Mała zabawnie zmarszczyła buzię i Lindsay pomyślała, że jeśli 
ma  się  taki  słodki  skarb,  to  naprawdę  nie  wolno  się  niczym  martwić.  Teraz  będą  sobie 
przychodziły  do  tego  ogrodu,  pięknego  jak  z  bajki,  potem  bajka  się  skończy  i  będą  musiały 
odejść, jak dwa Kopciuszki. Ale życie potoczy się dalej. 

Do domu wróciły dopiero pod wieczór. Lindsay wykąpała małą, nakarmiła i kiedy Ellie 

zasnęła,  z  bijącym  sercem  poszła  do  sypialni.  Na  szczęście,  Luke'a  nie  było.  Wzięła  długi, 
odprężający prysznic, wyjęła z szafy sukienkę, stwierdzając, że niezależnie od tego, jak oceni 
ją  Catherine,  sukienka  jest  bardzo  ładna.  Potem  długo  szczotkowała  włosy,  aż  zaczęły 
połyskiwać  jak  złoto.  Poperfumowała  się  leciutko  u  nasady  szyi  i  przeguby  rąk  po 
wewnętrznej stronie. Patrząc z zadowoleniem w lustro, podjęła niezłomne postanowienie, że 
jeśli  ta  kolacja  będzie  równie  niesympatyczna  jak  wczoraj,  stanowczo  zażąda,  aby  posiłki 
przynoszono jej do pokoju. Jej nie wolno się denerwować, bo ma malutkie dziecko. 

Stając na progu salonu, powtórzyła zdanie, które powiedziała poprzedniego wieczoru: 
 - Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. 
Tak  jak  wczoraj,  Catherine  siedziała  na  kanapie,  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  a 

Luke stał przed kominkiem, z kieliszkiem w ręku. 

 - Ależ skąd! - odparł z uśmiechem. - Marabel jeszcze nie trąbiła na nas. Napijesz się? 
 -  Dziękuję  -  odpowiedziała  cicho,  czując,  jak  jego  wzrok  prześlizguje  się  po  całej  jej 

postaci. Znów chciała tylko jednego. Uciec stąd. Była pewna, że przez drugą taką kolację nie 
przebrnie, nie robiąc z siebie idiotki. 

Ku  jej  zaskoczeniu,  kolacja  przebiegała  w  lżejszej  atmosferze,  choć  Lindsay  znów 

przekonała  się,  że  w  towarzystwie  teściowej  nigdy  nie  będzie  czuła  się  swobodnie.  Kiedy 
wszyscy wstali od stołu, Catherine zaproponowała Luke'owi, żeby poszli do Jonathana. 

 - Oczywiście, idziemy - zgodził się natychmiast Luke. - Lindsay, ty też, prawda? 
Lindsay  struchlała.  Więc  cały  wieczór  spędzi  w  towarzystwie  Catherine  i  Jonathana. 

Ale trudno, przecież obiecała to Luke'owi. 

background image

 - Naturalnie. 
Catherine z niezadowoleniem zmarszczyła brwi i pierwsza wkroczyła na schody. Kiedy 

siedzieli  już  na  krzesłach,  ustawionych  przy  łóżku  chorego,  Lindsay  gorzko  pożałowała,  że 
jest tak obowiązkowa. 

 -  No  i  co,  chłopcze?  Ukrywałeś  to  przede  mną?  -  spytał  Jonathan  jeszcze  bardziej 

ochrypłym głosem niż podczas poprzednich wizyt. 

 - Co, dziadku? - spytał Luke, jednocześnie biorąc Lindsay delikatnie za rękę i kładąc ją 

sobie na twardym udzie. 

Lindsay  siedziała  jak  zahipnotyzowana,  przeżywając  fakt  umieszczenia  jej  dłoni 

właśnie  w  tym  miejscu,  i  to  demonstracyjnie,  na  oczach  całej  rodziny.  I  chyba  dlatego 
znaczenie słów dziadka docierało do niej dosyć mgliście. 

 -  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mi  o  dziecku?  Gdyby  nie  panna  Spencer,  nigdy  bym  się 

nie dowiedział. Lindsay była już u mnie z małą... 

 -  Z  dzieckiem?!  -  wykrzyknęła  Catherine,  rzucając  synowi  miażdżące  spojrzenie.  - 

Luke! Chcesz przez to powiedzieć, że Ellie jest twoją córką?! 

 - No, proszę! A wiec tobie też nic nie powiedział! - stwierdził Jonathan. - Luke, wiem, 

ż

e  moje  pertraktacje  z  Jeannette  nie  były  po  twojej  myśli,  ale  nie  musiałeś  chować  do  mnie 

urazy.  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mi  o  dziecku?  Przez  to  nie  mogliśmy  przeżywać  jej 
narodzin, ominęły nas pierwsze miesiące jej życia. Dlaczego, Luke? 

Lindsay miała wrażenie, że Catherine zaraz pęknie. 
 - Ależ to dziecko... 
 - Mamo! - przerwał jej ostro Luke. - Pozwól, że o moich sprawach będę mówił sam. 
 -  Nikt  mi  niczego  nie  musi  wyjaśniać  -  stwierdził  kategorycznie  Jonathan.  - 

Rozmawiałem  z  pielęgniarką,  sprowadzi  mojego  adwokata.  Chciałbym  zapisać  Ellie  pewną 
sumę. 

 - Nie! - krzyknęła Lindsay. 
 - Dlaczego? - obruszył się Jonathan. - To moje pieniądze i mogę robić z nimi, co chcę. 
 -  Ale  ja  proszę.  Niech  pan  niczego  Ellie  nie  daje.  Luke  stara  się  bardzo,  żeby  Ellie 

niczego nie brakowało. Jeśli pan chce podzielić się z kimś swoimi pieniędzmi, to niech pan da 
je Luke'owi. 

 - Przecież Luke i tak po mnie dziedziczy, moja córka i on. Dlaczego nie miałbym dać 

czegoś mojej prawnuczce? 

 -  Bo  ona  nie...  -  zaczęła  Lindsay  i  nagle  przerwała,  czując,  jak  palce  Luke'a  boleśnie 

zaciskają się na jej dłoni. 

 -  Pozwólcie  w  końcu,  żebym  ja  coś  powiedział!  -  Luke  podniósł  głos.  -  Jonathan, 

bardzo cenię twoje dobre chęci, Lindsay na pewno też. Ale Ellie niczego nie brakuje i chyba 
nie podejrzewasz, że nie potrafiłbym zadbać o swoje dzieci. 

Jonathan popatrzył przeciągle na Luke'a i opadł na poduszki. 
 -  To  przecież  absurd!  Ellie...  -  zaczęła  z  pasją  Catherine  i  przerwała,  ponieważ 

spojrzenie, jakim poczęstował ją Luke, było jednoznaczne. 

 - Z moim majątkiem mogę robić, co chcę - powiedział twardo Jonathan. 
 - Oczywiście, jeśli chcesz koniecznie nabijać kabzę prawnikowi, wprowadzając jakieś 

zmiany, które w sumie są niepotrzebne, skoro stać mnie na to, aby dać Ellie wszystko, czego 
jej trzeba. Ale zrobisz, jak chcesz - powiedział obojętnym głosem Luke, siadając wygodniej w 
krześle. Był spokojny, odprężony, tylko jego palce nadal mocno ściskały dłoń żony. 

 -  Możesz  i  masz  rację  -  odezwał  się  po  chwili  Jonathan.  -  Ci  prawnicy  są  jak  hieny, 

szczególnie jeśli mają do czynienia z facetem, który już jedną nogą jest po tamtej stronie. 

Lindsay  z  trudem  powstrzymała  śmiech.  Luke  po  mistrzowsku  umiał  pokierować 

dziadkiem.  Poza  tym  chyba  lepiej,  że  nie  wyprowadził  go  z  błędu.  W  sumie,  co  to  komu 
szkodzi, jeśli Jonathan będzie przekonany, że ma prawnuczkę? 

background image

 - Podoba ci się mała? - spytał Luke. 
 - Oczywiście - uśmiechnął się szeroko Jonathan. - I taka podobna do ciebie. 
Lindsay parsknęła śmiechem. Też coś! Między Willem a Lukiem naprawdę trudno było 

doszukać się jakiegokolwiek podobieństwa. 

 - Niech jutro znów mnie odwiedzi, dobrze? Catherine! Tak więc zostałaś młodą, piękną 

babcią.  A  ty  tak  bardzo  lubisz  biegać  po  sklepach,  teraz  będziesz  miała  dla  kogo  kupować 
ś

liczne sukieneczki! 

 -  Naturalnie!  -  oświadczyła  bohatersko  Catherine  i  spojrzała  na  Luke'a.  -  W  ogóle 

wydaje mi się, że łatwiej jest wychować dziewczynkę niż chłopca. 

 -  Ejże!  -  zaoponował  Jonathan.  -  Poczekajmy,  aż  koło  naszej  Ellie  zaczną  kręcić  się 

chłopcy,  wtedy  dopiero  będą  problemy.  A  pamiętasz,  co  było  z  tobą?  Zakochałaś  się  w 
pierwszym lepszym i co? Po roku puścił cię w trąbę. Dziewczynek trzeba pilnować jak oka w 
głowie... 

Catherine zbladła, ale akurat w tym momencie do pokoju wkroczyła Marabel, wnosząc 

na  talerzu  pokrajaną  szarlotkę  i  czajnik  z  herbatą.  Luke  nie  omieszkał  poinformować 
wszystkich, że szarlotka jest dziełem jego żony. 

 -  Bardzo  dobra  -  pochwalił  Jonathan  po  spróbowaniu  małego  kawałka  ciasta.  -  Jak  to 

się stało, że kucharka Luke'a wpuściła Lindsay do kuchni? 

 - Lindsay jest panią tego domu - oznajmił Luke. - Może robić, co zechce. 
 - Ja jestem tu teraz tylko gościem, ojcze - poskarżyła się Catherine, patrząc chłodno na 

Lindsay,  jednak  uszczknąwszy  kawałek  szarlotki,  zdobyła  się  na  pochwałę:  -  Rzeczywiście 
jest niezła. 

Lindsay podziękowała grzecznie i zajęła się ciastem, starając się jeść na tyle szybko, na 

ile pozwala dobre wychowanie. Po trudnej rozmowie z Jonathanem poczuła, że teraz ogarnia 
ją  przygnębienie.  Było  jej  przykro,  że  tak  siedzą,  zajadają  szarlotkę,  a  przed  chwilą 
poczęstowali starego człowieka solidną porcją kłamstw... 

Kiedy  nadeszła  odpowiednia  chwila,  wstała  i  życząc  wszystkim  dobrej  nocy,  pobiegła 

na  górę,  do  Ellie.  Niemowlę  spało  słodko.  Lindsay  poprawiła  kocyk,  ucałowała  córeczkę  i 
powędrowała  do  swojej  sypialni.  Od  razu,  bez  zbędnych  rozmyślań,  poszła  pod  prysznic. 
Potem  szybko  włożyła  koszulę,  podeszła  do  łoża,  odgięła  kołdrę,  wsunęła  się  na  miękki 
materac, nakryła kołdrą i zgasiła nocną lampkę.  Uff, już po wszystkim. Pomyślała jeszcze o 
tym,  że  oprócz  sukni  balowej  powinna  sobie  sprawić  kilka  sukienek,  w  które  będzie  się 
przebierać do kolacji, że trzeba wpaść do starego mieszkania i - zapadła w głęboki sen. 

Sukienka  była  prześliczna.  Ciemnoniebieska,  przylegająca  do  ciała.  Z  przodu  bardzo 

skromna,  aż  po  szyję,  a  z  tyłu,  aż  do  talii,  nic.  tylko  wąziutkie,  krzyżujące  się  ramiączka.  I 
króciutka.  Lindsay,  zachwycona  sobą,  wyginała  się  na  wszystkie  strony  przed  wielkimi 
lustrami  w  przebieralni.  Wcale  nie  wyglądała  na  mamę  trzymiesięcznego  dziecka.  Była 
szczupła i zgrabna jak nastolatka. Luke Winters nie będzie musiał wstydzić się swojej żony... 

Ellie  siedziała  obok  w  wózku  i  wodziła  oczami  za  swoją  piękną  mamą.  Lindsay 

spojrzała na nią w przelocie i nagle jej twarz rozpromieniła się. 

 -  Skarbie  mój  kochany!  -  zawołała,  przykucając  przy  małej.  -  Uśmiechnęłaś  się  do 

mamusi! Naprawdę! 

Po raz pierwszy zobaczyła, jak na słodkiej, maleńkiej buzi pojawił się najprawdziwszy 

uśmiech. Trzeba będzie opowiedzieć o tym Luke'owi. 

Usłyszała delikatne pukanie i do przebieralni zajrzała sprzedawczyni. 
 - No i jak? Pasuje? 
 - A jak pani myśli? - spytała Lindsay, stając przed sprzedawczynią. 
 -  Wygląda  pani  rewelacyjnie.  Do  tego  ciemne  rajstopy,  a  we  włosy  niech  pani 

koniecznie  wepnie  coś  błyszczącego.  Będzie  pani  wyglądać  tak  pięknie,  że  mąż  nie  będzie 
chciał ruszyć się z domu! 

background image

Co do tego Lindsay miałaby pewne wątpliwości. Luke na pewno zna mnóstwo pięknych 

kobiet, z którymi ona nie ma co konkurować. Jednak komplement sprzedawczyni pomógł jej 
podjąć decyzję. 

 - Wezmę tę sukienkę. Proszę zapakować. 
Była  bardzo  zadowolona,  że  sama  wymknęła  się  po  zakupy.  Nie  chciała,  żeby 

ktokolwiek jej coś narzucał, a już na pewno nie ta lodowata Catherine. Oprócz kreacji na bal 
kupiła kilka bardzo ładnych sukienek, które, być może, osłodzą trochę te koszmarne kolacje. 
Po  zakupach  kazała  zawieźć  się  do  swojego  mieszkania,  które  po  wspaniałej  rezydencji 
Luke'a  wydało  się  bardzo  małe  i  skromne.  Ale  przecież  były  to  jej  własne  cztery  ściany,  do 
których wkrótce będzie musiała wrócić. 

Ellie,  zmęczona  wyprawą,  zasnęła  błyskawicznie.  Lindsay  przejrzała  szybko 

korespondencję  i  zabrała  się  za  odkurzanie.  Nagle  wydało  jej  się,  że  dzwoni  telefon. 
Wyłączyła szybko odkurzacz i chwyciła za słuchawkę. Ku swemu zaskoczeniu, usłyszała głos 
małżonka. 

 - Lindsay, to ty? 
 - Tak. Cześć, to ja! Coś się stało? 
 - To ty mi powiedz, co ty właściwie tam robisz? 
 - Ja? Właśnie odkurzam. 
 - Co? 
 - Odkurzam mieszkanie! 
 -  Po  co?  Następnym  razem  wynajmij  kogoś,  żeby  ci  posprzątał.  Chyba  zamierzasz 

wrócić dziś do domu? 

Lindsay miała już na końcu języka błyskotliwą uwagę, że ona właśnie jest w domu, ale 

się powstrzymała. 

 - Zamierzam. A skąd wiedziałeś, że tu jestem? 
 -  Marabel  powiedziała,  że  wyjechałaś  z  Hedleyem,  więc  zadzwoniłem  na  numer  w 

limuzynie. 

 -  Gdybyś  nie  uciekł  tak  wcześnie  z  domu  i zszedł  na  śniadanie,  mógłbyś  spytać  mnie 

osobiście, co mam zamiar dzisiaj robić. 

 - Tęskniłaś za mną? 
Luke  był  wyraźnie  zadowolony,  ale  Lindsay  wcale  nie  miała  ochoty  na  bardziej 

osobistą rozmowę. Po co? Luke wydał jej się nagle obcy i taki pewny siebie. Na pewno wcale 
mu nie zależy, żeby jego tymczasowa żona była dla niego miła. 

 -  Może  trochę,  w  każdym  razie  nie  potrzebowałam  obrońcy,  ponieważ  twoja  matka 

również nie pokazała się rano w jadalni. 

 - Lindsay? Trudno ci z nią wytrzymać, prawda? Powiem, żeby wróciła do siebie. 
 - Nie, Luke, już raz ci mówiłam. Twoja matka ma prawo być jak najbliżej swego ojca. 

Myślę, że teraz chciałaby też być blisko ciebie. 

 - Wątpię. Owszem, kocha Jonathana, ale tak naprawdę nikt nie jest jej potrzebny. Ona 

jest zajęta przede wszystkim sobą. 

 - Luke, przecież to twoja matka. 
 - Nie wiadomo, kto tego bardziej żałuje, ona czy ja - mruknął prawie niedosłyszalnie i 

dokończył  normalnym  głosem:  -  Lindsay,  będę  w  domu  o  czwartej.  A  ty  wracaj,  jak  tylko 
Ellie się obudzi, dobrze? 

Lindsay  odłożyła  słuchawkę  i  nagle  wzrok  jej  padł  na  zdjęcie  Willa,  oprawione  w 

ramkę i ustawione na półce. Miał piwne oczy, a włosy o ton jaśniejsze od ciemnych włosów 
Luke'a.  Dlaczego  porównywała  go  z  Lukiem?  Dlaczego  Will  wydał  jej  się  już  tak  bardzo 
daleki?  Nagle,  w  jakiś  przerażająco  namacalny  sposób,  zdała  sobie  sprawę,  że  Will  już  nie 
istnieje,  natomiast  w  jej  życiu  i  życiu  Ellie  zaistniał  inny  mężczyzna,  też  ciemnowłosy,  ale 

background image

wyższy, bo blisko dwumetrowy, o imieniu  Luke.  Tak, zaistniał, ale przecież też zniknie, tak 
jak zniknął Will, a ona i Ellie znów zostaną same... 

Ku zaskoczeniu Lindsay, drzwi w domu w Kirribilli otworzył Luke. 
 -  Już  jesteście,  to  świetnie  -  ucieszył  się  na  ich  widok,  bez  pardonu  zabierając  jej 

dziecko. I bez pardonu całując Lindsay w usta. - Powinnaś mieć swój własny klucz. 

W tym momencie w holu rozległy się szybkie kroki. 
 - Biegłam, żeby otworzyć - oznajmiła zdyszanym głosem Marabel. 
 - Może znalazłby się jakiś klucz dla mojej żony? - spytał Luke, nie spuszczając oczu z 

ust Lindsay. - Powinna mieć przecież własny. 

 -  Oczywiście,  proszę  pana  -  przytaknęła  skwapliwie  Marabel.  -  Zaraz  poszukam  i 

przekażę pani Winters. 

W tym momencie w holu pojawił się Hedley objuczony pakunkami. 
 - Ja... kupiłam parę drobiazgów - wyjaśniła niepewnym głosem Lindsay. 
 - Widzę! - roześmiał się Luke. - Ile sklepów ogołociłaś? Dwa czy trzy? 
 - Och, Luke, to tylko parę sukienek, a jedna na ten bal...  
Ciekawska Marabel natychmiast wkroczyła do akcji. 
 - Pójdę z Hedleyem i powieszę pani nowe sukienki do szafy. Na pewno chce pani iść z 

dzieckiem  do  ogrodu.  Pan  Jonathan  właśnie  zasnął  i  pan,  panie  Luke'u,  może  spokojnie 
towarzyszyć żonie i córeczce. 

Kiedy Marabel i Hedley znikali już na szczycie schodów, Lindsay spojrzała niepewnie 

na męża. 

 - Może musisz popracować? 
 - Czy ja muszę ciągle pracować? Nie ma mowy, idę z wami do ogrodu. 
Lindsay  wybrała  odpowiednio  zacienione  miejsce,  rozłożyła  kocyk  i  ułożyła  na  nim 

Ellie. Luke zerwał parę kwiatków i położył koło małej. 

 - Masz, królewno, tylko nie zjadaj. 
Niemowlę spojrzało z powagą na dużą, ciemną twarz, usteczka zadrgały i po raz drugi 

tego dnia Lindsay omal nie podskoczyła z radości. 

 -  Luke,  widzisz?!  Ellie  uśmiecha  się  do  ciebie!  Dziś  już  drugi  raz!  Moje  maleństwo 

potrafi się już uśmiechać! 

 - Nie za wcześnie? 
 -  Co  ty  mówisz,  wcale  nie  za  wcześnie!  -  oburzyła  się  dumna  matka.  -  O,  widzisz? 

Znowu się śmieje! Czy ona nie jest śliczna? 

 - Tak, jest śliczna. Bo ty jesteś śliczna. Lindsay, i twoje dziecko nie może być inne. 
 -  Dziękuję  -  bąknęła  zmieszana  Lindsay,  myśląc,  że  właściwie  to  chyba  głupio 

dziękować za komplement. 

Luke  jeszcze  przez  chwilę  patrzył  na  dziecko,  potem  wyciągnął  się  obok  na  trawie, 

podkładając ręce pod głowę. 

 -  O,  jak  mi  dobrze  -  mruknął,  zamykając  oczy.  -  Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  tak 

sobie po prostu leżałem. Chyba jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 -  Gdybym  miała  taki  piękny  ogród,  przychodziłabym  tu  z  Ellie  codziennie  - 

powiedziała z zadumą Lindsay. 

 -  Aha,  tu  jest  bardzo  przyjemnie  -  mruknął  Luke,  nie  otwierając  oczu.  -  A  wczoraj 

wieczorem zadziwiłaś mnie. 

 - Ja? 
 -  Myślałem,  że  będziesz  skakać  do  góry  z  radości,  kiedy  Jonathan  wpadł  na  pomysł, 

aby zapisać coś Ellie. 

 -  Czyś  ty  oszalał?  Jonathan  Balcomb  nie  jest  żadnym  krewnym  Ellie,  nie  mówiąc  o 

tym, że ja niczego od niego nie chcę. 

 -  Lindsay,  mówiłem  ci  już  tyle  razy,  że  to  nie  Jonathan  pilnuje  stanu  technicznego 

ciężarówek. Zleca to swoim pracownikom. 

 - Wiem, wiem, ale pracownicy wykonują polecenia, czyż nie tak? Nie jestem naiwna, 

Luke. Firmy nastawione są na zysk, przede wszystkim zysk! Nawet jeśli kosztować to będzie 
czyjeś życie! 

 -  Na  litość  boską,  Lindsay!  Żaden  z  nas  tak  nie  myśli,  ani  ja,  ani  dziadek.  Tak  samo 

pracownik,  który  pozwolił  wyjechać  tej  fatalnej  ciężarówce.  On  również  nie  spodziewał  się, 
ż

e może dojść do wypadku. Zresztą uznano, że winien jest zaniedbania. Ale nie morderstwa! 

Lindsay spojrzała na zielone korony drzew, na kwitnące róże i przełknęła łzy. Co ją to 

obchodzi, czy to było zwykłe zaniedbanie, czy nie. Przez tę kolorową ciężarówkę z dumnym 
napisem  Balcomb  Transportation  ona  i  Ellie  straciły  najbliższego  człowieka.  Od  śmierci 
Willa minął prawie rok. I coraz trudniej jej było przypomnieć sobie, co mówił, jak się śmiał. 
Jego obraz zacierał się w pamięci. 1 to było najbardziej bolesne. 

 -  Nie  chcę,  aby  Jonathan  Balcomb  dawał  cokolwiek  mojemu  dziecku  -  powiedziała 

drżącym  głosem. -  Od ciebie też nie wzięłabym  ani centa,  gdyby moja sytuacja nie była tak 
rozpaczliwa.  Poza  tym...  poza  tym  widziałam,  że  to  małżeństwo  na  papierze  było  dla  ciebie 
bardzo  ważne.  A  twojemu  dziadkowi  powinnam  była  od  razu  powiedzieć,  że  Ellie  nie  jest 
twoim dzieckiem. Ale nie miałam serca, był taki dumny, że ma prawnuczkę. 

 - Och, Lindsay! - westchnął Luke. - I za to też ci ogromnie dziękuję! On jest po prostu 

rozczulony małą. Po twoim wyjściu cały czas mówił o Ellie. 

 - Dziwne, że twoja matka nie wyprowadziła go z błędu. 
 - Mówiłem ci już, że ona jest potworną egoistką, ale bardzo kocha swojego ojca. I nie 

jest ślepa, widziała, jak się wzruszył. 

Lindsay  skinęła  głową  i  znów  spojrzała  na  długie  rabaty,  kunsztownie  obsadzone 

różnymi gatunkami kwiatów. 

 - Tak tu pięknie. A ty mówiłeś, że nie przychodzisz odpoczywać w ogrodzie? 
 - Nie. Czasami tylko urządzam tu jakieś małe party  dla biznesmenów albo zapraszam 

znajomych. 

 - A co robisz, żeby się zrelaksować? 
 - Od dzisiaj wyleguję się na trawie i słucham, jak panna Ellie opowiada bajki. 
Spojrzeli  oboje  na  niemowlę,  które  spędzało  czas  bardzo  czynnie,  gaworząc  coś  do 

siebie, i wybuchnęli śmiechem. 

 - A tak poważnie, Luke? 
 - Tak poważnie to ja właściwie cały czas pracuję. Odpoczywam, kiedy śpię. 
 - Nie masz żadnego hobby?  
- Nie, nie mam. 
 -  Nigdy  nie  miałeś?  Nawet  jako  chłopiec?  Oczywiście,  oprócz  surfingu.  -  Lindsay 

zapamiętała,  jak  Luke  szalał  na  desce.  Żaden  chłopiec  nie  mógł  się  z  nim  równać.  -  Może 
masz jednak jakieś marzenie? 

background image

 -  Owszem  -  przytaknął  Luke,  unosząc  jedną  powiekę.  -  Chciałbym  cię  zanieść  do 

łóżka. 

 - Nie... nie rozumiem - bąknęła Lindsay, nie wiedząc, czy patrzeć na Ellie, czy na róże. 

Miły,  swobodny  nastrój  prysł,  znów  męczyła  się,  szukając  w  pamięci  jakiejś  celnej 
odpowiedzi. 

 - To wszystko, co masz mi do powiedzenia? 
 - Tak - przyznała szczerze Lindsay. - Bo tak naprawdę, to nie wiem, co ci powiedzieć. 
 -  Przepraszam,  Lindsay,  zagalopowałem  się.  Teraz  będziesz  czuła  jeszcze  większą 

niechęć do naszej wspólnej sypialni. 

Oczywiście,  pomyślała  Lindsay.  Jego  deklaracja  była  znamienna.  Zaklinał  się,  że  nie 

będzie  jej  do  niczego  zmuszał,  ale  wcale  nie  obiecywał,  że  będzie  mu  obojętna.  Do  tego 
dochodzi dodatkowy problem. Luke też nie jest jej obojętny. 

 - Ellie zaraz zaśnie. Muszę już zabrać ją na górę. 
Luke, jakby  chciał być pierwszy, błyskawicznie  pochylił się nad malutką i wziął ją na 

ręce. Lindsay poczuła ukłucie w sercu. Ellie nigdy nie zapłakała, kiedy Luke brał ją na ręce. 
Przeciwnie,  wyglądało  na  to.  że  ciepłe  miejsce  przy  szerokiej  męskiej  piersi  bardzo  jej 
odpowiada. Jakby to było jej miejsce. 

Odwróciła się i spojrzała na piękny dom, skąpany w promieniach zachodzącego słońca. 

Nie  po  raz  pierwszy  pomyślała,  że  wplątała  się  w  dziwną,  bardzo  zawikłaną  historię.  Luke 
wyraźnie  upodobał  sobie  Ellie,  a  ona,  Lindsay,  która  zawiera  z  nim  kolejne  układy,  chyba 
przestaje być dla niego tylko stroną w umowie. Tak samo jak on dla niej. Mała iskierka coraz 
silniej zaczynała ogrzewać jej serce, nie mówiąc o... podekscytowaniu. Jednego była pewna. 
Jeszcze jeden, dwa dni w pięknym domu w Kirribilli i na pewno straci rozum. 

Wielkie,  przeszkolone  drzwi  uchyliły  się  i  stanęła  w  nich  jakaś  postać.  No,  tak. 

Catherine. 

 -  Luke!  -  zawołała,  machając  ręką.  -  Twój  dziadek  się  obudził!  Możesz  do  niego 

zajrzeć? 

 - Zaraz tam pójdę! - odkrzyknął Luke. - Tylko położymy Ellie spać. 
Catherine  nie  ruszała  się  od  drzwi,  patrząc,  jak  nadchodzą.  Stała  dumna  i  wyniosła.  I 

bardzo  samotna.  Lindsay  kątem  oka  zauważyła,  jak  pogodna  twarz  Luke'a  robi  się  czujna  i 
spięta,  i  zrobiło  jej  się  serdecznie  żal  tego  wielkiego  mężczyzny,  który  na  widok  rodzonej 
matki  wyraźnie  traci  humor.  Jaki  błąd  popełniła  Catherine,  że  w  swoim  jedynym  synu 
wzbudza takie nieprzyjazne uczucia? 

 -  Po  co  rozpieszczacie  tak  to  dziecko?  -  spytała  chłodno  Catherine,  patrząc  z 

dezaprobatą, jak Luke przytula Ellie i na domiar wszystkiego głaszcze ją po główce. 

 -  Bo  dzieci  trzeba  rozpieszczać,  proszę  pani  -  odparowała  równie  chłodno  Lindsay.  - 

Potrzebują  ciepła  i  miłości.  Chcę,  żeby  moja  córeczka  cieszyła  się  z  każdej  chwili  swojego 
dzieciństwa. 

Catherine,  już  tradycyjnie,  ściągnęła  usta  w  wąską  linijkę,  po  czym  zwróciła  się  do 

syna: 

 - Mam powiedzieć ojcu, że przyjdziesz do niego? 
 - Powiedziałem już, że będę tam za chwilę. 
Kiedy dotarli do pokoju Ellie, mała, która w ogrodzie już prawie zapadała w sen, nagle 

ożywiła się. 

 - Nie szkodzi - śmiała się Lindsay. - Popływasz sobie w wanience, mój skarbie i sama 

zachcesz do łóżeczka. 

 - Mogę ci pomóc? - spytał nagle Luke. 
 - Miałeś iść do dziadka. 
 -  Pójdę  za  chwilę,  teraz  jest  u  niego  matka.  A  ja  nigdy  nie  widziałem,  jak  kąpie  się 

takiego malucha. 

background image

 - Ellie to uwielbia. 
Luke  z  przejęciem  pomagał  nalać  wody  do  wanienki  i  śmiał  się,  kiedy  mały  golasek 

zanurzał  się  w  odmętach.  Potem  śmiała  się  Lindsay,  kiedy  Ellie,  kopiąc  w  wodzie  nóżkami, 
sprawiła  Luke'owi  niespodziewany  prysznic.  A  potem  była  wspólna  zabawa  plastikową 
kaczuszką, sterowaną silną, męską dłonią. Kaczuszka podpływała do Ellie, mówiła barytonem 
„kwa, kwa" i leciutko dziobała w rączkę. Na twarzy malucha pojawiał się cudowny, bezzębny 
uśmiech i kaczuszka odpływała do brzegu. 

 - Panie Winters? - rozległ się nagle cichy głos pielęgniarki. - Czy mógłby pan wziąć ze 

sobą dziecko? Pan Balcomb bardzo by się ucieszył. 

 - Oczywiście, za chwilę, zaraz będziemy ją ubierać.  
Kiedy pielęgniarka wyszła, Lindsay, jak zwykle pełna wątpliwości, spojrzała niepewnie 

na męża. 

 - Myślisz, że to dobry pomysł? 
 - Naturalnie. Jonathan jest zachwycony małą. Nie będziemy niczego prostować. Zdaje 

się, że panna Ellie dostarcza mu najwięcej radości. 

 -  Przynajmniej  ona  go  nie  oszukuje  -  mruknęła  Lindsay,  kończąc  ubieranie  małej. 

Pocałowała ją w główkę i podała mężowi. - Dasz sobie radę? 

 - A ty nie idziesz? 
Pan biznesmen wyraźnie miał tremę. 
 -  O  nie!  -  Lindsay  z  uśmiechem  pokręciła  jasną  głową.  -  Chcesz  być  szczęśliwym 

ojcem?  Bardzo  proszę.  Ale  jeśli  tak,  to  musisz  sobie  poradzić  z  własnym  dzieckiem.  Nie 
zapomnij  o  jednym.  Jeśli  będziesz  chciał  ją  gdzieś  położyć,  koniecznie  uważaj,  żeby  nie 
spadła. 

 -  Bez  obaw,  proszę  pani,  będę  czujny,  w  końcu  jestem  szefem  spółki  szacowanej  na 

miliony dolarów. 

 -  No,  dobrze,  dobrze,  wiem,  że  jesteś  niezłym  menedżerem.  Idźcie  już  -  popędzała 

Lindsay. - Gdy wrócicie, Ellie będzie jeszcze jadła. 

Patrzyła,  jak  wychodzą,  wielki  Luke  z  maleńką,  wtuloną  w  niego  ufnie  Ellie,  i  po  raz 

któryś  z  rzędu  westchnęła.  Nie  ma  co  ukrywać,  trzeba  przyznać,  że  wyglądają  jak  ojciec  z 
córką.  A  może  jej  się  tylko  tak  wydaje?  Jack,  który  ma  zawsze  rację,  wspominał  coś  o 
przechowywaniu w sercu dziecięcych uczuć. Lindsay była już pewna, że jej prawie dziecinne 
zauroczenie  Lukiem  nie  znikło,  ono  się  tylko  przyczaiło...  Czy  to  możliwe,  żeby  z  czasem 
przeistoczyło się w coś trwałego i silnego? 

Luke pchnął drzwi łazienki i odziany tylko w ręcznik, owinięty wokół bioder, wkroczył 

do sypialni. Nie zaznał jednak luksusu samotności. Usłyszał cichutkie „ojej". Na progu stała 
Lindsay. Szare oczy zatrzymały się na sekundę na jego torsie, i zjechały po nagich nogach na 
dół.  Luke  dyskretnie  sprawdził,  czy  ręcznik  go  nie  zawiedzie.  Nie  chciał  peszyć  Lindsay, 
wiedział, że i tak dokonała już bohaterskiego czynu, bez oporu układając się wczoraj w jego 
łóżku.  Poza  tym,  jeśli  będzie  działał  rozważnie,  to  łóżko,  być  może,  już  niedługo  przestanie 
być tylko miejscem do spania. 

 -  Lindsay,  wchodź,  przecież  to  także  twój  pokój  -  powiedział,  jakby  nigdy  nic,  i 

podszedł  do  szafy,  rejestrując  w  pamięci  pierwsze  zwycięstwa.  Mógłby  przysiąc,  że  szary 
wzrok, który przed chwilą, co tu ukrywać, otaksował jego ciało, wcale nie był obojętny. 

 - Ja... ja przyjdę za chwilę. 
 - Nie przebierasz się do kolacji? 
 -  Ależ  oczywiście!  -  Lindsay  natychmiast  ruszyła  do  szafy  i  wyjęła  bardzo  ładną, 

różową sukienkę. - Kupiłam kilka sukienek, będę je wkładać, schodząc na kolację. Mam już 
też sukienkę na jutrzejszy bal. 

background image

Luke, odwrócony plecami, dyskretnie nałożył pod ręcznikiem bokserki, zsunął ręcznik i 

sięgnął  po  spodnie.  Lindsay,  również  odwrócona  plecami,  z  wielkim  przejęciem  oglądała 
nową sukienkę, jakby zobaczyła ją pierwszy raz. Luke włożył spodnie, po czym odwrócił się. 

 -  Przepraszam,  trochę  się  krępuję,  nie  mieszkałem  jeszcze  z  nikim  w  jednym  pokoju. 

Mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzać. 

 -  Oczywiście,  że  nie  -  odpowiedziała  uprzejmie  Lindsay  i  nerwowo  odchrząknęła.  - 

Zresztą, ja już mieszkałam w jednym pokoju z mężczyzną. 

 - A ja zawsze mieszkałem sam - powtórzył Luke, nakładając czystą koszulę. 
 - Zawsze?! 
 - Jesteś zaskoczona faktem, że nie mieszkałem z żadną dziewczyną? 
 -  Może  -  przyznała  Lindsay.  -  Przecież  ty  dawno  już  skończyłeś  trzydzieści  lat,  więc 

nie sądzę, żebyś nie miał za sobą tego rodzaju... przeżyć. Nie mówiąc o tym, że byłeś przecież 
zaręczony! 

 - To jeszcze o niczym nie świadczy. A ty spałaś ze swoim mężem przed ślubem? 
 - No... nie. Ale takie rzeczy nie powinny cię obchodzić! 
 -  A  może  jednak  mnie  obchodzą?  -  spytał  cichym  głosem,  stwierdzając  z 

zadowoleniem, że tak jak zamierzał, jego głos zabrzmiał całkiem uwodzicielsko. 

 - Nie muszę ci wszystkiego opowiadać! 
 -  Jestem  przecież  twoim  mężem!  -  stwierdził  odkrywczo  Luke,  z  trudem 

powstrzymując uśmiech. 

Jego  żona  wyglądała  przekomicznie.  Schowana  prawie  do  połowy  w  szafie,  walczyła 

zaciekle, zasłaniając się tą różową szmatką jak tarczą. 

 - Bez przesady - pisnęła - to tylko małżeństwo na papierze!  
Luke  patrzył,  zafascynowany,  jak  policzki  Lindsay  nabierają  koloru  piwonii. 

Najchętniej wziąłby ją w ramiona i pocałował te dwa rumieńce, wiedział jednak, że teraz nie 
powinien tego robić. Jeszcze trochę cierpliwości. 

 - Łazienka już wolna, prawda? - spytała Lindsay. - To teraz ja skorzystam. 
Przemknęła  jak  sarna,  nie  wypuszczając  z  rąk  sukienki,  i  Luke  usłyszał  cichy  szczęk 

zamka. No, proszę, i kto tu się czuje skrępowany? Dziwne, podobno ta dziewczyna była już 
mężatką!  Jednak  tak  naprawdę  dziwiło  go  co  innego.  Lindsay  pociągała  go  coraz  bardziej, 
coraz  bardziej  chciał  z  nią  być,  po  prostu  być  razem.  Dziś  specjalnie  przyszedł  do  domu 
wcześniej i zrobiło mu się przykro, że Lindsay jeszcze nie wróciła z miasta. 

Potem  siedzieli  sobie  w  ogrodzie.  Posiadłość  kupił  wiele  lat  temu.  Postarał  się,  aby 

wszędzie  było  wygodnie  i  elegancko,  zatrudnił  kilka  sympatycznych,  pracowitych  osób. 
Zorganizował  więc  sobie  ładne,  eleganckie  miejsce,  gdzie  mógł  się  wyspać  i  zaprosić 
przyjaciół.  Dziś  po  raz  pierwszy  poczuł  się  jak  u  siebie,  jak  w  prawdziwym  domu.  Miał 
wrażenie, że powstała tu jakaś całość. On, Lindsay i mała Ellie. 

Lindsay,  siedząc  przy  stole  w  nowej  różowej  sukience,  pomyślała,  że  ta  dzisiejsza 

kolacja  jest  jakoś  łatwiejsza  do  przebrnięcia  niż  poprzednie.  Może  dlatego,  że  zaczynała  się 
przyzwyczajać  do  tej  koszmarnej  Catherine  i  nawet  cierpki  komplement  na  temat  nowej 
kreacji  nie  zbił  Lindsay  z  tropu.  Natomiast  zachwycone  spojrzenie,  jakim  obdarzył  ją  Luke, 
dodało jej animuszu. 

 - Podać ci coś? 
 - Och, dziękuję. Przepraszam, Luke, zamyśliłam się.  
Podniosła oczy i nagle napotkała chłodne oczy Catherine. 
 - Czy pani też idzie na bal? 
 -  Tak.  Wcale  nie  chciałam,  ale  ojciec  nalega,  żebym  poszła  i  potem  wszystko  mu 

opowiedziała. Czy kupiłaś sobie już sukienkę? - spytała Catherine tonem, który świadczył, że 
jest głęboko przekonana, że Lindsay na pewno nie umiała wybrać odpowiedniej kreacji. 

 - Oczywiście, że kupiłam - oświadczyła Lindsay minimalnie podniesionym głosem. 

background image

 - Ale czy odpowiednią? 
 - Proszę się nie obawiać - odparowała lodowato  Lindsay, mierząc wzrokiem sukienkę 

Catherine. - Potrafię ubrać się nie gorzej od innych. 

 - Może jednak powinnam ją zobaczyć? 
 -  Włożę  ją  jutro  wieczorem  i  wszyscy  będą  mogli  mnie  obejrzeć.  Jeśli  sukienka  nie 

spodoba się mojemu mężowi, zostanę w domu. 

Luke, jak zwykle, między młotem a kowadłem, usiłował załagodzić sytuację. 
 - Lindsay, nie denerwuj się, proszę, mama po prostu chciała ci pomóc. 
Jednak  Lindsay,  rozżalona  protekcjonalnym  tonem  teściowej,  nie  odezwała  się  już  ani 

słowem. W błyskawicznym tempie skończyła kolację i pobiegła na górę. Zajrzała do Ellie, po 
czym z pasją otworzyła drzwi sypialni. Pierwsze spojrzenie, oczywiście, padło na łoże. 

 -  Idiotka,  idiotka,  idiotka  -  powtarzała  z  furią,  walcząc  z  zamkiem  od  sukienki.  - 

Potrzebne mi to wszystko jak dziura w moście! 

Zdjęła sukienkę i powiesiła na wieszaku. Sukienka była taka ładna, taka wdzięczna, że 

Lindsay poczuła, jak jej wzburzenie znika. Bez sensu jest denerwować się jedną głupią babą. 
Szybko narzuciła szlafrok i poszła jeszcze raz spojrzeć na śpiącą Ellie. Najlepsza recepta, aby 
ś

wiat znów powrócił do równowagi. 

Następnego ranka obudziła się z dziwnym uczuciem, że dziś jest jakoś inaczej. Powoli 

uniosła powieki i... spojrzała prosto w czarne oczy Luke'a. 

 - Dzień dobry, żono - powiedział zaspanym głosem. 
Leżał  tuż  obok...  wielki,  rozczochrany,  kołdrę  miał  naciągniętą  do  połowy  nagiego 

torsu.  W  półsennej  głowie  Lindsay  natychmiast  powstała  nieprzystojna  myśl.  Czy  Luke  w 
ogóle ma coś na sobie? 

 - Dzień dobry - odpowiedziała uprzejmie, jednocześnie mając wielką ochotę naciągnąć 

kołdrę na głowę i udawać, że jej tu w ogóle nie ma. - Czy to ty zaspałeś, czy to ja obudziłam 
się tak wcześnie? 

 -  Nie  ma  co  ukrywać,  zaspałem  -  przyznał  Luke.  -  Lindsay,  chcę  to  zrobić  teraz,  bo 

znowu zapomnę... Mam coś dla ciebie. 

Sięgnął  do  szuflady  nocnego  stolika  i  odwrócił  się.  Pod  ciężarem  jego  ciała  materac 

ugiął  się  i  Lindsay,  chcąc  nie  chcąc,  raptem  znalazła  się  o  parę  centymetrów  bliżej. 
Pomyślała, że stanowczo powinna już wstać. 

 - A... a co to jest? - wyjąkała. 
 - A to - powiedział, biorąc jej dłoń do ręki. 
Błysnęła  złota  obrączka.  Oczy  Luke'a  nagle  zrobiły  się  bardzo  przytomne  i  bardzo 

poważne. 

 - Ja, Luke, biorę sobie ciebie, Lindsay, za żonę - usłyszała jego cichy, wzruszony głos - 

i przysięgam ci miłość, wierność i że nie opuszczę cię aż do śmierci. 

W czarnych oczach Luke'a Lindsay wyczytała prośbę. 
 - Ja, Lindsay - szepnęła - biorę sobie ciebie za męża i przysięgam miłość, wierność i że 

nie opuszczę cię aż do śmierci. 

Biorę  sobie  ciebie  za  męża.  Te  słowa  mówiła  po  raz  trzeci.  Przysięgała  Willowi, 

przysięgała  Luke'owi.  Czy  teraz  te  słowa  mówi  po  raz  ostatni?  Kiedy  pochylił  się  nad  nią, 
wyciągnęła ramiona i objęła jego szyję. Czuła, że Luke swym potężnym ciałem wgniata ją w 
materac, że zapada się, że jej już nie ma. Jest tylko ciepły, wilgotny, cudowny pocałunek. 

Niestety, elektroniczna „niania" musiała spełnić swój obowiązek. Płacz Ellie zabrzmiał 

wyjątkowo kategorycznie. 

 -  Ellie  ogłasza  światu,  że  zaczął  się  nowy  dzień  -  powiedział  z  uśmiechem  Luke, 

przewracając się na plecy. 

Lindsay wyskoczyła z łóżka i chwytając w locie szlafrok, pomknęła ku drzwiom. 
 - Kiedy będziecie gotowe, zejdźcie do mnie na śniadanie! - krzyknął za nią Luke. 

background image

Podbiegła  do  łóżeczka,  wyjęła  płaczące  dziecko  i  kołysząc  je,  zaczęła  chodzić.  Od 

ś

ciany do ściany. Od drzwi do drzwi. Nie, nie i jeszcze raz nie. Było, minęło. Słowa przysięgi, 

wzruszenie, to wszystko jest ulotne, tylko jedna piękna chwila. Ale ten pocałunek... Czy nie 
jest pieczęcią, którą złożyli na swojej przysiędze? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Przygotowania  zajęły  Lindsay  cały  ranek.  Kazała  podciąć  sobie  włosy  i  zrobić 

profesjonalny  makijaż.  Pantofle  na  wysokich  obcasach  doskonale  pasowały  do  sukienki, 
ciemne  nylony  podkreślały  smukłość  nóg.  Lindsay,  wyginając  się  przed  lustrem,  czuła  się 
piękna  i  elegancka.  Popatrując  na  tył  sukienki,  zredukowany  do  minimum,  śmiała  się  w 
duchu,  że  wybrała  idealną  kreację,  aby  uwieść  swego  małżonka.  Oglądała  się  w  lustrze  już 
chyba  po  raz  dziesiąty,  odwlekając  w  nieskończoność  moment  zejścia  na  dół.  Hedley  miał 
podjechać o ósmej, Lindsay nie chciała się spóźnić, chociażby po to, aby nie dawać Catherine 
powodu  do  złośliwych  komentarzy.  Ale  bała  się.  Co  innego  zawodowy  entuzjazm 
sprzedawczyni, co innego stanąć twarz w twarz z Lukiem i jego jędzowatą matką. 

W końcu przemogła się. Stojąc na szczycie schodów, zobaczyła przy drzwiach Luke'a i 

Catherine.  Luke  w  smokingu  znów,  jak  tamtego  wieczoru  w  kafejce,  wydał  jej  się  kimś 
obcym  i  nieprzystępnym.  Catherine,  w  długiej  srebrzystej  sukni  z  idealnie  ułożonymi 
włosami,  wyglądała  jak  przedstawicielka  miejscowej  socjety.  Spojrzeli  na  nią.  Kiedy 
schodziła na dół, Luke nie odrywał od niej oczu. A jego matka zmierzyła ją od stóp do głów i 
zacisnęła usta. 

 - Mam nadzieję, że nie czekaliście na mnie długo. 
 - Hedley podjechał już pięć minut temu! 
Głos  Catherine,  jak  zwykle,  był  pełen  dezaprobaty,  ale  Luke  natychmiast  pospieszył  z 

odsieczą. 

 -  On  zawsze  podjeżdża  kilka  minut  wcześniej  -  stwierdził  ze  spokojem,  wychodząc 

ż

onie naprzeciw. - Jak Ellie? Zasnęła? 

 -  Tak  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  Lindsay,  wdzięczna,  że  odparł  pierwszy  atak.  - 

Teraz Marabel stoi na warcie. 

 -  Lindsay  -  rozległ  się  znów  lodowaty  głos  starszej  pani  Winters.  -  Chyba  nie  masz 

zamiaru iść w tej sukience? Jest skandaliczna. 

Skandaliczna? Czyżby? Lindsay nie spodziewała się aż tak surowej oceny. 
 - Wracaj na górę! - zarządziła Catherine. - Musisz się koniecznie przebrać, przecież... 
 -  Spokojnie,  mamo  -  przerwał  Luke.  -  Lindsay  nie  jest  dzieckiem,  żebyś  mogła 

wydawać  jej  polecenia.  A  co  do  sukienki,  to  nie  widzę  problemu.  Jest  bardzo  ładna. 
Wyjątkowo ładna. 

 - Ale ona ma zupełnie gołe plecy! 
 - Zgadza się. Z tyłu sukienka praktycznie istnieje tylko do połowy - potwierdził Luke, 

patrząc z przyjemnością na gładkie plecy Lindsay. - Tak właśnie ubierają się panie w wieku 
mojej  żony.  Przepraszam,  Lindsay,  nie  popisałem  się.  Powinienem  był  kupić  ci  jakiś 
naszyjnik. 

 - Nie szkodzi, mam coś błyszczącego - odparła z uśmiechem, podnosząc do góry rękę i 

pokazując obrączkę. 

Luke, jakby nagle wzruszony, chwycił jej dłoń i ścisnął mocno, spoglądając głęboko w 

oczy. Czyżby przypomniał sobie ich poranną przysięgę? 

 -  Luke,  zdajesz  sobie  sprawę,  że  będziesz  musiał  przedstawić  swoją  żonę  niejednej 

osobie? A później tematem plotek będzie przede wszystkim jej sukienka? 

 -  Przeżyję  i  to  -  stwierdził  pogodnie  Luke.  -  Mówiłaś,  że  Hedley  podjechał?  A  więc 

ruszamy! 

W  limuzynie  Luke  profilaktycznie  zajął  miejsce  w  środku,  między  obu  paniami,  które 

jednak nie podjęły nawet najmniejszej próby konwersacji. Żadna z nich nie odezwała się ani 
słowem.  Limuzyna  pokonała  piękny  Harbour  Bridge  i  wkrótce  potem  podjeżdżała  pod 
rozświetlony  gmach  Intercontinental  Grand  Hotel.  Lindsay  przeżyła  dodatkowy  dreszcz 
emocji,  kiedy  z  Lukiem  pod  rękę  musiała  przeparadować  przed  tłumkiem  gapiów, 
czatujących  na  prominentnych  gości.  Wielka  sala  balowa,  oświetlona  rzęsiście  setkami 

background image

ż

arówek w ogromnych, kryształowych żyrandolach, wzbudziła jej zachwyt. Sala wypełniona 

już była tłumem gości. Panowie w ciemnych smokingach, panie w kreacjach różnego fasonu i 
koloru.  Lindsay  z  satysfakcją  zauważyła,  że  śmiałe  dekolty  z  przodu  i  z  tyłu  wcale  nie 
należały do rzadkości. 

Orkiestra  grała  nastrojową  melodię  i  na  środku  sali  kręciło  się  już  w  tańcu  kilka  par. 

Pod ścianą, z lewej strony, ustawiono stoliki i krzesła, z prawej strony stoły z przekąskami na 
zimno. 

 -  O,  widzę  Tailorów  -  oznajmiła  z  zadowoleniem  Catherine.  -  Przyłączę  się  do  nich. 

Luke, jak umawiamy się na powrót do domu? 

 -  Najpierw  zobaczymy  z  Lindsay,  jak  będziemy  się  bawić.  Umówmy  się  wstępnie  na 

jedenastą, a w razie czego Hedley podjedzie dwa razy. 

Catherine,  nie  zaszczyciwszy  Lindsay  spojrzeniem,  skinęła  głową  i  poszła  w  kierunku 

starszej  już  pary.  Lindsay  miała  ochotę  wydać  z  siebie  dziki  okrzyk  radości,  udało  jej  się 
jednak zachować spokój. 

 - Ona potrafi zdołować człowieka - mruknął Luke. 
 - Było nie było, to twoja matka - rzuciła lekko Lindsay, czując, że ogarnia ją cudowny 

nastrój do zabawy. 

 - Napijesz się czegoś? 
 - Tak, wina. 
Podeszli do najbliższego barku, wokół którego tłoczyło się sporo osób. 
 -  Poczekaj  tu  chwilę  -  poprosił  Luke  i  wmieszał się  w  tłum.  Lindsay  patrzyła  za  nim, 

starając się nie stracić go z oczu. 

Nie było to trudne, bowiem jej małżonek większość panów przewyższał co najmniej o 

głowę. Za chwilę był z powrotem. 

 - Proszę, oto twoje wino. Jak ci się podoba bal? 
 - Bardzo, Luke! Wszystko jest takie ekscytujące. Nie spodziewałam się, że znajdę się w 

tak  pięknym  miejscu.  Powiedz,  czy  tamten  pan  to  nie  jest  sam  premier?  Znam  tę  twarz  z 
gazet. 

 - Zgadza się. Chcesz go poznać? Lindsay omal nie zakrztusiła się winem. 
 - Znasz samego premiera? Skąd? 
 -  A  stąd,  że  ja  jestem  wielki  biznes  -  uśmiechnął  się  Luke.  -  No  co,  podejdziemy  do 

niego? 

 - Może nie - bąknęła speszona Lindsay. 
 - Masz ochotę zatańczyć? 
 - O, tak - ucieszyła się i ochoczo przyjęła jego ramię. 
Melodia była bardzo nastrojowa i Lindsay, kołysząc się rytmicznie w ramionach męża, 

zatopiła  się  w  marzeniach,  zupełnie  nie  licujących  z  obrączką  na  palcu.  Jest  księżniczką,  a 
Luke księciem, porażonym jej urodą. Będą tańczyć całą noc, przytuleni do siebie, prowadząc 
cichą,  błyskotliwą  rozmowę,  podczas  której  księżniczka  dodatkowo  czarować  będzie 
dowcipem  i  intelektem.  Nie  mówiąc  o  tym,  że  księżniczki  tańczą  jak  baletnice...  W  tym 
momencie Luke drgnął, czując obcas wpijający się w jego stopę. 

 - Boże, przepraszam, nie uważałam... 
 - Nic się nie stało - odparł bohatersko i jeszcze mocniej przygarnął ją ramieniem. - W 

tańcu nie musisz uważać, ja prowadzę. 

Przygarnął  ją  tak  mocno,  że  ich  nogi  prawie  splotły  się  ze  sobą.  Nad  głową  Lindsay 

czuła  jego  gorący  oddech,  który  zapewne  rozwiewał  jej  kunsztowne  loczki.  Ale  o  to 
księżniczka nie miała pretensji. 

 - Lindsay - usłyszała nagle tuż nad uchem. 
 - Tak? - mruknęła gdzieś z dołu, spod jego ramienia. 
 - Miałabyś ochotę na mały romansik? 

background image

 -  Nie...  nie  rozumiem  -  wyjąkała,  potykając  się  tak  mocno,  że  gdyby  nie  Luke,  na 

pewno wylądowałaby na parkiecie. 

 - No więc jak? Mały romansik? Oczywiście ze mną! 
 - Przestań - odpowiedział gdzieś z dołu przytłumiony i szalenie zdenerwowany damski 

głos. - Co ci w ogóle przychodzi do głowy! 

 - Nie podobam ci się? 
 -  Luke,  przestań!  -  przytłumiony  głos  był  bardzo  oburzony.  -  Nigdy  nie  miałam 

ż

adnych romansików! 

Luke roześmiał i pogłaskał ją po nagich plecach. 
 - Domyślam się, że byłaś cnotliwą małżonką... czy tak? 
 - A tak! - przytaknęła skwapliwie, zastanawiając się, czy Luke czuje dziką galopadę jej 

serca. Gotowa już była objąć go z całej siły, włączył się jednak rozsądek. Może wspomnieć, 
ż

e małżonkowie nie miewają ze sobą romansów? Bez sensu. Luke od razu przypomni, że ich 

małżeństwo istnieje tylko na papierze. 

 - No więc? - zamruczał znów Luke. 
 - Ja... ja nie wiem dokładnie, o co ci chodzi. 
 - O ciebie. Chyba domyślasz się, jakie cierpię męki, kiedy leżę z tobą w jednym łóżku i 

nie mogę cię dotknąć nawet jednym palcem? 

 - Ja... ja nie bardzo mogę to sobie wyobrazić - bąknęła Lindsay, przyznając w duchu, że 

Luke ma stalowe nerwy, skoro podczas tak zasadniczej rozmowy ani razu nie pomylił kroku. 

 -  Spróbuj!  Jesteś  śliczna,  Lindsay,  i  nadzwyczaj  pociągająca,  a  do  tego  masz  bardzo 

czułe serce. Który mężczyzna nie chciałby poznać takiej kobiety, hm... bliżej? 

 -  To  wszystko?  -  spytała  Lindsay,  nieco  rozczarowanym  głosem.  -  Ten  romansik  to 

tylko łóżko, tak? 

 -  A  skądże!  -  obruszył  się  Luke.  -  To  tylko  jeden  z  aspektów,  choć  bardzo  istotny. 

Oprócz tego jest się razem, rozumiesz? Wspólne spędzanie czasu, wymiana myśli, no i tak w 
ogóle, zawsze razem. 

Lindsay była już z kimś razem. Z Willem. W ich związku więcej było  radości z bycia 

razem i wzajemnej sympatii niż burzliwej namiętności.  Lindsay sądziła, że taka ona właśnie 
jest. Pogodna, przyjacielska i rozsądna. Teraz jednak, kiedy w dzień w nocy miała koło siebie 
dojrzałego  mężczyznę,  którego  męskość  wprost  przytłaczała,  nie  była  już  taka  pewna,  czy 
rzeczywiście nie jest zdolna do wielkich uniesień. Jej ciało pragnęło Luke'a, ale serce starała 
się  utrzymać  na  wodzy.  Po  co  je  oddawać?  Żeby  potem  cierpiało,  kiedy  będzie  musiała 
rozstać  się  z  Lukiem?  Przecież  ta  bajka  wkrótce  się  skończy.  A  może...  może  dać  mu 
wszystko,  i  kiedy  trzeba  będzie  odejść,  zabrać  ze  sobą  piękne  wspomnienie?  Wspomnienia 
też się liczą, a takiego mężczyzny jak Luke na pewno nigdy już w swoim życiu nie spotka. 

 - Lindsay? 
Spojrzała  w  górę.  Ciemne  oczy  hipnotyzowały,  odbierały  resztę  rozsądku.  Skinęła 

głową. Bez słowa, bojąc się, że jej glos głupio zadrży. W ciemnych oczach pojawiła się ulga, 
a  silne  ramię  Luke'a  przycisnęło  ją  mocno,  żeby  dać  znak,  jak  bardzo  jej  pragnie.  Ponad 
wszystko. 

 - Może pojedziemy już do domu? 
 -  Wykluczone!  -  zaprotestowała  nadzwyczaj  energicznie.  -  Nie  po  to  kupiłam  sobie 

ś

liczną  sukienkę,  żeby  wychodzić  po  godzinie!  To  jest  mój  pierwszy  bal  i  mam  zamiar 

tańczyć z tobą do białego rana. 

Luke westchnął ciężko. 
 -  Widzę,  że  te  anielskie  loczki  to  zmyłka.  Jednak  masz  dyktatorskie  zapędy.  Trudno, 

tańczmy więc! 

Podczas  balowej  nocy  Luke  przedstawił  małżonkę  niezliczonej  ilości  osób.  Wszyscy 

byli  ciekawi  młodej  pani  Winters,  której  wielki  świat  nie  miał  jeszcze  sposobności  ujrzeć, 

background image

mimo  że  wiadomość  o  ślubie  ukazała  się  w  gazetach  już  cztery  miesiące  temu.  Podczas 
przerwy  w  tańcu,  kiedy  przystanęli  przy  szwedzkim  stole,  pełnym  przysmaków,  Lindsay 
spytała nagle: 

 - Czy swoją narzeczoną też tak wszystkim przedstawiałeś? 
 - Nie. Zresztą to było wyjątkowo krótkie narzeczeństwo, szybko zorientowałem się, że 

to była tylko gra. 

 - Jak nasze małżeństwo? 
 -  Lindsay,  czasami  mi  się  wydaje,  że  do  ciebie  nie  dociera,  że  nasze  małżeństwo  jest 

jak najbardziej legalne. 

 -  Oczywiście,  że  dociera.  Legalne,  żeby  twojemu  dziadkowi  popsuć  szyki.  I  ty 

uważasz,  że  to  nie  jest  gra?  Mimo  tej  całej  legalności  nasze  małżeństwo  jest  absolutnie 
nieprawdziwe. 

 - Dzisiejszej nocy uwierzysz, że jest prawdziwe. 
Widelec,  którym  Lindsay  jadła  sałatkę  z  krabów,  drgnął  niebezpiecznie.  Na  szczęście, 

nowa sukienka nie poniosła uszczerbku, a łyk wina dodał animuszu. 

 -  Mam  nadzieję,  że  ta  noc  nie  wprowadzi  zasadniczych  zmian  -  powiedziała  pani 

Winters z figlarnym uśmiechem. - Trzeba przyznać, że dotychczas byłeś idealnym mężem. 

 - Naprawdę? Pod jakim względem? - spytał zaciekawiony Luke, przypominając sobie, 

ż

e on też kiedyś coś mówił o idealnej małżonce. 

 - Przez cztery miesiące nie domagałeś się, aby kolacja punktualnie o tej samej godzinie 

wjeżdżała na stół, nie musiałam prać twoich koszul i nie pytałeś mnie, dokąd wychodzę. 

 - Ale to się może zmienić. 
 -  Jak  to?  Przecież  osoby  romansujące  ze  sobą,  mimo  wszystko  zachowują  się  trochę 

inaczej niż mąż i żona. 

 - Osoby romansujące ze sobą - powtórzył z uśmiechem Luke. - Dlaczego nie powiesz 

wprost, że kochankowie? 

Policzki  Lindsay  natychmiast  zrobiły  się  purpurowe,  jednak  uwaga  Luke'a  pozostała 

bez komentarza, ponieważ niespodziewanie tuż obok rozległ się wysoki, dźwięczny głos: 

 - Luke, to ty? Witaj! 
Uśmiech  tej  wysokiej  i  zgrabnej  kobiety  przeznaczony  był  wyłącznie  dla  Luke'a. 

Lindsay  zauważyła  kasztanowe  włosy,  złożone  w  kunsztowną  fryzurę  i  jasnozielone,  kocie 
oczy, wlepione w Luke'a. Zielone były również sukienka i biżuteria. 

 - Jeannette! Zaskoczyłaś nas - powiedział spokojnie Luke, wstając z krzesła. 
 - Ale miło się spotkać, prawda? - zagruchało zielone stworzenie. - Wróciłam do Sydney 

parę tygodni temu. Musimy się zobaczyć i pogadać. Mam ci tyle do opowiedzenia. 

Smukłe palce delikatnie muskały rękaw smokinga. Luke cofnął się o krok. 
 - My chyba nie mamy sobie już nic do powiedzenia - powiedział szorstko. 
 -  Ależ,  Luke,  przecież  to  było  zwykłe  nieporozumienie.  Głupia  byłam,  że  nie 

wyjaśniłam  ci  tego  przed  wyjazdem.  Nie  zależy  mi  na żadnych  udziałach,  zależy  mi  tylko... 
na tobie. 

Smukłe  palce  znów  przykleiły  się  do  smokinga  i  Lindsay  siłą  powstrzymywała  się  od 

interwencji.  A  więc  to  jest  ta  słynna  Jeannette  Sullivan,  która  za  namową  dziadka  usiłowała 
usidlić bogatego kawalera. Nic dziwnego, że Luke'owi wydawało się, że ją pokochał. Z bólem 
serca  trzeba  było  stwierdzić,  że  Jeannette  jest  skończoną  pięknością.  Jej  sukienka  nie 
ukrywała niczego, ciekawe jednak, czy krytyczna Catherine też oceniłaby ją tak surowo? 

 - To też nie ma żadnego znaczenia - odpowiedział Luke chłodno. 
 -  Ależ,  Luke!  -  oburzyła  się  Jeannette,  z  wdziękiem  wydymając  perfekcyjnie 

umalowane  usteczka.  -  Coś  nas  jednak  łączyło.  Kochaliśmy  się.  Zrobiłam  wielkie  głupstwo, 
wiem, ale możemy przecież to wyjaśnić. 

 - Raczej nie. Czy wiesz, że jestem żonaty? 

background image

Na mgnienie oka słodki uśmiech znikł z twarzy Jeannette. 
 - Z tą kelnereczką? 
Lindsay uznała, że najwyższy czas przypomnieć o swojej obecności. 
 - Przede wszystkim studiowałam, proszę pani. Prawo - odezwała się ostrym głosem. - I 

jak miliony studentów na całym świecie musiałam zarobić na swoje utrzymanie. Pracowałam 
więc  jako  kelnerka  i  w  księgarni.  A  wszyscy  wydają  się  być  zdruzgotani  tym,  że  nie 
zajmowałam się wyłącznie i tylko swoim makijażem. 

Zielonooka piękność zwolna odwróciła ku niej głowę. 
 - Więc to ty jesteś żoną Luke'a? 
 - Tak się głupio składa, że właśnie ja - wypaliła Lindsay. - Lindsay Winters, bardzo mi 

miło. 

Po  raz  pierwszy  wymówiła  głośno  swoje  nowe  nazwisko.  Specjalnie.  Niech  do  tej 

kocicy dotrze, że Lindsay i Luke związani są ze sobą, i to nie byle jak. 

 -  Och,  Jeannette!  -  dał  się  słyszeć  tym  razem  słodki,  melodyjny  głos  Catherine.  -  Nie 

wiedziałam, że już wróciłaś. Musisz nas koniecznie odwiedzić. 

Obie panie ucałowały się demonstracyjnie. 
 -  Wróciłam  parę  tygodni  temu  -  wyjaśniła  Jeannette.  -  Dzwoniłam  do  ciebie 

kilkakrotnie, ale nikt się nie zgłaszał. 

 -  Mieszkam  teraz  u  Luke'a.  Słyszałaś  zapewne,  że  mój  ojciec  jest  poważnie  chory  i 

muszę się nim opiekować. 

Lindsay  poczuła,  że  ma  już  wszystkiego  serdecznie  dość.  I  tej  kocicy,  i  tej  Catherine, 

która herbatkę, wypitą w pokoju chorego ojca, nazywa szumnie „opieką". Co za szczęście, że 
w  życiu  tych  ludzi  Lindsay  Donovan  znalazła  się  przez  przypadek  i  nie  zabawi  tam  długo. 
Nagle Lindsay zadrżała. Jeśli ktoś tu jest idiotką, to chyba ona sama. Przecież po dzisiejszej 
nocy  ich  małżeństwo  zostanie  skonsumowane,  a  takiego  małżeństwa  nie  można  anulować... 
tak po prostu rozwiązać. Trzeba się rozwieść. Czyli na koniec całej tej afery  Lindsay będzie 
rozwódką?! Spokojnie, jest jeszcze czas, aby się wycofać. I chyba należy tak zrobić, i to jak 
najszybciej.  A  Luke  niech  robi,  co  chce.  Jeśli  jego  serce  wyrywa  się  do  tej  trawiastej 
piękności, niech się z nią żeni, proszę bardzo. 

 - Do zobaczenia, Luke! - zaszczebiotała Jeannette, całkowicie ignorując jego żonę. 
Lindsay  patrzyła,  jak  obie  panie  znikają  w  tłumie  balowych  gości,  i  była  pewna,  że 

Catherine właśnie wylewa swój żal z powodu niefortunnego małżeństwa syna. 

 - Nie chce mi się już tańczyć - powiedziała nagle Lindsay, kończąc sałatkę. 
 - A co chcesz robić? 
 - Chcę wracać do domu, do Ellie. 
 - Przecież ona śpi. 
 - Ale chcę być blisko niej. 
 - Zdenerwowałaś się z powodu Jeannette? Ona potrafi być niemiła. 
 - Twoja narzeczona, więc twój problem - odpowiedziała szorstko Lindsay, wzruszając 

ramionami. 

 - Trudno mieć narzeczoną, jeśli ma się żonę. 
 -  Jaka  tam  ze  mnie  żona!  Właściwie  to  jestem  narzędziem  w  twoim  ręku.  A  twój 

dziadek, zdaje się, byłby naprawdę szczęśliwy, gdybyś ożenił się z tą Jeannette, przecież sam 
ci ją wybrał. Ja, w każdym razie uważam, że najwyższy czas skończyć z tym udawaniem. 

 - Teraz? Nie, Lindsay, to niemożliwe. Nie pozwolę na to. Teraz, kiedy dziadek jest tak 

szczęśliwy  z  powodu  Ellie!  Chcesz,  żeby  dowiedział  się,  że  nie  jest  jego  prawnuczką, 
natomiast jedyny wnuk jest kłamcą? 

 -  A  o  tym  trzeba  było  pomyśleć  wcześniej,  zanim  zorganizowałeś  to  całe 

przedstawienie - powiedziała z goryczą Lindsay, pragnąc, aby Luke cofnął się choć o krok. a 
nie stał tak nad nią. Taki wielki i groźny. 

background image

 -  Zgodziłaś  się  na  to  przedstawienie,  choć  mogłaś  od  razu  wyprowadzić  Jonathana  z 

błędu.  Nie  zrobiłaś  tego,  a  więc  jest  już  za  późno.  Lekarze  dają  dziadkowi  najwyżej  dwa 
miesiące. Przez ten czas przedstawienie trwa i wszystkie umowy obowiązują, później będzie 
czas na dyskusje. Na razie jesteś moją żoną, a dla Jonathana również matką mojego dziecka. 

Luke  mówił  bardzo  cicho,  tak  aby  nikt  z  gości  nie  podsłuchał  ich  burzliwej  dyskusji. 

Tylko Lindsay wyraźnie słyszała każde słowo. 

 - Powiedziałeś, że wszystkie umowy? 
 - Naturalnie. Również ta, którą zawarliśmy dwie godziny temu. 
 - Co?! 
 -  Nie  możesz  się  wycofać  -  powiedział  jeszcze  ciszej,  pochylając  się  nad  nią.  Jego 

pocałunek  był  bardzo  krótki  i  bardzo  bolesny,  jak  przestroga,  potem  otoczył  ją  ramieniem  i 
zaprowadził na parkiet. 

Lindsay  tańczyła  jak  automat,  pochłonięta  bez  reszty  swoimi  myślami.  A  więc  Luke 

chce,  żeby  dotrzymała  tych  wszystkich  umów.  którymi  oplątał  ją  jak  siecią.  Łącznie  z 
romansem. No tak, romans. Teraz już Lindsay nie mogła myśleć o czymś innym Załóżmy, że 
tej  nocy  ona  i  Luke  zostaną  kochankami.  A  więc  będzie  to  pewien  rodzaj  nocy  poślubnej, 
drugiej  w  jej  życiu.  Choć  ta  będzie  chyba  zupełnie  inna.  Czy  ona  chce  tej  nocy?  Tak,  chce. 
Czuła, że i w jej sercu otwiera się furtka dla Luke'a. Ale po co? Przecież wkrótce się rozstaną. 
Więc po co? Lindsay poczuła się osaczona. 

Z daleka zobaczyli nadciągającą Catherine. 
 - Wracamy do domu? - spytał Luke. 
 - Nie, proszę, jeszcze nie. 
Przecież musi sobie to wszystko do końca poukładać w głowie. Uspokoić się - o ile to w 

ogóle jest możliwe. Ta Jeannette wyraźnie dalej ma ochotę na Luke'a. A na kogo w końcu ma 
ochotę sam Luke? 

Luke  i  Lindsay  przystanęli  na  brzegu  parkietu.  Luke  nie  puszczał  ręki  żony.  Jakby 

chciał ją zatrzymać przy sobie. Może na zawsze? 

 - Możemy już wracać - zarządziła Catherine. 
 -  My  jeszcze  zostajemy,  Hedley  wróci  potem  po  nas.  -  Luke  powiedział  to  takim 

tonem, że matka zamilkła. - Odprowadzimy cię do samochodu. 

Ruszył z Catherine, nie puszczając ręki Lindsay, która, chcąc nie chcąc, musiała iść za 

nim. 

 -  Tak  się  cieszę,  że  widziałam  się  z  Jeannette  -  mówiła  Catherine  rozradowanym 

głosem. - Zaprosiłam ją jutro do nas na herbatę. 

 - Czy uzgodniłaś to z Lindsay? - spytał Luke. 
 - Ależ wszystko w porządku - powiedziała Lindsay. Wiedziała, że Luke'owi zależy, aby 

Catherine  nie  zapominała,  że  panią  domu  jest  Lindsay,  tym  niemniej  w  takich  sytuacjach 
czuła się zakłopotana. 

 - Sobota to dobry dzień - ciągnęła niezrażona Catherine. - Nie musisz iść do pracy. 
 -  Niestety,  nie  będzie  mnie  w  domu.  Zabieram  żonę  i  dziecko  na  wycieczkę.  Ale  to 

dobrze, że Jeannette przyjdzie i dotrzyma  ci towarzystwa. Ty i tak nie pojechałabyś z nami, 
bo nie znosisz plaży. 

 -  Luke,  Jeannette  bardzo  by  chciała  zobaczyć  się  z  tobą.  Przecież  możecie  jechać  na 

plażę innego dnia. 

 -  Owszem,  moglibyśmy,  ale  jedziemy  jutro.  I  nie  będziesz  mi  dyktowała,  mamo,  co 

mam robić. 

Lindsay, patrząc na rozdrażnioną twarz Luke'a, pomyślała, że zrobi wszystko, aby Ellie 

nigdy w życiu nie reagowała na nią tak, jak reaguje Luke na swoją matkę. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
 - Nie przypominam sobie, żeby ktoś zapraszał mnie na wycieczkę - mruknęła Lindsay, 

kiedy ramię w ramię stali przy krawężniku, czekając z niecierpliwością, aż limuzyna ruszy z 
miejsca. 

 - To była błyskawiczna decyzja, 
 - Żeby popsuć szyki twojej matce?  
Luke spojrzał na Lindsay z uśmiechem. 
 - Jesteś jedyną osobą, jaką znam, która na co dzień mówi „popsuć szyki"! 
 -  Nie  odwracaj  kota  ogonem.  Po  prostu  nie  chce  ci  się  zabawiać  mamusi  i  byłej 

narzeczonej? 

Limuzyna  odjechała,  więc  Luke  wziął  żonę  pod  ramię  i  poprowadził  z  powrotem  do 

wejścia. 

 -  Lindsay,  daj  temu  spokój.  Proszę,  nie  wnikaj  w  moje  stosunki  z  matką  i  moją  byłą 

narzeczoną. Wiem, co mam robić. I niech to będzie tylko moja sprawa, zgoda? Jeśli Catherine 
zaprosiła  sobie  Jeannette  na  herbatę,  to  bardzo  dobrze,  bo  będzie  miała  wymarzone 
towarzystwo dla siebie. A po drugie, jeśli Jeannette wydaje się, że wystarczy kiwnąć na mnie 
palcem, to grubo się myli. 

 - Przecież zależało ci na niej, skoro się oświadczyłeś. 
 -  Myślałem,  że  jest  zupełnie  innym  człowiekiem.  Okazało  się,  że  oświadczałem  się 

kobiecie, której w ogóle nie znałem. 

 - I tak.., to wszystko... nie tak - mruknęła filozoficznie Lindsay. 
 - Czy ty poślubiłabyś kogoś dla pieniędzy? 
 - Doprawdy nie wiem, Luke, czy bardziej szlachetny jest ślub z zemsty. 
 - Nie poślubiłem cię z zemsty. 
 -  Owszem.  Chciałeś  się  zemścić  na  matce  i  dziadku!  Luke  zatrzymał  się  na  chwilę, 

zastanowił i odpowiedział z uśmiechem: 

 -  Nie,  to  nie  zemsta.  Po  prostu  chciałem...  popsuć  im  szyki.  Chodź,  Lindsay.  I  dajmy 

już temu spokój, bawmy się. A nasza wycieczka na pewno się uda, bo pogoda ma być piękna. 

Luke  zręcznie  przeprowadził  Lindsay  przez  rozbawiony  tłum,  odszukał  zaciszny  kąt  i 

podsunął  Lindsay  krzesło.  Prawie  natychmiast  zjawił  się  kelner  i  po  chwili  przyniósł  białe 
wino  dla  Lindsay  i  whisky  dla  Luke'a.  Siedzieli  teraz  w  milczeniu,  sącząc  powoli  drinki  i 
popatrując na tańczących. Lindsay czuła, że nareszcie zaczyna się uspokajać i znów ogarnia ją 
miły nastrój. Luke'a chyba też, skoro wziął jej dłoń i pieszczotliwie głaskał palcami. 

 - Masz tak delikatną, gładką skórę... 
 - Zmieniamy temat? 
 - Najwyższy czas. Dajmy spokój przeszłości, teraz interesuje mnie zupełnie coś innego, 

to znaczy... ktoś inny. Ty, Lindsay. Chcę ciebie... 

 - Naprawdę? - spytała cicho, umykając spojrzeniem. 
 - Umówiliśmy się już, prawda? 
 - Tak. ale potem zjawiła się Jeannette Sullivan i... 
 - Ona się nie liczy. 
Tak, nie liczy się. Lindsay poczuła, że nie ma co już więcej rozważać i deliberować. 
 - Ja też chcę ciebie, Luke. 
 -  A  więc  nasz  romans  jest  przesądzony  -  powiedział  niskim,  głębokim  głosem  i 

odwróciwszy jej dłoń, delikatnie pocałował niebieskie żyłki nad przegubem. 

A  potem,  już  do  końca  balu,  dbał  o  nią  po  prostu  nad  wyraz  gorliwie.  Tańczył  z  nią, 

kiedy  chciała  tańczyć,  zamawiał  drinki,  a  kiedy  ktoś  do  niego  zagadnął,  natychmiast 
przedstawiał Lindsay jako swoją ukochaną żonę. 

Bal dobiegł końca, Hedley podjechał i państwo Winters ulokowali się w limuzynie. 
 - Zmęczona? - spytał Luke, sadowiąc się obok Lindsay. 

background image

 - Trochę - przyznała, nagle skrępowana jego bliskością. Ciekawe, czy teraz ją pocałuje, 

a  może  weźmie  za  rękę?  Jego  gorącą  dłoń  czuła  przez  cały  wieczór.  W  tańcu,  i  kiedy  ją 
prowadził  do  krzeseł,  a  kiedy  siedzieli,  właściwie  też  prawie  przez  cały  czas  trzymał  ją  za 
rękę. Chciał tego? Czy była to tylko demonstracja? Wiedział, że są pod obstrzałem, Luke był 
zbyt znaną postacią w wielkim biznesie Sydney, aby jego żona pozostała niezauważona. 

Teraz  nie  było  wokół  nich  ciekawskiego  tłumu.  Lindsay  czuła,  że  w  środku  jest 

zupełnie rozdygotana. Za kilkanaście minut podjadą pod dom, pójdą schodami na górę i ona 
trafi wprost w ramiona Luke'a Wintersa, który jej pragnął. Bała się jego pragnienia. Przecież 
nie była wyrafinowaną damą z wielkiego świata, nie miała też zbyt wielkiego doświadczenia. 
A jeśli Luke rozczaruje się? Jeśli po tej pierwszej nocy nie będzie chciał dalej... romansować? 
Pomyślała  również,  że  jest  idiotką  i  że  jeszcze  ma  czas,  żeby  zatrzymać  ten  obłędny  bieg 
wypadków. 

 - Luke? Ja... 
Chwycił szybko jej dłoń, ścisnął lekko i położył sobie na kolanie. 
 - Nie trzeba, Lindsay. Ja wiem, że masz teraz tysiąc wątpliwości. Ale pamiętaj, możesz 

na mnie polegać. 

Pomyślała,  że  zamiast  takich  skautowskich  przyrzeczeń,  mógłby  po  prostu  powiedzieć 

jej  parę  czułych  słów.  Trudno,  widocznie  ci  biznesmeni  tego  nie  potrafią.  Patrzyła  w  okno, 
nie  widząc  niczego,  a  jedynie  przeczuwając,  że  tego  zamętu  w  głowie  tak  szybko 
uporządkować  się  nie  da.  Zdawała  sobie  doskonale  sprawę,  że  właśnie  zakochuje  się  w 
Luke'u Wintersie, że chce go przytulić i okazać miłość, której brakowało mu przez całe życie. 
Było to jednak idiotyczne pragnienie, biorąc pod uwagę fakt, że nie znała drugiej osoby, tak 
pewnej siebie, jak Luke Winters. Możliwe, że kiedyś brakowało mu matczynej miłości, takiej, 
jaka  Lindsay  okazuje  swojej  córeczce,  mimo  to  wyrósł  na  wspaniałego  faceta.  Czasami  jest 
zbyt  apodyktyczny,  ale  czy  może  być  inny,  skoro  bez  przerwy  musi  opierać  się 
despotycznemu dziadkowi i równie despotycznej matce. 

Kiedy podjeżdżali pod dom, była już prawie spokojna. Kiedy wchodzili po schodach i 

na  moment  zajrzeli  do  małej,  czuła,  że  serce  jej  znów  zaczyna  bić  jak  szalone.  A  kiedy 
zamknęły  się  za  nimi  drzwi  sypialni,  pomyślała,  że  teraz  to  najchętniej  zapadłaby  się  pod 
ziemię. 

 - Wszystko w porządku? - spytał Luke. 
 - Trochę się boję - odpowiedziała półgębkiem, rzucając torebkę na krzesło. - Mówiłam 

ci, że romanse to nie moja specjalność. 

Podszedł  da  niej.  Zobaczyła  jego  oczy,  jeszcze  bardziej  czarne  niż  zwykle,  i  poczucie 

rzeczywistości znikło, nie była w stanie myśleć o czymkolwiek. Całym światem stał się Luke. 

Kiedy  następnego  ranka  Lindsay  otworzyła  oczy,  sypialnia  zalana  była  słońcem. 

Wracała świadomość, a razem z nią wspomnienie nocy. Nocy w ramionach Luke'a Wintersa. 
Spojrzała na drugi kraniec łóżka. Luke jeszcze spał. Leżał na brzuchu, pod białym, zmiętym 
prześcieradłem,  z  twarzą  zwróconą  do  niej.  Mężczyzna,  który  obdarzył  ją  największą 
namiętnością.  Muskularny,  opalony  na  brąz,  wyglądał  jak  pirat.  I  ten  oto  wspaniały 
mężczyzna  należał  do  niej.  Przynajmniej  na  jakiś  czas.  Tak,  wyglądał  jak  groźny  pirat,  a 
przecież  tyle  w  nim  było  czułości  i  delikatności.  I  cały  ocean  namiętności,  której  bezmiar 
obudził również jej zmysły. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  na  pewno  jest  już  bardzo  późno.  Chwyciła  „nianię"  i 

sprawdziła, czy jest włączona. Wszystko w porządku. Jednak to niemożliwe, żeby Ellie spała 
tak długo. Nagle usłyszała zaspany głos Luke'a. 

 - Coś się stało? 
 - Nie słyszałam Ellie - odpowiedziała, czując, że jej policzki oblewają się rumieńcem. 
 - Na pewno zajęła się nią Marabel. 
 - Przecież nie może jej nakarmić! 

background image

 - Mogła dać jej soczku. Mówiłaś, że zaczęłaś dawać Ellie sok z jabłek. 
Uśmiechnął się do niej,  zmarszczki koło oczu zrobiły się bardziej widoczne. Pochyliła 

się, aby dotknąć tych zmarszczek, a Luke lekko uniósł się i cmoknął ją w dłoń. 

 - Dzień dobry! 
 - Dzień dobry! - odpowiedziała jak echo, szukając oczami jego spojrzenia. Czy ta noc 

dla niego też była niezwykła? Ich noc poślubna. Teraz małżeństwa nie można rozwiązać. Czy 
po takiej nocy wolno jednak myśleć o rozstaniu? Lindsay uśmiechnęła się do Luke'a. 

 - To naprawdę będzie dobry dzień - szepnął, biorąc ją w objęcia. - A zaraz będzie jego 

cudowny początek. 

 -  Nie  ma  mowy,  ja  nie  schodzę  -  powiedziała  Lindsay  po  raz  dziesiąty.  Była  już  po 

szybkim prysznicu i kompletnie ubrana. Luke zapiął dżinsy i sięgnął po T - shirt, spoglądając 
z rozbawieniem na żonę, miotającą się po pokoju. 

 - Dlaczego nie? 
No tak, oczywiście. Ona, jak zwykle się denerwuje, a on jest zachwycony. 
 - Wystarczy na nas spojrzeć i każdy będzie wiedział, co robiliśmy - szepnęła Lindsay, 

opadając na krzesło. 

 - Nie muszą na nas patrzeć, i tak wiedzą. Jest już dwunasta. 
Lindsay jęknęła z rozpaczą i zamknęła oczy. 
 -  Lindsay,  nie  przesadzaj!  Wszyscy  myślą,  że  robiliśmy  to  samo,  co  wczoraj  i 

przedwczoraj, i dużo, dużo wcześniej. 

Lindsay natychmiast otworzyła oczy, po czym spojrzała na Luke'a ze zdumieniem. 
 - Wcześniej? Dużo wcześniej? Tak myślą? 
 - Tak, tak. Przecież wszyscy są przekonani, że Ellie jest moim dzieckiem. 
 - Twoja matka wie, że to nieprawda! 
 - Daj spokój, Lindsay, nie zachowuj się jak dziecko. Umieram z głodu. Idziemy! Zjemy 

coś migiem, bierzemy prowiant i jedziemy na plażę. 

 - Ale ja muszę nakarmić Ellie, potem ona musi pospać, bo inaczej będzie marudzić. 
 - Pośpi na plaży. 
 - Ona jest przyzwyczajona do łóżeczka. 
 - Jezu, dziewczyno!  I kto tu marudzi? Zobaczysz, na plaży będzie jeszcze lepiej spała 

niż w domu. Lindsay, chodź, wiesz, że chcę, żebyśmy wyszli, zanim zjawi się tu Jeannette. 

No  tak.  I  już  się  nachmurzył,  a  jeszcze  przed  sekundą  był  w  tak  dobrym  nastroju. 

Lindsay szybko zerwała się z krzesła. Pokój dziecinny był, naturalnie, pusty. Ellie urzędowała 
w  kuchni.  Siedziała  w  swoim  foteliku  i  wodziła  oczami  za  Rachel,  szykującą  sałatkę. 
Kucharka  popatrywała  na  małą  z  rozczuleniem  i  zagadywała  do  niej  co  chwila.  Lindsay 
podbiegła do córeczki i porwała ją na ręce. 

 - Mam nadzieję, że nie przeszkadzała? 
 - Ależ skąd, proszę pani! - zaprotestowała kucharka. - To złote dziecko. 
 -  Tak,  to  prawdziwy  skarb  -  potwierdziła  Marabel,  stając  w  drzwiach.  -  Dałyśmy  jej 

soczku, potem pospała, a kiedy się obudziła, w ogóle nie płakała. Proszę pana, pani Catherine 
pije herbatę z panem Jonathanem. Czy państwo dołączą do nich? 

 -  Nie,  Marabel.  Zaraz  wychodzimy  na  plażę,  tylko  Lindsay  nakarmi  Ellie.  Zjemy 

szybko coś w kuchni - odparł Luke, rozsiadając się za stołem. 

Spojrzenia,  jakie  wymieniły  między  sobą  gospodyni  z  kucharką,  świadczyły 

jednoznacznie,  że  taka  sytuacja  w  tym  domu  to  nowość.  Lindsay  pobiegła  z  Ellie  na  górę. 
Mała  zjadła  bardzo  szybko.  Lindsay  zabrała  trochę  rzeczy  dla  córeczki,  odszukała  w 
szufladzie kostium kąpielowy i szybko zbiegła na dół. Dziecko powędrowało z powrotem do 
fotelika, a Lindsay zajęła miejsce obok Luke'a i zabrała się do jedzenia sałatki. 

background image

Do  domu  wracali  po  czterech  godzinach.  Lindsay  rozsiadła  się  wygodnie  na  przednim 

siedzeniu,  oparła  głowę  i  zamknęła  oczy.  Była  wykończona.  Wiatrem,  słońcem,  wodą,  nie 
mówiąc już o tym, że po tej szalonej nocy spała zaledwie parę godzin. 

 - Zmęczona? - spytał czule Luke, zajmując miejsce za kierownicą. 
 - A ty nie? 
 - Ja nie. Ale pomyślałem, że jednak Ellie musiała trochę cię zmęczyć. 
 - Za krótko spała, chociaż nie ma co się dziwić. Po raz pierwszy w życiu była na plaży. 
 - Następnym razem weźmiemy ze sobą opiekunkę. 
 - O ile będzie następny raz - wymamrotała Lindsay, prawie zasypiając. 
 -  Naturalnie,  że  będzie  -  oznajmił  z  entuzjazmem  Luke.  -  A  opiekunka  się  przyda, 

wtedy moja żona będzie mogła zająć się tylko mną. 

Senność Lindsay zniknęła bez śladu. Czyżby Luke był zazdrosny o Ellie? 
 - Jesteś zły, że musiałam zajmować się dzieckiem? 
 - Ależ,  Lindsay, jak możesz tak mówić! Po prostu chciałbym popływać  razem z tobą. 

Nic się nie stanie, jeśli następnym razem tak to zorganizujemy, abyśmy mogli pobyć trochę ze 
sobą, tylko ty i ja. 

 -  No,  nie.  Ale  teraz  też  było  miło,  prawda?  Kiedy  chodziliśmy  sobie  razem,  i  ty  ją 

nosiłeś... 

 -  Naturalnie.  Bardzo  lubię  nosić  małą  panienkę  -  przyznał  Luke.  -  A  w  ogóle  to  był 

chyba dobry pomysł, prawda? 

 - Naturalnie, Luke, ja też jestem bardzo zadowolona.  
Lindsay  czuła  ciepło  rozlewające  się  wokół  serca.  Godziny  na  plaży  były  cudowne. 

Mała  Ellie  patrzyła  na  wszystko  z  wielkim  zainteresowaniem,  a  kiedy  Luke  szedł  do  wody, 
Lindsay  przypomniała  sobie,  jak  wiele  lat  temu  odprowadzała  wzrokiem  wysokiego 
szczupłego chłopaka, który z dzikim okrzykiem rzucał się w fale. Jak strasznie jej się podobał 
i  jak  bardzo  to  dziecinne  zauroczenie  różni  się  od  uczuć  dojrzałej  kobiety.  Zasypiając, 
pomyślała jeszcze, że nie ma nic przeciwko opiekunce, bo strasznie by chciała rzucić się w te 
fale... razem z Lukiem. 

Obudził  ją,  kiedy  podjeżdżali  już  pod  dom.  Ellie,  umoszczona  na  tylnym  siedzeniu, 

spała dalej. 

 - Nie będziemy jej budzić - powiedział cicho Luke, biorąc dziecko delikatnie na ręce. - 

Zaniosę ją na górę, a ty weź rzeczy małej. 

Lindsay  przerzuciła  torbę  przez  ramię  i  poszła  za  Lukiem,  który  otworzył  drzwi  i 

czekał,  żeby  weszła  pierwsza.  Uśmiechnęła  się  do  męża,  przeszła  przez  próg  i  stanęła  jak 
wryta.  Z  salonu  wychodziły  właśnie  dwie  damy.  Świeże  i  pachnące,  całkowite 
przeciwieństwo  młodszej  pani  Winters  w  pomiętej  sukience  i  z  potarganymi  przez  wiatr 
włosami. Lindsay miała nieprzepartą ochotę odwrócić się na pięcie i czmychnąć z powrotem 
przez frontowe drzwi, ale niestety tarasował je Luke ze śpiącym niemowlęciem na ręku. 

 - Już jesteście! - powitała ich Catherine. - Jeannette właśnie wychodzi. Jak to miło, że 

Luke jeszcze zdążył ją zobaczyć. 

 - Witaj, Jeannette - powiedział obojętnym tonem Luke. 
 - O, dzidziuś! - zdziwiła się panna Sullivan. - Jakoś mi to do ciebie nie pasuje... 
 - Wezmę Ellie na górę - powiedziała Lindsay i stanowczym ruchem wyjęła niemowlę z 

ramion Luke'a. Idąc na górę, słyszała szczebiotanie Catherine. 

 -  Zostań  jeszcze  chwilę,  Jeannette,  choć  na  jednego  drinka.  Luke,  przyłączysz  się  do 

nas? 

 - Czemu nie? 
 -  Czemu  nie,  czemu  nie  -  mamrotała  Lindsay,  idąc  z  Ellie  przez  hol.  -  Och,  moja 

słodka, pachnąca Jeannette, jakżebym chciał być z tobą, a nie z tą rozczochraną kobieciną z 
dzieckiem, którą poślubiłem przez przypadek! 

background image

Była  wściekła.  A  na  plaży  było  tak  cudownie...  Czy  ten  babsztyl  nie  mógł  wyjść  pięć 

minut wcześniej? 

Ostrożnie położyła Ellie do łóżeczka i wilgotną myjką przetarła buzię i rączki. Dziecko, 

zmęczone wyprawą ani drgnęło. Lindsay wzięła z komody „nianię" i poszła do sypialni, aby z 
powrotem  nadać  sobie  cywilizowany  wygląd.  Wzięła  gorący  prysznic,  umyła  i  wysuszyła 
głowę  i  bardzo  starannie  wybrała  sukienkę  do  kolacji.  Czas  mijał,  a  Luke  się  nie  zjawiał. 
Lindsay,  czując  coraz  większe  zdenerwowanie,  krążyła  po  pokoju,  usiłując  jakoś  to  sobie 
przetłumaczyć. Szczerze mówiąc, powinno być jej wszystko jedno, co robi Luke. Nich sobie 
pije  z  nimi  drinki,  chociażby  do  rana.  Czyżby?  Lindsay  westchnęła.  Oczywiście,  że  wcale 
tego  nie  chce.  Ale  to  się  już  stało  i  Lindsay  wie,  że  jest  mu  obojętna.  Zaproponował  jej 
romans,  a  to  rzecz  przyjemna  dla  obu  stron,  ale  chyba  na  tym  wyczerpał  już  limit  swoich 
nieprawdopodobnych  propozycji.  Przecież  nie  mówił  nic  o  przyszłości,  że  chciałby,  aby  to 
małżeństwo  trwało.  Nie.  O  tym  pan  Winters  w  ogóle  nie  wspomniał.  Tak  więc  Lindsay  nie 
ma  prawa  mieć  do  niego  jakichkolwiek  pretensji.  Kiedy  wchodziła  w  tę  grę,  dokładnie 
zapoznała się z jej zasadami. W uchylonych drzwiach ukazała się głowa Marabel. 

 - Pan Jonathan prosi, aby pani przyszła na chwilę do jego pokoju. 
A więc jeszcze tego brakowało. Każda minuta spędzona u Balcomba była dla niej męką. 

Z  jednej  strony  odczuwała  współczucie  dla  umierającego  starego  człowieka,  ale  z  drugiej 
strony miała do niego nieustający żal o śmierć Willa. 

 - Ile jeszcze czasu do kolacji? 
 -  Około  godziny.  Matka  pana  Luke'a  zadysponowała,  żeby  podać  później.  Ta  panna 

Sullivan dalej tam siedzi, jeszcze trochę i zaproszą ją na kolację. 

Z  tonu  Marabel  nietrudno  było  wywnioskować,  że  panna  Sullivan  nie  cieszy  się  jej 

sympatią. A może Jeannette specjalnie siedzi tak długo, żeby zostać na kolacji? 

 - Dobrze, Marabel, już idę. 
Wzięła  „nianię"  i  wolnym  krokiem  poszła  do  pokoju  Balcomba.  Kiedy  stanęła  w 

drzwiach, stary człowiek zawołał słabym głosem: 

 - Wejdź, wejdź! 
Pielęgniarka natychmiast oznajmiła, że pójdzie przejść się po ogrodzie. 
 -  Usiądź  koło  mnie  -  zapraszał  Jonathan.  -  Żebym  nie  musiał  wyciągać  szyi,  aby  na 

ciebie popatrzeć. 

Lindsay przysunęła sobie krzesło. Jonathan spojrzał na nią bacznie i uśmiechnął się. 
 - Opaliłaś się trochę. 
Pomyślała  o  Jacku,  który  zawsze  wszystko  zauważył.  Może  z  czasem  uda  jej  się  choć 

trochę polubić tego starego despotę? 

 - Tak. Byliśmy dziś na plaży. Na Manly Beach. 
 - Pływaliście żaglówką? - spytał Jonathan niespodziewanie ostrym głosem. 
 -  Nie,  skądże.  Byliśmy  z  małą.  Siedzieliśmy  pod  parasolem,  chodziliśmy  po  brzegu. 

Luke trochę popływał. To wszystko. 

 - Aha - mruknął Jonathan, jakby z ulgą. 
 -  Lubi  pan  żeglarstwo?  -  spytała  uprzejmie  Lindsay.  Może  Jonathan  był  zapalonym 

ż

eglarzem? Ona sama, choć nigdy nie pływała na żaglówce, uważała, że to piękny sport. 

 - Nie - burknął Jonathan. - Nigdy nie chciałem mieć z tym do czynienia. 
 - Aha. 
 - Czy Luke opowiadał ci o swoim ojcu? 
 - Trochę - przyznała Lindsay. 
 - Luke miał ogromną ochotę na żeglowanie, musiałem go przystopować. 
 - Dlaczego? 
 - A jak myślisz? Właśnie z powodu jego ojca. 

background image

 -  Ja  nic  nie  wiem.  Luke  powiedział  mi  tylko,  że  jego  ojciec  odszedł,  zanim  on  się 

urodził. 

 - Odszedł! Też coś! - obruszył się Jonathan. - Został spłacony! Przecież on ożenił się z 

Catherine  tylko  dla  moich  pieniędzy.  Powiedziałem  mu,  że  dostanie  swoją  dolę,  jeśli  się 
zmyje. No i poszedł. 

 - To niedobrze - powiedziała cicho Lindsay. 
 - Co powiedziałaś? 
 - Że to niedobrze. Luke'owi na pewno zawsze brakowało obecności ojca. 
Stary człowiek spojrzał gdzieś w bok. 
 - Powiedział ci o tym? 
 -  Nie  musiał  mówić,  przecież  to  oczywiste.  W  rezultacie  Luke  nigdy  nie  miał  ojca, 

tylko matkę, która wcale nie cieszyła się dzieckiem, oraz dziadka, który uważa, że może nim 
rządzić jak chce. W sumie wygląda to dość nieciekawie. Myślę, że... 

 - A ja myślę, moja panno, że nikt cię nie pyta o zdanie! Ostra jesteś! A może ty też... 

czekasz na swoją dolę? 

Lindsay  uśmiechnęła  się  smutno.  Przekonała  się  więc  na  własnej  skórze,  do  czego 

zdolny  jest  ten  cynik,  który  nawet  na  łożu  śmierci  nie  rezygnuje  ze  swoich  metod.  A  ona, 
naiwna,  przez  moment  porównała  go  z  Jackiem!  Czuła,  że  ogarnia  ją  złość.  O  nie,  panie 
Balcomb, nie wszystko załatwia się za pomocą dolarów. 

 - A na ileż pan mnie wycenił? - spytała zjadliwie. - To może być nawet interesujące. 
 - Tak, bardzo interesujące - powiedział Luke, stając w drzwiach. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Lindsay spojrzała na Luke'a, przerażona, że mógł opacznie zrozumieć jej słowa. 
 - Nie sądzę, żeby to było takie ciekawe - powiedziała szybko. - Chyba powinieneś już 

się przebrać do kolacji, prawda? 

 -  Tak,  już  czas  -  zgodził  się  Luke,  nie  odrywając  oczu  od  dziadka.  A  dziadek 

uśmiechnął się chytrze. 

 - Właściwie powinieneś o tym wiedzieć, Luke. Powiedziałem jej, że zapłacę, aby sobie 

stąd poszła. I wiesz, co? Ona pyta, ile jej dam! 

Lindsay  czuła, że cała krew spływa jej do nóg.  Boże, co ona narobiła? Co jej strzeliło 

do głowy, żeby wdawać się w jakąkolwiek rozmowę z tym okropnym, złośliwym i niedobrym 
człowiekiem? 

 -  Jeannette  byłaby  dla  ciebie  lepszą  żoną  -  dokończył  z  pogardą  Jonathan.  -  O  wiele 

lepszą niż ta kelnerka! 

Lindsay poczuła, że krew w jej żyłach znów zaczyna krążyć i to z niezłą prędkością. 
 - A co jest złego w tym, że obsługuje się innych ludzi? No, co?! - krzyknęła, zrywając 

się z krzesła. - Musiałam zarabiać na chleb i to przez pana, ty niedobry człowieku, bez serca... 

Przerwała, czując nagle w ramieniu okropny ból. 
 -  Wystarczy!  -  syknął  Luke,  ściskając  jej  ramię  z  całej  siły.  -  Czy  to  prawda,  co 

powiedział Jonathan? 

 -  Oszalałeś?  Puść  mnie  natychmiast!  Dobrze  wiesz,  że  nie  wzięłabym  ani  centa! 

Chciałam się tylko dowiedzieć, jaką stawkę wyznaczył twój szanowny dziadek! Ile dla niego 
warte  jest  twoje  małżeństwo!  -  krzyczała  rozwścieczona  Lindsay,  szarpiąc  się  na  wszystkie 
strony. - Ale dla ciebie to wszystko jedno, prawda? Przyzwyczaiłeś się, że on robi z wami, co 
chce! I że chce niszczyć twoje życie, tak samo jak zniszczył życie swojej córki! 

 -  Nieprawda  -  wychrypiał  Jonathan,  próbując  podnieść  się  na  łóżku.  -  Wcale  nie 

zniszczyłem życia Catherine. 

 -  Nie?  Gdyby  pan  nie  wtrącał  się,  nie  wymachiwał  tymi  swoimi  dolarami,  kto  wie, 

może  małżeństwo  Catherine  wcale  by  się  nie  rozpadło  i  pana  córka  nie  byłaby  teraz 
zgryźliwą, wiecznie niezadowoloną damulką! Trzeba było zostawić ich w spokoju! Kto panu 
dał prawo odbierać Catherine męża, a Luke'owi ojca? Ten człowiek prawdopodobnie w ogóle 
nie wie, że ma syna! 

 -  Lindsay,  proszę!  -  Głos  Luke'a  był  prawie  błagalny,  ale  zacietrzewiona  Lindsay  nie 

zwracała uwagi ani na jego głos, ani na rękę, która niemal miażdżyła jej kości. 

 - Nigdy w życiu nie widziałam takiego despoty, który swoich najbliższych traktuje jak 

marionetki! 

 -  Nie  zniszczyłem  życia  Catherine  -  powtórzył  Jonathan.  -  Ona  sama  wybrała  sobie 

tego  drania.  Ja  chciałem  go  tylko  wypróbować.  Zaproponowałem  pieniądze,  a  on, 
skurczybyk,  wziął.  A  ja  wcale  tego  nie  chciałem.  Miałem  nadzieję,  że  rzuci  mi  tę  forsę  w 
twarz i powie, żebym się wypchał, rozumiesz? Czekałem, że powie mi, że moja córka jest dla 
niego najważniejsza! Tak było, panienko! I chyba lepiej dla Catherine, że zdemaskowałem go 
na samym początku ich małżeństwa, skoro okazało się, że był to zwykły chłystek. I dla Luke'a 
też będzie lepiej, jeśli już teraz weźmiesz parę groszy i wyniesiesz się stąd! 

 - O tym, kto ma się stąd wynieść, decyduje Luke, proszę pana! 
 - A o czym on może teraz decydować? Przecież złapałaś go na dziecko! 
 -  Na  dziecko?  Z  moim  dzieckiem  nie  będzie  żadnego  problemu,  proszę  pana!  Jeśli 

odejdę, to zapewniam pana, że razem z moją córką! 

 - O nie! - Jonathan znów bezskutecznie usiłował usiąść na łóżku. - Dziecko zostaje. 
 - Co?! - krzyknęła Lindsay, nie wierząc własnym uszom. - Moje dziecko? No, to może 

w końcu powinien się pan dowiedzieć, że Ellie... 

background image

Nie dokończyła. Poczuła, że unosi się w górę i w sekundę petem była już w holu. Stała 

teraz pod ścianą, Luke przed nią, z oczyma pociemniałymi od gniewu. 

 -  Co  ty,  do  cholery,  wyprawiasz?  Jesteś  tu  po  to,  aby  on  zmarł  w  spokoju,  a  ty 

doprowadzasz go do białej gorączki! Przecież tego nie da się odkręcić! 

 -  To  nie  odkręcaj!  -  krzyknęła.  -  Jakim  prawem  on  tak  mnie  traktuje?  Najpierw  chce 

mnie przekupić, a potem odebrać dziecko. Dziecko Willa! Moją Ellie! I ty jeszcze go bronisz? 

 - Bo to mój dziadek, rozumiesz? A cała moja rodzina składa się z dwóch osób. 
 - A o to możesz mieć pretensję właśnie do szanownego dziadka. Gdyby nie on, miałbyś 

pół  tuzina  sióstr  i  braci,  a  dodatkowo  dziadków  i  wielu  innych  krewnych  ze  strony  ojca.  I 
spokojnie mógłbyś ożenić się z kobietą, którą byś sobie wybrał, a nie miotać się i wchodzić w 
jakieś  wariackie  układy  z  kelnerką!  I  teraz  jestem  pewna,  że  najlepszy  sposób,  aby  dać 
twojemu  dziadkowi  trochę  radości,  to  pozwolić  mu  skrzywdzić  jeszcze  parę  osób!  Ja  mam 
malutkie dziecko, Luke, i mam tego wszystkiego dość. Nie zostanę tu ani minuty dłużej! 

Lindsay  szarpnęła  się  i  zanim  Luke  zdążył  ją  przytrzymać,  biegła  już  przez  hol.  Jak 

burza  wpadła  do  pokoju  Ellie  i  zatrzasnęła  drzwi.  Spojrzała  na  łóżeczko.  Mimo  krzyków  i 
hałasów dziecko spało. Mała istotka pod różowym kocykiem. Ellie, jej Ellie! A ten wstrętny 
staruch  zamarzył  sobie,  że  przekupi  matkę  i  zatrzyma  dziecko.  Tak,  to  jasne.  Przed  chwilą 
rozmawiała z potworem. Jak Luke może kochać takiego człowieka? Jej też krajało się serce, 
kiedy  patrzyła  na  tę  wychudłą  postać.  Porównała  go  nawet  z  Jackiem  i  przez  chwilę 
zastanawiała  się,  czy  z  czasem  nie  polubi  tego  apodyktycznego  staruszka.  Żeby  tylko 
apodyktycznego! Przecież to potwór, prawdziwy potwór! Ale ona nie pozwoli się zniszczyć. 

Wolnym  krokiem  podeszła  do  fotela.  Usiadła  wygodnie,  zamknęła  oczy  i  zaczęła  się 

kołysać.  Do  przodu  i  do  tyłu,  do  przodu  i  do  tyłu.  Czuła,  że  powoli  odzyskuje  spokój.  I 
dobrze, bo trzeba przemyśleć,  co dalej. W każdym razie koniec z tym cyrkiem i udawaniem 
szczęśliwej małżonki. 

Nie  słyszała,  kiedy  Luke  wsunął  się  do  pokoju.  Nagle  fotel  przestał  się  kołysać. 

Otworzyła oczy i zobaczyła tuż przed sobą jego twarz. Stał pochylony, z rękoma opartymi o 
poręcze fotela. 

 - Nie odejdziesz. 
 - Odejdę. Jak tylko Ellie się obudzi. 
 - Nie. Zawarliśmy umowę, która obowiązuje obie strony. 
 -  A  ja  od  tej  umowy  odstępuję.  Nieodwołalnie.  A  może  wolisz,  żebym  przyjęła 

propozycję twojego hojnego dziadka? Tak jak każe rodzinna tradycja? 

 - Nie, Lindsay. Rozmawiałem z nim. To się nigdy nie powtórzy. A ty zostajesz. 
Usłyszeli, jak Ellie zakwiliła przez sen i poruszyła się niespokojnie. 
 - Chodźmy stąd, Lindsay, bo obudzimy dziecko. 
 -  Nie  szkodzi.  I  tak  powinnam  już  ją  karmić.  Przecież  niedługo  siódma  i  pora  na  tę 

waszą wytworną kolację. 

 -  Wytworną  kolację  Marabel  poda  wtedy,  kiedy  ją  się  poprosi.  Nawet  nad  ranem.  A 

dziecko niech sobie jeszcze pośpi. 

Lindsay z wielką niechęcią zaczęła podnosić się z fotela. Kiedy stanęła już na nogach, 

Luke złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Szła za nim, ale tylko dlatego, że ją ciągnął. 

 -  Zupełnie  nie  rozumiem,  jak  możesz  być  do  niego  tak  przywiązany  -  mruczała  cicho 

pod  nosem,  wyrzucając  z  siebie  resztki  złości.  -  To  nie  jest  dobry  człowiek.  A  gdybym 
rzeczywiście wzięła od niego tę łapówkę? 

Luke  nie  odzywał  się,  dopóki  nie  weszli  do  sypialni  i  dopóki  nie  zamknął  za  sobą 

starannie drzwi. Dopiero wtedy puścił dłoń Lindsay i spokojnie zaczął ściągać T - shirt. 

 - Lindsay, wierzę ci. Znam dziadka nie od dziś, ciebie też już zdążyłem trochę poznać - 

oświadczył stanowczym głosem. - Wiem, że chciałaś, aby wyłożył karty na stół. 

background image

T  -  shirt  pofrunął  na  podłogę  i  Luke  zaczął  rozpinać  zamek  z  dżinsów.  Lindsay 

rozejrzała  się  za  krzesłem.  Przysiadła  na  brzeżku  i  popatrzyła  na  brązową,  gładką  skórę 
mężczyzny. Pokochała go. I po co? To uczucie w obecnej sytuacji tylko tę sytuację pogarsza. 
Zamknęła  oczy.  Nagle  jej  policzka  dotknęło  coś  ciepłego  i  pachnącego  znajomą  wodą. 
Policzek Luke'a. 

 - Nie martw się, on już nigdy nie zrobi ci takiej przykrości.  
Teraz poczuła na wargach delikatny pocałunek. 
 - Umyję się piorunem. Poczekasz na mnie? 
Skinęła głową i otworzyła oczy. Patrząc, jak znika w łazience, pomyślała, co by to było, 

gdyby  zrzuciła  sukienkę  i  pobiegła  za  nim  pod  prysznic?  No  cóż,  w  tym  stanie  ducha  coraz 
głupsze myśli przychodzą jej do głowy. Wstała z krzesła i zaczęła zbierać z podłogi ubranie 
Luke'a. Czy wszyscy mężczyźni lubią, żeby ich kobiety sprzątały po nich? Chyba tak. Will w 
każdym razie nie miał nic przeciwko temu. Ale nie powinna porównywać byłego męża z tym 
dziwnym mężem na czas określony umową. Tym bardziej że Will nie miał żadnych szans. Jak 
mógł konkurować z bogatym, pewnym siebie biznesmenem? Chociaż na pewno pod jednym 
względem go przewyższał. Will kochał Lindsay, a Luke nie. On tylko podpisuje z nią umowy, 
mówi  o  zobowiązaniach  i  ustala  nowe  zadania.  Ich  romans  to  tylko  miły  dodatek  do 
transakcji.  A  z  Willem  wszystko  było  takie  proste  i  radosne.  Nie  było  żadnych  umów, 
kąsających teściowych ani despotycznych dziadków. 

Atmosfera  podczas  kolacji,  jak  zwykle,  naładowana  była  elektrycznością.  Lindsay 

demonstracyjnie nie odzywała się ani słowem, zastanawiając się, czy takie męczenie się przy 
jednym  stole  ma  w  ogóle  sens.  Catherine  trajkotała  bez  przerwy,  rozpływając  się  nad 
Jeannette, która jest zachwycona pobytem w Stanach, ale też i bardzo szczęśliwa, że wróciła 
do domu. Jeannette bardzo tęskniła za wszystkimi i ogromnie żałuje, że połakomiła się wtedy 
na  te  udziały  dziadka.  Luke,  wcale  nie  zainteresowany  przeżyciami  Jeannette,  odpowiadał 
chłodno „tak" albo „nie", a Lindsay znów zastanawiała się, czy ta kobieta robi to specjalnie, 
czy udając wielką damę, jest całkowicie pozbawiona taktu. 

Nie,  jest  na  to  zbyt  sprytna.  Robi  to  specjalnie,  aby  Lindsay  w  domu  Luke'a  czuła  się 

jak najgorzej. 

Tuż  przed  deserem  w  „niani"  dały  się  słyszeć  znajome  odgłosy,  niezawodnie 

zapowiadające, że Ellie za chwilę uderzy w głośny płacz. 

 - Proszę wybaczyć - bąknęła Lindsay, zrywając się od stołu. 
 -  Po  co  ten  pośpiech  -  odezwała  się  niemiło  Catherine.  -  Niech  Marabel  zajmie  się 

dzieckiem. Nie warto przerywać sobie kolacji. 

Lindsay,  już  w  drzwiach,  odwróciła  się.  Nauki  Catherine  nie  poszły  na  marne.  Szare 

oczy były lodowate, równie lodowaty uprzejmy głos. 

 - Moje dziecko, proszę pani, może mi zawsze przerwać kolację, także śniadanie i obiad. 

Uwielbiam opiekować się moją córeczką, bo ją kocham i chcę, żeby kiedyś mogła wspominać 
szczęśliwe dzieciństwo. A więc państwo łaskawie wybaczą! 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  jak  strzała  pomknęła  na  górę.  Przez  blisko  dwie  godziny  nie 

wychodziła z pokoju dziecka. Po karmieniu, tuląc do siebie córeczkę, siedziała dalej w fotelu, 
nucąc  dziecku  kołysanki  i  szepcząc  różne  czułości.  Kiedy  powieki  małej  zaczęły  opadać, 
Lindsay ucichła i zatopiła się w marzeniach. Myślała o przyszłości. Będą sobie żyły tylko we 
dwie. Tak, tylko we dwie. Lindsay już dwa razy oddała swoje serce i nie zamierza robić tego 
po raz trzeci. Miała już tyle wspomnień. Will, z którym uczyła się kochania. Will to pierwsze 
pocałunki, plaża, śmiech i latawce. A  Luke? Jak to z nim jest? Czasami jest tak pięknie, ale 
najczęściej trudno i gorzko. I takie będą o nim wspomnienia. 

Ellie spała już głębokim snem, ale Lindsay nie kładła jej do łóżeczka. Siedziała dalej w 

fotelu, patrząc w ciemne okno i myślała, ile to błędów popełniła w ciągu ostatnich miesięcy. 
A  najgorszym,  niewybaczalnym  jest  ten,  że  zakochała  się  w  Luke'u.  Był  piękny  i  władczy, 

background image

mądry i opiekuńczy. A jednocześnie nie mieli ze sobą nic wspólnego. Każde z nich należało 
do  innego  świata.  Spotkali  się  przez  przypadek  i  nawet  ich  gorący  romans  wkrótce  się 
skończy. Ich romans. Lindsay poczuła, że jej ciało zaczyna wysyłać niebezpieczne sygnały. 

W otwartych drzwiach zamajaczyła wysoka postać. 
 - Lindsay? 
 - Słucham? - szepnęła. 
 - Ellie śpi? 
 - Tak. 
 - Połóż ją i chodź. 
Lindsay, z głową jeszcze pełną marzeń, ułożyła córeczkę w łóżeczku, włączyła nadajnik 

i  chwyciwszy  „nianię",  poszła  z  Lukiem.  Na  chwilę  oślepiło  ją  ostre  światło  w  holu,  ale 
potem  znów  otulił  półmrok  sypialni.  Usłyszała  cichy  odgłos  zamykanych  drzwi,  Luke  objął 
ją,  po  czym  gorące,  łapczywe  usta  poszukały  jej  warg.  A  potem,  kiedy  zmęczeni  miłością, 
leżeli obok siebie w ciemnościach, usłyszała jego dźwięczny, bardzo przytomny głos: 

 -  Lindsay?  Obiecaj,  że  zostaniesz.  Rozumiem,  że  jesteś  wściekła  na  Jonathana,  ale 

ucieczka niczego nie zmieni. Proszę, Lindsay. Wszystkim nam jest teraz bardzo ciężko, więc 
niech  przynajmniej  mam  pewność,  że  żaden  szalony  pomysł  nie  przyjdzie  ci  do  głowy. 
Zgoda? 

 - To powiedz jeszcze raz, że mi wierzysz. Zależy mi na tym. 
 -  Wierzę  ci.  Przecież  zawarłem  z  tobą  niejedną  umowę  i  wiem,  że  nie  jesteś 

interesowna. A więc obiecujesz? 

 - Obiecuję. 
 - Niezależnie od tego, jak to będzie? 
 - Niezależnie od tego - powtórzyła jak echo Lindsay i uniosła głowę. - A jak to ma być, 

Luke? 

 - Nie wiem, ale wolę zastrzec. 
 -  Brzmi  to  bardzo  urzędowo  -  zaśmiała  się  Lindsay,  układając  z  powrotem  głowę  na 

jego ramieniu. 

 - Skrzywienie zawodowe. 
 - Aha. 
Czując  pod  głową  wspaniałe  mięśnie,  zastanawiała  się,  skąd  Luke  ma  taką  kondycję, 

skoro  cały  dzień  przesiaduje  w  firmie.  Wygląda  tak,  jakby  trenował  sport  albo  pracował 
fizycznie, a nie głową. 

 - Luke, śpisz? 
 - Jeszcze nie. 
 - Może popływalibyśmy kiedyś żaglówką? 
 - A dlaczego właśnie żaglówką? 
 -  Bo  to  taki  piękny  sport.  Jonathan  mówił,  że  kiedyś  chciałeś  żeglować,  ale  ci  nie 

pozwolił. Czy twój ojciec był żeglarzem? 

 - Nie, tylko projektował i budował żaglówki. Ale na pewno też trochę pływał. 
 - A ty? 
 -  Tylko  raz.  Kiedyś  pewien  klub  biznesmenów  zaprosił  mnie  na  swoją  łódź. 

Pływaliśmy kilka godzin. Nie powiem, żeby mi się nie podobało. 

 - Tylko tyle? A nie miałeś poczucia takiej radości, wręcz uniesienia, kiedy łódź mknie 

po wodzie, żagle łopocą, a tobie wiatr smaga twarz? Przynajmniej ja tak to sobie wyobrażam. 

 -  Może  i  masz  rację.  Słońce  prażyło  wtedy  niemiłosiernie,  a  my  musieliśmy 

manewrować łodzią, żeby dopłynąć do wyznaczonego miejsca. W pewnym momencie o burtę 
uderzyła potężna fala i wtedy, na tle rozbryzgującej się wody, zobaczyłem tęczę. Tęczę, która 
poruszała się razem z wodą. To było piękne. A poza tym ta wałka z żywiołem! 

background image

 - Męska sprawa - mruknęła Lindsay, zachwycona, że Luke tak łatwo połknął haczyk. - 

Ty w ogóle kojarzysz mi się z jakimś piratem... Nie śmiej się. Jesteś też taki wielki, ciemny i 
groźny, no i ten charakter. Bo pirat to taki facet, który nie wyobraża sobie życia na lądzie, ale 
wrodzona  próżność  nie  pozwala  mu  wybrać  jakiegoś  spokojniejszego  zawodu,  na  przykład 
rybaka. 

 - Próżność? Wrodzona? Ach ty, rybaczko! 
Luke w jednej chwili przekręcił się na brzuch, przykrywając Lindsay swoim ciałem. 
 - Nie jestem próżny. 
 -  No,  już  dobrze,  dobrze,  nie  jesteś.  -  Lindsay  delikatnie  pogłaskała  groźne,  pirackie 

oblicze. - Ale lubisz rządzić? 

 - Ja?! - zdumiał się Luke. - Ja tylko słucham poleceń. Teraz, na przykład, mam kupić 

ż

aglówkę. 

 - Tylko po to. żebyś miał trochę radości i rozrywki. Takiej męskiej! 
Nagle Lindsay wyczuła, że Luke'a z wolna opuszcza żartobliwy nastrój. 
 - Sam nie wiem, Lindsay. Moje życie wcale nie jest takie złe, nie wiem, czy koniecznie 

trzeba coś tu zmieniać. 

Wyglądało  na  to,  że  Jonathan  z  wiadomych  powodów  skutecznie  zaszczepił  Luke'owi 

niechęć,  a  przynajmniej  obojętność  wobec  sportu,  który,  zdaniem  Lindsay,  absolutnie  na  to 
nie zasługiwał. 

 - Czyli tylko i wyłącznie firma, a pod wieczór wizyta u chorego dziadka? 
 - Trudno, żebym go nie odwiedzał. 
 -  Tego  mi  nie  musisz  tłumaczyć.  Ale  ty,  Luke,  masz  przed  sobą  długie  życie.  Nie 

gniewaj się, ale co będziesz robił, kiedy będziesz miał już tylko firmę? 

 - Może będę spędzał więcej czasu z rodziną? 
Jasne. Kiedy odprawi tymczasową żonę, ożeni się z tą zielonooką pięknością i będzie z 

nią latał z przyjęcia na przyjęcie. 

 - To co, śpimy? - spytał Luke. 
 - Tak. 
Luke ułożył się z powrotem na plecach i sennym głosem przekazał ostatnią informację. 
 - Aha, byłbym zapomniał. Jutro Jeannette przychodzi do nas na kolację. 
Następnego  dnia  Lindsay.  zaraz  po  porannym  karmieniu,  zabrała  Ellie  do  ogrodu. 

Pogoda  była  przepiękna  i  Lindsay  chciała,  aby  dziecko  jak  najdłużej  przebywało  na 
powietrzu.  Luke  pojechał  do  firmy  załatwić  kilka  pilnych  spraw,  ale  obiecał,  że  wróci 
wcześniej i dołączy do nich. Lindsay rozłożyła gruby kocyk na trawie w zacienionym miejscu 
i ulokowała na nim rozbrykaną, gaworzącą Ellie. Sama przysiadła obok, patrząc z zachwytem 
na przepiękne róże i długie rabaty stokrotek, wysadzone po brzegach purpurowymi petuniami. 
Prawdziwe  królestwo  kwiatów,  które  przed  wiatrem  chroniły  wysokie  eukaliptusy,  a 
rozłożyste drzewa figowe przed palącym słońcem. 

Ktoś nadchodził ścieżką. Lindsay była pewna, że to Luke. 
Odwróciła  głowę,  żeby  z  daleka  powitać  go  uśmiechem,  ale  uśmiech  zamarł  na  jej 

ustach.  Ścieżką  sunęła  Catherine.  Ona  też  chyba  nie  była  zachwycona.  Zawahała  się  na 
moment,  jednak  nie  miała  już  odwrotu.  Podeszła  bliżej,  i  skinąwszy  głową  synowej, 
przysiadła  na  ławeczce.  Ciekawe,  czy  po  to,  aby  wygłosić  wykład  na  temat  rozpieszczania 
dzieci? 

 -  Pięknie  dziś  -  zauważyła  sztywno,  patrząc,  jak  Lindsay  wsuwa  kwiatek  między 

malusieńkie paluszki Ellie. - Myślisz, że ona już wie, że to kwiatek? - spytała ze zdziwieniem. 

 -  Nie  wiem  -  odparła  z  uśmiechem  Lindsay.  -  Ale  wydaje  mi  się,  że  dobrze,  żeby 

widziała wokół siebie dużo pięknych kolorów. 

 - To chyba strata czasu. 
 - Dlaczego? Przecież to nie zaszkodzi. A pani lubi małe dzieci? 

background image

 -  Nie  bardzo  wiem,  jak  się  nimi  zajmować  -  przyznała  niespodziewanie  szczerze 

Catherine. - Nigdy nie opiekowałam się małym dzieckiem. 

 - Jak to? 
 - Mój ojciec zawsze był zamożny, mogłam więc zatrudnić pielęgniarkę, potem nianię i 

one  właściwie  robiły  przy  Luke'u  wszystko  -  powiedziała  Catherine  dziwnie  zgaszonym 
głosem, westchnęła, po czym wyjęła z kieszeni nożyce. - Przyszłam ściąć trochę kwiatów na 
stół, na tę dzisiejszą kolację. 

Stała jednak dalej, wpatrując się w Ellie, która zawzięcie kopała nóżką promień słońca, 

padający na kocyk. 

 -  Zupełnie  nie  pamiętam  Luke'a,  kiedy  był  taki  malutki.  Pamiętam,  jak  był  już 

chłopczykiem, bardzo żywym. Mieszkaliśmy wtedy u mojego ojca, tam też jest wielki ogród. 
Ojciec  kazał  zbudować  dla  Luke'a  prawdziwy  fort  z  drewnianych  bali.  Lindsay,  niezależnie 
od tego, co myślisz, ja kocham mojego syna. 

 - Ale pani mu tego w ogóle nie okazuje. 
 - Trudno, taka już jestem. 
 -  Nie  chodzi  mi  o  to,  żeby  go  głaskać  po  głowie  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Przecież  to 

dorosły  mężczyzna.  Chodzi  mi  o  to,  że  pani,  jako  matka,  powinna  go  wspierać  i  stawać  po 
jego stronie. 

 - Ja zawsze pomagam mojemu synowi. 
 -  A  dlaczego  musiał  ożenić  się  z  kelnerką?  Jonathana  można  jeszcze  od  biedy  jakoś 

zrozumieć,  ale  pani?  Dlaczego  pani  też  stara  się  narzucić  mu...  pewne  rzeczy?  Chociaż 
właściwie  nie  ma  się  czemu  dziwić.  Kobieta,  która  nie  staje  po  strome  męża,  nie  będzie  też 
wspierać swojego syna. 

 -  Bardzo  śmiała  opinia  ze  strony  kogoś,  kto  nie  zna  całej  sytuacji  -  powiedziała  ostro 

Catherine. 

 -  Oczywiście,  że  nie  znam.  Wiem  tylko,  że  mnie  nie  można  przekupić,  abym  odeszła 

od Luke'a - odcięła się Lindsay. 

 -  To  nie  to  samo,  Lindsay.  Thomas  był  młody  i  biedny,  mieliśmy  po  dwadzieścia  lat. 

Wiedziałam,  że  z  nim  będę  przez  całe  życie  biedna.  Ty  wiesz,  jak  to  jest,  bo  sama  żyłaś  w 
niedostatku. Sądzę, że pieniądze zaważyły na twojej decyzji o małżeństwie z Lukiem. 

 - Owszem, pieniądze, ale nie dla mnie, proszę pani. Byłam w bardzo trudnej sytuacji i 

bałam się o dziecko. Po prostu. A pani była rozczarowana, że dwudziestoletni mężczyzna nie 
jest tak bogaty, jak pani ojciec, co najmniej pięćdziesięcioletni, który zdążył się dorobić. Luke 
jest po trzydziestce, ma podobno więcej pieniędzy niż Jonathan, ale Luke'owi dziadek pomógł 
na  starcie.  Jonathan  mógł  to  samo  zrobić  dla  swojego  zięcia.  Pomóc  na  starcie,  a  nie 
poddawać jakimś tam próbom. Kto wie, może wszystko potoczyłoby się inaczej? 

Lindsay zauważyła, że na twarzy Catherine pojawia się wyraz najwyższego zdumienia, 

postanowiła więc zakończyć swoje wywody. 

 - W każdym razie, to nie moja sprawa. Za parę tygodni zniknę z waszego życia. Teraz 

chodzi tylko o to, aby jakoś tam tolerować się nawzajem. Potem nigdy już się nie zobaczymy. 

Odpowiedź tymczasowej teściowej była zadziwiająco szczera. 
 -  Mam  nadzieję,  że  tak  się  stanie  -  powiedziała  sucho.  Nie  odchodziła  jednak,  tylko 

dalej patrzyła na Ellie. Twarz starszej pani złagodniała. Kiedy  Ellie chciała włożyć sobie do 
buzi stokrotkę, Catherine pochyliła się i wyjęła kwiatek z malutkiej piąstki. 

 - Może pani chce ją wziąć na ręce? - spytała trochę nieśmiało Lindsay. 
 - Ja? 
Catherine przykucnęła przy kocu i ostrożnie podniosła niemowlę. Przytuliła je do siebie 

i  usiadła  na  ławce.  Lindsay  patrzyła  na  kwiaty,  ale  kątem  oka  widziała  doskonale,  jak 
Catherine z rozczuleniem ogląda malutkie rączki, głaszcze włoski nad karczkiem Ellie, potem 

background image

chodzi  z  małą  po  ścieżce  i  pokazuje  jej  kwiatki,  motylki  i  słońce.  Po  kilkunastu  minutach 
jakby zmarkotniała. 

 - Muszę już iść, mamy dzisiaj gościa - powiedziała cicho, oddając dziecko. - Ubierz się 

odpowiednio, dobrze? 

 - Aha, bo przychodzi Jeannette? - spytała sucho, odwracając wzrok. 
Catherine  nie  może  zauważyć,  że  jej  entuzjastyczny  stosunek  do  byłej  narzeczonej 

Luke'a drażni  Lindsay.  Na pewno starałaby się to jakoś wykorzystać.  I pomyśleć, że jeszcze 
przed chwilą teściowa tak miło bawiła się z Ellie i Lindsay wydawało się, że może w końcu 
choć trochę ją polubi. 

 - Proszę pani! - zawołała do Catherine, podchodzącej już do różanych krzewów. - Czy 

pani wie, że Luke kupuje żaglówkę? Jestem zachwycona! 

Nawet  z  tej  odległości  zauważyła,  jak  Catherine  pogardliwie  wzrusza  ramionami  i 

dosłyszała ironiczny komentarz. 

 - Co za niedorzeczny pomysł! Jakby Luke nie miał nic innego do roboty. 
Kiedy  pół  godziny  później  w  ogrodzie  zjawił  się  Luke,  Lindsay  nie  powiedziała  mu  o 

rozmowie z Catherine. Po co psuć nastrój? Siedzieli sobie na trawie, koło kocyka Ellie. Luke 
zerwał  źdźbło  trawy  i  delikatnie  łaskotał  małą  po  policzkach.  Dwa  razy  odniósł  sukces,  bo 
Ellie  uśmiechnęła  się  do  niego.  Było  cicho,  spokojnie,  siedzieli  we  troje  i  Lindsay  nagle 
poczuła się bardzo szczęśliwa. Bardzo nierozsądne uczucie, skoro za kilka tygodni wszystko 
się skończy. Walczyć z nim? Nie, nie trzeba, niech te chwile naprawdę będą piękne. 

Lindsay jeszcze raz zajrzała do pokoju dziecka, aby przekonać się, że Ellie śpi jak suseł. 

Dzwonek u drzwi wejściowych dzwonił jakiś kwadrans temu, a więc Jeannette przybyła już 
do  domu  Luke'a  Wintersa.  Lindsay  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  razem  z  innymi 
domownikami  powinna  czekać  na  drogiego  gościa  w  salonie.  Było  to  jednak  ponad  jej  siły. 
No  tak,  ale  czas  płynie  nieubłaganie.  Stanęła  na  szczycie  schodów.  Trzeba  zejść,  bo  inaczej 
przyślą  po  nią  Marabel.  Boże,  dlaczego  w  tym  domu  nie  można  spokojnie  zjeść  kolacji  w 
swoim  pokoju?  Już  na  schodach  przykleiła  do  ust  jak  najszerszy,  najbardziej  promienny 
uśmiech.  Stając  na  progu  salonu,  zauważyła,  że  panie,  owszem,  są  i  siedzą  na  kanapie,  ale 
brakuje im męskiego towarzystwa. 

 -  O,  Lindsay!  -  powiedziała  Catherine,  bacznie  spoglądając  na  sukienkę  synowej.  - 

Jeannette, zdaje się, że miałyście już okazję się poznać? 

 - O tak, na balu. Witaj, Lindsay! 
Niepewny  uśmiech  na  twarzy  Jeannette  dodał  Lindsay  odwagi.  A  więc  zielonooka 

piękność  też  w  tej  sytuacji  nie  czuje  się  najlepiej.  Lindsay  powitała  ją  pełnym  głosem,  nie 
zapominając o szerokim uśmiechu, po czym usiadła na jednym z krzesełek obitych brokatem i 
zapytała o swojego męża. 

 - Musiał koniecznie do kogoś zadzwonić - wyjaśniła Catherine. - Ale zaraz tu będzie. 
Faktycznie, w tej samej chwili na progu salonu ukazał się Luke. 
 -  Proszę  wybaczyć,  to  była  bardzo  pilna  sprawa  -  powiedział  z  miłym  uśmiechem, 

szukając wzrokiem spojrzenia Lindsay. - Kochanie, wyglądasz prześlicznie! 

Do  gościa  podszedł  z  miłym  uśmiechem  i  wyciągniętą  dłonią,  ale  Jeannette  z 

wdziękiem wspięła się na paluszki i pocałowała go w policzek. 

 - Bardzo się cieszę, że zaprosiliście mnie do siebie - zagruchała niskim, pieszczotliwym 

głosem. 

Luke odsunął się o krok i wygłosił uprzejmą formułkę: 
 - Zawsze miło cię widzieć, Jeannette. Jesteś piękna, jak zawsze. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Dłonie Lindsay zacisnęły się w pięści. Była wściekła. Czy z powodu wizyty Jeannette? 

A  może  dlatego,  że  panna  Sullivan  jest  piękna  jak  zawsze,  a  ona,  Lindsay,  wygląda  tylko 
ś

licznie? Wyprostowała palce. Po co się tak denerwować? Ten cyrk nie potrwa już długo. No, 

tak, ale kiedy się skończy,  wszystko wskazuje na to, że panna Sullivan zostanie nową panią 
Winters.  Żoną  Luke'a.  A  z  tym  serce  Lindsay  nie  chciało  się  pogodzić.  Dlaczego  nie  może 
być tak jak dziś, w ogrodzie? Luke, Lindsay i Ellie, i to poczucie szczęścia. 

Niestety,  będzie  inaczej,  bo  choć  Lindsay  pokochała  Luke'a  nie  dla  pieniędzy,  jest  dla 

niego tylko partnerką w interesach. Stroną w umowie zawartej na czas określony. 

Kolacja upływała w miłej atmosferze. Przede wszystkim Catherine, skoncentrowana na 

miłym  gościu,  zostawiła  synową  w  spokoju.  Luke,  jak  zwykle,  siedział  na  poczesnym 
miejscu, matka z lewej strony, a miejsce żony po prawicy zajęła Jeannette. Lindsay usadzono 
na  drugim  końcu  stołu,  skąd  mogła  przysłuchiwać  się  wartkiej,  dowcipnej  rozmowie,  do 
której nikt nie starał się jej włączyć. Omawiano najnowsze sensacje towarzyskie, wspominano 
wydarzenia z przeszłości i ludzi, których Lindsay, oczywiście, nie znała. Poprzestała więc na 
delektowaniu  się  dziełami  sztuki  kulinarnej  Rachel,  popatrywaniu  na  męża  i  czekaniu  z 
utęsknieniem na zakończenie tego koszmarnego wieczoru. 

 -  Bardzo  się  zmartwiłam,  kiedy  dowiedziałam  się  o  chorobie Jonathana  -  szczebiotała 

Jeannette. - To okropne! 

 -  Tak,  to  wielki  cios  -  powiedziała  smutnym  głosem  Catherine.  -  Chwała  Bogu,  że 

ojciec nie musi być w szpitalu. Moje mieszkanie jest za małe, ale na szczęście w domu Luke'a 
można było stworzyć Jonathanowi komfortowe warunki. 

 -  Z  wielką  chęcią  odwiedziłabym  Jonathana,  o  ile  sprawi  mu  to  przyjemność.  Wiem, 

Luke,  że  jesteś  na  mnie  zły  z  powodu  tych  udziałów,  o  których  dyskutowałam  z  twoim 
dziadkiem,  ale  uwierz  mi,  ja  tylko  chciałam  pójść  staremu  człowiekowi  na  rękę.  I 
jednocześnie pójść za głosem serca... 

Ostatniemu  zdaniu  towarzyszyło  spojrzenie  tak  powłóczyste,  że  Lindsay  siłą 

powstrzymała się, aby nie rzucić w zielonooką piękność przynajmniej łyżeczką. 

 - Jonathan bardzo ucieszy się z twojej wizyty, Jeannette - powiedział Luke. - Zapytamy 

pielęgniarkę. Jeśli Jonathan jest w formie, wypijemy u niego kawę. 

 - To cudownie - piała Jeannette, nie odrywając od Luke' a oczu pełnych uwielbienia, a 

Lindsay czuła, że robi jej się niedobrze. Siedzi tu, jak kołek, jak piąte koło u wozu, a przecież 
ten wspaniały mężczyzna na drugim końcu stołu ma romans właśnie z nią. Łączą ich wspólne 
noce  i  pocałunki.  Jak  na  razie,  Luke  Winters  należy  do  Lindsay  i  najwyższy  czas 
przypomnieć o swojej obecności. 

 -  Luke,  kochanie,  może  opowiesz  Jeannette  o  naszych  planach  żeglarskich?  Że 

zamierzasz kupić łódź? 

 - Głupota - natychmiast obruszyła się Catherine, rzucając synowej gniewne spojrzenie. 

- To tylko taki niedorzeczny pomysł Lindsay. 

 -  Mój  mąż  od  dawna  chciał  zająć  się  tym  sportem  -  opowiadała  gładko  Lindsay,  nie 

spuszczając oczu z Luke'a. - Pracuje bardzo ciężko, musi więc mieć jakąś odskocznię. Trzeba 
przecież oderwać się trochę od codziennego życia, prawda, kochanie? 

Czuła,  że  jej  serce  wali  jak  młot.  Ryzykowała.  Jeśli  Luke  jej  nie  poprze,  wyjdzie  na 

kompletną idiotkę. 

 -  Nie  wiedziałam,  Luke,  że  żeglarstwo  cię  pociąga  -  zaczęła  Jeannette  niepewnym 

głosem. - Bo ja, na przykład... 

 -  Wcale  go  nie  pociąga  -  przerwała  kategorycznym  głosem  Catherine.  -  I  nie  musi 

kupować żadnej żaglówki. 

background image

 - Oczywiście, że nie musi - stwierdziła ze spokojem Lindsay. - Jednak każdy czasami 

chce  popatrzeć  sobie  na  tęczę,  rozpiętą  wśród  fal,  prawda,  Luke?  Poza  tym  żeglarstwo 
powinno być ci bliskie, ponieważ twój ojciec był z tym związany. 

 - Ojciec Luke'a? - zdziwiła się Jeannette. - Nic o tym nie wiem. 
 - Nic dziwnego. Żony o swoich mężach wiedzą zwykle więcej niż obce osoby. 
 - Wydaje mi się, że moglibyśmy porozmawiać  o czymś innym - powiedziała szorstko 

Catherine. 

 - Oczywiście - przytaknęła Lindsay. - Po co o tym mówić, skoro nie kupiliśmy jeszcze 

łodzi,  prawda,  kochanie?  Może  zajmiemy  się  tym  podczas  następnego  weekendu?  Trzeba 
starannie wybrać model, chyba nie chcesz, żeby dzieci wypadały nam za burtę? 

Nareszcie! W oczach Luke'a pojawiły się wesołe iskierki. 
 - Nie strasz, kochanie! Oczywiście, trzeba będzie wybrać łódź nadającą się dla rodziny 

z  gromadą  urwisów.  Będzie  nam  miło,  mamo,  jeśli  czasem  do  nas  dołączysz  i  udzielisz 
cennych wskazówek. Masz przecież doświadczenie. 

 - Pływałaś, Catherine? - spytała ze zdumieniem Jeannette. 
 - Och! Kiedyś tam, wiele lat temu i w ogóle nie chcę o tym wspominać. Moja noga nie 

postanie na żadnej żaglówce. 

 - Ja natomiast z wielką chęcią wybrałabym się z wami - oświadczyła Jeannette. - Przed 

wyjazdem do Stanów pływałam trochę po porcie. Mogłabym nawet przetestować waszą łódź. 

Lindsay  natychmiast  oczyma  wyobraźni  ujrzała  zielonooką  piękność,  lądująca  w 

wodzie  po  kolizji  z  jednym  z  tych  luksusowych  jachtów,  których  pełno  jest  w  sydnejskim 
porcie. 

 - Bardzo was proszę, nie rozmawiajcie o tym przy Jonathanie - poprosiła Catherine. - 

Dla ojca to temat drażliwy, a jego absolutnie nie wolno teraz denerwować. 

 -  Mamo,  przecież  to  oczywiste  -  obruszył  się  Luke.  -  Jonathan  nie  dowie  się  o  mojej 

łodzi. 

Temat  został  wyczerpany  i  Lindsay  znów  wypadła  z  gry.  Nie  przejmowała  się  tym. 

Osiągnęła, co chciała. Zaznaczyła swoją obecność i zasygnalizowała wszem i wobec, że Luke 
Winters w chwili obecnej należy do niej. 

Marabel przyszła z wiadomością, że pan Balcomb czuje się nieźle i Luke polecił podać 

deser w pokoju chorego. Kiedy wszyscy już się  przywitali i porozsiadali  na krzesłach,  Luke 
zagadnął: 

 - No, i jak, dziadku? Zadowolony jesteś, że masz gościa? 
 -  Oczywiście!  Jestem  bardzo  zadowolony,  że  Jeannette  mnie  odwiedziła,  choć 

jednocześnie  zdumiony,  że  zdecydowała  się  tu  przyjść  po  tym,  co  jej  zrobiłeś.  Masz  mocne 
nerwy, chłopcze! Twoja żona i twoja była narzeczona. Nieźle, nieźle. 

 -  To  już  przeszłość  -  wtrąciła  szybko  Jeannette.  -  Luke  i  ja  postanowiliśmy  zostać 

przyjaciółmi. A jak pan się dzisiaj czuje? 

 -  Zmęczyłem  się  trochę,  ale  w  bardzo  przyjemny  sposób.  Była  u  mnie  moja 

prawnuczka. Jaki to słodki dzieciak, szkoda tylko, że przypomina mi o tym, że nie jestem już 
najmłodszy! 

Lindsay  spojrzała  na  Jonathana  ze  zdumieniem.  Czyli  Ellie  sama  chodzi  z  wizytą  do 

pana  Balcomba?  Zauważyła,  że  Marabel  ma  trochę  niewyraźną  minę,  Lindsay  uśmiechnęła 
się  do  niej  i  nieznacznie  skinęła  głową.  Czy  może  mieć  pretensję  do  kogoś,  kto  chce  zrobić 
przyjemność umierającemu człowiekowi? 

 - Prawnuczka? - spytała Jeannette prawie niedosłyszalnym głosem. 
Ciekawe, pomyślała Lindsay, czy Catherine zdążyła odsłonić przed Jeannette wszystkie 

tajemnice rodziny Wintersów? 

 -  Moja  pielęgniarka,  panna  Spencer,  i  ja  będziemy  uczyć  małą,  żeby  mówiła  do  mnie 

dziadku - oznajmił dumnie Jonathan. - Ale na to trzeba jeszcze trochę poczekać. 

background image

 - A mnie nie pozwalałeś tak do siebie mówić - powiedział Luke. 
 -  Bo  wtedy  byłem  w  kwiecie  wieku,  chłopcze!  A  teraz  jestem  naprawdę  stary  i  chcę, 

ż

eby ten kwiatuszek powiedział do mnie dziadziu. Wtedy umrę szczęśliwy. 

Oczy  Lindsay  zwilgotniały.  Och,  Boże,  więc  jest  tak,  jak  chciał  Luke.  Dzięki  Ellie 

Jonathan, leżąc na łożu śmierci, ma chwile prawdziwej radości. Więc te wszystkie kłamstwa 
mają sens... 

Było już późno, kiedy gość odjechał. Catherine poszła prosto do łóżka, a Lindsay i Luke 

zrobili wieczorny obchód domu. Wchodzili do każdego pokoju na parterze i Luke sprawdzał 
okna  i  gasił  światła.  Potem  szli  sobie  po  schodach  na  górę,  nie  spiesząc  się,  pogadując 
półgłosem.  Zupełnie  jak  stare  małżeństwo,  pomyślała  Lindsay.  Razem  zajrzeli  do  dziecka, 
potem  poszli  do  małżeńskiej  sypialni.  Kiedy  Luke  zamknął  drzwi,  Lindsay  rzuciła  jak 
najbardziej obojętnym tonem: 

 - Ta Jeannette rzeczywiście jest piękna i taka elegancka. 
 - Może i tak - powiedział Luke, odwracając ją ku sobie. - Przypomina mi moją matkę. 
 - To znaczy? 
 -  Z  wierzchu  ładne  opakowanie  i  uprzejmy  uśmiech  -  powiedział  Luke  i  otoczywszy 

ż

onę ramionami, zakończył dramatycznie: - A w środku lód. 

 -  Jesteś  bardzo  surowy  -  stwierdziła  Lindsay  i  zabrała  się  za  rozwiązywanie  krawata 

męża. Och, jak jej było dobrze w jego ramionach.  Ich romans jest po prostu cudowny. - Jak 
możesz być tak krytyczny... 

 -  Mogę  -  mruknął,  rozpinając  jej  sukienkę.  -  Chociażby  przez  porównanie.  Bo  moja 

ż

ona w środku jest gorąca jak słońce w południe. A do tego najśliczniejsza na świecie. 

Następnego  dnia  Lindsay  poprosiła  pannę  Spencer,  żeby  niezależnie  od  pory  dnia  i 

okoliczności zawiadamiała ją zawsze, kiedy pan Jonathan będzie chciał zobaczyć małą Ellie. 
Od  tej  chwili  niemowlę  było  stałym  gościem  pana  Balcomba,  najczęściej  przed  południem. 
Czasami  przynosiła  je  Lindsay,  czasami  panna  Spencer  albo  Marabel.  Starszy  pan  odżywał. 
Kazał  Luke'owi  kupić  mnóstwo  pięknych  zabawek  i  po  każdej  wizycie  Ellie  obdarowywana 
była jedną z nich, choć wiadomo było, że jest na te cuda jeszcze za mała. Podczas odwiedzin 
Jonathan zawsze prosił, żeby położyć „kwiatuszek" na łóżku. Mógł przemawiać do małej bez 
końca,  z  czułością,  której  nikt  by  u  niego  nie  podejrzewał.  Wychudłą  dłonią  delikatnie 
dotykał  maleńkich  paluszków  i  pucołowatych  policzków,  i  promieniał,  kiedy  malutka 
posyłała mu swoje cudowne uśmiechy. A potem wszystkim zdawał szczegółową relację o tym 
najważniejszym wydarzeniu dnia. 

Między  Lindsay a Jonathanem nastąpiło zawieszenie broni.  Lindsay starała się niczym 

go nie drażnić i widząc, jak Jonathan przepada za Ellie, myślała ze smutkiem, że jest jeszcze 
za mała, aby zapamiętać człowieka, który jest dla niej najwspanialszym dziadkiem, 

Po południu  Lindsay wynosiła Ellie do ogrodu.  Parę razy, ku jej zdumieniu, dołączyła 

do  nich  Catherine.  O  dziwo,  było  bardzo  przyjemnie.  I  Lindsay,  i  Catherine  unikały 
drażliwych  tematów.  Najczęściej  śmiały  się  obie  serdecznie,  kiedy  Ellie  dokonywała 
wielkiego czynu, przekręcając się z plecków na brzuszek. Catherine z wyraźną przyjemnością 
brała  Ellie  na  ręce  i  przechadzała  się  z  nią  po  ogrodzie,  pokazując  maleństwu  różne  rzeczy. 
Wyglądało to tak, jakby nadrabiała coś, co jej kiedyś umknęło. 

Mijały dni, podobne do siebie. Luke starał się wracać z pracy jak najwcześniej. Lindsay, 

z małą na ręku, zwykle czekała już w holu. Luke natychmiast rzucał teczkę na stół, chwytał 
Ellie i ostrożnie podnosił do góry. Następowała chwila pełna napięcia i w końcu na słodkiej 
buzi  pojawiał  się  uwielbiany  przez  wszystkich  uśmiech.  Był  to  już  rytuał,  ale  Lindsay  za 
każdym razem patrzyła zafascynowana. Ten wielki mężczyzna obchodził się z dzieckiem tak 
zręcznie jak najczulsza matka. I przy Ellie zaczął się śmiać. Coraz częściej, głośno i radośnie, 
tak jak chciała tego Lindsay. 

background image

Po  powitalnym  uśmiechu  Ellie  Luke  sadzał  sobie  małą  na  ręku  i  objąwszy  drugim 

ramieniem  małżonkę,  prowadził  na  górę.  W  sypialni  Ellie  zajmowała  stanowisko  na  środku 
wielkiego łoża i wtedy Luke mógł już pocałować Lindsay... zwykle tak mocno, że kręciło jej 
się w głowie. Potem Luke przebierał się i opowiadał, co słychać w firmie, a Lindsay zdawała 
relację,  co  żona  i  córka  biznesmena  robiły  w  ciągu  dnia.  Wtedy  Lindsay,  patrząc  na  Luke'a, 
czuła,  że  z  każdym  dniem  kocha  go  coraz  bardziej,  choć  z  góry  wiedziała,  że  jeszcze  kilka 
tygodni, może miesięcy i w jej życiu nie będzie już Luke'a Wintersa. Dlatego podtrzymywała 
kontakty  ze  starymi  znajomymi,  zaglądała  do  księgarni,  wpadała  do  kafejki,  pogadać  z 
Jackiem.  Przecież  to  świat,  do  którego  niebawem  wróci.  Dwa  razy  była  w  swoim  starym 
mieszkaniu,  żeby  odkurzyć  i  zabrać  trochę  rzeczy  dla  Ellie.  Za  każdym  razem  mieszkanie 
wydawało  jej  się  coraz  mniejsze  i  coraz  bardziej  obce,  a  piękny  dom  w  Kirribilli  coraz 
bliższy. Dom  Luke'a.  Luke'a, który nie wie, że w sercu jego partnerki, z którą ubił już kilka 
niezłych interesów i ma upojny romans, narodziło się uczucie. 

W  sobotę,  o  świcie,  Jonathan  Balcomb  odszedł  na  zawsze.  I  wtedy  wszystko  się 

zmieniło. 

Kiedy  panna  Spencer  przyniosła  smutną  wiadomość,  Luke  zerwał  się  z  łóżka,  w 

sekundę  się  ubrał,  po  czym  pobiegł  do  pokoju  dziadka.  Potem  poszedł  do  matki.  Catherine 
wpadła  w  rozpacz.  Zamknęła  się  w  swoim  pokoju,  zabraniając  komukolwiek  wchodzić,  i 
Lindsay,  przechodząc  pod  jej  drzwiami,  słyszała  cichy,  przejmujący  szloch.  Chciała  wejść, 
pocieszyć,  ale  wiedziała,  że  nie  jest  osobą,  którą  Catherine  chciałaby  w  takiej  chwili  mieć 
przy sobie. Kiedy przyjechał lekarz, Lindsay, aby nie przeszkadzać, zabrała Ellie do ogrodu. 
Słyszała,  jak  przyjechał  ambulans  i  jak  potem  odjeżdżał,  zabierając  ciało  Jonathana  do 
kostnicy. 

Wiadomość o śmierci Jonathana  Balcomba zaczęła rozchodzić się po mieście. Telefon 

dzwonił  prawie  nieustannie  i  Luke  ściągnął  do  pomocy  jedną  ze  swoich  sekretarek.  Coraz 
częściej  słychać  było  dzwonek  u  drzwi.  Do  domu  zaczęli  przybywać  przyjaciele  i  znajomi, 
aby złożyć rodzinie zmarłego wyrazy współczucia. 

Lindsay  wróciła  z  ogrodu  i  położyła  Ellie  spać.  Potem  siedziała  przy  małej  i 

zastanawiała  się  gorączkowo,  co  właściwie  ma  zrobić.  Jej  serce  wyrywało  się  do  Luke'a. 
Bardzo chciała być przy nim właśnie teraz. Czy ma jednak do tego prawo? W takich chwilach 
szuka  się  pociechy  u  bliskich.  A  ona?  Przecież  ona  nie  jest  mu  bliska,  jest  tylko  żoną  na 
papierze  i  tymczasową  kochanką.  Kiedy  Ellie  spała  już  głębokim  snem,  Lindsay  wyszła  do 
holu  i  cicho  podeszła  do  drzwi  pokoju  Catherine.  Nie  wiedziała,  co  usłyszy  od  starszej, 
drażliwej pani, pomyślała jednak, że w takiej chwili nie wolno myśleć o sobie. 

Zapukała  i  uchyliwszy  drzwi,  ostrożnie  zajrzała  do  środka.  Catherine  leżała  na  łóżku, 

twarzą zwrócona do okna. W ręku trzymała chusteczkę, zmiętą, mokrą od łez. 

 - Proszę pani? 
Starsza pani odwróciła głowę. 
 - Może... może pani czegoś potrzeba? 
Catherine  potrząsnęła  głową,  jej  oczy  znów  napełniły  się  łzami.  Lindsay  weszła  do 

pokoju i cicho przemknęła do łazienki. Wróciła po chwili i przysiadła na brzegu łóżka. 

 - Proszę, zmoczyłam ręcznik w zimnej wodzie. Pani tyle płakała. Taki zimny kompres 

przyniesie ulgę. 

Catherine posłusznie położyła ręcznik na twarzy.  
 - O Boże! Wszyscy wiedzieliśmy, że on umrze, a ja i tak nie mogę w to uwierzyć. 
Przez  chwilę  sprawiała  wrażenie  małej,  zagubionej  dziewczynki.  Lindsay  delikatnie 

pogłaskała ją po ramieniu. 

 -  Tak.  Wszyscy  chcemy,  aby  nasi  bliscy  byli  z  nami  zawsze.  A  kiedy  odchodzą,  nie 

potrafimy  się  z  tym  pogodzić  -  powiedziała  smutno.  -  Proszę  pani,  pani nie  wolno  opadać  z 
sił. Może ja jednak przyniosę trochę zupy albo przynajmniej coś do picia? 

background image

 - Nie, nie, dziękuję. 
Zapadło milczenie. Po chwili Catherine odezwała się słabym głosem: 
 - Mój ojciec bardzo polubił twoją córeczkę. A ja nawet nie pamiętam, jak on bawił się 

z małym Lukiem. W naszej rodzinie zawsze było tak mało dzieci. Ja jestem jedynaczką, Luke 
też  nie  ma  rodzeństwa.  A  ojciec  na  pewno  byłby  szczęśliwy,  gdyby  miał  wokół  siebie 
gromadkę dzieci. 

 -  Pani  ojciec  był  nadzwyczajny  dla  mojej  Ellie.  I  kiedy  ją  nosiłyśmy  do  niego,  nigdy 

nie płakała, tylko cały czas się uśmiechała. Myślę, że będzie za nim tęsknić. 

 - Ale ona jest jeszcze taka mała! Na pewno zapomni. Catherine wybuchnęła płaczem i 

Lindsay znów delikatnie pogłaskała ją po ramieniu. Ktoś cicho zapukał do drzwi. 

 - Catherine? - rozległ się dźwięczny głos Jeannette Sullivan. - Och, Catherine, przyjmij 

ode  mnie  wyrazy  najgłębszego  współczucia.  Kiedy  się  dowiedziałam,  natychmiast  tu 
przybiegłam. Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? 

 - Dziękuję, Jeannette, zawsze wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. 
 -  Nie  będę  paniom  przeszkadzać  -  powiedziała  cicho  Lindsay  i  wyszła  z  pokoju. 

Wiedziała, że Catherine w takiej chwili woli być z Jeannette. I było jej z tego powodu bardzo 
przykro.  Zeszła  na  dół,  po  czym  zajrzała  do  salonu.  Siedziało  tam  kilku  starszych  panów, 
niektórzy  z  nich  w  wieku  Jonathana.  Zobaczyła  Luke'a,  rozmawiającego  z  jakąś  parą  w 
ś

rednim wieku. Kiedy podeszła bliżej, zauważyła, że Luke jest bardzo blady i ma na sobie te 

same  dżinsy  i  koszulę,  które  w  takim  pośpiechu  nakładał  dzisiejszego  ranka.  Skończył 
rozmowę z małżeństwem i natychmiast zbliżył się do niego jeden ze starszych panów. 

 -  Luke,  chłopcze  -  odezwał  się  smutnym  głosem,  kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu.  -  Nie 

mogę w to uwierzyć. 

 - Tak, trudno w to uwierzyć - odpowiedział Luke, a Lindsay pomyślała, że będzie dziś 

tę  formułkę  powtarzał  w  nieskończoność.  Kiedy  starszy  pan  odszedł,  Luke  spojrzał  na 
Lindsay zmęczonymi, jakby niewidzącymi oczami. 

 - Będą przychodzić cały dzień. Lepiej idź, Lindsay, i zajmij się małą. 
Wyszła  z  salonu.  Luke  dał  jej  jasno  do  zrozumienia,  że  nie  jest  mu  potrzebna. 

Wiedziała, że pogrążył się w rozpaczy, że nie jest sobą. Ale gdyby chciał, nawet ze smutku i 
rozpaczy dałoby się wyczytać, że pragnie, aby była przy nim. A on nie chciał. Pomyślała, że. 
Luke  po  prostu  trzyma  się  umowy.  Jonathan  umarł,  umowa  wygasa  i  dla  Luke'a  Wintersa 
Lindsay przestała istnieć. 

Tej  nocy  Luke  nie  przyszedł  do  ich  sypialni.  Lindsay  czekała  na  niego  bardzo  długo, 

walcząc ze snem. Następnego dnia poprosiła, aby Hedley zawiózł ją do jej mieszkania. Czuła, 
ż

e koniecznie musi porozmawiać z kimś, dla kogo jeszcze istnieje. Zadzwoniła do przyjaciół i 

poczuła ulgę, kiedy zaprosili ją na lunch w przyszły weekend. Ellie zasnęła w swoim starym 
łóżeczku,  a  kiedy  się  obudziła,  Lindsay  zadzwoniła  po  Hedleya  i  wróciła  do  domu  w 
Kirribilli.  Przechodząc  przez  hol,  zauważyła,  że  w  salonie  siedzi  Catherine,  a  obok  niej,  jak 
wierny  pies,  panna  Sullivan.  Tej  nocy  Luke  również  nie  zjawił  się,  a  Lindsay  do  rana  nie 
zmrużyła oka. 

Jonathana chowano w poniedziałek. Lindsay poprosiła Tilly, aby popilnowała Ellie, po 

czym ubrała się w skromny, czarny kostium, który poprzedniego dnia przywiozła ze swojego 
mieszkania.  Kiedy  schodziła  po  schodach,  uderzyło  ją,  że  w  całym  domu  zrobiło  się  nagle 
bardzo cicho. Odnalazła Luke'a w salonie. Stał przy oknie i spoglądał na ogród. 

 - Luke? Chciałam ci powiedzieć, że bardzo ci współczuję. Że to... już się stało. 
 -  Tak.  Już  się  stało  -  powiedział  smutnym  głosem.  -  Lindsay,  ty  nie  musisz  iść  na 

pogrzeb. 

 - Nie chcesz? 
 - Nie, nie, ale jeśli czujesz się zobowiązana... 
 - Nie, Luke. Po prostu chcę być przy tobie. 

background image

Do salonu weszła Catherine, chwilę potem Jeannette. Catherine prawie bez makijażu, w 

czarnej, prostej sukni, wyglądała elegancko i dostojnie. Może tylko brylanty, połyskujące na 
szyi  i  palcach,  były  zbyt  okazałe.  Jeannette,  jak  zwykle,  wyglądała  oszałamiająco.  Czarny 
ż

akiecik,  rozchylony  na  biuście  i  króciutka  spódniczka.  Lindsay  zauważyła,  że  Catherine 

mierzy  Jeannette  od  stóp  do  głów  i  pomyślała,  że  może  w  głowie  teściowej  zaczyna  coś 
ś

witać. Coś rozsądnego. 

Na  stypę  zaproszono  kilkadziesiąt  osób.  Goście  zapełnili  parter,  część  rozeszła  się  po 

ogrodzie. Lindsay nalała sobie ponczu i z filiżanką w ręku przeszła przez ogród, pełen obcych 
ludzi. 

Nikt  jej  nie  znał,  nikt  jej  nie  witał.  Miała  wrażenie,  że  jest  jakby  niewidzialna. 

Zauważyła,  że  Jeannette  ani  na  krok  nie  odstępuje  Catherine  i  siłą  rzeczy  uczestniczy  we 
wszystkich  rozmowach.  Widziała  z  daleka  głowę  Luke'a,  który  ani  razu  nie  poszukał  jej 
wzrokiem. Tak, jakby nie istniała. 

Lindsay dotarła do najdalszego zakątka ogrodu,  gdzie przysiadła na ławce. Patrzyła na 

zieloną murawę i myślała o swojej córeczce. Nagłe zobaczyła smukłą postać, która zmierzała 
w jej kierunku. 

 -  Będzie  mi  bardzo  brakowało  Jonathana  -  stwierdziła  Jeannette,  sadowiąc  się  obok 

Lindsay. - To był twardy staruszek, ale na swój sposób bardzo sympatyczny. Luke będzie za 
nim tęsknić. 

 - Nie może być inaczej. Przecież to jego dziadek. 
 -  No,  tak.  Aha,  chciałam  ci  powiedzieć,  że  wiem  wszystko.  Razem  z  Lukiem 

udawaliście  przed  Jonathanem  szczęśliwe  małżeństwo,  żeby  staruszek  miał  trochę  radości. 
Chciałam ci za to podziękować. 

 - Ty? Ty mi dziękujesz? 
 -  Oczywiście.  Dzięki  temu  ostatnie  dni  Jonathana  upłynęły  pogodnie.  Przecież  to 

byłoby  okropne,  gdybyście  się  rozwodzili  na  kilka  dni  przed  jego  śmiercią.  Jesteś  bardzo 
wspaniałomyślna, że zgodziłaś się z tym poczekać. 

 - Aha. 
 - A ten ogród jest przepiękny, zawsze mi się podobał. Nie będę tu niczego zmieniać. 
Lindsay  miała  nadzieję,  że  udało  jej  się  zachować  na  twarzy  uprzejmy  uśmiech,  który 

powinien zamaskować to, co teraz działo się w jej sercu. Sercu, któremu nagle odechciało się 
bić. 

 -  Rozmawialiśmy  z  Lukiem  o  naszym  ślubie  -  rzuciła  wesoło  Jeannette,  machając 

jednocześnie  ręką  do  znajomych  na  ścieżce.  -  Przepraszani,  nie  wiedziałaś  o  tym?  Luke  nic 
nie mówił? Ojej, gdybym wiedziała, nie mówiłabym ci... 

 - Oczywiście, że wiem - odpowiedziała spokojnie Lindsay, wstając z ławki. 
Właściwie w jakiś sposób jej to powiedział. Ignorował ją całkowicie. Nie chciał dzielić 

z nią ani swoich myśli, ani wspólnego pokoju. Jednocześnie znalazł czas, aby porozmawiać z 
Jeannette o ślubie. Ciekawe, kiedy znajdzie czas, aby porozmawiać z Lindsay o rozwodzie? 

Przeszła  przez  tłum  ludzi,  nie  widząc  ani  jednej  twarzy,  jakby  to  oni  stali  się 

niewidzialni.  Teraz  po  schodach  na  górę,  przez  hol,  tak,  to  są  drzwi  do  pokoju  Ellie. 
Podziękowała Tilly i kiedy pokojówka zamknęła za sobą drzwi, podeszła do łóżeczka. 

 - Bajka się skończyła, Ellie. Pora ruszać w drogę. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
Noc  z  poniedziałku  na  wtorek  Lindsay  przepłakała.  Było  jej  bardzo  źle.  Brakowało 

Luke'a, jego spojrzeń, słów, jego pieszczot. Nad ranem powiedziała sobie, że płacz nic nie da. 
Jest znów sama i sama musi poradzić sobie ze swoim życiem. Szkoda tylko, że powiedziała 
jej  o  tym  Jeannette.  Przed  południem  rozpakowała  rzeczy,  odwiedziła  zaprzyjaźnioną 
sąsiadkę i poszła z córeczką do parku. Ellie patrzyła z zaciekawieniem na liście eukaliptusa, 
unoszone  przez  wiatr,  a  Lindsay  myślała  o  ogrodzie  w  Kirribilli.  Tu,  w  parku,  nie  było 
kwiatów,  ale  trawa  też  była  zielona,  a  niebo  błękitne.  Mimo  to  Lindsay  wróciła  do  domu 
jeszcze bardziej przygnębiona. Czuła się nieszczęśliwa, mimo że powtarzała sobie, że kiedyś 
na pewno zapomni o Luke'u Wintersie. Tak, może wtedy, kiedy będzie miała sto lat. 

W środę Lindsay zostawiła Ellie u sąsiadki, pani Heinemeyer, i pojechała do księgarni. 

Ucieszyła  się,  kiedy  kierownik  zaproponował  jej  pracę  tak,  jak  poprzednio,  w  pierwszej 
połowie  dnia.  Sama  myśl,  że  na  kilka  godzin  dziennie  będzie  musiała  rozstawać  się  z 
malutkim  dzieckiem,  była  dla  niej  nie  do  zniesienia.  Nie  miała  jednak  wyboru,  muszą 
przecież  obie  z  czegoś  żyć.  Przed  dwunastą  Lindsay  odebrała  Ellie  od  sąsiadki  i  znów 
ucieszyła  się,  gdy  pani  Heinemeyer  chętnie  zgodziła  się  opiekować  Ellie,  kiedy  Lindsay 
będzie  w  pracy.  Lindsay  wiedziała,  że  nie  znajdzie  lepszej  opiekunki  niż  pani  Heinemeyer, 
która  znała  jej  córeczkę  od  urodzenia.  Ale  i  tak  serce  krajało  jej  się  na  myśl,  że  przez  kilka 
godzin dziennie ktoś inny będzie zajmował się jej maleństwem. Pełna smutnych myśli zeszła 
na swoje piętro i stanęła jak wryta. Obok drzwi stał Luke Winters we własnej osobie. W pozie 
niedbałej,  oparty  o  ścianę.  W  nienagannym  garniturze  biznesmena,  ale  z  twarzą,  na  której 
malowało się śmiertelne zmęczenie. 

 - Co ty wyrabiasz, Lindsay? 
 - A co ty tu robisz? 
 -  Lindsay,  po  pierwsze  chciałem  ci  podziękować,  że  poszłaś  na  pogrzeb  Jonathana, 

choć  wiem,  że  nie  miałaś  powodu,  aby  darzyć  go  sympatią.  A  po  drugie,  owszem, 
uzgodniliśmy,  że  nasza  umowa  wygasa  w  dniu  śmierci  Jonathana,  co  wcale  jednak  nie 
oznaczało, że miałaś opuścić mój dom w pięć minut po pogrzebie! 

Ellie,  słysząc  znajomy  głos  Luke'a,  odwróciła  się  z  wysiłkiem,  nieporadnie  kołysząc 

główką,  i  posłała  mu  szeroki  uśmiech.  Lindsay  chciała  mu  powiedzieć,  że  wcale  by  nie 
odchodziła,  gdyby  choć  minimalnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  tego  nie  chce.  A  poza  tym... 
gdyby  nie  rozmawiał  o  ślubie  z  Jeannette...  I  wcale  nie  była  zadowolona,  kiedy  Luke  bez 
ceregieli zabrał jej Ellie, a Ellie była do tego stopnia niesolidarna, że wcale nie protestowała, 
tylko zajęła się krawatem Luke'a, szarpiąc nim na wszystkie strony. 

 -  Nie  było  sensu  tego  wszystkiego  przeciągać  -  powiedziała  cicho  Lindsay,  szukając 

kluczy w torebce. 

Nawet nie zauważyła, kiedy Luke szybko wyjął klucz z jej drżących palców i otworzył 

drzwi,  cały  czas  trzymając  na  ręku  Ellie.  Tak  więc  możliwość  zatrzaśnięcia  mu  drzwi  przed 
nosem odpadła. 

 -  Chciałem  ci  powiedzieć,  że  umówiłem  się  z  brokerem  na  zeszłą  sobotę  w  sprawie 

kupna... żaglówki - powiedział Luke, kiedy wchodzili do środka. - Ten termin przepadł. 

 - Daj spokój, Luke, przecież tego dnia umarł twój dziadek!  
Luke wszedł do pokoju i posadził Ellie w foteliku. Potem ściągnął marynarkę, rzucił na 

oparcie kanapy, usiadł i popatrzył na Lindsay. 

 - Przesunąłem termin na następny weekend. Pójdziesz ze mną? 
Lindsay  spojrzała  na  niego  z  wielkim  zdumieniem  i  przyciągnąwszy  bliżej  fotelik  z 

Ellie,  opadła  ciężko  na  krzesło.  Ellie  znów  była  niesolidarna.  Uśmiechała  się  do  Luke'a  bez 
przerwy i na dodatek fikała nóżkami. 

 - A co z Jeannette? 
 - Z nią? Nie rozumiem. 

background image

Luke  uśmiechnął  się  do  małej,  po  czym  wygodnie  oparł  się  na  poduszkach  kanapy  i 

zamknął oczy. 

 - Luke, nie zasypiaj. 
Luke znów się uśmiechnął, ale nie otworzył oczu. 
 - Nie zasnę... albo tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy wreszcie usiadłem z tobą i z 

Ellie, poczułem nagle taki spokój... po raz pierwszy od soboty. 

 - Tęsknisz za Jonathanem? - spytała cicho Lindsay. 
 - Bardzo - przyznał Luke. - To był mój dziadek. Niezależne od tego, co zrobił dobrze, a 

co źle, dla mnie był zawsze moim dziadkiem. 

 - Oczywiście, Luke. Po prostu go kochałeś. 
Zapadła  cisza.  Lindsay  była  przekonana,  że  Luke  śpi.  Po  chwili  jednak  znów  się 

odezwał. 

 -  Tak,  kochałem  go.  Kiedy  byłem  chłopcem,  spędzał  ze  mną  bardzo  dużo  czasu. 

Nauczył mnie wielu rzeczy. Często zabierał mnie do firmy i z dumą pokazywał, co stworzył. 

 - Myślę, że on też ciebie bardzo kochał, choć bardzo też lubił rządzić. Jesteś do niego 

podobny, Luke. 

 - Może i tak. Lubię rządzić, lubię być za coś odpowiedzialny. Czy to takie złe? 
Potrząsnęła  przecząco  głową,  zastanawiając  się  w  duchu,  po  co  Luke  właściwie 

przyszedł.  Porozmawiać  o  rozwodzie?  Może  porozumiał  się  już  ze  swoim  adwokatem? 
Popatrzyła  na  tego  wielkiego  mężczyznę,  który  zajmował  prawie  całą  kanapę  i  poczuła,  że 
zaczyna się rozklejać. 

Luke otworzył oczy. 
 - Lindsay, dlaczego uciekłaś? 
Spuściła  głowę,  mając  nadzieję,  że  łzy,  które  cisną  jej  się  do  oczu,  nie  spłyną  po 

policzkach. 

 - Po prostu nadszedł czas. 
 - Lindsay, dlaczego odeszłaś? Wszyscy odeszli z mojego domu. Dziadek umarł, matka 

wróciła do siebie. I ty. Wzięłaś Ellie i poszłaś sobie. Dlaczego? 

Nie podnosiła głowy, czując, że nie jest w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa 
 - Lindsay, nie zapominaj, że mamy ze sobą romans.  
W jednej sekundzie odzyskała rezon. 
 - Romans? - spytała wysokim, pełnym rozżalenia głosem. - Przecież Jeannette mówiła, 

ż

e zaraz po śmierci Jonathana rozmawialiście o waszym ślubie! 

Luke otworzył oczy i spojrzał ze zdumieniem. 
 - Co ci mówiła? 
 - Że rozmawialiście o ślubie. 
 - Kiedy? 
 - W poniedziałek. 
 -  Lindsay!  W  poniedziałek  był  pogrzeb  Jonathana.  Czy  tego  dnia  byłbym  w  stanie 

rozmawiać o jakimkolwiek ślubie? 

 - Nie wiem, kiedy rozmawialiście o tym, ja, w każdym razie, dowiedziałam się o tym w 

poniedziałek, w ogrodzie. Po pogrzebie. 

 - I od razu spakowałaś swoje rzeczy i uciekłaś? 
 - Nie uciekłam, tylko wróciłam do domu. 
 - A mnie się wydawało, że twoim domem jest mój dom. 
Mała Ellie, chcąc przypomnieć dorosłym o swojej obecności, zaczęła wydawać radosne 

okrzyki. Luke roześmiał się i pogłaskał dziecko po główce. 

 - Z małą wszystko w porządku? 

background image

 - Oczywiście - odparła Lindsay ze ściśniętym gardłem. Luke patrzył na jej córeczkę z 

miłością,  choć  nie  jest  jej  ojcem.  I  niestety,  wcale  nie  chce  nim  być.  Tymczasem  on  znów 
oparł się wygodnie i zamknął oczy. 

 -  Dzisiaj  w  firmie  było  piekło.  Co  dwie  minuty  telefon  z  kondolencjami.  Najlepsi  są 

staruszkowie.  Martwią  się,  co  to  teraz  będzie.  Oni  są  przekonani,  że  dziadek  tylko  tak,  dla 
zabawy, pozwolił mi być dyrektorem. A przecież praktycznie ja już od roku miałem wszystko 
pod kontrolą. 

Ellie znów pisnęła. Luke poderwał się i wziął dziecko na ręce. Mała natychmiast wtuliła 

się  w  jego  szeroką  pierś,  a  on  głaskał  dziecko  po  pleckach.  Lindsay  patrzyła  na  nich  i 
właściwie  nie  wiedziała,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Luke  wszedł  do  jej  mieszkania, 
otwierając sobie drzwi, jakby miał do tego prawo. Rozsiadł się na jej kanapie i opowiada, jak 
minął  dzień.  Tak  jak  w  Kirribilli,  kiedy  po  jego  powrocie  z  pracy  siadali  sobie  w  sypialni  i 
opowiadali, co zdarzyło się w ciągu dnia. Poza tym nosi i przytula Ellie, jak własne dziecko. I 
to wszystko teraz, kiedy umowa wygasa. 

 - A ty co robiłaś dzisiaj? 
 - Ja? Byłam w księgarni, przyjęli mnie z powrotem do pracy. 
Luke  skrzywił  się,  ale  nie  powiedział  ani  słowa.  Znów  siedzieli  w  milczeniu.  Ellie, 

wtulona w szeroką, męską pierś, chyba drzemała. 

 - Lindsay? 
 - Słucham? 
 - Wróć do mnie. Tęsknię za tobą, za Ellie. Proszę.  
Serce Lindsay zabiło jak szalone. 
 - A co z Jeannette? 
 -  Rany  boskie,  Lindsay!  Rozmawiałem  z  nią  o  ślubie  raz,  jakieś  pół  roku  temu. 

Oświadczyłem  się,  ona  mnie  przyjęła,  a  potem  dowiedziałem  się,  co  umyślili  sobie  z 
Jonathanem. Zerwałem zaręczyny i na tym koniec. Od tamtej pory nie rozmawiałem ani z nią, 
ani z nikim innym o żadnym ślubie, tym bardziej że jestem już żonaty. 

 - Ale nasze małżeństwo nie jest prawdziwe. 
 - Jest prawdziwe i zawsze będzie prawdziwe. Będę wracał do was do domu, ty z Ellie 

wybiegniesz mi na powitanie i będę wiedział, że warto żyć. Lindsay, ja wiem, że po śmierci 
Jonathana  nie  zachowywałem  się  jak  należy.  Wybacz  mi,  ale  ja  po  prostu  byłem  jak...  jak 
ogłuszony.  Musiałem  pobyć  sam.  Żeby  to  przemyśleć,  przetłumaczyć  sobie.  Rozumiesz? 
Chciałem ci to powiedzieć w poniedziałek, ale ciebie już nie było. 

Luke spojrzał na śpiące niemowlę, przytulone do jego piersi, i powiedział cicho: 
 - Położę ją. 
I znów, jakby miał do tego prawo, zaniósł Ellie do jej pokoju. 
Lindsay widziała przez otwarte drzwi, jak położył małą do łóżeczka, przykrył kocykiem 

i postał przy niej chwilę. Potem wrócił do saloniku, starannie zamykając za sobą drzwi. 

 - Lindsay. 
W jego spojrzeniu było coś takiego, że natychmiast wstała z krzesła. Po co? Po to, żeby 

w jednej chwili znaleźć się w jego ramionach i rozkleić do końca. 

Stali tak, wtuleni w siebie, a Luke cicho perorował jej do ucha: 
 -  Lindsay, ja wiem, że  bez przerwy  czegoś od ciebie wymagam. Kazałem ci wyjść za 

mnie,  pokonać  niechęć  do  mojej  firmy,  ukryć  żal  do  mojego  dziadka,  kazałem  ci  znosić 
humory mojej matki... 

 -  O  tak,  mało  która  kobieta  ma  tak  wymagającego  męża.  Ponadto  kazałeś  mi  mieć  z 

tobą romans... 

 -  Tak.  A  chcę  już  tylko  jednej,  jedynej  rzeczy  na  świecie.  Żeby  nasz  romans  trwał  i 

trwał. Po prostu do końca życia. 

Do końca życia. Lindsay nie wierzyła własnym uszom. 

background image

 - Luke, powtórz to. 
 - Do końca życia. 
 - Dlaczego? 
 - Bo cię kocham. 
 - Powtórz to. 
 - Bo cię kocham. 
 - Kochasz mnie? 
 - Tak. 
 -  Ja  ciebie  też.  Och,  Luke!  Nie  pamiętam,  kiedy  to  się  stało,  ale  pewnego  dnia  nagle 

zdałam sobie sprawę, że jesteś wszystkim, czego chcę. 

Luke uśmiechnął się i pocałował Lindsay. Długo i żarliwie, żeby wiedziała, jak bardzo 

ją  kocha.  Ona  też  go  całowała,  żeby  wiedział,  ile  w  jej  sercu  jest  miłości.  A  potem  Luke 
rozsiadł  się  na  kanapie,  a  ona  rozsiadła  mu  się  na  kolanach  i  przytuliła  do  jego  szerokiej 
piersi. Wtedy Luke, chcąc mieć pewność, przypomniał: 

 - Nie powiedziałaś, że wrócisz. 
 - Tak, Luke, wrócę, ale nie mogę jeszcze do końca uwierzyć, że mnie kochasz. 
 - Kocham. Bardzo cię kocham i dlatego musisz być ze mną. Będziemy mieli mnóstwo 

dzieci i będziemy pływać żaglówką. Tylko ty i ja. Zgoda? 

 - Zgoda - odparła zachwycona. 
 - I jeszcze jedno. Przyrzekam ci, że postaram się być dobrym ojcem dla Ellie. 
 -  Och,  Luke,  ty  będziesz  najlepszym  ojcem  na  świecie.  A  ja  myślałam,  że  będziesz 

chciał się ze mną rozwieść i zostaniemy z Ellie same. 

 - Rozwieść? Z tobą? Nigdy! - zaprotestował energicznie Luke. - Lindsay, ja chcę być z 

tobą  już  od  tego  pierwszego  dnia  po  powrocie  z  Anglii,  kiedy  przyszedłem  do  ciebie,  a  ty 
otworzyłaś  drzwi,  w  takiej  sukience  w  kwiatki,  i  miałaś  już  te  loczki.  Nie  poznałem  cię. 
Przedtem,  w  kafejce  i  podczas  ślubu,  byłem  tak  wściekły,  że  nie  za  bardzo  ci  się 
przyglądałem. Pamiętałem, że masz proste włosy i jesteś... taka okrągła. 

 - Boże, Luke, ciągle zapominasz, że byłam w ciąży! 
 -  Naprawdę?  -  Luke  wydawał  się  być  tym  szalenie  zaskoczony.  -  W  każdym  razie 

potem...  potem  mówiliśmy  o  tych  umowach,  zobowiązaniach,  więc  zaproponowałem  ci 
romans. Też po wariacku, ale pomyślałem, że jak będziesz już moja, nie tylko na papierze, to 
nie odejdziesz. Ale ty odeszłaś... 

 -  Ale  tylko  na  chwilę  -  szepnęła  skruszona  Lindsay.  -  Przecież  nie  przestałam  cię 

kochać. Jesteś taki dobry, zaopiekowałeś się nami... 

 -  Tak  nie  mów  -  przerwał  Luke.  -  Nie  chcę,  żebyś  kochała  mnie,  bo  jesteś  mi  za  coś 

wdzięczna. 

 -  Tylko  za  te  cztery  miesiące,  Luke!  Za  to  jestem  ci  wdzięczna.  Ale  potem,  kiedy 

zaczęliśmy udawać szczęśliwe małżeństwo, żałowałam nieraz, że wplątałam się w tę historię. 
Nie powiem ci, ile razy byłam na ciebie wściekła. I na siebie, że się zgodziłam. Jednak potem, 
kiedy  widziałam,  jak  bardzo  chory  jest  Jonathan  i  ile  w  tobie  serca,  jaki  jesteś  kochający  i 
lojalny dla swojej rodziny, nadzwyczajny... 

 -  No,  już  dobrze,  dobrze  -  mruknął  trochę  zażenowany,  przygarniając  ją  mocniej  i 

głaszcząc  po  jasnej  głowie.  -  Nadzwyczajna  to  jesteś  ty,  w  każdym  calu.  Z  wierzchu  i  w 
ś

rodku. Śliczna, mądra i dobra. I do tego moja. 

 - Ale twoja matka mnie nie lubi. 
 -  Myślę,  Lindsay,  że  to  nie  tak.  Ona  w  ogóle  jest  trochę  lodowata,  a  ciebie  po  prostu 

jeszcze dobrze nie zna. Z czasem wszystko się ułoży, zobaczysz. Wczoraj pytała o ciebie, i o 
Ellie,  i  wcale  nie  była  zadowolona,  że  was  nie  ma.  Mówiła,  że  przyszłaś  do  niej,  wtedy,  w 
sobotę, żeby ją pocieszyć, i że bardzo jest ci za to wdzięczna. 

 - Bardzo się cieszę, Luke. Nie chciałabym być powodem niesnasek w twojej rodzinie. 

background image

 -  A  ty  kto  jesteś,  Lindsay?  Przecież  ty  też  jesteś  moją  rodziną.  Ty  i  Ellie.  Ja  jestem 

dobrej myśli. Matka na pewno cię zaakceptuje. Bo Jonathan to zrobił. 

 - Jak to? 
 -  Pamiętasz,  jak  się  uparł,  że  chce  obdarować  Ellie?  Jak  protestowałaś?  Niby  wtedy 

zrezygnował,  pamiętasz?  Ale  Jonathan  nie  byłby  sobą,  gdyby  i  tak  nie  postawił  na  swoim. 
Zostawił sporą sumę, tobie i twojej córeczce. Proszę, potraktuj to normalnie. On chciał zrobić 
coś  dla  was.  Bo  cię  zaakceptował,  a  Ellie  pokochał  jak  prawdziwą  prawnuczkę.  Naprawdę 
poczuł  się  pradziadkiem i  to  go  uszczęśliwiało.  Dzięki  małej  tyle  się  śmiał  w  tych  ostatnich 
dniach. 

 - Tak, jestem szczęśliwa, że tak było - szepnęła wzruszona Lindsay. - Luke, pamiętasz, 

jak  on  marzył,  że  Ellie  powie  do  niego  dziadku?  Nauczymy  ją,  prawda?  Jak  będzie  starsza, 
pokażemy jej fotografie Jonathana i powiemy, że to jest jej dziadek. 

 - Jesteś kochana, Lindsay. Dziękuję. A teraz... 
Luke  delikatnie  odsunął  żonę  od  siebie,  uniósł  do  góry  jak  piórko  i  ostrożnie  postawił 

przed sobą. 

 - Wracamy do domu! 
 - Dobrze, Luke, już zaczynam się pakować. 
 -  Nie  ma  mowy,  pani  Winters!  Bierzemy  dziecko  i  znikamy!  -  zarządził  pan  dyrektor 

generalny,  wstając  z  kanapy.  -  Marabel  i  Tilly  przyjadą  po  rzeczy.  A  to  mieszkanie  trzeba 
zlikwidować, i to jak najprędzej, żebyś nie miała dokąd uciekać. 

 - Dobrze, panie Winters. A w sobotę... 
 - Wiem, wiem! 
Luke roześmiał się, przygarnął ją ramieniem i dokończyli zgodnym chórem: 
 - A w sobotę idziemy kupować żaglówkę!