background image

 
 
 

Barbara McMahon 

 

Pan biznesmen szuka 

żony 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
W kafejce nie było żywej duszy. Lindsay Donovan usadowiła się 

przy  stoliku  w  zacisznym  kącie  i  po  raz  ostatni  przeglądała  notatki 
przed  jutrzejszym  egzaminem.  W  małej  sali  panowała  idealna  cisza, 
tylko  z  kuchni  czasami  dobiegały  odgłosy  krzątaniny.  To  Jack, 
kucharz,  który  od  ponad  pół  roku  razem  z  Lindsay  pracował  na 
wieczornej  zmianie,  robił  przed  wyjściem  ostatnie  porządki.  Na 
początku starała się zachować do Jacka dystans - był starszy o tyle lat, 
zrzędliwy,  no  i  zatwardziały,  stary  kawaler.  Ale  kiedy  Jack  pewnego 
razu  odprowadził  ją  na  przystanek,  rozgadali  się  oboje  i  Lindsay 
odkryła, że jej rozmówca jest człowiekiem bardzo miłym, życzliwym i 
ma  do  niej  wręcz  ojcowski  stosunek.  Od  tej  chwili,  mimo  różnicy 
wieku, stali się parą dobrych przyjaciół. 

Kiedy  do  kafejki  wszedł  spóźniony  gość,  Lindsay  odruchowo 

spojrzała na zegar. Była prawie północ. Westchnęła i ciężko podniosła 
się  z  krzesła.  Idąc  powoli  w  stronę  baru,  myślała,  że  gość,  który 
zjawia się na dziesięć minut przed zamknięciem, powinien być na tyle 
przyzwoity, aby zadowolić się filiżanką kawy. Kątem oka zauważyła, 
że  facet  jest  bardzo  wysoki,  ciemnowłosy  i  wyraźnie  podminowany. 
Kiedy dotarła do baru, mężczyzna zdążył już usadowić się na jednym 
z  wysokich  stołków.  Teraz  zauważyła,  że  ma  na  sobie  ciemny 
smoking.  Jakim  cudem  ktoś  taki  trafił  do  ich  kafejki,  położonej  na 
obrzeżach  portu  w  Sydney?  Dyskretnie  podniosła  wzrok.  Ta  twarz. 
Chyba  gdzieś  już  ją  widziała.  W  kafejce?  Niemożliwe,  przecież  tutaj 
przychodzą tylko robotnicy z doków. 

 -  Czym  mogę  panu  służyć?  -  spytała,  czując  nagle,  że  mimo 

zmęczenia  bardzo  chętnie  przyczesałaby  włosy  i  pociągnęła  usta 
szminką.  Mężczyzna  przy  barze  był  nieludzko  przystojny,  szkoda 
tylko,  że  się  nie  uśmiecha.  Tak,  na  pewno  gdzieś  go  już  widziała 
Nagle przypomniała sobie. To chyba Luke, Luke Winters. Lato, plaża. 
Ona  była  wtedy  podlotkiem,  wesołym,  rozbrykanym,  zajętym  przede 
wszystkim  swoją  osobą  i  zaczepianiem  starszych  chłopców.  A  Luke 
był wówczas stałym obiektem jej marzeń... 

 - Zdążę jeszcze napić się kawy? 
Jego  wzrok  prześlizgnął  się  obojętnie  po  pustej  salce,  potem 

spoczął gdzieś w okolicy talii Lindsay. 

 -  Zamykamy  o  północy,  proszę  pana  -  odpowiedziała  szybko, 

sięgając  po  filiżankę  i  spodeczek.  Może  to  i  lepiej,  że  Luke  jej  nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

poznał.  Przez  te  lata  musiała  się  bardzo  zmienić,  nie  mówiąc  o  tym, 
jak wygląda właśnie teraz. 

 - Chodziło mi o to, czy zdążę, zanim pani zacznie rodzić. Broda 

Lindsay natychmiast uniosła się co najmniej o dwa centymetry. Co, u 
licha!  Niezależnie  od  sentymentów,  nikt  nie  ma  prawa  mówić  jej 
złośliwości. Nawet jeśli faktycznie jest to Luke Winters. 

 -  Dziecko  ma  jeszcze  czas,  proszę  pana.  Kilka  tygodni.  Zdąży 

pan spokojnie wypić kawę, zapłacić i wyjść. 

 - Nie przepada pani za klientami? 
 -  Przeciwnie,  proszę  pana,  inaczej  bym  tu  nie  pracowała.  Ale 

przed  dwunastą  zaczynam  odczuwać  lekki  przesyt!  -  odcięła  się, 
stawiając przed nim filiżankę z kawą. 

Mężczyzna wypił łyk i mruknął z aprobatą: 
 - Niezła. 
 - Świeżo parzona, proszę pana. 
Tak, to na pewno Luke. Nagle zapragnęła, żeby posiedział dłużej, 

żeby mogła trochę na niego popatrzeć. Tyle lat minęło, to już zupełnie 
ktoś  inny  niż  tamten  chłopak  z  plaży.  Ciekawe,  jak  ułożyło  mu  się 
życie? Miał tak wojowniczą naturę. Pamiętała, że pochodził z bogatej 
rodziny  i  jego  matce,  damulce  z  pretensjami,  bardzo  zależało,  aby 
synek  obracał  się  w  „odpowiednim"  towarzystwie.  Luke  miał  jednak 
w nosie jej zakazy i wolał ganiać po plaży ze zwykłymi chłopakami. 

 -  Może  ma  pan  ochotę  na  kawałek  ciasta?  Albo  kanapkę? 

Śnieżnobiały gors koszuli aż lśnił na tle ciemnego smokingu. 

Naturalnie, szytego na miarę. Z tymi ciemnymi włosami i prawie 

czarnymi oczami, w płaszczu, niedbale zarzuconym na ramiona, Luke 
wyglądał jak książę z bajki. Książę ciemności. 

 - Poproszę o kawałek placka ze śliwkami. 
Podała  szybko  i  znów  spojrzała  na  zegar.  Za  pięć  dwunasta,  a 

Luke  dopiero  zaczyna  jeść.  Westchnęła  cicho  i  dyskretnie 
pomasowała  sobie  plecy.  Jej  stan  coraz  bardziej  dawał  się  we  znaki, 
pod  koniec  dnia  była  wykończona  Ale  myśl  o  tym,  że  niedługo 
weźmie w ramiona upragnione maleństwo, dodawała sił. 

 -  Dlaczego  pani  nie  usiądzie?  -  zapytał  nagle  Luke.  -  A  tak  w 

ogóle, dlaczego pani pracuje do tak późnej godziny? 

 -  Po  prostu  pracuję  -  mruknęła  Lindsay,  zajęta  ustawianiem 

pojemniczków z przyprawami w równym rządku. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Znów  zerknęła  na  jego  drogie  ubranie,  złoty  zegarek,  włosy 

przystrzyżone  na  pewno  nie  u  taniego  fryzjera  za  rogiem.  Ten  Luke 
nie  ma  pojęcia,  jak  to  jest...  żyć  w  niedostatku,  z  trudem  wiążąc 
koniec z końcem, aby zapłacić za wizyty u lekarza. 

Luke, zajęty kawą i ciastem, spojrzał na nią mimochodem i nagle 

jego wzrok znieruchomiał. 

 - Nie jest pani mężatką? 
Lindsay,  zaskoczona  obcesowym  pytaniem,  dopiero  po  chwili 

powoli potrząsnęła głową. Jednocześnie z kuchni rozległo się wołanie 
Jacka. 

 -  Lindsay!  Potrzebujesz  czegoś?  Jeśli  nie,  zacznę  już  tu  powoli 

zamykać! 

 - Dzięki, Jack! Pan zdecydował się na ciasto! 
Mogła  powiedzieć  Luke'owi,  że  od  przeszło  ośmiu  miesięcy  jest 

wdową.  Ale  po  co?  To  nie  jego  sprawa.  I  że,  owszem,  ma  obrączkę, 
której strzeże jak największego skarbu, ale ponieważ nie wchodzi już 
na lekko obrzmiały palec, nosi ją na łańcuszku na szyi. 

 - Czy ja pani przypadkiem gdzieś nie widziałem? 
Po sekundzie wahania, Lindsay skinęła twierdząco głową. 
 - Tak. Wiele lat temu. Plaża Manly Beach. Pamiętasz? A ty jesteś 

Luke Winters, prawda? 

 - Zgadza się - potwierdził, przyglądając jej się z wielką uwagą. - 

Manly  Beach,  powiadasz?  Nie  byłem  tam  od  lat.  Zaraz,  zaraz...  - 
Nagle jego twarz rozjaśniła się. - Już wiem! Ty jesteś ta mała Lindsay 
McDonald. 

 - Tak, to ja. 
 -  Co  ty  tu  właściwie  robisz?  -  spytał  bez  ogródek,  patrząc 

znacząco na jej służbowy fartuch, opięty na wydatnym brzuchu. 

 -  Mówiłam  ci  już  -  odparła  Lindsay,  dumnie  unosząc  głowę.  - 

Pracuję. 

 -  Ale  męża  nie  masz  -  stwierdził  Luke,  ściągając  płaszcz  z 

ramion  i  rzucając  go  na  sąsiedni  stołek.  -  A  z  pewnością  by  ci  się 
przydał! 

Lindsay  wzruszyła  ramionami,  zastanawiając  się,  czy  może 

jednak  powiedzieć  mu,  że  z  powodu  wypadku  samochodowego  jej 
dziecko, które dopiero przyjdzie na świat, jest półsierotą. 

 - Przecież dziecko powinno mieć nazwisko ojca. 
 - I będzie miało. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Co  on  sobie  wyobraża?  Że  dziecko  wzięło  się  z  powietrza?  No 

tak,  dla  Wintersa  ona  nadal  jest  Lindsay  McDonald.  Trzeba 
wyprowadzić go z błędu. 

 -  Uczysz  się?  -  spytał,  spoglądając  na  książki  i  notatki, 

rozrzucone na stoliku w rogu sali. 

 - Tak, studiuję. Na uniwersytecie. 
 - I nikt ci nie pomaga? 
 -  Wybacz,  Luke  -  powiedziała  sucho,  zabierając  pusty  talerzyk 

po  cieście  -  ale  to  moja  prywatna  sprawa,  czy  ktoś  mi  pomaga,  czy 
nie. 

 - A rodzice? Nie pomagają? 
 - Tylko dlatego, że nie żyją, od prawie dziesięciu lat. Luke dopił 

kawę. 

 -  Bardzo  ci  współczuję  -  powiedział  cicho  i  kiedy  Lindsay 

sięgnęła  po  pustą  filiżankę,  delikatnie  przytrzymał  ją  za  rękę.  -  Czy 
mógłbym dostać jeszcze jedną kawę? 

Zadrżała,  czując  nagle  dziwną  falę  ciepła,  rozlewającą  się  po 

całym  ciele.  Na  ułamek  sekundy  zapomniała,  że  jest  opuchniętą 
kobietą  w  ósmym  miesiącu  ciąży.  Zapomniała  i  cały  świat  zakołysał 
się  leciutko.  Jak  wtedy,  dawno  temu,  kiedy  na  plaży  zobaczyła 
chłopca o imieniu Luke. 

Skinęła pospiesznie głową i Luke natychmiast cofnął dłoń. Nalała 

kawę,  podała  i  odsunęła  się  na  bok.  O  nie,  Luke  Winters  żadnym 
łapaniem za rękę nie zbije jej z tropu. Oparła się łokciami o kontuar, 
dyskretnie  uniosła  jedną  stopę  i  zaczęła  zawzięcie  obracać  nią  na 
wszystkie  strony.  Tak,  jest  teraz  kobietą  dojrzałą  i  zna  swoje 
obowiązki.  Głupiutka  Lindsay  McDonald  dawno  odeszła  w 
przeszłość. 

 - Wyglądasz na bardzo zmęczoną. 
 - Bo tak jest - odparła przygaszonym głosem. -  Kiedy  wypijesz, 

będę zamykać. 

Luke zawsze był jakby z innego świata, ale na plaży wszyscy byli 

sobie  równi.  Ganiał  z  gromadą  chłopaków,  a  ona,  razem  z  innymi 
dziewczynkami,  biegała  za  nimi.  Dokuczały  im  okropnie,  ale  potem 
wzajemne docinki przeradzały się w pierwszy, jeszcze dziecinny flirt. 

 - Chciałbym ubić z tobą interes - odezwał się nagle Luke. 
 - Interes? Ze mną? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Była  tak  zmęczona,  że  nic  już  nie  było  w  stanie  jej  zaskoczyć. 

Uśmiechnęła  się  tylko  z  niedowierzaniem  i  wzruszyła  ramionami. 
Interes z Lukiem Wintersem, który śpi na pieniądzach i mógłby sobie 
zafundować jakieś państewko średniej wielkości... 

 -  Tak,  z  tobą. Mogłabyś  rzucić  tę  pracę  i  przez  pewien  czas  nie 

martwić się o pieniądze. 

 - A co w zamian? 
 - Po prostu wyjdziesz za mnie. 
 - Za ciebie? 
 - Tak. 
Lindsay  odruchowo  spojrzała  w  stronę  kuchni.  Dobrze,  że  Jack 

tam jest  i  w  razie  czego  pospieszy  z  pomocą.  Ten  Luke  zawsze  miał 
szalone  pomysły.  Tylko  że  teraz  nie  jest  to  już  zadziorny  chłopak  z 
plaży,  lecz  potężnie  zbudowany,  blisko  dwumetrowy  mężczyzna  i 
nietrudno wyczuć, że wszystko w nim się gotuje. A jedyne  wyjście z 
sytuacji  to  nie  drażnić  go,  bo  w  każdej  chwili  może  wybuchnąć  i 
interwencja starszego pana na niewiele się przyda... 

 - Wyjdziesz za mnie? 
 - Chyba... chyba nie mówisz tego poważnie. 
 - Najzupełniej poważnie. 
 - Piłeś? 
 -  Owszem,  trochę  -  przyznał.  -  Ale  nie  jestem  pijany,  tylko 

wściekły. Wściekły jak diabli. Muszę się zemścić, rozumiesz? Dlatego 
proponuję  ci  interes.  Wyjdziesz  za  mnie.  Nie  na  zawsze.  Na  jakiś 
określony  czas.  I  przez  ten  czas  zapewnię  ci  całkowite  utrzymanie. 
Będziesz mogła spokojnie zająć się dzieckiem. 

 - Ale... jak to tak... wyjść za ciebie? 
Lindsay  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  jej  obecnym 

stanie  trudno  uznać  ją  za  kobietę  atrakcyjną.  Ostatnie  miesiące  ciąży 
dały jej się  we  znaki. Miała bladą, mizerną twarz, podkrążone oczy  i 
ten brzuch jak balon. Więc dlaczego właśnie ona? Przystojny i bogaty 
Luke Winters bez trudu mógłby znaleźć jakąś piękną kobietę, gotową 
spełnić każde jego żądanie. 

 - Tak, ty właśnie będziesz moją żoną - stwierdził Luke ponurym 

głosem.  -  Chcą,  to  się  ożenię.  Ale  nie  dam  sobie  narzucić  żony. 
Zresztą, mam problem z głowy. Już wybrałem. Ciebie. 

 - Przecież mnie w ogóle nie znasz. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Coś nie coś o tobie wiem. Znam cię z plaży, przez dwa sezony 

biegałaś  za  mną  jak  piesek.  Wiem,  kim  byli  twoi  rodzice  i  że  jesteś 
wolna.  Wystarczy,  więcej  nie  muszę  wiedzieć.  Potrzebuję  żony,  a 
tobie  mąż  też  by  się  przydał.  Naturalnie,  będzie  to  związek 
platoniczny.  Zabezpieczę  cię  finansowo  i  spokojnie  zajmiesz  się 
dzieckiem. 

Lindsay  pomyślała,  że  parę  minut  po  dwunastej,  kiedy  ledwo 

trzyma  się  na  nogach,  trudno  wymagać,  aby  udzieliła  przytomnej 
odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie. 

 - Musiałabym się nad tym zastanowić. 
Boże,  co  ona  mówi?  Zastanowić  się?  Przecież  to  absurd.  Nad 

czym  tu  się  w  ogóle  zastanawiać?  Luke  na  pewno  porządnie  popił  i 
jutro nie będzie o niczym pamiętał. 

 -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  jesteś  zaskoczona  -  powiedział  Luke, 

wstając  ze  stołka  i  sięgając  po  płaszcz.  -  Wszyscy  będą  zaskoczeni, 
moja matka i dziadek też. Ale mnie to nie wzrusza. Nikt nie będzie mi 
dyktował,  co  mam  robić.  Przemyśl  to,  Lindsay,  jutro  przyjdę  po 
odpowiedź.  Pamiętaj,  chcę  tylko,  żebyś  była  moją  żoną  na  papierze. 
Niczego więcej. 

Sięgnął  do  kieszeni  i  na  kontuar  pofrunął  spory  zwitek 

banknotów. 

 - Dzięki, Lindsay, za kawę i ciasto. 
 - Dzięki. 
Patrzyła,  jak  znika  za  drzwiami,  absolutnie  pewna,  że  wypił  o 

jeden kieliszek za dużo. Nikt nie proponuje małżeństwa - nawet tylko 
na  papierze  -  obcej  kobiecie,  którą  przypadkowo  spotyka  się  po 
dwunastu latach i rozmawia się z nią zaledwie piętnaście minut. 

 -  Jack,  już  zamykam!  -  krzyknęła  w  stronę  kuchni.  Szybko 

wykonała  zwykłe,  rutynowe  czynności,  zebrała  książki  i  notatki  ze 
stolika  i  ani  na  sekundę  nie  przestając  myśleć  o  Luke'u  Wintersie, 
poszła do kuchni po płaszcz. 

Jack,  pomagając  jej  się  ubrać,  jak  zwykle  zastrzegł,  że  nie  ma 

mowy, aby sama szła na przystanek. 

 - No i jak tam? Zaliczyłaś już ten semestr? - dopytywał się, kiedy 

szli już cichą, pustą ulicą. - Można pogratulować? 

 -  Jeszcze  nie,  jutro  mam  ostatni  egzamin.  Ale  po  tym  semestrze 

muszę  przerwać  studia  -  powiedziała  przygaszonym  głosem.  -  Nie 
dam rady tego wszystkiego pogodzić. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Nie  martw  się,  na  pewno  kiedyś  skończysz  i  będziesz  miała 

najlepszą  kancelarię  adwokacką  w  mieście  -  gorliwie  pocieszał  ją 
stary  przyjaciel.  -  Lindsay,  a  kto  to  był  ten  facet,  co  przyszedł  tuż 
przed północą? 

 - Luke Winters. Znałam go kiedyś, bardzo dawno. 
 - Szukał ciebie? 
 -  Ależ  skąd!  W  pierwszej  chwili  w  ogóle  mnie  nie  poznał.  A 

najdziwniejsze,  że  on...  -  przerwała,  zastanawiając  się,  czy  w  ogóle 
warto wspominać Jackowi o tej przedziwnej propozycji. 

 - Że co? 
 - Wyobraź sobie, że zaproponował mi po prostu małżeństwo! 
 - No i dobrze. 
 - Ależ, Jack! Przecież ty go w ogóle nie znasz! 
 -  Ale  znam  ciebie  i  wiem,  w  jakiej  jesteś  sytuacji.  Nie  możesz 

dalej pracować ponad siły i ciągle martwić się o pieniądze. Powinnaś 
spokojnie  urodzić  dziecko  i  zająć  się  nim  jak  należy.  Czy  on  ci  się 
podoba? 

 - Chyba tak. Ale nie widziałam go dwanaście lat. 
 -  Może  przez  te  dwanaście  lat  przechował  w  sercu  jakiś 

sentyment do ciebie? 

 -  Nie  sądzę,  Jack.  Mnie  się  wydaje,  że  wypił  trochę  za  dużo  i 

zrobił głupi dowcip. 

 -  Nie,  Lindsay.  Niezależnie  od  ilości  wypitej  whisky, 

oświadczyny dla faceta to poważna sprawa. 

 - Ale bogaci mężczyźni na ogół nie żenią się z kelnerkami. 
 -  Więc  tym  bardziej  coś  w  tym  musi  być.  A  ty,  Lindsay,  czy  ty 

czujesz coś do niego? 

 -  Bo  ja  wiem...  Kiedyś  byłam  w  nim  zakochana  po  uszy,  ale, 

Jack,  ja  miałam  wtedy  czternaście  lat!  Potem  każde  z  nas  poszło  w 
swoją stronę, no i spotkałam Willa... 

 - Hm, ty i Will - powiedział z zadumą Jack. - Wiesz co, Lindsay? 

Powiem szczerze. Ty i Will byliście przede wszystkim parą świetnych 
przyjaciół. 

 - Ależ ja go kochałam! 
 - Oczywiście! Ale czy byłaś w nim zakochana? 
Stali  już  na  przystanku.  Lindsay,  wpatrując  się  w  głąb  ciemnej 

ulicy, myślała o tym, co powiedział Jack. Szczere słowa zabolały, ale 
czy  nie  było  w  nich  ziarna  prawdy?  Kochała  męża  i  szczerze 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

opłakiwała  jego  śmierć.  Przedtem  jednak,  nawet  w  chwilach 
największych  uniesień,  miała  wrażenie,  że  w  ich  związku  czegoś 
brakuje. Może  właśnie tego  zakochania, o którym mówi Jack? Kiedy 
była  z  Willem,  jej  serce  nigdy  nie  zabiło,  jak  na  widok  Luke'a 
Wintersa.  Tłumaczyła  sobie,  że  to  dlatego,  iż  jest  już  dorosła.  Ale 
może  dorosłe  serce  też  potrafi  tak  bić  -  jak  szalone,  aż  człowiekowi 
zaczyna brakować tchu? 

Nocny  chłód  stawał  się  coraz  bardziej  przenikliwy  i  Lindsay  z 

ulgą zobaczyła z daleka światła autobusu. 

 -  No,  niebawem  będziesz  już  w  domu  -  stwierdził  z 

zadowoleniem Jack. - Lindsay, radzę ci, przemyśl to wszystko. Jesteś 
sama  jak  palec,  masz  za  sobą  osiem  piekielnie  ciężkich  miesięcy. 
Może  ta  z  pozoru  dziwaczna  propozycja  okaże  się  jakimś 
rozwiązaniem? Przecież ten facet ci się podoba. No powiedz, czy nie 
tak? 

Lindsay skinęła głową. Po co się oszukiwać? Przypomniała sobie, 

jak  zadrżała,  kiedy  Luke  dotknął  jej  dłoni.  Ale  czy  to  ma  jakieś 
znaczenie?  Przecież  to  będzie  małżeństwo  na  papierze,  a  nie 
szczęśliwy związek aż do śmierci. 

 - Zastanowię się nad tym, Jack - powiedziała cicho. 
Luke  Winters  nie  czuł  przenikliwego  chłodu.  Sadził  ulicą 

wielkimi krokami, jeszcze raz przetrawiając w duszy powód swojego 
gniewu.  On,  Luke  Winters,  któremu  jak  z  płatka  idą  najtrudniejsze 
negocjacje,  który  obraca  milionami  dolarów,  dał  się  wystrychnąć  na 
dudka przez szanowną rodzinkę. Co oni się tak uparli, żeby się żenił? 
I  jeszcze  podsuwają  mu  pod  nos  na  srebrnej  tacy  gotową  panienkę, 
która  dla  matki  jest  „odpowiednia".  Głupią,  chciwą  Jeannette,  którą 
dziadek skusił akcjami Balcomb Enterprises. A on był przekonany, że 
Jeannette  chce  wyjść  za  niego,  bo  go  kocha!  Staruszkowi  padło  na 
mózg.  Nie  odda  firmy,  dopóki  Luke  się  nie  ożeni!  Jakby  biznes  był 
tylko  dla  żonatych!  Luke  aż  zgrzytnął  zębami.  No  to,  moi  drodzy, 
wasze  marzenia  się  spełnią.  Żenię  się,  ale  żonę  wybieram  sam. 
Znajomą  z  lat  młodzieńczych,  pannę  Lindsay  McDonald.  Po  twarzy 
Luke'a przemknął złośliwy uśmiech. Ta whisky, którą wypił w jakimś 
barku, zanim dotarł do kafejki „Na rogu", chyba do reszty pomieszała 
mu w głowie. 

Przypomniał  sobie  Manly  Beach,  ulubioną  plażę  mieszkańców 

Sydney.  Matka  nie  pozwalała  mu  tam  chodzić,  ale  on  i  tak  wymykał 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

się z domu i ganiał z chłopakami, głównie po to, aby pokazać matce, 
że  nie  będzie  nim  rządzić.  Dziś  znów  zakpił  sobie  z  jej  ambicyjek. 
Przecież dla niej jedyna świętość to  pozycja towarzyska. No i będzie 
miała  synową.  Ale  nie  panienkę  z  bogatej  rodziny  z  tradycjami,  lecz 
studentkę, biedną jak mysz kościelna. Pannę Lindsay McDonald, która 
zarabia na życie w portowej kafejce. 

Lindsay...  To  chyba  ta  dziewczynka  z  jasnymi  włosami,  prawie 

białymi  od  słońca,  i  malutkimi  piegami  na  nosie.  Chudziutka,  z 
nieprawdopodobnie długimi nogami, opalonymi na brąz. Tak, to ona. 
Razem  z  innymi  dziewczynkami  zatruwała  chłopakom  życie.  Jak  to 
było  dawno.  Trudno  uwierzyć,  że  beztroska  dziewczynka  jest  teraz 
zmęczoną,  mizerną  kobietą  w  zaawansowanej  ciąży.  Ale  było  w  niej 
coś tak pociągającego, że kiedy siedział w tej zapyziałej kafejce, miał 
ochotę  patrzeć  na  nią  bez  przerwy.  Może  dlatego,  że  tyle  w  niej 
desperacji? Pracuje nad siły, uczy się, a wygląda na to, że lada chwila 
będzie rodzić. Musi być bardzo dzielna. I dumna. I chyba jest bardzo 
ładna,  tak  jak  tamta  dziewczynka  z  plaży.  Ciekawe,  co  stało  się  z 
ojcem dziecka? Prawdopodobnie ulotnił się na wieść, że potomek jest 
w  drodze.  W  każdym  razie  dziewczyna  jest  w  nieciekawej  sytuacji. 
Powinna się zgodzić i wtedy się okaże, kto kogo przechytrzył. A Luke 
Winters  dostanie  to,  na  co  ciężko  pracował  przez  dziesięć  lat  i 
ostatecznie udowodni, że sam zamierza kierować swoim życiem. 

Następnego  ranka,  jak  zwykle,  obudził  Lindsay  przeraźliwy 

jazgot  budzika.  Otworzyła  oczy  i  przystąpiła  do  trudnego  zadania 
ustawienia  ociężałego  ciała  w  pozycji  pionowej.  Udało  się  i  teraz 
Lindsay  spojrzała  z  niesmakiem  na  sukienkę,  przewieszoną  przez 
poręcz  krzesła.  Sukienka  na  wtorek.  Na  okres  ciąży  kupiła  sobie 
siedem tanich sukienek, na każdy dzień tygodnia inną, i miała ich już 
serdecznie dość. 

Z  ciężkim  westchnieniem  siadła  przed  lustrem.  Wiedziała,  że  jej 

włosy i tak nie będą błyszczeć, choćby szczotkowała je przez godzinę, 
i  żaden  fluid  nie  ukryje  tych  wstrętnych  sińców  pod  oczami.  Jak 
zwykle,  wyglądała  fatalnie,  mimo  to  nagle  na  jej  twarzy  pojawił  się 
uśmiech.  Boże  drogi,  jednak  świat  jest  na  opak.  Przecież  wczoraj  o 
północy  tej  wyblakłej  kobiecie,  którą  widziała  teraz  w  lustrze, 
oświadczył  się  sam  książę.  Piękny  Luke  Winters,  spadkobierca 
ogromnej fortuny, za którym na pewno szaleją tłumy pięknych kobiet. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

I  jego  oświadczyny  mają  zmienić  życie  tej  kobiety  tak  diametralnie, 
że... 

Zmiany  te  Lindsay  przerobiła  dokładnie,  jedząc  poranną 

owsiankę.  Przede  wszystkim  pieniądze  przestają  spędzać  jej  sen  z 
powiek,  ponieważ,  dziwnym  trafem,  na  wszystko  wystarcza. 
Wynajmuje  mieszkanko,  najlepiej  na  parterze,  z  ogródkiem,  gdzie 
będzie  mogła  wystawiać  maleństwo  w  wózeczku.  Kupuje 
dzidziusiowi  śliczne, nowe  łóżeczko  i  nowe  ubranka,  wcale  nie  musi 
myszkować  po  sklepach  z  używaną  odzieżą.  A  swoje  stare  ubrania 
ładuje do worka na śmieci i ukazuje się światu w coraz to innej, coraz 
to  bardziej  eleganckiej  sukience.  Nie  musi  już  biegać  z  jednej  pracy 
do  drugiej.  Jest  panią  swojego  czasu,  który  oczywiście  wypełnia  jej 
przede wszystkim dziecko. Jej dziecko. Dziecko Willa. 

W oczach Lindsay zalśniły łzy. Will był taki młody. Boże, jak on 

by  się  cieszył  dzieckiem!  Will.  Tak  było  im  dobrze  ze  sobą.  Oboje 
wcześnie stracili rodziców i może to właśnie ich zbliżyło. Pobrali się i 
Will  nalegał,  żeby  poszła  na  studia.  Wszystko  się  układało.  Will 
pracował, ona rano szła na parę godzin do księgarni, potem biegła na 
uczelnię.  Byli  młodzi  i  szczęśliwi,  pełni  planów  na  przyszłość.  A 
potem  ten  wypadek.  Ciężarówka  z  zepsutymi  hamulcami  zmiażdżyła 
samochód. Samochód Willa. I wtedy Will odszedł na zawsze. 

Lindsay  ze  ściągniętą  twarzą  powoli  wstała  od  stołu.  Otarła  łzy. 

Tego,  co  się  stało,  nie  da  się  zmienić,  tak  samo,  jak  nie  można 
przewidzieć  przyszłości.  A  jej  nie  wolno  się  załamywać.  Jest 
potrzebna  maleństwu,  które  wkrótce  przyjdzie  na  świat.  Musi  być 
teraz silna, bardzo silna. 

Przez  cały  dzień  starała  się  nie  wracać  ani  do  smutnych 

wspomnień,  ani  do  wczorajszego  spotkania  z  Lukiem  Wintersem.  Po 
pracy na porannej zmianie w księgarni pojechała na uczelnię, na swój 
ostatni  egzamin.  W  kafejce  zjawiła  się  kilkanaście  minut  wcześniej, 
żeby  spokojnie  zjeść  obiad  i  trochę  odpocząć,  zanim  zacznie 
obsługiwać  gości.  Była  z  siebie  dumna.  Egzamin  wypadł  dobrze,  a 
więc kolejny semestr zaliczony. Teraz odpadną zajęcia na uczelni i po 
pracy  w  księgarni  będzie  miała  trochę  czasu,  żeby  wpaść  do  domu  i 
poleżeć chociaż godzinkę. 

Luke  nie  przyszedł  i  Lindsay  była  zadowolona,  że  nie  wzięła  na 

serio jego  zwariowanej propozycji. Jednak gdzieś tam, w głębi serca, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

czuła  się  rozczarowana.  Przecież  obiecał,  a  ona  przez  kilka  chwil 
marzyła o trochę lepszym życiu dla swojego dziecka. 

Zjawił  się  po  dwóch  dniach.  Wkroczył  do  kafejki  śmiałym 

krokiem w godzinach największego szczytu i poczuł się jak dureń, bo 
ubzdurał  sobie,  że  tu  jest  zawsze  cicho  i  spokojnie.  Lindsay,  z 
talerzami  w  obu  rękach,  sunęła  między  stolikami.  Na  widok  Luke'a 
zbladła jak ściana. 

 - Możemy porozmawiać? 
 -  Teraz  nie  mogę  -  powiedziała  szybko,  patrząc  na  niego 

spłoszonym wzrokiem. - Jestem bardzo zajęta. 

 - Nie szkodzi, poczekam. 
Przez  następne  pół  godziny  Luke  Winters,  gwiazda  wielkiego 

biznesu  w  Sydney,  siedział  przy  stoliku  nad  szklanką  piwa  i  patrzył, 
jak kobieta, którą ma zamiar poślubić, uwija się z tacą. Zauważył, że 
Lindsay zna większość gości i że wszyscy lubią jasnowłosą kelnerkę, 
ale  było  mu  to,  oczywiście,  całkowicie  obojętne.  Panna  McDonald 
interesowała go tylko dlatego, że jest kobietą, a on chce się ożenić, bo 
wtedy  dziadek  odda  mu  pełną  kontrolę  nad  firmą,  której  Luke 
podarował  dziesięć  lat  swojego  życia.  Harował  jak  wół,  teraz 
rozruszał interes, dzięki któremu Balcomb Enterprises może wysunąć 
się na czołową pozycję w swojej branży. Ale żeby tak naprawdę pchać 
to  wszystko  do  przodu,  musi  mieć  pełną  samodzielność  i  władzę. 
Dziadek jak najbardziej popiera jego posunięcia, stawiając tylko jeden 
podstawowy warunek: Luke ma już trzydzieści dwa lata, piękny dom 
w  Kirribilli  i  ugruntowaną  pozycję  w  biznesie.  Najwyższy  czas,  aby 
założył rodzinę. 

Lindsay  krzątała  się  wśród  gości,  nie  mogąc  do końca  uwierzyć, 

że  to  naprawdę  Luke  Winters,  a  więc  jego  dziwaczna  propozycja 
wcale  nie  była  kiepskim  dowcipem.  On  to  małżeństwo  traktował 
serio! I kiedy tak się krzątała, a jej nogi puchły coraz bardziej i talerze, 
z  trudem  unoszone  nad  wydatnym  brzuchem,  wydawały  się  coraz 
cięższe,  poczuła  nagle  wielką  ulgę.  Luke  przyszedł  i,  być  może,  ten 
koszmarny  taniec  między  stolikami  nareszcie  się  skończy.  Jeśli 
rzeczywiście Luke chce tylko podpisu na papierze, będzie go miał. A 
ona  będzie  miała  co  jeść  i  będzie  normalną,  szczęśliwą  matką.  Choć 
przez jakiś czas. 

Kiedy wszyscy goście zostali już obsłużeni, Lindsay przygładziła 

włosy i obciągnąwszy fartuch, podeszła do stolika Wintersa. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Przepraszam,  Luke,  dopiero  teraz  mam  wolną  chwilę  - 

powiedziała cicho, przysiadając na brzegu krzesła. 

Popatrzyła  na  jego  granatowy  garnitur,  jasnoniebieską  koszulę  i 

srebrzysty  krawat.  Był  tak  samo  elegancki,  pewny  siebie  i  tak  samo 
nie pasował do kafejki jak wtedy, kiedy zjawił się w smokingu. 

 -  To  ja  przepraszam,  że  przyszedłem  dopiero  dzisiaj.  Ale  nie 

mogłem odnaleźć tej kafejki. 

 - Szukałeś? 
 - No, tak, powiedzmy, że szukałem. 
Nie  uśmiechnął  się.  Jego  twarz  była  nieruchoma,  pozbawiona 

wyrazu,  tylko  oczy  bardzo  czujne,  jakby  podejrzewał,  że  Lindsay 
zamierza oszukać go na kilka milionów. Poczuła, że robi jej się bardzo 
nieprzyjemnie. 

 - Może jednak byłeś tamtego wieczoru pijany i dlatego przez dwa 

dni nie mogłeś odnaleźć tej kafejki - powiedziała szorstko. 

 -  Najważniejsze,  że  odnalazłem.  Zastanowiłaś  się?  A  może 

myślałaś, że żartowałem? 

 - Tak. 
 - Ja nie żartuję. Potrzebna mi żona, po prostu żona. Nie ma sensu, 

żebym ci teraz wszystko dokładnie wyjaśniał. 

Sięgnął  do  kieszeni  marynarki,  wyjął  kilka  złożonych  kartek  i 

położył na stole przed Lindsay. 

 -  Proszę,  oto  propozycja  naszej  umowy  małżeńskiej.  Jeśli  nie 

będziesz chciała niczego zmienić, jutro możemy wziąć ślub. 

Lindsay  spojrzała  na  białe  kartki  i  kompletnie  oszołomiona, 

wyszeptała: 

 -  Ale  ja  wcale  jeszcze  nie  powiedziałam,  że  się  zgadzam.  W 

czarnych  oczach  pojawił  się  gniew.  Tak,  to  już  nie  był  wesoły, 
zadziorny chłopak z Manly Beach. 

 - Ale zastanowiłaś się, prawda? 
 - No, tak - bąknęła przestraszona Lindsay i sięgnęła po kartki. 
Przeczytała  pierwszy  paragraf,  potem  szybko  do  końca.  Potem 

jeszcze  raz  od  początku.  Nie  wierząc  własnym  oczom.  Luke 
zapewniał jej apanaże w wysokości przekraczającej dwukrotnie to, co 
zarabiali wspólnie ona i Will. Apanaże będzie otrzymywała przez cały 
okres trwania małżeństwa i przez jeden rok po jego anulowaniu. 

 - Ja... ja nie rozumiem, Luke. Tyle pieniędzy - szepnęła. - I tylko 

za to, że zgodzę się wyjść za ciebie? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Tak. 
 - Na jak długo? 
 - To się okaże. 
 -  A  jaki  jest  powód  twojej  decyzji?  Myślę,  że  powinnam  to 

wiedzieć, zanim... zanim wejdę z tobą w jakieś układy. 

 -  W  porządku  -  zgodził  się  Luke,  rozsiadając  się  wygodniej  na 

krześle.  -  A  więc  mój  dziadek  nazywa  Jonathan  Balcomb.  Słyszałaś 
może to nazwisko? 

Twarz Lindsay w jednej sekundzie zrobiła się biała jak papier. 
 -  Balcomb  Transportation?  -  powtórzyła  prawie  szeptem.  -  Ta 

firma zabiła mojego męża! 

Luke wyprostował się, jakby rażony piorunem. 
 - Co? Co powiedziałaś? 
 - To, co słyszałeś, Luke - powiedziała Lindsay drżącym głosem. - 

Nie dopilnowano rutynowych przeglądów. Ta ciężarówka w ogóle nie 
powinna  wyjeżdżać  na  ulicę.  Zawiodły  hamulce.  A  mój  mąż  właśnie 
jechał samochodem. 

 - Byłem pewien, że jesteś niezamężna. 
 - Nie, Luke, jestem wdową. Mój mąż nie żyje. 
Luke  nie  odzywał  się,  ale  Lindsay  czuła,  że  gorączkowo  szuka 

czegoś w pamięci. 

 - Will Donovan? 
 -  Tak.  A  ja  jestem  Lindsay  Donovan.  Czy  ty...  ty  pracujesz  dla 

Balcomba? 

 - Tak. 
 - Rozumiem. 
Lindsay  odruchowo  przesunęła  kartki  w  stronę  Luke'a.  Nie,  nie 

powinna wchodzić z nim w żadne układy, nawet jeśli jest tak strasznie 
zmęczona i zagoniona. Nie powinna z nim w ogóle  rozmawiać, choć 
przez sekundę marzyła o lepszym życiu dla swojego dziecka. Powinna 
wstać i odejść. Spuściła głowę. Po chwili usłyszała, że Luke mówi do 
niej.  Już  nie  tonem  urzędowym,  jakby  rzeczywiście  załatwiali 
transakcję. Teraz ją prosił... 

 -  Lindsay, chciałbym, żebyś się zgodziła. Ja pracuję w Balcomb 

Enterprises,  to  konglomerat  spółek,  należy  do  nich  również  Balcomb 
Transportation.  Jonathan  postawił  mi  warunek.  Jeśli  się  ożenię, 
przekaże  mi  pełną  kontrolę  nad  wszystkimi  spółkami.  Będę 
dyrektorem  generalnym  i  będę  decydować  o  wszystkim,  również  o 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

regularności  przeglądów.  Mnie  zależy  na  tej  firmie,  pracuję  tam  od 
dziesięciu  lat,  chcę  wiele  rzeczy  zmienić,  ulepszyć.  A  dziadek  uparł 
się,  że  muszę  się  ożenić.  Miałem  narzeczoną,  to  znajoma  naszej 
rodziny.  Tamtego  wieczoru  dowiedziałem  się,  że  była  ze  mną,  bo 
dziadek ją przekupił. 

 - Dlatego byłeś taki wściekły. 
 -  Tak,  Lindsay.  I  tak  to  wszystko  wygląda.  Dlatego  nadal 

proponuję  ci  nasz...  układ.  Wyjdziesz  za  mnie  i  spokojnie  będziesz 
mogła zająć się dzieckiem. A ja zrobię porządek w firmie. Zgoda? 

Lindsay pomyślała, że w sumie to wszystko ma chyba jakiś sens. 

Sięgnęła znów po papiery i jeszcze raz przeczytała umowę. Papierowe 
małżeństwo, umowa, interes. Ale przecież w sumie i ona, i Luke chcą 
czegoś  dobrego.  Ona  chce,  żeby  jej  dziecko  miało  przy  sobie  matkę. 
Dzień  i  noc.  A  Luke  chce  zrobić  coś  dobrego  dla  firmy.  A  że  jest 
wnukiem  Balcomba?  Może  los  chciał  być  sprawiedliwy  i  rodzina, 
która dziecku odebrała ojca, teraz temu dziecku pomoże? 

 - Zgoda,  Luke - powiedziała cicho, wręczając mu umowę. - Nie 

trzeba niczego poprawiać. Mogę wyjść za ciebie, kiedy zechcesz. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Piąć miesięcy później. 
Lindsay  ułożyła  Ellie  w  łóżeczku  i  patrzyła  z  rozczuleniem,  jak 

niemowlę,  zmęczone  długim  spacerem  po  parku,  prawie  natychmiast 
zapada  w  sen.  Nagle  drgnęła.  W  ciszy  dziecięcego  pokoju  ostry 
dźwięk dzwonka u drzwi wydał jej się nienormalnie głośny. Spojrzała 
na dziecko. Spało, niebożątko. 

Kiedy  otworzyła  drzwi  wejściowe,  zamarła.  Na  progu  stał  jej 

mąż. 

Nie  widzieli  się  przez  cztery  miesiące.  Prawie  natychmiast  po 

ceremonii ślubnej wyjechał do Anglii, mówił,  że są duże problemy  z 
tamtejszą  filią.  Raz  w  miesiącu  Lindsay  dostawała  czek,  do  którego 
załączony  był  krótki,  zdawkowy  liścik.  Nikt  z  jego  rodziny  nie 
interesował się Lindsay. Owszem, na dwa dni przed narodzinami Ellie 
odwiedziła  ją  matka  Luke'a,  Catherine  Winters.  Przyszła  tylko  na 
moment, aby powiedzieć, że małżeństwo jej syna z Lindsay to absurd 
i że rodzina planowała zupełnie coś innego. 

Po  narodzinach  córeczki,  Lindsay,  dumna  i  szczęśliwa  mama, 

przekazała  do  Anglii  ważną  nowinę  za  pośrednictwem  Balcomb 
Enterprises. W odpowiedzi otrzymała przeogromny bukiet kwiatów, a 
Ellie  wielkiego  misia.  Kiedy  Lindsay  przeprowadziła  się  do  nowego 
mieszkania,  wysłała  na  adres  firmy  grzecznościowy  bilecik, 
informujący  o  zmianie  adresu.  Poza  tym  Luke  dzwonił,  co  prawda 
bardzo  rzadko,  ale  dzwonił.  Wymieniali  wtedy  ze  sobą  parę 
uprzejmych  zdań,  które  tylko  podkreślały  surrealistyczny  charakter 
ich małżeństwa. A teraz Luke we własnej osobie stoi w drzwiach... 

 -  Cóż  za  miła  niespodzianka  -  wykrztusiła,  otwierając  szeroko 

drzwi. - Bardzo proszę, wejdź. Dawno wróciłeś? 

Luke nie ruszał się z miejsca, zapatrzony w szczuplutką postać w 

kwiecistej  sukience,  podziwiając  złociste  loczki  okalające  kształtną 
głowę. 

 - Lindsay, to ty?! 
 - A kto? - odparła z uśmiechem, choć wszystko w środku w niej 

zamierało.  Luke  na  pewno  przyszedł  porozmawiać  o  anulowaniu  ich 
małżeństwa. A Ellie jest jeszcze taka mała. 

Patrzyła,  jak  pewnym  krokiem  wchodzi  do  jej  saloniku  i  kieruje 

się wprost do kanapy. Jakby czuł się zaproszony. 

 - Siadaj. Napijesz się herbaty? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Z chęcią, o ile nie sprawię ci kłopotu. 
 - Jakiż tam kłopot! 
 -  To  świetnie  -  powiedział  Luke,  sadowiąc  się  na  kanapie  i 

rozluźniając krawat. 

Lindsay, krzątając się po kuchni, starała się uspokoić za wszelką 

cenę. Jeśli Luke będzie chciał anulować małżeństwo, nie pozostaje jej 
nic  innego,  jak  wyrazić  zgodę.  I  tak  przeżyła  kilka  miesięcy  jak  w 
bajce,  a  Luke  Winters  nie  ma  obowiązku  utrzymywać  ich  obu  do 
końca  życia.  Postawiła  czajnik  i  filiżanki  na  tacy  i  z  uprzejmym 
uśmiechem na twarzy wkroczyła do saloniku. 

 -  Już  dawno  nie  biegałam  z  tacą...  -  zaczęła  żartobliwie  i 

natychmiast zamilkła. 

Luke  siedział  rozparty  na  kanapie,  z  rękoma  w  kieszeniach 

spodni.  Długie  nogi  wyciągnął  przed  siebie.  Rozwiązany  krawat 
podejrzanie swobodnie wił się po gorsie koszuli. 

Luke Winters spał jak nowo narodzone dziecię. 
 - Luke. 
Żadnej  odpowiedzi.  Lindsay  ostrożnie  postawiła  tacę  na  stole  i 

usiadła  w  fotelu.  A  więc  to  tak!  Ona  w  kuchni  bije  się  z  myślami,  a 
wygląda  na  to,  że  pan  biznesmen  przede  wszystkim  szukał  jakiegoś 
przytulnego  kącika,  aby  uciąć  sobie  drzemkę!  Musiał  być  bardzo 
zmęczony. Wyglądał poważniej niż przed czterema miesiącami. Koło 
oczu  i  ust  widać  było  zmarszczki,  chyba  zeszczuplał.  Albo  Lindsay 
zawodzi  pamięć.  Nic  dziwnego,  w  końcu,  ileż  to  czasu  spędzili  ze 
sobą  po  tych  dwunastu  latach?  Można  liczyć  w  godzinach,  podczas 
których ona, zmęczona ciążą i oszołomiona biegiem wypadków, była 
właściwie półprzytomna. 

Lindsay  z  filiżanką  herbaty  w  ręku  wygodnie  rozsiadła  się  w 

fotelu.  Przypomniała  sobie,  że  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła 
Luke'a  na  plaży,  pomyślała,  że  jest  bardzo  arogancki  i  pewny  siebie. 
Próbowała,  tak  dziecinnie,  przebić  się  przez  tę  arogancję  głupimi 
docinkami. Potem on gonił ją przez fale. I to właściwie wszystko. 

Tak, tamte lata to przede wszystkim marzenia. 
Luke  budził  się  powoli.  Świadomość  wróciła,  ale  nie  otwierał 

oczu.  Nie  chciał.  Znowu  osaczy  go  tysiąc  problemów.  Wszyscy,  i  w 
domu,  i  w  pracy,  wiecznie  czegoś  od  niego  chcą,  wiecznie  musi  coś 
załatwiać,  przemyśleć,  doradzić.  Nagle  dotarło  do  niego,  że  wokół 
panuje  podejrzany  spokój.  Słyszał  tylko  ciche  tykanie  zegara. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ostrożnie  uniósł  powieki.  W  fotelu  naprzeciwko  siedziała  śliczna 
jasnowłosa  kobieta  i  przeglądała  jakieś  czasopismo.  Lindsay 
McDonald Donovan Winters. Jego małżonka. A on, cymbał, zasnął na 
kanapie. Niby nic dziwnego. Przyleciał z  Anglii nad ranem i od razu 
miał ważne spotkanie. Jednak z drugiej strony - zarywał noce nieraz, 
ale  nigdy  jeszcze  nie  zdarzyło  mu  się  zasnąć  na  kanapie  w  czyimś 
saloniku. 

Lindsay,  zajęta  czytaniem,  nie  zauważyła,  że  się  obudził.  To 

dobrze, mógł spokojnie na nią popatrzeć. W niczym nie przypominała 
kobiety, z którą wziął ślub. Już wtedy podejrzewał, że jest niebrzydka, 
nie sądził jednak, że kiedy ten brzuch zniknie, Lindsay przeistoczy się 
w  coś  tak  drobnego  i  delikatnego.  Poza  tym  tamta  kobieta  miała 
długie, proste włosy, ściągnięte gumką. A to zjawisko w fotelu miało 
na  głowie  mnóstwo  jasnozłocistych  loków,  które  otaczały  szczupłą, 
pociągłą  twarz  o  pięknych,  delikatnych  rysach.  Bardzo  chciałby 
dotknąć takiego loczka. Wzrok  Luke'a powędrował  w dół, rejestrując 
ładne,  wysoko  osadzone  piersi  i  cienką  kibić.  Dalej  była  już  tylko 
sukienka,  ukrywająca  podwinięte  nogi.  Ale  Luke  wiedział  już,  jakie 
one  są.  Zauważył  je,  kiedy  Lindsay  szła  do  kuchni.  Nogi  są 
fantastyczne. 

 - Zdaje się, że przespałem herbatkę - mruknął. Lindsay spojrzała 

na niego z wyraźnym rozbawieniem. 

 - Niestety, tak! Jesteś bardzo zmęczony, prawda? 
 - Trochę - przyznał. - Herbata wystygła? 
 - Zaparzę świeżą - zaproponowała, zrywając się z fotela. 
 - Pójdę z tobą. 
Wstał  i  ruszył  za  nią  do  kuchni,  dyskretnie  rozglądając  się  po 

pokoju. Był prawie pusty, żadnych ozdób, tylko te fotografie, głównie 
jej  córki,  i  parę  drobiazgów.  W  jednym  kącie  stosy  książek.  Pod 
ścianą  regał,  też  wypełniony  książkami.  Żadnej  wieży  stereo,  a 
telewizor  tak  mały,  że  aż  śmieszny.  W  kuchni  również  tylko 
najpotrzebniejsze sprzęty. Mimo to wszędzie było ładnie i wyjątkowo 
schludnie. 

 - Chcesz z mlekiem? 
 - Nie, dziękuję. Lindsay, powiedz, jak ci się wiodło? 
 - Dziękuję, świetnie. 
 -  Ale  ja  pytam  całkiem  poważnie.  Jak  dałaś  radę  to  wszystko 

zorganizować? Nie spodziewałem się, że zostanę w  Anglii tak długo. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Czy  moja  matka  odwiedza  cię?  Dzwoniłem  do  niej,  miała 
zaopiekować się tobą podczas mojej nieobecności. 

Luke  po  raz  drugi  zobaczył,  jak  Lindsay  dumnie  unosi  brodę. 

Uśmiechnął się. Jego szarooka żona była coraz bardziej interesująca. 

 -  Luke,  przede  wszystkim  chciałam  ci  podziękować.  Z  całego 

serca. Za te cztery miesiące, kiedy nie musiałam rozstawać się z moją 
córeczką. To takie ważne, i dla matki, i dla dziecka. Jestem ci bardzo, 
bardzo  wdzięczna.  A  twoja  matka  była  u  mnie  jeden  raz,  żeby 
powiedzieć,  że  jestem  w  waszej  rodzinie  intruzem,  ale  ja  nie  mam 
prawa  czuć  się  dotknięta,  skoro  nasze  małżeństwo  to  tylko  układ, 
niewygodny dla twojej rodziny. 

 -  Przepraszam,  Lindsay,  że  musiałaś  przez  to  przejść.  Mojej 

matce  często  trudno  jest  pogodzić  się  z  faktami  -  powiedział  cicho 
Luke,  wściekły  na  siebie,  że  w  ogóle  prosił  matkę,  aby  złożyła 
Lindsay wizytę. - Lindsay, powiedz mi, czy rzeczywiście na wszystko 
ci wystarcza? 

 - Naturalnie. Dlaczego pytasz? 
 - To mieszkanie jest prawie puste. 
 -  Naprawdę  wystarcza  nam  na  wszystko  -  powiedziała  z 

uśmiechem.  -  Poza  tym  niewiele  nam  potrzeba.  Jesteśmy  tylko  we 
dwie i jedna z nas jest jeszcze bardzo mała. 

 - Twoja córeczka... 
 - Tak. Nazywa się Ellie. 
Luke'owi  znów  zrobiło  się  nieprzyjemnie.  Nie  ma  co  ukrywać, 

zachowuje  się  jak  kompletny  dureń.  Zasypia  na  kanapie,  nasyła 
rozindyczoną  Catherine  i  mówi  o  meblach,  a  zapomina  zapytać  o 
dziecko. 

 -  Przepraszam,  Lindsay,  że  dopiero  teraz,  ale  z  okazji  narodzin 

córki chciałbym... 

 -  Ależ,  Luke!  -  przerwała  ze  śmiechem  Lindsay.  -  Przecież 

składałeś  już  życzenia.  Zapomniałeś?  Dostałam  od  ciebie  piękne 
kwiaty,  a  Ellie  ogromnego  misia,  który  codziennie  jeździ  z  nią  na 
spacery.  Ellie  teraz  śpi,  ale  kiedy  się  obudzi, jeśli  chcesz,  mogę  ci  ją 
pokazać. 

Wrócili  do  saloniku  i  Luke  znów  rozsiadł  się  na  wygodnej 

kanapie. Lindsy nalała herbaty do filiżanek i zajęła miejsce w fotelu. 

 -  Luke!  Przyszedłeś  tak  niespodziewanie.  Czy  chciałbyś  ze  mną 

coś omówić? Może chcesz już anulować to małżeństwo? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Anulować? Nie. Nie myślałem o tym. Przyszedłem w zupełnie 

innej sprawie. 

 - To znaczy? 
 - Chciałem prosić cię o przysługę. 
 - Przysługę? Jaką? 
Luke  zamilkł,  jego  twarz  spochmurniała.  Dopiero  po  chwili 

zaczął  mówić,  powoli,  z  trudem,  jakby  sam  nie  wierzył  swoim 
słowom. 

 -  Mój  dziadek  jest  bardzo  chory.  Lekarze  mówią,  że  to  nie 

potrwa długo. Zabrałem go ze szpitala, jest teraz u mnie. Mam bardzo 
duży dom. Zatrudniłem pielęgniarkę, czuwa przy nim dzień i noc. Nic 
więcej nie mogę zrobić, oprócz... 

 - Oprócz czego, Luke? 
 -  Lindsay,  wiesz  dobrze,  że  ożeniłem  się,  bo  tego  chciał 

Jonathan, ale ożeniłem się z tobą, żeby było tak, jak ja chcę. 

 -  Tak,  wiem.  Zawsze  byłam  ciekawa,  jak  zareaguje  na  to  twoja 

rodzina, choć właściwie już wiem, co myśli twoja matka. 

 -  Nie  było  łatwo.  Po  ceremonii  ślubnej  pojechałem  do  Palm 

Beach,  do  Jonathana.  Zastałem  tam  matkę  i  Jeannette,  moją  byłą 
narzeczoną.  Kiedy  ogłosiłem,  że  właśnie  zmieniłem  stan  cywilny, 
matka  omal  nie  dostała  apopleksji,  Jeannette  zaczęła  rozpaczać, 
jakbym  był  największą  miłością  jej  życia,  a  dziadek  zaklinał  się  na 
wszystkie świętości, że spółki mi nie odda. 

 - W takim razie dlaczego wcześniej nie wystąpiłeś o anulowanie 

naszego małżeństwa? 

 - Niczego nie chcę anulować! - powiedział ostrym tonem Luke. - 

A  jeśli  chodzi  o  spółkę,  to  mam,  czego  chciałem.  Tak  się  składa,  że 
jestem  niezłym  menedżerem  i  wiele  firm  z  chęcią  zatrudniłoby  mnie 
od  zaraz.  Powiedziałem  o  tym  Jonathanowi.  Metoda  okazała  się 
skuteczna.  Miesiąc  później  dziadek  ustąpił,  prawdopodobnie  z 
powodu  udanych  negocjacji,  które  prowadziłem  w  Londynie. 
Zawiadomili mnie o tym faksem. 

 - Gratuluję. 
Luke nagle zamilkł. Siedział nieruchomo, wpatrzony w blat stołu 

i Lindsay poczuła niepokój. 

 - Luke? 
 - Nic, nic, już w porządku. W każdym razie między Jonathanem 

a  mną  doszło  do  jakiegoś  tam  pojednania.  Chyba  ta  choroba  tak  na 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

niego wpłynęła. Przekazał mi kontrolę nad spółką, choć zaznaczył, że 
nie jest zadowolony z mojego małżeństwa. 

 - Czy wróciłeś do Australii z powodu jego choroby? 
 -  Nie.  I  tak  miałem  już  wracać.  Pierwszy  atak  Jonathan  miał 

jakieś  trzy  miesiące  temu,  kazał  jednak  ukryć  to  przede  mną, 
dowiedziałem  się  o  tym  dopiero  po  powrocie.  Zleciłem  sekretarce, 
żeby  natychmiast  przewieziono  go  ze  szpitala  do  mojego  domu, 
kazałem poszukać najlepszych specjalistów i wynająć pielęgniarkę... 

Luke przerwał i nerwowo potarł powieki, jakby nagle coś wpadło 

mu do oka. 

 -  Jesteś  nadzwyczajny  -  powiedziała  cicho  Lindsay.  -  Rodzina 

jest bardzo ważna. Ja mam tylko Ellie. 

 - A co się stało z twoją rodziną? Dlaczego nie masz nikogo? 
 -  Moi  rodzice  zginęli  w  katastrofie  lotniczej.  Nie  miałam  wtedy 

jeszcze  ukończonych  piętnastu  lat.  Zamieszkałam  u  ciotki,  siostry 
mamy.  Opiekowała  się  mną,  a  kiedy  skończyłam  osiemnaście  lat, 
wyjechała  do  Tasmanii.  Marzyła  o  tym  całe  życie,  ale  z  mojego 
powodu  odłożyła  wyjazd.  Wkrótce  potem  umarła,  okazało  się,  że  od 
dawna była chora. 

 - A rodzina męża? 
 -  Will  też  bardzo  wcześnie  stracił  rodziców  i  nie  miał  żadnych 

krewnych.  Wiesz,  Luke,  to  wielkie  szczęście,  że  tak  długo  masz 
swojego dziadka. 

 -  Tak,  Lindsay,  wiem.  I  bardzo  chcę,  żeby  przez  ostatnie 

miesiące swego życia czuł się szczęśliwy. 

 - To zrozumiałe. 
 -  Naprawdę  tak  myślisz?  Nawet  jeśli  jego  firma  jest 

odpowiedzialna za śmierć twojego męża? 

 -  Luke,  przecież  ja  wiem,  że  odpowiedzialny  jest  ten,  kto  kazał 

wyjechać tej ciężarówce. 

 - Zwolniłem go. To była moja pierwsza decyzja, kiedy przyszedł 

faks z nominacją na dyrektora generalnego. A teraz... teraz chciałbym 
prosić cię o przysługę. 

 - Oczywiście, Luke. Jeśli tylko będę mogła. 
 - Wiesz, że Jonathan bardzo chciał, abym się ożenił. Teraz, kiedy 

jego  dni  są  policzone,  zależy  mi  na  tym,  aby  się  przekonał,  że  moje 
małżeństwo  jest  udane.  Mimo  że  on  i  matka  nie  zaakceptowali  cię. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Mój  dziadek  mnie  kocha,  Lindsay,  i  kiedy  zobaczy,  że  jestem 
szczęśliwy, że nam się układa, będzie spokojny o moją przyszłość. 

 - A co ja miałabym zrobić? - spytała cicho Lindsay. 
 - Chciałbym, żebyś sprowadziła się do mnie, i będziemy udawać 

kochającą się rodzinę. 

Zdumienie  na  twarzy  Lindsay  było  tak  szczere,  że  Luke,  mimo 

powagi sytuacji, omal się nie roześmiał. 

 - Zamieszkać... razem... z tobą? - spytała łamiącym się głosem. 
 -  Tak.  Ty  i  oczywiście  Ellie.  Mój  dom  jest  bardzo  duży, 

wygodny,  zatrudniam  kilka  osób.  Nie  będziesz  miała  żadnych 
obowiązków,  chodzi  tylko  o  to,  żebyś  po  prostu  była  i  czasami 
odwiedziła  Jonathana.  Będziemy  stwarzać  pozory,  że  jesteśmy 
szczęśliwą parą. 

 -  Luke,  to  szaleństwo.  Jak  ty  to  sobie  wyobrażasz?  Przecież  my 

jesteśmy  sobie  zupełnie  obcy!  I  mamy  udawać  szczęśliwe 
małżeństwo? 

 - Tak. Będziemy zachowywać się normalnie, jak mąż i żona. 
 - To szaleństwo - powtórzyła Lindsay. 
Luke  czuł,  że  denerwuje  się  coraz  bardziej.  Zwykle  podczas 

negocjacji potrafił zachować kamienny spokój. Tym razem jednak nie 
chodziło o biznes. 

 -  Lindsay,  ja  ci  się  odwdzięczę.  Kiedy  to...  się  skończy, 

anulujemy  nasze  małżeństwo,  będziesz  wolna,  a  ja  wyposażę  cię. 
Ciebie  i  dziecko.  Będziesz  mogła  ponownie  wyjść  za  mąż,  zresztą, 
zrobisz co zechcesz. Pieniądze nigdy już nie będą twoim problemem. 

Wiedział, że już popełnił pierwszy błąd. 
 - Luke, dlaczego ciągle mówisz o pieniądzach? Czy ty uważasz, 

że wszystko można kupić? 

Teraz popełnił dragi błąd. 
 -  Przecież  małżeństwo  też  sobie  kupiłem,  prawda?  Lindsay 

wyprostowała  się  nagle  jak  struna  i Luke'owi  wydawało  się,  że  w  jej 
oczach pojawiły się łzy. 

 - Chcę, żebyśmy natychmiast anulowali nasze małżeństwo. .. 
 - Nie. Najpierw musisz zrobić to, o co cię proszę. 
 - Ja nie umiem oszukiwać. 
 -  Teraz  masz  skrupuły?  Przecież  nasze  małżeństwo  jest  jednym 

wielkim oszustwem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Nieprawda!  To  jest  ugoda.  Pomogłeś  mi  w  trudnej  sytuacji  i 

chciałeś za to ślubu. Nic więcej. Ten ślub był przede wszystkim tobie 
potrzebny. 

 - Może i masz rację, ale, niestety, wszystko się zmienia, podlega 

ewolucji. 

 - Ja nie. 
 -  Ty?  -  Luke,  mimo  napiętych  nerwów,  tym  razem  nie  mógł 

powstrzymać  się  od  śmiechu.  -  Ty  zmieniasz  się  najbardziej.  W 
niczym nie przypominasz tamtej pękatej osoby! 

 - Przecież ja byłam w ciąży! 
 - Faktycznie. Poza tym pracowałaś w dwóch miejscach, próbując 

jeszcze  ciągnąć  studia.  Oczywiście,  mogłaś  nie  przyjąć  mojej 
propozycji i dalej jakoś sobie radzić, ciekawe jednak, co by się stało, 
gdybyś  na  przykład  zachorowała.  Postawmy  sprawę  jasno.  Owszem, 
wszystkiego nie można kupić, ale często pieniądze są nam niezbędne. 
Dlatego  wyszłaś  za  ranie.  I  jeśli  teraz  znów  mówiłem  o  pieniądzach, 
to nie po to, żeby cię przekupić, tylko żeby znów się z tobą ułożyć. Ty 
zrobisz  to,  o  co  cię  proszę,  a  ja  znów  ci  pomogę.  Tobie  i  twojemu 
dziecku. Uważam, że moja pomoc jest ci niezbędna. 

 - Mimo wszystko wolałabym, żebyś nie mówił o pieniądzach. 
 -  W  porządku.  Lindsay,  proszę,  zgódź  się.  Zrób  to  dla  starego, 

umierającego człowieka. 

 - Luke, ja wszystko rozumiem - powiedziała cicho Lindsay. - Po 

prostu  boję  się,  czy  nam  się  uda.  Przecież  ja  nie  jestem  aktorką,  nie 
umiem udawać. Co będzie, jeśli to się  wyda? Jaki to będzie szok dla 
chorego człowieka! 

 -  Jeśli  oboje  się  postaramy,  na  pewno  się  nie  wyda.  A  ja  ci  się 

odwdzięczę. 

 -  Przestań,  Luke.  Ty  chyba  myślisz,  że  ja  jestem  bardzo 

interesowna. 

 -  Ty?  Ty  jesteś  zaprzeczeniem  wszelkiej  interesowności. 

Powtarzasz  z  uporem,  że  na  wszystko  ci  wystarcza,  a  przecież  to 
mieszkanie jest prawie puste. 

Lindsay opuściła głowę i nerwowo zaczęła skubać obicie fotela. 
 - Bo ja trochę zaoszczędziłam - wyjąkała. 
 - No proszę! Taka oszczędna małżonka to skarb. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Odłożyłam  trochę,  ale  tylko  dlatego,  że  nie  wiem,  jak  szybko 

znajdę pracę - tłumaczyła gorączkowo Lindsay. - Kiedy anulujemy już 
małżeństwo... 

 - Lindsay, to twoje pieniądze i możesz robić z nimi, co chcesz. A 

jeśli  chodzi  o  anulowanie  małżeństwa,  zajmę  się  tym  zaraz  po...  po 
pogrzebie. Ale teraz, błagam, zgódź się. 

 -  A  nie  byłoby  lepiej,  żebyśmy  już  teraz  je  anulowali?  - 

powiedziała  zmęczonym  głosem  i  westchnęła  głęboko.  -  Mógłbyś 
spokojnie  poślubić  kobietę,  o  jakiej  zawsze  marzyłeś,  z  twojego 
środowiska... 

Luke zaśmiał się serdecznie. 
 - Ty jesteś wymarzoną żoną. 
 - Ja? 
 - Tak. Nie dość, że oszczędna, to jakże mało wymagająca! Przez 

cztery  miesiące  małżeństwa  nigdy  nie  miałaś  o  nic  pretensji,  nie 
stawiałaś żadnych żądań, a ja praktycznie robiłem, co chciałem. Jesteś 
ideałem! 

Żartował,  ale  w  duchu  już  drugi  raz  pomyślał,  że  szarooka 

Lindsay jest niezwykła. Nie chodziło jej o pieniądze, a on przecież żył 
w świecie, gdzie pieniądze były treścią życia. Ale  Lindsay była inna. 
Wiedział,  że  weszła  z  nim  w  układ  tylko  dlatego,  że  faktycznie  była 
już na ostatnich nogach i bała się o dziecko. A teraz? On mówi, że się 
odwdzięczy, a ona się martwi, że będzie oszukiwać i czy rzeczywiście 
pomogą  choremu  człowiekowi.  Była  inna  niż  ludzie,  których  znał. 
Ludzie  bez  skrupułów.  Na  Boga,  przecież  on  sam  po  raz  drugi  bez 
skrupułów  podporządkowuje  swoim  celom  tę  bezbronną  kobietę  z 
maleńkim  dzieckiem.  Ale  tym  razem  robi  to  nie  dla  siebie,  ale  dla 
człowieka stojącego nad grobem. 

 -  Jak  wytłumaczysz  Jonathanowi,  że  dopiero  teraz  sprowadzam 

się do ciebie? - spytała nagle Lindsay. 

 - Czekałaś do mojego powrotu, to logiczne. 
 - Myślisz, że uwierzy? 
 -  Oczywiście!  Uwierzy  we  wszystko,  jeśli  będziesz  patrzyła  na 

mnie  z  uwielbieniem.  Ja  zaraz  po  pracy  będę  przychodził  do  domu. 
Będziemy  razem  chodzili  odwiedzić  dziadka.  Wezmę  cię  za  rękę,  ty 
tak  troszkę  się  do  mnie  przysuniesz,  no...  coś  w  tym  rodzaju, 
rozumiesz? 

 - A przed innymi ludźmi? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Tak  samo.  Żeby  nikomu  nie  przyszło  do  głowy  szepnąć 

Jonathanowi,  że  to  fikcja.  Lindsay,  zdążysz  zapakować  się  jeszcze 
dzisiaj? Chciałbym, żebyś na kolacji była już u mnie. 

 - Dzisiaj?! - krzyknęła przerażona Lindsay. - Przecież ja jeszcze 

nie powiedziałam, że się zgadzam... 

 - Ale zgodzisz się, prawda? 
 - Tak - powiedziała miękko. - Zrobię to, bo mnie o to prosisz, a 

tyle mi pomogłeś. Cieszę się, że ja też mogę zrobić coś dla ciebie. 

 - Dziękuję, Lindsay. 
Rozpromieniony Luke zerwał się z kanapy i chwycił leżącą obok 

marynarkę. 

 - Samochód przyjedzie o czwartej. 
 - O czwartej? Nie wiem, czy zdążę. 
 -  Zapakuj  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy,  na  kilka  dni.  Resztę 

zabierze się potem, zgoda? 

 - Zastanowię się... 
 -  Zastanowisz  się  nad  wszystkim,  jak  będziesz  na  miejscu, 

skarbie!  -  rzucił  wesoło  Luke  i  wyraźnie  wchodząc  już  w  rolę 
kochającego  małżonka,  pochylił  się  i  leciutko  pocałował  ją  w  usta.  - 
No, to pa! Samochód będzie o czwartej. Zobaczymy się

 

na kolacji. 

 -  No,  to  pa  -  powtórzyła  jak  echo,  patrząc,  jak  Luke  znika  za 

drzwiami. 

Nie  do  wiary.  Luke  pocałował  ją,  bo  zgodziła  się  z  nim 

zamieszkać. Z mężczyzną, którego prawie nie zna, a który od czterech 
miesięcy w świetle prawa jest jej ślubnym małżonkiem. 

Spojrzała  na  zegar  i  zerwała  się  na  równe  nogi.  Zanim  Ellie  się 

obudziła, Lindsay zdążyła spakować swoje rzeczy. Po karmieniu Ellie 
znów powędrowała do  łóżeczka i  Lindsay spakowała rzeczy dziecka, 
nie zapominając oczywiście o wielkim misiu od Luke'a. 

Szofer  stawił  się  punktualnie  o  czwartej.  Miły  pan  w  średnim 

wieku  sprawnie  zniósł  torby  do  samochodu  i  po  chwili  Lindsay,  z 
Ellie na ręku, sadowiła się na miękkim siedzeniu wspaniałej limuzyny. 
Nie  minęło  pół  godziny,  kiedy  dojeżdżali  już  na  miejsce.  Lindsay 
znała  Kirribilli,  tonącą  w  zieleni  dzielnicę  Sydney,  z  której 
rozpościerał się piękny widok na port, Harbour Bridge i słynną operę. 
Była to dzielnica ludzi bardzo zamożnych. Dom Luke'a był okazały, w 
stylu  Tudorów,  z  piękną,  ceglaną  fasadą  ze  zdobieniami  i 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

wyeksponowanymi  ciemnymi  belkami.  A  wokół  domu  rozpościerał 
się ogród. Ogród jak z bajki. 

Szofer  pomógł  im  obu  wysiąść,  podprowadził  do  drzwi  i 

zadzwonił. 

 - Zaraz ktoś zejdzie. Ja zajmę się pani rzeczami. 
 -  Dobrze,  dziękuję  bardzo  -  odpowiedziała  trochę  skrępowana 

Lindsay. 

Drzwi uchyliły się i wyjrzała z nich szczupła, siwowłosa kobieta 

o bardzo ciemnej cerze. 

 - Pani Winters? 
 - Tak. to ja... 
 -  Witamy  panią  w  domu  -  powiedziała  kobieta  z  uprzejmym 

uśmiechem  i  otworzyła  szeroko  drzwi.  -  Jestem  Marabel,  gospodyni. 
Bardzo  proszę,  pani  pozwoli  do  środka.  Pan  Luke  mówił,  że  pani 
przyjedzie dziś z córeczką. 

Lindsay,  przyciskając  mocno  Ellie  do  siebie,  powoli  weszła  do 

wielkiego holu. 

 -  Bardzo  proszę,  może  pójdziemy  na  górę  -  mówiła  wyraźnie 

przejęta  gospodyni.  -  Pokażę  pani  pokój  i  pokój  dziecka.  Kiedy 
Hedley wniesie rzeczy, zajmę się rozpakowaniem. 

 -  Och  nie,  dziękuję,  sama  się  tym  zajmę  -  zaprotestowała 

Lindsay. Nie była przyzwyczajona, żeby ktoś jej usługiwał. 

Ruszyła  powoli  za  gospodynią,  zerkając  ciekawie  na  wszystkie 

strony.  Tam,  na  prawo,  na  pewno  jest  salon.  Nie  było  drzwi,  tylko 
pięknie rzeźbiony łuk. W głębi salonu dostrzegła stare meble, dywany 
i obrazy. Nic dziwnego, że jej mieszkanko wydało się Luke'owi puste. 

Kiedy weszły na górę, Marabel przystanęła na chwilę. 
 - Pokój pana Jonathana jest na lewo, w głębi holu. A pani tutaj. 
Gospodyni skręciła w prawo i otworzyła najbliższe drzwi. 
 -  Bardzo  proszę,  oto  pani  pokój,  no  i  oczywiście  męża,  pana 

Luke'a. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 -  A  gdzie  jest  pokój  Ellie?  -  spytała  Lindsay,  spoglądając 

ciekawie  w  głąb  pokoju.  Jedyne,  co  zdołała  dojrzeć,  to  wielkie 
małżeńskie łoże pod ścianą. O nie, na ten temat trzeba będzie z panem 
mężem podyskutować. 

 -  Zaraz  za  pokojem  państwa  -  wyjaśniła  gospodyni.  Podeszła 

parę  metrów  dalej  i  otworzyła  następne  drzwi.  -  Bardzo  proszę,  oto 
pokój dziecka. 

Lindsay  przeszła  przez  próg  i  stanęła  jak  wryta.  Nie 

przypuszczała, że pokój dziecka może być tak śliczny. 

 -  Pan  Luke  wszystko  zamówił  sam  -  oświadczyła  Marabel  z 

dumą  w  glosie.  -  I  meble,  i  zabawki,  wszystko.  Pójdę  teraz  pomóc 
Hedleyowi.  Gdyby  pani  czegoś  potrzebowała,  jesteśmy  do  pani 
dyspozycji. Kolację podaje dziś o siódmej. 

Kiedy gospodyni zniknęła za drzwiami, Lindsay rozejrzała się po 

pokoju.  Był  wielki,  słoneczny,  z  dwoma  olbrzymimi  oknami, 
przesłoniętymi  śnieżnobiałą  firanką.  Pod  ścianami  stały  jasne  regały, 
pełne  miękkich  pluszowych  zwierzątek  i  kolorowych  książeczek  dla 
dzieci.  Śliczne  łóżeczko,  w  rogu  pokoju  niziutki  stoliczek,  dwa 
dziecinne krzesełka, obok fotel na biegunach. Podłoga zasłana grubym 
srebrzystym  dywanem,  po  którym  dziecko  może  bezpiecznie 
raczkować i stawiać pierwsze kroki. 

Lindsay  westchnęła  i  tuląc  do  siebie  córeczkę,  usiadła  w  fotelu. 

Ile czasu musiałyby tu mieszkać, żeby Ellie mogła postawić pierwsze 
kroki  na tym  pięknym  dywanie?  Luke  naprawdę  się  postarał.  Biedny 
Luke,  tak  bardzo  przeżywa  chorobę  swojego  dziadka.  Czy  dlatego 
zgodziła  się  na  to  udawanie?  Może,  Poza  tym  trudno  nie  współczuć 
staremu choremu człowiekowi, nawet jeśli jest to Jonathan Balcomb, 
znany w całym Sydney jako człowiek bezwzględny i łasy na zysk. Ale 
przecież  zgodziła  się  nie  ze  względu  na  współczucie  dla  Jonathana.' 
Zrobiła to tylko i wyłącznie dla Luke'a, który rozpaczliwie tego chciał. 
Dla  Luke'u,  który  wybaczył  staremu  despocie  jego  podstępne 
kombinacje i pewnie gotów był zrobić dla niego wszystko. 

Lindsay  powoli  podniosła  się  z  fotela  i  podeszła  do  okna,  z 

którego rozpościerał się  widok na wielki, starannie utrzymany  ogród. 
Ciekawe,  ile  dni,  ile  tygodni będą  razem  z  Ellie  patrzeć  na  te piękne 
kwiaty? Czy zobaczą, jak przekwitają? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Melancholijne  rozmyślania  przerwało  wejście  obładowanego 

torbami  Hedleya.  Lindsay  położyła  córeczkę  do  łóżeczka,  po  czym 
zajęła się rzeczami dziecka. 

Pora kolacji zbliżała się nieuchronnie i Lindsay już teraz poczuła, 

że dostaje gęsiej skórki. Postanowiła jednak nie martwić się na zapas. 
Wykąpała  malutką, nałożyła  jej  czyste  śpioszki i usiadłszy  wygodnie 
w  fotelu,  podała  jej  pierś.  Kiedy  Elli  skończyła  ssać,  Lindsay  długo 
jeszcze nie wypuszczała dziecka z objęć. Uwielbiała te ciche godziny 
ze  swoim  maleństwem.  Kołysząc  się  w  fotelu,  głaskała  jedwabiste 
włoski córeczki, całowała malutkie paluszki i szeptała czule do uszka. 
Kiedy powieki Ellie zaczęły robić się ciężkie, ostrożnie wstała z fotela 
i  ułożyła  małą  w

 

łóżeczku.  Swoją  kruszynkę.  Jedyną  bliską  osobę  w 

tym wielkim, obcym domu. 

Ellie zasnęła.  Lindsay jeszcze przez chwilę postała przy dziecku, 

potem  cicho  wymknęła  się  z  pokoju  i  z  ciężkim  sercem  podeszła  do 
sąsiednich  drzwi.  Pokój  Luke'a.  Wszystko  tu  było  duże,  solidne, 
pasujące do mężczyzny słusznego wzrostu. Na ścianach obrazy. Dwa 
abstrakcyjne,  o  krzykliwych  kolorach.  I  dwa  pełne  spokoju.  Błękit 
morza, z białymi plamami żagli. Lindsay znów spojrzała na zegarek i 
pospiesznie  zaczęła  rozglądać  się  po  pokoju,  szukając  swoich  toreb. 
Czyżby Marabel nie mogła oprzeć się pokusie i rozpakowała je sama? 
Lindsay otworzyła drzwi wielkiej szafy. Zobaczyła garnitury, koszule 
i  dżinsy,  a  na  samym  końcu,  jak  podejrzewała,  jej  własne  sukienki. 
Wybrała najlepszą sukienkę, po czym podeszła do komody. W jednej 
z szuflad odnalazła swoją bieliznę. Szybko wybrała, co było potrzebne 
i pobiegła do łazienki. 

Punktualnie  o  siódmej,  z  duszą  na  ramieniu,  zeszła  na  dół  i 

stanęła na środku holu. Przez otwarte drzwi jadalni zobaczyła na stole 
chińską porcelanę i srebra. Z salonu dobiegał szmer cichej rozmowy. 
Luke  stał  przed  kominkiem,  sącząc  aperitif.  Na  kanapie  siedziała 
starsza  pani  o  ciemnych  włosach,  przyprószonych  siwizną,  ubrana  z 
wyszukaną elegancją. 

 - Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. 
Kobieta  na kanapie powoli  odwróciła  głowę  i  zmierzyła  Lindsay 

od  stóp  do  głów.  Wzrokiem,  który  powiedział,  że  obecność  Lindsay 
jest tu absolutnie zbędna. 

 -  Oczywiście,  że  nie,  kochanie  -  powiedział  z  uśmiechem  Luke. 

podchodząc  do  Lindsay  i  całując  ją  w  policzek.  -  Mamo,  proszę, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

powitaj  moją  żonę  w  jej  nowym  domu.  Lindsay,  miałaś  już 
przyjemność poznać moją matkę. 

 -  A  więc  to  jest  ta  zapomniana  żona  -  powiedziała  chłodno 

Catherine, nie ruszając się z kanapy. 

 - Dlaczego zapomniana? - spytał ze zdziwieniem Luke. 
 -  Zdaje  się,  że  przez  te  cztery  miesiące  Luke  nie  bardzo  o  tobie 

pamiętał - ciągnęła lodowatym głosem Catherine, nie odrywając oczu 
od  Lindsay.  -  Mieliśmy  już  nadzieję,  że  ten  godny  pożałowania 
incydent w życiu mojego syna należy do przeszłości, jednak... 

 - Mamo, prosiłem! 
 - A więc dobrze - zgodziła się Catherine i wyrecytowała: 
 - Witaj w swoim nowym domu, Lindsay. 
Lindsay  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Frontalny  atak  zbił  ją 

całkowicie z tropu. 

 - Może napijesz się czegoś? - zaproponował skwapliwie Luke. 
Lindsay  miała  wrażenie,  że  powietrze  w  salonie  aż  drży  od 

napięcia.  Czy  w  tym  domu  rodzinne spotkania  zawsze  przebiegają  w 
tak napiętej atmosferze? No, na pewno, kiedy pojawia się niechciana 
synowa. Trudno, trzeba będzie jakoś przez to przebrnąć. 

 -  Dziękuję,  Luke.  Marabel  mówiła,  że  kolację  podaje  się  o 

siódmej, nie chciałabym nikogo zatrzymywać. 

 - Marabel poda, kiedy jej się każe - powiedział ostro Luke. 
 - Jeśli masz ochotę na drinka, bardzo proszę. 
 - Naprawdę dziękuję. 
 - Mamo, a ty? 
 - Ja również dziękuję. 
Pani  Winters  dostojnie  uniosła  się  z  kanapy  i  podeszła  do  syna, 

wsuwając  mu  rękę  pod  ramię.  Luke  spojrzał  na  Lindsay,  która 
pojąwszy w lot, o co chodzi, wsunęła rękę pod drugie męskie ramię i 
cała  trójka  zgodnym  krokiem  pomaszerowała  do  jadalni.  Lindsay  z 
całej  siły  zagryzała  wargi,  aby  nie  wybuchnąć  śmiechem.  Czy  tę 
komedię będzie zmuszona odgrywać co wieczór? 

Luke  zajął  poczesne  miejsce  za  stołem,  matka  po  jego  lewej 

stronie,  a  żona  po  prawej.  Kiedy  już  zasiedli,  do  jadalni  wkroczyła 
Marabel  z  tacą, na której  stały  talerze  z  zupą.  Catherine  chrząknęła  i 
skierowała zimny wzrok na Lindsay. 

 - Podobno pracowałaś jako kelnerka. 
 - Owszem - odpowiedziała Lindsay z miłym uśmiechem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ale  to  nie  było  moje  jedyne  zajęcie.  Przede  wszystkim  byłam 

studentką,  proszę  pani.  Studiowałam  prawo  na  uniwersytecie,  na 
studiach  dziennych,  i  zanim  urodziłam  dziecko,  zdążyłam  zaliczyć 
kilka semestrów. A oprócz tego przed południem pracowałam jeszcze 
parę  godzin  w  księgarni.  Wydaje  mi  się,  proszę  pani,  że  moje 
wszystkie  zajęcia  były  godne  szacunku,  łącznie  z  pracą  kelnerki  - 
zakończyła twardym głosem, zanurzając łyżkę w zupie. Przełknęła i z 
uśmiechem zawołała do Marabel: 

 - Zupa jest pyszna! 
 -  Dziękuję  bardzo,  pani  Winters  -  odpowiedziała  wyraźnie 

zadowolona gospodyni. - Powiem zaraz Rachel. 

 - Jak się czuje dzisiaj Jonathan? - spytał Luke matkę. 
Na twarzy Catherine pojawił się wyraz wielkiego przygnębienia. 
 -  Bez  zmian  -  odparła  smutnym  głosem.  -  Siedziałam  przy  nim 

całe  popołudnie.  Prosił,  żebym  poczytała  mu  gazety.  Oczywiście 
wiadomości  o  biznesie.  Mówił,  że  pod  koniec  miesiąca  wybierze  się 
do firmy. Luke, jestem bardzo zmartwiona. Może poradzić się jeszcze 
jednego specjalisty? 

 -  Mamo,  Jonathana  badało  już  trzech  lekarzy  i  każdy  stwierdził 

to samo - powiedział Luke łagodnym głosem. - Musimy pogodzić się 
z tym, że jego stan nie ulegnie poprawie. 

W  oczach  Catherine  pojawiły  się  łzy.  Szybko  opuściła  głowę  i 

skwapliwie  sięgnęła  po  łyżkę,  a  Lindsay  nagle  zrobiło  się  żal  tej 
starszej  pani,  mimo  jej  przykrego  usposobienia.  Wiedziała,  jak  boli, 
kiedy traci się ojca. 

 - A jak Ellie? - spytał Luke, zwracając się do Lindsay. 
 -  Jaka  Ellie?  -  spytała  ostro  Catherine,  spoglądając  znad  talerza 

na  syna,  i  Lindsay  pomyślała,  że  to  niemożliwe,  aby  w  takich  złych 
oczach mogła zobaczyć łzy. 

 - Córeczka Lindsay - wyjaśnił Luke. 
 -  Dziecko!  -  syknęła  Catherine,  odkładając  łyżkę.  -  To  dlatego 

udało ci się złapać Luke'a na męża! 

Lindsay zesztywniała. 
 - Przepraszam, co pani powiedziała? 
 -  To,  co  słyszałaś.  Specjalnie  zaszłaś  w  ciążę,  żeby  zmusić 

mojego syna do małżeństwa! 

 - Mamo, proszę - powiedział ostro Luke, ale Lindsay postanowiła 

wziąć sprawę w swoje ręce. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Myli  się  pani!  -  oświadczyła  jasno  i  dobitnie.  -  Luke 

zaproponował  mi  małżeństwo  nie  dlatego,  że  byłam  w  ciąży,  ale 
mimo tego, powtarzam, mimo tego, że byłam w ciąży. 

 - Jeszcze lepiej! - prychnęła Catherine. - Ale chyba nie wszystko 

szło  po  twojej  myśli,  skoro  zjawiłaś  się  w  tym  domu  dopiero  po 
czterech miesiącach! 

 - Mamo - włączył się Luke. - Mówiłem, że czekaliśmy z tym do 

mojego powrotu. 

 -  Nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  żeby  wprowadziła  się  zaraz  po 

ślubie. 

Sprawa była ewidentna. Lindsay doprowadzała swoją teściową do 

szewskiej pasji. 

 - Mamo... 
 -  Luke,  wybacz,  ja  sama  wytłumaczę.  Wydaje  mi  się,  że  pani 

koniecznie  chce  wiedzieć,  czy  przypadkiem  nie  wyszłam  za  Luke'a 
dla  pieniędzy.  Bo  to  brzydko,  tak?  A  przecież  takie  tu  panują 
zwyczaje. Była narzeczona Luke'a nie robiła z tego tajemnicy. 

 -  Jeannette  pasowałaby  do  niego  bardziej.  Ona  przynajmniej 

umie się ubrać. 

Broda Lindsay zadrżała, ale usta ułożyły się w uprzejmy uśmiech. 
 - Przykro mi bardzo, jeśli moja skromna sukienka nie odpowiada 

pani  standardom,  choć  nie  sądzę,  żeby  była  brzydka.  W  domu  nie 
przebieram  się  do  kolacji,  bo  nie  mam  takich  aspiracji.  Podaję  sobie 
sama,  w  kuchni.  Sadzam  sobie  dziecko  na  kolanach  i  jest  mi  bardzo 
dobrze i przyjemnie. Jak w rodzinie. 

 -  A  kiedy  poznałaś  moją  rodzinę,  nie  bardzo  masz  ochotę 

przyłączyć się do niej? - spytał Luke, nie spuszczając wzroku z matki. 

 - Chodzi tylko o to,  Luke, że twoja matka jest zupełnie inna niż 

moi rodzice - stwierdziła spokojnie Lindsay. 

Catherine nerwowym ruchem odsunęła od siebie pusty talerz. 
 - Luke'owi nigdy niczego nie brakowało. 
 -  Proszę  pani.  ja  nie  znam  pani  i  nie  mam  prawa  oceniać,  czy 

pani  była  i  jest  dobrą  matką.  ale...  -  głos  Lindsay  znów  zaczynał 
niebezpiecznie drżeć - ale mam wrażenie, że moja obecność przy tym 
stole jest dla pani nadzwyczaj irytująca, dlatego proponuję, że posiłki 
będę jadać w swoim pokoju. 

 - Wystarczy! - krzyknął Luke, uderzając dłonią w stół. - Lindsay, 

jesteś  moją  żoną  i  będziesz  jadła  tam,  gdzie  ja.  I  uspokójcie  się.  Na 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

górze  leży  umierający  człowiek  i  nie  pozwolę,  żeby  cokolwiek 
zakłóciło  jego  spokój.  Proszę  was,  zacznijcie  traktować  się 
przyzwoicie, bo inaczej, jak mi Bóg miły, zmuszę was do tego. 

Teraz Lindsay, dotknięta do żywego, odłożyła łyżkę. 
 - Nie, Luke, mnie do niczego zmuszać nie będziesz. Mówiłeś, że 

nie  lubisz,  aby  ktoś  tobą  rządził.  Otóż  ja  też.  I  nie  lubię,  kiedy  ktoś 
mnie  prowokuje.  Ale  ja  mam  wyjście  z  sytuacji.  Jestem  tu  tylko 
dlatego, że mnie o to prosiłeś. I wcale nie muszę tutaj być. 

 -  Tylko  nie  strasz  -  syknął  Luke  prawie  niedosłyszalnie, 

chwytając ją za rękę. - Bo cofnę ci twoje apanaże i nie będziesz miała 
nawet na suchą bułkę. 

 - Bez obaw - wycedziła również prawie niedosłyszalnie, starając 

się  uwolnić  rękę.  - Mam parę  groszy  w  banku i nieźle  poukładane  w 
głowie, potrafię zarobić na swoje dziecko. 

 - To dlaczego zgodziłaś się tu wprowadzić? 
 -  Jestem  człowiekiem  i  żal  mi  twojego  dziadka,  nawet  jeśli  nie 

pałam do niego sympatią. 

 - Zrobiłaś to dla pieniędzy. 
 -  Nieprawda.  I  oddam  ci  wszystkie  pieniądze,  które  mi  dałeś. 

Spłacę  co  do  grosza.  A  wprowadziłam  się  tu,  bo  mnie  o  to  prosiłeś. 
Tylko dlatego! 

Przestała się szarpać. Luke nie puszczał jej ręki, wpatrując się  w 

nią.  Jego  czarne  spojrzenie  aż  parzyło.  Zupełnie  inaczej  niż  wtedy, 
kiedy patrzył na nią Will. Dlaczego? Bo Luke nie był jej przyjacielem. 
Był mężczyzną, wielkim, silnym, czasami groźnym. Mężczyzną, który 
oszałamiał i przyciągał ją z dziwną siłą, której zaczynała się bać. 

Luke  patrzył  na  nią  jeszcze  przez  chwilę,  potem  nagle  uniósł  jej 

dłoń i złożył delikatny pocałunek. 

 -  Och,  jaka  romantyczna  scena  -  prychnęła  Catherine,  której, 

mimo  wielkich  wysiłków,  nie  udało  się  dosłyszeć,  o  czym  Luke  i 
Lindsay szeptali tak zawzięcie. 

Po  burzliwej  dyskusji  w  jadalni  zapadła  cisza.  Lindsay  jadła 

szybko, nie zastanawiając się, co właściwie ma na talerzu,, cały czas z 
niepokojem myśląc o Ellie, samiutkiej w tym pięknym, ale wielkim i 
obcym pokoju. 

Niestety, po kolacji czekały ją jeszcze dodatkowe emocje - wizyta 

w pokoju chorego Jonathana Balcomba. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Była zadowolona, że Luke wziął ją za rękę. Jego ciepła, duża dłoń 

uspokajała. Podeszli do łóżka chorego i Lindsay ze ściśniętym sercem 
spojrzała na bladą, wychudzoną jak szkielet postać na wielkim łóżku. 
Pomyślała,  że  to  łóżko  jest  za  duże  i  umierający  człowiek  musi  czuć 
się  w  nim  jeszcze  bardziej  samotny.  W  głębi  pokoju,  pod  oknem, 
odwrócona  do  nich  plecami  stała  jakaś  kobieta.  Pewnie  pielęgniarka, 
domyśliła się Lindsay. 

 - Jonathan? - powiedział cicho Luke. 
Powieki chorego drgnęły, uniosły się i Lindsay wiedziała już, po 

kim Luke odziedziczył czarne, płonące spojrzenie. 

 -  Dobrze,  że  zjawiłeś  się,  chłopcze  -  powiedział  chrapliwym 

głosem  Jonathan.  -  To,  że  oddałem  ci  biznes,  wcale  jeszcze  nie 
znaczy, że nie chcę wiedzieć, co w trawie piszczy. Nadal mogę ci się 
na  coś  przydać,  jeśli  będziesz  miał  problemy.  Opowiadaj  więc,  co 
słychać w firmie. 

 -  Dzięki.  Jonathan,  na  razie  wszystko  mam  pod  kontrolą.  Dziś 

chciałem przedstawić ci Lindsay. 

 - Kogo? 
 -  Moją  żonę  -  powiedział  głośniej  Luke,  kładąc  ręce  na 

ramionach Lindsay, jakby bał się, że ucieknie. 

 - Jak się pan czuje? - spytała uprzejmie Lindsay. 
 - Więc to jest ta twoja kelnereczka! Nareszcie sprowadziłeś ją do 

domu. 

Lindsay skrzywiła się nieznacznie. 
 - Przede wszystkim studentka prawa, proszę pana. I dla ścisłości, 

pracowałam również w księgarni. 

 -  Ale  odkąd  wyszłaś  za  mąż,  nie  zhańbiłaś  się  pracą,  prawda? 

Głupiec  -  powiedział  Jonathan,  wbijając  wzrok  w  Luke'a.  - 
Powtarzam, głupiec. 

 -  No,  jasne  -  zauważył  chłodno  Luke.  -  Bardziej  pasowałaby  ci 

Jeannette Sullivan. 

 -  Nie  mnie,  a  tobie  i  twojej  matce  -  warknął  Jonathan,  wbijając 

teraz wzrok w Lindsay. - A więc to jest ta twoja wybranka, dla której 
wszystko postawiłeś na jedną kartę? 

 - Ale dramat - mruknęła Lindsay pod nosem. 
 - O co chodzi? - spytał Jonathan. 
 - Nic, nic. Miło mi, że poznałam już całą rodzinę Luke'a. 
 - Miło to ci było złapać Luke'a w sidła. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ja  go  nie  łapałam,  proszę  pana,  on  sam  zaproponował  mi 

małżeństwo  -  zaprotestowała  Lindsay,  czując,  jak  Luke  delikatnie 
odsuwa  ją  na  bok.  Wziął  stojące  obok  krzesło,  przysunął  je  blisko 
łóżka i usiadł. 

 -  No,  jak  tam?  Może  pogadalibyśmy  o  tym  interesie  z 

Blackmailem? 

Jonathan uśmiechnął się, zachwycony. 
 -  Czemu  nie?  Przecież  mówiłem,  że  ta  moja  choroba  minie.  Po 

koniec miesiąca mam zamiar zajrzeć do firmy. Czuję, że już niedługo 
powrócę do normalnego życia. Prawda, panno Spencer? 

 -  Pan  sam  najlepiej  wie!  -  odpowiedziała  pielęgniarka  z 

uśmiechem.  -  Zostawię  państwa  samych.  Gdybym  była  potrzebna, 
proszę zadzwonić. 

 - To może ja też już pójdę - powiedziała szybko Lindsay. 
Luke  odwrócił  się,  żeby  ją  zatrzymać,  ale  Lindsay  była  już  za 

drzwiami. 

 -  Niezła  babka  z  tej  twojej  żony  -  stwierdził  Jonathan  tonem 

znawcy. - Sprowadziła się do ciebie na stałe, czy tylko na jakiś czas? 

 - Oczywiście, że na stałe - obruszył się Luke, pragnąc nagle, aby 

tak było naprawdę, 

 -  Przyślij  ją  jutro  do  mnie.  Chciałbym  poznać  bliżej  tę  twoją 

żonkę. 

 - W porządku, jutro zajrzy do ciebie - obiecał Luke, zdając sobie 

sprawę, że Lindsay wcale nie będzie zachwycona, jeśli będzie musiała 
często  odwiedzać  Jonathana  i poznawać  bliżej  człowieka,  do którego 
ma tak wielki żal. 

 -  A  moja  Maggie  też  była  blondynką  -  odezwał  się  nagle 

Jonathan. 

 - Babcia? 
 -  No  jasne.  Jej  włosy  były  złociste  i  pięknie  lśniły  w  słońcu, 

zawsze tak ładnie pachniały. Tęsknię za twoją babcią, chłopcze. 

 - Wszystkim nam jej brakuje. 
 - Tak, wiem. Kiedy umarła, Catherine była kompletnie załamana. 

Parę  lat  wcześniej  opuścił  ją  ten  jej  mężulek.  No  i  zobacz,  ja  po 
śmierci  Maggie  już  całe  życie  byłem  sam.  Catherine  też.  Kręciło  się 
koło  niej  wielu  facetów,  ale  ona  żadnego  nie  chciała.  Uparła  się.  Ty 
też jesteś uparty, masz to po niej. Luke, powiedz mi. czy ty kochasz tę 
małą? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A jak myślisz? Przecież ożeniłem się z nią - odparł wymijająco 

Luke 

 - Mam nadzieję, że będziesz z nią szczęśliwy, tak jak ja z twoją 

babcią.  To  były  piękne  czasy.  Wiesz,  kiedy  człowiek  tak  sobie  leży, 
nareszcie  ma  czas.  żeby  spokojnie  pomyśleć,  powspominać.  No, 
dobrze.  Teraz  opowiadaj,  co  z  tym  Blackmailem.  Pamiętaj,  Luke,  to 
jest chytry lis. 

Luke  długo  siedział  przy  dziadku.  Rozmawiali  o  interesach,  o 

przeszłości,  od  czasu  do  czasu  chory  zapadał  w  krótką  drzemkę  i 
wtedy Luke zatapiał się we własnych myślach. Co to Lindsay mówiła? 
Że zgodziła się, bo on ją prosił. Kiedy to ostatni raz ktoś zrobił coś dla 
niego? Nie mógł sobie przypomnieć. 

Gdy  dziadek  zasnął,  Luke  wstał  i  starannie  okrył  go  kołdrą. 

Człowiek,  który  przez  całe  życie  zastępował  mu  ojca,  odchodził  na 
zawsze. Kiedyś wysoki, postawny, a teraz jakby ubywało go z każdym 
dniem. I nic nie można już zrobić. 

Wyszedł  do  holu  i  dopiero  wtedy  poczuł,  jak  bardzo  jest 

zmęczony.  W  ciągu  ostatniej  doby  spał  zaledwie  pół  godziny,  w 
saloniku  Lindsay.  Przypomniał  sobie,  że  nie  widział  jeszcze  jej 
dziecka.  Drzwi  pokoju  dziecięcego  były  uchylone.  Zobaczył  Lindsay 
w  fotelu,  pochyloną  nad  książką.  Wszedł  na  palcach,  skinął  głową  i 
podszedł  do  łóżeczka.  Mała  spała  na  brzuszku,  Luke  ujrzał  ciemne 
loczki  nad  karczkiem,  jeden  pucołowaty  policzek  i  malutką  piąstkę, 
przyciśniętą do buzi. 

 - Lindsay - szepnął. - Ona jest śliczna. 
 - Możesz mówić głośno - odpowiedziała Lindsay, podchodząc do 

łóżeczka.  -  Śpi  bardzo  mocno.  Trochę  się  bałam,  jak  to  będzie  w 
nowym  miejscu.  Ale  zabrałyśmy  z  domu  ukochany  kocyk,  no  i  tego 
misia  od  ciebie. Może  nie  będzie  tak  źle,  zwykle  Ellie  bardzo  ładnie 
przesypia całą noc. 

Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc na śpiące dziecko. 
 - Pokój jest nadzwyczajny, dzięki, Luke, 
 - To ja chciałem ci podziękować, że się zgodziłaś. To chyba był 

dobry  pomysł.  Po  twoim  wyjściu  dziadek  ożywił  siei  zaczął 
wspominać babcię. 

 - Kochasz bardzo Jonathana? 
 -  Tak.  Zastępował  mi  ojca.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  wkrótce  go 

nie będzie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Ale masz jeszcze przed sobą wiele godzin, które możesz z nim 

spędzić  -  powiedziała  miękko  Lindsay.  -  A  potem...  potem  nigdy  o 
nim nie zapomnisz. 

Znów  zamilkli.  Luke,  wpatrując  się  w  maleńką  Ellie,  nagle 

zapragnął  dowiedzieć  się,  czy  mała  ma  szare  oczy  po  matce,  czy 
uśmiecha się, może potrafi już usiąść? Tak, chciałby wiedzieć o wiele 
więcej  o  trzymiesięcznej  panience.  Również  o  szarookiej  mamie, 
która stoi obok. 

 - A gdzie masz obrączkę? 
 -  Ześlizguje  mi  się  z  palca.  Pamiętasz,  w  ciąży,  miałam  bardzo 

opuchnięte palce i nie wchodziła mi na palec, a teraz trochę schudłam 
i spada mi. Mam ją tutaj. 

Rozchyliła  kołnierz  sukienki,  pokazując  złoty  łańcuszek,  na 

którym wisiała obrączka, kupiona tuż przed ich pospiesznym ślubem 

 - Trzeba było oddać ją do jubilera, żeby zmniejszył. 
 - Po co? Przecież nasze małżeństwo nie jest prawdziwe. 
 - Jak to nieprawdziwe? - zaprotestował nadzwyczaj energicznie. - 

Wobec prawa jesteśmy mężem i żoną. Daj, zajmę się tym. 

Delikatnie  odpiął  łańcuszek  i  zsunął  z  niego  obrączkę.  Lindsay 

nie protestowała. Miała teraz inny, ważniejszy problem na głowie. 

 - Luke! Marabel zaniosła moje rzeczy do twojego pokoju. 
 - No i? - mruknął, bawiąc się obrączką. 
 - No więc, gdzie ja będę spała? 
 - Oczywiście, że z mężem, kochanie. Chodź! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 -  Nie  mówisz  tego  poważnie  -  zaprotestowała  Lindsay,  kiedy 

dwie sekundy później znalazła się razem z Lukiem w jego sypialni. 

 - Dlaczego? Małżonkowie zwykle sypiają razem. 
 - Ale nasze małżeństwo jest nieprawdziwe, to wyłącznie interes. 
 - A chciałabyś, żeby było prawdziwe? 
Zbliżał się do niej, ona cofała się, dopóki nie poczuła za plecami 

chłodnego  drewna  drzwi.  Różne  myśli,  jak  błyskawice,  przelatywały 
jej  przez  głowę,  a  jedna  z  nich,  ku  jej  rozpaczy,  wydawała  się  być 
najważniejsza. Co by było, gdyby Luke ją pocałował? 

 - Luke, proszę, nie! 
 - Uspokój się, Lindsay. Przecież nie rzucę się na ciebie. 
 - Ale odsuń się, odejdź ode mnie. 
Luke ani drgnął, tylko jego oczy błysnęły dziwnie. 
 - Boisz się? 
 - Nie. 
Nie bała się Luke'a, który uśmiechał się z rozczuleniem na widok 

jej  dziecka,  miał  anielską  cierpliwość  do  swojej  matki  i  przebaczył 
dziadkowi jego podstępne kombinacje. Ale bała się tej siły, która pcha 
ją  do  niego  i  wyzwala  tę  okropną  chęć,  żeby  go  dotknąć,  pogłaskać, 
po tych szerokich ramionach, po tej czarnej głowie. Żeby przytulił ją 
i... Lindsay odruchowo spojrzała na wielkie łoże i oprzytomniała. 

 -  Absolutnie  nie  możemy  spać  razem  -  powiedziała  z 

determinacją. 

 -  W  takim  razie  co  proponujesz?  -  spytał,  podchodząc  do 

ogromnej szafy. 

Ze  stoickim  spokojem  schował  do  niej  marynarkę  i  zaczął 

rozpinać guziki koszuli. Lindsay zamarła. Chyba Luke nie ma zamiaru 
rozbierać się przy niej? 

 - W tym domu jest mnóstwo pokoi - powiedziała szybko. 
 - Poza tym mogę przecież spać u Ellie. 
 - Bez sensu - obruszył się Luke, ściągając koszulę. - Jutro rano w 

całym domu będzie aż huczało, że nie śpimy razem i dziadek zacznie 
coś podejrzewać. 

Koszula  pofrunęła  na  krzesło,  a  Lindsay,  jak  urzeczona, 

wpatrywała  się  w  muskularne  ramiona  i  pięknie  wyrzeźbioną  klatkę. 
Wyglądał jak posąg. Lindsay znów poczuła, że się rumieni. Wściekła, 
że  Luke  Winters  wzbudza  w  niej  tak  nieprzyzwoite  emocje,  siłą 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

oderwała oczy od czekoladowego torsu i spojrzała gdzieś w kierunku 
szafy. 

 - Sama nie wiem. Może... 
 -  Lindsay,  porozmawiajmy  jak  dorośli  ludzie.  W  tym  łóżku 

mogłyby  spać  ze  cztery  osoby.  Jest  tak  wielkie,  że  w  ogóle  nie 
będziesz  czuta  mojej  obecności.  Nie  prosiłem  cię.  żebyś  się  do  mnie 
sprowadziła,  bo  chcę  cię  uwieść.  Nie  dotknę  cię,  możesz  mi  zaufać. 
Chyba  że  -  oczy  Luke'a  znów  dziwnie  błysnęły  -  chyba  że  sama 
będziesz chciała. żebym cię... dotykał. 

I  to  był  właśnie  problem.  Od  ponad  roku  była  sama,  bez 

mężczyzny.  Jej  życie  wpierw  wypełniało  oczekiwanie  na  dziecko,  a 
potem  opieka  nad  Ellie.  Jednak  teraz,  ta  przedziwna,  nieoczekiwana 
zażyłość z obcym, ale jakże pociągającym mężczyzną, obudziła w niej 
kobiece tęsknoty. 

Na szczęście, te tęsknoty nie zawładnęły nią całkowicie. 
 - Nie, Luke, nie chcę. 
Skinął głową, odwrócił się i z szuflady komody wyciągnął sweter. 
 -  Idę do gabinetu, muszę jeszcze trochę popracować. A ty kładź 

się spać. Zaśniesz, zanim wrócę, i nawet nie zauważysz, że chrapałem 
na drugim brzegu łóżka. 

 -  Mogę  spać  na  podłodze.  Zrobię  sobie  całkiem  wygodne 

legowisko z kocy... 

 -  Zrobisz,  jak  zechcesz.  Wzięłaś  swoją  „nianię"  z  pokoju 

dziecka? Nadajnik już włączyłem. 

 - Jaką nianię? 
 - Chodź, pokażę ci. 
W  pokoju  Ellie  panował  półmrok,  palił  się  tylko  mały  kinkiet. 

Maleńka słodko spała. Luke na palcach podszedł do komody i wziął z 
niej mały plastikowy przedmiot, podobny do słuchawki telefonu. 

 -  To  jest  właśnie  elektroniczna  „niania"  -  szepnął.  -  A  tam,  na 

ścianie, nad łóżeczkiem, jest nadajnik, widzisz? 

Lindsay skinęła głową. 
 -  Żebyś  była  spokojna  o  dziecko.  Ten  nadajnik  wyłapuje 

wszystkie  dźwięki.  To  dobry  aparat,  o  dużym  zasięgu.  Możesz 
spokojnie  chodzić  po  całym  domu  i  ogrodzie,  wszędzie  usłyszysz 
Ellie. 

 - Dzięki, Luke. Widzę, że pomyślałeś o wszystkim. 
 - Drobiazg. A teraz dobranoc. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay  postała  jeszcze  chwilę  przy  dziecku,  po  czym,  ściskając 

w ręku „nianię", wróciła do pokoju Luke'a. Przez moment poczuła się 
jak więzień, który wraca do swojej celi. 

Pół  godziny  późnej  była  już  po  gorącym  prysznicu, przebrana  w 

najobszerniejszy,  najdłuższy  T  -  shirt,  jaki  znalazła  wśród  swoich 
rzeczy.  Zadowolona  z  siebie,  zaczęła  mościć  się  na  swoim 
prowizorycznym posłaniu. Niestety, legowisko zrobione z kocy, które 
znalazła  w  ogromnej  szafie,  z  pewnością  nie  było  tak  wygodne,  jak 
materac  w  łożu  Luke'a.  Jednak  Lindsay,  choć  przekonana,  że  Luke 
zachowa  się  jak  dżentelmen,  nie  potrafiła  się  przełamać  i  wybrała 
nocleg  na  podłodze.  Niemożliwie  twardej.  Ostatnią przytomną  myślą 
przed zaśnięciem było marzenie o nadmuchiwanym materacu. 

Budząc się następnego ranka, stwierdziła, że na tej podłodze jest 

nie  najgorzej.  Bardzo  miękko  i  ciepło.  Otworzyła  oczy  i  natychmiast 
usiadła,  wyprostowana  jak  struna.  Siedziała  na  łóżku.  Ostrożnie 
rozejrzała  się  dookoła  i  stwierdziła,  że  jest  sama.  Jak  to  się  mogło 
stać? Przecież  zasnęła na swoim wspaniałym legowisku. Może sama, 
przez sen, wpakowała się do łóżka? Nie, to na pewno sprawka Luke'a. 
Na domiar złego, spał razem z nią. Lindsay wyciągnęła rękę i dotknęła 
poduszki, na której widniał ślad głowy. Poduszka była zimna, a więc 
Luke  od  dawna  był  na  nogach.  A  co  z  Ellie?  Może  płakała  w  nocy? 
Lindsay wyskoczyła z łóżka, i tak jak stała, w T - shircie i na bosaka, 
przemknęła  przez  hol  do  pokoju  dziecka.  Mała  spała  jak  aniołek,  ale 
Lindsay  wiedziała,  że  niebawem  obudzi  się  i  natychmiast  głośnym 
płaczem  da  znać,  że  ma pusty  brzuszek.  Pędem  wróciła  do  sypialni  i 
zabrała  się  za  poranną  toaletę.  Kiedy  wsuwała  stopy  w  pantofle,  w 
"niani"  rozległ  się  znajomy  głosik.  Zerwała  się  na  równe  nogi.  żeby 
lecieć  do  dziecka,  przedtem  jednak  błyskawicznie  zebrała  z  podłogi 
koce i schowała na miejsce. O, nie, nikt nie będzie plotkował na temat 
pożycia państwa Wintersów! 

Po  półgodzinie  Lindsay,  z  Ellie  na  ręku,  zeszła  do  jadalni.  Luke 

siedział za stołem i czytał gazetę. 

 - Dzień dobry, Luke. 
 - Witam obie panie! 
Zerwał się od stołu i zanim Lindsay zdążyła zaprotestować, i ona, 

i  Ellie  zostały  obdarowane  porannymi  buziakami.  Lindsay  prosto  w 
usta,  a  Ellie  w  pucołowaty  policzek.  Potem  Luke  wyciągnął  ręce  do 
dziecka i zapytał: 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Można? 
Lindsay  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  W  potężnych 

ramionach Luke'a jej córeczka naprawdę wyglądała jak kruszynka. 

 - Dzień dobry pani! - zawołała od progu Marabel. - Jak córeczka 

spała w nowym miejscu? 

 -  Dziękuję,  dobrze,  w  każdym  razie  niczego  nie  słyszałam  - 

odpowiedziała Lindsay, spoglądając jednocześnie na Luke'a. 

 - A ty? 
 -  Kiedy  wracałem  z  gabinetu,  zajrzałem  do  niej.  Spała  bardzo 

mocno. Marabel, czy mogłaby pani przynieść fotelik dla dziecka? 

 -  Luke,  nie  chcemy  ci  przeszkadzać  -  zaprotestowała  cicho 

Lindsay. 

 - Przeszkadzać? - Luke uśmiechnął się szeroko i pogłaskał małą 

po  główce.  -  Chyba  mam  prawo  zjeść  śniadanie  z  moimi 
dziewczynami! Co o tym sądzisz, Ellie? 

Kiedy  zasiedli  do  stołu,  Lindsay,  rozejrzawszy  się  bacznie 

dookoła, oznajmiła konspiracyjnym szeptem: 

 - Luke, spaliśmy w jednym łóżku. 
 - Tak. I chyba nie poniosłaś żadnego uszczerbku? 
 - No, chyba nie. 
 -  I  było  ci  o  wiele  wygodniej  niż  na  podłodze?  Konspirację 

przerwało nadejście Marabel. 

 - Proszę, oto fotelik dla królewny - oznajmiła, stawiając na stole 

wyściełane krzesełko dla niemowląt. 

 - Dziękuję, Marabel - powiedział uprzejmie Luke i bez problemu, 

jakby robił to co dzień, usadowił małą w foteliku. 

Lindsay  była  pod  wrażeniem.  Ten  wielki  biznesmen  był  tak 

zręczny  i  delikatny,  jakby  osobiście  odchował  już  co  najmniej 
pięcioro dzieci! 

 - Lindsay! Zaplanowałaś coś na dzisiaj? 
 - Nie. 
 -  Pomyślałem  sobie,  że  może  chciałabyś  sprowadzić  tu  swój 

samochód. 

 -  Nie  mam  samochodu  -  odpowiedziała  spokojnie  Lindsay, 

smarując grzankę marmoladą. 

 - Jak to? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Mieliśmy samochód, kiedy Will żył. Po wypadku wóz nadawał 

się  jedynie  do  kasacji.  Dostałam  odszkodowanie,  ale  w  mojej 
niepewnej sytuacji nie było sensu wydawać pieniędzy na samochód. 

 - Trzeba kupić ci jakiś wóz - zadecydował Luke. 
 - Po co? Przecież ja i tak jestem tu... na jakiś czas... 
 -  Kupię  wam  samochód  -  powtórzył  Luke,  uśmiechając  się  do 

Ellie.  -  Zabierzesz  go  ze  sobą,  będzie  twój.  A  na  razie  będziesz 
jeździła z Hedleyem. 

 -  Dzień  dobry,  Luke!  -  zadźwięczał  od  drzwi  znajomy  alt.  Do 

jadalni  wpłynęła  Catherine  Winters,  spowita  w  bladolilowy  szlafrok. 
Podeszła  do  pustego  krzesła  i  zauważyła  na  środku  stołu 
niespodziewaną dekorację. 

 - Masz śliczne dziecko, Lindsay - powiedziała sztywno. 
 -  Dziękuję  -  uśmiechnęła  się  Lindsay.  -  To  Ellie.  Catherine 

skinęła głową. Luke wstał, uprzejmie odsunął 

krzesło i starsza pani zasiadła do śniadania. 
 - Luke, będę dziś potrzebowała Hedleya, chciałabym pojechać po 

zakupy. 

 - Oczywiście, mamo, o ile Lindsay nie zaplanowała już jakiegoś 

wyjazdu  -  odparł  Luke,  sadowiąc  się  na  swoim  krześle  i  rozkładając 
poranną gazetę. 

 -  Uważasz,  że  twoja  żona  powinna  być  w  tym  domu  na 

pierwszym miejscu? 

 - Tak uważam, ponieważ to jest moja żona. 
W  porządku,  pomyślała  Lindsay,  jeśli  Luke  koniecznie  chce 

ustalić hierarchię w tym domu, nie ma sensu się sprzeciwiać. 

 - Potrzebuję Hedleya przed południem - powiedziała ze słodkim 

uśmiechem. - Wrócę na lunch i samochód będzie do pani dyspozycji. 

Catherine  zacisnęła  usta,  ale  skinęła  głową.  Lindsay  szybko 

skończyła śniadanie, chwyciła fotelik z Ellie i z ulgą opuściła jadalnię, 
ciesząc  się,  że  ma  doskonałą  wymówkę.  Przecież  musi  wyszykować 
dziecko  do  wyjazdu  limuzyną  Jonathana  Balcomba!  Cieszyła  się,  że 
wyjeżdża.  Nie  chciała  zostać  sama,  kiedy  Luke  pojedzie  do  pracy,  a 
ona będzie narażona na złośliwe uwagi teściowej. Pomysł wyjazdu do 
miasta  nagle  wydał  jej  się  bardzo  sympatyczny.  Pojadą  z  Ellie  do 
parku, a potem wpadną do kafejki, do Jacka... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Wyprawa  na  obrzeża  miasta  przedłużyła  się  i  kiedy  Lindsay 

dzwoniła  do  drzwi,  Ellie,  której  pora  drzemki  dawno  minęła, 
marudziła i wyraźnie szykowała się do głośniejszego protestu. 

 -  Jak  było  w  parku?  -  dopytywała  się  Marabel,  otwierając 

szeroko drzwi. 

 -  Dziękuję,  bardzo  przyjemnie.  Ale  trochę  zabalowałyśmy,  Ellie 

jest już niespokojna. 

Szybko  pobiegła  z  małą  na  górę.  Kiedy  Ellie,  przewinięta  i 

nakarmiona,  miała  iść  już  spać,  ktoś  dyskretnie  zapukał  do  drzwi  i 
Lindsay usłyszała łagodny głos panny Spencer. 

 -  Przepraszam  panią,  pani  Winters,  ale  pan  Balcomb  chciałby 

bardzo poznać pani córeczkę. 

 - Naturalnie, tylko Ellie trochę marudzi, właśnie kładę ją spać. 
 -  Nie  szkodzi,  proszę  pani,  pan  Jonathan  przez  tę  chorobę  sam 

jest kapryśny jak dziecko. Bardzo panią proszę, zrobi mu pani wielką 
przyjemność. 

Nie wypadało odmówić. Lindsay, żałując, że nie ma z nią Luke'a, 

wzięła  małą  na  ręce  i  poszła  za  pielęgniarką.  Jonathan  Balcomb, 
oparty na łokciu, przywitał je bacznym spojrzeniem. 

 - Chciał pan nas widzieć? 
 -  Przede  wszystkim  twoje  dziecko  -  powiedział  zachrypniętym 

głosem  Balcomb,  nie  odrywając  oczu  od  Ellie.  Patrzył  tak  przez 
chwilę, a potem ciężko opadł na poduszki. - On mi nic nie powiedział, 
że jest dziecko. Do cholery! Powinien był mi o tym powiedzieć! 

Ellie poruszyła się niespokojnie i zaczęła cicho kwilić. 
 - Przepraszam, ale mała jest bardzo śpiąca. Może ja już pójdę... 
 -  Poczekaj,  niech  no  przyjrzę  się  mojej  prawnuczce.  Jak  ma  na 

imię? 

 - Ellie - szepnęła Lindsay, nie mając zupełnie pomysłu na to, co 

teraz  powinna  powiedzieć.  Czy  wyprowadzić  Jonathana  z  błędu,  czy 
nie. 

 -  Teraz  się  nie  dziwię,  że  Luke  ożenił  się  z  tobą,  a  nie  z 

Jeannette. Dlaczego mi nic nie powiedział? Przecież wie, że ja bardzo 
lubię małe dzieci. 

Ellie,  zaintrygowana  szorstkim  męskim  głosem,  przestała  się 

wyginać i marudzić, tylko wlepiła  w  Jonathana swoje ogromne oczy. 
Na twarzy starego człowieka pojawił się ciepły, serdeczny uśmiech. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ale  nie  złapałaś  mojego  wnuka  na  dziecko?  -  spytał  cicho. 

Lindsay poczuła, że blednie. 

 - Proszę pana, Ellie jest dzieckiem mojego męża. 
 -  W  porządku,  w  porządku  -  wymamrotał,  wpatrując  się  z 

rozczuleniem w niemowlę. - Ile ona ma? 

 - Około trzech miesięcy. 
 - Jest nieduża. A Luke jest taki wysoki. 
 -  Bo  to  dziewczynka  -  wyjaśniła  Lindsay,  pochylając  się,  aby 

Jonathan mógł pogłaskać małą po główce. 

 - Pilnuj jej. A kiedy zacznie chodzić, trzeba będzie zabezpieczyć 

wszystkie  kontakty,  poprzestawiać  meble...  żeby  dziecko  nie  zrobiło 
sobie krzywdy. Porozmawiaj o tym z Marabel. 

Jaka szkoda, że Balcomb nie zadbał o stan swoich ciężarówek tak 

samo, jak dba o bezpieczeństwo dzieci, pomyślała z goryczą Lindsay i 
przed  oczyma  stanęła  jej  roześmiana,  młodzieńcza  twarz  Willa. 
Poczuła, że oczy jej wilgotnieją, na szczęście Ellie przyszła z pomocą 
i głośnym okrzykiem oznajmiła, że czas wizyty dobiegł końca. 

 - Naturalnie - przytaknęła szybko Lindsay, ruszając ku drzwiom. 

- Porozmawiam o tym z Marabel. 

Kiedy Luke zjawił się na szczycie schodów, pielęgniarka właśnie 

zamykała za sobą drzwi pokoju Jonathana. 

 - Śpi? - zapytał półgłosem. 
 - O Boże! Ale mnie pan przestraszył! Tak, zasnął przed chwilą. 
 - Jak się czuje? 
 - Tak jak zwykle. Ale był bardzo zadowolony z  wizyty pańskiej 

córeczki.  To  dobrze,  że  w  tej  chorobie  będzie  miał  choć  trochę 
radości. Na pewno pośpi teraz trochę dłużej, a ja pójdę przejść się po 
ogrodzie. 

Luke  zdumiał  się.  Ellie,  jego  córka?  Po  co  Lindsay  zaniosła 

dziecko  do  pokoju  dziadka?  Zawodowa  nieufność  kazała  mu 
natychmiast  pomyśleć,  że  Lindsay  chce  oczarować  dziadka  słodkim 
bobasem i przy okazji wyciągnąć od niego jakieś pieniądze. Jednak to 
rozwiązanie,  proste  i  logiczne,  zupełnie  nie  pasowało  do  tej  kobiety, 
która,  kiedy  ją  poznał,  tak  ciężko  i  uczciwie  wykuwała  swój  los. 
Zrobiło mu się nieprzyjemnie. 

Zajrzał  do  Ellie.  Dziecko  spało  głębokim,  zdrowym  snem.  Na 

fotelu  leżała  otwarta  książka,  ale  Lindsay  nie  było.  Poszedł  dalej,  do 
swojej sypialni. Tam też jej nie było. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Przypomniał sobie, jak wczoraj wieczorem wrócił z gabinetu i ze 

zdumieniem  stwierdził,  że  łóżko  jest  puste.  Pomyślał,  że  może 
Lindsay  rzeczywiście  wyszukała  sobie  jakiś  pusty  pokój.  Wtedy  na 
podłodze  koło  okna  zauważył  legowisko  z  kocy  i  niedużą  postać, 
zwiniętą w kłębek. Spała jak suseł. Rozbawiony i trochę zakłopotany, 
podniósł  ją  ostrożnie  i  zaniósł  do  łóżka.  Potem  sam  się  położył.  Był 
przekonany, ze jest tak, jak mówił  Lindsay. To  łoże jest tak duże, że 
nie  czuje  się  obecności  drugiego  człowieka.  Bzdura.  Chyba  przez 
godzinę  wpatrywał  się  w  jasne  loczki.  rozsypane  na  poduszce.  A 
kiedy  obudził  się  rano  i  ta  śliczna  kobieta  nadal  spała  obok  niego, 
ogarnęły  go  uczucia,  których  w  ogóle  się  nie  spodziewał.  Rzadko 
kiedy  spędzał  z  kobietą  całą  noc,  nawet  jeśli  był  z  nią  dłużej 
związany.  A  w ogóle, to po  raz pierwszy kobieta znalazła się  w jego 
własnym  łóżku,  pod  dachem  jego  rodzinnego  domu.  Tak.  Po  raz 
pierwszy.  I  nagle  zapragnął  wziąć  ją  w  ramiona.  Opanował  się,  ale 
potem,  przy  śniadaniu,  pocałował  ją  w  usta.  Słyszał,  że  nadchodzi 
Marabel  i  chciał,  żeby  gospodyni  to  zobaczyła.  Naprawdę?  Nie.  Po 
prostu chciał pocałować Lindsay. W ogóle chciałby ją całować i żeby 
ona  też  tego  chciała.  Była  taka  śliczna,  jeszcze  ładniejsza  niż  tamta 
dziewczynka  z  plaży.  Była  taka  miła,  pełna  ciepła,  czasami  tak 
zabawnie  czupurna.  Łagodna,  ale  kiedy  trzeba,  staje  do  walki.  W  tej 
łagodnej  kobiecie  kryje  się  gorący  temperament.  Ciekawe,  jaka  ona 
jest  z  mężczyzną,  którego  kocha?  Jaka  była  dla  męża?  Luke 
odruchowo  potrząsnął  głową.  Jego  myśli  znów  biegły  w  dziwnym 
kierunku. 

Zszedł  na  dół,  zajrzał  do  jadalni i  do  salonu.  Ani  śladu  Lindsay. 

Nagle  wydało  mu  się,  że  od  strony  kuchni  słyszy  znajomy  głos. 
Otworzył drzwi i zaskoczony, zatrzymał się na progu. Jego żona stała 
przy  kuchennym  blacie  i  zawzięcie  ugniatała  ciasto,  trajkocząc  przy 
tym z Marabel i Rachel, jakby znały się od lat. 

 - Lindsay? 
 -  O,  Luke!  -  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  -  Tak  wcześnie 

wróciłeś? 

 -  Wpadłem  na  chwilę,  chciałem  zobaczyć,  co  z  Jonathanem. 

Teraz śpi. A ty co tu robisz? 

 -  Ciasto  według  mojego  przepisu.  Lubisz  szarlotkę?  Za  parę 

minut będę gotowa. 

 - Świetnie. Poczekam na ciebie w gabinecie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zgodnie z przyrzeczeniem, po kilku minutach Lindsay stanęła na 

progu gabinetu. 

 - Chciałeś mi coś powiedzieć, Luke? 
 - Tak. Usiądź, proszę. 
Przysiadła  na  brzegu  kanapy  i  Luke  znowu  pomyślał,  jaka  to 

ładna kobieta. I taka szczupła... 

 - Chyba bardzo schudłaś ostatnio, prawda? Lindsay uśmiechnęła 

się. 

 -  Ciągle  zapominasz,  że  byłam  w  ciąży  i  okropnie  puchłam.  Po 

urodzeniu  dziecka  wszystko  wróciło  do  normy.  Luke,  czy  coś  się 
stało? 

 -  Nie,  skądże  -  uśmiechnął  się.  -  Chciałem  tylko  prosić,  żebyś 

korzystała z łóżka. Jesteś lekka jak piórko, jednak niełatwo podnosić z 
podłogi kobietę, której nie chce się obudzić. 

Lindsay zarumieniła się i spojrzała w bok. 
 - Byłaś z Ellie u dziadka? 
 -  Tak,  nie  miałam  wyjścia.  Przysłał  po  nas  pielęgniarkę.  Luke, 

czy  to  ty  powiedziałeś  Jonathanowi,  że  Ellie  jest  twoim  dzieckiem? 
On jest przekonany, że Ellie jest jego prawnuczką. 

 - Nie, ja na pewno nie. Może Marabel? A ty co mu powiedziałaś? 

Że to moje dziecko? 

 -  Ależ  skąd!  -  wykrzyknęła  z  oburzeniem.  -  Kiedy  Jonathan 

zapytał  mnie  wprost,  powiedziałam,  że  to  dziecko  mojego  męża. 
Przecież nie wiedziałam, jaka jest twoja wersja. 

 - Nie mam jeszcze żadnej - przyznał uczciwie Luke 
 - Czy to koniec przesłuchania? 
 - Jakie przesłuchanie! - obruszył się Luke. - Muszę wiedzieć, co 

się  dzieje,  żeby  nie  popełnić  błędu.  Poza  tym  mam  jeszcze  jedną 
sprawę.  W  piątek  jest  bal  na  cele  dobroczynne,  jestem  zaproszony, 
oczywiście z małżonką. Pójdziesz, prawda? 

 - Ja? 
 - Naturalnie. A z kim wziąłem ślub? 
 - Nie wiem, Luke. 
 - Dlaczego? 
 -  Przede  wszystkim,  kto  zajmie  się  Ellie?  Poza  tym  nie  mam 

odpowiedniej  sukienki  i  w  ogóle  nigdy  jeszcze  nie  byłam  na  takim 
balu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  A  więc  nie  ma  problemu.  Nie  zapominaj,  że  jestem 

menedżerem.  Jutro  rano  Hedley  zawiezie  ciebie  i  matkę  do  miasta  i 
kupicie  odpowiednią  sukienkę.  Marabel  będzie  czuwać  przy  Ellie.  A 
na  balu  masz  się  po  prostu  dobrze  bawić...  i,  przy  okazji,  pokazać 
wszystkim, że kochasz mnie do szaleństwa. 

 - Z tym także może być problem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 -  W  takim  razie  może  trochę  poćwiczymy?  -  spytał  Luke 

podejrzanie łagodnym głosem. 

 - Poćwiczymy?! 
 - Jeśli udawanie zakochanej żony nie jest dla ciebie łatwe, można 

potrenować. 

 -  Nie  trzeba.  Atmosfera  balu  doda  mi  skrzydeł  -  odcięła  się 

Lindsay.  -  Luke,  czy  powinniśmy  iść  na  ten  bal,  skoro  twój  dziadek 
jest chory? 

 - Oczywiście. Trzeba zachowywać się normalnie. 
Luke  spojrzał  w  okno.  Było  lato,  koniec  stycznia.  Wszystko 

kwitło.  Luke  nienawidził  myśli,  że  jest  to  ostatnie  lato  w  życiu 
Jonathana. Już z góry nienawidził pustki, którą dziadek pozostawi po 
sobie. 

 - Wiesz, ja nigdy nie miałem ojca, miałem tylko dziadka. On jest 

czasami taki twardy, trudno się z nim porozumieć, ale... 

Dłonie  Luke'a  nagle  zwinęły  się  w  pięści.  Lindsay  zerwała  się  z 

kanapy i stanąwszy obok, delikatnie pogłaskała go po ręku. 

 -  Luke,  wiem,  jak  to  jest,  kiedy  traci  się  kogoś  bliskiego  - 

powiedziała cicho. - Ale Jonathan jeszcze jest, możesz do niego pójść, 
porozmawiać, możesz powiedzieć mu jeszcze tyle rzeczy. Możesz mu 
jeszcze coś z siebie dać. A Will i ja myśleliśmy, że mamy przed sobą 
całą wieczność. Odszedł w jednej sekundzie. Nawet nie zdążyłam mu 
powiedzieć,  że  spodziewam  się  dziecka.  Nie  zdążyłam  się  z  nim 
pożegnać.  A  ty  możesz.  Możesz  pożegnać  człowieka,  którego 
kochasz. 

Luke spojrzał na Lindsay i kiedy zobaczył w jej oczach łzy, objął 

ją serdecznie ramieniem i poprosił: 

 - Opowiedz mi o swoim mężu. 
 -  Mówiłam  ci,  że  Will  też  był  sierotą,  tak  jak  ja.  To  chyba  nas 

zbliżyło  do  siebie.  Poznaliśmy  się  na  jakimś  koncercie,  potem 
poszliśmy na kawę. Spodobał mi się od razu. Był bardzo wesoły i miał 
zwariowane  pomysły.  Kochał  latawce.  Puszczaliśmy  je  w  parku  albo 
na  plaży.  To  były  cudowne  czasy,  Luke.  Mieliśmy  mnóstwo 
znajomych,  do  domu  wracaliśmy  późnym  wieczorem  i  rano  Willowi 
nigdy nie chciało się iść do pracy. 

 - A przedtem mieszkałaś z ciotką, tak? Czy też w Sydney? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Oczywiście,  ciotka  miała  duże,  bardzo  ładne  mieszkanie.  To 

była  osoba  nadzwyczaj  samodzielna,  nigdy  nie  wyszła  za  mąż  i  nie 
marzyła o dzieciach, jednak po śmierci moich rodziców zajęła się mną 
bardzo  starannie.  Wyjechała  do  Tasmanii  dopiero  wtedy,  kiedy 
skończyłam  osiemnaście  lat.  Mówiłam  ci,  że  marzyła  o  tej  podróży. 
Często  zastanawiałam  się, dlaczego  nie pojechałyśmy  tam  wcześniej, 
razem. Teraz wiem. Bo to było jej marzenie. 

 - A twoje marzenia, Lindsay? 
 - Wiele z moich marzeń odeszło razem z Willem. A teraz... teraz 

mam  dziecko  i  prawie  wszystkie  moje  marzenia  dotyczą  Ellie.  Na 
pewno  chciałabym  kiedyś  skończyć  studia.  Tak,  ale  teraz 
najważniejsza  jest  Ellie,  no  i  jeszcze  mam  wiele  innych  rzeczy  na 
głowie. 

 - Jakich? - spytał z uśmiechem Luke. 
 -  No,  na  przykład  -  zaczęła  niepewnym  głosem  -  mam  bardzo 

wymagającego  męża,  nieco...  uszczypliwą  teściową  i  biorę  udział  w 
wielkiej mistyfikacji. Wystarczy? 

 - Wystarczy. 
Powiedział  to  dziwnym  głosem,  jego  ramię  drgnęło.  Lindsay 

spojrzała  w  górę  i  zobaczyła,  że  Luke  pochyla  głowę,  już  czuła  na 
policzku gorący oddech. Jej oczy rozszerzyły się, ale nie odsunęła się. 
Jakby  miało  stać  się  to,  na  co  czekała.  I  stało  się.  Gorący,  namiętny 
pocałunek trwał długo. Zapewne trwałby nieskończenie długo, gdyby 
do  ich  oszołomionej  świadomości  nie  wdarł  się  znajomy,  dźwięczny 
alt: 

 - Czy takich rzeczy nie należy robić w swojej sypialni? Lindsay 

szarpnęła  się,  ale  Luke  przytrzymał  ją,  po  czym  bardzo  powoli 
wypuścił z objęć, nie spuszczając z niej oczu. 

 -  Chciałaś  czegoś,  mamo?  -  spytał  chłodno,  spoglądając  na 

matkę. 

 - Chciałabym, aby w tym domu panowały dobre obyczaje! Co by 

było, gdyby tu nagle weszła Marabel? 

 - No i co z tego? Przecież pracuje dla mnie. A poza tym, to chyba 

normalne, że mąż całuje żonę. Chciałaś czegoś? 

 - Twój dziadek się obudził i pyta o ciebie. 
 - Dobrze, zaraz do niego pójdę. Lindsay, wszystko w porządku? 
Skinęła  głową,  unikając  jego  spojrzenia,  no  i  oczywiście  tych 

jadowitych  oczu  Catherine.  Wszystko  było  w  porządku,  oprócz 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

nieludzkiego  oszołomienia,  jakiego  nigdy  dotąd  nie  odczuwała  po 
żadnym pocałunku. 

 - Pójdę sprawdzić, co z moim ciastem - powiedziała cicho. 
 - Jakim ciastem? - spytała cierpkim głosem Catherine. 
 -  Piekę  szarlotkę,  proszę  pani  -  rzuciła  Lindsay  już  od  drzwi  i 

pobiegła do kuchni. 

Ciasto upiekło się znakomicie, na piękny, złocistobrązowy kolor. 

Wkrótce  potem  w  słuchawce  rozległ  się  płacz  dziecka.  Lindsay  jak 
strzała  pomknęła  na  górę.  Przewinęła  i  nakarmiła  małą,  po  czym 
zdecydowała, że teraz obie z Ellie pójdą spenetrować ogród, na który 
tyle razy spoglądały przez okno. 

Ogród był rzeczywiście piękny i rozległy. Kiedy Lindsay ustawiła 

wózek  w  cieniu  gumowego  drzewa,  Ellie  zaczęła  kręcić  główką  i 
szarpać kocyk, jakby chciała się odkryć. 

 -  Dobrze,  dobrze,  moja  panno!  -  zaśmiała  się  Lindsay.  - 

Będziemy spacerować i mama pokaże ci kwiatki. 

Wyjęła  małą  z  wózka  i  przykucnąwszy  przy  pięknej  rabacie, 

zerwała  kwiatek  i  leciutko  połaskotała  Ellie  po  policzku.  Mała 
zabawnie zmarszczyła buzię i Lindsay pomyślała, że jeśli ma się taki 
słodki skarb, to naprawdę nie  wolno  się niczym martwić. Teraz będą 
sobie przychodziły do tego ogrodu, pięknego jak z bajki, potem bajka 
się  skończy  i  będą  musiały  odejść,  jak  dwa  Kopciuszki.  Ale  życie 
potoczy się dalej. 

Do  domu  wróciły  dopiero  pod  wieczór.  Lindsay  wykąpała  małą, 

nakarmiła i kiedy Ellie  zasnęła, z bijącym sercem poszła do sypialni. 
Na  szczęście,  Luke'a  nie  było.  Wzięła  długi,  odprężający  prysznic, 
wyjęła  z  szafy  sukienkę,  stwierdzając,  że  niezależnie  od  tego,  jak 
oceni  ją  Catherine,  sukienka  jest  bardzo  ładna.  Potem  długo 
szczotkowała włosy, aż zaczęły połyskiwać jak złoto. Poperfumowała 
się  leciutko  u  nasady  szyi  i  przeguby  rąk  po  wewnętrznej  stronie. 
Patrząc  z  zadowoleniem  w  lustro,  podjęła  niezłomne  postanowienie, 
że  jeśli  ta  kolacja  będzie  równie  niesympatyczna  jak  wczoraj, 
stanowczo  zażąda,  aby  posiłki  przynoszono  jej  do  pokoju.  Jej  nie 
wolno się denerwować, bo ma malutkie dziecko. 

Stając  na  progu  salonu,  powtórzyła  zdanie,  które  powiedziała 

poprzedniego wieczoru: 

 - Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Tak jak wczoraj, Catherine siedziała na kanapie, dokładnie w tym 

samym miejscu, a Luke stał przed kominkiem, z kieliszkiem w ręku. 

 - Ależ skąd! - odparł z uśmiechem. - Marabel jeszcze nie trąbiła 

na nas. Napijesz się? 

 -  Dziękuję  -  odpowiedziała  cicho,  czując,  jak  jego  wzrok 

prześlizguje  się  po  całej  jej  postaci.  Znów  chciała  tylko  jednego. 
Uciec stąd. Była pewna, że przez drugą taką kolację nie przebrnie, nie 
robiąc z siebie idiotki. 

Ku  jej  zaskoczeniu,  kolacja  przebiegała  w  lżejszej  atmosferze, 

choć Lindsay znów przekonała się, że w towarzystwie teściowej nigdy 
nie  będzie  czuła  się  swobodnie.  Kiedy  wszyscy  wstali  od  stołu, 
Catherine zaproponowała Luke'owi, żeby poszli do Jonathana. 

 - Oczywiście, idziemy - zgodził się natychmiast Luke. - Lindsay, 

ty też, prawda? 

Lindsay  struchlała.  Więc  cały  wieczór  spędzi  w  towarzystwie 

Catherine i Jonathana. Ale trudno, przecież obiecała to Luke'owi. 

 - Naturalnie. 
Catherine  z  niezadowoleniem  zmarszczyła  brwi  i  pierwsza 

wkroczyła  na  schody.  Kiedy  siedzieli  już  na  krzesłach,  ustawionych 
przy  łóżku  chorego,  Lindsay  gorzko  pożałowała,  że  jest  tak 
obowiązkowa. 

 - No i co, chłopcze? Ukrywałeś to przede mną? - spytał Jonathan 

jeszcze bardziej ochrypłym głosem niż podczas poprzednich wizyt. 

 -  Co,  dziadku?  -  spytał  Luke,  jednocześnie  biorąc  Lindsay 

delikatnie za rękę i kładąc ją sobie na twardym udzie. 

Lindsay  siedziała  jak  zahipnotyzowana,  przeżywając  fakt 

umieszczenia  jej  dłoni  właśnie  w  tym  miejscu,  i  to  demonstracyjnie, 
na  oczach  całej  rodziny.  I  chyba  dlatego  znaczenie  słów  dziadka 
docierało do niej dosyć mgliście. 

 -  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mi  o  dziecku?  Gdyby  nie  panna 

Spencer,  nigdy  bym  się  nie  dowiedział.  Lindsay  była  już  u  mnie  z 
małą... 

 -  Z  dzieckiem?!  -  wykrzyknęła  Catherine,  rzucając  synowi 

miażdżące  spojrzenie.  -  Luke!  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  Ellie 
jest twoją córką?! 

 -  No,  proszę!  A  wiec  tobie  też  nic  nie  powiedział!  -  stwierdził 

Jonathan. - Luke, wiem,  że moje pertraktacje z Jeannette nie były po 
twojej  myśli,  ale  nie  musiałeś  chować  do  mnie  urazy.  Dlaczego  nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

powiedziałeś  mi  o  dziecku?  Przez  to  nie  mogliśmy  przeżywać  jej 
narodzin, ominęły nas pierwsze miesiące jej życia. Dlaczego, Luke? 

Lindsay miała wrażenie, że Catherine zaraz pęknie. 
 - Ależ to dziecko... 
 -  Mamo!  -  przerwał  jej  ostro  Luke.  -  Pozwól,  że  o  moich 

sprawach będę mówił sam. 

 - Nikt mi niczego nie musi wyjaśniać - stwierdził kategorycznie 

Jonathan.  -  Rozmawiałem  z  pielęgniarką,  sprowadzi  mojego 
adwokata. Chciałbym zapisać Ellie pewną sumę. 

 - Nie! - krzyknęła Lindsay. 
 - Dlaczego? - obruszył się Jonathan. - To moje pieniądze i mogę 

robić z nimi, co chcę. 

 - Ale ja proszę. Niech pan niczego Ellie nie daje. Luke stara się 

bardzo, żeby Ellie niczego nie brakowało. Jeśli pan chce podzielić się 
z kimś swoimi pieniędzmi, to niech pan da je Luke'owi. 

 -  Przecież  Luke  i  tak  po  mnie  dziedziczy,  moja  córka  i  on. 

Dlaczego nie miałbym dać czegoś mojej prawnuczce? 

 -  Bo  ona  nie...  -  zaczęła  Lindsay  i  nagle  przerwała,  czując,  jak 

palce Luke'a boleśnie zaciskają się na jej dłoni. 

 - Pozwólcie w końcu, żebym ja coś powiedział! - Luke podniósł 

głos.  -  Jonathan,  bardzo  cenię  twoje  dobre  chęci,  Lindsay  na  pewno 
też.  Ale  Ellie  niczego  nie  brakuje  i  chyba  nie  podejrzewasz,  że  nie 
potrafiłbym zadbać o swoje dzieci. 

Jonathan popatrzył przeciągle na Luke'a i opadł na poduszki. 
 -  To  przecież  absurd!  Ellie...  -  zaczęła  z  pasją  Catherine  i 

przerwała,  ponieważ  spojrzenie,  jakim  poczęstował  ją  Luke,  było 
jednoznaczne. 

 -  Z  moim  majątkiem  mogę  robić,  co  chcę  -  powiedział  twardo 

Jonathan. 

 - Oczywiście, jeśli chcesz koniecznie nabijać kabzę prawnikowi, 

wprowadzając  jakieś  zmiany,  które  w  sumie  są  niepotrzebne,  skoro 
stać mnie na to, aby dać Ellie wszystko, czego jej trzeba. Ale zrobisz, 
jak  chcesz  -  powiedział  obojętnym  głosem  Luke,  siadając  wygodniej 
w  krześle.  Był  spokojny,  odprężony,  tylko  jego  palce  nadal  mocno 
ściskały dłoń żony. 

 -  Możesz  i  masz  rację  -  odezwał  się  po  chwili  Jonathan.  -  Ci 

prawnicy są jak hieny, szczególnie jeśli mają do czynienia z facetem, 
który już jedną nogą jest po tamtej stronie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay  z  trudem  powstrzymała  śmiech.  Luke  po  mistrzowsku 

umiał  pokierować  dziadkiem.  Poza  tym  chyba  lepiej,  że  nie 
wyprowadził go z błędu. W sumie, co to komu szkodzi, jeśli Jonathan 
będzie przekonany, że ma prawnuczkę? 

 - Podoba ci się mała? - spytał Luke. 
 - Oczywiście - uśmiechnął się szeroko Jonathan. - I taka podobna 

do ciebie. 

Lindsay parsknęła śmiechem. Też coś! Między Willem a Lukiem 

naprawdę trudno było doszukać się jakiegokolwiek podobieństwa. 

 - Niech jutro znów mnie odwiedzi, dobrze? Catherine! Tak więc 

zostałaś  młodą,  piękną  babcią.  A  ty  tak  bardzo  lubisz  biegać  po 
sklepach, teraz będziesz miała dla kogo kupować śliczne sukieneczki! 

 -  Naturalnie!  -  oświadczyła  bohatersko  Catherine  i  spojrzała  na 

Luke'a.  -  W  ogóle  wydaje  mi  się,  że  łatwiej  jest  wychować 
dziewczynkę niż chłopca. 

 -  Ejże!  -  zaoponował  Jonathan.  -  Poczekajmy,  aż  koło  naszej 

Ellie  zaczną  kręcić  się  chłopcy,  wtedy  dopiero  będą  problemy.  A 
pamiętasz, co było z tobą? Zakochałaś się w pierwszym lepszym i co? 
Po  roku  puścił  cię  w  trąbę.  Dziewczynek  trzeba  pilnować  jak  oka  w 
głowie... 

Catherine  zbladła,  ale  akurat  w  tym  momencie  do  pokoju 

wkroczyła Marabel, wnosząc na talerzu pokrajaną szarlotkę i czajnik z 
herbatą.  Luke  nie  omieszkał  poinformować  wszystkich,  że  szarlotka 
jest dziełem jego żony. 

 -  Bardzo  dobra  -  pochwalił  Jonathan  po  spróbowaniu  małego 

kawałka ciasta. - Jak to się stało, że kucharka Luke'a wpuściła Lindsay 
do kuchni? 

 - Lindsay jest panią tego domu - oznajmił Luke. - Może robić, co 

zechce. 

 -  Ja  jestem  tu  teraz  tylko  gościem,  ojcze  -  poskarżyła  się 

Catherine, patrząc chłodno na Lindsay, jednak uszczknąwszy kawałek 
szarlotki, zdobyła się na pochwałę: - Rzeczywiście jest niezła. 

Lindsay  podziękowała  grzecznie  i  zajęła  się  ciastem,  starając  się 

jeść  na  tyle  szybko,  na  ile  pozwala  dobre  wychowanie.  Po  trudnej 
rozmowie  z  Jonathanem  poczuła,  że  teraz  ogarnia  ją  przygnębienie. 
Było  jej  przykro,  że  tak  siedzą,  zajadają  szarlotkę,  a  przed  chwilą 
poczęstowali starego człowieka solidną porcją kłamstw... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Kiedy  nadeszła  odpowiednia  chwila,  wstała  i  życząc  wszystkim 

dobrej  nocy,  pobiegła  na  górę,  do  Ellie.  Niemowlę  spało  słodko. 
Lindsay  poprawiła  kocyk,  ucałowała  córeczkę  i  powędrowała  do 
swojej  sypialni.  Od  razu,  bez  zbędnych  rozmyślań,  poszła  pod 
prysznic.  Potem  szybko  włożyła  koszulę,  podeszła  do  łoża,  odgięła 
kołdrę, wsunęła się na miękki materac, nakryła kołdrą i zgasiła nocną 
lampkę.  Uff,  już  po  wszystkim.  Pomyślała  jeszcze  o  tym,  że  oprócz 
sukni  balowej  powinna  sobie  sprawić  kilka  sukienek,  w  które  będzie 
się  przebierać  do  kolacji,  że  trzeba  wpaść  do  starego  mieszkania  i  - 
zapadła w głęboki sen. 

Sukienka  była  prześliczna.  Ciemnoniebieska,  przylegająca  do 

ciała. Z przodu bardzo skromna, aż po szyję, a z tyłu, aż do talii, nic. 
tylko  wąziutkie,  krzyżujące  się  ramiączka.  I  króciutka.  Lindsay, 
zachwycona  sobą,  wyginała  się  na  wszystkie  strony  przed  wielkimi 
lustrami  w  przebieralni.  Wcale  nie  wyglądała  na  mamę 
trzymiesięcznego  dziecka.  Była  szczupła  i  zgrabna  jak  nastolatka. 
Luke Winters nie będzie musiał wstydzić się swojej żony... 

Ellie  siedziała  obok  w  wózku  i  wodziła  oczami  za  swoją  piękną 

mamą.  Lindsay  spojrzała  na  nią  w  przelocie  i  nagle  jej  twarz 
rozpromieniła się. 

 -  Skarbie  mój  kochany!  -  zawołała,  przykucając  przy  małej.  - 

Uśmiechnęłaś się do mamusi! Naprawdę! 

Po  raz  pierwszy  zobaczyła,  jak  na  słodkiej,  maleńkiej  buzi 

pojawił  się  najprawdziwszy  uśmiech.  Trzeba  będzie  opowiedzieć  o 
tym Luke'owi. 

Usłyszała  delikatne  pukanie  i  do  przebieralni  zajrzała 

sprzedawczyni. 

 - No i jak? Pasuje? 
 -  A  jak  pani  myśli?  -  spytała  Lindsay,  stając  przed 

sprzedawczynią. 

 -  Wygląda  pani  rewelacyjnie.  Do  tego  ciemne  rajstopy,  a  we 

włosy  niech  pani  koniecznie  wepnie  coś  błyszczącego.  Będzie  pani 
wyglądać tak pięknie, że mąż nie będzie chciał ruszyć się z domu! 

Co do tego Lindsay miałaby pewne wątpliwości. Luke na pewno 

zna mnóstwo pięknych kobiet, z którymi ona nie ma co konkurować. 
Jednak komplement sprzedawczyni pomógł jej podjąć decyzję. 

 - Wezmę tę sukienkę. Proszę zapakować. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Była  bardzo  zadowolona,  że  sama  wymknęła  się  po  zakupy.  Nie 

chciała,  żeby  ktokolwiek  jej  coś  narzucał,  a  już  na  pewno  nie  ta 
lodowata Catherine. Oprócz kreacji na bal kupiła kilka bardzo ładnych 
sukienek,  które,  być  może,  osłodzą  trochę  te  koszmarne  kolacje.  Po 
zakupach  kazała  zawieźć  się  do  swojego  mieszkania,  które  po 
wspaniałej  rezydencji  Luke'a  wydało  się  bardzo  małe  i  skromne.  Ale 
przecież  były  to  jej  własne  cztery  ściany,  do  których  wkrótce  będzie 
musiała wrócić. 

Ellie,  zmęczona  wyprawą,  zasnęła  błyskawicznie.  Lindsay 

przejrzała  szybko  korespondencję  i  zabrała  się  za  odkurzanie.  Nagle 
wydało  jej  się,  że  dzwoni  telefon.  Wyłączyła  szybko  odkurzacz  i 
chwyciła  za  słuchawkę.  Ku  swemu  zaskoczeniu,  usłyszała  głos 
małżonka. 

 - Lindsay, to ty? 
 - Tak. Cześć, to ja! Coś się stało? 
 - To ty mi powiedz, co ty właściwie tam robisz? 
 - Ja? Właśnie odkurzam. 
 - Co? 
 - Odkurzam mieszkanie! 
 -  Po  co?  Następnym  razem  wynajmij  kogoś,  żeby  ci  posprzątał. 

Chyba zamierzasz wrócić dziś do domu? 

Lindsay  miała  już  na  końcu  języka  błyskotliwą  uwagę,  że  ona 

właśnie jest w domu, ale się powstrzymała. 

 - Zamierzam. A skąd wiedziałeś, że tu jestem? 
 -  Marabel  powiedziała,  że  wyjechałaś  z  Hedleyem,  więc 

zadzwoniłem na numer w limuzynie. 

 -  Gdybyś  nie  uciekł  tak  wcześnie  z  domu  i  zszedł  na  śniadanie, 

mógłbyś spytać mnie osobiście, co mam zamiar dzisiaj robić. 

 - Tęskniłaś za mną? 
Luke  był  wyraźnie  zadowolony,  ale  Lindsay  wcale  nie  miała 

ochoty na bardziej osobistą rozmowę. Po co? Luke wydał jej się nagle 
obcy  i  taki  pewny  siebie.  Na  pewno  wcale  mu  nie  zależy,  żeby  jego 
tymczasowa żona była dla niego miła. 

 -  Może  trochę,  w  każdym  razie  nie  potrzebowałam  obrońcy, 

ponieważ twoja matka również nie pokazała się rano w jadalni. 

 -  Lindsay?  Trudno  ci  z  nią  wytrzymać,  prawda?  Powiem,  żeby 

wróciła do siebie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Nie, Luke, już raz ci mówiłam. Twoja matka ma prawo być jak 

najbliżej swego ojca. Myślę, że teraz chciałaby też być blisko ciebie. 

 -  Wątpię.  Owszem,  kocha  Jonathana,  ale  tak  naprawdę  nikt  nie 

jest jej potrzebny. Ona jest zajęta przede wszystkim sobą. 

 - Luke, przecież to twoja matka. 
 -  Nie  wiadomo,  kto  tego  bardziej  żałuje,  ona  czy  ja  -  mruknął 

prawie  niedosłyszalnie  i  dokończył  normalnym  głosem:  -  Lindsay, 
będę  w  domu  o  czwartej.  A  ty  wracaj,  jak  tylko  Ellie  się  obudzi, 
dobrze? 

Lindsay  odłożyła  słuchawkę  i  nagle  wzrok  jej  padł  na  zdjęcie 

Willa,  oprawione  w  ramkę  i  ustawione  na  półce.  Miał  piwne  oczy,  a 
włosy  o  ton  jaśniejsze  od  ciemnych  włosów  Luke'a.  Dlaczego 
porównywała  go  z  Lukiem?  Dlaczego  Will  wydał  jej  się  już  tak 
bardzo  daleki?  Nagle,  w  jakiś  przerażająco  namacalny  sposób,  zdała 
sobie  sprawę,  że  Will  już  nie  istnieje,  natomiast  w  jej  życiu  i  życiu 
Ellie  zaistniał  inny  mężczyzna,  też  ciemnowłosy,  ale  wyższy,  bo 
blisko  dwumetrowy,  o  imieniu  Luke.  Tak,  zaistniał,  ale  przecież  też 
zniknie, tak jak zniknął Will, a ona i Ellie znów zostaną same... 

Ku  zaskoczeniu  Lindsay,  drzwi  w  domu  w  Kirribilli  otworzył 

Luke. 

 -  Już  jesteście,  to  świetnie  -  ucieszył  się  na  ich  widok,  bez 

pardonu zabierając jej dziecko. I bez pardonu całując Lindsay w usta. 
- Powinnaś mieć swój własny klucz. 

W tym momencie w holu rozległy się szybkie kroki. 
 -  Biegłam,  żeby  otworzyć  -  oznajmiła  zdyszanym  głosem 

Marabel. 

 -  Może  znalazłby  się  jakiś  klucz  dla  mojej  żony?  -  spytał  Luke, 

nie spuszczając oczu z ust Lindsay. - Powinna mieć przecież własny. 

 -  Oczywiście,  proszę  pana  -  przytaknęła  skwapliwie  Marabel.  - 

Zaraz poszukam i przekażę pani Winters. 

W  tym  momencie  w  holu  pojawił  się  Hedley  objuczony 

pakunkami. 

 -  Ja...  kupiłam  parę  drobiazgów  -  wyjaśniła  niepewnym  głosem 

Lindsay. 

 - Widzę! - roześmiał się Luke. - Ile sklepów ogołociłaś? Dwa czy 

trzy? 

 -  Och,  Luke,  to  tylko  parę  sukienek,  a  jedna  na  ten  bal... 

Ciekawska Marabel natychmiast wkroczyła do akcji. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Pójdę z Hedleyem i powieszę pani nowe sukienki do szafy. Na 

pewno  chce  pani  iść  z  dzieckiem  do  ogrodu.  Pan  Jonathan  właśnie 
zasnął  i  pan,  panie  Luke'u,  może  spokojnie  towarzyszyć  żonie  i 
córeczce. 

Kiedy Marabel i Hedley znikali już na szczycie schodów, Lindsay 

spojrzała niepewnie na męża. 

 - Może musisz popracować? 
 -  Czy  ja  muszę  ciągle  pracować?  Nie  ma  mowy,  idę  z  wami  do 

ogrodu. 

Lindsay  wybrała  odpowiednio  zacienione  miejsce,  rozłożyła 

kocyk  i  ułożyła  na  nim  Ellie.  Luke  zerwał  parę  kwiatków  i  położył 
koło małej. 

 - Masz, królewno, tylko nie zjadaj. 
Niemowlę  spojrzało  z  powagą  na  dużą,  ciemną  twarz,  usteczka 

zadrgały  i  po  raz  drugi  tego  dnia  Lindsay  omal  nie  podskoczyła  z 
radości. 

 -  Luke,  widzisz?!  Ellie  uśmiecha  się  do  ciebie!  Dziś  już  drugi 

raz! Moje maleństwo potrafi się już uśmiechać! 

 - Nie za wcześnie? 
 -  Co  ty  mówisz,  wcale  nie  za  wcześnie!  -  oburzyła  się  dumna 

matka. - O, widzisz? Znowu się śmieje! Czy ona nie jest śliczna? 

 - Tak, jest śliczna. Bo ty jesteś śliczna. Lindsay, i twoje dziecko 

nie może być inne. 

 - Dziękuję - bąknęła zmieszana Lindsay, myśląc, że właściwie to 

chyba głupio dziękować za komplement. 

Luke  jeszcze  przez  chwilę  patrzył  na  dziecko,  potem  wyciągnął 

się obok na trawie, podkładając ręce pod głowę. 

 -  O, jak  mi dobrze  -  mruknął,  zamykając  oczy.  -  Nie  pamiętam, 

kiedy ostatni raz tak sobie po prostu leżałem. Chyba jeszcze nigdy mi 
się to nie zdarzyło. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 -  Gdybym  miała  taki  piękny  ogród,  przychodziłabym  tu  z  Ellie 

codziennie - powiedziała z zadumą Lindsay. 

 - Aha, tu jest bardzo przyjemnie - mruknął Luke, nie otwierając 

oczu. - A wczoraj wieczorem zadziwiłaś mnie. 

 - Ja? 
 - Myślałem, że będziesz skakać do góry z radości, kiedy Jonathan 

wpadł na pomysł, aby zapisać coś Ellie. 

 -  Czyś  ty  oszalał?  Jonathan  Balcomb  nie  jest  żadnym  krewnym 

Ellie, nie mówiąc o tym, że ja niczego od niego nie chcę. 

 -  Lindsay,  mówiłem  ci  już  tyle  razy,  że  to  nie  Jonathan  pilnuje 

stanu technicznego ciężarówek. Zleca to swoim pracownikom. 

 - Wiem, wiem, ale pracownicy wykonują polecenia, czyż nie tak? 

Nie  jestem  naiwna,  Luke.  Firmy  nastawione  są  na  zysk,  przede 
wszystkim zysk! Nawet jeśli kosztować to będzie czyjeś życie! 

 - Na litość boską, Lindsay! Żaden z nas tak nie myśli, ani ja, ani 

dziadek.  Tak  samo  pracownik,  który  pozwolił  wyjechać  tej  fatalnej 
ciężarówce.  On  również  nie  spodziewał  się,  że  może  dojść  do 
wypadku.  Zresztą  uznano,  że  winien  jest  zaniedbania.  Ale  nie 
morderstwa! 

Lindsay  spojrzała  na  zielone  korony  drzew,  na  kwitnące  róże  i 

przełknęła łzy. Co ją to obchodzi, czy to było zwykłe zaniedbanie, czy 
nie.  Przez  tę  kolorową  ciężarówkę  z  dumnym  napisem  Balcomb 
Transportation ona i Ellie straciły najbliższego człowieka. Od śmierci 
Willa  minął  prawie  rok.  I  coraz  trudniej  jej  było  przypomnieć  sobie, 
co  mówił,  jak  się  śmiał.  Jego  obraz zacierał  się  w  pamięci. 1  to  było 
najbardziej bolesne. 

 -  Nie  chcę,  aby  Jonathan  Balcomb  dawał  cokolwiek  mojemu 

dziecku - powiedziała drżącym głosem. - Od ciebie też nie wzięłabym 
ani  centa,  gdyby  moja  sytuacja nie  była  tak  rozpaczliwa.  Poza  tym... 
poza  tym  widziałam,  że  to  małżeństwo  na  papierze  było  dla  ciebie 
bardzo  ważne.  A  twojemu  dziadkowi  powinnam  była  od  razu 
powiedzieć, że Ellie nie jest twoim dzieckiem. Ale nie miałam serca, 
był taki dumny, że ma prawnuczkę. 

 -  Och,  Lindsay!  -  westchnął  Luke.  -  I  za  to  też  ci  ogromnie 

dziękuję!  On  jest  po  prostu  rozczulony  małą.  Po  twoim  wyjściu  cały 
czas mówił o Ellie. 

 - Dziwne, że twoja matka nie wyprowadziła go z błędu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Mówiłem  ci  już,  że  ona  jest  potworną  egoistką,  ale  bardzo 

kocha swojego ojca. I nie jest ślepa, widziała, jak się wzruszył. 

Lindsay  skinęła  głową  i  znów  spojrzała  na  długie  rabaty, 

kunsztownie obsadzone różnymi gatunkami kwiatów. 

 - Tak tu pięknie. A ty mówiłeś, że nie przychodzisz odpoczywać 

w ogrodzie? 

 -  Nie.  Czasami  tylko  urządzam  tu  jakieś  małe  party  dla 

biznesmenów albo zapraszam znajomych. 

 - A co robisz, żeby się zrelaksować? 
 -  Od  dzisiaj  wyleguję  się  na  trawie  i  słucham,  jak  panna  Ellie 

opowiada bajki. 

Spojrzeli oboje na niemowlę, które spędzało czas bardzo czynnie, 

gaworząc coś do siebie, i wybuchnęli śmiechem. 

 - A tak poważnie, Luke? 
 - Tak poważnie to ja właściwie cały czas pracuję. Odpoczywam, 

kiedy śpię. 

 - Nie masz żadnego hobby? - Nie, nie mam. 
 -  Nigdy  nie  miałeś?  Nawet  jako  chłopiec?  Oczywiście,  oprócz 

surfingu.  -  Lindsay  zapamiętała,  jak  Luke  szalał  na  desce.  Żaden 
chłopiec  nie  mógł  się  z  nim  równać.  -  Może  masz  jednak  jakieś 
marzenie? 

 -  Owszem  -  przytaknął  Luke,  unosząc  jedną  powiekę.  - 

Chciałbym cię zanieść do łóżka. 

 - Nie... nie rozumiem - bąknęła Lindsay, nie wiedząc, czy patrzeć 

na Ellie, czy na róże. Miły, swobodny nastrój prysł, znów męczyła się, 
szukając w pamięci jakiejś celnej odpowiedzi. 

 - To wszystko, co masz mi do powiedzenia? 
 -  Tak  -  przyznała  szczerze  Lindsay.  -  Bo  tak  naprawdę,  to  nie 

wiem, co ci powiedzieć. 

 -  Przepraszam,  Lindsay,  zagalopowałem  się.  Teraz  będziesz 

czuła jeszcze większą niechęć do naszej wspólnej sypialni. 

Oczywiście, pomyślała Lindsay. Jego deklaracja była znamienna. 

Zaklinał  się,  że  nie  będzie  jej  do  niczego  zmuszał,  ale  wcale  nie 
obiecywał,  że  będzie  mu  obojętna.  Do  tego  dochodzi  dodatkowy 
problem. Luke też nie jest jej obojętny. 

 - Ellie zaraz zaśnie. Muszę już zabrać ją na górę. 
Luke,  jakby  chciał  być  pierwszy,  błyskawicznie  pochylił  się  nad 

malutką  i  wziął  ją  na  ręce.  Lindsay  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Ellie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

nigdy nie zapłakała, kiedy Luke brał ją na ręce. Przeciwnie, wyglądało 
na  to.  że  ciepłe  miejsce  przy  szerokiej  męskiej  piersi  bardzo  jej 
odpowiada. Jakby to było jej miejsce. 

Odwróciła się i spojrzała na piękny dom, skąpany w promieniach 

zachodzącego słońca. Nie po raz pierwszy pomyślała, że  wplątała się 
w  dziwną,  bardzo  zawikłaną  historię.  Luke  wyraźnie  upodobał  sobie 
Ellie,  a  ona,  Lindsay,  która  zawiera  z  nim  kolejne  układy,  chyba 
przestaje  być  dla niego  tylko  stroną  w  umowie.  Tak  samo  jak  on dla 
niej.  Mała  iskierka  coraz  silniej  zaczynała  ogrzewać  jej  serce,  nie 
mówiąc  o...  podekscytowaniu.  Jednego  była  pewna.  Jeszcze  jeden, 
dwa dni w pięknym domu w Kirribilli i na pewno straci rozum. 

Wielkie,  przeszkolone  drzwi  uchyliły  się  i  stanęła  w  nich  jakaś 

postać. No, tak. Catherine. 

 -  Luke!  -  zawołała,  machając  ręką.  -  Twój  dziadek  się  obudził! 

Możesz do niego zajrzeć? 

 -  Zaraz  tam  pójdę!  -  odkrzyknął  Luke.  -  Tylko  położymy  Ellie 

spać. 

Catherine  nie  ruszała  się  od  drzwi,  patrząc, jak  nadchodzą.  Stała 

dumna  i  wyniosła.  I  bardzo  samotna.  Lindsay  kątem  oka  zauważyła, 
jak  pogodna  twarz  Luke'a  robi  się  czujna  i  spięta,  i  zrobiło  jej  się 
serdecznie  żal  tego  wielkiego  mężczyzny,  który  na  widok  rodzonej 
matki  wyraźnie  traci  humor.  Jaki  błąd  popełniła  Catherine,  że  w 
swoim jedynym synu wzbudza takie nieprzyjazne uczucia? 

 -  Po  co  rozpieszczacie  tak  to  dziecko?  -  spytała  chłodno 

Catherine, patrząc z dezaprobatą, jak  Luke przytula Ellie i na domiar 
wszystkiego głaszcze ją po główce. 

 - Bo dzieci trzeba rozpieszczać, proszę pani - odparowała równie 

chłodno  Lindsay.  -  Potrzebują  ciepła  i  miłości.  Chcę,  żeby  moja 
córeczka cieszyła się z każdej chwili swojego dzieciństwa. 

Catherine,  już  tradycyjnie,  ściągnęła  usta  w  wąską  linijkę,  po 

czym zwróciła się do syna: 

 - Mam powiedzieć ojcu, że przyjdziesz do niego? 
 - Powiedziałem już, że będę tam za chwilę. 
Kiedy dotarli do pokoju Ellie, mała, która w ogrodzie już prawie 

zapadała w sen, nagle ożywiła się. 

 -  Nie  szkodzi  -  śmiała  się  Lindsay.  -  Popływasz  sobie  w 

wanience, mój skarbie i sama zachcesz do łóżeczka. 

 - Mogę ci pomóc? - spytał nagle Luke. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Miałeś iść do dziadka. 
 -  Pójdę  za  chwilę,  teraz  jest  u  niego  matka.  A  ja  nigdy  nie 

widziałem, jak kąpie się takiego malucha. 

 - Ellie to uwielbia. 
Luke  z  przejęciem  pomagał  nalać  wody  do  wanienki  i  śmiał  się, 

kiedy  mały  golasek  zanurzał  się  w  odmętach.  Potem  śmiała  się 
Lindsay,  kiedy  Ellie,  kopiąc  w  wodzie  nóżkami,  sprawiła  Luke'owi 
niespodziewany  prysznic.  A  potem  była  wspólna  zabawa  plastikową 
kaczuszką,  sterowaną  silną,  męską  dłonią.  Kaczuszka  podpływała  do 
Ellie, mówiła barytonem „kwa, kwa" i leciutko dziobała w rączkę. Na 
twarzy malucha pojawiał się cudowny, bezzębny uśmiech i kaczuszka 
odpływała do brzegu. 

 - Panie Winters? - rozległ się nagle cichy głos pielęgniarki. - Czy 

mógłby  pan  wziąć  ze  sobą  dziecko?  Pan  Balcomb  bardzo  by  się 
ucieszył. 

 -  Oczywiście,  za  chwilę,  zaraz  będziemy  ją  ubierać.  Kiedy 

pielęgniarka wyszła, Lindsay, jak zwykle pełna wątpliwości, spojrzała 
niepewnie na męża. 

 - Myślisz, że to dobry pomysł? 
 -  Naturalnie.  Jonathan  jest  zachwycony  małą.  Nie  będziemy 

niczego  prostować.  Zdaje  się,  że  panna  Ellie  dostarcza  mu  najwięcej 
radości. 

 - Przynajmniej ona go nie oszukuje - mruknęła Lindsay, kończąc 

ubieranie  małej.  Pocałowała  ją  w  główkę  i  podała  mężowi.  -  Dasz 
sobie radę? 

 - A ty nie idziesz? 
Pan biznesmen wyraźnie miał tremę. 
 - O nie! - Lindsay z uśmiechem pokręciła jasną głową. - Chcesz 

być szczęśliwym ojcem? Bardzo proszę. Ale jeśli tak, to musisz sobie 
poradzić z własnym dzieckiem. Nie zapomnij o jednym. Jeśli będziesz 
chciał ją gdzieś położyć, koniecznie uważaj, żeby nie spadła. 

 -  Bez  obaw,  proszę  pani,  będę  czujny,  w  końcu  jestem  szefem 

spółki szacowanej na miliony dolarów. 

 -  No,  dobrze,  dobrze,  wiem,  że  jesteś  niezłym  menedżerem. 

Idźcie  już  -  popędzała  Lindsay.  -  Gdy  wrócicie,  Ellie  będzie  jeszcze 
jadła. 

Patrzyła, jak wychodzą, wielki Luke z maleńką, wtuloną w niego 

ufnie  Ellie,  i  po  raz  któryś  z  rzędu  westchnęła.  Nie  ma  co  ukrywać, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

trzeba przyznać, że wyglądają jak ojciec z córką. A może jej się tylko 
tak  wydaje?  Jack,  który  ma  zawsze  rację,  wspominał  coś  o 
przechowywaniu w sercu dziecięcych uczuć. Lindsay była już pewna, 
że  jej  prawie  dziecinne  zauroczenie Lukiem  nie  znikło,  ono  się  tylko 
przyczaiło...  Czy  to  możliwe,  żeby  z  czasem  przeistoczyło  się  w  coś 
trwałego i silnego? 

Luke  pchnął  drzwi  łazienki  i  odziany  tylko  w  ręcznik,  owinięty 

wokół  bioder,  wkroczył  do  sypialni.  Nie  zaznał  jednak  luksusu 
samotności.  Usłyszał  cichutkie  „ojej".  Na  progu  stała  Lindsay.  Szare 
oczy  zatrzymały  się  na  sekundę  na  jego  torsie,  i  zjechały  po  nagich 
nogach  na  dół.  Luke  dyskretnie  sprawdził,  czy  ręcznik  go  nie 
zawiedzie. Nie chciał peszyć Lindsay, wiedział, że i tak dokonała już 
bohaterskiego  czynu,  bez  oporu  układając  się  wczoraj  w  jego  łóżku. 
Poza  tym,  jeśli  będzie  działał  rozważnie,  to  łóżko,  być  może,  już 
niedługo przestanie być tylko miejscem do spania. 

 -  Lindsay,  wchodź,  przecież  to  także  twój  pokój  -  powiedział, 

jakby  nigdy  nic,  i  podszedł  do  szafy,  rejestrując  w  pamięci  pierwsze 
zwycięstwa. Mógłby przysiąc, że szary wzrok, który przed chwilą, co 
tu ukrywać, otaksował jego ciało, wcale nie był obojętny. 

 - Ja... ja przyjdę za chwilę. 
 - Nie przebierasz się do kolacji? 
 -  Ależ  oczywiście!  -  Lindsay  natychmiast  ruszyła  do  szafy  i 

wyjęła bardzo ładną, różową sukienkę. - Kupiłam kilka sukienek, będę 
je  wkładać, schodząc na  kolację.  Mam  już też  sukienkę  na  jutrzejszy 
bal. 

Luke,  odwrócony  plecami,  dyskretnie  nałożył  pod  ręcznikiem 

bokserki,  zsunął  ręcznik  i  sięgnął  po  spodnie.  Lindsay,  również 
odwrócona  plecami,  z  wielkim  przejęciem  oglądała  nową  sukienkę, 
jakby  zobaczyła  ją  pierwszy  raz.  Luke  włożył  spodnie,  po  czym 
odwrócił się. 

 -  Przepraszam,  trochę  się  krępuję,  nie  mieszkałem  jeszcze  z 

nikim  w  jednym  pokoju.  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  ci  to 
przeszkadzać. 

 -  Oczywiście,  że  nie  -  odpowiedziała  uprzejmie  Lindsay  i 

nerwowo odchrząknęła. - Zresztą, ja już mieszkałam w jednym pokoju 
z mężczyzną. 

 -  A  ja  zawsze  mieszkałem  sam  -  powtórzył  Luke,  nakładając 

czystą koszulę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Zawsze?! 
 -  Jesteś  zaskoczona  faktem,  że  nie  mieszkałem  z  żadną 

dziewczyną? 

 - Może - przyznała  Lindsay. - Przecież ty dawno już skończyłeś 

trzydzieści  lat,  więc  nie  sądzę,  żebyś  nie  miał  za sobą  tego  rodzaju... 
przeżyć. Nie mówiąc o tym, że byłeś przecież zaręczony! 

 -  To  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy.  A  ty  spałaś  ze  swoim 

mężem przed ślubem? 

 - No... nie. Ale takie rzeczy nie powinny cię obchodzić! 
 -  A  może  jednak  mnie  obchodzą?  -  spytał  cichym  głosem, 

stwierdzając  z  zadowoleniem,  że  tak  jak  zamierzał,  jego  głos 
zabrzmiał całkiem uwodzicielsko. 

 - Nie muszę ci wszystkiego opowiadać! 
 - Jestem przecież twoim mężem! - stwierdził odkrywczo Luke, z 

trudem powstrzymując uśmiech. 

Jego żona wyglądała przekomicznie. Schowana prawie do połowy 

w  szafie,  walczyła  zaciekle,  zasłaniając  się  tą  różową  szmatką  jak 
tarczą. 

 - Bez przesady - pisnęła - to tylko małżeństwo na papierze! Luke 

patrzył, zafascynowany, jak policzki Lindsay nabierają 

koloru  piwonii.  Najchętniej  wziąłby  ją  w  ramiona  i pocałował  te 

dwa  rumieńce,  wiedział  jednak,  że  teraz  nie  powinien  tego  robić. 
Jeszcze trochę cierpliwości. 

 -  Łazienka  już  wolna,  prawda?  -  spytała  Lindsay.  -  To  teraz  ja 

skorzystam. 

Przemknęła  jak  sarna,  nie  wypuszczając  z  rąk  sukienki,  i  Luke 

usłyszał  cichy  szczęk  zamka.  No,  proszę,  i  kto  tu  się  czuje 
skrępowany?  Dziwne,  podobno  ta  dziewczyna  była  już  mężatką! 
Jednak  tak  naprawdę  dziwiło  go  co  innego.  Lindsay  pociągała  go 
coraz  bardziej,  coraz  bardziej  chciał  z  nią  być,  po  prostu  być  razem. 
Dziś specjalnie przyszedł do domu wcześniej i zrobiło mu się przykro, 
że Lindsay jeszcze nie wróciła z miasta. 

Potem siedzieli sobie w ogrodzie. Posiadłość kupił wiele lat temu. 

Postarał się, aby wszędzie było wygodnie i elegancko, zatrudnił kilka 
sympatycznych,  pracowitych  osób.  Zorganizował  więc  sobie  ładne, 
eleganckie miejsce, gdzie mógł się wyspać i zaprosić przyjaciół. Dziś 
po  raz  pierwszy  poczuł  się  jak  u  siebie,  jak  w  prawdziwym  domu. 
Miał wrażenie, że powstała tu jakaś całość. On, Lindsay i mała Ellie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay, siedząc przy stole w nowej różowej sukience, pomyślała, 

że  ta  dzisiejsza  kolacja  jest  jakoś  łatwiejsza  do  przebrnięcia  niż 
poprzednie.  Może  dlatego,  że  zaczynała  się  przyzwyczajać  do  tej 
koszmarnej  Catherine  i  nawet  cierpki  komplement  na  temat  nowej 
kreacji  nie  zbił  Lindsay  z  tropu.  Natomiast  zachwycone  spojrzenie, 
jakim obdarzył ją Luke, dodało jej animuszu. 

 - Podać ci coś? 
 -  Och,  dziękuję.  Przepraszam,  Luke,  zamyśliłam  się.  Podniosła 

oczy i nagle napotkała chłodne oczy Catherine. 

 - Czy pani też idzie na bal? 
 -  Tak.  Wcale  nie  chciałam,  ale  ojciec  nalega,  żebym  poszła  i 

potem  wszystko  mu  opowiedziała.  Czy  kupiłaś  sobie  już  sukienkę?  - 
spytała Catherine tonem, który świadczył, że jest głęboko przekonana, 
że Lindsay na pewno nie umiała wybrać odpowiedniej kreacji. 

 -  Oczywiście,  że  kupiłam  -  oświadczyła  Lindsay  minimalnie 

podniesionym głosem. 

 - Ale czy odpowiednią? 
 - Proszę się nie obawiać - odparowała lodowato Lindsay, mierząc 

wzrokiem  sukienkę  Catherine.  -  Potrafię  ubrać  się  nie  gorzej  od 
innych. 

 - Może jednak powinnam ją zobaczyć? 
 - Włożę ją jutro wieczorem i wszyscy będą mogli mnie obejrzeć. 

Jeśli sukienka nie spodoba się mojemu mężowi, zostanę w domu. 

Luke,  jak  zwykle,  między  młotem  a  kowadłem,  usiłował 

załagodzić sytuację. 

 -  Lindsay,  nie  denerwuj  się,  proszę,  mama  po  prostu  chciała  ci 

pomóc. 

Jednak Lindsay, rozżalona protekcjonalnym tonem teściowej, nie 

odezwała  się  już  ani  słowem.  W  błyskawicznym  tempie  skończyła 
kolację  i  pobiegła  na  górę.  Zajrzała  do  Ellie,  po  czym  z  pasją 
otworzyła  drzwi  sypialni.  Pierwsze  spojrzenie,  oczywiście,  padło  na 
łoże. 

 -  Idiotka,  idiotka,  idiotka  -  powtarzała  z  furią,  walcząc  z 

zamkiem  od  sukienki.  -  Potrzebne  mi  to  wszystko  jak  dziura  w 
moście! 

Zdjęła  sukienkę  i  powiesiła  na  wieszaku.  Sukienka  była  taka 

ładna, taka  wdzięczna,  że  Lindsay  poczuła,  jak jej  wzburzenie  znika. 
Bez  sensu  jest  denerwować  się  jedną  głupią  babą.  Szybko  narzuciła 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

szlafrok  i  poszła  jeszcze  raz  spojrzeć  na  śpiącą  Ellie.  Najlepsza 
recepta, aby świat znów powrócił do równowagi. 

Następnego ranka obudziła się z dziwnym uczuciem, że dziś jest 

jakoś  inaczej.  Powoli  uniosła  powieki  i...  spojrzała  prosto  w  czarne 
oczy Luke'a. 

 - Dzień dobry, żono - powiedział zaspanym głosem. 
Leżał tuż obok... wielki, rozczochrany, kołdrę miał naciągniętą do 

połowy  nagiego  torsu.  W  półsennej  głowie  Lindsay  natychmiast 
powstała nieprzystojna myśl. Czy Luke w ogóle ma coś na sobie? 

 -  Dzień  dobry  -  odpowiedziała  uprzejmie,  jednocześnie  mając 

wielką ochotę naciągnąć kołdrę na głowę i udawać, że jej tu w ogóle 
nie ma. - Czy to ty zaspałeś, czy to ja obudziłam się tak wcześnie? 

 - Nie ma co ukrywać, zaspałem - przyznał Luke. - Lindsay, chcę 

to zrobić teraz, bo znowu zapomnę... Mam coś dla ciebie. 

Sięgnął do szuflady nocnego stolika i odwrócił się. Pod ciężarem 

jego  ciała  materac  ugiął  się  i  Lindsay,  chcąc  nie  chcąc,  raptem 
znalazła  się  o  parę  centymetrów  bliżej.  Pomyślała,  że  stanowczo 
powinna już wstać. 

 - A... a co to jest? - wyjąkała. 
 - A to - powiedział, biorąc jej dłoń do ręki. 
Błysnęła  złota  obrączka.  Oczy  Luke'a  nagle  zrobiły  się  bardzo 

przytomne i bardzo poważne. 

 -  Ja,  Luke,  biorę  sobie  ciebie,  Lindsay,  za  żonę  -  usłyszała  jego 

cichy,  wzruszony  głos  -  i  przysięgam  ci  miłość,  wierność  i  że  nie 
opuszczę cię aż do śmierci. 

W czarnych oczach Luke'a Lindsay wyczytała prośbę. 
 - Ja, Lindsay - szepnęła - biorę sobie ciebie za męża i przysięgam 

miłość, wierność i że nie opuszczę cię aż do śmierci. 

Biorę  sobie  ciebie  za  męża.  Te  słowa  mówiła  po  raz  trzeci. 

Przysięgała  Willowi,  przysięgała  Luke'owi.  Czy  teraz  te  słowa  mówi 
po  raz  ostatni?  Kiedy  pochylił  się  nad  nią,  wyciągnęła  ramiona  i 
objęła jego szyję. Czuła, że Luke swym potężnym ciałem wgniata ją w 
materac,  że  zapada  się,  że  jej już nie  ma.  Jest tylko  ciepły,  wilgotny, 
cudowny pocałunek. 

Niestety, elektroniczna „niania" musiała spełnić swój obowiązek. 

Płacz Ellie zabrzmiał wyjątkowo kategorycznie. 

 -  Ellie  ogłasza  światu,  że  zaczął  się  nowy  dzień  -  powiedział  z 

uśmiechem Luke, przewracając się na plecy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay  wyskoczyła  z  łóżka  i  chwytając  w  locie  szlafrok, 

pomknęła ku drzwiom. 

 -  Kiedy  będziecie  gotowe,  zejdźcie  do  mnie  na  śniadanie!  - 

krzyknął za nią Luke. 

Podbiegła  do  łóżeczka,  wyjęła  płaczące  dziecko  i  kołysząc  je, 

zaczęła  chodzić.  Od  ściany  do  ściany.  Od  drzwi  do  drzwi.  Nie,  nie  i 
jeszcze  raz  nie.  Było,  minęło.  Słowa  przysięgi,,  wzruszenie,  to 
wszystko  jest  ulotne,  tylko  jedna  piękna  chwila.  Ale  ten  pocałunek... 
Czy nie jest pieczęcią, którą złożyli na swojej przysiędze? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Przygotowania  zajęły  Lindsay  cały  ranek.  Kazała  podciąć  sobie 

włosy i zrobić profesjonalny makijaż. Pantofle na wysokich obcasach 
doskonale pasowały do sukienki, ciemne nylony podkreślały smukłość 
nóg.  Lindsay,  wyginając  się  przed  lustrem,  czuła  się  piękna  i 
elegancka.  Popatrując  na  tył  sukienki,  zredukowany  do  minimum, 
śmiała  się  w  duchu,  że  wybrała  idealną  kreację,  aby  uwieść  swego 
małżonka.  Oglądała  się  w  lustrze  już  chyba  po  raz  dziesiąty, 
odwlekając  w  nieskończoność  moment  zejścia  na  dół.  Hedley  miał 
podjechać  o  ósmej,  Lindsay  nie chciała  się  spóźnić,  chociażby  po  to, 
aby nie dawać Catherine powodu do złośliwych komentarzy. Ale bała 
się. Co innego zawodowy entuzjazm sprzedawczyni, co innego stanąć 
twarz w twarz z Lukiem i jego jędzowatą matką. 

W  końcu  przemogła  się.  Stojąc  na  szczycie  schodów,  zobaczyła 

przy  drzwiach  Luke'a  i  Catherine.  Luke  w  smokingu  znów,  jak 
tamtego  wieczoru  w  kafejce,  wydał  jej  się  kimś  obcym  i 
nieprzystępnym.  Catherine,  w  długiej  srebrzystej  sukni  z  idealnie 
ułożonymi  włosami,  wyglądała  jak  przedstawicielka  miejscowej 
socjety. Spojrzeli na nią. Kiedy schodziła na dół, Luke nie odrywał od 
niej oczu. A jego matka zmierzyła ją od stóp do głów i zacisnęła usta. 

 - Mam nadzieję, że nie czekaliście na mnie długo. 
 - Hedley podjechał już pięć minut temu! 
Głos  Catherine,  jak  zwykle,  był  pełen  dezaprobaty,  ale  Luke 

natychmiast pospieszył z odsieczą. 

 -  On  zawsze  podjeżdża  kilka  minut  wcześniej  -  stwierdził  ze 

spokojem, wychodząc żonie naprzeciw. - Jak Ellie? Zasnęła? 

 -  Tak  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  Lindsay,  wdzięczna,  że 

odparł pierwszy atak. - Teraz Marabel stoi na warcie. 

 - Lindsay - rozległ się znów lodowaty głos starszej pani Winters. 

- Chyba nie masz zamiaru iść w tej sukience? Jest skandaliczna. 

Skandaliczna?  Czyżby?  Lindsay  nie  spodziewała  się  aż  tak 

surowej oceny. 

 - Wracaj na górę! - zarządziła Catherine. - Musisz się koniecznie 

przebrać, przecież... 

 - Spokojnie, mamo - przerwał Luke. - Lindsay nie jest dzieckiem, 

żebyś  mogła  wydawać  jej  polecenia.  A  co  do  sukienki,  to  nie  widzę 
problemu. Jest bardzo ładna. Wyjątkowo łacina. 

 - Ale ona ma zupełnie gołe plecy! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Zgadza  się.  Z  tyłu  sukienka  praktycznie  istnieje  tylko  do 

połowy - potwierdził  Luke, patrząc z przyjemnością na gładkie plecy 
Lindsay.  -  Tak  właśnie  ubierają  się  panie  w  wieku  mojej  żony. 
Przepraszam,  Lindsay,  nie  popisałem  się.  Powinienem  był  kupić  ci 
jakiś naszyjnik. 

 -  Nie  szkodzi,  mam  coś  błyszczącego  -  odparła  z  uśmiechem, 

podnosząc do góry rękę i pokazując obrączkę. 

Luke,  jakby  nagle  wzruszony,  chwycił  jej  dłoń  i  ścisnął  mocno, 

spoglądając  głęboko  w  oczy.  Czyżby  przypomniał  sobie  ich  poranną 
przysięgę? 

 -  Luke,  zdajesz  sobie  sprawę,  że  będziesz  musiał  przedstawić 

swoją żonę niejednej osobie? A później tematem plotek będzie przede 
wszystkim jej sukienka? 

 - Przeżyję i to - stwierdził pogodnie Luke. - Mówiłaś, że Hedley 

podjechał? A więc ruszamy! 

W  limuzynie  Luke  profilaktycznie  zajął  miejsce  w  środku, 

między  obu  paniami,  które  jednak  nie  podjęły  nawet  najmniejszej 
próby  konwersacji.  Żadna  z  nich  nie  odezwała  się  ani  słowem. 
Limuzyna  pokonała  piękny  Harbour  Bridge  i  wkrótce  potem 
podjeżdżała  pod  rozświetlony  gmach  Intercontinental  Grand  Hotel. 
Lindsay przeżyła dodatkowy dreszcz emocji, kiedy z Lukiem pod rękę 
musiała  przeparadować  przed  tłumkiem  gapiów,  czatujących  na 
prominentnych  gości.  Wielka  sala  balowa,  oświetlona  rzęsiście 
setkami  żarówek  w  ogromnych,  kryształowych  żyrandolach, 
wzbudziła  jej  zachwyt.  Sala  wypełniona  już  była  tłumem  gości. 
Panowie w ciemnych smokingach, panie w kreacjach różnego fasonu i 
koloru. Lindsay z satysfakcją zauważyła, że śmiałe dekolty z przodu i 
z tyłu wcale nie należały do rzadkości. 

Orkiestra grała nastrojową melodię i na środku sali kręciło się już 

w  tańcu  kilka  par.  Pod  ścianą,  z  lewej  strony,  ustawiono  stoliki  i 
krzesła, z prawej strony stoły z przekąskami na zimno. 

 -  O,  widzę  Tailorów  -  oznajmiła  z  zadowoleniem  Catherine.  - 

Przyłączę się do nich. Luke, jak umawiamy się na powrót do domu? 

 -  Najpierw  zobaczymy  z  Lindsay,  jak  będziemy  się  bawić. 

Umówmy się wstępnie na jedenastą, a w razie czego Hedley podjedzie 
dwa razy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Catherine, nie zaszczyciwszy Lindsay spojrzeniem, skinęła głową 

i  poszła  w  kierunku  starszej  już  pary.  Lindsay  miała  ochotę  wydać  z 
siebie dziki okrzyk radości, udało jej się jednak zachować spokój. 

 - Ona potrafi zdołować człowieka - mruknął Luke. 
 -  Było  nie  było,  to  twoja  matka  -  rzuciła  lekko  Lindsay,  czując, 

że ogarnia ją cudowny nastrój do zabawy. 

 - Napijesz się czegoś? 
 - Tak, wina. 
Podeszli do najbliższego barku, wokół którego tłoczyło się sporo 

osób. 

 -  Poczekaj  tu  chwilę  -  poprosił  Luke  i  wmieszał  się  w  tłum. 

Lindsay patrzyła za nim, starając się nie stracić go z oczu. 

Nie  było  to  trudne,  bowiem  jej  małżonek  większość  panów 

przewyższał co najmniej o głowę. Za chwilę był z powrotem. 

 - Proszę, oto twoje wino. Jak ci się podoba bal? 
 -  Bardzo,  Luke!  Wszystko  jest  takie  ekscytujące.  Nie 

spodziewałam się, że znajdę się w tak pięknym miejscu. Powiedz, czy 
tamten pan to nie jest sam premier? Znam tę twarz z gazet. 

 - Zgadza się. Chcesz go poznać? Lindsay omal nie zakrztusiła się 

winem. 

 - Znasz samego premiera? Skąd? 
 - A stąd, że ja jestem wielki biznes - uśmiechnął się  Luke. - No 

co, podejdziemy do niego? 

 - Może nie - bąknęła speszona Lindsay. 
 - Masz ochotę zatańczyć? 
 - O, tak - ucieszyła się i ochoczo przyjęła jego ramię. 
Melodia  była  bardzo  nastrojowa  i  Lindsay,  kołysząc  się 

rytmicznie w ramionach męża, zatopiła się w marzeniach, zupełnie nie 
licujących  z  obrączką  na  palcu.  Jest  księżniczką,  a  Luke  księciem, 
porażonym  jej  urodą.  Będą  tańczyć  całą  noc,  przytuleni  do  siebie, 
prowadząc  cichą,  błyskotliwą  rozmowę,  podczas  której  księżniczka 
dodatkowo  czarować  będzie  dowcipem  i  intelektem.  Nie  mówiąc  o 
tym,  że  księżniczki  tańczą  jak  baletnice...  W  tym  momencie  Luke 
drgnął, czując obcas wpijający się w jego stopę. 

 - Boże, przepraszam, nie uważałam... 
 -  Nic  się  nie  stało  -  odparł  bohatersko  i  jeszcze  mocniej 

przygarnął ją ramieniem. - W tańcu nie musisz uważać, ja prowadzę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Przygarnął  ją  tak  mocno,  że  ich  nogi  prawie  splotły  się  ze  sobą. 

Nad  głową  Lindsay  czuła  jego  gorący  oddech,  który  zapewne 
rozwiewał  jej  kunsztowne  loczki.  Ale  o  to  księżniczka  nie  miała 
pretensji. 

 - Lindsay - usłyszała nagle tuż nad uchem. 
 - Tak? - mruknęła gdzieś z dołu, spod jego ramienia. 
 - Miałabyś ochotę na mały romansik? 
 -  Nie...  nie  rozumiem  -  wyjąkała,  potykając  się  tak  mocno,  że 

gdyby nie Luke, na pewno wylądowałaby na parkiecie. 

 - No więc jak? Mały romansik? Oczywiście ze mną! 
 -  Przestań  -  odpowiedział  gdzieś  z  dołu  przytłumiony  i  szalenie 

zdenerwowany damski głos. - Co ci w ogóle przychodzi do głowy! 

 - Nie podobam ci się? 
 -  Luke,  przestań!  -  przytłumiony  głos  był  bardzo  oburzony.  - 

Nigdy nie miałam żadnych romansików! 

Luke roześmiał i pogłaskał ją po nagich plecach. 
 - Domyślam się, że byłaś cnotliwą małżonką... czy tak? 
 -  A  tak!  -  przytaknęła  skwapliwie,  zastanawiając  się,  czy  Luke 

czuje dziką galopadę jej serca. Gotowa już była objąć go z całej siły, 
włączył  się  jednak  rozsądek.  Może  wspomnieć,  że  małżonkowie  nie 
miewają ze sobą romansów? Bez sensu. Luke od razu przypomni, że 
ich małżeństwo istnieje tylko na papierze. 

 - No więc? - zamruczał znów Luke. 
 - Ja... ja nie wiem dokładnie, o co ci chodzi. 
 - O ciebie. Chyba domyślasz się, jakie cierpię męki, kiedy leżę z 

tobą w jednym łóżku i nie mogę cię dotknąć nawet jednym palcem? 

 - Ja... ja nie bardzo mogę to sobie wyobrazić - bąknęła Lindsay, 

przyznając  w  duchu,  że  Luke  ma  stalowe  nerwy,  skoro  podczas  tak 
zasadniczej rozmowy ani razu nie pomylił kroku. 

 - Spróbuj! Jesteś śliczna, Lindsay, i nadzwyczaj pociągająca, a do 

tego  masz  bardzo  czułe  serce.  Który  mężczyzna  nie  chciałby  poznać 
takiej kobiety, hm... bliżej? 

 - To wszystko? - spytała Lindsay, nieco rozczarowanym głosem. 

- Ten romansik to tylko łóżko, tak? 

 -  A  skądże!  -  obruszył  się  Luke.  -  To  tylko  jeden  z  aspektów, 

choć bardzo istotny. Oprócz tego jest się razem, rozumiesz? Wspólne 
spędzanie czasu, wymiana myśli, no i tak w ogóle, zawsze razem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay była już z kimś razem. Z Willem. W ich związku więcej 

było  radości  z  bycia  razem  i  wzajemnej  sympatii  niż  burzliwej 
namiętności.  Lindsay  sądziła,  że  taka  ona  właśnie  jest.  Pogodna, 
przyjacielska  i  rozsądna.  Teraz  jednak,  kiedy  w  dzień  w  nocy  miała 
koło  siebie  dojrzałego  mężczyznę,  którego  męskość  wprost 
przytłaczała, nie była już taka pewna, czy rzeczywiście nie jest zdolna 
do  wielkich  uniesień.  Jej  ciało  pragnęło  Luke'a,  ale  serce  starała  się 
utrzymać  na  wodzy.  Po  co  je  oddawać?  Żeby  potem  cierpiało,  kiedy 
będzie  musiała  rozstać  się  z  Lukiem?  Przecież  ta  bajka  wkrótce  się 
skończy.  A  może...  może  dać  mu  wszystko,  i  kiedy  trzeba  będzie 
odejść,  zabrać  ze  sobą  piękne  wspomnienie?  Wspomnienia  też  się 
liczą,  a  takiego  mężczyzny  jak  Luke  na  pewno  nigdy  już  w  swoim 
życiu nie spotka. 

 - Lindsay? 
Spojrzała  w  górę.  Ciemne  oczy  hipnotyzowały,  odbierały  resztę 

rozsądku.  Skinęła  głową.  Bez  słowa,  bojąc  się,  że  jej  glos  głupio 
zadrży.  W  ciemnych  oczach  pojawiła  się  ulga,  a  silne  ramię  Luke'a 
przycisnęło  ją  mocno,  żeby  dać  znak,  jak  bardzo  jej  pragnie.  Ponad 
wszystko. 

 - Może pojedziemy już do domu? 
 -  Wykluczone!  -  zaprotestowała  nadzwyczaj  energicznie.  -  Nie 

po to kupiłam sobie śliczną sukienkę, żeby wychodzić po godzinie! To 
jest mój pierwszy bal i mam zamiar tańczyć z tobą do białego rana. 

Luke westchnął ciężko. 
 -  Widzę,  że  Je  anielskie  loczki  to  zmyłka.  Jednak  masz 

dyktatorskie zapędy. Trudno, tańczmy więc! 

Podczas  balowej  nocy  Luke  przedstawił  małżonkę  niezliczonej 

ilości osób. Wszyscy byli ciekawi młodej pani Winters, której  wielki 
świat  nie  miał  jeszcze  sposobności  ujrzeć,  mimo  że  wiadomość  o 
ślubie  ukazała  się  w  gazetach  już  cztery  miesiące  temu.  Podczas 
przerwy  w  tańcu,  kiedy  przystanęli  przy  szwedzkim  stole,  pełnym 
przysmaków, Lindsay spytała nagle: 

 - Czy swoją narzeczoną też tak wszystkim przedstawiałeś? 
 - Nie. Zresztą to było wyjątkowo krótkie narzeczeństwo, szybko 

zorientowałem się, że to była tylko gra. 

 - Jak nasze małżeństwo? 
 -  Lindsay,  czasami  mi  się  wydaje,  że  do  ciebie  nie  dociera,  że 

nasze małżeństwo jest jak najbardziej legalne. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Oczywiście,  że  dociera.  Legalne,  żeby  twojemu  dziadkowi 

popsuć  szyki.  I  ty  uważasz,  że  to  nie  jest  gra?  Mimo  tej  całej 
legalności nasze małżeństwo jest absolutnie nieprawdziwe. 

 - Dzisiejszej nocy uwierzysz, że jest prawdziwe. 
Widelec,  którym  Lindsay  jadła  sałatkę  z  krabów,  drgnął 

niebezpiecznie. Na szczęście, nowa sukienka nie poniosła uszczerbku, 
a łyk wina dodał animuszu. 

 -  Mam nadzieję,  że  ta  noc  nie  wprowadzi  zasadniczych  zmian  - 

powiedziała pani Winters z figlarnym uśmiechem. - Trzeba przyznać, 
że dotychczas byłeś idealnym mężem. 

 - Naprawdę? Pod jakim względem? - spytał zaciekawiony Luke, 

przypominając sobie, że on też kiedyś coś mówił o idealnej małżonce. 

 -  Przez  cztery  miesiące  nie  domagałeś  się,  aby  kolacja 

punktualnie o tej samej godzinie wjeżdżała na stół, nie musiałam prać 
twoich koszul i nie pytałeś mnie, dokąd wychodzę. 

 - Ale to się może zmienić. 
 -  Jak  to?  Przecież  osoby  romansujące  ze  sobą,  mimo  wszystko 

zachowują się trochę inaczej niż mąż i żona. 

 -  Osoby  romansujące  ze  sobą  -  powtórzył  z  uśmiechem  Luke.  - 

Dlaczego nie powiesz wprost, że kochankowie? 

Policzki  Lindsay  natychmiast  zrobiły  się  purpurowe,  jednak 

uwaga  Luke'a  pozostała  bez  komentarza,  ponieważ  niespodziewanie 
tuż obok rozległ się wysoki, dźwięczny głos: 

 - Luke, to ty? Witaj! 
Uśmiech  tej  wysokiej  i  zgrabnej  kobiety  przeznaczony  był 

wyłącznie dla Luke'a. Lindsay zauważyła kasztanowe  włosy, złożone 
w kunsztowną fryzurę i jasnozielone, kocie oczy, wlepione w Luke'a. 
Zielone były również sukienka i biżuteria. 

 -  Jeannette!  Zaskoczyłaś  nas  -  powiedział  spokojnie  Luke, 

wstając z krzesła. 

 - Ale miło się spotkać, prawda? - zagruchało zielone stworzenie. 

-  Wróciłam  do  Sydney  parę  tygodni  temu.  Musimy  się  zobaczyć  i 
pogadać. Mam ci tyle do opowiedzenia. 

Smukłe  palce  delikatnie  muskały  rękaw  smokinga.  Luke  cofnął 

się o krok. 

 - My chyba nie mamy sobie już nic do powiedzenia - powiedział 

szorstko. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ależ,  Luke,  przecież  to  było  zwykłe  nieporozumienie.  Głupia 

byłam, że nie'  wyjaśniłam ci tego przed  wyjazdem. Nie  zależy mi na 
żadnych udziałach, zależy mi tylko... na tobie. 

Smukłe  palce  znów  przykleiły  się  do  smokinga  i  Lindsay  siłą 

powstrzymywała się od interwencji. A więc to jest ta słynna Jeannette 
Sullivan,  która  za  namową  dziadka  usiłowała  usidlić  bogatego 
kawalera. Nic dziwnego, że Luke'owi wydawało się, że ją pokochał. Z 
bólem  serca  trzeba  było  stwierdzić,  że  Jeannette  jest  skończoną 
pięknością.  Jej  sukienka  nie  ukrywała  niczego,  ciekawe  jednak,  czy 
krytyczna Catherine też oceniłaby ją tak surowo? 

 - To też nie ma żadnego znaczenia - odpowiedział Luke chłodno. 
 -  Ależ,  Luke!  -  oburzyła  się  Jeannette,  z  wdziękiem  wydymając 

perfekcyjnie  umalowane  usteczka.  -  Coś  nas  jednak  łączyło. 
Kochaliśmy  się.  Zrobiłam  wielkie  głupstwo,  wiem,  ale  możemy 
przecież to wyjaśnić. 

 - Raczej nie. Czy wiesz, że jestem żonaty? 
Na mgnienie oka słodki uśmiech znikł z twarzy Jeannette. 
 - Z tą kelnereczką? 
Lindsay  uznała,  że  najwyższy  czas  przypomnieć  o  swojej 

obecności. 

 - Przede wszystkim studiowałam, proszę pani. Prawo - odezwała 

się  ostrym  głosem.  -  I  jak  miliony  studentów  na  całym  świecie 
musiałam  zarobić  na  swoje  utrzymanie.  Pracowałam  więc  jako 
kelnerka i w księgarni. A wszyscy wydają się być zdruzgotani tym, że 
nie zajmowałam się wyłącznie i tylko swoim makijażem. 

Zielonooka piękność zwolna odwróciła ku niej głowę. 
 - Więc to ty jesteś żoną Luke'a? 
 -  Tak  się  głupio  składa,  że  właśnie  ja  -  wypaliła  Lindsay.  - 

Lindsay Winters, bardzo mi miło. 

Po  raz  pierwszy  wymówiła  głośno  swoje  nowe  nazwisko. 

Specjalnie. Niech do tej kocicy dotrze, że Lindsay i Luke związani są 
ze sobą, i to nie byle jak. 

 -  Och,  Jeannette!  -  dał  się  słyszeć  tym  razem  słodki,  melodyjny 

głos  Catherine.  -  Nie  wiedziałam,  że  już  wróciłaś.  Musisz  nas 
koniecznie odwiedzić. 

Obie panie ucałowały się demonstracyjnie. 
 -  Wróciłam  parę  tygodni  temu  -  wyjaśniła  Jeannette.  - 

Dzwoniłam do ciebie kilkakrotnie, ale nikt się nie zgłaszał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Mieszkam teraz u Luke'a. Słyszałaś zapewne, że mój ojciec jest 

poważnie chory i muszę się nim opiekować. 

Lindsay  poczuła,  że  ma  już  wszystkiego  serdecznie  dość.  I  tej 

kocicy, i tej Catherine, która herbatkę, wypitą w pokoju chorego ojca, 
nazywa  szumnie  „opieką".  Co  za  szczęście,  że  w  życiu  tych  ludzi 
Lindsay  Donovan  znalazła  się  przez  przypadek  i  nie  zabawi  tam 
długo. Nagle Lindsay zadrżała. Jeśli ktoś tu jest idiotką, to chyba ona 
sama.  Przecież  po  dzisiejszej  nocy  ich  małżeństwo  zostanie 
skonsumowane,  a  takiego  małżeństwa  nie  można  anulować...  tak  po 
prostu rozwiązać. Trzeba się rozwieść. Czyli na koniec całej tej afery 
Lindsay  będzie  rozwódką?!  Spokojnie,  jest  jeszcze  czas,  aby  się 
wycofać. I chyba należy tak zrobić, i to jak najszybciej. A Luke niech 
robi, co chce. Jeśli jego serce  wyrywa się do tej trawiastej piękności, 
niech się z nią żeni, proszę bardzo. 

 -  Do  zobaczenia,  Luke!  -  zaszczebiotała  Jeannette,  całkowicie 

ignorując jego żonę. 

Lindsay patrzyła, jak obie panie znikają w tłumie balowych gości, 

i  była  pewna,  że  Catherine  właśnie  wylewa  swój  żal  z  powodu 
niefortunnego małżeństwa syna. 

 -  Nie  chce  mi  się  już  tańczyć  -  powiedziała  nagle  Lindsay, 

kończąc sałatkę. 

 - A co chcesz robić? 
 - Chcę wracać do domu, do Ellie. 
 - Przecież ona śpi. 
 - Ale chcę być blisko niej. 
 -  Zdenerwowałaś  się  z  powodu  Jeannette?  Ona  potrafi  być 

niemiła. 

 - Twoja narzeczona, więc twój problem - odpowiedziała szorstko 

Lindsay, wzruszając ramionami. 

 - Trudno mieć narzeczoną, jeśli ma się żonę. 
 -  Jaka  tam  ze  mnie  żona!  Właściwie  to  jestem  narzędziem  w 

twoim  ręku.  A  twój  dziadek,  zdaje  się,  byłby  naprawdę  szczęśliwy, 
gdybyś  ożenił  się  z  tą  Jeannette,  przecież  sam  ci  ją  wybrał.  Ja,  w 
każdym razie uważam, że najwyższy czas skończyć z tym udawaniem. 

 - Teraz? Nie, Lindsay, to niemożliwe. Nie pozwolę na to. Teraz, 

kiedy  dziadek  jest  tak  szczęśliwy  z  powodu  Ellie!  Chcesz,  żeby 
dowiedział  się,  że  nie  jest  jego  prawnuczką,  natomiast  jedyny  wnuk 
jest kłamcą? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A o tym trzeba było pomyśleć wcześniej, zanim zorganizowałeś 

to całe przedstawienie - powiedziała z goryczą Lindsay, pragnąc, aby 
Luke  cofnął  się  choć  o  krok.  a  nie  stał  tak  nad  nią.  Taki  wielki  i 
groźny. 

 -  Zgodziłaś  się  na  to  przedstawienie,  choć  mogłaś  od  razu 

wyprowadzić Jonathana z błędu. Nie zrobiłaś tego, a  więc jest już za 
późno. Lekarze dają dziadkowi najwyżej dwa miesiące. Przez ten czas 
przedstawienie  trwa  i  wszystkie  umowy  obowiązują,  później  będzie 
czas na dyskusje. Na razie jesteś moją żoną, a dla Jonathana również 
matką mojego dziecka. 

Luke mówił bardzo cicho, tak aby nikt z gości nie podsłuchał ich 

burzliwej dyskusji. Tylko Lindsay wyraźnie słyszała każde słowo. 

 - Powiedziałeś, że wszystkie umowy? 
 - Naturalnie. Również ta, którą zawarliśmy dwie godziny temu. 
 - Co?! 
 - Nie możesz się wycofać - powiedział jeszcze ciszej, pochylając 

się  nad  nią.  Jego  pocałunek  był  bardzo  krótki  i  bardzo  bolesny,  jak 
przestroga, potem otoczył ją ramieniem i zaprowadził na parkiet. 

Lindsay  tańczyła  jak  automat,  pochłonięta  bez  reszty  swoimi 

myślami. A więc Luke chce, żeby dotrzymała tych wszystkich umów. 
którymi  oplątał  ją  jak  siecią.  Łącznie  z  romansem.  No  tak,  romans. 
Teraz  już  Lindsay  nie  mogła  myśleć  o  czymś  innym  Załóżmy,  że  tej 
nocy ona i Luke zostaną kochankami. A więc będzie to pewien rodzaj 
nocy  poślubnej,  drugiej  w  jej  życiu.  Choć  ta  będzie  chyba  zupełnie 
inna. Czy ona chce tej nocy? Tak, chce. Czuła, że i w jej sercu otwiera 
się furtka dla Luke'a. Ale po co? Przecież wkrótce się rozstaną. Więc 
po co? Lindsay poczuła się osaczona. 

Z daleka zobaczyli nadciągającą Catherine. 
 - Wracamy do domu? - spytał Luke. 
 - Nie, proszę, jeszcze nie. 
Przecież  musi  sobie  to  wszystko  do  końca  poukładać  w  głowie. 

Uspokoić  się  -  o  ile  to  w  ogóle  jest  możliwe.  Ta  Jeannette  wyraźnie 
dalej ma ochotę na Luke'a. A na kogo w końcu ma ochotę sam Luke? 

Luke i Lindsay przystanęli na brzegu parkietu. Luke nie puszczał 

ręki żony. Jakby chciał ją zatrzymać przy sobie. Może na zawsze? 

 - Możemy już wracać - zarządziła Catherine. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  My  jeszcze  zostajemy,  Hedley  wróci  potem  po  nas.  -  Luke 

powiedział  to  takim  tonem,  że  matka  zamilkła.  -  Odprowadzimy  cię 
do samochodu. 

Ruszył z Catherine, nie puszczając ręki Lindsay, która, chcąc nie 

chcąc, musiała iść za nim. 

 - Tak się cieszę, że widziałam się z Jeannette - mówiła Catherine 

rozradowanym głosem. - Zaprosiłam ją jutro do nas na herbatę. 

 - Czy uzgodniłaś to z Lindsay? - spytał Luke. 
 -  Ależ  wszystko  w  porządku  -  powiedziała  Lindsay.  Wiedziała, 

że Luke'owi zależy, aby Catherine nie zapominała, że panią domu jest 
Lindsay, tym niemniej w takich sytuacjach czuła się zakłopotana. 

 -  Sobota  to  dobry  dzień  -  ciągnęła  niezrażona  Catherine.  -  Nie 

musisz iść do pracy. 

 - Niestety, nie będzie mnie w domu. Zabieram żonę i dziecko na 

wycieczkę.  Ale  to  dobrze,  że  Jeannette  przyjdzie  i  dotrzyma  ci 
towarzystwa. Ty i tak nie pojechałabyś z nami, bo nie znosisz plaży. 

 - Luke, Jeannette bardzo by chciała zobaczyć się z tobą. Przecież 

możecie jechać na plażę innego dnia. 

 -  Owszem,  moglibyśmy,  ale  jedziemy  jutro.  I  nie  będziesz  mi 

dyktowała, mamo, co mam robić. 

Lindsay,  patrząc  na  rozdrażnioną  twarz  Luke'a,  pomyślała,  że 

zrobi wszystko, aby Ellie nigdy w życiu nie reagowała na nią tak, jak 
reaguje Luke na swoją matkę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
 -  Nie  przypominam  sobie,  żeby  ktoś  zapraszał  mnie  na 

wycieczkę  -  mruknęła  Lindsay,  kiedy  ramię  w  ramię  stali  przy 
krawężniku, czekając z niecierpliwością, aż limuzyna ruszy z miejsca. 

 - To była błyskawiczna decyzja, 
 -  Żeby  popsuć  szyki  twojej  matce?  Luke  spojrzał  na  Lindsay  z 

uśmiechem. 

 -  Jesteś  jedyną  osobą,  jaką  znam,  która  na  co  dzień  mówi 

„popsuć szyki"! 

 - Nie odwracaj kota ogonem. Po prostu nie chce ci się zabawiać 

mamusi i byłej narzeczonej? 

Limuzyna  odjechała,  więc  Luke  wziął  żonę  pod  ramię  i 

poprowadził z powrotem do wejścia. 

 - Lindsay, daj temu spokój. Proszę, nie wnikaj w moje stosunki z 

matką i moją byłą narzeczoną. Wiem, co mam robić. I niech to będzie 
tylko moja sprawa, zgoda? Jeśli Catherine zaprosiła sobie Jeannette na 
herbatę,  to  bardzo  dobrze,  bo  będzie  miała  wymarzone  towarzystwo 
dla  siebie.  A  po  drugie,  jeśli  Jeannette  wydaje  się,  że  wystarczy 
kiwnąć na mnie palcem, to grubo się myli. 

 - Przecież zależało ci na niej, skoro się oświadczyłeś. 
 - Myślałem, że jest zupełnie innym człowiekiem. Okazało się, że 

oświadczałem się kobiecie, której w ogóle nie znałem. 

 - I tak.., to wszystko... nie tak - mruknęła filozoficznie Lindsay. 
 - Czy ty poślubiłabyś kogoś dla pieniędzy? 
 -  Doprawdy  nie  wiem,  Luke,  czy  bardziej  szlachetny  jest  ślub  z 

zemsty. 

 - Nie poślubiłem cię z zemsty. 
 -  Owszem.  Chciałeś  się  zemścić  na  matce  i  dziadku!  Luke 

zatrzymał się na chwilę, zastanowił i odpowiedział z uśmiechem: 

 -  Nie,  to  nie  zemsta.  Po  prostu  chciałem...  popsuć  im  szyki. 

Chodź,  Lindsay.  I  dajmy  już  temu  spokój,  bawmy  się.  A  nasza 
wycieczka na pewno się uda, bo pogoda ma być piękna. 

Luke  zręcznie  przeprowadził  Lindsay  przez  rozbawiony  tłum, 

odszukał zaciszny kąt i podsunął Lindsay krzesło. Prawie natychmiast 
zjawił się kelner i po chwili przyniósł białe wino dla Lindsay i whisky 
dla  Luke'a.  Siedzieli  teraz  w  milczeniu,  sącząc  powoli  drinki  i 
popatrując  na  tańczących.  Lindsay  czuła,  że  nareszcie  zaczyna  się 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

uspokajać  i  znów  ogarnia  ją  miły  nastrój.  Luke'a  chyba  też,  skoro 
wziął jej dłoń i pieszczotliwie głaskał palcami. 

 - Masz tak delikatną, gładką skórę... 
 - Zmieniamy temat? 
 -  Najwyższy  czas.  Dajmy  spokój  przeszłości,  teraz  interesuje 

mnie  zupełnie  coś  innego,  to  znaczy...  ktoś  inny.  Ty,  Lindsay.  Chcę 
ciebie... 

 - Naprawdę? - spytała cicho, umykając spojrzeniem. 
 - Umówiliśmy się już, prawda? 
 - Tak. ale potem zjawiła się Jeannette Sullivan i... 
 - Ona się nie liczy. 
Tak,  nie  liczy  się.  Lindsay  poczuła,  że  nie  ma  co  już  więcej 

rozważać i deliberować. 

 - Ja też chcę ciebie, Luke. 
 -  A  więc  nasz  romans  jest  przesądzony  -  powiedział  niskim, 

głębokim  głosem  i  odwróciwszy  jej  dłoń,  delikatnie  pocałował 
niebieskie żyłki nad przegubem. 

A  potem,  już  do  końca  balu,  dbał  o  nią  po  prostu  nad  wyraz 

gorliwie.  Tańczył  z  nią,  kiedy  chciała  tańczyć,  zamawiał  drinki,  a 
kiedy ktoś do niego zagadnął, natychmiast przedstawiał  Lindsay jako 
swoją ukochaną żonę. 

Bal dobiegł końca, Hedley podjechał i państwo Winters ulokowali 

się w limuzynie. 

 - Zmęczona? - spytał Luke, sadowiąc się obok Lindsay. 
 - Trochę - przyznała, nagle skrępowana jego bliskością. Ciekawe, 

czy teraz ją pocałuje, a może weźmie za rękę? Jego gorącą dłoń czuła 
przez cały wieczór. W tańcu, i kiedy ją prowadził do krzeseł, a kiedy 
siedzieli,  właściwie  też  prawie  przez  cały  czas  trzymał  ją  za  rękę. 
Chciał  tego?  Czy  była  to  tylko  demonstracja?  Wiedział,  że  są  pod 
obstrzałem, Luke był zbyt znaną postacią w wielkim biznesie Sydney, 
aby jego żona pozostała niezauważona. 

Teraz nie było wokół nich ciekawskiego tłumu. Lindsay czuła, że 

w środku jest zupełnie rozdygotana. Za kilkanaście minut podjadą pod 
dom,  pójdą  schodami  na  górę  i  ona  trafi  wprost  w  ramiona  Luke'a 
Wintersa, który jej pragnął. Bała się jego pragnienia. Przecież nie była 
wyrafinowaną damą z wielkiego świata, nie miała też zbyt  wielkiego 
doświadczenia. A jeśli Luke rozczaruje się? Jeśli po tej pierwszej nocy 
nie  będzie  chciał  dalej...  romansować?  Pomyślała  również,  że  jest 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

idiotką  i  że  jeszcze  ma  czas,  żeby  zatrzymać  ten  obłędny  bieg 
wypadków. 

 - Luke? Ja... 
Chwycił szybko jej dłoń, ścisnął lekko i położył sobie na kolanie. 
 - Nie trzeba, Lindsay. Ja wiem, że masz teraz tysiąc wątpliwości. 

Ale pamiętaj, możesz na mnie polegać. 

Pomyślała,  że  zamiast  takich  skautowskich  przyrzeczeń,  mógłby 

po  prostu  powiedzieć  jej  parę  czułych  słów.  Trudno,  widocznie  ci 
biznesmeni  tego  nie  potrafią.  Patrzyła  w  okno, nie  widząc niczego,  a 
jedynie  przeczuwając,  że  tego  zamętu  w  głowie  tak  szybko 
uporządkować się nie da. Zdawała sobie doskonale sprawę, że właśnie 
zakochuje  się  w  Luke'u  Wintersie,  że  chce  go  przytulić  i  okazać 
miłość,  której  brakowało  mu  przez  całe  życie.  Było  to  jednak 
idiotyczne  pragnienie,  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  nie  znała  drugiej 
osoby,  tak  pewnej  siebie,  jak  Luke  Winters.  Możliwe,  że  kiedyś 
brakowało mu matczynej miłości, takiej, jaka Lindsay okazuje swojej 
córeczce,  mimo  to  wyrósł  na  wspaniałego  faceta.  Czasami  jest  zbyt 
apodyktyczny, ale czy może być inny, skoro bez przerwy musi opierać 
się despotycznemu dziadkowi i równie despotycznej matce. 

Kiedy  podjeżdżali  pod  dom,  była  już  prawie  spokojna.  Kiedy 

wchodzili po schodach i na moment zajrzeli do małej, czuła, że serce 
jej znów zaczyna bić jak szalone. A kiedy zamknęły się za nimi drzwi 
sypialni, pomyślała, że teraz to najchętniej zapadłaby się pod ziemię. 

 - Wszystko w porządku? - spytał Luke. 
 -  Trochę  się  boję  -  odpowiedziała  półgębkiem,  rzucając  torebkę 

na krzesło. - Mówiłam ci, że romanse to nie moja specjalność. 

Podszedł da niej. Zobaczyła jego oczy, jeszcze bardziej czarne niż 

zwykle,  i  poczucie  rzeczywistości  znikło,  nie  była  w  stanie  myśleć  o 
czymkolwiek. Całym światem stał się Luke. 

Kiedy następnego ranka Lindsay otworzyła oczy, sypialnia zalana 

była słońcem. Wracała świadomość, a razem z nią wspomnienie nocy. 
Nocy w ramionach Luke'a Wintersa. Spojrzała na drugi kraniec łóżka. 
Luke  jeszcze  spał.  Leżał  na  brzuchu,  pod  białym,  zmiętym 
prześcieradłem,  z  twarzą  zwróconą  do  niej.  Mężczyzna,  który 
obdarzył  ją  największą  namiętnością.  Muskularny,  opalony  na  brąz, 
wyglądał  jak  pirat.  I  ten  oto  wspaniały  mężczyzna  należał  do  niej. 
Przynajmniej na jakiś czas. Tak, wyglądał jak groźny pirat, a przecież 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

tyle  w  nim  było  czułości  i  delikatności.  I  cały  ocean  namiętności, 
której bezmiar obudził również jej zmysły. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  na  pewno  jest  już  bardzo  późno. 

Chwyciła  „nianię"  i  sprawdziła,  czy  jest  włączona.  Wszystko  w 
porządku.  Jednak  to  niemożliwe,  żeby  Ellie  spała  tak  długo.  Nagle 
usłyszała zaspany głos Luke'a. 

 - Coś się stało? 
 -  Nie  słyszałam  Ellie  -  odpowiedziała,  czując,  że  jej  policzki 

oblewają się rumieńcem. 

 - Na pewno zajęła się nią Marabel. 
 - Przecież nie może jej nakarmić! 
 -  Mogła  dać  jej  soczku. Mówiłaś,  że  zaczęłaś  dawać  Ellie  sok  z 

jabłek. 

Uśmiechnął się do niej, zmarszczki koło oczu zrobiły się bardziej 

widoczne.  Pochyliła  się,  aby  dotknąć  tych  zmarszczek,  a  Luke  lekko 
uniósł się i cmoknął ją w dłoń. 

 - Dzień dobry! 
 -  Dzień  dobry!  -  odpowiedziała  jak  echo,  szukając  oczami  jego 

spojrzenia. Czy ta noc dla niego też była niezwykła? Ich noc poślubna. 
Teraz  małżeństwa  nie  można  rozwiązać.  Czy  po  takiej  nocy  wolno 
jednak" myśleć o rozstaniu? Lindsay uśmiechnęła się do Luke'a. 

 - To naprawdę będzie dobry dzień - szepnął, biorąc ją w objęcia. 

- A zaraz będzie jego cudowny początek. 

 -  Nie  ma  mowy,  ja  nie  schodzę  -  powiedziała  Lindsay  po  raz 

dziesiąty.  Była  już  po  szybkim  prysznicu  i  kompletnie  ubrana.  Luke 
zapiął  dżinsy  i  sięgnął  po  T  -  shirt,  spoglądając  z  rozbawieniem  na 
żonę, miotającą się po pokoju. 

 - Dlaczego nie? 
No  tak,  oczywiście.  Ona,  jak  zwykle  się  denerwuje,  a  on  jest 

zachwycony. 

 -  Wystarczy  na  nas  spojrzeć  i  każdy  będzie  wiedział,  co 

robiliśmy - szepnęła Lindsay, opadając na krzesło. 

 - Nie muszą na nas patrzeć, i tak wiedzą. Jest już dwunasta. 
Lindsay jęknęła z rozpaczą i zamknęła oczy. 
 - Lindsay, nie przesadzaj! Wszyscy myślą, że robiliśmy to samo, 

co wczoraj i przedwczoraj, i dużo, dużo wcześniej. 

Lindsay natychmiast otworzyła oczy, po czym spojrzała na Luke'a 

ze zdumieniem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Wcześniej? Dużo wcześniej? Tak myślą? 
 -  Tak,  tak.  Przecież  wszyscy  są  przekonani,  że  Ellie  jest  moim 

dzieckiem. 

 - Twoja matka wie, że to nieprawda! 
 - Daj spokój, Lindsay, nie zachowuj się jak dziecko. Umieram z 

głodu. Idziemy! Zjemy coś migiem, bierzemy prowiant i jedziemy na 
plażę. 

 -  Ale  ja  muszę  nakarmić  Ellie,  potem  ona  musi  pospać,  bo 

inaczej będzie marudzić. 

 - Pośpi na plaży. 
 - Ona jest przyzwyczajona do łóżeczka. 
 - Jezu, dziewczyno! I kto tu marudzi? Zobaczysz, na plaży będzie 

jeszcze  lepiej  spała  niż  w  domu.  Lindsay,  chodź,  wiesz,  że  chcę, 
żebyśmy wyszli, zanim zjawi się tu Jeannette. 

No  tak.  I  już  się  nachmurzył,  a  jeszcze  przed  sekundą  był  w  tak 

dobrym  nastroju.  Lindsay  szybko  zerwała  się  z  krzesła.  Pokój 
dziecinny był, naturalnie, pusty. Ellie urzędowała w kuchni. Siedziała 
w  swoim  foteliku  i  wodziła  oczami  za  Rachel,  szykującą  sałatkę. 
Kucharka  popatrywała  na  małą  z  rozczuleniem  i  zagadywała  do  niej 
co chwila. Lindsay podbiegła do córeczki i porwała ją na ręce. 

 - Mam nadzieję, że nie przeszkadzała? 
 -  Ależ  skąd,  proszę  pani!  -  zaprotestowała  kucharka.  -  To  złote 

dziecko. 

 -  Tak,  to  prawdziwy  skarb  -  potwierdziła  Marabel,  stając  w 

drzwiach. - Dałyśmy jej soczku, potem pospała, a kiedy się obudziła, 
w ogóle nie płakała. Proszę pana, pani Catherine pije herbatę z panem 
Jonathanem. Czy państwo dołączą do nich? 

 -  Nie,  Marabel.  Zaraz  wychodzimy  na  plażę,  tylko  Lindsay 

nakarmi Ellie. Zjemy szybko coś w kuchni - odparł Luke, rozsiadając 
się za stołem. 

Spojrzenia,  jakie  wymieniły  między  sobą  gospodyni  z  kucharką, 

świadczyły  jednoznacznie,  że  taka  sytuacja  w  tym  domu  to  nowość. 
Lindsay pobiegła z Ellie na górę. Mała zjadła bardzo szybko. Lindsay 
zabrała  trochę  rzeczy  dla  córeczki,  odszukała  w  szufladzie  kostium 
kąpielowy i szybko zbiegła na dół. Dziecko powędrowało z powrotem 
do  fotelika,  a  Lindsay  zajęła  miejsce  obok  Luke'a  i  zabrała  się  do 
jedzenia sałatki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Do  domu  wracali  po  czterech  godzinach.  Lindsay  rozsiadła  się 

wygodnie na przednim siedzeniu, oparła głowę i zamknęła oczy. Była 
wykończona.  Wiatrem,  słońcem,  wodą, nie  mówiąc  już  o  tym,  że  po 
tej szalonej nocy spała zaledwie parę godzin. 

 -  Zmęczona?  -  spytał  czule  Luke,  zajmując  miejsce  za 

kierownicą. 

 - A ty nie? 
 -  Ja  nie.  Ale  pomyślałem,  że  jednak  Ellie  musiała  trochę  cię 

zmęczyć. 

 - Za krótko spała, chociaż nie ma co się dziwić. Po raz pierwszy 

w życiu była na plaży. 

 - Następnym razem weźmiemy ze sobą opiekunkę. 
 -  O  ile  będzie  następny  raz  -  wymamrotała  Lindsay,  prawie 

zasypiając. 

 -  Naturalnie,  że  będzie  -  oznajmił  z  entuzjazmem  Luke.  -  A 

opiekunka  się  przyda,  wtedy  moja  żona  będzie  mogła  zająć  się  tylko 
mną. 

Senność Lindsay zniknęła bez śladu. Czyżby Luke był zazdrosny 

o Ellie? 

 - Jesteś zły, że musiałam zajmować się dzieckiem? 
 -  Ależ,  Lindsay,  jak  możesz  tak  mówić!  Po  prostu  chciałbym 

popływać razem z tobą. Nic się nie stanie, jeśli następnym razem tak 
to zorganizujemy, abyśmy mogli pobyć trochę ze sobą, tylko ty i ja. 

 -  No,  nie.  Ale  teraz  też  było  miło,  prawda?  Kiedy  chodziliśmy 

sobie razem, i ty ją nosiłeś... 

 - Naturalnie. Bardzo lubię nosić małą panienkę - przyznał Luke. - 

A w ogóle to był chyba dobry pomysł, prawda? 

 -  Naturalnie,  Luke,  ja  też  jestem  bardzo  zadowolona.  Lindsay 

czuła  ciepło  rozlewające  się  wokół  serca.  Godziny  na  plaży  były 
cudowne. 

Mała 

Ellie 

patrzyła 

na 

wszystko 

wielkim 

zainteresowaniem,  a  kiedy  Luke  szedł  do  wody,  Lindsay 
przypomniała  sobie,  jak  wiele  lat  temu  odprowadzała  wzrokiem 
wysokiego szczupłego chłopaka, który z dzikim okrzykiem rzucał się 
w  fale.  Jak  strasznie  jej  się  podobał  i  jak  bardzo  to  dziecinne 
zauroczenie  różni  się  od  uczuć  dojrzałej  kobiety.  Zasypiając, 
pomyślała jeszcze, że nie ma nic przeciwko opiekunce, bo strasznie by 
chciała rzucić się w te fale... razem z Lukiem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Obudził ją, kiedy podjeżdżali już pod dom. Ellie, umoszczona na 

tylnym siedzeniu, spała dalej. 

 -  Nie  będziemy  jej  budzić  -  powiedział  cicho  Luke,  biorąc 

dziecko delikatnie na ręce. - Zaniosę ją na górę, a ty weź rzeczy małej. 

Lindsay  przerzuciła  torbę  przez  ramię  i  poszła  za  Lukiem,  który 

otworzył  drzwi  i  czekał,  żeby  weszła  pierwsza.  Uśmiechnęła  się  do 
męża,  przeszła  przez  próg  i  stanęła  jak  wryta.  Z  salonu  wychodziły 
właśnie  dwie  damy.  Świeże  i  pachnące,  całkowite  przeciwieństwo 
młodszej  pani  Winters  w  pomiętej  sukience  i  z  potarganymi  przez 
wiatr  włosami.  Lindsay  miała  nieprzepartą  ochotę  odwrócić  się  na 
pięcie  i  czmychnąć  z  powrotem  przez  frontowe  drzwi,  ale  niestety 
tarasował je Luke ze śpiącym niemowlęciem na ręku. 

 -  Już  jesteście!  -  powitała  ich  Catherine.  -  Jeannette  właśnie 

wychodzi. Jak to miło, że Luke jeszcze zdążył ją zobaczyć. 

 - Witaj, Jeannette - powiedział obojętnym tonem Luke. 
 -  O,  dzidziuś!  -  zdziwiła  się  panna  Sullivan.  -  Jakoś  mi  to  do 

ciebie nie pasuje... 

 -  Wezmę  Ellie  na  górę  -  powiedziała  Lindsay  i  stanowczym 

ruchem  wyjęła  niemowlę  z  ramion  Luke'a.  Idąc  na  górę,  słyszała 
szczebiotanie Catherine. 

 - Zostań jeszcze chwilę, Jeannette, choć na jednego drinka. Luke, 

przyłączysz się do nas? 

 - Czemu nie? 
 - Czemu nie, czemu nie - mamrotała  Lindsay, idąc z Ellie przez 

hol.  -  Och,  moja  słodka,  pachnąca  Jeannette,  jakżebym  chciał  być  z 
tobą, a nie z tą rozczochraną kobieciną z dzieckiem, którą poślubiłem 
przez przypadek! 

Była  wściekła. A na plaży było tak cudownie... Czy ten babsztyl 

nie mógł wyjść pięć minut wcześniej? 

Ostrożnie  położyła  Ellie  do  łóżeczka  i  wilgotną  myjką  przetarła 

buzię  i  rączki.  Dziecko,  zmęczone  wyprawą  ani  drgnęło.  Lindsay 
wzięła z komody „nianię" i poszła do sypialni, aby z powrotem nadać 
sobie  cywilizowany  wygląd.  Wzięła  gorący  prysznic,  umyła  i 
wysuszyła głowę i bardzo starannie wybrała sukienkę do kolacji. Czas 
mijał,  a  Luke  się  nie  zjawiał.  Lindsay,  czując  coraz  większe 
zdenerwowanie,  krążyła  po  pokoju,  usiłując  jakoś  to  sobie 
przetłumaczyć. Szczerze mówiąc, powinno być jej wszystko jedno, co 
robi Luke. Nich sobie pije z nimi drinki, chociażby do rana. Czyżby? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Lindsay  westchnęła.  Oczywiście,  że  wcale  tego  nie  chce.  Ale  to  się 
już stało i Lindsay wie, że jest mu obojętna. Zaproponował jej romans, 
a  to  rzecz  przyjemna  dla  obu  stron,  ale  chyba  na  tym  wyczerpał  już 
limit swoich nieprawdopodobnych propozycji. Przecież nie mówił nic 
o przyszłości, że chciałby, aby to małżeństwo trwało. Nie. O tym pan 
Winters w ogóle nie wspomniał. Tak więc Lindsay nie ma prawa mieć 
do niego jakichkolwiek pretensji. Kiedy wchodziła w tę grę, dokładnie 
zapoznała  się  z  jej  zasadami.  W  uchylonych  drzwiach  ukazała  się 
głowa Marabel. 

 - Pan Jonathan prosi, aby pani przyszła na chwilę do jego pokoju. 
A  więc  jeszcze  tego  brakowało.  Każda  minuta  spędzona  u 

Balcomba była dla niej męką. Z jednej strony odczuwała współczucie 
dla  umierającego  starego  człowieka,  ale  z  drugiej  strony  miała  do 
niego nieustający żal o śmierć Willa. 

 - Ile jeszcze czasu do kolacji? 
 - Około godziny. Matka pana Luke'a zadysponowała, żeby podać 

później. Ta panna Sullivan dalej tam siedzi, jeszcze trochę i zaproszą 
ją na kolację. 

Z tonu Marabel nietrudno było wywnioskować, że panna Sullivan 

nie  cieszy  się  jej  sympatią.  A  może  Jeannette  specjalnie  siedzi  tak 
długo, żeby zostać na kolacji? 

 - Dobrze, Marabel, już idę. 
Wzięła  „nianię"  i  wolnym  krokiem  poszła  do  pokoju  Balcomba. 

Kiedy stanęła w drzwiach, stary człowiek zawołał słabym głosem: 

 - Wejdź, wejdź! 
Pielęgniarka  natychmiast  oznajmiła,  że  pójdzie  przejść  się  po 

ogrodzie. 

 -  Usiądź  koło  mnie  -  zapraszał  Jonathan.  -  Żebym  nie  musiał 

wyciągać szyi, aby na ciebie popatrzeć. 

Lindsay  przysunęła  sobie  krzesło.  Jonathan  spojrzał  na  nią 

bacznie i uśmiechnął się. 

 - Opaliłaś się trochę. 
Pomyślała  o  Jacku,  który  zawsze  wszystko  zauważył.  Może  z 

czasem uda jej się choć trochę polubić tego starego despotę? 

 - Tak. Byliśmy dziś na plaży. Na Manly Beach. 
 -  Pływaliście  żaglówką?  -  spytał  Jonathan  niespodziewanie 

ostrym głosem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Nie,  skądże.  Byliśmy  z  małą.  Siedzieliśmy  pod  parasolem, 

chodziliśmy po brzegu. Luke trochę popływał. To wszystko. 

 - Aha - mruknął Jonathan, jakby z ulgą. 
 -  Lubi  pan  żeglarstwo?  -  spytała  uprzejmie  Lindsay.  Może 

Jonathan  był  zapalonym  żeglarzem?  Ona  sama,  choć  nigdy  nie 
pływała na żaglówce, uważała, że to piękny sport. 

 -  Nie  -  burknął  Jonathan.  -  Nigdy  nie  chciałem  mieć  z  tym  do 

czynienia. 

 - Aha. 
 - Czy Luke opowiadał ci o swoim ojcu? 
 - Trochę - przyznała Lindsay. 
 -  Luke  miał  ogromną  ochotę  na  żeglowanie,  musiałem  go 

przystopować. 

 - Dlaczego? 
 - A jak myślisz? Właśnie z powodu jego ojca. 
 -  Ja  nic  nie  wiem.  Luke  powiedział  mi  tylko,  że  jego  ojciec 

odszedł, zanim on się urodził. 

 -  Odszedł!  Też  coś!  -  obruszył  się  Jonathan.  -  Został  spłacony! 

Przecież  on  ożenił  się  z  Catherine  tylko  dla  moich  pieniędzy. 
Powiedziałem  mu,  że  dostanie  swoją  dolę,  jeśli  się  zmyje.  No  i 
poszedł. 

 - To niedobrze - powiedziała cicho Lindsay. 
 - Co powiedziałaś? 
 -  Że  to  niedobrze.  Luke'owi  na  pewno  zawsze  brakowało 

obecności ojca. 

Stary człowiek spojrzał gdzieś w bok. 
 - Powiedział ci o tym? 
 -  Nie  musiał  mówić,  przecież  to  oczywiste.  W  rezultacie  Luke 

nigdy  nie  miał  ojca,  tylko  matkę,  która  wcale  nie  cieszyła  się 
dzieckiem, oraz dziadka, który uważa, że może nim rządzić jak chce. 
W sumie wygląda to dość nieciekawie. Myślę, że... 

 -  A  ja  myślę,  moja  panno,  że  nikt  cię  nie  pyta  o  zdanie!  Ostra 

jesteś! A może ty też... czekasz na swoją dolę? 

Lindsay uśmiechnęła się smutno. Przekonała się więc na własnej 

skórze, do czego zdolny jest ten cynik, który nawet na łożu śmierci nie 
rezygnuje ze swoich metod. A ona, naiwna, przez moment porównała 
go  z  Jackiem!  Czuła,  że  ogarnia  ją  złość.  O  nie,  panie  Balcomb,  nie 
wszystko załatwia się za pomocą dolarów. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A na ileż pan mnie wycenił? - spytała zjadliwie. - To może być 

nawet interesujące. 

 - Tak, bardzo interesujące - powiedział Luke, stając w drzwiach. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Lindsay  spojrzała  na  Luke'a,  przerażona,  że  mógł  opacznie 

zrozumieć jej słowa. 

 -  Nie  sądzę,  żeby  to  było  takie  ciekawe  -  powiedziała  szybko.  - 

Chyba powinieneś już się przebrać do kolacji, prawda? 

 -  Tak,  już  czas  -  zgodził  się  Luke,  nie  odrywając  oczu  od 

dziadka. A dziadek uśmiechnął się chytrze. 

 - Właściwie powinieneś o tym wiedzieć, Luke. Powiedziałem jej, 

że zapłacę, aby sobie stąd poszła. I wiesz, co? Ona pyta, ile jej dam! 

Lindsay  czuła,  że  cała  krew  spływa  jej  do  nóg.  Boże,  co  ona 

narobiła?  Co  jej  strzeliło  do  głowy,  żeby  wdawać  się  w  jakąkolwiek 
rozmowę z tym okropnym, złośliwym i niedobrym człowiekiem? 

 -  Jeannette  byłaby  dla  ciebie  lepszą  żoną  -  dokończył  z  pogardą 

Jonathan. - O wiele lepszą niż ta kelnerka! 

Lindsay poczuła, że krew w jej żyłach znów zaczyna krążyć i to z 

niezłą prędkością. 

 - A co jest złego w tym, że obsługuje się innych ludzi? No, co?! - 

krzyknęła,  zrywając  się  z  krzesła.  -  Musiałam  zarabiać  na  chleb  i  to 
przez pana, ty niedobry człowieku, bez serca... 

Przerwała, czując nagle w ramieniu okropny ból. 
 - Wystarczy! - syknął Luke, ściskając jej ramię z całej siły. - Czy 

to prawda, co powiedział Jonathan? 

 -  Oszalałeś?  Puść  mnie  natychmiast!  Dobrze  wiesz,  że  nie 

wzięłabym  ani  centa!  Chciałam  się  tylko  dowiedzieć,  jaką  stawkę 
wyznaczył  twój  szanowny  dziadek!  Ile  dla  niego  warte  jest  twoje 
małżeństwo!  -  krzyczała  rozwścieczona  Lindsay,  szarpiąc  się  na 
wszystkie  strony.  -  Ale  dla  ciebie  to  wszystko  jedno,  prawda? 
Przyzwyczaiłeś  się,  że  on  robi  z  wami,  co  chce!  I  że  chce  niszczyć 
twoje życie, tak samo jak zniszczył życie swojej córki! 

 -  Nieprawda  -  wychrypiał  Jonathan,  próbując  podnieść  się  na 

łóżku. - Wcale nie zniszczyłem życia Catherine. 

 - Nie?  Gdyby pan nie wtrącał się, nie  wymachiwał tymi swoimi 

dolarami,  kto  wie,  może  małżeństwo  Catherine  wcale  by  się  nie 
rozpadło  i  pana  córka  nie  byłaby  teraz  zgryźliwą,  wiecznie 
niezadowoloną  damulką!  Trzeba  było  zostawić  ich  w  spokoju!  Kto 
panu  dał  prawo  odbierać  Catherine  męża,  a  Luke'owi  ojca?  Ten 
człowiek prawdopodobnie w ogóle nie wie, że ma syna! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Lindsay,  proszę!  -  Głos  Luke'a  był  prawie  błagalny,  ale 

zacietrzewiona  Lindsay  nie  zwracała  uwagi  ani  na  jego  głos,  ani  na 
rękę, która niemal miażdżyła jej kości. 

 -  Nigdy  w  życiu  nie  widziałam  takiego  despoty,  który  swoich 

najbliższych traktuje jak marionetki! 

 -  Nie  zniszczyłem  życia  Catherine  -  powtórzył  Jonathan.  -  Ona 

sama  wybrała  sobie  tego  drania.  Ja  chciałem  go  tylko  wypróbować. 
Zaproponowałem pieniądze, a on, skurczybyk, wziął. A ja wcale tego 
nie chciałem. Miałem nadzieję, że rzuci mi tę forsę  w twarz i powie, 
żebym  się  wypchał,  rozumiesz?  Czekałem,  że  powie  mi,  że  moja 
córka jest dla niego najważniejsza! Tak było, panienko! I chyba lepiej 
dla  Catherine,  że  zdemaskowałem  go  na  samym  początku  ich 
małżeństwa, skoro okazało się, że był to zwykły chłystek. I dla Luke'a 
też będzie lepiej, jeśli już teraz weźmiesz parę groszy i wyniesiesz się 
stąd! 

 - O tym, kto ma się stąd wynieść, decyduje Luke, proszę pana! 
 -  A  o  czym  on  może  teraz  decydować?  Przecież  złapałaś  go  na 

dziecko! 

 - Na dziecko? Z moim dzieckiem nie będzie żadnego problemu, 

proszę pana! Jeśli odejdę, to zapewniam pana, że razem z moją córką! 

 - O nie! - Jonathan znów bezskutecznie usiłował usiąść na łóżku. 

- Dziecko zostaje. 

 - Co?! - krzyknęła Lindsay, nie wierząc własnym uszom. - Moje 

dziecko?  No,  to  może  w  końcu  powinien  się  pan  dowiedzieć,  że 
Ellie... 

Nie dokończyła. Poczuła, że unosi się w górę i w sekundę petem 

była  już  w  holu.  Stała  teraz  pod  ścianą,  Luke  przed  nią,  z  oczyma 
pociemniałymi od gniewu. 

 - Co ty, do cholery, wyprawiasz? Jesteś tu po to, aby on zmarł w 

spokoju,  a  ty  doprowadzasz  go  do  białej  gorączki!  Przecież  tego  nie 
da się odkręcić! 

 -  To  nie  odkręcaj!  -  krzyknęła.  -  Jakim  prawem  on  tak  mnie 

traktuje?  Najpierw  chce  mnie  przekupić,  a  potem  odebrać  dziecko. 
Dziecko Willa! Moją Ellie! I ty jeszcze go bronisz? 

 - Bo to mój dziadek, rozumiesz? A cała moja rodzina składa się z 

dwóch osób. 

 - A o to możesz mieć pretensję właśnie do szanownego dziadka. 

Gdyby nie on, miałbyś pół tuzina sióstr i braci, a dodatkowo dziadków 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

i  wielu  innych  krewnych  ze  strony  ojca.  I  spokojnie  mógłbyś  ożenić 
się  z  kobietą,  którą  byś  sobie  wybrał,  a  nie  miotać  się  i  wchodzić  w 
jakieś wariackie układy z kelnerką! I teraz jestem pewna, że najlepszy 
sposób,  aby  dać  twojemu  dziadkowi  trochę  radości,  to  pozwolić  mu 
skrzywdzić jeszcze parę osób! Ja mam malutkie dziecko, Luke, i mam 
tego wszystkiego dość. Nie zostanę tu ani minuty dłużej! 

Lindsay szarpnęła się i zanim Luke zdążył ją przytrzymać, biegła 

już  przez  hol.  Jak  burza  wpadła  do  pokoju  Ellie  i  zatrzasnęła  drzwi. 
Spojrzała na łóżeczko. Mimo krzyków i hałasów dziecko spało. Mała 
istotka pod różowym kocykiem. Ellie, jej Ellie! A ten wstrętny staruch 
zamarzył sobie, że przekupi matkę i zatrzyma dziecko. Tak, to jasne. 
Przed chwilą rozmawiała z potworem. Jak Luke może kochać takiego 
człowieka?  Jej  też  krajało  się  serce,  kiedy  patrzyła  na  tę  wychudłą 
postać. Porównała go nawet z Jackiem i przez chwilę zastanawiała się, 
czy  z  czasem  nie  polubi  tego  apodyktycznego  staruszka.  Żeby  tylko 
apodyktycznego! Przecież to potwór, prawdziwy potwór! Ale ona nie 
pozwoli się zniszczyć. 

Wolnym  krokiem  podeszła  do  fotela.  Usiadła  wygodnie, 

zamknęła oczy i zaczęła się kołysać. Do przodu i do tyłu, do przodu i 
do  tyłu.  Czuła,  że  powoli  odzyskuje  spokój.  I  dobrze,  bo  trzeba 
przemyśleć,  co  dalej.  W  każdym  razie  koniec  z  tym  cyrkiem  i 
udawaniem szczęśliwej małżonki. 

Nie  słyszała,  kiedy  Luke  wsunął  się  do  pokoju.  Nagle  fotel 

przestał  się  kołysać.  Otworzyła  oczy  i  zobaczyła  tuż  przed  sobą  jego 
twarz. Stał pochylony, z rękoma opartymi o poręcze fotela. 

 - Nie odejdziesz. 
 - Odejdę. Jak tylko Ellie się obudzi. 
 - Nie. Zawarliśmy umowę, która obowiązuje obie strony. 
 -  A  ja  od  tej  umowy  odstępuję.  Nieodwołalnie.  A  może  wolisz, 

żebym  przyjęła  propozycję  twojego  hojnego  dziadka?  Tak  jak  każe 
rodzinna tradycja? 

 - Nie, Lindsay. Rozmawiałem z nim. To się nigdy nie powtórzy. 

A ty zostajesz. 

Usłyszeli,  jak  Ellie  zakwiliła  przez  sen  i  poruszyła  się 

niespokojnie. 

 - Chodźmy stąd, Lindsay, bo obudzimy dziecko. 
 -  Nie  szkodzi.  I  tak  powinnam  już  ją  karmić.  Przecież  niedługo 

siódma i pora na tę waszą wytworną kolację. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Wytworną  kolację  Marabel  poda  wtedy,  kiedy  ją  się  poprosi. 

Nawet nad ranem. A dziecko niech sobie jeszcze pośpi. 

Lindsay  z  wielką  niechęcią  zaczęła  podnosić  się  z  fotela.  Kiedy 

stanęła już na nogach, Luke złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Szła 
za nim, ale tylko dlatego, że ją ciągnął. 

 -  Zupełnie  nie  rozumiem,  jak  możesz  być  do  niego  tak 

przywiązany - mruczała cicho pod nosem, wyrzucając z siebie resztki 
złości. - To nie jest dobry człowiek. A gdybym rzeczywiście wzięła od 
niego tę łapówkę? 

Luke nie odzywał się, dopóki nie weszli do sypialni i dopóki nie 

zamknął za sobą starannie drzwi. Dopiero wtedy puścił dłoń Lindsay i 
spokojnie zaczął ściągać T - shirt. 

 -  Lindsay,  wierzę  ci.  Znam  dziadka  nie  od  dziś,  ciebie  też  już 

zdążyłem trochę poznać - oświadczył stanowczym głosem. - Wiem, że 
chciałaś, aby wyłożył karty na stół. 

T  -  shirt  pofrunął  na  podłogę  i  Luke  zaczął  rozpinać  zamek  z 

dżinsów.  Lindsay  rozejrzała  się  za  krzesłem.  Przysiadła  na  brzeżku  i 
popatrzyła  na  brązową,  gładką  skórę  mężczyzny.  Pokochała  go.  I  po 
co?  To  uczucie  w  obecnej  sytuacji  tylko  tę  sytuację  pogarsza. 
Zamknęła  oczy.  Nagle  jej  policzka  dotknęło  coś  ciepłego  i 
pachnącego znajomą wodą. Policzek Luke'a. 

 - Nie martw się, on już nigdy nie zrobi ci takiej przykrości. Teraz 

poczuła na wargach delikatny pocałunek. 

 - Umyję się piorunem. Poczekasz na mnie? 
Skinęła  głową  i  otworzyła  oczy.  Patrząc,  jak  znika  w  łazience, 

pomyślała,  co  by  to  było,  gdyby  zrzuciła  sukienkę  i  pobiegła  za  nim 
pod  prysznic?  No  cóż,  w  tym  stanie  ducha  coraz  głupsze  myśli 
przychodzą jej do głowy. Wstała z krzesła i zaczęła zbierać z podłogi 
ubranie  Luke'a.  Czy  wszyscy  mężczyźni  lubią,  żeby  ich  kobiety 
sprzątały  po  nich?  Chyba  tak.  Will  w  każdym  razie  nie  miał  nic 
przeciwko  temu.  Ale  nie  powinna  porównywać  byłego  męża  z  tym 
dziwnym mężem na czas określony umową. Tym bardziej że Will nie 
miał żadnych szans. Jak mógł konkurować z bogatym, pewnym siebie 
biznesmenem?  Chociaż  na  pewno  pod  jednym  względem  go 
przewyższał.  Will  kochał  Lindsay,  a  Luke  nie.  On  tylko  podpisuje  z 
nią  umowy,  mówi  o  zobowiązaniach  i  ustala  nowe  zadania.  Ich 
romans to tylko miły dodatek do transakcji. A z Willem wszystko było 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

takie  proste  i  radosne.  Nie  było  żadnych  umów,  kąsających 
teściowych ani despotycznych dziadków. 

Atmosfera  podczas  kolacji,  jak  zwykle,  naładowana  była 

elektrycznością.  Lindsay  demonstracyjnie  nie  odzywała  się  ani 
słowem,  zastanawiając  się,  czy  takie  męczenie  się  przy  jednym  stole 
ma  w  ogóle  sens.  Catherine  trajkotała  bez  przerwy,  rozpływając  się 
nad  Jeannette,  która  jest  zachwycona  pobytem  w  Stanach,  ale  też  i 
bardzo  szczęśliwa,  że  wróciła  do  domu.  Jeannette  bardzo  tęskniła  za 
wszystkimi  i  ogromnie  żałuje,  że  połakomiła  się  wtedy  na  te  udziały 
dziadka.  Luke,  wcale  nie  zainteresowany  przeżyciami  Jeannette, 
odpowiadał  chłodno  „tak"  albo  „nie",  a  Lindsay  znów  zastanawiała 
się,  czy  ta  kobieta  robi  to  specjalnie,  czy  udając  wielką  damę,  jest 
całkowicie pozbawiona taktu. 

Nie,  jest  na  to  zbyt  sprytna.  Robi  to  specjalnie,  aby  Lindsay  w 

domu Luke'a czuła się jak najgorzej. 

Tuż  przed  deserem  w  „niani"  dały  się  słyszeć  znajome  odgłosy, 

niezawodnie zapowiadające, że Ellie za chwilę uderzy w głośny płacz. 

 - Proszę wybaczyć - bąknęła Lindsay, zrywając się od stołu. 
 -  Po  co  ten  pośpiech  -  odezwała  się  niemiło  Catherine.  -  Niech 

Marabel zajmie się dzieckiem. Nie warto przerywać sobie kolacji. 

Lindsay,  już  w  drzwiach,  odwróciła  się.  Nauki  Catherine  nie 

poszły  na  marne.  Szare  oczy  były  lodowate,  równie  lodowaty 
uprzejmy głos. 

 -  Moje dziecko, proszę  pani, może  mi  zawsze  przerwać  kolację, 

także śniadanie i obiad. Uwielbiam opiekować się moją córeczką, bo 
ją  kocham  i  chcę,  żeby  kiedyś  mogła  wspominać  szczęśliwe 
dzieciństwo. A więc państwo łaskawie wybaczą! 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  jak  strzała  pomknęła  na  górę.  Przez 

blisko dwie godziny nie  wychodziła z pokoju dziecka. Po karmieniu, 
tuląc  do  siebie  córeczkę,  siedziała  dalej  w  fotelu,  nucąc  dziecku 
kołysanki  i  szepcząc  różne  czułości.  Kiedy  powieki  małej  zaczęły 
opadać,  Lindsay  ucichła  i  zatopiła  się  w  marzeniach.  Myślała  o 
przyszłości.  Będą  sobie  żyły  tylko  we  dwie.  Tak,  tylko  we  dwie. 
Lindsay już dwa razy oddała swoje serce i nie zamierza robić tego po 
raz  trzeci.  Miała  już  tyle  wspomnień.  Will,  z  którym  uczyła  się 
kochania.  Will  to  pierwsze  pocałunki,  plaża,  śmiech  i  latawce.  A 
Luke?  Jak  to  z  nim  jest?  Czasami  jest  tak  pięknie,  ale  najczęściej 
trudno i gorzko. I takie będą o nim wspomnienia. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ellie  spała  już  głębokim  snem,  ale  Lindsay  nie  kładła  jej  do 

łóżeczka.  Siedziała  dalej  w  fotelu,  patrząc  w  ciemne  okno  i  myślała, 
ile  to  błędów  popełniła  w  ciągu  ostatnich  miesięcy.  A  najgorszym, 
niewybaczalnym  jest  ten,  że  zakochała  się  w  Luke'u.  Był  piękny  i 
władczy,  mądry  i  opiekuńczy.  A  jednocześnie  nie  mieli  ze  sobą  nic 
wspólnego. Każde z nich należało do innego świata. Spotkali się przez 
przypadek  i  nawet  ich  gorący  romans  wkrótce  się  skończy.  Ich 
romans. Lindsay poczuła, że jej ciało zaczyna wysyłać niebezpieczne 
sygnały. 

W otwartych drzwiach zamajaczyła wysoka postać. 
 - Lindsay? 
 - Słucham? - szepnęła. 
 - Ellie śpi? 
 - Tak. 
 - Połóż ją i chodź. 
Lindsay,  z  głową  jeszcze  pełną  marzeń,  ułożyła  córeczkę  w 

łóżeczku, włączyła nadajnik i chwyciwszy „nianię", poszła z Lukiem. 
Na  chwilę  oślepiło  ją  ostre  światło  w  holu,  ale  potem  znów  otulił 
półmrok  sypialni.  Usłyszała  cichy  odgłos  zamykanych  drzwi,  Luke 
objął ją, po czym gorące, łapczywe usta poszukały jej warg. A potem, 
kiedy zmęczeni miłością, leżeli obok siebie w ciemnościach, usłyszała 
jego dźwięczny, bardzo przytomny głos: 

 - Lindsay? Obiecaj, że zostaniesz. Rozumiem, że jesteś wściekła 

na  Jonathana,  ale  ucieczka  niczego  nie  zmieni.  Proszę,  Lindsay. 
Wszystkim  nam  jest  teraz  bardzo  ciężko,  więc  niech  przynajmniej 
mam  pewność,  że  żaden  szalony  pomysł  nie  przyjdzie  ci  do  głowy. 
Zgoda? 

 - To powiedz jeszcze raz, że mi wierzysz. Zależy mi na tym. 
 -  Wierzę  ci.  Przecież  zawarłem  z  tobą  niejedną  umowę  i  wiem, 

że nie jesteś interesowna. A więc obiecujesz? 

 - Obiecuję. 
 - Niezależnie od tego, jak to będzie? 
 -  Niezależnie  od  tego  -  powtórzyła  jak  echo  Lindsay  i  uniosła 

głowę. - A jak to ma być, Luke? 

 - Nie wiem, ale wolę zastrzec. 
 - Brzmi to bardzo urzędowo - zaśmiała się  Lindsay, układając z 

powrotem głowę na jego ramieniu. 

 - Skrzywienie zawodowe. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Aha. 
Czując pod głową wspaniałe mięśnie, zastanawiała się, skąd Luke 

ma  taką  kondycję,  skoro  cały  dzień  przesiaduje  w  firmie.  Wygląda 
tak, jakby trenował sport albo pracował fizycznie, a nie głową. 

 - Luke, śpisz? 
 - Jeszcze nie. 
 - Może popływalibyśmy kiedyś żaglówką? 
 - A dlaczego właśnie żaglówką? 
 -  Bo  to  taki  piękny  sport.  Jonathan  mówił,  że  kiedyś  chciałeś 

żeglować, ale ci nie pozwolił. Czy twój ojciec był żeglarzem? 

 -  Nie,  tylko  projektował  i  budował  żaglówki.  Ale  na  pewno  też 

trochę pływał. 

 - A ty? 
 -  Tylko  raz.  Kiedyś  pewien  klub biznesmenów  zaprosił  mnie na 

swoją  łódź.  Pływaliśmy  kilka  godzin.  Nie  powiem,  żeby  mi  się  nie 
podobało. 

 -  Tylko  tyle?  A  nie  miałeś  poczucia  takiej  radości,  wręcz 

uniesienia,  kiedy  łódź  mknie  po  wodzie,  żagle  łopocą,  a  tobie  wiatr 
smaga twarz? Przynajmniej ja tak to sobie wyobrażam. 

 - Może i masz  rację. Słońce prażyło wtedy niemiłosiernie, a my 

musieliśmy  manewrować  łodzią,  żeby  dopłynąć  do  wyznaczonego 
miejsca. W pewnym momencie o burtę uderzyła potężna fala i wtedy, 
na  tle  rozbryzgującej  się  wody,  zobaczyłem  tęczę.  Tęczę,  która 
poruszała  się  razem  z  wodą.  To  było  piękne.  A  poza  tym  ta  wałka  z 
żywiołem! 

 -  Męska  sprawa  -  mruknęła  Lindsay,  zachwycona,  że  Luke  tak 

łatwo  połknął  haczyk.  -  Ty  w  ogóle  kojarzysz  mi  się  z  jakimś 
piratem...  Nie  śmiej  się.  Jesteś  też  taki  wielki,  ciemny  i  groźny,  no  i 
ten charakter. Bo pirat to taki facet, który nie wyobraża sobie życia na 
lądzie,  ale  wrodzona  próżność  nie  pozwala  mu  wybrać  jakiegoś 
spokojniejszego zawodu, na przykład rybaka. 

 - Próżność? Wrodzona? Ach ty, rybaczko! 
Luke  w  jednej  chwili  przekręcił  się  na  brzuch,  przykrywając 

Lindsay swoim ciałem. 

 - Nie jestem próżny. 
 -  No,  już  dobrze,  dobrze,  nie  jesteś.  -  Lindsay  delikatnie 

pogłaskała groźne, pirackie oblicze. - Ale lubisz rządzić? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Ja?! - zdumiał się  Luke. - Ja tylko słucham poleceń. Teraz, na 

przykład, mam kupić żaglówkę. 

 -  Tylko  po  to.  żebyś  miał  trochę  radości  i  rozrywki.  Takiej 

męskiej! 

Nagle  Lindsay  wyczuła,  że  Luke'a  z  wolna  opuszcza  żartobliwy 

nastrój. 

 - Sam nie wiem, Lindsay. Moje życie wcale nie jest takie złe, nie 

wiem, czy koniecznie trzeba coś tu zmieniać. 

Wyglądało na to, że Jonathan z wiadomych powodów skutecznie 

zaszczepił Luke'owi niechęć, a przynajmniej obojętność wobec sportu, 
który, zdaniem Lindsay, absolutnie na to nie zasługiwał. 

 - Czyli tylko i wyłącznie firma, a pod wieczór wizyta u chorego 

dziadka? 

 - Trudno, żebym go nie odwiedzał. 
 - Tego mi nie musisz tłumaczyć. Ale ty,  Luke, masz przed sobą 

długie  życie.  Nie  gniewaj  się,  ale  co  będziesz  robił,  kiedy  będziesz 
miał już tylko firmę? 

 - Może będę spędzał więcej czasu z rodziną? 
Jasne. Kiedy odprawi tymczasową żonę, ożeni się z tą zielonooką 

pięknością i będzie z nią latał z przyjęcia na przyjęcie. 

 - To co, śpimy? - spytał Luke. 
 - Tak. 
Luke  ułożył  się  z  powrotem  na  plecach  i  sennym  głosem 

przekazał ostatnią informację. 

 -  Aha,  byłbym  zapomniał.  Jutro  Jeannette  przychodzi  do  nas  na 

kolację. 

Następnego dnia Lindsay. zaraz po porannym karmieniu, zabrała 

Ellie  do  ogrodu.  Pogoda  była  przepiękna  i  Lindsay  chciała,  aby 
dziecko  jak  najdłużej  przebywało  na  powietrzu.  Luke  pojechał  do 
firmy  załatwić  kilka pilnych  spraw,  ale  obiecał,  że  wróci  wcześniej  i 
dołączy  do  nich.  Lindsay  rozłożyła  gruby  kocyk  na  trawie  w 
zacienionym miejscu i ulokowała na nim rozbrykaną, gaworzącą Ellie. 
Sama  przysiadła  obok,  patrząc  z  zachwytem  na  przepiękne  róże  i 
długie  rabaty  stokrotek,  wysadzone  po  brzegach  purpurowymi 
petuniami.  Prawdziwe  królestwo  kwiatów,  które  przed  wiatrem 
chroniły  wysokie  eukaliptusy,  a  rozłożyste  drzewa  figowe  przed 
palącym słońcem. 

Ktoś nadchodził ścieżką. Lindsay była pewna, że to Luke. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Odwróciła  głowę,  żeby  z  daleka  powitać  go  uśmiechem,  ale 

uśmiech zamarł na jej ustach. Ścieżką sunęła Catherine. Ona też chyba 
nie  była  zachwycona.  Zawahała  się  na  moment,  jednak nie  miała  już 
odwrotu.  Podeszła  bliżej,  i  skinąwszy  głową  synowej,  przysiadła  na 
ławeczce.  Ciekawe,  czy  po  to,  aby  wygłosić  wykład  na  temat 
rozpieszczania dzieci? 

 - Pięknie dziś - zauważyła sztywno, patrząc, jak Lindsay wsuwa 

kwiatek między malusieńkie paluszki Ellie. - Myślisz, że ona już wie, 
że to kwiatek? - spytała ze zdziwieniem. 

 - Nie wiem - odparła z uśmiechem Lindsay. - Ale wydaje mi się, 

że dobrze, żeby widziała wokół siebie dużo pięknych kolorów. 

 - To chyba strata czasu. 
 - Dlaczego? Przecież to nie zaszkodzi. A pani lubi małe dzieci? 
 -  Nie  bardzo  wiem,  jak  się  nimi  zajmować  -  przyznała 

niespodziewanie  szczerze  Catherine.  -  Nigdy  nie  opiekowałam  się 
małym dzieckiem. 

 - Jak to? 
 -  Mój  ojciec  zawsze  był  zamożny,  mogłam  więc  zatrudnić 

pielęgniarkę,  potem  nianię  i  one  właściwie  robiły  przy  Luke'u 
wszystko  -  powiedziała  Catherine  dziwnie  zgaszonym  głosem, 
westchnęła,  po  czym  wyjęła  z  kieszeni  nożyce.  -  Przyszłam  ściąć 
trochę kwiatów na stół, na tę dzisiejszą kolację. 

Stała  jednak  dalej,  wpatrując  się  w  Ellie,  która  zawzięcie  kopała 

nóżką promień słońca, padający na kocyk. 

 -  Zupełnie  nie  pamiętam  Luke'a,  kiedy  był  taki  malutki. 

Pamiętam,  jak  był  już  chłopczykiem,  bardzo  żywym.  Mieszkaliśmy 
wtedy  u  mojego  ojca,  tam  też  jest  wielki  ogród.  Ojciec  kazał 
zbudować  dla  Luke'a  prawdziwy  fort  z  drewnianych  bali.  Lindsay, 
niezależnie od tego, co myślisz, ja kocham mojego syna. 

 - Ale pani mu tego w ogóle nie okazuje. 
 - Trudno, taka już jestem. 
 - Nie chodzi mi o to, żeby go głaskać po głowie czy coś  w tym 

rodzaju. Przecież to dorosły mężczyzna. Chodzi mi o to, że pani, jako 
matka, powinna go wspierać i stawać po jego stronie. 

 - Ja zawsze pomagam mojemu synowi. 
 -  A  dlaczego  musiał  ożenić  się  z  kelnerką?  Jonathana  można 

jeszcze  od  biedy  jakoś  zrozumieć,  ale  pani?  Dlaczego  pani  też  stara 
się narzucić mu... pewne rzeczy? Chociaż właściwie nie ma się czemu 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dziwić.  Kobieta,  która  nie  staje  po  strome  męża,  nie  będzie  też 
wspierać swojego syna. 

 - Bardzo śmiała opinia ze strony kogoś, kto nie zna całej sytuacji 

- powiedziała ostro Catherine. 

 -  Oczywiście,  że  nie  znam.  Wiem  tylko,  że  mnie  nie  można 

przekupić, abym odeszła od Luke'a - odcięła się Lindsay. 

 - To nie to samo, Lindsay. Thomas był młody i biedny, mieliśmy 

po  dwadzieścia  lat.  Wiedziałam,  że  z  nim  będę  przez  całe  życie 
biedna. Ty  wiesz, jak to jest, bo sama żyłaś  w niedostatku. Sądzę, że 
pieniądze zaważyły na twojej decyzji o małżeństwie z Lukiem. 

 -  Owszem,  pieniądze,  ale  nie  dla  mnie,  proszę  pani.  Byłam  w 

bardzo trudnej sytuacji i bałam się o  dziecko. Po prostu. A pani była 
rozczarowana,  że  dwudziestoletni  mężczyzna  nie  jest  tak  bogaty,  jak 
pani  ojciec,  co najmniej pięćdziesięcioletni,  który  zdążył  się  dorobić. 
Luke jest po trzydziestce, ma podobno więcej pieniędzy niż Jonathan, 
ale  Luke'owi  dziadek  pomógł  na  starcie.  Jonathan  mógł  to  samo 
zrobić  dla  swojego  zięcia.  Pomóc  na  starcie,  a  nie  poddawać  jakimś 
tam próbom. Kto wie, może wszystko potoczyłoby się inaczej? 

Lindsay  zauważyła,  że  na  twarzy  Catherine  pojawia  się  wyraz 

najwyższego zdumienia, postanowiła więc zakończyć swoje wywody. 

 - W każdym razie, to nie moja sprawa. Za parę tygodni zniknę z 

waszego  życia.  Teraz  chodzi  tylko  o  to,  aby  jakoś  tam  tolerować  się 
nawzajem. Potem nigdy już się nie zobaczymy. 

Odpowiedź tymczasowej teściowej była zadziwiająco szczera. 
 -  Mam  nadzieję,  że  tak  się  stanie  -  powiedziała  sucho.  Nie 

odchodziła jednak, tylko dalej patrzyła na Ellie. Twarz 

starszej  pani  złagodniała.  Kiedy  Ellie  chciała  włożyć  sobie  do 

buzi  stokrotkę,  Catherine  pochyliła  się  i  wyjęła  kwiatek  z  malutkiej 
piąstki. 

 -  Może  pani  chce  ją  wziąć  na  ręce?  -  spytała  trochę  nieśmiało 

Lindsay. 

 - Ja? 
Catherine przykucnęła przy kocu i ostrożnie podniosła niemowlę. 

Przytuliła je do siebie i usiadła na ławce. Lindsay patrzyła na kwiaty, 
ale  kątem  oka  widziała  doskonale,  jak  Catherine  z  rozczuleniem 
ogląda  malutkie  rączki,  głaszcze  włoski  nad  karczkiem  Ellie,  potem 
chodzi z małą po ścieżce i pokazuje jej kwiatki, motylki i słońce. Po 
kilkunastu minutach jakby zmarkotniała. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Muszę  już  iść,  mamy  dzisiaj  gościa  -  powiedziała  cicho, 

oddając dziecko. - Ubierz się odpowiednio, dobrze? 

 -  Aha,  bo  przychodzi  Jeannette?  -  spytała  sucho,  odwracając 

wzrok. 

Catherine  nie  może  zauważyć,  że  jej  entuzjastyczny  stosunek do 

byłej  narzeczonej  Luke'a  drażni  Lindsay.  Na  pewno  starałaby  się  to 
jakoś  wykorzystać.  I  pomyśleć,  że  jeszcze  przed  chwilą  teściowa  tak 
miło bawiła się z Ellie i Lindsay wydawało się, że może w końcu choć 
trochę ją polubi. 

 -  Proszę  pani!  -  zawołała  do  Catherine,  podchodzącej  już  do 

różanych krzewów. - Czy pani wie, że Luke kupuje żaglówkę? Jestem 
zachwycona! 

Nawet  z  tej  odległości  zauważyła,  jak  Catherine  pogardliwie 

wzrusza ramionami i dosłyszała ironiczny komentarz. 

 - Co za niedorzeczny pomysł! Jakby Luke nie miał nic innego do 

roboty. 

Kiedy  pół  godziny  później  w  ogrodzie  zjawił  się  Luke,  Lindsay 

nie  powiedziała  mu  o  rozmowie  z  Catherine.  Po  co  psuć  nastrój? 
Siedzieli sobie na trawie, koło kocyka Ellie. Luke zerwał źdźbło trawy 
i delikatnie łaskotał małą po policzkach. Dwa razy odniósł sukces, bo 
Ellie  uśmiechnęła  się  do  niego.  Było  cicho,  spokojnie,  siedzieli  we 
troje  i  Lindsay  nagle  poczuła  się  bardzo  szczęśliwa.  Bardzo 
nierozsądne  uczucie,  skoro  za  kilka  tygodni  wszystko  się  skończy. 
Walczyć  z  nim?  Nie,  nie  trzeba,  niech  te  chwile  naprawdę  będą 
piękne. 

Lindsay  jeszcze  raz  zajrzała  do  pokoju  dziecka,  aby  przekonać 

się,  że  Ellie  śpi  jak  suseł.  Dzwonek  u  drzwi  wejściowych  dzwonił 
jakiś  kwadrans  temu,  a  więc  Jeannette  przybyła  już  do  domu  Luke'a 
Wintersa.  Lindsay  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  razem  z 
innymi  domownikami  powinna czekać  na drogiego  gościa  w  salonie. 
Było  to  jednak  ponad  jej  siły.  No  tak,  ale  czas  płynie  nieubłaganie. 
Stanęła na szczycie schodów.  Trzeba zejść, bo inaczej przyślą po nią 
Marabel.  Boże,  dlaczego  w  tym  domu  nie  można  spokojnie  zjeść 
kolacji  w  swoim  pokoju?  Już  na  schodach  przykleiła  do  ust  jak 
najszerszy,  najbardziej  promienny  uśmiech.  Stając  na  progu  salonu, 
zauważyła,  że  panie,  owszem,  są  i  siedzą  na  kanapie,  ale  brakuje  im 
męskiego towarzystwa. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  O,  Lindsay!  -  powiedziała  Catherine,  bacznie  spoglądając  na 

sukienkę  synowej.  -  Jeannette,  zdaje  się,  że  miałyście  już  okazję  się 
poznać? 

 - O tak, na balu. Witaj, Lindsay! 
Niepewny uśmiech na twarzy Jeannette dodał Lindsay odwagi. A 

więc  zielonooka  piękność  też  w  tej  sytuacji  nie  czuje  się  najlepiej. 
Lindsay  powitała  ją  pełnym  głosem,  nie  zapominając  o  szerokim 
uśmiechu, po czym usiadła na jednym z krzesełek obitych brokatem i 
zapytała o swojego męża. 

 - Musiał koniecznie do kogoś zadzwonić - wyjaśniła Catherine. - 

Ale zaraz tu będzie. 

Faktycznie, w tej samej chwili na progu salonu ukazał się Luke. 
 -  Proszę  wybaczyć,  to  była  bardzo  pilna  sprawa  -  powiedział  z 

miłym  uśmiechem,  szukając  wzrokiem  spojrzenia  Lindsay.  - 
Kochanie, wyglądasz prześlicznie! 

Do gościa podszedł z miłym uśmiechem i wyciągniętą dłonią, ale 

Jeannette  z  wdziękiem  wspięła  się  na  paluszki  i  pocałowała  go  w 
policzek. 

 -  Bardzo  się  cieszę,  że  zaprosiliście mnie do  siebie  -  zagruchała 

niskim, pieszczotliwym głosem. 

Luke odsunął się o krok i wygłosił uprzejmą formułkę: 
 - Zawsze miło cię widzieć, Jeannette. Jesteś piękna, jak zawsze. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Dłonie  Lindsay  zacisnęły  się  w  pięści.  Była  wściekła.  Czy  z 

powodu  wizyty  Jeannette?  A  może  dlatego,  że  panna  Sullivan  jest 
piękna  jak  zawsze,  a  ona,  Lindsay,  wygląda  tylko  ślicznie? 
Wyprostowała palce. Po co się tak denerwować? Ten cyrk nie potrwa 
już długo. No, tak, ale kiedy się skończy, wszystko wskazuje na to, że 
panna  Sullivan  zostanie  nową  panią  Winters.  Żoną  Luke'a.  A  z  tym 
serce Lindsay nie chciało się pogodzić. Dlaczego nie może być tak jak 
dziś, w ogrodzie? Luke, Lindsay i Ellie, i to poczucie szczęścia. 

Niestety,  będzie  inaczej,  bo  choć  Lindsay  pokochała  Luke'a  nie 

dla  pieniędzy,  jest  dla  niego  tylko  partnerką  w  interesach.  Stroną  w 
umowie zawartej na czas określony. 

Kolacja  upływała  w  miłej  atmosferze.  Przede  wszystkim 

Catherine,  skoncentrowana  na  miłym  gościu,  zostawiła  synową  w 
spokoju.  Luke,  jak  zwykle,  siedział  na  poczesnym  miejscu,  matka  z 
lewej  strony,  a  miejsce  żony  po  prawicy  zajęła  Jeannette.  Lindsay 
usadzono  na  drugim  końcu  stołu,  skąd  mogła  przysłuchiwać  się 
wartkiej, dowcipnej rozmowie, do której nikt nie starał się jej włączyć. 
Omawiano najnowsze sensacje towarzyskie, wspominano wydarzenia 
z  przeszłości  i  ludzi,  których  Lindsay,  oczywiście,  nie  znała. 
Poprzestała  więc  na  delektowaniu  się  dziełami  sztuki  kulinarnej 
Rachel,  popatrywaniu  na  męża  i  czekaniu  z  utęsknieniem  na 
zakończenie tego koszmarnego wieczoru. 

 -  Bardzo  się  zmartwiłam,  kiedy  dowiedziałam  się  o  chorobie 

Jonathana - szczebiotała Jeannette. - To okropne! 

 - Tak, to wielki cios - powiedziała smutnym głosem Catherine. - 

Chwała Bogu, że ojciec nie musi być w szpitalu. Moje mieszkanie jest 
za  małe,  ale  na  szczęście  w  domu  Luke'a  można  było  stworzyć 
Jonathanowi komfortowe warunki. 

 -  Z  wielką  chęcią  odwiedziłabym  Jonathana,  o  ile  sprawi  mu  to 

przyjemność.  Wiem,  Luke,  że  jesteś  na  mnie  zły  z  powodu  tych 
udziałów, o których dyskutowałam z twoim dziadkiem, ale uwierz mi, 
ja  tylko  chciałam  pójść  staremu  człowiekowi  na  rękę.  I  jednocześnie 
pójść za głosem serca... 

Ostatniemu  zdaniu  towarzyszyło  spojrzenie  tak  powłóczyste,  że 

Lindsay siłą powstrzymała się, aby nie rzucić w zielonooką piękność 
przynajmniej łyżeczką. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Jonathan  bardzo  ucieszy  się  z  twojej  wizyty,  Jeannette  - 

powiedział  Luke.  -  Zapytamy  pielęgniarkę.  Jeśli  Jonathan  jest  w 
formie, wypijemy u niego kawę. 

 -  To  cudownie  -  piała  Jeannette, nie  odrywając  od  Luke'  a  oczu 

pełnych uwielbienia, a Lindsay czuła, że robi jej się niedobrze. Siedzi 
tu,  jak  kołek,  jak  piąte  koło  u  wozu,  a  przecież  ten  wspaniały 
mężczyzna na drugim końcu stołu ma romans właśnie z nią. Łączą ich 
wspólne  noce  i  pocałunki.  Jak  na  razie,  Luke  Winters  należy  do 
Lindsay i najwyższy czas przypomnieć o swojej obecności. 

 -  Luke,  kochanie,  może  opowiesz  Jeannette  o  naszych  planach 

żeglarskich? Że zamierzasz kupić łódź? 

 -  Głupota  -  natychmiast  obruszyła  się  Catherine,  rzucając 

synowej  gniewne  spojrzenie.  -  To  tylko  taki  niedorzeczny  pomysł 
Lindsay. 

 -  Mój  mąż  od  dawna  chciał  zająć  się  tym  sportem  -  opowiadała 

gładko  Lindsay,  nie  spuszczając  oczu  z  Luke'a.  -  Pracuje  bardzo 
ciężko, musi więc mieć jakąś odskocznię. Trzeba przecież oderwać się 
trochę od codziennego życia, prawda, kochanie? 

Czuła,  że  jej  serce  wali  jak  młot.  Ryzykowała.  Jeśli  Luke  jej nie 

poprze, wyjdzie na kompletną idiotkę. 

 -  Nie  wiedziałam,  Luke,  że  żeglarstwo  cię  pociąga  -  zaczęła 

Jeannette niepewnym głosem. - Bo ja, na przykład... 

 -  Wcale  go  nie  pociąga  -  przerwała  kategorycznym  głosem 

Catherine. - I nie musi kupować żadnej żaglówki. 

 -  Oczywiście,  że  nie  musi  -  stwierdziła  ze  spokojem  Lindsay.  - 

Jednak  każdy  czasami  chce  popatrzeć  sobie  na  tęczę,  rozpiętą  wśród 
fal,  prawda,  Luke?  Poza  tym  żeglarstwo  powinno  być  ci  bliskie, 
ponieważ twój ojciec był z tym związany. 

 - Ojciec Luke'a? - zdziwiła się Jeannette. - Nic o tym nie wiem. 
 -  Nic  dziwnego.  Żony  o  swoich  mężach  wiedzą  zwykle  więcej 

niż obce osoby. 

 - Wydaje mi się, że moglibyśmy porozmawiać o czymś innym - 

powiedziała szorstko Catherine. 

 - Oczywiście - przytaknęła Lindsay. - Po co o tym mówić, skoro 

nie  kupiliśmy  jeszcze  łodzi,  prawda,  kochanie?  Może  zajmiemy  się 
tym  podczas  następnego  weekendu?  Trzeba  starannie  wybrać  model, 
chyba nie chcesz, żeby dzieci wypadały nam za burtę? 

Nareszcie! W oczach Luke'a pojawiły się wesołe iskierki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Nie  strasz,  kochanie!  Oczywiście,  trzeba  będzie  wybrać  łódź 

nadającą się dla rodziny z gromadą urwisów. Będzie nam miło, mamo, 
jeśli  czasem  do  nas  dołączysz  i  udzielisz  cennych  wskazówek.  Masz 
przecież doświadczenie. 

 - Pływałaś, Catherine? - spytała ze zdumieniem Jeannette. 
 -  Och!  Kiedyś  tam,  wiele  lat  temu  i  w  ogóle  nie  chcę  o  tym 

wspominać. Moja noga nie postanie na żadnej żaglówce. 

 -  Ja  natomiast  z  wielką  chęcią  wybrałabym  się  z  wami  - 

oświadczyła Jeannette. - Przed wyjazdem do Stanów pływałam trochę 
po porcie. Mogłabym nawet przetestować waszą łódź. 

Lindsay  natychmiast  oczyma  wyobraźni  ujrzała  zielonooką 

piękność, lądująca w wodzie po kolizji z jednym z tych luksusowych 
jachtów, których pełno jest w sydnejskim porcie. 

 -  Bardzo  was  proszę,  nie  rozmawiajcie  o  tym  przy  Jonathanie  - 

poprosiła Catherine. - Dla ojca to temat drażliwy, a jego absolutnie nie 
wolno teraz denerwować. 

 -  Mamo,  przecież  to  oczywiste  -  obruszył  się  Luke.  -  Jonathan 

nie dowie się o mojej łodzi. 

Temat  został  wyczerpany  i  Lindsay  znów  wypadła  z  gry.  Nie 

przejmowała  się  tym.  Osiągnęła,  co  chciała.  Zaznaczyła  swoją 
obecność i zasygnalizowała wszem i wobec, że Luke Winters w chwili 
obecnej należy do niej. 

Marabel przyszła z wiadomością, że pan Balcomb czuje się nieźle 

i Luke polecił podać deser  w pokoju chorego.  Kiedy  wszyscy już się 
przywitali i porozsiadali na krzesłach, Luke zagadnął: 

 - No, i jak, dziadku? Zadowolony jesteś, że masz gościa? 
 -  Oczywiście!  Jestem  bardzo  zadowolony,  że  Jeannette  mnie 

odwiedziła,  choć  jednocześnie  zdumiony,  że  zdecydowała  się  tu 
przyjść po tym, co jej zrobiłeś. Masz mocne nerwy, chłopcze! Twoja 
żona i twoja była narzeczona. Nieźle, nieźle. 

 -  To  już  przeszłość  -  wtrąciła  szybko  Jeannette.  -  Luke  i  ja 

postanowiliśmy zostać przyjaciółmi. A jak pan się dzisiaj czuje? 

 - Zmęczyłem się trochę, ale w bardzo przyjemny sposób. Była u 

mnie  moja  prawnuczka.  Jaki  to  słodki  dzieciak,  szkoda  tylko,  że 
przypomina mi o tym, że nie jestem już najmłodszy! 

Lindsay spojrzała na Jonathana ze zdumieniem. Czyli Ellie sama 

chodzi z wizytą do pana Balcomba? Zauważyła, że Marabel ma trochę 
niewyraźną  minę,  Lindsay  uśmiechnęła  się  do  niej  i  nieznacznie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

skinęła  głową.  Czy  może  mieć  pretensję  do  kogoś,  kto  chce  zrobić 
przyjemność umierającemu człowiekowi? 

 -  Prawnuczka?  -  spytała  Jeannette  prawie  niedosłyszalnym 

głosem. 

Ciekawe,  pomyślała  Lindsay,  czy  Catherine  zdążyła  odsłonić 

przed Jeannette wszystkie tajemnice rodziny Wintersów? 

 -  Moja  pielęgniarka,  panna  Spencer,  i  ja  będziemy  uczyć  małą, 

żeby mówiła do mnie dziadku - oznajmił dumnie Jonathan. - Ale na to 
trzeba jeszcze trochę poczekać. 

 - A mnie nie pozwalałeś tak do siebie mówić - powiedział Luke. 
 -  Bo  wtedy  byłem  w  kwiecie  wieku,  chłopcze!  A  teraz  jestem 

naprawdę  stary  i  chcę,  żeby  ten  kwiatuszek  powiedział  do  mnie 
dziadziu. Wtedy umrę szczęśliwy. 

Oczy  Lindsay  zwilgotniały.  Och,  Boże,  więc  jest  tak,  jak  chciał 

Luke.  Dzięki  Ellie  Jonathan,  leżąc  na  łożu  śmierci,  ma  chwile 
prawdziwej radości. Więc te wszystkie kłamstwa mają sens... 

Było  już  późno,  kiedy  gość  odjechał.  Catherine  poszła  prosto  do 

łóżka, a Lindsay i Luke zrobili wieczorny obchód domu. Wchodzili do 
każdego  pokoju  na  parterze  i  Luke  sprawdzał  okna  i  gasił  światła. 
Potem  szli  sobie  po  schodach  na  górę,  nie  spiesząc  się,  pogadując 
półgłosem. Zupełnie jak stare małżeństwo, pomyślała Lindsay. Razem 
zajrzeli do dziecka, potem poszli do małżeńskiej sypialni. Kiedy Luke 
zamknął drzwi, Lindsay rzuciła jak najbardziej obojętnym tonem: 

 - Ta Jeannette rzeczywiście jest piękna i taka elegancka. 
 -  Może  i  tak  -  powiedział  Luke,  odwracając  ją  ku  sobie.  - 

Przypomina mi moją matkę. 

 - To znaczy? 
 - Z wierzchu ładne opakowanie i uprzejmy uśmiech - powiedział 

Luke  i  otoczywszy  żonę  ramionami,  zakończył  dramatycznie:  -  A  w 
środku lód. 

 -  Jesteś  bardzo  surowy  -  stwierdziła  Lindsay  i  zabrała  się  za 

rozwiązywanie  krawata  męża.  Och,  jak  jej  było  dobrze  w  jego 
ramionach. Ich romans jest po prostu cudowny. - Jak możesz być tak 
krytyczny... 

 -  Mogę  -  mruknął,  rozpinając  jej  sukienkę.  -  Chociażby  przez 

porównanie.  Bo  moja  żona  w  środku  jest  gorąca  jak  słońce  w 
południe. A do tego najśliczniejsza na świecie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Następnego  dnia  Lindsay  poprosiła  pannę  Spencer,  żeby 

niezależnie od pory dnia i okoliczności zawiadamiała ją zawsze, kiedy 
pan  Jonathan  będzie  chciał  zobaczyć  małą  Ellie.  Od  tej  chwili 
niemowlę  było  stałym  gościem  pana  Balcomba,  najczęściej  przed 
południem.  Czasami  przynosiła  je  Lindsay,  czasami  panna  Spencer 
albo  Marabel.  Starszy  pan  odżywał.  Kazał  Luke'owi  kupić  mnóstwo 
pięknych zabawek i po każdej wizycie Ellie obdarowywana była jedną 
z  nich,  choć  wiadomo  było,  że  jest  na  te  cuda  jeszcze  za  mała. 
Podczas  odwiedzin  Jonathan  zawsze  prosił,  żeby  położyć 
„kwiatuszek"  na  łóżku.  Mógł  przemawiać  do  małej  bez  końca,  z 
czułością,  której  nikt  by  u  niego  nie  podejrzewał.  Wychudłą  dłonią 
delikatnie  dotykał  maleńkich paluszków  i  pucołowatych  policzków,  i 
promieniał,  kiedy  malutka  posyłała  mu  swoje  cudowne  uśmiechy.  A 
potem  wszystkim  zdawał  szczegółową  relację  o  tym  najważniejszym 
wydarzeniu dnia. 

Między  Lindsay  a  Jonathanem  nastąpiło  zawieszenie  broni. 

Lindsay  starała  się  niczym  go  nie  drażnić  i  widząc,  jak  Jonathan 
przepada  za  Ellie,  myślała  ze  smutkiem,  że  jest  jeszcze  za  mała,  aby 
zapamiętać człowieka, który jest dla niej najwspanialszym dziadkiem, 

Po  południu  Lindsay  wynosiła  Ellie  do  ogrodu.  Parę  razy,  ku jej 

zdumieniu,  dołączyła  do  nich  Catherine.  O  dziwo,  było  bardzo 
przyjemnie.  I  Lindsay,  i  Catherine  unikały  drażliwych  tematów. 
Najczęściej  śmiały  się  obie  serdecznie,  kiedy  Ellie  dokonywała 
wielkiego czynu, przekręcając się z plecków na brzuszek. Catherine z 
wyraźną przyjemnością brała Ellie na ręce i przechadzała się z nią po 
ogrodzie, pokazując maleństwu różne rzeczy. Wyglądało to tak, jakby 
nadrabiała coś, co jej kiedyś umknęło. 

Mijały dni, podobne do siebie. Luke starał się wracać z pracy jak 

najwcześniej.  Lindsay,  z  małą  na  ręku,  zwykle  czekała  już  w  holu. 
Luke  natychmiast  rzucał  teczkę  na  stół,  chwytał  Ellie  i  ostrożnie 
podnosił  do  góry.  Następowała  chwila  pełna  napięcia  i  w  końcu  na 
słodkiej  buzi  pojawiał  się  uwielbiany  przez  wszystkich  uśmiech.  Był 
to  już  rytuał,  ale  Lindsay  za  każdym  razem  patrzyła  zafascynowana. 
Ten  wielki  mężczyzna  obchodził  się  z  dzieckiem  tak  zręcznie  jak 
najczulsza matka. I przy Ellie zaczął się śmiać. Coraz częściej, głośno 
i radośnie, tak jak chciała tego Lindsay. 

Po  powitalnym  uśmiechu  Ellie  Luke  sadzał  sobie  małą  na  ręku  i 

objąwszy drugim ramieniem małżonkę, prowadził na górę. W sypialni 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ellie  zajmowała  stanowisko  na  środku  wielkiego  łoża  i  wtedy  Luke 
mógł już pocałować Lindsay... zwykle tak mocno, że kręciło jej się w 
głowie. Potem Luke przebierał się i opowiadał, co słychać w firmie, a 
Lindsay  zdawała  relację,  co  żona  i  córka  biznesmena  robiły  w  ciągu 
dnia.  Wtedy  Lindsay,  patrząc  na  Luke'a,  czuła,  że  z  każdym  dniem 
kocha  go  coraz  bardziej,  choć  z  góry  wiedziała,  że  jeszcze  kilka 
tygodni, może miesięcy i w jej życiu nie będzie już Luke'a Wintersa. 
Dlatego podtrzymywała kontakty ze starymi znajomymi, zaglądała do 
księgarni,  wpadała  do  kafejki,  pogadać  z  Jackiem.  Przecież  to  świat, 
do  którego  niebawem  wróci.  Dwa  razy  była  w  swoim  starym 
mieszkaniu,  żeby  odkurzyć  i  zabrać  trochę  rzeczy  dla  Ellie.  Za 
każdym  razem  mieszkanie  wydawało  jej  się  coraz  mniejsze  i  coraz 
bardziej  obce,  a  piękny  dom  w  Kirribilli  coraz  bliższy.  Dom  Luke'a. 
Luke'a, który nie wie, że w sercu jego partnerki, z którą ubił już kilka 
niezłych interesów i ma upojny romans, narodziło się uczucie. 

W  sobotę,  o  świcie,  Jonathan  Balcomb  odszedł  na  zawsze.  I 

wtedy wszystko się zmieniło. 

Kiedy panna Spencer przyniosła smutną wiadomość, Luke zerwał 

się z łóżka, w sekundę się ubrał, po czym pobiegł do pokoju dziadka. 
Potem poszedł do matki. Catherine wpadła w rozpacz. Zamknęła się w 
swoim  pokoju,  zabraniając  komukolwiek  wchodzić,  i  Lindsay, 
przechodząc  pod  jej  drzwiami,  słyszała  cichy,  przejmujący  szloch. 
Chciała  wejść,  pocieszyć,  ale  wiedziała,  że  nie  jest  osobą,  którą 
Catherine chciałaby w takiej chwili mieć przy sobie. Kiedy przyjechał 
lekarz,  Lindsay,  aby  nie  przeszkadzać,  zabrała  Ellie  do  ogrodu. 
Słyszała,  jak  przyjechał  ambulans  i  jak  potem  odjeżdżał,  zabierając 
ciało Jonathana do kostnicy. 

Wiadomość o śmierci Jonathana Balcomba zaczęła rozchodzić się 

po  mieście.  Telefon  dzwonił  prawie  nieustannie  i  Luke  ściągnął  do 
pomocy  jedną  ze  swoich  sekretarek.  Coraz  częściej  słychać  było 
dzwonek u drzwi. Do domu zaczęli przybywać przyjaciele i znajomi, 
aby złożyć rodzinie zmarłego wyrazy współczucia. 

Lindsay  wróciła  z  ogrodu  i  położyła  Ellie  spać.  Potem  siedziała 

przy małej i zastanawiała się gorączkowo, co właściwie ma zrobić. Jej 
serce  wyrywało  się  do  Luke'a.  Bardzo  chciała  być  przy  nim  właśnie 
teraz.  Czy  ma  jednak  do  tego  prawo?  W  takich  chwilach  szuka  się 
pociechy u bliskich. A ona? Przecież ona nie jest mu bliska, jest tylko 
żoną  na  papierze  i  tymczasową  kochanką.  Kiedy  Ellie  spała  już 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

głębokim  snem,  Lindsay  wyszła  do  holu  i  cicho  podeszła  do  drzwi 
pokoju  Catherine.  Nie  wiedziała,  co  usłyszy  od  starszej,  drażliwej 
pani, pomyślała jednak, że w takiej chwili nie wolno myśleć o sobie. 

Zapukała  i  uchyliwszy  drzwi,  ostrożnie  zajrzała  do  środka. 

Catherine leżała na łóżku, twarzą zwrócona do okna. W ręku trzymała 
chusteczkę, zmiętą, mokrą od łez. 

 - Proszę pani? 
Starsza pani odwróciła głowę. 
 - Może... może pani czegoś potrzeba? 
Catherine  potrząsnęła  głową,  jej  oczy  znów  napełniły  się  łzami. 

Lindsay weszła do pokoju i cicho przemknęła do łazienki. Wróciła po 
chwili i przysiadła na brzegu łóżka. 

 - Proszę, zmoczyłam ręcznik w zimnej wodzie. Pani tyle płakała. 

Taki zimny kompres przyniesie ulgę. 

Catherine posłusznie położyła ręcznik na twarzy.  
 -  O  Boże!  Wszyscy  wiedzieliśmy,  że  on  umrze,  a  ja  i  tak  nie 

mogę w to uwierzyć. 

Przez  chwilę  sprawiała  wrażenie  małej,  zagubionej  dziewczynki. 

Lindsay delikatnie pogłaskała ją po ramieniu. 

 -  Tak.  Wszyscy  chcemy,  aby  nasi  bliscy  byli  z  nami  zawsze.  A 

kiedy  odchodzą,  nie  potrafimy  się  z  tym  pogodzić  -  powiedziała 
smutno.  -  Proszę  pani,  pani  nie  wolno  opadać  z  sił.  Może  ja  jednak 
przyniosę trochę zupy albo przynajmniej coś do picia? 

 - Nie, nie, dziękuję. 
Zapadło  milczenie.  Po  chwili  Catherine  odezwała  się  słabym 

głosem: 

 -  Mój  ojciec  bardzo  polubił  twoją  córeczkę.  A  ja  nawet  nie 

pamiętam,  jak  on  bawił  się  z  małym  Lukiem.  W  naszej  rodzinie 
zawsze  było  tak  mało  dzieci.  Ja  jestem  jedynaczką,  Luke  też  nie  ma 
rodzeństwa.  A  ojciec  na  pewno  byłby  szczęśliwy,  gdyby  miał  wokół 
siebie gromadkę dzieci. 

 -  Pani  ojciec  był  nadzwyczajny  dla  mojej  Ellie.  I  kiedy  ją 

nosiłyśmy do niego, nigdy nie płakała, tylko cały czas się uśmiechała. 
Myślę, że będzie za nim tęsknić. 

 -  Ale  ona  jest  jeszcze  taka  mała!  Na  pewno  zapomni.  Catherine 

wybuchnęła  płaczem  i  Lindsay  znów  delikatnie  pogłaskała  ją  po 
ramieniu. Ktoś cicho zapukał do drzwi. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Catherine? - rozległ się dźwięczny głos Jeannette Sulli - van. - 

Och, Catherine, przyjmij ode mnie wyrazy najgłębszego współczucia. 
Kiedy  się  dowiedziałam,  natychmiast  tu  przybiegłam.  Powiedz,  co 
mogę dla ciebie zrobić? 

 -  Dziękuję,  Jeannette,  zawsze  wiedziałam,  że  mogę  na  ciebie 

liczyć. 

 -  Nie  będę  paniom  przeszkadzać  -  powiedziała  cicho  Lindsay  i 

wyszła  z  pokoju.  Wiedziała,  że  Catherine  w  takiej  chwili  woli  być  z 
Jeannette. I było jej z tego powodu bardzo przykro. Zeszła na dół, po 
czym  zajrzała  do  salonu.  Siedziało  tam  kilku  starszych  panów, 
niektórzy  z  nich  w  wieku  Jonathana.  Zobaczyła  Luke'a, 
rozmawiającego z jakąś parą w średnim wieku. Kiedy podeszła bliżej, 
zauważyła,  że  Luke  jest bardzo  blady  i  ma na  sobie  te  same dżinsy  i 
koszulę,  które  w  takim  pośpiechu  nakładał  dzisiejszego  ranka. 
Skończył rozmowę z małżeństwem i natychmiast zbliżył się do niego 
jeden ze starszych panów. 

 - Luke, chłopcze - odezwał się smutnym głosem, kładąc mu dłoń 

na ramieniu. - Nie mogę w to uwierzyć. 

 -  Tak,  trudno  w  to  uwierzyć  -  odpowiedział  Luke,  a  Lindsay 

pomyślała,  że  będzie  dziś  tę  formułkę  powtarzał  w  nieskończoność. 
Kiedy  starszy  pan  odszedł,  Luke  spojrzał  na  Lindsay  zmęczonymi, 
jakby niewidzącymi oczami. 

 -  Będą  przychodzić  cały  dzień.  Lepiej  idź,  Lindsay,  i  zajmij  się 

małą. 

Wyszła  z  salonu.  Luke  dał  jej  jasno  do  zrozumienia,  że  nie  jest 

mu potrzebna. Wiedziała, że pogrążył się w rozpaczy, że nie jest sobą. 
Ale gdyby chciał, nawet ze smutku i rozpaczy dałoby się wyczytać, że 
pragnie,  aby  była  przy  nim.  A  on  nie  chciał.  Pomyślała,  że.  Luke  po 
prostu  trzyma  się  umowy.  Jonathan  umarł,  umowa  wygasa  i  dla 
Luke'a Wintersa Lindsay przestała istnieć. 

Tej  nocy  Luke  nie  przyszedł  do  ich sypialni.  Lindsay  czekała  na 

niego bardzo długo, walcząc ze snem. Następnego dnia poprosiła, aby 
Hedley  zawiózł  ją  do  jej  mieszkania.  Czuła,  że  koniecznie  musi 
porozmawiać  z  kimś,  dla  kogo  jeszcze  istnieje.  Zadzwoniła  do 
przyjaciół  i  poczuła  ulgę,  kiedy  zaprosili  ją  na  lunch  w  przyszły 
weekend.  Ellie  zasnęła  w  swoim  starym  łóżeczku,  a  kiedy  się 
obudziła,  Lindsay  zadzwoniła  po  Hedleya  i  wróciła  do  domu  w 
Kirribilli.  Przechodząc  przez  hol,  zauważyła,  że  w  salonie  siedzi 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Catherine, a obok niej, jak wierny pies, panna Sullivan. Tej nocy Luke 
również nie zjawił się, a Lindsay do rana nie zmrużyła oka. 

Jonathana chowano w poniedziałek. Lindsay poprosiła Tilly, aby 

popilnowała  Ellie,  po  czym  ubrała  się  w  skromny,  czarny  kostium, 
który  poprzedniego  dnia  przywiozła  ze  swojego  mieszkania.  Kiedy 
schodziła  po  schodach,  uderzyło  ją,  że  w  całym  domu  zrobiło  się 
nagle  bardzo  cicho.  Odnalazła  Luke'a  w  salonie.  Stał  przy  oknie  i 
spoglądał na ogród. 

 -  Luke?  Chciałam  ci  powiedzieć,  że  bardzo  ci  współczuję.  Że 

to... już się stało. 

 - Tak. Już się stało - powiedział smutnym głosem.  -  Lindsay, ty 

nie musisz iść na pogrzeb. 

 - Nie chcesz? 
 - Nie, nie, ale jeśli czujesz się zobowiązana... 
 - Nie, Luke. Po prostu chcę być przy tobie. 
Do  salonu  weszła  Catherine,  chwilę  potem  Jeannette.  Catherine 

prawie bez makijażu, w czarnej, prostej sukni, wyglądała elegancko i 
dostojnie.  Może  tylko  brylanty,  połyskujące  na  szyi  i  palcach,  były 
zbyt okazałe. Jeannette, jak zwykle, wyglądała oszałamiająco. Czarny 
żakiecik,  rozchylony  na  biuście  i  króciutka  spódniczka.  Lindsay 
zauważyła,  że  Catherine  mierzy  Jeannette  od  stóp  do  głów  i 
pomyślała,  że  może  w  głowie  teściowej  zaczyna  coś  świtać.  Coś 
rozsądnego. 

Na  stypę  zaproszono  kilkadziesiąt  osób.  Goście  zapełnili  parter, 

część  rozeszła  się  po  ogrodzie.  Lindsay  nalała  sobie  ponczu  i  z 
filiżanką w ręku przeszła przez ogród, pełen obcych ludzi. 

Nikt jej nie znał, nikt jej nie witał. Miała wrażenie, że jest jakby 

niewidzialna.  Zauważyła,  że  Jeannette  ani  na  krok  nie  odstępuje 
Catherine  i  siłą  rzeczy  uczestniczy  we  wszystkich  rozmowach. 
Widziała  z  daleka  głowę  Luke'a,  który  ani  razu  nie  poszukał  jej 
wzrokiem. Tak, jakby nie istniała. 

Lindsay  dotarła  do  najdalszego  zakątka  ogrodu,  gdzie  przysiadła 

na  ławce.  Patrzyła  na  zieloną  murawę  i  myślała  o  swojej  córeczce. 
Nagłe zobaczyła smukłą postać, która zmierzała w jej kierunku. 

 - Będzie mi bardzo brakowało Jonathana - stwierdziła Jeannette, 

sadowiąc  się  obok  Lindsay.  -  To  był  twardy  staruszek,  ale  na  swój 
sposób bardzo sympatyczny. Luke będzie za nim tęsknić. 

 - Nie może być inaczej. Przecież to jego dziadek. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  No,  tak.  Aha,  chciałam  ci  powiedzieć,  że  wiem  wszystko. 

Razem  z  Lukiem  udawaliście  przed  Jonathanem  szczęśliwe 
małżeństwo,  żeby  staruszek  miał  trochę  radości.  Chciałam  ci  za  to 
podziękować. 

 - Ty? Ty mi dziękujesz? 
 -  Oczywiście.  Dzięki  temu  ostatnie  dni  Jonathana  upłynęły 

pogodnie.  Przecież  to  byłoby  okropne,  gdybyście  się  rozwodzili  na 
kilka  dni  przed  jego  śmiercią.  Jesteś  bardzo  wspaniałomyślna,  że 
zgodziłaś się z tym poczekać. 

 - Aha. 
 - A ten ogród jest przepiękny, zawsze mi się podobał. Nie będę tu 

niczego zmieniać. 

Lindsay  miała  nadzieję,  że  udało  jej  się  zachować  na  twarzy 

uprzejmy uśmiech, który powinien zamaskować to, co teraz działo się 
w jej sercu. Sercu, któremu nagle odechciało się bić. 

 -  Rozmawialiśmy  z  Lukiem  o  naszym  ślubie  -  rzuciła  wesoło 

Jeannette,  machając  jednocześnie  ręką  do  znajomych  na  ścieżce.  - 
Przepraszani,  nie  wiedziałaś  o  tym?  Luke  nic  nie  mówił?  Ojej, 
gdybym wiedziała, nie mówiłabym ci... 

 -  Oczywiście,  że  wiem  -  odpowiedziała  spokojnie  Lindsay, 

wstając z ławki. 

Właściwie  w  jakiś  sposób  jej  to  powiedział.  Ignorował  ją 

całkowicie.  Nie  chciał  dzielić  z  nią  ani  swoich  myśli,  ani  wspólnego 
pokoju.  Jednocześnie  znalazł  czas,  aby  porozmawiać  z  Jeannette  o 
ślubie.  Ciekawe,  kiedy  znajdzie  czas,  aby  porozmawiać  z  Lindsay  o 
rozwodzie? 

Przeszła przez tłum ludzi, nie widząc ani jednej twarzy, jakby to 

oni stali się niewidzialni. Teraz po schodach na górę, przez hol, tak, to 
są  drzwi  do  pokoju  Ellie.  Podziękowała  Tilly  i  kiedy  pokojówka 
zamknęła za sobą drzwi, podeszła do łóżeczka. 

 - Bajka się skończyła, Ellie. Pora ruszać w drogę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
Noc  z  poniedziałku  na  wtorek  Lindsay  przepłakała.  Było  jej 

bardzo  źle.  Brakowało  Luke'a,  jego  spojrzeń,  słów,  jego  pieszczot. 
Nad  ranem  powiedziała  sobie,  że  płacz  nic  nie  da.  Jest  znów  sama  i 
sama  musi  poradzić  sobie  ze  swoim  życiem.  Szkoda  tylko,  że 
powiedziała  jej  o  tym  Jeannette.  Przed  południem  rozpakowała 
rzeczy,  odwiedziła  zaprzyjaźnioną  sąsiadkę  i  poszła  z  córeczką  do 
parku. Ellie patrzyła z zaciekawieniem na liście eukaliptusa, unoszone 
przez  wiatr,  a  Lindsay  myślała  o  ogrodzie  w  Kirribilli.  Tu,  w  parku, 
nie było kwiatów, ale trawa też była  zielona, a niebo błękitne. Mimo 
to Lindsay wróciła do domu jeszcze bardziej przygnębiona. Czuła się 
nieszczęśliwa,  mimo  że  powtarzała  sobie,  że  kiedyś  na  pewno 
zapomni o Luke'u Wintersie. Tak, może wtedy, kiedy będzie miała sto 
lat. 

W  środę  Lindsay  zostawiła  Ellie  u  sąsiadki,  pani  Heinemeyer,  i 

pojechała do księgarni. Ucieszyła się, kiedy kierownik zaproponował 
jej  pracę  tak,  jak  poprzednio,  w  pierwszej  połowie  dnia.  Sama  myśl, 
że na kilka godzin dziennie będzie musiała rozstawać się z malutkim 
dzieckiem,  była  dla  niej  nie  do  zniesienia.  Nie  miała  jednak  wyboru, 
muszą  przecież  obie  z  czegoś  żyć.  Przed  dwunastą  Lindsay  odebrała 
Ellie  od  sąsiadki  i  znów  ucieszyła  się,  gdy  pani  Heinemeyer  chętnie 
zgodziła się opiekować Ellie, kiedy Lindsay będzie w pracy.  Lindsay 
wiedziała,  że  nie  znajdzie  lepszej  opiekunki  niż  pani  Heinemeyer, 
która znała jej córeczkę od urodzenia. Ale i tak serce krajało jej się na 
myśl, że przez kilka godzin dziennie ktoś inny będzie zajmował się jej 
maleństwem.  Pełna  smutnych  myśli  zeszła  na  swoje  piętro  i  stanęła 
jak wryta. Obok drzwi stał Luke Winters we własnej osobie. W pozie 
niedbałej, oparty o ścianę. W nienagannym garniturze biznesmena, ale 
z twarzą, na której malowało się śmiertelne zmęczenie. 

 - Co ty wyrabiasz, Lindsay? 
 - A co ty tu robisz? 
 -  Lindsay,  po  pierwsze  chciałem  ci  podziękować,  że  poszłaś  na 

pogrzeb Jonathana, choć wiem, że nie miałaś powodu, aby darzyć go 
sympatią.  A  po  drugie,  owszem,  uzgodniliśmy,  że  nasza  umowa 
wygasa w dniu śmierci Jonathana, co  wcale jednak nie oznaczało, że 
miałaś opuścić mój dom w pięć minut po pogrzebie! 

Ellie,  słysząc  znajomy  głos  Luke'a,  odwróciła  się  z  wysiłkiem, 

nieporadnie  kołysząc  główką,  i  posłała  mu  szeroki  uśmiech.  Lindsay 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

chciała  mu  powiedzieć,  że  wcale  by  nie  odchodziła,  gdyby  choć 
minimalnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  tego  nie  chce.  A  poza  tym... 
gdyby  nie  rozmawiał  o  ślubie  z  Jeannette...  I  wcale  nie  była 
zadowolona, kiedy Luke bez ceregieli zabrał jej Ellie, a Ellie była do 
tego  stopnia  niesolidarna,  że  wcale  nie  protestowała,  tylko  zajęła  się 
krawatem Luke'a, szarpiąc nim na wszystkie strony. 

 - Nie było sensu tego wszystkiego przeciągać - powiedziała cicho 

Lindsay, szukając kluczy w torebce. 

Nawet  nie  zauważyła,  kiedy  Luke  szybko  wyjął  klucz  z  jej 

drżących palców i otworzył drzwi, cały czas trzymając na ręku Ellie. 
Tak więc możliwość zatrzaśnięcia mu drzwi przed nosem odpadła. 

 - Chciałem ci powiedzieć, że umówiłem się z brokerem na zeszłą 

sobotę  w  sprawie  kupna...  żaglówki  -  powiedział  Luke,  kiedy 
wchodzili do środka. - Ten termin przepadł. 

 - Daj spokój, Luke, przecież tego dnia umarł twój dziadek! Luke 

wszedł  do  pokoju  i  posadził  Ellie  w  foteliku.  Potem  ściągnął 
marynarkę, rzucił na oparcie kanapy, usiadł i popatrzył na Lindsay. 

 - Przesunąłem termin na następny weekend. Pójdziesz ze mną? 
Lindsay  spojrzała  na  niego  z  wielkim  zdumieniem  i 

przyciągnąwszy  bliżej  fotelik  z  Ellie,  opadła  ciężko  na  krzesło.  Ellie 
znów  była  niesolidarna.  Uśmiechała  się  do  Luke'a  bez  przerwy  i  na 
dodatek fikała nóżkami. 

 - A co z Jeannette? 
 - Z nią? Nie rozumiem. 
Luke  uśmiechnął  się  do  małej,  po  czym  wygodnie  oparł  się  na 

poduszkach kanapy i zamknął oczy. 

 - Luke, nie zasypiaj. 
Luke znów się uśmiechnął, ale nie otworzył oczu. 
 -  Nie  zasnę...  albo  tak  mi  się  przynajmniej  wydaje.  Kiedy 

wreszcie usiadłem z tobą i z Ellie, poczułem nagle taki spokój... po raz 
pierwszy od soboty. 

 - Tęsknisz za Jonathanem? - spytała cicho Lindsay. 
 -  Bardzo  -  przyznał  Luke.  -  To  był  mój  dziadek.  Niezależne  od 

tego, co zrobił dobrze, a co źle, dla mnie był zawsze moim dziadkiem. 

 - Oczywiście, Luke. Po prostu go kochałeś. 
Zapadła  cisza.  Lindsay  była  przekonana,  że  Luke  śpi.  Po  chwili 

jednak znów się odezwał. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Tak,  kochałem  go.  Kiedy  byłem  chłopcem,  spędzał  ze  mną 

bardzo dużo czasu. Nauczył mnie wielu rzeczy. Często zabierał mnie 
do firmy i z dumą pokazywał, co stworzył. 

 -  Myślę,  że  on  też  ciebie  bardzo  kochał,  choć  bardzo  też  lubił 

rządzić. Jesteś do niego podobny, Luke. 

 -  Może  i  tak.  Lubię  rządzić,  lubię  być  za  coś  odpowiedzialny. 

Czy to takie złe? 

Potrząsnęła  przecząco  głową,  zastanawiając  się  w  duchu,  po  co 

Luke  właściwie  przyszedł.  Porozmawiać  o  rozwodzie?  Może 
porozumiał  się  już  ze  swoim  adwokatem?  Popatrzyła  na  tego 
wielkiego  mężczyznę,  który  zajmował  prawie  całą  kanapę  i  poczuła, 
że zaczyna się rozklejać. 

Luke otworzył oczy. 
 - Lindsay, dlaczego uciekłaś? 
Spuściła głowę, mając nadzieję, że łzy, które cisną jej się do oczu, 

nie spłyną po policzkach. 

 - Po prostu nadszedł czas. 
 -  Lindsay,  dlaczego  odeszłaś?  Wszyscy  odeszli  z  mojego  domu. 

Dziadek umarł,  matka  wróciła do  siebie.  I  ty.  Wzięłaś  Ellie  i poszłaś 
sobie. Dlaczego? 

Nie podnosiła głowy, czując, że nie jest w stanie wydusić z siebie 

ani jednego słowa 

 -  Lindsay,  nie  zapominaj,  że  mamy  ze  sobą  romans.  W  jednej 

sekundzie odzyskała rezon. 

 -  Romans?  -  spytała  wysokim,  pełnym  rozżalenia  głosem.  - 

Przecież  Jeannette  mówiła,  że  zaraz  po  śmierci  Jonathana 
rozmawialiście o waszym ślubie! 

Luke otworzył oczy i spojrzał ze zdumieniem. 
 - Co ci mówiła? 
 - Że rozmawialiście o ślubie. 
 - Kiedy? 
 - W poniedziałek. 
 - Lindsay! W poniedziałek był pogrzeb Jonathana. Czy tego dnia 

byłbym w stanie rozmawiać o jakimkolwiek ślubie? 

 -  Nie  wiem,  kiedy  rozmawialiście  o  tym,  ja,  w  każdym  razie, 

dowiedziałam się o tym w poniedziałek, w ogrodzie. Po pogrzebie. 

 - I od razu spakowałaś swoje rzeczy i uciekłaś? 
 - Nie uciekłam, tylko wróciłam do domu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A mnie się wydawało, że twoim domem jest mój dom. 
Mała  Ellie,  chcąc  przypomnieć  dorosłym  o  swojej  obecności, 

zaczęła  wydawać  radosne  okrzyki.  Luke  roześmiał  się  i  pogłaskał 
dziecko po główce. 

 - Z małą wszystko w porządku? 
 -  Oczywiście  -  odparła  Lindsay  ze  ściśniętym  gardłem.  Luke 

patrzył na jej córeczkę z miłością, choć nie jest jej 

ojcem.  I  niestety,  wcale  nie  chce  nim  być.  Tymczasem  on  znów 

oparł się wygodnie i zamknął oczy. 

 -  Dzisiaj  w  firmie  było  piekło.  Co  dwie  minuty  telefon  z 

kondolencjami.  Najlepsi  są  staruszkowie.  Martwią  się,  co  to  teraz 
będzie. Oni są przekonani, że dziadek tylko tak, dla zabawy, pozwolił 
mi  być  dyrektorem.  A  przecież  praktycznie  ja  już  od  roku  miałem 
wszystko pod kontrolą. 

Ellie  znów  pisnęła.  Luke  poderwał  się  i  wziął  dziecko  na  ręce. 

Mała  natychmiast  wtuliła  się  w  jego  szeroką  pierś,  a  on  głaskał 
dziecko  po  pleckach.  Lindsay  patrzyła  na  nich  i  właściwie  nie 
wiedziała,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Luke  wszedł  do  jej 
mieszkania,  otwierając  sobie  drzwi,  jakby  miał  do  tego  prawo. 
Rozsiadł  się  na  jej  kanapie  i  opowiada,  jak  minął  dzień.  Tak  jak  w 
Kirribilli,  kiedy  po  jego  powrocie  z  pracy  siadali  sobie  w  sypialni  i 
opowiadali,  co  zdarzyło  się  w  ciągu  dnia.  Poza  tym  nosi  i  przytula 
Ellie, jak własne dziecko. I to wszystko teraz, kiedy umowa wygasa. 

 - A ty co robiłaś dzisiaj? 
 - Ja? Byłam w księgarni, przyjęli mnie z powrotem do pracy. 
Luke skrzywił się, ale nie powiedział ani słowa. Znów siedzieli w 

milczeniu. Ellie, wtulona w szeroką, męską pierś, chyba drzemała. 

 - Lindsay? 
 - Słucham? 
 - Wróć do mnie. Tęsknię za tobą, za Ellie. Proszę. Serce Lindsay 

zabiło jak szalone. 

 - A co z Jeannette? 
 - Rany boskie,  Lindsay! Rozmawiałem z nią o ślubie raz, jakieś 

pół  roku  temu.  Oświadczyłem  się,  ona  mnie  przyjęła,  a  potem 
dowiedziałem  się,  co  umyślili  sobie  z  Jonathanem.  Zerwałem 
zaręczyny i na tym koniec. Od tamtej pory nie rozmawiałem ani z nią, 
ani z nikim innym o żadnym ślubie, tym bardziej że jestem już żonaty. 

 - Ale nasze małżeństwo nie jest prawdziwe. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Jest  prawdziwe  i  zawsze  będzie  prawdziwe.  Będę  wracał  do 

was do domu, ty z Ellie wybiegniesz mi na powitanie i będę wiedział, 
że  warto  żyć.  Lindsay,  ja  wiem,  że  po  śmierci  Jonathana  nie 
zachowywałem  się  jak  należy.  Wybacz  mi,  ale  ja  po  prostu  byłem 
jak...  jak  ogłuszony.  Musiałem  pobyć  sam.  Żeby  to  przemyśleć, 
przetłumaczyć  sobie.  Rozumiesz?  Chciałem  ci  to  powiedzieć  w 
poniedziałek, ale ciebie już nie było. 

Luke  spojrzał  na  śpiące  niemowlę,  przytulone  do  jego  piersi,  i 

powiedział cicho: 

 - Położę ją. 
I znów, jakby miał do tego prawo, zaniósł Ellie do jej pokoju. 
Lindsay  widziała  przez  otwarte  drzwi,  jak  położył  małą  do 

łóżeczka,  przykrył  kocykiem  i  postał  przy  niej  chwilę.  Potem  wrócił 
do saloniku, starannie zamykając za sobą drzwi. 

 - Lindsay. 
W  jego  spojrzeniu  było  coś  takiego,  że  natychmiast  wstała  z 

krzesła.  Po  co?  Po  to,  żeby  w  jednej  chwili  znaleźć  się  w  jego 
ramionach i rozkleić do końca. 

Stali tak, wtuleni w siebie, a Luke cicho perorował jej do ucha: 
 - Lindsay, ja wiem, że bez przerwy  czegoś od ciebie wymagam. 

Kazałem ci wyjść za mnie, pokonać niechęć do mojej firmy, ukryć żal 
do mojego dziadka, kazałem ci znosić humory mojej matki... 

 - O tak, mało która kobieta ma tak wymagającego męża. Ponadto 

kazałeś mi mieć z tobą romans... 

 -  Tak.  A  chcę  już  tylko  jednej,  jedynej  rzeczy  na  świecie.  Żeby 

nasz romans trwał i trwał. Po prostu do końca życia. 

Do końca życia. Lindsay nie wierzyła własnym uszom. 
 - Luke, powtórz to. 
 - Do końca życia. 
 - Dlaczego? 
 - Bo cię kocham. 
 - Powtórz to. 
 - Bo cię kocham. 
 - Kochasz mnie? 
 - Tak. 
 - Ja ciebie też. Och,  Luke! Nie pamiętam, kiedy to się stało, ale 

pewnego dnia nagle zdałam sobie sprawę, że jesteś wszystkim, czego 
chcę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Luke uśmiechnął się i pocałował Lindsay. Długo i żarliwie, żeby 

wiedziała, jak bardzo ją kocha. Ona też go całowała, żeby wiedział, ile 
w jej sercu jest miłości. A potem Luke rozsiadł się na kanapie, a ona 
rozsiadła  mu  się  na  kolanach  i  przytuliła  do  jego  szerokiej  piersi. 
Wtedy Luke, chcąc mieć pewność, przypomniał: 

 - Nie powiedziałaś, że wrócisz. 
 - Tak, Luke, wrócę, ale nie mogę jeszcze do końca uwierzyć, że 

mnie kochasz. 

 -  Kocham.  Bardzo  cię  kocham  i  dlatego  musisz  być  ze  mną. 

Będziemy mieli mnóstwo dzieci i będziemy pływać  żaglówką. Tylko 
ty i ja. Zgoda? 

 - Zgoda - odparła zachwycona. 
 -  I  jeszcze  jedno.  Przyrzekam  ci,  że  postaram  się  być  dobrym 

ojcem dla Ellie. 

 -  Och,  Luke,  ty  będziesz  najlepszym  ojcem  na  świecie.  A  ja 

myślałam, że będziesz chciał się ze mną rozwieść i zostaniemy z Ellie 
same. 

 - Rozwieść?  Z tobą? Nigdy! - zaprotestował energicznie  Luke. - 

Lindsay, ja chcę być z tobą już od tego pierwszego dnia po powrocie z 
Anglii,  kiedy  przyszedłem  do  ciebie,  a  ty  otworzyłaś  drzwi,  w  takiej 
sukience  w  kwiatki,  i  miałaś  już  te  loczki.  Nie  poznałem  cię. 
Przedtem,  w  kafejce  i  podczas  ślubu,  byłem  tak  wściekły,  że  nie  za 
bardzo  ci  się  przyglądałem.  Pamiętałem,  że  masz  proste  włosy  i 
jesteś... taka okrągła. 

 - Boże, Luke, ciągle zapominasz, że byłam w ciąży! 
 - Naprawdę? - Luke wydawał się być tym szalenie zaskoczony. - 

W  każdym  razie  potem...  potem  mówiliśmy  o  tych  umowach, 
zobowiązaniach,  więc  zaproponowałem  ci  romans.  Też  po  wariacku, 
ale pomyślałem, że jak będziesz już moja, nie tylko na papierze, to nie 
odejdziesz. Ale ty odeszłaś... 

 -  Ale  tylko  na  chwilę  -  szepnęła  skruszona  Lindsay.  -  Przecież 

nie przestałam cię kochać. Jesteś taki dobry, zaopiekowałeś się nami... 

 - Tak nie mów - przerwał Luke. - Nie chcę, żebyś kochała mnie, 

bo jesteś mi za coś wdzięczna. 

 -  Tylko  za  te  cztery  miesiące,  Luke!  Za  to  jestem  ci  wdzięczna. 

Ale  potem,  kiedy  zaczęliśmy  udawać  szczęśliwe  małżeństwo, 
żałowałam  nieraz,  że  wplątałam  się  w  tę  historię.  Nie  powiem  ci,  ile 
razy  byłam  na  ciebie  wściekła.  I  na  siebie,  że  się  zgodziłam.  Jednak 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

potem,  kiedy  widziałam, jak  bardzo  chory  jest  Jonathan  i ile  w  tobie 
serca,  jaki  jesteś  kochający  i  lojalny  dla  swojej  rodziny, 
nadzwyczajny... 

 -  No,  już  dobrze,  dobrze  -  mruknął  trochę  zażenowany, 

przygarniając ją mocniej i głaszcząc po jasnej głowie. - Nadzwyczajna 
to jesteś ty,  w każdym calu. Z  wierzchu i w środku. Śliczna, mądra i 
dobra. I do tego moja. 

 - Ale twoja matka mnie nie lubi. 
 - Myślę, Lindsay, że to nie tak. Ona w ogóle jest trochę lodowata, 

a  ciebie  po  prostu  jeszcze  dobrze  nie  zna.  Z  czasem  wszystko  się 
ułoży,  zobaczysz.  Wczoraj  pytała  o  ciebie, i  o  Ellie,  i  wcale  nie  była 
zadowolona,  że  was  nie  ma.  Mówiła,  że  przyszłaś  do  niej,  wtedy,  w 
sobotę, żeby ją pocieszyć, i że bardzo jest ci za to wdzięczna. 

 -  Bardzo  się  cieszę,  Luke.  Nie  chciałabym  być  powodem 

niesnasek w twojej rodzinie. 

 - A ty kto jesteś, Lindsay? Przecież ty też jesteś moją rodziną. Ty 

i  Ellie.  Ja  jestem  dobrej  myśli.  Matka  na  pewno  cię  zaakceptuje.  Bo 
Jonathan to zrobił. 

 - Jak to? 
 -  Pamiętasz,  jak  się  uparł,  że  chce  obdarować  Ellie?  Jak 

protestowałaś? Niby wtedy zrezygnował, pamiętasz? Ale Jonathan nie 
byłby sobą, gdyby i tak nie postawił na swoim. Zostawił sporą sumę, 
tobie  i  twojej  córeczce.  Proszę,  potraktuj  to  normalnie.  On  chciał 
zrobić  coś  dla  was.  Bo  cię  zaakceptował,  a  Ellie  pokochał  jak 
prawdziwą  prawnuczkę.  Naprawdę  poczuł  się  pradziadkiem  i  to  go 
uszczęśliwiało. Dzięki małej tyle się śmiał w tych ostatnich dniach. 

 -  Tak,  jestem  szczęśliwa,  że  tak  było  -  szepnęła  wzruszona 

Lindsay.  -  Luke,  pamiętasz,  jak  on  marzył,  że  Ellie  powie  do  niego 
dziadku?  Nauczymy  ją,  prawda?  Jak  będzie  starsza,  pokażemy  jej 
fotografie Jonathana i powiemy, że to jest jej dziadek. 

 - Jesteś kochana, Lindsay. Dziękuję. A teraz... 
Luke delikatnie odsunął żonę od siebie, uniósł do góry jak piórko 

i ostrożnie postawił przed sobą. 

 - Wracamy do domu! 
 - Dobrze, Luke, już zaczynam się pakować. 
 -  Nie  ma  mowy,  pani  Winters!  Bierzemy  dziecko  i  znikamy!  - 

zarządził pan dyrektor generalny,  wstając z kanapy. - Marabel i Tilly 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

przyjadą  po  rzeczy.  A  to  mieszkanie  trzeba  zlikwidować,  i  to  jak 
najprędzej, żebyś nie miała dokąd uciekać. 

 - Dobrze, panie Winters. A w sobotę... 
 - Wiem, wiem! 
Luke  roześmiał  się,  przygarnął  ją  ramieniem  i  dokończyli 

zgodnym chórem: 

 - A w sobotę idziemy kupować żaglówkę! 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)