background image

NORA ROBERTS

TAJEMNICZY SĄSIAD

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Rozmawiałaś z nim?

- Hmmm? - Cybil Campbell siedziała przy desce do rysowania i wprawnie dzieliła 

kartkę papieru na równe prostokąty. - Z kim?

Rozległo się długie, dramatyczne westchnienie, a Cybil z trudem opanowała śmiech. 

Dobrze znała Jody Myers, sąsiadkę z pierwszego piętra, i doskonale wiedziała, kogo dotyczy 

jej pytanie.

- Chodzi mi o tego tajemniczego przystojniaka z mieszkania 3B - wyjaśniła Jody. - 

Daj spokój, przecież wiesz, o kim mówię. Wprowadził się tydzień temu i jeszcze do nikogo 

nie   odezwał   się   ani   słowem.   Mieszkasz   dokładnie   naprzeciw.   Mów,   czego   się   o   nim 

dowiedziałaś.

- Ostatnio byłam  zajęta. - Cybil  zerknęła na przyjaciółkę niespokojnie krążącą po 

pracowni. - Prawie nie zauważyłam, że wprowadził się ktoś nowy.

Jody prychnęła z niedowierzaniem.

- Akurat. Zawsze wszystko zauważasz. - Podeszła do deski, zajrzała Cybil przez ramię 

i zmarszczyła nos. Na kartce nadal widniały jedynie puste prostokąty. Jody lubiła patrzeć, jak 

Cybil wypełnia je rysunkami. - Jeszcze nie umieścił nazwiska na skrzynce pocztowej. Nikt 

nie widział, żeby wychodził z domu za dnia. Nawet pani Wolinsky, a przecież nic nie umknie 

jej uwadze.

- Może nasz nowy sąsiad jest wampirem.

- Ojej! - Pełne wyrazu brązowe oczy Jody rozszerzyły się z przejęcia. - To by dopiero 

było fajnie!

Bardzo fajnie - zgodziła się Cybil i znów zajęła się wykreślaniem ramek do kolejnego 

odcinka komiksu. Jody tymczasem wciąż krążyła po pracowni i paplała jak najęta.

Towarzystwo   nigdy   nie   przeszkadzało   Cybil   w   pracy.   Prawdę   mówiąc,   bardzo   je 

lubiła. Nie przepadała za samotnością i ciszą. Właśnie dlatego w Nowym Jorku czuła się 

szczęśliwa. Łatwo przywykła do życia w domu zamieszkałym przez bezwstydnie wścibskich 

sąsiadów.

Takie   otoczenie   nie   tylko   bardzo   jej   odpowiadało,   ale   na   dodatek   dostarczało 

ciekawego materiału do pracy zawodowej.

Ze   wszystkich   mieszkańców   starego   składu,   przerobionego   na   dom   mieszkalny, 

najbardziej lubiła lody Myers. Trzy lata temu, kiedy Cybil się tu wprowadziła, energiczna 

Jody   była   świeżo   upieczoną   mężatką   i   głęboko   wierzyła,   że   wszyscy   powinni   być   tak 

background image

niebiańsko szczęśliwi jak ona.

To znaczy, że powinni wstąpić w związki małżeńskie.

Teraz, jako matka prześlicznego, ośmiomiesięcznego synka o imieniu Charlie, Jody z 

jeszcze większym zapałem starała się wprowadzić swoje przekonanie w życie. A Cybil była 

głównym celem jej zabiegów.

- A może wpadłaś na niego w korytarzu? - dopytywała się Jody.

- Jeszcze nie. - Cybil w zamyśleniu wzięła ołówek i lekko uderzała nim o pełne wargi. 

Jej migdałowe oczy były zielone jak czyste morze o świcie i gdyby nie migoczące w nich w 

tej chwili iskierki humoru, mogłyby wydawać się tajemnicze i uwodzicielskie. - Wiesz, pani 

Wolinsky robi się chyba coraz mniej spostrzegawcza. Widziałam go, jak wychodził z domu w 

dzień. To oznacza, że jednak nie jest wampirem.

- Widziałaś go? - zapytała Jody z niedowierzaniem i przysunęła taboret bliżej deski. - 

Kiedy? Gdzie? Jak ci się to udało?

- Kiedy? O świcie. Gdzie? Na ulicy. Oddalił się w kierunku wschodnim. Jak mi się to 

udało? Z powodu bezsenności.

-   Udzielił   się   jej   ożywiony   nastrój   sąsiadki.   Oczy   rozbłysły   z   rozbawienia.   - 

Obudziłam się wcześnie i przypomniałam sobie o ciasteczkach czekoladowych, które zostały 

po przyjęciu.

- Pamiętam je. Prawdziwe bomby kaloryczne.

-   Właśnie.   Nie   mogłam   znów   zasnąć.   Musiałam   jedno   zjeść.   A   kiedy   wstałam, 

poszłam do pracowni. Myślałam, że może uda mi się coś narysować, ale w końcu po prostu 

stanęłam przy oknie i gapiłam się na ulicę. Wtedy zobaczyłam, że wychodzi. Trudno go nie 

zauważyć.   Ma   chyba   z   metr   osiemdziesiąt   pięć   wzrostu.   No   i   te   ramiona...   -   Obie   w 

niekłamanym zachwycie wzniosły oczy do nieba.

- Był ubrany w czarne dżinsy i bluzę, niósł torbę sportową, więc domyślam się, że 

szedł do siłowni trochę poćwiczyć. Ktoś, kto nie ćwiczy, tylko cały dzień się wyleguje, pije 

piwo i je chipsy, nie ma takich mięśni.

- A więc jednak jesteś nim zainteresowana! - Jody triumfalnie uniosła palec w górę.

- Przecież ja żyję i mam oczy! Ten facet jest nieziemsko przystojny. Nie dość, że ma 

zgrabny tyłeczek, to jeszcze otacza go aura tajemnicy... - Cybil rozłożyła ręce. - Czy w takim 

wypadku dziewczyna może się oprzeć ciekawości?

- A dlaczego miałabyś się opierać? Zapukaj do jego drzwi, zanieś mu trochę ciastek. 

Powitaj go w nowym  mieszkaniu. Wtedy będziesz mogła się dowiedzieć, co robi całymi 

dniami, czy jest żonaty, gdzie pracuje. Najważniejsze, czy jest żonaty. Bo... - Urwała, czujnie 

background image

nadstawiając ucha. - Charlie się obudził.

- Nic nie słyszałam. - Cybil zwróciła głowę ku drzwiom i nasłuchiwała chwilę. Potem 

wzruszyła ramionami. - Wiesz, od urodzenia synka masz słuch jak nietoperz.

- Przewinę małego i zabiorę go na spacer. Wybierzesz się z nami?

- Nie, nie mogę. Mam sporo pracy.

- W takim razie zobaczymy się wieczorem. Kolacja o siódmej.

- Dobrze. - Cybil uśmiechnęła się z przymusem, a Jody pobiegła do sypialni, gdzie 

zostawiła śpiącego synka.

Kolacja o siódmej. W towarzystwie nudnego i denerwującego kuzyna Jody - Franka. 

Cybil po raz kolejny zadała sobie pytanie, kiedy wreszcie zdobędzie się na odwagę i powie 

przyjaciółce, żeby przestała umawiać ją na siłę z kolejnymi kandydatami na męża.

Uświadomiła sobie, że to samo musi powiedzieć pani Wolinsky. No i pani Peebles z 

pierwszego piętra, i właścicielowi pralni. Dlaczego wszyscy jej znajomi popadali w obsesję i 

za wszelką cenę chcieli ją swatać?

Miała   dwadzieścia   cztery   lata,   nie   była   z   nikim   związana   i   prowadziła   bardzo 

szczęśliwe życie. Oczywiście pragnęła kiedyś  założyć rodzinę. Czasami wyobrażała sobie 

ładny dom z ogródkiem dla dzieci w jakiejś miłej podmiejskiej okolicy. I psa. Na pewno 

będzie miała psa. Ale dopiero w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Na razie była zado-

wolona ze swojej sytuacji.

Pochyliła się nad deską, wsparła głowę na rękach i pogrążyła się w marzeniach. To 

pewnie   wiosna   tak   mnie   usposabia,   pomyślała.   Czuła   jakiś   wewnętrzny   niepokój   i   roz-

pierającą ją energię.

Doszła do wniosku, że może jednak dobrze by było pójść na spacer z Jody i Charliem, 

ale w tej samej chwili usłyszała trzask zamykających się za nimi drzwi.

Ze spaceru nici.

Przypomniała sobie, że ma pracę do skończenia, i zaczęła szkicować pierwszą scenkę 

do kolejnego odcinka swojego komiksu „Sąsiedzi i przyjaciele”.

Rysowała   wprawnie,   pewnymi   ruchami.   Umiejętność   rysowania   nabyła   w   sposób 

naturalny. Jej matka była znaną artystką, odnoszącą sukcesy w kraju i za granicą. Ojciec na-

tomiast   wsławił   się   jako   autor   popularnego   komiksu   „Macintosh”,   który   od   wielu   lat 

ukazywał się w gazetach. Oboje rodzice zaszczepili Cybil i jej rodzeństwu umiłowanie sztuki, 

obdarzyli zdolnością wychwytywania życiowych absurdów i wyposażyli w mocne zasady.

Opuszczając bezpieczny dom rodzinny w Maine, Cybil wiedziała, że jeśli w Nowym 

Jorku  jej  się  nie  powiedzie,   w  każdej  chwili   będzie  mogła  wrócić  do rodziny  i zostanie 

background image

przywitana z otwartymi ramionami.

Jednak Nowy Jork stał się dla niej drugim domem.

Od trzech lat jej komiks zyskiwał coraz większą popularność. Była z niego dumna. Jej 

historyjki   były   proste,   ciepłe   i   pełne   humoru,   a   występowali   w   nich   zwykli   ludzie   w 

codziennych   sytuacjach.   Nie   próbowała   naśladować   ironicznego   stylu   ojca   ani   ostrej 

politycznej satyry, którą często uprawiał. Ją rozśmieszało samo życie. Długie oczekiwanie w 

kolejce do kina, poszukiwanie odpowiedniej pary butów, kolejna nieudana randka w ciemno.

Wiele osób widziało w Emily, bohaterce komiksu, odbicie samej autorki. Ona jednak 

nie   dostrzegała   żadnego   podobieństwa.   Przecież   Emily   była   zgrabną,   wysoką   blondynką, 

która miała trudności z utrzymaniem pracy i znalezieniem odpowiedniego mężczyzny.

Cybil była brunetką średniego wzrostu i odnosiła sukcesy zawodowe. Jeśli zaś chodzi 

o mężczyzn, to nie odgrywali w jej życiu na tyle znaczącej roli, żeby się nimi przejmowała.

Spostrzegła,   że   przestała   rysować   i   mechanicznie   uderza   ołówkiem   o   deskę. 

Niezadowolona zmarszczyła czoło i zmrużyła oczy. Jakoś nie mogła się skoncentrować. Prze-

czesała palcami włosy i lekko wzruszyła ramionami. Pewnie lepiej jej się będzie pracowało, 

jeśli zrobi sobie krótką przerwę i szybko coś przekąsi. Może trochę czekolady pomoże jej się 

zmobilizować?

Wstała   i   odruchowo   włożyła   ołówek   za   ucho,   chociaż   starała   się   wykorzenić   ten 

nabyty jeszcze w dzieciństwie nawyk. Energicznym krokiem wyszła ze słonecznej pracowni i 

zbiegła na dół.

Bardzo   lubiła   swoje   dwupoziomowe   mieszkanie.   Było   przestronne   i   właśnie   to 

zadecydowało, że szybko je wynajęła. Na niższym poziomie znajdował się duży pokój od-

dzielony od kuchni tylko długim blatem. Przez okna wpadało do wnętrza światło słoneczne i 

hałas z ulicy, który przez pierwsze tygodnie budził ją w nocy i dawał miłe poczucie, że wokół 

toczy się ciekawe życie miasta.

Cybil  poruszała się z wdziękiem odziedziczonym  po matce.  Jej ojciec nazywał  to 

gracją w wielkim stylu. Jako dziecko ubłagała rodziców, żeby zapisali ją na lekcje baletu, ale 

szybko się nimi znudziła, chociaż jej długie nogi były stworzone do tańca.

Boso weszła do kuchni, otworzyła lodówkę i z namysłem zajrzała do środka. Mogłaby 

przyrządzić coś dobrego. Kiedyś chodziła też na lekcje gotowania. Zrezygnowała nie z nudy, 

lecz dlatego że pomysłowością prześcignęła nauczyciela.

Nagle  usłyszała  jakiś cichy dźwięk i  westchnęła.  Muzyka  dobiegała zza  ściany, z 

mieszkania po drugiej stronie korytarza. Smutne, zmysłowe zawodzenie saksofonu. To grał 

tajemniczy sąsiad spod 3B. Cybil żałowała, że nie robi tego częściej.

background image

Długie,   tęskne   nuty,   pełne   burzliwych   uczuć   poruszały   ją   do   głębi   i   uruchamiały 

wyobraźnię.

Czyżby nieznajomy był ubogim muzykiem? Może przyjechał do Nowego Jorku w 

nadziei, że znajdzie tu lepsze życie. Bez wątpienia ktoś złamał mu serce. Cybil układała w 

myślach kolejny scenariusz, wyjmując produkty z lodówki. Na pewno stoi za tym kobieta. 

Jakaś rudowłosa piękność, która go omotała, skradła duszę, a potem podeptała krwawiące 

serce wysokim obcasem eleganckich włoskich pantofelków.

Kilka dni temu wymyśliła inną historię życia sąsiada. W tej wersji uciekł on jako 

szesnastoletni chłopak od swojej obrzydliwie bogatej, okrutnej rodziny. Zarabiał na życie, 

grając na ulicach Nowego Orleanu - było to jedno z jej ulubionych miast - a potem musiał 

uciekać   na   północ,   ponieważ   jego   podstępna   rodzinka,   na   której   czele   stał   szalony   wuj, 

przetrząsała cały kraj w poszukiwaniu zbiega.

Jeszcze nie wymyśliła, dlaczego właściwie rodzina tak zawzięcie go poszukiwała, ale 

nie   miało   to   znaczenia.   Tajemniczy   nieznajomy   musiał   uciekać,   a   jedyne   pocieszenie 

znajdował w muzyce.

A może to agent rządowy, który wykonuje jakieś niebezpieczne tajne zadanie?

Albo złodziej klejnotów, który ucieka przed ścigającym go agentem?

Albo seryjny zabójca, polujący na kolejną ofiarę?

Roześmiała się sama do siebie i spojrzała na produkty, które mechanicznie wyjęła z 

lodówki. Kimkolwiek był tajemniczy nieznajomy, najwyraźniej zamierzała upiec dla niego 

ciasteczka.

Nieznajomy   zaś   nazywał   się   Preston   McQuinn   i   wcale   nie   uważał   siebie   za 

szczególnie tajemniczego człowieka. Po prostu trzymał się na uboczu i nie lubił, kiedy ktoś 

narzucał mu swoje towarzystwo. To właśnie potrzeba anonimowości rzuciła go w samo serce 

jednego z największych miast świata.

Rzecz   jasna,   zamierzał   mieszkać   tu   tylko   przez   jakiś   czas,   najwyżej   przez   kilka 

miesięcy, dopóki nie dobiegnie końca remont jego domu na skalistym wybrzeżu Connecticut. 

Rozmyślał o tym, chowając saksofon do futerału. Niektórzy nazywali ten dom jego fortecą, 

ale  właśnie to odpowiadało  mu  w nim  najbardziej.  W takiej  fortecy można przez  długie 

tygodnie   cieszyć   się   samotnością.   Nikt   tam   nie   wchodził   nieproszony,   a   dostępu   broniła 

ciężka brama.

Wyszedł z niemal pustego salonu i ruszył na górę. Korzystał z tego pokoju na niższym 

poziomie   tylko   wtedy,   gdy   chciał   grać,   ponieważ   miał   tu   świetną   akustykę,   albo   kiedy 

zamierzał trochę poćwiczyć, a nie chciało mu się iść do klubu sportowego kilka przecznic 

background image

dalej.

Właściwie mieszkał na górnym poziomie. Tymczasowo, powtórzył w myślach. W tym 

przejściowym   mieszkaniu   potrzebował   jedynie   łóżka,   szafy,   odpowiedniego   oświetlenia   i 

biurka, na którym zmieściłby się jego komputer, monitor i potrzebne do pracy papiery.

Chętnie zrezygnowałby z telefonu, ale jego agentka siłą wyposażyła  go w  telefon 

komórkowy i nalegała, żeby go nie wyłączał.

Rzeczywiście,   na   ogół   tego   nie   robił,   chyba   że   akurat   nie   miał   ochoty   z   nikim 

rozmawiać.

Usiadł za biurkiem zadowolony, że chwila gry na saksofonie ożywiła mu umysł  i 

napełniła energią. Mandy, jego agentka, obgryzała długie, lakierowane paznokcie z niepokoju 

o to, czy jej podopieczny robi jakieś postępy w pracy nad najnowszą sztuką. Powinien jej 

powiedzieć,   żeby   na   darmo   nie   niszczyła   sobie   lakieru.   Sztuka   będzie   gotowa,   kiedy 

nadejdzie odpowiednia pora i ani minuty wcześniej.

Doszedł do wniosku, że sukces przynosi wiele kłopotów, ponieważ bardzo szybko 

zaczyna   żyć   własnym   życiem.   Jeśli   stworzy   się   coś,   co   podoba   się   publiczności,   ludzie 

natychmiast chcą dostać następne dzieło - jeszcze bardziej udane. Preston miał w nosie to, 

czego oczekuje od niego publiczność. Było mu wszystko jedno, czy ludzie wyważą drzwi 

teatru, żeby zobaczyć jego nową sztukę, czy obsypią go nagrodami i obrzucą pieniędzmi. 

Równie dobrze mogli poddać kolejne dzieło miażdżącej krytyce i zażądać zwrotu pieniędzy 

za bilety.

Dla niego liczyła się sama praca. Tylko to miało znaczenie.

Jego sytuacja finansowa była bardzo dobra, zresztą nie od dzisiaj. Mandy twierdziła, 

że tu po części leży przyczyna jego kłopotów. Nie kierowała nim żądza zysku, nie pisał dla 

pieniędzy i dlatego nie zależało mu na reakcji publiczności. Z tego samego zresztą powodu, 

zdaniem Mandy, tworzył tak genialne sztuki. Nie zależało mu na nich.

Siedział teraz przy komputerze, wysoki, muskularny, z grzywą potarganych włosów w 

kolorze ciemnoblond. Chłodne, niebieskie oczy wpatrywały się w napisany tekst. Usta miał 

surowo zaciśnięte, a pociągła, męska twarz przybrała poważny wyraz.

Zapomniał   o   odgłosach   ulicy,   które   dzień   i   noc   wdzierały   się   przez   okno   do 

mieszkania, i postarał się wniknąć w duszę mężczyzny, który żył jedynie we wnętrzu kompu-

tera, mężczyzny, który desperacko zmagał się ze swoimi pragnieniami. Był on ważną postacią 

w jego nowej sztuce.

Zaklął pod nosem, kiedy nieprzyjemny dźwięk dzwonka przeniósł go z powrotem do 

pustego pokoju. Zastanowił się, czy nie udać, że nie ma go w domu, ale znał ludzką naturę, 

background image

więc był pewien, że intruz nie da za wygraną i będzie wracał, dopóki ktoś mu nie otworzy.

To pewnie ta kobieta o sokolim wzroku, z parteru, pomyślał, schodząc na dół. Już dwa 

razy próbowała go osaczyć, kiedy szedł wieczorem do klubu. Udało mu się uniknąć zasadzki, 

ale to zaczynało być irytujące. Lepiej będzie, jeśli stanie z nią twarzą w twarz, powie jej coś 

niegrzecznego, a obrażona sąsiadka odejdzie jak niepyszna i nie będzie mu więcej zawracała 

głowy, najwyżej zacznie z jeszcze większym zapałem plotkować na jego temat.

Spojrzał przez wizjer i zobaczył,  że przed drzwiami stoi nie schludna staruszka o 

bystrym wzroku, tylko ładna brunetka o wielkich, zielonych oczach i krótko, po chłopięcemu 

przystrzyżonych włosach.

Przypomniał sobie, że to dziewczyna z naprzeciwka. Czego, u diabła, chce ode mnie, 

pomyślał rozdrażniony. Miał nadzieję, że skoro przez tydzień dała mu spokój, nie będzie 

próbowała  narzucić mu swojego  towarzystwa  także w  przyszłości.  Właśnie taką  sąsiadkę 

uznałby za idealną.

Gniewnie otworzył drzwi i oparł się o framugę.

- Słucham?

- Cześć. - O tak, z bliska wydał się Cybil jeszcze przystojniejszy. - Nazywam się Cybil 

Campbell. Mieszkam pod 3A. - Z radosnym, przyjacielskim uśmiechem wskazała drzwi po 

drugiej stronie korytarza.

Preston tylko uniósł brew.

- Tak?

Doszła do wniosku, że nieznajomy jest po prostu małomówny i nadal uśmiechała się 

przyjaźnie. Żałowała, że ani na chwilę nie spuszczał jej z oka i nie mogła niepostrzeżenie 

zerknąć w głąb jego mieszkania. Nie chciała, żeby sobie pomyślał, że jest ciekawska. Przecież 

wcale taka nie jest. Naprawdę.

- Słyszałam, że przed chwilą grałeś na saksofonie. Pracuję w domu, a te ściany nie są 

zbyt grube.

Jeśli przyszła tu skarżyć się na hałas, to nic nie wskóra, stwierdził w myślach Preston. 

Gra,   kiedy   ma   na   to   ochotę.   Chłodno   spoglądał   na   jej   zgrabny,   trochę   zadarty   nosek, 

zmysłowe, pełne usta i wąskie stopy z pomalowanymi na różowo paznokciami.

- Zwykle zapominam włączyć muzykę, kiedy pracuję - ciągnęła radośnie. Zauważył, 

że kiedy mówi, w kąciku ust robi się jej wesoły dołeczek. - Z przyjemnością słuchałam, jak 

grasz. Ralph i Sissy uwielbiali Vivaldiego. To piękna muzyka, ale trochę nudna, jeśli słucha 

się   jej   bez   przerwy.   Ralph   i   Sissy   mieszkali   tu,   zanim   ty   się   wprowadziłeś   -   wyjaśniła, 

wskazując jego mieszkanie. - Przeprowadzili się do White Plains po tym, jak Ralph miał 

background image

romans ze sprzedawczynią z Saksa. No, tak naprawdę to może nic między nimi nie było, ale 

Ralph miał na to ochotę, więc Sissy powiedziała, że albo się przeprowadzą do innego miasta, 

albo się z nim rozwiedzie i zostawi go bez grosza. Pani Wolinsky daje im pół roku, ale ja nie 

byłabym taka pewna. Może jeszcze wszystko się między nimi naprawi. W każdym razie... - 

Wyciągnęła   przed   siebie   ładny,   żółty   talerz,   na   którym   piętrzył   się   stos   ciasteczek   z 

kawałkami czekolady, przykryty przezroczystą, różową folią. - Przyniosłam ci trochę ciastek.

Spojrzał na nie, tym samym dając Cybil okazję zerknięcia w głąb mieszkania, na pusty 

salon.

Biedny   facet,   nawet   go   nie   stać   na   kanapę,   pomyślała   ze   współczuciem.   Preston 

podniósł wzrok i zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.

- Dlaczego?

- Co dlaczego?

- Dlaczego przyniosłaś mi ciastka?

- Właśnie je upiekłam. Czasami robię coś do jedzenia, kiedy nie mogę się skupić na 

pracy. To pomaga mi pozbierać myśli. Pieczenie działa na mnie najlepiej. Jeśli zostawiłabym 

te ciastka dla siebie, w końcu bym je wszystkie zjadła i znienawidziłabym siebie za to. - 

Znów ukazał się dołeczek w policzku. - Nie lubisz ciastek?

- Nie mam nic przeciwko nim.

- W takim razie smacznego. - Włożyła mu talerz w ręce. - I witaj w nowym domu. 

Jeśli będziesz czegoś potrzebował, możesz się do mnie zwrócić. Zwykle jestem u siebie. - 

Machnęła drobną dłonią  o szczupłych  palcach. - A  jeśli  chcesz  się czegoś dowiedzieć  o 

sąsiadach, też mogę ci w tym pomóc. Mieszkam tu już od kilku lat i znam wszystkich.

- Nic mnie to nie obchodzi. - Cofnął się i bez pożegnania zamknął drzwi.

Cybil   przez   chwilę   stała   bez   ruchu,   oszołomiona   tak   nagłym   końcem   rozmowy. 

Chodziła po tym świecie od dwudziestu czterech lat, a jeszcze nikt nie zatrzasnął jej drzwi 

przed nosem. Zdarzyło jej się to pierwszy raz i miała nadzieję, że ostatni. Doświadczenie było 

bardzo nieprzyjemne.

Miała ochotę załomotać do drzwi sąsiada i zażądać zwrotu ciastek, ale się opanowała. 

Nie   upadnę   tak   nisko,   powiedziała   sobie.   Odwróciła   się   na   pięcie   i   pomaszerowała   do 

swojego mieszkania.

Teraz wiedziała, że tajemniczy nieznajomy jest nieziemsko przystojny, zbudowany jak 

grecki bóg i niegrzeczny jak rozkapryszony bachor, któremu dobrze by zrobił klaps w pupę i 

krótka drzemka. Skoro tak jest, to trudno. Nie będzie mu się narzucała.

Nie trzasnęła drzwiami. Pewnie tylko uśmiechnąłby się z satysfakcją. Ale kiedy już 

background image

była w środku, niczym rozzłoszczone dziecko zaczęła stroić najróżniejsze miny, grać na nosie 

i pokazywać język w stronę mieszkania nowego sąsiada.

Kiedy zakończyła tę dziecinną demonstrację uczuć, poczuła się trochę lepiej.

Fakty   jednak   pozostały   niezmienione.   Lokator   spod   3B   dostał   ciasteczka   na   jej 

ulubionym deserowym talerzu i udało mu się wzbudzić jej niechęć. Ona natomiast nadal nie 

znała nawet jego imienia.

Preston   nie   żałował   tego,   co   zrobił.   Ani   przez   chwilę.   Specjalnie   zachował   się 

grubiańsko, w nadziei że ta rozszczebiotana, impertynencka dziewczyna o zadartym nosku i 

seksownych, różowych paznokciach nie będzie mu zawracała głowy do końca jego pobytu w 

tym domu. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował, to stado sąsiadów, którzy pukają do jego 

drzwi, żeby radośnie powitać go w nowym miejscu zamieszkania. Zwłaszcza jeśli na czele 

tego stada miała stać gadatliwa brunetka o oczach wróżki z bajki.

Do   diabła,   zaklął   pod   nosem.   A   mówią,   że   w   Nowym   Jorku   ludzie   ignorują   się 

nawzajem. Miał nadzieję, że jest to wręcz żelazna zasada, obowiązująca w tym mieście.

Wścibska   sąsiadka   na   pewno   była   panną   -   gdyby   miała   męża,   z   pewnością   nie 

omieszkałaby z zachwytem opisać wszystkich jego zdumiewających zalet. Prawdziwy pech. 

W dodatku pracowała w domu i bardzo łatwo będzie się na nią natknąć w korytarzu. Kolejny 

minus.

Musiał też uczciwie przyznać, że w życiu nie jadł lepszych ciasteczek niż te, które mu 

przyniosła. To już było wprost niewybaczalne.

Na szczęście udało mu się o nich zapomnieć, gdy zasiadł do pisania. Ogarnięty pasją 

twórczą, nie zwróciłby uwagi nawet na wybuch jądrowy. Kiedy jednak wrócił do rzeczy-

wistości, natychmiast pomyślał o wesołym, żółtym talerzu i ułożonych na nim wypiekach 

dziewczyny z sąsiedztwa.

Myślał  o nich, kiedy brał prysznic,  kiedy się ubierał i usiłował rozluźnić mięśnie 

zesztywniałe po wielu godzinach siedzenia w postawie, którą siostra Maria Józefa, jego na-

uczycielka ze szkoły podstawowej, określała jako godną nagany.

Kiedy więc zszedł na dół, żeby się napić piwa, co mu się należało po długiej pracy, 

spojrzał na talerz łakomie. Otworzył butelkę i z namysłem pociągnął długi łyk. Może się skusi 

i zje kilka? Wyrzucenie ich do śmietnika byłoby zupełnie niepotrzebnym gestem. I tak już 

udało mu się zniechęcić do siebie tę rozgadaną Cybil.

Na pewno będzie chciała, żeby zwrócił talerzyk.  Nic się nie stanie, jeśli skosztuje 

ciastek, zanim podrzuci jej talerz pod drzwi.

Włożył   jedno   do   ust   i   z   uznaniem   mruknął   coś   pod   nosem.   Zjadł   drugie   i   cicho 

background image

gwizdnął z zachwytu.

Po dwudziestym zaklął cicho.

Te ciastka są jak narkotyk, pomyślał. Było mu trochę mdło i czuł, że chyba nie jest w 

stanie ruszyć  się z miejsca.  Patrzył na niemal pusty talerz z mieszaniną  pożądania i ob-

rzydzenia do samego siebie. Przywołał resztki silnej woli i przełożył pozostałe ciastka do 

plastikowego pojemnika, a potem wrócił do salonu po saksofon.

Miał zamiar trochę pospacerować przed wizytą w klubie.

Już miał wyjść na korytarz, kiedy usłyszał, że ktoś z hałasem idzie na górę. Skrzywił 

się i cofnął za drzwi, nie zamykając ich jednak. Przez szparę usłyszał, jak Cybil wyrzuca z 

siebie słowa z zawrotną szybkością, co bardzo go zdziwiło, ponieważ dziewczyna była sama.

- Nigdy więcej  - mamrotała  cicho.  - Niech  mnie  posieka na  kawałki,  niech  mnie 

przypala żywym ogniem. Nigdy więcej nie dam się do tego namówić. Za żadne skarby świata. 

Postanowione i koniec.

Preston  zauważył,  że   się  przebrała.  Miała  teraz  na   sobie   obcisłe   czarne   spodnie   i 

dopasowany czarny blezer, a pod nim bluzkę w kontrastowym kolorze dojrzałych truskawek. 

W uszach dziewczyny kołysały się długie kolczyki.

Nadal mówiąc do siebie, otworzyła torebkę wielkości znaczka pocztowego.

- Życie jest zbyt krótkie, żeby marnować dwie godziny na nudne rozmowy o niczym. 

Więcej nie dam się jej na to namówić. Nie zrobi mi tego. Przecież potrafię mówić nie. Muszę 

to tylko trochę poćwiczyć, i tyle. Gdzie, u diabła, podziały się te klucze?

Gdy usłyszała, że drzwi za nią się otwierają, podskoczyła i odwróciła się gwałtownie. 

Preston zauważył, że kolczyki w jej uszach różnią się od siebie i zastanowił się, czy teraz jest 

taka   moda,   czy   to   tylko   roztargnienie   właścicielki.   Nie   mogła   znaleźć   kluczy   w 

mikroskopijnej torebce, więc pewnie w grę wchodziła druga możliwość.

Była zarumieniona, zdyszana i wręcz biła od niej świeżość. A pachniała nawet ładniej 

niż ciasteczka. Preston zauważył to natychmiast i jeszcze bardziej go to zirytowało.

- Zaczekaj - nakazał jej krótko i wrócił do mieszkania po talerz.

Cybil   nie   miała   zamiaru   czekać.   W   końcu   udało   jej   się   znaleźć   klucz   w   małej 

wewnętrznej kieszonce torebki, czyli dokładnie tam, gdzie go schowała.

Preston okazał się szybszy. Wyszedł na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi. W jednej 

ręce niósł saksofon w futerale, w drugiej żółty talerz.

- Masz. - Nie miał zamiaru się dopytywać, co sprawiło, że jej twarz leśnej wróżki 

przybrała   taki   zagniewany   wyraz.   Bez   wątpienia   opowiedziałaby   mu   wszystko   ze 

szczegółami, co zabrałoby co najmniej pół godziny.

background image

- Nie musisz mi tak wylewnie dziękować - warknęła i wyrwała mu talerz. Głowa 

pękała jej z bólu po dwóch godzinach słuchania monotonnych wynurzeń kuzyna Jody, Fran-

ka, na temat operacji giełdowych, więc postanowiła dać upust złości i powiedzieć kilka słów 

prawdy   opryskliwemu   facetowi   z   przeciwka.   -   Słuchaj,   koleś,   nie   chcesz   zawierać 

znajomości, w porządku. Ja nie narzekam na brak przyjaciół. - Z emfazą machnęła talerzem. - 

Mam ich tylu, że zanim zaprzyjaźnię się z kimś nowym, muszę poczekać, aż ktoś ze starych 

znajomych wyprowadzi się za granicę. To jednak wcale nie jest powód, żeby zachowywać się 

bezczelnie. Przecież ja ci się tylko przedstawiłam i dałam trochę ciastek!

Miał ochotę się uśmiechnąć, ale się opanował.

- Bardzo dobre ciastka - powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Natychmiast 

tego pożałował, kiedy zobaczył, że złość w oczach Cybil zmienia się w rozbawienie.

- Naprawdę?

- Owszem. - Odszedł, a ona patrzyła za nim lekko zaintrygowana. Teraz już zupełnie 

nie wiedziała, co o nim myśleć.

Postąpiła więc tak, jak nakazał jej odruch chwili. Często tak robiła. Szybko zostawiła 

talerz na stole i zamknąwszy drzwi do mieszkania, podążyła za nieznajomym. Starała się przy 

tym stąpać tak cicho, jak to tylko możliwe.

Świetny pomysł do mojego komiksu, pomyślała. Przygoda w sam raz dla Emily. Jeśli 

dobrze to rozegram, wystarczy na kilka odcinków.

Oczywiście   Emily  musi   oszaleć   na  punkcie   tego  faceta,   zadecydowała  Cybil,   gdy 

próbowała bezszelestnie zbiec po schodach. U bohaterki komiksu nie będzie to zwykła, znana 

wszystkim ciekawość, tylko odbierająca zdrowy rozsądek fascynacja.

Podekscytowana pogonią, z głową rozpaloną od pomysłów, bez tchu wybiegła przed 

dom i rozejrzała się na wszystkie strony.

Przystojny   sąsiad   był   już   dość   daleko.   Szybko   chodzi,   pomyślała   z   uznaniem. 

Uśmiechnęła się do siebie i ruszyła za nim.

Emily,   rzecz   jasna,   kryłaby   się   w   cieniu,   przeskakiwała   od   latarni   do   latarni, 

przywierała do ściany, na wypadek, gdyby śledzony nagle się odwrócił, ale...

Cybil z cichym  okrzykiem ukryła  się za słupem latarni, kiedy obiekt jej pogoni z 

roztargnieniem obejrzał się przez ramię. Wyjrzała zza słupa, przyciskając rękę do serca i zo-

baczyła, że znika za rogiem.

Była zła, że na kolację z Frankiem włożyła szpilki zamiast butów na płaskim obcasie. 

Zaczerpnęła powietrza i biegiem rzuciła się w pościg.

Podążała   za   swoją   zwierzyną   przez   dwadzieścia   minut,   aż   rozbolały   ją   nogi,   a 

background image

początkowe podniecenie pogonią ustąpiło miejsca znużeniu. A może tajemniczy sąsiad co 

wieczór krąży bez celu po mieście, dźwigając futerał z saksofonem? Może jest nie tylko 

grubianinem, ale i wariatem? Pewnie niedawno wypuścili go ze szpitala - dlatego nie potrafi 

nawiązywać normalnych kontaktów z ludźmi. Jego obrzydliwie bogata i okrutna rodzinka w 

końcu go dopadła i zamknęła w szpitalu dla obłąkanych,  żeby nie mógł  się upomnieć  o 

należny   mu   spadek   po   ukochanej   babci,   która   zmarła   w   podejrzanych   okolicznościach   i 

zostawiła   mu   cały   swój   majątek.   Długie   lata   zamknięcia   w   szpitalu   prowadzonym   przez 

nieuczciwego psychiatrę spowodowały fatalne zmiany w jego osobowości.

Tak, właśnie taką historię wymyśliłaby sobie Emily.  I byłaby pewna, że jej czuła 

opieka   i   bezgraniczna   miłość   uleczyłyby   nieszczęśnika.   Potem   zaś   wszyscy   sąsiedzi   i 

przyjaciele staraliby się wybić jej z głowy takie pomysły, a ona próbowałaby wciągnąć ich w 

swoje plany.

A zanim wszystko by się wyjaśniło, tajemniczy sąsiad okazałby się...

Ze zdziwieniem stwierdziła, że znalazła się na progu jakiegoś małego, mrocznego 

klubu o nazwie U Delty.

No, nareszcie, pomyślała, przeczesując włosy dłonią. Teraz wystarczy, że wślizgnie 

się do środka i znajdzie sobie ciemny kąt. Ciekawe, co się będzie działo dalej.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Klub przesiąknięty był zapachem whisky i dymu papierosowego. Nie przeszkadzało to 

Cybil, raczej pozwalało lepiej wczuć się w panującą tu atmosferę. Wokół było mroczno, a 

jasnoniebieski blask oświetlał niewielką scenę. Przy większości ciasno ustawionych stolików 

siedzieli goście. Nie było tu wcale głośno, wszyscy rozmawiali ściszonymi głosami.

Cybil wydało się to naturalne. Przecież w takich miejscach na pewno odbywają się 

tajemne schadzki, ludzie nawiązują sekretne romanse lub omawiają jakieś zagadkowe sprawy.

Przy długim drewnianym  barze pod ścianą klienci siedzieli na wysokich stołkach, 

pochyleni nad drinkami, jakby strzegli ich przed jakimś niebezpieczeństwem.

Ten klub był jakby żywcem przeniesiony w teraźniejszość z czarno - białych filmów z 

lat   czterdziestych.   W   takich   filmach   bohaterka   nosiła   długie,   powłóczyste   suknie,   miała 

mocno umalowane usta i opadające na jedno oko platynowoblond włosy. Stawała na scenie w 

snopie światła pojedynczego reflektora i śpiewała tęskne piosenki o okrutnych mężczyznach, 

którzy ją skrzywdzili. W tym  samym  czasie  mężczyzna,  który jej  pragnął  i który kiedyś 

również ją skrzywdził, siedział w zadumie nad niedopitą szklaneczką whisky, spoglądając 

znużonym wzrokiem spod ronda sfatygowanego kapelusza.

Innymi   słowy,   klub   ten   bardzo   się   Cybil   spodobał.   Uśmiechnęła   się   do   siebie   z 

satysfakcją.

W   nadziei   że   nikt   nie   zwróci   na   nią   uwagi,   przemknęła   pod  ścianą,   usiadła   przy 

wolnym stoliku i przyglądała się Prestonowi przez kłęby dymu i opary whisky.

Preston   był   ubrany   na   czarno.   Miał   na   sobie   czarne   dżinsy   i   czarny   bawełniany 

podkoszulek.  Przed chwilą  zdjął skórzaną kurtkę, w której  przyszedł.  Rozmawiał  z jakaś 

piękną czarnoskórą kobietą w jaskrawoczerwonym kombinezonie, opinającym ciasno każdą 

wypukłość jej bujnego ciała. Miała co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu. Kiedy odrzuciła 

głowę w tył i roześmiała się, jej matowy, niski śmiech wypełnił całe pomieszczenie.

Po raz pierwszy Cybil zobaczyła, jak tajemniczy mężczyzna się uśmiecha. Patrząc na 

jego odmienioną twarz, nadal zabójczo urodziwą, ale teraz pozbawioną surowości, doszła do 

wniosku, że jego uśmiech nie ma sobie równych. Zresztą słowo „uśmiech” było zbyt łagodne. 

Cała jego twarz się zmieniła, nabrała ciepła, rozjaśniła się.

Cybil bezwiednie oparła głowę na dłoniach i uśmiechnęła się do siebie. Wyobraźnia 

zaczęła działać...

Ta piękna Amazonka była jego kochanką. Upewniła się o tym, gdy kobieta ujęła jego 

twarz w dłonie i obdarzyła go długim pocałunkiem. Oczywiście, taki mężczyzna jak on - 

background image

pełen tajemnic, o złamanym sercu i burzliwej przeszłości - musiał mieć egzotyczną kochankę, 

z którą spotykał się w mrocznych zadymionych barach, gdzie razem słuchali sennej, tęsknej 

muzyki.

Boże, jakie to romantyczne. Westchnienie samo wyrwało się z piersi Cybil.

Na nierozświetlonej jeszcze scenie Delta z czułością uszczypnęła Prestona w policzek.

- Doszło do tego, że śledzą cię kobiety, mój słodki?

- To jakaś wariatka.

- Chcesz, żebym ją stąd wyrzuciła?

- Nie. - Nie obejrzał się, ale czuł na sobie spojrzenie tych wielkich, zielonych oczu. - 

Jestem pewien, że to tylko nieszkodliwa wariatka.

W ciemnych oczach Delty znać było rozbawienie.

- W takim razie pogadam z nią. Sprawdzę, co to za jedna. Jeśli ktoś śledzi mojego 

słodkiego Prestona, muszę sprawdzić, co jest grane. Prawda, Andre?

Chudy czarnoskóry mężczyzna przy fortepianie zdjął palce z klawiszy i uniósł twarz 

tak zniszczoną, jak wysłużony instrument, na którym grał.

- Prawda. Tylko nie zrób jej krzywdy - powiedział z uśmiechem. - To jeszcze prawie 

dziecko. Gotowy? - zwrócił się do Prestona.

- Ty zacznij. Włączę się za chwilę.

Delta zeszła ze sceny, a długie, szczupłe palce Andre zaczęły wyczarowywać cudowne 

dźwięki. Preston z wolna dawał się ponieść nastrojowi. Zamknął oczy i czuł, jak porywa go 

muzyka.

Muzyka przenosiła go w inny świat. Wyganiała z głowy słowa, ludzi i sceny, które 

wdzierały się do niej nieproszone. Kiedy dmuchał w saksofon, nie istniało nic innego, tylko 

radosny trud grania.

Kiedyś   powiedział   Delcie,   że   granie   jest   jak   seks.   Coś   człowiekowi   odbiera,   coś 

innego daje. I zawsze kończy się zbyt szybko.

Cybil   również   dała   się   oczarować   dźwiękom.   Zasłuchana   w   niskie,   smutne   nuty, 

wzbijała się na nich pod niebo, żeby po chwili znów opaść na ziemię. Kiedy patrzyła, jak 

Preston   gra   na   saksofonie,   czuła   się   zupełnie   inaczej   niż   wtedy,   gdy   tylko   słyszała 

dobiegające zza ściany strzępki melodii. W jego graniu było teraz więcej mocy, docierało ono 

do głębi jej serca, budziło zmysły.

Przy takiej muzyce można było płakać. Kochać się. Marzyć.

Zasłuchana i wpatrzona w scenę nie zauważyła, kiedy do jej stolika podeszła Delta.

- Co cię tu sprowadza, siostrzyczko?

background image

- Hmmm? - Wytrącona nagle z zasłuchania Cybil podniosła wzrok i uśmiechnęła się z 

roztargnieniem. - Co za cudowna muzyka. Aż mnie ściska za serce.

Delta   uniosła   brwi.   Zauważyła,   że   dziewczyna   ma   inteligentną,   miłą   twarz   o 

regularnych, delikatnych rysach. Wcale nie wyglądała na wariatkę.

- Pijesz coś, czy tylko siedzisz i zajmujesz miejsce?

- Och... - Oczywiście. Cybil uświadomiła sobie, że w takim klubie należy zamówić 

jakiegoś drinka. - Taka muzyka pasuje do whisky - stwierdziła z uśmiechem. - Napiję się więc 

whisky.

Brwi Delty uniosły się jeszcze wyżej.

- Wyglądasz tak młodo, że nie wiem, czy możesz już zamawiać whisky.

Cybil nawet się nie skrzywiła. Bardzo często słyszała takie uwagi. Otworzyła torebkę i 

wyjęła prawo jazdy.

Delta przyjrzała mu się uważnie.

- W porządku, Cybil Angelo Campbell. Dostaniesz swoją whisky.

- Dzięki. - Zadowolona Cybil znów oparła głowę na dłoniach i zasłuchała się. Była 

zdziwiona, kiedy Delta wróciła do jej stolika, niosąc nie jedną, ale dwie szklaneczki, i usiadła 

obok niej.

- Co robisz w takim miejscu, siostrzyczko? Twoja słodka buzia bardziej pasuje do 

pokoju dziecinnego.

Cybil już miała wyjaśnić, skąd się tu wzięła, ale przecież nie mogła powiedzieć, że 

trafiła do klubu, podążając ukradkiem przez całe Soho za tajemniczym sąsiadem z przeciwka.

- Mieszkam niedaleko. Zdaje się, że trafiłam tu przypadkiem, idąc za głosem serca. - 

Uniosła   szklaneczkę   w   stronę   sceny.   -   I   bardzo   się   cieszę,   że   tu   jestem   -   oznajmiła   i 

przechyliła jej zawartość.

Delta spojrzała na nią zaskoczona. Ta dziewczyna wyglądała jak grzeczna pensjonarka 

z dobrego domu, ale whisky piła jak mężczyzna.

-   Jeśli   będziesz   się   włóczyła   nocami   po   ulicach,   to   ktoś   może   cię   schrupać, 

siostrzyczko.

Cybil spojrzała na nią znad brzegu szklanki.

- Dam sobie radę... siostro.

Delta z zastanowieniem kiwnęła głową.

-   Może   tak,   a   może   nie.   Jestem   Delta   Pardue.   -   Stuknęła   swoją   szklaneczką   o 

szklaneczkę Cybil. - Ten lokal należy do mnie.

- Bardzo mi się tu podoba, Delto.

background image

- Może tak, a może nie. - Roześmiała się swoim niskim, zmysłowym śmiechem. - Ale 

nie mam wątpliwości, że podoba ci się mój przyjaciel. Odkąd przyszłaś, patrzysz na niego jak 

kot na mysz.

Cybil zakołysała whisky, zastanawiając się, jak dalej rozegrać tę rozmowę. Chociaż 

nie miała wątpliwości, że doskonale sobie poradzi na ulicy, a w zasadzie wszędzie, jednak 

Delta była od niej cięższa co najmniej o dziesięć kilogramów. Jak sama powiedziała, to był jej 

lokal. Jej mężczyzna. Nie było sensu robić sobie wroga z potencjalnej nowej przyjaciółki.

- Jest bardzo przystojny - powiedziała obojętnie. - Trudno na niego nie patrzeć. Więc 

jeśli nie masz nic przeciwko temu, jeszcze trochę sobie popatrzę. On na pewno nie zwróci na 

mnie uwagi, skoro ma przy sobie kogoś takiego jak ty.

Zęby Delty błysnęły w szerokim uśmiechu.

-   Zdaje   się,   że   rzeczywiście   dasz   sobie   radę   w   każdej   sytuacji.   Bystra   z   ciebie 

dziewczyna, co?

Cybil parsknęła śmiechem.

- O, tak. I naprawdę bardzo mi się tutaj podoba. Jak długo jesteś właścicielką klubu?

- Dwa lata.

-   A   co   robiłaś   przedtem?   Po   twoim   akcencie   poznaję,   że   pochodzisz   z   Nowego 

Orleanu. Nie mylę się?

Delta kiwnęła głową.

- Masz dobre ucho.

-  Owszem,  umiem   rozpoznawać  po  akcencie,  skąd kto  pochodzi,  a  już  na  pewno 

rozpoznam kogoś z Nowego Orleanu. Moja mama się tam wychowała.

- Nie znam żadnych Campbellów. Jakie jest nazwisko panieńskie twojej matki?

- Grandeau.

Delta odchyliła się w tył.

- Znam wiele osób o tym nazwisku. Jesteś krewną pani Adelajdy?

- To siostra mojego dziadka.

- Niezwykła dama.

Cybil prychnęła lekko i wypiła łyk whisky.

- Nadęta, denerwująca i zimna jak ryba. W dzieciństwie ja i bliźniaki, czyli mój brat i 

siostra, myśleliśmy, że to zła czarownica.

-   Ma   władzę,   ale   taką,   którą   dają   pieniądze   i   koligacje.   A   więc   jesteś   z   rodziny 

Grandeau. Kim jest twoja mama?

- To Genvieve Grandeau Campbell, malarka.

background image

- Pani Gennie... - Delta odstawiła szklankę, przyłożyła dłoń do serca i zaniosła się 

śmiechem. - Coś podobnego! Córka pani Gennie przyszła do mojego klubu. Na tym świecie 

zdarzają się jednak prawdziwe cuda.

- Znasz moją matkę?

- Moja mama sprzątała u twojej grand - mere, siostrzyczko.

-   Mazie?   Jesteś   córką   Mazie?   Och!   -   Ostatnie   lody   zostały   przełamane   i   Cybil 

chwyciła Deltę za rękę. - Moja mama często opowiadała mi o Mazie. Kiedy byłam małą 

dziewczynką,   poszliśmy   do   niej   z   wizytą.   Poczęstowała   nas   domowymi   pączkami,   były 

świeże i pyszne. Siedzieliśmy razem na ganku i popijaliśmy lemoniadę, a tata naszkicował jej 

portret.

- Powiesiła go w salonie i była z niego bardzo dumna. Byłam w mieście wtedy, kiedy 

ją odwiedziliście całą rodziną, ale pracowałam. Mama tygodniami opowiadała o tej wizycie. 

Panna Gennie miała w jej sercu swoje stałe miejsce.

- Zaczekaj tylko, aż powiem swoim rodzicom, że cię spotkałam w Nowym Jorku. A 

jak się teraz miewa twoja mama, Delto?

- Zmarła w zeszłym roku.

- Och... - Cybil ciepłym gestem ujęła rękę Delty w obie dłonie. - Tak mi przykro.

- Miała udane życie, odeszła we śnie, dobrą śmiercią. Twoi rodzice przyjechali na 

pogrzeb. Siedzieli z nami w kościele. Stali nad grobem. Pochodzisz z bardzo dobrej rodziny, 

moja mała Cybil.

- Ty też, Delto. Ty też.

Preston nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Oto Delta, najrozsądniejsza kobieta 

jaką znał, gawędziła sobie w najlepsze z tą postrzeloną dziewczyną i najwyraźniej obie w 

ekspresowym tempie zostały przyjaciółkami. Popijały whisky, śmiały się wesoło, trzymały za 

ręce.

Siedziały razem w zacisznym kącie sali przez ponad godzinę. Co jakiś czas Cybil 

wygłaszała jeden z tych swoich ożywionych monologów, energicznie przy tym gestykulując i 

strojąc najróżniejsze miny. Delta odchylała się w tył i wybuchała śmiechem, a potem znów 

przysuwała się do nowej przyjaciółki i ze zdziwieniem kręciła głową.

- Spójrz no tylko na to, Andre. - Preston oparł się o fortepian.

Andre rozprostował palce i zapalił papierosa.

- Wyglądają jak dwie kokoszki w kojcu. To bardzo ładna dziewczyna, przyjacielu. Ma 

w sobie jakąś iskrę.

- Nie znoszę takich iskrzących dziewczyn - burknął Preston. Nie miał ochoty więcej 

background image

grać, więc schował saksofon do futerału. - Do następnego razu.

- Na pewno mnie tu znajdziesz.

Wiedział, że najlepiej by było, gdyby po prostu wyszedł bez słowa, ale trochę go 

zirytowało, że jego dobra znajoma tak się zaprzyjaźniła z tą narwaną trzpiotką. Poza tym 

chciał pokazać wścibskiej sąsiadce, że przejrzał jej grę i nie da się podejść.

Kiedy   jednak   stanął   przy   stoliku,   Cybil   tylko   zerknęła   na   niego   przelotnie   i 

uśmiechnęła się.

- Nie będziesz już więcej grał? Bardzo mi się podobało.

- Śledziłaś mnie.

- Owszem. To było niegrzeczne. Ale wcale nie żałuję. Słuchałam cię z przyjemnością. 

Poza tym inaczej nigdy nie poznałabym Delty. Właśnie mówiłyśmy o...

- Nie rób tego więcej - powiedział krótko i pomaszerował do drzwi.

-   O,   ale   się   wkurzył.   -   Delta   parsknęła   śmiechem.   -   Patrzył   tak   lodowato,   że   aż 

przeszedł mnie dreszcz.

- Powinnam go przeprosić. - Cybil zerwała się na równe nogi. - Nie chcę, żeby się na 

ciebie gniewał.

- Na mnie? Ale...

- Jeszcze  tu wrócę. - Pocałowała Deltę  w policzek, a ta ze zdziwienia zamrugała 

oczami. - Nie martw się, wszystko mu wyjaśnię.

Wybiegła   z   klubu,   a   Delta   przez   chwilę   patrzyła   za   nią   oszołomiona.   W   końcu 

roześmiała się głęboko i serdecznie.

- Siostrzyczko, nie masz nawet pojęcia, w co się pakujesz. No, ale nasz słodki Preston 

też jeszcze nic nie przeczuwa - dodała w zadumie.

Tymczasem Cybil biegła już chodnikiem w ślad za Prestonem.

-   Hej!   -   krzyknęła,   ale   on   nawet   się   nie   obejrzał.   Że   też   nie   zapytała   Delty 

przynajmniej o to, jak się nazywa ten ponurak. Co za brak rozsądku. - Hej! - Narażając się na 

zwichnięcie kostki, przyśpieszyła jeszcze bardziej i wreszcie udało jej się go dogonić.

-   Przepraszam...   -   zaczęła,   chwytając   mężczyznę   za   rękaw   kurtki.   -   Naprawdę 

przepraszam. To wszystko moja wina.

- Całkowicie się z tobą zgadzam.

-   Nie   powinnam   cię   śledzić.   Nie   zastanowiłam   się   nad   tym,   co   robię.   Działałam 

impulsywnie.   Często   mi   się   to   zdarza.   No   i   byłam   zdenerwowana,   ponieważ   ten   kretyn 

Frank... zresztą nieważne. Chciałam tylko... Czy mógłbyś trochę zwolnić?

- Nie.

background image

Cybil wzniosła oczy do nieba.

- Dobrze, już dobrze. Wiem, że życzysz mi wszystkiego najgorszego, ale nie masz 

żadnego powodu, żeby się wściekać na Deltę. Zaczęłyśmy rozmawiać i okazało się, że jej 

matka pracowała kiedyś u mojej babci, a ona, to znaczy Delta, zna moich rodziców i kilku 

kuzynów z rodziny Grandeau. Bardzo dobrze nam się rozmawiało.

Preston zatrzymał się nagle i spojrzał na nią chłodno.

- Że też akurat musiałaś trafić do tego klubu, chociaż tyle jest ich w mieście - mruknął, 

co bardzo ją rozśmieszyło.

- No właśnie. W dodatku udało mi się zaprzyjaźnić z twoją dziewczyną. Przepraszam.

- Z moją dziewczyną? Chodzi ci o Deltę?

Ku wielkiemu zaskoczeniu Cybil, jej tajemniczy sąsiad okazał się zdolny do wesołego 

śmiechu. Roześmiał się głośno cudownym głębokim barytonem, który mógłby roztopić lód. Z 

jej piersi wyrwało się westchnienie.

- Czy Delta wygląda na Czyjąkolwiek dziewczynę? Ty chyba spadłaś z Marsa.

- To tylko takie wyrażenie. Nie chciałam wysnuwać zbyt śmiałego wniosku i nazywać 

ją twoją kochanką.

Patrzył na nią zaciekawiony, a w jego oczach nadal migotały ogniki śmiechu.

- Nie  miałbym  nic  przeciwko temu, ale  tak  się składa,  że facet,  z którym  dzisiaj 

grałem, to jej maż i mój przyjaciel.

- Ten chudzielec przy fortepianie? Naprawdę? - Złożyła buzię w ciup i zastanowiła się 

chwilę. Co za cudowna romantyczna sytuacja. - To wspaniałe, prawda? - Preston tylko po-

trząsnął głową i ruszył przed siebie. - To znaczy, chciałam powiedzieć coś innego - ciągnęła 

Cybil, biegnąc obok truchtem. Nie zdziwiło to Prestona. Był pewien, że dziewczyna tak łatwo 

się   od   niego   nie   odczepi.   -   Jestem   pewna,   że   przysiadła   się   do   mnie   po   to,   żeby   mnie 

sprawdzić. Chciała się upewnić, że nie sprawię ci kłopotu. A potem już tak się jakoś samo 

zgadało. Nie chcę, żebyś się na nią złościł.

- Wcale nie jestem na nią zły. Natomiast to, co ty wyczyniasz, przechodzi wszelkie 

granice. Powiedzieć, że jestem na ciebie zły, byłoby mało.

Urażona wydęła usta.

- Cóż, bardzo mi przykro. Postaram się więcej nie wchodzić ci w drogę, bo widzę, że 

bardzo ci to przeszkadza.

Zadarła dumnie nosek, przeszła na drugą stronę ulicy i pomaszerowała w przeciwnym 

kierunku, oddalając się od domu.

Preston patrzył przez chwilę, jak stukając obcasami o chodnik, niknie w głębi ulicy. 

background image

Wzruszył ramionami i skręcił za róg, wmawiając sobie, że teraz, kiedy pozbył się wścibskiej 

gaduły,   humor   od   razu   mu   się   poprawi.   Przecież   to   nie   jego   zmartwienie,   że   młoda 

dziewczyna idzie sama ulicą w środku nocy. Przecież nie musiałaby się błąkać po mieście w 

tych bez wątpienia niewygodnych pantofelkach na wysokich, cienkich obcasach, gdyby nie 

strzeliło jej do głowy, żeby go śledzić.

Nie, nie zamierzał się o nią martwić.

Zaklął pod nosem, odwrócił się i podążył śladem Cybil. No dobrze, upewni się tylko, 

że dziewczyna bezpiecznie dotrze do domu i to wszystko. Potem będzie spokojnie mógł umyć 

ręce od wszelkiej odpowiedzialności i zapomnieć o całym zdarzeniu.

Dzieliła go od niej odległość jednej przecznicy, kiedy nagle zauważył coś dziwnego. 

Jakiś mężczyzna wysunął się z cienia i rzucił na dziewczynę. Cybil krzyknęła przeszywająco i 

zaczęła się mu wyrywać. Preston bez namysłu cisnął na ziemię futerał i biegiem pomknął na 

pomoc, bojowo zaciskając pięści.

Zatrzymał się jak wryty, kiedy spostrzegł, że Cybil nie tylko się wyswobodziła, ale w 

dodatku unieszkodliwiła napastnika mocnym kopniakiem w krocze. Bandyta zgiął się w pół, a 

ona zręcznie wymierzyła mu od dołu cios w szczękę, po którym wylądował bezwładnie na 

chodniku.

- Mam przy sobie tylko  dziesięć dolarów! Nędzne dziesięć dolarów, ty łobuzie! - 

wołała wzburzona. - Jeśli potrzebujesz pieniędzy, trzeba było o nie zwyczajnie poprosić!

Preston doszedł już do siebie i w kilku susach znalazł się przy niej.

- Jesteś ranna?

- Tak, do diabła, jestem. A wszystko przez ciebie. Nie uderzyłabym go tak mocno, 

gdybym nie była taka wkurzona. Na ciebie! - wyrzuciła, rozcierając kostki u prawej dłoni.

Preston chwycił ją za nadgarstek.

- Daj, zobaczę. Wyprostuj palce.

- Idź sobie.

- No, dalej, wyprostuj palce.

- Hej tam! - Jakaś kobieta wyjrzała przez otwarte okno po drugiej stronie ulicy. - 

Chcecie, żebym wezwała policję?

- Tak!  - ze złością  odkrzyknęła  Cybil  i  poruszyła  palcami obolałej  dłoni.  Preston 

zbadał je ostrożnie, a ona odetchnęła głębiej. - Tak, proszę wezwać policję. Dziękuję - dodała 

spokojniejszym tonem.

- Jaka uprzejma, nawet jako ofiara napadu - wymruczał Preston. - Kości są całe. Ale 

lepiej będzie, jeśli zrobisz prześwietlenie.

background image

- Dzięki za radę, doktorze z koszmarnego snu. - Wyrwała dłoń z jego uścisku, uniosła 

z dumą głowę i odprawiła go ruchem drugiej ręki, niczym królowa łaskawie zezwalająca 

odejść poddanemu. - Możesz iść. Nic mi nie jest.

Rozciągnięty na chodniku człowiek poruszył się z jękiem, więc Preston postawił mu 

stopę na karku.

- Chyba zostanę tu jeszcze przez chwilę. Może przyniesiesz mój saksofon? Upuściłem 

go, ponieważ wtedy jeszcze wierzyłem, że zły wilk zjadł Czerwonego Kapturka.

Już miała mu powiedzieć, żeby sam sobie przyniósł swój głupi saksofon, ale dotarło 

do niej, że gdyby jeszcze raz miała uderzyć leżącego na chodniku łobuza, sprawiłoby jej to 

niemal taki sam ból jak jemu. Godnie wyprostowana poszła więc po saksofon i przyniosła go 

Prestonowi.

- Dziękuję - powiedziała.

- Za co?

- Za to, że o mnie pomyślałeś.

- Nie ma o czym mówić. - Człowiek na chodniku zaczął ordynarnie kląć, więc Preston 

trochę mocniej przycisnął go nogą.

Odsunął się od napastnika dopiero dziesięć minut później, kiedy przyjechał radiowóz. 

Cybil bez trudu ze szczegółami opisała policjantom całe wydarzenie, miał więc nadzieję, że 

uda mu się ujść ich uwadze i nie będzie musiał niczego zeznawać. Nadzieja ta rozwiała się w 

jednej chwili, gdy policjanci zwrócili się do niego:

- Widział pan, co tutaj zaszło?

- Tak - odpowiedział Preston z ciężkim westchnieniem.

Zbliżała się druga nad ranem, kiedy wraz z Cybil wchodzili po schodach na górę do 

swoich mieszkań. W ustach nadal czuł nieprzyjemny smak podłej kawy, jaką podano im na 

posterunku policji. W dodatku wypity w klubie alkohol wywołał u niego lekki ból głowy.

- Wieczór pełen emocji, co? - zagadnęła Cybil. - Ci wszyscy gliniarze i przestępcy... 

W biurze detektywów trudno było odróżnić, kto jest kto. No, może nie do końca, bo dete-

ktywi muszą nosić krawaty. Ciekawe, dlaczego. To miło z ich strony, że oprowadzili mnie po 

posterunku. Żałuj, że z nami nie poszedłeś. Pokoje przesłuchań wyglądały dokładnie tak, jak 

sobie  wyobrażałam.  Były  ciemne  i ponure. Czułam ciarki na plecach. - Preston nie miał 

wątpliwości, że Cybil jest jedyną osobą pod słońcem, która dostrzega jasne strony nawet w 

tak nieprzyjemnym zdarzeniu, jak napad. - Wciąż jestem spięta - dodała. - A ty? Nie jesteś 

zdenerwowany? Może masz ochotę na ciastko? Zostało mi jeszcze kilka.

Starał się nie zwracać uwagi na jej paplaninę. Wyjął klucze i już miał włożyć je do 

background image

zamka, gdy żołądek przypomniał mu, że od ośmiu godzin nic nie jadł. A doskonale pamiętał 

cudowny smak ciasteczek gadatliwej sąsiadki.

- No dobrze.

- Świetnie. - Weszła do swojego mieszkania i zrzuciwszy buty, podążyła do kuchni, 

nie zamykając za sobą drzwi. - Możesz wejść! - zawołała przez ramię. - Przełożę kilka ciastek 

na talerz, żebyś mógł je zabrać i zjeść spokojnie u siebie, ale przecież nie musisz czekać na 

korytarzu.

Wszedł   do   środka,   zostawiając   drzwi   otwarte.   Tak   jak   można   było   przewidzieć, 

mieszkanie okazało się jasne i wesołe, z mnóstwem ładnych stylowych bibelotów. Krążył po 

pokoju z rękami w kieszeniach i starał się nie słuchać paplania Cybil, która wykładała ciastka 

z pojemnika w kształcie głupkowato uśmiechniętej krowy na jaskrawożółty talerz, ten sam 

którego używała wcześniej.

- Za dużo mówisz, wiesz?

- Wiem. - Przygładziła dłonią włosy. - Zwłaszcza kiedy jestem podekscytowana lub 

spięta.

- A czy kiedykolwiek jesteś w innym nastroju?

- Od czasu do czasu.

Rozejrzał się uważniej wokół siebie. Zauważył oprawione w ramki fotografie, kilka 

par kolczyków, pojedynczy but i jakiś romans. Wokół roznosił się zapach kwiatów jabłoni. 

Wszystko to doskonale mu pasowało do właścicielki mieszkania. Nagle zatrzymał  się i z 

zainteresowaniem spojrzał na wiszący na ścianie odcinek komiksu.

-   „Sąsiedzi   i   przyjaciele”   -   stwierdził   zaskoczony.   Przyjrzał   się   podpisowi   pod 

ostatnim obrazkiem. Widniało tam tylko imię: Cybil. - Jesteś jego autorką?

Zerknęła przez ramię.

- Tak. To mój komiks. Pewnie bardzo rzadko czytujesz komiksy w gazetach?

W głosie dziewczyny usłyszał zaczepną nutę. Mimo później pory i burzliwych przeżyć 

wyglądała świeżo, ładnie i urzekająco.

- Grant Campbell, ten od „Macintosha”, to twój stary?

- Nie jest stary, ale owszem, to mój ojciec. Campbellowie natychmiast skojarzyli się 

Prestonowi z MacGregorami, Czyż to nie zadziwiający zbieg okoliczności? Stanął po drugiej 

stronie blatu i sięgnął po jedno z ciastek, które Cybil starannie układała na talerzu.

- Lubię jego komiksy. Ostre i celne.

- Gdyby to usłyszał, na pewno byłoby mu przyjemnie. - Preston sięgnął po następne 

ciastko, a Cybil się uśmiechnęła. - Nalać ci trochę mleka?

background image

- Nie. Masz piwo?

-   Piwo   do   ciastek?   -   Skrzywiła   się,   ale   otworzyła   lodówkę.   Preston   miał   okazję 

zauważyć, że była wypełniona zapasami. A kiedy Cybil się pochyliła, nie mógł nie spostrzec, 

że zgrabna dziewczęca pupa bardzo ładnie się prezentuje w czarnych, obcisłych spodniach.

- Może być takie? - Podała mu butelkę z ciemnym płynem. - Chuck takie pija.

- Chuck zna się na rzeczy. To twój chłopak?

Uśmiechnęła się kącikiem ust i wyjęła szklankę, zanim Preston zdążył jej powiedzieć, 

że będzie pił z butelki.

-   Czyli   że   ja   mogę   mieć   chłopaka,   ale   kiedy   cię   zapytałam,   czy   Delta   to   twoja 

dziewczyna, wyśmiałeś mnie. Nie, Chuck nie jest moim chłopakiem. To mąż Jody. Jody i 

Chuck Myersowie mieszkają piętro niżej, pod 2B. Byliśmy dzisiaj razem na kolacji: ja, oni 

oraz wyjątkowo nudny kuzyn Jody - Frank.

- To o tym mamrotałaś pod nosem, kiedy spotkałem cię dziś na korytarzu?

- Mamrotałam? - Zmarszczyła brwi, oparła się o kontuar i zjadła jedno z ułożonych na 

talerzu   ciastek.   Mamrotanie   pod   nosem   było   kolejnym   nawykiem,   którego   usiłowała   się 

pozbyć. - Pewnie tak. Jody już trzeci raz wrobiła mnie w randkę z Frankiem. To makler 

giełdowy. Ma trzydzieści pięć lat. Kawaler, przystojny, jeśli ktoś lubi taki filmowy typ o 

kwadratowej szczęce i szerokim czole. Jeździ BMW coupe, ma piękne mieszkanie na Upper 

East Side i letni dom w Hampton, nosi garnitury od Armaniego, lubi regionalną kuchnię 

francuską i ma nieskazitelnie białe zęby. Wystarczy?

Rozbawiony Preston popił ciastko zimnym piwem.

- Dlaczego więc jeszcze nie wyszłaś za niego za maż i nie przeprowadziłaś się do 

jakiegoś pięknego domu w Westchester?

- Właśnie  streściłeś  marzenie  mojej przyjaciółki  Jody.  Zaraz  ci powiem, dlaczego 

jeszcze tego nie zrobiłam. - Machnęła ciasteczkiem i odgryzła kawałek. - Po pierwsze, nie 

chcę wychodzić za mąż ani przeprowadzać się do Westchester. Po drugie, i najważniejsze, 

wolałabym raczej przejść się po rozżarzonych węglach niż związać się z Frankiem.

- Coś z nim nie tak?

- Śmiertelnie mnie nudzi - wyznała i zrobiła skruszoną minę. - Nieładnie tak o kimś 

mówić, prawda?

- Dlaczego? To po prostu szczere stwierdzenie faktu.

- Tak, mówię szczerze. - Sięgnęła po kolejne ciastko i zjadła je z umiarkowanym 

poczuciem winy. - To naprawdę miły człowiek, ale wydaje mi się, że w ciągu ostatnich pięciu 

lat nie przeczytał żadnej książki ani nie był w kinie. Pewnie ogląda jakieś starannie wybrane 

background image

filmy, ale na pewno nie chodzi do kina ot, tak, dla przyjemności. A jak już obejrzy jakiś film, 

poddaje go drobiazgowej krytyce.

- Nie znam człowieka, a już mnie znudził. Roześmiała się i wzięła następne ciastko.

- Na własne oczy widziałam, jak przy stole przeglądał się w łyżce, żeby sprawdzić, 

czy czasem nie przekrzywił mu się krawat i czy każdy włos jest na swoim miejscu. Przez całe 

życie   mógłby   mówić   tylko   o   akcjach,   obligacjach   i   rentach   kapitałowych.   Nie 

wytrzymałabym tego. A poza tym, całuje się jak ryba.

- Naprawdę? - Preston zapomniał już, że chciał tylko chwycić talerz z ciastkami i 

uciec do siebie. - To znaczy jak?

- No, wiesz. - Ułożyła wargi w kształt litery O, a potem roześmiała się. - Możesz 

chyba sobie wyobrazić, jak całuje się ryba. To znaczy, ryby pewnie się nie całują, ale gdyby 

się całowały, to właśnie tak. O mały włos, a udałoby mi się dzisiaj uniknąć tego przykrego 

doświadczenia, ale Jody nie chciała ustąpić.

- Nie przyszło ci do głowy, żeby powiedzieć nie?

-   Oczywiście,   że   mi   przyszło.   -   Uśmiechnęła   się   z   ironią.   -   Tylko   nie   potrafię 

wprowadzić myśli w czyn. Jody bardzo mnie lubi i z przyczyn, których absolutnie nie umiem 

pojąć, uwielbia Franka. Jej zdaniem byłaby z nas wspaniała para. Wiesz, jak to jest, kiedy 

ktoś, na kim ci zależy i kogo bardzo lubisz, poddaje cię tego rodzaju naciskowi.

- Nie, nie wiem.

Cybil przechyliła głowę w bok. Przypomniała sobie jego pusty salon. Nie miał mebli, 

a teraz okazało się, że nie ma rodziny.

- Szkoda. Czasami jest to bardzo uciążliwe, ale nie wyrzekłabym się tego za nic na 

świecie.

- Jak ręka? - zapytał, widząc, że rozciera kostki dłoni.

- A, ręka. Jeszcze trochę boli. Jutro pewnie trudno mi będzie pracować. Ale może uda 

mi się przekształcić dzisiejsze doświadczenie w ciekawą historyjkę komiksową.

- Nie bardzo sobie wyobrażam, żeby Emily mogła znokautować napastnika w ciemnej 

ulicy.

Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

- A więc jednak czytasz mój komiks.

- Od czasu do czasu.

Ta dziewczyna jest taka ładna i taka pogodna, zauważył Preston mimo woli. Nagle 

nabrał ochoty, żeby sprawdzić, jak smakują jej usta.

Zaraz   jednak   zdegustowany   pomyślał,   że   to   pewnie   efekt   jedzenia   domowych 

background image

ciasteczek w środku nocy w towarzystwie kogoś, kto zarabia na siebie, wyszukując najzabaw-

niejsze momenty codziennego życia.

- Nie odziedziczyłaś ostrego pióra po ojcu ani malarskiego geniuszu po matce, ale 

masz całkiem niezły talencik i zdolność do spostrzegania absurdu.

Roześmiała się niepewnie.

- Bardzo dziękują za tę nieproszoną analizę krytyczną mojej pracy.

- Nie ma za co. - Sięgnął po talerz i ruszył do drzwi. - Dzięki za ciastka.

Patrzyła   za   nim   spod   zmrużonych   powiek.   Jeszcze   mu   pokaże,   jaki   ma   talent   do 

wyławiania życiowych absurdów. Przekona się o tym wkrótce, kiedy przeczyta nowe odcinki 

jej komiksu.

- Hej!

Przystanął i obejrzał się.

- Co znowu?

- Nazywasz się jakoś, lokatorze spod 3B?

-   Owszem,   nazywam   się,   lokatorko   spod   3A   McQuinn.   Postawił   butelkę   piwa   na 

talerzu obok ciastek i zamknął za sobą drzwi.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy   w   głowie   Cybil   roiło   się   od   pomysłów   na   nowe   postacie   i   scenki,   mogła 

pracować do upadłego, dopóki zesztywniałe palce nie odmówiły jej posłuszeństwa i ołówek 

nie wypadł z rąk.

Cały  następny  dzień   żywiła   się   wyłącznie   ciasteczkami.   Popijała   je   dietetycznymi 

napojami,   jak   zwykle   oszukując   się,   że   to   zrównoważy   olbrzymią   liczbę   kalorii 

pochłanianych   w   postaci   ciastek.   Tymczasem   na   papierze,   obrazek   po   obrazku,   Emily   z 

przyjaciółką Cari - która przez ostatnie dwa lata coraz bardziej upodobniała się do Jody - 

knuły spiski i planowały, jak odkryć sekrety Tajemniczego Sąsiada.

Cybil miała zamiar nazwać go Quinn, ale dopiero w którymś z kolejnych odcinków.

Przez trzy następne dni prawie nie odchodziła od deski do rysowania. Jody miała 

klucz,   więc   Cybil   nie   musiała   za   każdym   razem   zbiegać   na   dół,   żeby   otworzyć   drzwi 

przyjaciółce,  kiedy ta przychodziła  z wizytą.  A  sama Jody  zawsze chętnie  biegła na dół 

wpuścić panią Wolinsky czy kogoś innego z sąsiadów, kto akurat miał ochotę odwiedzić 

Cybil.

Trzeciego   dnia   wieczorem,   kiedy   Cybil   zajęta   była   kolorowaniem   niedzielnego 

odcinka komiksu, w mieszkaniu zebrało się tyle osób, że zrobiło się z tego małe, nieformalne 

przyjęcie.

Ktoś włączył stereo. Zagrzmiała muzyka, ale Cybil wcale to nie przeszkadzało. Z dołu 

dobiegały do pracowni śmiechy i rozmowy, od czasu do czasu ktoś głośnym krzykiem oz-

najmiał swoje przyjście, albo wchodził na górę popatrzeć, jak pracuje gospodyni.

Wyczuła  zapach prażonej kukurydzy. Miała nadzieję, że ktoś wpadnie na pomysł, 

żeby jej trochę przynieść.

Odchyliła się w tył i krytycznie spojrzała na swoje dzieło. Rzeczywiście, nie miała tak 

ostrego   pióra   jak   ojciec   ani   nie   była   tak   genialną   artystką   jak   matka.   Ale   miała   „niezły 

talencik”, sama musiała to przyznać.

Rysowała   sprawnie   i   pomysłowo.   Mogłaby   malować,   i   to   całkiem   dobrze,   jeśli 

miałaby   na   to   ochotę.   Jednak   krótkie   komiksowe   historyjki   najlepiej   odpowiadały   jej 

temperamentowi   i   dawały   możliwość   wygłaszania   komentarzy   na   najróżniejsze   życiowe 

tematy.

Nie poruszała bolesnych zagadnień społecznych i nie uprawiała satyry politycznej, ale 

jej rysunki rozśmieszały ludzi. Dotrzymywały im towarzystwa przy wypijanej na chybcika 

porannej kawie lub przy długim, leniwym niedzielnym śniadaniu.

background image

A   przede   wszystkim   czyniły   ją   samą   szczęśliwszą.   Do   takiego   wniosku   doszła, 

podpisując ostatni rysunek.

Jeśli McQuinnowi spod 3B wydaje się, że jego niedbały komentarz na temat jej pracy 

ją zranił, to bardzo się myli. Była więcej niż zadowolona, że ma „niezły talencik”.

Z satysfakcją  przyglądała się owocom minionych  trzech dni pracy, gdy zadzwonił 

telefon. Natychmiast podniosła słuchawkę.

- Halo! - odezwała się radośnie, niemal wyśpiewując to słowo.

- To się nazywa wesołe powitanie.

- Dziadek! - Cybil usiadła wygodnie w fotelu i rozciągnęła zesztywniałe mięśnie. - 

Tak, jest mi bardzo wesoło, a w dodatku nie ma człowieka, z którym rozmawiałabym chętniej 

niż z tobą.

W   zasadzie   Daniel   MacGregor   nie   był   jej   dziadkiem,   ale   żadnemu   z   nich   to   nie 

przeszkadzało. Uczucie nie dba o genealogiczne zawiłości.

- Naprawdę? W takim razie dlaczego tak rzadko dzwonisz do mnie i do babci? Wiesz, 

jak się o ciebie martwi, samą w wielkim mieście.

-   Samą?   -   Rozbawiona   wyciągnęła   słuchawkę   w   stronę   drzwi,   tak   żeby   odgłosy 

toczącego się na dole przyjęcia dotarły aż do domu dziadków w Hyannis Port. - Jak słyszysz, 

nie można powiedzieć, że jestem sama.

- Znów masz dom pełen gości?

- Owszem. Jak się miewasz? Co u was wszystkich słychać? Opowiedz mi wszystko.

Wygodnie usadowiona, z radością gawędziła z nim o rodzinie, ciotkach i wujach, 

kuzynach i ich dzieciach.

Śmiejąc się, słuchała jego opowieści, dodawała swoje komentarze i z radością przyjęła 

wiadomość, że latem szykuje się zjazd rodzinny.

- To cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wszystkich zobaczę. Od ślubu 

Jana i Naomi zeszłej jesieni upłynęło już tyle czasu. Tęsknię za wami.

- Dlaczego czekać do lata? Przyjedź, cały czas jesteśmy na miejscu.

- Może rzeczywiście zrobię wam niespodziankę.

- Teraz ja mam dla ciebie niespodziankę. Założę się, że jeszcze nie słyszałaś. Nasza 

mała Naomi spodziewa się dziecka! Na święta przybędzie nam pod choinką następny maluch!

- Och, dziadku, to wspaniale. Jeszcze dzisiaj do nich zadzwonię. Darcy i Mac też lada 

chwila będą mieli dziecko. W tym roku będzie dużo dzidziusiów do przytulania.

- Tylko dlaczego młoda kobieta, która przepada za dziećmi, nie chce się postarać o 

własne?

background image

Nie był to nowy temat, więc Cybil tylko uśmiechnęła się do siebie.

- Moje kuzynki starają się za siebie i za mnie.

- Ha! Owszem, prawda. Co nie znaczy, że możesz się wymigiwać od obowiązku, moja 

mała. Nosisz nazwisko Campbell, ale masz serce MacGregorów.

- Cóż, mogę się ugiąć i wyjść za Franka.

- To ten, co ma usta jak ryba?

- Nie, tylko całuje jak ryba. Ale... no tak, można powiedzieć, że ma usta jak ryba. 

Razem obdarzylibyśmy cię stadkiem małych karpi.

- E, tam. Tobie potrzeba mężczyzny, a nie jakiegoś śledzia we włoskim garniturze! 

Człowieka, który myśli nie tylko o pieniądzach, który rozumie sztukę i który jest na tyle 

rozsądny, żeby nie dać ci się wpakować w jakieś kłopoty, jasne?

- Sama potrafię się ustrzec przed kłopotami, dziadku - przypomniała mu. Postanowiła 

jednak nic nie wspominać o niedawnym zdarzeniu na ulicy. - Poza tym, jedynym mężczyzną, 

który ma wszystkie wymienione przez ciebie cechy, jesteś ty sam, a babcia na pewno mi 

ciebie nie odda. Muszę więc usychać z samotności w tym wielkim, niedobrym mieście.

Roześmiał się szczerze.

-   W   takim   wielkim   mieście   musi   być   mnóstwo   mężczyzn.   Na   pewno   w   końcu 

znajdziesz kogoś odpowiedniego. Spotykasz się z ludźmi, wychodzisz z domu, prawda? - za-

niepokoił się. - Nie siedzisz chyba całymi dniami w pracowni nad tymi swoimi śmiesznymi 

rysunkami?

-   Akurat   przez   ostatnie   trzy   dni   niewiele   wychodziłam,   ale   miałam   tak   dużo 

pomysłów, że musiałam je wszystkie od razu przelać na papier. Do mieszkania naprzeciwko 

wprowadził się nowy lokator. Zainspirował mnie. Jest trochę małomówny i trzyma się na 

uboczu. Nie, powiem wprost: jest niegrzeczny i gburowaty. Zdaje się, że nie ma pracy, tylko 

od czasu do czasu gra na saksofonie w takim klubie, niedaleko stąd. To wprost wymarzony 

sąsiad dla Emily.

- Doprawdy?

- Całymi dniami siedzi w mieszkaniu i z nikim nie rozmawia. Nazywa się McQuinn.

- Skoro z nikim nie rozmawia, skąd wiesz, jak się nazywa?

- Dziadku... - Cybil pozwoliła sobie na pobłażliwy uśmiech. - Nie wiesz, że jeśli się 

uprę,   porozmawiam   z   każdym,   nawet   z   największym   mrukiem?   Ten   nowy   sąsiad   to 

prawdziwy milczek. Nawet kiedy nakarmiłam go ciasteczkami, niewiele się odzywał. Ale 

udało mi się wyciągnąć z niego nazwisko.

- No, a jak on ci się podoba, drogie dziecko? Jest chociaż przystojny?

background image

- O tak, bardzo. Emily oszaleje na jego punkcie.

- Naprawdę? - Daniel roześmiał się uszczęśliwiony. Dowiedziawszy się wszystkiego, 

czego chciał od swojej honorowej wnuczki, Daniel MacGregor wykonał następny telefon. 

Czekając   na   połączenie,   nucił   wesoło   pod   nosem.   Roześmiał   się   po   raz   kolejny,   kiedy 

usłyszał w słuchawce zniecierpliwiony głos Prestona.

- Tak, słucham?

- Ach, jaki ty masz miły, otwarty charakter, McQuinn. Po prostu serce mi rośnie!

- Witam, panie MacGregor. - Preston bez trudu rozpoznał ten tubalny głos i szkocki 

akcent.   Od   razu   poczuł,   że   poprawia   mu   się   humor.   Uśmiechnął   się   ciepło   i   wstał   od 

komputera.

- Tak, to ja. Jak ci się podoba w nowym mieszkaniu?

- usłyszał. - Zadomowiłeś się już?

- Owszem. Jeszcze raz dziękuję, że pozwolił mi pan je zająć na czas renowacji mojego 

domu. Na pewno nie mógłbym pracować z ekipą remontową pod bokiem. - Skrzywił się 

lekko, kiedy zza ściany dał się słyszeć kolejny głośny wybuch śmiechu i dźwięki muzyki. - 

Co prawda, dzisiaj nie  jest tu  wiele ciszej.  Moja  sąsiadka  chyba  świętuje  jakieś radosne 

wydarzenie.

- Cybil? Bardzo towarzyska dziewczyna. A wiesz, że ona jest moją wnuczką?

- Coś takiego. Nie wiedziałem.

-  No,   powiedzmy,   że  prawie   wnuczką.  Powinieneś  się   trochę   rozerwać,  chłopcze. 

Dlaczego nie dołączysz do jej towarzystwa?

- Nie, dziękuję. - Wolałby już raczej wizytę u dentysty.

- Zebrała się tam pewnie połowa mieszkańców Soho. Pana dom, panie MacGregor, 

jest pełen ludzi, którzy ponad wszystko uwielbiają gadać. A pana wnuczka bije wszelkie re-

kordy.

- To przyjacielskie stworzenie. Czuję się spokojniejszy, kiedy wiem, że mieszkasz 

naprzeciw niej. Nie brakuje ci zdrowego rozsądku. Chciałbym cię prosić, żebyś miał na nią 

oko. Potrafi być naiwna. Wiesz, o co mi chodzi. Martwię się o nią.

Preston przypomniał sobie, jak Cybil z szybkością i precyzją boksera wagi lekkiej 

znokautowała napastnika, i uśmiechnął się do siebie.

- Na pana miejscu nie zamartwiałbym się zbytnio.

-   Cóż,   teraz,   kiedy   jesteś   w   pobliżu   niej,   już   się   tak   bardzo   nie   niepokoję.   Taka 

młodziutka, śliczna dziewczyna jak Cybil... Jest bardzo ładna, nie sądzisz?

- Śliczna jak obrazek.

background image

- A do tego inteligentna. I odpowiedzialna, chociaż na pierwszy rzut oka może się 

wydawać, że to beztroski motylek. Jej komiks w odcinkach ukazuje się codziennie w gazecie, 

regularnie jak w zegarku. Co chyba dowodzi, że jest dojrzała i sumienna, prawda? Do takiej 

pracy nadaje się jedynie osoba twórcza, z duszą artysty, ale również praktyczna i trzeźwa. 

Wszystko musi mieć gotowe w ściśle określonym terminie. Ale przecież ty też wiesz o tym. 

Pisanie sztuk teatralnych nie jest łatwym kawałkiem chleba.

-   Zgadza   się.   -   Preston   przetarł   oczy.   Pod   powiekami   czuł   pieczenie   po   długich 

godzinach spędzonych przed komputerem. Dzisiaj praca szła mu ciężko.

- Ale ty masz talent, bardzo rzadki talent. Podziwiam cię za to.

- Ostatnio wena twórcza nie bardzo mi dopisuje, ale dziękuję za słowa uznania.

- Powinieneś więcej wychodzić z domu, oderwać się od pracy. Spotkać się z jakąś 

ładną   dziewczyną.   Oczywiście   niewiele   wiem   o   pisaniu,   chociaż   dwoje   moich   wnuków 

właśnie z tego się utrzymuje  i żyją całkiem nieźle. No, ale mniejsza z tym... Powinieneś 

skorzystać   ze   wszystkich   uroków   wielkiego   miasta,   zanim   wrócisz   do   swojej   twierdzy   i 

zamkniesz się w niej na cztery spusty.

- Może tak zrobię.

- Aha, McQuinn, bądź tak uprzejmy i nie wspominaj Cybil, że prosiłem cię o opiekę 

nad nią. Bardzo by ją to rozzłościło. Ale jej babcia martwi się o nią, rozumiesz...

- Nic jej nie powiem - obiecał.

Hałas zza ściany doprowadzał go do szału, więc Preston postanowił wyjść z domu. 

Długo grał w klubie, ale nawet muzyka nie uciszyła szalejących w jego głowie myśli.

Ciągle wyobrażał sobie, że Cybil siedzi przy stoliku w głębi sali i z głową opartą na 

dłoniach, lekko uśmiechnięta, przygląda mu się rozmarzonym wzrokiem.

Do licha, wtargnęła do najtajniejszych zakamarków jego życia, co bardzo mu się nie 

podobało.

Klub U Delty był jedną z jego ulubionych kryjówek. Czasami przyjeżdżał tu aż z 

Connecticut tylko po to, żeby wejść na scenę i grać z Andre, dopóki muzyka nie wypędzi z 

niego napięcia i trosk, jakie przyniósł dzień.

Potem wracał do domu lub jeśli robiło się zbyt późno, spędzał noc na leżance w 

pokoju na zapleczu.

W   klubie   nikt   nie   narzucał   mu   swojego   towarzystwa   ani   nie   oczekiwał   od   niego 

więcej, niż on sam chciał dać.

Teraz jednak, po tym, jak przyszła tu Cybil, co chwila spoglądał ze sceny na stolik w 

odległym kącie sali, jakby oczekiwał, że dziewczyna za chwilę znów się tu pojawi i spojrzy 

background image

na niego wielkimi zielonymi oczami.

- Oj, przyjacielu... - W przerwie między utworami Andre łyknął drinka z wysokiej 

szklanki, stojącej na jego ukochanym fortepianie. - Coś mi się wydaje, że dzisiaj nie tylko 

grasz bluesa, ale sam czujesz się bluesowo.

- Chyba masz rację.

- Jeśli facet wygląda tak jak ty dzisiaj, to zwykle oznacza, że w grę wchodzi jakaś 

kobieta.

Preston skrzywił się i potrząsnął głową.

- Nie, nie chodzi o kobietę, tylko o pracę - oznajmił stanowczo, unosząc saksofon.

Andre tylko wydął usta.

- Skoro tak twierdzisz, bracie...

Dotarł do domu o trzeciej nad ranem, gotów załomotać do drzwi Cybil i zażądać, żeby 

rozbawione   towarzystwo   natychmiast   się   uciszyło.   Poczuł   lekkie   rozczarowanie,   kiedy 

stwierdził, że przyjęcie dobiegło końca. Z mieszkania dziewczyny nie dobiegał żaden dźwięk.

Zamknął za sobą drzwi i postanowił wykorzystać panujący wokół spokój. Zaparzył 

sobie dzbanek czarnej jak smoła kawy i usiadł przy komputerze. Po chwili znów znalazł się w 

świecie swojej sztuki, w umysłach jej bohaterów, którzy niszczyli sobie życie, ponieważ nie 

umieli słuchać tego, co podpowiada im serce.

Przestał uderzać w klawisze, kiedy wstało słońce i energia opuściła go równie nagle, 

jak się pojawiła. Uświadomił sobie, że pierwszy raz od niemal tygodnia wykonał solidny 

kawał roboty. Zaraz potem, tak jak stał, kompletnie ubrany, padł na łóżko twarzą w dół.

Natychmiast nawiedziły go sny.

Śniła mu się śliczna dziewczęca twarz w obramowaniu lśniących ciemnych włosów, 

twarz   o   wielkich,   migdałowych   oczach   koloru   młodych   wiosennych   liści.   Słyszał   głos, 

wesoły jak szmer górskiego strumienia.

Dziewczyna   pytała   go,   czy   wszystko   w   jego   życiu   musi   być   takie   poważne.   Ze 

śmiechem przesunęła dłońmi po jego piersi, objęła go za szyję.

Przecież życie to bardzo poważna sprawa, wyjaśnił jej surowo.

To tylko jedna strona jednej monety, upierała się. A takich monet jest całe mnóstwo. 

Nie zatańczysz ze mną?

Po chwili już tańczyli. Znaleźli się U Delty i chociaż poza nimi nikogo tam nie było, 

grała cicha, zmysłowa muzyka.

Nie będę się tobą opiekował. To dla mnie zbyt wiele, tłumaczył jej.

Ależ przecież już to robisz, odparła rozbawiona.

background image

Czubek jej głowy sięgał mu pod brodę. Nagle spojrzała na niego i leniwie przesunęła 

językiem po jego podbródku. Usłyszał szum własnej krwi w żyłach.

Naprawdę nie chcesz się mną zająć? - pytała z domyślnym uśmiechem.

Nie chcę cię, odparł gniewnie.

Roześmiała się lekko, perliście. Jej śmiech był jak bąbelki w szampanie. Dlaczego 

kłamiesz, dziwiła się. To nie ma sensu, przecież to twój własny sen. We śnie możesz robić ze 

mną, co zechcesz. Nie będzie to miało żadnego znaczenia.

Nie chcę cię, powtórzył, jednocześnie osuwając się z nią na podłogę...

Obudził się mokry od potu, zaplątany w prześcieradło, przerażony, zadziwiony, ale 

kiedy już uspokoił rozszalałe tętno, sytuacja zaczęła go bawić.

Ta   kobieta   jest   zagrożeniem,   zdecydował   stanowczo.   Jedynym   elementem   tego 

niewątpliwie erotycznego snu, który znajdował choćby mgliste odbicie w rzeczywistości, był 

fakt, że jej nie chce.

Potarł dłońmi twarz i zerknął na zegarek. Minęła czwarta po południu, więc łatwo 

obliczył, że po raz pierwszy od tygodnia przespał osiem godzin jak zabity. Co z tego, że 

pomylił dzień z nocą?

Zszedł   do   kuchni,   wypił   resztę   kawy   i   sięgnął   po   jedyną   bułkę,   która   jeszcze 

wyglądała na jadalną. Będzie musiał wyjść i kupić coś do zjedzenia.

Przez   godzinę   ćwiczył,   mechanicznie   wykonując   poszczególne   ruchy,   żeby 

zesztywniałe od siedzenia przy komputerze mięśnie nie odzwyczaiły się od wysiłku. Kiedy 

skończył, znów był mokry od potu, ale na szczęście tym razem nie miało to nic wspólnego z 

erotycznymi   fantazjami.   Z   przyjemnością   spędził   dwadzieścia   minut   pod   gorącym 

prysznicem, a następnie starannie się ogolił, pierwszy raz od trzech, a może czterech dni.

Przyszło mu do głowy, że mógłby sobie zafundować porządną kolację. Byłaby to miła 

odmiana. Dopiero potem wybrałby się po zakupy, które zawsze napawały go odrazą.

Ubrany, odświeżony, w wyjątkowo pogodnym nastroju, otworzył drzwi na korytarz.

Na progu jego mieszkania stała Cybil, z ręką uniesioną do przycisku dzwonka.

- Dzięki Bogu, jesteś w domu.

Nastrój   natychmiast   mu   się   pogorszył,   a   do   głowy   znów   wróciły   sceny   ze   snu, 

zwłaszcza te na podłodze w klubie.

- O co chodzi?

- Musisz wyświadczyć mi przysługę.

- Wcale nie muszę.

- To nagły wypadek. - Chwyciła go za rękaw, zanim zdążył jej uciec. - Sprawa życia 

background image

lub śmierci. W grę wchodzi moje życie i życie, a może śmierć Johnny'ego, siostrzeńca pani 

Wolinsky. Nie wykluczone, że jedno z nas zejdzie z tego świata, jeśli będę musiała się z nim 

dzisiaj spotkać. Pani Wolinsky chce nas ze sobą umówić, więc jej powiedziałam, że właśnie 

wybieram się na randkę.

- A co ja mam z tym wszystkim wspólnego?

-   Och,  przestań,   McQuinn.   Nie   bądź   taki   nadęty.  Masz   przed   sobą   zdesperowaną 

kobietę. Wszystko dlatego, że pani Wolinsky nie dała mi czasu do namysłu, a ja beznadziejnie 

kłamię. To znaczy, kłamstwo zdarza mi się rzadko i źle mi wychodzi. Wypytywała mnie, z 

kim się umówiłam i nikt jakoś nie przychodził mi do głowy, więc wymieniłam ciebie.

Nie   żartowała,   mówiąc,   że   jest   zdesperowana.   Kiedy   chciał   odejść,   stanowczo 

zastąpiła mu drogę.

- Wiesz co, mała, powiem ci wprost. To nie mój kłopot, więc nie zawracaj mi głowy.

- Wiem, wiem. Jasne, że to mój kłopot. Wymyśliłabym coś lepszego, ale zaskoczyła 

mnie przy pracy. Dałam się jej podejść. - Zatopiła palce we włosach i wzburzyła krótkie 

kosmyki. - Nie rozumiesz, że będzie wyglądała przez okno, żeby mnie sprawdzić? Jeśli nie 

wyjdziemy razem, domyśli się, że coś kręcę. - Zaczęła krążyć niespokojnie tam i z powrotem, 

rozcierając   skronie   dłońmi,   jakby   chciała   pobudzić   mózg   do   sprawniejszej   pracy.   - 

Wystarczy, że wyjdziemy razem z domu, wyglądając tak, jakbyśmy się wybierali na miłą, 

niezobowiązującą randkę. Pójdziemy sobie na kawę albo coś w tym rodzaju i wrócimy po 

jakichś dwóch godzinach. Jeśli wrócimy osobno, na pewno to zauważy i wszystko się wyda. 

Nic nie ujdzie jej uwagi. No, zgódź się. Dam ci sto dolarów.

Stanął jak wryty u szczytu schodów. Co za absurdalna propozycja.

- Zapłacisz mi za to, że pójdę z tobą na kawę?

- Można tak to ująć. Wiem, że pieniądze ci się przydadzą. No i przecież jakoś muszę ci 

wynagrodzić stracony czas. Sto dolarów, McQuinn, za dwie godziny w moim towarzystwie. 

Kawę też ja stawiam.

Oparł   się   o   ścianę   i   przyjrzał   jej   się   uważnie.   Wszystko   to   wydało   mu   się   tak 

absurdalne, że aż zabawne. Przecież on także miał poczucie humoru, chociaż ostatnio chyba o 

tym zapomniał.

- A ciastko?

Roześmiała się z wyraźną ulgą.

- Ciastko? Chcesz ciastko? Będzie ciastko.

- A gdzie zielony papierek?

- Zielony... Aha, pieniądze. Zaczekaj.

background image

Pomknęła do mieszkania. Słyszał tupot jej nóg na schodach do pracowni, a potem 

jakieś odgłosy otwieranych szaf, przestawianych sprzętów.

- Zaczekaj chwilę. Muszę się trochę przygotować - zawołała.

- Licznik już tyka.

-   Dobrze,   dobrze.   Gdzie   do   diabła   jest   moja...   A,   jest!   Dwie   minuty,   tylko   dwie 

minuty! Nie chcę, żeby mnie potem pouczała, że powinnam malować usta, bo inaczej nigdy 

nie znajdę sobie narzeczonego.

Preston musiał przyznać, że przygotowania nie zajęły Cybil dłużej niż obiecane dwie 

minuty.   Kiedy   wybiegła   na   korytarz,   miała   na   sobie   buty   na   wysokim   obcasie,   różową 

szminkę  na  ustach,  a  w  uszach   kołysały  się  długie  kolczyki.   Znów nie  do  pary,  jak   nie 

omieszkał zauważyć, kiedy wręczała mu szeleszczący studolarowy banknot.

-   Jestem   ci   bardzo   wdzięczna.   Wiem,   że   wszystko   to   nie   ma   sensu,   ale   nie 

potrafiłabym zranić uczuć poczciwej pani Wolinsky.

- Jeśli jej uczucia warte są dla ciebie sto dolarów, twoja sprawa. - Rozbawiony wsunął 

banknot do kieszeni. - Idziemy. Jestem głodny.

- Masz ochotę coś zjeść? Mogę cię zaprosić na kolację. Niedaleko jest taka fajna 

knajpka. Dają tam dobre włoskie jedzenie. Dobrze, uwaga. Zachowuj się tak, jakbyś nie wie-

dział, że nas obserwuje - wyszeptała konspiracyjnie, kiedy doszli do drzwi wyjściowych. - 

Staraj się, żebyśmy wyglądali naturalnie. Weź mnie za rękę, dobrze?

- Dlaczego?

- Na litość boską! - syknęła zniecierpliwiona. Chwyciła go mocno za rękę i posłała mu 

promienny uśmiech. - Idziemy na pierwszą randkę. Postaraj się wyglądać tak, jakbyś się 

dobrze bawił.

- Nie wiem, czy to nie za trudne zadanie. Dostałem tylko sto dolarów - przypomniał 

jej, a ona ku jego zaskoczeniu roześmiała się rozbawiona.

-   Ale   z   ciebie   trudny   człowiek,   3B.   Naprawdę   trudny.   Zobaczymy,   może   gorący 

posiłek poprawi ci nastrój.

I tak się rzeczywiście stało. Ale tylko człowiek z kamienia nie oparłby się olbrzymiej 

porcji spaghetti z Mopsikami i wesołemu towarzystwu Cybil Campbell.

- Doskonałe, prawda? - Z przyjemnością patrzyła, jak jej towarzysz pochłania swoją 

porcję.   Biedaczysko,   pomyślała.   Pewnie   od   tygodni   nie   jadł   takiego   dużego   posiłku.   - 

Zawsze, kiedy tu przychodzę, zjadam za dużo. Jedną porcją można by nakarmić sześcioro 

wygłodniałych nastolatków. Jeśli nie dam rady zjeść wszystkiego, zabieram resztę do domu, 

więc i następnego dnia jestem przejedzona. Może mnie tym razem uchronisz przed takim 

background image

obżarstwem i weźmiesz sobie resztę mojego dania?

- Dobrze. - Dolał jej wina.

- Założę się, że niejeden klub w mieście byłby zainteresowany twoimi występami.

- Słucham?

- Twoją grą na saksofonie. - Uśmiechnęła się, a on nie mógł oderwać wzroku od jej ust 

i   pojawiającego   się   w   ich   kąciku   dołeczka.   -   Jesteś   doskonałym   muzykiem.   Na   pewno 

wkrótce znajdziesz jakąś stałą pracę.

Rozbawiony wypił łyk wina. A więc sądziła, że jest bezrobotnym muzykiem. Niech i 

tak będzie. Po co wyprowadzać ją z błędu?

- Trafiają mi się różne chałtury.

- Występujesz czasami na prywatnych imprezach?

- Pochyliła się ku niemu z przejęciem. - Znam mnóstwo ludzi. Ciągle słyszę, że ktoś 

wydaje jakieś przyjęcie.

- Nie wątpię, że twoje towarzystwo bardzo często się bawi.

- Mogłabym tu i tam szepnąć słówko o tobie. Lubisz podróżować?

- A gdzie miałbym jechać?

- Moi krewni są właścicielami kilku hoteli. Atlantic City leży niedaleko. Pewnie nie 

masz samochodu?

W wynajętym garażu w centrum miasta stało jego nowiutkie porsche.

- Nie przy sobie.

Roześmiała się i włożyła do ust kawałek chleba.

- Nawet bez samochodu łatwo dojechać z Nowego Jorku do Atlantic City.

Chociaż bawiła go ta sytuacja, uznał, że lepiej będzie zmienić temat.

- Cybil, nie musisz urządzać mi życia.

- Wiem, to jedno z moich okropnych przyzwyczajeń.

- Niezrażona przełamała kawałek chleba na pół i podała mu część. - Wciągają mnie 

sprawy innych. A przecież sama się denerwuję, kiedy inni wtrącają się w moje życie. Jak na 

przykład pani Wolinsky, honorowa prezeska klubu poszukiwaczy odpowiedniego mężczyzny 

dla Cybil. Doprowadza mnie to do szału.

- Dlatego że nie chcesz poznać żadnego odpowiedniego mężczyzny?

- Och, pewnie kiedyś znajdę kogoś takiego. Pochodzę z dużej rodziny, więc naturalnie 

też chciałabym kiedyś założyć własną. Ale mam na to mnóstwo czasu. Podoba mi się życie w 

mieście, wolność, niezależność. Nie zniosłabym pracy w narzuconych mi z góry godzinach i 

właśnie   dlatego   tak   lubię   rysowanie   komiksów.   Nie   zrozum   mnie   źle,   to   też   jest   praca 

background image

wymagająca   dyscypliny.   Ale   właśnie   ta   praca   najbardziej   mi   odpowiada.   Jestem   panią 

swojego czasu. Ty chyba tak samo odnosisz się do swojego grania.

- Chyba tak. - Praca rzadko wydawała mu się przyjemnością, w przeciwieństwie do 

gry na saksofonie.

Cybil odsunęła swój talerz na bok. Reszta porcji przyda się McQuinnowi na później.

- Powiedz mi, jak często na tyle rozwiązuje ci się język, że wypowiadasz więcej niż, 

powiedzmy, trzy zdania pod rząd?

Przełknął ostatni kawałek klopsika i spojrzał na nią z namysłem.

- Bardzo lubię listopad. W listopadzie jestem bardzo gadatliwy. To taki przejściowy 

miesiąc, który nastraja mnie filozoficznie.

- Trzy zdania jak na zawołanie. I w dodatku z sensem. - Roześmiała się. - Więc jednak 

masz poczucie humoru, co? - Odchyliła się w tył i westchnęła z satysfakcją. - Chcesz deser?

- Jasne, że tak.

-  Tylko   nie   zamawiaj  tiramisu,  bo  na   pewno  nie  będę   się  mogła   oprzeć   pokusie, 

zacznę ci podjadać z talerza, w końcu zjem połowę, a wtedy na pewno zapadnę w śpiączkę z 

przejedzenia.

Patrząc   jej   prosto   w   oczy,   przywołał   kelnerkę   niedbałym   gestem   człowieka 

przyzwyczajonego do wydawania poleceń, co trochę zdziwiło Cybil.

- Proszę jedną porcję tiramisu - powiedział. - I dwa widelce - dodał, a Cybil zaniosła 

się śmiechem. - Może jak zapadniesz w śpiączkę, przestaniesz wreszcie tyle mówić.

- Nie przestanę. - Uderzyła się w pierś. - Gadam nawet przez sen. Moja siostra zawsze 

mnie straszyła, że przydusi mi głowę poduszką.

- Wydaje mi się, że polubiłbym twoją siostrę.

- Adria jest cudowna. Pewnie w twoim typie. Zrównoważona, z klasą, inteligentna. 

Prowadzi galerię sztuki w Portsmith.

Preston rozlał resztę wina do kieliszków. Bardzo mu smakowało i pewnie dlatego czuł 

się tak dobrze. Od tygodni nie był do tego stopnia rozluźniony. Może nawet od miesięcy, 

poprawił się w myślach. A może i od lat.

- To co? Umówisz mnie z nią?

- Całkiem prawdopodobne, że byś się jej spodobał - stwierdziła z namysłem Cybil, 

spoglądając na niego znad kieliszka. W głowie czuła miły szum. - Jesteś przystojny, ale nie 

lalusiowaty. Grasz na saksofonie, a ona jest wielką miłośniczką wszelkiej sztuki. Na dodatek 

jesteś tak opryskliwy, że na pewno nie traktowałbyś jej jak księżniczki. Zbyt wielu mężczyzn 

traktuje ją właśnie w ten sposób.

background image

-   Tak?   -   Zdał   sobie   sprawę,   że   jego   gadatliwa   towarzyszka   zaczyna   być   trochę 

wstawiona.

- Adria jest piękna, więc nie potrafią się jej oprzeć. Co gorsza, cielęcy zachwyt bardzo 

ją denerwuje i zwykle kończy znajomość z takim zakochanym  na zabój nieszczęśnikiem. 

Pewnie złamałaby ci serce - dodała Cybil, energicznie machając ręką z kieliszkiem. - Ale 

może byłaby to dla ciebie dobra nauczka.

- Ja nie mam serca. - Umilkł na chwilę, kiedy kelnerka stawiała przed nim deser. - 

Myślałem, że już zdążyłaś to zauważyć.

- Ależ masz. - Westchnęła bezsilnie, sięgnęła  po widelec, przełknęła kęs deseru i 

jęknęła z rozkoszy. - Masz serce, tylko otoczyłeś je twardą skorupą, żeby już więcej nikt nie 

mógł cię zranić. Boże, co za pyszności! Mam nadzieję, że nie pozwolisz mi więcej zjeść.

Preston   patrzył   na   nią   zdumiony,   że   mała,   postrzelona   gaduła   z   sąsiedztwa 

podsumowała go tak trafnie i tak łatwo. Bardzo szybko pojęła to, czego nie mogło pojąć wielu 

bliskich mu ludzi.

- Skąd ci przyszło do głowy coś takiego?

- Co takiego? A, to... Przecież cię prosiłam, żebyś mi nie dawał deseru. Chyba jesteś 

sadystą.

- Nie o deser mi chodziło, ale nieważne. - Nie chciał drążyć tego tematu. Odsunął 

talerz poza zasięg jej ręki. - To moje - oznajmił stanowczo i zabrał się do jedzenia.

Tylko raz musiał dźgnąć ją widelcem, żeby uchronić przed nią resztę tiramisu.

- Muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawiłam. - Wsunęła mu dłoń pod ramię, gdy 

jakiś czas później wolno zbliżali się do domu. - Naprawdę. Rozmowa z tobą była o wiele 

przyjemniejsza niż pilnowanie, żeby Johnny nie próbował mi włożyć ręki pod spódnicę.

Nie wiedział dlaczego, ale poczuł, że ogarnia go złość na myśl, że jakiś facet mógłby 

włożyć jej rękę pod spódnicę. Nic jednak nie dał po sobie poznać, tylko zerknął na nią z 

powątpiewaniem.

- Przecież masz na sobie spodnie.

- Właśnie. Nie byłam pewna, czy uda mi się wykręcić od tej randki, więc na wszelki 

wypadek uruchomiłam system obronny.

Cienkie   pomarańczowożółte   spodnie   leżały   na   niej   bardzo   zgrabnie,   wcale   nie 

kojarzyły się z „systemem obronnym”.

- Skoro Johnny na tyle sobie pozwala, dlaczego go po prostu nie znokautujesz, jak 

tego złodziejaszka, wtedy na ulicy?

- Dlatego że pani Wolinsky go uwielbia i nie miałabym sumienia jej powiedzieć, że 

background image

źrenica jej oka ma łapy jak małpa.

- Co za oryginalna przenośnia. Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Jednym słowem, 

masz słaby charakter.

- Wcale że nie!

- Wcale że tak - odparował, ale natychmiast się opanował i nie dał się wciągnąć w tę 

dziecinną gierkę. - Pozwalasz swojej przyjaciółce Joannie...

- Jody.

-   Tak,   Jody.   Pozwalasz   Jody,   żeby   narzucała   ci   towarzystwo   swojego   kuzyna,   a 

staruszka z parteru stale cię umawia ze swoim siostrzeńcem o ruchliwych palcach. Ciekawe, 

ilu   jeszcze   znajomych   uszczęśliwia   cię   towarzystwem   swoich   niewydarzonych   kuzynów. 

Wszystko dlatego, że nie potrafisz im powiedzieć, żeby się od ciebie odczepili.

- Mają dobre intencje.

- Wtrącają się w twoje życie. Ich intencje nie mają większego znaczenia.

- Sama nie wiem. - Westchnęła i spojrzała z uśmiechem na dwoje młodych ludzi po 

drugiej stronie ulicy.

- Weźmy na przykład  mojego dziadka. Tak naprawdę nie jest moim prawdziwym 

dziadkiem.   Jest   teściem   siostry   mojego   ojca,   Shelby.   Natomiast   moja   mama   jest 

spokrewniona   ze   współmałżonkami   dwojga   z   jego   dzieci.   Jeśli   chciałbyś   się   zagłębić   w 

szczegóły, to wszystko wyda ci się bardzo skomplikowane.

- Nie chcę zagłębiać się w szczegóły.

- Tak myślałam. W każdym razie między Danielem i Anną MacGregorami a moimi 

rodzicami istnieją pewne dość zawiłe więzy rodzinne. Nie będziemy się nad tym rozwodzić. 

Moja   ciotka   Shelby   wyszła   za   mąż   za   syna   Daniela,   Alana   MacGregora.   Może   o   nim 

słyszałeś? Mieszkał kiedyś w Białym Domu.

- To nazwisko coś mi mówi.

- A moja mama, Genvieve, z domu Grandeau, jest kuzynką Justina i Diany Blade, 

którzy poślubili dwoje innych dzieci Daniela i Anny, czyli Serenę i Caine'a MacGregorów. 

Tak więc Daniel i Anna to moi dziadkowie. Czy to jasne?

- Owszem, nadążam za twoim wywodem, tylko już całkiem zapomniałem po co.

- Ja też. - Roześmiała się serdecznie i mocniej chwyciła go za ramię, żeby nie stracić 

równowagi. - Wypiłam trochę za dużo wina - wyjaśniła. - Zaraz, niech no się zastanowię. 

Aha, mówiliśmy o wtrącaniu się w nie swoje sprawy. W tej dziedzinie mój dziadek, czyli 

Daniel MacGregor, jest niezwyciężonym mistrzem. Jeśli chodzi o kojarzenie ludzi w pary, nie 

ma  sobie   równych.   Mówię  ci,  McQuinn,  ten   człowiek   to  po  prostu  czarodziej.   Mam...  - 

background image

Przystanęła i zaczęła odliczać na palcach. - Tak, mam chyba siedmioro kuzynów, których 

udało mu się wyswatać. To wręcz przerażające.

- Jak to wyswatać?

- Nie wiem jak, ale potrafi znaleźć każdemu odpowiedniego pailnera. Potem wymyśla 

jakiś sposób, żeby ich ze sobą poznać, a resztę zostawia naturalnemu biegowi rzeczy. I zanim 

ktokolwiek   zdoła   się   spostrzec,   już   słychać   dzwony   weselne   i   trzeba   kupować   kołyskę. 

Właśnie mi powiedział, że mój kuzyn Jan i jego żona oczekują pierwszego dziecka. Pobrali 

się zeszłej jesieni. Zawsze trafia w dziesiątkę.

- Nikt mu nigdy nie powiedział, żeby się nie wtrącał?

- Och, stale mu to mówią. - Zadarła ku niemu głowę z uśmiechem. - Nie zwraca 

najmniejszej uwagi na takie gadanie. Jestem pewna, że wkrótce zajmie się Adria i Melem. 

Mojemu bratu Matthew zostawi trochę czasu, żeby dojrzał.

- A co z tobą?

- Ja jestem za sprytna. Nie dam mu się podejść. Znam jego chytre sztuczki i jeszcze 

długo się nie zakocham. A ty? Byłeś kiedykolwiek w tej krainie?

- To znaczy gdzie?

- Nie udawaj głupiego. Byłeś kiedyś zakochany?

- To nie żadna kraina, tylko sytuacja. I nie ma w niej nic ciekawego.

-   Wydaje   mi   się,   że   jest   -   oznajmiła   rozmarzonym   głosem.   -   Kiedyś   się   o   tym 

przekonam. - Zatrzymała się gwałtownie. - O, nie! To samochód Johnny'ego! Więc jednak 

przyjechał z New Jersey. Diabli nadali... Już wiem, co zrobimy. - Odwróciła się do niego tak 

gwałtownie, aż zakręciło jej się w głowie. Potrząsnęła nią, żeby odzyskać jasność myśli. - Nie 

powinnam pić tego ostatniego kieliszka. Nic nie szkodzi. Nadal jestem panią własnego losu.

- Nie mam co do tego wątpliwości, mała.

- Jestem na tyle przytomna, żeby wiedzieć, że mówisz do mnie „mała”, bo daje ci to 

poczucie wyższości. Posłuchaj mnie teraz. Przejdziemy spokojnie jeszcze kilka metrów, aż 

znajdziemy się pod jej oknem. Swobodnie i naturalnie, dobrze?

- Jak dla mnie to chyba za trudne zadanie. Ale zobaczę, co da się zrobić.

- Uwielbiam takie złośliwe komentarze. Dobrze, właśnie tak. Swobodnie i naturalnie. 

Zatrzymajmy się teraz. Właśnie tu, pod oknem. Zapewniam cię, że już nas obserwuje. Zaraz 

poruszy się firanka. Uważaj...

Sytuacja   wydawała   mu   się   całkiem   nieszkodliwa,   a   bliskość   Cybil   sprawiała   mu 

przyjemność. Zerknął w górę, ponad jej głową.

- Rzeczywiście. Jak na zawołanie. I co dalej?

background image

- Będziesz musiał mnie pocałować.

Drgnął zaskoczony i spojrzał jej prosto w oczy.

- Koniecznie?

-   Tak.   I   pocałunek   ma   wyglądać   przekonująco.   Jeśli   dobrze   to   odegrasz,   pani 

Wolinsky zrozumie, że Johnny nie ma żadnych szans, przynajmniej na jakiś czas. Dam ci je-

szcze pięćdziesiąt dolarów.

Przesunął językiem po zębach. Spoglądała na niego z głową odchyloną w tył. W tej 

pozycji wyglądała kusząco i niewinnie, niczym samotna róża w ogrodzie.

- Zapłacisz mi pięćdziesiąt dolarów za to, że cię pocałuję?

- Tak. Potraktuj to jak premię. Dzięki temu może uda mi się skutecznie zniechęcić 

Johnny'ego do siebie. Wyobraź sobie, że jesteś na scenie. Taki pocałunek nie będzie miał 

żadnego znaczenia. Czy pani Wolinsky nadal się nam przygląda?

- Tak - powiedział, chociaż wcale nie patrzył  na okno i nie miał pojęcia, co robi 

wścibska staruszka.

- Świetnie. Bardzo dobrze. Przyłóż się, McQuinn. Niech to wygląda romantycznie. 

Otocz mnie powoli ramionami, potem się nachyl i...

- Wiem, jak się całuje kobietę, Cybil.

- Jasne, że tak. Nie chciałam cię urazić. Ale musimy wszystko starannie zaplanować, 

żeby...

Jedynym   sposobem,   żeby   zamknąć   jej   usta,   było   przystąpienie   do   rzeczy.   Nie 

zamierzał słuchać jej wskazówek. Postanowił działać po swojemu. Nie otoczył jej powoli ra-

mionami, tylko gwałtownie przyciągnął ku sobie, niemal odrywając ją od ziemi. Przez chwilę 

widział rozszerzone ze zdumienia wielkie zielone oczy Cybil, a potem przywarł ustami do jej 

ust, tłumiąc następne słowa.

Mówił   prawdę,   pomyślała,   zanim   ostatecznie   straciła   kontakt   z   rzeczywistością. 

Dobrze wiedział, jak się całuje kobietę.

Musiała chwycić go za ramiona i wspiąć się na palce.

Głęboki jęk sam wydarł się jej z gardła.

W głowie się jej kręciło, serce uwięzło w krtani, tak że nie mogła chwycić tchu. Czuła, 

że jest bezradna, zagubiona. Drżała jak liść na wietrze, kiedy jego usta napełniały ją żarem, 

który palił całe ciało.

Mężczyzna   miał   twarde,   zgłodniałe   wargi.   Nie   zostawił   jej   wyboru,   musiała   mu 

pozwolić nasycić się sobą.

Dokładnie tak jak we śnie, myślał Preston. Tylko lepiej. O wiele, wiele lepiej. We śnie 

background image

nie   czuł   jej   smaku,   jedynego   w   swoim   rodzaju.   Jej   ciało   nie   dygotało   delikatnie,   jakby 

przechodził przez nie prąd. Jej ręce nie gładziły go po włosach, a z ust nie wyrywał się cichy 

jęk czystej przyjemności.

Odsunął dziewczynę od siebie, ale tylko po to, żeby sprawdzić, czy jej oczy są nadal 

pociemniałe i czy żar, ten sam, który ogarnął jego ciało, wywołał rumieniec na jej policzkach. 

Patrzyła na niego, oddychając szybko i spazmatycznie przez rozchylone usta. Nadal trzymała 

ręce na jego włosach.

Znów gwałtownie przyciągnął ją do siebie.

Zadźwięczał klakson. Ktoś zaklął głośno. Obok przemknął samochód. Otworzyło się 

jakieś okno, buchnęła z niego głośna muzyka i rozeszła się gryząca woń przypalonej potrawy.

Cybil nie zauważała niczego. Równie dobrze mogłaby się znajdować na bezludnej 

wyspie, obmywanej błękitnymi wodami czystego jak kryształ morza.

Tym razem odsunął ją od siebie wolno, przesuwając dłonie w dół po jej ramionach, 

potem znów w górę, gestem, który był niemal pieszczotą. Miała wrażenie, że jej głowa obraca 

się powoli, jak karuzela na filmie wyświetlanym w zwolnionym tempie. Dopiero po dłuższej 

chwili głowa wróciła na swoje miejsce na karku.

Preston miał  ochotę rzucić się na Cybil  tam gdzie stał, okryć  pocałunkami  każdy 

centymetr jej skóry, wchłonąć jej naturalną radość, która promieniowała z niej jak światło sło-

neczne. Chciał okiełznać tę żywiołową energię, mieć ją tylko dla siebie.

Wiedział jednak, że jeśli to zrobi, oboje gorzko się później rozczarują.

Rozluźnił   uścisk   i   Cybil   mogła   znów   postawić   stopy   na   chodniku.   Pomógł   jej 

utrzymać równowagę, kiedy się zachwiała, ale w końcu cofnął dłonie.

- Myślę, że to powinno zadziałać.

- Zadziałać? - powtórzyła, patrząc na niego w oszołomieniu.

- Pani Wolinsky chyba została przekonana.

- Pani Wolinsky? - Nadał nie rozumiała, co do niej mówi. Potrząsnęła głową. - A, 

tak... - Odetchnęła głęboko. Miała wrażenie, że po tym przeżyciu jej organizm dojdzie do 

siebie dopiero za jakieś sto lat. - Jeśli ten sposób nie poskutkuje, to znaczy, że nic mi już nie 

pomoże. Potrafisz się całować, McQuinn.

Mimo woli uśmiechnął się lekko. Tej kobiecie naprawdę trudno się oprzeć, pomyślał. 

Wziął ją pod ramię i poprowadził do domu.

- Tobie też nieźle to wychodzi, mała.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Cybil podśpiewywała przy pracy, tworząc udany duet z Arethą Franklin. Przez otwarte 

okno   swobodnie   wpadał   do   pracowni   chłodny   kwietniowy   wietrzyk   i   cudowne   odgłosy 

miejskich ulic, zalanych jasnym wiosennym słońcem.

Nastrój Cybil był co najmniej tak radosny, jak słoneczny blask.

Spojrzała w wiszące obok lustro i postarała się zrobić zszokowaną minę, żeby pomóc 

sobie w narysowaniu twarzy jednej z postaci komiksu. Była jednak w stanie tylko uśmiechać 

się szeroko.

Nie raz już się całowała. Nie raz obejmował ją i przytulał jakiś mężczyzna. A jednak 

nie miała wątpliwości, że wszystkie jej wcześniejsze doświadczenia w porównaniu z tym 

oszałamiającym pocałunkiem na środku ulicy miały się jak noworoczna petarda do wybuchu 

nuklearnego.

Petarda jakiś czas syczy, potem rozlega się huk i cała zabawa kończy się w mgnieniu 

oka. Po wybuchu jądrowym zaś wszystko zmienia się nieodwracalnie i na zawsze.

Jeszcze przez kilka godzin po tym wiekopomnym zdarzeniu cudownie kręciło jej się w 

głowie. Z przyjemnością wspominała te chwile oszołomienia, czysto kobiecej ekscytacji. Czy 

może być coś cudowniejszego niż poczucie jednoczesnej słabości i siły, zagubienia i jasności 

umysłu, całkowitego zatracenia się i skupienia?

Teraz wystarczyło, że zamykała oczy i zaczynała wspominać, a to wspaniałe uczucie 

znów ją ogarniało.

Zastanawiała się, co on myślał i czuł. Przecież nikt nie może pozostać obojętny na 

doświadczenie o takiej... mocy. A on brał w nim udział. Żaden mężczyzna nie może tak ca-

łować kobiety, samemu pozostając chłodnym i obojętnym.

Nigdy się nie spodziewałam, że coś takiego mi się przytrafi, myślała, czując miłe 

dreszcze na całym ciele.

Roześmiała się sama do siebie, a potem westchnęła głęboko. Pochyliła się nad deską i 

znów do wtóru Arecie Franklin zaczęła śpiewać o radościach, jakie niesie ze sobą bycie . 

zwyczajną kobietą.

- Cybil, tu można zamarznąć!

Uniosła głowę znad rysunku i uśmiechnęła się promiennie.

- Cześć, Jody. Jak się masz, mój słodki Charlie. Chłopczyk uśmiechnął się do niej 

sennie. Jody trzymała go na biodrze.

- Siedzisz tuż przy otwartym oknie - zganiła przyjaciółkę. - Na dworze jest najwyżej 

background image

szesnaście stopni. - Cicho sapnęła z oburzenia i zamknęła okno.

-   Było   mi   raczej   gorąco.   -   Cybil   odłożyła   ołówek   i   pogłaskała   Charliego   po 

pucołowatym policzku. - Czy to nie zadziwiające, że każdy mężczyzna kiedyś mniej więcej 

tak wyglądał? Był ślicznym, małym  bobaskiem. A potem... wyrasta na całkiem odmienne 

stworzenie.

- Taaak... - odparła Jody z zastanowieniem. Uważnie spojrzała w lekko nieprzytomne 

oczy   Cybil.   -   Dziwnie   dzisiaj   wyglądasz.   Dobrze   się   czujesz?   -   Macierzyńskim   gestem 

położyła dłoń na jej czole. - Nie masz gorączki. Pokaż język.

Cybil posłusznie wysunęła język i jednocześnie zrobiła zeza. Na ten widok Charlie 

roześmiał się rozbawiony.

- Nie jestem chora. Czuję się cudownie jak nigdy w życiu, jak milion dolarów po 

opłaceniu podatku.

-   Hm...   -   Nadal   pełna   wątpliwości   Jody   ściągnęła   usta.   -   Położę   Charliego   na 

poobiednią  drzemkę.  Widzę,  że   oczy  mu  się   kleją.  Potem   zrobię  dla   nas  kawy,   a  ty mi 

opowiesz, co się dzieje.

- Dobrze. Jasne. - Cybil znów pogrążyła się w marzeniach. Bezwiednie sięgnęła po 

czerwoną kredkę i na kawałku papieru zaczęła rysować zgrabne małe serduszka.

Bardzo   jej   się   spodobały,   więc   narysowała   kilka   większych.   W   jednym   z   nich 

naszkicowała twarz Prestona.

Stwierdziła,   że   bardzo   jej   się   ta   twarz   podoba.   Zdecydowany   zarys   ust,   chłodne 

spojrzenie, bardzo mocne rysy, no i gęste ciemnoblond włosy. Jednak kiedy się uśmiechał, 

linia ust łagodniała, a oczy spoglądały ciepło.

Lubiła go rozśmieszać. Miała wrażenie, że rzadko zdarza mu się wybuchać szczerym 

śmiechem.   Postanowiła,   że   w   przyszłości   da   mu   więcej   do   tego   okazji.   Jeszcze   raz   na-

szkicowała jego twarz, tym razem pogodną i wesołą. Przecież ma talencik do rozśmieszania 

ludzi.

A kiedy już pomoże mu znaleźć stałą pracę, nie będzie musiał chodzić taki zatroskany.

Znajdzie mu pracę, dopilnuje, żeby odżywiał się dobrze i regularnie - i tak zawsze 

gotowała za dużo jak na jedną osobę - no i na pewno ktoś z jej przyjaciół ma używaną 

kanapę, którą zechce odsprzedać po umiarkowanej cenie.

Znała tylu ludzi, że na pewno uda jej. się mu pomóc w wielu sprawach. A kiedy 

finansowa i zawodowa sytuacja McQuinna się poprawi, on sam na pewno odzyska pogodę 

ducha. Czy nie wtrąca się w ten sposób w nie swoje sprawy? Ależ skąd! Wtrącanie się w 

cudze życie to specjalność dziadka. Ona po prostu pomoże sąsiadowi.

background image

Niesamowicie   przystojnemu,   seksownemu   sąsiadowi,   który   potrafi   jednym 

pocałunkiem przenieść kobietę prosto do raju.

Oczywiście nie dlatego zamierza mu pomagać, że jest taki przystojny. Cybil otrząsnęła 

się z zamyślenia i z lekkim poczuciem winy odwróciła kartkę papieru na drugą stronę. Czyż 

nie pomogła panu Peeblesowi znaleźć dobrego specjalisty od pielęgnacji stóp? A pan Peebles 

na pewno nie jest przystojniakiem, któremu trudno się oprzeć.

Tak, tak, postępuje całkowicie bezinteresownie.

Tak samo postąpiłaby każda dobra sąsiadka. A jeśli w grę wchodzą jeszcze inne... 

korzyści, co z tego?

Usatysfakcjonowana   takim   wyjaśnieniem,   zadowolona   z   planów   na   przyszłość,   z 

powrotem wzięła się do pracy.

Jody tymczasem ułożyła synka do snu i jak zwykle przy tej okazji doszła do wniosku, 

że   to   najpiękniejsze   dziecko,   jakie   kiedykolwiek   pojawiło   się   na   świecie.   Kiedy   Charlie 

wreszcie zmrużył oczy, wygładziła otulający go kocyk, postawiła na straży ulubionego przez 

synka pluszowego misia i pobiegła na dół, żeby ściszyć muzykę.

W kuchni Cybil  czuła się jak w swojej  własnej.  Nalała  kawę do dwóch grubych, 

żółtych kubków, kierując się węchem znalazła babeczki z jagodami i ustawiła wszystko na 

tacy.

Ten przedpołudniowy rytuał był jednym z jej ulubionych punktów dnia.

W ciągu minionych lat stały się sobie z Cybil bliskie jak rodzone siostry. A może 

nawet bliższe, pomyślała Jody, marszcząc nos. Jej własne siostry nieustannie przechwalały się 

swoimi mężami, dziećmi, domami, a przecież każdy widzi, że Chuck i Charlie przerastali 

szwagrów i siostrzeńców o całe niebo. Cybil zaś potrafiła słuchać. Wspierała ją w trudnym 

okresie, kiedy Jody podjęła decyzję o rezygnacji z pracy i została w domu, żeby cały swój 

czas poświęcić dziecku. To Cybil nie opuściła jej i Chucka podczas tych pierwszych trudnych 

dni   rodzicielstwa,   kiedy   każde   westchnienie   i   kichnięcie   dziecka   wywoływało   u   nich 

paniczny lęk o jego zdrowie.

Nie było lepszej przyjaciółki pod słońcem. I właśnie dlatego Jody z takim zapałem 

starała się pomóc Cybil w ułożeniu sobie osobistego życia.

Zaniosła tacę na górę, postawiła na stole i podała kubek przyjaciółce.

- Dzięki, Jody.

- Świetny jest dzisiejszy odcinek „Sąsiadów i przyjaciół”. Nie mogłam uwierzyć, że 

Emily  w  prochowcu i  kapeluszu  śledzi  Tajemniczego  Sąsiada  po  całym  Soho.  Skąd  ona 

bierze takie pomysły?

background image

- Działa impulsywnie i uwielbia, kiedy dzieje się coś dramatycznego. - Cybil odłamała 

kawałek   babeczki.   Zawsze   rozmawiały   o   Emily   i   innych   postaciach   z   komiksu   jak   o 

prawdziwych, żyjących ludziach. - Poza tym jest ciekawska. Musi wszystko wiedzieć.

- A ty? Dowiedziałaś się już czegoś o tym tajemniczym nowym lokatorze?

- Owszem - odparła Cybil z westchnieniem. - Nazywa się McQuinn.

-   Słyszałam   to.   -   Jody   natychmiast   nabrała   czujności.   Oskarżycielsko   wskazała 

przyjaciółkę palcem. - Westchnęłaś.

- Tylko głębiej odetchnęłam.

- Właśnie że nie. Westchnęłaś. Co się dzieje?

- No, właściwie... - Nie mogła się doczekać, kiedy opowie wszystko przyjaciółce. - 

Wczoraj poszliśmy razem na kolację do włoskiej restauracji.

-   Poszliście   na   kolację?   A   więc   można   powiedzieć,   że   mieliście   randkę.   -   Jody 

przysunęła sobie krzesło i usiadła obok Cybil. - Jak to się stało? Opowiedz mi zaraz wszystko, 

ze szczegółami.

- Dobrze, a więc... - Cybil odwróciła się twarzą do Jody. - Pamiętasz, mówiłam ci, że 

pani Wolinsky ciągle mnie umawia ze swoim siostrzeńcem.

- Znowu chciała to zrobić? - Jody uniosła oczy do nieba. - Czy ona nie widzi, że wy 

dwoje zupełnie do siebie nie pasujecie?

Tylko wielka sympatia dla przyjaciółki powstrzymała Cybil przed stwierdzeniem, że 

być może takie zachowanie jest spowodowane tą samą selektywną ślepotą, która nie pozwala 

Jody dostrzec, że Frank to równie nieodpowiedni partner.

- Ona go uwielbia - powiedziała tylko. - W każdym razie, wczoraj wieczorem znów 

sobie   wymyśliła,   że   powinnam   się   z   nim   spotkać,   a   ja   po   prostu   na   samą   myśl   o   tym 

dostawałam gęsiej skórki. Przysięgnij, że nic nie powiesz, ani jej, ani nikomu innemu.

- Z wyjątkiem Chucka.

-   Zgoda,   w   tym   wypadku   jesteś   zwolniona   z   przysięgi   dozgonnego   milczenia. 

Powiedziałam jej, że już jestem umówiona - z McQuinnem.

- A rzeczywiście byłaś umówiona z 3B?

- Coś ty! Tak jej tylko powiedziałam, bo wpadłam w popłoch i nic innego nie przyszło 

mi do głowy. Wiesz, jak zaczynam się plątać, kiedy usiłuję kłamać.

-   Powinnaś   więcej   ćwiczyć.   -   Jody   poważnie   skinęła   głową   i   odgryzła   kawałek 

babeczki. - Wtedy lepiej by ci to wychodziło.

-   Może.   Kiedy  już   jej   tak   odpowiedziałam,   uświadomiłam   sobie,   że   cały   wieczór 

będzie wyglądała przez okno, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście mam z nim randkę. Mu-

background image

siałam więc namówić jakoś McQuinna, żeby wyszedł razem ze mną. Dałam mu sto dolarów i 

postawiłam obiad.

- Zapłaciłaś mu? - Oczy Jody rozszerzyły  się ze zdumienia, a potem natychmiast 

zwęziły   z   namysłem.   -   Co   za   genialny   pomysł!   Pamiętasz,   jak   ci   opowiadałam   o   moim 

okresie posuchy na drugim roku studiów? Że też wtedy nie przyszło mi do głowy,  żeby 

zaproponować   jakiemuś   chłopakowi   pieniądze   za   wspólne   zjedzenie   kolacji.   A   jak 

ustaliliście, że to ma być sto dolarów? Myślisz, że taka jest teraz stawka?

- Po prostu wydało mi się, że tyle będzie w sam raz. Wiesz, on nie ma stałej pracy. 

Pomyślałam, że pieniądze mu się na pewno przydadzą i z przyjemnością zje dobrą kolację. 

Dobrze   się   bawiliśmy   -   dodała   z   uśmiechem.   -   Naprawdę   dobrze.   Nie   robiliśmy   nic 

nadzwyczajnego.   Zjedliśmy   spaghetti,   trochę   rozmawialiśmy.   W   zasadzie   była   to   dość 

jednostronna rozmowa, bo McQuinn jest małomówny.

- McQuinn. - Jody z przyjemnością powtórzyła nazwisko. - Nadal brzmi tajemniczo. 

Wciąż nie znasz jego imienia?

- Jakoś się nie złożyło. Ale słuchaj dalej. Wracaliśmy sobie spokojnie do domu. Chyba 

w moim towarzystwie trochę się rozluźnił. Wydawało mi się, że jest w dobrym nastroju. Był 

niemal   przyjacielski.   Aż   tu   nagle   widzę   samochód   Johnny'ego.   Wpadłam   w   panikę. 

Pomyślałam  sobie, że pani Wolinsky pewnie nadal  będzie usiłowała  mnie  z nim swatać, 

chyba że zobaczy, że już kogoś mam. Szybko więc dobiłam następnego targu z McQuinnem. 

Obiecałam, że dam mu pięćdziesiąt dolarów, jeśli mnie pocałuje.

Jody krytycznie wydęła usta i wypiła łyk kawy.

- Powinnaś mu powiedzieć, że sto dolarów pokrywa również pocałunek.

- Nie. Już przedtem ustaliliśmy warunki i nie było czasu na renegocjowanie umowy. 

Pani Wolinsky patrzyła na nas przez okno. Więc mnie pocałował, tam gdzie staliśmy, na 

chodniku pod domem.

- O, jasny gwint. - Jody włożyła do ust resztę babeczki. - Jaką technikę zastosował?

- Tak jakoś przyciągnął mnie do siebie...

- Bardzo lubię pocałunki z przyciąganiem.

- Przyciągnął mnie i mocno trzymał, aż musiałam stanąć na palcach, ponieważ jest 

bardzo wysoki.

- Mhm. - Jody zlizała okruszki z warg. - Wysoki i dobrze zbudowany.

- Oj, tak. Bardzo dobrze zbudowany. Mięśnie ma twarde jak kamień.

- Boże... - jęknęła Jody, lekko rozmarzona. - No dobrze, stoisz na palcach, on cię 

mocno trzyma przy sobie. I co dalej?

background image

- Potem tak jakby spadł na mnie nagle z góry.

- No, no, no... Przyciągnięcie i nagły atak z góry! - Jody z zachwytem rozłożyła ręce, 

aż posypały się okruszki babeczki. - To wręcz klasyka. Tylko nie każdy facet potrafi wykonać 

taki pocałunek. Chuckowi się to udało na szóstej randce. Dzięki temu wylądowaliśmy w 

moim mieszkaniu i zakończyliśmy spotkanie, jedząc w łóżku chińszczyznę na wynos.

- McQuinn potrafi to robić. Naprawdę dobrze mu wyszło. A kiedy miałam wrażenie, 

że za chwilę eksploduję, odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.

- Ojej...

- A potem... pocałował mnie jeszcze raz. W ten sam sposób.

- Podwójne przyciągnięcie z atakiem z góry - z uznaniem stwierdziła Jody. Udzieliło 

jej   się   podniecenie   przyjaciółki.   Rozgorączkowana   chwyciła   Cybil   za   rękę.   -   Zaliczyłaś 

podwójne przyciągnięcie z atakiem z góry! Są kobiety, którym nigdy się to nie przydarza. 

Marzą o tym, ale bez skutku.

- Mnie się coś takiego zdarzyło pierwszy raz - wyznała Cybil. - Było cudownie.

- Dobrze, dobrze, a teraz pocałunek właściwy. Co z wargami, językiem, zębami?

- Sama nie wiem. Było mi bardzo gorąco.

- O, jasny gwint. Chyba otworzę okno. Ja też zaczynam się pocić.

Jody podbiegła do okna, otworzyła je i głęboko zaczerpnęła powietrza.

- A więc było ci gorąco, bardzo gorąco. Co dalej?

- Czułam się tak, jakby mnie pochłaniał, wciągał w siebie. Wszystko we mnie... - Nie 

mogła znaleźć odpowiednich słów, więc bezradnie machnęła rękami. - Miałam wrażenie, że 

głowa oderwała mi się od ramion i szybuje gdzieś w powietrzu. Nie potrafię tego opisać.

- Musisz. - Zdesperowana Jody potrząsnęła Cybil za ramiona. - Nie zniosę, jeśli nie 

powiesz mi wszystkiego. Spróbujmy tak: ile dałabyś mu punktów w skali od jednego do 

dziesięciu?

Cybil zamknęła oczy.

- Nie ma takiej skali, w której można by zmierzyć ten pocałunek.

- Zawsze jest jakaś skala. Można najwyżej powiedzieć, że została przekroczona, ale 

zawsze jakaś się znajdzie.

- Nie, Jody. W tym wypadku nie ma odpowiedniej skali. Nie odrywając wzroku od 

przyjaciółki, Jody cofnęła się o krok.

- Pocałunek, dla którego nie ma żadnej skali porównawczej, nie istnieje. To legenda.

-   Ależ   istnieje   -   oznajmiła   trzeźwo   Cybil.   -   Istnieje   i   właśnie   wczoraj   mi   się 

przydarzył.

background image

- Dobry Boże, muszę usiąść. - Usiadła, nadal wpatrując się w Cybil. - Doświadczyłaś 

pocałunku, który nie da się ocenić na żadnej skali. Wierzę ci. Miliony kobiet by cię wyśmiały, 

ale ja ci wierzę.

- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

-   Wiesz,   co   to   oznacza,   prawda?   Zepsuł   cię.   Teraz   już   nic   innego   cię   nie 

usatysfakcjonuje. Nawet całkiem przyzwoity pocałunek za dziesięć punków. Zawsze będziesz 

szukała takiego, dla którego nie ma odpowiedniej skali.

- Też o tym myślałam. - Cybil w zadumie postukała ołówkiem o deskę. - Wydaje mi 

się jednak, że nawet po takim doświadczeniu można prowadzić względnie szczęśliwe życie, 

jeśli od czasu do czasu trafi się coś między siódemką a dziesiątką. Niektórym ludziom zdarza 

się polecieć w przestrzeń kosmiczną, a nawet wylądować na księżycu.  Zawsze jednak w 

końcu muszą wrócić na ziemię i żyć dalej.

- Jakie mądre, głębokie stwierdzenie - wyszeptała Jody i wyjęła z kieszeni chusteczkę. 

- Jesteś taka dzielna.

- Dziękuję - odpowiedziała Cybil. Po chwili zaś dodała z figlarnym uśmiechem. - Ale 

przecież nikomu nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu zapukam do drzwi naprzeciwko.

Na razie jednak postanowiła, że wykaże się cierpliwością i opanowaniem, więc całe 

przedpołudnie spędziła przy desce. Ugięła się dopiero o drugiej, kiedy przyszło jej do głowy, 

że tajemniczy sąsiad na pewno z przyjemnością napije się dobrej kawy, a może nawet da się 

namówić na miły spacer w kwietniowym słońcu.

Naprawdę powinien częściej wychodzić na powietrze, pomyślała z troską. Powinien 

korzystać z uroków miejskiego życia. Wyobraziła go sobie w ponurej zadumie, samego w 

pustym mieszkaniu, zamartwiającego się brakiem pracy i niezapłaconymi rachunkami.

Nie wątpiła, że potrafi mu pomóc w kłopotach. Zwróci się do kogo trzeba i załatwi mu 

kilka występów, co trochę mu ulży w finansowych trudnościach.

Malując się w sypialni, usłyszała tęskny szloch saksofonu za ścianą. Niskie, zmysłowe 

dźwięki sprawiły, że znów poczuła dreszcz na całym ciele.

Trzeba mu jakoś pomóc, zgasić ten cyniczny błysk w jego oczach, zdecydowała. Musi 

mu udowodnić, że życie jest pełne miłych niespodzianek. Wyczuwała, że w głębi serca jest 

nieszczęśliwy i nie potrafiła się z tym pogodzić.

Przecież umiała go rozśmieszyć, a to już pierwszy krok we właściwym kierunku. Przy 

niej się rozluźnił. Skoro raz jej się to udało, uda się i w przyszłości. Bardzo chciała znów 

usłyszeć   jego   śmiech,   wyłowić   w   głosie   żartobliwe,   ironiczne   nuty,   zobaczyć,   jak   z 

rozpromienionej twarzy spada maska chłodnego cynika.

background image

A jeśli zapłoną miedzy nimi erotyczne ogniki, co w tym złego?

Schodziła   do   salonu,   nucąc   coś   wesoło   pod   nosem,   kiedy   usłyszała   brzęczyk 

domofonu.

- Słucham?

- Szukam McQuinna. Czy to mieszkanie 3A?

- Nie, 3B.

- Do licha. Dlaczego on nie odpowiada?

- Pewnie nie słyszy. Właśnie ćwiczy.

- Wpuścisz mnie, skarbie? Jestem jego agentką i bardzo mi się śpieszy.

Jego agentka. Cybil od razu się ożywiła. Skoro McQuinn ma agentkę, to ona musi ją 

poznać. Mogła jej podać nazwiska co najmniej kilkunastu osób, które być może zatrudnią 

McQuinna.

- Jasne. Wchodź.

Odblokowała drzwi wejściowe, a sama wyszła na korytarz i czekała.

Z   lekkim   zaskoczeniem   stwierdziła,   że   osoba,   która   wyszła   z   windy,  wygląda   na 

profesjonalistkę i kobietę sukcesu.

Miała   na   sobie   elegancki,   doskonale   skrojony,   jaskrawoczerwony   kostium.   Była 

szczupła i zgrabna, o ostrych rysach twarzy i ciemnoniebieskich oczach, które spoglądały 

nieco gniewnie. Gęste, długie blond włosy mogły wzbudzić zazdrość każdej kobiety.

Kobieta poruszała się energicznie i precyzyjnie, jak dobrze zaprogramowana maszyna. 

Jej   skórzana,   czarna   teczka   kosztowała   zapewne   tyle,   co   miesięczna   opłata   za   wynajem 

dobrego mieszkania w centrum miasta.

Cybil zastanawiała się, jak to możliwe, że McQuinn wciąż nie ma pracy, skoro jego 

agentkę stać na kostium od najlepszego projektanta i kosztowne dodatki.

- Mieszkasz pod 3A?

- Tak. Nazywam się Cybil.

-   Amanda   Dresher.   Dzięki,   Cybil.   Mój   podopieczny   nie   odbiera   telefonu   i   chyba 

zapomniał, że o pierwszej byliśmy umówieni w Four Seasons.

- W Four Seasons? - powtórzyła zdumiona. - Przy Central Parku?

- A jest jakaś inna restauracja o tej nazwie? - Mandy ze śmiechem nacisnęła dzwonek 

do mieszkania 3B i znając swojego klienta, długo trzymała palec na guziku. - Nasz Preston 

ma wielki talent, ale sprawia mi najwięcej kłopotu ze wszystkich autorów.

- Preston?

Zaraz, zaraz. A, więc to tak! Po chwili wszystko było jasne.

background image

- Preston McQuinn - powiedziała Cybil i gwałtownie wzięła drżący oddech. Co za 

upokorzenie! A na dodatek oszustwo. - Autor sztuki „Zagubione dusze” - dodała.

- Ten sam, żaden inny - przytaknęła radośnie Mandy.

- No, McQuinn, otwórz te cholerne drzwi! Nie mam czasu czekać! Kiedy na kilka 

miesięcy postanowił przeprowadzić się do miasta, byłam zachwycona. Wydawało mi się, że 

będzie łatwiej utrzymać z nim kontakt. Ale to dalej ciężkie zadanie. No, nareszcie.

Obie   usłyszały   szczęk   otwieranych   ze   złością   zamków.   Drzwi   otworzyły   się 

gwałtownie.

- Co się tu, u diabła... Mandy?

- Nie przyszedłeś na umówione spotkanie - warknęła.

- Nie odpowiadasz na telefony.

- O spotkaniu zapomniałem, a telefon nie dzwonił.

- Naładowałeś go?

- Zdaje się, że nie. - Znieruchomiał w progu, spoglądając na Cybil. Stała pobladła w 

drugim końcu korytarza i patrzyła na niego zranionym wzrokiem. - Wejdź, Mandy. Daj mi 

jeszcze minutę.

-   Dałam   ci   już   godzinę.   -   Zerkając   przez   ramię,   agentka   weszła   do   mieszkania 

Prestona. - Dzięki, skarbie, że wpuściłaś mnie na górę.

- Nie ma za co, to drobiazg. - Cybil zimno spojrzała Prestonowi w oczy. - Ty draniu - 

wycedziła cicho i zamknęła drzwi.

- Nie masz tu żadnego mebla, na którym można by było usiąść? - zapytała z pretensją 

w głosie Mandy.

- Nie... To znaczy tak. Na górze. Cholera - wymamrotał. Poczucie winy nieznośnie 

szarpnęło go za serce, a ponieważ nie znosił tego uczucia, robił co mógł, żeby je stłumić. - 

Prawie nie korzystam z tego pokoju - wyjaśnił.

-   Nigdy   bym   się   nie   domyśliła.   A   kim   jest   ta   ładna   dziewczyna   z   przeciwka?   - 

zapytała, stawiając teczkę na kuchennym blacie.

- Nikim. Campbell, Cybil Campbell.

- Właśnie mi się wydawało, że skądś ją znam. „Sąsiedzi i przyjaciele”, no tak. Znam 

jej   agenta.   Szaleje   na   jej   punkcie.   Twierdzi,   że   nigdy   jeszcze   nie   miał   tak   mało   rozka-

pryszonej,   pozbawionej   wszelkich   neurotycznych   kompleksów   klientki.   Nie   narzeka, 

dotrzymuje terminów, nie wymaga, żeby ją nieustannie dopieszczać i zarabia dla niego górę 

pieniędzy na sprzedaży książek, kalendarzy i najróżniejszych gadżetów z postaciami z jej 

komiksów. - Spojrzała na niego groźnie. - Bardzo jestem ciekawa, jak to jest, kiedy się ma 

background image

klienta bez kompleksów, który pamięta o umówionych spotkaniach i przysyła  prezenty w 

dniu urodzin.

- Moje neurotyczne kompleksy wchodzą w zakres naszego kontraktu, ale za to, że 

zapomniałem o naszym spotkaniu, bardzo cię przepraszam.

Zdenerwowanie Amandy zmieniło się w troskę.

- Co się dzieje, Preston? Wyglądasz okropnie. Nie idzie ci pisanie?

- Ależ idzie, i to lepiej, niż się spodziewałem. Po prostu jestem niewyspany.

- Pewnie znowu do rana grałeś na tej swojej fujarce.

-   Nic   podobnego.   -   Myślałem   o   dziewczynie   z   mieszkania   3A,   dodał   w   duchu. 

Krążyłem po mieszkaniu. Pragnąłem jej. To straszne: pragnął kobiety, która teraz uważała go 

za najnędzniejszego z robaków pełzających po ziemi. - Tylko nie mogłem zasnąć.

- Dobrze. - Preston często  denerwował Mandy,  jednak bardzo go lubiła. Podeszła 

bliżej i rozmasowała mu zesztywniały kark. - Jesteś mi winien zaproszenie na lunch. Masz 

może kawę?

- Trochę chyba zostało. Stoi w dzbanku, na kuchence. O szóstej rano była jeszcze 

świeża.

- Zaparzę nową. - Stanęła za kuchennym blatem. Przygotowując kawę, zaglądała do 

szafek.   Uważała,   że   opieka   nad   Prestonem   stanowi   część   jej   pracy.   -   Boże,   McQuinn, 

ogłosiłeś strajk głodowy?  Nie ma tu nic oprócz resztki pokruszonych  chipsów i kawałka 

razowego chleba, który zamienił się w hodowlę pleśni.

- Nie udało mi się wczoraj zrobić zakupów. - Znów wrócił myślą do Cybil. - Zwykle 

zamawiam coś do jedzenia przez telefon.

- Przez ten sam telefon, którego nie odbierasz, bo ma wyczerpaną baterię?

- Naładuję ją, przyrzekam.

- Nie zapomnij. Gdybyś o tym pamiętał, siedziałbyś teraz w Four Seasons i popijał 

szampana, żeby uczcić swój sukces. - Uśmiechnęła się szeroko. - Wynegocjowałam umowę, 

Preston. Według „Zagubionych  dusz” zostanie nakręcony pełnometrażowy film fabularny. 

Pozyskałam   tego   producenta   i   reżysera,   których   sobie   życzyłeś.   Poza   tym   załatwiłam   ci 

możliwość   opracowania   scenariusza.   To   wszystko,   no   i   oczywiście   całkiem   niezłe 

honorarium.

Podała mu siedmiocyfrową liczbę.

- Tylko żeby nic nie schrzanili - wyrwało się Prestonowi.

- Oto cały ty - stwierdziła Mandy z westchnieniem. - Jeśli jest choćby jedna ciemna 

chmurka na horyzoncie, zaraz ją wypatrzysz. Skoro tak ci zależy, żeby wszystko było jak 

background image

chcesz, spróbuj sam napisać scenariusz.

- Nie. - Potrząsnął głową i podszedł do okna. Chwilę trwało, zanim przetrawił tę 

wiadomość. Na ekranie jego sztuka utraci tę intymność, którą zyskiwała na scenie teatru. Ale 

jednocześnie efekt kilkumiesięcznej pracy trafi do milionów widzów. Na tym najbardziej mu 

zależało. - Nie chcę znów do tego wracać. Omawialiśmy to już bardzo dokładnie.

Nalała kawy do dwóch kubków i stanęła obok niego przy oknie.

- Może więc przejmiesz nadzór na scenariuszem? Albo zostaniesz konsultantem.

- Tak. Coś takiego by mi odpowiadało. Załatwisz to, prawda?

- Postaram się. A teraz przestań podskakiwać z radości i porozmawiajmy o sztuce, nad 

którą teraz pracujesz.

Powiedziała   to   tak   sucho   i   dobitnie,   że   wargi   lekko   mu   drgnęły   z   rozbawienia. 

Postawił kubek z kawą na parapecie i ujął jej drobną twarz w dłonie.

- Jesteś najlepszą i z całą pewnością najcierpliwszą agentką, o jakiej może marzyć 

pisarz.

- Zgadzam się z tobą. Mam nadzieję, że jesteś tak dumny z siebie, jak ja z ciebie. 

Zadzwonisz do rodziny?

- Zaczekam kilka dni.

- Wiadomość o tym i tak się rozejdzie. Nie chcesz chyba, żeby dowiedzieli się z gazet.

- Masz rację. Zadzwonię. - W końcu się uśmiechnął.

- Jak tylko naładuję telefon. A może szybko doprowadzę się do porządku i jednak 

wypijemy razem tego szampana?

-   Dobry   pomysł.   A,   jeszcze   o   coś   chciałam   cię   zapytać   -   dodała,   kiedy   zaczął 

wchodzić na górę. - O tę śliczną pannę spod 3A Opowiesz mi, co jest między wami?

- Nie mam pewności, czy jeszcze jest o czym opowiadać - mruknął niechętnie.

Nadal nie był tego pewien, kiedy późnym popołudniem zapukał do jej drzwi. Wiedział 

tylko, że powinien jakoś załatwić tę sprawę. Wyraz oczu Cybil nie dawał mu spokoju.

Oczywiście, wcale nie musiał się przed nią tłumaczyć. Stale to sobie powtarzał. Nie 

zabiegał o tę znajomość. Wręcz przeciwnie - zrobił wszystko, żeby dziewczynę do siebie 

zniechęcić.

Aż do poprzedniego dnia, pomyślał i głęboko wciągnął powietrze.

Doszedł   do   wniosku,   że   popełnił   błąd.   Źle   ocenił   sytuację.   Nie   powinien   ulegać 

nastrojowi chwili. Zrobił niedobrze, ulegając jej namowom. A jeszcze większym błędem było 

to, że tak dobrze się z nią bawił.

No i rzecz jasna nie powinien jej całować.

background image

Ale przecież nie pocałowałby jej, gdyby go o to nie poprosiła.

Kiedy otworzyła drzwi, gotów był ją przeprosić.

-   Słuchaj,   naprawdę   bardzo   mi   przykro   -   zaczął   tonem,   w   którym   pobrzmiewało 

zniecierpliwienie i irytacja. - Ale przecież moje życie to nie twoja sprawa. Wyjaśnijmy to 

sobie raz na zawsze.

Już miał wejść do środka, ale powstrzymała go, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Nie chcę cię tutaj.

- Na litość boską. Sama wszystko zaczęłaś. Może pozwoliłem, żeby sprawy wyrwały 

się spod kontroli, ale...

- Co zaczęłam?

- No, to... - Był wściekły, że nie może znaleźć odpowiednich słów. Trudno mu było 

znieść jej spojrzenie skrzywdzonej sarenki.

-   Dobrze,   niech   będzie.   Sama   zaczęłam.   Nie   powinnam   zanosić   ci   ciastek.   To 

rzeczywiście był z mojej strony obrzydliwy podstęp. Niepotrzebnie się zamartwiałam, że nie 

masz pracy, niepotrzebnie zaprosiłam cię na dobrą kolację, bo myślałam, że cię na to nie stać.

- Do diabła, Cybil...

-   Pozwoliłeś   mi   tkwić   w   błędzie.   Pozwoliłeś   mi   wierzyć,   że   jesteś   biednym, 

bezrobotnym   muzykiem   i   pewnie   zaśmiewałeś   się   z   tego   do   rozpuku.   Wspaniały 

dramatopisarz, zdobywca wielu nagród Preston McQuinn, autor wzruszających „Zagubionych 

dusz”. Pewnie jesteś zaskoczony, że znam twoją sztukę. Co taka głupia sroka jak ja może 

wiedzieć, prawda? - Popchnęła go mocniej, tak że musiał się cofnąć. - Czy rozchichotana 

autorka komiksu może się znać na prawdziwej literaturze, na teatrze, na poważnej sztuce? 

Dlaczego nie zabawić się moim kosztem? Ty ograniczony, arogancki gburze! - Głos jej się 

załamał, chociaż sobie obiecywała, że będzie nad sobą panować. - A ja tylko chciałam ci 

pomóc...

- O nic nie prosiłem. Nie chciałem żadnej pomocy. - Zauważył, że jest bliska łez. Im 

bliżej podchodziła, tym większa ogarniała go wściekłość. Wiedział, że kobieta umie płakać na 

zawołanie, jeśli chce omotać mężczyznę. Nie, nie pozwoli sobą manipulować. - Moja praca to 

wyłącznie moja prywatna sprawa.

- Twoja sztuka jest wystawiana na Broadwayu, więc nie jest to już taka prywatna 

sprawa - odparowała. - I nie ma to nic wspólnego z udawaniem biednego muzyka.

-   Gram   na   cholernym   saksofonie,   bo   lubię,   i   tyle.   Nikogo   nie   udawałem.   Sama 

wyciągnęłaś fałszywe wnioski.

- Pozwoliłeś mi na to.

background image

-   No   i   co   z   tego?   Wprowadziłem   się   tutaj,   ponieważ   szukałem   ciszy   i   spokoju. 

Chciałem, żeby mi nikt nie przeszkadzał. Tymczasem niemal natychmiast zjawiasz się ty z 

talerzem ciastek, potem śledzisz mnie na ulicy, a ja spędzam pół nocy na komisariacie policji. 

Potem   namawiasz   mnie,   żebym   poszedł   z   tobą   na   kolację,   ponieważ   nie   masz   odwagi 

powiedzieć   starszej   kobiecie,   żeby   nie   wtrącała   się   w   twoje   życie   osobiste.   Na   koniec 

oferujesz   mi   pięćdziesiąt   dolarów,   żebym   cię   pocałował.   -   Upokorzona   Cybil   nie   mogła 

powstrzymać płaczu. Pierwsza łza spłynęła jej po policzku, a on poczuł ucisk w żołądku. - 

Przestań - rzucił ostro. - Nie zaczynaj się mazać.

- Mam nie płakać, kiedy tak mnie poniżasz? Zawstydziłeś mnie, ośmieszyłeś, zrobiłeś 

ze mnie kompletną idiotkę! - Nie próbowała nawet wycierać łez, tylko spoglądała na niego 

wilgotnymi oczami. - Przykro mi, ale ja tak nie potrafię. Płaczę, kiedy coś mnie boli.

-   Sama   jesteś   sobie   winna.   -   Musiał   to   powiedzieć.   Bardzo   chciał   w   to   wierzyć. 

Poczuł, że musi uciec, i ruszył w stronę swojego mieszkania.

-   Dokładnie   zapamiętałeś   fakty,   Preston   -   powiedziała   cicho.   -   Wymieniłeś   je 

wszystkie w prawidłowej kolejności. Ale nie wziąłeś pod uwagę uczuć, które kryją się za 

czynami. Przyniosłam ci ciastka, ponieważ myślałam, że się ucieszysz z nowej znajomości. 

Już cię przeprosiłam za to, że cię śledziłam, ale przepraszam cię jeszcze raz...

- Nie chcę...

- Jeszcze nie skończyłam  - przerwała mu tak spokojnie i dumnie, że ogarnęło go 

jeszcze większe poczucie winy.

-   Zabrałam   cię   na   kolację,   ponieważ   nie   chciałam   zranić   bardzo   miłej   kobiety   i 

sądziłam, że jesteś głodny. Dobrze się bawiłam w twoim towarzystwie, a kiedy mnie pocało-

wałeś, coś poczułam. Myślałam, że ty też. Masz rację...

- skinęła chłodno głową, chociaż kolejna łza spływała jej po policzku - sama jestem 

sobie winna. Ty pewnie przelewasz wszystkie swoje uczucia w pracę i dla prawdziwych ludzi 

nic już nie zostaje. Żal mi ciebie. I przepraszam, że się wdarłam na twój zastrzeżony teren. 

Więcej już tego nie zrobię.

Zanim zdążył pomyśleć,  co odpowiedzieć,  zamknęła  drzwi. Słyszał,  jak szybkimi, 

zdecydowanymi   ruchami   przekręca   wszystkie   zamki.   Wrócił   do   swojego   mieszkania   i 

również zamknął drzwi na wszystkie zamki.

Osiągnąłem to, czego chciałem, powiedział sobie. Samotność. Spokój. Cybil już nie 

zapuka do drzwi, nie przerwie biegu jego myśli, nie oderwie go od pracy. Nie wciągnie go w 

rozmowę i w świat uczuć, których nie chciał. Przecież i tak by nie wiedział, co zrobić z tymi 

uczuciami.

background image

Stał na środku pustego pokoju, wyczerpany burzliwą rozmową, wściekły na samego 

siebie i niewidzącym wzrokiem patrzył w przestrzeń.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Preston   spał   niespokojnym,   przerywanym   snem.   Kiedy   zasypiał,   natychmiast 

zaczynało mu się coś śnić. W snach widział siebie i Cybil. Stał naprzeciw niej, w załomie 

muru, na skraju stromego urwiska. Miał wrażenie, że to ona zapędziła go w miejsce, z którego 

nie miał innego wyjścia, jak tylko w jej ramiona.

A   gdy   się   do   niej   zbliżał,   sen   przekształcał   się   w   erotyczną   wizję.   Budził   się 

podniecony, wściekły, czując na ustach smak warg Cybil, pamiętając każdy szczegół ich na-

miętnego pocałunku.

Nie miał apetytu, a kiedy już zdecydował się coś zjeść, śniadanie nie chciało przejść 

mu przez gardło. Nic mu nie smakowało; wciąż przypominał sobie ten prosty posiłek, który 

kilka dni temu zjedli razem we włoskiej knajpce.

Pił jedynie  kawę, dopóki nerwy nie stały się napięte jak postronki,  a żołądek nie 

zareagował palącym bólem.

Praca natomiast szła mu doskonale. Wszystkie emocje przelewał w swoich bohaterów, 

w sytuacje na scenie. Z bólem wyrywał uczucia z własnego serca i rzucał je na pożarcie 

fikcyjnym postaciom sztuki. Efekt był zdumiewający.

Przypomniał   sobie,   co   powiedziała   Cybil,   zanim   zatrzasnęła   przed   nim   drzwi. 

Zarzuciła mu, że wkłada wszystkie swoje uczucia w pracę i nie zostawia nic dla prawdziwych 

ludzi.

Miała rację, ale czy tak nie było najlepiej? Przecież miał wokół siebie zaledwie kilka 

osób, którym mógł powierzyć swoje uczucia. Rodzice, siostra. Ale nawet w ich przypadku 

sytuację komplikował fakt, że czuł się zobowiązany spełniać ich oczekiwania.

Byli też Delta i Andre. Rzadko decydował się z kimś zaprzyjaźnić. Największą zaletą 

tych dwojga było, że nie oczekiwali od niego więcej, niż sam chciał im dać.

Była   Mandy,   która   mobilizowała   go   do   działania,   kiedy   sam   nie   potrafił   się 

zmobilizować, wysłuchiwała go, gdy chciał się wygadać i dbała o niego, chociaż on sam o 

siebie nie dbał.

Nie życzył sobie, żeby jakaś kobieta wdzierała się do jego serca. Nigdy więcej. Dostał 

już nauczkę, więc od czasu Pameli skutecznie odstraszał każdą, która chciała się zbytnio 

zbliżyć do tego niebezpiecznego terytorium.

To Pamela wyleczyła go z uczuć swoimi kłamstwami, oszustwem, zdradą. W wieku 

dwudziestu pięciu lat można się wiele nauczyć i zapamiętać to na całe życie. Odkąd przestał 

wierzyć w miłość, nie tracił czasu na jej szukanie.

background image

A jednak nie potrafił przestać myśleć o Cybil.

Przez ostatnie trzy dni kilka razy słyszał, jak gdzieś wychodziła. Nie raz dochodząca 

zza ściany muzyka i śmiech odrywały go od pracy. Powtarzał sobie, że przecież dziewczyna 

najwyraźniej wcale nie cierpi. Dlaczego więc on czuł się tak podle?

Doszedł do wniosku, że nęka go poczucie winy. Zranił ją, a nie było to ani konieczne, 

ani zamierzone. Urzekła go. Niechętnie, ale jednak poddał się jej urokowi. Nie chciał jej 

zawstydzić, zranić jej uczuć. Widok łez nadal go poruszał, chociaż wiedział, że kobiecy płacz 

może być tylko podstępnym środkiem, ułatwiającym osiągnięcie jakiegoś pokrętnego celu.

Łzy na policzku Cybil  nie wyglądały jednak  na fałszywe.  Były  tak naturalne, jak 

wiosenny deszcz.

Wiedział, że nie osiągnie spokoju, dopóki nie załatwi tej sprawy do końca. Musiał 

przyznać sam przed sobą, że nie przeprosił dziewczyny jak należy. Postanowił, że przeprosi ją 

jeszcze raz. Teraz pewnie jest już bardziej opanowana i nie zacznie płakać.

Przecież nie musieli zostawać wrogami. Była wnuczką człowieka, którego podziwiał i 

szanował. Wątpił, czy Daniel MacGregor odwzajemniłby te uczucia, gdyby się dowiedział, że 

Preston McQuinn doprowadził jego ukochaną wnusię do łez.

Nie   po   raz   pierwszy   uświadomił   sobie,   że   bardzo   liczy   się   z   opinią   Daniela 

MacGregora. Jakiś denerwujący wewnętrzny głos szeptał, że zależy mu jednak również na 

opinii Cybil.

Dlatego   właśnie   Preston   niespokojnie   krążył   po   mieszkaniu,   zamiast   pracować. 

Usłyszał, że Cybil znów wychodzi, ale nie zdążył złapać jej w korytarzu.

Pomyślał sobie, że zaczeka na nią. Przecież dziewczyna kiedyś wróci do domu. A 

kiedy wreszcie wróci, wtedy on przeprosi ją w bardziej cywilizowany sposób. Boże, nawet 

ślepy by zauważył, że ta kobieta ma miękkie serce. Będzie musiała mu wybaczyć. Gdy zaś 

mu już wybaczy, znów zostaną dobrymi sąsiadami.

Zostawała   jeszcze   do   załatwienia   sprawa   stu   dolarów,   która   początkowo   tak   go 

rozbawiła, a teraz sprawiała, że czuł się wyjątkowo podle. Och, .był pewien, że Cybil będzie 

gotowa zbyć wszystko śmiechem. Czy tak pogodna osoba może się długo na kogoś gniewać?

Mylił   się   jednak   w   swoich   przypuszczeniach.   Byłby   zaskoczony,   jak   długo   i   jak 

głęboko Cybil potrafi przeżywać doznaną urazę, gdyby zobaczył jej minę, kiedy wjeżdżała 

windą na swoje piętro.

Złościło ją niezmiernie,  że wracając  do domu, musi mijać drzwi McQuinna. Była 

wściekła, ponieważ wtedy za każdym razem zaczynała o nim myśleć i uświadamiała sobie 

swoją głupotę oraz to, jak okropnie się przez niego czuła.

background image

W tej chwili ruchy miała utrudnione, bo niosła w ramionach dwie wielkie papierowe 

torby z zakupami, więc już w windzie zaczęła szukać klucza, żeby nie stać w korytarzu ani 

sekundy dłużej, niż to było absolutnie konieczne.

Po dojechaniu na trzecie piętro winda zatrzymała się z charakterystycznym głuchym 

stukiem. Szukając klucza, który jak zwykle gdzieś przepadł, Cybil wyszła z kabiny.

Na widok McQuinna zacisnęła zęby, a jej spojrzenie stało się lodowate.

- Cybil... - Nigdy nie widział, żeby jej oczy przybrały taki zimny wyraz i to zbiło go z 

tropu. - Pomogę ci zanieść te torby.

- Dziękuję, nie potrzebuję pomocy. - Jak na złość bardzo przydałaby się jej trzecia 

ręka, ponieważ nadal nie mogła znaleźć tego przeklętego klucza.

-   Widzę,   że   potrzebujesz.   -   Z   uśmiechem   sięgnął   po   torby.   Uśmiech   natychmiast 

zniknął mu z twarzy, kiedy Cybil stawiła opór. Każde ciągnęło torby w swoją stronę, aż w 

końcu Preston wyrwał je siłą. - Daj spokój! Przecież już cię przeprosiłem! Ile razy muszę to 

powtórzyć, żebyś przestała się złościć?

- Idź do diabła - warknęła. - Ile razy muszę to powtórzyć, zanim zrozumiesz, że mówię 

poważnie? - Wreszcie znalazła klucz i włożyła go do zamka. - Oddaj mi zakupy.

- Wniosę ci je do domu.

-   Powiedziałam,   oddaj.   -   Znów   zaczęli   wyrywać   sobie   torby,   aż   Cybil   syknęła 

zrezygnowana: - Proszę bardzo, zatrzymaj je sobie.

Otworzyła  drzwi, ale zanim zdążyła  zatrzasnąć mu je przed nosem, zablokował je 

nogą i wszedł do środka. Spojrzeli sobie prosto w oczy, a Prestonowi wydało się, że dostrzegł 

w jej spojrzeniu błysk agresji.

- Nawet tego nie próbuj - ostrzegł ją. - Nie jestem jakimś chuderlawym  ulicznym 

rzezimieszkiem.

Nie wątpiła, że mogłaby mu nieźle dołożyć, ale nie chciała, żeby sobie pomyślał, że 

jego obecność tak bardzo wyprowadza ją z równowagi. Odwróciła się więc tylko na pięcie i 

tupiąc   obcasami   pantofelków   z   różowego   zamszu,   poszła   do   kuchni.   Położyła   torbę   z 

zakupami na blacie, a Preston postawił drugą obok.

- Dzięki. Wniosłeś moje zakupy, tak jak chciałeś. Czekasz na napiwek?

- Bardzo śmieszne. Załatwmy to od razu. - Sięgnął do kieszeni po banknot, ten sam, 

który mu dała. - Proszę.

Obojętnie spojrzała na pieniądze.

- Nie wezmę ich z powrotem. Zarobiłeś je.

- Nie przyjmę pieniędzy za coś, co się okazało kiepskim dowcipem.

background image

- Kiepskim dowcipem! - Lód w jej oczach zamienił się w zielony płomień. - A więc 

według ciebie to był kiepski dowcip! Skoro już mowa o kiepskich dowcipach, to jestem ci 

winna jeszcze pięćdziesiąt dolarów, prawda?

Ta uwaga go dotknęła. Z zaciśniętymi zębami patrzył, jak Cybil otwiera torebkę.

- Nie przeciągaj struny, Cybil. Przyjmij zwrot pieniędzy.

- Nie.

- Powiedziałem: weź te cholerne pieniądze. - Chwycił ją za rękę, przyciągnął bliżej i 

wcisnął jej banknot w dłoń. - No, nareszcie... - Zabrakło mu słów, kiedy podarła sto dolarów 

na drobne kawałki i podrzuciła w górę jak konfetti.

- Proszę. I po kłopocie.

- To było bardzo niemądre. - Miał nadzieję, że jego słowa zabrzmiały spokojnie.

- Niemądre? A dlaczego miałabym postępować inaczej niż zwykle? Możesz odejść.

Jej   głos   przybrał   tak   władczy,   niemal   królewski   ton,   że   Preston   zdezorientowany 

zamrugał oczami.

- Bardzo skuteczne zagranie - wymamrotał.  - Ten ton wielkiej damy to dla mnie 

zaskoczenie.

Jej następna sugestia, wygłoszona tym samym pełnym wyższości tonem, była równie 

zaskakująca, choć zupełnie nie pasowałaby do wielkiej damy. Preston znów zamrugał oczami 

ze zdziwienia.

- To też skuteczne - przyznał. - I zdaje  się, że nie miałaś na myśli  romantycznej 

pieszczoty.

Cybil odwróciła się na pięcie i zaczęła wykładać z toreb zakupy. Jeśli przekleństwa i 

obelgi na niego nie działały, to może pójdzie sobie, gdy zacznie go ignorować.

Ta   metoda   być   może   okazałaby   się   skuteczna,   gdyby   Preston   nie   zobaczył,   że 

dziewczynie drżą ręce. Na ten widok na nowo zalało go poczucie winy i zagłuszyło wszystkie 

inne uczucia.

- Cybil,  naprawdę mi  przykro.  - Spostrzegł,  że na  chwilę  zawahała  się, ale  zaraz 

chwyciła puszkę zupy i znów zajęła się rozpakowywaniem toreb. - Sprawy wymknęły mi się 

spod kontroli, nie wiedziałem, jak zatrzymać bieg wypadków. A powinienem był to zrobić.

- Nie musiałeś mnie okłamywać. Zostawiłabym cię w spokoju.

- Nie okłamywałem cię, przynajmniej nie od początku i nie celowo. Po prostu nie 

wyprowadziłem cię z błędu, kiedy wyciągnęłaś fałszywe wnioski. Strzegłem swojej prywat-

ności. Bardzo sobie ją cenię.

- A więc masz swoją prywatność. Ale nie ja wdarłam się przed chwilą do twojego 

background image

mieszkania.

- Nie, nie ty. - Włożył ręce do kieszeni, zaraz je wyjął i oparł na kuchennym blacie. - 

Zraniłem cię, zupełnie niepotrzebnie. Bardzo cię przepraszam.

Zamknęła oczy. Czuła, że w jej sercu otwierają się jakieś drzwi, które tak bardzo 

chciała zamknąć na zawsze.

- Dlaczego to zrobiłeś?

- Myślałem, że w ten sposób cię zniechęcę do wkraczania na mój teren. Czułem się 

niepewnie, bo wywarłaś na mnie zbyt duże wrażenie. No i trochę mnie bawiło, że tak się 

starasz mi pomóc w znalezieniu pracy. - Zobaczył, że na chwilę zesztywniała, i natychmiast 

pośpieszył z wyjaśnieniem. - Nie chciałem cię urazić. Pomyśl tylko. Czy mogłem nie śmiać 

się w duchu, kiedy zaproponowałaś mi sto dolarów za to, że się z tobą wybiorę na kolację? 

Zdecydowałaś się wydać sto dolarów, żeby nie zranić uczuć jakiejś staruszki i zafundować 

bezrobotnemu saksofoniście gorący posiłek. To było takie... urocze. Rzadko używam tego 

słowa.

- Co za upokorzenie - wymamrotała, po czym zaczęła wyjmować sprawunki z drugiej 

torby i układać je na półkach w lodówce.

- Nawet nie myśl w ten sposób. - Okrążył kontuar i teraz oboje znajdowali się w 

kuchni. - To wszystko nie wypaliło z mojej winy. Wydarzenia nastąpiły w złej kolejności. 

Gdybym  przy kolacji powiedział ci, kim naprawdę jestem, tak jak należało zrobić, oboje 

byśmy się śmiali z całej tej historii. Tymczasem doprowadziłem cię do płaczu i nie mogę 

sobie tego wybaczyć.

Stała   bez   ruchu,   wpatrując   się   we   wnętrze   lodówki.   Nie   spodziewała   się,   że   tyle 

myślał o tym, co między nimi zaszło, że obchodziły go jej uczucia. A jednak. Nigdy nie po-

trafiłaby odepchnąć człowieka o wrażliwym sercu.

Wzięła   głęboki   oddech   i   postanowiła,   że   zaczną   wszystko   od   nowa.   Zostaną 

zaprzyjaźnionymi sąsiadami.

- Napijesz  się piwa? - zapytała  niedbale. Preston poczuł, jak wszystko  się w nim 

rozluźnia.

- Tak, chętnie.

- Tego się spodziewałam. - Wzięła butelkę, otworzyła, sięgnęła po szklankę. - Odkąd 

cię poznałam, nie słyszałam, żebyś tyle mówił. - Odwróciła się do niego i spostrzegła, że 

patrzy na nią z uśmiechem w oczach. - Pewnie zaschło ci w gardle.

- Dzięki.

W kąciku ust Cybil ukazał się znajomy dołeczek.

background image

- Ale nie mam już ciastek.

- Zawsze możesz upiec następne.

- Zobaczymy. - Ponownie zajęła się układaniem zakupów. - Myślałam o tym, żeby 

upiec ciasto. - Zerknęła za siebie. - Nigdy jeszcze nie jedliśmy razem ciasta.

- Nie, nie jedliśmy.

Znów uświadomił sobie, że Cybil za bardzo mu się podoba. Niepokoiło go to. Miała 

na sobie trochę za dużą białą bluzkę, leginsy w kolorze letniego nieba i zupełnie niepoważne 

różowe buciki.

Ponieważ   wracała   z   zakupów,   Preston   uznał,   że   perfumowała   się   wyłącznie   dla 

własnej przyjemności, tym bardziej że otaczający ją zapach był ledwie wyczuwalny. Nie miał 

natomiast   pojęcia,   dlaczego   jedno   ucho   ozdobiła   dwoma   złotymi   kółkami,   w   drugie   zaś 

włożyła tylko mały kolczyk z pojedynczym brylancikiem.

Wszystko razem składało się jednak na fascynującą całość.

Kiedy sięgała do torby po kolejne zakupy, wolną ręką chwycił ją za nadgarstek.

- Więc wszystko między nami w porządku? - zapytał.

- Na to wygląda.

- Chcę ci jeszcze coś powiedzieć. - Odstawił piwo. - Śnisz mi się.

Teraz z kolei jej zaschło w gardle. Poczuła, że coś ją ściska w żołądku.

- Co takiego?

- Śnisz mi się - powtórzył Preston. Zbliżył się do niej i przyparł ją do drzwi lodówki. 

Tym razem to ona nie ma drogi ucieczki, pomyślał z satysfakcją. - Śnię o tym, że jestem 

blisko ciebie, dotykam cię... - Wpatrując się w jej twarz dotknął czubkami palców jej piersi. - 

Budzę się z twoim smakiem na ustach.

- O, Boże!

- Powiedziałaś, że kiedy cię pocałowałem, coś poczułaś. Ja też coś poczułem. - Nie 

odrywając od niej wzroku, przesunął dłońmi po jej bokach, aż do bioder. - Miałaś rację.

Kolana miała miękkie, nerwowo przełykała ślinę.

- Miałam rację?

- Tak. Chciałbym poczuć to znowu.

Gdy się ku niej pochylił, Cybil zrobiła unik.

- Zaczekaj!

Jego usta zatrzymały się w odległości jednego oddechu od ust dziewczyny.

- Dlaczego?

Nie miała pojęcia, co mu odpowiedzieć.

background image

- Nie wiem - rzekła bezradnie. Uśmiechnął się, co nie zdarzało mu się często.

- Kiedy już będziesz wiedziała, wtedy mi powiedz - zaproponował i chwycił ją w 

objęcia.

Stało się dokładnie tak, jak za poprzednim razem. Była pewna, że to niemożliwe, żeby 

znowu poczuła takie samo wirowanie w głowie, sercu i całym ciele. Miała jednak wrażenie, 

że wszystko w niej czekało na ten pocałunek, żeby natychmiast zareagować jak poprzednio. 

Jody   się   nie   myliła,   pomyślała   jeszcze,   zachowując   resztki   przytomności.   Żadne   inne 

pocałunki nie dadzą mi już satysfakcji.

Miękka,   świeża,   radosna   jak   promień   słońca.   Takie   określenia   przychodziły 

Prestonowi do głowy. Ciepła, słodka, szczodra. Zapomniał już, jak bardzo potrzebuje tych 

doznań. Przypomniał sobie teraz, kiedy trzymał w ramionach drżącą Cybil.

Znów chciał przeżywać to samo. Nie spodziewał się, że tak bardzo tego pragnie.

Łapczywie całował jej szyję.

- Tutaj... zaraz... - wyszeptał.

- Nie. - To było ostatnie słowo, jakie spodziewała się usłyszeć ze swoich własnych ust. 

Tak, pożądała go, ale chociaż z każdym ruchem jego rąk pragnienie stawało się silniejsze, 

powtórzyła jeszcze raz: - Nie. Zaczekaj.

Podniósł głowę. Zobaczyła, że jego oczy przybrały kolor wzburzonego morza.

- Dlaczego?

- Ponieważ ja... - Z westchnieniem odchyliła głowę w tył i zamknęła oczy, kiedy jego 

ręce   wolnym,   zdecydowanym   ruchem   przesunęły   się   po   jej   ciele,   pobudzając   wszystkie 

zmysły.

- Pragnę cię. - Kciukami zakreślał kręgi na jej piersiach. - Ty też mnie pragniesz.

- Tak, ale... - Zacisnęła dłonie na jego ramionach, starając się nie dać unieść nowej fali 

pożądania. - Jest kilka rzeczy, których nigdy nie robię pod wpływem impulsu. Przykro mi, ale 

to jest właśnie jedna z nich.

Otworzyła oczy i wzięła drżący oddech. Spostrzegła, że Preston cały czas uważnie jej 

się   przygląda,   chociaż   najwyraźniej   ogarnęła   go   gorączka   namiętności.   Mimo   to   potrafił 

zachować chłodny osąd sytuacji.

- To nie jest żadna gra - zapewniła go.

Uniósł brew, zaskoczony, że tak trafnie odgadła jego myśli.

-   Nie?   -   zapytał.   -   Rzeczywiście,   nie   jest.   -   Uznał   po   chwili,   że   wierzy   jej   bez 

zastrzeżeń. - Nie potrafiłabyś prowadzić takiej gry, prawda?

Domyśliła się, że kiedyś ktoś w ten sposób się z nim zabawił, i natychmiast ogarnęło 

background image

ją współczucie.

- Nie wiem, czy bym potrafiła. Nigdy nie próbowałam. Preston wypuścił ją z objęć i 

cofnął się. Wydawał się całkiem opanowany, podczas gdy ona nadal nie mogła wrócić do 

równowagi. Bezwiednie uniosła dłoń do szyi, na której wciąż czuła elektryzujący dotyk jego 

ust.

- Potrzebuję trochę czasu, zanim się sobą z kimś podzielę. Kochanie się, seks... to 

niezwykły dar i nie należy go dawać bezmyślnie.

Te słowa poruszyły go i uspokoiły, chociaż nie wiedział, dlaczego.

- Ludzie często dają sobie taki prezent bez głębszego zastanowienia.

- Nie ja. - Cybil potrząsnęła głową. - Mnie się coś takiego nigdy nie zdarza.

Miał nieprzepartą ochotę pogładzić ją po policzku, więc z determinacją wsunął ręce do 

kieszeni. Doszedł do wniosku, że będzie lepiej, jeśli powstrzyma się przed dotykaniem Cybil. 

Jeszcze za wcześnie na taką pieszczotę.

- I myślisz, że jak mi to powiesz, uda ci się mnie powstrzymać?

- Mówię ci to, żebyś zrozumiał, dlaczego odmawiam, chociaż mam ochotę powiedzieć 

tak. Oboje wiemy, że łatwo mógłbyś mnie skłonić, żebym się zgodziła.

Znów poczuł, że zalewa go żar.

- Takie szczere wyznania mogą być bardzo niebezpieczne.

- Ty potrzebujesz prawdy. - Od początku czuła, że nic nie zraziłoby go bardziej niż 

kłamstwo. - A ja nie oszukuję mężczyzn, wobec których mam plany na przyszłość.

Preston podszedł bliżej. Jej usta zaczęły drżeć, oddech stał się urywany. Mógł sprawić, 

żeby się zgodziła. Świadomość własnej siły uderzała mu do głowy. Wiedział jednak, że jeśli z 

niej skorzysta, to coś między nimi zostanie nieodwracalnie zepsute.

- Potrzebujesz czasu - powiedział. - Wiesz mniej więcej, ile?

Znów niepewnie wciągnęła powietrze.

- Teraz wydaje mi się, że już jestem gotowa. Ale... - Uśmiechnęła się z wysiłkiem, 

kiedy zobaczyła, że twarz na chwilę mu poweselała. - Trudno mi powiedzieć. Mogę ci tylko 

obiecać, że kiedy będę gotowa, dowiesz się o tym pierwszy.

- Może uda  nam się  skrócić  ten  czas o kilka  dni - wyszeptał  i  ulegając pokusie, 

przesunął wargami po jej wargach.

Dziewczyna nie zamykała oczu w nadziei, że pozwoli jej to zachować przytomność 

umysłu. Jednak kontury przedmiotów szybko zaczęły się rozmywać.

- Tak, to może być skuteczna metoda.

- Umówmy się, że twoje zastanawianie się nie potrwa dłużej niż tydzień. - Całował ją 

background image

coraz mocniej, aż poczuł, że robi się miękka i uległa.

Kiedy się cofnął, przyłożyła rękę do serca.

- Dwa tygodnie. To chyba dobry termin. Niespodziewanie dla samego siebie Preston 

roześmiał się serdecznie.

-   Chyba   po   prostu   musimy   czekać.   Sami   będziemy   wiedzieli,   kiedy   nadejdzie 

odpowiedni czas.

- Dobrze. Mądra decyzja. - Starała się wyrównać oddech. Preston sięgnął po piwo. - 

Kupiłam tyle... - Brakowało jej słowa.

- Jedzenia? - podpowiedział. Z satysfakcją patrzył na jej zagubioną minę.

- Właśnie, jedzenia. Pomyślałam sobie, że mogłabym przygotować jakąś...

Zaczekał chwilę, a Cybil bezradnie przyłożyła dłoń do czoła i popatrzyła na kuchenkę.

- Jakaś kolację?

- O, właśnie. Kolację. Zabawne, jak czasami trudno sobie przypomnieć najprostsze 

słowo. - Odetchnęła głębiej. - Miałbyś ochotę zostać na kolację?

Wypił łyk piwa, oparł się o kuchenny blat.

- A będę mógł patrzyć, jak gotujesz?

- Jasne. Usiądziesz z boku i na przykład pomożesz mi kroić warzywa.

- Dobrze. - Propozycja bardzo mu się spodobała. Usiadł na stołku przy kontuarze. - 

Często gotujesz?

-   Dosyć.   Lubię   gotować.   To   proces   pełen   niespodzianek.   Różne   składniki,   ogień, 

odpowiedni czas, mieszanina smaków, zapachów, konsystencji.

- A... gotujesz czasami nago?

Znieruchomiała z błyszczącą, czerwoną papryką w ręku. Zachichotała i odłożyła ją na 

blat.

- McQuinn, powiedziałeś coś śmiesznego. - Lekko ścisnęła jego rękę. - Jestem z ciebie 

dumna.

- To nie był żart, tylko całkiem poważne pytanie. - Kiedy roześmiała się żywiołowo, 

ujęła   jego   twarz   w   dłonie   i   głośno   pocałowała   w   usta,   Preston   uśmiechnął   się   takim 

rozanielonym uśmiechem, że chyba nie rozpoznałby własnego odbicia w lustrze. - A wiec 

gotujesz nago?

- Nie wtedy, kiedy podsmażam kurczaka. A właśnie za chwilę mam zamiar to zrobić.

- Nic nie szkodzi. Mam bujną wyobraźnię.

Znów się roześmiała. Gdy spostrzegła rozmarzony błysk w jego oku, odchrząknęła 

trochę skrępowana.

background image

- Mam ochotę na kieliszek wina. Ty też? Uniósł tylko niemal pełną szklankę piwa.

- Ach, no tak. - Wyjęła z lodówki butelkę białego wina. Nagle odwróciła się i znowu 

zachichotała. - Przestań.

- Co mam przestać?

- Tak na mnie patrzysz, jakbym rzeczywiście była naga. Włącz lepiej jakąś muzykę - 

poleciła, wskazując na salon. - Otwórz też okno, bo zrobiło się tu trochę za gorąco. I daj mi 

trochę czasu, żebym wymyśliła jakiś obojętny temat do rozmowy, bo na razie mogę myśleć 

tylko o jednym.

- Tobie nigdy nie brakuje tematów do rozmowy.

- Zabrzmiało to jak zniewaga. Ale rzeczywiście. Jestem miłośniczką konwersacji.

- Czy to nowoczesne określenie gaduły? - zapytał wstając.

- Strasznie jesteś dzisiaj dowcipny, prawda?

- To pewnie zasługa odpowiedniego towarzystwa - wymamrotał i zaczął przeglądać jej 

płyty kompaktowe. - Masz dobry gust, jeśli chodzi o muzykę.

- Spodziewałeś się czegoś innego?

- Na pewno nie spodziewałem się Fatsa Wallera, Arethy i B.B Kinga. Masz też dużo 

radosnej, beztroskiej muzyczki.

- A co w tym złego?

W odpowiedzi pokazał jej płytę „Największe przeboje The Partridge Family”

- Nie mam nic więcej do dodania - stwierdził.

- Bardzo przepraszam, ale to prezent od drogiego mi przyjaciela. A poza tym to już 

klasyka.

- Klasyka czego?

- Najwyraźniej nie doceniasz piosenek i seriali telewizyjnych z lat siedemdziesiątych. 

Chętnie o nich z tobą porozmawiam.

- Pewnie znasz słowa wszystkich piosenek z tej płyty. Prychnęła rozbawiona i zaczęła 

myć warzywa.

- Oczywiście, że znam. Był taki czas w mojej wspanialej młodości, kiedy sama byłam 

w zespole muzycznym.

- Aha. - Preston wybrał B.B. Kinga.

- Śpiew i gitara rytmiczna w grupie Turbo. - Z uśmiechem podeszła do blatu. - Jesse, 

gitarzysta prowadzący, bardzo interesował się samochodami.

- Więc umiesz grać na gitarze.

-  Tak.   A   raczej  kiedyś  grywałam.   Miałam  piękną,   czerwoną  gitarę  fendera.  Moja 

background image

mama pewnie nadal przechowuje ją w moim dawnym pokoju, razem z baletkami, zestawem 

„Mały   chemik”,   szkicami,   które   zrobiłam,   kiedy   chciałam   zostać   projektantką   mody,   i   z 

książkami o hodowli zwierząt. Marzyłam o tym, żeby być weterynarzem, dopóki sobie nie 

uświadomiłam, że musiałabym również usypiać zwierzęta, a nie tylko się z nimi bawić. - 

Położyła na blacie deskę do krojenia i wzięła odpowiedni nóż ze stojaka. - To wszystko były 

moje wielkie pasje. Słuchał jej zafascynowany.

- Gitara elektryczna i baletki to były twoje pasje?

-   Tak.   Nie   mogłam   się   tylko   zdecydować,   kim   chcę   zostać.   Wszystko,   czego 

próbowałam, najpierw było zabawne, a potem okazywało, się ciężką pracą. Wiesz, jak się 

kroi paprykę?

- Nie. Czy to, co teraz robisz, nie jest pewnego rodzaju pracą?

Westchnęła i zaczęła kroić sama.

- To też jest praca, i nie „pewnego rodzaju”, tylko praca z prawdziwego zdarzenia. Jest 

ciężka, ale mimo to dobrze się przy niej bawię. A ty nie lubisz pisać?

- Raczej nie.

Spojrzała na niego znad deski.

- W takim razie dlaczego piszesz?

- Nie potrafiłbym robić nic innego. Pisanie to moja... pasja.

Ze zrozumieniem skinęła głową i sięgnęła po okazałe jasne pieczarki.

-  Moja   mama  jest  w  podobnej   sytuacji.  Nigdy  nie  chciała  robić  nic   innego  tylko 

malować. Czasami, kiedy obserwuję ją przy pracy, widzę, jaki to dla niej bolesny proces. 

Musi bardzo się starać, żeby przelać na płótno wszystko, co chce powiedzieć. Ale kiedy 

skończy, kiedy jest zadowolona z wyniku, cała promienieje. Przeżywa wielką satysfakcję, 

może nawet wstrząs, kiedy widzi, na ile ją stać. Z tobą pewnie jest tak samo. - Podniosła 

wzrok i zauważyła, że Preston przygląda się jej z namysłem. - Zawsze jesteś zaskoczony, 

kiedy widzisz, że potrafię zrozumieć nie tylko to, co oczywiste?

Chwycił ją za rękę, zanim zdążyła się odsunąć.

- Jeśli nawet tak jest, to tylko dlatego, że ja sam nie potrafię cię rozszyfrować. Dopóki 

cię do końca nie zrozumiem, na pewno jeszcze nieraz zdarzy mi się ciebie urazić.

- Ależ mnie wyjątkowo łatwo zrozumieć.

- Ja też  tak z początku myślałem.  Myliłem  się. Jesteś  prawdziwą zagadką, Cybil. 

Kryjesz w sobie mnóstwo nieoczekiwanych, najróżniejszych niespodzianek.

Uśmiechnęła się łagodnie, a jej twarz stała się jeszcze piękniejsza.

- To najmilsza rzecz, jaką mi kiedykolwiek powiedziałeś.

background image

-   Nie   mam   miłego   charakteru.   Dowiodłabyś   swojej   inteligencji,   gdybyś   mnie 

natychmiast stąd wyrzuciła, dokładnie zamknęła drzwi i nie dała mi się więcej do siebie zbli-

żyć.

- Jestem inteligentna, więc już dawno to zrozumiałam. Ale... - Pogładziła go delikatnie 

po policzku. - Chyba zostaniesz moją kolejną pasją.

- Dopóki nie skończy się zabawa i nie zacznie się ciężka praca?

Patrzył na nią bardzo poważnie. Widać było, że jest przygotowany na najgorsze.

- McQuinn, ty już jesteś dla mnie  ciężką pracą,  a jednak  wciąż  siedzisz w mojej 

kuchni. Wiesz, jak się kroi marchewkę w słupki?

- Nie mam bladego pojęcia.

- Wobec tego patrz i ucz się. Następnym razem nie pozwolę ci się obijać. - Kilkoma 

szybkimi, wprawnymi ruchami obrała marchewkę. Nagle zerknęła na niego z ukosa. - Dalej 

jestem naga?

- A chciałabyś?

Roześmiała się tylko i wypiła łyk wina.

Kiedy  w  końcu  usiedli  razem  do  stołu,   Cybil  zdała   sobie   sprawę,   że  zaczyna  się 

zakochiwać w siedzącym naprzeciw niej mężczyźnie.

Rozpoznawała  charakterystyczne  oznaki tego stanu - nieregularne uderzenia serca, 

puls przyśpieszony rosnącym  pożądaniem,  rozmarzony uśmiech,  ciche westchnienia.  Naj-

wyraźniej miłość była niedaleko.

Bardzo ją ciekawiło, jak to będzie, kiedy zakocha się na dobre.

Długo się żegnali, całując się w progu na dobranoc.

Potem jeszcze dłużej nie mogła zasnąć. Ciało nie mogło się uspokoić, a w głowie roiło 

się od marzeń.

Uśmiechnęła   się,   kiedy   usłyszała   zza   ściany   ciche   dźwięki   saksofonu.   Wkrótce 

ukołysały ją do snu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Z  włosami  mokrymi   po porannym  prysznicu  Preston  siedział w   swojej  kuchni  na 

stołku, który pożyczył od Cybil, ulegając usilnym namowom właścicielki. Przeglądał gazetę, 

jedząc płatki kukurydziane z zimnym mlekiem i bananem. Kiedy Cybil zobaczyła jego puste 

szafki, przyniosła mu trochę zapasów spożywczych.

Powiedziała mu, że nawet kompletna kuchenna niedorajda - czyli na przykład on - 

umie zalać płatki mlekiem i pokroić banana.

Nie obraził się na nią za takie stwierdzenie,  chociaż nie uważał się za skończoną 

niedorajdę. Przecież wczoraj zrobił bardzo dobrą sałatkę, w czasie kiedy Cybil wyczyniała ja-

kieś niewiarygodne cuda z kurczakiem.

Jego sąsiadka gotowała doskonale, przez co nie miał już ochoty żywić się robionymi 

naprędce kanapkami, jak mu się to przedtem często zdarzało.

Nie przeszkadzało jej, że od czasu pierwszego wspólnego posiłku w jej kuchni nigdy 

nie wyszli razem na kolację. Spodziewał się, że wkrótce zmęczy ją codzienne przyrządzanie 

wieczornych  posiłków i zażąda zaproszenia  do restauracji. Coś, co na początku jest miłą 

odmianą, myślał, po pewnym czasie zmienia się w nudną rutynę. Normalni ludzie na ogół 

dążą do jej zmiany.

A   zdaje  się,  że   oboje  zaczynali  właśnie   z  wolna  popadać  w   rutynę.  Dni  spędzali 

osobno, każde u siebie. No, może z wyjątkiem tych kilku okazji, kiedy Cybil wyciągnęła go 

na spacer czy namówiła na wspólny zakup nowej lampy.

Zerknął w głąb salonu na dziwaczną żabę z brązu, trzymającą trójkątny abażur. Nadal 

nie bardzo wiedział, jak jej się udało namówić go do nabycia czegoś takiego, a także do 

kupienia od pani Wolinsky używanego fotela z podnóżkiem, którego sąsiadka chciała się 

pozbyć.

Nie dziwił się wcale, że staruszka miała go dosyć. Kto chciałby trzymać w salonie 

rozkładany fotel z obiciem w zielonożółtą kratę? Wkrótce się przekonał, że fotel co prawda 

wygląda okropnie, ale jest zaskakująco wygodny.

Jeśli ma się już fotel i lampę, konieczny jest i stół. Wkrótce Preston stał się więc 

posiadaczem   całkiem   solidnego   chippendale'a,   który   gwałtownie   domagał   się   renowacji. 

Właśnie dlatego kosztował tak tanio, czego nie omieszkała podkreślić Cybil.

Tak się szczęśliwie złożyło, że miała przyjaciela, zajmującego się w wolnych chwilach 

renowacją starych mebli. Chętnie go z nim skontaktuje.

Równie   szczęśliwym   zbiegiem   okoliczności   inny   z   jej   znajomych   prowadził 

background image

kwiaciarnię, dlatego też w kuchni Prestona pojawił się wesoły bukiet stokrotek.

Kolejny przyjaciel - musiała ich mieć całą armię - malował sceny z życia Nowego 

Jorku i sprzedawał je na ulicy. Jego obrazy wydały się po prostu stworzone do mieszkania 

Prestona. Bardzo rozweseliłyby wnętrze.

Preston   upierał   się,   że   niczego   nie   chce   rozweselać,   ale   trzy   całkiem   przyzwoite 

akwarele już wisiały na jego ścianach, natomiast Cybil zaczynała już przebąkiwać coś o dy-

wanie.

Zastanawiał się, jak ona to robi, ale nie potrafił tego wyjaśnić. Potrząsnął głową i dalej 

jadł śniadanie. Nie przestawała mówić, dopóki nie wyjmował portfela i nie godził się na 

kolejny zakup.

Poza tym nie wchodzili sobie w drogę.

Jeśli nie liczyć pewnego sobotniego popołudnia, kiedy wtargnęła do jego mieszkania, 

obładowana kubłami, szczotkami, ścierkami i Bóg wie, czym  jeszcze. Oznajmiła, że jeśli 

zamierza nadal tu mieszkać, powinien mieć porządek. Sam nie wiedział, jak się to stało, ale 

następne trzy godziny deszczowego popołudnia spędził na myciu, szorowaniu i wycieraniu 

kurzu, zamiast nad następnym aktem sztuki.

No, ale dzięki temu prawie udało mu się zaciągnąć ją do łóżka. Prawie. Kiedy bowiem 

stanęła w progu sypialni, ze zgrozy odebrało jej mowę.

Szybko odzyskała głos i wygłosiła wykład. Powinien wykazać więcej szacunku dla 

pomieszczenia, które najwyraźniej służy mu nie tylko za sypialnię, ale również za miejsce 

pracy. Dlaczego, u diabła, przez cały dzień ma zasłonięte okna? Może marzy o mieszkaniu w 

jaskini? I czy religia zakazuje mu prania pościeli?

W samoobronie rzucił się na nią i zamknął jej usta w bardzo przyjemny sposób - 

pocałunkiem.

Gdyby w drodze do łóżka nie potknęli się o stos bielizny do prania, na pewno ten 

dzień nie zakończyłby się wspólną wyprawą do pralni.

Musiał jednak przyznać, że ingerencja Cybil w jego życie miała swoje zalety. Chociaż 

przedtem   bałagan   mu   nie   przeszkadzał,   teraz   z   przyjemnością   przebywał   w   swoim 

wysprzątanym  mieszkaniu.  Lubił zasypiać  w świeżo upranej pościeli, chociaż wolałby to 

robić w towarzystwie Cybil. I czy można narzekać, że kuchnia jest dobrze zaopatrzona?

Nawet frustracja seksualna wychodziła mu na dobre. Dzięki niej słowa wylewały się z 

niego   same,   pisanie   szybko   biegło   naprzód.   Nastrój   w   sztuce   trochę   się   zmienił.   Teraz 

centralną   postacią   stała   się   kobieta,   naiwna   i   pełna   entuzjazmu,   kipiąca   energią   i 

optymizmem.   Kobieta,   która  łatwo   dałaby  się  uwieść  i   zniszczyć  mężczyźnie   o  zupełnie 

background image

innym charakterze; takiemu, który nie cofnąłby się przed odebraniem jej wszelkiej radości 

życia i złamaniem jej serca.

Doskonale widział, że to, o czym pisze, niepokojąco przypomina rzeczywistość, ale 

postanowił, że nie będzie się tym martwić.

Wypił łyk kawy i zanotował sobie w myślach, żeby zapytać Cybil, jak to się dzieje, że 

parzona przez niego kawa zawsze smakiem przypomina wodę bagienną. Rozłożył gazetę, 

ciekaw, o czym jest dzisiejszy odcinek jej komiksu.

Szybko przebiegł go wzrokiem, zmarszczył  czoło, wrócił do pierwszego obrazka i 

uważniej przeczytał całość.

Cybil   tymczasem   siedziała   już   przy   desce   kreślarskiej.   Otworzyła   szeroko   okno, 

ponieważ wiosna w tym roku nadeszła wyjątkowo wcześnie. Cudowny ciepły wietrzyk wpa-

dał do pracowni wraz z ulicznym hałasem.

Podzieliła   na   prostokąty   kartkę   papieru,   starannie   wyskalowała   i   odłożyła 

przykładnicę na miejsce. Z przechyloną głową wpatrywała się w pierwszy pusty prostokąt. 

Był dwa razy większy od tego, który za dwa tygodnie w gotowej postaci ukaże się w gazecie. 

Miała już gotowy pomysł - ustawienie postaci, sytuację i pointę, która połączy pięć kolejnych 

obrazków w jedną całość i rozweseli czytelników przy porannej kawie.

Tajemniczy   Sąsiad,   występujący   teraz   jako   Quinn,   siedział   w   swojej   mrocznej 

kryjówce   i   pisał   dzieło   życia   -   wspaniałą,   wiekopomną   powieść.   Przystojny,   kapryśny, 

fascynujący Quinn był tak pogrążony w swoim światku, że wcale nie zauważył Emily, która 

przykucnęła za oknem, na schodach pożarowych, i przez szczelinę między stale zaciągniętymi 

zasłonami starała się za pomocą lornetki odczytać pisane słowa.

Śmiejąc się sama z siebie - przecież Cybil również starała się dowiedzieć, chociaż w 

trochę   bardziej   cywilizowany   sposób,   jak   przebiega   praca   nad   sztuką   Prestona   -   zaczęła 

szkicować komiksową wersję sąsiada z naprzeciwka.

Przesadzała przy tym znacznie, zarówno jeśli chodziło o jego dobre, jak i o złe cechy. 

Rosłe,   umięśnione   ciało,   męska   twarz,   chłodne   spojrzenie.   Jego   opryskliwość,   poczucie 

humoru i nieustanne zdziwienie światem, w którym obracała się Emily.

Biedaczek, pomyślała, zupełnie nie ma pojęcia, jak z nią postępować.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Wsunęła ołówek za ucho, przekonana,  że to Jody 

zapomniała klucza.

Po drodze dolała sobie kawy do kubka.

- Zaczekaj chwilę. Już idę.

Otworzyła drzwi i na widok Prestona nie pierwszy raz poczuła, jak coś w niej topnieje. 

background image

Był jeszcze trochę mokry po kąpieli i nie włożył koszuli. Boże, co za mięśnie, pomyślała, 

niemal się oblizując.

Miał na sobie wyblakłe dżinsy, stał boso, a jego twarz przybrała cudownie poważny, 

rozsądny wyraz.

- Cześć. - Postarała się, żeby zabrzmiało to beztrosko, chociaż w myślach widziała, jak 

rzuca   się   na   niego   z   pożądaniem.   -   Zabrakło   ci   mydła,   kiedy   byłeś   pod   prysznicem? 

Przyszedłeś pożyczyć je ode mnie?

- Co? Nie. - Zapomniał, że jest niekompletnie ubrany. - Chcę z tobą porozmawiać o 

tym. - Pokazał jej gazetę.

- Jasne, wejdź. - Do niczego nie dojdzie, zapewniała się w myślach. Jody zjawi się tu 

za chwilę, a to na pewno ją powstrzyma przed rzuceniem się na Prestona. - Nalej sobie kawy i 

chodź do pracowni. Zaczęłam już rysować i nieźle mi dzisiaj idzie.

- Nie chcę ci przeszkadzać, ale...

- Niewiele rzeczy jest w stanie przeszkodzić mi w pracy - oznajmiła radośnie i ruszyła 

schodami w górę. - Jeśli masz ochotę, weź sobie bułeczkę cynamonową.

- Nie. - Mimo to skusił się i po chwili już nalewał sobie kawy i sięgał po bułeczkę.

Jeszcze nie był w pracowni Cybil,  ponieważ nigdy nie przychodził  do niej, kiedy 

pracowała.   Po   drodze   zerknął   do   sypialni,   na   wielkie   łoże,   przykryte   jaskrawoniebieską 

narzutą, na którym piętrzyła się góra różnobarwnych poduszek. Wyobrażał sobie, jak by było, 

gdyby przycisnął jej dłonie do cienkich, żelaznych słupków zagłówka i wreszcie mógł zrobić 

z nią wszystko, czego by zapragnął. I czego ona by zapragnęła.

W   sypialni   czuć   było   delikatną,   zmysłową   woń.   Świeży,   kobiecy   zapach,   z   nutą 

wanilii.

Zauważył   płatki   róż   w   misie,   książkę   na   nocnym   stoliku   i   świece   na   parapecie 

okiennym.

- Znalazłeś wszystko? - zawołała z góry. Otrząsnął się z zamyślenia.

- Tak. Słuchaj, Cybil... - Wszedł do pracowni. - Chryste, jak możesz pracować w tym 

hałasie?

Nawet nie podniosła wzroku znad deski.

- W jakim hałasie? A, to. - Szkicowała dalej, używając nowego ołówka, ponieważ 

poprzedni   nadal   tkwił   za   jej   uchem.   -   Dla   mnie   ten   hałas   jest   jak   relaksująca   muzyka. 

Przeważnie go nie słyszę.

Pracownia   wyglądała   bardzo   profesjonalnie   i   artystyczne   zarazem.   Materiały 

rysownicze leżały starannie ułożone na półkach obok ładnych i zabawnych drobiazgów. W 

background image

jednym z obrazów na ścianie rozpoznał pracę znajomego już specjalisty od nowojorskich scen 

ulicznych. Wisiały tu też dwa wspaniałe dzieła jej matki.

W kącie stała skomplikowana i fascynująca rzeźba z metalu. Mały bukiecik fiołków 

niebieszczył się w szklanym kałamarzu, a na leżance pod ścianą piętrzyły się poduszki.

Cybil   z   podwiniętymi   pod   siebie   nogami   siedziała   przy   dużej   pochyłej   desce   do 

szkicowania. Paznokcie u nóg miała pomalowane na różowo, za jednym uchem tkwił ołówek, 

a w drugim złote kółko.

W tej niedbałej pozie wyglądała bardzo pociągająco.

Zaciekawiony stanął za nią i zajrzał jej przez ramię. Gdyby  ktoś odważył się tak 

zachować wobec niego, zginąłby szybką i bolesną śmiercią.

- Po co te niebieskie linie?

- To skalowanie. Dla oznaczenia perspektywy. Zanim zacznę rysować, muszę dokonać 

kilku   obliczeń.   Dla   gazet   codziennych   rysuję   pięcioobrazkowe   odcinki   -   wyjaśniała, 

wprawnie   nanosząc   kolejny   szczegół.   -   Muszę   wykreślić   ramki,   wymyślić   temat,   gagi   i 

główny dowcip, żeby obrazki utworzyły jedną sensowną całość z początkiem i zakończeniem. 

-   Zadowolona   zaczęła   szkicować   kolejny   obrazek.   -   Najpierw   powstaje   szkic,   ty   byś   to 

pewnie nazwał brudnopisem. Potem robię drobne poprawki, dodaję szczegóły, zmieniam, co 

trzeba. Dopiero na końcu rysuję tuszem ostateczną wersję. Spojrzał na pierwszy rysunek i 

zmarszczył brwi.

- To mam być ja?

- Mhm. Usiądź sobie. Zasłaniasz mi światło.

- A co ona tu robi? - Nie zwracając uwagi na jej słowa, stuknął palcem w drugi 

obrazek. - Szpieguje mnie. Ty mnie szpiegujesz?

-   Nie   bądź   śmieszny.   Przecież   nawet   nie   masz   schodów   pożarowych   za   oknem 

sypialni.   -   Spojrzała   w   lustro   i   zrobiła   kilka   różnych   min,   a   potem   zajęła   się   trzecim 

obrazkiem.

- A co powiesz na to? - zapytał, uderzając ją gazetą w ramię.

- Na co? Boże, jak ładnie pachniesz. - Odwróciła się i powąchała go z przyjemnością. 

- Jakiego mydła używasz?

- Pewnie twój bohater w następnym odcinku będzie brał prysznic. - Ściągnęła usta, 

najwyraźniej rozważając ten pomysł. Preston potrząsnął głową. - Nie. Są jakieś granice. Z 

początku trochę  mnie bawiło, kiedy wprowadziłaś do swojego komiksu moją karykaturę, 

ale... - Urwał, ponieważ drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym trzaskiem. - Kto to?

- Pewnie Jody i Charlie. Więc spodobała ci się nowa postać? - Przestała rysować i 

background image

uśmiechnęła się do niego. - Miałam cię o to zapytać, bo sam z siebie nic nie powiedziałeś. 

Wiesz, niektórzy ludzie nawet siebie nie rozpoznają Chyba brak im samokrytycyzmu. Ale co 

do ciebie, to byłam pewna, że zauważysz podobieństwo. Cześć, Jody. O, jest nasz słodki 

Charlie.

- Cześć. - Nawet szczęśliwej mężatce, takiej jak Jody, trudno było nie gapić się z 

pożądaniem na męską, umięśnioną pierś Prestona. - Eee... Cześć. Nie przeszkadzamy?

- Nie. Preston właśnie wypytywał mnie o komiks.

- Strasznie mi się podoba ten nowy facet. Zawrócił Emily w głowie jak nikt przedtem. 

Nie mogę się doczekać, co będzie dalej. - Uśmiechnęła się, kiedy Charlie zaczął wesoło 

gaworzyć.

- Tata! - zawołał malec radośnie.

- Mówi tata do wszystkich panów. Chucka to trochę wkurza, ale w ten sposób Charlie 

po prostu chce się zaprzyjaźnić.

-   Aha.   -   Preston   nieuważnie   pogładził   ciemną   główkę   chłopca.   -   Chciałbym   coś 

wyjaśnić, zanim to wszystko zajdzie za daleko... - zaczął.

- Tata! - powtórzył Charlie i z ufnym uśmiechem wyciągnął rączki do Prestona.

-  Jak dokładnie  trzymasz  się  rzeczywistości?  -  zapytał   Preston,  odruchowo  biorąc 

dziecko na ręce.

Serce Cybil stopniało w ułamku sekundy.

- Lubisz dzieci!

-   Nie,   przy   każdej   okazji   wyrzucam   je   z   okna   na   trzecim   piętrze   -   odparł 

zniecierpliwiony, ale słysząc wystraszony pisk Jody, potrząsnął głową. - Nie denerwuj się. 

Nic mu nie grozi. Teraz chcę porozmawiać o tym odcinku. - Przełożył dziecko na jedno ramię 

i rozłożył gazetę na desce.

- Aha, chodzi ci o odcinek z pocałunkiem. Tak naprawdę to pierwsza część, jutro mają 

wydrukować zakończenie. Wydaje mi się udany.

- Chuck i ja mało nie pękliśmy ze śmiechu, kiedy to zobaczyliśmy - wtrąciła Jody. 

Całkiem uspokojona patrzyła, jak Preston bezwiednie poklepuje malca, który właśnie spo-

kojnie zasypiał w jego ramionach.

- Narysowałaś tu dwie kobiety...

- Emily i Cari...

- Przecież wiem, jak się nazywają - mruknął, obrzucając obie znaczącym spojrzeniem. 

- Rozmawiają, a właściwie oceniają to, jak Quinn pocałował Emily.

- Aha. Chuck też się śmiał? - zaciekawiła się Cybil.

background image

- Nie byłam pewna, czy ten odcinek rozśmieszy mężczyzn, czy tylko kobiety.

- O, tak. Śmiał się do łez.

- Bardzo przepraszam. - Preston opanował się resztką silnej woli. Podniósł rękę do 

góry, żeby uciszyć przyjaciółki.

- Chciałbym wiedzieć, czy wy obie spotykacie się tutaj po to, żeby dyskutować na 

temat swoich przygód erotycznych, oceniać je w skali od jednego do dziesięciu, a potem 

Cybil przerabia je na zabawne historyjki, żeby wszyscy w kraju mieli się z czego pośmiać 

przy śniadaniu?

- Dyskutować? - Cybil spoglądała na Prestona wzrokiem niewiniątka. - Daj spokój, 

McQuinn, przecież to tylko komiks. Zbyt poważnie go traktujesz.

- Więc ten tekst o pocałunku, którego się nie da zmierzyć w żadnej skali, to tylko taki 

dowcip?

- A co innego? Przyjrzał jej się badawczo.

- Kiedy wreszcie pójdziemy do łóżka, nie chciałbym zobaczyć tego na obrazkach w 

porannej gazecie.

- Ojej! - Jody przyłożyła rękę do serca. - Chyba muszę położyć Charliego. - Wyjęła 

synka z ramion Prestona i z pośpiechem wyszła.

Cybil uśmiechnęła się i stuknęła ołówkiem o deskę.

- Wiesz, mam przeczucie, że to wydarzenie będzie warte rozszerzonego niedzielnego 

wydania.

-   To   groźba   czy   żart?   -   W   odpowiedzi   tylko   się   roześmiała.   Obrócił   ją   wraz   ze 

stołkiem i pocałował do utraty tchu. - Odpraw swoją przyjaciółkę, a zaraz się przekonamy, 

czy będzie warte.

- Nie ma mowy. Jody zostaje. Tylko dzięki temu, że byłam pewna jej wizyty, nie 

rzuciłam się na ciebie, kiedy stanąłeś w progu.

- Chcesz, żebym tu zwariował?

- Wcale nie. To może być skutek uboczny. - Krew coraz szybciej pulsowała jej w 

żyłach. - Lepiej będzie, jak już sobie pójdziesz. Pierwszy raz w życiu coś jest w stanie ode-

rwać mnie od pracy. A tym czymś jest twoja obecność.

Nie widział powodu, dla którego tylko on miał się męczyć, więc pochylił się i jeszcze 

raz pocałował ją w usta.

- Kiedy będziesz znów opisywała  to... - Delikatnie, zmysłowo  chwycił  zębami jej 

dolną wargę i lekko pociągnął. - A spodziewam się, że będziesz, to przynajmniej zrób to 

dokładnie. - Ruszył do wyjścia, po drodze oglądając się przez ramię. Zauważył, że Cybil 

background image

lekko zadrżała. - Nie można znaleźć odpowiedniej skali, co? - Zaskoczony stwierdził, że nie 

tylko go to rozbawiło, ale i sprawiło wielką satysfakcję.

Nie była w stanie nic odpowiedzieć, tylko bezradnie uniosła dłonie, a on się roześmiał. 

Zbiegając po schodach, nadal miał na twarzy pełen satysfakcji uśmiech.

- Droga wolna? - zapytała szeptem Jody, wsuwając głowę przez uchylone drzwi.

- O, Boże, Boże... Jody, co ja teraz zrobię? - Wzburzona Cybil zatknęła drugi ołówek 

za ucho, strącając na podłogę inny, tkwiący tam wcześniej, i nawet tego nie zauważyła. - 

Myślałam, że wszystko już sobie dobrze ułożyłam. No bo powiedz, czy jest coś złego w 

gorącym, niesamowitym romansie z nieprzyzwoicie przystojnym, inteligentnym i ciekawym 

mężczyzną?

- Niech pomyślę... - Jody uniosła palec, weszła do pracowni i wzięła kubek z kawą, 

której Preston nawet nie tknął. - Już wiem. Nic. Pełna odpowiedź brzmi: nie ma w tym 

absolutnie nic złego.

- A jeśli przy okazji troszeczkę się w nim zakochasz, to jeszcze lepiej, prawda?

- Oczywiście. Inaczej romans daje przyjemność, ale czujesz się trochę tak, jak wtedy, 

gdy zjesz zbyt dużo czekolady za jednym podejściem. Jest bosko, kiedy to robisz, ale po 

wszystkim trochę ci wstyd i ogarniają cię lekkie mdłości.

- Ale co się dzieje, jeśli pójdziesz na całość? Co się z tobą stanie, kiedy przekroczysz 

granicę?

Jody odstawiła kubek z kawą.

- Przekroczyłaś granicę?

- Przed chwilą.

- Och, kochana. - Jody ze współczuciem  objęła koleżankę i zaczęła kołysać  ją w 

ramionach. - Nie martw się. To się musiało zdarzyć, prędzej czy później.

- Wiem, ale zawsze myślałam, że coś takiego przydarzy mi się raczej później.

- Wszyscy mamy taką nadzieję.

- Przecież on na pewno nie chce, żebym się w nim kochała. To go tylko zdenerwuje. - 

Wtuliła twarz w ramię Jody i westchnęła drżąco. - Sama nie jestem zbyt szczęśliwa z tego 

powodu, ale jakoś pogodzę się z losem.

-   Ależ   na   pewno   się   pogodzisz.   Biedny   Frank.   -   Jody   poklepała   przyjaciółkę   po 

ramieniu i cofnęła się. - Nigdy nie miał u ciebie najmniejszej szansy, tak?

- Przykro mi.

-   Ach,   trudno.   -   Jody   niedbale   machnęła   ręką,   jakby   uznała   sprawę   swojego 

ulubionego kuzyna za całkiem nieważną. - Co teraz zrobisz?

background image

- Nie wiem. Chyba ucieknę i schowam się w jakąś dziurę.

- To rozwiązanie dla mięczaków.

- Masz rację. A może będę udawać, że mi to minie samo.

- Takie rozwiązanie jest dobre dla idiotek.

Cybil zebrała się w sobie i zaproponowała rozwiązanie ostateczne:

- W takim razie może wybierzemy się na zakupy?

- No, nareszcie rozsądna propozycja. - Jody żartobliwie zasalutowała jej z szacunkiem 

i ruszyła do drzwi. - Poproszę panią Wolinsky, żeby została z Charliem, a my uporamy się z 

twoim kłopotem jak prawdziwe kobiety.

Cybil postanowiła osłodzić sobie problemy,  robiąc zakupy. Kupiła nową sukienkę. 

Czarne, jedwabne cudo, na widok którego Jody tylko wzniosła oczy do nieba i oznajmiła:

- Oho, facet już przepadł z kretesem.

Zdecydowała się również na nowe buty na niebotycznie wysokich szpilkach.

Kupiła też bieliznę. Kiedy kobieta wkłada taką bieliznę, to oczekuje, że mężczyzna, 

który ją w niej zobaczy, natychmiast będzie miał ochotę ją z niej zerwać.

Cybil wyobraziła sobie, jak Preston swoimi dużymi dłońmi o długich palcach zsuwa 

cienkie niczym pajęczyna pończoszki z jej nóg.

Starannie wybrała kwiaty, świece i wino.

Kupiła wszystko, co potrzebne do przygotowania posiłku, który poruszyłby zmysły i 

pobudził inny rodzaj apetytu.

Do domu wróciła obładowana torbami i całkiem już spokojna.

Teraz   skupi   się   na   przygotowaniu   odpowiedniego   otoczenia.   Wiedziała,   że   przez 

resztę dnia będzie zajęta, skoro wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, więc napisała do 

Prestona krótki liścik i wetknęła go w drzwi.

Potem  zamknęła   się w   mieszkaniu, wzięła  głęboki  oddech  i  przystąpiła  do  pracy. 

Ułożyła delikatne lilie i wonne róże w piękne bukiety i rozstawiła je w wazonach w całej 

sypialni: na stolikach, na toaletce, na parapetach. Wszędzie  poustawiała  też białe świece, 

pojedynczo lub w grupkach, a kilka małych i pachnących umieściła na okrągłym lustrze.

Niektóre od razu zapaliła, żeby ich miękkie światło i delikatny zapach towarzyszyły 

jej w pracy.

Rozpakowała   kieliszki   na   smukłych   nóżkach,   ustawiła   je   na   niskim   stole   przy 

wygodnej wiklinowej kanapce. Przypomniała sobie, że trzeba schłodzić wino.

Stanęła przy łóżku i zamyśliła się. Czy jeśli odchyli kołdrę, będzie to zbyt oczywiste? 

Roześmiała się sama z siebie. Dlaczego zatrzymywać się w pół drogi?

background image

Kiedy sypialnia  wyglądała  dokładnie tak, jak Cybil  sobie  wymarzyła,  można było 

zacząć przygotowania do wieczornego posiłku.

Nadstawiała uszu w nadziei, że Preston zacznie grać i ona poczuje się tak, jakby był tu 

przy niej. W jego mieszkaniu panowała jednak cisza.

Po długim namyśle wybrała odpowiedni zestaw płyt kompaktowych i ułożyła je w 

odtwarzaczu.

Zadowolona pomaszerowała na górę, rozłożyła  nową sukienkę na łóżku. Drżąc na 

myśl o tym, co się dzisiaj może zdarzyć, ułożyła obok prowokacyjny komplecik bielizny: 

czarny koronkowy stanik i pas do pończoch. Ciekawe, jak się będzie w tym stroju czuła.

Taka bielizna na pewno dodaje pewności siebie, uroku i siły, pomyślała.

Znów zadrżała, czując, jak budzą się w niej wszystkie zmysły. Po chwili poszła do 

łazienki i zrobiła sobie długą kąpiel w pianie.

Zanim zanurzyła się w wodzie, nalała sobie kieliszek wina i zapaliła jeszcze więcej 

świec, żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że to 

nie ciepła woda pieści jej skórę, ale dłonie Prestona. Mniej więcej godzinę później starannie 

wcierała pachnący balsam w każdy centymetr ciała.

W tym czasie Preston właśnie odczytywał jej liścik.

McQuinn, mam pewne plany. Zobaczymy się później.

Cybil

Plany? Ona ma jakieś plany, wtedy gdy jego przez cały dzień nękają uporczywe myśli 

właśnie o niej?

Jeszcze raz przeczytał list, wściekły na nich oboje. Tak bardzo chciał spędzić z nią ten 

wieczór. Cały czas o tym myślał.

Na litość boską, przecież nawet kupił dla niej kwiaty. Nie kupował kobiecie kwiatów 

od czasu...

Zmiął  kartkę  w kulkę.  Czego innego  mógł  się spodziewać?  Kobiety dbają  przede 

wszystkim o siebie i swoje sprawy. Od dawna to wiedział, zdołał się z tym pogodzić i jeśli w 

przypadku Cybil znów pozwolił sobie na chwilę zapomnienia, to mógł za to winić tylko i 

wyłącznie siebie.

Zobaczymy się później?

A więc jednak umiała stosować kobiece gierki. Ale on nie zamierzał się na nie nabrać.

Wrócił do mieszkania i cisnął wielki bukiet bzu na kuchenny blat. Rzucił w kąt zmięty 

list i sięgnął po saksofon. Doszedł do wniosku, że U Delty szybciej minie mu gniew.

Dokładnie o wpół do ósmej Cybil wyjęła z piekarnika faszerowane pieczarki, które 

background image

sama pracowicie przygotowała. Stół był nakryty dla dwojga, udekorowany świecami i pięk-

nymi   kompozycjami   z   kwiatów.   W   lodówce   chłodziła   się   pięknie   wyglądająca   kolorowa 

sałatka z pomidorów i awokado oraz butelka wina.

Kiedy   zjedzą   przystawkę   i   pierwsze   danie,   użyje   jeszcze   silniejszej   broni,   czyli 

francuskich naleśników z owocami morza. To powinno skruszyć resztki oporu.

Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, zakończą posiłek zimnym szampanem i 

świeżymi truskawkami z bitą śmietaną. Oczywiście w łóżku.

- Do dzieła, Cybil - powiedziała głośno.

Zdjęła fartuch i stanęła przed lustrem, żeby sprawdzić, czy sukienka dobrze na niej 

leży. Włożyła szpilki, jeszcze raz się uperfumowała i uśmiechnęła do siebie w lustrze, żeby 

dodać sobie odwagi.

Stanęła przed drzwiami Prestona, przycisnęła dzwonek i czekała z bijącym sercem. 

Przestępując z nogi na nogę, zadzwoniła jeszcze raz.

- Dlaczego nie ma cię w domu? Jak możesz? Nie znalazłeś mojego listu? Na pewno 

znalazłeś. Przecież nie ma go w drzwiach. Napisałam wyraźnie, że zobaczymy się później.

Jęknęła i uderzyła pięścią w drzwi. Nagle drgnęła i zamrugała powiekami.

- Napisałam, że mam pewne plany - wyszeptała do siebie. - O, mój Boże. Nic nie 

zrozumiałeś, prawda? Biedny osiołku. Te plany to było spotkanie z tobą!

Pobiegła do siebie po klucz. Uświadomiła sobie, że nie ma gdzie go schować. Po 

chwili namysłu wsunęła go za stanik. Nie zamierzała tracić czasu na poszukiwanie torebki.

Dokładnie po trzydziestu sekundach pędziła na złamanie karku po schodach w dół.

Preston   tymczasem   nie   mógł   znaleźć   sobie   miejsca.   Nawet   klub   przestał   być 

bezpiecznym azylem.

- Masz kłopoty z kobietami, mój słodki?

Spojrzał na Deltę z ukosa. Właśnie zrobił przerwę w graniu, żeby zwilżyć usta.

- Nie mam żadnych kłopotów, tym bardziej z kobietami.

- Nie zapominaj, do kogo mówisz. To ja, Delta. - Uszczypnęła go w policzek. - Przez 

tydzień przychodziłeś tu co wieczór i grałeś, jakbyś cały czas myślał o kobiecie. I widać było, 

że wcale ci to nie przeszkadza. Dzisiaj przychodzisz dużo wcześniej i grasz jak ktoś, kto ma 

kłopot z kobietą. Pokłóciłeś się z tą śliczną dziewczyną z przeciwka?

- Nie. Oboje mamy co innego do roboty.

- Wciąż cię trzyma na dystans, tak? - Roześmiała się, ale w jej śmiechu słychać było 

nutę współczucia. - Niektóre kobiety potrzebują więcej romantyzmu niż inne.

- Moim zdaniem romantyzm nie ma tu nic do rzeczy.

background image

-   I   właśnie   dlatego   masz   takie   problemy.   -   Delta   objęła   go   ramieniem   i   lekko 

uścisnęła. - Kupujesz jej kwiaty? Mówisz, że ma piękne oczy?

- Nie. - Do diabła, przecież kupił jej kwiaty. Nie dał ich, bo miała jakieś tajemnicze 

plany i na pewno gdzieś wyszła.

- Przeważnie chodzi o seks, a nie o romantyczne słówka.

- Skarbie, jeśli pragniesz tego pierwszego, to w przypadku takiej kobiety jak Cybil 

musisz zadbać o to drugie.

-   I   właśnie   dlatego   wcale   nie   potrzebuję   takiej   kobiety.   Nie   chcę   komplikacji.   - 

Unosząc brew, sięgnął po saksofon.

-   Pozwolisz   mi   grać   czy   nadal   będziesz   mi   dawała   rady   na   temat   mojego   życia 

uczuciowego?

Odsunęła się i potrząsnęła głową.

- Kiedy już będziesz miał jakieś życie uczuciowe, wtedy z chęcią udzielę ci rad.

Zaczął improwizować, słuchając muzyki, która dźwięczała mu w głowie i tętniła we 

krwi. Nuty same do niego przychodziły, ale nie potrafił przestać myśleć o Cybil. Powtarzał 

sobie, że i to powinien wykorzystać dla sztuki. Muzyką potrafił wyrazić wszystko. Słowa zaś 

często niosły ze sobą ból.

Grał przejmująco, dźwięki saksofonu drżały w powietrzu, zawodziły i łkały.

I właśnie wtedy w drzwiach stanęła Cybil.

Spojrzała mu głęboko w oczy poprzez kłęby papierosowego dymu. Osuwając się na 

krzesło, posłała  taki  uśmiech,  że aż zwilgotniały mu dłonie. Zwilżyła  wargi i przesunęła 

palcem tam i z powrotem po wycięciu dekoltu obcisłej czarnej sukni.

Krew zahuczała mu w uszach, kiedy patrzył, jak zakłada nogę na nogę, ruchem tak 

wolnym i wystudiowanym, że musiał być zamierzony. Przesunęła dłonią po łydce i udzie, 

zapewne tylko po to, żeby podążył za nią wzrokiem.

Nie potrafił się oprzeć jej zabiegom. Serce uderzało mu coraz mocniej, jak wilkowi 

szykującemu się do skoku.

Wysłuchała całego utworu, siedząc w prowokacyjnej pozie, z ramieniem odrzuconym 

za oparcie krzesła. Kiedy umilkły ostatnie nuty, leniwie przesunęła językiem po czerwonych 

wargach.

Potem   wstała,   nadal   patrząc   mu   w   oczy.   Przesunęła   dłonią   po   udzie   i   stukając 

zabójczo wysokimi obcasami ruszyła do wyjścia. Zerknęła przez ramię, unosząc brwi. Trudno 

było o wyraźniejsze zaproszenie. Po chwili zniknęła za rozkołysanymi drzwiami.

Preston zaklął cicho pod nosem i opuścił saksofon.

background image

- Pójdziesz za nią, przyjacielu? Wsunął instrument do futerału.

- Andre, czy ja wyglądam na głupca?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Czekała na niego przed klubem, stojąc w białym kręgu światła ulicznej latarni. Jedną 

rękę opierała na biodrze, głowę przechyliła na bok, a na jej ustach igrał zaledwie cień uśmie-

chu.   Widok   ten   przywodził   mu   na   myśl   artystyczną   fotografię   z   jakiegoś   eleganckiego 

czasopisma.

Studium seksu w czerni i bieli.

Kiedy się do niej zbliżył, dostrzegł więcej szczegółów. Krótko przystrzyżone ciemne 

włosy podkreślały delikatne rysy twarzy.  Krótka, czarna sukienka doskonale leżała na jej 

zgrabnym ciele.

Żadna biżuteria nie rozpraszała uwagi patrzącego.

W zabójczo wysokich szpilkach jej długie nogi wyglądały jeszcze zgrabniej.

Jedynym   kolorowym   akcentem   były   wielkie   zielone   oczy,   ocienione   czarnymi 

rzęsami, i czerwone usta, lekko wygięte w wyrazie kobiecej satysfakcji.

Gdy był trzy kroki od niej, uderzył go zapach perfum i jak magnes przyciągnął go 

bliżej.

- Witaj, sąsiedzie - powiedziała cichym, zmysłowym szeptem, a jego zalała nowa fala 

gorąca.

Przechylił głowę, uniósł brew.

- Zmiana planów... sąsiadko?

- Mam nadzieję, że nie. - Zrobiła krok ku niemu i przesunęła dłońmi po jego bokach, 

ramionach, a w końcu objęła go za szyję. Przywarła do niego całym ciałem. Nagle roześmiała 

się i potrząsnęła głową. - Przecież to ciebie miałam w planach na dzisiejszy wieczór, ośle.

Czy to na skutek jej oświadczenia, czy obraźliwego epitetu, lekko drgnął i spojrzał na 

nią zwężonymi oczami.

- Czyżby?

- McQuinn... - Przysunęła się bliżej, tak że jej usta znalazły się tuż przy jego ustach. 

Spojrzała mu prosto w oczy. - Przecież ci powiedziałam, że dowiesz się pierwszy.

- Aha. - Położył jej rękę na karku, żeby nie mogła cofnąć ust. - Jak szybko możesz 

chodzić na tych obcasach?

Znów się roześmiała, tym razem trochę mniej pewnie.

- Niezbyt szybko. Ale przed nami cała noc, prawda?

- Może nawet potrwa to dłużej. - Odstąpił o krok i wyciągnął do niej rękę. - Skąd masz 

tę śmiercionośną broń? Chodzi mi o sukienkę - wyjaśnił, kiedy spojrzała na niego pytająco.

background image

- A, o tę szmatkę. - Tym razem jej śmiech zabrzmiał ciepło i głęboko. - Kupiłam ją 

dzisiaj, z myślą o tobie. Kiedy ją wkładałam, zastanawiałam się, jak będzie, kiedy ją ze mnie 

zdejmiesz.

- Chyba masz duże doświadczenie - powiedział, kiedy już odzyskał głos. - Całkiem 

nieźle ci to idzie.

- Prawdę mówiąc, działam na wyczucie.

- Świetnie, rób tak dalej.

Zadziwiające, ale rześki wiosenny wieczór nagle wydał jej się tak upalny, jak lato w 

tropikach.

- Szkoda, że w tym liściku nie wyraziłam się ściślej. Miałam dziś tyle do zrobienia. - Z 

zadowoleniem stwierdziła, że dzięki wysokim obcasom jej oczy znalazły się dokładnie na 

wysokości jego ust. - Myślałam o tylu sprawach.

- Trochę się wkurzyłem. - To wyznanie przyszło mu z niespodziewaną łatwością.

- Wiesz,  odbieram to jako komplement.  Kiedy do ciebie zapukałam i nikt mi nie 

odpowiedział, w zasadzie zareagowałam tak samo. Tyle czasu się przygotowywałam do na-

szego spotkania. Myślę, że to z kolei komplement dla ciebie.

- Wciągnięcie tej sukienki na pewno chwilę trwało. Jest obcisła jak rękawiczka.

- Zrobiłam o wiele więcej. - Udało jej się uspokoić rozszalałe bicie serca, ale kiedy 

stanęli przy wejściu do domu, znów zaczęło uderzać jak młotem. - Przygotowałam kolację.

- Naprawdę? - Nie tylko mu pochlebiła i rozbudziła zmysły. Ujęła go tym, że zadała 

sobie tyle trudu.

-  Śmiało  mogę  powiedzieć,  że  to  bardzo  smaczna   kolacja  -  dodała,  wchodząc  do 

budynku.  - Będzie też wino i dobry, schłodzony szampan do deseru. - Poszła do windy, 

nacisnęła guzik i oparła się o ścianę. - Tak sobie pomyślałam, że deser najbardziej będzie nam 

smakował w łóżku.

Stał o krok od niej, ponieważ wiedział, że jeśli ją dotknie, to długo nie wyjdą z tej 

windy.

- Czy jeszcze coś powinienem wiedzieć o twoich planach na dzisiaj?

- Och, chyba nie muszę ci pisać wszystkiego na kartce. - Wyszła z kabiny i rzuciwszy 

mu uwodzicielski uśmiech, poszła do drzwi swojego mieszkania.

Obiecał sobie, że jeśli uda mu się nie eksplodować zanim wejdą do środka, pokaże jej, 

że on również potrafi snuć własne plany.

- Klucz?

- A, klucz. ~ Patrząc mu w oczy, wsunęła palec za dekolt i wyczuła chłód metalu. 

background image

Preston obserwował ją rozpalonym wzrokiem. - Ojej... - Wyjęła palec zza dekoltu i leniwie 

przesunęła nim po szyi. - Nie mogę go znaleźć. Może mi pomożesz?

Doszedł do wniosku, że medycyna nie zanotowała jeszcze takiego przypadku, jaki mu 

się właśnie zdarzył. Mimo że cała krew odpłynęła mu z głowy, nie stracił przytomności i 

nadal stał na własnych nogach.

Położył dłoń na kuszącej wypukłości tuż nad czarnym jedwabiem sukni. Poczuł, że 

Cybil drży i z trudem chwyta powietrze. Nie śpiesząc się, wsunął palce niżej, leniwie gładząc 

rozgrzaną skórę i lekko dotykając czubka piersi. Oczy Cybil zaszły mgłą.

- Powiedziałabym, że to ty masz duże doświadczenie - wyszeptała z trudem, a on 

uśmiechnął się mimo woli.

- Prawdę mówiąc, działam na wyczucie.

- Mmmm... świetnie, rób tak dalej. Miał zamiar spełnić jej życzenie.

- Zdaje się, że go znalazłem - powiedział cicho, wyjmując klucz zza dekoltu.

- Rzeczywiście. - Odetchnęła głęboko. - Wiedziałam, że ci się uda.

Wsunął klucz do zamka i przekręcił.

- Zaproś mnie, Cybil.

- Zapraszam cię.

Po chwili znaleźli się w środku. Preston sięgnął za siebie i zamknął drzwi. Położył 

ręce na biodrach stojącej przed nim Cybil i lekko popchnął ją w głąb mieszkania.

- Kolacja? - spytała.

- Może zaczekać. - Mijając telefon, zdjął słuchawkę z widełek i odłożył na bok.

- Wino?

-   Później.   Dużo   później.   -   Uderzyła   tyłem   obcasa   o   pierwszy   stopień   schodów   i 

Preston uśmiechnął się znacząco. - Idź dalej. Poproś mnie, żebym cię dotknął.

- Dotknij mnie. - Westchnęła, kiedy przesunął dłonie po jej ciele.

- Poproś, żebym spróbował, jak smakujesz.

- Spróbuj, jak smakuję. - Musnął ustami wypukłość jej piersi, aż jęknęła bezsilnie.

Dotarli do drzwi sypialni. Jego usta wędrowały po jej dekolcie, szyi, podbródku, ale 

wciąż omijały wargi.

- Pocałuj mnie.

- Zrobię to. - Jednak tylko dotknął czubkiem języka kącików jej ust. - Zapal światło.

- Nie. Mam tu mnóstwo świec. Wszędzie je porozstawiałam. - Wyrwała mu się, żeby 

je zapalić, ale ręce nagle odmówiły jej posłuszeństwa. - Nie mogę. Cała się trzęsę. Czy to nie 

śmieszne?

background image

Odebrał jej zapałki, jednocześnie gładząc ją po udzie.

- Pragnę cię. Nie ruszaj się stąd - nakazał, po czym szybko zapalił wszystkie świece.

Blask   zamigotał   na  ścianach,   rozeszła   się   delikatna   woń.   Rzucił  na   bok  zapałki   i 

wrócił do Cybil. W jej rozszerzonych oczach odbijało się pragnienie, napięcie i światło świec.

- Poproś mnie, żebym cię wziął. - Otoczył jej talię rękami, przesunął je w dół.

Nie odrywała od niego wzroku.

- Weź mnie.

Pocałował ją mocno, łapczywie, aż ugięły się pod nią kolana. Objął ją, jakby chciał 

rozładować rosnące między nimi napięcie i jednocześnie jeszcze je zwiększyć. Właśnie tego 

chciała, coraz większego żaru, zderzenia zmysłów, wojny pożądania.

- Pragnę cię. - Obsypywała gorączkowymi pocałunkami jego twarz. - Chodźmy do 

łóżka.

Zabrakło jej tchu, kiedy obrócił ją w miejscu i stanął za nią. Oszołomiona zobaczyła 

ich odbicie w lustrze. Z oczu Prestona biła żądza.

- Mamy całą noc dla siebie - przypomniał jej. - Patrz. Pochylił głowę ku jej szyi i 

lekko chwytał skórę zębami, aż głos uwiązł jej w gardle.

Widziała jego wędrujące w górę dłonie. Poczuła, jak obejmują jej piersi, zaciskają się, 

rozluźniają, wsuwają się pod sukienkę. Czekała, kiedy usłyszy trzask rozrywanego jedwabiu.

Zadrżała, gdy jego dłonie znów powędrowały w dół. Nie mogła powstrzymać krzyku, 

kiedy dotknął najwrażliwszego miejsca.

Podniósł głowę i chwycił ją zębami za płatek ucha. Ich oczy spotkały się w lustrze. 

Dzisiaj w klubie omal nie doprowadziła go do szaleństwa. Zamierzał odwdzięczyć się jej tym 

samym.

- Powiedz, że chcesz więcej.

Miała wrażenie, że za chwilę jej ciało rozpłynie się jak stopiony wosk.

- Preston...

Wodził palcami w górę i w dół po jej udach. Czuł drżenie jej mięśni, narastający żar 

ciała.

- Powiedz, że chcesz więcej - powtórzył.

- O, Boże... - Odchyliła głowę w tył i oparła na jego ramieniu, oddychała z trudem. - 

Tak, chcę więcej.

- Ja też.

Nad jedwabistymi pończochami odnalazł gładką skórę. Jej zapach go obezwładniał, 

dotyk sprawiał, że chciał posiąść ją całą natychmiast. Ale opanował się, chociaż i on z trudem 

background image

chwytał powietrze. Ostatnim wysiłkiem woli poskromił budzące się w nim dzikie zwierzę.

Wiedział, że jeszcze musi nad sobą panować, bo inaczej to zwierzę pożarłoby ich 

oboje.

Pokrył   drobnymi   pocałunkami   jej   szyję   i   kark,   jednocześnie   rozpinając   suwak 

sukienki. Kiedy cienki jedwab zsunął się z jej ramion, Preston zdusił jęk.

Studium seksu w czerni i bieli, przypomniał sobie.

Chociaż oczy przesłaniała jej mgła pożądania, Cybil zauważyła zmianę w spojrzeniu 

Prestona. Pojawił się w nim jakiś niebezpieczny błysk. Wstrząśnięta stwierdziła, że właśnie 

tego chce: niebezpieczeństwa, ryzyka,  radości ze zrywania więzów samokontroli, którymi 

Preston tak starannie się skrępował.

Poczuła narastającą w niej siłę. Nakryła dłońmi jego ręce i prowadziła je po swoim 

ciele.

- Specjalnie kupiłam tę suknię i bieliznę - wyszeptała, przytrzymując jego ręce na 

piersiach. - Żebyś mógł je ze mnie zerwać.

Zacisnęła mu palce na cienkim jedwabiu i koronkach. Kiedy rozdarł jej sukienkę, 

wydała cichy okrzyk.

Słysząc  to, Preston ostatecznie  stracił  panowanie  nad sobą.  Odwrócił  ją ku sobie, 

pocałował drapieżnie i niemal brutalnie pociągnął na łóżko.

Wydawało mu się, że potrafiłby wchłonąć ją w siebie całą. Nie mógł się opanować. 

Pod dotykiem jego dłoni wygięła ciało w łuk i jęknęła, niesiona pierwszą falą rozkoszy. Zdarł 

z niej resztę jedwabiu i koronki, desperacko pragnąc jej jeszcze bardziej.

Sycił się jej piersiami, ich wonną wypukłością. Ustami wyczuwał oszalałe bicie jej 

serca. Cybil zerwała z niego koszulę i na plecach poczuł ostre paznokcie.

Jej usta były równie zachłanne jak jego usta, ręce tak samo brutalne i niecierpliwe, 

kiedy ściągała z niego dżinsy. Preston miał wrażenie, że zamiast krwi ma w sobie żywy 

ogień.

Wreszcie opadli na łóżko, burząc pościel i plącząc prześcieradła, które tak starannie 

wygładziła. Dysząc i drżąc, oplotła go sobą, żądając więcej.

Kiedy w nią wszedł, dodając żar do żaru, rozkosz eksplodowała w nim z niespotykaną 

siłą. Nie mógł się nią nasycić. Przycisnął jej ramiona do metalowych drążków zagłówka i 

wszedł głębiej. Cybil wygięła się przyzwalająco. Po wyrazie jej twarzy poznał, że wzlatuje 

coraz wyżej, coraz szybciej, aż wreszcie dotarła do szczytu i ze szlochem wyszeptała jego 

imię. Oczy jej pociemniały i patrzyły w przestrzeń, nic nie widząc. Jej ciało wtopiło się w 

niego, a wtedy i on również  doszedł  do końca i oddał jej  cząstkę siebie, jakby w  akcie 

background image

poddania.

Kilka chwil później nadal przyciskał ramiona Cybil do zagłówka, chociaż jego palce 

traciły czucie. Jej ciało drżało lekko, nakryte jego ciałem. Wciąż byli ciasno zespoleni.

- Czy jeszcze oddychamy? - usłyszał.

Odwrócił się i wyczuł puls na jej szyi.

- Serce ciągle jeszcze ci bije.

- To dobrze. A twoje?

- Chyba tak.

- Świetnie. W takim razie możemy się stąd nie ruszać przez następne pięć lat. Zresztą 

nie wiem, czy nawet za pięć lat będę się w stanie poruszyć.

Uniósł   głowę.   Chociaż   oczy   miała   zamknięte,   wyczuła,   że   się   jej   przygląda. 

Uśmiechnęła się.

- Uwiodłam cię tak sprawnie, że nie miałeś żadnych szans, McQuinn. Ale muszę z 

przyjemnością wyznać, że tobie też udało się mnie uwieść.

-   Nie   musisz   dziękować.   Miło   mi,   że   chociaż   w   ten   sposób   mogłem   ci   się 

odwdzięczyć.

- Z nikim tak się nie czułam. - Otworzyła oczy. - Nikt nigdy tak mnie nie dotykał.

Natychmiast uświadomiła sobie, że te słowa to błąd. Preston odwrócił wzrok, jakby za 

wszelką cenę chciał uniknąć intymnych wyznań. Ich znajomość miała być lekka, przesycona 

seksem   i   ekscytująca.   Żadnej   czułości,   sentymentalnych   słówek,   zaangażowania,   zmiany 

układu sił.

Zabolało ją to, ale nic nie dała po sobie poznać.

- Masz piękne dłonie.  - Uśmiechnęła  się i splotła palce z jego palcami.  - Można 

powiedzieć, że to dłonie pierwsza klasa.

- Twoje też wiele potrafią.

Przewrócił się na plecy. Trochę go zdenerwowało, że tak bardzo poruszyło go jej 

pełne uczucia spojrzenie.

Nie   dopuści   do   zmiany   natury   ich   związku.   Wiedział,   że   jeśli   tak   się   stanie,   to 

wszystko między nimi się skończy. Jego serce od dawna nie było zdolne do żadnych ciepłych, 

intymnych uczuć. Stracił już wszelką nadzieję, że kiedyś coś się zmieni.

Cybil miała ochotę wtulić się w niego, nacieszyć się ciepłem jego ciała, ale bała się, że 

znów go spłoszy. Nie komplikuj, niczego nie oczekuj, nakazała sobie w duchu. Bo inaczej on 

ci ucieknie.

Usiadła i przeczesała dłonią wzburzone włosy.

background image

- Z przyjemnością napiłabym się teraz wina. A ty?

- O, tak. - Lekko przesunął palcami po jej łydce. Wciąż odczuwał potrzebę dotykania 

jej, ciągłego utrzymywania fizycznej łączności. - Wspomniałaś coś o kolacji.

- Owszem, McQuinn, przygotowałam dla ciebie coś wspaniałego. - Nachyliła się i 

pocałowała   go   niedbale.   -   Wszystko   gotowe,   oprócz   naleśników.   Usmażę   je   na   twoich 

zadziwionych oczach.

- Będziesz coś robiła w kuchni?

- Aha.

Wstała z łóżka i podeszła do szafy. Z zachwytem patrzył na jej długie nogi.

- A to co? - zapytał zdziwiony, kiedy zobaczył, co zdjęła z wieszaka.

- To się nazywa szlafrok - wyjaśniła ze śmiechem, wkładając go na siebie. - Zwykle 

używa się czegoś takiego, żeby ukryć nagość.

Wstał, zbliżył się do niej i rozwiązał pasek.

- Zdejmij to.

Poczuła dreszczyk na plecach.

- Wydawało mi się, że masz ochotę na kolację.

- Owszem, mam. I chcę patrzeć, jak ją przyrządzasz.

-   W   takim   razie...   Ach!   -   Przypomniała   sobie   ich   dawną   rozmowę   i   znów   się 

roześmiała.   Zebrała   poły   szlafroka.   -   Nie   będę   smażyć   naleśników   nago.   Nici   z   twojej 

fantazji. Nie zamierzał ustąpić.

- Tak się zastanawiam, czy masz jeszcze coś w tym rodzaju... - Odnalazł na łóżku 

strzępy koronkowego pasa do pończoch i stanika. - No, wiesz, coś takiego jak to...

Zaskoczona i rozbawiona uniosła brwi.

- Żadna inteligenta kobieta nie kupuje takich rzeczy pojedynczo. Mam jeszcze taki 

sam komplet, tylko czerwony. Wyzywająco, bezwstydnie czerwony.

Uśmiech wolno wypływał mu na twarz.

- To może go włożysz? Jestem bardzo głodny.

Przygotowywanie naleśników, kiedy się jest ubranym jedynie w seksowną bieliznę, 

nie   jest   pozbawione   ryzyka.   Cybil   miała   okazję   przekonać   się,   jak   smakuje   miłość   przy 

drzwiach kuchennego schowka.

Cudownie.

Dowiedziała się też, co znaczy dać się zdobyć na dywanie w salonie.

Niewiarygodne doświadczenie.

A  miłosne  zapasy pod prysznicem  okazały się  przeżyciem, które  w każdej chwili 

background image

gotowa była powtórzyć.

Preston przez całą noc nie mógł się nią nasycić. Ani ona nim. Byli doskonale zgrani, 

jakby nastrojeni na tę samą falę; tak dobrze do siebie pasowali, że czasami miała wrażenie, 

jakby jego serce biło w jej piersi.

Świece wypaliły się, pozostawiając po sobie małe kałuże pachnącego wosku, przez 

okno miękko sączyło się światło poranka, kiedy wreszcie zasnęła wyczerpana.

Obudziła się i stwierdziła, że jest sama.

Wiedziała, że nie powinna się przejmować, że nie został z nią do rana i nie obudził się 

przy niej. Między nimi miało przecież być inaczej. Była tego świadoma, zaakceptowała to. 

Nie będzie żadnych czułych słów i odkrywania duszy. W ich związku intymność kończyła się 

na fizycznej bliskości, po stronie Prestona dalej był już tylko gruby mur. A to, co się dzieje w 

sercu Cybil, to już jej problem.

Czy mógł wiedzieć, że jeszcze żadnemu mężczyźnie nie oddała siebie tak absolutnie i 

do końca jak jemu? Jak miał się domyślić, że jej pożądanie bierze się z miłości?

Przetarła zmęczone oczy i z niechęcią wstała z łóżka.

Wiedziałam,   w   jaki   związek   się   angażuję,   myślała,   porządkując   sypialnię.   Znam 

granice. Możemy być razem, cieszyć się sobą nawzajem, ale nie wolno wam przekraczać tych 

granic.

Cóż,   w   porządku.   Nie   będzie   się   tym   zadręczała.   Przecież   umie   panować   nad 

emocjami, odpowiada za swoje czyny. I na pewno nie będzie szlochała po kątach, dlatego że 

zaangażowała się w związek z ekscytującym, budzącym jej fascynację, ciekawym mężczyzną.

- Cholera! - Cisnęła buty w głąb szafy. - Cholera! Cholera! Rzuciła się na łóżko i 

chwyciła za słuchawkę telefonu.

Musiała   komuś   o   tym   opowiedzieć,   z   kimś   porozmawiać.   A   gdy   działo   się   coś 

naprawdę ważnego, tylko jedna osoba się do tego nadawała.

- Mama? Mamo, zakochałam się - powiedziała Cybil i wybuchnęła płaczem.

Podczas gdy Cybil płakała w słuchawkę, palce Prestona tańczyły po klawiaturze. Spał 

nie dłużej niż trzy godziny, ale cały jego organizm działał na najwyższych obrotach, a umysł 

pracował jak precyzyjna maszyna. Pierwszą słynną sztukę tworzył w mękach, każde słowo 

sprawiało mu ból. Teraz słowa wylewały się z niego jak wino z magicznej karafki bez dna.

Sztuka w pełni ożyła. On też po raz pierwszy od wielu lat czuł, że żyje w pełni.

Widział   wszystko   wyraźnie:   dekoracje,   postacie   i   to,   co   się   działo   w   ich   duszy. 

Wszystkie wzloty i upadki.

Cały świat w trzech aktach.

background image

W ludziach, na razie żyjących  jedynie  na stronach jego dzieła, czaiła się energia, 

gotowa wybuchnąć na scenie, którą już widział oczami wyobraźni. Znał ich, wiedział, jakim 

rytmem biją ich serca i co może je złamać.

Iskra nadziei pojawiała się w ich życiu niespodziewanie. Sami w nią nie wierzyli, ale 

jednak tam była. Sam Preston zaczynał w nią wierzyć.

Pisał,   dopóki  nie   poczuł,  że   już  więcej   nie  może.   Rozejrzał   się  po  pokoju,   jakby 

zbudzony   ze   snu.   Wokół   panowała   ciemność,   rozświetlana   jedynie   światłem   lampy   i 

niebieskawym blaskiem komputerowego monitora. Nie miał pojęcia, która godzina, ani nawet 

jaki to dzień tygodnia. Czuł, że ma zesztywniały kark i pusty żołądek. Zaschnięte resztki 

kawy na dnie kubka wyglądały odrażająco.

Wstał, przeciągnął się i podszedł do okna. Na zewnątrz szalała wiosenna burza. W 

ogóle jej przedtem nie zauważył. Patrzył na błyskawice przecinające niebo, na przechodniów, 

którzy uciekali przed deszczem albo spieszyli się na jakieś spotkania.

Sprzedawca parasoli na rogu ulicy robił świetny interes.

Kiedy w Nowym Jorku zaczyna padać, prawie nikt z przechodniów nie ma parasolki, 

jakby wszyscy je wyrzucali zaraz po ustaniu poprzedniej ulewy.

Zastanawiał się, czy Cybil ze swojego okna obserwuje tę samą scenę. Ciekawe, co o 

niej myśli i czy przekształci coś tak prostego i zwykłego, jak burza w mieście, w dowcipną i 

pomysłową historyjkę.

Doszedł do wniosku, że na pewno wykorzysta postać sprzedawcy parasoli, nada mu 

imię, wymyśli cały życiorys, rodzinę i zawiły charakter. W ten sposób anonimowy handlarz 

uliczny stanie się częścią jej świata.

Miała dar wciągania ludzi do swojego świata.

Sam się w nim znalazł. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie otworzyć wiodących do 

niego kolorowych drzwi i nie wskoczyć w jego zamęt, radość i energię.

I tylko szkoda, że Cybil nie potrafiła zrozumieć, że on zupełnie do jej świata nie 

pasuje.

Kiedy akurat się w nim znajdował, czasami wydawało mu się, że mógłby tam zostać 

na   dobre,   że   gdyby   się   na   to   zdecydował,   jego   życie   również   byłoby   proste,   barwne   i 

wspaniałe.

Tak jak burza w mieście, pomyślał.

Ale przecież burza przemija.

Dzisiejszej nocy świat Cybil niemal go wchłonął. Mało brakowało, a zapomniałby się 

i został w ciepłym łóżku, czując przy sobie jej rozgrzane od snu ciało.

background image

Wyglądała tak łagodnie, jakby go do siebie przyzywała.  Kiedy tak na nią patrzył, 

śpiącą w świetle poranka, nie odczuwał zwykłego głodu pożądania. Było to coś innego, jakiś 

inny głód, pragnienie spełnienia marzeń.

Lepiej dla nich obojga, że wrócił do siebie, zanim się obudziła.

Zaciągnął zasłony w oknie i zszedł na dół.

Zaparzył   dzbanek   kawy,   poszukał   czegoś   do   jedzenia.   Zastanowił   się,   czy   nie 

pozwolić sobie na krótką drzemkę.

Pomyślał jednak o Cybil, o ich wspólnej nocy, i już wiedział, że wewnętrzny niepokój 

nie da mu zmrużyć oka.

Ciekawe, co ona robi?

Nie   miał   żadnego   powodu,   żeby   pukać   do   jej   drzwi   i   przerywać   jej   pracę   tylko 

dlatego, że on sam nie mógł już dłużej pisać. Dlatego że słuchając uderzającego o szyby 

deszczu, czuł się samotny i ogarniało go napięcie. Dlatego że jej pragnął.

Przecież lubię samotność, powtarzał sobie w duchu, gdy krążył po salonie. A napięcie 

pomaga mi pisać.

A jednak nie chciał być  sam. Chciał usiąść z nią przy oknie i patrzeć na deszcz, 

kochać się niespiesznie, leniwie, słuchając dudnienia deszczu o chodniki i dachy domów.

Pragnął jej tak bardzo, że zaczynało to budzić jego niepokój.

Powtarzał sobie, że nic mu nie grozi, dopóki po prostu pożąda jakiejś kobiety. Gorzej, 

jeśli zacząłby jej potrzebować. Jak blisko się znalazł od przekroczenia tej cienkiej, niepewnej 

granicy?

Kiedy mężczyzna da się tak opętać jakiejś kobiecie, zmienia się, staje się bezbronny i 

popełnia niebezpieczne błędy.

Cybil bardzo różniła się od Pameli, to prawda. Nawet on, Preston McQuinn, nie był 

zaślepiony do tego stopnia, żeby twierdzić, że każda kobieta kłamie, oszukuje i ma serce z 

kamienia.  Nie znał nikogo o bardziej szczerym  i miękkim sercu niż Cybil  Campbell. To 

jednak nie zmieniało ostatecznej prawdy.

Od pragnienia do potrzeby droga krótka, a od potrzeby już tylko krok do miłości. 

Mężczyzna, który kiedyś otrzymał  miażdżący cios, szybko się uczy, jak zachować zimną 

krew i równowagę. Nie chciał więcej się narażać na to, co niesie ze sobą prawdziwie intymny 

związek: cierpienie, bezbronność, utratę własnego ja. Poza tym nie wierzył, że kiedykolwiek 

będzie w stanie związać się z kimś naprawdę.

A   to   oznaczało,   że   nie   ma   się   czym   martwić.   Ta   konkluzja   stała   się   dla   niego 

pocieszeniem, kiedy tak popijał kawę i gapił się na drzwi, jakby chciał przebić je wzrokiem i 

background image

zobaczyć, co się dzieje w mieszkaniu po drugiej stronie korytarza. Cybil przecież nie prosiła 

go o nic więcej niż o namiętność i wspólne miłe spędzanie czasu.

Jemu chodziło dokładnie o to samo.

Zdawała sobie sprawę, że ich związek jest niezobowiązujący i tymczasowy.

Za kilka tygodni i tak się stąd wyprowadzi i każde z nich bez żadnych wzajemnych 

pretensji pójdzie w swoją stronę. Ona w towarzystwie licznego grona przyjaciół, on - z włas-

nego wyboru - samotnie.

Z   głośnym   hukiem   odstawił   kubek   i   dopiero   po   chwili   zdał   sobie   sprawę,   że   ta 

perspektywa bardzo go zdenerwowała.

No, ale przecież nadal będą mogli spotykać się od czasu do czasu, tłumaczył sobie, 

znów krążąc nerwowo po pokoju. Jego dom w Connecticut nie jest tak daleko. Łatwo stamtąd 

dojechać   do   Nowego   Jorku.   Właśnie   dlatego   zdecydował   się   w   nim   zamieszkać.   Często 

przyjeżdżał do miasta, a teraz wizyty mogłyby stać się jeszcze częstsze. Odwiedzałby Cybil, 

dopóki ta nie znalazłaby sobie kogoś innego.

Włożył ręce do kieszeni. Dlaczego taka wspaniała kobieta jak ona miałaby poświęcać 

się dla kogoś, kto wciąż pojawiałby się w jej życiu i znikał?

Wmawiał sobie, że tak właśnie jest dobrze, chociaż czuł, że ogarnia go coraz większy 

gniew. Kto ją prosi, żeby na niego czekała, żeby się dla niego poświęcała? Niech się zde-

cyduje na któregoś z tych kretynów, których wynajdywali dla niej jej wścibscy przyjaciele.

Ale jeszcze nie teraz, kiedy on jest tak blisko. Nie teraz, gdy mieszka w tym samym 

domu.

Zdecydowanym   krokiem   podszedł   do   drzwi.   Zamierzał   wyjaśnić   kilka   spraw. 

Wyszedł na korytarz dokładnie w chwili, kiedy Cybil radośnie rzucała się w ramiona jakiegoś 

wysokiego młodzieńca o wypłowiałych od słońca włosach.

- Wciąż jesteś najładniejszą dziewczyną w Nowym Jorku - powiedział nieznajomy. W 

jego głosie słychać było nowoorleański akcent. - Daj mi całusa.

Cybil pocałowała go bez namysłu, a Preston natychmiast zaczął się zastanawiać, jak 

można zadać komuś śmierć w tak wymyślny i okrutny sposób.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Matthew! Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś, że wybierasz się do Nowego Jorku? 

Kiedy przyjechałeś? Jak długo zostaniesz? Taka jestem szczęśliwa, że cię widzę! Jesteś cały 

mokry.   Wejdź   do   środka,   zdejmij   kurtkę.   Kiedy   wreszcie   kupisz   sobie   nową?   W   tej 

wyglądasz, jakbyś wracał z wojny - paplała Cybil jak najęta.

Roześmiał się tylko, uniósł ją lekko do góry i znów pocałował.

- A ty nadal bez przerwy gadasz.

- Dużo mówię, kiedy jestem szczęśliwa. A czy...? O, Preston. - Uśmiechnęła się do 

niego. W jej oczach błyszczała radość. - Nie zauważyłam cię.

-   Najwyraźniej.   -   Preston   właśnie   doszedł   do   wniosku,   że   najbardziej 

usatysfakcjonowałoby go, gdyby mógł gołymi rękami rozerwać na kawałki tego pewnego 

siebie faceta w zniszczonej, skórzanej kurtce. A każdy kawałek rzucałby pod nogi Cybil. - 

Nie przeszkadzaj sobie. Widzę, że spotkała cię miła niespodzianka.

- O tak, wspaniała niespodzianka! Matthew, to jest Preston McQuinn.

- McQuinn? - Matthew z namysłem przesunął językiem po zębach. Z całą pewnością 

wyczuwał, że facet w korytarzu ma ochotę mu je wybić. - Dramatopisarz. Widziałem twoją 

sztukę, kiedy ostatnio byłem w mieście. Cybil płakała rzewnymi łzami. Niemal musiałem 

wynieść ją z teatru.

- Nie było tak źle - zaprotestowała Cybil.

- Owszem, było. Inna sprawa, że ty bardzo łatwo się wzruszasz. Kiedyś płakałaś nawet 

przy reklamach telewizyjnych.

- Nic podobnego, a poza tym... O, dzwoni telefon. Zaczekaj chwilę. - Wbiegła do 

mieszkania, zostawiając ich obu w korytarzu.

Mężczyźni zmierzyli się czujnym wzrokiem.

- Jestem rzeźbiarzem - oświadczył Matthew spokojnym powolnym głosem człowieka 

z południowych stanów. - Ponieważ sprawne ręce potrzebne mi są do pracy, zanim podam ci 

dłoń, od razu wyjaśnię, że jestem bratem Cybil.

-   Bratem?   -   Morderczy   błysk   w   oku   Prestona   trochę   przygasł,   ale   nie   zniknął 

całkowicie. - Nie widzę rodzinnego podobieństwa.

-   Fakt,   nie   jesteśmy   do   siebie   zbyt   podobni.   Mam   ci   pokazać   jakiś   dokument, 

McQuinn?

- To była pani Wolinsky - oznajmiła Cybil, stając ponownie w drzwiach. - Widziała, 

jak wchodzisz, ale nie zdążyła cię dopaść w holu. Mam ci powiedzieć, że od ostatniego razu 

background image

jeszcze bardziej wyprzystojniałeś. - Parsknęła śmiechem i uszczypnęła go w oba policzki. - 

Śliczny chłopak, prawda?

- Nie zaczynaj.

- Ależ jesteś śliczny. Taka śliczna buźka. Dziewczyny mdleją na jej widok. - Znów się 

roześmiała i chwyciła Prestona za rękę. - Chodźcie, napijemy się czegoś, żeby to uczcić.

Już   miał   odmówić,   ale   się   rozmyślił.   Może   przecież   poświęcić   parę   minut,   żeby 

sprawdzić, co to za jeden, ten brat Cybil.

- W czym rzeźbisz? - zapytał.

- Zwykle pracuję w metalu. - Matthew zdjął kurtkę i niedbale rzucił na poręcz fotela. 

Nie zdążyła tam jeszcze wylądować, kiedy Cybil chwyciła ją w locie.

- Powieszę ją w łazience, żeby przeschła. Preston, nalej nam trochę wina, dobrze?

- Jasne.

- A może jest jakieś piwo? - zapytał Matthew. Stanął oparty o blat, a Preston przeszedł 

do kuchni. Po tym, jak się po niej poruszał, można było poznać, że jest tu częstym gościem.

- Jest piwo. - Wyjął z lodówki dwie butelki, otworzył, a potem poszukał wina dla 

Cybil. - Mieszkasz na Południu?

-  Zgadza  się  -  odparł  Mathew. -  Nowy  Orlean   bardziej  mi  się  podoba niż  Nowa 

Anglia. Klimat jest lepszy, zawsze mogę pracować na świeżym powietrzu. Cybil nic mi o 

tobie nie wspominała. Kiedy się wprowadziłeś?

Preston podniósł butelkę. Zauważył, że oczy Matthew mają ten sam kolor, co włosy 

Cybil - kolor dobrej, starej whisky.

- Niedawno.

- Szybko działasz, co?

- To zależy.

- Preston! - Cybil wróciła z łazienki. - Nie mogłeś rozlać piwa do szklanek?

-   Nie   potrzebujemy   szklanek.   -   Matthew   uśmiechnął   się   łobuzersko   i   spojrzał 

zaczepnie na Prestona. - Wypijemy je jak prawdziwi mężczyźni, a na koniec zjemy butelki.

- W takim razie pewnie nie chcecie też żadnych krakersów z serem ani z jakimś tam 

babskim pasztetem?

- Kto tak powiedział? - Matthew usiadł na stołku.

- Kiedyś miałaś cztery takie stołki - zauważył.

- Jeden pożyczyłam  Prestonowi. Co cię sprowadza do Nowego Jorku, Matthew? - 

Wsunęła głowę do lodówki.

-   Mam   tu   małą   sprawę   do   załatwienia,   w   związku   z   moją   jesienną   wystawą. 

background image

Przyjechałem tylko na kilka dni.

- I pewnie zamieszkałeś w hotelu, tak?

- Twoja polityka otwartych drzwi doprowadza mnie do szału. - Matthew spojrzał na 

Prestona. - Jakiś czas już mieszkasz naprzeciw niej, prawda? Więc pewnie wiesz, co się tu 

wyrabia. To przerażające. - Wzdrygnął się teatralnie.

- Ona tu wpuszcza gości.

-   Matthew   to   zaprzysięgły   samotnik   -   wyjaśniła   Cybil   zwięźle   i   zaczęła 

przygotowywać niewielką przekąskę. - Powinniście przypaść sobie do gustu. Preston też nie 

znosi ludzi.

- No, nareszcie jakiś rozsądny facet. - Matthew uśmiechnął się do Piestona przelotnie. 

Pomyślał   sobie,   że   może   jednak   polubi   nowego   sąsiada   siostry.   -   Kiedyś   uległem   jej 

namowom i zatrzymałem się tutaj - ciągnął, sięgając po krakersa. - Co to był za koszmar! 

Przez   trzy   dni   ludzie   przychodzili   tu   nieustannie,   rozmawiali,   jedli,   pili,   łazili   po   całym 

mieszkaniu, sprowadzali krewnych i zwierzęta domowe.

- Był tylko jeden malutki piesek.

- Który ciągle wchodził mi nieproszony na kolana, a w końcu zjadł mi skarpetki.

- Nie zjadłby ich, gdybyś nie zostawił ich na podłodze. A w ogóle to tylko trocheje 

nadgryzł.

- To wszystko kwestia odpowiedniej perspektywy - kontynuował Matthew. - W hotelu 

jedyni ludzie, którzy cię odwiedzają, to pokojówki i obsługa. Zanim wejdą, pukają i rzadko 

przynoszą   ze   sobą   małe   złośliwe   psy.   -   Uszczypnął   ją   w   podbródek.   -   Ale   pozwolę   ci 

ugotować dla mnie obiad.

- Jakiś ty łaskawy.

- Próbowałeś kiedyś jej domowej zapiekanki z kurczaka, McQuinn?

- Nie próbowałem.

- No to muszę namówić Cybil, żeby ją dla nas przygotowała.

Wieczór okazał się całkiem interesujący. Preston z zaciekawieniem obserwował, jak 

odnoszą   się   do   siebie   Matthew   i   Cybil   -   swobodnie,   z   niewymuszoną   serdecznością, 

humorem, czasami ze zniecierpliwieniem. Pamiętał, że między nim a siostrą również kiedyś 

tak było. Zanim pojawiła się Pamela.

Potem   nadal   mieli   dla   siebie   wiele   uczucia   i   serdeczności,   ale   swoboda   gdzieś 

zniknęła. Często czuli się skrępowani swoim towarzystwem, choć nigdy przedtem im się to 

nie zdarzało.

Rodzeństwo Campbellów nie miało takich problemów. Wesoło opowiadali o sobie 

background image

nawzajem kompromitujące historie, a kiedy znudziło im się plotkowanie, zaczęli mu opo-

wiadać o nieobecnej, a przez to bezbronnej siostrze oraz licznych kuzynach.

Od razu po powrocie do siebie Preston zaczął obmyślać, jak by tu wkomponować ich 

do drugiego aktu jako humorystyczny przerywnik. Zdecydował, że powinien teraz skupić się 

na pracy, skoro Cybil  przez kilka następnych  dni najprawdopodobniej  poświęci  się życiu 

rodzinnemu.

- Podoba mi się ten twój przyjaciel. - Matthew rozprostował nogi i zakołysał szklanką 

z brandy. Cybil na jego cześć otworzyła nową butelkę.

- To dobrze, bo mnie też.

- Jak dla ciebie, wydaje mi się trochę za rozsądny.

- Cóż... - Usiadła obok niego na kanapie. - Czasami drobna odmiana w życiu nie 

zaszkodzi.

-   Tak   właśnie   go   traktujesz?   -   Brat   pociągnął   ją   za   ucho.   -   Zauważyłem,   że   nie 

traciliście   ani   chwili,   kiedy   poszedłem   na   górę,   żeby   zadzwonić.   Od   razu   się   na   siebie 

rzuciliście.

-   Skoro   dzwoniłeś,   skąd   wiesz,   co   tutaj   robiliśmy?   Chyba   że   podglądałeś.   - 

Uśmiechnęła się słodko i niewinnie zatrzepotała rzęsami, za co została ukarana kolejnym po-

ciągnięciem za ucho.

- Nie podglądałem. Po prostu akurat w strategicznym momencie zerknąłem na dół. A 

ponieważ przez cały wieczór patrzył tak, jakby miał na ciebie większy apetyt niż na twoją 

zapiekankę z kurczakiem - nawiasem mówiąc, była doskonała - inteligentnie dodałem dwa do 

dwóch i wszystko stało się dla mnie jasne.

- Zawsze byłeś bystry, Matthew. Zdradzę ci więc, ponieważ jesteś taki ciekawski, że 

Preston i ja jesteśmy razem.

- Sypiasz z nim?

Cybil spojrzała na niego z udawanym oburzeniem.

- Ależ skąd! Postanowiliśmy, że zostaniemy partnerami od gry w karty. Zdajemy sobie 

sprawę, że to wielka odpowiedzialność, ale wierzymy, że będziemy w stanieją unieść.

- Widzę, że nie straciłaś poczucia humoru.

- Dzięki niemu zyskuję sławę i majątek.

- A teraz wykorzystujesz w pracy sąsiada z przeciwka. Zrobiłaś z niego tajemniczego 

Quinna, który doprowadza Emily do szaleństwa.

- Czy mogłam przepuścić taką okazję?

Matthew zabębnił palcami o kanapę i poruszył się niespokojnie.

background image

- Emily myśli, że się w nim zakochała.

Cybil przez chwilę nic nie mówiła. W końcu potrząsnęła głową.

- Emily to postać z komiksu, która robi to, co jej każę. To nie jestem ja.

- Ma niektóre twoje cechy, te najsympatyczniejsze i te najbardziej irytujące.

-   To   prawda.   I   dlatego   właśnie   tak   ją   lubię.   Matthew   wbił   wzrok   w   brandy   i 

zmarszczył brwi.

- Słuchaj, Cyb, nie chcę się wtrącać w twoje prywatne życie, ale jednak jestem twoim 

starszym bratem.

- I to bardzo udanym starszym bratem. - Pocałowała go w policzek. - Nie musisz się o 

to   martwić.   Preston   nie   wykorzystał   twojej   małej   siostrzyczki.   -   Sięgnęła   po   szklankę 

Matthew, wypiła łyk brandy i oddała mu drinka z powrotem. - To ja go wykorzystałam. 

Upiekłam mu ciastka i od tego czasu stał się moim miłosnym niewolnikiem.

- Znowu za dużo mówisz. - Lekko skrępowany wstał z kanapy i przeszedł się po 

pokoju. - No dobrze, nie chcę znać szczegółów, ale...

- Jaka szkoda. Tak bardzo chciałam ci wszystko opowiedzieć. I pokazać filmy z naszej 

prywatnej wideoteki.

- Cicho siedź! - To zaczynało być żenujące. Mathew przeciągnął dłonią po włosach i 

zmienił ton: - Wiem, że jesteś dorosła i wyjątkowo ładna, mimo tego nosa...

- Mam bardzo zgrabny nos.

- Cała rodzina ciężko pracowała, żebyś w to uwierzyła. To dobrze, że udało ci się 

pogodzić z tą niewielka deformacją twarzy. Chciałem jednak powiedzieć... żebyś uważała. 

Rozumiesz? Bądź ostrożna.

Wstała i spojrzała na niego czule.

- Kocham cię, Matthew. Mimo tego irytującego tiku lewej powieki.

- Nie mam żadnego tiku lewej powieki.

- Cała rodzina ciężko pracowała, żebyś w to uwierzył. - Znów się roześmiała, objęła 

go i serdecznie uściskała. - Jak to dobrze, że przyjechałeś. Nie możesz zostać dłużej?

- Nie mogę. - Oparł policzek o jej głowę. - Jadę na kilka dni do Hyannis Port. Posiedzę 

tam trochę, porysuję. Dziadek wymusił na mnie tę wizytę.

- Gdy chodzi o wymuszanie, nie ma sobie równych. Mówił ci, że babcia usycha z 

tęsknoty za tobą? - Spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem.

-   Tak,   podobno   ginie   w   oczach.   Może   i   ty   się   do   nich   wybierzesz?   Dziadek   się 

ucieszy. No a kiedy zacznie nas wypytywać, dlaczego jeszcze nie założyliśmy rodzin i nie 

wychowujemy gromadki dzieciaków, będziemy mogli obwiniać się nawzajem.

background image

-   Hmmm...   Dzwonił   tu   kilka   razy   w   ciągu   minionych   tygodni.   -   Rozważyła   w 

myślach, czy może sobie pozwolić na wyjazd. - Narysowałam tyle nowych odcinków, że nie 

zawalę żadnego terminu, jeśli zrobię sobie krótki urlop.

Mam tylko jedno ważne spotkanie, pojutrze. Muszę na nim być.

- Wyjedź potem. - Widział, że się waha, więc dodał: - I poproś swojego partnera od 

kart, żeby pojechał z tobą Urządzimy sobie turniej.

- Może mu się tam spodoba? - powiedziała cicho. - Zapytam, co on na to. Tak czy 

inaczej, przyjadę.

- Świetnie! - Matthew miał nadzieję, że Preston przyjmie zaproszenie. Miło będzie 

popatrzeć, jak Daniel MacGregor bierze go w obroty.

Ponieważ Matthew wyszedł po północy, Cybil uznała, że najlepiej będzie, jeśli położy 

się do łóżka. Ostatniej  nocy niewiele spała  - tak samo jak Preston. Tak, każda rozsądna 

dziewczyna zgasiłaby światło i poszła spać, żeby zregenerować organizm.

Zanim się spostrzegła, stała przed jego drzwiami i naciskała dzwonek.

Już myślała, że śpi albo jest w klubie, kiedy usłyszała szczęk otwieranych zamków.

- Cześć. Może napijemy się czegoś przed snem? Zerknął w głąb korytarza, a potem 

znów na nią.

- A gdzie twój brat?

- Pojechał do hotelu. Otworzyłam butelkę brandy i... Nie zdążyła dokończyć ani nawet 

pisnąć z zaskoczenia, kiedy wciągnął ją do środka, zatrzasnął drzwi kopniakiem i przyparł ją 

do nich. Ich usta zwarły się w gwałtownym pocałunku.

Dopiero kiedy zaczął całować jej szyję, Cybil zdołała chwycić oddech.

- Widzę, że nie masz ochoty na brandy. - Zobaczyła, że gorączkowo zdejmuje z siebie 

koszulę, i sama również zaczęła się rozbierać. - Ani na deser.

Preston  był   zaskoczony  siłą,  z  jaką  zapragnął  Cybil,   kiedy  zobaczył  ją  na swoim 

progu. Nagle dotarło do niego, jak bardzo jej potrzebuje. Nie wiedział, skąd wzięło się to 

uczucie. Jeszcze raz łapczywie wpił się w jej usta.

Przywarła   do   niego   równie   niecierpliwie,   z   takim   samym   pożądaniem.   Jęknęła   z 

rozkoszy, kiedy zaczął zsuwać z niej spodnie.

Teraz należała do niego.

Nakrył   jej   piersi   dłońmi,   potem   pieścił   je   ustami,   a   ona   bezwiednie   wbiła   mu 

paznokcie w kark aż do bólu. Jej skóra była jak ciepły jedwab. Chciał posiąść ją całą. Pieścił 

ją, aż chwyciła się kurczowo jego ramion, a jej oddech zamienił się w urywany szloch.

To  chyba  niemożliwe,  żeby tyle  naraz  odczuwać,  pomyślała  resztką  świadomości. 

background image

Jego wargi, zęby i język doprowadzały ją na skraj szaleństwa.

Zaskoczona   usłyszała   własny   krzyk,   a   potem   w   jej   ciele   eksplodowała   rozkosz. 

Bezwładnie oparła się o drzwi, całkowicie uległa Prestonowi.

Jej poddanie tylko podsyciło w nim płomień pożądania. Gładził rękami jej wilgotną 

skórę, usta niestrudzenie żądały od niej coraz więcej, aż jej ciało znów wpadło w drżenie, a 

ona sama zaczęła się wspinać na kolejny szczyt.

Jej skóra miała ekscytujący smak soli i kobiecości. Ruchem bardziej gwałtownym, niż 

zamierzał, pociągnął ją za sobą na fotel i uniósł jej biodra do góry.

Opuszczając ją na siebie, cały czas patrzył jej prosto w oczy. Widział, jak ich ciepła 

zieleń ciemnieje i zasnuwa się mgłą, a migdałowe powieki drgają.

Zacisnęła   się   wokół   niego,   otoczyła   go   śliskim   ciepłem.   Ich   jęki   zmieszały   się. 

Odrzuciła głowę w tył, a jej szyja, na której bił pośpieszny puls, wygięła się w cudowny biały 

łuk.

Zaczęli poruszać się rytmicznie.

Teraz ona narzucała tempo, szybkie i gorączkowe. Za każdym ruchem zapadali coraz 

głębiej w czarny wir zatracenia. Nie mógł się już doczekać, kiedy opadną na samo dno.

Rozkosz przeszywała go niczym złote ostrze. Na ustach czuł smak jej ciała, rękami 

wyczuwał jego wilgotną gładkość. Cybil jęczała cicho, a jej twarz wykrzywiona była ekstazą.

Chciał jeszcze chwilę wytrwać na skraju przepaści. Nie potrafił powiedzieć, gdzie 

kończy się jego ciało, a zaczyna jej. Nagle zacieśniła uchwyt i triumfalnie szepcząc jego imię, 

pociągnęła go za sobą w otchłań.

Potem   zaś,   jak   za   pierwszym   razem,   osunęła   się   bezwładnie,   jakby   opuściły   ją 

wszystkie siły. Oparła mu głowę na ramieniu, ustami dotknęła szyi. Preston zamknął oczy i 

już spokojnie cieszył się bliskością i zespoleniem.

Przypomniał  sobie,  co  mu kiedyś  powiedziała:   nikt  nigdy  tak  jej  nie  dotykał.   On 

mógłby powiedzieć to samo. Z żadną kobietą nie przeżył tego, co z nią. Wniknęła w jego 

duszę. I chociaż potrafił sprawnie przelewać słowa na papier, teraz nie wiedział, jak jej to 

wyznać.

-   Cały   wieczór   marzyłem   o   tym,   żeby   cię   dostać   w   swoje   ręce.   -   Tyle   mógł 

powiedzieć, nic nie ryzykując.

-   Mmm...   I   pomyśleć,   że   już   miałam   iść   spać.   -   Westchnęła   z   zadowoleniem.   - 

Wiedziałam, że ten fotel jest w sam raz dla ciebie.

Roześmiał się cicho.

- Miałem zamiar zmienić na nim obicie. Ale teraz chyba każę go pozłocić.

background image

Wyprostowała się i objęła jego twarz rękami.

- Bardzo lubię, kiedy tak nieoczekiwanie powiesz coś zabawnego.

- To wcale nie było zabawne - odparł poważnie. - Zapłacę za to fortunę.

Spodziewał   się,   że   usłyszy   jej   śmiech   -   coraz   bardziej   przywiązywał   się   do   tego 

dźwięku - tymczasem ona tylko uśmiechnęła się tęsknie, a jej oczy przybrały łagodny wyraz.

-   Preston   -   wyszeptała   i   nachyliła   się   do   jego   ust.   Powolny,   głęboki,   delikatny 

pocałunek raczej poruszył duszę niż wzburzył krew. Dotarł do samego serca i sprawił, że 

Preston zatęsknił za czymś, w co już nie chciał wierzyć.

Budziły się w nim uczucia. Nie chciał do tego dopuścić, ale zalewała go jakaś słodycz, 

od której kręciło mu się w głowie. Przekroczył tę cienką linię między pożądaniem a potrzebą, 

znalazł się niebezpiecznie blisko miłości.

Cybil westchnęła i przytuliła policzek do jego policzka. O czym myślała?

- Zmarzłaś - wyszeptał, czując, że jej skóra robi się chłodna.

- Tak, trochę. - Oczy miała zamknięte. Powtarzała sobie, że nie zawsze można mieć to, 

czego się pragnie. - Chce mi się pić. Przynieść ci wody?

- Ja przyniosę.

- Nie, sama to zrobię. - Zsunęła się z niego, a Prestona ogarnęło dziwne poczucie 

straty. - Gdzie jest szlafrok?

Uśmiechnął się z wysiłkiem.

- Masz jakąś obsesję na punkcie szlafroków?

-   Nieważne.   -   Włożyła   jego   koszulę.   -   Matthew   cię   polubił   -   oznajmiła,   idąc   do 

kuchni.

-   Ja   też   go   lubię.   -   Teraz   mógł   wziąć   głębszy   oddech.   Może   nawet   odzyskać 

równowagę. - Czy ta rzeźba u ciebie w pracowni jest jego dziełem?

- Tak. Wspaniała, prawda? On ma taki oryginalny sposób widzenia różnych rzeczy. 

Obserwowanie go przy pracy to niesamowite przeżycie. Oczywiście, jeśli przedtem Matthew 

cię nie zamorduje.

Otworzyła butelkę wody, napełniła po brzegi wysoką szklankę i wypiła niemal jedną 

trzecią, zanim wróciła do Prestona. Nie zauważyła jego zaskoczenia, kiedy jak kot usadowiła 

mu się wygodnie na kolanach.

- Masz ochotę na krótką podróż? - zapytała, podając mu szklankę.

- Na podróż?

- Pojechalibyśmy na kilka dni do Hyannis Port. Matthew wybiera się w odwiedziny do 

naszych   dziadków,   MacGregorów,   wiec   pomyślałam   sobie,   że   i   ja   mogłabym   złożyć   im 

background image

wizytę. To bardzo ciekawe miejsce. Dom jest... nie potrafię go opisać. Ale spodoba ci się. 

Moi dziadkowie też ci się spodobają. Przydałby ci się urlop, McQuinn.

- Wygląda mi to na rodzinną okazję. - Na myśl, że mogłaby na jakiś czas wyjechać, 

ogarnął go smutek. To było zupełnie do niego niepodobne.

-   Dla   MacGregorów   warto   skorzystać   z   takiej   okazji.   Dziadek   uwielbia   ludzi. 

Przekroczył   już   dziewięćdziesiątkę,   ale   nadal   rozpiera   go   energia.   Nie   przestaje   mnie 

zadziwiać.

- Wiem. To fascynujący człowiek. Jego żona też.

- Spojrzała na niego zaskoczona, więc wyjaśnił: - Znam ich. Niezbyt blisko, ale znam. 

To znajomi moich rodziców.

- Naprawdę? Nie wiedziałam. Kiedyś tłumaczyłam ci nasze skomplikowane układy 

rodzinne. MacGregorowie są spokrewnieni z Blade'ami, Blade'owie z Grandeau, Grandeau z 

Campbellami, a Campbellowie z MacGregorami. Może trochę pokręciłam kolejność.

- Nie zaczynaj. Już mi dzwoni w uszach. Roześmiała się i szybko pocałowała go w 

ucho.

- Skora znasz ich, a dzisiaj poznałeś mojego brata, nie będziesz się tam czuł obco. 

Pojedź ze mną. - Przesunęła ustami po jego szyi. - To będzie zabawne.

-   W   tym   fotelu   możemy   jeszcze   lepiej   się   zabawić,   bez   potrzeby   ruszania   się   z 

miejsca.

Roześmiała się ciepło.

- W zamku MacGregorów jest mnóstwo pokoi - wyszeptała. - W wielu z nich stoją 

duże, miękkie łoża...

- Kiedy wyruszamy?

- Zgadzasz się? - Wyprostowała się uradowana. - Możesz pojutrze? Przed południem 

mam spotkanie, lecz zaraz potem możemy jechać. Wypożyczę samochód.

- Mam własny.

- Aha. - Przechyliła głowę w bok. - Hmmm... Czy to jakiś fajny wóz?

- Lubisz czterodrzwiowe kombi?

- Kombi, solidny, niezawodny samochód. I na pewno bardzo pakowny. Potrafię to 

docenić.

- W takim razie nie spodoba ci się moje porsche.

- Porsche? - powtórzyła z zachwytem. - Powiedz mi jeszcze, że to kabriolet.

- A jak inaczej?

- Powiedz mi, że ma pięć biegów.

background image

- Niestety, nie mogę. Ma sześć. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

- Naprawdę? I dasz mi poprowadzić?

-   Oczywiście.   Jeśli   pojutrze   tu   mi   wyrośnie   kaktus,   wtedy   pozwolę   ci   usiąść   za 

kierownicą.

Zrobiła tylko trochę obrażoną minę i zaczęła bawić się jego włosami.

- Jestem doskonałym kierowcą.

- Nie wątpię. - Uznał, że lepiej będzie odwrócić jej uwagę, niż opierać się namowom. 

Dotknął zimną szklanką nagich pleców dziewczyny. Krzyknęła cicho i przywarła do niego, 

tak że poczuł nacisk jej piersi. - Jak myślisz, czego nam się uda dokonać, jeśli rozłożymy 

oparcie fotela?

- Na pewno wielu cudownych rzeczy - zamruczała i nadstawiła szyję do pocałunku. - 

Wiedziałeś, że ten budynek należy do mojego dziadka?

- Jasne. To on mi powiedział o tym mieszkaniu, kiedy szukałem czegoś do wynajęcia. 

Odwróć się w tę stronę... O, dokładnie tak.

- On ci powiedział o mieszkaniu? - Jakimś sposobem udało mu się tak ułożyć, że 

nakrył ją ciałem i w ten sposób odciągnął jej myśli od tematu rozmowy. - A kiedy ci...? O, nie 

wiedziałam, że jesteś w tym taki dobry.

- Dziękuję. Ale zapewniam cię, że to nie jest szczyt moich możliwości.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dom Daniela MacGregora stał dumnie na wysokiej skale nad wzburzonym morzem. 

Wzniesiono go z szarego kamienia, ale nie wyglądał surowo i nieprzystępnie. Wyniosłe ba-

szty i wieżyczki, powiewająca na wietrze flaga z herbem klanu MacGregorów - wszystko to 

świadczyło, że wybudował go człowiek zadowolony ze swojego życia.

Wybudował go dokładnie tak, jak chciał: na mocnych fundamentach, według śmiałej 

wizji. Ten dom miał przetrwać wieki.

Rosnące   wokół   niego   dzikie   róże,   które   latem   zakwitały   mnóstwem   pąków,   nie 

łagodziły tego wrażenia, ale dodawały rezydencji uroku i otaczały ją jakąś magią.

- Zatrzymaj się. - Preston położył rękę na dłoni Cybil. - Zatrzymaj samochód.

Zahamowała   łagodnie.   Odgadła,   jakie   uczucia   owładnęły   Prestonem   na   widok   tej 

oryginalnej budowli. Doświadczała ich sama za każdym razem, kiedy odwiedzała dziadków.

- Wygląda  jak zamek  z bajki,  prawda? - Oparła  się o kierownicę  i przez zasłonę 

deszczu patrzyła  na dom. - I to nie z takiej taniej bajeczki dla najmłodszych  dzieci, ale 

prawdziwej, z duchami i rycerzami.

- Widziałem zdjęcia, ale rzeczywistość zdecydowanie je przerasta.

-  To  nie  tylko   budynek.   Jest  jak  gościnne  gniazdo,  które   zawsze  przyjmuje  cię   z 

otwartymi ramionami. Przy każdej wizycie znajdowaliśmy tu coś nowego, coś cudownego. - 

Miała przeczucie, że tym razem też coś tu znajdzie. Z Prestonem. - Pięknie się prezentuje w 

deszczu, co?

- Wydaje mi się, że wygląda pięknie przy każdej pogodzie - odparł.

- Racja. Powinieneś obejrzeć go w zimie. Zawsze przyjeżdżamy tu na święta. Śnieg i 

wiatr zamieniają go w zjawisko z lodowej, nieziemskiej krainy. W zeszłym roku, pod sam 

koniec   lata,   kiedy   wszędzie   kwitły   róże,   a   niebo   było   niebieskie   jak   farbka,   mój   kuzyn 

Duncan wziął tu ślub. Ale w deszczu... - Uśmiechnęła się rozmarzona. - Kiedy widzę go w 

deszczu, wydaje mi się, że jestem w Szkocji.

- Byłaś tam kiedyś?

- Tak. Dwa razy. A ty?

- Nie.

- Musisz pojechać. Tam są twoje korzenie. Sam się zdziwisz, jak bardzo chwyci cię za 

serce widok szkockich gór i jezior.

- Może kiedyś pojadę. Przyda mi się kilka tygodni na regenerację sił, kiedy skończę 

pisać sztukę. - Spojrzał na nią i uniósł brew. - Jak ci się prowadzi? - zapytał.

background image

- Dałeś mi usiąść za kierownicą niecałą minutę temu, więc trudno mi coś konkretnego 

powiedzieć. Jeśli pozwolisz mi się jutro przejechać...

- Nawet komuś, kto tak potrafi stawiać na swoim jak ty, nie dam prowadzić mojego 

porsche dłużej niż przez pięć minut.

Cybil   obojętnie   wzruszyła   ramionami.   Jeszcze   zobaczymy,   pomyślała.   Wolno,   z 

godnością wjechała na szczyt wzgórza i zaparkowała.

- Bardzo dziękuję. - Pocałowała go lekko i oddała kluczyki.

- Nie ma za co.

- Nie zawracajmy sobie teraz  głowy bagażami.  Biegnijmy prosto do domu. Zaraz 

pewnie posadzą nas przy kominku, dadzą nam whisky i świeże bułeczki.

Otworzyła   drzwi   samochodu,   przebiegła   jak   błyskawica   przez   zalany   deszczem 

dziedziniec.   Zatrzymała   się   pod   osłoną   ganku   i   ze   śmiechem   potrząsnęła   głową,   jak 

otrząsający się z wody pies.

Preston przez całe dziesięć sekund siedział skamieniały. Mógł tylko patrzeć na nią 

przez migotliwą kurtynę deszczu. Włosy miała mokre, ociekające wodą, twarz rozjaśnioną 

szczęściem.   Chciałby   wierzyć,   że   ogarnia   go   pożądanie,   uczucie   pospolite   i 

nieskomplikowane. Ale pożądanie rzadko tak mocno wnika w głąb serca i nie sprawia, że 

żołądek ściska się ze strachu.

Nie potrafił ignorować tego uczucia, ale mógł próbować je przezwyciężyć. Wyszedł 

na deszcz i w smagającym policzki wietrze podążył za Cybil. Śmiała się nadal, kiedy mocno 

przyciągnął ją do siebie i pocałował gwałtownie, władczo.

Wówczas zamachała bezradnie ramionami i zachwiała się, zaskoczona tym nagłym, 

niemal brutalnym atakiem. Wyczuła jego desperację, ledwie hamowaną furię w jego ciele, 

które tak ciasno przywierało do jej ciała. Objęła go ramionami, pogładziła łagodnie.

- Preston...

Usłyszał jej szept, chociaż w głowie mu huczało, jakby tam również padał ulewny 

deszcz albo tańczyło rozszalałe morze. Łagodny dźwięk głosu Cybil sprawił, że jego uchwyt 

się rozluźnił. Usta napierały mniej agresywnie i w końcu z wysiłkiem wypuścił ją z objęć.

- Czeka nas kilka dni w otoczeniu twojej rodziny - powiedział, kiedy odzyskał głos. 

Odsunął ociekający wodą kosmyk jej włosów za ucho, a Cybil poczuła, że jej niemądre serce 

podskakuje z radości. - Pewnie przez jakiś czas nie będę mógł sobie na to pozwolić.

- W takim razie dobrze, że pocałowałeś mnie na zapas. - Odetchnęła głębiej, żeby się 

uspokoić. Potem wzięła go za rękę i poprowadziła do środka.

Natychmiast ogarnęło ich przyjemne, gościnne ciepło.

background image

Na ścianach połyskiwały miecze i tarcze. W końcu był to dom wojownika. Wokół 

unosiła się woń kwiatów, drewna i starego, szacownego domostwa.

- Cybil! - Anna MacGregor schodziła po szerokich schodach, a twarz jej rozjaśniało 

szczęście. Miała ciemne, gładko zaczesane w tył włosy i przejrzyste, dobre, ciemnobrązowe 

oczy. Wyciągnęła do wnuczki rozwarte ramiona.

- Babcia... - Cybil wzięła głęboki oddech. - Babciu, co ty robisz, że zawsze jesteś taka 

piękna?

Anna roześmiała się i uścisnęła ją mocno.

- Jeśli w moim wieku wygląda się jako tako, wtedy jest już całkiem dobrze.

- To ciebie nie dotyczy. Ty jesteś po prostu piękna! Zgadzasz się, Preston?

- Jak najbardziej.

-   Nigdy   nie   jest   się   zbyt   starym,   żeby   z   radością   przyjąć   drobne   kłamstewko   od 

przystojnego młodzieńca. - Anna objęła Cybil w talii i wyciągnęła dłoń do Prestona. - Witaj. 

Pewnie mnie nie pamiętasz. Kiedy cię ostatnio widziałam, miałeś nie więcej niż szesnaście 

lat.

- Mniej więcej tyle - zgodził się, ujmując jej dłoń. - Ale dobrze panią pamiętam, pani 

MacGregor. To było na wiosennym balu w Newport. Była pani bardzo miła dla młodego 

chłopaka, który czuł się tam, jakby go kto rzucił na rozżarzone węgle.

- A więc pamiętasz. Bardzo mi przyjemnie. Chodźcie, musicie się ogrzać. O tej porze 

roku deszcze są zimne.

- Gdzie jest dziadek i Matthew?

- Och! - Anna roześmiała się beztrosko i poprowadziła ich do wielkiego pokoju, który 

rodzina nazywała salą tronową. - Daniel zapędził biednego Matthew do naprawiania pompy 

przy basenie. Twierdzi, że coś się tam psuje, a wiesz, jaką wagę twój dziadek przywiązuje do 

codziennego pływania. Mówi, że dzięki temu wciąż jeszcze jest młody.

- Dziadkowi wszystko służy.

Nazwa pokoju była odpowiednia do wrażenia, jakie robił. Przede wszystkim rzucał się 

tu w oczy wielki fotel o wysokim oparciu, stojący na purpurowym dywanie. Stały tu też 

ciężkie stare meble, bogato zdobione rzeźbieniami. Zaczął zapadać zmrok, więc świeciły się 

lampy, a w wielkim kominku buzował ogień.

- Napijemy się herbaty.  Daniel pewnie będzie się upierał, żebyśmy dodali do niej 

whisky. Wykorzysta  waszą wizytę  jako pretekst. Siadajcie i rozgośćcie się - zachęcała. - 

Muszę mu powiedzieć, że już jesteście, bo inaczej nigdy się go nie doczekamy.

- Ty usiądź, babciu - zaproponowała Cybil. - Ja pójdę po dziadka. Po drodze poproszę, 

background image

żeby przygotowano nam herbatę.

-   Dobra   z   ciebie   dziewczyna.   -   Anna   poklepała   wnuczkę   po   ręce   i   usiadła   przy 

komiku. - Zawsze byłaś  taka. - Wskazała krzesło obok siebie. - Prestonie, widzieliśmy z 

Danielem twoją sztukę, kilka miesięcy temu, w Bostonie. Zrobiła na mnie wielkie wrażenie. 

Rodzina na pewno jest bardzo dumna z twoich sukcesów.

- Powiedziałbym, że raczej są zaskoczeni.

- Czasami to jedno i to samo. Na ogół nie spodziewamy się, że nasze dzieci czy 

rodzeństwo   mogą   wykazać   się   prawdziwym   geniuszem,   chociaż   przecież   kochamy   ich 

gorąco. Zwykle stanowi to dla nas zaskoczenie. Myślimy sobie, jak to możliwe, że przez te 

wszystkie lata nic nie zauważyliśmy?

- Zna pani moją rodzinę - powiedział cicho. - Wie pani więc, że moja sztuka jest 

bardzo bliska prawdziwego życia.

- Tak, wiem. Czasami ranę trzeba oczyścić, bo inaczej zaczyna się jątrzyć. Jak się 

miewa twoja siostra?

- Bardzo dobrze, dziękuję. Teraz dzieci są dla niej sensem życia.

- A co dla ciebie jest sensem życia, Prestonie? Zapewne praca?

- Najprawdopodobniej.

- Bardzo cię przepraszam. - Zła na siebie samą, Anna uniosła ramiona. - Wypytuję cię 

o osobiste sprawy, a to zwykle pozostawiam mojemu mężowi. Zapytałam o twoją siostrę, 

ponieważ pamiętam,  jak troskliwie się nią opiekowałeś na tamtym  balu wiosennym.  Tak 

samo Alan i Caine opiekowali się Sereną. Ją denerwowało to tak samo jak... Jennę? Twojej 

siostrze na imię Jenna, prawda?

- Tak. - Uśmiechnął się na wspomnienie dawnych czasów. - Doprowadzałem ją do 

szału. - Uśmiech szybko zniknął. - Gdybym później lepiej się nią opiekował, nie zostałaby tak 

dotkliwie skrzywdzona.

-   Przecież   to   nie   ty   ją   skrzywdziłeś   -   zauważyła.   -   Naprawdę   nie   chciałam 

przypominać ci o tych bolesnych sprawach. Opowiedz mi lepiej, nad czym teraz pracujesz. A 

może takie sprawy to tajemnica?

- Piszę historię miłosną, dziejącą się w Nowym Jorku. Przynajmniej ostatnio zaczęło 

się to zmieniać w historię miłosną.

Odwrócił na chwilę wzrok, kiedy na korytarzu rozległ się tubalny śmiech. Tak, to się 

chyba zamienia w historię miłosną, pomyślała Anna, uśmiechając się w duchu. .

- Nie poczęstowałaś gościa whisky, Anno?

Daniel wszedł do pokoju i natychmiast zdominował całe otoczenie. Mimo podeszłego 

background image

wieku nadal był  potężnie zbudowanym  energicznym  mężczyzną  o donośnym głosie. Nie-

bieskie   oczy   błyszczały   jak   jeziora   rodzinnej   Szkocji.   Włosy   i   gęsta   broda   przybrały 

śnieżnobiałą barwę.

- Czy tak się wita kogoś, kto przyjechał do nas mimo deszczu i przywiózł z miasta 

moją ulubioną wnuczkę?

-   No,   pięknie   -   wymamrotał   Matthew,   stając   za   dziadkiem.   -   Kiedy   trzeba   było 

naprawić pompę, to ja byłem ulubionym wnuczkiem.

- No i pompa naprawiona, prawda? - Daniel roześmiał się głośno i poklepał Matthew 

po ramieniu z czułością, jaką niedźwiedź grizzly przejawia wobec swoich małych pociech.

- Cieszę się, że pana widzę, panie MacGregor. - Preston podszedł do niego i wyciągnął 

rękę do powitania. Gdy Daniel kogoś naprawdę lubił, taki gest zwykle mu nie wystarczał. 

Tym razem także chwycił gościa w ramiona i uścisnął z siłą zamykającego się potrzasku.

-   Dobrze   wyglądasz,   McQuinn.   Szklaneczka   dobrej   whisky   zawsze   służy 

prawdziwemu Szkotowi.

- Dostaniesz kroplę whisky do herbaty, Danielu - powiadomiła go Anna i poszła po 

karafkę.

-   Kroplę!   -  Senior   rodu  wzniósł   oczy  do   nieba.   -  To   już   lepiej   nie   pić   w   ogóle. 

Powiedz mi, Preston, palisz cygara?

- Z zasady nie.

Anna spojrzała na męża ostrzegawczo.

- W takim razie, jeśli zobaczę cię z cygarem w ręku, Prestonie, łatwo się domyśle, kto 

ci je dał, zanim uciekł z pokoju.

-   Ta   kobieta   swoim   zrzędzeniem   wpędzi   mnie   do   grobu   -   wymamrotał   Daniel.   - 

Siadaj, chłopcze, i opowiedz mi, jak wam się z Cybil układa.

Preston drgnął z niepokojem. Wkraczali na niebezpieczny teren.

- Jak nam się układa? - powtórzył ostrożnie.

- No, przecież jesteście sąsiadami.

- A, tak. - Z ulgą usiadł w fotelu. - Mieszkamy naprzeciwko siebie.

- Śliczna jak pierwiosnek, co?

- Dziadku! - z przyganą jęknęła Cybil, wtaczając do pokoju pełną tacę. - Nie zaczynaj. 

McQuinn jest tutaj od niecałych dziesięciu minut.

- Czego mam nie zaczynać? - Daniel zmrużył powieki.

- Jesteś śliczna czy nie?

- Jestem prześliczna. - Roześmiała się i pocałowała go w czubek nosa. Korzystając z 

background image

okazji, konspiracyjnie  wyszeptała mu do ucha: - Jak będziesz  grzeczny, doleję ci więcej 

whisky do herbaty, kiedy babcia nie będzie patrzyła.

Daniel błysnął zębami w uśmiechu i wesoło poruszył brwiami.

- To się nazywa wnuczka!

- McQuinn, spróbuj tych bułeczek. Są nie z tej ziemi. - Zadowolona, że udało jej się 

przekupić dziadka, Cybil  położyła  kilka małych,  słodkich bułeczek na talerzyku. - Ja nie 

potrafię takich upiec. Wychodzą mi całkiem niezłe, ale daleko im do tych.

- Cybil jest doskonałą kucharką - poświadczył Daniel. Skrzywił się, widząc, jak żona 

wlewa do jego filiżanki skąpe dwie krople whisky. - Mam nadzieję, że od czasu do czasu 

podkarmiasz trochę tego młodego człowieka? Jak przystało na dobrą sąsiadkę.

-  Niedawno  zrobiła   nam  zapiekankę   z  kurczaka.  -  Matthew   posmarował  bułeczkę 

dżemem truskawkowym. Obiecał siostrze, że będzie odwodził dziadka od niebezpiecznych 

tematów. - Preston, napijesz się whisky czy wystarczy ci herbata?

- Chętnie napiję się whisky. Bez wody i lodu.

- A jak inaczej miałby pić whisky prawdziwy mężczyzna? - wymamrotał Daniel pod 

nosem, z niechęcią patrząc na swoją filiżankę. - A więc już wiesz, jak smakuje nasza Cybil - 

zwrócił się do Prestona i z trudem powstrzymując śmiech, patrzył, jak gość omal nie udławił 

się bułeczką.

- Słucham? - wykrztusił.

- No, już wiesz, jak dobrze gotuje. - Daniel popatrzył na niego niewinnie, chociaż w 

duchu cieszył się jak dziecko, że udało mu się wprawić Prestona w zakłopotanie. - Kobieta, 

która gotuje tak wspaniale, jak moja kochana wnuczka, powinna mieć rodzinę.

- Dziadku... - Cybil znacząco stuknęła palcem w swoją szklaneczkę whisky.

- O co ci chodzi? Tylko ostatni gamoń nie doceni dobrego, gorącego posiłku. Nie 

możesz się ze mną nie zgodzić, prawda, młodzieńcze?

Preston nadal miał poczucie, że rozmowa zmierza w niebezpiecznym kierunku.

- Zgadzam się - powiedział tylko.

- A widzisz! - Daniel uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły talerze. - Ha! McQuinn to 

dobre, godne szacunku nazwisko! A ty zasługujesz na to, żeby je nosić!

- Dziękuję - odrzekł czujnie Preston.

- Ale mężczyzna w twoim wieku musi zacząć się zastanawiać, co po sobie zostawi. 

Masz już pewnie trzydzieści lat, co?

- Zgadza się.

-   Trzydziestoletni   mężczyzna   powinien   dokonać   pewnych   podsumowań,   rozważyć 

background image

swoje obowiązki wobec nazwiska i rodziny.

- Mnie to czeka za kilka lat - wyszeptał Matthew do siostry.

Gorączkowo trąciła go łokciem.

- Zrób coś! - syknęła.

- Jeśli teraz czepi się mnie, zapłacisz mi za to.

- Wyznacz cenę.

- Nie martw się, wyznaczę - odparł Matthew, po czym z radosną miną ruszył prosto w 

paszczę   smoka.   -   Dziadku,   nie   opowiadałem   ci   jeszcze   o   kobiecie,   z   którą   się   ostatnio 

spotykam...

- Kobieta? - Daniel stracił wątek, zamrugał oczami i przeniósł uwagę na wnuka. - A 

cóż   to   za   kobieta?   Myślałem,   że   jesteś   zbyt   zajęty   robieniem   tych   swoich   wielkich, 

metalowych zabawek, żeby zwracać uwagę na kobiety.

- Zwracam na nie wielką uwagę. - Matthew uśmiechnął się i znacząco uniósł szklankę 

whisky. - Ta jest zupełnie wyjątkowa.

- Naprawdę? - zaciekawił się Daniel. - Rzeczywiście musi być niezwykła, skoro na 

dłużej cię zainteresowała.

-   O   tak,   nieustannie   pobudza   moje   zainteresowanie.   Nazywa   się   Lulu   -   wymyślił 

Matthew na poczekaniu. - Lulu LaRue. Ale to chyba jej pseudonim sceniczny. To tancerka. 

Tańczy w barze, na stołach.

- Tańczy na stołach! - ryknął Daniel. Anna z wielkim trudem zdusiła wybuch śmiechu 

i dalej spokojnie nalewała herbatę. - Pewnie nago?

-   Oczywiście,   że   nago.   Przecież   inaczej   nie   miałoby   to   żadnego   sensu.   Ma 

niesamowity tatuaż na...

- Naga, wytatuowana tancerka! A niech mnie! Matthew, czy ty chcesz złamać serce 

swojej matce! Anno, czy ty to słyszałaś?

- Naturalnie, że słyszałam. Matthew, przestań drażnić się z dziadkiem.

- Tak  jest, babciu.  - Matthew  uśmiechnął  się od ucha  do ucha i  spojrzał  w oczy 

Daniela, które zamieniły się w wąskie szparki. - Nie rozumiem jednak, dlaczego nie mógłbym 

sobie znaleźć jakiejś wytatuowanej, nagiej tancerki, gdybym tylko miał na to ochotę.

Deszcz   przestał   padać,   zapadła   noc   i   Preston   zakradł   się   do   pokoju   Cybil,   gdzie 

skorzystali z wygody, jaką zapewniało wielkie łoże z baldachimem.

Cybil zadowolona nuciła pod nosem. To był wspaniały dzień.

Tak wspaniały, że mogła się przytulić do ukochanego mężczyzny i udawać przed samą 

sobą, że Preston, jak w bajce, wspiął się tu do niej po murach zamku. I że ją kocha. I że 

background image

zostanie z nią na zawsze.

- Powiedz mi coś... - zaczął szeptem. Był zbyt rozluźniony, żeby się niepokoić tym, 

jak bardzo go cieszy jej bliskość i intymne ciepło.

- Dobrze, powiem ci coś. Mimo wyczerpujących badań, nie udało się z całą pewnością 

stwierdzić, ile dokładnie aniołów zmieści się na główce od szpilki.

- Myślałem, że 634.

- To tylko domysły.  Nie ustalono też, chociaż przeprowadzone zostały długoletnie 

studia, ile żab trzeba pocałować, żeby trafić na księcia.

- Nie dziwi mnie to. Ale... - Przysunął się bliżej niej.

-   Tak   naprawdę   chciałem   się   dowiedzieć,   a   ty   na   pewno   jesteś   w   stanie   mi   to 

wytłumaczyć,   o   co,   u   diabła,   chodziło   twojemu   dziadkowi,   kiedy   rozmawialiśmy   przy 

herbacie.

- Który fragment rozmowy masz na myśli? - Spojrzała na niego, odgarnęła włosy z 

czoła i wzniosła oczy do nieba.

- A, ten. Nie ostrzegłam cię, ponieważ miałam niemądrą nadzieję, że okaże się to 

zbędne. Wina leży wyłącznie po mojej stronie. - Ułożyła się tak, że jej ciało spoczywało teraz 

na jego ciele. - Wiesz, McQuinn, że masz piękne oczy? Są takie przejrzyste i błękitne jak 

woda. Można by się w nich utopić.

- Czy to szczera opinia, czy jedynie próba zmiany tematu?

- I to, i to - odparła, wiedziała jednak, że nie uda jej się uciec od tej rozmowy. Usiadła, 

pocałowała go i sięgnęła po leżący w nogach łóżka szlafrok.

- Dlaczego zawsze się ubierasz, kiedy chcesz ze mną porozmawiać?

Zerknęła  na  niego  przez  ramię   i  ku swojemu  zaskoczeniu  zauważył,  że  lekko  się 

zarumieniła.

- Może w głębi duszy jestem purytanką?

- Jeśli tak, to naprawdę w głębi - mruknął cicho, a potem z uśmiechem patrzył, jak 

Cybil  zawiązuje  pasek. - A wracając  do twojego dziadka i jego nagłego zainteresowania 

moim nazwiskiem, czy jak to nazwał przy kolacji, dobrą krwią przodków...

- Cóż, McQuinn, przecież jesteś Szkotem.

- Moja rodzina od trzech pokoleń mieszka na Rhode Island.

- Jakie to ma znaczenie na tle wielowiekowej historii rodu?

Wstała, wzięła z nocnego stolika dzbanek z wodą i napełniła jedną szklankę dla nich 

obojga.

- Najpierw cię przeproszę - powiedziała, nie patrząc na niego. - Mam nadzieję, że 

background image

rozumiesz dobre chęci dziadka. To wszystko z miłości. I nie zrobiłby tego, gdyby cię nie 

lubił.

Preston   poczuł   w   żołądku   lekki   ucisk,   najprawdopodobniej   wywołany 

zdenerwowaniem.

- Czego by nie zrobił?

- Nie domyśliłam się, albo po prostu nie uświadomiłam sobie tego jasno, dopóki tu nie 

przyjechaliśmy. A szkoda - powiedziała cicho. Usiadła na łóżku i podała mu szklankę.

- Kiedy mi powiedziałeś, że się znacie i że właśnie on powiedział ci o tym mieszkaniu, 

powinnam się była nad tym zastanowić. Cóż... - wzruszyła ramionami. - To i tak nic by nie 

zmieniło.

- Co takiego, Cybil?

Westchnęła, uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.

- Wybrał cię specjalnie dla mnie. To dlatego że mnie kocha - dodała szybko. - Myśli, 

że wie, co jest dla mnie najlepsze: małżeństwo, rodzina, dom. I najwyraźniej widzi ciebie w 

roli mojego męża.

To nie z nerwów ściskało Prestona w żołądku. Uświadomił sobie, że to najczystsze 

przerażenie.

- Skąd mu to, u diabła, przyszło do głowy? - zapytał gniewnie i gwałtownie odstawił 

szklankę na stolik.

-   To   nie   jest   zniewaga,   McQuinn.   -   Jej   głos   brzmiał   o   wiele   chłodniej.   -   To 

komplement. Jak już mówiłam, dziadek bardzo mnie kocha, więc sam rozumiesz, że musi 

mieć o tobie bardzo dobre mniemanie, skoro uznał, że nadajesz się na mojego męża i na ojca 

jego licznych prawnuków, na które ma wielką nadzieję.

- Myślałem, że nie chcesz wychodzić za mąż.

- Nie powiedziałam, że chcę, tylko że on tego dla mnie pragnie. - Uniosła dumnie 

głowę i znów podniosła się z łóżka. Wzięła szczotkę i zaczęła przeczesywać nią włosy.

- Natomiast fakt, że taka myśl najwyraźniej cię przerażajest dla mnie obelgą.

- Bo ty pewnie uważasz, że to zabawne.

- Wydaje mi się to... bardzo miłe.

-   Wydaje   ci   się   miłe,   że   twój   dziewięćdziesięcioparoletni   dziadek   wybiera   ci 

kandydata na męża?

- Przecież nie porywa ich z ulicy i nie przesłuchuje w piwnicach swojego domu. - 

Urażona rzuciła szczotkę na toaletkę. - Nie wpadaj w panikę, McQuinn. Jeszcze nie wy-

drukowałam zaproszeń i nie zamówiłam tortu weselnego. Jestem w stanie sama sobie znaleźć 

background image

kandydata, kiedy będę chciała wyjść za mąż. A jak już mówiłam, nie chcę. - Nie wiedziała, co 

zrobić z rękami, więc nabrała ze słoiczka kremu i zaczęła go wcierać w dłonie. - Jestem 

zmęczona i chciałabym się położyć. A ponieważ nie lubisz zostawać ze mną w łóżku do rana, 

powinieneś już wyjść.

Zastanawiał   się,   czy   w   jej   odbitych   w   lustrze   oczach   widzi   tylko   złość,   czy   coś 

jeszcze.

- Dlaczego się złościsz?

- Dlaczego się złoszczę? - powtórzyła cicho. Nie wiedziała, czy ma ochotę krzyczeć, 

czy płakać. - Jak ktoś, kto tak trafnie i z taką wrażliwością pisze o tym, co się dzieje w lu-

dzkich sercach, może zadać tego rodzaju pytanie? Dlaczego się złoszczę? A jak myślisz, 

Preston? - Odwróciła się do niego.

- Dlatego że siedzisz na łóżku, w którym  przed chwilą byliśmy razem, w pościeli 

jeszcze ciepłej od naszych ciał i jesteś strasznie przerażony, ponieważ ktoś, kto mnie kocha, 

sądzi, że między nami powinno być coś więcej niż tylko seks.

- Ależ między nami jest coś więcej niż seks. - Poczuł, że i w nim narasta gniew. 

Szybkim ruchem włożył spodnie.

- Jest coś więcej? Czyżby?

Jej chłodny, obojętny ton sprawił, że Prestona zakłuło poczucie winy.

- Zależy mi na tobie, Cybil. Wiesz o tym.

- Dobrze się ze mną bawisz. To nie to samo.

Tak, w jej oczach lśniło coś więcej niż złość. Do takiego wniosku doszedł, zanim się 

odwróciła. Czaił się w nich ból. Chociaż nie chciał tego zrobić, znów ją zranił.

Wziął ją za ramię i odwrócił twarzą do siebie.

- Zależy mi na tobie.

- W porządku. - Dotknęła jego ręki, ścisnęła ją i szybko cofnęła dłoń. - Zapomnijmy o 

tym.

Chciał się na to zgodzić, żeby bardziej nie komplikować sytuacji, ale zauważył, że w 

uśmiechu, jaki mu posłała, zanim podeszła do okna, krył się smutek. Jej oczy nadal wyrażały 

ból.

- Cybil, nic więcej nie potrafię ci dać.

- O nic więcej nie prosiłam. O, wyszedł księżyc. Wiatr rozwiał wszystkie chmury. 

Jutro pójdziemy nad urwisko. - Bezwiednie roztarta ramiona. Serce w niej krwawiło. - Trzeba 

chyba dorzucić drewna do kominka, zrobiło się zimno.

- Zaraz to zrobię.

background image

Ogień w kominku z polnych kamieni płonął jasnym, wesołym płomieniem. Mimo to 

Preston wziął spore polano z rzeźbionej skrzyni i włożył w ogień, który natychmiast zaczął je 

lizać chciwymi językami.

Przez   chwilę   jedynym   dźwiękiem   w   pokoju   były   trzaski   i   syczenie   palącego   się 

drewna.

Może właśnie dlatego, że Cybil o nic go nie pytała, nie żądała żadnych wyjaśnień, 

poczuł, że musi jej o sobie coś opowiedzieć.

- Może usiądziesz? - zaproponował.

- Wolę stać tu i patrzeć na gwiazdy. W Nowym Jorku nie widać gwiazd. Za dużo 

świateł. Zapominamy, że można patrzeć w niebo, nie zastanawiamy się nawet, gdzie podziały 

się gwiazdy. W Maine, gdzie dorastałam, na niebie roiło się od nich. Nie zdaję sobie sprawy, 

jak bardzo mi ich brakuje, dopóki ich znów nie zobaczę. To zadziwiające, bez jak wielu 

rzeczy można się obyć przez jakiś czas i nawet nie zauważyć, że ich nie ma. - Zesztywniała, 

kiedy położył  jej ręce na ramionach, ale zaraz całym  wysiłkiem woli rozluźniła mięśnie. 

Odwróciła się do niego z uśmiechem.

- Skoro już jesteśmy na wsi, to może pójdziemy na spacer, żeby trochę popatrzeć na 

rozgwieżdżone niebo?

- Nie. Usiądź i posłuchaj mnie.

- Dobrze. - Bardzo starała się zachowywać spokojnie. Podeszła do głębokiego fotela 

przy kominku i usiadła.

- Słucham cię, Preston.

Usiadł w fotelu obok niej, pochylił się naprzód i patrząc jej prosto w oczy, zaczął 

mówić:

- Zawsze chciałem pisać. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek myślał o innym zajęciu. 

Nie powieści, chociaż takie było marzenie mojego ojca. Od początku wiedziałem, że to będą 

sztuki teatralne. Wszystko  miałem jasno ułożone. Scenografia,  każdy akt, ruchy aktorów, 

dokładny kąt i natężenie świateł. Często, może zbyt często, to był jedyny mój świat, świat, w 

którym   żyłem.   Pochodzisz   z   wybitnej   rodziny.   Znacie   mnóstwo   ludzi,   macie   wiele 

obowiązków towarzyskich, prawda?

- Tak, prawda.

- Moja rodzina jest podobna. Znosiłem takie życie, czasami nawet sprawiało mi ono 

przyjemność, ale najczęściej starałem się go unikać.

- Cenisz swoją prywatność. Rozumiem to - stwierdziła. - Mój ojciec jest taki sam. I 

Matthew.

background image

-   Ceniłem   swoją   prywatność   i   bardzo   jej   potrzebowałem.   -   Preston   był   zbyt 

niespokojny, żeby usiedzieć w miejscu, więc zaczął krążyć po pokoju. - Kocham rodziców i 

siostrę, chociaż niekiedy wcale się nie rozumiemy. Na pewno zraniłem ich wiele razy, przez 

bezmyślność i nieuwagę, ale naprawdę ich kocham.

- Ależ oczywiście... - zaczęła, jednak zamilkła, kiedy w odpowiedzi tylko potrząsnął 

głową.

-   Moja   siostra,   Jenna,   zawsze   była   towarzyska   i   przez   wszystkich   lubiana.   To 

wspaniała kobieta. Nie miała jeszcze dwudziestu jeden lat, kiedy wyszła za mąż za mojego 

najlepszego przyjaciela z college'u. Sam ich ze sobą poznałem.

Wciąż jeszcze odczuwał palący ból, kiedy o tym myślał. To on zapoczątkował ciąg 

wydarzeń, który doprowadził do nieszczęśliwego końca. Zerknął na wodę w szklance i po-

żałował, że to nie whisky.

- Świetnie do siebie pasowali - mówił dalej. - Kochali się, byli pełni nadziei i planów 

na przyszłość. Jacob urodził się prawie rok po ślubie, a w niecały rok później Jenna znów 

zaszła w ciążę i bardzo się z tego cieszyła. - Wsunął ręce do kieszeni i stanął przy oknie, ale 

nie widział gwiazd. - Mniej więcej w tym samym czasie wystawiano moją pierwszą sztukę. 

Grali miejscowi aktorzy,  ale ich teatr cieszył się świetną opinią. Mój ojciec jest znanym 

pisarzem, więc praca jego syna wzbudziła zainteresowanie.

- Sama w sobie jest interesująca - oświadczyła Cybil. Spojrzał na nią z wdzięcznością.

-   Teraz   już   w   to   wierzę.   Ale   wtedy,   na   samym   początku,   miałem   mnóstwo 

wątpliwości. Bardzo chciałem wybić się sam, nie polegać na sławie ojca. Oczywiście, wiele w 

tym było pychy - stwierdził z namysłem. - Ale też wiele szacunku dla ojca. Cokolwiek się za 

tym kryło, ta pierwsza sztuka była dla mnie ogromnie ważna.

Odwrócił   się   od   niej,   jakby   potrzebował   chwili   na   zebranie   myśli,   więc   Cybil 

odezwała się znowu:

- Kiedy miał się ukazać  pierwszy odcinek  mojego komiksu, całą noc nie spałam. 

Kocham swoją pracę, ale nie zniosłabym, gdyby ludzie myśleli, że chcę się posłużyć na-

zwiskiem ojca dla osiągnięcia popularności.

- Niektórzy ludzie będą tak myśleć, choćbyś dokonała nie wiem czego - powiedział 

Preston. - Nie wolno się nimi przejmować. Najważniejsza jest praca. Wtedy dla mnie naj-

bardziej   liczyła   się   moja   sztuka.   Brałem   udział   we   wszystkich   stadiach   przygotowań,   w 

projektowaniu   scenografii,   kostiumów,   wyborze   obsady,   w   próbach   i   ustawieniu   świateł. 

Wszystkiego chciałem sam dopilnować.

Uśmiechnęła się leciutko.

background image

- Założę się, że doprowadzałeś wszystkich do szału, włącznie z sobą samym.

-   Oczywiście.   Cały   zespół   był   jednak   nie   tylko   bardzo   uzdolniony,   ale   i   bardzo 

cierpliwy.   Aktorka   grająca   główną   rolę   oszołomiła   mnie   urodą.   Nigdy   przedtem   nie 

spotkałem tak pięknej kobiety. Właśnie skończyłem dwadzieścia pięć lat i zakochałem się w 

niej   bez   pamięci.   Każda   minuta   spędzona   w   jej   towarzystwie   była   dla   mnie   darem. 

Wystarczyło mi, że patrzyłem, jak gra, słuchałem, jak wypowiada kwestie, które wyszły spod 

mojego pióra. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy na mnie patrzyła i pytała, czy tak właśnie ma 

to zagrać. Im bardziej zacieśniał się nasz związek, tym mniej liczyła się dla mnie sztuka. Ona 

była   taka   łagodna,   taka   słodka,   a   nawet   trochę   nieśmiała,   kiedy   schodziła   ze   sceny. 

Wykorzystywałem każdy pretekst, żeby z nią być. Potem zauważyłem, że ona również szuka 

mojego towarzystwa. Zostaliśmy kochankami pewnego niedzielnego popołudnia, w jej łóżku. 

Potem rozpłakała się i powiedziała mi, że mnie kocha. W tamtej chwili chyba dałbym sobie 

za nią uciąć rękę.

Cybil splotła dłonie na kolanach i zaczęła sobie wyobrażać, jak to jest być tak mocno 

kochaną przez takiego mężczyznę  jak Preston. Nie odzywała  się, ponieważ wiedziała, że 

jeszcze nie skończył, a to, co miał powiedzieć, ciągle jeszcze jest dla niego bolesne.

- Całymi tygodniami mój świat kręcił się wokół niej - ciągnął. - Odbyła się premiera, 

sztuka zebrała bardzo przyzwoite recenzje. A ja myślałem tylko o tym, że dzięki tej sztuce 

poznałem ją. Tylko to się dla mnie liczyło.

- Miłość zawsze powinna się liczyć najbardziej.

- Czyżby? - Roześmiał się krótko, w jego oczach rozbłysły iskierki cynizmu. - Ale 

słowa są trwalsze, Cybil. Dlatego właśnie pisarz powinien przywiązywać wagę do nich. Tylko 

do nich.

Miłość jest trwalsza, pomyślała. Chciała powiedzieć to głośno, ale domyśliła się, że w 

tym wypadku prawda była inna.

- Kupowałem jej prezenty, ponieważ ją uszczęśliwiały - mówił Preston - zabierałem 

na tańce i do klubu, bo uwielbiała towarzystwo.  Była  taka  piękna, zasługiwała  na odpo-

wiednią oprawę. A do tego potrzeba eleganckich strojów, drogiej biżuterii, prawda? Dlaczego 

miałem jej tego nie kupić? A jeśli potrzebowała trochę pieniędzy na jakieś drobne wydatki, 

dlaczego nie wypisać czeku? Przecież to tylko pieniądze, a tych mi nie brakowało.

Cybil widziała, dokąd zmierza ta opowieść, a przynajmniej tak jej się wydawało. Tak 

bardzo  chciała  do niego   podejść,   objąć   go, pocieszyć.   Jednak  w  jego  głosie  nie  słyszała 

smutku, tylko gorycz.

- Miała talent, a ja chciałem jej pomóc zostać gwiazdą. Dlaczego więc dla dobra jej 

background image

kariery nie wykorzystać moich znajomości, wpływów ojca, rodziny?

- Kochałeś ją - powiedziała Cybil cicho. - Dla kogoś, kogo kochamy, jesteśmy w 

stanie zrobić więcej niż dla siebie.

- I to ma być wytłumaczenie? - Potrząsnął głową. - Nie, wykorzystywanie innych 

nigdy nie jest w porządku. Ale wtedy tak nie myślałem.  Zaczęła coś  wspominać o mał-

żeństwie,   z   początku   nieśmiało,   niemal   z   lękiem.   Wahałem   się.   Powinna   całą   uwagę 

poświęcić karierze. Z założeniem domu mogliśmy poczekać. Powiedziałem jej, że kiedy sztu-

ka zejdzie z afisza, a jej kariera nabierze rozpędu, pojedziemy do Nowego Jorku i kupimy 

sobie własny teatr. Razem zostaniemy właścicielami teatru. Któregoś dnia przyszła do mnie 

zapłakana, roztrzęsiona i tak blada, że pod jej piękną skórą można było dostrzec każdą żyłkę. 

Wyznała mi, że jest w ciąży. Z jej ślicznych oczu popłynęły łzy strachu.

Obwiniała siebie i błagała mnie, żebym jej nie opuszczał. Gdzie by się podziała, co by 

zrobiła? Miała tak mało pieniędzy. Bała się. Myślała, że ją znienawidzę.

- Przecież na pewno jej wtedy nie znienawidziłeś - wyszeptała Cybil.

- Oczywiście, że nie. Nie znienawidziłem jej, nie winiłem za nic. Bałem się, byłem 

zaskoczony, ale również szczęśliwy. Decyzja zapadła jakby bez naszego udziału. Stało się i 

teraz już nie musiałem myśleć rozsądnie, ale po prostu mogliśmy się zaraz pobrać i zacząć 

wspólne życie.

- Znów zaczął krążyć po pokoju, jak niespokojne zwierzę w klatce. - Pieniądze nie 

stanowiły problemu. W wieku dwudziestu pięciu lat uzyskałem prawo do części spadku po 

dziadkach. Jeszcze więcej miałem dostać po skończeniu trzydziestego roku życia. Pieniądze 

nie stanowiły problemu - powtórzył. Wziął pogrzebacz i z wściekłością rozgarnął płonące 

bierwiona. - Osuszyłem jej łzy, przytuliłem, zapewniłem, że wszystko będzie dobrze. Będzie 

wręcz cudownie. Zostaniemy w Newport do narodzin dziecka, potem wyjedziemy do Nowego 

Jorku, tak jak wcześniej planowaliśmy. Będzie nas troje, a nie dwoje i będziemy szczęśliwi... 

Nasze   pożegnanie   było   wzruszające.   Ja   płakałem,   a   ona   wróciła   do   swojego   małego 

mieszkanka, żeby trochę odpocząć i zadzwonić do rodziny z cudowną wiadomością. Umówi-

liśmy   się,   że   tego   samego   dnia,   po   przedstawieniu,   złożymy   wizytę   moim   rodzicom   i 

wszystko im powiemy. Natychmiast zacząłem robić plany. Wyobrażałem sobie siebie jako 

męża, ojca naszego dziecka...

- Chciałeś tego dziecka - stwierdziła Cybil. Przypomniała sobie, jak naturalnie wziął 

na ręce małego Charliego.

- Tak, chciałem. - Stanął plecami do kominka i spojrzał na Cybil. Wzrok miał chłodny. 

- Chciałem i jej, i dziecka. Cieszyłem się perspektywą wspólnego życia. Byłem niemal w 

background image

siódmym niebie, kiedy zjawiła się u mnie siostra.

Zamilkł na chwilę. Wciąż dobrze pamiętał każdy jej ruch i gest. Jakby to była jeszcze 

jedna sztuka na scenie teatru.

- Jenna płakała i drżała tak samo jak Pamela. I tak jak Pamela była w ciąży. Bardziej 

zaawansowanej. Bałem się, że sobie zaszkodzi. Rzuciła się w moje ramiona, szlochając bez 

końca. Wreszcie, kiedy odzyskała głos, powiedziała mi, że jej mąż ma romans. - Głos mu się 

teraz zmienił, stał się bardziej ponury. - Opowiedziała mi, jak zostawiła małego Jacoba z 

matką i wróciła do domu, ponieważ czegoś zapomniała. Miały gdzieś jechać na cały dzień, 

więc maż oczekiwał jej powrotu później niż godzinę po wyjściu. Nie spodziewał się, że Jenna 

wejdzie do sypialni i zastanie go z kochanką. Zobaczyła obcą kobietę we własnym łóżku i 

męża nerwowo wciągającego spodnie.

- Och, Preston. Jakie to musiało być dla niej okropne. - Cybil wstała i podeszła do 

niego, żeby go pocieszyć. - Jakie straszne dla całej twojej rodziny. Ona pewnie... - Nagle 

domyśliła się, co usłyszy. Przypomniały jej się niektóre sceny z jego najsłynniejszej sztuki. - 

Och nie, Boże...

Nie chciał przyjąć jej współczucia.

- W „Zagubionych duszach” nosi imię Leanna, ale to dokładny portret Pameli - mówił. 

- Piękna, sprytna i zimna. Kobieta, która grała na scenie i w życiu. Potrafiła manipulować 

mężczyzną   jak   marionetką.   Dla   pieniędzy,   wpływów,   kariery   wyszłaby   za   mnie.   W   ten 

sposób dałaby znaczące w towarzystwie nazwisko dziecku, którego ojcem był mój najbliższy 

przyjaciel, mąż mojej siostry. Ale ja już nie byłem tym zainteresowany.

- Kochałeś ją, a ona cię zraniła. Okaleczyła cię. Tak mi przykro...

- Owszem, kochałem ją i odebrałem od niej cenną lekcję. Nie należy ufać sercu. Moja 

siostra zaufała swojemu i omal jej to nie zniszczyło. Gdyby nie Jacob i dziecko, które dopiero 

miało się urodzić, nie przeżyłaby tego. Dzieci jej potrzebowały, dlatego jakoś to wszystko 

wytrzymała.

- Ale ty nie miałeś takiego oparcia.

- Miałem pracę  i satysfakcję  z ostatniej  rozmowy z kobietą, która odcisnęła takie 

piętno na naszym życiu. Płakała i zaklinała się, że to wszystko kłamstwa, jakaś straszliwa 

pomyłka.   Błagała   mnie,   żebym   jej   uwierzył,   i  prawie   dopięła   swego.   Umiała   kłamać   po 

mistrzowsku.

- Kochałeś ją i chciałeś jej wierzyć - wyszeptała Cybil.

- Może i tak. Zaczęliśmy się kłócić i wtedy maska opadła z jej twarzy. Wreszcie 

zobaczyłem jej prawdziwe oblicze - oblicze złej, kłamliwej kobiety. Kobiety, która dla czystej 

background image

przyjemności, bez skrupułów uwiodła cudzego męża, a ze mną była dla pieniędzy i sławy. - 

Uśmiechnął   się   blado.   -   Do   końca   grała   w   mojej   sztuce.   Nie   można   przerywać 

przedstawienia.

- Jak to zniosłeś?

- Była doskonałą aktorką, a ja powtarzałem sobie, że moja praca jest ważniejsza od 

niej, ważniejsza niż cokolwiek innego. - Uniósł brew. - Uważasz, że to była z mojej strony 

wyrachowana decyzja?

- Nie. - Położyła mu dłonie na ramionach, potem na policzkach. Zastanawiała się, czy 

Preston nie rozumie, że jeszcze nie otrząsnął się po tamtych wydarzeniach, nie wyleczył ran. - 

Zachowałeś się dzielnie. - Przytuliła się do niego i westchnęła głęboko, kiedy otoczył ją 

ramionami. - Ona nie zasługiwała nawet na najmniejszy kawałek twojego serca. Ani wtedy, 

ani teraz.

- Teraz jest tylko interesującą postacią dramatu. Nigdy już nie dam nikomu tyle z 

siebie. Nie mam nic więcej do ofiarowania.

-   Jeśli   naprawdę   w   to   wierzysz,   ona   nadal   jest   w   twoim   sercu.   -   Do   oczu   Cybil 

napłynęły łzy. - W ten sposób pozwalasz jej wygrać.

-   Nikt   z   nas   nie   wygrał,   ani   ja,   ani   moja   siostra,   ani   przyjaciel.   Troje   głęboko 

zranionych ludzi. Pamela zyskała tylko kilka propozycji pracy. Nikt nie wygrał - powtórzył 

szeptem   i   otarł   łzę   z   jej   policzka.   -   Nie   płacz.   Nie   opowiedziałem   ci   tego   po   to,   żeby 

doprowadzić cię do płaczu. Chciałem tylko, żebyś zrozumiała, kim jestem.

- Wiem, kim jesteś. I nic nie poradzę, że czuję twój ból.

- Cybil... - Przyciągnął ją do siebie. - Jeśli nadal będziesz nosiła serce na dłoni, ktoś ci 

je w końcu złamie.

Zamknęła oczy. Co miała mu powiedzieć? Że już się to stało?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Daniel uznał, że najwyższa pora porozmawiać z młodym Prestonem na osobności. Z 

łatwością zwabił go do swojego gabinetu w wieży, kiedy Cybil i Anna były zajęte w innej 

części   domu,   a   Matthew   gdzieś   przepadł,   zapewne   w   poszukiwaniu   inspiracji   do   swojej 

kolejnej metalowej zabawki.

Rzeźby wnuka niezmiennie napawały Daniela dumą, ale też zadziwiały.

- Siadaj, chłopcze. Rozprostuj nogi. - Daniel podszedł do półki z książkami i wziął 

egzemplarz „Wojny i pokoju”. Z wyciętej w tomie skrytki wyjął cygaro. - Skusisz się?

Preston spojrzał na niego zaskoczony.

- Nie, dziękuję. Bardzo interesująca lektura, panie MacGregor.

- Człowiek robi, co może, żeby żona nie zrzędziła nad uchem. - Daniel przesunął 

cygaro pod nosem, z uznaniem wciągnął jego zapach, westchnął uszczęśliwiony i wolno za-

palił. Ten rytuał był ważną częścią przyjemności.

Otworzył kluczykiem dolną szufladę wielkiego dębowego biurka i wyjął dużą muszlę. 

Miała mu służyć za popielniczkę. Obok postawił miniaturowy wiatraczek na baterię. To był 

jego najnowszy sprzęt, za pomocą którego chciał wywieść w pole Annę.

-   Żona   zabrania   mi   palić.   -   Żeby   podkreślić   tragizm   tej   sytuacji,   Daniel   smutno 

potrząsnął głową. - A im jest starsza, tym ma ostrzejszy węch. Wywęszy wszystko, jak pies 

gończy - westchnął i usiadł wygodniej w wielkim, skórzanym fotelu.

- A co będzie, jeśli tu wejdzie? - zaciekawił się Preston.

- Będziemy się tym martwić, kiedy już się to stanie. Powiedz mi tymczasem, chłopcze, 

jak ci idzie pisanie.

- Bardzo dobrze.

- Wiedz, że pytam o to jako inwestor. Jestem tobą zainteresowany.

- Rozumiem.

- Podziwiam książki twojego ojca. Mam tu kilka. - Wypuścił w powietrze kłąb dymu. 

- A wróble ćwierkają, że Hollywood zainteresował się twoją sztuką.

- Ma pan dobre ucho.

- Owszem. Jak się odnosisz do tego pomysłu, żeby zamienić sztukę w film?

- To może być ciekawe.

- Grywasz w pokera, prawda?

- Zdarzało się, że siadałem do stolika.

- Założę się, że potrafisz grać. Trudno poznać, co masz w kartach. Podoba mi się to. - 

background image

Z namysłem strzepnął popiół do muszli. - Zamierzasz zostać w Nowym Jorku jeszcze przez 

kilka miesięcy, tak?

- Na pewno co najmniej przez miesiąc. Do tego czasu zakończą się główne prace w 

moim domu.

- To piękny, duży dom, do tego nad morzem. - Daniel uśmiechnął się, kiedy Preston 

spojrzał na niego czujnie. - Wróble ćwierkają mi o różnych rzeczach. Dobrze, gdy mężczyzna 

ma własny dom. Niektórzy z nas nie nadają się do życia w ulu. Konieczna nam przestrzeń dla 

siebie i dla rodziny, żeby móc się rozwijać. Potrzebujemy miejsca, gdzie można spokojnie 

wypalić cygaro! - Dramatycznym gestem uniósł ramiona, a Preston z trudem zapanował nad 

sobą, żeby się nie roześmiać.

- Święta prawda - zgodził się. - Oczywiście, mój dom nie może się równać z pana 

domem.

- Jesteś  jeszcze  młody. Masz  czas. Zbudujesz  kiedyś większy. Na pewno też  nad 

morzem, bo nad morzem się wychowałeś.

-   Nie   chciałbym   mieszkać   w   mieście.   -   Preston   cały   czas   był   spięty.   Nie   bardzo 

wiedział,   dokąd   zmierza   ich   rozmowa.   -   A   gdybym   wylądował   na   jakimś   podmiejskim 

osiedlu, po tygodniu poderżnąłbym sobie gardło.

Daniel roześmiał się i spojrzał na niego przez kłąb dymu.

-   Pilnie   strzeżesz   swojej   niezależności,   co   jest   całkiem   rozsądne.   Ale   kiedy 

niezależność i potrzeba prywatności zamienia się w izolację, sytuacja przestaje być zdrowa, 

prawda?

-   Kiedy   wyglądam   z   okna   pana   zamku,   nie   widzę   jakoś   żadnych   sąsiadów 

zaglądających przez żywopłot.

-   Rzeczywiście   -   ze   śmiechem   odrzekł   Daniel.   -   Owszem,   dbamy   o   zachowanie 

prywatności, ale nie izolujemy się od ludzi. Wiesz, że Cybil też wychowała się nad morzem? 

- Wsunął cygaro między zęby. - W domu na wybrzeżu stanu Maine, gdzie jej ojciec strzegł 

swojej prywatności jak lew.

- Tak, słyszałem - odrzekł Preston ostrożnie.

- Jej ojciec to przyzwoity człowiek, chociaż Campbell. - Stary MacGregor zabębnił 

palcami o skraj biurka. - Były takie czasy, że szkocki góral za żadne skarby nie wpuściłby 

Campbella za próg. Mam nadzieję, że nie żywisz nienawiści do niego ani nikogo z tego rodu?

Upłynęła minuta, a może nawet dwie, zanim Preston zrozumiał, że Daniel ma na myśli 

wypadki   podczas szkockiego   powstania   sprzed  dwustu   lat.  Wiedząc,  że  wybuch śmiechu 

byłby tu nie na miejscu, udał, że dostał ataku kaszlu.

background image

- Nie - odparł poważnie. - Czasy się zmieniają. Trzeba iść naprzód.

- Słuszne słowa! - Zadowolony Daniel uderzył pięścią w biurko. - Jak już mówiłem, to 

przyzwoity człowiek, a jego żona to wspaniała kobieta. Też płynie w niej dobra krew. Mogą 

być dumni ze swoich dzieci.

- Na pewno ma pan rację.

- Oczywiście, że mam. Sam widziałeś, prawda? Moja Cybil to piękna i mądra młoda 

kobieta. Serce ma wielkie jak księżyc, a gorące jak słońce. Przyciąga do siebie ludzi jak 

magnes. Jest w niej jakieś światło, nie sądzisz?

- Tak. To wyjątkowa osoba.

- Nie ma w niej ani krzty fałszu i przebiegłości - ciągnął Daniel, spoglądając bystro na 

swojego rozmówcę. - Zbyt często zapomina jednak o własnych uczuciach, żeby czasem nie 

zranić kogoś innego. Nie, nie jest słaba. Nikt, w kim płynie tyle dobrej szkockiej krwi, nie 

może być słaby. Zapędzona w róg będzie się bronić do ostatka, ale prędzej zada ból sobie, niż 

skrzywdzi innego człowieka. Trochę się więc o nią martwię...

Wszystko   to,   co   mówił   Daniel,   było   Prestonowi   wiadome,   mimo   to   niespokojnie 

poruszył się w fotelu.

- Moim zdaniem nie musi się pan martwić o Cybil.

- Martwienie się o wnuki to prawo, obowiązek i miły przywilej  każdego dziadka. 

Cybil szuka miejsca, gdzie mogłaby przelać całą miłość, jaką w sobie nosi. Mężczyzna, który 

zdobędzie jej serce, będzie do końca życia szczęśliwy.

- Niewątpliwie.

- Wiem, że wpadła ci w oko, McQuinn. - Daniel pochylił się ku swemu rozmówcy. - 

Nie muszę słuchać żadnych wróbli, żeby to wiedzieć.

- Jak pan sam mówił, to piękna kobieta.

- A ty jesteś trzydziestoletnim kawalerem. Jakie masz intencje wobec niej?

No, wreszcie przechodzimy do rzeczy, stwierdził w duchu Preston.

- Nie mam żadnych - odrzekł.

- A  więc najwyższa  pora, żebyś  je znalazł.  - Dla podkreślenia  wagi swoich  słów 

Daniel uderzył dłonią w biurko. - Chyba nie jesteś ślepy ani głupi, co?

- Nie jestem.

-   Więc   co   cię   powstrzymuje?   Ta   dziewczyna   to   dokładnie   to,   czego   ci   w   życiu 

potrzeba! Przy niej nie byłbyś taki śmiertelnie poważny, nie zakopałbyś się w swojej norze 

jak niedźwiedź liżący rany! - Znacząco wskazał  na niego cygarem. - A gdybym  nie był 

pewny, że jesteś odpowiednim mężczyzną dla mojej wnuczki, na pewno nie znalazłbyś się w 

background image

jej pobliżu. Zapewniam cię.

- Wiem. To pan mnie rzucił pod jej próg, niby to wyświadczając mi przysługę. - 

Zdenerwowany Preston zerwał się z fotela. Czuł się tak, jakby schwytano go w pułapkę.

- Oddałem ci największą przysługę w życiu. Powinieneś mi dziękować, a nie patrzeć 

tak, jakbyś miał ochotę skręcić mi kark.

- Nie wiem, jak rodzina i przyjaciele traktują pana manipulacje, ale mnie się one nie 

podobają i wcale ich nie potrzebuję.

-   Ależ   potrzebujesz,   potrzebujesz!   -   zagrzmiał   Daniel.   -   Gdyby   było   inaczej,   nie 

zadręczałbyś się czymś, co dawno minęło, a zająłbyś się teraźniejszością.

Gniewne płomienie w oczach Prestona zamieniły się w lód.

- To moja prywatna sprawa.

-   Raczej   twoja   wada   -   zaoponował   Daniel.   Z   przyjemnością   patrzył,   jak   Preston 

doskonale panuje nad swoim wzburzeniem. - Każdy może mieć jedną czy dwie. Żyję na tym 

świecie ponad dziewięćdziesiąt lat, obserwuję ludzi, oceniam ich, widzę takimi, jacy są w 

rzeczywistości. Coś ci powiem, McQuinn. Ty jeszcze tego nie wiesz, bo jesteś albo zbyt 

młody, albo zbyt uparty. Pasujecie do siebie. Uzupełniacie się.

- Myli się pan.

- W żadnym wypadku! Moja wnuczka nie zaprosiłaby cię do tego domu, gdyby cię nie 

kochała. A ty byś z nią tu nie przyjechał, gdybyś nie czuł tego samego.

Tym razem Daniel zauważył z satysfakcją, że Preston pobladł. Cóż, niektórzy ludzie 

boją się miłości.

- Źle pan ocenił sytuację. - Preston mówił spokojnie, chociaż szalała w nim burza 

uczuć. - To, co jest miedzy mną a Cybil, nie ma nic wspólnego z miłością. A jeśli ją zranię, 

pan również będzie za to odpowiedzialny. - Z tymi słowy wymaszerował gniewnie z gabinetu.

Daniel   wypuścił   kłąb   dymu   z   cygara.   Wiedział,   że   ból   jest   nieodłączną   częścią 

miłości. Z niechęcią przyznał przed sobą, że jego ukochaną wnuczkę zapewne czekają trudne 

chwile. Owszem, częściowo i on ponosił za to winę. Ale kiedy Preston przestanie się wić jak 

uparty pstrąg na haczyku i da jej wreszcie szczęście...

Ciekawe,   komu   wtedy   będą   się   należały   podziękowania,   jeśli   nie   Danielowi 

MacGregorowi, pomyślał i z błogim uśmiechem dokończył cygaro.

Cybil martwiła się, że wizyta  w Hyannis Port wprawiła Prestona w rozdrażnienie. 

Nawet po powrocie do Nowego Jorku nie opuścił go zły nastrój.

Nie winiła go za to. Pogodziła się z faktem, że to trudny człowiek. Czy mogło być 

inaczej po tym, co go spotkało?

background image

Musi długo trwać, zanim taki wrażliwy człowiek, którego ktoś tak okrutnie zranił, 

znów komuś zaufa i zdecyduje się okazać uczucie.

Oczywiście mogła na niego zaczekać.

Ale to bardzo bolało. Nie mogła nie czuć bólu, kiedy Preston odwracał się od niej 

trochę zbyt szybko, zamykał się przed nią u siebie i pogrążał w pracy, uciekał do klubu lub na 

spacer. Często teraz wychodził o najróżniejszych godzinach i jasno dawał jej do zrozumienia, 

że chce spacerować sam, bez jej towarzystwa.

Powtarzała sobie, że to praca wprawia go w taki nastrój, chociaż nie mogła być tego 

pewna, ponieważ przestał z nią rozmawiać o sztuce. Zapewne uznał, że Cybil nie zrozumie 

cierpienia,   radości   i   frustracji,   jakie   niesie   ze   sobą   pisanie.   Bolało,   ale   postanowiła 

zaakceptować ten ból.

Jej własna praca weszła zresztą na nowe tory i wymagała teraz od niej więcej czasu i 

energii. Spotkanie, które odbyła przed wyjazdem, okazało się bardzo udane. Nikomu jeszcze 

o tym nie mówiła, ani rodzinie, ani przyjaciołom, ani Prestonowi.

To dlatego, że nie chciałam zapeszać, myślała, wysiadając przed domem z taksówki. 

Bała się, że kiedy komuś o tym powie, cała rzecz nie dojdzie do skutku.

Teraz wszystko było już załatwione.

Poczuła, że z radości serce wali jej jak młotem. Roześmiała się sama do siebie. Nie 

mogła się doczekać, kiedy przekaże wszystkim nowinę.

Może wyda przyjęcie, żeby uczcić tę okazję? Głośne, zwariowane, wesołe przyjęcie. 

Szampan i balony. Pizza i kawior.

W radosnych podskokach wbiegła na górę. Musi zadzwonić do rodziców, do reszty 

rodziny, musi spotkać się z Jody, żeby mogły razem piszczeć z uciechy.

Ale przed wszystkim musi powiedzieć Prestonowi.

Obiema   pięściami   zadudniła   energicznie   do   jego   drzwi,   wybijając   wesoły   rytm. 

Pewnie pracuje, ale jej nowina nie może czekać. Na pewno ją zrozumie.

Muszą wspólnie to uczcić. Wypiją szampana, chociaż to dopiero wczesne popołudnie, 

trochę się wstawią, będą się wygłupiać, a potem kochać bez pamięci.

Kiedy otworzył drzwi, stała w progu, rozpromieniona jak słońce.

- Cześć! Właśnie wróciłam! Nie uwierzysz, jak ci wszystko opowiem!

Miał na sobie zmięte ubranie, był nieogolony. Od razu zdenerwowało go to, że na jej 

widok był w stanie zapomnieć o pracy. Wystarczyło jedno spojrzenie.

- Cybil, jestem zajęty...

- Wiem. Przepraszam. Ale chyba pęknę, jeśli komuś o tym nie opowiem. - Objęła 

background image

dłońmi jego zarośnięte policzki. - A tobie przyda się krótka przerwa.

- Jestem w środku pisania - zaczął, ale ona już weszła do mieszkania.

- Założę się, że nic nie jadłeś. A ja właśnie wracam z tej nowej restauracji, którą 

wszyscy się zachwycają. Zrobię ci kanapkę i...

- Nie chcę kanapki - warknął i nalał sobie zaparzonej przed kilkoma godzinami kawy. 

- Nie mam czasu na przerwę. Chcę wracać do pracy.

- Musisz coś zjeść. - Wsunęła głowę do lodówki, ale zaraz się cofnęła, kiedy usłyszała, 

że Preston idzie na górę. - Na litość boską! Daj spokój! - Zniecierpliwiona wzniosła oczy do 

nieba i ruszyła jego śladem. - Dobrze, nie zrobię ci kanapki. Muszę ci jednak opowiedzieć, 

jak spędziłam dzień. Ojej, ciemno tu jak w grobie. - Bez namysłu podeszła do okna i zaczęła 

rozsuwać zasłony.

- Zostaw to, do cholery!

Zamarła w bezruchu, a potem wolno opuściła ramię. Dobry humor w jednej chwili 

gdzieś   zniknął.   Preston   siedział   już   przy   komputerze,   nie   zwracając   na   nią   najmniejszej 

uwagi. Odciął się od niej, tak samo jak odciął się od świata za oknem.

Zupełnie nie dbał o jej uczucia.

-   Tak   łatwo   wyrzucasz   mnie   ze   swoich   myśli.   Barykadujesz   się   przede   mną   - 

wyszeptała.

W jej głosie wyraźnie słychać było ból. Postanowił, że tym razem nie da się wpędzić 

w poczucie winy.

- Nie przychodzi mi to łatwo, ale w tej chwili jest konieczne.

-   No   tak.   Ty   pracujesz,   a   ja   bezczelnie   przeszkadzam   genialnemu   twórcy. 

Uniemożliwiam tworzenie wielkiego dzieła, z którego pewnie i tak bym nic nie zrozumiała.

-   Ty   potrafisz   pracować,   kiedy   ktoś   zagląda   ci   przez   ramię.   Ja   nie   -   wyjaśnił 

zirytowany.

- Kiedy nie pracujesz, równie łatwo o mnie zapominasz. Odprawiasz mnie, kiedy masz 

mnie dość. A to nie ma nic wspólnego z twoją pracą.

Odsunął się od komputera i zwrócił w jej stronę.

- Nie jestem w nastroju do kłótni.

- No właśnie. Twój nastrój zawsze o wszystkim decyduje. Liczy się tylko to, czy ty 

masz ochotę na moje towarzystwo, czy nie; czy chcesz rozmawiać, czy milczeć; dotykać mnie 

czy odwrócić się plecami.

Po tonie dziewczyny poznał, że podjęła jakąś ostateczną decyzję i ogarnęła go panika.

- Dlaczego nic nie mówiłaś, skoro ci to nie odpowiadało?

background image

- Masz rację. Nie mówiłam. Ale teraz nie mam ochoty, żebyś mnie traktował jak jakaś 

uciążliwą przeszkodę. Nie mam ochoty czekać, kiedy będziesz w nastroju do rozmowy. Nie 

podoba mi się, że moje sprawy nie są dla ciebie godne uwagi.

- Mam przerwać pracę, żeby wysłuchać, jak udały ci się zakupy i gdzie zjadłaś lunch?

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała, tylko wydała cichy, bolesny okrzyk.

-   Przepraszam.   -   Wstał,   wściekły   na   siebie   samego.   Cybil   wyglądała   tak,   jakby 

wymierzył jej policzek. - Dochodzę już do końca sztuki, więc jestem trochę rozkojarzony i 

zły - wyjaśnił. Nie ruszyła  się z miejsca, tylko patrzyła  na niego zranionym  wzrokiem. - 

Chodźmy na dół.

- Nie. Muszę już iść. - Cybil czuła, że łzy palą ją pod powiekami, spływają do gardła. - 

Rozbolała mnie głowa, a jeszcze powinnam zadzwonić w kilka miejsc. Najlepiej będzie, jak 

wezmę aspirynę i trochę się prześpię.

Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się, kiedy położył jej dłoń na ramieniu. Poczuł, że 

zadrżała. Było mu wstyd.

- Cybil...

- Źle się czuję. Pójdę do domu i położę się do łóżka. Wyrwała mu się i wybiegła. Po 

chwili trzasnęły drzwi.

- Ty głupi sukinsynu - zaklął pod nosem i potarł oczy.

- Zachowujesz się jak ostatni łajdak.

Zaczął krążyć po pokoju, pełen obrzydzenia do samego siebie. Stanął przy oknie i 

gwałtownie rozsunął zasłony.

Zmrużył   oczy,   kiedy   do   środka   wdarło   się   jaskrawe   światło   słońca.   Chyba 

rzeczywiście odizolował się od świata za oknem. Ale przecież w izolacji zawsze lepiej mu się 

pracowało. Zresztą nie musi nikomu się tłumaczyć ze swoich nawyków i przyzwyczajeń.

Co jednak w niego wstąpiło, że tak grubiańsko się wobec niej zachował?

Do diabła, przecież wpadła nieproszona, w najgorszym z możliwych momentów. Miał 

prawo do prywatności, do własnej przestrzeni, zwłaszcza gdy praca szła mu szybko, a słowa 

same wypływały z niego strumieniem.

Nie chciał jej odprawić ani ignorować. Jak można zignorować kogoś, o kim stale się 

myśli?

Jednak częściowo była to prawda. Od czasu rozmowy z Danielem MacGregorem w 

Hyannis Port z rozmysłem próbował wykreślić Cybil ze swojego serca.

A wszystko dlatego, że ten sprytny, wścibski, podstępny starzec miał rację: Preston 

już był zakochany w jego wnuczce.

background image

Starał się to uczucie zignorować, stłumić, odepchnąć od siebie, licząc na to, że samo 

minie, zanim na dobre rozgości się w jego sercu.

Nie zamierzał jeszcze raz narażać się na miłość, ponieważ dokładnie wiedział, jak 

odmienia ona serce i duszę, jak wyciska z nich ostatnią kroplę krwi. Nie pozwoli sobie więcej 

na popadniecie w taki stan zupełnej bezbronności wobec kobiety.

Znów zaciągnął zasłony w oknach. Przywróci ich stosunkom równowagę i oboje będą 

wtedy szczęśliwsi.

Jeśli zaś chodzi o jego nieznośne zachowanie w ciągu ostatnich dni, wynagrodzi jej to 

jakoś. Przecież w niczym sobie na nie nie zasłużyła.

Wiedział, że nie będzie w stanie pracować, więc zszedł na dół. Zastanowił się, czy nie 

zapukać do drzwi po drugiej stronie korytarza i nie przeprosić. Ale ona również miała prawo 

do prywatności. Nie będzie jej nachodził, wybierze się na spacer.

Dopiero kiedy zobaczył kolorowe kwiaty na ulicznym wózku, przyszło mu do głowy, 

żeby je kupić. Nie róże. Wydały mu się zbyt oficjalne. Nie stokrotki - były wesołe, ale zbyt 

zwyczajne. Zdecydował się na jasnożółte i białe tulipany.

Gdy już miał je w ręku, od razu zrobiło mu się lżej na sercu.

Wciąż szedł przed siebie. Zrozumiał, że od dawna już nie pozwolił sobie na chwilę 

oddechu,   nie   uporządkował   myśli.   Teraz   miał   okazję   zastanowić   się  nad   słowami   Cybil, 

wypowiedzianymi podczas tej krótkiej sceny w zaciemnionym pokoju.

Jak często się zdarzało, że zapominała o tym, na co ma ochotę, żeby jemu dogodzić? 

Tutaj też stary MacGregor się nie pomylił. Cybil miała taką naturę, że najpierw myślała o 

potrzebach innych, a dopiero na końcu o sobie.

Nie znał drugiej tak bezinteresownej, szczodrej osoby, w dodatku potrafiącej do tego 

stopnia cieszyć się życiem. On kiedyś też taki był, ale teraz zdarzało mu się to tylko czasami - 

w towarzystwie Cybil.

Była bardzo przejęta, kiedy wpadła do jego mieszkania. Często widywał ją w takim 

stanie, więc uznał to za naturalne. Nie zastanawiał się, co wywołało ten niezwykły, radosny 

błysk w oczach.

Tym   razem   bardzo   szybko   udało   mi   się   zgasić   ten   błysk,   pomyślał   wściekły   na 

samego siebie.

Zdał sobie sprawę, że niemal od pierwszej chwili znajomości traktował ją źle. Czy 

potrafi to zmienić? Tak, potrafi.. I zmieni. Da jej tyle, ile od niej wziął. Zrównoważy ich 

układ. Każde z nich będzie zadowolone, więc kiedy nadejdzie czas, że będą musieli rozluźnić 

łączące ich więzy - a tak się na pewno kiedyś stanie - zostaną przyjaciółmi.

background image

Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że mogłaby zupełnie zniknąć z jego życia.

Spacerował   przez   całe   popołudnie.   Kiedy   wieczorem   stanął   pod   jej   drzwiami   z 

bukietem kwiatów, wcale nie czuł się głupio. Był spokojny. Wiedział, że robi dobrze.

Otworzyła mu drzwi po drugim dzwonku.

- Odpoczęłaś trochę?

-   Tak.   -   Po   ich   rozmowie   zasnęła   tak   szybko,   jakby   sen   był   ucieczką   przed 

problemami. - Dziękuję.

- Masz ochotę na moje towarzystwo? - Wyjął bukiet zza pleców. - I na tulipany?

- Eee... Oczywiście. Jakie piękne. Zaraz przyniosę wazon. Jak okropnie musiał się do 

niej odnosić, skoro zwykły bukiet kwiatów był dla Cybil takim zaskoczeniem.

- Przykro mi z powodu tego, co dzisiaj między nami zaszło.

A więc te kwiaty to przeprosiny, pomyślała, wyjmując z szafki wazon z niebieskiego 

szkła. Ogarnęło ją lekkie rozczarowanie, że nie kupił jej kwiatów ot tak, bez okazji. Szybko je 

stłumiła i uśmiechnęła się.

- Nic się nie stało. Trzeba  się liczyć z czymś  takim, jeśli się wtargnie do jaskini 

niedźwiedzia.

- Ależ stało się. - Wziął ją za rękę. - I bardzo cię za to przepraszam.

- W porządku.

-   Tylko   tyle?   Wiele   kobiet   nie   pozwoliłoby   mężczyźnie   tak   łatwo   się   wywinąć. 

Musiałby trochę się poczołgać.

-   Nie   zależy   mi   na   tym,   żeby   ktoś   się   przede   mną   czołgał.   Prawdziwy   z   ciebie 

szczęściarz, co?

Uniósł jej rękę do ust i pocałował.

- Tak, jestem szczęściarzem. - Znów spostrzegł w jej oczach zaskoczenie. Zrozumiał, 

że jeszcze nigdy dotąd nie dał jej czułości, nie obdarzył romantycznym gestem. Zadziwiła go 

własna głupota. - Pomyślałem sobie, że jeśli czujesz się lepiej, to moglibyśmy gdzieś wyjść 

na kolację.

- Wyjść? - Zamrugała oczami.

- Jeśli masz ochotę. A jeśli nie czujesz się na siłach, to zjemy spokojnie w domu. Jak 

sobie życzysz. - Ujął jej twarz w dłonie i lekko dotknął ustami czoła.

- Kim ty jesteś? - zapytała podejrzliwie. - Co robisz w ciele Prestona?

Roześmiał się i pocałował ją w policzki.

- Powiedz mi, co chcesz robić, Cybil. To spojrzenie, ten dotyk...

- Ja... ja... chyba sama zrobię coś do jedzenia.

background image

- Jeśli nie chcesz nigdzie wychodzić, sam się zajmę kolacją.

- Ty? Ty? No dobrze, dość tego. Dzwonię po policję. Przyciągnął ją do siebie i mocno 

objął.

- Nie, nie będę gotował. Mogłabyś tego nie przeżyć.

- Pogłaskał ją po głowie. - Zamówię coś na wynos.

- No dobrze.

- Jesteś spięta - wyszeptał i rozmasował jej ramiona.

- Jeszcze nigdy nie byłaś taka spięta. Ciągle boli cię głowa?

- Nie, już mi prawie przeszło.

- A może pójdziesz na górę i zrobisz sobie kąpiel? To cię powinno rozluźnić. Potem 

włożysz jeden z tych szlafroków, które tak lubisz, i spokojnie sobie coś zjemy.

- Nic mi nie jest. Mogę sama coś ugotować... - Słowa uwięzły jej w gardle, kiedy 

delikatnie dotknął ustami jej ust.

- Idź na górę. - Odsunął ją od siebie i uśmiechnął się na widok jej rozmarzonych, 

półprzytomnych oczu. - Ja się wszystkim zajmę.

- No dobrze. Zdaje się, że nie jestem jeszcze w pełnej formie. Aha, numer pizzerii jest 

obok telefonu.

- Dam sobie radę. - Popchnął ją ku schodom. - Zrób sobie pachnącą kąpiel.

-   Dobrze.   -   W   połowie   schodów   zatrzymała   się   i   spojrzała   na   niego   uważnie.   - 

Preston?

- Słucham?

- Czy ty... - Roześmiała się cicho i potrząsnęła głową. - Nic. Nieważne. Postaram się 

szybko zejść na dół.

- Nie śpiesz się. - Potrzebował trochę czasu, żeby wszystko przygotować przed jej 

powrotem.

Gdy zniknęła na górze, uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Jego czułość i troska 

niemal odebrały jej mowę. Kiedy zobaczy,  co dla niej zaplanował, nie uwierzy własnym 

oczom.

Podniósł słuchawkę i nacisnął guzik obok imienia Jody.

- Jody? Tu Preston McQuinn. Czy Cybil ma tu w pobliżu jakąś ulubioną restaurację? 

Nie, nie chodzi mi o tę włoską knajpkę. Mam na myśli coś bardziej eleganckiego, na przykład 

z francuskim jedzeniem.

Najpierw się uśmiechnął, słysząc pełne zaskoczenia „Oooo!”, a potem szybko zapisał 

nazwę, którą mu podała.

background image

- Pewnie nie masz ich numeru telefonu pod ręką? Masz? Jesteś niesamowita! A może 

wiesz jeszcze,  jakiemu deserowi z ich menu nie potrafi się oprzeć? Zapisałem,  dziękuję. 

Okazja? Nie, to żadna okazja. Zwykła kolacja w domu. Dzięki za informacje. - Roześmiał się 

głośno, kiedy Jody zalała go potokiem pytań. - Hej, przecież oboje wiemy, że jutro Cybil 

opowie ci wszystko ze szczegółami.

Zadzwonił szybko do restauracji i powiedział, czego potrzebuje. Potem zaś zabrał się 

do pracy.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Zrobiła tak, jak sugerował Preston. Nie śpieszyła się. Musiała przywyknąć do jego 

nowego, dziwnego nastroju. A może nie było to nic nowego, tylko po prostu wcześniej nie 

ujawnił przed nią tej strony swojego charakteru?

Skąd mogła wiedzieć, że potrafi być taki dobry i czuły? Nie mogła też przewidzieć, że 

przez to jeszcze trudniej jej będzie zapanować nad własnymi uczuciami.

Kochała go. Kochała, kiedy traktował ją niedbale i opryskliwie, kiedy ją rozśmieszał i 

śmiał się z jej żartów, kiedy był rozpalony i namiętny. Kochała mimo wszystko. Czy teraz, 

kiedy okazywał jej dobroć i troskę, jej miłość się pogłębi? Och, na pewno.

Pewnie stara się jej wynagrodzić to, że ją zranił. Pewnie nie zdaje sobie nawet sprawy, 

jak bardzo cierpiała, jednak postanowił wszystko naprawić.

Czy mogła mu odmówić?

Cichy, spokojny wieczór w domu dobrze im zrobi. On nie znosi tłumów, a ona akurat 

dzisiaj nie miała ochoty na wyprawę do miasta. Zjedzą sobie pizzę przed telewizorem, w 

swobodnej atmosferze. Będą się śmiać, rozmawiać o głupstwach, kochać się, a na ekranie 

będzie leciał jakiś stary film. Wszystko znowu stanie się proste, bo tak jest najlepiej dla nich 

obojga.

Uspokojona   włożyła   długi   szlafrok   z   niebieskiego   jedwabiu,   przeczesała   palcami 

wilgotne włosy i wyszła z łazienki.

Najpierw usłyszała muzykę, cichą i zmysłową. Taka muzyka nastraja do miłości. Nie 

zdziwiło jej to. W końcu Preston lubi muzykę i zna się na niej.

Będąc w połowie schodów, zobaczyła płonące świece. Całe tuziny płomyków kołysały 

się i tańczyły wokół. W kręgu łagodnego światła stał Preston. Czekał na nią.

Przebrał   się   i   teraz   miał   na   sobie   czarne   spodnie   i   czarną   koszulę.   Zgolił   też 

dwudniowy   zarost.   Wyciągnął   do   niej   rękę,   a   kiedy   zeszła   ze   schodów,   ujął   jej   dłoń. 

Oszołomiona patrzyła, jak światło świec kładzie jasne błyski na jego włosach i pogłębia błękit 

oczu.

- Lepiej się czujesz?

- Czuję się doskonale. Co się tutaj dzieje?

- Zamówiłem dla nas kolację.

- Bardzo ładnie przygotowałeś pokój. Tyle wysiłku, a przecież mamy zjeść zwykłą... - 

Uniósł jej dłoń do ust i chwycił zębami kostki palców, więc głos na chwilę uwiązł jej w 

gardle. - ... zwykła pizzę - dokończyła dopiero po chwili.

background image

- Lubię na ciebie patrzeć w świetle świec, Cybil. Twoje oczy robią się wtedy takie 

wielkie, niezwykłe. - Przyciągnął ją bliżej i ucałował w powieki. - A twoja skóra... - przesunął 

ustami po policzku - jest taka gładka. Pewnie nie raz dotykałem cię zbyt szorstko.

-   Co?   -   spytała   niezbyt   przytomnie,   bowiem   od   tych   komplementów   zaczynało 

szumieć jej w głowie.

- Traktowałem cię bez należytej dbałości. Dzisiaj będzie inaczej. - Znów ucałował jej 

ręce. - Mam coś dla ciebie - oznajmił i pokazał jej małe pudełeczko, ozdobione dużą, różową 

kokardą.

Cybil natychmiast schowała ręce za siebie.

- Nie potrzebuję prezentów. Nic nie chcę. Zmarszczył  brwi, zdziwiony jej nagłym 

zdenerwowaniem. Uprzytomnił sobie, że pomyślała o Pameli.

- Nie daję ci prezentu dlatego, że tego ode mnie wymagasz czy potrzebujesz. Kupiłem 

ci ten drobiazg, bo... po prostu skojarzył mi się z tobą. - Podał jej pudełeczko.

- Otwórz, a potem zdecydujesz, czy to przyjąć. Proszę.

Czuła się trochę głupio. Wzięła od niego pudełko i ostrożnie zdjęła kokardę.

- Cóż, wszyscy lubimy prezenty - oznajmiła w końcu beztrosko. - No a poza tym 

przegapiłeś moje urodziny.

- Naprawdę?

Powiedział to z taką rozpaczą w głosie, że musiała się roześmiać.

-   Tak,   były   w   styczniu,   a   to   że   mnie   wtedy   jeszcze   nie   znałeś,   nie   jest   żadnym 

usprawiedliwieniem. Uznam więc, że ten prezent... - Zajrzała do środka i zobaczyła długie 

kolczyki z hematytu, w kształcie ustawionych jedna za drugą małych rybek. Wybuchnęła 

śmiechem, wyjęła kolczyki z opakowania i potrząsnęła nimi tak, że uderzyły jeden o drugi. - 

Strasznie śmieszne.

- Wiem.

- Bardzo mi się podobają.

- Tego się spodziewałem. Roześmiana włożyła je w uszy.

- No i jak?

- Pasują. Jakby dla ciebie stworzone.

- To bardzo miły prezent. - Zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała z zapałem, od 

którego zrobiło mu się gorąco. Nagle usłyszał, że pociąga nosem.

- Cybil, nie. Nie rób tego.

- Przepraszam. - Wtuliła zapłakaną twarz w jego szyję. - Ja tylko... Te kwiaty, świece, 

rybki,   wszystko   na   raz...   Tyle   troski...   -   Wzięła   głęboki   oddech   i   powstrzymała   łzy 

background image

wzruszenia. - Już, niebezpieczeństwo minęło.

- Dzięki Bogu. - Preston otarł kciukiem łzę wisząca na rzęsach. - Możemy się teraz 

napić szampana?

- Szampana? - Zdumiona uniosła brwi. - Na szampana zawsze mam ochotę.

Poszedł do kuchni, wyjął butelkę z kubełka z lodem i zaczął ją otwierać. Co w niego 

dzisiaj   wstąpiło?   Nagle   zrobił   się   taki   rozluźniony,   szczęśliwy,   skory   do   romantycznych 

gestów...

-   Skończyłeś   sztukę!   Och,   wszystko   teraz   rozumiem.   Skończyłeś   pisać   sztukę, 

prawda?

- Nie, jeszcze nie skończyłem. Nie całkiem.

Korek wyskoczył z cichym puknięciem i Preston nalał szampana do kieliszków. Podał 

jej jeden, wypełniony jasnym, pełnym bąbelków trunkiem, a ona zaintrygowana przechyliła 

głowę.

- W takim razie na czyją cześć ta uroczystość?

- Na twoją  - Stuknęli  się szkłem.  - Tylko  na twoją.  - Pogłaskał  ją  po policzku i 

przystawił swój kieliszek do jej ust.

Cybil poczuła na języku bąbelki szampana, chłodny strumień spłynął do gardła. Ale to 

od jego spojrzenia zakręciło jej się w głowie.

- Boże, nie wiem, co mam powiedzieć.

- Naprawdę? To bardzo rzadkie zjawisko.

- Ach, więc to wszystko po to, żebym  przestała tyle  gadać! - Roześmiała się, już 

rozluźniona, i zaczęła delektować się szampanem. - Jesteś bardzo sprytny.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Wyjął kieliszek z jej dłoni i odstawił na bok, a potem 

wziął ją w ramiona. Uniosła głowę, oczekując gwałtownego, łapczywego pocałunku, lecz on 

tylko przytulił policzek do jej policzka i zaczął poruszać się w rytm muzyki. - Wiesz, że 

jeszcze nigdy nie poprosiłem cię do tańca?

- Rzeczywiście, nie poprosiłeś. - Zamknęła oczy.

- Zatańcz więc ze mną, Cybil.

Przesunęła   rękami   po   jego   plecach,   oparła   mu   głowę   na   ramieniu   i   zaczęła   się 

poruszać w zgodnym  rytmie.  Tańczyli  przy łagodnej muzyce,  w kuchni zalanej światłem 

świec.

Kiedy dotknął wargami jej policzka, uniosła głowę i po chwili ich usta się zetknęły. 

Czuła wolne, mocne bicie serca i miękkość w nogach.

- Preston - wyszeptała, stając na palcach, żeby mocniej go pocałować.

background image

- To chyba nasza kolacja - powiedział.

- Co takiego?

- Kolacja. Dzwonił domofon.

- Och... - Myślała, że jej się zdawało. Kiedy Preston wypuścił ją z objęć i poszedł 

odblokować drzwi wejściowe, musiała oprzeć się o blat, żeby nie stracić równowagi.

- Mam nadzieję, że nie będziesz rozczarowana - powiedział, przekręcając zamek. - Nie 

zamówiłem pizzy.

- Nic nie szkodzi. Będę zadowolona, cokolwiek zamówiłeś. - Tylko czy będę w stanie 

coś przełknąć, jeśli w żołądku czuję trzepotanie dziesiątków małych, ale bardzo energicznych 

motylków, dodała w duchu.

Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia, kiedy zamiast chłopaka z pizzerii na progu 

stanęło   dwóch   kelnerów   w   smokingach.   Zaskoczona   patrzyła,   jak   dyskretnie   i   sprawnie 

rozstawiają  potrawy na stole, który Preston już wcześniej  nakrył,  używając  jej najlepszej 

zastawy. Nie minęło dziesięć minut, kiedy wyszli, a ona nadal nie mogła odzyskać głosu.

- Głodna?

- Jak... jak to pięknie wygląda.

- Usiądź. - Poprowadził ją do stołu, a kiedy usiadła, lekko pocałował.

Tego, co działo się potem, Cybil nie byłaby w stanie odtworzyć. Zapewne zjadła ten 

posiłek, choć nigdy nie zdołała sobie przypomnieć, co to było i jak smakowało. Zupełnie nie 

zwróciła na to uwagi, bowiem patrzyła tylko na Prestona. Zapamiętała więc, jak przelotnie 

dotykał jej dłoni, jak całował jej palce, jak uśmiechał się i dolewał wina, aż od alkoholu 

zakręciło jej się w głowie.

Kiedy skończyli, podał jej dłoń i pomógł wstać od stołu. Potknęła się, więc wziął ją na 

ręce. Była oszołomiona, pijana ze szczęścia.

On   również   był   oszołomiony.   Cybil   zdawała   mu   się   taka   delikatna,   bezbronna   i 

drżąca. Nawet gdyby nie miał na to ochoty, musiał postępować z nią delikatnie.

Wniósł ją na górę do sypialni i ułożył na poduszkach. Tak jak kiedyś zapalił świece, 

ale tym razem nie rzucił się na nią drapieżnie. Jego dotyk był miękki jak piórko.

Pocałował  ją  wolno,  z rozmarzeniem.  Nie wiedział,  że ma  w  sobie  takie pokłady 

uczucia, że jest w stanie tyle jej dać. Jej reakcje, otwarte i szczere, dostarczyły mu nowych 

wrażeń. Kiedy znów zadrżała, nie czuł triumfu, tylko czułość. I czułość ta dała mu nową, 

nieznaną   wcześniej   radość.   Wolne,   jedwabiste,   piękne   pocałunki.   Długie,   niespieszne, 

łagodne   pieszczoty,   przenoszące   Cybil   w   jakąś   zaczarowaną   krainę,   gdzie   nie   liczył   się 

prawdziwy świat.

background image

Delikatnie   zsunął   z   niej   szlafrok   i   gładził   lekko   jej   ciało.   Patrzyła   zamglonym 

wzrokiem, jak przesuwa palcem po nagiej skórze, a on wpatrywał się w nią z zachwytem. 

Każdy jej dreszcz i w nim budził dreszcz rozkoszy.

- Jesteś taka piękna. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Tyle razy zapomniałem ci to 

powiedzieć i okazać.

- Preston...

- Nic nie mów. Dzisiaj chcę to wszystko nadrobić. Chcę patrzeć, jak cieszysz się 

moim dotykiem. Chcę, żebyś to ty się mną nasyciła.

Spazmatycznie   chwyciła   powietrze.   Poczuła,   że   cały   świat   zaczyna   się   kołysać. 

Preston wodził teraz ustami po jej brzuchu, równie delikatnie i czule, jak przedtem dłonią, ona 

zaś miała wrażenie, że tonie, wolno dryfuje pod powierzchnią jakiegoś ciepłego, ciemnego 

morza. Nie miała żadnego punktu oparcia prócz jego rąk i ust. Pierwsza fala rozkoszy zalała 

łagodnie wszystkie jej zmysły, po niej przyszły następne...

Preston chciał, żeby jak najdłużej trwała w tym stanie, nasyciła się nim do końca. Tym 

razem nie miał to być krótki, ogłuszający błysk, ale wolno spalający się płomień. Badał więc 

każdy zakamarek jej ciała, zatrzymywał się dłużej, kiedy czuł, że Cybil wznosi się i ulatuje w 

bezkresną przestrzeń szczęścia. A potem znów zaczynał, każdym kolejnym ruchem starając 

się spotęgować jej doznania.

Jego krew również się burzyła, serce biło coraz mocniej, aż zatracił się tak samo jak 

ona. Wyszeptał wtedy jej imię i wsunął się w nią, a kiedy objęła go całym ciałem, jęknął 

bezwiednie i oddał się całkowicie władzy zmysłów.

Ich ruchy były długie, rytmiczne. Poruszali się wolno i płynnie. Usta zwarły się w 

głębokim pocałunku. Dłonie splotły się, tworząc jeszcze jedno ogniwo, łączące zespolone 

ciała.

Wczepili się w siebie kurczowo, kiedy wstrząsnął nimi wybuch rozkoszy - ostatecznej, 

potężnej, unieważniającej wszystko co było przedtem.

Kiedy Cybil się obudziła, Preston był obok niej i nadal obejmował ją czule.

-   To   bez   wątpienia   numer   jeden   na   liście   dziesięciu   najbardziej   romantycznych 

wieczorów naszej ery. - Jody wprawnie zmieniała pieluchę Charliego, co jakiś czas gaworząc 

do niego z matczyną czułością. - Strącił na drugie miejsce walentynkową przejażdżkę dorożką 

po parku, tuzin białych róż i diamentowe kolczyki, które dostała moja kuzynka Sharon. Jak jej 

to powiem, to się wścieknie.

- Nikt jeszcze nie kochał się ze mną tak czule i z taką uwagą - wyznała Cybil, tuląc 

misia z licznej kolekcji Charliego. - I nie chodzi mi tylko o... no, wiesz.

background image

- Ale „no, wiesz” też było w porządku? - upewniła się Jody.

-   Było   niesamowicie.   Jak   w   tym   filmie,   który   kiedyś   oglądałyśmy   razem,  kiedy 

kochankowie znajdują się po długiej rozłące.

- Niemożliwe.

-  Możliwe.   Chyba   nawet   było  lepiej.  Czułam  się  tak,  jakby  wyjął  ze  mnie  serce, 

przytulił do swojego, a potem oddał z powrotem.

-   Ojej...   -   Rozmarzona   Jody   położyła   synka   na   podłodze,   gdzie   mógł   swobodnie 

ćwiczyć raczkowanie, sama zaś osunęła się na krzesło. - Jakie to piękne. Po prostu piękne. 

Powinnaś zacząć pisać romanse.

- Cały wieczór był magiczny. Od początku do końca. - Wciąż oszołomiona Cybil 

zaczęła tańczyć po pokoju, aż Charlie usiadł ze zdziwienia i zaklaskał w rączki. - Tak bardzo 

go kocham, Jody. Nie przypuszczałam, że można być aż tak zakochanym. Trudno uwierzyć, 

że w człowieku mieści się tyle uczucia.

Jody westchnęła głośno i przeciągle.

- A kiedy mu o tym powiesz?

- Nie mogę powiedzieć. - Cybil westchnęła równie głośno i równie przeciągle. Wzięła 

plastykowy młotek, zabawkę Charliego, i uderzyła nim o dłoń. - Nie mam na tyle odwagi, 

żeby wyznać mu coś, o czym on nawet nie chce słyszeć.

- Cyb, ten facet szaleje za tobą.

- Tak, ma dla mnie jakieś uczucia i może, jeśli będę umiała cierpliwie czekać i jeśli on 

zda sobie sprawę, że go nie zawiodę, pozwoli sobie poczuć do mnie coś głębszego.

- Że go nie zawiedziesz? - Sam pomysł wywołał wzburzenie Jody. - Ty nigdy nikogo 

nie zawiodłaś! Ale coś mi się wydaje, że tym razem zawodzisz sama siebie.

- Zrozum. On ma powody, żeby zachowywać ostrożność. - Pokręciła głową, zanim 

Jody zdołała zadać pytanie. - Nie mogę ci nic więcej powiedzieć, to jego sprawy osobiste.

- W porządku.

- Dzięki. Ja już uciekam. Mam całe mnóstwo zakupów do zrobienia. Potrzebujesz 

czegoś?

- Właściwie tak. Skoro i tak wychodzisz...

- Dopiszę twoje zamówienie do listy. Muszę kupić kilka rzeczy dla pani Wolinsky, 

obiecałam panu Peeblesowi, że znajdę mu na targu jakieś ładne zielone winogrona. Do licha, 

gdzie się schowała ta lista? A, jest. To co chcesz?

-   Proszę   cię,   żebyś   mi   to   kupiła,   bo   jesteś   moją   przyjaciółką   i   mam   do   ciebie 

zaufanie... - Jody zagryzła wargę i uśmiechnęła się tajemniczo. - Nie wygadaj nikomu, że mi 

background image

to kupiłaś, dobrze?

- Nie powiem. Mów szybko, o co chodzi.

Zakupy zajęły jej więcej czasu, niż się spodziewała - ale tak zwykle bywa z zakupami. 

Zanim zaniosła sprawunki pani Wolinsky i winogrona panu Peeblesowi, była już piąta. Pięć 

po   piątej   zapukała   do   drzwi   przyjaciółki,   lecz   nikt   jej   nie   otworzył,   syknęła   więc 

zniecierpliwiona. Najwyraźniej Jody zabrała Charliego na spacer albo poszła z wizytą  do 

kogoś   z   sąsiadów.   Trudno,   będzie   musiała   zaczekać.   A   właściwie   obie   będą   musiały 

zaczekać.

Wsiadła  do windy, obładowana  torbami. Uśmiechnęła  się od ucha do ucha, kiedy 

zobaczyła, że Preston czeka na nią na piętrze.

- Cześć - powitała go.

- Cześć, sąsiadko. - Wziął od niej zakupy i pocałował ją na powitanie. - Zaczekaj - 

powiedział, kiedy już chciała z palców opaść na pięty. - Zróbmy to jeszcze raz.

- Dobrze. - Ze śmiechem zarzuciła mu ramiona na szyję, znów stanęła na palcach i 

pocałowała z dużo większym zapałem. - Jak było tym razem?

- Teraz lepiej. Co ty masz w tych torbach? - zainteresował się. - Cegły?

Znów się roześmiała, szukając klucza, który jak zwykle gdzieś się zawieruszył.

- Głównie jedzenie i trochę środków czystości. To i owo. Kilka rzeczy kupiłam z 

myślą   o   tobie.   Jabłka   prezentowały   się   bardo   apetycznie,   a   poza   tym   są   zdrowsze   od 

batoników i czerstwych bułek, którymi zwykle się żywisz, kiedy piszesz. - Z triumfalnym 

okrzykiem   odnalazła   klucz   i   włożyła   do   zamka.   -   A,   kupiłam   ci   też   amoniak,   do 

wyczyszczenia tego brudu, który wyhodowałeś na oknach.

- Jabłka i amoniak. - Preston postawił torby na kuchennym blacie. - O cóż więcej 

może prosić mężczyzna?

- Na przykład o sernik, prosto z delikatesów. Nie mogłam się oprzeć.

- Będzie musiał zaczekać. - Odwrócił ją ku sobie, podniósł do góry i zaczął wraz z nią 

wirować po pokoju.

- Ależ masz dzisiaj świetny humor, co? - Nachyliła się i pocałowała go prosto w usta. - 

Szerzej już chyba nie można się uśmiechać.

- Dostaniesz coś lepszego niż sernik. Skończyłem sztukę.

- Skończyłeś? - Zarzuciła mu ramiona na szyję. - To cudownie! Wspaniale!

- Jeszcze nigdy nie pisało mi się tak szybko. Muszę jeszcze dopracować szczegóły, ale 

fabuła jest już skończona. A ty masz w niej swój wielki udział.

- Ja?

background image

-   Ciągle   coś   z   ciebie   chciało   się   wcisnąć   między   wiersze.   Kiedy   przestałem   cię 

stamtąd wypychać, pisanie ruszyło z kopyta.

-  Brak  mi  słów.   I co  o  mnie  napisałeś?   Jaka  jestem?  Co  tam  robię?  Mogę  sama 

przeczytać?

- Rzeczywiście, słyszę, że brak ci słów - zakpił i postawił ją na ziemi. - Poczekaj. 

Kiedy wygładzę ostatnie kanty, będziesz mogła ją przeczytać. A teraz chodźmy do tej małej 

restauracji, żeby to uczcić.

-   Do   tej   włoskiej?   Chcesz   uczcić   takie   wielkie   wydarzenie,   jedząc   spaghetti   z 

Mopsikami?

- Właśnie tak. W twoim towarzystwie i w miejscu, gdzie kiedyś zafundowałaś posiłek 

biednemu muzykowi bez pracy.

- Czy o tym też napisałeś? I o tym, że ci zapłaciłam?

- Spodoba ci się, bądź pewna.

- A jak się nazywam? To znaczy, w sztuce.

- Zoe.

- Zoe? - Zastanawiała się chwilę, a potem na jej policzku ukazał się znajomy dołeczek. 

- Bardzo ładnie.

- Nie pasowało mi żadne zwykłe imię. Moja bohaterka odrzucała je jedno po drugim.

- Masz taką uszczęśliwioną minę. - Pogładziła go po głowie. - Miło na ciebie patrzeć, 

kiedy tak się uśmiechasz.

- Ostatnio często się uśmiecham. Chodź, idziemy.

- Zaraz. Muszę wypakować zakupy i poprawić makijaż.

- Popraw, co chcesz poprawić, a ja rozpakuję te zakupy.

-   Zgoda.   Tylko   pamiętaj,   że   wszystko   w   kuchni   ma   swoje   miejsce   -   zawołała, 

wbiegając po schodach. - Nie wrzucaj nic na oślep do szafek.

- A ty nie siedź tam zbyt długo - odkrzyknął i wyjął sprawunki z pierwszej torby.

Przez ostatnią godzinę szalał z niecierpliwości. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie 

powie jej o zakończeniu pracy. Chciał, żeby dowiedziała się pierwsza. Postanowił też jej 

wyznać, że w ciągu ostatnich tygodni, choć sam nie wiedział, jak to się stało, zaszła w nim 

wielka zmiana. Starał się tej zmianie zapobiec, opierał się jej, nie dopuszczał do świadomości, 

a jednak się dokonała. Po raz pierwszy od długiego - zbyt długiego - czasu po prostu czuł się 

szczęśliwy.

Cybil nie myliła się. Miał szczęśliwą minę, ponieważ był szczęśliwy. I nie chodziło 

tylko o sztukę. To ona się do tego przyczyniła.

background image

To ona go uszczęśliwiła, Cybil Campbell.

Widać to było w jego pracy. W nowej sztuce czuć było nadzieję, chociaż z początku 

wcale nie zamierzał nadawać jej tak optymistycznego tonu. Szczęście i nadzieja pojawiły się 

w jego życiu - i sztuce - wraz z Cybil, z jej ciasteczkami, paplaniną i wielkim sercem, z jej 

szczodrością, śmiechem i energią.

To, co do niej czuł - a czy mógł czuć coś innego do tak wspaniałej dziewczyny? - 

wypełniło jego wewnętrzną pustkę, ocaliło go. Właśnie to napisał w ostatniej linijce sztuki.

Miłość leczy.

Wierzył, że jeśli trochę się postara, będzie mógł wieść z nią życie, w jakie dawno już 

przestał wierzyć.

Sięgnął   do  drugiej   torby,   wyjął   niewielkie   pudełeczko.   I  nagle   świat,   który  przed 

chwilą wyglądał tak radośnie i pewnie, zawirował mu przed oczami.

- Wiesz, miałam się przebrać, ale doszłam do wniosku, że szkoda czasu... - Stukając 

obcasami, Cybil zbiegła po schodach. W jej uszach kołysały się kolczyki, które wczoraj jej 

podarował. - Muszę tylko zadzwonić do Jody, żeby sprawdzić, czy już wróciła. Zaraz potem 

wychodzimy. Stało się coś? - spytała, widząc jego zachmurzoną minę.

- Co to jest, do cholery?

Z zimną furią rzucił na blat test ciążowy.

- To...

- Jesteś w ciąży?

- Ja...

- Podejrzewasz, że jesteś w ciąży, ale nic mi o tym nie mówisz, tak? Chciałaś wybrać 

właściwy czas i miejsce? Powiedzieć mi o tym, kiedy będziesz w odpowiednim nastroju?

Radość i ożywienie zniknęły z jej twarzy w jednej sekundzie. Ona również pobladła.

- O to mnie podejrzewasz?

- A co innego mam, u diabła, myśleć? Zbiegasz tu radosna, cała w uśmiechach, jakbyś 

nie miała żadnych trosk, a ja znajduję to. - Stuknął palcem w pudełko. - Stale twierdzisz, że 

nie potrafisz udawać i grać, że nie umiesz kłamać. A czy ukrywanie tego przede mną to nie 

gra i kłamstwo?

- A więc jestem taka sama jak Pamela, tak? - spytała zdławionym głosem. - Jestem 

wyrachowana i kłamliwa. Chcę cię wykorzystać.

Chciał się uspokoić, ale nie potrafił. Taka gorycz, taki zawód. Kiedy wreszcie udało 

mu się komuś zaufać, znów został boleśnie zdradzony.

- To sprawa tylko nas dwojga, nikogo więcej - odezwał się nieco spokojniej. - Żądam 

background image

wyjaśnień.

- Wątpię, czy kiedykolwiek byliśmy tylko we dwoje - wyszeptała. - Ale dobrze, zaraz 

ci wszystko  wyjaśnię.  Kupiłam jabłka dla ciebie, winogrona dla sąsiada  spod 1B i kilka 

drobiazgów dla pani Wolinsky. Natomiast ten poręczny wynalazek nabyłam dla Jody. Mają z 

Chuckiem nadzieję, że wkrótce pojawi się na świecie braciszek lub siostrzyczka Charliego.

- Dla Jody?

- Zgadza się. - Słowa z trudem przeciskały się przez gardło, sprawiały ból. - Nie 

jestem w ciąży, więc możesz się o nic nie martwić.

- Ja... w takim razie przepraszam. Bardzo mi przykro.

- Mnie też jest przykro. - Wzięła pudełeczko z testem i spojrzała na nie smutnym 

wzrokiem. - Jody była taka przejęta, kiedy mnie prosiła, żeby jej to kupić. Miała tyle nadziei. 

Niektórych  cieszy perspektywa posiadania dziecka. Ale dla ciebie... - Odłożyła  pudełko i 

spojrzała na Prestona. - Dla ciebie to zagrożenie, koszmarne wspomnienie z przeszłości.

- Źle zareagowałem, ale to był odruch.

- Można powiedzieć, że zareagowałeś instynktownie. A co byś zrobił, gdyby ten test 

rzeczywiście był przeznaczony dla mnie? Gdybym była w ciąży? Pomyślałbyś sobie, że cię 

oszukałam, zwabiłam w pułapkę, specjalnie zaszłam w ciążę, żeby ci zrujnować życie? A 

może zastanawiałbyś się, czy to twoje dziecko?

- Nie, na pewno tak bym nie pomyślał. Nie bądź śmieszna.

- A co w tym śmiesznego? Ona tak zrobiła, więc dlaczego nie ja? Pozwoliłeś jej wejść 

między nas, Preston. To ty zostawiłeś dla niej otwarte drzwi.

- Masz rację. Musisz jednak wiedzieć... Odskoczyła w tył, kiedy wyciągnął rękę.

- Przestań. Sama nie wiem, czy masz mnie za wyrachowaną dziwkę, czy za żałosne 

popychadło.   Wiedz,   że   nie   jestem   ani   jednym,   ani   drugim.   Jestem   sobą.   Nigdy   cię   nie 

okłamałam, nie masz więc prawa tak mnie ranić. Źle robiłam, że ci na to pozwalałam. Ale to 

już koniec. Masz stąd wyjść.

- Nigdzie nie pójdę, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.

- Wszystko jest już jasne. Nie winię cię. To również moja wina. Za dużo ci dawałam, a 

za mało od ciebie oczekiwałam. Przecież byłeś ze mną szczery. Mówiłeś: „Tylko tyle mam, 

nie proś o więcej”, albo: „Taki już jestem, czy ci się to podoba, czy nie”. Godziłam się na 

takie traktowanie, więc dlatego powtarzam: to także moja wina. Ale od tej chwili przestaję się 

godzić.  Potrzebuję  kogoś,  kto  będzie mnie  szanował i  ufał mi.  Nie zgodzę  się na żadne 

ustępstwa od tego warunku. - Otworzyła z rozmachem drzwi. - A teraz wynoś się stąd do 

diabła.

background image

Patrzyła na niego gniewnie, lecz w jej oczach lśniły łzy. Ręce zacisnęła w pięści, nie 

mogła jednak opanować ich drżenia. Preston wyszedł na korytarz.

Zatrzymał się tuż za progiem.

- Myliłem się, Cybil. Popełniłem wielki błąd. Przykro mi.

- Mnie też. - Już miała zatrzasnąć drzwi, ale wzięła jeszcze głęboki oddech i wyznała: 

- Raz cię okłamałam. Nie byłam do końca szczera, ale teraz będę. Kocham cię, Preston. I to 

jest w tym wszystkim najgorsze.

Dobijał się głośno do jej mieszkania, przeklinał, groził. Potem zaś długo krążył po 

korytarzu, by wreszcie wrócić do siebie i chwycić za słuchawkę. Zadzwonił do Cybil. Nie 

odpowiadała.

Znów zaczął walić do jej drzwi. Zaczął ją błagać. Błagać o litość. Ona jednak go nie 

słyszała.   Z   głową   nakrytą   poduszką   szlochała   samotnie   w   pogrążonej   w   ciemnościach 

sypialni.

background image

ROZDZIAŁ DWUNAŚTY

- Powinienem znaleźć tego drania i połamać mu wszystkie żebra. A potem skręcić 

kark!

Grant Campbell krążył po kuchni domu, który zbudował wraz z żoną. Jego myśli były 

tak wzburzone i groźne, jak huczące za oknem morze.

- Wcale by wtedy mniej nie cierpiała. Gennie odwróciła się od okna, przy którym 

wypatrywała powrotu córki. Spojrzała na męża - wysoki, szczupły i muskularny, nadal mógł 

być groźny. Widziała w nim tego samego mężczyznę, w którym zakochała się wiele lat temu. 

Teraz zresztą chyba nawet jeszcze bardziej ją fascynował.

- Ale ja poczułbym się o wiele lepiej - wymamrotał. - Pójdę po nią.

-   Nie   rób   tego.   -   Powstrzymała   go,   kładąc   mu   rękę   na   ramieniu.   -   Niech   trochę 

pobędzie sama.

- Ściemnia się.

- Wróci, kiedy poczuje, że już czas.

- Nie zniosę tego. Nie mogę patrzeć na jej smutną buzię.

- Musi boleć, zanim czas zagoi rany. Oboje o tym wiemy. - Objęła męża i położyła mu 

głowę na ramieniu. - Wie, że tu na nią czekamy. To wystarczy.

- Łatwiej było, kiedy dzieci były małe. Płakały, bo upadły albo się podrapały, a nie...

- Wtedy tak nie myślałeś - przerwała mu z łagodnym uśmiechem, tak samo ciepłym i 

pogodnym, jak wtedy, gdy się poznali. - Poza tym zawsze bardziej się przejmowałeś, gdy 

któreś z dzieci się zraniło.

- Tak, teraz też chciałbym wziąć ją na kolana i utulić. - Spojrzał na żonę, westchnął. - 

A potem wyrwałbym temu draniowi nogi z tyłka!

-   Ja   też   mam   na   to   ochotę   -   odparła   i   z   przyjemnością   usłyszała,   że   parsknął 

rozbawiony.

Właśnie wtedy wróciła do domu Cybil. Zobaczyła rodziców stojących w objęciach, 

wpatrzonych w siebie z miłością, i poczuła, jak żal ściskają w gardle. Właśnie czegoś takiego 

pragnęła - bliskości, zrozumienia, czułości. To chciała z siebie dać.

Podeszła do nich i objęła ich ramionami tak, że utworzyli krąg.

- Masz mokre włosy. - Grant przytulił policzek do jej głowy.

- Patrzyłam, jak fale rozbijają się o brzeg. - Uniosła głowę i pocałowała go w ogolony 

policzek. - Przestań się o mnie martwić, tato.

- Kiedyś może przestanę. Kiedy skończysz pięćdziesiąt lat. Napijesz się kawy?

background image

- Nie, dziękuję. Chyba wezmę gorącą kąpiel, a potem położę się do łóżka z jakąś 

książką. To mi zawsze pomagało, kiedy jako nastolatka zadurzyłam się w jakimś chłopaku.

-   Wtedy   zwykle   ja   przygotowywałam   ci   kąpiel   -   przypomniała   jej   matka.   -   Nie 

zmieniajmy tradycji, dobrze?

- Nie musisz tego robić, mamo.

- Pozwól, że trochę ci dogodzę.

Cybil dała się wyprowadzić matce z kuchni.

- Wiesz, mamo, w głębi duszy miałam nadzieję, że to zrobisz.

-   Twój   ojciec   musi   na   chwilę   zostać   sam,   żeby   mógł   spokojnie   przeklinać   tego 

twojego chłopca.

- To nie jest żaden „mój chłopiec” - wymamrotała Cybil. Wchodziły na górę wąskimi, 

spiralnymi   schodami,   zbudowanymi   na   wzór   schodów   w   latarni   morskiej,   która   stała 

nieopodal. - Nigdy nie był mój - dodała i łzy znów spłynęły po jej policzkach. - Och, mamo...

Weszły   do   dawnego   pokoju   Cybil   i   usiadły   na   łóżku,   przykrytym   narzutą   z 

różnokolorowych kawałków materiału.

- Cicho, kochanie. Uspokój się już.

- Tak bardzo bym chciała go znienawidzić. - Wtuliła się w matkę, szukając w jej 

ramionach pocieszenia. - Gdybym mogła choć przez chwilę go nienawidzić, to może prze-

stałabym go kochać.

- Chciałabym ci powiedzieć, że tak się kiedyś stanie. Niektórzy mężczyźni są tacy 

trudni, że za nic nie można ich zrozumieć. - Gennie kołysała córkę w ramionach. - Znam cię 

jednak, moje kochanie, i wiem, że jeśli go pokochałaś, to musi w nim być coś wartościowego.

- Jest cudowny... I okropny. Och, mamo - znów zaniosła się szlochem. - Zupełnie taki 

jak tatuś.

-   Niech   więc   ci   Bóg   dopomoże,   moje   dziecko.   -   Gennie   roześmiała   się   krótko   i 

mocniej przytuliła córkę.

- Zawsze lubiłam słuchać historii o tym, jak się poznaliście. - Cybil wzięła chusteczkę 

z pudełka przy łóżku. - Twój samochód się popsuł, wokół szalała burza, więc weszłaś do 

latarni morskiej, gdzie tata żył jak pustelnik. Był taki zły i niegrzeczny, prawda? Przerwała i 

wydmuchnęła nos.

- Prawda. Jak najszybciej chciał się mnie pozbyć - odparła Gennie.

- On twierdzi, że po prostu go wtedy napadłaś. A był zły, ponieważ byłaś taka piękna, 

chociaż cała przemoczona, że od razu się tobą zachwycił. - Cybil przyjrzała się twarzy matki, 

okolonej ciemnymi włosami. - Nadal jesteś taka piękna, mamo.

background image

- Masz moje oczy - powiedziała Gennie cicho. - Dzięki temu czuję się piękna.

Wyczerpana płaczem, Cybil wytarła ostatnie łzy.

-  A   co  do  Prestona...  -  westchnęła  -  to   po  prostu   nie  pasujemy  do  siebie.  On   to 

urodzony samotnik, pochłonięty pracą. Ale ma też poczucie humoru. - Podeszła do okna, 

przez które było widać odbijający się w morzu księżyc. - Czasami niespodziewanie mówi coś 

pięknego, urzekającego. Ma takie zmienne nastroje, że nigdy nie można być pewnym, jak za-

reaguje. No i jest tak niesamowicie wrażliwy. Boi się komuś zaufać, tłumi w sobie dobre 

uczucia. A kiedy cię dotyka, zapominasz o wszystkim. W tym dotyku wyraża się cały on. Ale 

mimo to nadal nie chce cię wpuścić do swojej duszy.

- Rzeczywiście, jest taki sam jak twój ojciec. Skoro tak bardzo go kochasz, być może 

nigdy nie będziesz szczęśliwa, jeśli przynajmniej nie spróbujesz się z nim porozumieć.

- Ale jak? On mnie uważa za niemądrą gadułę. - W jej głosie znów dały się słyszeć 

bojowe nuty, co bardzo ucieszyło Gennie. - Wydaje mu się, że moja praca jest mniej ważna 

od jego pracy. Nie ufa mi. Sądzi, że może mnie odpędzić od siebie jak uciążliwą muchę, a jak 

mu tylko przyjdzie ochota, przychodzi do mnie jakby nigdy nic. - Zobaczyła, że jej matka się 

uśmiecha, i spytała: - O co chodzi? Powiedziałam coś śmiesznego?

-   Nie,   tylko...   zastanawiam   się,   jak   ci   się   udało   znaleźć,   drugi   taki   egzemplarz. 

Myślałam, że istnieje tylko jeden.

- To nie ja. Dziadek go znalazł.

Uśmiech Gennie zniknął, szlachetnie zarysowane brwi, lekko się uniosły.

- Doprawdy?  - zapytała  chłodnym,  arystokratycznym  tonem, który nie wróżył  nic 

dobrego,   a   wtedy   Cybil,   po   raz   pierwszy   od   dwudziestu   czterech   godzin,   szeroko   się 

uśmiechnęła.

Preston skrzywił  się i schował saksofon  do futerału. Do  diabła z tym  wszystkim. 

Nawet muzyka nie rozładowała jego frustracji. Nie mógł też pisać. Przez cały wczorajszy 

dzień albo bezczynnie spoglądał w monitor komputera, albo pukał do drzwi Cybil.

W końcu zrozumiał, że nie ma jej w domu.

Opuściła go. To pewnie najlepsze jej posunięcie od czasu, gdy go poznała. Po długich 

rozmyślaniach doszedł do wniosku, że i on powinien się wynieść z tego domu, żeby go tu nie 

zastała, kiedy wróci.

Rano   miał   zamiar   wrócić   do   Connecticut.   Jakoś   zniesie   obecność   robotników, 

hydraulików i elektryków. Ale na pewno nie zniesie kolejnego dnia obok pustego mieszkania 

kobiety, którą kochał i którą stracił przez własną głupotę.

Wszystko, co mu powiedziała, było prawdą. Nie miał nic na swoją obronę.

background image

- Przez jakiś czas się tu nie pokażę, Andre. Pianista spojrzał na niego poprzez dym 

unoszący się z papierosa.

- A to dlaczego?

- Jutro jadę do Connecticut.

- Kobieta cię tam wygania? - Andre przeciągnął się, patrząc na niego domyślnie. - Coś 

mi się zdaje, że uciekasz z podwiniętym ogonem, bracie.

Preston roześmiał się ponuro i chwycił futerał.

- Do następnego razu.

- Zastaniesz mnie tu na pewno.

Kiedy Preston się odwrócił, Andre gwałtownie skinął na żonę i wskazał na przyjaciela. 

Delta skinęła głową i zastąpiła Prestonowi drogę.

- Jakoś wcześnie dzisiaj wychodzisz, mój słodki.

- Nie idzie mi granie, a jutro muszę rano wstać. Wracam do Connecticut.

-   Tam,   gdzie   diabeł   mówi   dobranoc?   -   Objęła   go   ramieniem.   -   Napijmy   się   na 

pożegnanie. Będzie mi brakowało twojej przystojnej buźki.

- Mnie twojej też.

- Nie tylko mojej. - Pokazała barmanowi dwa palce. - Przez tę dziewczynę czujesz się 

bluesowo i nawet muzyka ci nie pomaga. Nie tym razem. Nie w jej przypadku.

- Nie w jej przypadku - przyznał i uniósł szklankę. - To już skończone.

- A to dlaczego?

- Sama tak zadecydowała. - Wypił, ale palący alkohol wcale nie rozgrzał mu serca.

- Od kiedy to mężczyzna tak łatwo godzi się z odmową? - zapytała ze śmiechem.

- Jeśli kobieta mówi poważnie, mężczyzna musi się z tym pogodzić.

- Głupiec z ciebie, McQuinn. - Poklepała go po policzku.

- Nie będę się o to kłócił. Właśnie dlatego wszystko skończone. Sam to popsułem i 

teraz muszę z tym żyć.

- Skoro sam popsułeś, to sam napraw.

- Jeśli kogoś mocno zranisz, ten ktoś ma prawo zaniknąć przed tobą drzwi na zawsze, 

nie sądzisz?

- Skarbie, jeśli tak mocno kochasz tego kogoś, to masz prawo te drzwi wyłamać, a 

potem czołgać się przed tym kimś i błagać o wybaczenie. - Popatrzyła na niego z namysłem. - 

Rzeczywiście aż tak ją kochasz?

Spojrzał pod światło na whisky.

- Nie wiedziałem, że można kogoś kochać aż tak.

background image

- Musisz więc wyłamać te drzwi, mój słodki.

Jednym haustem wypił resztę alkoholu i wyszedł z klubu. Powtarzał sobie, że Delta 

się myli. Są sprawy, których nie da się naprawić. Nie można wyważyć drzwi, lepiej nawet nie 

próbować. Dlaczego miałaby go wpuścić? Przecież tak bardzo ją skrzywdził.

Nie, nie miał prawa prosić jej o rozmowę. Nie miał nawet prawa czołgać się przed nią 

i błagać o wybaczenie, licząc na jej miękkie serce.

Dopiero gdy zdyszany stanął przed drzwiami Jody, zdał sobie sprawę, że całą drogę 

biegł.

- Na litość boską! - Jody spojrzała przez wizjer i otworzyła mu, owijając się ciaśniej 

szlafrokiem. Gdyby Chuck nie spal jak zabity, nie musiałaby biec do drzwi, żeby zdążyć, 

zanim hałas obudzi synka. - Jest po północy! Zwariowałeś?

-   Gdzie   ona   jest,   Jody?   Dokąd   pojechała?   Zmarszczyła   nos   i   uniosła   głowę   z 

godnością, którą dość trudno utrzymać, kiedy ma się na sobie szlafrok w różowe kotki.

- Jesteś pijany?

- Wypiłem tylko jedną whisky. Nie jestem. - Rzeczywiście, chyba w całym swoim 

życiu nie myślał jaśniej. - Gdzie jest Cybil?

- Myślisz, że ci powiem, po tym jak złamałeś jej serce? Wracaj do swojej jaskini - 

rozkazała   mu,   dramatycznym   gestem   wskazując   przed   siebie.   -   Uważaj   tylko,   żeby   cię 

sąsiedzi nie zlinczowali. Wszyscy tu kochają Cybil, a ty...

- Ja też ją kocham.

- Akurat. Dlatego przez ciebie wypłakała sobie oczy? Nękany poczuciem winy Preston 

spuścił wzrok.

- Błagam, powiedz mi, gdzie ona jest.

- A po co ci ta wiadomość?

- Żebym mógł rzucić się przed nią na kolana i błagać o wybaczenie. Niech zrobi ze 

mną, co zechce! Jody, proszę... Muszę się z nią zobaczyć.

Gniew Jody trochę zelżał. Uważnie przyjrzała się bladej twarzy Prestona.

- Naprawdę ją kochasz?

- Tak bardzo, że odejdę, jeśli powie mi w oczy, że nie chce mnie więcej widzieć. Ale 

najpierw muszę z nią porozmawiać.

- Dobrze, powiem ci. - Jody usłuchała nakazu romantycznej duszy. - Pojechała do 

rodziców, do Maine. Zapiszę ci adres.

- Dziękuję. - Ogarnęło go obezwładniające poczucie ulgi i wielka wdzięczność.

-   Ale   jeśli   znowu   ją   skrzywdzisz...   -   mamrotała   Jody,   pisząc   adres   na   odwrocie 

background image

koperty - znajdę cię i zamorduję gołymi rękami.

- Nawet nie będę się bronić. - Wziął głębszy oddech.

- A czy ty jesteś... eee...?

Zerknęła na niego, uśmiechnęła się i położyła rękę na brzuchu.

- Tak, jestem „eee”. Z wyliczeń wynika, że dziecko przyjdzie na świat w Walentynki. 

Doskonały termin, co?

- Wspaniała wiadomość. Moje gratulacje. - Wziął od niej kopertę i wsunął do kieszeni. 

Następnie ujął jej twarz w dłonie i serdecznie ucałował. - Wielkie dzięki!

Jody   zaczekała,   aż   Preston   zniknie   na   schodach,   a   potem   głęboko   wciągnęła 

powietrze.

- Ojej... - wyszeptała. - Ten facet potrafi całować. Od razu widać, że ma potencjał. - 

Zacisnęła kciuki. - Powodzenia, Cybil!

-   Daniel   MacGregor   -   wycedził   Grant   przez   zaciśnięte   zęby,   a   w   jego   ciemnych 

oczach błysnęła żądza mordu.

- Stary osioł, co wtyka nos w nie swoje sprawy!

Ponieważ   Grant   wielokrotnie   wyrażał   podobne   opinie,   odkąd   minionego   wieczora 

dowiedział się, że to Daniel skojarzył Prestona z jego córką, Gennie uśmiechnęła się roz-

bawiona. Tak naprawdę bowiem jej maż uwielbiał Daniela.

- Myślałam, że to „wścibski stary dureń”.

- To też. Gdyby nie miał sześciuset lat, osobiście kopnąłbym go w tyłek!

- Grant... - Gennie odłożyła szkicownik. - Przecież wiesz, że zrobił to z miłości.

- Ale mu się nie udało, prawda?

Chciała   jeszcze   coś   powiedzieć,   lecz   usłyszała   warkot   samochodu.   Osłoniła   oczy 

przed słońcem i spojrzała na drogę. Coś lekko ścisnęło ją za serce.

- Wcale nie jestem pewna, czy mu się nie udało.

- Kogo tam, u diabła, niesie? - Była to zwykła reakcja Granta, gdy ktoś się zbliżał do 

jego domostwa. - Jeśli to znowu jakiś turysta, zaraz wyjmę strzelbę.

- Przecież nie masz strzelby.

- To sobie kupię!

Gennie wstała, rzuciła szkicownik na bujaną ławeczkę i ciasno objęła męża.

- Tak bardzo cię kocham.

Jej bliskość natychmiast rozpędziła czarne chmury, zbierające się w jego sercu.

-   Genvieve   -   wyszeptał   i   pocałował   ją   w   usta.   -   Powiedz   temu   nieproszonemu 

gościowi, żeby się stąd wyniósł i nigdy nie wracał.

background image

Gennie nie wypuszczała go z objęć. Ponad jego ramieniem patrzyła na ładny, mały 

samochód   zmagający   się   z   wąską,   pobrużdżoną   koleinami   drogą,   której   Grant   nigdy   nie 

chciał naprawić.

- Zdaje się, że to będzie zadanie Cybil.

- Co takiego? Myślisz, że to on? - Odepchnąłby żonę od siebie, ale nie dała mu się 

ruszyć z miejsca. - A więc jednak będę miał okazję mu dołożyć!

- Proszę cię, zachowaj spokój.

- Nie licz na to!

Preston zauważył ich z daleka, podskakując na wyjątkowo złośliwym wyboju. Dwoje 

ludzi przed dużym, białym domem. Obejmując się, stali na zielonej trawie obok staromodnej 

bujanej ławeczki. Rodzice kobiety, którą kochał.

Ciekawe, które z nich go zamorduje i gdzie go pochowają.

Rozejrzał się po okolicy.  Uświadomił sobie, że już widział te widoki na obrazach 

Genvieve Campbell. To tutaj je malowała, z miłością i wielkim talentem. Romantyczną, starą 

latarnię morską wznoszącą się na skale, spadziste urwisko, wiekowe drzewa, biały, przyjazny 

dom z werandą - to wszystko przenosiła na swoje obrazy.

Tutaj dorastała Cybil, w tym dzikim, pięknym miejscu.

Zatrzymał samochód i wysiadł. Nawet z daleka widział, że ogorzała od wiatru twarz 

ojca wyraża wiele uczuć.

Nie były to uczucia przyjazne.

Postanowił, że nie da się zabić, zanim nie zobaczy Cybil. A potem niech się dzieje, co 

chce.

Patrząc na Prestona, Gennie zrozumiała, co przeżywa  jej córka. Poczuła, że Grant 

spiął się jak tygrys czający się do skoku, więc ostrzegawczo zacisnęła palce na jego ramieniu.

- Dzień dobry państwu. - Preston skinął na powitanie głową, ale na wszelki wypadek 

postanowił nie wyciągać ręki. Pisarz musi mieć w końcu sprawne palce. - Jestem Preston 

McQuinn. Chciałbym  Cybil...  To znaczy,  chciałbym  się zobaczyć z Cybil  - poprawił się 

zmieszany.

- Ile masz lat, McQuinn?

Pytanie było dość nieoczekiwane, zadane spokojnym, choć zarazem groźnym tonem.

- Trzydzieści.

-   Jeśli   chcesz   dożyć   trzydziestych   pierwszych   urodzin,   to   wsiadaj   do   samochodu, 

wrzuć wsteczny bieg i nigdy tu nie wracaj - poradził mu Grant.

Preston nie spuścił wzroku. Odruchowo poruszył  kilka razy ramionami  jak bokser 

background image

rozgrzewający się przed walką.

- Najpierw porozmawiam z Cybil. Potem może mnie pan rozerwać na strzępy. Jeśli 

oczywiście będzie pan miał ochotę.

- Nie zbliżysz się do mojej córki. - Grant odsunął od siebie żonę, jakby była dziecięcą 

zabawką, i zrobił krok naprzód.

Preston wciąż stał z opuszczonymi ramionami. Niech ojciec Cybil zada pierwszy cios, 

pomyślał. Ma do tego prawo.

-   Przestańcie!   -  Gennie   stanęła   między   nimi   i   rozdzieliła   ich   od  siebie.   Spojrzała 

groźnie na męża, potem na Prestona, który miał wrażenie, jakby dostał naganę od królowej. 

Zaraz jednak uderzyło go coś innego.

- Ona ma pani oczy. - Ze wzruszenia przełknął ślinę. - Cybil ma pani oczy.

- Owszem, ma. - Serce Gennie zaczęło topnieć. - Poszła nad urwisko za latarnią.

- Do diabła, Gennie!

- Dziękuję pani! - Serce załomotało mu jak szalone. Spojrzał Grantowi prosto w oczy i 

obiecał: - Już nigdy nie skrzywdzę pana córki.

- Do diabła - wymamrotał znowu Grant, kiedy Preston zdecydowanym krokiem ruszył 

w stronę urwiska. - Dlaczego to zrobiłaś?

Gennie objęła twarz męża dłońmi.

- Ponieważ on mi kogoś przypomina.

- Akurat!

- I wydaje mi się, że już wkrótce nasza córka będzie bardzo szczęśliwą kobietą - 

dodała ze śmiechem.

Grant westchnął z rezygnacją.

- Szkoda, że choć raz nie dałem mu w szczękę, tak dla zasady. Czułem, że nawet nie 

stawiałby oporu. - Spojrzał za Prestonem, który niknął właśnie za latarnią. - Może miałbym 

okazję, gdyby nie to, że na widok twoich oczu zupełnie zbaraniał. Od razu widać, że kocha 

Cybil do szaleństwa.

- Też to zauważyłam. Pamiętasz, jakim lękiem potrafi napawać to uczucie?

- Ja nadal czasami czuję lęk. - Przyciągnął ją do siebie ze śmiechem. - Ten chłopak nie 

jest mięczakiem. A Cybil, jako twoja nieodrodna córka, nieźle da mu popalić, zanim mu 

wybaczy.

- Oczywiście,  że tak.  Zasłużył sobie na  to. Tak  czy inaczej, Daniel  znów się nie 

pomylił.

- Wiem, wiem - przyznał Grant, a potem uśmiechnął się chytrze do żony. - Ale nie 

background image

powiemy mu o tym od razu. Niech się trochę pomęczy.

Siedziała na skale i rysowała z pochyloną głową, a wiatr rozwiewał jej włosy. Na jej 

widok zabrakło mu tchu. Jechał całą noc, wyobrażając sobie, co poczuje, kiedy ją znów zo-

baczy. Tym razem wyobraźnia go zawiodła. Preston wyszeptał jej imię, lecz wiatr i szum fal 

zagłuszyły jego głos. Ruszył ku niej wąską ścieżką.

Może usłyszała jego kroki albo jego cień położył się na jej rysunku, a może po prostu 

wyczuła  jego obecność. Podniosła głowę i spojrzała  prosto na niego. Przez chwilę w jej 

oczach szalała burza uczuć, jednak zaraz znów stały się chłodne niczym morska woda. Cybil 

spokojnie wróciła do szkicowania.

- Znalazłeś się daleko od domu, McQuinn.

- Posłuchaj, Cybil... - zaczął, lecz głos nie chciał wydobyć się z gardła.

- Rzadko miewamy tu gości. Ojciec grozi, że całkiem zlikwiduje tę drogę. Szkoda, że 

jeszcze tego nie zrobił.

- Cybil... - powtórzył bezradnie.

- Gdybym miała ci coś więcej do powiedzenia, powiedziałabym to w Nowym Jorku.

- To ja chcę ci coś powiedzieć. Spojrzała na niego obojętnie.

-   Gdybym   chciała   cię   wysłuchać,   wysłuchałabym   cię...   i   tak   dalej,   jak   wyżej.   - 

Zamknęła szkicownik, wstała. - A teraz...

-   Proszę.   -   Uniósł   rękę,   ale   natychmiast   ją   opuścił,   kiedy   spojrzała   na   niego 

ostrzegawczo. - Wysłuchaj mnie. Jeśli potem każesz mi odejść, odejdę.

- Dobrze. - Znów usiadła na skale. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, będę rysować 

dalej.

- Ja... - Nie wiedział, od czego zacząć. Tyle razy układał sobie w myślach prośby i 

błagania, ale teraz wszystkie gdzieś mu umknęły. - Moja agentka spotkała wczoraj twojego 

agenta.

- Naprawdę? No popatrz, jaki ten świat mały. Nawet nie zauważył jej uszczypliwego 

tonu.

-   Powiedział   jej   o   serialu   telewizyjnym,   który   ma   powstać   na   podstawie   twojego 

komiksu. To podobno duży kontrakt.

- Być może.

- Nic mi o tym nie powiedziałaś.

- Przecież nie interesuje cię moja praca.

- To nieprawda. Ale nie dziwię się, że tak sądzisz. Wszystko teraz rozumiem. Kiedy 

przyszłaś do mnie taka uradowana, chciałaś mi powiedzieć o serialu, a ja zepsułem twoje 

background image

święto... - Znów zamilkł i przez chwilę patrzył na wzburzone morze. - Byłem rozkojarzony, 

myślałem o sztuce, a jeszcze bardziej o moich uczuciach do ciebie. Wtedy bardzo chciałem je 

stłumić.

Nacisnęła mocniej i złamała czubek ołówka. Wściekła na siebie wyjęła drugi z małej 

torby z przyborami.

- Jeśli przyjechałeś tu po to, żeby mi o tym opowiedzieć, to już to zrobiłeś. Teraz 

możesz odejść.

-   Nie   po   to   przyjechałem,   ale   przepraszam   za   tamto   wydarzenie.   I   chciałbym   ci 

powiedzieć, że cieszę się razem z tobą.

- Hura.

Zamknął oczy i zacisnął pięści. A więc jednak potrafi być okrutna, kiedy ktoś sobie na 

to zasłuży.

-   Wszystko,   co   mi   powiedziałaś   w   naszej   ostatniej   rozmowie,   jest   prawdą. 

Pozwoliłem, żeby stanęła między nami moja przeszłość. Użyłem jej, żeby się odgrodzić od 

najlepszej rzeczy, jaka mi się w życiu przytrafiła. Widziałem, jak runął świat mojej siostry, 

jak   zdrada   i   ból   niemal   jej   nie   powaliły.   Musiała   sama   wychowywać   dziecko,   a   drugie 

urodziła, kiedy jeszcze nie wysechł atrament na papierach rozwodowych.

Czy mogła pozostać obojętna wobec takiego cierpienia?

- Wiem, że przeszła przez piekło - rzekła, zamykając szkicownik. - Z pewnością nie 

zasłużyła sobie na taki los.

- Tak. Ale czasami życie jest okrutne. - Spojrzał jej w oczy i ze zdziwieniem zobaczył 

w   nich   współczucie.   -   Udałoby   mi   się   ciebie   przebłagać,   gdybym   posłużył   się   siostrą, 

prawda? Ale nie chcę grać na twoim współczuciu.

Podszedł do skraju urwiska, gdzie w dole burzyło się morze. Nad głową krzyczały 

mewy, to rzucając się w dół, to szybując w górę. Cybil przychodziła tutaj, kiedy odwiedzała 

rodzinny dom, kiedy chciała zostać sam na sam ze swoimi myślami. Właśnie w tym miejscu 

powinien wyjawić jej swoje najtajniejsze przemyślenia i kryjące się za nimi uczucia.

- Kochałem Pamelę - wyznał. - To, co się między nami zdarzyło, odmieniło mnie.

- Wiem. - Uświadomiła sobie, że będzie musiała mu przebaczyć. Już czuła, że mięknie 

jej serce. Przebaczy mu, a potem każe odejść.

- Kochałem ją - powtórzył, odwracając się od urwiska. - Ale to, co do niej czułem, nie 

jest nawet cieniem, nawet namiastką tego, co czuję do ciebie, co czuję, kiedy myślę o tobie i 

kiedy na ciebie patrzę. Miłość do ciebie mnie przytłacza, Cybil, daje cierpienie, ale i nadzieję.

Rozchyliła drżące wargi. Serce zaczęło jej bić radosnym rytmem. Na twarzy Prestona 

background image

zobaczyła coś, co ją zaskoczyło.

- O jakiej nadziei mówisz? - zapytała zduszonym głosem.

- O nadziei na cud. Zraniłem cię i nie znajduję na to wytłumaczenia. Zaatakowałem 

cię,   kiedy   myślałem,   że   jesteś   w   ciąży.   Byłem   wściekły   na   samego   siebie.   Wściekły, 

ponieważ gdzieś na dnie duszy pomyślałem, że dziecko byłoby niezłym sposobem na to... 

żebyś ze mną została.

Gwałtownie   odwróciła   głowę   i   spojrzała   na   niego   wstrząśnięta.   On   tymczasem 

przeczesał włosy palcami i mówił dalej, jakby bał się, że nie zdąży powiedzieć wszystkiego:

- Wiedziałem, że nie chcesz wychodzić za mąż, ale jeśli byś była... Mógłbym cię do 

tego skłonić. Nie wiedziałem, jak się przed takimi myślami bronić, więc przypisałem je tobie.

- Chciałeś skłonić mnie do małżeństwa?

Tylko tyle była w stanie powiedzieć. Po tych słowach wstała chwiejnie i spojrzała w 

dół na morze. Wszystko tak szybko się zmieniało.

- To żadne usprawiedliwienie, ale wiedz, że nigdy cię nie podejrzewałem o jakieś 

kalkulacje czy oszustwo. Nie znam nikogo mniej wyrachowanego niż ty. Jesteś taka ciepła, 

szczodra,   masz   takie   radosne,   otwarte   usposobienie.   Kiedy   zjawiłaś   się   w   moim   życiu... 

uszczęśliwiłaś mnie, choć myślałem, że już nigdy nie będę szczęśliwy.

- Och, Preston - spojrzała na niego przez zasłonę łez - przestań już, proszę.

-   Wysłuchaj   mnie   do   końca.   -   Chwycił   ją   mocno   za   ręce.   -   Kocham   cię,   Cybil. 

Wszystko w tobie mnie zachwyca. Powiedziałaś, że mnie kochasz, a przecież ty nie kłamiesz.

- Nie. - Przetarła oczy. Teraz widziała go wyraźnie. W zwężonych źrenicach kryło się 

napięcie, twarz miał zmęczoną. Gdyby nie trzymał jej dłoni w mocnym uścisku, pogładziłaby 

go po policzku. - Nie kłamię.

- I za to też cię kocham. I potrzebuję cię o wiele bardziej niż ty mnie. Wiem, że 

potrafiłabyś się podnieść i iść dalej. Jesteś taka silna, tak kochasz życie. Nadal byłabyś sobą. 

Możesz mi powiedzieć, żebym sobie poszedł. Zapomnisz o mnie i jeszcze będziesz kiedyś 

szczęśliwa. Ale ja nigdy ciebie nie zapomnę. Nigdy nie przestanę cię kochać ani żałować, że 

zraziłem cię do siebie. Jeśli powiesz mi, żebym  odszedł, zrobię to - zapewnił drżącym  z 

napięcia głosem, po czym opuścił głowę. - Ale... ale proszę, nie każ mi odchodzić.

- Czy ty wierzysz w to, co mówisz? - zapytała cicho, zaskoczona, że jej głos brzmi tak 

pewnie,   a   serce   bije   tak   równo.   -   Wierzysz,   że   mogłabym   o   tobie   zapomnieć?   Może 

rzeczywiście   potrafiłabym   się   podnieść   i   jeszcze   znalazłabym   szczęście,   ale   po   co 

ryzykować? I dlaczego miałabym kazać ci odejść, skoro chcę, żebyś został?

Preston   poczuł   się   tak,   jakby   ktoś   zdjął   mu   z   piersi   stutonowy   ciężar.   Objął   ją, 

background image

przyciągnął do siebie i położył głowę na jej ramieniu.

- A więc nie pozwoliłaś, żebym wszystko zepsuł - powiedział z wdzięcznością.

- Nie pozwoliłam. - Czuła, że jego ciało drży, a serce bije jak szalone. Ten mocny, 

uparty, poważny mężczyzna z miłości do niej był bezsilny jak dziecko. - Nie mogłam na to 

pozwolić. Ja też cię potrzebuję.

Odsunął ją od siebie i pogłaskał po policzku.

- Myślałem już, że cię straciłem, Cybil. Nie potrafię nawet...

Nie dokończył. Pocałował ją. Chciał to zrobić delikatnie, żeby jej dowieść, jak ją sobie 

ceni, ale emocje wzięły górę, dzikie i nieokiełznane jak szalejące w dole morze. Kiedy na nią 

spojrzał, znów miała oczy mokre od łez.

- Proszę, tylko nie płacz.

-   Będziesz   musiał   się   do   tego   przyzwyczaić.   My,  Campbellowie   jesteśmy   bardzo 

uczuciowi.

- Domyśliłem się tego. Zdaje się, że twój ojciec ma ochotę rozerwać mnie na strzępy.

Roześmiała się.

- Kiedy zobaczy, że dzięki tobie jestem szczęśliwa, daruje ci życie. Pokocha cię i on, i 

moja mama. Po pierwsze dlatego, że ja cię kocham, no i dla ciebie samego, za to kim jesteś.

- Opryskliwy ponurak, łatwo wpadający w gniew?

-   Tak!   -   Znów   się   roześmiała,   widząc   jego   urażoną   minę.   -   Mogłabym   temu 

zaprzeczyć, ale nie umiem kłamać. - Wzięła go za rękę i poszli wzdłuż urwiska. - Uwielbiam 

to miejsce. To właśnie tutaj moi rodzicie zakochali się w sobie. Tata mieszkał wtedy w 

latarni, niczym pustelnik. Był wściekły, że jakaś kobieta zakłóca mu spokój i odrywa go od 

pracy. - Zerknęła na Prestona z ukosa. - Mój tata to także opryskliwy ponurak, który łatwo 

wpada w gniew.

Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- To musi być  bardzo rozsądny człowiek. - Uniósł jej dłoń do ust i pocałował. - 

Pojedziesz ze mną do Newport, żebym mógł ci przedstawić swoją rodzinę?

- Chętnie. - Spostrzegła, że przygląda się jej z uwagą, więc spytała: - O co chodzi?

Preston zatrzymał się i odwrócił ją ku sobie.

- Wiem, że nie chcesz wychodzić za mąż ani wyprowadzać się na wieś. Lubisz Nowy 

Jork i nie oczekuję...

Pomyślałem sobie jednak, że mój dom bardzo by ci się spodobał. To piękna, stara 

rezydencja nad brzegiem morza. - Cybil milczała, więc wrócił do przerwanego wątku: - Nie 

oczekuję   -   powtórzył   -   że   zechcesz   zmienić   styl   życia,   ale   jeśli   kiedyś   zdecydujesz,   że 

background image

pragniesz za mnie wyjść, mieszkać ze mną pod jednym dachem i założyć rodzinę, to powiedz 

mi o tym, dobrze?

Jej serce podskoczyło  trzy razy jak cyrkowiec  na trampolinie, ale tylko  poważnie 

skinęła głową.

- Dowiesz się o tym pierwszy - obiecała.

- Świetnie.

Znów ruszyli przed siebie, lecz po kilku krokach Cybil nagle się zatrzymała.

- Preston?

- Słucham.

- Chcę za ciebie wyjść, mieszkać z tobą pod jednym dachem i założyć rodzinę.

Spojrzał na nią zaskoczony.

- Ale...

- Widzisz? Dowiedziałeś się pierwszy.

-   Hm,   rzeczywiście   -   przyznał.   -   Ale   czy   musiałaś   tak   długo   trzymać   mnie   w 

niepewności?

Roześmiała   się   głośno,   a   on   uniósł   ją   w   ramionach   i   razem   zaczęli   wirować   w 

szalonym, radosnym pędzie.