NORA ROBERTS
TAJEMNICZY SĄSIAD
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Rozmawiałaś z nim?
- Hmmm? - Cybil Campbell siedziała przy desce do rysowania i wprawnie
dzieliła kartkę papieru na równe prostokąty. - Z kim?
Rozległo się długie, dramatyczne westchnienie, a Cybil z trudem opanowała
ś
miech. Dobrze znała Jody Myers, sąsiadkę z pierwszego piętra, i doskonale
wiedziała, kogo dotyczy jej pytanie.
- Chodzi mi o tego tajemniczego przystojniaka z mieszkania 3B - wyjaśniła
Jody. - Daj spokój, przecieŜ wiesz, o kim mówię. Wprowadził się tydzień temu i
jeszcze do nikogo nie odezwał się ani słowem. Mieszkasz dokładnie naprzeciw. Mów,
czego się o nim dowiedziałaś.
- Ostatnio byłam zajęta. - Cybil zerknęła na przyjaciółkę niespokojnie krąŜącą
po pracowni. - Prawie nie zauwaŜyłam, Ŝe wprowadził się ktoś nowy.
Jody prychnęła z niedowierzaniem.
- Akurat. Zawsze wszystko zauwaŜasz. - Podeszła do deski, zajrzała Cybil
przez ramię i zmarszczyła nos. Na kartce nadal widniały jedynie puste prostokąty.
Jody lubiła patrzeć, jak Cybil wypełnia je rysunkami. - Jeszcze nie umieścił nazwiska
na skrzynce pocztowej. Nikt nie widział, Ŝeby wychodził z domu za dnia. Nawet pani
Wolinsky, a przecieŜ nic nie umknie jej uwadze.
- MoŜe nasz nowy sąsiad jest wampirem.
- Ojej! - Pełne wyrazu brązowe oczy Jody rozszerzyły się z przejęcia. - To by
dopiero było fajnie!
Bardzo fajnie - zgodziła się Cybil i znów zajęła się wykreślaniem ramek do
kolejnego odcinka komiksu. Jody tymczasem wciąŜ krąŜyła po pracowni i paplała jak
najęta.
Towarzystwo nigdy nie przeszkadzało Cybil w pracy. Prawdę mówiąc, bardzo
je lubiła. Nie przepadała za samotnością i ciszą. Właśnie dlatego w Nowym Jorku
czuła się szczęśliwa. Łatwo przywykła do Ŝycia w domu zamieszkałym przez
bezwstydnie wścibskich sąsiadów.
Takie otoczenie nie tylko bardzo jej odpowiadało, ale na dodatek dostarczało
ciekawego materiału do pracy zawodowej.
Ze wszystkich mieszkańców starego składu, przerobionego na dom
mieszkalny, najbardziej lubiła lody Myers. Trzy lata temu, kiedy Cybil się tu
wprowadziła, energiczna Jody była świeŜo upieczoną męŜatką i głęboko wierzyła, Ŝe
wszyscy powinni być tak niebiańsko szczęśliwi jak ona.
To znaczy, Ŝe powinni wstąpić w związki małŜeńskie.
Teraz, jako matka prześlicznego, ośmiomiesięcznego synka o imieniu Charlie,
Jody z jeszcze większym zapałem starała się wprowadzić swoje przekonanie w Ŝycie.
A Cybil była głównym celem jej zabiegów.
- A moŜe wpadłaś na niego w korytarzu? - dopytywała się Jody.
- Jeszcze nie. - Cybil w zamyśleniu wzięła ołówek i lekko uderzała nim o
pełne wargi. Jej migdałowe oczy były zielone jak czyste morze o świcie i gdyby nie
migoczące w nich w tej chwili iskierki humoru, mogłyby wydawać się tajemnicze i
uwodzicielskie. - Wiesz, pani Wolinsky robi się chyba coraz mniej spostrzegawcza.
Widziałam go, jak wychodził z domu w dzień. To oznacza, Ŝe jednak nie jest
wampirem.
- Widziałaś go? - zapytała Jody z niedowierzaniem i przysunęła taboret bliŜej
deski. - Kiedy? Gdzie? Jak ci się to udało?
- Kiedy? O świcie. Gdzie? Na ulicy. Oddalił się w kierunku wschodnim. Jak
mi się to udało? Z powodu bezsenności.
- Udzielił się jej oŜywiony nastrój sąsiadki. Oczy rozbłysły z rozbawienia. -
Obudziłam się wcześnie i przypomniałam sobie o ciasteczkach czekoladowych, które
zostały po przyjęciu.
- Pamiętam je. Prawdziwe bomby kaloryczne.
- Właśnie. Nie mogłam znów zasnąć. Musiałam jedno zjeść. A kiedy wstałam,
poszłam do pracowni. Myślałam, Ŝe moŜe uda mi się coś narysować, ale w końcu po
prostu stanęłam przy oknie i gapiłam się na ulicę. Wtedy zobaczyłam, Ŝe wychodzi.
Trudno go nie zauwaŜyć. Ma chyba z metr osiemdziesiąt pięć wzrostu. No i te
ramiona... - Obie w niekłamanym zachwycie wzniosły oczy do nieba.
- Był ubrany w czarne dŜinsy i bluzę, niósł torbę sportową, więc domyślam się,
Ŝ
e szedł do siłowni trochę poćwiczyć. Ktoś, kto nie ćwiczy, tylko cały dzień się
wyleguje, pije piwo i je chipsy, nie ma takich mięśni.
- A więc jednak jesteś nim zainteresowana! - Jody triumfalnie uniosła palec w
górę.
- PrzecieŜ ja Ŝyję i mam oczy! Ten facet jest nieziemsko przystojny. Nie dość,
Ŝ
e ma zgrabny tyłeczek, to jeszcze otacza go aura tajemnicy... - Cybil rozłoŜyła ręce. -
Czy w takim wypadku dziewczyna moŜe się oprzeć ciekawości?
- A dlaczego miałabyś się opierać? Zapukaj do jego drzwi, zanieś mu trochę
ciastek. Powitaj go w nowym mieszkaniu. Wtedy będziesz mogła się dowiedzieć, co
robi całymi dniami, czy jest Ŝonaty, gdzie pracuje. NajwaŜniejsze, czy jest Ŝonaty.
Bo... - Urwała, czujnie nadstawiając ucha. - Charlie się obudził.
- Nic nie słyszałam. - Cybil zwróciła głowę ku drzwiom i nasłuchiwała chwilę.
Potem wzruszyła ramionami. - Wiesz, od urodzenia synka masz słuch jak nietoperz.
- Przewinę małego i zabiorę go na spacer. Wybierzesz się z nami?
- Nie, nie mogę. Mam sporo pracy.
- W takim razie zobaczymy się wieczorem. Kolacja o siódmej.
- Dobrze. - Cybil uśmiechnęła się z przymusem, a Jody pobiegła do sypialni,
gdzie zostawiła śpiącego synka.
Kolacja o siódmej. W towarzystwie nudnego i denerwującego kuzyna Jody -
Franka. Cybil po raz kolejny zadała sobie pytanie, kiedy wreszcie zdobędzie się na
odwagę i powie przyjaciółce, Ŝeby przestała umawiać ją na siłę z kolejnymi
kandydatami na męŜa.
Uświadomiła sobie, Ŝe to samo musi powiedzieć pani Wolinsky. No i pani
Peebles z pierwszego piętra, i właścicielowi pralni. Dlaczego wszyscy jej znajomi
popadali w obsesję i za wszelką cenę chcieli ją swatać?
Miała dwadzieścia cztery lata, nie była z nikim związana i prowadziła bardzo
szczęśliwe Ŝycie. Oczywiście pragnęła kiedyś załoŜyć rodzinę. Czasami wyobraŜała
sobie ładny dom z ogródkiem dla dzieci w jakiejś miłej podmiejskiej okolicy. I psa.
Na pewno będzie miała psa. Ale dopiero w jakiejś bliŜej nieokreślonej przyszłości. Na
razie była zadowolona ze swojej sytuacji.
Pochyliła się nad deską, wsparła głowę na rękach i pogrąŜyła się w
marzeniach. To pewnie wiosna tak mnie usposabia, pomyślała. Czuła jakiś
wewnętrzny niepokój i rozpierającą ją energię.
Doszła do wniosku, Ŝe moŜe jednak dobrze by było pójść na spacer z Jody i
Charliem, ale w tej samej chwili usłyszała trzask zamykających się za nimi drzwi.
Ze spaceru nici.
Przypomniała sobie, Ŝe ma pracę do skończenia, i zaczęła szkicować pierwszą
scenkę do kolejnego odcinka swojego komiksu „Sąsiedzi i przyjaciele”.
Rysowała wprawnie, pewnymi ruchami. Umiejętność rysowania nabyła w
sposób naturalny. Jej matka była znaną artystką, odnoszącą sukcesy w kraju i za
granicą. Ojciec natomiast wsławił się jako autor popularnego komiksu „Macintosh”,
który od wielu lat ukazywał się w gazetach. Oboje rodzice zaszczepili Cybil i jej
rodzeństwu umiłowanie sztuki, obdarzyli zdolnością wychwytywania Ŝyciowych
absurdów i wyposaŜyli w mocne zasady.
Opuszczając bezpieczny dom rodzinny w Maine, Cybil wiedziała, Ŝe jeśli w
Nowym Jorku jej się nie powiedzie, w kaŜdej chwili będzie mogła wrócić do rodziny i
zostanie przywitana z otwartymi ramionami.
Jednak Nowy Jork stał się dla niej drugim domem.
Od trzech lat jej komiks zyskiwał coraz większą popularność. Była z niego
dumna. Jej historyjki były proste, ciepłe i pełne humoru, a występowali w nich zwykli
ludzie w codziennych sytuacjach. Nie próbowała naśladować ironicznego stylu ojca
ani ostrej politycznej satyry, którą często uprawiał. Ją rozśmieszało samo Ŝycie.
Długie oczekiwanie w kolejce do kina, poszukiwanie odpowiedniej pary butów,
kolejna nieudana randka w ciemno.
Wiele osób widziało w Emily, bohaterce komiksu, odbicie samej autorki. Ona
jednak nie dostrzegała Ŝadnego podobieństwa. PrzecieŜ Emily była zgrabną, wysoką
blondynką, która miała trudności z utrzymaniem pracy i znalezieniem odpowiedniego
męŜczyzny.
Cybil była brunetką średniego wzrostu i odnosiła sukcesy zawodowe. Jeśli zaś
chodzi o męŜczyzn, to nie odgrywali w jej Ŝyciu na tyle znaczącej roli, Ŝeby się nimi
przejmowała.
Spostrzegła, Ŝe przestała rysować i mechanicznie uderza ołówkiem o deskę.
Niezadowolona zmarszczyła czoło i zmruŜyła oczy. Jakoś nie mogła się
skoncentrować. Przeczesała palcami włosy i lekko wzruszyła ramionami. Pewnie
lepiej jej się będzie pracowało, jeśli zrobi sobie krótką przerwę i szybko coś przekąsi.
MoŜe trochę czekolady pomoŜe jej się zmobilizować?
Wstała i odruchowo włoŜyła ołówek za ucho, chociaŜ starała się wykorzenić
ten nabyty jeszcze w dzieciństwie nawyk. Energicznym krokiem wyszła ze słonecznej
pracowni i zbiegła na dół.
Bardzo lubiła swoje dwupoziomowe mieszkanie. Było przestronne i właśnie to
zadecydowało, Ŝe szybko je wynajęła. Na niŜszym poziomie znajdował się duŜy pokój
oddzielony od kuchni tylko długim blatem. Przez okna wpadało do wnętrza światło
słoneczne i hałas z ulicy, który przez pierwsze tygodnie budził ją w nocy i dawał miłe
poczucie, Ŝe wokół toczy się ciekawe Ŝycie miasta.
Cybil poruszała się z wdziękiem odziedziczonym po matce. Jej ojciec nazywał
to gracją w wielkim stylu. Jako dziecko ubłagała rodziców, Ŝeby zapisali ją na lekcje
baletu, ale szybko się nimi znudziła, chociaŜ jej długie nogi były stworzone do tańca.
Boso weszła do kuchni, otworzyła lodówkę i z namysłem zajrzała do środka.
Mogłaby przyrządzić coś dobrego. Kiedyś chodziła teŜ na lekcje gotowania.
Zrezygnowała nie z nudy, lecz dlatego Ŝe pomysłowością prześcignęła nauczyciela.
Nagle usłyszała jakiś cichy dźwięk i westchnęła. Muzyka dobiegała zza ściany,
z mieszkania po drugiej stronie korytarza. Smutne, zmysłowe zawodzenie saksofonu.
To grał tajemniczy sąsiad spod 3B. Cybil Ŝałowała, Ŝe nie robi tego częściej.
Długie, tęskne nuty, pełne burzliwych uczuć poruszały ją do głębi i
uruchamiały wyobraźnię.
CzyŜby nieznajomy był ubogim muzykiem? MoŜe przyjechał do Nowego
Jorku w nadziei, Ŝe znajdzie tu lepsze Ŝycie. Bez wątpienia ktoś złamał mu serce.
Cybil układała w myślach kolejny scenariusz, wyjmując produkty z lodówki. Na
pewno stoi za tym kobieta. Jakaś rudowłosa piękność, która go omotała, skradła
duszę, a potem podeptała krwawiące serce wysokim obcasem eleganckich włoskich
pantofelków.
Kilka dni temu wymyśliła inną historię Ŝycia sąsiada. W tej wersji uciekł on
jako szesnastoletni chłopak od swojej obrzydliwie bogatej, okrutnej rodziny. Zarabiał
na Ŝycie, grając na ulicach Nowego Orleanu - było to jedno z jej ulubionych miast - a
potem musiał uciekać na północ, poniewaŜ jego podstępna rodzinka, na której czele
stał szalony wuj, przetrząsała cały kraj w poszukiwaniu zbiega.
Jeszcze nie wymyśliła, dlaczego właściwie rodzina tak zawzięcie go
poszukiwała, ale nie miało to znaczenia. Tajemniczy nieznajomy musiał uciekać, a
jedyne pocieszenie znajdował w muzyce.
A moŜe to agent rządowy, który wykonuje jakieś niebezpieczne tajne zadanie?
Albo złodziej klejnotów, który ucieka przed ścigającym go agentem?
Albo seryjny zabójca, polujący na kolejną ofiarę?
Roześmiała się sama do siebie i spojrzała na produkty, które mechanicznie
wyjęła z lodówki. Kimkolwiek był tajemniczy nieznajomy, najwyraźniej zamierzała
upiec dla niego ciasteczka.
Nieznajomy zaś nazywał się Preston McQuinn i wcale nie uwaŜał siebie za
szczególnie tajemniczego człowieka. Po prostu trzymał się na uboczu i nie lubił,
kiedy ktoś narzucał mu swoje towarzystwo. To właśnie potrzeba anonimowości
rzuciła go w samo serce jednego z największych miast świata.
Rzecz jasna, zamierzał mieszkać tu tylko przez jakiś czas, najwyŜej przez
kilka miesięcy, dopóki nie dobiegnie końca remont jego domu na skalistym wybrzeŜu
Connecticut. Rozmyślał o tym, chowając saksofon do futerału. Niektórzy nazywali ten
dom jego fortecą, ale właśnie to odpowiadało mu w nim najbardziej. W takiej fortecy
moŜna przez długie tygodnie cieszyć się samotnością. Nikt tam nie wchodził
nieproszony, a dostępu broniła cięŜka brama.
Wyszedł z niemal pustego salonu i ruszył na górę. Korzystał z tego pokoju na
niŜszym poziomie tylko wtedy, gdy chciał grać, poniewaŜ miał tu świetną akustykę,
albo kiedy zamierzał trochę poćwiczyć, a nie chciało mu się iść do klubu sportowego
kilka przecznic dalej.
Właściwie mieszkał na górnym poziomie. Tymczasowo, powtórzył w myślach.
W tym przejściowym mieszkaniu potrzebował jedynie łóŜka, szafy, odpowiedniego
oświetlenia i biurka, na którym zmieściłby się jego komputer, monitor i potrzebne do
pracy papiery.
Chętnie zrezygnowałby z telefonu, ale jego agentka siłą wyposaŜyła go w
telefon komórkowy i nalegała, Ŝeby go nie wyłączał.
Rzeczywiście, na ogół tego nie robił, chyba Ŝe akurat nie miał ochoty z nikim
rozmawiać.
Usiadł za biurkiem zadowolony, Ŝe chwila gry na saksofonie oŜywiła mu
umysł i napełniła energią. Mandy, jego agentka, obgryzała długie, lakierowane
paznokcie z niepokoju o to, czy jej podopieczny robi jakieś postępy w pracy nad
najnowszą sztuką. Powinien jej powiedzieć, Ŝeby na darmo nie niszczyła sobie
lakieru. Sztuka będzie gotowa, kiedy nadejdzie odpowiednia pora i ani minuty
wcześniej.
Doszedł do wniosku, Ŝe sukces przynosi wiele kłopotów, poniewaŜ bardzo
szybko zaczyna Ŝyć własnym Ŝyciem. Jeśli stworzy się coś, co podoba się
publiczności, ludzie natychmiast chcą dostać następne dzieło - jeszcze bardziej udane.
Preston miał w nosie to, czego oczekuje od niego publiczność. Było mu wszystko
jedno, czy ludzie wywaŜą drzwi teatru, Ŝeby zobaczyć jego nową sztukę, czy obsypią
go nagrodami i obrzucą pieniędzmi. Równie dobrze mogli poddać kolejne dzieło
miaŜdŜącej krytyce i zaŜądać zwrotu pieniędzy za bilety.
Dla niego liczyła się sama praca. Tylko to miało znaczenie.
Jego sytuacja finansowa była bardzo dobra, zresztą nie od dzisiaj. Mandy
twierdziła, Ŝe tu po części leŜy przyczyna jego kłopotów. Nie kierowała nim Ŝądza
zysku, nie pisał dla pieniędzy i dlatego nie zaleŜało mu na reakcji publiczności. Z tego
samego zresztą powodu, zdaniem Mandy, tworzył tak genialne sztuki. Nie zaleŜało
mu na nich.
Siedział teraz przy komputerze, wysoki, muskularny, z grzywą potarganych
włosów w kolorze ciemnoblond. Chłodne, niebieskie oczy wpatrywały się w napisany
tekst. Usta miał surowo zaciśnięte, a pociągła, męska twarz przybrała powaŜny wyraz.
Zapomniał o odgłosach ulicy, które dzień i noc wdzierały się przez okno do
mieszkania, i postarał się wniknąć w duszę męŜczyzny, który Ŝył jedynie we wnętrzu
komputera, męŜczyzny, który desperacko zmagał się ze swoimi pragnieniami. Był on
waŜną postacią w jego nowej sztuce.
Zaklął pod nosem, kiedy nieprzyjemny dźwięk dzwonka przeniósł go z
powrotem do pustego pokoju. Zastanowił się, czy nie udać, Ŝe nie ma go w domu, ale
znał ludzką naturę, więc był pewien, Ŝe intruz nie da za wygraną i będzie wracał,
dopóki ktoś mu nie otworzy.
To pewnie ta kobieta o sokolim wzroku, z parteru, pomyślał, schodząc na dół.
JuŜ dwa razy próbowała go osaczyć, kiedy szedł wieczorem do klubu. Udało mu się
uniknąć zasadzki, ale to zaczynało być irytujące. Lepiej będzie, jeśli stanie z nią
twarzą w twarz, powie jej coś niegrzecznego, a obraŜona sąsiadka odejdzie jak
niepyszna i nie będzie mu więcej zawracała głowy, najwyŜej zacznie z jeszcze wię-
kszym zapałem plotkować na jego temat.
Spojrzał przez wizjer i zobaczył, Ŝe przed drzwiami stoi nie schludna
staruszka o bystrym wzroku, tylko ładna brunetka o wielkich, zielonych oczach i
krótko, po chłopięcemu przystrzyŜonych włosach.
Przypomniał sobie, Ŝe to dziewczyna z naprzeciwka. Czego, u diabła, chce ode
mnie, pomyślał rozdraŜniony. Miał nadzieję, Ŝe skoro przez tydzień dała mu spokój,
nie będzie próbowała narzucić mu swojego towarzystwa takŜe w przyszłości. Właśnie
taką sąsiadkę uznałby za idealną.
Gniewnie otworzył drzwi i oparł się o framugę.
- Słucham?
- Cześć. - O tak, z bliska wydał się Cybil jeszcze przystojniejszy. - Nazywam
się Cybil Campbell. Mieszkam pod 3A. - Z radosnym, przyjacielskim uśmiechem
wskazała drzwi po drugiej stronie korytarza.
Preston tylko uniósł brew.
- Tak?
Doszła do wniosku, Ŝe nieznajomy jest po prostu małomówny i nadal
uśmiechała się przyjaźnie. śałowała, Ŝe ani na chwilę nie spuszczał jej z oka i nie
mogła niepostrzeŜenie zerknąć w głąb jego mieszkania. Nie chciała, Ŝeby sobie
pomyślał, Ŝe jest ciekawska. PrzecieŜ wcale taka nie jest. Naprawdę.
- Słyszałam, Ŝe przed chwilą grałeś na saksofonie. Pracuję w domu, a te ściany
nie są zbyt grube.
Jeśli przyszła tu skarŜyć się na hałas, to nic nie wskóra, stwierdził w myślach
Preston. Gra, kiedy ma na to ochotę. Chłodno spoglądał na jej zgrabny, trochę zadarty
nosek, zmysłowe, pełne usta i wąskie stopy z pomalowanymi na róŜowo paznokciami.
- Zwykle zapominam włączyć muzykę, kiedy pracuję - ciągnęła radośnie.
ZauwaŜył, Ŝe kiedy mówi, w kąciku ust robi się jej wesoły dołeczek. - Z
przyjemnością słuchałam, jak grasz. Ralph i Sissy uwielbiali Vivaldiego. To piękna
muzyka, ale trochę nudna, jeśli słucha się jej bez przerwy. Ralph i Sissy mieszkali tu,
zanim ty się wprowadziłeś - wyjaśniła, wskazując jego mieszkanie. - Przeprowadzili
się do White Plains po tym, jak Ralph miał romans ze sprzedawczynią z Saksa. No,
tak naprawdę to moŜe nic między nimi nie było, ale Ralph miał na to ochotę, więc
Sissy powiedziała, Ŝe albo się przeprowadzą do innego miasta, albo się z nim
rozwiedzie i zostawi go bez grosza. Pani Wolinsky daje im pół roku, ale ja nie
byłabym taka pewna. MoŜe jeszcze wszystko się między nimi naprawi. W kaŜdym
razie... - Wyciągnęła przed siebie ładny, Ŝółty talerz, na którym piętrzył się stos
ciasteczek z kawałkami czekolady, przykryty przezroczystą, róŜową folią. -
Przyniosłam ci trochę ciastek.
Spojrzał na nie, tym samym dając Cybil okazję zerknięcia w głąb mieszkania,
na pusty salon.
Biedny facet, nawet go nie stać na kanapę, pomyślała ze współczuciem.
Preston podniósł wzrok i zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego przyniosłaś mi ciastka?
- Właśnie je upiekłam. Czasami robię coś do jedzenia, kiedy nie mogę się
skupić na pracy. To pomaga mi pozbierać myśli. Pieczenie działa na mnie najlepiej.
Jeśli zostawiłabym te ciastka dla siebie, w końcu bym je wszystkie zjadła i
znienawidziłabym siebie za to. - Znów ukazał się dołeczek w policzku. - Nie lubisz
ciastek?
- Nie mam nic przeciwko nim.
- W takim razie smacznego. - WłoŜyła mu talerz w ręce. - I witaj w nowym
domu. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, moŜesz się do mnie zwrócić. Zwykle jestem
u siebie. - Machnęła drobną dłonią o szczupłych palcach. - A jeśli chcesz się czegoś
dowiedzieć o sąsiadach, teŜ mogę ci w tym pomóc. Mieszkam tu juŜ od kilku lat i
znam wszystkich.
- Nic mnie to nie obchodzi. - Cofnął się i bez poŜegnania zamknął drzwi.
Cybil przez chwilę stała bez ruchu, oszołomiona tak nagłym końcem
rozmowy. Chodziła po tym świecie od dwudziestu czterech lat, a jeszcze nikt nie
zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Zdarzyło jej się to pierwszy raz i miała nadzieję, Ŝe
ostatni. Doświadczenie było bardzo nieprzyjemne.
Miała ochotę załomotać do drzwi sąsiada i zaŜądać zwrotu ciastek, ale się
opanowała. Nie upadnę tak nisko, powiedziała sobie. Odwróciła się na pięcie i
pomaszerowała do swojego mieszkania.
Teraz wiedziała, Ŝe tajemniczy nieznajomy jest nieziemsko przystojny,
zbudowany jak grecki bóg i niegrzeczny jak rozkapryszony bachor, któremu dobrze
by zrobił klaps w pupę i krótka drzemka. Skoro tak jest, to trudno. Nie będzie mu się
narzucała.
Nie trzasnęła drzwiami. Pewnie tylko uśmiechnąłby się z satysfakcją. Ale
kiedy juŜ była w środku, niczym rozzłoszczone dziecko zaczęła stroić najróŜniejsze
miny, grać na nosie i pokazywać język w stronę mieszkania nowego sąsiada.
Kiedy zakończyła tę dziecinną demonstrację uczuć, poczuła się trochę lepiej.
Fakty jednak pozostały niezmienione. Lokator spod 3B dostał ciasteczka na jej
ulubionym deserowym talerzu i udało mu się wzbudzić jej niechęć. Ona natomiast
nadal nie znała nawet jego imienia.
Preston nie Ŝałował tego, co zrobił. Ani przez chwilę. Specjalnie zachował się
grubiańsko, w nadziei Ŝe ta rozszczebiotana, impertynencka dziewczyna o zadartym
nosku i seksownych, róŜowych paznokciach nie będzie mu zawracała głowy do końca
jego pobytu w tym domu. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował, to stado sąsiadów,
którzy pukają do jego drzwi, Ŝeby radośnie powitać go w nowym miejscu
zamieszkania. Zwłaszcza jeśli na czele tego stada miała stać gadatliwa brunetka o
oczach wróŜki z bajki.
Do diabła, zaklął pod nosem. A mówią, Ŝe w Nowym Jorku ludzie ignorują się
nawzajem. Miał nadzieję, Ŝe jest to wręcz Ŝelazna zasada, obowiązująca w tym
mieście.
Wścibska sąsiadka na pewno była panną - gdyby miała męŜa, z pewnością nie
omieszkałaby z zachwytem opisać wszystkich jego zdumiewających zalet. Prawdziwy
pech. W dodatku pracowała w domu i bardzo łatwo będzie się na nią natknąć w
korytarzu. Kolejny minus.
Musiał teŜ uczciwie przyznać, Ŝe w Ŝyciu nie jadł lepszych ciasteczek niŜ te,
które mu przyniosła. To juŜ było wprost niewybaczalne.
Na szczęście udało mu się o nich zapomnieć, gdy zasiadł do pisania. Ogarnięty
pasją twórczą, nie zwróciłby uwagi nawet na wybuch jądrowy. Kiedy jednak wrócił
do rzeczywistości, natychmiast pomyślał o wesołym, Ŝółtym talerzu i ułoŜonych na
nim wypiekach dziewczyny z sąsiedztwa.
Myślał o nich, kiedy brał prysznic, kiedy się ubierał i usiłował rozluźnić
mięśnie zesztywniałe po wielu godzinach siedzenia w postawie, którą siostra Maria
Józefa, jego nauczycielka ze szkoły podstawowej, określała jako godną nagany.
Kiedy więc zszedł na dół, Ŝeby się napić piwa, co mu się naleŜało po długiej
pracy, spojrzał na talerz łakomie. Otworzył butelkę i z namysłem pociągnął długi łyk.
MoŜe się skusi i zje kilka? Wyrzucenie ich do śmietnika byłoby zupełnie
niepotrzebnym gestem. I tak juŜ udało mu się zniechęcić do siebie tę rozgadaną Cybil.
Na pewno będzie chciała, Ŝeby zwrócił talerzyk. Nic się nie stanie, jeśli
skosztuje ciastek, zanim podrzuci jej talerz pod drzwi.
WłoŜył jedno do ust i z uznaniem mruknął coś pod nosem. Zjadł drugie i cicho
gwizdnął z zachwytu.
Po dwudziestym zaklął cicho.
Te ciastka są jak narkotyk, pomyślał. Było mu trochę mdło i czuł, Ŝe chyba nie
jest w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzył na niemal pusty talerz z mieszaniną
poŜądania i obrzydzenia do samego siebie. Przywołał resztki silnej woli i przełoŜył
pozostałe ciastka do plastikowego pojemnika, a potem wrócił do salonu po saksofon.
Miał zamiar trochę pospacerować przed wizytą w klubie.
JuŜ miał wyjść na korytarz, kiedy usłyszał, Ŝe ktoś z hałasem idzie na górę.
Skrzywił się i cofnął za drzwi, nie zamykając ich jednak. Przez szparę usłyszał, jak
Cybil wyrzuca z siebie słowa z zawrotną szybkością, co bardzo go zdziwiło, poniewaŜ
dziewczyna była sama.
- Nigdy więcej - mamrotała cicho. - Niech mnie posieka na kawałki, niech
mnie przypala Ŝywym ogniem. Nigdy więcej nie dam się do tego namówić. Za Ŝadne
skarby świata. Postanowione i koniec.
Preston zauwaŜył, Ŝe się przebrała. Miała teraz na sobie obcisłe czarne spodnie
i dopasowany czarny blezer, a pod nim bluzkę w kontrastowym kolorze dojrzałych
truskawek. W uszach dziewczyny kołysały się długie kolczyki.
Nadal mówiąc do siebie, otworzyła torebkę wielkości znaczka pocztowego.
- śycie jest zbyt krótkie, Ŝeby marnować dwie godziny na nudne rozmowy o
niczym. Więcej nie dam się jej na to namówić. Nie zrobi mi tego. PrzecieŜ potrafię
mówić nie. Muszę to tylko trochę poćwiczyć, i tyle. Gdzie, u diabła, podziały się te
klucze?
Gdy usłyszała, Ŝe drzwi za nią się otwierają, podskoczyła i odwróciła się
gwałtownie. Preston zauwaŜył, Ŝe kolczyki w jej uszach róŜnią się od siebie i
zastanowił się, czy teraz jest taka moda, czy to tylko roztargnienie właścicielki. Nie
mogła znaleźć kluczy w mikroskopijnej torebce, więc pewnie w grę wchodziła druga
moŜliwość.
Była zarumieniona, zdyszana i wręcz biła od niej świeŜość. A pachniała nawet
ładniej niŜ ciasteczka. Preston zauwaŜył to natychmiast i jeszcze bardziej go to
zirytowało.
- Zaczekaj - nakazał jej krótko i wrócił do mieszkania po talerz.
Cybil nie miała zamiaru czekać. W końcu udało jej się znaleźć klucz w małej
wewnętrznej kieszonce torebki, czyli dokładnie tam, gdzie go schowała.
Preston okazał się szybszy. Wyszedł na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi.
W jednej ręce niósł saksofon w futerale, w drugiej Ŝółty talerz.
- Masz. - Nie miał zamiaru się dopytywać, co sprawiło, Ŝe jej twarz leśnej
wróŜki przybrała taki zagniewany wyraz. Bez wątpienia opowiedziałaby mu wszystko
ze szczegółami, co zabrałoby co najmniej pół godziny.
- Nie musisz mi tak wylewnie dziękować - warknęła i wyrwała mu talerz.
Głowa pękała jej z bólu po dwóch godzinach słuchania monotonnych wynurzeń
kuzyna Jody, Franka, na temat operacji giełdowych, więc postanowiła dać upust złości
i powiedzieć kilka słów prawdy opryskliwemu facetowi z przeciwka. - Słuchaj, koleś,
nie chcesz zawierać znajomości, w porządku. Ja nie narzekam na brak przyjaciół. - Z
emfazą machnęła talerzem. - Mam ich tylu, Ŝe zanim zaprzyjaźnię się z kimś nowym,
muszę poczekać, aŜ ktoś ze starych znajomych wyprowadzi się za granicę. To jednak
wcale nie jest powód, Ŝeby zachowywać się bezczelnie. PrzecieŜ ja ci się tylko
przedstawiłam i dałam trochę ciastek!
Miał ochotę się uśmiechnąć, ale się opanował.
- Bardzo dobre ciastka - powiedział, zanim zdąŜył ugryźć się w język.
Natychmiast tego poŜałował, kiedy zobaczył, Ŝe złość w oczach Cybil zmienia się w
rozbawienie.
- Naprawdę?
- Owszem. - Odszedł, a ona patrzyła za nim lekko zaintrygowana. Teraz juŜ
zupełnie nie wiedziała, co o nim myśleć.
Postąpiła więc tak, jak nakazał jej odruch chwili. Często tak robiła. Szybko
zostawiła talerz na stole i zamknąwszy drzwi do mieszkania, podąŜyła za
nieznajomym. Starała się przy tym stąpać tak cicho, jak to tylko moŜliwe.
Ś
wietny pomysł do mojego komiksu, pomyślała. Przygoda w sam raz dla
Emily. Jeśli dobrze to rozegram, wystarczy na kilka odcinków.
Oczywiście Emily musi oszaleć na punkcie tego faceta, zadecydowała Cybil,
gdy próbowała bezszelestnie zbiec po schodach. U bohaterki komiksu nie będzie to
zwykła, znana wszystkim ciekawość, tylko odbierająca zdrowy rozsądek fascynacja.
Podekscytowana pogonią, z głową rozpaloną od pomysłów, bez tchu wybiegła
przed dom i rozejrzała się na wszystkie strony.
Przystojny sąsiad był juŜ dość daleko. Szybko chodzi, pomyślała z uznaniem.
Uśmiechnęła się do siebie i ruszyła za nim.
Emily, rzecz jasna, kryłaby się w cieniu, przeskakiwała od latarni do latarni,
przywierała do ściany, na wypadek, gdyby śledzony nagle się odwrócił, ale...
Cybil z cichym okrzykiem ukryła się za słupem latarni, kiedy obiekt jej pogoni
z roztargnieniem obejrzał się przez ramię. Wyjrzała zza słupa, przyciskając rękę do
serca i zobaczyła, Ŝe znika za rogiem.
Była zła, Ŝe na kolację z Frankiem włoŜyła szpilki zamiast butów na płaskim
obcasie. Zaczerpnęła powietrza i biegiem rzuciła się w pościg.
PodąŜała za swoją zwierzyną przez dwadzieścia minut, aŜ rozbolały ją nogi, a
początkowe podniecenie pogonią ustąpiło miejsca znuŜeniu. A moŜe tajemniczy
sąsiad co wieczór krąŜy bez celu po mieście, dźwigając futerał z saksofonem? MoŜe
jest nie tylko grubianinem, ale i wariatem? Pewnie niedawno wypuścili go ze szpitala
- dlatego nie potrafi nawiązywać normalnych kontaktów z ludźmi. Jego obrzydliwie
bogata i okrutna rodzinka w końcu go dopadła i zamknęła w szpitalu dla obłąkanych,
Ŝ
eby nie mógł się upomnieć o naleŜny mu spadek po ukochanej babci, która zmarła w
podejrzanych okolicznościach i zostawiła mu cały swój majątek. Długie lata
zamknięcia w szpitalu prowadzonym przez nieuczciwego psychiatrę spowodowały
fatalne zmiany w jego osobowości.
Tak, właśnie taką historię wymyśliłaby sobie Emily. I byłaby pewna, Ŝe jej
czuła opieka i bezgraniczna miłość uleczyłyby nieszczęśnika. Potem zaś wszyscy
sąsiedzi i przyjaciele staraliby się wybić jej z głowy takie pomysły, a ona próbowałaby
wciągnąć ich w swoje plany.
A zanim wszystko by się wyjaśniło, tajemniczy sąsiad okazałby się...
Ze zdziwieniem stwierdziła, Ŝe znalazła się na progu jakiegoś małego,
mrocznego klubu o nazwie U Delty.
No, nareszcie, pomyślała, przeczesując włosy dłonią. Teraz wystarczy, Ŝe
wślizgnie się do środka i znajdzie sobie ciemny kąt. Ciekawe, co się będzie działo
dalej.
ROZDZIAŁ DRUGI
Klub przesiąknięty był zapachem whisky i dymu papierosowego. Nie
przeszkadzało to Cybil, raczej pozwalało lepiej wczuć się w panującą tu atmosferę.
Wokół było mroczno, a jasnoniebieski blask oświetlał niewielką scenę. Przy
większości ciasno ustawionych stolików siedzieli goście. Nie było tu wcale głośno,
wszyscy rozmawiali ściszonymi głosami.
Cybil wydało się to naturalne. PrzecieŜ w takich miejscach na pewno
odbywają się tajemne schadzki, ludzie nawiązują sekretne romanse lub omawiają
jakieś zagadkowe sprawy.
Przy długim drewnianym barze pod ścianą klienci siedzieli na wysokich
stołkach, pochyleni nad drinkami, jakby strzegli ich przed jakimś
niebezpieczeństwem.
Ten klub był jakby Ŝywcem przeniesiony w teraźniejszość z czarno - białych
filmów z lat czterdziestych. W takich filmach bohaterka nosiła długie, powłóczyste
suknie, miała mocno umalowane usta i opadające na jedno oko platynowoblond
włosy. Stawała na scenie w snopie światła pojedynczego reflektora i śpiewała tęskne
piosenki o okrutnych męŜczyznach, którzy ją skrzywdzili. W tym samym czasie
męŜczyzna, który jej pragnął i który kiedyś równieŜ ją skrzywdził, siedział w zadumie
nad niedopitą szklaneczką whisky, spoglądając znuŜonym wzrokiem spod ronda
sfatygowanego kapelusza.
Innymi słowy, klub ten bardzo się Cybil spodobał. Uśmiechnęła się do siebie z
satysfakcją.
W nadziei Ŝe nikt nie zwróci na nią uwagi, przemknęła pod ścianą, usiadła
przy wolnym stoliku i przyglądała się Prestonowi przez kłęby dymu i opary whisky.
Preston był ubrany na czarno. Miał na sobie czarne dŜinsy i czarny bawełniany
podkoszulek. Przed chwilą zdjął skórzaną kurtkę, w której przyszedł. Rozmawiał z
jakaś piękną czarnoskórą kobietą w jaskrawoczerwonym kombinezonie, opinającym
ciasno kaŜdą wypukłość jej bujnego ciała. Miała co najmniej metr osiemdziesiąt
wzrostu. Kiedy odrzuciła głowę w tył i roześmiała się, jej matowy, niski śmiech
wypełnił całe pomieszczenie.
Po raz pierwszy Cybil zobaczyła, jak tajemniczy męŜczyzna się uśmiecha.
Patrząc na jego odmienioną twarz, nadal zabójczo urodziwą, ale teraz pozbawioną
surowości, doszła do wniosku, Ŝe jego uśmiech nie ma sobie równych. Zresztą słowo
„uśmiech” było zbyt łagodne. Cała jego twarz się zmieniła, nabrała ciepła, rozjaśniła
się.
Cybil bezwiednie oparła głowę na dłoniach i uśmiechnęła się do siebie.
Wyobraźnia zaczęła działać...
Ta piękna Amazonka była jego kochanką. Upewniła się o tym, gdy kobieta
ujęła jego twarz w dłonie i obdarzyła go długim pocałunkiem. Oczywiście, taki
męŜczyzna jak on - pełen tajemnic, o złamanym sercu i burzliwej przeszłości - musiał
mieć egzotyczną kochankę, z którą spotykał się w mrocznych zadymionych barach,
gdzie razem słuchali sennej, tęsknej muzyki.
BoŜe, jakie to romantyczne. Westchnienie samo wyrwało się z piersi Cybil.
Na nierozświetlonej jeszcze scenie Delta z czułością uszczypnęła Prestona w
policzek.
- Doszło do tego, Ŝe śledzą cię kobiety, mój słodki?
- To jakaś wariatka.
- Chcesz, Ŝebym ją stąd wyrzuciła?
- Nie. - Nie obejrzał się, ale czuł na sobie spojrzenie tych wielkich, zielonych
oczu. - Jestem pewien, Ŝe to tylko nieszkodliwa wariatka.
W ciemnych oczach Delty znać było rozbawienie.
- W takim razie pogadam z nią. Sprawdzę, co to za jedna. Jeśli ktoś śledzi
mojego słodkiego Prestona, muszę sprawdzić, co jest grane. Prawda, Andre?
Chudy czarnoskóry męŜczyzna przy fortepianie zdjął palce z klawiszy i uniósł
twarz tak zniszczoną, jak wysłuŜony instrument, na którym grał.
- Prawda. Tylko nie zrób jej krzywdy - powiedział z uśmiechem. - To jeszcze
prawie dziecko. Gotowy? - zwrócił się do Prestona.
- Ty zacznij. Włączę się za chwilę.
Delta zeszła ze sceny, a długie, szczupłe palce Andre zaczęły wyczarowywać
cudowne dźwięki. Preston z wolna dawał się ponieść nastrojowi. Zamknął oczy i czuł,
jak porywa go muzyka.
Muzyka przenosiła go w inny świat. Wyganiała z głowy słowa, ludzi i sceny,
które wdzierały się do niej nieproszone. Kiedy dmuchał w saksofon, nie istniało nic
innego, tylko radosny trud grania.
Kiedyś powiedział Delcie, Ŝe granie jest jak seks. Coś człowiekowi odbiera,
coś innego daje. I zawsze kończy się zbyt szybko.
Cybil równieŜ dała się oczarować dźwiękom. Zasłuchana w niskie, smutne
nuty, wzbijała się na nich pod niebo, Ŝeby po chwili znów opaść na ziemię. Kiedy
patrzyła, jak Preston gra na saksofonie, czuła się zupełnie inaczej niŜ wtedy, gdy tylko
słyszała dobiegające zza ściany strzępki melodii. W jego graniu było teraz więcej
mocy, docierało ono do głębi jej serca, budziło zmysły.
Przy takiej muzyce moŜna było płakać. Kochać się. Marzyć.
Zasłuchana i wpatrzona w scenę nie zauwaŜyła, kiedy do jej stolika podeszła
Delta.
- Co cię tu sprowadza, siostrzyczko?
- Hmmm? - Wytrącona nagle z zasłuchania Cybil podniosła wzrok i
uśmiechnęła się z roztargnieniem. - Co za cudowna muzyka. AŜ mnie ściska za serce.
Delta uniosła brwi. ZauwaŜyła, Ŝe dziewczyna ma inteligentną, miłą twarz o
regularnych, delikatnych rysach. Wcale nie wyglądała na wariatkę.
- Pijesz coś, czy tylko siedzisz i zajmujesz miejsce?
- Och... - Oczywiście. Cybil uświadomiła sobie, Ŝe w takim klubie naleŜy
zamówić jakiegoś drinka. - Taka muzyka pasuje do whisky - stwierdziła z uśmiechem.
- Napiję się więc whisky.
Brwi Delty uniosły się jeszcze wyŜej.
- Wyglądasz tak młodo, Ŝe nie wiem, czy moŜesz juŜ zamawiać whisky.
Cybil nawet się nie skrzywiła. Bardzo często słyszała takie uwagi. Otworzyła
torebkę i wyjęła prawo jazdy.
Delta przyjrzała mu się uwaŜnie.
- W porządku, Cybil Angelo Campbell. Dostaniesz swoją whisky.
- Dzięki. - Zadowolona Cybil znów oparła głowę na dłoniach i zasłuchała się.
Była zdziwiona, kiedy Delta wróciła do jej stolika, niosąc nie jedną, ale dwie
szklaneczki, i usiadła obok niej.
- Co robisz w takim miejscu, siostrzyczko? Twoja słodka buzia bardziej pasuje
do pokoju dziecinnego.
Cybil juŜ miała wyjaśnić, skąd się tu wzięła, ale przecieŜ nie mogła
powiedzieć, Ŝe trafiła do klubu, podąŜając ukradkiem przez całe Soho za tajemniczym
sąsiadem z przeciwka.
- Mieszkam niedaleko. Zdaje się, Ŝe trafiłam tu przypadkiem, idąc za głosem
serca. - Uniosła szklaneczkę w stronę sceny. - I bardzo się cieszę, Ŝe tu jestem - oznaj-
miła i przechyliła jej zawartość.
Delta spojrzała na nią zaskoczona. Ta dziewczyna wyglądała jak grzeczna
pensjonarka z dobrego domu, ale whisky piła jak męŜczyzna.
- Jeśli będziesz się włóczyła nocami po ulicach, to ktoś moŜe cię schrupać,
siostrzyczko.
Cybil spojrzała na nią znad brzegu szklanki.
- Dam sobie radę... siostro.
Delta z zastanowieniem kiwnęła głową.
- MoŜe tak, a moŜe nie. Jestem Delta Pardue. - Stuknęła swoją szklaneczką o
szklaneczkę Cybil. - Ten lokal naleŜy do mnie.
- Bardzo mi się tu podoba, Delto.
- MoŜe tak, a moŜe nie. - Roześmiała się swoim niskim, zmysłowym
ś
miechem. - Ale nie mam wątpliwości, Ŝe podoba ci się mój przyjaciel. Odkąd
przyszłaś, patrzysz na niego jak kot na mysz.
Cybil zakołysała whisky, zastanawiając się, jak dalej rozegrać tę rozmowę.
ChociaŜ nie miała wątpliwości, Ŝe doskonale sobie poradzi na ulicy, a w zasadzie
wszędzie, jednak Delta była od niej cięŜsza co najmniej o dziesięć kilogramów. Jak
sama powiedziała, to był jej lokal. Jej męŜczyzna. Nie było sensu robić sobie wroga z
potencjalnej nowej przyjaciółki.
- Jest bardzo przystojny - powiedziała obojętnie. - Trudno na niego nie patrzeć.
Więc jeśli nie masz nic przeciwko temu, jeszcze trochę sobie popatrzę. On na pewno
nie zwróci na mnie uwagi, skoro ma przy sobie kogoś takiego jak ty.
Zęby Delty błysnęły w szerokim uśmiechu.
- Zdaje się, Ŝe rzeczywiście dasz sobie radę w kaŜdej sytuacji. Bystra z ciebie
dziewczyna, co?
Cybil parsknęła śmiechem.
- O, tak. I naprawdę bardzo mi się tutaj podoba. Jak długo jesteś właścicielką
klubu?
- Dwa lata.
- A co robiłaś przedtem? Po twoim akcencie poznaję, Ŝe pochodzisz z Nowego
Orleanu. Nie mylę się?
Delta kiwnęła głową.
- Masz dobre ucho.
- Owszem, umiem rozpoznawać po akcencie, skąd kto pochodzi, a juŜ na
pewno rozpoznam kogoś z Nowego Orleanu. Moja mama się tam wychowała.
- Nie znam Ŝadnych Campbellów. Jakie jest nazwisko panieńskie twojej
matki?
- Grandeau.
Delta odchyliła się w tył.
- Znam wiele osób o tym nazwisku. Jesteś krewną pani Adelajdy?
- To siostra mojego dziadka.
- Niezwykła dama.
Cybil prychnęła lekko i wypiła łyk whisky.
- Nadęta, denerwująca i zimna jak ryba. W dzieciństwie ja i bliźniaki, czyli
mój brat i siostra, myśleliśmy, Ŝe to zła czarownica.
- Ma władzę, ale taką, którą dają pieniądze i koligacje. A więc jesteś z rodziny
Grandeau. Kim jest twoja mama?
- To Genvieve Grandeau Campbell, malarka.
- Pani Gennie... - Delta odstawiła szklankę, przyłoŜyła dłoń do serca i zaniosła
się śmiechem. - Coś podobnego! Córka pani Gennie przyszła do mojego klubu. Na
tym świecie zdarzają się jednak prawdziwe cuda.
- Znasz moją matkę?
- Moja mama sprzątała u twojej grand - mere, siostrzyczko.
- Mazie? Jesteś córką Mazie? Och! - Ostatnie lody zostały przełamane i Cybil
chwyciła Deltę za rękę. - Moja mama często opowiadała mi o Mazie. Kiedy byłam
małą dziewczynką, poszliśmy do niej z wizytą. Poczęstowała nas domowymi
pączkami, były świeŜe i pyszne. Siedzieliśmy razem na ganku i popijaliśmy
lemoniadę, a tata naszkicował jej portret.
- Powiesiła go w salonie i była z niego bardzo dumna. Byłam w mieście
wtedy, kiedy ją odwiedziliście całą rodziną, ale pracowałam. Mama tygodniami
opowiadała o tej wizycie. Panna Gennie miała w jej sercu swoje stałe miejsce.
- Zaczekaj tylko, aŜ powiem swoim rodzicom, Ŝe cię spotkałam w Nowym
Jorku. A jak się teraz miewa twoja mama, Delto?
- Zmarła w zeszłym roku.
- Och... - Cybil ciepłym gestem ujęła rękę Delty w obie dłonie. - Tak mi
przykro.
- Miała udane Ŝycie, odeszła we śnie, dobrą śmiercią. Twoi rodzice przyjechali
na pogrzeb. Siedzieli z nami w kościele. Stali nad grobem. Pochodzisz z bardzo
dobrej rodziny, moja mała Cybil.
- Ty teŜ, Delto. Ty teŜ.
Preston nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Oto Delta, najrozsądniejsza
kobieta jaką znał, gawędziła sobie w najlepsze z tą postrzeloną dziewczyną i
najwyraźniej obie w ekspresowym tempie zostały przyjaciółkami. Popijały whisky,
ś
miały się wesoło, trzymały za ręce.
Siedziały razem w zacisznym kącie sali przez ponad godzinę. Co jakiś czas
Cybil wygłaszała jeden z tych swoich oŜywionych monologów, energicznie przy tym
gestykulując i strojąc najróŜniejsze miny. Delta odchylała się w tył i wybuchała
ś
miechem, a potem znów przysuwała się do nowej przyjaciółki i ze zdziwieniem
kręciła głową.
- Spójrz no tylko na to, Andre. - Preston oparł się o fortepian.
Andre rozprostował palce i zapalił papierosa.
- Wyglądają jak dwie kokoszki w kojcu. To bardzo ładna dziewczyna,
przyjacielu. Ma w sobie jakąś iskrę.
- Nie znoszę takich iskrzących dziewczyn - burknął Preston. Nie miał ochoty
więcej grać, więc schował saksofon do futerału. - Do następnego razu.
- Na pewno mnie tu znajdziesz.
Wiedział, Ŝe najlepiej by było, gdyby po prostu wyszedł bez słowa, ale trochę
go zirytowało, Ŝe jego dobra znajoma tak się zaprzyjaźniła z tą narwaną trzpiotką.
Poza tym chciał pokazać wścibskiej sąsiadce, Ŝe przejrzał jej grę i nie da się podejść.
Kiedy jednak stanął przy stoliku, Cybil tylko zerknęła na niego przelotnie i
uśmiechnęła się.
- Nie będziesz juŜ więcej grał? Bardzo mi się podobało.
- Śledziłaś mnie.
- Owszem. To było niegrzeczne. Ale wcale nie Ŝałuję. Słuchałam cię z
przyjemnością. Poza tym inaczej nigdy nie poznałabym Delty. Właśnie mówiłyśmy
o...
- Nie rób tego więcej - powiedział krótko i pomaszerował do drzwi.
- O, ale się wkurzył. - Delta parsknęła śmiechem. - Patrzył tak lodowato, Ŝe aŜ
przeszedł mnie dreszcz.
- Powinnam go przeprosić. - Cybil zerwała się na równe nogi. - Nie chcę, Ŝeby
się na ciebie gniewał.
- Na mnie? Ale...
- Jeszcze tu wrócę. - Pocałowała Deltę w policzek, a ta ze zdziwienia
zamrugała oczami. - Nie martw się, wszystko mu wyjaśnię.
Wybiegła z klubu, a Delta przez chwilę patrzyła za nią oszołomiona. W końcu
roześmiała się głęboko i serdecznie.
- Siostrzyczko, nie masz nawet pojęcia, w co się pakujesz. No, ale nasz słodki
Preston teŜ jeszcze nic nie przeczuwa - dodała w zadumie.
Tymczasem Cybil biegła juŜ chodnikiem w ślad za Prestonem.
- Hej! - krzyknęła, ale on nawet się nie obejrzał. śe teŜ nie zapytała Delty
przynajmniej o to, jak się nazywa ten ponurak. Co za brak rozsądku. - Hej! -
NaraŜając się na zwichnięcie kostki, przyśpieszyła jeszcze bardziej i wreszcie udało
jej się go dogonić.
- Przepraszam... - zaczęła, chwytając męŜczyznę za rękaw kurtki. - Naprawdę
przepraszam. To wszystko moja wina.
- Całkowicie się z tobą zgadzam.
- Nie powinnam cię śledzić. Nie zastanowiłam się nad tym, co robię.
Działałam impulsywnie. Często mi się to zdarza. No i byłam zdenerwowana,
poniewaŜ ten kretyn Frank... zresztą niewaŜne. Chciałam tylko... Czy mógłbyś trochę
zwolnić?
- Nie.
Cybil wzniosła oczy do nieba.
- Dobrze, juŜ dobrze. Wiem, Ŝe Ŝyczysz mi wszystkiego najgorszego, ale nie
masz Ŝadnego powodu, Ŝeby się wściekać na Deltę. Zaczęłyśmy rozmawiać i okazało
się, Ŝe jej matka pracowała kiedyś u mojej babci, a ona, to znaczy Delta, zna moich
rodziców i kilku kuzynów z rodziny Grandeau. Bardzo dobrze nam się rozmawiało.
Preston zatrzymał się nagle i spojrzał na nią chłodno.
- śe teŜ akurat musiałaś trafić do tego klubu, chociaŜ tyle jest ich w mieście -
mruknął, co bardzo ją rozśmieszyło.
- No właśnie. W dodatku udało mi się zaprzyjaźnić z twoją dziewczyną.
Przepraszam.
- Z moją dziewczyną? Chodzi ci o Deltę?
Ku wielkiemu zaskoczeniu Cybil, jej tajemniczy sąsiad okazał się zdolny do
wesołego śmiechu. Roześmiał się głośno cudownym głębokim barytonem, który
mógłby roztopić lód. Z jej piersi wyrwało się westchnienie.
- Czy Delta wygląda na Czyjąkolwiek dziewczynę? Ty chyba spadłaś z Marsa.
- To tylko takie wyraŜenie. Nie chciałam wysnuwać zbyt śmiałego wniosku i
nazywać ją twoją kochanką.
Patrzył na nią zaciekawiony, a w jego oczach nadal migotały ogniki śmiechu.
- Nie miałbym nic przeciwko temu, ale tak się składa, Ŝe facet, z którym
dzisiaj grałem, to jej maŜ i mój przyjaciel.
- Ten chudzielec przy fortepianie? Naprawdę? - ZłoŜyła buzię w ciup i
zastanowiła się chwilę. Co za cudowna romantyczna sytuacja. - To wspaniałe,
prawda? - Preston tylko potrząsnął głową i ruszył przed siebie. - To znaczy, chciałam
powiedzieć coś innego - ciągnęła Cybil, biegnąc obok truchtem. Nie zdziwiło to
Prestona. Był pewien, Ŝe dziewczyna tak łatwo się od niego nie odczepi. - Jestem
pewna, Ŝe przysiadła się do mnie po to, Ŝeby mnie sprawdzić. Chciała się upewnić, Ŝe
nie sprawię ci kłopotu. A potem juŜ tak się jakoś samo zgadało. Nie chcę, Ŝebyś się na
nią złościł.
- Wcale nie jestem na nią zły. Natomiast to, co ty wyczyniasz, przechodzi
wszelkie granice. Powiedzieć, Ŝe jestem na ciebie zły, byłoby mało.
UraŜona wydęła usta.
- CóŜ, bardzo mi przykro. Postaram się więcej nie wchodzić ci w drogę, bo
widzę, Ŝe bardzo ci to przeszkadza.
Zadarła dumnie nosek, przeszła na drugą stronę ulicy i pomaszerowała w
przeciwnym kierunku, oddalając się od domu.
Preston patrzył przez chwilę, jak stukając obcasami o chodnik, niknie w głębi
ulicy. Wzruszył ramionami i skręcił za róg, wmawiając sobie, Ŝe teraz, kiedy pozbył
się wścibskiej gaduły, humor od razu mu się poprawi. PrzecieŜ to nie jego zmar-
twienie, Ŝe młoda dziewczyna idzie sama ulicą w środku nocy. PrzecieŜ nie musiałaby
się błąkać po mieście w tych bez wątpienia niewygodnych pantofelkach na wysokich,
cienkich obcasach, gdyby nie strzeliło jej do głowy, Ŝeby go śledzić.
Nie, nie zamierzał się o nią martwić.
Zaklął pod nosem, odwrócił się i podąŜył śladem Cybil. No dobrze, upewni się
tylko, Ŝe dziewczyna bezpiecznie dotrze do domu i to wszystko. Potem będzie
spokojnie mógł umyć ręce od wszelkiej odpowiedzialności i zapomnieć o całym zda-
rzeniu.
Dzieliła go od niej odległość jednej przecznicy, kiedy nagle zauwaŜył coś
dziwnego. Jakiś męŜczyzna wysunął się z cienia i rzucił na dziewczynę. Cybil
krzyknęła przeszywająco i zaczęła się mu wyrywać. Preston bez namysłu cisnął na
ziemię futerał i biegiem pomknął na pomoc, bojowo zaciskając pięści.
Zatrzymał się jak wryty, kiedy spostrzegł, Ŝe Cybil nie tylko się wyswobodziła,
ale w dodatku unieszkodliwiła napastnika mocnym kopniakiem w krocze. Bandyta
zgiął się w pół, a ona zręcznie wymierzyła mu od dołu cios w szczękę, po którym
wylądował bezwładnie na chodniku.
- Mam przy sobie tylko dziesięć dolarów! Nędzne dziesięć dolarów, ty
łobuzie! - wołała wzburzona. - Jeśli potrzebujesz pieniędzy, trzeba było o nie
zwyczajnie poprosić!
Preston doszedł juŜ do siebie i w kilku susach znalazł się przy niej.
- Jesteś ranna?
- Tak, do diabła, jestem. A wszystko przez ciebie. Nie uderzyłabym go tak
mocno, gdybym nie była taka wkurzona. Na ciebie! - wyrzuciła, rozcierając kostki u
prawej dłoni.
Preston chwycił ją za nadgarstek.
- Daj, zobaczę. Wyprostuj palce.
- Idź sobie.
- No, dalej, wyprostuj palce.
- Hej tam! - Jakaś kobieta wyjrzała przez otwarte okno po drugiej stronie ulicy.
- Chcecie, Ŝebym wezwała policję?
- Tak! - ze złością odkrzyknęła Cybil i poruszyła palcami obolałej dłoni.
Preston zbadał je ostroŜnie, a ona odetchnęła głębiej. - Tak, proszę wezwać policję.
Dziękuję - dodała spokojniejszym tonem.
- Jaka uprzejma, nawet jako ofiara napadu - wymruczał Preston. - Kości są
całe. Ale lepiej będzie, jeśli zrobisz prześwietlenie.
- Dzięki za radę, doktorze z koszmarnego snu. - Wyrwała dłoń z jego uścisku,
uniosła z dumą głowę i odprawiła go ruchem drugiej ręki, niczym królowa łaskawie
zezwalająca odejść poddanemu. - MoŜesz iść. Nic mi nie jest.
Rozciągnięty na chodniku człowiek poruszył się z jękiem, więc Preston
postawił mu stopę na karku.
- Chyba zostanę tu jeszcze przez chwilę. MoŜe przyniesiesz mój saksofon?
Upuściłem go, poniewaŜ wtedy jeszcze wierzyłem, Ŝe zły wilk zjadł Czerwonego
Kapturka.
JuŜ miała mu powiedzieć, Ŝeby sam sobie przyniósł swój głupi saksofon, ale
dotarło do niej, Ŝe gdyby jeszcze raz miała uderzyć leŜącego na chodniku łobuza,
sprawiłoby jej to niemal taki sam ból jak jemu. Godnie wyprostowana poszła więc po
saksofon i przyniosła go Prestonowi.
- Dziękuję - powiedziała.
- Za co?
- Za to, Ŝe o mnie pomyślałeś.
- Nie ma o czym mówić. - Człowiek na chodniku zaczął ordynarnie kląć, więc
Preston trochę mocniej przycisnął go nogą.
Odsunął się od napastnika dopiero dziesięć minut później, kiedy przyjechał
radiowóz. Cybil bez trudu ze szczegółami opisała policjantom całe wydarzenie, miał
więc nadzieję, Ŝe uda mu się ujść ich uwadze i nie będzie musiał niczego zeznawać.
Nadzieja ta rozwiała się w jednej chwili, gdy policjanci zwrócili się do niego:
- Widział pan, co tutaj zaszło?
- Tak - odpowiedział Preston z cięŜkim westchnieniem.
ZbliŜała się druga nad ranem, kiedy wraz z Cybil wchodzili po schodach na
górę do swoich mieszkań. W ustach nadal czuł nieprzyjemny smak podłej kawy, jaką
podano im na posterunku policji. W dodatku wypity w klubie alkohol wywołał u
niego lekki ból głowy.
- Wieczór pełen emocji, co? - zagadnęła Cybil. - Ci wszyscy gliniarze i
przestępcy... W biurze detektywów trudno było odróŜnić, kto jest kto. No, moŜe nie
do końca, bo detektywi muszą nosić krawaty. Ciekawe, dlaczego. To miło z ich
strony, Ŝe oprowadzili mnie po posterunku. śałuj, Ŝe z nami nie poszedłeś. Pokoje
przesłuchań wyglądały dokładnie tak, jak sobie wyobraŜałam. Były ciemne i ponure.
Czułam ciarki na plecach. - Preston nie miał wątpliwości, Ŝe Cybil jest jedyną osobą
pod słońcem, która dostrzega jasne strony nawet w tak nieprzyjemnym zdarzeniu, jak
napad. - WciąŜ jestem spięta - dodała. - A ty? Nie jesteś zdenerwowany? MoŜe masz
ochotę na ciastko? Zostało mi jeszcze kilka.
Starał się nie zwracać uwagi na jej paplaninę. Wyjął klucze i juŜ miał włoŜyć
je do zamka, gdy Ŝołądek przypomniał mu, Ŝe od ośmiu godzin nic nie jadł. A
doskonale pamiętał cudowny smak ciasteczek gadatliwej sąsiadki.
- No dobrze.
- Świetnie. - Weszła do swojego mieszkania i zrzuciwszy buty, podąŜyła do
kuchni, nie zamykając za sobą drzwi. - MoŜesz wejść! - zawołała przez ramię. -
PrzełoŜę kilka ciastek na talerz, Ŝebyś mógł je zabrać i zjeść spokojnie u siebie, ale
przecieŜ nie musisz czekać na korytarzu.
Wszedł do środka, zostawiając drzwi otwarte. Tak jak moŜna było
przewidzieć, mieszkanie okazało się jasne i wesołe, z mnóstwem ładnych stylowych
bibelotów. KrąŜył po pokoju z rękami w kieszeniach i starał się nie słuchać paplania
Cybil, która wykładała ciastka z pojemnika w kształcie głupkowato uśmiechniętej
krowy na jaskrawoŜółty talerz, ten sam którego uŜywała wcześniej.
- Za duŜo mówisz, wiesz?
- Wiem. - Przygładziła dłonią włosy. - Zwłaszcza kiedy jestem
podekscytowana lub spięta.
- A czy kiedykolwiek jesteś w innym nastroju?
- Od czasu do czasu.
Rozejrzał się uwaŜniej wokół siebie. ZauwaŜył oprawione w ramki fotografie,
kilka par kolczyków, pojedynczy but i jakiś romans. Wokół roznosił się zapach
kwiatów jabłoni. Wszystko to doskonale mu pasowało do właścicielki mieszkania.
Nagle zatrzymał się i z zainteresowaniem spojrzał na wiszący na ścianie odcinek
komiksu.
- „Sąsiedzi i przyjaciele” - stwierdził zaskoczony. Przyjrzał się podpisowi pod
ostatnim obrazkiem. Widniało tam tylko imię: Cybil. - Jesteś jego autorką?
Zerknęła przez ramię.
- Tak. To mój komiks. Pewnie bardzo rzadko czytujesz komiksy w gazetach?
W głosie dziewczyny usłyszał zaczepną nutę. Mimo później pory i burzliwych
przeŜyć wyglądała świeŜo, ładnie i urzekająco.
- Grant Campbell, ten od „Macintosha”, to twój stary?
- Nie jest stary, ale owszem, to mój ojciec. Campbellowie natychmiast
skojarzyli się Prestonowi z MacGregorami, CzyŜ to nie zadziwiający zbieg okolicz-
ności? Stanął po drugiej stronie blatu i sięgnął po jedno z ciastek, które Cybil
starannie układała na talerzu.
- Lubię jego komiksy. Ostre i celne.
- Gdyby to usłyszał, na pewno byłoby mu przyjemnie. - Preston sięgnął po
następne ciastko, a Cybil się uśmiechnęła. - Nalać ci trochę mleka?
- Nie. Masz piwo?
- Piwo do ciastek? - Skrzywiła się, ale otworzyła lodówkę. Preston miał okazję
zauwaŜyć, Ŝe była wypełniona zapasami. A kiedy Cybil się pochyliła, nie mógł nie
spostrzec, Ŝe zgrabna dziewczęca pupa bardzo ładnie się prezentuje w czarnych,
obcisłych spodniach.
- MoŜe być takie? - Podała mu butelkę z ciemnym płynem. - Chuck takie pija.
- Chuck zna się na rzeczy. To twój chłopak?
Uśmiechnęła się kącikiem ust i wyjęła szklankę, zanim Preston zdąŜył jej
powiedzieć, Ŝe będzie pił z butelki.
- Czyli Ŝe ja mogę mieć chłopaka, ale kiedy cię zapytałam, czy Delta to twoja
dziewczyna, wyśmiałeś mnie. Nie, Chuck nie jest moim chłopakiem. To mąŜ Jody.
Jody i Chuck Myersowie mieszkają piętro niŜej, pod 2B. Byliśmy dzisiaj razem na
kolacji: ja, oni oraz wyjątkowo nudny kuzyn Jody - Frank.
- To o tym mamrotałaś pod nosem, kiedy spotkałem cię dziś na korytarzu?
- Mamrotałam? - Zmarszczyła brwi, oparła się o kontuar i zjadła jedno z
ułoŜonych na talerzu ciastek. Mamrotanie pod nosem było kolejnym nawykiem,
którego usiłowała się pozbyć. - Pewnie tak. Jody juŜ trzeci raz wrobiła mnie w randkę
z Frankiem. To makler giełdowy. Ma trzydzieści pięć lat. Kawaler, przystojny, jeśli
ktoś lubi taki filmowy typ o kwadratowej szczęce i szerokim czole. Jeździ BMW
coupe, ma piękne mieszkanie na Upper East Side i letni dom w Hampton, nosi
garnitury od Armaniego, lubi regionalną kuchnię francuską i ma nieskazitelnie białe
zęby. Wystarczy?
Rozbawiony Preston popił ciastko zimnym piwem.
- Dlaczego więc jeszcze nie wyszłaś za niego za maŜ i nie przeprowadziłaś się
do jakiegoś pięknego domu w Westchester?
- Właśnie streściłeś marzenie mojej przyjaciółki Jody. Zaraz ci powiem,
dlaczego jeszcze tego nie zrobiłam. - Machnęła ciasteczkiem i odgryzła kawałek. - Po
pierwsze, nie chcę wychodzić za mąŜ ani przeprowadzać się do Westchester. Po
drugie, i najwaŜniejsze, wolałabym raczej przejść się po rozŜarzonych węglach niŜ
związać się z Frankiem.
- Coś z nim nie tak?
- Śmiertelnie mnie nudzi - wyznała i zrobiła skruszoną minę. - Nieładnie tak o
kimś mówić, prawda?
- Dlaczego? To po prostu szczere stwierdzenie faktu.
- Tak, mówię szczerze. - Sięgnęła po kolejne ciastko i zjadła je z
umiarkowanym poczuciem winy. - To naprawdę miły człowiek, ale wydaje mi się, Ŝe
w ciągu ostatnich pięciu lat nie przeczytał Ŝadnej ksiąŜki ani nie był w kinie. Pewnie
ogląda jakieś starannie wybrane filmy, ale na pewno nie chodzi do kina ot, tak, dla
przyjemności. A jak juŜ obejrzy jakiś film, poddaje go drobiazgowej krytyce.
- Nie znam człowieka, a juŜ mnie znudził. Roześmiała się i wzięła następne
ciastko.
- Na własne oczy widziałam, jak przy stole przeglądał się w łyŜce, Ŝeby
sprawdzić, czy czasem nie przekrzywił mu się krawat i czy kaŜdy włos jest na swoim
miejscu. Przez całe Ŝycie mógłby mówić tylko o akcjach, obligacjach i rentach
kapitałowych. Nie wytrzymałabym tego. A poza tym, całuje się jak ryba.
- Naprawdę? - Preston zapomniał juŜ, Ŝe chciał tylko chwycić talerz z
ciastkami i uciec do siebie. - To znaczy jak?
- No, wiesz. - UłoŜyła wargi w kształt litery O, a potem roześmiała się. -
MoŜesz chyba sobie wyobrazić, jak całuje się ryba. To znaczy, ryby pewnie się nie
całują, ale gdyby się całowały, to właśnie tak. O mały włos, a udałoby mi się dzisiaj
uniknąć tego przykrego doświadczenia, ale Jody nie chciała ustąpić.
- Nie przyszło ci do głowy, Ŝeby powiedzieć nie?
- Oczywiście, Ŝe mi przyszło. - Uśmiechnęła się z ironią. - Tylko nie potrafię
wprowadzić myśli w czyn. Jody bardzo mnie lubi i z przyczyn, których absolutnie nie
umiem pojąć, uwielbia Franka. Jej zdaniem byłaby z nas wspaniała para. Wiesz, jak to
jest, kiedy ktoś, na kim ci zaleŜy i kogo bardzo lubisz, poddaje cię tego rodzaju
naciskowi.
- Nie, nie wiem.
Cybil przechyliła głowę w bok. Przypomniała sobie jego pusty salon. Nie miał
mebli, a teraz okazało się, Ŝe nie ma rodziny.
- Szkoda. Czasami jest to bardzo uciąŜliwe, ale nie wyrzekłabym się tego za
nic na świecie.
- Jak ręka? - zapytał, widząc, Ŝe rozciera kostki dłoni.
- A, ręka. Jeszcze trochę boli. Jutro pewnie trudno mi będzie pracować. Ale
moŜe uda mi się przekształcić dzisiejsze doświadczenie w ciekawą historyjkę
komiksową.
- Nie bardzo sobie wyobraŜam, Ŝeby Emily mogła znokautować napastnika w
ciemnej ulicy.
Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
- A więc jednak czytasz mój komiks.
- Od czasu do czasu.
Ta dziewczyna jest taka ładna i taka pogodna, zauwaŜył Preston mimo woli.
Nagle nabrał ochoty, Ŝeby sprawdzić, jak smakują jej usta.
Zaraz jednak zdegustowany pomyślał, Ŝe to pewnie efekt jedzenia domowych
ciasteczek w środku nocy w towarzystwie kogoś, kto zarabia na siebie, wyszukując
najzabawniejsze momenty codziennego Ŝycia.
- Nie odziedziczyłaś ostrego pióra po ojcu ani malarskiego geniuszu po matce,
ale masz całkiem niezły talencik i zdolność do spostrzegania absurdu.
Roześmiała się niepewnie.
- Bardzo dziękują za tę nieproszoną analizę krytyczną mojej pracy.
- Nie ma za co. - Sięgnął po talerz i ruszył do drzwi. - Dzięki za ciastka.
Patrzyła za nim spod zmruŜonych powiek. Jeszcze mu pokaŜe, jaki ma talent
do wyławiania Ŝyciowych absurdów. Przekona się o tym wkrótce, kiedy przeczyta
nowe odcinki jej komiksu.
- Hej!
Przystanął i obejrzał się.
- Co znowu?
- Nazywasz się jakoś, lokatorze spod 3B?
- Owszem, nazywam się, lokatorko spod 3A McQuinn. Postawił butelkę piwa
na talerzu obok ciastek i zamknął za sobą drzwi.
ROZDZIAŁ TRZECI
Kiedy w głowie Cybil roiło się od pomysłów na nowe postacie i scenki, mogła
pracować do upadłego, dopóki zesztywniałe palce nie odmówiły jej posłuszeństwa i
ołówek nie wypadł z rąk.
Cały następny dzień Ŝywiła się wyłącznie ciasteczkami. Popijała je
dietetycznymi napojami, jak zwykle oszukując się, Ŝe to zrównowaŜy olbrzymią
liczbę kalorii pochłanianych w postaci ciastek. Tymczasem na papierze, obrazek po
obrazku, Emily z przyjaciółką Cari - która przez ostatnie dwa lata coraz bardziej
upodobniała się do Jody - knuły spiski i planowały, jak odkryć sekrety Tajemniczego
Sąsiada.
Cybil miała zamiar nazwać go Quinn, ale dopiero w którymś z kolejnych
odcinków.
Przez trzy następne dni prawie nie odchodziła od deski do rysowania. Jody
miała klucz, więc Cybil nie musiała za kaŜdym razem zbiegać na dół, Ŝeby otworzyć
drzwi przyjaciółce, kiedy ta przychodziła z wizytą. A sama Jody zawsze chętnie
biegła na dół wpuścić panią Wolinsky czy kogoś innego z sąsiadów, kto akurat miał
ochotę odwiedzić Cybil.
Trzeciego dnia wieczorem, kiedy Cybil zajęta była kolorowaniem niedzielnego
odcinka komiksu, w mieszkaniu zebrało się tyle osób, Ŝe zrobiło się z tego małe,
nieformalne przyjęcie.
Ktoś włączył stereo. Zagrzmiała muzyka, ale Cybil wcale to nie przeszkadzało.
Z dołu dobiegały do pracowni śmiechy i rozmowy, od czasu do czasu ktoś głośnym
krzykiem oznajmiał swoje przyjście, albo wchodził na górę popatrzeć, jak pracuje
gospodyni.
Wyczuła zapach praŜonej kukurydzy. Miała nadzieję, Ŝe ktoś wpadnie na
pomysł, Ŝeby jej trochę przynieść.
Odchyliła się w tył i krytycznie spojrzała na swoje dzieło. Rzeczywiście, nie
miała tak ostrego pióra jak ojciec ani nie była tak genialną artystką jak matka. Ale
miała „niezły talencik”, sama musiała to przyznać.
Rysowała sprawnie i pomysłowo. Mogłaby malować, i to całkiem dobrze, jeśli
miałaby na to ochotę. Jednak krótkie komiksowe historyjki najlepiej odpowiadały jej
temperamentowi i dawały moŜliwość wygłaszania komentarzy na najróŜniejsze
Ŝ
yciowe tematy.
Nie poruszała bolesnych zagadnień społecznych i nie uprawiała satyry
politycznej, ale jej rysunki rozśmieszały ludzi. Dotrzymywały im towarzystwa przy
wypijanej na chybcika porannej kawie lub przy długim, leniwym niedzielnym
ś
niadaniu.
A przede wszystkim czyniły ją samą szczęśliwszą. Do takiego wniosku doszła,
podpisując ostatni rysunek.
Jeśli McQuinnowi spod 3B wydaje się, Ŝe jego niedbały komentarz na temat
jej pracy ją zranił, to bardzo się myli. Była więcej niŜ zadowolona, Ŝe ma „niezły
talencik”.
Z satysfakcją przyglądała się owocom minionych trzech dni pracy, gdy
zadzwonił telefon. Natychmiast podniosła słuchawkę.
- Halo! - odezwała się radośnie, niemal wyśpiewując to słowo.
- To się nazywa wesołe powitanie.
- Dziadek! - Cybil usiadła wygodnie w fotelu i rozciągnęła zesztywniałe
mięśnie. - Tak, jest mi bardzo wesoło, a w dodatku nie ma człowieka, z którym
rozmawiałabym chętniej niŜ z tobą.
W zasadzie Daniel MacGregor nie był jej dziadkiem, ale Ŝadnemu z nich to
nie przeszkadzało. Uczucie nie dba o genealogiczne zawiłości.
- Naprawdę? W takim razie dlaczego tak rzadko dzwonisz do mnie i do babci?
Wiesz, jak się o ciebie martwi, samą w wielkim mieście.
- Samą? - Rozbawiona wyciągnęła słuchawkę w stronę drzwi, tak Ŝeby
odgłosy toczącego się na dole przyjęcia dotarły aŜ do domu dziadków w Hyannis Port.
- Jak słyszysz, nie moŜna powiedzieć, Ŝe jestem sama.
- Znów masz dom pełen gości?
- Owszem. Jak się miewasz? Co u was wszystkich słychać? Opowiedz mi
wszystko.
Wygodnie usadowiona, z radością gawędziła z nim o rodzinie, ciotkach i
wujach, kuzynach i ich dzieciach.
Ś
miejąc się, słuchała jego opowieści, dodawała swoje komentarze i z radością
przyjęła wiadomość, Ŝe latem szykuje się zjazd rodzinny.
- To cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wszystkich zobaczę. Od
ś
lubu Jana i Naomi zeszłej jesieni upłynęło juŜ tyle czasu. Tęsknię za wami.
- Dlaczego czekać do lata? Przyjedź, cały czas jesteśmy na miejscu.
- MoŜe rzeczywiście zrobię wam niespodziankę.
- Teraz ja mam dla ciebie niespodziankę. ZałoŜę się, Ŝe jeszcze nie słyszałaś.
Nasza mała Naomi spodziewa się dziecka! Na święta przybędzie nam pod choinką
następny maluch!
- Och, dziadku, to wspaniale. Jeszcze dzisiaj do nich zadzwonię. Darcy i Mac
teŜ lada chwila będą mieli dziecko. W tym roku będzie duŜo dzidziusiów do
przytulania.
- Tylko dlaczego młoda kobieta, która przepada za dziećmi, nie chce się
postarać o własne?
Nie był to nowy temat, więc Cybil tylko uśmiechnęła się do siebie.
- Moje kuzynki starają się za siebie i za mnie.
- Ha! Owszem, prawda. Co nie znaczy, Ŝe moŜesz się wymigiwać od
obowiązku, moja mała. Nosisz nazwisko Campbell, ale masz serce MacGregorów.
- CóŜ, mogę się ugiąć i wyjść za Franka.
- To ten, co ma usta jak ryba?
- Nie, tylko całuje jak ryba. Ale... no tak, moŜna powiedzieć, Ŝe ma usta jak
ryba. Razem obdarzylibyśmy cię stadkiem małych karpi.
- E, tam. Tobie potrzeba męŜczyzny, a nie jakiegoś śledzia we włoskim
garniturze! Człowieka, który myśli nie tylko o pieniądzach, który rozumie sztukę i
który jest na tyle rozsądny, Ŝeby nie dać ci się wpakować w jakieś kłopoty, jasne?
- Sama potrafię się ustrzec przed kłopotami, dziadku - przypomniała mu.
Postanowiła jednak nic nie wspominać o niedawnym zdarzeniu na ulicy. - Poza tym,
jedynym męŜczyzną, który ma wszystkie wymienione przez ciebie cechy, jesteś ty
sam, a babcia na pewno mi ciebie nie odda. Muszę więc usychać z samotności w tym
wielkim, niedobrym mieście.
Roześmiał się szczerze.
- W takim wielkim mieście musi być mnóstwo męŜczyzn. Na pewno w końcu
znajdziesz kogoś odpowiedniego. Spotykasz się z ludźmi, wychodzisz z domu,
prawda? - zaniepokoił się. - Nie siedzisz chyba całymi dniami w pracowni nad tymi
swoimi śmiesznymi rysunkami?
- Akurat przez ostatnie trzy dni niewiele wychodziłam, ale miałam tak duŜo
pomysłów, Ŝe musiałam je wszystkie od razu przelać na papier. Do mieszkania
naprzeciwko wprowadził się nowy lokator. Zainspirował mnie. Jest trochę ma-
łomówny i trzyma się na uboczu. Nie, powiem wprost: jest niegrzeczny i gburowaty.
Zdaje się, Ŝe nie ma pracy, tylko od czasu do czasu gra na saksofonie w takim klubie,
niedaleko stąd. To wprost wymarzony sąsiad dla Emily.
- Doprawdy?
- Całymi dniami siedzi w mieszkaniu i z nikim nie rozmawia. Nazywa się
McQuinn.
- Skoro z nikim nie rozmawia, skąd wiesz, jak się nazywa?
- Dziadku... - Cybil pozwoliła sobie na pobłaŜliwy uśmiech. - Nie wiesz, Ŝe
jeśli się uprę, porozmawiam z kaŜdym, nawet z największym mrukiem? Ten nowy
sąsiad to prawdziwy milczek. Nawet kiedy nakarmiłam go ciasteczkami, niewiele się
odzywał. Ale udało mi się wyciągnąć z niego nazwisko.
- No, a jak on ci się podoba, drogie dziecko? Jest chociaŜ przystojny?
- O tak, bardzo. Emily oszaleje na jego punkcie.
- Naprawdę? - Daniel roześmiał się uszczęśliwiony. Dowiedziawszy się
wszystkiego, czego chciał od swojej honorowej wnuczki, Daniel MacGregor wykonał
następny telefon. Czekając na połączenie, nucił wesoło pod nosem. Roześmiał się po
raz kolejny, kiedy usłyszał w słuchawce zniecierpliwiony głos Prestona.
- Tak, słucham?
- Ach, jaki ty masz miły, otwarty charakter, McQuinn. Po prostu serce mi
rośnie!
- Witam, panie MacGregor. - Preston bez trudu rozpoznał ten tubalny głos i
szkocki akcent. Od razu poczuł, Ŝe poprawia mu się humor. Uśmiechnął się ciepło i
wstał od komputera.
- Tak, to ja. Jak ci się podoba w nowym mieszkaniu?
- usłyszał. - Zadomowiłeś się juŜ?
- Owszem. Jeszcze raz dziękuję, Ŝe pozwolił mi pan je zająć na czas renowacji
mojego domu. Na pewno nie mógłbym pracować z ekipą remontową pod bokiem. -
Skrzywił się lekko, kiedy zza ściany dał się słyszeć kolejny głośny wybuch śmiechu i
dźwięki muzyki. - Co prawda, dzisiaj nie jest tu wiele ciszej. Moja sąsiadka chyba
ś
więtuje jakieś radosne wydarzenie.
- Cybil? Bardzo towarzyska dziewczyna. A wiesz, Ŝe ona jest moją wnuczką?
- Coś takiego. Nie wiedziałem.
- No, powiedzmy, Ŝe prawie wnuczką. Powinieneś się trochę rozerwać,
chłopcze. Dlaczego nie dołączysz do jej towarzystwa?
- Nie, dziękuję. - Wolałby juŜ raczej wizytę u dentysty.
- Zebrała się tam pewnie połowa mieszkańców Soho. Pana dom, panie
MacGregor, jest pełen ludzi, którzy ponad wszystko uwielbiają gadać. A pana
wnuczka bije wszelkie rekordy.
- To przyjacielskie stworzenie. Czuję się spokojniejszy, kiedy wiem, Ŝe
mieszkasz naprzeciw niej. Nie brakuje ci zdrowego rozsądku. Chciałbym cię prosić,
Ŝ
ebyś miał na nią oko. Potrafi być naiwna. Wiesz, o co mi chodzi. Martwię się o nią.
Preston przypomniał sobie, jak Cybil z szybkością i precyzją boksera wagi
lekkiej znokautowała napastnika, i uśmiechnął się do siebie.
- Na pana miejscu nie zamartwiałbym się zbytnio.
- CóŜ, teraz, kiedy jesteś w pobliŜu niej, juŜ się tak bardzo nie niepokoję. Taka
młodziutka, śliczna dziewczyna jak Cybil... Jest bardzo ładna, nie sądzisz?
- Śliczna jak obrazek.
- A do tego inteligentna. I odpowiedzialna, chociaŜ na pierwszy rzut oka moŜe
się wydawać, Ŝe to beztroski motylek. Jej komiks w odcinkach ukazuje się codziennie
w gazecie, regularnie jak w zegarku. Co chyba dowodzi, Ŝe jest dojrzała i sumienna,
prawda? Do takiej pracy nadaje się jedynie osoba twórcza, z duszą artysty, ale
równieŜ praktyczna i trzeźwa. Wszystko musi mieć gotowe w ściśle określonym
terminie. Ale przecieŜ ty teŜ wiesz o tym. Pisanie sztuk teatralnych nie jest łatwym
kawałkiem chleba.
- Zgadza się. - Preston przetarł oczy. Pod powiekami czuł pieczenie po długich
godzinach spędzonych przed komputerem. Dzisiaj praca szła mu cięŜko.
- Ale ty masz talent, bardzo rzadki talent. Podziwiam cię za to.
- Ostatnio wena twórcza nie bardzo mi dopisuje, ale dziękuję za słowa
uznania.
- Powinieneś więcej wychodzić z domu, oderwać się od pracy. Spotkać się z
jakąś ładną dziewczyną. Oczywiście niewiele wiem o pisaniu, chociaŜ dwoje moich
wnuków właśnie z tego się utrzymuje i Ŝyją całkiem nieźle. No, ale mniejsza z tym...
Powinieneś skorzystać ze wszystkich uroków wielkiego miasta, zanim wrócisz do
swojej twierdzy i zamkniesz się w niej na cztery spusty.
- MoŜe tak zrobię.
- Aha, McQuinn, bądź tak uprzejmy i nie wspominaj Cybil, Ŝe prosiłem cię o
opiekę nad nią. Bardzo by ją to rozzłościło. Ale jej babcia martwi się o nią,
rozumiesz...
- Nic jej nie powiem - obiecał.
Hałas zza ściany doprowadzał go do szału, więc Preston postanowił wyjść z
domu. Długo grał w klubie, ale nawet muzyka nie uciszyła szalejących w jego głowie
myśli.
Ciągle wyobraŜał sobie, Ŝe Cybil siedzi przy stoliku w głębi sali i z głową
opartą na dłoniach, lekko uśmiechnięta, przygląda mu się rozmarzonym wzrokiem.
Do licha, wtargnęła do najtajniejszych zakamarków jego Ŝycia, co bardzo mu
się nie podobało.
Klub U Delty był jedną z jego ulubionych kryjówek. Czasami przyjeŜdŜał tu
aŜ z Connecticut tylko po to, Ŝeby wejść na scenę i grać z Andre, dopóki muzyka nie
wypędzi z niego napięcia i trosk, jakie przyniósł dzień.
Potem wracał do domu lub jeśli robiło się zbyt późno, spędzał noc na leŜance
w pokoju na zapleczu.
W klubie nikt nie narzucał mu swojego towarzystwa ani nie oczekiwał od
niego więcej, niŜ on sam chciał dać.
Teraz jednak, po tym, jak przyszła tu Cybil, co chwila spoglądał ze sceny na
stolik w odległym kącie sali, jakby oczekiwał, Ŝe dziewczyna za chwilę znów się tu
pojawi i spojrzy na niego wielkimi zielonymi oczami.
- Oj, przyjacielu... - W przerwie między utworami Andre łyknął drinka z
wysokiej szklanki, stojącej na jego ukochanym fortepianie. - Coś mi się wydaje, Ŝe
dzisiaj nie tylko grasz bluesa, ale sam czujesz się bluesowo.
- Chyba masz rację.
- Jeśli facet wygląda tak jak ty dzisiaj, to zwykle oznacza, Ŝe w grę wchodzi
jakaś kobieta.
Preston skrzywił się i potrząsnął głową.
- Nie, nie chodzi o kobietę, tylko o pracę - oznajmił stanowczo, unosząc
saksofon.
Andre tylko wydął usta.
- Skoro tak twierdzisz, bracie...
Dotarł do domu o trzeciej nad ranem, gotów załomotać do drzwi Cybil i
zaŜądać, Ŝeby rozbawione towarzystwo natychmiast się uciszyło. Poczuł lekkie
rozczarowanie, kiedy stwierdził, Ŝe przyjęcie dobiegło końca. Z mieszkania
dziewczyny nie dobiegał Ŝaden dźwięk.
Zamknął za sobą drzwi i postanowił wykorzystać panujący wokół spokój.
Zaparzył sobie dzbanek czarnej jak smoła kawy i usiadł przy komputerze. Po chwili
znów znalazł się w świecie swojej sztuki, w umysłach jej bohaterów, którzy niszczyli
sobie Ŝycie, poniewaŜ nie umieli słuchać tego, co podpowiada im serce.
Przestał uderzać w klawisze, kiedy wstało słońce i energia opuściła go równie
nagle, jak się pojawiła. Uświadomił sobie, Ŝe pierwszy raz od niemal tygodnia
wykonał solidny kawał roboty. Zaraz potem, tak jak stał, kompletnie ubrany, padł na
łóŜko twarzą w dół.
Natychmiast nawiedziły go sny.
Ś
niła mu się śliczna dziewczęca twarz w obramowaniu lśniących ciemnych
włosów, twarz o wielkich, migdałowych oczach koloru młodych wiosennych liści.
Słyszał głos, wesoły jak szmer górskiego strumienia.
Dziewczyna pytała go, czy wszystko w jego Ŝyciu musi być takie powaŜne. Ze
ś
miechem przesunęła dłońmi po jego piersi, objęła go za szyję.
PrzecieŜ Ŝycie to bardzo powaŜna sprawa, wyjaśnił jej surowo.
To tylko jedna strona jednej monety, upierała się. A takich monet jest całe
mnóstwo. Nie zatańczysz ze mną?
Po chwili juŜ tańczyli. Znaleźli się U Delty i chociaŜ poza nimi nikogo tam nie
było, grała cicha, zmysłowa muzyka.
Nie będę się tobą opiekował. To dla mnie zbyt wiele, tłumaczył jej.
AleŜ przecieŜ juŜ to robisz, odparła rozbawiona.
Czubek jej głowy sięgał mu pod brodę. Nagle spojrzała na niego i leniwie
przesunęła językiem po jego podbródku. Usłyszał szum własnej krwi w Ŝyłach.
Naprawdę nie chcesz się mną zająć? - pytała z domyślnym uśmiechem.
Nie chcę cię, odparł gniewnie.
Roześmiała się lekko, perliście. Jej śmiech był jak bąbelki w szampanie.
Dlaczego kłamiesz, dziwiła się. To nie ma sensu, przecieŜ to twój własny sen. We
ś
nie moŜesz robić ze mną, co zechcesz. Nie będzie to miało Ŝadnego znaczenia.
Nie chcę cię, powtórzył, jednocześnie osuwając się z nią na podłogę...
Obudził się mokry od potu, zaplątany w prześcieradło, przeraŜony,
zadziwiony, ale kiedy juŜ uspokoił rozszalałe tętno, sytuacja zaczęła go bawić.
Ta kobieta jest zagroŜeniem, zdecydował stanowczo. Jedynym elementem tego
niewątpliwie erotycznego snu, który znajdował choćby mgliste odbicie w
rzeczywistości, był fakt, Ŝe jej nie chce.
Potarł dłońmi twarz i zerknął na zegarek. Minęła czwarta po południu, więc
łatwo obliczył, Ŝe po raz pierwszy od tygodnia przespał osiem godzin jak zabity. Co z
tego, Ŝe pomylił dzień z nocą?
Zszedł do kuchni, wypił resztę kawy i sięgnął po jedyną bułkę, która jeszcze
wyglądała na jadalną. Będzie musiał wyjść i kupić coś do zjedzenia.
Przez godzinę ćwiczył, mechanicznie wykonując poszczególne ruchy, Ŝeby
zesztywniałe od siedzenia przy komputerze mięśnie nie odzwyczaiły się od wysiłku.
Kiedy skończył, znów był mokry od potu, ale na szczęście tym razem nie miało to nic
wspólnego z erotycznymi fantazjami. Z przyjemnością spędził dwadzieścia minut pod
gorącym prysznicem, a następnie starannie się ogolił, pierwszy raz od trzech, a moŜe
czterech dni.
Przyszło mu do głowy, Ŝe mógłby sobie zafundować porządną kolację. Byłaby
to miła odmiana. Dopiero potem wybrałby się po zakupy, które zawsze napawały go
odrazą.
Ubrany, odświeŜony, w wyjątkowo pogodnym nastroju, otworzył drzwi na
korytarz.
Na progu jego mieszkania stała Cybil, z ręką uniesioną do przycisku dzwonka.
- Dzięki Bogu, jesteś w domu.
Nastrój natychmiast mu się pogorszył, a do głowy znów wróciły sceny ze snu,
zwłaszcza te na podłodze w klubie.
- O co chodzi?
- Musisz wyświadczyć mi przysługę.
- Wcale nie muszę.
- To nagły wypadek. - Chwyciła go za rękaw, zanim zdąŜył jej uciec. - Sprawa
Ŝ
ycia lub śmierci. W grę wchodzi moje Ŝycie i Ŝycie, a moŜe śmierć Johnny'ego,
siostrzeńca pani Wolinsky. Nie wykluczone, Ŝe jedno z nas zejdzie z tego świata, jeśli
będę musiała się z nim dzisiaj spotkać. Pani Wolinsky chce nas ze sobą umówić, więc
jej powiedziałam, Ŝe właśnie wybieram się na randkę.
- A co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
- Och, przestań, McQuinn. Nie bądź taki nadęty. Masz przed sobą
zdesperowaną kobietę. Wszystko dlatego, Ŝe pani Wolinsky nie dała mi czasu do
namysłu, a ja beznadziejnie kłamię. To znaczy, kłamstwo zdarza mi się rzadko i źle
mi wychodzi. Wypytywała mnie, z kim się umówiłam i nikt jakoś nie przychodził mi
do głowy, więc wymieniłam ciebie.
Nie Ŝartowała, mówiąc, Ŝe jest zdesperowana. Kiedy chciał odejść, stanowczo
zastąpiła mu drogę.
- Wiesz co, mała, powiem ci wprost. To nie mój kłopot, więc nie zawracaj mi
głowy.
- Wiem, wiem. Jasne, Ŝe to mój kłopot. Wymyśliłabym coś lepszego, ale
zaskoczyła mnie przy pracy. Dałam się jej podejść. - Zatopiła palce we włosach i
wzburzyła krótkie kosmyki. - Nie rozumiesz, Ŝe będzie wyglądała przez okno, Ŝeby
mnie sprawdzić? Jeśli nie wyjdziemy razem, domyśli się, Ŝe coś kręcę. - Zaczęła
krąŜyć niespokojnie tam i z powrotem, rozcierając skronie dłońmi, jakby chciała
pobudzić mózg do sprawniejszej pracy. - Wystarczy, Ŝe wyjdziemy razem z domu,
wyglądając tak, jakbyśmy się wybierali na miłą, niezobowiązującą randkę. Pójdziemy
sobie na kawę albo coś w tym rodzaju i wrócimy po jakichś dwóch godzinach. Jeśli
wrócimy osobno, na pewno to zauwaŜy i wszystko się wyda. Nic nie ujdzie jej uwagi.
No, zgódź się. Dam ci sto dolarów.
Stanął jak wryty u szczytu schodów. Co za absurdalna propozycja.
- Zapłacisz mi za to, Ŝe pójdę z tobą na kawę?
- MoŜna tak to ująć. Wiem, Ŝe pieniądze ci się przydadzą. No i przecieŜ jakoś
muszę ci wynagrodzić stracony czas. Sto dolarów, McQuinn, za dwie godziny w
moim towarzystwie. Kawę teŜ ja stawiam.
Oparł się o ścianę i przyjrzał jej się uwaŜnie. Wszystko to wydało mu się tak
absurdalne, Ŝe aŜ zabawne. PrzecieŜ on takŜe miał poczucie humoru, chociaŜ ostatnio
chyba o tym zapomniał.
- A ciastko?
Roześmiała się z wyraźną ulgą.
- Ciastko? Chcesz ciastko? Będzie ciastko.
- A gdzie zielony papierek?
- Zielony... Aha, pieniądze. Zaczekaj.
Pomknęła do mieszkania. Słyszał tupot jej nóg na schodach do pracowni, a
potem jakieś odgłosy otwieranych szaf, przestawianych sprzętów.
- Zaczekaj chwilę. Muszę się trochę przygotować - zawołała.
- Licznik juŜ tyka.
- Dobrze, dobrze. Gdzie do diabła jest moja... A, jest! Dwie minuty, tylko dwie
minuty! Nie chcę, Ŝeby mnie potem pouczała, Ŝe powinnam malować usta, bo inaczej
nigdy nie znajdę sobie narzeczonego.
Preston musiał przyznać, Ŝe przygotowania nie zajęły Cybil dłuŜej niŜ
obiecane dwie minuty. Kiedy wybiegła na korytarz, miała na sobie buty na wysokim
obcasie, róŜową szminkę na ustach, a w uszach kołysały się długie kolczyki. Znów nie
do pary, jak nie omieszkał zauwaŜyć, kiedy wręczała mu szeleszczący studolarowy
banknot.
- Jestem ci bardzo wdzięczna. Wiem, Ŝe wszystko to nie ma sensu, ale nie
potrafiłabym zranić uczuć poczciwej pani Wolinsky.
- Jeśli jej uczucia warte są dla ciebie sto dolarów, twoja sprawa. - Rozbawiony
wsunął banknot do kieszeni. - Idziemy. Jestem głodny.
- Masz ochotę coś zjeść? Mogę cię zaprosić na kolację. Niedaleko jest taka
fajna knajpka. Dają tam dobre włoskie jedzenie. Dobrze, uwaga. Zachowuj się tak,
jakbyś nie wiedział, Ŝe nas obserwuje - wyszeptała konspiracyjnie, kiedy doszli do
drzwi wyjściowych. - Staraj się, Ŝebyśmy wyglądali naturalnie. Weź mnie za rękę,
dobrze?
- Dlaczego?
- Na litość boską! - syknęła zniecierpliwiona. Chwyciła go mocno za rękę i
posłała mu promienny uśmiech. - Idziemy na pierwszą randkę. Postaraj się wyglądać
tak, jakbyś się dobrze bawił.
- Nie wiem, czy to nie za trudne zadanie. Dostałem tylko sto dolarów -
przypomniał jej, a ona ku jego zaskoczeniu roześmiała się rozbawiona.
- Ale z ciebie trudny człowiek, 3B. Naprawdę trudny. Zobaczymy, moŜe
gorący posiłek poprawi ci nastrój.
I tak się rzeczywiście stało. Ale tylko człowiek z kamienia nie oparłby się
olbrzymiej porcji spaghetti z Mopsikami i wesołemu towarzystwu Cybil Campbell.
- Doskonałe, prawda? - Z przyjemnością patrzyła, jak jej towarzysz pochłania
swoją porcję. Biedaczysko, pomyślała. Pewnie od tygodni nie jadł takiego duŜego
posiłku. - Zawsze, kiedy tu przychodzę, zjadam za duŜo. Jedną porcją moŜna by
nakarmić sześcioro wygłodniałych nastolatków. Jeśli nie dam rady zjeść wszystkiego,
zabieram resztę do domu, więc i następnego dnia jestem przejedzona. MoŜe mnie tym
razem uchronisz przed takim obŜarstwem i weźmiesz sobie resztę mojego dania?
- Dobrze. - Dolał jej wina.
- ZałoŜę się, Ŝe niejeden klub w mieście byłby zainteresowany twoimi
występami.
- Słucham?
- Twoją grą na saksofonie. - Uśmiechnęła się, a on nie mógł oderwać wzroku
od jej ust i pojawiającego się w ich kąciku dołeczka. - Jesteś doskonałym muzykiem.
Na pewno wkrótce znajdziesz jakąś stałą pracę.
Rozbawiony wypił łyk wina. A więc sądziła, Ŝe jest bezrobotnym muzykiem.
Niech i tak będzie. Po co wyprowadzać ją z błędu?
- Trafiają mi się róŜne chałtury.
- Występujesz czasami na prywatnych imprezach?
- Pochyliła się ku niemu z przejęciem. - Znam mnóstwo ludzi. Ciągle słyszę,
Ŝ
e ktoś wydaje jakieś przyjęcie.
- Nie wątpię, Ŝe twoje towarzystwo bardzo często się bawi.
- Mogłabym tu i tam szepnąć słówko o tobie. Lubisz podróŜować?
- A gdzie miałbym jechać?
- Moi krewni są właścicielami kilku hoteli. Atlantic City leŜy niedaleko.
Pewnie nie masz samochodu?
W wynajętym garaŜu w centrum miasta stało jego nowiutkie porsche.
- Nie przy sobie.
Roześmiała się i włoŜyła do ust kawałek chleba.
- Nawet bez samochodu łatwo dojechać z Nowego Jorku do Atlantic City.
ChociaŜ bawiła go ta sytuacja, uznał, Ŝe lepiej będzie zmienić temat.
- Cybil, nie musisz urządzać mi Ŝycia.
- Wiem, to jedno z moich okropnych przyzwyczajeń.
- NiezraŜona przełamała kawałek chleba na pół i podała mu część. - Wciągają
mnie sprawy innych. A przecieŜ sama się denerwuję, kiedy inni wtrącają się w moje
Ŝ
ycie. Jak na przykład pani Wolinsky, honorowa prezeska klubu poszukiwaczy
odpowiedniego męŜczyzny dla Cybil. Doprowadza mnie to do szału.
- Dlatego Ŝe nie chcesz poznać Ŝadnego odpowiedniego męŜczyzny?
- Och, pewnie kiedyś znajdę kogoś takiego. Pochodzę z duŜej rodziny, więc
naturalnie teŜ chciałabym kiedyś załoŜyć własną. Ale mam na to mnóstwo czasu.
Podoba mi się Ŝycie w mieście, wolność, niezaleŜność. Nie zniosłabym pracy w
narzuconych mi z góry godzinach i właśnie dlatego tak lubię rysowanie komiksów.
Nie zrozum mnie źle, to teŜ jest praca wymagająca dyscypliny. Ale właśnie ta praca
najbardziej mi odpowiada. Jestem panią swojego czasu. Ty chyba tak samo odnosisz
się do swojego grania.
- Chyba tak. - Praca rzadko wydawała mu się przyjemnością, w
przeciwieństwie do gry na saksofonie.
Cybil odsunęła swój talerz na bok. Reszta porcji przyda się McQuinnowi na
później.
- Powiedz mi, jak często na tyle rozwiązuje ci się język, Ŝe wypowiadasz
więcej niŜ, powiedzmy, trzy zdania pod rząd?
Przełknął ostatni kawałek klopsika i spojrzał na nią z namysłem.
- Bardzo lubię listopad. W listopadzie jestem bardzo gadatliwy. To taki
przejściowy miesiąc, który nastraja mnie filozoficznie.
- Trzy zdania jak na zawołanie. I w dodatku z sensem. - Roześmiała się. -
Więc jednak masz poczucie humoru, co? - Odchyliła się w tył i westchnęła z
satysfakcją. - Chcesz deser?
- Jasne, Ŝe tak.
- Tylko nie zamawiaj tiramisu, bo na pewno nie będę się mogła oprzeć
pokusie, zacznę ci podjadać z talerza, w końcu zjem połowę, a wtedy na pewno
zapadnę w śpiączkę z przejedzenia.
Patrząc jej prosto w oczy, przywołał kelnerkę niedbałym gestem człowieka
przyzwyczajonego do wydawania poleceń, co trochę zdziwiło Cybil.
- Proszę jedną porcję tiramisu - powiedział. - I dwa widelce - dodał, a Cybil
zaniosła się śmiechem. - MoŜe jak zapadniesz w śpiączkę, przestaniesz wreszcie tyle
mówić.
- Nie przestanę. - Uderzyła się w pierś. - Gadam nawet przez sen. Moja siostra
zawsze mnie straszyła, Ŝe przydusi mi głowę poduszką.
- Wydaje mi się, Ŝe polubiłbym twoją siostrę.
- Adria jest cudowna. Pewnie w twoim typie. ZrównowaŜona, z klasą,
inteligentna. Prowadzi galerię sztuki w Portsmith.
Preston rozlał resztę wina do kieliszków. Bardzo mu smakowało i pewnie
dlatego czuł się tak dobrze. Od tygodni nie był do tego stopnia rozluźniony. MoŜe
nawet od miesięcy, poprawił się w myślach. A moŜe i od lat.
- To co? Umówisz mnie z nią?
- Całkiem prawdopodobne, Ŝe byś się jej spodobał - stwierdziła z namysłem
Cybil, spoglądając na niego znad kieliszka. W głowie czuła miły szum. - Jesteś
przystojny, ale nie lalusiowaty. Grasz na saksofonie, a ona jest wielką miłośniczką
wszelkiej sztuki. Na dodatek jesteś tak opryskliwy, Ŝe na pewno nie traktowałbyś jej
jak księŜniczki. Zbyt wielu męŜczyzn traktuje ją właśnie w ten sposób.
- Tak? - Zdał sobie sprawę, Ŝe jego gadatliwa towarzyszka zaczyna być trochę
wstawiona.
- Adria jest piękna, więc nie potrafią się jej oprzeć. Co gorsza, cielęcy zachwyt
bardzo ją denerwuje i zwykle kończy znajomość z takim zakochanym na zabój
nieszczęśnikiem. Pewnie złamałaby ci serce - dodała Cybil, energicznie machając
ręką z kieliszkiem. - Ale moŜe byłaby to dla ciebie dobra nauczka.
- Ja nie mam serca. - Umilkł na chwilę, kiedy kelnerka stawiała przed nim
deser. - Myślałem, Ŝe juŜ zdąŜyłaś to zauwaŜyć.
- AleŜ masz. - Westchnęła bezsilnie, sięgnęła po widelec, przełknęła kęs
deseru i jęknęła z rozkoszy. - Masz serce, tylko otoczyłeś je twardą skorupą, Ŝeby juŜ
więcej nikt nie mógł cię zranić. BoŜe, co za pyszności! Mam nadzieję, Ŝe nie
pozwolisz mi więcej zjeść.
Preston patrzył na nią zdumiony, Ŝe mała, postrzelona gaduła z sąsiedztwa
podsumowała go tak trafnie i tak łatwo. Bardzo szybko pojęła to, czego nie mogło
pojąć wielu bliskich mu ludzi.
- Skąd ci przyszło do głowy coś takiego?
- Co takiego? A, to... PrzecieŜ cię prosiłam, Ŝebyś mi nie dawał deseru. Chyba
jesteś sadystą.
- Nie o deser mi chodziło, ale niewaŜne. - Nie chciał drąŜyć tego tematu.
Odsunął talerz poza zasięg jej ręki. - To moje - oznajmił stanowczo i zabrał się do
jedzenia.
Tylko raz musiał dźgnąć ją widelcem, Ŝeby uchronić przed nią resztę tiramisu.
- Muszę przyznać, Ŝe bardzo dobrze się bawiłam. - Wsunęła mu dłoń pod
ramię, gdy jakiś czas później wolno zbliŜali się do domu. - Naprawdę. Rozmowa z
tobą była o wiele przyjemniejsza niŜ pilnowanie, Ŝeby Johnny nie próbował mi
włoŜyć ręki pod spódnicę.
Nie wiedział dlaczego, ale poczuł, Ŝe ogarnia go złość na myśl, Ŝe jakiś facet
mógłby włoŜyć jej rękę pod spódnicę. Nic jednak nie dał po sobie poznać, tylko
zerknął na nią z powątpiewaniem.
- PrzecieŜ masz na sobie spodnie.
- Właśnie. Nie byłam pewna, czy uda mi się wykręcić od tej randki, więc na
wszelki wypadek uruchomiłam system obronny.
Cienkie pomarańczowoŜółte spodnie leŜały na niej bardzo zgrabnie, wcale nie
kojarzyły się z „systemem obronnym”.
- Skoro Johnny na tyle sobie pozwala, dlaczego go po prostu nie znokautujesz,
jak tego złodziejaszka, wtedy na ulicy?
- Dlatego Ŝe pani Wolinsky go uwielbia i nie miałabym sumienia jej
powiedzieć, Ŝe źrenica jej oka ma łapy jak małpa.
- Co za oryginalna przenośnia. Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Jednym
słowem, masz słaby charakter.
- Wcale Ŝe nie!
- Wcale Ŝe tak - odparował, ale natychmiast się opanował i nie dał się
wciągnąć w tę dziecinną gierkę. - Pozwalasz swojej przyjaciółce Joannie...
- Jody.
- Tak, Jody. Pozwalasz Jody, Ŝeby narzucała ci towarzystwo swojego kuzyna,
a staruszka z parteru stale cię umawia ze swoim siostrzeńcem o ruchliwych palcach.
Ciekawe, ilu jeszcze znajomych uszczęśliwia cię towarzystwem swoich
niewydarzonych kuzynów. Wszystko dlatego, Ŝe nie potrafisz im powiedzieć, Ŝeby się
od ciebie odczepili.
- Mają dobre intencje.
- Wtrącają się w twoje Ŝycie. Ich intencje nie mają większego znaczenia.
- Sama nie wiem. - Westchnęła i spojrzała z uśmiechem na dwoje młodych
ludzi po drugiej stronie ulicy.
- Weźmy na przykład mojego dziadka. Tak naprawdę nie jest moim
prawdziwym dziadkiem. Jest teściem siostry mojego ojca, Shelby. Natomiast moja
mama jest spokrewniona ze współmałŜonkami dwojga z jego dzieci. Jeśli chciałbyś
się zagłębić w szczegóły, to wszystko wyda ci się bardzo skomplikowane.
- Nie chcę zagłębiać się w szczegóły.
- Tak myślałam. W kaŜdym razie między Danielem i Anną MacGregorami a
moimi rodzicami istnieją pewne dość zawiłe więzy rodzinne. Nie będziemy się nad
tym rozwodzić. Moja ciotka Shelby wyszła za mąŜ za syna Daniela, Alana
MacGregora. MoŜe o nim słyszałeś? Mieszkał kiedyś w Białym Domu.
- To nazwisko coś mi mówi.
- A moja mama, Genvieve, z domu Grandeau, jest kuzynką Justina i Diany
Blade, którzy poślubili dwoje innych dzieci Daniela i Anny, czyli Serenę i Caine'a
MacGregorów. Tak więc Daniel i Anna to moi dziadkowie. Czy to jasne?
- Owszem, nadąŜam za twoim wywodem, tylko juŜ całkiem zapomniałem po
co.
- Ja teŜ. - Roześmiała się serdecznie i mocniej chwyciła go za ramię, Ŝeby nie
stracić równowagi. - Wypiłam trochę za duŜo wina - wyjaśniła. - Zaraz, niech no się
zastanowię. Aha, mówiliśmy o wtrącaniu się w nie swoje sprawy. W tej dziedzinie
mój dziadek, czyli Daniel MacGregor, jest niezwycięŜonym mistrzem. Jeśli chodzi o
kojarzenie ludzi w pary, nie ma sobie równych. Mówię ci, McQuinn, ten człowiek to
po prostu czarodziej. Mam... - Przystanęła i zaczęła odliczać na palcach. - Tak, mam
chyba siedmioro kuzynów, których udało mu się wyswatać. To wręcz przeraŜające.
- Jak to wyswatać?
- Nie wiem jak, ale potrafi znaleźć kaŜdemu odpowiedniego pailnera. Potem
wymyśla jakiś sposób, Ŝeby ich ze sobą poznać, a resztę zostawia naturalnemu
biegowi rzeczy. I zanim ktokolwiek zdoła się spostrzec, juŜ słychać dzwony weselne i
trzeba kupować kołyskę. Właśnie mi powiedział, Ŝe mój kuzyn Jan i jego Ŝona
oczekują pierwszego dziecka. Pobrali się zeszłej jesieni. Zawsze trafia w dziesiątkę.
- Nikt mu nigdy nie powiedział, Ŝeby się nie wtrącał?
- Och, stale mu to mówią. - Zadarła ku niemu głowę z uśmiechem. - Nie
zwraca najmniejszej uwagi na takie gadanie. Jestem pewna, Ŝe wkrótce zajmie się
Adria i Melem. Mojemu bratu Matthew zostawi trochę czasu, Ŝeby dojrzał.
- A co z tobą?
- Ja jestem za sprytna. Nie dam mu się podejść. Znam jego chytre sztuczki i
jeszcze długo się nie zakocham. A ty? Byłeś kiedykolwiek w tej krainie?
- To znaczy gdzie?
- Nie udawaj głupiego. Byłeś kiedyś zakochany?
- To nie Ŝadna kraina, tylko sytuacja. I nie ma w niej nic ciekawego.
- Wydaje mi się, Ŝe jest - oznajmiła rozmarzonym głosem. - Kiedyś się o tym
przekonam. - Zatrzymała się gwałtownie. - O, nie! To samochód Johnny'ego! Więc
jednak przyjechał z New Jersey. Diabli nadali... JuŜ wiem, co zrobimy. - Odwróciła
się do niego tak gwałtownie, aŜ zakręciło jej się w głowie. Potrząsnęła nią, Ŝeby
odzyskać jasność myśli. - Nie powinnam pić tego ostatniego kieliszka. Nic nie
szkodzi. Nadal jestem panią własnego losu.
- Nie mam co do tego wątpliwości, mała.
- Jestem na tyle przytomna, Ŝeby wiedzieć, Ŝe mówisz do mnie „mała”, bo daje
ci to poczucie wyŜszości. Posłuchaj mnie teraz. Przejdziemy spokojnie jeszcze kilka
metrów, aŜ znajdziemy się pod jej oknem. Swobodnie i naturalnie, dobrze?
- Jak dla mnie to chyba za trudne zadanie. Ale zobaczę, co da się zrobić.
- Uwielbiam takie złośliwe komentarze. Dobrze, właśnie tak. Swobodnie i
naturalnie. Zatrzymajmy się teraz. Właśnie tu, pod oknem. Zapewniam cię, Ŝe juŜ nas
obserwuje. Zaraz poruszy się firanka. UwaŜaj...
Sytuacja wydawała mu się całkiem nieszkodliwa, a bliskość Cybil sprawiała
mu przyjemność. Zerknął w górę, ponad jej głową.
- Rzeczywiście. Jak na zawołanie. I co dalej?
- Będziesz musiał mnie pocałować.
Drgnął zaskoczony i spojrzał jej prosto w oczy.
- Koniecznie?
- Tak. I pocałunek ma wyglądać przekonująco. Jeśli dobrze to odegrasz, pani
Wolinsky zrozumie, Ŝe Johnny nie ma Ŝadnych szans, przynajmniej na jakiś czas.
Dam ci jeszcze pięćdziesiąt dolarów.
Przesunął językiem po zębach. Spoglądała na niego z głową odchyloną w tył.
W tej pozycji wyglądała kusząco i niewinnie, niczym samotna róŜa w ogrodzie.
- Zapłacisz mi pięćdziesiąt dolarów za to, Ŝe cię pocałuję?
- Tak. Potraktuj to jak premię. Dzięki temu moŜe uda mi się skutecznie
zniechęcić Johnny'ego do siebie. Wyobraź sobie, Ŝe jesteś na scenie. Taki pocałunek
nie będzie miał Ŝadnego znaczenia. Czy pani Wolinsky nadal się nam przygląda?
- Tak - powiedział, chociaŜ wcale nie patrzył na okno i nie miał pojęcia, co
robi wścibska staruszka.
- Świetnie. Bardzo dobrze. PrzyłóŜ się, McQuinn. Niech to wygląda
romantycznie. Otocz mnie powoli ramionami, potem się nachyl i...
- Wiem, jak się całuje kobietę, Cybil.
- Jasne, Ŝe tak. Nie chciałam cię urazić. Ale musimy wszystko starannie
zaplanować, Ŝeby...
Jedynym sposobem, Ŝeby zamknąć jej usta, było przystąpienie do rzeczy. Nie
zamierzał słuchać jej wskazówek. Postanowił działać po swojemu. Nie otoczył jej
powoli ramionami, tylko gwałtownie przyciągnął ku sobie, niemal odrywając ją od
ziemi. Przez chwilę widział rozszerzone ze zdumienia wielkie zielone oczy Cybil, a
potem przywarł ustami do jej ust, tłumiąc następne słowa.
Mówił prawdę, pomyślała, zanim ostatecznie straciła kontakt z
rzeczywistością. Dobrze wiedział, jak się całuje kobietę.
Musiała chwycić go za ramiona i wspiąć się na palce.
Głęboki jęk sam wydarł się jej z gardła.
W głowie się jej kręciło, serce uwięzło w krtani, tak Ŝe nie mogła chwycić
tchu. Czuła, Ŝe jest bezradna, zagubiona. DrŜała jak liść na wietrze, kiedy jego usta
napełniały ją Ŝarem, który palił całe ciało.
MęŜczyzna miał twarde, zgłodniałe wargi. Nie zostawił jej wyboru, musiała
mu pozwolić nasycić się sobą.
Dokładnie tak jak we śnie, myślał Preston. Tylko lepiej. O wiele, wiele lepiej.
We śnie nie czuł jej smaku, jedynego w swoim rodzaju. Jej ciało nie dygotało
delikatnie, jakby przechodził przez nie prąd. Jej ręce nie gładziły go po włosach, a z
ust nie wyrywał się cichy jęk czystej przyjemności.
Odsunął dziewczynę od siebie, ale tylko po to, Ŝeby sprawdzić, czy jej oczy są
nadal pociemniałe i czy Ŝar, ten sam, który ogarnął jego ciało, wywołał rumieniec na
jej policzkach. Patrzyła na niego, oddychając szybko i spazmatycznie przez
rozchylone usta. Nadal trzymała ręce na jego włosach.
Znów gwałtownie przyciągnął ją do siebie.
Zadźwięczał klakson. Ktoś zaklął głośno. Obok przemknął samochód.
Otworzyło się jakieś okno, buchnęła z niego głośna muzyka i rozeszła się gryząca
woń przypalonej potrawy.
Cybil nie zauwaŜała niczego. Równie dobrze mogłaby się znajdować na
bezludnej wyspie, obmywanej błękitnymi wodami czystego jak kryształ morza.
Tym razem odsunął ją od siebie wolno, przesuwając dłonie w dół po jej
ramionach, potem znów w górę, gestem, który był niemal pieszczotą. Miała wraŜenie,
Ŝ
e jej głowa obraca się powoli, jak karuzela na filmie wyświetlanym w zwolnionym
tempie. Dopiero po dłuŜszej chwili głowa wróciła na swoje miejsce na karku.
Preston miał ochotę rzucić się na Cybil tam gdzie stał, okryć pocałunkami
kaŜdy centymetr jej skóry, wchłonąć jej naturalną radość, która promieniowała z niej
jak światło słoneczne. Chciał okiełznać tę Ŝywiołową energię, mieć ją tylko dla siebie.
Wiedział jednak, Ŝe jeśli to zrobi, oboje gorzko się później rozczarują.
Rozluźnił uścisk i Cybil mogła znów postawić stopy na chodniku. Pomógł jej
utrzymać równowagę, kiedy się zachwiała, ale w końcu cofnął dłonie.
- Myślę, Ŝe to powinno zadziałać.
- Zadziałać? - powtórzyła, patrząc na niego w oszołomieniu.
- Pani Wolinsky chyba została przekonana.
- Pani Wolinsky? - Nadał nie rozumiała, co do niej mówi. Potrząsnęła głową. -
A, tak... - Odetchnęła głęboko. Miała wraŜenie, Ŝe po tym przeŜyciu jej organizm
dojdzie do siebie dopiero za jakieś sto lat. - Jeśli ten sposób nie poskutkuje, to znaczy,
Ŝ
e nic mi juŜ nie pomoŜe. Potrafisz się całować, McQuinn.
Mimo woli uśmiechnął się lekko. Tej kobiecie naprawdę trudno się oprzeć,
pomyślał. Wziął ją pod ramię i poprowadził do domu.
- Tobie teŜ nieźle to wychodzi, mała.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Cybil podśpiewywała przy pracy, tworząc udany duet z Arethą Franklin. Przez
otwarte okno swobodnie wpadał do pracowni chłodny kwietniowy wietrzyk i
cudowne odgłosy miejskich ulic, zalanych jasnym wiosennym słońcem.
Nastrój Cybil był co najmniej tak radosny, jak słoneczny blask.
Spojrzała w wiszące obok lustro i postarała się zrobić zszokowaną minę, Ŝeby
pomóc sobie w narysowaniu twarzy jednej z postaci komiksu. Była jednak w stanie
tylko uśmiechać się szeroko.
Nie raz juŜ się całowała. Nie raz obejmował ją i przytulał jakiś męŜczyzna. A
jednak nie miała wątpliwości, Ŝe wszystkie jej wcześniejsze doświadczenia w
porównaniu z tym oszałamiającym pocałunkiem na środku ulicy miały się jak
noworoczna petarda do wybuchu nuklearnego.
Petarda jakiś czas syczy, potem rozlega się huk i cała zabawa kończy się w
mgnieniu oka. Po wybuchu jądrowym zaś wszystko zmienia się nieodwracalnie i na
zawsze.
Jeszcze przez kilka godzin po tym wiekopomnym zdarzeniu cudownie kręciło
jej się w głowie. Z przyjemnością wspominała te chwile oszołomienia, czysto
kobiecej ekscytacji. Czy moŜe być coś cudowniejszego niŜ poczucie jednoczesnej
słabości i siły, zagubienia i jasności umysłu, całkowitego zatracenia się i skupienia?
Teraz wystarczyło, Ŝe zamykała oczy i zaczynała wspominać, a to wspaniałe
uczucie znów ją ogarniało.
Zastanawiała się, co on myślał i czuł. PrzecieŜ nikt nie moŜe pozostać
obojętny na doświadczenie o takiej... mocy. A on brał w nim udział. śaden
męŜczyzna nie moŜe tak całować kobiety, samemu pozostając chłodnym i obojętnym.
Nigdy się nie spodziewałam, Ŝe coś takiego mi się przytrafi, myślała, czując
miłe dreszcze na całym ciele.
Roześmiała się sama do siebie, a potem westchnęła głęboko. Pochyliła się nad
deską i znów do wtóru Arecie Franklin zaczęła śpiewać o radościach, jakie niesie ze
sobą bycie . zwyczajną kobietą.
- Cybil, tu moŜna zamarznąć!
Uniosła głowę znad rysunku i uśmiechnęła się promiennie.
- Cześć, Jody. Jak się masz, mój słodki Charlie. Chłopczyk uśmiechnął się do
niej sennie. Jody trzymała go na biodrze.
- Siedzisz tuŜ przy otwartym oknie - zganiła przyjaciółkę. - Na dworze jest
najwyŜej szesnaście stopni. - Cicho sapnęła z oburzenia i zamknęła okno.
- Było mi raczej gorąco. - Cybil odłoŜyła ołówek i pogłaskała Charliego po
pucołowatym policzku. - Czy to nie zadziwiające, Ŝe kaŜdy męŜczyzna kiedyś mniej
więcej tak wyglądał? Był ślicznym, małym bobaskiem. A potem... wyrasta na całkiem
odmienne stworzenie.
- Taaak... - odparła Jody z zastanowieniem. UwaŜnie spojrzała w lekko
nieprzytomne oczy Cybil. - Dziwnie dzisiaj wyglądasz. Dobrze się czujesz? -
Macierzyńskim gestem połoŜyła dłoń na jej czole. - Nie masz gorączki. PokaŜ język.
Cybil posłusznie wysunęła język i jednocześnie zrobiła zeza. Na ten widok
Charlie roześmiał się rozbawiony.
- Nie jestem chora. Czuję się cudownie jak nigdy w Ŝyciu, jak milion dolarów
po opłaceniu podatku.
- Hm... - Nadal pełna wątpliwości Jody ściągnęła usta. - PołoŜę Charliego na
poobiednią drzemkę. Widzę, Ŝe oczy mu się kleją. Potem zrobię dla nas kawy, a ty mi
opowiesz, co się dzieje.
- Dobrze. Jasne. - Cybil znów pogrąŜyła się w marzeniach. Bezwiednie
sięgnęła po czerwoną kredkę i na kawałku papieru zaczęła rysować zgrabne małe
serduszka.
Bardzo jej się spodobały, więc narysowała kilka większych. W jednym z nich
naszkicowała twarz Prestona.
Stwierdziła, Ŝe bardzo jej się ta twarz podoba. Zdecydowany zarys ust,
chłodne spojrzenie, bardzo mocne rysy, no i gęste ciemnoblond włosy. Jednak kiedy
się uśmiechał, linia ust łagodniała, a oczy spoglądały ciepło.
Lubiła go rozśmieszać. Miała wraŜenie, Ŝe rzadko zdarza mu się wybuchać
szczerym śmiechem. Postanowiła, Ŝe w przyszłości da mu więcej do tego okazji.
Jeszcze raz naszkicowała jego twarz, tym razem pogodną i wesołą. PrzecieŜ ma
talencik do rozśmieszania ludzi.
A kiedy juŜ pomoŜe mu znaleźć stałą pracę, nie będzie musiał chodzić taki
zatroskany.
Znajdzie mu pracę, dopilnuje, Ŝeby odŜywiał się dobrze i regularnie - i tak
zawsze gotowała za duŜo jak na jedną osobę - no i na pewno ktoś z jej przyjaciół ma
uŜywaną kanapę, którą zechce odsprzedać po umiarkowanej cenie.
Znała tylu ludzi, Ŝe na pewno uda jej. się mu pomóc w wielu sprawach. A
kiedy finansowa i zawodowa sytuacja McQuinna się poprawi, on sam na pewno
odzyska pogodę ducha. Czy nie wtrąca się w ten sposób w nie swoje sprawy? AleŜ
skąd! Wtrącanie się w cudze Ŝycie to specjalność dziadka. Ona po prostu pomoŜe
sąsiadowi.
Niesamowicie przystojnemu, seksownemu sąsiadowi, który potrafi jednym
pocałunkiem przenieść kobietę prosto do raju.
Oczywiście nie dlatego zamierza mu pomagać, Ŝe jest taki przystojny. Cybil
otrząsnęła się z zamyślenia i z lekkim poczuciem winy odwróciła kartkę papieru na
drugą stronę. CzyŜ nie pomogła panu Peeblesowi znaleźć dobrego specjalisty od
pielęgnacji stóp? A pan Peebles na pewno nie jest przystojniakiem, któremu trudno
się oprzeć.
Tak, tak, postępuje całkowicie bezinteresownie.
Tak samo postąpiłaby kaŜda dobra sąsiadka. A jeśli w grę wchodzą jeszcze
inne... korzyści, co z tego?
Usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem, zadowolona z planów na
przyszłość, z powrotem wzięła się do pracy.
Jody tymczasem ułoŜyła synka do snu i jak zwykle przy tej okazji doszła do
wniosku, Ŝe to najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek pojawiło się na świecie.
Kiedy Charlie wreszcie zmruŜył oczy, wygładziła otulający go kocyk, postawiła na
straŜy ulubionego przez synka pluszowego misia i pobiegła na dół, Ŝeby ściszyć
muzykę.
W kuchni Cybil czuła się jak w swojej własnej. Nalała kawę do dwóch
grubych, Ŝółtych kubków, kierując się węchem znalazła babeczki z jagodami i
ustawiła wszystko na tacy.
Ten przedpołudniowy rytuał był jednym z jej ulubionych punktów dnia.
W ciągu minionych lat stały się sobie z Cybil bliskie jak rodzone siostry. A
moŜe nawet bliŜsze, pomyślała Jody, marszcząc nos. Jej własne siostry nieustannie
przechwalały się swoimi męŜami, dziećmi, domami, a przecieŜ kaŜdy widzi, Ŝe Chuck
i Charlie przerastali szwagrów i siostrzeńców o całe niebo. Cybil zaś potrafiła
słuchać. Wspierała ją w trudnym okresie, kiedy Jody podjęła decyzję o rezygnacji z
pracy i została w domu, Ŝeby cały swój czas poświęcić dziecku. To Cybil nie opuściła
jej i Chucka podczas tych pierwszych trudnych dni rodzicielstwa, kiedy kaŜde
westchnienie i kichnięcie dziecka wywoływało u nich paniczny lęk o jego zdrowie.
Nie było lepszej przyjaciółki pod słońcem. I właśnie dlatego Jody z takim
zapałem starała się pomóc Cybil w ułoŜeniu sobie osobistego Ŝycia.
Zaniosła tacę na górę, postawiła na stole i podała kubek przyjaciółce.
- Dzięki, Jody.
- Świetny jest dzisiejszy odcinek „Sąsiadów i przyjaciół”. Nie mogłam
uwierzyć, Ŝe Emily w prochowcu i kapeluszu śledzi Tajemniczego Sąsiada po całym
Soho. Skąd ona bierze takie pomysły?
- Działa impulsywnie i uwielbia, kiedy dzieje się coś dramatycznego. - Cybil
odłamała kawałek babeczki. Zawsze rozmawiały o Emily i innych postaciach z
komiksu jak o prawdziwych, Ŝyjących ludziach. - Poza tym jest ciekawska. Musi
wszystko wiedzieć.
- A ty? Dowiedziałaś się juŜ czegoś o tym tajemniczym nowym lokatorze?
- Owszem - odparła Cybil z westchnieniem. - Nazywa się McQuinn.
- Słyszałam to. - Jody natychmiast nabrała czujności. OskarŜycielsko wskazała
przyjaciółkę palcem. - Westchnęłaś.
- Tylko głębiej odetchnęłam.
- Właśnie Ŝe nie. Westchnęłaś. Co się dzieje?
- No, właściwie... - Nie mogła się doczekać, kiedy opowie wszystko
przyjaciółce. - Wczoraj poszliśmy razem na kolację do włoskiej restauracji.
- Poszliście na kolację? A więc moŜna powiedzieć, Ŝe mieliście randkę. - Jody
przysunęła sobie krzesło i usiadła obok Cybil. - Jak to się stało? Opowiedz mi zaraz
wszystko, ze szczegółami.
- Dobrze, a więc... - Cybil odwróciła się twarzą do Jody. - Pamiętasz,
mówiłam ci, Ŝe pani Wolinsky ciągle mnie umawia ze swoim siostrzeńcem.
- Znowu chciała to zrobić? - Jody uniosła oczy do nieba. - Czy ona nie widzi,
Ŝ
e wy dwoje zupełnie do siebie nie pasujecie?
Tylko wielka sympatia dla przyjaciółki powstrzymała Cybil przed
stwierdzeniem, Ŝe być moŜe takie zachowanie jest spowodowane tą samą selektywną
ś
lepotą, która nie pozwala Jody dostrzec, Ŝe Frank to równie nieodpowiedni partner.
- Ona go uwielbia - powiedziała tylko. - W kaŜdym razie, wczoraj wieczorem
znów sobie wymyśliła, Ŝe powinnam się z nim spotkać, a ja po prostu na samą myśl o
tym dostawałam gęsiej skórki. Przysięgnij, Ŝe nic nie powiesz, ani jej, ani nikomu
innemu.
- Z wyjątkiem Chucka.
- Zgoda, w tym wypadku jesteś zwolniona z przysięgi dozgonnego milczenia.
Powiedziałam jej, Ŝe juŜ jestem umówiona - z McQuinnem.
- A rzeczywiście byłaś umówiona z 3B?
- Coś ty! Tak jej tylko powiedziałam, bo wpadłam w popłoch i nic innego nie
przyszło mi do głowy. Wiesz, jak zaczynam się plątać, kiedy usiłuję kłamać.
- Powinnaś więcej ćwiczyć. - Jody powaŜnie skinęła głową i odgryzła kawałek
babeczki. - Wtedy lepiej by ci to wychodziło.
- MoŜe. Kiedy juŜ jej tak odpowiedziałam, uświadomiłam sobie, Ŝe cały
wieczór będzie wyglądała przez okno, Ŝeby sprawdzić, czy rzeczywiście mam z nim
randkę. Musiałam więc namówić jakoś McQuinna, Ŝeby wyszedł razem ze mną.
Dałam mu sto dolarów i postawiłam obiad.
- Zapłaciłaś mu? - Oczy Jody rozszerzyły się ze zdumienia, a potem
natychmiast zwęziły z namysłem. - Co za genialny pomysł! Pamiętasz, jak ci
opowiadałam o moim okresie posuchy na drugim roku studiów? śe teŜ wtedy nie
przyszło mi do głowy, Ŝeby zaproponować jakiemuś chłopakowi pieniądze za
wspólne zjedzenie kolacji. A jak ustaliliście, Ŝe to ma być sto dolarów? Myślisz, Ŝe
taka jest teraz stawka?
- Po prostu wydało mi się, Ŝe tyle będzie w sam raz. Wiesz, on nie ma stałej
pracy. Pomyślałam, Ŝe pieniądze mu się na pewno przydadzą i z przyjemnością zje
dobrą kolację. Dobrze się bawiliśmy - dodała z uśmiechem. - Naprawdę dobrze. Nie
robiliśmy nic nadzwyczajnego. Zjedliśmy spaghetti, trochę rozmawialiśmy. W
zasadzie była to dość jednostronna rozmowa, bo McQuinn jest małomówny.
- McQuinn. - Jody z przyjemnością powtórzyła nazwisko. - Nadal brzmi
tajemniczo. WciąŜ nie znasz jego imienia?
- Jakoś się nie złoŜyło. Ale słuchaj dalej. Wracaliśmy sobie spokojnie do
domu. Chyba w moim towarzystwie trochę się rozluźnił. Wydawało mi się, Ŝe jest w
dobrym nastroju. Był niemal przyjacielski. AŜ tu nagle widzę samochód Johnny'ego.
Wpadłam w panikę. Pomyślałam sobie, Ŝe pani Wolinsky pewnie nadal będzie
usiłowała mnie z nim swatać, chyba Ŝe zobaczy, Ŝe juŜ kogoś mam. Szybko więc
dobiłam następnego targu z McQuinnem. Obiecałam, Ŝe dam mu pięćdziesiąt
dolarów, jeśli mnie pocałuje.
Jody krytycznie wydęła usta i wypiła łyk kawy.
- Powinnaś mu powiedzieć, Ŝe sto dolarów pokrywa równieŜ pocałunek.
- Nie. JuŜ przedtem ustaliliśmy warunki i nie było czasu na renegocjowanie
umowy. Pani Wolinsky patrzyła na nas przez okno. Więc mnie pocałował, tam gdzie
staliśmy, na chodniku pod domem.
- O, jasny gwint. - Jody włoŜyła do ust resztę babeczki. - Jaką technikę
zastosował?
- Tak jakoś przyciągnął mnie do siebie...
- Bardzo lubię pocałunki z przyciąganiem.
- Przyciągnął mnie i mocno trzymał, aŜ musiałam stanąć na palcach, poniewaŜ
jest bardzo wysoki.
- Mhm. - Jody zlizała okruszki z warg. - Wysoki i dobrze zbudowany.
- Oj, tak. Bardzo dobrze zbudowany. Mięśnie ma twarde jak kamień.
- BoŜe... - jęknęła Jody, lekko rozmarzona. - No dobrze, stoisz na palcach, on
cię mocno trzyma przy sobie. I co dalej?
- Potem tak jakby spadł na mnie nagle z góry.
- No, no, no... Przyciągnięcie i nagły atak z góry! - Jody z zachwytem
rozłoŜyła ręce, aŜ posypały się okruszki babeczki. - To wręcz klasyka. Tylko nie
kaŜdy facet potrafi wykonać taki pocałunek. Chuckowi się to udało na szóstej randce.
Dzięki temu wylądowaliśmy w moim mieszkaniu i zakończyliśmy spotkanie, jedząc
w łóŜku chińszczyznę na wynos.
- McQuinn potrafi to robić. Naprawdę dobrze mu wyszło. A kiedy miałam
wraŜenie, Ŝe za chwilę eksploduję, odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.
- Ojej...
- A potem... pocałował mnie jeszcze raz. W ten sam sposób.
- Podwójne przyciągnięcie z atakiem z góry - z uznaniem stwierdziła Jody.
Udzieliło jej się podniecenie przyjaciółki. Rozgorączkowana chwyciła Cybil za rękę. -
Zaliczyłaś podwójne przyciągnięcie z atakiem z góry! Są kobiety, którym nigdy się to
nie przydarza. Marzą o tym, ale bez skutku.
- Mnie się coś takiego zdarzyło pierwszy raz - wyznała Cybil. - Było
cudownie.
- Dobrze, dobrze, a teraz pocałunek właściwy. Co z wargami, językiem,
zębami?
- Sama nie wiem. Było mi bardzo gorąco.
- O, jasny gwint. Chyba otworzę okno. Ja teŜ zaczynam się pocić.
Jody podbiegła do okna, otworzyła je i głęboko zaczerpnęła powietrza.
- A więc było ci gorąco, bardzo gorąco. Co dalej?
- Czułam się tak, jakby mnie pochłaniał, wciągał w siebie. Wszystko we
mnie... - Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, więc bezradnie machnęła rękami. -
Miałam wraŜenie, Ŝe głowa oderwała mi się od ramion i szybuje gdzieś w powietrzu.
Nie potrafię tego opisać.
- Musisz. - Zdesperowana Jody potrząsnęła Cybil za ramiona. - Nie zniosę,
jeśli nie powiesz mi wszystkiego. Spróbujmy tak: ile dałabyś mu punktów w skali od
jednego do dziesięciu?
Cybil zamknęła oczy.
- Nie ma takiej skali, w której moŜna by zmierzyć ten pocałunek.
- Zawsze jest jakaś skala. MoŜna najwyŜej powiedzieć, Ŝe została
przekroczona, ale zawsze jakaś się znajdzie.
- Nie, Jody. W tym wypadku nie ma odpowiedniej skali. Nie odrywając
wzroku od przyjaciółki, Jody cofnęła się o krok.
- Pocałunek, dla którego nie ma Ŝadnej skali porównawczej, nie istnieje. To
legenda.
- AleŜ istnieje - oznajmiła trzeźwo Cybil. - Istnieje i właśnie wczoraj mi się
przydarzył.
- Dobry BoŜe, muszę usiąść. - Usiadła, nadal wpatrując się w Cybil. -
Doświadczyłaś pocałunku, który nie da się ocenić na Ŝadnej skali. Wierzę ci. Miliony
kobiet by cię wyśmiały, ale ja ci wierzę.
- Wiedziałam, Ŝe mogę na ciebie liczyć.
- Wiesz, co to oznacza, prawda? Zepsuł cię. Teraz juŜ nic innego cię nie
usatysfakcjonuje. Nawet całkiem przyzwoity pocałunek za dziesięć punków. Zawsze
będziesz szukała takiego, dla którego nie ma odpowiedniej skali.
- TeŜ o tym myślałam. - Cybil w zadumie postukała ołówkiem o deskę. -
Wydaje mi się jednak, Ŝe nawet po takim doświadczeniu moŜna prowadzić względnie
szczęśliwe Ŝycie, jeśli od czasu do czasu trafi się coś między siódemką a dziesiątką.
Niektórym ludziom zdarza się polecieć w przestrzeń kosmiczną, a nawet wylądować
na księŜycu. Zawsze jednak w końcu muszą wrócić na ziemię i Ŝyć dalej.
- Jakie mądre, głębokie stwierdzenie - wyszeptała Jody i wyjęła z kieszeni
chusteczkę. - Jesteś taka dzielna.
- Dziękuję - odpowiedziała Cybil. Po chwili zaś dodała z figlarnym
uśmiechem. - Ale przecieŜ nikomu nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu zapukam do
drzwi naprzeciwko.
Na razie jednak postanowiła, Ŝe wykaŜe się cierpliwością i opanowaniem,
więc całe przedpołudnie spędziła przy desce. Ugięła się dopiero o drugiej, kiedy
przyszło jej do głowy, Ŝe tajemniczy sąsiad na pewno z przyjemnością napije się
dobrej kawy, a moŜe nawet da się namówić na miły spacer w kwietniowym słońcu.
Naprawdę powinien częściej wychodzić na powietrze, pomyślała z troską.
Powinien korzystać z uroków miejskiego Ŝycia. Wyobraziła go sobie w ponurej
zadumie, samego w pustym mieszkaniu, zamartwiającego się brakiem pracy i
niezapłaconymi rachunkami.
Nie wątpiła, Ŝe potrafi mu pomóc w kłopotach. Zwróci się do kogo trzeba i
załatwi mu kilka występów, co trochę mu ulŜy w finansowych trudnościach.
Malując się w sypialni, usłyszała tęskny szloch saksofonu za ścianą. Niskie,
zmysłowe dźwięki sprawiły, Ŝe znów poczuła dreszcz na całym ciele.
Trzeba mu jakoś pomóc, zgasić ten cyniczny błysk w jego oczach,
zdecydowała. Musi mu udowodnić, Ŝe Ŝycie jest pełne miłych niespodzianek.
Wyczuwała, Ŝe w głębi serca jest nieszczęśliwy i nie potrafiła się z tym pogodzić.
PrzecieŜ umiała go rozśmieszyć, a to juŜ pierwszy krok we właściwym
kierunku. Przy niej się rozluźnił. Skoro raz jej się to udało, uda się i w przyszłości.
Bardzo chciała znów usłyszeć jego śmiech, wyłowić w głosie Ŝartobliwe, ironiczne
nuty, zobaczyć, jak z rozpromienionej twarzy spada maska chłodnego cynika.
A jeśli zapłoną miedzy nimi erotyczne ogniki, co w tym złego?
Schodziła do salonu, nucąc coś wesoło pod nosem, kiedy usłyszała brzęczyk
domofonu.
- Słucham?
- Szukam McQuinna. Czy to mieszkanie 3A?
- Nie, 3B.
- Do licha. Dlaczego on nie odpowiada?
- Pewnie nie słyszy. Właśnie ćwiczy.
- Wpuścisz mnie, skarbie? Jestem jego agentką i bardzo mi się śpieszy.
Jego agentka. Cybil od razu się oŜywiła. Skoro McQuinn ma agentkę, to ona
musi ją poznać. Mogła jej podać nazwiska co najmniej kilkunastu osób, które być
moŜe zatrudnią McQuinna.
- Jasne. Wchodź.
Odblokowała drzwi wejściowe, a sama wyszła na korytarz i czekała.
Z lekkim zaskoczeniem stwierdziła, Ŝe osoba, która wyszła z windy, wygląda
na profesjonalistkę i kobietę sukcesu.
Miała na sobie elegancki, doskonale skrojony, jaskrawoczerwony kostium.
Była szczupła i zgrabna, o ostrych rysach twarzy i ciemnoniebieskich oczach, które
spoglądały nieco gniewnie. Gęste, długie blond włosy mogły wzbudzić zazdrość
kaŜdej kobiety.
Kobieta poruszała się energicznie i precyzyjnie, jak dobrze zaprogramowana
maszyna. Jej skórzana, czarna teczka kosztowała zapewne tyle, co miesięczna opłata
za wynajem dobrego mieszkania w centrum miasta.
Cybil zastanawiała się, jak to moŜliwe, Ŝe McQuinn wciąŜ nie ma pracy, skoro
jego agentkę stać na kostium od najlepszego projektanta i kosztowne dodatki.
- Mieszkasz pod 3A?
- Tak. Nazywam się Cybil.
- Amanda Dresher. Dzięki, Cybil. Mój podopieczny nie odbiera telefonu i
chyba zapomniał, Ŝe o pierwszej byliśmy umówieni w Four Seasons.
- W Four Seasons? - powtórzyła zdumiona. - Przy Central Parku?
- A jest jakaś inna restauracja o tej nazwie? - Mandy ze śmiechem nacisnęła
dzwonek do mieszkania 3B i znając swojego klienta, długo trzymała palec na guziku.
- Nasz Preston ma wielki talent, ale sprawia mi najwięcej kłopotu ze wszystkich
autorów.
- Preston?
Zaraz, zaraz. A, więc to tak! Po chwili wszystko było jasne.
- Preston McQuinn - powiedziała Cybil i gwałtownie wzięła drŜący oddech.
Co za upokorzenie! A na dodatek oszustwo. - Autor sztuki „Zagubione dusze” -
dodała.
- Ten sam, Ŝaden inny - przytaknęła radośnie Mandy.
- No, McQuinn, otwórz te cholerne drzwi! Nie mam czasu czekać! Kiedy na
kilka miesięcy postanowił przeprowadzić się do miasta, byłam zachwycona.
Wydawało mi się, Ŝe będzie łatwiej utrzymać z nim kontakt. Ale to dalej cięŜkie
zadanie. No, nareszcie.
Obie usłyszały szczęk otwieranych ze złością zamków. Drzwi otworzyły się
gwałtownie.
- Co się tu, u diabła... Mandy?
- Nie przyszedłeś na umówione spotkanie - warknęła.
- Nie odpowiadasz na telefony.
- O spotkaniu zapomniałem, a telefon nie dzwonił.
- Naładowałeś go?
- Zdaje się, Ŝe nie. - Znieruchomiał w progu, spoglądając na Cybil. Stała
pobladła w drugim końcu korytarza i patrzyła na niego zranionym wzrokiem. - Wejdź,
Mandy. Daj mi jeszcze minutę.
- Dałam ci juŜ godzinę. - Zerkając przez ramię, agentka weszła do mieszkania
Prestona. - Dzięki, skarbie, Ŝe wpuściłaś mnie na górę.
- Nie ma za co, to drobiazg. - Cybil zimno spojrzała Prestonowi w oczy. - Ty
draniu - wycedziła cicho i zamknęła drzwi.
- Nie masz tu Ŝadnego mebla, na którym moŜna by było usiąść? - zapytała z
pretensją w głosie Mandy.
- Nie... To znaczy tak. Na górze. Cholera - wymamrotał. Poczucie winy
nieznośnie szarpnęło go za serce, a poniewaŜ nie znosił tego uczucia, robił co mógł,
Ŝ
eby je stłumić. - Prawie nie korzystam z tego pokoju - wyjaśnił.
- Nigdy bym się nie domyśliła. A kim jest ta ładna dziewczyna z przeciwka? -
zapytała, stawiając teczkę na kuchennym blacie.
- Nikim. Campbell, Cybil Campbell.
- Właśnie mi się wydawało, Ŝe skądś ją znam. „Sąsiedzi i przyjaciele”, no tak.
Znam jej agenta. Szaleje na jej punkcie. Twierdzi, Ŝe nigdy jeszcze nie miał tak mało
rozkapryszonej, pozbawionej wszelkich neurotycznych kompleksów klientki. Nie
narzeka, dotrzymuje terminów, nie wymaga, Ŝeby ją nieustannie dopieszczać i zarabia
dla niego górę pieniędzy na sprzedaŜy ksiąŜek, kalendarzy i najróŜniejszych gadŜetów
z postaciami z jej komiksów. - Spojrzała na niego groźnie. - Bardzo jestem ciekawa,
jak to jest, kiedy się ma klienta bez kompleksów, który pamięta o umówionych
spotkaniach i przysyła prezenty w dniu urodzin.
- Moje neurotyczne kompleksy wchodzą w zakres naszego kontraktu, ale za to,
Ŝ
e zapomniałem o naszym spotkaniu, bardzo cię przepraszam.
Zdenerwowanie Amandy zmieniło się w troskę.
- Co się dzieje, Preston? Wyglądasz okropnie. Nie idzie ci pisanie?
- AleŜ idzie, i to lepiej, niŜ się spodziewałem. Po prostu jestem niewyspany.
- Pewnie znowu do rana grałeś na tej swojej fujarce.
- Nic podobnego. - Myślałem o dziewczynie z mieszkania 3A, dodał w duchu.
KrąŜyłem po mieszkaniu. Pragnąłem jej. To straszne: pragnął kobiety, która teraz
uwaŜała go za najnędzniejszego z robaków pełzających po ziemi. - Tylko nie mogłem
zasnąć.
- Dobrze. - Preston często denerwował Mandy, jednak bardzo go lubiła.
Podeszła bliŜej i rozmasowała mu zesztywniały kark. - Jesteś mi winien zaproszenie
na lunch. Masz moŜe kawę?
- Trochę chyba zostało. Stoi w dzbanku, na kuchence. O szóstej rano była
jeszcze świeŜa.
- Zaparzę nową. - Stanęła za kuchennym blatem. Przygotowując kawę,
zaglądała do szafek. UwaŜała, Ŝe opieka nad Prestonem stanowi część jej pracy. -
BoŜe, McQuinn, ogłosiłeś strajk głodowy? Nie ma tu nic oprócz resztki pokruszonych
chipsów i kawałka razowego chleba, który zamienił się w hodowlę pleśni.
- Nie udało mi się wczoraj zrobić zakupów. - Znów wrócił myślą do Cybil. -
Zwykle zamawiam coś do jedzenia przez telefon.
- Przez ten sam telefon, którego nie odbierasz, bo ma wyczerpaną baterię?
- Naładuję ją, przyrzekam.
- Nie zapomnij. Gdybyś o tym pamiętał, siedziałbyś teraz w Four Seasons i
popijał szampana, Ŝeby uczcić swój sukces. - Uśmiechnęła się szeroko. -
Wynegocjowałam umowę, Preston. Według „Zagubionych dusz” zostanie nakręcony
pełnometraŜowy film fabularny. Pozyskałam tego producenta i reŜysera, których sobie
Ŝ
yczyłeś. Poza tym załatwiłam ci moŜliwość opracowania scenariusza. To wszystko,
no i oczywiście całkiem niezłe honorarium.
Podała mu siedmiocyfrową liczbę.
- Tylko Ŝeby nic nie schrzanili - wyrwało się Prestonowi.
- Oto cały ty - stwierdziła Mandy z westchnieniem. - Jeśli jest choćby jedna
ciemna chmurka na horyzoncie, zaraz ją wypatrzysz. Skoro tak ci zaleŜy, Ŝeby
wszystko było jak chcesz, spróbuj sam napisać scenariusz.
- Nie. - Potrząsnął głową i podszedł do okna. Chwilę trwało, zanim przetrawił
tę wiadomość. Na ekranie jego sztuka utraci tę intymność, którą zyskiwała na scenie
teatru. Ale jednocześnie efekt kilkumiesięcznej pracy trafi do milionów widzów. Na
tym najbardziej mu zaleŜało. - Nie chcę znów do tego wracać. Omawialiśmy to juŜ
bardzo dokładnie.
Nalała kawy do dwóch kubków i stanęła obok niego przy oknie.
- MoŜe więc przejmiesz nadzór na scenariuszem? Albo zostaniesz
konsultantem.
- Tak. Coś takiego by mi odpowiadało. Załatwisz to, prawda?
- Postaram się. A teraz przestań podskakiwać z radości i porozmawiajmy o
sztuce, nad którą teraz pracujesz.
Powiedziała to tak sucho i dobitnie, Ŝe wargi lekko mu drgnęły z rozbawienia.
Postawił kubek z kawą na parapecie i ujął jej drobną twarz w dłonie.
- Jesteś najlepszą i z całą pewnością najcierpliwszą agentką, o jakiej moŜe
marzyć pisarz.
- Zgadzam się z tobą. Mam nadzieję, Ŝe jesteś tak dumny z siebie, jak ja z
ciebie. Zadzwonisz do rodziny?
- Zaczekam kilka dni.
- Wiadomość o tym i tak się rozejdzie. Nie chcesz chyba, Ŝeby dowiedzieli się
z gazet.
- Masz rację. Zadzwonię. - W końcu się uśmiechnął.
- Jak tylko naładuję telefon. A moŜe szybko doprowadzę się do porządku i
jednak wypijemy razem tego szampana?
- Dobry pomysł. A, jeszcze o coś chciałam cię zapytać - dodała, kiedy zaczął
wchodzić na górę. - O tę śliczną pannę spod 3A Opowiesz mi, co jest między wami?
- Nie mam pewności, czy jeszcze jest o czym opowiadać - mruknął niechętnie.
Nadal nie był tego pewien, kiedy późnym popołudniem zapukał do jej drzwi.
Wiedział tylko, Ŝe powinien jakoś załatwić tę sprawę. Wyraz oczu Cybil nie dawał
mu spokoju.
Oczywiście, wcale nie musiał się przed nią tłumaczyć. Stale to sobie
powtarzał. Nie zabiegał o tę znajomość. Wręcz przeciwnie - zrobił wszystko, Ŝeby
dziewczynę do siebie zniechęcić.
AŜ do poprzedniego dnia, pomyślał i głęboko wciągnął powietrze.
Doszedł do wniosku, Ŝe popełnił błąd. Źle ocenił sytuację. Nie powinien
ulegać nastrojowi chwili. Zrobił niedobrze, ulegając jej namowom. A jeszcze
większym błędem było to, Ŝe tak dobrze się z nią bawił.
No i rzecz jasna nie powinien jej całować.
Ale przecieŜ nie pocałowałby jej, gdyby go o to nie poprosiła.
Kiedy otworzyła drzwi, gotów był ją przeprosić.
- Słuchaj, naprawdę bardzo mi przykro - zaczął tonem, w którym
pobrzmiewało zniecierpliwienie i irytacja. - Ale przecieŜ moje Ŝycie to nie twoja
sprawa. Wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze.
JuŜ miał wejść do środka, ale powstrzymała go, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Nie chcę cię tutaj.
- Na litość boską. Sama wszystko zaczęłaś. MoŜe pozwoliłem, Ŝeby sprawy
wyrwały się spod kontroli, ale...
- Co zaczęłam?
- No, to... - Był wściekły, Ŝe nie moŜe znaleźć odpowiednich słów. Trudno mu
było znieść jej spojrzenie skrzywdzonej sarenki.
- Dobrze, niech będzie. Sama zaczęłam. Nie powinnam zanosić ci ciastek. To
rzeczywiście był z mojej strony obrzydliwy podstęp. Niepotrzebnie się zamartwiałam,
Ŝ
e nie masz pracy, niepotrzebnie zaprosiłam cię na dobrą kolację, bo myślałam, Ŝe cię
na to nie stać.
- Do diabła, Cybil...
- Pozwoliłeś mi tkwić w błędzie. Pozwoliłeś mi wierzyć, Ŝe jesteś biednym,
bezrobotnym muzykiem i pewnie zaśmiewałeś się z tego do rozpuku. Wspaniały
dramatopisarz, zdobywca wielu nagród Preston McQuinn, autor wzruszających
„Zagubionych dusz”. Pewnie jesteś zaskoczony, Ŝe znam twoją sztukę. Co taka głupia
sroka jak ja moŜe wiedzieć, prawda? - Popchnęła go mocniej, tak Ŝe musiał się
cofnąć. - Czy rozchichotana autorka komiksu moŜe się znać na prawdziwej li-
teraturze, na teatrze, na powaŜnej sztuce? Dlaczego nie zabawić się moim kosztem?
Ty ograniczony, arogancki gburze! - Głos jej się załamał, chociaŜ sobie obiecywała,
Ŝ
e będzie nad sobą panować. - A ja tylko chciałam ci pomóc...
- O nic nie prosiłem. Nie chciałem Ŝadnej pomocy. - ZauwaŜył, Ŝe jest bliska
łez. Im bliŜej podchodziła, tym większa ogarniała go wściekłość. Wiedział, Ŝe kobieta
umie płakać na zawołanie, jeśli chce omotać męŜczyznę. Nie, nie pozwoli sobą
manipulować. - Moja praca to wyłącznie moja prywatna sprawa.
- Twoja sztuka jest wystawiana na Broadwayu, więc nie jest to juŜ taka
prywatna sprawa - odparowała. - I nie ma to nic wspólnego z udawaniem biednego
muzyka.
- Gram na cholernym saksofonie, bo lubię, i tyle. Nikogo nie udawałem. Sama
wyciągnęłaś fałszywe wnioski.
- Pozwoliłeś mi na to.
- No i co z tego? Wprowadziłem się tutaj, poniewaŜ szukałem ciszy i spokoju.
Chciałem, Ŝeby mi nikt nie przeszkadzał. Tymczasem niemal natychmiast zjawiasz się
ty z talerzem ciastek, potem śledzisz mnie na ulicy, a ja spędzam pół nocy na
komisariacie policji. Potem namawiasz mnie, Ŝebym poszedł z tobą na kolację,
poniewaŜ nie masz odwagi powiedzieć starszej kobiecie, Ŝeby nie wtrącała się w
twoje Ŝycie osobiste. Na koniec oferujesz mi pięćdziesiąt dolarów, Ŝebym cię
pocałował. - Upokorzona Cybil nie mogła powstrzymać płaczu. Pierwsza łza spłynęła
jej po policzku, a on poczuł ucisk w Ŝołądku. - Przestań - rzucił ostro. - Nie zaczynaj
się mazać.
- Mam nie płakać, kiedy tak mnie poniŜasz? Zawstydziłeś mnie, ośmieszyłeś,
zrobiłeś ze mnie kompletną idiotkę! - Nie próbowała nawet wycierać łez, tylko
spoglądała na niego wilgotnymi oczami. - Przykro mi, ale ja tak nie potrafię. Płaczę,
kiedy coś mnie boli.
- Sama jesteś sobie winna. - Musiał to powiedzieć. Bardzo chciał w to
wierzyć. Poczuł, Ŝe musi uciec, i ruszył w stronę swojego mieszkania.
- Dokładnie zapamiętałeś fakty, Preston - powiedziała cicho. - Wymieniłeś je
wszystkie w prawidłowej kolejności. Ale nie wziąłeś pod uwagę uczuć, które kryją się
za czynami. Przyniosłam ci ciastka, poniewaŜ myślałam, Ŝe się ucieszysz z nowej
znajomości. JuŜ cię przeprosiłam za to, Ŝe cię śledziłam, ale przepraszam cię jeszcze
raz...
- Nie chcę...
- Jeszcze nie skończyłam - przerwała mu tak spokojnie i dumnie, Ŝe ogarnęło
go jeszcze większe poczucie winy.
- Zabrałam cię na kolację, poniewaŜ nie chciałam zranić bardzo miłej kobiety i
sądziłam, Ŝe jesteś głodny. Dobrze się bawiłam w twoim towarzystwie, a kiedy mnie
pocałowałeś, coś poczułam. Myślałam, Ŝe ty teŜ. Masz rację...
- skinęła chłodno głową, chociaŜ kolejna łza spływała jej po policzku - sama
jestem sobie winna. Ty pewnie przelewasz wszystkie swoje uczucia w pracę i dla
prawdziwych ludzi nic juŜ nie zostaje. śal mi ciebie. I przepraszam, Ŝe się wdarłam
na twój zastrzeŜony teren. Więcej juŜ tego nie zrobię.
Zanim zdąŜył pomyśleć, co odpowiedzieć, zamknęła drzwi. Słyszał, jak
szybkimi, zdecydowanymi ruchami przekręca wszystkie zamki. Wrócił do swojego
mieszkania i równieŜ zamknął drzwi na wszystkie zamki.
Osiągnąłem to, czego chciałem, powiedział sobie. Samotność. Spokój. Cybil
juŜ nie zapuka do drzwi, nie przerwie biegu jego myśli, nie oderwie go od pracy. Nie
wciągnie go w rozmowę i w świat uczuć, których nie chciał. PrzecieŜ i tak by nie
wiedział, co zrobić z tymi uczuciami.
Stał na środku pustego pokoju, wyczerpany burzliwą rozmową, wściekły na
samego siebie i niewidzącym wzrokiem patrzył w przestrzeń.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Preston spał niespokojnym, przerywanym snem. Kiedy zasypiał, natychmiast
zaczynało mu się coś śnić. W snach widział siebie i Cybil. Stał naprzeciw niej, w
załomie muru, na skraju stromego urwiska. Miał wraŜenie, Ŝe to ona zapędziła go w
miejsce, z którego nie miał innego wyjścia, jak tylko w jej ramiona.
A gdy się do niej zbliŜał, sen przekształcał się w erotyczną wizję. Budził się
podniecony, wściekły, czując na ustach smak warg Cybil, pamiętając kaŜdy szczegół
ich namiętnego pocałunku.
Nie miał apetytu, a kiedy juŜ zdecydował się coś zjeść, śniadanie nie chciało
przejść mu przez gardło. Nic mu nie smakowało; wciąŜ przypominał sobie ten prosty
posiłek, który kilka dni temu zjedli razem we włoskiej knajpce.
Pił jedynie kawę, dopóki nerwy nie stały się napięte jak postronki, a Ŝołądek
nie zareagował palącym bólem.
Praca natomiast szła mu doskonale. Wszystkie emocje przelewał w swoich
bohaterów, w sytuacje na scenie. Z bólem wyrywał uczucia z własnego serca i rzucał
je na poŜarcie fikcyjnym postaciom sztuki. Efekt był zdumiewający.
Przypomniał sobie, co powiedziała Cybil, zanim zatrzasnęła przed nim drzwi.
Zarzuciła mu, Ŝe wkłada wszystkie swoje uczucia w pracę i nie zostawia nic dla
prawdziwych ludzi.
Miała rację, ale czy tak nie było najlepiej? PrzecieŜ miał wokół siebie
zaledwie kilka osób, którym mógł powierzyć swoje uczucia. Rodzice, siostra. Ale
nawet w ich przypadku sytuację komplikował fakt, Ŝe czuł się zobowiązany spełniać
ich oczekiwania.
Byli teŜ Delta i Andre. Rzadko decydował się z kimś zaprzyjaźnić. Największą
zaletą tych dwojga było, Ŝe nie oczekiwali od niego więcej, niŜ sam chciał im dać.
Była Mandy, która mobilizowała go do działania, kiedy sam nie potrafił się
zmobilizować, wysłuchiwała go, gdy chciał się wygadać i dbała o niego, chociaŜ on
sam o siebie nie dbał.
Nie Ŝyczył sobie, Ŝeby jakaś kobieta wdzierała się do jego serca. Nigdy więcej.
Dostał juŜ nauczkę, więc od czasu Pameli skutecznie odstraszał kaŜdą, która chciała
się zbytnio zbliŜyć do tego niebezpiecznego terytorium.
To Pamela wyleczyła go z uczuć swoimi kłamstwami, oszustwem, zdradą. W
wieku dwudziestu pięciu lat moŜna się wiele nauczyć i zapamiętać to na całe Ŝycie.
Odkąd przestał wierzyć w miłość, nie tracił czasu na jej szukanie.
A jednak nie potrafił przestać myśleć o Cybil.
Przez ostatnie trzy dni kilka razy słyszał, jak gdzieś wychodziła. Nie raz
dochodząca zza ściany muzyka i śmiech odrywały go od pracy. Powtarzał sobie, Ŝe
przecieŜ dziewczyna najwyraźniej wcale nie cierpi. Dlaczego więc on czuł się tak
podle?
Doszedł do wniosku, Ŝe nęka go poczucie winy. Zranił ją, a nie było to ani
konieczne, ani zamierzone. Urzekła go. Niechętnie, ale jednak poddał się jej urokowi.
Nie chciał jej zawstydzić, zranić jej uczuć. Widok łez nadal go poruszał, chociaŜ
wiedział, Ŝe kobiecy płacz moŜe być tylko podstępnym środkiem, ułatwiającym
osiągnięcie jakiegoś pokrętnego celu.
Łzy na policzku Cybil nie wyglądały jednak na fałszywe. Były tak naturalne,
jak wiosenny deszcz.
Wiedział, Ŝe nie osiągnie spokoju, dopóki nie załatwi tej sprawy do końca.
Musiał przyznać sam przed sobą, Ŝe nie przeprosił dziewczyny jak naleŜy.
Postanowił, Ŝe przeprosi ją jeszcze raz. Teraz pewnie jest juŜ bardziej opanowana i
nie zacznie płakać.
PrzecieŜ nie musieli zostawać wrogami. Była wnuczką człowieka, którego
podziwiał i szanował. Wątpił, czy Daniel MacGregor odwzajemniłby te uczucia,
gdyby się dowiedział, Ŝe Preston McQuinn doprowadził jego ukochaną wnusię do łez.
Nie po raz pierwszy uświadomił sobie, Ŝe bardzo liczy się z opinią Daniela
MacGregora. Jakiś denerwujący wewnętrzny głos szeptał, Ŝe zaleŜy mu jednak
równieŜ na opinii Cybil.
Dlatego właśnie Preston niespokojnie krąŜył po mieszkaniu, zamiast
pracować. Usłyszał, Ŝe Cybil znów wychodzi, ale nie zdąŜył złapać jej w korytarzu.
Pomyślał sobie, Ŝe zaczeka na nią. PrzecieŜ dziewczyna kiedyś wróci do
domu. A kiedy wreszcie wróci, wtedy on przeprosi ją w bardziej cywilizowany
sposób. BoŜe, nawet ślepy by zauwaŜył, Ŝe ta kobieta ma miękkie serce. Będzie
musiała mu wybaczyć. Gdy zaś mu juŜ wybaczy, znów zostaną dobrymi sąsiadami.
Zostawała jeszcze do załatwienia sprawa stu dolarów, która początkowo tak go
rozbawiła, a teraz sprawiała, Ŝe czuł się wyjątkowo podle. Och, .był pewien, Ŝe Cybil
będzie gotowa zbyć wszystko śmiechem. Czy tak pogodna osoba moŜe się długo na
kogoś gniewać?
Mylił się jednak w swoich przypuszczeniach. Byłby zaskoczony, jak długo i
jak głęboko Cybil potrafi przeŜywać doznaną urazę, gdyby zobaczył jej minę, kiedy
wjeŜdŜała windą na swoje piętro.
Złościło ją niezmiernie, Ŝe wracając do domu, musi mijać drzwi McQuinna.
Była wściekła, poniewaŜ wtedy za kaŜdym razem zaczynała o nim myśleć i
uświadamiała sobie swoją głupotę oraz to, jak okropnie się przez niego czuła.
W tej chwili ruchy miała utrudnione, bo niosła w ramionach dwie wielkie
papierowe torby z zakupami, więc juŜ w windzie zaczęła szukać klucza, Ŝeby nie stać
w korytarzu ani sekundy dłuŜej, niŜ to było absolutnie konieczne.
Po dojechaniu na trzecie piętro winda zatrzymała się z charakterystycznym
głuchym stukiem. Szukając klucza, który jak zwykle gdzieś przepadł, Cybil wyszła z
kabiny.
Na widok McQuinna zacisnęła zęby, a jej spojrzenie stało się lodowate.
- Cybil... - Nigdy nie widział, Ŝeby jej oczy przybrały taki zimny wyraz i to
zbiło go z tropu. - Pomogę ci zanieść te torby.
- Dziękuję, nie potrzebuję pomocy. - Jak na złość bardzo przydałaby się jej
trzecia ręka, poniewaŜ nadal nie mogła znaleźć tego przeklętego klucza.
- Widzę, Ŝe potrzebujesz. - Z uśmiechem sięgnął po torby. Uśmiech
natychmiast zniknął mu z twarzy, kiedy Cybil stawiła opór. KaŜde ciągnęło torby w
swoją stronę, aŜ w końcu Preston wyrwał je siłą. - Daj spokój! PrzecieŜ juŜ cię
przeprosiłem! Ile razy muszę to powtórzyć, Ŝebyś przestała się złościć?
- Idź do diabła - warknęła. - Ile razy muszę to powtórzyć, zanim zrozumiesz,
Ŝ
e mówię powaŜnie? - Wreszcie znalazła klucz i włoŜyła go do zamka. - Oddaj mi
zakupy.
- Wniosę ci je do domu.
- Powiedziałam, oddaj. - Znów zaczęli wyrywać sobie torby, aŜ Cybil syknęła
zrezygnowana: - Proszę bardzo, zatrzymaj je sobie.
Otworzyła drzwi, ale zanim zdąŜyła zatrzasnąć mu je przed nosem,
zablokował je nogą i wszedł do środka. Spojrzeli sobie prosto w oczy, a Prestonowi
wydało się, Ŝe dostrzegł w jej spojrzeniu błysk agresji.
- Nawet tego nie próbuj - ostrzegł ją. - Nie jestem jakimś chuderlawym
ulicznym rzezimieszkiem.
Nie wątpiła, Ŝe mogłaby mu nieźle dołoŜyć, ale nie chciała, Ŝeby sobie
pomyślał, Ŝe jego obecność tak bardzo wyprowadza ją z równowagi. Odwróciła się
więc tylko na pięcie i tupiąc obcasami pantofelków z róŜowego zamszu, poszła do
kuchni. PołoŜyła torbę z zakupami na blacie, a Preston postawił drugą obok.
- Dzięki. Wniosłeś moje zakupy, tak jak chciałeś. Czekasz na napiwek?
- Bardzo śmieszne. Załatwmy to od razu. - Sięgnął do kieszeni po banknot, ten
sam, który mu dała. - Proszę.
Obojętnie spojrzała na pieniądze.
- Nie wezmę ich z powrotem. Zarobiłeś je.
- Nie przyjmę pieniędzy za coś, co się okazało kiepskim dowcipem.
- Kiepskim dowcipem! - Lód w jej oczach zamienił się w zielony płomień. - A
więc według ciebie to był kiepski dowcip! Skoro juŜ mowa o kiepskich dowcipach, to
jestem ci winna jeszcze pięćdziesiąt dolarów, prawda?
Ta uwaga go dotknęła. Z zaciśniętymi zębami patrzył, jak Cybil otwiera
torebkę.
- Nie przeciągaj struny, Cybil. Przyjmij zwrot pieniędzy.
- Nie.
- Powiedziałem: weź te cholerne pieniądze. - Chwycił ją za rękę, przyciągnął
bliŜej i wcisnął jej banknot w dłoń. - No, nareszcie... - Zabrakło mu słów, kiedy
podarła sto dolarów na drobne kawałki i podrzuciła w górę jak konfetti.
- Proszę. I po kłopocie.
- To było bardzo niemądre. - Miał nadzieję, Ŝe jego słowa zabrzmiały
spokojnie.
- Niemądre? A dlaczego miałabym postępować inaczej niŜ zwykle? MoŜesz
odejść.
Jej głos przybrał tak władczy, niemal królewski ton, Ŝe Preston
zdezorientowany zamrugał oczami.
- Bardzo skuteczne zagranie - wymamrotał. - Ten ton wielkiej damy to dla
mnie zaskoczenie.
Jej następna sugestia, wygłoszona tym samym pełnym wyŜszości tonem, była
równie zaskakująca, choć zupełnie nie pasowałaby do wielkiej damy. Preston znów
zamrugał oczami ze zdziwienia.
- To teŜ skuteczne - przyznał. - I zdaje się, Ŝe nie miałaś na myśli
romantycznej pieszczoty.
Cybil odwróciła się na pięcie i zaczęła wykładać z toreb zakupy. Jeśli
przekleństwa i obelgi na niego nie działały, to moŜe pójdzie sobie, gdy zacznie go
ignorować.
Ta metoda być moŜe okazałaby się skuteczna, gdyby Preston nie zobaczył, Ŝe
dziewczynie drŜą ręce. Na ten widok na nowo zalało go poczucie winy i zagłuszyło
wszystkie inne uczucia.
- Cybil, naprawdę mi przykro. - Spostrzegł, Ŝe na chwilę zawahała się, ale
zaraz chwyciła puszkę zupy i znów zajęła się rozpakowywaniem toreb. - Sprawy
wymknęły mi się spod kontroli, nie wiedziałem, jak zatrzymać bieg wypadków. A
powinienem był to zrobić.
- Nie musiałeś mnie okłamywać. Zostawiłabym cię w spokoju.
- Nie okłamywałem cię, przynajmniej nie od początku i nie celowo. Po prostu
nie wyprowadziłem cię z błędu, kiedy wyciągnęłaś fałszywe wnioski. Strzegłem
swojej prywatności. Bardzo sobie ją cenię.
- A więc masz swoją prywatność. Ale nie ja wdarłam się przed chwilą do
twojego mieszkania.
- Nie, nie ty. - WłoŜył ręce do kieszeni, zaraz je wyjął i oparł na kuchennym
blacie. - Zraniłem cię, zupełnie niepotrzebnie. Bardzo cię przepraszam.
Zamknęła oczy. Czuła, Ŝe w jej sercu otwierają się jakieś drzwi, które tak
bardzo chciała zamknąć na zawsze.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Myślałem, Ŝe w ten sposób cię zniechęcę do wkraczania na mój teren.
Czułem się niepewnie, bo wywarłaś na mnie zbyt duŜe wraŜenie. No i trochę mnie
bawiło, Ŝe tak się starasz mi pomóc w znalezieniu pracy. - Zobaczył, Ŝe na chwilę ze-
sztywniała, i natychmiast pośpieszył z wyjaśnieniem. - Nie chciałem cię urazić.
Pomyśl tylko. Czy mogłem nie śmiać się w duchu, kiedy zaproponowałaś mi sto
dolarów za to, Ŝe się z tobą wybiorę na kolację? Zdecydowałaś się wydać sto dolarów,
Ŝ
eby nie zranić uczuć jakiejś staruszki i zafundować bezrobotnemu saksofoniście
gorący posiłek. To było takie... urocze. Rzadko uŜywam tego słowa.
- Co za upokorzenie - wymamrotała, po czym zaczęła wyjmować sprawunki z
drugiej torby i układać je na półkach w lodówce.
- Nawet nie myśl w ten sposób. - OkrąŜył kontuar i teraz oboje znajdowali się
w kuchni. - To wszystko nie wypaliło z mojej winy. Wydarzenia nastąpiły w złej
kolejności. Gdybym przy kolacji powiedział ci, kim naprawdę jestem, tak jak naleŜało
zrobić, oboje byśmy się śmiali z całej tej historii. Tymczasem doprowadziłem cię do
płaczu i nie mogę sobie tego wybaczyć.
Stała bez ruchu, wpatrując się we wnętrze lodówki. Nie spodziewała się, Ŝe
tyle myślał o tym, co między nimi zaszło, Ŝe obchodziły go jej uczucia. A jednak.
Nigdy nie potrafiłaby odepchnąć człowieka o wraŜliwym sercu.
Wzięła głęboki oddech i postanowiła, Ŝe zaczną wszystko od nowa. Zostaną
zaprzyjaźnionymi sąsiadami.
- Napijesz się piwa? - zapytała niedbale. Preston poczuł, jak wszystko się w
nim rozluźnia.
- Tak, chętnie.
- Tego się spodziewałam. - Wzięła butelkę, otworzyła, sięgnęła po szklankę. -
Odkąd cię poznałam, nie słyszałam, Ŝebyś tyle mówił. - Odwróciła się do niego i
spostrzegła, Ŝe patrzy na nią z uśmiechem w oczach. - Pewnie zaschło ci w gardle.
- Dzięki.
W kąciku ust Cybil ukazał się znajomy dołeczek.
- Ale nie mam juŜ ciastek.
- Zawsze moŜesz upiec następne.
- Zobaczymy. - Ponownie zajęła się układaniem zakupów. - Myślałam o tym,
Ŝ
eby upiec ciasto. - Zerknęła za siebie. - Nigdy jeszcze nie jedliśmy razem ciasta.
- Nie, nie jedliśmy.
Znów uświadomił sobie, Ŝe Cybil za bardzo mu się podoba. Niepokoiło go to.
Miała na sobie trochę za duŜą białą bluzkę, leginsy w kolorze letniego nieba i
zupełnie niepowaŜne róŜowe buciki.
PoniewaŜ wracała z zakupów, Preston uznał, Ŝe perfumowała się wyłącznie
dla własnej przyjemności, tym bardziej Ŝe otaczający ją zapach był ledwie
wyczuwalny. Nie miał natomiast pojęcia, dlaczego jedno ucho ozdobiła dwoma
złotymi kółkami, w drugie zaś włoŜyła tylko mały kolczyk z pojedynczym
brylancikiem.
Wszystko razem składało się jednak na fascynującą całość.
Kiedy sięgała do torby po kolejne zakupy, wolną ręką chwycił ją za
nadgarstek.
- Więc wszystko między nami w porządku? - zapytał.
- Na to wygląda.
- Chcę ci jeszcze coś powiedzieć. - Odstawił piwo. - Śnisz mi się.
Teraz z kolei jej zaschło w gardle. Poczuła, Ŝe coś ją ściska w Ŝołądku.
- Co takiego?
- Śnisz mi się - powtórzył Preston. ZbliŜył się do niej i przyparł ją do drzwi
lodówki. Tym razem to ona nie ma drogi ucieczki, pomyślał z satysfakcją. - Śnię o
tym, Ŝe jestem blisko ciebie, dotykam cię... - Wpatrując się w jej twarz dotknął
czubkami palców jej piersi. - Budzę się z twoim smakiem na ustach.
- O, BoŜe!
- Powiedziałaś, Ŝe kiedy cię pocałowałem, coś poczułaś. Ja teŜ coś poczułem. -
Nie odrywając od niej wzroku, przesunął dłońmi po jej bokach, aŜ do bioder. - Miałaś
rację.
Kolana miała miękkie, nerwowo przełykała ślinę.
- Miałam rację?
- Tak. Chciałbym poczuć to znowu.
Gdy się ku niej pochylił, Cybil zrobiła unik.
- Zaczekaj!
Jego usta zatrzymały się w odległości jednego oddechu od ust dziewczyny.
- Dlaczego?
Nie miała pojęcia, co mu odpowiedzieć.
- Nie wiem - rzekła bezradnie. Uśmiechnął się, co nie zdarzało mu się często.
- Kiedy juŜ będziesz wiedziała, wtedy mi powiedz - zaproponował i chwycił ją
w objęcia.
Stało się dokładnie tak, jak za poprzednim razem. Była pewna, Ŝe to
niemoŜliwe, Ŝeby znowu poczuła takie samo wirowanie w głowie, sercu i całym ciele.
Miała jednak wraŜenie, Ŝe wszystko w niej czekało na ten pocałunek, Ŝeby
natychmiast zareagować jak poprzednio. Jody się nie myliła, pomyślała jeszcze,
zachowując resztki przytomności. śadne inne pocałunki nie dadzą mi juŜ satysfakcji.
Miękka, świeŜa, radosna jak promień słońca. Takie określenia przychodziły
Prestonowi do głowy. Ciepła, słodka, szczodra. Zapomniał juŜ, jak bardzo potrzebuje
tych doznań. Przypomniał sobie teraz, kiedy trzymał w ramionach drŜącą Cybil.
Znów chciał przeŜywać to samo. Nie spodziewał się, Ŝe tak bardzo tego
pragnie.
Łapczywie całował jej szyję.
- Tutaj... zaraz... - wyszeptał.
- Nie. - To było ostatnie słowo, jakie spodziewała się usłyszeć ze swoich
własnych ust. Tak, poŜądała go, ale chociaŜ z kaŜdym ruchem jego rąk pragnienie
stawało się silniejsze, powtórzyła jeszcze raz: - Nie. Zaczekaj.
Podniósł głowę. Zobaczyła, Ŝe jego oczy przybrały kolor wzburzonego morza.
- Dlaczego?
- PoniewaŜ ja... - Z westchnieniem odchyliła głowę w tył i zamknęła oczy,
kiedy jego ręce wolnym, zdecydowanym ruchem przesunęły się po jej ciele,
pobudzając wszystkie zmysły.
- Pragnę cię. - Kciukami zakreślał kręgi na jej piersiach. - Ty teŜ mnie
pragniesz.
- Tak, ale... - Zacisnęła dłonie na jego ramionach, starając się nie dać unieść
nowej fali poŜądania. - Jest kilka rzeczy, których nigdy nie robię pod wpływem
impulsu. Przykro mi, ale to jest właśnie jedna z nich.
Otworzyła oczy i wzięła drŜący oddech. Spostrzegła, Ŝe Preston cały czas
uwaŜnie jej się przygląda, chociaŜ najwyraźniej ogarnęła go gorączka namiętności.
Mimo to potrafił zachować chłodny osąd sytuacji.
- To nie jest Ŝadna gra - zapewniła go.
Uniósł brew, zaskoczony, Ŝe tak trafnie odgadła jego myśli.
- Nie? - zapytał. - Rzeczywiście, nie jest. - Uznał po chwili, Ŝe wierzy jej bez
zastrzeŜeń. - Nie potrafiłabyś prowadzić takiej gry, prawda?
Domyśliła się, Ŝe kiedyś ktoś w ten sposób się z nim zabawił, i natychmiast
ogarnęło ją współczucie.
- Nie wiem, czy bym potrafiła. Nigdy nie próbowałam. Preston wypuścił ją z
objęć i cofnął się. Wydawał się całkiem opanowany, podczas gdy ona nadal nie mogła
wrócić do równowagi. Bezwiednie uniosła dłoń do szyi, na której wciąŜ czuła
elektryzujący dotyk jego ust.
- Potrzebuję trochę czasu, zanim się sobą z kimś podzielę. Kochanie się,
seks... to niezwykły dar i nie naleŜy go dawać bezmyślnie.
Te słowa poruszyły go i uspokoiły, chociaŜ nie wiedział, dlaczego.
- Ludzie często dają sobie taki prezent bez głębszego zastanowienia.
- Nie ja. - Cybil potrząsnęła głową. - Mnie się coś takiego nigdy nie zdarza.
Miał nieprzepartą ochotę pogładzić ją po policzku, więc z determinacją wsunął
ręce do kieszeni. Doszedł do wniosku, Ŝe będzie lepiej, jeśli powstrzyma się przed
dotykaniem Cybil. Jeszcze za wcześnie na taką pieszczotę.
- I myślisz, Ŝe jak mi to powiesz, uda ci się mnie powstrzymać?
- Mówię ci to, Ŝebyś zrozumiał, dlaczego odmawiam, chociaŜ mam ochotę
powiedzieć tak. Oboje wiemy, Ŝe łatwo mógłbyś mnie skłonić, Ŝebym się zgodziła.
Znów poczuł, Ŝe zalewa go Ŝar.
- Takie szczere wyznania mogą być bardzo niebezpieczne.
- Ty potrzebujesz prawdy. - Od początku czuła, Ŝe nic nie zraziłoby go
bardziej niŜ kłamstwo. - A ja nie oszukuję męŜczyzn, wobec których mam plany na
przyszłość.
Preston podszedł bliŜej. Jej usta zaczęły drŜeć, oddech stał się urywany. Mógł
sprawić, Ŝeby się zgodziła. Świadomość własnej siły uderzała mu do głowy. Wiedział
jednak, Ŝe jeśli z niej skorzysta, to coś między nimi zostanie nieodwracalnie zepsute.
- Potrzebujesz czasu - powiedział. - Wiesz mniej więcej, ile?
Znów niepewnie wciągnęła powietrze.
- Teraz wydaje mi się, Ŝe juŜ jestem gotowa. Ale... - Uśmiechnęła się z
wysiłkiem, kiedy zobaczyła, Ŝe twarz na chwilę mu poweselała. - Trudno mi
powiedzieć. Mogę ci tylko obiecać, Ŝe kiedy będę gotowa, dowiesz się o tym
pierwszy.
- MoŜe uda nam się skrócić ten czas o kilka dni - wyszeptał i ulegając pokusie,
przesunął wargami po jej wargach.
Dziewczyna nie zamykała oczu w nadziei, Ŝe pozwoli jej to zachować
przytomność umysłu. Jednak kontury przedmiotów szybko zaczęły się rozmywać.
- Tak, to moŜe być skuteczna metoda.
- Umówmy się, Ŝe twoje zastanawianie się nie potrwa dłuŜej niŜ tydzień. -
Całował ją coraz mocniej, aŜ poczuł, Ŝe robi się miękka i uległa.
Kiedy się cofnął, przyłoŜyła rękę do serca.
- Dwa tygodnie. To chyba dobry termin. Niespodziewanie dla samego siebie
Preston roześmiał się serdecznie.
- Chyba po prostu musimy czekać. Sami będziemy wiedzieli, kiedy nadejdzie
odpowiedni czas.
- Dobrze. Mądra decyzja. - Starała się wyrównać oddech. Preston sięgnął po
piwo. - Kupiłam tyle... - Brakowało jej słowa.
- Jedzenia? - podpowiedział. Z satysfakcją patrzył na jej zagubioną minę.
- Właśnie, jedzenia. Pomyślałam sobie, Ŝe mogłabym przygotować jakąś...
Zaczekał chwilę, a Cybil bezradnie przyłoŜyła dłoń do czoła i popatrzyła na
kuchenkę.
- Jakaś kolację?
- O, właśnie. Kolację. Zabawne, jak czasami trudno sobie przypomnieć
najprostsze słowo. - Odetchnęła głębiej. - Miałbyś ochotę zostać na kolację?
Wypił łyk piwa, oparł się o kuchenny blat.
- A będę mógł patrzyć, jak gotujesz?
- Jasne. Usiądziesz z boku i na przykład pomoŜesz mi kroić warzywa.
- Dobrze. - Propozycja bardzo mu się spodobała. Usiadł na stołku przy
kontuarze. - Często gotujesz?
- Dosyć. Lubię gotować. To proces pełen niespodzianek. RóŜne składniki,
ogień, odpowiedni czas, mieszanina smaków, zapachów, konsystencji.
- A... gotujesz czasami nago?
Znieruchomiała z błyszczącą, czerwoną papryką w ręku. Zachichotała i
odłoŜyła ją na blat.
- McQuinn, powiedziałeś coś śmiesznego. - Lekko ścisnęła jego rękę. - Jestem
z ciebie dumna.
- To nie był Ŝart, tylko całkiem powaŜne pytanie. - Kiedy roześmiała się
Ŝ
ywiołowo, ujęła jego twarz w dłonie i głośno pocałowała w usta, Preston uśmiechnął
się takim rozanielonym uśmiechem, Ŝe chyba nie rozpoznałby własnego odbicia w
lustrze. - A wiec gotujesz nago?
- Nie wtedy, kiedy podsmaŜam kurczaka. A właśnie za chwilę mam zamiar to
zrobić.
- Nic nie szkodzi. Mam bujną wyobraźnię.
Znów się roześmiała. Gdy spostrzegła rozmarzony błysk w jego oku,
odchrząknęła trochę skrępowana.
- Mam ochotę na kieliszek wina. Ty teŜ? Uniósł tylko niemal pełną szklankę
piwa.
- Ach, no tak. - Wyjęła z lodówki butelkę białego wina. Nagle odwróciła się i
znowu zachichotała. - Przestań.
- Co mam przestać?
- Tak na mnie patrzysz, jakbym rzeczywiście była naga. Włącz lepiej jakąś
muzykę - poleciła, wskazując na salon. - Otwórz teŜ okno, bo zrobiło się tu trochę za
gorąco. I daj mi trochę czasu, Ŝebym wymyśliła jakiś obojętny temat do rozmowy, bo
na razie mogę myśleć tylko o jednym.
- Tobie nigdy nie brakuje tematów do rozmowy.
- Zabrzmiało to jak zniewaga. Ale rzeczywiście. Jestem miłośniczką
konwersacji.
- Czy to nowoczesne określenie gaduły? - zapytał wstając.
- Strasznie jesteś dzisiaj dowcipny, prawda?
- To pewnie zasługa odpowiedniego towarzystwa - wymamrotał i zaczął
przeglądać jej płyty kompaktowe. - Masz dobry gust, jeśli chodzi o muzykę.
- Spodziewałeś się czegoś innego?
- Na pewno nie spodziewałem się Fatsa Wallera, Arethy i B.B Kinga. Masz teŜ
duŜo radosnej, beztroskiej muzyczki.
- A co w tym złego?
W odpowiedzi pokazał jej płytę „Największe przeboje The Partridge Family”
- Nie mam nic więcej do dodania - stwierdził.
- Bardzo przepraszam, ale to prezent od drogiego mi przyjaciela. A poza tym
to juŜ klasyka.
- Klasyka czego?
- Najwyraźniej nie doceniasz piosenek i seriali telewizyjnych z lat
siedemdziesiątych. Chętnie o nich z tobą porozmawiam.
- Pewnie znasz słowa wszystkich piosenek z tej płyty. Prychnęła rozbawiona i
zaczęła myć warzywa.
- Oczywiście, Ŝe znam. Był taki czas w mojej wspanialej młodości, kiedy sama
byłam w zespole muzycznym.
- Aha. - Preston wybrał B.B. Kinga.
- Śpiew i gitara rytmiczna w grupie Turbo. - Z uśmiechem podeszła do blatu. -
Jesse, gitarzysta prowadzący, bardzo interesował się samochodami.
- Więc umiesz grać na gitarze.
- Tak. A raczej kiedyś grywałam. Miałam piękną, czerwoną gitarę fendera.
Moja mama pewnie nadal przechowuje ją w moim dawnym pokoju, razem z
baletkami, zestawem „Mały chemik”, szkicami, które zrobiłam, kiedy chciałam zostać
projektantką mody, i z ksiąŜkami o hodowli zwierząt. Marzyłam o tym, Ŝeby być
weterynarzem, dopóki sobie nie uświadomiłam, Ŝe musiałabym równieŜ usypiać
zwierzęta, a nie tylko się z nimi bawić. - PołoŜyła na blacie deskę do krojenia i wzięła
odpowiedni nóŜ ze stojaka. - To wszystko były moje wielkie pasje. Słuchał jej
zafascynowany.
- Gitara elektryczna i baletki to były twoje pasje?
- Tak. Nie mogłam się tylko zdecydować, kim chcę zostać. Wszystko, czego
próbowałam, najpierw było zabawne, a potem okazywało, się cięŜką pracą. Wiesz, jak
się kroi paprykę?
- Nie. Czy to, co teraz robisz, nie jest pewnego rodzaju pracą?
Westchnęła i zaczęła kroić sama.
- To teŜ jest praca, i nie „pewnego rodzaju”, tylko praca z prawdziwego
zdarzenia. Jest cięŜka, ale mimo to dobrze się przy niej bawię. A ty nie lubisz pisać?
- Raczej nie.
Spojrzała na niego znad deski.
- W takim razie dlaczego piszesz?
- Nie potrafiłbym robić nic innego. Pisanie to moja... pasja.
Ze zrozumieniem skinęła głową i sięgnęła po okazałe jasne pieczarki.
- Moja mama jest w podobnej sytuacji. Nigdy nie chciała robić nic innego
tylko malować. Czasami, kiedy obserwuję ją przy pracy, widzę, jaki to dla niej
bolesny proces. Musi bardzo się starać, Ŝeby przelać na płótno wszystko, co chce
powiedzieć. Ale kiedy skończy, kiedy jest zadowolona z wyniku, cała promienieje.
PrzeŜywa wielką satysfakcję, moŜe nawet wstrząs, kiedy widzi, na ile ją stać. Z tobą
pewnie jest tak samo. - Podniosła wzrok i zauwaŜyła, Ŝe Preston przygląda się jej z
namysłem. - Zawsze jesteś zaskoczony, kiedy widzisz, Ŝe potrafię zrozumieć nie tylko
to, co oczywiste?
Chwycił ją za rękę, zanim zdąŜyła się odsunąć.
- Jeśli nawet tak jest, to tylko dlatego, Ŝe ja sam nie potrafię cię rozszyfrować.
Dopóki cię do końca nie zrozumiem, na pewno jeszcze nieraz zdarzy mi się ciebie
urazić.
- AleŜ mnie wyjątkowo łatwo zrozumieć.
- Ja teŜ tak z początku myślałem. Myliłem się. Jesteś prawdziwą zagadką,
Cybil. Kryjesz w sobie mnóstwo nieoczekiwanych, najróŜniejszych niespodzianek.
Uśmiechnęła się łagodnie, a jej twarz stała się jeszcze piękniejsza.
- To najmilsza rzecz, jaką mi kiedykolwiek powiedziałeś.
- Nie mam miłego charakteru. Dowiodłabyś swojej inteligencji, gdybyś mnie
natychmiast stąd wyrzuciła, dokładnie zamknęła drzwi i nie dała mi się więcej do
siebie zbliŜyć.
- Jestem inteligentna, więc juŜ dawno to zrozumiałam. Ale... - Pogładziła go
delikatnie po policzku. - Chyba zostaniesz moją kolejną pasją.
- Dopóki nie skończy się zabawa i nie zacznie się cięŜka praca?
Patrzył na nią bardzo powaŜnie. Widać było, Ŝe jest przygotowany na
najgorsze.
- McQuinn, ty juŜ jesteś dla mnie cięŜką pracą, a jednak wciąŜ siedzisz w
mojej kuchni. Wiesz, jak się kroi marchewkę w słupki?
- Nie mam bladego pojęcia.
- Wobec tego patrz i ucz się. Następnym razem nie pozwolę ci się obijać. -
Kilkoma szybkimi, wprawnymi ruchami obrała marchewkę. Nagle zerknęła na niego
z ukosa. - Dalej jestem naga?
- A chciałabyś?
Roześmiała się tylko i wypiła łyk wina.
Kiedy w końcu usiedli razem do stołu, Cybil zdała sobie sprawę, Ŝe zaczyna
się zakochiwać w siedzącym naprzeciw niej męŜczyźnie.
Rozpoznawała charakterystyczne oznaki tego stanu - nieregularne uderzenia
serca, puls przyśpieszony rosnącym poŜądaniem, rozmarzony uśmiech, ciche
westchnienia. Najwyraźniej miłość była niedaleko.
Bardzo ją ciekawiło, jak to będzie, kiedy zakocha się na dobre.
Długo się Ŝegnali, całując się w progu na dobranoc.
Potem jeszcze dłuŜej nie mogła zasnąć. Ciało nie mogło się uspokoić, a w
głowie roiło się od marzeń.
Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała zza ściany ciche dźwięki saksofonu. Wkrótce
ukołysały ją do snu.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Z włosami mokrymi po porannym prysznicu Preston siedział w swojej kuchni
na stołku, który poŜyczył od Cybil, ulegając usilnym namowom właścicielki.
Przeglądał gazetę, jedząc płatki kukurydziane z zimnym mlekiem i bananem. Kiedy
Cybil zobaczyła jego puste szafki, przyniosła mu trochę zapasów spoŜywczych.
Powiedziała mu, Ŝe nawet kompletna kuchenna niedorajda - czyli na przykład
on - umie zalać płatki mlekiem i pokroić banana.
Nie obraził się na nią za takie stwierdzenie, chociaŜ nie uwaŜał się za
skończoną niedorajdę. PrzecieŜ wczoraj zrobił bardzo dobrą sałatkę, w czasie kiedy
Cybil wyczyniała jakieś niewiarygodne cuda z kurczakiem.
Jego sąsiadka gotowała doskonale, przez co nie miał juŜ ochoty Ŝywić się
robionymi naprędce kanapkami, jak mu się to przedtem często zdarzało.
Nie przeszkadzało jej, Ŝe od czasu pierwszego wspólnego posiłku w jej kuchni
nigdy nie wyszli razem na kolację. Spodziewał się, Ŝe wkrótce zmęczy ją codzienne
przyrządzanie wieczornych posiłków i zaŜąda zaproszenia do restauracji. Coś, co na
początku jest miłą odmianą, myślał, po pewnym czasie zmienia się w nudną rutynę.
Normalni ludzie na ogół dąŜą do jej zmiany.
A zdaje się, Ŝe oboje zaczynali właśnie z wolna popadać w rutynę. Dni
spędzali osobno, kaŜde u siebie. No, moŜe z wyjątkiem tych kilku okazji, kiedy Cybil
wyciągnęła go na spacer czy namówiła na wspólny zakup nowej lampy.
Zerknął w głąb salonu na dziwaczną Ŝabę z brązu, trzymającą trójkątny abaŜur.
Nadal nie bardzo wiedział, jak jej się udało namówić go do nabycia czegoś takiego, a
takŜe do kupienia od pani Wolinsky uŜywanego fotela z podnóŜkiem, którego
sąsiadka chciała się pozbyć.
Nie dziwił się wcale, Ŝe staruszka miała go dosyć. Kto chciałby trzymać w
salonie rozkładany fotel z obiciem w zielonoŜółtą kratę? Wkrótce się przekonał, Ŝe
fotel co prawda wygląda okropnie, ale jest zaskakująco wygodny.
Jeśli ma się juŜ fotel i lampę, konieczny jest i stół. Wkrótce Preston stał się
więc posiadaczem całkiem solidnego chippendale'a, który gwałtownie domagał się
renowacji. Właśnie dlatego kosztował tak tanio, czego nie omieszkała podkreślić
Cybil.
Tak się szczęśliwie złoŜyło, Ŝe miała przyjaciela, zajmującego się w wolnych
chwilach renowacją starych mebli. Chętnie go z nim skontaktuje.
Równie szczęśliwym zbiegiem okoliczności inny z jej znajomych prowadził
kwiaciarnię, dlatego teŜ w kuchni Prestona pojawił się wesoły bukiet stokrotek.
Kolejny przyjaciel - musiała ich mieć całą armię - malował sceny z Ŝycia
Nowego Jorku i sprzedawał je na ulicy. Jego obrazy wydały się po prostu stworzone
do mieszkania Prestona. Bardzo rozweseliłyby wnętrze.
Preston upierał się, Ŝe niczego nie chce rozweselać, ale trzy całkiem
przyzwoite akwarele juŜ wisiały na jego ścianach, natomiast Cybil zaczynała juŜ
przebąkiwać coś o dywanie.
Zastanawiał się, jak ona to robi, ale nie potrafił tego wyjaśnić. Potrząsnął
głową i dalej jadł śniadanie. Nie przestawała mówić, dopóki nie wyjmował portfela i
nie godził się na kolejny zakup.
Poza tym nie wchodzili sobie w drogę.
Jeśli nie liczyć pewnego sobotniego popołudnia, kiedy wtargnęła do jego
mieszkania, obładowana kubłami, szczotkami, ścierkami i Bóg wie, czym jeszcze.
Oznajmiła, Ŝe jeśli zamierza nadal tu mieszkać, powinien mieć porządek. Sam nie
wiedział, jak się to stało, ale następne trzy godziny deszczowego popołudnia spędził
na myciu, szorowaniu i wycieraniu kurzu, zamiast nad następnym aktem sztuki.
No, ale dzięki temu prawie udało mu się zaciągnąć ją do łóŜka. Prawie. Kiedy
bowiem stanęła w progu sypialni, ze zgrozy odebrało jej mowę.
Szybko odzyskała głos i wygłosiła wykład. Powinien wykazać więcej
szacunku dla pomieszczenia, które najwyraźniej słuŜy mu nie tylko za sypialnię, ale
równieŜ za miejsce pracy. Dlaczego, u diabła, przez cały dzień ma zasłonięte okna?
MoŜe marzy o mieszkaniu w jaskini? I czy religia zakazuje mu prania pościeli?
W samoobronie rzucił się na nią i zamknął jej usta w bardzo przyjemny sposób
- pocałunkiem.
Gdyby w drodze do łóŜka nie potknęli się o stos bielizny do prania, na pewno
ten dzień nie zakończyłby się wspólną wyprawą do pralni.
Musiał jednak przyznać, Ŝe ingerencja Cybil w jego Ŝycie miała swoje zalety.
ChociaŜ przedtem bałagan mu nie przeszkadzał, teraz z przyjemnością przebywał w
swoim wysprzątanym mieszkaniu. Lubił zasypiać w świeŜo upranej pościeli, chociaŜ
wolałby to robić w towarzystwie Cybil. I czy moŜna narzekać, Ŝe kuchnia jest dobrze
zaopatrzona?
Nawet frustracja seksualna wychodziła mu na dobre. Dzięki niej słowa
wylewały się z niego same, pisanie szybko biegło naprzód. Nastrój w sztuce trochę się
zmienił. Teraz centralną postacią stała się kobieta, naiwna i pełna entuzjazmu, kipiąca
energią i optymizmem. Kobieta, która łatwo dałaby się uwieść i zniszczyć męŜczyźnie
o zupełnie innym charakterze; takiemu, który nie cofnąłby się przed odebraniem jej
wszelkiej radości Ŝycia i złamaniem jej serca.
Doskonale widział, Ŝe to, o czym pisze, niepokojąco przypomina
rzeczywistość, ale postanowił, Ŝe nie będzie się tym martwić.
Wypił łyk kawy i zanotował sobie w myślach, Ŝeby zapytać Cybil, jak to się
dzieje, Ŝe parzona przez niego kawa zawsze smakiem przypomina wodę bagienną.
RozłoŜył gazetę, ciekaw, o czym jest dzisiejszy odcinek jej komiksu.
Szybko przebiegł go wzrokiem, zmarszczył czoło, wrócił do pierwszego
obrazka i uwaŜniej przeczytał całość.
Cybil tymczasem siedziała juŜ przy desce kreślarskiej. Otworzyła szeroko
okno, poniewaŜ wiosna w tym roku nadeszła wyjątkowo wcześnie. Cudowny ciepły
wietrzyk wpadał do pracowni wraz z ulicznym hałasem.
Podzieliła na prostokąty kartkę papieru, starannie wyskalowała i odłoŜyła
przykładnicę na miejsce. Z przechyloną głową wpatrywała się w pierwszy pusty
prostokąt. Był dwa razy większy od tego, który za dwa tygodnie w gotowej postaci
ukaŜe się w gazecie. Miała juŜ gotowy pomysł - ustawienie postaci, sytuację i pointę,
która połączy pięć kolejnych obrazków w jedną całość i rozweseli czytelników przy
porannej kawie.
Tajemniczy Sąsiad, występujący teraz jako Quinn, siedział w swojej mrocznej
kryjówce i pisał dzieło Ŝycia - wspaniałą, wiekopomną powieść. Przystojny, kapryśny,
fascynujący Quinn był tak pogrąŜony w swoim światku, Ŝe wcale nie zauwaŜył Emily,
która przykucnęła za oknem, na schodach poŜarowych, i przez szczelinę między stale
zaciągniętymi zasłonami starała się za pomocą lornetki odczytać pisane słowa.
Ś
miejąc się sama z siebie - przecieŜ Cybil równieŜ starała się dowiedzieć,
chociaŜ w trochę bardziej cywilizowany sposób, jak przebiega praca nad sztuką
Prestona - zaczęła szkicować komiksową wersję sąsiada z naprzeciwka.
Przesadzała przy tym znacznie, zarówno jeśli chodziło o jego dobre, jak i o złe
cechy. Rosłe, umięśnione ciało, męska twarz, chłodne spojrzenie. Jego opryskliwość,
poczucie humoru i nieustanne zdziwienie światem, w którym obracała się Emily.
Biedaczek, pomyślała, zupełnie nie ma pojęcia, jak z nią postępować.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Wsunęła ołówek za ucho, przekonana, Ŝe to
Jody zapomniała klucza.
Po drodze dolała sobie kawy do kubka.
- Zaczekaj chwilę. JuŜ idę.
Otworzyła drzwi i na widok Prestona nie pierwszy raz poczuła, jak coś w niej
topnieje. Był jeszcze trochę mokry po kąpieli i nie włoŜył koszuli. BoŜe, co za
mięśnie, pomyślała, niemal się oblizując.
Miał na sobie wyblakłe dŜinsy, stał boso, a jego twarz przybrała cudownie
powaŜny, rozsądny wyraz.
- Cześć. - Postarała się, Ŝeby zabrzmiało to beztrosko, chociaŜ w myślach
widziała, jak rzuca się na niego z poŜądaniem. - Zabrakło ci mydła, kiedy byłeś pod
prysznicem? Przyszedłeś poŜyczyć je ode mnie?
- Co? Nie. - Zapomniał, Ŝe jest niekompletnie ubrany. - Chcę z tobą
porozmawiać o tym. - Pokazał jej gazetę.
- Jasne, wejdź. - Do niczego nie dojdzie, zapewniała się w myślach. Jody zjawi
się tu za chwilę, a to na pewno ją powstrzyma przed rzuceniem się na Prestona. -
Nalej sobie kawy i chodź do pracowni. Zaczęłam juŜ rysować i nieźle mi dzisiaj idzie.
- Nie chcę ci przeszkadzać, ale...
- Niewiele rzeczy jest w stanie przeszkodzić mi w pracy - oznajmiła radośnie i
ruszyła schodami w górę. - Jeśli masz ochotę, weź sobie bułeczkę cynamonową.
- Nie. - Mimo to skusił się i po chwili juŜ nalewał sobie kawy i sięgał po
bułeczkę.
Jeszcze nie był w pracowni Cybil, poniewaŜ nigdy nie przychodził do niej,
kiedy pracowała. Po drodze zerknął do sypialni, na wielkie łoŜe, przykryte
jaskrawoniebieską narzutą, na którym piętrzyła się góra róŜnobarwnych poduszek.
WyobraŜał sobie, jak by było, gdyby przycisnął jej dłonie do cienkich, Ŝelaznych
słupków zagłówka i wreszcie mógł zrobić z nią wszystko, czego by zapragnął. I czego
ona by zapragnęła.
W sypialni czuć było delikatną, zmysłową woń. ŚwieŜy, kobiecy zapach, z
nutą wanilii.
ZauwaŜył płatki róŜ w misie, ksiąŜkę na nocnym stoliku i świece na parapecie
okiennym.
- Znalazłeś wszystko? - zawołała z góry. Otrząsnął się z zamyślenia.
- Tak. Słuchaj, Cybil... - Wszedł do pracowni. - Chryste, jak moŜesz pracować
w tym hałasie?
Nawet nie podniosła wzroku znad deski.
- W jakim hałasie? A, to. - Szkicowała dalej, uŜywając nowego ołówka,
poniewaŜ poprzedni nadal tkwił za jej uchem. - Dla mnie ten hałas jest jak relaksująca
muzyka. PrzewaŜnie go nie słyszę.
Pracownia wyglądała bardzo profesjonalnie i artystyczne zarazem. Materiały
rysownicze leŜały starannie ułoŜone na półkach obok ładnych i zabawnych
drobiazgów. W jednym z obrazów na ścianie rozpoznał pracę znajomego juŜ spe-
cjalisty od nowojorskich scen ulicznych. Wisiały tu teŜ dwa wspaniałe dzieła jej
matki.
W kącie stała skomplikowana i fascynująca rzeźba z metalu. Mały bukiecik
fiołków niebieszczył się w szklanym kałamarzu, a na leŜance pod ścianą piętrzyły się
poduszki.
Cybil z podwiniętymi pod siebie nogami siedziała przy duŜej pochyłej desce
do szkicowania. Paznokcie u nóg miała pomalowane na róŜowo, za jednym uchem
tkwił ołówek, a w drugim złote kółko.
W tej niedbałej pozie wyglądała bardzo pociągająco.
Zaciekawiony stanął za nią i zajrzał jej przez ramię. Gdyby ktoś odwaŜył się
tak zachować wobec niego, zginąłby szybką i bolesną śmiercią.
- Po co te niebieskie linie?
- To skalowanie. Dla oznaczenia perspektywy. Zanim zacznę rysować, muszę
dokonać kilku obliczeń. Dla gazet codziennych rysuję pięcioobrazkowe odcinki -
wyjaśniała, wprawnie nanosząc kolejny szczegół. - Muszę wykreślić ramki, wymyślić
temat, gagi i główny dowcip, Ŝeby obrazki utworzyły jedną sensowną całość z
początkiem i zakończeniem. - Zadowolona zaczęła szkicować kolejny obrazek. -
Najpierw powstaje szkic, ty byś to pewnie nazwał brudnopisem. Potem robię drobne
poprawki, dodaję szczegóły, zmieniam, co trzeba. Dopiero na końcu rysuję tuszem
ostateczną wersję. Spojrzał na pierwszy rysunek i zmarszczył brwi.
- To mam być ja?
- Mhm. Usiądź sobie. Zasłaniasz mi światło.
- A co ona tu robi? - Nie zwracając uwagi na jej słowa, stuknął palcem w drugi
obrazek. - Szpieguje mnie. Ty mnie szpiegujesz?
- Nie bądź śmieszny. PrzecieŜ nawet nie masz schodów poŜarowych za oknem
sypialni. - Spojrzała w lustro i zrobiła kilka róŜnych min, a potem zajęła się trzecim
obrazkiem.
- A co powiesz na to? - zapytał, uderzając ją gazetą w ramię.
- Na co? BoŜe, jak ładnie pachniesz. - Odwróciła się i powąchała go z
przyjemnością. - Jakiego mydła uŜywasz?
- Pewnie twój bohater w następnym odcinku będzie brał prysznic. - Ściągnęła
usta, najwyraźniej rozwaŜając ten pomysł. Preston potrząsnął głową. - Nie. Są jakieś
granice. Z początku trochę mnie bawiło, kiedy wprowadziłaś do swojego komiksu
moją karykaturę, ale... - Urwał, poniewaŜ drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym
trzaskiem. - Kto to?
- Pewnie Jody i Charlie. Więc spodobała ci się nowa postać? - Przestała
rysować i uśmiechnęła się do niego. - Miałam cię o to zapytać, bo sam z siebie nic nie
powiedziałeś. Wiesz, niektórzy ludzie nawet siebie nie rozpoznają Chyba brak im
samokrytycyzmu. Ale co do ciebie, to byłam pewna, Ŝe zauwaŜysz podobieństwo.
Cześć, Jody. O, jest nasz słodki Charlie.
- Cześć. - Nawet szczęśliwej męŜatce, takiej jak Jody, trudno było nie gapić się
z poŜądaniem na męską, umięśnioną pierś Prestona. - Eee... Cześć. Nie
przeszkadzamy?
- Nie. Preston właśnie wypytywał mnie o komiks.
- Strasznie mi się podoba ten nowy facet. Zawrócił Emily w głowie jak nikt
przedtem. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej. - Uśmiechnęła się, kiedy Charlie
zaczął wesoło gaworzyć.
- Tata! - zawołał malec radośnie.
- Mówi tata do wszystkich panów. Chucka to trochę wkurza, ale w ten sposób
Charlie po prostu chce się zaprzyjaźnić.
- Aha. - Preston nieuwaŜnie pogładził ciemną główkę chłopca. - Chciałbym
coś wyjaśnić, zanim to wszystko zajdzie za daleko... - zaczął.
- Tata! - powtórzył Charlie i z ufnym uśmiechem wyciągnął rączki do
Prestona.
- Jak dokładnie trzymasz się rzeczywistości? - zapytał Preston, odruchowo
biorąc dziecko na ręce.
Serce Cybil stopniało w ułamku sekundy.
- Lubisz dzieci!
- Nie, przy kaŜdej okazji wyrzucam je z okna na trzecim piętrze - odparł
zniecierpliwiony, ale słysząc wystraszony pisk Jody, potrząsnął głową. - Nie denerwuj
się. Nic mu nie grozi. Teraz chcę porozmawiać o tym odcinku. - PrzełoŜył dziecko na
jedno ramię i rozłoŜył gazetę na desce.
- Aha, chodzi ci o odcinek z pocałunkiem. Tak naprawdę to pierwsza część,
jutro mają wydrukować zakończenie. Wydaje mi się udany.
- Chuck i ja mało nie pękliśmy ze śmiechu, kiedy to zobaczyliśmy - wtrąciła
Jody. Całkiem uspokojona patrzyła, jak Preston bezwiednie poklepuje malca, który
właśnie spokojnie zasypiał w jego ramionach.
- Narysowałaś tu dwie kobiety...
- Emily i Cari...
- PrzecieŜ wiem, jak się nazywają - mruknął, obrzucając obie znaczącym
spojrzeniem. - Rozmawiają, a właściwie oceniają to, jak Quinn pocałował Emily.
- Aha. Chuck teŜ się śmiał? - zaciekawiła się Cybil.
- Nie byłam pewna, czy ten odcinek rozśmieszy męŜczyzn, czy tylko kobiety.
- O, tak. Śmiał się do łez.
- Bardzo przepraszam. - Preston opanował się resztką silnej woli. Podniósł
rękę do góry, Ŝeby uciszyć przyjaciółki.
- Chciałbym wiedzieć, czy wy obie spotykacie się tutaj po to, Ŝeby dyskutować
na temat swoich przygód erotycznych, oceniać je w skali od jednego do dziesięciu, a
potem Cybil przerabia je na zabawne historyjki, Ŝeby wszyscy w kraju mieli się z
czego pośmiać przy śniadaniu?
- Dyskutować? - Cybil spoglądała na Prestona wzrokiem niewiniątka. - Daj
spokój, McQuinn, przecieŜ to tylko komiks. Zbyt powaŜnie go traktujesz.
- Więc ten tekst o pocałunku, którego się nie da zmierzyć w Ŝadnej skali, to
tylko taki dowcip?
- A co innego? Przyjrzał jej się badawczo.
- Kiedy wreszcie pójdziemy do łóŜka, nie chciałbym zobaczyć tego na
obrazkach w porannej gazecie.
- Ojej! - Jody przyłoŜyła rękę do serca. - Chyba muszę połoŜyć Charliego. -
Wyjęła synka z ramion Prestona i z pośpiechem wyszła.
Cybil uśmiechnęła się i stuknęła ołówkiem o deskę.
- Wiesz, mam przeczucie, Ŝe to wydarzenie będzie warte rozszerzonego
niedzielnego wydania.
- To groźba czy Ŝart? - W odpowiedzi tylko się roześmiała. Obrócił ją wraz ze
stołkiem i pocałował do utraty tchu. - Odpraw swoją przyjaciółkę, a zaraz się
przekonamy, czy będzie warte.
- Nie ma mowy. Jody zostaje. Tylko dzięki temu, Ŝe byłam pewna jej wizyty,
nie rzuciłam się na ciebie, kiedy stanąłeś w progu.
- Chcesz, Ŝebym tu zwariował?
- Wcale nie. To moŜe być skutek uboczny. - Krew coraz szybciej pulsowała jej
w Ŝyłach. - Lepiej będzie, jak juŜ sobie pójdziesz. Pierwszy raz w Ŝyciu coś jest w
stanie oderwać mnie od pracy. A tym czymś jest twoja obecność.
Nie widział powodu, dla którego tylko on miał się męczyć, więc pochylił się i
jeszcze raz pocałował ją w usta.
- Kiedy będziesz znów opisywała to... - Delikatnie, zmysłowo chwycił zębami
jej dolną wargę i lekko pociągnął. - A spodziewam się, Ŝe będziesz, to przynajmniej
zrób to dokładnie. - Ruszył do wyjścia, po drodze oglądając się przez ramię.
ZauwaŜył, Ŝe Cybil lekko zadrŜała. - Nie moŜna znaleźć odpowiedniej skali, co? -
Zaskoczony stwierdził, Ŝe nie tylko go to rozbawiło, ale i sprawiło wielką satysfakcję.
Nie była w stanie nic odpowiedzieć, tylko bezradnie uniosła dłonie, a on się
roześmiał. Zbiegając po schodach, nadal miał na twarzy pełen satysfakcji uśmiech.
- Droga wolna? - zapytała szeptem Jody, wsuwając głowę przez uchylone
drzwi.
- O, BoŜe, BoŜe... Jody, co ja teraz zrobię? - Wzburzona Cybil zatknęła drugi
ołówek za ucho, strącając na podłogę inny, tkwiący tam wcześniej, i nawet tego nie
zauwaŜyła. - Myślałam, Ŝe wszystko juŜ sobie dobrze ułoŜyłam. No bo powiedz, czy
jest coś złego w gorącym, niesamowitym romansie z nieprzyzwoicie przystojnym,
inteligentnym i ciekawym męŜczyzną?
- Niech pomyślę... - Jody uniosła palec, weszła do pracowni i wzięła kubek z
kawą, której Preston nawet nie tknął. - JuŜ wiem. Nic. Pełna odpowiedź brzmi: nie ma
w tym absolutnie nic złego.
- A jeśli przy okazji troszeczkę się w nim zakochasz, to jeszcze lepiej,
prawda?
- Oczywiście. Inaczej romans daje przyjemność, ale czujesz się trochę tak, jak
wtedy, gdy zjesz zbyt duŜo czekolady za jednym podejściem. Jest bosko, kiedy to
robisz, ale po wszystkim trochę ci wstyd i ogarniają cię lekkie mdłości.
- Ale co się dzieje, jeśli pójdziesz na całość? Co się z tobą stanie, kiedy
przekroczysz granicę?
Jody odstawiła kubek z kawą.
- Przekroczyłaś granicę?
- Przed chwilą.
- Och, kochana. - Jody ze współczuciem objęła koleŜankę i zaczęła kołysać ją
w ramionach. - Nie martw się. To się musiało zdarzyć, prędzej czy później.
- Wiem, ale zawsze myślałam, Ŝe coś takiego przydarzy mi się raczej później.
- Wszyscy mamy taką nadzieję.
- PrzecieŜ on na pewno nie chce, Ŝebym się w nim kochała. To go tylko
zdenerwuje. - Wtuliła twarz w ramię Jody i westchnęła drŜąco. - Sama nie jestem zbyt
szczęśliwa z tego powodu, ale jakoś pogodzę się z losem.
- AleŜ na pewno się pogodzisz. Biedny Frank. - Jody poklepała przyjaciółkę
po ramieniu i cofnęła się. - Nigdy nie miał u ciebie najmniejszej szansy, tak?
- Przykro mi.
- Ach, trudno. - Jody niedbale machnęła ręką, jakby uznała sprawę swojego
ulubionego kuzyna za całkiem niewaŜną. - Co teraz zrobisz?
- Nie wiem. Chyba ucieknę i schowam się w jakąś dziurę.
- To rozwiązanie dla mięczaków.
- Masz rację. A moŜe będę udawać, Ŝe mi to minie samo.
- Takie rozwiązanie jest dobre dla idiotek.
Cybil zebrała się w sobie i zaproponowała rozwiązanie ostateczne:
- W takim razie moŜe wybierzemy się na zakupy?
- No, nareszcie rozsądna propozycja. - Jody Ŝartobliwie zasalutowała jej z
szacunkiem i ruszyła do drzwi. - Poproszę panią Wolinsky, Ŝeby została z Charliem, a
my uporamy się z twoim kłopotem jak prawdziwe kobiety.
Cybil postanowiła osłodzić sobie problemy, robiąc zakupy. Kupiła nową
sukienkę. Czarne, jedwabne cudo, na widok którego Jody tylko wzniosła oczy do
nieba i oznajmiła:
- Oho, facet juŜ przepadł z kretesem.
Zdecydowała się równieŜ na nowe buty na niebotycznie wysokich szpilkach.
Kupiła teŜ bieliznę. Kiedy kobieta wkłada taką bieliznę, to oczekuje, Ŝe
męŜczyzna, który ją w niej zobaczy, natychmiast będzie miał ochotę ją z niej zerwać.
Cybil wyobraziła sobie, jak Preston swoimi duŜymi dłońmi o długich palcach
zsuwa cienkie niczym pajęczyna pończoszki z jej nóg.
Starannie wybrała kwiaty, świece i wino.
Kupiła wszystko, co potrzebne do przygotowania posiłku, który poruszyłby
zmysły i pobudził inny rodzaj apetytu.
Do domu wróciła obładowana torbami i całkiem juŜ spokojna.
Teraz skupi się na przygotowaniu odpowiedniego otoczenia. Wiedziała, Ŝe
przez resztę dnia będzie zajęta, skoro wszystko miało być dopięte na ostatni guzik,
więc napisała do Prestona krótki liścik i wetknęła go w drzwi.
Potem zamknęła się w mieszkaniu, wzięła głęboki oddech i przystąpiła do
pracy. UłoŜyła delikatne lilie i wonne róŜe w piękne bukiety i rozstawiła je w
wazonach w całej sypialni: na stolikach, na toaletce, na parapetach. Wszędzie
poustawiała teŜ białe świece, pojedynczo lub w grupkach, a kilka małych i
pachnących umieściła na okrągłym lustrze.
Niektóre od razu zapaliła, Ŝeby ich miękkie światło i delikatny zapach
towarzyszyły jej w pracy.
Rozpakowała kieliszki na smukłych nóŜkach, ustawiła je na niskim stole przy
wygodnej wiklinowej kanapce. Przypomniała sobie, Ŝe trzeba schłodzić wino.
Stanęła przy łóŜku i zamyśliła się. Czy jeśli odchyli kołdrę, będzie to zbyt
oczywiste? Roześmiała się sama z siebie. Dlaczego zatrzymywać się w pół drogi?
Kiedy sypialnia wyglądała dokładnie tak, jak Cybil sobie wymarzyła, moŜna
było zacząć przygotowania do wieczornego posiłku.
Nadstawiała uszu w nadziei, Ŝe Preston zacznie grać i ona poczuje się tak,
jakby był tu przy niej. W jego mieszkaniu panowała jednak cisza.
Po długim namyśle wybrała odpowiedni zestaw płyt kompaktowych i ułoŜyła
je w odtwarzaczu.
Zadowolona pomaszerowała na górę, rozłoŜyła nową sukienkę na łóŜku. DrŜąc
na myśl o tym, co się dzisiaj moŜe zdarzyć, ułoŜyła obok prowokacyjny komplecik
bielizny: czarny koronkowy stanik i pas do pończoch. Ciekawe, jak się będzie w tym
stroju czuła.
Taka bielizna na pewno dodaje pewności siebie, uroku i siły, pomyślała.
Znów zadrŜała, czując, jak budzą się w niej wszystkie zmysły. Po chwili
poszła do łazienki i zrobiła sobie długą kąpiel w pianie.
Zanim zanurzyła się w wodzie, nalała sobie kieliszek wina i zapaliła jeszcze
więcej świec, Ŝeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Zamknęła oczy i
wyobraziła sobie, Ŝe to nie ciepła woda pieści jej skórę, ale dłonie Prestona. Mniej
więcej godzinę później starannie wcierała pachnący balsam w kaŜdy centymetr ciała.
W tym czasie Preston właśnie odczytywał jej liścik.
McQuinn, mam pewne plany. Zobaczymy się później.
Cybil
Plany? Ona ma jakieś plany, wtedy gdy jego przez cały dzień nękają
uporczywe myśli właśnie o niej?
Jeszcze raz przeczytał list, wściekły na nich oboje. Tak bardzo chciał spędzić z
nią ten wieczór. Cały czas o tym myślał.
Na litość boską, przecieŜ nawet kupił dla niej kwiaty. Nie kupował kobiecie
kwiatów od czasu...
Zmiął kartkę w kulkę. Czego innego mógł się spodziewać? Kobiety dbają
przede wszystkim o siebie i swoje sprawy. Od dawna to wiedział, zdołał się z tym
pogodzić i jeśli w przypadku Cybil znów pozwolił sobie na chwilę zapomnienia, to
mógł za to winić tylko i wyłącznie siebie.
Zobaczymy się później?
A więc jednak umiała stosować kobiece gierki. Ale on nie zamierzał się na nie
nabrać.
Wrócił do mieszkania i cisnął wielki bukiet bzu na kuchenny blat. Rzucił w
kąt zmięty list i sięgnął po saksofon. Doszedł do wniosku, Ŝe U Delty szybciej minie
mu gniew.
Dokładnie o wpół do ósmej Cybil wyjęła z piekarnika faszerowane pieczarki,
które sama pracowicie przygotowała. Stół był nakryty dla dwojga, udekorowany
ś
wiecami i pięknymi kompozycjami z kwiatów. W lodówce chłodziła się pięknie
wyglądająca kolorowa sałatka z pomidorów i awokado oraz butelka wina.
Kiedy zjedzą przystawkę i pierwsze danie, uŜyje jeszcze silniejszej broni, czyli
francuskich naleśników z owocami morza. To powinno skruszyć resztki oporu.
Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, zakończą posiłek zimnym
szampanem i świeŜymi truskawkami z bitą śmietaną. Oczywiście w łóŜku.
- Do dzieła, Cybil - powiedziała głośno.
Zdjęła fartuch i stanęła przed lustrem, Ŝeby sprawdzić, czy sukienka dobrze na
niej leŜy. WłoŜyła szpilki, jeszcze raz się uperfumowała i uśmiechnęła do siebie w
lustrze, Ŝeby dodać sobie odwagi.
Stanęła przed drzwiami Prestona, przycisnęła dzwonek i czekała z bijącym
sercem. Przestępując z nogi na nogę, zadzwoniła jeszcze raz.
- Dlaczego nie ma cię w domu? Jak moŜesz? Nie znalazłeś mojego listu? Na
pewno znalazłeś. PrzecieŜ nie ma go w drzwiach. Napisałam wyraźnie, Ŝe zobaczymy
się później.
Jęknęła i uderzyła pięścią w drzwi. Nagle drgnęła i zamrugała powiekami.
- Napisałam, Ŝe mam pewne plany - wyszeptała do siebie. - O, mój BoŜe. Nic
nie zrozumiałeś, prawda? Biedny osiołku. Te plany to było spotkanie z tobą!
Pobiegła do siebie po klucz. Uświadomiła sobie, Ŝe nie ma gdzie go schować.
Po chwili namysłu wsunęła go za stanik. Nie zamierzała tracić czasu na poszukiwanie
torebki.
Dokładnie po trzydziestu sekundach pędziła na złamanie karku po schodach w
dół.
Preston tymczasem nie mógł znaleźć sobie miejsca. Nawet klub przestał być
bezpiecznym azylem.
- Masz kłopoty z kobietami, mój słodki?
Spojrzał na Deltę z ukosa. Właśnie zrobił przerwę w graniu, Ŝeby zwilŜyć usta.
- Nie mam Ŝadnych kłopotów, tym bardziej z kobietami.
- Nie zapominaj, do kogo mówisz. To ja, Delta. - Uszczypnęła go w policzek. -
Przez tydzień przychodziłeś tu co wieczór i grałeś, jakbyś cały czas myślał o kobiecie.
I widać było, Ŝe wcale ci to nie przeszkadza. Dzisiaj przychodzisz duŜo wcześniej i
grasz jak ktoś, kto ma kłopot z kobietą. Pokłóciłeś się z tą śliczną dziewczyną z
przeciwka?
- Nie. Oboje mamy co innego do roboty.
- WciąŜ cię trzyma na dystans, tak? - Roześmiała się, ale w jej śmiechu
słychać było nutę współczucia. - Niektóre kobiety potrzebują więcej romantyzmu niŜ
inne.
- Moim zdaniem romantyzm nie ma tu nic do rzeczy.
- I właśnie dlatego masz takie problemy. - Delta objęła go ramieniem i lekko
uścisnęła. - Kupujesz jej kwiaty? Mówisz, Ŝe ma piękne oczy?
- Nie. - Do diabła, przecieŜ kupił jej kwiaty. Nie dał ich, bo miała jakieś
tajemnicze plany i na pewno gdzieś wyszła.
- PrzewaŜnie chodzi o seks, a nie o romantyczne słówka.
- Skarbie, jeśli pragniesz tego pierwszego, to w przypadku takiej kobiety jak
Cybil musisz zadbać o to drugie.
- I właśnie dlatego wcale nie potrzebuję takiej kobiety. Nie chcę komplikacji. -
Unosząc brew, sięgnął po saksofon.
- Pozwolisz mi grać czy nadal będziesz mi dawała rady na temat mojego Ŝycia
uczuciowego?
Odsunęła się i potrząsnęła głową.
- Kiedy juŜ będziesz miał jakieś Ŝycie uczuciowe, wtedy z chęcią udzielę ci
rad.
Zaczął improwizować, słuchając muzyki, która dźwięczała mu w głowie i
tętniła we krwi. Nuty same do niego przychodziły, ale nie potrafił przestać myśleć o
Cybil. Powtarzał sobie, Ŝe i to powinien wykorzystać dla sztuki. Muzyką potrafił wy-
razić wszystko. Słowa zaś często niosły ze sobą ból.
Grał przejmująco, dźwięki saksofonu drŜały w powietrzu, zawodziły i łkały.
I właśnie wtedy w drzwiach stanęła Cybil.
Spojrzała mu głęboko w oczy poprzez kłęby papierosowego dymu. Osuwając
się na krzesło, posłała taki uśmiech, Ŝe aŜ zwilgotniały mu dłonie. ZwilŜyła wargi i
przesunęła palcem tam i z powrotem po wycięciu dekoltu obcisłej czarnej sukni.
Krew zahuczała mu w uszach, kiedy patrzył, jak zakłada nogę na nogę, ruchem
tak wolnym i wystudiowanym, Ŝe musiał być zamierzony. Przesunęła dłonią po łydce
i udzie, zapewne tylko po to, Ŝeby podąŜył za nią wzrokiem.
Nie potrafił się oprzeć jej zabiegom. Serce uderzało mu coraz mocniej, jak
wilkowi szykującemu się do skoku.
Wysłuchała całego utworu, siedząc w prowokacyjnej pozie, z ramieniem
odrzuconym za oparcie krzesła. Kiedy umilkły ostatnie nuty, leniwie przesunęła
językiem po czerwonych wargach.
Potem wstała, nadal patrząc mu w oczy. Przesunęła dłonią po udzie i stukając
zabójczo wysokimi obcasami ruszyła do wyjścia. Zerknęła przez ramię, unosząc brwi.
Trudno było o wyraźniejsze zaproszenie. Po chwili zniknęła za rozkołysanymi
drzwiami.
Preston zaklął cicho pod nosem i opuścił saksofon.
- Pójdziesz za nią, przyjacielu? Wsunął instrument do futerału.
- Andre, czy ja wyglądam na głupca?
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Czekała na niego przed klubem, stojąc w białym kręgu światła ulicznej latarni.
Jedną rękę opierała na biodrze, głowę przechyliła na bok, a na jej ustach igrał
zaledwie cień uśmiechu. Widok ten przywodził mu na myśl artystyczną fotografię z
jakiegoś eleganckiego czasopisma.
Studium seksu w czerni i bieli.
Kiedy się do niej zbliŜył, dostrzegł więcej szczegółów. Krótko przystrzyŜone
ciemne włosy podkreślały delikatne rysy twarzy. Krótka, czarna sukienka doskonale
leŜała na jej zgrabnym ciele.
ś
adna biŜuteria nie rozpraszała uwagi patrzącego.
W zabójczo wysokich szpilkach jej długie nogi wyglądały jeszcze zgrabniej.
Jedynym kolorowym akcentem były wielkie zielone oczy, ocienione czarnymi
rzęsami, i czerwone usta, lekko wygięte w wyrazie kobiecej satysfakcji.
Gdy był trzy kroki od niej, uderzył go zapach perfum i jak magnes przyciągnął
go bliŜej.
- Witaj, sąsiedzie - powiedziała cichym, zmysłowym szeptem, a jego zalała
nowa fala gorąca.
Przechylił głowę, uniósł brew.
- Zmiana planów... sąsiadko?
- Mam nadzieję, Ŝe nie. - Zrobiła krok ku niemu i przesunęła dłońmi po jego
bokach, ramionach, a w końcu objęła go za szyję. Przywarła do niego całym ciałem.
Nagle roześmiała się i potrząsnęła głową. - PrzecieŜ to ciebie miałam w planach na
dzisiejszy wieczór, ośle.
Czy to na skutek jej oświadczenia, czy obraźliwego epitetu, lekko drgnął i
spojrzał na nią zwęŜonymi oczami.
- CzyŜby?
- McQuinn... - Przysunęła się bliŜej, tak Ŝe jej usta znalazły się tuŜ przy jego
ustach. Spojrzała mu prosto w oczy. - PrzecieŜ ci powiedziałam, Ŝe dowiesz się
pierwszy.
- Aha. - PołoŜył jej rękę na karku, Ŝeby nie mogła cofnąć ust. - Jak szybko
moŜesz chodzić na tych obcasach?
Znów się roześmiała, tym razem trochę mniej pewnie.
- Niezbyt szybko. Ale przed nami cała noc, prawda?
- MoŜe nawet potrwa to dłuŜej. - Odstąpił o krok i wyciągnął do niej rękę. -
Skąd masz tę śmiercionośną broń? Chodzi mi o sukienkę - wyjaśnił, kiedy spojrzała
na niego pytająco.
- A, o tę szmatkę. - Tym razem jej śmiech zabrzmiał ciepło i głęboko. -
Kupiłam ją dzisiaj, z myślą o tobie. Kiedy ją wkładałam, zastanawiałam się, jak
będzie, kiedy ją ze mnie zdejmiesz.
- Chyba masz duŜe doświadczenie - powiedział, kiedy juŜ odzyskał głos. -
Całkiem nieźle ci to idzie.
- Prawdę mówiąc, działam na wyczucie.
- Świetnie, rób tak dalej.
Zadziwiające, ale rześki wiosenny wieczór nagle wydał jej się tak upalny, jak
lato w tropikach.
- Szkoda, Ŝe w tym liściku nie wyraziłam się ściślej. Miałam dziś tyle do
zrobienia. - Z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe dzięki wysokim obcasom jej oczy
znalazły się dokładnie na wysokości jego ust. - Myślałam o tylu sprawach.
- Trochę się wkurzyłem. - To wyznanie przyszło mu z niespodziewaną
łatwością.
- Wiesz, odbieram to jako komplement. Kiedy do ciebie zapukałam i nikt mi
nie odpowiedział, w zasadzie zareagowałam tak samo. Tyle czasu się
przygotowywałam do naszego spotkania. Myślę, Ŝe to z kolei komplement dla ciebie.
- Wciągnięcie tej sukienki na pewno chwilę trwało. Jest obcisła jak
rękawiczka.
- Zrobiłam o wiele więcej. - Udało jej się uspokoić rozszalałe bicie serca, ale
kiedy stanęli przy wejściu do domu, znów zaczęło uderzać jak młotem. -
Przygotowałam kolację.
- Naprawdę? - Nie tylko mu pochlebiła i rozbudziła zmysły. Ujęła go tym, Ŝe
zadała sobie tyle trudu.
- Śmiało mogę powiedzieć, Ŝe to bardzo smaczna kolacja - dodała, wchodząc
do budynku. - Będzie teŜ wino i dobry, schłodzony szampan do deseru. - Poszła do
windy, nacisnęła guzik i oparła się o ścianę. - Tak sobie pomyślałam, Ŝe deser
najbardziej będzie nam smakował w łóŜku.
Stał o krok od niej, poniewaŜ wiedział, Ŝe jeśli ją dotknie, to długo nie wyjdą z
tej windy.
- Czy jeszcze coś powinienem wiedzieć o twoich planach na dzisiaj?
- Och, chyba nie muszę ci pisać wszystkiego na kartce. - Wyszła z kabiny i
rzuciwszy mu uwodzicielski uśmiech, poszła do drzwi swojego mieszkania.
Obiecał sobie, Ŝe jeśli uda mu się nie eksplodować zanim wejdą do środka,
pokaŜe jej, Ŝe on równieŜ potrafi snuć własne plany.
- Klucz?
- A, klucz. ~ Patrząc mu w oczy, wsunęła palec za dekolt i wyczuła chłód
metalu. Preston obserwował ją rozpalonym wzrokiem. - Ojej... - Wyjęła palec zza
dekoltu i leniwie przesunęła nim po szyi. - Nie mogę go znaleźć. MoŜe mi pomoŜesz?
Doszedł do wniosku, Ŝe medycyna nie zanotowała jeszcze takiego przypadku,
jaki mu się właśnie zdarzył. Mimo Ŝe cała krew odpłynęła mu z głowy, nie stracił
przytomności i nadal stał na własnych nogach.
PołoŜył dłoń na kuszącej wypukłości tuŜ nad czarnym jedwabiem sukni.
Poczuł, Ŝe Cybil drŜy i z trudem chwyta powietrze. Nie śpiesząc się, wsunął palce
niŜej, leniwie gładząc rozgrzaną skórę i lekko dotykając czubka piersi. Oczy Cybil
zaszły mgłą.
- Powiedziałabym, Ŝe to ty masz duŜe doświadczenie - wyszeptała z trudem, a
on uśmiechnął się mimo woli.
- Prawdę mówiąc, działam na wyczucie.
- Mmmm... świetnie, rób tak dalej. Miał zamiar spełnić jej Ŝyczenie.
- Zdaje się, Ŝe go znalazłem - powiedział cicho, wyjmując klucz zza dekoltu.
- Rzeczywiście. - Odetchnęła głęboko. - Wiedziałam, Ŝe ci się uda.
Wsunął klucz do zamka i przekręcił.
- Zaproś mnie, Cybil.
- Zapraszam cię.
Po chwili znaleźli się w środku. Preston sięgnął za siebie i zamknął drzwi.
PołoŜył ręce na biodrach stojącej przed nim Cybil i lekko popchnął ją w głąb
mieszkania.
- Kolacja? - spytała.
- MoŜe zaczekać. - Mijając telefon, zdjął słuchawkę z widełek i odłoŜył na
bok.
- Wino?
- Później. DuŜo później. - Uderzyła tyłem obcasa o pierwszy stopień schodów
i Preston uśmiechnął się znacząco. - Idź dalej. Poproś mnie, Ŝebym cię dotknął.
- Dotknij mnie. - Westchnęła, kiedy przesunął dłonie po jej ciele.
- Poproś, Ŝebym spróbował, jak smakujesz.
- Spróbuj, jak smakuję. - Musnął ustami wypukłość jej piersi, aŜ jęknęła
bezsilnie.
Dotarli do drzwi sypialni. Jego usta wędrowały po jej dekolcie, szyi,
podbródku, ale wciąŜ omijały wargi.
- Pocałuj mnie.
- Zrobię to. - Jednak tylko dotknął czubkiem języka kącików jej ust. - Zapal
ś
wiatło.
- Nie. Mam tu mnóstwo świec. Wszędzie je porozstawiałam. - Wyrwała mu
się, Ŝeby je zapalić, ale ręce nagle odmówiły jej posłuszeństwa. - Nie mogę. Cała się
trzęsę. Czy to nie śmieszne?
Odebrał jej zapałki, jednocześnie gładząc ją po udzie.
- Pragnę cię. Nie ruszaj się stąd - nakazał, po czym szybko zapalił wszystkie
ś
wiece.
Blask zamigotał na ścianach, rozeszła się delikatna woń. Rzucił na bok zapałki
i wrócił do Cybil. W jej rozszerzonych oczach odbijało się pragnienie, napięcie i
ś
wiatło świec.
- Poproś mnie, Ŝebym cię wziął. - Otoczył jej talię rękami, przesunął je w dół.
Nie odrywała od niego wzroku.
- Weź mnie.
Pocałował ją mocno, łapczywie, aŜ ugięły się pod nią kolana. Objął ją, jakby
chciał rozładować rosnące między nimi napięcie i jednocześnie jeszcze je zwiększyć.
Właśnie tego chciała, coraz większego Ŝaru, zderzenia zmysłów, wojny poŜądania.
- Pragnę cię. - Obsypywała gorączkowymi pocałunkami jego twarz. -
Chodźmy do łóŜka.
Zabrakło jej tchu, kiedy obrócił ją w miejscu i stanął za nią. Oszołomiona
zobaczyła ich odbicie w lustrze. Z oczu Prestona biła Ŝądza.
- Mamy całą noc dla siebie - przypomniał jej. - Patrz. Pochylił głowę ku jej
szyi i lekko chwytał skórę zębami, aŜ głos uwiązł jej w gardle.
Widziała jego wędrujące w górę dłonie. Poczuła, jak obejmują jej piersi,
zaciskają się, rozluźniają, wsuwają się pod sukienkę. Czekała, kiedy usłyszy trzask
rozrywanego jedwabiu.
ZadrŜała, gdy jego dłonie znów powędrowały w dół. Nie mogła powstrzymać
krzyku, kiedy dotknął najwraŜliwszego miejsca.
Podniósł głowę i chwycił ją zębami za płatek ucha. Ich oczy spotkały się w
lustrze. Dzisiaj w klubie omal nie doprowadziła go do szaleństwa. Zamierzał
odwdzięczyć się jej tym samym.
- Powiedz, Ŝe chcesz więcej.
Miała wraŜenie, Ŝe za chwilę jej ciało rozpłynie się jak stopiony wosk.
- Preston...
Wodził palcami w górę i w dół po jej udach. Czuł drŜenie jej mięśni,
narastający Ŝar ciała.
- Powiedz, Ŝe chcesz więcej - powtórzył.
- O, BoŜe... - Odchyliła głowę w tył i oparła na jego ramieniu, oddychała z
trudem. - Tak, chcę więcej.
- Ja teŜ.
Nad jedwabistymi pończochami odnalazł gładką skórę. Jej zapach go
obezwładniał, dotyk sprawiał, Ŝe chciał posiąść ją całą natychmiast. Ale opanował się,
chociaŜ i on z trudem chwytał powietrze. Ostatnim wysiłkiem woli poskromił
budzące się w nim dzikie zwierzę.
Wiedział, Ŝe jeszcze musi nad sobą panować, bo inaczej to zwierzę poŜarłoby
ich oboje.
Pokrył drobnymi pocałunkami jej szyję i kark, jednocześnie rozpinając suwak
sukienki. Kiedy cienki jedwab zsunął się z jej ramion, Preston zdusił jęk.
Studium seksu w czerni i bieli, przypomniał sobie.
ChociaŜ oczy przesłaniała jej mgła poŜądania, Cybil zauwaŜyła zmianę w
spojrzeniu Prestona. Pojawił się w nim jakiś niebezpieczny błysk. Wstrząśnięta
stwierdziła, Ŝe właśnie tego chce: niebezpieczeństwa, ryzyka, radości ze zrywania
więzów samokontroli, którymi Preston tak starannie się skrępował.
Poczuła narastającą w niej siłę. Nakryła dłońmi jego ręce i prowadziła je po
swoim ciele.
- Specjalnie kupiłam tę suknię i bieliznę - wyszeptała, przytrzymując jego ręce
na piersiach. - śebyś mógł je ze mnie zerwać.
Zacisnęła mu palce na cienkim jedwabiu i koronkach. Kiedy rozdarł jej
sukienkę, wydała cichy okrzyk.
Słysząc to, Preston ostatecznie stracił panowanie nad sobą. Odwrócił ją ku
sobie, pocałował drapieŜnie i niemal brutalnie pociągnął na łóŜko.
Wydawało mu się, Ŝe potrafiłby wchłonąć ją w siebie całą. Nie mógł się
opanować. Pod dotykiem jego dłoni wygięła ciało w łuk i jęknęła, niesiona pierwszą
falą rozkoszy. Zdarł z niej resztę jedwabiu i koronki, desperacko pragnąc jej jeszcze
bardziej.
Sycił się jej piersiami, ich wonną wypukłością. Ustami wyczuwał oszalałe
bicie jej serca. Cybil zerwała z niego koszulę i na plecach poczuł ostre paznokcie.
Jej usta były równie zachłanne jak jego usta, ręce tak samo brutalne i
niecierpliwe, kiedy ściągała z niego dŜinsy. Preston miał wraŜenie, Ŝe zamiast krwi
ma w sobie Ŝywy ogień.
Wreszcie opadli na łóŜko, burząc pościel i plącząc prześcieradła, które tak
starannie wygładziła. Dysząc i drŜąc, oplotła go sobą, Ŝądając więcej.
Kiedy w nią wszedł, dodając Ŝar do Ŝaru, rozkosz eksplodowała w nim z
niespotykaną siłą. Nie mógł się nią nasycić. Przycisnął jej ramiona do metalowych
drąŜków zagłówka i wszedł głębiej. Cybil wygięła się przyzwalająco. Po wyrazie jej
twarzy poznał, Ŝe wzlatuje coraz wyŜej, coraz szybciej, aŜ wreszcie dotarła do szczytu
i ze szlochem wyszeptała jego imię. Oczy jej pociemniały i patrzyły w przestrzeń, nic
nie widząc. Jej ciało wtopiło się w niego, a wtedy i on równieŜ doszedł do końca i
oddał jej cząstkę siebie, jakby w akcie poddania.
Kilka chwil później nadal przyciskał ramiona Cybil do zagłówka, chociaŜ jego
palce traciły czucie. Jej ciało drŜało lekko, nakryte jego ciałem. WciąŜ byli ciasno
zespoleni.
- Czy jeszcze oddychamy? - usłyszał.
Odwrócił się i wyczuł puls na jej szyi.
- Serce ciągle jeszcze ci bije.
- To dobrze. A twoje?
- Chyba tak.
- Świetnie. W takim razie moŜemy się stąd nie ruszać przez następne pięć lat.
Zresztą nie wiem, czy nawet za pięć lat będę się w stanie poruszyć.
Uniósł głowę. ChociaŜ oczy miała zamknięte, wyczuła, Ŝe się jej przygląda.
Uśmiechnęła się.
- Uwiodłam cię tak sprawnie, Ŝe nie miałeś Ŝadnych szans, McQuinn. Ale
muszę z przyjemnością wyznać, Ŝe tobie teŜ udało się mnie uwieść.
- Nie musisz dziękować. Miło mi, Ŝe chociaŜ w ten sposób mogłem ci się
odwdzięczyć.
- Z nikim tak się nie czułam. - Otworzyła oczy. - Nikt nigdy tak mnie nie
dotykał.
Natychmiast uświadomiła sobie, Ŝe te słowa to błąd. Preston odwrócił wzrok,
jakby za wszelką cenę chciał uniknąć intymnych wyznań. Ich znajomość miała być
lekka, przesycona seksem i ekscytująca. śadnej czułości, sentymentalnych słówek,
zaangaŜowania, zmiany układu sił.
Zabolało ją to, ale nic nie dała po sobie poznać.
- Masz piękne dłonie. - Uśmiechnęła się i splotła palce z jego palcami. -
MoŜna powiedzieć, Ŝe to dłonie pierwsza klasa.
- Twoje teŜ wiele potrafią.
Przewrócił się na plecy. Trochę go zdenerwowało, Ŝe tak bardzo poruszyło go
jej pełne uczucia spojrzenie.
Nie dopuści do zmiany natury ich związku. Wiedział, Ŝe jeśli tak się stanie, to
wszystko między nimi się skończy. Jego serce od dawna nie było zdolne do Ŝadnych
ciepłych, intymnych uczuć. Stracił juŜ wszelką nadzieję, Ŝe kiedyś coś się zmieni.
Cybil miała ochotę wtulić się w niego, nacieszyć się ciepłem jego ciała, ale
bała się, Ŝe znów go spłoszy. Nie komplikuj, niczego nie oczekuj, nakazała sobie w
duchu. Bo inaczej on ci ucieknie.
Usiadła i przeczesała dłonią wzburzone włosy.
- Z przyjemnością napiłabym się teraz wina. A ty?
- O, tak. - Lekko przesunął palcami po jej łydce. WciąŜ odczuwał potrzebę
dotykania jej, ciągłego utrzymywania fizycznej łączności. - Wspomniałaś coś o
kolacji.
- Owszem, McQuinn, przygotowałam dla ciebie coś wspaniałego. - Nachyliła
się i pocałowała go niedbale. - Wszystko gotowe, oprócz naleśników. UsmaŜę je na
twoich zadziwionych oczach.
- Będziesz coś robiła w kuchni?
- Aha.
Wstała z łóŜka i podeszła do szafy. Z zachwytem patrzył na jej długie nogi.
- A to co? - zapytał zdziwiony, kiedy zobaczył, co zdjęła z wieszaka.
- To się nazywa szlafrok - wyjaśniła ze śmiechem, wkładając go na siebie. -
Zwykle uŜywa się czegoś takiego, Ŝeby ukryć nagość.
Wstał, zbliŜył się do niej i rozwiązał pasek.
- Zdejmij to.
Poczuła dreszczyk na plecach.
- Wydawało mi się, Ŝe masz ochotę na kolację.
- Owszem, mam. I chcę patrzeć, jak ją przyrządzasz.
- W takim razie... Ach! - Przypomniała sobie ich dawną rozmowę i znów się
roześmiała. Zebrała poły szlafroka. - Nie będę smaŜyć naleśników nago. Nici z twojej
fantazji. Nie zamierzał ustąpić.
- Tak się zastanawiam, czy masz jeszcze coś w tym rodzaju... - Odnalazł na
łóŜku strzępy koronkowego pasa do pończoch i stanika. - No, wiesz, coś takiego jak
to...
Zaskoczona i rozbawiona uniosła brwi.
- śadna inteligenta kobieta nie kupuje takich rzeczy pojedynczo. Mam jeszcze
taki sam komplet, tylko czerwony. Wyzywająco, bezwstydnie czerwony.
Uśmiech wolno wypływał mu na twarz.
- To moŜe go włoŜysz? Jestem bardzo głodny.
Przygotowywanie naleśników, kiedy się jest ubranym jedynie w seksowną
bieliznę, nie jest pozbawione ryzyka. Cybil miała okazję przekonać się, jak smakuje
miłość przy drzwiach kuchennego schowka.
Cudownie.
Dowiedziała się teŜ, co znaczy dać się zdobyć na dywanie w salonie.
Niewiarygodne doświadczenie.
A miłosne zapasy pod prysznicem okazały się przeŜyciem, które w kaŜdej
chwili gotowa była powtórzyć.
Preston przez całą noc nie mógł się nią nasycić. Ani ona nim. Byli doskonale
zgrani, jakby nastrojeni na tę samą falę; tak dobrze do siebie pasowali, Ŝe czasami
miała wraŜenie, jakby jego serce biło w jej piersi.
Ś
wiece wypaliły się, pozostawiając po sobie małe kałuŜe pachnącego wosku,
przez okno miękko sączyło się światło poranka, kiedy wreszcie zasnęła wyczerpana.
Obudziła się i stwierdziła, Ŝe jest sama.
Wiedziała, Ŝe nie powinna się przejmować, Ŝe nie został z nią do rana i nie
obudził się przy niej. Między nimi miało przecieŜ być inaczej. Była tego świadoma,
zaakceptowała to. Nie będzie Ŝadnych czułych słów i odkrywania duszy. W ich
związku intymność kończyła się na fizycznej bliskości, po stronie Prestona dalej był
juŜ tylko gruby mur. A to, co się dzieje w sercu Cybil, to juŜ jej problem.
Czy mógł wiedzieć, Ŝe jeszcze Ŝadnemu męŜczyźnie nie oddała siebie tak
absolutnie i do końca jak jemu? Jak miał się domyślić, Ŝe jej poŜądanie bierze się z
miłości?
Przetarła zmęczone oczy i z niechęcią wstała z łóŜka.
Wiedziałam, w jaki związek się angaŜuję, myślała, porządkując sypialnię.
Znam granice. MoŜemy być razem, cieszyć się sobą nawzajem, ale nie wolno wam
przekraczać tych granic.
CóŜ, w porządku. Nie będzie się tym zadręczała. PrzecieŜ umie panować nad
emocjami, odpowiada za swoje czyny. I na pewno nie będzie szlochała po kątach,
dlatego Ŝe zaangaŜowała się w związek z ekscytującym, budzącym jej fascynację,
ciekawym męŜczyzną.
- Cholera! - Cisnęła buty w głąb szafy. - Cholera! Cholera! Rzuciła się na
łóŜko i chwyciła za słuchawkę telefonu.
Musiała komuś o tym opowiedzieć, z kimś porozmawiać. A gdy działo się coś
naprawdę waŜnego, tylko jedna osoba się do tego nadawała.
- Mama? Mamo, zakochałam się - powiedziała Cybil i wybuchnęła płaczem.
Podczas gdy Cybil płakała w słuchawkę, palce Prestona tańczyły po
klawiaturze. Spał nie dłuŜej niŜ trzy godziny, ale cały jego organizm działał na
najwyŜszych obrotach, a umysł pracował jak precyzyjna maszyna. Pierwszą słynną
sztukę tworzył w mękach, kaŜde słowo sprawiało mu ból. Teraz słowa wylewały się z
niego jak wino z magicznej karafki bez dna.
Sztuka w pełni oŜyła. On teŜ po raz pierwszy od wielu lat czuł, Ŝe Ŝyje w
pełni.
Widział wszystko wyraźnie: dekoracje, postacie i to, co się działo w ich duszy.
Wszystkie wzloty i upadki.
Cały świat w trzech aktach.
W ludziach, na razie Ŝyjących jedynie na stronach jego dzieła, czaiła się
energia, gotowa wybuchnąć na scenie, którą juŜ widział oczami wyobraźni. Znał ich,
wiedział, jakim rytmem biją ich serca i co moŜe je złamać.
Iskra nadziei pojawiała się w ich Ŝyciu niespodziewanie. Sami w nią nie
wierzyli, ale jednak tam była. Sam Preston zaczynał w nią wierzyć.
Pisał, dopóki nie poczuł, Ŝe juŜ więcej nie moŜe. Rozejrzał się po pokoju,
jakby zbudzony ze snu. Wokół panowała ciemność, rozświetlana jedynie światłem
lampy i niebieskawym blaskiem komputerowego monitora. Nie miał pojęcia, która
godzina, ani nawet jaki to dzień tygodnia. Czuł, Ŝe ma zesztywniały kark i pusty
Ŝ
ołądek. Zaschnięte resztki kawy na dnie kubka wyglądały odraŜająco.
Wstał, przeciągnął się i podszedł do okna. Na zewnątrz szalała wiosenna
burza. W ogóle jej przedtem nie zauwaŜył. Patrzył na błyskawice przecinające niebo,
na przechodniów, którzy uciekali przed deszczem albo spieszyli się na jakieś
spotkania.
Sprzedawca parasoli na rogu ulicy robił świetny interes.
Kiedy w Nowym Jorku zaczyna padać, prawie nikt z przechodniów nie ma
parasolki, jakby wszyscy je wyrzucali zaraz po ustaniu poprzedniej ulewy.
Zastanawiał się, czy Cybil ze swojego okna obserwuje tę samą scenę.
Ciekawe, co o niej myśli i czy przekształci coś tak prostego i zwykłego, jak burza w
mieście, w dowcipną i pomysłową historyjkę.
Doszedł do wniosku, Ŝe na pewno wykorzysta postać sprzedawcy parasoli,
nada mu imię, wymyśli cały Ŝyciorys, rodzinę i zawiły charakter. W ten sposób
anonimowy handlarz uliczny stanie się częścią jej świata.
Miała dar wciągania ludzi do swojego świata.
Sam się w nim znalazł. Nie mógł się powstrzymać, Ŝeby nie otworzyć
wiodących do niego kolorowych drzwi i nie wskoczyć w jego zamęt, radość i energię.
I tylko szkoda, Ŝe Cybil nie potrafiła zrozumieć, Ŝe on zupełnie do jej świata
nie pasuje.
Kiedy akurat się w nim znajdował, czasami wydawało mu się, Ŝe mógłby tam
zostać na dobre, Ŝe gdyby się na to zdecydował, jego Ŝycie równieŜ byłoby proste,
barwne i wspaniałe.
Tak jak burza w mieście, pomyślał.
Ale przecieŜ burza przemija.
Dzisiejszej nocy świat Cybil niemal go wchłonął. Mało brakowało, a
zapomniałby się i został w ciepłym łóŜku, czując przy sobie jej rozgrzane od snu
ciało.
Wyglądała tak łagodnie, jakby go do siebie przyzywała. Kiedy tak na nią
patrzył, śpiącą w świetle poranka, nie odczuwał zwykłego głodu poŜądania. Było to
coś innego, jakiś inny głód, pragnienie spełnienia marzeń.
Lepiej dla nich obojga, Ŝe wrócił do siebie, zanim się obudziła.
Zaciągnął zasłony w oknie i zszedł na dół.
Zaparzył dzbanek kawy, poszukał czegoś do jedzenia. Zastanowił się, czy nie
pozwolić sobie na krótką drzemkę.
Pomyślał jednak o Cybil, o ich wspólnej nocy, i juŜ wiedział, Ŝe wewnętrzny
niepokój nie da mu zmruŜyć oka.
Ciekawe, co ona robi?
Nie miał Ŝadnego powodu, Ŝeby pukać do jej drzwi i przerywać jej pracę tylko
dlatego, Ŝe on sam nie mógł juŜ dłuŜej pisać. Dlatego Ŝe słuchając uderzającego o
szyby deszczu, czuł się samotny i ogarniało go napięcie. Dlatego Ŝe jej pragnął.
PrzecieŜ lubię samotność, powtarzał sobie w duchu, gdy krąŜył po salonie. A
napięcie pomaga mi pisać.
A jednak nie chciał być sam. Chciał usiąść z nią przy oknie i patrzeć na
deszcz, kochać się niespiesznie, leniwie, słuchając dudnienia deszczu o chodniki i
dachy domów.
Pragnął jej tak bardzo, Ŝe zaczynało to budzić jego niepokój.
Powtarzał sobie, Ŝe nic mu nie grozi, dopóki po prostu poŜąda jakiejś kobiety.
Gorzej, jeśli zacząłby jej potrzebować. Jak blisko się znalazł od przekroczenia tej
cienkiej, niepewnej granicy?
Kiedy męŜczyzna da się tak opętać jakiejś kobiecie, zmienia się, staje się
bezbronny i popełnia niebezpieczne błędy.
Cybil bardzo róŜniła się od Pameli, to prawda. Nawet on, Preston McQuinn,
nie był zaślepiony do tego stopnia, Ŝeby twierdzić, Ŝe kaŜda kobieta kłamie, oszukuje
i ma serce z kamienia. Nie znał nikogo o bardziej szczerym i miękkim sercu niŜ Cybil
Campbell. To jednak nie zmieniało ostatecznej prawdy.
Od pragnienia do potrzeby droga krótka, a od potrzeby juŜ tylko krok do
miłości. MęŜczyzna, który kiedyś otrzymał miaŜdŜący cios, szybko się uczy, jak
zachować zimną krew i równowagę. Nie chciał więcej się naraŜać na to, co niesie ze
sobą prawdziwie intymny związek: cierpienie, bezbronność, utratę własnego ja. Poza
tym nie wierzył, Ŝe kiedykolwiek będzie w stanie związać się z kimś naprawdę.
A to oznaczało, Ŝe nie ma się czym martwić. Ta konkluzja stała się dla niego
pocieszeniem, kiedy tak popijał kawę i gapił się na drzwi, jakby chciał przebić je
wzrokiem i zobaczyć, co się dzieje w mieszkaniu po drugiej stronie korytarza. Cybil
przecieŜ nie prosiła go o nic więcej niŜ o namiętność i wspólne miłe spędzanie czasu.
Jemu chodziło dokładnie o to samo.
Zdawała sobie sprawę, Ŝe ich związek jest niezobowiązujący i tymczasowy.
Za kilka tygodni i tak się stąd wyprowadzi i kaŜde z nich bez Ŝadnych
wzajemnych pretensji pójdzie w swoją stronę. Ona w towarzystwie licznego grona
przyjaciół, on - z własnego wyboru - samotnie.
Z głośnym hukiem odstawił kubek i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, Ŝe ta
perspektywa bardzo go zdenerwowała.
No, ale przecieŜ nadal będą mogli spotykać się od czasu do czasu, tłumaczył
sobie, znów krąŜąc nerwowo po pokoju. Jego dom w Connecticut nie jest tak daleko.
Łatwo stamtąd dojechać do Nowego Jorku. Właśnie dlatego zdecydował się w nim
zamieszkać. Często przyjeŜdŜał do miasta, a teraz wizyty mogłyby stać się jeszcze
częstsze. Odwiedzałby Cybil, dopóki ta nie znalazłaby sobie kogoś innego.
WłoŜył ręce do kieszeni. Dlaczego taka wspaniała kobieta jak ona miałaby
poświęcać się dla kogoś, kto wciąŜ pojawiałby się w jej Ŝyciu i znikał?
Wmawiał sobie, Ŝe tak właśnie jest dobrze, chociaŜ czuł, Ŝe ogarnia go coraz
większy gniew. Kto ją prosi, Ŝeby na niego czekała, Ŝeby się dla niego poświęcała?
Niech się zdecyduje na któregoś z tych kretynów, których wynajdywali dla niej jej
wścibscy przyjaciele.
Ale jeszcze nie teraz, kiedy on jest tak blisko. Nie teraz, gdy mieszka w tym
samym domu.
Zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. Zamierzał wyjaśnić kilka spraw.
Wyszedł na korytarz dokładnie w chwili, kiedy Cybil radośnie rzucała się w ramiona
jakiegoś wysokiego młodzieńca o wypłowiałych od słońca włosach.
- WciąŜ jesteś najładniejszą dziewczyną w Nowym Jorku - powiedział
nieznajomy. W jego głosie słychać było nowoorleański akcent. - Daj mi całusa.
Cybil pocałowała go bez namysłu, a Preston natychmiast zaczął się
zastanawiać, jak moŜna zadać komuś śmierć w tak wymyślny i okrutny sposób.
ROZDZIAŁ ÓSMY
- Matthew! Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś, Ŝe wybierasz się do Nowego
Jorku? Kiedy przyjechałeś? Jak długo zostaniesz? Taka jestem szczęśliwa, Ŝe cię
widzę! Jesteś cały mokry. Wejdź do środka, zdejmij kurtkę. Kiedy wreszcie kupisz
sobie nową? W tej wyglądasz, jakbyś wracał z wojny - paplała Cybil jak najęta.
Roześmiał się tylko, uniósł ją lekko do góry i znów pocałował.
- A ty nadal bez przerwy gadasz.
- DuŜo mówię, kiedy jestem szczęśliwa. A czy...? O, Preston. - Uśmiechnęła
się do niego. W jej oczach błyszczała radość. - Nie zauwaŜyłam cię.
- Najwyraźniej. - Preston właśnie doszedł do wniosku, Ŝe najbardziej
usatysfakcjonowałoby go, gdyby mógł gołymi rękami rozerwać na kawałki tego
pewnego siebie faceta w zniszczonej, skórzanej kurtce. A kaŜdy kawałek rzucałby pod
nogi Cybil. - Nie przeszkadzaj sobie. Widzę, Ŝe spotkała cię miła niespodzianka.
- O tak, wspaniała niespodzianka! Matthew, to jest Preston McQuinn.
- McQuinn? - Matthew z namysłem przesunął językiem po zębach. Z całą
pewnością wyczuwał, Ŝe facet w korytarzu ma ochotę mu je wybić. - Dramatopisarz.
Widziałem twoją sztukę, kiedy ostatnio byłem w mieście. Cybil płakała rzewnymi
łzami. Niemal musiałem wynieść ją z teatru.
- Nie było tak źle - zaprotestowała Cybil.
- Owszem, było. Inna sprawa, Ŝe ty bardzo łatwo się wzruszasz. Kiedyś
płakałaś nawet przy reklamach telewizyjnych.
- Nic podobnego, a poza tym... O, dzwoni telefon. Zaczekaj chwilę. - Wbiegła
do mieszkania, zostawiając ich obu w korytarzu.
MęŜczyźni zmierzyli się czujnym wzrokiem.
- Jestem rzeźbiarzem - oświadczył Matthew spokojnym powolnym głosem
człowieka z południowych stanów. - PoniewaŜ sprawne ręce potrzebne mi są do
pracy, zanim podam ci dłoń, od razu wyjaśnię, Ŝe jestem bratem Cybil.
- Bratem? - Morderczy błysk w oku Prestona trochę przygasł, ale nie zniknął
całkowicie. - Nie widzę rodzinnego podobieństwa.
- Fakt, nie jesteśmy do siebie zbyt podobni. Mam ci pokazać jakiś dokument,
McQuinn?
- To była pani Wolinsky - oznajmiła Cybil, stając ponownie w drzwiach. -
Widziała, jak wchodzisz, ale nie zdąŜyła cię dopaść w holu. Mam ci powiedzieć, Ŝe
od ostatniego razu jeszcze bardziej wyprzystojniałeś. - Parsknęła śmiechem i
uszczypnęła go w oba policzki. - Śliczny chłopak, prawda?
- Nie zaczynaj.
- AleŜ jesteś śliczny. Taka śliczna buźka. Dziewczyny mdleją na jej widok. -
Znów się roześmiała i chwyciła Prestona za rękę. - Chodźcie, napijemy się czegoś,
Ŝ
eby to uczcić.
JuŜ miał odmówić, ale się rozmyślił. MoŜe przecieŜ poświęcić parę minut,
Ŝ
eby sprawdzić, co to za jeden, ten brat Cybil.
- W czym rzeźbisz? - zapytał.
- Zwykle pracuję w metalu. - Matthew zdjął kurtkę i niedbale rzucił na poręcz
fotela. Nie zdąŜyła tam jeszcze wylądować, kiedy Cybil chwyciła ją w locie.
- Powieszę ją w łazience, Ŝeby przeschła. Preston, nalej nam trochę wina,
dobrze?
- Jasne.
- A moŜe jest jakieś piwo? - zapytał Matthew. Stanął oparty o blat, a Preston
przeszedł do kuchni. Po tym, jak się po niej poruszał, moŜna było poznać, Ŝe jest tu
częstym gościem.
- Jest piwo. - Wyjął z lodówki dwie butelki, otworzył, a potem poszukał wina
dla Cybil. - Mieszkasz na Południu?
- Zgadza się - odparł Mathew. - Nowy Orlean bardziej mi się podoba niŜ
Nowa Anglia. Klimat jest lepszy, zawsze mogę pracować na świeŜym powietrzu.
Cybil nic mi o tobie nie wspominała. Kiedy się wprowadziłeś?
Preston podniósł butelkę. ZauwaŜył, Ŝe oczy Matthew mają ten sam kolor, co
włosy Cybil - kolor dobrej, starej whisky.
- Niedawno.
- Szybko działasz, co?
- To zaleŜy.
- Preston! - Cybil wróciła z łazienki. - Nie mogłeś rozlać piwa do szklanek?
- Nie potrzebujemy szklanek. - Matthew uśmiechnął się łobuzersko i spojrzał
zaczepnie na Prestona. - Wypijemy je jak prawdziwi męŜczyźni, a na koniec zjemy
butelki.
- W takim razie pewnie nie chcecie teŜ Ŝadnych krakersów z serem ani z
jakimś tam babskim pasztetem?
- Kto tak powiedział? - Matthew usiadł na stołku.
- Kiedyś miałaś cztery takie stołki - zauwaŜył.
- Jeden poŜyczyłam Prestonowi. Co cię sprowadza do Nowego Jorku,
Matthew? - Wsunęła głowę do lodówki.
- Mam tu małą sprawę do załatwienia, w związku z moją jesienną wystawą.
Przyjechałem tylko na kilka dni.
- I pewnie zamieszkałeś w hotelu, tak?
- Twoja polityka otwartych drzwi doprowadza mnie do szału. - Matthew
spojrzał na Prestona. - Jakiś czas juŜ mieszkasz naprzeciw niej, prawda? Więc pewnie
wiesz, co się tu wyrabia. To przeraŜające. - Wzdrygnął się teatralnie.
- Ona tu wpuszcza gości.
- Matthew to zaprzysięgły samotnik - wyjaśniła Cybil zwięźle i zaczęła
przygotowywać niewielką przekąskę. - Powinniście przypaść sobie do gustu. Preston
teŜ nie znosi ludzi.
- No, nareszcie jakiś rozsądny facet. - Matthew uśmiechnął się do Piestona
przelotnie. Pomyślał sobie, Ŝe moŜe jednak polubi nowego sąsiada siostry. - Kiedyś
uległem jej namowom i zatrzymałem się tutaj - ciągnął, sięgając po krakersa. - Co to
był za koszmar! Przez trzy dni ludzie przychodzili tu nieustannie, rozmawiali, jedli,
pili, łazili po całym mieszkaniu, sprowadzali krewnych i zwierzęta domowe.
- Był tylko jeden malutki piesek.
- Który ciągle wchodził mi nieproszony na kolana, a w końcu zjadł mi
skarpetki.
- Nie zjadłby ich, gdybyś nie zostawił ich na podłodze. A w ogóle to tylko
trocheje nadgryzł.
- To wszystko kwestia odpowiedniej perspektywy - kontynuował Matthew. -
W hotelu jedyni ludzie, którzy cię odwiedzają, to pokojówki i obsługa. Zanim wejdą,
pukają i rzadko przynoszą ze sobą małe złośliwe psy. - Uszczypnął ją w podbródek. -
Ale pozwolę ci ugotować dla mnie obiad.
- Jakiś ty łaskawy.
- Próbowałeś kiedyś jej domowej zapiekanki z kurczaka, McQuinn?
- Nie próbowałem.
- No to muszę namówić Cybil, Ŝeby ją dla nas przygotowała.
Wieczór okazał się całkiem interesujący. Preston z zaciekawieniem
obserwował, jak odnoszą się do siebie Matthew i Cybil - swobodnie, z niewymuszoną
serdecznością, humorem, czasami ze zniecierpliwieniem. Pamiętał, Ŝe między nim a
siostrą równieŜ kiedyś tak było. Zanim pojawiła się Pamela.
Potem nadal mieli dla siebie wiele uczucia i serdeczności, ale swoboda gdzieś
zniknęła. Często czuli się skrępowani swoim towarzystwem, choć nigdy przedtem im
się to nie zdarzało.
Rodzeństwo Campbellów nie miało takich problemów. Wesoło opowiadali o
sobie nawzajem kompromitujące historie, a kiedy znudziło im się plotkowanie,
zaczęli mu opowiadać o nieobecnej, a przez to bezbronnej siostrze oraz licznych
kuzynach.
Od razu po powrocie do siebie Preston zaczął obmyślać, jak by tu
wkomponować ich do drugiego aktu jako humorystyczny przerywnik. Zdecydował, Ŝe
powinien teraz skupić się na pracy, skoro Cybil przez kilka następnych dni
najprawdopodobniej poświęci się Ŝyciu rodzinnemu.
- Podoba mi się ten twój przyjaciel. - Matthew rozprostował nogi i zakołysał
szklanką z brandy. Cybil na jego cześć otworzyła nową butelkę.
- To dobrze, bo mnie teŜ.
- Jak dla ciebie, wydaje mi się trochę za rozsądny.
- CóŜ... - Usiadła obok niego na kanapie. - Czasami drobna odmiana w Ŝyciu
nie zaszkodzi.
- Tak właśnie go traktujesz? - Brat pociągnął ją za ucho. - ZauwaŜyłem, Ŝe nie
traciliście ani chwili, kiedy poszedłem na górę, Ŝeby zadzwonić. Od razu się na siebie
rzuciliście.
- Skoro dzwoniłeś, skąd wiesz, co tutaj robiliśmy? Chyba Ŝe podglądałeś. -
Uśmiechnęła się słodko i niewinnie zatrzepotała rzęsami, za co została ukarana
kolejnym pociągnięciem za ucho.
- Nie podglądałem. Po prostu akurat w strategicznym momencie zerknąłem na
dół. A poniewaŜ przez cały wieczór patrzył tak, jakby miał na ciebie większy apetyt
niŜ na twoją zapiekankę z kurczakiem - nawiasem mówiąc, była doskonała -
inteligentnie dodałem dwa do dwóch i wszystko stało się dla mnie jasne.
- Zawsze byłeś bystry, Matthew. Zdradzę ci więc, poniewaŜ jesteś taki
ciekawski, Ŝe Preston i ja jesteśmy razem.
- Sypiasz z nim?
Cybil spojrzała na niego z udawanym oburzeniem.
- AleŜ skąd! Postanowiliśmy, Ŝe zostaniemy partnerami od gry w karty.
Zdajemy sobie sprawę, Ŝe to wielka odpowiedzialność, ale wierzymy, Ŝe będziemy w
stanieją unieść.
- Widzę, Ŝe nie straciłaś poczucia humoru.
- Dzięki niemu zyskuję sławę i majątek.
- A teraz wykorzystujesz w pracy sąsiada z przeciwka. Zrobiłaś z niego
tajemniczego Quinna, który doprowadza Emily do szaleństwa.
- Czy mogłam przepuścić taką okazję?
Matthew zabębnił palcami o kanapę i poruszył się niespokojnie.
- Emily myśli, Ŝe się w nim zakochała.
Cybil przez chwilę nic nie mówiła. W końcu potrząsnęła głową.
- Emily to postać z komiksu, która robi to, co jej kaŜę. To nie jestem ja.
- Ma niektóre twoje cechy, te najsympatyczniejsze i te najbardziej irytujące.
- To prawda. I dlatego właśnie tak ją lubię. Matthew wbił wzrok w brandy i
zmarszczył brwi.
- Słuchaj, Cyb, nie chcę się wtrącać w twoje prywatne Ŝycie, ale jednak jestem
twoim starszym bratem.
- I to bardzo udanym starszym bratem. - Pocałowała go w policzek. - Nie
musisz się o to martwić. Preston nie wykorzystał twojej małej siostrzyczki. - Sięgnęła
po szklankę Matthew, wypiła łyk brandy i oddała mu drinka z powrotem. - To ja go
wykorzystałam. Upiekłam mu ciastka i od tego czasu stał się moim miłosnym
niewolnikiem.
- Znowu za duŜo mówisz. - Lekko skrępowany wstał z kanapy i przeszedł się
po pokoju. - No dobrze, nie chcę znać szczegółów, ale...
- Jaka szkoda. Tak bardzo chciałam ci wszystko opowiedzieć. I pokazać filmy
z naszej prywatnej wideoteki.
- Cicho siedź! - To zaczynało być Ŝenujące. Mathew przeciągnął dłonią po
włosach i zmienił ton: - Wiem, Ŝe jesteś dorosła i wyjątkowo ładna, mimo tego nosa...
- Mam bardzo zgrabny nos.
- Cała rodzina cięŜko pracowała, Ŝebyś w to uwierzyła. To dobrze, Ŝe udało ci
się pogodzić z tą niewielka deformacją twarzy. Chciałem jednak powiedzieć... Ŝebyś
uwaŜała. Rozumiesz? Bądź ostroŜna.
Wstała i spojrzała na niego czule.
- Kocham cię, Matthew. Mimo tego irytującego tiku lewej powieki.
- Nie mam Ŝadnego tiku lewej powieki.
- Cała rodzina cięŜko pracowała, Ŝebyś w to uwierzył. - Znów się roześmiała,
objęła go i serdecznie uściskała. - Jak to dobrze, Ŝe przyjechałeś. Nie moŜesz zostać
dłuŜej?
- Nie mogę. - Oparł policzek o jej głowę. - Jadę na kilka dni do Hyannis Port.
Posiedzę tam trochę, porysuję. Dziadek wymusił na mnie tę wizytę.
- Gdy chodzi o wymuszanie, nie ma sobie równych. Mówił ci, Ŝe babcia
usycha z tęsknoty za tobą? - Spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem.
- Tak, podobno ginie w oczach. MoŜe i ty się do nich wybierzesz? Dziadek się
ucieszy. No a kiedy zacznie nas wypytywać, dlaczego jeszcze nie załoŜyliśmy rodzin i
nie wychowujemy gromadki dzieciaków, będziemy mogli obwiniać się nawzajem.
- Hmmm... Dzwonił tu kilka razy w ciągu minionych tygodni. - RozwaŜyła w
myślach, czy moŜe sobie pozwolić na wyjazd. - Narysowałam tyle nowych odcinków,
Ŝ
e nie zawalę Ŝadnego terminu, jeśli zrobię sobie krótki urlop.
Mam tylko jedno waŜne spotkanie, pojutrze. Muszę na nim być.
- Wyjedź potem. - Widział, Ŝe się waha, więc dodał: - I poproś swojego
partnera od kart, Ŝeby pojechał z tobą Urządzimy sobie turniej.
- MoŜe mu się tam spodoba? - powiedziała cicho. - Zapytam, co on na to. Tak
czy inaczej, przyjadę.
- Świetnie! - Matthew miał nadzieję, Ŝe Preston przyjmie zaproszenie. Miło
będzie popatrzeć, jak Daniel MacGregor bierze go w obroty.
PoniewaŜ Matthew wyszedł po północy, Cybil uznała, Ŝe najlepiej będzie, jeśli
połoŜy się do łóŜka. Ostatniej nocy niewiele spała - tak samo jak Preston. Tak, kaŜda
rozsądna dziewczyna zgasiłaby światło i poszła spać, Ŝeby zregenerować organizm.
Zanim się spostrzegła, stała przed jego drzwiami i naciskała dzwonek.
JuŜ myślała, Ŝe śpi albo jest w klubie, kiedy usłyszała szczęk otwieranych
zamków.
- Cześć. MoŜe napijemy się czegoś przed snem? Zerknął w głąb korytarza, a
potem znów na nią.
- A gdzie twój brat?
- Pojechał do hotelu. Otworzyłam butelkę brandy i... Nie zdąŜyła dokończyć
ani nawet pisnąć z zaskoczenia, kiedy wciągnął ją do środka, zatrzasnął drzwi
kopniakiem i przyparł ją do nich. Ich usta zwarły się w gwałtownym pocałunku.
Dopiero kiedy zaczął całować jej szyję, Cybil zdołała chwycić oddech.
- Widzę, Ŝe nie masz ochoty na brandy. - Zobaczyła, Ŝe gorączkowo zdejmuje
z siebie koszulę, i sama równieŜ zaczęła się rozbierać. - Ani na deser.
Preston był zaskoczony siłą, z jaką zapragnął Cybil, kiedy zobaczył ją na
swoim progu. Nagle dotarło do niego, jak bardzo jej potrzebuje. Nie wiedział, skąd
wzięło się to uczucie. Jeszcze raz łapczywie wpił się w jej usta.
Przywarła do niego równie niecierpliwie, z takim samym poŜądaniem. Jęknęła
z rozkoszy, kiedy zaczął zsuwać z niej spodnie.
Teraz naleŜała do niego.
Nakrył jej piersi dłońmi, potem pieścił je ustami, a ona bezwiednie wbiła mu
paznokcie w kark aŜ do bólu. Jej skóra była jak ciepły jedwab. Chciał posiąść ją całą.
Pieścił ją, aŜ chwyciła się kurczowo jego ramion, a jej oddech zamienił się w urywany
szloch.
To chyba niemoŜliwe, Ŝeby tyle naraz odczuwać, pomyślała resztką
ś
wiadomości. Jego wargi, zęby i język doprowadzały ją na skraj szaleństwa.
Zaskoczona usłyszała własny krzyk, a potem w jej ciele eksplodowała rozkosz.
Bezwładnie oparła się o drzwi, całkowicie uległa Prestonowi.
Jej poddanie tylko podsyciło w nim płomień poŜądania. Gładził rękami jej
wilgotną skórę, usta niestrudzenie Ŝądały od niej coraz więcej, aŜ jej ciało znów
wpadło w drŜenie, a ona sama zaczęła się wspinać na kolejny szczyt.
Jej skóra miała ekscytujący smak soli i kobiecości. Ruchem bardziej
gwałtownym, niŜ zamierzał, pociągnął ją za sobą na fotel i uniósł jej biodra do góry.
Opuszczając ją na siebie, cały czas patrzył jej prosto w oczy. Widział, jak ich
ciepła zieleń ciemnieje i zasnuwa się mgłą, a migdałowe powieki drgają.
Zacisnęła się wokół niego, otoczyła go śliskim ciepłem. Ich jęki zmieszały się.
Odrzuciła głowę w tył, a jej szyja, na której bił pośpieszny puls, wygięła się w
cudowny biały łuk.
Zaczęli poruszać się rytmicznie.
Teraz ona narzucała tempo, szybkie i gorączkowe. Za kaŜdym ruchem
zapadali coraz głębiej w czarny wir zatracenia. Nie mógł się juŜ doczekać, kiedy
opadną na samo dno.
Rozkosz przeszywała go niczym złote ostrze. Na ustach czuł smak jej ciała,
rękami wyczuwał jego wilgotną gładkość. Cybil jęczała cicho, a jej twarz
wykrzywiona była ekstazą.
Chciał jeszcze chwilę wytrwać na skraju przepaści. Nie potrafił powiedzieć,
gdzie kończy się jego ciało, a zaczyna jej. Nagle zacieśniła uchwyt i triumfalnie
szepcząc jego imię, pociągnęła go za sobą w otchłań.
Potem zaś, jak za pierwszym razem, osunęła się bezwładnie, jakby opuściły ją
wszystkie siły. Oparła mu głowę na ramieniu, ustami dotknęła szyi. Preston zamknął
oczy i juŜ spokojnie cieszył się bliskością i zespoleniem.
Przypomniał sobie, co mu kiedyś powiedziała: nikt nigdy tak jej nie dotykał.
On mógłby powiedzieć to samo. Z Ŝadną kobietą nie przeŜył tego, co z nią. Wniknęła
w jego duszę. I chociaŜ potrafił sprawnie przelewać słowa na papier, teraz nie
wiedział, jak jej to wyznać.
- Cały wieczór marzyłem o tym, Ŝeby cię dostać w swoje ręce. - Tyle mógł
powiedzieć, nic nie ryzykując.
- Mmm... I pomyśleć, Ŝe juŜ miałam iść spać. - Westchnęła z zadowoleniem. -
Wiedziałam, Ŝe ten fotel jest w sam raz dla ciebie.
Roześmiał się cicho.
- Miałem zamiar zmienić na nim obicie. Ale teraz chyba kaŜę go pozłocić.
Wyprostowała się i objęła jego twarz rękami.
- Bardzo lubię, kiedy tak nieoczekiwanie powiesz coś zabawnego.
- To wcale nie było zabawne - odparł powaŜnie. - Zapłacę za to fortunę.
Spodziewał się, Ŝe usłyszy jej śmiech - coraz bardziej przywiązywał się do
tego dźwięku - tymczasem ona tylko uśmiechnęła się tęsknie, a jej oczy przybrały
łagodny wyraz.
- Preston - wyszeptała i nachyliła się do jego ust. Powolny, głęboki, delikatny
pocałunek raczej poruszył duszę niŜ wzburzył krew. Dotarł do samego serca i sprawił,
Ŝ
e Preston zatęsknił za czymś, w co juŜ nie chciał wierzyć.
Budziły się w nim uczucia. Nie chciał do tego dopuścić, ale zalewała go jakaś
słodycz, od której kręciło mu się w głowie. Przekroczył tę cienką linię między
poŜądaniem a potrzebą, znalazł się niebezpiecznie blisko miłości.
Cybil westchnęła i przytuliła policzek do jego policzka. O czym myślała?
- Zmarzłaś - wyszeptał, czując, Ŝe jej skóra robi się chłodna.
- Tak, trochę. - Oczy miała zamknięte. Powtarzała sobie, Ŝe nie zawsze moŜna
mieć to, czego się pragnie. - Chce mi się pić. Przynieść ci wody?
- Ja przyniosę.
- Nie, sama to zrobię. - Zsunęła się z niego, a Prestona ogarnęło dziwne
poczucie straty. - Gdzie jest szlafrok?
Uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Masz jakąś obsesję na punkcie szlafroków?
- NiewaŜne. - WłoŜyła jego koszulę. - Matthew cię polubił - oznajmiła, idąc do
kuchni.
- Ja teŜ go lubię. - Teraz mógł wziąć głębszy oddech. MoŜe nawet odzyskać
równowagę. - Czy ta rzeźba u ciebie w pracowni jest jego dziełem?
- Tak. Wspaniała, prawda? On ma taki oryginalny sposób widzenia róŜnych
rzeczy. Obserwowanie go przy pracy to niesamowite przeŜycie. Oczywiście, jeśli
przedtem Matthew cię nie zamorduje.
Otworzyła butelkę wody, napełniła po brzegi wysoką szklankę i wypiła niemal
jedną trzecią, zanim wróciła do Prestona. Nie zauwaŜyła jego zaskoczenia, kiedy jak
kot usadowiła mu się wygodnie na kolanach.
- Masz ochotę na krótką podróŜ? - zapytała, podając mu szklankę.
- Na podróŜ?
- Pojechalibyśmy na kilka dni do Hyannis Port. Matthew wybiera się w
odwiedziny do naszych dziadków, MacGregorów, wiec pomyślałam sobie, Ŝe i ja
mogłabym złoŜyć im wizytę. To bardzo ciekawe miejsce. Dom jest... nie potrafię go
opisać. Ale spodoba ci się. Moi dziadkowie teŜ ci się spodobają. Przydałby ci się
urlop, McQuinn.
- Wygląda mi to na rodzinną okazję. - Na myśl, Ŝe mogłaby na jakiś czas
wyjechać, ogarnął go smutek. To było zupełnie do niego niepodobne.
- Dla MacGregorów warto skorzystać z takiej okazji. Dziadek uwielbia ludzi.
Przekroczył juŜ dziewięćdziesiątkę, ale nadal rozpiera go energia. Nie przestaje mnie
zadziwiać.
- Wiem. To fascynujący człowiek. Jego Ŝona teŜ.
- Spojrzała na niego zaskoczona, więc wyjaśnił: - Znam ich. Niezbyt blisko,
ale znam. To znajomi moich rodziców.
- Naprawdę? Nie wiedziałam. Kiedyś tłumaczyłam ci nasze skomplikowane
układy rodzinne. MacGregorowie są spokrewnieni z Blade'ami, Blade'owie z
Grandeau, Grandeau z Campbellami, a Campbellowie z MacGregorami. MoŜe trochę
pokręciłam kolejność.
- Nie zaczynaj. JuŜ mi dzwoni w uszach. Roześmiała się i szybko pocałowała
go w ucho.
- Skora znasz ich, a dzisiaj poznałeś mojego brata, nie będziesz się tam czuł
obco. Pojedź ze mną. - Przesunęła ustami po jego szyi. - To będzie zabawne.
- W tym fotelu moŜemy jeszcze lepiej się zabawić, bez potrzeby ruszania się z
miejsca.
Roześmiała się ciepło.
- W zamku MacGregorów jest mnóstwo pokoi - wyszeptała. - W wielu z nich
stoją duŜe, miękkie łoŜa...
- Kiedy wyruszamy?
- Zgadzasz się? - Wyprostowała się uradowana. - MoŜesz pojutrze? Przed
południem mam spotkanie, lecz zaraz potem moŜemy jechać. WypoŜyczę samochód.
- Mam własny.
- Aha. - Przechyliła głowę w bok. - Hmmm... Czy to jakiś fajny wóz?
- Lubisz czterodrzwiowe kombi?
- Kombi, solidny, niezawodny samochód. I na pewno bardzo pakowny.
Potrafię to docenić.
- W takim razie nie spodoba ci się moje porsche.
- Porsche? - powtórzyła z zachwytem. - Powiedz mi jeszcze, Ŝe to kabriolet.
- A jak inaczej?
- Powiedz mi, Ŝe ma pięć biegów.
- Niestety, nie mogę. Ma sześć. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Naprawdę? I dasz mi poprowadzić?
- Oczywiście. Jeśli pojutrze tu mi wyrośnie kaktus, wtedy pozwolę ci usiąść za
kierownicą.
Zrobiła tylko trochę obraŜoną minę i zaczęła bawić się jego włosami.
- Jestem doskonałym kierowcą.
- Nie wątpię. - Uznał, Ŝe lepiej będzie odwrócić jej uwagę, niŜ opierać się
namowom. Dotknął zimną szklanką nagich pleców dziewczyny. Krzyknęła cicho i
przywarła do niego, tak Ŝe poczuł nacisk jej piersi. - Jak myślisz, czego nam się uda
dokonać, jeśli rozłoŜymy oparcie fotela?
- Na pewno wielu cudownych rzeczy - zamruczała i nadstawiła szyję do
pocałunku. - Wiedziałeś, Ŝe ten budynek naleŜy do mojego dziadka?
- Jasne. To on mi powiedział o tym mieszkaniu, kiedy szukałem czegoś do
wynajęcia. Odwróć się w tę stronę... O, dokładnie tak.
- On ci powiedział o mieszkaniu? - Jakimś sposobem udało mu się tak ułoŜyć,
Ŝ
e nakrył ją ciałem i w ten sposób odciągnął jej myśli od tematu rozmowy. - A kiedy
ci...? O, nie wiedziałam, Ŝe jesteś w tym taki dobry.
- Dziękuję. Ale zapewniam cię, Ŝe to nie jest szczyt moich moŜliwości.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Dom Daniela MacGregora stał dumnie na wysokiej skale nad wzburzonym
morzem. Wzniesiono go z szarego kamienia, ale nie wyglądał surowo i
nieprzystępnie. Wyniosłe baszty i wieŜyczki, powiewająca na wietrze flaga z herbem
klanu MacGregorów - wszystko to świadczyło, Ŝe wybudował go człowiek
zadowolony ze swojego Ŝycia.
Wybudował go dokładnie tak, jak chciał: na mocnych fundamentach, według
ś
miałej wizji. Ten dom miał przetrwać wieki.
Rosnące wokół niego dzikie róŜe, które latem zakwitały mnóstwem pąków,
nie łagodziły tego wraŜenia, ale dodawały rezydencji uroku i otaczały ją jakąś magią.
- Zatrzymaj się. - Preston połoŜył rękę na dłoni Cybil. - Zatrzymaj samochód.
Zahamowała łagodnie. Odgadła, jakie uczucia owładnęły Prestonem na widok
tej oryginalnej budowli. Doświadczała ich sama za kaŜdym razem, kiedy odwiedzała
dziadków.
- Wygląda jak zamek z bajki, prawda? - Oparła się o kierownicę i przez
zasłonę deszczu patrzyła na dom. - I to nie z takiej taniej bajeczki dla najmłodszych
dzieci, ale prawdziwej, z duchami i rycerzami.
- Widziałem zdjęcia, ale rzeczywistość zdecydowanie je przerasta.
- To nie tylko budynek. Jest jak gościnne gniazdo, które zawsze przyjmuje cię
z otwartymi ramionami. Przy kaŜdej wizycie znajdowaliśmy tu coś nowego, coś
cudownego. - Miała przeczucie, Ŝe tym razem teŜ coś tu znajdzie. Z Prestonem. -
Pięknie się prezentuje w deszczu, co?
- Wydaje mi się, Ŝe wygląda pięknie przy kaŜdej pogodzie - odparł.
- Racja. Powinieneś obejrzeć go w zimie. Zawsze przyjeŜdŜamy tu na święta.
Ś
nieg i wiatr zamieniają go w zjawisko z lodowej, nieziemskiej krainy. W zeszłym
roku, pod sam koniec lata, kiedy wszędzie kwitły róŜe, a niebo było niebieskie jak
farbka, mój kuzyn Duncan wziął tu ślub. Ale w deszczu... - Uśmiechnęła się
rozmarzona. - Kiedy widzę go w deszczu, wydaje mi się, Ŝe jestem w Szkocji.
- Byłaś tam kiedyś?
- Tak. Dwa razy. A ty?
- Nie.
- Musisz pojechać. Tam są twoje korzenie. Sam się zdziwisz, jak bardzo
chwyci cię za serce widok szkockich gór i jezior.
- MoŜe kiedyś pojadę. Przyda mi się kilka tygodni na regenerację sił, kiedy
skończę pisać sztukę. - Spojrzał na nią i uniósł brew. - Jak ci się prowadzi? - zapytał.
- Dałeś mi usiąść za kierownicą niecałą minutę temu, więc trudno mi coś
konkretnego powiedzieć. Jeśli pozwolisz mi się jutro przejechać...
- Nawet komuś, kto tak potrafi stawiać na swoim jak ty, nie dam prowadzić
mojego porsche dłuŜej niŜ przez pięć minut.
Cybil obojętnie wzruszyła ramionami. Jeszcze zobaczymy, pomyślała. Wolno,
z godnością wjechała na szczyt wzgórza i zaparkowała.
- Bardzo dziękuję. - Pocałowała go lekko i oddała kluczyki.
- Nie ma za co.
- Nie zawracajmy sobie teraz głowy bagaŜami. Biegnijmy prosto do domu.
Zaraz pewnie posadzą nas przy kominku, dadzą nam whisky i świeŜe bułeczki.
Otworzyła drzwi samochodu, przebiegła jak błyskawica przez zalany
deszczem dziedziniec. Zatrzymała się pod osłoną ganku i ze śmiechem potrząsnęła
głową, jak otrząsający się z wody pies.
Preston przez całe dziesięć sekund siedział skamieniały. Mógł tylko patrzeć na
nią przez migotliwą kurtynę deszczu. Włosy miała mokre, ociekające wodą, twarz
rozjaśnioną szczęściem. Chciałby wierzyć, Ŝe ogarnia go poŜądanie, uczucie pospolite
i nieskomplikowane. Ale poŜądanie rzadko tak mocno wnika w głąb serca i nie
sprawia, Ŝe Ŝołądek ściska się ze strachu.
Nie potrafił ignorować tego uczucia, ale mógł próbować je przezwycięŜyć.
Wyszedł na deszcz i w smagającym policzki wietrze podąŜył za Cybil. Śmiała się
nadal, kiedy mocno przyciągnął ją do siebie i pocałował gwałtownie, władczo.
Wówczas zamachała bezradnie ramionami i zachwiała się, zaskoczona tym
nagłym, niemal brutalnym atakiem. Wyczuła jego desperację, ledwie hamowaną furię
w jego ciele, które tak ciasno przywierało do jej ciała. Objęła go ramionami,
pogładziła łagodnie.
- Preston...
Usłyszał jej szept, chociaŜ w głowie mu huczało, jakby tam równieŜ padał
ulewny deszcz albo tańczyło rozszalałe morze. Łagodny dźwięk głosu Cybil sprawił,
Ŝ
e jego uchwyt się rozluźnił. Usta napierały mniej agresywnie i w końcu z wysiłkiem
wypuścił ją z objęć.
- Czeka nas kilka dni w otoczeniu twojej rodziny - powiedział, kiedy odzyskał
głos. Odsunął ociekający wodą kosmyk jej włosów za ucho, a Cybil poczuła, Ŝe jej
niemądre serce podskakuje z radości. - Pewnie przez jakiś czas nie będę mógł sobie
na to pozwolić.
- W takim razie dobrze, Ŝe pocałowałeś mnie na zapas. - Odetchnęła głębiej,
Ŝ
eby się uspokoić. Potem wzięła go za rękę i poprowadziła do środka.
Natychmiast ogarnęło ich przyjemne, gościnne ciepło.
Na ścianach połyskiwały miecze i tarcze. W końcu był to dom wojownika.
Wokół unosiła się woń kwiatów, drewna i starego, szacownego domostwa.
- Cybil! - Anna MacGregor schodziła po szerokich schodach, a twarz jej
rozjaśniało szczęście. Miała ciemne, gładko zaczesane w tył włosy i przejrzyste,
dobre, ciemnobrązowe oczy. Wyciągnęła do wnuczki rozwarte ramiona.
- Babcia... - Cybil wzięła głęboki oddech. - Babciu, co ty robisz, Ŝe zawsze
jesteś taka piękna?
Anna roześmiała się i uścisnęła ją mocno.
- Jeśli w moim wieku wygląda się jako tako, wtedy jest juŜ całkiem dobrze.
- To ciebie nie dotyczy. Ty jesteś po prostu piękna! Zgadzasz się, Preston?
- Jak najbardziej.
- Nigdy nie jest się zbyt starym, Ŝeby z radością przyjąć drobne kłamstewko od
przystojnego młodzieńca. - Anna objęła Cybil w talii i wyciągnęła dłoń do Prestona. -
Witaj. Pewnie mnie nie pamiętasz. Kiedy cię ostatnio widziałam, miałeś nie więcej
niŜ szesnaście lat.
- Mniej więcej tyle - zgodził się, ujmując jej dłoń. - Ale dobrze panią
pamiętam, pani MacGregor. To było na wiosennym balu w Newport. Była pani
bardzo miła dla młodego chłopaka, który czuł się tam, jakby go kto rzucił na
rozŜarzone węgle.
- A więc pamiętasz. Bardzo mi przyjemnie. Chodźcie, musicie się ogrzać. O
tej porze roku deszcze są zimne.
- Gdzie jest dziadek i Matthew?
- Och! - Anna roześmiała się beztrosko i poprowadziła ich do wielkiego
pokoju, który rodzina nazywała salą tronową. - Daniel zapędził biednego Matthew do
naprawiania pompy przy basenie. Twierdzi, Ŝe coś się tam psuje, a wiesz, jaką wagę
twój dziadek przywiązuje do codziennego pływania. Mówi, Ŝe dzięki temu wciąŜ
jeszcze jest młody.
- Dziadkowi wszystko słuŜy.
Nazwa pokoju była odpowiednia do wraŜenia, jakie robił. Przede wszystkim
rzucał się tu w oczy wielki fotel o wysokim oparciu, stojący na purpurowym dywanie.
Stały tu teŜ cięŜkie stare meble, bogato zdobione rzeźbieniami. Zaczął zapadać
zmrok, więc świeciły się lampy, a w wielkim kominku buzował ogień.
- Napijemy się herbaty. Daniel pewnie będzie się upierał, Ŝebyśmy dodali do
niej whisky. Wykorzysta waszą wizytę jako pretekst. Siadajcie i rozgośćcie się -
zachęcała. - Muszę mu powiedzieć, Ŝe juŜ jesteście, bo inaczej nigdy się go nie
doczekamy.
- Ty usiądź, babciu - zaproponowała Cybil. - Ja pójdę po dziadka. Po drodze
poproszę, Ŝeby przygotowano nam herbatę.
- Dobra z ciebie dziewczyna. - Anna poklepała wnuczkę po ręce i usiadła przy
komiku. - Zawsze byłaś taka. - Wskazała krzesło obok siebie. - Prestonie, widzieliśmy
z Danielem twoją sztukę, kilka miesięcy temu, w Bostonie. Zrobiła na mnie wielkie
wraŜenie. Rodzina na pewno jest bardzo dumna z twoich sukcesów.
- Powiedziałbym, Ŝe raczej są zaskoczeni.
- Czasami to jedno i to samo. Na ogół nie spodziewamy się, Ŝe nasze dzieci
czy rodzeństwo mogą wykazać się prawdziwym geniuszem, chociaŜ przecieŜ
kochamy ich gorąco. Zwykle stanowi to dla nas zaskoczenie. Myślimy sobie, jak to
moŜliwe, Ŝe przez te wszystkie lata nic nie zauwaŜyliśmy?
- Zna pani moją rodzinę - powiedział cicho. - Wie pani więc, Ŝe moja sztuka
jest bardzo bliska prawdziwego Ŝycia.
- Tak, wiem. Czasami ranę trzeba oczyścić, bo inaczej zaczyna się jątrzyć. Jak
się miewa twoja siostra?
- Bardzo dobrze, dziękuję. Teraz dzieci są dla niej sensem Ŝycia.
- A co dla ciebie jest sensem Ŝycia, Prestonie? Zapewne praca?
- Najprawdopodobniej.
- Bardzo cię przepraszam. - Zła na siebie samą, Anna uniosła ramiona. -
Wypytuję cię o osobiste sprawy, a to zwykle pozostawiam mojemu męŜowi.
Zapytałam o twoją siostrę, poniewaŜ pamiętam, jak troskliwie się nią opiekowałeś na
tamtym balu wiosennym. Tak samo Alan i Caine opiekowali się Sereną. Ją
denerwowało to tak samo jak... Jennę? Twojej siostrze na imię Jenna, prawda?
- Tak. - Uśmiechnął się na wspomnienie dawnych czasów. - Doprowadzałem
ją do szału. - Uśmiech szybko zniknął. - Gdybym później lepiej się nią opiekował, nie
zostałaby tak dotkliwie skrzywdzona.
- PrzecieŜ to nie ty ją skrzywdziłeś - zauwaŜyła. - Naprawdę nie chciałam
przypominać ci o tych bolesnych sprawach. Opowiedz mi lepiej, nad czym teraz
pracujesz. A moŜe takie sprawy to tajemnica?
- Piszę historię miłosną, dziejącą się w Nowym Jorku. Przynajmniej ostatnio
zaczęło się to zmieniać w historię miłosną.
Odwrócił na chwilę wzrok, kiedy na korytarzu rozległ się tubalny śmiech. Tak,
to się chyba zamienia w historię miłosną, pomyślała Anna, uśmiechając się w duchu. .
- Nie poczęstowałaś gościa whisky, Anno?
Daniel wszedł do pokoju i natychmiast zdominował całe otoczenie. Mimo
podeszłego wieku nadal był potęŜnie zbudowanym energicznym męŜczyzną o
donośnym głosie. Niebieskie oczy błyszczały jak jeziora rodzinnej Szkocji. Włosy i
gęsta broda przybrały śnieŜnobiałą barwę.
- Czy tak się wita kogoś, kto przyjechał do nas mimo deszczu i przywiózł z
miasta moją ulubioną wnuczkę?
- No, pięknie - wymamrotał Matthew, stając za dziadkiem. - Kiedy trzeba było
naprawić pompę, to ja byłem ulubionym wnuczkiem.
- No i pompa naprawiona, prawda? - Daniel roześmiał się głośno i poklepał
Matthew po ramieniu z czułością, jaką niedźwiedź grizzly przejawia wobec swoich
małych pociech.
- Cieszę się, Ŝe pana widzę, panie MacGregor. - Preston podszedł do niego i
wyciągnął rękę do powitania. Gdy Daniel kogoś naprawdę lubił, taki gest zwykle mu
nie wystarczał. Tym razem takŜe chwycił gościa w ramiona i uścisnął z siłą
zamykającego się potrzasku.
- Dobrze wyglądasz, McQuinn. Szklaneczka dobrej whisky zawsze słuŜy
prawdziwemu Szkotowi.
- Dostaniesz kroplę whisky do herbaty, Danielu - powiadomiła go Anna i
poszła po karafkę.
- Kroplę! - Senior rodu wzniósł oczy do nieba. - To juŜ lepiej nie pić w ogóle.
Powiedz mi, Preston, palisz cygara?
- Z zasady nie.
Anna spojrzała na męŜa ostrzegawczo.
- W takim razie, jeśli zobaczę cię z cygarem w ręku, Prestonie, łatwo się
domyśle, kto ci je dał, zanim uciekł z pokoju.
- Ta kobieta swoim zrzędzeniem wpędzi mnie do grobu - wymamrotał Daniel.
- Siadaj, chłopcze, i opowiedz mi, jak wam się z Cybil układa.
Preston drgnął z niepokojem. Wkraczali na niebezpieczny teren.
- Jak nam się układa? - powtórzył ostroŜnie.
- No, przecieŜ jesteście sąsiadami.
- A, tak. - Z ulgą usiadł w fotelu. - Mieszkamy naprzeciwko siebie.
- Śliczna jak pierwiosnek, co?
- Dziadku! - z przyganą jęknęła Cybil, wtaczając do pokoju pełną tacę. - Nie
zaczynaj. McQuinn jest tutaj od niecałych dziesięciu minut.
- Czego mam nie zaczynać? - Daniel zmruŜył powieki.
- Jesteś śliczna czy nie?
- Jestem prześliczna. - Roześmiała się i pocałowała go w czubek nosa.
Korzystając z okazji, konspiracyjnie wyszeptała mu do ucha: - Jak będziesz grzeczny,
doleję ci więcej whisky do herbaty, kiedy babcia nie będzie patrzyła.
Daniel błysnął zębami w uśmiechu i wesoło poruszył brwiami.
- To się nazywa wnuczka!
- McQuinn, spróbuj tych bułeczek. Są nie z tej ziemi. - Zadowolona, Ŝe udało
jej się przekupić dziadka, Cybil połoŜyła kilka małych, słodkich bułeczek na
talerzyku. - Ja nie potrafię takich upiec. Wychodzą mi całkiem niezłe, ale daleko im
do tych.
- Cybil jest doskonałą kucharką - poświadczył Daniel. Skrzywił się, widząc,
jak Ŝona wlewa do jego filiŜanki skąpe dwie krople whisky. - Mam nadzieję, Ŝe od
czasu do czasu podkarmiasz trochę tego młodego człowieka? Jak przystało na dobrą
sąsiadkę.
- Niedawno zrobiła nam zapiekankę z kurczaka. - Matthew posmarował
bułeczkę dŜemem truskawkowym. Obiecał siostrze, Ŝe będzie odwodził dziadka od
niebezpiecznych tematów. - Preston, napijesz się whisky czy wystarczy ci herbata?
- Chętnie napiję się whisky. Bez wody i lodu.
- A jak inaczej miałby pić whisky prawdziwy męŜczyzna? - wymamrotał
Daniel pod nosem, z niechęcią patrząc na swoją filiŜankę. - A więc juŜ wiesz, jak
smakuje nasza Cybil - zwrócił się do Prestona i z trudem powstrzymując śmiech,
patrzył, jak gość omal nie udławił się bułeczką.
- Słucham? - wykrztusił.
- No, juŜ wiesz, jak dobrze gotuje. - Daniel popatrzył na niego niewinnie,
chociaŜ w duchu cieszył się jak dziecko, Ŝe udało mu się wprawić Prestona w
zakłopotanie. - Kobieta, która gotuje tak wspaniale, jak moja kochana wnuczka,
powinna mieć rodzinę.
- Dziadku... - Cybil znacząco stuknęła palcem w swoją szklaneczkę whisky.
- O co ci chodzi? Tylko ostatni gamoń nie doceni dobrego, gorącego posiłku.
Nie moŜesz się ze mną nie zgodzić, prawda, młodzieńcze?
Preston nadal miał poczucie, Ŝe rozmowa zmierza w niebezpiecznym
kierunku.
- Zgadzam się - powiedział tylko.
- A widzisz! - Daniel uderzył pięścią w stół, aŜ podskoczyły talerze. - Ha!
McQuinn to dobre, godne szacunku nazwisko! A ty zasługujesz na to, Ŝeby je nosić!
- Dziękuję - odrzekł czujnie Preston.
- Ale męŜczyzna w twoim wieku musi zacząć się zastanawiać, co po sobie
zostawi. Masz juŜ pewnie trzydzieści lat, co?
- Zgadza się.
- Trzydziestoletni męŜczyzna powinien dokonać pewnych podsumowań,
rozwaŜyć swoje obowiązki wobec nazwiska i rodziny.
- Mnie to czeka za kilka lat - wyszeptał Matthew do siostry.
Gorączkowo trąciła go łokciem.
- Zrób coś! - syknęła.
- Jeśli teraz czepi się mnie, zapłacisz mi za to.
- Wyznacz cenę.
- Nie martw się, wyznaczę - odparł Matthew, po czym z radosną miną ruszył
prosto w paszczę smoka. - Dziadku, nie opowiadałem ci jeszcze o kobiecie, z którą
się ostatnio spotykam...
- Kobieta? - Daniel stracił wątek, zamrugał oczami i przeniósł uwagę na
wnuka. - A cóŜ to za kobieta? Myślałem, Ŝe jesteś zbyt zajęty robieniem tych swoich
wielkich, metalowych zabawek, Ŝeby zwracać uwagę na kobiety.
- Zwracam na nie wielką uwagę. - Matthew uśmiechnął się i znacząco uniósł
szklankę whisky. - Ta jest zupełnie wyjątkowa.
- Naprawdę? - zaciekawił się Daniel. - Rzeczywiście musi być niezwykła,
skoro na dłuŜej cię zainteresowała.
- O tak, nieustannie pobudza moje zainteresowanie. Nazywa się Lulu -
wymyślił Matthew na poczekaniu. - Lulu LaRue. Ale to chyba jej pseudonim
sceniczny. To tancerka. Tańczy w barze, na stołach.
- Tańczy na stołach! - ryknął Daniel. Anna z wielkim trudem zdusiła wybuch
ś
miechu i dalej spokojnie nalewała herbatę. - Pewnie nago?
- Oczywiście, Ŝe nago. PrzecieŜ inaczej nie miałoby to Ŝadnego sensu. Ma
niesamowity tatuaŜ na...
- Naga, wytatuowana tancerka! A niech mnie! Matthew, czy ty chcesz złamać
serce swojej matce! Anno, czy ty to słyszałaś?
- Naturalnie, Ŝe słyszałam. Matthew, przestań draŜnić się z dziadkiem.
- Tak jest, babciu. - Matthew uśmiechnął się od ucha do ucha i spojrzał w oczy
Daniela, które zamieniły się w wąskie szparki. - Nie rozumiem jednak, dlaczego nie
mógłbym sobie znaleźć jakiejś wytatuowanej, nagiej tancerki, gdybym tylko miał na
to ochotę.
Deszcz przestał padać, zapadła noc i Preston zakradł się do pokoju Cybil,
gdzie skorzystali z wygody, jaką zapewniało wielkie łoŜe z baldachimem.
Cybil zadowolona nuciła pod nosem. To był wspaniały dzień.
Tak wspaniały, Ŝe mogła się przytulić do ukochanego męŜczyzny i udawać
przed samą sobą, Ŝe Preston, jak w bajce, wspiął się tu do niej po murach zamku. I Ŝe
ją kocha. I Ŝe zostanie z nią na zawsze.
- Powiedz mi coś... - zaczął szeptem. Był zbyt rozluźniony, Ŝeby się niepokoić
tym, jak bardzo go cieszy jej bliskość i intymne ciepło.
- Dobrze, powiem ci coś. Mimo wyczerpujących badań, nie udało się z całą
pewnością stwierdzić, ile dokładnie aniołów zmieści się na główce od szpilki.
- Myślałem, Ŝe 634.
- To tylko domysły. Nie ustalono teŜ, chociaŜ przeprowadzone zostały
długoletnie studia, ile Ŝab trzeba pocałować, Ŝeby trafić na księcia.
- Nie dziwi mnie to. Ale... - Przysunął się bliŜej niej.
- Tak naprawdę chciałem się dowiedzieć, a ty na pewno jesteś w stanie mi to
wytłumaczyć, o co, u diabła, chodziło twojemu dziadkowi, kiedy rozmawialiśmy przy
herbacie.
- Który fragment rozmowy masz na myśli? - Spojrzała na niego, odgarnęła
włosy z czoła i wzniosła oczy do nieba.
- A, ten. Nie ostrzegłam cię, poniewaŜ miałam niemądrą nadzieję, Ŝe okaŜe się
to zbędne. Wina leŜy wyłącznie po mojej stronie. - UłoŜyła się tak, Ŝe jej ciało
spoczywało teraz na jego ciele. - Wiesz, McQuinn, Ŝe masz piękne oczy? Są takie
przejrzyste i błękitne jak woda. MoŜna by się w nich utopić.
- Czy to szczera opinia, czy jedynie próba zmiany tematu?
- I to, i to - odparła, wiedziała jednak, Ŝe nie uda jej się uciec od tej rozmowy.
Usiadła, pocałowała go i sięgnęła po leŜący w nogach łóŜka szlafrok.
- Dlaczego zawsze się ubierasz, kiedy chcesz ze mną porozmawiać?
Zerknęła na niego przez ramię i ku swojemu zaskoczeniu zauwaŜył, Ŝe lekko
się zarumieniła.
- MoŜe w głębi duszy jestem purytanką?
- Jeśli tak, to naprawdę w głębi - mruknął cicho, a potem z uśmiechem patrzył,
jak Cybil zawiązuje pasek. - A wracając do twojego dziadka i jego nagłego zaintere-
sowania moim nazwiskiem, czy jak to nazwał przy kolacji, dobrą krwią przodków...
- CóŜ, McQuinn, przecieŜ jesteś Szkotem.
- Moja rodzina od trzech pokoleń mieszka na Rhode Island.
- Jakie to ma znaczenie na tle wielowiekowej historii rodu?
Wstała, wzięła z nocnego stolika dzbanek z wodą i napełniła jedną szklankę
dla nich obojga.
- Najpierw cię przeproszę - powiedziała, nie patrząc na niego. - Mam nadzieję,
Ŝ
e rozumiesz dobre chęci dziadka. To wszystko z miłości. I nie zrobiłby tego, gdyby
cię nie lubił.
Preston poczuł w Ŝołądku lekki ucisk, najprawdopodobniej wywołany
zdenerwowaniem.
- Czego by nie zrobił?
- Nie domyśliłam się, albo po prostu nie uświadomiłam sobie tego jasno,
dopóki tu nie przyjechaliśmy. A szkoda - powiedziała cicho. Usiadła na łóŜku i podała
mu szklankę.
- Kiedy mi powiedziałeś, Ŝe się znacie i Ŝe właśnie on powiedział ci o tym
mieszkaniu, powinnam się była nad tym zastanowić. CóŜ... - wzruszyła ramionami. -
To i tak nic by nie zmieniło.
- Co takiego, Cybil?
Westchnęła, uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
- Wybrał cię specjalnie dla mnie. To dlatego Ŝe mnie kocha - dodała szybko. -
Myśli, Ŝe wie, co jest dla mnie najlepsze: małŜeństwo, rodzina, dom. I najwyraźniej
widzi ciebie w roli mojego męŜa.
To nie z nerwów ściskało Prestona w Ŝołądku. Uświadomił sobie, Ŝe to
najczystsze przeraŜenie.
- Skąd mu to, u diabła, przyszło do głowy? - zapytał gniewnie i gwałtownie
odstawił szklankę na stolik.
- To nie jest zniewaga, McQuinn. - Jej głos brzmiał o wiele chłodniej. - To
komplement. Jak juŜ mówiłam, dziadek bardzo mnie kocha, więc sam rozumiesz, Ŝe
musi mieć o tobie bardzo dobre mniemanie, skoro uznał, Ŝe nadajesz się na mojego
męŜa i na ojca jego licznych prawnuków, na które ma wielką nadzieję.
- Myślałem, Ŝe nie chcesz wychodzić za mąŜ.
- Nie powiedziałam, Ŝe chcę, tylko Ŝe on tego dla mnie pragnie. - Uniosła
dumnie głowę i znów podniosła się z łóŜka. Wzięła szczotkę i zaczęła przeczesywać
nią włosy.
- Natomiast fakt, Ŝe taka myśl najwyraźniej cię przeraŜa, jest dla mnie obelgą.
- Bo ty pewnie uwaŜasz, Ŝe to zabawne.
- Wydaje mi się to... bardzo miłe.
- Wydaje ci się miłe, Ŝe twój dziewięćdziesięcioparoletni dziadek wybiera ci
kandydata na męŜa?
- PrzecieŜ nie porywa ich z ulicy i nie przesłuchuje w piwnicach swojego
domu. - UraŜona rzuciła szczotkę na toaletkę. - Nie wpadaj w panikę, McQuinn.
Jeszcze nie wydrukowałam zaproszeń i nie zamówiłam tortu weselnego. Jestem w
stanie sama sobie znaleźć kandydata, kiedy będę chciała wyjść za mąŜ. A jak juŜ
mówiłam, nie chcę. - Nie wiedziała, co zrobić z rękami, więc nabrała ze słoiczka kre-
mu i zaczęła go wcierać w dłonie. - Jestem zmęczona i chciałabym się połoŜyć. A
poniewaŜ nie lubisz zostawać ze mną w łóŜku do rana, powinieneś juŜ wyjść.
Zastanawiał się, czy w jej odbitych w lustrze oczach widzi tylko złość, czy coś
jeszcze.
- Dlaczego się złościsz?
- Dlaczego się złoszczę? - powtórzyła cicho. Nie wiedziała, czy ma ochotę
krzyczeć, czy płakać. - Jak ktoś, kto tak trafnie i z taką wraŜliwością pisze o tym, co
się dzieje w ludzkich sercach, moŜe zadać tego rodzaju pytanie? Dlaczego się
złoszczę? A jak myślisz, Preston? - Odwróciła się do niego.
- Dlatego Ŝe siedzisz na łóŜku, w którym przed chwilą byliśmy razem, w
pościeli jeszcze ciepłej od naszych ciał i jesteś strasznie przeraŜony, poniewaŜ ktoś,
kto mnie kocha, sądzi, Ŝe między nami powinno być coś więcej niŜ tylko seks.
- AleŜ między nami jest coś więcej niŜ seks. - Poczuł, Ŝe i w nim narasta
gniew. Szybkim ruchem włoŜył spodnie.
- Jest coś więcej? CzyŜby?
Jej chłodny, obojętny ton sprawił, Ŝe Prestona zakłuło poczucie winy.
- ZaleŜy mi na tobie, Cybil. Wiesz o tym.
- Dobrze się ze mną bawisz. To nie to samo.
Tak, w jej oczach lśniło coś więcej niŜ złość. Do takiego wniosku doszedł,
zanim się odwróciła. Czaił się w nich ból. ChociaŜ nie chciał tego zrobić, znów ją
zranił.
Wziął ją za ramię i odwrócił twarzą do siebie.
- ZaleŜy mi na tobie.
- W porządku. - Dotknęła jego ręki, ścisnęła ją i szybko cofnęła dłoń. -
Zapomnijmy o tym.
Chciał się na to zgodzić, Ŝeby bardziej nie komplikować sytuacji, ale
zauwaŜył, Ŝe w uśmiechu, jaki mu posłała, zanim podeszła do okna, krył się smutek.
Jej oczy nadal wyraŜały ból.
- Cybil, nic więcej nie potrafię ci dać.
- O nic więcej nie prosiłam. O, wyszedł księŜyc. Wiatr rozwiał wszystkie
chmury. Jutro pójdziemy nad urwisko. - Bezwiednie roztarta ramiona. Serce w niej
krwawiło. - Trzeba chyba dorzucić drewna do kominka, zrobiło się zimno.
- Zaraz to zrobię.
Ogień w kominku z polnych kamieni płonął jasnym, wesołym płomieniem.
Mimo to Preston wziął spore polano z rzeźbionej skrzyni i włoŜył w ogień, który
natychmiast zaczął je lizać chciwymi językami.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem w pokoju były trzaski i syczenie palącego
się drewna.
MoŜe właśnie dlatego, Ŝe Cybil o nic go nie pytała, nie Ŝądała Ŝadnych
wyjaśnień, poczuł, Ŝe musi jej o sobie coś opowiedzieć.
- MoŜe usiądziesz? - zaproponował.
- Wolę stać tu i patrzeć na gwiazdy. W Nowym Jorku nie widać gwiazd. Za
duŜo świateł. Zapominamy, Ŝe moŜna patrzeć w niebo, nie zastanawiamy się nawet,
gdzie podziały się gwiazdy. W Maine, gdzie dorastałam, na niebie roiło się od nich.
Nie zdaję sobie sprawy, jak bardzo mi ich brakuje, dopóki ich znów nie zobaczę. To
zadziwiające, bez jak wielu rzeczy moŜna się obyć przez jakiś czas i nawet nie
zauwaŜyć, Ŝe ich nie ma. - Zesztywniała, kiedy połoŜył jej ręce na ramionach, ale
zaraz całym wysiłkiem woli rozluźniła mięśnie. Odwróciła się do niego z uśmiechem.
- Skoro juŜ jesteśmy na wsi, to moŜe pójdziemy na spacer, Ŝeby trochę
popatrzeć na rozgwieŜdŜone niebo?
- Nie. Usiądź i posłuchaj mnie.
- Dobrze. - Bardzo starała się zachowywać spokojnie. Podeszła do głębokiego
fotela przy kominku i usiadła.
- Słucham cię, Preston.
Usiadł w fotelu obok niej, pochylił się naprzód i patrząc jej prosto w oczy,
zaczął mówić:
- Zawsze chciałem pisać. Nie pamiętam, Ŝebym kiedykolwiek myślał o innym
zajęciu. Nie powieści, chociaŜ takie było marzenie mojego ojca. Od początku
wiedziałem, Ŝe to będą sztuki teatralne. Wszystko miałem jasno ułoŜone. Scenografia,
kaŜdy akt, ruchy aktorów, dokładny kąt i natęŜenie świateł. Często, moŜe zbyt często,
to był jedyny mój świat, świat, w którym Ŝyłem. Pochodzisz z wybitnej rodziny.
Znacie mnóstwo ludzi, macie wiele obowiązków towarzyskich, prawda?
- Tak, prawda.
- Moja rodzina jest podobna. Znosiłem takie Ŝycie, czasami nawet sprawiało
mi ono przyjemność, ale najczęściej starałem się go unikać.
- Cenisz swoją prywatność. Rozumiem to - stwierdziła. - Mój ojciec jest taki
sam. I Matthew.
- Ceniłem swoją prywatność i bardzo jej potrzebowałem. - Preston był zbyt
niespokojny, Ŝeby usiedzieć w miejscu, więc zaczął krąŜyć po pokoju. - Kocham
rodziców i siostrę, chociaŜ niekiedy wcale się nie rozumiemy. Na pewno zraniłem ich
wiele razy, przez bezmyślność i nieuwagę, ale naprawdę ich kocham.
- AleŜ oczywiście... - zaczęła, jednak zamilkła, kiedy w odpowiedzi tylko
potrząsnął głową.
- Moja siostra, Jenna, zawsze była towarzyska i przez wszystkich lubiana. To
wspaniała kobieta. Nie miała jeszcze dwudziestu jeden lat, kiedy wyszła za mąŜ za
mojego najlepszego przyjaciela z college'u. Sam ich ze sobą poznałem.
WciąŜ jeszcze odczuwał palący ból, kiedy o tym myślał. To on zapoczątkował
ciąg wydarzeń, który doprowadził do nieszczęśliwego końca. Zerknął na wodę w
szklance i poŜałował, Ŝe to nie whisky.
- Świetnie do siebie pasowali - mówił dalej. - Kochali się, byli pełni nadziei i
planów na przyszłość. Jacob urodził się prawie rok po ślubie, a w niecały rok później
Jenna znów zaszła w ciąŜę i bardzo się z tego cieszyła. - Wsunął ręce do kieszeni i
stanął przy oknie, ale nie widział gwiazd. - Mniej więcej w tym samym czasie
wystawiano moją pierwszą sztukę. Grali miejscowi aktorzy, ale ich teatr cieszył się
ś
wietną opinią. Mój ojciec jest znanym pisarzem, więc praca jego syna wzbudziła
zainteresowanie.
- Sama w sobie jest interesująca - oświadczyła Cybil. Spojrzał na nią z
wdzięcznością.
- Teraz juŜ w to wierzę. Ale wtedy, na samym początku, miałem mnóstwo
wątpliwości. Bardzo chciałem wybić się sam, nie polegać na sławie ojca. Oczywiście,
wiele w tym było pychy - stwierdził z namysłem. - Ale teŜ wiele szacunku dla ojca.
Cokolwiek się za tym kryło, ta pierwsza sztuka była dla mnie ogromnie waŜna.
Odwrócił się od niej, jakby potrzebował chwili na zebranie myśli, więc Cybil
odezwała się znowu:
- Kiedy miał się ukazać pierwszy odcinek mojego komiksu, całą noc nie
spałam. Kocham swoją pracę, ale nie zniosłabym, gdyby ludzie myśleli, Ŝe chcę się
posłuŜyć nazwiskiem ojca dla osiągnięcia popularności.
- Niektórzy ludzie będą tak myśleć, choćbyś dokonała nie wiem czego -
powiedział Preston. - Nie wolno się nimi przejmować. NajwaŜniejsza jest praca.
Wtedy dla mnie najbardziej liczyła się moja sztuka. Brałem udział we wszystkich
stadiach przygotowań, w projektowaniu scenografii, kostiumów, wyborze obsady, w
próbach i ustawieniu świateł. Wszystkiego chciałem sam dopilnować.
Uśmiechnęła się leciutko.
- ZałoŜę się, Ŝe doprowadzałeś wszystkich do szału, włącznie z sobą samym.
- Oczywiście. Cały zespół był jednak nie tylko bardzo uzdolniony, ale i bardzo
cierpliwy. Aktorka grająca główną rolę oszołomiła mnie urodą. Nigdy przedtem nie
spotkałem tak pięknej kobiety. Właśnie skończyłem dwadzieścia pięć lat i
zakochałem się w niej bez pamięci. KaŜda minuta spędzona w jej towarzystwie była
dla mnie darem. Wystarczyło mi, Ŝe patrzyłem, jak gra, słuchałem, jak wypowiada
kwestie, które wyszły spod mojego pióra. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy na mnie
patrzyła i pytała, czy tak właśnie ma to zagrać. Im bardziej zacieśniał się nasz
związek, tym mniej liczyła się dla mnie sztuka. Ona była taka łagodna, taka słodka, a
nawet trochę nieśmiała, kiedy schodziła ze sceny. Wykorzystywałem kaŜdy pretekst,
Ŝ
eby z nią być. Potem zauwaŜyłem, Ŝe ona równieŜ szuka mojego towarzystwa.
Zostaliśmy kochankami pewnego niedzielnego popołudnia, w jej łóŜku. Potem rozpła-
kała się i powiedziała mi, Ŝe mnie kocha. W tamtej chwili chyba dałbym sobie za nią
uciąć rękę.
Cybil splotła dłonie na kolanach i zaczęła sobie wyobraŜać, jak to jest być tak
mocno kochaną przez takiego męŜczyznę jak Preston. Nie odzywała się, poniewaŜ
wiedziała, Ŝe jeszcze nie skończył, a to, co miał powiedzieć, ciągle jeszcze jest dla
niego bolesne.
- Całymi tygodniami mój świat kręcił się wokół niej - ciągnął. - Odbyła się
premiera, sztuka zebrała bardzo przyzwoite recenzje. A ja myślałem tylko o tym, Ŝe
dzięki tej sztuce poznałem ją. Tylko to się dla mnie liczyło.
- Miłość zawsze powinna się liczyć najbardziej.
- CzyŜby? - Roześmiał się krótko, w jego oczach rozbłysły iskierki cynizmu. -
Ale słowa są trwalsze, Cybil. Dlatego właśnie pisarz powinien przywiązywać wagę do
nich. Tylko do nich.
Miłość jest trwalsza, pomyślała. Chciała powiedzieć to głośno, ale domyśliła
się, Ŝe w tym wypadku prawda była inna.
- Kupowałem jej prezenty, poniewaŜ ją uszczęśliwiały - mówił Preston -
zabierałem na tańce i do klubu, bo uwielbiała towarzystwo. Była taka piękna,
zasługiwała na odpowiednią oprawę. A do tego potrzeba eleganckich strojów, drogiej
biŜuterii, prawda? Dlaczego miałem jej tego nie kupić? A jeśli potrzebowała trochę
pieniędzy na jakieś drobne wydatki, dlaczego nie wypisać czeku? PrzecieŜ to tylko
pieniądze, a tych mi nie brakowało.
Cybil widziała, dokąd zmierza ta opowieść, a przynajmniej tak jej się
wydawało. Tak bardzo chciała do niego podejść, objąć go, pocieszyć. Jednak w jego
głosie nie słyszała smutku, tylko gorycz.
- Miała talent, a ja chciałem jej pomóc zostać gwiazdą. Dlaczego więc dla
dobra jej kariery nie wykorzystać moich znajomości, wpływów ojca, rodziny?
- Kochałeś ją - powiedziała Cybil cicho. - Dla kogoś, kogo kochamy, jesteśmy
w stanie zrobić więcej niŜ dla siebie.
- I to ma być wytłumaczenie? - Potrząsnął głową. - Nie, wykorzystywanie
innych nigdy nie jest w porządku. Ale wtedy tak nie myślałem. Zaczęła coś
wspominać o małŜeństwie, z początku nieśmiało, niemal z lękiem. Wahałem się.
Powinna całą uwagę poświęcić karierze. Z załoŜeniem domu mogliśmy poczekać.
Powiedziałem jej, Ŝe kiedy sztuka zejdzie z afisza, a jej kariera nabierze rozpędu,
pojedziemy do Nowego Jorku i kupimy sobie własny teatr. Razem zostaniemy
właścicielami teatru. Któregoś dnia przyszła do mnie zapłakana, roztrzęsiona i tak
blada, Ŝe pod jej piękną skórą moŜna było dostrzec kaŜdą Ŝyłkę. Wyznała mi, Ŝe jest
w ciąŜy. Z jej ślicznych oczu popłynęły łzy strachu.
Obwiniała siebie i błagała mnie, Ŝebym jej nie opuszczał. Gdzie by się
podziała, co by zrobiła? Miała tak mało pieniędzy. Bała się. Myślała, Ŝe ją
znienawidzę.
- PrzecieŜ na pewno jej wtedy nie znienawidziłeś - wyszeptała Cybil.
- Oczywiście, Ŝe nie. Nie znienawidziłem jej, nie winiłem za nic. Bałem się,
byłem zaskoczony, ale równieŜ szczęśliwy. Decyzja zapadła jakby bez naszego
udziału. Stało się i teraz juŜ nie musiałem myśleć rozsądnie, ale po prostu mogliśmy
się zaraz pobrać i zacząć wspólne Ŝycie.
- Znów zaczął krąŜyć po pokoju, jak niespokojne zwierzę w klatce. - Pieniądze
nie stanowiły problemu. W wieku dwudziestu pięciu lat uzyskałem prawo do części
spadku po dziadkach. Jeszcze więcej miałem dostać po skończeniu trzydziestego roku
Ŝ
ycia. Pieniądze nie stanowiły problemu - powtórzył. Wziął pogrzebacz i z
wściekłością rozgarnął płonące bierwiona. - Osuszyłem jej łzy, przytuliłem, zapew-
niłem, Ŝe wszystko będzie dobrze. Będzie wręcz cudownie. Zostaniemy w Newport
do narodzin dziecka, potem wyjedziemy do Nowego Jorku, tak jak wcześniej
planowaliśmy. Będzie nas troje, a nie dwoje i będziemy szczęśliwi... Nasze
poŜegnanie było wzruszające. Ja płakałem, a ona wróciła do swojego małego
mieszkanka, Ŝeby trochę odpocząć i zadzwonić do rodziny z cudowną wiadomością.
Umówiliśmy się, Ŝe tego samego dnia, po przedstawieniu, złoŜymy wizytę moim
rodzicom i wszystko im powiemy. Natychmiast zacząłem robić plany. WyobraŜałem
sobie siebie jako męŜa, ojca naszego dziecka...
- Chciałeś tego dziecka - stwierdziła Cybil. Przypomniała sobie, jak naturalnie
wziął na ręce małego Charliego.
- Tak, chciałem. - Stanął plecami do kominka i spojrzał na Cybil. Wzrok miał
chłodny. - Chciałem i jej, i dziecka. Cieszyłem się perspektywą wspólnego Ŝycia.
Byłem niemal w siódmym niebie, kiedy zjawiła się u mnie siostra.
Zamilkł na chwilę. WciąŜ dobrze pamiętał kaŜdy jej ruch i gest. Jakby to była
jeszcze jedna sztuka na scenie teatru.
- Jenna płakała i drŜała tak samo jak Pamela. I tak jak Pamela była w ciąŜy.
Bardziej zaawansowanej. Bałem się, Ŝe sobie zaszkodzi. Rzuciła się w moje ramiona,
szlochając bez końca. Wreszcie, kiedy odzyskała głos, powiedziała mi, Ŝe jej mąŜ ma
romans. - Głos mu się teraz zmienił, stał się bardziej ponury. - Opowiedziała mi, jak
zostawiła małego Jacoba z matką i wróciła do domu, poniewaŜ czegoś zapomniała.
Miały gdzieś jechać na cały dzień, więc maŜ oczekiwał jej powrotu później niŜ
godzinę po wyjściu. Nie spodziewał się, Ŝe Jenna wejdzie do sypialni i zastanie go z
kochanką. Zobaczyła obcą kobietę we własnym łóŜku i męŜa nerwowo wciągającego
spodnie.
- Och, Preston. Jakie to musiało być dla niej okropne. - Cybil wstała i podeszła
do niego, Ŝeby go pocieszyć. - Jakie straszne dla całej twojej rodziny. Ona pewnie... -
Nagle domyśliła się, co usłyszy. Przypomniały jej się niektóre sceny z jego
najsłynniejszej sztuki. - Och nie, BoŜe...
Nie chciał przyjąć jej współczucia.
- W „Zagubionych duszach” nosi imię Leanna, ale to dokładny portret Pameli -
mówił. - Piękna, sprytna i zimna. Kobieta, która grała na scenie i w Ŝyciu. Potrafiła
manipulować męŜczyzną jak marionetką. Dla pieniędzy, wpływów, kariery wyszłaby
za mnie. W ten sposób dałaby znaczące w towarzystwie nazwisko dziecku, którego
ojcem był mój najbliŜszy przyjaciel, mąŜ mojej siostry. Ale ja juŜ nie byłem tym
zainteresowany.
- Kochałeś ją, a ona cię zraniła. Okaleczyła cię. Tak mi przykro...
- Owszem, kochałem ją i odebrałem od niej cenną lekcję. Nie naleŜy ufać
sercu. Moja siostra zaufała swojemu i omal jej to nie zniszczyło. Gdyby nie Jacob i
dziecko, które dopiero miało się urodzić, nie przeŜyłaby tego. Dzieci jej
potrzebowały, dlatego jakoś to wszystko wytrzymała.
- Ale ty nie miałeś takiego oparcia.
- Miałem pracę i satysfakcję z ostatniej rozmowy z kobietą, która odcisnęła
takie piętno na naszym Ŝyciu. Płakała i zaklinała się, Ŝe to wszystko kłamstwa, jakaś
straszliwa pomyłka. Błagała mnie, Ŝebym jej uwierzył, i prawie dopięła swego.
Umiała kłamać po mistrzowsku.
- Kochałeś ją i chciałeś jej wierzyć - wyszeptała Cybil.
- MoŜe i tak. Zaczęliśmy się kłócić i wtedy maska opadła z jej twarzy.
Wreszcie zobaczyłem jej prawdziwe oblicze - oblicze złej, kłamliwej kobiety.
Kobiety, która dla czystej przyjemności, bez skrupułów uwiodła cudzego męŜa, a ze
mną była dla pieniędzy i sławy. - Uśmiechnął się blado. - Do końca grała w mojej
sztuce. Nie moŜna przerywać przedstawienia.
- Jak to zniosłeś?
- Była doskonałą aktorką, a ja powtarzałem sobie, Ŝe moja praca jest
waŜniejsza od niej, waŜniejsza niŜ cokolwiek innego. - Uniósł brew. - UwaŜasz, Ŝe to
była z mojej strony wyrachowana decyzja?
- Nie. - PołoŜyła mu dłonie na ramionach, potem na policzkach. Zastanawiała
się, czy Preston nie rozumie, Ŝe jeszcze nie otrząsnął się po tamtych wydarzeniach,
nie wyleczył ran. - Zachowałeś się dzielnie. - Przytuliła się do niego i westchnęła
głęboko, kiedy otoczył ją ramionami. - Ona nie zasługiwała nawet na najmniejszy
kawałek twojego serca. Ani wtedy, ani teraz.
- Teraz jest tylko interesującą postacią dramatu. Nigdy juŜ nie dam nikomu
tyle z siebie. Nie mam nic więcej do ofiarowania.
- Jeśli naprawdę w to wierzysz, ona nadal jest w twoim sercu. - Do oczu Cybil
napłynęły łzy. - W ten sposób pozwalasz jej wygrać.
- Nikt z nas nie wygrał, ani ja, ani moja siostra, ani przyjaciel. Troje głęboko
zranionych ludzi. Pamela zyskała tylko kilka propozycji pracy. Nikt nie wygrał -
powtórzył szeptem i otarł łzę z jej policzka. - Nie płacz. Nie opowiedziałem ci tego po
to, Ŝeby doprowadzić cię do płaczu. Chciałem tylko, Ŝebyś zrozumiała, kim jestem.
- Wiem, kim jesteś. I nic nie poradzę, Ŝe czuję twój ból.
- Cybil... - Przyciągnął ją do siebie. - Jeśli nadal będziesz nosiła serce na dłoni,
ktoś ci je w końcu złamie.
Zamknęła oczy. Co miała mu powiedzieć? śe juŜ się to stało?
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Daniel uznał, Ŝe najwyŜsza pora porozmawiać z młodym Prestonem na
osobności. Z łatwością zwabił go do swojego gabinetu w wieŜy, kiedy Cybil i Anna
były zajęte w innej części domu, a Matthew gdzieś przepadł, zapewne w po-
szukiwaniu inspiracji do swojej kolejnej metalowej zabawki.
Rzeźby wnuka niezmiennie napawały Daniela dumą, ale teŜ zadziwiały.
- Siadaj, chłopcze. Rozprostuj nogi. - Daniel podszedł do półki z ksiąŜkami i
wziął egzemplarz „Wojny i pokoju”. Z wyciętej w tomie skrytki wyjął cygaro. -
Skusisz się?
Preston spojrzał na niego zaskoczony.
- Nie, dziękuję. Bardzo interesująca lektura, panie MacGregor.
- Człowiek robi, co moŜe, Ŝeby Ŝona nie zrzędziła nad uchem. - Daniel
przesunął cygaro pod nosem, z uznaniem wciągnął jego zapach, westchnął
uszczęśliwiony i wolno zapalił. Ten rytuał był waŜną częścią przyjemności.
Otworzył kluczykiem dolną szufladę wielkiego dębowego biurka i wyjął duŜą
muszlę. Miała mu słuŜyć za popielniczkę. Obok postawił miniaturowy wiatraczek na
baterię. To był jego najnowszy sprzęt, za pomocą którego chciał wywieść w pole
Annę.
- śona zabrania mi palić. - śeby podkreślić tragizm tej sytuacji, Daniel smutno
potrząsnął głową. - A im jest starsza, tym ma ostrzejszy węch. Wywęszy wszystko,
jak pies gończy - westchnął i usiadł wygodniej w wielkim, skórzanym fotelu.
- A co będzie, jeśli tu wejdzie? - zaciekawił się Preston.
- Będziemy się tym martwić, kiedy juŜ się to stanie. Powiedz mi tymczasem,
chłopcze, jak ci idzie pisanie.
- Bardzo dobrze.
- Wiedz, Ŝe pytam o to jako inwestor. Jestem tobą zainteresowany.
- Rozumiem.
- Podziwiam ksiąŜki twojego ojca. Mam tu kilka. - Wypuścił w powietrze kłąb
dymu. - A wróble ćwierkają, Ŝe Hollywood zainteresował się twoją sztuką.
- Ma pan dobre ucho.
- Owszem. Jak się odnosisz do tego pomysłu, Ŝeby zamienić sztukę w film?
- To moŜe być ciekawe.
- Grywasz w pokera, prawda?
- Zdarzało się, Ŝe siadałem do stolika.
- ZałoŜę się, Ŝe potrafisz grać. Trudno poznać, co masz w kartach. Podoba mi
się to. - Z namysłem strzepnął popiół do muszli. - Zamierzasz zostać w Nowym Jorku
jeszcze przez kilka miesięcy, tak?
- Na pewno co najmniej przez miesiąc. Do tego czasu zakończą się główne
prace w moim domu.
- To piękny, duŜy dom, do tego nad morzem. - Daniel uśmiechnął się, kiedy
Preston spojrzał na niego czujnie. - Wróble ćwierkają mi o róŜnych rzeczach. Dobrze,
gdy męŜczyzna ma własny dom. Niektórzy z nas nie nadają się do Ŝycia w ulu.
Konieczna nam przestrzeń dla siebie i dla rodziny, Ŝeby móc się rozwijać.
Potrzebujemy miejsca, gdzie moŜna spokojnie wypalić cygaro! - Dramatycznym
gestem uniósł ramiona, a Preston z trudem zapanował nad sobą, Ŝeby się nie
roześmiać.
- Święta prawda - zgodził się. - Oczywiście, mój dom nie moŜe się równać z
pana domem.
- Jesteś jeszcze młody. Masz czas. Zbudujesz kiedyś większy. Na pewno teŜ
nad morzem, bo nad morzem się wychowałeś.
- Nie chciałbym mieszkać w mieście. - Preston cały czas był spięty. Nie bardzo
wiedział, dokąd zmierza ich rozmowa. - A gdybym wylądował na jakimś
podmiejskim osiedlu, po tygodniu poderŜnąłbym sobie gardło.
Daniel roześmiał się i spojrzał na niego przez kłąb dymu.
- Pilnie strzeŜesz swojej niezaleŜności, co jest całkiem rozsądne. Ale kiedy
niezaleŜność i potrzeba prywatności zamienia się w izolację, sytuacja przestaje być
zdrowa, prawda?
- Kiedy wyglądam z okna pana zamku, nie widzę jakoś Ŝadnych sąsiadów
zaglądających przez Ŝywopłot.
- Rzeczywiście - ze śmiechem odrzekł Daniel. - Owszem, dbamy o
zachowanie prywatności, ale nie izolujemy się od ludzi. Wiesz, Ŝe Cybil teŜ
wychowała się nad morzem? - Wsunął cygaro między zęby. - W domu na wybrzeŜu
stanu Maine, gdzie jej ojciec strzegł swojej prywatności jak lew.
- Tak, słyszałem - odrzekł Preston ostroŜnie.
- Jej ojciec to przyzwoity człowiek, chociaŜ Campbell. - Stary MacGregor
zabębnił palcami o skraj biurka. - Były takie czasy, Ŝe szkocki góral za Ŝadne skarby
nie wpuściłby Campbella za próg. Mam nadzieję, Ŝe nie Ŝywisz nienawiści do niego
ani nikogo z tego rodu?
Upłynęła minuta, a moŜe nawet dwie, zanim Preston zrozumiał, Ŝe Daniel ma
na myśli wypadki podczas szkockiego powstania sprzed dwustu lat. Wiedząc, Ŝe
wybuch śmiechu byłby tu nie na miejscu, udał, Ŝe dostał ataku kaszlu.
- Nie - odparł powaŜnie. - Czasy się zmieniają. Trzeba iść naprzód.
- Słuszne słowa! - Zadowolony Daniel uderzył pięścią w biurko. - Jak juŜ
mówiłem, to przyzwoity człowiek, a jego Ŝona to wspaniała kobieta. TeŜ płynie w niej
dobra krew. Mogą być dumni ze swoich dzieci.
- Na pewno ma pan rację.
- Oczywiście, Ŝe mam. Sam widziałeś, prawda? Moja Cybil to piękna i mądra
młoda kobieta. Serce ma wielkie jak księŜyc, a gorące jak słońce. Przyciąga do siebie
ludzi jak magnes. Jest w niej jakieś światło, nie sądzisz?
- Tak. To wyjątkowa osoba.
- Nie ma w niej ani krzty fałszu i przebiegłości - ciągnął Daniel, spoglądając
bystro na swojego rozmówcę. - Zbyt często zapomina jednak o własnych uczuciach,
Ŝ
eby czasem nie zranić kogoś innego. Nie, nie jest słaba. Nikt, w kim płynie tyle
dobrej szkockiej krwi, nie moŜe być słaby. Zapędzona w róg będzie się bronić do
ostatka, ale prędzej zada ból sobie, niŜ skrzywdzi innego człowieka. Trochę się więc o
nią martwię...
Wszystko to, co mówił Daniel, było Prestonowi wiadome, mimo to
niespokojnie poruszył się w fotelu.
- Moim zdaniem nie musi się pan martwić o Cybil.
- Martwienie się o wnuki to prawo, obowiązek i miły przywilej kaŜdego
dziadka. Cybil szuka miejsca, gdzie mogłaby przelać całą miłość, jaką w sobie nosi.
MęŜczyzna, który zdobędzie jej serce, będzie do końca Ŝycia szczęśliwy.
- Niewątpliwie.
- Wiem, Ŝe wpadła ci w oko, McQuinn. - Daniel pochylił się ku swemu
rozmówcy. - Nie muszę słuchać Ŝadnych wróbli, Ŝeby to wiedzieć.
- Jak pan sam mówił, to piękna kobieta.
- A ty jesteś trzydziestoletnim kawalerem. Jakie masz intencje wobec niej?
No, wreszcie przechodzimy do rzeczy, stwierdził w duchu Preston.
- Nie mam Ŝadnych - odrzekł.
- A więc najwyŜsza pora, Ŝebyś je znalazł. - Dla podkreślenia wagi swoich
słów Daniel uderzył dłonią w biurko. - Chyba nie jesteś ślepy ani głupi, co?
- Nie jestem.
- Więc co cię powstrzymuje? Ta dziewczyna to dokładnie to, czego ci w Ŝyciu
potrzeba! Przy niej nie byłbyś taki śmiertelnie powaŜny, nie zakopałbyś się w swojej
norze jak niedźwiedź liŜący rany! - Znacząco wskazał na niego cygarem. - A gdybym
nie był pewny, Ŝe jesteś odpowiednim męŜczyzną dla mojej wnuczki, na pewno nie
znalazłbyś się w jej pobliŜu. Zapewniam cię.
- Wiem. To pan mnie rzucił pod jej próg, niby to wyświadczając mi przysługę.
- Zdenerwowany Preston zerwał się z fotela. Czuł się tak, jakby schwytano go w
pułapkę.
- Oddałem ci największą przysługę w Ŝyciu. Powinieneś mi dziękować, a nie
patrzeć tak, jakbyś miał ochotę skręcić mi kark.
- Nie wiem, jak rodzina i przyjaciele traktują pana manipulacje, ale mnie się
one nie podobają i wcale ich nie potrzebuję.
- AleŜ potrzebujesz, potrzebujesz! - zagrzmiał Daniel. - Gdyby było inaczej,
nie zadręczałbyś się czymś, co dawno minęło, a zająłbyś się teraźniejszością.
Gniewne płomienie w oczach Prestona zamieniły się w lód.
- To moja prywatna sprawa.
- Raczej twoja wada - zaoponował Daniel. Z przyjemnością patrzył, jak
Preston doskonale panuje nad swoim wzburzeniem. - KaŜdy moŜe mieć jedną czy
dwie. śyję na tym świecie ponad dziewięćdziesiąt lat, obserwuję ludzi, oceniam ich,
widzę takimi, jacy są w rzeczywistości. Coś ci powiem, McQuinn. Ty jeszcze tego nie
wiesz, bo jesteś albo zbyt młody, albo zbyt uparty. Pasujecie do siebie. Uzupełniacie
się.
- Myli się pan.
- W Ŝadnym wypadku! Moja wnuczka nie zaprosiłaby cię do tego domu,
gdyby cię nie kochała. A ty byś z nią tu nie przyjechał, gdybyś nie czuł tego samego.
Tym razem Daniel zauwaŜył z satysfakcją, Ŝe Preston pobladł. CóŜ, niektórzy
ludzie boją się miłości.
- Źle pan ocenił sytuację. - Preston mówił spokojnie, chociaŜ szalała w nim
burza uczuć. - To, co jest miedzy mną a Cybil, nie ma nic wspólnego z miłością. A
jeśli ją zranię, pan równieŜ będzie za to odpowiedzialny. - Z tymi słowy
wymaszerował gniewnie z gabinetu.
Daniel wypuścił kłąb dymu z cygara. Wiedział, Ŝe ból jest nieodłączną częścią
miłości. Z niechęcią przyznał przed sobą, Ŝe jego ukochaną wnuczkę zapewne czekają
trudne chwile. Owszem, częściowo i on ponosił za to winę. Ale kiedy Preston
przestanie się wić jak uparty pstrąg na haczyku i da jej wreszcie szczęście...
Ciekawe, komu wtedy będą się naleŜały podziękowania, jeśli nie Danielowi
MacGregorowi, pomyślał i z błogim uśmiechem dokończył cygaro.
Cybil martwiła się, Ŝe wizyta w Hyannis Port wprawiła Prestona w
rozdraŜnienie. Nawet po powrocie do Nowego Jorku nie opuścił go zły nastrój.
Nie winiła go za to. Pogodziła się z faktem, Ŝe to trudny człowiek. Czy mogło
być inaczej po tym, co go spotkało?
Musi długo trwać, zanim taki wraŜliwy człowiek, którego ktoś tak okrutnie
zranił, znów komuś zaufa i zdecyduje się okazać uczucie.
Oczywiście mogła na niego zaczekać.
Ale to bardzo bolało. Nie mogła nie czuć bólu, kiedy Preston odwracał się od
niej trochę zbyt szybko, zamykał się przed nią u siebie i pogrąŜał w pracy, uciekał do
klubu lub na spacer. Często teraz wychodził o najróŜniejszych godzinach i jasno
dawał jej do zrozumienia, Ŝe chce spacerować sam, bez jej towarzystwa.
Powtarzała sobie, Ŝe to praca wprawia go w taki nastrój, chociaŜ nie mogła
być tego pewna, poniewaŜ przestał z nią rozmawiać o sztuce. Zapewne uznał, Ŝe
Cybil nie zrozumie cierpienia, radości i frustracji, jakie niesie ze sobą pisanie. Bolało,
ale postanowiła zaakceptować ten ból.
Jej własna praca weszła zresztą na nowe tory i wymagała teraz od niej więcej
czasu i energii. Spotkanie, które odbyła przed wyjazdem, okazało się bardzo udane.
Nikomu jeszcze o tym nie mówiła, ani rodzinie, ani przyjaciołom, ani Prestonowi.
To dlatego, Ŝe nie chciałam zapeszać, myślała, wysiadając przed domem z
taksówki. Bała się, Ŝe kiedy komuś o tym powie, cała rzecz nie dojdzie do skutku.
Teraz wszystko było juŜ załatwione.
Poczuła, Ŝe z radości serce wali jej jak młotem. Roześmiała się sama do siebie.
Nie mogła się doczekać, kiedy przekaŜe wszystkim nowinę.
MoŜe wyda przyjęcie, Ŝeby uczcić tę okazję? Głośne, zwariowane, wesołe
przyjęcie. Szampan i balony. Pizza i kawior.
W radosnych podskokach wbiegła na górę. Musi zadzwonić do rodziców, do
reszty rodziny, musi spotkać się z Jody, Ŝeby mogły razem piszczeć z uciechy.
Ale przed wszystkim musi powiedzieć Prestonowi.
Obiema pięściami zadudniła energicznie do jego drzwi, wybijając wesoły
rytm. Pewnie pracuje, ale jej nowina nie moŜe czekać. Na pewno ją zrozumie.
Muszą wspólnie to uczcić. Wypiją szampana, chociaŜ to dopiero wczesne
popołudnie, trochę się wstawią, będą się wygłupiać, a potem kochać bez pamięci.
Kiedy otworzył drzwi, stała w progu, rozpromieniona jak słońce.
- Cześć! Właśnie wróciłam! Nie uwierzysz, jak ci wszystko opowiem!
Miał na sobie zmięte ubranie, był nieogolony. Od razu zdenerwowało go to, Ŝe
na jej widok był w stanie zapomnieć o pracy. Wystarczyło jedno spojrzenie.
- Cybil, jestem zajęty...
- Wiem. Przepraszam. Ale chyba pęknę, jeśli komuś o tym nie opowiem. -
Objęła dłońmi jego zarośnięte policzki. - A tobie przyda się krótka przerwa.
- Jestem w środku pisania - zaczął, ale ona juŜ weszła do mieszkania.
- ZałoŜę się, Ŝe nic nie jadłeś. A ja właśnie wracam z tej nowej restauracji,
którą wszyscy się zachwycają. Zrobię ci kanapkę i...
- Nie chcę kanapki - warknął i nalał sobie zaparzonej przed kilkoma
godzinami kawy. - Nie mam czasu na przerwę. Chcę wracać do pracy.
- Musisz coś zjeść. - Wsunęła głowę do lodówki, ale zaraz się cofnęła, kiedy
usłyszała, Ŝe Preston idzie na górę. - Na litość boską! Daj spokój! - Zniecierpliwiona
wzniosła oczy do nieba i ruszyła jego śladem. - Dobrze, nie zrobię ci kanapki. Muszę
ci jednak opowiedzieć, jak spędziłam dzień. Ojej, ciemno tu jak w grobie. - Bez
namysłu podeszła do okna i zaczęła rozsuwać zasłony.
- Zostaw to, do cholery!
Zamarła w bezruchu, a potem wolno opuściła ramię. Dobry humor w jednej
chwili gdzieś zniknął. Preston siedział juŜ przy komputerze, nie zwracając na nią
najmniejszej uwagi. Odciął się od niej, tak samo jak odciął się od świata za oknem.
Zupełnie nie dbał o jej uczucia.
- Tak łatwo wyrzucasz mnie ze swoich myśli. Barykadujesz się przede mną -
wyszeptała.
W jej głosie wyraźnie słychać było ból. Postanowił, Ŝe tym razem nie da się
wpędzić w poczucie winy.
- Nie przychodzi mi to łatwo, ale w tej chwili jest konieczne.
- No tak. Ty pracujesz, a ja bezczelnie przeszkadzam genialnemu twórcy.
UniemoŜliwiam tworzenie wielkiego dzieła, z którego pewnie i tak bym nic nie
zrozumiała.
- Ty potrafisz pracować, kiedy ktoś zagląda ci przez ramię. Ja nie - wyjaśnił
zirytowany.
- Kiedy nie pracujesz, równie łatwo o mnie zapominasz. Odprawiasz mnie,
kiedy masz mnie dość. A to nie ma nic wspólnego z twoją pracą.
Odsunął się od komputera i zwrócił w jej stronę.
- Nie jestem w nastroju do kłótni.
- No właśnie. Twój nastrój zawsze o wszystkim decyduje. Liczy się tylko to,
czy ty masz ochotę na moje towarzystwo, czy nie; czy chcesz rozmawiać, czy
milczeć; dotykać mnie czy odwrócić się plecami.
Po tonie dziewczyny poznał, Ŝe podjęła jakąś ostateczną decyzję i ogarnęła go
panika.
- Dlaczego nic nie mówiłaś, skoro ci to nie odpowiadało?
- Masz rację. Nie mówiłam. Ale teraz nie mam ochoty, Ŝebyś mnie traktował
jak jakaś uciąŜliwą przeszkodę. Nie mam ochoty czekać, kiedy będziesz w nastroju do
rozmowy. Nie podoba mi się, Ŝe moje sprawy nie są dla ciebie godne uwagi.
- Mam przerwać pracę, Ŝeby wysłuchać, jak udały ci się zakupy i gdzie zjadłaś
lunch?
Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała, tylko wydała cichy, bolesny okrzyk.
- Przepraszam. - Wstał, wściekły na siebie samego. Cybil wyglądała tak, jakby
wymierzył jej policzek. - Dochodzę juŜ do końca sztuki, więc jestem trochę
rozkojarzony i zły - wyjaśnił. Nie ruszyła się z miejsca, tylko patrzyła na niego
zranionym wzrokiem. - Chodźmy na dół.
- Nie. Muszę juŜ iść. - Cybil czuła, Ŝe łzy palą ją pod powiekami, spływają do
gardła. - Rozbolała mnie głowa, a jeszcze powinnam zadzwonić w kilka miejsc.
Najlepiej będzie, jak wezmę aspirynę i trochę się prześpię.
Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się, kiedy połoŜył jej dłoń na ramieniu.
Poczuł, Ŝe zadrŜała. Było mu wstyd.
- Cybil...
- Źle się czuję. Pójdę do domu i połoŜę się do łóŜka. Wyrwała mu się i
wybiegła. Po chwili trzasnęły drzwi.
- Ty głupi sukinsynu - zaklął pod nosem i potarł oczy.
- Zachowujesz się jak ostatni łajdak.
Zaczął krąŜyć po pokoju, pełen obrzydzenia do samego siebie. Stanął przy
oknie i gwałtownie rozsunął zasłony.
ZmruŜył oczy, kiedy do środka wdarło się jaskrawe światło słońca. Chyba
rzeczywiście odizolował się od świata za oknem. Ale przecieŜ w izolacji zawsze
lepiej mu się pracowało. Zresztą nie musi nikomu się tłumaczyć ze swoich nawyków i
przyzwyczajeń.
Co jednak w niego wstąpiło, Ŝe tak grubiańsko się wobec niej zachował?
Do diabła, przecieŜ wpadła nieproszona, w najgorszym z moŜliwych
momentów. Miał prawo do prywatności, do własnej przestrzeni, zwłaszcza gdy praca
szła mu szybko, a słowa same wypływały z niego strumieniem.
Nie chciał jej odprawić ani ignorować. Jak moŜna zignorować kogoś, o kim
stale się myśli?
Jednak częściowo była to prawda. Od czasu rozmowy z Danielem
MacGregorem w Hyannis Port z rozmysłem próbował wykreślić Cybil ze swojego
serca.
A wszystko dlatego, Ŝe ten sprytny, wścibski, podstępny starzec miał rację:
Preston juŜ był zakochany w jego wnuczce.
Starał się to uczucie zignorować, stłumić, odepchnąć od siebie, licząc na to, Ŝe
samo minie, zanim na dobre rozgości się w jego sercu.
Nie zamierzał jeszcze raz naraŜać się na miłość, poniewaŜ dokładnie wiedział,
jak odmienia ona serce i duszę, jak wyciska z nich ostatnią kroplę krwi. Nie pozwoli
sobie więcej na popadniecie w taki stan zupełnej bezbronności wobec kobiety.
Znów zaciągnął zasłony w oknach. Przywróci ich stosunkom równowagę i
oboje będą wtedy szczęśliwsi.
Jeśli zaś chodzi o jego nieznośne zachowanie w ciągu ostatnich dni,
wynagrodzi jej to jakoś. PrzecieŜ w niczym sobie na nie nie zasłuŜyła.
Wiedział, Ŝe nie będzie w stanie pracować, więc zszedł na dół. Zastanowił się,
czy nie zapukać do drzwi po drugiej stronie korytarza i nie przeprosić. Ale ona
równieŜ miała prawo do prywatności. Nie będzie jej nachodził, wybierze się na
spacer.
Dopiero kiedy zobaczył kolorowe kwiaty na ulicznym wózku, przyszło mu do
głowy, Ŝeby je kupić. Nie róŜe. Wydały mu się zbyt oficjalne. Nie stokrotki - były we-
sołe, ale zbyt zwyczajne. Zdecydował się na jasnoŜółte i białe tulipany.
Gdy juŜ miał je w ręku, od razu zrobiło mu się lŜej na sercu.
WciąŜ szedł przed siebie. Zrozumiał, Ŝe od dawna juŜ nie pozwolił sobie na
chwilę oddechu, nie uporządkował myśli. Teraz miał okazję zastanowić się nad
słowami Cybil, wypowiedzianymi podczas tej krótkiej sceny w zaciemnionym
pokoju.
Jak często się zdarzało, Ŝe zapominała o tym, na co ma ochotę, Ŝeby jemu
dogodzić? Tutaj teŜ stary MacGregor się nie pomylił. Cybil miała taką naturę, Ŝe
najpierw myślała o potrzebach innych, a dopiero na końcu o sobie.
Nie znał drugiej tak bezinteresownej, szczodrej osoby, w dodatku potrafiącej
do tego stopnia cieszyć się Ŝyciem. On kiedyś teŜ taki był, ale teraz zdarzało mu się to
tylko czasami - w towarzystwie Cybil.
Była bardzo przejęta, kiedy wpadła do jego mieszkania. Często widywał ją w
takim stanie, więc uznał to za naturalne. Nie zastanawiał się, co wywołało ten
niezwykły, radosny błysk w oczach.
Tym razem bardzo szybko udało mi się zgasić ten błysk, pomyślał wściekły na
samego siebie.
Zdał sobie sprawę, Ŝe niemal od pierwszej chwili znajomości traktował ją źle.
Czy potrafi to zmienić? Tak, potrafi.. I zmieni. Da jej tyle, ile od niej wziął.
ZrównowaŜy ich układ. KaŜde z nich będzie zadowolone, więc kiedy nadejdzie czas,
Ŝ
e będą musieli rozluźnić łączące ich więzy - a tak się na pewno kiedyś stanie -
zostaną przyjaciółmi.
Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, Ŝe mogłaby zupełnie zniknąć z jego Ŝycia.
Spacerował przez całe popołudnie. Kiedy wieczorem stanął pod jej drzwiami z
bukietem kwiatów, wcale nie czuł się głupio. Był spokojny. Wiedział, Ŝe robi dobrze.
Otworzyła mu drzwi po drugim dzwonku.
- Odpoczęłaś trochę?
- Tak. - Po ich rozmowie zasnęła tak szybko, jakby sen był ucieczką przed
problemami. - Dziękuję.
- Masz ochotę na moje towarzystwo? - Wyjął bukiet zza pleców. - I na
tulipany?
- Eee... Oczywiście. Jakie piękne. Zaraz przyniosę wazon. Jak okropnie musiał
się do niej odnosić, skoro zwykły bukiet kwiatów był dla Cybil takim zaskoczeniem.
- Przykro mi z powodu tego, co dzisiaj między nami zaszło.
A więc te kwiaty to przeprosiny, pomyślała, wyjmując z szafki wazon z
niebieskiego szkła. Ogarnęło ją lekkie rozczarowanie, Ŝe nie kupił jej kwiatów ot tak,
bez okazji. Szybko je stłumiła i uśmiechnęła się.
- Nic się nie stało. Trzeba się liczyć z czymś takim, jeśli się wtargnie do
jaskini niedźwiedzia.
- AleŜ stało się. - Wziął ją za rękę. - I bardzo cię za to przepraszam.
- W porządku.
- Tylko tyle? Wiele kobiet nie pozwoliłoby męŜczyźnie tak łatwo się wywinąć.
Musiałby trochę się poczołgać.
- Nie zaleŜy mi na tym, Ŝeby ktoś się przede mną czołgał. Prawdziwy z ciebie
szczęściarz, co?
Uniósł jej rękę do ust i pocałował.
- Tak, jestem szczęściarzem. - Znów spostrzegł w jej oczach zaskoczenie.
Zrozumiał, Ŝe jeszcze nigdy dotąd nie dał jej czułości, nie obdarzył romantycznym
gestem. Zadziwiła go własna głupota. - Pomyślałem sobie, Ŝe jeśli czujesz się lepiej,
to moglibyśmy gdzieś wyjść na kolację.
- Wyjść? - Zamrugała oczami.
- Jeśli masz ochotę. A jeśli nie czujesz się na siłach, to zjemy spokojnie w
domu. Jak sobie Ŝyczysz. - Ujął jej twarz w dłonie i lekko dotknął ustami czoła.
- Kim ty jesteś? - zapytała podejrzliwie. - Co robisz w ciele Prestona?
Roześmiał się i pocałował ją w policzki.
- Powiedz mi, co chcesz robić, Cybil. To spojrzenie, ten dotyk...
- Ja... ja... chyba sama zrobię coś do jedzenia.
- Jeśli nie chcesz nigdzie wychodzić, sam się zajmę kolacją.
- Ty? Ty? No dobrze, dość tego. Dzwonię po policję. Przyciągnął ją do siebie i
mocno objął.
- Nie, nie będę gotował. Mogłabyś tego nie przeŜyć.
- Pogłaskał ją po głowie. - Zamówię coś na wynos.
- No dobrze.
- Jesteś spięta - wyszeptał i rozmasował jej ramiona.
- Jeszcze nigdy nie byłaś taka spięta. Ciągle boli cię głowa?
- Nie, juŜ mi prawie przeszło.
- A moŜe pójdziesz na górę i zrobisz sobie kąpiel? To cię powinno rozluźnić.
Potem włoŜysz jeden z tych szlafroków, które tak lubisz, i spokojnie sobie coś zjemy.
- Nic mi nie jest. Mogę sama coś ugotować... - Słowa uwięzły jej w gardle,
kiedy delikatnie dotknął ustami jej ust.
- Idź na górę. - Odsunął ją od siebie i uśmiechnął się na widok jej
rozmarzonych, półprzytomnych oczu. - Ja się wszystkim zajmę.
- No dobrze. Zdaje się, Ŝe nie jestem jeszcze w pełnej formie. Aha, numer
pizzerii jest obok telefonu.
- Dam sobie radę. - Popchnął ją ku schodom. - Zrób sobie pachnącą kąpiel.
- Dobrze. - W połowie schodów zatrzymała się i spojrzała na niego uwaŜnie. -
Preston?
- Słucham?
- Czy ty... - Roześmiała się cicho i potrząsnęła głową. - Nic. NiewaŜne.
Postaram się szybko zejść na dół.
- Nie śpiesz się. - Potrzebował trochę czasu, Ŝeby wszystko przygotować przed
jej powrotem.
Gdy zniknęła na górze, uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Jego czułość
i troska niemal odebrały jej mowę. Kiedy zobaczy, co dla niej zaplanował, nie
uwierzy własnym oczom.
Podniósł słuchawkę i nacisnął guzik obok imienia Jody.
- Jody? Tu Preston McQuinn. Czy Cybil ma tu w pobliŜu jakąś ulubioną
restaurację? Nie, nie chodzi mi o tę włoską knajpkę. Mam na myśli coś bardziej
eleganckiego, na przykład z francuskim jedzeniem.
Najpierw się uśmiechnął, słysząc pełne zaskoczenia „Oooo!”, a potem szybko
zapisał nazwę, którą mu podała.
- Pewnie nie masz ich numeru telefonu pod ręką? Masz? Jesteś niesamowita!
A moŜe wiesz jeszcze, jakiemu deserowi z ich menu nie potrafi się oprzeć?
Zapisałem, dziękuję. Okazja? Nie, to Ŝadna okazja. Zwykła kolacja w domu. Dzięki
za informacje. - Roześmiał się głośno, kiedy Jody zalała go potokiem pytań. - Hej,
przecieŜ oboje wiemy, Ŝe jutro Cybil opowie ci wszystko ze szczegółami.
Zadzwonił szybko do restauracji i powiedział, czego potrzebuje. Potem zaś
zabrał się do pracy.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Zrobiła tak, jak sugerował Preston. Nie śpieszyła się. Musiała przywyknąć do
jego nowego, dziwnego nastroju. A moŜe nie było to nic nowego, tylko po prostu
wcześniej nie ujawnił przed nią tej strony swojego charakteru?
Skąd mogła wiedzieć, Ŝe potrafi być taki dobry i czuły? Nie mogła teŜ
przewidzieć, Ŝe przez to jeszcze trudniej jej będzie zapanować nad własnymi
uczuciami.
Kochała go. Kochała, kiedy traktował ją niedbale i opryskliwie, kiedy ją
rozśmieszał i śmiał się z jej Ŝartów, kiedy był rozpalony i namiętny. Kochała mimo
wszystko. Czy teraz, kiedy okazywał jej dobroć i troskę, jej miłość się pogłębi? Och,
na pewno.
Pewnie stara się jej wynagrodzić to, Ŝe ją zranił. Pewnie nie zdaje sobie nawet
sprawy, jak bardzo cierpiała, jednak postanowił wszystko naprawić.
Czy mogła mu odmówić?
Cichy, spokojny wieczór w domu dobrze im zrobi. On nie znosi tłumów, a ona
akurat dzisiaj nie miała ochoty na wyprawę do miasta. Zjedzą sobie pizzę przed
telewizorem, w swobodnej atmosferze. Będą się śmiać, rozmawiać o głupstwach,
kochać się, a na ekranie będzie leciał jakiś stary film. Wszystko znowu stanie się
proste, bo tak jest najlepiej dla nich obojga.
Uspokojona włoŜyła długi szlafrok z niebieskiego jedwabiu, przeczesała
palcami wilgotne włosy i wyszła z łazienki.
Najpierw usłyszała muzykę, cichą i zmysłową. Taka muzyka nastraja do
miłości. Nie zdziwiło jej to. W końcu Preston lubi muzykę i zna się na niej.
Będąc w połowie schodów, zobaczyła płonące świece. Całe tuziny płomyków
kołysały się i tańczyły wokół. W kręgu łagodnego światła stał Preston. Czekał na nią.
Przebrał się i teraz miał na sobie czarne spodnie i czarną koszulę. Zgolił teŜ
dwudniowy zarost. Wyciągnął do niej rękę, a kiedy zeszła ze schodów, ujął jej dłoń.
Oszołomiona patrzyła, jak światło świec kładzie jasne błyski na jego włosach i
pogłębia błękit oczu.
- Lepiej się czujesz?
- Czuję się doskonale. Co się tutaj dzieje?
- Zamówiłem dla nas kolację.
- Bardzo ładnie przygotowałeś pokój. Tyle wysiłku, a przecieŜ mamy zjeść
zwykłą... - Uniósł jej dłoń do ust i chwycił zębami kostki palców, więc głos na chwilę
uwiązł jej w gardle. - ... zwykła pizzę - dokończyła dopiero po chwili.
- Lubię na ciebie patrzeć w świetle świec, Cybil. Twoje oczy robią się wtedy
takie wielkie, niezwykłe. - Przyciągnął ją bliŜej i ucałował w powieki. - A twoja
skóra... - przesunął ustami po policzku - jest taka gładka. Pewnie nie raz dotykałem
cię zbyt szorstko.
- Co? - spytała niezbyt przytomnie, bowiem od tych komplementów zaczynało
szumieć jej w głowie.
- Traktowałem cię bez naleŜytej dbałości. Dzisiaj będzie inaczej. - Znów
ucałował jej ręce. - Mam coś dla ciebie - oznajmił i pokazał jej małe pudełeczko,
ozdobione duŜą, róŜową kokardą.
Cybil natychmiast schowała ręce za siebie.
- Nie potrzebuję prezentów. Nic nie chcę. Zmarszczył brwi, zdziwiony jej
nagłym zdenerwowaniem. Uprzytomnił sobie, Ŝe pomyślała o Pameli.
- Nie daję ci prezentu dlatego, Ŝe tego ode mnie wymagasz czy potrzebujesz.
Kupiłem ci ten drobiazg, bo... po prostu skojarzył mi się z tobą. - Podał jej
pudełeczko.
- Otwórz, a potem zdecydujesz, czy to przyjąć. Proszę.
Czuła się trochę głupio. Wzięła od niego pudełko i ostroŜnie zdjęła kokardę.
- CóŜ, wszyscy lubimy prezenty - oznajmiła w końcu beztrosko. - No a poza
tym przegapiłeś moje urodziny.
- Naprawdę?
Powiedział to z taką rozpaczą w głosie, Ŝe musiała się roześmiać.
- Tak, były w styczniu, a to Ŝe mnie wtedy jeszcze nie znałeś, nie jest Ŝadnym
usprawiedliwieniem. Uznam więc, Ŝe ten prezent... - Zajrzała do środka i zobaczyła
długie kolczyki z hematytu, w kształcie ustawionych jedna za drugą małych rybek.
Wybuchnęła śmiechem, wyjęła kolczyki z opakowania i potrząsnęła nimi tak, Ŝe
uderzyły jeden o drugi. - Strasznie śmieszne.
- Wiem.
- Bardzo mi się podobają.
- Tego się spodziewałem. Roześmiana włoŜyła je w uszy.
- No i jak?
- Pasują. Jakby dla ciebie stworzone.
- To bardzo miły prezent. - Zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała z
zapałem, od którego zrobiło mu się gorąco. Nagle usłyszał, Ŝe pociąga nosem.
- Cybil, nie. Nie rób tego.
- Przepraszam. - Wtuliła zapłakaną twarz w jego szyję. - Ja tylko... Te kwiaty,
ś
wiece, rybki, wszystko na raz... Tyle troski... - Wzięła głęboki oddech i
powstrzymała łzy wzruszenia. - JuŜ, niebezpieczeństwo minęło.
- Dzięki Bogu. - Preston otarł kciukiem łzę wisząca na rzęsach. - MoŜemy się
teraz napić szampana?
- Szampana? - Zdumiona uniosła brwi. - Na szampana zawsze mam ochotę.
Poszedł do kuchni, wyjął butelkę z kubełka z lodem i zaczął ją otwierać. Co w
niego dzisiaj wstąpiło? Nagle zrobił się taki rozluźniony, szczęśliwy, skory do
romantycznych gestów...
- Skończyłeś sztukę! Och, wszystko teraz rozumiem. Skończyłeś pisać sztukę,
prawda?
- Nie, jeszcze nie skończyłem. Nie całkiem.
Korek wyskoczył z cichym puknięciem i Preston nalał szampana do
kieliszków. Podał jej jeden, wypełniony jasnym, pełnym bąbelków trunkiem, a ona
zaintrygowana przechyliła głowę.
- W takim razie na czyją cześć ta uroczystość?
- Na twoją - Stuknęli się szkłem. - Tylko na twoją. - Pogłaskał ją po policzku i
przystawił swój kieliszek do jej ust.
Cybil poczuła na języku bąbelki szampana, chłodny strumień spłynął do
gardła. Ale to od jego spojrzenia zakręciło jej się w głowie.
- BoŜe, nie wiem, co mam powiedzieć.
- Naprawdę? To bardzo rzadkie zjawisko.
- Ach, więc to wszystko po to, Ŝebym przestała tyle gadać! - Roześmiała się,
juŜ rozluźniona, i zaczęła delektować się szampanem. - Jesteś bardzo sprytny.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Wyjął kieliszek z jej dłoni i odstawił na bok, a
potem wziął ją w ramiona. Uniosła głowę, oczekując gwałtownego, łapczywego
pocałunku, lecz on tylko przytulił policzek do jej policzka i zaczął poruszać się w
rytm muzyki. - Wiesz, Ŝe jeszcze nigdy nie poprosiłem cię do tańca?
- Rzeczywiście, nie poprosiłeś. - Zamknęła oczy.
- Zatańcz więc ze mną, Cybil.
Przesunęła rękami po jego plecach, oparła mu głowę na ramieniu i zaczęła się
poruszać w zgodnym rytmie. Tańczyli przy łagodnej muzyce, w kuchni zalanej
ś
wiatłem świec.
Kiedy dotknął wargami jej policzka, uniosła głowę i po chwili ich usta się
zetknęły. Czuła wolne, mocne bicie serca i miękkość w nogach.
- Preston - wyszeptała, stając na palcach, Ŝeby mocniej go pocałować.
- To chyba nasza kolacja - powiedział.
- Co takiego?
- Kolacja. Dzwonił domofon.
- Och... - Myślała, Ŝe jej się zdawało. Kiedy Preston wypuścił ją z objęć i
poszedł odblokować drzwi wejściowe, musiała oprzeć się o blat, Ŝeby nie stracić
równowagi.
- Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz rozczarowana - powiedział, przekręcając
zamek. - Nie zamówiłem pizzy.
- Nic nie szkodzi. Będę zadowolona, cokolwiek zamówiłeś. - Tylko czy będę
w stanie coś przełknąć, jeśli w Ŝołądku czuję trzepotanie dziesiątków małych, ale
bardzo energicznych motylków, dodała w duchu.
Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia, kiedy zamiast chłopaka z pizzerii na
progu stanęło dwóch kelnerów w smokingach. Zaskoczona patrzyła, jak dyskretnie i
sprawnie rozstawiają potrawy na stole, który Preston juŜ wcześniej nakrył, uŜywając
jej najlepszej zastawy. Nie minęło dziesięć minut, kiedy wyszli, a ona nadal nie mogła
odzyskać głosu.
- Głodna?
- Jak... jak to pięknie wygląda.
- Usiądź. - Poprowadził ją do stołu, a kiedy usiadła, lekko pocałował.
Tego, co działo się potem, Cybil nie byłaby w stanie odtworzyć. Zapewne
zjadła ten posiłek, choć nigdy nie zdołała sobie przypomnieć, co to było i jak
smakowało. Zupełnie nie zwróciła na to uwagi, bowiem patrzyła tylko na Prestona.
Zapamiętała więc, jak przelotnie dotykał jej dłoni, jak całował jej palce, jak uśmiechał
się i dolewał wina, aŜ od alkoholu zakręciło jej się w głowie.
Kiedy skończyli, podał jej dłoń i pomógł wstać od stołu. Potknęła się, więc
wziął ją na ręce. Była oszołomiona, pijana ze szczęścia.
On równieŜ był oszołomiony. Cybil zdawała mu się taka delikatna, bezbronna
i drŜąca. Nawet gdyby nie miał na to ochoty, musiał postępować z nią delikatnie.
Wniósł ją na górę do sypialni i ułoŜył na poduszkach. Tak jak kiedyś zapalił
ś
wiece, ale tym razem nie rzucił się na nią drapieŜnie. Jego dotyk był miękki jak
piórko.
Pocałował ją wolno, z rozmarzeniem. Nie wiedział, Ŝe ma w sobie takie
pokłady uczucia, Ŝe jest w stanie tyle jej dać. Jej reakcje, otwarte i szczere,
dostarczyły mu nowych wraŜeń. Kiedy znów zadrŜała, nie czuł triumfu, tylko czułość.
I czułość ta dała mu nową, nieznaną wcześniej radość. Wolne, jedwabiste, piękne
pocałunki. Długie, niespieszne, łagodne pieszczoty, przenoszące Cybil w jakąś
zaczarowaną krainę, gdzie nie liczył się prawdziwy świat.
Delikatnie zsunął z niej szlafrok i gładził lekko jej ciało. Patrzyła zamglonym
wzrokiem, jak przesuwa palcem po nagiej skórze, a on wpatrywał się w nią z
zachwytem. KaŜdy jej dreszcz i w nim budził dreszcz rozkoszy.
- Jesteś taka piękna. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Tyle razy zapomniałem ci
to powiedzieć i okazać.
- Preston...
- Nic nie mów. Dzisiaj chcę to wszystko nadrobić. Chcę patrzeć, jak cieszysz
się moim dotykiem. Chcę, Ŝebyś to ty się mną nasyciła.
Spazmatycznie chwyciła powietrze. Poczuła, Ŝe cały świat zaczyna się
kołysać. Preston wodził teraz ustami po jej brzuchu, równie delikatnie i czule, jak
przedtem dłonią, ona zaś miała wraŜenie, Ŝe tonie, wolno dryfuje pod powierzchnią
jakiegoś ciepłego, ciemnego morza. Nie miała Ŝadnego punktu oparcia prócz jego rąk
i ust. Pierwsza fala rozkoszy zalała łagodnie wszystkie jej zmysły, po niej przyszły
następne...
Preston chciał, Ŝeby jak najdłuŜej trwała w tym stanie, nasyciła się nim do
końca. Tym razem nie miał to być krótki, ogłuszający błysk, ale wolno spalający się
płomień. Badał więc kaŜdy zakamarek jej ciała, zatrzymywał się dłuŜej, kiedy czuł, Ŝe
Cybil wznosi się i ulatuje w bezkresną przestrzeń szczęścia. A potem znów zaczynał,
kaŜdym kolejnym ruchem starając się spotęgować jej doznania.
Jego krew równieŜ się burzyła, serce biło coraz mocniej, aŜ zatracił się tak
samo jak ona. Wyszeptał wtedy jej imię i wsunął się w nią, a kiedy objęła go całym
ciałem, jęknął bezwiednie i oddał się całkowicie władzy zmysłów.
Ich ruchy były długie, rytmiczne. Poruszali się wolno i płynnie. Usta zwarły
się w głębokim pocałunku. Dłonie splotły się, tworząc jeszcze jedno ogniwo, łączące
zespolone ciała.
Wczepili się w siebie kurczowo, kiedy wstrząsnął nimi wybuch rozkoszy -
ostatecznej, potęŜnej, uniewaŜniającej wszystko co było przedtem.
Kiedy Cybil się obudziła, Preston był obok niej i nadal obejmował ją czule.
- To bez wątpienia numer jeden na liście dziesięciu najbardziej romantycznych
wieczorów naszej ery. - Jody wprawnie zmieniała pieluchę Charliego, co jakiś czas
gaworząc do niego z matczyną czułością. - Strącił na drugie miejsce walentynkową
przejaŜdŜkę doroŜką po parku, tuzin białych róŜ i diamentowe kolczyki, które dostała
moja kuzynka Sharon. Jak jej to powiem, to się wścieknie.
- Nikt jeszcze nie kochał się ze mną tak czule i z taką uwagą - wyznała Cybil,
tuląc misia z licznej kolekcji Charliego. - I nie chodzi mi tylko o... no, wiesz.
- Ale „no, wiesz” teŜ było w porządku? - upewniła się Jody.
- Było niesamowicie. Jak w tym filmie, który kiedyś oglądałyśmy razem, kiedy
kochankowie znajdują się po długiej rozłące.
- NiemoŜliwe.
- MoŜliwe. Chyba nawet było lepiej. Czułam się tak, jakby wyjął ze mnie
serce, przytulił do swojego, a potem oddał z powrotem.
- Ojej... - Rozmarzona Jody połoŜyła synka na podłodze, gdzie mógł
swobodnie ćwiczyć raczkowanie, sama zaś osunęła się na krzesło. - Jakie to piękne.
Po prostu piękne. Powinnaś zacząć pisać romanse.
- Cały wieczór był magiczny. Od początku do końca. - WciąŜ oszołomiona
Cybil zaczęła tańczyć po pokoju, aŜ Charlie usiadł ze zdziwienia i zaklaskał w rączki.
- Tak bardzo go kocham, Jody. Nie przypuszczałam, Ŝe moŜna być aŜ tak
zakochanym. Trudno uwierzyć, Ŝe w człowieku mieści się tyle uczucia.
Jody westchnęła głośno i przeciągle.
- A kiedy mu o tym powiesz?
- Nie mogę powiedzieć. - Cybil westchnęła równie głośno i równie przeciągle.
Wzięła plastykowy młotek, zabawkę Charliego, i uderzyła nim o dłoń. - Nie mam na
tyle odwagi, Ŝeby wyznać mu coś, o czym on nawet nie chce słyszeć.
- Cyb, ten facet szaleje za tobą.
- Tak, ma dla mnie jakieś uczucia i moŜe, jeśli będę umiała cierpliwie czekać i
jeśli on zda sobie sprawę, Ŝe go nie zawiodę, pozwoli sobie poczuć do mnie coś
głębszego.
- śe go nie zawiedziesz? - Sam pomysł wywołał wzburzenie Jody. - Ty nigdy
nikogo nie zawiodłaś! Ale coś mi się wydaje, Ŝe tym razem zawodzisz sama siebie.
- Zrozum. On ma powody, Ŝeby zachowywać ostroŜność. - Pokręciła głową,
zanim Jody zdołała zadać pytanie. - Nie mogę ci nic więcej powiedzieć, to jego
sprawy osobiste.
- W porządku.
- Dzięki. Ja juŜ uciekam. Mam całe mnóstwo zakupów do zrobienia.
Potrzebujesz czegoś?
- Właściwie tak. Skoro i tak wychodzisz...
- Dopiszę twoje zamówienie do listy. Muszę kupić kilka rzeczy dla pani
Wolinsky, obiecałam panu Peeblesowi, Ŝe znajdę mu na targu jakieś ładne zielone
winogrona. Do licha, gdzie się schowała ta lista? A, jest. To co chcesz?
- Proszę cię, Ŝebyś mi to kupiła, bo jesteś moją przyjaciółką i mam do ciebie
zaufanie... - Jody zagryzła wargę i uśmiechnęła się tajemniczo. - Nie wygadaj nikomu,
Ŝ
e mi to kupiłaś, dobrze?
- Nie powiem. Mów szybko, o co chodzi.
Zakupy zajęły jej więcej czasu, niŜ się spodziewała - ale tak zwykle bywa z
zakupami. Zanim zaniosła sprawunki pani Wolinsky i winogrona panu Peeblesowi,
była juŜ piąta. Pięć po piątej zapukała do drzwi przyjaciółki, lecz nikt jej nie otworzył,
syknęła więc zniecierpliwiona. Najwyraźniej Jody zabrała Charliego na spacer albo
poszła z wizytą do kogoś z sąsiadów. Trudno, będzie musiała zaczekać. A właściwie
obie będą musiały zaczekać.
Wsiadła do windy, obładowana torbami. Uśmiechnęła się od ucha do ucha,
kiedy zobaczyła, Ŝe Preston czeka na nią na piętrze.
- Cześć - powitała go.
- Cześć, sąsiadko. - Wziął od niej zakupy i pocałował ją na powitanie. -
Zaczekaj - powiedział, kiedy juŜ chciała z palców opaść na pięty. - Zróbmy to jeszcze
raz.
- Dobrze. - Ze śmiechem zarzuciła mu ramiona na szyję, znów stanęła na
palcach i pocałowała z duŜo większym zapałem. - Jak było tym razem?
- Teraz lepiej. Co ty masz w tych torbach? - zainteresował się. - Cegły?
Znów się roześmiała, szukając klucza, który jak zwykle gdzieś się zawieruszył.
- Głównie jedzenie i trochę środków czystości. To i owo. Kilka rzeczy
kupiłam z myślą o tobie. Jabłka prezentowały się bardo apetycznie, a poza tym są
zdrowsze od batoników i czerstwych bułek, którymi zwykle się Ŝywisz, kiedy piszesz.
- Z triumfalnym okrzykiem odnalazła klucz i włoŜyła do zamka. - A, kupiłam ci teŜ
amoniak, do wyczyszczenia tego brudu, który wyhodowałeś na oknach.
- Jabłka i amoniak. - Preston postawił torby na kuchennym blacie. - O cóŜ
więcej moŜe prosić męŜczyzna?
- Na przykład o sernik, prosto z delikatesów. Nie mogłam się oprzeć.
- Będzie musiał zaczekać. - Odwrócił ją ku sobie, podniósł do góry i zaczął
wraz z nią wirować po pokoju.
- AleŜ masz dzisiaj świetny humor, co? - Nachyliła się i pocałowała go prosto
w usta. - Szerzej juŜ chyba nie moŜna się uśmiechać.
- Dostaniesz coś lepszego niŜ sernik. Skończyłem sztukę.
- Skończyłeś? - Zarzuciła mu ramiona na szyję. - To cudownie! Wspaniale!
- Jeszcze nigdy nie pisało mi się tak szybko. Muszę jeszcze dopracować
szczegóły, ale fabuła jest juŜ skończona. A ty masz w niej swój wielki udział.
- Ja?
- Ciągle coś z ciebie chciało się wcisnąć między wiersze. Kiedy przestałem cię
stamtąd wypychać, pisanie ruszyło z kopyta.
- Brak mi słów. I co o mnie napisałeś? Jaka jestem? Co tam robię? Mogę sama
przeczytać?
- Rzeczywiście, słyszę, Ŝe brak ci słów - zakpił i postawił ją na ziemi. -
Poczekaj. Kiedy wygładzę ostatnie kanty, będziesz mogła ją przeczytać. A teraz
chodźmy do tej małej restauracji, Ŝeby to uczcić.
- Do tej włoskiej? Chcesz uczcić takie wielkie wydarzenie, jedząc spaghetti z
Mopsikami?
- Właśnie tak. W twoim towarzystwie i w miejscu, gdzie kiedyś zafundowałaś
posiłek biednemu muzykowi bez pracy.
- Czy o tym teŜ napisałeś? I o tym, Ŝe ci zapłaciłam?
- Spodoba ci się, bądź pewna.
- A jak się nazywam? To znaczy, w sztuce.
- Zoe.
- Zoe? - Zastanawiała się chwilę, a potem na jej policzku ukazał się znajomy
dołeczek. - Bardzo ładnie.
- Nie pasowało mi Ŝadne zwykłe imię. Moja bohaterka odrzucała je jedno po
drugim.
- Masz taką uszczęśliwioną minę. - Pogładziła go po głowie. - Miło na ciebie
patrzeć, kiedy tak się uśmiechasz.
- Ostatnio często się uśmiecham. Chodź, idziemy.
- Zaraz. Muszę wypakować zakupy i poprawić makijaŜ.
- Popraw, co chcesz poprawić, a ja rozpakuję te zakupy.
- Zgoda. Tylko pamiętaj, Ŝe wszystko w kuchni ma swoje miejsce - zawołała,
wbiegając po schodach. - Nie wrzucaj nic na oślep do szafek.
- A ty nie siedź tam zbyt długo - odkrzyknął i wyjął sprawunki z pierwszej
torby.
Przez ostatnią godzinę szalał z niecierpliwości. Nie mógł się doczekać, kiedy
wreszcie powie jej o zakończeniu pracy. Chciał, Ŝeby dowiedziała się pierwsza.
Postanowił teŜ jej wyznać, Ŝe w ciągu ostatnich tygodni, choć sam nie wiedział, jak to
się stało, zaszła w nim wielka zmiana. Starał się tej zmianie zapobiec, opierał się jej,
nie dopuszczał do świadomości, a jednak się dokonała. Po raz pierwszy od długiego -
zbyt długiego - czasu po prostu czuł się szczęśliwy.
Cybil nie myliła się. Miał szczęśliwą minę, poniewaŜ był szczęśliwy. I nie
chodziło tylko o sztukę. To ona się do tego przyczyniła.
To ona go uszczęśliwiła, Cybil Campbell.
Widać to było w jego pracy. W nowej sztuce czuć było nadzieję, chociaŜ z
początku wcale nie zamierzał nadawać jej tak optymistycznego tonu. Szczęście i
nadzieja pojawiły się w jego Ŝyciu - i sztuce - wraz z Cybil, z jej ciasteczkami,
paplaniną i wielkim sercem, z jej szczodrością, śmiechem i energią.
To, co do niej czuł - a czy mógł czuć coś innego do tak wspaniałej
dziewczyny? - wypełniło jego wewnętrzną pustkę, ocaliło go. Właśnie to napisał w
ostatniej linijce sztuki.
Miłość leczy.
Wierzył, Ŝe jeśli trochę się postara, będzie mógł wieść z nią Ŝycie, w jakie
dawno juŜ przestał wierzyć.
Sięgnął do drugiej torby, wyjął niewielkie pudełeczko. I nagle świat, który
przed chwilą wyglądał tak radośnie i pewnie, zawirował mu przed oczami.
- Wiesz, miałam się przebrać, ale doszłam do wniosku, Ŝe szkoda czasu... -
Stukając obcasami, Cybil zbiegła po schodach. W jej uszach kołysały się kolczyki,
które wczoraj jej podarował. - Muszę tylko zadzwonić do Jody, Ŝeby sprawdzić, czy
juŜ wróciła. Zaraz potem wychodzimy. Stało się coś? - spytała, widząc jego
zachmurzoną minę.
- Co to jest, do cholery?
Z zimną furią rzucił na blat test ciąŜowy.
- To...
- Jesteś w ciąŜy?
- Ja...
- Podejrzewasz, Ŝe jesteś w ciąŜy, ale nic mi o tym nie mówisz, tak? Chciałaś
wybrać właściwy czas i miejsce? Powiedzieć mi o tym, kiedy będziesz w
odpowiednim nastroju?
Radość i oŜywienie zniknęły z jej twarzy w jednej sekundzie. Ona równieŜ
pobladła.
- O to mnie podejrzewasz?
- A co innego mam, u diabła, myśleć? Zbiegasz tu radosna, cała w
uśmiechach, jakbyś nie miała Ŝadnych trosk, a ja znajduję to. - Stuknął palcem w
pudełko. - Stale twierdzisz, Ŝe nie potrafisz udawać i grać, Ŝe nie umiesz kłamać. A
czy ukrywanie tego przede mną to nie gra i kłamstwo?
- A więc jestem taka sama jak Pamela, tak? - spytała zdławionym głosem. -
Jestem wyrachowana i kłamliwa. Chcę cię wykorzystać.
Chciał się uspokoić, ale nie potrafił. Taka gorycz, taki zawód. Kiedy wreszcie
udało mu się komuś zaufać, znów został boleśnie zdradzony.
- To sprawa tylko nas dwojga, nikogo więcej - odezwał się nieco spokojniej. -
śą
dam wyjaśnień.
- Wątpię, czy kiedykolwiek byliśmy tylko we dwoje - wyszeptała. - Ale
dobrze, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Kupiłam jabłka dla ciebie, winogrona dla sąsiada
spod 1B i kilka drobiazgów dla pani Wolinsky. Natomiast ten poręczny wynalazek
nabyłam dla Jody. Mają z Chuckiem nadzieję, Ŝe wkrótce pojawi się na świecie
braciszek lub siostrzyczka Charliego.
- Dla Jody?
- Zgadza się. - Słowa z trudem przeciskały się przez gardło, sprawiały ból. -
Nie jestem w ciąŜy, więc moŜesz się o nic nie martwić.
- Ja... w takim razie przepraszam. Bardzo mi przykro.
- Mnie teŜ jest przykro. - Wzięła pudełeczko z testem i spojrzała na nie
smutnym wzrokiem. - Jody była taka przejęta, kiedy mnie prosiła, Ŝeby jej to kupić.
Miała tyle nadziei. Niektórych cieszy perspektywa posiadania dziecka. Ale dla
ciebie... - OdłoŜyła pudełko i spojrzała na Prestona. - Dla ciebie to zagroŜenie,
koszmarne wspomnienie z przeszłości.
- Źle zareagowałem, ale to był odruch.
- MoŜna powiedzieć, Ŝe zareagowałeś instynktownie. A co byś zrobił, gdyby
ten test rzeczywiście był przeznaczony dla mnie? Gdybym była w ciąŜy? Pomyślałbyś
sobie, Ŝe cię oszukałam, zwabiłam w pułapkę, specjalnie zaszłam w ciąŜę, Ŝeby ci
zrujnować Ŝycie? A moŜe zastanawiałbyś się, czy to twoje dziecko?
- Nie, na pewno tak bym nie pomyślał. Nie bądź śmieszna.
- A co w tym śmiesznego? Ona tak zrobiła, więc dlaczego nie ja? Pozwoliłeś
jej wejść między nas, Preston. To ty zostawiłeś dla niej otwarte drzwi.
- Masz rację. Musisz jednak wiedzieć... Odskoczyła w tył, kiedy wyciągnął
rękę.
- Przestań. Sama nie wiem, czy masz mnie za wyrachowaną dziwkę, czy za
Ŝ
ałosne popychadło. Wiedz, Ŝe nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem sobą. Nigdy
cię nie okłamałam, nie masz więc prawa tak mnie ranić. Źle robiłam, Ŝe ci na to
pozwalałam. Ale to juŜ koniec. Masz stąd wyjść.
- Nigdzie nie pójdę, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.
- Wszystko jest juŜ jasne. Nie winię cię. To równieŜ moja wina. Za duŜo ci
dawałam, a za mało od ciebie oczekiwałam. PrzecieŜ byłeś ze mną szczery. Mówiłeś:
„Tylko tyle mam, nie proś o więcej”, albo: „Taki juŜ jestem, czy ci się to podoba, czy
nie”. Godziłam się na takie traktowanie, więc dlatego powtarzam: to takŜe moja wina.
Ale od tej chwili przestaję się godzić. Potrzebuję kogoś, kto będzie mnie szanował i
ufał mi. Nie zgodzę się na Ŝadne ustępstwa od tego warunku. - Otworzyła z
rozmachem drzwi. - A teraz wynoś się stąd do diabła.
Patrzyła na niego gniewnie, lecz w jej oczach lśniły łzy. Ręce zacisnęła w
pięści, nie mogła jednak opanować ich drŜenia. Preston wyszedł na korytarz.
Zatrzymał się tuŜ za progiem.
- Myliłem się, Cybil. Popełniłem wielki błąd. Przykro mi.
- Mnie teŜ. - JuŜ miała zatrzasnąć drzwi, ale wzięła jeszcze głęboki oddech i
wyznała: - Raz cię okłamałam. Nie byłam do końca szczera, ale teraz będę. Kocham
cię, Preston. I to jest w tym wszystkim najgorsze.
Dobijał się głośno do jej mieszkania, przeklinał, groził. Potem zaś długo
krąŜył po korytarzu, by wreszcie wrócić do siebie i chwycić za słuchawkę. Zadzwonił
do Cybil. Nie odpowiadała.
Znów zaczął walić do jej drzwi. Zaczął ją błagać. Błagać o litość. Ona jednak
go nie słyszała. Z głową nakrytą poduszką szlochała samotnie w pogrąŜonej w
ciemnościach sypialni.
ROZDZIAŁ DWUNAŚTY
- Powinienem znaleźć tego drania i połamać mu wszystkie Ŝebra. A potem
skręcić kark!
Grant Campbell krąŜył po kuchni domu, który zbudował wraz z Ŝoną. Jego
myśli były tak wzburzone i groźne, jak huczące za oknem morze.
- Wcale by wtedy mniej nie cierpiała. Gennie odwróciła się od okna, przy
którym wypatrywała powrotu córki. Spojrzała na męŜa - wysoki, szczupły i mu-
skularny, nadal mógł być groźny. Widziała w nim tego samego męŜczyznę, w którym
zakochała się wiele lat temu. Teraz zresztą chyba nawet jeszcze bardziej ją
fascynował.
- Ale ja poczułbym się o wiele lepiej - wymamrotał. - Pójdę po nią.
- Nie rób tego. - Powstrzymała go, kładąc mu rękę na ramieniu. - Niech trochę
pobędzie sama.
- Ściemnia się.
- Wróci, kiedy poczuje, Ŝe juŜ czas.
- Nie zniosę tego. Nie mogę patrzeć na jej smutną buzię.
- Musi boleć, zanim czas zagoi rany. Oboje o tym wiemy. - Objęła męŜa i
połoŜyła mu głowę na ramieniu. - Wie, Ŝe tu na nią czekamy. To wystarczy.
- Łatwiej było, kiedy dzieci były małe. Płakały, bo upadły albo się podrapały, a
nie...
- Wtedy tak nie myślałeś - przerwała mu z łagodnym uśmiechem, tak samo
ciepłym i pogodnym, jak wtedy, gdy się poznali. - Poza tym zawsze bardziej się
przejmowałeś, gdy któreś z dzieci się zraniło.
- Tak, teraz teŜ chciałbym wziąć ją na kolana i utulić. - Spojrzał na Ŝonę,
westchnął. - A potem wyrwałbym temu draniowi nogi z tyłka!
- Ja teŜ mam na to ochotę - odparła i z przyjemnością usłyszała, Ŝe parsknął
rozbawiony.
Właśnie wtedy wróciła do domu Cybil. Zobaczyła rodziców stojących w
objęciach, wpatrzonych w siebie z miłością, i poczuła, jak Ŝal ściskają w gardle.
Właśnie czegoś takiego pragnęła - bliskości, zrozumienia, czułości. To chciała z
siebie dać.
Podeszła do nich i objęła ich ramionami tak, Ŝe utworzyli krąg.
- Masz mokre włosy. - Grant przytulił policzek do jej głowy.
- Patrzyłam, jak fale rozbijają się o brzeg. - Uniosła głowę i pocałowała go w
ogolony policzek. - Przestań się o mnie martwić, tato.
- Kiedyś moŜe przestanę. Kiedy skończysz pięćdziesiąt lat. Napijesz się kawy?
- Nie, dziękuję. Chyba wezmę gorącą kąpiel, a potem połoŜę się do łóŜka z
jakąś ksiąŜką. To mi zawsze pomagało, kiedy jako nastolatka zadurzyłam się w
jakimś chłopaku.
- Wtedy zwykle ja przygotowywałam ci kąpiel - przypomniała jej matka. - Nie
zmieniajmy tradycji, dobrze?
- Nie musisz tego robić, mamo.
- Pozwól, Ŝe trochę ci dogodzę.
Cybil dała się wyprowadzić matce z kuchni.
- Wiesz, mamo, w głębi duszy miałam nadzieję, Ŝe to zrobisz.
- Twój ojciec musi na chwilę zostać sam, Ŝeby mógł spokojnie przeklinać tego
twojego chłopca.
- To nie jest Ŝaden „mój chłopiec” - wymamrotała Cybil. Wchodziły na górę
wąskimi, spiralnymi schodami, zbudowanymi na wzór schodów w latarni morskiej,
która stała nieopodal. - Nigdy nie był mój - dodała i łzy znów spłynęły po jej
policzkach. - Och, mamo...
Weszły do dawnego pokoju Cybil i usiadły na łóŜku, przykrytym narzutą z
róŜnokolorowych kawałków materiału.
- Cicho, kochanie. Uspokój się juŜ.
- Tak bardzo bym chciała go znienawidzić. - Wtuliła się w matkę, szukając w
jej ramionach pocieszenia. - Gdybym mogła choć przez chwilę go nienawidzić, to
moŜe przestałabym go kochać.
- Chciałabym ci powiedzieć, Ŝe tak się kiedyś stanie. Niektórzy męŜczyźni są
tacy trudni, Ŝe za nic nie moŜna ich zrozumieć. - Gennie kołysała córkę w ramionach.
- Znam cię jednak, moje kochanie, i wiem, Ŝe jeśli go pokochałaś, to musi w nim być
coś wartościowego.
- Jest cudowny... I okropny. Och, mamo - znów zaniosła się szlochem. -
Zupełnie taki jak tatuś.
- Niech więc ci Bóg dopomoŜe, moje dziecko. - Gennie roześmiała się krótko i
mocniej przytuliła córkę.
- Zawsze lubiłam słuchać historii o tym, jak się poznaliście. - Cybil wzięła
chusteczkę z pudełka przy łóŜku. - Twój samochód się popsuł, wokół szalała burza,
więc weszłaś do latarni morskiej, gdzie tata Ŝył jak pustelnik. Był taki zły i
niegrzeczny, prawda? Przerwała i wydmuchnęła nos.
- Prawda. Jak najszybciej chciał się mnie pozbyć - odparła Gennie.
- On twierdzi, Ŝe po prostu go wtedy napadłaś. A był zły, poniewaŜ byłaś taka
piękna, chociaŜ cała przemoczona, Ŝe od razu się tobą zachwycił. - Cybil przyjrzała
się twarzy matki, okolonej ciemnymi włosami. - Nadal jesteś taka piękna, mamo.
- Masz moje oczy - powiedziała Gennie cicho. - Dzięki temu czuję się piękna.
Wyczerpana płaczem, Cybil wytarła ostatnie łzy.
- A co do Prestona... - westchnęła - to po prostu nie pasujemy do siebie. On to
urodzony samotnik, pochłonięty pracą. Ale ma teŜ poczucie humoru. - Podeszła do
okna, przez które było widać odbijający się w morzu księŜyc. - Czasami nie-
spodziewanie mówi coś pięknego, urzekającego. Ma takie zmienne nastroje, Ŝe nigdy
nie moŜna być pewnym, jak zareaguje. No i jest tak niesamowicie wraŜliwy. Boi się
komuś zaufać, tłumi w sobie dobre uczucia. A kiedy cię dotyka, zapominasz o
wszystkim. W tym dotyku wyraŜa się cały on. Ale mimo to nadal nie chce cię wpuścić
do swojej duszy.
- Rzeczywiście, jest taki sam jak twój ojciec. Skoro tak bardzo go kochasz, być
moŜe nigdy nie będziesz szczęśliwa, jeśli przynajmniej nie spróbujesz się z nim
porozumieć.
- Ale jak? On mnie uwaŜa za niemądrą gadułę. - W jej głosie znów dały się
słyszeć bojowe nuty, co bardzo ucieszyło Gennie. - Wydaje mu się, Ŝe moja praca jest
mniej waŜna od jego pracy. Nie ufa mi. Sądzi, Ŝe moŜe mnie odpędzić od siebie jak
uciąŜliwą muchę, a jak mu tylko przyjdzie ochota, przychodzi do mnie jakby nigdy
nic. - Zobaczyła, Ŝe jej matka się uśmiecha, i spytała: - O co chodzi? Powiedziałam
coś śmiesznego?
- Nie, tylko... zastanawiam się, jak ci się udało znaleźć, drugi taki egzemplarz.
Myślałam, Ŝe istnieje tylko jeden.
- To nie ja. Dziadek go znalazł.
Uśmiech Gennie zniknął, szlachetnie zarysowane brwi, lekko się uniosły.
- Doprawdy? - zapytała chłodnym, arystokratycznym tonem, który nie wróŜył
nic dobrego, a wtedy Cybil, po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin, szeroko
się uśmiechnęła.
Preston skrzywił się i schował saksofon do futerału. Do diabła z tym
wszystkim. Nawet muzyka nie rozładowała jego frustracji. Nie mógł teŜ pisać. Przez
cały wczorajszy dzień albo bezczynnie spoglądał w monitor komputera, albo pukał do
drzwi Cybil.
W końcu zrozumiał, Ŝe nie ma jej w domu.
Opuściła go. To pewnie najlepsze jej posunięcie od czasu, gdy go poznała. Po
długich rozmyślaniach doszedł do wniosku, Ŝe i on powinien się wynieść z tego
domu, Ŝeby go tu nie zastała, kiedy wróci.
Rano miał zamiar wrócić do Connecticut. Jakoś zniesie obecność robotników,
hydraulików i elektryków. Ale na pewno nie zniesie kolejnego dnia obok pustego
mieszkania kobiety, którą kochał i którą stracił przez własną głupotę.
Wszystko, co mu powiedziała, było prawdą. Nie miał nic na swoją obronę.
- Przez jakiś czas się tu nie pokaŜę, Andre. Pianista spojrzał na niego poprzez
dym unoszący się z papierosa.
- A to dlaczego?
- Jutro jadę do Connecticut.
- Kobieta cię tam wygania? - Andre przeciągnął się, patrząc na niego
domyślnie. - Coś mi się zdaje, Ŝe uciekasz z podwiniętym ogonem, bracie.
Preston roześmiał się ponuro i chwycił futerał.
- Do następnego razu.
- Zastaniesz mnie tu na pewno.
Kiedy Preston się odwrócił, Andre gwałtownie skinął na Ŝonę i wskazał na
przyjaciela. Delta skinęła głową i zastąpiła Prestonowi drogę.
- Jakoś wcześnie dzisiaj wychodzisz, mój słodki.
- Nie idzie mi granie, a jutro muszę rano wstać. Wracam do Connecticut.
- Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc? - Objęła go ramieniem. - Napijmy się na
poŜegnanie. Będzie mi brakowało twojej przystojnej buźki.
- Mnie twojej teŜ.
- Nie tylko mojej. - Pokazała barmanowi dwa palce. - Przez tę dziewczynę
czujesz się bluesowo i nawet muzyka ci nie pomaga. Nie tym razem. Nie w jej przy-
padku.
- Nie w jej przypadku - przyznał i uniósł szklankę. - To juŜ skończone.
- A to dlaczego?
- Sama tak zadecydowała. - Wypił, ale palący alkohol wcale nie rozgrzał mu
serca.
- Od kiedy to męŜczyzna tak łatwo godzi się z odmową? - zapytała ze
ś
miechem.
- Jeśli kobieta mówi powaŜnie, męŜczyzna musi się z tym pogodzić.
- Głupiec z ciebie, McQuinn. - Poklepała go po policzku.
- Nie będę się o to kłócił. Właśnie dlatego wszystko skończone. Sam to
popsułem i teraz muszę z tym Ŝyć.
- Skoro sam popsułeś, to sam napraw.
- Jeśli kogoś mocno zranisz, ten ktoś ma prawo zaniknąć przed tobą drzwi na
zawsze, nie sądzisz?
- Skarbie, jeśli tak mocno kochasz tego kogoś, to masz prawo te drzwi
wyłamać, a potem czołgać się przed tym kimś i błagać o wybaczenie. - Popatrzyła na
niego z namysłem. - Rzeczywiście aŜ tak ją kochasz?
Spojrzał pod światło na whisky.
- Nie wiedziałem, Ŝe moŜna kogoś kochać aŜ tak.
- Musisz więc wyłamać te drzwi, mój słodki.
Jednym haustem wypił resztę alkoholu i wyszedł z klubu. Powtarzał sobie, Ŝe
Delta się myli. Są sprawy, których nie da się naprawić. Nie moŜna wywaŜyć drzwi,
lepiej nawet nie próbować. Dlaczego miałaby go wpuścić? PrzecieŜ tak bardzo ją
skrzywdził.
Nie, nie miał prawa prosić jej o rozmowę. Nie miał nawet prawa czołgać się
przed nią i błagać o wybaczenie, licząc na jej miękkie serce.
Dopiero gdy zdyszany stanął przed drzwiami Jody, zdał sobie sprawę, Ŝe całą
drogę biegł.
- Na litość boską! - Jody spojrzała przez wizjer i otworzyła mu, owijając się
ciaśniej szlafrokiem. Gdyby Chuck nie spal jak zabity, nie musiałaby biec do drzwi,
Ŝ
eby zdąŜyć, zanim hałas obudzi synka. - Jest po północy! Zwariowałeś?
- Gdzie ona jest, Jody? Dokąd pojechała? Zmarszczyła nos i uniosła głowę z
godnością, którą dość trudno utrzymać, kiedy ma się na sobie szlafrok w róŜowe
kotki.
- Jesteś pijany?
- Wypiłem tylko jedną whisky. Nie jestem. - Rzeczywiście, chyba w całym
swoim Ŝyciu nie myślał jaśniej. - Gdzie jest Cybil?
- Myślisz, Ŝe ci powiem, po tym jak złamałeś jej serce? Wracaj do swojej
jaskini - rozkazała mu, dramatycznym gestem wskazując przed siebie. - UwaŜaj tylko,
Ŝ
eby cię sąsiedzi nie zlinczowali. Wszyscy tu kochają Cybil, a ty...
- Ja teŜ ją kocham.
- Akurat. Dlatego przez ciebie wypłakała sobie oczy? Nękany poczuciem winy
Preston spuścił wzrok.
- Błagam, powiedz mi, gdzie ona jest.
- A po co ci ta wiadomość?
- śebym mógł rzucić się przed nią na kolana i błagać o wybaczenie. Niech
zrobi ze mną, co zechce! Jody, proszę... Muszę się z nią zobaczyć.
Gniew Jody trochę zelŜał. UwaŜnie przyjrzała się bladej twarzy Prestona.
- Naprawdę ją kochasz?
- Tak bardzo, Ŝe odejdę, jeśli powie mi w oczy, Ŝe nie chce mnie więcej
widzieć. Ale najpierw muszę z nią porozmawiać.
- Dobrze, powiem ci. - Jody usłuchała nakazu romantycznej duszy. - Pojechała
do rodziców, do Maine. Zapiszę ci adres.
- Dziękuję. - Ogarnęło go obezwładniające poczucie ulgi i wielka
wdzięczność.
- Ale jeśli znowu ją skrzywdzisz... - mamrotała Jody, pisząc adres na odwrocie
koperty - znajdę cię i zamorduję gołymi rękami.
- Nawet nie będę się bronić. - Wziął głębszy oddech.
- A czy ty jesteś... eee...?
Zerknęła na niego, uśmiechnęła się i połoŜyła rękę na brzuchu.
- Tak, jestem „eee”. Z wyliczeń wynika, Ŝe dziecko przyjdzie na świat w
Walentynki. Doskonały termin, co?
- Wspaniała wiadomość. Moje gratulacje. - Wziął od niej kopertę i wsunął do
kieszeni. Następnie ujął jej twarz w dłonie i serdecznie ucałował. - Wielkie dzięki!
Jody zaczekała, aŜ Preston zniknie na schodach, a potem głęboko wciągnęła
powietrze.
- Ojej... - wyszeptała. - Ten facet potrafi całować. Od razu widać, Ŝe ma
potencjał. - Zacisnęła kciuki. - Powodzenia, Cybil!
- Daniel MacGregor - wycedził Grant przez zaciśnięte zęby, a w jego
ciemnych oczach błysnęła Ŝądza mordu.
- Stary osioł, co wtyka nos w nie swoje sprawy!
PoniewaŜ Grant wielokrotnie wyraŜał podobne opinie, odkąd minionego
wieczora dowiedział się, Ŝe to Daniel skojarzył Prestona z jego córką, Gennie
uśmiechnęła się rozbawiona. Tak naprawdę bowiem jej maŜ uwielbiał Daniela.
- Myślałam, Ŝe to „wścibski stary dureń”.
- To teŜ. Gdyby nie miał sześciuset lat, osobiście kopnąłbym go w tyłek!
- Grant... - Gennie odłoŜyła szkicownik. - PrzecieŜ wiesz, Ŝe zrobił to z
miłości.
- Ale mu się nie udało, prawda?
Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz usłyszała warkot samochodu. Osłoniła
oczy przed słońcem i spojrzała na drogę. Coś lekko ścisnęło ją za serce.
- Wcale nie jestem pewna, czy mu się nie udało.
- Kogo tam, u diabła, niesie? - Była to zwykła reakcja Granta, gdy ktoś się
zbliŜał do jego domostwa. - Jeśli to znowu jakiś turysta, zaraz wyjmę strzelbę.
- PrzecieŜ nie masz strzelby.
- To sobie kupię!
Gennie wstała, rzuciła szkicownik na bujaną ławeczkę i ciasno objęła męŜa.
- Tak bardzo cię kocham.
Jej bliskość natychmiast rozpędziła czarne chmury, zbierające się w jego
sercu.
- Genvieve - wyszeptał i pocałował ją w usta. - Powiedz temu nieproszonemu
gościowi, Ŝeby się stąd wyniósł i nigdy nie wracał.
Gennie nie wypuszczała go z objęć. Ponad jego ramieniem patrzyła na ładny,
mały samochód zmagający się z wąską, pobruŜdŜoną koleinami drogą, której Grant
nigdy nie chciał naprawić.
- Zdaje się, Ŝe to będzie zadanie Cybil.
- Co takiego? Myślisz, Ŝe to on? - Odepchnąłby Ŝonę od siebie, ale nie dała mu
się ruszyć z miejsca. - A więc jednak będę miał okazję mu dołoŜyć!
- Proszę cię, zachowaj spokój.
- Nie licz na to!
Preston zauwaŜył ich z daleka, podskakując na wyjątkowo złośliwym wyboju.
Dwoje ludzi przed duŜym, białym domem. Obejmując się, stali na zielonej trawie
obok staromodnej bujanej ławeczki. Rodzice kobiety, którą kochał.
Ciekawe, które z nich go zamorduje i gdzie go pochowają.
Rozejrzał się po okolicy. Uświadomił sobie, Ŝe juŜ widział te widoki na
obrazach Genvieve Campbell. To tutaj je malowała, z miłością i wielkim talentem.
Romantyczną, starą latarnię morską wznoszącą się na skale, spadziste urwisko,
wiekowe drzewa, biały, przyjazny dom z werandą - to wszystko przenosiła na swoje
obrazy.
Tutaj dorastała Cybil, w tym dzikim, pięknym miejscu.
Zatrzymał samochód i wysiadł. Nawet z daleka widział, Ŝe ogorzała od wiatru
twarz ojca wyraŜa wiele uczuć.
Nie były to uczucia przyjazne.
Postanowił, Ŝe nie da się zabić, zanim nie zobaczy Cybil. A potem niech się
dzieje, co chce.
Patrząc na Prestona, Gennie zrozumiała, co przeŜywa jej córka. Poczuła, Ŝe
Grant spiął się jak tygrys czający się do skoku, więc ostrzegawczo zacisnęła palce na
jego ramieniu.
- Dzień dobry państwu. - Preston skinął na powitanie głową, ale na wszelki
wypadek postanowił nie wyciągać ręki. Pisarz musi mieć w końcu sprawne palce. -
Jestem Preston McQuinn. Chciałbym Cybil... To znaczy, chciałbym się zobaczyć z
Cybil - poprawił się zmieszany.
- Ile masz lat, McQuinn?
Pytanie było dość nieoczekiwane, zadane spokojnym, choć zarazem groźnym
tonem.
- Trzydzieści.
- Jeśli chcesz doŜyć trzydziestych pierwszych urodzin, to wsiadaj do
samochodu, wrzuć wsteczny bieg i nigdy tu nie wracaj - poradził mu Grant.
Preston nie spuścił wzroku. Odruchowo poruszył kilka razy ramionami jak
bokser rozgrzewający się przed walką.
- Najpierw porozmawiam z Cybil. Potem moŜe mnie pan rozerwać na strzępy.
Jeśli oczywiście będzie pan miał ochotę.
- Nie zbliŜysz się do mojej córki. - Grant odsunął od siebie Ŝonę, jakby była
dziecięcą zabawką, i zrobił krok naprzód.
Preston wciąŜ stał z opuszczonymi ramionami. Niech ojciec Cybil zada
pierwszy cios, pomyślał. Ma do tego prawo.
- Przestańcie! - Gennie stanęła między nimi i rozdzieliła ich od siebie.
Spojrzała groźnie na męŜa, potem na Prestona, który miał wraŜenie, jakby dostał
naganę od królowej. Zaraz jednak uderzyło go coś innego.
- Ona ma pani oczy. - Ze wzruszenia przełknął ślinę. - Cybil ma pani oczy.
- Owszem, ma. - Serce Gennie zaczęło topnieć. - Poszła nad urwisko za
latarnią.
- Do diabła, Gennie!
- Dziękuję pani! - Serce załomotało mu jak szalone. Spojrzał Grantowi prosto
w oczy i obiecał: - JuŜ nigdy nie skrzywdzę pana córki.
- Do diabła - wymamrotał znowu Grant, kiedy Preston zdecydowanym
krokiem ruszył w stronę urwiska. - Dlaczego to zrobiłaś?
Gennie objęła twarz męŜa dłońmi.
- PoniewaŜ on mi kogoś przypomina.
- Akurat!
- I wydaje mi się, Ŝe juŜ wkrótce nasza córka będzie bardzo szczęśliwą kobietą
- dodała ze śmiechem.
Grant westchnął z rezygnacją.
- Szkoda, Ŝe choć raz nie dałem mu w szczękę, tak dla zasady. Czułem, Ŝe
nawet nie stawiałby oporu. - Spojrzał za Prestonem, który niknął właśnie za latarnią. -
MoŜe miałbym okazję, gdyby nie to, Ŝe na widok twoich oczu zupełnie zbaraniał. Od
razu widać, Ŝe kocha Cybil do szaleństwa.
- TeŜ to zauwaŜyłam. Pamiętasz, jakim lękiem potrafi napawać to uczucie?
- Ja nadal czasami czuję lęk. - Przyciągnął ją do siebie ze śmiechem. - Ten
chłopak nie jest mięczakiem. A Cybil, jako twoja nieodrodna córka, nieźle da mu
popalić, zanim mu wybaczy.
- Oczywiście, Ŝe tak. ZasłuŜył sobie na to. Tak czy inaczej, Daniel znów się
nie pomylił.
- Wiem, wiem - przyznał Grant, a potem uśmiechnął się chytrze do Ŝony. - Ale
nie powiemy mu o tym od razu. Niech się trochę pomęczy.
Siedziała na skale i rysowała z pochyloną głową, a wiatr rozwiewał jej włosy.
Na jej widok zabrakło mu tchu. Jechał całą noc, wyobraŜając sobie, co poczuje, kiedy
ją znów zobaczy. Tym razem wyobraźnia go zawiodła. Preston wyszeptał jej imię,
lecz wiatr i szum fal zagłuszyły jego głos. Ruszył ku niej wąską ścieŜką.
MoŜe usłyszała jego kroki albo jego cień połoŜył się na jej rysunku, a moŜe po
prostu wyczuła jego obecność. Podniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez
chwilę w jej oczach szalała burza uczuć, jednak zaraz znów stały się chłodne niczym
morska woda. Cybil spokojnie wróciła do szkicowania.
- Znalazłeś się daleko od domu, McQuinn.
- Posłuchaj, Cybil... - zaczął, lecz głos nie chciał wydobyć się z gardła.
- Rzadko miewamy tu gości. Ojciec grozi, Ŝe całkiem zlikwiduje tę drogę.
Szkoda, Ŝe jeszcze tego nie zrobił.
- Cybil... - powtórzył bezradnie.
- Gdybym miała ci coś więcej do powiedzenia, powiedziałabym to w Nowym
Jorku.
- To ja chcę ci coś powiedzieć. Spojrzała na niego obojętnie.
- Gdybym chciała cię wysłuchać, wysłuchałabym cię... i tak dalej, jak wyŜej. -
Zamknęła szkicownik, wstała. - A teraz...
- Proszę. - Uniósł rękę, ale natychmiast ją opuścił, kiedy spojrzała na niego
ostrzegawczo. - Wysłuchaj mnie. Jeśli potem kaŜesz mi odejść, odejdę.
- Dobrze. - Znów usiadła na skale. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, będę
rysować dalej.
- Ja... - Nie wiedział, od czego zacząć. Tyle razy układał sobie w myślach
prośby i błagania, ale teraz wszystkie gdzieś mu umknęły. - Moja agentka spotkała
wczoraj twojego agenta.
- Naprawdę? No popatrz, jaki ten świat mały. Nawet nie zauwaŜył jej
uszczypliwego tonu.
- Powiedział jej o serialu telewizyjnym, który ma powstać na podstawie
twojego komiksu. To podobno duŜy kontrakt.
- Być moŜe.
- Nic mi o tym nie powiedziałaś.
- PrzecieŜ nie interesuje cię moja praca.
- To nieprawda. Ale nie dziwię się, Ŝe tak sądzisz. Wszystko teraz rozumiem.
Kiedy przyszłaś do mnie taka uradowana, chciałaś mi powiedzieć o serialu, a ja
zepsułem twoje święto... - Znów zamilkł i przez chwilę patrzył na wzburzone morze. -
Byłem rozkojarzony, myślałem o sztuce, a jeszcze bardziej o moich uczuciach do
ciebie. Wtedy bardzo chciałem je stłumić.
Nacisnęła mocniej i złamała czubek ołówka. Wściekła na siebie wyjęła drugi z
małej torby z przyborami.
- Jeśli przyjechałeś tu po to, Ŝeby mi o tym opowiedzieć, to juŜ to zrobiłeś.
Teraz moŜesz odejść.
- Nie po to przyjechałem, ale przepraszam za tamto wydarzenie. I chciałbym ci
powiedzieć, Ŝe cieszę się razem z tobą.
- Hura.
Zamknął oczy i zacisnął pięści. A więc jednak potrafi być okrutna, kiedy ktoś
sobie na to zasłuŜy.
- Wszystko, co mi powiedziałaś w naszej ostatniej rozmowie, jest prawdą.
Pozwoliłem, Ŝeby stanęła między nami moja przeszłość. UŜyłem jej, Ŝeby się
odgrodzić od najlepszej rzeczy, jaka mi się w Ŝyciu przytrafiła. Widziałem, jak runął
ś
wiat mojej siostry, jak zdrada i ból niemal jej nie powaliły. Musiała sama
wychowywać dziecko, a drugie urodziła, kiedy jeszcze nie wysechł atrament na
papierach rozwodowych.
Czy mogła pozostać obojętna wobec takiego cierpienia?
- Wiem, Ŝe przeszła przez piekło - rzekła, zamykając szkicownik. - Z
pewnością nie zasłuŜyła sobie na taki los.
- Tak. Ale czasami Ŝycie jest okrutne. - Spojrzał jej w oczy i ze zdziwieniem
zobaczył w nich współczucie. - Udałoby mi się ciebie przebłagać, gdybym posłuŜył
się siostrą, prawda? Ale nie chcę grać na twoim współczuciu.
Podszedł do skraju urwiska, gdzie w dole burzyło się morze. Nad głową
krzyczały mewy, to rzucając się w dół, to szybując w górę. Cybil przychodziła tutaj,
kiedy odwiedzała rodzinny dom, kiedy chciała zostać sam na sam ze swoimi myślami.
Właśnie w tym miejscu powinien wyjawić jej swoje najtajniejsze przemyślenia i
kryjące się za nimi uczucia.
- Kochałem Pamelę - wyznał. - To, co się między nami zdarzyło, odmieniło
mnie.
- Wiem. - Uświadomiła sobie, Ŝe będzie musiała mu przebaczyć. JuŜ czuła, Ŝe
mięknie jej serce. Przebaczy mu, a potem kaŜe odejść.
- Kochałem ją - powtórzył, odwracając się od urwiska. - Ale to, co do niej
czułem, nie jest nawet cieniem, nawet namiastką tego, co czuję do ciebie, co czuję,
kiedy myślę o tobie i kiedy na ciebie patrzę. Miłość do ciebie mnie przytłacza, Cybil,
daje cierpienie, ale i nadzieję.
Rozchyliła drŜące wargi. Serce zaczęło jej bić radosnym rytmem. Na twarzy
Prestona zobaczyła coś, co ją zaskoczyło.
- O jakiej nadziei mówisz? - zapytała zduszonym głosem.
- O nadziei na cud. Zraniłem cię i nie znajduję na to wytłumaczenia.
Zaatakowałem cię, kiedy myślałem, Ŝe jesteś w ciąŜy. Byłem wściekły na samego
siebie. Wściekły, poniewaŜ gdzieś na dnie duszy pomyślałem, Ŝe dziecko byłoby
niezłym sposobem na to... Ŝebyś ze mną została.
Gwałtownie odwróciła głowę i spojrzała na niego wstrząśnięta. On tymczasem
przeczesał włosy palcami i mówił dalej, jakby bał się, Ŝe nie zdąŜy powiedzieć
wszystkiego:
- Wiedziałem, Ŝe nie chcesz wychodzić za mąŜ, ale jeśli byś była... Mógłbym
cię do tego skłonić. Nie wiedziałem, jak się przed takimi myślami bronić, więc
przypisałem je tobie.
- Chciałeś skłonić mnie do małŜeństwa?
Tylko tyle była w stanie powiedzieć. Po tych słowach wstała chwiejnie i
spojrzała w dół na morze. Wszystko tak szybko się zmieniało.
- To Ŝadne usprawiedliwienie, ale wiedz, Ŝe nigdy cię nie podejrzewałem o
jakieś kalkulacje czy oszustwo. Nie znam nikogo mniej wyrachowanego niŜ ty. Jesteś
taka ciepła, szczodra, masz takie radosne, otwarte usposobienie. Kiedy zjawiłaś się w
moim Ŝyciu... uszczęśliwiłaś mnie, choć myślałem, Ŝe juŜ nigdy nie będę szczęśliwy.
- Och, Preston - spojrzała na niego przez zasłonę łez - przestań juŜ, proszę.
- Wysłuchaj mnie do końca. - Chwycił ją mocno za ręce. - Kocham cię, Cybil.
Wszystko w tobie mnie zachwyca. Powiedziałaś, Ŝe mnie kochasz, a przecieŜ ty nie
kłamiesz.
- Nie. - Przetarła oczy. Teraz widziała go wyraźnie. W zwęŜonych źrenicach
kryło się napięcie, twarz miał zmęczoną. Gdyby nie trzymał jej dłoni w mocnym
uścisku, pogładziłaby go po policzku. - Nie kłamię.
- I za to teŜ cię kocham. I potrzebuję cię o wiele bardziej niŜ ty mnie. Wiem,
Ŝ
e potrafiłabyś się podnieść i iść dalej. Jesteś taka silna, tak kochasz Ŝycie. Nadal
byłabyś sobą. MoŜesz mi powiedzieć, Ŝebym sobie poszedł. Zapomnisz o mnie i
jeszcze będziesz kiedyś szczęśliwa. Ale ja nigdy ciebie nie zapomnę. Nigdy nie
przestanę cię kochać ani Ŝałować, Ŝe zraziłem cię do siebie. Jeśli powiesz mi, Ŝebym
odszedł, zrobię to - zapewnił drŜącym z napięcia głosem, po czym opuścił głowę. -
Ale... ale proszę, nie kaŜ mi odchodzić.
- Czy ty wierzysz w to, co mówisz? - zapytała cicho, zaskoczona, Ŝe jej głos
brzmi tak pewnie, a serce bije tak równo. - Wierzysz, Ŝe mogłabym o tobie
zapomnieć? MoŜe rzeczywiście potrafiłabym się podnieść i jeszcze znalazłabym
szczęście, ale po co ryzykować? I dlaczego miałabym kazać ci odejść, skoro chcę,
Ŝ
ebyś został?
Preston poczuł się tak, jakby ktoś zdjął mu z piersi stutonowy cięŜar. Objął ją,
przyciągnął do siebie i połoŜył głowę na jej ramieniu.
- A więc nie pozwoliłaś, Ŝebym wszystko zepsuł - powiedział z
wdzięcznością.
- Nie pozwoliłam. - Czuła, Ŝe jego ciało drŜy, a serce bije jak szalone. Ten
mocny, uparty, powaŜny męŜczyzna z miłości do niej był bezsilny jak dziecko. - Nie
mogłam na to pozwolić. Ja teŜ cię potrzebuję.
Odsunął ją od siebie i pogłaskał po policzku.
- Myślałem juŜ, Ŝe cię straciłem, Cybil. Nie potrafię nawet...
Nie dokończył. Pocałował ją. Chciał to zrobić delikatnie, Ŝeby jej dowieść, jak
ją sobie ceni, ale emocje wzięły górę, dzikie i nieokiełznane jak szalejące w dole
morze. Kiedy na nią spojrzał, znów miała oczy mokre od łez.
- Proszę, tylko nie płacz.
- Będziesz musiał się do tego przyzwyczaić. My, Campbellowie jesteśmy
bardzo uczuciowi.
- Domyśliłem się tego. Zdaje się, Ŝe twój ojciec ma ochotę rozerwać mnie na
strzępy.
Roześmiała się.
- Kiedy zobaczy, Ŝe dzięki tobie jestem szczęśliwa, daruje ci Ŝycie. Pokocha
cię i on, i moja mama. Po pierwsze dlatego, Ŝe ja cię kocham, no i dla ciebie samego,
za to kim jesteś.
- Opryskliwy ponurak, łatwo wpadający w gniew?
- Tak! - Znów się roześmiała, widząc jego uraŜoną minę. - Mogłabym temu
zaprzeczyć, ale nie umiem kłamać. - Wzięła go za rękę i poszli wzdłuŜ urwiska. -
Uwielbiam to miejsce. To właśnie tutaj moi rodzicie zakochali się w sobie. Tata
mieszkał wtedy w latarni, niczym pustelnik. Był wściekły, Ŝe jakaś kobieta zakłóca
mu spokój i odrywa go od pracy. - Zerknęła na Prestona z ukosa. - Mój tata to takŜe
opryskliwy ponurak, który łatwo wpada w gniew.
Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- To musi być bardzo rozsądny człowiek. - Uniósł jej dłoń do ust i pocałował. -
Pojedziesz ze mną do Newport, Ŝebym mógł ci przedstawić swoją rodzinę?
- Chętnie. - Spostrzegła, Ŝe przygląda się jej z uwagą, więc spytała: - O co
chodzi?
Preston zatrzymał się i odwrócił ją ku sobie.
- Wiem, Ŝe nie chcesz wychodzić za mąŜ ani wyprowadzać się na wieś. Lubisz
Nowy Jork i nie oczekuję...
Pomyślałem sobie jednak, Ŝe mój dom bardzo by ci się spodobał. To piękna,
stara rezydencja nad brzegiem morza. - Cybil milczała, więc wrócił do przerwanego
wątku: - Nie oczekuję - powtórzył - Ŝe zechcesz zmienić styl Ŝycia, ale jeśli kiedyś
zdecydujesz, Ŝe pragniesz za mnie wyjść, mieszkać ze mną pod jednym dachem i
załoŜyć rodzinę, to powiedz mi o tym, dobrze?
Jej serce podskoczyło trzy razy jak cyrkowiec na trampolinie, ale tylko
powaŜnie skinęła głową.
- Dowiesz się o tym pierwszy - obiecała.
- Świetnie.
Znów ruszyli przed siebie, lecz po kilku krokach Cybil nagle się zatrzymała.
- Preston?
- Słucham.
- Chcę za ciebie wyjść, mieszkać z tobą pod jednym dachem i załoŜyć rodzinę.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Ale...
- Widzisz? Dowiedziałeś się pierwszy.
- Hm, rzeczywiście - przyznał. - Ale czy musiałaś tak długo trzymać mnie w
niepewności?
Roześmiała się głośno, a on uniósł ją w ramionach i razem zaczęli wirować w
szalonym, radosnym pędzie.