background image

NORA ROBERTS

BRACIA Z KLANU MACGREGOR

TOM TRZECI

JAN

Z PAMI

Ę

TNIKÓW DANIELA DUNCANA MACGREGORA.

Ŝ

yciu ka

Ŝ

dego m

ęŜ

czyzny zdarzaj

ą

 si

ę

 chwile, które na zawsze zostaj

ą

 w pami

ę

ci. Najpierw 

pierwsza miło

ść

, a potem dzie

ń

, w którym spotyka kobiet

ę

 swojego 

Ŝ

ycia. Krzyk dziecka, gdy zaraz po 

urodzeniu trzyma je w swoich ramionach. I wszystkie miesi

ą

ce i lata, w ci

ą

gu których patrzył, jak to 

dziecko dorasta, staje si

ę

 coraz bardziej samodzielne, a w ko

ń

cu opuszcza dom i zaczyna i

ść

 przez 

ś

wiat własn

ą

 drog

ą

.

W moim długim 

Ŝ

yciu nie brakowało takich radosnych chwil, które teraz nosz

ę

 w pami

ę

ci jak najcen-

niejszy skarb. Ostatnio miałem szcz

ęś

cie doł

ą

czy

ć

 do tej kolekcji jeszcze jedno radosne wydarzenie. U 

schyłku lata odbył si

ę

 w naszej rodzinie kolejny 

ś

lub. Tym razem uroczysto

ść

 miała miejsce w naszym 

domu w Hyannis Port. Serce mi rosło, gdy patrzyłem, jak dziewczyna, któr

ą

 pokochałem niczym własn

ą

 

wnuczk

ę

, ł

ą

czy si

ę

 na zawsze z moim wnukiem Duncanem. Wszyscy zgromadzili

ś

my si

ę

 w ogrodzie w 

pi

ę

kny, słoneczny dzie

ń

, by wysłucha

ć

 słów przysi

ę

gi o wiecznej i wiernej miło

ś

ci. A kiedy młodzi 

wymienili pierwszy mał

Ŝ

e

ń

ski pocałunek, wzruszyłem si

ę

 tak bardzo, jakbym to ja sam stał na miejscu 

Duncana. Jego 

ś

wie

Ŝ

o po

ś

lubiona 

Ŝ

ona podeszła potem do mnie i szepn

ę

ła mi do ucha: „Dzi

ę

kuj

ą

panie MacGregor. Dzi

ę

kuj

ą

Ŝ

e wybrał pan dla mnie takiego m

ęŜ

a ". Zawsze mówiłem, 

ś

e ta 

dziewczyna to szczere złoto. Nie chodzi o to, 

Ŝ

e jestem łasy na podzi

ę

kowania, ale zawsze to miło, 

kiedy kto

ś

 doceni wysiłki i starania. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czeka

ć

, a

Ŝ

 młodzi 

wezm

ą

 si

ę

 do dzieła i sprezentuj

ą

 nam nast

ę

pnego MacGregora albo MacGregorówn

ę

. Oczywi

ś

cie nie 

pali si

ę

 i mo

Ŝ

emy troch

ę

 z tym poczeka

ć

, ale moja Anna jak zwykle bardzo si

ę

 niecierpliwi. Mówi

ę

 jej, 

Ŝ

eby si

ę

 nie denerwowała. W ko

ń

cu wszystko jest na jak najlepszej drodze.

Obserwuj

ą

 wła

ś

nie z okna mojego pokoju, jak ró

Ŝ

any ogród Anny szykuje si

ę

 na spotkanie jesieni. 

Ostatnie kwiaty wyci

ą

gaj

ą

 główki ku sło

ń

cu, które Z ka

Ŝ

dym dniem grzeje coraz słabiej. Ech, 

Ŝ

ycie! 

Człowiek chciałby zatrzyma

ć

 czas, powiedzie

ć

: „Chwilo, trwaj!", ale nic z tego. Czas nie słucha 

Ŝ

adnych 

błaga

ń

 i gna przed siebie, z ka

Ŝ

dym dniem coraz szybciej. Dlatego nie wolno traci

ć

 ani jednej chwili, bo 

ka

Ŝ

da si

ę

 uczy. Ja w ka

Ŝ

dym razie nie zamierzam marnowa

ć

 ani jednego dnia. Nuda mi nie grozi, bo 

wci

ąŜ

 mam wnuki, którymi nale

Ŝ

y odpowiednio pokierowa

ć

. Niestety, swoje plany musz

ę

 trzyma

ć

 w 

sekrecie, bo Annie bardzo si

ę

 nie podobaj

ą

.

Zaledwie przed paroma dniami wspomniałem jej mimochodem, 

Ŝ

e nasz wnuk Jan wkroczył ju

Ŝ

 w 

wiek, kiedy to m

ęŜ

czyzna powinien pomy

ś

le

ć

 o przyszło

ś

ci. Anna była widocznie w nastroju do kaza

ń

bo natychmiast zacz

ę

ła mnie strofowa

ć

Ŝ

e niby si

ę

 wtr

ą

cam, 

Ŝ

e chc

ę

 wszystkim układa

ć

 

Ŝ

ycie i tak 

dalej. Gadała z dobr

ą

 godzin

ą

, aleja pu

ś

ciłem wszystko mimo uszu, bo i tak wiem swoje. Nie pozwol

ę

Ŝ

eby mi si

ę

 chłopak zmarnował i jeszcze, nie daj Bo

Ŝ

e, zwi

ą

zał z jak

ąś

 nieodpowiedni

ą

 kobiet

ą

.

Nasz Jan to zdolna bestia, ma mózg jak komputer. Pami

ę

tam go raczkuj

ą

cego po podłodze w 

background image

salonie, zupełnie jakby to było wczoraj, a tymczasem min

ę

ło ju

Ŝ

 kilka ładnych lat, odk

ą

d sko

ń

czył prawo 

i zacz

ą

ł praktyk

ę

. Poniewa

Ŝ

 od dziecka miał niezłe oko, wybrałem dla niego prawdziw

ą

 

ś

licznotk

ę

. Nie 

ma w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ś

e bez trudu podbije jego czułe serce. Poza tym chłopakowi naprawd

ę

 potrzeba 

rodziny. Kupił sobie ostatnio dom, wi

ę

c nie powinien mieszka

ć

 w nim sam jak palec. Rozumiem, 

Ŝ

najpierw musi nacieszy

ć

 si

ę

 jego urz

ą

dzaniem. Ale dom bez rodziny to tylko cztery 

ś

ciany i nic wi

ę

cej. 

Dlatego postanowiłem pomóc mojemu wnukowi w dokonaniu 

Ŝ

yciowego wyboru. 1 do diabła Z 

wszystkimi, którzy b

ę

d

ą

 narzeka

ć

Ŝ

e znów si

ę

 wtr

ą

cam!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bywały dni, kiedy doba była zdecydowanie za krótka. Jan nienawidził 

Ŝ

ycia w po

ś

piechu, ale od 

jakiego

ś

 czasu miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e siedzi na zwariowanej karuzeli, której nie mo

Ŝ

na zatrzyma

ć

Przedzieraj

ą

c si

ę

 przez zakorkowane ulice Bostonu, zastanawiał si

ę

, jak długo jeszcze wytrzyma 

Ŝ

ycie 

w takim młynie. Uwi

ę

ziony w potoku leniwie sun

ą

cych samochodów, marzył o tym, 

Ŝ

eby jak najszybciej 

znale

źć

 si

ę

 w domu. W nowym domu, który kupił zaledwie przed dwoma miesi

ą

cami i którym nie zd

ąŜ

ył 

si

ę

 jeszcze nacieszy

ć

.

Dom był stary i elegancki. Znajdował si

ę

 w dobrej, spokojnej dzielnicy, stał przy alei wysadzanej 

wiekowymi klonami, które skutecznie chroniły przed koszmarem letnich upałów. To zaciszne miejsce 
natychmiast przypadło Janowi do gustu. Ilekro

ć

 przekr

ę

cał klucz w zamku i wchodził do pogr

ąŜ

onego w 

ciszy wn

ę

trza, radował si

ę

 w duchu, 

Ŝ

e ma ju

Ŝ

 za sob

ą

 studenckie lata sp

ę

dzone w hała

ś

liwym 

akademiku. Co nie znaczyło, 

Ŝ

e był odludkiem. W ko

ń

cu pochodził z licznej rodziny, od dziecka wi

ę

przebywał w gromadzie. Jednak takie stadne 

Ŝ

ycie zmuszało do wielu kompromisów, on za

ś

 pragn

ą

ł za 

wszelk

ą

 cen

ę

 si

ę

 usamodzielni

ć

. Chciał mie

ć

 własny dom, pełen przedmiotów, które lubił i które 

kojarzyły si

ę

 z tradycj

ą

 i pewn

ą

 klas

ą

. Wyniósł to prawdopodobnie z rodzinnego domu. Zarówno jego 

rodzice, jak i dziadkowie cenili takie wła

ś

nie warto

ś

ci, nic wi

ę

c dziwnego, 

Ŝ

e je przej

ą

ł.

Wła

ś

nie dlatego, po sko

ń

czeniu studiów, zdecydował si

ę

 przyst

ą

pi

ć

 do rodzinnej firmy prawniczej, 

gdzie pracował razem z rodzicami i siostr

ą

. Nie miał 

Ŝ

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e powinien podtrzymywa

ć

 t

ę

 

tradycj

ę

 i wspólnie z innymi budowa

ć

 presti

Ŝ

 znanej w całym Bostonie kancelarii prawniczej 

MacGregorów. Miał zamiar zdoby

ć

 w niej do

ś

wiadczenie, by potem, je

ś

li nadarzy si

ę

 okazja, pój

ść

 w 

ś

lady ojca i wuja, czyli spróbowa

ć

 szcz

ęś

cia w Waszyngtonie. Prasa od czasu do czasu pisała, 

Ŝ

e klan 

widział go w przyszło

ś

ci jako polityka, co zreszt

ą

 nikogo nie dziwiło. W ko

ń

cu miał po kim przejmowa

ć

 

sched

ę

. Jego ojciec przez długie lata piastował stanowisko prokuratora generalnego, a wuj dwukrotnie 

był prezydentem. Poza tym Jan miał wygl

ą

d rasowego polityka, co było jego niezaprzeczalnym atutem. 

Jasne włosy, niebieskie oczy, bardzo regularne, a jednocze

ś

nie m

ę

skie rysy sprawiały, 

Ŝ

e kobiety na 

jego widok wzdychały rozmarzone, a m

ęŜ

czy

ź

nie byli gotowi obdarzy

ć

 go zaufaniem.

Uroda miała równie

Ŝ

 i złe strony - Jan poczuł kilka razy na własnej skórze, jak kłopotliwe bywa 

nadmierne zainteresowanie jego osob

ą

. Kiedy

ś

 jeden z brukowców zamie

ś

cił fotografi

ę

, na której wida

ć

 

go było w samych k

ą

pielówkach, poniewa

Ŝ

 zrobiono j

ą

 w czasie regat jachtowych. Podpis pod zdj

ę

ciem 

informował, 

Ŝ

e przedstawia ono „najwi

ę

kszego przystojniaka Harvardu" w całej okazało

ś

ci. Ten 

przydomek przylgn

ą

ł do niego na długie lata. Jan zło

ś

cił si

ę

, cho

ć

 rodzina była raczej rozbawiona. Z 

czasem zacz

ą

ł traktowa

ć

 to z humorem, a wszystkim, którzy widzieli w nim wył

ą

cznie playboya, 

udowodnił, ile jest wart, ko

ń

cz

ą

c studia z wyró

Ŝ

nieniem. Był jednym z pi

ę

ciu najlepszych studentów na 

roku, a egzamin adwokacki zdał bez trudu za pierwszym podej

ś

ciem. Tak mu nakazywała ambicja.

Poprzeczk

ę

 zawsze Jan ustawiał wysoko i je

ś

li wyznaczył sobie jaki

ś

 cel, wcze

ś

niej czy pó

ź

niej 

musiał go zrealizowa

ć

. Dlatego dra

Ŝ

niło go, 

Ŝ

e w rodzinnej firmie wci

ąŜ

 jeszcze nie jest traktowany jak 

równorz

ę

dny partner. B

ę

d

ą

c najmłodszym w rodzinie, wszedł do kancelarii jako ostatni, wi

ę

traktowano go czasem jak chłopca na posyłki. Wiedział wszak

Ŝ

e, 

Ŝ

e taka jest kolej rzeczy i 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy, 

zanim powierzy mu si

ę

 co

ś

 powa

Ŝ

niejszego, musi troch

ę

 poterminowa

ć

. Na szcz

ęś

cie zaj

ą

ł si

ę

 w ko

ń

cu 

spraw

ą

, która była du

Ŝ

o trudniejsza ni

Ŝ

 dotychczasowe, mógł wi

ę

c poczu

ć

 si

ę

 wreszcie 

dowarto

ś

ciowany.

Z trudem znalazł miejsce na zatłoczonym parkingu, z dala od ulicy, gdzie mie

ś

ciła si

ę

 siedziba jego 

klienta. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e ch

ę

tnie si

ę

 przejdzie i obejrzy przy okazji wystawy antykwariatów. Pogoda 

nastrajała zreszt

ą

 do spaceru. Zawsze uwa

Ŝ

ał, 

Ŝ

e wczesna jesie

ń

 w Nowej Anglii to najpi

ę

kniejsza pora 

roku. Powietrze stawało si

ę

 wtedy łagodne, lekko zamglone, a promienie słoneczne nadawały mu 

nierealny charakter. Listowie wielkich drzew zaczynało ju

Ŝ

 zmienia

ć

 barw

ę

, by za kilka tygodni 

eksplodowa

ć

 prawdziw

ą

 feeri

ą

 kolorów.

Szedł wolno, z przyjemno

ś

ci

ą

 wystawiaj

ą

c twarz na łagodne podmuchy wiatru, który rozwiewał mu 

włosy i targał poły płaszcza. Wieczorne niebo co chwila zmieniało barw

ę

. Człowiek miał ochot

ę

 usi

ąść

 

gdzie

ś

 w spokoju i nacieszy

ć

 oczy tym niepowtarzalnym widokiem. Jan obiecał sobie, 

Ŝ

e jak tylko 

znajdzie si

ę

 w domu, to usi

ą

dzie z kieliszkiem dobrego wina na werandzie. Tymczasem przyspieszył 

kroku. Zapomniał o antykwariatach i po kilku minutach stan

ą

ł przed dostojnym budynkiem z czerwonej 

cegły, w którym mie

ś

ciła si

ę

 siedziba jego nowego klienta.

Ksi

ę

garnia Brightstone'ów stanowiła prawdziw

ą

 instytucj

ę

. Był to najbardziej znany w Bostonie sklep 

z ksi

ąŜ

kami. Je

ś

li jaka

ś

 pozycja nie znalazła si

ę

 na jego półkach, to znaczyło to, 

Ŝ

e nie została jeszcze 

napisana. Patrz

ą

c na olbrzymie witryny, Jan uzmysłowił sobie, 

Ŝ

e dawno tu nie zagl

ą

dał. Jako dziecko 

cz

ę

sto przychodził do ksi

ę

garni z matk

ą

 i zawzi

ę

cie buszował mi

ę

dzy kolorowymi półkami działu dla 

najmłodszych. Zawsze udawało mu si

ę

 znale

źć

 jak

ąś

 fascynuj

ą

ca ksi

ąŜ

k

ę

, pełn

ą

 wspaniałych ilustracji, 

któr

ą

 miłe ekspedientki pakowały z u

ś

miechem w barwny firmowy papier. Przez cał

ą

 drog

ę

 do domu 

niecierpliwie zerkał potem na pakunek, nie mog

ą

c si

ę

 doczeka

ć

 chwili, kiedy wreszcie usi

ą

dzie nad 

ksi

ąŜ

k

ą

 i zapomni o bo

Ŝ

ym 

ś

wiecie. Pó

ź

niej, kiedy zacz

ą

ł chodzi

ć

 do szkoły, nie miał ju

Ŝ

 czasu na 

beztroskie buszowanie po

ś

ród półek z ksi

ąŜ

kami. A teraz, poruszony wspomnieniami z dzieci

ń

stwa, 

background image

wpadł na pomysł, by jeden z pokoi w nowym domu przeznaczy

ć

 na bibliotek

ę

.

Wszedł do 

ś

rodka i rozejrzał si

ę

 po znajomym wn

ę

trzu. Z przyjemno

ś

ci

ą

 wdychał zapach ksi

ąŜ

ek, 

pomieszany z miodow

ą

 woni

ą

 

ś

rodka do piel

ę

gnacji drewnianych podłóg i regałów. Spojrzał w gór

ę

, na 

wysokie sufity, i przypomniał sobie, 

Ŝ

e na pi

ę

trze znajduje si

ę

 dział historyczny, biograficzny i literatury 

ameryka

ń

skiej. A na samej górze przechowywano ksi

ąŜ

ki najcenniejsze, prawdziwe białe kruki, o jakich 

marzy ka

Ŝ

dy bibliofil.

Mi

ę

dzy półkami i stołami zarzuconymi kolorowymi wydawnictwami kr

ąŜ

yło wielu klientów - znak, 

Ŝ

interes idzie dobrze. Troch

ę

 go to zaskoczyło, bo przeczytał jaki

ś

 czas temu w gazetach, 

Ŝ

e szacowna 

bosto

ń

ska ksi

ę

garnia prze

Ŝ

ywa powa

Ŝ

ne kłopoty z powodu konkurencji, jak

ą

 stanowiły poło

Ŝ

one na 

obrze

Ŝ

ach miasta hipermarkety.

Dopiero po chwili zorientował si

ę

Ŝ

e w ksi

ę

garni wprowadzono pewne zmiany. Na parterze 

urz

ą

dzono przytulne k

ą

ciki, w których mo

Ŝ

na było usi

ąść

 i spokojnie przejrze

ć

 wybrane ksi

ąŜ

ki. 

Wygodne fotele, proste stoły z litego drewna, mała kawiarenka, nastrojowa muzyka - wszystko to 
słu

Ŝ

yło bez w

ą

tpienia wygodzie klientów i przyci

ą

gało ich do sklepu.

Kr

ąŜ

ył kilka minut mi

ę

dzy regałami, z uznaniem przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 tym udogodnieniom. Nie mógł 

odmówi

ć

 sobie przyjemno

ś

ci i zajrzał do dzieci

ę

cego k

ą

cika, gdzie, ku swemu zadowoleniu, zastał 

wszystko po staremu, nie licz

ą

c kosza pełnego kolorowych zabawek i plakatów przedstawiaj

ą

cych 

sceny z popularnych bajek. W rogu, obok schodów, dostrzegł mały sklepik oferuj

ą

cy miło

ś

nikom 

ksi

ąŜ

ek najró

Ŝ

niejsze gad

Ŝ

ety. Rzucił na nie okiem i ju

Ŝ

 miał ruszy

ć

 w stron

ę

 biura, gdy poczuł zapach 

ś

wie

Ŝ

o parzonej kawy. Cho

ć

 pokusa, by usi

ąść

 w k

ą

cie z fili

Ŝ

ank

ą

 i ksi

ąŜ

k

ą

 w r

ę

ku, była wielka, 

opanował si

ę

 i wszedł zdecydowanym krokiem do sekretariatu biura.

- Dzie

ń

 dobry. Nazywam si

ę

 Jan MacGregor. Jestem umówiony z pani

ą

 Naomi Brightstone - wyja

ś

nił 

u

ś

miechni

ę

tej sekretarce.

- Witam pana. Pani Brightstone jest w swoim gabinecie na drugim pi

ę

trze. 

ś

yczy pan sobie, 

Ŝ

eby po 

ni

ą

 posła

ć

?

- Nie, dzi

ę

kuj

ę

. Sam do niej pójd

ę

.

- Prosz

ę

 bardzo. Poinformuj

ę

 j

ą

 o pa

ń

skiej wizycie - si

ę

gn

ę

ła po słuchawk

ę

.

Jan przypomniał sobie, 

Ŝ

e ksi

ę

garnia zawsze była znana z doskonałego personelu, co nawet teraz 

wyró

Ŝ

niało j

ą

 spo

ś

ród innych sklepów, poniewa

Ŝ

 uprzejma i profesjonalna obsługa wci

ąŜ

 nale

Ŝ

ała do 

rzadko

ś

ci.

Id

ą

c po szerokich, drewnianych schodach, znów wrócił pami

ę

ci

ą

 do dni, kiedy to odwiedzał 

ksi

ę

garni

ę

 wraz z matk

ą

. Ujrzał j

ą

 w wyobra

ź

ni - wychylała si

ę

 za balustrad

ę

 i prosiła, 

Ŝ

eby zaczekał, a

Ŝ

 

sko

ń

czy zakupy, a potem pójd

ą

 razem na lody do cukierni po drugiej stronie ulicy. Był zdumiony, 

Ŝ

pami

ęć

 przechowuje takie obrazy. Musiał jednak oderwa

ć

 si

ę

 od wspomnie

ń

, gdy

Ŝ

 jego uwag

ę

 zwróciły 

zmiany, które zaszły na pi

ę

trze. Znikn

ę

ły ciemne regały i przy

ć

mione 

ś

wiatło, które zapami

ę

tał, a w ich 

miejsce pojawiły si

ę

 l

Ŝ

ejsze meble w zdecydowanie ja

ś

niejszym tonie. Po

ś

rodku sali ustawiono długi 

stół, co nadało pomieszczeniu nieco biblioteczny charakter. Siedziała przy nim para nastolatków, 
bardziej zaj

ę

ta flirtowaniem ni

Ŝ

 przegl

ą

daniem ksi

ąŜ

ek.

Teraz przypomniał sobie sympatie z lat szkolnych i studenckich. Te zaciszne i ciemne k

ą

ty czytelni 

były 

ś

wiadkiem niejednej sceny miłosnej. Có

Ŝ

, pozostały po nich tylko romantyczne wspomnienia. 

Odk

ą

d zacz

ą

ł pracowa

ć

 w kancelarii, zabrakło czasu na cokolwiek poza prac

ą

. Nie pami

ę

tał nawet, 

kiedy ostatnio był na randce, nie mówi

ą

c ju

Ŝ

 o tym, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 od dawna nikogo nie poznał. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

nale

Ŝ

ałoby to zmieni

ć

. Nie zamierzał by

ć

 przez całe 

Ŝ

ycie pracoholikiem, zaczynał te

Ŝ

 odczuwa

ć

 brak 

damskiego towarzystwa.

- Pan MacGregor? - wyrwał go z zamy

ś

lenia miły głos. Odwrócił si

ę

 i przez chwil

ę

 patrzył na młod

ą

 

kobiet

ę

, która szła w jego stron

ę

. Prezentowała si

ę

 niezwykle elegancko w doskonale skrojonym 

czerwonym kostiumie, do którego wło

Ŝ

yła pantofle na niskich obcasach. Czarne, l

ś

ni

ą

ce włosy zaplotła 

w warkocz. Była ładna, jednak jej spokojna, delikatna uroda nie od razu rzucała si

ę

 w oczy. Co

ś

 dla 

prawdziwego konesera, pomy

ś

lał, 

ś

ciskaj

ą

c szczupł

ą

 dło

ń

, któr

ą

 wyci

ą

gn

ę

ła na powitanie.

- Pani Brightstone? - upewnił si

ę

. Skin

ę

ła z u

ś

miechem głow

ą

.

- Tak. Miło mi pana pozna

ć

. Przepraszam, 

Ŝ

e nie czekałam na pana na dole.

- Nic nie szkodzi. Zreszt

ą

 to ja si

ę

 spó

ź

niłem, wi

ę

c nie ma o czym mówi

ć

.

- Zapraszam do mojego gabinetu. Napije si

ę

 pan czego

ś

? Kawy, herbaty, cappuccino?

- Czy cappuccino smakuje tak samo jak pachnie?
- Powiedziałabym, 

Ŝ

e lepiej, zwłaszcza je

ś

li skusi si

ę

 pan na orzechowe ciasteczko. - Jej szare oczy 

ponownie rozja

ś

nił ciepły u

ś

miech.

- W takim razie nie mam wyboru.
- Nie po

Ŝ

ałuje pan. - Spojrzała na niego przez rami

ę

 i poprosiła, 

Ŝ

eby poszedł za ni

ą

 do biura. Po 

drodze wysłała jedn

ą

 z pracownic po kaw

ę

. - Przepraszam za ten bałagan, ale nie sko

ń

czyli

ś

my 

jeszcze kuracji odmładzaj

ą

cej - powiedziała z u

ś

miechem, otwieraj

ą

c przed nim drzwi.

Nie ma problemu. Zauwa

Ŝ

yłem wszystkie zmiany. Jak najbardziej po

Ŝą

dane - pochwalił.

- Dzi

ę

kuj

ę

. Prosz

ę

 si

ę

 rozgo

ś

ci

ć

. - Wskazała krzesło stoj

ą

ce naprzeciwko biurka z wi

ś

niowego 

drewna. - Przepraszam na moment, poprosz

ę

 tylko sekretark

ę

Ŝ

eby przyniosła nam dokumenty.

Si

ę

gn

ę

ła po słuchawk

ę

 i wyja

ś

niła rzeczowo, czego potrzebuje. Jan miał wi

ę

c czas si

ę

 rozejrze

ć

Pokój musiał by

ć

 niedawno odnowiony. 

Ś

ciany pokryto gładk

ą

 tapet

ą

 w odcieniu perłowym, który 

stanowił ciekawe tło dla spokojnych akwarel przedstawiaj

ą

cych ulice Bostonu. Starannie poukładane 

papiery na biurku i równe rz

ę

dy segregatorów dowodziły, 

Ŝ

e wła

ś

cicielka, gabinetu ceni ład i porz

ą

dek.

Jan otworzył teczk

ę

, zerkał jednak od czasu do czasu na kobiet

ę

 siedz

ą

c

ą

 po drugiej stronie biurka. 

Zaskoczyło go, 

Ŝ

e jest tak młoda. Przed spotkaniem wyobra

Ŝ

ał sobie, 

Ŝ

e b

ę

dzie miał do czynienia z 

kobiet

ą

 dobiegaj

ą

c

ą

 czterdziestki, tymczasem Naomi nie mogła mie

ć

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 dwadzie

ś

cia par

ę

 lat. Z 

background image

dokumentów, które przestudiował w kancelarii, wiedział, 

Ŝ

e jest córk

ą

 wła

ś

cicieli ksi

ę

garni. Nale

Ŝ

ała do 

czwartego pokolenia zajmuj

ą

cego si

ę

 rodzinnym interesem.

Przysłuchuj

ą

c si

ę

 jej rozmowie z sekretark

ą

, doszedł do wniosku, 

Ŝ

e pomimo młodego wieku nie brak 

jej stanowczo

ś

ci ani pewno

ś

ci siebie. Odznaczała si

ę

 te

Ŝ

 wrodzon

ą

 klas

ą

, której nie mo

Ŝ

na kupi

ć

 za 

Ŝ

adne pieni

ą

dze. I wreszcie, co nie uszło jego uwagi, była ładna i wiedziała, jak si

ę

 pokaza

ć

Najlepszym dowodem był czerwony kostium, podkre

ś

laj

ą

cy dyskretnie zgrabn

ą

 sylwetk

ę

.

- Zaraz b

ę

dzie kawa i ciasteczka - oznajmiła, odkładaj

ą

c słuchawk

ę

. - Dzi

ę

kuj

ę

Ŝ

e pofatygował si

ę

 

pan do mnie. Niestety, ksi

ę

garnia zabiera mi mnóstwo czasu, wi

ę

c trudno by mi było wybra

ć

 si

ę

 do 

pa

ń

skiej kancelarii.

- Cała przyjemno

ść

 po mojej stronie. Doskonale pani

ą

 rozumiem, sam mam za mało czasu. Zreszt

ą

 

pa

ń

stwa ksi

ę

garnia jest bardzo blisko mojego domu.

- To si

ę

 doskonale składa. Mam nadziej

ę

Ŝ

e b

ę

dzie pan do nas zagl

ą

dał nie tylko słu

Ŝ

bowo. Pa

ń

ska 

sekretarka powiedziała mi, 

Ŝ

e przyniesie pan nam gotowe dokumenty...

- Zgadza si

ę

. Chodzi o tekst umowy dotycz

ą

cej przyst

ą

pienia do spółki. Jestem pewien, 

Ŝ

zredagowali

ś

my go zgodnie z 

Ŝ

yczeniem pani ojca. Prosz

ę

 go przejrze

ć

 - podał jej teczk

ę

 z 

dokumentami. - Rozumiem, 

Ŝ

e ojciec zdecydował si

ę

 przej

ść

 na emerytur

ę

?

- Niezupełnie. Rodzice doszli do wniosku, 

Ŝ

e chcieliby sp

ę

dza

ć

 wi

ę

cej czasu w Arizonie. Maj

ą

 tam 

dom. By

ć

 mo

Ŝ

e przeprowadz

ą

 si

ę

 do niego na stałe, 

Ŝ

eby by

ć

 bli

Ŝ

ej mojego brata i jego rodziny.

- A pani nie ma ochoty ruszy

ć

 na Zachód?

- O, nie! Boston w zupełno

ś

ci mi wystarcza - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 nieznacznie, my

ś

l

ą

c przy tym, 

Ŝ

e bar-

dziej chodzi jej o ksi

ę

garni

ę

 ni

Ŝ

 o samo miasto. - Mam zreszt

ą

 coraz wi

ę

cej pracy.

- Te wszystkie zmiany to pani pomysł?
- Tak - odparła krótko. Nie chciała mu mówi

ć

, ile j

ą

 to kosztowało wysiłku. - Rynek w ostatnich latach 

bardzo si

ę

 zmienił. Upodobania klientów s

ą

 teraz zupełnie inne ni

Ŝ

, powiedzmy, dwadzie

ś

cia lat temu. 

Trzeba i

ść

 z duchem czasu - dodała.

Kto

ś

 zapukał do drzwi, wstała wi

ę

c zza biurka i odebrała z r

ą

k młodej dziewczyny tac

ę

 z du

Ŝą

 fili-

Ŝ

ank

ą

 aromatycznej cappuccino, któr

ą

 postawiła przed Janem.

- Prosz

ę

 bardzo, pa

ń

ska kawa. Mi

ę

dzy innymi dlatego przychodzi si

ę

 dzi

ś

 do ksi

ę

garni - powiedziała, 

wskazuj

ą

c na fili

Ŝ

ank

ę

. - Nie chodzi tylko o to, 

Ŝ

eby kupi

ć

 ksi

ąŜ

k

ę

, ale równie

Ŝ

 miło sp

ę

dzi

ć

 czas, 

spotka

ć

 si

ę

 z przyjaciółmi, porozmawia

ć

 przy dobrej kawie.

- Nie dziwi

ę

 si

ę

, bo kawa jest rzeczywi

ś

cie znakomita - zauwa

Ŝ

ył Jan, racz

ą

c si

ę

 aromatycznym na-

pojem. - Z dokumentów jasno wynika, 

Ŝ

e wprowadzone przez pani

ą

 zmiany wyszły firmie na dobre. Wy-

niki sprzeda

Ŝ

y za ostatnie pół roku s

ą

 obiecuj

ą

ce.

- To prawda. W ci

ą

gu dziewi

ę

ciu miesi

ę

cy sprzeda

Ŝ

 wzrosła o pi

ę

tna

ś

cie procent. Mam nadziej

ę

Ŝ

za pół roku podskoczy o nast

ę

pne pi

ę

tna

ś

cie.

- Trzymam w takim razie za pani

ą

 kciuki. I 

Ŝ

ycz

ę

 pani jak najlepiej. Przyznam, 

Ŝ

e jestem uczuciowo 

zwi

ą

zany z tym miejscem.

- Naprawd

ę

?

- Tak. Jako dziecko przychodziłem tu bardzo cz

ę

sto, z matk

ą

.

- A potem? Czy równie

Ŝ

 był pan naszym klientem?

- Przyznaj

ę

 ze wstydem, 

Ŝ

e nie, ale obiecuj

ę

 popraw

ę

. Nie chciałbym pani zabiera

ć

 wi

ę

cej czasu. 

Prosz

ę

 przejrze

ć

 tekst umowy. Ch

ę

tnie odpowiem na wszelkie pytania - zaproponował, odstawiaj

ą

fili

Ŝ

ank

ę

 i poprawiaj

ą

c si

ę

 wygodnie na krze

ś

le.

Naomi si

ę

gn

ę

ła do szuflady biurka i wyj

ę

ła z niej okulary w drucianej oprawie. Kiedy je zało

Ŝ

yła, Jan 

poczuł, jak mi

ę

knie mu serce. Zawsze miał słabo

ść

 do kobiet w okularach. Okularnice bez trudu 

zawracały mu w głowie, a gdy były jeszcze tak ładne jak Naomi, ulegał im bez reszty. Teraz te

Ŝ

 nie 

mógł oderwa

ć

 od niej pełnego zachwytu spojrzenia.

Na szcz

ęś

cie niczego nie zauwa

Ŝ

yła. Karcił si

ę

 w my

ś

lach, bo ostatecznie miał do czynienia z klien-

tk

ą

. Có

Ŝ

 było jednak pocz

ąć

, skoro klientka okazała si

ę

 niezwykle poci

ą

gaj

ą

c

ą

 brunetk

ą

, na dodatek w 

okularach? Jej inteligentne, szare oczy wygl

ą

dały za szkłami jeszcze pi

ę

kniej. Pełne usta podkre

ś

lone 

pomadk

ą

 w odcieniu gor

ą

cej czerwieni, gi

ę

tkie ciało, zgrabne nogi... Tylko 

ś

wi

ę

ty mógł w obecno

ś

ci 

takiej kobiety my

ś

le

ć

 wył

ą

cznie o interesach. A MacGregorowie do 

ś

wi

ę

tych nie nale

Ŝ

eli, o czym 

powszechnie wiadomo było od dawna.

Jan toczył wewn

ę

trzn

ą

 walk

ę

. Cał

ą

 uwag

ę

 starał si

ę

 po

ś

wi

ę

ci

ć

 swojej fili

Ŝ

ance, po któr

ą

 si

ę

gał, 

Ŝ

eby 

zaj

ąć

 czym

ś

 r

ę

ce. Niestety, nawet gdy nie patrzył na kobiet

ę

 po drugiej stronie biurka, wyra

ź

nie czuł 

kusz

ą

cy i bardzo kobiecy zapach jej perfum. Zastanawiał si

ę

, jak te

Ŝ

 Naomi wygl

ą

da z rozpuszczonymi 

włosami.

Sam nie wiedział, kiedy postanowił zaprosi

ć

 j

ą

 na lunch. W pierwszej chwili pomy

ś

lał wprawdzie o 

kolacji, ale szybko doszedł do wniosku, 

Ŝ

e lunch to zdecydowanie lepszy pomysł. Mniej zobowi

ą

zuj

ą

cy, 

za to bardziej formalny i całkiem na miejscu w ich sytuacji. B

ę

d

ą

, oczywi

ś

cie, rozmawia

ć

 o interesach, 

ale to nic nie szkodzi. Uniknie dzi

ę

ki temu niepokoj

ą

cych my

ś

li, jak na przykład tej, by przysun

ąć

 twarz 

do jej szyi i odnale

źć

 ciepłe miejsce, z którego płyn

ą

ł słodki zapach perfum.

Poniewa

Ŝ

 wci

ąŜ

 była zaj

ę

ta czytaniem, mógł bez przeszkód przygl

ą

da

ć

 si

ę

 jej pi

ę

knym dłoniom. 

Paznokcie miała krótko obci

ę

te i niepolakierowane. Najwa

Ŝ

niejsze jednak było to, 

Ŝ

e na smukłych 

palcach nie dostrzegł pier

ś

cionka. Przypuszczał wi

ę

c, 

Ŝ

e nie jest z nikim zwi

ą

zana, w ka

Ŝ

dym razie nie 

formalnie. A gdyby nawet - pomy

ś

lał bu

ń

czucznie - to niczego to jeszcze nie przes

ą

dza. Czekał, a

Ŝ

 

sko

ń

czy czyta

ć

, i zastanawiał si

ę

, jak ma j

ą

 zaprosi

ć

 na lunch, 

Ŝ

eby zabrzmiało to naturalnie i, co 

najwa

Ŝ

niejsze, nie zostało odrzucone.

Tymczasem Naomi czytała z uwag

ą

 tekst umowy. Tych kilka stron miało dla niej ogromne znaczenie. 

Czekała na t

ę

 chwil

ę

 bardzo długo, wi

ę

c teraz, kiedy ujrzała czarno na białym, 

Ŝ

e zostaje dopuszczona 

background image

do rodzinnej spółki, poczuła si

ę

 oszołomiona własnym szcz

ęś

ciem. Najch

ę

tniej przycisn

ę

łaby 

dokument do piersi i rozpłakała si

ę

 jak dziecko, które dostało wreszcie zasłu

Ŝ

on

ą

 nagrod

ę

. Niestety, nie

mogła sobie na to pozwoli

ć

. Odło

Ŝ

yła ze stoickim spokojem umow

ę

 i zdj

ę

ła okulary, czym sprawiła 

Janowi ogromn

ą

 przykro

ść

.

- Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e wszystko jest w porz

ą

dku - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do niego ciepło.

- Czy ma pani jakie

ś

 pytania? Co

ś

 jest niezbyt jasno sformułowane?

- Nie, zrozumiałam wszystko. Miałam na studiach zaj

ę

cia z prawa.

- W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak podpisa

ć

 umow

ę

. B

ę

dzie potrzebny 

ś

wiadek. 

Jeden z egzemplarzy zostanie przesłany pani rodzicom. Gdy go podpisz

ą

, sprawa nabierze mocy 

prawnej.

Naomi wysłuchała tego w skupieniu, a nast

ę

pnie wezwała swoj

ą

 asystentk

ę

. W jej obecno

ś

ci 

podpisała dokumenty i wr

ę

czyła je Janowi.

- Bardzo dzi

ę

kuj

ę

Ŝ

e pan si

ę

 tym zaj

ą

ł - powiedziała, podaj

ą

c mu r

ę

k

ę

. Jej u

ś

cisk był niemal m

ę

ski.

- Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e mogłem zrobi

ć

 co

ś

 dla tak znanej firmy - zrewan

Ŝ

ował si

ę

. - Mam jeszcze co

ś

 dla 

pani - dodał z tajemniczym u

ś

miechem. - Od mojego dziadka, którego, jak mi si

ę

 zdaje, ju

Ŝ

 pani po-

znała.

- Oczywi

ś

cie. Pami

ę

tam doskonale pana MacGregora - zapewniła, rozchylaj

ą

c w u

ś

miechu czerwone 

usta. - Czasem zagl

ą

da do naszej ksi

ę

garni.

- Wła

ś

nie. Prosił mnie, 

Ŝ

ebym przekazał pani list

ę

 ksi

ąŜ

ek, których poszukuje. Chodzi mu chyba o 

pierwsze wydania. Liczy na pani pomoc.

- Naturalnie. Z najwi

ę

ksz

ą

 przyjemno

ś

ci

ą

. Je

ś

li ma pan teraz chwil

ę

 czasu, zapraszam na drugie 

pi

ę

tro, gdzie przechowujemy najcenniejsze pozycje. Gdyby

ś

my nie mieli której

ś

 z wymienionych 

ksi

ąŜ

ek, postaramy si

ę

 j

ą

 sprowadzi

ć

.

- Doskonale.
Naomi wstała zza biurka i skierowała si

ę

 do drzwi, przechodz

ą

c tu

Ŝ

 obok Jana, który równie

Ŝ

 

podniósł si

ę

 z miejsca. Ich oczy spotkały si

ę

 na chwil

ę

. Zach

ę

cony jej przyjaznym u

ś

miechem, 

powiedział jakby wbrew sobie:

- Wspaniale pani pachnie.
- Słucham? - spojrzała na niego z takim zdumieniem, jakby zobaczyła nagle ducha. Musiała dojrze

ć

 

w jego wzroku co

ś

 niepokoj

ą

cego, bo spu

ś

ciła nagle oczy, a na jej policzkach pojawiły si

ę

 delikatne 

rumie

ń

ce. Jan miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e dziewczyna nie wie, co zrobi

ć

 z r

ę

kami, gdy

Ŝ

 poprawiła odruchowo 

włosy, cho

ć

 z warkoczem było wszystko w porz

ą

dku, a potem obci

ą

gn

ę

ła na sobie starannie 

wyprasowany i pozbawiony najmniejszej nawet fałdki kostium.

- Dzi

ę

kuj

ę

. To nowe perfumy. Pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e... - zaj

ą

kn

ę

ła si

ę

, nie bardzo wiedz

ą

c, co powiedzie

ć

Szybko jednak zapanowała nad sob

ą

 i zaproponowała ju

Ŝ

 pewnym głosem: - Zapraszam na gór

ę

.

Przepu

ś

cił j

ą

 w drzwiach. Id

ą

c za ni

ą

 po schodach, przyrzekał sobie w duchu, 

Ŝ

e od tego dnia stanie 

si

ę

 najwierniejszym klientem ksi

ę

garni Brightstone'ów.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdyby Naomi miała wybra

ć

 miejsce, gdzie chciałaby zapa

ść

 si

ę

 pod ziemi

ę

, byłby to bez w

ą

tpienia 

Wielki Kanion. Na szcz

ęś

cie miała co

ś

 do roboty i to uratowało j

ą

 przed całkowit

ą

 kompromitacj

ą

. Bez 

trudu znalazła dwie pozycje na li

ś

cie Daniela MacGregora. Obiecała, 

Ŝ

e trzeciej poszuka pó

ź

niej. Jan 

si

ę

 zgodził, co przyj

ę

ła z ogromn

ą

 ulg

ą

. Podzi

ę

kował uprzejmie za pomoc i zacz

ą

ł si

ę

 

Ŝ

egna

ć

. Zrobił to 

w sam

ą

 por

ę

, bo jeszcze chwila, a Naomi zupełnie straciłaby głow

ę

. Zdołała jako

ś

 odprowadzi

ć

 go do 

wyj

ś

cia i poda

ć

 r

ę

k

ę

 na po

Ŝ

egnanie. Potem wróciła pospiesznie do swojego gabinetu, zamkn

ę

ła 

starannie drzwi i zdruzgotana opadła na fotel. Poło

Ŝ

yła głow

ę

 na blacie biurka i mocno zacisn

ę

ła 

powieki.

- Ty idiotko! Głupia kozo! - szepn

ę

ła przez zaci

ś

ni

ę

te z

ę

by. Miała ochot

ę

 tłuc pi

ęś

ciami w biurko, ale 

powstrzymała si

ę

 jako

ś

. Przyszło jej do głowy, 

Ŝ

e hałas zaniepokoiłby asystentk

ę

. Przez kilka minut 

trwała wi

ę

c w absolutnym bezruchu, upokorzona i pokonana przez własn

ą

 nie

ś

miało

ść

.

Tyle razy obiecywała sobie, 

Ŝ

e zdoła nad ni

ą

 zapanowa

ć

. Wystarczało, 

Ŝ

e jaki

ś

 przystojny facet 

okazał jej zainteresowanie, a zaczynała zachowywa

ć

 si

ę

 jak głupia g

ęś

. Wydawało jej si

ę

Ŝ

e papla bez 

sensu, 

Ŝ

e j

ę

zyk pl

ą

cze jej si

ę

 niemiłosiernie, czerwieniła si

ę

 w dodatku jak burak, co tylko pogarszało 

sytuacj

ę

. I po co był ten cały wysiłek, by z brzydkiego kacz

ą

tka przeistoczy

ć

 si

ę

 w pi

ę

knego łab

ę

dzia?

Jaki

ś

 czas temu Naomi postanowiła zmieni

ć

 swój wygl

ą

d. Zrobiła to mi

ę

dzy innymi dlatego, 

Ŝ

odczuwała brak zainteresowania ze strony m

ęŜ

czyzn. Walczyła długo i zaciekle, a

Ŝ

 wreszcie z 

pulchnej, zahukanej i chorobliwie nie

ś

miałej dziewczyny zmieniła si

ę

 w szczupł

ą

, eleganck

ą

 i pewn

ą

 

siebie młod

ą

 kobiet

ę

. Tylko ona wiedziała, ile j

ą

 to kosztowało. A kiedy ju

Ŝ

 si

ę

 zdawało, 

Ŝ

e zupełnie 

dobrze czuje si

ę

 w swojej nowej skórze, jeden niewinny komplement sprawił, 

Ŝ

e zupełnie straciła 

głow

ę

.

Zadr

ę

czała si

ę

 tymi my

ś

lami przez cały tydzie

ń

, bo tyle potrzebowała, 

Ŝ

eby sprowadzi

ć

 ksi

ąŜ

k

ę

, któr

ą

 

Jan zamówił dla dziadka. Gdy za

ś

 miała j

ą

 wreszcie przed sob

ą

, starannie zapakowan

ą

 w firmowy 

papier, bolesny problem nie

ś

miało

ś

ci wrócił jak bumerang. Musiała bowiem zdoby

ć

 si

ę

 na odwag

ę

podnie

ść

 słuchawk

ę

 i wybra

ć

 numer kancelarii MacGregorów. Miała do przekazania prost

ą

 informacj

ę

 - 

ksi

ąŜ

ka jest do odebrania. To wszystko. A jednak od dobrych pi

ę

tnastu minut nie była w stanie 

zadzwoni

ć

. Mogłaby oczywi

ś

cie zleci

ć

 t

ę

 spraw

ę

 swojej asystentce, uznałaby to jednak za akt 

tchórzostwa, przekre

ś

laj

ą

cy wysiłek ostatnich lat.

Nie pami

ę

tała dokładnie, kiedy ostatecznie doszła do wniosku, 

Ŝ

e ma ju

Ŝ

 do

ść

 samej siebie. Nie była 

w stanie patrze

ć

 w lustro bez uczucia odrazy, a kupowanie ubra

ń

 było istn

ą

 tortur

ą

. Sporo czasu 

upłyn

ę

ło, nim wreszcie zrozumiała, 

Ŝ

e ataki niepohamowanego apetytu to próba ucieczki przed brakiem

samoakceptacji. Chorobliwym ob

Ŝ

arstwem próbowała zagłuszy

ć

 własn

ą

 nie

ś

miało

ść

. Nagle, gdy jak si

ę

 

background image

jej zdawało, dotkn

ę

ła ju

Ŝ

 samego dna, poczuła si

ę

 silniejsza. By

ć

 mo

Ŝ

e dlatego, 

Ŝ

e pozostała jej tylko 

droga w gór

ę

. Postanowiła podj

ąć

 walk

ę

 i odkry

ć

 w sobie kobiet

ę

, jak

ą

 zawsze pragn

ę

ła by

ć

.

Najłatwiej było upora

ć

 si

ę

 z niedoskonało

ś

ciami figury. Par

ę

 miesi

ę

cy zdrowej diety i intensywnych 

ć

wicze

ń

 zrobiło swoje. Zmieniła te

Ŝ

 gruntownie garderob

ę

. Rewolucja w szafie zacz

ę

ła si

ę

 od 

wyrzucenia workowatych ubra

ń

 w niezbyt ciekawych kolorach. Znikn

ą

ł granat, szaro

ść

, br

ą

z, pojawiła 

si

ę

 za to płomienna czerwie

ń

, o

Ŝ

ywcza ziele

ń

 i szafir.

Były to jednak zmiany powierzchowne, które rzucały si

ę

 w oczy, ale nie gwarantowały jeszcze 

sukcesu. Wspominaj

ą

c cały ten proces własnej transformacji, musiała przyzna

ć

Ŝ

e najtrudniej było jej 

zmieni

ć

 si

ę

 wewn

ę

trznie.

Du

Ŝ

o j

ą

 kosztowało, by raz na zawsze wyj

ść

 z k

ą

ta, w którym zwykła si

ę

 chowa

ć

. Trwało wiele 

miesi

ę

cy, zanim wyrobiła w sobie nowe nawyki. Najpierw nauczyła si

ę

 panowa

ć

 nad własnym ciałem. 

Przestała garbi

ć

 si

ę

 i kuli

ć

, ilekro

ć

 kto

ś

 si

ę

 do niej zwracał. Z trudem oduczyła si

ę

 obgryzania paznokci i 

nerwowego poprawiania włosów. Kiedy razem z rodzicami znajdowała si

ę

 w wi

ę

kszym gronie, 

próbowała 

ś

miało wychodzi

ć

 naprzód, zamiast starym zwyczajem kry

ć

 si

ę

 za plecami ojca albo matki. 

Po jakim

ś

 czasie przestała unika

ć

 ludzi i nie zadr

ę

czała si

ę

 ju

Ŝ

 wi

ę

cej my

ś

lami, 

Ŝ

e z pewno

ś

ci

ą

 jej nie 

lubi

ą

, bo nie jest tak urocza i wyrobiona towarzysko, jak matka ani pewna siebie i dowcipna, jak starszy 

brat.

W ko

ń

cu trud si

ę

 opłacił i otoczenie dostrzegło w niej interesuj

ą

c

ą

, inteligentn

ą

 osob

ę

, któr

ą

 w 

rzeczywisto

ś

ci Naomi była zawsze. Rodzice równie

Ŝ

 zaakceptowali jej metamorfoz

ę

 i cho

ć

 pocz

ą

tkowo 

mieli opory, ostatecznie zgodzili si

ę

 powierzy

ć

 jej kierownictwo ksi

ę

garni w Bostonie. Od tej pory 

wszystko szło bardzo dobrze. A

Ŝ

 do dnia, gdy w sklepie pojawił si

ę

 Jan MacGregor i zburzył jej spokój.

Musiała jednak uczciwie przyzna

ć

Ŝ

e na pocz

ą

tku radziła sobie całkiem dobrze. W ko

ń

cu Jan 

nale

Ŝ

ał to m

ęŜ

czyzn, w których obecno

ś

ci ta dawna Naomi nie byłaby w stanie skleci

ć

 dwóch zda

ń

. A 

przecie

Ŝ

 spisała si

ę

 nie

ź

le. Zapanowała nad dr

Ŝ

eniem r

ą

k, nie oblała si

ę

 idiotycznym rumie

ń

cem, nie 

poczuła pustki w głowie. Dopiero ta uwaga o perfumach j

ą

 pokonała. Wtedy wszystko diabli wzi

ę

li.

Przymkn

ę

ła oczy, a wówczas z zakamarków jej pami

ę

ci wyłoniła si

ę

 przystojna twarz Jana. Przypo-

mniała sobie tytuły, które widywała czasem w plotkarskiej prasie. Brukowce uparcie nazywały go Przy-
stojniakiem z Harvardu, i Naomi musiała przyzna

ć

Ŝ

e był to przydomek w pełni zasłu

Ŝ

ony. Młody 

MacGregor miał w sobie mnóstwo m

ę

skiego wdzi

ę

ku. Odznaczał si

ę

 te

Ŝ

 klas

ą

 i stylem, a kiedy si

ę

 

u

ś

miechał...

Naomi czuła, jak mi

ę

knie jej serce, a krew zaczyna kr

ąŜ

y

ć

 

Ŝ

ywiej.

A mogło by

ć

 tak pi

ę

knie, westchn

ę

ła przygn

ę

biona. Po co wyrywał si

ę

 z tymi perfumami! Z drugiej 

jednak strony kupiła je dlatego, by m

ęŜ

czy

ź

ni zwracali na ni

ą

 uwag

ę

. Był to w ko

ń

cu tylko zdawkowy 

komplement, a ona zacz

ę

ła pl

ą

ta

ć

 si

ę

 i czerwieni

ć

 jak pensjonarka.

A niech to wszystko szlag trafi! Ubawił si

ę

 pewnie, widz

ą

c jej zmieszanie. Facet z jego wygl

ą

dem, 

urokiem, pozycj

ą

 towarzysk

ą

 z pewno

ś

ci

ą

 zasypywał kobiety tysi

ą

cem podobnych, nic nie znacz

ą

cych 

frazesów. A one umiały reagowa

ć

 - swobodnie, inteligentnie, kokieteryjnie. Co za

ś

 zrobiła panna 

Brightstone? Zadr

Ŝ

ała jak osika i zapłoniła si

ę

 niczym piwonia! Pewnie 

ś

miał si

ę

 z niej przez cał

ą

 drog

ę

 

do domu. Albo, co gorsza, litował si

ę

 nad ni

ą

.

Poczuła, jak ogarnia j

ą

 furia, ale i 

Ŝ

al. Przez całe 

Ŝ

ycie zmagała si

ę

 z podłym uczuciem poni

Ŝ

enia, 

jakie rodzi 

ś

wiadomo

ść

Ŝ

e wzbudza si

ę

 w ludziach lito

ść

. Nawet rodzina gł

ę

boko jej współczuła. Nie 

miała do nich 

Ŝ

alu, bo robili to z miło

ś

ci i troski o ni

ą

, nie

ś

wiadomie sprawiaj

ą

c jej ogromny ból. Nie 

miała najmniejszych w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e jej zmian

ę

 przyj

ę

li z ogromn

ą

 ulg

ą

. Jej pi

ę

kna matka odpowiadała 

cierpliwie na wszystkie pytania dotycz

ą

ce mody, strojów i kolorów. Ojciec, kiedy 

Ŝ

egnali si

ę

 na lotnisku 

przed wyjazdem do Arizony, nie nazwał jej, starym zwyczajem, swoj

ą

 mał

ą

 córeczk

ę

, tylko swoj

ą

 

ś

licznotk

ą

. Słysz

ą

c to, Naomi poczuła si

ę

 jak ksi

ęŜ

niczka z bajki.

Rodzice pozwolili jej pokierwa

ć

 ksi

ę

garni

ą

, poniewa

Ŝ

 nigdy nie w

ą

tpili w jej zdolno

ś

ci. Wiedzieli, 

Ŝ

była niesłychanie pracowita i wytrwała, a jednak długo si

ę

 wahali, zanim ostatecznie wyrazili zgod

ę

Zwłaszcza ojciec nie chciał od razu zaakceptowa

ć

 zmian, jakie Naomi zamierzała wprowadzi

ć

. Nie 

u

ś

miechały mu si

ę

 zwi

ą

zane z tym wydatki, bał si

ę

 ryzyka finansowego i nieuniknionych strat, które 

musieliby ponie

ść

 w razie niepowodzenia. Naomi wiedziała, 

Ŝ

e ojciec czuł si

ę

 ju

Ŝ

 zm

ę

czony i 

Ŝ

najch

ę

tniej sprzedałby albo wydzier

Ŝ

awił komu

ś

 ksi

ę

garni

ę

, a sam wreszcie przeszedł na zasłu

Ŝ

on

ą

 

emerytur

ę

. Długo musiała go prosi

ć

, by tego nie robił. Po pierwsze czuła si

ę

 mocno zwi

ą

zana ze 

sklepem, a po drugie widziała w nim ratunek dla samej siebie. Tylko tutaj miała okazj

ę

 si

ę

 sprawdzi

ć

pokona

ć

 własn

ą

 słabo

ść

 i udowodni

ć

 

ś

wiatu, 

Ŝ

e sta

ć

 j

ą

 na bardzo wiele. Rodzice w ko

ń

cu to zrozumieli 

i zaufali jej. Od pocz

ą

tku miała 

ś

wiadomo

ść

Ŝ

e nie wolno jej zawie

ść

 ani ojca, ani matki. Podobnie jak 

samej siebie.

Otrz

ą

sn

ę

ła si

ę

 z zamy

ś

lenia i zdecydowanym ruchem odsun

ę

ła telefon. Uznała, 

Ŝ

e najwy

Ŝ

szy czas 

przesta

ć

 u

Ŝ

ala

ć

 si

ę

 nad sob

ą

 z powodu małego potkni

ę

cia, które przydarzyło jej si

ę

 w obecno

ś

ci Jana. 

Nie mogło to zawróci

ć

 jej z drogi, któr

ą

 tak konsekwentnie od wielu miesi

ę

cy pod

ąŜ

ała. Przyrzekła 

sobie, 

Ŝ

e zwalczy swoje kompleksy, wi

ę

c nie pozostało jej nic innego, jak dotrzyma

ć

 słowa. Udowodni, 

Ŝ

e nie jest tchórzem i dlatego nie b

ę

dzie do niego dzwoni

ć

. Postanowiła uda

ć

 si

ę

 do kancelarii 

MacGregorów i zmierzy

ć

 si

ę

 ze swym problemem osobi

ś

cie!

Podniosła si

ę

 zza biurka, pewnym ruchem si

ę

gn

ę

ła po ksi

ąŜ

k

ę

 i nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 za siebie, wyszła z 

gabinetu.

Przez cał

ą

 drog

ę

 do kancelarii powtarzała w my

ś

lach, 

Ŝ

e całkowicie kontroluje sytuacj

ę

. To proste 

zdanie było jak modlitwa, która miała uchroni

ć

 j

ą

 przed nieszcz

ęś

ciem. Kiedy stan

ę

ła przed stylow

ą

 

kamienic

ą

 z czerwonej cegły i popatrzyła na mosi

ęŜ

n

ą

 tabliczk

ę

 z napisem: „MacGregor & MacGregor. 

Kancelaria prawnicza", odwaga opu

ś

ciła j

ą

 na moment, ale szybko przywołała si

ę

 do porz

ą

dku. 

Przejrzała si

ę

 dyskretnie w wypolerowanym metalu, chc

ą

c sprawdzi

ć

, czy przypadkiem nie zjadła całej 

background image

szminki. Makija

Ŝ

 i fryzura były w porz

ą

dku, wi

ę

c nie pozostało jej nic innego, jak m

ęŜ

nie wkroczy

ć

 do 

jaskini lwa. Odetchn

ę

ła kilka razy gł

ę

boko i pewnie przekroczyła próg kancelarii.

Niestety, w holu doznała kolejnego ataku paniki. Oparła si

ę

 o 

ś

cian

ę

 i zamkn

ę

ła oczy. Chłód 

marmuru, który poczuła na plecach, podziałał na ni

ą

 koj

ą

co. Powiedziała sobie w duchu, 

Ŝ

e jest w 

stanie zapanowa

ć

 nad sytuacj

ą

Ŝ

e wszystko wynika z jej reakcji na osob

ę

 Jana. Kiedy go zobaczyła po 

raz pierwszy, jak patrzył z czułym u

ś

miechem na par

ę

 nastolatków w jej ksi

ę

garni, poczuła si

ę

 

całkowicie zbita z tropu. Chwil

ę

 potem ogarn

ą

ł j

ą

 smutek, jak zawsze, gdy widziała co

ś

, co było pi

ę

kne i 

poci

ą

gaj

ą

ce, ale dla niej niestety niedost

ę

pne. Przywołała si

ę

 do porz

ą

dku, powtarzaj

ą

c sobie, 

Ŝ

e Jan 

MacGregor przyszedł tu w interesach, a nie w celach towarzyskich. Była klientk

ą

 jego kancelarii i nic 

wi

ę

cej nie mogło ich ł

ą

czy

ć

. Teraz powiedziała sobie to samo. Jeszcze raz zaczerpn

ę

ła gł

ę

boko po-

wietrza, zacisn

ę

ła pi

ęś

ci jak przed walk

ą

, po czym pchn

ę

ła masywne drzwi recepcji.

Pomieszczenie, w którym si

ę

 znalazła, było eleganckie i stylowe. Utrzymane w tonacji przygaszonej 

zieleni, emanowało spokojem i pewno

ś

ci

ą

, jak

ą

 daje wieloletnia tradycja. Wszystko, od antycznych 

mebli po marmurowy kominek, 

ś

wiadczyło o dobrym gu

ś

cie i klasie wła

ś

cicieli. Naomi potrafiła to 

doceni

ć

, wi

ę

c od razu jej si

ę

 tu spodobało.

Zza biurka podniosła si

ę

 sekretarka i przywitała j

ą

 z miłym, zawodowym u

ś

miechem.

- Dzie

ń

 dobry pani. W czym mog

ę

 pomóc?

- Dzie

ń

 dobry. Nazywam si

ę

 Naomi Brightstone. Przyszłam, 

Ŝ

eby...

Nie zd

ąŜ

yła doko

ń

czy

ć

, bo nagle drzwi otworzyły si

ę

 z hukiem i do recepcji wpadła roze

ś

miana, 

młoda brunetka.

- Wygrałam! Jeszcze raz sprawiedliwo

ś

ci stało si

ę

 zado

ść

! Nasze dzieci mog

ą

 spa

ć

 spokojnie! - 

zawołała od progu. Kiedy dostrzegła zaskoczon

ą

 Naomi, bynajmniej nie straciła animuszu. Wr

ę

cz 

przeciwnie, rzuciła jej promienny u

ś

miech, jakby znały si

ę

 od lat. - Witam! Zwykle zachowujemy si

ę

 

tutaj spokojniej, ale sama pani rozumie... Wygrałam! O, przepraszam, z tego wszystkiego si

ę

 nie 

przedstawiłam. Jestem Laura Cameron.

- Naomi Brightstone, bardzo mi miło. I gratuluj

ę

 - odwzajemniła u

ś

miech i mocno u

ś

cisn

ę

ła dło

ń

 ko-

biety.

- Dzi

ę

kuj

ę

 bardzo. Przepraszam, czy jest pani z kim

ś

 umówiona? Zaraz, zaraz... Brightstone? Ksi

ę

-

garnia?

- Zgadza si

ę

.

- W takim razie ja równie

Ŝ

 gratuluj

ę

. Pani sklep to wspaniałe miejsce, zwłaszcza teraz, z t

ą

 now

ą

 ka-

wiarenk

ą

.

- Podoba si

ę

 pani? Bardzo si

ę

 ciesz

ę

! - Naomi z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

 czuła si

ę

 lepiej i pewniej, jakby udzielił 

jej si

ę

 entuzjazm nowej znajomej.

- Zdaje si

ę

Ŝ

e prowadzimy w pani imieniu jak

ąś

 spraw

ę

, prawda? A raczej Jan j

ą

 prowadzi.

- Tak. Ale chodzi o co

ś

 innego. Mam tutaj...

- Przepraszam, nie przedstawiłam si

ę

 jeszcze - przerwała jej w pół zdania Laura. - Jestem siostr

ą

 

Jana.

- Tym bardziej mi miło. W takim razie mog

ę

 załatwi

ć

 to z pani

ą

. Mam tu ksi

ąŜ

k

ę

, której poszukiwał 

pani dziadek. - Wyj

ę

ła z torby paczk

ę

. - Prosz

ę

 bardzo.

- Serdeczne dzi

ę

ki. Na pewno nie chce widzie

ć

 si

ę

 pani z Janem?

To niespodziewane pytanie wytr

ą

ciło Naomi z równowagi.

- Nie, ja... miałam kilka spraw do załatwienia w okolicy, wi

ę

c... - pl

ą

tała si

ę

 coraz bardziej, tote

Ŝ

 z 

prawdziw

ą

 ulg

ą

 usłyszała sygnał swojego telefonu komórkowego. - Przepraszam bardzo - si

ę

gn

ę

ła 

szybko do torebki. - Słucham.

- Naomi? Jan MacGregor z tej strony.
- Kto? - spytała zdumiona, rumieni

ą

c si

ę

 bezwiednie. - Co za zbieg okoliczno

ś

ci!

- Nie rozumiem...
- Och, to nic takiego. Po prostu... mani ju

Ŝ

 t

ę

 ksi

ąŜ

k

ę

, o któr

ą

 prosiłe

ś

, to znaczy... pan prosił. Dla-

tego pomy

ś

lałam...

Ś

wietnie! W takim razie załatwimy dwie sprawy naraz. Wła

ś

nie otrzymałem umow

ę

 podpisan

ą

 

przez pani rodziców. Przepraszam, czy mog

ę

 mówi

ć

 do pani po imieniu? Tak chyba b

ę

dzie wygodniej...

- Oczywi

ś

cie.

- Doskonale. Jak mo

Ŝ

emy si

ę

 umówi

ć

? Pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e wst

ą

pi

ę

 do ciebie po drodze z s

ą

du, pó

ź

nym 

popołudniem. Co ty na to?

- Nie rób sobie kłopotu. Ja...
- To 

Ŝ

aden kłopot. Pami

ę

tasz, mówiłem ci, 

Ŝ

e ksi

ę

garnia jest blisko mojego domu, wi

ę

c...

- Tak, pami

ę

tam, ale ja jestem tutaj!

- To znaczy gdzie?
- W twojej kancelarii!
- Na dole? W takim razie zaczekaj, ju

Ŝ

 schodz

ę

! Cisza, która nagle zapanowała w słuchawce, lekko 

zbiła Naomi z tropu. Przez chwil

ę

 wpatrywała si

ę

 w swój telefon, jakby czekaj

ą

c, a

Ŝ

 znów si

ę

 odezwie.

- To był pani brat - powiedziała w ko

ń

cu, przenosz

ą

c wzrok na Laur

ę

.

- Domy

ś

liłam si

ę

. Rzeczywi

ś

cie, zbieg okoliczno

ś

ci. A mo

Ŝ

e telepatia? - za

Ŝ

artowała Laura, zastana-

wiaj

ą

c si

ę

, co mógł oznacza

ć

 nagły rumieniec na policzkach Naomi. By

ć

 mo

Ŝ

e zgadłaby, gdyby nie 

Jan, który zbiegł jak burza ze schodów, przeskakuj

ą

c po kilka stopni naraz.

- Dzie

ń

 dobry! - wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 do Naomi. Obj

ą

ł szybkim spojrzeniem jej sylwetk

ę

 i poczuł si

ę

 

pewniej, bo wygl

ą

dała dokładnie tak, jak j

ą

 zapami

ę

tał. Mo

Ŝ

e nawet pi

ę

kniej. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

, widz

ą

c, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 trzyma w dłoni komórk

ę

.

- Mo

Ŝ

esz si

ę

 ju

Ŝ

 rozł

ą

czy

ć

 - zauwa

Ŝ

ył rozbawiony.

background image

- Racja - schowała czym pr

ę

dzej telefon do torebki, besztaj

ą

c si

ę

 w my

ś

lach za własne gapiostwo. 

Brawo Naomi! Otwórz jeszcze usta i wywal j

ę

zyk, a potem padnij mu do stóp!

- Co słycha

ć

? Mam nadziej

ę

Ŝ

e nie narobiłem ci kłopotu t

ą

 ksi

ąŜ

k

ą

 dla dziadka?

- Ale

Ŝ

 sk

ą

d. Miałam co

ś

 do załatwienia w okolicy, wi

ę

c postanowiłam przy okazji j

ą

 podrzuci

ć

.

- Doskonale. Zapraszam do mnie, na gór

ę

.

- Nie chciałabym ci przeszkadza

ć

.

- Nie ma obawy. Nie jestem w tej chwili zaj

ę

ty - u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zach

ę

caj

ą

co. Był tak zaaferowany tym

niespodziewanym spotkaniem, 

Ŝ

e dopiero teraz zauwa

Ŝ

ył siostr

ę

. - Cze

ść

, Lauro! Jak poszło w s

ą

dzie?

- Rewelacyjnie! Trafiony, zatopiony!
- I tak trzyma

ć

! - pochwalił j

ą

, poklepuj

ą

c po ramieniu. - Wpadn

ę

 do ciebie pó

ź

niej. Opowiesz mi 

wszystko ze szczegółami, dobrze? Zapraszam - zwrócił si

ę

 do Naomi, bior

ą

c j

ą

 delikatnie pod rami

ę

 i 

prowadz

ą

c w stron

ę

 schodów. Próbowała si

ę

 wykr

ę

ca

ć

, tłumacz

ą

c, 

Ŝ

e pewnie jest zaj

ę

ty, ale nie dał si

ę

zby

ć

. - Powiedz, jakim cudem udało ci si

ę

 zdoby

ć

 t

ę

 ksi

ąŜ

k

ę

 tak szybko? - pytał, kiedy szli po 

schodach.

- Mamy swoje sprawdzone 

ź

ródła. Zmie

ś

cili

ś

my si

ę

 w cenie, któr

ą

 podałe

ś

, cho

ć

 jest do

ść

 wysoka.

- My

ś

l

ę

Ŝ

e nie odstraszy to mojego dziadka. Je

ś

li mu na czym

ś

 naprawd

ę

 zale

Ŝ

y, zapomina o swym 

szkockim sk

ą

pstwie.

Była tak blisko, 

Ŝ

e wyra

ź

nie czuł zapach perfum, które podczas pierwszego spotkania zawróciły mu 

nieco w głowie. Tym razem, nauczony do

ś

wiadczeniem, nie wyrywał si

ę

 z 

Ŝ

adnymi uwagami na ten 

temat. Bał si

ę

 spłoszy

ć

 Naomi, wi

ę

c pilnował, by rozmowa nie zbaczała na niebezpieczne tory.

Wprowadził j

ą

 do obszernego pokoju, którego wystrój współgrał z klimatem całego domu. Tak

Ŝ

e i 

tutaj znajdowało si

ę

 sporo antycznych mebli. Jak zauwa

Ŝ

yła Naomi, niektóre były wyj

ą

tkowo cenne. 

Ś

ciany a

Ŝ

 po sufit zajmowały d

ę

bowe regały, pełne ksi

ąŜ

ek i kodeksów. Obok masywnego biurka stały 

wygodne fotele obite skór

ą

 w kolorze burgundzkiej czerwieni. Jan wskazał Naomi jeden z nich.

- Prosz

ę

 bardzo, rozgo

ść

 si

ę

.

- Dzi

ę

kuj

ę

. To naprawd

ę

 pi

ę

kny dom - zauwa

Ŝ

yła, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 dokoła.

- Kupił go ojciec, jeszcze przed 

ś

lubem z matk

ą

. Obydwoje chcieli urz

ą

dzi

ć

 kancelari

ę

 w przytulnych, 

tradycyjnych wn

ę

trzach.

- I udało im si

ę

.

- Napijesz si

ę

 kawy? Nie mog

ę

 wprawdzie obieca

ć

Ŝ

e b

ę

dzie równie smaczna, jak cappuccino, 

którym mnie pocz

ę

stowała

ś

, ale mo

Ŝ

e si

ę

 jednak skusisz?

- Dzi

ę

kuj

ę

, piłam ju

Ŝ

 kaw

ę

. Naprawd

ę

 nie chciałabym zabiera

ć

 ci czasu.

- Nie ma o czym mówi

ć

. Jak wspominałem, mam papiery od twoich rodziców - zacz

ą

ł urz

ę

dowym to-

nem, bo intuicja podpowiadała mu, 

Ŝ

e tak b

ę

dzie najlepiej. Chciał jako

ś

 naprawi

ć

 swoj

ą

 niezr

ę

czno

ść

 

popełnion

ą

 podczas pierwszego spotkania, ale sam jeszcze nie wiedział, jak to zrobi

ć

. Nie zaj

ą

ł 

miejsca za biurkiem, tylko usiadł w fotelu obok niej. - Mam w tej chwili kopie, poniewa

Ŝ

 oryginały mog

ę

 

przekaza

ć

 ci dopiero w s

ą

dzie. Wtedy umowa nabierze mocy prawnej, ale i tak mo

Ŝ

esz ju

Ŝ

 uwa

Ŝ

a

ć

 si

ę

 

za wiceprezesa firmy Brightstone. Gratuluj

ę

.

Otworzyła usta, 

Ŝ

eby mu podzi

ę

kowa

ć

, ale ze wzruszenia nie była w stanie wydoby

ć

 z siebie głosu. 

Skin

ę

ła tylko głow

ą

 i zamkn

ę

ła na chwil

ę

 oczy.

- Wszystko w porz

ą

dku? - dotkn

ą

ł lekko jej ramienia.

Znowu skin

ę

ła głow

ą

, instynktownie podnosz

ą

c dłonie do ust. Odczuwała ogromn

ą

 rado

ść

.

- Przepraszam - powiedziała cicho, gdy wreszcie udało jej si

ę

 zapanowa

ć

 nad sob

ą

.

- Nie ma za co. Doskonale rozumiem. - Uj

ą

ł jej dło

ń

 i poczuł, jak drgn

ę

ła, niczym pora

Ŝ

ona pr

ą

dem. - 

Domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e to dla ciebie wa

Ŝ

na chwila.

- Najwa

Ŝ

niejsza w 

Ŝ

yciu - przyznała, zaskoczona własn

ą

 szczero

ś

ci

ą

. - Wydawało mi si

ę

Ŝ

e jestem 

na ni

ą

 przygotowana. Od dawna zamierzałam wzi

ąć

 na siebie odpowiedzialno

ść

 za ksi

ę

garni

ę

. Ale 

teraz, kiedy usłyszałam, 

Ŝ

e moje marzenia si

ę

 spełniły, poczułam si

ę

 tym wszystkim przytłoczona. 

Dzi

ę

kuj

ę

 za wyrozumiało

ść

 - roze

ś

miała si

ę

 i odetchn

ę

ła swobodniej. - Całe szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e siedz

ę

. W 

przeciwnym razie musiałby

ś

 pewnie zbiera

ć

 mnie z podłogi.

- Znam to uczucie. Doskonale pami

ę

tam dzie

ń

, kiedy zacz

ą

łem prac

ę

 w kancelarii. Wszedłem do 

tego pokoju, usiadłem za biurkiem i nast

ę

pn

ą

 godzin

ę

 sp

ę

dziłem w fotelu, z głupawym u

ś

miechem na 

twarzy. My

ś

lałem o tym, 

Ŝ

e wła

ś

nie zaczyna si

ę

 najwa

Ŝ

niejszy etap mojego 

Ŝ

ycia. Pami

ę

tam, 

Ŝ

odczuwałem eufori

ę

 na przemian ze strachem.

- To tak jak ja.
Jego słowa dodały jej otuchy. Nie była ju

Ŝ

 tak spi

ę

ta, jak jeszcze przed chwil

ą

. Zapanowała nawet 

nad dr

Ŝ

eniem dłoni.

- To bardzo dziwne uczucie, kiedy człowiek u

ś

wiadamia sobie nagle, 

Ŝ

e stał si

ę

 kolejnym ogniwem w 

długim ła

ń

cuchu rodzinnej tradycji - stwierdziła zamy

ś

lona.

- Racja. Ale powiedz mi lepiej, jak masz zamiar uczci

ć

 swoj

ą

 nominacj

ę

 na wiceprezesa?

- Uczci

ć

? - Spojrzała na niego zaskoczona. - Wiesz, 

Ŝ

e w ogóle o tym nie pomy

ś

lałam? Mam zamiar 

po prostu wróci

ć

 do pracy i...

- Nie 

Ŝ

artuj! Praca mo

Ŝ

e poczeka

ć

. Nie masz ochoty zje

ść

 dobrej kolacji?

- Kolacji? Oczywi

ś

cie, zjem co

ś

, jak wróc

ę

 do domu. ..

Przez chwil

ę

 przygl

ą

dał jej si

ę

 uwa

Ŝ

nie, chc

ą

c odgadn

ąć

, czy bawi si

ę

 z nim w kotka i myszk

ę

, czy 

te

Ŝ

 naprawd

ę

 nie rozumie. Najwyra

ź

niej nie domy

ś

liła si

ę

 jego intencji, wi

ę

c uznał, 

Ŝ

e pora postawi

ć

 

spraw

ę

 jasno.

- Posłuchaj, Naomi, chciałbym zaprosi

ć

 ci

ę

 dzi

ś

 na kolacj

ę

. O ile oczywi

ś

cie nie masz innych planów 

- powiedział bez ogródek.

- Planów? Nie, chyba nie mam nic konkretnego do roboty. - Czuła, 

Ŝ

e jeszcze chwila, a znów zacznie 

background image

papla

ć

 bez sensu. - Naprawd

ę

, nie musisz czu

ć

 si

ę

 w obowi

ą

zku...

Postanowił spróbowa

ć

 jeszcze raz.

- Czy zjesz ze mn

ą

 kolacj

ę

? - spytał stanowczo, obserwuj

ą

c z zachwytem, jak jej policzki zabarwia 

delikatny rumieniec.

- Ch

ę

tnie. To miło z twojej strony - wydusiła z siebie.

- Mo

Ŝ

e by

ć

 siódma wieczór? Odpowiada ci?

- My

ś

l

ę

Ŝ

e tak.

- Gdzie mam po ciebie przyjecha

ć

 - do sklepu czy do domu?

- Mo

Ŝ

e do domu. Podam ci adres...

- Nie trzeba. Jest w twoich dokumentach.
- No tak. Mieszkam bardzo blisko ksi

ę

garni, wi

ę

c do pracy chodz

ę

 pieszo. To naprawd

ę

 miła okolica 

i...

Bo

Ŝ

e, co ja znowu wyprawiam, j

ę

kn

ę

ła w my

ś

lach, przera

Ŝ

ona własnym gadulstwem. Uznała, 

Ŝ

zrobi najlepiej, je

ś

li natychmiast zamilknie, wstanie i po

Ŝ

egna si

ę

. Jeszcze pi

ęć

 minut i Jan zacznie 

Ŝ

ałowa

ć

Ŝ

e zaprosił j

ą

 na t

ę

 kolacj

ę

.

- Pójd

ę

 ju

Ŝ

 - powiedziała, podnosz

ą

c si

ę

 z miejsca. Wci

ąŜ

 

ś

ciskał jej dło

ń

, nie wiedziała wi

ę

c, co ro-

bi

ć

. Nie chciała by

ć

 niegrzeczna i czekała, a

Ŝ

 Jan j

ą

 pu

ś

ci. - Musz

ę

 wraca

ć

 do pracy, do ksi

ę

garni - tłu-

maczyła coraz bardziej spi

ę

ta.

Jan dostrzegł w jej oczach zdenerwowanie. Nie potrafił odgadn

ąć

 jego przyczyny, wi

ę

c na wszelki 

wypadek pu

ś

cił jej dło

ń

, sam przestraszony, 

Ŝ

e by

ć

 mo

Ŝ

e zbytnio si

ę

 spoufalił.

- Wszystko w porz

ą

dku? - spytał ostro

Ŝ

nie.

- Tak.
- Odprowadz

ę

 ci

ę

 na dół.

- Nie trzeba. Poradz

ę

 sobie.

- W porz

ą

dku. Aha, jeszcze jedno.

- Słucham.
- Ksi

ąŜ

ka...

- Prawda! Chyba dałam j

ą

 twojej siostrze. Nie, chwileczk

ę

... Mam j

ą

 w torbie.

Rozzłoszczona własnym gapiostwem, wyci

ą

gn

ę

ła paczk

ę

 tak energicznie, 

Ŝ

e przy okazji upu

ś

ciła 

telefon komórkowy. Jan rzucił si

ę

, by go podnie

ść

. O mało nie stukn

ę

li si

ę

 głowami. Naomi miała 

ochot

ę

 zapa

ść

 si

ę

 z miejsca pod ziemi

ę

, jednak widz

ą

c rozbawion

ą

 min

ę

 Jana, wybuchn

ę

ła 

ś

miechem. 

Zaraz jednak poderwała si

ę

 na nogi.

- Straszna ze mnie gapa - stwierdziła przepraszaj

ą

co, podaj

ą

c mu ksi

ąŜ

k

ę

.

- Ka

Ŝ

demu mo

Ŝ

e si

ę

 zdarzy

ć

. Wi

ę

c o siódmej, tak?

- Tak. Do zobaczenia.
Kiedy wyszła, Jan jeszcze chwil

ę

 stał w miejscu. Wło

Ŝ

ył r

ę

ce do kieszeni i zacz

ą

ł kołysa

ć

 si

ę

 na 

pi

ę

tach. Zabawne, pomy

ś

lał, nigdy nie pos

ą

dziłbym jej o roztargnienie. A jednak... a jednak widocznie 

tak bardzo prze

Ŝ

yła podpisanie umowy, 

Ŝ

e na chwil

ę

 pu

ś

ciły jej nerwy. Nie był a

Ŝ

 tak zarozumiały, by 

przypisywa

ć

 to oddziaływaniu swej skromnej osoby. Cho

ć

 z drugiej strony nie miałby nic przeciwko 

temu, by opanowana, praktyczna Naomi Brightstone poczuła si

ę

 w jego towarzystwie lekko speszona.

Wrócił do biurka i zacz

ą

ł zbiera

ć

 dokumenty, poniewa

Ŝ

 za pół godziny musiał by

ć

 w s

ą

dzie. Przed 

wyj

ś

ciem poprosił asystentk

ę

, by zarezerwowała stolik na dwie osoby w restauracji Rinaldo. 

Perspektywa kolacji wprawiła go w tak doskonały nastrój, 

Ŝ

e przez cał

ą

 drog

ę

 do s

ą

du nucił sobie pod 

nosem. Opanował si

ę

 dopiero na widok swojego klienta. Cudem udało mu si

ę

 skupi

ć

 na rozprawie. Nie 

pami

ę

tał, kiedy oczekiwał czego

ś

 z równ

ą

 niecierpliwo

ś

ci

ą

, jak spotkania z Naomi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Telefon zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie. Jan miał akurat obie r

ę

ce zaj

ę

te wi

ą

zaniem 

krawata, wi

ę

c długo nie odbierał. Nie był poza tym w nastroju do rozmowy, dlatego spokojnie poczekał, 

a

Ŝ

 wł

ą

czy si

ę

 automatyczna sekretarka. Kiedy jednak usłyszał znajomy bas przerywany energicznym 

posapywaniem, z u

ś

miechem si

ę

gn

ą

ł po słuchawk

ę

.

- Halo? - odezwał si

ę

 z lekkim roztargnieniem, bo ci

ą

gle si

ę

 zastanawiał, jakie kwiaty kupi

ć

 Naomi.

- Gdzie ty si

ę

 włóczysz? - burkn

ą

ł Daniel MacGregor senior. - Ju

Ŝ

 my

ś

lałem, 

Ŝ

e nie ma ci

ę

 w domu i 

Ŝ

e b

ę

d

ę

 musiał gada

ć

 z t

ą

 durn

ą

 maszyn

ą

!

- Jak słyszysz, jestem na miejscu, ale zaraz wychodz

ę

.

- Bo

Ŝ

e, moje wnuki to bez wyj

ą

tku łaz

ę

gi. Nic dziwnego, 

Ŝ

e babcia ci

ą

gle si

ę

 o ciebie martwi.

- Co takiego?
- Martwi si

ę

, bo nie usiedzisz w miejscu, tylko ci

ą

gle gdzie

ś

 si

ę

 włóczysz.

- Chyba si

ę

 dziadkowi co

ś

 pomyliło - w głosie Jana słycha

ć

 było rozbawienie. - Zawsze dziadek 

mówił, 

Ŝ

e babcia martwi si

ę

, bo nigdzie nie wychodz

ę

 i tylko siedz

ę

 w pracy albo w domu z nosem w 

ksi

ąŜ

kach.

- A co, mo

Ŝ

e tak nie jest? - spytał niezra

Ŝ

ony Daniel. - Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e popadasz ze skrajno

ś

ci w 

skrajno

ść

. Powiedz no, mój chłopcze, kiedy nas odwiedzisz?

- Dziadku, przecie

Ŝ

 dopiero co u was byłem. Na 

ś

lubie Duncana w zeszłym miesi

ą

cu, nie pami

ę

ta 

dziadek?

- Nie wmawiaj mi, 

Ŝ

e mam skleroz

ę

! - hukn

ą

ł Daniel. - Pewnie, 

Ŝ

e pami

ę

tam. Nic nie stoi na 

przeszkodzie, 

Ŝ

eby

ś

 przyjechał do nas znowu. Przecie

Ŝ

 nie mieszkasz na ko

ń

cu 

ś

wiata.

- Racja. Skoro dziadek sobie 

Ŝ

yczy, to oczywi

ś

cie przyjad

ę

.

- Nie w

ą

tpi

ę

. Chyba nie chcesz, 

Ŝ

eby twoja babcia zadr

ę

czyła mnie na 

ś

mier

ć

 swoim gadaniem. A 

tak w ogóle, to co porabiasz?

- Wła

ś

nie wybieram si

ę

 na kolacj

ę

 z przepi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

. I to dzi

ę

ki dziadkowi!

background image

- Dzi

ę

ki mnie? Dlaczego tak mówisz? Ja nic nie zrobiłem, słowo daj

ę

! Ale na wszelki wypadek nie 

wspominaj o tym babci, bo zrobi mi prawdziwe piekło - tłumaczył si

ę

 Daniel, wyra

ź

nie przestraszony, 

Ŝ

jego plan zostanie zbyt szybko rozszyfrowany.

- Dziadku, spokojnie. Po co te nerwy? - roze

ś

miał si

ę

 Jan. - Nie mam pretensji i nie pos

ą

dzam 

dziadka o to, 

Ŝ

e chce mnie wyswata

ć

.

- Wi

ę

c o co chodzi?

- O nic. Moja randka to zwykły zbieg okoliczno

ś

ci. Pami

ę

ta dziadek list

ę

 ksi

ąŜ

ek, których miałem 

poszuka

ć

 w ksi

ę

garni Brightstone'ów przy okazji spotkania z jej kierowniczk

ą

?

- Pewnie, 

Ŝ

e pami

ę

tani! I co z tego? Chyba mi nie powiesz, 

Ŝ

e nie mam prawa zamawia

ć

 sobie 

ksi

ąŜ

ek!

- Ma dziadek prawo robi

ć

, co tylko zechce. - Jan zaczynał traci

ć

 cierpliwo

ść

. Nie potrafił poj

ąć

, sk

ą

ta nagła dra

Ŝ

liwo

ść

, uznał wi

ę

c, 

Ŝ

e to rezultat podeszłego wieku.

- I co z tymi ksi

ąŜ

kami?

- Ju

Ŝ

 s

ą

. Naomi przyniosła mi dzisiaj Waltera Scotta. Musiała go specjalnie sprowadzi

ć

. Dlatego 

chciałem si

ę

 zrewan

Ŝ

owa

ć

 i zaprosiłem j

ą

 na kolacj

ę

. Dlatego wła

ś

nie mówi

ę

Ŝ

e dzi

ę

ki dziadkowi 

sp

ę

dz

ę

 miły wieczór w towarzystwie pi

ę

knej kobiety.

- No, nie ma o czym mówi

ć

! - sapn

ą

ł Daniel uspokojony. Rozparł si

ę

 w swoim fotelu i mrugn

ą

ł chytrze

okiem do lustra. Jan był bystry, ale widocznie nie na tyle, 

Ŝ

eby domy

ś

li

ć

 si

ę

 zgrabnie uknutej intrygi. 

Je

ś

li chłopak chciał kiedykolwiek dorówna

ć

 swemu dziadkowi, to musiał si

ę

 jeszcze długo uczy

ć

. - 

Cieszy mnie, 

Ŝ

e spodobała ci si

ę

 ta Naomi. To naprawd

ę

 przemiła dziewczyna. I bardzo warto

ś

ciowa - 

zachwalał. - M

ą

dra, skromna, inteligentna. A przy tym dobrze wychowana.

- Dziadku, to tylko kolacja - ostudził go Jan. - Niech dziadek nie obiecuje sobie zbyt wiele.
- A co niby miałbym sobie obiecywa

ć

? - Daniel zgrabnie odbił piłeczk

ę

.

- No, nie wiem... Wydaje mi si

ę

Ŝ

e dziadek znowu zaczyna.

- Co znowu zaczynam? Mówi

ę

 tylko, 

Ŝ

e dziewczyna jest ładna i m

ą

dra. Przecie

Ŝ

 nie kłami

ę

.

- Dobrze, ju

Ŝ

 dobrze. - Jan spojrzał na zegarek. - Dziadku, przepraszam, ale musz

ę

 ko

ń

czy

ć

, bo robi 

si

ę

 pó

ź

no.

- To dlaczego tak si

ę

 grzebiesz? Le

ć

, bo jeszcze si

ę

 spó

ź

nisz! I zadzwo

ń

 niedługo do babci, niech 

si

ę

 biedna nie zamartwia.

Kiedy Jan si

ę

 rozł

ą

czył, Daniel a

Ŝ

 zatarł r

ę

ce z uciechy. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e przynajmniej tym razem 

wszystko pójdzie jak po ma

ś

le.

Naomi, która w pracy potrzebowała zaledwie kilku minut na podj

ę

cie wa

Ŝ

nej decyzji, od dobrej 

godziny rozpaczliwie przetrz

ą

sała zawarto

ść

 szafy. Obejrzała ju

Ŝ

 wszystkie sukienki, ale wci

ąŜ

 nie była 

w stanie wybra

ć

 tej najlepszej. Była ju

Ŝ

 tak zm

ę

czona tym niezdecydowaniem, 

Ŝ

e miała ochot

ę

 si

ę

 

rozpłaka

ć

. W ko

ń

cu przypomniała sobie złot

ą

 my

ś

l matki: je

ś

li nie wiesz, w co si

ę

 ubra

ć

, załó

Ŝ

 mał

ą

 

czarn

ą

.

Poszła za jej rad

ą

, ale natychmiast wyłonił si

ę

 nowy problem - co zrobi

ć

 z włosami. Warkocz? Kok? 

Opaska? Sko

ń

czyło si

ę

 na tym, 

Ŝ

e postanowiła zostawi

ć

 je tak jak s

ą

, rozpuszczone. Na szyj

ę

 zało

Ŝ

yła 

krótki, potrójny sznur pereł, pami

ą

tk

ę

 po babci. Miała nadziej

ę

Ŝ

e nie jest zbyt wystrojona. Pełna 

desperacji, wsun

ę

ła stopy w czarne szpilki na wysokim obcasie, wiedz

ą

c doskonale, 

Ŝ

e przed upływem 

wieczoru poczuje ból w kr

ę

gosłupie. Machn

ę

ła r

ę

k

ą

. Czego si

ę

 w ko

ń

cu nie robi, by ładnie wygl

ą

da

ć

.

Obróciła si

ę

 kilka razy przed lustrem, ogl

ą

daj

ą

c ze wszystkich stron swoj

ą

 zgrabn

ą

 sylwetk

ę

. Efekt 

był zadowalaj

ą

cy nawet dla osoby tak mało pewnej siebie jak ona. Jeszcze tylko par

ę

 kropel perfum, 

które tak bardzo podobały si

ę

 Janowi, i mogła rusza

ć

 na podbój 

ś

wiata.

Zanim wyszła z pokoju, odbyła powa

Ŝ

n

ą

 rozmow

ę

 z własnym odbiciem w lustrze.

- Posłuchaj, Naomi - zwróciła si

ę

 do 

ś

licznej brunetki, która patrzyła na ni

ą

 lekko wystraszonym wzro-

kiem. - Wygl

ą

dasz dobrze. Bardzo dobrze. Niczego ci nie brakuje, wi

ę

c b

ą

d

ź

 uprzejma nie zrobi

ć

 z 

siebie kompletnej idiotki. Pami

ę

taj, 

Ŝ

e nie stało si

ę

 nic wielkiego. Młody, przystojny prawnik był na tyle 

uprzejmy, by zabra

ć

 ci

ę

 do restauracji i uczci

ć

 wa

Ŝ

ny moment w twoim 

Ŝ

yciu. To wszystko, wi

ę

c nie rób 

sobie 

Ŝ

adnej nadziei. Zachowuj si

ę

 jak powa

Ŝ

na kobieta, a nie jaka

ś

 smarkula - zako

ń

czyła ze srog

ą

 

min

ą

.

W tej samej chwili rozległo si

ę

 pukanie do drzwi.

- Bo

Ŝ

e, dopomó

Ŝ

 - j

ę

kn

ę

ła. - Tylko spokój mo

Ŝ

e mnie uratowa

ć

 - powtórzyła sobie kilka razy, po czym

zacisn

ę

ła dłonie, zamkn

ę

ła oczy, policzyła do pi

ę

ciu i dopiero potem poszła otworzy

ć

.

Przywitała Jana z uprzejmym u

ś

miechem, pod którym skrywała zdenerwowanie.

- Pi

ę

kny - szepn

ę

ła zachwycona.

- Dzi

ę

kuj

ę

. Ty te

Ŝ

 nie

ź

le wygl

ą

dasz - zrewan

Ŝ

ował jej si

ę

 z szelmowskim u

ś

miechem.

- Miałam na my

ś

li bukiet! - roze

ś

miała si

ę

, wskazuj

ą

c na p

ę

k ró

Ŝ

, który usiłował ukry

ć

 za plecami.

- Ach, o to ci chodzi. Prosz

ę

 bardzo. Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e ci si

ę

 podobaj

ą

.

- S

ą

 wspaniałe. Wejd

ź

 i rozgo

ść

 si

ę

 - zaprosiła go do 

ś

rodka i usadziła na fotelu w małym saloniku, a 

sama poszła wło

Ŝ

y

ć

 kwiaty do wazonu.

Jan rozejrzał si

ę

 z ciekawo

ś

ci

ą

 po gustownie urz

ą

dzonym wn

ę

trzu. Podobnie jak gabinet w ksi

ę

garni, 

tak

Ŝ

e mieszkanie Naomi wyra

ź

nie zdradzało jej praktyczn

ą

 natur

ę

. Sprz

ę

ty i meble, które wybierała, 

były raczej tradycyjne, ale wszystkie bez wyj

ą

tku odznaczały si

ę

 smakiem.

Naomi wróciła po chwili i ustawiła kwiaty na małym stoliku obok sofy. Cieszyła si

ę

 nimi jak dziecko, 

bo był to pierwszy bukiet, który dostała od obcego m

ęŜ

czyzny, kogo

ś

 spoza rodziny. Ale Jan nie musiał 

o tym wiedzie

ć

. Niech my

ś

li, 

Ŝ

e przez całe 

Ŝ

ycie dostawała bukiety wspaniałych ró

Ŝ

.

- S

ą

 naprawd

ę

 cudowne - powtórzyła.

- Zupełnie jak ty.
- Dzi

ę

kuj

ę

 - odparła, czuj

ą

c niepokoj

ą

ce ciepło na policzkach.

background image

- Masz te

Ŝ

 bardzo ładne mieszkanie.

- Szukałam czego

ś

 niewielkiego, niezbyt daleko od ksi

ę

garni. I w starej kamienicy. Nie lubi

ę

 tych 

nowych, bezdusznych osiedli. Tylko stare, tradycyjne domy maj

ą

 dusz

ę

.

- Mamy chyba podobny gust. Przynajmniej w kwestii architektury. Jakie

ś

 dwa miesi

ą

ce temu kupiłem 

stary dom. Podłogi skrzypi

ą

, okna s

ą

 wypaczone, dach troch

ę

 przecieka, ale jestem zadowolony i nie 

zamieniłbym go na 

Ŝ

aden nowoczesny apartament.

- Wychowałam si

ę

 w takim domu. Rodzice dawno go sprzedali, ale ilekro

ć

 przeje

Ŝ

d

Ŝ

am obok, 

odczuwam wzruszenie - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 troch

ę

 nie

ś

miało, zaskoczona własn

ą

 szczero

ś

ci

ą

. - Mo

Ŝ

masz ochot

ę

 na drinka? - spytała.

- Nie, dzi

ę

kuje bardzo. Powinni

ś

my ju

Ŝ

 wychodzi

ć

, zarezerwowałem stolik na wpół do ósmej.

- Wi

ę

c chod

ź

my. Jestem gotowa.

- Włó

Ŝ

 co

ś

 na siebie, bo wieje.

- Dobrze.
Posłusznie podeszła do szafy i zacz

ę

ła szuka

ć

 aksamitnego szala. Jan stan

ą

ł tu

Ŝ

 za ni

ą

, wi

ę

c kiedy 

odwróciła si

ę

, wpadła prosto w jego ramiona. Speszyło j

ą

 to tak bardzo, 

Ŝ

e cofn

ę

ła si

ę

 zbyt gwałtownie i 

straciła równowag

ę

. Wyl

ą

dowała w

ś

ród wieszaków, a Jan musiał jej pomóc wydosta

ć

 si

ę

 na zewn

ą

trz.

- Przepraszam, nie chciałem ci

ę

 przestraszy

ć

 - powiedział tonem usprawiedliwienia. Ale w duchu 

zacierał r

ę

ce. Nie miał 

Ŝ

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e działa na ni

ą

. Dziewczyna stawała si

ę

 przy nim 

nerwowa. - Nic ci si

ę

 nie stało?

- Wszystko w porz

ą

dku. Nie wiedziałam po prostu, 

Ŝ

e za mn

ą

 stoisz - tłumaczyła, skubi

ą

c nerwowo 

brzeg szala, którym miała okry

ć

 ramiona.

- Pozwól, 

Ŝ

e ci pomog

ę

 - zaproponował i opatulił j

ą

 szczelnie.

Naomi wzi

ę

ła si

ę

 w gar

ść

 i nawet nie drgn

ę

ła, gdy dotkn

ą

ł jej skóry ciepłymi dło

ń

mi.

- Idziemy? - spytała, si

ę

gaj

ą

c spokojnym ruchem po torebk

ę

. Nawet nie podskoczyła, gdy Jan, nie 

pytaj

ą

c o pozwolenie, wzi

ą

ł j

ą

 pod rami

ę

.

W restauracji poszło jej jeszcze lepiej. Dyskretna muzyka, migotanie 

ś

wiec i doskonałe wino wprawiły 

j

ą

 w doskonały nastrój. Zapomniała o nerwach, a Jan okazał si

ę

 miłym kompanem. Potrafił nie tylko 

ciekawie opowiada

ć

, ale i słucha

ć

, co było w

ś

ród prawników prawdziw

ą

 rzadko

ś

ci

ą

. Rozmowa toczyła 

si

ę

 gładko i po pewnym czasie Naomi ze zdumieniem odkryła, 

Ŝ

e maj

ą

 wiele wspólnych zainteresowa

ń

Jan pochwalił muzyk

ę

, któr

ą

 usłyszał w ksi

ę

garni.

- Sama j

ą

 wybrała

ś

? - spytał.

- Tak. Bardzo lubi

ę

 muzyk

ę

 etniczn

ą

. Nie jest tak powa

Ŝ

na, jak muzyka klasyczna, wi

ę

c dobrze działa

na klientów. A przy tym nie jest zbyt absorbuj

ą

ca.

- Była

ś

 w tym roku na Festiwalu Muzyki Celtyckiej?

- O tak. Na kilku koncertach.
- A widziała

ś

 wyst

ę

py tancerzy?

- Oczywi

ś

cie! Byli rewelacyjni!

- Te

Ŝ

 tak my

ś

l

ę

. Te przystawki tak

Ŝ

e s

ą

 rewelacyjne. - Wskazał na talerz. - Chcesz spróbowa

ć

 mo-

jej? - Podał jej na widelcu kawałeczek duszonego grzyba, a ona, prawie bez namysłu, nachyliła si

ę

 w 

jego stron

ę

 i wzi

ę

ła smakowity k

ą

sek do ust.

- Pycha! - pochwaliła.
- Chcesz jeszcze?
- Nie, dzi

ę

kuj

ę

. Musz

ę

 uwa

Ŝ

a

ć

, mam słabo

ść

 do włoskich potraw.

- To tak jak ja. Potrafi

ę

 nawet ugotowa

ć

 par

ę

 niezłych da

ń

.

- Lubisz gotowa

ć

? - Przyjrzała mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie, próbuj

ą

c wyobrazi

ć

 go sobie, jak krz

ą

ta si

ę

 w 

fartuchu po kuchni.

- Zale

Ŝ

y co i dla kogo.

- Mo

Ŝ

emy kiedy

ś

 urz

ą

dzi

ć

 zawody kulinarne. Moja potrawka z owoców morza przeciwko twojej kuchni

włoskiej. Co ty na to?

- Przyjmuj

ę

 wyzwanie. Zobaczymy, co uda nam si

ę

 wysma

Ŝ

y

ć

 - powiedział z dwuznacznym 

u

ś

miechem. Zdawało mu si

ę

Ŝ

e dostrzegł na jej twarzy lekki grymas, postanowił wiec bardziej zwa

Ŝ

a

ć

 

na słowa. Po co si

ę

 spieszy

ć

? Miał ju

Ŝ

 gotowy plan i wiedział, jak si

ę

 zabra

ć

 do rzeczy. W rodzinie 

MacGregorów nie tylko Daniel celował w układaniu miłosnych scenariuszy.

- Mam dla ciebie pewn

ą

 propozycj

ę

 - powiedział nagle, a widz

ą

c jej przestraszony wzrok, dodał 

szybko:

- Propozycj

ę

 zawodow

ą

, oczywi

ś

cie.

- Zawodow

ą

?

- Tak. Mam nadziej

ę

Ŝ

e ci si

ę

 spodoba.

- Zamieniam si

ę

 w słuch.

- Mówiłem ci, 

Ŝ

e niedawno kupiłem dom. Nie wszystko jeszcze urz

ą

dziłem, dwa pokoje wci

ąŜ

 stoj

ą

 

puste. Pomy

ś

lałem sobie, 

Ŝ

e chciałbym mie

ć

 w jednym z nich bibliotek

ę

. Pomogłaby

ś

 mi w doborze 

ksi

ąŜ

ek?

- Oczywi

ś

cie. - Sama była zaskoczona rozczarowaniem, jakie poczuła. Od pocz

ą

tku było jasne, 

Ŝ

Jan interesuje si

ę

 ni

ą

 wył

ą

cznie ze wzgl

ę

dów słu

Ŝ

bowych. Je

ś

li liczyła na co

ś

 wi

ę

cej, było po prostu 

naiwna.

- Musisz mi tylko powiedzie

ć

, jakie wydawnictwa ci

ę

 interesuj

ą

 - powiedziała tonem, jakim zwykle 

zwracała si

ę

 do klientów. - Czy chodzi o rzadkie pozycje, które b

ę

d

ą

 dla ciebie lokat

ą

 kapitału?

- Nie, nie. Chc

ę

 mie

ć

 praktyczn

ą

 domow

ą

 bibliotek

ę

, a nie muzeum. Po prostu miejsce, gdzie mo

Ŝ

na 

przyjemnie sp

ę

dzi

ć

 czas, poczyta

ć

, napi

ć

 si

ę

 czego

ś

 dobrego. Nie chciałbym, 

Ŝ

eby moi go

ś

cie musieli 

wypisywa

ć

 rewersy jak w czytelni. Na pocz

ą

tek chciałbym zebra

ć

 ksi

ąŜ

ki, które lubi

ę

. Zreszt

ą

 

background image

wi

ę

kszo

ść

 ju

Ŝ

 mam. Co do reszty, to jestem otwarty na propozycje.

- Zgoda. Ch

ę

tnie ci pomog

ę

. Przygotuj list

ę

 pozycji, których ci brakuje, a potem zobaczymy.

- Doskonale. Znajdziesz troch

ę

 czasu, 

Ŝ

eby wst

ą

pi

ć

 do mnie i zobaczy

ć

 pokój, który wybrałem na ten 

cel?

- My

ś

l

ę

Ŝ

e tak. Kiedy?

- Mo

Ŝ

e w najbli

Ŝ

sz

ą

 sobot

ę

, o szóstej?

- Zgoda - odparła ponownie i skin

ę

ła głow

ą

, zaskoczona zarówno swoim opanowaniem, jak i zagad-

kowym u

ś

miechem Jana.

Kiedy wyszli z restauracji, był pó

ź

ny wieczór. Wiatr si

ę

 nasilił i słycha

ć

 było, jak buszuje w koronach 

drzew. Po nocnym niebie p

ę

dziły czarne chmury, zza których co chwila wygl

ą

dała okr

ą

gła tarcza 

ksi

ęŜ

yca.

Wieczór, który razem sp

ę

dzili, udał si

ę

 znakomicie. Gdy tylko rozmowa zeszła na ksi

ąŜ

ki, Naomi 

wyra

ź

nie si

ę

 o

Ŝ

ywiła. Potrafiła mówi

ć

 o nich z prawdziw

ą

 pasj

ą

, co sprawiało Janowi du

Ŝą

 przyjemno

ść

Gratulował sobie doskonałego pomysłu, jakim było zaproszenie Naomi do urz

ą

dzenia biblioteki. 

Zreszt

ą

 nie był to tylko pretekst, by znów si

ę

 z ni

ą

 spotka

ć

. Naprawd

ę

 marzył mu si

ę

 bogaty 

ksi

ę

gozbiór, a Naomi była w tej dziedzinie specjalistk

ą

. A 

Ŝ

e przy okazji bardzo mu si

ę

 podobała, 

dodawało całej sprawie pikanterii. Jan miał cich

ą

 nadziej

ę

Ŝ

e ona równie

Ŝ

 nie traktuje go tylko i 

wył

ą

cznie jak prawnika, który załatwia dla niej pewne sprawy. Zgodziła si

ę

 przecie

Ŝ

 na kolacj

ę

pozwoliła odwie

źć

 do domu...

Teraz poruszyła si

ę

 nerwowo, gdy spojrzał na ni

ą

 k

ą

tem oka.

- Ładna okolica - powiedział, gasz

ą

c silnik. - Rzeczywi

ś

cie mieszkasz dwa kroki od ksi

ę

garni.

- Dzi

ę

kuj

ę

 za wspaniały wieczór - odparta cicho. Poprawiła włosy, które opadały jej na twarz, a wtedy 

Jan wyra

ź

nie poczuł zmysłowy zapach perfum. W por

ę

 jednak ugryzł si

ę

 w j

ę

zyk i powiedział po prostu, 

Ŝ

e on równie

Ŝ

 doskonale si

ę

 bawił i 

Ŝ

e cała przyjemno

ść

 po jego stronie.

Wysiadł z samochodu i podszedł do jej drzwi. Poniewa

Ŝ

 przez chwil

ę

 mocowała si

ę

 z pasem, nachylił 

si

ę

Ŝ

eby go odpi

ąć

, i wtedy jego twarz znalazła si

ę

 blisko jej twarzy. Poczuł przyjemne ciepło 

rozgrzanego, pachn

ą

cego ciała. Zakr

ę

ciło mu si

ę

 w głowie, nie stracił jednak zimnej krwi. Cofn

ą

ł si

ę

 i 

podał Naomi r

ę

k

ę

. Kiedy jednak wysiadła z wozu, nie wypu

ś

cił jej dłoni. Odprowadził j

ą

 do drzwi 

kamienicy, nie maj

ą

c poj

ę

cia, 

Ŝ

e dziewczyna prze

Ŝ

ywa prawdziwe katusze.

Naomi ogarniała coraz wi

ę

ksza panika. Nie miała poj

ę

cia, jak powinna si

ę

 teraz zachowa

ć

. Zaprosi

ć

 

go na drinka? Nie! Wiedziała, 

Ŝ

e to bardzo ryzykowny pomysł. Nie była na to przygotowana. Bała si

ę

 

te

Ŝ

Ŝ

e puszcz

ą

 jej nerwy, 

Ŝ

e zrobi co

ś

 głupiego. Uznała wi

ę

c, 

Ŝ

e najlepiej b

ę

dzie po prostu si

ę

 

po

Ŝ

egna

ć

. Przynajmniej zostan

ą

 jej miłe wspomnienia.

Jan na szcz

ęś

cie wybawił j

ą

 z kłopotu. Kiedy weszli do holu, zatrzymał si

ę

 i powiedział:

- Dobranoc, Naomi. Domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e jutro czeka ci

ę

 m

ę

cz

ą

cy dzie

ń

. Pierwszy dzie

ń

 w nowej roli wi-

ceprezesa.

- To prawda - westchn

ę

ła. - Musz

ę

 wsta

ć

 skoro 

ś

wit. Zaplanowałam spotkanie z personelem, na któ-

rym b

ę

dziemy omawiali kolejne zmiany.

- Wci

ąŜ

 masz nowe pomysły? Sprzeda

Ŝ

 ksi

ąŜ

ek ju

Ŝ

 nie wystarcza? - za

Ŝ

artował i pogłaskał kciukiem 

wierzch jej dłoni. - W takim razie nie b

ę

d

ę

 ci

ę

 zatrzymywał. Pozwolisz, 

Ŝ

e odprowadz

ę

 ci

ę

 tylko do 

drzwi?

Kiedy szli po schodach, serce waliło jej jak oszalałe. Cały spokój gdzie

ś

 si

ę

 ulotnił, a poniewa

Ŝ

 

ogarniało j

ą

 coraz wi

ę

ksze zmieszanie, próbowała je zamaskowa

ć

 nerwow

ą

 gadanin

ą

. Po raz dziesi

ą

ty 

zacz

ę

ła opowiada

ć

 o tym, 

Ŝ

e chciałaby widzie

ć

 swoj

ą

 ksi

ę

garni

ę

 jako miejsce spotka

ń

 z ciekawymi 

lud

ź

mi, popularnymi autorami, piosenkarzami, 

Ŝ

e chce opracowa

ć

 ofert

ę

 dla ludzi w ró

Ŝ

nym wieku, 

zainwestowa

ć

 w internetow

ą

 kawiarenk

ę

.

Jan słuchał cierpliwie, nie przerywaj

ą

c ani nie pytaj

ą

c o nic. Gdy stan

ę

li pod drzwiami jej mieszkania, 

wzi

ą

ł j

ą

 za obie dłonie i przytrzymał je w swoich, silnych i ciepłych. Tego było ju

Ŝ

 dla Naomi za wiele. 

Wiedziała, 

Ŝ

e jeszcze chwila, a zupełnie straci głow

ę

 i zrobi co

ś

 idiotycznego. Pomy

ś

lała sobie, 

Ŝ

e lada 

moment stanie si

ę

 z ni

ą

 to, co z Kopciuszkiem o północy - czar pry

ś

nie, a wraz z nim zniknie wytworna 

młoda dama, której miejsce zajmie zahukana, przestraszona, nieszcz

ęś

liwa i nie kochana przez nikogo 

dziewczyna.

Jakby broni

ą

c si

ę

 przed nim, zrobiła krok do tyłu i zbyt gwałtownie wyswobodziła dło

ń

 z jego u

ś

cisku. 

Si

ę

gn

ę

ła do torebki, z której nerwowym ruchem wyj

ę

ła klucze. Upadły z metalicznym brz

ę

kiem na 

posadzk

ę

, a wtedy Jan schylił si

ę

, by je podnie

ść

. Skorzystał przy tym z okazji i znów uj

ą

ł jej dr

Ŝą

c

ą

 

dło

ń

. Przez chwil

ę

 patrzył w oczy Naomi, jakby próbował znale

źć

 w nich odpowied

ź

 na jakie

ś

 wa

Ŝ

ne dla 

niego pytanie. Chciał wiedzie

ć

, czy si

ę

 nie myli, a poniewa

Ŝ

 doszedł do wniosku, 

Ŝ

e nie - postanowił 

zaryzykowa

ć

. Uj

ą

ł łagodnie twarz dziewczyny i pocałował delikatnie jej usta.

W pierwszej chwili si

ę

 zaniepokoił. Naomi nie odwzajemniła pocałunku, tylko zastygła w miejscu jak 

słup soli. Nie drgn

ę

ła, jej ciałem nie wstrz

ą

sn

ą

ł cho

ć

by najsłabszy dreszcz. Jan zamierzał ju

Ŝ

 si

ę

 

wycofa

ć

, gdy nagle o

Ŝ

yła. Najpierw westchn

ę

ła gł

ę

boko jak osoba przebudzona ze snu, a potem 

rozchyliła wargi. Czuł pod palcami ciepł

ą

 fal

ę

 jej g

ę

stych włosów, zewsz

ą

d otaczał go obezwładniaj

ą

cy 

zapach jej ciała. Zaszumiało mu w głowie. Przygarn

ą

ł j

ą

 do siebie i mocniej otoczył ramionami. 

Zauwa

Ŝ

ył uszcz

ęś

liwiony, 

Ŝ

e wreszcie odwzajemnia jego u

ś

cisk.

Rzeczywi

ś

cie, Naomi zaciskała palce na r

ę

kawach jego płaszcza, jakby bała si

ę

Ŝ

e straci 

równowag

ę

. Kr

ę

ciło jej si

ę

 w głowie jak od szampana, przed oczami wirowały kolorowe plamy. Panika, 

która sparali

Ŝ

owała j

ą

 w pierwszej chwili, ust

ę

powała teraz miejsca jakiej

ś

 niesamowitej przyjemno

ś

ci. 

Czuła, jak rozpalone usta m

ęŜ

czyzny wytyczaj

ą

 gor

ą

c

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ę

 na jej policzkach i szyi, jak niemal 

parz

ą

 j

ą

 w wilgotne wargi. Kiedy klucz znów wyl

ą

dował na podłodze, drgn

ę

ła przestraszona, ale nie 

przerwała pocałunku.

background image

Jan cofn

ą

ł si

ę

 i uchwycił zamglone spojrzenie szarych oczu, dostrzegł delikatne dr

Ŝ

enie warg. 

Przesun

ą

ł dło

ń

mi wzdłu

Ŝ

 ramion Naomi, dotkn

ą

ł pieszczotliwie czubek jej zgrabnego nosa swoim. Po 

chwili znowu tulił w dłoniach jej rozpalon

ą

 twarz.

- Chyba zrobi

ę

 to jeszcze raz - szepn

ą

ł i nie pytaj

ą

c jej o zdanie, pocałował j

ą

 tym razem bardziej 

zachłannie i nami

ę

tniej ni

Ŝ

 wcze

ś

niej. Z ka

Ŝ

d

ą

 sekund

ą

 jego podniecenie stawało si

ę

 silniejsze, trud-

niejsze do okiełznania. Kiedy poczuł na swojej szyi nie

ś

miały dotyk palców Naomi, przestraszył si

ę

Ŝ

za chwil

ę

 straci nad sob

ą

 kontrol

ę

. Z najwy

Ŝ

szym trudem odsun

ą

ł si

ę

 od niej i schylił po klucze. - 

Dobranoc, Naomi - powiedział po prostu i sam otworzył jej drzwi.

- Tak... - odparła słabym głosem. - Dobranoc. Jeszcze raz dzi

ę

kuj

ę

.

Odwróciła oczy, w których malowała si

ę

 niepewno

ść

, po czym weszła szybko do mieszkania, zamy-

kaj

ą

c za sob

ą

 drzwi.

Jan nie odszedł od razu. Stał w miejscu, zastanawiaj

ą

c si

ę

, czy przypadkiem nie popełnił bł

ę

du. 

Tylko co miałoby by

ć

 owym bł

ę

dem? To, 

Ŝ

e nagle zacz

ą

ł j

ą

 całowa

ć

, czy to, 

Ŝ

e równie nagle przestał?

Zza zamkni

ę

tych drzwi dobiegł metaliczny brz

ę

k. Znów upu

ś

ciła klucze na podłog

ę

. Na to tylko 

czekał. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do siebie i szybko zbiegł po schodach do wyj

ś

cia. Wiedział ju

Ŝ

Ŝ

e si

ę

 nie 

pomylił. Wychodz

ą

c na ulic

ę

, obiecał sobie, 

Ŝ

e przy najbli

Ŝ

szej okazji wykona kolejny krok. Kolejny 

krok, który zbli

Ŝ

y go do Naomi Brightstone.

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Naprawd

ę

 nie masz w domu ani kawałka czekolady? - spytała Julia, nie kryj

ą

c gorzkiego rozczaro-

wania.

Jan spojrzał na ni

ą

 pobła

Ŝ

liwie i pomy

ś

lał, 

Ŝ

e jego kuzynka jest jak zwykle pi

ę

kna, jak zwykle niecier-

pliwa - i jak zwykle łakoma z powodu zaawansowanej ci

ąŜ

y.

- Sk

ą

d mam mie

ć

, skoro wszystko wyjadła

ś

 podczas ostatniej wizyty - odparł, wzruszaj

ą

c ramionami.

- Niemo

Ŝ

liwe! - Julia poderwała si

ę

 z krzesła i zacz

ę

ła przeszukiwa

ć

 systematycznie kuchenne 

szafki. - Rzeczywi

ś

cie, nie ma ani kawałka. Nie przeszedłby

ś

 si

ę

 do sklepu? - spytała przymilnie. - 

Wiesz, do tego na rogu. Nie zajmie ci to wi

ę

cej ni

Ŝ

 pi

ęć

 minut.

- Nigdzie nie b

ę

d

ę

 chodził. Je

ś

li jeste

ś

 głodna, w lodówce s

ą

 owoce i jogurt. W ostateczno

ś

ci mo

Ŝ

esz 

spróbowa

ć

 tego - zaproponował, podsuwaj

ą

c jej drewnian

ą

 ły

Ŝ

k

ę

, któr

ą

 mieszał g

ę

sty, aromatyczny 

sos.

Julia, znaj

ą

c kulinarne talenty kuzyna, nie dała si

ę

 długo prosi

ć

. Trzymaj

ą

c dło

ń

 na wydatnym 

brzuchu, wyci

ą

gn

ę

ła szyj

ę

 jak 

Ŝ

yrafa i skosztowała gor

ą

cej potrawy.

- Pycha! - Zmru

Ŝ

yła zachwycona oczy. - A co b

ę

dzie na deser?

- Czy twój m

ąŜ

 ci

ę

 przypadkiem nie głodzi? - roze

ś

miał si

ę

 Jan.

- A co ma do tego mój m

ąŜ

? - spytała zdumiona Julia, klepi

ą

c si

ę

 po brzuchu. - To male

ń

stwo 

domaga si

ę

 czekolady. Kiedy byłam pierwszy raz w ci

ąŜ

y, miałam stale ochot

ę

 na lody. Naprawd

ę

 nie 

masz cho

ć

by jednego, malutkiego batonika? - spojrzała na Jana błagalnie.

- Nie, ale obiecuj

ę

Ŝ

e zrobi

ę

 zapas.

- Tylko pospiesz si

ę

, bo mo

Ŝ

esz nie zd

ąŜ

y

ć

. Nie zostało mi ju

Ŝ

 wiele czasu - powiedziała, patrz

ą

c z 

u

ś

miechem na kuzyna, który pochylony nad garnkiem, gwizdał cicho jak

ąś

 melodi

ę

. - Widz

ę

Ŝ

e jeste

ś

 

cały w skowronkach - zagadn

ę

ła.

- Sama rozumiesz... kobieta!
- A, słyszałam co

ś

 o tym. Panna Brightstone, tak?

- We własnej osobie. Zreszt

ą

 zaraz tu b

ę

dzie, wi

ę

c nie chciałbym ci

ę

 pop

ę

dza

ć

, ale...

- Spokojna głowa. Patryk i Travis zaraz po mnie przyjad

ą

, wi

ę

c nie b

ę

d

ę

 ci przeszkadza

ć

. Gdzie 

masz projekt biblioteki?

- Na górze. Ogl

ą

dałem go wczoraj wieczorem.

- W takim razie chod

ź

my. Ch

ę

tnie rzuc

ę

 na niego okiem.

- Dzi

ę

ki, Julio! - Otoczył j

ą

 ramieniem i poprowadził w stron

ę

 schodów. - Nie wiem, jak poradziłbym 

sobie z tym remontem bez ciebie i Patryka.

- Bez przesady. Ty te

Ŝ

 nie stałe

ś

 z zało

Ŝ

onymi r

ę

kami. Naprawd

ę

 ci

ę

 podziwiam.

- Za co?
- Za to, 

Ŝ

e zdecydowałe

ś

 si

ę

 na kupno tego domu. Niewielu facetów w twoim wieku chciałoby 

zawraca

ć

 sobie głow

ę

 takim zabytkiem.

- Ale ty by

ś

 si

ę

 nie wahała, prawda?

- Prawda. 

ś

aden apartament nie mo

Ŝ

e równa

ć

 si

ę

 z domem. Zwłaszcza z domem, który ma swój 

klimat. - Przesun

ę

ła pieszczotliwie dłoni

ą

 po wypolerowanej balustradzie schodów. - Par

ę

 dni temu 

rozmawiali

ś

my z Patrykiem, 

Ŝ

e ten dom bardzo do ciebie pasuje. Jest podobnie jak ty solidny, jasny, 

logiczny. Z jednej strony otwarty na to, co przyniesie przyszło

ść

, z drugiej zapatrzony w to, co odeszło 

w przeszło

ść

. - Przystan

ę

ła u podnó

Ŝ

a schodów i dodała: - Wiesz co, mój drogi? Nie b

ę

d

ę

 właziła na 

gór

ę

, bo potem trzeba b

ę

dzie zej

ść

, a ja przez ten brzuch nie widz

ę

 własnych stóp.

- Rozumiem. Zaczekaj w salonie, sam przynios

ę

 ci projekt. Usi

ą

d

ź

 sobie wygodnie.

- Nie chc

ę

 siada

ć

. Chc

ę

 czekolady - odpaliła ze 

ś

miechem.

- Nast

ę

pnym razem! Przysi

ę

gam! - zawołał, biegn

ą

c po schodach.

Julia poszła do salonu, kiwaj

ą

c si

ę

 jak pingwin. Po drodze jeszcze raz spojrzała krytycznym okiem na 

efekty swojej pracy. Musiała przyzna

ć

Ŝ

e jest z nich zadowolona. Wszystko poszło szybko i sprawnie, 

głównie dzi

ę

ki skuteczno

ś

ci oraz do

ś

wiadczeniu jej m

ęŜ

a, który był prawdziwym fachowcem je

ś

li chodzi 

o przebudowy i remonty, a firma, któr

ą

 prowadził wraz z ojcem, od lat miała ustalon

ą

 renom

ę

. Ona z 

kolei była specjalistk

ą

 od nieruchomo

ś

ci i miała do nich oko jak mało kto, tote

Ŝ

 cieszyła si

ę

Ŝ

namówiła Jana do kupna tego wła

ś

nie domu. Z przyjemno

ś

ci

ą

 obserwowała, jak jej kuzyn, pocz

ą

tkowo 

nieufny, powoli zapalał si

ę

 do projektu, a

Ŝ

 w ko

ń

cu naprawd

ę

 pokochał swoj

ą

 now

ą

 siedzib

ę

.

background image

- Widzisz, kochanie, jaki pi

ę

kny dom znale

ź

li

ś

my dla wujka Jana - powiedziała, głaszcz

ą

c si

ę

 po 

brzuchu. - Uspokój si

ę

, malutki, i nie m

ę

cz mamy. Zaraz przyjedzie po nas tata i na pewno przywiezie 

olbrzymie pudło czekoladek. Widzisz, ju

Ŝ

 tu jest! - zawołała, słysz

ą

c dono

ś

ny dzwonek. Podeszła do 

drzwi, otworzyła je bez namysłu i stan

ę

ła oko w oko z niezwykle przystojn

ą

, cho

ć

 mocno zakłopotan

ą

 

brunetk

ą

.

Na widok Julii Naomi wyra

ź

nie si

ę

 speszyła. Niezwykła uroda płowowłosej kobiety sprawiła, 

Ŝ

poczuła lekkie ukłucie zazdro

ś

ci. Ognista pi

ę

kno

ść

 wygl

ą

dała jak uosobienie zdrowia i pi

ę

kna. Poza 

przymiotami ciała, musiała te

Ŝ

 mie

ć

 poczucie humoru, bo na widok Naomi wyci

ą

gn

ę

ła r

ę

k

ę

 i z 

ujmuj

ą

cym u

ś

miechem oznajmiła:

- Jestem Julia, kuzynka playboya z Harvardu. A ty jeste

ś

 Naomi, prawda?

- Zgadza si

ę

 - odparła Naomi. - Widziałam ci

ę

 ju

Ŝ

 kiedy

ś

, podczas spotkania kobiet biznesu. 

Słuchałam twojego wyst

ą

pienia. Bardzo ciekawe.

- Mój Bo

Ŝ

e, kiedy to było! Tym bardziej si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e mogłam ci

ę

 pozna

ć

. Prosz

ę

, wejd

ź

.

Odsun

ę

ła si

ę

Ŝ

eby wpu

ś

ci

ć

 go

ś

cia, a potem zaprowadziła go do salonu, opowiadaj

ą

c po drodze, 

Ŝ

Jan poszedł na gór

ę

 po projekt biblioteki, któr

ą

 ma dla niego zbudowa

ć

 jej m

ąŜ

. Posadziła Naomi w 

fotelu, a sama poszła do kuchni, by przynie

ść

 co

ś

 do picia. Po drodze my

ś

lała, 

Ŝ

e Jan ma dobry gust, 

skoro wybrał sobie tak

ą

 dziewczyn

ę

. Troch

ę

 nie

ś

miała, ale bardzo atrakcyjna. Doskonała figura, pi

ę

kne 

włosy i oczy. Klasa widoczna na pierwszy rzut oka, wyliczała w my

ś

lach jej atuty, nalewaj

ą

c do 

szklanek sok.

- Słyszałam, 

Ŝ

e przej

ę

ła

ś

 zarz

ą

dzanie rodzinn

ą

 ksi

ę

garni

ą

 - zagadn

ę

ła, wchodz

ą

c do pokoju.

- Tak.
- A czy macie w tej waszej kawiarence ciastka czekoladowe?
- Oczywi

ś

cie. Gor

ą

co je polecam, s

ą

 naprawd

ę

 pyszne.

- W takim razie musimy was odwiedzi

ć

, prawda, male

ń

ki? - Julia czule pogładziła okr

ą

gły brzuch. - 

Spokojnie, nie kop mamy! - za

ś

miała si

ę

, a dostrzegaj

ą

c zaniepokojone spojrzenie Naomi, uspokoiła j

ą

,

Ŝ

e wszystko w porz

ą

dku. - Do porodu zostały jeszcze dwa miesi

ą

ce. Ale moje dziecko najwyra

ź

niej nie 

mo

Ŝ

Ŝ

y

ć

 bez czekolady i dlatego tak strasznie si

ę

 awanturuje.

- Nie mo

Ŝ

Ŝ

y

ć

 bez czekolady? - spytała zdumiona Naomi, widz

ą

c, jak co

ś

 si

ę

 rusza pod zielonym 

swetrem Julii. - Mam w torebce paczk

ę

 czekoladowych dra

Ŝ

etek. Mo

Ŝ

e...

- Powa

Ŝ

nie? - Julia spojrzała na ni

ą

 błagalnie.

- Powa

Ŝ

nie. Zawsze nosz

ę

 przy sobie co

ś

 słodkiego. Na wypadek, gdybym nie miała czasu na lunch 

- tłumaczyła Naomi, szukaj

ą

c w torebce plastikowego opakowania. - Prosz

ę

, pocz

ę

stuj si

ę

. - Podała je 

po chwili z u

ś

miechem.

- Uratowała

ś

 nam 

Ŝ

ycie! - zawołała rado

ś

nie Julia.

- Przyrzekam, 

Ŝ

e dam dziecku twoje imi

ę

. Bez wzgl

ę

du na płe

ć

 nazw

ę

 je Naomi!

- Akurat! Tak samo mówiła

ś

, kiedy była

ś

 w ci

ąŜ

y z Travisem, a ja oddałem ci cał

ą

 porcj

ę

 moich 

ulubionych lodów - wtr

ą

cił si

ę

 niespodziewanie Jan, który niezauwa

Ŝ

ony przez kobiety, wszedł przed 

chwil

ą

 do salonu.

- A co, mo

Ŝ

e kłamałam? Nie masz na drugie Travis? - spytała Julia z min

ą

 niewini

ą

tka. Rozerwała 

niecierpliwie torebk

ę

 i wsadziła do ust cał

ą

 gar

ść

 dra

Ŝ

etek, mrucz

ą

c przy tym z zadowoleniem. - 

Widzicie, moje dziecko od razu si

ę

 uspokoiło - oznajmiła po chwili.

- Naprawd

ę

? Przestało kopa

ć

? - Jan u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 ironicznie, po czym poło

Ŝ

ył dło

ń

 na brzuchu ku-

zynki. - Rzeczywi

ś

cie, nie rusza si

ę

. Chod

ź

 Naomi i sama zobacz, jakiego cudu dokonała

ś

 swoimi 

MnM'sami.

Zanim Naomi zd

ąŜ

yła cokolwiek powiedzie

ć

, przycisn

ą

ł jej dło

ń

 do brzucha Julii. Ten niespodziewany 

gest bardzo j

ą

 speszył, ale na szcz

ęś

cie nie zd

ąŜ

yła si

ę

 nawet zaczerwieni

ć

. Jej palce dotkn

ę

ły 

jakiego

ś

 obłego kształtu. Po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu czuła ruch nienarodzonego dziecka, nic wi

ę

dziwnego, 

Ŝ

e zrobiło to na niej du

Ŝ

e wra

Ŝ

enie.

- To... wspaniałe! - szepn

ę

ła, patrz

ą

c Julii W oczy.

- Tak, to naprawd

ę

 jest prze

Ŝ

ycie! - roze

ś

miała si

ę

 Julia. Usłyszała dochodz

ą

cy z zewn

ą

trz d

ź

wi

ę

klaksonu i podniosła si

ę

 z fotela. - Patryk przyjechał. Umówili

ś

my si

ę

Ŝ

e zatr

ą

bi na mnie, je

ś

li Travis 

u

ś

nie w samochodzie. Id

ę

, na mnie ju

Ŝ

 czas - powiedziała i zacz

ę

ła zbiera

ć

 swoje rzeczy, nie 

zapominaj

ą

c o projekcie biblioteki. - Obiecuje, 

Ŝ

e przejrzymy go dzi

ś

 wieczorem. Trzymajcie si

ę

. Miło 

było ci

ę

 pozna

ć

, Naomi. I dzi

ę

ki za ratunek! - roze

ś

miała si

ę

 ponownie, potrz

ą

saj

ą

c plastikow

ą

 

torebeczk

ą

.

- Szkoda, 

Ŝ

e Travis usn

ą

ł - westchn

ą

ł Jan, obserwuj

ą

c przez okno, jak kuzynka wsiada do 

samochodu.

- To wspaniały dzieciak. Nie ma jeszcze dwóch lat, a potrafi zagada

ć

 człowieka na 

ś

mier

ć

.

- Lubisz dzieci? - spytała Naomi.
- Bardzo - odwrócił si

ę

 w jej stron

ę

. - W naszej rodzinie nie mo

Ŝ

e by

ć

 inaczej. Jest nas tak du

Ŝ

o, 

Ŝ

jak jedno dziecko si

ę

 rodzi, drugie jest ju

Ŝ

 w drodze na 

ś

wiat.

- Popatrzył na ni

ą

 z ciepłym u

ś

miechem. - Nawet si

ę

 z tob

ą

 nie przywitałem i nie podzi

ę

kowałem, 

Ŝ

przyszła

ś

. - Zbli

Ŝ

ył si

ę

 do niej i pocałował j

ą

 delikatnie w policzek. - Co

ś

 nie tak? - spytał zaniepokojony, 

wyczuwaj

ą

c nerwowy dreszcz na jej ramionach.

- Nie, wszystko w porz

ą

dku - wykrztusiła, uciekaj

ą

c szybko wzrokiem w stron

ę

 okna. Uspokój si

ę

kretynko, nakazała sobie w duchu. On tylko pocałował ci

ę

 w policzek. Doro

ś

li ludzie czasem to robi

ą

Całuj

ą

 si

ę

 na powitanie i na po

Ŝ

egnanie.

Na szcz

ęś

cie Jan odsun

ą

ł si

ę

 od niej i znikn

ą

ł na moment w jadalni. Po chwili wrócił z dwoma kielisz-

kami w dłoni.

- Napijesz si

ę

 wina? Białe czy czerwone?

background image

- Nie, dzi

ę

kuj

ę

. Przyjechałam samochodem. Poza tym my

ś

lałam, 

Ŝ

e obejrzymy pokój, w którym 

chcesz urz

ą

dzi

ć

 bibliotek

ę

 i... - przerwała, bo w tej samej chwili poczuła wspaniały zapach jakiej

ś

 

potrawy. - Co tak cudownie pachnie?

- Cholera, mój sos! - wrzasn

ą

ł Jan. - Mam nadziej

ę

Ŝ

e si

ę

 nie przypalił! Przepraszam ci

ę

, musz

ę

 

biec do kuchni!

- Pójd

ę

 z tob

ą

.

Weszła za nim do jasnego, przestronnego pomieszczenia i zaniemówiła z wra

Ŝ

enia. Drewniane 

szafki, marmurowe blaty i parapety, 

ś

wie

Ŝ

e zioła w doniczkach grzej

ą

ce w si

ę

 w ciepłych promieniach 

sło

ń

ca, ceglany kominek z polanami - wszystko to nadawało kuchni przytulny, swojski charakter.

- Widz

ę

Ŝ

e spodziewasz si

ę

 go

ś

ci. - Obrzuciła wymownym spojrzeniem garnki stoj

ą

ce na 

elektrycznej płycie. - Nie martw si

ę

, nie zabior

ę

 ci wiele czasu.

- Daj spokój. - Jan przestał miesza

ć

 sos i popatrzył na ni

ą

 jak na dziecko. - To ty jeste

ś

 moim go-

ś

ciem. Mo

Ŝ

e jednak skusisz si

ę

 na kieliszek? - spytał, si

ę

gaj

ą

c po butelk

ę

.

- No dobrze. Ale nie za du

Ŝ

o - odparła z nadziej

ą

Ŝ

e odrobina alkoholu pomo

Ŝ

e jej si

ę

 rozlu

ź

ni

ć

.

- Prosz

ę

 - podał jej smukły kieliszek. - Pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e skoro zawracam ci głow

ę

 swoj

ą

 bibliotek

ą

 i na 

dodatek zabieram czas w sobotnie popołudnie, to przynajmniej ci

ę

 czym

ś

 pocz

ę

stuj

ę

. Pami

ę

tasz, jak ci 

mówiłem, 

Ŝ

e nie

ź

le gotuj

ę

?

- Niepotrzebnie robiłe

ś

 sobie kłopot. Przecie

Ŝ

 powiedziałam, 

Ŝ

e ch

ę

tnie ci pomog

ę

. Podoba mi si

ę

 

pomysł z bibliotek

ą

, wi

ę

c z przyjemno

ś

ci

ą

 zobacz

ę

, co da si

ę

 zrobi

ć

.

- Powiedz mi jedno, molu ksi

ąŜ

kowy: czy 

Ŝ

eby zaprosi

ć

 ci

ę

 na kolacj

ę

, zawsze b

ę

d

ę

 musiał szuka

ć

 

jakich

ś

 pretekstów?

- Chyba nie - odpowiedziała cicho, wpatrzona w dno swojego kieliszka.
- A mo

Ŝ

e naprawd

ę

 jeste

ś

 zainteresowana wył

ą

cznie moj

ą

 bibliotek

ą

? Powiedz mi, jak jest 

naprawd

ę

. Czyja zupełnie ci

ę

 nie obchodz

ę

? - spytał przekornie.

Naomi podniosła wzrok. Jej spojrzenie o

ś

mieliło go. Podszedł do niej i wyj

ą

ł jej z dłoni kieliszek.

- Wiesz przecie

Ŝ

Ŝ

e mi si

ę

 podobasz - powiedział. - Lubi

ę

 by

ć

 z tob

ą

, dlatego chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

my 

mogli sp

ę

dza

ć

 wi

ę

cej czasu razem. Mo

Ŝ

e warto lepiej si

ę

 pozna

ć

?

Pochylił si

ę

 i pocałował j

ą

 leciutko. Ciało Naomi natychmiast ogarn

ę

ło znane ju

Ŝ

 odr

ę

twienie i rozleni-

wienie. Tymczasem Jan powoli, zmysłowo przesuwał ustami wzdłu

Ŝ

 mi

ę

kkiej linii jej brody, a

Ŝ

 znowu 

poczuł pełne, wilgotne wargi. Nie od razu si

ę

 rozwarły i poł

ą

czyły z nim w pocałunku. Musiał cierpliwie 

czeka

ć

. Dopiero po chwili Naomi westchn

ę

ła gł

ę

boko i otoczyła go ramionami. Zrozumiała nagle, 

Ŝ

Jan jej pragnie, i ta my

ś

l wstrz

ą

sn

ę

ła ni

ą

 do gł

ę

bi. Po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu m

ęŜ

czyzna po

Ŝą

dał jej ciała 

i otwarcie to okazywał. Kiedy dotarła do niej ta prawda, poczuła ogromn

ą

 słabo

ść

, jakby nagle opu

ś

ciły 

j

ą

 siły. Kolana ugi

ę

ły si

ę

 pod ni

ą

, wi

ę

c nie chc

ą

c upa

ść

, z całej siły przytuliła si

ę

 do Jana. Nie przyszło 

jej do głowy, 

Ŝ

e sprowokuje go tym do jeszcze 

ś

mielszych pieszczot - pocałował j

ą

 nami

ę

tniej, 

przesun

ą

ł dło

ń

mi po jej plecach, ramionach, po czym si

ę

gn

ą

ł zachłannie do pełnych, ci

ęŜ

kich piersi.

- Och, tak... naprawd

ę

 warto pozna

ć

 si

ę

 bli

Ŝ

ej - szeptał gor

ą

czkowo, rozpinaj

ą

c guziki jej bluzki. Nie 

był w stanie opanowa

ć

 

Ŝą

dzy, wi

ę

c uległ jej i mocno przywarł ustami do ciepłego wgł

ę

bienia mi

ę

dzy 

nasad

ą

 jej szyi a obojczykiem. - Ale to potem... Wszystko opowiemy sobie pó

ź

niej... Historie z 

dzieci

ń

stwa... marzenia... plany... I rozczarowania. Bo

Ŝ

e, tak bardzo ci

ę

 pragn

ę

, Naomi! Musz

ę

... 

musz

ę

 ci

ę

 mie

ć

! Ju

Ŝ

, teraz...

- Tak... - westchn

ę

ła ulegle, lecz zaraz potem zaprzeczyła: - Nie! Zaczekaj! Potem... nie teraz...

Dyszała ci

ęŜ

ko, mówiła bez ładu. Przeraziło j

ą

 to niemo

Ŝ

liwe do opanowania pragnienie, które wypeł-

niało całe jej ciało i odbierało wszelk

ą

 wol

ę

 oporu.

- Mo

Ŝ

e jednak teraz?

- Nie...! Prosz

ę

! - Oparła dłonie o jego klatk

ę

 piersiow

ą

, próbuj

ą

c odsun

ąć

 go od siebie. - Prosz

ę

 - 

powtórzyła i odwa

Ŝ

nie spojrzała mu w oczy. - Prosz

ę

 ci

ę

, przesta

ń

.

Wzrok Jana był nieobecny, zm

ą

cony po

Ŝą

daniem, mimo to pu

ś

cił j

ą

 i cofn

ą

ł si

ę

 o krok. Naomi 

dopiero teraz zdała sobie spraw

ę

, co si

ę

 stało, i zawstydziła si

ę

 własnego zachowania.

- Przepraszam - szepn

ę

ła upokorzona.

- Nie musisz. Chyba... rzeczywi

ś

cie troch

ę

 si

ę

 zagalopowali

ś

my - b

ą

kn

ą

ł z zakłopotaniem. Musiało 

zaschn

ąć

 mu w gardle, bowiem szybko si

ę

gn

ą

ł po swój kieliszek i wypił wino do dna. - Miałem 

wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e odpowiada ci takie tempo - powiedział, z trudem opanowuj

ą

c irytacj

ę

. Nie chciał by

ć

 zły, 

bo te

Ŝ

 nie było ku temu 

Ŝ

adnego powodu, jednak silne, niezaspokojone podniecenie sprawiło, 

Ŝ

e stał 

si

ę

 rozdra

Ŝ

niony.

- Przykro mi, ale chyba si

ę

 nie zrozumieli

ś

my. My

ś

lałam, 

Ŝ

e zaprosiłe

ś

 mnie tutaj, 

Ŝ

eby... - zacz

ę

ła 

nie

ś

miało, ale nie pozwolił jej doko

ń

czy

ć

.

- A jak tłumaczyła

ś

 sobie moje pocałunki tamtego wieczoru? I dlaczego sama mnie całowała

ś

? I to 

tak nami

ę

tnie?

- Nie wiem - powiedziała, tym razem gło

ś

no i pewnie. Nie chciała by

ć

 ofiar

ą

 jego zło

ś

ci ani swojego 

własnego upokorzenia. - Naprawd

ę

 nie wiem - powtórzyła. - Nie mam... takich do

ś

wiadcze

ń

. Przykro 

mi, ale nigdy tego nie robiłam.

Jan uspokoił si

ę

 momentalnie. Był całkowicie zaskoczony jej wyznaniem.

- Chcesz powiedzie

ć

Ŝ

e nigdy si

ę

 nie kochała

ś

? - spytał z niedowierzaniem. - Z nikim?

- Nigdy - przyznała szczerze, cho

ć

 czuła si

ę

 tak za

Ŝ

enowana, 

Ŝ

e miała ochot

ę

 zapa

ść

 si

ę

 pod ziemi

ę

 

i przesta

ć

 istnie

ć

. - Wybacz, ale lepiej ju

Ŝ

 pójd

ę

 - dodała i ruszyła wolno w stron

ę

 wyj

ś

cia.

Jan nie próbował jej zatrzymywa

ć

, wi

ę

c spokojnie przeszła obok niego. Nie zaw

ę

drowała jednak 

daleko, bowiem ockn

ą

ł si

ę

 nagle i dogonił j

ą

 w holu.

- Naomi! Poczekaj! - Chwycił j

ą

 za rami

ę

. - Prosz

ę

 ci

ę

, nie wychod

ź

! Daj mi chocia

Ŝ

 minut

ę

.

- Nie mamy o czym mówi

ć

. Nie zamierzam wi

ę

cej przeprasza

ć

 ci

ę

 za to, co si

ę

 stało. Czy raczej nie 

background image

stało!

- sykn

ę

ła przez zaci

ś

ni

ę

te z

ę

by.

- Wiem, to ja b

ę

d

ę

 ci

ę

 przepraszał, je

ś

li oczywi

ś

cie zgodzisz si

ę

 po

ś

wi

ę

ci

ć

 mi chwil

ę

 - powiedział 

jednym tchem. Na wszelki wypadek pu

ś

cił j

ą

 i w ge

ś

cie bezradno

ś

ci potarł dło

ń

mi twarz. Rzeczywi

ś

cie 

potrzebował teraz chwili spokoju. Chciał si

ę

 nad wszystkim zastanowi

ć

. - Naomi, naprawd

ę

 ci

ę

 

przepraszam - powtórzył, z przera

Ŝ

eniem my

ś

l

ą

c o tym, co czuła, gdy dobierał si

ę

 do niej 

bezceremonialnie, pewien, 

Ŝ

e ma do czynienia z kobiet

ą

 do

ś

wiadczon

ą

. - Naprawd

ę

, gdybym wiedział, 

nigdy w 

Ŝ

yciu nie pozwoliłbym sobie na takie zachowanie. Pewnie ci

ę

 przestraszyłem?

- Troch

ę

...

- Przysi

ę

gam: nigdy wi

ę

cej tego nie zrobi

ę

. - Przysun

ą

ł si

ę

 do niej i ostro

Ŝ

nie dotkn

ą

ł ustami jej 

policzka. Pogłaskał j

ą

 delikatnie, jak małe, wystraszone dziecko.

- A mo

Ŝ

e... - zawahał si

ę

 - mo

Ŝ

e by

ś

my zacz

ę

li od nowa? Tak spokojnie, ostro

Ŝ

nie. W ka

Ŝ

dej chwili 

b

ę

dziesz mogła si

ę

 wycofa

ć

...

Naomi przygl

ą

dała mu si

ę

 w milczeniu, jakby chciała odkry

ć

 jego prawdziwe zamiary. Odetchn

ę

ła 

kilka razy gł

ę

boko i dopiero wtedy spytała:

- Co masz na my

ś

li?

- Proponuj

ę

, by

ś

my cofn

ę

li si

ę

 o krok.

- Jaki znowu krok?
- Wrócimy do punktu wyj

ś

cia. Nalej

ę

 wina, a potem pójdziemy na gór

ę

, do pokoju, w którym chc

ę

 

urz

ą

dzi

ć

 bibliotek

ę

. Poka

Ŝę

 ci projekt. Pó

ź

niej co

ś

 zjemy. Co ty na to?

- Wi

ę

c nie jeste

ś

 na mnie zły?

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e nie. Mam nadziej

ę

Ŝ

e i ty si

ę

 nie gniewasz. Powiedz, zostaniesz? Dasz mi jeszcze 

jedn

ą

 szans

ę

Ŝ

ebym mógł... pozna

ć

 ci

ę

 bli

Ŝ

ej?

- Zgoda. Mog

ę

 chyba zaryzykowa

ć

 - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 blado.

- W takim razie przynios

ę

 wino.

Wrócił szybko do kuchni, staraj

ą

c si

ę

 odzyska

ć

 panowanie nad sob

ą

. Przeszkadzał mu troch

ę

 ból 

wywołany niezaspokojonym po

Ŝą

daniem, przyrzekł sobie jednak, 

Ŝ

e tym razem b

ę

dzie du

Ŝ

ostro

Ŝ

niejszy. Nie miał zreszt

ą

 w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e upłynie du

Ŝ

o czasu, zanim odzyska zaufanie Naomi 

Brightstone. Na wszelki wypadek wolał nie mówi

ć

Ŝ

e pragnie jej jeszcze bardziej.

- B

ą

d

ź

 ostro

Ŝ

ny, MacGregor. Uwa

Ŝ

aj, 

Ŝ

eby nie narobi

ć

 głupstw - mrukn

ą

ł do siebie, zabieraj

ą

butelk

ę

 i czyste kieliszki.

ROZDZIAŁ PI

Ą

TY

Naomi wiedziała, 

Ŝ

e nie musi si

ę

 wstydzi

ć

 braku do

ś

wiadczenia. Ani tego 

Ŝ

e si

ę

 do niego uczciwie 

przyznała. Inna kobieta na jej miejscu post

ą

piłaby w sposób wyrachowany. Powiedziałaby na przykład, 

Ŝ

e jeszcze nie jest gotowa, 

Ŝ

e potrzebuje wi

ę

cej czasu albo 

Ŝ

e w ogóle nie jest zainteresowana bli

Ŝ

sz

ą

 

znajomo

ś

ci

ą

. Osoba naprawd

ę

 perfidna mogłaby wr

ę

cz wodzi

ć

 go za nos i mami

ć

 obietnicami w stylu 

„nie dzisiaj, kochanie, b

ą

d

ź

 cierpliwy". A wszystko zmysłowym, ochrypłym głosem, przy wtórze 

powłóczystych spojrze

ń

. Tak, tak, niejedna si

ę

gn

ę

łaby po takie 

ś

rodki, ale nie ona, nie Naomi 

Brightstone. Nie potrafiła uwodzi

ć

 m

ęŜ

czyzn, nie umiała bawi

ć

 si

ę

 z nimi w kotka i myszk

ę

 ani 

prowadzi

ć

 gierek, które sprawiaj

ą

 zwykle przyjemno

ść

 obu stronom. Nigdy nie była wampem. Natura 

pozbawiła j

ą

 takich cech, wi

ę

c nie pozostało jej nic innego, jak pogodzi

ć

 si

ę

 z sytuacj

ą

.

Pocieszała si

ę

 tym, 

Ŝ

e nie wszystko stracone. Powiedzieli szczerze, co my

ś

l

ą

, i napi

ę

cie zostało 

rozładowane. Jan wykazał si

ę

 przy tym zaskakuj

ą

c

ą

 delikatno

ś

ci

ą

. Przez reszt

ę

 wieczoru nie 

wspomniał nawet słowem o tym, co si

ę

 wydarzyło. Gdyby kto

ś

 zobaczył ich pó

ź

niej razem przy stole, 

nigdy by si

ę

 nie domy

ś

lił, co mi

ę

dzy nimi zaszło.

Przesta

ń

 si

ę

 tym zadr

ę

cza

ć

 i zajmij si

ę

 prac

ą

, przykazała sobie surowo, próbuj

ą

c skoncentrowa

ć

 si

ę

 

na chwili bie

Ŝą

cej. W ksi

ę

garni odbywało si

ę

 wła

ś

nie spotkanie z popularn

ą

 pisark

ą

, które miało by

ć

 

inauguracj

ą

 „Wieczorów z kobiet

ą

" organizowanych przez ksi

ę

garni

ę

 firmy Brightstone. Naomi, ukryta 

w rogu sali, obserwowała z zadowoleniem, jak publiczno

ść

 reaguje 

Ŝ

ywo na słowa autorki i słucha 

fragmentów jej najnowszej ksi

ąŜ

ki, zatytułowanej, nomen omen, „Piekielne randki... i jak je przetrwa

ć

". 

Cz

ę

ste wybuchy 

ś

miechu przyci

ą

gały klientów w coraz wi

ę

kszej liczbie. Do stolika, przy którym autorka 

miała podpisywa

ć

 swoje dzieło, ustawiła si

ę

 ju

Ŝ

 długa kolejka. Naomi czuwała nad wszystkim. W 

pewnym momencie odwróciła si

ę

 - i wpadła prosto w ramiona Jana.

- Dobry wieczór - powiedział cicho i chwycił j

ą

 za ramiona, bo o mało si

ę

 nie przewróciła. - Wyrastam 

ci bezustannie za plecami i pewnie masz ju

Ŝ

 tego do

ść

, co?

- Witaj. Przepraszam, nawet nie spojrzałam, czy nikt za mn

ą

 nie stoi.

Spojrzała mu prosto w oczy i natychmiast napłyn

ę

ły wspomnienia ich ostatniego spotkania. 

Wydawało jej si

ę

Ŝ

e wci

ąŜ

 czuje na ustach smak pocałunków, wi

ę

c instynktownie dotkn

ę

ła dłoni

ą

 

warg, które nagle stały si

ę

 suche i gor

ą

ce. Poczuła na ramieniu lekki, jakby braterski u

ś

cisk jego dłoni i 

na szcz

ęś

cie powróciła dzi

ę

ki temu do rzeczywisto

ś

ci.

- Udało ci si

ę

 zebra

ć

 tu niezły tłum. - Jan wskazał z uznaniem publiczno

ść

 zgromadzon

ą

 w sali.

- To zasługa Shelly Goldsmith.
- Ale pomysł był twój?
- Tak. I kierowniczki działu. Razem przygotowywały

ś

my ten projekt. Przyszedłe

ś

Ŝ

eby posłucha

ć

 

fragmentów ksi

ąŜ

ki?

- I tak, i nie. Widziałem anons w gazecie, ale zdaje si

ę

Ŝ

e przyszedłem troch

ę

 za pó

ź

no.

Publiczno

ść

 rzeczywi

ś

cie zacz

ę

ła ju

Ŝ

 wstawa

ć

 z krzeseł.

- Ojej, przepraszam ci

ę

 na chwil

ę

.

Naomi ruszyła szybko w stron

ę

 podium, 

Ŝ

eby u

ś

cisn

ąć

 autorce dło

ń

 i podzi

ę

kowa

ć

 za interesuj

ą

ce 

słowa. Jan obserwował t

ę

 scen

ę

 z oddali. Musiał przyzna

ć

Ŝ

e Naomi prezentuje si

ę

 przed 

background image

publiczno

ś

ci

ą

 doskonale, jak prawdziwa profesjonalistka. Zaprosiła pisark

ę

 do stolika, na którym le

Ŝ

ały 

gotowe do podpisu ksi

ąŜ

ki, pomogła jej zaj

ąć

 miejsce, zaproponowała kaw

ę

 i smakołyki serwowane w 

kawiarence.

Skutecznie, fachowo, ale nie bezosobowo, skomentował w my

ś

lach jej zachowanie. I cho

ć

 bardzo si

ę

 

starał, nie mógł si

ę

 oprze

ć

 pokusie, by nie spojrze

ć

 na ni

ą

 okiem m

ęŜ

czyzny. W ciemnozielonym 

kostiumie i krótkiej spódniczce wygl

ą

dała naprawd

ę

 poci

ą

gaj

ą

co. Wiele uroku dodawała jej te

Ŝ

 prosta 

fryzura.

Jan pokr

ę

cił głow

ą

. Wiedział, 

Ŝ

e nie powinien tak na ni

ą

 patrze

ć

. W ko

ń

cu sam zdecydował, 

Ŝ

trzeba da

ć

 dziewczynie wi

ę

cej czasu, oswoi

ć

 j

ą

, przygotowa

ć

 na chwil

ę

, która i tak była nieunikniona. 

Wła

ś

ciwie sam nie wiedział, po co tak naprawd

ę

 zajrzał do ksi

ę

garni. Wiedział przecie

Ŝ

Ŝ

e Naomi 

b

ę

dzie zaj

ę

ta. W pierwszej chwili zamierzał pój

ść

 po pracy prosto do domu, ale pokusa, 

Ŝ

eby popatrze

ć

 

na ni

ą

 cho

ć

by przez moment, okazała si

ę

 zbyt silna. Był zły na siebie, 

Ŝ

e zachowuje si

ę

 jak zakochany 

szczeniak.

Patrzył z niech

ę

ci

ą

 na czytelników ustawionych w długiej kolejce po autograf. Wiedział, 

Ŝ

e Naomi nie 

podejdzie do niego wcze

ś

niej ni

Ŝ

 za godzin

ę

. Nie pozostało mu nic innego, jak pój

ść

 do domu... albo 

pokr

ę

ci

ć

 si

ę

 mi

ę

dzy regałami. Z dwojga złego wybrał to drugie.

Naomi cały czas obserwowała go k

ą

tem oka. Widziała, jak odwrócił si

ę

 i ruszył w stron

ę

 ksi

ąŜ

ek. Gdy 

tylko straciła go z oczu, opu

ś

ciła j

ą

 cała energia, szybko jednak wzi

ę

ła si

ę

 w gar

ść

. Nie było sensu si

ę

 

oszukiwa

ć

 - Jan przyszedł do ksi

ę

garni wył

ą

cznie jako klient. Znajdzie ksi

ąŜ

k

ę

, której szuka, a potem 

pójdzie w swoj

ą

 stron

ę

. Nie mogła tego zmieni

ć

. Była zreszt

ą

 zaj

ę

ta.

Min

ę

ła ju

Ŝ

 dziewi

ą

ta, gdy tłum czytelników zacz

ą

ł powoli rzedn

ąć

. Naomi nie mogła oprze

ć

 si

ę

 

refleksji, 

Ŝ

e przygotowanie spotkania, które trwało niespełna dwie godziny, zaj

ę

ło jej pracownikom 

ponad czterdzie

ś

ci godzin wyt

ęŜ

onej pracy. Na szcz

ęś

cie było warto, pomy

ś

lała pokrzepiona, 

odprowadzaj

ą

c wdzi

ę

cznego go

ś

cia do drzwi.

Kiedy Shelly Goldsmith rozpłyn

ę

ła si

ę

 w wieczornym mroku ruchliwej ulicy, Naomi westchn

ę

ła gł

ę

bo-

ko. Do pełni szcz

ęś

cia brakowało jej tylko cichego miejsca, gdzie mogłaby usi

ąść

 i odpocz

ąć

 w 

samotno

ś

ci.

Ś

wietnie ci poszło - pochwalił j

ą

 Jan, który ponownie wyrósł przed ni

ą

 jak spod ziemi. A wi

ę

c za-

czekał do ko

ń

ca! Nie tracił wida

ć

 czasu, o czym dobitnie 

ś

wiadczyła poka

ź

nych rozmiarów firmowa 

torba wypchana ksi

ąŜ

kami.

- Nie wiedziałam, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 tu jeste

ś

 - przyznała Naomi. Nie była pewna, czy cieszy

ć

 si

ę

 tym, czy te

Ŝ

 

martwi

ć

.

- Miło sp

ę

dziłem czas. Jak tak dalej pójdzie, b

ę

d

ę

 musiał pomy

ś

le

ć

 o dodatkowych półkach w mojej 

bibliotece.

- Dzi

ę

kuj

ę

 w imieniu firmy za dokonanie zakupów w naszym sklepie - wyrecytowała. - Polecamy si

ę

 

na przyszło

ść

. A tak na marginesie, znalazłe

ś

 wszystko, czego szukałe

ś

?

Znalazłem ciebie, to najwa

Ŝ

niejsze, miał ochot

ę

 powiedzie

ć

, zamiast tego u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 tylko i 

stwierdził:

- Owszem, wszystko. Poza tym wykonałem za ciebie troch

ę

 brudnej roboty.

- Jakiej znowu brudnej roboty?
- No dobrze, powiedzmy, 

Ŝ

e szpiegowskiej - roze

ś

miał si

ę

 na widok jej miny. - Kr

ę

ciłem si

ę

 po sklepie 

i podsłuchiwałem, co mówi

ą

 klienci. Musz

ę

 powiedzie

ć

Ŝ

e usłyszałem wiele pochlebnych opinii.

- Naprawd

ę

?

- Naprawd

ę

.

- To 

ś

wietnie! Mieli

ś

my nosa!

Błysk rado

ś

ci w jej oczach wynagrodził mu godzin

ę

, któr

ą

 z konieczno

ś

ci sp

ę

dził na przegl

ą

daniu 

ksi

ąŜ

ek.

- Sko

ń

czyła

ś

 na dzi

ś

? - zapytał, patrz

ą

c na ni

ą

 z nieskrywan

ą

 nadziej

ą

.

- Na szcz

ęś

cie tak - westchn

ę

ła z ulg

ą

.

- Czy mog

ę

 w takim razie zaprosi

ć

 ci

ę

 na fili

Ŝ

ank

ę

 doskonałej kawy Brightstone'ów? - Zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

si

ę

 waha, i zrozumiał, 

Ŝ

e wrodzona nieufno

ść

 walczy w niej z pokus

ą

. Postanowił jednak ku

ć

 

Ŝ

elazo 

póki gor

ą

ce. - Szczerze mówi

ą

c, chciałbym ci pokaza

ć

, jakich zmian dokonali

ś

my z m

ęŜ

em Laury w 

projekcie biblioteki. Zdaje si

ę

Ŝ

e teraz mam dokładnie to, o co mi chodziło.

- Dobrze, z przyjemno

ś

ci

ą

 zobacz

ę

 - powiedziała po chwili. - Chcesz pój

ść

 na gór

ę

, do mojego gabi-

netu?

I znowu zosta

ć

 z tob

ą

 sam na sam? Nie, to zbyt niebezpieczne, pomy

ś

lał.

- Mo

Ŝ

e lepiej posiedzimy w kawiarni?

- Zgoda - przytakn

ę

ła skwapliwie. - Ale kaw

ę

 ja stawiam. Tyle mog

ę

 zrobi

ć

 dla tak dobrego klienta.

Ruszyła przodem, ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 dyskretnie, czy idzie za ni

ą

.

- Zm

ę

czona? - spytał, kiedy usadowili si

ę

 wreszcie przy miniaturowym stoliku.

- Niespecjalnie. Pod tym wzgl

ę

dem jestem nietypowa. Praca rzadko mnie m

ę

czy. Wiesz, 

Ŝ

e dzisiaj 

po raz pierwszy zatwierdzałam bud

Ŝ

et na promocj

ę

 i reklam

ę

 nowego projektu? W my

ś

lach widziałam 

ju

Ŝ

 mojego ojca, jak krzywi si

ę

 i narzeka, 

Ŝ

e wyrzucam ci

ęŜ

ko zarobione pieni

ą

dze! - roze

ś

miała si

ę

udaj

ą

c odpr

ęŜ

on

ą

.

- Masz chyba du

Ŝ

o swobody w podejmowaniu decyzji?

- Tak. Na szcz

ęś

cie ojciec mi ufa. Krytykuje, ale ufa. Mam nadziej

ę

Ŝ

e nigdy nie b

ę

dzie tego 

Ŝ

ałował.

Cały czas rozgl

ą

dała si

ę

 po kawiarence, jakby bala si

ę

 spojrze

ć

 w twarz swego rozmówcy. 

Stwierdziła z rado

ś

ci

ą

Ŝ

e prawie wszystkie miejsca s

ą

 zaj

ę

te, a klienci czuj

ą

 si

ę

 w otoczeniu ksi

ąŜ

ek 

doskonale. Przy najbli

Ŝ

szym stoliku kilka młodych kobiet za

ś

miewało si

ę

 do łez, słuchaj

ą

c, jak jedna z 

nich czyta na głos fragmenty „Piekielnych randek".

background image

- Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e twoja kawiarenka stała si

ę

 popularnym miejscem spotka

ń

. - Jan pod

ąŜ

ył za jej 

wzrokiem. - Dobrze, 

Ŝ

e udało nam si

ę

 znale

źć

 wolny stolik.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e ludzie tu zagl

ą

daj

ą

. Jestem wtedy gotowa krzycze

ć

 z 

rado

ś

ci. To chyba głupie, prawda? - dodała szybko, zaskoczona własn

ą

 szczero

ś

ci

ą

.

- Wr

ę

cz przeciwnie, to normalne. Czujesz, 

Ŝ

e twoje wysiłki zostały docenione. Widziałem zreszt

ą

, jak 

pracujesz, i mog

ę

 z czystym sumieniem pogratulowa

ć

 ci profesjonalizmu.

Sama nie wiedziała, co sprawiło jej wi

ę

ksz

ą

 przyjemno

ść

 - to, 

Ŝ

e docenił jej prac

ę

, czy te

Ŝ

 to, 

Ŝ

e j

ą

 

obserwował. Tymczasem Jan kadził jej dalej:

- Sprawiasz wra

Ŝ

enie, jakby

ś

 była urodzon

ą

 wła

ś

cicielk

ą

 ksi

ę

garni. To twoje powołanie. Powinna

ś

 si

ę

 

cieszy

ć

, bo nie ka

Ŝ

dy ma prac

ę

, któr

ą

 kocha.

- Chyba masz racj

ę

. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 jako dziecko lubiłam tu przychodzi

ć

. Podgl

ą

dałam ojca przy 

pracy, snułam si

ę

 mi

ę

dzy regałami, patrzyłam, co robi

ą

 kasjerki. A jakby tego było mało, w domu 

chciałam bawi

ć

 si

ę

 w ksi

ę

garni

ę

! Moja matka była zrozpaczona.

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 ze smutkiem do swoich wspomnie

ń

. Wci

ąŜ

 widziała rozczarowanie w oczach matki, 

która nie mogła pogodzi

ć

 si

ę

 z tym, 

Ŝ

e jej córka w niczym nie przypomina innych dziewczynek. To 

chyba wtedy mała Naomi zacz

ę

ła leczy

ć

 swe kompleksy, objadaj

ą

c si

ę

 bez umiaru słodyczami.

Z zamy

ś

lenia wyrwała j

ą

 kelnerka, która podeszła do stolika, 

Ŝ

eby przyj

ąć

 zamówienie.

- Cze

ść

, Tracy. Du

Ŝ

o pracy, co? - zagadn

ę

ła j

ą

 Naomi.

- Od pi

ą

tej mamy tu prawdziwy młyn. Co pa

ń

stwu poda

ć

?

- Dwa razy cappuccino? - Naomi popatrzyła pytaj

ą

co na Jana.

- Tak. I co

ś

 słodkiego - zaproponował.

- Powinna pani spróbowa

ć

 naszego nowego deseru czekoladowego - wtr

ą

ciła kelnerka.

- Nie, Tracy. Wiesz przecie

Ŝ

Ŝ

e nie jadam takich rzeczy.

- Prosz

ę

 jednak poda

ć

 ten deser - odezwał si

ę

 Jan. - Zjemy go na pół - dodał, patrz

ą

c Naomi prosto 

w oczy.

- Sze

ść

 tysi

ę

cy kalorii w jednej ły

Ŝ

eczce - burkn

ę

ła.

- Spokojna głowa. Jestem pewien, 

Ŝ

e przez dzisiejszy wieczór spaliła

ś

 znacznie wi

ę

cej.

- Nie byłabym taka pewna.
- Powiedz mi lepiej, po kim odziedziczyła

ś

 tak

ą

 urod

ę

 - poprosił, przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 badawczo jej wło-

som i twarzy.

- Słucham? - spytała, zaskoczona nagł

ą

 zmian

ą

 tematu.

- Chodzi mi o twoj

ą

 urod

ę

. Masz włosy jak moja matka, bardzo g

ę

ste, czarne. Czy w rodzinie 

Brightstone'ów byli jacy

ś

 Indianie?

- Tak, ze strony ojca. A poza tym moja rodzina to prawdziwa mieszanka narodowo

ś

ci i 

temperamentów.

- Włosi, Francuzi, Anglicy. Ze strony matki Anglicy i Walijczycy.
- Moja matka jest spokrewniona z Komanczami, ale tylko moja siostra odziedziczyła po niej urod

ę

.

- Jest bardzo pi

ę

kna - westchn

ę

ła Naomi z uznaniem.

- Zgadzam si

ę

.

- Mam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e cała wasza rodzina jest do

ść

 niezwykła. Ty jeste

ś

 chyba podobny do ojca, 

przynajmniej tak wynika ze zdj

ęć

, które widziałam w gazetach. Pewnego dnia staniesz si

ę

 

interesuj

ą

cym poł

ą

czeniem statecznego kongresmana i Przystojniaka z Harvardu. - Roze

ś

miała si

ę

 na 

widok jego kwa

ś

nej miny.

- Przepraszam, to było głupie - powiedziała szybko. W 

Ŝ

adnym wypadku nie chciała sprawia

ć

 mu 

przykro

ś

ci.

- Dlaczego głupie? Uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e ani ze mnie przystojniak, ani materiał na kongresmana, tak? No, 

ładnie! Mogłem si

ę

 tego spodziewa

ć

.

- Daj spokój - znów si

ę

 roze

ś

miała - wiesz przecie

Ŝ

Ŝ

e tak nie my

ś

l

ę

.

Jan tak

Ŝ

e si

ę

 roze

ś

miał, zaraz jednak spowa

Ŝ

niał.

- Ten idiotyczny przydomek nigdy do mnie nie pasował. Kiedy zrobili mi to nieszcz

ę

sne zdj

ę

cie na 

jachcie, miałem dwadzie

ś

cia par

ę

 lat. To idiotyczne - wzruszył ramionami - wystarczy zdj

ąć

 koszul

ę

kto

ś

 robi ci zdj

ę

cie i bach! Do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia jeste

ś

 zaszufladkowany.

- Domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e to musi by

ć

 bardzo denerwuj

ą

ce. Fotoreporterzy, całe to zamieszanie, w

ś

cibstwo 

prasy...

- Mo

Ŝ

na si

ę

 przyzwyczai

ć

.

- W

ą

tpi

ę

. Od jakiego

ś

 czasu musz

ę

 kontaktowa

ć

 si

ę

 z dziennikarzami. Wiem, 

Ŝ

e tego wymaga moja 

praca, 

Ŝ

e ksi

ę

garnia potrzebuje promocji, ale nie mog

ę

 powiedzie

ć

, by mi to sprawiało wielk

ą

 

przyjemno

ść

.

- Bywa - skwitował krótko. - Chcesz spróbowa

ć

? Nabrał troch

ę

 ciasta na widelec i podsun

ą

ł jej pod 

nos. Chwyciła smakowity k

ę

s, a potem patrzyła, jak Jan zjada kolejny.

- Rzeczywi

ś

cie pyszne - pochwalił. - Jak to si

ę

 nazywa?

- Czekoladowa pokusa.
- Trafna nazwa.
- By

ć

 mo

Ŝ

e. Ale musisz jej ulec sam, bo ja ju

Ŝ

 wi

ę

cej nie chc

ę

 - zaprotestowała, kiedy próbował pod-

sun

ąć

 jej nast

ę

pn

ą

 porcj

ę

.

- Mo

Ŝ

e jednak? Jeszcze jeden kawałeczek. Za zdrowie mamusi.

Kiedy otworzyła usta i zjadła posłusznie, pomy

ś

lał z zadowoleniem, 

Ŝ

e jednak nie jest taka 

niezłomna, za jak

ą

 chce uchodzi

ć

. Wyobra

ź

nia zacz

ę

ła mu podsuwa

ć

 niepokoj

ą

ce obrazy. W por

ę

 si

ę

 

opanował i si

ę

gn

ą

ł do teczki, z której wyj

ą

ł poprawiony projekt biblioteki.

- Oto nowa wersja, o której ci mówiłem. Jestem ciekaw, co o tym my

ś

lisz.

background image

Naomi wyj

ę

ła z kieszeni 

Ŝ

akietu małe etui z okularami i zało

Ŝ

yła szkła, sprawiaj

ą

c tym Janowi ogro-

mn

ą

 przyjemno

ść

. Kiedy pochyliła si

ę

 nad rysunkiem, owion

ą

ł go zapach jej perfum. Zaszumiało mu w 

głowie.

- Podoba mi si

ę

, słowo daj

ę

! Dobrze, 

Ŝ

e zdecydowałe

ś

 si

ę

 na te przeszklone szafy.

- To była twoja sugestia.
- Nie b

ę

dziesz 

Ŝ

ałował. Cało

ść

 wygl

ą

da doskonale. A jak jeszcze dojdzie biurko, fotele i pozostałe 

meble... I ten kominek w rogu. Ekstra!

Natychmiast wyobraził sobie, jak le

Ŝą

, on i Naomi, na sofie w jego bibliotece i popijaj

ą

 wino z kryszta-

łowych kieliszków. Za oknami hula jesienny wiatr, na kominku trzaska wesoło ogie

ń

, a oni...

- Mo

Ŝ

e przychodz

ą

 ci do głowy jakie

ś

 zmiany? - spytał jak gdyby nigdy nic.

- Nie. Uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

e projekt jest 

ś

wietny.

- Ciesz

ę

 si

ę

 - odparł z u

ś

miechem. Z trudem oparł si

ę

 pokusie, by wzi

ąć

 j

ą

 za r

ę

k

ę

 i pogłaska

ć

Wiedział jednak, czym to si

ę

 mo

Ŝ

e sko

ń

czy

ć

.

Do zamkni

ę

cia sklepu zostało pi

ę

tna

ś

cie minut. Naomi zerkn

ę

ła na zegarek, zaskoczona, 

Ŝ

e czas 

min

ą

ł jej tak szybko.

- Bo

Ŝ

e, ale si

ę

 zagadałam. Pó

ź

no ju

Ŝ

.

- Masz jeszcze co

ś

 do zrobienia?

- Nie. Mog

ę

 spokojnie pój

ść

 do domu. Na szcz

ęś

cie nie musz

ę

 by

ć

 tu jutro przed południem, wi

ę

po

ś

pi

ę

 sobie dłu

Ŝ

ej.

- To mo

Ŝ

e poszliby

ś

my do kina?

- Teraz? - zdziwiła si

ę

.

- A czemu nie? I tak nie za

ś

niesz po kawie - zauwa

Ŝ

ył, patrz

ą

c jej uwa

Ŝ

nie w oczy. W pierwszej chwili 

była oszołomiona t

ą

 propozycj

ą

, ale teraz zdawała si

ę

 waha

ć

. Jan nie zamierzał dawa

ć

 za wygran

ą

. - 

No to jak, jest jaki

ś

 film, który chciałaby

ś

 zobaczy

ć

, a jeszcze nie widziała

ś

?

- Czy ja wiem? No dobrze, mo

Ŝ

emy pój

ść

 - zgodziła si

ę

 wreszcie. - Tylko nie na 

Ŝ

aden horror!

- Sk

ą

d! - Poderwał si

ę

 z miejsca i schował do teczki projekt biblioteki. - Mam samochód, wi

ę

c po fil-

mie odwioz

ę

 ci

ę

 do domu. Zgoda?

- Zgoda. Poczekaj chwil

ę

, musz

ę

 co

ś

 zabra

ć

 z gabinetu.

Odeszła szybko od stolika, a on zadowolony z siebie obserwował, jak kobieta, z któr

ą

 wła

ś

nie umówił 

si

ę

 na randk

ę

, wchodzi z wdzi

ę

kiem po schodach. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e na tak pi

ę

kn

ą

 kobiet

ę

 warto czeka

ć

Byle nie za długo.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jan potrafił czeka

ć

, zwłaszcza gdy miał pewno

ść

Ŝ

e warto. Wierzył te

Ŝ

Ŝ

e najwa

Ŝ

niejsze w zwi

ą

zku 

s

ą

 trwałe podstawy, które nale

Ŝ

y z mozołem budowa

ć

.

Przyj

ą

ł t

ę

 metod

ę

 równie

Ŝ

 w kontaktach z Naomi. Czerpał ogromn

ą

 przyjemno

ść

 z ich spotka

ń

Sprawiał mu rado

ść

 ka

Ŝ

dy dzie

ń

, ka

Ŝ

da godzina, któr

ą

 udało im si

ę

 sp

ę

dzi

ć

 razem. Teraz nie miał ju

Ŝ

 

Ŝ

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e poznaje j

ą

 naprawd

ę

. I było to dla niego bardzo cenne.

Panował nad swym temperamentem, cho

ć

 przychodziło mu to z najwi

ę

kszym trudem. Musiał 

zadowoli

ć

 si

ę

 platonicznym zwi

ą

zkiem, lecz coraz cz

ęś

ciej dochodził do wniosku, 

Ŝ

e je

ś

li co

ś

 si

ę

 nie 

zmieni, to zmysły odmówi

ą

 mu w ko

ń

cu posłusze

ń

stwa. Czasem miał ochot

ę

 wy

ć

 z w

ś

ciekło

ś

ci i 

niespełnienia, ale nigdy nie dopu

ś

cił do takiej sytuacji, jak podczas pierwszej wizyty Naomi w jego 

domu - za nic w 

ś

wiecie nie chciał jej znowu przestraszy

ć

. Z upływem czasu coraz cz

ęś

ciej dostrzegał, 

Ŝ

e jest du

Ŝ

o bardziej nie

ś

miała, wra

Ŝ

liwa i delikatna, ni

Ŝ

 pocz

ą

tkowo przypuszczał.

A poniewa

Ŝ

 nie chciał kusi

ć

 losu, najwi

ę

cej czasu sp

ę

dzali na gruncie neutralnym. Chodzili do kina, 

na koncerty, długie spacery. Potem, jakby wci

ąŜ

 było im mało, rozmawiali do pó

ź

na w nocy przez 

telefon. Nigdy nie brakowało im tematów. Jan czasami kpił z samego sobie, 

Ŝ

e nie nawi

ą

zał równie 

niewinnego i romantycznego zwi

ą

zku od czasu szkoły 

ś

redniej. Ale te

Ŝ

 nigdy nie odczuwał tak gł

ę

bokiej 

frustracji seksualnej. Kilka razy si

ę

 zapomniał, Naomi jednak czmychała niczym przera

Ŝ

ony królik, on 

za

ś

 pozostawał sam na sam z wyrzutami sumienia. Dlatego starał si

ę

 nie ryzykowa

ć

 i nie wystawia

ć

 

swego ciała na pokuszenie.

Cz

ę

sto si

ę

 zastanawiał, jakie znaczenie ma fakt, 

Ŝ

e prawdopodobnie b

ę

dzie pierwszym kochankiem 

Naomi Brightstone. Nie miał w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e taka sytuacja oznacza nie tylko wielk

ą

 przyjemno

ść

, ale i 

odpowiedzialno

ść

. Wiedział, 

Ŝ

e dla niej b

ę

dzie to miało ogromne znaczenie, dlatego podchodził do 

sprawy bardzo powa

Ŝ

nie i ostro

Ŝ

nie, jak do wszystkich wa

Ŝ

nych kwestii w swoim 

Ŝ

yciu.

Teraz rozmy

ś

lał o tym po raz kolejny, przechadzaj

ą

c si

ę

 po nowej bibliotece, która prezentowała si

ę

 

doprawdy imponuj

ą

co. Półki, regały i przeszklone szafy l

ś

niły 

ś

wie

Ŝą

 politur

ą

, odbijaj

ą

c

ą

 promienie 

sło

ń

ca. Cho

ć

 nie wszystko było jeszcze gotowe, Jan miał absolutn

ą

 pewno

ść

Ŝ

e w nowym domu 

b

ę

dzie to jego ulubione miejsce. Z rozkosz

ą

 przesuwał dłoni

ą

 po idealnie gładkiej powierzchni 

wi

ś

niowego drewna, wodził wzrokiem po płynnych liniach mebli.

Musiał przyzna

ć

Ŝ

e Patryk doskonale wywi

ą

zał si

ę

 z zadania. Robota była nie tylko bardzo staranna, 

ale tak

Ŝ

e doskonale przemy

ś

lana i po mistrzowsku wykonana. W ka

Ŝ

dym szczególe wida

ć

 był r

ę

k

ę

 

doskonałego fachowca. Ciepły odcie

ń

 drewna kontrastował z rozło

Ŝ

yst

ą

 sof

ą

 i fotelami w kolorze 

Ŝ

ywego bł

ę

kitu. Jan bardzo je lubił, pewnie dlatego 

Ŝ

e to Naomi pomagała mu w wyborze. Były poza 

tym bardzo wygodne i zach

ę

cały do wypoczynku przy lekturze.

Stan

ą

ł przy drzwiach i jeszcze raz si

ę

 rozejrzał. Regały, zgodnie z jego 

Ŝ

yczeniem, miały ró

Ŝ

n

ą

 wyso-

ko

ść

, dzi

ę

ki czemu udało si

ę

 unikn

ąć

 monotonii i typowo biurowej anonimowo

ś

ci. Na podłodze, mi

ę

dzy 

dwoma wysokimi oknami, stała mosi

ęŜ

na donica z wysokim drzewkiem cytrynowym - prezentem od 

rodziców. Podszedł do ro

ś

liny i dotkn

ą

ł jej ciemnozielonych, błyszcz

ą

cych li

ś

ci. W bibliotece znalazły 

si

ę

 tak

Ŝ

e inne przedmioty od członków klanu. Na gzymsie kominka stały dwa srebrne kandelabry, które 

dostał od dziadków. Pomi

ę

dzy nimi wspaniale prezentowała si

ę

 porcelanowa waza z bukietem kwiatów 

background image

z przydomowego ogrodu. Przyszło mu do głowy, 

Ŝ

e ten pokój nosi wyra

ź

ne pi

ę

tno jego osobowo

ś

ci, ale 

tak

Ŝ

e ludzi, których kochał i którzy byli mu szczególnie bliscy. Naomi zaliczała si

ę

 do nich.

Usiadł w fotelu i znu

Ŝ

onym ruchem przesun

ą

ł palcami po włosach. My

ś

l o Naomi nie dawała mu spo-

koju. Cały czas miał przed oczami jej twarz. Kojarzyła mu si

ę

 dosłownie ze wszystkim. Je

ś

li w ci

ą

gu 

dnia wydarzyło si

ę

 co

ś

 szczególnie interesuj

ą

cego, natychmiast przychodziło mu do głowy, 

Ŝ

eby jej o 

tym opowiedzie

ć

. Wreszcie pewnego dnia poj

ą

ł, 

Ŝ

e stało si

ę

 nieuniknione - zakochał si

ę

.

Było to uczucie gł

ę

bokie i powa

Ŝ

ne, niepodobne do niczego, co prze

Ŝ

ył do tej pory z innymi 

kobietami. Podejrzewał, 

Ŝ

e była to miło

ść

 od pierwszego wejrzenia, cho

ć

 pocz

ą

tkowo brał j

ą

 za zwykł

ą

 

fascynacj

ę

. Kiedy jednak zrozumiał, 

Ŝ

e to co

ś

 zupełnie innego, poczuł si

ę

 szcz

ęś

liwy. Zawsze bowiem 

wierzył w wielkie uczucie i w przeznaczenie, w istnienie kobiety, która jest mu pisana. Zawsze jej 
szukał, nawet w czasie beztroskich, studenckich lat. Mógł zmienia

ć

 dziewczyny jak r

ę

kawiczki, flirtowa

ć

 

z nimi i kocha

ć

 si

ę

 do upadłego, wiedział jednak, 

Ŝ

e przyjdzie chwila, gdy spotka swoj

ą

 miło

ść

 i 

pozostanie jej wierny na wieki.

Niepokoj

ą

ce my

ś

li nie pozwalały mu długo usiedzie

ć

 w jednym miejscu. Zerwał si

ę

 z fotela i znów 

zacz

ą

ł kr

ąŜ

y

ć

 po pokoju. Doskonale wiedział, 

Ŝ

e jest jeszcze zbyt wcze

ś

nie, by powiedzie

ć

 Naomi o 

swych uczuciach. Nie była jeszcze gotowa. Podejrzewał te

Ŝ

Ŝ

e gdyby powiedział jej, 

Ŝ

e j

ą

 kocha, na 

pewno poszłaby z nim do łó

Ŝ

ka. Potem ju

Ŝ

 bez problemu namówiłby j

ą

 do mał

Ŝ

e

ń

stwa, a ona, 

oczywi

ś

cie, zgodziłaby si

ę

. Pytanie tylko, czy i ona tego pragn

ę

ła.

Nie miał zielonego poj

ę

cia, co Naomi naprawd

ę

 czuje. Nie wiedział, czym jest dla niej ich zwi

ą

zek. 

Dlatego pod 

Ŝ

adnym pozorem nie mógł wywiera

ć

 na niej presji. Je

ś

li mieli by

ć

 razem, decyzja musiała 

wyj

ść

 od niej.

Naomi nie bardzo wiedziała, na czym wła

ś

ciwie ma polega

ć

 jej rola. Mimo to odnalazła adres 

zapisany przez Juli

ę

 na 

Ŝ

ółtej karteczce i troch

ę

 speszona perspektyw

ą

 spotkania z nieznanymi 

osobami, zaparkowała samochód przed wspaniałym domem z czerwonej cegły. Wył

ą

czyła silnik i 

siedziała przez chwil

ę

 za kierownic

ą

. My

ś

lała o tym, 

Ŝ

e wolałaby sp

ę

dzi

ć

 ten dzie

ń

 z Janem. Chciała 

by

ć

 tam, gdzie on, robi

ć

 to, co on, dzieli

ć

 z nim ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ę

. Zwłaszcza w durniu, kiedy miał urz

ą

dza

ć

 

bibliotek

ę

. Zgromadził ju

Ŝ

 ksi

ąŜ

ki, które razem wybrali, i miał ustawi

ć

 je na półkach i regałach. 

Zaproponował Naomi, 

Ŝ

eby mu w tym pomogła, ona jednak par

ę

 dni wcze

ś

niej przyj

ę

ła zaproszenie 

Julii na „babskie posiedzenie". Mogła si

ę

 wła

ś

ciwie wykr

ę

ci

ć

 pod byle pretekstem, ale nie chciała tego 

robi

ć

. Polubiła Juli

ę

 i nie chciała jej oszukiwa

ć

.

Doszła do wniosku, 

Ŝ

e nie ma sensu siedzie

ć

 dłu

Ŝ

ej w samochodzie. Tym bardziej 

Ŝ

e po raz 

pierwszy w 

Ŝ

yciu miała wzi

ąć

 udział w podobnym spotkaniu. Oczywi

ś

cie, gdy była nastolatk

ą

, jej 

kole

Ŝ

anki urz

ą

dzały „dziewczy

ń

skie imprezy". Ona jednak nigdy nie brała w nich udziału. Trzymała si

ę

 

na uboczu, zbyt nie

ś

miała, by uczestniczy

ć

 w takich szale

ń

stwach.

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 smutno do swoich wspomnie

ń

, po czym si

ę

gn

ę

ła na tylne siedzenie po pudełko z 

ciastkami. Kiedy wyszła z auta, owion

ą

ł j

ą

 intensywny zapach, tak charakterystyczny dla wczesnej 

jesieni. Wystawiła twarz na pieszczot

ę

 popołudniowego sło

ń

ca, przeci

ą

gaj

ą

c si

ę

 jak kotka, po czym 

ruszyła niespiesznie w stron

ę

 drzwi. Pocieszała si

ę

 w my

ś

lach, 

Ŝ

e przecie

Ŝ

 jej nie zjedz

ą

. Po chwili 

zapukała i obci

ą

gn

ę

ła nerwowo czerwony sweter. Julia mówiła, 

Ŝ

e nale

Ŝ

y zało

Ŝ

y

ć

 „strój 

nieobowi

ą

zkowy".

- Witaj! - zawołała na jej widok uradowana Julia i wci

ą

gn

ę

ła j

ą

 bez zwłoki do 

ś

rodka. - Co masz w tym 

pudełku?

- Ciastka czekoladowe.
- Wspaniale! Przyjechała

ś

 w sam

ą

 por

ę

. Wła

ś

nie poło

Ŝ

yły

ś

my dzieciaki do łó

Ŝ

ek.

- Szkoda. Miałam nadziej

ę

Ŝ

e zobacz

ę

 Travisa.

- Zobaczysz, zobaczysz, spokojna głowa. Ani on, ani Daniel, syn Laury, nie 

ś

pi

ą

 zbyt długo - 

zapewniła j

ą

 Julia, prowadz

ą

c do pi

ę

knie urz

ą

dzonego, stylowego salonu, gdzie na 

ś

rodku podłogi 

rozsiadła si

ę

 Laura z misk

ą

 chipsów na kolanach.

- Znacie si

ę

, prawda? - spytała Julia.

- Spotkały

ś

my si

ę

 raz w kancelarii. - Laura wyci

ą

gn

ę

ła r

ę

k

ę

 do Naomi. - Fajnie, 

Ŝ

e przyszła

ś

. Co tam 

masz?

- Ciastka czekoladowe.
- O rany! Dawaj je szybko!
- Nie b

ą

d

ź

 taka łakoma! W ko

ń

cu to ja jestem w ci

ąŜ

y, nie ty! - upomniała kuzynk

ę

 Julia, która prze-

straszyła si

ę

 nie na 

Ŝ

arty, 

Ŝ

e ta gotowa jest zje

ść

 wszystko sama.

- A sk

ą

d wiesz? Mo

Ŝ

e ja te

Ŝ

 zostan

ę

 mam

ą

.

- Powa

Ŝ

nie? - odezwała si

ę

 z sofy delikatna blondynka, która do tej pory przysłuchiwała si

ę

 tej 

rozmowie bez słowa, maluj

ą

c najspokojniej w 

ś

wiecie paznokcie. - Który miesi

ą

c?

- Co ty! 

ś

artuj

ę

. Naomi, poznaj Ameli

ę

, trzeci

ą

 z naszej paczki - dokonała prezentacji Laura.

- Cze

ść

, Naomi. Przepraszam, 

Ŝ

e nie podaj

ę

 r

ę

ki, ale sama rozumiesz...

- Jasne. Bardzo mi miło.
- Mnie równie

Ŝ

. Du

Ŝ

o o tobie słyszałam. Cz

ę

sto zagl

ą

dam do twojej ksi

ę

gami.

- Ciesz

ę

 si

ę

.

- Mój m

ąŜ

, Branson, b

ę

dzie miał tam wieczór autorski.

- Branson Maguire? Uwielbiam jego ksi

ąŜ

ki. - Naomi popatrzyła na ni

ą

 z zachwytem. Na samo wspo-

mnienie słynnego pisarza zal

ś

niły jej oczy. - Mam je wszystkie, oczywi

ś

cie z autografem.

- A wiesz, 

Ŝ

e Amelia była pierwowzorem bohaterki jego ostatniej powie

ś

ci? - wtr

ą

ciła Julia.

- Niezupełnie - zaprotestowała Amelia. - Nie mam nic wspólnego z psychopatyczn

ą

 stron

ą

 osobo-

wo

ś

ci tamtej pani doktor.

Kuzynki roze

ś

miały si

ę

 zgodnym chórem i zacz

ę

ły dokucza

ć

 Amelii, mówi

ą

c, 

Ŝ

e jej psychoza objawia 

background image

si

ę

 po prostu inaczej.

Po godzinie sp

ę

dzonej z Juli

ą

, Ameli

ą

 i Laur

ą

 Naomi czuła, 

Ŝ

e od nadmiaru kofeiny kr

ę

ci jej si

ę

 w 

głowie. Pochłon

ę

ła te

Ŝ

, jak na siebie, mnóstwo słodyczy i miała teraz lekkie mdło

ś

ci. Nie mówi

ą

c ju

Ŝ

 o 

tym, 

Ŝ

e bolał j

ą

 brzuch od nieustannego 

ś

miechu. Gdy le

Ŝ

ała na mi

ę

kkim dywanie, przysłuchuj

ą

c si

ę

 

wesołej paplaninie trzech sióstr, nie mogła oprze

ć

 si

ę

 refleksji, 

Ŝ

e kiedy

ś

 taka sytuacja byłaby nie do 

pomy

ś

lenia. Dawna Naomi nigdy nie pozwoliłaby sobie na zbytni

ą

 swobod

ę

 i bliski kontakt z obcymi 

osobami. I nigdy nie pochłon

ę

łaby całej góry ciastek. Na szcz

ęś

cie nowa Naomi uczyła si

ę

 szybko, jak 

korzysta

ć

 z uroków 

Ŝ

ycia.

- Pycha! - westchn

ę

ła Julia, zlizuj

ą

c resztki czekolady z palców. - Wiesz, Amelio, musisz koniecznie 

zobaczy

ć

 now

ą

 bibliotek

ę

 Jana. Jest na co popatrze

ć

.

- To prawda - przytakn

ę

ła entuzjastycznie Laura.

- Patryk odwalił kawał dobrej roboty.
- Nie zapominaj o mnie! W ko

ń

cu to ja pomogłam mu zaprojektowa

ć

 cało

ść

 - domagała si

ę

 uznania 

Julia.

- No i Naomi miała co nieco do powiedzenia.
- Nie tak znowu wiele. Jan sam doskonale wiedział, czego chce - odparła skromnie Naomi.
- A ustawił ju

Ŝ

 ksi

ąŜ

ki? - dopytywała si

ę

 Julia.

- Robi to dzisiaj.
- A jak tam... wasze sprawy?
- Dobrze. My

ś

l

ę

Ŝ

e udało nam si

ę

 zaprzyja

ź

ni

ć

.

- Zaprzyja

ź

ni

ć

! - parskn

ę

ła Laura. - Przyjaciele nie patrz

ą

 na siebie tak jak wy. Znam mojego 

braciszka. Ostatnim razem wygl

ą

dał tak, jakby chciał si

ę

 na ciebie rzuci

ć

!

- Bez przesady. - Naomi czuła, 

Ŝ

e rozmowa schodzi na niebezpieczny tor. - Mo

Ŝ

esz mi wierzy

ć

Ŝ

Jan nie my

ś

li o mnie w taki sposób.

- Od kiedy? I w jaki sposób?
Naomi odruchowo si

ę

gn

ę

ła po kawałek czekolady.

- By

ć

 mo

Ŝ

e kiedy

ś

 miał ochot

ę

 na romans ze mn

ą

, ale to ju

Ŝ

 nieaktualne. Jestem tego pewna.

- Akurat!
- Chwileczk

ę

. - Julia podniosła obie dłonie, jakby próbowała rozdzieli

ć

 zwa

ś

nione strony. - Posłuchaj, 

Naomi, my

ś

l

ę

Ŝ

e jeste

ś

my przyjaciółkami. A zatem mo

Ŝ

emy mówi

ć

 otwarcie, prawda? - spytała i nie 

czekaj

ą

c na odpowied

ź

, stwierdziła: - To dobrze. Powiedz mi, czy ty do reszty straciła

ś

 rozum?

- Ale... ja naprawd

ę

 nie wiem, o czym wy mówicie.

- O tym, 

Ŝ

e nasz braciszek oszalał na twoim punkcie. Jest beznadziejnie zakochany. Mo

Ŝ

esz z nim 

robi

ć

, co chcesz, bo pójdzie za tob

ą

 nawet w ogie

ń

. Prawda, Amelio? Przecie

Ŝ

 znasz Jana.

- Pewnie. Znam i kocham jak rodzonego brata.
- Studiowała

ś

 medycyn

ę

 - kontynuowała Julia. - Jak by

ś

 w takim razie okre

ś

liła chorob

ę

, na któr

ą

 

cierpi nasz Przystojniak? Co mo

Ŝ

e dolega

ć

 facetowi, który cały swój wolny czas sp

ę

dza z jedn

ą

 

kobiet

ą

, a gdy jest sam, to bez przerwy o niej mówi? Nie wspominaj

ą

c ju

Ŝ

 o tym, 

Ŝ

e popada ci

ą

gle w 

ę

bokie zamy

ś

lenie. W dodatku gotuje pyszne kolacyjki dla dwojga!

- No có

Ŝ

 - zastanawiała si

ę

 z powa

Ŝ

n

ą

 min

ą

 Amelia. - Medycyna zna oczywi

ś

cie takie przypadki. 

Mog

ę

 wi

ę

ś

miało powiedzie

ć

Ŝ

e facetowi, który ma takie objawy, po prostu... kompletnie odbiło. Ta 

choroba nazywa si

ę

 miło

ść

 i nie ma na ni

ą

, niestety, 

Ŝ

adnego lekarstwa.

- Widzisz? - Julia wymierzyła palec w osłupiał

ą

 Naomi.

- Mało tego. W biurze te

Ŝ

 jest ci

ą

gle nieprzytomny i nie sposób si

ę

 z nim dogada

ć

 - wtr

ą

ciła trzy 

grosze Laura. - Sama słyszałam, jak w zeszłym tygodniu mówił sekretarce, 

Ŝ

eby nie ł

ą

czyła 

Ŝ

adnych 

rozmów. „Chyba 

Ŝ

e zadzwoni panna Brightstone...”

- Tak - skin

ę

ła głow

ą

 Amelia. - To tylko potwierdza moj

ą

 tez

ę

Ŝ

e biedaczysko zapadł na nieuleczaln

ą

 

chorob

ę

, wobec której medycyna jest bezradna.

Kuzynki wybuchn

ę

ły zgodnym 

ś

miechem.

- Wcale tak nie jest! - zaprotestowała Naomi. - Uwierzcie mi, Jan traktuje mnie jak siostr

ę

!

- Tym gorzej dla niego. Kazirodztwo jest w tym kraju karalne - stwierdziła Laura i znowu wszystkie 

trzy zaniosły si

ę

 od 

ś

miechu.

- A dlaczego uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e traktuje ci

ę

 jak siostr

ę

? - zainteresowała si

ę

 Amelia.

- Bo... - Naomi nie wiedziała, co odpowiedzie

ć

. Wci

ąŜ

 nie była pewna, czy w tym gronie mo

Ŝ

e po-

zwoli

ć

 sobie na szczero

ść

, ale postanowiła zaryzykowa

ć

. - Zanim mu powiedziałam, 

Ŝ

e nie mara 

poj

ę

cia o seksie, było zupełnie inaczej. Za to teraz w ogóle si

ę

 do mnie nie zbli

Ŝ

a. Czasem tylko 

cmoknie mnie w policzek. Spojrzy na mnie czasem takim wzrokiem, 

Ŝ

e przechodz

ą

 mnie ciarki, ale to 

wszystko.

- Bo

Ŝ

e! - wykrzykn

ę

ła Laura i a

Ŝ

 zakrztusiła si

ę

 czekolad

ą

.

- Co ci si

ę

 stało? - spytała zaniepokojona Amelia.

- Nic! - wykrztusiła Laura. - Mój biedny brat! Naomi wstała z podłogi. Czuła si

ę

 głupio, patrz

ą

c na 

kuzynki, które ogarn

ą

ł tym razem spazmatyczny, niepohamowany 

ś

miech. Po

Ŝ

ałowała swojej 

szczero

ś

ci. Odkryła si

ę

 przed nimi, a one wykpiły jej naiwno

ść

 i brak do

ś

wiadczenia.

- Bo

Ŝ

e, przepraszam! - Laura zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e sprawiły jej przykro

ść

, i próbowała ratowa

ć

 

sytuacj

ę

. Przycisn

ę

ła dłonie do twarzy i zacz

ę

ła ociera

ć

 łzy. Niestety, złapał j

ą

 kolejny atak 

ś

miechu, 

wi

ę

c tylko skin

ę

ła głow

ą

 na Ameli

ę

, by ta wytłumaczyła Naomi, o co chodzi.

- Nie gniewaj si

ę

 na nas. Wiem, 

Ŝ

e to nie jest specjalnie zabawne, ani dla ciebie, ani dla Jana. 

Jednak z naszej perspektywy cała sprawa wygl

ą

da zupełnie inaczej. Jan musi teraz cierpie

ć

 prawdziwe 

katusze - tłumaczyła Amelia.

- Jak to?

background image

- Po prostu. On si

ę

 ciebie boi.

- To bez sensu.
- Wcale nie. - Amelia poło

Ŝ

yła dło

ń

 na ramieniu Naomi. - Uwierz mi. Mówi

ę

 to z własnego do

ś

wiad-

czenia. Jan nie chce ci si

ę

 narzuca

ć

, nie chce ci

ę

 do niczego zmusza

ć

. Dlatego czeka. Boi si

ę

 zrobi

ć

 

fałszywy krok, bo wie, 

Ŝ

e mogłaby

ś

 si

ę

 spłoszy

ć

, a on za nic w 

ś

wiecie nie chciałby ci

ę

 skrzywdzi

ć

Dlatego traktuje ci

ę

 po bratersku, cho

ć

 na pewno nie jest mu łatwo. Jan umie by

ć

 bardzo cierpliwy, 

dlatego czeka, a

Ŝ

 ty zrobisz pierwszy ruch. Daje ci czas do namysłu, bo chce, 

Ŝ

eby

ś

 dobrze rozeznała 

si

ę

 we własnych odczuciach. Tak zreszt

ą

 powinno by

ć

.

Naomi słuchała w milczeniu.
- Jeste

ś

 tego pewna? - spytała wreszcie.

- Absolutnie.
- A ja s

ą

dziłam, 

Ŝ

e on po prostu przestał si

ę

 mn

ą

 interesowa

ć

ś

e szkoda mu czasu na jak

ąś

 

dziewic

ę

.

- Nawet tak nie my

ś

l! - zaprotestowała gwałtownie Laura. - Znam dobrze mojego brata i wiem, 

Ŝ

nigdy w 

Ŝ

yciu nie ci

ą

gn

ą

łby kobiety do łó

Ŝ

ka sił

ą

. Im bardziej mu na tobie zale

Ŝ

y, tym jest ostro

Ŝ

niejszy. 

Uwierz mi. Wiem, co mówi

ę

 - zapewniła, 

ś

ciskaj

ą

c r

ę

k

ę

 Naomi.

- Wi

ę

c naprawd

ę

 my

ś

licie, 

Ŝ

e on... - Naomi nie doko

ń

czyła. Na jej zaró

Ŝ

owionej twarzy pojawił si

ę

 na-

gle błogi u

ś

miech.

- Oho, doktor Maguire, ma pani kolejny beznadziejny przypadek. To ju

Ŝ

 chyba epidemia - zawołała 

Julia, spogl

ą

daj

ą

c wymownie w sufit.

Było ju

Ŝ

 ciemno, gdy Naomi zatrzymała si

ę

 pod domem Jana. Wysokie okna rzucały blask, który roz-

ja

ś

niał mrok w ogrodzie. Wysiadła i przez chwil

ę

 zastanawiała si

ę

, czy powinna wej

ść

 do 

ś

rodka. 

Próbowała odgadn

ąć

, co robi Jan. Czy wci

ąŜ

 układa ksi

ąŜ

ki w bibliotece? A mo

Ŝ

e czeka na jej telefon? 

Czy spodziewa si

ę

 jej? A je

ś

li w ogóle nie ma ochoty jej widzie

ć

? Mo

Ŝ

e zreszt

ą

 wcale nie jest sam? 

Mo

Ŝ

e jego kuzynki nie maj

ą

 racji i wcale nie jest w niej zakochany?

W jej głowie kł

ę

biło si

ę

 od pyta

ń

. Czuła, jak opuszcza j

ą

 odwaga. Wsiadła z powrotem do 

samochodu i poło

Ŝ

yła dłonie na kierownicy.

Jan na pewno nie jest sam! Niby dlaczego taki atrakcyjny m

ęŜ

czyzna miałby sp

ę

dza

ć

 samotnie 

wieczory w pustym domu? Na jedno jego skinienie znalazłoby si

ę

 wiele kobiet, gotowych umili

ć

 mu 

czas. Pi

ę

knych, inteligentnych i do

ś

wiadczonych. Po co mu taka g

ęś

 jak ona?

- Przesta

ń

 tak my

ś

le

ć

 - nakazała sobie surowo, 'uderzaj

ą

c z całych sił w kierownic

ę

. Tak wła

ś

nie ro-

zumowała dawna, zakompleksiona Naomi, z któr

ą

 przecie

Ŝ

 postanowiła rozsta

ć

 si

ę

 raz na zawsze. - 

Tamtej dziewczyny ju

Ŝ

 nie ma, rozumiesz? - powiedziała do siebie gło

ś

no. - Nie ma i nigdy nie b

ę

dzie! 

Chyba nie pozwolisz sobie zniszczy

ć

 tego, co z takim trudem osi

ą

gn

ę

ła

ś

!

Wysiadła z samochodu. Wydawało jej si

ę

Ŝ

e bij

ą

ce z okien jasne strugi 

ś

wiatła wabi

ą

 j

ą

 swym 

blaskiem. Wci

ąŜ

 tkwiła jednak w miejscu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Jeszcze raz powtórzyła 

sobie, 

Ŝ

e jest ju

Ŝ

 kim

ś

 zupełnie innym. By

ć

 mo

Ŝ

e proces przemiany jeszcze si

ę

 nie zako

ń

czył, ale 

powinna cieszy

ć

 si

ę

 i korzysta

ć

 z tego, co ju

Ŝ

 osi

ą

gn

ę

ła. Wiedziała przecie

Ŝ

Ŝ

e przy odrobinie wysiłku 

mo

Ŝ

e sta

ć

 si

ę

 atrakcyjn

ą

 kobiet

ą

. Potrafi ciekawie mówi

ć

, z powodzeniem prowadzi rodzinn

ą

 firm

ę

Ludzie jej słuchaj

ą

, darz

ą

 szacunkiem. Nikt nie uwa

Ŝ

a jej za po

Ŝ

ałowania godn

ą

, nieszcz

ęś

liwa istot

ę

która nie umie zliczy

ć

 do trzech. Czy

Ŝ

 nie zasługuje na zainteresowanie Jana? Przecie

Ŝ

 zaskarbiła 

sobie przyja

źń

 trzech niezwykłych kobiet, jego sióstr. Same jej powiedziały, 

Ŝ

e nie jest mu oboj

ę

tna. 

Dlaczego miałaby im nie wierzy

ć

? Po co miałyby kłama

ć

?

- Dobrze, ju

Ŝ

 dobrze. Idziemy - szepn

ę

ła. Odetchn

ę

ła jeszcze gł

ę

boko par

ę

 razy i ruszyła w stron

ę

 

domu. Stoj

ą

c pod drzwiami, poczuła, 

Ŝ

e brakuje jej powietrza. - Za du

Ŝ

o kawy! - stwierdziła szybko i na-

cisn

ę

ła dzwonek.

Po chwili na progu ukazał si

ę

 Jan. Miał na sobie znoszone d

Ŝ

insy i granatowy podkoszulek. Był boso. 

Przez chwil

ę

 patrzył na ni

ą

 zdumiony, lecz jego twarz szybko rozja

ś

nił przyjazny u

ś

miech. Naomi 

poczuła si

ę

 troch

ę

 pewniej.

- Cze

ść

! Nie s

ą

dziłem, 

Ŝ

e ci

ę

 dzisiaj zobacz

ę

!

- Tak, wiem... powinnam była zadzwoni

ć

 i uprzedzi

ć

 ci

ę

, ale troch

ę

 zasiedziałam si

ę

 u Julii, wi

ę

c...

- Ach, uczestniczyła

ś

 w słynnym babskim zlocie - roze

ś

miał si

ę

 i bez pytania wci

ą

gn

ą

ł j

ą

 do 

ś

rodka.

- Wiem, 

Ŝ

e moje kuzynki spotykaj

ą

 si

ę

 co jaki

ś

 czas, ale naprawd

ę

 nie mam poj

ę

cia, co mo

Ŝ

na robi

ć

 

podczas takiego sabatu czarownic.

- Jak to co? Malowa

ć

 paznokcie, je

ść

 czekolad

ę

... Gada

ć

 o facetach.

- Tak? To faktycznie bardzo ciekawe. No i? Do jakich wniosków doszły

ś

cie?

- Czy ja wiem... Słuchaj, Jan, mog

ę

 si

ę

 napi

ć

? - zapytała nieoczekiwanie. - Mam na my

ś

li co

ś

 moc-

niejszego.

- Jasne. W bibliotece jest butelka wina. Przy okazji zobaczysz, co dzi

ś

 zwojowałem.

Kiedy szli na gór

ę

, nie spuszczał z niej wzroku. Wygl

ą

dała tak pi

ę

knie. Miała zaró

Ŝ

owione policzki i 

błyszcz

ą

ce oczy, a włosy wspaniale kontrastowały z ognist

ą

 czerwieni

ą

 lu

ź

nego sweterka.

- Siedziałem w bibliotece przez cały dzie

ń

. Tak mnie to wci

ą

gn

ę

ło, 

Ŝ

e nie mogłem si

ę

 oderwa

ć

 - 

powiedział, kiedy stan

ę

li pod drzwiami. - A teraz zamknij oczy i nie patrz.

Posłusznie wykonała polecenie, nie zdaj

ą

c sobie sprawy, jak bardzo go poci

ą

ga. Dopiero po chwili 

odwa

Ŝ

ył si

ę

 dotkn

ąć

 delikatnie jej ramienia.

- Mo

Ŝ

esz ju

Ŝ

 spojrze

ć

 - powiedział cicho i wprowadził j

ą

 do biblioteki.

To, co zobaczyła, przeszło jej naj

ś

mielsze oczekiwania. Obróciła si

ę

 kilka razy w miejscu, chc

ą

wszystko dokładnie obejrze

ć

. Regały, obci

ąŜ

one równymi rz

ę

dami ksi

ąŜ

ek, prezentowały si

ę

 wspaniale.

Barwne grzbiety obwolut s

ą

siadowały ze skór

ą

 i wytartymi złoceniami zabytkowych egzemplarzy.

- Przepi

ę

knie! - Zło

Ŝ

yła z zachwytem w dłonie.

background image

- Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e ci si

ę

 podoba. Próbowałem sobie wyobrazi

ć

 to miejsce, gdy ty w nim b

ę

dziesz.

- Ja?
- Tak. Pasujesz do niego, Naomi.
Spojrzała mu prosto w oczy i niemal w tej samej ; chwili 

ś

cisn

ą

ł go ból po

Ŝą

dania. Jan poczuł, 

Ŝ

jeszcze chwila, a nie b

ę

dzie w stanie zapanowa

ć

 nad sob

ą

. Na szcz

ęś

cie przypomniał sobie o winie.

- Widzisz, zupełnie zapomniałem, 

Ŝ

e chciała

ś

 si

ę

 napi

ć

.

Podszedł do niskiego stolika, na którym stała otwarta butelka. Napełnił trzy czwarte kieliszka i 

podszedł do niej z u

ś

miechem.

Jednak twarz Naomi była powa

Ŝ

na, oczy równie

Ŝ

. Wiedziała, 

Ŝ

e nadeszła decyduj

ą

ca chwila. Albo 

teraz, albo nigdy, pomy

ś

lała. Zebrała si

ę

 na odwag

ę

 i bez zb

ę

dnych wst

ę

pów spytała:

- Czy nadal masz ochot

ę

 pój

ść

 ze mn

ą

 do łó

Ŝ

ka?

- Co?! - Zawarto

ść

 kieliszka wyl

ą

dowała na granatowym podkoszulku.

- Wiem, 

Ŝ

e zabrzmiało to do

ść

 obcesowo, ale nie miałam poj

ę

cia, jak to powiedzie

ć

 - wyja

ś

niła 

Naomi. - Jestem po prostu ciekawa, czy wci

ąŜ

 ci si

ę

 podobam. Chodzi mi o to... czy jeste

ś

 mn

ą

 

zainteresowany. Je

ś

li nie, to mi powiedz, zrozumiem. Ale je

Ŝ

eli boisz si

ę

 mnie dotkn

ąć

 tylko dlatego, 

Ŝ

nie mam do

ś

wiadczenia, to... to nie musisz mie

ć

 

Ŝ

adnych oporów. Nie chc

ę

Ŝ

eby

ś

 był taki ostro

Ŝ

ny i 

delikatny - wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Jan patrzył na ni

ą

 bez słowa. Po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu był tak zaskoczony, 

Ŝ

e zupełnie nie wiedział, 

co powiedzie

ć

. Przez jego głow

ę

 jak błyskawica przebiegła my

ś

l, czy aby na pewno wybrał odpowiedni 

dla siebie zawód. Prawnik, któremu z wra

Ŝ

enia odbiera mow

ę

, nie ma na sali s

ą

dowej wi

ę

kszych 

szans.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Dlaczego nic nie mówisz? - spytała Naomi, nie mog

ą

c dłu

Ŝ

ej znie

ść

 pełnej napi

ę

cia ciszy.

- A jak ci si

ę

 wydaje? - odparł i odstawił butelk

ę

. - Czy dobrze ci

ę

 zrozumiałem? Chcesz, 

Ŝ

ebym był 

bardziej zdecydowany?

- Chc

ę

.

- I 

Ŝ

ebym ci

ę

 dotykał?

- Tak, je

ś

li nadal masz ochot

ę

... - umilkła, nie bardzo wiedz

ą

c, co jeszcze powiedzie

ć

.

Tym bardziej 

Ŝ

e Jan nie ułatwiał jej zadania. Nie mówił zbyt wiele. Wpatrywał si

ę

 w ni

ą

 tak intensyw-

nie, jakby chciał j

ą

 zahipnotyzowa

ć

. Wprawdzie zdołał ju

Ŝ

 nieco ochłon

ąć

, ale zaschło mu w gardle. 

Patrzył na Naomi i wci

ąŜ

 nie mógł uwierzy

ć

Ŝ

e oto stoi przed nim kobieta, której pragn

ą

ł jak szalony, i 

otwarcie ofiarowuje mu swoje ciało. Na my

ś

l, 

Ŝ

e b

ę

dzie jej pierwszym m

ęŜ

czyzn

ą

, poczuł ucisk w 

krtani. Podszedł do niej i powiedział z u

ś

miechem:

- Prosz

ę

, by 

ś

wiadek udzielił jednoznacznej odpowiedzi na moje pytanie. Czy 

ś

wiadek chce, 

Ŝ

ebym 

trzymał od niego r

ę

ce z daleka? Tak czy nie?

- Nie - odparła, patrz

ą

c mu prosto w oczy.

- Dzi

ę

ki Bogu! - zawołał z ulg

ą

. Potem obj

ą

ł j

ą

 i pocałował z czuło

ś

ci

ą

. - Czy pojmujesz teraz, jak 

bardzo ci

ę

 pragn

ę

? - szeptał, wodz

ą

c ustami po jej rozpalonej szyi.

- Tak - przytuliła si

ę

 do niego całym ciałem. - Teraz pojmuj

ę

.

- To dobrze. Bo

Ŝ

e, o mało nie oszalałem! - wyznał, poci

ą

gaj

ą

c j

ą

 w stron

ę

 drzwi. - My

ś

lałem, 

Ŝ

e um-

r

ę

Ŝ

e spal

ę

 si

ę

 w oczekiwaniu!

- A ja my

ś

lałam, 

Ŝ

e chcesz si

ę

 ze mn

ą

 tylko przyja

ź

ni

ć

.

- Przecie

Ŝ

 si

ę

 przyja

ź

nimy. Co nie znaczy, 

Ŝ

e mi to wystarcza!

Zaprowadził j

ą

 do sypialni. Kiedy znale

ź

li si

ę

 w przytulnym, jasno o

ś

wietlonym pokoju, poczuła si

ę

 

zakłopotana.

- Zupełnie nie wiem, co robi

ć

 - wyznała bezradnie.

- Nie my

ś

l o tym. Zaufaj mi. Nie zrobi

ę

 niczego, na co nie miałaby

ś

 ochoty. A je

ś

li b

ę

dziesz chciała, 

Ŝ

ebym przestał, po prostu powiedz.

- Nie powiem - szepn

ę

ła. - Wiem, po co tu przyszłam.

Zbli

Ŝ

ył si

ę

 do niej ostro

Ŝ

nie, by nie spłoszy

ć

 jej jakim

ś

 gwałtownym ruchem. Postanowił nie gasi

ć

 

ś

wiatła. 

ś

ałował, 

Ŝ

e nie napalił w kominku, ale nie miał zamiaru teraz si

ę

 tym zajmowa

ć

. Zbyt długo 

czekał na t

ę

 chwil

ę

. Zbyt silna była jego nami

ę

tno

ść

. Zatrzymał si

ę

 przed ni

ą

 na wyci

ą

gni

ę

cie ramion i 

zajrzał gł

ę

boko w szare oczy. Dostrzegł w nich zaufanie, które tak bardzo pragn

ą

ł zdoby

ć

. Przysi

ą

gł so-

bie w my

ś

lach, 

Ŝ

e nigdy go nie nadu

Ŝ

yje ani nie zawiedzie. Dopiero po chwili przyci

ą

gn

ą

ł j

ą

 do siebie i 

pocałował.

- Kocham twoje usta - mówił. - Nie domy

ś

lasz si

ę

 nawet, jakie s

ą

 słodkie, jakie poci

ą

gaj

ą

ce.

Naomi otworzyła oczy i zamrugała bezradnie powiekami. Jej zaskoczenie troch

ę

 go rozbawiło.

- Jeste

ś

 zdziwiona? Och, moja pi

ę

kna Naomi, nie wiesz nawet, jak długo czekałem na t

ę

 chwil

ę

.

Nami

ę

tno

ść

, z jak

ą

 pie

ś

cił jej usta, była najbardziej wymownym potwierdzeniem jego słów. 

Rozkoszował si

ę

 smakiem pełnych warg Naomi, dra

Ŝ

nił je, muskał, przygryzał zrazu lekko, potem 

mocniej, coraz bardziej niecierpliwy i spragniony. Z pocz

ą

tku oddawała pocałunki nie

ś

miało, troch

ę

 

niepewnie, jednak z czasem i ona poddała si

ę

 sile swego pragnienia. Przytuliła si

ę

 do Jana, 

wzdychaj

ą

c z ulg

ą

, otoczyła jego szyj

ę

 ramionami. Teraz ona zacz

ę

ła go całowa

ć

, coraz mocniej, coraz 

gor

ę

cej. Jan wystraszył si

ę

Ŝ

e wszystko to dzieje si

ę

 zbyt szybko i oderwał si

ę

 od niej na moment.

Dr

Ŝą

cymi palcami zacz

ą

ł rozplata

ć

 jej g

ę

sty warkocz. Chciał poczu

ć

 w dłoniach gładko

ść

 jej włosów, 

pragn

ą

ł wdycha

ć

 ich zapach, zanurzy

ć

 w nich twarz. Owin

ą

ł g

ę

ste pasma wokół palców, dotykał ich 

ustami, delikatnie całował drobny meszek na skroniach. W ko

ń

cu odgarn

ą

ł włosy z twarzy Naomi i 

ucałował jej czoło. Jego dłonie pow

ę

drowały w dół. Lekko podci

ą

gn

ą

ł brzeg czerwonego sweterka, a 

gdy usiłowała okry

ć

 nim odsłoni

ę

ty brzuch, nie pozwolił jej na to. Kiedy poczuła, jak jego palce 

zaczynaj

ą

 dotyka

ć

 jej piersi, wstrzymała przera

Ŝ

ona oddech. Instynktownie zacisn

ę

ła pi

ęś

ci i zamkn

ę

ła 

background image

oczy. Zrobiło jej si

ę

 tak gor

ą

co, 

Ŝ

e dopiero po chwili odzyskała nad sob

ą

 panowanie. Ale 

Ŝ

ywioł ju

Ŝ

 

poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 za sob

ą

. Przełamała nie

ś

miało

ść

ś

ci

ą

gn

ę

ła z niego podkoszulek i spojrzała z zachwytem 

na nagi tors.

- Bo

Ŝ

e! - westchn

ę

ła, ujrzawszy pi

ę

kne, gładkie ciało. Kierowana instynktem, uniosła dłonie i poło

Ŝ

yła 

na jego piersi, czuj

ą

c pod palcami odurzaj

ą

ce ciepło skóry. Poczuła te

Ŝ

 pod nimi nagły dreszcz, cofn

ę

ła 

wi

ę

c wystraszona r

ę

ce, ale wówczas Jan roze

ś

miał si

ę

 i przycisn

ą

ł je z powrotem do siebie.

- Nie bój si

ę

 - szepn

ą

ł jej do ucha. - I... zdejmij buty.

- Co?
- Buty... Zdejmij je.
Zrobiła, co kazał. Była tak zafascynowana jego blisko

ś

ci

ą

Ŝ

e zapomniała o obawie, wstydzie i 

strachu. Drgn

ę

ła dopiero wtedy, gdy poczuła, 

Ŝ

e rozpina jej spodnie.

- Spokojnie, Naomi. - Znieruchomiał na chwil

ę

, potem znów zacz

ą

ł czule j

ą

 pie

ś

ci

ć

. Jego usta 

potrafiły czyni

ć

 cuda, pozwoliła wi

ę

c rozebra

ć

 si

ę

 i poło

Ŝ

y

ć

 na łó

Ŝ

ku. Poczuła 

Ŝ

ar bij

ą

cy od jego ciała i 

chłód mi

ę

kkiej po

ś

cieli. Sprawiło jej to przyjemno

ść

, pomogło si

ę

 rozlu

ź

ni

ć

. Z niecierpliwo

ś

ci

ą

 czekała, 

a

Ŝ

 dłonie Jana pow

ę

druj

ą

 wzdłu

Ŝ

 jej nagiego ciała. I pow

ę

drowały.

Ka

Ŝ

dy mi

ę

kki, pieszczotliwy dotyk budził w niej nowe, zupełnie nieznane uczucie. Chciała si

ę

 na nim 

skoncentrowa

ć

, ale było nieuchwytne. Rodziło si

ę

 w dole brzucha, zalewało j

ą

 niepowstrzyman

ą

 fal

ą

lecz po chwili gdzie

ś

 si

ę

 rozpływało i musiała cierpliwie czeka

ć

, a

Ŝ

 powróci. Na szcz

ęś

cie usta i dłonie 

Jana potrafiły je rozbudza

ć

 z zadziwiaj

ą

c

ą

 łatwo

ś

ci

ą

.

Jan równie

Ŝ

 był zadziwiony. Nigdy dot

ą

d nie kochał si

ę

 z kobiet

ą

 w taki sposób. Pochłaniało go 

całkowicie pragnienie, 

Ŝ

eby da

ć

 jej jak najwi

ę

ksz

ą

 rozkosz. Chciał, 

Ŝ

eby jej cudne ciało otworzyło si

ę

 na

nowe doznania, poj

ę

ło, jak dawa

ć

 i odwzajemnia

ć

 miło

ść

. Czuł j

ą

 pod sob

ą

, spr

ęŜ

yst

ą

 i mi

ę

kk

ą

 

jednocze

ś

nie. Wyginała si

ę

, gdy dotykał jej pełnych piersi i pie

ś

cił stwardniałe sutki, by po chwili zapa

ść

si

ę

 mi

ę

kko i wtuli

ć

 w jego ramiona. W pewnej chwili usłyszał, jak pyta go dr

Ŝą

cym głosem, co ma teraz 

robi

ć

. Wyszeptał w jej rozchylone usta, 

Ŝ

eby dała si

ę

 ponie

ść

Ŝ

eby nie walczyła z własnym ciałem, a 

słuchała tylko tego, co podpowiada jej instynkt.

Kiedy całował jej piersi, przyci

ą

gn

ę

ła do siebie jego głow

ę

. Czuła na całym ciele niecierpliwe dłonie 

kochanka. Dotykały jej ramion, bioder, ud. Gor

ą

ce usta zostawiały na skórze mokry 

ś

lad. Wreszcie 

delikatnie rozsun

ą

ł jej nogi i wszedł w ni

ą

 ruchem ostro

Ŝ

nym, lecz płynnym i pewnym.

Ciałem Naomi wstrz

ą

sn

ą

ł silny dreszcz. Jan zastygł nagle i trwał chwil

ę

 w bezruchu, a odwa

Ŝ

ył si

ę

 

poruszy

ć

 dopiero wtedy, gdy ciało dziewczyny rozlu

ź

niło si

ę

 i odpr

ęŜ

yło. Przyj

ę

ła go w sobie, poło

Ŝ

yła 

dłonie na jego plecach, a wówczas westchn

ą

ł z rozkosz

ą

 i zacz

ą

ł napiera

ć

 na ni

ą

 mi

ę

kko biodrami.

A potem ogarn

ą

ł ich szał. Naomi miotała si

ę

 pod nim, pr

ęŜ

yła, próbowała wygi

ąć

 w łuk. Powtarzała 

nieprzytomnie jego imi

ę

 i szeptała, 

Ŝ

e chce poczu

ć

 to mocniej, znowu, 

Ŝ

e chce czu

ć

 t

ę

 cudown

ą

 

słodycz bez ko

ń

ca. On za

ś

 czekał. Pokrywał jej piersi, ramiona i usta tysi

ą

cem gwałtownych 

pocałunków, powstrzymywał eksplozj

ę

 rozkoszy, czekaj

ą

c na najwła

ś

ciwszy moment. I gdy zastygła 

wreszcie pod nim w całkowitym bezruchu, naparł na ni

ą

 silniej i poruszył gwałtowniej biodrami, by po 

chwili usłysze

ć

 stłumiony, gwałtowny krzyk ukochanej. Krzyk rado

ś

ci i spełnienia. Krzyk szcz

ęś

cia.

Naomi le

Ŝ

ała wtulona w jego ramionach, a jej ciałem wci

ąŜ

 wstrz

ą

sały delikatne dreszcze. Jan 

pogłaskał czule jej włosy i zapytał:

- Wszystko w porz

ą

dku?

- Mhm - mrukn

ę

ła jak kotka.

- Jak si

ę

 czujesz?

- Dziwnie. Mam ci

ęŜ

k

ą

 głow

ę

, jakbym za du

Ŝ

o wypiła. - Westchn

ę

ła gł

ę

boko i przytuliła si

ę

 do niego 

mocniej. - Ale czuj

ę

 si

ę

 wspaniale. Taka... odpr

ęŜ

ona, zaspokojona, syta. I w ogóle nie jestem 

skr

ę

powana, cho

ć

 tak si

ę

 tego bałam. Czy robiłam wszystko jak trzeba? - spytała sennie.

- Nie. Mówi

ą

c szczerze, bardzo mnie rozczarowała

ś

. Chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

 ju

Ŝ

 sobie poszła.

Gwałtownie podniosła głow

ę

 i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Widz

ą

c jednak jego 

pełen rozbawienia u

ś

mieszek, uspokojona opadła na poduszk

ę

.

- Ale przyznasz, 

Ŝ

e mogłoby by

ć

 lepiej. Gdybym miała wi

ę

cej wprawy...

- Na szcz

ęś

cie nie masz, wi

ę

c b

ę

d

ę

 mógł udzieli

ć

 ci jeszcze kilku lekcji. - Pochylił si

ę

 nad ni

ą

 i lekko 

pocałował w usta. - Chcesz jeszcze wina?

- Chc

ę

.

Wstał i nagi poszedł do biblioteki. Naomi udawała, 

Ŝ

e na niego nie patrzy, a gdy tylko znikn

ą

ł za 

drzwiami, gwałtownie przycisn

ę

ła r

ę

k

ę

 do serca, które nagle zacz

ę

ło łomota

ć

 jak oszalałe. Zamkn

ę

ła 

oczy, wci

ąŜ

 nie mog

ą

c poj

ąć

, jakim cudem udało jej si

ę

 zwróci

ć

 na siebie uwag

ę

 tak fantastycznego 

m

ęŜ

czyzny. Nigdy, nawet w naj

ś

mielszych marzeniach nie s

ą

dziła, 

Ŝ

e jej pierwszy kochanek b

ę

dzie nie 

tylko tak atrakcyjny, ale te

Ŝ

 tak niezwykle czuły. Lepiej nie zastanawiaj si

ę

 nad tym za długo, 

napomniała si

ę

 szybko. Cuda czasem si

ę

 zdarzaj

ą

. Po prostu zaakceptuj to i ciesz si

ę

, póki trwa twoje 

szcz

ęś

cie.

Spostrzegła nagle swoj

ą

 nago

ść

 i szybko naci

ą

gn

ę

ła na siebie prze

ś

cieradło. W tym samym 

momencie na progu stan

ą

ł Jan. Popatrzył na ni

ą

 rozbawiony, kr

ę

c

ą

c głow

ą

, jakby si

ę

 czemu

ś

 dziwił. 

Potem usiadł na brzegu łó

Ŝ

ka i podał jej kieliszek.

- Powiedz mi jedno, Naomi - poprosił. - Jak to si

ę

 stało, 

Ŝ

Ŝ

aden facet nie miał tyle szcz

ęś

cia co ja?

- Po prostu 

Ŝ

aden si

ę

 o to nie starał - odpowiedziała, czerwieni

ą

c si

ę

 po uszy.

- Nie wierz

ę

. Mo

Ŝ

e po prostu nie zauwa

Ŝ

yła

ś

Ŝ

e si

ę

 starali?

- Nie. Jako

ś

 nie miałam nigdy powodzenia. W tych sprawach zawsze byłam niezaradna.

- Powiedziałbym, 

Ŝ

e to raczej oni byli niezaradni, skoro 

Ŝ

aden nie zdołał wzbudzi

ć

 twojego 

zainteresowania. - Niespiesznym ruchem si

ę

gn

ą

ł do prze

ś

cieradła, którym zasłaniała piersi. - Tylko 

kompletny dure

ń

 mógłby przej

ść

 oboj

ę

tnie obok tak wspaniałych kształtów.

background image

- Co ty mówisz! Zawsze, odk

ą

d pami

ę

tam, marzyłam o tym, 

Ŝ

eby by

ć

 wysoka i szczupła. Ale natura 

zdecydowała inaczej...

- I dobrze. Masz wspaniale piersi.
- Okropnie cierpiałam z tego powodu.
- Dlaczego?
- Nie wiem, czy potrafi

ę

 to wytłumaczy

ć

. Trzeba by

ć

 nie

ś

miał

ą

 nastolatk

ą

Ŝ

eby zrozumie

ć

, co si

ę

 

czuje, kiedy nagle...

- Nastolatka zaczyna zmienia

ć

 si

ę

 w dorodn

ą

, wspaniał

ą

 kobiet

ę

 - doko

ń

czył za ni

ą

. - Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e chłopaki maj

ą

 bzika na tym punkcie. To dla nich prawdziwy cud.

- Przez całe lata robiłam wszystko, 

Ŝ

eby ukry

ć

 ten cud przed 

ś

wiatem.

Wino, które popijała małymi łyczkami, zaczynało na ni

ą

 działa

ć

. Naomi poczuła si

ę

 odpr

ęŜ

ona, 

zdolna do tego, by 

ś

mia

ć

 si

ę

 ze swoich dawnych zgryzot.

- Najgorsze, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 to robisz - dodał Jan i z szelmowskim u

ś

miechem poci

ą

gn

ą

ł za prze

ś

cieradło, 

które zsun

ę

ło jej si

ę

 do pasa, odsłaniaj

ą

c cud, o którym mówili. - Tak jest du

Ŝ

o lepiej. Uwierz mi. 

Jeszcze troch

ę

 wina?

- Mo

Ŝ

e?

Podci

ą

gn

ę

ła gwałtownym ruchem prze

ś

cieradło i okryła si

ę

 nim po szyj

ę

. Wci

ąŜ

 si

ę

 wstydziła.

- Powiedz mi, dlaczego si

ę

 mn

ą

 zainteresowałe

ś

? - zapytała.

- Bo masz pi

ę

kne piersi - odparł prostodusznie.

- Co?
- Pi

ę

kne piersi - powtórzył.

Naomi wybuchn

ę

ła 

ś

miechem, ale Jan nie tracił czasu. Jego dło

ń

 ju

Ŝ

 w

ę

drowała ku brzegowi 

prze

ś

cieradła.

- Jak dopijesz, mo

Ŝ

emy zacz

ąć

 od nowa - szepn

ą

ł, muskaj

ą

c wargami jej ucho. - Powiem ci o innych 

powodach, dla których wpadła

ś

 mi w oko.

- Naprawd

ę

? - Wci

ąŜ

 nie mogła uwierzy

ć

Ŝ

e znów jej pragnie.

- Tak. I co ty na to?
- Z ch

ę

ci

ą

. Ale przenie

ś

my si

ę

 do biblioteki. Zaskoczony? - spytała, widz

ą

c zdziwienie w jego oczach. 

- Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e najlepiej czuj

ę

 si

ę

 w

ś

ród ksi

ąŜ

ek.

Usłu

Ŝ

na wyobra

ź

nia zacz

ę

ła podsuwa

ć

 mu podniecaj

ą

ce obrazy.

- Naomi? - odezwał si

ę

 podejrzanie stłumionym głosem.

- Tak?
- Pospiesz si

ę

 z tym winem!

To było cudowne, niepowtarzalne uczucie - le

Ŝ

e

ć

 w mroku rozproszonym jedynie blaskiem ognia na 

kominku, ze 

ś

pi

ą

c

ą

 Naomi Brightstone u boku. Jan miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

ś

ni na jawie. Nie miał 

Ŝ

adnych 

w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e wreszcie znalazł kobiet

ę

, która jest naturalnym dopełnieniem jego istnienia. To, 

Ŝ

e stała 

si

ę

 cz

ęś

ci

ą

 jego 

Ŝ

ycia, wydawało mu si

ę

 jak najbardziej oczywiste. Bez trudu mógł sobie wyobrazi

ć

, jak 

sp

ę

dzaj

ą

 w tym domu kolejne lata. Widział dzieci, które im si

ę

 urodz

ą

, psa grzej

ą

cego si

ę

 przy 

kominku. Był pewien, 

Ŝ

e stworz

ą

 szcz

ęś

liw

ą

 rodzin

ę

, jak jego rodzice. Przez całe 

Ŝ

ycie patrzył na ich 

zwi

ą

zek, który był dla niego ideałem oraz wzorem do na

ś

ladowania. Sam czego

ś

 takiego pragn

ą

ł, a z 

Naomi miał szans

ę

 to osi

ą

gn

ąć

.

Musiał tylko uzbroi

ć

 si

ę

 w cierpliwo

ść

. Do tej pory intuicja go nie zawiodła. Dzi

ę

ki ostro

Ŝ

no

ś

ci i 

opanowaniu zdobył jej zaufanie. Przyszła do niego sama, w pełni 

ś

wiadoma swego wyboru. Dzi

ę

ki 

temu mogli prze

Ŝ

y

ć

 wspaniałe chwile. Rozumiał, 

Ŝ

e musi da

ć

 jej pewien margines swobody, tote

Ŝ

 

postanowił, 

Ŝ

e odczeka kilka tygodni, by oswoiła si

ę

 z now

ą

 sytuacj

ą

, a dopiero potem zaproponuje 

mieszkanie pod jednym dachem. Wszystko w swoim czasie, krok po kroku. Tylko w ten sposób mógł 
osi

ą

gn

ąć

 zamierzony cel.

Dam ci do

ść

 czasu i swobody, pi

ę

kna Naomi, my

ś

lał, przygarniaj

ą

c j

ą

 do siebie. A potem b

ę

dziemy 

mieli całe 

Ŝ

ycie, 

Ŝ

eby nadrobi

ć

 wszystkie opó

ź

nienia.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Jan odło

Ŝ

ył słuchawk

ę

 i lekko zniecierpliwiony wzruszył ramionami. Wrócił do przerwanej pracy, jed-

nak nie mógł skupi

ć

 si

ę

 na tek

ś

cie umowy, któr

ą

 wła

ś

nie przygotowywał. Jego my

ś

li uparcie kr

ąŜ

yły 

wokół rozmowy, któr

ą

 przed chwil

ą

 odbył. Zastanawiał si

ę

, jaka przyczyna kazała Danielowi zadzwoni

ć

 

do niego po raz trzeci w ci

ą

gu niespełna dwóch tygodni i usilnie namawia

ć

 go, 

Ŝ

eby przyjechał do 

Hyannis Port. Owszem, Jan ch

ę

tnie by to zrobił, zwłaszcza je

ś

li mógłby zabra

ć

 ze sob

ą

 Naomi. Obojgu 

przydałby si

ę

 krótki wypad nad ocean. Był jednak pewien problem.

Otó

Ŝ

 Jan nie miał najmniejszych w

ą

tpliwo

ś

ci, co by si

ę

 stało, gdyby Naomi przypadła do gustu senio-

rowi rodu. Natychmiast zacz

ę

łyby si

ę

 niezbyt subtelne aluzje do mał

Ŝ

e

ń

stwa, rodziny, płodzenia dzieci. 

Poniewa

Ŝ

 nieraz widział dziadka w akcji, wolał oszcz

ę

dzi

ć

 Naomi takich do

ś

wiadcze

ń

 i nie stawia

ć

 jej w 

kłopotliwej sytuacji. By

ć

 mo

Ŝ

e stary lis był przebiegły, ale on, Jan, równie

Ŝ

 miał głow

ę

 nie od parady. 

Dlatego wolał nie ryzykowa

ć

.

Z zadumy wyrwało go pukanie do drzwi. Odwrócił si

ę

 i zobaczył w progu matk

ę

. U

ś

miechała si

ę

 do 

niego, jak zwykle pi

ę

kna i elegancka.

- Bardzo jeste

ś

 zaj

ę

ty?

Ś

rednio.

- W takim razie prosz

ę

! - Podeszła do biurka i poło

Ŝ

yła na nim stos teczek.

- O, nie! - zawołał zrozpaczony. - Błagam, mamo, tylko nie sprawa pani Perinsky!
- No có

Ŝ

, kto

ś

 musi wzi

ąć

 byka za rogi. - Matka poło

Ŝ

yła mu dło

ń

 na ramieniu. - Tym razem pani P. 

postanowiła wytoczy

ć

 spraw

ę

 wła

ś

cicielowi sklepu spo

Ŝ

ywczego. Powód: nie sprowadza jej ulubionego 

gatunku herbaty, przez co ogranicza jej prawa obywatelskie.

background image

Jan otworzył pierwsz

ą

 z brzegu teczk

ę

 i przerzucił stos najró

Ŝ

niejszych papierów, które jego przyszła 

klientka wprost uwielbiała gromadzi

ć

 jako dowody.

- My

ś

l

ę

Ŝ

e Laura poradzi sobie z tym du

Ŝ

o lepiej - stwierdził z nadziej

ą

 w głosie.

- Tym razem pani Perinsky wybrała ciebie. Zdaje si

ę

Ŝ

e wpadłe

ś

 jej w oko.

- Mamo, ona ma jakie

ś

 sto pi

ęć

dziesi

ą

t lat, o ile nie wi

ę

cej!

- By

ć

 mo

Ŝ

e. Ale to nie znaczy, 

Ŝ

e przestała lubi

ć

 młodych, przystojnych blondynów - wybuchn

ę

ła 

ś

miechem Diana. - Wiem, 

Ŝ

e to nic przyjemnego, ale jest nasz

ą

 klientk

ą

 od bardzo dawna. Przyszła do 

nas, kiedy nie było ci

ę

 jeszcze na 

ś

wiecie.

- Ciebie te

Ŝ

 chyba nie - mrukn

ą

ł pod nosem.

- Niewiele si

ę

 pomyliłe

ś

 - przyznała rozbawiona.

- W ka

Ŝ

dym razie trzeba si

ę

 tym zaj

ąć

. Ta kobieta jest po prostu samotna, chce ze wszelk

ą

 cen

ę

 

zwróci

ć

 na siebie uwag

ę

. Najlepiej b

ę

dzie, je

ś

li spotkasz si

ę

 z ni

ą

 kilka razy, zjesz ciasteczka domowej 

roboty, wysłuchasz narzeka

ń

, a potem wyperswadujesz jej ten nieszcz

ę

sny pomysł z pozywaniem 

Bogu ducha winnego sklepikarza.

- Mog

ę

 spróbowa

ć

, ale b

ę

dzie ci

ę

 to sporo kosztowało - oznajmił.

- Czy dobry obiad to odpowiednie zado

ść

uczynienie za twoje straty moralne?

- Owszem, je

ś

li przygotujesz jak

ąś

 wykwintn

ą

 piecze

ń

. I deser!

- Da si

ę

 zrobi

ć

. Odpowiada ci niedziela?

- Tak, pod warunkiem, 

Ŝ

e zaproszenie obejmie jeszcze jedn

ą

 osob

ę

.

- Naomi?
- Tak - odparł. Nigdy nie rozmawiali na ten temat, wi

ę

c teraz wpatrywał si

ę

 z uwag

ą

 w twarz matki, 

chc

ą

c odgadn

ąć

 jej my

ś

li. - Chyba nie masz nic przeciwko temu?

- Sk

ą

d

Ŝ

e! Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e bardzo j

ą

 lubi

ę

.

- A ja kocham!
- Och - westchn

ę

ła wzruszona Diana - mój syneczku...

- O co chodzi? - spytał zaniepokojony, podrywaj

ą

c si

ę

 z miejsca. - Co si

ę

 stało, mamo? Przecie

Ŝ

 

lubisz Naomi.

- To prawda - zapewniła Diana i pogłaskała go po policzku. - Ale dla mnie zawsze b

ę

dziesz moim 

małym synkiem. I dlatego tak si

ę

 przej

ę

łam. Najbardziej w 

ś

wiecie pragn

ę

 twego szcz

ęś

cia.

Oparła głow

ę

 na jego ramieniu, nie mog

ą

c powstrzyma

ć

 si

ę

 od my

ś

li, 

Ŝ

e czas płynie zdecydowanie 

za szybko. Jeszcze nie tak dawno mały Jan wdrapywał si

ę

 na jej kolana, a teraz był dorosłym 

m

ęŜ

czyzn

ą

.

- No i jestem szcz

ęś

liwy - powiedział. - Nie cieszysz si

ę

?

- Ciesz

ę

 si

ę

, oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e si

ę

 ciesz

ę

. Znalazłe

ś

 osob

ę

, któr

ą

 mogłe

ś

 pokocha

ć

. To wcale nie takie 

cz

ę

ste.

- Jeszcze chwila i te

Ŝ

 si

ę

 wzrusz

ę

. - Jan przytulił matk

ę

 do siebie.

- Powiedz mi tylko jedno. Jeste

ś

 pewien, 

Ŝ

e to miło

ść

, a nie chwilowa fascynacja? Wiem, 

Ŝ

e w twoim 

Ŝ

yciu było ju

Ŝ

 wiele dziewczyn...

- Mamo! Za kogo ty mnie masz? Ja i dziewczyny - spytał z min

ą

 niewini

ą

tka, czym całkowicie j

ą

 roz-

broił.

- Mo

Ŝ

e rzeczywi

ś

cie przesadziłam - roze

ś

miała si

ę

, targaj

ą

c mu włosy. - Nie wiem tylko, sk

ą

d te ta-

buny młodych dam, które przewin

ę

ły si

ę

 przez nasz dom.

- Ja te

Ŝ

 nie!

- Powiedziałe

ś

 mi po raz pierwszy, 

Ŝ

e kogo

ś

 kochasz. Zakładam wi

ę

c, 

Ŝ

e to co

ś

 powa

Ŝ

nego.

- Bo tak jest.
- Szcz

ęś

ciara z niej! I wcale nie mówi

ę

 tak dlatego, 

Ŝ

e jeste

ś

 moim synem!

- Mo

Ŝ

e wi

ę

c powiesz przy niedzielnym obiedzie co

ś

 pozytywnego na mój temat?

- Z ch

ę

ci

ą

.

- Tylko delikatnie, prosz

ę

. Naomi łatwo si

ę

 peszy. Nie chciałbym, 

Ŝ

eby zacz

ę

ła co

ś

 podejrzewa

ć

Jeszcze gotowa si

ę

 wystraszy

ć

.

Diana zmarszczyła brwi.
- A czym miałaby si

ę

 wystraszy

ć

? Nie wie, co do niej czujesz? Nie powiedziałe

ś

 jej?

- Jeszcze nie, ale przymierzam si

ę

 do tego. Mam ju

Ŝ

 nawet pewien plan.

Diana westchn

ę

ła i popatrzyła na syna znacz

ą

co.

- Nie zrozum mnie 

ź

le, ale odnosz

ę

 czasami wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e przywi

ą

zujesz zbytni

ą

 wag

ę

 do 

planowania. A 

Ŝ

ycie to nie fabryka, gdzie wszystko da si

ę

 z góry ustali

ć

.

- Wiem, mamo, ale tym razem to konieczne.
- A mo

Ŝ

e tu nie chodzi o plan, tylko o mały spisek, co? Co

ś

 a la dziadek Daniel? - spytała, mru

Ŝą

oczy.

- By

ć

 mo

Ŝ

e. Przyznam, 

Ŝ

e ch

ę

tnie go zaskocz

ę

. Chc

ę

 zobaczy

ć

 jego min

ę

, kiedy b

ę

d

ę

 mu 

przedstawiał kobiet

ę

, z któr

ą

 mam zamiar si

ę

 o

Ŝ

eni

ć

. I to bez jego ingerencji!

- Powodzenia - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 Diana. Przypomniała sobie list

ę

 ksi

ąŜ

ek, któr

ą

 jej te

ść

 dał Janowi, 

cho

ć

 przecie

Ŝ

 równie dobrze mógł sam zamówi

ć

 je przez telefon. Nie chciała jednak dzieli

ć

 si

ę

 tym 

spostrze

Ŝ

eniem z synem. Wolała, by Jan pozostał w błogiej nie

ś

wiadomo

ś

ci, 

Ŝ

e jest kowalem własnego 

losu.

Naomi osobi

ś

cie zaj

ę

ła si

ę

 oknem wystawowym ksi

ę

garni, gdzie miała by

ć

 reklamowana najnowsza 

powie

ść

 Bransona Maguire'a. Czuła si

ę

 w obowi

ą

zku, by potraktowa

ć

 go w szczególny sposób, odk

ą

poznała jego 

Ŝ

on

ę

 i jej rodzin

ę

ś

ywiła zreszt

ą

 du

Ŝ

y sentyment do wszystkich MacGregorów, z którymi 

si

ę

 ostatnio zetkn

ę

ła, a szczególnie polubiła najmłodsze pokolenie - jej faworytem był mały Travis, syn 

Julii. Có

Ŝ

, zawsze miała podej

ś

cie do dzieci i umiała si

ę

 nimi zajmowa

ć

. Jej pierwsza praca w ksi

ę

garni 

background image

zwi

ą

zana była wła

ś

nie z K

ą

cikiem Dzieci

ę

cym. Raz w tygodniu, przez godzin

ę

, czytała tam dzieciom 

ksi

ąŜ

ki. Z obopóln

ą

 przyjemno

ś

ci

ą

.

Nigdy jednak nie pomy

ś

lała, by mie

ć

 własne dzieci. Teraz to si

ę

 zmieniło. Coraz cz

ęś

ciej wyobra

Ŝ

ała 

sobie, 

Ŝ

e pewnego dnia Jan zdoła j

ą

 pokocha

ć

. Nie wykluczała tego. Skoro tak bardzo si

ę

 ni

ą

 

zainteresował, 

Ŝ

e zostali kochankami, to nic nie stało na przeszkodzie, 

Ŝ

eby jego sympatia przerodziła 

si

ę

 kiedy

ś

 w powa

Ŝ

ne uczucie, jakie ona 

Ŝ

ywiła wobec niego.

Układaj

ą

c egzemplarze ksi

ąŜ

ki, wyobra

Ŝ

ała sobie, 

Ŝ

e Jan ujmuje jej twarz w dłonie i patrz

ą

c w oczy, 

mówi: „Kocham ci

ę

, Naomi...”

- Naomi? - spytał kto

ś

 wesoło i po przyjacielsku klepn

ą

ł j

ą

 w rami

ę

.

Rozejrzała si

ę

 niezbyt przytomnym wzrokiem.

- Julia? Co ty tu robisz? Lada chwila mo

Ŝ

esz urodzi

ć

. Nie powinna

ś

 sama wychodzi

ć

 z domu. A tym 

bardziej prowadzi

ć

 samochodu!

- Jakbym słyszała Patryka! Nie denerwuj si

ę

, nie przyjechałam sama. Patryk szuka miejsca na par-

kingu.

- Niepotrzebnie si

ę

 fatygowała

ś

. Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e w ka

Ŝ

dej chwili mog

ę

 ci wysła

ć

 ksi

ąŜ

ki do domu.

- Wiem, kochanie. - Julia przytuliła Naomi serdecznie. - Ale nie o to chodzi. Po prostu chciałam 

troch

ę

 poby

ć

 z lud

ź

mi. Siedzenie w domu mi nie słu

Ŝ

y. W ogóle jestem dzisiaj jaka

ś

 niespokojna, od 

rana ciosam Patrykowi kołki na głowie. Wpadł na pomysł, 

Ŝ

eby mnie tu przywie

źć

 i obłaskawi

ć

 jakim

ś

 

czekoladowym deserem.

- Chod

ź

my wi

ę

c, zapraszam do kawiarenki.

Ruszyły w stron

ę

 kawiarni, która o tej porze 

ś

wieciła pustkami. Julia pochwaliła wystaw

ę

, nad któr

ą

 

pracowała Naomi.

- Po takiej reklamie Branson nie b

ę

dzie musiał martwi

ć

 si

ę

 o powodzenie swojej ksi

ąŜ

ki. Jestem pew-

na, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 pierwszego dnia ustawi si

ę

 po ni

ą

 długa kolejka.

- Mam nadziej

ę

. Czytała

ś

 ju

Ŝ

 t

ę

 powie

ść

?

- Nie. Nie mog

ę

 si

ę

 teraz na niczym skupi

ć

, wi

ę

c czytanie odpada. Zabior

ę

 j

ą

 ze sob

ą

 do szpitala.

- Na pewno nie po

Ŝ

ałujesz. Jest 

ś

wietna.

- Wierz

ę

. Ale chyba powinnam wzi

ąć

 ze sob

ą

 co

ś

 jeszcze. Poszukam sobie, zgoda? - Zacz

ę

ła prze-

chadza

ć

 si

ę

 mi

ę

dzy regałami ci

ęŜ

kim krokiem kobiety w dziewi

ą

tym miesi

ą

cu ci

ąŜ

y, ale nic nie przy-

padło jej do gustu. - Chyba nie jestem dzi

ś

 w nastroju do zakupów - stwierdziła w ko

ń

cu, daj

ą

c za wy-

gran

ą

.

- Mo

Ŝ

e ja co

ś

 dla ciebie wybior

ę

?

- Dobrze... Ojej! - Julia zatrzymała si

ę

 gwałtownie i chwyciła kurczowo najbli

Ŝ

szej półki, str

ą

caj

ą

c przy 

tym kilka ksi

ąŜ

ek.

- Co si

ę

 stało? Kopie? - zaniepokoiła si

ę

 Naomi.

- Nie, chce wydosta

ć

 si

ę

 na 

ś

wiat! Nic dziwnego, 

Ŝ

e jestem dzi

ś

 taka rozdra

Ŝ

niona.

- Bo

Ŝ

e, co ty mówisz? - zawołała z przera

Ŝ

eniem Naomi. - Jak to wydosta

ć

 si

ę

 na 

ś

wiat? Teraz?

- Nie w tej chwili, ale ju

Ŝ

 niedługo - odparła Julia, która wracała powoli do równowagi po wyj

ą

tkowo 

silnym skurczu. - Zdaje si

ę

Ŝ

e nici z mojego czekoladowego deseru - dodała ze słabym u

ś

miechem.

Naomi równie

Ŝ

 zbladła.

- S

ą

dzisz... 

Ŝ

e zacz

ę

ła

ś

 rodzi

ć

?

- Na to wygl

ą

da.

- Spokojnie. Przede wszystkim musisz gdzie

ś

 usi

ąść

. - Naomi rozejrzała si

ę

 nerwowo, jakby zapo-

mniała nagle, gdzie stoj

ą

 fotele. Wreszcie zauwa

Ŝ

yła par

ę

 kroków dalej kanap

ę

. - Tutaj! Siadaj sobie, a 

ja... co mam wła

ś

ciwie robi

ć

? Aha, poszukam Patryka!

- Dobry pomysł - pochwaliła Julia, osuwaj

ą

c si

ę

 na mi

ę

kk

ą

 sof

ę

. - Naomi? Tylko powiedz mu, 

Ŝ

eby 

si

ę

 pospieszył. Jestem pewna, 

Ŝ

e to nie potrwa długo.

Dwie godziny pó

ź

niej Naomi kr

ąŜ

yła nerwowo po szpitalnym korytarzu. Wszystkie wolne krzesła 

zajmowali MacGregorowie, szcz

ęś

liwi, 

Ŝ

e maj

ą

 okazj

ę

 do spotkania w rodzinnym gronie. Nie mogła 

zrozumie

ć

, jakim cudem zachowuj

ą

 spokój. Bawili si

ę

 doskonale, opowiadaj

ą

c sobie, jak kto 

przychodził na 

ś

wiat.

Wszystko to wygl

ą

dało do

ść

 zabawnie, poniewa

Ŝ

 ka

Ŝ

dy siedział z telefonem komórkowym przy uchu 

i relacjonował na bie

Ŝą

co sytuacj

ę

 swoim bliskim. Matka Jana rozmawiała z rodzicami Julii, którzy byli 

ju

Ŝ

 w drodze do Bostonu. Jego ojciec informował o wszystkim Daniela i Ann

ę

, czekaj

ą

cych niecierpli-

wie, kiedy znowu zostan

ą

 pradziadkami. Niestety, w wesołym gronie nie było Jana. W pewnej chwili na 

korytarzu pojawiła si

ę

 zdyszana Amelia i wszyscy jak na komend

ę

 rzucili si

ę

 w jej stron

ę

.

- I co? I co? Jak Julia?
Drzwi do sali porodowej pozostały lekko uchylone, usłyszeli wi

ę

c kilka wyj

ą

tkowo soczystych 

przekle

ń

stw - znak, 

Ŝ

e mimo trudów porodu Julia jest w niezłej formie.

- Nie ucz mnie, jak mam oddycha

ć

, Murdoch! My

ś

lisz, 

Ŝ

e sama nie wiem! Jak jeste

ś

 taki m

ą

dry, to 

kład

ź

 si

ę

 tu i sam oddychaj!

- Jak słyszycie, Julia jest w swoim 

Ŝ

ywiole - poinformowała rozbawiona Amelia. - Patryk równie

Ŝ

. Mu-

sz

ę

 wraca

ć

, bo zaraz zacznie si

ę

 parcie. Naomi, nie przejmuj si

ę

 tak, bo jeszcze zemdlejesz. - 

Poklepała przyjaciółk

ę

 w policzek. - Zapewniam was, 

Ŝ

e wszystko jest dobrze. Nie ma 

Ŝ

adnych 

komplikacji, puls dziecka jest równy, serce bije mocno. Jeszcze chwila i b

ę

dzie po wszystkim.

- Słyszała

ś

, Shelby? - wołała matka Jana do telefonu. - Wszystko dobrze, za moment zostaniesz po 

raz drugi babci

ą

!

W tym momencie w szpitalnym korytarzu pojawił si

ę

 Jan. Spocony, w poluzowanym krawacie, pytał 

zdenerwowany, czy ju

Ŝ

 po wszystkim.

- Prawie! - zawołała Amelia z r

ę

k

ę

 na klamce drzwi prowadz

ą

cych do sali porodowej. Zanim je za 

background image

sob

ą

 zamkn

ę

ła, MacGregorowie ponownie usłyszeli, jak Julia pomstuje na Patryka i poło

Ŝ

n

ą

.

- Nie mówcie mi, 

Ŝ

e mam prze

ć

, sady

ś

ci! Sami sobie przyjcie!

Naomi poczuła, 

Ŝ

e robi jej si

ę

 słabo, wi

ę

c oparła si

ę

 na wszelki wypadek o 

ś

cian

ę

.

- O Bo

Ŝ

e, jak ona musi cierpie

ć

. To j

ą

 pewnie strasznie boli, dlatego jest taka przera

Ŝ

ona i...

- Julia przera

Ŝ

ona? Nigdy w 

Ŝ

yciu! - roze

ś

miał si

ę

 Jan, szczerze ubawiony, ale i wzruszony reakcj

ą

 

Naomi.

- A co ty mo

Ŝ

esz o tym wiedzie

ć

? Rodziłe

ś

 kiedy

ś

?

- zaatakowała go niespodziewanie podniesionym głosem. - Dlaczego si

ę

 spó

ź

niłe

ś

? I to w takiej 

chwili! Gdzie byłe

ś

 tak długo?

- Miałem spotkanie z klientk

ą

, która wmusiła we mnie czterna

ś

cie ma

ś

lanych ciasteczek i zarzuciła 

stekiem bzdurnych oskar

Ŝ

e

ń

 pod adresem niewinnego sklepikarza. Wyrwałem si

ę

 od niej najszybciej, 

jak mogłem. Mo

Ŝ

e przynie

ść

 ci wody? - spytał troskliwie, widz

ą

c, jak bardzo jest niespokojna.

- Nie chc

ę

 

Ŝ

adnej wody! - Naomi odepchn

ę

ła jego r

ę

k

ę

 i bez słowa wyszła na zewn

ą

trz. Kiedy po 

chwili wróciła, musiała znie

ść

 m

ęŜ

nie ciekawskie spojrzenia.

- Naprawd

ę

 mi przykro, 

Ŝ

e tak si

ę

 zachowałam - przepraszała, oblewaj

ą

c si

ę

 rumie

ń

cem - Nigdy 

dot

ą

d nie uczestniczyłam w porodzie. Pewnie dlatego jestem taka zdenerwowana. Nie rozumiem, jak 

mo

Ŝ

ecie siedzie

ć

 tak spokojnie?

- Kochanie, w naszej rodzinie dzieci rodz

ą

 si

ę

 z tak

ą

 cz

ę

stotliwo

ś

ci

ą

Ŝ

e nikt si

ę

 ju

Ŝ

 tym nie przejmuje 

- powiedziała matka Jana, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 do niej łagodnie.

- To prawda. Co rok to prorok - dorzucił Jan. - Mo

Ŝ

e usi

ą

dziesz?

- Nie. Nie mog

ę

 wytrzyma

ć

 w miejscu. Przepraszam, 

Ŝ

e tak na ciebie naskoczyłam - szepn

ę

ła, spu-

szczaj

ą

c oczy.

- Nie ma o czym mówi

ć

. Mo

Ŝ

esz na mnie krzycze

ć

, je

ś

li ma ci to pomóc. Najwa

Ŝ

niejsze, 

Ŝ

e ci

ę

 zna-

lazłem. I to gdzie? W szpitalu, w trakcie porodu mojej siostry!

Otoczył j

ą

 czule ramieniem i zmusił, by jednak usiadła.

- Sk

ą

d wiedziałe

ś

Ŝ

e tu b

ę

d

ę

? - zapytała.

- Jak tylko dostałem wiadomo

ść

Ŝ

e Julia rodzi, zadzwoniłem do biblioteki, 

Ŝ

eby ci o tym powiedzie

ć

Twoja asystentka mi powiedziała, co si

ę

 u was wydarzyło.

- To była kilka godzin temu. Bo

Ŝ

e, kiedy to si

ę

 sko

ń

czy? - znów westchn

ę

ła.

- Czy ja wiem? Kiedy rodziła Travisa, te

Ŝ

 trwało to wieki.

- Jakie wieki? Raptem czterna

ś

cie godzin. Trzy godziny krócej ni

Ŝ

 ja - sprostowała Laura.

- Jak dla mnie zupełnie wystarczy. - Jan pokr

ę

cił głow

ą

. Przypomniał sobie, 

Ŝ

e był wtedy nie mniej 

przera

Ŝ

ony i zdenerwowany ni

Ŝ

 Naomi w tej chwili. - A gdzie jest Branson? - spytał, szukaj

ą

c wzrokiem 

m

ęŜ

a Amelii.

- Miał biedak pecha. Wyci

ą

gn

ą

ł złaman

ą

 zapałk

ę

 - roze

ś

miał si

ę

 jego ojciec, który wła

ś

nie nadszedł z 

kubkiem herbaty.

- Jak to?
- Tak to. Zrobili

ś

my losowanie. Kto

ś

 musiał zosta

ć

 z dzieciakami. Biedny Branson prosił, 

Ŝ

eby si

ę

 za 

niego modli

ć

 - powiedział, podaj

ą

c herbat

ę

 Naomi. - Napij si

ę

, dziecko, od razu poczujesz si

ę

 lepiej.

- Dzi

ę

kuj

ę

.

Była zbyt onie

ś

mielona, 

Ŝ

eby odmówi

ć

, wi

ę

c upiła posłusznie kilka łyków. Po chwili znikn

ą

ł gdzie

ś

 

nieprzyjemny ucisk w 

Ŝ

ą

dku. Naomi poczuła si

ę

 rozlu

ź

niona i spokojniejsza. Przestało j

ą

 nawet 

dra

Ŝ

ni

ć

 swobodne zachowanie rozbawionych MacGregorów.

Nagle drzwi sali porodowej otworzyły si

ę

 na o

ś

cie

Ŝ

 i stan

ę

ła w nich rozpromieniona Amelia.

- Panie i panowie, mam wielk

ą

 przyjemno

ść

 oznajmi

ć

Ŝ

e nasz klan powi

ę

kszył si

ę

 o nowego 

członka! A raczej członkini

ę

 - dodała wci

ąŜ

 tym samym podniosłym tonem. - Otó

Ŝ

 dokładnie o godzinie 

szesnastej czterdzie

ś

ci trzy pojawiła si

ę

 w

ś

ród nas Fiona Joy Murdoch! Zarówno ona, jak i jej rodzice 

spisali si

ę

 na medal!

Głos jej si

ę

 załamał, a w roze

ś

mianych oczach błysn

ę

ły łzy. W korytarzu zawrzało jak w ulu. 

MacGregorowie 

ś

ciskali si

ę

, poklepywali po plecach, nawet popłakiwali bez skr

ę

powania. Ich rado

ść

 i 

wzruszenie udzieliły si

ę

 tak

Ŝ

e Naomi, tym bardziej 

Ŝ

e potraktowali j

ą

 jak członka rodziny, obdzielaj

ą

całusami i u

ś

ciskami. Ogromnie si

ę

 tym wzruszyła, a oprzytomniała dopiero wtedy, gdy ojciec Jana 

usiłował pocz

ę

stowa

ć

 j

ą

 cygarem. Tym razem zdecydowanie odmówiła.

ROZDZIAŁ DZIEWI

Ą

TY

Naomi musiała przyzna

ć

Ŝ

e nigdy dot

ą

d nie spotkała równie z

Ŝ

ytej i kochaj

ą

cej si

ę

 rodziny. Była im 

wdzi

ę

czna za ich serdeczno

ść

. Pozwolili jej uczestniczy

ć

 w niezwykłym momencie narodzin nowej ludz-

kiej istoty. Kiedy ojciec Jana zaproponował, 

Ŝ

eby wybrali si

ę

 gdzie

ś

 razem uczci

ć

 to radosne 

wydarzenie, nie było nawet mowy, 

Ŝ

eby Naomi nie poszła z nimi. Porwali j

ą

 ze sob

ą

 niczym radosna, 

rw

ą

ca, kipi

ą

ca 

Ŝ

yciem fala.

Kiedy za

ś

 po paru godzinach wyszła w towarzystwie Jana z eleganckiej restauracji, w której 

ś

wi

ę

-

towano przyj

ś

cie na 

ś

wiat Fiony MacGregor, prócz ogromnej rado

ś

ci odczuwała równie

Ŝ

 wyrzuty su-

mienia. Wszyscy byli dla niej tacy serdeczni, tacy otwarci i szczerzy, a ona nie potrafiła odpłaci

ć

 im tym 

samym. Nie umiała by

ć

 do ko

ń

ca szczera, przynajmniej wobec Jana, cho

ć

 to wła

ś

nie on był dla niej 

najwa

Ŝ

niejszym MacGregorem. Gdy wi

ę

c zaproponował, 

Ŝ

eby wst

ą

piła do niego na kaw

ę

, zgodziła si

ę

 

od razu i przyrzekła sobie, 

Ŝ

e nie b

ę

dzie ju

Ŝ

 niczego przed nim udawa

ć

.

- Mam nadziej

ę

Ŝ

e moja rodzina nie wym

ę

czyła ci

ę

 za bardzo - powiedział, otwieraj

ą

c przed ni

ą

 

drzwi swego domu.

- Sk

ą

d

Ŝ

e! Jak w ogóle co

ś

 takiego mogło przyj

ść

 ci do głowy? Czułam si

ę

 z wami wspaniale.

- I dobrze, bo to jeszcze nie koniec. Najwa

Ŝ

niejsze nast

ą

pi jutro.

- To znaczy?

background image

- To znaczy, 

Ŝ

e przyjad

ą

 moi dziadkowie. Jak znam Daniela, to najpierw b

ę

dzie chodził wokół kołyski, 

cmokał i kr

ę

cił głow

ą

, a potem skoncentruje si

ę

 na tych, którzy jeszcze nie maj

ą

 dzieci. Je

ś

li kuzyn 

Daniel i jego 

Ŝ

ona Lana zd

ąŜą

 na czas, to im dostanie si

ę

 najbardziej, bo s

ą

 ju

Ŝ

 jaki

ś

 czas po 

ś

lubie, a 

wci

ąŜ

 nie maj

ą

 potomstwa. No a potem - popatrzył na ni

ą

 z u

ś

miechem - przyjdzie chyba kolej na 

ciebie.

- Na mnie? A to dlaczego? Przecie

Ŝ

 nawet mnie nie zna.

- To nic. Ju

Ŝ

 taki jest. Dam głow

ę

Ŝ

e zacznie ci

ę

 zam

ę

cza

ć

 pytaniami. Dlaczego taka pi

ę

kna 

dziewczyna jeszcze nie wyszła za m

ąŜ

? Czy lubi dzieci? A dlaczego jeszcze ich nie ma? - Jan 

na

ś

ladował z wpraw

ą

 ci

ęŜ

ki szkocki akcent Daniela MacGregora.

Po chwili zorientował si

ę

Ŝ

e Naomi wcale nie jest do 

ś

miechu. Jej szare oczy wpatrywały si

ę

 w niego 

z powag

ą

.

- Musz

ę

 ci co

ś

 powiedzie

ć

 - zacz

ę

ła, nie odrywaj

ą

c od niego wzroku. - Nie byłam w porz

ą

dku wobec 

ciebie i twojej rodziny.

- To znaczy? - Jan zmarszczył czoło.
- Nie byłam z tob

ą

 do ko

ń

ca szczera. Nie znasz mnie. Nie jestem taka, jak przypuszczasz.

- O czym ty mówisz? - spytał, podchodz

ą

c do niej. Obj

ą

ł j

ą

, gotów udowodni

ć

Ŝ

e jest wła

ś

nie t

ą

 

kobiet

ą

, której szukał.

- Poczekaj, pozwól mi doko

ń

czy

ć

. - Naomi poło

Ŝ

yła dło

ń

 na jego ustach. - Oszukałam ci

ę

, Janie. Naj-

gorsze, 

Ŝ

e nie zrobiłam nic, 

Ŝ

eby wyprowadzi

ć

 ci

ę

 z bł

ę

du. Bardzo chciałam przekona

ć

 sam

ą

 siebie, 

Ŝ

osoba, któr

ą

 we mnie zobaczyłe

ś

, to naprawd

ę

 ja. Teraz wiem, 

Ŝ

e to było bardzo nieuczciwe.

- Nic z tego nie rozumiem. Przecie

Ŝ

 gdyby

ś

 nie była tym, kim jeste

ś

, nie byłbym tutaj z tob

ą

.

- Dostrzegłe

ś

 mnie, bo zmieniłam wygl

ą

d. Ale to tylko pozory, nic wi

ę

cej. Jestem pewna, 

Ŝ

e jeszcze 

dwa lata temu nawet by

ś

 nie spojrzał w moj

ą

 stron

ę

. Tak jak inni. Kogo mogła zainteresowa

ć

 

nieszcz

ę

sna grubaska, która ob

Ŝ

erała si

ę

 ci

ą

gle, by zagłuszy

ć

 

Ŝ

al, 

Ŝ

e nigdy nie b

ę

dzie taka jak jej 

matka?

- Jak matka? - powtórzył, zaskoczony gł

ę

bokim smutkiem, który brzmiał w jej słowach.

- Tak, jak matka. Przepi

ę

kna, smukła, bardzo kobieca i pełna naturalnego wdzi

ę

ku. Czy wiesz, jak 

ci

ęŜ

ko si

ę

 dorasta, maj

ą

c obok siebie 

Ŝ

ywy ideał? Wiedziałam, 

Ŝ

e nigdy w 

ś

wiecie jej nie dorównam. 

Wi

ę

c pochłaniałam tony jedzenia i chowałam si

ę

 po k

ą

tach w ksi

ę

garni.

- Naomi, daj spokój. Było, min

ę

ło. Ka

Ŝ

da nastolatka prze

Ŝ

ywa trudny okres - Jan próbował przerwa

ć

 

ten potok gorzkich wyzna

ń

.

- To nie był okres, tylko nie ko

ń

cz

ą

cy si

ę

 stan. Byłam chorobliwie nie

ś

miała, gapiowata, niezdarna. 

Postanowiłam z tym walczy

ć

, bo którego

ś

 dnia zrozumiałam, 

Ŝ

e nie mog

ę

 tak dłu

Ŝ

ej 

Ŝ

y

ć

.

- I udało ci si

ę

. Nie ma w tobie 

Ŝ

adnej niezdarno

ś

ci. Jeste

ś

 pi

ę

kna, elegancka, poci

ą

gaj

ą

ca.

Chciał przytuli

ć

 j

ą

 do siebie, ale odepchn

ę

ła go i uciekła w k

ą

t pokoju.

- Pi

ę

kna! Elegancka! - powtórzyła ironicznie. - Szkoda tylko, 

Ŝ

e za spraw

ą

 komputera! Bez niego nie 

jestem w stanie zdecydowa

ć

, co mam na siebie wło

Ŝ

y

ć

!

- Jak to?
- Nie rozumiesz? Mam na dysku plik, w którym skatalogowałam cał

ą

 zawarto

ść

 mojej szafy. 

Komputer dobiera najlepsze dodatki i kosmetyki do danego stroju. Mam te

Ŝ

 inny plik, w którym 

zapisuj

ę

, jak byłam ubrana i kiedy. Nie ma wi

ę

c obawy, 

Ŝ

e zało

Ŝę

 dwa razy to samo! Gdzie tu 

naturalno

ść

, klasa, styl? No gdzie?

Wyznanie to, cho

ć

 poni

Ŝ

aj

ą

ce, sprawiło jej ulg

ę

.

- To ciekawe - u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Jan. - Powiedziałbym, 

Ŝ

e wr

ę

cz genialne. Co złego w tym, 

Ŝ

e znalazła

ś

 

sposób, by ułatwi

ć

 sobie 

Ŝ

ycie?

- Jak to, co złego? Powiedz mi, czy znasz normaln

ą

 kobiet

ę

, która nie jest w stanie samodzielnie si

ę

 

ubra

ć

?

- Nigdy o tym nie my

ś

lałem...

- Wiesz, co si

ę

 stało tydzie

ń

 temu? Wył

ą

czyli pr

ą

d i nie mogłam wł

ą

czy

ć

 komputera. Przeraziłam si

ę

 

do tego stopnia, 

Ŝ

e byłam gotowa zadzwoni

ć

 do ksi

ę

garni i skłama

ć

Ŝ

e jestem chora i nie przyjd

ę

. To 

było naprawd

ę

 

Ŝ

ałosne!

Jan czuł, 

Ŝ

e sprawa jest delikatna i 

Ŝ

e musi bardzo uwa

Ŝ

a

ć

. Nigdy nie spotkał równie wra

Ŝ

liwej 

osoby. Przez chwil

ę

 milczał, szukaj

ą

c w my

ś

lach jakiego

ś

 argumentu.

- Nie zrozum mnie 

ź

le, Naomi - zacz

ą

ł wreszcie ostro

Ŝ

nie. - Wiem, 

Ŝ

e wygl

ą

d, strój maj

ą

 wielkie 

znaczenie, ale chyba nie a

Ŝ

 takie. Nigdy zreszt

ą

 nie my

ś

lałem, 

Ŝ

e dla ciebie liczy si

ę

 tylko wygl

ą

d. Oba-

wiam si

ę

 jednak, 

Ŝ

e troch

ę

 za bardzo si

ę

 tym przejmujesz.

- A co ty mo

Ŝ

esz o tym wiedzie

ć

! - zaatakowała go ostro. - Urodziłe

ś

 si

ę

 pi

ę

kny i taki umrzesz. Od-

znaczasz si

ę

 wrodzon

ą

 pewno

ś

ci

ą

 siebie, ludzie ci

ę

 lubi

ą

...

- Ciebie te

Ŝ

!

- Tak, ale dopiero od niedawna, bo przedtem nie mieli poj

ę

cia o moim istnieniu. Gdyby

ś

 zobaczył 

moich rodziców! Obydwoje s

ą

 tacy pi

ę

kni. Mój brat ma wygl

ą

d amanta. A ja? Brzydkie kacz

ą

tko!

- Naomi, b

ą

d

ź

 rozs

ą

dna. Jeste

ś

 pi

ę

kn

ą

, poci

ą

gaj

ą

c

ą

 kobiet

ą

. Uwierz mi!

- Akurat! Nie jestem pi

ę

kna. Co najwy

Ŝ

ej nauczyłam si

ę

 tuszowa

ć

 swoje wady. I dobrze. To ju

Ŝ

 co

ś

Troch

ę

 praktyki i dojd

ę

 do perfekcji w udawaniu kogo

ś

 zupełnie innego!

- Ty naprawd

ę

 wierzysz w to, co mówisz? To niesamowite!

Podszedł do niej zdecydowanym krokiem i chwycił za ramiona. Nie pytaj

ą

c o zdanie, zaci

ą

gn

ą

ł j

ą

 do 

holu i postawił przed wysokim lustrem.

- Powiedz mi, co widzisz! Tylko szczerze! - nakazał surowo.
- Widz

ę

 ciebie, pierwszego m

ęŜ

czyzn

ę

, który dostrzegł we mnie kobiet

ę

.

Jan poczuł, jak serce 

ś

ciska mu 

Ŝ

al. Zrozumiał wreszcie, o co jej chodzi. Wystraszył si

ę

Ŝ

e Naomi 

background image

chce by

ć

 z nim wył

ą

cznie przez wdzi

ę

czno

ść

.

- Nigdy w 

Ŝ

yciu nie czułam do nikogo tego, co czuj

ę

 do ciebie - szepn

ę

ła. - Zawsze dreptałam gdzie

ś

 

z tyłu, par

ę

 kroków za innymi. I tylko ty si

ę

 zatrzymałe

ś

, by na mnie poczeka

ć

.

- Naomi, przesta

ń

...

- Nie! Pozwól mi sko

ń

czy

ć

! - przerwała mu zdecydowanie. - Naprawd

ę

 nie mog

ę

 pozwoli

ć

, by

ś

 brał 

mnie za kogo

ś

, kim tylko próbuj

ę

 by

ć

. Gdzie

ś

 tam, gł

ę

boko w 

ś

rodku, wci

ąŜ

 jestem zahukan

ą

 

dziewczyn

ą

, która w szkole 

ś

redniej była tylko dwa razy na randce. Wci

ąŜ

 tkwi we mnie jaka

ś

 cz

ą

stka 

tej 

Ŝ

ałosnej istoty, jak

ą

 byłam w czasie studiów. Brzydk

ą

, grub

ą

 kujonk

ą

, która ka

Ŝ

d

ą

 woln

ą

 chwil

ę

 

sp

ę

dzała z nosem w ksi

ąŜ

kach. Nie jest łatwo wyrzuci

ć

 z siebie kogo

ś

, kim si

ę

 kiedy

ś

 było... - Umilkła 

na chwil

ę

, by zaczerpn

ąć

 powietrza przed nast

ę

pnym potokiem gorzkich słów. - Byłe

ś

 pierwszym 

m

ęŜ

czyzn

ą

, który dał mi kwiaty - mówiła dalej - który zaprosił na kolacj

ę

, słuchał uwa

Ŝ

nie tego, co mam 

do powiedzenia. Nikt przed tob

ą

 nawet nie próbował... - dodała dr

Ŝą

cym głosem, z trudem 

powstrzymuj

ą

c łzy. - Ty byłe

ś

 pierwszym, który mnie dotkn

ą

ł, pocałował i...

Jan patrzył na odbicie dwóch nachylonych ku sobie głów w kryształowej tafli lustra i z coraz wi

ę

kszym 

przera

Ŝ

eniem u

ś

wiadamiał sobie, 

Ŝ

e oto został pierwszym i jedynym m

ęŜ

czyzn

ą

 Naomi Brightstone nie 

tylko w sensie fizycznym, jako kochanek, ale tak

Ŝ

e w sensie uczuciowym - jako człowiek, którego poko-

chała i któremu chciała ofiarowa

ć

 sw

ą

 wdzi

ę

czno

ść

 i swe 

Ŝ

ycie. Była to odpowiedzialno

ść

, z której nie 

do ko

ń

ca zdawał sobie dot

ą

d spraw

ę

. Gdy patrzył na wzruszon

ą

 twarz Naomi, na blade policzki, po 

których płyn

ę

ła w

ą

ska stró

Ŝ

ka łez, zrozumiał, 

Ŝ

e niechc

ą

cy popełnił ogromny bł

ą

d. Przyszło mu do 

głowy, 

Ŝ

e przed ich spotkaniem Naomi była jak delikatny motyl, który czeka na odpowiedni moment, by 

samodzielnie rozprostowa

ć

 skrzydła. A on zdarł z niej t

ę

 ochronn

ą

 powłok

ę

 i kazał wzbi

ć

 si

ę

 w 

powietrze, cho

ć

 nie była jeszcze gotowa. Teraz musiał ponie

ść

 konsekwencje swej niecierpliwo

ś

ci. Nie 

tylko da

ć

 jej czas, lecz tak

Ŝ

e pozwoli

ć

 jej odej

ść

.

Bo tylko wtedy Naomi Brightstone b

ę

dzie mogła nabra

ć

 pewno

ś

ci siebie, pozna

ć

, ile jest warta. 

Przejrze

ć

 si

ę

 w oczach innego m

ęŜ

czyzny, tak jak teraz, w tym lustrze. I dopiero wtedy zdecydowa

ć

czy chce do niego wróci

ć

. A on nie b

ę

dzie mógł zrobi

ć

 nic innego, jak tylko modli

ć

 si

ę

Ŝ

eby wybrała go 

spo

ś

ród innych.

Co ja zrobiłem? Co ja najlepszego zrobiłem, powtarzał w my

ś

lach coraz bardziej zrozpaczony.

- Powiedz co

ś

 - poprosiła cicho, a wtedy westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko i odezwał si

ę

 głuchym, zduszonym gło-

sem:

- Na pewno nie jestem jedynym m

ęŜ

czyzn

ą

, który ci

ę

 pragnie i który chciałby z tob

ą

 by

ć

. Musisz to 

wreszcie zrozumie

ć

. Tak samo jak to, 

Ŝ

e jeste

ś

 tym, kim jeste

ś

. Pi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

, któr

ą

 widz

ę

 teraz obok 

siebie. - Przytulił j

ą

 mocno, wspieraj

ą

c brod

ę

 o czubek jej głowy. - Ty te

Ŝ

 j

ą

 widzisz. Pozwól jej istnie

ć

nie traktuj jak kogo

ś

 obcego. Ty i ona to jedno, naprawd

ę

. Prosz

ę

 ci

ę

, Naomi, zrozum to wreszcie.

- Nikt inny tego we mnie nie dostrzegł - odparła ze łzami w oczach. - Tylko ty.
- To nieprawda. Jestem pewien, 

Ŝ

e nigdy nie zwróciła

ś

 na to uwagi. Poza tym od jakiego

ś

 czasu 

chyba za bardzo ci

ę

 absorbowałem, wi

ę

c nie miała

ś

 czasu dla siebie.

- Absorbowałe

ś

 mnie? Co ty wygadujesz?

- Tak było, przyznaj sama. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, 

Ŝ

e do tej pory pochłaniała ci

ę

 

wył

ą

cznie praca w ksi

ę

garni. A tu ja wyskoczyłem z t

ą

 moj

ą

 bibliotek

ą

 i...

- Przecie

Ŝ

 sama chciałam ci pomóc!

- Wiem i doceniam to. Chc

ę

 tylko powiedzie

ć

Ŝ

e zabrałem ci mnóstwo czasu. Przeze mnie nie 

mogła

ś

 spotyka

ć

 si

ę

 z innymi lud

ź

mi ani robi

ć

 tego, na co miałaby

ś

 ochot

ę

. I tylko nie mów, 

Ŝ

e nale

Ŝ

mi si

ę

 z twojej strony jaka

ś

 wdzi

ę

czno

ść

.

Odwrócił si

ę

 i poszedł do salonu. Nie mógł dłu

Ŝ

ej znie

ść

 widoku jej zasmuconej twarzy, nie chciał pa-

trze

ć

, jak cierpi przez niego i zmaga si

ę

 ze sob

ą

ś

eby zaj

ąć

 czym

ś

 r

ę

ce, kucn

ą

ł przed kominkiem i 

zacz

ą

ł układa

ć

 polana na palenisku. Postanowił da

ć

 jej pół roku. Sze

ść

 miesi

ę

cy, w czasie których 

b

ę

dzie mogła doj

ść

 do ładu z własnym 

Ŝ

yciem, przyzwyczai

ć

 si

ę

 do nowego wcielenia, rozezna

ć

 w 

swoich uczuciach. A potem, gdy b

ę

dzie gotowa na jego miło

ść

, wróci po ni

ą

.

Usłyszał jej kroki za plecami. Stan

ę

ła za nim, ale nie odezwała si

ę

 ani słowem.

- Gdybym wiedział, 

Ŝ

e zaczynasz nowy etap w 

Ŝ

yciu, wszystko na pewno wygl

ą

dałoby inaczej - 

powiedział cicho, zapalaj

ą

c zapałk

ę

. - A tak sprawy wymkn

ę

ły si

ę

 spod kontroli i chyba wszystko 

potoczyło si

ę

 zbyt szybko. - Podniósł si

ę

 i odwrócił, 

Ŝ

eby spojrze

ć

 jej w oczy. - My

ś

l

ę

Ŝ

e powinni

ś

my 

zdecydowanie zwolni

ć

 tempo.

Naomi ju

Ŝ

 otworzyła usta, by zaprotestowa

ć

, ale poczuła w sercu nagły ból. Dopiero po chwili była w 

stanie opanowa

ć

 si

ę

 na tyle, by w miar

ę

 spokojnie spyta

ć

:

- Czy mógłby

ś

 wyra

Ŝ

a

ć

 si

ę

 ja

ś

niej? Chc

ę

 usłysze

ć

 prawd

ę

. Wiesz, 

Ŝ

e nie mam wi

ę

kszego 

do

ś

wiadczenia w zwi

ą

zkach z m

ęŜ

czyznami.

I na tym polega nasz problem, odparł w duchu Jan, a gło

ś

no zapewnił j

ą

Ŝ

e niczego przed ni

ą

 nie 

ukrywa.

- Uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

e byłoby dobrze zwolni

ć

 tempo - powtórzył - zrobi

ć

 mał

ą

 przerw

ę

. Sam zreszt

ą

 nie wiem.

- Powiedz prawd

ę

. Nie chcesz ju

Ŝ

 si

ę

 ze mn

ą

 spotyka

ć

!

- Wr

ę

cz przeciwnie. Bardzo chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

my widywali si

ę

 dalej, i to jak najcz

ęś

ciej. Ale nie traktuj 

naszej znajomo

ś

ci w kategoriach zwi

ą

zku wykluczaj

ą

cego wszystko inne. - Polana zaj

ę

ły si

ę

 ogniem, 

lecz bij

ą

ce od nich ciepło nie mogło ogrza

ć

 jego lodowatych dłoni. Jan odwrócił si

ę

 plecami do kominka 

i jeszcze raz popatrzył ukochanej gł

ę

boko w oczy. - Posłuchaj, Naomi, powinna

ś

 spotyka

ć

 si

ę

 tak

Ŝ

e z 

innymi m

ęŜ

czyznami - powiedział, nie do ko

ń

ca przekonany, czy post

ę

puje wła

ś

ciwie. Nic innego nie 

przychodziło mu jednak do głowy.

- Spotyka

ć

 si

ę

 z innymi m

ęŜ

czyznami? - powtórzyła za nim jak echo.

Chyba po to, 

Ŝ

eby

ś

 nie miał wyrzutów sumienia, spotykaj

ą

c si

ę

 z innymi kobietami, dodała w 

background image

my

ś

lach. To oczywiste, 

Ŝ

e takie były jego prawdziwe intencje. Jak mogła by

ć

 a

Ŝ

 tak naiwna, by 

przypuszcza

ć

Ŝ

e ona jedna mu wystarczy?

- Doskonały pomysł - powiedziała w ko

ń

cu z kwa

ś

nym u

ś

miechem. - Jakie to szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e zawsze 

byłam opanowana, prawda? Ka

Ŝ

da inna na moim miejscu poczułaby si

ę

 dotkni

ę

ta, je

ś

li nie wr

ę

cz 

obra

Ŝ

ona tak

ą

 propozycj

ą

, zrobiłaby ci dzik

ą

 scen

ę

. Ale nie ja. Nie ta łagodna, spokojna, niepozorna 

Naomi Brightstone. Rozumiem, 

Ŝ

e w ten subtelny sposób dajesz mi do zrozumienia, 

Ŝ

e jestem inna ni

Ŝ

 

wszystkie - dodała cierpko.

- To prawda. Jeste

ś

 jedyna i niepowtarzalna. Jedna na milion.

- Jedna na milion. Ładnie powiedziane - stwierdziła, my

ś

l

ą

c jednocze

ś

nie, 

Ŝ

e nawet jedna na milion 

nie mo

Ŝ

e wystarczy

ć

 na długo tak atrakcyjnemu m

ęŜ

czy

ź

nie, jak Jan MacGregor. - Có

Ŝ

, mamy za sob

ą

 

długi dzie

ń

 - westchn

ę

ła, po czym odwróciła si

ę

 i ruszyła do wyj

ś

cia. - Po tylu wra

Ŝ

eniach czuj

ę

 si

ę

 

zm

ę

czona. Pójd

ę

 ju

Ŝ

.

- Nie, prosz

ę

 ci

ę

, nie id

ź

! - zatrzymał j

ą

 gwałtownie. - Chciałbym... chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

 została.

Naomi stan

ę

ła w progu i przez chwil

ę

 wpatrywała si

ę

 uwa

Ŝ

nie w jego twarz. Ogarn

ę

ła wzrokiem cał

ą

 

jego posta

ć

 na tle trzaskaj

ą

cych płomieni.

- Nie zostan

ę

 z tob

ą

, nie chc

ę

 - przyznała otwarcie. - Ale powiem ci co

ś

, co zawsze chciałam powie-

dzie

ć

. Obiecałam sobie, 

Ŝ

e b

ę

d

ę

 z tob

ą

 całkowicie szczera, wi

ę

c musz

ę

 dotrzyma

ć

 słowa. Kocham ci

ę

Od zawsze.

Wyszła szybko do holu, jednym skokiem dopadła drzwi i wybiegła na ulic

ę

, prosto w mrok chłodnej, 

jesiennej nocy. Nie chciała widzie

ć

, jak Jan zareaguje na jej wyznanie. Bała si

ę

Ŝ

e powie co

ś

, czym 

tylko pogł

ę

bi jej cierpienie.

Tymczasem Jan stał bez ruchu w pustym salonie i wydawało mu si

ę

Ŝ

e ci

ą

gle słyszy jej słowa. Ciche 

„kocham ci

ę

" wci

ąŜ

 brzmiało w jego uszach niczym bolesny refren.

- Wiem, Naomi - szepn

ą

ł. - Ale nieszcz

ęś

cie polega na tym, 

Ŝ

e nigdy nie miała

ś

 szansy pokocha

ć

 ko-

go

ś

 innego. Teraz j

ą

 dostała

ś

.

Nazajutrz czuł si

ę

 wyj

ą

tkowo podle. Przez dwa nast

ę

pne dni snuł si

ę

 z k

ą

ta w k

ą

t jak zbity pies. Pod 

koniec tygodnia wydawało mu si

ę

Ŝ

e oszaleje. Mimo to nie zbli

Ŝ

ał si

ę

 do telefonu. Zwalczył pokus

ę

Ŝ

eby do niej zadzwoni

ć

 albo jeszcze lepiej pojecha

ć

 i dobija

ć

 si

ę

 do drzwi, błagaj

ą

c, 

Ŝ

eby wpu

ś

ciła go 

do 

ś

rodka. W najtrudniejszych chwilach powtarzał sobie, 

Ŝ

e musi jako

ś

 wytrzyma

ć

 bez Naomi te sze

ść

 

miesi

ę

cy, które sam sobie wyznaczył.

Pół roku, a potem zobaczymy, my

ś

lał, gapi

ą

c si

ę

 bez sensu przez okno, co było ostatnio jego 

ulubionym zaj

ę

ciem. Skoro postanowił da

ć

 jej szans

ę

, by posmakowała wolno

ś

ci, musiał by

ć

 

konsekwentny. Niech dziewczyna poznaje 

Ŝ

ycie, sam

ą

 siebie, innych m

ęŜ

czyzn. Niech no tylko jednak 

który

ś

 z tych sukinsynów wa

Ŝ

y si

ę

 tkn

ąć

 j

ą

 cho

ć

by palcem, to...

No wła

ś

nie, co wtedy? Czy nie o to w ko

ń

cu chodziło, 

Ŝ

eby zwi

ą

zała si

ę

 z kim

ś

 innym? Bo sk

ą

d w 

ko

ń

cu biedna mogła wiedzie

ć

, czy naprawd

ę

 go kocha, je

ś

li nikt przed nim nie adorował jej, nie dotykał, 

nie wyznawał miło

ś

ci, nie zasypywał prezentami ani nie szeptał czułych słów?

Posłyszał niecierpliwe pukanie do drzwi. Miał ochot

ę

 wrzasn

ąć

: „Wynocha! Nie potrzebuj

ę

 

towarzystwa!" Nie zrobił tego jednak, lecz postanowił zignorowa

ć

 natr

ę

ta.

Ten jednak nie dawał za wygran

ą

.

- O co chodzi? - spytał nieuprzejmie, a wtedy drzwi otworzyły si

ę

 na o

ś

cie

Ŝ

 i stan

ą

ł w nich zasapany 

Daniel MacGregor senior.

- Có

Ŝ

 to za barbarzy

ń

skie zwyczaje? - fukn

ą

ł. - Swoich klientów te

Ŝ

 pan tak wita, panie mecenasie? A 

mo

Ŝ

e ten ton jest zarezerwowany wył

ą

cznie dla członków rodziny?

- Przepraszam, dziadku. - Jan zerwał si

ę

 z miejsca i od razu zaton

ą

ł w nied

ź

wiedzim u

ś

cisku 

Daniela, po czym pochylił głow

ę

 nad r

ę

k

ą

 Anny, która w 

ś

lad za m

ęŜ

em weszła do gabinetu.

- Dzie

ń

 dobry, mój chłopcze - pocałowała go w policzek. - Co tam słycha

ć

?

- Nic, babciu. Byłem troch

ę

 zaj

ę

ty, dlatego tak głupio wyszło...

- Nie zajmiemy ci du

Ŝ

o czasu - powiedziała łagodnie, rzucaj

ą

c przy tym wymowne spojrzenie na Da-

niela, który zd

ąŜ

ył ju

Ŝ

 si

ę

 rozgo

ś

ci

ć

. - Przyszli

ś

my si

ę

 po

Ŝ

egna

ć

.

- Po

Ŝ

egna

ć

? Przecie

Ŝ

 dopiero co przyjechali

ś

cie!

- Nie wiesz, 

Ŝ

Ŝ

adna kobieta nie usiedzi za długo w jednym miejscu? - mrukn

ą

ł Daniel.

- Nie mów, mój drogi, 

Ŝ

e nie st

ę

skniłe

ś

 si

ę

 ju

Ŝ

 za własnym łó

Ŝ

kiem. Przecie

Ŝ

 ci

ą

gle powtarzasz, 

Ŝ

wsz

ę

dzie dobrze, ale w domu najlepiej - odparła Anna. - Chcemy jeszcze wst

ą

pi

ć

 do Julii, a potem 

jedziemy do siebie - dodała.

- Szkoda. B

ę

dzie mi was brakowało.

- To dlaczego nie odwiedzasz nas cz

ęś

ciej? - spytał z wymówk

ą

 w głosie Daniel. - Co

ś

 mi si

ę

 zdaje, 

Ŝ

e jeste

ś

 zbyt zaj

ę

ty lataniem za spódniczkami i dlatego nie masz czasu dla swoich dziadków - 

perorował, wal

ą

c pi

ęś

ci

ą

 w por

ę

cz fotela.

- Niech dziadek tak nie mówi. Obiecuj

ę

Ŝ

e niedługo przyjad

ę

. I wcale nie latam za spódniczkami.

- Bł

ą

d! Co si

ę

 dzieje z Naomi? - nie wytrzymał stary. - Gdzie ona si

ę

 podziewa, co?

- Pewnie jest w pracy. Dlaczego dziadek pyta?
- Jak to dlaczego? Przecie

Ŝ

 cała rodzina nie mówi o nikim innym, tylko o niej. Za to ty, mój chłopcze, 

jeste

ś

 wyj

ą

tkowo oszcz

ę

dny w słowach. Poza tym chc

ę

 wiedzie

ć

, dlaczego ani razu nie widziałem was 

razem? Podobno od jakiego

ś

 czasu jeste

ś

cie jak papu

Ŝ

ki nierozł

ą

czki.

- Niezupełnie - zacz

ą

ł Jan ostro

Ŝ

nie. - Akurat teraz postanowili

ś

my zrobi

ć

 sobie mał

ą

 przerw

ę

.

- Przerw

ę

! Jak

ą

 znowu przerw

ę

? Chłopie, czy

ś

 ty rozum postradał? - Daniel zaperzył si

ę

 tak bardzo, 

Ŝ

e jego policzki przybrały barw

ę

 buraka, co natychmiast zaniepokoiło Ann

ę

. - Ta dziewczyna jest 

stworzona dla ciebie i je

ś

li tego nie widzisz, to chyba jeste

ś

 

ś

lepy! Widocznie zaszkodziło ci to 

ś

l

ę

czenie nad ksi

ąŜ

kami! Porz

ą

dna, ładna, urocza i do tego z dobrej rodziny! A ten b

ę

dzie sobie robił 

background image

przerwy! Słyszała

ś

 co

ś

 podobnego, moja droga?

- Danielu, stanowczo prosz

ę

Ŝ

eby

ś

 si

ę

 w tej chwili opanował!

- Jak, powiedz mi, jak mam si

ę

 opanowa

ć

, skoro mój wnuk zachowuje si

ę

 jak idiota! A mo

Ŝ

e ci si

ę

 

wydaje, 

Ŝ

e jest za łagodna? - rzucił oskar

Ŝ

ycielsko, mierz

ą

c palcem w pier

ś

 Jana. - Pami

ę

taj, 

Ŝ

e pozory 

myl

ą

. Cicha woda brzegi rwie!

- Niech si

ę

 dziadek uspokoi - poprosił Jan, zaskoczony gwałtown

ą

 reakcj

ą

 Daniela. - Swoj

ą

 drog

ą

 to 

ciekawe, sk

ą

d dziadek ma tyle informacji na temat dziewczyny, któr

ą

 dziadek spotkał zaledwie par

ę

 

razy w ksi

ę

garni?

- Jak to sk

ą

d? - Daniel przestraszył si

ę

Ŝ

e gotów jeszcze wszystko zepsu

ć

 przez własn

ą

 

niecierpliwo

ść

.

- Przecie

Ŝ

 dobrze znam jej rodzin

ę

. To bardzo porz

ą

dni ludzie.

- Danielu! - Anna wzniosła oczy do nieba. - 

ś

e te

Ŝ

 ja si

ę

 od razu wszystkiego nie domy

ś

liłam.

- Czego znowu? O czym ty mówisz, kobieto? - spytał Daniel, a w jego bł

ę

kitnych oczach pojawił si

ę

 

wyraz dzieci

ę

cej niewinno

ś

ci, tak dobrze znany wszystkim członkom klanu. Znał ów wyraz tak

Ŝ

e Jan, 

dlatego teraz wystarczyło mu jedno spojrzenie, by domy

ś

li

ć

 si

ę

 prawdy.

- A wi

ę

c jednak udało si

ę

 dziadkowi mnie wrobi

ć

 - stwierdził, siadaj

ą

c z westchnieniem na brzegu 

biurka. - „Poszukaj dla mnie tych ksi

ąŜ

ek, synu. Ta mała Naomi na pewno ch

ę

tnie ci pomo

Ŝ

e" - 

powiedział, na

ś

laduj

ą

c głos starego. - A ja naiwny niczego si

ę

 nie domy

ś

liłem. Chyba powinienem 

zmieni

ć

 zawód.

- Pewnie. Z takim talentem do na

ś

ladowania mo

Ŝ

esz 

ś

miało zosta

ć

 komediantem! - odci

ą

ł si

ę

 Daniel, 

szczerz

ą

c z

ę

by w zło

ś

liwym u

ś

mieszku. - A w ogóle, to co ja takiego zrobiłem? Poprosiłem, 

Ŝ

eby

ś

 przy 

okazji swoich obowi

ą

zków załatwił co

ś

 dla mnie. To wszystko! Czy ja ci kazałem spotyka

ć

 si

ę

 z t

ą

 

dziewczyn

ą

? Trzeba było wzi

ąć

 ksi

ąŜ

ki i da

ć

 jej 

ś

wi

ę

ty spokój. Skoro tego nie zrobiłe

ś

, to widocznie 

dziewczyna ci si

ę

 spodobała!

- Spodobała si

ę

, nie zaprzeczam.

- I co mi teraz powiesz?
- Dzi

ę

kuj

ę

.

- Dzi

ę

kuj

ę

? - spytał zdumiony Daniel, który w pierwszej chwili nie bardzo wiedział, jak ma zare-

agowa

ć

.

- Tak. Dzi

ę

kuj

ę

Ŝ

e dziadek zadał sobie tyle trudu, by pozna

ć

 mój gust. I 

Ŝ

e znalazł dziadek kobiet

ę

, z 

któr

ą

 mam nadziej

ę

 kiedy

ś

 si

ę

 o

Ŝ

eni

ć

.

- Mój chłopak! Moja krew! - Daniel poderwał si

ę

 z fotela niczym młodzieniaszek i z całych sił chwycił 

Jana w obj

ę

cia. - Widzisz, Anno? Przynajmniej on jeden potrafi doceni

ć

 

Ŝ

yciow

ą

 m

ą

dro

ść

 swojego 

dziadka. Zawsze mówiłem, 

Ŝ

e jest moim ulubie

ń

cem.

- Nie dalej jak dwa dni temu Julia była dziadka ulubienic

ą

. Na własne uszy słyszałem, jak dziadek jej 

to mówił - wyst

ę

kał Jan, z trudem łapi

ą

c oddech w 

Ŝ

elaznych obj

ę

ciach starego.

- A co miałem powiedzie

ć

, kiedy dziewczyna tak pi

ę

knie si

ę

 spisała i urodziła mi wspaniał

ą

 

prawnuczk

ę

? - wyznał rozpromieniony Daniel, odsuwaj

ą

c Jana na wyci

ą

gni

ę

cie ramion. Po chwili 

jednak u

ś

miech znikn

ą

ł z jego twarzy. - Powiedziałe

ś

: „Mam nadziej

ę

 kiedy

ś

 si

ę

 o

Ŝ

eni

ć

"? A co to, u 

licha, znaczy?

- Dokładnie to, co powiedziałem.
- To znaczy o

Ŝ

enisz si

ę

 z ni

ą

 czy nie? Lepiej, 

Ŝ

eby

ś

 powiedział „tak", bo inaczej b

ę

dziesz miał ze 

mn

ą

 do czynienia!

- Tak, ale dopiero za jaki

ś

 czas. Póki co, postanowiłem da

ć

 jej troch

ę

 swobody, 

Ŝ

eby mogła 

zastanowi

ć

 si

ę

 nad wszystkim. Par

ę

 miesi

ę

cy, a potem wystartujemy z miejsca, w którym stan

ę

li

ś

my - 

tłumaczył cierpliwie.

- Par

ę

 miesi

ę

cy? Chryste, czy ja dobrze słysz

ę

?

Chłopcze, w tej chwili le

ć

 do tej dziewczyny i padaj przed ni

ą

 na kolana!

- Danielu, daj mu spokój - Anna zaczynała traci

ć

 cierpliwo

ść

.

- Ja mu zaraz dam taki spokój, 

Ŝ

e do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia mnie popami

ę

ta! - rykn

ą

ł Daniel na cał

ą

 kamienic

ę

.

- Mów w tej chwili: kochasz j

ą

 czy nie?

- Kocham, ale dziadkowi nic do tego - odparł Jan.
- Zale

Ŝ

y mi na niej i wła

ś

nie dlatego chc

ę

 da

ć

 jej to, czego potrzebuje. A Naomi potrzebuje wolno

ś

ci, 

pewno

ś

ci siebie. Dziadek to wszystko zacz

ą

ł i jestem mu za to bardzo wdzi

ę

czny. Jednak dalej ju

Ŝ

 sam 

b

ę

d

ę

 decydował, co robi

ć

.

- Decydował? Chyba marnował czas jak jaki

ś

...

- Przepraszam was bardzo - do rozmowy wł

ą

czył si

ę

 dono

ś

ny głos ojca Jana, który wkroczył wolnym 

krokiem do gabinetu. Nawet zacietrzewiony Daniel umilkł na moment na jego widok. - Nie wiem, czy 
zdajecie sobie spraw

ę

Ŝ

e w tym budynku pracuj

ą

 ludzie. Rodzinne awantury s

ą

 dozwolone dopiero po 

godzinach urz

ę

dowania kancelarii.

- I co z tego? - wrzasn

ą

ł stary, w którego najwyra

ź

niej wst

ą

piła nowa energia.

- To, 

Ŝ

e bardzo ojca prosz

ę

Ŝ

eby si

ę

 ojciec uspokoił - odparł Caine.

- Powiedz mi w takim razie, czy wiesz, o co chodzi twojemu synowi? Sk

ą

d wzi

ą

ł si

ę

 jego o

ś

li upór? 

Musiał odziedziczy

ć

 go po tobie. Wbij mu lepiej do tej pustej głowy troch

ę

 rozs

ą

dku. Ja w ka

Ŝ

dym razie 

umywam r

ę

ce!

- Doskonała my

ś

l - stwierdził Caine, który nie miał ochoty wysłuchiwa

ć

 ojcowskich wykładów. - 

Proponuj

ę

Ŝ

eby zrobił to ojciec od razu, a ja w tym czasie porozmawiam z Janem.

- Prosz

ę

 bardzo! - Daniel skin

ą

ł na Ann

ę

. - Zostawmy ich samych, moja droga. Jed

ź

my lepiej do Julii, 

ta przynajmniej jest rozs

ą

dna. A ty - zwrócił si

ę

 do Jana i niespodziewanie trzepn

ą

ł go w ucho - lepiej 

pilnuj, 

Ŝ

eby ci kto

ś

 tej twojej Naomi nie sprz

ą

tn

ą

ł sprzed nosa. Idziemy, Anno! - zakomenderował, ale 

background image

wpierw po

Ŝ

egnał si

ę

 łaskawie z synem. Dopiero potem Anna zdołała jako

ś

 wyci

ą

gn

ąć

 go na korytarz, 

sk

ą

d długo jeszcze dolatywały gro

ź

ne pomruki.

Caine u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 pod nosem, widz

ą

c, jak Jan masuje obolałe i zaczerwienione ucho.

- Twój dziadek wci

ąŜ

 ma krzep

ę

 - zauwa

Ŝ

ył.

- To prawda. Ostatnim razem, kiedy tak od niego oberwałem, miałem chyba ze dwana

ś

cie lat. 

Zapomniałem ju

Ŝ

, jak to smakuje - odparł Jan.

- No to wła

ś

nie sobie przypomniałe

ś

. I powiem ci, 

Ŝ

e dziadek moim zdaniem miał racj

ę

. Powinni

ś

my 

pogada

ć

. - Caine usiadł w fotelu, wskazuj

ą

c synowi miejsce obok siebie. - Po pierwsze, chciałbym si

ę

 

dowiedzie

ć

, dlaczego od tygodnia jeste

ś

 w tak podłym nastroju, 

Ŝ

e strach si

ę

 do ciebie zbli

Ŝ

y

ć

.

- Mam swoje zmartwienia. Nigdzie nie jest napisane, 

Ŝ

e przez cały dzie

ń

 mam by

ć

 w skowronkach - 

warkn

ą

ł Jan. Wbił r

ę

ce w kieszenie spodni i odwrócił si

ę

 do ojca plecami, daj

ą

c w ten sposób do zrozu-

mienia, 

Ŝ

e uwa

Ŝ

a rozmow

ę

 za zako

ń

czon

ą

.

Caine nie dał si

ę

 wyprowadzi

ć

 z równowagi. Uniósł tylko brwi, popatrzył na syna z ukosa, po czym 

jeszcze raz poprosił, 

Ŝ

eby usiadł.

- Pami

ę

taj, 

Ŝ

e nie tylko dziadek ma prawo da

ć

 ci po uszach - dodał niezwykle spokojnym tonem.

ROZDZIAŁ DZIESI

Ą

TY

Jan posłuchał ojca i usiadł obok niego, ale zrobił to z wyra

ź

n

ą

 niech

ę

ci

ą

 i oci

ą

ganiem. Patrz

ą

c mu 

prosto w oczy, zacz

ą

ł b

ę

bni

ć

 wymownie palcami o blat biurka.

I tym razem Caine nie dał si

ę

 sprowokowa

ć

. Pomy

ś

lał jedynie, 

Ŝ

e jego syn potrafi by

ć

 bardzo uparty, 

czego on bynajmniej nie uwa

Ŝ

ał za wad

ę

. Znał doskonale liczne zalety Jana i wiedział, 

Ŝ

e syn bardzo 

rzadko wdaje si

ę

 w awantury. Kiedy jednak kto

ś

 próbował przyprze

ć

 go do muru albo, co gorsza, 

zmusi

ć

 do czego

ś

, potrafił stan

ąć

 okoniem. Był gotów walczy

ć

 i broni

ć

 swoich racji do upadłego, za co 

Caine mógł go tylko podziwia

ć

.

- Powiedz mi, co jest mi

ę

dzy tob

ą

 a Naomi - zacz

ą

ł bez owijania w bawełn

ę

.

- Mam prawie trzydzie

ś

ci lat - odparł spokojnie Jan. - My

ś

lałem, 

Ŝ

e m

ęŜ

czyzna w tym wieku nie musi 

tłumaczy

ć

 si

ę

 przed ojcem ze swoich prywatnych spraw.

- Masz racj

ę

. Z wyj

ą

tkiem sytuacji, gdy te prywatne sprawy nara

Ŝ

aj

ą

 na szwank firm

ę

. Chyba nie za-

przeczysz, 

Ŝ

e od pewnego czasu nie jeste

ś

 w szczytowej formie.

- Poprawi

ę

 si

ę

.

- Nie w

ą

tpi

ę

. Jednak nim to nast

ą

pi, powiedz mi, na czym polega kłopot? - spytał, kład

ą

c r

ę

k

ę

 na ra-

mieniu syna.

- Dajcie mi spokój, do jasnej cholery! - Jan zerwał si

ę

 z fotela. - Uwierz mi, tato, wiem, co robi

ę

. Pod-

j

ą

łem pewn

ą

 decyzj

ę

, bo jestem przekonany, 

Ŝ

e wła

ś

nie tak nale

Ŝ

ało zrobi

ć

. Tak b

ę

dzie najlepiej dla 

Naomi.

- A co wła

ś

ciwie postanowiłe

ś

?

- Wycofa

ć

 si

ę

 na jaki

ś

 czas.

- Czy to jest tak

Ŝ

e najlepsze dla ciebie? Nie ma w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e kochasz t

ę

 dziewczyn

ę

. Masz to wy-

pisane na twarzy.

- Wła

ś

nie. Dlatego w zamian chciałbym otrzyma

ć

 to samo. Nie interesuje mnie nic po

ś

redniego. 

Postanowiłem da

ć

 Naomi troch

ę

 czasu, 

Ŝ

eby zastanowiła si

ę

 dobrze nad tym, czego chce i co do mnie 

czuje.

- A jeste

ś

 pewien, 

Ŝ

e ona tego nie wie? Pytałe

ś

 j

ą

 o to?

- Posłuchaj, tato - powiedział Jan, siadaj

ą

c z powrotem w fotelu. - Problem polega na tym, 

Ŝ

e byłem 

jej pierwszym m

ęŜ

czyzn

ą

.

- Rozumiem. - Caine studiował przez chwil

ę

 własne dłonie. - Chcesz powiedzie

ć

Ŝ

e j

ą

 uwiodłe

ś

?

- Nie, do niczego jej nie zmuszałem! Dałem jej czas, wycofałem si

ę

 w odpowiednim momencie. Co 

wi

ę

cej mogłem zrobi

ć

?

- Nic. - Caine wzruszył ramionami. - A teraz co? Martwisz si

ę

Ŝ

e przed tob

ą

 nie miała innych kochan-

ków?

- Nie o to chodzi. Po prostu dopóki nie zacz

ę

li

ś

my si

ę

 spotyka

ć

, Naomi nie miała 

Ŝ

adnych... 

uczuciowych kontaktów z m

ęŜ

czyznami. Rozumiesz? Nigdy nie spotykała si

ę

 z nikim, nie była 

zakochana.

- My

ś

lałem, 

Ŝ

e nie ma ju

Ŝ

 takich kobiet. - Zaskoczony Caine pokr

ę

cił ze zdumieniem głow

ą

.

- Jak wida

ć

 s

ą

! Poza tym wmówiła sobie, 

Ŝ

e zainteresowałem si

ę

 ni

ą

, bo ostatnio zmieniła wygl

ą

d i 

styl bycia. Ona nie czuje si

ę

 w pełni sob

ą

. Uczy si

ę

 dopiero 

Ŝ

y

ć

 z tym nowym wcieleniem, odkrywa 

swoje mocne strony. Nie wiem, czy mam prawo usidli

ć

 j

ą

 wła

ś

nie teraz, wpakowa

ć

 w mał

Ŝ

e

ń

stwo, 

dzieci i rodzin

ę

.

- A czy chocia

Ŝ

 powiedziałe

ś

 jej, 

Ŝ

e j

ą

 kochasz, ale chciałby

ś

Ŝ

eby wpierw spróbowała czego

ś

 

innego?

- Nie. Bo gdybym jej powiedział, 

Ŝ

e j

ą

 kocham, na pewno nie chciałaby wysłucha

ć

 mnie do ko

ń

ca.

- Jak my

ś

lisz, co ona my

ś

li o tobie?

- Wydaje jej si

ę

Ŝ

e jest we mnie zakochana.

- Sk

ą

d pewno

ść

Ŝ

e jej si

ę

 tylko wydaje?

- Jak mo

Ŝ

e by

ć

 inaczej, skoro dot

ą

d nie kochała 

Ŝ

adnego m

ęŜ

czyzny?

- Hm, to rzeczywi

ś

cie interesuj

ą

cy przypadek - zauwa

Ŝ

ył Caine tonem wytrawnego prawnika. - Jeste

ś

 

chocia

Ŝ

 pewien swoich uczu

ć

?

- Oczywi

ś

cie!

- Na jakiej podstawie?
- Przedtem nie wyobra

Ŝ

ałem sobie, bym mógł sp

ę

dzi

ć

 całe 

Ŝ

ycie z jedn

ą

 kobiet

ą

. A teraz nie mam z 

tym najmniejszego problemu. - Jan znów poderwał si

ę

 z miejsca i zacz

ą

ł kr

ąŜ

y

ć

 nerwowo po pokoju. - 

background image

Powiedz, tato, co o tym my

ś

lisz? - zapytał wreszcie.

- A ma to jakie

ś

 znaczenie, co my

ś

l

ę

?

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e ma. Ogromne!

- W takim razie powiem ci, jakie jest moje zdanie. - Caine wstał z fotela i przez chwil

ę

 mierzył syna 

surowym wzrokiem. - Jeste

ś

 sko

ń

czonym idiot

ą

.

- Co?!
- To, co słyszysz. Musz

ę

 zgodzi

ć

 si

ę

 z moim ojcem i powtórzy

ć

 jego słowa. Jeste

ś

 idiot

ą

, synu. Nie 

potrafisz obdarzy

ć

 kobiety zaufaniem. Twierdzisz, 

Ŝ

e kochasz Naomi, a jednocze

ś

nie odmawiasz jej 

zdolno

ś

ci do podj

ę

cia 

ś

wiadomej decyzji. Uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e jest zbyt naiwna i niedo

ś

wiadczona, by 

stwierdzi

ć

, czy chce by

ć

 z tob

ą

, czy nie? My

ś

lisz, 

Ŝ

e mo

Ŝ

esz decydowa

ć

 za ni

ą

? Je

ś

li faktycznie tak 

uwa

Ŝ

asz, to nie tylko jeste

ś

 idiot

ą

, ale jeszcze zarozumiałym idiot

ą

. Nie wiem, czy posłuchasz mojej 

rady, ale znowu musz

ę

 zgodzi

ć

 si

ę

 z moim ojcem. Na twoim miejscu czym pr

ę

dzej pobiegłbym do tej 

dziewczyny i wszystko jej wytłumaczył. Na kolanach. O ile oczywi

ś

cie b

ę

dzie chciała słucha

ć

, co masz 

jej teraz do powiedzenia.

Jan nie był wcale przekonany, czy ojciec i dziadek maj

ą

 racj

ę

, mimo to pojechał pod dom Naomi. 

Siedział jaki

ś

 czas w samochodzie, w ko

ń

cu nie wytrzymał. Najpierw poszedł na spacer, a potem 

wszedł na klatk

ę

 schodow

ą

 i warował pod drzwiami jej mieszkania, czekaj

ą

c, a

Ŝ

 Naomi wróci z pracy. 

Pocz

ą

tkowo chciał złapa

ć

 j

ą

 w ksi

ę

garni, szybko jednak doszedł do wniosku, 

Ŝ

e nie jest to 

najszcz

ęś

liwszy pomysł. Takie sprawy lepiej omawia

ć

 w bardziej kameralnych warunkach.

Godziny mijały, a Naomi nie wracała. Zacz

ą

ł si

ę

 martwi

ć

Ŝ

e obrał zł

ą

 taktyk

ę

. Gdyby poszedł do 

ksi

ę

garni, miałby pewno

ść

Ŝ

e j

ą

 tam zastanie. A tak siedział jak dure

ń

 pod jej drzwiami, nie maj

ą

nawet zielonego poj

ę

cia, gdzie jej szuka

ć

 o tej porze.

Kiedy wreszcie usłyszał na schodach znajome kroki, odetchn

ą

ł z ulg

ą

 i oparł si

ę

 o 

ś

cian

ę

. Wła

ś

nie w 

takiej pozie zastała go Naomi. W pierwszej chwili zatrzymała si

ę

 w pół kroku, wyra

ź

nie zaskoczona t

ą

 

niespodziewan

ą

 wizyt

ą

. Szybko jednak zapanowała nad sob

ą

 i jak gdyby nigdy nic podeszła do niego.

- Cze

ść

. Stało si

ę

 co

ś

? - spytała z pozoru oboj

ę

tnie.

- Nic. Długo pracujesz.
- Czasami - odparła, po czym wyci

ą

gn

ę

ła z torby klucze i zacz

ę

ła otwiera

ć

 drzwi.

- Chciałbym z tob

ą

 porozmawia

ć

. Mog

ę

 wej

ść

?

- Obawiam si

ę

Ŝ

e nie jest to najlepszy moment - odparła gładko, cho

ć

 w gł

ę

bi serca czuła wielki ból, 

widz

ą

c, w jakim Jan jest stanie.

- Prosz

ę

 ci

ę

 - przytrzymał drzwi. - Musimy porozmawia

ć

. To bardzo wa

Ŝ

ne.

- W takim razie wejd

ź

 - zaprosiła go do 

ś

rodka.

- Tylko si

ę

 streszczaj, bo nie mam zbyt wiele czasu. Musz

ę

 si

ę

 przebra

ć

, zaraz wychodz

ę

.

- Mo

Ŝ

na wiedzie

ć

 dok

ą

d?

- Umówiłam si

ę

 - skłamała.

- Z kim?
- A jak my

ś

lisz? - spytała, dostrzegaj

ą

c z satysfakcj

ą

 zaskoczenie na jego twarzy.

- Z jakim

ś

 facetem?

- Zgadłe

ś

. A teraz słucham. Co mog

ę

 dla ciebie zrobi

ć

?

Wyjd

ź

 za mnie i zosta

ń

 matk

ą

 naszych dzieci, to była pierwsza my

ś

l, która przyszła mu do głowy. Za-

chował j

ą

 jednak dla siebie, a gło

ś

no powiedział:

- Kiedy rozmawiali

ś

my u mnie ostatnio, nie wyraziłem si

ę

 do

ść

 jasno.

- Wr

ę

cz przeciwnie. Byłe

ś

 szczery i precyzyjny a

Ŝ

 do bólu.

- Nie. Bo nie wytłumaczyłem ci, o co mi chodzi.
- Niewa

Ŝ

ne. I tak zrozumiałam - zapewniła, nie patrz

ą

c mu w oczy. Bała si

ę

Ŝ

e zdradzi j

ą

 spojrzenie 

pełne bólu. Bólu i nadziei. - Posłuchaj, Janie, powiedziałam ci, 

Ŝ

e nie jestem osob

ą

, za jak

ą

 mnie 

uwa

Ŝ

asz. W ko

ń

cu si

ę

 z tym zgodziłe

ś

. To wszystko, nie ma o czym dyskutowa

ć

.

- Bo

Ŝ

e, wi

ę

c tak to odebrała

ś

? Pozwól mi wytłumaczy

ć

...

- Kiedy ja naprawd

ę

 mam mało czasu.

- Trudno. Twój adorator b

ę

dzie musiał poczeka

ć

 - powiedział to tak stanowczo, 

Ŝ

e nawet nie 

próbowała protestowa

ć

. Patrzyła tylko z rosn

ą

cym zdenerwowaniem, jak jej pierwszy i jedyny ukochany 

kr

ąŜ

y po pokoju, wyra

ź

nie próbuj

ą

c zebra

ć

 my

ś

li. - Dobrze - zacz

ą

ł po chwili - powiedziała

ś

 mi kiedy

ś

Ŝ

e nigdy dot

ą

d nie była

ś

 z 

Ŝ

adnym m

ęŜ

czyzn

ą

Ŝ

e ja jestem pierwszy. ..

- Chyba sam o tym wiesz najlepiej!
- Nie chodzi mi o seks - mimowolnie podniósł głos i wyci

ą

gn

ą

ł przed siebie dło

ń

 gestem adwokata, 

który powstrzymuje zbyt natarczywe pytania prokuratora. - Zwi

ą

zek dwojga ludzi - podj

ą

ł sw

ą

 

przemow

ę

 - nie sprowadza si

ę

 tylko do tego, 

Ŝ

e id

ą

 razem do łó

Ŝ

ka. Oprócz seksu jest jeszcze wspólne 

sp

ę

dzanie czasu, 

Ŝ

arty, rozmowy do północy, ogl

ą

danie starych filmów w telewizji i miliony innych 

rzeczy. Jednym słowem, wszystko to, czego nigdy dot

ą

d nie robiła

ś

 z nikim innym. - Umilkł na chwil

ę

by zapanowa

ć

 nad sob

ą

. - Otó

Ŝ

 chciałem da

ć

 ci troch

ę

 czasu i swobody, 

Ŝ

eby

ś

 mogła zakosztowa

ć

 

Ŝ

ycia, o którego istnieniu nie miała

ś

 dot

ą

d poj

ę

cia. To dla mnie bardzo wa

Ŝ

ne, 

Ŝ

eby

ś

 si

ę

 dobrze 

namy

ś

liła, nim postanowisz robi

ć

 te wszystkie rzeczy tylko i wył

ą

cznie ze mn

ą

.

- O ile pami

ę

tam, radziłe

ś

 mi, 

Ŝ

ebym zacz

ę

ła spotyka

ć

 si

ę

 z innymi facetami. Rozumiem, 

Ŝ

e ty w tym 

czasie sp

ę

dzałby

ś

 czas w towarzystwie innych kobiet - siliła si

ę

 na ironi

ę

, ale nie wypadło to zbyt 

przekonuj

ą

co.

- Co takiego? - oburzył si

ę

 Jan. - Sk

ą

d ci to w ogóle przyszło do głowy! Nigdy nie mówiłem, 

Ŝ

chciałbym spotyka

ć

 si

ę

 z kim

ś

 innym poza tob

ą

!

- krzykn

ą

ł tak gło

ś

no, 

Ŝ

e sam si

ę

 wystraszył własnej porywczo

ś

ci. - Przepraszam ci

ę

 - odezwał si

ę

 po 

chwili - miałem dzisiaj ci

ęŜ

ki dzie

ń

. St

ą

d te nerwy. W ogóle ci

ęŜ

ko mi si

ę

 ostatnio 

Ŝ

yje.

background image

- A my

ś

lisz, 

Ŝ

e mi to nie?!

- Wiem, i naprawd

ę

 jest mi przykro. Nie podnios

ę

 wi

ę

cej głosu, obiecuj

ę

. Jeszcze raz powtarzam: 

uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e powinna

ś

 umówi

ć

 si

ę

 z kim

ś

 innym. Jak zreszt

ą

 wida

ć

, nie miała

ś

 z tym najmniejszych 

problemów.

- Posłuchałam przyjacielskiej rady. Skoro tego chciałe

ś

...

- Ja? Nic podobnego!
- Znowu krzyczysz.
- Racja, wybacz. Mo

Ŝ

e i chciałem, ale my

ś

lałem, 

Ŝ

e tak wła

ś

nie by

ć

 powinno. Bo jak inaczej 

mógłbym ci

ę

 prosi

ć

Ŝ

eby

ś

 za mnie wyszła? Chciałem, by

ś

 miała jakie

ś

 porównanie. Sk

ą

d mo

Ŝ

esz 

wiedzie

ć

Ŝ

e to, co do mnie czujesz, to miło

ść

, skoro nigdy nie kochała

ś

 innego m

ęŜ

czyzny? Po prostu 

postanowiłem by

ć

 wobec ciebie w porz

ą

dku.

- W porz

ą

dku?! - teraz ona podniosła głos. - Jak mogłe

ś

 decydowa

ć

, co jest dla mnie dobre? Jakim 

prawem? Dlaczego?

ś

eby ci

ę

 ochroni

ć

!

- Przed czym? Chyba przed samym sob

ą

! Wiesz co? Mam ochot

ę

 ci

ę

 stłuc. Powa

Ŝ

nie! Po raz 

pierwszy w 

Ŝ

yciu mam ochot

ę

 podnie

ść

 na kogo

ś

 r

ę

k

ę

. Uwa

Ŝ

aj wi

ę

c i nie podchod

ź

 do mnie - 

ostrzegła, widz

ą

c, 

Ŝ

e zrobił krok w jej kierunku.

- Naomi... - zwrócił si

ę

 do niej łagodnie jak do rozzłoszczonego dziecka.

- Nie mów do mnie, jakbym była idiotk

ą

! Wiem, 

Ŝ

e za tak

ą

 mnie uwa

Ŝ

asz, ale bez przesady!

- Przesta

ń

, prosz

ę

...

- Tak! Tak wła

ś

nie o mnie my

ś

lisz! Mała, głupiutka istotka, która nawet nie potrafi nazwa

ć

 ani zrozu-

mie

ć

 tego, co czuje! - wołała, miotaj

ą

c si

ę

 po pokoju.

- Swoj

ą

 drog

ą

, znalazłe

ś

 dla mnie wspaniał

ą

 terapi

ę

. Jak my

ś

lisz, z iloma facetami powinnam si

ę

 

przespa

ć

Ŝ

eby zrozumie

ć

, co to jest prawdziwa miło

ść

? Z dziesi

ę

cioma? Nie, za mało? To mo

Ŝ

e z 

dwudziestoma?

- Nie chc

ę

Ŝ

eby

ś

 szła z kimkolwiek do łó

Ŝ

ka! - wrzasn

ą

ł Jan.

- Prawda, zapomniałam, 

Ŝ

e tu nie chodzi o seks - odezwała si

ę

 cierpko Naomi po chwili głuchego 

milczenia. - Dobrze, w takim razie załatwmy spraw

ę

 inaczej. - Podbiegła do swojej teczki i wyci

ą

gn

ę

ła z 

niej 

Ŝ

ółty notatnik. - Prosz

ę

 bardzo, napisz tutaj, ile musz

ę

 odby

ć

 randek, wycieczek za miasto, kolacji 

przy 

ś

wiecach i spacerów przy ksi

ęŜ

ycu, nim b

ę

d

ę

 w stanie rozezna

ć

 si

ę

 we własnych uczuciach. Jako 

prawnik nie powiniene

ś

 mie

ć

 z tym kłopotu.

Tego było za wiele, nawet dla człowieka tak opanowanego jak Jan. Zło

ść

 zapłon

ę

ła w nim z tak

ą

 sił

ą

Ŝ

e pociemniało mu w oczach. Jednym skokiem znalazł si

ę

 obok Naomi, wyrwał jej z r

ę

ki notatnik, po 

czym cisn

ą

ł go w k

ą

t.

- W porz

ą

dku! Wystarczy! Nie zamierzam marnowa

ć

 nast

ę

pnych sze

ś

ciu miesi

ę

cy, czekaj

ą

c, a

Ŝ

 si

ę

 

wyszumisz! - krzykn

ą

ł jej prosto w twarz. - Chc

ę

 ci

ę

 ju

Ŝ

 teraz! To j

ą

 troch

ę

 otrze

ź

wiło. Zło

ść

 zacz

ę

ła w 

niej walczy

ć

 z uczuciem ogromnej rado

ś

ci. Poczuła lekki zawrót głowy.

- Sze

ść

 miesi

ę

cy? - szepn

ę

ła. - Chciałe

ś

 czeka

ć

 a

Ŝ

 sze

ść

 miesi

ę

cy? Naprawd

ę

 tak dokładnie to 

wszystko przemy

ś

lałe

ś

? W takim razie do zobaczenia w kwietniu - rzekła i ruszyła wolno w stron

ę

 

drzwi.

Nie zd

ąŜ

yła ich jednak otworzy

ć

, gdy

Ŝ

 w tej samej chwili poczuła mocne szarpni

ę

cie. Jan chwycił j

ą

 

za rami

ę

 i przyparł do 

ś

ciany. Ujrzała przed sob

ą

 jego w

ś

ciekł

ą

 twarz, a wtedy poczuła si

ę

 jeszcze 

bardziej szcz

ęś

liwa, tak szcz

ęś

liwa, jak nigdy dot

ą

d.

A wi

ę

c jednak udało si

ę

! Była zdolna obudzi

ć

 w nim silne emocje! Potrafiła doprowadzi

ć

 go do szału, 

mogła wi

ę

c równie dobrze sprawi

ć

, by j

ą

 naprawd

ę

 pokochał! I to tak

ą

, jaka była. Niepozorn

ą

, nijak

ą

zahukan

ą

. Prawdziw

ą

 Naomi.

- Zapomnij o tym! - wycedził z w

ś

ciekło

ś

ci

ą

. - Zapomnij o wszystkim, czego ci nagadałem. Nie b

ę

d

ę

 

czekał tak długo. I nie rusz

ę

 si

ę

 st

ą

d bez ciebie. Zostaniesz moj

ą

 

Ŝ

on

ą

, a je

ś

li za jaki

ś

 czas dojdziesz 

do wniosku, 

Ŝ

e popełniła

ś

 bł

ą

d, to trudno, przepadło! Pami

ę

taj, 

Ŝ

e dawałem ci szans

ę

.

- Dobrze - powiedziała tak cicho, 

Ŝ

e ledwie j

ą

 usłyszał, cho

ć

 tak naprawd

ę

 miała ochot

ę

 krzycze

ć

 z 

rado

ś

ci.

- A teraz mo

Ŝ

esz zacz

ąć

 pakowa

ć

 swoje rzeczy! A jak nie... - urwał gwałtownie, bo niewiele brako-

wało, by posun

ą

ł si

ę

 za daleko w swych pogró

Ŝ

kach. - Poczekaj - zmieszał si

ę

 nieco - nie usłyszałem, 

co powiedziała

ś

. Czy powiedziała

ś

 „dobrze"? Czy to znaczy, 

Ŝ

e si

ę

 zgadzasz?

- Tak! - zawołała, chwytaj

ą

c go za klapy marynarki. - Tak, ty głuptasie! - dodała, zagl

ą

daj

ą

c mu w 

oczy. Potem za

ś

 przyci

ą

gn

ę

ła go do siebie i pocałowała prosto w usta.

- Nie głuptasie, tylko idioto - powiedział ze 

ś

miechem Jan, kiedy wreszcie pozwoliła mu złapa

ć

 

oddech.

- Oficjalna inwektywa w naszej rodzinie to aktualnie „idiota".
- Dobrze, idioto - szepn

ę

ła wzruszona - niech b

ę

dzie. Nawet nie wiesz, jaka jestem na ciebie 

w

ś

ciekła.

- Masz do tego prawo - mrukn

ą

ł niewyra

ź

nie, zaj

ę

ty całowaniem jej policzków i szyi - pełne prawo...

- Kiedy ju

Ŝ

 mi przeszło.

- Kocham ci

ę

, Naomi. - Uj

ą

ł jej twarz w dłonie.

- Kocham ci

ę

, słyszysz?

Naomi przymkn

ę

ła powieki. Przez moment zdawało jej si

ę

Ŝ

e ju

Ŝ

 kiedy

ś

 zdarzyło si

ę

 to wszystko. 

Miała nieodparte wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e prze

Ŝ

yła ju

Ŝ

 podobn

ą

 chwil

ę

, a uczucia, których do

ś

wiadczała teraz, były 

tak samo silne jak wtedy. Płyn

ę

ły przez całe ciało gor

ą

c

ą

 fal

ą

, rozgrzewały, dodawały sił i wiary w 

siebie.

- Powiedz to jeszcze raz - poprosiła. - Powiedz, 

Ŝ

e mnie kochasz.

background image

Najpierw j

ą

 pocałował. Czule i delikatnie dotykał wargami jej brwi, oczu, policzków i wilgotnych ust.

- Kocham ci

ę

 - powtórzył wreszcie. - Nie jest wa

Ŝ

ne, jak wygl

ą

dasz, cho

ć

 zawsze b

ę

d

ę

 powtarzał, 

Ŝ

jeste

ś

 pi

ę

kna. Kocham ci

ę

 za to, kim jeste

ś

. Od pierwszej chwili, kiedy ci

ę

 ujrzałem.

- Ja te

Ŝ

 pokochałam ci

ę

 od razu. Nawet nie wiesz, jak bardzo było mi 

ź

le bez ciebie.

- Mam nadziej

ę

Ŝ

e te

Ŝ

 nie mogła

ś

 spa

ć

 po nocach - roze

ś

miał si

ę

 na wspomnienie wszystkich 

godzin, które sp

ę

dził, wpatruj

ą

c si

ę

 w sufit.

- Dobrze ci tak. Byłoby niesprawiedliwie, gdybym tylko ja cierpiała z powodu twoich szalonych pomy-

słów. Pami

ę

taj o tym, kiedy nast

ę

pnym razem przyjdzie ci do głowy decydowa

ć

 za mnie, co mam robi

ć

.

- Nie mów tak. - Jan zanurzył palce w jej g

ę

stych włosach. - Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e nic lepszego ni

Ŝ

 ja nie 

mogło ci

ę

 spotka

ć

.

- Ani ciebie nic lepszego ni

Ŝ

 ja - roze

ś

miała si

ę

 Naomi i oparła ufnie głow

ę

 na jego ramieniu.

Z PAMI

Ę

TNIKÓW DANIELA DUNCANA MACGREGORA.

Mówi

ą

Ŝ

e na staro

ść

 z pami

ę

ci

ą

 dziej

ą

 si

ę

 dziwne rzeczy. Człowiek nie mo

Ŝ

e przypomnie

ć

 

sobie, gdzie był i co robił poprzedniego dnia, za to dokładnie pami

ę

ta wydarzenia sprzed wielu lat. I 

pewnie co

ś

 w tym jest.

Ja na przykład pami

ę

tam dzie

ń

, kiedy poznałem moja Ann

ę

 tak, jakby to było wczoraj. Musz

ę

 

przyzna

ć

Ŝ

e nie od razu zwróciła na mnie uwag

ę

. Mało tego, popatrzyła w moj

ą

 stron

ę

 oboj

ę

tnie, 

jakbym nie istniał. Ale ja si

ę

 tym nie przej

ą

łem. Byłem wtedy młody, krew si

ę

 we mnie burzyła. Ot, 

wielkie, postawne chłopisko, Szkot a

Ŝ

 do szpiku ko

ś

ci, który jakim

ś

 cudem wkr

ę

cił si

ę

 na pota

ń

cówk

ę

 

urz

ą

dzon

ą

 przez, tak zwane „lepsze towarzystwo". Tam wła

ś

nie zobaczyłem Ann

ę

, pi

ę

kn

ą

 i 

ś

wie

Ŝą

 jak 

wiosenny poranek, zachwycaj

ą

c

ą

 w zwiewnej bł

ę

kitnej sukience. Od razu wiedziałem, 

Ŝ

e musi zosta

ć

 

moj

ą

 

Ŝ

on

ą

. Ta albo 

Ŝ

adna - powiedziałem sobie. Jednak Bóg mi 

ś

wiadkiem, 

Ŝ

e trwało długo i ko-

sztowało wiele wysiłku, nim zdołałem j

ą

 do siebie przekona

ć

.

Wszystko to pami

ę

tam doskonale, ka

Ŝ

dy szczegół tamtego wieczoru. 

Ś

wiatła, muzyk

ę

, zapach 

kwiatów i ulotny, delikatny aromat jej perfum. Utkwił mi te

Ŝ

 w pami

ę

ci dzie

ń

, kiedy przywiozłem j

ą

, ju

Ŝ

 

jako moj

ą

 

ś

on

ę

, na to wzgórze, gdzie dzi

ś

 wznosi si

ę

 nasz dom. Pami

ę

tam te

Ŝ

 ostr

ą

ś

wie

Ŝą

 wo

ń

 

wilgotnej ziemi, kiedy sadziłem drzewo, 

Ŝ

eby w ten sposób uczci

ć

 narodziny naszego pierworodnego 

syna. Racj

ę

 maj

ą

 wi

ę

c ci, którzy twierdz

ą

Ŝ

e pami

ęć

 starego człowieka jest jak skarbiec, w którym 

przez całe 

Ŝ

ycie gromadzi si

ę

 nieprzebrane bogactwo prze

Ŝ

y

ć

.

Musz

ę

 jednak powiedzie

ć

ś

e z równ

ą

 precyzj

ą

 potrafi

ę

 odtworzy

ć

 zdarzenia ostatnich dni. Czy 

to znaczy, 

ś

e staro

ść

 jest jeszcze daleko ? Ot, nie dalej jak tydzie

ń

 temu mój wnuk si

ę

 wreszcie o

Ŝ

enił. 

Do dzi

ś

 dnia pami

ę

tam ka

Ŝ

d

ą

 minut

ę

 tej pi

ę

knej ceremonii. Najbardziej wzruszyłem si

ę

 w chwili, gdy 

wspaniale o

ś

wietlony i udekorowany ko

ś

ciół wypełniły d

ź

wi

ę

ki organów. W takt tej podniosłej muzyki 

szła do ołtarza mała, 

ś

liczna Naomi, kolejna promienna panna młoda ze 

ś

liczn

ą

 buzi

ą

 osłoni

ę

t

ą

 

welonem MacGregorów. Mówi

ą

ś

e ka

Ŝ

da kobieta w dniu 

ś

lubu jest pi

ę

kna. 

Ś

wi

ę

te słowa. Zreszt

ą

 jak 

mogłoby by

ć

 inaczej, skoro nie ma nic lepszego ni

Ŝ

 prawdziwa, odwzajemniona miło

ść

. To ona dodaje 

urody, wydobywa wewn

ę

trzny blask.

Jan czekał na ni

ą

 przy ołtarzu, co chwila zerkaj

ą

c przez rami

ę

, taki był niecierpliwy! I wiecie, co 

zrobił ten nasz Złoty Chłopiec ? Jak tylko ucichła muzyka, wzi

ą

ł Naomi za obie r

ę

ce. I zanim ksi

ą

dz 

zd

ąŜ

ył otworzy

ć

 usta, na cały ko

ś

ciół powiedział: „Kocham ci

ę

, Naomi"! Jego silny głos zabrzmiał jak 

uderzenie dzwonu. Od razu poszły w ruch chusteczki, tak si

ę

 ludzie wzruszyli. A ju

Ŝ

 ja najbardziej. 

Prawd

ą

 jest, 

Ŝ

e na staro

ść

 człowiek robi si

ę

 strasznie ckliwy.

Ostatni rok był bardzo pomy

ś

lny dla naszej rodziny. Mieli

ś

my trzy wesela, urodziła si

ę

 

córeczka Julii i Patryka. Bez fałszywej skromno

ś

ci powiem, 

Ŝ

e gdyby nie ja, nie mieliby

ś

my tylu 

powodów do rado

ś

ci. Mog

ę

 teraz spokojnie odpocz

ąć

, posiedzie

ć

 z Ann

ą

 i wygrza

ć

 stare ko

ś

ci przy 

kominku. Za par

ą

 dni sko

ń

czy si

ę

 stary rok, nadejdzie nowy. Oby był równie udany, jak poprzedni. 

ś

eby 

tak si

ę

 jednak stało, musz

ą

 troch

ę

 pokombinowa

ć

, wymy

ś

li

ć

 jak

ąś

 now

ą

 intryg

ę

. B

ę

d

ę

 miał na to cał

ą

 

zim

ę

, bo co innego robi

ć

, gdy wiatr wyje za oknem, a człowiek siedzi sobie ze szklaneczk

ą

 zacnej 

whisky w dłoni? A z wiosn

ą

 na pewno b

ę

d

ę

 miał gotowy plan i wezm

ę

 si

ę

 do dzieła! Nie mog

ę

 przecie

Ŝ

 

zapomnie

ć

 o innych wnukach.