background image

 
 
 
 

MONICA HUGHES 

 
 
 
 

SK

ĄD NIE WIDAĆ 

ZIEMI

 

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: EARTHDARK 
PRZEKŁAD: MIRA MICHAŁOWSKA 

 

 

 

 

 
 

INSTYTUT WYDAWNICZY „NASZA KSIĘGARNIA” WARSZAWA 1984 

background image

 
 

   Glenowi, 
   który w marzeniach 
   wybiega poza Genezis.
 

 
 
 
 
 
 
 
 

GŁÓWNE DATY Z DZIEJÓW KOLONIZACJI KSIĘŻYCA 

 
 

1959   Wysłanie Łuny 2 na Księżyc. 
1968   Apollo 8: pierwszy pojazd z załog
ą na orbicie Księżyca. 
1969   Apollo 11: pierwsze l
ądowanie człowieka na Księżycu. 
1975   Poł
ączenie statków Apollo-Sojuz. 
1985   Zało
żenie bazy ONZ na Sinus Medii: astronauci ZSRR i USA we współpracy 

 z naukowcami angielskimi, francuskimi i niemieckimi. 

1987   Założenie tymczasowej bazy w Kraterze Keplera. Rozpoczęcie prac nad  

techniką egzystencji w warunkach próżni i niskiej temperatury. 

1988   Konstrukcja pierwszego magnetowozu. Otwarcie stacji Imbrium. 
1989   Zało
żenie tymczasowych baz w Kraterach Kopernika i Alfonsusa. 
1990   Zało
żenie stałej bazy w Kraterze Keplera. 
1991   Zało
żenie stałej bazy w Kraterze Kopernika. 
1994   Zało
żenie stałej bazy w Kraterze Alfonsusa. 
1995   Narodziny pierwszego człowieka na Ksi
ężycu; dziecko — syn gubernatora  

Mastermana — otrzymuje imię Kepler. 

1999   Początek eksploatacji surowców w Kraterze Aristarchusa. 
2000   LEMCON otrzymuje od ONZ prawo eksploatacji zasobów mineralnych  

Księżyca. 

2003   LEMCON ogłasza zakaz wstępu dla kolonistów do swojej bazy na  

Aristarchusie. 

2005   Początek projektu Genezis. 
2010   Gubernator Masterman udaje si
ę na Ziemię, do siedziby ONZ w sprawie  

uzyskania nowego mandatu dla kolonistów Księżyca. Nowy mandat ONZ.  
Zako
ńczenie budowy Genezis. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Prom księżycowy usiadł na lądowisku numer 4 dworca lotniczego na Imbrium w samo 

południe. Powracałem na Księżyc, po trzech miesiącach nieobecności. 

Głuchy,  raczej  odczuwalny  niż  słyszalny  stuk  uświadomił  mi,  że  transporter  połączył 

się  ze  śluzą  powietrzną.  Drzwi  kabiny  rozsunęły  się  z  lekkim  sykiem.  Siedzieliśmy  z  ojcem 
na  sąsiadujących  ze  sobą  fotelach.  Teraz  rozpięliśmy  pasy  bezpieczeństwa  i  podążyliśmy 
przez  wąskie  przejście  ku  wyjściu.  Po  drodze  lustrowałem  pozostałe  fotele.  Z  pozostałych 
czternastu dwanaście zajmowali oczywiście turyści. Tuzin pasażerów to wcale dobry komplet 
jak  na  południowy  rejs.  Sezon  rozpoczynał  się  wraz  ze  wschodem  Słońca,  a  wtedy  ceny 
przelotu były znacznie wyższe i oprócz pieniędzy trzeba było mieć dobre chody, żeby zdobyć 
bilet. 

Albowiem po porannym lądowaniu podróżni mogli oglądać z balkonów hotelu „Srebrny 

Hilton”  wspaniałą  panoramę  gór  Haemus  rozciągających  się  na  południowym  wschodzie, 
których  wierzchołki  stawały  —  jeden  po  drugim  —  w  blasku  nowego  dnia,  aż  cały  łańcuch 
przeistaczał się w płomieniste półkole. Potem na czarnym jak atrament niebie ukazywało się 
Słońce  i  zalewało  pusty  basen  Morza  Spokoju  oślepiającym  światłem.  Był  to  zaiste  widok 
wart olbrzymich sum w dolarach, funtach, markach czy rublach, więc nic dziwnego, że poran-
ne loty na Księżyc zamawiać trzeba było na rok lub dłużej z góry.           

Mniej  zamożni  turyści  przyjeżdżali  w  południe,  tak  jak  dzisiaj  ojciec  i  ja.  Krajobraz 

księżycowy jest wówczas rozmyty przez znajdujące się prosto nad głową ostre światło Słońca 
i mój piękny świat wygląda jak wymodelowany w szarawym cemencie. Nocne promy wype-
łnione są zazwyczaj naukowcami, którymi są bądź astronomowie wykorzystujący swoje urlo-
py, by napawać się widokiem wszechświata nie zakłóconego przez atmosferę, bądź też inży-
nierowie,  pragnący  osobiście  zbadać  zjawisko  superzimnej  próżni,  którą  odznacza  się  długa 
księżycowa noc. 

Jakiś  niecierpliwy  byznesmen  poszedł  za  naszym  przykładem  i  nie  chcąc  stracić  ani 

chwili  cennego  i  kosztownego  czasu  zerwał  się  na  nogi.  Natychmiast  opadł  z  powrotem  na 
siedzenie i wydając bolesny jęk chwycił się za głowę, którą uderzył w sufit. Pozostali pasaże-
rowie leżeli potulnie w swoich fotelach i czekali, aż stewardesa pomoże im dostosować się do 
nagłej utraty wagi. 

Daremnie  powstrzymywałem  się  od  śmiechu.  Przez  trzy  miesiące  przebywałem  poza 

moim żywiołem walcząc z udręką sześciokrotnie zwiększonej wagi mojego ciała i wysłuchu-
jąc  irytujących  uwag  Ziemian.  Jakże  dobrze  było  znaleźć  się  znowu  we  własnym  świecie! 
Ciało moje bez trudu przypominało sobie znajome ruchy, nogi wykonywały  długie powolne 
susy, chodząc przenosiłem się z pięt na palce, przechylone ku przodowi ciało rozluźniało się, 
ramiona równoważyły ruchy nóg. 

Przez całą drogę do dworca lotniczego Morza Deszczów czułem się znakomicie. Trans-

porter połączył się ze śluzą, drzwi rozsunęły się ukazując wąski tunel pomalowany na dobrze 
mi znany kolor ciemnej zieleni. Księżycowej zieleni! 

Nie wiem, czy to na Ziemi jakiś zatrudniony w przemyśle psycholog uznał, że ten odra-

żający  kolor  jest  najbardziej  odpowiedni  dla  ludzi  przebywających  w  izolowanych  pomie-
szczeniach, czy też jakiś humorysta orzekł, że skoro już wiadomo, że Księżyc nie jest zrobio-
ny  z  zielonego  sera,  to  powinien  przynajmniej  być  pomalowany  na  zielono.  I  tak  się  stało. 
Zieleń pokrywała wszystko. A ja już zapomniałem jak przygnębiający jest ten kolor. 

Drzwi u końca tunelu otworzyły się, weszliśmy pod kopułę hali dworcowej. Zastaliśmy 

tam oczywiście tłumy, które przyszły na powitanie mojego ojca, gubernatora Księżyca. Roz-
poznałem Milesa Fargo, dyrektora LEMCON-u, czyli konsorcjum zajmującego się eksploata-

background image

cją zasobów mineralnych Księżyca, otoczonego przez swoich zbirów, którzy wyglądali jakby 
rwali  się  do  bitki.  LEMCON  *  to  olbrzymi  koncern  wielonarodowy,  który  odsunął  wcze-
snych kolonistów księżycowych i opanował całą eksploatację naszych zasobów mineralnych. 
Znalazł też sposób na przekazywanie zysków macierzystemu przedsiębiorstwu na Ziemi. My, 
ludzie Księżyca, nie mieliśmy udziału w tych zyskach, toteż mój ojciec i pan Fargo byli wro-
gami, chociaż nigdy nie podnieśli na siebie ani ręki, ani głosu. To, czego chcieli dokonać na 
Księżycu, było krańcowo sprzeczne. 

Pozostali  witający  byli  naszymi  przyjaciółmi  —  przeważnie  przedstawiciele  różnych 

baz księżycowych.  

Dostrzegłem Joe Asakę z bazy Kopernika i Pierre'a Laframboise, dyrektora „Srebrnego 

Hiltona”.  Przypuszczam,  że  był  zaniepokojony  plotkami  o  tendencjach  niepodległościowych 
na  Księżycu.  Obawiał  się,  że  wpłyną  na  zmniejszenie  ruchu  turystycznego,  który  był  wciąż 
głównym źródłem naszych dochodów. 

Sir Michael Stokes, na którego przyjaciele mówią Mick, przemierzył tysiąc trzysta kilo-

metrów  od  stacji  wulkanologicznej  z  bazy  Alfonsusa,  żeby  porozmawiać  z  ojcem.  Nad  tłu-
mem  witających  górowała  siwa  czupryna  Huntleya  Shepparda.  Jego  przybycie  nie  było  dla 
nas  niespodzianką.  Pod  nieobecność  gubernatora  właśnie  on  zarządzał  kolonią.  Sprawował 
urząd kontrolera, toteż miał ojcu wiele spraw do przekazania. 

Koloniści i przedstawiciele LEMCON-u otoczyli nas, czekając na okazję do rozmowy z 

ojcem,  a  dwunastu  turystów,  którzy  wysiedli  z  promu,  kręciło  się  niespokojnie  po  hallu  w 
oczekiwaniu transportu do hotelu, tak więc dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że 
Ann Sheppard nie przybyła z ojcem z bazy Keplera, żeby mnie powitać. 

W czasie trzymiesięcznego pobytu na Ziemi pisywałem do niej regularnie... może nie za 

często, gdyż tak wiele działo się dokoła mnie... ale przecież wciąż o niej myślałem, zwłaszcza 
w czasie ostatnich trzech tygodni pobytu na Ziemi, już po pożegnaniu się z Hilary. A miałem 
przecież tyle do opowiedzenia. O moim pobycie w morzu na konszelfie ** z wujem Tedem, 
ciotką Janet i kuzynem Jonem. I o Hilary.  

Chociaż postanowiłem, że nie powiem Ann zbyt wiele o Hil. Trudno byłoby mi wytłu-

maczyć  jej  moje  uczucia  w  stosunku  do  dziewczyny  o  rudych  włosach  i  perłowej  cerze,  nie 
raniąc jej uczuć. A tymczasem Ann wcale nie przyjechała. Nie przebyła tych bez mała dzie-
więciuset kilometrów z bazy Keplera, żeby mnie powitać. 

Przełknąłem  ślinę,  opadły  mi  ramiona.  Ojciec  był  wmieszany  w  tłum  ludzi,  z  których 

każdy próbował dotrzeć do niego, przy czym wszyscy mówili naraz. Ojciec krzyknął do mnie 
ponad głowami ciżby, która popychała go w stronę wind: 

— Kep, przepraszam cię bardzo. To mi zajmie kilka godzin. Dasz sobie radę? 
— Oczywiście, ojcze. Na pewno. Przecież jestem w domu! 
Wyszczerzyłem  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  Turyści  patrzyli  na  mnie  z  respektem  i 

szeptali pomiędzy sobą. 

Ostre  światło  zbliżającego  się  odrzutowca  zabłysło  przez  chwilę  w  ciemnych  szybach 

okien. Przedstawiciel hotelu zaczął poganiać turystów w kierunku śluzy powietrznej, do któ-
rej właśnie przycumował luksusowy pojazd odrzutowy. Za kilka chwil polecą wzdłuż łańcu-
cha Apeninów do hotelu zbudowanego na wschodniej krawędzi przylądka Fresnela. 

Właz śluzy zamknął się za nimi. Byłem sam. 
Aparatura klimatyzacyjna szumiała z cicha. Plastykowe paski zwisające z otworów we-

ntylacyjnych pod sufitem unosiły się i skręcały. Przechodząc przez pustą halę stąpałem bez-
szmerowo po zielonej, wyłożonej winylem posadzce. 

Spojrzałem na rząd wind. Wyboru wielkiego nie miałem. Mogłem zjechać jedno piętro 

w dół do kafeterii i coś zjeść, ale w całkowitej  samotności, gdyż nie będzie tam nawet kelner- 
 

  * Skrót od nazwy: Lunar Exploration and Mining Consortium 
** Przeżycia bohatera na Ziemi opisała autorka w wydanej w r. 1980 książce pt. Bunt na Konszelfie 10

background image

ki, z którą można by zamienić kilka słów. Dwa piętra niżej znajdowała się siedziba personelu 
technicznego  i  kierowców  oraz  jakie  pół  tuzina przegród  z  łóżkami  dla gości.  Trzecia  dolna 
kondygnacja była niedostępna dla wszystkich oprócz członków ekipy technicznej. Znajdowa-
ły się tam urządzenia do oczyszczania wody i regenerator powietrza oraz aparatura włączają-
ca  jedno  i  drugie  do  ponownego  obiegu,  monitory  ciśnienia  i  ogrzewania  oraz  elektrownia. 
Jeszcze  niżej,  głęboko  pod  powierzchnią  Księżyca,  znajdował  się  schron  przeciwburzowy  i 
wielki skład pojemników z wodą i tlenem. 

Odwróciłem  się  od  wind  i  wspiąłem  się  kręconymi  schodami  na  wieżę  obserwacyjną 

siedzącą niczym wielki pęcherz na wypukłym dachu kopuły hali dworcowej. Metalowe scho-
dy hałasowały, właz ciężkiej śluzy powietrznej otworzył się z trzaskiem. Kiedy znalazłem się 
na  górze,  zamknąłem  za  sobą  właz.  Półkolista  szyba  oddzielająca  mnie  od  próżni  stanowiła 
słaby punkt budowy dworca, ale projektanci uznali, że wspaniały widok, jaki dzięki niej uzy-
skali,  usprawiedliwia  ryzyko.  Znajdujące  się  pod  moimi  nogami  drzwi  zabezpieczały  resztę 
budynku przed ciśnieniem, w razie gdyby stało się tutaj coś złego. 

Pomieszczenie to miało surowy charakter i było puste, jeżeli nie liczyć barierki biegną-

cej  wzdłuż  ścian  na  wysokości  metra  od  podłogi.  Przybysze  z  Ziemi  doznawali  czasami  za-
wrotów głowy, kiedy po raz pierwszy spoglądali na nagą powierzchnię Księżyca, roztaczającą 
się  dokoła  nich  i  pod  ich  nogami,  no  i  na  gwiazdy  połyskujące  w  bezkresnej,  czarnej  prze-
strzeni nad ich głowami. Barierka umożliwiała im oparcie się o coś. 

Pomieszczenie, jak już mówiłem, miało charakter surowy, ale nie tak surowy jak widok 

rozciągający się za przyciemnioną szybą. Było samo południe i jedyny cień w polu widzenia 
stanowiła czarna smuga pod brzuchem hotelowego odrzutowca zaparkowanego na lądowisku. 
Poza tym krajobraz księżycowy oślepiał cementową bielą. 

Był  to  ten  sam  widok  Księżyca,  jaki  zapamiętali  prawie  wszyscy  Ziemianie  podczas 

pierwszych  lądowań  Apolla.  ówczesne  zdjęcia  telewizyjne  utrwaliły  w  umysłach  ludzkich 
Księżyc jako satelitę Ziemi absolutnie białego i jałowego. 

Ale  on  nie  zawsze  jest  taki.  Bywa  bardzo  piękny,  zależnie  od  swoich  faz  i  nastrojów. 

Rano kładą się nań długie, faliste cienie, a terminator * iskrzy się niczym droga wybrukowana 
milionem kosztownych kamieni. Pod wieczór jego powierzchnia mieni się subtelnymi paste-
lowymi  barwami,  a  nocą  ciemnieje  do  głębokiego  brązu  pod  wpływem  promieniującego  z 
Ziemi światła. 

Uważałem Księżyc za najpiękniejsze miejsce wszechświata, ale musiałem przyznać, że 

południowe  Słońce  nie  było  dlań  łaskawe.  Jego  przerażający  blask  rozmazywał  delikatny 
rysunek skał, niweczył subtelne kontury krajobrazu, poza tym zdawałem sobie sprawę, że na 
zewnątrz  panuje  straszliwe  gorąco,  trzykrotnie  większe  niż  to,  jakie  bywa  w  kalifornijskiej 
Dolinie Śmierci. Potrafi ono w ciągu kilku sekund całkowicie odwodnić ludzki organizm. 

Spojrzałem  w  niebo.  Mając  Słońce  za  sobą,  mogłem  obserwować  wszystkie  odcienie 

ciemnego, upstrzonego gwiazdami nieba, od ostrego błękitu aż po ciemną czerwień. 

Ziemia znajdowała się na wschód od Słońca, w tym samym co ono kwadrancie **; żeby 

ją zobaczyć, musiałem przesłaniać oczy. Na Ziemi panowała noc. Patrzyłem na tę miedzianą 
tarczę, która zdawała się zwisać tuż nad moją głową, i próbowałem rozróżniać zarysy konty-
nentów. 

Czy to, co jest na prawo, to atlantyckie wybrzeże Ameryki Północnej? Wiedziałem, że 

tam,  w  głębinach  Atlantyku,  znajduje  się  Konszelf  10,  zimny,  ciemny,  podwodny  świat,  nie 
znający Słońca, Księżyca i fal. Przez trzy wspaniałe miesiące to spokojne miejsce było moim 
domem. Tam mieszkają moja ciotka, mój wuj i kuzyn Jon. Opodal, w swoim domu, śpi teraz 
Hilary... Hil o perłowej cerze i koralowych włosach... Jej oczy są najbłękitniejsze na świecie, 
a przy kącikach ust ma małe dołeczki... 
 

  * Linia odgraniczająca część powierzchni Księżyca oświetloną przez Słońce od części nie oświetlonej. 
** Ćwiartka obwodu koła. 

background image

Hilary potrafiła czynić ze mnie najszczęśliwszego z ludzi, ale i rozgniewać bardziej niż 

ktokolwiek inny. Była żywa i jakże pociągająca. Także wtedy, kiedy śmiała się i naigrywała 
ze  mnie,  pouczała  mnie,  okłamywała,  oszukiwała,  a  nawet  kiedy  narażała  nas  na  śmierć. 
Hilary robiła wszystko z pasją i zapamiętaniem. 

Postanowiłem  przestać  o  niej  myśleć  i  skoncentrowałem  się  na  Ann.  Przecież  to  Ann 

zostanie  moją  żoną  i  to  już  za  trzy  lata,  kiedy  tylko  skończę  ze  szkołą  i  zacznę  pracować. 
Wobec  tej  perspektywy  samo  myślenie  o  Hilary  było  zdradą.  Ale  dlaczego  Ann  nie  przyje-
chała, żeby mnie powitać? 

Zjechałem do kafeterii, nacisnąłem guziki automatu i wziąłem sobie zupę i sandwicza. 

Na sali stało kilkanaście małych, metalowych stolików. Wszystkie były puste. Mogłem sobie 
wybrać dowolne miejsce. 

Zupa  była  gorąca  i  pożywna,  na  bazie  soi,  okraszona  syntetycznym  smakiem  cebulo-

wym, a sandwicz zawierał produkty drożdżowe pochodzące z naszych plantacji, opartych na 
bezglebowej  uprawie  wodnej  roślin.  Było  to  solidne,  wysokoproteinowe  jedzenie.  Będę  się 
tak  odżywiał  do  końca  życia.  Dlaczego  więc  nagle  smakowało  mi  to  jakby  było  tekturą?  I 
dlaczego przychodziła mi ślinka do ust na myśl o frykasach podmorskiej kuchni ciotki Janet? 

Odsunąłem  talerz.  Miałem  dość.  Spojrzałem  na  najbliższy  ekran.  Zobaczyłem  na  nim 

luksusowy  odrzutowiec.  Jego  silniki  wznosiły  chmurę  księżycowego  pyłu.  Patrzyłem,  jak  z 
wolna znikał z pola widzenia, podążając na wschód w kierunku „Srebrnego Hiltona”. Obłok 
pyłu osiadał powoli. Jak bardzo powoli działo się wszystko w obrębie niskiej grawitacji Księ-
życa! 

„Jakim sposobem oglądamy te widoki siedząc dziesięć metrów pod ziemią?” — dziwili 

się zazwyczaj turyści. Wówczas tłumaczyliśmy im, że to dzięki zamkniętemu obwodowi tele-
wizyjnemu.  Pierwsi  koloniści  zainstalowali  go,  żeby  obronić  się  przed  uczuciem,  że  jest  się 
zamkniętym i pogrzebanym. Ja osobiście nigdy czegoś takiego nie odczuwałem. Może dlate-
go, że nie znałem domu o prawdziwych oknach, za którymi była prawdziwa atmosfera. 

Nagle  usłyszałem  jakiś  hałas  na  korytarzu.  Z  pokoju  konferencyjnego  wysypali  się 

ludzie.  Ponad  tłumem  mężczyzn  i  kobiet  wybijały  się  dwie  głowy:  mojego  ojca  i  Huntleya 
Shepparda. Odsunąłem mój nieciekawy posiłek i przecisnąłem się ku nim. 

—  Panie  doktorze,  gdzie  Ann?  —  zapytałem  natarczywie,  bez  śladu  obowiązującej  na 

Księżycu uprzejmości. 

Skrzywił  się  na  mój  brak  wychowania,  ale  po  kilku  sekundach  wahania  odpowiedział, 

mówiąc z miękkim szkockim akcentem: 

— Ann? Cóż, jest teraz w domu, w bazie Keplera. A gdzież by miała być?                 
— Tutaj. Żeby mnie powitać. Po trzech miesiącach rozstania. 
Mówiłem trochę za głośno, więc ludzie zaczęli mi się przyglądać. Myślałem o tym, że 

niewiele brakowało, a rozstalibyśmy się z Ann na zawsze. Przecież omal nie zginąłem w lo-
dowatych wodach Atlantyku, kiedy próbowałem przywołać do rozsądku oszalałych podmor-
skich buntowników. Zaczerwieniłem się ze złości. 

— No tak — Sheppard uniósł brwi. — Trzy miesiące. Tylko trzy księżycowe dni i noce. 

Ale w tym krótkim czasie zmieniłeś się bardzo, prawda? Bądź spokojny, niedługo zobaczysz 
Ann. Dzisiaj jest zajęta. 

Odwrócił  się  i  zaczął  rozmawiać  z  Mickiem  Stokesem,  wulkanologiem.  Znalazłem  się 

sam. Stałem w tłumie z uszami płonącymi ze wstydu i tymi moimi zbyt długimi, ostrzyżony-
mi według ziemskiej mody włosami. 

Na  szczęście  nie  trwało  to  długo.  Transporter  do  bazy  Keplera  był  gotów  do  odjazdu. 

Ojciec  wydostał  się  zręcznie  z  grupy  ludzi  wyglądających  na  pracowników  LEMCON-u. 
Wsiedliśmy do windy jadącej w górę do hali dworcowej. Wysiedliśmy z niej wprost do ma-
gnetowozu. 

Kontroler pozostał na dole, chcąc wykorzystać obecność przedstawicieli wszystkich baz 

background image

księżycowych,  by  omówić  z  nimi  bieżące  sprawy.  Byliśmy  więc  z  ojcem  sami,  jeżeli  nie 
liczyć kierowcy i jego pomocnika. 

Obawiałem się, że mnie skarci, ale ojciec powiedział tylko: 
—  Kep,  musisz  się  znowu  dostosować  do  naszych  zwyczajów.  Niedługo  wejdziesz 

znów w tutejszy tryb. Ja też lubię swobodny sposób bycia Ziemian, ale pamiętaj, że na Księ-
życu  jesteśmy  społeczeństwem  zamkniętym  i  ściśle  nadzorowanym.  Po  prostu  nie  możemy 
sobie pozwolić na zadzieranie z ludźmi. 

Od  czasu  śmierci  matki  i  jego  nominacji  na  gubernatora  widywaliśmy  się  rzadko,  ale 

był on dla mnie nadal najmilszym i najwspanialszym człowiekiem, jakiego znałem. 

Zostawiłem go wyjmującego z teczki plik papierów i przeszedłem do kabiny kierowcy. 

Jego pomocnik spał, wykorzystując przerwę w pracy, więc usiadłem obok Tima O'Connora i 
przyglądałem się krajobrazowi przesuwającemu się przed nami na monitorach telewizora. 

Magnetowóz  był  nisko  zawieszony  na  wielkich  kołach,  przedziały  dla  pasażerów  i 

załogi umieszczone były tuż nad osiami tych kół, bo zachowanie równowagi w tym świecie 
słabej grawitacji nie było rzeczą prostą. Ograniczoną widoczność kompensowało telewizyjne 
oko zamontowane na niewielkim maszcie. 

Aluminiowe przesłony umieszczono z przodu, z tyłu i poniżej masztu i to z ich powodu 

żartobliwie nazywano wóz „parasolką”. Przesłony chwytały promienie słoneczne i przemie-
niały  je  w  elektryczność  dla  silników  umieszczonych  nad  każdym  z  kół.  Magnetowóz  był 
stosunkowo  powolnym  pojazdem,  wolniejszym  od  lewiciągu.  Potrzebował  prawie  czterech 
godzin na przebycie dziewięciuset kilometrów od dworca Imbrium do bazy Keplera. W nocy 
ta sama podróż trwa niecałą godzinę. 

W  nocy,  kiedy  intensywne  zimno  i  próżnia  wprawiają  w  ruch  prawa  fizyki  znane  na 

Ziemi jedynie z teorii, księżycowe lewiciągi przelatują po specjalnych, pokrytych aluminium 
torach  z  szybkością  dochodzącą  do  tysiąca  pięciuset  kilometrów  na  godzinę.  Teoretycznie 
mogą osiągać dwukrotnie większą szybkość, ale nigdy nie spróbowaliśmy tego. Ilość energii 
zużytej  na  hamowanie  byłaby  marnotrawstwem  nawet  przy  podróżach  między  bazami  odle-
głymi od siebie o półtora tysiąca kilometrów. 

W  nocy  srebrne  szlaki  roiły  się  od  pojazdów  towarowych,  przewożących  minerały 

wydobyte w kopalni LEMCON-u do stacji ziemskich promów, wodę z kopalni do baz kolonii 
i  ważne  dla  nas,  a  nie  istniejące  na  Księżycu  surowce  ze  stacji  Imbrium  do  kolonii.  Sieć 
delikatnych,  pokrytych  aluminium  szlaków  przecinała  powierzchnię  Księżyca  połyskując  w 
świetle Ziemi niczym sieć olbrzymiego pająka. 

Ale teraz,  gdy przypiekało Słońce, lewiciągi były bezużyteczne, a srebrne drogi leżały 

odłogiem.  My  tymczasem  jechaliśmy  naszą  staroświecką  „parasolką”  wyschniętym  mare  *  
mając Karpaty po lewej stronie. 

— Co się tu u was działo, Tim? — zapytałem kierowcę. 
— Jakoś leciało — wzruszył ramionami nie spuszczając z oka monitora. — Twój ojciec 

zrobił dla nas wspaniałą robotę w ONZ, ale zapamiętaj moje słowa, zobaczysz, że LEMCON 
się odegra. 

— Odegra się? — powtórzyłem. — A co oni mogą zrobić? Skoro ONZ dał nam mandat 

na  samodzielne  prowadzenie  naszych  spraw  nie  wyłączając  eksploatacji  surowców,  to 
LEMCON musi zastosować się do tej decyzji. 

— Nie wiem — Tim O'Connor znów wzruszył ramionami. — Kierowca w czasie jazdy 

słyszy  różne  rzeczy.  Mówi  się,  że  górnicy  na  Aristarchusie  są  bardzo  wzburzeni.  Oni  też  są 
zainteresowani sytuacją na Księżycu. Pracują przecież przez osiemnaście miesięcy z dala od 
domu i rodziny. To nie jest przyjemne. 

— O ile wiem, dobrze im się za to płaci. 

 

* Morze (łac.).

 

background image

—  No  tak,  ale  przecież  nie  za  nic.  To  ciężka  praca,  samotna  i  niebezpieczna.  Możesz 

być pewny, że jeżeli koloniści księżycowi mają mieć sprawiedliwy udział w zyskach z górni-
ctwa, to nie stanie się to kosztem dochodów akcjonariuszy LEMCON-u na Ziemi. Wyduszą je 
z premii górników albo za cenę zmniejszenia warunków bezpieczeństwa w kopalniach. Mówi 
się także, że LEMCON planuje zwolnienie ludzi z pracy, a nawet całkowite wycofanie się z 
eksploatacji Księżyca i powrót na Ziemię.  

Potrząsnąłem głową. 
— To byłoby szaleństwo. Im nasze surowce są potrzebne. Przecież wielkie mocarstwa 

na Ziemi niemalże wyczerpały swoje zasoby. To, co jeszcze pozostało, znajduje się w krajach 
rozwijających  się,  a  te  potrzebują  surowców  dla  własnego  rozwoju,  jeżeli  mają  się  w  ogóle 
rozwijać. 

— Mam nadzieję, Kep, że nigdy nie dojdzie do konfrontacji. Kiedy słaby ma obwarza-

nek, a silny jest głodny, to można bez pomocy wróżki przewidzieć, co się stanie. 

Spojrzał na monitor, sprawdził nasze położenie i zmienił kurs w kierunku południowo-

zachodnim. Nie jechaliśmy już po stosunkowo płaskim Mare Imbrium, ale musieliśmy prze-
mykać  się  pomiędzy  kraterami,  przy  czym  niektóre  przesmyki  były  tak  wąskie,  że  groziło 
nam  stracenie  koła,  inne  natomiast  tak  wielkie  jak  Kepler.  Słońce  mieliśmy  teraz  po  lewej 
stronie. Świeciło prosto w monitor, który pokazywał nam szczyty Karpat. Tim pokręcił gałka-
mi, dostroił filtry i przyciemnił ekran tak, żeby wyeliminował słoneczny poblask, ale otrzymał 
dość jasny obraz. Wiedziałem, że na odcinku następnych osiemdziesięciu kilometrów nawiga-
cja  będzie  trudna.  Zostawiłem  więc  Tima  i  powróciłem  do  kabiny  pasażerskiej  do  ojca. 
Powtórzyłem mu to, co mówił Tim o LEMCON-ie. Ojciec uśmiechnął się trochę sztucznie. 

— Tim O'Connor mówi zupełnie to samo, co Miles Fargo.               
— Dyrektor LEMCON-u? Czy jest bardzo zły? 
— Nie spodziewasz się chyba, że jest zadowolony? Ale to realista. Wiedział, że wcze-

śniej czy później to musiało nastąpić. Kolonia księżycowa ma już prawie dwadzieścia pięć lat 
i od dziesięciu  LEMCON eksploatuje ją bezlitośnie. Wykorzystuje naszą, z trudem zdobytą, 
technologię,  bogaci  się  na  naszych  zasobach  surowcowych,  osiągnął  olbrzymie  zyski  i  nie 
płaci nam ani grosza. Tak dłużej być nie mogło. Miles Fargo wie to równie dobrze jak my. 

— Ale obawiasz się, że to nie powstrzyma go od walki z nami — patrzyłem ojcu prosto 

w twarz. — Ojcze, a co zrobisz, jeżeli górnicy zbuntują się? — zapytałem brutalnie. 

Z kolei on spojrzał mi w oczy, unosząc wysoko krzaczaste brwi. 
—  No  cóż.  Tim  O'Connor  jest  tym  jedynym  Irlandczykiem  nieskłonnym  do  przesady. 

Ale jeżeli wydarzy się coś takiego, to mam nadzieję, że zajmie się tym policja kopalniana. 

—  A  jeżeli  nie?  Przypuśćmy,  że  LEMCON  zdecyduje  się  przymknąć  oczy  i  pozwolić 

na bunt. Ojcze, przecież my w ogóle nie mamy policji! 

—  I  dzięki  Bogu  nigdy  jej  nie  potrzebowaliśmy.  Dwadzieścia  pięć  lat  bez  jednego 

przestępstwa to znakomita statystyka. Mam nadzieję, że ją utrzymamy... Wierzę, że uda się to 
nam. Jeżeli wszyscy zachowają zimną krew. W s z y s c y, Kep. 

Ojciec otworzył inną teczkę i ponownie nałożył okulary na nos, kończąc w ten sposób 

rozmowę. 

Poczułem  się  dotknięty.  Czyżby  ojciec  uważał,  że  wtrącam  się  do  nie  swoich  spraw? 

Czyżby nie miał do mnie zaufania? Przecież to, co zdarzyło się na Konszelfie 10, nie było z 
mojej  winy.  To  się  po  prostu...  no...  zdarzyło.  I  wszystko  się  dobrze  skończyło.  W  morskiej 
głębinie  zapanował  spokój,  a  ojciec  powrócił  tryumfalnie  na  Księżyc  z  mandatem  ONZ  w 
kieszeni.                                   

O co więc chodziło? Dlaczego poczułem się opuszczony, dlaczego byłem niespokojny? 

Czy dlatego; że sprawy nie ułożyły się tak, jak sobie wyobrażałem? Myślałem, że wyląduje-
my z ojcem na Księżycu w blasku glorii! Powitają nas jak bohaterów i Ann będzie się przy-
glądała  temu  tryumfowi.  A  ona  w  ogóle  nie  przyjechała.  To  prawie  tak,  jak  gdyby  nie  po-

background image

chwalała tego, co zrobiłem. Poza tym o żadnym tryumfie nie było mowy. Wszystko okazało 
się niewypałem. 

Zaczynałem  wątpić,  czy  aby  mandat  ONZ  był  wart  tyle,  co  papier,  na  którym  został 

napisany. Może Księżyc musi sam zadbać o siebie, włącznie z utworzeniem własnej policji? 
Wtedy  dopiero  pokażemy  LEMCON-owi,  kto  tu  rządzi...  W  tym  momencie  przypomniałem 
sobie, ile osób pracowało w siłach policyjnych na Konszelfie 10 i nienawiść, która ich otacza-
ła. Więc i to nie jest rozwiązaniem. 

Jechaliśmy  na  południowy  zachód,  ojciec  całkowicie  ugrzązł  w  papierach,  a  ja  rozpa-

rłem się w fotelu, wsunąłem ręce do kieszeni i nienawidziłem całego świata. Nie wiem nawet, 
kiedy ukazała się w naszym polu widzenia baza Keplera, baza księżycowa, gdzie przyszedłem 
na  świat.  Ja,  pierwsze  dziecko  urodzone  na  Księżycu.  Nie  zauważyłem,  kiedy  minęliśmy 
brzeg krateru. Dopiero kiedy poczułem lekki stuk świadczący o tym, że  połączyliśmy się ze 
śluzą powietrzną, zdałem sobie sprawę, że wreszcie dotarłem do domu. 

Tym razem Ann na mnie czekała. Przyszło chyba z pięćdziesiąt osób, ale ja widziałem 

tylko ją. Zanim ojciec zdążył zgarnąć swoje papiery, byłem już po drugiej stronie śluzy i trzy-
małem ją w ramionach. 

Wydała mi się tak drobna i delikatna, że dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, 

jak rozwinęły się moje mięśnie w czasie pobytu pod powierzchnią oceanu. 

— Przepraszam, Ann. Nie chciałem cię zgnieść!  
Odsunęła się nieco, a na jej bladą twarz wystąpił rumieniec. 
— Kep! Wszyscy na nas patrzą! 
— A niech patrzą. Och, Ann, tak mi ciebie brakowało! 
—  Tak,  oczywiście,  mnie  też  —  wyszeptała.  —  Ale  uważaj.  Nie  można  publicznie 

okazywać swoich uczuć. Czy już zapomniałeś o manierach obowiązujących u nas? 

Tym razem ja się zarumieniłem. Opuściłem ręce. 
— Przepraszam... Byłem po prostu... 
Uśmiechnęła  się  skromnie  i  odgarnęła  swoje  krótkie,  ciemne  włosy.  Nie  pamiętałem 

już, jak piękne były jej piwne oczy. Kiedyś, w porywie poetyckiego uniesienia, powiedziałem 
jej, że są przepastne jak kosmos. Było to nadal prawdziwe. Tylko... tylko szkoda, że nie roz-
palały się w nich iskierki, kiedy się uśmiechała. Tak jak w oczach Hil. 

Odsunąłem od siebie wspomnienie o tamtej dziewczynie. 
—  Czy  masz  teraz  czas,  Ann?  Szukałem  cię  na  dworcu  w  Imbrium.  Dlaczego  nie 

przyjechałaś? Tyle mamy sobie do opowiedzenia! 

Ann zawahała się. 
— Nie wiem, Kep. Czuję się jakoś dziwnie. Tak dużo słyszałam... myślę o twoich przy-

godach na Ziemi. Ale mam teraz czas. Jest przerwa obiadowa, a potem właściwie powinnam 
przez kilka godzin odrabiać lekcje. Ale mogę chyba raz jeden zwagarować. 

Uśmiechnęła  się  i  ruszyła  naprzód  do  windy.  Była  niska,  nie  mogła  mieć  więcej  niż 

metr  pięćdziesiąt  wzrostu.  Ale  dzięki  wspaniałej  postawie  i  iście  królewskiemu  sposobowi 
poruszania się robiła wrażenie wysokiej. Umiała nawet przydać elegancji i oryginalności pło-
wemu mundurowi, składającemu się z tuniki i spodni, które na Księżycu nosili zarówno męż-
czyźni, jak i kobiety. 

„Mam szczęście” — powiedziałem sobie stanowczo i wszedłem za nią do windy. 
— Cóż za szczęście znaleźć się znowu w domu! — zawołałem. 

 
 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Co  za  szczęście  znaleźć się  znowu  w  domu!  W  ciągu  następnych  siedmiu  zmian  księ-

życowego dnia i czternastu zmian nocy powtarzałem sobie uparcie, że dobrze jest znaleźć się 
znowu  w  domu,  czyli  na  Księżycu.  I  ilekroć  kierowałem  te  słowa,  czy  to  do  siebie,  czy  do 
moich starych przyjaciół, stawałem się ponury, coraz bardziej ponury. 

Poza tym byłem wściekły na samego siebie. Zawsze uważałem Księżyc za najwspania-

lsze miejsce w całym systemie słonecznym. Ale teraz wszystko mi się pokręciło. Denerwowa-
łem się, kiedy stałem w kolejce w kafeterii albo przed łazienką, kląłem całkiem nie na tutejszy 
sposób, kiedy wyczerpała się woda w liczniku prysznicu, zanim zdążyłem się umyć, i stałem 
jak głupi cały w mydlinach. 

Moja  kabina  sypialna  o  powierzchni  czterech  metrów  kwadratowych  wydawała  mi  się 

celą więzienną i czułem, że dostanę choroby przestrzennej, jeżeli jeszcze raz zobaczę zieloną 
ścianę  albo  sufit  pomalowany  na  zielono.  W  bazie  Keplera  zużyto  tyle  zielonej  farby,  że 
można by przy jej pomocy zazielenić cały Ocean Burz. 

Wciąż  myślałem  o  przytulnej  bawialni  na  Konszelfie  10,  o  kremowych  firankach  i 

poduszkach, o jaskrawym dywanie utkanym przez ciotkę Janet. Opowiedziałem o tym wszy-
stkim Ann. Przypuszczałem, że  o n a  mnie zrozumie. 

Ale spojrzała na mnie jak na wariata. 
—  Utkać  dywan?  Któż  by  chciał  marnować  cenny  czas  na  taką  robotę?  Jaki  byłby  z 

tego pożytek? Nasze podłogi są zawsze rozkosznie ciepłe. 

—  Czy  wszystko  musi  być  pożyteczne?  Czy  od  czasu  do  czasu  nie  moglibyśmy  robić 

czegoś dla samej przyjemności? Dla rozrywki? 

Ann zastanawiała się z kamienną twarzą. 
—  Kep,  kochanie  —  nie  mówiła  do  mnie  zazwyczaj  tak  łagodnie.  —  Kep,  czy  nie 

chciałbyś  porozmawiać  z  którymś  z  naszych  psychologów?  Od  czasu,  kiedy  powróciłeś  z 
Ziemi... — wzruszyła ramionami i nie skończyła zdania. 

— Uważasz, że ze mną jest coś nie w porządku, ponieważ widzę, że baza Keplera jest 

ponura i brzydka i życie na niej nie jest wesołe? Jesteście wszyscy tacy z siebie zadowoleni, 
że  się  wierzyć  nie  chce.  Pomyśl,  Ann.  Przecież  pamiętasz  jeszcze  Ziemię.  Twoja  rodzina 
osiedliła  się  tu  dopiero  pięć  lat  temu.  Przypomnij  sobie,  jak  tam  było,  a  potem  rozejrzyj  się 
dokoła. 

Staliśmy  właśnie  w  kafeterii.  Zmiana  „A”  skończyła  kolację  i  sala  była  niemal  pusta. 

Oboje mieliśmy iść na wykład, ale ja zatrzymałem ją. 

— Popatrz na to — wskazałem ręką. 
Czterdzieści stolików stało w dwóch równych rzędach na zielonej winylowej podłodze. 

Ich  białe  blaty  lśniły  czystością.  Żadnych  kwiatów  czy  obrusów,  nie  było  nawet  butelek  z 
keczupem, bo to mogłoby zakłócić symetrię. Personel szorował miseczki z nierdzewnej stali, 
przygotowując  je  dla  mężczyzn  i  kobiet  ze  zmiany  „C”,  która  za  godzinę  miała  przyjść  na 
śniadanie. 

— Popatrz na to, Ann. Co to za życie? 
— Wszystko tu świetnie urządzone. Czego jeszcze chcesz? 
— Wystrój tej sali jest tak samo bez smaku jak jedzenie. Jestem przekonany, że nasze 

życie mogłoby być znacznie przyjemniejsze, gdybyśmy trochę pofolgowali wyobraźni. 

— Lepsze? Nie zdajesz sobie sprawy, jak nam tu jest dobrze. Naprawdę, Kep, mówisz 

nagle  jak  jakiś  wielki  ziemski  ekspert.  Ale  coś  ty  właściwie  widział  przez  te  trzy  miesiące? 
Wnętrze  luksusowego  hotelu  i  podmorską  kolonię.  Posłuchaj  mnie,  Keplerze  Masterman. 
Kiedy przyjechaliśmy na Księżyc, miałam tylko dziewięć lat, ale dobrze pamiętam, co jest na 
Ziemi. Przeludnienie. Smród, nędza. Wszyscy walczą ze sobą o marne ochłapy nieco lepsze-

background image

go życia. Nie, dziękuję. Jestem wdzięczna za to, że żyjemy na Księżycu, podoba mi się wszy-
stko, co na nim jest. 

Wybiegła z kafeterii. Postanowiłem nie podnosić więcej tej sprawy.  Znowu spóźniłem 

się na lekcję. 

W dwa dni później, kiedy jechaliśmy na dwunaste piętro do Wydziału Astronomii, Ann 

rzuciła mi zdawkowo: 

—  Wiesz,  Kep,  załatwiłam  sobie  przeniesienie  do  zmiany  „B”  na  następnych  kilka 

miesięcy. 

Przez chwilę nie zastanawiałem się nad tym, co powiedziała.                          
— Tak? — odparłem, ale zaraz potem ogarnęło mnie zdziwienie.            
Nawet dorośli rzadko przenosili się na inną zmianę, a dzieci i uczniowie nigdy tego nie 

robili.  Przynależeliśmy  automatycznie  do  tej  samej  zmiany,  co  nasi  rodzice,  wychowywali-
śmy się razem z tymi dziećmi, które do niej należały, jadaliśmy razem, razem uczyliśmy się, 
pracowali i bawili. Nawet nasze kabiny sypialne rozmieszczone były na tym samym piętrze. 

Sypialnie  zmiany  „A”  znajdowały  się  na  trzecim  piętrze,  niemal  na  samym  dnie  bazy 

Keplera  i  tylko  urządzenia  konserwacyjne,  schrony  używane  w  czasie  burz  kosmicznych  i 
składy wody i tlenu były poniżej. Sypialnie zmiany „B” położone były na czwartym piętrze, a 
„C” — na piątym. W ciągu ośmiu godzin na dobę jedno z pięter sypialnych pogrążone było w 
ciemności i jedna trzecia całego personelu bazy spała. 

Był  to  funkcjonalny  system,  ale  pociągał  za  sobą  pewne  konsekwencje  społeczne. 

Większość z nas znała osobiście z tysiąca dwustu ludzi zamieszkujących bazę Keplera tylko 
czterystu należących do tej samej, co oni zmiany. Innych spotykaliśmy czasem przypadkowo 
na  korytarzach,  w  części  rekreacyjnej,  bądź  też  na  specjalnych  uroczystościach,  takich  jak 
przyjęcie  noworoczne  albo  odczyt  jakiegoś  przybyłego  z  Ziemi  profesora.  Przypominam 
sobie tylko jeden wypadek małżeństwa pomiędzy dwojgiem naukowców z różnych zmian, ale 
okazało się, że znali się oni jeszcze na Ziemi sprzed swojego przyjazdu na Księżyc. Przez całe 
piętnaście lat spędzonych na Księżycu nigdy nie wysiadłem z windy na czwartym czy piątym 
piętrze. 

Przystanąłem i spojrzałem uważnie na Ann. 
— Nie możesz tego zrobić! 
— Oczywiście, że tak. To już załatwione. 
— To nie mogło być łatwe. Czy prosiłaś ojca o pomoc? 
— Nie mów tak, Kep. Ja ci nigdy nie dokuczałam twoim ojcem. 
— Przepraszam. Nie miałem nic złego na myśli. Ale dlaczego to robisz? 
— Kiedy byłeś na Ziemi, uczęszczałam na wykłady Guya Rogeta. Nie mówiłam ci? 
Blade  zazwyczaj  policzki  Ann  zaróżowiły  się,  miałem  wrażenie,  że  nie  jest  ze  mną 

całkiem szczera. 

— Organizuje specjalny  kurs mechaniki kosmicznej, który mnie bardzo zainteresował. 

Ale nie pasuje do schematu zmiany „A”. Na zmianie „B” jakoś sobie poradzę. 

— Czy to jest takie ważne? Jakiś tam kurs. 
— Jesteś naprawdę bardzo ciekawy. 
Gapiłem się na nią. Guy Roget? Byłem  p e w n y, że nigdy przedtem o nim nie wspo-

mniała. Był po prostu pretekstem, eleganckim pretekstem do przeniesienia się na inną zmianę. 
To musiało mieć jakiś związek ze mną. Widocznie wolała się ze mną nie widywać. Ale... 

— Ann! 
— Nie ma mowy, Kep.  
Spuściłem oczy. 
— Więc naprawdę się przenosisz? Kiedy? 
— Już jutro. Rano jeszcze będę na dawnej zmianie, a potem przenoszę się na „B”, gdzie 

zapalają światło o 15.00. 

background image

— Czy mogę ci pomóc? 
— Nie, dziękuję ci. Nie mam wielu rzeczy.  
Wielu  rzeczy  żadne  z  nas  nie  miało.  Dwa  mundurki,  przybory  toaletowe,  kilka  mikro-

książek, parę fotografii. To, co zebrało się przez czternaście lat, mogło zmieścić się w małej 
walizeczce.  Ale  tak  już  jest  na  Księżycu,  wszystko  jest  sprowadzone  do  rzeczy  najistotniej-
szych. 

—  Nie  będę  cię  w  ogóle  widywał.  Dlaczego  nie  powiedziałaś  mi  wcześniej  o  swoich 

planach? Postarałbym się także o przeniesienie. Może jeszcze nie jest za późno. Chyba zacznę 
się, starać. 

— Nie, nie rób tego, Kep. To nie jest dobry pomysł. 
— Dlaczego? 
— Choćby dlatego, że twój ojciec zostałby zupełnie sam. 
— Ojciec? To zabawne. Widuję go teraz rzadziej, niż będę się z tobą widywał od jutra. 

No ale co z twoją rodziną? Czy nie będzie im ciebie brakowało? 

— To co innego. Matka i tatuś mają siebie. A poza tym ty masz przecież dużo do odro-

bienia  na  kursie  komputerowym.  Gdybyś  się  przeniósł  na  inną  zmianę,  pozostałbyś  jeszcze 
bardziej w tyle. 

— Chyba tak. Będzie mi ciebie bardzo brakowało, Ann. 
Uśmiechnęła się swoim przelotnym, jasnym uśmiechem i popatrzyła na mnie ciemnymi, 

przepastnymi oczyma. 

— Pracuj, Kep. Może bez rozrywek pójdzie ci łatwiej. Przenoszę się tylko na trzy mie-

siące. Potem... 

— Potem? 
— Potem zobaczymy. Muszę już iść. Nie chcę się spóźnić na lekcję. 
Pobiegła  korytarzem  do  klasy  astrofizyki,  a  ja  zostałem  przy  windach  z  rozdziawioną 

gębą.  Potem  stwierdziłem,  że  znowu  gdzieś  zostawiłem  książki,  nie  pamiętam  gdzie.  Nie 
pamiętałem też, do jakiej mam iść klasy. 

W pewnym sensie odczułem ulgę, że nie muszę dotrzymywać Ann kroku, ale potrzebny 

mi był przyjaciel, z którym mógłbym rozmawiać. Wiedziałem, że po jej odejściu będę bardzo 
osamotniony. Czterdziestka, z której składała się grupa nastolatków zmiany „A”, trzymała się 
zawsze  razem.  Ale  w  ciągu  tych  trzech  miesięcy  moi  towarzysze  jak  gdyby  zamknęli  lukę, 
jaka po mnie pozostała. Nie było już wśród nich miejsca dla mnie, w każdym razie nie czułem 
się z nimi tak dobrze jak dawniej. 

Wszyscy  się  zmienili.  Nie  tylko  Ann  była  inna.  Życie  w  bazie  Keplera  było  nie  tylko 

ubogie, ale surowe. Pozostawały jedynie wykłady, praca w laboratoriach i długie dyskusje o 
warunkach ekonomicznych i społecznych na Księżycu. Nawet zajęcia pozalekcyjne stanowiły 
tylko przedłużenie nauki w szkole i sprowadzały się do astronomii czy  genetyki roślin. Nie-
którzy grywali w szachy, ale ja nie miałem do tego cierpliwości. 

W  czasie  następnej  przerwy  rozejrzałem  się.  Żaden  z  moich  kolegów  nie  odpoczywał, 

nie lenił się ani też nie robił czegoś dla samej tylko przyjemności. Obserwowałem ich długo. 
Było tak, jakbym ich widział po raz pierwszy. Czułem się jak przybysz z innej planety. Czy ja 
też byłem dawniej tak śmiertelnie poważny? 

Po chwili poszedłem do sklepu i przyniosłem sobie papier, klej i dyktę. Usiadłem przy 

jednym z małych stolików i zacząłem budować wieżę. Z początku kiepsko mi szło, bo byłem 
nerwowy  i  rozkojarzony.  Ale  po  chwili  zacząłem  pracować  sprawniej  i  moja  wieża  rosła, 
wysoka, smukła i bardzo niezwykła. Ozdobiłem ją gwiazdami wyciętymi w kolorowym, bły-
szczącym papierze. 

Miała siedemdziesiąt pięć centymetrów wysokości. Z powodu niskiej grawitacji księży-

cowej kołysała się wytwornie, a gwiazdki mieniły się przepięknie. 

Koledzy  zaczęli  porzucać  prace  i  podchodzić  do  mojego  stolika.  Wkrótce  zgromadził 

background image

się dokoła mnie mały tłum. 

— Co to jest? 
— Wieża, oczywiście. 
— To widać. Ale po co ją zrobiłeś? 
— Nie uwierzycie mi. Po prostu dla zabawy. 
— Dajże spokój, Kep! 
Jerry spojrzał na mnie przechylając krytycznie głowę. 
— Może jest pomyślana jako wieża cumownicza dla sterowców? 
— No tak, gdybyśmy mieli atmosferę! — zauważył ktoś. 
— A może to jest wieża do skoków do wody? 
— Gdyby w naszych morzach była woda!  
Wybuchnęli śmiechem. Przez kilka chwil moja wieża bawiła ich. Ale kiedy zorientowa-

li się, że naprawdę do niczego nie służy i że nie zrobiłem jej dla jakiegoś nie znanego im celu, 
powrócili do swoich zajęć. Tylko Wanda wyciągnęła palec i delikatnie,  niemal z żalem, do-
tknęła wieży. 

Paul  zatrzymał  się  przy  mnie,  żeby  mi  grzecznie  zwrócić  uwagę  na  fakt,  że  marnuję 

cenny materiał na projekt, który nie ma żadnego znaczenia dla naszej kolonii. 

— Nie będzie zmarnowany — warknąłem. 
— W takim razie powiedz nam, po co zmajstrowałeś tę konstrukcję? 
Chciałem  mu  powiedzieć,  że  dla  mnie  jest  ta  wieża  czymś  w  rodzaju  własnoręcznie 

utkanego dywanu, ale wiedziałem, że nic z tego nie zrozumie, a ja wcześniej czy później wy-
ląduję u psychiatry. Milczałem więc i pozwoliłem mu mieć ostatnie słowo. 

Zaniosłem wieżę na dół do mojego pomieszczenia sypialnego i postawiłem ją na małej 

komodzie, która poza łóżkiem była jedynym meblem w pokoju. Wyglądała wesoło i zabawnie 
w  zestawieniu  z  zielonymi  ścianami,  pomalowanymi  metalowymi  meblami  i  szarym  kocem 
elektrycznym.  Chybotała  się  pod  wpływem  ruchu  powietrza  wydobywającego  się  z  otworu 
wentylacyjnego i błyszczała. Pokój przestał był anonimowy. Był mój i niczyj inny. Poczułem, 
że zrobiłem wielki wynalazek. 

Poszedłem prosto do biura ojca do skrzydła administracyjnego. Chciałem porozmawiać 

z nim o tym, co działo się w mojej głowie... Czułem, że jeżeli nie porozumiem się z nim, to 
albo wybuchnę, albo dostanę bzika. 

Ale ojca nie było. 
Zesztywniałem. Sekretarka ojca, Thomasina McLeod, zwana przez wszystkich Tommy, 

chyba myślała, że jej nie słyszę. 

— Nie ma go w bazie, Kep — powtórzyła. 
— Kiedy wyjechał? 
— Kilka dni temu. Nie wiedziałeś?  
Spróbowałem się uśmiechnąć. 
— Nikt mi nigdy nic nie mówi; Tommy. Od czasu powrotu widziałem ojca tylko przez 

kilka minut. 

— Był ogromnie zajęty sprawami mandatu. 
—  Wiem,  że  to  nie  jego  wina.  Ale  dokąd  pojechał?  Może  mógłbym  złapać  następny 

lewiciąg i dogonić go. Albo zadzwonić do niego?... 

Mój głos załamał się pod wpływem jej wzroku. 
— Ale on jest na Aristarchusie!  
— W centrali LEMCON-u? 
Zdziwiło  mnie  to.  Nawet  przed  okresem  obecnego  napięcia  naukowcy  i  koloniści 

księżycowi  trzymali  się  z  daleka  od  ludzi  z  LEMCON-u.  I  na  odwrót.  Zastanawiałem  się, 
czego u licha ojciec szukał na Aristarchusie. 

—  Tak.  —  Tommy  bawiła  się  bezwiednie  jakimiś  drobiazgami  na  biurku.  Po  chwili 

background image

spojrzała na mnie. — Słuchaj, Kep, to nie jest chyba dobry pomysł, żebyś teraz telefonował 
do ojca. Na pewno zastałbyś go na konferencji. Czy nie możesz poczekać aż wróci? 

—  Chyba  będę  musiał.  Poproszę,  żeby  mi  wyznaczył  spotkanie  —  roześmiałem  się 

.sarkastycznie. 

—  To  dobra  myśl  —  twarz  Tommy  była  najzupełniej  poważna.  —  Nie  jestem  pewna, 

kiedy ojciec będzie, ale zapiszę cię. Czy pół godziny ci wystarczy? 

— Poproszę o godzinę, jeżeli można. 
Tommy znowu jakby nie zauważyła mojej ironii. 
— Zobaczę, co się da zrobić — uśmiechnęła się i powróciła do pracy. 
Nie  pozostawało  mi  nic  innego  jak  nonszalancko  odejść.  Minąłem  powoli  biurka 

maszynistek i już przy drzwiach potknąłem się o własne nogi. 

„Może  powinienem  napisać  do  niego  list  —  pomyślałem  —  i  zostawić  go  w  jego 

sypialni: 

Drogi ojcze! 
Kiedy  wygospodarujesz  chwilę  czasu  z  ciężkich  obowiązków  rządzenia  Księżycem, 

uspokajania LEMCON-u i poganiania ONZ, będę ci wdzięczny za wyznaczenie mi spotkania. 
Dzieje się ze mną coś niedobrego. 

Twój skołowany syn, Kepler. 
P.S. Czy jeszcze mnie pamiętasz?” 
No, ale dosyć tego. Może zapomnę o wszystkich moich problemach, kiedy skoncentruję 

się  na.  pracy.  To  z  pewnością  poradziłby  mi  psycholog.  Wezmę  się  do  studiowania  tych 
piekielnych obwodów komputerowych. 

Ale się do tego nie zabrałem. Wsiadłem natomiast do windy i pojechałem na samą górę 

pod kopułę. Nie było tam nikogo. Przemknąłem się po schodach do obserwatorium. Miałem 
nieczyste sumienie. Znowu marnowałem czas. 

Sfalowana powierzchnia Krateru Keplera skąpana była w srebrnej poświacie magiczne-

go, ziemskiego światła. Dochodziła północ i Ziemia znajdowała się niemal w pełni. Spojrza-
łem na ścienny termometr. Na zewnątrz panowała temperatura minus sto dwadzieścia stopni 
Celsjusza  i  wciąż  spadała.  O  świcie,  za  siedem  zmian,  będzie  o  dalsze  pięćdziesiąt  stopni 
niższa. 

Gwiazdy płonęły jak szalone tłocząc się na odległym niebie, lecz na wschodzie tak bli-

skim, że zdawało się, iż za chwilę spadnie na głowę. Nade mną wisiała Ziemia, trzycentyme-
trowy srebrny dysk. Wpatrywałem się w nią, a ona we mnie — wielkie oko sterczące na nie-
bie, nieruchome, zawieszone nad głową niczym sumienie odczytujące moje najskrytsze myśli. 

Żachnąłem się. Tak wcale nie było. Ziemia nie jest mi wrogiem. Na niej mieszkają moi 

przyjaciele. 

Jaskrawa plama światła na powierzchni Ziemi zwróciła moją uwagę. Nie byłem pewny, 

jakie  kontynenty  widoczne  były  w  tej  fazie,  ale  wyglądało  mi  na  to,  że  ta  jasna  plama  to 
chmury  wzbierającego  huraganu  w  Zatoce  Meksykańskiej.  Jeżeli  tak,  to  niedaleko,  nieco  na 
północny wschód, znajdował się Konszelf 10. 

Tam  jest  teraz  wczesne  przedpołudnie  i  wszyscy  pracują  w  laboratoriach,  na  polach 

wodorostów albo w zagrodach rybnych. Jak mi ich brakowało! Wuja Teda, ciotki Janet, Jona. 
Mimo koszmarnych przygód, które mi się tam przytrafiły, mimo sprawy sądowej i porwania 
miałem tam tak wiele wspaniałych przeżyć. Oni tam, pod morzem, zawsze na wszystko mieli 
czas. Czas na zadumę, na rozejrzenie się dokoła. Czas na to, żeby usiąść i porozmawiać. 

A poza tym była tam Hil. Ale chyba lepiej nie będę myśleć o Hil. 
Ziemia patrzyła mi prosto w twarz swoim jasnym, czujnym okiem. Ruszyłem w stronę 

schodów pełen poczucia winy. Trzeba zejść na dół i zająć się nauką, bo jutro szkoła. 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Nie  widziałem  Ann  przez  tydzień  nawet  przez  chwilę.  I  pewnie  potrwałoby  to  dłużej, 

gdyby nie to, że z okazji Nowego Dnia młodzież zorganizowała jak zawsze zabawę. Taka wy-
tworzyła się tradycja od samego początku i nowi przybysze z Ziemi zawsze sobie z nas żarto-
wali i mówili: „Ależ jesteście zepsuci. Codziennie zabawa!” 

Jednakże to nie było oczywiście codziennie, bo nie z okazji każdej dziennej zmiany — 

najwyżej  dwanaście,  trzynaście  razy  do  roku  —  i  nie  miało  bynajmniej  ekstrawaganckiego 
charakteru. Oszczędzaliśmy przez poprzedzający zabawę tydzień nasze racje biszkoptów, tak 
że  nic  się  nie  marnowało,  a  małe  dzieciaki  przepadały  za  tymi  zabawami.  Odbywały  się 
zawsze  w  kafeterii,  jedynym  pomieszczeniu  w  bazie  Keplera  zdolnym  pomieścić  dzieci  ze 
wszystkich trzech zmian i jedynej sali, która miała widok na wszystkie cztery strony. 

Nie od razu zauważyłem Ann. Razem z innymi dziećmi ze zmiany „A” obserwowałem 

roziskrzony  strumień  strzelistych  promieni,  tryskający  z  świetlnego  kręgu  Słońca  na  kilka 
ostatnich sekund przed jego wschodem. Był w tym jakiś nieodparty czar. Pierwsze promienie 
uczyniły z brzegu krateru koło z białych płomieni. Czarne jak najciemniejsza noc cienie cią-
gnęły od dna krateru pod naszą kopułę. Potem nagle przed naszymi oczami wybuchło Słońce 
— jak niegdyś chyba bomba atomowa. Koniec nocy. Wszyscy zaczęli wiwatować. Ktoś włą-
czył aparaturę muzyczną i zaczęła się zabawa. 

Z  początku  nie  miałem  ochoty  tańczyć.  Usiadłem  sam  przy  stoliku  i  radowałem  się 

Nowym Dniem. Był wszędzie, w powietrzu, na stole, na podłodze. Cała baza Keplera przesta-
wiała się z dwóch długich tygodni nocy na dwa tygodnie dnia. Odczuwałem to zupełnie tak, 
jak  gdybym  był  częścią  budynku.  Jak  gdybym  się  znajdował  na  jego  zewnętrznej  ścianie, 
gdzie bank słonecznych  baterii wchłaniał energię słoneczną, żeby zmagazynować ją w zbio-
rnikach  gorącej  wody,  co  zabezpieczało  nam  ciepło  i  światło  na  okres  następnej  nocy.  Jak 
gdybym  był  na  terenie  hydroponiki  *,  gdzie  Słońce  karmiło  swoimi  promieniami  dwanaście 
kilometrów plastykowych rur, w których rosły algi stanowiące nasze pożywienie, a jednocze-
śnie oczyszczające powietrze bazy i wytwarzające tlen. Jak gdybym był w laboratorium astro-
nomicznym,  gdzie  pracownicy  ze  słonecznej  zmiany  trwali  przy  przyrządach  rejestrujących 
słoneczne burze. Po wschodzie Słońca, pozbawieni ochronnego płaszcza atmosfery, byliśmy 
wystawieni na ciągłe niebezpieczeństwo radioaktywnego opadu z największego stosu atomo-
wego, jakim jest Słońce. 

Muzyka grała, młodzież tańczyła. Zdawało mi się, że wyczuwam czubkami palców całą 

bazę Keplera, zupełnie jak gdyby była ich przedłużeniem. Stanowiłem jej integralną część. A 
ona była integralną częścią mojego organizmu. 

Grupa czterolatków wpadła na mój stolik. Malcy stawali się coraz bardziej rozochoceni. 

W  księżycowej  grawitacji  tańczenie  bywało  niebezpieczne.  Poruszanie  nie  wymagało  wiele 
energii, ale wpadnięcie na ścianę albo na metalowy stolik mogło być bardzo bolesne. Zgarną-
łem dzieciaki i przekazałem je przedszkolance, która uspokoiła je przy pomocy kilku biszko-
ptów. 

Wtedy zobaczyłem Ann. Tańczyła z jakimś obcym mi facetem. Przypuszczam, że był to 

nowy kolega ze zmiany „B”. Rozdzieliłem ich bezceremonialnie. 

— Szczęśliwego Nowego Dnia, Ann. 
— Szczęśliwego Dnia, Kep. 
Tańczyliśmy przez chwilę w milczeniu, poruszając się łagodnie, płynąc niemal. Wyglą-

dała bardzo pięknie. Chciałem jej się zwierzyć z moich myśli o bazie i Nowym Dniu. Czy po-
trafi  zrozumieć  moje uczucie jedności z organizmem, który nazywaliśmy domem? Może tak,  
 

* Kultura wodna, czyli bezglebowa uprawa roślin na pożywkach wodnych. 

background image

 
ale na pewno nie tutaj, nie w tym tłumie i zgiełku. 

— Chodź, Ann — pociągnąłem ją za rękę i zeszliśmy z parkietu. 
— Dokąd? 
— Na górę, pod kopułę. Na wieżę obserwacyjną. 
— Po co, Kep? Po co wjeżdżać na szóste piętro, skoro możemy wszystko oglądać tutaj 

na ekranach obserwacyjnych? 

— To nie to samo, Ann. Tamten widok jest prawdziwy, a ten jak z konserwy. A poza 

tym chcę z tobą pogadać sam na sam. 

— No dobrze — wzruszyła ramionami. — Nie zmieniłeś się ani trochę, Kep. — Ton jej 

głosu wskazywał, że nie był to komplement. 

 Z wieży obserwacyjnej widać było dno krateru i przecinający je terminator. Na wscho-

dzie wszystko było skąpane w białym świetle, tylko grzbiet krateru tonął w cieniu. Na zacho-
dzie panowała noc, na szczycie krateru płonął pas ognia. Długie cienie leżały w poprzek dna 
niczym czarne palce, zupełnie tak jak gdyby noc czepiała się go z uporem i nie chciała się dać 
odpędzić.  Natomiast  szczyty  księżycowych  skał  rozkwitały  w  pierwszych  promieniach 
wschodzącego Słońca. Co za oszałamiający kalejdoskop czerni i bieli! 

Poczułem przemożną chęć znalezienia się tam i zjednoczenia się z Księżycem. 
— Zobacz, Ann — wskazałem na dół. — Tam, przy czwartej śluzie, stoi dwuosobowy 

pełzacz. Wymknijmy się stąd i przejedźmy się. 

Chwyciłem ją za rękę i spojrzałem jej błagalnie w oczy. 
— Bez celu? Bez pozwolenia? — wyrwała mi rękę..— Kep, ty chyba oszalałeś! 
—  Może  oszalałem.  Może  wszyscy  tutaj  są  szaleni.  Tam,  na  Ziemi,  Hil...  niektórzy 

ludzie nazywali mnie obłąkanym lunatykiem, dlatego że pochodzę z Księżyca. Był to dowcip, 
ale może... Ann, chcę koniecznie zejść na dół i przejechać się po terminatorze. Nie byłem tam 
od lat. A ty? Kiedy byłaś ostatnio na przejażdżce o świcie? 

Ann potrząsnęła głową. 
— Nie pamiętam. Lata temu. 
— Czy już zapomniałaś, jakie to cudowne? Pójdź ze mną! 
— Wiesz dobrze, że nie wolno nam wychodzić na zewnątrz bez zezwolenia rodziców. 
— Ojciec wyjechał. Kiedy go znowu zobaczę, będziemy już prawdopodobnie znowu w 

środku nocy. No, dobra. Poproś swojego ojca o pozwolenie i to dla nas obojga.    

Ann potrząsnęła głową. 
— Nie, nie poproszę go. Nie chcę. To nie ma sensu.  
Poderwało mnie. 
— Okay. Jadę sam. Jeszcze raz cię proszę: chodź ze mną. Tak czy tak pojadę, ale bła-

gam cię, jedź też!  

Twarz jej znieruchomiała. 
— Zwariowałeś! Nigdzie nie pojadę. Wracam na zabawę. Lepiej zapomnij o tej bzdurze 

i zejdź na dół. Jeżeli wyjdziesz na zewnątrz, będę zmuszona o tym zaraportować. Doskonale o 
tym wiesz. 

Wpatrywałem się w nią z uporem, aż spuściła wzrok. Wzruszyłem ramionami i odwró-

ciłem się od niej. 

— Zrobisz, jak zechcesz. Ale daj mi trochę czasu, zanim doniesiesz na mnie, dobrze?  
Podeszła bliżej. Miała dziwnie błyszczące oczy. 
— Ann, ty płaczesz? 
Było  to  równie  niepokojące  i  niezwykłe,  jak  gdyby  skały  księżycowe  zaczęły  nagle 

topnieć. 

— Oczywiście, że nie. Głupi jesteś. Ja nigdy nie płaczę. Światło jest za silne, to wszy-

stko.  To  okno  nie  jest  wystarczająco  przyciemnione.  Ale  słuchaj,  Kep.  Daję  ci  pół  godziny. 

background image

Potem będę musiała złożyć meldunek. Proszę cię, wróć do tego czasu, wtedy może nie ukara-
ją cię zbyt ostro. 

Ann odwróciła się i pobiegła w dół po schodach do hallu i do wind. Kiedy już zniknęła, 

zasunąłem pokrywę luku wieży obserwacyjnej i poszedłem do szatni po kombinezon kosmo-
nautyczny.  Najpierw  naciągnąłem  obcisły,  elastyczny  dres  z  termicznej  siatki  przeciwpró-
żniowej, na to drugi, luźny, lekki aluminiowy dres zewnętrzny z butami o podwójnej pode-
szwie,  naciągnąłem  szczelne  rękawice  ochronne,  na  głowę  wcisnąłem  hełm.  Sprawdziłem 
wskaźnik ciepła, zapas tlenu i filtr na dwutlenek węgla, po czym nacisnąłem guzik wprowa-
dzając w ruch mechanizm łączący śluzę z pełzaczem. 

Nasze  dwuosobowe  pełzacze  różnią  się  od  magnetowozów  i  lewiciągów,  a  także  od 

towarowych odrzutowców i luksusowych nośników tym, że są zbudowane z bardzo mocnych, 
lekkich stopów, mają dach z plastyku i jednoosobową śluzę powietrzną. 

Dają  bardzo  dobrą  widoczność  na  krótki  dystans,  ale  nie  ma  w  nich  ani  toalety,  ani 

urządzeń  sypialnych  czy  kuchennych.  Napędzane  są  bateriami  i  małym  silnikiem  odrzuto-
wym,  a  ich  zapas  paliwa  wystarcza  teoretycznie  na  osiemset  kilometrów.  Miały  służyć  jako 
taksówki albo do przewożenia naukowców z bazy do urządzeń znajdujących się na powierz-
chni Księżyca. 

Siadłem za kierownicą, zapiąłem pasy bezpieczeństwa, sprawdziłem ciśnienie i pieczę-

cie, po czym zamknąłem śluzę powietrzną. Teraz mogłem spokojnie podnieść przyłbicę prze-
ciwsłoneczną hełmu i zdjąć niewygodne rękawice. Wjechałem powoli na samych bateriach w 
strefę bezpieczeństwa i włączyłem silniki odrzutowe. 

Pełzacz  zadrgał  pod  moimi  stopami  i  powoli  ruszył  po  dnie  krateru.  Nigdzie  nie  było 

żywej duszy. Miałem szczęście. 

Kiedy  zbliżałem  się  do  usianych  odłamkami  skalnymi  ścian  Krateru  Keplera,  nacisną-

łem gaz. Pojazd natychmiast zareagował na pół wznosząc się w górę, na pół pełznąc po trasie 
o  nachyleniu  pięćdziesięciu  stopni.  Była  to  najtrudniejsza  część  operacji,  prawie  tak  trudna 
jak powrót do bazy. Wymagała ogromnego wysiłku rąk i nóg i ogromnej praktyki. Chodziło o 
to, żeby pełzacz utrzymać w pełnej równowadze, i to tak, żeby nie przekoziołkować do tyłu 
ani nie wpakować się na skały. 

Wielokrotnie  jeździłem  pełzaczem,  ale  nigdy  dotąd  nie  prowadziłem  go,  tak  że  kiedy 

wreszcie  wydostałem  się  z  krateru,  miałem  ręce  śliskie  od  potu.  Teraz  wyłączyłem  silnik  i 
posadziłem pojazd na grani Keplera. Szeroko bieżnikowane opony pełzacza wbiły się mocno 
w skalny piach. 

Wytarłem  twarz  i  ręce  i  skierowałem  wzrok  na  łuk  terminatora.  Stąd,  z  grani  Keplera, 

siedemset metrów nad bazaltową powierzchnią Oceanu Burz roztaczał się widok na czterdzie-
ści  pięć  kilometrów  przestrzeni  nie  skażonej  dymem,  mgłą,  kurzem  ani  nawet  atmosferą  i 
kończył się dopiero na krzywiźnie horyzontu, za którym czerniał kosmos. 

Na lewo ode mnie, po stronie nocy, małe odpryski skalne, nie większe od mojej pięści, 

rażone nagle promykiem Słońca rozświetlały się gwałtownie i gasły, rzucając cienie tak dłu-
gie  i  gęste,  że  robiły  wrażenie  szczelin  przecinających  księżycową  dolinę  będącą  dnem  wy-
schniętego  morza,  zwanego  mare.  Jakże  trudno  było  się  w  tym  wszystkim  zorientować.  Na 
prawo szczegóły krajobrazu tonęły w absolutnej bieli, jaskrawe światło raziło oczy, mimo że 
szyba pełzacza była przyciemniona. 

Prosto  przede  mną,  tam  gdzie  Słońce  załamywało  się  nie  rzucając  cienia  na  gładkiej 

powierzchni mare, ciemniały smugi wyrzuconego z Krateru Keplera popiołu odcinając się od 
ciemnego bazaltu skał. 

Na północy jedna z tych smug była tak prosta i szeroka, że robiła wrażenie autostrady. 

Wiedziałem,  że  za  horyzontem,  jakieś  trzysta  kilometrów  od  bazy,  zbiegała  się  ze  szlakiem 
popiołu wyrzuconym przed dziesięcioma tysiącami lat z Aristarchusa. 

Jakże pociągała mnie myśl przejechania się po tej szosie, utkanej z leciutkiego popiołu. 

background image

Ann  błagała  mnie,  żebym  wrócił  za  pół  godziny,  ale  przecież  nie  obiecywałem  jej  niczego. 
Terminator  ciągnął  się  biegnąc  w  kierunku  północnym.  Wiedziałem,  że  nie  powinienem 
jechać jego śladem. Gdybym teraz zawrócił, mógłbym jeszcze dołączyć się do zabawy i nikt 
nie dowiedziałby się o mojej wyprawie. Ale niewidzialny szlak przyzywał mnie. 

Polecę  na  północ  i  wrócę,  obiecywałem  sobie;  sto  pięćdziesiąt  kilometrów  tam  i  z 

powrotem, ani kilometra dalej. Da mi to kilka godzin samotności i czas na przemyślenie wielu 
rzeczy.  A  jeżeli  wpadnę  w  konflikt  z  policją,  co  jest  niemal  pewne,  to  może  wtedy  ojciec 
znajdzie dla mnie czas i zdobędzie się na rozmowę ze mną. 

Rozpalone do białości Słońce rozgrzewało bok pełzacza, chłodzenie włączyło się auto-

matycznie.  Z  tej  wysokości  nie  mogłem  widzieć  tego,  o  czym  tak  marzyłem.  Wyłączyłem 
więc  motory  i  zacząłem  z  wolna  zjeżdżać  po  łagodnym,  zewnętrznym  stoku  krateru  ku 
powierzchni  mare.  Ale  wciąż  nie  widać  było  mojego  upragnionego  widoku.  Ruszyłem  więc 
prosto na północ. 

Upłynęła  niemal  godzina,  zanim  ujrzałem  zjawisko  występujące  zawsze  o  wschodzie 

Słońca, a które młodzież księżycowa nazywa „gwiezdnym pyłem”. Przez dłuższy czas jecha-
łem  w  ciemności,  a  potem  nagle,  prosto  przede  mną  jak  okiem  sięgnąć  cała  powierzchnia 
księżycowej doliny zabłysła milionem drgających świetlików, mieniących się bielą, błękitem, 
zielenią i czerwienią. Zatrzymałem pełzacz i siedziałem wpatrując się w ten cud jak zaczaro-
wany. 

Przypomniały mi się ognie sztuczne, jakie widziałem kiedyś na filmie w naszej biblio-

tece,  tylko  że  tutaj  nie  było  ani  huku,  ani  dymu.  I  trwało  to  a  trwało.  Panowała  kompletna 
cisza. Słychać było tylko łagodny szum aparatury chłodzącej i od czasu do czasu ciche „ping” 
—  kiedy  cząstka  gwiezdnego  pyłu  skraplała  się  na  przeciwmeteorytowej  osłonie  pełzacza. 
Światła mrugały, migały, gasły i pojawiały się na powrót. 

Zazwyczaj mówiłem malcom, kiedy przywożono ich po raz pierwszy na oglądanie tego 

spektaklu, że o świcie każdego nowego dnia aniołowie zamiatają gwiazdy i wtedy gwiezdny 
pył  spada  na  Księżyc  i  lśni  się,  i  iskrzy.  Opowiadała  mi  to  przed  laty  matka,  kiedy  jeszcze 
żyła. 

Marzyłem niegdyś, tak jak wszystkie księżycowe dzieci, żeby chwycić garść gwiezdne-

go pyłu i włożyć go do słoika, żeby migotało tam po wsze czasy. Ale kiedy dorosłem, zrozu-
miałem, że ten gwiezdny pył jest jak szczęście. Nie da się go zamknąć w butelce. 

Jeszcze później zapoznałem się z faktami naukowymi. Najróżniejsze minerały rozpylo-

ne  na  powierzchni  Księżyca,  bombardowane  przez  protony  niesione  ze  słoneczną  wichurą 
zaczynają fluoryzować pod wpływem ultrafioletowych promieni wydzielanych przez wscho-
dzące  Słońce.  Jakże  nudna  była  teoria!  A  jak  piękna  rzeczywistość!  Pragnąłem,  żeby  trwała 
całą wieczność, ale przecież wiedziałem, że to niemożliwe. Krople ziemskiej rosy na pajęczy-
nie, ulotne, ale niezapomnianie piękne, oto z czym kojarzył mi się ten gwiezdny pył. 

Przez całe szesnaście lat przeżyte na  Księżycu nie widziałem równie pięknego spekta-

klu. Było tak, jakby Księżyc chciał uczcić mój powrót do domu i to w sposób zupełnie wyją-
tkowy.  Siedziałem  bez  ruchu,  oczarowany,  podczas  gdy  terminator  przesuwał  się  niemal 
niedostrzegalnie  w  lewo.  Mógłbym  tak  siedzieć,  dopóki  nie  zabrakłoby  mi  powietrza,  a 
terminator znikłby za horyzontem, gdyby nie to, że zostałem wyrwany z marzeń przez dzwo-
nek alarmowy. 

Przeciął  ciąg  moich  myśli  niby  nożem,  poczułem  coś  w  rodzaju  draśnięcia  ściernym 

papierem  po  skórze.  Podskoczyłem  i  automatycznie  przekręciłem  gałkę  radia  na  odbiór. 
Powinno być stale włączone, ale ja chciałem mieć trochę ciszy i spokoju. 

Nasze  życie  na  Księżycu  narażone  było  stale  na  niebezpieczeństwa.  Pracowaliśmy  na 

jego powierzchni w temperaturze wahającej się od minus stu siedemdziesięciu stopni Celsju-
sza przed wschodem Słońca do stu trzydziestu plus w południe. Egzystowaliśmy w atmosfe-
rze,  której  gęstość  stanowiła  jedną  dziesiątą  miliarda  atmosfery  ziemskiej,  a  więc  w  próżni 

background image

doskonalszej  niż  mogłoby  wytworzyć  jakiekolwiek  ziemskie  laboratorium.  Powierzchnia 
Księżyca stanowiła pozbawioną wody pustynię, nieustannie smaganą przez wiatry słoneczne. 
Nie miały nic wspólnego z wiatrami ziemskimi, burzami czy nawet huraganami. Był to nie-
widzialny  i  niewyczuwalny  wypływ  materii,  deszcz  protonów  wyrzucanych  przez  Słońce  z 
niewiarygodną  wprost  szybkością.  W  odróżnieniu  od  Ziemi  Księżyc  nie  był  otoczony  war-
stwą ozonu, nie miał żadnej atmosfery, która by go osłaniała przed tym ustawicznym bomba-
rdowaniem.  Toteż  dzwonek  alarmowy  stanowił  integralną  część  naszego  normalnego  życia. 
Często po prostu zależało ono od niego. Jego szczególny, niepokojący dźwięk przerywał nam 
pracę, rozmowy, sen. Teraz wyrwał mnie z zamyślenia. Automatycznie sięgnąłem jedną ręką 
do dwustabilnego przełącznika radia, drugą zamknąłem przyłbicę hełmu. 

—  Uwaga  personel  znajdujący  się  na  powierzchni!  Powrócić  natychmiast  do  bazy  i 

udać się do schronu. Nadchodzi burza słoneczna. Cały personel znajdujący się na powierzchni 
powraca do bazy! 

Tekst ten został powtórzony dwukrotnie. Pod koniec radio zaczęło syczeć i słowa stały 

się niezrozumiałe. Pierwsze podmuchy słonecznego wiatru wyprzedzając deszcz śmierciono-
śnych protonów już zniekształcały audycję. Metalowa powłoka pełzacza była wprawdzie od-
porna na radiację, ale dopiero gruba na dwanaście metrów skała mogła mnie ochronić przed 
bombardowaniem protonów, które już nadciągało. Żeby uniknąć śmiertelnej ich dawki, trzeba 
było szybko poszukać schronienia. 

W  pierwszej  chwili  ogarnięty  paniką  sięgnąłem  do  przyrządów  kierowniczych  wozu, 

żeby uruchomić silniki i wrócić do domu. Ale zaraz odezwał się rozsądek. Nabrałem powie-
trza w płuca i poświęciłem trzydzieści cennych sekund na odczytanie zegara i nawigatora bez-
władnościowego. Okazało się, że przejechałem prawie sto pięćdziesiąt kilometrów na północ i 
przesunąłem się o jeden czy dwa stopnie na zachód. Przez ten czas linia terminatora przesu-
wała się na zachód w tempie piętnastu kilometrów na godzinę. Powrót do bazy Keplera musi 
potrwać godzinę, przy czym będę jechał prosto w Słońce, a więc pod słoneczny wiatr. 

Następna minuta upłynęła mi na sprawdzeniu mapy.  Na północnym zachodzie, niemal 

trzy  razy  dalej  niż  baza  Keplera,  leżał  zespół  kopalni  Aristarchusa.  Trzy  razy  dalej!  Ale  na 
Aristarchusie  panowała  jeszcze  noc.  Jeżeli  pojadę  na  Aristarchusa,  to  będę  się  poruszał  w 
kierunku  przeciwnym  do  burzy  zamiast  lecieć  prosto  w  nią. Jeżeli  wszystko  dobrze  pójdzie, 
dojadę  tam  cało  i  schronię  się  w  budynkach  LEMCON-u,  zanim  do  nich  dotrze  protonowa 
zawierucha. 

Dwie  minuty  zajęło  mi  wyznaczenie  kursu  i  sprawdzenie  go.  Następnie  nastawiłem 

nawigator  bezwładności,  włączyłem  silniki  i  ruszyłem  w  stronę  Aristarchusa  z  maksymalną 
szybkością, na jaką stać było mój pojazd. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Ogarnięty  czymś  w  rodzaju  ostrożnej  desperacji  posuwałem  się  ku  Aristarchusowi. 

Miałem  do  przebycia  trzysta  kilometrów  bazaltowej  powierzchni  pokrytej  drobnym  jak  talk 
księżycowym pyłem, maskującym mnóstwo szczelin i rozpadlin, z których każda mogła stać 
się moją zgubą, gdybym zbyt gwałtownie lub pod zbyt ostrym kątem na nie wjechał. 

Ratowało  mnie  światło  Słońca,  które  wschodziło  po  mojej  lewej  stronie  niemal  trzy-

dzieści  razy  wolniej  niż  na  Ziemi.  Jego  długie  cienie  uwypuklały  każdy  zwał  lawy,  każdy 
kamień i każdy krater, zaczynając od małych, nie większych od bańki mydlanej, a kończąc na 
wielkich jak stadion piłkarski. Zawieszona wysoko na niebie Ziemia łagodziła rzucane przez 
Słońce cienie i nadawała im kolor ciemnego brązu. 

background image

Przerażająca  była  to  jazda.  Jednym  okiem  obserwowałem  szybkościomierz,  a  drugim 

ciągnące się przede mną pustynne bezdroża, starając się utrzymać szybkość w granicach umo-
żliwiających mi szybką reakcję na nagłe przeszkody. 

I przez cały czas myślałem o nadciągającej burzy słonecznej. Nic jej na razie nie zwia-

stowało. Nie był to bowiem ani huragan smagający wody atlantyckiego wybrzeża, ani burza 
piaskowa zdarzająca się na Saharze. O nie! Deszcz protonów był niewidzialny i niesłyszalny. 
Gdyby dosięgną! mnie,  nawet bym  go nie poczuł. Gdybym znajdował się na powierzchni w 
czasie  burzy  kosmicznej,  protony  wpadające  w  pole  grawitacji  Księżyca  niczym  miliony 
niewidzialnych miniksiężyców przeszywałyby moje ciało nie zwalniając swojej szybkości. 

A  ja  byłbym  zupełnie  nieświadom  tego,  co  się  ze  mną  dzieje.  Tylko  kontrolne  taśmy 

filmowe znajdujące się w kieszeni mojego kombinezonu pociemniałyby. Po kilku godzinach 
zaczęłyby się mdłości i bóle głowy. Gdybym dotarł do szpitala, analiza wykazałaby olbrzymi 
i gwałtowny spadek ilości białych ciałek krwi. Nie miałoby to zresztą znaczenia, bo i tak nie 
potrafiono by mnie uratować. 

Przemierzałem  mare  i  przez  cały  czas  śmierć  zaglądała  mi  przez  ramię.  Byłem  teraz 

znowu po stronie nocy. Tylko od czasu do czasu poblask promieni słonecznych odbijał się od 
wyższej tu krawędzi krateru. Prowadziłem pojazd ku ciemności. 

Jeżeli  nie  omyliłem  się  w  obliczeniu,  to  Aristarchus  powinien  znajdować  się  prosto 

przede mną. Poruszyłem się ostrożnie i rozkurczyłem nieco  ręce, które trzymałem na sterze. 
Siedzenie wydawało mi się niezwykle twarde, nogi sztywniały. Pełzacze nie były przeznaczo-
ne  do  długiej  jazdy  i  nie  miały  specjalnych  urządzeń  tak  jak  pasażerskie  odrzutowce  czy 
magnetowozy. Do palącej potrzeby ucieczki przed gradem protonów dołączyło się palące pra-
gnienie pójścia do toalety. 

Znajdowałem się na powierzchni już dobre trzy godziny i znowu w nocy. Przez ten czas 

terminator  przesunął  się  o  jakieś  czterdzieści  pięć  kilometrów  na  zachód  od  bazy  Keplera. 
Czy mogłem się już czuć bezpiecznie? Przypomniałem sobie, że cząsteczki materii słonecznej 
wyrzucane z olbrzymią szybkością w przestrzeń lecą w linii prostej, chyba że wpływa na nie 
jakaś  inna  siła.  Taką  siłą  jest  pole  grawitacyjne  Księżyca.  Mogą  wirować  dokoła  Księżyca, 
zanim jeszcze dysk Słońca stanie się widoczny. 

Ciągnąca się przede mną powierzchnia mare zmieniła się, zaczęła się ledwie dostrzega-

lnie podnosić. Było na niej coraz więcej odłamków skalnych i głazów. Musiałem zwolnić, że-
by móc bezpiecznie pomiędzy nimi lawirować. Dostrzegłem nagle słaby blask przypominają-
cy podwodną fluorescencję. A więc udało się! To, co widziałem, było pyłem Aristarchusa, tak 
bogatym w fluoryzujący wilemit. 

Wjechałem na brzeg krateru, zatrzymałem się i rozejrzałem. Czyżby mnie wzrok mylił? 

Byłem na Aristarchusie przed laty, jeszcze jako dzieciak, zanim LEMCON zjawił się na Księ-
życu, i doskonale pamiętałem ten krater o czterdziestokilometrowej średnicy ze wznoszącym 
się pośrodku szczytem górskim, o którym ojciec mówił mi, że odblask Słońca, rozświetlający 
go tuż przed wschodem, widoczny jest na Ziemi. 

Góra  była  wprawdzie  na  swoim  miejscu,  ale  jej  zbocza  całe  poryte  przez  koparki  z 

pewnością nie odbijały już słonecznych promieni. Dno krateru roiło się od drobnych świateł. 
Miałem wrażenie, że wpłynąłem do jaskini pełnej świecących ryb, które na mój widok pierz-
chają na wszystkie strony. Nie słychać było oczywiście najlżejszego nawet dźwięku. Nie było 
tu  atmosfery,  w  której  mógłby  się  przenosić  głos,  ale  kiedy  tak  siedziałem  obserwując  rój 
krzyżujących się pojazdów, czułem pod nogami dygotanie ciężkich maszyn. 

A więc to było królestwo LEMCON-u. Główna kwatera księżycowa konsorcjum, które 

wydzierało Księżycowi wszystkie jego zasoby, minerały, nie płacąc nam nic, a pobierając od 
nas wysokie opłaty za dostawę tlenków, z których wydobywaliśmy tlen na codzienny użytek, 
i za każdy litr wody pitnej — ubocznego produktu ich rafinerii. 

Tereny LEMCON-u były zamknięte dla kolonistów, więc kiedy tak siedziałem w pełza-

background image

czu  na  grani  krateru,  czułem  się  jak  intruz.  Zorientowałem  się,  że  wszystkie  pojazdy 
LEMCON-u zmierzają w jednym kierunku, do punktu znajdującego się tuż pode mną. Serce 
skoczyło  mi  do  gardła.  Co  ja  zrobiłem?  Czy  oni  chcą  mnie  schwytać?  Jednakże  po  chwili 
zorientowałem się, że prawdopodobnie  reagują na ten sam alarm, który i  ja usłyszałem, i że 
jadą do podziemnego schronu. 

Ogarnął mnie nowy lęk. Jeżeli nie zdążę zjechać na dno krateru, a wszyscy ci ludzie bę-

dą już pod ziemią, to mogę nie znaleźć śluzy powietrznej, a nawet kiedy ją znajdę, nie zdołam 
jej otworzyć. 

Włączyłem  silniki  i  ostrożnie  skierowałem  pełzacz  w  dół  poprzez  grań  krateru.  Jecha-

łem teraz dobrą drogą wybitą łupanymi kamieniami, ale poprzecinaną koleinami wyżłobiony-
mi  przez  gąsienice  ciężkich  pojazdów.  Wiła  się  serpentynami  tam  i  z  powrotem  po  ścianie 
krateru, który był znacznie głębszy i węższy niż Krater Keplera. W pewnej chwili moja lewa 
ręka  niemalże  ocierała  się  o  skalną  ścianę,  prawa  zaś  zawisała  nad  przepaścią.  W  następnej 
chwili sytuacja odwróciła się. Prawa, lewa, znowu prawa. Jechałem zygzakiem. W pojeździe 
zaczynało być duszno. Ziewałem coraz częściej, zaczęło mi się kręcić w głowie. 

Wreszcie zatrzymałem się na stosunkowo poziomej powierzchni dna krateru i rozejrza-

łem  się.  Większość  maszyn  stała  porzucona  przez  załogę,  a  łopaty  koparek  Kołysały  się  ni-
czym szczypce nieżywych homarów. Gdzie mogło być wejście na teren LEMCON-u? 

Olbrzymia,  podobna  do  dinozaura  koparka  obróciła  się  w  moją  stronę.  Jej  latarnie 

zabłysły dwojgiem oczu, potem czworgiem, zatoczyły koło i zgasły. 

Kiedy  przyszedłem  do  siebie,  wciągano  mnie  właśnie  przez  klapę  śluzy  powietrznej. 

Nie miałem hełmu na głowie, twarz zasłaniała mi maska tlenowa. Wyciągnąłem rękę i przyci-
snąłem  maskę  do  nosa  i ust,  chciwie  wdychając  czysty  tlen.  Światła  kołysały  się  teraz  łago-
dnie jak łódka na małej fali. Zamknąłem oczy. Ktoś ściągnął ze mnie kombinezon i postawił 
mnie na nogi. 

— Chcę do ubikacji — udało mi się z siebie wykrztusić. 
Potem  dostałem  nieco  wody  —  prawdziwej,  świeżej,  nie  zaś  regenerowanej  —  potem 

padłem twarzą w dół na miękkie posłanie. Zakołysało się pode mną, wtuliłem się w sen. 

Nie wiem, jak długo spałem, ale kiedy się obudziłem, byłem zupełnie przytomny i pa-

miętałem, gdzie jestem i skąd się tu wziąłem. Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem w zimne, 
szare oczy człowieka, który stał nade mną. 

Powstrzymałem się od tego, żeby zeskoczyć z łóżka, wiedziałem instynktownie, że nie 

powinienem się ruszać. Okazało się, że ten człowiek wcale nie stoi nade mną, ale po drugiej 
stronie  szklanych  drzwi,  oddalony  ode  mnie  o  dobre  półtora  metra.  Czyjś  cień  przesłonił 
drzwi i cofnął się. Inny człowiek. 

Wielkie  chłopy.  Ich  waga  była  chyba  tuż  na  granicy  wagi  dopuszczalnej  do  lotów 

kosmicznych. Ten o szarych oczach miał więcej tłuszczu niż mięśni, połyskliwą różową cerę i 
tak jasne włosy, że robiły wrażenie białych! Gdyby jeszcze zapuścił, puszystą brodę, mógłby 
uchodzić za świętego Mikołaja, ale tylko dopóty, dopóki nie spojrzało się w jego oczy. Były 
stalowo-szare i tak zimne i pozbawione wyrazu jak księżycowe głazy. 

Kiedy drugi mężczyzna obrócił się, zobaczyłem jego opaloną i pomarszczoną od słońca 

twarz. Miał duży nos, wystające kości policzkowe, bardzo niebieskie oczy, rude jak marche-
wka, ostrzyżone na jeża włosy. 

Nic nie słyszałem przez szczelnie zamknięte drzwi. Ale z wyrazu ich twarzy i  ruchów 

rąk zorientowałem się, że sprzeczają się. Zacząłem ich obserwować poprzez półprzymknięte 
powieki... 

My, dzieci z Księżyca, mamy pewne umiejętności, które nam wydają się normalne, ale 

mogłyby zadziwić obserwatorów z zewnątrz. Jedną z nich jest odczytywanie mowy z ruchów 
warg.  Kiedy  jest  się  na  powierzchni  Księżyca  w  kombinezonie  kosmonautycznym  i  ma  się 
coś prywatnego do powiedzenia koledze, coś, czego nie chce się puścić na głośnikowy system 

background image

bazy,  trzeba  —  z  konieczności  —  czytać  z  warg.  Tak  więc  dwaj  mężczyźni  nie  wiedzieli  o 
tym,  że  odczytywałem  każde  wypowiedziane  przez  nich  słowo  —  oczywiście  dopóki  byli 
zwróceni do mnie twarzami. 

Od czasu do czasu jednak odwracali się ode mnie i wtedy musiałem dopowiadać sobie 

po kilka słów, ale treść rozmowy była dla mnie oczywista. Zrozumiałem, że tym razem napra-
wdę wpadłem w kabałę. 

Rudy opierał się koledze mówiąc: 
—Daj spokój, Clint, przecież to szczeniak. 
—  Och  ty  australijski  zakuty  łbie!  —  warknął  na  niego  gruby.  Miał  niesympatyczne 

wąskie  usta  i  wyrzucał  z  nich  słowa  zupełnie  tak,  jak  gdyby  chciał  się  ich  pozbyć.  —  Ma 
piętnaście, może szesnaście lat, nie jest dzieckiem. Jesteś skończonym idiotą, że go tu przyta-
szczyłeś. 

— A co miałem zrobić?... Zostawić go na pastwę protonów? Zlituj się, Clint. 
—  No  i  zlitowałeś  się  nad  nim!  Twoje  miękkie  serce  zgubi  cię.  Powiem  ci  wprost: 

LEMCON nie potrzebuje mięczaków. 

— LEMCON! — Rudy wyrzucił z siebie potok przekleństw, co trwało całe osiemdzie-

siąt sekund. — Powiem ci wprost, Clint, nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego... Praco-
wałem w kopalni opali w Andamooka w temperaturze stu osiemdziesięciu stopni Fahrenheita, 
gdzie muchy żarły nas żywcem i doprowadzały nas do szału... gdzie nie mogłeś zaufać sąsia-
dowi,  że  nie  poderżnie  ci  gardła  we  śnie,  żeby  ci  zwędzić  tobołek...  kopałem  w  Randzie  w 
roku,  w  którym  zbuntowali  się  czarni,  a  krew  lała  się  w  sztolniach  jak  woda...  ale  nigdy  w 
życiu nie byłem w takiej parszywej zapomnianej przez Boga dziurze... jak się tylko skończy 
mój kontrakt, wynoszę się, nikt mnie tu więcej nie zobaczy! 

— Nikt cię do niczego nie zmuszał. Podpisałeś umowę z własnej woli. A płaca jest tu 

najlepsza we wszechświecie. 

Lodowate  oczy  grubasa  wpatrywały  się  we  mnie,  kiedy  to  mówił.  Leżałem  bez  ruchu. 

Rudy wiercił się niespokojnie. 

— Płaca! Żadna płaca nie jest warta takiej harówki... Żyje się tu, jakby się było kretem 

w kretowisku... wącha się przez osiem godzin dziennie własny pot, dusi się człowiek w tym 
zafajdanym  kombinezonie.  Żadnej  knajpy,  żadnych  kobiet,  żadnej  porządnej  wyżerki  przez 
osiemnaście miesięcy... 

— Co to znaczy porządna wyżerka? Jak często miałeś w gębie porządny befsztyk tam, 

na Ziemi. Bzdury gadasz! 

—  Wiesz  dobrze,  że  od  tygodni  befsztyka  na  oczy  nie  widziałem.  Nic,  tylko  to  świń-

stwo z puszki. 

—  Daj  spokój!  Ostatni  transport  zaopatrzeniowy  musiał  nam  dostarczyć  dodatkowych 

wierteł. Dostaniesz befsztyka za tydzień. 

Rudy potarł sobie twarz. 
—  ...a  te  nadgodziny...  W  zeszłym  tygodniu  robiłem  non  stop  osiemdziesiąt  godzin. 

Zasypiałem na nogach. 

— LEMCON to nie miejsce dla mięczaków! — uśmiechały się wąskie usta grubego.  
Żylaste ramię rudego uniosło się, aż grubas się cofnął. 
— Dotknij mnie, ty australijski kangurze, a złożę na ciebie raport. Znasz przepisy. 
—  To  przestań  mi  wymyślać  albo  koniec  przyjaźni.  Poza  tym  jestem  ci  potrzebny,  bo 

kto  za  ciebie  będzie  odwalał  brudną  robotę?  A  teraz  powiedz  mi  nareszcie...  co  się  tu  dzie-
je?... pracujemy w takim pośpiechu, że można pomyśleć, że chcemy wypatroszyć cały Księ-
życ  z  minerałów...  potrójne  stawki  za  nadgodziny,  wiertła  łamią  się  jak  zapałki.  Czy  to  ma 
sens? 

Clint uśmiechnął się. 
—  Czy  nie  oglądasz  telewizji?  LEMCON  się  kończy.  Miles  Fargo  dostał  instrukcje. 

background image

Musimy wywieźć z Księżyca ostatni kawałek rudy, zanim zjedzie tu ekipa ONZ. 

Rudy podrapał się w głowę. 
— A to, jak to... się tam nazywa...? 
—  Moratorium?  Nie  rozśmieszaj  mnie!  Fargo  dostał  instrukcje,  mówię  ci.  LEMCON 

zabiera, co się da, i zwija się. Co zrobią koloniści, jak zostaną bez wody, bez tlenu i transpor-
tu? Wytrzymają może pięć, najwyżej dziesięć lat. Potem opuszczą Księżyc. Wtedy LEMCON 
wróci i przejmie wszystko, co powinien był zrobić od początku. 

— To granda. 
— No i co z tego? Uczciwie to możesz wygrać parę orzechów, ale nie większą forsę. 
— No dobrze. Ale dlaczego się tak awanturujesz o tego chłopaka? Jak tylko ekipa ONZ 

wyląduje na dworcu Imbrium, zorientuje się od razu w kombinacji Fargo. 

Grubas  wzruszył  ramionami,  nie  spuszczając  ze  mnie  zimnego  wzroku.  Leżałem  bez 

ruchu  na  wąskiej  leżance,  głową  zwrócony  ku  drzwiom,  z  przymrużonymi  oczyma  i  ręką 
przesłaniającą twarz. 

—  Nic  nie  rozumiesz,  głupi  kangurze.  Dopóki  ci  faceci  z  ONZ  nie  wyniuchają,  że  tu 

dzieje się coś nielegalnego, nie będą. się do nas spieszyli. Zresztą zanim wybiorą przewodni-
czącego i uzgodnią skład delegacji, będziemy mieli co najmniej rok na zatarcie śladów. Może 
nawet więcej. Byle zaburzenia w Afryce mogą odciągnąć ich uwagę od nas. 

Australijczyk patrzył na grubego z uwagą. 
— Myślisz, że Miles Fargo jest zdolny do takich rzeczy? 
—  Fargo?  Nie  rozśmieszaj  mnie!  LEMCON  jest  potężniejszy  i  sięga  dalej,  niż  mu  się 

kiedykolwiek  śniło.  Wpakowano  tu  więcej  pieniędzy,  niż  potrafisz  sobie  wyobrazić...  To  są 
petrodolary.  Trzymaj  się  mnie,  Blue,  a  jeszcze  się  wzbogacisz.  Ale  ten  szczeniak  widział 
hałdy kruszcu, widział te wszystkie koparki, wie, że mamy inhibitor. A to niedobrze. Przecież 
ostrzegano  nas  przed  szpiegami.  Widzisz,  co  narobiłeś  tym  swoim  miękkim  sercem.  Po  coś 
go tu sprowadził? 

Nastąpiło milczenie. A potem: 
— Co zrobimy, Clint? 
— Pozbędziemy się go, oczywiście. 
Zamknąłem  oczy  i  przełknąłem  ślinę.  Ogarnęła  mnie  panika,  ale  nie  chciałem  im  tego 

pokazać. Pot wystąpił mi na czoło, oddychałem z trudem. 

Kiedy  usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi, zacisnąłem mocno powieki. Poczu-

łem na ramieniu czyjąś  rękę. Ktoś mną potrząsał. Jęknąłem i obróciłem się na wznak. Spoj-
rzałem na dwóch mężczyzn, którzy stali nade mną, udając, że widzę ich po raz pierwszy. 

— Na nogi — powiedział grubas. 
Miał niepokojąco łagodny głos, a z jego gardła wydobywał się niemal szept. Spuściłem 

nogi  na  podłogę  i  rozejrzałem  się.  Poza  łóżkiem  pomieszczenie  było  puste.  Sąsiedni  pokój 
wyglądał na biuro, kilka krzeseł, biurko i szafki. Następne drzwi były zamknięte. 

— Jak się nazywasz? Skąd jesteś? — nalegał gruby tym swoim głosem. 
— Kepler... — wykrztusiłem z siebie, a przez głowę przebiegały mi plany ucieczki. 
Nagle olśniło mnie. Zrozumiałem, co się stało. Burza słoneczna przerwała komunikację 

między bazami. Nie można było ogłosić wiadomości o zaginięciu Keplera Mastermana, syna 
gubernatora  Księżyca.  Więc  jeżeli  uda  mi  się  przekonać  Clinta  i  Blue,  że  nie  jestem  nikim 
ważnym, że to wszystko jest pomyłką, to wtedy może, może puszczą mnie. 

— Mieszkam w bazie Keplera — powiedziałem i zawahawszy się tylko przez sekundę 

czy dwie dodałem: — Nazywam się Eric Ericson. 

— A twój ojciec? 
— Bjorn Ericson, proszę pana. Astronom. 
— Skąd się tu wziąłeś? Wiesz dobrze, że kolonistom nie wolno tu przyjeżdżać. 
— Wiem, proszę pana. Bardzo mi przykro. Nie chciałem... — głos mi się załamał. 

background image

— Nie mów do mnie „proszę pana”. Nie jestem żadnym z tych panów kolonistów. Baza 

Keplera  jest  odległa  o  sześćset  kilometrów.  Nie  mogłeś  tu  trafić  przez  pomyłkę.  Mów  pra-
wdę! 

Więc powiedziałem mu prawdę, o zabawie i o jeździe po terminatorze. 
— Zabawa? — grubas skrzywił się. — Co za zepsute szczeniaki! W waszym wieku już 

od kilku lat zarabiałem na chleb. Cóż, to, co mówisz, jest takie głupie, że może być prawdzi-
we. Lepiej dla ciebie, żeby tak było. — Zwrócił się do rudego: — Pilnuj go, Blue, a ja tym-
czasem sprawdzę jego historyjkę. 

Wyszedł z pokoju; jak na takiego grubasa miał lekki chód. Nim drzwi zatrzasnęły się za 

nim,  zobaczyłem  odcinek  pomalowanego  na  biało  korytarza.  Wstałem  i  zajrzałem  do  sąsie-
dniego pokoju. Było to biuro, surowo i funkcjonalnie umeblowane. Nie miało w ogóle okien, 
nic nie wskazywało na to, gdzie jestem. 

Byłem  uwięziony.  Nawet  gdyby  udało  mi  się  znaleźć  drogę  do  śluz  powietrznych,  nie 

miałem kombinezonu kosmonautycznego i nie  wiedziałem, gdzie jest mój pełzacz. Bez tych 
dwóch  rzeczy  byłem  unieruchomiony.  Grubas  o  tym  wiedział.  A  jednak  kazał,  żeby  Blue 
mnie pilnował. Dlaczego? 

Wiedziałem, że powinienem jak najszybciej znaleźć odpowiedź na to pytanie. Za kilka 

godzin  łączność  zostanie  przywrócona  i  ludzie  LEMCON-u  dowiedzą  się,  kim  naprawdę 
jestem. Nie wątpiłem, że tym razem pozycja syna gubernatora nie będzie dla mnie najwygo-
dniejsza. 

Zakręciło mi się nagle w głowie, oparłem się o futrynę drzwi ręką mokrą od potu. Łzy 

podeszły mi do gardła. 

— Co ci jest, chłopcze? — zapytał Blue. Mówił z silnym akcentem australijskim. 
— Nic... chyba nic.... — opadłem bezwładnie na łóżko. 
Było mi nieco lepiej, ale wciąż czułem się jak zwierzę w potrzasku. Gorączkowo szuka-

łem jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. 

— Radiacja... — jęknąłem. — Czy byłem długo na powierzchni? 
— Nie — powiedział rudy uspokajająco. — Nie bój się. Wciągnąłem cię do środka na 

dobre dziesięć minut. przed nadejściem burzy. 

—  Nic  nie  rozumiem.  Wiem,  że  zemdlałem...  pamiętam  tylko,  że  próbowałem  prowa-

dzić pełzacz pod górę, po zboczu krateru. To wszystko. Czy trafiłeś na mnie już blisko grani? 
Jak to się stało, że mnie zauważyłeś? 

— Twoje pochłaniacze dwutlenku węgla chyba przestały działać — odpowiedział Blue 

po  dłuższej  przerwie.  —  Kiedy  wyciągałem  ciebie  z  pełzacza,  oddychałeś  już  bardzo  kiep-
skim powietrzem. Nie pamiętasz? 

— A co? 
— Byłeś prawie na dnie krateru, w pobliżu naszych śluz powietrznych.  Czy naprawdę 

nie pamiętasz, jak się tam znalazłeś? 

Potrząsnąłem głową. Blue przypatrywał mi. się ze zdziwieniem. Powrócił Clint i powie-

dział do Blue zupełnie jak gdyby mnie przy tym nie było: 

— Eric Ericson istnieje. Ma piętnaście lat. Żyje w bazie Keplera od trzech lat. 
— Od pięciu — przerwałem mu. 
Eric  zjawił  się  na  Księżycu  tym  samym  promem,  co  Ann  i  jej  rodzina.  Byłem  więc 

pewny daty. Kątem oka dostrzegłem, że gruby jak gdyby uspokoił się. Skinął ledwie dostrze-
galnie na Blue. 

Odetchnąłem z ulgą. Wyglądało na to, że przynajmniej na razie jestem ułaskawiony. 
Blue, oparty o framugę drzwi, wyprostował się. 
— Jesteś głodny, chłopcze? Zjadłbyś coś? 
— Owszem, jestem głodny. Konam z głodu. 
— To dobrze — Blue wyszedł z pokoju.  

background image

Gruby  patrzał  na  mnie  swoimi  zimnymi  oczyma,  a  ja  instynktownie  nie  odwracałem 

wzroku. 

— Konasz z głodu? Zdawało mi się, że wspomniałeś o jakiejś zabawie. 
Uśmiechnął się, na jego różowych policzkach ukazały się dwa dołki. Kontrast pomiędzy 

chłodem jego spojrzenia a tymi dołkami był koszmarny. Wzdrygnąłem się, jakbym zobaczył 
uśmiechającego się trupa. Ciarki przeszły mi po plecach. Spuściłem oczy. 

—  To  nie  była  wielka  zabawa  —  wyjąkałem  z  siebie.  —  Po  prostu  muzyka,  tańce  i 

trochę biszkoptów drożdżowych dla maluchów. 

Gruby nic nie powiedział, po pewnym czasie milczenie stało się nie do zniesienia. 
—  Przypuszczam,  że  uważa  pan  te  zabawy  z  okazji  Nowego  Dnia  za  dość  głupie,  ale 

one... one umilają nam cały rok, a maluchy uwielbiają je — gadałem byle gadać. 

— My tu tylko pracujemy. Jemy. Śpimy. To wszystko. 
— Ale jest was na pewno tyle, żebyście mogli sobie coś zorganizować. Trochę muzyki, 

jakieś przedstawienie. Przecież chyba nie mieszkacie osobno, nie jecie osobno? 

— Po co zadajesz te pytania? Dlaczego cię to interesuje? 
— Przepraszam pana, po prostu myślałem... nie mam specjalnego powodu... 
Ucieszyłem się, kiedy zjawił się Blue z tacą. Postawił ją na stole. 
— Masz, chłopcze. Zobaczmy, co dostałeś.  
Clint stał pomiędzy mną a stołem. Spróbowałem go obejść. Wysunął rękę i złapał mnie 

za ramię. Może nie wyglądał na osiłka, ale to były pozory. Pod warstwą tłuszczu grały stalo-
we mięśnie. Jeszcze po godzinie czułem uścisk każdego z jego palców. 

—  Nie  masz  specjalnego  powodu?  Tak?  —  odepchnął  mnie  brutalnie  od  siebie.  — 

Uważaj na niego, Blue! — spojrzał na Australijczyka zimnym wzrokiem i znowu opuścił po-
kój. 

Patrzyłem za nim i masowałem sobie ramię. Ale zapach gorących potraw był tak kuszą-

cy, że siadłem za stołem i zabrałem się do jedzenia. Blue patrzył na mnie z zainteresowaniem. 

— Kiedy ostatni raz jadłeś taki obiad? — zapytał. 
—  Kiedy  byłem  ostatni  raz  na  Ziemi  —  odpowiedziałem  mając  usta  pełne  kartofli  i 

sosu. 

—  Pięć  lat  temu?  To  długa  przerwa  pomiędzy  posiłkami.  A  wcale  nie  wyglądasz  na 

wygłodzonego. 

W ostatniej chwili przypomniałem sobie, że nie  mogę przecież powiedzieć mu, że po-

wróciłem  na  Księżyc  przed  niespełna  miesiącem.  Zakrztusiłem  się,  przełknąłem  łyk  świeżej 
wody — świeżej wody, a nie tej wstrętnej obiegówki! 

— Jadamy przeważnie syntetyczne potrawy — oświadczyłem. — Są bardzo pożywne, 

ale smaku nie mają i po pewnym czasie strasznie się nudzą. A to jedzenie jest pyszne. 

— Pyszne? Przecież to tylko gulasz z puszki, kolego, a nie bażant w galarecie. 
—  Gulasz  z  puszki?  Przecież  są  wysokie  kary  za  obarczanie  transportowców  takim 

ładunkiem! Jakżeście go tu przywieźli? 

Tym razem zdziwił się Blue. 
—  Transportowcem  rudy,  oczywiście.  Zjeżdżają  na  Ziemię  z  ładunkiem,  a  wracają  z 

powrotem z zaopatrzeniem. LEMCON nigdy nie zdobyłby doświadczonych górników, gdyby 
nie dawał im dobrego wyżywienia. Górnicy są bardzo wymagający w tej dziedzinie. 

Jedząc, zastanawiałem się nad tym, co powiedział. 
—  Ale  skoro  transportowce  wracają  puste  z  Ziemi,  to  dlaczego  i  koloniści  nie  mogą 

sobie nimi sprowadzać towarów? 

Wzruszył ramionami. 
— Przypuszczam, że moglibyście, gdybyście chcieli pokryć koszta transportu. 
— Czy ma pan pojęcie, ile LEMCON żąda od nas za fracht na Ziemi? 
— Przypuszczam, że tyle, ile się tylko da. To nie jest instytucja charytatywna. 

background image

— Coś tu nie gra, proszę pana. Coś tu nie gra.  
Odsunąłem talerz. 
— Koloniści byli pierwsi. Dopiero piętnaście lat później LEMCON otrzymał prawo do 

eksploatacji rud. Opracowana przez nas specjalna technologia umożliwiła racjonalne wydoby-
wanie tutejszych surowców. 

—  Na  pewno,  chłopcze,  na  pewno.  Ale  pomyśl  o  tym,  co  LEMCON  wam  za  to  daje. 

Transakcja jest uczciwa. I przestań mówić do mnie: proszę pana. Mów mi: Blue. 

— Dobrze, pro... dobrze, Blue. Co nam daje LEMCON? Każe nam tak drogo płacić za 

wodę,  że  musimy  ją  regenerować  przez  powtórne  włączenie  do  obiegu  i  racjonować.  Po  za-
płaceniu wam nieludzkich cen za tlenki nie mamy już pieniędzy na porządną żywność, meble 
czy inne luksusy. Ubieramy się w mundurki, a nasze pomieszczenia mieszkalne przypominają 
koszary.  Żywimy  się  potrawami  sporządzonymi  z  produktów  pochodzących  z  bezglebowej 
plantacji wodnej i płacimy horrendalne ceny za jakiekolwiek wiktuały sprowadzone z Ziemi. I 
ani grosza tantiem z LEMCON-u. Dlatego mandat ONZ jest dla nas taki ważny. 

Przez chwilę Blue nie odpowiadał. Potem roześmiał się. 
—  Cóż,  muszę  przyznać,  że  mówisz  dobrze.  Waszym  ludziom  udało  się  dobrze  indo-

ktrynować  młodzież.  O,  nie  rób  takich  niewinnych  minek.  To  wszystko  propaganda.  Każdy 
wie, że koloniści mają łatwe życie, że żyją w wygodnych domach z żonami i dziećmi, że mają 
lekką  i  łatwą  pracę.  A  jak  ty  sobie  wyobrażasz  nasze  życie?  Przez  osiemnaście  przeklętych 
miesięcy dziko harujemy i albo się dusimy z gorąca, albo marzniemy po nocach. Potem wra-
camy do pustego domu, w którym nas nikt nie czeka. Jak myślisz? Co my czujemy? 

— Więc po co wam to? Dlaczego przyjeżdżacie? 
—  Ja  chyba  musiałem  mieć  fioła,  kiedy  się  zgodziłem.  Oczywiście,  że  chodziło  mi  o 

forsę. Tylko dla forsy można przyjechać na Księżyc. 

— Ale to nie jest... 
Drzwi  otworzyły  się  z  trzaskiem,  stanął  w  nich  grubas.  Chwycił  mnie  wielką  łapą  za 

ramię, a drugą uderzył w twarz tak gwałtownie, że moja głowa poleciała w tył. Zamachnąłem 
się, ale on rąbnął mnie drugi raz. I trzeci. Kolana ugięły się pode mną, upadłem. 

Blue odciągnął grubasa. 
— Co ty, do cholery, robisz, Clint?  
Zwaliłem się na krzesło. 
— To oszust. Już ja mu pokażę. 
—  Uspokój  się  i  powiedz,  co  jest.  Co  on  takiego  zrobił?  Na  mój  rozum  jest  całkiem 

niewinny. Mówi różne bzdury, ale nic poza tym. 

—  Niewinny!  Nie  rozśmieszaj  mnie!  Kłamie,  słyszysz,  Blue,  kłamie  jak  z  nut.  Nie 

nazywa się Eric Ericson. Radio znów działa. Żaden Ericson z bazy Keplera nie zaginął. 

—  Może  jeszcze  nie  wiedzą,  może  jeszcze  nie  odkryli,  że  zaginął.  Czy  pomyślałeś  o 

tym, zanim zacząłeś go bić? 

— Kiedy oni już odkryli brak pełzacza. I zaginięcie jakiegoś chłopca. Tylko, że nie jest 

to  synek  żadnego  tam  astronoma,  ale  syn  gubernatora,  Kepler  Masterman.  To  on  przyjechał 
na Aristarchusa na przeszpiegi. Syn gubernatora Księżyca we własnej osobie! 

Blue spojrzał na mnie i roześmiał się, ale jakoś bez wesołości. 
— Wiedziałem, że wszystko, co pleciesz, to propaganda. Od razu wiedziałem. 
— Mylisz się, Blue. Powiedziałem ci czystą prawdę. Po prostu nie chciałem wam podać 

swojego  prawdziwego  nazwiska,  bo  bałem  się,  że  wpadnę  w  jeszcze  większe  kłopoty.  To 
wszystko. Ale to, co ci mówiłem, to szczera prawda, przysięgam. Możecie mnie zawieźć do 
bazy Keplera i sami sprawdzić, jak tam jest. Mój ojciec chętnie was oprowadzi. Wtedy prze-
konacie się, kto ma rację: my czy LEMCON. 

—  Słyszysz  go,  Blue?  —  Clint  uśmiechnął  się  zimno.  —  Zawsze  byłeś  głupi.  Lepiej 

słuchaj mnie, bo inaczej rozejrzę się za lepszym partnerem. 

background image

— Grozisz mi? 
— Po prostu mówię ci, co i jak. Teraz zamknij się. Muszę chwilę pomyśleć. Czy ktoś 

cię widział, jak go tu taszczyłeś? 

Blue potrząsnął głową. 
—  Dobrze.  W  takim  razie,  jeżeli  uda  nam  się  wynieść  go  stąd  tak,  żeby  nas  nikt  nie 

zauważył, będziemy mogli zaaranżować mały wypadek, który spotka go w połowie drogi na 
bazę Keplera. W ten sposób LEMCON będzie czysty, a sprawa załatwiona. 

— Jaki wypadek? 
— Jeszcze nie obmyśliłem wszystkich szczegółów. Ale ty się tak nie denerwuj. 
— Nie wezmę udziału w morderstwie. Nie zabiję dzieciaka. I mówię ci, że to zupełnie 

niepotrzebne. On w ogóle nic nie widział. 

— Co to znaczy? 
Blue spojrzał na mnie i ściszył głos. 
— Nie widział inhibitora. Nic nie pamięta, naprawdę. Nie ma potrzeby wykańczać go. 
— To szpieg. 
— Daj spokój, Clint. Wszędzie widzisz szpiegów. To bez sensu. Jeżeli jesteś taki nie-

spokojny, to zaprowadź go do szefa. 

— Do Fargo? Nie rozśmieszaj mnie ciągle. Fargo przekaże go tatusiowi i jeszcze będzie 

słodki jak miód. Ja nie podlegam Fargo. Mogę ci powiedzieć, że ludzie, dla których pracuję, 
na  pewno  kazaliby  mi  pozbyć  się  tego  chłopaka  na  dobre.  I  nie  ucieszyliby  się,  gdybym  im 
powiedział, że to właśnie twoja głupota zmusiła ich do tej paskudnej roboty. 

Opalenizna jakby zniknęła z twarzy Australijczyka. 
— O czym ty mówisz? Hej, wyłącz mnie z tego, dobrze? 
—  Mowy  nie  ma.  Tkwisz  w  tym  po  uszy.  A  poza  tym  nie  rozumiem,  dlaczego  jesteś 

nagle taki miękki? Zapomniałeś może, jak wykończyłeś tego faceta w Andamooka? 

— To była zupełnie inna sprawa i dobrze o tym wiesz. Był sobie sam winien. Ukradł mi 

wszystkie opale, jakie uzbierałem przez te przeklęte cztery miesiące. A poza tym nie był dzie-
ckiem. 

— Widzę, że ci koloniści to cwaniaki. Na pewno sobie tak wszystko obmyślili. Przysłali 

do nas szczeniaka na przeszpiegi. A ty chcesz, żebyśmy go grzecznie odesłali z powrotem do 
bazy Keplera do tatusia gubernatora. A on powie tatusiowi dokładnie, ile koparek zobaczył i 
ile  hałd  rudy,  a  tatuś  zawiadomi  ONZ.  Zanim  zdążysz  zmówić  pacierz,  zaroi  się  na  Aristar-
chusie od obserwatorów ONZ. Wtedy stracisz pracę, Blue, i to nie tylko na Księżycu. Ponie-
waż  jak  tylko  powrócimy  na  Ziemię,  postaram  się  dla  ciebie  o  wilczy  bilet.  Nie  dostaniesz 
żadnej pracy tam, gdzie moi przyjaciele mają coś do powiedzenia, a możesz mi wierzyć, że 
oni  są  wszędzie.  I  to  wszystko  będziesz  miał  do  zawdzięczenia  temu  szczeniakowi.  To  tak, 
jakby ci wyciągnął premię z kieszeni. 

— Ale przecież on nic nie widział! 
—  Nie,  Blue.  Na  pewno  zauważył  inhibitor.  Wygada  wszystko  i  wpadniemy.  Pomyśl 

przez chwilę. Musimy go zlikwidować. Zastanów się! To taki sam facet, jak ten, co ci ukradł 
opale. 

Na  twarzy  Australijczyka  odmalowała  się  po  chwili  determinacja.  Jeszcze  pięć  minut 

temu Blue był niemalże moim przyjacielem. Teraz patrzał na mnie z nienawiścią. Nic się wła-
ściwie nie zmieniło, ale nagle ci ludzie, zjednoczyli się przeciwko mnie — dwaj przeciwko 
mnie jednemu. 
 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jak  uciekać,  kiedy  nie  ma  dokąd?  Nie  miałem  kombinezonu  księżycowego.  Nie  wie-

działem, co Blue zrobił z moim pełzaczem. Nie miałem pojęcia o topografii Aristarchusa, nie 
wiedziałem, na jakiej znajdowaliśmy się głębokości, gdzie są windy, jak funkcjonują śluzy. A 
poza tym co to jest ten „inhibitor”? Cokolwiek to było, nie przyniosło mi jak dotąd nic dobre-
go i prawdopodobnie nie pomoże mi w próbie wydostania się stąd. 

Tak  więc  kiedy  Blue  spojrzał  na  mnie  oczami  płonącymi  złością  i  wspomnieniem 

australijskich opali, a Clint powiedział: „Chodź, chłopcze, ale żadnych kawałów” — wstałem 
posłusznie i wyszedłem z nimi z pokoju. 

Gdzieś z głębi korytarza doszedł nas wybuch chrypliwego śmiechu. Przez krótką chwilę 

zawahałem się. Czy Clint odważy się zabić mnie w samym sercu LEMCON-u? Gdybym ty-
lko mógł dostać się między górników... dwie osoby mogą sobie zaplanować morderstwo, ale 
przecież  nie  dziesięć  czy  dwadzieścia...  Zdałem  sobie  nagle  sprawę,  że  tylko  oni  dwaj  chcą 
mnie zabić... Dlatego tak mnie pilnowali. Nie musiałem więc uciekać z Aristarchusa, ale tylko 
od Clinta i Blue. Miles Fargo był może łajdakiem, ale przecież nie mordercą... gdybym się tak 
mógł dostać do niego. 

Rzuciłem  się  naprzód,  przebiegłem  między  moimi  strażnikami  i  popędziłem  wzdłuż 

długiego, białego korytarza. Już trzymałem rękę na klamce drzwi, już słyszałem głosy i śmie-
chy, już otwierałem usta do krzyku. 

Ciężka ręka zamknęła mi usta i stalowe palce zacisnęły się na moim ramieniu. Kopany i 

popychany,  ale  opierający  się,  zostałem  mimo  to  zawleczony  z  powrotem  przez  korytarz  i 
wepchnięty do windy. 

Drzwi  zasunęły  się  pomiędzy  nami  i  normalnymi  ludzkimi  istotami.  Ruszyliśmy  do 

góry. 

—  Tylko  spróbuj  jeszcze  raz...  —  Clint  otworzył  pięść  i  pokazał  mi  rewolwer,  pasku-

dnie wyglądającą ziemską broń. Nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałem, ale czytałem 
o tym, jaka jest groźna. 

Przełknąłem ślinę i potrząsnąłem głową. 
— Już nie. Obiecuję. 
Drzwi  otworzyły  się  na  inny  pomalowany  na  biało  korytarz  prowadzący  w  prawo  i 

lewo, rozgałęziający się u wylotów niczym rozczapierzona dłoń. 

Skręciliśmy  w  lewo.  Szliśmy  bardzo  szybko.  Blue  na  przedzie,  a  Clint  za  mną  z  lufą 

rewolweru  wbitą  w  moje  plecy.  Na  końcu  korytarza  wyłoniła  się  grupa  ludzi.  Szli  ku  nam. 
Clint nie zwolnił kroku, ale jego broń boleśnie wbijała się w moje żebra. 

Nie miał powodu do obaw. Ludzie minęli nas nie zwracając na nic uwagi. Byli nie ogo-

leni,  jechało  od  nich  potem,  wyglądali  na  półprzytomnych  ze  zmęczenia.  Jeden  z  nich  zato-
czył się w moim kierunku i przez chwilę znaleźliśmy się twarzą w twarz. Czułem zapach pyłu 
księżycowego  okrywającego  jego  ubranie  i  widziałem,  jak  pot  spływał  mu  po  czole  i  poli-
czkach. Miał coś dziwnego w oczach, a przez cały policzek biegła od oka biała szrama. 

Nie  zdążyłem  nawet  otworzyć  ust.  Człowiek  ten  minął  mnie,  obojętny  i  niewidzący. 

Wiedziałem, że nawet gdyby udało mi się uciec od Clinta i Blue i pobiec za tymi ludźmi, oni 
nie  zareagowaliby  na  moją  sytuację,  nawet  nie  usłyszeliby  moich  słów.  Po  kilku  sekundach 
zniknęli w czeluściach wind i znowu byliśmy sami. 

— Dobrze — pochwalił mnie Clint i nacisk jego rewolweru zmniejszył się nieco. 
Zatrzymaliśmy  się  na  końcu  głównego  korytarza.  Zobaczyłem  teraz,  że  każde  jego 

odgałęzienie  kończy  się  szatnią  z  szafkami,  a  umieszczone  na  końcu  drzwi  są  wejściem  do 
śluz powietrznych. 

Skręciliśmy w ostatnie  chyba odgałęzienie korytarza. Clint otworzył szafkę i rzucił mi 

background image

niewygodny kombinezon ziemskiego kroju. 

— Włóż to i pośpiesz się. 
Złapałem kombinezon. Pod jego ciężarem ugięły mi się kolana. 
— To nie dla mnie — zaprotestowałem. — Jest o wiele za duży i za ciężki. 
— Rób, co ci każę! — Clint podniósł rękę do góry, ale kiedy się uchyliłem, Blue złapał 

go za ramię.   

— Daj mu spokój, Clint. Chłopak ma rację. Przecież nie chcesz, żeby go znaleziono w 

jednym z naszych kombinezonów. 

Ręka Clinta opadła. Uśmiechnął się. Dołki na jego policzkach pogłębiły się. 
—  Masz  rację,  Blue.  Szybko  się  uczysz!  Dobrze!  Co  zrobiłeś  z  kombinezonem  szcze-

niaka? Pospiesz się. Nie chcę, żeby go ktoś zobaczył. 

—  Jest  w  mojej  szafce.  Chwileczkę.  O,  proszę.  Wsunąłem  go  za  moje  rzeczy.  Co  za 

delikatny materiał! Ja nie miałbym do tego zaufania — rzucił kombinezon w moją stronę. 

— Nie jest mu potrzebny  na długo — uśmiechnął się grubas, a wyraz jego oczu przy-

prawił mnie o dreszcze. 

Zbadałem  szczelność  hełmu  i  rękawic,  zbiornika  tlenowego  i  pochłaniacza  dwutlenku 

węgla, podczas gdy oni wtłaczali się w swoje ciężkie staromodne kombinezony. 

Clint  nacisnął  guzik  opatrzony  literami  ATM.  Słyszałem  odgłos  pompy  powietrznej 

pracującej  w  śluzie.  Czerwone  światło  zgasło,  zapaliło  się  zielone  oko  wskaźnika  ciśnienia 
atmosferycznego. Pokrywa luku odsunęła się, zanim para moich dręczycieli skończyła zakła-
danie kombinezonów. 

Clint spojrzał wzdłuż korytarza. 
— No już, właź do środka. 
Kiedy  pokrywa zasunęła się za nami, widziałem, że korytarz jest wciąż pusty. Nikt na 

Aristarchusie mnie nie widział prócz tej pary i słaniających się ze zmęczenia, schodzących ze 
zmiany górników. 

Dotychczas  szczęście  sprzyjało  Clintowi  i  Blue.  Teraz  chyba  moja  kolej,  pomyślałem, 

trzeba  być  na  wszystko  przygotowanym.  Obserwowałem,  jak  sprawdzają  sobie  nawzajem 
kombinezony. Dla pewności robili to dwukrotnie. Zrozumiałem, że się boją. Że boją się Księ-
życa.  Osłonięci starymi, niewygodnymi kombinezonami kosmicznymi widzieli w nim tylko 
wroga. 

Przypomniałem sobie, co czułem, kiedy po raz pierwszy nurkowałem na Konszelfie 10. 

Doznałem  wówczas  cudownego  poczucia  wolności  i  lekkości  dzięki  kombinezonowi  i  poje-
mnikowi z tlenem na plecach. Kombinezon księżycowy dawał mi takie samo poczucie. 

LEMCON  odwrócił  się  plecami  do  kolonii  księżycowej,  ignorował  wszystkie  nasze 

obyczaje, nawet naszą wysoko rozwiniętą technologię. Teraz płacił wysoką cenę za lekcewa-
żenie  naszych  zdobyczy.  Bo  jego  ludzie  nie  czuli  się  na  Księżycu  tak  jak  ja  —  dobrze  i 
pewnie. 

Obserwowałem  ich,  podczas  gdy  śluza  opróżniała  się  z  powietrza.  Było  ich  przecież 

dwóch,  a  każdy  ważył  co  najmniej  dwa  razy  tyle  co  ja.  Ale  ja  byłem  dzieckiem  Księżyca. 
Księżyc był moją planetą. Urodziłem się w jego grawitacji i próżnia nie była mi obca. Umia-
łem  odczytywać  pozycję  Słońca,  Ziemi  i  gwiazd  i  określać  z  dokładnością  do  kilku  kilome-
trów, zarówno w dzień, jak i w nocy, gdzie jestem. Poruszałem się na Księżycu tak jak każdy 
chłopiec na Ziemi w drodze ze szkoły do domu. 

Poza tym nie bałem się Księżyca i to było moją najpotężniejszą bronią. Czułem się jak 

partyzant walczący z dwoma opryszkami ubranymi w średniowieczne zbroje. Gdybym tylko 
dożył do odpowiedniego momentu, to miałbym szansę... jeżeli taki moment przyjdzie... jeżeli 
w porę zorientuję się, że nadszedł. 

Pompy  stanęły,  pokrywa  śluzy  otworzyła  się.  Przed  nami  ziała  przestrzeń  kosmosu. 

Śluza była nachylona, więc musieliśmy iść pod górę dość stromą rampą pokrytą księżycowym 

background image

pyłem. Ile godzin przebywałem na dole? 

Chyba  niezbyt  długo.  Dno  krateru  upstrzone  było  światełkami  hełmów  górniczych  i 

poprzecinane  reflektorami  pojazdów,  ale  Słońce  wciąż  stało  poniżej  grani  krateru.  Miałem 
bardzo  niewiele  czasu  na  rozejrzenie  się,  gdyż  spiesznie  zawleczono  mnie  przez  pusty  teren 
ku  grupie  pojazdów.  Ukryty  wśród  nich  stał  mój  pełzacz.  Sam  bym  go  nigdy  nie  znalazł. 
Próbowałem  dostosować  krok  do  powolnych  kroków  moich  ciemięzców.  Im  mniej  będą  się 
orientowali w moich możliwościach, tym większe są moje szanse na zaskoczenie ich w spo-
sobnej chwili. 

Clint przybliżył hełm do hełmu Blue, żeby móc porozumiewać się z nim bezpośrednio 

bez użycia radia, w które każdy mógł się włączyć. W księżycowej próżni dźwięki nie rozcho-
dzą się, więc jego słowa nie doszły mnie, ale to nie miało większego znaczenia.  

Clint stał nieco niżej niż Blue, światło reflektorów oświetlało dolną część jego przeciw-

słonecznej  osłony.  Oczy  miał  w  cieniu,  ale  usta  doskonale  widoczne.  Odczytywałem  z  nich 
każde jego słowo... 

—  Wsiądę  z  nim  do  pełzacza.  Ty  pojedziesz  za  nami.  Trzymaj  się  dokładnie  naszych 

śladów.  I żebyś nas nie zgubił. Kiedy oddalimy  się wystarczająco od Aristarchusa, otworzę 
śluzę pełzacza i dołączę do ciebie. Wrócimy do bazy na długo, zanim go znajdą. Nie będzie 
sposobu na udowodnienie, że nie zginął na skutek własnej lekkomyślności. 

Blue  skinął  głową  na  znak  zgody.  Miał  twarz  w  cieniu,  więc  nie  mogłem  odcyfrować 

jego myśli. Gdyby  to on pilotował mojego pełzacza, może mógłbym  go jakoś przekabacić... 
ale Clint oczywiście przewidział to. Dlatego postanowił sam mnie załatwić. 

Wsiedliśmy  więc  z  Clintem  do  mojego  pełzacza  i  bez  przygód  przejechaliśmy  dno 

krateru.  Ten  ich  inhibitor  —  o  którym  w  dalszym  ciągu  nic  nie  wiedziałem  —  musiał  być 
wyłączony. Zajechaliśmy serpentynami na grań krateru i zaczęliśmy zjeżdżać po zewnętrznej 
jego stronie ku mare. Panowała tam czarna noc, jak okiem sięgnąć aż po horyzont odległy o 
jakie  czterdzieści  kilometrów  od  grani  krateru.  Kiedy  znaleźliśmy  się  na  dnie,  Clint  zaczął 
krążyć wokoło. To, czego szukał, zobaczył w tej samej chwili, co ja. Chodziło o ślady mojego 
pełzacza pozostawione w pyle księżycowym. Prowadziły prosto od śladów innych pojazdów 
— niczym ślad komety — do bazy Keplera. 

Osadzone na podwoziu reflektory pełzacza oświetlały jaskrawo charakterystyczny rysu-

nek.  Ślady  były  nietknięte,  nie  osiadł  na  nich  najmniejszy  nawet  pył,  a  że  nie  było  tu  ani 
wiatru, ani deszczu, mogły pozostać tak na wieki. Clint najwyraźniej tego nie chciał. 

Clint  był  złym,  człowiekiem  i  sama  jego  obecność  przyprawiała  mnie  o  gęsią  skórkę, 

ale  był  to  najlepszy  kierowca,  jakiego  w  życiu  spotkałem.  Nigdy  przedtem  nie  siedział  w 
księżycowym  pełzaczu,  ale  w  ciągu  kilku  minut  opanował  technikę  prowadzenia  go.  Jechał 
teraz po pozostawionych przeze mnie śladach. 

Kiedy obejrzałem się za siebie, zobaczyłem, że pojazd górniczy, który prowadził Blue, 

sunął  za  nami  tak  blisko,  że  jego  reflektory  oświetlały  unoszący  się  spod  naszych  gąsienic 
gęsty pył, jak gdybyśmy znajdowali się w atmosferze. 

Clint prowadził mój pojazd tak, by zatrzeć wszystkie ślady. Nikt nie będzie mógł domy-

ślić się, ile pojazdów i kiedy przejechało tą trasą. Zastanawiałem się, w jakiej odległości od 
bazy Keplera przyjdzie mi umierać. Starałem się oddychać równomiernie i zachować spokój. 
Pilnie obserwowałem Clinta w nadziei, że popełni jakąś omyłkę. 

Byliśmy  oddaleni  prawie  sto  pięćdziesiąt  kilometrów  od  Aristarchusa,  kiedy  nadeszła 

chwila,  na  którą  czekałem.  Słońce  chowało  się  wciąż  za  horyzontem  na  lewo  od  nas.  Na 
Księżycu jeszcze nie świtało, czerwona łuna nie  oświetlała jeszcze wschodniej strony nieba. 
Ale  ja  zauważyłem  coś,  co  Clintowi  nic  nie  mówiło;  leciutką  perłowoszarą  poświatę  słone-
cznej korony. 

Za  kilkadziesiąt  sekund  oślepiające  światło  zaleje  płaszczyznę  mare  i  uderzy  w  zaku-

rzoną kopułę pełzacza. Przez piętnaście sekund ściemnieje szkło reagujące na światło i przez 

background image

te piętnaście sekund będziemy jechali na oślep. 

Rozglądałem się gorączkowo za czymś, czym mógłbym odwrócić uwagę Clinta. Tylko 

kilka  sekund...  wszystko  teraz  zależy  od  synchronizacji.  Jedna  sekunda  za  wcześnie,  a  Clint 
zorientuje się, do czego zmierzam. Jedna sekunda za późno, a oślepiony przez Słońce naciśnie 
na hamulec, żeby zwolnić bieg pełzacza. 

To, czego szukałem, znalazłem tuż po prawej stronie pojazdu. Dokładnie to, co było mi 

potrzebne.  Gdyby  Clint  nie  koncentrował  się  wyłącznie  na  prowadzeniu  pełzacza  po  moich 
śladach,  zauważyłby,  że  w  drodze  do  Aristarchusa  w  pewnym  momencie  skręciłem,  żeby 
ominąć spory kopiec pyłu. Cały napięty wpatrywałem się w horyzont. 

Płomień  światła  błysnął  od  wschodu  jak  rakieta  i  uderzył  w  szklaną  kopułę  pełzacza. 

Przeskoczyłem przez całą długość kabiny, lekki jak piórko w moim księżycowym kombine-
zonie. 

— Uważaj, człowieku! Czy nic nie widzisz? Skręcaj! — wrzasnąłem i silnie skręciłem 

kierownicę w prawo. 

Clint oślepiony Słońcem uniósł lewe ramię, żeby sobie zasłonić oczy. Zaskoczenie było 

całkowite. Zanim zdołał odebrać mi kierownicę, pełzacz zazgrzytał i przez długą, dech zapie-
rającą chwilę trząsł się gwałtownie, po czym osiadł w pyle. 

Wszystko  to  trwało  nie  dłużej  niż  dziesięć  sekund.  Kiedy  grubas  zorientował  się  w 

sytuacji,  było  po  wszystkim.  Zaklął  i  nacisnął  gaz.  Gąsienice  wbijały  się  głęboko  w  pył, 
wznosząc  wielkie  tumany  kurzu.  Pełzacz  osiadał  coraz  niżej.  Silniki  odrzutowe  zaczęły  się 
dławić, wreszcie — przegrzane — stanęły. 

Siedzieliśmy  w  milczeniu,  a  kurz  powoli,  bardzo  powoli  opadał.  Po  kilku  minutach 

zobaczyłem pojazd LEMCON-u. Zatrzymał się na twardszym terenie na lewo od nas. 

— Co się stało? Coś ty zmajstrował? — głos Clinta brzmiał ostro i podejrzliwie. 
— Nie widzisz? — zdziwiłem się. — To jedna z paskudniejszych baniek, jakie widzia-

łem. Krzyczałem, żebyś hamował, ale nie słyszałeś. 

— Co to było? 
— Bańka pyłowa — powiedziałem. 
— Co to jest, do cholery? 
—  Kiedyś  z  wnętrza  Księżyca  wydostało  się  trochę  gazu,  który  pozostawił  po  sobie 

cienką, porowatą pokrywę jakby bańkę mydlaną. Z czasem pokrywa pękła i stopniowo wype-
łniała się pyłem. Niektóre z tych pęcherzy są tak wielkie, że mogą pochłonąć cały pełzacz, aż 
po dach. 

To  było  kłamstwo,  ale  podziałało.  Clint  aż  się  spocił  ze  strachu.  Krople  potu  ściekały 

mu po policzkach. 

— A można się wydostać z takiego pęcherza? Można z niego wyjechać? 
— Bo ja wiem? Trzeba próbować — powiedziałem, udając zgnębionego. — Nie będzie 

to łatwe. Trzeba, żeby inny pojazd nas pociągnął. Dlatego zwykle jeździmy parami. Chociaż 
te bańki pyłu są na ogół dobrze widoczne i łatwo je objechać. Mieliśmy pecha, że nadzialiśmy 
się akurat w momencie  wschodu Słońca.  — A  może wkopaliśmy się na dobre? Może wpa-
dliśmy w pułapkę? Śluza da się otworzyć? 

Clint rozumował dokładnie tak, jak przewidywałem. Z trudem powstrzymywałem się od 

śmiechu. 

—  Ta  bańka  nie  jest  aż  tak  głęboka.  Ma  nie  więcej  niż  pół  metra.  Nawet  nie  trzeba 

będzie wysiadać. Jeżeli twój przyjaciel podjedzie do nas z kablem, to wyciągnie nas. 

Clint siedział przez chwilę w milczeniu, po czym uśmiechnął się. Po chwili zarechotał. 
—  Powiadasz,  że  zazwyczaj  jeździcie  parami?  Szkoda,  że  zapomniałeś  o  tej  zasadzie, 

kiedy  pojechałeś  sobie  dla  hecy  na  terminator!  Więc  jak  zostaniesz  sam,  będziesz  zupełnie 
bezbronny,  prawda?  Posiedzisz  sobie,  aż  zabraknie  ci  powietrza.  Możesz  się,  oczywiście, 
zawsze przespacerować... — Znowu zarechotał. 

background image

Postanowiłem zachować spokój. Przecież on nie wiedział, że odczytałem z ruchów jego 

warg wszystko, co przedtem powiedział do Blue. 

— Ale nie jesteśmy przecież sami. Jest Blue... 
—  Obawiam  się,  że  nic  ci  nie  pomoże.  Nie  wiedziałby  nawet,  jak  się  do  tego  zabrać. 

Ostatecznie jest od bardzo niedawna na Księżycu. 

Patrzyłem na niego z otwartymi ustami. 
— Ale ty też tu jesteś — wyjąkałem. — Powietrze wyczerpie się dla nas obu. Powiedz 

mu, żeby nam pomógł. Niech... 

—  Nie  mogę  mu  rozkazywać.  Blue  to  bardzo  niezależny  facet.  O  mnie  się  nie  martw. 

Już ja sobie dam radę. Widzisz, ja mam dokąd pójść. — Clint wstał. — I powinieneś mi być 
wdzięczny,  bo  jak  zniknę,  to  wystarczy  ci  tlenu  na  trochę  dłużej.  Właściwie  oddaję  ci  przy-
sługę. 

Złapałem go za nogę i wrzasnąłem: 
—  Nie  możesz  mnie  tu  zostawić!  Przecież  zginę  tu  sam!  Tędy  nikt  nie  przejeżdża  od 

lat!  To  jest  morderstwo!  —  robiłem  wielki  wysiłek,  żeby  wydawać  się  straszliwie  przerażo-
nym. 

Clint kopnął mnie ciężkim butem. 
— Nie powinieneś był się mieszać do naszych spraw. LEMCON ustalił, że nie macie do 

nas wstępu. Trzeba się było do tego stosować. 

— Kiedy nie miałem innego wyjścia. Nie chciałem wcale... 
— Mam swoje rozkazy. 
Przepchnął się koło mnie i szybkim ruchem przerwał przewody radia. 
— Jeżeli mnie tu zostawisz, będziesz mordercą. Nigdy nie wyjedziesz z Księżyca. Moi 

przyjaciele odnajdą cię. 

Clint potrząsnął głową. 
—  Mordercą?  Nonsens.  W  każdym  razie  nie  twoim.  Po  prostu  przydarzy  ci  się  nie-

szczęśliwy wypadek. Nikt nie będzie dochodził, co i jak. Wyjdę i zamknę za sobą śluzę po-
wietrzną. Wszystko udało się doskonale. Nie potrafiłbym tego lepiej wymyślić. 

Spuścił zasłonę hełmu i wsunął się do śluzy. Nie próbowałem go zatrzymać. Nie chcia-

łem ryzykować. Mógł mnie rąbnąć w głowę i pozbawić przytomności. 

Powietrze wyszło ze śluzy ze świstem. Słyszałem, jak otwiera się i zamyka jej zewnę-

trzna pokrywa. Ruszyła pompa. Clint stuknął pięścią w karoserię pełzacza na znak pożegna-
nia i tryumfu. 

Spojrzałem przez pokrytą pyłem szybę i patrzyłem, jak wydostaje się z pęcherza pyłu i 

włazi do pojazdu LEMCON-u. Śluza otworzyła się na jego przyjęcie. Cofnął pojazd, obrócił 
go i odjechał. Wszystko trwało nie dłużej niż minutę. Po upływie dalszych trzech minut zni-
knął mi z oczu. 

Byłem sam. Odetchnąłem głęboko i zabrałem się do roboty. 
Clint nie mógł wiedzieć — ja zaś oczywiście nie miałem zamiaru o tym mu mówić — 

że pełzacze, a właściwie wszystkie nasze pojazdy, mają specjalny system bezpieczeństwa słu-
żący do wydostania się z takiej właśnie sytuacji jak ta, w jakiej się znalazłem. 

Silniki odrzutowe wbiły się głęboko w księżycowy pył i zatkały się. Nie chciałem zary-

zykować  próby  zapalenia  ich,  bo  mógłbym  rozwalić  pełzacz.  Musiałem  więc  zadowolić  się 
akumulatorami. Wpadliśmy rzeczywiście dość głęboko w ten pyłowy pęcherz, a Clint dodając 
gazu pogorszył sprawę. 

Sprawdziłem  temperaturę  i  zapaliłem  elektryczne  silniki.  Od  razu  zaskoczyły.  Miałem 

szczęście,  ze  pył  znajdujący  się  w  pęcherzu  był  zimny,  bo  panująca  od  dwóch  tygodni  noc 
była mroźna. Następnie wprowadziłem w ruch dodatkowy silnik, który uruchamiał podnośnik 
zamontowany na stałe pod podwoziem pełzacza. Silnik zawył i przód pełzacza zaczął powoli 
wyłaniać się z pyłu. Następnie przełożyłem dźwignię znajdującą się wśród przyrządów stero-

background image

wniczych,  co  spowodowało  wyskoczenie  haka  z  zaczepem  z  przedniej  części  pełzacza,  tuż 
ponad  kołami.  Hak  wrył  się  w  pył  na  jakie  trzy  metry  przed  dziobem  pełzacza  i  wrócił. 
Powtórzyłem tę operację. I jeszcze raz. I jeszcze. Za czwartym razem hak zaczepił o solidną 
skałę. 

Ruszyłem powoli do przodu koncentrując się na utrzymywaniu kabla w napięciu, ale pi-

lnując, żeby nie pękł. Powoli, w miarę jak kabel się skracał, wycofywałem podnośnik. Z ogro-
mną ostrożnością wyprowadzałem pojazd na równy teren. Nagle hak puścił i wsunął się pod 
podwozie dokładnie w chwili, kiedy wyjeżdżałem na równy teren. Wtedy zapuściłem silniki 
odrzutowe, dodałem gazu i pełzacz wyskoczył na twardy grunt. 

Siedziałem  przez  chwilę  bez  ruchu.  Ręce  trzęsły  mi  się,  w  ustach  miałem  sucho,  nad 

pełzaczem wisiała chmura pyłu księżycowego. 

Czekając,  aż  pył  osiądzie,  wstałem.  Zauważyłem,  że  kolana  uginają  się  pode  mną. 

Wydobyłem ze schowka pigułkę proteinową i przełknąłem ją. Spojrzałem na wskaźnik zapasu 
tlenu, po czym usiadłem, żeby nastawić instrumenty na kurs powrotny — na bazę Keplera. 

Jechałem po własnych śladach i chyba pobiłem wszystkie dotychczasowe rekordy szy-

bkości pełzaczy. Kiedy  dojechałem do śluzy wejściowej bazy Keplera, miałem tlenu jeszcze 
na pięć minut, toteż patrol ratunkowy nie musiał mnie wynosić z wozu. 

Ale czekano na mnie. Sam otworzyłem śluzę prowadzącą do hallu i wszedłem do śro-

dka na sztywnych nogach, lekko się chwiejąc. Zaprowadzono mnie do mojej kabiny na trzecie 
piętro. Reszta zmiany była przy pracy i całe moje skrzydło mieszkalne było opuszczone. Tak 
więc na domiar złego przegapiłem swoją zmianę. 

— Muszę pomówić z ojcem — błagałem ratowników. — Mam mu coś bardzo ważnego 

do powiedzenia. 

Ale oni tylko potrząsali głowami i zamknęli za mną drzwi. 
Usiadłem na brzegu wąskiego łóżka bardzo strapiony. Po chwili zacząłem chodzić tam i 

z  powrotem  po  pokoju,  cztery  kroki  w  jedną  stronę,  cztery  w  drugą.  Bardzo  chciałem  się 
umyć,  ale  bałem  się  otworzyć  drzwi  i  natknąć  się  w  korytarzu  na  wartownika  pilnującego 
mnie jak zbrodniarza. Nie dopuszczałem na razie myśli, że moja sprawa jest aż tak kiepska. 
W  końcu  postanowiłem  po  prostu  przebrać  się  i  uczesać.  Potem  znowu  zacząłem  krążyć  po 
pokoju. 

Wreszcie drzwi się otworzyły. 
— Gubernator przyjmie cię teraz. 
Nie „ojciec”, ale „gubernator”... 
Przełknąłem ślinę i poszedłem za wartownikiem do wind. Na piętrze administracyjnym 

czułem na sobie dziesiątki oczu. Wszedłem do pokoju ojca z płonącymi policzkami i uszami. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Od  czasu  naszego  powrotu  z  Ziemi  —  trzy  tygodnie  temu  —  prawie  nie  widywałem 

ojca. Teraz wydał mi się starszy i ogromnie zmęczony. Stracił jakby nieco z charakteryzującej 
go sprężystości. Czyżby z mojej winy? Było mi go żal, jednocześnie wstydziłem się za siebie. 

— Dlaczego, Kep? — zapytał mnie tylko, ale spojrzenie, którym mnie obrzucił, wybiło 

mi  z  głowy  wszystko,  co  wiedziałem  o  Aristarchusie  i  LEMCON-ie.  Zacząłem  trząść  się  na 
całym ciele. 

— Uspokój się, Kep. Siadaj. Tommy, nie ma mnie dla nikogo — powiedział do sekre-

tarki i zamknął drzwi. — Kep, dlaczego to zrobiłeś? — zapytał znowu. Ale teraz głos jego był 
łagodniejszy. 

background image

— Sam nie wiem. Naprawdę nie wiem. Po prostu... strasznie mi przykro, ojcze... 
—  Czy  coś  się  stało?  Od  czasu,  kiedy  powróciliśmy  z  Ziemi,  mam  stale  niepokojące 

informacje o tobie.  

Podniosłem głowę. 
— Przypuszczam, że od ojca Ann? 
— Zdaje się, że zrobiłeś Ann dużą przykrość. Wiesz o tym na pewno lepiej niż ja. Sły-

szałem również niedobre rzeczy o tobie od twoich nauczycieli, od twoich kolegów. Gdybym 
cię tak doskonale nie znał, przypuszczałbym, że te bohaterskie wyczyny na Ziemi uderzyły ci 
do głowy. 

— Ależ skąd! — ta jego uwaga naprawdę mnie zabolała. 
Jeżeli  ostatnio  rzeczywiście  dużo  myślałem  o  Ziemi  i  o  Konszelfie  10,  to  dlatego,  że 

pozostawiłem tam tylu przyjaciół, a nie z powodu moich wyczynów. Podskoczyłem więc tak 
gwałtownie, że przewróciłem krzesło. 

— Przepraszam, ale nie o to chodzi, ojcze... To... to tak trudno jest wyrazić... to dlatego, 

że  Księżyc  wydaje  mi  się  inny  niż  dawniej.  Wszyscy  są  tu  strasznie  poważni.  Nikt  nie  ma 
czasu na rozrywki, na przyjemności... 

—  Ludzie, którzy tu przybyli, uważają to na ogół za poświęcenie. Ty też byłeś kiedyś 

taki sam jak oni. To nie my zmieniliśmy się. Po prostu dawniej nie drażniła cię tutejsza atmo-
sfera. Zastanawiam się, dlaczego teraz tak jest. 

—  Może  dlatego,  że  dotąd  nie  znałem  innego  życia.  Nie  przypuszczałem  nawet,  że 

istnieje jakieś inne. Tam, na Ziemi, jest tyle możliwości wyboru, taka wolność... 

—  „Jak  zatrzymasz  ich  na  wsi,  człowiecze,  kiedy  już  widzieli  Paryż...”  —  zacytował 

ojciec. 

— Co? 
— To stara piosenka ziemska z czasów jednej z wojen, która mówi o tym, że jak ktoś 

zasmakował wolności i luksusu, to trudno go od tego odzwyczaić. Kep, czy ty zastanawiałeś 
się kiedyś nad tym, że wszyscy dorośli i większość młodzieży przybyli tu z Ziemi rezygnując 
ze wszystkich swoich szans, ba, nawet z wolności, po to, żeby móc się przyczyniać do rozwo-
ju naszej kolonii. Ci ludzie uważają, że znaleźli tutaj coś znacznie lepszego. 

—  Ale  to  był  ich  wolny  wybór,  ojcze.  Nie  mówię,  że  to  ja  mam  rację,  a  oni  nie.  Oni 

mieli możność wyboru, a ja nie. Urodziłem się tutaj i tu utkwiłem. 

— I tak cię boli ten brak wyboru? 
— Chyba tak. Tak. Na pewno. 
— Dobrze, Kep. Więc daję ci go. 
Musiałem przybrać bardzo głupi wyraz twarzy. 
—  Chcesz  mieć  wybór.  Proszę  bardzo  —  powtórzył  ojciec.  —  Zastanów  się  nad  tym, 

czy  wolisz  pozostać  na  Księżycu  i  poświęcić  mu  swoje  życie,  być  tu  razem  z  nami,  którzy 
wierzymy  w  przyszłość  Księżyca,  czy  też  powrócisz  na  Ziemię.  Wybieraj.  Będzie,  jak  ze-
chcesz. Ja ci to załatwię. 

I  stała  się  rzecz  dziwna:  od  momentu,  kiedy  ojciec  dał  mi  możność  wyboru,  przestało 

mi na tym tak bardzo zależeć. Zacząłem w duchu szukać argumentów na pozostanie w kolonii 
księżycowej. Jedynym powodem zrezygnowania z życia na Księżycu i powrotu na Konszelf 
10 mogła być Hil. Ale Hil nigdy nie zaakceptowałaby uciekiniera. Była to jednak zbyt osobi-
sta sprawa, żebym mógł ją omawiać z ojcem. 

Otworzyłem usta, ale zaraz się zreflektowałem. 
— Czy mogę się nad tym wszystkim zastanowić? — zapytałem ostrożnie. 
Wydało mi się, że jest lekko zawiedziony, ale me byłem tego pewien, bo  już po seku-

ndzie ojciec uśmiechnął się i powiedział: 

— Tak, oczywiście. Takiej decyzji nie podejmuje się natychmiast. Namyśl się spokoj-

nie. Jak się zdecydujesz, dasz mi znać. 

background image

Nastąpiła przykra chwila ciszy. Potem ojciec złożył palce w wieżyczkę, co zawsze czy-

nił, kiedy się nad czymś głęboko zastanawiał, zmarszczył brwi i spojrzał na mnie poprzez blat 
biurka. 

  — Rozumiem, że trudno ci się było przystosować do tutejszego życia i bardzo żałuję, 

że nie miałem dla ciebie więcej czasu, kiedy tak bardzo mnie potrzebowałeś. 

— Ojcze, kiedy ja rozumiem... 
— Ale mimo to — przerwał mi — twoje ostatnie wybryki są niewybaczalne. Zabrałeś 

samowolnie  pojazd.  Pojechałeś  nim  sam.  Zignorowałeś  sygnały  radiowe  i  ostrzeżenie  przed 
burzą. Każda z tych niesubordynacji mogłaby spowodować twoją śmierć.  I że to właśnie ty, 
który  wychowałeś  się  w  przeświadczeniu  o  konieczności  tych  przepisów...  Wciąż  nie  rozu-
miem, jakim cudem powróciłeś zdrowy i cały. Gdzie byłeś, kiedy... 

— Byłem na Aristarchusie — przerwałem mu. 
— Gdzie? 
Było  to  jak  nagły  wybuch  płomieni  z  dna  spokojnego  krateru.  Ojciec  opanował  się  z 

widocznym  wysiłkiem.  W  sąsiadującym  z  gabinetem  sekretariacie  zapanowała  kompletna 
cisza. Nawet maszyny do pisania zatrzymały się. 

— No to opowiadaj — zażądał ojciec, kiedy cisza stała się już nie do zniesienia. 
Więc  opowiedziałem  mu  wszystko,  nie  ukrywając  niczego.  Przez  cały  czas  nie  ruszał 

się ani nie przerywał mi. Wyraz jego twarzy też się nie zmieniał, nawet. wtedy, kiedy dosze-
dłem do tego, jak to LEMCON narusza zakaz ONZ i prowadzi dalszą eksploatację surowców 
księżycowych. Tylko kiedy mówiłem o tym, jak  Clint chciał mnie zabić, zacisnął dłonie tak 
silnie, że zbielały mu napięstki. 

Kiedy skończyłem swoją opowieść, znowu nastąpiła długa cisza. 
— No więc tak to było — chrząknąłem, kiedy milczenie stało się zbyt bolesne. — Jest 

mi naprawdę przykro, ojcze, że tak narozrabiałem. 

— W porządku — powiedział, wciąż zagubiony w swoich rozważaniach. 
Miałem wrażenie, że jest myślami o całe lata świetlne ode mnie i że wcale nie o mnie 

myśli. Wreszcie mrugnął powiekami i popatrzył na mnie jak prokurator na świadka, a nie jak 
ojciec na własnego syna. Było mi głupio i nie do śmiechu. 

— Chcę, żebyś mi opowiedział jeszcze raz całą tę historię — zażądał. — Ale tym razem 

będziesz  mówił  do  magnetofonu.  Zacznij  od  momentu,  kiedy  zbliżałeś  się  do  Aristarchusa  i 
żebyś mi nic nie opuścił, ale to nic. 

Powtórzyłem więc wszystko jeszcze raz, po czym musiałem odpowiadać na pytania: 
„Jesteś pewien, że twój sprzęt działał sprawnie?” 
„Czy Blue nazywa? to pole inhibitorem?” 
„Powtórz,  co  Clint  odpowiedział,  kiedy  Blue  zapytał  go,  czy  został  osobiście  zwerbo-

wany przez Milesa Fargo?” 

I tak dalej, i tak dalej, aż rozbolała mnie głowa i nerwy zaczęły nawalać. 
Wreszcie ojciec wstał. 
— No dobrze już, Kepler. Teraz chcę, żebyś mi dał słowo, że nic, ale to nic z tego, coś 

mi powiedział, nie wyjdzie poza drzwi tego pokoju. No jak, dajesz słowo? 

Wzruszyłem ramionami.       
— Tak, ojcze, tak, ale... 
— Żadnego „ale”. To bardzo istotne. Dajesz mi słowo? 
— A jeżeli ktoś zapyta mnie, gdzie byłem? Jeżeli to będzie Ann? 
— Nic jej nie powiesz. Czy to jasne? 
—  Tak,  zupełnie  jasne.  Ale  co  to  jest  ten  inhibitor?  I  dlaczego  nie  byłeś  wcale  zasko-

czony, kiedy powiedziałem ci, że LEMCON nadal prowadzi rabunkową eksploatację Księży-
ca?  Kiedy  chciałem  się  z  tobą  zobaczyć  w  zeszłym  tygodniu,  Tommy  powiedziała  mi,  że 
jesteś na Aristarchusie, ale przecież nie mogłeś tam być. Gdzie więc byłeś, ojcze, i co się tu w 

background image

ogóle dzieje? 

Przez chwilę ojciec wahał się, wreszcie potrząsnął głową. 
— Widzę, że po tym, co narozrabiałem, nie ufasz mi już. 
— Tego nie powiedziałem, synu. 
— To jest bez znaczenia. Czy przebaczysz mi kiedyś? Zrobiłem błąd. Przepraszam. To 

się nigdy więcej nie zdarzy. 

— Masz szczęście, że możesz podjąć taką decyzję. Księżyc zazwyczaj nie daje człowie-

kowi drugiej szansy. 

Patrzał na mnie, wyraz jego. twarzy łagodniał; wreszcie uśmiechnął się. Po chwili znów 

spoważniał.  Stanął  wyprostowany  za  biurkiem.  Gubernator  Księżyca,  przypomniałem  sobie 
nagle, był poza tym jeszcze naszym sędzią. 

—  Za  samowolne  zabranie  pojazdu  i  złamanie  przepisów  bezpieczeństwa  otrzymujesz 

zakaz opuszczania bazy do następnego wschodu Słońca. 

— Tak jest. 
— Teraz możesz odejść. 
— Tak jest. 
Wybiegłem pędem z gabinetu ojca. Kiedy zobaczyłem zdumione spojrzenie Tommy, z 

trudem powstrzymałem się od trzaśnięcia drzwiami. Nie dlatego byłem zły, że mnie ukarano. 
Ojciec miał pełną rację. Mógł był wydać znacznie surowszy wyrok. Reszta dnia księżycowe-
go.  czyli  odpowiednik  dwudziestu  siedmiu  ziemskich  dni,  to  długi  okres,  szczególnie  jeżeli 
trzeba go będzie spędzić bez rozrywek, nie opuszczając bazy nawet na pięciominutowy spacer 
księżycowy, ale gdyby ojciec chciał, mógłby mi znacznie więcej dołożyć. Wiedziałem o tym i 
ojciec wiedział, że ja to wiem. 

Wściekły byłem głównie dlatego, że czułem, iż coś ukrywa przede mną. Coś dziwnego 

działo się na Księżycu. Coś, co rzucało cień pomiędzy nas. Coś sekretnego, skomplikowane-
go i bardzo ważnego. Coś, czego nie mógł powierzyć własnemu synowi. Jakże zły byłem na 
niego, że mi nie ufał! 

Pracowałem  pilnie  na  swoich  wszystkich  zmianach.  Opanowałem  teorię  rachunku 

matrycowego i wszystkie warianty połączeń komputerowych. Wykułem się na pamięć wszy-
stkiego, co opuściłem w czasie pobytu na Ziemi. Nie wypuściłem z siebie słowa krytyki, ani 
razu nie porównałem nieprzychylnie niczego, co  działo się w bazie, z tym, co przeżyłem na 
Ziemi, w każdym razie nie na głos. Byłem posłuszny aż do obrzydzenia. Ale przez cały czas 
gotowało się we mnie. 

Po  piętnastej  kolejnej  zmianie  Ann  podeszła  do  mnie  w  kafeterii.  Było  to  wkrótce  po 

przesunięciu  się  terminatora  poza  bazę.  Znajdowaliśmy  się  znowu  w  samym  środku  nocy. 
Dużo nie brakowało, a porwałbym ją w ramiona. Może rozmowa z nią ułatwi mi oderwanie 
się  od  myśli  o  ojcu.  Pobiegłem,  żeby  podać  jej  krzesło,  i  przyniosłem  dwa  kubki  namiastki 
kawy. 

— Kep, musisz mi pomóc — powiedziała bez żadnych wstępów. 
Nie odezwała się do mnie ani jednym słowem, nawet głupim „przepraszam”, od czasu, 

kiedy opuściła hall, a ja pojechałem na wyprawę na terminator. Teraz nie wspomniała nawet, 
że cieszy się z mojego powrotu. Zrobiło mi się przykro, kiedy to sobie uświadomiłem. 

—  Kep,  musisz  mi  pomóc  —  powtórzyła.  —  Nie  wiem,  co  robić.  Mój  ojciec  zniknął. 

Nikt nie wie, gdzie jest, ani co się z nim stało. 

Patrzyłem na nią poprzez blat stolika. Właśnie skończyłem jeść śniadanie i przede mną 

leżał stos podręczników. Była godzina za piętnaście ósma. Przypomniałem sobie, że Ann pra-
cuje teraz na zmianie „B”. 

— Co ty, do stu tysięcy księżyców, robisz? — zawołałem. — Powinnaś teraz spać! 
— Jakże mogłabym zasnąć, kiedy boję się, że coś złego stało się z ojcem! — krzyknęła  

zdenerwowana. 

background image

Jej zachowanie było tak dla niej nietypowe, że skłoniło mnie niemal do zapomnienia o 

własnych kłopotach. Była jeszcze bledsza niż zazwyczaj, jej ciemne oczy zdawały się jeszcze 
ciemniejsze, a gładko zazwyczaj zaczesane włosy były w lekkim nieładzie. Wszystko to wy-
dawało mi się bardzo dziwne. Przyglądałem jej się uważnie. 

Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego ramienia. 
— Proszę cię, Kep, poza tobą nie mam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. 
— A na przykład Guy Roget? — zapytałem nie mogąc się powstrzymać od złośliwości.  
Ann poczerwieniała.         
— Nie wygłupiaj się. Wiesz dobrze, że Guy był tylko pretekstem. Chciałam się po pro-

stu jakoś od ciebie oderwać. To wszystko. 

Postanowiłem dać temu spokój. 
— Zrobię wszystko, co potrafię. Przecież wiesz. Ale teraz powiedz szybko, co i jak. Za 

piętnaście minut muszę być w laboratorium. 

— Nie mógłbyś nie pójść? Ten jeden raz?  
Spojrzałem  na  nią  ze  zdziwieniem.  Zachowywała  się  zupełnie  inaczej  niż  dotychczas. 

Raczej tak jak ja. 

—  Ann,  mam  już  tylko  dwanaście  karnych  zmian  do  odrobienia.  Nie  chcę,  żeby  ktoś 

doniósł, że opuszczam lekcje. Jeżeli mamy porozmawiać, to nie tutaj. 

—  Możemy  pójść  do  jednego  z  gabinetów  pracy  przy  bibliotece  —  zaproponowała  i 

wstała  ruszając  ku  drzwiom,  zanim  zdążyłem  jej  powiedzieć,  że  nie  mogę  opuścić  ćwiczeń 
laboratoryjnych.  Ale  przecież  doktor  Sheppard  zaginął.  Cóż  to  znów  za  historia?  Zabrałem 
podręczniki i poszedłem za nią. No cóż, całe moje dotychczasowe nieposzlakowane zachowa-
nie na nic! 

Znalazłem ją w jednej z dźwiękoszczelnych kabin przy głównej bibliotece. Poprosiłem, 

żeby usiadła, bo miała tendencję do chodzenia tam i z powrotem i do załamywania rąk. 

— Opowiedz mi wszystko, Ann. Od samego początku. 
— Zaczęło się na zabawie z okazji Nowego Dnia, Kiedy zorientowałam się, że pojecha-

łeś sam, zaniepokoiłam się. No bo sam wiesz, że od czasu powrotu z. Ziemi zachowywałeś się 
bardzo dziwnie. 

— Dziwnie? — przerwałem. — O co ci chodzi? Po prostu zacząłem patrzeć na tutejsze 

sprawy innym wzrokiem. 

— Dajmy temu spokój — przerwała mi. — Przepraszam, że poruszyłam tę sprawę. To 

nie ma nic wspólnego z tym, co się stało, tyle że zupełnie nie wiedziałam, jak nasze sprawy 
stoją, i chciałam o tym, pomówić z tatusiem. Ale nie znalazłam go w jego pokoju, bo nie spał 
tam  tej  nocy.  Poszłam  więc  do  gmachu  administracji,  do  jego  sekretariatu,  ale  i  tam  go  nie 
było. 

—  No  i  co  z  tego?  Nie  rozumiem.  Mógł  się  znajdować  w  jednym  z  tuzina  różnych 

miejsc. 

— Ale nigdzie go nie było. Szukam go od tego czasu. Wszelki ślad po nim zaginął. W 

domu go nie ma, a wyraźnie słyszałam, jak jego sekretarka zapewniała kogoś, że jest u siebie, 
bo  ma  jakąś  infekcję  wirusową.  Dodała,  że  nie  wolno  go  odwiedzać  i  że  otrzymała  rozkaz 
przekazywania wszystkich telefonów do jego zastępcy. 

— Do Mary Macasey? A rozmawiałaś z nią? 
— Oczywiście. Potwierdziła mi to. Powiedziano jej, żeby załatwiała wszystkie sprawy 

finansowe, dopóki ojciec nie wróci. 

— I nie ma go w domu? 
— Nie. Już to mówiłam. 
— Poczekaj. A szpital? Czy pomyślałaś o szpitalu? 
— Kep, czy ty masz mnie za zupełną idiotkę? Oczywiście, że pomyślałam, ale tam też 

nikt go nie widział. Po prostu nie ma go w bazie. 

background image

— Czy to się już kiedyś zdarzyło? 
— Zdarzało się, że wyjeżdżał na pewien czas, zwłaszcza w ostatnich dwóch latach, ale 

zawsze mówił mi, dokąd jedzie i kiedy wróci. Zawsze. 

— Nie denerwuj się. To po prostu nieporozumienie. Jeżeli nie jest w bazie, to musi być 

w innym miejscu, ale na Księżycu. Jest przecież wiele innych możliwości. Kopernik, Alfon-
sus, Serenity, Imbrium, Aristarchus... 

— Tam na pewno nie — przerwała mi. — Nawet gubernator nie pojechałby na Aristar-

chusa. To niemożliwe przy obecnych stosunkach z LEMCON-em. Ale sprawdziłam już wszy-
stkie księżycowe bazy, wszystkie możliwe miejsca. Nikt go nigdzie nie widział. 

— Chwileczkę, Ann. Minęło już szesnaście zmian od ostatniego świtu. Czy chcesz mi 

powiedzieć, że nie widziałaś ojca od szesnastu zmian i że nikt nie wie, gdzie on się podział? 

— Tak, Kep. Właśnie o tym mówię. Czy nie możesz tego zrozumieć? — załamała ręce. 

— Musiał mieć wypadek i nikt mi nic nie chce powiedzieć. Wszyscy coś przede mną ukrywa-
ją. Dlaczego? Muszę to za wszelką cenę wyjaśnić. 

Zastanawiałem się głęboko. 
— Przecież twoja matka musi wiedzieć, gdzie on jest. Czy pytałaś ją? 
— Dajże spokój, Kep. Oczywiście, że ją pytałam. 
— I co? 
— Spojrzała na mnie tym swoim denerwującym, nieobecnym wzrokiem i powiedziała: 

„Jeżeli w administracji mówią, że ojciec leży w domu z chorobą wirusową, to pewnie tak jest. 
Nie rozrabiaj, Ann”. I zaraz powróciła do swojego mikroskopu. Jest okropna. Nie można się z 
nią w ogóle porozumieć. 

Uśmiechnąłem  się.  Doktor  Beth  Sheppard  była  mikrobiologiem  i  laureatką  Nagrody 

Nobla. Wiedziałem dokładnie, co Ann miała na myśli, no ale chyba, gdyby... 

— Gdyby twój ojciec miał wypadek, to z pewnością zawiadomiono by ją o tym, nawet 

gdyby akurat pracowała nad ważnym eksperymentem, a taka wiadomość musiałaby nawet ją 
wyprowadzić z równowagi. 

— Nie jestem pewna — powiedziała Ann ze smutkiem. — Obawiam się, że jednak coś 

przed nią ukrywają, bo nie chcą jej przeszkadzać w pracy. 

— „Coś”? Co rozumiesz przez to „coś”? 
— Coś, co się ojcu przydarzyło. Moim zdaniem został porwany. 
—  Porwany?  Ależ  Ann!  Jesteśmy  na  Księżycu,  a  nie  na  Ziemi!  A  w  ogóle  kto  by  go 

miał porwać, na litość boską? 

—  Nie  wiem.  Może  ludzie  LEMCON-u.  Nie  śmiej  się.  Oni  są  zdolni  do  wszystkiego. 

Są wściekli od czasu decyzji ONZ. 

— Ale co im może dać porwanie twojego ojca? Przecież to nie on, ale ojciec negocjo-

wał w sprawie mandatu. Gdyby chcieli kogoś porwać, to jego. W każdym razie... 

Urwałem w pół zdania, bo przypomniałem sobie moje własne przygody na Aristarchu-

sie. Znajdujący się na Ziemi akcjonariusze LEMCON-u na pewno nie zatrudniali dwóch od-
dzielnych organizacji terrorystycznych na Księżycu. Gdyby Clint trzymał doktora Shepparda 
jako  zakładnika,  w  zamian  za  zwolnienie  którego  miałby  żądać  jakichś  koncesji  dla 
LEMCON-u  ze  strony  kolonistów,  to  byłby  zachwycony  moim  pojawieniem  się  jako  doda-
tkowym  zakładnikiem.  Ale  Clint  wcale  nie  był  zadowolony.  Odwrotnie,  chciał  się  mnie  jak 
najszybciej  pozbyć,  nie  wahając  się  nawet  przed  morderstwem.  W  takim  razie  nie  on  jest 
odpowiedzialny za porwanie doktora Shepparda. A jeżeli nie on, to na pewno i nie LEMCON. 
Nie mogłem jednak powiedzieć tego Ann. Obiecałem ojcu... 

— Nonsens — powiedziałem zdecydowanie. — To nie wydaje mi się prawdopodobne. 

Ale zaraz, co na to mój ojciec? Czy rozmawiałaś z nim? 

—  Oczywiście,  że  rozmawiałam.  Przyjął  mnie  na  jakieś  dwie  minuty.  Powiedziałam 

mu, że tatusia nie ma ani w domu, ani w pracy, ani w ogóle nigdzie na Księżycu, w każdym 

background image

razie wszędzie tam, gdzie go szukałam. Wysłuchał mnie na swój grzeczny sposób — znasz go 
przecież, Kep — złożył koniuszki palców w wieżyczkę i spojrzał na mnie spod oka. 

Roześmiałem się. To był dokładnie styl mojego ojca. 
— I co ci powiedział? 
— Powiedział, zacytuję ci dosłownie: „Radzę ci posłuchać matki i nie mieszać się do tej 

sprawy”. A potem... — zawahała się. 

— Co potem? 
— To było naprawdę bardzo dziwne. Potem dodał: 
„Dla  dobra  twojego  ojca  i  twojego  własnego”.  Zabrzmiało  to  niemal  jak  groźba,  ale 

przecież to się nie trzyma kupy. Chyba chciał mi dać do zrozumienia, że stało się coś niedo-
brego... jak na przykład porwanie. 

Kiwnąłem bezradnie głową. 
— Nie spytałaś go wprost?  
—  Nie,  bo  nie  dał  mi  dojść  do  słowa.  Posłuchanie  było  skończone.  Wymietli  mnie  z 

jego gabinetu jakbym była ziarnkiem pyłu księżycowego. Czy nie miewasz czasem wrażenia, 
że dorośli nie uważają nas za ludzi? Rok temu nie pozwoliłabym sobie nawet na zapytanie, co 
robi mój ojciec albo gdzie jest. Ale teraz jestem już dorosła. Albo prawie. I chcę wiedzieć, co 
się  tu  dzieje.  Ale  boję  się  stawiać  dalsze  pytania,  bo  może  twój  ojciec  nie  na  żarty  ostrzegł 
mnie, żebym nie wtrącała się do tej sprawy. 

— Więc dlaczego zwracasz się do mnie? Jak ja ci mogę pomóc? Wiesz, że zrobiłbym 

dla ciebie wszystko, co w mojej mocy, ale w tej sprawie jestem bezradny. Może będzie najle-
piej, jak posłuchasz rady mojego ojca i odczekasz. 

Ann  potrząsnęła  głową.  Potem  przechyliła  się  przez  stolik  i  zaczęła  szeptać,  mimo  że 

pokój był dźwiękoszczelny. 

— Jest jeszcze coś. Coś strasznego... Byłam w pokoju tatusia i zrewidowałam go... 
— Co zrobiłaś? — wpatrywałem się w Ann. Sypialne kabiny były jedyną naszą prywa-

tną domeną i nikt nigdy nie wchodził do cudzego pomieszczenia nie mówiąc już o grzebaniu 
w cudzych rzeczach. To, że właśnie Ann, zawsze taka przykładna i posłuszna, złamała to nie-
pisane prawo, było wprost niewiarygodne. Musiała chyba być śmiertelnie przerażona...  

Ann poczerwieniała i opuściła oczy. 
— Kep, musiałam to zrobić! Czy nie rozumiesz? Byłam w okropnym stanie. Wszyscy 

dokoła okłamywali mnie. Nie miałam się do kogo zwrócić, nie miałam komu zaufać. Pomy-
ślałam sobie, że przejrzę jego rzeczy i może znajdę jakieś poszlaki. 

—  Chyba  posunęłaś  się  za  daleko  —  zauważyłem  i  nagle  uświadomiłem  sobie  śmie-

szność tego, że to ja gorszę się postępowaniem Ann, a nie ona moim. Uśmiechnąłem się: — I 
oczywiście nic nie znalazłaś? 

—  Ależ  tak,  znalazłam!  Na  tym  polega  cała  sprawa!  Dlatego  potrzebna  mi  jest  twoja 

pomoc. Nie mogę tego zrobić sama. 

— Czego nie możesz zrobić? 
— Odnaleźć ojca. Wiem, gdzie jest. A raczej, dokąd został zabrany. Popatrz, Kep. 
Sięgnęła do kieszeni mundurka i podała mi kartkę papieru. 
Rozłożyłem ją na stole. Był to rysunek przedstawiający część zachodniej półkuli Księ-

życa. Od góry kończył się na trzydziestym stopniu długości północnej, a od dołu na równiku. 
Po bokach zaś — z jednej strony na dwudziestym stopniu, z drugiej na sto dziesiątym stopniu 
szerokości  zachodniej.  Tuż  przy  prawym  marginesie  widać  było  kratery  Kopernika,  Aristar-
chusa  i  Keplera,  trójkąt  stanowiący  serce  księżycowej  kolonii.  Miejsca  te  były  zaznaczone 
dość  pobieżnie,  bardziej  szczegółowo  narysowana  była  ta  część  Księżyca,  która  jeszcze  nie 
była zaludniona przez kolonistów i nie eksploatowana przez LEMCON. 

— No i co? To jest po prostu mapa Księżyca. 
— Kep, przyjrzyj jej się dobrze. Jest tam wyznaczony szlak.  Zobacz, dokąd prowadzi. 

background image

Na ciemną stronę Księżyca. 

Spojrzałem ponownie na mapę i wprost nie mogłem uwierzyć oczom. 
Wykropkowana  linia  prowadziła  od  bazy  Keplera  w  kierunku  północno-zachodnim 

poprzez Ocean Burz, mijała Krater Mariusza i miejsce, w którym wylądowała Łuna 13, jeden 
z pierwszych pojazdów radzieckich w latach sześćdziesiątych. Stamtąd prowadziła na zachód 
stosunkowo  najłatwiejsza  z  dróg  pomiędzy  niemal  zupełnie  skruszałymi  ścianami  kraterów 
Eddingtona i Struvego, mijała kratery Balboa'y, Mosleya aż po dziewięćdziesiąty stopień dłu-
gości, czyli do samej granicy widocznej części tarczy Księżyca. Ale mapa nie kończyła się w 
tym miejscu. Szlak prowadził zakolem na zachód ku obszarowi zwanemu na Ziemi „ciemną 
stroną Księżyca”. 

Patrząc na tę mapę myślałem o tym, jak niezwykle egocentryczni są mieszkańcy Ziemi. 

Tę  część  tarczy  Księżyca,  która  była  dla  nich  widoczna,  nazywali  jasną,  a  tę,  która  była  od 
Ziemi odwrócona — ciemną. W rzeczywistości Słońce oświetla jednakowo całą powierzchnię 
Księżyca przez dwa z każdych czterech tygodni. Tyle że kiedy przekraczało się dziewięćdzie-
siąty  stopień  długości,  Ziemia  kryła  się  za  przeciwległym  horyzontem  i  przestawała  zajmo-
wać widoczne miejsce na niebie Księżyca. Nasi koloniści nazywali tę półkulę swojej planety, 
której nie widać z Ziemi, nie Ciemną Stroną Księżyca, lecz Ciemną Stroną Ziemi. 

— No i co ty na to? — głos Ann przerwał moje myśli. 
— Na co? 
— Na tę mapę. Myślę, że oni właśnie tam zabrali mojego ojca. 
—  Ann,  to  niemożliwe.  Przecież  wiesz,  że  tam  nikt  nie  mieszka.  Gdybyś  dotarła  do 

Krateru Mosleya, zobaczyłabyś, że Ziemia stoi tam tak nisko na niebie, że wszelka łączność z 
nią staje się niemal niemożliwa. 

— Ale popatrz tylko na  mapę. Ta wykropkowana linia to niewątpliwie szlak. Zaczyna 

się od krzyżyka w Kraterze Keplera i kończy się w kraterze też zaznaczonym krzyżykiem, ale 
już po Ciemnej Stronie — dotknęła tego miejsca palcem. 

—  Ta  mapa  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy.  Może  ktoś  zrobił  po  prostu  dowcip,  ma-

chnął sobie rysunek dla własnej rozrywki. 

— I ukrył go w sypialni ojca? 
—  Ukrył?  Czy  ty  czasem  trochę  nie  przesadzasz?  Chcesz  powiedzieć:  pozostawił  lub 

porzucił.  

Zaprzeczyła ruchem głowy. 
— Właśnie że ukrył! Przeszukiwałam jedną z szuflad ojca, wysunęła mi się za daleko i 

upadła na ziemię. Ta mapa była przyklejona pod jej spodem. 

Przyjrzałem  się  mapie  nieco  dokładniej  niż  przedtem,  ale  nie  dostrzegłem  na  niej  nic 

innego niż przedtem. A może jednak...? 

— Dobrze, przekonałaś mnie, że nie chodzi o żart. Mapę znalazłaś w pokoju ojca. Jeżeli 

pojechał  na  Ciemną  Stronę,  to  na  pewno  z  własnej  woli.  Ale  po  co?  I  z  kim?  Nie  ma  tam 
żadnego  osiedla.  LEMCON  nie  prowadzi  tam  żadnych  prac  górniczych.  Bo  to  niemożliwe. 
Przecież sama to rozumiesz, Ann. Bez atmosfery i bez jakiejś planety, która jak Ziemia odbi-
jałaby fale radiowe i telewizyjne, nie ma mowy. o jakiejkolwiek łączności na dalszą odległość 
niż kilka kilometrów. Egzystowanie tam jest niemożliwe.  

Ann wzruszyła ramionami. 
— Wiem to wszystko, Kep. Przemyślałam to wiele razy. Ale ojciec zniknął, a ta mapa 

była  ukryta  w  jego  pokoju.  I  szlak  na  niej  wytyczony  prowadzi  prosto  na  Ciemną  Stronę. 
Więc błagam cię, powiedz, że mi pomożesz. 

— Oczywiście! Mów, co mam zrobić. 
— Daj mi słowo. 
— Dobrze, daję słowo. Tylko nie histeryzuj. Więc co mam robić? Pokazać mapę moje-

mu ojcu i...? 

background image

— Skądże! Oni wszystko przede mną ukrywają, twój ojciec i administracja... rozmowa 

z nim nic nam nie da. 

— Nie płacz, Ann. 
Byłem przerażony. Bałem się, że ta moja stateczna, samodzielna dziewczyna księżyco-

wa  za  chwilę  zupełnie  się  rozłoży.  To  już  drugi  raz  od  mojego  powrotu  widziałem  Ann  we 
łzach. 

—  Wszystko  będzie  dobrze.  Zrobię,  co  zechcesz  —  dodałem  nieopatrznie,  żeby  tylko 

zatrzymać łzy płynące ciurkiem po policzkach. 

—  Chcę,  żebyś  pojechał  ze  mną  na  poszukiwanie  ojca.  Chcę,  żebyśmy  pojechali  szla-

kiem wytyczonym na mapie. On nas do niego zaprowadzi. Jestem tego zupełnie pewna. 

Otworzyłem szeroko usta. i patrzałem na nią jak porażony. 
— Obiecałeś! — krzyknęła.  
Potrząsnąłem głową i przełknąłem ślinę. 
— Ty nawet nie wiesz, o co mnie prosisz, Ann. Chyba zupełnie zwariowałaś. To zupe-

łnie wykluczone! 

— Obiecałeś, Kep! 
— Wiem, ale gdybym ci obiecał, że polecę na Słońce, czy spodziewałabyś się, że spe-

łnię  obietnicę?  Nie  możemy  sami  pojechać  na  Ciemną  Stronę.  Czy  ty  zdajesz  sobie  z  tego 
sprawę, jak to jest daleko? 

— Tysiąc osiemset kilometrów — wytarła nos i westchnęła głęboko. 
—  W  jedną  stronę.  I  tysiąc  osiemset  z  powrotem.  To  znaczy,  jeżeli  planujesz  powrót. 

Teraz mamy noc, wobec czego nie możemy jechać magnetowozem, a żadnych torów tam pro-
wadzących oczywiście nie ma. Jak więc zamierzasz się tam dostać? Nie możemy wziąć pełza-
cza. One mają za mały zasięg.   

— Nie musimy brać pełzacza. Jest coś innego. 
—  Bardzo  bym  chciał  usłyszeć,  co  —  powiedziałem  ironicznym  tonem.  Ostatecznie  o 

pojazdach księżycowych wiedziałem wszystko, co można wiedzieć. 

— Później ci powiem. Na razie musisz uwierzyć mi na słowo. Jest pewien sposób. 
— Dobrze. A co będzie z nawigacją? Czy zdajesz sobie sprawę z trudności? 
— Pojechałeś całkiem bezpiecznie po terminatorze i z powrotem. A byłeś zupełnie sam. 

To mi właśnie nasunęło ten pomysł. 

Jęknąłem. 
—  Słuchaj,  Ann,  ta  cała  moja  jazda  była  nonsensowna.  Sprzyjało  mi  po  prostu  szczę-

ście. Poza tym miałem pełną możność orientowania się na Słońce i na Ziemię, nie mówiąc już 
o radiu kierunkowym. Na Ciemnej Stronie nie będzie nic prócz gwiazd i bezwładnościowego 
systemu  nawigacyjnego.  Wystarczy  mała  pomyłka  w  obliczeniach,  wystarczy  zboczyć  z 
kursu  o  trzy  kilometry  i  człowiek  jest  zgubiony  na  zawsze.  Nie  ma  tam  żadnych  punktów 
charakterystycznych w terenie, poza tym nie jestem zawodowym pilotem czy nawigatorem. 

— Ja będę nawigować. Wiem, że to potrafię. Zaufaj mi! 
— Zaufać ci! — spróbowałem przejechać palcami przez czuprynę, ale zapomniałem, że 

ostrzyżono  mnie  na  księżycowego  jeża.  —  Doprawdy,  Ann,  w  nastroju,  w  jakim  jesteś,  nie 
nadajesz się do niczego. Ale muszę uciekać. Nie mogę opuścić jeszcze jednych ćwiczeń labo-
ratoryjnych,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  jeszcze  nie  odrobiłem  kary.  Daj  mi  tę  mapę.  Pomówię  z 
ojcem, zmuszę go, żeby mnie wysłuchał. I nie martw się tak. Wszystko się wyjaśni. 

Chwyciłem mapę i podręczniki i pobiegłem do wind, zostawiając ją samą. Przez resztę 

dnia  było  mi  trudno  skoncentrować  się  na  pracy.  Obraz  przerażonej  i  bladej  Ann  nie  opu-
szczał mnie ani na chwilę.    
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Od czasu powrotu na Księżyc byłem rozczarowany Ann. Nie znaczy to,  że przestałem 

ją kochać. Myślę, że nigdy nie czułem do niej tego, co do Hil. Za trzy lata mieliśmy się po-
brać, co było decyzją psychologów naszej kolonii, a nie moją czy Ann. 

Im wydawało się, że bardzo do siebie pasujemy. Miłości nie brali w ogóle pod uwagę. 

Na  Księżycu  zakazane  były  wszelkie  formy  zalotów,  rywalizacji,  flirtu  oraz  wszelkie  poza-
małżeńskie igraszki uprawiane przez młodzież na Ziemi. W naszym małym, zamkniętym spo-
łeczeństwie  byłyby  równie  niebezpieczne  jak  wprowadzenie  ładunku  dynamitu  do  pieca  do 
wytapiania rudy. 

Psychologowie dobierali nas w pary, kiedy kończyliśmy czternaście lat i tyle. Pogodzi-

łem  się  z  faktem,  że  nie  jestem  prawdziwie  zakochany  w  Ann,  ale  od  powrotu  na  Księżyc 
zrozumiałem, że  jej  nawet  specjalnie  nie  lubię.  Była  po  prostu  za  sprawna,  za  chłodna,  zbyt 
doskonała. 

Teraz  nagle  ukazała  mi  się  zupełnie  inna  Ann.  To  nie  była  ta  sama  dziewczyna,  którą 

znałem. Zobaczyłem ją rozszlochaną, poruszoną, ba! zdenerwowaną. Zamierzała łamać prze-
pisy,  te  nasze  sztywne,  niewzruszone  przepisy  księżycowe.  Ale  przede  wszystkim  zoriento-
wałem się, że mnie potrzebuje. Obsadziła mnie w roli swojego obrońcy, co było zupełnie nie-
oczekiwane. 

Z chwilą gdy skończyłem pracę w laboratorium, poszedłem do biura ojca. Pracował jak 

zwykle po godzinach, więc sekretariat był pusty, tyle że Tommy wciąż tkwiła za swoim biur-
kiem. Drzwi do gabinetu ojca były zamknięte. 

— Muszę się z nim zobaczyć — powiedziałem bez wstępów. 
— Przykro mi, Kep, ale tam jest narada. 
— Poczekam. 
—  To  niemożliwe.  Nie  wiem,  jak  długo  potrwa.  Może  kilka  godzin.  Radzę  ci  iść  na 

górę, zjeść kolację i wrócić znacznie później. 

— W ten sposób mógłbym się z nim rozminąć. A to, co mam mu do powiedzenia, jest 

bardzo ważne. 

Usiadłem na wprost drzwi gabinetu i założyłem nogę na nogę. Tommy wstała i zaczęła 

się bezradnie kręcić po pokoju. 

— Kep, proszę cię, wstań i idź sobie. Nie powinieneś się tak zachowywać. Ojciec bę-

dzie wściekły. Na ciebie i na mnie też — dodała. 

—  Przykro  mi,  Tommy,  ale  mimo  wszystko  zostanę.  Dlaczego  ty  nie  pójdziesz  na 

kolację? Nie ma sensu, żebyśmy oboje byli głodni. Obiecuję, że będę tu siedział do twojego 
powrotu. 

— Więc nic cię nie przekona? 
— Nie ruszę się stąd. 
— Cóż... — stała nade mną niezdecydowana. Byłem mniej więcej o trzydzieści centy-

metrów wyższy od niej i cięższy o dwadzieścia pięć ziemskich kilogramów. — Może rzeczy-
wiście pójdę i zjem coś — westchnęła. — To nie potrwa długo. Wrócę za dwadzieścia minut. 
Powiesz mu, gdyby... 

—  Nic  się  nie  martw,  Tommy.  Powiem  mu,  że  kazałem  ci  iść,  mimo  że  broniłaś  się 

rękami i nogami i że nie opuściłaś placówki z własnej nieprzymuszonej woli. 

Wyszła.  Właściwie  pozbyłem  się  jej  bez  większego  trudu.  Rozbawiony  rozsiadłem  się 

w fotelu. Myślałem o tych wszystkich okazjach, kiedy chciałem się dostać do ojca i napotyka-
łem  przeszkody  w  postaci  sekretarek,  protokółu  i  różnych  wielkich  słów,  jakimi  obwarowy-
wali się dorośli. A okazało się, że wystarczy się twardo postawić. 

Minęło  dziesięć  minut.  Piętnaście,  osiemnaście.  Nastawiłem  uszu.  Słychać  było  suwa-

background image

nie krzesła po wyłożonej gumolem podłodze i głos kogoś, kto stał blisko drzwi: „... jeżeli pan 
się nie zgodzi, to skrupi się to na doktorze Sheppardzie, ostrzegam pana”. Skoczyłem na nogi, 
ale nie zdążyłem cofnąć się od drzwi, zanim ten człowiek je pchnął. Był tak szybki i sprawny, 
że zaskoczył mnie. 

— Ostrożnie, synu — powiedział, chwycił mnie za ramiona i odsunął. 
Nasze spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Uścisk jego rąk wzmocnił się na sekundę, 

ale mógłbym przysiąc, że wyraz jego twarzy nie zmienił się. Żelazny uścisk, w jakim trzymał 
moje ramiona, zbulwersował mnie. Przyjrzałem mu się uważnie. 

Twarz  miał  nijaką,  niczym  nie  wyróżniającą  się  i  bardzo  bladą.  Zauważyłem  jednak 

pewne cechy szczególne. Jedno oko miał niebieskie, drugie jasno-brązowe. Nigdy w życiu nie 
spotkałem się z czymś takim. A może jednak? Usiłowałem sobie gwałtownie przypomnieć — 
gdzie. Poza tym od nasady policzka do lewego oka, tego niebieskiego, przebiegała ostra, cie-
nka blizna. 

Wybiegł z pokoju w mgnieniu oka, ruchy miał błyskawiczne i sprawne jak atleta. Kiedy 

zostałem  sam,  zauważyłem,  że  ojciec  stoi  w  drzwiach  swojego  gabinetu.  Trudno  się  było 
zorientować, czy jest bardziej zdziwiony, czy zły. 

—  To  moja  wina,  Tommy  była  bezsilna  —  powiedziałem  szybko,  spełniając  daną  jej 

obietnicę. — Próbowała mnie wyrzucić, ale nie dałem się. 

— Rozumiem. Cieszę się, że nie muszę jej zganić. O co chodzi, Kepler? Przypuszczam, 

że o coś ważnego, ale naprawdę nie mam czasu. 

— Rozumiem. 
Moja ręka powędrowała  do kieszeni i dotknęła mapy doktora Shepparda.  Skąd znałem 

twarz tego człowieka? To nie było tak ważne jak zniknięcie doktora, a jednak... 

—  Ojcze,  powiedz  mi,  kim  jest  ten  człowiek.  Nie  jest  z  Keplera,  a  przecież  na  pewno 

wiem, że go już kiedyś widziałem. 

— To możliwe. Jest od osiemnastu dni na Księżycu. Prowadzi ze mną rozmowy. Przy-

jechał ostatnim nocnym promem. 

— Kto to jest? 
— Mój łącznik z ONZ. 
Ojciec odpowiedział mi swobodnie, nie miałem żadnego powodu, żeby mu nie wierzyć. 

Nigdy dotąd nie przyłapałem go na kłamstwie. A teraz... 

ONZ...  moratorium...  LEMCON...  Aristarchus...  —  myśli  błyskawicznie  przebiegały 

przez  mój  mózg  i  nagle  przypomniałem  sobie,  kiedy  i  gdzie  widziałem  tę  twarz  i  tę  bliznę, 
tego niby-łącznikowego urzędnika ONZ: był jednym z grupy górników schodzących ze zmia-
ny w momencie, kiedy Clint i Blue wyprowadzali mnie z bazy LEMCON-u na Aristarchusie. 
To on wtedy zatoczył się na mnie. Teraz rozpoznał mnie. Byłem tego pewny. 

— Kep, co ci jest? Jesteś blady jak ściana. Siadaj, synu. 
Przełknąłem ślinę i wziąłem się w garść. 
—  Nic  mi  nie  jest,  ojcze.  Po  prostu  nie  powinienem  był  opuścić  kolacji.  Pójdę  teraz, 

zanim zamkną kafeterię. Powiadasz, że to urzędnik łącznikowy ONZ? Pewnie poznałeś go w 
czasie naszego pobytu na Ziemi? Przyjechał na Keplera ostatnim nocnym promem? 

— Tak, pracuję z nim od pewnego czasu. Co się do licha z tobą dzieje? 
— Nic. Czuję się doskonale. 
— Mówiłeś, że masz do mnie ważną sprawę. O co więc chodzi? Znajdę dla ciebie czas. 
— Nie, dziękuję. Już w porządku. Ja... ja... zmieniłem zamiary. Przepraszam, że się tak 

do ciebie wkręciłem. Pomówimy innym razem. Teraz pójdę na kolację. 

Wciąż mamrocząc coś pod nosem wybiegłem z pokoju, wpadając po drodze na Tommy, 

która szła do swojego biurka. Kiedy zamykały się za mną drzwi windy, widziałem ją, jak stoi 
nieruchoma, a za nią postać ojca. 

Nie  poszedłem  do  kafeterii.  Zjechałem  na  poziom  „A”,  na  którym  mieszkałem.  Nie 

background image

pozwoliłem  sobie  na  żadne  spekulacje  myślowe,  zanim  drzwi  mojej  prywatnej  kabiny  nie 
zamknęły się za mną. 

Ojciec kłamał. Kłamał! Nie pamiętałem ojca innego niż całkowicie szczerego i prostoli-

nijnego w stosunku do mnie. Ale dzisiaj kłamał! Żeby zakamuflować człowieka LEMCON-u. 

Stałem  oparty  plecami  o  drzwi  i  próbowałem  opanować  się  i  zachować  trzeźwość 

umysłu. Obok mojego łóżka stała smukła, zbudowana przeze mnie wieżyczka; jej delikatne, z 
kolorowego papieru wycięte boki drżały od lekkiego podmuchu przewodów wentylacyjnych. 
Śmieszna, dziecinna zabawka. Stwierdziłem nagle, że płaczę, że gwałtowne, suche łkanie wy-
dobywa się z mojej piersi. Chwyciłem wieżę, rozerwałem jej papierowe ścianki, połamałem ją 
na drzazgi. Potem runąłem twarzą w dół na łóżko. 

Dopiero po długiej chwili zacząłem znowu rozsądnie myśleć. Dlaczego ojciec kłamał? 

Dlaczego wymyślił, że człowiek z blizną jest od dłuższego czasu na Keplerze, kiedy ja spo-
tkałem go na Aristarchusie i wiedziałem, że tam pracuje? Ojciec nie wiedział o tym, oczywi-
ście. A może właśnie wiedział? Przewróciłem się na wznak i zacząłem wpatrywać się w sufit. 

Byłem  pewien,  że  nie  wspomniałem  ojcu  o  moim  przelotnym  spotkaniu  z  górnikami, 

ponieważ  nie  miało  ono  żadnego  znaczenia  dla  całej  mojej  historii.  Wobec  tego  człowiek  z 
blizną mógł mówić ojcu, co mu się podobało. 

Jaki jest związek pomiędzy dobrze ubranym łącznikiem ONZ w biurze ojca a spoconym 

i  obrośniętym  górnikiem,  który  potrącił  mnie  niechcący  obok  przejścia  do  śluzy?  Dlaczego 
ojciec zdecydował się łgać  

dla człowieka  LEMCON-u? A w ogóle czego pracownik  LEMCON-u mógł szukać na 

Keplerze?  A  zwłaszcza  w  gabinecie  ojca?  A  w  ogóle  to  dlaczego  Tommy  powiedziała  mi 
przedtem, że ojciec pojechał na Aristarchusa? To był nonsens, chyba że okazałoby się, że pra-
cuje dla LEMCON-u, a nie dla Księżyca. Nie, to niemożliwe. Nie ojciec. Niemożliwe, chyba 
że  jest  z  jakiegoś  powodu  przez  nich  zaszantażowany.  A  słowa,  które  usłyszałem  poprzez 
drzwi  gabinetu? „Jeżeli pan  się  nie  zgodzi, to  skrupi  się  to  na  doktorze  Sheppardzie,  ostrze-
gam pana”. Co to wszystko znaczyło? 

Przez mózg przebiegła mi myśl, od której niemal nie zemdlałem. Usiadłem i spuściłem 

nogi na podłogę. Przypuśćmy, że LEMCON kazał porwać doktora Shepparda, a teraz zmusza 
ojca do posłuszeństwa grożąc, że zabije ojca Ann. 

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się to prawdopodobne. To Ann 

miała  rację,  a  nie  ja.  Ktoś  w  LEMCON-ie,  ktoś,  kto  nie  był  w  zmowie  z  Clintem,  porwał 
doktora Shepparda. I dlatego ojciec był taki dziwny, dlatego nie można go było ostatnio nigdy 
znaleźć, dlatego był stale zmęczony i roztargniony, dlatego kłamał mówiąc o tym, gdzie był, 
kłamał mówiąc o doktorze Sheppardzie i o człowieku z blizną. 

Człowiek  z  blizną?  Był  na  Keplerze,  żeby  obserwować  ojca,  upewnić  się,  że  milczy  i 

trzyma stronę LEMCON-u w podłym targu, jaki ubił z tą upiorną organizacją. 

Muszę pomówić z Ann. Natychmiast. Wyszedłem, pozostawiając resztki drzewa i strzę-

py papieru tam, gdzie upadły. 

Zmiana  „B”  była  przy  pracy,  jednakże  Ann  znalazłem  nie  w  laboratorium  —  gdzie 

mógłbym się jakoś wkręcić — ale w jednej z dużych sal wykładowych. Musiałem poczekać 
na nią w hallu i dopiero po całych dwóch godzinach drzwi otworzyły się i wreszcie studenci 
zaczęli wychodzić. 

Ann od razu mnie zobaczyła, przybiegła przepychając się przez tłum młodzieży. Stanęła 

przede mną i patrzyła na mnie bez słowa przez chwilę. Dźwigała całe naręcze podręczników. 

— Więc jak, Kep? Zrobisz to? Pojedziesz ze mną?  
Skinąłem głową. 
— Dziękuję! Jestem ci szalenie wdzięczna. Co cię skłoniło do zmiany decyzji? 
— Nie chcę o tym mówić. Zawiozę cię na Ciemną Stronę, ale pod warunkiem, że prze-

staniesz mi dziękować. 

background image

— Dobrze, Kep — położyła mi rękę na ramieniu. — Dobrze. 
— Przede wszystkim trzeba wszystko dokładnie zaplanować. Chodźmy do biblioteki. 
Kiedy  znaleźliśmy  się  bezpiecznie  w  dźwiękoszczelnym  pomieszczeniu  służącym  do 

nauki, usiedliśmy po dwóch stronach stołu i zaczęliśmy omawiać szczegóły naszej odysei na 
Ciemną Stronę. 

— Najważniejsza rzecz to pojazd. Pełzacz nie nadaje się. Mówiłaś, że jest inna możli-

wość.  

Ann skinęła głową i powiedziała: 
—  Nasi  inżynierowie  zbudowali  nowy  pojazd,  coś  w  rodzaju  prymitywnego  wozu 

kampingowego.  Ten  kamper  skonstruowany  jest  podobnie  jak  pełzacz,  tyle  że  jest  szerszy  i 
znacznie dłuższy. Ma pryczę, stolik, toaletę, umywalkę i kuchenkę. 

— Na jakiej zasadzie funkcjonuje? — byłem sceptyczny. Wydawało mi się to za ciężkie 

nawet do jazdy po Księżycu. 

— Chyba na tej samej, co pełzacz. Na każdym jego kole umocowany jest silnik elektry-

czny, zasilany przez baterie, które włącza się do wolnej jazdy i do manewrowania. Prócz tego 
posiada  standardowe  silniki  odrzutowe  do  jazdy  szybkiej.  Zbiornik  paliwa  jest  bardzo  duży, 
ma pojemność paliwa wystarczającą na cztery i pół tysiąca kilometrów. Baterie ultranowocze-
sne. 

— To fantastyczne — aż gwizdnąłem z podziwu. — Ale skąd ty tyle o tym wiesz, pod-

czas gdy ja nie słyszałem nawet plotek na ten temat. 

— Słyszałeś, ale jakoś nie zwróciłeś na to uwagi. Widziałeś nawet plany tego wozu w 

ramach ćwiczeń kreślarskich, jeszcze zanim pojechałeś na Ziemię, prawie rok temu. 

—  Ach  tak!  —  zrobiło  mi  się  głupio.  —  Ale  to  był  przecież  tylko  projekt,  nie  było 

nawet mowy o prototypie! 

Ann uśmiechnęła się. 
— Ale teraz jest. I to ulepszony. Zbudowano już trzy egzemplarze. Wszystkie trzy fun-

kcjonują. Widziałam je na własne oczy. 

— Gdzie? 
— Są ukryte w jednej z tych starych jaskiń powybuchowych, tuż przy  grani krateru w 

północno-zachodnim kwadrancie. 

— Ukryte? Naprawdę? A kto je skonstruował? Czyje one są? Jak na nie trafiłaś? 
— Trudno mi odpowiedzieć nawet na twoje pierwsze pytanie, nie mówiąc już o półtuzi-

nie moich własnych, które mnie męczą, odkąd zobaczyłam te kampery.  A jak je znalazłam? 
Zaprowadziła mnie do nich po prostu mapa. 

— Mapa? — wyjąłem z kieszeni i rozłożyłem na stole.—W jaki sposób? 
 — Widzisz, byłam coraz bardziej niespokojna o ojca. Nie mogłam od nikogo uzyskać 

żadnych informacji, więc ciągle studiowałam tę mapę. Była to jedyna rzecz jakoś powiązana z 
ojcem, a sposób, w jaki została ukryta, wskazywał, że jest kluczem do sytuacji. Im dłużej na 
nią  patrzyłam,  tym  bardziej  mnie  intrygowała.  Jest  wprawdzie  tylko  prymitywnym  szkicem, 
ale szlak narysowany jest na niej bardzo precyzyjnie. Cała ta droga od krzyżyka w Keplerze 
do  Mariusza,  od  Mariusza  do  Łuny  13  i  granicy  Ciemnej  Strony  Księżyca  aż  do  drugiego 
krzyżyka wyznaczającego tamten krater. 

— Tak, widzę to, ale... 
— Popatrz jeszcze raz na mapę. Zwróć uwagę na jej kształt. Jest narysowana na bardzo 

długim i wąskim skrawku papieru. 

— Bo narysowany szlak jest długą, niemal prostą linią. Ciągnie się przez siedemdziesiąt 

stopni szerokości, a ledwo dwadzieścia stopni długości. Ale to nieważne. Przecież nie intere-
suje nas w tej chwili estetyczny aspekt tej mapy. 

—  Kiepski  dowcip.  Kep,  słuchaj.  Dlaczego  ktoś,  kto  dobrze  zna  topografię  Księżyca, 

miałby  się  bawić  w  wyznaczanie  drogi  z  Keplera  do  Łuny  13.  Kepler  jest  sercem  kolonii,  a 

background image

Łuna  to  słynne  miejsce,  figurujące  na  wszystkich  mapach.  Ktokolwiek  sporządził  tę  mapę, 
powinien  był  zacząć  od  Łuny  i  narysować  tylko  tę  część  szlaku,  która  prowadzi  od  niej  na 
Ciemną Stronę. 

—  Rozumiem.  Wtedy  mapa  zmieściłaby  się  na  zwykłej  kartce  papieru  maszynowego. 

Nie  trzeba  by  było  specjalnie  wycinać  paska  z  arkusza  papieru  technicznego.  Chcesz  więc 
powiedzieć, że ten fragment szlaku, który prowadzi od Keplera do Łuny 13, jest szczególnie 
ważny i musiał być uwzględniony na mapie. 

Skinęła głową. 
— Czy teraz domyślasz się, o co mi chodzi? 
— Nie. Więc mów już, co i jak. 
— Chodzi o ten krzyżyk zaznaczony na bazie Keplera. Wydaje mi się, że to coś więcej 

niż oznaczenie początku szlaku. On musi oznaczać coś innego. Więc nałożyłam plecak odrzu-
towy i udałam się na północno-zachodnią krawędź grani do miejsca, w którym przecinają się 
ramiona  krzyżyka,  i  tam  znalazłam  jaskinię.  Jest  pozostałością  po  wybuchu.  Stoją  w  niej  te 
trzy nowiutkie kampery. 

Patrzyłem na Ann, jak  gdybym ją widział po raz pierwszy  w życiu. Co za niespodzia-

nka! Rozsądna była zawsze, ale uważałem ją za całkowicie pozbawioną wyobraźni. 

— Ann, jesteś nadzwyczajna! Nie wpadłbym na ten pomysł, choćbym myślał milion łat. 
Zarumieniła się. 
— Może ich tam nie ma. Widziałam je dwie zmiany temu. Musielibyśmy sprawdzić.  
Posmutniałem. 
— Jest noc i absolutnie każdy pojazd jest w ruchu. Niedobra sprawa. 
— Nie sądzę, żeby byle kto mógł mieć do nich dostęp — mówiła Ann powoli. — Mają 

chyba bardzo specjalne przeznaczenie, choć nie wiem jakie. Były naprawdę bardzo starannie 
ukryte. 

— Ale znalazłaś je. 
— Miałam trochę szczęścia. Szukałam czegoś, sama nie wiedząc czego. W nocy w ogó-

le nie widać tej jaskini,  w Słońcu stanowi po prostu wielką plamę cienia. Ale widzisz, mam 
kompas... 

— Kompas? 
— Nie śmiej się. Kuzyn podarował mi go, kiedy jechałam na Księżyc. Nie wiedział, że 

na  Księżycu  kompasy  są  bezużyteczne,  bo  tu  nie  ma  stałego  pola  magnetycznego.  Ja  tego 
zresztą też nie wiedziałam. Przecież oboje byliśmy jeszcze dziećmi. Kiedy tu wylądowałam, 
bardzo się zmartwiłam, że mój kompas nie funkcjonuje. Więc ojciec zrobił mi z niego coś w 
rodzaju amuletu, który zawsze mam przy sobie, kiedy wychodzę na powierzchnię. 

— Nigdy tego nie zauważyłem. 
— Jest wiele rzeczy, których nie zauważyłeś, a które dotyczą mnie... No ale, jak mówi-

łam, zawsze noszę ten kompas przypięty do paska kombinezonu. Poruszałam się więc wzdłuż 
krawędzi krateru, kiedy nagłe zauważyłam, że kompas drgnął. 

—  Nie  pomyślałaś,  że  może  to  być  po  prostu  koncentracja  masy?  Przecież  na  mare 

istnieje wiele takich miejsc. 

— Tak też z początku myślałam. Ale to nie było poniżej powierzchni mare, gdzie mo-

żna się spodziewać różnych anomalii grawimetrycznych. Strzałka mojego kompasu przechy-
lała się najpierw w jedną stronę, a kilka metrów dalej — w drugą. Rozejrzałam się więc uwa-
żnie i znalazłam jaskinię. 

— A w niej kupę metalu, na co zareagował kompas?  
Skinęła głową. 
— Jesteś wspaniała, Ann. No, ale powiedzmy, że znajdziemy odpowiedni pojazd. Skąd 

weźmiemy zapas koncentratów spożywczych na dwa do czterech dni? Dwa dni w jedną stro-
nę, dwa z powrotem. 

background image

— Nawet więcej. Przecież w drodze powrotnej będzie z nami ojciec. 
Spojrzałem  na  nią  uważnie.  Z  jej  ciemnych  oczu  nie  można  było  nic  wyczytać.  Czy 

naprawdę wierzyła, że odnajdziemy jej ojca, czy tylko tak mówiła? Skinąłem głową. 

— Masz rację. Potrzebna nam jest żywność, woda i tlen dla trzech osób na okres czte-

rech  dni  i  zapas  na  kilka  dodatkowych  dni,  gdyby  stało  się  coś  nieprzewidzianego.  Zastana-
wiam się nad tym, jak u licha wyniesiemy to wszystko z bazy nie zwracając na siebie uwagi. 

—  Kiedy  oglądałam  pojazdy,  zauważyłam,  że  mają  pełne  cylindry  tlenowe  i  zbiorniki 

wody. Wydaje mi się, że są całkowicie wyposażone i gotowe do drogi. 

— Musimy to sprawdzić. Ale jak zamierzasz wykraść żywność? 
Ann  wzdrygnęła  się  na  słowo  „wykraść”,  ale  użyłem  go  celowo.  Nie  chciałem,  żeby 

wycofała  się  w  połowie  przygotowań.  Nawet  buchnięcie  przez  dziecko  jednego  biszkopta 
uważane  było  na  Księżycu  za  czyn  wysoce  aspołeczny.  Przekroczenie  wyznaczonego  przy-
działu kalorycznego było nie tylko niezdrowe, ale z uszczerbkiem dla innego kolonisty. Kra-
dzież jednego małego biszkopta! Cóż dopiero kradzież żywności dla trojga ludzi na sześć dni! 

— Och, Kep! Czy ja naprawdę muszę to zrobić? 
—  Wiesz  przecież, że  jestem  wciąż  objęty  karą.  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  to,  żeby 

mnie przyłapano w pobliżu kuchni. Jeżeli ty tego nie zrobisz, będziemy musieli zrezygnować 
z wyprawy. 

Ann przełknęła ślinę. 
—  Ja...  ja  to  zrobię  w  czasie  przerwy  kolacyjnej  dla  zmiany  „A”.  Personel  kuchni  bę-

dzie zajęty wydawaniem posiłków, a w spiżarni nikogo wtedy nie ma. 

— Kiedy to będzie? 
Ann spojrzała na zegarek. 
— Teraz jest 22.30. Trzeba poczekać prawie dwie godziny. I jeszcze jedno. Dokąd mam 

to wszystko zanieść? 

Zastanawiałem się przez chwilę. 
— Do pracowni niskich temperatur. Będzie pusta o tej porze, bo wszyscy pracują wtedy 

na- powierzchni Tam się spotkamy. 

— Dobrze, Kep. Słuchaj... dziękuję ci. 
— Robię to i dla siebie, Ann. 
Nie  powiedziałem  jej,  że  chodzi  mi  również  o  mojego  ojca,  dla  którego  gotów  byłem 

zrobić wszystko. Nawet pojechać w beznadziejną podróż na Ciemną Stronę, gdyby to mogło 
go wyratować z rąk człowieka z blizną i wyciągnąć ze szponów LEMCON-u. 

— Słuchaj, jeżeli się okaże, że kampery wcale nie są przygotowane do jazdy, to będzie-

my musieli wrócić po wodę i tlen. A paliwo! Co z paliwem? Pamiętaj, że ja jestem uwiązany. 
Nie mogę się pokazać na zewnątrz, no i w ogóle nie mam prawa kręcić się po bazie. 

— Pewnie boisz się ojca. Zabiłby cię, gdyby się dowiedział o twoich zamiarach. 
— Jeżeli wszystko się powiedzie, będzie zadowolony. 
— A jeżeli nie? Jeżeli... 
— No to powiem ci, że  jest mi już wszystko jedno. Ale ja wiem, że  wszystko pójdzie 

dobrze. A teraz uciekaj i zrób, co do ciebie należy. Ja też zmykam. Jeszcze nas tu ktoś przyła-
pie i zacznie stawiać głupie pytania. 

Spotkaliśmy się znowu, zgodnie z umową o godzinie 0.30, czwartego dnia nocy księży-

cowej.  Nowa  zmiana  właśnie  zajęła  swoje  stanowiska.  Należałem  do  poprzedniej  i  koledzy 
moi  udali  się  na  spoczynek.  Nikt  nie  będzie  mnie  szukał  przez  następnych  osiem  godzin. 
Zmiana Ann też miała okres odpoczynku, a potem kilka godzin przerwy na odrobienie lekcji. 
Razem szesnaście godzin, w ciągu których nikt nie powinien był zwrócić uwagi na naszą nie-
obecność. Lepiej być nie mogło. 

Hala pod kopułą była pusta, kiedy wymknęliśmy się z windy. Każde z nas niosło duże 

pudło zawierające koncentraty spożywcze. Rozdzieliliśmy się przy szatniach. Wydostałem ze 

background image

schowka  szatni  męskiej  mój  kombinezon  kosmiczny.  Poczułem  się  lepiej.  W  srebrzystym 
kombinezonie z białym hełmem na głowie i opuszczoną przesłoną. wszyscy ludzie wyglądali 
jednakowo, zwłaszcza w nocy. Liczyłem na to, że nikt nie podejdzie do mnie zbyt blisko, nie 
doniesie na mnie, nie zainteresuje się- tabliczką z nazwiskiem przypiętą do kieszeni kombine-
zonu, nie zechce odczytać mojego numeru na rękawie. 

Wyszliśmy jednocześnie z szatni i pomogliśmy sobie nawzajem założyć plecaki odrzu-

towe.  Potem  zabraliśmy  kartony  z  żywnością,  przeszliśmy  przez  śluzę  i  znaleźliśmy  się  na 
powierzchni Księżyca. 

Ann  ruszyła  przodem  i  szybko  skręciła  w  lewo.  Srebrzyła  się  w  ciemnościach  niczym 

wielka  ćma.  Podążyłem  za  nią.  Nie  ma  jak  plecak  odrzutowy  na  krótkie  dystanse.  W  waru-
nkach księżycowych motor nie robi oczywiście żadnego hałasu, człowiek wie o tym, że leci, 
tylko dlatego, że czuje lekki ucisk szelek plecaka pod pachami. Nie ma też pędu powietrza, a 
grawitacji starczy akurat na tyle, żeby można było utrzymać równowagę, kiedy się tak dryfuje 
na zaledwie trzydzieści centymetrów ponad powierzchnią Księżyca, mając nad głową bezkre-
sną  czerń  gęsto  usianą  gwiazdami,  oddzieloną  jedynie  cieniutką  konchą  przesłony  hełmu. 
Jednocześnie  zaś  powierzchnia  Księżyca  jest  tak  blisko,  że  widzi  się  każdy  kamień,  każde 
zagłębienie,  każdy  błysk  szkła  i  mieniące  się  milionem  odcieni  cząstki  pyłu  księżycowego. 
Przemierzyliśmy piętnaście kilometrów dzielących bazę Keplera od krawędzi .krateru w pię-
tnaście minut, a następne pięć zajęło Ann znalezienie, przy pomocy zawieszonego na branso-
letce kompasu, dobrze ukrytego „garażu”. 

Wpuściliśmy światło latarek do czarnego wnętrza. Powstała po wybuchu pieczara była 

rzeczywiście znakomitą kryjówką. 

Kiedy pierwsi koloniści przybyli na Księżyc, musieli zbudować sobie tymczasowe kli-

matyczne schronienia, zabezpieczające ich przed brakiem atmosfery na czas budowy stałych 
pomieszczeń  i  laboratoriów  podziemnych.  Najszybszym,  najbezpieczniejszym  i  najtańszym 
wyjściem z sytuacji było wykorzystanie odpowiedniego miejsca w ścianie krateru, tam gdzie 
skała była najsłabsza i porowata. Jeden ładunek  środka wybuchowego wystarczał zwykle na 
wybicie otworu wielkości dużego pokoju. Następnie pokrywano ściany plastykiem w aerozo-
lu,  który  twardniał  jak  skała  i  tworzył  barierę  izolacyjną  od  zimna  i  księżycowej  próżni. 
Zamykano go prefabrykowaną śluzą powietrzną przywożoną z Ziemi i w ten sposób pieczara 
stawała się bezpiecznym, chociaż ciasnym domem. Kiedy podziemne budynki zostały wykoń-
czone, tymczasowe mieszkania porzucono, a śluzy rozmontowano. 

Ukryty  garaż  był  właśnie  jednym  z  tych  porzuconych  prowizorycznych  pomieszczeń. 

Było  w  nim  akurat  miejsce  na  trzy  nowiutkie  kampery,  kilka  cylindrów  z  tlenem,  zapasowe 
baterie i beczki z paliwem. 

Przyłożyłem swój hełm do hełmu Ann, żeby móc z nią rozmawiać, gdyż było za ciemno 

na czytanie z warg. 

— Jak myślisz, kto je tu wstawił? Kto zna to miejsce? Żyję na Księżycu od urodzenia i 

nigdy o nim nie słyszałem. 

— Przypuszczam, że tylko ci, którzy znajdowali się tutaj, kiedy budowano bazę Keple-

ra. 

Dochodzący  mnie  przez  dwa  hełmy  głos  Ann  brzmiał  metalicznie  jak  głos  robota. 

Nigdy bym go nie rozpoznał. 

Zarówno ona, jak jej ojciec i matka mieszkali na Księżycu od zaledwie pięciu lat. Nie 

było już w naszej kolonii wielu jej założycieli. O jaskini mogło wiedzieć najwyżej tuzin osób. 
Jedną z nich był mój ojciec. 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Ann  paliła  się  wprost,  żeby  natychmiast  wyruszyć,  ale  ja  wolałem  się  zbytnio  nie 

spieszyć. W pieczarze byliśmy całkowicie bezpieczni, nikt nie mógł nas widzieć z zewnątrz. 
Z  powodu  braku  atmosfery  na  Księżycu  nie  istniało  zjawisko  promienia  świetlnego.  Nasze 
latarki rzucały jedynie małe krążki złota w ciemność i tworzyły świetlne elipsy wyłącznie na 
przedmiotach, na które je kierowaliśmy. 

Wybrałem kamper stojący najbliżej wyjścia, bo ten najłatwiej było wyprowadzić z pie-

czary i obejrzałem go sobie dokładnie z zewnątrz i wewnątrz. Był już używany. Kilka cząstek 
pyłu księżycowego osiadło na smarze silnikowym, konserwującym jego ruchome części, a na 
jednym z pokrytych teflonem zaworów widać było nikłe ślady zadrapań. Ale w praktyce był 
to wóz fabrycznie nowy.  I piękny. Jak mówiła Ann, stanowił udoskonalony model, był wię-
kszy od zwykłych pełzaczy, silniejszy i jeszcze solidniej zbudowany.  

„Kiedy  go  skonstruowano  —  zastanawiałem  się.  —  Kiedy  i  gdzie?  Ale  przede  wszy-

stkim dlaczego zrobiono to potajemnie i dlaczego ukryto go tak starannie?” 

Wstawiliśmy do środka  kartony z żywnością, zamocowaliśmy je, sprawdziliśmy zapas 

paliwa,  tlenu  i  tlenków  litu,  które  służyły  do  eliminacji  dwutlenku  węgla  z  wydychanego 
przez załogę powietrza. Wszystko było w porządku. Woda, jak to woda magazynowana, mia-
ła przykry smak, ale nadawała się do picia. Ciekawe, ale nie miała smaku odzyskanej z obie-
gu. 

Zamknąłem śluzę powietrzną, sprawdziłem szczelność kampera, wreszcie zdjąłem ręka-

wice i odsunąłem zasłonę hełmu. Ann zrobiła to samo i uśmiechnęliśmy się do siebie niemal 
tryumfalnie. Na razie wszystko szło gładko. 

— Zapnij pasy — poradziłem jej. — Spróbuję wydostać się z jaskini i przejechać przez 

grań krateru bez świateł. Wolałbym nie zwrócić na nas niczyjej uwagi. 

Ann nie odezwała się, ale posłuchała. Patrzała na mnie wielkimi, ciemnymi, nieco prze-

straszonymi oczami. 

— To nie będzie trudne — powiedziałem, chcąc dodać otuchy sobie i jej. — Ziemia już 

weszła w drugą kwadrę. Powinno być dosyć jasno. 

Zgasiliśmy  latarki.  Chwilę  czekałem,  żeby  moje  oczy  zaczęły  rozróżniać  czerń  jaskini 

od nieco jaśniejszego dna krateru. 

Włączyłem  baterie  i  usłyszałem  szum  cicho  pracujących  silników.  Głęboki  oddech. 

Ręce na kierownicę. Ruszyliśmy z wolna naprzód i wyjechaliśmy z pieczary nie musnąwszy 
nawet  dwóch  pozostałych  wozów.  Żeby  wjechać  na  stromą  wewnętrzną  ścianę  Krateru 
Keplera, musiałem zapalić silniki odrzutowe. W bazie i na dnie krateru kręciło się dziesiątki 
pełzaczy, toteż liczyłem, że światła jeszcze jednego pojazdu nie wzbudzą niczyjej uwagi. 

 Kiedy znaleźliśmy się na szczycie grani, spojrzałem w dół ku wjazdom do naszego kra-

teru. Roiło się tam wprost od punkcików świetlnych. Wszystkie pełzacze powracały do bazy. 
Dokoła nas rozciągało się puste mare, hen w dal aż po horyzont, nad naszymi głowami migo-
tały roje gwiazd, a wśród nich srebrzysta półkula Ziemi. Jej ciemna strona odcinała się mro-
czną czerwienią od głębokiej czerni kosmosu. 

„Ileż to czasu upłynie, zanim znowu zobaczymy Keplera — pomyślałem. — Jeżeli go w 

ogóle kiedykolwiek zobaczymy”. Nabrałem głęboko powietrza w płuca, usiadłem wygodniej 
w fotelu i zacisnąłem pasy. 

Jechaliśmy  przez  Ocean  Burz  w  kierunku  północno-zachodnim.  Ziemia  była  za  nami. 

Nie włączyłem reflektorów. Nasze oczy dostosowały się już do warunków, a światło gwiazd i 
poświata Ziemi dawały w sumie niewielką, lekko brunatną, ale wystarczającą jasność. Cienie 
nie były wprawdzie dość głębokie, żeby uwypuklać niewielkie przeszkody czy kamienie, ale 
nasz pojazd miał doskonałe zawieszenie. Jechało się nim znacznie lepiej niż zwykłym pełza-

background image

czem. 

Po  dwóch  bez  mała  godzinach  względnie  równa  powierzchnia  skończyła  się.  Trzeba 

było omijać coraz to liczniejsze doły i głazy, jednakże ich obecność napawała nadzieją. 

—  Twoja  nawigacja  jest  wspaniała,  Ann.  Za  chwilę  powinniśmy  zobaczyć  po  lewej 

stronie Krater Mariusza. 

— Już go widać — Ann przechyliła się przez moje ramię i wskazała palcem. — Przy-

najmniej tak mi się wydaje. 

Roześmiałem  się.  Kiedy  jedzie  się  po  mare,  widoczność  jest  ograniczona  do  dwóch 

kilometrów i wszystkie kratery wyglądają mniej więcej jednakowo. Wydają się po prostu lek-
kim wzniesieniem terenu o różnej pod względem intensywności barwie. Kolor bazaltu sprzed 
trzech miliardów lat ustępował bowiem miejsca jaśniejszemu kolorowi wulkanicznej materii 
wyrzuconej na powierzchnię w czasie wybuchu, z którego powstał krater. Część tej materii, a 
więc głazy i nieco jaśniejsza brekcja *, widoczne już były gołym okiem. 

—  Tak,  to  na  pewno  Mariusz,  więc  nie  niepokój  się,  Ann.  Sprawujesz  się  doskonale. 

Ale właśnie myślałem o tym, że kiedy wjedziemy na Ciemną Stronę, będziemy mogli nawi-
gować jedynie według gwiazd i przy pomocy nawigatora bezwładnościowego. To raczej tru-
dne i będziesz musiała się dobrze gimnastykować z matematyką. Spróbujmy teraz, czy potra-
fisz  zaprowadzić  nas  stąd  do  Łuny  13  bez  kierowania  się  sygnałami  radiowymi  i  pozycją 
Ziemi.  Jeżeli  okaże  się,  że  nie  potrafisz,  to  lepiej  żebyśmy  się  o  tym  przekonali  teraz,  a  nie 
wtedy, kiedy już będzie za późno. 

Ann  skinęła  głową  na  znak  zgody  i  bez  słowa  wyłączyła  aparat  radiowy.  Wszystko  to 

robiła bardzo pewnie i sprawnie. Przyglądałem się jej z szacunkiem. Miała dziewczyna odwa-
gę. Bo to, co robiła, można było tylko przyrównać do wybrania się na wycieczkę w nieznany 
teren z zawiązanymi oczyma. 

—  Tylko  bez  szachrajstwa  —  zażartowałem.  —-  Żebyś  mi  nie  patrzyła  ukradkiem  na 

Ziemię. 

Ann uśmiechnęła się tylko i wzięła się do pracy. Po pięciu minutach podała mi popra-

wkę kursu. Teraz, kiedy już robiliśmy coś, co rzeczywiście mogło pomóc jej ojcu, była spo-
kojna  i  opanowana.  Ufałem  jej,  bo  wiedziałem,  że  celuje  w  matematyce  i  potrafi  obliczyć 
nasze położenie w każdym punkcie galaktyki. 

Jechaliśmy  w  kompletnej  ciszy  przez  milczące  mare.  Ocean  Burz.  Dziwna  to  nazwa, 

którą nasi przodkowie nadali obszarowi obejmującemu bez mała milion kilometrów kwadra-
towych piaszczystej, bazaltowej równiny upstrzonej kraterami, nie dotkniętemu przez wiatry 
ani przez wodę od zarania świata. 

Kiedy  minęliśmy  Krater  Mariusza,  rozpadliny  i  szczeliny  zaczęły  występować  coraz 

częściej. Lawirowałem pomiędzy nimi, dopóki nie wjechaliśmy na gładszy teren. Miałem na-
dzieję, że zarówno zmysł Ann, jak i nawigator bezwładnościowy funkcjonują dobrze. 

Znowu  poprawka  kursu,  tym  razem  niewielka.  Minęła  godzina.  Dwie.  Szukanie  Łuny 

13  na  bezkresnej  równinie  mare  można  było  porównać  tylko  z  rozglądaniem  się  za  boją  na 
środku Atlantyku. 

— Jeszcze pięć minut, Kep — głos Ann przerwał ciszę.   
Skinąłem głową nie przestając się wpatrywać przed siebie. 
— Dwie minuty. 
—  Zapalmy  lepiej  reflektory  —  włączyłem  latarnie  zamontowane  na  zewnątrz  przed 

kabiną sterowniczą i zacząłem nimi tak manewrować, że długa elipsa światła przesuwała się 
po powierzchni mare oświetlając odcinek co najmniej czterystu metrów przed nami. 

— Jedna minuta. 
Zwolniłem. Nie  wolno nam było omijać tej sondy księżycowej. Od niej mieliśmy wziąć  

 

* Inaczej: druzgot; skała  składająca się z ostrokrawędzistych odłamków skalnych zespolonych  np. lawą 

lub spoiwem krzemionkowym.

 

background image

kurs na zachód i pojechać prosto na Ciemną Stronę. 

Patrzyłem intensywnie przed siebie. Czyżby coś mignęło? Zatoczyłem reflektorami łuk 

od prawa do lewa. Oto ona! Łuna 13! Na jakie piętnaście metrów w prawo od nas. Wyłączy-
łem silniki odrzutowe i jechałem teraz na bateriach. 

— Wspaniała nawigacja, Ann! Winszuję ci!  
Uśmiechnęła  się  lekko,  ale  nie  odpowiedziała.  Kiedy  wyłączyłem  reflektory  i  silniki, 

Ann przymocowała mapę i stylograf do tablicy trzymanej na kolanach. 

Pozostawiłem pomocniczą baterię w ruchu, aby zasilała grzejnik i wewnętrzne oświetle-

nie. Zamknęliśmy na chwilę oczy i rozprostowaliśmy  ręce i nogi. Po niemal czterech godzi-
nach bez ruchu było to wspaniale uczucie. Wstaliśmy i przeszliśmy się po wnętrzu kampera. 
Był  zupełnie  jak  mały,  przytulny  domek,  ciepły  i  bezpieczny.  Światła  odganiały  ciemności 
mare  sprzed  naszych  okien,  nasz  świat  skurczył  się  do  dziesięciu  metrów  kwadratowych,  a 
jeszcze przed chwilą miał rozmiary kosmosu. 

Stojąc  jedliśmy  biszkopty  proteinowe,  piliśmy  wodę.  Miałem  jednak  wciąż  potrzebę 

ruchu.  

— Chodź! Wyjdziemy na zewnątrz i przyjrzymy się Łunie z bliska — zaproponowałem 

Ann. 

Wiedziałem,  że  ona  nie  chciała  stracić  ani  sekundy,  ale  czułem,  że  będę  prowadził 

bezpieczniej,  jeżeli  przestaną  mi  grozić  kurcze  w  nogach.  Opuściliśmy  przyłbice  hełmów, 
nałożyliśmy rękawice, sprawdziliśmy sobie nawzajem umocowane na plecach butle z tlenem i 
przez dwuosobową śluzę wyszliśmy na Księżyc. 

Łuna  13  stała  wbita  w  księżycowy  pył,  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  wylądowała 

przed  laty.  Obeszliśmy  ją,  stąpając  po  śladach  kolonistów,  którzy  przyjeżdżali  na  to  pustko-
wie Oceanu Burz, żeby obejrzeć sobie tę starą rosyjską sondę. 

Usiłowałem sobie wyobrazić, jak to wtedy było — jeszcze przed kolonizacją Księżyca, 

kiedy  Stany  Zjednoczone  i  Związek  Radziecki  konkurowali  ze  sobą,  próbowali  wyprzedzać 
jedni  drugich  w  wyścigu  na  Księżyc.  Ale  to  należało  już  do  historii.  Koloniści  przybyli  na 
Księżyc ze wszystkich państw świata podlegali ONZ i mieli mandat od niej. Przypomniałem 
sobie, że nawet LEMCON był częścią międzynarodowego kartelu. 

Zmierzyliśmy położenie Ziemi w stosunku do gwiazd, sprawdziliśmy dane z nawigatora 

bezwładnościowego  z  naszym  odczytem  i  z  sygnałem  radiowym.  Wszystko  się  zgadzało. 
Wszystko  świetnie  grało.  Byliśmy  już  pewni,  że  zasięg  wiedzy  matematycznej  Ann  wystar-
czy, żeby zaprowadzić nas na Ciemną Stronę i wrócić. 

Ann była wciąż milcząca i napięta. Niepokoiło  mnie to.  Zanim powróciliśmy do kam-

pera, namówiłem ją na zabawę w berka. Trzymaliśmy się oczywiście obszaru światła z kam-
pera, robiąc kilkumetrowe skoki w jedną i drugą stronę. Ann właśnie mnie goniła, kiedy zoba-
czyłem coś, co kazało mi się gwałtownie zatrzymać. Ann upadła na mnie i przewróciliśmy się 
oboje. Dzięki księżycowej grawitacji upadliśmy  bardzo miękko, właściwie baraszkowaliśmy 
tylko wśród kotłowaniny butów, hełmów, pojemników z tlenem, śmiejąc się, aż nam zabrakło 
tchu. 

Jak dobrze było móc się znowu śmiać! Głupio,  ale przyjemnie. Ann oparła się o mnie 

tak, że nasze hełmy dotknęły się. 

— Och, Kep, jak to dobrze! Czułam się okropnie, kiedy kradliśmy kamper i żywność. 

Przecież to straszne przestępstwo. Czyż nie tak? 

— Oczywiście, że tak — pomogłem jej wyprostować się. — Ale nie ma na to rady. 
— Dlaczego zatrzymałeś się tak nagle? — zapytała, trzymając się wciąż mojego ramie-

nia. 

Pokazałem ręką w dół. W księżycowym pyle widać było ślady innego pojazdu i to tak 

wyraźnie, jakby został wyciśnięty przed pięcioma minutami. 

Dokoła Łuny 13 było mnóstwo śladów pojazdów i ludzkich stóp. Stanowiła ona nieofi-

background image

cjalny  wprawdzie,  ale  widoczny  znak  —  „najdalej  na  zachód  wysuniętego  punktu”.  Ale  te 
ślady różniły się od innych tym, że nie wracały bądź na południowy wschód do bazy Keplera 
czy Kopernika lub też na wschód — do Karpat i Apenin. Prosto jak strzelił, samotnie jak ślad 
komety prowadziły na zachód — w nieznane. 

Ann spojrzała i jej ręka leżąca na moim ramieniu zacisnęła się. Mimo rękawic jej palce 

wbijały się mocno w materię mojego kombinezonu kosmicznego. Uwolniłem się łagodnie. 

—  Zaczekaj  tu  —  powiedziałem.  —  Przyprowadzę  kamper  i  puścimy  się  po  tych  śla-

dach. To nam ułatwi nawigację. 

Ann skinęła głową, a ja powróciłem równym księżycowym kłusem do miejsca w pobli-

żu  Łuny  13,  w  którym  pozostawiłem  nasz  kamper.  Kiedy  już  wgramoliłem  się  do  środka, 
spojrzałem na małą, surrealistyczną niemal postać Ann oświetloną brunatną poświatą Ziemi. 
Ruszyłem  z  wolna  w  jej  kierunku,  do  miejsca,  w  którym  zobaczyłem  ślad  prowadzący  na 
zachód. 

Ann wcisnęła się do środka przez śluzę powietrzną. była szalenie podniecona. 
— Kep, to na pewno pojazd ojca! Miałam rację. Ta mapa jest dobra! 
— Nie podniecaj się za bardzo. Te ślady mogły powstać w dowolnym czasie od wylą-

dowania człowieka na Księżycu. I wyglądałyby równie świeżo. 

Spoważniała. 
— Masz rację... Mógł je pozostawić ktokolwiek. Ale z drugiej strony — poweselała — 

mógł to również być ojciec. 

— Naturalnie. I będziemy jechali tak długo, jak będą nas prowadzić na Ciemną Stronę. 

Na wszelki wypadek nie spuszczaj z oka przyrządów nawigacyjnych. 

Pomyślałem  sobie,  że  są  szanse  natrafienia  za  kilkadziesiąt  kilometrów  na  unierucho-

miony pojazd. I zastanawiałem się, co zrobię z Ann, jeżeli się okaże, że za kierownicą poja-
zdu będą tkwiły zwłoki jej ojca. Że zmarł sam w tej strasznej pustce, że zamarzł, udusił się. 
Tam, dokąd jechaliśmy, daleko na zachodzie, unieruchomiony pojazd nie mógł liczyć na ża-
dną  pomoc.  Żadne  SOS  nie  rozeszłoby  się  stamtąd.  Z  chwilą  przekroczenia  granicy  widzia-
lności Ziemi z Księżyca i my będziemy całkowicie zdani na siebie. 

Gdybym  chciał  zastosować  się  do  życzeń  Ann,  musiałbym  prowadzić  przez  dwadzie-

ścia  cztery  godziny  bez  przerwy.  Ale  opuściłem  już  jeden  okres  snu  i  zaczynało  mi  migać 
przed oczami. Kilometry pustynnego mare koloru gorzkiej czekolady rozciągały się przed na-
mi w nieskończoność. Każdy kilometr taki sam jak poprzedni. Nic przed nami, tylko ten pro-
sty jak strzała ślad po czyimś pojeździe. Miałem dziwne wrażenie, że w gruncie rzeczy stoi-
my w miejscu i co chwila sprawdzałem położenie strzałki szybkościomierza. 

Wreszcie zatrzymałem się. 
— Co się stało? — zapytała Ann ostro. 
—  Dłużej  prowadzić  nie  mogę.  Musimy  zjeść  suty  posiłek  i  przespać  się  przez  kilka 

godzin. 

— Ale... 
— Słuchaj, przejechaliśmy ponad połowę drogi. Jeżeli wpadnę na krawędź krateru albo 

wpakuję nas w szczelinę czy w pęcherz pyłowy, to nie zbliży to nas do celu. A piechotą stąd 
do domu nie wrócimy. Ruszaj się, Ann, otwieraj racje żywnościowe. Muszę się wyciągnąć. 

Zjedliśmy  w  wygodnym  przedziale  sypialnym  siedząc  na  leżance.  Jedzenie  było  okro-

pne, typowy awaryjny posiłek złożony z syntetycznej proteiny i mieszanki węglowodanów w 
papierowych pojemnikach. Popijaliśmy to zupą z proszku rozpuszczonego w wodzie. Wszy-
stko to było pozbawione smaku i kleiste, ale wysoce regeneracyjne. Potem już nie rozmawia-
liśmy. Zgasiliśmy światło i zasnęliśmy natychmiast. 

Kiedy  obudziłem  się,  nie  mogłem  sobie  uświadomić,  gdzie  jestem,  dopóki  nie  wycią-

gnąłem  się  i  uderzyłem  nogami  o  ściankę  kabiny  kierowniczej.  Ann,  zwinięta  w  kłębek  jak 
kot, jeszcze spała. 

background image

Spojrzałem na zegarek i zerwałem się. 
— Ann, obudź się — potrząsnąłem nią łagodnie. — Przespaliśmy całe dziesięć godzin! 
Obudziła się i zaczęła przecierać oczy. 
— Czy zrobić śniadanie? 
— Nie. Trzeba ruszać. Zjemy coś, kiedy zatrzymamy się dla odpoczynku. 
Ruszyliśmy  znów  prosto  na  zachód,  a  Ann  co  chwila  sprawdzała  instrumenty  nawiga-

cyjne. Przemierzyliśmy olbrzymią arenę Krateru Eddingtona, którego gładkie, bazaltowe dno 
obnażone zostało przez ten sam wielki kataklizm, z którego powstał Ocean Burz. Doskonale 
się po nim jechało. 

 Po osiemdziesięciu kilometrach tej jazdy teren zmienił się. 
— Kep, czy nie możesz jechać szybciej? 
— Niestety, Ann, jeżeli  tu utkwimy, nikt nie przyleci nam z pomocą. Teren jest  coraz 

bardziej  wyboisty.  Przejeżdżamy  chyba  przez  resztki  Krateru  Struvego.  I  nie  ma  nadziei  na 
szybką poprawę terenu. Spójrz tylko na mapę! 

Po przejechaniu Krateru Struvego znaleźliśmy się na samym obrzeżu Oceanu Burz. W 

obszarze  tego  mare  spędziłem  całe  moje  życie.  Była  to  podniecająca,  ale  przerażająca  zara-
zem  myśl.  Teraz  przyjdzie  nam  manewrować  pomiędzy  wielkimi  kraterami.  Nie  byłem  pe-
wny,  czy  temu  sprostam,  przerażało  mnie  to.  Zmniejszyłem  szybkość  do  osiemdziesięciu 
kilometrów na godzinę. Potem do pięćdziesięciu. 

— W tym tempie nigdzie nie zajedziemy, Kep — narzekała Ann przechylając się przez 

moje ramię. — Jedziemy zaledwie czterdziestką! 

— Przestań marudzić. Robię, co mogę. Sprawdź lepiej nasze położenie. Jeszcze trzysta 

kilometrów i stracimy z oczu Ziemię.    

— Przepraszam. Ale zrozum, że okropnie martwię się o ojca...                
Sunęliśmy  dalej  na  zachód.  Za  nami  biało-niebieska  kula  Ziemi  zachodziła  powoli  za 

wschodni horyzont. 

—  Zniknęła.  Skończyła  się  łączność  radiowa  —  powiedziała  nagle  Ann.  To  było  dla 

niej w tej chwili najważniejsze. 

Ale  ja  miałem  jeszcze  inne  odczucia.  Obróciłem  się  i  spojrzałem  w  puste  niebo.  Od 

piętnastu  lat  obserwowałem  Ziemię,  patrzyłem,  jak  zmieniała  się  z  sierpa  w  półksiężyc,  jak 
wchodziła w trzecią kwadrę, wreszcie w pełnię, a potem malała i przechodząc wszystkie fazy 
powracała do pełnego kształtu! Razem z jej obrotem jej kontynenty, oceany, zmieniające się 
na  niej  pory  roku  charakteryzowały  się  różnorodnymi  formacjami  chmur;  inne  było  lato  na 
północy,  inne  na  południu.  Kula  ziemska  wisiała  wysoko  nad  Kraterem  Keplera  po  wscho-
dniej  części  nieba,  nieco  na  południe.  Patrzała  na  mnie  codziennie  swoim  wielkim,  niebie-
skim,  mrugającym  okiem,  które  otwierało  się  i  zamykało.  Ziemia,  oko  patrzące  na  mnie  z 
nieba. 

I  nagle  przestała  być  częścią  mojej  rzeczywistości.  Znalazłem  się  jak  gdyby  na  innym 

Księżycu,  na  który  żadne  oko  nie  patrzało  z  nieba.  Na  którym  nikt  mnie  nie  obserwował. 
Czułem się wolny i beztroski, jak ktoś, kto porzucił dom i ruszył w świat, żeby żyć własnym 
życiem. Wolny, a jednocześnie trochę przestraszony. 

— Co jest, Kep? — wyrwał mnie z zamyślenia głos Ann. 
Ocknąłem się i ruszyliśmy szybciej wciąż w kierunku zachodnim. Pozbawiona promieni 

słonecznych  i  poświaty  ziemskiej  leżąca  przed  nami  droga  była  zupełnie  ciemna.  Reflektor 
kampera  oświetlał  ją  eliptyczną  plamą,  przecinając  jakby  nożycami  czarny  aksamit  nocy. 
Dalej widniał już tylko ciemny łuk księżycowego horyzontu, nieprzenikniona czerń kosmosu 
upstrzona była gwiazdami. 

Zatrzymaliśmy się dwukrotnie, żeby zjeść po biszkopcie i wypić kubek gorącej miesza-

nki  proteinowej,  ale  ten  ciemny,  nieprzenikniony  świat  robił  się  znacznie  groźniejszy,  kiedy 
się przystawało, tak że bez zachęty ze strony Ann ująłem znów kierownicę. 

background image

Jazda  stała  się  monotonna.  Każda  ściana  krateru  wyglądała  tak  samo  jak  poprzednia. 

„Będziemy tak jechali już zawsze — pomyślałem nagle — już nigdy nie przestaniemy krążyć 
po powierzchni Księżyca, po jego mrocznej stronie, w wiecznej nocy jak ów Latający Holen-
der z ziemskiej legendy. I nigdy nie zawiniemy do portu”. 

— Kepler, patrz — przestraszony głos Ann przerwał tok moich myśli. Przyhamowałem 

gwałtownie i skierowałem wzrok za wyciągniętą ręką Ann. 

Nisko,  na  południowo-wschodnim  niebie,  ukazała  się  nagle  Ziemia.  Uderzyła  mnie 

niepokojąca  myśl,  że  oto  jesteśmy  dwoma  mikroskopijnymi  stworzeniami  pełznącymi  po 
powierzchni przeogromnej kuli z silikonu i bazaltu, kuli toczącej się, a raczej zataczającej się 
przez kosmos jak pijany zając. Ale po chwili górę wzięło poczucie realizmu. Byłem znowu na 
twardej, księżycowej glebie, a niebo stało nade mną. Księżyc był solidnie zawieszony w prze-
strzeni i wszystko kręciło się dokoła niego. 

Po  chwili  Ziemia  znowu  schowała  się  za  horyzontem.  Wiedziałem  przecież,  chociaż 

przedtem nie musiałem sobie tego dokładnie wyobrażać, że tu na tej „ziemi niczyjej” pomię-
dzy Ciemną a Jasną stroną Księżyca kula ziemska wynurza się i niknie za horyzontem serią 
skomplikowanych ruchów podobnych do gry w jo-jo. 

Ann roześmiała się niepewnie. 
— To było niebywałe zjawisko. Ale skorzystałam z niego i zrobiłam namiar — dodała z 

dumą. 

Kiedy ruszyliśmy, zaczęła sprawdzać naszą pozycję na podstawie położenia gwiazd.   
— Co to jest? — wskazała palcem w górę. — To coś zupełnie nieznanego. 
Spojrzałem  i  ja.  Nie,  to  nie  było  obce  mi  zjawisko.  Świeciło  jasno  niby  planeta  na 

zachodnim horyzoncie, gdzie przecież nie było żadnych planet. Sięgnąłem po lornetkę. 

— Ma doskonale widzialną tarczę — powiedziałem po chwili. — To musi być satelita. 
— Niemożliwe. Przecież my nie mamy satelity. Może to jakiś odłamek kosmiczny? 
— Zobacz sama — podałem jej lornetkę. 
— Tak, masz rację. Ale... 
— Krąży po synchronicznej orbicie tuż nad centrum Ciemnej Strony Księżyca. Niewi-

doczny  z  Ziemi,  a  także  ze  szlaku  promu  ziemskiego.  Ale  przecież  ktoś  go  tam  umieścił. 
Dlaczego zrobił to potajemnie?   

— Co się dzieje, Kep? Satelita tutaj, gdzie nie ma żywej duszy? 
Głos Ann zmienił się, patrzała na mnie przerażona. 
Chwyciłem ją za rękę. 
— Sama sobie dałaś odpowiedź. Tu muszą mieszkać i pracować jacyś ludzie. I musi ich 

być tylu, żeby opłacały się koszta satelity komunikacyjnego. 

— Ale kto mógł tu założyć kolonię? LEMCON? On ma nieograniczone fundusze. Nasi 

ludzie z pewnością nie. Wiedzielibyśmy o tym. 

— Chyba, że to jest jakaś niezależna grupa. Jak na przykład skrzelowcy na Konszelfie 

10. Ci, którym nie podobają się układy polityczne, więc łamią wszelkie prawa i wyłamują się 
ze społeczności. 

— A ojciec? Co z nim? To wykluczone, żeby przyłączył się do buntowników! To zna-

czy,  że  ktoś  go  szantażuje.  LEMCON?  Buntownicy?  Jak  myślisz,  Kep?  —  głos  jej  był  na-
brzmiały strachem. 

Przypomniałem sobie moje spotkanie w drzwiach gabinetu ojca z człowiekiem z blizną 

i  to,  że  ojciec  skłamał  na  jego  temat.  Ten  człowiek  był  człowiekiem  LEMCON-u.  Tyle 
wiedziałem na pewno. 

— Myślę, że działa tu LEMCON. To jest najbardziej prawdopodobne. 
— Jedźmy prędzej, Kep! 
Sunęliśmy znowu na zachód, mniej więcej wzdłuż dwudziestego równoleżnika. Umia-

łem  nawigować  po  Oceanie  Burz,  po  jego  gładkiej  wulkanicznej  powierzchni  bazaltowej, 

background image

upstrzonej licznymi, świeżymi kraterami. Ale tu było zupełnie inaczej. Tu, na Ciemnej Stro-
nie, nie było żadnych mare, żaden wulkaniczny wybuch nie zalał powierzchni Księżyca roz-
topionym bazaltem. Tutaj, ponieważ Księżyc był ciałem stałym, kratery były wynikiem ude-
rzeń meteorów. Leżały tak blisko jeden obok drugiego, że niemal zachodziły na siebie, zupe-
łnie jak rodzynki w keksie ciotki Janet. 

Kiedy przemykałem się pomiędzy krawędziami kraterów, marzyłem o świecie posiada-

jącym pole magnetyczne, które pozwoliłoby mi zrobić przy pomocy kompasu namiar i trzy-
mać się go... 

Ann była jakby przykuta do mapy i nawigatora bezwładnościowego. Kiedy przekroczy-

liśmy setny stopień długości, stwierdziła, że jesteśmy o kilka kilometrów w jedną lub w drugą 
stronę od zamierzonego kursu. 

Po  dalszych  stu  dwudziestu  kilometrach  jazdy  obliczyliśmy,  że  znajdujemy  się  tuż  u 

celu. Czymkolwiek był. 

Jechaliśmy po nierównej, wewnętrznej płaszczyźnie wielkiego krateru, o średnicy około 

stu kilometrów, większego niż Kopernik. 

— I co teraz? — wyprostowałem się i obróciłem się wraz z fotelem ku Ann. 
— Znaleźliśmy tamtą jaskinię po krzyżyku na mapie. Spróbujmy zrobić to samo tutaj. 

Patrz. Jest na samym środku zachodniej ściany. 

Pokazała mi znak na mapie.       
— Pójdę na zwiady. Jeżeli... jeżeli coś się stanie, zaprowadzisz kamper z powrotem do 

bazy i opowiesz im o wszystkim, co się stało. 

— Mowy nie ma! — zerwała się ze swojego fotela. — Pójdziemy razem albo wcale. 
Spojrzałem  na  nią.  Miała  zaciśnięte  usta,  blada  zwykle  twarz  silnie  poczerwieniała,  w 

oczach pojawiły się błyski, których nigdy dotąd nie widziałem. Podniosłem ręce do góry. 

—  No  dobrze,  dobrze.  Nie  musisz  patrzeć  na  mnie  tak,  jakbyś  mnie  chciała  pożreć. 

Pójdziemy razem. 

Wyłączyłem silniki odrzutowe i pojechałem wolno na samych bateriach w stronę zacho-

dniej ściany krateru. Wyłączyłem wszystkie światła z wyjątkiem lampki oświetlającej wejście 
do śluzy powietrznej. 

Wyraz twarzy Ann nic  mi nie mówił, ale kiedy  wychodziłem w nieprzeniknioną czerń 

nocy  Ciemnej  Strony,  czułem  się  bardzo  mały  i  bardzo  samotny.  Zostawiłem  pokrywę  luku 
otwartą. Pocieszała mnie myśl, że mamy gdzie się schronić. 

Stanęliśmy tuż obok siebie, dotykając się niemal ramionami. Nasze oczy powoli oswa-

jały się z ciemnością, zaczynaliśmy się orientować w terenie. W górze płonęła Droga Mleczna 
ogniem pięćdziesięciu miliardów gwiazd. 

Na  zachodzie  gwiazdy  ginęły  za  strzępiastą  linią ciemności,  nieco  jaśniejszą  od  czerni 

kosmosu. Była to ściana krateru. Ruszyliśmy ostrożnie w jej kierunku przy pomocy naszych 
odrzutowych plecaków. 

Włączyłem interkom. Tutaj na Ciemnej Stronie można było nie bać się podsłuchu. 
— Gdzie kompas? 
Głos mój brzmiał głucho pod hełmem. Ale głos Ann był ciepły i bardzo bliski. 
— Mam go przy sobie. 
Poleciała naprzód, patrząc na przymocowany do przegubu ręki kompas. Raz zatrzymała 

się,  cofnęła  i  potrząsnęła  głową.  Przebyliśmy  około  piętnastu  kilometrów  na  północ,  kiedy 
zatrzymała się. 

— Myślę, że polecieliśmy za daleko. Spróbujmy się cofnąć. 
Ruszyła z powrotem wzdłuż stoku krateru w kierunku miejsca, w którym zaparkowali-

śmy nasz pojazd. Sygnalne światło przy śluzie wejściowej migało zapraszająco. Ale pozosta-
wiliśmy je za sobą i popłynęliśmy w ciemność. 

Przede  mną  lśniła  poświata  plecaka  odrzutowego  Ann,  krąg  światła  jej  latarki  odbijał 

background image

się  od  ściany  krateru.  Zwolniła,  zawisła  w  powietrzu,  wyłączyła  swoje  silniki  i  wylądowała 
lekko  na  podeszwach  butów  księżycowych.  Kłąb  kurzu  zawirował  dokoła  niej  i  z  wolna 
osiadł, pokrywając jej buty brunatnoszarym nalotem. 

Wylądowałem  tuż  przy  niej  i  spojrzałem  na  kompas.  Jego  strzałka  wskazywała  prosto 

na ścianę krateru znajdującego się tuż przed nami. 

— Fantastyczna nawigacja! Tysiąc osiemset kilometrów i wyszliśmy prosto na fronto-

we drzwi! 

Ann wykonała żartobliwy ukłon, co niezbyt zgrabnie jej wyszło. 
— A drzwi frontowe to śluza powietrzna. 
— I to zupełnie nowa. Inna od tych, które zakładali pionierzy. 
Przesunęła dłonią po zaworze. 
—  Ale  co  znajduje  się  po  drugiej  stronie?  —  głos  Ann  załamywał  się  lekko.  Moment 

uniesienia przeminął. 

— Zaraz się przekonamy. 
Przekręciłem wielką, okrągłą tarczę. Obracała się swobodnie, co oznaczało, że w śluzie 

jest zerowa atmosfera, ciężkie drzwi otworzyły się z wolna. W środku panował przytłumiony 
półmrok, prawdopodobnie utrzymywany przez baterie słoneczne, które były już na wyczerpa-
niu w tych ostatnich  godzinach przed nastaniem  nowego dnia. Widzialność była jednak wy-
starczająca na tyle, żebym mógł zamknąć zewnętrzny luk i znaleźć włącznik pompy powietrz-
nej zasilającej śluzę. 

Po długich dwóch minutach odezwał się brzęczyk wskazujący, że ciśnienie wyrównało 

się, więc mogłem otworzyć wewnętrzną pokrywę i zajrzeć w głąb korytarza. W słabym sufi-
towym świetle zahaczyłem długi na jakie trzy metry tunel, którego wysokość i szerokość do-
stosowane były do wzrostu i szerokości ramion człowieka. Skała księżycowa została wygła-
dzona i zaimpregnowana warstwą plastyku. W głębi tunelu było bardzo ciemno. 

Odsłoniłem  twarz  i  ostrożnie  nabrałem  powietrza  w  płuca.  Było  świeże  i  przyjemnie 

wilgotne. 

— W porządku. 
Odwróciłem się, żeby pomóc Ann przy zdejmowaniu hełmu i w tej samej chwili drzwi 

za  nami  zatrzasnęły  się  z  hukiem.  Zamek  zasunął  się  automatycznie,  usłyszeliśmy  szum 
pompy. 

— Szybko, Ann! 
Skoczyłem do drzwi. Razem próbowaliśmy przekręcić zawór. Był nieruchomy jak ska-

ła, żadnych dźwigni czy guzików kontrolujących pracę pompy, żadnego sposobu zatrzymania 
jej ani otwarcia drzwi. 

Po chwili pompa zatrzymała się. Zrobiło się cicho. Ann wskazała na światełko sygnalne 

nad  wejściem.  Świeciło  bladą  czerwienią.  Po  naszej  stronie  drzwi  ciśnienie  atmosferyczne 
wynosiło  1,03  kg  na  centymetr  kwadratowy.  Po  drugiej  stronie  było  niemal  bliskie  zera. 
Próżnia kosmosu. Nikt nigdy nie zdoła otworzyć tych drzwi.              

— Kep! Jesteśmy w potrzasku! 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Nieco trzęsącymi się rękami zdjąłem hełm i położyłem go ostrożnie na pokrytej plasty-

kiem  podłodze,  po  czym  pomogłem  Ann  przy  zdejmowaniu  jej  hełmu.  Widziałem,  że  jest 
blada  i  że  jej  wielkie  ciemne  oczy  są  jeszcze  większe  niż  zwykle.  Ściągnąłem  rękawice  i 
zacząłem jej rozcierać ręce. 

background image

— Okay, okay, Ann. Wszystko będzie dobrze.  
Uśmiechnęła się słabo. 
— Masz siłę perswazji, to fakt. Gdybyś widział swoją twarz! Kep, co się stało? Jak my 

się stąd wydostaniemy? 

— Pojęcia nie mam. Ale to nie jest przypadek. Te drzwi są z pewnością tak pomyślane, 

żeby się same zatrzaskiwały. — Próbowałem mówić nieco weselszym tonem: — Twoja nawi-
gacja była bezbłędna. Tysiąc osiemset kilometrów od drzwi do drzwi, że tak powiem. Może ta 
mapa miała na celu zwabienie nas tutaj. Założę się, że niedługo ktoś tu po nas przyjdzie. — 
Im  bardziej  uspokajająco  przemawiałem,  tym  bardziej  zaczynałem  w  to  wierzyć.  —  Założę 
się!  To  jest  umowny  punkt  spotkań.  Drzwi  są  tak  urządzone,  że  można  je  otwierać  tylko  z 
zewnątrz. Wewnątrz śluzy powietrznej na pewno jest przycisk, który utrzymuje pokrywę luku 
w pozycji otwartej, jeśli go nacisnąć. Kiedy się tego nie robi, śluza zamyka się automatycznie. 

Ann skinęła głową. 
— To brzmi rozsądnie. Więc rozejrzyjmy się na razie. Zastanawiam się, czy są tu jakieś 

zapasy żywności. 

— Bardzo dobra myśl.  
Wziąłem ją za rękę i przeszliśmy przez wąskie przejście, minęliśmy zakręt. Rozmawia-

liśmy  wesoło,  próbując  dodawać  sobie  nawzajem  otuchy.  Weszliśmy  do  absolutnie  ciemnej 
jaskini.  To  była  pierwsza  niespodzianka.  Zapaliłem  latarkę,  ale  zanim  zdążyłem  cokolwiek 
zobaczyć,  zostałem  oślepiony  ostrym  światłem.  W  tej  samej  chwili  wyrwano  mi  latarkę  z 
ręki. Ann krzyknęła. Obróciłem się. 

— Zostaw ją, bo... 
—  Spokój!  —  warknął  ktoś  miękkim  australijskim  akcentem.  —  Tylko  spokojnie, 

szczeniaku, a nie dotknę twojej koleżanki. Ale nie próbuj... — nie dokończone zdanie zawie-
rało niedwuznaczną groźbę. 

Przełknąłem ślinę i skinąłem głową. 
— W porządku. 
—  Świetnie  —  doszedł  do  nas  głos  Grubasa,  gładki  i  słodki  jak  krem.  —  Blue,  zapal 

światła. Harris, sprawdź pokrywę śluzy. 

Zaświeciły się górne światła na suficie, a oślepiający mnie reflektor zgasł. 
Rozejrzałem  się  po  pieczarze.  Na  ziemi  leżały  śpiwory,  stał  stół,  dwa  krzesła  i  kilka 

skrzyń. Miałem nadzieję, że zawierają żywność. Poza tym był tam jeszcze regenerator wody i 
przenośny  aparat  do  oczyszczania  powietrza,  utrzymujący  w  jaskini  nieco  może  zbyt  niską, 
ale zupełnie znośną temperaturę. 

Clint — bo to właśnie był on — stał ze znajomym mi rewolwerem w ręku. Otoczyłem 

Ann ramieniem i przycisnąłem ją do siebie. Blue obmacał nasze kombinezony kosmiczne. 

— Nie są uzbrojeni — stwierdził i stanął obok Clinta. 
Z tyłu doszedł nas odgłos kroków. Clint i Blue spojrzeli ponad nasze głowy. Człowiek 

nazywany Harrisem wszedł do jaskini i otarł się o nas. 

— Pokrywa jest zamknięta — powiedział tylko, ale pozostali dwaj mężczyźni wyraźnie 

zmarkotnieli, a Clint mocno zacisnął usta. 

— Ty miałeś wartę, Harris. Czy nie słyszałeś, jak wchodzili? Pewnie spałeś.  
Harris potrząsnął głową. 
— Nic nie słyszałem. To przejście zagłusza wszelkie dźwięki. 
Clint wsunął rewolwer do kieszeni kurtki. 
— A więc znowu spotykamy się, młody panie Masterman. Istne czary! Ciekaw jestem, 

czy szczęście będzie ci dalej dopisywało. 

— Grozisz mi? Mój ojciec już wie, że próbowałeś mnie zabić. Tym razem będzie wie-

dział, gdzie szukać sprawcy. 

— Grozić? Ja? Skądże! Wszyscy jesteśmy w tej samej łódce, a raczej jaskini. 

background image

— Co takiego? 
— On mówi o tej cholernej jaskini, kotku — powiedział Australijczyk niemal dyszkan-

tem. — Można się do niej łatwo dostać, ale o wyjściu nie ma mowy. 

— A więc to nie wy nastawiliście tak śluzę, żeby się sama zatrzasnęła? W takim razie 

kto...? 

— Oto jest pytanie! 
— Ale jak wyście się tu dostali? Czy śledziliście nas? 
— Nie gadaj bzdur. Siedzimy tu już od dobrych kilku godzin. Mieliśmy mapę. 
—  Zamknij  się,  Blue  —  wycedził  Grubas  przez  swoje  cienkie  wargi.  —  Za  dużo  ga-

dasz. Pytania to my będziemy stawiać. Jak się tutaj znaleźliście, co? 

—  My  też  mieliśmy  mapę  —  wyciągnąłem  ją  z  kieszeni  w  nogawce  moich  spodni  i 

podałem Clintowi. 

— Identyczna! Harris, co ty na to?  
Harris wzruszył ramionami. 
— Przypuszczam, że to oryginał. Znaleźli go w pokoju doktora Shepparda. Ja sfotogra-

fowałem mapkę i pozostawiłem na miejscu. Przecież wiesz. 

Ann wzdrygnęła się cała. Odtrąciła moje ramię i skoczyła na Harrisa jak rozwścieczona 

kotka. 

— To ty ukradłeś mapę? Z pokoju mojego ojca? Gdzie on jest? Coście z nim zrobili? 
Trzeba było dwóch ludzi, żeby odciągnąć ją od Harrisa. Dzięki Bogu, że Clint schował 

przedtem  rewolwer  do  kieszeni.  Wreszcie  pchnęli  ją  w  moją  stronę.  Płakała  i  trzęsła  się  na 
całym ciele. 

— Jeżeli jej nie uspokoisz, będę ją musiał związać — powiedział zimno Clint i spojrzał 

na Harrisa. — Ale o czym ona mówi? Czy ty mnie czasem nie oszukujesz? 

Człowiek zwany Harrisem potrząsnął głową. Wytarł chustką lewy policzek i obrócił się, 

tak że zobaczyłem po raz pierwszy całą jego twarz. 

— Człowiek z blizną! — byłem tak zdumiony, że powiedziałem to na cały głos. 
Spojrzał na mnie ponuro, ale nie zdradził się niczym. Ocierał krwawiące zadrapanie na 

policzku, odcinające się ostro od białej, ściągniętej blizny ciągnącej się od oka przez całą kość 
policzkową.   

— Ciekawe — Blue stanął pomiędzy nami. — Co się właściwie tu dzieje? Skąd wy się 

znacie?  Wytłumacz  to,  Harris.  I  co  znaczy  ta  cała  historia  o  ojcu  tej.  małej?  Kim  jest  jej 
ojciec? 

—  Jest  kontrolerem  Księżyca.  A  ten  człowiek...  —  Ann  wskazała  trzęsącą  się  ręką  na 

Harrisa — ten człowiek na pewno go porwał. Inaczej po co fotografowałby mapę? Była sta-
rannie ukryta w pokoju ojca. 

—  A  więc  to  tak?  —  australijski  akcent  Blue  stał  się  silniejszy.  —  Coś  namieszałeś, 

Harris! Może chciałeś zarobić kilka groszy na boku i porwałeś kontrolera? A może pracujesz 
dla tamtej strony, co?    

— Nie wygłupiaj się, Blue. Ta dziewczyna ma hysia. Po co miałbym porywać kontro-

lera? Te szczeniaki w coś grają, ale w co, to jest dopiero pytanie. 

— Niebezpieczna gra, która prowadzi tak daleko od domu — głos Clinta był zimny jak 

przestrzeń kosmiczna. Znowu miał w ręku rewolwer. Tylko, że tym razem mierzył w Harrisa. 
— To bardzo ciekawe, że młody Masterman cię rozpoznał. Gdzie wyście się właściwie spo-
tkali? 

Wpadłem  na  szalony  pomysł  ratunku  przez  napuszczenie  dwóch  pracowników 

LEMCON-u na siebie, więc szybko dolałem oliwy do ognia. 

—  Znam  tego  faceta.  Ostatni  raz  widziałem  go,  jak  rozmawiał  z  moim  ojcem  w  jego 

gabinecie, i to bardzo przyjaźnie. 

Widziałem, jak napinają się mięśnie na karku i dokoła ust Harrisa. „Ale ci dałem nau-

background image

czkę — pomyślałem z satysfakcją. — Nie można bezkarnie porywać doktora Shepparda i gro-
zić mojemu ojcu...” 

Mimo  swej  tuszy  Clint  ruszył  z  szybkością  strzały  i  całkowicie  zaskoczył  Harrisa. 

Kolbą pistoletu walnął go mocno w skroń. Harris osunął się na ziemię. Ann krzyknęła. Clint 
schował rewolwer. 

— Zwiąż go, Blue. Ale mocno! 
— Może go od razu wykończyć? 
— Co? I mieć tu jego ciało? Ruszże głową, Blue. Będzie na to czas później. 
— A co z tą parką? 
— Co tam. Nigdzie nie pójdą. Są tak samo w potrzasku jak my. 
— Ten chłopak to chytrus. Nie widzisz tego? Nabrał cię. — Blue uśmiechnął się złośli-

wie. 

—  Nie  szkodzi  —  powiedział  Clint  sucho.  —  Ale  jeżeli  się  denerwujesz,  to  go  też 

zwiąż. A dziewczyna... niech nam przygotuje jakiś porządny posiłek. Może potrafi zrobić coś 
jadalnego z tego ich księżycowego żarcia. 

Blue rzucił Harrisa w kąt jaskini, a potem związał mi ręce na plecach i przytroczył mnie 

do regeneratora. Przekręcając się trochę mogłem widzieć twarz Harrisa. Miał zamknięte oczy 
i  okropny,  gliniasty  kolor  skóry.  Dokoła  jego  ust  ciągnęła  się  sina  linia,  a  rana  za  uchem 
krwawiła obficie. Czułem się okropnie. To była moja wina, to było tak, jak gdybym go sam 
uderzył  pistoletem.  Nawet  jeżeli  porwał  doktora  Shepparda,  nawet  jeżeli  groził  mojemu 
ojcu... Czy on jeszcze żyje? Skoro rana krwawi, to chyba tak. 

Ann krzątała się pomiędzy skrzynkami, wyciągając pojemniki z żywnością i odczytując 

nalepki na puszkach. Powoli zbliżała się do mnie, aż wreszcie znalazła się tuż obok. 

— Czy nic ci nie jest? — szepnęła. 
— Nie martw się. Swędzi mnie tylko w nosie.  
To ją rozśmieszyło. Ale kiedy spojrzała na Harrisa, spoważniała. 
— Czy on żyje? 
— Chyba tak. 
— Kim oni są? Skąd ich znasz? O co w ogóle chodzi? 
— To są ludzie LEMCON-u. Uważaj. Później ci wszystko powiem. 
— Od razu wiedziałam. Chętnie bym ich otruła. 
— Ann, niech ci to nawet nie przychodzi do głowy. Nie prowokuj ich. Rób, co ci każą. 

Oni są zdolni do wszystkiego. Już próbowali mnie wykończyć na Aristarchusie. 

Otworzyła  szeroko  oczy.  Potem  odwróciła  się  i  wróciła  do  roboty.  Ale  widziałem,  że 

ręce jej się trzęsą. 

W  jaskini  znajdowała  się  także  elektryczna  kuchenka.  Na  niej  Ann  ugotowała  nam 

wysokoproteinowe danie. Kiedy rozdała je, Blue zaklął soczyście, a Clint powiedział: 

— Zabierz to świństwo i daj nam coś prawdziwego do jedzenia. 
—  Niestety  nie  ma  tu  nic  innego,  proszę  pana.  To  są  nasze  normalne  racje  podróżne. 

Bardzo pożywne. — Głos jej drżał. — Ale znalazłam jakieś konserwy mięsne. Mogę je podać 
i jeszcze zrobić wam jajecznicę z jajek w proszku. 

— Świetnie. I dużo gorącej kawy. 
— Jest tylko mieszanka syntetyczna — Ann była bliska płaczu. 
Clint mruknął coś pod nosem i Ann powróciła do kuchenki. 
Kiedy ich obsłużyła, zapytała uprzejmie. 
—  Czy  możemy  sobie  wziąć  z  Kepem  trochę  wysoko  proteinowej  kaszy?  Jesteśmy 

bardzo głodni. 

Clint skinął głową, a Blue roześmiał się pełną gębą. 
— Świńskie żarcie dla księżycowych świń. 
— Nie pozwalam ci go rozwiązać. Jak chcesz, to karm go łyżeczką — oświadczył Clint, 

background image

patrząc nienawistnie na Ann. Przyniosła miseczkę z gorącą kaszą i uklękła przy mnie. 

— Kep, tak mi przykro.  
Miała oczy pełne łez. 
— Daj spokój. Nie czas na głupią próżność. Dawaj jeść. Umieram z głodu. 
Ann  nakarmiła  mnie,  potem  usiadła  na  podłodze  pomiędzy  mną  a  Harrisem  i  zjadła 

swoją kaszę. Widziałem, jak w pewnym momencie wyciągnęła rękę i dotknęła karku nieprzy-
tomnego  człowieka. Kiedy Clint podniósł wzrok znad swojej jajecznicy  na mięsie, Ann nie-
winnie zajadała ze swojej miski. 

— Czy jeszcze żyje? — zapytałem ją szeptem. 
— Wyczułam puls. Ale on jest zbyt długo nieprzytomny. Może ma uszkodzony mózg? 
Wzruszyłem ramionami. Też już o tym myślałem, ale wolałem nie zastanawiać się nad 

tym. Słyszałem, jak groził ojcu. Być może porwał doktora Shepparda. Jeżeli nawet był wro-
giem Clinta i Blue, to nie czyniło go to automatycznie moim przyjacielem. Wolałem jednak, 
żeby nie wyglądał na takiego okropnego truposza. 

Po  posiłku  Ann  usiadła  tuż  przy  mnie.  Harris  oddychał  teraz  ciężko,  niemal  chrapał, 

Clint i Blue usiedli przy stole przy wejściu do pieczary i zaczęli grać w  karty. Godziny pły-
nęły.  Wreszcie  Blue  klnąc  rzucił  karty  na  stół  i  zaczął  szybko  chodzić  po  jaskini.  Obszedł 
ściany, badał je uważnie, cal za calem. Ann przytuliła się do mnie, kiedy się do nas zbliżał. 

—  Już  przecież  obejrzeliśmy  wszystko,  barania  głowo  —  warknął  Clint.  —  Dobrze 

wiesz, że nie ma stąd jak wyjść. 

— Czy chcesz tu siedzieć, aż zabraknie nam wody i powietrza? 
— Wystarczy tego na miesiąc. 
— A co potem? 
— Pójdź po rozum do głowy. Przecież to jest miejsce używane. Wcześniej czy później 

ktoś się zjawi. Tym razem będziemy przygotowani.  

— Cholerny szpicel — Blue kopnął Harrisa w żebra i wrócił do stołu. 
Spojrzałem  na  zegarek  Ann  i  spróbowałem  przybrać  wygodniejszą  pozycję.  Bolały 

mnie ramiona, mięśnie pleców były nieznośnie napięte. 

Harris przestał chrapać. Spojrzeliśmy na niego. Miał teraz otwarte oczy — dziwne oczy 

— jedno niebieskie, drugie piwne. Oblizywał sobie wargi. 

Ann wstała spokojnie, nalała sobie wody do szklanki i wypiła ją. Potem wróciła i usia-

dła z drugą szklanką wody w ręku. Przy stole Blue i. Clint siedzieli pochyleni nad kartami. 

Ann wlała Harrisowi trochę wody w usta. Przełknął ją łapczywie, znowu oblizał wargi i 

poruszył nimi. Nie spuszczając z oczu Blue i Clinta, Ann nachyliła się nad nim. 

— On mówi, że może nam pomóc w wydostaniu się stąd — szepnęła mi do ucha. 
Potrząsnąłem  głową.  Ten  człowiek  wygląda  prawie  na  nieżywego.  Jak  mógłby  nam 

pomóc?  

Ann wbiła we mnie błagalny wzrok. 
— Zaufajcie mi. — Nie słyszałem słów, odczytywałem je raczej z ruchu jego warg. 
Wzruszyłem ramionami. Ostatecznie nie mieliśmy nic do stracenia. 
— Ale na wszelki wypadek nie rozwiązuj go.  
Zobaczyłem, jak Ann odwraca się tyłem do Harrisa i wsuwa rękę do kieszeni jego blu-

zy. Mała buteleczka zalśniła w jej dłoni. Harris szepnął coś. Przez ramię Ann widziałem jego 
wargi. 

— ... w następnym jedzeniu. Ale wy nic nie jedzcie.  
Buteleczka  znikła  w  rękawie  Ann.  Harris  zamknął  oczy.  Ann  spojrzała  na  zegarek  i 

przeciągnęła się. Potem powoli wstała i zaczęła przygotowywać następny posiłek. Był to mro-
żony  gulasz,  przeznaczony  dla  gości  z  Ziemi.  Nie  widziałem,  jak  wydobywała  z  rękawa 
buteleczkę, ale zauważyłem, że rzuciła ją, już pewnie pustą, do pojemnika na odpadki. Potem 
zaniosła talerz z jedzeniem do Clinta i Blue. 

background image

— Zupełnie niezłe — powiedział Blue wąchając gulasz i chwycił Ann za rękę. — Jesteś 

całkiem, całkiem. Ładniutka. Podobasz mi się. Może trochę za chuda. Nie spróbowałabyś tro-
chę prawdziwego żarcia? — nadział kawał mięsa na widelec i trzymał go przed nosem Ann. 
— No jedz, kurczaczku. 

Ann zawahała się,  ale otworzyła usta. Wstrzymałem oddech. Blue roześmiał się, prze-

łknął trzymany na widelcu kęs i odepchnął ją. 

— Idź i żryj to swoje świństwo. No idź. 
Wypuściłem powoli oddech z płuc. Ann wracała do mnie próbując z całej siły nie dygo-

tać. Stanęła przy kuchence tyłem do tamtych, zmieszała proteinową kaszę z wodą, przyniosła 
nam talerze i usiadła. 

Nakarmiła mnie, potem sama zjadła. 
W jaskini panowała cisza. Widziałem, że Ann przychodzi z trudnością jedzenie kleistej 

mazi, zresztą tak jak i mnie. 

Spojrzałem na karciarzy, Blue położył głowę na stole, a jego długie ręce zwisały w dół, 

chybocąc się jak wahadła zegara. Clint siedział skulony i zapadnięty w siebie. Wyglądał jak 
worek z wymiętą odzieżą. 

— Będą spali przez co najmniej trzy godziny. — Głos Harrisa był słaby, ale spokojny. 

— Bądź tak dobra i rozwiąż mnie, dziewczyno, i podaj mi jeszcze trochę wody. 

— Nie! — krzyknąłem, a potem spojrzałem na Clinta i Blue. Spali jak zabici. — Naj-

pierw uwolnij mnie, a potem dasz mu wodę. I nie rozwiązuj go, zanim nie dowiemy się, co to 
wszystko znaczy. 

— Chcecie się stąd wydostać, tak czy nie? No to rozwiązujcie mnie, ale szybko. 
— Co z nami zrobisz? 
— Zaprowadzę was do... tam, gdzie będziecie bezpieczni. 
— Och, Kep! 
— Poczekaj, Ann. 
Wstałem i począłem rozcierać sobie dłonie. 
— Panie Harris, pan bardzo ładnie mówi. Ale' jeżeli pan wie, jak stąd wyjść, to dlacze-

go nie zrobił pan tego wcześniej? 

— Razem z Clintem i Blue? Po kłopotach, jakie miałem, żeby ich tu zwabić przy pomo-

cy fałszywej mapy...? 

— Co? — Czułem się tak, jak gdybym spadał w przepaść. — fałszywej mapy? 
Ann przeszła koło mnie, przecięła więzy Harrisa i pomogła mu usiąść. 
Harris jęknął. 
— Muszę coś wziąć na ten ból, bo znowu zemdleję. Podaj mi podręczną apteczkę. 
Przyniosłem  mu  ją  i  stałem  patrząc,  jak  grzebie  w  niej,  aż  wreszcie  znalazł  coś  odpo-

wiedniego. Przełknął tabletkę z wodą, a potem powoli wstał z podłogi. 

— Powinien pan odpocząć — powiedziała Ann, kiedy zobaczyła, jak kurczowo trzyma 

się regeneratora wody.  

Potrząsnął głową. 
— Ojejku! Przypomnij mi, żebym więcej nie jęczał. Mamy mało czasu. Kepler, pomóż 

mi nałożyć kombinezon. Chodź, trzeba się spieszyć. 

Miał  taki  staroświecki  kombinezon  jak  wszyscy  z  LEMCON-u,  więc  nałożenie  go  za-

brało nam sporo czasu. Potem pokuśtykał przez jaskinię w kierunku śluzy, zabierając po dro-
dze Clintowi rewolwer.  

Grubas nawet nie drgnął. 
Zatrzymaliśmy się przed zamkniętą śluzą powietrzną. Harris uśmiechnął się słabo. 
— Wypowiem teraz znane zaklęcie: „Sezamie, otwórz się”. Kepler, podsadź dziewczy-

nę,  żeby  mogła  dosięgnąć  światła  sygnalnego  nad  wejściem.  W  porządku.  Teraz  musisz  po-
macać ścianę... tam jest gdzieś mały guziczek. Masz go? Naciśnij dwa razy. No i... Sezamie, 

background image

otwórz się. 

Kiedy pompa zaczęła działać, Ann zeskoczyła na podłogę. 
— Działa! — krzyknęła. 
— Nie wierzyliście mi, prawda? A teraz, dzieci, nałóżcie hełmy i rękawice. Wychodzi-

my. 

Drzwi rozsunęły się, a kiedy wleźliśmy do śluzy, zaraz zamknęły się za nami. Było nam 

ciasno we troje. bo na dodatek mieliśmy jeszcze plecaki odrzutowe. 

— Poczekaj! — Położyłem dłoń na ramieniu Harrisa, kiedy sięgał do tablicy rozdziel-

czej. — Powiedz nam, jak to działa. Przecież to bez sensu, żeby budować śluzę powietrzną, 
która jest pułapką. 

Harris uśmiechnął się. 
—  Uważacie  nas  pewno  za  wariatów.  Ale  mamy  swoje  powody,  żeby  budować  takie 

śluzy.  Powiem  wam,  jak  to  działa.  Trzeba  nacisnąć  guzik  dwa  razy,  wtedy  pompa  zaczyna 
pracować  i  śluza  otwiera  się  zupełnie  normalnie.  Tylko  dla  intruza  staje  się  więzieniem. 
Zrozumieliście? Okay. Spuśćcie zasłony hełmów. 

Kiedy  znaleźliśmy  się  znowu  na  zewnątrz,  zawahałem  się,  ale  Harris  pchnął  mnie  w 

kierunku kampera. 

—  Pojadę  z  wami  —  powiedział,  kiedy  wszyscy  troje  znaleźliśmy  się  w  środku.  — 

Mniej szans na wywołanie paniki wśród tubylców, niż gdybym się zjawił z wami w pojeździe 
LEMCON-u. 

— A gdzie jest pański pojazd? — zapytałem, rozglądając się. Wciąż nie ufałem mu. — 

Kiedy przyjechaliśmy, nie zauważyliśmy go. 

— Bo nie mogliście zauważyć. Zostawiłem go tam... — Harris zrobił nieokreślony ruch 

ręką  w  stronę  wnętrza  krateru.  —  Uważałem,  że  będzie  bezpieczniej  zaprowadzić  tę  parę 
łobuzów piechotą, kiedy przekonałem się, że znają właściwy krater. 

— Jeżeli nie miał pan do nich zaufania, to dlaczego pojechał pan z nimi? Dlaczego dał 

się pan razem z nimi złapać w pułapkę? 

—  Dla  mnie  nie  była  to  pułapka.  W  każdym  razie  do  chwili,  kiedy  zdemaskowaliście 

mnie.  Po  prostu  grałem  na  zwłokę.  Ale  czas  na  nas.  Niedługo  zrobi  się  jasno,  a  czeka  nas 
jeszcze sporo roboty. 

Kazał  mi  zrobić  kawałek  lodu  przez  wystawienie  na  sekundę  na  zewnątrz  szmatki 

zamoczonej w wodzie pitnej. Ann zrobiła mu z tego okład na spuchnięte  miejsce za uchem. 
Po  chwili  stwierdził, że czuje  się  znacznie  lepiej.  Podziękował  jej  z  ujmującym  uśmiechem, 
zupełnie nie pasującym do jego dziwnych oczu i wstrętnej szramy na policzku. 

Miałem  mieszane  uczucia  w  stosunku  do  Harrisa.  Chwilami  lubiłem  go,  ale  kiedy 

patrzyłem na opinający go kombinezon LEMCON-u ogarniała mnie złość. 

Ann  nie  miała  tego  problemu.  Kiedy  bandażowała  mu  głowę,  dotknęła  zadrapania  na 

policzku, które było jej dziełem. 

—  Tak  mi  przykro,  panie  Harris.  Wygłupiłam  się.  Przecież  to  nie  pan  porwał  mojego 

ojca. Prawda? 

—  Nie,  nie  byłem  nawet  w  jego  pokoju.  Ale  proszę  się  nie martwić.  Rozumiem  panią 

doskonale. 

Poprosiła, żeby mówił do niej po imieniu, i wkrótce byli już tak ze sobą zaprzyjaźnieni, 

że wściekłem się. 

— Ja wciąż nie jestem pewny, czy pan nie kłamie. Co pan robił na Aristarchusie? I w 

gabinecie mojego ojca? I w jaki sposób zdobył pan mapę, jeżeli nie był pan w pokoju doktora 
Shepparda? 

— Hej, zaraz, spokojnie, młody człowieku. To dość skomplikowana sprawa. Żałuję, że 

zobaczyłeś mnie tego dnia na Aristarchusie. To utrudniło mi sytuację. Widzicie, reprezentuję 
—  jakby  to  powiedzieć?  —  bardziej  umiarkowaną  grupę  akcjonariuszy  LEMCON-u,  na 

background image

Ziemi. Tych, którzy nie zgadzają się na praktyki przymusu, jakie są używane w stosunku do 
górników. Zostałem tu przysłany, żeby zorientować się, co się tu naprawdę dzieje.      

— A wasi przeciwnicy przysłali Clinta i Blue? 
—  Clinta  na  pewno.  Blue  jest  prostakiem,  którego  Clint  używa  do  brudnej  roboty. 

Twoje pojawienie się na Aristarchusie przyśpieszyło pewne sprawy. Musiałem prosić twojego 
ojca  o  pomoc  w  wywabieniu  tych  dwóch  łajdaków  z  Aristarchusa.  Obawialiśmy  się  buntu 
górników. Tylko nam tego brakowało. Twój ojciec dał mi tę mapę... a raczej jej kopię... 

—  W  takim  razie,  w  jaki  sposób  oryginał  mapy  znalazł  się  w  pokoju  doktora  Sheppa-

rda? I dlaczego, jeżeli nie była ważna, została tak przemyślnie ukryta? 

Harris roześmiał się. 
—  Dobry  zwiadowca  bierze  pod  uwagę  wszelkie  ewentualności.  Nie  wiedziałem  wte-

dy... i wciąż tego nie wiem... czy mocodawcy Clinta mają człowieka w bazie Keplera. Powie-
działem,  że  znalazłem  oryginał  mapy  w  pokoju  doktora  Shepparda,  ponieważ  tam  powinna 
była  być.  Dla  niepoznaki.  To  wszystko.  Twój  ojciec  schował  ją  tam  dla  mnie.  Tak,  Kepler. 
Żaden z nas nie spodziewał się, że wy, przedsiębiorcze dzieciaki, znajdziecie ją. 

Czułem, że się rumienię po same uszy. 
— Chce pan powiedzieć, że nabraliśmy się na tę wymyślną trasę i przejechaliśmy cały 

Ocean Burz aż na Ciemną Stronę Księżyca zupełnie niepotrzebnie? 

—  Obawiam  się,  że  tak.  —  Głos  Harrisa  był  poważny,  ale  w  jego  dziwnych  oczach 

czaił się uśmiech. — Słuchaj, Kep, nie przejmuj się. Przecież nawet taki fachowiec jak Clint 
nabrał się na nasz fortel. 

To mnie nieco pocieszyło. Harris naprawdę nie był taki zły, na jakiego wyglądał. 
— Co dalej? Czy zabierze nas pan z powrotem do bazy Keplera? 
— „Że tak daleko was zawiodłem i tak szybko wam biec kazałem” * — zacytował. — 

Nie,  nie  sądzę.  To  byłoby  dla  was  zbyt  wielkim  rozczarowaniem.  Zresztą  nie  mam  na  to 
czasu. Ale muszę coś sprawdzić przez radio. Wybaczcie mi. 

Przeciskając się koło nas, przełazi do szoferki. Skoczyłem za nim. 
—  Hej,  nie  wolno  panu  majstrować  przy  moich  instrumentach!  —  krzyknąłem,  ale  on 

spojrzał na mnie sponad zegarów z lekkim uśmiechem. 

— Wciąż nie masz pewności, czy jesteśmy po tej samej stronie, co? 
— Bo ja wiem? Widzi pan, kiedy pan był u ojca, słyszałem, jak mu pan groził. 
— Groził? 
Powtórzyłem mu ostatnie słowa, które powiedział wychodząc z gabinetu ojca. 
Przez chwilę patrzył na mnie ze zdumieniem, potem wybuchnął śmiechem. 
— Ach, ta moja głowa! Przykro mi, Kepler, ale to jest znowu nieporozumienie. Ty sły-

szałeś...  jak  to  brzmiało?...  „Jeżeli  pan  się  nie  zgodzi,  to  skrupi  się  to  na  doktorze  Sheppa-
rdzie”... Tak? I wywnioskowałeś, że jestem porywaczem i grożę twojemu ojcu! O Boże! 

Poklepał mnie po ramieniu. 
— Łatwo było popełnić ten błąd, zwłaszcza po tym, co ci powiedziała Ann. Widzisz... a 

ja właśnie mówiłem twojemu ojcu, że Clint jest zbyt bliski odkrycia planów nowych kolonii... 
to  znaczy  planów  doktora  Shepparda.  Powiedziałem,  że  muszę  za  wszelką  cenę  pozbyć  się 
Clinta i Blue. W chwilę później twój ojciec dał mi kopię mapy. 

Milczałem. Harris ciągnął dalej: 
— Niezależnie od wszystkiego, uważam, że ty i Ann jesteście wspaniali. Nie pisnęliście 

słowa i przejechaliście połowę Księżyca w tej waszej misji ratunkowej. Zasługujecie na me-
dal. 

— Ale to okazało się zupełnie niepotrzebne. Czuję się jak idiota. 
— Liczą  się  zamiary — powiedział  Harris  jakby  od  niechcenia  i zaczął kręcić gałką  

 

*  Cytat  z  książki  angielskiego  pisarza  Lewisa  Carolla  (1832  —1898)  pt.  Po  drugiej  stronie  lustra 

stanowiącej kontynuację znanej powieści Alicja w krainie czarów

background image

radia. 

— To pudło jest nic niewarte na Ciemnej Stronie — przypomniałem mu. — Może pan 

kręcić, ile pan chce. Fale radiowe nie mają się od czego odbić. 

— Chcesz się założyć? — Gwizd, który właśnie wydobył się z głośnika, udowodnił, że 

nie  miałem  racji.  —  Zapomniałeś  o  naszym  satelicie.  —  Wskazał  ręką  w  górę.  —  Jest  na 
orbicie synchronicznej nad samym centrum Ciemnej Strony i spełnia tę samą rolę, co Ziemia 
dla tamtej strony. 

Harris  powiedział  „nasz”  satelita.  Wpatrywałem  się  w  niego  uważnie  i  coraz  to  nowe 

dręczyły mnie pytania. „Nasz”. 

Włączył odbiornik w „swoim” hełmie, tak że słyszałem tylko to, co on mówił. 
— Halo, Gen jeden! Tu Samotnik. Czy mogę przyprowadzić dwoje gości? Nie, nie ich. 

Tamci śpią spokojnie, tak jak było umówione... Kepler Masterman i Ann Sheppard. ...To wła-
śnie powiedziałem. No dobra, więc przywiozę ich. Do widzenia, Gen jeden! 

Wyłączył radio. 
— Może ja poprowadzę — zwrócił się do mnie. — Znam drogę na pamięć. 
Skinąłem  głową  na  znak  zgody.  Byłem  zupełnie  skonfundowany.  Poszedłem  do  prze-

działu sypialnego, do Ann. 

— Co się dzieje? — zapytała, kończąc porządkowanie apteczki podręcznej.  
Wzruszyłem ramionami. 
— Nie pytaj. Ale w każdym razie ten Harris należy do zespołu, który umieścił tu sateli-

tę na orbicie. Niedaleko jest na pewno jakieś ludzkie osiedle. Ale to nie są ludzie LEMCON-u 
— dodałem. — W każdym razie tak mi się wydaje. 

— Oczywiście, że nie. Jestem o tym przekonana. Harris to bardzo fajny facet. 
Chciałem  jej  przypomnieć,  że  przed  zaledwie  pięcioma  godzinami  rzuciła  się  na  tego 

fajnego faceta z pięściami i pazurami, ale pomyślałem sobie, po co mamy się oboje czuć głu-
pio. Milczałem więc. 

Po chwili Ann zapytała: 
— Dokąd jedziemy?  
Roześmiałem się gorzko. 
— Sam chciałbym to wiedzieć. Ta sprawa wymknęła się nam z rąk. Na nic całe gadanie 

o  bohaterstwie,  o  wyprawie  na  ratunek  twojemu  ojcu  przed  jakimś  tajemniczym  niebezpie-
czeństwem... Teraz nie wiem nawet, dokąd jedziemy... 

Położyła mi rękę na ramieniu. 
—  Kep,  nigdy  nie  zapomnę  tego,  co  dla  mnie  zrobiłeś.  Nawet  teraz,  kiedy  jestem  już 

prawie pewna, że ojciec nie potrzebuje naszej pomocy, cieszę się, że zdecydowaliśmy się na 
tę wyprawę. Dopiero tu, z dala od wszystkich, z dala od bazy, poznałam cię naprawdę... 

Jej słowa podniosły mnie na duchu. Myślałem o tym, jakie dziwne są ludzkie losy. Bo 

przecież i ja odnalazłem w Ann, w tych warunkach, siłę, o którą nie podejrzewałem jej tam, w 
bazie Keplera. 

— Jesteśmy prawie na miejscu — odezwał się głos Harrisa. — Ubierajcie się. 
Staliśmy gotowi do wyjścia przy śluzie powietrznej, kiedy dołączył do nas. 
— A pan? Czy pan nie wychodzi?  
Harris tarasował sobą przegrodę pomiędzy dwoma przedziałami kampera. 
— Nie. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. W ścianie krateru, prosto przed wami jest śluza 

powietrzna. Przemierzycie korytarz i na jego końcu zobaczycie drugą śluzę. Nie zapomnijcie, 
co wam powiedziałem o sposobie ich otwierania. Cześć, dzieciaki. 

— Mówi pan tak, jakbyśmy się już nigdy nie mieli zobaczyć — zagadnęła go Ann. 
— Byłbym zdziwiony, gdyby nasze drogi jeszcze się kiedyś skrzyżowały. Jadę na Zie-

mię,  żeby  złożyć  sprawozdanie  mojemu  szefowi.  Nie  mam  pojęcia,  dokąd  zapędzi  mnie  na-
stępna misja, ale na pewno nie na Księżyc. No, ale teraz jazda i powodzenia. 

background image

Odwrócił się od nas szybko. Miałem wrażenie, że był wzruszony. 
Wyszliśmy  przez  śluzę  na  powierzchnię  Księżyca.  Było  nadal  ciemno,  ale  hen  ponad 

naszymi głowami sam szczyt grani krateru już się iskrzył drobnymi punktami światła. Zbliżał 
się świt. 

Śluza  w  ścianie  krateru  była  taka  sama  jak  ta,  która  tak  niedawno  przyczyniła  się  do 

naszego uwięzienia. Ale znaliśmy już jej tajemnicę, więc szybko przeszliśmy przez nią i zna-
leźliśmy  się  w  długim,  opadającym  nieco  w  dół  korytarzu,  który  —  jak  przypuszczałem  — 
prowadził do wnętrza krateru. 

— Czy myślisz, że wyjdziemy znowu na powierzchnię Księżyca? — zapytałem Ann. — 

Może dlatego są tu dwie śluzy? 

— Myślę, że jest to raczej coś takiego jak zwodzony most nad fosą, który służy do trzy-

mania z daleka intruzów — powiedziała cichym głosem Ann. — Po tamtej stronie... znajdzie-
my może zamczysko z bajki. 

Trawieni  ciekawością  przeszliśmy  przez  drugą  śluzę  i  znaleźliśmy  się  w  hallu,  w 

którym panowała ziemska atmosfera. Zdjęliśmy rękawice i hełmy, rozpięliśmy kombinezony 
kosmiczne. Było bardzo ciepło, prawie gorąco. 

Wilgotne powietrze miało dziwny zapach... jak... jak... co właściwie? 
—  Pachnie  zupełnie  jak  na  Ziemi!  —  krzyknęła  Ann  i  pobiegła  prosto  ku  otwartej 

przestrzeni. — To nie do wiary! 

— Ann, wracaj natychmiast! 
— Och, Kep! — obróciła się i spojrzała na mnie błyszczącymi oczami. Nie pamiętałem 

jej tak radosnej. — Kep, to jest naprawdę jak z bajki! Chodź i zobacz sam! 

Tuż  za  wyjściem  z  hallu  zobaczyłem  masę  zielonych  krzewów  powoi  wijących  się  ku 

srebrzystej  kopule  nieba,  aż  po  kratownicę  ze  świateł  łukowych  zawieszoną  wysoko  ponad 
naszymi głowami. 

Przed nami, na lewo od nas i na prawo, rosły całe rzędy krzewów o wielkich, zielonych 

liściach,  otwartych  jak  parasole  —  tam  gdzie  padało  na  nie  światło,  i  zamkniętych  —  tam 
gdzie  padał  na  nie  cień.  Wiele  z  nich  kwitło,  a  niektóre  —  jak  zauważyłem  —  owocowały 
wielkimi strąkami, tak ciężkimi, że zwisały w dół pomimo niskiej grawitacji księżycowej. 

Spojrzałem w górę. 
— Ann, dlaczego nie ma tu...? 
— Czego? 
— Próżni. 
—  Bardzo  dziwnie  rozumujesz.  Bo  ja  właśnie  myślałam  o  tym,  jak  to  się  dzieje,  że 

udało im się zatrzymać tu powietrze. Wciągnij je. Czy nie jest wspaniałe? Prawdziwy tlen z 
roślin. Jesteśmy pod kopułą. Zaraz się zorientujesz. Jak tylko słońce pójdzie nieco wyżej. Jest 
chyba  zrobiona  z  pokrytego  aluminium  plastyku.  Spójrz  za  siebie,  na  ścianę  krateru.  Tam 
widać miejsce, z którego się wznosi. 

—  Kopuła  z  plastyku?  To  obłęd!  Prędzej  czy  później  zostanie  przebita  przez  meteor. 

Jak pęcherz. 

Na samą myśl o takiej katastrofie zrobiło mi się słabo. Poczułem się bezbronny i nagi. 
— Co się z tobą dzieje, Kep? Przecież to cudowna rzecz! Jest tu zupełnie jak na Ziemi, 

tyle  że  nie  ma  brudu  i  tłoku.  Och!  —  krzyknęła  nagle  Ann,  bo  wpadła  na  człowieka,  który 
przybiegł od strony śluzy. 

Miał  na  sobie  normalny  uniform  kolonisty.  Spojrzałem  na  niego  i  nie  chciałem  uwie-

rzyć własnym oczom. 

— Tim O'Connor! 
Tim, najbardziej lubiany i zaufany pilot Księżyca. 
— Tim, co ty tu robisz? 
—  Och,  po  prostu  trafiło  mi  się.  Zresztą  mógłbym  was  zapytać  o  to  samo.  Zrobiliście 

background image

straszne zamieszanie. No, ale co tam, witajcie w bazie Genezis. Macie iść za mną. Szef chce 
się z wami zobaczyć. Ale, ale, przyczepcie sobie to do pasków. Przyda wam się na czas poby-
tu tutaj. 

—  Co  to  jest?  —  spojrzałem  z  ciekawością  na  mały  plastykowy  sześcian,  który  podał 

mi Tim. Widziałem już kiedyś taki... 

— To kasownik. Przyczep go do paska i nie rozstawaj się z nim, bo inaczej obudzisz się 

z kacem.  

To też już kiedyś słyszałem. 
— A co kasuje ten kasownik?  
Tim wzruszył ramionami. 
—  Pewnie  i  tak  wszystko  wam  powiedzą,  bo  inaczej  nie  wpuściliby  was  do  środka. 

Otóż trzeba było otoczyć kopułę warstwą energii, czymś w rodzaju pola magnetycznego, żeby 
odeprzeć meteory i wyeliminować promienie ultrafioletowe. Działa znakomicie, ale jest nie-
stety  szkodliwe  dla  ludzkiego  organizmu.  Więc  zawsze  noś  kasownik  i  wszystko  będzie  na 
medal. Zrozumiałeś? 

Zrozumiałem i przypomniałem sobie, gdzie widziałem poprzednio takie kasowniki. Na 

Aristarchusie! Mieli je Clint i Blue. Aż mi się w głowie zakręciło od myślowych spekulacji. 
Jakby z daleka doszedł mnie podniecony głos Ann. 

— Powiedz nam, kiedy ta baza została założona? I dlaczego w takiej tajemnicy? 
— Istnieje już pięć lat. A zresztą, szef wam na pewno wszystko sam wyjaśni. 
Szef?  Znowu  poczułem  jakby  dotyk  grozy  pełzającej  dokoła  nas.  Któż  mógł  założyć 

taką  kosztowną  bazę,  jeżeli  nie  LEMCON?  Konkurencyjna  grupa  Ziemian?  A  może  grupa 
zbuntowanych kolonistów? I w jaki sposób Clint i Blue zdobyli kasowniki? 

A przede wszystkim kim był szef? 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Poszliśmy za Timem i znaleźliśmy się w zaczarowanym zielonym świecie. Po pewnym 

czasie  pnącza  i  krzewy  ustąpiły  miejsca  krótkopiennym  roślinom  podobnym  do  wrzosu. 
Chodziło się po nich jak po materacu. Wreszcie ujrzeliśmy grupę budynków. 

Poczułem  się  zawiedziony  ich  widokiem.  Po  wrażeniu,  jakiego  doznaliśmy  na  widok 

bajkowego  ogrodu  księżycowego,  spodziewałem  się  architektury  bardziej  fantazyjnej,  przy-
pominającej  to,  co  widywałem  na  ilustracjach  w  książkach  fantastycznonaukowych  —  ele-
ganckie iglice, dekoracyjne wieże i strzeliste kolumny. Tymczasem było to po prostu kilkana-
ście przerobionych na pomieszczenia mieszkalne zbiorników na paliwo, wpuszczonych w dno 
krateru i podzielonych na piętra. Każdy z tych kolistych zbiorników miał na szczycie wielki 
pokój z kopułą, pod nim drugi, a pod ziemią spiżarnie i składy. 

— Chodźcie za mną — Tim wszedł przez jedne z otwartych drzwi. 
Drzwi  otwartych  na  przestrzeń!  Zachwycony  ruszyłem  za  nim.  Gdyby  coś  rozerwało 

plastykową kopułę, zginąłbym na miejscu, ale wewnątrz budynku czułem się jednak bezpie-
czniej. 

Tim  poprowadził  nas  w  dół  po  kręconych  schodach,  a  następnie  przez  szereg  pokoi 

zastawionych  skrzyniami  albo  urządzonych  jak  biura  i  laboratoria.  Na  Ciemnej  Stronie  pro-
wadzono najwidoczniej działalność na wielką skalę. Innymi schodami wspięliśmy się znów w 
górę i stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami. Tim zapukał do nich. Zastanawiałem się go-
rączkowo nad tym, co należy powiedzieć tajemniczemu szefowi, ale nie mogłem nic wymy-
ślić, nie wiedząc, kim jest. 

background image

— Proszę wejść — odezwał się męski głos z pokoju.  
Tim pchnął drzwi. 
— Oto oni — powiedział i zostawił nas na progu. 
— Ann, Kep! Zmęczyliście się trochę, co? 
— Tato, tato! — Ann rzuciła się ojcu na szyję jak szalona. 
Stałem  z  rozdziawioną  gębą.  Gdzieś  w  kąciku  serca  czaił  się  żal,  że  Ann  nigdy  nie 

objawiała tak gorących uczuć w stosunku do mnie, ale reszta mojej świadomości wypełniona 
była samymi znakami zapytania. 

Doktor Sheppard uwolnił się delikatnie z uścisku ramion swojej córki. 
— Siadajcie, dzieci, i powiedzcie mi, jak, u licha, znaleźliście się tutaj. 
Nastąpiła  niezręczna  pauza,  po  czym  oboje  zaczęliśmy  mówić  naraz.  Mówiąc  jedno 

przez  drugie  i  odpowiadając  na  dociekliwe  pytania  doktora  Shepparda,  powiedzieliśmy  mu 
całą prawdę. Zabrzmiała nawet dziwaczniej niż to, co opowiedziałem Harrisowi. 

Kiedy skończyliśmy, Huntley Sheppard spojrzał na nas surowo spod krzaczastych brwi. 
— No cóż, nie wiem,  czy  kazać  was  rozstrzelać  o świcie za przekroczenie wszystkich 

pisanych i niepisanych księżycowych praw, czy też przypiąć wam ordery w nagrodę za to, co 
próbowaliście zrobić. 

—  Tatusiu,  więc  ty  naprawdę  nie  byłeś  w  niebezpieczeństwie?  —  zapytała  cichutko 

Ann. 

—  Nie,  mój  kochany  głuptasie.  Groziło  mi  najwyżej  rozchorowanie  się  ze  strachu  o 

moją jedyną córkę, która była zawsze taką spokojną dziewczyną.  

Ann zarumieniła się. 
— Bardzo cię przepraszam, tato, ale dlaczego tak nagle zniknąłeś? Nigdy tego przedtem 

nie robiłeś. Byłam strasznie niespokojna... i nikt nie chciał mi nic powiedzieć... 

— Przykro mi, kochanie. Ale te nieliczne osoby, które wiedziały, gdzie jestem, zostały 

zaprzysiężone na zachowanie tajemnicy. Zawsze miałem czas na kamuflowanie moich wyja-
zdów tutaj, ale tym razem sprawa była pilna, więc pojechałem dosłownie z minuty na minutę, 
a ściślej mówiąc, natychmiast potem, jak Kep powrócił z Aristarchusa ze swoimi sensacyjny-
mi wiadomościami. 

— Ja? Ja przywiozłem sensacyjne wiadomości? 
— Tak, ty. Kiedy opisałeś ojcu noszone tam przez niektórych ludzi plastykowe kostki u 

pasa, zrozumieliśmy, że mamy w Genezis szpiegów LEMCON-u, gdyż te kasowniki nosi się 
wyłącznie  tutaj.  Musiałem  więc  natychmiast  jechać,  ponieważ  nie  istnieje  żaden  bezpieczny 
sposób komunikowania się pomiędzy bazą Keplera a Ciemną Stroną. Każdy mógłby nas pod-
słuchać, i z LEMCON-u, i z Ziemi. Nie było innej rady. 

— To pan jest szefem? 
— Tak. 
 — A ojciec? On wie o wszystkim, prawda? O Genezis? 
— Ależ oczywiście, że tak... Kepler, jak myślisz, co my tu właściwie organizujemy?  
Wybuchnąłem złością. 
— To wszystko tak zostało przez was otoczone tajemnicą, że trudno się było zoriento-

wać.  Najpierw  myślałem,  że  to  dywersja  LEMCON-u,  potem  że  jesteście  zbuntowanymi 
kolonistami. 

—  Ładna  historia!  Widzę,  że  miałeś  o  mnie  dziwne  pojęcie!  Najpierw  jestem  ofiarą 

porywaczy, potem szefem kryminalnego gangu. Słuchajcie, głuptasy. Genezis to nasza baza. 
To kolonia księżycowa. Nasza i wasza. 

—  Więc  po  co  te  tajemnice?  —  powiedziała  Ann  niemal  z  płaczem.  —  Ten  cały 

koszmar ominąłby nas, gdybyście mieli do nas odrobinę zaufania. 

— Naprawdę przykro mi, kochanie, ale nie mogliśmy wam nic powiedzieć. Budowali-

śmy Genezis przez pięć lat. Twój ojciec zrobił mnie szefem budowy. To było moje główne 

background image

zajęcie,  a  pracę  kontrolera  wykonywał  nowy  komputer.  Od  początku  pracowaliśmy  w  naj-
większej tajemnicy. Gdyby LEMCON dowiedział się o naszym przedsięwzięciu, z pewnością 
zorganizowałby sabotaż. 

— Dlaczego? — przerwałem mu. 
—  Bo  nasz  sukces  oznacza  ich  klęskę,  a  stawka  jest  duża.  Chodzi  o  inwestycje  w 

postaci ziemskich petrodolarów. Ni mniej, ni więcej. Nasi naukowcy wiedzieli tylko tyle, ile 
było konieczne, i zostali zaprzysiężeni. Zdawało się nam, że rzeczywiście nikt nic nie wie, aż 
Kepler wrócił z Aristarchusa i wsadził kij w mrowisko. 

— Czy znaleźliście szpiega, który ukradł kasowniki? 
— Nie. Jest to poważny problem, ale do pokonania. Odnieśliśmy za to duży sukces, bo 

ukończyliśmy budowę Genezis na miesiąc przed terminem. Po następnym wschodzie Słońca 
twój ojciec zawiadomi ONZ, że LEMCON dopuścił się złamania traktatu i zażąda natychmia-
stowego przysłania grupy inspektorów. Pokażemy im Genezis l i zażądamy pełnej niezawisło-
ści. 

Huntley Sheppard przechylił się do tyłu wraz z fotelem, uśmiechając się triumfalnie. 
— Ale czym jest Genezis? Czy tylko tą plantacją pod kopułą? 
—  Czymś  znacznie  ważniejszym.  Genezis  to  podstawa  naszej  niepodległości.  Zawsze 

wiedzieliśmy, że kiedy LEMCON wycofa się, zainteresowanie Księżycem na Ziemi skończy 
się także. Baliśmy się, że zostaniemy tu bez żadnych możliwości egzystowania. 

— Słyszałem, jak Clint mówił to samo do Blue! — krzyknąłem.            
— Ale czy Księżyc może być naprawdę zupełnie samowystarczalny? — zapytała Ann. 
—  Teraz  już  tak.  Potrafimy  już  wyprodukować  wystarczającą  ilość  wody,  tlenu  i  ży-

wności, żeby utrzymać naszą rozwijającą się społeczność, a z resztą spraw też sobie na pewno 
poradzimy. Przed pięciu laty zaczęliśmy od umieszczenia satelity na naszej orbicie, od zbudo-
wania  kopuły,  budynków  i  skonstruowania  urządzeń  komunikacyjnych.  Potem  zaczęliśmy 
cierpliwe prace nad rozwojem nowych gatunków roślin, bogatych w wartości odżywcze i pro-
dukujących duże ilości tlenu. Opracowaliśmy nowe metody wydobywania wody z rudy, zna-
cznie wydajniejsze niż metody  LEMCON-u.  Oparliśmy je na wykorzystaniu różnicy  pomię-
dzy  wysoką  temperaturą  dnia  a  niską  temperaturą  nocy  w  strefie  terminatora.  Poza  tym  wy-
kryliśmy lód leżący u stóp gór na południu, którego starczy nam na co najmniej sto lat. Zanim 
się  wyczerpie,  na  pewno  znajdziemy  nowe  metody,  być  może  przez  sztuczne  powiększenie 
masy Księżyca, tak że będzie on mógł utrzymać atmosferę. Wtedy stworzymy właściwe wa-
runki  dla  prawdziwego  środowiska  naturalnego.  Nikt  nie  zna  kresu  księżycowych  możliwo-
ści. Pomyślcie tylko, jak wielkie postępy zrobiliśmy od roku 1987! 

—  Ojcze,  to  jest  szalenie  interesujące!  Jestem  dumna,  że  mogę  w  tym  brać  udział. 

Gdybyś nas tylko chciał wcześniej wtajemniczyć! Nie odsyłaj nas jeszcze do domu. Daj nam 
czas na rozejrzenie się, proszę cię bardzo! 

—  Nie  powinniście  się  byli  w  ogóle  tu  znaleźć.  Trudno,  stało  się!  Powiem  Timowi, 

żeby wam wszystko pokazał. Możecie zostać, ale najwyżej kilka dni. I trzymajcie się z daleka 
od ludzi. 

— Jeszcze jedna sprawa, doktorze — zatrzymałem się w drzwiach — Clint i Blue. Co z 

nimi będzie? 

—  Pójdą  pod  sąd  na  Ziemi,  między  innymi  za  zamach  na  wasze  życie.  Wciąż  jeszcze 

nie wiemy, jak oni zdobyli kasowniki. Nie podejrzewałem ich o taką inteligencję. 

— Nazywają je inhibitorami — przypomniałem sobie. 
—  No  właśnie.  Co  za  durnie.  Jak  to  się  stało,  że  znaleźli  się  tak  blisko  Genezis,  żeby 

móc  ukraść  kasowniki,  nie  wiedząc  nawet,  do  czego  służą?  Byłby  to  bezcenny  łup  dla 
LEMCON-u. Ale wystawić się na ich uboczne działania, a jednocześnie zupełnie nie wiedzieć 
o ich zaletach — tylko idioci są zdolni do czegoś takiego. 

Pokręcił głową z pogardą. 

background image

— A człowiek z blizną? To znaczy Harris? Co z nim? 
— Pojedzie na Ziemię razem z Clintem i Blue. On jest jednym z niewielu dowodów na 

to, że i ludzie LEMCON-u nie są pozbawieni pewnych zalet. To dobrze świadczy o akcjona-
riuszach,  że  wynajęli  takiego  człowieka  dla  zbadania  działalności  firmy  na  Księżycu.  Nigdy 
nie  zetknąłem  się  z  Harrisem,  a  twój  ojciec  widział  go  tylko  raz  czy  dwa,  ale  uważa  go  za 
przyzwoitego  człowieka.  Sprytnego  i  bardzo  przytomnego.  Zastawił  niezłą  pułapkę  na  tych 
dwóch łajdaków. 

— Ale i na nas, jak się okazało — dodałem ponurym tonem. 
— Już po wszystkim, mój drogi. Mam nadzieję, że drugi raz nie zrobicie takiego błędu. 

A teraz uciekajcie już. Mam mnóstwo roboty. 

 

 

Przez  następne  dwa  dni  krążyliśmy  po  Genezis,  z  początku  w  towarzystwie  Tima 

O'Connor,  a  potem  sami.  Kopuła  obejmowała  całe  dno  krateru,  miała  średnicę  piętnastu 
kilometrów. Można by pod nią doskonale zbudować małe miasto i jeszcze zostałoby miejsce 
na pas zieleni produkującej żywność i tlen. Było więc co oglądać. 

Ciężkie maszyny i pełzacze produkujące wodę pracowały na zewnątrz, poza bazą. Pod 

kopułą nie było maszyn. Ludzie jeździli na szerokokołowych rowerach. Było cicho i czysto, a 
gdy  przyzwyczaiłem  się  do  dziwnego  uczucia  nagości,  które  odczuwałem  z  powodu  nieno-
szenia  kosmicznego  kombinezonu,  zacząłem  cieszyć  się  tym  samym  poczuciem  wolności, 
które znałem z pobytu pod powierzchnią morza. 

—  Chciałbym  tu  spędzić  resztę  życia  —  wyznałem  Ann  spacerując  wzdłuż  łanów 

pachnącej soi. 

— Pytałam ojca o taką możliwość — przyznała się Ann. — Powiedział, że kiedy skoń-

czymy dwadzieścia lat, no i studia, będziemy mogli się tu przenieść. Jest tu dużo do zrobienia, 
ale potrzebny jest tylko wykwalifikowany personel. No i jeszcze jedna trudność. 

— Jaka? 
— Oni chcą kolonizować miasta Genezis wyłącznie małżeństwami.  
Roześmiałem się. 
—  No  to  jak  będzie,  Ann?  Czy  wykłady  mechaniki  kosmicznej  w  grupie  „B”  są  zbyt 

ciekawe, żeby z nich rezygnować? Czy też zastanowisz się nad powrotem na zmianę „A”? 

— Jesteś  wstrętny.  Dobrze  wiesz, że  przeniosłam  się  na  zmianę  „B”  tylko  po  to,  żeby 

móc spokojnie zastanowić się nad naszymi sprawami. Kiedy wróciłeś po tych trzech miesią-
cach pobytu na Ziemi, byłeś strasznie... och, kochanie, byłeś zupełnie niemożliwy! Nie chcia-
łam nawet myśleć o małżeństwie z tobą. 

— A teraz? 
— Zmieniłeś się. I mam nadzieję, że na dobre.  
Objąłem ją i pocałowałem w koniuszek nosa. 
— Ty też. I to bardzo na dobre. 
Przechadzaliśmy się już chyba godzinę wśród krzaczastej dżungli, nie zastanawiając się, 

dokąd  idziemy.  Nie  miało  to  dla  nas  znaczenia.  Słońce  wzeszło  już  przed  dwoma  dniami, 
widzieliśmy jego promienie przefiltrowane przez połyskliwy plastyk kopuły. Stało teraz nisko 
nad  wschodnim  horyzontem.  Wiedzieliśmy,  że  wystarczy  pilnować  się,  żeby  było  stale  po 
naszej prawej stronie,  a  wcześniej czy  później znajdziemy drogę do  grupy  budynków stano-
wiących centrum kolonii Genezis 1. 

Właśnie zawróciliśmy i teraz szliśmy powoli i beztrosko zielonym tunelem, nie wyma-

gając od życia niczego innego poza tym, co mieliśmy w tej chwili. 

Nagle Ann zawołała: 
— Kep, spójrz w prawo! Polana i budynek. Co to może być? 
— Chcesz zobaczyć? 

background image

— Aha. Chodźmy. 
Okazało się, że jest to po prostu szopa otwarta na przestrzał i służąca do przechowywa-

nia narzędzi i ich ochrony przed Słońcem i wilgocią wytwarzaną dla nawadniania roślin. Była 
pusta. Otwarta księga rachunkowa leżała na jednym ze stołów. 

— Nie ma tu nic ciekawego. Chodźmy! Jest już pora obiadu, a mnie chce się jeść. 
— Zawsze chce ci się jeść — roześmiała się Ann, potrząsając moim ramieniem. 
Wychodząc wpadliśmy na niego w samych drzwiach. Twarzą w twarz. Gdyby to było w 

innym miejscu, nie zwrócilibyśmy na niego najmniejszej uwagi. W innym miejscu zdążyłby 
może opanować swoje reakcje. 

Wyglądał  całkiem  zwyczajnie  w  tym.  swoim  przepisowym  stroju  kolonistów.  Miał 

krótkie włosy nijakiego koloru i wyblakłe, niebieskie oczy. Był mojego wzrostu, a jestem wy-
soki jak na mój wiek. Lekarze mówią, że to dlatego, że urodziłem się w księżycowej grawita-
cji. Ten człowiek miał twarz, jakiej po prostu nie jest się w stanie zapamiętać. Średniej wie-
lkości nos, niewielkie usta, żadnych specjalnych zmarszczek czy brodawek. Nic nie przycią-
gało  w  niej  uwagi  z  wyjątkiem  przykrego  zadrapania  na  lewym  policzku.  Czerwone  i  opu-
chnięte, było chyba zainfekowane. 

Odsunąłem się, mruknąłem „przepraszam”, ale Ann stała jak wryta i wpatrywała się w 

mężczyznę z takim wstrętem, jakby zobaczyła żmiję. 

Jego  reakcja  też  była  dziwna.  Zbladł  jak  płótno.  Widziałem  wyraźnie,  jak  krew  mu 

odpływa od głowy. Zadrapanie stało się przez to jeszcze jaskrawsze, rysy zaostrzyły mu się. 
Patrząc na Ann podniósł machinalnie rękę, żeby zakryć policzek. 

Wszystko  to  trwało  najwyżej  dziesięć  sekund,  ale  działo  się  jak  gdyby  w  zwolnionym 

tempie. Dla mnie trwało wieczność. 

Ann opanowała się pierwsza. 
—  Ach,  to  pan!  Poznałam  pana  od  razu  po  tym  zadrapaniu.  Jest  zainfekowane.  Musi 

pan  to  koniecznie  posmarować  antybiotykiem,  bo  inaczej  nie  będzie  się  goiło.  Ale...  —  pa-
trzyła  na  niego  z  obrzydzeniem.  —  Ale  co  się  stało?  Dlaczego  pan  nie  wrócił  na  Ziemię?  I 
gdzie  znikła  ta  straszna  szrama  na  pańskim  policzku?  Nic  nie  rozumiem.  A  pańskie  oczy? 
Jedno  było  brązowe,  prawda  Kep?  —  obróciła  się  ku  mnie  i  wtedy  tamten  podniósł  ramię  i 
zamierzył się na nią. 

Chwyciłem ją za rękę i odciągnąłem. Cios mężczyzny poszedł w próżnię. Opanował się 

jednak szybko. Dlaczego zdawało mi się, że widzę w jego oczach cień niezdecydowania? A te 
jego oczy. Zimne jak kosmos. I równie jak kosmos samotne i niebezpieczne. 

— Leć, Ann! Wezwij ludzi na pomoc! Biegnij jak najszybciej! 
Stanąłem pomiędzy Harrisem a uciekającą Ann, ale bałem się spojrzeć za siebie. Zaczą-

łem cofać się ku wyjściu, uskakując przed nim raz w lewo, raz w prawo, trzymając się poza 
zasięgiem jego rąk. 

Wreszcie znalazłem się na zewnątrz i puściłem się biegiem w kierunku osiedla. Ann nie 

było  już  widać.  Musiała  wybrać  inną  drogę.  Pędziłem  wielkimi  susami  przez  zielony  tunel, 
który jeszcze przed chwilą wydawał mi się istną bramą do raju. Teraz był pułapką. Słyszałem 
za  sobą  ciężkie  kroki  Harrisa.  Bliżej.  Coraz  bliżej.  Rzuciłem  się  gwałtownie  w  bok,  Harris 
przeleciał obok. Rozpostarł ręce, próbując zatrzymać się. 

Zdałem sobie sprawę, że jest szybszy ode mnie, ale — słabo przystosowany do funkcjo-

nowania  w  księżycowej  grawitacji  —  nie  potrafił  panować  nad  szybkością  swoich  kroków  i 
był mało zwrotny. Jeżeli miałem wyjść z tej opresji cało, to musiałem go zmusić do walki w 
warunkach dogodnych dla mnie. 

Potrzebowałem przede wszystkim czasu. Czasu, który pozwoliłby Ann dobiec do osie-

dla i sprowadzić pomoc. Jak daleko od niego znajdujemy się? Jak szybko nadejdzie pomoc? 
Za dwadzieścia minut? Może później? Czy zdołam utrzymać przez ten czas Harrisa na odle-
głość ramienia? 

background image

Przyszła  mi  do  głowy  szaleńcza  myśl,  że  jeżeli  zdołam  skierować  jego  uwagę  na  coś 

innego, skłonić go do mówienia o sobie, to może uda mi się zyskać choć trochę czasu. Był to 
najczęściej używany fortel przez autorów powieści kryminalnych. 

Staliśmy naprzeciwko siebie, unikając wzajemnie ciosów. Na jego twarzy  malował się 

teraz bezczelny uśmieszek. Czy był świadectwem siły, czy słabości? 

— Nic nie rozumiem, Harris. Byłem pewny, że powróciłeś na Ziemię. 
— Na Ziemię? Skądże! Mieszkam tutaj, w Genezis, a nie na Ziemi. I nie nazywam się 

Harris. Coś ci się pomyliło. 

Uśmiechając się, wciąż próbował mnie dosięgnąć. Nie wiem, kto uczył go walczyć, ale 

był dobry.  

Odskoczyłem w tył i jego dłoń ześlizgnęła się po moim dresie. 
—  Jak  mogłeś  być  jednocześnie  w  Genezis  i  na  Aristarchusie?  —  zapytałem  dysząc 

ciężko. 

— To nie było łatwe. Ale na szczęście mam opinię samotnika. Jeżeli człowiek ma dobrą 

orientację, może zmylić wszystkie kontrole. Owszem, udało mi się pracować jednocześnie na 
Ciemnej Stronie i na Aristarchusie! 

Skoczył  ku  mnie,  ale  dałem  nura  pod  jego  ramię  i  znalazłem  się  za  jego  plecami. 

Obrócił  się.  Jego  uśmiech  był  teraz  groźny.  Walczyliśmy  przez  jakiś  czas  w  milczeniu.  Po 
chwili odezwałem się znowu. 

— To ty wykradłeś tajemnicę pola magnetycznego? 
—  Oczywiście,  że  ja.  Dzięki  temu  uzyskałem  zaufanie  Clinta.  Powiedziałem  mu,  że 

jestem z głównej kwatery LEMCON-u. Kiedy zobaczył, jak to pole działa, uwierzył we wszy-
stko, co mu później mówiłem. 

Skoczył na mnie, a ja uchyliłem się w drugą stronę. Odzywaliśmy się tylko w momen-

tach nabierania oddechu w tym sparingu. Nie spuszczaliśmy z siebie oczu, podskakiwaliśmy, 
cofaliśmy się i ruszali naprzód jakby w jakimś dziwnym, staromodnym tańcu. 

—  Ale  jeżeli  pracowałeś  dla  LEMCON-u,  to  dlaczego  działałeś  przeciwko  Clintowi  i 

Blue? 

  Harris zaśmiał się chrapliwie. 
— Clint zaczął mi działać na nerwy, a po ich nieudanej próbie zabicia ciebie postano-

wiłem z nimi skończyć. 

— Jeżeli staną przed sądem na Ziemi, na pewno będą sypać. 
— Nigdy tam nie dotrą! Nie domyślasz się? Nieszczęśliwy wypadek. Coś się zepsuło w 

mechanizmie śluzy powietrznej. Kiedy wróciłem do jaskini, nie było w niej atmosfery. Szko-
da.  —  Potrząsnął  głową.  —  Ale  musieli  mieć  lekką  śmierć.  Nie  zdążyli  się  nawet  zoriento-
wać, co i jak. 

Wzdrygnąłem  się.  Przecież,  to  ja  i  Ann  dołożyliśmy  do  tego  rękę.  Podaliśmy  tym 

ludziom  narkotyk.  A  Harrisa  rozwiązaliśmy.  Teraz  wiedziałem  już  na  pewno,  że  Harris  nie 
może  pozwolić  mi  ujść.  Jego  przeszłość  musiała  umrzeć,  a  ja  byłem  częścią  tej  przeszłości. 
Chyba wyczytał te myśli z moich oczu, bo powiedział: 

— Masz rację, drogi chłopcze. Wścibskość, widzisz, nie popłaca. 
Nie wolno mi uciekać, powiedziałem sobie stanowczo. Muszę walczyć w sposób dogo-

dny  dla  mnie,  nie  dla  niego.  Udało  mi  się  uśmiechnąć  i  wtedy  zobaczyłem  w  jego  oczach 
błysk podziwu. 

— Co osiągniesz pozostając w Genezis? Przegrałeś. O północy zjawi się komisja ONZ. 

Nic już na to nie poradzisz. Nie uda ci się już zaszkodzić kolonii. 

—  Zaszkodzić?  —  powiedział  obrażonym  tonem.  —  Dlaczego  miałbym  jej  szkodzić? 

Źle oceniasz moje intencje. Nigdy nie zamierzałem szkodzić Genezis. Odwrotnie. Firma, dla 
której  pracuję,  chciałaby  raczej  pomóc.  LEMCON  jest  skończony.  To  jest  dla  nas  jasne  od 
dłuższego  czasu.  Moja  firma  chce  tu  zainwestować  swoje  kapitały.  Genezis  ma  przed  sobą 

background image

wielką  przyszłość,  a  my  mamy  mnóstwo  pieniędzy  i  pragniemy  przyczynić  się  do  rozwoju 
tego projektu. 

—  To  pewnie  pieniądze  mafii?  A  może  petrodolary?  —  Zaczynało  mi  brakować  tchu. 

Ostry  ból  w  boku  dawał  mi  się  we  znaki.  —  Nie  chcemy  waszych  kapitałów,  a  zwłaszcza 
kontroli, która im towarzyszy. Nie są nam potrzebne. 

—  Moje  zadanie  polega  właśnie  na  tym,  żeby  taką  potrzebę  stworzyć  —  powiedział 

Harris  słodkim  głosem.  —  Zobaczysz,  że  już  niedługo  Księżyc  będzie  bardzo  potrzebował 
naszych pieniędzy. Postaramy się o to. Możesz na to liczyć. 

— Ty podły draniu! Tacy jak ty, zawsze wszystko niszczą. 
Zapomniałem  o  całej  mojej  strategii  i  skoczyłem  na  niego.  Znalazłem  się  zbyt  blisko, 

żeby  jego  uderzenie  typu  karate  mogło  mnie  wykończyć,  ale  poczułem,  że  pękło  mi żebro. 
Mimo to udało mi się uwolnić z jego uścisku. 

Cofnąłem się. Ból był okropny. Harris znowu rzucił się na mnie. Odskoczyłem, ale nie 

byłem dość szybki i sprawny. I wtedy Harris chwycił kasownik zawieszony na moim pasku i 
odrzucił go za siebie, daleko w zielone krzewy.  Widziałem, jak plastykowy sześcian kozioł-
kuje  w  powietrzu  i  opada  pomiędzy  liście.  Nie  zdołałem  zorientować  się,  gdzie  dokładnie 
wylądował. Mógłbym go szukać godzinami i nigdy nie znaleźć. 

Harris odwrócił się ode  mnie i popędził w stronę zabudowań. Aż nie mogłem wierzyć 

szczęściu. Darował mi życie! 

Ale  on  zatrzymał  się  w  odległości  stu  metrów  ode  mnie  i  zaczął  mnie  obserwować.  I 

nagle  zdałem  sobie  sprawę,  że  bez  kasownika  najdalej  za  pięć  minut  stracę  przytomność. 
Harris  mógł  sobie  spokojnie  stać  i  przyglądać  się,  jak  słabnę,  padam,  a  potem  wykończy 
mnie, nie narażając się nawet na podrapanie. 

Kiedy  zagoi  mu  się  rana  na  policzku,  czy  Ann  pozna  go?  Bez  tej  szramy  i  bez  brązo-

wego szkła kontaktowego w jednym oku widziała go zaledwie przez kilka sekund. Co innego 
ja.  Kiedy  patrzało  się  w  oczy  człowieka  i  widziało  tam  swoją  śmierć,  nie  zapomina  się  go 
nigdy. Nigdy. Tyle, że teraz wszystko wskazywało na to, że to „nigdy” będzie bardzo krótkie. 

Jeżeli  pobiegnę  w  stronę  Harrisa,  wystarczy  mu  się  cofnąć  o  dalsze  sto  metrów,  a  ja 

oddalę się jeszcze bardziej od wszelkiej możliwości pomocy... 

Podbiegłem kilka metrów w jego stronę, a. kiedy odwrócił się do mnie plecami i zaczął 

iść  przed  siebie,  skoczyłem  przez  ścianę  zieleni  na  sąsiednią  ścieżkę.  Słyszałem,  jak  Harris 
zatrzymał  się.  Wtedy  zacząłem  szybko  i  jak  najciszej  posuwać  się  naprzód.  Mój  przeciwnik 
stanął zapewne zdziwiony, zastanawiając się, gdzie się podziałem. 

Poczułem zawrót głowy, zatoczyłem się i otarłem o wielkie liście. Usłyszałem zbliżają-

ce się kroki i zamarłem z przerażenia. Jego buty zgrzytały po skruszonej lawie. Trwałem bez 
ruchu, starając się równo oddychać i odzyskać siły. Jakoś to podziałało. Zaczęło mi się przeja-
śniać w głowie, wzrok poprawił mi się trochę. Musiał być bardzo blisko mnie — jego kaso-
wnik chronił nas obydwóch przed wpływem pola energetycznego otaczającego kopułę. 

Zdawało  mi  się,  że  wprost  słyszę,  jak  nasłuchuje  wspinając  się  na  palce,  jak  nastawia 

pięści gotowy do skoku. Stałem rozluźniony, oddzielony od niego tylko zasłoną z liści, stara-
łem się panować nad oddechem i zapomnieć o bólu w złamanym żebrze. 

Każda  minuta  grała  na  moją  korzyść.  Jeżeli  zdołam  przewidzieć  jego  ruchy  i  trzymać 

się w obrębie działania jego kasownika, to chyba jakoś wytrwam do chwili nadejścia pomocy. 
I kiedy ten człowiek zorientuje się w mojej grze? 

Ruszył  znowu  w  stronę  miejsca,  w  którym  mnie  zostawił.  Ja  za  nim.  Cicho,  cichutko. 

Stanął. Chyba musiał się denerwować. Odbierałem jego wibracje, były pełne niepokoju. Zno-
wu zrobił kilka kroków. Ale ja nie ruszyłem się. On nasłuchiwał, ja czekałem. 

Nagle  puścił  się  biegiem,  jak  gdyby  powziął  jakąś  decyzję.  Pobiegłem  równolegle  z 

nim, ale po drugiej stronie żywopłotu. Za chwilę dostrzeże wyrwę w krzakach, jaką zrobiłem 
przerzucając  się  na  drugą  stronę.  Wtedy  mnie  zobaczy.  I  nie  pozwoli  mi  już  na  pewno  na 

background image

dalszy unik. 

Miałem  dwa  wyjścia:  mogłem  ukryć  się  pomiędzy  liśćmi  w  nadziei,  że  nie  wyzionę 

ducha,  zanim  ludzie  sprowadzeni  przez  Ann,  odnajdą  mnie,  i  że  uczynią  to  wcześniej  niż 
Harris, mogłem też wyjść z ukrycia i walczyć, próbując wyrwać mu kasownik i tym samym 
unieszkodliwić go. 

Na  konszelfie,  pod  powierzchnią  morza,  nauczono  mnie  nigdy  nie  odwracać  się  tyłem 

do drapieżnych ryb. Trzymałem się teraz tej zasady. Przylgnąłem płasko do krzaka, tuż koło 
wyrwy, którą zrobiłem skacząc na łeb i szyję przez gęstą zieleń. Trwałem bez ruchu, wstrzy-
małem oddech, niemalże przestałem istnieć. Czekałem. 

Harris przedarł się przez dziurę w żywopłocie z rękami gotowymi do ciosu. Umknąłem 

cudem jego morderczym łapom, chwyciłem jego kasownik i rzuciłem wysoko w górę, niemal 
pod samą kopułę. 

Potem znalazłem się na ziemi, a on przygniótł moją pierś kolanem i zacisnął mi ręce na 

gardle. Walczyłem, dopóki jeszcze coś widziałem, a potem zakręciło mi, się w głowie i zapa-
dłem się w czarną otchłań niebytu. Zemdlałem.   
 
 
 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Kiedy  obudziłem  się,  byłem  sztywny  jak  mumia,  cały  w  bandażach,  od  pach  po  pas,  i 

potwornie bolało mnie gardło. Znowu byłem w podziemiu. W bazie Keplera... w szpitalu. 

Przy moim łóżku siedział ojciec i patrzał na mnie niespokojnym wzrokiem.     
— Czy złapaliście Harrisa? — udało mi się wyszeptać. Mówienie było męką. 
Ojciec skinął głową i wziął moją rękę w swoje ciepłe dłonie. 
— Tylko dzięki tobie, Kep. Bardzo jestem z ciebie dumny. 
— To on był tym szpiegiem. 
— Wiem. 
— ...zabił Clinta i Blue. Sam mi powiedział. 
— Znaleźliśmy ich. Przypuszczaliśmy, że to jego robota. Ale nie mów już, Kep. Jest po 

wszystkim. Księżyc jest bezpieczny. 

— Ann? 
— Zobaczysz ją wkrótce. Teraz śpij. To jest rozkaz.  

Usłuchałem rozkazu. 
 

Trzy  tygodnie  później,  o  północy,  kiedy  Ziemia  wyglądała  jak  wielki,  srebrny  dolar 

zawieszony na niebie, przybyła na Księżyc komisja ONZ. Byłem przy ojcu, kiedy ogłoszono 
ostateczną decyzję, zlikwidowano LEMCON, a Księżyc zrobił pierwszy dumny krok na dro-
dze ku niepodległości. 

—  Mam  nadzieję,  że  nie  ma  pan  do  nas  pretensji  —  powiedział  ojciec  ściskając  dłoń 

Milesa Fargo, kiedy już wszystko zostało podpisane i przypieczętowane. 

Fargo zdobył się na uśmiech. 
—  Pretensji?  Skądże.  Nie  straciliśmy  na  tym  interesie.  Ale  martwię  się  o  to,  co  stanie 

się z naszymi chłopcami, kiedy koloniści obejmą kopalnie. 

— Przydaliby mi się doświadczeni górnicy.  
Ojciec gładził podbródek w zamyśleniu. 
— To są dobrzy fachowcy. Najlepsi. Ale ostrzegam, że diabelnie trudni. 
—  Nie  będą  trudni,  jeżeli  da  im  się  porządne  mieszkania  i  pozwoli  na  sprowadzenie 

rodzin. 

background image

— To by was kosztowało fortunę. 
—  Opłaci  się  na  dalszą  metę.  Na  szczęście  nie  musimy  się  już  opowiadać  waszym 

akcjonariuszom i jesteśmy w stanie sami powziąć decyzje. Miles,  chciałbym zapytać pana  o 
coś. Czy nie byłoby dobrze, gdyby właśnie pan zarządzał kopalniami? Kolonia ustali godziwe 
ceny, da panu przyzwoite wynagrodzenie i będzie wysyłała minerały na Ziemię na zasadach 
zapotrzebowania, a nie czyjegoś widzimisię. 

—  W  ten  sposób  nie  wzbogaci  się  pan  nigdy,  gubernatorze.  I  ja  też  nie.  Dziękuję 

bardzo, ale muszę panu odmówić. 

— Mam dodatkową propozycję. To znaczy gdyby pan zmienił zdanie i zaakceptował tę 

pierwszą. 

Ojciec sięgnął do szuflady i wyjął z niej małe pudełko. Kiedy je otworzył, zdawało się, 

że cały pokój zapłonął. 

Miles odetchnął głęboko. 
— Wspaniałe! — zachwycił się i wziął klejnot w palce. — Co to za kamień? 
Cały pokój jaśniał odcieniami rubinu i szafiru. Wewnątrz kamienia drgało coś podobne-

go do komety przelatującej przez kosmiczną przestrzeń. 

— Co to za kamień? — ojciec powtórzył za Milesem. — Nie ma jeszcze nazwy. Mogę 

panu tylko podać jego skład chemiczny. Myślę, że to pana mało interesuje. Ale może zainte-
resuje pana fakt, że znaleźliśmy sporo tych kamieni na Ciemnej Stronie. Może pan zechciałby 
znaleźć dla nich nazwę?   

— I zająć się ich eksploatacją?  
Palce Fargo zacisnęły się mocniej na cudownym klejnocie. 
— Owszem, jeżeli przyjmie pan moją propozycję w całości. Nie będę się nawet intere-

sował tym, jaką cenę wyznaczy pan za te klejnoty. Niech pan bierze tyle, ile zechcą panu dać. 
To nie jest towar dla tych, co potrzebują, ale dla tych, co mają aż za dużo. 

— Zgoda, gubernatorze. Przyjmuję pańskie warunki. Poprowadzę kopalnie. Pan zajmie 

się  eksportem  i  ustalaniem  ceny  na  wszystko  z  wyjątkiem  tych  kamyków.  Da  mi  pan  wyłą-
czne prawo do ich eksploatacji. 

— Załatwione. 
Uścisnęli sobie ręce i Miles Fargo skierował się w stronę wyjścia z pudełkiem zawiera-

jącym błyszczący kamień. 

— Miles! 
— Tak, gubernatorze? — zatrzymał się w drzwiach. 
— Jeszcze jedna, ostatnia sprawa. Czy zechciałby  pan dobrać dwanaście  pięknych ka-

mieni i kazać wykonać z nich naszyjnik dla mojej synowej? 

Miles Fargo uśmiechnął się. 
— Będzie go pan miał, gubernatorze. 
Kiedy zostaliśmy sami, ojciec zwrócił się w moją stronę. 
— Mam nadzieję, że nie palnąłem głupstwa, Kep? 
— Nie, ojcze. Na pewno nie. Wszystko ułożyło się jak najlepiej pomiędzy mną i Ann. 
— Żadnych projektów powrotu na Konszelf 10? 
— Wiele o tym myślałem. Nigdy go nie zapomnę. Ale nie powrócę tam. Mamy tyle do 

zrobienia na Ciemnej Stronie. Tam jest nasza przyszłość. Chyba już nigdy nie pojadę na Zie-
mię. Ale może kiedyś — któreś z naszych dzieci...