background image

 
 
 
 

MONICA HUGHES 

 
 
 
 

BUNT  

NA KONSZELFIE 10 

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: CRISIS ON CONSHELF TEN 

PRZEKŁAD: MIRA MICHAŁOWSKA

 

 

 

 

 

 
 

INSTYTUT WYDAWNICZY „NASZA KSIĘGARNIA” WARSZAWA 1980 

background image

 
 

Jacques'owi Cousteau 
i jego towarzyszom 
— badaczom milcz
ącego świata 

 
 
 
 
 
 
 

        OD AUTORKI 

 

        Wszystkie „fakty” zawarte w tej książce,  
    której akcja rozgrywa si
ę w XXI wieku,  
    s
ą albo w stadium eksperymentu,  
    albo przynajmniej przedmiotem rozwa
żań uczonych. 

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Siedziałem w zaciemnionym pokoju obserwacyjnym naszej stacji kosmicznej i patrzy-

łem na Ziemię. Dziwnie znajomy był to widok. Przypominał zdjęcie, które wisiało w Ośrodku 
Kontrolnym  Laboratorium  Księżycowego  21.  Przedstawiało  ono  niebieski  glob  otoczony 
warstwą kłębiastych chmur, niby tort z bitą śmietaną. Mniejsza reprodukcja tej samej słynnej 
fotografii  znajdowała  się  również  na  ścianie  jednego  z  pokojów  w  części  mieszkalnej.  Dla 
mojej matki i mojego ojca była to ojczyzna. 

A czym była Ziemia dla mnie? Srebrną, połyskliwą tarczą, zmieniającą się stopniowo z 

cienkiego sierpu w krąg, i z powrotem w sierp, i przesuwającą się po ciemnym niebie naszych 
długich  księżycowych  nocy.  Kojarzyła  mi  się  z  kołysanką,  którą  śpiewała  mi  matka  przed 
zaśnięciem, mnie, pierwszemu dziecku urodzonemu na Księżycu:  

 

Ziemio piękna, Ziemio miła, 
Oby
ś zawsze nam świeciła. 

 

Ale to było bardzo, ale to bardzo dawno. Moja matka umarła przed pięcioma laty, a ja, 

Kepler  Masterman,  syn  gubernatora  Księżyca,  właśnie  wybierałem  się  po  raz  pierwszy  na 
Ziemię. Miałem już za sobą pierwszy uciążliwy etap podróży: trzy dni jazdy starym, wysłużo-
nym promem księżycowym na stację kosmiczną. 

Przyjemnie było móc znów rozprostować nogi po długim okresie przeciążenia w pędzą-

cej  rakiecie  i  rozkoszować  się  lekkością,  wynikającą  z  powolnego  obrotu  stacji.  Spojrzałem 
przez okno na Ziemię i wydała mi się bliska niemal na odległość wyciągniętej ręki. Co na niej 
zastanę?  Co  zobaczę?  Sfinksa?  Mauzoleum  Tadż  Mahal?  Drapacze  chmur?  Które  z  tych 
wspaniałych rzeczy, o których tyle czytałem? Spojrzałem na zegarek. Jeszcze tylko kwadrans. 

Nie  mogąc  ze  zdenerwowania  usiedzieć  na  miejscu,  wstałem  i  prześlizgnąłem  się  dłu-

gim korytarzem do przedniej części stacji. W salonie zobaczyłem ojca, który siedział w fotelu 
otoczony fotoreporterami. Postanowiłem pożegnać się jeszcze raz z Księżycem. 

background image

Skręciłem w prawy korytarz. Pokój obserwacyjny był pusty. Rozsiadłem się wygodnie 

na  kanapie  w  samym  środku  pierwszego  rzędu.  Izba  była  ciemna,  a  jej  okno  ustawione  pod 
takim kątem, że prawie niewidoczne. Miałem wrażenie, że nic nie odgradza mnie od ziejącej 
czernią,  ciągnącej  się  w  nieskończoność  kosmicznej  przestrzeni  i  od  samego  Księżyca.  Był 
teraz taki malutki ten mój Księżyc, nie większy od srebrnej plakietki identyfikacyjnej zawie-
szonej na mojej szyi. 

Wodziłem wzrokiem po znajomym krajobrazie. Oto i terminator, cieniutka linia oddzie-

lająca noc od dnia i przecinająca łukiem Ocean Burz. W ukośnych promieniach słońca ryso-
wały  się  wyraźnie  czarne  cienie  rzucane  przez  gigantyczny  Krater  Kopernika,  a  na  lewo  od 
niego, na samym niemal krańcu terminatora, widać było Krater Keplera, w którym stało labo-
ratorium księżycowe. Moja Ojczyzna! Tam, na dole, zaczynał się właśnie nowy księżycowy 
dzień. Okna laboratorium i kwater mieszkalnych za chwilę automatycznie ściemnieją, a gorą-
ce  promienie  słoneczne  rozpalą  skały  krateru.  Termostaty  przestawią  się  powoli  z  dwutygo-
dniowego okresu grzania na chłodzenie, ponieważ przez następne piętnaście dni słońce będzie 
padało prosto na Laboratorium 21. 

Na  Księżycu  dzieciaki  szykują  się  na  pewno  do  zabawy.  Zawsze  odbywała  się  tam 

zabawa z okazji wschodu słońca, przynajmniej odkąd ja pamiętam, a jestem najstarszym dzie-
ckiem na Księżycu. Dorośli często żartowali z nas. 

— Cóż to, codziennie prywatka? — mówili. 
Ale był to przecież nonsens. Zabawy urządzaliśmy zaledwie dwanaście albo trzynaście 

razy  do  roku,  a  wschód  słońca  był  wspaniałą  po  temu  okazją.  Jego  światło  bardzo  powoli 
przesuwało się po powierzchni Księżyca zapalając szczyty Apenin, rzucając długie cienie na 
Sinus  Aestium,  zbliżało  się  ku  nam  z  upływem  każdego  ziemskiego  dnia,  aż  wreszcie  dwa 
długie tygodnie nocy mijały i znów kąpaliśmy się w słońcu. Astronomowie nienawidzili dnia, 
z wyjątkiem oczywiście specjalistów od Słońca. Nie mogli bowiem obserwować gwiazd i mu-
sieli siedzieć w swoich pokojach i pisać albo czytać. Ale poza nimi wszyscy byli szczęśliwi, a 
szczególnie my, dzieci. 

Westchnąłem  i  pomyślałem  o  Ann.  Zastanawiałem  się,  z  kim  pójdzie  na  zabawę.  Że-

gnaliśmy  się  stojąc  przy  powietrznym  włazie.  Ann  musiała  niedawno  płakać,  miała  zacze-
rwienione oczy. Ale była równie piękna jak zawsze. Przez ściśniętą krtań wydusiłem z siebie: 

— Do zobaczenia, Ann. 
— Kep, uważaj na siebie. 
— Naturalnie. I ty także. Będę często pisał. Przyrzekam. 
Okropne  było  to  nasze  pożegnanie.  Przygotowałem  sobie  starannie  bardzo  piękne  sło-

wa. Miałem nadzieję, że zachwycę ją swoją elokwencją. Ale kiedy tak staliśmy przy włazie, 
okazało się, że wszystkie wyleciały mi z głowy. 

Teraz  przeżywałem  to  pożegnanie  jeszcze  raz  i  było  mi  głupio.  Miałem  nadzieję,  że 

Ann mi to zapomni, że będzie się z tego śmiała. Napiszę do niej, jak tylko dojadę. Wiedzia-
łem, że nie należało spodziewać się listów od niej. Cena listu na Ziemię była bardzo wysoka, 
podobnie jak wszystko, co trzeba było transportować na odległość tych czterystu tysięcy kilo-
metrów.  Ale  ja  będę  mógł  pisać  do  niej,  kiedy  tylko  przyjdzie  mi  ochota.  Byłem  w  końcu 
synem  gubernatora  Księżyca.  Będę  wrzucał  listy  do  worka  z  pocztą  dyplomatyczną,  którą 
rakieta przetransportuje na Księżyc. Nic mnie to nie będzie kosztowało. Mieliśmy pozostać na 
Ziemi przez sześć miesięcy... wiedziałem, że będę strasznie tęsknił za Ann. Tak, to była jedna 
z przykrości, wynikająca z faktu, iż byłem synem gubernatora. 

Za mną uchyliły się drzwi, przez szparę wpadła do środka smuga światła i gwar podnie-

conych  głosów.  Poczułem  zapach  kosztownych  perfum.  Prawdziwych  francuskich  perfum! 
Widocznie prom z Ziemi już wylądował. Przywiózł turystów na księżycowe safari. Na takie 
wycieczki pozwolić sobie mogli wyłącznie ludzie bardzo bogaci. Ośrodek turystyczny zbudo-
wany  nad  Morzem  Spokoju  był  bardzo  dochodowy  i  pieniądze  z  tej  imprezy  pokrywały 

background image

częściowo koszty administracji Księżyca, na które coraz trudniej było zdobywać pieniądze od 
Ziemian. 

Wymknąłem  się  z  zatłoczonego  nagle  pokoju  i  poszedłem  na  platformę  centralną. 

Zastałem tam ojca, który żegnał się z prasą i urzędnikami. 

— Powodzenia, George! 
— Liczymy na pana, gubernatorze! 
— Do zobaczenia za sześć miesięcy. Najpóźniej. 
Szedłem obok ojca starając się naśladować jego niedbały krok. Nie chciałem robić wra-

żenia naiwnego prowincjusza, mimo że była to moja pierwsza podróż na Ziemię. Ale jedno 
spojrzenie na prom ziemski i aż szczęka mi opadła. Prom był rzeczywiście imponujący, trzy 
raz większy od naszych starych, wysłużonych promów księżycowych, z ich wielkimi lukami i 
małymi,  niewygodnymi  przedziałami  dla  pasażerów.  Dawniej  trzeba  było  męczyć  się  w 
ciasnym  pomieszczeniu  przez  trzy  dni,  żeby  dojechać  na  Księżyc,  teraz  nasza  podróż  miała 
trwać zaledwie trzy godziny. 

— Czy wszystko tam na Ziemi jest takie wspaniałe? — szepnąłem do ojca, gdy rozsia-

dłem  się  wygodnie  w  głębokim,  wybitym  miękkim  aksamitem  fotelu  konturowym  i  zapina-
łem pas bezpieczeństwa. 

— Na ogół tak, w każdym razie w tej części Ziemi, którą ty zobaczysz. To nie to, co u 

nas w domu, prawda, synu? 

O tak, pomyślałem. Usiłowałem sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby nasze mieszka-

nie miało, tak jak wnętrze tego promu, podłogi wyłożone grubym, błękitnym dywanem i ścia-
ny pomalowane na kolor kremowy w złote ciapki, a nie wykładzinę podłogową z zielonkawe-
go winylu i grube ściany ze stali pokryte warstwą plastiku. Kiedy byłem jeszcze mały, zawsze 
gubiłem się w tych zupełnie identycznych pomieszczeniach. Nie było po prostu pieniędzy na 
to,  żeby  sprowadzić  z  Ziemi  meble  i  przedmioty,  które  zrobiłyby  z  tego  bunkra  przytulny 
dom. 

Przez  głośniki  zaczęła  płynąć  cicha,  sympatyczna  muzyka.  Stewardesa  w  króciutkiej 

sukience z mieniącego się materiału nachyliła się nad nami, żeby sprawdzić pasy. Z powodu 
niskiej grawitacji jej długie, błyszczące włosy jakby unosiły się dokoła twarzy. Miały dziwny, 
migotliwy kolor. Nigdy takich nie widziałem. Jej rzęsy były wprost niesamowicie długie. 

Kiedy odeszła, ojciec uśmiechnął się do mnie i powiedział: 
— Przymknij usta, synu. Będziesz się musiał przyzwyczaić do takich widoków, w prze-

ciwnym razie wszyscy zorientują się, że jesteś chłopcem z Księżyca. 

— Tato, czy ona aby jest prawdziwa? 
— Też pytanie! Ale wolałbym pomówić innym razem na ten temat. 
Ostatnie słowa ojca zagłuszył ostry, metaliczny dźwięk. Prom zadrżał leciutko, po czym 

zaczął się z wolna wysuwać z doku. Wchodziliśmy w obszar ziemskiego przyciągania. Niewi-
dzialna siła przycisnęła mnie lekko do fotela. Zrobiło się cicho i jakoś dziwnie przyjemnie.  

W drodze z Księżyca na stację nie spałem. Teraz poczułem, że oczy same mi się zamy-

kają. 

Po — jak mi się zdawało — zaledwie kilku minutach zbudził mnie głos ojca. 
—  Całkiem  zblazowany  z  ciebie  podróżnik,  Kep.  Ale  chciałbym,  żebyś  to  zobaczył. 

Wchodzimy na ziemską orbitę. Spójrz! 

Wyjrzałem  z  ciekawością  przez  okienko.  Rozpoznałem  od  razu  wrzecionowaty  kształt 

Ameryki Środkowej. Pod nami rozciągały się sinoniebieskie wody Atlantyku. Zdawał się nie 
mieć końca. 

— Planeta składa się głównie z wody! — krzyknąłem. 
— W siedmiu dziesiątych — potwierdził ojciec. 
— Ho, ho! — mruknąłem tylko, bo zabrakło mi słów. 
Świat składający się w siedmiu dziesiątych z wody! Na Księżycu o  wodę było nawet 

background image

trudniej  niż  o  tlen,  znacznie  trudniej.  Oddychać  mogliśmy  swobodnie.  Tak  głęboko  i  tak 
często, jak tylko mieliśmy ochotę. Od czasu kiedy założono ogrody hydroponiczne, mieliśmy 
bezpłatny  tlen.  Ale  z  wodą  było  zupełnie  inaczej.  Każda  jej  kropla  była  na  wagę  minerałów 
księżycowych. O praniu w wodzie nie było mowy. Wszystko — zarówno w laboratorium, jak 
i  w  domu  —  czyszczono  przy  pomocy  elektrostatycznych  filtrów.  Pitna  woda  była  naszym 
największym luksusem. 

Na powierzchni Księżyca nie było ani kropli wody w naturalnym stanie. Uzyskiwano ją 

przy rafinacji minerałów, które eksportowaliśmy na Ziemię. A właściciele kopalni liczyli nam 
słono za każdą kropelkę! Od najmłodszych lat wbijano mi w głowę, ze woda jest najcenniej-
szą rzeczą we wszechświecie. A teraz patrzyłem własnymi oczami na Ziemię, składającą się 
niemal wyłącznie z tego cennego płynu, który ją niemal całą zalewał. 

Przelatywaliśmy nad Północną Afryką i Arabią. Patrzyłem na upstrzony wyspami błęki-

tny Ocean Indyjski. Zaraz potem znaleźliśmy się nad Pacyfikiem. Poczułem nagle zmęczenie, 
zaczęło  mnie  lekko  mdlić.  Cóż  to  za  dziwna  planeta!  I  jacy  dziwni  ci  jej  mieszkańcy.  Mają 
wody więcej niż pod dostatkiem, a biorą od nas zawrotne sumy za każdą kropelkę. Zamkną-
łem oczy i odwróciłem twarz od luku. 

—  Czy  kręci  ci  się  w  głowie?  —  zapytał  ojciec  troskliwym  głosem.  —  Wchodzimy, 

widzisz,  w  strefę  hamowania.  Niedługo  poczujesz,  że  stajesz  się  cięższy.  Ale  nie  bój  się! 
Zaraz ci będzie lepiej. Trzymaj się, stary! 

Pomyślałem,  że  pasażerowie  pochodzący  z  Ziemi  na  pewno  nie  mają  żadnych  proble-

mów.  Ich  pozorna  waga  powiększała  się  dwukrotnie,  a  chwilami  nawet  trzykrotnie.  Do  tej 
chwili  nie  myślałem  o  tym,  jakie  znaczenie  będzie  miał  fakt,  że  urodziłem  się  na  Księżycu, 
gdzie siła przyciągania, a więc i waga, jest sześć razy mniejsza niż na Ziemi. Do tej chwili nie 
zdawałem sobie sprawy z tego, jakie to będzie miało znaczenie przy powrocie „do domu”, że 
będzie  to  barierą  oddzielającą  mnie  od  innych  ludzi.  Już  teraz  czułem,  że  ważę  sześć  razy 
więcej niż normalnie. A kiedy pojazd zaczął coraz silniej hamować, ważyłem już dwanaście 
razy więcej... poczułem wielki ciężar na piersiach... nie mogłem oddychać... zdawało mi się, 
że głowa mi pęka... 

Kiedy oprzytomniałem, okazało się, że straszliwe ciśnienie ustało. Byłem wyczerpany i 

ociężały. Podniosłem głowę i rozejrzałem się półprzytomnie dokoła siebie. Wylądowaliśmy! 
Pasażerowie odpinali pasy, zbierali manatki.  Zacząłem się mocować z pasem, a ojciec prze-
chylił się, aby mi pomóc. Z jego wyrazu twarzy zorientowałem się, że nie wyglądam dobrze. 

— Leż spokojnie, synu. Idzie ci krew z nosa. Zawołam stewardesę. 
— Wszystko w porządku, tato. 
Język wypełniał mi usta, trudno mi było mówić. Podbiegła stewardesa. Jej dziwne wło-

sy o metalicznym połysku już nie unosiły się dokoła głowy, ale spływały w ciężkich puklach 
na plecy. Kiedy nachyliła się, żeby mi otrzeć twarz, jeden lok musnął mi policzek. Poczułem 
piękny, podniecający zapach perfum. 

— Sam to zrobię — wymamrotałem, próbując wziąć z jej rąk chusteczkę. 
— Leż spokojnie, synku. Zrobię ci zimny okład. Niedobrze zniosłeś nagły spadek przy-

śpieszenia. Będziesz miał rano podbite oczy! 

Synku?!  Co  ona  sobie  myśli!  Nie  jestem  przecież  dzieckiem!  Podbite  oczy!  —  nieźle 

się zaczyna. Hej, Ziemio — uważaj! Kepler Masterman jeszcze ci pokaże! 

Dziewczyna wróciła z zimnym okładem. Patrzyłem na nią i nie mogłem zrozumieć, jak 

ona może poruszać się tak swobodnie na tej ciężkiej planecie. Wyglądała tak lekko, jak ziarn-
ko księżycowego pyłu. 

— Panie gubernatorze — zwróciła się do ojca — prasa i telewizja już na pana czekają. 

Czy może pan już wyjść? 

— Ależ oczywiście. Już idę. 
Ojciec  wstał  z  fotela  i  wyprostował  się.  Był  wysokim,  muskularnym  człowiekiem  i 

background image

często zastanawiałem się, czy kiedykolwiek mu dorównam. Na razie byłem chudy i mimo że 
w  tajemnicy  ćwiczyłem  się  w  podnoszeniu  ciężarów  w  swoim  pokoju,  moje  mięśnie  były 
ciągle jeszcze mizerne. 

— Bardzo to dziwne uczucie ważyć znowu osiemdziesiąt kilo. Wcale mi się to nie po-

doba. Leż sobie spokojnie i odpoczywaj. Ta miła dziewczyna zajmie się tobą. 

Śledziłem  wzrokiem  jego  masywną  sylwetkę,  kiedy  przemierzał  kabinę  i  zniknął  w 

drzwiach.  Zdjąłem  z  czoła  kompres  i  spuściłem  nogi  na  ziemię.  Zakręciło  mi  się  w  głowie. 
Ale niezbyt silnie. Gorzej było, kiedy stanąłem. Każdy krok był męką, nogi przyklejały mi się 
do  ziemi.  Zacisnąłem  zęby,  wolno  stawiałem  jedną  nogę  przed  drugą  i  trzymałem  się  oparć 
foteli, żeby nie stracić równowagi. 

Sześć  miesięcy  na  tej  planecie!  Jak  ja  sobie  dam  radę?  Stewardesa  przyglądała  mi  się 

dyskretnie. Wolałem, żeby sobie poszła, ale ona podeszła do mnie. 

—  Mogę  sprowadzić  fotel  na  kółkach  —  zaproponowała  —  uraz  ciążeniowy  nie  jest 

sprawą  błahą.  Znam  takie  przypadki,  ale  nie  widziałam  jeszcze  człowieka,  który  nigdy  w 
życiu nie podlegał ziemskiemu ciążeniu. Ty jesteś pierwszy! 

— Będzie dobrze. Potrzebuję tylko trochę czasu. 
— Oczywiście! Może chciałbyś umyć ręce, zanim wyjdziesz? 
Zrozumiałem, o co jej chodzi, i powlokłem się z trudem pomiędzy fotelami do toalety. 

Wyglądałem okropnie! Zdjąłem marynarkę myśląc o tym, jak fatalnie jest skrojona w porów-
naniu z modnymi ubraniami, które oglądałem w  czasie jazdy promem na  Ziemianach.  Zmy-
łem  resztki  krwi  z  twarzy  i  przyczesałem  sterczące  włosy.  Byłem  ostrzyżony  krótko  — 
jeszcze mnie tu wezmą za więźnia! Liczyłem jednak na to, że włosy szybko mi odrosną. Pod 
oczami  miałem  głębokie  cienie,  ale  na  razie  nie  było  jeszcze  obiecanych  przez  stewardesę 
siniaków. 

Nałożyłem marynarkę i powlokłem się w stronę wyjścia. Speszyłem się trochę na widok 

tłumu  krzykliwie  ubranych  reporterów,  fotografów  i  gapiów  otaczających  ojca.  Wystarczyło 
zejść ze schodków, żeby znaleźć się w zupełnie nowym świecie. 

— Powodzenia! — szepnęła za mną stewardesa. 
Na  pewno  nie  była  to  zła  dziewczyna,  ale  chyba  trochę  za  stara  na  to,  żebym  ją  mógł 

dobrze  zrozumieć.  Udało  mi  się  uśmiechnąć.  Potem  przełknąłem  ślinę  i  zszedłem  na  dół  do 
ojca.  Zanurzyłem  się  w  gwar  ludzkich  głosów.  Ci  Ziemianie  mówili  tak  głośno,  jakby  się 
próbowali nawzajem przekrzyczeć. 

— Panie gubernatorze, jak pan sądzi, czy spory  między  Ziemią i Księżycem dadzą się 

rozstrzygnąć? 

— Naturalnie. Uważam, że jeżeli dobrze się wzajemnie zrozumiemy, to będziemy mo-

gli załatwić w przyjacielski sposób wszystkie nasze sprawy. 

— Jak pan zamierza postąpić, jeżeli głosowanie w ONZ wypadnie niepomyślnie? 
— Na razie nie przewiduję takiej możliwości. 
— Panie gubernatorze, jak długo zamierza pan tym razem bawić na Ziemi? 
—  Przypuszczam,  że  załatwienie  wszystkich  naszych  spraw  potrwa  co  najmniej  sześć 

miesięcy, chociaż może poszczęści się nam i uwiniemy się szybciej. 

— Dlaczego nie przekazał pan swoich propozycji drogą radiową z Księżyca? 
— Robiłem to wiele razy! Z absolutnie zerowym wynikiem! Kiedy propozycje przycho-

dzą z odległości bez mała czterystu tysięcy kilometrów, łatwo się o nich zapomina albo odkła-
da do szuflady. ONZ ma mnóstwo bliższych i też bardzo pilnych spraw do załatwienia. 

— Panie gubernatorze, czy przewiduje pan groźbę powstania w podwodnych miastach? 

Czym się różni stanowisko Konszelfitów od pańskiego? 

—  Mówiłem  ogólnikowo.  Jako  gość  Ziemi  nie  powinienem  się  wypowiadać  na  temat 

tutejszych spraw, o których wiem bardzo mało. 

—  Jeszcze  ostatnie  pytanie,  panie  gubernatorze.  Teraz,  kiedy  powrócił  pan  na  Ziemię, 

background image

proszę powiedzieć naszym słuchaczom, gdzie jest pańska ojczyzna? Na Ziemi czy na Księży-
cu? 

— To bardzo trudne pytanie. Jestem silnie związany z kulturą Ziemi. Ale tak jak emi-

granci, którzy kiedyś osiedlali się w Nowym Świecie i stworzyli tam naród, muszę przyznać, 
że ten najmłodszy świat — Księżyc, stał się moją teraźniejszością i przyszłością. Urodził mi 
się tam syn. Moja żona jest tam pochowana. Tam pracuję. Tak, panowie, bardzo jest przyje-
mnie odwiedzić Ziemię, ale Księżyc jest moim domem! 

Ojciec  zauważył,  że  stoję  w  grupie  reporterów,  i  wziął  mnie  pod  ramię.  Poszliśmy 

razem  przez  zalaną  słońcem  asfaltową  płytę  lotniska.  Czułem  ciepło  słonecznych  promieni, 
przed nami sunęły nasze lekko rozmazane cienie. Spojrzałem w górę. Niebo było jasnoniebie-
skie, pokryte tu i ówdzie pierzastymi chmurami. Tak samo jak na mojej starej wideokasecie. 
Płynęły majestatycznie po niebie i były niewypowiedzianie piękne. Nagle — coś zaskrzeczało 
i z nieba spadł biały obłok. Podskoczyłem z wrażenia i chwyciłem ojca za ramię. 

— Co to było? Ptak? 
— Tak, po prostu mewa. 
Szło  mi  się  coraz  lżej,  oddychałem  prawdziwym  powietrzem,  a  nie  sprowadzanym  w 

puszkach.  Czułem  się  nieswojo  na  otwartej  przestrzeni  bez  kosmicznego  kombinezonu. 
Byłem trochę przestraszony, ale i podniecony.  Zacząłem wierzyć, że  Ziemia będzie ciekawą 
przygodą. Gdyby tylko nogi mnie tak nie bolały... 

— Daleko jeszcze do magnociągu? 
— Trzymaj się. Jeszcze tylko chwila. 
Kiedy wsiedliśmy do wagonu, oparłem nogi o przeciwległy fotel i przestałem się czuć 

jak ubogi kuzyn z prowincji. Magnociągi zostały wynalezione na Księżycu, gdzie brak atmo-
sfery uniemożliwiał używanie silników odrzutowych, poduszkowców, a nawet silników spali-
nowych.  Doprowadziliśmy  system  magnetycznego  napędu  do  doskonałości  i  nasze  pociągi 
przemierzały Księżyc bez hałasu i bez wydzielania gazów spalinowych z szybkością ośmiuset 
kilometrów na godzinę. 

Nasz wynalazek został entuzjastycznie przyjęty na Ziemi, gdyż doskonale rozwiązywał 

problem ochrony środowiska. Jedną ze spraw, które miał załatwić mój ojciec, było uzyskanie 
opłat patentowych za wykorzystywanie naszego wynalazku. 

Oparłem się o poduszki i pomyślałem o piramidach i mauzoleum Tadż Mahal, o świąty-

niach  Angkoru  i  otoczonych  dżunglą  tajemniczych  budowlach  Inków.  Czy  sześć  miesięcy 
wystarczy, żeby to wszystko zobaczyć? 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Minęły dwa tygodnie, a ja znowu leżałem na plecach, ale tym razem w basenie hotelo-

wym. Łagodne światło sączyło się przez szklaną kopułę i odbijało się zabawnymi refleksami 
od ścian. Rozlegała się dyskretna muzyka. Wszędzie rozlegała się dyskretna muzyka. Towa-
rzyszyła mi od chwili, kiedy wsiadłem do ziemskiego promu. Zaczynałem już mieć jej dość. 

Próbowałem  uderzać  nogami,  tak  jak  inni  pływacy.  Szło  mi zupełnie  dobrze  i  czułem, 

że  moje  mięśnie  robią  się  coraz  silniejsze.  Ostatnie  czternaście  dni  spędziłem  niemal  wyłą-
cznie na basenie. 

Był to pomysł hotelowego lekarza, który zjawił się u nas zaraz po naszym przybyciu do 

wielkiego hotelu Hiltona, kiedy to nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłem w samym śro-
dku zatłoczonego hallu. Co za pajac ze mnie, pomyślałem, podbite oczy i nogi jak z gumy. 

—  Spędzaj  jak  najwięcej  czasu  na  pływalni.  Musisz  rozwinąć  mięśnie  i  dostosować 

background image

organizm do nowych warunków. Nie umiesz pływać?... No tak... rozumiem. Na Księżycu nie 
miałeś  okazji!  Nie  pomyślałem  o  tym.  Cóż,  nauczysz  się.  Na  początek  zahipnotyzujemy  cię 
kilka razy. Pod hipnozą otrzymasz instrukcje, które pozwolą ci nabrać pewności siebie. Potem 
weźmie się za ciebie trener. 

Ach, myślałem, czy tak spędzę te cenne sześć miesięcy na Ziemi, na basenie o rozmia-

rach dziesięć na trzydzieści metrów, wykładanym zielonymi i niebieskimi kaflami. A ja wyo-
brażałem sobie, że będę pisał do Ann o Sfinksie i świątyni Angkor Wat. A tymczasem... Ude-
rzyłem ręką powierzchnię wody i poczułem jej opór, krople obryzgały mi twarz. Woda! Cóż 
za wspaniała rzecz, dla niej samej warto znosić przykrości związane z ziemskim ciążeniem. 

Po południu pływalnia była zawsze pusta. Ten czas lubiłem najbardziej, gdyż najlepiej 

czułem się, kiedy byłem sam. Sińce pod oczami już zbladły. Włosy też mi już trochę odrosły. 
Kupiłem sobie kilka lekkich, jedwabnych kurteczek, takich, jakie nosili tu inni chłopcy. Ale 
nie czułem się jeszcze swojsko. 

Sam sobie byłem winien. W gruncie rzeczy przyleciałem na Ziemię w przekonaniu, że 

zostanę przyjęty z atencją, jako syn  gubernatora i pierwszy  człowiek urodzony na Księżycu. 
Te okoliczności robiły rzeczywiście wrażenie na starszych paniach, ale wcale nie imponowały 
moim rówieśnikom. Więc zamknąłem się we własnej skorupie i trzymałem się z daleka. Kie-
dy byłem sam na pływalni, baraszkowałem, a  czasami nawet podśpiewywałem.  Byłem więc 
niemile zaskoczony, kiedy otworzyły się drzwi pływalni i weszła dziewczyna. 

Była  inna  niż  wszystkie  dziewczyny,  które  widziałem  dotychczas  na  Ziemi.  Stanąłem 

na dnie i gapiłem się na  nią bezczelnie. Miała długie, rude włosy ze złotymi pasemkami, co 
nadawało jej egzotyczny wygląd, ale od razu zorientowałem się, że są naturalne w odróżnie-
niu od włosów stewardesy z promu. Cerę miała jasną i jak gdyby przezroczystą. Różniło ją to 
od wszystkich ludzi, których widywałem w hotelu. Ci byli opaleni na brązowo lub na przykry 
ceglasty kolor. Moim zdaniem było to obrzydliwe, ale taka była widocznie moda, która kazała 
im spędzać długie godziny na słońcu. Nacierali się rozmaitymi olejkami i czerwienieli coraz 
bardziej. 

Ale ta dziewczyna była blada jak promień księżyca. Stanęła na odległym krańcu basenu, 

wciągnęła  na  stopy  pantofle  w  kształcie  płetw,  a  oczy  i  nos  nakryła  dziwaczną  maską.  Bez-
szelestnie zsunęła się do basenu, a jej pomarańczowy kostium kąpielowy migał w wodzie, jak 
odbicie bajkowej złotej rybki. 

Obserwowałem ją przez dobre dziesięć minut. Wynurzyła się wreszcie na powierzchnię 

niedaleko mnie, odsunęła maskę na czubek głowy i uśmiechnęła się. Oczy miała ciemnonie-
bieskie i trochę skośne. I dołki przy kącikach ust. 

— Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha! 
Starałem się opanować. 
— Jak... jak ty to robisz? 
— Bardzo prosto. To jest maska podwodna. Chcesz spróbować? 
— Nie wiem, czy potrafię. 
— A dlaczego nie? 
Złocista dziewczyna podpłynęła bliżej, jednym silnym zamachem ramion wynurzyła się 

z wody i ociekając kroplami usiadła przy mnie na skraju basenu. 

— Wyłaź z wody. Pokażę ci, jak to działa. 
— Podpłynę do schodków. 
— Nonsens — podała mi rękę i wyciągnęła mnie z wody. — Co z tobą? Chory jesteś? 

Nie możesz nurkować, jeżeli nie jesteś w formie. 

— To nie to... — czułem, jak krew napływa mi do twarzy. — Po prostu przyjechałem z 

Księżyca. Mam inną grawitację. 

— Rozumiem... ale na pewno przystosujesz się w ciągu kilku dni. Wtedy będziesz mógł 

nurkować. 

background image

— Nie wiem. Jestem tu już dwa tygodnie i wcale nie czuję się lepiej. 
— Nią mów! A długo byłeś na Księżycu? 
— Piętnaście lat. 
— Piętnaście? Ale przecież... ile ty masz lat? 
— Piętnaście. 
— A więc prawdziwe księżycowe dziecko. To dopiero! 
— Proszę cię... nie nazywaj mnie tak! 
— A jak wy siebie nazywacie? 
— Przeważnie: Selenitami. 
— Selenici... to mi nic nie mówi. Będę na ciebie mówiła: lunatyk. No to cześć, lunaty-

ku! 

Zsunęła maskę na twarz, wślizgnęła się do wody i odpłynęła, zanim przyszła mi na myśl 

równie złośliwa odpowiedź. 

Siedziałem dalej na skraju basenu wpatrując się w przesuwający się pod wodą złocisty 

cień. Coś podobnego! Lunatyk! Byłem zły. Usłyszałem plusk wody, a potem trzask wahadło-
wych drzwi. Dziewczyna wyszła z pływalni. Nie podniosłem oczu, kiedy drzwi trzasnęły po 
raz drugi. Może wróciła, żeby mnie przeprosić! Poczułem dotknięcie ręki na ramieniu. Był to 
ojciec. Wstałem nieco zmieszany. 

— Przepraszam, nie słyszałem twoich kroków. Myślałem, że jesz dziś kolację w ONZ. 
— Idę tam za chwilę. Chciałbym z tobą pomówić. Chodź, usiądziemy sobie spokojnie. 
Poszedł w stronę rzędu leżaków ustawionych pod wielkimi palmami. Powlokłem się za 

nim, opadłem ciężko na leżak i zacząłem sobie masować podeszwy. Jeszcze kilka tygodni na 
tej okropnej planecie i zrobi mi się płaskostopie. 

— Mój kochany, nie możesz dłużej walczyć z tą grawitacją. Bardzo mi przykro, że tak 

to wyszło. Gdyby twoja matka żyła, zostałbyś z nią na Księżycu. 

— Wiem, tato, ale nic na to nie poradzimy. Nie mogę jeszcze pracować na Księżycu, a 

Ziemia nie zgodzi się, żebym się tam obijał bez jakiegoś zajęcia. Musiałem przyjechać razem 
z tobą, a wrócić tam bez ciebie nie pozwolą. Grawitacja czy nie — muszę to znosić. 

— Mam inny pomysł. Czy pamiętasz ciotkę Janet? Moją siostrę, która jest fotografem? 

Pracuje razem z wujkiem Tedem w jednym z podwodnych laboratoriów na szelfie kontynen-
talnym. Ściśle: na Konszelfie 10. Mają syna Jona, który jest w twoim wieku. Czy zgodziłbyś 
się spędzić resztę pobytu na Ziemi razem z nimi na dnie morza? Bardzo by się ucieszyli, gdy-
byś do nich przyjechał! 

— A tam nie będę miał trudności z ciążeniem? 
—  Nie.  Konszelfici  spędzają  większość  czasu  w  wodzie.  Będziesz  tam  się  czuł  jak  w 

stanie  nieważkości.  Poza  tym  pływanie  zrobi  ci  świetnie  na  mięśnie  i  na  krążenie.  Co  ty  na 
to? 

— Na pewno będzie mi tam lepiej niż tutaj. Ciekaw jestem, jaki jest ten Jon? 
— Nie widziałem go od czasu ostatniego pobytu na Ziemi przed kilku laty. Ale tam jest 

sporo młodzieży. Wszyscy się bardzo ucieszą. To może być bardzo ciekawe! 

— Chyba tak. Ale jak ja się nauczę żyć pod wodą? 
— Nauczysz się. Po prostu musisz, tak jak wszyscy tam, zacząć pływać w masce, z płe-

twami i akwalungiem na plecach. Rozmawiałem dziś z Tedem przez podmorski telefon. Uwa-
ża, że nie powinieneś mieć większych trudności. Jesteś przecież przyzwyczajony do przeby-
wania w ograniczonym i zamkniętym środowisku i do kontrolowanego oddychania. Nie wpa-
dniesz  więc  w  panikę,  nie  grozi  ci  lęk  przestrzeni.  Twój  kuzyn  Jon  ma  przyjaciela,  który  tu 
kończy studia uniwersyteckie i za tydzień wraca na Konszelf 10. Może cię zabrać ze sobą, a 
przedtem nauczy cię, czego trzeba. 

— To fantastyczne! Pojadę tam! Jak ten facet się nazywa? Gdzie go można znaleźć? 
— Nazywa się Hilary  Delaney. Mieszka  w naszym hotelu.  Zostawię mu wiadomość u 

background image

portiera, żeby się z tobą porozumiał. A teraz muszę już iść. Bardzo mi przykro, że nie zoba-
czysz piramid ani Tadż Mahal i wielu innych rzeczy... 

—  Może  byłbym  rozczarowany.  Są  to  zresztą  tylko  budowle,  a  przebywanie  pod  mo-

rzem to dopiero będzie frajda. Chłopaki na Księżycu nigdy mi nie uwierzą! Pomyśl, nie tylko 
kąpać się w wodzie, ale mieszkać w niej! 
 

Nazajutrz znalazłem na tacy ze śniadaniem kartkę: 

 

Spotkamy się na pływalni o godzinie 18

00

          H.D. 

 

Wiadomość  napisana  była  na  hotelowym  papierze  w  widocznym  pośpiechu  i  trudno 

było z pisma wywnioskować coś o osobie H.D. Cieszyłem się, że poznam nareszcie rówieśni-
ka.  Oenzetowski  Hilton  może  i  był  najwspanialszą  po  Tadż  Mahal  budowlą  na  Ziemi,  ale 
miałem wrażenie, że jest niemal wyłącznie zamieszkany przez zaaferowanych delegatów i bo-
gate wdowy w podeszłym wieku. Nieliczna młodzież, którą spotykałem, tak mnie onieśmiela-
ła, że już niemal zrezygnowałem z ludzkiego towarzystwa. 

Pomyślałem o Księżycu. Powinienem napisać list do Ann, póki jest okazja. Miałem jej 

nareszcie coś ciekawego do napisania. Zajęło mi to cały ranek, a po obiedzie położyłem się w 
ubraniu na wypełnionym wodą materacu w mojej sypialni i próbowałem zasnąć. Mimo klima-
tyzacji powietrze było duszne i ciężkie. Po chwili zdrzemnąłem się, ale budziłem się co chwi-
la, żeby spojrzeć na zegarek. 

Kiedy było już pół do szóstej, włożyłem kąpielówki, narzuciłem szlafrok i zjechałem do 

pływalni. Była jak zwykle pusta, postanowiłem, zanim przyjdzie Hilary, poćwiczyć ruchy nóg 
do kraula. Próbowałem pływać pod wodą, ale źle widziałem i nie mogłem utrzymać kierunku. 
Jak,  do  diabła,  ludzie  mieszkający  pod  wodą  dają  sobie  radę?  Wynurzyłem  się  z  pluskiem, 
nabrałem gwałtownie powietrza w płuca i chwyciłem się krawędzi basenu. 

— Wcale nieźle, jak na lunatyka. Czy pływałeś na Księżycu? Słyszałam, że macie tam 

tylko pyłowe kąpiele? 

Kpiący głos pokrywał wewnętrzną wesołość. Znowu ta przeklęta dziewczyna. Klęczała 

na  skraju  basenu,  a  te  jej  miedziane  włosy  z  jasnymi  połyskami  okalały  pochyloną  ku  mnie 
głowę. Patrzyłem na nią tępym wzrokiem. Nie mogłem wymyślić żadnej sprytnej odpowiedzi. 
Odwróciłem się w końcu, aby popłynąć w poprzek basenu, ale ona wyciągnęła rękę i złapała 
mnie za ramię. 

— O co... 
—  Daj  spokój.  Przestań  się  zgrywać.  Mamy  mało  czasu,  a  ty  musisz  się  wielu  rzeczy 

nauczyć. 

Rozdziawiłem usta ze zdziwienia, a ona chwyciła mnie za rękę i wyciągnęła z basenu. 

Siedziałem ociekając wodą i gapiłem się na nią. Ale miała mięśnie! 

—  A  więc  to  ty  jesteś  Kepler  Masterman?  Dostałeś  moją  kartkę?  Jestem  przyjaciółką 

Jona i nazywam się Hilary Delaney. Co się stało? 

— Ja... ja myślałem, że jesteś chłopcem! 
— Coś podobnego! Czy wyglądam na chłopca? 
— Oczywiście, że nie... to znaczy… 
Próbowałem uratować resztki mojej godności. 
— To nieporozumienie. Przecież Hilary to imię męskie. Czy ty naprawdę mieszkasz w 

morzu? 

— Oczywiście. Prawie od urodzenia. Tutaj studiuję agrobiologię. U siebie mamy wpra-

wdzie bardzo dobre szkoły, ale są rzeczy, których trzeba się uczyć w naturalnym środowisku. 
Inaczej nawet wieloryb nie potrafiłby mnie ściągnąć na Ziemię, do tego hałasu, tłoku i bałaga-
nu. U nas, na dole, jest zupełnie inaczej. No, ale dość tego, lunatyku. Zabieramy się do robo-

background image

ty. 

— Okay, wodnico. 
— Ooo! — Odwróciła się od leżącego na ziemi ekwipunku i uśmiechnęła się do mnie. 

Mimo jej szorstkiego sposobu bycia nie mogłem nie zauważyć, że miała dołki w policzkach i 
piękne, białe zęby. 

—  Zawieszenie  broni,  dobrze?  Przestanę  mówić  do  ciebie  lunatyk,  a  ty  nie  będziesz 

mnie nazywał wodnicą. Okay? 

— Okay! 
— A teraz słuchaj mnie uważnie. Musisz się wielu rzeczy nauczyć, ale będziesz ćwiczył 

tylko przy mnie. Mam mnóstwo egzaminów w tym tygodniu, więc liczy się każda minuta. A 
ty musisz bezbłędnie opanować podwodne pływanie. W morzu można się pomylić tylko jeden 
raz. Rozumiesz? To jest twoja maska. Trzeba ją zawsze zwilżyć przed nałożeniem, bo inaczej 
nie będzie przylegała. Bez maski w wodzie nic się nie widzi, trzeba mieć warstwę powietrza 
przed oczami. Dolna część maski zakrywa nos. Zrozumiałeś? A te zbiorniki zawierają sprężo-
ne powietrze. 

— Ależ one ważą tonę! 
— Nie bój się. Pod wodą staną się lekkie. Przy nurkowaniu trzeba nawet nosić ciężarki 

u pasa, żeby utrzymać się pod wodą razem ze zbiornikami. Na Konszelfie oddychamy różny-
mi mieszankami tlenowymi, zależnie od miejsca, w którym pracujemy. Ale tu, na górze, wy-
starczy sprężone powietrze. To jest ustnik. Weź go dobrze w zęby, o tak! Kiedy wysysasz z 
niego  powietrze,  dostajesz  je  w  stężeniu  zależnym  od  głębokości,  na  jakiej  się  znajdujesz. 
Dzieje się to dzięki temu zaworowi. Zawsze dobrze sprawdzaj, czy jest w porządku, bo to naj-
ważniejsza  część  całego  ekwipunku.  Kiedy  powietrze  w  zbiorniku  zacznie  się  kończyć,  po-
czujesz  to  od  razu. Wtedy  odkręcisz  zawór  zapasowy.  A  teraz  zakładaj  wszystko  i  zobaczy-
my, jak sobie dajesz radę. 

Przez następne cztery dni spotykaliśmy się co wieczór w basenie. Nauczyłem się zdej-

mować cały ekwipunek na dnie basenu i nakładać go także pod wodą, czyścić maskę i prze-
dmuchiwać ustnik. Potem ćwiczyliśmy wspólne oddychanie z jednego akwalungu przepływa-
jąc pod wodą cały basen. Używaliśmy przy tym jej zapasu powietrza i jej ustnika, a potem — 
w drodze powrotnej — mojego. Pokazała mi też, jak sprawdzać i czyścić wszystkie przybory. 

—  Każdy  z  nas  ma  własny  ekwipunek  i  specjalne  miejsce  do  przechowywania  go.  To 

jest dla nas sprawa życia i śmierci. 

Skinąłem głową, a Hil spojrzała na mnie bystrym wzrokiem. 
— Chyba się nie boisz, Kep? 
—  Nie.  Czego  miałbym  się  bać?  Wyszedłem  z  ojcem  po  raz  pierwszy  na  spacer  po 

Księżycu, kiedy miałem siedem lat. Bardzo wcześnie nauczyłem się tam sposobu utrzymywa-
nia się przy życiu. Na Księżycu jest to jeszcze trudniejsze niż pod wodą. Tam nie wystarczy 
wstrzymać oddech albo umieć korzystać z cudzego akwalungu. Najmniejsza nieszczelność w 
kosmicznym kombinezonie, i cześć! 

— Często zdarzają się wypadki? 
—  Nie.  Mieliśmy  ich  najwyżej  pół  tuzina.  Ale  pamięta  się  je.  Najgorsze  są  wypadki 

przy pracy. Pamiętam jeden, który zdarzył się, kiedy miałem dziesięć czy jedenaście lat. Był 
to wybuch w szybie. Eksperci obliczyli dokładnie grubość ścian, ale geologowie pomylili się 
co  do  wytrzymałości  pokładu  skalnego.  W  ciągu  piętnastu  sekund  szyb  wyleciał  w  górę  jak 
balon. Ludzie na Ziemi nie zdają sobie sprawy, co to znaczy żyć w próżni. 

— Kep, muszę cię przeprosić. Zachowałam się głupio i apodyktycznie. Nie wiem, skąd 

wziąłeś cierpliwość do mnie. 

— Nie miałem wyboru! — uśmiechnąłem się do dziewczyny. 
— Dobra! Jeden zero! Widzisz, tak naprawdę, to ja nie lubię Ziemian. Przyjeżdżają na 

nasz  Konszelf z  wycieczkami.  Zaśmiecają  nam  teren  i  uważają  za  normalne,  że  ryzykujemy 

background image

życiem,  żeby  im  ułatwić  powrót  na  górę.  Potem  uchwalają  nam  wprawdzie  kredyty,  ale  w 
gruncie rzeczy nie mają zielonego pojęcia o tym, co to znaczy stale żyć pod ciśnieniem trzech 
czy czterech atmosfer. 

— Więc uważasz, że życie tam jest bardzo ciężkie? 
— Nie rozumiesz mnie, Kep. Nie mogłabym nigdzie indziej żyć. Tam jest spokój, wo-

lność, piękno. Wiem, że to brzmi jak mowa dziewiętnastowiecznego mieszczucha tłumaczą-
cego  wieśniakowi,  że  powinien  być  szczęśliwy,  że  żyje  na  świeżym  powietrzu,  i  bez  wię-
kszych obowiązków. 

—  Nie  musisz  mi  nic  tłumaczyć.  Zdaje  mi  się,  że  nasze  warunki  życia  są  bardzo  do 

siebie podobne. 

Po tej rozmowie stosunki nasze ułożyły się znacznie lepiej. Ostatniego dnia Hil zjawiła 

się na pływalni ze stosem książek pod pachą. 

— Hurra! Już po egzaminach! Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale skończyłam naukę. 

Ubierz  się  teraz,  Kep,  pójdziemy  do  sklepu  i  odbierzemy  twój  własny  ekwipunek.  Jutro  z 
samego rana wyruszamy. Już nie mogę się doczekać powrotu do domu. 

Poszedłem się przebrać. Mój najlepszy garnitur wyglądał dość śmiesznie w porównaniu 

z modnymi tu ubraniami, ale ponieważ i tak spędzałem całe dni na pływalni, nie warto było 
kupować nic lepszego. Na szczęście Hil nie zwróciła uwagi na mój strój. Pojechaliśmy kolej-
ką  automatyczną  na  przystań.  Z  okien  wagonu  biegnącego  torem  ułożonym  na  wysokości 
dziesiątego piętra przyglądałem się przechodniom biegającym po ulicach jak mrówki i gapi-
łem się w górę na rysujące się na błękitnym niebie dachy drapaczy chmur. Przypomniały mi 
świt w Apeninach i poczułem nagle wielką tęsknotę za domem. 

— Czy pozwolisz zaprosić się na kolację, Hil? 
— Bardzo dziękuję. Chętnie. 
— Ale ty wybierz restaurację, dobrze? Gdzieś na wysokim piętrze, skąd można patrzeć 

na Księżyc. 

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. 
— Znam takie miejsce. 
Zaprogramowany uprzednio wagonik zboczył z głównego toru i zatrzymał się na platfo-

rmie  jednego  z  wysokościowców.  Hil  wyskoczyła  bez  namysłu,  ale  ja  przełknąłem  ślinę  i 
zamknąłem  oczy,  żeby  idąc  po  żelaznej  kracie  nie  widzieć  ciągnącej  się  pod  nami  ulicy. 
Kiedy otworzyłem oczy, Hil trzymała dla mnie drzwi windy. Po kilku sekundach znaleźliśmy 
się na poziomie ulicy i poszliśmy do pobliskiego sklepu z ekwipunkiem sportowym. 

Pełno tam było lin, lamp podwodnych, akwalungów i harpunów. Hil przejęła inicjatywę 

i po krótkiej transakcji zostałem właścicielem kombinezonu, pasa, płetw, kompasu, przyrządu 
do pomiaru głębokości, akwalungu z szelkami, maski i ustnika. Przeraziła mnie wysokość ra-
chunku, ale na Hil nie zrobił on żadnego wrażenia, więc wyciągnąłem z kieszeni kartę kredy-
tową ojca.  

Sprzedawca ukłonił się nisko. 
— Jutro rano dostarczymy wszystko do hotelu. 
— Koszt ekwipunku jest duży — zauważyła Hil, kiedy wychodziliśmy ze sklepu. — To 

też jest jedna ze spraw, których Ziemianie nie biorą pod uwagę, kiedy ustalają płace Konszel-
fitów. Ale będziesz z tego zakupu na pewno zadowolony. Konszelf 10 leży w obszarze dość 
zimnej  wody,  a  ten  model  kombinezonu  zaopatrzony  jest  w  automatyczny  grzejnik  chemi-
czny.  Będzie  ci  dzięki  niemu  zawsze  ciepło  jak  w  uchu,  niezależnie  od  tego,  ile  czasu  spę-
dzisz w wodzie. Pamiętam czasy, kiedy  po kilku godzinach pływania trzeba było długo stać 
pod gorącym prysznicem, żeby się rozgrzać. 

Kiedy  wróciliśmy  do  hotelu,  Hil  porozmawiała  z  portierem,  po  czym  zwróciła  się  do 

mnie z uśmiechem. 

—  On  nam  załatwi  stolik  w  „Latarni  Wschodu”.  Idę  się  przebrać.  Nie  masz  chyba  ze 

background image

sobą wieczorowego ubrania, prawda? — Po raz pierwszy spojrzała na mój księżycowy strój. 
— Możesz je sobie bez trudu wynająć. Wystarczy zadzwonić na służącego. Spotykamy się za 
godzinę. Okay? 

Miałem trudności z wytłumaczeniem ponuremu facetowi, który zjawił się w odpowiedzi 

na mój dzwonek, o co mi chodzi, ale nie był wcale zdziwiony. Widać mieszkańcy Ziemi po-
dróżują bez wieczorowych strojów. Ale kiedy po pewnym czasie powrócił i rozłożył ubranie 
na łóżku, pomyślałem, że robi ze mnie durnia. 

— Cóż to za cudaczne ciuchy? — zdziwiłem się. 
— Ależ proszę pana, to jest najmodniejszy wieczorowy strój! 
Westchnąłem,  spojrzałem  na  zegarek  i  zacząłem  pośpiesznie  nakładać  obcisłe  niebie-

skie trykotowe spodnie, jedwabną tunikę ze srebrnym haftem i granatowy płaszcz ze srebrną 
podszewką.  Spojrzałem  w  lustro  i  zobaczyłem  obcego  człowieka,  który  wyglądał  nawet  nie 
najgorzej  w  tym  barwnym  stroju,  podkreślającym  bladą  cerę  oraz  ciemne  oczy  i  włosy. 
Wyglądałem raczej tajemniczo. Na szczęście jestem szczupły. Spojrzałem znowu na zegarek. 
Trzeba  było  ruszać.  Sprawdziłem  jeszcze,  czy  mam  przy  sobie  kartę  kredytową  i  klucz. 
Wyprostowałem się, westchnąłem głęboko i ruszyłem do windy. Nikt nie zachichotał na mój 
widok. Nikt po prostu nie zwrócił na mnie uwagi. 

Kiedy  wchodziłem do hallu dziesiątego piętra,  Hil schodziła właśnie ze schodów. Sta-

nąłem jak wryty i gapiłem się na nią wprost bezwstydnie. Nigdy jeszcze w ciągu całych mo-
ich piętnastu lat nie widziałem tak pięknej dziewczyny. Miała na sobie jasnozłotą, opinającą 
ją niczym kostium kąpielowy suknię z długimi rękawami i wysokim kołnierzem w kształcie 
kryzy. Trochę nad kolanami materiał sukni przechodził w tysiące cieniutkich nitek, które opa-
dały aż do ziemi. Włosy zebrała Hil na karku w duży węzeł, co sprawiało, że wyglądała teraz 
o  całe  lata  doroślej  ode  mnie.  Kiedy  zbliżyłem  się  do  niej,  uśmiechnęła  się  swoim  miłym, 
znajomym uśmiechem. Uspokoiło mnie to natychmiast. 

Było już po ósmej, kiedy znaleźliśmy się w przeszklonej sali „Latarni Wschodu”. Przez 

przezroczyste ściany, podłogę i sufit oglądaliśmy jarzące się nad naszymi głowami gwiazdy i 
kolorowe światła miejskie pod nami. Z pomocą Hil zamówiłem kolację i rozsiadłem się wy-
godnie do ostatniego wieczornego posiłku na powierzchni Ziemi. 

— Popatrz, Kep! — Hil przechyliła się nagle przez stół. — Chcesz zobaczyć, dlaczego 

wybrałam właśnie tę restaurację? 

Odwróciłem  się  i  dostrzegłem  Księżyc  wyłaniający  się  właśnie  po  wschodniej  stronie 

nieba, jak gdyby przed chwilą wynurzył się z oceanu. Był tuż po pełni i rzucał mieniącą się 
srebrną sieć na powierzchnię morza. 

— Popatrz przez lornetkę, Kep. Jest umocowana pod blatem. 
Wytężyłem  wzrok  i  spojrzałem  na  mój  rodzinny  glob.  Linia  cienia  przecinała  właśnie 

Morze Spokoju. Cienie Krateru Kopernika widoczne były bardzo wyraźnie, w ich rozwidleniu 
dostrzegłem  mniejszy  Krater  Keplera.  Laboratorium  Księżycowe  numer  21,  oddział  A.  Mój 
dom.  

Długo patrzyłem przez tę lornetkę. Odłożyłem ją wreszcie. 
— Dziękuję ci, Hil. 
— W porządku, Kep. 
Rozległy się dźwięki muzyki tanecznej. 
— Przykro mi... ale nie potrafię tańczyć w tej grawitacji... 
— Nie szkodzi. Ja też nie lubię tańczyć na powierzchni Ziemi. 
— A tam tańczycie? 
—  Poczekaj,  a  zobaczysz!  Tam,  na  dole,  czeka  cię  zupełnie  nowy  świat,  znacznie 

piękniejszy od tego tutaj! Popatrz na morze. Czy widzisz światła statku? Jeszcze trochę dalej, 
trzydzieści kilometrów od linii lądu i dwadzieścia metrów w dół... tam jest moja ojczyzna! 
 

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Rozejrzałem się po raz ostatni po hotelowym pokoju. Większość moich rzeczy zostawi-

łem w apartamencie ojca. Cały mój bagaż składał się z wodoszczelnej torby dostarczonej mi 
przez  Hil.  Były  w  niej  przybory  toaletowe,  ciepła  bielizna,  sweter  i  spodnie,  zdjęcia  ojca, 
matki oraz Ann. 

— Jeżeli ci czegoś zabraknie, pożyczysz od Jona. Jesteście tego samego wzrostu. 
—  Czy  ty  jesteś  może  zaręczona  z  Jonem  albo...  —  wybełkotałem  nagle.  Chciałem 

koniecznie wiedzieć, jak to z nimi jest. 

—  Albo  co?  —  zaśmiała  się  przekornie.  —  Jesteś  strasznie  staromodny,  Kep.  Mamy 

dopiero po piętnaście lat! 

— Na Księżycu przyrzekamy sobie małżeństwo, kiedy kończymy trzynaście lat. Chyba 

dlatego, że jest nas tak mało i psycholodzy obawiają się zazdrości i sporów, które mogłyby im 
zakłócić statystyki. 

— Jak można tak ingerować w osobiste życie? Więc ty jesteś — jakby to powiedzieć — 

przyrzeczony? 

— Tak. Ann jest córką głównego kontrolera. Ma czternaście lat. Przyjechała na Księżyc 

przed trzema laty. 

— Kiedy się pobierzecie? 
— Małżeństwo zawieramy w osiemnastym roku życia. Wtedy też zacznę pracować. 
— No, cóż! To twoja sprawa. Chodź, ruszamy. 
Wybiegła  z  pokoju  potrząsając  złotą  grzywą.  Przypomniałem  sobie,  że  nie  odpowie-

działa mi na pytanie o siebie i Jona. 

Pożegnałem  się  z  ojcem  w  pośpiechu,  bo  on  za  pół  godziny  miał  mieć  bardzo  ważne 

posiedzenie komitetu zasobów mineralnych. Spojrzałem na jego wyrazistą twarz o mądrych, 
szarych  oczach,  bladą  jak  u  wszystkich  mieszkańców  Księżyca,  i  uścisnąłem  go  serdecznie. 
Od czasu śmierci matki nie rozstawaliśmy się jeszcze ani razu. 

— Może będziesz mógł od czasu do czasu wyskoczyć i spędzić ze mną wieczór? 
—  Nie  sądzę,  żeby  to  było  możliwe,  ojcze.  Hil  wytłumaczyła  mi,  że  Konszelf  10  jest 

pod ciśnieniem trzech atmosfer i wszystkie wdychane gazy także znajdują się pod tym ciśnie-
niem.  Jak  się  jest  na  miejscu,  wszystko  jest  w  porządku,  ale  przed  wynurzeniem  się  trzeba 
spędzić dłuższy czas na stopniowym przystosowywaniu się do zmiany ciśnienia, głównie po 
to, żeby gazy powoli rozszerzały się i ulatniały z płuc. Trzeba w tym celu spędzić około doby 
w specjalnej komorze dekompresyjnej. 

— Nie zdawałem sobie z tego sprawy. A co by się stało, gdybyś wynurzył się od razu? 
—  Wtedy  gazy  rozszerzyłyby  się  gwałtownie  i  utworzyły  we  krwi  pęcherzyki.  Hil 

powiedziała, że to byłoby tak, jak gdyby otworzyło się butelkę szampana w upalny dzień. Nie 
bardzo wiem, co ona miała na myśli, a ty? 

—  Owszem.  Jeszcze  to  pamiętam.  Uważaj  na  siebie,  Kep.  Zaczynam  się  obawiać,  że 

ciśnienie może być równie zabójcze jak próżnia. 

— Nie bój się, tato. Będę ostrożny. 
— A więc żegnamy się w takim razie na kilka miesięcy. Postaram się przyśpieszyć tutaj 

moje sprawy. 

—  Możemy  rozmawiać  telefonicznie,  kiedy  tylko  zechcesz.  Życzę  ci  powodzenia  w 

negocjacjach. 

W drzwiach zjawiła się Hil. 
— Czas na ciebie, Kep. Automat już czeka, żeby zawieźć nas do portu. 
Idąc ku platformie spojrzałem jeszcze przez ramię. Ojciec szedł w stronę wind otoczony 

gronem sekretarzy i doradców. Wyglądał bardzo samotnie. 

background image

W porcie prażyło słońce. Przypiekało mi policzki, raziło w oczy. 
—  To  nie  potrwa  długo  —  krzyknęła  Hil.  —  Te  odrzutowe  poduszkowce  są  bardzo 

szybkie. 

Pędziliśmy małym stateczkiem z plastiku, z czterema miejscami dla pasażerów, unosząc 

się  tuż  nad  wzburzoną  powierzchnią  morza.  Patrzyłem  z  niedowierzaniem  na  szybkościo-
mierz: sto pięćdziesiąt... dwieście pięćdziesiąt... trzysta kilometrów na godzinę. 

— Nie mogę w to  wprost uwierzyć. Myślałem,  że powietrze i woda stawiają tak silny 

opór, że... 

—  To  prawda.  Przypuszczam,  że  w  porównaniu  z  szybkością  jazdy  na  Księżyc  ta 

szybkość dla ciebie niewiele znaczy. Ale ta łódź jest tak skonstruowana, że opór powietrza i 
wody nie mają na nią wpływu, przeciwnie, przyśpieszają ją. Pod jej dnem znajdują się rzędy 
rurek,  które  zgarniają  powietrze  i  unoszą  łódź  ponad  powierzchnią  wody,  a  przy  większej 
szybkości  wtłaczają  powietrze  do  silnika  odrzutowego  i  przydają  mu  większej  siły  odrzutu. 
Hałas się wprawdzie od tego zwiększa, ale szybkość też. Zobacz, już dojeżdżamy. 

Hil dotknęła ramienia kierowcy i pokazała mu ręką cel. 
Tuż przed nami kołysała się na wodzie wielka boja wyglądająca jak ogromna, pokryta 

plastikiem  klatka  zaopatrzona  w  płyty  odbijające  promienie  radarowe.  Silnik  zamilkł,  podu-
szkowiec z wolna opadł na powierzchnię wody i powoli podpłynął do boi. Włożyliśmy kom-
binezony. Pozostawało nam jeszcze tylko nałożyć pasy i płetwy oraz przypiąć szelki od akwa-
lungów. Hil sprawdziła mój akwalung i odwróciła się do mnie plecami, abym mógł sprawdzić 
jej. Nasunąłem maską na twarz. Hil krzyknęła mi do ucha: 

— Pamiętaj, w zasadzie nie będzie inaczej niż w basenie. Trzymaj się mnie i rób dokła-

dnie to, co ja. Sprawdź powietrze! W porządku? 

Nabrałem do płuc tlenu z ustnika i skinąłem głową. 
— No to suniemy w dół. 
Wykoziołkowała  tyłem  i  od  razu  poszła  pod  wodę.  Znowu  nabrałem  tlenu  w  płuca  i 

spojrzałem na błękitne fale morza, po których igrały wesołe słoneczne blaski, na uśmiechniętą 
twarz opalonego kierowcy poduszkowca i podążyłem za dziewczyną. 

Poczułem wstrząs od niespodziewanego zetknięcia z falą. Ale po chwili przypomniałem 

sobie ćwiczone przez cały ubiegły tydzień zasady i powoli popłynąłem w dół. Hil czekała na 
mnie,  a  jej  włosy  powiewały  w  wodzie  zupełnie  jak  włosy  stewardesy  w  kosmicznej  prze-
strzeni.  Powolnym  ruchem  ręki  wskazała  w  dół.  Skinąłem  głową  i  podążyłem  za  nią.  Było 
cicho i spokojnie. Czułem, że płynę w zwolnionym tempie. Spojrzałem na głębokościomierz: 
dziewięć  metrów.  Zawieszony  w  zimnym,  zielonkawoniebieskim,  nieważkim  świecie  poru-
szałem się jak we śnie. 

Hil odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Miałem ochotę uśmiechnąć się do niej, a na-

wet roześmiać się, ale przeszkadzał mi w tym ustnik, więc mogłem tylko tradycyjnym ruchem 
unieść kciuk do góry na znak, że wszystko w porządku. Hil pomachała płetwami opuściła się 
jeszcze niżej w ciemność. Popłynąłem nią. 

Wreszcie dotarliśmy do dna. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, rozejrzałem 

się. Linia świateł ciągnęła się po morskim dnie jak ogon komety. Hil popłynęła wzdłuż niej i 
po chwili zobaczyłem drugą linię świateł i zaraz potem jeszcze jedną. Przed nami wyłonił się 
zarys budynków o kopulastych dachach. Zrozumiałem, że światła są znakami wytyczającymi 
— podobnie jak na lotniskach — różne trasy i że zbiegają się w środku Konszelfu 10. 

Po chwili znaleźliśmy się przy budynkach, otoczyli nas ludzie. Machali rękami i pokle-

pywali Hil po ramieniu. Byłem tym wszystkim z lekka oszołomiony i tylko pilnowałem, żeby 
nie stracić oddechu i nie zgubić Hil. Odwróciła się i przywołała mnie do siebie ruchem ręki. 
Pomachała kilka razy szybko płetwami i zniknęła w cieniu jednego z budynków pozostawia-
jąc po sobie tylko rój złocistych bąbelków. Ostrożnie podążyłem za mą i spojrzałem w górę. 
Zobaczyłem nad głową jasny, podobny do lustra krąg. Robił wrażenie twardego i niemożliwe-

background image

go do przebicia. Wykonałem kilka ruchów nogami i uniosłem się do góry. 

Światło i dźwięk spadły na mnie jak gwałtowny prysznic. Poczułem, że jakieś ręce wy-

ciągają mnie z wody. Wyplułem ustnik i zerwałem maskę. A więc nareszcie jestem na miej-
scu! Byłem w pokoju o kształcie kuli, siedziałem na podłodze, a tylko nogi dyndały jeszcze w 
wodzie. Spojrzałem na dół ze zdziwieniem. 

—  Woda  tu  nie  podejdzie.  Nie  ma  wprawdzie  komory  wodoszczelnej,  ale  woda  nie 

podejdzie. 

Hil śmiała się i trzepała nogami o wodę. 
— Tutaj nie jest tak, jak na Księżycu, gdzie musicie stale pilnować, żeby atmosfera nie 

uciekała w próżnię. Na tej głębokości waga wody równa jest trzykrotnemu ciśnieniu atmosfe-
rycznemu.  Utrzymujemy  więc  ciśnienie  trzech  atmosfer  i  siły  równoważą  się.  Powietrze  nie 
wychodzi na zewnątrz, a woda nie wchodzi do środka. A teraz znikam! Zdejmij kombinezon i 
weź prysznic. Jon zaraz przyjdzie i pomoże ci rozłożyć rzeczy. 

— Dokąd idziesz? 
— Do domu. Do matki i ojczyma. Powiedz Jonowi, że przyjdę na kolację. 
Podniosła rękę na pożegnanie i zsunęła się do wody. 
Wstałem i rozejrzałem się dokoła. Kuliste wnętrze, skonstruowane, jak przypuszczałem, 

z metalu, wyłożone było pomarańczowym, syntetycznym materiałem i podzielone na trzyme-
trowej  wysokości  segmenty.  Zauważyłem  w  jednym  z  nich  szafkę  ze  znaczącym  napisem: 
Pierwsza  pomoc  i  reanimacja.  Zrzuciłem  z  siebie  kombinezon,  odpiąłem  akwalung  i  zajrza-
łem  za  znajdującą  się  na  lewo  ode  mnie  przegrodę.  Był  tam  prysznic.  Odprężyłem  się  pod 
działaniem  gorącego  strumienia  wody,  która  nagle  zrobiła  się  lodowata.  Przesunąłem  się  do 
następnego segmentu i rozejrzałem się za ręcznikiem. Nie znalazłem go, ale nagle powiał na 
mnie ze wszystkich stron prąd ciepłego powietrza. Po chwili byłem suchy. Wciąż trzymałem 
w ręku torbę. Czy powinienem się tutaj ubrać? Kiedy wsunąłem  głowę za następne przepie-
rzenie,  zobaczyłem  pod  koliście  biegnącą  ścianą  miękką  ławę,  nad  którą  wisiała  wielka 
lampa. Zanim powziąłem decyzję, spod kopuły rozległ się wesoły głos. 

— Jesteś tam, Kep? 
Rozwichrzona  głowa  wysunęła  się  przez  półkoliste  drzwi  prowadzące  do  następnego 

pomieszczenia… 

—  Doskonale!  Widzę,  że  dałeś  sobie  świetnie  radę.  Nazywam  się  Jon  King.  Witaj  na 

Konszelfie 10! 

— Dziękuję. 
Zachowywałem  się  dość  sztywno.  Nie  byłem  przyzwyczajony  do  posiadania  rodziny. 

Dotychczas nie znałem nikogo poza mieszkańcami Laboratorium Księżycowego 21. Wpatry-
wałem się w mojego nowego kuzyna. 

— Jesteśmy do siebie podobni, Jon. Wyglądamy niemal jak bracia. To bardzo dziwne. 
— Niech ci tylko włosy odrosną. Czy tam u was, na Księżycu, wszyscy golą głowy? 
—  Nie:  golą  —  protestowałem  —  po  prostu  strzygą  się  krótko.  To  przecież  wielka 

wygoda. 

— Eeee — skrzywił się Jon. 
Nie rozumiałem, o co mu chodzi. Wreszcie uśmiechnął się. 
— Ubieraj się, Kep, i chodź. Zapoznasz się z rodziną. 
— Nie użyłem tego — wskazałem na lampę w ścianie. 
—  W  porządku.  Wystarczy,  jak  zrobisz  to  raz  dziennie.  Ultrafiolet  w  fali  tej  długości 

chroni  skórę  przed  bakteriami  i  dostarcza  organizmowi  witaminy  D.  Ponieważ  nasza  skóra 
podlega  stałemu  działaniu  wody,  nawet  najmniejsze  ranki  czy  zadrapania  kiepsko  się  goją, 
poza  tym  rozwijają  się  na  niej  różnego  rodzaju  grzybice.  Ta  lampa  załatwia  sprawę.  Musisz 
tylko pamiętać, żeby zawsze zakładać gogle i nastawiać budzik na odpowiednią ilość minut. 

— Będę pamiętał. Jak długo tu mieszkasz? 

background image

—  Osiem  lat.  Od  momentu  kiedy  założono  Konszelf..  Matka  i  ojciec  pracowali  już 

przedtem  w  jakimś  starym  podmorskim  laboratorium,  ale  ja  mieszkałem  na  Powierzchni  z 
babką. 

— Gdzie wolisz być? Tu czy tam? 
— Co za pytanie? Chodź poznać rodzinę. 
W czasie rozmowy nałożyłem sweter, spodnie i mokasyny i poszedłem za Jonem przez 

niskie, sklepione drzwi do następnego półkolistego pomieszczenia. 

—  Te  drzwi  są  automatyczne  i  wodoszczelne  —  zabezpieczenie  na  wypadek,  gdyby 

nawaliło ciśnienie. To się na razie jeszcze nie wydarzyło — wyjaśnił Jon. 

— Na Księżycu też mamy takie drzwi. 
Starałem  się  mówić  swobodnie,  ale  myśl  o  tym,  że  mam  nad  głową  tysiące  ton  wody, 

rozstrajała  mnie.  Rozejrzałem  się  dokoła.  Po  prawej  stronie  zobaczyłem  małą,  lśniącą  ku-
chnię, po lewej przestrzeń jadalną, na wprost znajdował się pokój bawialny, zajmujący prawie 
połowę pomieszczenia. 

Pomalowany  był  na  ciepły  kremowy  kolor,  a  oświetlenie  zainstalowane  było  za  karni-

szami  ciągnącymi  się  dokoła  zaokrąglonego  sufitu.  O  ile  skromniejsze  były  mieszkania  na 
Księżycu,  nacechowane  wręcz  wojskową  prostotą!  Półokrągłą  ławę  pod  ścianą  pokrywała 
czerwona narzuta, a na podłodze rozciągał się dywan o złotych, żółtych i ciemnoczerwonych 
wzorach. 

Zdałem  sobie  sprawę,  że  zachowuję  się  jak  prostaczek,  i  aż  krew  nadbiegła  mi  do 

twarzy. Ruszyłem więc za Jonem, żeby przywitać się z ciotką i wujem. Ale wuj Ted i ciotka 
Janet widać nie lubili ceregieli. Ciotka rozłożyła szeroko ramiona i chwyciła mnie w objęcia. 

— Och, Kep! Tak się  cieszę, że nareszcie cię widzę! Niech ci się przyjrzę. Wykapany 

George, prawda Jon? Jestem niemądra, przecież Jon nie zna wuja Georga. Jednakże widziałeś 
go przecież w telewizji! Powiedz, czy Kepler nie jest do niego podobny? 

Pociągnęła mnie na tapczan i posadziła obok siebie. 
— A teraz powiedz mi, jak ci się podoba Konszelf 10? 
— Ależ mamo! 
—. Jeszcze za mało widziałem. Ale ten pokój jest wspaniały! A ten dywan cudowny! 
Okazało się, że dobrze trafiłem. Ciotka rozpromieniła się. 
—  Sama  go  wykonałam.  Trwało  to  ponad  dwa  lata.  Ale  udał  się  i  trzeba  przyznać,  że 

szalenie rozwesela pokój. Tutejsze mieszkania są prawie identyczne. Ale ty to pewnie dobrze 
znasz z Księżyca? 

—  W  porównaniu  z  Księżycem  to  luksus.  My  tam  nie  mamy  ani  dywanów,  ani  mięk-

kich mebli. A poza tym wszystko jest pomalowane na ten sam przygnębiający ciemnozielony 
kolor. 

— Dlaczego wszystkie służbowe mieszkania muszą być wymalowane na takie ohydne 

kolory? Jestem pewna, że wesołe kolory wcale nie kosztują więcej. Powinniśmy domagać się 
atrakcyjniejszych barw i różnych wygód. Trzeba, żebyś walczył o te rzeczy także i dla Księ-
życa, Kep. 

—  Mamo,  wuj  George  przecież  właśnie  po  to  przyleciał  na  Ziemię  —  wtrącił  się  Jon. 

— Myślę jednakże, że ma ważniejsze sprawy do załatwienia niż zmiana wystroju mieszkań. 

—  Chyba  masz  rację,  Jon.  Nigdy  nie  będziemy  mogli  pozwolić  sobie  na  kosztowne 

meble. Koszty transportu na odległość czterystu tysięcy kilometrów są kolosalne. Ale chcemy 
mieć prawo decydowania o sposobie naszego życia i pracy i przynajmniej o kolorze ścian. 

Uśmiechnąłem się do ciotki, która zawołała wesoło: 
—  Widzisz,  Jon!  Kep  i  ja  rozumiemy  się  doskonale.  Kolor  ścian  jest  rzeczą  bardzo 

ważną. Poza tym chodzi o zasadę. No, ale teraz napijmy się kawy i zjedzmy kanapki. 

Ciotka wybiegła z pokoju, a Jon roześmiał się. 
—  Nie  przejmuj się  tym,  co  mówi  moja  matka. Mówi  czasami  dziwne  rzeczy,  ale  jest 

background image

naprawdę wspaniałym fotografikiem. 

— Wierzę ci. Jest przecież siostrą mojego ojca! 
—  Podobno  —  uśmiechnął  się  wuj  Ted.  —  Masz  szczęście,  Kep.  Ale  Jon,  może  byś 

pokazał Kepowi jego pokój, ja tymczasem zaparzę kawę. 

Jon  podniósł  się  z  dywanu  i  przeprowadził  mnie  przez  kolejne  drzwi  do  trzeciego  se-

gmentu, który wydał mi się nieco bardziej znajomy, bo, podobnie jak na Księżycu, podzielo-
ny był na oddzielne pokoje. 

—  Na  lewo  jest  łazienka,  na  wprost  sypialnia  rodziców,  twój  pokój  jest  na  prawo,  a 

sąsiedni mój. 

Jon otwierał kolejno wszystkie drzwi. 
— Ta drabina prowadzi do magazynu i do awaryjnego włazu. 
— Właz awaryjny? 
—  Mamy  je  w  każdym  budynku.  Jest  to  po  prostu  pomieszczenie  o  dwojgu  drzwiach. 

W wypadku nagłego spadku ciśnienia albo uszkodzenia budynku wchodzisz do środka, zamy-
kasz za sobą jedne wodoszczelne drzwi, otwierasz drugie i płyniesz do najbliższego domu. 

— Czy byłeś kiedykolwiek do tego zmuszony? 
—  Tylko  w  czasie  ćwiczeń.  To  urządzenie  jest  tak  konieczne  jak  gaśnica  pożarowa. 

Możesz się nie bać, Kep. Te kopuły są bardzo solidne. Zbudowano je z grubej blachy alumi-
niowej  pokrytej  szklanym  włóknem.  Instalacje  kontrolujące  ciśnienie  są  zawsze  podwójne  i 
zaopatrzone w doskonałe sygnały alarmowe. Zapewniam cię, że moja matka nigdy nie zabra-
łaby się do robienia tego dywanu, gdyby istniała najmniejsza szansa, że zamoknie! 

Zwilżyłem  suche  wargi  i  uśmiechnąłem  się  do  niego  krzywo.  Ostatecznie  nie  było  tu 

gorzej niż w przestrzeni kosmicznej, ale do niej byłem przyzwyczajony, bo tam się urodziłem. 
Rozejrzałem  się  po  moim  pokoju.  W  porównaniu  z  pokojem  hotelowym  był  mały,  ale  w 
stosunku  do  mojej  sypialni  w  Laboratorium  Księżycowym  21  iście  pałacowy.  Miał  kształt 
kawałka tortu, wzdłuż lewej ściany stało łóżko, naprzeciwko biurko i półki, a pod półkolistą 
ścianą  ława  i  wbudowana  szafa.  Łagodne  oświetlenie  można  było  regulować  lub  wyłączać 
przy drzwiach albo przy łóżku. Jeżeli zdołam odzwyczaić się od uczucia strachu z powodu tej 
wielkiej masy wody nad głową, to może będzie mi tu nawet przyjemnie. 

Obiad był miłą niespodzianką. W porównaniu z naszymi wiecznymi mrożonkami i syn-

tetycznymi posiłkami był wręcz znakomity. Znacznie lepszy od wyszukanych i efekciarskich 
potraw, jakimi karmiono mnie w oenzetowskim Hiltonie. 

Kiedy sięgnąłem po dokładkę, ciotka rozpromieniła się. 
—  Oto  prawdziwy  apetyt!  Cieszę  się,  że  ci  smakuje.  Pytasz,  co  to  jest?  Sałatka  z 

tuńczyka. A to pierożki z morskich alg. Robimy je z koncentratu mączki rybnej, a nie z mąki 
zbożowej.  Przy  naszym  ciśnieniu  ciasto  niezbyt  dobrze  rośnie  i  jest  ciężkie,  toteż  robimy 
tylko placki i pierożki. 

— Czy musicie jeść same rybne potrawy? Czy Ziemianie zmuszają was do tego? 
— Skądże. Po prostu żywność sprowadzana z Powierzchni jest zbyt droga, a poza tym 

nie  jest  tak  zdrowa.  Kiedy  powstało  Laboratorium,  postanowiliśmy  być  możliwie  samowy-
starczalni. A teraz jesteśmy już przyzwyczajeni. 

—  Szczególnie,  że  mama  wspaniale  gotuje!  —  przerwał  jej  Jon.  —  A  teraz  chodź. 

Oprowadzę cię po Konszelfie 10. 

Leżałem  na  łóżku  mojej  niewielkiej  sypialni.  Była  noc.  Panowała  kompletna  cisza. 

Klimatyzacja  działała  bez  szmeru  i  tylko  cienkie  strumyczki  świeżego  powietrza  płynące  z 
kratki  w  suficie  świadczyły  o  tym,  że  jest  włączona.  Nie  słychać  było  szumu  pojazdów 
magnetycznych,  trzasku  wind  ani  wycia  syren  na  ulicach.  Leżałem  pod  dwudziestometrową 
warstwą  wody,  jak  gdyby  otulony  kokonem  spokoju.  Pomyślałem  o  starej  piosence,  której 
pierwsze słowa brzmiały:  

„Kołyszą  mnie  do  snu  przepastne  głębiny...”  Tu  nie  było  ani  burz,  ani  ciszy  po  burzy. 

background image

Ten świat nie znał pojęcia pogody. Podobnie jak Księżyc. 

Byłem  niespokojny  i  oddychałem  z  trudem,  jakby  ciężar  wody  napierał  na  mnie  i 

ściskał ściany mojego pokoiku. Wstałem z łóżka i otworzyłem drzwi. Na podłodze korytarza 
leżał  promień  światła  wychodzący  spod  drzwi  salonu.  Słychać  było  ciche  głosy  Jona  i  Hil. 
Zostawiłem ich samych mówiąc, że ogarnia mnie senność. Ciotka i wuj poszli w odwiedziny 
do sąsiadów.  

Zdawało  mi  się,  że  gdy  otworzę  drzwi,  będzie mi  mniej  duszno. Wróciłem  na  palcach 

do łóżka i leżałem spokojnie, przywołując w pamięci wydarzenia minionego dnia.  Liczyłem 
na to, że pomoże mi to szybko usnąć. 

A więc tak wygląda Konszelf 10... W samym środku podmorskie laboratorium, centra-

lny budynek z czterema  cylindrycznymi ramionami wyrastającymi z niego niczym macki ze 
znieruchomiałej  ośmiornicy.  W  środkowym  budynku  znajdował  się  sklep,  kafeteria,  wielki 
ośrodek łączności, sale konferencyjne i biblioteka. 

Pierwszy  cylinder  zajmowało  laboratorium  żywnościowe,  gdzie  pracowano  nad  najle-

pszymi sposobami hodowania, zbierania i przerobu podmorskich roślin. Naukowcy pracowali 
tam  także  nad  hodowlą  ryb,  opracowując  metody  produkcji  protein.  Jak  powiedział  mi  Jon, 
szelf kontynentalny ma powierzchnię równającą się niemal całej powierzchni Afryki, a jeden 
hektar  morskiego  dna  może  dać  około  siedmiu  ton  protein  w  postaci  samych  skorupiaków. 
Można  też  zebrać  z  hektara  piętnaście  ton  wodorostów.  Wkrótce  nie  będzie  już  głodu  na 
Ziemi! 

W drugim cylindrze mieściło się laboratorium biochemiczne. Tutaj pracowano nad pro-

dukcją  chemikalii  ze  skorupiaków,  gąbek  i  innych  żyjątek  morskich,  produkowano  z  roślin 
między  innymi  środki  uśmierzające  ból,  antybiotyki  oraz  leki  pobudzające  działanie  serca  i 
zwalczające nowotwory. Wspaniałe to, ale i niepokojące, bo wiele stworzeń morskich posiada 
w sobie trucizny silniejsze niż najjadowitsze żmije na Ziemi. 

Cylinder trzeci był najbardziej dochodowy i rząd Ziemi przeznaczał na prowadzone tam 

badania  największe  subsydia.  Pracowano  tam  nad  metodami  wydobywania  z  dna  morskiego 
surowców, poszukiwania ropy naftowej i cennych metali. Słuchając wyjaśnień jednego z pra-
cowników przypomniałem sobie sytuację na Księżycu, gdzie trzeba walczyć o zdobycie naj-
mniejszych nawet funduszów na prace badawcze związane z laserem, elektroniką czy plazmą. 
A  tymczasem  Ziemia  przeznaczała  miliony  na  poszukiwanie  minerałów  i  zdobywanie  no-
wych surowców na dnie morskim. 

W czwartym cylindrze pracował wuj Ted, który był morskim biologiem. Jego praca by-

ła najciekawsza, chociaż najmniej może efektowna. Toteż cierpiał na chroniczny brak pienię-
dzy na swoje badania. 

— Ale my i tak dajemy sobie radę — roześmiał się wuj, gdy oprowadzał nas po labora-

torium. 

Badano tam ekologię wody, ryb i wodorostów, wpływ na nie sezonowych zmian tempe-

ratury, a także strukturę dna morskiego, jego roślinność i jej przydatność jako pożywienia dla 
różnych stworzeń. 

Wuj Ted powiedział mi, że Konszelf 10 leży na starej, koralowej rafie, daleko od lądu i 

od  ujścia  jakiejkolwiek  większej  rzeki.  Niektóre  inne  laboratoria  skarżą  się,  bez  większego 
zresztą  skutku,  na  zanieczyszczenia  swojego  środowiska.  Już  przed  laty  wydano  na  Ziemi 
ostre  przepisy  dotyczące  zanieczyszczania  powietrza,  a  silnik  spalinowy  uległ  całkowitej 
przebudowie.  Politycy  na  szczęście  też  oddychają  powietrzem,  ale  z  rzekami  jest  inaczej. 
Spływają  szybko  do  morza,  a  ludziom  wydaje  się,  że  ma  ono  nieograniczone  możliwości 
wchłaniania wszelkich nieczystości. 

— Kazałbym wszystkim tym politykom mieszkać przy ujściu niektórych rzek — krzy-

knął  w  pewnym  momencie  —  może  wtedy  zrozumieliby,  jak  postępowanie  mieszkańców 
Ziemi rujnuje morza! 

background image

Jedyne  badania,  na  które  laboratorium  otrzymywało  odpowiednie  fundusze,  dotyczyły 

możliwości  wykorzystania  inteligencji  delfinów  i  metod  porozumiewania  się  z  nimi.  Szczo-
drość ta wynikała z ewentualności wykorzystania tych zwierząt dla celów wojskowych. 

— Ale jeżeli rzeczywiście uda im się tak zdeprawować mózg delfinów, że będą poma-

gały jednym ludziom, a szkodziły innym, wtedy ja wypisuję się z rodzaju ludzkiego — krzy-
knął jeden z kolegów wuja Teda. 

Westchnąłem i przewróciłem się na drugi bok. Na pozór życie tutaj było spokojne i bez-

troskie,  ale  w  rzeczywistości  nawet  na  dno  morza  docierały  skomplikowane  ludzkie  proble-
my, a moralne decyzje były tu równie trudne, co na górze. 

Wróciłem  myślami  do  położenia  Konszelfu  10.  To  kompleks  laboratoriów  promienio-

wał owymi wiązkami świateł, które widzieliśmy w drodze z powierzchni. Były to taśmy ma-
gnetyczne  pokryte  farbą  luminescencyjną,  która  nie  tylko  reagowała  na  każdy  zbliżający  się 
przedmiot, ale również na nacisk fal, wydając zielonkawy poblask. Taśmy te ciągnęły się pa-
jęczą siecią we  wszystkich kierunkach, a dla mieszkańców Konszelfu 10 były równie  czyte-
lne, jak tabliczki z nazwami ulic w miastach. 

Gmachy  laboratoriów  otaczały  dwa  koncentryczne  koła  budynków  mieszkalnych. 

Domy oznaczone literami A do H mieściły się w kole wewnętrznym, a oznaczone literami od 
J  do  T  —  w  zewnętrznym.  Każdy  dom  miał  własną  wentylację  oraz  aparaturę  do  produkcji 
słodkiej wody, kanalizację, telefony i osobny generator energii jądrowej. 

„W ten sposób każdy dom ma wszystkie urządzenia zapewniające egzystencję, choć jest 

to kosztowne. Pierwsze konszelfy miały, mimo oporu mieszkańców, jeden centralny system. 
Przed szesnastu laty zdarzyło się groźne trzęsienie ziemi, które zburzyło jedną z naszych osad 
w Zatoce Meksykańskiej. Zginęło wówczas piętnastu naukowców, a dwudziestu trzech odnio-
sło ciężkie obrażenia. Było to skutkiem nagłej zmiany ciśnienia w czasie wydostawania się na 
powierzchnię  na  nadmuchanej  gumowej  tratwie.  Po  tej  katastrofie  przeforsowaliśmy  nasze 
żądania”. 

„Mówisz z wielkim rozgoryczeniem, Jon. Przecież nie było cię wtedy na świecie!” 
„To prawda. Ale zginął wówczas ojciec Hil i jeden z jej starszych braci”. 
Przypominając sobie tę rozmowę, pomyślałem o Hil. Była piękna, ale jakby gorzka, co 

onieśmielało mnie i peszyło. Zdałem sobie nagle sprawę, że głosy dochodzące z sąsiedniego 
pokoju stały się donośniejsze i rozmowa Hil z Jonem przemieniła się w kłótnię. 

— Hil, mówię ci, że przemoc nie prowadzi do niczego. 
— Jon, jesteś równie słaby, jak dorośli. Mamy w ręku wszystkie karty. Jeżeli zagramy 

nimi dobrze i nie okażemy słabości, uzyskamy to, o co nam chodzi. 

— Ale ludzie ucierpią. 
— W czasie rewolucji ludzie zawsze cierpią. To cena, którą się płaci. 
— Hil, nie mówisz tego serio! 
— Przykro mi, Jon. W tak poważnych sprawach nie żartuję. Takie są moje przekonania 

i chcę, żebyś je znał. Nie wolno mieć żadnych skrupułów, ale to żadnych! 

—  Hil,  nie  mogę  pogodzić  się  z  myślą,  że  chcesz  użyć  przemocy  —  w  głosie  Jona 

brzmiała rozpacz. 

— A ty przyłączysz się do nas? 
— Nie mogę tego zrobić, Hil. W każdym razie nie teraz. Muszę mieć czas na przemy-

ślenie tej sprawy. Ale przyrzekam, że was nie zdradzę. 

—  Lepiej  nawet  nie  próbuj.  I  to  ani  jednym  słowem,  ani  jednym  gestem.  Jeżeli  zdra-

dzisz, oni cię zabiją, a ja nie będę mogła temu zapobiec. 

Zsunąłem się cicho z łóżka i ostrożnie zamknąłem drzwi. Głosy umilkły  i światło zni-

kło. Wróciłem do łóżka i usiłowałem zasnąć. 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Obudziłem się nagle z ciężarem na piersiach i ściśniętą krtanią. Śniło mi się, że jestem 

w Laboratorium Księżycowym 21. Przeciek powietrza czy wybuch? Uniosłem się na łóżku i 
nasłuchiwałem dźwięku syreny alarmowej. Było ciemno i cicho. Moja księżycowa grawitacja, 
sześciokrotnie  teraz  spotęgowana,  dawała  mi  się  silnie  we  znaki.  Kiedy  całkowicie  oprzyto-
mniałem i zdałem sobie sprawę z tego, gdzie jestem, przestraszyłem się na dobre. 

Nie  boję  się  próżni  kosmicznej.  Urodziłem  się  i  wyrosłem  w  warunkach  codziennego 

obcowania z komorami powietrznymi i kombinezonami kosmicznymi. Zawsze liczyłem się z 
możliwością katastrofy. Ale ten ciężar... ciężar tej wody piętrzącej się nad moją głową. Dwa-
dzieścia metrów wody!  Dwa razy tyle,  co waga  całej atmosfery ziemskiej. Każdy  centymetr 
kwadratowy  powierzchni  mojego  ciała  odczuwał  ten  potworny  nacisk.  Kurczyłem  się  pod 
nim, zapierał mi dech. Jęknąłem i zacisnąłem dłonie. Były zimne i śliskie. Lodowaty pot spły-
wał mi z twarzy i karku, z trudem łapałem powietrze. 

Z olbrzymim wysiłkiem stanąłem na podłodze i powlokłem się do sąsiedniego pokoju. 

Oparłem się o ścianę starając się uspokoić oddech i zorientować w sytuacji. Poprzez nie za-
słonięte okrągłe okienko widziałem szkółkę małych rybek pląsających w zielonkawej poświa-
cie  wody.  Potem  cień  wielkiej  ryby  zamajaczył  przed  szybą  i  zniknął.  Zwilżyłem  językiem 
spiekłe wargi i usiłowałem zebrać myśli. Muszę się stąd wydostać... dłużej tego nie wytrzy-
mam... nie wolno mi ulec panice... muszę się stąd wydostać za wszelką cenę... 

Przetoczyłem  się  przez  następne  drzwi  do  pomieszczenia  gospodarczego,  ukląkłem  i 

nachyliłem  się  nad  otworem  w  podłodze.  Pół  metra  pod  powierzchnią  podłogi  w  tafli  wody 
odbijało się srebrzyście sklepienie kopuły niczym zatrzaśnięte metalowe drzwi. 

Położyłem się na brzuchu na prążkowanej wykładzinie podłogowej i zanurzyłem ręce w 

wodzie. Jej tafla rozstąpiła się pod moimi palcami, pociekły po nich srebrzyste krople. Woda! 
Najcenniejsza rzecz w kosmosie! A ja tu histeryzuję właśnie dlatego, że żyję pod jej powierz-
chnią! Pomyślałem o rozpalonych wielkich pustyniach pyłowych pomiędzy kraterami Keplera 
i Kopernika. O bezlitosnej, lodowatej próżni Kosmosu... 

Po chwili oddech mój uspokoił się, ręce przestały drżeć. Usiadłem i wpuściłem nogi do 

otworu.  Plusnęło,  na  powierzchni  ukazały  się  kręgi.  Wzdrygnąłem  się.  Coś  potrąciło  mnie 
lekko w stopę. Raz, potem drugi. Pół tuzina rybek stłoczyło się w otworze i z zaciekawieniem 
badało  moje  stopy.  Roześmiałem  się  głośno  i  poczułem,  że  jestem  znowu  cząstką  wszech-
świata. Nabrałem wody w dłonie i zmyłem pot z twarzy. Usłyszałem za sobą odgłos kroków. 
Był to Jon. 

— Jak się czujesz, Kep? 
— W porządku. Czy obudziłem cię? Przykro mi. 
— I tak spałem tylko jednym uchem, bo spodziewałem się, że ta pierwsza noc da ci się 

we znaki. Przeżywają to prawie wszyscy nowi przybysze. Nawet Konszelfici, którzy wracają 
z dłuższej podróży na Ziemię. 

— Doprawdy? — Ucieszyłem się, że nie muszę się wstydzić. — Jak to się objawia? 
— Niektórzy ludzie wpadają w panikę i próbują przebić się przez ściany budynku albo 

wywalić drzwi. Oczywiście nic z tego nie wychodzi, bo na to trzeba by bomby. Zdarzyło się 
kilka razy, że ktoś próbował wydostać się na powierzchnię, a to jest naprawdę bardzo niebez-
pieczne.  Zawsze  pilnujemy  troskliwie  nowych  przybyszów,  aż  się  zaaklimatyzują.  Bo 
widzisz, ty jesteś tutaj na dole już ponad dwanaście godzin. Masz teraz krew nasyconą gazami 
pod ciśnieniem trzech atmosfer. Gdybyś wypłynął na powierzchnię, gazy uległyby rozszerze-
niu i wtedy z twojej krwi zaczęłyby wydobywać się bąbelki jak z otwartej butelki wody sodo-
wej. Gdyby przeniknęły do stawów, zostałbyś kaleką na całe życie. A gdyby dotarły do serca 
i płuc, nic nie zdołałoby cię uratować. 

background image

—  Na  szczęście  nie  zrobiłem  żadnego  głupstwa  —  uśmiechnąłem  się  do  Jona.  —  Ale 

do głowy przychodziły mi rożne myśli. Dziękuję ci, że pilnowałeś mnie. Chyba powinniśmy 
wrócić do łóżka, chociaż przyznaję, że wcale mi się nie chce spać. 

— Nie musimy. Jest już wpół do piątej. Dobra pora na obejrzenie całej naszej podmor-

skiej fauny i flory  w akcji. W późniejszych  godzinach ryby opadają  głębiej, a nocne drapie-
żniki idą spać. Chodź, ubierzemy się. 

Nałożyliśmy  kombinezony  i  zanurzyliśmy  się.  Popłynąłem  za  Jonem  i  kiedy  znaleźli-

śmy się poza cieniem rzucanym przez budynki, wśród raf koralowych i skał, Jon zapalił lata-
rkę.  Natychmiast  błękitnozielony  świat  zamienił  się,  jak  za  dotknięciem  różdżki  czarodziej-
skiej, w istną feerię barw, zaroił się najrozmaitszymi, fantastycznymi stworami. 

Rozgwiazda odsuwała się z wolna od promienia światła, poruszając się jak baletnica o 

nieskończonej  ilości  rąk  i  nóg.  Ośmiornica  czmychnęła  za  skałę  zamieniając  się  błyskawi-
cznie  z  błękitnej  w  brunatną.  Opancerzony  homar  wystawił  ostrzegawczo  kleszcze,  a  potem 
popełzł  w  bok.  Jego  brązowy  pancerz  przypominał  średniowieczne  zbroje  rycerskie,  które 
znałem z kasetowego filmu historycznego. 

Jon  powiedział  mi,  że  Konszelf  znajduje  się  na  miejscu  koralowej  rafy,  która  istniała 

przed setkami lat na terenie niezbyt odległym od powierzchni morza, gdzie woda była dosta-
tecznie ciepła dla podtrzymania życia polipów koralowych. Kiedy poziom dna obniżył się do 
dwudziestu  metrów,  skały,  na  których  rosły  koralowce,  stały  się  siedzibą  wargaczy,  mor-
szczuków, makreli i miliardów mniejszych stworzeń. 

Światło latarki Jona budziło je. Małe rybki zrywały się ze snu i tworzyły gęste ławice, 

poddające  się  najmniejszemu  nawet  ruchowi  wody.  Unikały  naszych  rąk  kryjąc  się  jak  w 
twierdzach w koralowych grzebieniach. Były wprost niesamowicie szybkie i zwinne. 

Większe ryby poruszały się indywidualnie, ale każda trzymała się swojego, ściśle zakre-

ślonego obszaru, tak jak gdyby teren podzielony był na strefy. Nie potrafiliśmy dostrzec tych 
niewidzialnych linii, ale dla ryb były one oczywiste. Pilnowały bardzo stanowczo nienarusza-
lności tych granic. 

Od czasu do czasu wielka ryba zaczynała nagle miotać się i jak błyskawica rzucała się 

na mniejszą. Po chwili znowu panował spokój, ryb ani śladu. Nie mogłem zrozumieć, w jaki 
sposób  te  wielkie  ryby  mogły  łapać  wystarczającą  ilość  ofiar  na  wyżywienie  swoich  potę-
żnych cielsk. 

Płynąłem  w  odległości  kilkunastu  centymetrów  od  dna,  rozkoszując  się  nieważkością. 

Było mi znacznie przyjemniej niż w czasie lotu, bo nie bałem się nagłych zmian szybkości i 
nie dokuczał mi brak swobody ruchów. Miałem pełną kontrolę nad sobą, czułem się jak orzeł 
szybujący wysoko na niebie. 

Jon zgasił latarkę. Przez chwilę panowała ciemność. Wyciągnąłem ręce, żeby oprzeć się 

o skałę. Moje oczy przyzwyczaiły się niebawem do ciemności i zorientowałem się, że świta. 
Tam, daleko w górze, na powierzchni morza wschodziło słońce, by zwiastować nowy dzień. 

Przestałem boleśnie odczuwać rozłąkę z własnym światem. Nie czułem się już samotny, 

lecz odwrotnie, ogarnęło mnie miłe uczucie pewności i bezpieczeństwa. Jon zaopatrzył mnie 
w filtr, który pochłaniał tlenek węgla z wydychanego przeze mnie powietrza i pompował je z 
powrotem  do  zbiornika,  gdzie  zmieszane  z  tlenem  mogło  być  powtórnie  użyte.  Dzięki  temu 
filtrowi  tylko  minimalna  ilość  drobnych  bąbelków  wydostawała  się  na  zewnątrz,  toteż  uwo-
lniony  od  ich  syku  mogłem  przysłuchiwać  się  odgłosom  morza,  owym  pluskom,  szmerom, 
pomrukom, świstom i westchnieniom, które wydawały z siebie ławice budzących się ryb. 

Po — jak mi się zdawało — kilku zaledwie minutach Jon trącił mnie w ramię, wskazał 

na zegarek, a potem na usta na znak, że jest głodny. Okazało się, że spędziliśmy w wodzie ca-
łe trzy godziny! Kiedy wracaliśmy ku budynkom, zauważyłem, że każdy z nich ma na ścianie 
i przy włazie bardzo wyraźnie wymalowaną literę, tak że nie mogło być mowy o zabłądzeniu 
do cudzego mieszkania. 

background image

Podpłynęliśmy pod budynek G. Niczym stały bywalec wynurzyłem się z wody, wspią-

łem  po  drabinie  i  usiadłem  na  brzegu  włazu,  żeby  zsunąć  szelki  akwalungu.  Wciąż  męczyła 
mnie grawitacja, ale dałem sobie radę bez niczyjej pomocy. 

— Dziękuję ci, Jon — powiedziałem z wysiłkiem,. przepłukując maskę i ustnik. 
Jon uniósł głowę i roześmiał się. 
— Myślę, że już jesteś dobry. Przeszły ci strachy? 
— Przeszły. Nie powiesz nic ciotce i wujowi? 
— Oczywiście, że nie — Jon spojrzał mi prosto w oczy — możesz na mnie liczyć. 
Już po raz drugi niepotrzebnie naraziłem się Jonowi. Byłem jeszcze daleki od pełnego 

zrozumienia tych Konszelfitów. 

Śniadanie było wspaniałe. Smażone placki przypominające naleśniki, które, jak powie-

działa ciotka, zrobione zostały z koncentratu rybiego mięsa z dodatkiem esencji z wodorostów 
zastępującej  jaja,  polanę  znakomitym  syropem  wydobytym  z  innych  wodorostów.  Po  trzech 
godzinach pływania byłem głodny i jadłem z apetytem. 

—  Mamo,  wychodzimy  na  cały  dzień  —  odezwał  się  Jon  wyjadając  resztę  syropu  z 

talerza. — Czy mogłabyś nam dać coś do jedzenia na drogę? Hil i ja chcemy pokazać Keple-
rowi zagrody i uprawy wodorostów. 

— Czy nie za dużo wrażeń na jeden dzień? Boję się, że Kep jeszcze nie jest zaaklimaty-

zowany. 

—  Czuję  się  świetnie,  ciociu  —  odezwałem  się  szybko.  —  Nieważkość  sprawia  mi 

szaloną przyjemność. Bezczynne siedzenie jest bardziej męczące, doprawdy? 

— Będziemy ostrożni. Zabierzemy ze sobą sanki i dodatkowe akwalungi na osiem go-

dzin. Na pewno się nie zmoczymy. Wrócimy do domu na kolację. 

— No dobrze, kochanie. Nie zapomnij zostawić w Kontroli planu wycieczki. Przygotuję 

wam prowiant na drogę, a ty tymczasem zaopatrz Keplera w pełny ekwipunek długodystanso-
wy. 

— Ekwipunek długodystansowy? 
—  Zaraz  zobaczysz,  o  co  chodzi  —  uśmiechnął  się  Jon.  —  A  teraz  radzę  ci  zrobić 

użytek z ubikacji. W schronisku znajdziemy się nie wcześniej niż za trzy godziny. 

Kiedy zjawiłem się w pomieszczeniu gospodarczym, zobaczyłem, że przed Jonem leży 

mnóstwo najrozmaitszych przedmiotów. Było tego znacznie więcej, niż przywiozłem ze skle-
pu,  gdzie  Hil  pomagała  mi  dobrać  podmorski  ekwipunek.  Jon  trzymał  w  ręku  plastikową 
kartkę. 

— Zaczynamy — powiedział. — Najpierw wskakuj w kombinezon. Mam nadzieję, że 

jest ogrzewany? Świetnie. Na Hil można liczyć. Zawsze dobierze najlepsze rzeczy. Zegarek i 
głębokościomierz załóż na lewą rękę, a kompas i lokalizator sonarowy na prawą... 

— Sonarowy? 
—  Kiedy  poruszasz  się  w  wodzie,  sonar  rzuca  sygnał  na  ekran  radarowy  w  wieży 

Kontroli. Gdybyś znalazł się w kłopotach, naciśniesz ten guzik, a wtedy najbliższy przyjazny 
delfin znajdzie cię i naprowadzi na właściwy kierunek. 

— Chyba bujasz! Przyznaj się! 
— Mówię prawdę! Naciśnięcie guzika wywołuje akustyczny sygnał, który nasze wytre-

sowane  delfiny  natychmiast  rozpoznają.  Oczywiście,  nic  ci  nie  pomogą,  jeżeli  zabraknie  ci 
powietrza. W takim przypadku nawet delfiny są bezradne, zwłaszcza na tej głębokości. Ale są 
nieocenione, kiedy ktoś zabłądzi czy utraci kierunek. Podobnie jak słynne bernardyny. 

— Bernardyny? 
— Takie psy. Ale nieważne. Czasami zapominam, że ty jeszcze nie wiesz o wielu zie-

mskich sprawach. 

— Ale za to orientuję się doskonale w sprawach księżycowych. Ciekawe, jak ty byś się 

popisał na takim egzaminie! Ale co dalej? 

background image

— Mikrofon. Załóż go sobie na szyję i oprzyj na krtani. W porządku. Odbiornik masz w 

hełmie.  Nałóż  go  na  głowę  i  sprawdź,  czy  mnie  słyszysz.  Okay?  W  ten  sposób  będziemy 
mogli ze sobą swobodnie rozmawiać pod wodą. Jego zasięg nie jest zbyt duży, ale zawsze to 
lepsze  niż  ręczne  sygnalizowanie  czy  próby  bezpośredniej  rozmowy  pod  wodą.  W  zasadzie 
można to robić, bo woda przenosi dźwięki, ale przeszkadzają bąbelki, no i trzeba by oczywi-
ście wyjąć ustnik. A teraz nałóż pas z ciężarkami. Chlebak z jedzeniem na lewy bok, torba na 
próbki na prawy. Nóż przymocuj do prawego uda, tuż nad kolanem. 

— Po co mi nóż? 
— Może uda nam się upolować jakiegoś skorupiaka na kolację. Ale tak  naprawdę jest 

to ubezpieczenie. Nigdy nie wiadomo, czy nie będziesz musiał go użyć, żeby wydostać się z 
jakichś  tarapatów.  Oczywiście,  najlepiej  się  na  nie  nie  narazić.  W  każdym  razie  wszyscy 
zawsze nosimy przy sobie nóż. A teraz nałóż aparat oddechowy, jest taki sam jak ten, którego 
używaliśmy z rana. Zawsze pilnuj, czy pęcherzyki wydobywają się z zaworu. One świadczą o 
tym,  że  świeży  tlen  miesza  się  z  używanym  powietrzem.  A  ten  wskaźnik  ciemnieje,  kiedy 
poziom tlenku węgla jest za wysoki. Uważaj na to. 

— Dziś rano nic mi nie mówiłeś. 
—  Bo  to  było  zbyteczne.  Oddaliliśmy  się  od  domu  zaledwie  na  odległość  paru  odde-

chów. Teraz płyniemy znacznie dalej. Bierz listę i sprawdzaj mnie, w miarę jak będę się ubie-
rał. Nakładam dokładnie to samo, co ty, z dodatkiem latarki. 

Obserwowałem uważnie, jak ubierał się Jon, po czym wśliznąłem się za nim do włazu. 

Przepłynęliśmy wewnętrzne podwórze domów mieszkalnych, a gdy dotarliśmy do jednego z 
budynków stojących w pierwszym rzędzie, Jon podniósł z dna kamień i zastukał nim w kopu-
łę.  Niemal  natychmiast  jakaś  postać  wyłoniła  się  z  włazu  i  przyłączyła  do  nas.  Domyśliłem 
się, że to była Hil, mimo że jej jasne włosy ukryte były pod czarnym, gumowym hełmem. 

— Hej, chłopcy! Jesteście punktualni! Od czego zaczynamy, Jon? 
—  Myślę,  ze  pokażemy  Keplerowi  nasze  hodowle  i  uprawy.  Możemy  zjeść  obiad  w 

schronisku 24 i wrócić albo najkrótszą drogą, albo okólną na poziomie trzydziestometrowym. 
Okay? 

—  Fajno!  Wzięłam  wczoraj  ze  składu  sanie  z  trzema  dodatkowymi  akwalungami.  Są 

zaparkowane na dole. 

Powiodłem wzrokiem za jej ręką i w bladej, błękitnozielonkawej poświacie dostrzegłem 

pomalowane na jaskrawo żółty kolor sanie. Była to właściwie metalowa rama, do której przy-
mocowano kilka paczek. Z przodu sterczał drążek sterowniczy, a po dwóch stronach wisiały 
pętle nylonowych sznurów. 

— Ja poprowadzę — powiedział Jon. Położył się na brzuchu i oburącz chwycił drążek 

sterowniczy. Włączył starter znajdujący się w nasadzie drążka. Rozległ się cichy szum. 

— Kep, trzymaj się sznura! 
Sięgnąłem po pętlę nylonową i w tej samej chwili sanie drgnęły, oderwały się od dna i, 

rozbryzgując  muł  na  wszystkie  strony,  zaczęły  sunąć  na  wysokości  około  pół  metra  nad 
dnem. 

— Wodny odrzutowiec — zabrzmiał mi niespodziewanie w uszach głos Hil. — Oparty 

jest  na  tej  samej  zasadzie,  na  jakiej  poruszają  się  ośmiornice  i  meduzy.  Zamiast  zużywać 
energię naszych mięśni, by pokonać opór wody, posługujemy się wodoszczelnymi bateriami. 
Działają przez osiem godzin. Potem trzeba je ładować. 

Sunęliśmy  w  wodzie  z  szybkością  dobrych  pięciu  kilometrów  na  godzinę.  Prawą  ręką 

trzymałem  się  mocno  nylonowej  pętli,  woda  łagodnie  opływała  moje  ciało,  sanie  sunęły  ró-
wno  naprzód.  Hil  trzymała  się  pętli  umieszczonej  po  drugiej  stronie.  Jon  prowadził  ten  dzi-
wny pojazd bezbłędnie. Czułem się doskonale wolny, pewny i bezpieczny. Przypomniały mi 
się dziecinne marzenia o lataniu. 

Spojrzałem  na  kompas  przymocowany  do  przegubu  ręki.  Naszym  kierunkiem  była 

background image

północ.  Jon  utrzymywał  teraz  sanie  na  wysokości  mniej  więcej  metra  nad  dnem.  Trudno  mi 
było oceniać zarówno odległość, jak i szybkość. Po dwudziestu minutach podróży zdawało mi 
się, że przebyliśmy półtora kilometra. Zauważyłem wtedy, że od początku suniemy nad rurą z 
masy plastycznej, ciągnącą się po morskim dnie. 

— Czy to rurociąg na ropę? 
— Nie. To jest przewód ze sprężonym powietrzem. Ale spójrz w lewo. Zobaczysz nasze 

zagrody. 

Przeczytałem dobry tuzin westernów na mikrofilmach i z lektury powieści Zane Greya 

wiedziałem, że na Ziemi trzyma się bydło w specjalnych zagrodach. 

—  Zagrody?  Tutaj?  —  zdziwiłem  się.  Zobaczyłem  srebrzystą,  migotliwą  ścianę,  która 

zagradzała nam drogę. — Nic nie rozumiem. 

— Zaparkujemy sanie i wszystko ci pokażemy.  
Zahamowaliśmy i opadliśmy na dno. Podążyłem za Jonem, i Hil pod mur. Szeroka rura, 

nad  którą  płynęliśmy,  kończyła  się  zaworem  i  rozgałęzieniem  w  kształcie  litery  T,  a  kiedy 
podpłynąłem bliżej, zobaczyłem, że rozchodzące się od niej w prawo i lewo cieńsze rurki po-
dziurkowane są na górnej powierzchni. Równe rzędy srebrzystych pęcherzyków wydobywały 
się z każdego z tych otworów i podążały w górę. 

— To jest bariera dla ryb — wyjaśnił mi Jon. — Jest to coś w rodzaju teksaskiej bramy 

w zagrodach dla bydła. Człowiek przez nią przejdzie, ale krowa nie potrafi. Ryby mają słaby 
wzrok, ale bardzo rozwinięty zmysł dotyku. Ich skóra jest silnie unerwiona po obydwu stro-
nach, toteż natychmiast odczuwają najmniejszą nawet zmianę ciśnienia. Ten ciąg bąbelków to 
w ich odczuciu ściana. Nie próbują nawet przepłynąć przez nią, tak samo jak ty nie usiłował-
byś przejść przez ścianę domu. 

— A co by było, gdyby chociaż jedna spróbowała? 
Jon roześmiał się. 
— Nie wiem. To się jeszcze nie zdarzyło. 
— Ale ja nie widzę żadnych ryb. 
Spojrzałem w górę. W srebrzystych pęcherzykach światło odbijało się jak w lustrze. 
— Zaraz zapytam dozorcę, czy możemy wejść. Zaczekajcie tu chwilę. 
Jon odpłynął i po kilku minutach powrócił w towarzystwie chłopca w moim wieku. Jon 

przedstawił nas, przywitaliśmy się podaniem rąk. 

— Możecie wejść do środka, tylko nie zatrzymujcie się nad barierą dla ryb. Mam tu trzy 

miliony doskonałych śledzi. Niedługo zostaną wysłane na sprzedaż. Przełaźcie szybko. 

Jon i Hil przepłynęli przez barierę z pęcherzyków pociągając mnie za sobą. Przez mo-

ment zdawało mi się, że oblazły mnie mrówki, ale niebawem byliśmy już w środku zagrody, 
wśród  ogromnej  ławicy  ryb.  Aż  się  od  nich  ciemno  zrobiło.  Śledzie  nie  zwracały  na  nas 
najmniejszej uwagi, pląsały wokół nas, ocierały się o nasze ciała. Starałem się nie poruszać w 
obawie,  żeby  nie  uszkodzić  żadnego  z  nich.  Jon  dał  znak,  zawróciliśmy,  przepłynęliśmy  z 
powrotem przez barierę z pęcherzyków do morza, które wydało nam się niemal puste. 

— Niewiarygodny widok. Ale czym żywi się taka ogromna masa ryb? 
—  Urządzamy  zagrody  w  miejscach,  do  których  prądy  oceaniczne  przynoszą  najwię-

ksze  ilości  planktonu.  Założenie  systemu  rur  z  powietrzem  jest  stosunkowo  proste.  Są  ze 
sztucznego  tworzywa  i  dają  się  łatwo  przenosić.  Delfiny  pomagają  nam  przy  zaganianiu  do 
zagród  tych  gatunków  ryb,  o  które  nam  chodzi,  i  w  odpędzaniu  szkodników.  Nie  ponosimy 
niemal żadnych strat, a zyski są olbrzymie. 

— Czy macie na Konszelfie wiele takich zagród? 
— Zwykle jest ich około tuzina, na różnych głębokościach i w różnych temperaturach. 

Tam  gdzie  Golfsztrom  podchodzi  do  konszelfu,  możemy  nawet  hodować  tuńczyki,  ale  w 
północno-zachodniej części hodujemy na ogół śledzie i dorsze, które wolą zimniejszą wodę. 
Wracajmy teraz do sań, ryby już widziałeś, pokażemy ci uprawę wodorostów. 

background image

Jon  ułożył  się  znowu  na  saniach,  Hil  i  ja  uczepiliśmy  się  sznurów.  Ruszyliśmy  i  po 

chwili  skręciliśmy  w  prawo.  Sunęliśmy  teraz  trasą  na  poziomie  dwudziestu  pięciu  metrów 
pod powierzchnią morza. W miarę jak posuwaliśmy się naprzód, dno szelfu opadało coraz ni-
żej, pod nami rozprzestrzeniła się wkrótce nieprzenikniona ciemność. 

— Jesteśmy teraz blisko Rowu Śródoceanicznego. — Głos Jona zabrzmiał mi w uszach 

jakby z wielkiej dali. — Przecinamy zapadlinę, która prowadzi daleko w głąb oceanu. Nigdy 
nie zapuszczaj się tutaj samotnie. Można łatwo zabłądzić i spłynąć zbyt głęboko. A tam wo-
lno się poruszać wyłącznie nurkom głębinowym i łodziom podwodnym. 

— Co mogłoby mi się stać? 
— W Rowie? W tej chwili granicą dla wytrenowanego nurka zaopatrzonego w specja-

lny ekwipunek jest głębokość stu dziewięćdziesięciu metrów. Panuje tam ciśnienie wynoszące 
dziewiętnaście atmosfer, to znaczy, że dziewiętnaście razy więcej gazów niż na Powierzchni 
może się rozpuścić we krwi. Kiedy człowiek znajduje się na Powierzchni, może bez szkody 
wdychać powietrze zawierające trzy procent dwutlenku węgla. Tam, na dole, wystarczy jedna 
szósta procenta dwutlenku węgla — i człowiek mdleje. Jeden, najwyżej dwa procent wywołu-
je konwulsje, a potem śmierć. Tam są zupełnie inne warunki egzystencji. 

— To czego ludzie tam szukają? Po co się tak głęboko zanurzać? Czy to warto? 
— Ależ oczywiście! Musimy wykorzystać każdy kilometr kwadratowy oceanu.  Na ra-

zie zadowalamy się eksploatacją tylko płytkich części szelfu, ale to nie wystarczy. Rów Śród-
oceaniczny ma powierzchnię równą obszarowi wszystkich kontynentów razem wziętych. Na 
razie jest dla nas za głęboki. Ale kiedyś... Będziemy musieli przystosować nasz organizm do 
tych warunków, może metodą operacyjną, może poprzez mutację... 

— Jon! — krzyknęła Hil. — Ponosi cię fantazja! Musimy skręcić na zachód. Oddalili-

śmy się zbytnio od hodowli ryb. 

— Przepraszam. 
Jon zmieszał się i zawstydził. Przypomniałem sobie zdanie, jakie niechcący usłyszałem 

poprzedniej nocy. Hil powiedziała wtedy: „Jeżeli zdradzisz, oni cię zabiją, a ja nie będę mo-
gła temu zapobiec”. 

Co się działo na Konszelfie 10? W jakie niebezpieczne i tajemnicze sprawy zamieszana 

była  Hil?  Nie  mogłem  ich  oczywiście  otwarcie  zapytać,  będę  musiał  sam  do  tego  dojść.  A 
może zadowolić się rolą gościa i nie przejmować się niczym? 

Patrzyłem przed siebie. Woda była zimna i przejrzysta, a Jon skierował sanie ku górze. 

Sunęliśmy  skrajem  wzgórza  ciągnącego  się  aż  ku  brzegowi.  Głębokościomierz  wskazywał 
dwadzieścia metrów, po chwili piętnaście. Wyrównaliśmy kurs i skierowaliśmy się na północ. 
Przed nami wyrosła gęsta roślinność, pochłaniająca resztę światła przenikającego na tę głębo-
kość.  Przypomniało  mi  to  obrazki  z  dzieciństwa  przedstawiające  lasy,  które  w  przeszłości 
porastały niektóre obszary Ziemi. 

Zbliżyliśmy  się  do  tego  lasu  i  kiedy  przyzwyczaiłem  się  do  ciemności,  zacząłem 

rozróżniać  poszczególne  pnie  tych  gigantycznych  wodorostów.  Były  grube  i  gładkie  i  miały 
brunatnooliwkowy kolor. Przechylały się to w jedną, to w drugą stronę pod wpływem ruchu 
koron, które wyrastały aż na powierzchnię i chwiały się pod działaniem wiatru i fal. Wyciąg-
nąłem  rękę,  dotknąłem  śliskiej  łodygi  i  poczułem  nagle  kontakt  z  dalekim  światem  słońca  i 
światła,  z  życiem  oddalonym  zaledwie  o  piętnaście  metrów.  Podniosłem  wzrok  do  góry. 
Oglądane pod światło wodorosty mieniły się pięknym, bladozłotym kolorem. 

Głos Jona wyrwał mnie z zamyślenia. 
— Może zjemy teraz obiad w schronisku, a potem rozejrzymy się, zgoda? 
Skręciliśmy znowu na zachód i mniej więcej w pięć minut później dostrzegłem na dnie 

morza  znajomą  już  teraz  linię  mieniącej  się  taśmy  kierunkowej.  Prowadziła  do  niewielkiej, 
przytulonej do skały, plastikowej kopuły. — Na jej powierzchni widniała liczba 24, co przy-
pomniało  mi  cyfry  umieszczone  na  wielkiej  mapie  Konszelfu  wiszącej  w  dziale  łączności 

background image

Kontroli. 

Wpłynęliśmy pod kopułę przez wejściowy właz. Z uczuciem ulgi zdjęliśmy kombinezo-

ny i hełmy i odetchnęliśmy głęboko zwykłym powietrzem. Wyprostowałem się i rozejrzałem 
dokoła siebie. Połowę ściany zajmowała szeroka, wyściełana półkolista ława, a drugą przeci-
nały  wejścia  do  łazienki  z  prysznicem  oraz  kuchenki,  w  której  stała  szafka  opatrzona  napi-
sem: Żywność. Tam też  znajdował się telefon. Jon podszedł prosto do aparatu, podniósł słu-
chawkę,  wymienił  nasze  nazwiska  i  dodał,  że  „po  odpoczynku  zamierzamy  zwiedzić  pola 
wodorostów”. 

Wzięliśmy prysznic i zjedliśmy przysmaki przygotowane przez ciotkę Janet. Były to jak  
gdyby naleśniki o najrozmaitszym nadzieniu, tyle że nie z ciasta, lecz z ciemnych liści 

wodorostów. Nadzienie było bardzo smaczne, a liście nieco cierpkie i lekko słonawe. 

— Japończycy od wieków jadają wodorosty — powiedziała Hil. — Wzięliśmy od nich 

najlepsze przepisy. 

Po posiłku wyciągnąłem się na ławie i wydałem z siebie pomruk zadowolenia. 
— Spuchłeś? 
—  Nie,  wcale  nie.  Opowiedz  mi  jeszcze  coś  o  tych  wodorostach.  Jak  je  uprawiacie? 

Jakie są ich właściwości? 

—  Są  to  liściaste  rośliny  o  silnie  rozgałęzionych  korzeniach.  Niektóre  odmiany  mają 

łodygi sięgające stu pięćdziesięciu metrów. Znajdujące się w ich koronach pęcherzyki wype-
łnione  są  gazem,  który  utrzymuje  je  prawie  na  powierzchni  wody.  W  ten  sposób  otrzymują 
niezbędne im do fotosyntezy światło. Rosną głównie na wybrzeżu Pacyfiku. Tutaj mamy ty-
lko szkółkę doświadczalną, nie więcej niż kilka kilometrów kwadratowych. Są bezcenne przy 
przeprowadzaniu  analizy  minerałów  i  stanowią  składniki  wielu  leków  i  produktów  spoży-
wczych. Mamy więc zamiar rozwinąć tę uprawę na większą skalę. A teraz, jeżeli już odpoczą-
łeś, możemy się ubrać i obejrzeć je z bliska. 

Kiedy już nałożyłem na siebie kombinezon, Jon powiedział: 
—  Gdy  będziemy  wśród  wodorostów,  trzymaj  się  bardzo  blisko  nas.  Można  się  tam 

łatwo zgubić. 

Rozzłościłem się, ale nic nie powiedziałem, tylko ubierałem się dalej. Ta para traktowa-

ła  mnie,  jak  gdybym  był  dzieckiem.  Znajdowałem  się  rzeczywiście  na  obcym  terenie,  ale 
przecież  poruszałem  się  swobodnie  od  lat  na  pozbawionej  atmosfery  powierzchni  Księżyca. 
Nie byłem więc niedoświadczonym żółtodziobem. 

Wypłynęliśmy przez właz. 
—  Czy  zabieramy  zapasowe  akwalungi?  —  zwróciła  się  Hil  do Jona,  kiedy  mijaliśmy 

zaparkowane sanie. 

— Nie warto. Mamy tlen na pół godziny — odpowiedział Jon. — Na razie pokręcimy 

się w pobliżu, a jak zechcemy zapuścić się dalej, to wrócimy po nie. 

Złość  moja  przemijała  pod  wpływem  pieszczoty  cudownie  chłodnej  wody.  Z  góry 

sączyło się słabe światło, a gładkie łodygi muskały mi ciało. Jon zapalił latarkę przypiętą do 
pasa i silnym snopem promieni oświetlał miliardy małych krabów, krewetek i rybek mieszka-
jących pomiędzy korzeniami olbrzymich wodorostów. Położyłem się na dnie i obserwowałem 
ruchliwe życie mieszkańców podmorskiego świata. 

— Chodź już, Kep — usłyszałem niecierpliwy głos Hil. 
— Nie ma pośpiechu. Niech się napatrzy. 
Nie zwracałem uwagi na ich głosy i płynąłem wolno tuż nad dnem zaglądając w groty i 

wgłębienia. Po chwili w słuchawkach rozległ się niecierpliwy głos Hil. 

— Kep, uważaj. Nie właź pomiędzy łodygi. 
Chciałem  wyłączyć  słuchawki.  Marzyłem  o  tym,  żeby  mi  nikt  nie  zakłócał  spokoju. 

Byłem zafascynowany tym nowym, nie znanym mi światem. 

— Cicho bądź — powiedziałem. 

background image

W tej samej chwili gwałtowny prąd wody porwał mnie w górę i rzucił w głąb gęstego 

lasu  wodorostów.  Zacząłem  koziołkować.  Próbowałem  odzyskać  kontrolę  nad  ruchami,  ale 
straciłem  orientację,  nie  wiedziałem,  gdzie  góra,  a  gdzie  dół.  Traciłem  też  oddech  i  o  mały 
włos nie zgubiłem ustnika. Poddałem się prądowi, czekając, dokąd mnie poniesie. Po chwili 
woda uspokoiła się, zacząłem opadać na dno. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Rozglądałem się na wszystkie strony, próbując odzyskać orientację. Woda była zmąco-

na,  gęsta  jak  zupa,  pełna  piasku  i mułu.  Zmusiłem  się  do  bezruchu  i  czekałem,  aż  stanie  się 
znów  przezroczysta.  Minęła  wieczność,  zanim  zdołałem  zobaczyć  własną  rękę.  Kiedy  wre-
szcie widoczność powiększyła się do sześciu metrów, rozejrzałem się. 

Dokoła widać było wyłącznie smukłe łodygi wodorostów. Jona i Hil ani śladu. Wołałem 

ich imiona, chciałem krzyczeć, ale wiedziałem, że jeżeli są w zasięgu mojego nadajnika, jego 
wysoka częstotliwość przekaże nawet mój szept. 

Nastawiłem  uszu,  ale  słyszałem  tylko  własny  oddech.  Gdzież  oni  mogą  być?  W  jaki 

sposób znajdę bez ich pomocy drogę do schroniska albo na Konszelf 10? Wzywałem ich raz 
po raz po imieniu, ale odpowiadała mi tylko cisza. A może na dalszy dystans moje radio dzia-
ła kierunkowo, pomyślałem i zacząłem z wolna obracać się wołając: 

— Jon!... Hil!... 
W  pewnym  momencie,  kiedy  próbowałem  obrócić  się  w  lewo,  coś  nagle  zatrzymało 

mnie i powoli odkręciło  w prawo. Spróbowałem  z całych sił obrócić się jeszcze raz i wtedy 
poczułem,  że  jestem  jakby  owinięty  elastycznym  bandażem,  który  łagodnie,  ale  stanowczo 
ogranicza  mi  ruchy.  Spojrzałem  po  sobie.  Wisiałem  na  wysokości  około  metra  nad  dnem,  a 
silne,  elastyczne  łodygi  wodorostów  okręciły  się  dokoła  kostek  moich  nóg  oraz  lewej  ręki  i 
ramienia.  Zacząłem się szarpać i mocować i po pewnym czasie udało mi  się uwolnić ramię, 
ale mimo wielkiego wysiłku nie mogłem wyswobodzić nóg. 

Zorientowałem  się,  że  oddycham  ciężko  i  szybko.  Zrobiłem  wielki  wysiłek,  żeby  się 

uspokoić. Księżycowe doświadczenie przyszło mi z pomocą. Wiedziałem, że panika oznacza 
niechybną śmierć. „Oddychaj równo. Oszczędzaj siły. Zastanów się”. 

W  głowie  kotłowała  mi  się  natrętna  myśl.  Zaraz...  co  powiedział  Jon?  Co  to  było? 

„Mamy  tlen  na  pół  godziny.  Jeżeli  zechcemy  zapuścić  się  dalej,  to  wrócimy  po  dodatkowe 
akwalungi…” Ile czasu mogło upłynąć od tej chwili? Jak długo przebywałem wśród korzeni 
wodorostów? Dziesięć minut? Dwadzieścia? 

Znowu  krzyknąłem  i  wstrzymując  oddech  nasłuchiwałem  odpowiedzi.  Jaki  jest  zasięg 

tego nadajnika? Jak daleko mógł mnie znieść prąd? Mogłem się znajdować o całe kilometry 
od moich przyjaciół, i to w każdym kierunku. 

Była to przykra myśl. Ale jeżeli rzeczywiście jestem zdany na własne siły, to muszę się 

skupić i coś wymyślić, dopóki jeszcze czas. Przeszedł mnie zimny dreszcz i na chwilę podda-
łem się strachowi. Ale szybko oprzytomniałem i mózg mój zaczął znów pracować precyzyj-
nie. 

Sięgnąłem  po  nóż  umocowany  u  prawego  uda  i  ostrożnie  wyciągnąłem  go  z  pochwy. 

Łodygi wodorostów były bardzo twarde i śliskie, kilkakrotnie o mały włos nie skaleczyły mi 
nogi.  Zacząłem  więc  piłować  od  siebie.  Z  wysiłku  pociemniało  mi  w  oczach.  Oddychanie 
stawało  się  z  każdą  chwilą  trudniejsze.  Ssałem  ustnik  desperacko.  Przypomniałem  sobie  o 
zapasowym akwalungu. 

Przekręciłem  zawór.  Przypływ  nowego  tlenu  orzeźwił  mnie  w  cudowny  sposób  i  na-

background image

tychmiast wrócił mi klarowność myślenia, ale jednocześnie nóż wyśliznął mi się z ręki i spadł 
na piaszczyste dno. Sięgnąłem w dół przytrzymywany niczym akrobata cyrkowy linami wo-
dorostów,  które  wciąż  owijały  mi  kostki  nóg.  Dosięgnąłem  noża.  Jeszcze  jedno  szarpnięcie, 
jeszcze centymetr i chwyciłem go! 

Znowu zacząłem piłować. Uwolniłem jedną nogę. Na jak długo wystarczy mi dodatko-

wy  zapas  tlenu?  I  czy  jest  częścią  półgodzinnego  zapasu  czy  dodatkiem  do  niego?  „Piłuj 
dalej”. Ostrze noża zaczęło się stępiać. No, ale nic! 

Uwolniłem  lewą  nogę  i  obróciłem  się  ostrożnie  nie  chcąc  dopuścić  do  tego,  żeby  mój 

akwalung zaplątał się z kolei w wodorosty. Ze wszystkich stron otaczał mnie las złotobrązo-
wych,  chwiejących  się,  bliźniaczo  do  siebie  podobnych  roślin.  Przypomniałem  sobie,  że  za-
jmują one obszar dwunastu kilometrów kwadratowych. 

Miałem  do  wyboru  dwie  możliwości.  Albo  pozostać  w  miejscu  i  czekać,  dopóki  wy-

starczy mi zapasu tlenu — czyli bardzo krótko — albo płynąć w jakimś obranym kierunku tak 
długo, jak zdołam... 

Żadna z tych możliwości nie była zbyt obiecująca. Spojrzałem na kompas i zacząłem 

powoli płynąć  w kierunku — jak mi się zdawało — Konszelfu, starając się oszczędzać ene-
rgię i powietrze. 

W  tym  świecie,  gdzie  nic  nie  wskazywało  kierunku,  całe  moje  życie  zależne  było  od 

małej igły przymocowanego do przegubu mojej ręki kompasu. Marzyłem o tym, żeby znaleźć 
się znowu na Księżycu, gdzie słońce i gwiazdy wskazywałyby mi drogę do domu. Ale znaj-
dowałem się w mrocznym świecie, niemal całkowicie pozbawionym punktów orientacyjnych. 

Znowu wezwałem Hil i Jona. Coś odpowiedziało mi! Znieruchomiałem i wstrzymałem 

oddech.  Ale  niestety.  Wziąłem  marzenie  za  rzeczywistość.  Nagły  prąd,  który  mnie  porwał, 
wystraszył  również  ryby,  tak  że  zniknęły  nawet  ich  popiskiwania  i  gwizdy.  Słyszałem  tylko 
bicie własnego serca i cichy świst bąbelków powietrza uchodzących z mojego akwalungu. 

Przypomniałem  sobie  nagle  o  delfinach.  Były  moją  jedyną  deską  ratunku!  Jak  Jon  je 

nazwał? Bernardynami! To jest to! One mi pomogą! Nacisnąłem guzik lokalizatora. Nastawi-
łem  ucha.  Ale  sygnał  był  widać  nadany  na  niesłyszalnej  częstotliwości,  więc  nie  mogłem 
stwierdzić, czy aparat działa. Pozostawało mi tylko wierzyć, że tak jest. Płynąłem powoli na 
południe, w stronę Konszelfu 10. 

Czułem, że moje ręce i nogi stają się coraz cięższe, a powieki same się zamykają. Wcią-

gnąłem mocno powietrze w płuca. Wydech. Nic. Niedobrze. Skończył się tlen. Co za idioty-
czna śmierć, jaka szkoda... 

Nagle  poczułem  szturchnięcie  w  plecy  i  wzdrygnąłem  się.  Nareszcie  delfin!  Ale  za 

późno, przyjacielu. Nie, to nie był delfin! To był CZŁOWIEK! 

Jestem uratowany. Będę mógł skorzystać z jego akwalungu, wdychać powietrze razem 

z  nim,  tak  jak  uczyła  mnie  Hil.  Wszystko  w  porządku.  Łapczywie  wyciągnąłem  rękę  po 
ustnik  mojego  wybawcy,  ale  moja  dłoń znalazła się  nagle  w  żelaznym  uścisku.  Pociągany  z 
wielką  siłą  leciałem  przez  wodę  szybko,  coraz  szybciej.  Dusiłem  się.  Wykrztusiłem z  siebie 
błagalną prośbę o pomoc i jeszcze raz sięgnąłem po ustnik tego człowieka. 

Doznałem  szoku  i  na  chwilę  oczy  moje  odzyskały  zdolność  widzenia.  Ciało  tego  dzi-

wnego  osobnika  pokryte  było  od  stóp  do  głów  ciasną,  srebrzystą  tkaniną,  podobną  do  skóry 
łososia.  Jego  długie,  ciemne  włosy  szybowały  za  nim  w  wodzie.  Widziałem  wyraźnie  jego 
rysy. Miał prosty nos, kształtne usta i nieco skośne oczy. 

Wydał mi się znajomy. Ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mogłem 

go widzieć w najbardziej fantastycznych snach. Bo ten człowiek nie miał ani akwalungu, ani 
ustnika. Zanim straciłem przytomność, zobaczyłem, że nabiera wody w usta, a po dwóch stro-
nach karku ma srebrzyste skrzela z różowym wnętrzem, rozchylające się i zamykające miaro-
wo. Nabierał nimi tlen z wody jak ryba. 
 

background image

Czy mnie pamięć myli, czy był to po prostu sen? Czyjeś ręce wyciągają mnie z wody. 

Jest  ciepło  i  jasno.  Strumienie  czystego  powietrza  wypełniają  mi  płuca.  Plastikowa  maska 
uciska  nos  i  usta.  Jaśnieje  mi  w  oczach  i  widzę  nagle  sklepiony  sufit.  Odwracam  głowę. 
Pamiętam... o tak, jestem pewny, że pamiętana regularne rysy twarzy mojego ratownika i jego 
ciemne  włosy  mieniące  się  rudymi  pasemkami  w  płynących  ze  stropu  smugach  światła.  Ale 
kiedy otworzyłem oczy i zwróciłem głowę w stronę wejściowego otworu, ten człowiek wśli-
znął się do wody i zniknął błyskawicznie. 

Uniosłem się na miękkiej ławie, a końcówka  aparatu tlenowego spadła na podłogę. W 

nieruchomej tafli wody włazu odbijał się sufit kopuły. Opadłem z powrotem na ławę i zasną-
łem. 

Kiedy obudziłem się, leżałem przez chwilę na wznak wpatrując się w obłe kształty skle-

pienia.  Było  tu  podobnie  jak  w  pieczarze  księżycowej,  tyle  że  znacznie  cieplej.  Poruszyłem 
głową, po czym usiadłem. Na sobie miałem tylko slipy kąpielowe. Byłem wyciągnięty na pół-
kolistej ławie pod ścianą, otulony kocami. Na podłodze leżał respirator. Poza mną nie było tu 
nikogo. Gdzie zniknął mój wybawca? 

Stanąłem ostrożnie na podłodze. Przez chwilę kręciło mi się w głowie, ale to mi wkró-

tce przeszło. Od jak dawna jestem tutaj? Jeżeli wierzyć mojemu zegarkowi, minęły dwie go-
dziny od chwili, kiedy spojrzałem nań w czasie szamotania się z wodorostami. 

Dziwna  sprawa.  Czułem  się  tak,  jakbym  spał  przez  dwa  dni,  a  mimo  to  byłem  lekko 

oszołomiony. I głodny. Może zjedzenie czegoś pomoże mi? Powoli powlokłem się do kuche-
nki. Cóż to u licha? Jakie ja mam słabe nogi! Zacząłem szperać pomiędzy zapasami żywności 
w szafce i wyciągnąłem paczkę z napisem: Racja jednoosobowa

Przeczytałem  wskazówki,  wsunąłem  ją  do  piecyka  mikronowego  i  nastawiłem  czaso-

mierz  na  trzydzieści  sekund.  Kiedy  odezwał  się  brzęczyk,  wyciągnąłem  paczkę  i  zerwałem 
opakowanie.  Na  wierzchu  znalazłem  łyżkę.  Wróciłem  wraz  z  parującym  pojemnikiem  na 
ławę i otuliłem się szczelnie kocem. 

Gorąca  zupa  jak  gdyby  nasycała  moje  ciało  energią.  W  paczce  był  poza  tym  kotlet  z 

ryby i jakaś zielona jarzyna. W ostatniej przegródce znajdował się deser nakryty srebrną folią 
—  coś  w  rodzaju  lodów.  Mocna  rzecz:  zamrożony  deser,  dwa  gorące  dania,  wszystko  w 
jednym pudełku. 

Skończyłem  posiłek,  wrzuciłem  puste  pudełko  do  pojemnika  na  śmieci  i  rozejrzałem 

się.  Czułem  się  znacznie  lepiej  i  raźniej.  Dostrzegłem  telefon  na  ścianie,  którego  jakoś  do-
tychczas nie zauważyłem. Wystarczyło podnieść słuchawkę i powiedzieć Kontroli Konszelfu 
10, gdzie jestem. Zabiorą mnie stąd natychmiast i zawiadomią Jona i Hil, że jestem uratowa-
ny. No i ciotkę, i wuja. Nie bez uczucia zawstydzenia podniosłem słuchawkę i czekałem, żeby 
odezwała  się  Kontrola.  Zastanawiałem  się  co  im  powiedzieć.  Nie  miałem  pojęcia,  gdzie 
jestem. Powiem im po prostu: „Jestem tutaj”, a oni na pewno sami zorientują się, gdzie to jest. 

Ale  w  słuchawce  panowała  cisza.  Stuknąłem  kilka  razy  w  widełki,  ale  nie  miałem  już 

wątpliwości. W słuchawce nawet nie szumiało, z czego wywnioskowałem, że połączenie zo-
stało gdzieś przerwane. Odłożyłem słuchawkę i usiadłem. Byłem sam. 

Na chwilę uległem panice. A potem przypomniał mi się mój wybawca. Wszystko stało 

się dla mnie jasne. On na pewno dlatego nie pozostał przy mnie, że próbował zatelefonować, 
a  potem  podążył  po  pomoc.  Należało  więc  spokojnie  czekać.  Było  mi  ciepło,  miałem  pod 
dostatkiem powietrza, żywności i wody. Ułożyłem się na ławie i zdrzemnąłem się. 

Ktoś  potrząsnął  mną  silnie.  Był  to  Jon.  Ociekał  wodą,  miał  na  sobie  kombinezon,  nie 

zdjął nawet akwalungu. 

— Och, człowieku, jakże się cieszę, że  cię widzę. Nie mogę w to po prostu uwierzyć. 

Czy jesteś cały i zdrowy? — krzyknął. 

— Czuję się doskonale. 
Objęliśmy się mocno. Na Księżycu unikamy zbyt jawnego okazywania naszych uczuć i 

background image

w innych okolicznościach poczułbym się zawstydzony. Ale widok Jona ucieszył mnie ponad 
wszelką miarę! Klepaliśmy się po ramionach i śmieliśmy się jak głupi. Byłem szczęśliwy, że 
żyję. W dodatku pojąłem nagle, że dobrze jest mieć przyjaciela, który lubi mnie nie dlatego, 
że jestem synem gubernatora Księżyca. Wstaliśmy i uśmiechnęliśmy się do siebie. 

— Na dole są sanie z zapasowymi akwalungami. Czy czujesz się na siłach do podróży? 

Czy możesz sam nałożyć kombinezon? 

— Czuję się świetnie, naprawdę. Daj mi akwalung. 
Jon  zsunął  się  do  włazu,  a  ja  poskładałem  koce  i  nałożyłem  kombinezon  oraz  resztę 

ekwipunku.  Kiedy  byłem  gotowy,  zjawił  się  Jon  i  podał  mi  świeży  akwalung.  Zbladł,  kiedy 
zobaczył zero na wskaźniku ciśnienia mojego zużytego zbiornika. Przekręcił zawór. 

— Człowieku, byłeś o włos od śmierci! 
—  Chyba  tak.  Ale  teraz  wszystko  jest  okay  —  dodałem,  widząc  przerażenie  w  jego 

oczach. 

— Myśleliśmy, że już po tobie. Biedna mama! No i twój ojciec! 
— Ojciec wie? 
—  Kiedy  po  godzinie  poszukiwań  nie  znaleźliśmy  ciebie,  zawiadomiliśmy  Kontrolę. 

Było to około drugiej. Oni zatelefonowali do wuja George'a do ONZ. Dopiero przed godziną 
zawiadomiono  mnie,  że  jesteś  zdrowy  i  cały.  Kiedy  wyruszałem  tutaj,  Kontrola  łączyła  się 
znowu z Ziemią. 

— Spieszmy się, Jon. 
Wszystkie  pytania,  jakie  chciałem  mu  postawić,  uleciały  mi  z  pamięci.  Chciałem  jak 

najszybciej wrócić na Konszelf 10 i uspokoić ojca. Popłynęliśmy szybko. Jon zabrał mnie od 
razu do Kontroli i przedstawił dyżurnej urzędniczce Mary, która połączyła mnie natychmiast 
z ONZ. Z trudem rozpoznałem ojca na ekranie wideotelefonu. Wydało mi się, że postarzał się 
i posiwiał. Ale kiedy zobaczył mnie całego i zdrowego, poweselał. 

— Tato, strasznie mi przykro. Nie moja wina, że oni tak się pośpieszyli ze złymi wiado-

mościami. 

— W porządku, Kep. Nie mieli innego wyjścia. Miałeś powietrze tylko na pół godziny. 

Jak się uratowałeś? 

— To bardzo dziwna historia — zacząłem i umilkłem na chwilę, żeby pozdrowić ręką 

Hil,  która  weszła  właśnie  z  kubkiem  kawy  dla  dyżurnej.  —  Akurat  skończył  mi  się  zapas 
tlenu, kiedy zjawił się jakiś dziwny srebrny człowiek ze skrzelami i... 

— Kep, są zakłócenia na linii. Powtórz to... 
— Ten człowiek był cały jakby pomalowany srebrną farbą i nie miał... 
W konsolecie telekomunikacyjnej rozległ się trzask, obydwie dziewczyny krzyknęły, po 

pokoju  rozszedł  się  ostry  zapach  spalenizny.  Wideotelefon  zamilkł.  Obraz  ojca  na  ekranie 
zniknął. 

— Co u diabła? 
— Hil, przepraszam cię! Czy oparzyłaś się? 
— Nic mi nie jest, Mary. Muszę się tylko przebrać.  
Hil stała przy konsolecie i wycierała sobie spodnie. Na podłodze leżał rozbity kubek w 

kałuży kawy. Hil zorientowała się, że patrzę na nią. Zarumieniła się i wybiegła z pokoju. 

Mary patrzyła to na dymiącą konsoletę, to na mnie. 
— Bardzo mi przykro, Kepler. Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, ale obawiam się, 

że minie co najmniej godzina, zanim aparat wyschnie i będzie go można naprawić. Czy mam 
cię połączyć z ojcem, jak tylko przywrócimy łączność? 

— Nie warto, Mary. Ojciec już wie, że wszystko gra, a to jest najważniejsze. Nie chcę 

odrywać go od konferencji, skoro nie ma już nic pilnego. 

Wychodząc z Kontroli spotkałem lekarza. 
— Och, Kepler! Jon powiedział mi, że się uratowałeś. Moje gratulacje. Właśnie ciebie 

background image

szukam. Chodź ze mną do Izby Chorych. 

—  Ależ  doktorze,  ja  czuję  się  znakomicie  —  protestowałem,  jednakże  lekarz  chwycił 

mnie za ramię, kazał mi iść za sobą i rozebrać się. Zbadał mi płuca, serce, oczy, uszy, a nawet 
stawy. 

— To jest konieczne — odpowiadał na moje protesty. — Jon powiedział, że w twoim 

akwalungu nie było nawet centymetra sześciennego tlenu. Nie rozumiem, jak udało ci się tak 
dokładnie wymierzyć drogę do schroniska. 

—  Niczego  nie  mierzyłem  —  odparłem  i  opowiedziałem  mu  całą  moją  przygodę,  tak 

samo, jak chciałem to zrobić w rozmowie z ojcem, kiedy nastąpiło zwarcie w konsolecie.  

Doktor MacIntosh spojrzał na mnie z niepokojem i zanim zdążyłem się sprzeciwić, pod-

sunął mi poduszkę pod głowę i uniósł wysoko nogi. 

— Czyżby to była narkoza azotowa? Nie, niemożliwe... Jest to chyba reakcja na niedo-

tlenienie.  Myślę,  że  zatrzymam  cię  tu  na  wszelki  wypadek  na  noc.  Nie  upieraj  się,  Kepler. 
Najbardziej potrzebny ci jest sen. 

Próbowałem  uzmysłowić  mu,  że  przespałem  całe  popołudnie,  ale  była  to  tylko  strata 

czasu.  Przyniósł  mi  pidżamę,  zgasił  światło  i  zostawił  mnie  samego.  Kręciłem  się  kilka  go-
dzin na łóżku, zanim doktor wrócił i dał mi środek nasenny, po którym wreszcie zasnąłem. 

Sny zdarzają mi się rzadko. Być może, że z powodu tabletki zdawało mi się, że słyszę 

cichy głos kobiecy, powtarzający w kółko to samo zdanie. 

— Kep, ty nie widziałeś człowieka-ryby. Człowiek-ryba nie istnieje... Nie widziałeś... 
Głos  był  cichy,  ale  natarczywy,  a  rytm  słów  zdawał  się  odpowiadać  rytmowi  mojego 

serca. Czułem, jak wwiercają mi się w mózg. 

Rano dostałem śniadanie do łóżka, a nieco później zjawił się lekarz. 
—  Jak  się  dzisiaj  czujesz?  —  przysiadł  koło  mnie.  —  Bardzo  jesteśmy  ciekawi,  jak 

dostałeś się wczoraj do schroniska. To jest właściwie niemożliwe. Od miejsca, gdzie porwał 
cię prąd, do schroniska trzeba płynąć blisko godzinę. Czy pamiętasz coś? 

— Sam nie wiem, doktorze. Im dłużej zastanawiam się nad tą całą historią, tym bardziej 

jestem  zdezorientowany.  Miałem  takie  dziwne  sny...  Pamiętam  tylko,  że  zanim  zabrakło  mi 
powietrza, włączyłem sygnał dla delfinów. 

— To tłumaczy całą sprawę — doktor uśmiechnął się i wstał. — Zdaje mi się, że dosze-

dłeś  już  do  siebie  po  tej  przykrej  przygodzie.  Ale  będzie  lepiej,  jeżeli  w  ciągu  następnych 
kilku dni pozostaniesz możliwie blisko zabudowań. Pamiętaj — żadnych dalszych wycieczek! 

— Dobrze, doktorze. Ale pan wspomniał o tym, że porwał mnie prąd? 
— Ach prawda, ty nic nie pamiętasz. Dostałeś się w silny wir prądu podwodnego, który 

zmiata wszystko na swojej drodze. Na szczęście uderzył on nieco na północ od Konszelfu. To 
jest  zjawisko,  które  można  porównać  tylko  z  lawiną.  Wywołuje  go  nierównomierne  nawar-
stwianie się szlamu u ujścia wielkich rzek. Kiedy szlam rusza, powstaje potężny prąd wody. 
W tym wypadku jego szybkość wynosiła sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Potem ze-
psuły się nam instrumenty pomiarowe. Jon i Hil mieli szczęście, ale ty znalazłeś się na skraju 
prądu. Musiałeś się czuć jak na kolejce w lunaparku. 

—  Nie  miałem  o  tym  wszystkim  pojęcia.  Ale  uczucie  było  rzeczywiście  sensacyjne. 

Rzuciło mną w głąb lasu wodorostów i byłem pewny, że się już nigdy stamtąd nie wydostanę. 

—  Chwileczkę!  —  doktor  odwrócił  się  nagle  od  drzwi.  —  Więc  byłeś  głęboko  wśród 

wodorostów? Jak długo? 

— Trudno mi powiedzieć. Byłem w stanie szoku. Może piętnaście minut, a może dłu-

żej. Dlaczego pan pyta? 

— Bo nie rozumiem, jak mogłeś dostać się do schroniska 42 z taką ilością tlenu, jaka ci 

pozostała  w  akwalungu,  nawet  z  pomocą  delfina.  Przypuszczam,  że  nie  dowiemy  się  tego 
nigdy. Cóż, morze jest pełne tajemnic. Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało. 

— Ja też! — roześmiałem się, ale postanowiłem nie mówić mu, że ktoś ze mnie prze-

background image

cież zdjął kombinezon, owinął w koce i przyłączył do aparatu tlenowego. I że to na pewno nie 
był delfin. Sam nic nie rozumiałem. 

— Ludzie-ryby nie istnieją — powiedziałem na głos. 
— Oczywiście, że nie! — odparł doktor MacIntosh. — Zapewne słyszałeś różne lege-

ndy o nich, więc przyśnili ci się, kiedy miałeś halucynacje wywołane brakiem tlenu. 

—  Naturalnie.  Tak  na  pewno  było.  Ale  jak  to  się  stało,  że  Jon  tak  szybko  mnie  odna-

lazł? 

— Był właśnie w Kontroli, kiedy zatelefonowałeś i sam odebrał od ciebie wiadomość. 
— Panie doktorze, ja nie telefonowałem! Telefon był zepsuty. 
— Czy jesteś tego pewien? Może byłeś jeszcze w szoku? 
Potrząsnąłem głową. 
— Tak. Tego jestem pewien. Może pan to sprawdzić. Proszę spytać Mary. 
— Zrobię to. 
Wyszedł  na  korytarz  do  telefonu  wewnętrznego.  Słyszałem,  jak  rozmawiał.  Po  chwili 

wrócił. 

—  Masz  rację.  Prąd  uszkodził  wszystkie  telefony  w  północnym  sektorze.  Jeszcze  nie 

ukończono naprawy. 

— To bardzo dziwne. W takim razie, skąd Jon wiedział, gdzie mnie szukać? 
— Musi być na to jakieś rozsądne wytłumaczenie. Zapytaj Jona. 
— Zrobię to, panie doktorze. Zapytam go. 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Natychmiast po wyjściu z Izby Chorych udałem się na poszukiwanie Jona. Mary powie-

działa mi, że jest w szkole, ale że będę go mógł złapać w czasie przerwy na drugie śniadanie, 
czyli za godzinę. Poszedłem więc do laboratorium biologicznego, żeby zobaczyć się z ciotką i 
wujem. Oboje objęli mnie serdecznie, a ciotka ucałowała. Byliśmy wszyscy wzruszeni. 

Dotychczas  uważałem  się  po  prostu  za  ich  gościa,  a  teraz  zrozumiałem,  że  uważają 

mnie niemal za własnego syna, że kochają mnie prawie tak samo jak Jona. Musiałem kilka-
krotnie upewniać ciotkę, że czuję się doskonale. Nie dowierzała mi, dopóki nie zagroziłem, że 
sprowadzę doktora, żeby za mną świadczył. 

Teraz wiedziałem już, jakie uczucia żywili w stosunku do mnie wuj i ciotka. Ale jak jest 

z  Jonem?  Czy  ma  on  dla  mnie  naprawdę  rodzinne  uczucia,  czy  darzy  mnie  zaufaniem?  Jak 
zareagowałby, gdybym, dla jego własnego dobra, zaczął indagować go? 

Pomyślałem,  że  w  gruncie  rzeczy  panuje  w  tej  małej  społeczności  trochę  niesamowita 

atmosfera.  Na  pozór  wszyscy  byli  serdeczni  i  otwarci,  pełni  entuzjazmu  dla  swojej  pionier-
skiej  pracy,  pełni  niezachwianej  odwagi.  Ale  ponad  tym  wszystkim,  jak  na  kliszy,  na  której 
robiono przez pomyłkę dwa zdjęcia, dominował zespół tajemniczych, niejasnych, niepokoją-
cych faktów. Pragnąłem za wszelką ceną oszczędzić ciotce Janet przykrości i zastanawiałem 
się nad tym, co mógłbym zrobić, żeby im zapobiec. 

Powróciłem do głównego budynku w chwili, kiedy uczniowie opuszczali salę wykłado-

wą. Podszedłem do Jona i odciągnąłem go na stronę. 

— Muszę z tobą pomówić na osobności. Czy możesz mi poświęcić trochę czasu? 
— Oczywiście. Chodź do kafeterii, napijemy się czegoś. Jak się czujesz? 
— Świetnie, doskonale. 
Poszedłem za nim. Usiedliśmy we wnęce w głębi kafeterii. Zamieszałem słomką koktajl 

mleczny. Nie bardzo wiedziałem, od czego zacząć. 

background image

— Co masz na wątrobie, Kep? 
— Różne rzeczy… Jon, co ty wiesz o ludziach-rybach? 
— Ludziach-rybach? 
Oczy  Jona  były  równie  wyraziste  jak  oczy  jego  matki.  Zobaczyłem  w  nich  najpierw 

strach, a potem udaną obojętność. 

— Ludzie-ryby? Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. 
Po co mi Jon utrudniał rozmowę? 
— Widzisz, Jon. Wczoraj w schronisku miałem dziwny sen. Śnił mi się człowiek-ryba i 

że to on właśnie mnie uratował. Doktor MacIntosh twierdzi, że musiałem słyszeć jakieś bujdy 
i że miałem przywidzenia. Ale mnie to nie przekonuje. Nie przypominam sobie, żebym przed 
dniem wczorajszym słyszał cokolwiek o istnieniu ludzi-ryb. 

John  wziął  papierową  serwetkę  i  starł  stół,  na  który  przed  chwilą  wylał  swój  mleczny 

koktajl. 

— I to jest wszystko, o co chciałeś mnie zapytać? 
Na jego twarzy odmalowała się widoczna ulga. Miałem ochotę powiedzieć mu, że jeżeli 

jest zamieszany w jakąś konspirację, to powinien nauczyć się panowania nad swoim wyrazem 
twarzy albo założyć maskę. 

— Cóż — dodał po chwili — od dawna krążą tutaj takie legendy. Myślę, że ludzie mie-

liby ochotę na to, żeby takie stwory rzeczywiście istniały. Widzisz, Kep, siedzimy tu, w tym 
wąskim  pasie  wody  pomiędzy  powierzchnią  a,  powiedzmy,  siedemdziesięciometrową  głębi-
ną. Jesteśmy ograniczeni naszą fizyczną niemożnością znoszenia dużych zmian ciśnienia, po-
bierania powietrza bezpośrednio z wody, i to w odpowiedniej ilości i na różnych poziomach 
morza.  W  rezultacie  naukowcy  zaczęli  —  może  raczej  dla  zabawy  —  myśleć  o  człowieku, 
który mógłby  egzystować na całym szelfie kontynentalnym, a nawet  na  większych  głęboko-
ściach. Wtedy nastąpiłoby podwojenie przestrzeni życiowej dla ludzkości. Gdyby to się dało 
zrobić.  Ale  nie  jest  to  możliwe  ani  przez  zabieg  chirurgiczny  ani  przez  mutację  genetyczną. 
Pamiętam, mówiłem ci o tym pierwszego dnia twojego pobytu u nas. Musiałeś to sobie wido-
cznie zanotować w pamięci. 

— Pamiętam, że  z a c z ą ł e ś  o tym mówić — powiedziałem sucho — ale Hil prze-

rwała ci i nie pozwoliła dokończyć. Wydała mi się bardzo zła. Później, wieczorem, kłóciliście 
się. Ciekaw jestem, dlaczego. 

Jem poczerwieniał i zerwał się na równe nogi. 
— Hej, spójrz na zegarek! Zagadaliśmy się. Mam przed sobą jeszcze trzy godziny pracy 

w laboratorium. 

— Zrobisz to później — położyłem mu rękę na ramieniu. 
— Nie krzycz. Wszyscy na nas patrzą. 
—  Więc  siadaj  i  słuchaj.  Jeszcze  nie  skończyłem.  Skąd  wiedziałeś,  w  którym  jestem 

schronisku? 

— Byłem w Kontroli, kiedy zadzwoniłeś. 
Jon był wyraźnie zadowolony ze zmiany tematu. 
—  To  się  nie  zgadza.  Wszystkie  telefony  w  północnym  sektorze  były  uszkodzone. 

Próbowałem się dodzwonić do Kontroli, ale nie mogłem. Możesz to sprawdzić. 

— Ale byłem tam i otrzymałem wiadomość — jąkał się Jon. 
—  Poza  tym  nie  miałem  pojęcia,  że  jestem  w  schronisku  42.  Nie  mogłem  więc  podać 

jego numeru Kontroli. Kto to zrobił? Kto wiedział to wszystko? 

Jon potrząsnął głową. Jego zdziwienie robiło wrażenie prawdziwego. 
— Czy zdawało ci się, że poznałeś mój głos? 
— Ależ skąd. Nie odbierałem telefonu osobiście. Stałem niedaleko aparatu, kiedy Mary 

rozmawiała.  Odwróciła  się  do  mnie  i  powiedziała:  „Z  Keplerem  wszystko  jest  w  porządku. 
Znajduje się w schronisku 42.” Krzyknąłem tylko, żeby zawiadomiła twojego ojca, złapałem 

background image

sanki i popłynąłem. 

— Okay! Przepraszam cię, Jon. Wszystko tak się skomplikowało. 
— Ależ nie przejmuj się — Jon był najwyraźniej uspokojony. — A co do tamtej spra-

wy, Kep, to zapomnij o niej. Nie istnieje taka rzecz jak człowiek-ryba. 

— Niech to szlag trafi! Znowu przypomniałeś mi go. Chodzi mi po głowie od samego 

rana i dostaję już od tego bzika! 

Wypiliśmy  mleczne  koktajle  i  poszedłem  do  Kontroli,  żeby  jeszcze  trochę  pomęczyć 

Mary. Potwierdziła dokładnie wszystko, co mi powiedział Jon. 

— Owszem, miałam wczoraj po południu dyżur. Przyszłam o trzeciej, a wiadomość od 

ciebie nadeszła w pół godziny później. 

— Czy poznałaś mój głos? 
Potrząsnęła głową. 
— Więc jak możesz stwierdzić, że mówiłem ja, a nie ktoś inny? 
Roześmiała się. 
— Wiem, że to nie byłeś ty. Jestem pewna, że to był głos kobiety. Ale jakiś przygłuszo-

ny. Nie sądzę, żeby udało mi się go rozpoznać. Dlaczego pytasz? 

—  Po  prostu  jestem  szalenie  ciekawy,  kto  zawiadomił  was  o  miejscu  mojego  pobytu. 

Chciałbym tej osobie podziękować. 

—  Teraz,  kiedy  to  mówisz,  zaczynam  się  zastanawiać,  dlaczego  wczoraj  nie  zdziwiło 

nas,  że  ona  nie  przyprowadziła  cię  tu,  zamiast  telefonować.  Pewnie  dlatego,  że  byliśmy  tak 
uradowani, że się znalazłeś. 

— Mary, czy możesz sobie przypomnieć, skąd ona telefonowała? 
— Obawiam się, że nie, kochanie. Tyle rzeczy działo się naraz, tyle było telefonów od 

pogotowia ratunkowego, które musiałam przełączać do Kontroli... 

—  Spróbuj  sobie  przypomnieć.  To  jest  naprawdę  bardzo  ważne.  Wyobraź  sobie,  że 

siedzisz przy konsolecie i patrzysz na tablicę rozdzielczą. Zapala się jedno ze światełek. Włą-
czasz  się  i  słyszysz  kobiecy  głos  mówiący,  że  się  odnalazłem.  Spróbuj  sobie  przypomnieć, 
Mary, proszę cię! 

Usiadła, skoncentrowała się, przesunęła ręką po tablicy. 
—  To  było  tutaj,  w  prawej  kolumnie.  Teraz  pamiętam…  Na  pewno  nie  w  dwóch  gó-

rnych rzędach, bo wszystkie czterdziestki i pięćdziesiątki zostały wyłączane przez zwarcie... 

Wyciągnęła niepewnie prawą rękę i szepnęła: 
— Nie wiem, naprawdę, nie wiem, Kep... 
—  Nie  denerwuj  się  tak.  Wyłącz  myśli  i  próbuj  sobie  przypomnieć,  jaki  wykonałaś 

ruch. 

Zrobiła,  o  co  ją  prosiłem,  zamknęła  oczy  i  wyciągnęła  rękę,  zawahała  się,  potem  pe-

wnym ruchem dotknęła jednego z klawiszy. 

— To był ten; albo ten. Teraz pamiętam. Jeden z tych dwóch. 
Otworzyła oczy i odczytała numery. 
— 38 i 39... Ale słuchaj, te numery należą do rejonu oddalonego o kilka kilometrów od 

hodowli wodorostów i schroniska 42. To bardzo dziwne. 

— 38 i 39. Co jest w tym rejonie? 
—  Przeważnie  kopalnie.  Pokażę  ci  na  mapie.  Chodź  tutaj.  Byłeś  w  schronisku  42, 

prawie prosto na północ stąd, na samym skraju lasu wodorostów. Przedtem byłeś bliżej rejonu 
24,  na  południowy  wschód  od  wodorostów.  Numery  38  i  39  znajdują  się  po  drugiej  stronie 
szczeliny,  w  której  prowadziliśmy  przed  kilku  laty  rozległe  badania  geologiczne.  Nikt  tam 
teraz nie bywa. 

— Wczoraj ktoś tam był. 
—  Tak  —  na  twarzy  Mary  odmalował  się  niepokój.  —  Słuchaj,  Kepler,  będę  musiała 

złożyć raport kontrolerowi. Może polecą policji zbadać tę sprawę. 

background image

Wolałem, żeby władze nie wtrącały się do mojej przygody, przynajmniej do czasu, kie-

dy będę wiedział o niej nieco więcej. 

—  To  chyba  byłaby  przesada  —  powiedziałem.  —  Po  prostu  chciałem  się  od  ciebie 

czegoś  dowiedzieć,  żeby  podziękować  mojemu  wybawcy.  Ale  grunt,  że  jestem  uratowany, 
niezależnie od tego, komu to zawdzięczam. 

— Nie doceniasz wagi tej sprawy. Wczoraj miałam dyżur, przez cały czas patrzyłam na 

mapę i wiem, że w tym sektorze nie było nikogo. To znaczy, że ktoś fałszywie poinformował 
nas o miejscu swojego pobytu i potajemnie udał się do schroniska 38 albo 39. Jest to poważne 
naruszenie zasad naszego wspólnego bezpieczeństwa, które opiera się na tym, że Kontrola w 
każdej chwili wie, gdzie kto się znajduje. Na Księżycu jest chyba tak samo? 

— Przypuśćmy, że to był ktoś z zewnątrz? 
— Ktoś z Powierzchni? To niemożliwe. 
— Dlaczego? 
—  Ktoś  z  nas  musiałby  być  w  to  zamieszany.  Przybysz  z  Ziemi  musiałby  u  kogoś 

zamieszkać. To by się od razu wydało. 

— Chyba masz rację. Cóż, widzę, że musisz zrobić, co do ciebie należy. Dziękuję ci za 

pomoc. 

Poszedłem do kafeterii na obiad i zauważyłem Jona i Hil siedzących przy stoliku w ką-

cie. Byli nachyleni ku sobie i Jon coś tłumaczył Hil z wielkim naciskiem. Kiedy przechodzi-
łem koło nich z tacą, Hil podniosła głowę. Spojrzała na mnie zimnym wzrokiem, z zaciśnięty-
mi ustami. Po chwili odwróciła wzrok i udała, że mnie nie dostrzega. 

Po południu nałożyłem kombinezon i akwalung z trzygodzinnym zapasem. Kiedy zno-

wu  znalazłem  się  w  nieważkości,  zapomniałem  o  wszystkich  troskach.  W  przezroczystej, 
miękkiej  wodzie  roiło  się  od  najrozmaitszych  morskich  żyjątek  i  gdy  przyglądałem  się  ich 
fascynującej  egzystencji,  możliwość  zagrożenia  wynikająca  z  szeptów  Jona  i  Hil,  którym 
przysłuchiwałem się pierwszego wieczoru na Konszelfie 10, wydała mi się zupełnie nierealna. 
Wróciłem do domu uspokojony i zrelaksowany. 

Ciotka Janet uznała, że należy uczcić moje cudowne ocalenie, i przygotowała wspaniałą 

kolację. Przyszła Hil. Była zupełnie inna niż Jon. Mógłbym się założyć, że umiałaby doskona-
le grać  w pokera i że jej wesołość i rozmowność są tylko zręczną mistyfikacją.  Była bardzo 
miła. Śmiała się i opowiadała dowcipy, nie dopuszczając do tego, żeby choć na chwilę zapa-
dła cisza. Kiedy zorientowała się, że ją obserwuję, posłała mi uśmiech, który stopiłby lody na 
szczytach Apenin. 

Wieczór bardzo się udał, mimo że Hil wyraźnie się zgrywała. Nagle zadzwonił telefon. 

Po krótkiej rozmowie ciotka Janet wróciła do nas ze zdziwioną miną. 

— Dzwonił doktor. Pytał się, czy dobrze się czujesz i czy nie miałeś nowych halucyna-

cji. Nie rozumiem, o co mu chodzi. 

Próbowałem obrócić sprawę w żart, ale ciotka czekała na odpowiedź. Bawiłem się odru-

chowo  plakietką  z  nazwiskiem,  którą  nosiłem  na  szyi:  szarpnąłem  zbyt  mocno  łańcuszek  i 
przerwałem go. Ani w swetrze, ani w spodniach nie miałem kieszeni, więc odłożyłem łańcu-
szek z plakietką na stół, żeby go później zreperować. 

—  Doktor  mi to  wyjaśnił  —  odparłem.  —  Niedotlenienie  wywołało  jakieś  przywidze-

nia.  Ale  najdziwniejsze  jest  to,  że  wciąż  widzę  tego  człowieka  i  że  mam  uczucie,  że  go  już 
kiedyś widziałem. A to jest przecież zupełnie wykluczone. 

— Zdarzają się takie sny — usiłował mnie uspokoić wuj Ted. — Zaludniamy je często 

prawdziwymi postaciami, ale każemy im występować w najdziwniejszych rolach. 

— To prawda. 
— Mam nadzieję, że telefon doktora nie zdenerwował cię. Nie przejmuj się, kochanie. 
Siedziałem  na  półkolistej  ławie,  naprzeciwko  Hil,  i  kiedy  odwróciłem  się,  żeby  odpo-

wiedzieć ciotce, światło lampy padło na jej twarz uwydatniając skośność jej ciemnych oczu i 

background image

uwypuklając kształt jej ust. Patrzyłem na nią zafascynowany i na ułamek sekundy nasze oczy 
spotkały się. Dobrze wiedziała, co mi przyszło na myśl. Kubek z kawą wyśliznął mi się z ręki 
i rozbił na drobne kawałki. 

— Och, ciociu, przepraszam! — krzyknąłem i pobiegłem do kuchni. 
— Ja to załatwię. Kep nie wie, gdzie trzymamy ścierki. 
Poczułem  raczej,  niż  zobaczyłem  przebiegającą  przede  mną  Hil.  Po  chwili  była  z  po-

wrotem w pokoju i wycierała kawę z utkanego przez ciotkę dywanu. 

Hil spojrzała mi intensywnie w oczy, dając mi w ten sposób rozkaz, żebym milczał. Ale 

ja nie zamierzałem się jej poddawać i właśnie otwierałem usta, żeby opowiedzieć moją przy-
godę, kiedy znienacka ogłuszyło nas wycie syreny alarmowej. Wszyscy zerwali się z miejsc. 

— Spadek ciśnienia — powiedział wuj Ted spokojnie. — Jon, zaprowadź matkę do ko-

mory awaryjnej przy bawialni. Hil i Kepler pójdą do komory przy sypialni. Ja spróbuję zorie-
ntować się w sytuacji. 

— Ted, pośpiesz się! Och, mój dywan, mój piękny dywan! 
— Szybko, mamo! 
—  Chodź,  Kep  —  Hil  chwyciła  mnie  za  rękę  i  pobiegła  w  stronę  sypialni.  Weszła 

szybko po kręconych schodkach pod ścianą, otworzyła klapę komory, razem wcisnęliśmy się 
do środka. 

—  Hil,  czy  mam  zaryglować  klapę?  Nie  widzę  żadnej  wody  —  podłoga  sypialni  była 

sucha. 

— Kiedy się pokaże, może być za późno. Rygluj klapę. 
Przekręciłem sztywny zawór i kucnąłem w ciemnościach. Hil podała mi małą maskę z 

tlenem. 

— Trzymaj to. W komorze jest powietrza na dziesięć minut, więc możesz na razie nie 

nakładać maski. 

— Czy nie wychodzimy na zewnątrz? 
—  Jeszcze  nie.  Chcę  ci  coś  powiedzieć.  Słuchaj  i  nie  przerywaj  mi.  Nie  mamy  wiele 

czasu. 

Siedziałem  skurczony  w  ciemności,  w  małej  komorze,  słuchałem  cichego  głosu  Hil  i 

myślałem, że jest to najdziwniejsza chwila mojego życia. Raz, kiedy poruszyła się, jej włosy 
musnęły  moją  rękę.  Nie  wyobrażałem  sobie  czegoś  równie  miękkiego  i  jedwabistego.  Ale 
głos miała zimny. Zimny jak lód. 

— Słuchaj, Kep, i słuchaj uważnie. Musisz zmądrzeć i przestać wtykać nos w nie swoje 

sprawy. To nie jest twój świat i to, co się tu dzieje, nie powinno cię nic obchodzić. Mówię ci 
to dla twojego własnego dobra. 

— Przecież oboje doszliśmy do wniosku, że nasza egzystencja na Księżycu i wasza tu, 

na Konszelfie, są do siebie bardzo podobne. Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, o co chodzi, 
Hil? Jeżeli zrozumiem sytuację, przestanę stawiać dziwne pytania w nieodpowiednich chwi-
lach. 

— Nie jestem tak naiwna, Kep. Nie powiem ci nic. Nawet Jon... — przerwała w pół sło-

wa. 

— Czy to znaczy, że nie masz zaufania nawet do Jona i jemu też wszystkiego nie mó-

wisz? Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak to wygląda? Jeżeli nawet jemu nie możesz zaufać, w 
takim razie to, co wiesz, jest tak groźne, że Jon musiałby donieść o tym Kontroli, nawet gdy-
byś ty była w to zamieszana. Hil, na litość boską, wycofaj się z tego, dopóki nie jest za późno. 

— Nie mogę... a poza tym nie chcę. To jest moja sprawa. Z Jonem jest inaczej. Oczywi-

ście, że mu ufam. Ale on nie musi wszystkiego wiedzieć. Nie chcę go niepokoić i... to wszy-
stko. Ciebie to w ogóle nie dotyczy. Słuchaj, Kep, kiedy cię poznałam, pomyślałam sobie, że 
jak na Selenitę jesteś fajny. Ale nie dopuszczę do tego, żebyś nam pokrzyżował nasze plany 
przez głupią ciekawość. Ostrzegam cię. Próbujesz mieszać się do spraw znacznie poważniej-

background image

szych, niż ci się zdaje. Narażasz życie. To nie jest zabawa. I przede wszystkim przestań zada-
wać  pytania.  Nie  łaź  za  mną,  nie  narzucaj  mi  się.  I  nie  pytaj  więcej  o  ludzi-ryby.  Oni  nie 
istnieją. 

Siedziałem w ciemności bezgranicznie zdumiony. Ostatnie słowa Hil wydały mi się dzi-

wnie  znajome.  Podobnie  jak  dźwięk  jej  głosu.  Był  to  ten  sam  głos,  który  słyszałem  we  śnie 
poprzedniego wieczoru. Pod nami rozległo się stukanie. Następnie dolna klapa otworzyła się. 
Ostrożnie zsunąłem się po stopniach. Wszystko wydawało się normalne. Poszedłem za wujem 
do bawialni, Hil szła tuż za mną. 

— Dzięki Bogu, to był fałszywy alarm — radowała się ciotka. — Ale co z moim dywa-

nem? 

Na twarzy wuja Teda malowała się powaga. 
— Bardzo mi przykro, ale alarm nie był fałszywy. Ktoś uszkodził ciśnieniomierz. Gdy-

by  nas  akurat  nie  było  w  domu  albo  gdybyśmy  spali...  Zanim  dostałem  się  do  maszynowni, 
zalało ją na wysokość dwóch centymetrów. 

— Sabotaż? — zdziwiłem się. 
— Tak, sabotaż. Pompa powietrzna utrzymuje w naszych domach stałe ciśnienie trzech 

atmosfer.  Jest  ono  regulowane  przez  zautomatyzowany  obwód  barometryczny.  Obwód  ten 
został  zablokowany.  Przy  pomocy  tego  —  otworzył  dłoń  i  pokazał  nam  srebrną  plakietkę 
identyfikacyjną. Mimo  woli podniosłem rękę do szyi,  ale zaraz sobie wszystko przypomnia-
łem. 

Wuj  Ted  patrzył  na  plakietkę  i  odczytał  widniejący  na  niej  napis:  Kepler  Masterman. 

13280.LL21. Odwrócił ją. W milczeniu patrzyliśmy na wizerunek Księżyca wyryty po drugiej 
stronie. 

— Może nam to wyjaśnisz, Keplerze? 
— Nie podejrzewa wuj chyba, że mam z tym coś wspólnego? 
— Nie przeczysz, że plakietka jest twoja? 
—  Oczywiście,  że  nie.  Jakieś  pół  godziny  temu  łańcuszek  pękł,  więc  położyłem  ją  na 

stole. 

— Tak, tato, widziałem, jak Kep to zrobił. 
— A zaraz potem rozlałeś kawę i wyszedłeś, niby to po ścierkę? 
— Ja naprawdę szukałem ścierki. 
— Kto widział plakietkę na stole po wyjściu Keplera z pokoju? 
Zapanowało milczenie. Wuj Ted patrzył na mnie surowym wzrokiem, a ja jemu prosto 

w oczy. 

—  Gdybym  postanowił  popełnić  szaleństwo  i  uszkodzić  obwód  aparatury  regulującej 

ciśnienie, to czy użyłbym do tego tak obciążającego przedmiotu jak własna plakietka identy-
fikacyjna? Sądzę, że można to zrobić przy pomocy byle czego. 

— O, tak. Wystarczy, że będzie płaskie i nie grubsze niż trzy milimetry. Nawet kawałek 

tektury. To jest silny argument, Kep. Ale jeżeli nie ty, to kto to zrobił? Musiał to być ktoś z 
nas. 

Spojrzał na ciotkę Janet, na Jona, na Hil, a potem znowu na mnie. Rozłożył bezradnie 

ręce i oddał mi moją plakietkę. Wziąłem ją od niego bez słowa i zacząłem szukać wzrokiem 
łańcuszka  na  stole  i  dywanie.  Nie  było  go.  Poszedłem  do  kuchni  i  spojrzałem  na  podłogę.  I 
tam go nie było. 

W maszynowni podłoga była wciąż mokra, a niedaleko drzwi leżał mój łańcuszek. Pod-

niosłem go i odwróciwszy się stanąłem twarzą w twarz z Hil. Uśmiechnęła się drwiąco. 

— Może teraz mi uwierzysz, że lepiej nie mieszać się w nasze sprawy. 
— Ty masz źle w głowie. Chyba zwariowałaś! 
Wzruszyła ramionami i odsunęła się ode mnie. 
— Jest już późno. Idę do domu. Dobranoc, Kep. Przyjemnych snów! 

background image

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Tego dnia Hil nie pokazała się już. Nie przyszła nawet na kolację. Jon był przygnębiony 

i nie można go było rozruszać. Zastanawiałem się, czy zdawał sobie sprawę, że Hil jest sabo-
tażystką. Nie mogłem go o to zapytać. Sytuacja stała się napięta. 

Przez  cały  dzień  zwiedzałem  samotnie  osiedle.  Ponieważ  taśmy  kierunkowe  ciągnęły 

się na sporą odległość, mogłem swobodnie poruszać się po mniej więcej dwustu pięćdziesię-
ciu  kilometrach  kwadratowych.  Mimo  dużego  ruchu  panującego  dokoła  budynków  ryby  za-
chowywały się normalnie. Przez kilka godzin pływałem więc tuż nad dnem obserwując jakąś 
rybę broniącą swojego terytorium albo błazeństwa ośmiornicy mieszkającej w przewróconym 
do góry dnem pojemniku w samym środku osiedla. 

Nie chciałbym przez to powiedzieć, że na Konszelfie panował nieporządek. Przeciwnie, 

było  tam  czysto  i  schludnie.  Ośmiornica  po  prostu  objęła  w  posiadanie  pojemnik  w  okresie, 
kiedy  Konszelf  10  znajdował  się  w  budowie  i  nikt  nie  miał  ochoty  jej  wykwaterować.  Była 
znaną i uznawaną mieszkanką osiedla. 

Po kilku dniach próżnowania zapytałem wuja Teda, czy mógłbym w czymś pomóc. Na 

Księżycu nikomu nie wolno było być pasożytem, toteż nie w smak było mi wałęsać się, pod-
czas kiedy wszyscy pracowali. Otrzymałem więc ważną funkcję. Do moich obowiązków nale-
żała inspekcja ścian budynków i oczyszczania ich z glonów, które w przeciwnym wypadku 
zasłoniłyby zieloną powłokę okna, tarcze przyrządów i wszelkie oznakowania. 

Moje  zadanie  nie  było  trudne.  Pracując  przez  trzy  dni  w  tygodniu  mogłem  dokonać 

inspekcji  całego  terenu  w  okresie  dziesięciu  dni,  przyczyniając  się  do  tego,  że  całe  osiedle 
było  wolne  od  alg.  Polubiłem  tę  pracę.  Była  przyjemnym  urozmaiceniem  w  porównaniu  z 
programowaniem  komputera  i  analizowaniem  danych,  czym  zajmowałem  się  na  Księżycu. 
Mogłem  przy  tym  myśleć  o  różnych  sprawach,  na  co  dotychczas  nie  miałem  czasu.  Różne 
myśli  chodziły  mi  po  głowie,  podczas  gdy  czyściłem  kopułę  budynku,  polerowałem  antenę 
wysokiej  częstotliwości  albo  jednym  silnym  ruchem  płetw  spływałem  w  dół,  żeby  oczyścić 
okienka obserwacyjne któregoś z mieszkań. 

Cóż  to  była  za  rozkosz  ta  niezależność  od  grawitacji!  Jak  Ziemianie  mogą  ją  znosić? 

Skąd  biorą  energię  na  nieustanne  odrywanie  nóg  od  ziemi,  na  dźwiganie  ciężaru  własnego 
ciała? Kiedy wznosiłem się swobodnie i sunąłem z dachu na dno morskie, zdawało mi się, ze 
i umysł mój funkcjonuje sprawniej i z większym polotem. Zaczynałem lepiej rozumieć działa-
lność ojca w ONZ i komisji do spraw wykorzystania surowców. 

W  porównaniu  z  tym,  do  czego  zmierzali  bardziej  od  nas  radykalni  mieszkańcy  Kon-

szelfu, nasze żądania nie wydawały się zbyt wygórowane. Domagaliśmy się własnego przed-
stawicielstwa  w  ONZ  w  charakterze  handlowego  partnera,  a  także  bezpłatnego  przewozu  z 
Ziemi  potrzebnych  nam  towarów.  W  obecnej  sytuacji  nie  mieliśmy  żadnych  praw  do  suro-
wców księżycowych: należały one do ziemskich towarzystw górniczych. 

Przypomniałem sobie ze złością, ile liczono nam za każdą kroplę wody wytwarzaną w 

ich  fabrykach  z  naszych  miejscowych  minerałów.  Porównywałem  luksusowe  warunki,  jakie 
zastałem na Ziemi, ze spartańskim trybem życia, które pędziliśmy na Księżycu. Wciąż te sa-
me  pojemniki z  syntetycznym  pokarmem,  barakowy  charakter  naszych  mieszkań,  głód  ksią-
żek, rozrywki i sportów. Życie na Księżycu pozbawione było wszelkich przyjemności. A tym-
czasem ludzie na Ziemi mieli wszystko. 

I na Księżycu znajdowali się radykałowie, którzy uważali, że powinniśmy zająć wszy-

stkie  kopalnie  i  zażądać  za  nie  od  Ziemi  okupu.  Ale  ojciec  i  jego  zwolennicy  wiedzieli,  że 
skończyłoby się to wojną, w której nie byłoby zwycięzców. Ziemianie zastosowaliby blokadę 
Księżyca, co już po tygodniu rzuciłoby Selenitów na kolana. Na naszym niegościnnym sateli-
cie, na którym nie ma ani powietrza, ani roślinności, jesteśmy całkowicie zależni od Ziemi... 

background image

Ale z drugiej strony Ziemianie z każdym rokiem stają się zależniejsi od naszych minerałów, 
których złoża są u nich na wyczerpaniu. 

Jeżeli ojcu uda się doprowadzić do rozsądnego kompromisu w imię obopólnych intere-

sów, nikt nie poniesie porażki, a życie na Księżycu stanie się bez porównania lepsze. Co noc 
słuchałem  wiadomości  z  Powierzchni.  Wiedziałem,  że  sprawa  wymaga  długiej  i  cierpliwej 
pracy  i  że  jedno  nieopatrzne  słowo  albo  posunięcie  może  spowodować  zerwanie  negocjacji. 
Trzeba być cierpliwym. 

Kiedy tak rozmyślałem, przyszło mi nagle do głowy, że gdyby na Konszelfie doszło do 

poważniejszych niepokojów, zaszkodziłoby to nie tylko pozycji ludzi umiarkowanych, takich 
jak mój wuj, kontrolerzy i większość naukowców, ale mogłoby też pokrzyżować wysiłki ojca. 
Przypomniałem  sobie,  że  już  w  dniu  naszego  lądowania  na  Ziemi  reporterzy  w  rozmowie  z 
ojcem  porównywali  sytuację  Selenitów  i  Konszelfitów.  Postanowiłem  poznać  bliżej  nauko-
wców z Kontroli. W czasie śniadań i obiadów w kafeterii przysłuchiwałem się ich rozmowom 
i zadawałem im różne pytania. 

— Jeżeli nie otrzymamy swobód, których się domagamy, będziemy musieli je sobie sa-

mi wziąć! — oświadczył mi któregoś dnia Szkot pracujący przy zbiornikach ze słodką wodą. 

— Mówi się u nas dużo o użyciu siły — zauważył jeden z kontrolerów — ale z tego nic 

nie będzie. Zdajemy sobie sprawę z naszej słabości. Ludzie z Powierzchni daliby nam radę w 
ciągu tygodnia. 

— Nie odważyliby się! — zawołałem. — Opinia publiczna... 
— Oczywiście, że nie mogliby sobie na to pozwolić, gdyby mieli opinię publiczną prze-

ciwko sobie. Ale gdyby to się zaczęło u nas, gdyby jacyś szaleńcy zajęli szyby naftowe albo 
spróbowali zablokować żywność, którą posyłamy na górę, sytuacja by się zmieniła. Jesteśmy 
spokojnym  społeczeństwem,  zorganizowanym  na  zasadach  spółdzielczości.  Niektórzy  zapo-
minają,  jak  jest  dzisiaj  na  Powierzchni:  napięcie,  przeludnienie  i  desperackie  poszukiwanie 
paliwa i żywności. 

— Ale skoro Ziemianie są tak zależni od Konszelfitów, to chyba daje wam to przewagę 

i możliwość stawiania warunków? 

— Niestety, Keplerze, sprawy mają się nieco inaczej. Każde zwierzę staje się niebezpie-

czne, kiedy jest osaczone. Nie możemy ich przypierać do muru. Jeżeli znajdą się  w sytuacji 
bez wyjścia, to po prostu nas zniszczą, zapamiętaj moje słowa. Dlatego też wykluczam możli-
wość poważnych rozruchów. 

— A jeżeli nie wszyscy rozumują tak jak pan i ruszą przeciwko Ziemianom? 
— Zostaną wykończeni. 
— Sądzi pan, że jest to możliwe? 
— Oczywiście! 
— Mowy nie ma! 
— Ależ słuchaj! 
Przy stole rozpętała się gorąca dyskusja, której przysłuchiwałem się uważnie. Wiedzia-

łem, że kiedy ludzie się zapalają, to zaczynają mówić otwarcie. 

— Jedna mina rzucona na każdy Konszelf i byłoby po nas! 
— Właśnie. Czy pamiętacie Zatokę Meksykańską? 
—  Nas  potrafią  może  zniszczyć,  ale  co  zrobią  z  Rowem  Śródoceanicznym.  Nie  mogą 

go zbombardować! 

— To prawda. Ale dobrze wiesz, że życie na takiej głębokości jest na razie marzeniem. 

Jeszcze przez wiele lat nie będziemy do tego zdolni! 

— A ludzie-ryby? Słyszałem, że ci skrzelowcy są przystosowani do życia nawet na głę-

bokości stu metrów! 

— To niemożliwe. Człowiek nigdy się do tego nie zaadaptuje. 
—  Podobnie  jak  ryba  nigdy  nie  nauczy  się  oddychać  powietrzem?  Nonsens!  Istnieją 

background image

ryby  płucodyszne,  no  i  te  wstrętne,  pełzające  obrzydlistwa  na  Florydzie!  Jeżeli  ryba  potrafi 
dostosować  się  do  życia  na  lądzie,  to  człowiek  może  zaadaptować  się  do  życia  w  wodzie. 
Poza tym istnieje jeszcze chirurgia; dysponuje ona narzędziami, które mogą ten proces przy-
śpieszyć. 

— W teorii może masz rację, Jock. Ale ja myślę, że te wszystkie opowieści o skrzelo-

wcach  są  czczym  gadaniem.  I  do  tego  zupełnie  bezsensownym.  Nie  będziemy  mieć  żadnej 
szansy na zdobycie niezależności, jeżeli ludzie z Powierzchni zaczną podejrzewać, że knuje-
my coś za ich plecami. 

— A ja ci mówię, Bili, że skrzelowcy wybrali jedynie słuszną drogę. Uniezależnili się 

całkowicie od powierzchni, żyją w głębi morza i są wolni. Zastanów się, Bill! Przecież dobrze 
wiesz, że ludzie-ryby istnieją. 

— Uspokój się, Jock! Za dużo gadasz! 
Odsunęli  krzesła  od  stołu  i  rozeszli  się.  Nałożyłem  kombinezon  i  akwalung.  Chciałem 

wszystko to przemyśleć w spokoju. 

Ludzie-ryby.  Skrzelowcy.  A  więc  oni  istnieją  nie  tylko  w  mojej  imaginacji,  lecz  są 

przedmiotem publicznej właściwie tajemnicy. A przecież doktor był szczerze zdziwiony mo-
im opowiadaniem. Ale on od bardzo niedawna przebywał na Konszelfie. Był zapewne równie 
nie wtajemniczony jak ja. 

Jednakże Hil była na pewno zamieszana w jakiś spisek, całe jej zachowanie zdawało się 

wskazywać na to. Przecież chciała mnie za wszelką cenę przekonać o tym, że ludzie-ryby nie 
istnieją! 

Muszę  się  z  nią  koniecznie  zobaczyć  i  spróbować  przekonać  ją,  że  wraz  ze  swoimi 

przyjaciółmi naraża na wielkie niebezpieczeństwo nie tylko Konszelfitów, ale i naszą księży-
cową kolonię. 

Płynąłem  w  zamyśleniu  wzdłuż  dna,  nie  zwracając  szczególnej  uwagi  na  kierunek  i 

trzymając  się  jedynie  taśmy  prowadzącej  do  granicy  osiedla.  Dobierałam  w  myśli  słowa, 
którymi mógłbym przekonać Hil i zmienić jej zamiary. 

Nie  dostrzegłem  trygona  do  chwili,  kiedy  znalazłem  się  już  bezpośrednio  nad  nim. 

Olbrzymi, dłuższy ode mnie i co najmniej na metr grubszy, trzepnął ogonem wznosząc chmu-
ry  piasku.  Instynktownie  uniosłem  rękę,  żeby  zakryć  twarz,  i  dostałem  kolczastym  końcem 
ogona prosto w prawą rękę. 

Ból  był  tak  przejmujący,  jakby  ktoś  wbił  mi  w  dłoń  rozpalone  gwoździe.  Pociemniało 

mi w oczach i w panice pomyślałem, że tracę panowanie nad ruchami. Zdałem sobie jednak 
sprawę, że stan mój nie polepszy się, a raczej pogorszy, więc z ogromnym wysiłkiem zawró-
ciłem  i  z  wolna  popłynąłem  wzdłuż  taśmy  kierunkowej  w  stronę  osiedla.  Prawa  ręka  była 
ciężka jak ołów, tak że musiałem podtrzymywać ją lewą i polegać wyłącznie na ruchach nóg, 
które posuwały mnie naprzód. Trząsłem się na całym ciele, a kolana robiły mi się coraz mię-
ksze. 

Było późne popołudnie, w pobliżu nie widać było nikogo. Rozumiałem, że bez pomocy 

nie uda mi się dotrzeć do osiedla, z wielkim trudem posuwałem się naprzód. Wreszcie zoba-
czyłem innego pływaka, na którego skafandrze widniał jaskrawożółty pas. Odwrócony tyłem 
do  mnie  sprawdzał  coś  przy  swoim  ekwipunku.  Chwyciłem  więc  z  dna  kamień  i  uderzyłem 
nim o skałę. Był to umowny sygnał oznaczający prośbę o ratunek. 

Człowiek odwrócił się i podpłynął do mnie. Pokazałem mu rękę, która już spuchła i na-

biegła krwią od nacisku mankietu rękawa kombinezonu. Mój wybawca skinął głową, poklepał 
mnie po ramieniu i pociągnął w kierunku budynku Centrali. 

Ból był teraz tak silny, że nie mogłem nawet o własnych siłach wyjść z wody. Uczepi-

łem się tylko brzegu włazu, dygocąc na całym ciele. Czułem, jak czyjeś ręce wyciągają mnie 
z wody, zdejmują mi maskę i ustnik. Potem zaniesiono mnie do Izby Chorych. 

Ból pulsował przez całe ramię, zdejmowanie kombinezonu było torturą. Owinięto mnie 

background image

w ciepłe koce, a doktor MacIntosh dał mi zastrzyk przeciwbólowy i zaczął wyciągać z mojej 
dłoni ostre kolce trygona. 

Przez  kilka  następnych  godzin  bardzo  cierpiałem,  bo  mój  organizm  walczył  z  rozcho-

dzącą  się  we  krwi  trucizną.  Dygotałem,  byłem  w  szoku,  trzęsły  mną  konwulsje,  nękały 
wymioty. Lekarz siedział przez cały ten czas przy moim łóżku, sprawdzał mi ciśnienie, pracę 
serca  i  robił  gorące  okłady  na  rękę.  Wreszcie  ból  nieco  ustąpił,  zacząłem  lekko  drzemać,  a 
potem wpadłem w głęboki sen. 

Kiedy obudziłem się, był już ranek. Czułem się słaby jak noworodek, miałem spuchnię-

te i suche wargi, ale ręka już nie bolała. Spróbowałem podnieść się z łóżka, ale prawe ramię 
ugięło się pode mną i opadłem z powrotem na pościel. Doktor podniósł się z tapczanu stoją-
cego pod drugą ścianą i podał mi wodę do picia. Potem zbadał mnie i uśmiechnął się. 

— Masz końskie zdrowie, Keplerze. Nie, nie próbuj wstawać. Nic ci już nie jest, ale ta 

ręka będzie przez kilka dni bezwładna. Nerw musi się zregenerować. 

— Kiedy będę mógł stąd wyjść, doktorze? 
—  Wtedy,  kiedy  zdołasz  przejść  przez  pokój  i  nie  upadniesz.  Nic  się  nie  bój.  Jeden 

dzień odpoczynku przywróci ci siły. Dostałeś zastrzyk przeciwko tężcowi, poza tym zostawi-
łem ci na wszelki wypadek antybiotyki. Łykaj cztery pastylki dziennie, aż wybierzesz wszy-
stkie. I nie bądź taki przygnębiony! 

— Czuję się jak idiota. Płynąłem wprost na trygona i nie zauważyłem go! 
— Każdego wcześniej czy później coś ukąsi. Tak jak na Powierzchni każdy może spaść 

z drzewa i złamać sobie rękę. Wszędzie czyhają na nas niebezpieczeństwa. Jednakże trygony 
rzadko atakują nurków, musiałeś go, że tak powiem, przyprzeć do muru. 

— Może i tak, ale na pewno nieświadomie. 
Po wyjściu doktora leżałem spokojnie i zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć Hil. 

Tym razem nie będzie to tak proste, jak poprzednio. Jeżeli  j ą  przyprę do muru, jak zareagu-
je? 

Przywołałem  Jona  i  poprosiłem  go,  żeby  poszukał  Hil.  Powtórzyłem  mu  zasłyszane 

argumenty  w  sprawie  pokojowych  negocjacji  z  Ziemianami  i  usiłowałem  go  przekonać,  że 
każda nieopatrzna akcja, a już szczególnie rebelia, zaszkodzi toczącym się na Ziemi pertrakta-
cjom delegacji z Księżyca. 

Biedny Jon wyglądał na bardzo nieszczęśliwego, zwłaszcza kiedy powiedziałem mu na 

zakończenie: 

—  Spróbuj  przekonać  Hil,  żeby  wytłumaczyła  bratu  i  innym  skrzelowcom,  aby  się  na 

razie wstrzymali od działania. Przynajmniej do chwili, kiedy z nią porozmawiam. 

— Skąd wiesz o jej bracie? 
—  Brat  Hil  wyratował  mnie  z  lasu  wodorostów.  A  oni  są  do  siebie  podobni  jak  dwie 

krople wody. Czy ty go znasz? 

— Coś słyszałem — Jon jąkał się niemiłosiernie. — Nie rozmawiałem z Hil o Ianie od 

chwili, kiedy zniknął przed wielu laty. Nie widziałem go od tego czasu. 

— Ale Hil go widuje, prawda? 
— Nie wiem. Często znika na kilka godzin. Nie wiem, dokąd wtedy pływa. 
—  Przyrzeknij  mi,  że  z  nią  pomówisz.  A  w  każdym  razie  przekaż  jej  to,  co  ci  powie-

działem. 

— Nie jestem pewien, czy dobrze robisz, Kep. Nie wiem, czy to odniesie jakiś skutek. 
—  Przecież  nie  możemy  siedzieć  bezczynnie  i  pozwolić,  żeby  skrzelowcy  zrujnowali 

ideę  Konszelfu  i  zniweczyli  rokowania  pomiędzy  Ziemianami  a  Selenitami.  Powiedz  jej,  że 
jeżeli nie zgodzi się na rozmowę, powiem Kontroli i policji wszystko, co wiem. 

Jon skinął głową i wyszedł z Izby Chorych. Biedny chłopiec. Nie powinien był zaprzy-

jaźnić się z Hil. Nie mieli ze sobą w gruncie rzeczy nic wspólnego. 
 

background image

Przez dwa dni nie miałem żadnej wiadomości od Hil, a potem dostałem kartkę zapisaną 

znanym mi pismem. Podała mi ją Mary, kiedy płynąłem na obiad. Przeczytałem: 

 

Zgoda. Spotkamy się w miejscu zaznaczonym na mapie: J10 K7, o godzinie 14

00

.  

Przyjdź sam. 

 

Schowałem kartkę do kieszeni wiatrówki i podszedłem do mapy. Wyznaczone miejsce 

znajdowało się nieco na południe od wielkiej zagrody dla śledzi, w której byliśmy przed dwo-
ma tygodniami. Nie potrafiłbym jeszcze przepłynąć tak dużej odległości, ponieważ moja pra-
wa ręka wciąż jeszcze nie była w pełni sprawna. Musiałem więc postarać się o sanie. Zapyta-
łem  Mary,  jak  się  to  załatwia,  a  następnie  udałem  się  do  kafeterii.  Miałem  jeszcze  czas  na 
szybki posiłek. 

Kierowanie saniami jedną ręką nie było łatwe, ale po pewnym czasie, gdy pozostawiłem 

za  sobą  oznakowania  osiedla,  opanowałem  tę  sztukę,  musiałem  jednak  posuwać  się  z  małą 
szybkością. Przy pomocy kompasu starannie wytyczyłem kierunek i płynąłem ostrożnie trzy-
mając się na wysokości metra nad dnem. Poprzednim razem podróżowałem saniami jako pa-
sażer, ale prowadzenie sań było nawet bardziej podniecające. Dawało poczucie niezależności 
i siły, można było wyobrazić sobie, że jest się delfinem. 

Przybyłem  na  umówione  miejsce  na  kilka  minut  przed  wyznaczonym  czasem.  Tuż 

przed  sobą  widziałem  zawór  i  rozgałęzienie  rurociągu,  a  zapora  ze  srebrzystych  bąbelków 
ciągnęła się w lewo i w prawo, jak okiem sięgnąć. W zagrodzie roiło się zapewne od tłustych, 
wypasionych  śledzi  gotowych  do  transportu.  Wiedziałem,  że  z  chwilą  kiedy  zostaną  dostar-
czone w sieciach na  górę, dopływ powietrza będzie zamknięty,  a rury rozmontowane i usta-
wione  w  innym  miejscu,  gdzie  milion,  a  może  więcej  młodych  łososi  zacznie  paść  się  i  ro-
snąć, aż i one będą się już nadawały do spożycia. 

Zaparkowałem sanie w odległości około dwudziestu metrów od ogrodzenia, pod wielką 

skałą.  Przysiadłem  na  kamieniu  i  czekałem  na  Hil.  Mijały  minuty.  Druga  dziesięć...  druga 
piętnaście...  Może  Hil  każe  mi  czekać  po  to,  żeby  mi  pokazać,  jak  bardzo  irytuje  ją  moje 
ultimatum. Postanowiłem poczekać do drugiej trzydzieści i ani chwili dłużej. 

Usłyszałem  nagle  zgrzyt  metalu  o  skałę,  tuż  za  moimi  plecami.  Obróciłem  się,  zdąży-

łem tylko dostrzec kątem oka srebrzysty błysk i jakiś ciężar spadł mi na tył głowy. Tuż przed 
utratą  świadomości  pomyślałem...  —  to  już  koniec.  Zgubię  ustnik  akwalunga  i  utopię  się. 
Znajdą tylko moje ciało. Nieszczęśliwy wypadek niedoświadczonego nurka... Potem była już 
tylko ciemność. 

Leżałem na wznak na saniach. Ustnika nie zgubiłem — przytrzymywała  go srebrzysta 

ręka. Jej właściciel był za moimi plecami. Chciałem chwycić go za ramię, ale zapomniałem, 
że  mam  wciąż  bezwładną  rękę.  Ten  człowiek  odsunął  moje  ramię,  jak  gdyby  było  łodygą 
wodorostu, i zniknął w srebrzystej smudze wody. 

Odetchnąłem  głęboko kilka razy, usiadłem i rozejrzałem się. Byłem rozwścieczony  do 

białości. Hil raz jeszcze pokazała swoją prawdziwą naturę! Muszę się udać prosto do Centrali 
i wyłożyć całą prawdę kontrolerowi, dopóki jeszcze czas. 

Mój kompas wskazywał na to, że jestem zwrócony twarzą na północ, ale nie widziałem 

żadnych srebrzystych bąbelków. Czyżby kompas się zepsuł? Obróciłem się w lewo, potem w 
prawo.  Popłynąłem  nad  skałę  i  rozejrzałem  się  dokoła.  Zagrody  ani  śladu.  Czyżbym  był 
nieprzytomny  dłużej,  niż  sądziłem,  i  człowiek-ryba  przeniósł  mnie  wraz  z  saniami  pod  inną 
skałę? 

Odpłynąłem  nieco  dalej  i  zobaczyłem  znajomy  rurociąg.  Dziurkowana  rura  wybiegała 

daleko w obydwie strony, ale znajomych bąbelków ani śladu. Powietrze musiało zostać wyłą-
czone, ogrodzenie zlikwidowane. Ale co z rybami? Czyżby trzy miliony ryb poszło na marne? 
Zastanawiałem  się  nad  tym,  ilu  ludziom  odebrano  strawę  i  jakie  straty  poniósł  w  związku  z 
tym Konszelf 10. 

background image

Podpłynąłem  do  głównego  zaworu,  ale  nie  było  tam  już  nic  do  roboty.  Postanowiłem 

więc wrócić do Centrali  i zawiadomić ich o sytuacji. Podpłynąłem do sań i zatrzymałem się 
jak wryty. Na saniach, z jedną nogą na sterze stał dozorca z rybnej zagrody. 

Nie  widziałem  oczywiście  wyrazu  jego  twarzy,  gdyż  ukryta  była  za  maską.  Ale  jego 

postawa nie budziła wątpliwości. Trzymał w ręku kuszę i celował prosto we mnie. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Zostałem  formalnie  oskarżony  o  sabotaż  i  świadome  zniszczenie  własności  Konszelfu 

10, to jest trzech milionów śledzi — wartości jednego miliona dolarów — gotowych do wy-
słania na sprzedaż. Zostałem osadzony w więzieniu. 

Nie był to na szczęście średniowieczny loch. Przeciwnie, pomieszczenie to było nawet 

dość wygodne. Składało się z dobrze umeblowanego — w porównaniu z warunkami księży-
cowymi — pokoju z łazienką. Ale drzwi były zamknięte elektronicznie i w obu izbach znaj-
dowały się kamery telewizyjne.  Nie miałem ani  wideo, ani zwyczajnego  telefonu, ani nawet 
radia, tak że byłem całkowicie odcięty od świata. 

Trzymano  mnie  tam  przez  trzy  dni,  podczas  których  przygotowywano  rozprawę  sądo-

wą. Moi strażnicy nie byli wprawdzie brutalni, ale dość nieprzyjaźni. Nie zetknąłem się bez-
pośrednio na Konszelfie 10 z funkcjonariuszami policji. Mieszkali w odrębnym budynku i nie 
jadali w ogólnej kafeterii. Byli izolowani od pozostałych mieszkańców osiedla, mieli na sobie 
czarne mundury, nigdy się nie uśmiechali. Trudno ich było lubić. 

Miejscowa policja opłacana była przez rząd Ziemi na Powierzchni i podlegała mu bez-

pośrednio. Toteż, rzecz jasna, nie cieszyła się w osiedlu zaufaniem. Kiedy zjawiał się w pobli-
żu któryś z nich, nawet kobiety omawiające przepisy kulinarne zniżały głos albo milkły. 

Dwaj z moich strażników nie odzywali się w ogóle. Trzeci, bardziej złośliwy, dawał się 

jednak prowokować do rozmów. 

— Masz, najedz się! — Postawił przede mną z trzaskiem tacę z jedzeniem. — I pomyśl 

o  tych  wszystkich  głodnych  dzieciach,  których  pozbawiłeś  pożywienia.  Może  ci  to  poprawi 
apetyt. 

— Dobrze wiesz, że ja tego nie zrobiłem. Nie zniszczyłem zagrody. 
— Każdy się wykręca. Do czasu. 
— Ja nie zmienię zeznań. 
— To także każdy mówi. 
— Daję słowo. Ale powiedz, jaki wyrok grozi mi... za... za to, o co jestem oskarżony? 
—  „Kto  popełnia  sabotaż  w  osiedlu  lub  na  otaczającym  je  obszarze  z  zamiarem  nara-

żenia życia jednego albo wszystkich jego mieszkańców podlega karze śmierci przez zastrze-
lenie harpunem z kuszy”. 

— Utrata śledzi nie naraziła przecież nikogo na śmierć. 
— To prawda — powiedział z odcieniem żalu strażnik — ale jest i taki paragraf: „Kto 

popełnia sabotaż niszcząc wyposażenie lub własność osobistą czy wspólną na terenie osiedla 
czy poza nim, podlega karze więzienia nie mniejszej niż pięć i nie większej niż dwadzieścia 
lat oraz grzywnie w wysokości równej stracie poniesionej przez osiedle”. 

Przybrałem nonszalancką minę, ale tej nocy nie mogłem usnąć. Nie miałem książek, nie 

dano mi ani pióra, ani papieru. Byłem dobrze karmiony, moja cela była ciepła i czysta. Mimo 
to dostawałem obłędu z nudy i dręczących mnie myśli. 

Nazajutrz z rana zjawił się kontroler. Jego sztywna i formalna postawa  oraz kamienny 

wyraz twarzy uprzytomniły mi jeszcze bardziej, w jak trudnym znalazłem się położeniu. 

background image

— Proszę pana, ja tego nie zrobiłem. Proszę mi wierzyć. 
Słuchał mojego opowiadania z nieruchomą twarzą. 
—  Masz  oczywiście  prawo  do  obrońcy.  Możesz  sobie  wybrać  któregokolwiek  z  mie-

szkańców Konszelfu 10. 

— Czy mógłbym zaangażować jakiegoś prawnika z Powierzchni? Ojciec to załatwi. 
— To jest wewnętrzna sprawa Konszelfu i sami musimy ją rozstrzygnąć. 
— Nie wiem, do kogo się tutaj zwrócić. Kto mi uwierzy. 
— Możesz wyznaczyć, kogo tylko chcesz. Zapewniam cię, że każdy będzie cię bronić 

sprawiedliwie. Tego możesz być pewny. 

Nie wiedziałem, czy można polegać na słowach kontrolera, ale co było robić. 
— W takim razie wybieram wuja Teda. 
Edward King, doktor biologii morskiej — obrońca oskarżonego — wpisał kontroler do 

notatnika. 

— Przyjdzie tu jeszcze dzisiaj, żeby z tobą porozmawiać. 
Zdawało  mi  się,  że  gapiłem  się  w  białą  ścianę  przez  całą  wieczność.  Wreszcie  drzwi 

otworzyły się bez szmeru i wszedł wuj Ted. Skoczyłem na równe nogi. 

— Och, wuju! Tak się cieszę, że cię widzę! 
Skinął głową i usiadł po drugiej stronie stołu. 
— Siadaj, Keplerze — wyciągnął teczkę wypełnioną papierami. — Mamy wiele spraw 

do omówienia. 

— Wuju! Proszę cię! 
—  Keplerze,  jestem  obecnie  twoim  adwokatem.  Przejrzałem  akt  oskarżenia,  który 

stwierdza, że działałeś świadomie i z premedytacją. Twoja sprawa wygląda kiepsko. Chciał-
bym teraz usłyszeć od ciebie wszystko, co masz do powiedzenia. 

Wysłuchał mnie cierpliwie, robiąc notatki. Potem nastawił magnetofon kasetowy i kazał 

mi wszystko powtórzyć. Kiedy wreszcie skończyłem, pokiwał ponuro głową. 

— Wszystko, co powiedziałem, jest prawdą. Każde słowo! 
— Słuchaj, Keplerze. Istota twojej obrony polega na tym, że twierdzisz, nie popierając 

tego  dowodami,  iż  zostałeś  schwytany  przez  Hil  w  pułapkę  i  że  ona  działa  z  rozkazu  ludzi-
ryb. 

— Tak jest. 
—  Oskarżyciel  zaatakuje  cię  na  dwóch  płaszczyznach.  Po  pierwsze,  zarzuci  ci  próbę 

zwalenia winy na osobę  postronną i do tego młodą dziewczynę z doskonałą przeszłością i o 
nieposzlakowanym charakterze. Niemal wszyscy tutaj znają ją od dziecka. Poza tym ta twoja 
opowieść o skrzelowcach na pewno się nie spodoba. Czy ktokolwiek kiedy widział człowie-
ka-rybę? Czy istnieją podstawy do przypuszczenia, że oni istnieją? Mógłbyś z równym powo-
dzeniem oskarżać o sabotaż potwora z Loch Ness! 

— Chciałbym zatelefonować do ojca! 
—  Będziesz  mógł  to  zrobić  po  rozprawie.  Nie  wolno  ci  mieszać  polityki  z  wymiarem 

sprawiedliwości. 

— Ale jest to przecież mój rodzony ojciec! 
—  Ale  jednocześnie  gubernator  Księżyca.  Po  ogłoszeniu  wyroku  będziesz  się  mógł  z 

nim porozumieć. 

— W takim razie proszę o innego adwokata! 
— To nie zmieni postaci rzeczy, Keplerze — wuj Ted melancholijnie potrząsnął głową. 

— Obiecuję ci, że zrobię dla ciebie wszystko, co jest w mojej mocy. 

Włożył do teczki swoje papiery i magnetofon i zadzwonił po strażnika. Kamery telewi-

zyjne  obracały  się,  rejestrując  każdy  mój  ruch.  Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  wuj  odwrócił  się 
jeszcze i powiedział cicho: 

— Ciotka Janet kazała cię uściskać.  

background image

Pozostałem sam. 
Oparłem głowę o stół i rozpłakałem się. Nigdy w życiu nie czułem się bardziej samotny. 
Po chwili wytarłem nos i przemyłem twarz. Przynajmniej istnieje jedna osoba, pomyśla-

łem,  która  ma  do  mnie  zaufanie.  A  może  lepiej  było  wybrać  ciotkę  Janet  na  obrońcę?  Prze-
mierzałem mały pokój tam i z powrotem, aż nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Potem poło-
żyłem się na łóżko i zacząłem wpatrywać się w sufit. 

Straciłem  poczucie  czasu.  Zegarek  odebrano  mi  razem  z  innymi  osobistymi  rzeczami. 

Godzina... dzień... tydzień... Nie zwracałem już uwagi na strażników i nie dotykałem potraw, 
które przynoszono mi w regularnych odstępach czasu. 

Nagle drzwi otworzyły się i stanęli w nich dwaj z moich trzech strażników. 
— Chodź. 
Moje kroki zadudniły w ciasnym korytarzu. Nie widziałem żywej duszy. Gdzie podzieli 

się  wszyscy  mieszkańcy?  Wzdrygnąłem  się  i  ręce  strażników  zacisnęły  się  na  moich  ramio-
nach. Zatrzymaliśmy się przed niskimi drzwiami. Jeden ze strażników zastukał. Drzwi otwo-
rzyły  się.  Zrobiłem jeden krok naprzód, rozejrzałem się i cofnąłem instynktownie. Strażnicy 
chwycili mnie za ręce i pchnęli do przodu. 

Znalazłem  się  w  wielkim  amfiteatrze  Centrali.  Wszystkie  miejsca  były  zapełnione, 

wszystkie oczy zwrócone na mnie. Dostrzegłem ciotkę Janet i Jona. Mieli blade twarze i oczy 
pełne łez. 

Strażnicy  pociągnęli  mnie  w  stronę  krzesła  umieszczonego  tuż  pod  mównicą.  Ponure 

oczy  widzów  patrzyły  na  mnie  oskarżycielsko.  Minęła  wieczność.  Zrobiłem  wysiłek  i  nie 
opuszczałem głowy. 

Nagle tłum widzów zakołysał się i wstał. Odwróciłem się i zobaczyłem, że przez drzwi, 

umieszczone tuż za mównicą, weszło trzech mężczyzn. Ubrani byli na czarno, i to od stóp do 
głów. Rozpoznałem szefa policji, który zszedłszy po stopniach, zajął miejsce po mojej prawej 
stronie.  Za  nim  zjawił  się  wuj  Ted  i  zasiadł  za  stołem,  na  lewo  ode  mnie.  Wreszcie  wszedł 
kontroler i usiadł na rzeźbionym fotelu umieszczonym na podwyższeniu za mównicą. Widzo-
wie również usiedli, a strażnicy pchnęli mnie w stronę krzesła. 

Kontroler rozejrzał się dokoła i zaczął mówić suchym, beznamiętnym głosem. 
—  Obywatele  Konszelfu  10.  Trybunał  Sprawiedliwości  zebrał  się  dzisiaj,  żeby  sądzić 

Keplera  Mastermana,  stale  zamieszkałego  na  Księżycu  w  Laboratorium  21,  a  obecnie  tutaj, 
oskarżonego o następujące przestępstwo: 

Że w dniu drugim sierpnia 2005 roku, o godzinie czternastej piętnaście, świadomie i w 

celach przestępczych uszkodził zawór kontrolujący dopływ powietrza do zagrody rybnej nu-
mer osiem i w ten sposób naraził Konszelf 10 na utratę około trzech milionów śledzi o warto-
ści  rynkowej  miliona  dolarów.  Oskarżony  Kepler  Masterman  dokonał  więc  aktu  sabotażu, 
skierowanego przeciwko całej społeczności Konszelfu 10, co podlega karze przewidzianej w 
artykule  trzecim,  paragraf  2a  Kodeksu  Karnego  Konszelfu.  Keplerze  Masterman,  czy  przy-
znajesz się do winy? 

Wstałem i powiodłem wzrokiem po wrogich twarzach ludzi, z którymi tak się ostatnio 

zżyłem. 

— Nie, wysoki sądzie. 
— Twoje oświadczenie zostało odnotowane. Oddaję teraz głos szefowi policji Jamieso-

nowi, który odczyta akt oskarżenia. 

— Czy mogę coś powiedzieć, wysoki sądzie? — odezwałem się. 
— O co chodzi? 
— Czy nie mam prawa być sądzonym przez ławę przysięgłych? 
Kontroler wskazał na zapełnioną widownię, 
— Oto twoja ława przysięgłych, Keplerze Masterman. Cała społeczność Konszelfu 10. 

Wszyscy tu jesteśmy przysięgłymi i sędziami. A teraz siadaj. Zaczyna się rozprawa. 

background image

Szef policji Jamieson powstał. 
— Powołuję na świadka Colina Terrona. 
Wysoki, młody mężczyzna wyszedł z jednej z ław i podszedł do mównicy. Nie znałem 

jego twarzy, ale kiedy zaczął mówić, zorientowałem się, kim jest. 

— Nazywam się Colin Terron. Jestem starszym dozorcą zagrodowym na Konszelfie 10. 

W ciągu ostatnich sześciu tygodni zajmowałem się zagrodą numer osiem... Po południu dru-
giego sierpnia byłem jak zwykle na służbie. Zbliżałem się właśnie do południowego odcinka 
zagrody, kiedy dopływ powietrza do rur wydzielających pęcherzyki został nagle odcięty... 

Wuj Ted wstał i powiedział: 
— Zgłaszam sprzeciw. 
—  Niech  świadek  inaczej  to  sformułuje.  Proszę  mówić  tylko  o  tym,  co  świadek  sam 

zauważył. 

—  Dobrze.  Nastąpiła  nagła  przerwa  w  wydzielaniu  się  pęcherzyków  powietrza  dokoła 

zagrody. Ryby oczywiście natychmiast zaczęły uciekać. Popłynąłem jak mogłem najszybciej 
do zaworu... Zobaczyłem, że stoi tam ktoś. Nie rozpoznałem tego człowieka. Obok niego, pod 
skałą,  zauważyłem  zaparkowane  sanie  z  numerem  rejestracyjnym  108.  Chwyciłem  sanie, 
aresztowałem człowieka i doprowadziłem do Centrali... Tam człowiek ten został zidentyfiko-
wany jako Kepler Masterman; to ten, który stoi teraz przed sądem. 

.— Czy świadek następnie powrócił do zagrody i co tam zastał? 
— Wróciłem natychmiast! Stwierdziłem, że górny zawór powietrzny jest zamknięty, a 

śledzi ani śladu. 

— Czy istnieje możliwość, że zawór został zamknięty przypadkowo, na przykład przez 

kogoś nie obeznanego z jego funkcjonowaniem? — zapytał wuj Ted. 

—  To  niemożliwe.  Obrócenie  koła  zamykającego  zawór  wymaga  ogromnej  siły  fizy-

cznej. 

— Tak świadek uważa? 
Colin Terron zarumienił się ze złości. 
—  Średnica  koła  wynosi  około  trzydziestu  pięciu  centymetrów.  Żeby  zawór  się  za-

mknął,  trzeba  je  obrócić  o  pełne  360  stopni.  Jestem  silny  i  przyzwyczajony  do  obchodzenia 
się z jego mechanizmem, a mimo to muszę użyć obu rąk i  wytężyć wszystkie siły, żeby za-
mknąć go lub otworzyć. Jest rzeczą całkowicie wykluczoną, żeby to zrobić przypadkowo. 

— Dziękuję świadkowi... Czy są pytania?... Pan, panie Jamieson?... Nie? W takim razie 

świadek jest wolny. 

W  następnym  świadku  rozpoznałem  magazyniera,  od  którego  wziąłem  sanie.  Nachyli-

łem się do wuja Teda i szepnąłem mu coś do ucha. 

— Wysoki sądzie, mój klient nie zaprzecza, że w chwili zarzucanego mu sabotażu znaj-

dował się przy zagrodzie. Był tam. Stwierdza natomiast, że nie popełnił żadnego sabotażu i że 
nie miał takiej intencji. 

—  Bardzo  dobrze.  Panie  Jamieson,  proszę  nie  powoływać  już  świadków  stwierdzają-

cych obecność Keplera Mastermana przy zagrodzie w krytycznym czasie. 

— Tak jest, wysoki sądzie. Wzywam na świadka Janet King. 
Ciotka wstała z miejsca z oczami pełnymi łez. Widać bała się przesłuchania. 
—  Pani  Janet  King,  z  zawodu  fotograf.  Proszę  nam  opowiedzieć  własnymi  słowami  o 

tym, co zaszło wieczorem w dniu szóstym lipca. 

— Nie jestem pewna daty... 
— Tego wieczora, kiedy w pani mieszkaniu spadło ciśnienie. 
Wśród publiczności nastąpiło poruszenie, a następnie grobowa cisza. 
— Ach, tak, już wiem... — ciotka Janet spojrzała smętnym wzrokiem na mnie i na wu-

ja. — Siedzieliśmy przy kolacji... mój mąż, nasz syn Jon, jego przyjaciółka Hilary Delaney i... 
i  Kepler.  Byliśmy  właśnie  przy  kawie,  kiedy  rozległa  się  syrena  alarmowa.  Pobiegliśmy  do 

background image

komór awaryjnych, a Ted zabrał się do badania przyczyny alarmu. 

— Czy zaszło coś tuż przed alarmem? 
— Nic... to jest Kepler rozlał kawę. 
— A dalej? 
— Poszedł do kuchni po ścierkę. 
— Czy pani kuchnia przylega do maszynowni? 
— Tak. 
—  Czy  mechanizm  pompy  powietrznej  znajduje  się  blisko  drzwi  łączących  te  dwa 

pomieszczenia? 

— Tak. 
—  A  teraz  proszę  nam  powiedzieć,  co  się  zdarzyło,  kiedy  mąż  pani  doprowadził  do 

porządku pompę a wszyscy powróciliście do bawialni? 

— Mój mąż... Ted... oświadczył, że ktoś uszkodził pompę — wyszeptała ciotka Janet. 
W amfiteatrze nastąpiło poruszenie, kontroler uderzył młotkiem w stół. 
— Proszę nam powiedzieć, jaki przedstawił na to dowód? 
—  Ted  pokazał  nam  metalowy  krążek  wsunięty  pomiędzy  złącza  obwodu  barometry-

cznego. 

— Co to był za krążek? Proszę mówić głośniej. Sąd świadka nie słyszy. 
— Plakietka identyfikacyjna. 
— Czyja? Proszę mówić głośniej. 
— Należała do Keplera — powiedziała ciotka i wybuchnęła płaczem. 
— Dziękuję świadkowi. 
Jamieson  usiadł  z  triumfalnym  uśmiechem  na  twarzy.  Poczułem,  że  dłonie  moich  rąk 

zwilgotniały.  A  więc  w  ten  sposób  przedstawiciel  oskarżenia  zamierza  mnie  pogrążyć!  Hil 
wiedziała,  co  zrobić,  żeby  mnie  całkowicie  zdyskredytować.  Teraz  nikt  mi  nie  uwierzy, 
cokolwiek bym powiedział. 

Wuj Ted podniósł się ze swojego miejsca. 
— Janet, powiedz, jaka była reakcja Keplera, kiedy pokazałem mu tę plakietkę. 
— Był nad wyraz zdumiony. 
— Czy wyjaśnił, w jaki sposób znalazła się między złączami pompy? 
—  Jakże  to  mógł  wytłumaczyć?  Powiedział  tylko,  że  łańcuszek,  na  którym  go  nosił, 

zerwał się przed chwilą i że położył tę plakietkę na stole. 

— Czy ktoś to widział? 
— Tak. Jon widział, jak Kepler kładł plakietkę na stół. 
— Więc każdy mógł ją stamtąd wziąć? 
— Tak jest. 
— Czy kiedy kawa się rozlała, Kepler poszedł do kuchni sam? 
— Nie. Poszła za nim Hil. 
— A więc musiała widzieć wszystko, co tam robił? 
— Zgłaszam sprzeciw, wysoki sądzie! 
—  Przychylam  się.  Panie  King,  pan  sugeruje  świadkowi  odpowiedzi.  Proszę  pytać  go 

wyłącznie o fakty. 

— Chciałbym wobec tego zapytać świadka o to, jak ocenia charakter oskarżonego. 
— Proszę bardzo. 
—  Powiedz,  Janet,  czy  twoim  zdaniem  Kepler  Masterman  jest  zdolny  do  popełnienia 

aktu sabotażu? 

— Ależ skąd! Na pewno nie! Jest to chłopiec spokojny, w naszym pojęciu niezbyt może 

towarzyski, ale łagodny i dobry. Nie ma w nim nawet śladu porywczości. 

— Dziękuję. Nie mam więcej pytań. 
— A oskarżyciel? Też nie? Świadek jest wolny. 

background image

Spojrzałem po twarzach otaczających mnie ludzi. Było dla mnie jasne, że wiadomość o 

uszkodzeniu  systemu  regulującego  ciśnienie  w  naszym  mieszkaniu  w  ubiegłym  miesiącu 
zaskoczyła i zaniepokoiła Konszelfitów. Mnie na pewno tez nie pomogła. Zastanawiałem się, 
czy to Hil o tym powiedziała. Chyba tak, bo któż inny zechciałby to zrobić. 

Ciotka  Janet  powróciła  na  swoje  miejsce  obok  Jona  i  ocierała  zapłakane  oczy.  Posłała 

mi słaby uśmiech i pomachała mokrą chusteczką do nosa. 

Poszukałem wzrokiem Hil. Jasne włosy na pewno zdradzą jej miejsce w tłumie. Dlacze-

go nie wzywano jej na świadka? Przebiegłem oczami wszystkie rzędy  amfiteatru aż po sufit 
wysokiego sklepienia. Nie zauważyłem jej nigdzie. 

Tymczasem przewód sądowy toczył się dalej. Wuj Ted wstał i zaczął wygłaszać mowę 

obrończą. 

—  Wysoki  sądzie  —  powiedział  —  mógłbym  wprawdzie  powołać  świadków,  którzy 

poparliby  przynajmniej  niektóre  twierdzenia  mojego  klienta,  ale  dla  sprawnego  przebiegu 
sprawy postanowiłem wezwać tylko Keplera Mastermana jako świadka obrony. Niechaj nam 
jeszcze raz przedstawi przebieg wydarzeń.  Zastrzegam sobie prawo powołania dodatkowych 
świadków, jeżeli uznam to za konieczne. 

— Dobrze, doktorze King. Proszę powołać pańskiego świadka. 
Uniosłem  się  z  ławy  oskarżonych  i  podszedłem  do  miejsca  dla  świadków.  Spojrzałem 

raz jeszcze na szczelnie wypełniony amfiteatr, nabrałem głęboko powietrza w płuca i zaczą-
łem  od  mojej  przygody  w  lesie  wodorostów,  po  czym  opowiedziałem  o  uratowaniu  mnie 
przez człowieka-rybę. Opisałem reakcję doktora na moją relację, opowiedziałem, jak w nocy 
słyszałem  natarczywy  szept  zapewniający  mnie,  że  ludzie-ryby  nie  istnieją.  Mówiłem  też  o 
tajemniczym telefonie, który wezwał Jona do schroniska 42, i o kobiecym głosie, który mówił 
z opuszczonego sektora osiedla. Opowiedziałem następnie, jak Hil wylała kawę na konsoletę 
telekomunikacyjną w momencie, kiedy zacząłem opisywać ojcu człowieka-rybę, i powtórzy-
łem  rozmowę  z  Hil  w  komorze  włazu,  w  której  ostrzegała  mnie  przed  interesowaniem  się 
skrzelowcami. 

Następnie streściłem rozmowę z naukowcami Konszelfu, z której wywnioskowałem, że 

skrzelowcy  wcale nie są wytworami mojej wyobraźni. Powiedziałem też sądowi, że z podo-
bieństwa  pomiędzy  Hil  a  człowiekiem-rybą,  który  mnie  wyratował,  wywnioskowałem,  że 
muszą być rodzeństwem i że Hil jest zamieszana w spisek. Wreszcie wspomniałem o ultima-
tum, jakie jej postawiłem, i o liściku od niej, w którym wyznaczała mi spotkanie przy zagro-
dzie. 

W tym miejscu oskarżyciel zerwał się z fotela i krzyknął: 
— Czy to spotkanie istotnie miało miejsce? 
— Nie, proszę pana. 
— Czy oskarżony rozpoznał charakter pisma Hilary Delaney? 
— Tak, tak mi się wydaje. Dostałem już od niej jeden list, jeszcze na Powierzchni. 
— Czy oskarżony zachował tę kartkę? Czy może ją przedstawić sądowi? 
— Nie, proszę pana. 
— Proszę mówić dalej. 
— Znalazłem się w pobliżu zagrody nieco za wcześnie. Czekałem koło dużej skały, tuż 

w pobliżu powietrznego ogrodzenia, które funkcjonowało doskonale. Czekałem przez pewien 
czas, a potem nagle otrzymałem cios w tył głowy. 

— Czy oskarżony widział swojego napastnika? 
— Nie, proszę pana. Widziałem tylko srebrzysty błysk. 
—  Srebrzysty?  Czy  oskarżony  wie,  że  żaden  z  mieszkańców  Konszelfu  nie  nosi  sre-

brnego kombinezonu? No, proszę mówić dalej. 

— Kiedy odzyskałem przytomność, leżałem na saniach. Ktoś przytrzymywał mi ustnik, 

inaczej byłbym się udusił. 

background image

— To bardzo ciekawe! Czy oskarżony rozpoznał tę osobę? 
—  Nie,  proszę  pana.  Ten  człowiek  klęczał  za  moimi  plecami.  Próbowałem  go  zatrzy-

mać, ale odpłynął. Kiedy usiadłem, nie było go już. Niemal natychmiast zauważyłem, że po-
wietrze w przewodzie zostało wyłączone i że nie ma już zagrody. 

— Co oskarżony wówczas zrobił? 
—  Popłynąłem  do  zaworu.  Pomyślałem  sobie,  że  może  będę  mógł  coś  zrobić  dla 

uratowania sytuacji. Ale kiedy zorientowałem się, że ryby już się rozproszyły, postanowiłem 
wsiąść na sanie, wrócić do osiedla i poinformować Kontrolę o tym, co zaszło. 

— Więc dlaczego oskarżony tego nie zrobił? 
— Ponieważ w tym momencie zauważyłem dozorcę Terrona, który celował do mnie z 

kuszy. 

Kontroler wyprostował się w swoim sędziowskim fotelu. 
— Czy to jest koniec zeznania oskarżonego? 
— Tak, wysoki sądzie. 
— W takim razie, Keplerze Masterman, wzywam cię do złożenia przysięgi potwierdza-

jącej prawdziwość twojego oświadczenia. Czy będziesz przysięgał na Ziemię czy na Księżyc? 

— Na Księżyc. 
Jeden  ze  strażników  podszedł  do  wysokiej  półki  umieszczonej  na  ścianie  amfiteatru  i 

zdjął z niej ciężki, platynowy globus Księżyca. Musiałem w duchu przyznać tym ludziom, że 
prowadzili  rozprawę  sądową  rzetelnie.  Sprowadzili  ten  globus  zapewne  z  ONZ.  Strażnik 
wniósł ostrożnie księżycową kulę na środek sali. 

—  Keplerze  Masterman,  weź  ten  globus  w  obie  ręce  i  przysięgnij,  że  wszystko,  co  tu 

powiedziałeś, jest prawdą, całą prawdą i tylko prawdą. Przysięgnij na moc, która cię stworzy-
ła, na Księżyc, na którym się urodziłeś, na ludzi, którzy cię wychowali. 

Kiedy  kontroler  skończył,  wszyscy  zebrani  w  amfiteatrze  powstali  i  wszystkie  oczy 

zwróciły  się  na  mnie.  Zrobiłem  krok  w  kierunku  środka  sali  i  wyciągnąłem  ręce  po  globus. 
Strażnik włożył go ostrożnie w moje dłonie. 

A ja upuściłem go! 
Po sali przeszedł jęk. Globus spadł z hałasem na podłogę. Purpurowy ze wstydu nachy-

liłem się, żeby  go podnieść. Był jednak zbyt duży, żeby zmieścić się w  mojej lewej dłoni, a 
palce prawej były zupełnie bezsilne. 

— Wysoki sądzie — wyjąkałem — nie mogę utrzymać globusu. Jest dla mnie za ciężki. 
— To wymówka! Więc nie chcesz złożyć przysięgi? Masz czelność odmawiać? 
—  Nie,  wysoki  sądzie!  Ja  bardzo  pragnę  złożyć  przysięgę.  Biorę  pełną  odpowiedzia-

lność  za  każde  słowo,  które  wypowiedziałem.  Ale  moja  ręka...  W  zeszłym  tygodniu  ukąsił 
mnie trygon. Jest jeszcze częściowo sparaliżowana. 

Wśród  zebranych  Konszelfitów  nastąpiło  poruszenie,  rozległy  się  szepty.  Kontroler 

znowu zastukał w stół. 

— Czy na sali znajduje się doktor MacIntosh? Proszę podejść do oskarżonego i zbadać 

jego rękę... Czy to prawda, że jego ręka jest zbyt słaba, aby utrzymać globus? 

— Tak, wysoki sądzie. Jego prawa ręka jest bardzo osłabiona. Wprawdzie nerw reaguje, 

ale mięsień jeszcze nie kurczy się prawidłowo. 

— Dziękuję, doktorze. Keplerze Masterman, możesz złożyć przysięgę przez położenie 

ręki na globusie. 

Strażnik podniósł globus, a ja podszedłem i położyłem na nim ręce. Nagle cisza została 

przerwana donośnym głosem wuja Teda. 

— Wysoki sądzie! — krzyknął. 
— O co chodzi, doktorze King? Przewód jest zamknięty. 
—  Wysoki  sądzie,  zanim  Kepler  wypowie  słowa  przysięgi,  chciałbym  zwrócić  uwagę 

sądu na to, że usłyszeliśmy przed chwilą coś, co stanowi nowy dowód. Jego znaczenie uszło 

background image

być może uwadze wysokiego sądu. 

— A mianowicie? 
— Keplerze, kiedy zostałeś ukąszony przez trygona? 
— To było... zdaje się, to było trzydziestego lipca. 
—  A  więc  na  trzy  dni  przed  uszkodzeniem  zaworu.  W  jakim  stanie  była  twoja  ręka 

drugiego sierpnia, w dniu, w którym pojechałeś saniami do zagrody numer osiem? 

— Była całkowicie sparaliżowana. Musiałem prowadzić sanie lewą ręką. Pamiętam, że 

miałem pewne trudności. 

— Dziękuję ci, Keplerze. 
Wuj Ted zwrócił się w stronę amfiteatru. Miał błyszczące oczy, płonęły mu policzki. 
— Wysokie sądzie, szanowny prokuratorze, panowie przysięgli! Czy pamiętacie zezna-

nia  świadka  i  rzeczoznawcy,  dozorcy  Terrona,  który  stwierdził,  że  aby  obrócić  o  360  stopni 
koło zaworu w celu zamknięcia go, trzeba wielkiej siły, i to w obydwu rękach. Twierdzę, że 
Kepler Masterman, cierpiący na paraliż prawej ręki, nie mógł popełnić zarzucanego mu aktu 
sabotażu! 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Przez chwilę panowało w amfiteatrze całkowite milczenie. Potem wybuchła burza okla-

sków  i  wszyscy  mieszkańcy  Konszelfu  10  zerwali  się  z  miejsc.  Kontroler  daremnie  stukał 
młotkiem w stół. Dopiero po dobrej chwili zaczęła powracać cisza. Wreszcie kontroler mógł 
przemówić. 

— Mieszkańcy Konszelfu 10, czy uważacie, że oskarżony Kepler Masterman jest winny 

czy niewinny zarzucanego mu aktu sabotażu? 

— Niewinny! — rozległ się zgodny okrzyk. 
— Czy wszyscy zgadzają się z tym wyrokiem? 
— Wszyscy, wysoki sądzie! 
—  Oświadczam  więc  z  radością,  że  Kepler  Masterman  jest  wolny  i  że  może  znowu 

korzystać ze wszystkich praw obywatelskich Konszelfu 10. 

Ściskano moją rękę tak mocno, że zrobiła się jeszcze słabsza niż przedtem. Poklepywa-

no  mnie  po  plecach  i  obejmowano.  Potem  tłum  porwał  mnie  i  przeniósł  przez  korytarz  do 
kafeterii, gdzie zaimprowizowano wspaniałe przyjęcie. Nawet szef policji Jamieson złożył mi 
gratulacje. Ściskał mi rękę serdecznie, ale jego twarz była jeszcze bardziej ponura niż zwykle. 

— Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu, chłopcze? 
— Ależ skąd, proszę pana. Spełniał pan swój obowiązek. Ale co panu jest? Zdaje się, że 

nie jest pan szczęśliwy z mojego uniewinnienia! 

—  Masz  rację  —  spojrzał  z  dezaprobatą  na  rozradowane  twarze.  —  Nie  chodzi  mi  o 

ciebie. Ale nikt tu nie myśli o tym, że jeżeli nie ty, to ktoś inny popełnił tę zbrodnię. Sabota-
żysta  pozostał  na  wolności  i  być  może  planuje  nową  zbrodnię.  Ja  i  moi  ludzie  musimy  go 
schwytać, zanim nie będzie za późno. 

— Więc rzeczywiście spodziewa się pan tego? 
— Zawsze liczę się z najgorszą ewentualnością. Kto wierzy tylko w rozsądek i wrodzo-

ną dobroć człowieka, ten nie może być szefem policji. Może dlatego mam wrzód żołądka. 

Skrzywił się, wypił szklankę mleka i wstał. W tej samej chwili w głośnikach rozległ się 

głos Mary. 

— Wzywa się kontrolera. Sprawa jest pilna. 
Kontroler przeszedł szybko przez salę do jednego z telefonów na ścianie. 

background image

— Tu kontroler. 
— Mam na linii jedną z dalekich stacji. Rozmówca domaga się, żeby przełączyć go na 

system publicznych megafonów. 

Kontroler stał z pochyloną głową, nerwowo stukając palcem w aparat. 
— A kto to jest, Mary? 
— Jakaś kobieta. Nie chce podać nazwiska. 
— Łącz ją, Mary. 
Przez chwilę słychać było tylko szum, ale wkrótce odezwał się słaby, jakby dochodzący 

z  oddali,  ale  wyraźny  głos.  Rozmowy  i  śmiechy  zamilkły.  Stojący  lub  siedzący  w  grupach 
ludzie zamienili się w słuch. 

— Obywatele Konszelfu 10! My, ludzie-ryby, wolni mieszkańcy oceanu, przyznajemy 

się  do  dokonania  tak  zwanego  sabotażu  zagrody  numer  osiem.  Wydaliśmy  manifest,  który 
zostanie przekazany Organizacji Narodów Zjednoczonych jednocześnie z tą odezwą do was. 
Zawiadamiamy  w  nim  rząd  Powierzchni,  że  my,  wolni  obywatele  oceanu,  domagamy  się 
całkowitego samorządu. W razie odrzucenia naszych żądań podejmiemy dalszą blokadę mor-
skich  bogactw  naturalnych,  eksploatowanych  przez  społeczeństwa  Powierzchni  bez  uwzglę-
dniania potrzeb i rozwoju podwodnych kolonii jako niezależnych jednostek. My, ludzie ocea-
nu, apelujemy do was, Konszelfitów, o przyłączenie się do naszej walki o niezależność. Nasze 
cele są waszymi celami, nasze zwycięstwo będzie waszym zwycięstwem. 

Jednakże jeżeli nie dopomożecie nam w naszej walce, zdobędziemy wolność bez waszej 

pomocy, a brak współdziałania zostanie uznany za zdradę ludów oceanu. Staniecie się naszy-
mi wrogami. Koniec apelu. 

Słychać  było  przez  chwilę  trzask  i  szum  na  linii.  Potem  Mary  wyłączyła  głośniki.  W 

zatłoczonej sali rozległy się wzburzone głosy. Zapanował nad nimi głos kontrolera. 

— Mary! 
— Tak, proszę pana! 
— Skąd był ten telefon? 
— Ze schroniska 38, proszę pana. 
Szef policji przeszedł przez salę, zbierając po drodze swoich ludzi. 
— Mary, połącz mnie natychmiast z ONZ. 
Kontroler zwrócił się do Konszelfitów. Miał twarz poważną. 
—  Obywatele  Konszelfu!  Będę  wam  przekazywał  wszystkie  wiadomości,  będziecie  w 

pełni informowani o rozwoju sytuacji. Na razie proszę o zachowanie spokoju i podjęcie pracy. 
Być może, że zostaniecie wezwani do udzielenia pomocy naszym organom. Od tej chwili aż 
do odwołania obowiązuje stan alarmu. 

Przecisnąłem się przez podniecony tłum i podszedłem do ciotki i wuja. 
— Gdzie jest Jon? Muszę z nim pomówić. 
— Był tutaj przed chwilą. O, zobacz... właśnie opuszcza salę... O co chodzi, Kep? 
— Kluczem do całej tej sprawy jest Hil, jestem tego pewny. Jeden Jon może wiedzieć, 

gdzie ona jest. Muszę ją znaleźć. Wrócę niebawem do domu. 

Pocałowałem  ciotkę  serdecznie  w  policzek,  tak  jakbym  się  z  nią  żegnał  na  dłużej. 

Objęła mnie. Przecisnąłem się ku drzwiom. 

Jona  nie  znalazłem.  Zastanawiałem  się  przez  chwilę,  co  robić,  a  potem  pobiegłem  do 

Kontroli, żeby porozmawiać z Mary. 

— Nie mogę tego zrobić, Kep. Nie wolno mi! 
— Proszę cię, Mary! To jest naprawdę sprawa życia i śmierci! 
— No dobrze, niech będzie! 
Mary włączyła mikrofon i w całym osiedlu rozległy się megafony. 
— Jon King! Wzywam Jona Kinga! Prosimy do Kontroli... Jon King... Pilny telefon w 

Kontroli. 

background image

Już po trzydziestu sekundach zjawił się w Kontroli zadyszany Jon. 
— Kto do mnie dzwoni? 
— Jon! — krzyknąłem. — To ja. Nie, nie uciekaj. Muszę z tobą porozmawiać. 
— Ale co z tym telefonem?... Czekam... — przerwał w pół słowa i zagryzł wargi. 
— Ciekawe, kto mógłby do ciebie dzwonić? Cała ludność Konszelfu 10 była tu zgroma-

dzona... — chwyciłem go za rękę i pociągnąłem za sobą. — Jedyna osoba, której nie widzia-
łem przez cały dzień, to Hil. A ty, czy widziałeś się z Hil? Czy to na jej telefon czekasz? I czy 
ze schroniska 38? Niech się śpieszy, bo policja znajdzie się tam za kilka godzin. Czy chciałeś 
ją może ostrzec? 

— Co robisz, Kep? Dokąd mnie prowadzisz? Jestem bardzo zajęty... Mam ważne spra-

wy do załatwienia. Nie mogę teraz rozmawiać. 

— Musisz! Wejdźmy do jednego z pokojów konferencyjnych. Chociażby tu. 
Wepchnąłem  go  do  środka,  zamknąłem  drzwi  za  sobą  i  wsunąłem  klucz  do  kieszeni 

kurtki. 

— Stłukę cię na kwaśne jabłko — syknął patrząc mi w oczy — z tą chorą ręką nie masz 

szansy. 

— To prawda! Ale będziemy tylko rozmawiali. Jeżeli użyjesz siły, to tym samym przy-

znasz się do winy. Twojej i Hil. 

—  Kiedy  ja  nic  złego  nie  zrobiłem!  Mój  Boże,  tyle  dziwnych  rzeczy  zdarzyło  się  od 

czasu,  kiedy  się  zjawiłeś!  Życie  na  Konszelfie  było  zawsze  wspaniałe...  panował  tu  spokój, 
przyjaźń, wzajemne zaufanie... 

— Doprawdy? A już pierwszej nocy słyszałem twoją kłótnię z Hil. Nie miało to chyba 

nic wspólnego ze mną, a odniosłem wtedy wrażenie, że sprawa jest poważna. 

Jon westchnął. 
— Masz rację. Jestem niesprawiedliwy. Od  czasu kiedy Hil wróciła z uniwersytetu na 

Powierzchni,  zmieniła  się  nie  do  poznania.  Ale  to  wspaniała  dziewczyna.  Ty  jej  nie  znasz, 
Kep. Ona nigdy by... 

—  Jon,  przestań  się  okłamywać!  Ona  dała  się  wciągnąć  w  spisek  skrzelowców.  Przed 

chwilą poznałem jej głos w megafonach. Ty chyba także. Musimy ją znaleźć i zdusić ten spi-
sek, póki jeszcze czas. Czy orientujesz się, gdzie ona jest? 

Jon potrząsnął głową. 
— Gdybym nawet wiedział, to i tak nie powiedziałbym ci. Za kogo ty mnie masz? 
—  Za  idiotę!  Jon,  przestań  choćby  na  pięć  minut  bawić  się  w  szlachetność  i  zastanów 

się. Tu może stać się  coś bardzo złego, i to już  za chwilę. Sabotaż zagrody  rybnej był tylko 
przygrywką. Nie pomożesz Hil, osłaniając ją. 

— Nie wierzę, że odważą się na coś naprawdę groźnego. Moim zdaniem oni nas tylko 

straszą! 

— A czy to, że zainscenizowali prowokację i narazili mnie na dziesięć czy dwadzieścia 

lat więzienia, to też tylko straszenie? Hil nie mogła wiedzieć, że moja ranna ręka będzie moim 
alibi. Czy nie widzisz, Jon, że ona jest bezwzględna? 

Jon wahał się. W głośnikach rozległy się trzaski, a potem ktoś powiedział: 
— Uwaga, uwaga. Tu szefostwo policji. Przed chwilą stwierdzono zniknięcie czterech 

kilogramów materiałów wybuchowych z laboratorium geofizycznego. Powtarzam. Stwierdzo-
no  zniknięcie  czterech  kilogramów  materiałów  wybuchowych.  Każdy,  kto  może  udzielić  ja-
kichkolwiek informacji w tej sprawie, winien zgłosić się natychmiast do policji! Następujące 
osoby  z  personelu  laboratorium  proszone  są  o  przybycie  do  biura  policji:  Baker...  Jones... 
Philips... 

— Spojrzałem na Jona. 
— Czy wciąż uważasz, że oni tylko straszą? 
Jon opadł na krzesło, zakrył twarz rękami i westchnął boleśnie. 

background image

— Zawsze wiedziałem, że ona jest im całkowicie oddana. Ale miałem nadzieję... To nie 

jej wina, Kep. To wpływ jej brata. Byli sobie zawsze bardzo bliscy. Hil zrobi dla niego wszy-
stko. 

—  Okay,  Jon.  Czy  chcesz  jej  naprawdę  pomóc?  W  takim  razie  musimy  razem  ją  zna-

leźć, zanim do niej dotrze policja i zanim zostanie dokonany następny i sabotażu. 

— Ale ja nie mam pojęcia... 
— Pomyśl chwilę. Spędziłeś w osiedlu niemal całe swoje życie. Znasz wszystkie możli-

we zakamarki... 

— Hil nie może być na terenie osiedla. Policja na pewno przeszukała już każdy kąt. 
— Ale nie może przecież przez cały czas tkwić w wodzie. To znaczy, że jest w jednym 

ze schronisk. 

— Ależ, Kep, jest ich przeszło pięćdziesiąt! 
— Zastanówmy się. Telefon pochodził ze schroniska 38, i to już drugi. W obu przypad-

kach był to na pewno głos Hil... 

— Policja na pewno już tam była. Jeżeli ją znaleźli, jest za późno. 
—  Ale  może  ona  jest  gdzie  indziej.  Moim  zdaniem  wcale  nie  była  w  schronisku  38! 

Zastanów się chwilę. Te telefony wydają mi się bardzo podejrzane. W pół godziny po moim 
uniewinnieniu skrzelowcy  przyznają się do popełnienia sabotażu rybnej zagrody. Jak daleko 
jest  stąd  do  stacji  38?  Dwadzieścia  pięć  kilometrów,  prawda?  Jakim  cudem  dowiedzieli  się 
tak szybko o rezultacie rozprawy? Czy jest możliwość porozumiewania się pomiędzy schro-
niskami? 

— Tylko przez Kontrolę. 
— A Mary przysięga, że w tym czasie nie było żadnych telefonów. Sprawdziłem to. A 

teraz przypomnij sobie inny telefon. Znajdowałem się wtedy w schronisku 42, a wiadomość o 
moim ocaleniu nadeszła ze schroniska 38 około godziny trzeciej trzydzieści. Jak to się stało? 
Mój  wybawca  nie  mógł  jej  nadać,  był  za  daleko,  żeby  dopłynąć  tam  w  tak  krótkim  czasie. 
Poza tym był to głos Hil. 

Przechadzałem się nerwowym krokiem po pokoju. Cała sprawa nie miała sensu. Nic się 

nie zgadzało! Nagle olśniło mnie. 

— Jon, opowiedz mi dokładnie, co działo się z tobą i Hil od chwili, kiedy rozdzielił nas 

prąd pod lasem wodorostów, do czasu telefonu podającego miejsce, w którym się znajdowa-
łem. Czy byliście przez cały czas razem? 

— Tak... a właściwie nie. Przepraszam. Rozdzieliliśmy się, żeby zbadać jak największą 

przestrzeń lasu. Porozumiewaliśmy się przez interkom. 

— Czy słyszałeś ją przez cały czas? 
— Tak, na pewno. Kiedy zaczął nam się kończyć zapas powietrza, powróciliśmy do sań 

po nowe zbiorniki. Ale byliśmy już pewni, że twój zapas też się musiał skończyć i że dalsze 
poszukiwania  nie  mają  sensu.  Och,  Kep,  to  była  straszliwa  chwila.  Straciliśmy  wszelką 
nadzieję, a nie chcieliśmy za nic wracać bez ciebie. Wsiedliśmy więc na sanie i objechaliśmy 
dokoła cały las wodorostów. 

— Musieliście być blisko schroniska 42. 
—  Tak  przypuszczam.  Ale  nie  myśleliśmy  wtedy  o  schroniskach.  Szukaliśmy  ciebie... 

twojego ciała w wodorostach. 

— Czy wydarzyło się coś niezwykłego? Czy zatrzymywaliście się? 
— Tak, na południowej stronie lasu, kiedy już zawracaliśmy w stronę osiedla. Hil kaza-

ła mi zatrzymać sanie. Zdawało jej się, że widzi coś pod skałą. 

— A ty? 
—  Mnie  też  się  zdawało,  że  dostrzegam  jakiś  biały  czy  srebrny  błysk.  Ale  nie  byłem 

pewny. W każdym razie zostałem przy saniach, a Hil popłynęła w głąb. 

— I co dalej? 

background image

— Powiedziała, że to była po prostu zdechła ryba. 
— Długo jej nie było? 
— Może pięć minut. 
— Czy widziałeś ją przez cały czas? 
— Nie. Opływała dokoła skałę. 
— A potem pojechaliście sańmi do Centrali i wysłano ekspedycję ratunkową? 
— Tak. 
— Czy Hil nie oddaliła się wtedy? 
— Poszła pod prysznic. Potem spotkaliśmy się w Kontroli, przy mapie. Dziwne... teraz 

dopiero zdaję sobie z tego sprawę... Hil była jakaś nieswoja. 

— Przestraszona? Zdenerwowana? 
—  Nie,  ale  dziwna.  Pamiętam,  że  mnie  to  zaskoczyło.  Ale  wiesz,  trzęsła  mną  febra, 

byłem szalenie zmęczony. Hil miała silne wypieki i mętne oczy. 

— A potem co? 
—  Powiedziała:  „Muszę  wyjść.  Ta  niepewność  mnie  zabija.  Zobaczymy  się  później”. 

Coś w tym rodzaju. 

— Która była godzina? 
— Dokładnie nie pamiętam. 
— Zrób wysiłek, Jon! Może przypomnisz sobie coś innego. Czy w ogóle nie spojrzałeś 

na zegarek? 

— Owszem, patrzyłem. Poza tym pamiętam, że Mary przyszła zmienić Terry przy tabli-

cy rozdzielczej. Właśnie podczas naszej obecności. 

—  Wobec  tego  musiała  być  trzecia.  Dokładnie  w  pół  godziny  przed  tym  telefonem. 

Chodź. Przyjrzymy się mapie. 

Podążyliśmy  do  Kontroli  i  podeszliśmy  do  wielkiej  mapy  na  ścianie.  Jon  powiódł 

palcem dokoła osiedla. 

—  Maksymalna  szybkość  sań  wynosi  około  siedmiu  kilometrów  na  godzinę.  A  Hil 

musiałaby się jeszcze przebrać. To wyklucza ewentualność, o której myślisz. Mogła dopłynąć 
tylko do granicy osiedla. 

— Tam są dwa schroniska. Czy myślisz, że mógł tam być ktoś? 
—  Na  pewno.  Biologowie  są  w  nich  przez  cały  dzień.  Pracują  w  pobliżu,  ale  mają  za 

daleko, żeby wracać do osiedla na dzienne posiłki. Na pewno ktoś tam był. 

—  Hil  musiała  o  tym  oczywiście  wiedzieć...  Czy  to  wszystko,  co  przychodzi  ci  na 

myśl? 

— Obawiam się, że tak. 
— A co to jest? — wskazałem na czarny kwadrat na mapie, odległy o dwa i pół kilome-

tra od osiedla. 

—  Stary,  opuszczony  magazyn,  od  dawna  nie  używany.  Dlatego  oznaczony  czarnym 

kolorem. Nie ma tam ani kuchni, ani pryszniców. Są tylko rzędy półek. 

— A czy jest tam telefon? 
— Na pewno. Ale przypuszczam, że jest wyłączony. 
— Doskonale. To chyba potwierdza moje rozumowanie. Posłuchaj, Jon. Wiemy, że jest 

fizycznie niemożliwe, żeby Hil lub ktokolwiek inny mógł dostać się w tak krótkim czasie do 
schroniska 38 i zatelefonować stamtąd. I to w obu przypadkach. Zgoda? A więc to odpada! 

— Ale... 
—  Przypuśćmy,  że  skrzelowcy  od  dawna  planują  spisek.  Musieli  mieć  informacje  do-

starczane przez kogoś z samego osiedla, kogoś, kto był poza wszelkim podejrzeniem. Mogła 
to  być  wyłącznie  Hil.  Jej  brat  jest  człowiekiem-rybą.  Wypadki  zaczęły  się  toczyć  zaraz  po 
moim przybyciu na Konszelf. Zastanówmy się, dlaczego. Hil zjawiła się na Konszelfie w tym 
samym czasie, co ja. Oto dlaczego! Oni czekali na Hil! 

background image

Załóżmy,  że  udało  się  im  podłączyć  telefon  w  tym  nieczynnym  magazynie  do  linii 

schroniska  38.  Dało  to  Hil  możliwość  przekazywania  wiadomości  z  miejsca  położonego 
bardzo blisko osiedla do jakiegoś punktu przy porzuconych kopalniach. Mogę się założyć, że 
tam,  w  tej  głębokiej  wodzie,  mieszkają  właśnie  skrzelowcy.  Hil  telefonowała  także  do 
Kontroli z tego starego magazynu, a światełko na tablicy rozdzielczej wskazywało, że dzwoni 
schronisko 38. Doskonale pomyślane alibi. 

— Czy sądzisz, że Hil ukrywa się w tym magazynie? 
— A czy widzisz inną możliwość? 
Jon potrząsnął głową ze smutkiem. 
— Więc co chcesz zrobić? Zawiadomić policję? 
—  Oczywiście,  że  nie.  Powiedziałem  ci  już,  że  spróbujemy  przemówić  Hil  i  skrzelo-

wcom do rozsądku. Jeżeli dojdzie do tego, że policja będzie musiała interweniować, obie stro-
ny użyją kusz, a to musi się skończyć fatalnie. Chodź! Ubieramy się! 

Kiedy przechodziliśmy przez Kontrolę, usłyszałem głos Mary. 
— Kep! — zawołała. 
Odwróciłem się gwałtownie. 
— Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć. Kontroler właśnie otrzymał wiadomość, 

że jutro rano twój ojciec wygłosi oficjalne przemówienie na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. 
Zarówno przemówienie, jak i głosowanie będziemy mogli odebrać na telewizji. 

— Dziękuję ci, Mary. 
Nakładałem kombinezon i ekwipunek i czułem zamęt w głowie. Widocznie wystąpienie 

ojca przyśpieszono i odbędzie się wcześniej, niż spodziewaliśmy się. Zastanawiałem się, dla-
czego tak się stało. Ojcu na pewno nie jest to na rękę. Pośpiech nie jest w jego stylu. 

Wciągnąłem do połowy kombinezon i nagle zatrzymałem się. 
— Co się stało, Kep? 
— Materiał wybuchowy! Skrzelowcy nie wykradliby go, gdyby nie byli już gotowi do 

akcji. Mają więc zamiar działać szybko. Jeżeli użyją go przed głosowaniem w ONZ, wnioski 
Selenitów zgłoszone przez ojca na pewno przepadną! 

Jon nie rozumiał, o czym mówiłem. Był całkowicie opanowany troską o Hil. 
— Kep, jak myślisz, kto wykradł materiał wybuchowy? 
— Chyba Hil. Ty też to wiesz. Sądzę, że stało się to wtedy, kiedy wszyscy przebywali 

na sali sądowej. 

Sprawdziliśmy sobie nawzajem ekwipunek i już siedzieliśmy na skraju włazu, kiedy Jon 

zawołał: 

— A co z policją? 
— O co chodzi? 
—  Przecież  ogłoszono  stan  alarmu!  Nie  możemy  opuszczać  osiedla  bez  zezwolenia. 

Zresztą nie uda nam się wziąć sani. 

— To obejdziemy się bez nich. Czy możesz nas tak stąd wyprowadzić, żeby nikt tego 

nie zauważył? 

— Przypuszczam, że tak. Na pewno! Trzymaj się blisko mnie. 
Popłynęliśmy  w  cieniu  budynków  aż  na  skraj  osiedla.  Z  daleka  widzieliśmy  postaci 

strażników czuwających z kuszami w pogotowiu. Przypomniałem sobie, że jeszcze tak nieda-
wno było tu cicho i spokojnie. 

Ukryliśmy się za domkiem mieszkalnym, kiedy bąbelki z przepływających sanek zmą-

ciły wodę. Potem szybko i cicho odpłynęliśmy. 

Kiedy  niewielki  budynek  magazynu  wreszcie  zamajaczył  w  błękitnozielonej  wodzie, 

bolały mnie już nogi, a prawa ręka zesztywniała całkowicie. 

Podpłynęliśmy  bliżej.  Zatrzymałem  Jona  i,  położywszy  palec  na  ustach,  potrząsnąłem 

głową. Zacząłem opływać budynek dokoła, trzymając się w odległości kilku centymetrów od 

background image

dna. 

Po  niedługiej  chwili  znalazłem  to,  czego  szukałem.  Szarozielony  przewód  obrośnięty 

algami prowadził ze składu w kierunku na północny wschód. Był to niewątpliwie kabel tele-
foniczny łączący go ze schroniskiem 38. 

Zastanawiałem  się,  czy  ktoś  znajduje  się  wewnątrz  budynku.  Podpłynąłem  nad  jego 

kopułę, zawisłem nad nią i przycisnąłem ucho do jej powłoki. Usiłowałem uciszyć oddech. 

Co  to?  Odczekałem  chwilę.  Było  to  niewątpliwie  chrobotanie  metalu  o  metal.  Ktoś 

poruszał się w środku. Czyżby to była Hil, czy może ktoś inny? 

Jednym z problemów nurka wynurzającego się z wody jest to, że przez kilka sekund po 

wyjściu na powierzchnię i po zdjęciu maski jest niemal ślepy, a więc bezbronny. W tym cza-
sie mógł mnie ktoś trzepnąć w głowę i byłoby po wszystkim. 

Przywołałem Jona skinieniem. Odpłynęliśmy dalej. 
— Jon, wchodzę do środka. Muszę spróbować przemówić Hil do rozsądku. Ty popłyń z 

powrotem  do  Centrali.  Jeżeli  nie  wrócę  w  ciągu  godziny  albo  jeżeli  nie  zatelefonuję,  żeby 
powiedzieć, że wszystko w porządku, zawiadom policję. Powiedz im wszystko — rozumiesz? 
Zgoda? 

— Pozwól mi pójść z tobą. 
—  To  niemożliwe,  Jon.  Ktoś  musi  mnie  ubezpieczać.  Jeżeli  zatelefonuję  i  powiem 

twoje imię raz — to będzie znak, że wszystko jest w porządku. Ale jeżeli ktoś zmusi mnie do 
telefonowania,  to  powtórzę  twoje  imię  kilka  razy.  To  będzie  znaczyło,  że  wszystko,  co  mó-
wię, wymuszono na mnie, rozumiesz? 

— Rozumiem. Więc niech się stanie — jak mówi Pismo Święte. 
Położył  mi  ręce  na  ramionach,  przez  gruby  kombinezon  poczułem  jego  silny  uścisk. 

Potem odwrócił się i popłynął w stronę osiedla. 

Odczekałem,  aż  zniknął  z  mojego  pola  widzenia,  i  dałem  nurka  pod  kopułę  budynku. 

Wynurzyłem  się  w  jego  wnętrzu  cicho,  bez  plusku,  z  ręką  uniesioną  i  gotową  do  zerwania 
maski w momencie, w którym przetnę powierzchnię wody. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Udało  się.  Hil  leżała  niewygodnie  na  ławie,  którą  sobie  zrobiła  z  kilku  desek.  Zanim 

zdążyła zerwać się na nogi, siedziałem już na podłodze i zdejmowałem szelki od akwalungu. 

— Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłeś? 
Była blada jak płótno, oczy pociemniały jej ze strachu. 
—  To  nie  było  trudne  do  wykombinowania.  Hil,  słuchaj,  chcę  ci  pomóc,  nie  mam  na-

prawdę żadnych złych zamiarów. Musimy porozmawiać. 

—  Nie  masz  złych  zamiarów!  Dobrze,  ale  czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  na  jakie 

narażasz się niebezpieczeństwo? Kep, proszę cię, znikaj i udawaj, że mnie nie widziałeś. 

— Tego nie mogę zrobić. 
—  Oczywiście,  że  możesz.  Czy  ktokolwiek  widział  cię,  jak  tu  wchodziłeś?  Ale  zaraz! 

Przecież  sam  mnie  nie  znalazłeś...  Ktoś  musiał  cię  przyprowadzić...  Czy  to  Jon?  Czy  on  też 
jest tutaj? 

Nachyliła się nad włazem i niespokojnie spoglądała w wodę. 
— Uciekajcie stąd obydwaj, dopóki jeszcze czas, proszę was! 
— Hil, zapewniam cię, że jestem sam. Jon przyprowadził mnie, ale już wrócił do osie-

dla. 

— Żeby powiedzieć wszystko policji, podczas gdy ty będziesz mnie tu zabawiał. 

background image

Skoczyła ku mnie, ale udało mi się złapać ją za ręce. 
— Ależ nie, Hil! Posłuchaj! Mamy godzinę na rozmowę, zanim Jon powie policji wszy-

stko, co wiemy o tobie i skrzelowcach. Masz więc godzinę do namysłu. Hil, czy ty zamierzasz 
zburzyć  wszystkie  podstawy  istnienia  Konszelfu?  Wszystko  to,  nad  czym  pracował  twój 
ojciec? 

— Oczywiście, że nie. Wprost przeciwnie. Połączymy się ze skrzelowcami w ich walce 

przeciwko mieszkańcom Powierzchni. Musimy zdobyć wolność. 

—  Ale  Konszelfitom  wcale  nie  odpowiadają  wasze  plany.  Oni  nie  wierzą  w  słuszność 

waszej sprawy. Oczywiście, że pragną niezależności i sprawiedliwego udziału w dochodach z 
produkowanych  dóbr.  Ale  droga  do  tego  nie  prowadzi  przez  przemoc  i  gwałt.  Nie  należy 
zapędzać mieszkańców Powierzchni w ślepy zaułek. Nie wolno pozbawiać żywności i paliwa 
tysięcy niewinnych ludzi. To nie jest właściwa droga! 

—  Mamy  różne  poglądy.  Obawiam  się,  że  różnimy  się  w  wielu  sprawach,  Kep.  Mój 

ojciec, jeden z moich braci i wszyscy ich towarzysze zginęli w Zatoce Meksykańskiej, ponie-
waż uwierzyli w negocjacje z rządem. 

—  W  takim  razie  nie  zwracajcie  się  do  rządu  i  spróbujcie  przekonać  społeczeństwo. 

Przedstawcie ludziom swoje poglądy, skłońcie ich do wywarcia nacisku na rząd dla uzyskania 
sprawiedliwości. Niech to nastąpi pod,  wpływem opinii publicznej i przez głosowanie.  Zrób 
to, co mój ojciec — zwróć się do ONZ. My, Selenici, też na pewno moglibyśmy pójść drogą 
przemocy. Ale to nigdy nie przynosi nikomu zwycięstwa, a tylko cierpienia. 

Hil potrząsnęła głową. 
—  Porozmawiamy  wtedy,  kiedy  twój  ojciec  opuści  Zgromadzenie  Ogólne  ONZ  z 

uchwałą  o  niepodległości  Księżyca  w  kieszeni.  Wtedy  może  ci  uwierzę.  Ale  z  tego  nic  nie 
będzie, Kep. Jesteśmy zdecydowani i nie cofniemy się. Wracaj na Konszelf 10 i zapomnij, że 
mnie tu widziałeś. To jest twoja ostatnia szansa. 

— Przykro mi, Hil, ale ja także jestem uparty. 
— No cóż, trudno. Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. 
Uśmiechnęła  się  smutno,  jej  spojrzenie  przesunęło  się  poza  moje  ramię.  Odwróciłem 

się, ale o ułamek sekundy za późno. Dostałem cios w tył głowy. Kolana ugięły się pode mną, 
zrobiło mi się ciemno w oczach. 

Kiedy je otworzyłem, zobaczyłem barwne błyski świateł w wodzie. Zamknąłem szybko 

powieki i jęknąłem. Głowa bolała mnie nieznośnie. Poruszyłem się i spróbowałem wstać. 

Leżałem na boku blisko włazu, z twarzą zwróconą ku wodzie. Na plecach czułem ciężar 

akwalungu. Miałem związane ręce i nogi w kolanach i kostkach.Hil klęczała przy mnie. 

— Przykro mi, Kep. Jak się czujesz? Jazda, uciekamy stąd. 
Wsunęła mi ustnik między wargi i naciągnęła maskę na twarz. 
— W porządku? 
Skinąłem  głową  i  zaraz  tego  pożałowałem.  Zdawało  mi  się,  że  za  chwilę  odpadnie  mi 

głowa.  Hil  ostrożnie  przetoczyła  mnie  na  brzeg  włazu,  wepchnęła  mi  nogi  do  wody  i,  przy-
trzymując  ręką  moją  maskę,  spuściła  mnie  do  włazu.  Czyjeś  mocne  ręce  ściągnęły  mnie  w 
dół. Podawano mnie sobie jak worek z rąk do rąk. Wreszcie zostałem położony na wznak na 
sanie  spoczywające  na  dnie  niedaleko  od  budynku.  Widziałem,  jak  Hil  przeciska  się  przez 
właz do wody. 

Sanie drgnęły i zaraz nabrały szybkości. Mimo strachu nie mogłem się oprzeć zdumie-

niu na widok mojej eskorty. Dokoła sań płynęło co najmniej piętnastu skrzelowców. Poruszali 
się z wdzięczną oszczędnością ruchów,  rozpruwając  wodę jak rój makreli. Byli srebrni, pię-
kni, swobodni, całkowicie zbratani z żywiołem. Niemal im zazdrościłem. 

Posuwaliśmy się szybko naprzód; nie miałem pojęcia, w jakim kierunku — moje niedo-

świadczone oko nie dostrzegało żadnych znaków. Upłynęło sporo czasu — ale nie więcej niż 
trzy godziny, bo na tyle miałem zapasu tlenu — zanim osiągnęliśmy cel tej dziwnej podróży. 

background image

Nagle  w  wodzie  zaroiło  się  od  skrzelowców  migających  srebrzyście  po  obu  stronach 

sań.  Zostałem  uniesiony  i  wepchnięty  do  jakiegoś  budynku.  Niewidzialne  ręce  rozwiązały 
mnie, zdjęły ze mnie maskę i akwalung. Potem zostałem sam. 

Leżałem długo twarzą ku podłodze. Byłem zmęczony i miałem niesmak w ustach. Kie-

dy dudnienie w uszach uspokoiło się nieco, usiadłem i rozejrzałem się. 

Znajdowałem się w najdziwniejszym pomieszczeniu, jakie zdarzyło mi się w życiu wi-

dzieć. Było to coś w rodzaju gigantycznej bańki mydlanej, całkowicie przezroczysta kula zro-
biona ze szkła i plastiku. Siedząc na jej kruchym dnie poczułem się niepewnie. Pomyślałem, 
że cały ciężar oceanu napiera na mnie ze wszystkich stron. Później, w ciągu dnia i nocy, od 
czasu  do  czasu  ogarniało  mnie  znienacka  uczucie  spadania.  Wtedy  wyciągałem  przed  siebie 
ręce w mimowolnym odruchu szukania ratunku. 

W tej dziwnej kuli nie było ani mebli, ani żadnych urządzeń i nie mogłem się zoriento-

wać, dlaczego powietrze w niej było czyste, a ciśnienie stałe. Skrzelowcy  niewątpliwie zna-
cznie wyprzedzili technologię Konszelfitów, jeśli chodzi o sposoby egzystowania w wodzie. 
Jednakże więzienie moje było zimne i wilgotne, tak że nie zdjąłem kombinezonu. 

Z  początku  nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  zdjęto  mi  więzy,  chociaż  nikt  mnie  nie 

pilnował. Ale kiedy przyjrzałem się ciemnym odmętom oceanu otaczającym kulę, zrozumia-
łem, że zamki i kraty nie były tu potrzebne. Przecież nie miałem akwalungu. Byłem zamknię-
ty w najbezpieczniejszym więzieniu świata. 

Po kilku godzinach pojawiła się Hil. Przyniosła mi jedzenie i potwierdziła moje podej-

rzenia. 

—  Znajdujemy  się  bez  mała  trzydzieści  metrów  pod  powierzchnią  morza.  Proces  de-

kompresji po powrocie stąd na powierzchnię trwa trzydzieści sześć godzin. Nie masz akwalu-
ngu, więc nie próbuj przedostać się na górę, bo zginiesz. 

— Hil, jak mogłaś to zrobić? 
— Nie miałam innego wyjścia. Wszystko jest gotowe. Na wszystkich podwodnych szy-

bach wiertniczych Wschodniego Wybrzeża zostały już umieszczone ładunki materiału wybu-
chowego.  Jutro  postawimy  rządowi  Ziemi  ultimatum.  Ty  jeden  mogłeś  pokrzyżować  nasze 
plany. Przykro mi, ale na wojnie nie można kierować się sentymentem. 

—  Chciałbym  wam  coś  powiedzieć.  Skrzelowcy,  ci,  którzy  mnie  tu  trzymają...  Może 

mógłbym porozmawiać z jednym z nich? 

— To trudna sprawa. Oni nie mogą przebywać długo na powietrzu, bo ich skrzela szy-

bko wysychają. Trudno im też mówić, kiedy nie znajdują się w wodzie. Widzisz, kiedy oddy-
chają przez skrzela, ich płuca wypełniają się płynem. Mają również własny sposób mówienia, 
sposób, którego ty nie możesz zrozumieć. 

— Więc mogą istnieć tylko w głębinach oceanu? 
— Tak. Dla nich nie ma powrotu na Powierzchnię. A ponieważ muszą żyć w oceanie, 

chcą, żeby należał do nich. 

— Jak to się stało? Czy nie można tego odwrócić? 
— Nie wiem. Nikt tego nigdy nie próbował. 
— A ten rudy facet, który wyratował mnie z wodorostów, to twój brat, prawda? 
—  Tak.  Wiem,  że  zauważyłeś,  jacy  jesteśmy  do  siebie  podobni,  tamtego  wieczora,  u 

Kingów. Dlatego musiałam uszkodzić pompę powietrzną. Kep, ostrzegałam cię tyle razy, ale 
ty nie dawałeś nam spokoju. Więc postanowiłam wrobić cię w sabotaż rybnej zagrody. Mia-
łam  nadzieję,  że  przetrzymają  cię  w  mamrze  przynajmniej  do  wybuchu  naszego  powstania. 
Potem zostałbyś wypuszczony. Nie miałam zamiaru zostawić cię tam na dziesięć lat! 

— Dziękuję! — odpowiedziałem bez entuzjazmu. 
Słuchałem  słów  Hil  z  wielką  ciekawością.  Leżąc  na  półkolistej  szklanej  powierzchni 

wyglądała  jak  dziewczyna  z  okładki  magazynu  mód.  I  jak  beztrosko  mówiła  o  powstaniu  i 
sabotażu. Rozzłościła mnie tym i spróbowałem się na niej odegrać. 

background image

— A dlaczego ty nie zostałaś człowiekiem-rybą jak twój brat. Przecież uważasz, że cała 

racja jest po ich stronie. 

Widać ugodziłem ją w słaby punkt. Rumieniec zalał jej bladą twarz. Zagryzła wargi. 
—  Nie  mogłam  znieść  myśli  o  tym,  że  będę  okaleczona.  Bałam  się  tego.  Ta  operacja 

jest nieodwracalna. Poza tym utraciłabym Jona. Nie mogłabym z nim zostać. 

— A może potrafiłabyś go przekonać? 
—  Nigdy.  To  najbardziej  trzeźwo  myślący  człowiek.  Solidny  i  godny  zaufania.  Może 

dlatego  pokochałam  go.  Jest  taki  sam  jak  ty  i  twój  ojciec.  Kiedy  spotkałam  cię  po  raz  pie-
rwszy, miałam nadzieję, że zrozumiesz, o co walczymy. Wasza sytuacja na Księżycu jest po-
dobna. Was też traktują jak roboty do wydobywania surowców. Ale zawiodłam się na tobie. 
A co robi twój ojciec? Przyjeżdża na Ziemię i chodzi po proszonym. Dlaczego prosi! Powi-
nien żądać! 

—  Hil,  zastanów  się.  Co  byś  zrobiła,  gdybyś  płynąc  pomiędzy  skałami  natrafiła  na 

rekina? Czy próbowałabyś go przyprzeć do skały, czy może dała mu prztyczka w nos? 

— Oczywiście, że nie! Próbowałabym się wycofać jak najszybciej. Rozumiem, o co ci 

chodzi. Ale ludzie to nie zwierzęta. Moim zdaniem są znacznie mniej racjonalni. Jeżeli dasz 
im palec, zażądają całej ręki. 

— Wcale nie masz racji, Hil. Dlaczego jesteś taka cyniczna? 
— Chcesz wiedzieć? Więc dobrze. Otóż mój ojciec był oficerem policji na Konszelfie 

w Zatoce Meksykańskiej. Mój brat Ian był wtedy małym chłopcem, ale zapamiętał wszystko i 
opowiedział mi. Ojciec błagał władze Powierzchni, żeby zgodziły się na zainstalowanie indy-
widualnych instalacji umożliwiających życie w poszczególnych domkach  mieszkalnych. Ale 
nic  z  tego  nie  wyszło.  Dochody  spółek  górniczych  były  ważniejsze  niż  życie  ludzi  na  Kon-
szelfie. 

Pewnego dnia nastąpiło trzęsienie ziemi i piętnaście osób zginęło, a dwadzieścia odnio-

sło rany, które spowodowały trwałe kalectwo. Mój ojciec nie zginął ani dla idei, ani dla ojczy-
zny. Zginął, bo był naiwny i  p r o s i ł  o zabezpieczenie warunków życia pod wodą zamiast 
ich żądać! 

Wyglądała przepięknie. Rudawe włosy spadały jej na ramiona, ciemne oczy były pełne 

łez. Aż mi serce szybciej zabiło w piersi. Usiłowałem się skupić na meritum sprawy. 

—  Znam  już  tę  historię,  Hil  —  powiedziałem  —  i  bardzo  mi  ciebie  żal.  Ale  nie  zga-

dzam się, że twój ojciec nie zginął dla idei. Wyznawał zasadę, że lepiej jest negocjować niż 
używać siły. Zapłacił za to straszliwą cenę, ale pomyśl: dziś już nikt na Powierzchni nie kwe-
stionuje  tego,  że  mieszkania  na  Konszelfie  muszą  mieć  własną  instalację  doprowadzającą 
powietrze,  i  to  bez  względu  na  koszty  tych  urządzeń.  Gdyby  twój  ojciec  wtedy  dopuścił  do 
powstania, może by nawet wymusił ustępstwa, ale powstałaby sytuacja permanentnego napię-
cia pomiędzy  Konszelfitami i Ziemianami. Jeżeli chce się osiągnąć zmianę na lepsze, trzeba 
to robić spokojnie, za zgodą obu stron. Oczywiście, czasem przetargi trwają tak długo, że... 

Hil poruszyła się niespokojnie. 
—  Och,  Kep!  To,  co  mówisz,  jest  tak  idealistyczne  i  piękne!  Ale  niestety,  nie  da  się 

zrealizować. Pomyśl, jutro twój ojciec przemawia na  Zgromadzeniu Ogólnym... nie patrz na 
mnie z takim zdziwieniem. My mamy własne sposoby uzyskiwania informacji. Przypuśćmy, 
że ONZ uchwali utrzymanie na Księżycu władzy koncernów górniczych. Co wtedy zrobisz? 
Wrócisz do domu i będziesz niewolnikiem przez następne pięćdziesiąt lat? 

—  Tak  źle  nie  będzie,  Hil.  Słuszność  jest  po  naszej  stronie.  Jestem  przekonany,  że 

ojciec uzyska potrzebną liczbę głosów. 

Starałem się nadać mojemu głosowi możliwie przekonywające brzmienie. 
— Ty nie masz pojęcia o tym, jakie siły działają tam za kulisami! Twój ojciec żyje złu-

dzeniami. Na Księżycu jest gubernatorem, ale z chwilą kiedy przyjeżdża na Ziemię, staje się 
po prostu naiwniakiem. Tak zresztą jak wszyscy Selenici. 

background image

— Nie jesteśmy tacy naiwni, jak sobie wyobrażasz. Przewidzieliśmy możliwość poraż-

ki. Mamy nawet pewne plany na ten wypadek. 

— Z wykluczeniem użycia siły? 
— Oczywiście. 
— No to powiedz mi o nich. 
— Nie mogę. Są ściśle tajne. 
— Oczywiście! 
Wzruszyła ramionami i odwróciła się ode mnie. Patrzyłem na jej plecy, po których spły-

wała ognista fala włosów. Zagryzłem wargi i modliłem się w duchu, żeby moja taktyka była 
skuteczna.  Mój  instynkt  mówił  mi,  że  przez  tę  dziewczynę  można  wpłynąć  na  projekty  spi-
skowców. 

—  Hil,  jeżeli  zdradzę  ci  nasze  plany,  to  czy  przyrzekniesz  mi  solennie,  że  o  nich  nie 

powiesz nikomu, nawet własnemu bratu, ani Jonowi, ani... 

— Przyrzekam ci. 
— Czy tu można swobodnie mówić? 
— Chodzi ci pewnie o podsłuch? Bądź spokojny. Jesteś wprawdzie naszym więźniem, 

ale nie używamy takich metod i nie zastawiamy pułapek. 

— Świetnie. Ale podejdź jednak bliżej. Wolę nie mówić głośno. 
Niełatwo  było  mi  mówić  o  sprawach,  które  pragnąłem  zachować  w  tajemnicy.  Ale 

byłem obecnie zawikłany w wydarzenia, których ani mój ojciec, ani przywódcy Księżyca nie 
mogli przewidzieć. 

— W ciągu ostatnich sześciu miesięcy racjonowaliśmy — w sposób dyskretny — wodę 

i  gromadziliśmy  ją  w  głębokich  zbiornikach.  Jeżeli  ONZ  pozostawi  nas  na  łasce  przedsię-
biorstw górniczych i ojciec nie uzyska od ich rządów na Ziemi wiążących przyrzeczeń doty-
czących poprawy naszych warunków bytowych, to po naszym powrocie na Księżyc zawiado-
mi  się  ich,  że  przestajemy  kupować  od  nich  wodę.  Zażądamy,  żeby  nam  jej  dostarczali  za 
darmo. Jeżeli odmówią, spotka ich niespodzianka. Dzieci i chorzy otrzymają regularne racje z 
tajnych zapasów. Reszta Selenitów da sobie sama radę. 

— Zginiecie! 
— Myślę, że nie. Wszystkie ludy Ziemi dowiedzą się o tym, co się u nas dzieje. Posta-

ramy  się,  żeby  tak  się  stało,  nawet  jeśli  w  krytycznej  chwili  nastąpi  niby  to  przypadkowa 
przerwa  w  komunikacji.  Jak  widzisz,  nie  jesteśmy  wcale  tacy  naiwni,  jak  ci  się  wydaje.  W 
dwadzieścia  cztery  godziny  po  naszym  powrocie  na  Księżyc  wszystkie  środki  masowego 
przekazu na Ziemi otrzymają tekst naszego ultimatum. Jeżeli zarządy spółek uprą się, to oczy-
wiście dość szybko wybuchną u nas choroby i staniemy się niezdolni do pracy. To nie będzie 
strajk. My naprawdę zachorujemy. Podejmiemy specjalne środki ostrożności, żeby parki ma-
szynowe towarzystw nie zostały uszkodzone. No i cała odpowiedzialność spocznie na nich. 

— Wspaniały plan! — oczy Hil zabłysły. — Jaka wyobraźnia! To przypomina zatopie-

nie  przez  kolonistów  amerykańskich  herbaty  w  porcie  bostońskim.  Zaraz  potem  wybuchła 
rewolucja! Ale wasz gest jest jeszcze bardziej dramatyczny. Bo koloniści mogli w końcu żyć 
bez herbaty, ale wy bez wody zginiecie. 

— I właśnie dlatego jestem pewny, że osiągniemy nasz cel. Chyba już rozumiesz, Hil, 

że to jest naprawdę mądry projekt. Jeżelibyśmy wysadzili w powietrze ich instalacje, mieliby 
pełne prawo użyć przemocy, a sympatia ludności Ziemi byłaby po ich stronie. Nasza sytuacja 
tylko by się pogorszyła. To samo nastąpi, jeżeli skrzelowcy wysadzą wieże wiertnicze. Rząd 
Powierzchni odpowie na to użyciem siły i będzie miał za sobą całą opinię publiczną. 

— Nasza sytuacja jest nieco inna, Kep. Władze Powierzchni nie są w stanie zaatakować 

ludzi-ryb.  Właśnie  dlatego  ich  istnienie  było  zawsze  tak  silnie  strzeżoną  tajemnicą.  Skrzelo-
wcy są samowystarczalni. Nie potrzebują powietrza ani słodkiej wody. Ich ojczyzną jest cały 
Rów  Śródoceaniczny,  wszystkie  bogactwa  naturalne  i  zasoby  minerałów  podwodnych  są  do 

background image

ich dyspozycji. Mieszkańcy Powierzchni nigdy ich nie dosięgną. 

— Może i nie. Ale wtedy ugodzą w Konszelfitów. Odetną im łączność, słodką wodę, a 

prawdopodobnie  i  powietrze.  Cały  ich  dorobek  zostanie  zniszczony.  I  czy  to  pomoże  lu-
dziom-rybom? Co przyjdzie im z tego, że odwrócili się plecami do całej ludzkości, że okale-
czyli się, żeby móc żyć w oceanie. Czeka ich samotność, izolacja. Nic więcej. A jeżeli odetną 
się całkowicie od reszty rodzaju ludzkiego, to myślę, że wkrótce sami przestaną być ludźmi. 

Mózg  delfinów  ma  większą  objętość  niż  mózg  człowieka;  potrafią  one  porozumiewać 

się  ze  sobą.  Ale  czy  mają  jakiekolwiek  osiągnięcia  w  dziedzinie  życia  społecznego  czy 
techniki? Miałaś rację,  Hil, że nie zostałaś człowiekiem-rybą jak twój brat. Skrzelowcy stali 
się boczną gałęzią drzewa ewolucji i właśnie zamierzają ją odpiłować! 

Hil wybuchła płaczem. Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem dyskretnie na zegarek. Zbliżała 

się północ. Za kilka godzin ojciec wygłosi swoje przemówienie. Za kilka godzin ludzie-ryby 
przedstawią  władzom  Powierzchni  swoje  ultimatum.  Za  dwanaście  godzin  będzie  po  wszy-
stkim. Tak albo tak. 

Czy  zawiadomiono  ojca  o  moim  zaginięciu?  Wolałbym,  żeby  o  tym  nie  wiedział.  Nic 

nie  powinno  odrywać  go  od  jego  spraw:  spełnienia  obowiązku  wobec  Selenitów.  A  może  i 
wobec skrzelowców, a także i Konszelfitów. 

— Słuchaj, Kep. Pójdę i pomówię z Ianem. Może jest jeszcze czas. Ale musisz się ko-

niecznie zgodzić, żebym go wtajemniczyła w wasze plany. Nie ma innego sposobu na wyper-
swadowanie mu, żeby zaniechał namiaru wysadzenia wież wiertniczych. Zgódź się, Kep! 

—  Nie  mogę.  To  zupełnie  niemożliwe.  Nie  powinienem  ci  był  o  nich  mówić.  Musisz 

ich przekonać w inny sposób. Nie wolno ci nawet wspomnieć o planach Selenitów. 

— Nie dam rady — w głosie Hil była autentyczna rozpacz. — Wiem, że mnie nie po-

słuchają. A nasze piękne życie w głębinach skończy się na zawsze! Och, Kep! Dlaczego nie 
rozmawiałam z tobą wcześniej! 

— Wcześniej pewnie nie dałabyś się przekonać. Słuchaj, Hil, może przynajmniej uda ci 

się skłonić brata, żeby poczekał na wyniki głosowania w ONZ. Nie przekreślajcie szans Księ-
życa. Chyba rozumiecie, ile to dla nas znaczy. Poza tym jeżeli głosowanie w ONZ przyniesie 
Księżycowi  niepodległość,  to  wy  też  znajdziecie  posłuch.  Czy  spróbujesz  przekonać  Iana, 
żeby przynajmniej zaczekał? 

— Na pewno spróbuję. 
Hil wstała, pomogłem jej założyć akwalung i sprawdzić zawory. Usiadła na skraju wła-

zu i naciągnęła maskę na twarz. 

— Cześć, Kep! 
Wsunęła  ustnik  między  zęby  i  opuściła  moje  więzienie,  wzniecając  w  wodzie  rój  sre-

brnych bąbelków. Pomachała na pożegnanie ręką, po czym zniknęła w zielonkawej toni. A ja 
rozsiadłem się wygodniej na przezroczystej podłodze i rozpocząłem czekanie. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Sam nie wiem, jak przeżyłem tą długą noc. Leżałem w ciemności w mojej przezroczy-

stej kuli i przeżywałem raz jeszcze w pamięci wszystko, co się zdarzyło od chwili mego przy-
bycia na Ziemię. A potem cofnąłem się we wspomnieniach jeszcze dalej i przebiegłem myśla-
mi całe moje piętnastoletnie życie na Księżycu. 

I  stało  się  ze  mną  coś  dziwnego.  Zdałem  sobie  sprawę,  jak  bardzo  spodobało  mi  się 

życie pod wodą, o ile było lepsze od mojego samotnego dzieciństwa na Księżycu. Byłem pie-
rwszym  urodzonym  tam  dzieckiem  i  na  dodatek  synem  gubernatora.  Wszystko  to  izolowało 

background image

mnie od otoczenia i jakoś nie potrafiłem przełamać tej bariery. Zdobywanie szczytu jest rze-
czą wspaniałą, ale co robić, jeżeli się człowiek na nim urodził? 

Usiłowałem  sobie  wyobrazić,  jak  by  to  było,  gdybym  pozostał  na  Konszelfie,  a  nawet 

ożenił się z jakąś piękną i inteligentną dziewczyną, taką jak Hil. Ale zaraz potem przypomnia-
ła mi się Ann, która czekała na mnie na Księżycu, i ogarnęło mnie przemożne uczucie winy. 

Otaczające mnie ze wszystkich strony wody jak gdyby rozjaśniły się. Nie byłem pewny, 

czy to świt, czy też oczy moje przyzwyczaiły się do ciemności. Na świecącej tarczy zegarka 
odczytałem godzinę szóstą. Tam, na Powierzchni, ludzie rozpoczynali już nowy dzień: otwie-
rali okna, ziewali, wdychali świeże, ożywcze powietrze. 

Zacząłem się obawiać, że uduszę się w tym moim więzieniu z plastiku. 
Ileż to atmosfer ciśnie na moją biedną głowę? Hil powiedziała mi, że znajdujemy się na 

głębokości  trzydziestu  metrów.  Jeżeli  dodać  do  tego  ciśnienie  powietrza  z  Powierzchni,  to 
stanowi to cztery atmosfery. 

Myślę, że Ziemianie nie czują się dobrze na Księżycu, gdzie kosmiczna próżnia wsysa i 

rozprasza każdy wolny płyn albo gaz. Ale dla mnie była to sytuacja normalna, a brak ciśnie-
nia kojarzył mi się z przebywaniem w niskiej grawitacji. 

W tej kuli czułem się więcej niż uwięziony: przygniatała mnie ziemska grawitacja i je-

dnocześnie przerażało olbrzymie ciśnienie głębinowe. Leżałem bez ruchu, a mimo to oblewał 
mnie zimny pot. Wiedziałem, że stąd nie ma dla mnie ucieczki. 

Żeby nie zwariować, wyobrażałem sobie bezchmurne i bezwietrzne księżycowe niebo, 

na którym wszystkie gwiazdy galaktyki lśniły blaskiem milionów diamentów. Tam była Ann. 
Tam  była  moja  ojczyzna.  Zaciskałem  pięści  i  marzyłem  o  tym,  żeby  czas  biegł  jak  najszy-
bciej. 

Nagle  usłyszałem  jakiś  hałas  i  usiadłem.  Nareszcie  Hil!  Podszedłem  do  niej,  żeby  jej 

pomóc. Kiedy zdjęła maskę, poznałem po wyrazie jej oczu, że misja nie udała się. 

— Więc nie zgodzili się na nic?  
Potrząsnęła głową ze smutkiem. 
— Gdybyś pozwolił mi powiedzieć im o waszych planach… 
— Tego nie mogłem zrobić. 
— Wiem. Wysłuchali mnie. Ale to, co miałam im do powiedzenia, brzmiało jak szkolne 

wypracowanie z nauk politycznych. Sama teoria. Może i ciekawa, ale nie bardzo przekonywa-
jąca. Ci ludzie są zdesperowani. Czasami — nawet Ian... — dodała i zadrżała na całym ciele. 
—  Od  czasu  kiedy  powróciłam  z  Powierzchni,  Ian  zmienił  się  nie  do  poznania.  Jest  taki 
zimny i niedostępny. Nie mam z nim kontaktu. Kocham go... ale to już nie opiekun i brat. To 
zupełnie obcy człowiek... 

Objąłem ją ramieniem. 
— Nie denerwuj się tak, Hil. Może jest jeszcze jakaś szansa. 
Hil westchnęła. 
—  Już  się  uspokoiłam.  Obiecali  mi,  że  nie  ogłoszą  swojego  manifestu  przed  przemó-

wieniem twojego ojca i głosowaniem w ONZ. Ian zrozumiał, że jeżeli on i jego ludzie rozpo-
czną za kilka godzin akcję, to może to przekreślić wasze szanse. To daje nam zaledwie kilka 
dodatkowych godzin. 

— Wiele rzeczy może się zdarzyć w ciągu kilku godzin. Nie traćmy nadziei. 
Spojrzałem na wodoszczelną torbę leżącą obok maski i akwalungu Hil. 
— Co to jest? 
— Ach, zapomniałabym. Przyniosłam ci kilka kanapek i butelkę wody. I radio. Przemó-

wienie twojego ojca zaczyna się za godzinę. 

— Bardzo ci dziękuję... to dla mnie szalenie ważne... 
— Nie tylko dla ciebie. Powiedziałam ci już, że Ian i jego grupa wstrzymują się z wsze-

lką  akcją  do  ogłoszenia  wyników  głosowania.  Na  samym  końcu  Ian  powiedział,  że  jeżeli 

background image

przyniosą  one  zwycięstwo  Księżycowi,  i  to  dużą  większością  głosów,  przemyśli  jeszcze  raz 
swoje plany. 

Spojrzała na mnie z nadzieją w oczach. Zagryzłem wargi. 
—  To  wspaniale...  tylko  że...  niestety,  ojciec  nie  spodziewa  się  dużej  większości  gło-

sów. Na to chyba nie możemy liczyć. 

— Tak też myślałam, Ian wprawdzie uśmiechnął się do mnie, ale oczy miał poważne... 
Hil westchnęła i wstała. 
— Muszę już odejść, Kep. Mam nadzieję, że nie czujesz się tu bardzo osamotniony. 
— Hil, zostaw mi swój akwalung. Muszę się stąd wydostać. 
— Nie mogę, Kep. Dobrze wiesz, że nie mogę tego zrobić. 
— Mógłbym ci go odebrać siłą. 
— Z tą niesprawną ręką? Bardzo wątpię. A poza tym w czasie pobytu na Powierzchni 

ćwiczyłam judo. Nie mogę cię stąd wypuścić. Nie miałbyś zresztą żadnej szansy. Znajdujemy 
się  w  odległości  trzydziestu  kilometrów  od  Konszelfu  10.  Nawet  gdybyś  miał  kompas,  nie 
przepłynąłbyś tej odległości bez pomocy sań. 

— A gdybym najpierw wypłynął na Powierzchnię? Mógłbym to chyba zrobić w ciągu 

trzech godzin? 

—  Nonsens.  Sama  dekompresja  musi  trwać  około  trzydziestu  sześciu  godzin.  Przykro 

mi, Kep, ale jesteś naprawdę uwięziony. 

— Niemal do tego samego stopnia, co Ian i jego ludzie-ryby. 
Twarz Hil posmutniała. 
— Tak, masz rację. Niemal do tego samego stopnia. 
Stałem  przy  włazie  obok  Hil  i  patrzyłem  na  nią.  Z  sekundy  na  sekundę  rosła  we  mnie 

determinacja wydostania się stąd. 

—  Zanim  odejdziesz,  wysłuchaj  mnie  jeszcze.  Skrzelowcy  są  w  gorszej  sytuacji  ode 

mnie. Wszyscy jesteśmy więźniami naszego środowiska. Ale ich prócz tego trzyma na uwięzi 
gniew,  a  to  oślepia.  Jeżeli  zdecydują  się  na  użycie  przemocy,  zburzą  cały  ten  piękny  sen  o 
życiu pod wodą, dla którego tak wiele poświęcili. Powiedz im to, Hil. Spróbuj ich skłonić do 
spojrzenia na rzeczywistość spokojnie i bez gniewu. 

Zwróciła na mnie błękitne oczy pełne łez. 
— Powiem im wszystko, Kep. Ale to nic nie da. 
Zsunęła maskę na twarz, wcisnęła sobie ustnik między zęby i plusnęła do wody. Znowu 

byłem  sam.  Spojrzałem  na  zegarek,  włączyłem  radio  i  zjadłem  przyniesione  mi  przez  Hil 
śniadanie. 

Z  płytkiej  drzemki  wyrwał  mnie  nagle  głos  ojca.  Jakże  dziwnie  zabrzmiał  w  tym  dzi-

wnym  miejscu.  Przełknąłem  ślinę,  ścisnąłem  powieki  i  skoncentrowałem  się  na  treści  jego 
wystąpienia,  a  raczej  na  reakcji  zebranych  na  to  przemówienie.  Żałowałem,  że  nie  mam 
odbiornika  wideo,  ponieważ  z  samego  radia  trudno  się  było  zorientować,  jak  przemówienie 
odbierane  jest  przez  słuchaczy.  Kaszel,  szelest  papierów  przerywały  ciszę,  w  pewnym  mo-
mencie rozległy się oklaski, ale nie były zbyt huczne, jak na tak liczne zgromadzenie. 

Zagryzłem  usta  i  zacząłem  się  modlić.  Ojciec  mówił  już  ponad  godzinę,  chociaż  mnie 

wydawało się, że krócej. Kiedy doszedł do końcowych wniosków, przysunąłem się bliżej do 
odbiornika. 

—  Zwracam  się  do  Zgromadzenia  reprezentującego  cały  świat!  Zwracam  w  imieniu 

tych wszystkich, którzy w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat opanowali przyczółek na naj-
bardziej niegościnnej planecie — na Księżycu.  Zwracam się do was w imieniu ludzi, którzy 
przysporzyli  Ziemi bezcennych surowców: dajcie nam swobodę decydowania o naszej przy-
szłości. Przyznajcie nam miejsce w waszej organizacji. Pozwólcie nam zabierać głos w spra-
wach  dotyczących  rynków  światowych,  abyśmy  mogli  starać  się  o  uzyskiwanie  godziwych 
cen za wydobywane przez nas minerały i nie ponosić strat z powodu wygórowanych kosztów 

background image

transportu. Chcemy zdobyć takie warunki bytu, jakie panują na Ziemi. Uznajcie nas za part-
nera, a nie za przedmiot, który wykorzystuje się i odrzuca. My, Selenici, kochamy nasz Księ-
życ. Jest on naszą ojczyzną. Ale nie zapominamy, że Ziemia jest naszą matką. Pozwólcie nam 
więc wejść do wielkiej rodziny człowieczej, nie wykluczajcie nas z niej! Dziękuję. 

Oklaski  wzmogły  się,  po  czym  ucichły.  Usłyszałem,  jak  przewodniczący  wywołuje 

kolejno przedstawicieli do głosowania. 

— Afganistan... 
Tłumacz  zamilkł,  rozległ  się  głos  komentatora.  Sięgnąłem  do  wewnętrznej  kieszeni 

kombinezonu.  Jest!  Wyciągnąłem  wodoodporną  tabliczkę  i  długopis,  przysunąłem  radio  je-
szcze bliżej. Postanowiłem zapisywać — rezultaty głosowania. 

— Tak. 
— Albania. 
— Nie. 
— Algieria. 
— Tak. 
Po chwili zrozumiałem, że kraje rozwijające się i rolnicze popierają wniosek Księżyca o 

samostanowienie, a kraje uprzemysłowione, chociaż może nawet z nim sympatyzujące, głoso-
wały „nie” dla ochrony własnych interesów związanych z importem naszych surowców. 

Przypomniałem  sobie  kasetowe  nagrania  ćwiczeń  z  dziedziny  gospodarki  światowej  i 

posmutniałem.  Liczba  krajów  uprzemysłowionych  dwukrotnie  przewyższała  liczbę  krajów 
rolniczych.  Jeżeli  ten  układ  zachowa  się  w  głosowaniu,  to  przegramy  z  kretesem.  Księżyc 
będzie zmuszony do dalszej walki. Byłem pewny, że w końcu zwyciężymy, ale Konszelfici i 
skrzelowcy przegrają, jeszcze zanim rozpoczną swoją walkę. 

Czechosłowacja i Dania głosowały „tak”, mimo iż nie spodziewałem się tego, ale poza 

tym nie było żadnych niespodzianek. Spojrzałem na zegarek. Było wpół do jedenastej. Ponie-
waż  każdy  delegat  miał  prawo  przemawiać  przez  minutę  przed  oddaniem  głosu,  mogło  to 
potrwać do pierwszej. Pozostało więc niewiele czasu. 

W chwili kiedy żegnałem się z Hil, miałem już ułożony w głowie bardzo szczegółowy 

plan, a właściwie dwa plany. Modliłem się, żeby udał się pierwszy, bo nie miałem szczegól-
nej  ochoty  na  zbyt  bohaterskie  wyczyny.  Mówiąc  prawdę,  myśl,  że  narażam  życie,  przypra-
wiała mnie o dreszcze. 

Wydobyłem z kieszeni lokalizator sonarowy i odkręciłem jego tylną ściankę. Jak przy-

puszczałem, był zbudowany podobnie jak przyrządy używane na Księżycu. Zastanowiłem się 
nad  sposobem  wzmocnienia  jego  sygnału.  Miałem  do  dyspozycji  tylko  jeden  przedmiot,  w 
którym był wzmacniacz — radio. 

Właśnie oddała głos Islandia. Na razie głosy układały się niekorzystnie dla Księżyca, w 

stosunku dwóch do jednego. Szkoda mi było odcinać moje jedyne źródło informacji, ale nie 
mogłem dłużej czekać. Odśrubowałem tylną pokrywę aparatu i wyjąłem potrzebne mi tranzy-
story. 

Oczywiście, teraz lokalizator nie mógł już zmieścić się w tym samym wodoszczelnym 

pudełku. Zdjąłem kombinezon i podkoszulkę. Podarłem ją na paski i owiązałem nimi pieczo-
łowicie  aparat.  Następnie  wsunąłem  go  do  torby,  którą  pozostawiła  Hil. Miałem  jeszcze  go-
dzinę. 

W moim więzieniu było teraz straszliwie cicho. Brakowało mi głosów z radia. Zupełnie, 

jak  gdyby  to  były  głosy  przyjaciół.  Patrzyłem  przez  ścianę  kuli  na  zewnątrz.  Od  czasu  do 
czasu  widziałem  cień  płynącej  szybko  ryby,  ale  człowieka  ani  śladu.  Nie  spodziewałem  się 
zresztą  nikogo.  Nikt  nie  musiał  mnie  pilnować.  Woda  i  olbrzymie  ciśnienie  spełniały  rolę 
strażników. 

Skoncentrowałem cały  wysiłek na napisanie możliwie szczegółowego raportu o rebelii 

ludzi-ryb, o ich planach sabotażu szybów naftowych. Podkreśliłem, że Konszelfici nie mają z 

background image

tym nic wspólnego i zaznaczyłem, że ludzie-ryby gorąco pragną, aby ich wysłuchano. 

Zaadresowałem list do Światowego Korpusu Służby Wywiadowczej przy ONZ i opie-

czętowałem  go  pieczęcią  ojca,  którą  otrzymałem  na  trzynaste  urodziny.  Użyłem  jej  teraz  po 
raz pierwszy i z szacunkiem przyglądałem się jej odciskowi na papierze wywołanym reakcją 
chemiczną. Przedstawiał sierp księżycowy i dwie dłonie splecione w uścisku. Byłem niemal 
pewny, że ta pieczęć pomoże listowi dostać się we właściwe ręce. 

Włożyłem list do torby, uruchomiłem wzmocniony sygnalizator i zamknąłem torbę. W 

miarę jak będzie docierała do coraz rzadszych warstw wody, zawarte w niej powietrze będzie 
się  rozszerzało,  a  kiedy  wypłynie  na  powierzchnię,  będzie  wyglądać  jak  balon  nadający 
sygnały odbierane przez statki i samoloty. 

Chodziło jeszcze o wysłanie tej przesyłki. Wiedziałem, że aby to zrobić, muszę wypły-

nąć  z  kuli.  Włożyłem  więc  znowu  kombinezon  i  doczołgałem  się  do  włazu.  Bez  akwalungu 
czułem  się,  jakbym  był  nagi.  Myślałem  o  tym,  jak  sobie  poradzić  z  dodatkowym  niebezpie-
czeństwem,  a  mianowicie,  jak  utrzymać  się  na  tej  głębokości.  Sama  już  pływalność  mojego 
ciała będzie mnie wypychać w górę. Nie byłem obciążony ani pojemnikami, ani ciężarkami, 
które by pomogły mi utrzymać się w tym samym zanurzeniu. 

Zacisnąłem zęby i postanowiłem zaryzykować. Wsunąłem do górnej kieszeni kombine-

zonu aparat radiowy jako balast. Potem zacząłem drzeć resztę podkoszulki na cienkie paski i 
związywać je ze sobą tworząc coś w rodzaju sznura. Miał tylko około trzech metrów długo-
ści, był wiotki i słaby,  ale nie miałem innego. Przywiązałem jeden jego  koniec do szczebla 
drabiny włazu, a drugi umocowałem do lewego przegubu ręki. 

Następnie usiadłem na skraju włazu i tak głęboko i długo oddychałem, aż zaczęło mi się 

kręcić w głowie. Teraz! Zsunąłem się do wody i popłynąłem co sił w dół i w bok tak daleko, 
jak tylko mogłem. Teraz kolej na torbę! 

W ciągu sekundy wystrzeliła na wysokość trzydziestu metrów. Mną tymczasem miotało 

jak  korkiem,  waliło  o  ścianę  przejrzystej  kuli  w  odległości  jakichś  dwóch  metrów  nad  wła-
zem.  Trzymając  się  zaimprowizowanego  sznura  próbowałem  spłynąć  w  dół.  Znalazłem  się 
pod  kulą.  Ręce  moje  dotknęły  drabinki  włazu.  Wsunąłem  się  weń  i  powróciłem  do  mojego 
więzienia w samą porę, bo już mi zaczęły pękać płuca. Linka pękła w chwili, kiedy wynurza-
łem się z wody, ale to nic, grunt, że zdążyłem wykonać moje zadanie. 

Wpół do pierwszej. Za trzydzieści minut zakończy się głosowanie i los Księżyca, a tak-

że i oceanu będzie rozstrzygnięty. Miałem więc tylko pół godziny na przygotowanie alterna-
tywnego planu, jaki ułożyłem sobie na wszelki wypadek. 

Sporządziłem  odpis  listu,  który  wysłałem  do  Światowego  Korpusu  Służby  Wywiado-

wczej. Dokument ten znajdą przy moich zwłokach. Mój drugi plan był po prostu samobójczy, 
oparłem  go  na  powieści  o  pewnym  sabotażyście,  który  wszedł  do  głównej  kwatery  wroga  z 
granatem  przymocowanym  do  pasa.  Miałem  nadzieję,  że  nie  będę  go  musiał  wprowadzić  w 
życie. 

Wsunąłem  odpis  listu  za  kombinezon  i  postanowiłem  odczekać  piętnaście  minut. 

Zaskoczyło mnie niespodziewane pojawienie się człowieka-ryby. 

Wynurzył się z wody jak delfin, gibki, mokry, srebrzysty i stał we włazie trzymając się 

szczebla  drabiny.  Poznałem  jego  ciemnorude  włosy,  skośne  niebieskie  oczy,  prosty  nos  i 
pełne usta. Był to mój wybawca z lasu wodorostów, przywódca skrzelowców, brat Hil — Ian. 

Serce zabiło mi mocno, ale wstałem i zacząłem zbliżać się ku niemu. Uniósł srebrzyste 

ramię. 

— Stop! Bliżej nie podchodź! 
Mówił cichym, bezbarwnym głosem, nie licującym wcale z jego szeroką klatką piersio-

wą i mocnymi barkami. Zanurzył się na chwilę, włosy spłynęły mu na plecy i wtedy dostrze-
głem jego srebrzysto-różowe skrzela. Otworzył usta. Skrzela wypełniły się, poróżowiały. Wy-
nurzył się znowu, otrząsnął i wytarł oczy. 

background image

Zauważyłem, że jego klatka piersiowa jest nieruchoma — nie oddychał jak ludzie, ale 

jak  ryby.  Cóż  za  wspaniałe  osiągnięcie  chirurgów!  Przestawili  mu  organizm  na  inny  system 
funkcjonowania. Było to imponujące i odpychające zarazem. Ale niezależnie od tego, jak się 
tę rzecz oceniało, było to nie byle jakie poświęcenie. 

Podczas gdy przyglądałem mu się, Ian rzucił gwałtownym ruchem w moją stronę torbę, 

która ślizgając się po mokrej półkolistości podłogi zatrzymała się tuż u moich stóp. Spojrza-
łem i niemal zamarło mi serce. Była to moja torba z systemem alarmowym, którą puściłem w 
górę zaledwie piętnaście minut temu. Plan numer jeden zawiódł. Pozostał mi więc plan numer 
dwa. 

Spojrzałem hardo na mojego prześladowcę. Odpowiedział mi uśmiechem. 
— Należy ci się pochwała za pomysłowość — powiedział ochryple — ale nic z tego nie 

wyszło, ponieważ nie doceniłeś naszej techniki. Z tego, że powróciliśmy w głębiny, nie wyni-
ka,  że  mamy  rybie  mózgi.  Odebraliśmy  twój  sygnał  i  wysłaliśmy  delfina,  żeby  przechwycił 
torbę w chwili, kiedy wynurzy się ona na powierzchnię. 

Dał nurka, żeby odetchnąć, a kiedy się znów wyłonił, zaczął się pomiędzy nami bardzo 

dziwny  dialog.  Miałem  wrażenie,  że  rzeczywiście  mówię  do  stworzenia  z  innego  świata.  Z 
trudem uświadomiłem sobie, że jest; to w istocie człowiek, że został poddany jedynie zabie-
gowi chirurgicznemu, a nie jest wynikiem mutacji, i że wobec tego powinienem apelować do 
jego  człowieczeństwa,  a  nie  do  jakichś  nie  znanych  mi  zasad  etyki.  Użyłem  więc  takich 
samych argumentów, które przedstawiłem Hil, i dodałem jeszcze kilka innych. 

— Mówisz niemal równie przekonująco, jak twój ojciec. No i widzisz, co mu to dało? 
— Czy wynik głosowania jest już znany? — zapytałem drżącym głosem. 
— Do chwili kiedy przerwałem słuchanie, była równowaga głosów, a procedura zbliża-

ła się do końca.  

Serce we mnie zamarło. Wiedziałem, że tylko zwycięstwo poparte dużą przewagą gło-

sów  mogłoby  przekonać  skrzelowców  do  wybrania  pokojowej  drogi  działania,  Ian  odczytał 
widocznie moje myśli. Uśmiechnął się niespodzianie ujmującym uśmiechem i stał się jeszcze 
podobniejszy do Hil. 

— Porządny z ciebie człowiek, Kep. Nie dziwię się, że moja siostra cię lubi. Ale jesteś 

też bardzo naiwny. Po prostu nie zdajesz sobie sprawy z tego, że ludzkość nawet nie wie, co 
jest w jej własnym interesie. Można wyrwać ludzi z apatii jedynie metodą szoku. I to właśnie 
zamierzamy zrobić. 

Ian zanurzył się dla nabrania oddechu, a potem mówił dalej. 
—  Słuchaj.  Kiedy  zaczęto  projektować  Konszelf,  ludzkość  wydawała  sto  dwadzieścia 

miliardów  dolarów  rocznie  na  zbrojenia.  Na  obmyślanie  i  produkowanie  coraz  lepszych 
narzędzi  zabijania.  W  tych  czasach  na  wszystkie  rodzaje  badań  oceanicznych  przeznaczano 
zaledwie jedną tysięczną tej sumy. W ciągu ostatnich trzydziestu lat wydatki na zbrojenia po-
większyły się dziesięciokrotnie, a nakłady na badania oceaniczne wzrosły tylko w tym samym 
stopniu. Rządy krajów na Powierzchni przywiązują więc nadal wielokrotnie większe znacze-
nie  do  produkcji  narzędzi  zagłady  niż  do  poznawania  tajemnic  oceanów,  które  pokrywają 
przecież trzy czwarte powierzchni naszego globu. Musimy udoskonalić hodowlę ryb i wodo-
rostów, wykorzystywanie prądów morskich do oczyszczania rzek i wybrzeży, a także sposoby 
użytkowania  tlenu  wydzielanego  przez  wody  oceanów  dla  zastąpienia  strat  wynikających  ze 
stale rosnącego na Powierzchni procesu spalania w przemyśle i komunikacji. 

Jest bardzo dużo do zrobienia, potrzebni są ludzie zdecydowani i pełni poświęcenia, go-

towi oddać całe swoje życie sprawie wydzierania morzu jego tajemnic. Podczas kiedy nauko-
wcy  z  Powierzchni  wciąż  gadają  i  trwonią  ziemskie  zasoby  surowców,  my  tutaj  zrobiliśmy 
ogromny  skok  naprzód  w  tej  dziedzinie.  Udowodniliśmy,  że  życie  pod  wodą  jest  możliwe. 
Ale nikt nas nie słucha, nikt nie interesuje się nami. 

Ogarnęło mnie uczucie zmęczenia i beznadziejności. Bezmyślnie wypowiedziałem więc 

background image

pierwszą myśl, jaka przyszła mi do głowy. 

— Musicie się czuć bardzo osamotnieni. 
Ian  drgnął  i  skrzywił  usta.  Jego  oczy,  tak  podobne  do  oczu  Hil,  ale  zazwyczaj  przy-

mglone i blade, nagle zabłysły, jakby tu, pod grubą warstwą wody, padł na nie promień słoń-
ca. 

— Przykro mi — wyjąkałem. — Ale myślę, ze może istotną przyczyną waszej decyzji 

użycia przemocy jest obawa, czy aby ta wasza anonimowość nie wyłącza was ze społeczności 
ludzkiej.  Chcecie,  żeby  was  zauważono,  chcecie  się  światu  pokazać,  bo  czujecie  się  osamo-
tnieni. 

— Jesteśmy tacy mali w ogromie oceanu — szepnął. — Czujemy się jak drobne raczki 

żyjące  wśród  planktonu.  Ocean  jest  tak  przepastny,  a  nas  tak  niewielu.  Kiedy  spostrzegam 
cień nadpływającej ryby, ogarnia mnie lęk i kryję się za skałami jak sardynka wśród wodoro-
stów. Nie robiłem tego, kiedy byłem nurkiem. 

— Czy dopiero po zabiegu operacyjnym zaczęły nachodzić cię te lęki? 
—  Nie,  z  początku  czułem  się  cudownie.  Uwolnienie  się  od  akwalungów,  od  maski  i 

zmian ciśnienia, to było wspaniałe. Oczywiście, że nie możemy jeszcze wyłaniać się z głębi-
ny na powierzchnię jak delfin czy wieloryb, ale ponieważ nie mamy już w płucach powietrza, 
możemy  egzystować  na  głębokości  kilkudziesięciu  metrów.  Czy  potrafisz  to  sobie  wyobra-
zić? 

Kiedy  byłem  chłopcem,  marzyłem  o  lataniu.  A  ty  nie?  Chyba  wszystkie  dzieci  o  tym 

marzą. Czy wiesz, co myślę? Myślę, że to jest zakodowana pamięć o dawnym życiu w ocea-
nie,  które  kiedyś  było  naszym  udziałem.  Pamięć  o  trzywymiarowej  wolności,  z  której  pie-
rwsze zrezygnowały płazy, kiedy  wylazły na twardą powierzchnią lądu i na zawsze poddały 
się prawom grawitacji. 

— Czy ty czasem nie fantazjujesz? 
Zastanawiałem się w duchu nad tym, czy Ian jest zupełnie normalny. 
—  Tak  sądzisz?  Ale  zrozum,  że  ocean  jest  naszą  kolebką,  naszą  matką.  Krew,  która 

krąży  w  twoich  żyłach,  to  przecież  roztwór  sodu,  potasu  i  wapna  o  niemal  dokładnie  tym 
samym  składzie,  co  wody  oceanów  sprzed  trzystu  milionów  lat.  Zanim  się  urodziłeś,  żyłeś 
przez dziewięć miesięcy w łonie matki w miniaturowym morzu. W pewnym stadium rozwoju 
swojego życia embrionalnego miałeś nawet skrzela! Takie jak ja! 

Dotknął ręką szyi. 
—  Jeżeli  jesteśmy  rzeczywiście  tak  bliscy  oceanowi,  jak  twierdzisz,  to  dlaczego  masz 

wciąż trudności z przystosowaniem się do życia pod wodą? 

—  A...  tego  nie  wiem.  To  nastąpiło  nie  od  razu. Dopiero  niedawno  zaczęło  mnie  oga-

rniać — i to coraz częściej — uczucie osamotnienia, niepewności, odcięcia od świata. 

Spojrzał na mnie, a ja ze zdumieniem stwierdziłem, że ma oczy pełne łez. Odwróciłem 

wzrok, ale Ian zrozumiał moje zażenowanie i uśmiechnął się żałośnie. 

—  Tak,  Kep,  jestem  zdolny  do  płaczu.  Istnieje  legenda  o  tym,  że  syreny  nie  potrafią 

płakać, gdyż nie mają duszy. Ale ja jestem człowiekiem i jeszcze mam duszę. 

—  Wiem,  że  jesteś  człowiekiem.  Tak  bardzo  chciałbym  ci  pomóc.  Ale  jak  wiesz,  nie 

pochwalam twoich planów. Uważam je za szkodliwe. 

— Mylisz się — powiedział Ian. — My tu jesteśmy bardzo wyczuleni na to, co dobre, a 

co złe. Na pewno bardziej niż mieszkańcy Powierzchni. Mogę ci przyrzec, że nasze powstanie 
nie pociągnie za sobą żadnych ofiar ludzkich. 

— Ale chyba wiesz, że dla Ziemian własność jest równie cenna jak życie, a może nawet 

bardziej. Na pewno chroni ją więcej ustaw. Jeżeli zniszczycie szyby .naftowe, to wasz uczy-
nek zostanie oceniony równie surowo jak morderstwo. 

Ian rozłożył bezradnie ręce. 
—  Cóż  mogę  zrobić.  Nie  dysponujemy  innymi  środkami  działania.  Nie  widzę  żadnej 

background image

innej idei ani wzorców postępowania, które by mogły przekonać mieszkańców Powierzchni, 
jak ważną sprawą jest dla nas wolność. Zresztą jest już za późno. Wszystko jest zaplanowane. 
Wycofanie się oznaczałoby naszą zgubę. 

Puścił drabinę i dał nura w dół. Przestraszyłem się, że odpłynie. Ukląkłem przy włazie, 

a kiedy wynurzył się, złapałem go za przegub ręki. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ma cie-
płe ciało. Spodziewałem się, że będzie zimny jak ryba. Jeżeli ja tak na niego reagowałem, to 
czy można się dziwić, że czuł się wyobcowany? 

— Ian, nie odchodź! Mam pomysł, który może wam się przydać. 
Spojrzał na mnie z taką nadzieją w oczach, że zrozumiałem, że nienawiść, jaką żywił do 

mieszkańców  Powierzchni  z  powodu  śmierci  ojca,  przestała  być  dojmująca.  Tliła  się  w  nim 
jeszcze, a on rozdmuchiwał ją w płomień, żeby ogrzewała go w mrocznych i samotnych głę-
binach oceanu. 

Miałem  cały  plan  w  głowie,  więc  mówiłem  szybko,  zupełnie  tak,  jakbym  odczytywał 

tekst wypracowania. 

— Chciałbym móc przemówić do was wszystkich, ale nie z tej kuli. Czy możesz mi do-

starczyć akwalung i jakiś radiotelefon, który umożliwi mi skomunikowanie się z waszą społe-
cznością? Jestem pewny, że przekonam was. Wiem już na pewno, w jaki sposób powinniście 
udowodnić mieszkańcom Powierzchni, że traktujecie sprawę, serio. 

Mój entuzjazm był widać zaraźliwy, gdyż Ian skinął głową. 
— Zaraz wrócę. 
Zniknął  w  wirze  bąbelków,  a  ja  usiadłem  i  dopisałem  nowy  paragraf  do  mojego  listu 

zaadresowanego do Światowego Korpusu Służby Wywiadowczej. 

Następnie  wydobyłem  z  wodoszczelnej  torby,  zwróconej  mi  przez  Iana,  lokalizator. 

Wymontowałem wzmacniacz i włożyłem aparat do pudełka. Przymocowałem je do przegubu 
ręki. Umieściłem go tak, żebym mógł, bez zwracania uwagi, nacisnąć guzik i przywołać delfi-
na. 

Ian powrócił z przerzuconym przez ramię akwalungiem. Wręczył mi też maskę i nadaj-

nik, który należało założyć na krtań. Nie dał mi jednakże ani płetw, ani szelek do przymoco-
wania akwalungu. 

—  Nie  chciałbym,  żebyś  nam  uciekł,  przyjacielu.  Chodź!  —  powiedział  Ian  z  uśmie-

chem. 

Podał mi ustnik, otoczył ramieniem i razem wśliznęliśmy się do wody. Przepłynęliśmy 

ramię w ramię około pięćdziesięciu metrów mijając niewyraźne zarysy budynków o dziwnych 
kształtach, aż dotarliśmy do skalnego amfiteatru uformowanego w sposób naturalny. Wypeł-
niał go tłum ludzi-ryb. Było ich znacznie więcej, niż się spodziewałem. 

Przestraszyłem się. Wszystko zależało teraz od tego, jak daleko stąd znajduje się najbli-

ższy delfin i po jakim czasie będzie musiał wypłynąć na powierzchnię. Moja naturalna pła-
wność unosiła mnie do góry, tak że musiałem kurczowo trzymać się ramienia Iana chcąc ko-
rzystać z akwalungu. 

Nabrałem tlenu w płuca i zacząłem moje przemówienie. Powtórzyłem wszystko, co po-

wiedziałem Ianowi. Potem dyskretnie sięgnąłem lewą ręką do prawego przegubu i nacisnąłem 
guzik. Udało się. Nikt nic nie zauważył. Mówiłem dalej. 

— Musicie popełnić czyn wystarczająco dramatyczny, żeby uświadomić mieszkańcom 

Powierzchni waszą sytuację. Musicie zrobić coś takiego, żeby zrozumieli specjalne potrzeby 
zarówno wasze, jak i Konszelfitów. Znam wasze problemy. Jednakże przemocą nic nie wskó-
racie. Mam dla was lepszą propozycję. 

Kątem oka zauważyłem, że zbliża się ku mnie jakiś wielki, obły cień. Nie śmiałem od-

wrócić głowy i mówiłem dalej: 

—  Jestem  Selenitą,  a  więc  człowiekiem  nie  zaangażowanym  w  wasze  sprawy.  Jeżeli 

mieszam się do nich, to dlatego, że wierzę w słuszność waszych żądań. Myślę, że to na pewno 

background image

zwróci uwagę wszystkich mieszkańców Ziemi. 

Delfin  trącił  mnie  niecierpliwie  pyskiem  w  bok.  Powoli  wyciągnąłem  lewą  rękę,  żeby 

go pogłaskać. 

—  Postanowiłem  poświęcić  moje  życie  w  imię  waszej  sprawy!  Ten  akt  samounice-

stwienia na pewno skłoni Ziemian do rozważenia waszych żądań! 

Nikt nie poruszył się. Wziąłem ostatni głęboki haust tlenu, wyplułem ustnik i puściłem 

ramię  Iana.  Delfin  ruszył.  Chwyciłem  się  oburącz  jego  płetwy  grzbietowej.  Pomknęliśmy 
razem w górę, w stronę światła, szybko, szybciej, niż mógł to uczynić jakikolwiek człowiek-
ryba. 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Nawet  teraz,  w  momencie  największego  zagrożenia,  dominowało  we  mnie  uczucie 

euforii  wywołane  wspaniałością  tego  podwodnego  lotu  na  grzbiecie  delfina.  Przytulony  do 
niego całym ciałem trzymałem się mocno płetwy grzbietowej, nogami obejmując jego ogon. 
Dotychczas  uważałem  nurkowanie  za  wspaniałą  przygodę,  ale  było  to  raczkowanie  w  poró-
wnaniu  z  tą  niezwykłą  jazdą.  Przepełniało  mnie  uczucie  spójni  z  tym  podwodnym  światem, 
poczucie własnej racji i siły. 

Przypomniałem  sobie,  co  powiedziała  mi  Hil  o  zgubnych  skutkach  gwałtownego  roz-

szerzania  się  powietrza  w  płucach  w  miarę  zmniejszania  się  ciśnienia  atmosferycznego.  Po-
wiedziała mi, że mógłbym od tego pęknąć jak balonik. Toteż w miarę jak wznosiliśmy się do 
góry, wydychałem powietrze coraz wolniej. 

Szarość  ustąpiła  miejsca  błękitowi,  zielonkawy  błękit  oślepiającemu  złotu  i  właśnie  w 

chwili,  kiedy  czułem,  że  dłużej  już  tego  nie  wytrzymam,  wyłoniliśmy  się  na  powierzchnię  i 
zacząłem wdychać powietrze. Złota tarcza słońca stała wysoko nad naszymi głowami, poczu-
łem  na  twarzy  jego  cudowne  ciepło.  Zamknąłem  oczy  i  leżałem  nieruchomo  na  plecach,  z 
ręką na grzbiecie delfina. Woda pluskała dokoła nas leniwie, szemrząc niczym żywe stworze-
nie. Ospale uniosłem rękę i nastawiłem lokalizator na maksimum. 

Otaczający  mnie  świat  wydawał  mi  się  złotą  półkulą  wspaniałej,  olśniewającej  wprost 

ciszy. Mój delfin dał nurka, przekoziołkował kilka razy i powrócił do mnie. Połyskliwe krople 
wody  spływały  po  jego  ciele.  Coś  mignęło  wysoko  na  niebie.  Podniosłem  wzrok  —  i  zoba-
czyłem ponaddźwiękowy odrzutowiec przecinający niebo srebrną smugą. Fala powietrza mu-
snęła mi skórę, ale nie słyszałem żadnego dźwięku. Zacząłem krzyczeć, klaskać w dłonie, ale 
wszystko to odbywało się w przerażającej ciszy. Zdumiony przyłożyłem ręce do uszu, a kiedy 
je odjąłem, zobaczyłem, że są całe we krwi. 

Byłem szalenie zmęczony. Kiedyż nareszcie mój sygnał zostanie odebrany? Nieznośnie 

swędziała mnie skóra rąk i nóg. Przypomniałem sobie pewnego człowieka na Księżycu, który 
wypadł  w  próżnię  i  którego  uratowano.  Zdawało  mu  się,  że  jest  żywcem  zjadany  przez 
mrówki. Teraz dopiero go zrozumiałem. 

Gwizdnąłem na delfina. Zbliżył się do mnie posłusznie, ale musiał być zdziwiony. Zo-

stał wprawdzie wytresowany do niesienia pomocy ludziom, ale ja zachowywałem się inaczej 
niż  Konszelfici  czy  skrzelowcy.  Czy  podtrzyma  mnie  na  wodzie,  aż  nadejdzie  pomoc?  Oto-
czyłem ramieniem jego  grzbiet i gładziłem jego  grubą, mokrą skórę. Próbowałem mówić do 
niego, ale wywoływało to w mojej głowie takie dziwne dźwięki, że dałem spokój. 

Nagle, bez ostrzeżenia, poczułem ostry ból. Musiałem głośno krzyknąć, bo delfin przy-

cisnął  się  do  mnie.  Zaczęło  się  to  od  kłucia  w  lewym  kolanie  i  w  kostce.  Zaraz  potem  ból 
ogarnął  nogę,  a  następnie  lewy  łokieć,  którym  uderzyłem  się  o  skałę  przed  kilkoma  dniami. 

background image

Nie mogłem tego wytrzymać. Dałem nurka i nabrałem do ust haust słonej wody. 

Po chwili udało mi się wypłynąć na powierzchnię. Czyżby to była smuga piany ciągną-

ca  się  za  dziobem  łodzi?  A  może  tylko  grzywacz  łamiącej  się  fali?  Wiedziałem,  że  muszę 
panować  nad  sobą.  Konieczne  było,  żeby  znaleziono  moje  ciało  i  znaleziono  przy  mnie  list. 
Walczyłem ze wszystkich sił z bólem i osłabieniem. Ale nagle poczułem jak gdyby uderzenie 
nożem w bok i poszedłem pod wodę. 

To,  co  nastąpiło  potem,  musiało  być  niewątpliwie  snem.  A  może  tylko  pół  snem,  pół 

jawą?  Jakaś  natarczywa  pieśń  brzmiała  mi  w  uszach  i  zacząłem  się  poruszać  zgodnie  z  jej 
rytmem.  Jej  słowa  pochodziły  z  Burzy  Shakespeare'a.  Nauczyłem  się  ich  kiedyś  w  szkole. 
Jakże  dziwna  wydawała  mi  się  ta  poezja,  kiedy  czytałem  ją  na  Księżycu,  na  którym  nie  ma 
ani wiatru, ani wody. 

 

Na pięć sążni głęboko 
Le
ży on — nad nim fale: 
Perł
ą zaszło mu oko, 
Jego ko
ści — korale. 
Ju
ż w nim nic nie umiera, 
Chocia
ż morze go zmienia, 
W strój bogaty ubiera.* 

 

Skrzelowcy odczuli boleśnie skutki tej zmiany, a teraz ja cierpiałem z nimi. Zdawało mi 

się że moje ręce i nogi przemieniły się w piękny różowy koral, a moje ciało, zamknięte w kry-
ształowej trumnie, ciągną przez wodę syreny o srebrzystych ogonach i falujących jak wodoro-
sty  skrzelach.  Leżałem  na  wodzie  jak  zaczarowany,  bez  lęku  i  bez  ruchu.  Potem  musiałem 
zasnąć. 

Pamiętam, że później podtrzymywały mnie i unosiły jakieś silne i troskliwe ręce. Oga-

rnęło mnie cudowne uczucie bezpieczeństwa. Poddawałem mu się bez reszty. 

Kiedy się obudziłem, pierwszą moją myślą było, że od mojego zaśnięcia musiało upły-

nąć bardzo dużo czasu. Leżałem na wznak na wygodnym materacu o kształcie idealnie dosto-
sowanym do kształtów ludzkiego ciała. Czyżbym był w szpitalu? Znajdowałem się w kwadra-
towym pokoju bez okien. Tuż nad moją głową była kratka wentylatora, przez którą wpadało 
do pokoju świeże powietrze. To na pewno nie była powierzchnia Ziemi. Gdzież więc byłem, 
na Konszelfie — czy na Księżycu? 

Na korytarzu rozległ się dźwięk kroków. Zorientowałem się z satysfakcją, że je słyszę! 

A więc żyję! Wrócił mi słuch! Mogę poruszać rękami i nogami. 

Kiedy do pokoju wszedł lekarz, leżałem z błogim uśmiechem na twarzy. Był to doktor 

MacIntosh. A więc byłem na Konszelfie 10. 

— Jak się tu... Co się stało? — krzyknąłem. 
— Spokojnie, chłopcze. Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Odespałeś się porzą-

dnie, ale lepiej nie brykaj jeszcze. Przetransportowali cię tu skrzelowcy. Wypłynęli za tobą na 
powierzchnię i sprowadzili cię tutaj. Uratowali ci życie. Powrót do głębiny podziałał lepiej i 
szybciej, niż dokonałaby tego komora dekompresyjna na Ziemi. Mamy tu zresztą lepsze wy-
posażenie. 

Nie sądzę, żeby pozostały ci trwałe uszkodzenia stawów... Najwyżej będziesz miał tro-

chę wcześniej artretyzm. Najgroźniejszy był skrzep w płucach. Gdyby odnaleziono cię o mi-
nutę później, nie wiem, czy udałoby się ciebie uratować. Człowieku! Postąpiłeś bardzo ryzy-
kownie... Obydwa bębenki uszne pękły, ale zagoiły się doskonale w ciągu tygodnia. Owszem, 
tak długo tu leżysz. Spałeś jak suseł. W życiu nie spotkałem się z tak głębokim snem! Odży-
wialiśmy  cię  kroplówką, ale założę  się, że masz już chętkę na przyzwoity posiłek. Przyślę ci  
 

* William Shakespeare: Burza. Tłum. Jerzy S. Sito. Warszawa 1976, PIW. 

background image

twoją pielęgniarkę i coś do jedzenia. 

Kiedy wyszedł, leżałem, patrzyłem w sufit i miałem wielki zamęt w głowie. Moja pielę-

gniarka? Dlaczego traktowano mnie z taką atencją? Przypomniał mi się ojciec i nagle wszy-
stko ułożyło mi się w głowie. Jak wypadło głosowanie? Co z rewoltą skrzelowców? A moje 
pismo do ONZ? Cały tydzień! Przespałem cały tydzień! Przecież przez tydzień można zmie-
nić bieg historii! 

Czekałem gorączkowo na zjawienie się kogoś, kogo można by było zarzucić tymi pyta-

niami.  Zdawało  mi  się,  że  minęły  wieki,  zanim  otworzyły  się  drzwi  i  weszła  pielęgniarka. 
Przysunęła mi stolik do łóżka, postawiła na nim tacę i pocałowała mnie, czego zawód pielę-
gniarki chyba nie wymaga. To była Hil! Moja pielęgniarka! 

— Naprawdę wyglądasz świetnie, Kep! 
— Ty też, Hil. 
Mimo że ukryła swoje  wspaniałe włosy pod białym czepkiem, była wciąż najpiękniej-

szą istotą, jaką kiedykolwiek widziałem. 

— Hil, na litość boską, opowiedz mi dokładnie, co się stało. Nawet nie wiem, o co cię 

najpierw zapytać. 

— Rozumiem. Ale słuchaj, nie wolno ci się denerwować. Jedz spokojnie, a ja będę mó-

wiła. Powiem ci na początek, że wszystko jest w porządku. 

Usiadłem  więc,  wparłem  się  w  poduszki  i  zacząłem  zajadać  —  pierwszy  posiłek  od 

tygodnia. 

— Otóż po pierwsze, Ian i jego grupa przynieśli cię na Konszelf 10 — zaczęła Hil. — 

Ja zatelefonowałam z jednego ze schronisk i wyjaśniłam sprawę, bo inaczej Konszelfici mo-
gliby pomyśleć, że to inwazja ludzi-ryb. Kiedy zdjęto z ciebie kombinezon, znaleziono twój 
list.  Kontroler  przeteleksował  go  do  ONZ,  a  potem  udał  się  na  rozmowę  ze  skrzelowcami. 
Byłam tam i ja. Myśleliśmy, że zdradziłeś nas, ale kiedy kontroler odczytał twój list, zrozu-
mieliśmy, jaką ofiarę chciałeś dla nas ponieść, Ian i jego grupa zrezygnowali z sabotażu szy-
bów naftowych. Oświadczyliśmy to kontrolerowi, a on porozumiał się z ONZ. Okazało się, że 
kiedy  twoje  pismo  zostało  odczytane  Zgromadzeniu  Ogólnemu,  wszyscy  delegaci  wstali  z 
miejsc i zgotowali ci owację. 

Przypomniałem sobie, co .napisałem w pośpiesznie dodanym postscriptum, i poczerwie-

niałem jak piwonia. Pisałem tam: 

 

Ofiaruję  swoje  życie,  aby  zwrócić  uwagę  Parlamentu  Świata  na  dyskryminację  tych, 

którzy  poświęcają  wszystko  zagospodarowując  morza  i  oceany,  i  to  nie  tylko  dla  siebie,  ale 
dla dobra całej ludzko
ści. 

 

Słowa te wydawały mi się właściwe, kiedy pisałem je w przekonaniu, że za chwilę zgi-

nę. Teraz byłem nimi zażenowany. 

—  W  każdym  razie  —  ciągnęła  Hil  —  kiedy  delegaci  przestali  klaskać,  jeden  z  nich 

zaproponował  zwołanie  specjalnej  sesji  dla  zbadania  sprawy  Konszelfitów  i  skrzelowców. 
Wniosek  przyjęto  jednomyślnie.  Ian  kazał  swoim  ludziom  rozbroić  szyby  naftowe  i  odnieść 
materiały  wybuchowe  na  Konszelf  10.  Przeprowadził  rozmowę  z  doktorem  MacIntoshem  i 
wspólnie  uzgodnili,  że  do  ludzi-ryb  skierować  należy  grupę  psychologów  dla  przebadania 
występujących zaburzeń emocjonalnych i opracowania odpowiednich środków zaradczych. 

— A mój ojciec? 
— Czuje się doskonale. Oczywiście, bardzo się o ciebie niepokoił. Ale zawiadomiliśmy 

go natychmiast, kiedy niebezpieczeństwo minęło i doktor orzekł, że powrócisz całkowicie do 
zdrowia. A uzyskanie przez Księżyc autonomii jest wydarzeniem dnia. 

— Przecież głosowanie przebiegało niepomyślnie dla nas. 
—  Selenici  wygrali  nieznaczną  większością  głosów.  Tak  niewielką,  że  twój  ojciec 

wszedł na trybunę i oświadczył, iż w tych warunkach nie podejmuje się wykonania uchwały i 

background image

wraca natychmiast na Księżyc. Przewodniczący zarządził ponowne głosowanie i wtedy rezo-
lucja twojego ojca przeszła ogromną większością głosów. Tak więc Księżyc jest niepodległy, 
a twój ojciec to rzeczywiście fajny facet! 

— Zgadzam się z tym całkowicie. 
— Jego syn też. Sami nie wiemy, Kep, jak okazać ci wdzięczność za wszystko, co dla 

nas zrobiłeś! 

— Nie mówmy o tym. Wy z kolei nie wiecie, czym pobyt na Konszelfie był dla mnie. 

Hil, a co będzie z tobą? Przecież byłaś zamieszana w spisek? 

— W porządku. Konszelfici nie są mściwi. Już mi przebaczono. Największą karą była 

dla mnie obawa, że przyczyniłam się do twojej śmierci lub kalectwa. Na szczęście wszystko 
skończyło się dobrze. Twój ojciec wraca na Księżyc nieco wcześniej, niż zamierzał, ponieważ 
sprawy ułożyły się pomyślnie. Odjeżdża mniej więcej za miesiąc. A ty co? Pojedziesz z nim? 

— Czy pojadę? 
Spojrzałem na Hil, skuloną w nogach mojego łóżka, w pozycji niezbyt licującej z zawo-

dem pielęgniarki. 

— Chciałbym, żebyś zdjęła ten głupi czepek. 
Hil roześmiała się, zrzuciła czepek z głowy i włosy rozsypały się jej na ramiona złocistą 

kaskadą. Chwyciłem jeden lok i pogłaskałem go. 

— Nie tańczyłem z tobą od czasu; jak tu jesteśmy. 
— W rzeczy samej. 
— I nigdy nie dotarłem do koralowych raf Morza Karaibskiego. 
— Rzeczywiście. 
Pomyślałem  o  walce,  którą  stoczyłem,  ażeby  utrzymać  się  przy  życiu  na  powierzchni 

morza. Nie walczyłem  wtedy  o siebie, ale o przyszłość Konszelfitów i skrzelowców. Pomy-
ślałem  o  moim  ojcu  walczącym  na  Zgromadzeniu  Ogólnym  ONZ  o  sprawę  niepodległości 
Księżyca. Nie robił tego dla siebie, ale dla mnie. Dla mnie i dla moich dzieci. 

— Czy pojedziesz ze mną na Księżyc, Hil? 
— Potrząsnęła przecząco głową. 
—  Czułabym  się  tam  jak  ryba  bez  wody.  I  to  dosłownie.  Moja  ojczyzna  jest  tutaj,  na 

dole. 

— Ale ja muszę wracać do swoich. 
— Tak, wiem... Twoja dziewczyna... Ann... ona tam na ciebie czeka. Prawda? 
— Tak. A co będzie z tobą? Jak się ułożą twoje sprawy z Jonem? 
— Przypuszczam, że dobrze. Przynajmniej mam nadzieję. On nie jest pamiętliwy. 
— Będę często myśleć o tobie. I życzę ci szczęścia, Hil. 
— I ja tobie, Kep. 
Musnęła wargami moje usta i wybiegła z pokoju. 
Spotykaliśmy się często w ciągu następnych trzech tygodni, ale już nigdy sam na sam. 

Wkrótce nadszedł dzień pożegnania i ruszyłem saniami w towarzystwie doktora MacIntosha 
do komory dekompresyjnej na wybrzeżu. 

Po  czterdziestu  ośmiu  godzinach  stałem  znowu  przed  ojcem.  Upłynęło  zaledwie  kilka 

miesięcy od naszego rozstania, ale kiedy objęliśmy się na powitanie, wiedziałem — i wiedzia-
łem, że i on wie — iż udałem się w głąb morza jako żółtodziób, a powróciłem jako mężczy-
zna. 

Polecieliśmy  luksusowym  promem  ziemskim  na  stację  satelitarną.  Tam  trzeba  było  — 

jak zwykle — zaczekać na prom księżycowy. Korzystając z czasu poszedłem na wieżę obse-
rwacyjną. 

Przed  moimi  oczami  rozciągały  się  zarysy  Afryki  i  Indii.  Pomyślałem,  że  w  czasie 

mojej  podróży  nie  udało  mi  się  zobaczyć  ani  Sfinksa,  ani  Tadż  Mahal,  ale  nie  czułem  żalu. 
Spotkało  mnie  coś  znacznie  ważniejszego...  Błękitne  obszary  oceanów  upstrzone  białymi 

background image

obłokami kotłowały się, hen, na dole… 

Kiedy Ikar przypiął do ramion skrzydła, uznał, że jest równy bogom, i spróbował wzle-

cieć  ku  słońcu.  Wosk,  którego  użył  do  budowy  skrzydeł,  roztopił  się,  Ikar  spadł  do  morza  i 
utonął. 

Później ludzie zbudowali inne skrzydła i polecieli na Księżyc. Przyjdzie kiedyś dzień, w 

którym dotrzemy do innych planet. Tym, który tego dokona, będzie, być może, mój syn. Albo 
syn mojego syna. 

Ian  i  jego  przyjaciele  zamienili  płuca  na  skrzela  i  postanowili  żyć  w  morskich  głębi-

nach,  w  które  człowiek  przez  wieki  nie  odważył  się  zapuścić.  Co  teraz  z  nimi  będzie?  Czy 
zachowają ludzkie uczucia? Ludzkie serca? A my? 

Pomyślałem ciepło o Hil, o jej odwadze i urodzie. A potem odwróciłem wzrok od Ziemi 

i poszedłem korytarzem satelitarnej stacji na drugą stronę, skąd widać było moją ojczyznę. 

Była pełnia. Księżyc błyszczał tak silnie, że nie widać było na nim Krateru Keplera. Ale 

ja wiedziałem, gdzie jest, znałem tam wszystko na pamięć. Jakże piękne były granie Krateru 
Kopernika,  rozchodzące  się  jak  płatki  anemonu  czy  macki  rozgwiazdy.  Tam  była  Ann.  My-
ślałem równocześnie o niej i o Hil — bez poczucia nielojalności. 

Czułem  się  jak  po  wspaniałej,  zaczarowanej  podróży.  Będę  o  niej  pamiętał  do  końca 

życia i to wspomnienie przyda barwy i ciepła wszystkim ciemnym chwilom, których zapewne 
nie zaoszczędzi mi przyszłość. Wiedziałem też, że kiedy znajdę się już we własnym domu i z 
Ann, wspomnienia te będą najżywsze. To było piękne. Wracałem do ojczyzny.