background image

 

Madeline Harper 

 

Miłosny Zew 

background image

Prolog  

 
Jake 

Forrester 

leniwym 

krokiem 

wkroczył 

do 

klimatyzowanego  wnętrza  Klubu  Ranczerów.  Wręczył 
szatniarce szerokoskrzydły kowbojski kapelusz i niespiesznie się 
rozejrzał.  Bez  trudu  dostrzegł  urzędującego  już  w  barku  Freda 
Gilmera. Fred przeszedł jak zwykle od razu do rzeczy, nie tracąc 
czasu na powitania, kiedy tylko Jake dosiadł się do niego. 

– Na starej farmie Farrella pojawiła się pewna dama – rzucił 

niedbale.  –  Wiesz,  typ  naukowca,  pewnie  jakaś  pani  docent. 
Chociaż podobno niebrzydka. 

Jake uniósł brwi i czekał na dalszy ciąg. 
–  Pomyślałem  sobie,  że  warto  by  się  o  niej  czegoś 

dowiedzieć, a któż zrobiłby to lepiej niż nasz przystojny szeryf? 

Jake przeczesał palcami przygniecione przez kapelusz włosy. 
– Czy właśnie dlatego zaprosiłeś mnie na obiad? 
–  Można  to  i  tak  ująć.  –  Gilmer  odchylił  się  niedbale  na 

oparcie krzesła, wyciągnął cygaro i z wolna zaczął obracać je w 
palcach.  Ten  potężny  mężczyzna,  starszy  od  Jake’a  o  kilka  lat, 
miał  czerstwą  cerę  i  władczy  wygląd  kogoś,  kto  posiadał 
najgrubszy  portfel  w  całym  hrabstwie  Pierson  w  stanie  Nowy 
Meksyk. 

– Pogadamy teraz czy po lunchu? – zapytał Jake. 
– Teraz, ale nie o suchym gardle. Linda, dziecinko, pozwól no 

tutaj... – Fred skinął na kelnerkę. 

Frędzle  krótkiej  kowbojskiej  spódniczki  dziewczyny 

zawirowały, gdy natychmiast rzuciła się ku stolikowi. 

– Słucham, panie Gilmer, co podać? 
– Dla mnie whisky z lodem. A dla ciebie, Jake? 
– Woda sodowa z kroplą cytryny, jak zwykle. 

background image

Obaj  z  aprobatą  odprowadzali  wzrokiem  kelnerkę.  Wreszcie 

Gilmer spod oka zerknął na szeryfa. 

– Ciągle zamawiasz to samo. Nie znudziło ci się jeszcze? 
– Znudziło? Skąd, za każdym razem cudownie mi smakuje. I 

nawet nie tęsknię już za czymś mocniejszym. No, może czasem 
za kuflem zimnego piwa. 

– Muszę powiedzieć, że cię podziwiam, stary. 
– Fred, każdy dzień jest zwycięstwem. Innej drogi już nie ma. 
W tym momencie pojawiła się Linda z napojami. 
– Za dawne czasy! – Fred wzniósł szklankę, a Jake stuknął się 

z nim. 

– Dobra, a teraz mów, o co, do licha, chodzi? – zapytał Jake 

niecierpliwie. 

–  Pozwól,  że  najpierw  zadam  ci  pytanie:  co  wiesz  o 

wykupieniu ziem Farrella? 

–  Zdaje  się,  że  przejął  je  uniwersytet.  Chodzi  o  program 

badawczy związany z ochroną dzikich zwierząt. 

Fred uśmiechnął się. 
– Widzę, że nie zaniedbujesz swoich obowiązków. 
– Wiesz, w końcu niewiele się tu dzieje. Więc o co chodzi? 
– Z moich informacji wynika, że tymi badaniami kieruje owa 

panienka.  Obawiam  się,  że  może  narobić  szkody  naszym 
ranczerom.  Dlatego  dobrze  by  było,  gdybyś  się  koło  niej 
pokręcił  i  sprawdził,  czy  obawy  Związku  Hodowców  Bydła  są 
uzasadnione. 

Jake  czujnie  nastawił  uszu.  Jeśli  związek,  grupujący 

najbardziej wpływowych obywateli w okolicy, zainteresował się 
farmą Farrella, sprawa musiała być poważna. 

– Ciekawe – rzucił niedbale. 
–  Jake,  powiem  ci  w  zaufaniu  –  Fred  konfidencjonalnie 

pochylił  się  ku  niemu  –  że  to,  co  dzieje  się  na  starym  ranczu, 

background image

może wpędzić nas któregoś dnia w cholerne tarapaty. 

 

background image

Rozdział 1 

 
Julia  Shelton  stała  w  oknie  starego  domu  z  palonej 

meksykańskiej  cegły.  Polną  drogą,  wzniecając  tumany  kurzu, 
nadjeżdżał  samochód.  Ryk  silnika  zakłócił  sielską  ciszę 
popołudnia. 

Wyszła na  ganek i  czekała, osłoniwszy oczy przed  palącymi 

promieniami słońca. W oddali lśniła rozgrzana upałem pustynia, 
nad którą rozciągała się błękitna czasza nieba. 

Biało-czarny dżip zahamował ostro na podjeździe, na moment 

znikając  w  obłoku  kurzu.  Po  chwili  oczom  Julii  ukazała  się 
wysoka  postać  w  mundurze  koloru  khaki,  kapeluszu  typu 
Stetson i ciemnych okularach. Mężczyzna zbliżał się niedbałym, 
a  jednocześnie  stanowczym  krokiem,  pewnie  stawiając  na 
pylistej ziemi nogi w wysokich czarnych butach. 

Zatrzymał  się  przed  nią  i  zsunął  kapelusz  z  czoła.  Odbite  w 

szkłach promienie słońca oślepiły ją na moment. 

–  Witam  szanowną  panią.  Jestem  Jake  Forrester,  szeryf 

hrabstwa Pierson. 

Julia  o  mało  nie  wybuchnęła  śmiechem,  słysząc  to 

ceremonialne pozdrowienie. Cała scena przypominała jej kadr z 
podrzędnego westernu. Odruchowo wyciągnęła rękę. 

–  Witam,  szeryfie.  Jestem  Julia  Shelton.  Czyżbym  coś 

przeskrobała?  –  zapytała  żartobliwym  tonem,  choć  w  głębi 
duszy żywiła pewne obawy. Co prawda eksperyment znajdował 
się  dopiero  w  początkowej  fazie;  za  wcześnie,  by  mogły 
wyniknąć  jakieś  problemy.  Sprzęt  został  już  sprowadzony  na 
farmę,  ale  jej  asystent  dopiero  pojechał  na  pustynię,  by 
przygotować się do wypuszczenia wilków. 

–  Ależ  skąd,  proszę  pani,  wszystko  w  porządku  –  odparł, 

background image

ledwo dostrzegalnie przeciągając samogłoski. 

Julia  stłumiła  westchnienie  ulgi.  Na  razie  wszystko  szło 

zgodnie z planem. Cały zespół badawczy opracowywał program 
dostosowania stada meksykańskich płowych wilków do życia w 
warunkach  naturalnych.  Na  niej  spoczywała  odpowiedzialność 
za powodzenie tego planu. 

Nagle  zorientowała  się,  że  szeryf  nadal  więzi  jej  rękę  w 

uścisku  swojej  twardej,  silnej  dłoni.  Cofnęła  siei  podniosła 
wzrok, by wreszcie dokładnie mu się przyjrzeć. 

Musiała  przyznać,  że  miał  w  sobie  coś  z  prawdziwego 

kowboja. Górował nad nią swą wysoką, silną postacią. 

Dobiegał  czterdziestki.  Z  opalonej  twarzy  bystro  patrzyły 

inteligentne  zielone  oczy,  a  zmarszczki  śmiechu  zaznaczały  się 
w kącikach zmysłowych ust. 

–  Wszystko  w  porządku  –  powtórzył  z  powolnym, 

południowym  akcentem,  ogarniając  ją  pełnym  aprobaty 
spojrzeniem.  Uśmiech  mężczyzny  stanowił  fascynującą 
mieszaninę  młodzieńczej  żywości  i  męskiego  doświadczenia. 
Całości  dopełniał  nieskazitelny  mundur  i  wypolerowane 
cholewy wysokich butów, połyskujące nawet pod warstwą pyłu. 
Julia  nabrała  pewności,  iż  jest  doskonale  świadomy  swego 
uroku. 

Gdy  poczuła  delikatny  zapach  wody  po  goleniu,  nagle  zdała 

sobie  sprawę  z  własnego  wyglądu:  włosy  od  rana  nie  widziały 
grzebienia,  zakurzona  przy  sprzątaniu  bawełniana  koszulka  i 
twarz bez makijażu. 

Zakłopotanym ruchem odgarnęła niesforny lok z czoła. 
–  Rozumiem,  że  zostałam  zaszczycona  oficjalną  wizytą 

przedstawiciela władzy – zaczęła i, nie czekając na odpowiedź, 
szybko  dodała:  –  Proszę  jednak,  by  mówił  mi  pan  po  imieniu. 
Jestem Julia. 

background image

–  Bardzo  mi  miło,  Julio.  –  Jake  uparcie  nie  rezygnował  z 

formalnego  tonu.  Wszedł  na  ganek  i  powiódł  wzrokiem  ku 
ciągnącym się w oddali pustynnym wzgórzom. Nieliczne krzewy 
dopiero zaczynały się zielenić. 

– Nie czujesz się tutaj samotnie? 
–  Lubię  być  sama  –  odparła  szczerze.  Była  z  zawodu 

biologiem i kochała naturę. Wiele godzin spędziła na samotnych 
obserwacjach  w  głuszy,  przedkładając  te  momenty  nad  zgiełk 
uniwersyteckich  sal.  Dzikie  okolice  Nowego  Meksyku 
znakomicie  nadawały  się  do  zaplanowanych  badań, 
stanowiących  najtrudniejsze  wyzwanie  w  jej  dotychczasowej 
karierze naukowej. 

– Tak tu spokojnie – dodała zamyślona – i tak pięknie teraz, 

kiedy pustynia zaczyna kwitnąć. 

–  Poczekaj  lepiej,  aż  pobędziesz  tu  dłużej.  Może  zmienisz 

zdanie – trzeźwo zauważył Jake. 

– Zawsze staram się dostrzegać lepsze strony życia – odparła, 

samej  sobie  dodając  odwagi.  Ogarnęła  spojrzeniem  stare 
farmerskie  domostwo,  które  przez  cały  rok  miało  jej  służyć 
zarazem  jako  mieszkanie  i  biuro.  –  A  skoro  już  tu  jesteś, 
zapraszam  do  środka.  Mam  nadzieję,  że  orientujesz  się  już,  co 
mam zamiar robić. 

– Raczej słabo – przyznał. 
– Och, przecież nie byłbyś szeryfem, gdybyś nie wiedział, co 

dzieje się w okolicy. Założę się, że zawdzięczam tę wizytę chęci 
bliższego przyjrzenia się mnie i moim podopiecznym. Proszę. – 
Gestem zaprosiła go do wnętrza. 

Jej  podopiecznym...  –  Jake  stłumił  uśmiech.  Doktor  Julia 

Shelton  miała  twardy  charakter  i  ostry  język.  I  najwyraźniej 
wilcza wataha była jej oczkiem w głowie. 

Przyjrzał  się  dokładniej  swojej  gospodyni.  Teraz  zrozumiał 

background image

zdziwienie Freda, iż kobieta zajmująca się pracą naukową może 
być jednocześnie „niebrzydka”. Choć Julia nie była pięknością, 
miała  jednak  w  sobie  urok  przyciągający  męskie  spojrzenie. 
Musiała  mieć  około  trzydziestki,  ale  był  w  niej  jakiś  rys 
młodzieńczej  subtelności  i  niewinności,  starannie  maskowany 
rzeczowym, śmiałym obejściem. Podobał mu się sposób, w jaki 
otwarcie  patrzyła  mu  w  oczy.  Z  przyjemnością  przyglądał  się 
niesfornym,  rudym  kędziorom  i  kształtnej,  wysportowanej 
sylwetce. 

Poprowadziła go do salonu i znajdującego się za nim dużego 

pokoju. 

–  Tutaj  urządziliśmy  mój  gabinet  i  „centrum  dowodzenia”  – 

wyjaśniła.  –  Wilkom  pełniącym  funkcję  przywódców  stada, 
czyli  osobnikom  Alfa,  zostały  wszczepione  nadajniki.  Dzięki 
temu  za  pomocą  odpowiednio  dostrojonego  odbiornika  i 
komputera mogę śledzić i rejestrować ich ruchy. 

To mówiąc wskazała na dużą mapę ścienną regionu, po czym 

podeszła do stojącego na biurku komputera. Nacisnęła klawisz i 
ekran  rozjarzył  się  poświatą.  Przebiegając  palcami  po 
klawiaturze 

wywołała 

program. 

Jake 

udawanym 

zainteresowaniem  zerkał  na  szeregi  danych.  Kobieca  postać 
odciągała jego wzrok od monitora. 

– Ten sprzęt jest wart majątek – ciągnęła Julia. Uczelnia nie 

żałowała  pieniędzy  na  tak  prestiżowe  badania.  Niestety  – 
wystukała  kilka  kolejnych  komend  wilki  nie  zostały  jeszcze 
wypuszczone,  więc  niewiele  mam  ci  do  pokazania  –  dodała  z 
prawdziwym żalem. 

Jake z trudem zmusił się do śledzenia wywodu Julii. 
– Wilki... Dlaczego właśnie nimi się zajęłaś? 
– A dlaczegóż by nie? – Spojrzała na niego niewinnie. 
Odpowiedź  najwidoczniej  zadowoliła  mężczyznę,  gdyż  nie 

background image

pytał już o nic więcej. Przeszli do kuchni. 

–  Kuchenka  jest  stara,  ale  za  to  lodówka  porządna  – 

stwierdziła Julia i, zerkając pytająco na Jake’a, spytała: 

– Czego się napijesz? Piwa, coli, mrożonej herbaty? Alkohol 

chyba nie wchodzi w rachubę na służbie. 

– Tak, piwo wykluczone. Wybieram mrożoną herbatę. 
– Ja również. 
Jake obserwował, jak kobieta krząta się, przyrządzając napój. 

Ruchy  miała  szybkie,  oszczędne  i  precyzyjne.  Skupiona  na 
czynności  zdawała  się  nie  zauważać  jego  spojrzenia.  Nie 
dostrzegł  w  zachowaniu  Julii  nawet  cienia  kokieterii.  Mimo  to 
prowokowała jego zmysły. 

Wręczyła mu szklankę. Oparł się o kuchenny blat i łapczywie 

pociągnął długi, ożywczy łyk. 

–  Z  tego,  co  zobaczyłem,  trudno  się  zorientować,  jak 

mieszkasz  –  rzucił.  Korciło  go,  by  obejrzeć  resztę  domu. 
Zwłaszcza sypialnia mogła wiele powiedzieć o kobiecie. 

–  Dobrze,  skoro  tak  cię  to  interesuje.  –  Bez  słowa  zachęty 

obróciła się na pięcie i ruszyła z kuchni do salonu z kominkiem, 
a stamtąd w kierunku sypialni. 

Jake szybkim rzutem oka ogarnął pokój. Ściany były białe, a 

jedyne  umeblowanie  stanowiło  szerokie  meksykańskie  łoże, 
okryte  wzorzystą  ludową  narzutą,  oraz  drewniana  toaletka  z 
lustrem.  Podłogę  z  szerokich  desek  zaścielały  barwne  kilimy. 
Nigdzie  nie  dostrzegł  typowych  kobiecych  drobiazgów.  Pod 
lustrem  leżały  tylko  szminka,  szczotka  i  grzebień.  Był  coraz 
bardziej zaintrygowany. 

– Miło tu, ale skromnie, jak w klasztornej celi – zauważył. 
– Mnie to wystarczy. Nie mam wielkich wymagań  – odparła 

Julia i uśmiechnęła się. 

Skinął  głową  ze  zrozumieniem  i  w  zamyśleniu  spojrzał  na 

background image

łóżko,  przez  moment  wyobrażając  sobie  Julię  Shelton  w 
czarnym  negliżu.  Wątpił,  czy  w  ogóle  coś  takiego  posiada.  A 
jednak ta kobieta od pierwszej chwili rozpaliła jego wyobraźnię. 

Pokazała  mu  jeszcze  łazienkę,  po  czym  wrócili  do  salonu. 

Jake zagłębił się w wygodnym fotelu. Nie  miał ochoty wracać. 
Zresztą należało wreszcie przejść do właściwego celu wizyty. 

– Pomówmy jeszcze o twoich wilkach. Dlaczego je wybrałaś? 
–  To  długa  historia,  szeryfie,  i  nie  chciałabym  cię  nią 

zanudzać. Mówiąc krótko, uważam je za fascynujące stworzenia. 
Są nadzwyczaj inteligentne i wspaniale zorganizowane. Dopóki 
nie  pojawił  się  człowiek,  stanowiły  –  jedno  z  najważniejszych 
ogniw łańcucha ekologicznego na tych terenach. 

– Stara historia o rajskim ogrodzie i wężu, co? – zażartował, 

lecz nie uśmiechnęła się. 

–  Tak,  ta  historia  wszędzie  się  powtarza.  Kiedy  zaczęto  tu 

hodować  bydło,  ranczerzy  doprowadzili  do  kompletnej  zagłady 
wilków. Dzięki programom naukowym takim jak nasz udało się 
wiele  gatunków  ocalić  w  niewoli,  ale  teraz  chcielibyśmy 
pozwolić im żyć w naturalnym środowisku. 

Jake  uznał,  że  pomylił  się  co  do  Julii,  obserwując 

zaangażowanie, z jakim mówiła. Była naprawdę piękna. Wielkie 
oczy  z  ożywieniem  błyszczały  w  inteligentnej  twarzy.  Miała 
drobne  rysy,  zgrabny,  mały  nos  i  zmysłowe,  zapraszające  do 
pocałunku  usta.  Był  coraz  bardziej  wdzięczny  Fredowi,  że 
przysłał  go  na  rekonesans.  Starał  się  udawać,  że  słucha.  W 
duchu zastanawiał się, jak sprawić, by porzuciła ukochany temat 
i dała się namówić na randkę. 

–  Pięć  lat  trwały  starania  o  przejęcie  tych  terenów,  aż 

wreszcie nam się udało – oznajmiła z dumą. 

–  Trudno  się  spodziewać,  by  wszyscy  tutaj  pałali  równym 

entuzjazmem do tego projektu, co ty – stwierdził. Nadszedł czas, 

background image

by  postawić  sprawę  jasno.  Znając  już  nastawienie  Julii,  nie 
łudził  się,  że  zechce  pójść  na  ustępstwa  wobec  Związku 
Hodowców Bydła. Należało delikatnie przedstawić jej sprawę, a 
potem... potem może uda się zaaranżować spotkanie. 

– Oczywiście, wcale się tego nie spodziewam. Wielu ludzi w 

ogóle nie pojmuje  naszej idei.  –  Spojrzała mu prosto w oczy.  – 
Ty prawdopodobnie też. 

Jake  powoli  odstawił  szklankę.  Dyplomacją  wiele  nie 

osiągnął. 

–  Staram  się  mieć  otwartą  głowę.  Nawiasem  mówiąc,  nie 

ukrywam, że nie zjawiłem się tu wyłącznie w celu towarzyskim. 

– Wiem – odparła spokojnie. 
–  Tym  lepiej.  –  Jake  odchylił  się  w  fotelu  i  wziął  głęboki 

oddech.  –  Niektórzy  z  okolicznych  ranczerów  martwią  się,  iż 
wilki zagrożą ich stadom – stwierdził. 

Wzruszyła ramionami. 
–  Wierz  mi,  nie  muszą  się  ich  bać  bardziej  niż  swoich 

domowych  piesków.  Nasze  wilki  wychowały  się  w  niewoli  i 
dużo  czasu  upłynie,  zanim  przyzwyczają  się  do  życia  na 
swobodzie. 

– A kiedy się już przyzwyczają? 
– Większość z nich nie będzie atakować bydła, o ile nie zmusi 

ich do tego głód. 

Zauważył,  że  po  raz  pierwszy  nie  udzieliła  jasnej, 

bezpośredniej odpowiedzi. 

– Nawet cieląt? 
– Te wilki będą żyły na pustyni, na naszych terenach, a tam 

znajdą wystarczającą ilość łatwego łupu, takiego jak zające czy 
susły.  Nie  będą  miały  powodu,  by  zbliżać  się  do  pastwisk  – 
odpowiedziała z przekonaniem. 

–  Niemniej  hodowcy  się  martwią  –  stwierdził  Jake, 

background image

świadomie  wchodząc  w  rolę  przedstawiciela  władzy.  – 
Pozostawią  w  spokoju  ciebie  i  twoje  badania,  dopóki  wataha 
będzie  się  trzymać  swojego  terytorium.  Wystarczy  jednak,  że 
zginie choć jedno cielę, a ruszą do ataku. 

Na policzki Julii wstąpił rumieniec. 
–  Nie  wiem,  w  jakiej  właściwie  roli  występujesz,  szeryfie. 

Czy przypadkiem nie należy do twoich obowiązków ochranianie 
mnie  właśnie  wtedy,  gdyby  ranczerzy  zagrozili  mi...  albo 
wilkom? 

–  Moim  obowiązkiem  nie  jest  rozstrzyganie  racji,  –  lecz 

zapobieganie naruszeniu prawa. – Jake bez przekonania posłużył 
się oficjalną formułką. 

– Słowem, ja i wilki musimy dostosować się do paragrafów, 

tak? – rzuciła z irytacją i wymaszerowała z salonu. 

Jake  zerwał  się  i  ruszył  za  Julią.  Zapewne  stracił  okazję 

umówienia  się  z  nią  na  kolację.  Chociaż...  Należało  zmienić 
taktykę. Nagle Julia odwróciła się ku niemu. 

– Proszę zakomunikować ranczerom, że rozumiem ich obawy, 

lecz  nie  przyjmuję  do  wiadomości  gróźb.  Nie  podoba  mi  się 
również, że nasłali tu pana. Można się było porozumieć w inny 
sposób,  niekoniecznie  za  pośrednictwem  szeryfa.  Zwłaszcza  że 
program  znajduje  się  dopiero  we  wstępnej  fazie  i  na  razie  nie 
może  być  mowy  o  naruszeniu  prawa.  A  może  się  mylę?  – 
Spojrzała mu wyzywająco w oczy. 

–  Jak  już  powiedziałem,  wypełniam  tylko  swoje  obowiązki. 

Zależy mi na tym, by w moim okręgu panował ład i spokój, to 
wszystko.  I  sądzę,  iż  dobrze  się  stało,  że  od  początku  jasno 
ustaliliśmy sobie pewne reguły postępowania. 

–  Ach,  oczywiście  –  parsknęła.  –  Szeryf  i  wszechmocny 

Związek  Hodowców  nie  życzą  sobie,  by  ktokolwiek  obcy 
wchodził  im  w  paradę  na  ich  terenie.  Proszę  się  nie  martwić, 

background image

będę grzeczna. 

– Mam nadzieję – rzucił, podążając za nią na werandę. – Jeśli 

jednak  pojawią  się  jakieś  problemy  –  dodał  –  pamiętaj,  że 
zawsze możesz się do mnie zwrócić. 

Odwróciła  się  ku  niemu  z  uśmiechem  i  zrozumiał,  że  jej 

gniew mija. Uznał, że musi wykorzystać ostatnią szansę. 

–  Wiesz,  mam  już  dosyć  służbowych  rozmów.  Co  byś 

powiedziała, gdybym zaprosił cię dzisiaj na kolację? 

Julia  skrzyżowała  ręce  na  piersiach  i  popatrzyła  na  niego 

uważnie. 

–  Szczerze  mówiąc,  nie  wiem,  czy  powinnam  bratać  się  z 

człowiekiem stojącym po drugiej stronie barykady. 

–  Nie  jestem  twoim  wrogiem,  Julio  –  zaprotestował 

natychmiast. 

–  Nie?  Powiedziałeś,  że  wypełniasz  tylko  swoje  obowiązki, 

ale głowę bym dała, że interesy twoich wpływowych przyjaciół 
są  dla  ciebie  o  wiele  ważniejsze  niż  moja  skromna  osoba. 
Prawdę  mówiąc,  drogi  szeryfie,  pomimo  twojego  uprzejmego 
zaproszenia  wcale  nie  czuję  się  mile  witana  w  waszym 
szacownym hrabstwie Pierson. 

Jake odchrząknął z zakłopotaniem. 
– Wierz mi, chciałem być po prostu miły. Nie spodziewałem 

się takiej reprymendy. 

Nie zadała sobie nawet trudu, by odpowiedzieć. Jej spojrzenie 

wyraźnie sugerowało, że uważa spotkanie za skończone. 

–  Cóż  –  stwierdził,  wkładając  kapelusz  i  ciemne  okulary  – 

nasza  mieścina  jest  mała.  Wcześniej  czy  później  i  tak  się  na 
siebie natkniemy. 

– A zatem do przypadkowego zobaczenia, szeryfie! I dziękuję 

za wizytę. Była bardzo pouczająca. 

Jake’owi  nie  pozostało  już  nic  innego,  jak  przyłożyć  dwa 

background image

palce do ronda kapelusza i odmaszerować do samochodu. 

Zerknął  w  tylne  lusterko,  wyjeżdżając  na  drogę.  Zobaczył 

pomniejszony  obraz  kobiecej  postaci.  Stała  na  werandzie  z 
rękami opartymi na biodrach i obserwowała go. Uśmiechnął się. 
Tym razem się nie udało, ale niedługo nadarzy się nowa okazja. 
Podobała mu się. Zaimponowała mu jej odwaga. Niewiele znał 
takich kobiet. 

Julia  stała  na  ganku,  dopóki  na  drodze  nie  opadł  pył 

wzniecony przez dżipa. Wizyta szeryfa wzburzyła ją bardziej niż 
chciała  się  do  tego  przyznać.  Wilcze  stado  nie  zostało  jeszcze 
wypuszczone  na  swobodę,  a  już  podejrzliwi  ranczerzy  zaczęli 
następować jej na pięty! 

Zawróciła do domu zła i rozżalona na Jake’a Forrestera. Było 

oczywiste, że stanie po stronie hodowców, a los dzikich zwierząt 
jest mu kompletnie obojętny. 

Czy  ona  zainteresowała  go  jako  kobieta?  Przecież  wyraźnie 

usiłował  oczarować  ją  swoim  męskim  urokiem.  I  trzeba 
przyznać,  że  naprawdę  jest  przystojny.  Nie  mogła  zapomnieć 
leniwego,  kociego  kroku,  wysokiej  postaci  i  znaczącego 
spojrzenia,  jakim  ogarnął  sypialnię.  Jeśli  flirtował  z  nią  z 
rozmysłem,  przysłany  na  przeszpiegi,  tym  gorzej  dla  niego. 
Nagle  pożałowała  swojej  decyzji.  Należało  przyjąć  zaproszenie 
na  kolację.  Może  wówczas  dowiedziałaby  się  więcej  o 
tutejszych stosunkach i o swoich potencjalnych wrogach. 

Westchnęła,  przypominając  sobie  słowa  babci,  która  zwykła 

powtarzać,  że  więcej  much  zwabi  się  miodem  niż  octem. 
Niestety,  pomimo  usiłowań,  nigdy  nie  udało  się  jej  zastosować 
do tej słusznej rady. 

 

background image

Rozdział 2 

 
Następnego  dnia  Julia  zerwała  się  już  o  wschodzie  słońca, 

zaparzyła sobie mocnej kawy i zasiadła przy komputerze. Kiedy 
na  ekranie  pojawił  się  program,  zapomniała  o  przystojnym 
szeryfie  i  wszelkich  kłopotach.  Stado  zostało  wypuszczone  w 
nocy  i  od  tego  momentu  powodzenie  całego  eksperymentu 
zależało  już  tylko  od  niej.  Szybko  wypisała  komendy  i 
zlokalizowała  położenie  zwierząt.  W  podnieceniu  nasłuchiwała 
popiskiwania  sygnałów  i  śledziła  przesuwające  się  po  ekranie 
punkciki. To jej wilki krążyły tam, po pustyni i przemawiały do 
niej językiem błysków pulsujących jak ich serca. Jej wilki, teraz 
już swobodne. 

Uśmiechnęła  się  radośnie,  choć  oczekiwała  większego 

ożywienia  zwierząt.  Być  może  przyczaiły  się  gdzieś  dla 
odpoczynku.  Trzeba  będzie  poczekać  do  wieczora,  aż  poczują 
się  pewniej  i  zaczną  penetrować  nowe  terytorium.  Niedługo 
powinien zjawić się Rafael Santana i zdać jej dokładny raport z 
pierwszych chwil przebywania  stada na wolności. Zagłębiła  się 
w papierach, od czasu do czasu rzucając okiem na ekran. 

Kiedy  wreszcie  dobiegł  ją  dźwięk  nadjeżdżającego 

samochodu,  w  pierwszym  momencie  pomyślała,  że  znów 
zobaczy  Jake’a  Forrestera.  Jednak  głośny  warkot  rozklekotanej 
półciężarówki  w  niczym  nie  przypominał  równego  pomruku 
podrasowanego silnika dżipa. To mógł być tylko jej asystent. 

Szybko  wyskoczyła  zza  biurka  i  wybiegła  na  ganek,  by 

uściskać  Rafaela.  Ujęła  go  za  rękę  i  szybko  poprowadziła  do 
gabinetu, po drodze niecierpliwe rzucając pytania. 

– Rafe, powiedz, jak poszło? Bardzo były spłoszone? 
Czy... 

background image

Rafael roześmiał się. 
–  Julio,  daj  mi  odetchnąć!  Wszystko  ci  opowiem,  ale  teraz 

marzę o kawie. 

–  Och,  przepraszam.  –  Szybko  włączyła  ekspres.  Kiedy 

zasiedli wreszcie z parującymi filiżankami w rękach, ciekawość 
Julii sięgała zenitu. 

– No, mów dokładnie i od początku – ponagliła. 
–  Wszystko  poszło  dobrze.  Kiedy  je  wypuściliśmy,  były 

najpierw nieco zdezorientowane, szczególnie te młode. 

– Tego się można było spodziewać. 
– Tak. Natomiast przywódcy zachowali spokój. Alfa Jeden i 

Alfa Dwa od razu poprowadziły stado w zarośla / 

na wzgórza. Choć same wydawały się wystraszone, potrafiły 

narzucić reszcie posłuch. Mówię ci, one są piekielnie mądre. 

– Jasne, przecież to nasze wilki! A jadły coś? – zapytała Julia 

z troską, jak kochająca matka. I tak się też zresztą czuła. 

–  Przed  północą  znalazły  przy  drodze  rozjechane  zwierzęta, 

które  wcześniej  zdążyłem  nafaszerować  witaminami  i 
antybiotykami. Pożarły je, że tak powiem, z wilczym apetytem. 

–  To  dobry  znak,  ale  jeszcze  przez  jakiś  czas  będą 

potrzebowały dożywiania, nim nauczą się same polować. 

– Nie powinno być problemów. Mają tam wszędzie łatwy łup: 

susły, polne myszy i króliki. 

Oboje  wiedzieli  jednak,  że  życie  w  niewoli  może  nie  tylko 

przytłumić  wrodzone  łowieckie  instynkty,  lecz  nawet 
doprowadzić do ich zaniku. 

–  Nie  martw  się,  szefowo.  –  Rafael  uśmiechnął  się.  Starsze 

wilki jeszcze coś niecoś pamiętają. A nie trzeba wiele wysiłku, 
by złowić tak tępe stworzenie jak suseł. 

Głowa do góry, na pewno wszystko się uda. 
Z  przyjemnością  popatrzyła  w  ciemne,  wesołe  oczy 

background image

młodzieńca,  błyskające  z  przystojnej  twarzy.  Jak  to  dobrze,  że 
Rafael znalazł się w zespole. Jego optymizm i poczucie humoru 
znakomicie równoważyły jej powagę i zatroskanie. 

Ten  ambitny  chłopak  zdobył  wyższe  wykształcenie,  choć 

pochodził  z  biednej,  meksykansko-amerykańskiej  rodziny. 
Urodził się i wyrósł w tej właśnie okolicy, gdzie do dzisiaj żyli 
jego  rodzice  oraz  bracia  i  siostry.  Teraz,  będąc  już  bliski 
zdobycia  dyplomu  biologa,  po  dwóch  latach  uczestniczenia  w 
programie  badawczym  wracał  w  swoje  strony,  gdzie  znał 
dosłownie  każdy  kamień  i  wszystkich  mieszkańców.  To 
przypomniało jej o wczorajszej wizycie. 

–  Wiesz,  wczoraj  odwiedził  mnie  Jake  Forrester  –  rzuciła 

mimochodem. 

–  A,  szeryf.  Wpadł  z  przyjacielską  wizytą,  czy  raczej  już 

mamy kłopoty? 

–  Zachowywał  się  bardzo  miło,  wręcz  szarmancko  – 

odpowiedziała, sącząc kawę. – A mimo to odniosłam wrażenie, 
że robił służbowy użytek ze swego uroku. 

–  Tak,  tak,  wyczuwam,  o  co  ci  chodzi.  Przystojniaczek  z 

niego.  Tak  uważają  kobiety.  Jest  wielkim  faworytem  mojej 
mamuśki.  Mówię  ci,  warto  popatrzeć,  jak  zaczyna  kokietować 
Forrestera, kiedy tylko pojawi się u niej w sklepiku. 

Julia  zachichotała  mimo  woli.  Pilar  Santana  była  cudowną 

kobietą. Jednak wizja zażywnej matrony flirtującej z Jake’em jak 
płocha nastolatka była nieodparcie komiczna. 

–  Mówiąc  poważnie  –  stwierdził  Rafe  –  jestem  pewien,  że 

nasz szeryf nie odwiedził cię bez ważnego powodu. Pamiętaj, że 
Pierson  to  zapadła  dziura  i  każdy  tutaj  chce  wiedzieć,  co  robi 
sąsiad. 

Julia wstała, by dolać sobie kawy. W rzeczywistości pragnęła 

zyskać  na  czasie.  Trzeba  przyznać,  że  Rafael  błyskawicznie 

background image

domyślił się, o co chodzi. 

Rafe  odczekał  kilka  chwil,  po  czym  zerknął  na  ekran.  Wilki 

nadal spały. 

–  Chodźmy  na  werandę.  Posiedzimy  sobie  na  słońcu  i  tam 

opowiesz mi, co powiedział Forrester – zaproponował. 

Słońce  wspinało  się  coraz  wyżej  nad  horyzontem,  złocąc 

płowe połacie pustyni. Porywy porannego wiatru przetaczały po 
piasku kule z kolczastych gałęzi. 

–  Cóż...  –  zaczęła  Julia,  popatrując  na  błękitniejące  niebo  – 

wydaje  się,  że  chciał  grzecznie  dać  mi  do  zrozumienia,  iż 
Związek Hodowców ma na nas oko, i że powinniśmy uważać na 
nasze wilki. Nic innego zresztą nie robimy, prawda? 

–  Tak,  a  nasze  Bogu  ducha  winne  wilki  boją  się  własnego 

cienia i  chowają  w  krzakach,  na  razie  niezdolne  zagryźć  nawet 
myszy, nie mówiąc już o suśle. 

– Toteż próbowałam wytłumaczyć, że nic nie grozi krowom i 

cielętom. 

–  Ach,  ci  faceci  myślą  po  staremu,  tak  jak  ich  ojcowie  i 

dziadkowie, którzy wytrzebili wszystkie wilki w tej okolicy. Oni 
naprawdę mogą być groźni. 

– Nawet jeśli szeryf będzie czuwał nad prawem? 
– Nawet W sumie ufają tylko tym, którzy urodzili się na ich 

ukochanym kawałku ziemi zwanym hrabstwem Pierson. 

Julia  ze  zrozumieniem  skinęła  głową.  Teraz  pojęła,  co 

zaintrygowało  ją  przy  pierwszym  spotkaniu  z  Jake’em 
Forresterem.  Te  gładkie  leniwe  ruchy,  powolna,  przeciągająca 
samogłoski wymowa, od początku zwróciły jej uwagę. Wyglądał 
na  człowieka  z  zupełnie  innych  stron.  Było  w  nim  jeszcze  coś 
nieuchwytnego,  wywołującego  wrażenie,  iż  nie  pochodzi  z  tej 
okolicy. 

– Szeryf nie jest chyba stąd? – rzuciła pytająco. 

background image

– Masz rację. Jest tu stosunkowo niedawno. 
– Widać jednak, że mu ufają. 
– Bo stoi za nim Fred Gilmer. 
–  Fred  Gilmer?  –  powtórzyła.  –  Czy  to  nie  jest  największy 

hodowca w okolicy, prezes tego związku? 

– Widzę, że nie traciłaś czasu. Wszystko się zgadza. Nic nie 

może  się  to  dziać  bez  wiedzy  Freda.  Sądzę,  że  on  właśnie 
przysłał do ciebie Jake’a. 

– Co ich łączy? 
–  Zaprzyjaźnili  się  jeszcze  w  Wietnamie.  A  po  powrocie 

Forrester został prywatnym detektywem. 

– Chyba nie tutaj? 
Rafe zachichotał. 
– Nie, w Los Angeles albo w jakimś innym wielkim mieście. 

Niewiele  o  nim  wiem,  bo  kiedy  się  tu  pojawił,  wyjechałem  na 
studia. Słyszałem co nieco od rodziny. 

– I Gilmer sprowadził go tutaj, żeby został szeryfem? 
– Tak się wydaje. 
– Jednym słowem Jake robi to, co mu tamten każe? 
– Aż tak źle chyba nie jest, ale sądzę, że tym razem działał na 

polecenie Freda. 

–  Mam  rozumieć,  że  wszyscy  w  Pierson  tańczą  tak,  jak  im 

zagra szanowny pan Gilmer? – zdumiała się Julia. 

Rafe wzruszył tylko ramionami. 
– A jakie ty masz z nim układy? 
– Trudno je nazwać dobrymi. – Rafael uśmiechnął się gorzko. 
–  Jak  zdążyłeś  mu  się  narazić,  skoro  zaraz  po  ukończeniu 

szkoły wyjechałeś na studia? 

– On ma córkę. 
– Ach, rozumiem – zachichotała Julia. 
Jednak Rafe’owi nie było do śmiechu. 

background image

–  Ma  na  imię  Beth.  Bardzo  przyjaźniliśmy  się  w  szkole. 

Niestety, tata Gilmer aż nazbyt wyraźnie dał mi do zrozumienia, 
żebym zostawił jego córkę w spokoju – stwierdził ponuro. 

Tym  razem  Julii  popsuł  się  humor.  Nie  dość,  że  człowiek, 

który trząsł całą okolicą, nie życzył sobie jej wilków, to jeszcze 
nie znosił jej asystenta. 

–  A  gdzie  jest  teraz  Beth?  –  zapytała,  starając  się  ukryć 

wzburzenie. 

–  Nie  martw  się,  nie  widziałem  jej  od  lat.  Wysłali  ją  na 

wschód, do jakiejś ekskluzywnej szkoły i wątpię, czy zechce tu 
wrócić. 

– Ty wróciłeś – zauważyła. 
–  Tylko  ze  względu  na  nasze  badania  –  stwierdził, 

odstawiając filiżankę i zerkając na zegarek. – A skoro już o nich 
mowa,  muszę  wracać  do  pracy.  Sprawdzę  odczyt  i  spróbuję 
zlokalizować  stado.  Potem  pojadę  na  pustynię  i  postaram  się 
śledzić  je  przez  lornetkę.  A  jakie  ty  masz  plany  na  dzisiaj?  – 
zapytał wstając. Był niewiele wyższy od Julii. 

– Powinnam posegregować materiały, co niestety łączy się też 

z odcyfrowywaniem twoich hieroglifów z notatek terenowych. A 
potem  muszę  pojechać  do  miasta,  żeby  sprawdzili  mi 
akumulator. Rano mam trudności z uruchomieniem wozu. 

– Może podjadę tam i podrzucę cię do domu? 
–  Nie,  dziękuję,  nie  sądzę,  żeby  to  była  duża  naprawa 

Niestety, okazało się, że uszkodzenie jest poważne. 

– Zdaje się, że wysiadł pani alternator – stwierdził mechanik. 

– Wóz powinien być gotowy na jutro rano. 

Julia westchnęła z rezygnacją i wyszła z warsztatu. Uznała, że 

bez  kłopotu  znajdzie  kogoś,  kto  podrzuci  ją  do  domu,  toteż 
postanowiła zwiedzić najbliższą okolicę. 

Odniosła  wrażenie,  że  życie  sennego,  prowincjonalnego 

background image

miasteczka skupia się na głównym handlowym deptaku. 

Kurz  wznosił  się  spod  nóg.  W  oddali  rysowały  się  sylwety 

gór.  W  zimie  musiało  spaść  mało  deszczu  i  wiosenna  zieleń 
bladła szybciej niż zwykle. 

Wkrótce  Julia  znalazła  się  w  pobliżu  sklepiku  spożywczego 

należącego do Pilar Santany i postanowiła wpaść na pogawędkę. 
W  ciągu  dwóch  tygodni,  podczas  których  urządzali  stację 
badawczą,  miała  więcej  okazji  do  rozmów  z  Pilar  niż  Rafael, 
który doglądał transportu zwierząt na pustynię. Obie zapałały do 
siebie sympatią. 

–  Hola!  –  wykrzyknęła  Pilar,  wybiegając  z  zaplecza  i 

serdecznie  przyciskając  Julię  do  obfitego  biustu.  –  Jak  to  się 
mówi, straciłam syna, ale chyba zyskałam córkę! 

–  Rafe  będzie  tu  bywał  częściej,  kiedy  wilki  zaczną  się 

przyzwyczajać do nowego otoczenia – obiecała Julia. 

–  Mam  nadzieję.  Ale  cieszę  się  przynajmniej,  że  wrócił  w 

rodzinne strony. To twoja zasługa, Julio. 

– Przede wszystkim wasza, bo łożyliście na jego studia. 
Pilar rozpromieniła się z dumy. 
–  No,  i  chłopak  nie  zmarnował  szansy.  Dobrze  mu  idzie,  es 

verdad?  –  Tak.  Jest  bardzo  zdolny.  Jeśli  nasz  program  się  uda, 
będzie to w ogromnym stopniu zasługą wspaniałej pracy Rafe’a 
ze zwierzętami. 

– Ciągle o nich mówi, a ani razu jeszcze nie pokazał mi zdjęć! 
– Następnym razem przyniosę kilka. Były robione jeszcze w 

stacji  doświadczalnej.  Teraz,  kiedy  wilki  zostały  wypuszczone 
na  wolność,  nie  chcemy  się  do  nich  zbliżać,  żeby  nauczyły  się 
unikać  ludzi.  To  jeden  z  warunków  ich  przetrwania.  Może 
później  zrobimy  trochę  ujęć  stada  z  powietrza.  Na  razie  jednak 
trzeba je zostawić w spokoju i mieć nadzieję, że przeżyją. 

–  Dadzą  sobie  radę,  Julio  –  zapewniła  ją  z  przekonaniem 

background image

Pilar. – Ich miejsce jest na pustyni. Tam je kiedyś Bóg umieścił i 
nie pozwoli ich skrzywdzić. 

Julia uśmiechnęła się z wdzięcznością. Pilar Santana i jej mąż, 

Luis,  od  samego  początku  popierali  projekt,  przekonani,  że 
naukowcy pragną przywrócić święty porządek natury. 

– Gdyby wszyscy myśleli tak jak wy... – westchnęła. 
–  Spokojnie,  kochana,  tak  będzie.  A  teraz  powiedz  lepiej, 

czego potrzebujesz? 

–  Dziękuję,  Pilar,  naprawdę  niczego.  Wstąpiłam  tylko  na 

pogawędkę. 

– O nie, nie wyjdziesz z pustymi rękami. Mamy świeży chleb 

i ciasto. 

Matka  Rafe’a  zakręciła  się  szybko  po  sklepie,  spakowała 

pokaźną torbę i wręczyła ją Julii. 

–  Proszę,  weź.  Jestem  ci  wdzięczna  za  to,  że  ściągnęłaś 

Rafaela do domu i sprowadziłaś tutaj wilki. 

Wszelkie  próby  odmowy  nie  zdały  się  na  nic.  Szczodrość  i 

serdeczność tej kobiety nie miały granic. Przy każdych zakupach 
przemycała do pakunków Julii jakieś łakocie. 

Żegnana wylewnie przez poczciwą Pilar Julia wyszła na ulicę 

dumnie  nazwaną  Główną  i  skierowała  się  do  biura  szeryfa, 
mieszczącego  się  w  niskim  budynku  za  rogiem.  Prawdziwym 
powodem jej wizyty w mieście był właśnie Jake, choć niechętnie 
się  do  tego  przyznawała.  Po  rozmowie  z  Rafe’em  doszła  do 
wniosku, że musi dać Forresterowi do zrozumienia, iż wie o jego 
powiązaniach z Gilmerem. 

Z bijącym sercem wkroczyła do holu. Przez moment myślała, 

że biuro jest puste, lecz po chwili zza uchylonych drzwi dobiegł 
ją znajomy głos. 

–  Dobra,  Joe,  możemy  to  dla  ciebie  zrobić.  Spokojnie,  nie 

denerwuj się. 

background image

Na  widok  wchodzącej  Julii  szeryf  na  moment  zastygł  ze 

słuchawką przy uchu. 

– Słuchaj, stary, będę musiał kończyć, bo mam pilną sprawę – 

powiedział szybko i rozłączył się. Upłynęła jeszcze chwila, nim 
wstał i ruszył ku niej z uśmiechem. 

–  Witam,  doktor  Shelton.  Co  za  niespodzianka!  Czyżby 

pragnęła pani złożyć meldunek o naruszeniu prawa? 

–  Coś  w  tym  rodzaju  –  rzuciła  niedbale  i,  nie  ukrywając 

zaciekawienia, rozejrzała się po pokoju. Na biurku leżały teczki 
z  aktami.  W  przegródce  na  pisma  znajdowało  się  kilka  kopert 
przygotowanych  do  wysłania.  Przegródka  przeznaczona  na 
sprawy do załatwienia była pusta. Można było odnieść wrażenie, 
że  w  tym  gabinecie  pracuje  pedant  albo  przeciwnie,  człowiek, 
któremu tak naprawdę nie zależy na robocie. 

–  Skoro  tak,  proszę  usiąść  i  wypełnić  kwestionariusz  – 

zwrócił się do niej urzędowo. 

– Sądziłam, że rozmowa będzie mniej... oficjalna. 
– Intrygujesz mnie, Julio. – Jake błyskawicznie zmienił ton. 
Julia  poczuła  narastającą  irytację.  Był  zbyt  swobodny  i,  co 

gorsza,  wyraźnie  próbował  z  nią  flirtować.  Za  wszelką  cenę 
postanowiła  nie  dać  się  wyprowadzić  z  równowagi.  Nabrała 
głęboko powietrza. 

– Szeryfie, wiem, o co ci chodzi, i wiem dlaczego. 
I  jeśli  ktoś  miałby  się  czuć  winny  naruszenia  prawa,  to  na 

pewno nie ja. 

Nawet  nie  drgnęła  mu  powieka,  a  oczy  nie  straciły 

łobuzerskiego wyrazu. 

– Taak... – stwierdził przeciągle. – A więc wreszcie zostałem 

zdemaskowany.  Mam  tyle  przewinień  na  koncie,  że  nawet  nie 
wiem, na czym konkretnie mnie przyłapałaś. 

– Chodzi o twoje  powiązania  z Fredem Gilmerem oznajmiła 

background image

twardo. 

W odpowiedzi uniósł brwi, udając zdumienie. 
– Wiem, że jesteś jego zausznikiem i że jesteście kumplami, 

jak to się mówi, od bitki i od wypitki – ciągnęła nieustępliwie. 

– Niezbyt szczęśliwe porównanie – mruknął. 
Zignorowała tę uwagę. 
–  Wiem  również,  iż  to  on  nakazał,  by  mnie  obserwowano. 

Teraz czeka tylko, aż popełnię jakiś błąd, naruszając na przykład 
lokalne  prawa,  by  pod  byle  pretekstem  pozbyć  się  mnie  i 
wilków.  Otóż  możesz  przekazać  panu  Gilmerowi,  że  będzie 
czekał na próżno i zapewniam go, że nic się nie zdarzy. 

Wyraz  rozbawienia  wreszcie  zniknął  z  twarzy  Jake’a. 

Zmrużył oczy i spytał: 

– Skąd wzięłaś te informacje? 
– Mam swoje źródła. 
– W takim razie twoje źródła kłamią. Nie jestem człowiekiem 

Freda  Gilmera.  Nie  jestem  niczyim  człowiekiem.  Jestem 
szeryfem Pierson i mam za zadanie pilnować spokoju obywateli 
tego  hrabstwa.  Już  ci  to  zresztą  mówiłem,  ale  najwyraźniej  nie 
zapamiętałaś moich słów. 

– Lepiej wyłóż karty na stół, szeryfie. 
– Z ochotą, doktor Shelton. 
Julia wstała zza biurka i popatrzyła mu prosto w oczy. 
– Obserwujesz mnie, a ja mam zamiar obserwować ciebie. W 

ten sposób uzyskam pewną kontrolę nad informacjami, których 
będziesz dostarczał Gilmerowi. 

Jake  odchylił  się  na  oparcie  fotela  i  splótł  ręce  za  głową. 

Jeszcze  nie  zdarzyło  mu  się  spotkać  kobiety  z  takim 
charakterem. Zmierzała do swego celu nieomylnie i pewnie jak 
gołąb  pocztowy.  I  ta  uwaga  o  przejęciu  kontroli.  ..  Warto  ją 
zapamiętać na przyszłość, może się jeszcze przydać. 

background image

–  No  cóż,  to  wszystko  brzmi  szalenie  interesująco.  Jak  więc 

mamy się nawzajem obserwować? Wprowadzisz się tutaj? 

–  Przestań  żartować,  mówię  serio.  Chcę  zaznajomić  cię 

szczegółowo  z  naszymi  badaniami,  abyś  sam  mógł  się 
przekonać, iż nie naruszają prawa i w sumie przyniosą korzyści 
waszej  okolicy.  Będziesz  mógł  przekazać  te  informacje 
Gilmerowi. 

–  Tak,  a  szczególne  korzyści  odniosę  ja  –  mruknął,  lecz  po 

chwili dodał poważniejszym tonem: 

–  Zgoda,  podoba  mi  się  twój  pomysł.  Przyjrzę  się  twojemu 

programowi  i  postaram  się  przychylniej  do  niego  podejść.  W 
takim razie kiedy zaczynamy? 

–  Ponieważ  mam  właśnie  samochód  w  warsztacie,  masz 

okazję  zacząć  od  podwiezienia  mnie  do  domu  –  wypaliła  bez 
namysłu,  by  za  moment  pożałować  zbyt  obcesowego 
zachowania.  –  Nie,  żartowałam  tylko,  masz  przecież  dyżur. 
Złapię jakąś okazję – dodała szybko. 

Niestety, było już za późno. 
–  Z  przyjemnością  z  tobą  pojadę.  Wprost  nie  mogę  się 

doczekać,  kiedy  zaczniemy  realizować  plan.  A  o  moje 
obowiązki  nie  musisz  się  martwić.  Nie  ruszam  się  bez 
radiotelefonu. 

Julia z rezygnacją spojrzała na zegarek. 
– Dobrze, jedźmy. Zbliża się  pora obserwacji. Kiedy włączę 

komputer, pokażę ci kilka bardzo ciekawych rzeczy. 

Jake  zmarszczył  brwi  i  sięgnął  po  swojego  stetsona. 

Perspektywa  przebywania  u  boku  Julii  była  nader  nęcąca. 
Będzie  gorzej,  jeśli  każe  mu  aż  do  wieczora  wpatrywać  się  w 
migające punkciki krążące po ekranie... 

– Zwykle stado liczy sześć do ośmiu sztuk – wyjaśniła Julia, 

czekając, aż komputer wczyta program. – Zawsze przywódcami 

background image

są  samiec  i  samica,  które  oznaczamy  jako  osobniki  Alfa.  O, 
widzisz! – Z ożywieniem wskazała na dwa punkciki, które nagle 
rozbłysły na ekranie. – Mam właśnie Alfę Jeden i Alfę Dwa. 

– Który jest chłopczykiem, a który dziewczynką? – zapytał ze 

śmiechem Jake. 

–  Alfa  Jeden  jest  wspaniałą  wilczycą:  mądrą,  wytrwałą, 

troszczącą się o stado – odpowiedziała z satysfakcją Julia. 

– Dobrze, a jak jest z innymi? Potrafisz je rozróżnić? 
Doskonale  wyczuwała,  że  szeryf  jest  w  nastroju  do  żartów, 

lecz postanowiła zachować powagę. 

–  Pozostałe,  czyli  dwa  samce  i  dwie  samice  Beta  też 

rozróżniam  po  odmiennym  dźwięku  sygnałów.  One  są  jeszcze 
młode.  Na  razie  tylko  Alfy  będą  się  rozmnażać.  Jak  wszystko 
dobrze pójdzie, latem Alfa Jeden będzie miała młode. 

–  Och,  jestem  pewien,  że  wszystko  pójdzie  dobrze  – 

stwierdził z życzliwością, w której nie zdołała wyczuć ani cienia 
ironii. 

–  Pewnie  się  śmiejesz,  bo  mówię  o  nich  jak  nadopiekuńcza 

mamusia.  –  Julia  odwróciła  głowę  od  ekranu  i  uśmiechnęła  się 
do swego gościa. 

Niewiele  brakowało,  a  Jake  w  spontanicznym  odruchu 

pochwyciłby  dziewczynę  w  ramiona  albo  pochylił  się,  by  ją 
pocałować.  Kiedy  znów  odwróciła  się  ku  ekranowi,  poczuł,  że 
dłużej już nie jest w stanie udawać zainteresowania. 

– Słuchaj, czy można nagrywać obserwacje, tak byś choć na 

chwilę mogła się oderwać od komputera? zapytał nieśmiało. 

Julia zachichotała. 
–  Jasne,  w  każdej  chwili  mogę  to  zrobić.  O,  popatrz.  – 

Nacisnęła szybko dwa klawisze i zerknęła na niego. – Musisz mi 
wybaczyć,  ale  to  dopiero  pierwszy  dzień  i  bardzo  wszystko 
przeżywam.  Jutro  będziemy  z  Rafe’em  analizować  dane  i 

background image

zaczniemy  nanosić  ruchy  stada na  mapę.  Stopniowo  dojdziemy 
do  takiej  wprawy,  że  będziemy  mogli  stwierdzić,  czy  coś 
upolowały.  W  razie  czego  będzie  można  podjechać  do  nich  i 
podrzucić  im  jedzenie.  Chciałabym,  żebyś  przekazał  Fredowi 
Gilmerowi, że wszystko będzie pod kontrolą. 

–  Nie  musisz  mnie  przekonywać,  sam  widzę.  I  jestem 

przekonany, że mam do czynienia z profesjonalistą. 

– Miło mi to słyszeć... 
–  Ale  nawet  najlepsi  fachowcy  są  tylko  ludźmi  i  potrzebują 

odpoczynku. Dlatego chciałbym zaprosić cię na obiad – ośmielił 
się wreszcie zaproponować. 

Julia odmownie potrząsnęła głową. 
– Niestety, Jake, nie mogę. Co prawda wszystko się nagrywa, 

ale muszę od czasu do czasu kontrolować zapis. 

– W takim razie jakim cudem znalazłaś czas na wycieczkę po 

mieście? 

– Wtedy spały. Teraz są aktywne. 
Westchnął z rezygnacją. Zaproszenie tej kobiety graniczyło z 

cudem. Jednak nie rezygnował. 

– Przecież musisz jeść – stwierdził, nie dając za wygraną. 
–  Tak,  ale  tutaj.  Wykupiłam  u  Pilar  pół  sklepu.  Czy  nie 

możesz  po  prostu  zostać  i  zjeść  ze  mną?  –  zaproponowała 
odruchowo. Tym razem jednak nie żałowała. Zaproszenie Jake’a 
wydało jej się nagle całkiem naturalne. 

–  Świetnie  –  ucieszył  się.  –  Jestem  całkiem  niezłym 

kucharzem. 

– Nie tracąc czasu, ruszyła do kuchni i otworzywszy lodówkę 

zaczęła  wygarniać  z  niej  produkty,  objuczając  go  naręczem 
sałaty, papryki, marchwi i pieczarek. 

– Starczy na sałatkę. Umiesz siekać? 
–  Jak  prawdziwy  mistrz  chińskiej  kuchni  –  pochwalił  się, 

background image

chwytając nóż i deskę. 

– Może trochę piwa? – zaproponowała, ponownie otwierając 

lodówkę. 

– Dzięki, wolałbym colę. 
– Ciągle na służbie? – spytała, wręczając mu puszkę. 
Zawahał  się  na  moment  z  odpowiedzią.  Wyczuł,  że 

zauważyła  zmianę  w  jego  twarzy.  Odgadł  to  po  jej  pytającym 
spojrzeniu.  Uznał,  że  nie  ma  sensu  niczego  ukrywać.  Lepiej 
niech dowie się teraz od niego niż później z plotek. Przynajmniej 
będzie mógł zaobserwować jej reakcję. 

–  Nigdy  nie  piję,  Julio.  Jestem  wyleczonym  alkoholikiem  – 

wyznał, patrząc jej w oczy i w napięciu czekając na odpowiedź. 

–  Och,  tak  mi  głupio,  Jake  –  odparła  po  chwili  milczenia. 

Najmniej spodziewał się tego przepraszającego tonu. 

– Dlaczego? Przecież nic nie wiedziałaś. Najwidoczniej twoje 

źródło nie ujawniło ci wszystkich informacji. 

–  Najwidoczniej  –  przyznała.  –  Zresztą  to  nie  ma  nic  do 

rzeczy, prawda? 

–  Owszem,  ma,  ale  tylko  dla  mnie.  Oczywiście,  jeśli  masz 

ochotę  na  wino  czy  piwo,  nie  krępuj  się.  Nie  mam  zamiaru 
narzucać nikomu swoich zasad. 

–  Nie,  nie  mam  ochoty,  czeka  mnie  dzisiaj  dużo  pracy  – 

stwierdziła.  –  Jak  przypuszczam,  Fred  Gilmer  wie  o  tym?  – 
dodała po chwili. 

Jake zamarł na moment z nożem w uniesionej ręce. Znów go 

zaskoczyła. 

– Krój, krój, nie leń się... 

– Tak jest. – Skwapliwie chwycił kolejną paprykę. – Owszem, 
Fred wie o tym. Prawdę mówiąc, wie o mnie wszystko. Wiele ze 
sobą przeżyliśmy i zapewniam cię, Julio, że to porządny facet. 
Przekonasz się, kiedy go poznasz. 

background image

– Mhm... – mruknęła bez entuzjazmu i znów ruszyła ku 
lodówce. – Przez ten czas zrobię omlet – zaproponowała. 

Stali ramię w ramię, zgodnie pracując przy kuchennym blacie. 

Jake’a ogarnęło niemal zapomniane uczucie spokoju. 

Nim  zasiedli  do  stołu,  Julia  zdążyła  raz  jeszcze  spojrzeć  na 

monitor. Czekał na nią, czując, że chce powiedzieć jej więcej o 
sobie. Było coś szczególnego w tej kobiecie, co skłaniało go, by 
być równie szczerym jak ona. 

– Omlet był wspaniały – stwierdził z uznaniem. 
–  Sałatka  również  –  zrewanżowała  się  z  uśmiechem.  Nie 

wahał się dłużej. 

–  Czy  wiesz,  że  Fred  i  ja  byliśmy  razem  w  Wietnamie?  – 

zagadnął. 

Przytaknęła tylko. 
–  Po  powrocie  przenosiłem  się  z  miejsca  na  miejsce,  łapiąc 

różne roboty, aż wylądowałem w Los Angeles. Tam zatrudniłem 
się w agencji detektywistycznej. I to nie byle jakiej, wierz mi. 

– Wyobrażam sobie. Te szybkie samochody, błyszcząca broń, 

piękne kobiety... 

– Tak, żebyś wiedziała. Pełny szpan. 
– Kim byli wasi klienci? 
–  Faceci  z  Hollywoodu  wynajmujący  nas  do  szpiegowania 

niewiernych żon, producenci sprawdzający swoich aktorów albo 
nie ufające swoim kochankom gwiazdy filmowe. 

– I cały ten blichtr zaczął ci imponować, tak? 
–  Tak,  rzeczywiście.  Czeki  na  wielkie  sumy,  łatwe  kobiety, 

najlepsze  hotele,  bary  i  przyjęcia,  na  których  alkohol  lał  się 
strumieniami. Uderzyło mi to wszystko do głowy jak narkotyk. 

–  Myślę,  że  Wietnam  miał  z  tym  wiele  wspólnego  – 

zauważyła. 

– Zapewne, ale nie zamierzam się tłumaczyć. W każdym razie 

background image

staczałem się w błyskawicznym tempie i szybko sięgnąłem dna. 
Straciłem pracę i popadłem w długi. Wtedy dowiedział się o tym 
Fred  i  zaproponował,  że  ściągnie  mnie  tutaj.  Postawił  jeden 
warunek: że skończę z piciem. I udało mi się. 

– I zrobił cię szeryfem? Przecież to obieralna funkcja. 
–  Zgadza  się.  Popracowałem  u  niego  przez  rok,  a  potem 

wystartowałem w wyborach i wygrałem. 

Uśmiechnął się. 
– Nic by jednak z tego nie wyszło, gdyby Fred nie wyciągnął 

mnie wtedy z kłopotów. 

– Dlatego jesteś wobec niego lojalny. 
Popatrzył na nią z wyrzutem. 
–  Dziwne,  z  takim  szacunkiem  wyrażasz  się  o  lojalności 

panującej wśród wilków, a w odniesieniu do ludzi staje się ona 
dla ciebie czymś nagannym i podejrzanym. 

Julię wyraźnie poruszyła ta gorzka uwaga. 
– Nie, źle mnie zrozumiałeś. Po prostu z naukowego nawyku 

dokonałam  dedukcji,  łącząc  różne  fakty  wiążące  cię  z  Fredem 
Gilmerem, i doszłam do pewnych wniosków. 

– Nie wierzę w tę naukowość. Wbrew pozorom jesteś osobą 

wrażliwą i reagującą emocjonalnie – stwierdził, choć nie był do 
końca  pewien  własnej  intuicji.  Rozmowa  zaczynała  zbaczać  na 
śliski  grunt.  Postanowił  porzucić  niewygodny  wątek  swojej 
przyjaźni z Fredem i porozmawiać o Julii. Nie wiedział jednak, 
jak  zmienić  temat.  Po  raz  pierwszy  poczuł  się  bezradny  w 
obecności kobiety. Zwykle zwierzały mu się same, bez żadnych 
zachęt. Jednak Julia Shelton była kimś zupełnie wyjątkowym. 

– A teraz, kiedy już poznałaś moje sekrety, czy zwierzysz mi 

się ze swoich? – zapytał niezręcznie. 

– Dobrze, ale po kawie – obiecała. 
 

background image

Rozdział 3 

 
Szli ramię w ramię przez pustynię. Nie dotykali się, ale Julia 

silnie  odczuwała  bliskość  tego  wysokiego,  postawnego 
mężczyzny,  skracającego  swój  długi,  niedbały  krok,  by  mogła 
nadążyć. 

Księżyc raz po raz przebłyskiwał zza chmur, wydobywając z 

cienia kształty kaktusów. Myśli Julii krążyły pomiędzy wilkami 
a Jake’em Forresterem. W niecodziennej scenerii jego obecność 
nabrała  dodatkowego,  intrygującego  sensu.  Ktoś,  kogo 
początkowo  zaklasyfikowała  jako  prowincjonalnego  szeryfa, 
okazał się człowiekiem o głębokiej, złożonej naturze. 

Jake pierwszy przerwał milczenie. 
–  No  dobrze,  teraz  twoja  kolej.  Obiecałaś  przecież,  że  po 

kawie zwierzysz mi się ze swoich sekretów – dodał, widząc jej 
zaskoczone spojrzenie. 

– Mam tylko jeden sekret. 
– Zamieniam się w słuch. 
–  To  proste.  Moim  sekretem  jest  brak  sekretów.  Jestem 

całkowicie przeciętną kobietą, prowadzącą zwyczajne życie. 

– O, tak – przyznał. – Większość kobiet, z jakimi miałem do 

czynienia, hodowała wilki na pustyni. 

– Babcia zawsze mi mówiła, że wilki dwunożne są gorsze od 

czworonożnych – parsknęła. 

Spojrzał na nią z leniwym uśmiechem. 
– Niewiele wiem o tych  ostatnich, natomiast pasjonują mnie 

dwunożne  i  ich  miejsce  w  twoim  życiu  –  powiedział  niskim 
głosem. 

Nic nie odpowiedziała. Jednak nie zamierzał rezygnować. 
–  W  porządku,  postawmy  sprawę  jasno.  Czy  jest  w  twoim 

background image

życiu jakiś mężczyzna? 

– Teraz nie ma – odparła, patrząc mu prosto w oczy. 
–  Ciężko  się  z  tobą  rozmawia.  A  myślałem,  że  jesteś 

specjalistką od wykładania kawy na ławę. 

–  Toteż  jeśli  powiedziałam,  że  nie  mam  sekretów,  należy 

rozumieć, że nie mam nic ciekawego do opowiedzenia. 

–  Opowiedz  cokolwiek,  może  dla  mnie  okaże  się  to 

interesujące. 

–  Dobrze,  widywałam  się  z  kimś  z  uczelni  –  zaczęła  i 

zamilkła. Uświadomiła sobie, że zwierza się prawie nieznanemu 
mężczyźnie. 

– Proszę – nalegał. 
Nagle przestała się wahać. 
– Byliśmy z Tedem na tym samym wydziale, choć w różnych 

katedrach – zaczęła. 

– Może znał się na komputerach? – nie wytrzymał Jake. 
–  Bystry  jesteś...  Większość  pracowników  uniwersyteckich, 

jak  to  określiłeś,  „zna  się  na  komputerach”.  Ted  specjalizował 
się  w  behawiorystyce.  Słowem,  obserwował  i  analizował 
zarówno  zachowania  ludzi,  jak  i  zwierząt.  Dlatego  mieliśmy 
wiele  wspólnych  naukowych  pasji,  nie  mówiąc  już  o  tym,  iż 
oboje  byliśmy  pracoholikami.  Nasi  przyjaciele  z  wydziału 
uważali, że będziemy stanowić idealną parę jako małżeństwo. 

– A jednak nie udało się? 
–  Nie,  być  może  dlatego,  że  byliśmy  za  bardzo  do  siebie 

podobni, zbyt zapatrzeni w naszą pracę, która przesłaniała  nam 
resztę  życia.  Ted  miał  swoje  badania,  ja  swoje  i...  –  zawahała 
się. 

– I... ?-naciskał. 
– Potem Ted dostał stypendium zagraniczne. 
–  I  każde  z  was  postawiło  na  własną  karierę  naukową  – 

background image

podsumował Jake. Zwolnili kroku, zbliżając się do domu. 

–  Tak  –  przyznała  Julia.  –  Żadne  z  nas  nie  było  nawet  w 

stanie  pomyśleć  o  prawdziwym  związku.  Owszem,  często 
snuliśmy  plany,  że  gdzieś  się  wybierzemy,  na  przykład  na 
Riwierę,  ale  nigdy  nie  mieliśmy  na  nic  czasu.  Myślę,  że  już 
choćby to niezbyt pochlebnie świadczyło o naszym związku. 

–  Albo  raczej  o  Tedzie.  Zapewne  nie  był  w  stanie  utrzymać 

przy sobie kobiety takiej jak ty. 

Julia zatrzymała się na stopniu werandy i z góry spojrzała w 

oświetloną promieniami księżyca twarz Jake’a. 

– A co  mogłoby utrzymać  przy mężczyźnie kobietę taką  jak 

ja,  szeryfie?  Jestem  pewna,  że  ma  pan  na  ten  temat  własną 
teorię. 

Roześmiał  się  wibrującym,  zmysłowym  śmiechem,  który 

spowodował, że serce Julii zaczęło bić przyspieszonym rytmem. 

– Mam wiele interesujących teorii na pani temat. 
Bardzo wiele. 
Pochylił  się  ku  niej  powoli.  Julia  nie  cofnęła  się.  Czekała. 

Wiedziała, że chce ją pocałować. 

Nie pocałował. Zamiast tego delikatnie pogładził jej policzek 

koniuszkami  palców.  Uśmiechnęła  się  do  niego i  zawróciła, by 
wejść na ostatni stopień ganku. 

Złapał  ją  za  rękę  i  przyciągnął  z  powrotem  ku  sobie,  tak 

łagodnie,  że  nie  zaprotestowała.  Otoczył  ją  ciasno  ramionami  i 
tym razem musnął wargami jej usta. Wyczuł napięte sutki piersi, 
gdy się do niego przytuliła. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  teraz  nie  odrzuci  tego 

mężczyzny,  za  chwilę  może  już  być  za  późno.  Czuła  wargi 
Jake’a  na  policzkach  i  coraz  niżej,  na  szyi.  Tchnienie  jego 
ciepłego oddechu nie pozwalało jej wydobyć głosu. 

Wreszcie zdołała wykrztusić: 

background image

– Jake, słuchaj... szeryfie... 
– Słucham, pani Shelton? – zapytał rzeczowo. 
– Ja... – zająknęła się, czując jego usta tuż przy uchu. 
– Czyżbyś nie była zainteresowana kontynuowaniem naszych 

badań? 

–  Nie,  absolutnie  nie  –  wydukała  wreszcie,  lecz  wystawił  ją 

na  ciężką  próbę.  Czubkiem  języka  pieścił  jej  ucho.  Zamiast 
odepchnąć  go,  jak  zamierzała,  przytuliła  się  mocniej.  Poczuła 
twarde uda, przylegające do swoich, a potem wargi Jake’a, tym 
razem  już  nie  delikatne,  a  gorące  i  niecierpliwe.  Namiętnie 
odwzajemniła  pocałunek  i  pozwoliła,  by  język  mężczyzny 
wtargnął w jej usta. 

Kiedy zdawało się, że całkowicie poddała się i pozwoliła, by 

ogarnęła  ją  fala  rozkosznego  zapomnienia,  nagle  cofnęła  się, 
zakrywając dłonią usta. 

Zmieszana,  niepewna  swoich  reakcji,  stała,  próbując 

zapanować  nad  wewnętrznym  drżeniem.  Jake  musiał  to 
zauważyć, gdyż znów wyciągnął ku niej ramiona. 

Po  raz  drugi  próbowała  wycofać  się  na  werandę  i  uspokoić 

zmysły.  Przesłał  jej  porozumiewawczy  uśmiech,  jakby  od  tej 
pory  dzielili  wspólny  sekret.  Szybko  pokonał  ostatnie  schodki, 
stanął przy Julii i otoczył jej szyję ramieniem. Palce jego dłoni 
jakby przypadkiem dotykały piersi kobiety. Na próżno usiłowała 
zapanować nad zdradzieckim łomotem serca. 

–  Jest  pani  cudowna,  pani  doktor.  Czy  nie  uważa  pani,  że 

nadszedł czas na doświadczalną fazę naszych badań?  – zapytał, 
gładząc ją po ramieniu. 

Arogancki ton w głosie mężczyzny zaalarmował Julię. 
–  Musisz  być  niesłychanie  pewny  siebie,  prawda?  –  rzuciła 

ostrym tonem. 

–  Nie  rozumiem,  co  masz  przeciwko  moim  naukowym 

background image

pomysłom? 

– Pomysły są interesujące, lecz miejsce niewłaściwe. 
–  Och,  rzeczywiście,  ławka  na  werandzie  nie  jest  najlepsza. 

Może weszlibyśmy do domu? 

–  Nie.  –  Julia  zdecydowanie  potrząsnęła  głową,  uwalniając 

ramię  spod  jego  ręki.  –  To  nie  jest  właściwy  czas  ani  miejsce, 
szeryfie. 

– Nie do wiary, czyżbyś obawiała się dużego, złego wilka? – 

zaśmiał się. 

–  Nigdy  w  życiu!  –  zapewniła.  –  Ale  czeka  mnie  jeszcze 

wiele  pracy  tu,  na  pustyni.  Nie  mogę  się  rozpraszać.  Poza  tym 
nie wyobrażam sobie, żebym mogła iść do łóżka z wrogiem. 

– A kto mówił coś o łóżku? – Jake zbił ją z tropu niewinnym 

pytaniem. 

– Ja... – Bezskutecznie szukała ciętej riposty. 
– Po co zaraz łóżko? Przecież jest sofa w salonie. A w kuchni 

masz taki duży stół... 

–  Szeryfie  Forrester,  mam  już  tego  dosyć,  a  poza  tym...  jest 

późno! 

Niedbale wzruszył ramionami. 
–  Jak  sobie  pani  życzy.  Przed  nami  jeszcze  wiele 

księżycowych nocy. I zapewniam panią, że niedługo już któraś z 
nich będzie nasza. 

Stał przez chwilę, górując nad nią swoją wysoką postacią, po 

czym  leciutko  pocałował  ją  w  policzek  i  zniknął  w 
ciemnościach. 

 
Julia  nuciła  radośnie,  parząc  poranną  kawę.  To  wilki 

wprawiły  ją  w  tak  cudowny  humor,  wmawiała  sobie  w  duchu. 
Nadspodziewanie  dobrze  przystosowywały  się  do  nowej 
sytuacji.  Najbardziej  wyrafinowane  pocałunki  Jake’a  Forrestera 

background image

nie  są  warte  satysfakcji  z  pomyślnie  przebiegającego 
eksperymentu. 

Gdy na dworze dał się słyszeć warkot samochodu, wiedziała 

od  razu,  że  nie  należy  ani  do  jej  asystenta,  ani  do  szeryfa. 
Zdumiewające,  jak  szybko  życie  na  pustkowiu  wyostrzyło  jej 
zmysły.  Kiedy  wyszła  na  ganek,  zobaczyła  młodą  kobietę 
wysiadającą  z  niebieskiego  sportowego  kabrioletu.  Skośne 
promienie porannego słońca zalśniły na jasnych włosach. Jednak 
zdumienie  Julii  wzbudził  przede  wszystkim  snobistyczny  wóz 
nie  pasujący  do  okolicy,  gdzie  królowały  dżipy  i  terenowe 
półciężarówki. 

–  Hej,  jestem  Beth  Gilmer  –  powitała  ją  wesoło  nowo 

przybyła.  Swobodnym  krokiem  weszła  na  ganek  i  wyciągnęła 
rękę w geście powitania. 

Julia wstrzymała oddech z wrażenia. Wyraźnie prześladuje ją 

to nazwisko! 

– Córka Freda Gilmera? – zapytała, potrząsając dłonią Beth. 
– Tak, we własnej osobie. 
– Jestem Julia Shelton. 
– Oczywiście. Wszystko o tobie wiem. 
– Proszę, wejdź, porozmawiamy przy kawie. 
Julia,  zaciekawiona  i  jednocześnie  zaniepokojona  wizytą 

córki  wszechwładnego  Gilmera,  nie  zaniedbała  uprzejmości  i 
oprowadziła gościa po swoim królestwie. 

Dziewczyna była zachwycona domem, który, jak się okazało, 

intrygował  ją  już  w  dzieciństwie.  Mogła  mieć  najwyżej 
dwadzieścia  lat.  Julia  obserwowała  ją  spod  oka,  podziwiając 
zgrabną,  wysportowaną  sylwetkę  i  ładną  buzię  o  niebieskich 
oczach.  Musiała  przyznać,  że  Beth  Gilmer  miała  klasę. 
Zazdrosnym  okiem  oceniła  modne  pantofle,  świetnie  skrojone 
płócienne spodnie i beżową jedwabną bluzkę. Nagle poczuła się 

background image

jak  Kopciuszek  w  swoich  obciętych  dżinsach  i  spranej 
bawełnianej koszulce. 

Kiedy  wreszcie  zasiadły  przy  stoliku  z  filiżankami  kawy  w 

dłoniach,  Beth  spojrzała  na  nią  i  posłała  Julii  olśniewający 
uśmiech. 

–  Zapewne  zastanawiasz  się,  dlaczego  tu  przyjechałam, 

prawda? 

– Nie przeczę, jestem ciekawa. 
– Cóż, pragnę zgłosić się na ochotnika – oznajmiła Beth takim 

tonem, jakby wręczała swojej rozmówczyni cenny dar. 

–  Julia  zamarła  z  wrażenia.  Córka  Freda  Gilmera,  szefa 

potężnego  Związku  Hodowców  Bydła,  zgłaszająca  się  jako 
ochotniczka  do  pracy  z  wilkami?  To  niemożliwe.  Mało  tego, 
podejrzane!  Czyżby  Gilmerowi  nie  wystarczało  już  przysłanie 
Jake’a  na  przeszpiegi  i  musiał  posłużyć  się  córką?  Trzeba 
szybko  wyjaśnić  sprawę,  nie  bawiąc  się  w  subtelności, 
postanowiła. 

– Beth, przecież twój ojciec... 
–  Och,  nie  musisz  kończyć.  –  Dziewczyna  machnęła 

lekceważąco ręką. – Julio, mój tatuś nie rozumie nic z tego, co 
robisz. Mogę chyba mówić ci po imieniu, prawda? On ma jakieś 
prehistoryczne  poglądy  na  temat  wilków,  które  włóczą  się 
całymi  watahami  po  okolicy,  zagryzając  bydło  i  od  czasu  do 
czasu dzieci na zakąskę. 

– Rzeczywiście chadzają stadami – przyznała Julia. 
– Tak, ale z tego, co czytałam, wynika, że dziś nie stanowią 

już żadnego zagrożenia dla stad. 

– Czytałaś coś na temat wilków? 
– Ach, tylko kilka artykułów. Wiesz, kiedy dowiedziałam się, 

co  robisz  w  naszych  okolicach,  poszłam  do  biblioteki  i  tam 
dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy. Mówię ci, gdyby 

background image

każdy  zadał  sobie  choć  odrobinę  tego  trudu,  co  ja,  nie  byłoby 
problemu. 

– Owszem, masz rację, tylko... 
–  Julio,  jeśli  chcesz,  żeby  ten  eksperyment  się  udał,  trzeba 

przekonać do niego lokalną społeczność! 

Musiała  przyznać,  że  Beth  miała  rację.  Już  na  uczelni 

sugerowano  jej,  by  nawiązała  dobre  stosunki  z  miejscową 
ludnością, lecz tego typu rady zwykle lekceważyła. 

– Miałam zamiar obarczyć tym mojego asystenta, ale jest zbyt 

zajęty  pracą  w  terenie.  A  ja  nie  należę  do  ludzi,  którzy  łatwo 
nawiązują  kontakty.  Jeszcze  bardziej  nie  lubię  występować 
publicznie  –  stwierdziła  Julia  i  aż  się  wzdrygnęła.  Beth  z 
radosnym uśmiechem wyprostowała się na krześle. 

– I właśnie dlatego tutaj przyjechałam – oznajmiła. – Nie chcę 

się  chwalić,  ale  świetnie  sobie  radzę  w  takich  sytuacjach.  W 
końcu  ukończyłam  studia  z  odpowiednią  specjalizacją  i  wiele 
mnie tam nauczono. No powiedz sama, czy nie przydałby ci się 
taki  menedżer  i  rzecznik  prasowy  w  jednej  osobie?  Wierz  mi, 
jestem  prawdziwym  fachowcem!  –  wykrzyknęła  bez  śladu 
fałszywej skromności. 

–  Dobrze,  chwileczkę...  –  Julia  próbowała  powściągnąć  jej 

młodzieńczy entuzjazm. – Nie możesz zapominać, że twój ojciec 
nie życzy sobie ani mnie, ani moich wilków. Twoja obecność w 
naszym zespole pogorszyłaby moją i tak już niezręczną sytuację. 

Beth zmierzyła ją spokojnym spojrzeniem. 
–  Dziwię  się,  że  chcesz  mi  odmówić  tylko  dlatego,  że  mój 

tatuś jest tym, kim jest i ma takie, a nie inne zdanie. 

Ja  natomiast  chciałabym  być  oceniana  wyłącznie  za  moje 

postępowanie i poglądy, bez względu na to, czyją jestem córką. 
Pani  jest  profesjonalistką,  pani  doktor  i  jestem  pewna,  że 
doskonale mnie rozumie. 

background image

Julia  przekonała  się,  że  piękna  Beth  Gilmer  jest  nie  tylko 

inteligentna  i  uparta,  ale  posiada  dar  przekonywania. 
Uśmiechnęła  się.  Dziewczyna  była  rzeczywiście  doskonałym 
fachowcem. 

– Masz rację – przyznała. – Przyjmuję twoją pomoc. 
Mam  tylko  jedną  prośbę:  kiedy  tylko  wpadnie  ci  do  głowy 

jakiś ciekawy pomysł, chciałabym się najpierw z nim zapoznać. 
Ja, w przeciwieństwie  do ciebie, nie  mogę  lekceważyć  twojego 
ojca. Chyba to rozumiesz, prawda? 

–  Tak,  oczywiście.  Nie  chcę  zaszkodzić  naszym  wilkom  – 

oświadczyła Beth. 

– Cieszę się. To właśnie pragnęłam usłyszeć. Masz już jakieś 

propozycje? 

– Jasne. Po pierwsze chciałabym zamieścić kilka artykułów w 

lokalnej  prasie.  Swoją  drogą  dziwię  się,  że  sama  jeszcze  na  to 
nie wpadłaś. 

Julia ze wstydem pomyślała o stercie nie załatwionych listów 

i telefonach, które stale zbywała. 

–  Później  –  ciągnęła  Beth  –  spróbuję  zmienić  nastawienie 

naszej  społeczności.  Najlepiej  będzie  działać  od  podstaw, 
docierając  do  szkół,  kościołów  i  lokalnych  organizacji.  Mówię 
ci, mam świetny pomysł. 

Zaczęła w zapale gestykulować. 
–  Na  pewno  słyszałaś  o  programie  ochrony  wielorybów  w 

Nowej  Anglii.  Niektóre  ze  zwierząt  zostały  „zaadoptowane” 
przez pojedynczych ludzi bądź ich grupy. Przybrani „rodzice” z 
całych  Stanów  otrzymują  pełny  serwis  informacji  i  zdjęć  na 
temat stad i swoich podopiecznych. Tego typu akcja wyrabia w 
ludziach osobisty stosunek do zwierząt i sprawia, że angażują się 
w  ich  ochronę.  Wówczas  taki  wieloryb  albo,  w  naszym 
przypadku,  wilk  może  być  chroniony  w  o  wiele  większym 

background image

stopniu. 

–  Słowem  chciałabyś,  by  na  przykład  szkolne  dzieci 

zaadoptowały moje wilki? 

– Właśnie. Pomysł jest szalony, ale chcę podjąć wyzwanie. 
Propozycja  Beth  bardzo  spodobała  się  Julii,  choć  z  drugiej 

strony  nadawała  badaniom  nowy,  zgoła  nienaukowy  charakter. 
Być może jednak okaże się to konieczne... Właśnie roztrząsała w 
myślach  wszystkie  za  i  przeciw,  kiedy  usłyszała  warkot 
terenowego samochodu. Po chwili na werandzie zadudniły kroki 
Rafe’a. 

Musiał  od razu domyślić się, do kogo należy sportowy wóz. 

Twarz młodego mężczyzny wyrażała sprzeczne uczucia: radość i 
napięcie, podekscytowanie i żal. 

Natomiast Beth zareagowała żywiołowo. 
– Rafe, co za niespodzianka! 
–  Beth  zgłosiła  się  na  ochotnika  do  pomocy,  co  jest  dla  nas 

bezcenne.  Obawiam  się,  że  sami  możemy  nie  dać  rady  – 
oznajmiła Julia, ciekawa opinii Rafaela. Gdyby zauważyła choć 
cień  niechęci,  dla  dobra  współpracy  musiałaby  odrzucić  ofertę 
dziewczyny. 

–  Znakomity  pomysł  –  stwierdził,  choć  wyraz  jego  oczu 

częściowo  przeczył  słowom.  –  Rzeczywiście  potrzebujemy 
każdej pary rąk. Na dobre wróciłaś już w rodzinne strony, Beth? 
– zagadnął z pozoru niedbałym tonem. 

– Jeszcze nie wiem. Może i na długo. 
–  Beth  chciałaby  uzyskać  poparcie  społeczności  dla  naszego 

programu,  działając  poprzez  lokalne  organizacje  –  dodała  Julia 
widząc, że Rafe nadal stoi w progu. 

– Kolejny znakomity pomysł – stwierdził, nie odrywając oczu 

od  dziewczyny.  –  Skoro  tak,  to  pewnie  pobędziesz  tu  trochę, 
prawda? 

background image

– Tak długo, jak będzie potrzeba, o ile oczywiście Julia mnie 

przyjmie. 

– Jasne, że przyjmę! Witaj na pokładzie – zaśmiała się Julia, 

wyciągając rękę do dziewczyny. 

Beth uścisnęła ją z entuzjazmem i odwróciła się do Rafe’a. 
– Nie mogę się doczekać, kiedy zacznę działać – powiedziała. 

– Może twoja matka zechciałaby się włączyć? 

–  O,  na  pewno.  Od  początku  popierała  nasz  eksperyment, 

poza tym zna wszystkich w mieście. A tyle razy musiała chodzić 
do  szkoły  na  wywiadówki,  że  zna  też  nauczycieli.  Może 
niektórzy  z  nich  zdążyli  już  zapomnieć,  jak  rozrabiali  mali 
Santanowie.  Poza  tym  jest  wierną  parafianką  i  stale  siedzi  w 
kościele. 

–  Jej  pomoc  będzie  nieoceniona  –  ucieszyła  się  Julia,  lecz 

dwójka  młodych  ludzi  nie  zwracała  już  na  nią  uwagi.  Stali 
wpatrzeni w siebie. 

–  Bardzo  chciałabym  odwiedzić  twoją  matkę  –  westchnęła 

Beth. – Całe lata jej nie widziałam. 

– Całe lata... – powtórzył Rafe. 
Julia  odchrząknęła  głośno,  zakłócając  coraz  bardziej 

romantyczny nastrój. 

–  Cieszę  się,  kochani,  że  doszliśmy  do  porozumienia  – 

oznajmiła  radośnie.  –  Dzięki  Beth,  która  zajmie  się 
propagandową  stroną  przedsięwzięcia,  będziemy  mogli  skupić 
się na badaniach. Ustalimy terminy zebrań, a ty, Beth, będziesz 
opracowywać  dla  mnie  coś  w  rodzaju  sprawozdań.  I  na  tym 
chyba 

skończymy 

dzisiejsze 

spotkanie, 

moi 

drodzy 

współpracownicy – oświadczyła, podchodząc do komputera. 

Beth wreszcie zdołała oderwać wzrok od Rafaela i spojrzeć na 

swoją nową szefową. 

–  Fajnie.  Zacznę  od  odwiedzenia  pani  Santany.  Aha,  i  będę 

background image

potrzebowała  materiałów  na  temat  wilków,  zwłaszcza  ich 
fotografii, imion, metryk. 

Rafe zareagował błyskawicznie. 
– Dostarczę ci wszystko, kiedy spotkamy się u mojej mamy. 

Chodź,  odprowadzę  cię  do  samochodu,  bo  zaraz  muszę  jechać 
na pustynię. 

Dziewczyna wychodząc odwróciła się ku Julii. 
– Jeszcze raz ci dziękuję. Aha, byłabym zapomniała. 
W sobotę wieczorem urządzamy w naszym ogrodzie coroczne 

przyjęcie. Zapraszam was oboje i waszych partnerów również – 
dodała, zerkając na Rafe’a. 

– To bardzo miło z twojej strony, ale czy ojciec nie będzie się 

sprzeciwiał? – zapytała Julia. 

– Przyjęcie odbywa się również na moją cześć – obruszyła się 

Beth.  –  Poza  tym  tata  lubi  nowych  gości.  Proszę,  przyjdźcie. 
Taka  impreza  zdarza  się  raz  na  rok  i  zjawia  się  na  niej  pół 
okolicy.  Będzie  świetna  okazja,  żeby  coś  zdziałać  dla  naszych 
wilków. 

Ostatni argument przekonał Julię. 
–  Dobrze,  przyjdziemy  –  obiecała,  choć  w  głębi  duszy 

niepokoiła ją perspektywa zjawienia się w samej jaskini lwa. 

 
O  jedenastej  wieczorem,  kiedy  Julia  przeglądała  wydruki  z 

komputera, zadzwonił telefon. Niedbale sięgnęła po słuchawkę. 

– Obudziłem panią doktor? 
Dźwięk głosu Jake’a przywrócił ją do rzeczywistości. 
– Nie, zaplanowałam sobie nocne czuwanie przy komputerze. 
– Może przydałoby się towarzystwo? 
– Nie. Mówiłam ci, że lubię być sama. 
–  Mmm...  A  co  byś  powiedziała,  gdybym  w  sobotę  wieczór 

zabrał cię na przyjęcie do Gilmera? 

background image

–  Byłabym  po  prostu  zachwycona  –  odparła  bez  namysłu.  – 

Jake? Jesteś tam? – Zerknęła na słuchawkę. 

– Jestem – zachichotał. – Tylko na moment mnie zatkało, bo 

zgodziłaś się, nawet nie pytając. 

–  Nie  musiałam  pytać,  bo  już  wiem.  W  tej  okolicy  wieści 

szybko się rozchodzą. 

–  Proszę,  a  ja  myślałem,  że  będę  musiał  cię  błagać  i 

przekonywać. 

–    –  Widzisz,  po  prostu  doszłam  do  wniosku,  że  lepiej  jest 

wkroczyć do jaskini lwa w towarzystwie innego lwa. 

Roześmiał się. 
–  Fajnie  kotku,  tylko  włóż  buty  do  tańca.  Porywam  cię  w 

sobotę o siódmej. 

Buty  do  tańca...  Julia  w  zamyśleniu  podeszła  do  szafy  i 

zaczęła  przeglądać  jej  zawartość...  Ubrania  nadawały  się  na 
pustynię,  ale  nie  na  przyjęcie.  Od  dawna  już  planowała  kupić 
sobie choć jedną elegancką kreację. Widać wreszcie nadszedł na 
to czas. 

Muszę zrobić wrażenie na nich wszystkich, żeby wiedzieli, z 

kim mają do czynienia, pomyślała. 

A  gdyby  tak  jeszcze  Jake  Forrester  oniemiał  na  jej  widok  z 

zachwytu? 

 

background image

Rozdział 4 

 
–  No,  no,  cóż  za  uroczy  Czerwony  Kapturek!  Wymarzony 

kąsek dla wilka. 

Julia,  schodząca  właśnie  z  ganku  na  spotkanie  Jake’a, 

zarumieniła się, widząc autentyczny zachwyt w jego oczach. 

–  Ty  też  ładnie  wyglądasz,  szeryfie  –  zauważyła.  Było  mu 

bardzo  do  twarzy  w  jasnoniebieskiej  koszuli  i  eleganckich 
szarych spodniach. Nie nałożył krawata. Widać na przyjęciach u 
Gilmera  mężczyźni  mogli  ubierać  się  swobodnie,  za  to  kobiety 
musiały olśniewać strojami. 

Pogwizdywał z podziwu, przyglądając się jej uważnie. 
 –  Bosko  wyglądasz  w  tej  kreacji,  Julio.  A  przysiągłbym,  że 

rudym nie jest w tym kolorze do twarzy. 

Miał  rację.  Większość  kobiet  o  jej  odcieniu  włosów 

wyglądałaby  fatalnie  w  czerwonym.  Na  szczęście  należała  do 
wyjątków.  Ta  wydekoltowana  suknia  z  ozdobnymi  wstawkami 
kosztowała  ją  majątek.  Nie  zawahała  się  jednak  i  kupiła  tę 
kreację od razu, gdy tylko ją dostrzegła. 

Jake  ceremonialnie  ujął  Julię  pod  ramię  i  poprowadził  do 

dżipa. 

– Nie mogę się doczekać momentu, w którym wkroczę tam z 

tobą u boku – stwierdził nagle, uniósł ją w ramionach i posadził 
w wozie. 

Julia  uśmiechnęła  się  rozpromieniona.  Coś  takiego  zdarzyło 

się  jej  po  raz  pierwszy  w  życiu.  Być  może  Jake  należał  do 
dwunożnych wilków, ale potrafił być czarujący. 

 
Ranczo  Freda  Gilmera  zrobiło  na  niej  spore  wrażenie. 

Promienie  zachodzącego  słońca  złociły  ceglane  ściany 

background image

piętrowego budynku otoczonego długą werandą z niezliczonymi 
białymi kolumienkami. Ten dom, jakby żywcem przeniesiony z 
Południa,  z  epoki  Scarlett  O’Hary,  dziwnie  wyglądał  tu,  na 
pustyni. 

Natychmiast  pojawiła  się  służba,  a  odźwierny  w  liberii 

zaprosił  ich  do  wnętrza.  Posadzkę  ogromnego  holu  wyłożoną 
wspaniałą  terakotą  pokrywały  dywany.  Na  piętro  prowadziły 
ozdobne  szerokie  schody.  Dostatniego  wyglądu  całości 
dopełniały piękne antyki. 

– Twój przyjaciel ma niezły gust – pochwaliła. 
– Wszystko urządzała jego żona, Lucy. Pochodziła z Południa 

i  chciała,  by  dom  przypominał  jej  czasy  dzieciństwa.  Niestety, 
umarła, kiedy Beth miała dziewięć lat. 

– Och, to smutne. 
–  Tak,  bardzo.  Ale  zdążyła  jeszcze  nacieszyć  się  swoją 

siedzibą.  Lepiej  zostawmy  ten  temat  i  chodźmy  na  dwór. 
Przyjęcie już się rozpoczęło. 

W  centralnym  punkcie  rozciągającego  się  za  domem  ogrodu 

znajdował się basen. Wokół niego rozstawiono długie, uginające 
się  od  potraw  stoły.  Stojący  z  boku  barek  kusił  najlepszymi 
markami alkoholi. Połówka wołu obracała się powoli na wielkim 
rożnie, 

napełniając 

powietrze 

apetycznym 

zapachem 

pieczystego.  Ogromne  pęki  białych  i  czerwonych  kwiatów 
pyszniły  się  w  wielkich  glinianych  wazonach,  a  ogrodowe 
latarnie o kolorowych szybkach rozsiewały nastrojowy blask. 

Słońce jeszcze nie zaszło za horyzont, lecz goście  bawili się 

już  w  najlepsze.  Pod  namiotem  z  białego  płótna  popisywał  się 
zespół  country,  a  na  parkiecie  kowbojskie  buty  mężczyzn  i 
wysokie obcasy kobiet wystukiwały ostry, szybki rytm. 

– I jak ci się tu podoba? – zagadnął Jake. 
–  Towarzystwa  raczej  nie  można  nazwać  sennym,  a  koszty 

background image

tego  przyjęcia  na  pewno  przekraczają  nasz  roczny  budżet  – 
odparła Julia, ściszając głos na widok nadchodzącej Bem. 

– Julio, jak się cieszę, że przyszłaś. Bardzo ci do twarzy w tej 

sukni. 

– Ty też wyglądasz wspaniale. 
W  białym  stroju,  z  długimi,  jasnymi,  rozpuszczonymi 

włosami, dziewczyna sprawiała wrażenie rajskiej istoty. 

– Chodź – ponagliła. – Chcę przedstawić cię ojcu. 
– A ja tymczasem przyniosę drinki – zaproponował Jake. 
– Czego się napijesz, Julio? 
– Białego wina. 
–  Kiedy  tylko  Fred  Gilmer  dostrzegł  Beth  rozmawiającą  z 

Julią,  natychmiast  odłączył  się  od  grupki  gości.  Julia  od  razu 
odniosła wrażenie, że jest zakochany w swojej córce po uszy. Z 
pewnością  po  przedwczesnej  śmierci  żony  starał  się  zastąpić 
dziecku  oboje  rodziców.  To  spostrzeżenie  wcale  nie  podniosło 
jej na duchu. 

– Tato, poznaj Julię Shelton. Wiesz, tę, która zamieszkała na 

ranczu Farrella – przedstawiła ją Beth. 

– Witam, doktor Shelton. Cieszę się, że mogę wreszcie panią 

poznać. 

Zgniótł jej rękę w silnym uścisku. 
–  Słyszałem,  że  dała  pani  mojej  córce  okazję  do 

wypróbowania świeżo nabytej wiedzy. 

– Tak, bardzo się cieszę, że Beth zaoferowała mi swą pomoc 

–  odpowiedziała  Julia,  starając  się  dać  do  zrozumienia,  że 
pomysł nie wyszedł od niej. 

–  Cóż,  życzę  powodzenia  i  mam  nadzieję,  że  eksperyment 

będzie się rozwijał zgodnie z planem. 

Uważnie  spojrzała  mu  w  oczy.  Ani  na  moment  nie  dała  się 

zwieść  jowialnej  serdeczności  Gilmera.  Wyczuła  w  jego  głosie 

background image

groźbę,  choć  starał  się  zachować  pozory.  –  Ja  również  mam 
nadzieję – odrzekła. 

Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem. Julia wytrzymała 

jego  spojrzenie,  choć  górował  nad  nią  swoją  potężną  postacią. 
Wreszcie uśmiechnął się i zerknął w stronę gości. Z satysfakcją 
uznała, że musiał wyczuć w niej godnego siebie przeciwnika. 

–  Chciałbym,  żebyście  się  tu  z  Jake’em  dobrze  bawili  – 

powiedział,  robiąc  zapraszający  gest.  –  Jedzenia  i  picia 
wystarczy,  a  orkiestra  będzie  grała  całą  noc.  Tańczy  pani, 
prawda? 

– Oczywiście. 
– Świetnie, zatem zobaczymy się jeszcze – obiecał. 
–  Wzdrygnęła  się.  Jakoś  nie  mogła  wyobrazić  sobie,  że 

miałaby z nim zatańczyć. 

–  Gdzie  ten  Jake?  –  niecierpliwił  się  Fred.  –  O,  jest  tam, 

rozmawia z jedną ze swoich licznych przyjaciółek. 

Muszę panią ostrzec, by miała się pani na baczności. 
Złamał już wiele niewieścich serc – powiedział, odwrócił się i 

zaczął przepychać przez tłum. 

Julia  rozejrzała  się  i  rzeczywiście  dostrzegła  Jake’a 

zatopionego  w  rozmowie  z  kształtną,  wyjątkowo  przystojną 
brunetką, poufałym gestem opierającą dłoń o jego ramię. 

– Spotykał się z nią parę lat temu – szepnęła jej do ucha Beth 

– a potem rzucił. Wtedy wyszła za mąż za innego, ale słyszałam, 
że jest okropnie nieszczęśliwa. 

–  Biedactwo  –  skomentowała  krótko  Julia,  odsuwając  od 

siebie pokusę posłuchania plotek o Forresterze. 

–  Wiesz  co,  zgłodniałam.  Te  stoły  wyglądają  bardzo 

zachęcająco – stwierdziła, ruszając ku bufetowi. 

– A nie wiesz, kiedy przyjdzie Rafe? – zawołała za nią Beth. 
– Nie, nic mi na ten temat nie mówił – odparła, modląc się w 

background image

duchu, by chłopak się nie pokazał. 

Kiedy  po  chwili  wynurzyła  się  z  tłumu  z  kawałkiem  tortilli 

polanej  ostrym  meksykańskim  sosem,  nagle  dostrzegła  obok 
siebie Jake’a. 

–  Gdzie  mi  zniknęłaś  na  tak  długo?  –  spytał,  wręczając  jej 

kieliszek wina. 

– O to samo mogłabym ciebie zapytać. 
– Mam tu mnóstwo znajomych. 
– Znajomych kobiet? 
Roześmiał się. 
– Ho, ho, pani doktor, czyżby to była zazdrość? Bardzo mi to 

pochlebia. 

–  Skądże  –  obruszyła  się.  –  Dokonuję  jedynie  obserwacji  w 

terenie. 

– A może naukowo się za mną stęskniłaś? 
– Tak, po prostu rozpaczliwie. – Julii udzielił się jego wesoły 

nastrój. 

– Czy mógłbym cię prosić do tańca? – zapytał, sięgając po jej 

talerz i kieliszek. – Marzę o tym, by wziąć cię w ramiona. 

Zespół  grał  właśnie  słodką  i  rzewną  kowbojską  balladę  o 

zakochanej  kobiecie,  która  straciła  swojego  mężczyznę  i  nigdy 
już nie chciała się z nikim związać. 

Jake  przytulił  Julię  mocno  do  siebie,  udaremniając  jej  próby 

zachowania stosownego dystansu. 

–  Czy  już  ci  mówiłem,  że  zachwycająco  wyglądasz  w  tej 

sukni? – szepnął jej do ucha. 

Kiwnęła głową, usiłując skupić się na krokach tańca. Objął ją 

w pasie i przycisnął do siebie. Ich biodra zetknęły się. Kołysali 
się w takt powolnego rytmu. W ciele Julii zaczęła rozbrzmiewać 
inna muzyka, coraz szybsza, wprawiająca ją w drżenie. 

–  Założę  się,  że  niewiele  masz  pod  spodem  –  wymruczał, 

background image

wodząc rękami po jej plecach. 

Uśmiechnęła się skrycie. Miał słuszne podejrzenia. 
– Może później uda mi się to sprawdzić. 
Powoli  opuścił  głowę  i  zaczął  muskać  wargami  jej  włosy,  a 

potem  czoło.  Julią  zawładnęło  pożądanie.  Jeszcze  chwila,  a 
spragniona  pocałunku  zaczęłaby  szukać  jego  ust.  Na  szczęście 
orkiestra właśnie przestała grać i Julia zdołała odstąpić krok do 
tyłu. 

–  Chodź,  trzeba  się  wreszcie  zacząć  udzielać  towarzysko  – 

powiedziała zdyszana. – Na razie poznałam tylko Freda, a Beth 
mówiła, że zejdą się tu wszystkie osobistości z Pierson. 

–  Zgadza  się.  Jeśli  uważasz,  że  powinnaś  ich  poznać,  to 

chodźmy. Wszystko, czego zapragniesz, musi się dzisiaj spełnić 
– oświadczył. 

Wciągnęła  głęboko  powietrze.  Ciągle  nie  mogła  się 

przyzwyczaić do stylu bycia tego mężczyzny. 

 
Julia  poznała  wkrótce  prawie  wszystkich  obecnych  na 

przyjęciu.  Chociaż  goście  witali  ją  miłymi  uśmiechami  i 
przyjaznymi  słowami,  Julia  wyczuwała  w  ich  postawach 
podejrzliwość. Większość z przybyłych zajmowała się hodowlą 
bydła, a każdy ranczer staje się czujny, kiedy na jego terytorium 
pojawiają się wilki. 

Julia  starała  się  zrobić  jak  najlepsze  wrażenie,  przełamując 

wrodzoną  niechęć  do  publicznych  wystąpień.  Wraz  z  Beth 
przyjęła  zaproszenie  do  Klubu  Rotariańskiego  i  Ligi  Kobiet. 
Cieszyła się, że ma tę miłą dziewczynę u boku. 

Beth  z  zaangażowaniem  udowadniała  nowej  szefowej,  że 

zdoła  przekonać  nawet  największych  przeciwników  programu 
Julii.  Nagle  dostrzegła  nadchodzącego  Rafe’a.  Momentalnie 
zapomniała o wszystkim i, przepychając się przez tłum, ruszyła 

background image

mu na spotkanie. 

W  tym  samym  momencie  Julia  zauważyła,  że  młodym 

przygląda  się  Fred  Gilmer,  i  dreszcz  przebiegł  jej  po  krzyżu. 
Szybko złapała za ramię stojącego obok Jake’a. 

– Czuję, że zaraz coś się stanie – szepnęła z lękiem. – A taką 

miałam nadzieję, że Rafe już się nie pokaże. 

– Uspokój się, Julio, przecież jesteśmy w gronie kulturalnych 

ludzi.  Stale  ci  się  wydaje,  że  wszystko  tu  przypomina  marny 
western. 

– Jake, widziałam wyraz twarzy Freda! 
– Trudno, aby był zachwycony, skoro wiadomo, że – nie lubi 

tego  chłopaka.  Ale  nie  jest  przecież  despotą,  tylko  kochającym 
ojcem. Chodź, zatańczymy. 

Miał rację, chyba była przewrażliwiona. Obawiała się, że nie 

potrafi  zapanować  nad  sobą,  gdy  znowu  znajdzie  się  w 
ramionach Jake’a. Ten mężczyzna zbyt silnie na nią działał. 

–  Może  później,  na  razie  chciałabym  trochę  odpocząć  – 

zdecydowała. 

–  Dobrze,  posiedź  tu,  a  ja  przyniosę  coś  do  jedzenia. 

Napiłabyś się jeszcze wina? 

– Wolałabym porcję mięsa. 
–  Masz  nie  gorszy  apetyt  ode  mnie,  kochanie  –  zaśmiał  się 

Jake i ruszył w stronę rożna. 

Julia usiadła na ławeczce i przypatrywała się zabawie. Rafe i 

Beth mignęli  jej na  parkiecie. Tańczyli  przytuleni, wpatrzeni  w 
siebie. Wtem ujrzała, że Fred Gilmer krótkim skinieniem głowy 
przyzywa do siebie kilku swoich kowbojów i  wydaje im jakieś 
polecenia  Za  chwilę  jeden  z  nich  brutalnie  wcisnął  się  między 
tańczących,  a  para  innych  silnych  rąk  pochwyciła  Rafe’a  i 
odciągnęła poza krąg światła. 

Julia  błyskawicznie  porwała  się  na  nogi,  rozpaczliwie 

background image

rozglądając się za Jake’em. Właśnie nadchodził, balansując tacą 
zjedzeniem. 

– No, udało mi się wreszcie wywalczyć przysmaki – oznajmił 

z dumą. 

– Jake, dzieje się coś niedobrego – wyszeptała z przejęciem. 
Podał jej talerz i kieliszek wina. 
– Jedz, mała. 
–  Posłuchaj,  dwóch  ludzi  Freda  wyprowadziło  Rafe^  z 

parkietu. 

– Dokąd poszli? – zapytał wyraźnie zaniepokojony. 
– Chodź, pokażę ci. 
Okrążyli  basen  i  szybko  zakradli  się  w  odległy  kąt  ogrodu, 

gdzie księżyc oświetlał trzy stojące sylwetki. 

– Słuchaj, Santana, nie lubimy, kiedy plączą się tu takie typy 

jak ty – warknął jeden z mężczyzn. 

Julia zadrżała. Potężna, męska sylwetka groźnie górowała nad 

szczupłą postacią młodzieńca. 

–  Mam  prawo  być  tutaj,  tak  samo  jak  i  wy.  Nie  zamierzam 

odejść. 

– Ale się synek stawia, co? – zarechotał drugi. 
– Poczekaj, zaraz mu to wybijemy z głowy. – Jeden z goryli 

Freda podniósł zaciśniętą pięść. 

Julia zamarła w przerażeniu, ale Jake już włączył się do akcji. 

Skoczył  pomiędzy  mężczyzn,  rozdając  ciosy  z  taką  siłą,  że 
potężny kowboj zachwiał się na nogach. 

–  Dobra,  chłopaki  –  powiedział,  cofając  się  o  krok.  –  Na 

dzisiaj dosyć. 

– Szeryfie, myśmy się tylko trochę zabawiali – zbagatelizował 

ten  drugi.  –  Santana  to  mój  dawny  kumpel.  Przypominaliśmy 
sobie stare czasy. 

– Taak... – wycedził Jake. – Te stare czasy, kiedy wolno było 

background image

wam  bić  Meksykanów.  Ale  one  już  minęły,  chłopcy,  i  dlatego 
proponuję,  żebyście  sobie  spokojnie  wrócili  do  stajni  i 
dokończyli piwo, a my zabierzemy Rafe’a ze sobą. 

– Nie potrzeba mi opieki – burknął chłopak. 
– No pewnie, stary – podchwycił jeden z napastników. – Sam 

widzisz,  szeryfie,  że  załatwiamy  tu  swoje  sprawy  i  Santana 
wcale cię nie potrzebuje, a my tym bardziej. 

– Pozwolicie, że sam będę decydował, czy jestem potrzebny 

czy nie. A teraz ruszajcie. 

– Szeryfie, nie... 
–  Słyszeliście,  co  powiedziałem  –  rzucił  Jake  tonem  nie 

znoszącym  sprzeciwu.  –  Chyba  że  wolicie  przejechać  się  do 
mojego biura, co? 

– Nie możesz... 
– Owszem, mogę. 
Dwaj mężczyźni niechętnie odwrócili się i odeszli, raz jeszcze 

zerkając przez ramię na Jake’a. Nim zniknęli w ciemności, jeden 
z kowbojów zdążył jeszcze groźnie zawołać w stronę Rafaela: 

– Santana, pamiętaj, gdzie jest twoje miejsce i nie podskakuj! 
–  Nawet  ja  bym  ci  radził,  Rafe,  żebyś  nie  wchodził  im  w 

paradę.  Nie  ma  sensu  ściągać  sobie  kłopotów  na  głowę  – 
stwierdził Forrester. 

– Ja nie szukałem guza. Chciałem tylko zatańczyć z Beth. Czy 

to zbrodnia? 

– Oczywiście że nie, ale chyba na dzisiaj już dosyć. Zachowuj 

się spokojnie i pozwól chłopakom robić to samo. 

–  Tego  właśnie  życzyłby  sobie  twój  kumpel,  Gilmer,  tak?  – 

warknął ze złością Rafael. 

– Rafe! – wtrąciła się Julia. 
–  W  porządku,  wszyscy  jesteśmy  trochę  podminowani  – 

uspokoił  ich  Jake.  –  Wracajmy  teraz  na  przyjęcie.  A  co  do 

background image

ciebie,  Rafe,  to  pomówię  z  Fredem  i  poproszę  go,  żeby  lepiej 
pilnował swoich goryli. 

–  Przepraszam,  Julio  –  wymamrotał  Rafe,  kiedy  wracali.  – 

Nie chciałem, żebyś została w to wciągnięta. 

–  Nie  mówmy  już  o  tym.  Spróbujmy  nie  zmarnować  reszty 

przyjęcia. 

Niestety, nastrój do zabawy minął bezpowrotnie. Jake poszedł 

porozmawiać  z  Gilmerem.  Julia  siedziała  z  talerzem  pełnym 
jedzenia, lecz straciła apetyt. Zwróciła uwagę, że Rafael  i Beth 
rozmawiają stojąc obok parkietu. Widać było, że są bardzo sobą 
zajęci. Wpatrzeni w siebie, wydawali się nieobecni. 

Nagle  Beth  nerwowo  przyłożyła  dłoń  do  ust.  Najwyraźniej 

Rafe  opowiadał  jej  o  incydencie.  Rozejrzała  się,  jakby 
zapragnęła  natychmiast  odnaleźć  ojca.  Rafael  chwycił  ją  za 
ramię  i  potrząsnął.  Julia  rozumiała,  jak  bardzo  Beth  musi  się 
teraz  bać  o  chłopaka.  Sama,  ku  swojemu  zdziwieniu,  drżała  na 
wspomnienie niedawno oglądanej sceny. 

Odstawiła talerzyk i wstała, by poszukać Jake’a i poprosić go, 

żeby zawiózł ją do domu. Nie było go w ogrodzie, więc weszła 
do domu. Miękki dywan w holu tłumił kroki. Po chwili usłyszała 
dobiegające zza uchylonych drzwi znajome głosy. 

Jake mówił cicho, lecz głos Freda dobiegał głośno i wyraźnie: 
– Ten chłopak wchodzi mi w drogę, Jake. Będziesz musiał się 

tym zająć. 

Nie  dosłyszała, co  odpowiedział Forrester, lecz z  tonu  Freda 

można  było  wnosić,  iż  swoje  słowa  uważa  za  bezdyskusyjny 
nakaz. 

Kiedy wyszli z pokoju, zdążyła się już wycofać na werandę. 
 
Przez  pierwsze  kilka  kilometrów  powrotnej  jazdy  Julia 

milczała  słuchając  uwag  Jake’a  o  przyjęciu.  Wreszcie 

background image

mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do niej: 

– Powiedz mi wreszcie, co sądzisz o imprezie u Gilmera. 
– Była moją pierwszą i najprawdopodobniej ostatnią. 
– Czemu? Stałaś się wydarzeniem wieczoru; rodzaj męski nie 

mógł od ciebie oderwać oczu. 

–  Jake,  tamci  kowboje  grozili  Rafe’owi.  Mogli  go  ciężko 

pobić i nic byś na to nie poradził. 

– Julio – zaczął poważnie, odrywając rękę od kierownicy, by 

ją  objąć  –  od  dawna  już  jestem  tu  szeryfem  i  wiem,  jak  sobie 
radzić z takimi drobnymi sprawami. 

– Jeśli uważasz, że to była... 
–  Nie  przywykłaś  jeszcze  do  naszego  światka.  Kiedy 

przychodzi sobota, chłopcy rwą się do bitki. Zwykła rzecz. Nie 
martw się i zostaw to mnie. 

– A jednak ciągle myślę o tych dwojgu. Ojciec Beth jest taki... 

nadopiekuńczy. 

– Fred bardzo kocha swoją córkę i chce dla niej jak najlepiej. 

Powinnaś to  rozumieć. Czyż  sama  nie byłaś oczkiem w głowie 
swojego tatusia? 

Julia milczała. 
– Co się stało? Powiedz? – zaniepokoił się. 
– Nic, nic. 
– Tego wieczoru, kiedy poszliśmy na spacer, obiecałaś mi, że 

wszystko o sobie opowiesz. Nie dotrzymałaś słowa, pamiętasz? 

Pokiwała głową. 
Zjechał na pobocze i zgasił silnik. 
– Powiedz mi o tym teraz. Bardzo proszę – nalegał. 
– Nigdy nie byłam oczkiem w głowie mojego ojca. Prawie go 

nie znałam – zaczęła. Jake milczał i czekał. Wreszcie dodała: – 
Zostawił  mnie  i  matkę,  kiedy  miałam  dwa  lata,  i  na  zawsze 
zniknął z naszego życia. 

background image

– Ale została ci matka... 
–  Wyszła  po  raz  drugi  za  mąż.  Ojczym  był  zawodowym 

wojskowym, toteż stale przenosili się z miejsca na miejsce. Nie 
interesował  się  dziećmi,  więc  mieszkałam  u  babci,  razem  z  jej 
zwierzętami. 

– Zwierzętami? 
– Julia uśmiechnęła się. 
–  Miała  całą  menażerię:  psy,  koty,  kurczaki,  oswojone 

wróble.  Raz  nawet  znalazłyśmy  małego  liska  i  wychowałyśmy 
go. 

– Tak zapewne zaczęła się twoja miłość do dzikich zwierząt... 
– Chyba. Wydały mi się bardziej cywilizowane niż większość 

znanych  mi  ludzi.  Widzisz,  rzadko  zdarza  się,  by  zwierzęta 
zostawiały swoje młode na pastwę losu. 

Jake  rozumiał  jej  rozgoryczenie,  lecz  milczał.  Nie  chciał 

poganiać Julii. I tak wyznała mu bardzo wiele. 

Odchyliła  głowę  do  tyłu,  przymknęła  oczy  i  ku  jego 

zdziwieniu bez wahania zaczęła mówić dalej: 

–  Myślę,  że  właśnie  dlatego  szczególnie  lubię  wilki.  Mają 

ogromne  poczucie  więzi  rodzinnej  i  lojalności  wobec  stada. 
Wszystkie  samce  i  samice  wspólnie  dbają  o  szczenięta.  Bronią 
się nawzajem i pomagają sobie w zdobywaniu pożywienia. Czy 
wiesz, że wilki łączą się w pary raz na całe życie? Jeśli partner 
zginie, drugie zwierzę do końca pozostaje samotne. 

– Nie miałem o tym pojęcia – przyznał. 
Julia  otworzyła  oczy  i  posłała  mu  uroczy,  choć  smutny 

uśmiech, który wzruszył go do głębi. 

– Myślę, że czworonożne wilki zawdzięczają swoją złą sławę 

wyłącznie wilkom dwunożnym – stwierdziła z gorzką ironią. 

Jake uśmiechnął się, uruchomił silnik i ruszył w dalszą drogę. 

Jechali w milczeniu, każde zatopione w swoich myślach. Wokół 

background image

rozciągała się pustynia skąpana w świetle księżyca. Słodka woń 
wiosennych kwiatów przesycała powietrze. 

Kiedy stanęli przed domem, Jake wziął Julię w ramiona. 
Z  ulgą  i  radością  poddała  się  urokowi  chwili,  silnym 

ramionom i gorącym wargom, które szybko odszukały jej usta, a 
potem  obdarzyły  pocałunkami  skórę  szyi  i  ramion. 
Niecierpliwymi  palcami  zsunął  jedno  z  ramiączek  czerwonej 
sukni, uwalniając pierś. Błyskawicznie przylgnął do niej ustami, 
ogrzewając  skurczony,  napięty  sutek  i  pieszcząc  go  językiem. 
Drugą  rękę  zachłannie  przesuwał  wzdłuż  ciała  Julii,  z 
zachwytem poznając krągłość bioder, smukłość nóg. 

– Chcę się z tobą kochać – wyszeptał z twarzą przy jej piersi. 

– Ty tego też chcesz, prawda? – dodał niecierpliwie. 

Ciało  Julii  było  gotowe  do  pieszczot,  lecz  dręczyła  ją 

niepewność. 

–  Wierz  mi,  będzie  wspaniale  –  szeptał  coraz  namiętniej.  – 

Taki wieczór nie może skończyć się inaczej. 

Teraz  już  wiedziała,  dlaczego  się  waha.  Po  prostu  nie 

wyobrażał sobie innego rozwoju wydarzeń w takiej sytuacji. 

Spojrzała mu w oczy, z wysiłkiem tłumiąc pożądanie. 
–  Zawsze  w  takich  okolicznościach  proponujesz  to  samo, 

Jake? – zapytała. 

– Nie. To znaczy... zdarza się, że tak. 
Nagle wyprostował się i spoważniał. 
– Co się  dzieje?  Czy uważasz, że  nasz wieczór nie jest  wart 

takiego zakończenia? Co w tym złego? 

– Nic, naprawdę nic – odparła miękko. – Być może będziesz 

go jeszcze wspominał na przyjęciu u Gilmera za rok. 

–  Czego  się  obawiasz,  Julio?  Dlaczego  jesteś  tak  nieufna? 

Pragnę  twojej  bliskości,  pragnę  cię  zrozumieć.  Dlaczego  mnie 
odtrącasz? 

background image

Wyrzucał z siebie kolejne pytania, Coraz bardziej rozżalony. 

Nie  umiała  na  nie  odpowiedzieć.  Odwróciła  głowę  i  wpatrzyła 
się w przestrzeń. Nie była zdolna uporządkować myśli. 

–  Może  zbyt  przerażają  mnie  konsekwencje  bliskości  – 

powiedziała wreszcie. 

– Jakie konsekwencje? 
– Rafe pracuje dla mnie, a nienawiść Freda do niego przenosi 

się na całe nasze badania. A Beth... 

– Julio, na litość boską. Ja myślę tylko o nas dwojgu. 
– To nie jest takie proste. 
–  Jasne,  że  nie  jest  –  rzucił  wściekle.  –  Ale  wiem  jedno: 

twoim  problemem  nie  jest  Rafe  ani  Beth,  tylko  ty  sama.  Nie 
chcesz być szczęśliwa, a mogłabyś być, wierz mi. 

–  Ależ  wierzę  ci,  szeryfie.  Jestem  pewna,  że  ten  wybór  jest 

najlepszy  z  możliwych.  A  gdybym  miała  wątpliwości,  zawsze 
mogę się wesprzeć opinią twoich licznych przyjaciółek. 

– Powtarzam ci, że mam na myśli tylko ciebie i mnie. De razy 

mam  ci  to  mówić?  Stale  chowasz  się  za  parawanem  szkolnej 
zazdrości  i  śmiesznych  usprawiedliwień.  Dlaczego  nie  możesz 
zapomnieć o tym wszystkim i zaufać mi? 

– Zaufać? Przecież ledwo się znamy. 
–  Jeśli  nie  zmienisz  swojego  nastawienia,  nie  ma  szans, 

byśmy się lepiej poznali – stwierdził z irytacją. 

–  Przecież  to  tobie,  Jake,  marzy  się  przelotna  miłostka, 

prawda? 

–  A  ty  od  razu  wymagasz  zobowiązań,  tak?  –  nie  pozostał 

dłużny. 

Bez  słowa  sięgnęła  do  klamki  i  wyskoczyła  z  wozu,  tym 

razem nie oczekując szarmanckich gestów. Czuła się zraniona do 
głębi, lecz za wszelką cenę nie chciała nic po sobie pokazać. 

– Nie przejmuj się zobowiązaniami, szeryfie. Takiego pojęcia 

background image

nie  ma  w  moim  słowniku.  I  proszę,  nie  odprowadzaj  mnie  do 
drzwi – dodała, szybkim krokiem ruszając ku domowi. 

Jake Forrester włączył silnik, wrzucił bieg i mocno przydusił 

pedał  gazu.  Samochód  zniknął  w  ciemnościach,  wzniecając 
tumany kurzu. 

 
Jake przekroczył „wszystkie możliwe ograniczenia prędkości, 

pędząc z powrotem do miasteczka Pierson. Był zdenerwowany, 
rozżalony,  zły.  Zarówno  na  Julię,  jak  i  na  siebie.  Niech  diabli 
wezmą  kobietę,  która  wywołała  w  nim  dawno  zapomnianą 
potrzebę  bycia  opiekuńczym  i  kochającym,  by  go  na  koniec 
odrzucić. 

Nie  zwykł  pozwalać,  żeby  kobieta  zyskiwała  nad  nim 

przewagę  i  zmuszała  do  ustępstw,  zwłaszcza  że  tak  bardzo  się 
starał. Tym razem naprawdę mu zależało... 

Z  piskiem  hamulców  zatrzymał  się  przed  swoim  domem, 

położonym na obrzeżach miasteczka. Do tej pory nie zadbał ani 
o podjazd, ani o budynek. Chociaż nie miał zamiaru zostać tu na 
całe życie, ciągle odwlekał decyzję o wyjeździe. 

Szybko  otworzył  drzwi  i  bez  namysłu  skierował  się  do 

kuchni. Otworzył szafkę nad zlewem, wyciągnął butelkę whisky 
i  szklankę.  Nietknięta  butelka  świadczyła  o  zwycięstwie  nad 
nałogiem. Przynajmniej do tej chwili... 

Nagle  z  determinacją  odkręcił  nakrętkę  i  nalał  sobie  solidną 

porcję, nie  dodając  wody. Tym razem miał powód. Tak  dobrze 
mu szło tu, w Pierson, tak zręcznie udawało mu się, zachowując 
swoją  władzę,  wygrywać  lokalne  układy...  Dopóki  nie  zjawiła 
się  Julia  Shelton  i  nie  wskrzesiła  w  nim  uczuć,  które  dawno 
uznał za umarłe. Ale już na samym początku, zanim jeszcze zdał 
sobie  z  tego  sprawę  i  nim  jeszcze  ta  kobieta  zaprzeczyła 
wszystkiemu, poczuł się wobec niej zobowiązany. 

background image

A  jakby  jeszcze  było  mało,  przyjechała  z  programem  i 

zmusiła  go,  choć  uparcie  temu  zaprzeczała,  do  zajęcia 
wyraźnego stanowiska. 

I  wreszcie  Fred,  stary  kumpel,  zażądał  od  niego  rzeczy 

niemożliwej,  która  wymagała  umiejętności  linoskoczka, 
wygrywania  obydwu  stron  przeciwko  sobie,  sprzeniewierzania 
się  własnemu  sumieniu.  I  oto  miał  szpiegować  Julię,  a 
jednocześnie bronić praw Rafe’a. 

– Do licha z tym wszystkim! – wykrzyknął, unosząc szklankę 

do ust. 

W tej samej chwili w nagłym porywie sprzeciwu uderzył nią 

o  zlew,  aż  posypały  się  ostre  odłamki.  Zastygł  na  moment, 
oszołomiony, wpatrując się w rozbite szkło, oblane szlachetnym, 
bursztynowym  płynem.  Stał  tak  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem 
odwrócił się i pomaszerował w noc, zatrzaskując za sobą drzwi 
potężnym pchnięciem, od którego zatrzęsła się futryna. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Rano dzwonek telefonu wyrwał Julię z niespokojnego snu. Po 

odłożeniu  słuchawki  natychmiast  zerwała  się  z  łóżka.  Już  po 
dziesięciu  minutach  z  rykiem  silnika  pędziła  do  szpitala  w 
Pierson. W uszach dźwięczały jej słowa szlochającej Beth. Rafe 
został w nocy ciężko pobity. 

Gwałtownie  zahamowała  na  parkingu  i  pobiegła  ku  wejściu 

do  pogotowia.  Tam  zatrzymała  ją  pielęgniarka  i  skierowała  do 
poczekalni, gdzie czekały już Pilar i Beth. 

–  Co  z  nim?  –  wykrztusiła  Julia,  z  trudem  łapiąc  oddech.  – 

Czy... 

–  Wszystko  w  porządku,  dzięki  Bogu  –  powiedziała  Pilar  i 

przeżegnała się z przejęciem, po czym przytuliła Julię do swego 
obfitego łona. 

– To mocny chłopak – zapewniła. 
Matka Rafe’a uśmiechała się dzielnie, lecz Beth nie potrafiła 

się opanować. Łkając opowiedziała Julii, co się stało. 

– Pilar zadzwoniła do mnie, a potem ja do ciebie. Jacyś dranie 

zmusili go do zjechania na pobocze, a potem pobili. 

– Wiadomo, kto to był? – zapytała Julia, choć sama doskonale 

znała odpowiedź. Obie kobiety przecząco pokręciły głowami. 

Uznała jednak, iż nie jest to właściwy moment na mówienie o 

Fredzie Gilmerze i jego sługusach. Beth i tak była wstrząśnięta. 
Nie  mogła  się  jednak  powstrzymać  od  poddania  dziewczynie 
pewnej sugestii. 

–  Beth,  może  to  sprawka  któregoś  z  kowbojów  z  waszego 

rancza? Przecież zaczepiali Rafe’a w czasie przyjęcia. 

– Nie wiem, nie mogłabym uwierzyć w coś takiego... 
Pilar miała swoją własną teorię. 

background image

– To sprawka Anglos. Nie pierwszy raz zdarza się taka rzecz. 

Ale  nie  ujdzie  im  to  na  sucho!  Jake  już  tu  był  i  Rafe  złożył 
zeznanie. Jeśli ktoś ma nam pomóc, to tylko szeryf. 

Julia  uśmiechnęła  się  do  niej  pocieszająco,  lecz  milczała, 

mając  w  pamięci  podsłuchaną  na  przyjęciu  rozmowę.  Będziesz 
musiał się tym zająć, Jake, powiedział wtedy Gilmer. Co miał na 
myśli i jaka była odpowiedź Forrestera? Ani przez moment nie 
podejrzewała  go  o  osobisty  udział  w  napaści.  Wiedziała,  że 
czegoś  takiego  by  nie  zrobił.  Mógł  natomiast  w  jakiś  sposób 
kryć ludzi Gilmera. 

–  Czy  Rafe  byłby  w  stanie  rozpoznać  napastników?  – 

zapytała. 

–  Niestety,  nie  –  odparła  Beth.  –  Twarze  mieli  zasłonięte 

chustami,  a  poza  tym  było  ciemno.  Sądzę,  że  chcieli  raczej 
przestraszyć  Rafe’a,  niż  naprawdę  go  skrzywdzić.  Ma  złamane 
żebro,  jest  potłuczony,  ale  lekarze  mówią,  że  być  może  jutro 
wyjdzie do domu. 

–  Dzięki  Bogu.  –  Julia  zauważyła,  że  tak  jak  pozostałe 

kobiety, za wszelką cenę stara się zbagatelizować incydent Przez 
następne  pół  godziny  czekały,  aż  lekarze  pozwolą  im  wejść  do 
Rafe’a. 

Przeciągające się milczenie przerwała Beth. 
– Julio, wiesz... chciałabym cię o coś prosić. 
–  Możesz  na  mnie  liczyć.  –  Julia  serdecznie  uścisnęła  dłoń 

dziewczyny. 

– Lepiej nie obiecuj, dopóki nie usłyszysz, o co chodzi. 
– Dobrze, mów śmiało. 
–  Pamiętasz,  jak  zastanawiałyśmy  się,  w  jaki  sposób 

zainteresować ludzi z Pierson losem naszych wilków? – zapytała 
z przejęciem Beth. 

– Oczywiście. 

background image

–  Więc  zaczęłam  już  działać  i  udało  mi  się  zorganizować 

kilka spotkań, na których mówiłam o naszej idei. Dwie klasy ze 
szkoły  podstawowej  chcą  zaadoptować  wilka.  Już  zbierają 
pieniądze. 

– Widzę, że nie tracisz czasu. 
– To nie wszystko. Wczoraj na przyjęciu jeden z nauczycieli 

poprosił, żebym przyjechała do szkoły na spotkanie z uczniami. 

– Fantastyczne! Kiedy masz jechać? 
– Dziś, mam tam być o dziesiątej. 
– Jest już dziewiąta trzydzieści... 
– Właśnie, ale popatrz, jak wyglądam, przecież nie mogę się 

tak pokazać ludziom. 

Rzeczywiście,  twarz  miała  opuchniętą  od  płaczu,  a  włosy  w 

nieładzie. Zwykle bardzo starannie ubrana, tym razem miała na 
sobie  wystrzępione  dżinsy  i  coś,  co  przypominało  starą  męską 
koszulę. 

– Och – westchnęła Julia – domyślam się, o co ci chodzi. Ale 

po pierwsze sama nie wyglądam zbyt elegancko, a po drugie nie 
umiem prowadzić takich spotkań. 

–  Julio,  błagam,  zgódź  się.  Ja  muszę  tu  być,  kiedy  lekarze 

wyjdą  od  Rafe’a.  Pilar  nie  może  zostać  sama,  a  pan  Santana 
będzie dopiero za godzinę. 

–  Dobrze,  wytłumacz  mi,  gdzie  znajduje  się  ta  szkoła  – 

poprosiła Julia z rezygnacją. 

Kiedy już pożegnała się i ruszyła korytarzem, Beth zawołała 

jeszcze za nią: 

–  Zapomniałam  ci  powiedzieć,  że  będzie  tam  ktoś  z 

miejscowej prasy. Musisz się postarać! 

– Nie – odpowiedziała Julia stanowczo na ostatnie pytanie. – 

Nigdy  nie  zdarzyło  się,  by  na  tych  terenach  wilk  zaatakował 
człowieka, a tym bardziej dziecko. 

background image

Takie  historie  należy  włożyć  między  bajki.  Nie  ma  żadnego 

powodu,  by  obawiać  się  wilków,  a  zwłaszcza  naszych  wilków. 
Proszę, co jeszcze chcielibyście wiedzieć? 

W  ciągu  godzinnego  spotkania  w  szkole  Julia  zapomniała  o 

Jake’u  i  Fredzie  Gilmerze.  Patrzyła  na  rząd  zasłuchanych 
dziecięcych  twarzyczek  i  z  całą  żarliwością  opowiadała  o 
badaniach,  starając  się  unikać  naukowego  żargonu.  Ciągle 
zerkała też na młodego reportera, który przycupnął z tyłu i pilnie 
notował. Wydawał się sympatyczny i życzliwy. 

Kiedy  przyszedł  czas  na  pytania,  las  rąk  uniósł  się  w  górę. 

Pierwsza odezwała się szczupła, ciemnowłosa dziewczynka: 

– Dlaczego nazywacie je Alfami i Betami? Czy one nie mają 

imion? 

–  Dobre  pytanie  –  pochwaliła  Julia.  –  Jest  taki  naukowy 

zwyczaj,  że  wilki  przewodzące  stadu,  wszystko  jedno,  czy 
samce, czy samice, oznacza się jako  Alfa Jeden i  Alfa Dwa. U 
nas szefem jest wilczyca. 

Dziewczynki  zapiszczały  z  aprobatą,  zaś  chłopcy  głośno 

zaprotestowali. Julia uśmiechnęła się. 

–  Wiecie,  zdradzę  wam  tajemnicę:  nadałam  im  imiona.  I  to 

niezwykłe  imiona.  Moja  Alfa  Jeden  nazywa  się  Sacajewea. 
Chyba wiecie wszyscy, kto to był, prawda? 

Odpowiedział jej chór głosów. Uciszyła dzieci ruchem ręki. 
–  Zgadza  się.  Słynna  indiańska  squaw.  A  nasz  Alfa  Dwa 

będzie  nazywać  się  Cochise.  Mamy  też  w  stadzie  Tazego, 
Geronima, Pocahontas i Nokomis. 

Zdawała sobie sprawę, że długo nie zdoła już utrzymać uwagi 

dzieci. Należało przejść do rzeczy. 

– Wiem, że chcecie zaadoptować jednego z naszych wilków. 

Możecie wybierać. A więc którego? 

–  Cochise’a!  Cochise’a!  –  krzyczały  dzieci,  zanim  jeszcze 

background image

zdążyła  skończyć  zdanie.  Najwyraźniej  wielki  wojownik 
Apaczów  rozpalał  ich  wyobraźnię.  Zapewniła  ich  z  powagą,  że 
wybór jest bardzo dobry. 

Grubiutki trzecioklasista z dumą pokazał, ile pieniędzy udało 

im  się  dotychczas  zebrać,  a  Julia  obiecała  przysłać  zdjęcia  i 
dostarczać informacje o tym, co robi Cochise. 

Nauczyciel  podziękował  za  spotkanie,  a  dzieci  żegnały  ją 

oklaskami. Na korytarzu dogonił ją młody dziennikarz. 

–  Gratuluję  występu,  pani  Shelton.  Czy  mogę  zrobić  zdjęcie 

dla gazety? 

–  Nie,  nie  dzisiaj  –  rzuciła,  podchodząc  do  samochodu.  – 

Bardzo się spieszę. 

Nagle  przypomniała  sobie  wykład  Beth  na  temat  dobrych 

stosunków z prasą i uprzejmie zwróciła się do reportera: 

– Ale możemy umówić się później. Niech pan jutro zadzwoni 

do  Beth  Gilmer.  Ona  jest  moim...  –  szukała  w  myślach 
odpowiedniego  określenia  –  ...  rzecznikiem  prasowym. 
Dostarczy panu zdjęć i materiałów dotyczących poszczególnych 
zwierząt. 

– To będzie świetny tytuł: Dzieci adoptują wilki. Odwrócona 

opowieść o Remusie i Romulusie, przygarniętych przez rzymską 
wilczycę.  Tak,  zadzwonię  do  Beth.  Chodziliśmy  razem  do 
szkoły.  Ale  chciałbym  jeszcze  raz  spotkać  się  z  panią  i 
przeprowadzić obszerny wywiad. Najlepiej, gdybyśmy pojechali 
na pustynię. 

Julia zajęta uruchamianiem silnika skinęła głową. 
–  Wiem,  że  martwi  panią  postawa  naszej  społeczności,  a 

zwłaszcza Związku Hodowców Bydła. Mam jednak nadzieję, że 
uda nam się coś zrobić – zawołał, gdy odjeżdżała. 

Cieszyło  ją  udane  spotkanie,  lecz  radość  przyćmiły  ponure 

myśli.  Czekało  ją  spotkanie  z  Jake’em.  Koniecznie  musiała  się 

background image

dowiedzieć, czy miał coś wspólnego z pobiciem Rafe’a. 

–  Dzień  dobry, w  czym  mogę  pani  pomóc?  –  zapytała  miła, 

młoda blondynka, sekretarka szeryfa. 

–  Nazywam  się  Julia  Shelton  i  chciałabym  natychmiast 

zobaczyć się z szeryfem Forresterem w pilnej sprawie. 

W  tym  momencie  w  drzwiach  gabinetu  pojawiła  się  wysoka 

postać.  Jake  miał  zmęczoną,  napiętą  twarz.  Sprawiał  wrażenie, 
jakby w ogóle się nie kładł tej nocy. 

–  Proszę,  wejdź,  Julio  –  powiedział,  jednocześnie  wręczając 

sekretarce teczkę. 

– Czy mogłabyś to zanieść do sędziego, Sarah? Ale zaraz, bo 

zależy mi na czasie. 

– Oczywiście, szefie. Już biegnę. 
– Byłam w szpitalu – oznajmiła Julia. 
–  Wiem,  Pilar  dzwoniła  niedawno.  Rafe  wraca  dzisiaj  do 

domu. Obrażenia okazały się lżejsze, niż przypuszczano. 

– Mogły być ciężkie. Mogli go zabić, Jake. 
– Prowadzę śledztwo w tej sprawie. 
– Słyszałam twoją rozmowę z Gilmerem w czasie przyjęcia – 

rzuciła wyzywającym tonem. 

–  O,  czyżbyś  podsłuchiwała?  Nie  wspomniałaś  mi  o  tym.  I 

czego  się  dowiedziałaś?  –  zapytał  czujnie.  Nie  podsunął  jej 
krzesła, sam też stał. 

– Gilmer prosił, żebyś zajął się Rafe’em. 
– O ile pamiętam, nie wydał mi konkretnego polecenia. 
–  Och,  nie  będziemy  spierać  się  o  słowa  –  parsknęła 

niecierpliwie.  –  Ważne  jest,  że  ktoś  pobił  chłopaka.  Dziwny 
zbieg okoliczności, nie uważasz? 

dostrzegła, jak w twarzy mężczyzny zadrgał napięty mięsień. 

Uświadomiła  sobie  dopiero  teraz,  z  jakim  wysiłkiem  panował 
nad sobą. 

background image

– I myślisz, że ja to zrobiłem? Elegancko odstawiłem cię do 

domu,  a  potem  pojechałem,  żeby  stłuc  Rafe’a  do 
nieprzytomności? Taką masz o mnie opinię? 

– Nie, nie... – zająknęła się, gdyż istotnie przez krótką chwilę 

przeszła jej przez głowę taka myśl. Teraz jednak, patrząc na jego 
zmęczoną twarz, odsunęła od siebie wszelkie podejrzenia. 

– Nie miałam na myśli ciebie, lecz ludzi Gilmera. 
Wiem,  że  oni  to  zrobili.  Ty  zaś,  jako  szeryf,  musisz  na  to 

właściwie zareagować. 

Jake odetchnął z widoczną ulgą. 
– Prawdę mówiąc, Julio, nie jestem całkiem pewien, jaka jest 

właściwie  moja  rola.  Wówczas,  na  przyjęciu,  zadowoliłem  się 
myślą, że opanowałem sytuację i nikomu nie stała się krzywda. 
A jednak okazało się, że nie dopilnowałem sprawy. Niestety, nie 
mam  żadnych  dowodów.  Rafe  nie  jest  w  stanie  nikogo 
zidentyfikować. Porozmawiam z kowbojami Freda, ale wierz mi, 
że bez dowodów... 

– Czy twarz Rafe’a nie jest wystarczającym dowodem? 
–  Nie  mogę  przecież  wsadzić  do  więzienia  każdego  faceta  z 

tego  cholernego  hrabstwa!  I  nie  będę  się  kompromitował, 
opierając  śledztwo  jedynie  na  wątpliwych  poszlakach.  Jestem 
przedstawicielem  prawa,  a  jak  ci  wiadomo,  w  Stanach 
Zjednoczonych obywatel pozostaje niewinny, dopóki nie znajdą 
się  dowody.  Nie  wyobrażaj  więc  sobie,  że  mogę  zaaresztować 
Freda.  Poza  tym  twoja  opinia  mogłaby  zostać  uznana  za 
stronniczą, ze względu na jego niechęć do eksperymentu. 

Nagle rąbnął pięścią w biurko. 
– Niech diabli wezmą te wilki! Od nich wszystko się zaczęło. 

Słowo daję, lepiej by było, żeby.... 

– Żebym się tu w ogóle nie pojawiła, tak? Ale niestety, to już 

się  stało.  I  mylisz  się,  Jake.  Nie  jestem  niczemu  winna.  Cała 

background image

sprawa zaczęła się kilka lat temu, kiedy Fred Gilmer postanowił 
odseparować Beth od Rafaela. Ale Stany Zjednoczone to wolny 
kraj  i  każdy  może  kochać  kogo  chce.  Nikt  nie  może  zabronić 
miłości.  Nawet  najgorsze  lanie  nie  zniechęci  Rafe’a  do  Beth. 
Wprost przeciwnie. 

Odwróciła się i skierowała ku drzwiom. 
– Fred utraci córkę, postępując w ten sposób. Powiedz mu to 

ode  mnie,  kiedy  będziesz  się  z  nim  widział  –  rzuciła  na 
odchodnym. 

Jake  gotów  był  przyznać  jej  rację,  lecz  wybiegła,  głośno 

trzasnąwszy  drzwiami.  Próbował  ją  dogonić,  ale  zdążyła  już 
wsiąść do samochodu. Odjechała nie oglądając się za siebie. 

 
Jake  przejechał  całe  mile,  nim  znalazł  Freda.  Gilmer  miał 

zwyczaj objeżdżać codziennie swoje ziemie dżipem, nadzorując 
pracę ludzi. 

– Cześć, Jake – zawołał Fred, zsuwając kapelusz na tył głowy. 

– Nie przypuszczałem, że będziesz mnie szukał. 

–  A  ja  myślę,  że  wiesz,  dlaczego  tu  przyjechałem,  Fred  – 

powiedział Jake, opierając się niedbale o ogrodzenie. 

– Dobra, mów, stary. 
–  Rafael  Santana  został  ciężko  pobity  zeszłej  nocy,  po 

przyjęciu. Wcześniej dwóch twoich ludzi miało ochotę pogadać 
z nim na boku. Chciałbym zadać im kilka pytań. 

– Jasne, nie ma sprawy. Ale nie wierzę, by moi chłopcy wdali 

się  w  coś  takiego.  Do  licha,  wiesz,  jak  jest,  kiedy  kowboje 
wypiją kilka głębszych na zabawie. Trochę ich roznosi. Przecież 
to normalne. 

–  Słuchaj,  Fred,  na  przyjęciu  rozmawialiśmy  o  młodym 

Santanie.  Chciałeś,  żebym zajął się  jego  sprawą,  prawda?  Otóż 
właśnie zajmuję się nią w sposób, jaki uważam za właściwy. 

background image

– Znam cię, Jake, i nie wątpię, że zawsze postąpisz właściwie. 
– Cieszę się, że mnie popierasz. Zastanawiam się właśnie, czy 

nie  wydałeś  kowbojom  poleceń,  które  mogli  opacznie 
zrozumieć. 

– Wolnego, stary! To zbyt pokrętne dla mnie. 
–  Okay,  Fred,  powiem  szczerze:  jeśli  kazałeś  swoim 

chłopakom  mieć  oko  na  Rafaela  Santanę,  a  oni  zaczaili  się  na 
niego  i  pobili  do  nieprzytomności,  będziesz  współwinny 
przestępstwa. 

Gilmer ze zdumieniem pokręcił głową. 
–  Chyba  musiałbyś  mnie  nie  znać,  Jake,  by  podejrzewać,  że 

kazałem swoim ludziom chodzić za Santaną, a potem go pobić. 
To  nie  w  moim  stylu.  Zrobiłeś  mi  przykrość.  A  myślałem,  że 
jesteśmy jak bracia. 

– Fred, mam wobec ciebie dług wdzięczności i, na Boga, nie 

mów, że kiedykolwiek się tego wypierałem! 

– Ja też mam wobec ciebie dług wdzięczności – powtórzył jak 

echo Fred. – A wtedy, kiedy rozmawialiśmy sobie na przyjęciu, 
chciałem ci po prostu powiedzieć, żebyś spróbował wpłynąć na 
tego chłopaka. Pogadać z nim, wytłumaczyć mu, że Beth będzie 
lepiej bez niego. No wiesz, po prostu trochę go utemperować. 

–  Właśnie  tak  to  wtedy  zrozumiałem.  Niestety,  nie  dano  mi 

szansy, bo wcześniej zdążyli „utemperować” go twoi kowboje. 

Fred pokręcił głową. 
– Tego jeszcze trzeba dowieść. Co zamierzasz teraz zrobić? 
Jake zmarszczył brwi. 
– Sam nie wiem. Teraz będzie jeszcze trudniej utrzymać tych 

dwoje z dala od siebie. 

– Cholera, wszystko przez tę utrapioną Shelton i jej – wilki! – 

zaklął Gilmer. – Ona próbuje wszystko zmienić, cofnąć nas o sto 
lat. Ale my się nie damy, stary. Zaręczam ci. 

background image

– Fred, Julia nie jest niczemu winna. Ona i jej wilki zadziałały 

jedynie jak katalizator. Raz wywołaną reakcję trudno zatrzymać. 
Beth  jest  dorosła  i  wie,  czego  chce.  Chce  być  z  Rafaelem 
Santaną. 

– Musi się wreszcie opamiętać. Nie dopuszczę, żeby stała jej 

się krzywda. 

–  A  ja  nie  chcę,  by  komukolwiek  stała  się  krzywda  – 

zauważył  sucho  Jake.  –  Mam  nadzieję,  że  Rafe  będzie  odtąd 
mógł się czuć bezpiecznie w Pierson. 

– Masz moje słowo. I możesz sobie porozmawiać z każdym z 

moich chłopców. 

–  Serdeczne  dzięki,  Fred.  –  Jake  uśmiechnął  się,  choć 

doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy z podejrzanych będzie 
miał alibi, gdyż kumple będą go kryć. 

– Aha, jeszcze coś, szeryfie. Muszę zgłosić skargę. 
– Skargę? 
– Tak. Miałem nic nie mówić, ale skoro już tu jesteś, powiem 

ci, że w nocy straciłem piękne cielę. Wygląda na to, że zagryzły 
go dzikie zwierzęta. Było na wpół pożarte. 

Jake  poczuł  niemiły  skurcz  w  żołądku.  Już  wiedział,  co  za 

chwilę usłyszy. 

– Pomyślałem, że to musi być robota wilków – oznajmił Fred. 
–  Równie  dobrze  mogły  się  do  niego  dobrać  zdziczałe  psy 

albo kojoty. 

– Mogły, tylko od dawna nie widziano tu ani włóczących się 

psów, ani kojotów. 

– W takim razie musiałbym obejrzeć ścierwo. Jeśli okaże się, 

że cielaka zagryzły wilki, będę działał. 

– Słusznie. Przejdź się teraz do szopy i pogadaj z chłopakami. 

Później pokażę ci te resztki. 

Fred wrócił, gdy Jake właśnie skończył wypytywanie. 

background image

–  I  co,  dowiedziałeś  się  czegoś  ciekawego?  –  zapytał, 

skinieniem głowy odprawiwszy kowbojów. 

– Tego, czego się spodziewałem – lakonicznie odparł Jake. 
–  A  jeżeli  chodzi  o  cielę  –  powiedział  Fred  –  to  niestety 

muszę cię zmartwić. 

– Dlaczego? 
– Ścierwo zaczęło śmierdzieć i przyciągać sępy, więc chłopcy 

wrzucili  je  do  starej  studni  i  zakopali.  Ale  powtarzam  ci, 
wyraźnie było widać, że to robota wilka. I powiedz ode mnie tej 
Shelton,  że  traktuję  ten  przypadek  jako  pierwsze  ostrzeżenie. 
Jeśli  jeszcze  raz  coś  takiego  się  zdarzy,  nie  odpowiadam  za 
ranczerów. Wiesz, co zrobią, jeśli wilki zaczną terroryzować ich 
stada... 

– Dobrze, na razie proponuję, abyśmy zachowali to dla siebie. 

Nie trzeba wzniecać niepotrzebnej paniki. Zostaw sprawy mnie, 
Fred. 

– Jasne, szeryfie. Ty tu odpowiadasz za porządek. 
Jake  zmierzył  Freda  zamyślonym  spojrzeniem  i  ruszył  w 

stronę  dżipa.  Nigdy  w  życiu  nie  czuł  na  swoich  barkach  tak 
przygniatającego ciężaru odpowiedzialności. 

 
Po powrocie do domu Julia natychmiast sprawdziła odczyt w 

komputerze.  Okazało  się,  że  stado  po  raz  pierwszy  opuściło 
rejon leża. Zaniepokojona, czy wilki zanadto nie zbliżyły się do 
pastwisk,  pojechała  na  pustynię.  Znalazła  je  dopiero  o  zmroku, 
kiedy zeszły się, by zapolować. 

Widziała sprężystą, pełną gracji sylwetkę Sacajewei, potężną 

postać  jej  wiernego  towarzysza  Cochise’a  oraz  resztę  watahy. 
Schudły nieco, ale posuwały się przez pustynię lekkim, żwawym 
truchtem,  czujne  i  skupione  na  tropieniu  zdobyczy.  Coraz 
szybciej  przystosowywały  się  do  nowych  warunków,  ale  tym 

background image

samym niebezpiecznie powiększały swoje terytorium. 

Wróciła  do  domu  zmęczona,  marząc  już  tylko  o  kąpieli.  Z 

ulgą weszła do wanny. W ciepłej wodzie poczuła senność, lecz 
nagle ocknęła się, słysząc głośny szmer. Zaalarmowana, zaczęła 
czujnie nasłuchiwać. Zdawało się jej, że słyszy kroki. Na pustyni 
czuła  się  bezpiecznie,  przynajmniej  do  tego  momentu,  i  drzwi 
wejściowe zamykała jedynie na noc. 

Ktoś  wszedł  do  salonu.  Wyskoczyła  z  wanny,  rozpaczliwie 

rozglądając się za czymś, co mogłoby służyć do obrony. Wtedy 
usłyszała znajomy głos: 

– Julio, gdzie jesteś? Chciałbym z tobą porozmawiać. 
Chwyciła  cienki  bawełniany  szlafroczek,  nałożyła  go  na 

mokre ciało i zamknęła drzwi od środka. 

– Jake, co ty tu robisz? – zawołała. 
– Przyszedłem, żeby porozmawiać. 
– Słuchaj, teraz się kąpię, a poza tym jest już późno. 
– Nic mnie to nie obchodzi. Jeśli nie wyjdziesz, sam wejdę – 

oświadczył i zaczął łomotać klamką. 

– Dobrze już, dobrze, idę – odpowiedziała i z bijącym sercem 

otworzyła  drzwi.  Od  razu  zorientowała  się,  że  mężczyzna  jest 
zarazem zmieszany i spięty. 

–  Czy  coś  się  stało  z  Rafe’em?  –  Pytanie  nasunęło  się  jej 

natychmiast.  Nie  wyobrażała  sobie,  że  tak  natarczywie 
domagałby się rozmowy z innego powodu. 

–  Rafe?  –  Jake  spojrzał  na  nią  z  roztargnieniem.  –  Skąd, 

wszystko  z  nim  w  porządku.  Ja  po  prostu  musiałem  się  z  tobą 
zobaczyć. 

– Mogłeś najpierw zadzwonić – powiedziała z naganą. 
–  Julio,  nawet  nie  wiedziałem,  że  tu  przyjadę.  Po  prostu 

wsiadłem w samochód i nagle znalazłem się pod twoim domem. 

Przez cały czas wpatrywał się w nią. Po chwili postąpił krok 

background image

do przodu, jeszcze jeden... 

Zacisnęła  poły  szlafroka,  nagle  uświadomiwszy  sobie,  że 

przylega  do  jej  mokrej  skóry.  Pod  gorącym  spojrzeniem 
mężczyzny czuła się zupełnie naga. 

– Poczekaj, przebiorę się – wyjąkała. 
– Nie. Nic nie rób – nakazał chrapliwym głosem. 
– Jake, nie rozumiem... 
– Nie musisz. I nie pytaj mnie o nic. Wiem tylko, że bardzo 

cię potrzebuję – wyszeptał i pochwycił ją w ramiona. 

Próbowała jeszcze się uwolnić, lecz objął ją mocniej. 
–  Potrzebuję  cię,  Julio.  Kiedy  pierwszy  raz  cię  zobaczyłem, 

nawet  o  tym  nie  wiedziałem.  Ale  teraz  już  wiem  –  wyrzucał  z 
siebie coraz bardziej niecierpliwie, szukając ustami jej warg. 

Wykręcała  twarz,  więc  wsunął  palce  w  jej  włosy  i  mocno 

przytrzymał,  aż  zaczęła  odwzajemniać  pocałunek.  Po  chwili 
zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego. 

Pasek  rozwiązał  się  i  spadł,  a  poły  szlafroka  rozchyliły  się, 

odsłaniając  nagie  ciało.  Już  nie  dbała  o  to.  Pragnęła  tylko 
zagubić  się  w  jego  uścisku  i  sycić  rozkosznymi  doznaniami, 
które wzbudzała w niej jego bliskość. 

– Julio, powiedz mi szczerze, chciałaś tego? Chciałaś tak jak 

ja? – wyszeptał drżącym głosem. 

– Tak, tak! 
Odstąpił  krok  do  tyłu,  powoli  zsunął  z  niej  szlafrok  i 

delikatnie powiódł opuszkami palców po nagim ciele. 

–  Jak  jedwab,  twoja  skóra  jest  jak  jedwab...  –  powiedział  z 

zachwytem.  –  Chcę  całować  cię,  wszędzie.  Chcę  kochać  się  z 
tobą. 

Przylgnęła  do  niego  namiętnie.  Bez  wysiłku  porwał  ją  w 

ramiona  i  zaniósł  do  sypialni.  Jasny  blask  księżyca  przesiewał 
się  przez  zasłony,  zamieniając  skromny  pokój  w  tajemniczą, 

background image

cudowną krainę, czekającą tylko na nich. 

Jake  zaczął  okrywać  pocałunkami  twarz,  szyję,  piersi,  całe 

ciało Julii, aż drżącymi rękami zaczęła zdzierać z niego ubranie. 
Po chwili już leżał koło niej nagi i mogła wreszcie dotknąć go, 
otoczyć  ramionami,  gładząc  twarde  mięśnie  pleców.  Nagle 
poczuła  pod  palcami  poszarpane  krawędzie  blizn  i  zdumiona 
cofnęła ręce. 

– Nie, Julio, nie przestawaj. Proszę... – wyszeptał. 
Przyłożyła  dłonie  do  jego  piersi,  przesunęła  je  po  płaskim 

brzuchu,  jeszcze  niżej,  tam,  gdzie  niecierpliwie  prężyła  się 
twarda męskość. Zawahała się na moment, lecz Jake przytrzymał 
jej dłoń. 

– Dotykaj mnie tu. A ja będę dotykał cię i tu... 
i  tam...  –  Mówiąc  to  delikatnie  sunął  palcami  wzdłuż 

jedwabistej  wewnętrznej  powierzchni  jej  ud,  aż  dotarł  do 
ciepłego,  sekretnego  miejsca.  Julia  jęknęła  i  uniosła  głowę, 
pozwalając,  by  odnalazł  jej  usta.  Już  nie  wyobrażała  sobie,  że 
mógłby przestać, tak nieprawdopodobną przyjemność sprawiała 
jej pieszczota męskich rąk. 

Jake  oderwał  wargi  od  ust  Julii,  by  całować  jej szyję,  ciepłe 

zagłębienia obojczyków i krągłe wypukłości piersi. Ogarnęła ją 
fala  gorąca,  gdy  poczuła,  jak  smakuje  językiem  zagłębienie 
między  piersiami,  a  potem  sięga  napiętych  sutków.  W  tym 
samym  czasie  jego  palce  pieściły  tamto  intymne  miejsce,  które 
czekało  na  niego  niecierpliwie.  Przejął  ją  dreszcz,  narastający, 
rozkoszny  aż  do  bólu.  Jakby  z  oddali  usłyszała  własny  głos, 
wołający  imię  mężczyzny.  W  tej  cudownej  chwili  liczyły  się 
tylko  ich  splecione,  gorące  ciała,  szalone  usta  i  niecierpliwe 
dłonie. 

– Julio, tak bardzo cię pragnę. 
– Jake, ale ja... – nie była nawet w stanie wymawiać słów. Już 

background image

tylko jedna rzecz stała na przeszkodzie ich namiętności. 

– Nie martw się – szepnął. – Pamiętałem o tym. 
Wstał na  moment, a kiedy wrócił i  pochwycił ją w ramiona, 

wiedziała, że może już myśleć tylko o jednym. 

Objęła go i pocałowała w usta. 
– Kochaj się ze mną, Jake. Zrób to, błagam, bo inaczej umrę. 
Powoli  przygarnął  ją  do  siebie  i  wsunął  się  w  oczekującą, 

rozkoszną  miękkość.  Wyciągnęła  rękę  i  czule  pogładziła  go  po 
twarzy.  A  potem  ich  spojrzenia  spotkały  się  i  długo  tłumiona 
namiętność zawładnęła nimi całkowicie. 

 

background image

Rozdział 6 

 
Julię  obudziły  odgłosy  dochodzące  z  kuchni.  Wolno  uniosła 

powieki  i  pociągnęła  nosem.  Wokół  rozchodził  się  zapach 
świeżo parzonej kawy, jajek na boczku i tostów. 

Uśmiechnęła  się  do  siebie  i  z  lubością  przeciągnęła  pod 

kołdrą.  Jake  Forrester  i  Julia  Shelton.  Wydawało  się  to 
niemożliwe,  a  jednak  się  stało.  Niczego  nie  planowali,  działali 
spontanicznie,  pod  wpływem  chwili  i  nastroju.  Kochali  się 
jeszcze  raz  przed  świtem,  tym  razem  powoli  i  czule,  a  potem 
zasnęli, tuląc się w ramionach. Po raz pierwszy od bardzo dawna 
Julia nie budziła się w pustym domu. 

–  Dzień  dobry,  siadaj  –  zaproponował  Jake,  gdy  weszła  do 

kuchni. Zachowywał się swobodnie, jakby przygotowywanie dla 
niej śniadania było najzwyczajniejszą rzeczą pod słońcem. 

–  Przypaliłem  grzanki,  ale  za  drugim  razem  się  udało.  – 

Postawił  przed  nią  talerz  z  jajkami  na  bekonie  i  posmarowaną 
masłem grzanką, podsuwając po chwili filiżankę kawy. 

–  Och,  Jake...  dziękuję  za  śniadanie.  Wygląda  wspaniale.  – 

Julia naprawdę była pod wrażeniem. 

Jake pochylił się i szybko pocałował ją w usta. 
– Jedz, bo wystygnie. 
Zawartość talerza zniknęła w błyskawicznym tempie. 
–  Tak  się  cieszę,  że  jesteś  –  odezwała  się  po  chwili  Julia, 

uśmiechając się do niego znad filiżanki kawy. 

– Ja też. Ale jest jeszcze coś, o czym muszę ci powiedzieć. 
– Tak? 
–  Wczoraj  podejrzewałaś  mnie,  że  jestem  zamieszany  w 

pobicie Rafe’a. 

– Jake, ja naprawdę... 

background image

– Wiem, niemniej przyszło ci to na myśl i wcale cię nie winię. 

Szczerze mówiąc, Julio, nie byłem pewien, czy Fred miał wtedy 
na  myśli  to  samo  co  ja.  Dlatego  wczoraj  rozmawiałem  z  nim  i 
jeszcze  raz  wyjaśniliśmy  sobie  wszystko.  Cokolwiek  zajdzie 
między  Rafe’em  i  Beth,  będzie  to  wyłącznie  ich  sprawa.  Ani 
Gilmer, ani ja nie możemy tego zmienić. Ja zaś mam czuwać, by 
nikomu nie stała się krzywda. 

– Dzięki, Jake. – Julia poczuła ulgę. 
–  Nie  dziękuj  mi.  Jestem  szeryfem  i  takie  są  moje  – 

obowiązki. Niestety, pozostało coś jeszcze do wyjaśnienia. 

– Domyślałam się... 
Jake wstał i nerwowo zaczął przemierzać kuchnię. 
– Jak już ci mówiłem, poznaliśmy się z Fredem w Wietnamie. 

Zostałem  zwerbowany,  a  Fred  był  moim  sierżantem.  Tam  było 
piekło, Julio. Nawet teraz, po latach, nie udało mi się wymazać z 
pamięci  tego  koszmaru.  Powraca  do  mnie  jak  zły  sen.  Żaden z 
tych,  którzy  przeżyli,  nie  może  zapomnieć.  Czasami,  kiedy 
wydaje  mi  się,  że  już  odciąłem  się  od  przeszłości,  ona  znowu 
powraca. 

– Och, Jake – szepnęła ze współczuciem. 
– Miałem wtedy osiemnaście lat. Fred był dużo starszy. Poza 

tym  miał  za  sobą  pracę  na  ranczo,  która jest  prawdziwą  szkołą 
życia.  Ja  byłem  wtedy  niemal  dzieckiem,  cwanym  miejskim 
chłopakiem. Mimo to zaprzyjaźniliśmy się. To się stało pod sam 
koniec.  Trwała  ostatnia  ofensywa.  Nasz  oddział  wycofywał  się 
do  strefy  zdemilitaryzowanej,  kiedy  nagle  natknęliśmy  się  na 
Vietkong – urwał, by nabrać tchu. 

– Jake, jeśli nie chcesz, nie musisz opowiadać. 
– Nie, nie, już dobrze. Cały patrol zginął. Ja dostałem kulę w 

ramię,  a  Fred  został  ciężko  ranny.  Wziąłem  go  na  plecy  i 
zacząłem iść przez dżunglę, całe mile. Boże, ten marsz nie miał 

background image

końca!  Ale  wreszcie  dowlokłem  się  do  naszych  linii. 
Powiedzieli, że uratowałem mu życie. 

Julia wstała, podeszła do Jake’a i zarzuciła mu ręce na szyję. 
– Jesteś bohaterem  – powiedziała cicho. Wzruszenie  dławiło 

ją w gardle. 

– To nieprawda – zaprzeczył z gorzkim uśmiechem. – Wtedy 

byłem  po  prostu  dzieciakiem,  zagubionym  –  w  piekle  wojny, 
który  próbował  uratować  kumpla,  żeby  nie  zostać  sam  wobec 
śmierci. A później, dużo później, ten kumpel ocalił mnie, Julio. 
Wyciągnął  z  samego  dna  i  sprowadził  tutaj.  Ocalił  mi  życie, 
dokładnie  tak  samo  jak  ja  jemu.  Fred  i  ja...  łączy  nas  coś 
ważniejszego  od  więzów  krwi.  Nie  wyobrażam  sobie,  że 
mógłbym wystąpić przeciwko niemu. 

–  Rozumiem  –  odparła  w  zamyśleniu.  Nagle  uświadomiła 

sobie, że brakuje jej bliskości Jake’a. Nie obejmował jej. Opuścił 
bezradnie  ręce,  zupełnie  jak  gdyby  wspomnienie  o  Fredzie 
Gilmerze wzniosło między nimi mur. Julia odstąpiła krok do tyłu 
i usiadła z powrotem przy stole. 

– Wydaje mi się, że bez względu na to, jak głęboka jest wasza 

przyjaźń  i  co  sobie  wzajemnie  zawdzięczacie,  wreszcie 
wyrównaliście rachunki. 

– Nie zgadzam się z tobą. I dlatego wszystko jest takie trudne. 
– Ależ dlaczego, Jake? Sam powiedziałeś, że Beth i Rafe sami 

zadecydują o swoim losie. 

– Tak, ale oboje wplątani są w sprawę wilków... 
– Och, o to ci chodzi. – Zdołała narzucić sobie spokój, choć 

wzbierał w niej gniew. – Fred chce mnie stąd wyrzucić, ale nie 
zamierzam  się  tym  przejmować.  A  ty  nie  musisz  się  o  nic 
martwić.  Rozgrywka  z  Fredem  jest  wyłącznie  moją  sprawą. 
Pamiętaj, co mówiłeś przed chwilą o Rafaelu i Beth. 

Jake usiadł i spojrzał na nią zatroskanym wzrokiem. 

background image

– Wiem, że ci młodzi jakoś sobie poradzą. Ale twoja sytuacja 

jest niestety bardziej skomplikowana. 

Spojrzała na niego zdumiona. 
– Co się stało? 
– Wczoraj Gilmer oznajmił, że twoje wilki zagryzły sztukę z 

jego stada. 

–  Nie,  to  niemożliwe  –  zaprzeczyła  natychmiast,  bez  cienia 

wątpliwości.  –  Mówiłam  ci,  że  one  jeszcze  nie  odzyskały 
instynktów łowieckich. Nie byłyby w stanie zaatakować bydła. 

– Cielaka – skorygował ją. – Fred mówił, że rozszarpały go na 

kawałki. Młodą sztukę łatwo jest oddzielić od stada. 

–  Nie  wierzę.  Owszem,  zaczęły,  się  zapuszczać  głębiej  w 

teren, ale nadal są daleko od jego pastwisk. 

– Nie ma sposobu, by udowodnić, że tego nie zrobiły. 
– Jak to nie ma? Trzeba zebrać zeznania, fakty. Sam przecież 

mówiłeś o domniemaniu niewinności przy braku dowodów. Czy 
masz jakieś? 

– Nie, nie mam. 
–  Poczekaj,  a  resztki  cielęcia?  Przecież  musiały  zostać 

zbadane. 

–  Właśnie,  w  tym  problem.  Zostały  zakopane,  zanim 

zdążyłem je obejrzeć. 

Julia porwała się z miejsca. 
– Ha! Teraz rozumiem. Fred Gilmer wymyślił sobie pretekst, 

żeby pozbyć się za jednym zamachem wilków, mnie i Rafe’a. O, 
nie, Jake, to mu się nie uda! 

– Owszem, uda się. 
–  Jak  możesz  tak  mówić?  Nie  ma  żadnych  dowodów!  – 

zaczęła krzyczeć ze zdenerwowania. 

–  Fred  i  jego  chłopcy  nie  żartują.  Jeśli  on  zacznie 

rozpowiadać  wśród  innych  ranczerów,  że  twoje  wilki  zabijają 

background image

bydło, rozpęta się piekło. Nic ci już wtedy nie pomoże. 

–  W  takim  razie  będę  walczyć  –  oświadczyła,  wyzywająco 

wysuwając podbródek. – Jak uważasz, co powinnam robić? 

– Przede wszystkim uważać, by drugi raz się coś takiego nie 

zdarzyło. 

– Jake, przecież nie... 
–  Nie  może  paść  na  ciebie  nawet  cień  podejrzenia.  Julia 

podjęła decyzję. 

– Dobrze. W takim razie przemieścimy wilki w głąb naszego 

terytorium, jeszcze dalej od pastwisk. 

– Bardzo rozsądny pomysł. 
–  Zaczniemy  akcję,  jak  tylko  Rafe  wróci  do  pracy.  Jeśli 

wycofamy je daleko, na teren nie zamieszkany, będę pewna, że 
nie  dotrą  do  krów.  Ich  terytorium  łowieckie  nie  jest  zbyt 
rozległe. 

Na  twarzy  Jake’a  odbiła  się  wyraźna  ulga.  Pochylił  się  ku 

Julii i pocałował ją raz, a potem drugi. 

– To pierwszy nasz pocałunek po porannej kawie – mruknęła. 

– Szeryfie, czy nie wzywają cię obowiązki? 

–  Tak,  i  to  bardzo  pilne.  –  Wyciągnął  rękę  i  niecierpliwie 

rozwiązał pasek szlafroka. – Bardzo, bardzo pilne... 

–  Jake,  jest  już  dziewiąta  –  przypomniała  Julia.  Zawahał  się 

przez  moment,  a  potem  wstał  z  ociąganiem  –  Dobrze,  idę. 
Wrócę tu. Nie planuj nic na wieczór. 

– Czy to rozkaz? 
W  odpowiedzi  przygarnął  ją  jeszcze  raz  do  siebie  i  długo, 

żarliwie całował. 

– Pragnę cię, Julio Shelton. Bardzo cię pragnę i nic już tego 

nie zmieni. 

W  chwilę  później  Julia  stała  na  werandzie  i  tęsknym 

wzrokiem  odprowadzała  znikający  w  tumanach  kurzu 

background image

samochód. W uszach ciągle dźwięczały jej ostatnie słowa Jake’a 
Forrestera. 

Resztę  poranka  spędziła  na  planowaniu  akcji  przeniesienia 

wilków. Około południa uznała, że wzięła pod uwagę wszystkie 
okoliczności  i  przewidziała  możliwe  konsekwencje.  Nagle 
dobiegł jej uszu znajomy warkot silnika. Jednak przy kierownicy 
nie siedział Rafe. Samochód prowadziła Beth. 

Kolejny problem do rozwiązania, pomyślała patrząc na dwoje 

młodych.  Rafe  miał  jeszcze  siniak  pod  okiem  i  ramię  w 
bandażach. 

– Hej, dzisiaj ja mam dyżur  – po, witała ją  radośnie  Beth.  – 

Ten  maniak  chciał  koniecznie  wracać  do  pracy,  aż  w  końcu 
lekarz  mu  pozwolił,  pod  warunkiem  że  nie  będzie  prowadził 
samochodu. Wreszcie  udało  mi się  go przekonać, żeby wpuścił 
mnie za kółko. 

– Cieszę się, że go przywiozłaś, bo jest parę ważnych rzeczy 

do zrobienia. 

– On nie może... 
–  Beth  –  przerwała  jej  Julia  z  uśmiechem,  lecz  stanowczo  – 

jemu już nie jest potrzebna pielęgniarka. 

Beth  westchnęła  i  usiadła  z  Rafe’em  na  kanapie.  Cały  czas 

opiekuńczo trzymała go za rękę. 

– Co się stało? – zapytał Rafe z troską. 
Opowiedziała mu o domniemanym zagryzieniu cielęcia przez 

wilki i groźbach Gilmera. 

–  Oczywiście  nie  wierzę,  że  one  to  zrobiły,  ale  musimy 

chronić  stado.  Nie  możemy  ryzykować,  że  kowboje  zaczną  je 
tropić. 

– Masz jakiś plan? 
– Tak. Pracowałam nad nim całe rano. Mam to w komputerze. 

Myślę,  że  uda  sieje  utrzymać  w  odległości  przynajmniej  dnia 

background image

drogi  od  najbliższych  pastwisk.  Wówczas,  gdyby  zaczęły 
podchodzić bliżej, łatwiej będzie nam to wyśledzić. 

–  Świetnie  –  powiedział  Rafe  –  pozwól,  że  przyjrzę  się 

planowi. 

Wrócił po chwili, wypił dwie filiżanki kawy i oświadczył: 
–  Znalazłem  im  dobre  miejsce  na  leże.  Nie  powinno  być 

problemu z przeniesieniem. Zaraz wyruszam. 

– Pojadę z nim – zaproponowała Beth. 
–  Nie  uważam,  żeby  to  był  mądry  pomysł  –  zaprotestowała 

Julia. 

– Myślisz, że nie spodobałby się mojemu tatusiowi, prawda? 
– Szczerze mówiąc, tak. On nie życzy sobie, żebyś się z nim 

widywała. 

– To jest nasz problem, Julio, nie twój – wtrącił Rafael. 
–  Niestety,  pracujecie  dla  mnie  i  to  sprawia,  że  mamy 

wspólne problemy – oznajmiła dobitnie Julia, po czym ostrożnie 
dodała: – Beth, nie posądzam twojego ojca o nic, ale myślę, że 
jego  zastrzeżenia  do  naszego  eksperymentu  w  dużym  stopniu 
wywołała twoja sympatia do Rafe’a. 

Rafe impulsywnie ujął rękę dziewczyny. 
– Masz rację, ale poradzimy sobie z tym. 
–  Ile  razy  jeszcze  masz  ochotę  oberwać?  –  zapytała  Julia 

brutalnie. 

–  Rozmawiałam  z  ojcem  –  oświadczyła  Beth.  –  Zapewnił 

mnie, że nie ma z tym nic wspólnego. 

– Napaść jest wyrazem niechęci ranczerów i nieważne, kto jej 

dokonał. – Julia za wszelką cenę pragnęła uniknąć sprzeczki. 

– Słuchajcie – wtrącił Rafe – wiadomo, że nie ma co dolewać 

oliwy  do  ognia.  Musimy  przenieść  wilki.  I  musimy  to  zrobić 
razem. Beth też należy do zespołu. Kiedy ty będziesz sprawdzała 
namiary  na  komputerze  i  łączyła  się  ze  mną  przez  radio,  Beth 

background image

poprowadzi wóz. 

–  Będę  też  robić  zdjęcia  –  wtrąciła  z  entuzjazmem  Beth.  – 

Mam  fantastyczny  aparat  z  teleobiektywem.  Można  będzie 
zaoferować  zdjęcia  prasie,  podarować  –  szkołom,  różnym 
organizacjom. – Zapalała się coraz bardziej. 

– Ale... 
–  Wiem,  nie  powinno  się  im  na  razie  przeszkadzać  – 

dokończył Rafe – ale potrzebujemy tych zdjęć i będziemy robić 
je  z  maksymalnego  dystansu.  Trudno,  Julio,  trzeba  iść  na 
kompromis.  Nie  możemy  teraz  zawieść  ludzi,  których  sami 
przekonywaliśmy. W ten sposób nigdy nie pokonamy wroga. 

Nie  pozostało  jej  nic  innego,  jak  zgodzić  się.  Mieli  rację. 

Potrzebowała ich. 

– Dobrze, jedźcie. Tylko proszę, uważajcie na siebie – dodała 

z troską. 

– Niepotrzebnie się zamartwiasz – zapewnił Rafe. – Wszystko 

będzie dobrze. Odnajdziemy nowe miejsce i zdamy ci raport, a 
potem zaczniemy przeprowadzać wilki. 

– Och, jak ja tego nie lubię – wzdrygnęła się Julia. – Szkoda, 

że nie można się obyć bez usypiania. 

–  Nie  mamy  przecież  innego  wyjścia.  A  zresztą,  kiedy  będą 

uśpione,  wykorzystam  to  i  zrobię  im  badania  oraz  testy  na 
pasożyty. Upłynęło już wystarczająco dużo czasu. 

– Jesteś jak zwykle optymistą. 
– Bo wiem, że nam się uda. 
–  Uda  się,  bo  opinia  publiczna  stanie  po  naszej  stronie  – 

dodała Beth. 

– Racja. Już mamy poparcie. Pokaż Julii ten artykuł. 
Julia wzięła do ręki egzemplarz lokalnej gazety. Nie pomyliła 

się  w  ocenie  młodego  reportera.  Napisał  życzliwy,  wyważony 
tekst, gęsto przeplatany cytatami z jej prelekcji. 

background image

– Nie jest zły – przyznała. – Aha, przypomniało mi się, że ten 

reporter chciał więcej... 

– Tak, wiem, dzwonił do mnie. Kilka z dzisiejszych zdjęć ma 

być dla niego – rzuciła Beth, niecierpliwie patrząc na zegarek. 

– Chodźmy, szanowny partnerze. Mamy robotę na cały dzień. 
 
Przewidywania Beth okazały się słuszne. Zgłosili się dopiero 

po  zachodzie  słońca.  Cały  ten  czas  Julia  spędziła  przy 
komputerze, śledząc ich poczynania. 

– Słuchaj, zrobiłam bombowe zdjęcia! – krzyczała przez radio 

rozentuzjazmowana  Beth.  –  Jest  Cochise  dla  dzieci  i  piękne 
ujęcie,  jak  śpi  pod  skałą  u  boku  Sacajewei.  Mam  też  uroczą 
scenę, kiedy jeden z młodszych wilków... 

– Taza – podpowiedział Rafe. 
–  ...  więc  kiedy  Taza  zaczepia  żółwia  i  bawi  się  z  nim  jak 

szczeniak. 

–  W  końcu  psy  to  po  prostu  oswojone  wilki  –  zauważyła 

Julia. – Pięknie się spisaliście. Teraz rozłączam się i czekam. 

–  Przyszykuj  się,  bo  porywamy  cię  na  kolację  do  moich 

rodziców – zawołał Rafe. 

Julia  zawahała  się.  Jake  prosił,  by  zarezerwowała  sobie 

wieczór... 

–  Nie,  przykro  mi,  ale  nie  mam  czasu.  Muszę  jeszcze 

posiedzieć przy komputerze. Przeproście ode mnie Pilar. 

Z głośnika dobiegły ją stłumione chichoty. 
– Rozumiem, szefowo, masz inne plany – domyślił się Rafe. 
– Powiedzmy... No, wracajcie do domu. Koniec odbioru! 
–  Nagle  poczuła,  jak  bardzo  jest  zmęczona.  Wyłączyła 

aparaturę i wstała, pocierając obolały kark. Postanowiła przejść 
się i odetchnąć świeżym powietrzem. 

Po  powrocie  zafundowała  sobie  gorącą  kąpiel.  Leżąc  w 

background image

wannie, z sympatią myślała o miłości tych dwojga, choć mogła 
zrujnować  cały  eksperyment.  Uznała  jednak,  że  nie  ma  nic 
ważniejszego  od  miłości,  i  nagle  zdumiała  ją  własna, 
romantyczna postawa. Co się z nią dzieje? 

Kiedy  o  wpół  do  ósmej  wyjęła  z  lodówki  steki  i  zaczęła  je 

odmrażać, nasłuchiwała już tylko warkotu dżipa. 

O  ósmej  wyszła  na  werandę,  usiadła  na  ławce  i  zaczęła 

wpatrywać się w drogę. 

O dziewiątej wróciła do kuchni, z powrotem włożyła steki do 

lodówki i zrobiła sobie kanapkę. 

O  dziesiątej  zaczęła  niepokoić  się  na  dobre.  Zadzwoniła  do 

biura Jake’a i do domu, ale nikt nie odpowiadał. 

O jedenastej zaczęła się gorączkowo zastanawiać, czy coś mu 

się  przytrafiło,  czy  też  unika  spotkania  z  nią.  Czyżby  była  dla 
niego jedynie przygodą na jedną noc? Może flirtował z nią tylko 
po  to,  by  ją  wreszcie  zdobyć,  a  teraz  zostawi  ją,  tak  jak  tamtą 
brunetkę? 

Zdenerwowana  i  rozżalona  położyła  się  do  łóżka.  Wreszcie 

zasnęła. Miała koszmarny sen o krwawej zemście Freda Gilmera 
na wilkach. A potem wydawało się jej, że leży przy niej Jake. 

–  Powinnaś  sprawić  sobie  większe  łoże,  kochana  dobiegł  ją 

głos. Jednocześnie poczuła delikatną pieszczotę. 

To nie był sen. 
–  Jake!  –  wykrzyknęła  obudzona,  siadając  gwałtownie  na 

łóżku. 

– Stanowczo muszę ci założyć solidny zamek. 
– Co ty tu robisz? 
– Przecież mnie zapraszałaś. 
– Owszem, na kolację. 
–  Przepraszam.  –  Czule  ucałował  ją  w  szyję.  –  Dwa 

samochody  zderzyły  się  na  Stage  Road.  Mnóstwo  czasu  zajęło 

background image

mi sprowadzenie dźwigu i ściągnięcie wraków. 

– Czy ktoś został poszkodowany? 
– Nie do wiary, ale wszyscy uszli cało, choć oba wozy nadają 

się do kasacji. Potem musiałem jeszcze opisać miejsce wypadku, 
sporządzić  zeznania,  słowem  odwalić  najgorszą  papierkową 
robotę.  Oczywiście  obaj  kierowcy  oskarżali  się  nawzajem,  co 
jeszcze  przedłużyło  całą  sprawę.  Nie  miałem  kiedy  do  ciebie 
zadzwonić. 

–  Teraz  już  wiem,  co  znaczy  umawiać  się  na  kolację  z 

szeryfem... 

–  Aha  –  mruknął,  niecierpliwie  ściągając  z  niej  koszulkę. 

Przytulił Julię do swojej nagiej piersi. 

– Tak, teraz jest cudownie. Tylko my dwoje i nic nas już nie 

rozdziela. Myślałem o tobie przez cały dzień. A wiesz chociaż, 
co myślałem? 

– Nie, ale założę się, że zaraz mi powiesz  – uśmiechnęła się 

radośnie.  Poczuła  jego  twardą  męskość  i  czekała,  drżąc  w 
rozkosznym napięciu. 

Jake z ustami przy jej uchu zaczął długo i namiętnie szeptać. 

Julia przymknęła oczy. Pod powiekami migały jej w zawrotnym 
tempie  erotyczne  obrazy.  Słowa  mężczyzny  jak  magiczna  sieć 
oplatały jej umysł i ciało. 

– I wiesz, co  jeszcze sobie  pomyślałem?  – zapytał  głośno.  – 

Że warto było czekać. Zgadzasz się ze mną? 

Otworzyła oczy i spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem. 
– Straszny z ciebie erotoman gawędziarz, szeryfie – oznajmiła 

kpiącym tonem. – Czy nie mógłbyś mi po prostu pokazać, jak to 
się robi? 

Jake roześmiał się i przyciągnął ją do siebie. 
 

background image

Rozdział 7 

 
Świt zaczął rozjaśniać niebo. Jake poruszył się, otworzył oczy 

i  pocałował  Julię.  Roześmiała  się  cicho,  bo  w  tej  samej  chwili 
znowu zasnął. Miał za sobą długą, pełną przeżyć noc. 

Kiedy jednak próbowała wstać z łóżka, znów się ocknął. 
– Julia... 
– Śpij, jeszcze wcześnie. Tym razem ja przygotuję śniadanie. 

Zawołam cię, kiedy będzie gotowe. 

– Nie wołaj, tylko przyjdź i obudź mnie pocałunkiem. 
– Dobrze... 
– Kiedy szła do drzwi, już spał. 
Wznoszące  się  nad  horyzontem  słońce  zaglądało  przez 

kuchenne okna. Lubiła tę porę dnia, a dzisiejszy poranek wydał 
się jej szczególnie sympatyczny. Nucąc zaczęła przygotowywać 
kawę. Z czułością rozmyślała o mężczyźnie śpiącym w jej łóżku. 

Nagle  dobiegł  ją  z  zewnątrz  dziwny  odgłos.  W  pierwszym 

momencie pomyślała, że nadchodzi burza. Po chwili zdała sobie 
sprawę, że chodzi  o coś zupełnie  innego. Wyjrzała  przez okno. 
To był tętent koni, pędzących w tumanach kurzu ku jej domowi! 

Zacisnęła mocniej pasek szlafroka i wyszła na ganek. Słońce 

wzniosło się wyżej i blask boleśnie poraził ją w oczy. 

Zrobiła  daszek  z  dłoni  i  spojrzała  uważnie  w  dal.  Miała 

wrażenie,  że  przeniosła  się  w  odległe  czasy.  Przez  pustynię 
nadjeżdżała ku niej grupa jeźdźców. Na czele, jak anioł zemsty, 
pędził Fred Gilmer. 

–  Panowie,  co  się  dzieje?  –  wykrzyknęła,  lecz  jej  słowa 

zagłuszył  stukot  kopyt,  parskanie  wierzchowców  i  gwar 
nawołujących się męskich głosów. 

Wreszcie  zapadła  cisza,  przerywana  jedynie  stąpnięciami  i 

background image

pochrapywaniem koni. 

– Co się dzieje? – powtórzyła, na serio już zaniepokojona. 
–  Dzień  dobry,  panno  Shelton.  –  Fred  uprzejmie  uniósł 

kapelusz, nie zsiadając z konia. 

–  Czego  pan  chce?  –  spytała  podejrzliwie.  Najwyraźniej  nie 

była to towarzyska wizyta. Dwóch spośród jeźdźców trzymało w 
ręku  karabiny.  Pozostali  mieli  je  zawieszone  u  siodeł.  Patrzyła 
na  nich  i  miała  wrażenie,  że  znalazła  się  w  środku  nocnego 
koszmaru. 

–  Zna  już  pani  niektórych  naszych  ranczerów,  prawda?  – 

zaczął Gilmer towarzyskim tonem. – Przedstawiłem ich pani na 
przyjęciu.  Jak  pani  widzi,  jest  Ray  i  Lonnie,  a  także  Buddy 
Silver oraz Tom Landers. 

Julia  przytaknęła.  Rzeczywiście,  poznała  tych  ludzi. 

Przedstawiano  ich  jej  nie  tylko  jako  przyjaciół  Freda.  Również 
jako kumpli Jake’a. 

–  Przepraszam  za  najście,  panno  Shelton.  A  może  lepiej, 

Julio.  Niestety,  pogłoski  o  napadach  wilków  na  nasze  bydło 
rozniosły  się  wśród  hodowców.  Teraz  krowy  się  cielą,  więc 
zaczęli  się  poważnie  martwić.  Uważają,  że  najlepiej  byłoby 
pozbyć się wilków. 

–  O,  nie!  –  Julia  postąpiła  w  ich  kierunku.  –  W  tej  sytuacji 

należałoby  porozmawiać.  Było  tylko  jedno  doniesienie  o 
wypadku.  Nie  ma  żadnego  dowodu,  że  moje  wilki  zagryzają 
cielęta, o ile w ogóle jakaś sztuka została zagryziona. 

Ktoś zza pleców Freda spytał: 
– Czy pani oskarża Gilmera o kłamstwo? 
–  Powiedziałam  tylko,  że  nie  mamy  dowodów.  Gdyby 

okazało  się,  że  moje  wilki  zagryzły  cielę,  strata  zostanie 
wyrównana z nawiązką. 

–  My  nie  chcemy  rekompensaty,  droga  pani  –  wykrzyknął 

background image

inny kowboj. – My chcemy, żeby wilki się stąd wyniosły! 

– Martwe! – dorzucił drugi. 
–  Tak,  trzeba  dawnym  zwyczajem  zawiesić  ich  skóry  na 

płocie! 

Julia poczuła, jak wali jej serce. Nadal nie mogła uwierzyć, że 

pod  koniec  dwudziestego  wieku,  w  posiadłości,  która  należała 
do  uniwersytetu,  mogły  się  rozgrywać  takie  sceny.  Spróbowała 
jeszcze raz przemówić im do rozsądku: 

–  Panowie,  zapraszam  was  do  domu,  żebyśmy  mogli 

spokojnie  porozmawiać.  Jestem  pewna,  że  dojdziemy  do 
porozumienia.  Dysponuję  zapisami  obserwacji  i  mogę 
udowodnić, że wilki nie opuszczały swojej siedziby. 

– Wszystko można sfałszować – rzucił ktoś zaczepnie. 
Julia  westchnęła  zrezygnowana.  Wobec  tych  ludzi  nie 

skutkowały żadne sposoby. 

Fred spojrzał na nią i pokręcił głową. 
– Sama pani widzi, że oni są zbyt rozdrażnieni. 
Z trudem zdołała się opanować. 
– A kto jest temu winien, panie Gilmer? – syknęła wściekle. – 

Pan pierwszy chciał się mnie stąd pozbyć. 

– Jako prezes Związku Hodowców Bydła jestem rzecznikiem 

wszystkich ranczerów. 

Spokojny  ton  głosu  Gilmera  kontrastował  z  nerwowymi 

reakcjami Julii. Jednak nie miała zamiaru ustąpić ani się poddać. 

–  Działania,  które  podejmuję,  są  słuszne  z  punktu  widzenia 

moich badań – stwierdziła. – A co za tym idzie, obecność pana i 
pańskich ludzi na terenie mojej posiadłości jest niepożądana. 

Mówiąc to wysunęła wojowniczo brodę. 
–  Naruszyliście  prywatną  własność  i  proszę  was,  byście 

opuścili farmę – oświadczyła stanowczym tonem. 

Julia  dostrzegła  we  wzroku  Freda  Gilmera  wahanie,  lecz 

background image

trwało to ułamek sekundy. W sukurs prezesowi przyszedł Buddy 
Silver. 

–  Słowem,  chce  pani  wydawać  nam  rozkazy,  tak?  A  jakim 

prawem? – rzucił zaczepnym tonem. 

–  Takim,  jakie  przysługuje  tej  pani,  i  jakiego  ja  bronię  – 

rozległa się niespodziewana odpowiedź. 

Tym  sposobem  Jake  Forrester  dokonał  efektownego  wejścia 

na  scenę.  Pojawił  się  na  werandzie  półnagi  i  bosy,  ze 
zmierzwioną  czupryną,  ubrany  jedynie  w  dżinsy.  Oczy  Jake’a 
patrzyły  bystro  i  trzeźwo,  a  pod  ramieniem  trzymał 
odbezpieczony,  gotowy  do  strzału  karabinek.  Stanął  oparty 
niedbale o ganek i leniwie spoglądał na przeciwników. Dla Julii 
była to najpiękniejsza sekwencja z westernu, jaką kiedykolwiek 
widziała.  Bez  względu  na  to,  czy  ten  western  miałby  być 
kiczem, czy arcydziełem. 

Wyraz  twarzy  Freda  również  zasługiwał  na  upamiętnienie. 

Kompletne zaskoczenie i zmieszanie szybko zastąpił gniew. 

– Jake, do licha, co ty tu... 
Jake w dwóch szybkich krokach postąpił do przodu i zasłonił 

sobą drobną postać Julii. 

–  Gadaj,  skąd  się  tu  wziąłeś?  –  spytał  Fred,  nadaremnie 

rozglądając się za służbowym dżipem szeryfa. 

–  Zaparkowałem  wóz  za  domem,  jeśli  chcesz  wiedzieć  – 

poinformował  go  Jake.  –  A  kiedy  usłyszałem  cały  ten  rumor  i 
zobaczyłem  twoich  chłopców  ze  strzelbami,  uznałem,  że  lepiej 
będzie,  gdy  wkroczę  do  akcji.  Tylko  nie  bardzo  wiem,  o  co 
chodzi. Może byłbyś mi łaskaw wyjaśnić? 

–  Jake,  ty  stary  draniu,  nie  udawaj,  że  nie  wiesz.  –  Fred 

szybko  odzyskał  kontrolę  nad  sobą.  –  Przecież  chodzi  o  wilki. 
Ranczerzy dowiedzieli się o moim cielęciu i postanowili pozbyć 
się tych szkodników raz na zawsze – wyjaśnił twardym tonem. 

background image

– Obawiam się, Fred, że nie pójdzie im tak łatwo – swobodnie 

odparł Jake. – A przynajmniej nie dzisiaj. Widzisz, stary, ta pani 
ma rację. Wkroczyliście bez pozwolenia na prywatny teren. O ile 
wiem, nie zapraszała was tutaj? Prawda, Julio? 

–  Zgadza  się,  pojawili  się  bez  zaproszenia  –  potwierdziła. 

Czuła się pewniej, mając Jake’a u boku. 

–  Ponieważ  uniwersytet  wydzierżawił  ziemie,  na  których 

przebywają  zwierzęta,  automatycznie  tereny  te  pozostają  pod 
zarządem  pani  Shelton  –  kontynuował  Jake.  –  A  skoro  tak,  to 
naruszyliście  własność  uczelni  stanowej.  Jako  przedstawiciel 
prawa  na  tym  terenie  stwierdzam,  że  możecie  być  za  to 
pociągnięci do odpowiedzialności. 

Dobitne  słowa  Jake’a  zadźwięczały  jak  wyzwanie.  Julia 

zaczęła obawiać się, jak rozwinie się sytuacja. 

Pomiędzy 

mężczyznami 

wybuchł 

krótki 

spór. 

Podenerwowane  konie,  trzymane  krótko  w  cuglach,  wierzgały, 
parskały  i  rzucały  głowami.  Kowboje  wyprostowali  się  w 
siodłach,  napięci,  z  dłońmi  opuszczonymi  ku  kaburom.  Przez 
moment  rozgorączkowana  wyobraźnia  Julii  podsunęła  obraz 
rodem z westernu. 

Jake wytrzymał ten moment napięcia bez zmrużenia powiek. 

Spokojnie,  z  zimną  krwią,  odwiódł  spust,  wprawnym  ruchem 
ręki  ustawiając  broń  w  pozycji  dogodnej  do  strzału,  choć  lufę 
trzymał nadal opuszczoną ku ziemi. 

–  Spokojnie,  Jake  –  odezwał  się  pojednawczo  Fred.  –  Jesteś 

jednym z nas, bez względu na to, co się tutaj dzieje. – Znacząco 
zerknął na Julię. – I wiesz, co jest słuszne – dodał z naciskiem. 

–  Wiem  –  przytaknął  Jake.  –  Dlatego  radzę  wam,  byście 

natychmiast  odjechali,  zanim  komuś  stanie  się  krzywda  – 
oznajmił, lekko unosząc lufę. 

– Przecież nie będziesz chyba strzelał do starego kumpla, co? 

background image

–  Nie,  ale  aresztujecie.  I  was  wszystkich,  jeżeli  mnie  –  nie 

posłuchacie.  –  Jake  popatrzył  im  po  kolei  w  oczy  i  dodał 
zimnym, nie znoszącym sprzeciwu tonem: 

–  Ty,  Buddy,  ty,  Tom  i  ty,  Lon,  macie  chyba  ważniejsze 

rzeczy  do  roboty,  niż  uganiać  się  za  kilkoma  wilkami.  Czy  nie 
lepiej by było, żebyście wrócili na pastwiska i zajęli się bydłem? 

Konie  grzebały kopytami ziemię, mężczyźni  poprawili się  w 

siodłach,  ale  nikt  nie  dał  hasła  do  odwrotu.  Jake  przemówił 
znów, jeszcze bardziej dobitnie: 

– Przysięgam wam, że jeżeli ktoś podniesie rękę na te wilki, 

pociągnę go do odpowiedzialności wobec prawa. 

Tak się złożyło, że wybraliście mnie na szeryfa. Myślę, że nie 

chcecie sobie napytać kłopotu. 

Julia  dostrzegła  z  ulgą,  że  mężczyźni  opuścili  broń. 

Atmosfera wrogości nadal wisiała w powietrzu, ale chęć do bitki 
wyraźnie osłabła. 

– My tylko chcemy, żeby zabrali stąd te willa, i to szybko  – 

rzucił Lon. Julia spojrzała na niego ostro. 

–  Moich  wilków  tutaj  nie  ma  –  odparła  stanowczo.  –  Mają 

swoje  leże  o  całe  mile  stąd,  co  mogę  udowodnić  na  podstawie 
odczytów. 

– Pieprzone odczyty! 
– Mamy zamiar odsunąć je jeszcze dalej od ludzkich siedzib – 

kontynuowała Julia. – Poza tym zaczęliśmy je dożywiać, by nie 
potrzebowały polować. Czy to was satysfakcjonuje, panowie? 

– Fred, jak będzie? – zapytał któryś z nich niepewnie. 
Gilmer spojrzał na Jake’a. 
–  Wydaje  mi  się,  chłopaki,  że  ta  pani  i  szeryf nie  za  bardzo 

pragną naszego towarzystwa. 

Julia  aż  wzdrygnęła  się,  słysząc  kpinę  w  jego  głosie.  Jake 

miał ochotę coś odpowiedzieć, lecz Fred mówił dalej: 

background image

–  Tak  jak  sam  powiedziałeś,  Jake,  jesteś  reprezentantem 

prawa na tych terenach, przynajmniej na razie. A póki co, kiedy 
się  opamiętasz,  wpadnij  do  mnie,  żebyśmy  obgadali  spokojnie 
całą  sprawę.  Najwyższy  czas  zacząć  gromadzić  fundusze  na 
nową kampanię wyborczą, nie  uważasz? Jeśli zamierzasz przez 
następne lata bronić prawa w naszym okręgu, warto by pomyśleć 
o poparciu wyborców – zakończył, uśmiechając się złośliwie. 

W twarzy Jake’a nie drgnął ani jeden mięsień. 
–  Zgoda,  stary,  możemy  o  tym  porozmawiać.  Masz  moje 

słowo. A następnym razem, kiedy będziesz miał jakieś problemy 
w  związku  z  badaniami  prowadzonymi  przez  doktor  Shelton, 
radzę ci, byś zadzwonił do niej i spróbował wyjaśnić sprawę w 
sposób  kulturalny.  Mam  wrażenie,  że  czasy,  kiedy  lokalnie 
wymierzano sprawiedliwość, bezpowrotnie minęły. 

–  Jake,  jesteśmy  w  naszym  Pierson,  a  nie  w  Los  Angeles. 

Pamiętaj  o  tym.  Póki  co  sami  najlepiej  wiemy,  jakie  mamy 
prawa. 

–  Nie.  Dopóki  jestem  waszym  szeryfem,  będę  sam  o  tym 

decydował. 

– W takim razie mamy nadzieję, że nie będziesz musiał długo 

się trudzić, Jake. Dobrze mówię, chłopaki? 

W odpowiedzi rozległy się pełne aprobaty pomruki i śmiechy. 

Fred ściągnął wodze i zawrócił konia. 

–  Jeszcze  nie  wiadomo,  czym  się  to  wszystko  skończy  – 

stwierdził,  popatrując  znacząco  na  swoich  towarzyszy.  –  Na 
razie  musimy  przyjąć  na  wiarę  dobrą  wolę  panny  Shelton  – 
oświadczył i zmusił swojego wierzchowca do kolejnego zwrotu, 
tak  by  znaleźć  się  twarzą  w  twarz  z  Julią.  –  Jeśli  jednak 
zawiedzie  ona  nasze  zaufanie  lub  jeśli  jeszcze  jeden  cielak 
zostanie  zagryziony,  nic  już  nas  nie  powstrzyma.  Ani  pani, 
panno  Shelton,  ani  szeryf,  ani  nawet  Gwardia  Narodowa.  Po 

background image

prostu wybijemy te bestie do nogi. Daję na to moje słowo. Teraz 
już możemy jechać, chłopcy. Na razie sprawa jest skończona  – 
rzucił. 

Słysząc te słowa cała grupa zgodnie zawróciła konie i ruszyła 

galopem. 

Nim zdążył opaść tuman kurzu, Jake wciągnął Julię do domu i 

wziął  ją  w  ramiona.  Nadal  wstrząsały  nią  dreszcze,  które  –  co 
dziwne  –  nie  ustały  nawet  w  momencie,  kiedy  pojawił  się  na 
ganku ze strzelbą. 

–  Bogu  dzięki,  że  byłeś  tutaj  –  wyszeptała.  –  Byłam  taka 

przerażona. 

–  Byłaś  wspaniała,  kochanie  –  oświadczył,  przytulając  ją 

mocno do siebie. – Bezbłędnie odegrałaś swoją rolę. 

–  Bo  stanąłeś  u  mojego  boku.  Przedtem  zachowywałam  się 

jak tchórz. 

– To nieprawda. Sam słyszałem, jak kazałaś Fredowi wynosić 

się z twojej posiadłości. 

– Jake, przecież to był jeden wielki blef. 
– Z ich strony również. 
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
– Jak to? Oni mieli broń. 
–  Och,  wyciągnęli  ją  tylko  po  to,  by  zobaczyć,  jak  bardzo 

dasz się zastraszyć. 

–  Bez  ciebie  byłabym  tchórzem  –  stwierdziła.  –  A  oni 

naprawdę chcą zabić moje wilki. 

– Chyba od początku wiedziałaś, co ranczerzy sądzą o twoim 

eksperymencie. 

–  Ale  nie  przypuszczałam,  że  może  dojść  aż  do  grożenia 

bronią. 

–  Chodź,  lepiej  napijmy  się  kawy.  Podobno  miałaś 

przygotować śniadanie – przypomniał, prowadząc ją do kuchni. 

background image

– Jak możesz myśleć o śniadaniu w takiej chwili? 
– Po prostu jestem głodny. 
Nalał kawy i wręczył jej talerz z jajkami, który zostawiła na 

stole. 

– Zrób jajecznicę, a ja spróbuję nie przypalić tostów. 
Julia stanęła przy kuchni. Nagle coś jej się przypomniało. 
– Och, Jake, ty też możesz mieć kłopoty. Fred miał taki wyraz 

twarzy, kiedy cię zobaczył, że... 

Wzruszył ramionami. 
– Jest mi to obojętne. 
–  Jak  to?  Nie  pamiętasz,  co  mówił  o  nowej  kampanii 

wyborczej? 

– Nie on będzie kandydował, tylko ja. 
–  Ale  niewiele  wskórasz  bez  jego  poparcia.  I  jest  twoim 

najlepszym  przyjacielem  –  powiedziała,  z  przerażeniem 
uświadamiając  sobie,  że  jej  program  może  zrujnować  karierę 
Jake’a. 

–  Nie  martw  się  o  mnie.  Będzie  jeszcze  czas,  by  o  tym 

pomyśleć. Na razie najważniejszą sprawą są nasze wilki. 

Nasze wilki... Te słowa dodały Julii otuchy. 
–  Masz  rację.  Teraz  skontaktuję  się  z  Rafe’em  i  dokładnie 

wszystko zaplanujemy. Mogą wyniknąć kłopoty, gdyż ich nowe 
leże będzie na granicy zasięgu nadajników. 

Nagle nowa myśl przyszła jej do głowy. 
– Czekaj, a  może nie trzeba będzie ich ruszać... Jeśli  zacznę 

prowadzić  stały  zapis,  będę  miała  dane,  stanowiące  dowód,  i 
wówczas... 

– Julio, ranczerzy nie uwierzą w twoje odczyty – ostrzegł. 
– Pokażę im wydruki i mapę. 
–  Zrozum,  oni  kierują  się  emocjami  i  uprzedzeniami,  a  nie 

logiką. Musisz przenieść stado. 

background image

– Ogarnęło ją nagłe zwątpienie. 
–  Wszystko  fatalnie  się  układa.  Hodowcy  boją  się  o  swoje 

cielaki,  Fred  szaleje,  ponieważ  Rafe  spotyka  się  z  Beth,  a  do 
tego twój autorytet jest zagrożony, bo... 

– Bo jesteśmy ze sobą, tak? – dokończył z uśmiechem. 
Z wysiłkiem próbowała odsunąć od siebie czarne myśli. 
– Nie, Jake, to co przeżyliśmy było piękne. Może jednak nam 

się uda... 

 
Następnego  dnia  Julia,  Beth  i  Pilar  siedziały  na  zapleczu 

sklepu  przy  kawie  i  ciastkach.  Beth  przyniosła  z  sobą  plany 
kampanii  ochrony  wilków  i  listę  ofiarodawców  na  specjalny 
fundusz,  lecz  Julia  nie  była  w  stanie  wykrzesać  z  siebie  ani 
odrobiny  entuzjazmu.  Miała  za  sobą  godziny,  spędzone  na 
drobiazgowym opracowywaniu operacji przenosin stada. 

– Nie rozumiem, dlaczego jesteś tak niechętnie nastawiona do 

moich planów – poskarżyła się Beth. 

– Nie jestem, wierz mi, ale mam w tej chwili za dużo spraw 

na głowie. 

– Wszystko będzie dobrze! Teraz, kiedy Pilar włączyła się do 

akcji, 

nasze 

szanse 

wzrosły. 

Właśnie  organizuje  bal 

dobroczynny w naszej parafii i zdążyła już namówić kierownika 
liceum,  by  dochód  z  przedstawienia  zorganizowanego  przez 
ostatnie klasy przeznaczył na adopcję Sacajewei. 

–  Naprawdę,  nie  wiem  co  bym  bez  ciebie  zrobiła,  Pilar  – 

przyznała Julia. 

Pilar pokraśniała z dumy. 
– Och, nic by z tego nie wyszło, gdyby nie reklama, jaką Beth 

nam robi – odpowiedziała skromnie. 

Rzeczywiście,  na  stole  przed  Beth  piętrzyły  się  stosy 

wycinków  prasowych  i  ulotek  dotyczących  Julii,  jej  planów 

background image

osadzenia  wilków  na  powrót  w  naturalnym  środowisku  i 
poparcia społeczności hrabstwa Pierson dla eksperymentu. 

–  Wiesz,  adopcja  Cochisa  przez  dzieci  została  już  prawie 

załatwiona  –  stwierdziła,  unosząc  głowę  znad  papierów.  – 
Pomogła nam lokalna prasa. 

–  Widzę,  że  idzie  ci  świetnie,  ale...  –  Julia  sięgnęła  po 

telefoniczną  wiadomość  z  Los  Angeles,  którą  przekazała  jej 
Beth.  –  Ty  się  nadajesz  do  takich  rzeczy,  kochana,  nie  ja.  Nie 
wyobrażam swojego udziału w nagraniu telewizyjnym – orzekła. 

–  Ależ  Julio,  programy  Polly  Anderson  należą  do 

najpopularniejszych  w  Stanach!  Nie  masz  pojęcia,  ilu  ludzi 
dałoby  wszystko,  by  zaproszono  ich  na  „Herbatkę  u  Polly 
Anderson”. 

–  Ale  ja  się  nie  nadaję.  Zresztą  skąd  jej  przyszło  do  głowy 

zwrócić się właśnie do mnie? – podejrzliwie zapytała Julia. 

–  Byłam  na  studiach  z  Tiffany,  która  jest  teraz  jedną  z 

asystentek Polly. Dzień w dzień bombardowałam tę dziewczynę 
telefonami na temat ciebie i wilków, nadsyłając jej też zdjęcia i 
materiały,  aż  Polly  uznała,  że  warto  zaprosić  tak  interesującą 
osobę jak ty. Oddzwoniła, że masz przyjechać pojutrze. Przecież 
to wielka sprawa! Nie możesz odmówić. 

–  Niestety,  muszę  –  oświadczyła  Julia,  pamiętając  o 

porannych  groźbach  ranczerów.  Nie  powiedziała  nic  Beth  ani 
Pilar, żeby ich nie przestraszyć. – Ale ty pojedziesz – dodała. 

– Oni chcą ciebie, nie mnie. 
– Nie mogę – uparcie powtórzyła Julia. 
–  Pilar,  która  dotychczas  przysłuchiwała  się  w  milczeniu 

rozmowie, nagle przemówiła: 

–  Julio,  wiemy,  że  nie  ma  dla  ciebie  nic  niemożliwego.  Los 

Angeles  nie  jest  na  końcu  świata.  Wystarczy  godzina  czy  dwie 
lotu. Szybko będziesz z powrotem. 

background image

– Pilar... 
Beth przyszła w sukurs matce Rafe’a. 
– Program Polly Anderson ma wielomilionową widownię. Im 

więcej  ludzi  dowie  się  o  naszych  wilkach,  tym  szybciej  znajdą 
się  ochotnicy  do  zaadoptowania  tych,  które  zostały.  Pomyśl  o 
Tazie i Nokomis. Na razie są bezpańskie. 

Przed  oczami  Julii  pojawił  się  raz  jeszcze  obraz  jeźdźców  z 

bronią  u  siodeł, a  w  uszach  zabrzmiała  jej  pogróżka,  że  wilcze 
skóry zawisną na płotach. 

–  Wiem,  że  macie  rację  –  przyznała  z  ociąganiem  –  ale 

moment  jest  fatalny.  Teraz  najważniejsze  jest  przeniesienie 
wilków w głąb pustyni. 

–  Nowe  miejsce,  które  znaleźliśmy  z  Rafe’em,  wydaje  się 

doskonałe. 

–  Tak,  i  mam  nadzieję,  że  z  dala  od  ludzkich  osad  będą 

bezpieczniejsze  – podkreśliła  Julia, nadal  nie mogąc się zdobyć 
na opowiedzenie Beth o porannym najeździe pod wodzą jej ojca. 
– Zawiadomiłam już uniwersytet o naszych planach. Trzeba też 
będzie  wzmocnić  odbiór,  gdyż  z  tej  odległości  sygnały  będą 
słabsze.  Nie  wyobrażam  sobie,  żebym  w  tej  sytuacji  mogła 
wyjechać i zostawić was samych – podsumowała. 

– Wciągniemy do pracy mojego starego Luisa i braci Rafe’a. 

Ja też będę pomagać – powiedziała uspokajająco Pilar, życzliwie 
obejmując  Julię  pulchnym  ramieniem.  –  Po  to  jest  właśnie 
rodzina,  żeby  się  wspierać  wzajemnie.  Ty  też  do  niej  należysz, 
kochana. 

–  Julia  gwałtownie  zamrugała  powiekami,  próbując 

powstrzymać łzy wzruszenia. Czuła, że nie sposób odmówić tym 
kobietom. 

– Okay, poddaję się, postawiłyście mnie pod ścianą. 
Pojadę do Los Angeles, ale tylko na jeden dzień. 

background image

Pilar  z  Beth  spojrzały  na  siebie  z  triumfującym  uśmiechem. 

Julia uśmiechnęła się również. Dobrze było mieć taką rodzinę. 

– Boże, tu się tyle dzieje, a ja muszę lecieć do Los Angeles. 

Zupełnie  sobie  tego  nie  wyobrażam  –  mruknęła  Julia  do 
ślęczącego nad mapą topograficzną Rafe’a. 

–  To  jest  właśnie  najlepszy  moment  –  oznajmił  z 

przekonaniem.  –  Kiedy  wrócisz,  wszystko  już  będzie  gotowe. 
Będziesz  mogła  obserwować,  jak  zachowują  się  na  nowym 
miejscu. 

– Wiem, ale... 
– Zaufaj mi. Dam sobie radę. 
– Z pomocą moją i rodziny Santana  – dodała Beth, siedząca 

przy  zaimprowizowanym  biurku,  przygotowując  informacje  dla 
prasy. 

– Nie martw się Julio, nic takiego jak wczoraj się nie zdarzy – 

dorzuciła. 

– Coo? 
– Plotkuje o tym całe miasteczko. 
Jasne, jakżeby mogło być inaczej, pomyślała Julia. Mogła się 

spodziewać, że sprawa w końcu dotrze do Beth. 

– Powiedziałam już ojcu, co myślę o takich pomysłach rodem 

z tandetnych westernów. Wprost nie mogę uwierzyć, że dał się 
wciągnąć w taką awanturę. 

Julia milczała. Fred Gilmer na pewno nie pozwoliłby nikomu 

wodzić się za nos. 

–  Podejrzewałem,  że  będziesz  miała  nieporozumienia  z 

ojcem, gdy zaczniesz z nami współpracować – westchnął Rafe. 

Julia zmarszczyła brwi, zdumiona, że chłopak nie uświadamia 

sobie własnej roli w konflikcie. 

–  Och,  odkąd  pamiętam,  spierałam  się  z  tatą  o  wszystko  – 

zbagatelizowała  Beth.  –  O  to,  do  jakiej  szkoły  powinnam  się 

background image

zapisać,  jaki  mam  wybrać  kierunek  studiów,  z  kim  mam  się 
umawiać  na  randki,  a  z  kim  nie.  Ale  chociaż  tak  często  mamy 
różne zdanie, bardzo się kochamy – oświadczyła z przekonaniem 
dziewczyna. 

Julia nadal milczała. 
Córka kontynuowała mowę obronną w imieniu ojca: 
–  Po  prostu  dla  taty  ideałem  jest  nadał  tradycyjny  ranczer  z 

Nowego Meksyku. Nigdy cię jednak nie skrzywdzi, zapewniam 
cię. 

Julia długo szukała właściwej odpowiedzi. Nie chciała urazić 

Beth. 

– Wiesz, jednak się przeraziłam, gdy zobaczyłam, jak sięgnęli 

po strzelby. 

Tym razem wtrącił się Rafe. 
– Większość ludzi w tych stronach ma broń, Julio. 
– Mimo wszystko wolałabym oglądać ją tylko na filmach. 
Zapanowała długa, niezręczna cisza. Każdy wrócił do swojej 

roboty. Wreszcie Beth wyciągnęła z maszyny do pisania kartkę z 
raportem  i  wręczyła  ją  Julii.  Nadal  jednak  dało  się  wyczuć 
między nimi napięcie. 

–  On  naprawdę  nie  jest  złym  człowiekiem  –  rzuciła 

dziewczyna  nerwowo.  –  Długo  rozmawiałam  z  nim  na  temat 
wilków  i  dałam  mu  do  przeczytania  nasze  materiały.  Jestem 
pewna,  że  pojmie  wreszcie  znaczenie  tego  eksperymentu. 
Miejsce  wilków  jest  tutaj.  Należały  kiedyś  do  tej  krainy  tak 
samo jak góry i pustynie. 

Julia unikała odpowiedzi, udając, że z zainteresowaniem czyta 

maszynopis. Lojalność córki wobec ojca poruszyła ją, lecz nadal 
nie  mogła  sobie  wyobrazić  Freda  Gilmera  roniącego  łzy  nad 
losem  prześladowanych  zwierząt.  Miała  wrażenie,  że  wszystko 
wymyka  się  jej  spod  kontroli.  Nawet  o  podróży  do  Kalifornii 

background image

zadecydowano  za  nią.  Musi  jakoś  znieść  ten  występ  i  jak 
najszybciej wrócić do wilków. 

O  zachodzie  słońca  nadjechał  Jake.  Znajomy  warkot  dżipa 

spowodował  przyspieszone  bicie  pulsu  Julii.  Sama  obecność 
tego mężczyzny sprawiała, że wszystko wydawało się prostsze i 
mniej groźne. 

Podeszła  do  drzwi,  by  go  przywitać.  Pochylił  się  i  mocno 

pocałował ją w usta. Nie krępowało ich to, że nie są sami. 

Wkrótce  już  cała  czwórka  szykowała  kolację,  krzątając  się 

koło  grilla  z  hamburgerami.  Rafe  i  Julia  na  zmianę  dyżurowali 
przy  komputerze,  śledząc  ruchy  zwierząt.  Kiedy  po  kolacji 
zasiedli  do  kawy,  Jake  ośmielił  się  zapytać  o  wyjazd  do  Los 
Angeles. 

–  Słyszałem,  że  wybierasz  się  do  wielkiego  miasta  rzucił.  – 

Gdzie się zatrzymasz? 

Julia  spojrzała  pytająco  na  Beth.  Nawet  się  tym  dotychczas 

nie zainteresowała. 

–  Telewizja  zarezerwowała  jej  miejsce  w  hotelu  „Beverly 

Hills”. 

– Ho, ho, pierwsza klasa – mruknął z uznaniem. 
Julia  miała  ochotę  zapytać  Jake’a,  czy  chciałby  jej 

towarzyszyć, ale dała spokój. 

– Masz tremę? – chciał koniecznie wiedzieć Rafe. 
– Jasne, jestem przerażona – przyznała się szczerze. 
–  Na  pewno  wypadniesz  świetnie  –  zapewniła  ją  Beth.  – 

Tiffany  mówi,  że  Polly  Anderson  wcale  nie  jest  agresywna  i 
bardzo miło traktuje swoich rozmówców. A ponieważ interesuje 
ją  ekologia  i  ochrona  dzikich  zwierząt,  wszystko  pójdzie  jak  z 
płatka. Poopowiadasz jej po prostu różne ciekawostki o wilkach. 

– Tak, na przykład opiszesz z detalami, jak polują na cielaki i 

pożerają je – wtrącił zgryźliwie Rafe. 

background image

– Och, przestań – powiedziała Beth, stając koło jego krzesła. 

– Powinniśmy już iść – dodała z naciskiem. – Julia miała dzisiaj 
ciężki dzień. 

Rafe zerwał się i otoczył dziewczynę ramieniem. 
–  Kiedy  ostatni  raz  sprawdzałem  odczyt,  wilki  były  koło 

Skały Apaczów. Nie chciałabyś popatrzeć na nie przy księżycu, 
Beth? 

Rozmarzonym wzrokiem spojrzała mu oczy. Objęci wyszli z 

pokoju. 

–  Wiesz,  oni  w  swoim  towarzystwie  zapominają  o  całym 

świecie – zauważyła Julia, wędrując ramię w ramię z Jake’em po 
chłodnym piasku pustyni. 

–  Tak,  i  dlatego  niczym  się  nie  przejmują.  Ten  chłopak  jest 

gotów naprawdę wziąć byka za rogi. 

– A ona gotowa jest stanąć u jego boku. 
– Wspaniała z nich para. – Jake ujął ją za rękę. – Ale nie tylko 

młodzi kochankowie mają ochotę na romantyczne spacery. 

– Czyżbyśmy byli już tacy starzy? – roześmiała się. 
– My? Skąd. 
– W każdym razie jedno się zgadza. Jesteśmy kochankami  – 

powiedziała zadumana. 

Kochankowie...  To  słowo  cieszyło  ją  i  niepokoiło  zarazem. 

Dzieliła z Jake’em łoże, ich ciała nie miały dla siebie tajemnic. 
Ale  między  Beth  i  Rafe’em  istniało  głębokie,  pełne 
porozumienie, dające im siłę i nadzieję. Zaczęła się zastanawiać, 
czy  coś  podobnego  łączy  ją  z  Jake’em.  Nie  potrafiła  sobie 
jednak dać jednoznacznej odpowiedzi. 

–  Rozmawiałeś  dzisiaj  z  Fredem?  –  zapytała,  kiedy  stanęli 

nad  skalnym  urwiskiem,  patrząc  na  rozciągającą  się  w  dole, 
oświetloną srebrnym blaskiem bezmierną przestrzeń. 

– Nie. 

background image

– Jake... 
– Julio, trzeba poczekać, aż Fred się uspokoi. 
– Wątpię, czy kiedykolwiek to nastąpi. 
– Przejdzie mu. Przecież dobrze go znam. 
– Właśnie, w tym cały problem – westchnęła, obróciwszy ku 

niemu zatroskaną twarz. – Wasza przyjaźń była taka trwała, a ja 
przyjechałam i wszystko zepsułam. 

Jake położył jej uspokajająco palec na ustach. 
– Nikomu niczego nie zepsułaś, Julio, a to, co się teraz dzieje, 

nie ma nic wspólnego z tamtą przyjaźnią. Ja spełniałem jedynie 
swoje  obowiązki,  a  oni  weszli  bez  pozwolenia  na  prywatny 
teren. 

Oczywiście, pomyślała zgryźliwie, przecież nie robił tego dla 

niej.. Chronił obywatelkę przed intruzami, tak jak zrobiłby to na 
jego miejscu każdy policjant. 

–  Mam  przynajmniej  nadzieję,  że  wypełniając  obowiązki 

służbowe nie stracisz stanowiska – zauważyła. – Twój byt tutaj 
zależy wyłącznie od... 

– Julio, proszę cię, teraz chciałbym zapomnieć o ranczerach, 

Fredzie i pracy... 

–  Dobrze.  –  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  –  Wobec  tego  nie 

traćmy czasu. 

– Hej, czyżbyś mnie uwodziła? 
Wspięła się na palce, pocałowała i przylgnęła do niego całym 

ciałem. 

– Jest jeszcze wcześnie, a dzieciaki sobie poszły – wyszeptała 

z wargami na jego ustach. 

– I dzięki Bogu. Już nie mogłem się doczekać, kiedy znikną. 
– Teraz mamy cały dom dla nas. 
Mocno przyciągnął ją do siebie. Przytuliła się do niego mocno 

i poczuła, jak bardzo jej pragnął. 

background image

– Twoja sypialnia jest za daleko – szepnął chrapliwie. 
– Co w takim razie proponujesz? 
Jake puścił ją, zdjął koszulę i ceremonialnym ruchem rozesłał 

na ziemi. 

– Tutaj? 
–  Nigdy  nie  kochałaś  się  w  księżycową  noc  na  pustyni?  – 

zdziwił się ze śmiechem. 

–  No  wiesz...  –  Przeszedł  ją  dreszcz,  kiedy  zaczął  rozpinać 

bluzkę, niecierpliwymi dłońmi muskając piersi. 

– Stanowczo powinna pani uzupełnić edukację, pani doktor – 

orzekł, rozkładając bluzkę obok swojej koszuli. 

–  Ale  ten  piach...  i  –  zająknęła  się  niepewnie,  lecz  Jake 

szybkim  ruchem  pozbył  się  reszty  ubrania,  pochwycił  Julię  w 
ramiona i złożył na zaimprowizowanym posłaniu. 

–  Za  chwilę  będziesz  tak  zajęta,  że  przestaniesz  zwracać  na 

cokolwiek  uwagę  –  powiedział  i  zaczął  zachłannie  całować  jej 
szyję, a  potem rowek między piersiami.  – Jesteś taka piękna  w 
świetle księżyca. Taka delikatna i bezbronna... 

– Ty też... Roześmiał się. 
– Naprawdę, ty też jesteś piękny. 
Jasna  poświata  wysrebrzała  gęste  włosy  i  łagodziła  twarde 

linie jego rysów. 

– Mężczyzna nie może być piękny. 
– Ty jesteś. 
Ujęła  jego  twarz  w  dłonie  i  pocałowała  go  mocno, 

gwałtownie, smakując śmiało językiem jego usta. 

–  Och,  co  ty  ze  mną  robisz  –  westchnął.  Pieścił  jej  piersi, 

gładząc  je  przez  jedwab  stanika.  Gdy  natrafił  na  napięty  sutek, 
zniżył  ku  niemu  usta  i  całował,  aż  koronki  zaczęły  drażniąco 
obcierać  jej  skórę.  Kiedy  poczuła  pieszczotę  gorących  dłoni  na 
ciele, wygięła się namiętnie. Przymknęła oczy i wyszeptała jego 

background image

imię. 

– Jake, och, Jake... 
Szybko  odpiął  jej  stanik  i  odrzucił  na  bok.  Podobny  los 

spotkał  zielone  szorty.  Pozostawił  tylko  jedwabne,  wąskie 
majteczki  i  szybkim  ruchem  dłoni  począł  gładzić  śliski  pasek 
materiału  między  jej  udami.  Julia,  spragniona  przyjemności, 
zaczęła niecierpliwie wić się pod jego ręką. 

–  Jake...  –  Czuła,  że  cała  płonie,  ogarnięta  nieznośnym 

pragnieniem. Powolną pieszczotą doprowadzał ją do szaleństwa. 
Wreszcie pozwoliła, by namiętność zawładnęła nią do reszty. Na 
koniec opadła bezsilnie, zaspokojona. 

– Chyba teraz nie... – zaczęła. 
–  Nie  martw  się  –  przerwał  jej  szybko.  –  Jeszcze  wszystko 

przed nami. 

Pochwycił  jej  dłoń  i  poprowadził  ją  tam,  gdzie  paliło  go 

największe  pożądanie.  Zaczęła  go  pieścić  i  nagle  w  magiczny 
sposób jej pragnienia odrodziły się z jeszcze większą siłą. Było 
jednak coś jeszcze. 

– Jake, nie pomyśleliśmy... 
– O niczym już nie myśl – poprosił. – Tylko odczuwaj. 
I  tak  zrobiła,  tuląc  się  do  niego,  gładząc  jego  silne,  twarde 

ciało, pochylone nad nią. 

– Chcesz mnie teraz, Julio? 
– Tak, tak – wychrypiała, gorączkowo ściągając majteczki. 
Wszedł  w  nią.  Trzymała  się  go  kurczowo,  czekając,  aż 

zabierze ją w najpiękniejszą podróż. 

Wszystko  stało  się  błyskawicznie.  Fale  rozkoszy  ruszyły  jak 

potężny  przy  bój.  Na  moment  zatonęli  w  nich  oboje.  Kiedy  po 
długiej  chwili  Julia  otworzyła  oczy,  prawie  oślepił  je  jaskrawy 
srebrny blask. 

Jake,  zdyszany,  tulił  ją  do  piersi,  a  serce  łomotało  mu  jak 

background image

oszalałe.  Przez  długi  czas  leżeli  nic  nie  mówiąc,  aż  wreszcie 
wstali i powoli pozbierali rozrzucone rzeczy. 

– Nie jest ci zimno? – spytał z czułością. 
– Skąd, nigdy nie było mi tak gorąco. 
–  Mnie  też.  Chodźmy  do  domu.  Ciekawe  co  będzie,  kiedy 

spotkamy się w łóżku – powiedział z rozmarzeniem, biorąc ją za 
rękę. 

W milczeniu zaczęli iść ku domowi, nadzy, strojni jedynie w 

światło księżyca. 

 

background image

Rozdział 8 

 
Następnego  ranka  Jake  odwiózł  Julię  na  lotnisko.  Po  drodze 

cierpliwie  słuchał  długiej  litanii  poleceń i  instrukcji,  które  miał 
przekazać Rafe’owi i Beth. Wreszcie nie wytrzymał i roześmiał 
się. 

–  Boże,  przecież  już  im  to  wszystko  mówiłaś,  mało  tego, 

napisałaś. Oni nie są dziećmi, Julio. Dadzą sobie radę bez ciebie. 

–  Masz  rację  – przyznała  –  ale mam  już  nerwową  wysypkę, 

bo... 

–  ...  czeka  cię  udział  w  programie  telewizyjnym  – 

dopowiedział.  –  O  to  przecież  naprawdę  chodzi,  prawda? 
Wrócisz  tu  po  dwudziestu  czterech  godzinach  i  przekonasz  się, 
że  wilki  przeżyły.  Ale  czy  ty  pozostaniesz  żywa  po  programie 
Polly Anderson? 

– Chyba nie. – Julia wzdrygnęła się. 
Jake  zdjął  rękę  z  kierownicy  i  uspokajająco  poklepał  ją  po 

ramieniu. 

– Dasz sobie radę, nie martwię się o to. Na pewno ty i twoje 

ukochane czworonogi okażecie się gwoździem programu. 

– Ale to ja mam wystąpić! 
Jake znów się roześmiał. 
–  To  naprawdę  szkoda,  że  nie  możesz  zabrać  ze  sobą  do 

studia Tazego i Nokomis. 

– Piękny pomysł, naprawdę żałuję. 
– I bez nich wypadniesz wspaniale – zapewnił ją poważnym 

tonem.  –  Wbrew  temu,  co  sama  o  sobie  sądzisz,  umiesz 
znakomicie nawiązywać kontakt z ludźmi. Najlepszy dowód, że 
świetnie poradziłaś sobie w szkole. 

– Och, to były tylko dzieci. 

background image

–  Dzieci  jest  o  wiele  trudniej  zainteresować.  Z  dorosłymi 

pójdzie  ci  łatwiej.  Pamiętaj  o  tym,  kiedy  znajdziesz  się  przed 
kamerą. 

Nie  mogła  sobie  tego  wyobrazić.  Widok  dziecięcych 

twarzyczek działał na nią uspokajająco. Natomiast sama myśl, że 
będą ją oglądać miliony widzów, przejmowała Julię dreszczem. 
Odwróciła  głowę  i  zaczęła  tępo  wpatrywać  się  w  rozświetlony 
słońcem  pejzaż  migający  za  oknem,  usiłując  zapomnieć  o 
wszystkim. 

Jake  próbował  jeszcze  dowcipkować  pragnąc,  by  się 

odprężyła, lecz nie na wiele się to zdało. Wiedziała, że jest tylko 
jeden sposób. 

– Czy nie pojechałbyś ze mną, Jake? – zapytała z nadzieją. 
 – Przepraszam, nie usłyszałem, co powiedziałaś. 
Nic dziwnego, że nie usłyszał. Od kilku dni miała mu zadać to 

pytanie i teraz ledwo zdołała je z siebie wykrztusić. 

– Właściwie mógłbyś ze mną pojechać – powtórzyła, siląc się 

na lekki ton. 

Jake uśmiechnął się w milczeniu. 
–  Wiesz,  po  prostu  dodawałbyś  mi  odwagi  w  czasie  tych 

telewizyjnych tortur, a potem pokazałbyś mi miasto. Przecież tak 
dobrzeje znasz. 

– O, tak, znam je  jak  mało kto  – przyznał.  – I ono też mnie 

jeszcze  pamięta.  Wątpię  jednak,  czy  ludzie,  z  którymi  miałem 
kiedyś do czynienia, chcieliby się ze mną spotkać, choć teraz już 
prowadzę  się  przyzwoicie.  I  prawdę  mówiąc  ja  też  nie  mam 
ochoty ich widzieć. 

Zdała sobie nagle sprawę, co dla niego może znaczyć wyjazd 

do  Los  Angeles.  Nie  chciał  wracać  do  miejsc  i  wspomnień,  od 
których już raz uciekał. Ale w końcu chodzi tylko o jeden dzień, 
pomyślała egoistycznie. 

background image

– Słuchaj, jeśli nie chcesz, możemy nawet nie wychodzić na 

miasto – nalegała. 

– Julio, powtarzam ci, nie mam ochoty spędzić w tym Mieście 

Aniołów nawet godziny, nie mówiąc już o całej dobie. 

Kątem oka musiał dostrzec rozczarowanie na jej twarzy, gdyż 

zwolnił, pochylił się i szybko ją pocałował. 

– Rozumiesz mnie, prawda? 
– Tak, Jake – przytaknęła bez przekonania. 
–  Więc  nie  miej  żalu,  że  podziękuję  za  zaproszenie.  Ale  nie 

martw się, kiedyś jeszcze wybierzemy się razem w podróż. 

Równie  dobrze  mógłby  przemawiać  do  małego,  nadąsanego 

dziecka,  któremu  nie  wystarczają  obietnice.  Ona  starała  się 
wejść  w  jego  położenie,  dlaczego  on  nie  może  zdobyć  się  na 
podobny gest? 

To  pytanie dręczyło  ją przez cały czas lotu. Zawiodła  się  na 

Jake’u.  Oczekiwała  od  niego  czegoś  więcej  niż  tylko 
zdawkowych  pocieszeń.  Zostawił  ją  samą,  wiedząc,  jak  bardzo 
potrzebuje oparcia. 

Lot  był  męczący,  a  jedzenie  fatalne.  Rozgoryczona  Julia 

rozpamiętywała ostatnią rozmowę. Okazało się, że Jake nie był 
w stanie przedłożyć jej spraw nad swoje. Co prawda obronił ją 
przed  Fredem  Gilmerem,  lecz  wynikało  to  chyba  raczej  z 
poczucia obowiązku niż prawdziwego poświęcenia. 

Poczuła się jeszcze bardziej samotna. Pragnęła go, tęskniła za 

nim, żałowała, że nie ma go u swego boku. Zadziwiające! Ona, 
która  przez  całe  życie  była  niezależna,  rozsądna  i  samodzielna, 
teraz nie była zdolna zrobić kroku bez tego mężczyzny, lękając 
się niemal wszystkiego. 

Niewesołe  rozmyślania przerwał głos kapitana  oznajmiający, 

że podchodzą do lądowania. Julia zapięła pasy i przełknęła ślinę. 
Nerwy miała w kompletnej rozsypce. 

background image

Głośnik odezwał się jeszcze raz. 
–  Panie  i  panowie,  bardzo  przepraszamy,  ale  nastąpi  małe 

opóźnienie.  Proszę  się  nie  denerwować,  po  prostu  panuje  duży 
ruch i musimy zaczekać na pas. Kiedy tylko wieża kontrolna da 
nam pozwolenie, wylądujemy. 

Tego jej jeszcze było trzeba! Będzie musiała spieszyć się do 

hotelu i denerwować, czy zdąży do studia. 

Samolot wreszcie wylądował. Tiffany, przyjaciółka Beth, już 

na  nią  czekała.  Kiedy  weszły  na  ruchomy  chodnik,  najdłuższy, 
jaki  Julia  kiedykolwiek  widziała,  asystentka  Polly  Anderson 
oznajmiła: 

– Nagranie się opóźni, ale tylko do jutra. 
– Jak to, nagranie będzie dopiero jutro? – Julia była wyraźnie 

niezadowolona. – Ja naprawdę nie mogę zostać tak długo! 

Tiffany  szybkim  ruchem  ręki  kilka  razy  przeczesała  bujną 

ciemnoblond czuprynę. 

– A cóż to za problem? – zapytała beztrosko. 
– Być może dla was żaden, ale dla mnie bardzo poważny. 
Dotarły  wreszcie  do  hali  bagażowej  i  stanęły  przy 

transporterze,  czekając  na  walizkę.  Julia  była  już  mocno 
poirytowana. 

– Dlaczego nikt nie bierze pod uwagę moich obowiązków? 
–  Och,  to  tylko  kilka  godzin  więcej  niż  było  ustalone  – 

uspokajała  ją  Tiffany,  po  czym  dodała:  –  Naprawdę  jest  mi 
strasznie przykro, ale to się zdarza. 

– Co mianowicie? 
– Polly ma straszne kłopoty z gardłem. Ledwo może szeptać. 

W naszym zawodzie to po prostu klęska. 

– Och, przykro mi, nie wiedziałam, ale... 
– Tak to bywa, kiedy się ma dwie audycje dziennie i mnóstwo 

spotkań z publicznością. 

background image

Julia  nie  miała  najmniejszej  ochoty  poznawać  cudzych 

problemów.  Poprzysięgła  sobie,  że  będzie  to  jej  pierwszy  i 
ostatni występ publiczny. Niech Beth dalej radzi sobie sama. 

–  Wierz  mi,  Polly  bardzo  się  martwi  tym,  że  musiała 

przełożyć program – ciągnęła Tiffany. 

– Nie ona jedna – cierpko zauważyła Julia. 
–  Mam  nadzieję,  że  do  jutra  jej  struny  głosowe  będą  w 

lepszym stanie. 

–  Jak  to  „mam  nadzieję”?  Przecież  mówiłaś,  że  jutrzejszy 

termin nagrania jest pewny. 

– Tak, tak, oczywiście – skwapliwie zapewniła asystentka. – 

Polly  poszła  do  najlepszego  lekarza  w  Los  Angeles,  co  ja 
mówię, najlepszego na świecie. 

– Cieszę się... 
–  Dał  jej  zastrzyki,  antybiotyki,  no,  dosłownie  wszystko,  po 

czym kazał wyłączyć się z życia na dwadzieścia cztery godziny. 
Niestety, w przypadku Polly jest to niewykonalne. 

Julia znów się zaniepokoiła. 
– Nie, nie martw się, będzie musiała go posłuchać. 
– Skąd ta pewność? 
–  Ponieważ  zaprosiła  do  studia  specjalnych  gości  i  nie  chce 

ich zawieść. Zresztą są już nadawane zwiastuny programu. 

Julia przypuszczała, że właśnie ten fakt spowodował, że Polly 

grzecznie  posłuchała  zaleceń  lekarza.  Telewizyjna  machina 
musiała  się  kręcić.  Nie  było  czasu  na  chorowanie  i  zawalanie 
programu. 

– W gruncie rzeczy niewiele się zmieni, bo wyjedziesz tylko o 

jeden dzień później. A jeśli zdecydujesz się zostać do pojutrza, 
oczywiście  przedłużymy  ci  rezerwację  hotelu  na  jeszcze  jedną 
noc. Ma się rozumieć, na nasz koszt – podkreśliła Tiffany. 

Julia przecząco pokręciła głową i spojrzała na zegarek. 

background image

– Jestem do waszej dyspozycji na dwadzieścia cztery godziny 

i  ani  minuty  dłużej  –  oznajmiła  stanowczo.  Nie  miała  zamiaru 
przedłużać  pobytu.  Czekało  ją  poważne  zadanie.  Zresztą  jeżeli 
pod  jej  nieobecność  coś  stałoby  się  wilkom,  wtedy  nie 
pomogłaby już żadna reklama. 

–  Wspaniale!  – wykrzyknęła  z  radością Tiffany.  –  Nie  masz 

pojęcia, jak mi ulżyło i jak ucieszy się Polly. A gdzie jest twój 
bagaż? – przypomniała sobie nagle i zaczęła się rozglądać. 

– Przecież przyjechałam na krótko. To mi wystarczy. 
Julia wskazała na sporą torbę, zawieszoną na ramieniu. 
–  No  wiesz!  –  Dziewczyna  była  wyraźnie  zdumiona.  Jeśli 

będziesz  czegoś  potrzebowała,  idź  do  sklepu  hotelowego  i  kup 
wszystko, co ci potrzebne. Na nasz rachunek. 

Oczywiście zadbamy też o twoją fryzurę i makijaż. 
Julia  uśmiechnęła  się  sceptycznie.  Z  pewnością  wypadnie 

fatalnie,  ale  przynajmniej  jej  uczesaniu  i  makijażowi  nic  nie 
będzie można zarzucić. 

Drogę  z  lotniska  do  miasta  Tiffany  przebyła  w  rekordowym 

tempie, często łamiąc przepisy drogowe. 

– Jak ci się udaje uniknąć mandatów? – zapytała Julia, kiedy 

Tiffany zaparkowała samochód przed hotelem. 

–  Och,  po  prostu  uważnie  prowadzę.  –  Dziewczyna 

roześmiała  się  beztrosko,  odrzucając  w  tył  głowę.  Była  tak 
sympatyczna,  że  Julia  nie  miała  serca  okazywać  dłużej 
niezadowolenia. 

Julia  zostawiła  bagaż  w  pokoju,  po  czym  Tiffany 

zaprowadziła  ją  do  słynnej  Polo  Lounge.  Zaczęły  od  kieliszka 
wermutu  i  po  chwili  Julia  poczuła,  jak  bardzo  jest  głodna.  Z 
przyjemnością więc zjadła znakomity obiad. W połowie posiłku 
Tiffany  przeprosiła  ją  na  chwilę  i  wyszła,  jak  przypuszczała 
Julia, do toalety. 

background image

Nagle  po  kilku  minutach  pojawił  się  kelner  z  aparatem 

telefonicznym. 

– Telefon do pani Shelton – oznajmił. 
Zdenerwowana  Julia  podniosła  słuchawkę.  Czyżby  coś  się 

stało? W tym samym momencie usłyszała znany już jej chichot 
Tiffany. 

– Ładny numer, co? Chciałam, żebyś poczuła się jak gwiazda. 

Nie każdy ma telefon do Polo Lounge! 

Jak na  razie Julia czuła  jedynie tremę. Mimo to  żart  Tiffany 

szczerze ją rozbawił. 

Po lunchu wyszły, by pospacerować po pasażu handlowym i 

obejrzeć  wystawy.  Wypiły  kawę  w  kawiarence  z  ogródkiem,  a 
potem  wróciły  do  hotelu  i  wypoczywały  nad  brzegiem  basenu. 
Pod koniec dnia Julia poczuła się całkowicie odprężona. 

–  Najwyższa  pora,  by  pomyśleć  o  nocnym  życiu  – 

oświadczyła  Tiffany,  kiedy  wróciły  do  pokoju.  –  Powinnaś  się 
trochę rozerwać. Mam dla ciebie bardzo miłego towarzysza. 

–  O,  nie,  na  dziś  wystarczy  –  zaprotestowała  Julia.  –  Marzę 

już tylko o pójściu do wanny, a potem do łóżka. 

– To strasznie nudne. 
–  Nie  dla  mnie.  Zresztą  ty  też  pewnie  jesteś  zmęczona  i 

powinnaś  mieć  trochę  czasu  dla  siebie.  Wspaniale  się  mną 
opiekowałaś  przez  cały  dzień.  Dawno  już  nikt  tak  się  mną  nie 
zajmował. 

–  Obiecałam  Beth,  że  trochę  cię  rozerwę,  ale  cóż,  skoro  nie 

chcesz... 

– Tak będzie najlepiej, Tiffany. 
– Może jednak zmienisz zdanie? Przecież nie wrócimy późno. 

Wzięłabym swojego przyjaciela i poszlibyśmy razem. 

– Nie, naprawdę nie. 
–  Dobrze,  skoro  tak,  nie  będę  nalegać.  Obiecaj  mi  tylko,  że 

background image

nie  spędzisz  całego  wieczoru  na  zamartwianiu  się  jutrzejszym 
występem. 

– Obiecuję – zapewniła ją Julia. 
Tiffany wyciągnęła rękę na pożegnanie. 
– Trzymaj się. Do jutra. Sama się przekonasz, jakie to uczucie 

być gwiazdą telewizji. 

Za  dziewczyną  zamknęły  się  drzwi.  Julia  dopiero  teraz 

uświadomiła sobie, co właściwie najlepszego wyczynia. Już sam 
fakt,  że  wyraziła  zgodę  na  pojawienie  się  przed  kamerami,  był 
dla niej złamaniem dotychczasowych zasad, a do tego przez cały 
dzień  kręciła  się  koło  Beverly  Hills  i  bawiła  tak  dobrze,  że 
niemal zapomniała o ukochanych wilkach! 

Teraz jednak, nie słysząc radosnego śmiechu Tiffany, znowu 

poczuła się osaczona. Gdyby tylko Jake był przy niej! 

– Cholera, po co dałam się w to wszystko wrobić! zaklęła, po 

czym mrucząc wściekle pod nosem: – Już nigdy więcej – ruszyła 
do łazienki. 

Kąpiel  poprawiła  jej  humor.  Otulona  szlafrokiem  zasiadła 

przy  biurku  i  rozłożyła  papiery,  które  przywiozła  z  sobą. 
Postanowiła  wreszcie  dokończyć  artykuł  dla  uniwersyteckiego 
pisma.  Już  po  chwili  przeniosła  się  w  inny  świat,  zamieszkany 
przez  gatunek  canis  lupus.  Zamówiła  kolację  do  pokoju  i  o 
ósmej,  ku  własnej  satysfakcji,  miała  już  gotowy  tekst  Niestety, 
było  jeszcze  wcześnie.  Znów  zaczęły  ją  dręczyć  upiorne  wizje 
jutrzejszego  dnia.  Pragnąc  je  odegnać,  szybko  sięgnęła  po 
słuchawkę,  by zadzwonić  do  Jake’a. Tylko  z  nim  miała  ochotę 
rozmawiać  i  tylko  za  nim  tęskniła.  Jednak  w  ostatniej  chwili 
zawahała się i wykręciła numer farmy. 

 
Jake miał zamiar zjeść kolację w mieście, kiedy jednak ruszył 

spod biura i wyjechał na Główną, dziwnym trafem nie zatrzymał 

background image

się  przy  knajpce.  Już  po  chwili  zorientował  się,  że  jest  na 
autostradzie i zmierza w stronę farmy Farrella. 

Zahamował  przed  werandą  dokładnie  w  momencie,  kiedy 

Rafe i Beth układali steki na grillu. 

– Chodź – zawołali. – Trafiłeś akurat na kolację. 
Na próżno udawał, że  już jadł. Nie  dali się zwieść ani  przez 

chwilę. 

–  Wydaje  mi  się,  że  musisz  być  bardzo  głodny  zauważyła 

Beth, dostawiając jeszcze jedno krzesło do kuchennego stołu. 

– A jedzenia wystarczy dla wszystkich – dodał Rafe. 
Jake  nie  opierał  się  dłużej.  Nie  miał  ochoty  być  sam,  a 

ponadto chciał porozmawiać o Julii. 

Stopniowo  tracił  jednak  nadzieję,  że  tego  wieczoru  padnie 

choć  krótka  wzmianka  o  jej  osobie.  Musiał  wysłuchać 
dokładnego  raportu  Rafe’a  z  terenu  i  rozważań  na  temat  wad  i 
zalet nowego miejsca, w które przeniósł stado. Z trudem udając 
zainteresowanie, przejrzał również konspekty nowych artykułów 
i prelekcji Beth. 

–  Znalazłam  w  sąsiednim  okręgu  szkołę,  która  chce 

zaadoptować Tazego – pochwaliła się. – Julia była zachwycona. 

Nareszcie ktoś wymówił długo oczekiwane imię. 
–  Kiedy  ci  się  to  udało  załatwić?  –  spytał  Jake,  odzyskując 

nadzieję na rozmowę o Julii. 

– Dzisiaj po południu. Rafe pojechał do wilków, a ja do... 
–  Skąd  w  takim  razie  Julia  już  wie  o  tym?  –  przerwał  jej  z 

zainteresowaniem. 

– Och, zapomnieliśmy ci powiedzieć. Dzwoniła tutaj. 
– Kiedy? – zapytał, z trudem ukrywając żal. Czemu najpierw 

nie odezwała się do niego? 

– Niedługo przed twoim przyjazdem – poinformował go Rafe, 

odgryzając  potężny  kęs  steku.  –  Wiecie,  dawno  nie  jadłem 

background image

czegoś tak wspaniałego – oznajmił z błogą miną. 

–  Mniejsza  o  stek,  powiedz  lepiej,  co  mówiła.  Jak  poszło 

nagranie? – niecierpliwił się Jake. 

– Nie było nagrania. 
– Jak to?! – Jake odłożył widelec i wbił wzrok w chłopaka. – 

Powiedz mi wreszcie dokładnie, o co chodzi – nakazał tonem nie 
znoszącym sprzeciwu. 

–  Tak  jest,  szeryfie!  Ta  sławna  telewizyjna  primadonna, 

niejaka  Anderson,  dostała  chrypki  i  bodajże  straciła  głos. 
Dlatego  przełożyli  nagranie  na  jutro  po  południu  i  Julia  wróci 
dopiero późnym wieczorem. 

– I nic mi nie mówicie? Przecież będę mógł po nią wyjechać 

na lotnisko. 

–  Nie  wiedziałem  o  tym...  –  tłumaczył  się  Rafe.  – 

Pomyślałem,  że  na  pewno  będziesz  zajęty,  więc  postanowiłem 
sam ją odebrać. 

–  Ale  jutro  wieczorem  nie  będę  już  pracował.  O  której 

przylatuje samolot? 

– Nie wiem... 
– Rafe, ja cię chyba zabiję! 
Beth uznała, że musi interweniować. 
– Ci z telewizji myśleli, że Julia zostanie jeszcze na noc i nie 

zabukowali jej lotu na jutro wieczór. Dlatego będzie dzwoniła w 
tej sprawie po nagraniu. 

–  Do  licha,  trzeba  z  was  wszystko  wyciągać  –  zdenerwował 

się Jake. Widząc ich niepewne miny, dodał jednak z uśmiechem: 
–  Ale  stek  rzeczywiście  był  pyszny.  A  może  Julia  jeszcze  coś 
powiedziała? i – indagował dalej. 

–  Jak  myślisz,  czy  powinniśmy  mu  to  zdradzić?  –  Rafe 

zerknął na Beth. 

– Chyba tak. Lepiej, żeby wiedział, czego się ma spodziewać. 

background image

– Słuchajcie, zaczynam tracić cierpliwość. 
Rafe parsknął śmiechem. 
–  Och,  nic  takiego.  Wspomnieliśmy  jej  tylko,  że  krąży  już 

legenda  o  tym,  jak  wypadłeś  półnagi  na  ganek,  by  bronić  jej 
przed kowbojami. 

– Zachwycające... – skomentował Jake. 
– To naprawdę było zachwycające – przyznała szczerze Beth. 
– Możliwe, ale czy koniecznie musieliście jej o tym mówić? 
–  I  tak  by  się  dowiedziała  po  powrocie,  więc  woleliśmy  ją 

uprzedzić.  Zresztą  –  uśmiechnęła  się  –  twoja  postać  nabrała 
nowego wymiaru. A twoja sława spłynęła również na Julię. 

– Wątpię, czy była tym wszystkim zachwycona. 
– No, niezbyt – przyznał Rafe. Jake zerknął na zegarek. 
– Kiedy dokładnie dzwoniła? 
– Mniej więcej o ósmej. 
–  Teraz  jest  wpół  do  dziesiątej.  Jak  myślicie,  chyba  jeszcze 

nie śpi? 

Beth z trudem stłumiła chichot. 
– Raczej nie. 
– Dobrze, w takim razie dziękuję za kolację i będę już leciał. 

Mam jeszcze trochę roboty. – Jake podniósł się i odstawił talerz. 

– Możesz zadzwonić stąd – zaproponował Rafe. 
– Nie, dzięki, lepiej już pojadę do siebie. 
 
Była prawie dziesiąta, kiedy w hotelowym pokoju zadzwonił 

telefon. 

–  Witam  panią  doktor.  –  Na  dźwięk  głosu  Jake’a,  choć 

brzmiała  w  nim  lekka  kpina,  Julię  przeszedł  dreszcz 
podniecenia. 

– Podobno zmieniła pani plany. 
– Rafe już ci powiedział? 

background image

–  Tak.  Wpadłem  do  niego  przejazdem  i  załapałem  się  na 

kolację.  Beth  też  tam  była.  Opowiadała  mi  z  wielkim  – 
entuzjazmem,  że  znalazła  szkołę,  która  chce  zaadoptować 
Tazego. 

Rafe 

natomiast 

uraczył 

mnie 

dokładnym 

sprawozdaniem  z  operacji  przeniesienia  wilków.  Mają  nowe 
leże,  daleko  od  farm,  ze  źródełkiem  i  skałami,  wśród  których 
mogą się ukryć. 

– Wiem. Zdał mi szczegółową relację. 
–  Tak  naprawdę  jednak  chciałem  usłyszeć  coś  o  tobie  – 

przyznał  Jake.  Zaledwie  wypowiedział  te  słowa,  poczuł  się 
głupio, jak zakochany uczniak. Co się z nim dzieje, zastanawiał 
się  z  irytacją.  Jak  to  możliwe,  by  tak  się  zapomniał.  Najpierw 
pojechał na farmę Farrella zamiast do domu, a potem siedział i 
nawet nie słuchał, co do niego mówią, marząc wyłącznie o niej. 

Julię  znów  przeszedł  znany,  rozkoszny  dreszcz.  Nie 

towarzyszył jej, ale przynajmniej zadzwonił i zwierzył się, że o 
niej myślał. 

– Nadal tak przeżywasz jutrzejszy występ? – zapytał. 
– Tak, zwłaszcza teraz, gdy nie ma cię koło mnie. Tęsknię za 

tobą, Jake, naprawdę. 

– Ja też, kochanie. – Rozmarzył się, po czym szybko dodał: – 

Ale powiedz, jak ci się podoba Los Angeles? 

–  Och,  spędziłam  urocze  popołudnie  z  asystentką  Polly 

Anderson.  To  cudowna  dziewczyna.  Potrafiła  mnie  tak 
rozerwać,  że  zapomniałam  choć  na  parę  godzin  o  nagraniu. 
Szczerze  mówiąc,  zapomniałam  nawet  o  tobie  –  dodała  –  i  o 
tym, jak bardzo tęsknię. Ale potem wszystko wróciło. 

–  Ja  tęskniłem  cały  czas.  Dziś  w  nocy  będę  czuł  się 

straszliwie samotny w łóżku. 

–  Ja  też.  Ale  jest  jeszcze  coś  więcej  –  zawahała  się  na 

moment, szukając właściwych słów. – Nigdy nie rozmawialiśmy 

background image

ze sobą o uczuciach, Jake. Chyba nie mamy w tym wprawy. 

– Milczał, więc brnęła dalej: 
– Potrzebuję twojej przyjaźni i wsparcia. Twoja obecność jest 

coraz bardziej niezbędna. Nie spodziewałeś się usłyszeć takiego 
wyznania, prawda? 

–  Nie  –  przyznał.  –  Zawsze  byłaś  tak  cholernie  niezależna  i 

zasadnicza. 

– Może się zmieniam... 
– Może. 
– Jake? 
–  Julio,  nie  jest  łatwo  rozmawiać  o  takich  sprawach  przez 

telefon. 

– Wiem. 
– Ale kiedy wrócisz do domu... 
-Tak? 
– Zawiadom mnie, którym samolotem przylecisz, a ja wyjadę 

po ciebie. 

– Nie, nie, umówiłam się już z Rafe’em. 
– Jeszcze zobaczymy. W każdym razie zadzwoń, kiedy tylko 

będziesz coś wiedziała. 

– W porządku. 
– A teraz zaśnij spokojnie. 
– Tak, Jake. 
– Trzymaj się. 
Wbrew zapewnieniom nie mogła zasnąć. Rozmowa wytrąciła 

ją  z  równowagi.  Nagle  zapragnęła  porozmawiać  z  Jake’em  o 
swoich uczuciach. Nie mogła się na to zdobyć, kiedy byli razem. 
Niestety, niewiele z tego wyszło. Czy kiedy się spotkają, będzie 
w  stanie  powiedzieć  temu  mężczyźnie,  co  naprawdę  czuje? 
Wyznać mu, że się zakochała? 

 

background image

Jake leżał bezsennie w łóżku, przeklinając się w duchu. Tyle 

pragnął  przekazać  Julii,  a  tymczasem  nie  powiedział  nic.  Do 
diabła, powinien być z nią teraz tam, w Los Angeles. Powinien, 
lecz było to niewykonalne. 

Obawiał się, że znów dopadną go zmory przeszłości. Bał się 

tego  miasta.  Lęk  czynił  go  bezsilnym.  Co  by  było,  gdyby  w 
drodze  na  lotnisko  uległ  jej  prośbom?  Czy  przeszłość 
przysłoniłaby  teraźniejszość?  Nie  był  pewien  odpowiedzi  na  te 
dręczące pytania. 

Poderwał się z łóżka i nerwowo zaczął przemierzać sypialnię. 

Dotąd  cieszył się, że  trafił do Pierson i  zaczął  nowe życie. Ale 
dziś nawet tu nie miał spokoju. Stosunki z Fredem były napięte, 
a  przez  znajomość  z  Julią  naraził  się  potężnemu  Związkowi 
Hodowców. W jego uładzony dotychczas i spokojny świat znów 
wtargnęły niepokój i niepewność. Najlepiej by było, gdyby wziął 
się  za  naprawianie  płotu,  zamiast  zastanawiać  się  nad 
ewentualnymi  konsekwencjami  wyjazdu  do  Los  Angeles.  Ale 
tam  była  Julia  i  potrzebowała  go.  On  również  jej  potrzebował. 
Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo. 

 
Kiedy następnego Julia obudziła się, nie myślała o spotkaniu 

w  studiu  telewizyjnym,  lecz  o  Jake’u.  Nie  mogła  wybrać  sobie 
lepszego  momentu  w  życiu,  by  uzależnić  się  od  mężczyzny 
takiego  jak  Jake  Forrester,  wyraźnie  dającego  jej  do 
zrozumienia, że długotrwałe związki nie leżą w jego naturze. 

Telefon od Tiffany przywrócił ją do rzeczywistości. Polly już 

wyzdrowiała. Nagranie miało się zacząć o pierwszej. 

Już o dwunastej pod hotel podjechała elegancka limuzyna. Po 

przyjeździe na miejsce Julia została natychmiast porwana przez 
charakteryzatora. Młody chłopak, żywy jak srebro i niesłychanie 
gadatliwy, zgrabnie łączył komplementy z krytyką. 

background image

– Pani ma naprawdę ładne rysy – pochwalił. – Gdybym miał 

więcej czasu, żeby nad panią porządnie popracować, zrobiłbym 
pani  fantastyczne  oczy.  Trochę  cienia  na  powieki.  –  Szybkim 
ruchem pędzelka musnął jej twarz. – Albo te kości policzkowe, 
gdyby  je  uwydatnić...  –  Zanurzył  kolejny  pędzelek  w  słoiku  z 
pudrem,  potem  pochwycił  jeszcze  inny  i  manewrował  nimi 
błyskawicznie. 

Kiedy skończył, otworzyła oczy i z zaciekawieniem spojrzała 

w  lustro.  Twarz,  którą  tam  zobaczyła,  była  jej  znana,  lecz  z 
pewnością nie należała do Julii Shelton. 

Charakteryzator zdjął jej z głowy czepek. 
–  Zrobiłbym  z  pani  piękność,  gdybym  tylko  miał  czas  – 

powiedział z zawodowym żalem. 

– Ale, niestety, nie masz – rzuciła Tiffany od drzwi. – Polly 

już  czeka.  Musimy  się  przygotować  –  mówiła,  szybko 
prowadząc  Julię  korytarzem.  –  Wystąpisz  jako  pierwsza.  Mam 
nadzieję, że porządnie sobie wypoczęłaś? 

– Och, tak – skłamała Julia. 
– Świetnie, bo Polly ma jeszcze trochę chrypki. Będziesz bez 

mała  musiała  mówić  za  nią.  Ale  nie  martw  się,  to  tylko 
piętnaście minut. 

–  Tylko  piętnaście!  –  wyjąkała  przestraszona  nie  na  żarty 

Julia. 

–  Uszy  do  góry.  –  Asystentka  poklepała  ją  po  ramieniu.  –  I 

pamiętaj, że jesteś gwiazdą. 

Wreszcie  dotarły  do  drzwi  studia  z  numerem  1-A.  Tiffany 

przeprowadziła  Julię  przez  plątaninę  wijących  się  po  podłodze 
kabli, po czym wepchnęła w jasny krąg światła. 

– Poznaj samą Polly Anderson – oznajmiła z dumą. 
– Polly, to jest doktor Julia Shelton. 
–  Znana  dziennikarka  nie  wyglądała  wcale  groźnie.  Była 

background image

wysoka  i  szczupła.  Wnikliwe  i  surowe  spojrzenie  ciemnych, 
brązowych  oczu  równoważyły  linie  śmiechu  wokół  ust. 
Najwyraźniej  nie  starała  się  ich  ukryć  pod  makijażem,  czym 
musiała  sprawiać  nieustający  zawód  charakteryzatorowi.  W 
sumie  każdy  mógłby  ją  uznać  za  swoją  ulubioną  ciotkę.  Julia 
szybko  obejrzała  się  przez  ramię  i  zobaczyła,  jak  Tiffany 
szczerzy zęby w uśmiechu. 

–  Witam,  doktor  Shelton.  –  Polly  ruszyła  ku  Julii  z 

wyciągniętą  w  powitalnym  geście  ręką.  –  Prawdę  mówiąc 
miałabym ochotę mówić do ciebie: Julio. 

– Bardzo się cieszę. 
–  A  ja  jestem  Polly.  Specjalnie  z  okazji  twojego  występu 

zaprosiłam do studia ekologów. Mogą nam bardzo pomóc. 

Miała niski i trochę zdarty głos, ale o miłym brzmieniu. 
Niestety,  mimo  najlepszych  chęci  Julia  nie  mogła 

powstrzymać  lęku  przed  trzema  wycelowanymi  w  jej  stronę 
kamerami i rzędami siedzeń na widowni. 

Dziennikarka musiała wyczuć jej nastrój. 
– Nie bój się – powiedziała miękko, prowadząc Julię ku sofie 

ustawionej  pośrodku  sceny.  –  Wyobraź  sobie,  że  jesteśmy  w 
domu i ucinamy sobie małą pogawędkę. 

Julia  posłusznie  skinęła  głową.  Rada  trafiła  jej  do 

przekonania,  lecz  rzeczywistość  telewizyjnego  studia  nie  miała 
w  sobie  nic  z  domowej  atmosfery.  Widzowie  zaczęli  powoli 
zapełniać  widownię.  Oślepiona  blaskiem  jupiterów,  które  nagle 
rozjarzyły się nad jej głową, słyszała jedynie szurania i pomruki, 
jakby gdzieś tam zaczajała się na nią groźna bestia o stu oczach. 
Na szczęście nie mogła nikogo dostrzec. 

W miarę jak nieubłaganie zbliżał się czas wejścia na wizję, jej 

serce  alarmująco  przyspieszało  tempo,  a  policzki  zaczynały 
płonąć.  Gorączkowo  przywoływała  się  w  duchu  do  porządku. 

background image

Przypominała  samej  sobie,  że  jest  dorosłą  kobietą,  szefową 
ważnego  programu  badawczego.  Niestety,  nawet  to  nie 
pomogło. Czuła, że wpada w panikę. Czy będzie w ogóle zdolna 
cokolwiek  powiedzieć?  Zacisnęła  w  palcach  fotografie 
Cochise’a,  Nokomis  i  Tazego,  szukając  pocieszenia  w  ich 
mądrych, złotawych ślepiach. W tym momencie jednak technik 
szybko wyjął jej zdjęcia z rąk, by włożyć je do wyświetlarki. 

– Dwie minuty, Polly. – To reżyser informował prowadzącą, 

kiedy zaczyna się program. 

Dziennikarka  usiadła  na  sofie  koło  Julii,  szybko 

przekartkowała swoje notatki, po czym spokojnie je odłożyła. 

–  Mówię  ci,  sama  się  zdziwisz,  że  masz  tyle  rzeczy  do 

powiedzenia  –  zapewniła,  patrząc  na  nią  z  pełnym  zrozumienia 
uśmiechem. 

Julia była zdumiona. Ta kobieta doskonale wyczuwała jej stan 

ducha. 

–  Jedna  minuta  –  zawołał  przez  mikrofon  reżyser.  W  tym 

samym  momencie  Polly  szybkim  ruchem  wcisnęła  jej  do  ręki 
jakąś karteczkę. 

–  Strasznie  nalegał  –  powiedziała.  –  Nie  mogłam  mu 

odmówić,  bo  po  prostu  bałam  się,  że  wedrze  się  na  scenę  i 
wręczy ci to osobiście. 

Julia  rozwinęła  mały  papierek.  Zawierał  tylko  kilka  linijek 

tekstu. 

„Po programie masz randkę z twoim wielbicielem numer 1. 
Kocham cię – Jake”. 
Natychmiast  spojrzała na  widzów, lecz wszystko rozmywało 

się  w  oślepiającej  poświacie.  Zresztą  nie  to  było  istotne. 
Najważniejsza była świadomość, że Jake jest blisko. 

I od razu wszystko stało się proste. 
Kiedy  już  zaczęła  mówić,  trudno  było  jej  przerwać.  Nawet 

background image

Polly  Anderson  ledwie  zdołała  zadać  przygotowane  pytania. 
Julia mogła sobie wyobrazić błysk rozbawienia w oczach Jake’a. 
Z zapałem opowiadała, jak jej wywodzące się już z dzieciństwa 
zainteresowanie zwierzętami i fascynacja wilkami doprowadziły 
do realizacji projektu przywrócenia ich naturze. Opowiadała, w 
jaki  sposób  zbiera  się  fundusze  i  z  dumą  podawała  przykłady 
podobnych,  uwieńczonych  sukcesem  starań.  Audytorium,  ku 
satysfakcji 

Polly, 

chłonęło 

jej 

słowa 

wielkim 

zainteresowaniem. 

–  Przedtem  robili  to  już  z  powodzeniem  inni  –  tłumaczyła 

Julia.  –  Szare  wilki  z  północy  i  czerwone  wilki  z  Północnej 
Karoliny już kilka lat temu zostały przywrócone ich naturalnemu 
środowisku.  My  jesteśmy  pierwszymi,  którzy  podjęli  się  ocalić 
wilki płowe. Jeśli nam się nie uda, gatunek ten zostanie skazany 
na zagładę. 

Ostatnie  zdanie  wyraźnie  poruszyło  słuchaczy.  W  tym 

momencie  kamera  najechała  na  zdjęcia  zwierząt  ze  stada.  Julia 
opowiadała o każdym z osobna, o ich charakterach i obyczajach, 
tak  zdumiewająco  rodzinnych  i  łagodnych,  zupełnie  jak  u 
domowych zwierząt. 

Była  zaskoczona,  kiedy  Polly  zasygnalizowała  jej 

dotknięciem ręki, że czas się kończy. 

–  To  było  fascynujące  spotkanie  –  powiedziała dziennikarka 

na zakończenie – a ty, Julio, jesteś wyjątkową kobietą. Za chwilę 
wyświetlimy  na  ekranie  nazwę  i  dane  fundacji,  tak  by  nasi 
widzowie  w  studio  i  przed  telewizorami,  zainteresowani  losem 
wilków  płowych,  mogli  się  więcej  o  nich  dowiedzieć.  To 
szlachetne  przedsięwzięcie  potrzebuje  finansowego  wsparcia, 
dlatego pierwsza wrzucam do skarbonki czek na tysiąc dolarów, 
bo bardzo chciałabym zaadoptować piękną Nokomis. 

Podziękowanie wzruszonej Julii utonęło w ogólnym aplauzie. 

background image

Jej  występ  dobiegł  końca.  Kamery  skierowano  w  inną  stronę 
studia, a Polly już biegła, by powitać następnego gościa. 

Na  podeście  pojawiła  się  Tiffany  i  wyprowadziła  Julię  do 

wyjścia. 

–  Byłaś  dokładnie  tak  wspaniała,  jak  zapowiadała  Beth  – 

trajkotała, pełna entuzjazmu. – Wierz mi, Polly jest zachwycona. 
Potrafiłaś  przekonać  ludzi.  Zobaczysz,  nie  będziesz  teraz  miała 
spokoju. 

Ale  Julia  nie  słuchała  już  tych  pochwał.  Drżąc  z  radosnego 

oczekiwania  zerkała  ponad  ramieniem  asystentki.  I  wreszcie 
zobaczyła  go:  wysokiego,  przystojnego  mężczyznę,  który  z 
uśmiechem  wyciągnął  ku  niej  ramiona.  Podbiegła  do  niego. 
Objął ją i bardzo mocno przytulił. 

– Przede wszystkim muszę zmyć wreszcie z twarzy tę maskę 

– oznajmiła Julia. 

– Po co? Wspaniale wyglądasz – powiedział Jake, całując ją 

żarliwie. 

Przytulali  się  na  tylnym  siedzeniu  wozu,  którym  odwożono 

ich  do  hotelu.  Zajęty  wyszukiwaniem  luk  w  strumieniu 
samochodów kierowca zdawał się nie zwracać na nich uwagi. 

–  Co  sprawiło,  że  zmieniłeś  zdanie  i  przyjechałeś  do  Los 

Angeles?  –  zapytała,  gdy  oderwali  się  od  siebie,  by  nabrać 
oddechu. 

– Och, mnóstwo powodów – odparł wymijająco. 
– Na przykład co? – nie dawała za wygraną. 
– Na przykład to, że mnie potrzebowałaś. 
– Tak, nawet nie wiesz, jak bardzo – wyznała. 
–  Z  początku  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  ale  teraz  już 

zrozumiałem. Nawiasem mówiąc, byłaś po prostu niesamowita. 

– Bo wiedziałam, że jesteś blisko. Dziękuję ci, Jake. 
Kiedy  tylko  dotarli  do  pokoju,  Julia,  tak  jak  zapowiedziała, 

background image

pobiegła  do  łazienki,  chwyciła  zmywacz  do  makijażu  i  grubą 
warstwą rozprowadziła go na twarzy. 

– Żegnaj, gwiazdo telewizji – powiedziała do swojego odbicia 

w lustrze. 

Kiedy  wyszła,  wcierając  w  twarz  resztki  kremu,  miała  już 

świeżą, gładką cerę i zaróżowione policzki. Z pokoju dobiegł ją 
dźwięk otwieranego szampana. 

–  Proszę,  właśnie  przysłały  ci  go  Polly  i  Tiffany.  Jake  nalał 

perlisty płyn do jej kieliszka i sięgnął po drugi. 

Na  moment  ogarnęła  ją  panika.  Czyżby,  pragnąc  uczcić  jej 

sukces,  miał  złamać  swoje  zasady?  A  może  te  kilka  godzin, 
które spędził w Los Angeles, osłabiło jego wolę? I nagle z ulgą 
dostrzegła,  że  Jake  bierze  do  ręki  stojącą  za  kubełkiem  z 
szampanem butelkę wody mineralnej. 

–  Nie  musisz  się  martwić  –  powiedział,  napełniając  swój 

kieliszek. 

– Wcale się nie martwiłam – skłamała. 
– Nieprawda. 
–  Dobrze  –  przyznała  –  ale  zrozum,  po  prostu  nie  mogę 

zapomnieć,  co  mi  mówiłeś.  To  miasto  jest  dla  ciebie 
niebezpieczne. 

– Nie wtedy, kiedy jesteśmy razem. I będziemy tutaj tylko do 

jutra. Wszystko już załatwiłem. 

– Jake, bardzo się cieszę, ale... 
– Co, kochanie? 
–  Czy...  jesteś  pewien?  –  zapytała,  patrząc  na  niego  w 

napięciu. 

–  Jestem  pewien  –  oświadczył  z  mocą  i  trącił  się  z  nią 

kieliszkiem. 

–  Chyba  już  się  przekonałaś,  że  jestem  facetem,  który  jest 

gotów na wszystko dla ukochanej dziewczyny. 

background image

Julia  powoli  i  ostrożnie  odstawiła  swojego  szampana,  jak 

gdyby bała się spłoszyć ulotną chwilę. 

– Co powiedziałeś? – zapytała miękko. 
– Że jestem takim facetem, który... 
– Nie, nie, chodzi o ostatnie słowo. 
– A, te głupoty o miłości? Przytaknęła. 
– To szło jakoś tak: kocham cię, Julio. 
Przez  moment  patrzyła  na  niego  rozszerzonymi  oczami,  w 

których  nagle  zakręciły  się  łzy,  a  potem  rzuciła  mu  się  w 
ramiona. 

– Ja też cię kocham, Jake, nawet nie wiesz, jak. Och, kocham 

cię, kocham – powtarzała uszczęśliwiona. 

Objęci  upadli  na  łóżko.  Jake  ujął  w  dłonie  piersi  Julii  i 

cichutko wyszeptał jej do ucha: 

– Ja nie tylko cię kocham, ale chcę się z tobą kochać. 
– Teraz? 
– A czemu nie? – zapytał, niecierpliwie sięgając ku zapięciu 

jej bluzki. – Mamy przed sobą całe godziny i bardzo, bardzo ich 
potrzebujemy, bo będę przecież kochał każdy centymetr twojego 
ciała – wyszeptał namiętnie. 

I  kochał.  Żarliwie,  namiętnie,  zachłannie.  Jakby  nie  widzieli 

się przez całe tygodnie. W kilka godzin później, kiedy wreszcie 
nasyceni  sobą  odpoczywali  na  wielkim  łożu,  wśród 
skotłowanych  prześcieradeł,  blask  słońca  przesączający  się  zza 
zasłon zaczął przygasać. 

– Robi się ciemno – powiedziała Julia, opierając się na łokciu 

i patrząc na Jake’a. Odrzuciła kosmyk wilgotnych włosów z jego 
twarzy i jeszcze raz go pocałowała. 

– Straciliśmy całe popołudnie – oznajmiła prowokacyjnie. 
– Straciliśmy? Roześmiała się. 
– Ale to wyjątkowo miła strata! 

background image

– No właśnie. Ale Los Angeles bawi się całą noc. Mamy więc 

jeszcze mnóstwo czasu. 

– Wiesz – mruknęła – może byśmy tak kazali przynieść sobie 

jakąś wspaniałą kolację i zostali tutaj. 

– Ciągle się o mnie boisz? 
– Trochę – przyznała szczerze. 
Pieszczotliwym ruchem dotknął jej policzka. 
– Cieszę się, że tak o mnie dbasz, ale naprawdę wszystko jest 

w porządku. Przecież jesteś tu ze mną. 

– Wiem, Jake, ale lepiej nie kuś losu. 
–  Nie.  Czuję,  że  muszę  wreszcie  rzucić  wyzwanie  mojej 

przeszłości.  Jeśli  tego  nie  zrobię,  będę  stale  przed  nią  uciekał, 
tak jak robiłem to dotychczas. Wtedy jednak byłem samotny w 
swojej walce. Dzisiaj mam ciebie i nie będę już w tym mieście 
sam – powiedział, czule biorąc Julię w ramiona. 

 

background image

Rozdział 9 

 
– Jake, powinniśmy już chyba wstawać. 
–  Zaraz.  –  Przyciągnął  ją  do  siebie,  choć  i  tak  leżeli  ciasno 

spleceni. Wyprężyła się w jego ramionach. 

– Jest już późno – przypomniała. 
– Może w Pierson, ale nie w Los Angeles. 
– Dlatego właśnie powinniśmy wstać. 
– Czyżbyś chciała poznać nocne życie Los Angeles? 
– Powiedzmy. Skoro już tu jesteśmy, moglibyśmy się trochę 

rozerwać. 

Jednak  ani  Julia,  ani  Jake  nie  uczynili  najmniejszego  ruchu, 

by wyjść z ciepłej pościeli. 

– Dlaczego w takim razie nie idziemy? – zapytał przekornie. 
– Właśnie nie wiem. 
–  Dobrze,  wobec  tego  ja  będę  pierwszy.  –  Jake  sięgnął  do 

wezgłowia  i  zapalił  nocną  lampkę.  Julia  czule  pogłaskała 
mężczyznę po twarzy. 

– Dziękuję... 
– Za co? 
– Za to, że przyjechałeś. 
–  Przecież  powiedziałem,  że  zrobię  wszystko  dla  kobiety, 

którą  kocham.  A  ja  cię  kocham,  Julio  –  szepnął, 
przypieczętowując swoje słowa pocałunkiem. 

Wtuliła  twarz  w  zagłębienie  jego  ramienia,  zapominając  o 

kolacji i nocnej wyprawie. 

– Od kiedy to wiedziałeś? 
– Od kiedy cię po raz pierwszy zobaczyłem. 
– O, nie, drogi panie Forrester, tego mi nie wmówisz. 
–  Nie  wierzysz  mi?  –  Próbował  przekonać  ją  kolejnym 

background image

pocałunkiem. 

–  Zdecydowanie  nie.  Wyznałeś,  że  wtedy  tylko  mnie 

pożądałeś.  Ale  ja  chcę  usłyszeć  o  miłości  przez  duże  „M”. 
Oczekuję bardzo romantycznej odpowiedzi na moje pytanie. 

–  Cóż  –  mruknął  –  niech  się  zastanowię.  Przymknął  oczy, 

udając głęboki namysł. 

– Może wtedy, kiedy mnie tak strasznie obrugałaś... 
– To znaczy kiedy? 
– Och, robiłaś to tyle razy, że  trudno mi sobie przypomnieć. 

Ach,  czekaj,  wiem!  Wtedy,  kiedy  wpadłaś  wściekła  do  mojego 
biura. 

– Znów oszukujesz, szeryfie. Tylko ze mną flirtowałeś. 
– Ty też, moja droga. 
–  Ja  nie!  –  zaperzyła  się,  ale  w  porę  uświadomiła  sobie,  jak 

bardzo pragnęła, by odwiózł ją do domu. 

–  Powiedzmy,  że  wtedy  jeszcze  robiłam  to  odruchowo  – 

sprostowała. 

– Nie kłam. – Pogroził jej palcem. – Ostatecznie dochodzę do 

wniosku,  że  mogło  się  to  zdarzyć  w  czasie  spaceru  po  pustyni 
albo w czasie przyjęcia, albo... 

–  Jake  –  uciszyła  go  ruchem  dłoni  –  przecież  ty  i  tak  nie 

pamiętasz. 

–  Nie,  nie  pamiętam  –  przyznał,  wpatrując  się  w  nią  z 

uwielbieniem.  –  Nie  mogę  sobie  już  nawet  wyobrazić,  że  były 
czasy,  kiedy  cię  jeszcze  nie  znałem.  Dlaczego  więc  wymagasz 
ode mnie, bym wiedział, kiedy cię pokochałem? 

– Och, Jake – szepnęła przejęta. 
– Tak, wydaje mi się, że zawsze cię kochałem – wyszeptał. 
Milczała, powstrzymując łzy wzruszenia. 
–  Hej,  nie  uważasz,  że  znalazłem  bardzo  romantyczną 

odpowiedź? 

background image

Spojrzała mu głęboko w oczy. 
– Najlepszą w świecie, panie Forrester. 
– I wiesz, chociaż nie potrafię powiedzieć, kiedy naprawdę się 

w  tobie  zakochałem,  pamiętam  moment,  w  którym  po  raz 
pierwszy pomyślałem o miłości – zwierzył się. 

Spokojnie czekała na ciąg dalszy. 
– Kiedy stanąłem u twego boku przeciwko Fredowi. 
–  Wtedy?  –  zdumiała  się.  Przecież  bardzo  dobrze  pamiętała 

jego  słowa.  –  Powiedziałeś,  że  po  prostu  wykonujesz  swój 
zawód i broniłbyś każdej sprawy, którą uważałbyś za słuszną. 

–  I  tak  rzeczywiście  było.  Tyle  że  nie  tylko  poczucie  – 

obowiązku, ale i miłość kazały mi bronić ciebie i twojej sprawy. 

– Można ci tylko pozazdrościć – zachichotała. 
Ale Jake nie był w nastroju do żartów. 
– Najważniejsze, że sercem byłem po twojej stronie. 
Fred nie byłby już w stanie mnie zastraszyć. 
Zastanawiała  się  nad  tym  przez  moment,  ale  nie  było  sensu 

dalej drążyć tematu. Teraz, kiedy wiedziała już, że jest kochana, 
przestały ją dręczyć wątpliwości. 

– Chyba jednak musimy wstać – oznajmił Jake. Mamy wiele 

miejsc do odwiedzenia. 

Razem weszli pod prysznic i szybko się umyli. 
–  Jak  myślisz,  czy  mogę  wyjść  z  mokrymi  włosami?  – 

zapytała Julia. 

– Jasne, taki jest styl w Los Angeles – zapewnił ją z powagą. 
– Nie dosuszone włosy? 
-Aha. 
Szybko natarł ją ręcznikiem i odrzucił go, przyciągając ją do 

siebie. 

– Nie uważasz, że cały ten pomysł z wyjściem na miasto jest 

jednak  niemądry?  –  spytał,  wodząc  dłońmi  po  smukłych 

background image

kobiecych kształtach w przypływie pożądania. 

– Chodźmy. – Wyrwała się i owinęła ręcznikiem. – Obiecałeś. 
– A co z... – Znów sięgnął po nią. Odepchnęła jego rękę. 
– Później. Później będzie na to czas. 
– Skoro już mówimy o czasie, uświadomiłem sobie  właśnie, 

że  nie  powiedziałaś  mi  jeszcze,  kiedy  ty  po  raz  pierwszy 
stwierdziłaś,  że  kochasz  się  we  mnie  –  powiedział,  idąc  do 
sypialni. 

Julia podeszła do toaletki i zaczęła rozczesywać włosy. 
– To musiała być miłość od pierwszego wejrzenia – stwierdził 

z żartobliwą powagą, szukając w torbie czystej koszuli. 

– Pudło! – odparowała. 
– Czy to znaczy, że nie doznałaś olśnienia, kiedy wychynąłem 

z  kurzu  pustyni,  wkraczając  w  twoje  życie  jak  romantyczny 
kowboj? 

–  Szczerze  mówiąc,  uznałam  cię  za  trochę  podrabianego 

kowboja i zbyt pewnego siebie macho. 

– Przestań, już nie mogę tego słuchać. – Chwycił ją za rękę. 
–  I  za  odrobinę  zagubionego,  ale  miłego  faceta  –  uzupełniła 

łaskawie. 

– No, już trochę lepiej – ucieszył się. 
Julia podeszła do szafy i wyjęła z niej czerwoną sukienkę. 
–  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  ci  przeszkadzało,  jeśli 

zobaczysz  mnie  w  niej  drugi  raz,  ale  to  mój  najlepszy  ciuch. 
Miałam włożyć ją do telewizji, ale uznałam, że jest zbyt śmiała. 

– Tę sukienkę miałaś na sobie, kiedy się w tobie zakochałem 

– stwierdził, zręcznie unikając ciosu pantoflem. 

– I kto tu jest wierutnym łgarzem? 
–  Trudno  wyczuć...  Lepiej  powiedz  mi,  Julio,  kiedy  tak 

naprawdę zrozumiałaś, że mnie kochasz? 

– Kiedy przekonałam się, że jesteś lojalny, uczciwy i miły. I 

background image

bardzo, bardzo pociągający. 

Jake  nałożył  spodnie  o  modnym  kroju  i  koszulę  w  paski. 

Wyglądał  bardzo  przystojnie.  Julii  z  wrażenia  mocniej  zabiło 
serce. 

–  Tak,  właśnie,  bardzo  pociągający  –  powiedziała  w 

zamyśleniu.  –  Chyba  zaczęłam  cię  kochać,  kiedy  po  raz 
pierwszy poszliśmy do łóżka. 

Jake  włożył  koszulę  w  spodnie,  zapiął  pasek  i  wyciągnął 

ramiona ku Julii. 

– My nie poszliśmy do łóżka, my się kochaliśmy – poprawił. 
–  Wiem.  Czułam  się  taka  szczęśliwa,  a  bałam  się  o  tym 

mówić głośno, żeby wszystko nie rozwiało się nagle jak sen. 

– Nikt nam już tego nie zabierze. – Jake przytulił Julię mocno 

i przeczesał palcami jej wilgotne włosy. Kochana, mamy z sobą 
więcej wspólnego, niż się komukolwiek wydaje. Oboje byliśmy 
samotnikami. Oboje tłumiliśmy przez lata swoje prawdziwe ja i 
teraz  nie  umiemy  się  odsłonić  do  końca.  Dopiero  się  tego 
uczymy. 

Kiedy po raz pierwszy się kochaliśmy, otworzyły się dla nas 

zamknięte  drzwi,  broniące  nam  dostępu  do  siebie.  I  teraz,  gdy 
zyskaliśmy wszystko, boimy się, bo wiemy, co możemy utracić. 
Ale obiecuję ci, że nie dopuszczę, byśmy zagubili naszą miłość. 
Wierzysz mi, Julio? Wierzysz? 

W odpowiedzi przylgnęła do niego mocniej. 
–  Razem  możemy  poradzić  sobie  ze  wszystkim  i  osiągnąć 

wszystko – powiedział. 

Julia  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  rozkoszując  się  świeżym, 

czystym zapachem jego skóry. 

– Wierzę w nas, Jake – wyszeptała. 
Własne  słowa  zaskoczyły  ją.  Uświadomiła  sobie,  iż  odkąd 

pamięta,  zawsze  wierzyła  tylko  w  siebie  i  tylko  sobie  ufała.  A 

background image

teraz  oto zaufała Jake’owi Forresterowi  jak nikomu przedtem z 
swoim życiu. 

– Nigdy cię nie opuszczę. To jest moja przysięga, Julio. 
– Nie musisz przecież nic obiecywać. 
–  Muszę  i  chcę.  Zakochałem  się  w  tobie,  a  ty  zaczynasz 

zmieniać moje życie. 

– Mam nadzieję, że na lepsze. 
– Przecież wiesz, że tak. – Roześmiał się radośnie i delikatnie 

poklepał ją po pupie. 

– Kończ ubieranie i chodźmy szybko, bo mam wielką ochotę 

znów zaciągnąć cię do łóżka – ostrzegł. 

Stali  na  hotelowym  podjeździe  czekając,  aż  portier 

przyprowadzi  wynajęty  samochód.  Julia  uważnie  popatrzyła  na 
Jake’a. Ten przystojny, ubrany z niedbałą elegancją mężczyzna 
był  znów  częścią  tego  miasta,  echem  swojego  dawnego 
wcielenia.  Obserwowała,  jak  wyćwiczonym  gestem  sięga  po 
portfel,  by  wręczyć  suty  napiwek,  tak  jak  czynił  to  zapewne 
wiele razy przedtem. 

Samochód,  który  wybrał,  okazał  się  czerwonym,  sportowym 

kabrioletem alfa romeo. 

Które życie Jake’a było prawdziwe? To dręczące Julię pytanie 

powracało przez cały wieczór. Głośno nie wspomniała o swoich 
rozterkach ani słowem. 

Wjechali  na  Bulwar  Zachodzącego  Słońca.  Julia  była 

niespokojna.  Jake  rzucił  wyzwanie  swojej  przeszłości.  Co  się 
stanie,  gdy  powróci  do  miejsc,  z  których  kiedyś  uciekł?  Tak 
wspaniale  zapowiadająca  się  noc  mogła  równie  dobrze 
przerodzić się w koszmar. 

Nie  mogła  do  tego  dopuścić.  Czy  istniał  jakiś  sposób,  by 

zapobiec katastrofie? 

–  Jake  –  odezwała  się  łagodnie  –  może  poszlibyśmy  gdzie 

background image

indziej, tam, gdzie dawniej nie bywałeś? Na przykład do jakiejś 
włoskiej restauracji? – zasugerowała. Uwielbiam tę kuchnię. 

Z  nadzieją  czekała  na  odpowiedź.  Może,  cudem,  da  się 

namówić? 

Zerknął na nią z uśmiechem znad kierownicy. 
–  Ostatnim  miejscem,  o  jakim  bym  marzył,  jest  włoska 

knajpa. Już wybrałem, Julio. To znakomity lokal. 

Dawniej witali mnie tam jak stałego bywalca. 
Zmrużył  oczy  i  popatrzył  w  perspektywę  rozjarzonego 

światłami bulwaru. 

– Ciekawe, czy mnie jeszcze pamiętają – mruknął. 
Julia niemal wpadła w panikę. Jake zmierzał prosto do jaskini 

lwa. 

–  Słuchaj,  nie  musi  to  być  włoska  restauracja  –  postanowiła 

nie dawać za wygraną. 

– Julio, nie musisz się martwić. Wszystko będzie w porządku. 

Nie mam zamiaru wypić ani kropli. Zauważyłem, że uwielbiasz 
się  troszczyć  o  innych,  ale  jestem  dorosły  i  wiem,  co  robię. 
Zaufaj mi, proszę. 

Zaufaj  mi...  Gdyby  wiedział,  jak  trudno  jej  to  przychodziło. 

Do  tej  pory  ufała  tylko  sobie.  Co  prawda,  nie  zawiodła  się 
jeszcze  na  Jake’u.  Kochała  go  i chyba  ufała  mu.  Ciągle  jednak 
nie opuszczały jej obawy i wątpliwości. 

Zaczęła  przyglądać  się  słynnemu  Hollywood,  żeby  odegnać 

złe  myśli.  Pod  palmami,  na  szerokich  chodnikach  kłębił  się 
kolorowy  tłum.  Obok  turystów  dało  się  zauważyć  mnóstwo 
młodych  ludzi  ubranych  ekscentrycznie,  a  właściwie 
przebranych. 

Wreszcie  czerwone  alfa  romeo  skręciło  w  stronę  Beverly 

Hills  i  sceneria  uległa  nagłej  zmianie.  Chodniki  świeciły 
pustkami, za to na jezdniach tłoczyły się kosztowne samochody: 

background image

jaguary, sportowe BMW, Rolls-royce’y i wytworne limuzyny. 

– Dokąd oni jadą? – zapytała Julia. 
–  Do  najmodniejszych  restauracji  i  klubów  –  odparł  Jake  i 

skręcił w boczną uliczkę. 

Zatrzymali  się  przed  wejściem  do  niepozornego  budynku  z 

ceglaną fasadą i ciemnozielonymi markizami. 

– To ma być znana restauracja? – spytała z niedowierzaniem. 

Na zewnątrz nie widać było żadnego szyldu. 

– Owszem, i to najlepsza w mieście. 
Nagle jak spod ziemi wyrósł portier. 
–  Skąd  ludzie  wiedzą,  co  tu  się  mieści?  –  indagowała  Julia, 

gdy ceremonialnie wprowadzono ich do holu. 

–  Nie  wiedzą,  i  o  to  właśnie  chodzi.  A  my  jesteśmy 

wybrańcami, którzy znają tajemnicę restauracji „U Arturo”. 

–  Czy  mają  państwo  rezerwację?  –  zapytał  szef  sali, 

urzędujący za kontuarem. 

– Nie – odpowiedział krótko Jake. 
–  W  takim  razie  przykro  mi,  ale  nie  dysponujemy  już 

wolnymi stolikami. 

Na  twarzy  Jake’a  nie  drgnął  ani  jeden  mięsień,  a  pewny 

siebie, spokojny głos nie zmienił się nawet o ton. 

– „U Arturo” zawsze było dla mnie miejsce, bez względu na 

liczbę gości. 

Julia zastanawiała się, czy oczekiwał, że zostanie natychmiast 

rozpoznany. 

– A może po prostu już mnie nie poznajesz, Gregory? 
 – dodał Jake po chwili. 
Mężczyzna  podniósł  głowę  znad  planu  rezerwacji.  Był 

wysoki, chudy, mocno łysiejący, z kilkoma kosmykami włosów 
przylepionymi  do  lśniącej  czaszki.  Miał  zmęczony  wygląd 
człowieka,  którego  życie  od  rana  do  wieczora  wypełnione  jest 

background image

obowiązkami. Wieloletnie administrowanie najlepszą restauracją 
w mieście takim jak Hollywood musiało wycisnąć swoje piętno. 

Uważnie  przyglądał  się  Jake’owi  znad  połówek  szkieł,  aż 

wreszcie uśmiech zaczął rozjaśniać jego zniszczoną twarz. 

–  Pan  Forrester!  –  powiedział  zaskoczony,  unosząc  się  i 

wyciągając rękę na powitanie. – Myślałem, że pan już nie żyje – 
dodał. 

Julia  wzdrygnęła  się  na  te  słowa,  lecz  na  Jake’u  nie  zrobiły 

one żadnego wrażenia. 

–  Prawdę  mówiąc,  mało  brakowało  –  przyznał  –  ale 

przeżyłem dzięki przyjaciołom. 

– Trzeba przyznać, że prowadził pan niebezpieczne życie. 
– Tak, Gregory, ale to już przeszłość. Dziś przyszliśmy tutaj, 

żeby spędzić długi, miły wieczór przy wspaniałej kolacji, tak jak 
zwykli ludzie. 

–  Niezupełnie,  panie  Forrester  –  poprawił  go  Gregory.  – 

„Arturo” nie jest dla zwykłych ludzi. 

–  Masz  rację.  Właśnie  usiłowałem  wytłumaczyć  to  pani 

Shelton. 

– Najlepiej  będzie, jeśli sama  się  przekona  – uznał Gregory, 

wertując papiery. – Chyba mam wolny stolik. 

Spojrzał na nich z uśmiechem, który na moment ożywił jego 

smutne, zmęczone rysy. – To po prostu cud – oświadczył Jake z 
powagą. 

–  Bez  wątpienia,  ale  zdarza  się  od  czasu  do  czasu.  Rodzaj 

sztuczki magicznej. 

– A co ze starym towarzystwem? – zapytał Jake. – Pokazują 

się jeszcze tutaj? 

– Czasami wpadają. 
Gregory uniósł rękę i natychmiast znalazł się przy jego biurku 

młody kelner. 

background image

–  Dave,  stolik  numer  trzy  dla  pana  Forrestera  i  jego 

towarzyszki  –  rozkazał,  po  czym  zwrócił  się  do  Jake’a:  –  Jeśli 
zajrzy ktoś z pana dawnych przyjaciół, szepnę mu słówko. 

Dave wywnioskował z zachowania szefa, że ta para należy do 

specjalnego  gatunku  gości.  Dlatego  potraktował  ich  z  całą 
atencją, po mistrzowsku łącząc usłużność z dyskrecją. 

Jake  nawet  nie  wziął  do  ręki  menu,  ale  od  razu  zapytał  o 

specjalność  kuchni.  Stopniowo  z  pomocą  młodego  kelnera 
zdołał zawęzić wybór do: spaghetti „anielskie włosy” z sosem a 
la Arturo, kruszków cielęcych na muszelkach ze szpinakiem oraz 
pierożków  ravioli  z  nadzieniem  z  homara.  Julia  wybrała 
muszelki. 

–  Dla  mnie  proszę  to  samo  –  zdecydował  Jake.  –  A  na 

przystawkę poprosimy sałatkę z kalmarów. 

–  Jakie  wino  państwo  sobie  życzą?  –  padło  na  koniec 

nieuniknione pytanie. 

– Ja dziękuję – szybko powiedziała Julia. 
– Nonsens! – prychnął Jake. – To jest nasz specjalny wieczór 

i wymaga specjalnego wina. 

Szybko  przebiegł  wzrokiem  listę  i  dokonał  wyboru.  Kiedy 

kelner oddalił się, stwierdził: 

–  Trudno  sobie  wyobrazić  delektowanie  się  włoską  kuchnią 

bez  dobrego  wina.  Nie  powinnaś  być  pozbawiona  tej 
przyjemności  tylko  dlatego,  że  zakochałaś  się  w  facecie,  który 
jest byłym alkoholikiem. 

–  Mogę  przyznać  ci  rację  tylko  w  jednym  punkcie: 

rzeczywiście zakochałam się – westchnęła. 

W  ciągu  całego  wieczoru  odwiedziła  ich  stolik  masa 

przyjaciół  i  znajomych  Jake’a,  którzy  przysiadali  się,  by 
powspominać dawne czasy i zapytać go, co obecnie porabia. 

Jego  odpowiedź  zaskakiwała  wszystkich.  Julia  świetnie  się 

background image

bawiła,  obserwując,  jak  na  twarzy  kolejnego  dawnego  kumpla 
Jake’a pojawia się wyraz niekłamanego zdumienia. Wielu z nich 
było  niegdyś  jego  klientami.  Znalazł  się  wśród  nich  aktor  z 
telewizji,  który  wynajął  Jake’a,  by  ten  odszukał  mu  córkę. 
Podszedł także pisarz, podejrzewający swego agenta nie tylko o 
defraudację,  ale  i  o  to,  że  jest  kochankiem  jego  żony  i  nawet 
były  oficer  policji,  któremu  Jake  pomagał  kiedyś  rozwiązać 
zagadkę  morderstwa,  popełnionego  przed  laty. Wśród  dawnych 
znajomych znalazły się też kobiety, co wcale nie zdziwiło Julii. 

Do  ich  stolika  podchodziło  coraz  mniej  ludzi.  Właśnie 

próbowali deseru. 

– Przepraszam cię – powiedział Jake. – Nie przypuszczałem, 

że pojawi się tu taki tłum. Podejrzewam, że też uważali mnie za 
umarłego, tak jak Gregory. 

– Bardzo interesujące były ich opowieści – przyznała Julia. – 

Jednak cieszę się, że znów mam cię tylko dla siebie. 

Pochylił siei przykrył jej dłoń swoją. 
– Uważaj, bo twoje dawne klientki patrzą! – ostrzegła. 
–  Niech  patrzą  –  rzucił  lekkim  tonem,  wychylił  się  jeszcze 

bardziej i pocałował ją. 

– Jake! – wykrzyknęła zawstydzona. 
–  Julio,  pamiętaj,  że  jesteś  w  moim  mieście,  gdzie  czuję  się 

jak u siebie i  mam prawo robić, co  mi  się  podoba  – oznajmił i 
pocałował ją znów, jeszcze goręcej. 

Długo  siedzieli  przy  deserze  i  kawie,  rozmawiając  cicho  i 

czule.  A  kiedy  wreszcie  dopili  cappuccino  i  zamierzali  wstać, 
nagle na ramię Jake’a opadło wielkie łapsko. 

– W życiu bym się nie spodziewał, że cię jeszcze zobaczę, ale 

wróciłeś i cholernie się cieszę! – rozległ się tubalny głos. 

–  Norm,  kopę  lat...  –  Jake  wstał  i  serdecznie  przywitał 

przybyłego, po czym przedstawił go Julii: 

background image

– Norman Freeman, jeden z moich najwierniejszych klientów. 
–  I  najlepiej  płacących,  musisz  to  przyznać  –  dodał  ze 

śmiechem Norman. 

– Fakt, Norm, ale też dla nikogo nie przepracowałem w pocie 

czoła  aż  tylu  godzin  –  zauważył  Jake,  podsuwając  gościowi 
krzesło. 

Freeman  był  niskim,  potężnie  zbudowanym  mężczyzną, 

niesłychanie 

pewnym 

siebie. 

Widać 

było, 

że 

jest 

przyzwyczajony do posłuchu. Najwyraźniej miał spore konto w 
banku. Grube palce zdobiły dwa złote sygnety. Złoty, kosztowny 
zegarek i złoty, gruby łańcuszek na szyi dopełniały całości. 

– W każdym razie cieszę się, że znów cię widzę w „Arturo”. 

Tu jest twoje miejsce, stary – oznajmił autorytatywnie. 

Jake zbył tę uwagę niedbałym machnięciem ręki. 
–  I  do  tego  jesteś  w  świetnej  formie  –  dodał  Norman,  dając 

znak kelnerowi. 

– Jestem, bo uporałem się ze swoimi problemami. 
– Cieszę się – szczerze uśmiechnął się Freeman. – Chciałbym 

to samo powiedzieć o sobie. 

Przy stoliku zjawił się Dave. 
– Brandy dla mnie i dla pana Forrestera. A co dla ciebie, moja 

droga? – zwrócił się do Julii. 

Potrząsnęła przecząco głową. 
– Dla mnie tylko kawę. 
– Dla mnie też – dołączył się Jake. 
– I nic więcej? 
– Nie, przyjacielu. Wiesz dobrze, że nie mogę już wypić ani 

kropli. 

– Norman potrząsnął głową i spojrzał na Julię. 
– Wiem, jak było, i nie będę nalegał. I wiem, że jak ten facet 

coś postanowi, to potrafi być twardy. 

background image

Kiedy podano koniak i kawę, ciągnął dalej: 
–  Prawdę  mówiąc,  to  nawet  dobrze,  że  skończyłeś  z  piciem, 

bo  mam  dla  ciebie  poważną  robotę.  Coś  z  twojej  działki,  a 
jednocześnie cholernie dobrze płatne. 

Jake roześmiał się. 
– Norm, ja nie szukam zajęcia. 
–  Kochany,  kiedy  usłyszysz,  jaka  jest  stawka,  to  zaczniemy 

inaczej rozmawiać. Mowa o stanowisku szefa ochrony. Trafione 
w dziesiątkę, jeżeli chodzi o ciebie, prawda? 

– Zupełnie podobne zajęcie mam teraz. 
– Możliwe, ale ja dam ci dwa razy tyle. 
Jake  pochylił  się  ku  niemu  i  konfidencjonalnym  szeptem 

podał  wysokość  swoich  poborów,  zdając  sobie  doskonale 
sprawę, iż w Los Angeles jest to śmiesznie mało. 

–  Tylko  tyle  ci dają?  Stary,  ode  mnie  dostaniesz  cztery  razy 

więcej. I co ty robisz za takie psie pieniądze? – zapytał Freeman 
z niekłamaną ciekawością. 

–  Jestem  szeryfem  w  hrabstwie  Pierson  w  stanie  Nowy 

Meksyk. 

Na  okrągłej  twarzy  Normana  pojawił  się  wyraz 

bezgranicznego zdumienia. 

–  Prowincjonalny  szeryf?  Nie,  mój  drogi,  to  zupełnie  do 

ciebie nie pasuje. Nie ten scenariusz. Ty jesteś chłopak z miasta i 
zawsze nim byłeś. 

– Właśnie, Norm, byłem. Pamiętaj o tym. Freeman poszukał 

wsparcia u Julii. 

– Od jak dawna jesteście w L. A. ? 
– Ja jestem od dwóch dni, a Jake właśnie przyjechał. 
– Aha, rozumiem. Jeszcze się nie zdążył porządnie rozejrzeć. 

Ale  za  kilka  dni  będzie  myślał  inaczej.  –  Znów  zwrócił  się  do 
Jake’a: 

background image

–  Stary,  po  prostu  zadzwoń  do  mnie.  Wiesz,  gdzie  mnie 

szukać.  Nic  się  nie  zmieniło.  Dobra,  teraz  muszę  wracać  do 
swojej staruszki. I czekam na telefon – przypomniał, wstając od 
stolika. 

Jake uścisnął mu rękę na pożegnanie. 
–  Dzięki  za  zaufanie  i  pamięć,  Norm,  ale  nie  skorzystam. 

Jutro rano wracamy do Pierson. 

Julia  mimowolnie  wstrzymała  oddech,  czekając  na 

odpowiedź. Kiedy ją usłyszała, odetchnęła z ulgą. 

–  Rozczarowałeś  mnie,  ale  nie  tracę  nadziei  –  stwierdził 

Norman i wyciągnął z portfela wizytówkę. 

– Dzwonią do mnie ludzie z różnych stron, więc dlaczego nie 

miałby  odezwać  się  ktoś  z  Nowego  Meksyku?  –  zakończył, 
żegnając  się  krótkim  skinieniem  głowy  z  Julią,  a  Jake’a 
obdarzając przyjacielskim klepnięciem po plecach. 

Kiedy zniknął, Julia w zdumieniu pokręciła głową. 
– Ciekawy typ, co? – zapytał Jake. 
– Jest szybki w interesach. 
–  O,  tak.  Ma  swoje  przedsiębiorstwo  telewizyjne  i 

wyprodukował już  parę  przebojowych  komedii. Często robiłem 
dla  niego,  jak  to  nazywaliśmy,  „badania”,  czyli  po  cichu 
sprawdzałem aktorów, których zatrudniał. Bywało, że musiałem 
trochę zająć się tymi, którzy za mało przykładali się do pracy. 

– On musi cię bardzo lubić. A jego oferta wygląda poważnie 

– stwierdziła Julia. 

Jake wzruszył tylko ramionami i sięgnął po kartę kredytową. 
–  Typowe  towarzyskie  gadanie.  Tutaj  wszyscy  się  kochają, 

zwłaszcza w knajpie przy stoliku. Do czasu... Uśmiechnął się z 
wyraźną satysfakcją. 

–  A  swoją  drogą  muszę  przyznać,  że  miło  jest  od  razu 

pierwszego  dnia  otrzymać  taką  propozycję.  Zabawne  byłoby 

background image

wrócić i pogrążyć się znowu, co? 

Zamilkł. Julia zastanawiała się, o czym teraz myśli. 
–  No  i  co?  –  zapytał  wreszcie.  –  Co  zrobimy  z  tak  pięknie 

rozpoczętym  wieczorem?  Pójdziemy  potańczyć,  pozwiedzamy 
bary czy wrócimy do hotelu? 

– Wrócimy do hotelu – zadecydowała bez wahania. 
–  Słusznie,  bądźmy  rozsądni  –  powiedział  z  lekką  kpiną.  – 

Wcześnie rano musimy być przecież na lotnisku. 

Przez  cały  czas  jazdy  do  hotelu  Julia  nie  odezwała  się 

słowem. 

–  Dużo  bym  dał,  żeby  wiedzieć,  o  czym  myślisz  –  nie 

wytrzymał wreszcie Jake. 

–  Myślałam  o  twoich  przyjaciołach  i  o  życiu,  które 

prowadziłeś.  Było  tak  bardzo  różne  od  tego,  co  teraz  robisz  w 
Pierson. 

– „Bardzo różne” to skromnie powiedziane – skomentował. 
– Lepsze, tak? 
– Po prostu zupełnie inne. Zresztą nie mówmy już o tym, co 

bezpowrotnie minęło. 

–  To  wcale  nie  jest  takie  pewne  –  zauważyła.  Nie  mogła 

lekceważyć  faktów,  choć  napawały  ją  lękiem.  –  Jake,  przecież 
twoja  pozycja  jako  szeryfa  może  być  zagrożona,  zwłaszcza  po 
ostatniej  konfrontacji  z  Fredem.  Jeśli  Norm  naprawdę  chce  cię 
zatrudnić na takich warunkach, nie możesz tego lekceważyć. 

– Fred Gilmer nie jest jedynym wyborcą w hrabstwie Pierson 

– przypomniał jej. 

– Racja. Inni ranczerzy i jego kowboje też mogą głosować. 
–  Strasznie  się martwisz  mną  i  Fredem,  Julio.  –  Jake  skręcił 

na światłach, wjechał w boczną uliczkę, zatrzymał wóz i obrócił 
się ku niej. – Widzisz, musiałem aż stanąć, żeby spokojnie móc 
wyjaśnić  ci  moje  stanowisko.  Mamy  jeszcze  dla  siebie  kilka 

background image

godzin  w  tym  mieście  i  nie  chciałbym,  aby  zatruwały  je 
rozmowy o tym cholernym facecie. Jeśli więc masz jeszcze coś 
do powiedzenia o nim, lepiej zrób to teraz. Później powinniśmy 
już tylko cieszyć się sobą. 

–  Nie  gniewaj  się,  ale  nie  mogę  przestać  myśleć  o  tym,  że 

musiałeś  wybierać  pomiędzy  mną  a  nim,  i  że  wystąpiłeś 
przeciwko niemu... 

–  Zrobiłem  po  prostu  to,  co  chciałem,  Julio.  Znam  Freda  i 

wiem, że porządny z niego chłop. Jeśli jednak nie zmieni zdania, 
nie  zamierzam  się  więcej  na  niego  oglądać.  Wreszcie  stanąłem 
na własnych nogach i sam decyduję o swoim życiu. 

Jego odpowiedź nie uspokoiła Julii, gdyż nie podzielała wiary 

Jake’a  w  przyzwoitość  Gilmera.  Gdyby  sprawy  w  Pierson 
przybrały  naprawdę  fatalny  obrót,  Jake  mógł  zawsze  powrócić 
do  Los  Angeles,  gdzie  czekali  na  niego  starzy  przyjaciele  i 
nowe,  atrakcyjne  zajęcie.  Poradził  już  sobie  z  problemem 
alkoholowym, więc co stało na przeszkodzie? 

Jake pochylił się i pocałował ją w czoło. 
– Wystarczy już o Fredzie, dobrze? Przecież mamy się bawić. 
Spojrzał na zegarek. 
–  Zostało  nam  jeszcze  niecałe  dziesięć  godzin,  więc  nie 

zmarnujmy ich. 

Jeszcze raz pocałował ją, tym razem w usta. 
– Trochę zdrowej namiętności nie zaszkodzi, co? – roześmiał 

się, całując ją coraz goręcej. 

Julia  odpowiedziała  mu  natychmiast,  z  równą  żarliwością  i 

oddaniem. A jednak, pomimo upajającej bliskości Jake’a wciąż 
dręczyło ją pytanie: co będzie dalej? 

 

background image

Rozdział 10 

 
Jake  od  razu  podniósł  słuchawkę.  Spodziewał  się  tego 

telefonu. 

– Musimy porozmawiać, Jake. 
– Jestem do twojej dyspozycji, Fred. 
– Słyszałem, że byłeś w Los Angeles. 
–  Dobrze  słyszałeś.  Właśnie  dzisiaj  rano  wróciłem.  Jake 

odchylił  się  na  oparcie  krzesła  i  oparł  nogi  na  służbowym 
biurku. Od dawna nie był w tak dobrym humorze. Perspektywa 
rozmowy  z  Fredem  nie  zdołała  popsuć  mu  nastroju.  Po  chwili 
milczenia Gilmer spytał wreszcie: 

– I co tam słychać? 
– Niewiele się zmieniło. 
–  Słowem,  udany  wypad,  co?  –  Fred  ostrożnie  usiłował 

zapuścić sondę. 

–  Nawet  sobie  nie  wyobrażałem,  że  będzie  tak  udany  – 

szczerze wyznał Jake. 

– No, no, a więc sukces... Czy to oznacza, że opuścisz naszą 

zapadłą  dziurę  i  wrócisz  tam,  teraz,  kiedy  jesteś  już...  hm, 
wyleczony? 

Jake roześmiał się. 
–  O,  kochany,  tak  łatwo  się  mnie  nie  pozbędziesz!  Lepiej 

przejdźmy  do  rzeczy,  bo  chyba  nie  dzwonisz  po  to,  żeby 
pogawędzić sobie ze mną o Los Angeles. Co masz na wątrobie, 
stary? 

– Musimy porozmawiać o przyszłości. 
–  Niezbyt  precyzyjnie  się  wyrażasz.  Czy  chodzi  o  czyjąś 

konkretną przyszłość? 

– Tak – odparł Fred. – O twoją, Jake. 

background image

Jake czekał, milcząc. 
– Coś się wydarzyło w czasie twojej nieobecności. A od tego, 

jak sobie poradzisz, zależy los nas wszystkich. 

– Czy nie mógłbyś mówić jaśniej? 
– Mogę, ale musisz do mnie przyjechać. Czekam. 
 
Julia  siedziała  przy  komputerze  i  pomimo  zmęczenia 

próbowała  uważnie  śledzić  błyskające  punkciki.  Zastanawiała 
się,  jak  sobie  radzi  Jake.  Rześki  i  pełen  energii  po  solidnym 
śniadaniu i kilku kawach, jakie pochłonął w samolocie, odwiózł 
ją  do  domu,  a  potem  pojechał  prosto  do  biura.  Julia  ambitnie 
postanowiła  dotrzymać  mu  kroku  i  zaraz  po  przyjeździe 
połączyła się przez nadajnik z Rafe’em. 

Zdołała  zlokalizować  na  ekranie  komputera  miejsce  nowej 

siedziby wilków, kiedy Rafe oddalił się poza zasięg radiostacji i 
głos  w  słuchawkach  zaczął  zamierać.  Próbowała  sama  śledzić 
ruchy  stada, lecz  oczy  same  się  jej  zamykały. Nic  dziwnego, w 
nocy szkoda im było czasu na sen. Kochali się, zapomniawszy o 
całym  świecie.  Rano  półprzytomni  wsiedli  do  autobusu,  który 
zawiózł ich na lotnisko. Trochę drzemali w drodze. 

– Julio! 
Drgnęła i ruszyła do drzwi, naglona niecierpliwym pukaniem 

Beth. 

– Czemu się tak zamykasz? 
– Szczerze mówiąc, zapomniałam, że masz tu dzisiaj przyjść 

– wyjaśniła śmiejąc się Julia. 

– Masz zamiar pracować czy iść do łóżka? 
– Pracować – oświadczyła bohatersko. 
– W takim razie zrobię ci porządną kawę, bo widzę, że ledwie 

trzymasz się na nogach. 

Julia z westchnieniem opadła na krzesło w kuchni. 

background image

–  Wiem,  ale  chciałabym  jeszcze  poobserwować  wilki  i  to 

nowe miejsce. 

–  Daj  spokój,  to  naprawdę  może  poczekać  do  jutra.  Byłoby 

lepiej,  żebyś  pojechała  do  Rafe’a  i  sprawdziła  wszystko  na 
miejscu – rozsądnie zaproponowała dziewczyna. 

– Masz rację. 
Julia  z  wdzięcznością  przyjęła  filiżankę  parującej, 

aromatycznej kawy. 

–  Opowiadaj,  jak  było  –  poprosiła  niecierpliwie  Beth, 

sadowiąc się obok. 

– Nie najgorzej – odparła wymijająco Julia. 
– Tylko nie próbuj mnie zbywać! Rozmawiałam – z Tiffany i 

wiem, że odniosłaś ogromny sukces. – Zerknęła na zegarek. – O, 
właśnie, za kilka godzin jest emisja. Musimy to obejrzeć. 

– Nie wiem, czy zdążę wrócić. 
– Nie szkodzi, nagram na wideo. A jak w ogóle podobało ci 

się w Los Angeles? 

– Owszem, ładne miasto, ale... 
–  ...  ale  nie  mogłabyś  tam  żyć,  prawda?  –  dokończyła 

domyślnie  Beth.  –  Jestem  natomiast  pewna,  że  Jake  z 
przyjemnością  odwiedził  stare  kąty.  Dobrze  się  bawiliście 
razem? 

–  Niezupełnie  –  bąknęła  Julia.  Stale  prześladowało  ją 

wspomnienie  innego  Jake’a,  który  z  łatwością  odnalazł  się  w 
hollywoodzkim światku. Do tego tłumy znajomych i propozycja 
Freemana. Wszystko to budziło w niej podświadomą zazdrość i 
lęk. 

Lecz trzpiotowata Beth nie była w stanie dłużej pozostać przy 

jednym temacie. 

– Jake wygląda kwitnąco. Szybciej odzyskał formę niż ty. 
– Kiedy zdążyłaś go zobaczyć? 

background image

–  Och,  niedawno.  Przyjechał  do  taty  i  umówili  się  gdzieś  w 

mieście na rozmowę. 

– O czym mieliby rozmawiać? 
– O przyszłości. 
– Skąd to wiesz? – Julia była poruszona wiadomością. 
– Tak wyraził się tata – wyjaśniła Beth, nalewając jej kolejną 

porcję  kawy.  –  Hej,  co  się  stało?  Martwi  cię,  że  chcą  sobie 
pogadać? – zapytała zaniepokojona. 

– Nie, skąd, byłam tylko ciekawa – skłamała Julia. 
–  Zapewniam  cię,  wszystko  będzie  dobrze.  –  Beth  siliła  się 

wyraźnie na pocieszający ton, próbując przekonać o tym Julię i 
samą  siebie.  –  Mylisz  –  się,  jeśli  sądzisz,  że  mój  tata  chce 
zniszczyć jego karierę. Naprawdę nic Jake’owi nie grozi z jego 
strony – zapewniła. 

Niestety, nie  wiedziała, że  Los Angeles oczarowało  Jake’a  z 

dawną siłą. Złe przeczucia Julii narastały. 

–  Słuchaj,  jest  coś,  czego  nie  wiesz  –  wyznała  szczerze.  – 

Jake świetnie się czuł w mieście, a dawni przyjaciele zgotowali 
mu  przyjęcie,  jakiego  się  nie  spodziewał.  Dostał  nawet 
fantastyczną propozycję pracy. Jeśli nie dojdą z twoim ojcem do 
porozumienia, rzuci to wszystko i wyjedzie do Los Angeles. 

–  Kochana,  nie  bądź  głupia.  Dla  niego  ty  jesteś  teraz 

najważniejsza.  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  miał  ochotę  cię 
zostawić i wynieść się do miasta, z którego raz już uciekł. 

Julia nie odpowiedziała. Tak bardzo pragnęła, by Beth miała 

rację. Co się jednak stanie, jeśli się myli? 

 
Wybiła druga po południu, kiedy Julia obudziła się z drzemki, 

w  którą  zapadła  pomimo  wypitych  kaw.  Beth  tymczasem  nie 
próżnowała,  pracowicie  przeglądając  sterty  zaległej  poczty. 
Niedługo miała się zacząć audycja Polly Anderson. 

background image

Nagle ciszę przerwał dzwonek telefonu. 
– Odbiorę – zawołała Julia i podniosła się z łóżka. 
Czuła się rześka i wypoczęta. Przypuszczała, że dzwoni Rafe 

ze sprawozdaniem na temat wilków albo Jake z wiadomością o 
wyniku rozmowy z Fredem. 

Słuchała  w  skupieniu,  z  coraz  bardziej  zatroskaną  twarzą. 

Kiedy  wreszcie  odłożyła  słuchawkę,  zwróciła  się  do 
dziewczyny, starannie dobierając słowa: 

– Beth, zdarzył się wypadek, ale wszystko jest w porządku – 

dokończyła  szybko  widząc,  że  dziewczyna  już  otwiera  usta.  – 
Dżip twojego ojca wpadł do rowu na starej drodze. Na szczęście 
Rafe wracał właśnie tamtędy z gór, zobaczył wypadek i... 

– Julio! 
– Ojca wyrzuciło z  wozu. Ma złamaną nogę. Rafe zabrał  go 

do szpitala. 

Beth pochwyciła torbę i już pędziła ku drzwiom. 
– Zaczekaj, jadę z tobą. Ja poprowadzę. 
–  Dobrze,  bo  sama  nie  bardzo  jestem  w  stanie  –  z  ulgą 

zgodziła  się  Beth.  –  Czy  lekarze  stwierdzili  jeszcze  jakieś 
obrażenia? 

–  Na  razie  nie  wiadomo  –  odparła  Julia,  siadając  za 

kierownicą.  –  Ważne  organy  wydają  się  być  nienaruszone, 
jednak  nie  zrobiono  jeszcze  wszystkich  badań.  Ale  nie  martw 
się, nie sądzę, by coś znaleźli. 

 
Obie kobiety zastały Rafe’a w poczekalni miejskiego szpitala 

w  Pierson.  Beth  przywarła  do  niego  kurczowo.  Przytulił  ją  i 
zaczął pocieszać. 

–  Nie  martw  się,  kochana.  Przewieziono  go  już  do  sali 

pooperacyjnej.  Niedługo  powiadomią  nas,  kiedy  będzie  można 
go zobaczyć. 

background image

–  Czy  nie  powinnam  zadzwonić  na  ranczo  i  poinformować 

ludzi o wypadku? – zapytała Beth. 

– Tak, myślę, że to dobry pomysł – oceniła Julia. 
–  Jak  z  nim  jest  naprawdę?  –  zapytała  Rafe’a  w  chwilę 

później, gdy dziewczyna pobiegła do telefonu. 

–  Wyliże  się  z  tego  szybko.  Jest  ulepiony z  twardej  gliny,  – 

Zastanowił  się  chwilę.  –  Wiesz,  muszę  przyznać,  że  kiedy 
zobaczyłem  go  leżącego  na  poboczu,  wyglądał  jak  trup  i  przez 
moment miałem zamiar przejechać nie zatrzymując się. 

– A jednak nie zrobiłeś tego. 
– Bo to był tylko moment. Ten, w którym pomyślałem, że on 

w takiej sytuacji na pewno pojechałby dalej. 

– Przestań, chyba sam w to nie wierzysz! 
–  Nie  zastanawiałem  się,  czy  wierzę,  czy  nie.  Po  prostu 

doszedłem  do  wniosku,  że  nie  mogę  tak  postąpić.  Zresztą  jest 
przecież ojcem Beth. 

–  Myślę,  że  w  gruncie  rzeczy  stary  Gilmer  to  porządny 

człowiek  –  powiedziała  Julia,  starając  się,  by  zabrzmiało  to 
przekonująco. 

– Ha, ciekawe, jak zareaguje, kiedy się ocknie i dowie się, że 

ma w żyłach moją krew! 

– Ty byłeś dawcą? 
– Tak. Jak myślisz, czy jesteśmy teraz braćmi krwi? 
Julia uśmiechnęła się. 
– W każdym razie miał szczęście, że grupa krwi się zgadzała 

– stwierdziła. – O, idzie Beth. 

–  Będą  pilnowali  rancza,  dopóki  ojciec  nie  wróci  – 

poinformowała  dziewczyna.  –  Są  mu  bardzo  oddani,  choć  z 
drugiej strony nie sądzę, żeby pod jego nieobecność nadmiernie 
się  przepracowywali.  Natomiast  nigdzie  nie  mogłam  złapać 
Jake’a. Próbowałam dodzwonić się do biura, do domu, wszędzie. 

background image

Bez skutku. 

–  Może  spróbujemy  wezwać  go  przez  radiotelefon?  – 

zaproponowała Julia. 

– Nie przesadzaj, to nie jest konieczne – zbagatelizował Rafe. 

– Pewnie wyjechał gdzieś w teren. Poszukamy go, kiedy będzie 
już wiadomo, co z Fredem. 

Julia przytaknęła, lecz poczuła nagły niepokój. Stale dręczyła 

ją ciekawość, co się działo po rozmowie Jake’a z Fredem. 

–  Może  poszlibyście  do  knajpki  i  coś  zjedli?  – 

zaproponowała. – Rafe pewnie umiera z głodu, a nie wiadomo, 
ile jeszcze każą nam czekać. Ja zostanę na posterunku. 

– Nieładnie zostawiać cię samą – oponowała Beth. 
– Daj spokój, nie ma problemu. Posiedzę tu, a gdyby coś się 

działo, przyjdę po was. 

Beth spojrzała pytająco na Rafe’a. 
– On wyzdrowieje, prawda? 
Rafe opiekuńczo otoczył ją ramieniem. 
– Malutka, twój tatuś to twarda sztuka i dobrze o tym wiesz. 

A  teraz,  kiedy  ma  w  sobie  krew  Santanów,  za  kilka  dni  będzie 
się wyrywał ze szpitala. 

Julia odczekała, aż się oddalą, po czym odszukała automat do 

kawy.  Niestety,  serwował  tylko  ohydną  lurę,  która  do  reszty 
wpędziła  ją  w  ponury  nastrój.  Uparcie  powracał  niepokój  o 
Jake’a. Gdzie on się, do licha, podziewa? Co zdarzyło się przed 
wypadkiem Freda? 

Z papierowym kubkiem w ręku usiadła w poczekalni i raz po 

raz  zerkała  na  zegarek.  Była  dopiero  czwarta,  choć  dzień, 
wypełniony  porannym  lotem,  jazdą  z  lotniska,  kilkoma 
godzinami  spędzonymi  na  farmie  i  wariacką  jazdą  do  szpitala 
wydawał się jej nieskończenie długi. 

Zastanawiała  się  właśnie,  czy  jeszcze  raz  nie  spróbować 

background image

zadzwonić do Jake’a, kiedy Beth i Rafe weszli do poczekalni. 

W tym samym momencie pojawili się lekarze. 
–  Co  z  tatą?  Jak  się  czuje?  Czy  mogę  go  zobaczyć?  – 

wykrzykiwała dziewczyna, biegnąc w ich kierunku. 

–  Dzielnie  zniósł  zabieg  i  właśnie  się  obudził.  W  tej  chwili 

przewożą go do pokoju. 

–  Gdzie,  gdzie  jest?  –  dopytywała  się  niecierpliwie.  Lekarz 

zerknął w kartę. 

– W sali dwadzieścia trzy. 
Beth  biegiem  ruszyła  korytarzem.  Lekarze  nie  zamierzali 

jeszcze odchodzić. 

–  Stwierdziliśmy  pewne  obrażenia  wewnętrzne  – 

poinformował  jeden  z  ich.  –  Na  szczęście  udało  się  w  porę 
powstrzymać  krwotok  i  zszyć  pękniętą  śledzionę.  Ma  również 
skomplikowane  złamanie  lewej  nogi,  które  będzie  się  długo 
zrastać.  Stopniowo  jednak  wszystko  wróci  do  normy,  a  jego 
życie nie jest już zagrożone. 

Julia  nie  bardzo  wiedziała,  co  ma  odpowiedzieć.  Lekarze 

wyraźnie potraktowali ich jako rodzinę Freda. Na szczęście Rafe 
przejął inicjatywę. Podziękował im i uścisnął wszystkim rękę na 
pożegnanie,  po  czym  pociągnął  Julię  w  głąb  korytarza. 
Posłusznie ruszyła za nim. 

– Proszę poczekać! – zawołała za nimi pielęgniarka. 
 – Do pacjenta można wchodzić tylko pojedynczo. 
Posłusznie  zatrzymali  się  pod  drzwiami.  Po  pewnym  czasie 

wypadła z nich Beth i rzuciła się Rafe’owi na szyję. 

– Wszystko będzie dobrze! – wykrzyknęła z wyraźną ulgą. – 

Rafe, i to dzięki tobie! Uratowałeś mu życie. 

– Ależ Beth, ja tylko... 
–  Właśnie  tak!  Ocaliłeś  go  tam,  na  pustyni,  a  potem  w 

szpitalu, kiedy dałeś mu swoją krew. Powiedziałam mu o tym. 

background image

Rafe,  najwyraźniej  speszony,  zerknął  na  Julię  sponad 

ramienia dziewczyny. 

– On chce z wami rozmawiać – oznajmiła Beth. 
– Przecież nie... – zaczęła Julia. 
– Lepiej się pospieszcie, bo jest szalenie osłabiony. Proszę, on 

bardzo nalega. Idźcie. – Popchnęła ich ku drzwiom. 

Na  szczęście  pielęgniarka  zniknęła,  więc  weszli  bez 

przeszkód. Fred wydał się nagle Julii bardziej ludzki niż wtedy, 
gdy  patrzył  na  nią  butnie  spod  ronda  kowbojskiego  kapelusza 
czy  z  wysokości  końskiego  grzbietu.  Nogę  miał  w  gipsie,  na 
wyciągu,  a  ciało  w  bandażach.  Blada  twarz  wydawała  się 
skupiona  i  spokojna.  Opuchnięte  powieki  ciężko  opadały  na 
oczy. Gdy przemówił, głos zabrzmiał słabo i chrapliwie. 

–  Nie  poprosiłem  cię  tu,  by  dziękować,  choć  zapewne 

powinienem – zwrócił się do Rafe’a. 

Julia z trudem ukryła uśmiech. Stary Gilmer, choć niedawno 

uciekł  grabarzowi  spod  łopaty,  ani  na  chwilę  nie  przestał  być 
sobą. 

– Nie ma potrzeby, proszę pana – odrzekł sztywno chłopak. 
–  Jak  zwykle,  Santana,  nie  wiadomo,  czego  się  po  tobie 

spodziewać – stwierdził zgryźliwie Fred. – Okazało się, że dwa 
razy ocaliłeś mi życie. Raz na pustyni, a raz na sali operacyjnej. 

– Ja... 
–  Dobra,  nie  kręć  –  uciął  Gilmer.  –  Pogadamy  o  rym... 

później.  –  Głos  zaczął  mu  odmawiać  posłuszeństwa.  Julia 
dostrzegła, że za wszelką cenę stara się pokonać własną słabość. 

–  Tak,  proszę  pana  –  zgodził  się  Rafe  niemal  pokornie. 

Biedak, robił co mógł dla dobra Beth. Julia była pełna podziwu. 

Fred  usiłował  lekceważąco  machnąć  ręką,  lecz  dłoń  opadła 

bezsilnie  na  kołdrę.  Z  trudem  pokonując  ból,  wziął  głęboki 
oddech. 

background image

– Teraz powiem wam coś ważniejszego – zaczął szeptać. Rafe 

pochylił się ku niemu. 

–  Coś  najważniejszego  –  powtórzył  chory.  Środki 

przeciwbólowe i nasenne zaczynały działać coraz silniej. 

– Jake... 
Tym razem Julia pochyliła się nad łóżkiem. 
– Co z nim? Czy coś mu grozi? – zapytała nerwowo. 
– Tak... niebezpieczeństwo... 
– Fred, proszę, mów! 
Wargi Gilmera poruszyły się bezdźwięcznie. 
– Gdzie jest szeryf? – Julia ścisnęła go za rękę i potrząsnęła 

nią,  pragnąc  za  wszelką  cenę  wytrącić  Freda  z  ogarniającej  go 
śpiączki. 

– Spokojnie, Julio – powstrzymał ją Rafe. 
– Ale on już prawie nic nie kojarzy! Za chwilę uśnie na dobre. 
–  Nie  –  zamruczał  nagle  ojciec  Beth.  –  Jeszcze  nie.  Muszę 

wam powiedzieć... – Zamilkł i przymknął oczy. 

Złe  przeczucia  ogarnęły  Julię  z  całą  siłą.  Jake  znalazł  się  w 

niebezpieczeństwie, a Fred Gilmer, jedyny człowiek, który mógł 
im coś powiedzieć, pogrążał się właśnie w narkotycznym śnie! 

Nagle  zobaczyła,  jak  ciężkie  powieki  chorego  unoszą  się  z 

niezmiernym wysiłkiem. 

–  Mówiłem  Jake’owi  rano...  –  Znów  zamilkł  i  zmagał  się  z 

sennością,  próbując  zebrać  uciekające  myśli.  Na  jego  twarzy 
malował się ogromny wysiłek. 

– Kowboje, tropią wilki... 
– Tak? – Julia znów mocno ścisnęła jego dłoń. 
– Mówili, że ten duży... 
– Cochise? Ścigają Cochise’a?! – wykrzyknęła z rozpaczą. 
Rafe odsunął ją na bok zdecydowanym ruchem. 
– Teraz nieważne, który to wilk – stwierdził i sam pochylił się 

background image

ku Fredowi. 

– Niech pan nam tylko powie, gdzie oni są. Musimy wiedzieć. 

Tylko to. Proszę... 

Fred  znów  zamknął  oczy.  Julia  w  duchu  modliła  się,  by  nie 

zasnął.  Nagle  jego  wargi  lekko  drgnęły.  Oboje  pochylili  się 
jeszcze niżej, usiłując odczytać z nich słowa. 

– Jake za nimi... do skały... El Diablo... 
Zerknęła  pytająco  na  Rafe’a.  Skinął  głową  na  znak,  że 

rozumie. 

–  Ja  z  powrotem...  szybko...  żeby  powiedzieć...  –  wyszeptał 

jeszcze  Gilmer  w  ostatnim  świadomym  odruchu.  Westchnął,  a 
głowa  bezwładnie  opadła  mu  na  bok.  Już  po  chwili  oddychał 
ciężko  i  głęboko,  całkowicie  pogrążony  we  śnie.  Wiedzieli,  że 
nieprędko się obudzi. 

–  Dzięki  ci,  Fredzie  Gilmerze.  –  Wychodząc  z  sali,  Julia 

obrzuciła pożegnalnym spojrzeniem bezwładnie leżącą postać. 

Na korytarzu niecierpliwie potrząsnęła Rafe’a za ramię. 
– Znasz te skały? 
– Jak własną kieszeń. Leżą na zachód  od nowego legowiska 

stada. 

Szybko  pobiegli  korytarzem,  po  drodze  wyjaśniając 

zdyszanym  szeptem  Beth,  o  co  chodzi.  Teraz,  kiedy  ojciec  już 
był bezpieczny, koniecznie chciała pojechać z nimi. Jednak Julia 
odmownie  potrząsnęła  głową.  Stanęli  przy  samochodzie  i 
urządzili pospieszną naradę. 

–  Słuchaj,  Beth,  tutaj  przydasz  się  o  wiele  bardziej  – 

przekonywała  ją.  –  Jake,  Rafe  i  ja  damy  sobie  jakoś  radę  z 
ranczerami, a przynajmniej zdołamy ich powstrzymać, dopóki ty 
nie zorganizujesz pomocy. Zbierz jak najszybciej ludzi i przyślij 
ich do El Diablo. 

–  Ale  kogo?  Co  mam  zrobić?  –  W  głosie  dziewczyny 

background image

zabrzmiała bezradność. 

–  Nie  wiem!  –  rzuciła  zniecierpliwiona  Julia.  –  Przecież  ty 

jesteś specjalistką od kontaktów z ludźmi. Wymyśl coś. 

– Za mało czasu! – zawołała z rozpaczą Beth. 
– Jedź do mojej mamy, już ona coś wymyśli – doradził Rafe. 

– Zadzwoń do kościoła, do szkoły. 

–  Aha!  –  W  dziewczynę  nagle  wstąpiła  energia,  a  w  głowie 

najwyraźniej  zaczął  się  formować  plan.  –  Jasne,  załatwimy 
autobus, zabierzemy do niego... – zaczęła z entuzjazmem. 

Ale nie słuchali już dalszego ciągu. Błyskawicznie wskoczyli 

do auta. Kiedy Rafe ruszał z  piskiem opon, Julia  była myślami 
przy Jake’u. 

– To tam! – wrzasnął Rafe, przekrzykując ryk silnika. 
 – Patrz! El Diablo – Diabeł! 
Zza  zakrętu  wyłoniły  się  nagle  dwie  bliźniacze,  ostre  iglice 

skalne, rzeczywiście przypominające sterczące czarcie rogi. 

Rafe  skierował  jednak  półciężarówkę  na  zachód,  ku 

wypiętrzającym się z ziemi kamiennym blokom. 

– Jeśli są w przesmyku, stąd zobaczymy ich wcześniej niż oni 

nas  –  powiedział,  ostrożnie  wjeżdżając  na  kamienisty  teren 
wokół  podnóża  skał.  –  Pod  ich  osłoną  zbliżymy  się  do  wylotu 
wąwozu – dodał. 

– A przejedziemy przez niego? 
–  Nie,  droga  jest  zbyt  niebezpieczna,  a  poza  tym  nie  wiem 

dokładnie,  gdzie  są  kowboje.  Zostaniemy  tu,  pod  skałami,  tak 
żeby...  –  urwał  nagle  i  gwałtownie  wcisnął  hamulec.  W  tym 
samym  momencie  Julia  dostrzegła  kilkunastu  jeźdźców, 
zgromadzonych  u  wylotu  widocznego  w  oddali  przesmyku 
pomiędzy diabelskimi turniami. 

–  Oni  też  tamtędy  nie  przejadą.  Jestem  pewien,  że  Jake  jest 

gdzieś  wyżej,  na  skałach.  –  Wskazał  na  wiodący  ku  szczytom 

background image

żleb. 

–  Dalej  pójdziemy  pieszo.  Tylko  w  ten  sposób  będziemy 

mogli ukrywać się do ostatniej chwili – zadecydował. 

Wysiedli z wozu i ostrożnie, kryjąc się za głazami, przekradli 

się do podnóża góry. Gdzieś przed nimi rozległ się strzał. Julia 
stłumiła okrzyk przerażenia. 

–  To  Jake.  –  Rafe  przystanął  i  uważnie  zaczął  lustrować 

zbocze. 

– Widzę go! Jest tam. – Wskazał ręką w górę. Rzeczywiście, 

był. Stał na skalnej półce z bronią w ręku, mierząc do jeźdźców 
w dole. 

– Czy oni go widzą? – zapytała nerwowo. 
–  Nie  jestem  pewien,  ale  jeśli  nie  widzą,  to  zaraz  im  się 

pokaże. 

W tej samej chwili szeryf postąpił krok do przodu i ukazał się 

oczom mężczyzn w całej okazałości. 

–  Nikt  tędy  nie  przejdzie!  –  krzyknął,  mierząc  wyraźnie  w 

prowodyra całej grupy. – A już zwłaszcza ty, Buddy Silverze – 
dodał  groźnie.  –  Pierwszy  strzał  był  ostrzegawczy.  Macie  się 
wycofać, i to natychmiast! 

–  Zjeżdżaj  stamtąd,  Forrester!  –  odkrzyknął  jeden  z 

kowbojów.  –  Mamy  przewagę  liczebną.  Wszystkich  nas  nie 
zatrzymasz. 

– Boże, on ma zamiar sam z nimi walczyć... – z przerażeniem 

powiedziała Julia. 

–  To  wcale  nie  jest  tak  rozpaczliwy  pomysł,  jak  myślisz  – 

uspokajał ją Rafe. – Przełęcz jest jedyną drogą i... 

–  Oni  go  mogą  zastrzelić!  Musimy  ich  powstrzymać!  – 

krzyknęła  i,  nie  czekając  na  dalszy  ciąg  wyjaśnień, 
błyskawicznie  zaczęła  wspinać  się  na  stok,  ku  Jake’owi.  Rafe 
nie miał innego wyjścia, jak tylko podążyć za nią. 

background image

Po  chwili  dostrzegli  ją  jeźdźcy  i  powitali  wściekłymi 

okrzykami: 

– Przyszliśmy tu zapolować na pani wilki i tym razem nic nas 

już nie powstrzyma! 

– Ani ty, laleczko, ani twój narzeczony! 
Nagle uciszył wszystkich potężny bas Buddy Silvera: 
–  Niech  pani  przemówi  szeryfowi  do  rozumu,  inaczej  straci 

na tym i pani, i pani ukochane zwierzaki. Chyba się rozumiemy? 

Kiedy  dotarła  na  skalną  półkę  i  stanęła  u  boku  Jake’a, 

natychmiast wepchnął ją za siebie, pod nawis skalny. 

– Julio, co ty, u licha, wyprawiasz? Chyba widzisz, że to nie 

zabawa?  –  wycedził  wściekle.  –  Oni  mają  w  magazynkach 
prawdziwe naboje. 

–  Chyba  nie  podejrzewasz,  że  siedziałabym  grzecznie  w 

domu, co? 

Z rezygnacją pokręcił głową i otoczył Julię ramieniem. 
–  Dobra,  widzę,  że  wszyscy  w  to  wdepnęliśmy  –  stwierdził, 

zobaczywszy, że staje obok nich asystent Julii. 

– Fred nie zdążył do miasta po pomoc – poinformował Rafe. 
–  Jak  to?  Co  się  stało?  –  Jake,  choć  zaniepokojony,  nie 

spuszczał czujnego oka z jeźdźców. 

–  Wpadł  kołem  w  szczelinę  na  drodze  koło  skał  i  wóz 

wywrócił  się.  Na  szczęście  przejeżdżałem  tamtędy  i  zabrałem 
starego  do  szpitala.  Tam  zdążył  nam  powiedzieć,  że  ludzie 
poszli pozabijać wilki. 

–  Tak,  ktoś,  prawdopodobnie  Silver,  rozpuścił  plotkę,  że 

Cochise  znów  zagryzł  cielę  –  oznajmił  Jake.  –  A  kiedy  Fred 
zaczął wycofywać się z tej sprawy, sam objął dowództwo. 

– Czemu Gilmer nagle zmienił zdanie? – zapytał Rafe. 
–  Myślę,  że  za  sprawą  Julii  i  Beth,  a  także  postawy  całej 

społeczności. Trudno lekceważyć opinię  publiczną, gdy się  jest 

background image

tak znaną postacią w okolicy. 

– I dzięki tobie, Jake  – dodała Julia. – Od początku stanąłeś 

po słusznej stronie. 

Z dołu znów dobiegły gniewne pokrzykiwania. 
– Fajnie, wszyscy jesteśmy bardzo szlachetni, ale co z tego? – 

zauważył  sceptycznie  Rafe.  –  Sterczymy  tu  na  skale  w  pełnym 
słońcu i mamy tylko jedną strzelbę. 

Jake  oparł  się  plecami  o  ścianę,  w  napięciu  śledząc 

poczynania jeźdźców. 

–  Beth  organizuje  pomoc.  To  jedyna  nasza  nadzieja  mówił 

Rafe. – Do tego czasu może uda nam się jakoś ich powstrzymać. 

Julia  o  wiele  bardziej  martwiła  się  o  wilki.  Wybrali  im 

znakomitą  kryjówkę  na  drugim  końcu  przełęczy,  ale  zdawała 
sobie  sprawę, jak wystraszą  je  strzały oraz  zapach ludzi i koni. 
Gdyby  zamieszanie  trwało  zbyt  długo,  istniało  duże 
prawdopodobieństwo,  że  rozproszyłyby  się  po  pustyni.  Nie 
chciała  też  dłużej  narażać  swoich  towarzyszy.  Należało  podjąć 
decyzję. 

– Trzeba z tym wreszcie skończyć – oświadczyła, wychodząc 

z ukrycia. 

Jake usiłował ją powstrzymać, lecz wyrwała mu się i stanęła 

na krawędzi skały. 

–  Chcę  z  panem  pomówić,  panie  Silver  –  krzyknęła, 

zapominając  nagle  o  strachu.  Ciężar  odpowiedzialności 
spoczywał na niej i wiedziała, że musi coś zrobić. 

– Nie mamy już o czym gadać, szanowna pani – odkrzyknął 

Buddy. – Trzeba było wywieźć stąd te cholerne wilki, zanim się 
do  nich  zabraliśmy.  Teraz  pierwszą  kulkę  dostanie  ten  wielki 
samiec! 

– Cochise nie zabił! Specjalnie puściliście plotkę. 
Jake  i  Rafe  jednocześnie  postąpili  ku  przodowi,  by  stanąć  u 

background image

jej boku. 

–  Rano  rozmawiałem  z  Gilmerem  –  dodał  Jake.  –  Sam  mi 

powiedział,  że  ten  wilk  nie  zagryzł  cielaka.  Twierdził,  że  to 
pomyłka. 

Z  dołu  rozległy  się  pełne  niedowierzania  pomruki.  Wreszcie 

ktoś przekrzyczał pozostałych, każąc im się uciszyć. 

– Dlaczego mamy w to uwierzyć? 
– My nie  kłamiemy!  – zawył  wściekle  Rafe.  Jake nie stracił 

panowania nad sobą. 

–  Fred  nic  nie  miał  przeciwko  eksperymentowi  doktor 

Shelton.  Chodziło  o...  rodzinne  sprawy.  Myślę  zresztą,  że teraz 
już się z nimi uporał. 

– Dobra, ale gdzie on jest? 
–  W  szpitalu.  Miał  wypadek,  kiedy  jechał  do  miasta.  W 

szeregach jeźdźców znów zawrzało. 

– Gdyby był teraz z nami – znów zaczęła Julia. 
–  Ale  nie  jest  –  uciął  krótko  Buddy  Silver.  –  I  dlatego, 

szeryfie,  zaraz  wejdziemy  w  tą  cholerną  przełęcz.  Lepiej, 
żebyście  ty,  ta  pani  i  ten  młody,  odsunęli  się  i  pozwolili  nam 
przejść. 

W odpowiedzi Jake uniósł lufę. Silver, nie pozostając dłużny, 

wycelował w jego pierś. 

– Niee! – krzyknęła rozpaczliwie Julia. 
–  Albo  puścicie  nas  do  wilków,  albo  wreszcie  przemówią 

strzelby – zagroził Buddy. 

Julia wiedziała, że jeśli dojdzie do strzelaniny, nie będą mieli 

najmniejszych  szans.  Jake  też  zdawał  sobie  z  tego  sprawę. 
Pociągnął ich pod skałę, a sam wystawił lufę zza kamienia. 

Julia  gorączkowo  poszukiwała  w  myśli  rozwiązania.  Ten 

człowiek  już  dwa  razy  ryzykował  dla  niej  swoją  karierę.  Teraz 
gotów był ryzykować życiem. Nie mogła na to pozwolić. 

background image

–  Połóżcie  się  na  ziemi  –  zakomenderował  Jake.  –  Ja  ich 

zatrzymam. 

Ale Julia już podjęła ostateczną decyzję. 
–  W  porządku,  zwyciężyliście  –  zawołała  do  kowbojów.  – 

Rezygnuję  z  eksperymentu  –  oświadczyła  z  determinacją, 
absolutnie  pewna  swoich  postanowień.  –  Dajcie  mi  tylko  czas, 
by wyłapać wilki i zabrać je z powrotem do stacji badawczej. O 
to jedynie proszę. 

– Julio, co robisz! – wykrzyknął Rafe z rozpaczą. 
Z drugiej strony szarpnął ją za ramię Jake. 
–  Jak  mogłaś  coś  takiego  powiedzieć  po  tym,  co  już 

przeszliśmy? 

–  Kocham  te  zwierzęta  –  oświadczyła  z  mocą,  strząsając  z 

ramienia  jego  rękę  –  ale  ciebie  kocham  jeszcze  bardziej  i  nie 
chcę, żebyś się narażał. I tak już bardzo wiele dla mnie zrobiłeś, 
Jake. 

–  Mówiłem  już,  że  zrobię  wszystko  dla  kobiety,  którą 

kocham. 

Spojrzała mu prosto w oczy nie wiedząc, czy ma śmiać się ze 

szczęścia, czy płakać z rozpaczy. Był to zarazem najwspanialszy 
i najgorszy moment w jej życiu. Jake ostatecznie udowodnił, że 
ją kocha. Teraz uwierzyła mu na zawsze. 

– Nie chcę, żebyś się poddała – powiedział. 
Julia  wiedziała  jednak,  że  w  ten  sposób  straci  swoje 

zwierzęta. I o dziwo, po raz pierwszy stwierdziła, że w jej życiu 
jest jeszcze coś ważniejszego. 

–  Ja  też  zrobię  wszystko  dla  mężczyzny,  którego  kocham. 

Mogę zrezygnować z eksperymentu. I zrobię to. 

Nagle stojący za nimi Rafe wyszeptał: 
–  Wstrzymajcie  się  z  tymi  górnolotnymi  oświadczeniami, 

dobrze? Właśnie nadciąga Beth z odsieczą! 

background image

W  dali,  na  pustyni,  widać  było  sunący  szybko  tuman  kurzu. 

Rafe przyłożył do oczu lornetkę. 

– Ludzie z rancza Freda? – zapytała Julia z nadzieją, choć w 

głębi ducha obawiała się kolejnej awantury. 

– Popatrz sama. – Rafe podał jej lornetkę. 
–  O,  wielkie  nieba!  –  jęknęła,  gdy  kawalkada  pojazdów 

znalazła się w polu widzenia. 

Przodem  pędziły  dwa  wozy:  jeden  z  emblematem  lokalnej 

stacji  telewizyjnej,  drugi  z  prasy.  Za  nimi  jechał  autokar  z 
parafii. 

Przekazała  lornetkę  Jake’owi,  lecz  ten  zdążył  już  zobaczyć 

sam. 

Patrzyli,  jak  wozy  hamują  koło  gromady  jeźdźców  i 

pasażerowie  w  pośpiechu  wysiadają.  Do  dziennikarzy  szybko 
dołączyła grupa uczniów. 

Julia  dostrzegła  wśród  nich  jasną  głowę  Beth,  a  potem 

potężną postać Pilar, która energicznie kierowała dziećmi. 

Jakimś cudem zdołały zaalarmować nie tylko mass media, ale 

i szkołę, która zaadoptowała Cochise’a. 

– One są szalone! – wykrzyknęła, chwytając Jake’a za ramię. 

–  I  wspaniałe  –  dodała  ze  wzruszeniem.  Cała  trójka  zaczęła 
schodzić ze skały. 

Rafe  pierwszy  znalazł  się  na  dole.  Dzieci  bojowo 

maszerowały  przez  pustynię  niosąc  pospiesznie  namalowany 
transparent,  nawołujący  do  ocalenia  wilka.  Wśród  jeźdźców 
rozległy  się  przekleństwa,  a  potem  zakłopotane  śmieszki. 
Zmieszani  odwiesili  strzelby  na  kulbaki.  Niektórzy  rozpoznali 
wśród  uczniów  swoje  własne  córki  i  synów,  więc  zeskoczyli  z 
koni i ruszyli im na spotkanie. Dzieci wyrywały się do przodu i 
rzucały  się  w  objęcia  tatusiów.  Zapanował  kompletny 
rozgardiasz. Zaniepokojone konie rżały i tupały. 

background image

Rafe  już  ściskał  czule  matkę  i  Beth,  kiedy  dobiegli  do  nich 

Jake i Julia. 

–  Nie  bardzo  wiedziałam,  kogo  sprowadzić  na  pomoc  – 

mówiła zdyszana Beth – więc zadzwoniłam do Pilar. Potem już 
wszystko potoczyło się samo. 

–  Chyba  liczyłyście  na  Anioła  Stróża  –  stwierdził  Rafe.  – 

Przyprowadzać dzieci tam, gdzie strzelanina wisi w powietrzu... 

–  Po  prostu  wiedziałyśmy,  że  wszystko  musi  się  dobrze 

skończyć. Tylko dzieci mogą  nauczyć  te  zakute męskie łby, co 
to jest tolerancja i miłość – powiedziała Pilar. 

Reporter  z  telewizji  przepchał  się  przez  grupę  ranczerów 

razem  z  kamerzystą  i  podstawił  mikrofon  pod  nos  Buddy 
Silverowi.  Kompletnie  ogłupiały  Buddy  na  próżno  usiłował 
wybrnąć  z sytuacji i  odpowiedzieć na  pytanie, dlaczego wraz z 
innymi poluje na zaadoptowanego przez szkołę wilka. 

Właśnie  wyjaśniał,  że  Julia  zgodziła  się  zabrać  stado  i 

zakończyć  eksperyment,  kiedy  mały  chłopiec,  wyraźnie 
nieświadomy  jego  roli,  radośnie  zarzucił  mu  rączki  na  szyję, 
krzycząc z entuzjazmem: 

– Tatusiu, tatusiu, moja szkoła zaadoptowała Cochise’a! 
Duma  wprost  rozsadzała  malca.  Reporter  błyskawicznie 

zwęszył okazję. 

– I co pan nam powie w tej sytuacji?  – zapytał, manewrując 

mikrofonem,  by  nie  potrącił  go  wiercący  się  w  ramionach  ojca 
chłopiec. Kamera cały czas rejestrowała przebieg wydarzeń. 

–  Cóż...  –  zająknął  się  Silver  z  nieszczęśliwą  miną.  –  Pani 

Shelton powiedziała nam, że... 

–  Przepraszam,  ale  sama  wolałabym  mówić  we  własnym 

imieniu – wtrąciła Julia, stając przed kamerą. 

–  Proszę  państwa,  oto  doktor  Julia  Shelton  –  dziennikarz 

szybko  przysunął  się  ku  niej  –  która  kieruje  uniwersyteckim 

background image

eksperymentem. Pani Shelton, czy mamy rozumieć, że zamierza 
pani ustąpić i zrezygnować z programu? 

–  Jeszcze  dziesięć  minut  temu  rzeczywiście  miałam  ten 

zamiar. Jednak w zaistniałej sytuacji, przy tak gorącym poparciu 
całej  społeczności,  wątpię,  czy  w  ogóle  pozwolono  by  mi 
wyprowadzić stąd stado. 

– Jednak pan Silver powiedział nam przed chwilą, że... 
Nie pozwoliła mu dokończyć. 
–  Jeśli  da  mi  pan  kilka  minut  czasu,  postaram  się  wraz  z 

panem  Silverem  opracować  wspólne,  oparte  na  porozumieniu 
oświadczenie. 

Specjalnie  podniosła  głos,  żeby  Buddy  mógł  to  usłyszeć. 

Uśmiechnęła się z zadowoleniem, widząc, jak skwapliwie kiwa 
głową  na  znak  zgody.  Miał  wyraźnie  nieszczęśliwą  minę. 
Potężny  mężczyzna,  niedawno  wygrażający  bronią,  został 
spacyfikowany przez grupę uczniów i własnego syna. 

W  pięć  minut  później  Julia  i  Buddy  stanęli  ponownie  przed 

dziennikarzami,  gotowi  do  zaimprowizowanej  konferencji 
prasowej. Wokół zebrał się kręgiem tłum, po raz pierwszy cichy 
i uważny. 

Zaczęła Julia: 
–  Kilka  dni  temu  rozpuszczono  pogłoskę,  że  jedno  z 

hodowlanych cieląt zostało zagryzione przez jednego z naszych 
wilków. 

Aby 

uniknąć 

nieporozumień, 

wraz 

ze 

współpracownikami  przeniosłam  stado  na  nowe  leże, 
wystarczająco  oddalone  od  pastwisk.  Dziś  po  raz  drugi 
rozpętano na nas nagonkę, która o mały włos nie skończyła się 
tragicznie. Na szczęście, jak państwo widzą, zdołaliśmy dojść do 
porozumienia. 

Zgromadzeni  przyklasnęli  z  zapałem,  a  wśród  nich  kilku  z 

kowbojów,  którzy  najwyraźniej  nie  chcieli  sprawić  zawodu 

background image

swoim dzieciom. 

–  Dlatego  –  ciągnęła  Julia  –  wobec  tak  wyraźnego 

społecznego  poparcia,  uzgodniliśmy,  że  sprowadzimy  stado  z 
powrotem  na  jego  pierwotny  teren.  Ponadto  oznajmiła  z 
uśmiechem  –  pan  Silver  podjął  się  wystąpić  do  Związku 
Hodowców Bydła o poparcie dla utworzenia specjalnej fundacji. 
Fundusze  umożliwiłyby  nam  wykupienie  na  własność  terenów, 
które  dotychczas  dzierżawiliśmy.  Obecna  tu  Beth  Gilmer 
zapewnia, że jej ojciec nas poprze. 

Tłum  znów  zaczął  wznosić  entuzjastyczne  okrzyki.  Gdy 

ucichły, przed kamerę wystąpił z poważną miną Buddy Silver. 

–  Doktor  Shelton  zobowiązała  się  ze  swojej  strony  do 

prowadzenia  stałej  obserwacji  wilków,  by  zapobiec  zabijaniu 
naszego  bydła.  W  wypadku,  gdyby  jakaś  sztuka  została 
zagryziona,  obiecała  wypłacić  rekompensatę  przewyższającą 
wartość rynkową straconej sztuki. 

Rozległy się uprzejme oklaski, a ktoś zawołał: 
– Hej, a teraz podajcie sobie ręce! 
Wreszcie Julia mogła wyrwać się z zasięgu kamery i paść w 

ramiona Jake’a. 

– Już po wszystkim – westchnęła z niekłamaną ulgą. 
 – Jakoś przez to przebrnęliśmy... 
Pocałował  ją  mocno  i  żarliwie,  a  potem  ujął  w  dłonie  jej 

pokrytą smugami kurzu twarz. Nigdy jeszcze nie wydała mu się 
tak piękna. Nigdy nie czuł tak dojmująco, że ją kocha. 

–  O,  nie  Julio, nic  się  jeszcze  nie  skończyło.  Jeszcze  bardzo 

wiele się wydarzy. 

– Założę się, że ty już o to zadbasz – zaśmiała się. 
– Jasne! Przecież zostaję tutaj. 
– Ja też zostaję tutaj, Jake. 
–  W  takim  razie  mam  nadzieję,  że  będziemy  się  widywać, 

background image

pani doktor. 

– Też mam taką nadzieję, szeryfie. 
 

background image

Epilog 

 
Minął  rok.  Julia  jak  zwykle  siedziała  przy  komputerze, 

śledząc  poczynania  wilczej  gromady.  Zwierzęta  zaadaptowały 
się  już  całkowicie  do  nowego  środowiska.  Na  pustyni 
zbudowany  został  punkt  obserwacyjny,  obsługiwany  przez 
nowego  asystenta.  Nie  były  to  jedyne  zmiany  w  jej  życiu.  W 
domu przybył nowy mieszkaniec, dla którego urządzono śliczny 
biało-różowy pokoik. 

Elizabeth  Forrester  spała  rozkosznie  w  ramionach  siedzącej 

matki, posapując przez sen. 

–  Och,  Lisbeth,  jaka  jestem  szczęśliwa,  że  mam  ciebie  – 

wyszeptała  Julia.  Dwumiesięczna  dziewczynka  miała  rude 
włoski  jak  jej  matka,  a  po  ojcu  odziedziczyła  wielkie,  zielone 
oczy. Była uroczym, spokojnym i pogodnym dzieckiem. 

Julia  kołysała  małą  w  ramionach,  z  pełnym  satysfakcji 

uśmiechem  zerkając  na  ekran.  Potomstwo  z  miotu  Sacajewei 
przeżyło i rosło jak na drożdżach. Cudowny, odwieczny instynkt 
sprawił,  że  całe  stado  troskliwie  pomagało  rodzicom 
wychowywać  małe  wilczki.  Pomimo  wszystkich  przeszkód 
eksperyment  zakończył  się  sukcesem.  Wilki  płowe  stały  się 
znów prawowitymi mieszkańcami swojej krainy. 

Julia  włączyła  automatyczny  zapis  i  ostrożnie  ułożyła  śpiące 

niemowlę  w  stojącej  przy  biurku  kołysce.  Na  moment 
zatrzymała się u okna i zapatrzyła w dal, w noc gęstniejącą nad 
pustynią, rozświetloną księżycem, wychylającym się zza niskich 
chmur. 

Zaskrzypiały drzwi i do pokoju wślizgnął się Jake. 
– Przepraszam za spóźnienie, ale nie mogłem wymigać się od 

posiedzenia  rady.  –  Uśmiechnął  się  przepraszająco  i  pocałował 

background image

żonę.  –  Pilar  powiedziała,  że  chętnie  posiedzi  z  małą,  jeżeli 
mielibyśmy ochotę wyskoczyć gdzieś, by uczcić naszą rocznicę. 

–  Najbardziej  miałabym  ochotę  świętować  ją  w  domu  – 

odparła Julia. – Tak długo przynajmniej, jak Liz nam pozwoli. 

Jake  ucałował  ją  raz  jeszcze,  a  potem  sięgnął  do  kieszeni  i 

wyjął kopertę. 

–  Pilar  otrzymała  list  z  Kalifornii.  Rafe  kończy  pracę 

dyplomową,  a  Beth  zaczęła  praktykę  w  gazecie.  A  co 
najważniejsze,  pomyślnie  udało  im  się  przetrwać  wizytę 
ojczulka Freda. 

– Zaraz przeczytam. Wiesz, bardzo mi ich brakuje. Ten nowy 

asystent jest świetny, ale... 

– Nie należy do rodziny tak jak oni. Wrócą tu, kiedy Liz już 

będzie chodzić. 

Pochylił  się  nad  kołyską  i  czule  musnął  czubkiem  palca 

policzek śpiącego dziecka. 

– Ona jest wspaniała, prawda? 
Julia roześmiała się serdecznie. 
– Jake, pytasz mnie o to dziesięć razy na dzień i dziesięć razy 

na  dzień  odpowiadam  ci,  że  Liz  jest  najbardziej  doskonałym 
stworzeniem na tym niedoskonałym świecie. 

–  Świat  staje  się  coraz  lepszy  –  odparł,  biorąc  ją  za  rękę.  – 

Chodź, wyjdźmy na chwilę. Chciałbym ci coś pokazać. 

Stanęli przytuleni  na  werandzie i  patrzyli w dal, poznaczoną 

czarnymi  sylwetkami  kaktusów,  odcinającymi  się  na  tle  nieba, 
na  którym  zaczęły  już  migotać  pierwsze  gwiazdy.  Julia 
przypomniała  sobie  ich  pierwszy  spacer  po  pustyni.  Nazwała 
wtedy Jake’a dwunożnym wilkiem, a on przekomarzał się z nią 
tak  uroczo.  Wydawało  się,  że  wszystko  działo  się  zaledwie 
wczoraj, choć minął już rok. 

– Grosik za twoje myśli, kochana... 

background image

– Wszystkie są o tobie i wszystkie dobre. 
–  Tak  jak  i  moje.  Kocham  tę  krainę,  wiesz?  A  kiedyś 

myślałem, że jest tak odludna i nieciekawa... 

– Nie. Ona jest magiczna i piękna. A co chciałeś mi pokazać? 
–  Po  prostu  to.  –  Szerokim  gestem  powiódł  wokół.  Sceneria 

zmieniła się nagle. Wiatr rozwiał chmury i księżyc ukazał się w 
całej okazałości na rozgwieżdżonym niebie. 

– To księżyc kochanków. Specjalnie go na dziś zamówiłem. 
– Całowali się długo, a pustynia, skąpana w srebrnym blasku, 

nabierała  niesamowitego,  nierealnego  wyglądu.  Powiał  wiatr  i 
przyniósł  z  oddali  zew  wilka.  Po  chwili  zawtórował  mu  drugi, 
potem  trzeci.  W  końcu  cała  pustynia  rozbrzmiała  echem  ich 
wycia – dziką muzyką natury.