background image

Madeline Harper

TYM RAZEM NA ZAWSZE

(This Time Forever)

background image

ROZDZIAŁ 1

Kayla Hartwell spóźniała się. Przechodziło to w stan chroniczny, który nasilał się 

w trakcie tej jazdy przez cały kraj. 

Między zachodnim i południowym wybrzeŜem Stanów było tak wiele nęcących 

widoków, tak wiele do zobaczenia, tyle rozwidlających się dróg. Tydzień, który 

przeznaczyła na tę podróŜ, przeciągnął się do dziesięciu dni, a ona jeszcze nie dotarła 

do celu. 

JuŜ trzykrotnie dzwoniła do biura prawnika ciotki, aby zmienić termin spotkania. 

KaŜdy następny telefon wprawiał ją w coraz większe zakłopotanie. Nie chciała 

jeszcze raz dzwonić, ale chyba będzie musiała. JuŜ i tak była bardzo spóźniona, a do 

przebycia miała jeszcze ponad trzydzieści kilometrów. 

Nie powinnam się zatrzymywać w Salem, pomyślała. To tylko kolejna 

historyczna miejscowość, jedna z wielu w tych stronach. Ale poniewaŜ pochodziła z 

Kalifornii, gdzie „historyczny” znaczyło z reguły kilkudziesięcioletni, ciągle miała 

ochotę na zwiedzanie prawdziwych zabytków.

Salem zaciekawiło ją równieŜ z innego powodu. 

Nigdy nie fascynowany „ją czarownice, a tym bardziej muzea czarownic. Ale po 

lunchu w Hawthorne Hotel doszła do wniosku, Ŝe moŜe sobie pozwolić na krótką 

wycieczkę. Bardzo krótką. PrzecieŜ Muzeum Czarownic znajdowało się naprzeciwko 

hotelu. 

Mieściło się w budynku sprawiającym wraŜenie na poły gotyckiego, na poły 

romańskiego i, sądząc po tłumie oczekującym na wejście, było najwyraźniej duŜą 

atrakcją turystyczną. Nie cierpiała kolejek i chciała juŜ zrezygnować, gdy usłyszała 

fragment intrygującej rozmowy. 

– To przygnębiające – mówiła jakaś kobieta. – Wszyscy ci niewinni ludzie 

skazani na śmierć. I za co? PrzecieŜ czarownice nie istnieją. 

– MoŜe i tak – odparła jej sąsiadka z błyskiem w oku. 

– A moŜe nie – dorzucił jej mąŜ. 

– Ja w kaŜdym razie w to nie wierzę – oświadczył kolejny rozmówca. 

– To dlaczego stoi pan w kolejce?

– Po prostu z ciekawości. 

Usłyszawszy to Kayla dołączyła do oczekujących. RównieŜ była ciekawa. 

Godzina spędzona w muzeum tylko wzmogła tę ciekawość. Kayli nie mieściło się 

w głowie, Ŝe niecałe trzysta lat temu dziewiętnaścioro męŜczyzn i kobiet zostało 

powieszonych w Salem. Było to znacznie bardziej fascynujące, niŜ się spodziewała. 

Nie tylko fascynujące. Intrygujące i zatrwaŜające równieŜ. 

W samochodzie spojrzała na zegarek. Postanowiła, Ŝe przejedzie jeszcze Trasą 

Pamięci, ale nie moŜe sobie pozwolić na kolejne postoje. 

background image

Skąd miała wiedzieć, Ŝe trasa wiedzie obok Domu Siedmiu Szczytów? 

Zamierzała tylko zwolnić i rzucić okiem. Doszła jednak do wniosku, Ŝe powinna 

zatrzymać się na kilka minut. 

Oto ten legendarny, dumnie wznoszący się gmach, z szarymi szczytami 

malującymi się na tle błękitnego nieba. Kayla pospieszyła do wnętrza z grupą 

turystów. 

Przewodnik inteligentnie powiązał fakty historyczne z powieścią Hawthorne’a. 

Dom był piękny, ale Kayla wyszła z niego z uczuciem niepokoju, którego nie mogła 

się pozbyć. 

Znów czarownice, stwierdziła w duchu ponuro. Opowieść Hawthorne’a 

nawiązywała do procesów w Salem w 1692 roku, kiedy to niewinny męŜczyzna został 

oskarŜony o czary, tylko dlatego Ŝeby pułkownik Pyncheon mógł przejąć jego 

majątek. 

Kayla uruchomiła samochód i włączyła ogrzewanie. DrŜała. Czy sprawiła to 

pogoda, czy myśli wywołane niedawną podróŜą w przeszłość?

KsiąŜka przynajmniej zakończyła się szczęśliwie. Po wiekach rodziny 

pułkownika i jego ofiary połączyły się. Kayla włączyła światła i z niepokojem 

patrzyła w zapadający mrok. Niestety, jej wypad w świat czarownic z Salem wpłynie 

na teraźniejszość. Spóźni się na spotkanie z Benem Montgomerym. Naprawdę miała 

wyrzuty sumienia, zwłaszcza Ŝe odwołała poprzednie spotkania. 

Będzie zły, przypuszczała, lecz grzeczny. Odpędziwszy myśli o Salem i 

czarownicach, Kayla skoncentrowała się na osobie prawnika. Ich korespondencja była 

tak sztywna i formalna, Ŝe mogła go sobie niemal wyobrazić: chudego i 

przygarbionego, w okularach w rogowej oprawie, łysiejącego i w lekko zalatującym 

stęchlizną ubraniu, ale szarmanckiego. 

No cóŜ, będzie musiała stawić mu czoło, uprzejmie przeprosić, wziąć klucze do 

domu ciotki i udać się tam. 

Chyba Ŝe pan Montgomery zmęczył się oczekiwaniem i poszedł do domu na 

herbatę. 

Nagle zobaczyła zieloną tablicę z białym, dobrze widocznym napisem: New 

Sussex, Massachusetts. Liczba mieszkańców: 9621. 

– Od dziś 9622 – powiedziała na głos Kayla i uśmiechnęła się. 

Benjamin Montgomery odepchnął krzesło od biurka i spojrzał na zegarek, a 

później na terminarz. Kayla Hartwell miała tu być o czwartej. Dochodziła piąta, a ona 

tym razem nawet nie raczyła zadzwonić. 

Podniósł swoje metr dziewięćdziesiąt z krzesła, przeciągnął się i opuścił rękawy 

koszuli. Był zirytowany, mimo iŜ przypomniał sobie, Ŝe jego klientka pochodzi z 

Kalifornii i zapewne nie ma nawyku punktualności. Wynikało to z jej 

dotychczasowego zachowania. 

background image

– Długo jeszcze posiedzisz? – W drzwiach stała sekretarka, Theresa Fiore, 

zapinając płaszcz i wkładając rękawiczki. 

– Trudno powiedzieć, Terrie. Czekam na panią Hartwell. 

Ben podszedł do okna i wyjrzał. Ulica była spokojna i pusta. 

– Mam nadzieję, Ŝe nie miała wypadku. 

– MoŜe po prostu utknęła w korku. Gdzieś tam są godziny szczytu, choć nie 

domyśliłbyś się tego, sądząc po ulicach New Sussex – odparła. – Czy mam zostać?

– AleŜ nie. Idź do domu. Andy i dzieciaki pewnie juŜ cię wyglądają. 

– Mam nadzieję, Ŝe zaczęli szykować kolację. Dziś kolej na nich. – Terrie 

owinęła szalik wokół szyi. – Do zobaczenia rano, szefie. 

Ben kiwnął głową i pomachał do pleców Terrie, a jego myśli zaprzątnęła Kayla 

Hartwell. Ta nieznajoma i dotychczas nie widziana klientka zaintrygowała go, choć 

uosabiała to, czego zawsze unikał – brak poczucia odpowiedzialności. Bez wątpienia, 

gdy ją pozna, zareaguje tak jak zawsze. Do tego czasu pozwoli sobie na błądzenie 

myślami wokół nieznanego, co nie zdarzało mu się zbyt często. 

Tymczasem Terrie wyszła, a Ben nie przejął się tym, Ŝe nawet nie powiedział jej 

„do widzenia”. W ciągu dziesięciu lat pracy w biurze, a nawet wcześniej, gdy jeszcze 

spotykała się z Andym, Terrie stała się niemal członkiem rodziny. 

Ben i Andy Fiore chodzili razem do szkoły średniej, występowali w zwycięskich 

zespołach koszykówki i piłki noŜnej, a od czasu do czasu wciąŜ jeszcze grywali we 

dwójkę. W New Sussex w ciągu tych lat niewiele się zmieniło. Chwilami Ben bolał, 

Ŝ

e tak było, ale coraz łatwiej przychodziło mu się z tym godzić. 

Popatrzył na odjeŜdŜającą Terrie, a potem znów opadł na krzesło pod olejnym 

portretem ojca. Klienci często wygłaszali uwagi na temat wyjątkowego podobieństwa 

rodzinnego – taki sam prosty nos, mocno zarysowane szczęki, chłodne zielone oczy i 

stanowczy podbródek. 

W sekretariacie wisiał portret dziadka Bena. Kilkoro staruszków jeszcze go 

pamiętało i wszyscy byli zgodni co do tego, Ŝe Ben to „wypisz wymaluj współcześnie 

ubrany starszy pan”. 

Ben znów spojrzał na zegarek i jego gniew na Kaylę Hartwell zaczął narastać. 

Gdyby nie ona, byłby juŜ w domu i siedziałby przy kominku ze szklaneczką 

szkockiej, słuchając muzyki. Myślałby o telefonie do jednej z przyjaciółek z 

sąsiedniego miasteczka i wspólnej wyprawie na kolację. 

Ben, urodzony i wychowany w New Sussex, aŜ za dobrze znał komplikacje 

związane z umawianiem się z miejscowymi dziewczętami. Ciotka Lii i cała reszta 

rozplotkowanego miasteczka zaręczyłyby go w ciągu tygodnia, a oŜeniły po miesiącu. 

Jego taktyka była lepsza. Zapewniała mu swobodę i niepodejmowanie zobowiązań. 

Lubił kobiety, a im chyba teŜ odpowiadały jego niewymuszone, choć nieco 

ceremonialne maniery. Dotychczas jednak nie spotkał nikogo, na kim by mu 

naprawdę zaleŜało, nikogo, kto wywołałby przyspieszone bicie serca, jak wówczas, 

background image

gdy był zakochanym nastolatkiem. 

Ben czasami musiał sobie przypominać, Ŝe serca trzydziestopięcioletnich 

męŜczyzn rzadko tak biją. Nauczył się Ŝyć ze świadomością, Ŝe miłość od pierwszego 

wejrzenia nigdy mu się nie przytrafi, a zaangaŜowanie się to luksus, na który nie moŜe 

sobie pozwolić, w kaŜdym razie jeszcze nie teraz. 

Poza tym zawsze mam swoją „ucieczkę”, pomyślał i uśmiechnął się do siebie. 

RozwaŜał włączenie wysłuŜonej maszynki do kawy, ale zrezygnował. Postanowił 

pójść do domu. Nie zamierzał dłuŜej czekać. 

Szybko zmienił plany na wieczór. Kolacja, długi gorący prysznic, a później łóŜko. 

Poprzedniej nocy nie spał dobrze. Znów nawiedził go ten przeklęty sen, w którym 

tajemnicza kobieta przyzywała go do siebie. Prześladujące go od kilku tygodni sny 

były denerwujące, a jednak intrygowały go. Nie mógł wytłumaczyć sobie ich 

znaczenia. 

Były to zawsze te same krótkie sceny. Ścigał w nich kobietę, nieuchwytną jak 

poranna mgła. Gdy próbował jej dotknąć, budził się. Doskonale ją jednak pamiętał. 

Miała w sobie pierwotną siłę, która paliła niczym ogień. Przyciągała i groziła 

zarazem. 

Po tym śnie nigdy juŜ nie był w stanie się zdrzemnąć, nawet w środku nocy. MoŜe 

dziś będzie spał jak kłoda. Tego właśnie potrzebował – ale czy na pewno? Tajemnicza 

kobieta ze snu fascynowała go bardziej niŜ ktokolwiek, kogo znał na jawie. 

Ben znów spojrzał na zegarek i sięgnął po płaszcz. Wtedy ujrzał światła 

samochodu, zatrzymującego się przed biurem. Zanim gość doszedł do stopni, Ben był 

juŜ w sekretariacie. 

Otworzył drzwi. Gwałtowny podmuch wiatru niemal wwiał do środka młodą 

kobietę. Ben zaniemówił. 

Przez jedną cudowną chwilę jego serce tłukło się jak oszalałe... Szybko opanował 

się z nadzieją, Ŝe jego reakcja pozostała nie zauwaŜona, i popatrzył badawczo, ale 

mniej natarczywie, na stojącą przed nim kobietę. 

Była niezwykła. Jej potargane blond włosy wiły się wokół twarzy. Miała oczy 

koloru niewiarygodnie błękitnego letniego nieba, a policzki zaróŜowione od zimna. 

Ubrana była w dŜinsy, sweter i Ŝakiet, elegancki, lecz niedostatecznie ciepły na 

przedwiośnie w Massachusetts. Dostrzegł zgrabną, a zarazem po kobiecemu 

zaokrągloną sylwetkę. 

Bena poruszyło jednak coś innego. Stojąca przed nim kobieta była ucieleśnieniem 

zjawy, która ostatnio nawiedzała go w snach. 

– Pan Montgomery? – spytała, wyciągając rękę i marszcząc lekko czoło na widok 

jego uporczywego spojrzenia. Ben oprzytomniał i ujął jej dłoń. Była miękka, lecz 

silna. 

– Tak. Nazywam się Ben Montgomery, a pani jest zapewne panią Hartwell? – 

Czuł się jak idiota. Kim innym mogłaby być?

background image

– Tak, jestem Kayla – odparła z uśmiechem. – Przepraszam za spóźnienie, ale coś 

mnie zatrzymało... 

– Nie szkodzi. I tak miałem pracować dziś wieczór – skłamał. Wreszcie z 

ociąganiem puścił jej dłoń. Weszli do gabinetu. 

Popatrzyła na krzesła o wysokich oparciach, biurko z ruchomym blatem i półki 

pełne oprawnych w skórę tomów. Potem zatrzymała wzrok na portrecie. 

– Pański ojciec?

– Tak – kiwnął głową Ben. – A w sekretariacie wisi portret mego dziadka. 

Prawnicy z rodziny Montgomerych działali juŜ w czasach purytańskich. – Z 

zaskoczeniem usłyszał przepraszającą nutę w swoim głosie. 

– Ciotka Elinor była jedyną moją krewną z Nowej Anglii, którą kiedykolwiek 

widziałam. Gdy byłam małą dziewczynką, przyjechała raz do Kalifornii na święta 

BoŜego Narodzenia. 

– Czy była pani kiedyś w New Sussex? Potrząsnęła przecząco głową. 

– To moja pierwsza podróŜ. 

– Zabawne. Mam wraŜenie, Ŝe gdzieś juŜ panią widziałem. – Musi być jakieś 

racjonalne wyjaśnienie tego, Ŝe śnił o niej, zanim się spotkali, pomyślał. 

– Nie, nie spotkaliśmy się. – Kayla zmarszczyła lekko brwi, a jej oczy nagle stały 

się czujne i podejrzliwe. 

Ben odwrócił wzrok, wiedząc, Ŝe jego słowa zabrzmiały jak wyświechtany frazes. 

Zakłopotany, zmienił temat. 

– Z testamentu pani ciotki wynika, Ŝe bardzo panią lubiła. 

– Myślę, Ŝe tak, choć nigdy mnie nie wyróŜniała. Mama wysyłała jej od czasu do 

czasu zdjęcia rodziny i wymienialiśmy karty na święta. 

Ben westchnął. MoŜe widział fotografię Kayli u jej ciotki. Kiedy dowiedział się, 

Ŝ

e dziewczyna przyjeŜdŜa do New Sussex, podświadomość podsunęła mu jej obraz. 

– Mam starszego brata i siostrę – powiedziała. – Nie wiem, dlaczego ciotka Elinor 

zapisała dom właśnie mnie. 

Ben wziął do ręki testament. 

– To wyjątkowo jasna sprawa. Jest pani jedyną właścicielką domu i umeblowania. 

Pani rodzeństwo otrzymuje trochę akcji i biŜuterii, ale dom naleŜy wyłącznie do pani. 

– A ja nie mogę się doczekać, Ŝeby go zobaczyć. Właściwie zamierzam 

wprowadzić się tam juŜ dzisiaj. 

– Nie jestem pewien, czy to rozsądne – zmarszczył brwi Ben. 

– Dlaczego? Czy coś jest nie tak? – W błękitnych oczach pojawił się niepokój, 

który zmienił ich barwę na szaroniebieską. 

– Nie, wszystko w porządku – zapewnił i przerwał, podziwiając, jak jej oczy 

znów promienieją. – Po prostu dom był przez pewien czas nie zamieszkany i myślę, 

Ŝ

e lepiej go obejrzeć po raz pierwszy przy świetle dziennym. Radzę pani pojechać do 

Salem i przenocować w motelu. 

background image

– Nie – szybko i z naciskiem odparła Kayla. – Nie ma powodu. PoniewaŜ 

zamierzam tu osiąść i prowadzić sklep z antykami, mogę równie dobrze zacząć 

przyzwyczajać się do domu juŜ teraz. 

Ben, zajęty obserwowaniem Kayli, nie zwracał zbytniej uwagi na jej słowa. Był 

zafascynowany zmieniającym się kolorem jej oczu, dołeczkami, które pojawiały się 

niemal magicznie, gdy się uśmiechała, i piegami na nosie. Ciekaw był, jak by 

zareagowała, gdyby powiedział, Ŝe wyszła prosto z jego snu. 

Ponownie koncentrując się na rozmowie, pojął znaczenie jej ostatnich słów. 

– Niech mi pani nie mówi, Ŝe zamierza pani osiedlić się w New Sussex?

– Oczywiście, Ŝe tak. Dlaczego, u licha, miałabym sprzedawać dom ciotki Elinor? 

Właśnie go odziedziczyłam. 

– No cóŜ, poniewaŜ nigdy tu pani nie mieszkała i wydaje się pani taka... taka... 

– Młoda? – wpadła mu w słowo. – Niedoświadczona? Słaba? Nieudolna?

Ben podniósł rękę, przeraŜony, Ŝe w oczach koloru letniego nieba mogą pojawiać 

się równieŜ chmury burzowe. 

– Nie. Po prostu... – wycofał się szybko i szukał słów zachęty. – Jestem pewien, 

Ŝ

e ma pani doświadczenie w handlu antykami – zaryzykował. 

– Nie mam Ŝadnego doświadczenia w prowadzeniu tego rodzaju sklepu. – Kayla 

podniosła na niego wyzywająco oczy. Nie spodziewała się takich pytań od 

sympatycznego prawnika rodziny. Musiała jednak przyznać, Ŝe Ben Montgomery nie 

przypominał osoby, którą sobie wyobraziła. Nie myślała, Ŝe będzie młody, wysoki i 

przystojny, o wspaniałych, szarozielonych, zmysłowych oczach. 

To było całkiem miłe. Nie podobał jej się natomiast dziwny sposób, w jaki na nią 

patrzył, niemal tak jakby widział zjawę. Zaczynała się czuć nieswojo. Zastanawiała 

się, czy wie o niej coś, o czym nie mówi. 

– W kaŜdym razie pewnie prowadziła pani jakiś sklep – sondował. 

Zabrzmiało to raczej jak pytanie niŜ stwierdzenie i zirytowało ją. Naprawdę nie 

widziała potrzeby tłumaczenia się przed nim. Zawahała się przez chwilę, a potem 

odparła:

– Niezupełnie, ale do dwudziestego szóstego roku Ŝycia podejmowałam się 

róŜnych prac, niektóre były całkiem odpowiedzialne. – I zanim zadał kolejne pytania, 

dodała: – To naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, Ŝe zamierzam osiągnąć tu 

sukces. KaŜdy musi gdzieś zacząć. A wiec – ciągnęła z wymuszonym uśmiechem – 

chciałabym dostać klucze teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Jestem na 

nogach od piątej rano i marzę o odpoczynku. 

– Oczywiście. – Ben zaczął szperać w szufladzie w poszukiwaniu kluczy do 

domu Elinor Hartwell. – Po prostu przypuszczałem, Ŝe przyjechała pani 

uporządkować sprawy ciotki, obejrzeć dom i sprzedać go. 

– Niech pan nigdy nie przypuszcza – powiedziała Kayla, tym razem z gorzko-

słodkim uśmiechem. – Nie nauczyli pana tego na studiach? ZałoŜę się, Ŝe był to 

background image

Harvard – dodała niemal złośliwie. 

– Istotnie – odparł Ben, zarumieniwszy się lekko. Kayla odczuła satysfakcję. A 

jednak mu dopiekła. 

Nie wiedziała, dlaczego tak ją to cieszy. Chyba go jednak nie zniechęciła. 

– Powinna pani zrozumieć, Ŝe kancelaria „Montgomery” próbuje troszczyć się o 

coś więcej niŜ podstawowe sprawy swoich klientów – wyjaśnił. – Zawsze byliśmy z 

tego dumni. Miałbym wraŜenie, Ŝe źle wykonałem swoją pracę, gdybym nie 

poinformował pani o ryzyku związanym z rozpoczynaniem interesów w New Sussex, 

zwłaszcza przy pani niewielkim doświadczeniu. 

Zabrzmiało to wyniośle i bardzo protekcjonalnie. Kayla chciała znów zaatakować, 

lecz zdobyła się na ponury uśmiech i przypomniała mu:

– Nie niewielkim doświadczeniu, panie Montgomery – braku doświadczenia. 

Ben na swoje nieszczęście zignorował ton jej głosu, ale był podniecony i 

zdecydowany podzielić się swą wiedzą. 

– Jestem pewien, Ŝe zna pani dane statystyczne dotyczące nowych przedsięwzięć. 

Niemal dziewięćdziesiąt procent z nich upada. Większość jest niedoinwestowana, a to 

akurat nam nie grozi. 

– Nam? – Kayla nie mogła uwierzyć własnym uszom. 

– Gdyby zechciała pani przyjść jutro, przejrzę aktywa, opracuję dla pani kilka 

opcji i sporządzę wykaz sklepów w okolicy... – ciągnął ze znawstwem. 

– Wyjaśnię pani, jak zdobyć klientelę – to bardzo waŜne. Chciałbym teŜ 

skomputeryzować inwentarz pani ciotki. – Być moŜe się popisywał, ale był 

przeświadczony o swojej wiedzy. 

Usłyszawszy to Kayla wstała gwałtownie, a jej niebieskie oczy ciskały 

błyskawice. 

– Panie Montgomery – skandowała kaŜdą sylabę – przyszłam tu po klucze do 

domu mojej ciotki, nie na wykład z ekonomii. Proszę mi wierzyć, dość się juŜ 

nasłuchałam od rodziców i przyjaciół w Kalifornii i niech pan sobie nie wyobraŜa, Ŝe 

jest pan w stanie namalować czarniejszy obraz niŜ oni. 

Kayla poczuła tak gwałtowny przypływ nieoczekiwanego gniewu, Ŝe głos jej 

drŜał, choć próbowała się opanować. Ten... ten nieznajomy pouczał ją, jak ma Ŝyć. 

Nie, nie tylko pouczał, próbował przejąć kontrolę. O, nie, tego nie mogła ścierpieć – 

ani ze strony rodziny, ani od przyjaciół, ani od Bena Montgomery’ego. 

Ben próbował odpowiedzieć, ale nie dała mu szansy. 

– W końcu – ciągnęła – oni znają mnie bardzo dobrze i mają prawo udzielać rad. 

Chciałabym zauwaŜyć, Ŝe jest pan wyjątkowo zarozumiały. Dziś zobaczyłam pana po 

raz pierwszy w Ŝyciu. Dotychczas kontaktowaliśmy się listownie i kilkakrotnie 

rozmawiałam przez telefon z pańską sekretarką. 

– A czy ja mogę zauwaŜyć, Ŝe te rozmowy dotyczyły odwoływania spotkań, co 

niezbyt dobrze świadczy o kimś, kto chce odnieść sukces w interesach? – przerwał jej 

background image

gwałtownie Ben. 

To cios poniŜej pasa, pomyślała Kayla, a jego zadowolenie z siebie rozzłościło ją 

na tyle, Ŝe odpowiedziała, choć miała świadomość. Ŝe stoi na niepewnym gruncie:

– Obawiam się, Ŝe wyciąga pan zbyt pochopne wnioski, panie Montgomery, a to 

nie wystawia panu najlepszego świadectwa. Naprawdę miałam powody do 

odwoływania spotkań. 

– To brzmi trochę defensywnie, pani Hartwell. 

– Jeśli tak, mam do tego powód. Znam pana od kilkunastu minut, a pan juŜ 

zdecydował, Ŝe sklep prawdopodobnie splajtuje z powodu mego braku 

doświadczenia. Nawet gdyby pan miał prawo mnie osądzać – a nie ma pan – jest pan 

w błędzie. Mogę odnieść sukces i wiem, Ŝe tak będzie. 

Ben Montgomery zazwyczaj nie wpadał szybko w złość. Teraz jednak miał 

ochotę złapać Kaylę za te prześliczne ramiona i potrząsnąć nią. Była tak irytująca w 

swym zdecydowaniu, aby go nie słuchać. Gdyby się uspokoiła, zrozumiałaby, Ŝe on 

chce jej pomóc. 

Najwidoczniej nie miała zamiaru się uspokoić. Głęboko odetchnąwszy spytała?

– Da mi pan klucze czy będę je musiała wziąć sama? Potrafię to zrobić, 

naprawdę... – zawiesiła dramatycznie głos – mam czarny pas w karate. 

Ben poczuł drgający mu na wargach uśmiech, ale starał się go stłumić. 

– PoniewaŜ zniszczyła mnie pani werbalnie, nie chcę dopuścić do rękoczynów. 

Oto klucze. 

Kayla pochwyciła je i wepchnęła do kieszeni. 

– Zwalniam pana od dalszej odpowiedzialności za posiadłość – powiedziała 

sztywno. – Ewentualny rachunek proszę przesłać pod adresem mojej ciotki. – Z tymi 

słowami obróciła się na pięcie i wyszła z podniesioną głową. 

Ben popatrzył za nią, zastanawiając się, co się z nim, u licha, stało. Kiedy wiatr 

wwiał do biura potarganą piękność, która wyglądała jakby wyszła wprost z jego snu, 

doznał szoku. Ale nawet wtedy, gdy przezwycięŜył oszołomienie na widok dziwnie 

znajomej uroczej twarzy, nic nie poszło tak jak naleŜy. 

Nie zamierzał jej zraŜać. Chciał tylko pomóc. Westchnął. No, niezupełnie. Chciał 

zrobić na niej wraŜenie. Zamiast tego rozwścieczył ją. Sprawy wyśliznęły mu się z 

ręki. 

Ale, do licha, ona mogła doprowadzić do szału. Rozmyślnie ignorowała 

wszystko, co mówił. Nie był do tego przyzwyczajony. Dziwna kobieta. Przybyła do 

obcego miasta, uwaŜając, Ŝe wie wszystko, nie chcąc słuchać rad, najlepszych rad. 

Ben opadł na krzesło i uśmiechnął się do siebie. Jedno było pewne: nie wyszła 

jeszcze z jego Ŝycia. Czekał cierpliwie. 

Po kilku minutach drzwi otworzyły się i przed biurkiem pojawiła się Kayla. 

Spojrzał na nią i stłumił uśmiech, próbując nie okazywać zbyt wielkiej satysfakcji. 

– Musi pani pojechać główną ulicą obok poczty i skręcić w ulicę Mulberry, drugą 

background image

poprzeczną na prawo. Dom stoi na rogu. Jest duŜy, biały, drewniany. Nie moŜna nie 

trafić. – Gdy wychodziła, rzucił za nią: – Witam w New Sussex, pani Hartwell. 

Podszedł do okna i patrzył na odjeŜdŜający samochód, pewny, Ŝe ją jeszcze 

zobaczy. Kayla Hartwell wyszła z jego snu wprost w jego Ŝycie. Była niewiarygodnie 

pociągająca, a zarazem niebezpieczna, i miał przeczucie, Ŝe z jej powodu jego Ŝycie 

juŜ nigdy nie będzie takie samo. 

Kayla skręciła w opustoszałą główną ulicę. śałowała nagłego wybuchu. Nie miała 

zwyczaju się złościć i teraz czuła się zakłopotana. Po prostu nie mogła się 

powstrzymać. To właśnie było tak dziwne i niezrozumiałe. Ten męŜczyzna miał w 

sobie coś, co ją intrygowało. 

Ben był pierwszą osobą, którą spotkała w New Sussex, i, było to okropne 

spotkanie. Straciła zupełnie panowanie nad sobą. Wszystko przez to, Ŝe udzielił jej 

rady – być moŜe nie w porę i zbyt obcesowo, ale miał pewnie dobre intencje. Nie 

mógł wiedzieć o tym, Ŝe tylko powtarza przestrogi jej bliskich z Kalifornii: AleŜ 

Kaylo, kochanie, miałaś juŜ tyle prac... Nie masz Ŝadnego doświadczenia w 

prowadzeniu interesów... Znudzi cię to w miesiąc... 

Teraz słyszała ich głosy podobnie jak podczas drogi do New Sussex. Nikt nie 

chciał, Ŝeby tu przyjeŜdŜała. Wszyscy sądzili, Ŝe poniesie klęskę. 

Ben Montgomery najwidoczniej dołączył do nich po spędzeniu z nią zaledwie 

kilkunastu minut. Gniew Kayli znów dał znać o sobie. Kim był, Ŝeby tak szybko 

osądzać ludzi?

Pomyślała o swym upokorzeniu, gdy musiała wrócić po wskazówki, jak dojechać. 

Zachował się tak wyniośle, Ŝe postanowiła nie przepraszać. W New Sussex muszą być 

inni prawnicy. 

Zmyliła drogę, co jeszcze bardziej popsuło jej humor. Ponownie przeczytała 

zanotowane wskazówki. Nie były skomplikowane. Po prostu nie uwaŜała. Następstwa 

spotkania z Benem Montgomerym dawały o sobie znać. 

Wreszcie odnalazła ulicę i zobaczyła dom. W tym momencie zapomniała o całym 

ś

wiecie. Dwupiętrowy, tajemniczo oświetlony nikłym światłem księŜyca, zdawał się 

zapraszać do wejścia. 

Kayla wjechała na Ŝwirowany podjazd i wyłączyła światła samochodu. 

– CóŜ – powiedziała miękko do siebie. – Witaj w domu, Kaylo. 

Trudno byłoby to nazwać radosnym przyjazdem. Nie było nikogo, kto 

odpowiedziałby na jej powitanie, ani otwartych zapraszająco drzwi, ani nawet światła 

oświetlającego podjazd. 

Kayla sięgnęła po latarkę i otworzyła drzwi samochodu. Właśnie wtedy 

wschodzący księŜyc skrył się za chmurami i jej niepokój nasilił się. Była jednak 

podekscytowana. Ten dom stanowił klucz do nowego Ŝycia. Czuła to i nie miała 

zamiaru dać się zniechęcić. Nikomu. 

background image

Wiedziała, Ŝe sklep z antykami zajmuje parter frontowej części domu, pchnęła 

więc skrzypiącą metalową furtkę i skierowała się na tyły. Droga była zarośnięta 

zielskiem i trawą, ale Kayla jakoś dotarła do tylnej werandy. 

Stopnie trzeszczały, a podłoga werandy lekko się ugięła. Kayla nie przeraziła się 

tym. Wypróbowała kilka kluczy, zanim znalazła właściwy. 

Odetchnąwszy głęboko pchnęła drzwi i weszła do domu. 

Przekręciła kontakt. 

– Do licha – mruknęła. Powinna była się domyślić, Ŝe wyłączono elektryczność. 

Dom był teŜ prawie na pewno pozbawiony ogrzewania i wody. 

Przesunęła światłem latarki po kuchni. Była duŜa i zatrwaŜająco staroświecka. 

Ale zobaczyła teŜ całkiem nowy piecyk i lodówkę. Przekręciła kurek nad zlewem. W 

rurach niepokojąco zabulgotało i zajęczało, a potem popłynął strumień rdzawej wody. 

Zakręciła kurek i ponownie rozejrzała się po kuchni. W pobliŜu drzwi zauwaŜyła 

termostat piecyka. OdwaŜyła się go włączyć. Na próŜno. Ale w kuchni był kominek i 

to napełniło ją otuchą, zanim nie zobaczyła, Ŝe stojący obok pojemnik na drewno jest 

pusty. 

W kuchni było jednak coś, co podniosło ją na duchu. W rogu w pobliŜu kominka 

stało biurko. Być moŜe ciotka Elinor siadywała wieczorami przy ogniu, prowadząc 

rachunki. Kayla postanowiła zatrzymać w pamięci ten obraz. Sądząc po wyglądzie 

domu, będzie potrzebowała tego rodzaju wizji, aby się nie załamać. 

Otworzyła drzwi obok kominka i znalazła się w ciemnej wąskiej sieni. KrąŜyła po 

niej, aŜ znalazła kolejne drzwi. Pchnąwszy je weszła do pokoju. 

Krzyk trwogi uwiązł w jej gardle, a potem sparaliŜował ją strach – ktoś tu był. 

Trwało to moment. Potem odwróciła się i zaczęła biec przez sień. Biegnąc 

zobaczyła w myśli siebie w drzwiach pokoju w niebieskim Ŝakiecie i z burzą jasnych 

włosów. Zatrzymała się. Obca postać w pokoju była jej odbiciem. 

OdwaŜnie powróciła, otworzyła drzwi i stanęła naprzeciwko bogato zdobionego 

lustra w pozłacanej ramie. Znów zobaczyła swoje odbicie w zmatowiałym szkle, ale 

tym razem roześmiała się. 

– Widać, jaka jesteś zmęczona – powiedziała do siebie – skoro dostrzegasz to, 

czego nie ma. – Głos odbił się echem, szarpiąc jej nerwy. 

– Lepiej stąd wyjdę – oznajmiła głośno, by dodać sobie otuchy – zanim całkiem 

zwariuję. 

Ale ciekawość zatrzymała ją. Pokój był interesujący, mogła to ocenić na 

podstawie jednego mignięcia latarką. Sądząc po niskim suficie i poczerniałych 

kamieniach na kominku, był prawdopodobnie starszy od reszty domu. Meble 

pochodziły z róŜnych epok, od siedemnastego do dziewiętnastego wieku. Niektóre 

pewnie naleŜą do sklepu, pomyślała, ale nie miała zamiaru oglądać ich teraz. Dość 

emocji na jeden wieczór. 

Wycofała się do sieni i właśnie doszła do kuchni, gdy usłyszała pukanie. 

background image

Opanowała przeraŜenie i spróbowała myśleć rozsądnie. Demony na ogół nie pukają, 

podobnie jak złodzieje i mordercy. Był to więc ktoś znajomy. A do tej pory poznała w 

New Sussex tylko jedną osobę. 

background image

ROZDZIAŁ 2

Kayla oświetliła latarką drzwi kuchni. Przez zmatowiałe szkło ujrzała Bena 

Montgomery’ego w trenczu z podniesionym kołnierzem i z brązowymi, wilgotnymi 

od mgły włosami. 

Ucieszyła się na widok Bena, ale mocno przeŜyła ich pierwsze spotkanie i 

postanowiła tego nie okazywać. A juŜ na pewno nie zamierzała przyznać się, Ŝe 

widziała duchy. 

Otworzyła ostroŜnie drzwi. 

– Przyniosłem prezenty – oznajmił Ben. Wszedł do kuchni i skierował się w 

stronę kominka z naręczem drewna do podpałki i kilkoma małymi polanami. – 

Podejrzewałem, Ŝe pojemnik na drewno jest pusty. – Przyklęknął i natychmiast zaczął 

rozniecać ogień. 

Kayla zastanawiała się, czy wiedział równieŜ o tym, Ŝe nie ma elektryczności i 

leci tylko wąska struŜka rudej wody, ale nic nie powiedziała. Dobrze, Ŝe będzie miała 

ogień, który zapewni trochę ciepła na pierwszą noc w New Sussex. 

– Dzięki – wykrztusiła wreszcie. – To ciepło pomoŜe mi przetrwać noc. 

Ben uniósł głowę znad ognia, który szybko rozpalił. 

– Chyba nie zamierza pani tu zostać?

– Oczywiście, Ŝe tak – odparła buntowniczo. 

– Myślałem, Ŝe jak zobaczy pani dom... Właściwie nie zdecydowała jeszcze, czy 

trwać przy pierwotnym planie, czy nie, ale gdy tylko o tym wspomniał, klamka 

zapadła. 

– Zostaję. Będę tu koczować w śpiworze. 

– Nie sprawia pani wraŜenia osoby... – zaczął i przerwał. 

– Pozory mogą mylić – powiedziała oschle. – A czy nie postanowiliśmy, Ŝe 

najlepiej niczego nie przypuszczać?

– Przynajmniej jedno z nas to zrobiło – odparł. To dziwne, pomyślał, Ŝe samo 

przebywanie w towarzystwie tej kobiety przyprawia go o zawrót głowy. 

Gdy ogień rozpalił się na dobre, ogrzewając kuchnię i rozpraszając mrok, wstał z 

klęczek. W nikłym świetle nie widział jednak Kayli tak wyraźnie, jak tego pragnął. 

Stała przy ogniu i ogrzewała dłonie. Blask bijący od kominka tańczył na jej 

włosach i chwilami kusząco opromieniał twarz. Ben postanowił zignorować napięcie 

między nimi. Wcześniejsza utarczka nie doprowadziła do niczego. 

– MoŜe rzucimy nieco światła na całą sprawę? – zaproponował na swój 

najbardziej niedbały sposób, po czym podszedł do drzwi i przekręcił kontakt, 

oświetlając pokój. 

– Jak pan... ? – Kayla otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 

– Zaraz po pani wyjściu zadzwoniłem do elektrowni. 

– Ale jest juŜ po godzinach pracy. 

background image

– Chodziłem do szkoły średniej z kierownikiem nocnej zmiany – roześmiał się 

Ben. – Wie pani, jak to jest w małych miasteczkach. 

– Nie, nie wiem. Ale jeśli właśnie tak, myślę, Ŝe to mi się spodoba. Dzięki – 

dodała miękko. – Mam nadzieję, Ŝe wybaczy mi pan moje zachowanie w biurze. 

Proszę mi wierzyć, zazwyczaj taka nie jestem. To był naprawdę cięŜki dzień. 

Spojrzał na nią z góry, taką małą, kruchą i słabą. Miał ochotę wyciągnąć rękę, 

poprawić jej potargane jasne włosy i zdjąć pajęczynę z policzka. Zamiast tego 

powiedział:

– Właściwie przyszedłem, Ŝeby panią przeprosić za moje kazanie. Miała pani 

rację, zachowałem się nieodpowiednio. To pani sprawa, co pani robi. Na swoją 

obronę muszę jednak powiedzieć, Ŝe jestem przyzwyczajony do dawania rad. 

– I do tego, Ŝe ludzie się do nich stosują? – zaŜartowała. 

– Właśnie. W ten sposób zarabiam na Ŝycie. Ale pani nie prosiła o radę. Jestem 

przekonany, Ŝe bardzo starannie przemyślała pani całe przedsięwzięcie. 

– Tak – potwierdziła. Usiłowała nie zauwaŜać wielkiej staroświeckiej kuchni. – 

Przez ostatnie miesiące otrzymałam tyle rad, Ŝe wystarczą mi do końca Ŝycia. Pan 

jednak nie mógł o tym wiedzieć. 

– Zacznijmy więc od nowa. – Ben wyciągnął rękę. – Nazywam się Ben 

Montgomery. Witaj w New Sussex. 

– Halo, Ben. Jestem Kayla Hartwell. – Znów zobaczyła, jak zielone są jego oczy, 

i przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe się zarumienił. 

Musiał to być blask ognia na jego twarzy. MęŜczyźni tak pewni siebie i tak 

przystojni jak Ben Montgomery nie rumienią się. W kaŜdym razie Kayla nie miała 

takich doświadczeń. Przeciwnie, zazwyczaj w takiej chwili przechodzili do ofensywy. 

To pokrzepiające, Ŝe Ben chciał tylko słuŜyć pomocą, bez Ŝadnych ukrytych 

zamiarów. Nie miała pojęcia, w jaki sposób ich pierwsze spotkanie wymknęło się im 

spod kontroli, ale teraz wszystko wydawało się w porządku. 

– Czego jeszcze potrzebujesz? – spytał. – Oczywiście, telefonu. 

– Przydałoby się teŜ ogrzewanie. 

– Ma się rozumieć. 

– I mogą być kłopoty z wodą. 

– Zanotowałem. Zajmę się wszystkim z samego rana. 

– śartujesz. 

– AleŜ nie – uśmiechnął się szeroko. – Jak widzisz, to nie jest duŜe miasto. 

Pogadam z Andym Fiore, a on przyśle tu o świcie ekipę. 

ZauwaŜywszy jej zdziwione spojrzenie dodał:

– Andy i ja jesteśmy starymi przyjaciółmi, a jego Ŝona pracuje u mnie. Andy jest 

teŜ szefem słuŜb miejskich. 

– Dobrze mieć przyjaciół na stanowiskach. Bardzo dziękuję. 

– Jestem po prostu dobrym sąsiadem – zaŜartował, stawiając ekran przed 

background image

kominkiem. – Teraz wyjmiemy twoje rzeczy z samochodu i odpoczniemy przy 

kolacji. 

– To brzmi wspaniale – powiedziała Kayla. Lunch zdawał się tak odległy. – 

Przyjmij moje zaproszenie do najlepszej restauracji wmieście jako propozycję 

pojednania. 

Ben zaczął się śmiać. 

– O co chodzi? – nie wiedziała, co go tak rozbawiło. 

– W New Sussex jest tylko jedna restauracja, którą otwierają wyłącznie w porze 

ś

niadania i lunchu – wyjaśnił. – Na obrzeŜach miasta jest bar przy parkingu 

cięŜarówek, ale to daleko stąd. 

– Och, wiec dlaczego... 

– Zaprosiłem cię na kolację? – dokończył. – PoniewaŜ mam jedną z najlepiej 

zaopatrzonych lodówek w mieście i chociaŜ nie mogę ci zaproponować Ŝadnej 

nowinki kulinarnej, gwarantuję, Ŝe znajdzie się coś ciepłego i poŜywnego. 

– Nie, nie mogłabym... – zaczęła Kayla. 

– Oczywiście, Ŝe mogłabyś – przerwał. – I ja teŜ. To moja gałązka oliwna. A teraz 

rozładujmy samochód, zanim umrzemy z głodu. Ja równieŜ nic nie jadłem. Miałem 

kłopoty z nową klientką. – Uniósł jedną brew i uśmiechnął się ujmująco. Kayla nie 

była w stanie odmówić. 

Odchyliwszy się do tyłu w wielkim fotelu na biegunach, Kayla westchnęła z 

zadowoleniem. Pokój wypełniała muzyka Mozarta, a na kominku buzował jasny 

ogień. Pociągnęła łyk francuskiego koniaku i usiłowała ukryć zdziwienie, które 

towarzyszyło jej przez cały wieczór. 

Ben Montgomery z pewnością nie był zasuszonym staruszkiem. RównieŜ pod 

innymi względami znacznie się róŜnił od osoby, którą sobie wyobraziła. Był dobrym 

kucharzem – wprawdzie nie smakoszem, ale steki i sałatka były znakomite i poŜywne. 

Jego zamiłowanie do muzyki klasycznej nie zaskoczyło Kayli, a upodobanie do 

utworów Mozarta wyjątkowo jej odpowiadało, poniewaŜ był to równieŜ jej ulubiony 

kompozytor. 

W Kalifornii Kayla byłaby czujna. Nie bez powodu. Wspaniała kolacja, 

zainteresowanie Mozartem, wszystko to mogło stanowić uwerturę do seksualnej 

opery. Ale ten wieczór nie był zaplanowany i jego przebieg nie budził zastrzeŜeń. 

Czuła się wspaniale. Ben usadowił się na kanapie naprzeciwko, pociągnął łyk 

koniaku i uśmiechnął się. Śmiało wpatrywała się w swego gospodarza i podziwiała 

jego urodę. Miał wyraziste rysy twarzy, wystające kości policzkowe, mocny 

podbródek, wydatny nos i zmysłowe usta o pełnej dolnej wardze. I te oczy, 

szarozielone o długich czarnych rzęsach. 

Zdjął marynarkę, rozluźnił krawat i podwinął rękawy koszuli. Ujrzała smukłe, 

lecz dobrze umięśnione ręce i duŜe dłonie o długich, zwęŜających się palcach. 

background image

Wspomniał, Ŝe grywa w koszykówkę, i Kayla z łatwością wyobraziła go sobie na 

boisku. 

Ben równieŜ przyglądał się Kayli. Uśmiechał się beztrosko, słuchał muzyki i 

cieszył się tą chwilą. Oboje milczeli. Wszystko przebiegało tak naturalnie! Poprzednie 

napięcie zniknęło i Kayla nie czuła się wcale skrępowana. 

– Było bardzo miło – przerwała wreszcie ciszę. – Nie spodziewałam się, Ŝe mój 

pierwszy wieczór w New Sussex tak przyjemnie się zakończy. 

– Nie jestem pewien, czy mój poczęstunek był odpowiedni dla mieszkanki 

Kalifornii – odparł Ben. – Nie zawierał kiełków, płatków róŜy ani kiwi. Zdaje się, Ŝe 

to najnowsze szaleństwa kulinarne?

Uśmiechnęła się, usłyszawszy ten Ŝart. 

– W pewnych kręgach, ale nie w moim, choć mama próbowała swego czasu 

kaŜdej kuchni. My, dzieci, byliśmy królikami doświadczalnymi. 

– Ilu było małych Hartwellów?

– Troje. Starsza siostra, która jest lekarzem, i młodszy brat – student w szkole 

biznesu w Stanford. Są najlepsi we wszystkim. W przeciwieństwie do ich siostry. – 

Na jej wargach ukazał się wymuszony uśmiech. 

– Nie wierzę – sprzeciwił się Ben. 

– Och, to prawda. Nie ukończyłam college’u, bo miałam wraŜenie, Ŝe nie uczę się 

niczego poŜytecznego. A co do prac, które podejmowałam, cóŜ, mój ojciec 

powiedziałby ci, Ŝe to więcej niŜ mi się naleŜało w mojej krótkiej karierze. 

– Podejrzewam, Ŝe chciałaś się trochę rozejrzeć, zanim się ustatkujesz. 

– Podoba mi się taki sposób myślenia. – Kayla uniosła szklankę jak do toastu. 

Uśmiechnął się do niej ciepło i po przyjacielsku i znów pomyślała, jak róŜni się od 

innych znanych jej męŜczyzn. Nie podrywał jej. Naprawdę się nią zainteresował. 

Ś

wiadczyły o tym nawet jego rady. 

– Co to były za prace? – spytał. 

Kayla odstawiła szklankę i zaczęła wyliczać na palcach. 

– Pracowałam w kwiaciarni, w butiku, uczyłam gry ‘ w tenisa w klubie, do 

którego naleŜą moi rodzice. Ostatnio załoŜyłam z przyjaciółką agencję reklamową. 

– I co się stało?

– Przyjaciółka wyszła za mąŜ, a mnie chyba przeszło. Właśnie wtedy 

odziedziczyłam dom ciotki i postanowiłam przyjechać tutaj. – Kayla nagle się 

zmieszała. Chyba ojciec miał rację. Nigdy nie wytrwała przy niczym wystarczająco 

długo. Ben na pewno odkrył w niej tę wadę. 

– Zazdroszczę ci – powiedział ku jej zdziwieniu. 

– Jak to?

– Naprawdę. Świat stoi przed tobą otworem. 

– A przed tobą nie? – spytała zaskoczona. – Miałeś tyle okazji w Ŝyciu co ja. 

– MoŜe – zamyślił się przez chwilę – ale nie rozglądałem się za nimi. Chwyciłem 

background image

tę, która była mi dana. W końcu kaŜdy męŜczyzna z rodziny Montgomerych, jak 

sięgnąć pamięcią, był prawnikiem. 

– AleŜ to wspaniale – skomentowała Kayla – mieć taką ciągłość i tradycję. To 

naprawdę godne podziwu. 

– Masz rację – uśmiechnął się Ben. – Ja z pewnością nie chciałem być tym, który 

złamie tradycję. Ale z tego powodu spędziłem niemal całe Ŝycie w New Sussex. 

– Nie ma nikogo, kto przejąłby pałeczkę? – spytała Kayla. – śadnych braci ani 

sióstr?

– Jestem jedynakiem – odparł. – Przejąłem firmę walkowerem... – urwał w 

połowie zdania. 

– Czego byś chciał?

– Cokolwiek by to było – rzucił ze śmiechem – ty pewnie chciałabyś, Ŝebym tyle 

nie mówił. – Zaczął grzebać w kominku i Kayla domyśliła się, Ŝe nie pozna skrytych 

Ŝ

yczeń Bena Montgomery’ego. W kaŜdym razie nie teraz. 

Obserwując go pochylonego nad ogniem, widząc kasztanowate błyski w 

ciemnych włosach i mięśnie pleców odznaczające się pod koszulą, zapragnęła 

pochylić się, dotknąć jego szerokich ramion i przegarnąć palcami gęstą czuprynę. 

Szybko zwalczyła tę pokusę i sięgnęła po kieliszek koniaku, aby zająć czymś 

ręce. Nie miała pojęcia, skąd wzięły się te zachcianki, ale trudno było im się oprzeć. I 

pomyśleć, Ŝe przed trzema godzinami miała ochotę go udusić. 

Ben wstał, oparł łokieć na gzymsie kominka i patrzył na nią. Miała nadzieję, Ŝe 

nie dostrzega wyrazu jej oczu. 

– Ty teŜ moŜesz czerpać z tradycji, Kaylo – powiedział. – Hartwellowie równieŜ 

mieszkali w New Sussex od wieków. 

– Ale mój ojciec wyjechał na stałe na zachód. 

– Gdzie spotkał twą matkę, osiedlił się i wychował troje prześlicznych 

jasnowłosych dzieci – dokończył, a potem spojrzał na nią. – Przynajmniej jedno z 

nich jest jasnowłose i bardzo piękne. 

Ben mógłby przysiąc, Ŝe Kayla zarumieniła się, ale szybko doszedł do wniosku, 

Ŝ

e mu się tylko wydawało. Mieszkanki Kalifornii, zwłaszcza tak urocze jak Kayla, na 

pewno są przyzwyczajone do komplementów. Pewnie nie mają zwyczaju się 

rumienić. Rzeczywiście pochodziła z Kalifornii, była jednak kobietą zupełnie 

niepodobną do tych, które spotykał dotąd. 

Była pełna werwy i z pewnością niezaleŜna. Ale miała teŜ w sobie jakąś kruchość, 

która przyciągała go niczym magnes. Kręciło mu się w głowie z poŜądania. Pragnął 

zanurzyć ręce w jej włosach, przejechać palcami po policzku, otoczyć rękami smukłą 

talię i poczuć bliskość giętkiego ciała. Chciał jej mówić rzeczy, których nie mówił 

nigdy i nikomu. Więź między nimi stawała się z minuty na minutę silniejsza; był 

pewny, iŜ ona odczuwa to samo. Czuł się przy niej jak na podniecającej przejaŜdŜce 

kolejką górską w wesołym miasteczku. 

background image

Oczywiście nic takiego nie zrobił ani nie powiedział. Po prostu zebrał się w sobie 

i zadał jej pytanie, które prześladowało go przez cały wieczór. 

– Powiedz mi, Kaylo, czy naprawdę masz czarny pas karate?

Odrzuciła głowę w tył i roześmiała się, zaskoczona pytaniem. 

– Szczerze mówiąc: nie. Nie mam czarnego pasa. Ale trenowałam karate i 

potrafię zatroszczyć się o siebie. 

– O tak, wierzę w to. Pewnie opanowałaś sztukę samoobrony choćby po to, aby 

odpierać ataki tych wszystkich męŜczyzn w twoim Ŝyciu. – Nie dbał o to, Ŝe podtekst 

tej uwagi jest aŜ nadto wyraźny. 

– W takim razie musiałam wykonać kawał roboty – odparła – bo w moim Ŝyciu 

nie ma nikogo. 

– CóŜ, moŜe teraz, w New Sussex, coś się zmieni. 

– Ben starał się nie pokazać po sobie, jaką ulgę sprawiły mu te słowa. 

– Och, oczekuję całej masy cudownych zmian – rzuciła. 

Ben uświadomił sobie, Ŝe ukrywa swoje uczucia, i zastanawiał się, czy Kayla robi 

to samo. Miał taką nadzieję, więc znów odezwał się niewinnie:

– Zawsze moŜesz liczyć na mnie. 

Kayla wciąŜ nie mogła wytłumaczyć sobie róŜnicy między Benem a innymi 

męŜczyznami, którzy w takiej chwili usiłowaliby zaciągnąć ją do łóŜka. 

– Będę o tym pamiętać – powiedziała po prostu – ale teraz chcę tylko wydostać 

się z twego wygodnego fotela i przytulnego domu. JuŜ późno i muszę wracać do 

siebie. 

Ben nie był w stanie wymyślić niczego, co mogłoby ją zatrzymać. Nigdy 

przedtem nie był w takiej sytuacji. Pragnął tej kobiety tak gorąco i tak rozpaczliwie – i 

nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. 

Z pozorną obojętnością zgodził się, Ŝe czas wracać. 

Gdy dojechali do domu Hartwellów, nastrój się zmienił. Budynek wyglądał 

posępnie na tle nocnego nieba i w Ŝadnym razie nie zachęcał do wejścia. 

– Wejdę i pomogę ci się urządzić – powiedział, ale w tej samej chwili nabrał 

pewności, Ŝe nie moŜe zostawić jej tu samej. 

Wnętrze domu było równie ponure. Kayla zdawała się tego nie zauwaŜać. 

– Spójrz, ogień jeszcze się tli – powiedziała niemal z entuzjazmem. – JeŜeli 

dołoŜymy kilka polan, powinno wystarczyć do rana. Gdybym tylko je miała – dodała. 

– Chyba coś jeszcze zostało – odparł Ben. – Zobaczę. 

Gdy powrócił z dwoma sporymi klocami, nie mógł uwierzyć w jej radość. 

– To juŜ koniec – oznajmił, kierując się w stronę kominka. 

– W zupełności wystarczy na noc, a jutro zamówię kolejną porcję – przerwała i 

popatrzyła na niego z zakłopotaniem. – Jeśli powiesz mi, do kogo zadzwonić. 

– Oczywiście, Ŝe powiem – odparł. Przesunął ekran i umieścił kłody na 

background image

przygasającym ogniu. – Ale szczerze mówiąc, myślę, Ŝe wszystko moŜe zaczekać do 

jutra. RównieŜ twoja obecność tutaj. Nie ma ogrzewania, mało wody... 

– Poradzę sobie – upierała się. – Mam bardzo ciepły i wygodny śpiwór. Chyba Ŝe 

– dodała, patrząc na niego Ŝartobliwie – w New Sussex grasuje szaleniec. 

– Tutaj największym przestępstwem jest parkowanie w niewłaściwym miejscu – 

roześmiał się Ben. Podtrzymywał Ŝartobliwy nastrój, ale wciąŜ martwił się o Kaylę. – 

Po prostu zostawienie cię tu nie wydaje mi się w porządku. 

– Doceniam twój kodeks dŜentelmena, ale nic mi się nie stanie – orzekła 

stanowczo. – A teraz pomogę ci przy tych kłodach. 

Wspólnie dołoŜyli do ognia i przestawili ekran. Wówczas nie pozostało mu nic 

innego, jak wyjść. Była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął na ziemi. 

Szukając pretekstu do pozostania choć przez chwilę, zaproponował:

– MoŜe powinniśmy obejrzeć resztę domu, piętro i sklep?

– Nie sądzę, aby to było konieczne, Ben. Znaleźlibyśmy tam tylko kurz i 

pajęczynę – odparła i Ben znów poczuł się bezradny. 

– Jeśli jednak masz ochotę przyjść jutro ze szczotką i szmatą, moŜemy zrobić 

obchód. – Znów Ŝartowała, ale juŜ nieodwołalnie postanowiła spędzić pierwszą noc 

tutaj i Ben wiedział, Ŝe nic na to nie poradzi. Kayla Hartwell była bardzo upartą 

kobietą. 

– Och, wrócę. MoŜesz być tego pewna. – SpowaŜniał i zatopił wzrok w jej 

oczach. 

Oczarowany Kaylą, był niezbyt świadomy tego, co działo się wokół. Gdzieś tam, 

w innym świecie, trzaskał ogień i rytmicznie uderzało jego serce. Te odgłosy nie 

rozpraszały go. Widział puls bijący na jej szyi i zapragnął ucałować to miejsce. Tak 

całkowicie owładnęła nim od pierwszej chwili, Ŝe dziwił się, jak kiedykolwiek mógł 

wątpić w miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwszego wejrzenia, do licha. Była w 

jego snach. Była jego przeznaczeniem. 

Nie mógł przestać na nią patrzeć, poŜerać jej oczami. Wreszcie, zaniepokojona, 

lekko rozchyliła usta i koniuszkiem języka oblizała spieczone wargi. Ten ruch 

podziałał na niego jak afrodyzjak. Instynktownie pochylił się ku niej, chcąc ją 

ucałować. 

Wtedy właśnie Kayla przerwała ciszę. 

– Jeszcze raz dziękuję za wszystko, Ben. Nie dziw się, jeśli wezmę cię za słowo i 

poproszę o pomoc w sprzątaniu domu. 

Mówiła szybko, zdławionym głosem. Był pewien, Ŝe ona równieŜ odczuwa to 

dziwne napięcie. Ale ręka, którą wyciągnęła w przyjaznym geście na poŜegnanie, nie 

drŜała. 

Ujął jej dłoń, a kiedy chciała ją oswobodzić, ścisnął ją, przyciągnął do ust i zaczął 

całować. Przepełniała go radość. 

Kayla miała zamknięte oczy. Był pewien, Ŝe jej równieŜ sprawia to przyjemność. 

background image

– Kaylo – zaczął, ale nie mógł znaleźć słów. Nic nie wydawało się odpowiednie, 

nic nie wydawało się właściwe prócz wzięcia jej w ramiona – i właśnie to zrobił. Z 

łatwością, która go zaskoczyła, objął Kaylę i pocałował. 

Miała miękkie i słodkie usta, tak jak tego oczekiwał. Wtuliła się w jego objęcia i 

ledwie mógł uwierzyć, jak doskonale do siebie pasują. 

Wyczuwał jej uda, brzuch, piersi i poŜądanie rosło, w miarę jak natęŜenie 

pocałunku zmieniało się. Przyciągnął ją jeszcze bliŜej, aŜ przylgnęli do siebie. 

Czuł, Ŝe odpowiada na jego pocałunki, ciasno splata ramiona wokół jego szyi, tuli 

się do niego. Wsunął język w jej usta i usłyszał, jak szybko złapała oddech. Po chwili 

napięcia oddała pocałunek. 

Krew Bena pulsowała w Ŝyłach, a serce waliło jak młotem. Trzymał ją jednak 

mocno i nie przestawał całować. 

To ona pierwsza się oderwała. Ale Ben nie pozwolił jej się wyśliznąć ze swoich 

ramion, a po chwili przemówił:

– Mam wraŜenie, Ŝe czekałem na ciebie całe Ŝycie. Wyszłaś z moich snów. 

Gdy wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę z ich prawdziwości. Była kobietą z 

jego snów, ale nie wiedziała o tym i pewnie uwaŜała je za banał. 

Kayla nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Musiała jednak przyznać, Ŝe 

ich wspólny wieczór prowadził właśnie do takiego końca. Podświadomie pragnęła 

tego tak samo jak Ben, a teraz całkowicie poddała się magii pocałunków. 

Była podniecona, trochę przestraszona i nie panowała nad sobą. Jej serce wciąŜ 

tłukło się w piersiach jak oszalałe. Całował ją głęboko i namiętnie słodkimi, ciepłymi 

wargami i tulił w mocnych ramionach. Wiedziała, Ŝe gdyby ją puścił, nie utrzymałaby 

się na nogach. Oszołomił ją, a to nieczęsto się jej przytrafiało. Na ogół było 

odwrotnie. A teraz po jednym pocałunku Bena Montgomery’ego czuła się jak 

ogłuszona. 

Była teŜ zła na siebie i na niego. Okazał się taki sam jak inni. Nawet to, co 

powiedział o wyjściu z jego snu, brzmiało jak oklepany frazes, a co gorsza, 

zachwyciła się tym. Czekała, mając nadzieję na przeprosiny, na coś, co pozwoliłoby 

zapomnieć o pocałunkach i udowodniło jej, Ŝe jest inny niŜ wszyscy. 

Nic takiego nie nastąpiło. Wprost przeciwnie, kolejne słowa Bena napełniły ją 

jeszcze większym sceptycyzmem. 

– Kayla – powiedział. – Nie chcę, Ŝebyś zostawała tu sama. Wróć do mnie. 

Usłyszawszy to Kayla zesztywniała i odsunęła się od niego. 

– Wiesz, Ŝe tego właśnie chcemy oboje – dodał. W głębi duszy Kayla uwaŜała, Ŝe 

Ben ma rację, ale nie mogła tego głośno przyznać. Nie mogła teŜ wyznać, co myśli. 

Ten wieczór, który tak wiele dla niej znaczył, zakończył się rozczarowaniem wraz z 

pocałunkiem, którego chciała i nie chciała zarazem. Wszystko było zbyt zagmatwane i 

nie była w stanie o tym myśleć. W kaŜdym razie nie dziś. 

– Nie – odparła. – Chcę, jak juŜ mówiłam, spędzić noc w moim własnym domu. 

background image

Nie nalegaj, Ben. Pozostaw sprawy ich własnemu biegowi. 

– Nie, Kaylo – zaprotestował. – Nie mogę. Nie teraz, kiedy wiem, co naprawdę 

czujesz. 

– Wydaje ci się, Ŝe wiesz, co jest dla mnie najlepsze – powiedziała oschle. 

Wyczerpanie jeszcze bardziej pogłębiało jej zamęt uczuciowy. 

– Zamierzasz ukryć swoje uczucia tylko po to, by postawić na swoim? – raczej 

stwierdził, niŜ zapytał. Kayla wyczuła zniecierpliwienie w głosie Bena i zorientowała 

się, Ŝe on nie zamierza się łatwo wycofać. 

– Niczego nie ukrywam – odparła ze złością. – Ale tu właśnie zamierzam Ŝyć i 

pracować... jeśli mi wolno przypomnieć. – Uniosła wyzywająco podbródek. 

– JuŜ to zrobiłaś – rzucił oschle, sięgając po marynarkę – i masz rację. Nigdy nie 

spotkałem bardziej nieznośnej kobiety – wymamrotał pod nosem. 

Widząc gniewną, a zarazem rozczarowaną twarz Bena, Kayla ze zdziwieniem i 

przestrachem uświadomiła sobie, Ŝe ten świeŜo poznany męŜczyzna bardzo ją 

pociąga. Nie była w stanie opanować swoich reakcji. Jednego była pewna. Nie wróci 

do jego domu. Zostanie w domu ciotki – nie, w swoim, i zostanie sama. 

– Będziemy w kontakcie – powiedział Ben wychodząc i dodał niepotrzebnie: – 

Nie zapomnij zamknąć drzwi, Kaylo. 

Kayla zrobiła wściekłą minę. 

– Nie zapomnę – rzuciła. Patrzyła, jak odchodzi, i zastanawiała się, czy uwaŜa ją 

za ostatnią ofiarę. 

– Do licha, do licha, do licha – mruczała Kayla. – Nie mogę w to uwierzyć. Od 

szesnastego roku Ŝycia miała do czynienia z męŜczyznami i nigdy nie dopuszczała do 

tego, aby sytuacja wymknęła jej się spod kontroli. Dlaczego przy Benie była taka 

porywcza i zła? Wiedziała dlaczego. Miała wraŜenie, Ŝe po niewiarygodnie trudnym 

starcie idą po omacku ku prawdziwej przyjaźni. Była pewna, Ŝe on jest inny niŜ 

natarczywi męŜczyźni z Kalifornii. Rozczarowana, zezłościła się na siebie za tak 

szybkie poddanie się i za tak dziecinne zachowanie później. 

Pragnęła go i broniła się przed nim. śar jego namiętności przyciągał ją i zarazem 

odpychał. Gdy byli razem, natychmiast pomiędzy nimi pojawiało się napięcie, i to 

bardzo określone. Atmosfera wokół nich iskrzyła się. Nie mogła tego zrozumieć. Nie 

pojmowała siły, która zdawała się nimi kierować. I nie była teraz w stanie zastanawiać 

się nad tym. 

Wyczerpanie juŜ ją niemal pokonało. Stłumiła ziewnięcie i wyciągnęła z torby 

flanelową koszulę nocną. Potem poszperała w poszukiwaniu szczoteczki do zębów i 

powlokła się do łazienki na parterze. 

W powrotnej drodze do kuchni zerknęła z ukosa na drzwi do salonu, skąd 

wcześniej o mało nie uciekła ze strachu. Co za dzień, pomyślała, spotkanie Bena 

Montgomery’ego i widma – obu w ciągu zaledwie kilku godzin. 

background image

Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy przeprowadzka do New Sussex nie jest 

pomyłką. Ale szybko odrzuciła tę myśl. Nie miała ochoty rozpamiętywać 

popełnionych błędów. Wybieganie w przyszłość było bardziej w jej stylu. 

A nie moŜna było zaprzeczyć, Ŝe częścią tej przyszłości w New Sussex będzie 

Ben. O nim teŜ nie chciała myśleć. Ani o stanowczości, z jaką próbował pokierować 

jej Ŝyciem, ani o ich ostatnich, pełnych zawziętości słowach. 

Ale trudno było zapomnieć o innym Benie, jego opiekuńczości, sile, ramionach, 

cieple warg... 

Kayla odsunęła zamek błyskawiczny śpiwora i wśliznęła się do środka z głową 

zaprzątniętą myślami o Benie Montgomerym. 

Ben przyjechał do domu wściekły. Wpadł z impetem do salonu i zatrzasnął za 

sobą drzwi. Co takiego było w tej kobiecie, Ŝe tak na niego działała?

Mógł na palcach jednej ręki policzyć, ile razy stracił zimną krew w ciągu 

ostatnich dziesięciu lat, z tego dwa razy przydarzyło mu się to podczas jednego dnia z 

Kaylą Hartwell. Ale, u licha, przecieŜ tego nie chciał. 

Chciał tylko jej pomóc i okazać, Ŝe się nią interesuje. Był nią zafascynowany, gdy 

tylko jednak próbował jej to powiedzieć, zaczęli się kłócić. Jak na męŜczyznę, który 

szczycił się powściągliwością, wyjątkowo szybko przestał nad sobą panować. Ale 

przecieŜ wszystko, co zdarzyło się, odkąd wiatr przywiał Kaylę do biura, było dziwne, 

niezwykłe. 

Mimo gniewnych słów przy poŜegnaniu nie przestawał myśleć o Kayli. Jak 

wspaniale było trzymać ją w uścisku, całować i czuć jej ciało przy swoim. 

To był dzień, zamyślił się Ben, juŜ w łóŜku. Nigdy przedtem nie spotkał kobiety 

takiej jak Kayla. Nie był zaskoczony, gdy tej nocy pojawiła się ponownie w jego śnie. 

Tym razem sceneria zmieniła się. Był mglisty poranek późnego lata, a on 

spacerował ulicami New Sussex, ale w innych czasach. Nie zastanawiał się nad tym, 

ś

wiadom jedynie gorąca i cięŜkiego staromodnego ubrania. 

Ujrzał ją w oddali, gdy schodził ku strumieniowi. Jej jasne falujące włosy 

spływały na ramiona i błyszczały w porannym słońcu. 

Nie chcąc jej niepokoić, odwrócił się i spiesznie podąŜył w przeciwną stronę. Ale 

gdy odszedł na pewną odległość, spojrzał na nią ponownie. Stała na brzegu strumienia 

w rozpiętej sukni i pochylona polewała chłodną wodą twarz, szyję i ramiona. 

Ten widok pobudził jego zmysły. Zawładnęło nim pragnienie, które nie znało 

granic. Pocił się pod grubym ubraniem. Wstrzymywał oddech, gdy przesuwała 

powolnym ruchem wzdłuŜ ramion. Gdy uniosła rękę, suknia zsunęła się i ujrzał jej 

pierś, doskonale zaokrągloną, białą i gładką, o ciemnoróŜowej sutce, lekko 

zmarszczonej w porannym powietrzu. 

Ben zacisnął szczęki. DrŜał. Gdyby tylko mógł jej dotknąć. Gdyby tylko mógł 

poczuć miękkość jej skóry pod swoimi dłońmi, słodycz jej piersi przy swoich ustach. 

background image

Jego poŜądanie pulsowało niczym nie hamowane. Musiał ją mieć. NiewaŜne jak. 

Zawołał zduszonym, ochrypłym głosem. Zaskoczona odwróciła się i zobaczył ją 

całą, złote włosy, alabastrową skórę, doskonale gładkie i gibkie ciało. Suknia opadła 

zapomniana w płytką wodę na brzegu strumienia. Skierował się ku niej ponownie. 

Zobaczyła go i jej twarz przybrała nagle wyraz pogardy. Spojrzenie paliło go. 

Zawołał znów, próbując ją uspokoić. 

Wtedy obudził się, zlany potem. Nie śnił tak erotycznego snu od czasów szkoły 

ś

redniej, a z pewnością nigdy nie trapił go sen tak pogmatwany. 

LeŜał na mokrych prześcieradłach, analizując sen. Kobietą była oczywiście Kayla. 

W tym, Ŝe o niej śnił, nie było niczego dziwnego. PrzecieŜ budziła w nim poŜądanie. 

Tajemniczość tkwiła w szczególnych okolicznościach, tak odmiennych od tych z 

poprzednich snów. Nie mógł wytłumaczyć sobie scenerii z innej epoki, powodów, dla 

których Kayla kąpała się w strumieniu, ani swego dziwnego stroju. 

To intrygujące, w jaki sposób sny wiąŜą w całość wydarzenia minionego dnia, 

przeszłość, teraźniejszość i wszelkie doznania, pomyślał. Były dziwne, ale równieŜ 

cudowne – gdy pojawiała się w nich Kayla. 

Nadejdą inne noce z Kaylą, nie tylko w snach. Ale musi zdobyć jej zaufanie. 

Kiedyś nastanie dzień, w którym ona go nie odepchnie. A wtedy ze snu zstąpi w jego 

ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ 3

Słońce wkradło się przez okiennice i obudziło Kaylę. Wygrzebała się ze śpiwora, 

dołoŜyła kolejne polano do ognia i znów wśliznęła się w ciepłe legowisko. Zamierzała 

wstać, gdy w pokoju zrobi się cieplej, ale znowu zmorzył ją sen. 

Delikatne pukanie do drzwi obudziło ją ponownie. Nasłuchiwała przez chwilę. 

Podejrzewała, Ŝe to Ben. 

Wreszcie wstała, naciągnęła płaszcz od deszczu, który miał posłuŜyć za szlafrok, i 

powlokła się do drzwi. 

– Ben... – zawołała z wahaniem, uchylając je. W końcu był jedyną znaną jej osobą 

w mieście. KtóŜ inny mógłby to być?

– Nie Ben, ale w kaŜdym razie Montgomery. Czy wpuścisz mnie do środka?

Kayla ujrzała kobietę wyŜszą od niej o dobre dziesięć centymetrów. Ciemne oczy 

błyszczały w czerstwej, pomarszczonej twarzy, okolonej krótkimi, kręconymi siwymi 

włosami. 

– Och... przepraszam – wyjąkała. 

– AleŜ nie, moja droga. To ja powinnam przeprosić za wdzieranie się do ciebie o 

tej godzinie. Jestem Lilith, ciotka Bena. Mogę wejść?

– Tak, proszę. – Kayla, przejęta, cofnęła się, a kobieta wkroczyła do kuchni z 

duŜym koszykiem, który umieściła bez ceremonii na stole. 

Zdejmując Ŝakiet, uśmiechnęła się szeroko do Kayli i zaczęła rozpakowywać 

koszyk. 

– Pomyślałam, Ŝe będziesz miała ochotę na śniadanie. Przypuszczam, Ŝe nie 

zrobiłaś zakupów. 

– Dobrze pani przypuszcza – odparła Kayla. – To pewnie Ben napomknął, Ŝe 

niczego tu nie mam. 

Lilith Montgomery spojrzała na Kaylę szczerymi, ciemnymi oczami. 

– Nie, nie zrobił tego, ale musiał dziś rano pojechać do Salem po zeznanie i 

spytał, czy mogłabym wpaść. Zgodziłam się z prawdziwą przyjemnością – dodała. – 

Kawy?

– Bardzo chętnie. śebym tylko znalazła filiŜanki. 

– Kayla zajrzała do kilku szafek i wreszcie wyszukała dwie filiŜanki. Umieściła je 

na stole obok termosu, wciąŜ nieśmiała w obecności obcej kobiety. 

Lilith nalała kawę. 

– A co powiesz na domową bułeczkę z jagodami, posmarowaną masłem i jeszcze 

ciepłą?

– Och, panno Montgomery, pani jest cudowna! – wybuchnęła Kayla ze szczerym 

zachwytem. 

– Mów do mnie Lii. Wszyscy tak mnie nazywają. 

– Lilith usiadła przy stole obok Kayli, jeszcze raz spojrzała na nią badawczo i 

background image

stwierdziła: – CóŜ, Ben powiedział mi, Ŝe jesteś ładna, i miał rację. 

– Zdaje się, Ŝe powiedział równieŜ parę innych rzeczy – odparła Kayla z 

przekąsem. 

– Tylko to, Ŝe przyda ci się pomoc. 

– Domyślam się, Ŝe to widać. 

– Nie. Mój bratanek jest po prostu trochę nadgorliwy. To rodzinne. Nawiasem 

mówiąc, prosił o przekazanie ci, Ŝe zadzwonił do słuŜb telefonicznych i 

ciepłowniczych. – W ciemnych oczach Lii pojawiły się iskierki humoru. – Czy jesteś 

zła?

– Nie – odparła Kayla. – Dlaczego pytasz?

– Ben stwierdził, Ŝe pewnie będziesz. 

– MoŜe bym była, gdybym znajdowała się w innym połoŜeniu, ale teraz jestem 

wdzięczna za to rządzenie się. To znaczy troskliwość – poprawiła się i roześmiała 

razem z Lii. 

– Nie jestem w stanie wyrazić, jak się cieszę, Ŝe w tym domu mieszka znowu ktoś 

z Hartwellów – powiedziała Lii. – Mam nadzieję, Ŝe uda nam się zatrzymać ciebie w 

New Sussex. 

– Na pewno, jeśli tylko powiedzie mi się ze sklepem – odparła Kayla z powagą. – 

Czy jestem szalona, uwaŜając, Ŝe to moŜliwe?

– W tego typu interesach przydaje się trochę szaleństwa – powiedziała Lii z 

uśmiechem. 

– Czy to znaczy tak, czy nie?

– Dlaczego nie odpowiesz sobie sama? – spytała Lii. – Czy widziałaś juŜ 

„Otwierające się Drzwi”?

– Wieczorem nawet nie próbowałam, ale teraz jestem gotowa. 

– Ubierz się więc. Będę twoją przewodniczką. 

Po paru minutach Kayla podąŜyła za Lii przez sień w kierunku frontu domu. 

– Elinor wykorzystywała na sklep salon od frontu. 

– Salon? Wieczorem byłam w pokoju po drugiej stronie kuchni, który sprawiał 

wraŜenie salonu. 

– Bo nim jest – potwierdziła Lii. – Salon na tyłach stanowi część starego domu. 

Elinor uwielbiała go, ale przyjmowała tam tylko rodzinę i przyjaciół. – Otworzyła 

drzwi i odsunęła się na bok. – Oto sklep. 

Kayla stała w progu niezdolna przemówić słowa. DuŜy pokój był zapchany 

bieliźniarkami, kredensami, stołami, biurkami i krzesłami. Stały tam teŜ biblioteczki 

ze starymi ksiąŜkami, serwantki wypełnione szkłem i porcelaną, a takŜe lichtarze, 

lampy, laski z miedzianymi rączkami i lustra w miedzianych ramach. 

– Jestem przytłoczona – powiedziała wreszcie. 

– Elinor nigdy nie była dobrą organizatorką – zauwaŜyła Lii. 

– Hm – mruknęła pod nosem Kayla, przeciskając się między meblami i 

background image

zastanawiając się, jak klienci – jeśli jacyś w ogóle byli – mogli się tu poruszać. 

Zatrzymała się obok pary krzeseł i potarła jedno z nich rękawem Ŝakietu. – Te są 

niezłe. Krzesła w stylu Windsor w dobrym stanie. 

– A więc znasz się na antykach?

– Trochę zajmowałam się dekorowaniem, nic powaŜnego, niestety – przyznała 

Kayla. Gdy uwaŜniej przyjrzała się zawartości pokoju, jej podniecenie stopniowo 

przeszło w rozczarowanie. Wiele mebli było uszkodzonych albo niedbale 

wykonanych, nie moŜna ich było uznać za antyki. Wszystko to sprawiało wraŜenie, 

jakby ciotka Elinor wykupiła pchli targ. 

Kayla była bliska rozpaczy. 

– MoŜe Ben miał rację – przyznała na głos. – MoŜe powinnam wszystko sprzedać 

i wracać do domu. 

– Nie wyglądasz na kogoś, kto ucieka. 

Kayla nie odpowiedziała. Lii nie mogła wiedzieć, Ŝe często w Ŝyciu uciekała. Ale 

tym razem będzie inaczej. 

– MoŜe – powiedziała z namysłem – powinnam zorganizować wyprzedaŜ. To 

byłoby jakieś rozwiązanie. Po prostu wystawić te śmieci przed dom, sprzedać co 

moŜna, wyrzucić resztę i rozpocząć wszystko od nowa. 

– Niezły pomysł – zgodziła się Lii. – Pomogę ci to posegregować i wystawić na 

sprzedaŜ. Teraz, gdy juŜ nie uczę, mam trochę wolnego czasu. 

– Angielski? – starała się zgadnąć Kayla. 

– Biologia. Moja specjalność to botanika. – Ujęła Kaylę pod rękę i poprowadziła 

w kierunku schodów. – Chodź i zobacz resztę domu. Tam widać prawdziwy gust 

Elinor. 

Niezapomniane wraŜenie wywarła na Kayli sypialnia, usytuowana na wprost 

schodów. 

Gdy tylko weszła do środka, doznała dziwnego uczucia. Pokój okazał się 

wspaniały, ale przypominał raczej muzeum niŜ sypialnię. 

– Jest zachwycający – przyznała. – Ale nie sądzę, Ŝebym się w nim dobrze czuła. 

To wciąŜ pokój Elinor. 

– No cóŜ, poszukajmy więc sypialni dla ciebie. MoŜna wybierać w trzech 

pozostałych. 

Starając się ukryć niepokój, Kayla odwróciła się do wyjścia i właśnie wówczas 

zobaczyła olejny obraz wiszący w pobliŜu drzwi. Był to portret kobiety, pociemniały 

ze starości, ale wciąŜ przykuwający uwagę. ZbliŜyła się, nie odrywając od niego 

wzroku. 

Kobieta miała na sobie siedemnastowieczny odświętny strój, a z jej twarzy, złotej 

skóry, błękitnych oczu i blond włosów, utrwalonych na płótnie, emanował niezwykły 

urok. 

Kayla cofnęła się o krok, a potem podeszła znów, oniemiała. Kobieta na portrecie 

background image

wyglądała dokładnie jak ona. 

– Ja... – nie mogła znaleźć słów. 

– Wiem, o czym myślisz – powiedziała Lii, lecz Kayla nie była tego pewna. Ilu 

ludzi kiedykolwiek spojrzało w przeszłość i zobaczyło siebie?

– Elinor mówiła mi, Ŝe jesteś szalenie podobna do kobiety z portretu. Ona 

nazywała się Katherine. Jest twoją antenatką. Prawda, Ŝe dziedziczenie jest czymś 

fascynującym? – Dla Lii podobieństwo było sprawą genów, chromosomów i DNA. 

Dla Kayli oznaczało to coś całkiem innego. Nie mogła oderwać oczu od obrazu. 

– Czy wiesz coś o Katherine? – spytała. 

– Znam tylko jej imię. 

Kayla dotknęła lekko płótna koniuszkami palców. 

– Ten obraz ma co najmniej trzysta lat. – Ustaliła to na podstawie ubrania kobiety, 

pochodzącego z czasów procesów w Salem. 

Oczy Katherine patrzyły na nią bez wyrazu, ale nie było to martwe spojrzenie. 

Kayla zadrŜała. To niepokojące uczucie ujrzeć własną twarz na portrecie 

pochodzącym sprzed wieków. Wreszcie doszła do siebie i uśmiechnęła się promiennie

do Lii. 

– Kończmy ten obchód – powiedziała, pewna, Ŝe ten portret przyciągnie ją 

jeszcze nieraz. 

Lii wyszła przed południem, obiecawszy, Ŝe wkrótce ją odwiedzi. Udzieliła Kayli 

rad dotyczących miejscowych sklepów. 

– Po prostu powiedz, Ŝe jesteś bratanicą Elinor, a będziesz lepiej obsłuŜona. 

Pamiętaj, teraz jesteś stąd. Bądź nieustępliwa. 

Kayla zastosowała się tylko częściowo do rad Lii. Przedstawiła się właścicielowi 

sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, rzeźnikowi, właścicielowi sklepu 

spoŜywczego i aptekarzowi. Ten osobisty kontakt był dla niej czymś nowym i z 

pewnością nie zamierzała być „nieustępliwa”. Przeciwnie, słuchała, kiwała głową i 

starała się nie sprawiać wraŜenia obcej. 

Po powrocie z zakupów Kayla odgrzała zupę z puszki na szybki lunch. Nie miała 

czasu do stracenia. To był wielki dzień. Lata odkładania spraw na później były poza 

nią. Nadeszła pora na ustatkowanie się. 

Chciała zacząć od kuchni, następnie sprzątnąć sypialnię, którą sobie wybrała, a 

potem łazienkę. Gdy tylko pokoje będą się nadawały do zamieszkania, zacznie się 

martwić o sklep z antykami, który – jak miała nadzieję – pozwoli jej zarabiać na 

Ŝ

ycie. Ale wszystko w swoim czasie, powiedziała sobie i sięgnęła po szczotkę. 

Szybko uporała się z kurzem i sadzą w kuchni. Potem wrzuciła barwne dywaniki 

do pralki automatycznej – zadowolona, Ŝe ciotka miała przynajmniej to nowoczesne 

urządzenie – wyczyściła stół i szafki, napełniła pojemnik na drewno i wypolerowała 

sprzęt kominkowy. Wreszcie stanęła, aby podziwiać swoje dzieło. 

background image

Ś

wiatło słoneczne przedostawało się przez lśniące okno i odbijało w błyszczącym 

blacie dębowego stołu sprawiając, Ŝe cała kuchnia wyglądała schludnie. Kayla 

uśmiechnęła się, ale bez chwili zwłoki udała się na górę. 

Na sypialnię wybrała największy pokój w starej części domu. Po obu stronach 

znajdowały się okna, które wychodziły na zapuszczony tylny dziedziniec i walący się 

garaŜ. Kayla nie zraziła się tym widokiem. GaraŜ mógł uchodzić za malowniczy, a 

podwórze wyglądać będzie lepiej, gdy zakwitną pierwsze wiosenne kwiaty. 

WyłoŜyła świeŜą pościel na duŜe łóŜko z baldachimem, zdjęła zasłony i dorzuciła 

je do prania, a potem wypolerowała komodę, biurko i szafę, nie zauwaŜając nawet, 

jak cienie zaczęły się wydłuŜać i nie myśląc o bólu w plecach. 

Wyczyściła wyłoŜoną biało-czarnymi kaflami łazienkę i właśnie miała zabrać się 

do starej wanny na nóŜkach, gdy usłyszała syk kotła do centralnego ogrzewania. Dziś 

wreszcie będzie ciepło i będzie spała w prawdziwym łóŜku, w prawdziwej pościeli. 

Ale przedtem weźmie gorącą kąpiel. Na razie dość pracy. 

Wkrótce wanna lśniła i spływała do niej przejrzysta gorąca woda. Z błyskiem w 

oku Kayla wlała do niej pół butelki ulubionego płynu do kąpieli. Czas na 

przyjemność. Ściągnęła brudne ubranie i zanurzyła się w spienionej wodzie, 

zamierzając zostać tu na zawsze. 

I zrobiłaby to, gdyby woda nie zaczęła stygnąć, co zmusiło ją do wytarcia się, 

otulenia w bawełniany szlafrok i przejścia z pozycji horyzontalnej w wannie do 

podobnej w łóŜku. Polezę sobie tylko przez chwilę, pomyślała, aŜ znów nabiorę sił. 

Zamknęła oczy. 

Ben późno wrócił z Salem. Zamierzał jechać prosto do domu i stamtąd zadzwonić 

do Kayli, ale bezwiednie skręcił w ulicę Mulberry. Gdy dojechał do rogu, zobaczył 

ś

wiatła w kuchni i w jednym z górnych pokojów domu Hartwellów. Kayla 

najwidoczniej jeszcze nie spała, więc postanowił wstąpić. Muszą wreszcie zawrzeć 

pokój, a im wcześniej, tym lepiej. 

Myślał o niej cały dzień – i całą noc. Tajemniczą kobietą we śnie była z 

pewnością Kayla, choć sceneria wydawała się niecodzienna. 

Jedno wszakŜe było oczywiste: to, co czuł poprzedniego wieczora, trzymając 

Kaylę w ramionach, ciepłą i uległą, jeszcze przed tym nieszczęsnym 

nieporozumieniem. Zdecydował w końcu, Ŝe wina leŜała po jego stronie, choć z Kaylą 

nie było łatwo dojść do ładu. Był gotów przeprosić, pewien, Ŝe potrzebują tylko 

trochę czasu, aby się lepiej poznać. Miał nadzieję, Ŝe Kayla myśli tak samo. 

Zajechał na podjazd i zaparkował obok jej jaskrawoczerwonego fiata. Obszedł go, 

zauwaŜył, Ŝe przednie prawe koło siada, i zanotował w myśli, aby jej o tym 

powiedzieć. Uśmiechnął się szeroko do siebie, zastanawiając się, czy to teŜ zostanie 

potraktowane jako przejaw nadopiekuńczości. 

Nie doczekał się odpowiedzi na pukanie, ale był pewien, Ŝe Kayla jest w domu. 

background image

Przekonując sam siebie, Ŝe jako sąsiad ma obowiązek sprawdzić, co się dzieje, 

nacisnął klamkę i wszedł do kuchni. Oczywiście zignorowała jego radę, aby zamykać 

drzwi na klucz. To typowe dla tej upartej i niezaleŜnej dziewczyny. Zawołał ją. 

Odpowiedziała mu cisza. Znów zawołał i jego głos odbił się echem. 

Przypomniawszy sobie o świetle na piętrze, wszedł do sieni i wspiął się na schody, nie 

tyle zaniepokojony, co trochę zaskoczony. 

Gdy dotarł do półpiętra, domyślił się wszystkiego. Po drodze widział przecieŜ 

lśniącą kuchnię, wypolerowany stół, wyczyszczony i napełniony polanami miedziany 

pojemnik na drewno. Spędziła cały dzień na sprzątaniu, a teraz pewnie poszła na górę 

odpocząć, moŜe nawet usnęła. 

Wiedząc, Ŝe powinien zawrócić i wyjść, albo przynajmniej zawołać i obudzić ją, 

Ben nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Światło z drzwi sypialni przedostawało się 

do sieni. ZbliŜył się. cicho. 

Kayla spała na łóŜku zwinięta na boku, zjedna ręką pod poduszką. Końce palców 

drugiej ręki lekko dotykały ust, jakby została zaskoczona w trakcie przesyłania 

pocałunku. Piękne jasne włosy rozsypały się na poduszce. Kilka kosmyków opadło na 

czoło i muskało policzek. Wyglądała tak niewinnie jak dziecko i tak kusząco jak 

bogini. 

Zaschło mu w gardle i czuł, jak serce mu zamiera. Szlafrok Kayli rozchylił się 

lekko, odkrywając skrawek opalonego ramienia i długą gładką szyję. Doświadczał 

czegoś więcej niŜ wraŜenia déjŕ vu. Była jego snem, który się zmaterializował. 

Tak jak we śnie, pragnął zbliŜyć się do niej. Chciał dotknąć miękkiego ramienia i 

wodzić po szyi i w dół do zagłębienia między piersiami. Chciał całować nie tylko jej 

usta, ale policzki, oczy i smukłą szyję. 

Stał w progu i patrzył na nią przez długą chwilę, snując erotyczne marzenia. Co 

by się stało, gdyby podszedł i obudził ją? Czy otworzyłaby ramiona i pociągnęła go za 

sobą na łóŜko? Czy teŜ popatrzyłaby na niego tak jak we śnie, z pogardą w 

szaroniebieskich oczach?

Nagle, jakby słysząc jego myśli, Kayla drgnęła i otworzyła oczy. Potem zamknęła 

je znowu, nie wierząc temu, co zobaczyła. Zamrugała jeszcze raz i popatrzyła wprost 

na niego, nie ruszając się. 

– Ben – odezwała się wreszcie. 

Ben poczuł się jak mały chłopczyk z ręką w słoju z ciastkami. 

– Wołałem – powiedział – ale chyba nie słyszałaś. Kayla przekręciła się i usiadła, 

machinalnie naciągając szlafrok na ramię. 

– Nie, nie słyszałam. Musiałam spać jak zabita. Która godzina?

Ben spojrzał na zegarek. 

– Dochodzi siódma. 

– Wielkie nieba, chciałam poleŜeć i odpocząć przez parę minut, a spałam ponad 

godzinę – roześmiała się i przeciągnęła. 

background image

Przy tym ruchu napięła szlafrok na piersiach, ukazując ich zarys. Ben odczuł to 

jak prowokację. Usiłował skierować wzrok gdzie indziej i próbował coś powiedzieć, 

aby usprawiedliwić swoją obecność tutaj. 

– Przepraszam za najście – wykrztusił wreszcie. – Ale myślałem, Ŝe moŜe 

potrzebujesz pomocy... 

– Zganił się w myśli za głupotę wymówki. 

Przesunęła się na skraj łóŜka i zwiesiła stopy nad podłogą. 

– Przynajmniej raz nie potrzebuję pomocy, ale dzięki za propozycję. – Jej 

uśmiech rozświetlił pokój. 

– Podoba ci się? – spytała nagle. 

– Co? – wyjąkał zaskoczony. 

– Mój pokój. 

– Jest... sympatyczny. – Potem roześmiał się. – To znaczy uwaŜam, Ŝe to 

wspaniały pokój. 

– Myślę, Ŝe będę tu szczęśliwa. – Znów się uśmiechnęła i Ben odpowiedział 

uśmiechem. Była tak serdeczna, Ŝe poczuł się bardziej pewnie, prawie swojsko w tym 

intymnym otoczeniu. 

Kayla nie zdziwiła się, widząc Bena w drzwiach sypialni. Gdy zdała sobie z tego 

sprawę, nie mogła pojąć, co wpłynęło, Ŝe nie czuła zaskoczenia. To, Ŝe Ben się 

pojawił, wydawało się po prostu naturalne. I miłe. 

Pomyślała, Ŝe dobrze wygląda w granatowym garniturze z kamizelką, koszuli i 

wyczyszczonych do połysku czarnych butach, prawdziwy prawnik. Potem 

przypomniała sobie ich rozstanie poprzedniej nocy i spróbowała przybrać mniej 

przyjazną postawę. 

– Myślę, Ŝe jestem na ciebie zła – powiedziała z namysłem. 

– Ale nie bardzo – odparł Ben z nadzieją w głosie. 

– Nie – przyznała – nie bardzo. Tak naprawdę doceniam wszystko, co zrobiłeś. 

Zwłaszcza przysłanie ciotki Lii. PoŜytecznie spędziłyśmy czas. 

– Miałem wraŜenie, Ŝe znajdziecie wspólny język. Pasujecie do siebie. 

– Bardzo mi pomogła – powiedziała Kayla. – Zdaje się, Ŝe rodzina 

Montgomerych traktuje mnie jak Ŝywą maskotkę. 

Kayla nie wiedziała, jak rozumieć uśmiech Bena. Przypomniała sobie poprzedni 

wieczór i zaniepokoiła się, Ŝe jednak rozumie ten uśmiech. Zanim zareagowała, 

pośpieszył z wyjaśnieniem, które przekonało ją, Ŝe nie miała racji. 

– Przepraszam za wczorajszy wieczór. Byłem zbyt natarczywy. To nie jest w 

moim stylu. 

– Nie podejrzewałam cię o to, Ŝe jest. Ja teŜ zachowałam się irracjonalnie, co 

równieŜ jest niepodobne do mnie. 

– MoŜe powinniśmy to złoŜyć na karb tego, co się dzieje, gdy jesteśmy razem. 

– Przynajmniej nie jesteśmy nudni i konwencjonalni. Ben roześmiał się. 

background image

– Czy myślisz, Ŝe kiedykolwiek będziemy? – Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, dodał:

– Razem... to znaczy... 

jeśli będziemy się widywać... jako przyjaciele... rozumiem przez to... 

Kiedy stało się oczywiste, Ŝe Ben nic więcej nie powie, odparła:

– Chciałabym, Ŝebyśmy zostali przyjaciółmi, ale niczym więcej. Najpierw muszę 

uporządkować swoje Ŝycie. 

– Ja teŜ tak to odczuwam – powiedział Ben i kiwnął głową ze zrozumieniem. – 

Nie miałem czasu angaŜować się na serio. Nawet gdybym, ty pewnie... ostatniej 

nocy... 

Tym razem przerwy były bardziej prowokacyjne. Kayla czuła, jak jej ciało 

sztywnieje, i bezwiednie otuliła się szlafrokiem. Ben zauwaŜył to i urwał w środku 

zdania. 

Zrozumiał, Ŝe to nieodpowiedni czas i miejsce, tutaj, w jej sypialni, gdy była 

całkiem bezbronna. Ben nigdy w Ŝyciu nie postąpił nieszlachetnie i tym bardziej nie 

chciał zaczynać teraz, u progu przyjaźni z Kaylą. Pamiętał swój sen i wyraz pogardy 

we wzroku kobiety. Nie chciał ujrzeć go w oczach Kayli. 

– Ostatnia noc to ostatnia noc – powiedziała Kayla wstając – a dzisiejszy dzień to 

dzisiejszy dzień, a raczej wieczór – poprawiła się, patrząc przez okno w mrok. – 

Chyba powinnam się ubrać i przygotować dla nas kolację, nie sądzisz? Jestem ci to 

winna. 

– To brzmi wspaniale, ale wiem, gdzie czeka na nas gotowe spaghetti. 

– Słyszałam, Ŝe nie ma tu restauracji... 

– Nie ma, ale to wieczór spaghetti u Fiore’ów. Chętnie ugoszczą dodatkową 

dwójkę. 

– Ben, nie moŜemy... 

– Oczywiście, Ŝe moŜemy. Andy i Terrie chcą cię poznać. Im wcześniej, tym 

lepiej. Chodźmy. 

– Czy pozwolisz mi się chociaŜ ubrać? – spytała Kayla ze śmiechem. 

– W porządku. Poczekam na dole. Pięć minut?

– Dziesięć – zaŜądała, popychając go delikatnie w kierunku drzwi. 

Gdy ubrała się i wyszczotkowała włosy, uśmiechnęła się do siebie. Właśnie takiej 

przyjaźni potrzebowała. Na początku obawiała się, Ŝe Ben wszystko zniszczy, zbyt 

wcześnie domagając się czegoś więcej. Ale teraz wycofał się i Kayla z jakiegoś 

powodu ufała mu. 

Nagle zorientowała się, Ŝe przez jej głowę przebiegają inne myśli. To dlatego, Ŝe 

Ben jest tak bardzo atrakcyjny. Gdy obudziła się i ujrzała go stojącego w drzwiach, 

opanowało ją trudne do zwalczenia pragnienie, by wyciągnąć ramiona i zaprosić go 

do łóŜka. Zamiast ubierać się, mogła teraz być w jego ramionach. 

Na szczęście, pomyślała, odkładając szczotkę, oparła się pokusie – i będzie tak 

robiła. Ma i tak zbyt wiele na głowie. Zna Bena od dwudziestu czterech godzin i nie 

background image

zdąŜyła się zastanowić nad swymi uczuciami. 

Potrząsnęła głową i popatrzyła na włosy spływające w naturalnych falach na 

ramiona. Dobrze jest jak jest, bez wikłania się w związek, który odebrałby jej energię 

i skazał na uczuciową huśtawkę. Nie potrzebowała tego. Miała dość komplikacji i 

kłopotów. 

OdłoŜyła szczotkę, wzięła torebkę i wyłączyła światło. Czuła się wspaniale i była 

bardzo opanowana. Gdyby jeszcze mogła zignorować te erotyczne marzenia Bena, 

które wciskały się do jej tak pod innymi względami rozwaŜnego umysłu. 

background image

ROZDZIAŁ 4

Kayla wróciła od Fiore’ów zdumiona, Ŝe tak szybko zyskała nowych przyjaciół. 

Andy i Ben nie mogli bardziej róŜnić się miedzy sobą. Ben był wysoki i dobrze 

zbudowany, natomiast Andy był szczupły i zwinny, z kręconymi czarnymi włosami i 

młodzieńczą, niemal dziecinną twarzą. I bez przerwy Ŝartował. 

W pewnej chwili spytał Kaylę:

– Teraz, gdy nas poznałaś, powiedz, o której odlatuje twój samolot do Kalifornii?

– MoŜesz mi wierzyć albo nie, ale chyba pozwolę mu odlecieć beze mnie – 

roześmiała się Kayla. – Od dziś to moje miasto. 

– To pewnie z powodu mojego sosu do spaghetti?

– Raczej ze względu na twoją Ŝonę i dzieci – odparła. Synowie gospodarzy, 

pięcio- i siedmioletni, szybko przypadli jej do serca. 

– Dobrze ich wychowałem. 

– Andy – zaprotestowała Terrie – oni jeszcze nie są „wychowani”. Zwróciła się 

do Kayli: – Myślę, Ŝe teraz powinniśmy napić się kawy i usłyszeć, jakie masz plany 

co do sklepu. 

Kayla westchnęła. 

– MoŜe pomogę przygotować kawę – powiedziała wymijająco. 

– Och, nie – zaprotestował Andy. – Tym zajmie się Ben. Tylko to zdołał 

opanować w pełni. 

Ben, juŜ wcześniej pokonany w rozgrywce słownej, skierował się milcząco do 

kuchni i tylko jego wzniesiony ku niebu wzrok świadczył o tym, Ŝe usłyszał. 

– Mów, Kaylo – nalegała Terrie. 

– Myślę, Ŝe aby otworzyć sklep, trzeba dokonać dwóch rzeczy. Obie są niemal 

niewykonalne. 

– To na pewno przytłaczające – pokiwała głową Terrie. 

– Delikatnie mówiąc. Przede wszystkim muszę zrobić spis towarów. Potem chcę 

sprzedać przedmioty, które nie odpowiadają profilowi sklepu – jeśli ktokolwiek je 

kupi. 

– Kupią na wyprzedaŜy – zapewniła Terrie – jeŜeli ceny będą wystarczająco 

niskie. Oczywiście nie zyskasz duŜo pieniędzy... 

– Ale przynajmniej zyskam trochę miejsca. 

– Miło będzie zobaczyć sklep znów otwarty. Elinor była bardzo Ŝyczliwa, choć 

nigdy nie zrobiła olśniewających interesów. Pamiętam komplet filiŜanek, które 

kupiłam dla matki. Elinor wiedziała o nich wszystko włącznie z nazwiskiem 

pierwszego właściciela. Dzięki temu prezent nabrał bardziej osobistego charakteru. 

– To mogłoby być interesujące – odezwał się nieoczekiwanie Ben. – Gdybyś 

znała historię kaŜdego przedmiotu, mogłabyś spisywać ją na dołączonej karcie, 

nadając ten osobisty charakter, o czym mówiła Terrie. 

background image

– Gdybym tylko znała te historie! – zawołała Kayla. 

– MoŜe poznasz – rzucił Ben. Trzy pary oczu skierowały się pytająco ku niemu. – 

Elinor prawdopodobnie prowadziła notatki dotyczące zakupów. 

– Teraz, kiedy mamy nową koncepcję, moŜe warto zmienić nazwę sklepu – 

zastanawiała się Kayla. – Zawsze intrygowało mnie wyraŜenie „Otwierające się 

Drzwi”, ale nie mam pojęcia, co się za nim kryje. To brzmi tak niesamowicie. 

– Ale jest rzeczywiście intrygujące – zgodził się Andy. 

– I gdzieś nawet moŜesz znaleźć wytłumaczenie tej nazwy. 

– Jeśli je znajdziesz, zatrzymaj dla siebie – odezwała się Terrie. – Niech to 

pozostanie tajemnicą. 

– Dobrze – powiedziała Kayla. – Jest jednak inna tajemnica, którą chcę poznać. 

Chodzi o portret. – Zobaczywszy zdziwione spojrzenia wyjaśniła: – To olejny portret 

kobiety z połowy siedemnastego wieku. Ona wygląda dokładnie jak ja. 

– To niesamowite – powiedział Andy. – Co o niej wiesz?

– Tylko to, Ŝe miała na imię Katherine. 

– CóŜ, jej przeszłość nie pozostanie długo tajemnicą. W kaŜdym razie nie tutaj. 

– To prawda – wtrąciła się Terrie. – W Salem jest doskonała biblioteka. 

– Tutejsi mieszkańcy są niesłychanie zainteresowani swoją przeszłością – 

zaŜartował Andy. – Zwłaszcza ci, których przodkowie przybyli tu kilkaset lat temu, w 

epoce purytańskiej, jak w przypadku Bena. 

Ben zareagował ripostą, która wznowiła słowny pojedynek. Ciągnął się on aŜ do 

późnego wieczora i obejmował kilka wybranych historyjek o Benie, z którymi on sam 

nie zamierzał Kayli zapoznawać. 

– Wszystko po to, Ŝeby mnie wprawić w zakłopotanie – narzekał Ben podczas 

powrotu do domu. – Mam nadzieję, Ŝe nie wierzysz w te wszystkie opowieści. 

– Wprost przeciwnie – odparła. – Ale nie jestem zaskoczona. Od samego 

początku podejrzewałam, Ŝe masz drugą naturę. 

– AleŜ, Kaylo – zaprotestował Ben – to są historie z dzieciństwa. 

– Raz szalony, zawsze pozostanie szalony – pamiętasz, jak zostałeś złapany na 

nurkowaniu nago... 

Ben potrząsnął głową, skręcając na podjazd Kayli. 

– Co miałaś na myśli mówiąc „od samego początku”?

– Po prostu. Natychmiast rozpoznałam opiekuńczego Bena, chętnie udzielającego 

porad prawnych. 

– NiezaleŜnie od tego, czy o nie prosiłaś – uzupełnił. 

– Właśnie. Zobaczyłam teŜ serdecznego i chętnego do pomocy Bena, który potrafi 

być dobrym przyjacielem. Jeszcze nie widziałam innego, szalonego Bena, ale 

domyślałam się jego istnienia. – I, zakłopotana swą bezpośredniością, dodała: – Na 

ogół nie analizuję ludzi w ten sposób. 

Ben nie miał hic przeciwko temu – tak naprawdę zgodziłby się na wszystko, co 

background image

zatrzymałoby ją w samochodzie. Chciał, Ŝeby wieczór trwał. 

– Podoba mi się to. Opowiedz mi coś jeszcze. 

– Nie wiem nic więcej. Na razie – odparła. Potraktował to jako zachętę. Aby 

dowiedzieć się czegoś o nim, będzie musiała spędzać z nim duŜo czasu. To 

zabrzmiało wspaniale, ale wiedział, Ŝe musi być ostroŜny. Mieli za sobą długi 

wieczór. Czuł, Ŝe Kayla chce go zakończyć. Nie był jednak w stanie jej zostawić. 

– Robi się późno... – zaczęła. 

– Wiem – odparł, nie ruszając się z miejsca. Zareagował dopiero, gdy Kayla 

wzięła za klamkę. 

Szybko wysiadł, obszedł samochód i pomógł jej wysiąść. Nie miał zamiaru 

Ŝ

egnać się na odległość. 

Gdy szukała klucza, stał oczekująco, zmuszając się do cierpliwości. Światło 

padające z werandy utworzyło aureolę wokół jej głowy. To wystarczyło, by poczuć 

gwałtowną chęć złamania milczącej obietnicy i wzięcia jej w ramiona. Wtedy klucz 

obrócił się w zamku i Kayla otworzyła drzwi. Ben stłumił westchnienie ulgi. 

Przetrzyma! kolejny niebezpieczny moment. 

Kayla, nieświadoma, co z nim się dzieje, powiedziała pogodnie:

– To był uroczy wieczór, Ben. Było mi miło poznać twoich przyjaciół. 

– Cieszę się. Teraz to równieŜ twoi przyjaciele. – Przez chwilę oboje zastanawiali 

się, co powiedzieć. Potem, dokładnie w tym samym momencie, Kayla wyciągnęła 

rękę, a Ben pochylił się, aby pocałować ją w policzek. Zderzyli się głowami. 

– Przepraszam... 

– Przepraszam... Pochwycił jej dłoń. 

– Dobranoc, Kaylo. 

– Dobranoc, Ben. 

Gdy skierowała się do sieni, zawołał na nią. 

– Kaylo... 

– Tak? – W jej głosie wyczuł oczekiwanie. 

– ZauwaŜyłem dziś po południu, Ŝe twoje przednie koło siada. Powinnaś to 

sprawdzić. – Nie mogąc odczytać wyrazu jej twarzy, Ben zastanawiał się, czy nie 

zepsuł wszystkiego tą nieproszoną radą. Wtedy usłyszał jej śmiech. 

– Dzięki – powiedziała. – Jutro zajrzę na stację obsługi. – WciąŜ uśmiechnięta 

odwróciła się do drzwi. 

– Nie zapomnij zamknąć drzwi na klucz – zawołał i w duchu zwymyślał się od 

idiotów. Kolejna rada. 

Kayla, świeŜa po dobrze przespanej nocy, była gotowa zabrać się energicznie do 

„Otwierających się Drzwi”. Ale przede wszystkim poszperała w biurku Elinor w 

kuchni, gdzie miała nadzieję odszukać wykaz zakupów. Nie znalazła nic poza stertą 

starych rachunków i kwitów. Z westchnieniem wstała z krzesła. Wtedy właśnie 

zauwaŜyła pod biurkiem dwie zakurzone ksiąŜki. Jedną z nich był rejestr. 

background image

– Dzięki Bogu! – zawołała po chwili. Elinor spisywała w nim wszystkie nabytki, 

daty i miejsca zakupów, nazwiska poprzednich właścicieli i ciekawostki związane z 

kaŜdym przedmiotem. 

Teraz czekało ją trudne zadanie – dopasowanie numerów w rejestrze do rzeczy w 

sklepie, zlokalizowanie ich i podjęcie decyzji, które powinny zostać, a które trzeba 

usunąć. 

Kayla spędziła większą część przedpołudnia, odnajdując niektóre ze spisanych 

przedmiotów, począwszy od duŜej brzydkiej szafy, która, jak podejrzewała, była w 

sklepie od dnia otwarcia. Udało jej się teŜ zidentyfikować komplet pucharków z 

ciętego szkła wraz z karafką i krzesła w stylu Windsor, które zauwaŜyła poprzedniego 

dnia. 

JuŜ wyobraŜała sobie kartę, którą dołączy do kaŜdej pozycji, wypisaną, czarnym 

atramentem na solidnym kremowym papierze. 

TuŜ przed dwunastą odkryła rzeźbiony kufer, stół w stylu Chippendale i starą 

latarnię sztormową. Zidentyfikowała w ten sposób tuzin przedmiotów, które mogły 

stanowić zaląŜek jej sklepu. NaleŜało je tylko doprowadzić do stanu uŜywalności. 

Ale jeszcze nie teraz. Na razie dość, postanowiła. Czas na lunch. OdłoŜyła rejestr 

i otworzyła dyŜurną puszkę zupy. Gdy zupa się grzała, powodowana ciekawością, 

wzięła drugą ksiąŜkę. Historia rodziny Hartwellów. MoŜe dowie się czegoś o 

Katherine, kobiecie z portretu. 

Zupa juŜ bulgotała, gdy Kayla odnalazła zdjęcie portretu. Najpierw spojrzała na 

daty – urodzona w 1666, zmarła w 1692. Miała dwadzieścia sześć lat, gdy zmarła. Po 

plecach Kayli przebiegł dreszcz. Była dokładnie w jej wieku. 

Chciwie przeczytała kilka krótkich zdań, w których zawarło się Ŝycie Katherine. 

Córka Edwarda i Sarah Hartwell. 

Zaręczona z Johnem Marstonem. OskarŜona o czary. 

Powieszona w dwudziestym szóstym roku Ŝycia. 

Powieszona jako czarownica! Kayla utkwiła wzrok w tekście, a dreszcz przenikał 

teraz całe jej ciało. To wszystko było tak nieprawdopodobne. 

Gryzący zapach napełnił kuchnię i Kayla zobaczyła kipiącą zupę. Wyłączyła 

palnik, sięgnęła po łapkę do garnków i wylała wszystko do zlewu. Oto cena za 

zagłębianie się w dzieje Hartwellów. 

Jednak ksiąŜka wciąŜ ją przyciągała. Przechodząc obok stołu, Kayla przystanęła i 

spojrzała na zdjęcie. Powinna być ubawiona podobieństwem. Ale nie była. Powinna 

pomyśleć, jak wykorzystać portret do reklamy sklepu. Ale nie mogła. Nie czuła się ani 

rozbawiona, ani zaciekawiona. W jej głowie panował zamęt. 

Natrętny dzwonek telefonu wyrwał ją z zadumy. 

background image

– Czy rozmawiam z nową właścicielką „Otwierających się Drzwi”? – spytał 

kobiecy głos. 

– Tak – odparła, dodając dla wyjaśnienia: – Jestem bratanicą Elinor Hartwell. 

– Miło mi. Właśnie prowadzę wyprzedaŜ w pewnej posiadłości. Zawsze 

zawiadamiałam „Otwierające się Drzwi”, więc... 

– Cieszę się, Ŝe pomyślała pani o tym teraz. Proszę mi powiedzieć, gdzie to jest. 

Zaraz tam będę. 

Opuściła dom z ulgą. MoŜe naleŜało pójść na górę i spojrzeć na portret, 

spróbować zebrać myśli i poszukać odpowiedzi na wiele pytań, ale nie miała siły. 

Chciała tylko poddać się przemoŜnemu impulsowi odizolowania się od domu, który 

wydawał się tak pełen przeszłości. 

Słońce świeciło, a chmury płynęły wysoko po niebie. Kayla wdychała świeŜe 

powietrze i czuła się uwolniona od niepokojących opowieści, które odnalazła na 

kartach zakurzonej ksiąŜki. 

Zatrzymała się na przedmieściach New Sussex, gdzie nabrała paliwa i sprawdziła 

koła, a potem pojechała do Lower Bostick. 

Dom był wyjątkowo szkaradny. Na zewnątrz parkował długi szereg samochodów. 

Kayla miała nadzieję, Ŝe nie spóźniła się. Mimo nie zachęcającej fasady budynku 

podejrzewała, Ŝe wewnątrz kryją się skarby. I nie pomyliła się. 

ChociaŜ wiedziała, Ŝe to lekkomyślne, opuściła dom z pudełkiem na biŜuterię, 

parą lichtarzy i starym fotelem na biegunach sprzed wojny secesyjnej. Była z siebie 

zadowolona. 

Cieszyła ją jazda do domu krętą szosą o czarnej nawierzchni, obsadzaną po obu 

stronach wysokimi wiązami, które właśnie zaczynały się zielenić. Przez długi czas 

miała drogę tylko dla siebie. Nagle pojawił się motocyklista, który z kaŜdym zakrętem 

przybliŜał się do niej. Kayla zwolniła, Ŝeby mógł ją wyprzedzić. Nie skorzystał z tego. 

Gdy przyspieszyła, zrobił to samo. Gdy zwolniła, on teŜ. 

Jechał na wielkim, czarno-srebrnym motocyklu, który wyglądał groźnie, nie 

bardziej jednak niŜ jego właściciel, ubrany w czarną skórzaną kurtkę i metaliczny 

kask z maską zasłaniającą twarz. 

Postanowiła nie dać się przestraszyć, była jednak zirytowana nie chcianym 

towarzystwem. Gdy pojawił się znak postoju dla cięŜarówek, gwałtownie skręciła na 

parking przed restauracją. 

Sądząc z liczby samochodów na parkingu, było to najwyraźniej popularne 

miejsce, co Kayli bardzo odpowiadało. Nagle poczuła dotkliwy głód. 

Najwidoczniej motocyklista był takŜe głodny – albo ją ścigał. Przejechał zakręt, 

zawrócił i wjechał za nią na parking. Kayla zastanowiła się. Mogła zrobić 

przedstawienie i nacisnąć klakson. Mogła uciekać. Mogła teŜ wyjść z samochodu, 

wejść do restauracji i coś zjeść. Było późne popołudnie, a ona nie jadła lunchu. 

background image

Zdecydowała się na ostatni wariant. Przed wypełnioną ludźmi restauracją nie 

groziło jej Ŝadne niebezpieczeństwo. Poza tym chciała, Ŝeby tajemniczy męŜczyzna 

wiedział, Ŝe ona się go nie boi. 

Otworzyła drzwi samochodu i patrzyła kątem oka, jak się zbliŜa. WciąŜ miał na 

głowie kask, ale coś w jego sposobie poruszania się zastanowiło Kaylę. Gdy podszedł 

bliŜej, zdjął kask i chciał chwycić ją za rękę. 

Zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Odzianym w czarną skórę motocyklistą 

okazał się Ben Montgomery. 

– Nie mogę w to uwierzyć! – zawołała. Uśmiechnął się do niej szeroko. 

– To słabo zaludniony okręg. Ciągle spotykam znajomych. 

– Wiesz, Ŝe nie to mam na myśli – powiedziała Kayla, zerkając przez ramię na 

czarno-srebrny pojazd. 

– Ach, to – odparł. – CóŜ, musiałem odebrać dokumenty w Gloucester, więc 

wziąłem motocykl. Jest ładna pogoda i... 

– To teŜ nie o to chodzi – przerwała Kayla. – To, w co nie mogę uwierzyć, to Ben 

Montgomery na motocyklu. 

Tym razem Ben roześmiał się głośno. 

– Właśnie wczoraj odkryłaś, Ŝe bywam szalony. 

– Rzeczywiście – przyznała. – Widzę, Ŝe znam się na ludziach. 

– Więc znasz mnie na tyle dobrze, Ŝeby wybrać się ze mną na przejaŜdŜkę. 

– MoŜe później. – Kayla przyglądała się nieufnie motocyklowi. 

– Pozwól więc, Ŝe postawię ci kawę. 

– Myślałam o czymś konkretnym. Nie jadłam lunchu – ostrzegła. 

– Wchodzimy – zdecydował Ben. Otworzył drzwi i poszedł za nią w głąb sali 

restauracyjnej, w której znajdowała się szafa grająca i stół do bilardu. Kelnerka, która 

najwidoczniej znała Bena, nie ukrywała swego zainteresowania nim. 

Kayla nie dziwiła się. Ben wyglądał niesamowicie seksownie w dŜinsach 

opinających długie nogi i wąskie biodra. Obcisła czarna koszulka, którą nosił pod 

skórzaną kurtką, podkreślała muskuły klatki piersiowej i ramion. 

Czuł się tu jak u siebie. Rzucił kurtkę na wolne krzesło i Kayla patrzyła z ledwo 

skrywanym zafascynowaniem na mięśnie, które drgały na odsłoniętych rękach. Była w 

nim jakaś siła, coś niemal niebezpiecznego. Wydawał jej się jakiś inny. Nie 

spodziewała się jednak, Ŝe druga strona jego natury będzie tak przytłaczająca. 

Ale swobodna rozmowa przypomniała jej, Ŝe to ten sam Ben Montgomery, z 

którym jadła kolację wczoraj wieczór. 

– Co robisz w tych stronach? – spytał. – Dostarczasz coś klientowi? Widziałem 

fotel w twoim bagaŜniku. 

– Niezupełnie – odpowiedziała wymijająco. – Raczej kupuję. 

Ben uniósł jedną brew. 

– Czy nie powiedziałaś nam wczoraj, Ŝe „Otwierające się Drzwi” są wypełnione 

background image

do granic moŜliwości?

– I tak jest istotnie – westchnęła. – Ale nie mogłam się oprzeć. Te rzeczy tak 

pasują do twego pomysłu. 

– Mojego pomysłu? – zdziwił się Ben. 

– śeby nadać kaŜdemu przedmiotowi osobisty charakter. Odnalazłam rejestr 

Elinor i sądzę, Ŝe to moŜliwe. To nada mojej działalności nowy wyraz bez zrywania z 

tradycją. 

– ZaleŜy ci na tym, prawda?

– Tak – potwierdziła stanowczo. 

– Cieszę się więc, Ŝe pomogłem, choć niewiele. 

– Nie wygłosisz jednego ze swych słynnych wykładów z ekonomii, dlatego Ŝe 

kupiłam, zamiast sprzedać?

– CzyŜbym ci tego nie powiedział, Kaylo? Skończyłem z wykładami – odparł Ben 

z łagodnym uśmiechem. 

Nadeszła kelnerka ze smaŜoną rybą dla Kayli oraz ciastkiem i kawą dla niego. 

Kayla wyglądała na lekko zakłopotaną, pałaszując rybę. 

Ben roześmiał się. 

– Lubię dziewczęta o zdrowym apetycie. Zabrałbym cię takŜe na kolację, gdybym 

nie musiał dziś pracować nad tymi dokumentami. WyjeŜdŜam jutro na parę dni do 

Bostonu – dodał. 

– Nie jesteś za mnie odpowiedzialny – zapewniła go Kayla. – Mogę się sama o 

siebie zatroszczyć i idzie mi to bardzo dobrze. – Pomyślała o portrecie i 

zaskakujących informacjach o Katherine. – Dość dobrze – poprawiła. 

Ben zauwaŜył nutę niepewności w głosie Kayli i spojrzał pytająco. 

Aby uprzedzić pytania, zagadnęła go sama. 

– Czy znasz jakieś dobre księgarnie w Bostonie?

– Około tuzina. Chcesz, Ŝebym wybrał coś dla ciebie: ksiąŜki o marketingu, 

rozpoczynaniu biznesu, takie rzeczy?

– Niezupełnie. Myślałam raczej o czarownicach. 

– Czarownice? Nie mów mi tylko, Ŝe chcesz powiązać sklep z tym okropnym 

Muzeum Czarownic w Salem?

– Nie jest okropne – sprzeciwiła się Kayla – chociaŜ był to z pewnością tragiczny 

okres w historii. Wizyta w muzeum podobała mi się. 

Ben w milczeniu skończył ciastko i popił kawą. 

– Być moŜe się mylę, ale mam wraŜenie, Ŝe to właśnie Muzeum Czarownic było 

przyczyną twego spóźnienia na nasze pierwsze spotkanie. 

Kayla uniosła hardo podbródek. 

– Oraz Dom Siedmiu Szczytów. Uznałam oba miejsca za... intrygujące. 

– Tylko dla turystów. – Ben machnął lekcewaŜąco ręką. 

– Wtedy mogłam być turystką, ale juŜ nie jestem i chcę wiedzieć więcej o 

background image

procesach czarownic. 

– Czarownice, słudzy szatana, czarna magia – to wszystko śmieszne, Kaylo, 

obliczone na zysk. 

Kayla popatrzyła na niego z powagą. 

– Przyrzekłeś, zenie będziesz mnie pouczać – przypomniała mu. – I nie wszystko 

jest zmyślone – dodała. 

– Nie zaprzeczam, Ŝe w Massachusetts rozegrała się tragedia i zginęło wielu 

niewinnych ludzi, ale teraz to tylko fakt historyczny. 

Kayla wiedziała, Ŝe nie powinna się spierać, tylko miło się uśmiechnąć i zmienić 

temat. Ale on mówił tak niefrasobliwie o kobiecie noszącej nazwisko Hartwell, którą 

powieszono jako czarownicę. Nie mogła milczeć. 

– Historia ubarwia zarówno teraźniejszość, jak przyszłość, nie sądzisz?

Ben utkwił w niej uwaŜne spojrzenie. 

– W porządku, Kaylo, o co chodzi? KsiąŜki, czarownice, historia, to wszystko 

tworzy jakąś całość. 

ChociaŜ wiedziała, Ŝe Ben będzie sceptyczny, poczuła ulgę, mówiąc mu o swoim 

odkryciu. 

– Pamiętasz ten portret, który zobaczyłam w sypialni Elinor?

– Oczywiście, Ŝe pamiętam – skinął głową. 

– Dziś odnalazłam jego zdjęcie w ksiąŜce historycznej i dowiedziałam się czegoś 

o Katherine. – Kayla nie była w stanie zapanować nad głosem. – Ona zginęła, gdy 

była w moim wieku, Ben. Została powieszona jako czarownica. 

Ben nie ukrywał zaskoczenia. 

– Rozumiem, dlaczego interesujesz się tym rozdziałem dziejów rodziny, ale czy 

nie za bardzo się w to wgłębiasz?

Kayla najeŜyła się. 

– Nie wgłębiam się. Po prostu opowiadam ci, jak się czuję. Nawet przedtem, 

zanim dowiedziałam się o Katherine, miałam takie dziwne uczucie przy zwiedzaniu 

muzeum i Domu Siedmiu Szczytów. 

– To ich atmosfera, Kaylo – powiedział sucho. 

– Ale odniosłam to samo wraŜenie, gdy zobaczyłam portret – tłumaczyła. – To 

było jak dotknięcie zimnej ręki. Gdybym nie czuła się tak niepewnie, powiesiłabym 

go w sklepie. Ale nie zrobiłam tego. Zostawiłam go na miejscu i więcej tam nie 

poszłam. – Nie wspomniała nawet o starym salonie i nieprzyjemnym wraŜeniu, 

jakiego w nim doznała. Do tego pokoju równieŜ więcej nie weszła od wieczora, w 

którym przyjechała do New Sussex. 

Ben siedział nad wystygłą kawą, milcząc przez długi czas. Wreszcie zapytał z 

troską:

– Czy myślisz, Ŝe jesteś w jakiś sposób powiązana z Katherine?

Jako rasowy prawnik nie pozwolił jej odpowiedzieć. ZałoŜył, Ŝe potwierdza, i 

background image

zadał następne pytanie:

– Czy mówimy o energii paranaturalnej i psychicznej i temu podobnych 

bzdurach?

Kayla milczała, ciągnął więc delikatniej. 

– Czy trochę nie przesadzasz?

– Być moŜe – przyznała. – Ale czy ty nie zachowujesz się protekcjonalnie?

– Nie sądzę. 

– Posłuchaj mnie, Ben. Przyjechałam tu nic nie wiedząc o Katherine ani o New 

Sussex i niewiele o czarownicach. Potem poszłam do muzeum. Później zobaczyłam 

jej portret. Odczułam, Ŝe coś mnie z nią wiąŜe. Chcę o niej wiedzieć więcej. Chcę 

zrozumieć, dlaczego ten portret tak silnie na mnie działa. Nie uwaŜam, Ŝe to dziwne. 

– Nie mówiłem, Ŝe to dziwne – sprostował. 

– Czy nie chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o swym przodku, który 

wyglądał dokładnie tak samo jak ty? – spytała Kayla. 

Usłyszawszy to Ben zaczął się śmiać. 

– Wszyscy męŜczyźni z rodziny Montgomerych wyglądają tak samo, Kaylo. I tak 

wyglądali od wieków. ZdąŜyliśmy się do tego przyzwyczaić. – Ujrzawszy chmury, 

które zbierały się w jej błękitnych oczach, dodał: – Ta historia rodziny z Nowej Anglii 

jest dla ciebie czymś nowym i rozumiem, dlaczego się nią interesujesz. 

– Mimo Ŝe uwaŜasz to za głupie – uzupełniła. 

– Tego nie powiedziałem – odparł Ben. – Wygłaszałem tylko racjonalną opinię. 

– Która ma sens, jeśli wygłasza ją prawnik, a nie facet szalejący na czarnym 

motocyklu – rzuciła ze śmiechem. – Skoro ja nie kpię z twoich dziwactw, dlaczego ty 

nie miałbyś akceptować moich? Sięgnął przez stół i wziął ją za rękę. 

– Spróbuję być bardzo tolerancyjny – powiedział, ale widać było, Ŝe myśli o 

czymś innym. Dłoń Kayli była ciepła i miękka i samo trzymanie jej sprawiło, Ŝe czuł 

dreszcz przebiegający przez ciało. W tym nie dostrzegał niczego nienormalnego. Było 

to doprawdy bardzo zwyczajne i ludzkie. Jak dobrze byłoby zapomnieć o pracy, mieć 

wolny wieczór i objąć Kaylę ramionami. Posadziłby ją na motocykl i pojechał 

ciemnymi krętymi drogami do tajemniczych miejsc, których Ŝadne z nich nie 

widziało. Robiliby wspaniałe rzeczy nie znane im przedtem, przeŜywaliby magiczne 

chwile, których nawet sobie nie wyobraŜali. 

– Och, jesteś tu, prawda? – spytała Kayla. Ben otrząsnął się z zamyślenia. 

– Tak, będę tak tolerancyjny, Ŝe nawet przywiozę ci ksiąŜki, o które prosiłaś. Czy 

po tej łapówce jesteś gotowa na przejaŜdŜkę?

Spojrzała w okno. 

– Robi się ciemno i oboje mamy duŜo pracy. Ale wezmę to pod uwagę przy 

pierwszym słonecznym weekendzie. 

– Umowa stoi. – Kelnerka pojawiła się z rachunkiem i mniej przyjaznym 

spojrzeniem. Ben zorientował się, Ŝe wciąŜ trzyma Kaylę za rękę. Puścił ją niechętnie. 

background image

Na dworze stali przy jej samochodzie w zapadającym zmierzchu. Nad ich 

głowami zamrugała słabo pierwsza wieczorna gwiazda. Łagodny powiew zburzył 

włosy Kayli. Odgarnęła je z twarzy tak zachwycającym gestem, Ŝe Ben poczuł ból. 

– Dzięki, Ŝe zatroszczyłeś się o mój Ŝołądek – powiedziała. – Teraz na mnie 

kolej, będzie to domowy posiłek. 

– Nie mogę się doczekać. 

– MoŜesz się wycofać, gdy spróbujesz mojej kuchni – roześmiała się Kayla. 

– Nie boję się twojej kuchni – powiedział Ŝartobliwie. – Lubię Ŝyć 

niebezpiecznie, pamiętasz?

– Tak, i zaczynam w to wierzyć – odparła miękko i podniosła głowę, Ŝeby 

spojrzeć na niego. 

Nie mógł się powstrzymać. Gdy pochylał się do jej ust, usłyszał, jak lekko 

westchnęła. Ale nie odwróciła się, uniosła twarz ku niemu i ich usta się spotkały. 

Smakowała jak nektar. Otworzył usta i poczuł, jak jej wargi rozchylają się 

zapraszająco. śarliwie oddawała mu pocałunek. Zamknął ją w ramionach. Przylgnęła 

do niego właśnie tak, jak tego pragnął. 

Wyczuwał jej piersi, brzuch, uda, bliŜej, bliŜej, aŜ w głowie mu się kręciło od 

czarownego dotyku jej ciała. Jej ręce przesunęły się przez jego włosy, paznokcie 

drapały go w szyję, a język stykał się z jego językiem. To była odpowiedź, o której 

marzył, ale nigdy naprawdę jej się nie spodziewał. Przyciągnął Kaylę jeszcze bliŜej, 

pragnąc, by stopili się w jedno. Nigdy dotychczas nie czuł się tak z Ŝadną kobietą. 

Nigdy w Ŝyciu nie pragnął tak Ŝadnej kobiety. Pragnął do bólu, aby ta chwila trwała, 

ale w końcu oderwali się od siebie. 

Oparła czoło na jego ramieniu, a on przytulił ją delikatnie, słuchając, jak ich serca 

powracają do normalnego rytmu. 

– Myślę, Ŝe ty teŜ lubisz Ŝyć niebezpiecznie – szepnął. 

– Mogłabym to polubić – odpowiedziała zdławionym głosem. 

– MoŜe więc pójdziemy w jakieś spokojniejsze miejsce, na przykład do mnie?

Ramiona Bena wciąŜ ją otaczały, ciepłe i kojące. W głowie jej się kręciło na 

wspomnienie jego pocałunków. Tak łatwo byłoby powiedzieć: „tak” i dać się porwać 

do krainy śmiałych erotycznych marzeń. 

– Powiedz: tak, Kaylo. Od naszego pierwszego spotkania było nieuniknione, Ŝe 

zostaniemy kochankami. Wiem, czego chcę i, co waŜniejsze, wiem, czego ty chcesz. 

Kayla zesztywniała w jego ramionach. Gdy pochylił się, aby znów ją pocałować, 

jego wargi napotkały jej policzek. 

– Słucham? – spytała. 

Ben zdał sobie sprawę z błędu i próbował go naprawić. Na próŜno. 

– Oczywiście, mogę się mylić, Kaylo. 

– CóŜ, to moŜliwe – odparła. Ciepło, które tak niedawno czuła, nagle zmieniło się 

w przejmujący chłód. – Zadziwiasz mnie swoją wiedzą o tym, co jest dla mnie 

background image

najlepsze. Oczywiście, twoim zdaniem, to Ben Montgomery. Niestety, mylisz się. – 

Jej oczy błyszczały gniewem. 

Oczy Bena odpowiedziały ogniem. 

– Dlaczego zawsze tak pospiesznie i źle mnie osądzasz? To prawda, Ŝe cię 

pragnę. Ale ty teŜ mnie pragniesz. Twoje ciało nie umie kłamać, Kaylo. Jesteś po 

prostu zbyt uparta, by się do tego przyznać. Albo się boisz. 

– Nie boję się – odparowała. – Ale nie mogę się zdecydować. Nie chcę, Ŝebyś to 

robił za mnie. Choć raz pozwól mi myśleć i mówić za siebie. Wiem, czego chcę. 

– Czy naprawdę, Kaylo? – Dotknął delikatnie jej włosów i wówczas znów 

znalazła się przy nim. Jej usta miaŜdŜył brutalny pocałunek, jego wargi paliły jej 

wargi, a język poruszał się zmysłowo i z absolutną pewnością. 

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Kayla ledwo trzymała się na nogach. 

Przepełniała ją namiętność. 

Nigdy nie była bardziej świadoma swego stanu niŜ teraz, gdy kaŜdy nerw palił ją 

od Ŝaru, który wzbudził w niej Ben. 

Odsunęła się chwiejnie, przeraŜona wpływem, jaki Ben na nią wywiera. Nie 

wiedząc, co powiedzieć, spojrzała na niego, wciąŜ czując smak jego ust, i dotyk jego 

ciała przy swoim. 

– Pomyśl o tym, Kaylo – powiedział. W milczeniu patrzył na nią przez długą 

chwilę. Wreszcie ujął ją pod ramię i otworzył drzwi samochodu. – Porozmawiamy o 

tym znów, zapewniam cię. Teraz wsiadaj i zamknij drzwi. Nigdy nie wiadomo, jakie 

niebezpieczne typy moŜna spotkać na tych ciemnych drogach. – Pochylił się, ale nie 

dotknął jej. – A nawiasem mówiąc, to, Ŝe zostaniemy kochankami, jest nieuchronne. 

Uwierz mi. 

Kayla patrzyła, jak odchodzi, wsiada na motocykl, wkłada kask i odjeŜdŜa w 

mrok z rykiem silnika. Przez długi czas siedziała nieruchomo z drŜącymi wciąŜ 

rękami, myśląc o tym, co zaszło między nimi. Jego pocałunki poruszyły ją do głębi. 

Nigdy tak zachłannie nie odpowiadała na pocałunki. Ale teŜ nigdy nie była tak 

namiętnie całowana. Chciała, Ŝeby to się zdarzyło jeszcze raz i jeszcze. 

A więc dlaczego tak trudno było to przyznać? Ben miał rację – pragnęła go. Co 

powstrzymało ją od powiedzenia: tak?

Zawsze było tak samo: to, co wydawało się tak dobrze zaczynać, kończyło się 

klęską. CzyŜby specjalnie prowokowała to napięcie, Ŝeby trzymać go na dystans? Czy 

bała się, jak on twierdził?

Kayla musiała przyznać, Ŝe myśl o całkowitym oddaniu się komuś była 

przeraŜająca. A zdawała sobie sprawę, Ŝe z Benem nie będzie mowy o półśrodkach. 

JuŜ zajął waŜne miejsce w jej Ŝyciu. A potrafił być przytłaczający. Gdy byli 

razem, gniew i namiętność stapiały się niemal w jedno. Wiedziała, Ŝe ich zbliŜenie 

fizyczne byłoby tak bezgraniczne jak ich zaangaŜowanie, i zastanawiała się, ile z 

siebie moŜe dać Benowi. Odetchnęła głęboko, przeraŜona, a zarazem podniecona tym, 

background image

co moŜe przynieść przyszłość. 

W głębi duszy wiedziała, Ŝe on ma rację. Ich zbliŜenie jest nieuniknione. 

Nieuchronne, powiedział Ben. Brzmiało to dramatycznie, ale chyba zmierzali w tym 

kierunku. 

Powzięła decyzję. Następnym razem powie te słowa. Powiedziała je teraz, głośno:

– Pragnę cię, Benjaminie Montgomery. 

Raz wypowiedziane, nie wydawały się wcale trudne. Wiedziała, Ŝe obawy przed 

nieznanym zniknęły. Teraz nadszedł czas, aby otworzyć drzwi dla siebie i dla Bena. 

background image

ROZDZIAŁ 5

Ben odsunął stos ksiąŜek na biurku i nalał kolejną filiŜankę kawy. Nie chciało mu 

się spać. Nigdy nie był tak przytomny. Potrzebował kofeiny, by skoncentrować się na 

pracy. Podczas długich godzin spędzonych nad aktami myślał głównie o Kayli, a nie o 

tym, co go czeka w sądzie. 

Wspomnienie popołudniowego spotkania z Kaylą nie opuszczało go. Jak kaŜde 

spotkanie z nią, równieŜ i to było pełne niespodzianek, napięcia erotycznego. Miało 

posmak zmysłowej przygody. 

Ich pocałunki za kaŜdym razem pozostawiały wraŜenie niedosytu, potęgowały 

jego namiętność. 

Ale pamiętał nie tylko pocałunek – pamiętał równieŜ wyraz jej oczu, gdy 

rozmawiali o tajemniczym portrecie Katherine Hartwell. 

Oczywiście powinien być ostroŜniejszy i nie draŜnić jej. Niestety, gdy wszystko 

szło dobrze, nie mógł powstrzymać się od słów, które wywoływały jej gniew. 

Istniało teŜ coś innego. W kaŜdym z nich tkwiła jakaś siła, która sprawiała, Ŝe się 

ciągle kłócili. Cokolwiek to było, zastanawiało go i frustrowało, ale nigdy nie nudziło. 

Ben wypił łyk kawy, skrzywił się, czując jej gorzki smak i obiecał sobie solennie, 

Ŝ

e w obecności Kayli będzie trzymał język za zębami. Uśmiechnął się. Zdał sobie 

sprawę, Ŝe nie raz składał to ślubowanie, po to, aby je łamać przy kaŜdym spojrzeniu 

w jej twarz. Kusiła go, a zarazem rzucała wyzwanie. Wkrótce musi wydarzyć się coś, 

co rozwiąŜe tę patową sytuację. Byli skazani na siebie – tego był pewny. Teraz 

pozostawało mu przekonać o tym Kaylę. Zadzwoni z samego rana. Do tego czasu 

Kayla się uspokoi. Jej wybuchy były jak letnia burza, gwałtownie nadchodziły, 

rozświetlały niebo, ale kończyły się po najkrótszym z deszczy. 

Ben odchylił się w krześle, oparł nogi na biurku i nawet nie przyszło mu do głowy 

sięgnąć po dokumenty. Myślał o swych snach i zastanawiał się, co by się stało, gdyby 

opowiedział o nich Kayli. Byłaby z pewnością zaciekawiona i oczywiście miałaby 

gotową interpretację. 

Nie, nie wspomni Kayli o snach, dopóki ich nie zanalizuje. W marzeniu sennym 

po ich pierwszym spotkaniu znalazł odbicie pociąg seksualny, który do niej odczuwał. 

Jeśli chodzi o te wszystkie sny przed jej pojawieniem się, cóŜ, do tej pory nie znalazł 

logicznego wytłumaczenia i wciąŜ nie mógł sobie przypomnieć, gdzie widział zdjęcie 

Kayli. Ale przypomni to sobie. Teraz mógł myśleć tylko o przyjemniejszych 

sposobach wspólnego spędzania czasu. 

Z westchnieniem sięgnął po najbliŜszy tom. Właśnie udało mu się odrobinę 

skoncentrować, gdy do jego uszu dobiegł warkot samochodu, zatrzymującego się 

przed biurem. Gdy usłyszał, jak drzwi wejściowe otwierają się, serce zaczęło mu bić 

szybciej. Wiedział, Ŝe to nie moŜe być Kayla, miał jednak nadzieję, I Ŝe się myli. 

I Przez krótką, lecz zachwycającą chwilę oddał się erotycznym marzeniom. 

background image

Wreszcie okiełznał wyobraźnię, wstał, przeszedł do sekretariatu i otworzył drzwi. 

Stała tam ciotka Lilith. Rozczarowanie na jego twarzy musiało być widoczne. 

– Nie, mój drogi – zaczęła Lii – to nie Kayla, tylko twoja stara ciotka wpadająca z 

wizytą. 

Ben wziął się w garść, przeszedł przez pokój i złoŜył pocałunek na jej policzku. 

– Ogromnie się cieszę, Ŝe cię widzę, Lii, ale czy to trochę nie za późno na wizytę?

– Być moŜe, lecz grałam dziś w triktraka u Crowellów. Wracając do domu, 

zobaczyłam u ciebie światło i pomyślałam, Ŝe przyda ci się odrobina wytchnienia. Czy 

to powaŜna sprawa?

– Bardzo. Jutro w Bostonie jest rozprawa. 

Lii weszła z Benem do gabinetu i usiadła na wygodnym skórzanym fotelu obok 

biurka. 

– Musisz być bardzo pewny siebie – zauwaŜyła. 

– Jest bardzo późno, Lii, a ja jeszcze ślęczę nad aktami. Czy twoim zdaniem tak 

wygląda pewność siebie?

– CóŜ, myślałam, Ŝe skoro popołudnie spędziłeś na tym postoju cięŜarówek w 

pobliŜu Bostick... 

Ben milczał. Czekał, siedząc na krawędzi biurka. Lii uśmiechała się niewinnie, co 

oznaczało, Ŝe juŜ dłuŜej nie wytrzyma. 

– ... to musisz być przygotowany – dokończyła. 

Ben odpowiedział uśmiechem. 

– Słyszałam, Ŝe Kayla teŜ tam była. 

– Aha – przytaknął. – Wreszcie doszliśmy do sedna sprawy. Pytanie tylko, w jaki 

sposób wiadomości rozchodzą się tak szybko? Nie przypominam sobie, Ŝebym 

widział tam kogoś z twego towarzystwa do triktraka. 

– MoŜe przypomnisz sobie, Ŝe widziałeś szwagra Mary Crowell. 

– O tak. Grał w bilard. 

– On zawsze był taki nietaktowny – dodała dla porządku Lii. 

– Co zrobił? Zadzwonił do Mary czy odwiedził ją? – dociekał Ben. 

– CóŜ, wpadł do niej. Oczywiście w porze kolacji. Nie będę ukrywała, Ŝe widział, 

jak całujesz Kaylę. 

– Nie mogę powiedzieć, Ŝebym był zaskoczony. 

– Na samym środku parkingu! Do jutra to się rozniesie po całym mieście. 

– Wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi – oświadczył Ben. 

– Tak teŜ sądziłam – odparła Lii – ale nie byłam pewna. Zawsze byłeś bardzo 

ostroŜny. 

– Tym razem to co innego. Nigdy w stosunku do nikogo nie czułem tego, co czuję 

do Kayli. Chwilami doprowadza mnie do szału, ale jestem całkowicie pod jej 

urokiem. I wiesz, co jeszcze? Nie obchodzi mnie, jeśli twoi znajomi się o tym 

dowiedzą. 

background image

Lii odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się. 

– JuŜ wiedzą – powiedziała. – Do jutra będzie wiedziało całe New Sussex. Myślę, 

Ŝ

e to wspaniale. 

Ben nie zaryzykowałby takiego stwierdzenia. Ale teŜ nie zamierzał przejmować 

się opinią publiczną. To samo w sobie było juŜ wielką zmianą, bo dotychczas był 

bardzo na to czuły. 

– Ja teŜ lubię Kaylę – mówiła Lii. – Jutro pomogę jej uporządkować sklep na 

sobotnią wyprzedaŜ. 

– To chyba dobry plan. Razem będziecie nie do pobicia. 

– Tak myślę – zgodziła się Lii. Spojrzała na zegarek. – JuŜ prawie północ. – 

Wstała i pogładziła bratanka po policzku. – Powodzenia w Bostonie, Ben. Ty teŜ 

będziesz nie do pobicia. Zawsze byłeś – zawahała się przez chwilę, nim dodała: – w 

sądzie. 

Ben odczekał, aŜ znalazła się w holu, a potem zawołał za nią:

– Hej, co to znaczy?

Lii wychodząc rzuciła zdanie, z którego najwidoczniej była bardzo zadowolona. 

– To znaczy, Ŝe jako profesjonalista nie masz sobie równych, ale prywatnie chyba 

spotkałeś godnego siebie przeciwnika. Moim zdaniem, juŜ najwyŜszy czas. 

Ben stał w progu i patrzył, jak Lii odjeŜdŜa. Trafiła w sedno. Jego przeciwnikiem 

jest Kayla. Omal nie roześmiał się głośno. Był gotów poddać się. Nadszedł czas, aby 

zawrzeć pokój i przejść do następnego etapu znajomości. 

Dla Kayli popołudnie na postoju zaczęło się i skończyło niespodzianką. Ale 

rozstanie z Benem w gniewie skłoniło ją do pewnych przemyśleń. Nie chciała 

przestać go widywać. Musiała tylko zdobyć się na większą szczerość. Wszystko 

wskazywało na to, Ŝe koleje ich Ŝycia muszą się połączyć. Los i przypadek 

najwyraźniej popychały ich ku sobie. 

Udało jej się złapać Bena telefonicznie, zanim wyjechał do Bostonu. Ich rozmowa 

była lekka i przyjazna. Ben obiecał odezwać się natychmiast po powrocie. 

Postanowiwszy, Ŝe tym razem go nie odepchnie, Kayla przestała myśleć o Benie i 

skoncentrowała się na wyprzedaŜy, którą planowała na weekend. Razem z Lii usunęły 

zbędne przedmioty z „Otwierających się Drzwi”. Przy pomocy dwóch dawnych 

uczniów Lii wystawiły je na podwórko o szóstej rano w sobotni poranek. Tłum juŜ się 

zbierał. Pod koniec dnia na podwórzu nie było ani ludzi, ani mebli. 

– Nie mogę uwierzyć, Ŝe tego dokonałaś – powiedziała Lii, opadłszy na krzesło 

przy kuchennym stole. 

– Dokonałyśmy – poprawiła Kayla. Liczyła po raz drugi pieniądze i nawet nie 

próbowała ukryć zadowolenia. – To chyba najbardziej udana wyprzedaŜ podwórzowa 

w dziejach New Sussex, jak sądzisz?

– Oczywiście – zgodziła się Lii. – Wątpię, czy ci jankescy łowcy okazji 

background image

kiedykolwiek widzieli tyle rupieci w jednym miejscu. 

– Rupieci? – powtórzyła Kayla. 

– CóŜ, myślę, Ŝe to co jest dla jednego rupieciem, dla drugiego moŜe być 

skarbem. 

– Na nasze szczęście – powiedziała zupełnie wykończona Kayla. – Jak ty to 

robisz?

– Co robię? – odpowiedziała pytaniem starsza pani. 

– Funkcjonujesz – wyjaśniła Kayla. – Ja mogę mieć tylko nadzieję, Ŝe starczy mi 

sił, by wgramolić się do wanny. 

– A ja myślałam, Ŝe zajmiemy się polerowaniem mebli. śartowałam – dodała 

szybko Lii, zauwaŜywszy zaskoczone spojrzenie Kayli. – Sama mam ochotę na 

odpręŜającą kąpiel. A nie pracowałam ani w połowie tak cięŜko jak ty. Wy, młodzi, 

nigdy nie znajdujecie czasu na odpoczynek. Jutro jest niedziela. Wykorzystaj ją dla 

siebie. 

– Jeszcze zostało tyle do roboty... 

– Rzymu nie zbudowano w jeden dzień, Kaylo. Dokonałaś cudów, a teraz czas 

zwolnić tempo. Poza tym – dodała z szerokim uśmiechem – czy Ben nie wrócił dziś z 

Bostonu?

– Nie – odparła Kayla. – Miał czegoś poszukać wmieście. Będzie w domu 

wieczorem. – Poczuła, Ŝe się rumieni. 

– Ach, tak? – Lii nie miała dalszych uwag. Obrzuciła Kaylę przenikliwym 

spojrzeniem, uścisnęła ją i sięgnęła po Ŝakiet. – Przyszłość „Otwierających się Drzwi” 

jest na dobrej drodze. Przewiduję wielki sukces. 

– Wierzę, Ŝe masz rację – uśmiechnęła się Kayla. 

– Oczywiście, Ŝe mam. Członkowie rodziny Montgomerych zawsze mają rację. 

CzyŜby Ben ci tego nie powiedział? – rzuciła Lii ze śmiechem. 

Po zamknięciu za nią drzwi Kayla nalała sobie duŜy kieliszek wina i skierowała 

się do swego pokoju. JuŜ szła się kąpać, ale nagle zmieniła zdanie. Nie mogła iść 

spać, zanim jeszcze raz nie rzuci okiem na sklep. 

Przekonała się, Ŝe moŜna juŜ w miarę swobodnie poruszać się wśród pięknych 

mahoniowych, dębowych i orzechowych mebli, wprawdzie wymagających pokrycia 

woskiem, ale wyglądających wspaniale w łagodnym świetle lampy. 

– To juŜ lepiej – powiedziała głośno. – Teraz „Otwierające się Drzwi” mają szyk. 

– Chodziła po pokoju i dotykała kaŜdej sztuki, nie bacząc na kurz. To będzie teraz jej 

Ŝ

ycie, a jeśli Lii się nie myliła i sklep będzie miał powodzenie, przyszłość rysuje się 

zachęcająco. 

Nie tylko sklep był wypełniony antykami. Myślała o tym od kilku dni. W starym 

salonie i na strychu stało ich całe mnóstwo. Mogłaby przeznaczyć część na sprzedaŜ. 

W końcu musi przecieŜ z czegoś Ŝyć. 

Właśnie zamykała drzwi, gdy usłyszała telefon. Idąc do kuchni, miała wraŜenie, 

background image

Ŝ

e wie, kto dzwoni. 

Myliła się. 

– Pomyślałam, Ŝe jeszcze nie śpisz – oznajmiła Lii – więc postanowiłam 

przypomnieć ci, Ŝebyś schowała pieniądze. W biurku jest sejf. 

– Znalazłam go – odparła Kayla. – Ale dziękuję za przypomnienie. – 

Uśmiechnęła się do siebie. Ta rodzina uwielbia dawać instrukcje. 

– Dobrze – powiedziała Lii. – Więc moŜesz iść do łóŜka. Jeśli nie planowałaś 

późnej randki – dodała z nadzieją. 

– śadnych widoków. Poza tym Ben się nie odezwał – odparła Kayla, zauwaŜając, 

Ŝ

e zabrzmiało to nieco smutno. Byłoby cudownie móc powiedzieć mu dobranoc przez 

telefon. – Prawdę mówiąc, chciałam obejrzeć salon na tyłach domu i zobaczyć, co 

mogę przenieść do sklepu. 

– Nie jestem taką tradycjonalistką, Ŝeby krzywo patrzeć na wyprzedaŜ schedy 

rodzinnej, ale nie zaczynaj dziś, Kaylo. Idź do łóŜka, zanim padniesz. 

– Tylko jeden rzut oka na pokój. Obiecuję. – Kayla nie zamierzała dotrzymać 

obietnicy. Wiedziała, Ŝe samo zerknięcie nie zaspokoi jej ciekawości. 

Gdy szła przez sień, przejął ją dreszcz, choć ogrzewanie działało bez zarzutu. W 

pobliŜu starego salonu temperatura zdawała się spadać. Zapięła Ŝakiet, pchnęła drzwi 

i zapaliła światło. 

Odniosła wraŜenie, Ŝe przeniosła się w odległą przeszłość. Nie chodziło o 

umeblowanie. W tym pokoju z niskim sufitem, okopconymi belkami i wilgotnymi 

kamieniami kominka panowała inna atmosfera. I ten wyczuwalny chłód w powietrzu. 

Oczy Kayli instynktownie powędrowały do lustra, które tak ją przestraszyło 

pierwszej nocy. Znów ujrzała w nim swoje odbicie. Wyglądała na zmęczoną. Jej 

twarz była bez makijaŜu, włosy potargane. Podeszła bliŜej, najpierw ciekawa, a potem 

zahipnotyzowana swym własnym odbiciem. Wydała się sobie nierzeczywista, 

zupełnie inna. 

Lustro odbijało jej twarz i oczy, ale wyraz twarzy był inny. Poczuła, jak jej czoło 

przecięła zmarszczka, której nie zobaczyła w lustrze. Zaczęła dygotać. Chciała zetrzeć 

kurz ze szkła, lecz jej ręka zastygła w powietrzu. 

W lustrze odbijał się nie jej Ŝakiet, tylko bladozielony rękaw z szerokim białym 

mankietem. Opuściła rękę i z dziwnie beznamiętną ciekawością pochyliła się ku 

przodowi, patrząc uwaŜniej. 

Odbicie w lustrze pochodziło z siedemnastego wieku. Blond włosy były 

częściowo zakryte purytańskim, zawiązanym pod brodą czepkiem. Suknia z białym 

kołnierzykiem była zapięta wysoko pod szyją. 

Serce Kayli waliło w piersi i czuła, jak drŜą jej nogi. Ale nie poruszyła się. 

Próbowała zastanowić się nad tym, co widzi. 

– To ten obraz – powiedziała półgłosem. – WyobraŜam sobie obraz. – Zmęczony 

umysł płatał jej figle. Właśnie tak, nic innego. 

background image

Próbowała odejść, jednak oczy w lustrze nie pozwalały jej. Zmuszały ją do 

ponownego spojrzenia i uwierzenia w to, co widzi. To była jej twarz, jej rysy, lecz 

naleŜały do kobiety o niespokojnych, przeraŜonych oczach. Patrzyła w twarz 

Katherine Hartwell. 

Z cichym jękiem Kayla próbowała zasłonić dłonią oczy i zimny strach zmroził jej 

krew w Ŝyłach. Ręce w lustrze były miękkie i białe. Na jednym palcu dostrzegła 

pierścionek, który próbowała rozpoznać. Ale nie mogła z powodu drŜenia rąk, które 

nie były jej rękami. 

Z walącym sercem, miękkimi kolanami i urywanym oddechem Kayla wreszcie 

odwróciła się i wybiegła, zatrzasnąwszy za sobą drzwi salonu. Przebiegła przez 

kuchnię, złapała klucze i wypadła na zewnątrz. Potykając się w ciemności, skierowała 

się do samochodu. 

To było beznadziejne. Nie mogła nawet otworzyć samochodu, tak drŜały jej ręce. 

Rzuciwszy spojrzenie za siebie na dom, uciekła w noc. 

Po przyjeździe z Bostonu Ben rozpakował się, przygotował sobie kanapkę i 

przejrzał pocztę. Powrócił myślami do Kayli, od czego powstrzymywał się podczas 

rozprawy. Nie było to łatwe. Cały czas wspomnienie o niej tkwiło w jego 

podświadomości. 

Byłoby wspaniale ją zobaczyć, pomyślał i sięgnął po telefon. Ale powstrzymał 

się. Robiło się późno, ona miała za sobą cięŜki dzień i prawdopodobnie chciała 

odpocząć. Jutro będzie dość czasu. 

Z ociąganiem wziął do ręki bestseller, który juŜ od dawna zamierzał przeczytać. 

Spróbuje dzisiaj po zimnym prysznicu, który powinien ochłodzić jego umysł. 

Prysznic nie na wiele się zdał. NałoŜywszy dŜinsy i golf, Ben wrócił do 

wcześniejszego pomysłu i sięgnął po telefon. Właśnie zaczął nakręcać numer, gdy 

usłyszał gorączkowe stukanie we frontowe drzwi. 

Boso, z wilgotnymi po prysznicu włosami, zszedł na dół, całkowicie nie 

przygotowany na widok Kayli. Stała przed nim z wypiekami na policzkach i patrzyła 

przestraszonymi oczami. Ben wziął ją za rękę i pociągnął do środka. 

– O co chodzi, Kaylo? Jakiś wypadek? Czy coś się stało Lii?

Kayla potrząsnęła głową, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. 

Objąwszy ją ramieniem, Ben poprowadził Kaylę do sofy i posadził obok siebie. 

Poruszała się niczym automat, chwytała powietrze jak po biegu. Cokolwiek się stało, 

było to coś złego. Wyglądała na śmiertelnie przeraŜoną. 

– JuŜ w porządku – zapewnił, chwytając ją za ramiona i patrząc jej w oczy. Nie 

odpowiedziała na jego spojrzenie i Ben zdał sobie sprawę, Ŝe dziewczyna moŜe być w 

szoku. – Weź się w garść i opowiedz mi, co się wydarzyło – zaŜądał. 

Kayla odetchnęła głęboko i wydawała się powracać do Ŝycia. 

– Biegłam przez całą drogę – powiedziała zdumiona. – Nie myślałam, Ŝe będę w 

background image

stanie, a jednak. 

Ben mocniej ścisnął jej ramiona. 

– Dlaczego biegłaś, Kaylo?

– Nie chodzi o Lii. – WciąŜ nie odpowiadała wprost. – U Lii wszystko w 

porządku. 

– Kaylo... 

To nie był szok, jak podejrzewał. Nie mogła jednak się zmusić do opowiedzenia 

mu, co jej się przydarzyło. 

– Nie uwierzysz w to – powiedziała wreszcie. 

– Spróbuj – odparł, wciąŜ mocno ją trzymając. Zaczerpnęła tchu. 

– Nie jestem nawet pewna, czy sama w to wierzę. 

– Wierzyłaś na tyle, Ŝeby się przerazić i biec tu całą drogę. Opowiedz mi, Kaylo – 

nalegał. 

– Widziałam coś... nieprawdopodobnego. Ale widziałam to. Naprawdę widziałam 

– dodała pospiesznie. Jej oczy błagały go o coś, prosiły, by zrozumiał to, czego nawet 

nie była w stanie wytłumaczyć. 

Ben posadził ją wygodniej na sofie i otoczył ramieniem. Potem czekał cierpliwie, 

bez dalszych pytań. 

– Po wyprzedaŜy rozmawiałam przez chwilę z Lii, a potem zostałam sama. Byłam 

bardzo zmęczona, ale chciałam rozejrzeć się po domu. – Mówiła wolno, dobitnie, 

starając się, aby zabrzmiało to logiczne. 

– Przyszło mi do głowy, Ŝe niektóre rzeczy moŜna by sprzedać w „Otwierających 

się Drzwiach”. 

– To dobry pomysł – zgodził się Ben. 

– A więc nalałam sobie kieliszek wina, zamknęłam sklep i postanowiłam rzucić 

okiem na salon z tyłu domu. Potem zadzwoniła Lii i powiedziałam jej, co zamierzam 

zrobić. – Kayla zdobyła się na uśmiech. 

– Kazała mi iść do łóŜka. 

Ben przytaknął niecierpliwie, lecz nie przerywał. 

– Wreszcie poszłam do starego salonu. – ZadrŜała i głos jej się załamał. 

Ben trzymał ją mocno, obejmując ramieniem. 

– W porządku, Kaylo, jestem tutaj. Ciągnęła pospiesznie:

– Rozejrzałam się i wtedy spojrzałam w lustro. Zobaczyłam tam moje odbicie. 

Ale to nie byłam ja. 

– Nie ty?

– Ona, odbicie w lustrze, wyglądała jak ja – próbowała wyjaśnić Kayla. – Ale 

tylko na pozór. Wyraz twarzy był inny, pełen udręki. A jej ubranie było starodawne. 

Ben, ona była ubrana jak purytanka. – Kayla spuściła głowę, unikając jego wzroku. 

– Czy chcesz mi powiedzieć, Ŝe zobaczyłaś w lustrze Kathenne? – Ben nie był 

pewny, czy zrozumiał, do czego ona zmierza. 

background image

– Wiem, Ŝe to brzmi idiotycznie, ale wiem równieŜ, co widziałam. – Spojrzała na 

niego, unosząc wojowniczo brodę dobrze mu juŜ znanym ruchem. 

– Co myślałaś, Ŝe widzisz – poprawił delikatnie. – Czy paliło się światło?

– Tylko lampa przy drzwiach. 

– Najprawdopodobniej ze słabą Ŝarówką. 

– Chyba tak – odpowiedziała Kayla, nie przygotowana na to wypytywanie. 

– Lustro jest stare ze zmatowiałym szkłem... – naprowadzał ją teraz. 

Kayla tylko przytaknęła. 

– A ty byłaś zmęczona, wypiłaś wino... 

– Tylko jeden kieliszek – przypomniała mu. – I to nawet niepełny. Byłam 

wykończona, ale myślałam jasno – upierała się, gotowa stawić mu teraz czoło. – 

Spojrzałam w lustro i zobaczyłam Katherine. 

Tym razem Ben nie odpowiedział. Kayla kontynuowała opowieść:

– To ręce mnie przekonały. Spójrz na moje ręce, Ben. – Wyciągnęła je przed 

siebie. – Są opalone i nawykłe do pracy. Jej dłonie były miękkie i białe, delikatniejsze 

od moich. Miała smukłe palce, nosiła pierścionek. Mignął mi tylko, lecz teraz 

przypominam go sobie wyraźnie. Były to trzy złączone złote kółka. Nie mam takiego 

pierścionka, Ben. 

Ben nie odzywał się, świadom, Ŝe nie ma sensu spierać się z Kaylą w takiej 

chwili. Jego pytania tylko by ją rozzłościły. Było oczywiste, Ŝe naprawdę wierzy w to, 

co widziała. Potrzebowała jednak słuchacza, bo jej niepokój był aŜ nadto realny. 

– Jak myślisz, co to znaczy, Kaylo? – spytał łagodnie. 

– Nie wiem, mogę się najwyŜej domyślać. 

Ben nie był tym zaskoczony. Rozluźnił uścisk i słuchał. 

– Wierzę, Ŝe chce się ze mną skontaktować. Myślę, Ŝe to ona mignęła mi w tym 

samym lustrze pierwszej nocy, gdy się wprowadziłam, ale wtedy nie spostrzegłam 

tego. To wydarzyło się, zanim zobaczyłam portret, Ben – przypomniała mu 

triumfująco, jakby udowodniła swą rację. – Nawet nie wiedziałam wówczas o 

istnieniu Katherine. 

– Dlaczego pragnęłaby się z tobą skontaktować, Kaylo? Jeszcze mi tego nie 

powiedziałaś. – Ben ze zdumieniem stwierdził, Ŝe zaczyna go to wciągać. – Czego 

ona chce? – spytał, choć uwaŜał to pytanie za absurdalne. 

– MoŜe widzi we mnie pokrewną duszę, bo jestem do niej podobna. 

– Kaylo! – Ben nie mógł juŜ dłuŜej tego znieść. Wstał z sofy i przeszedł parę 

kroków, a potem odwrócił się i spojrzał na nią. Nadszedł czas, aby ją przywołać do 

rzeczywistości. Ale musi postępować ostroŜnie. Inaczej nic z tego nie będzie. 

Znów usiadł i ujął jej rękę. 

– Wiem, Ŝe jesteś zmęczona – powiedział miękko. – Wiem, Ŝe dom wzbudza 

wiele wspomnień rodzinnych. Myślałaś o Katherine, o czarach. Jeśli wyglądasz jak 

ona, to naturalne, Ŝe wyobraŜasz sobie... 

background image

Wiedział, Ŝe popełnił błąd, zanim dokończył zdanie. 

– WyobraŜam! – prychnęła. – Ja sobie nie wyobraŜam, Ben. Ja widziałam. 

Ben westchnął. Racjonalne tłumaczenie nic tu nie pomoŜe. Oczywiście, Ŝe 

widziała Katherine, ale tylko dlatego, Ŝe odczuwała taką potrzebę. Zdecydował się 

zatrzymać dla siebie tę opinię. Zamiast tego spróbował praktycznego podejścia. 

– Czy chciałabyś, Ŝebym obejrzał dom? 

Kayla potrząsnęła głową. 

– Nie, nie zostawiaj mnie. Nie teraz. 

– To właśnie chciałem usłyszeć. – Znów przyciągnął ją do siebie. – Cieszę się, Ŝe 

przyszłaś do mnie, Kaylo. 

Spojrzała na niego i jeszcze raz poczuł się zniewolony magnetyczną siłą jej 

spojrzenia. Uśmiechnęła się i oparła mu głowę na ramieniu. 

– Zostań dziś tutaj – zaproponował, wiedząc, Ŝe dziewczyna potrzebuje raczej 

pocieszenia niŜ miłosnych uniesień. Zwróciła się do niego, szukając pomocy, i był 

zadowolony, Ŝe jest przy niej. Potem uśmiechnął się. – Raz cię juŜ o to prosiłem i 

spotkałem się z odmową. 

– Nie znałam cię wówczas – odpowiedziała Kayla. – I mój dom nie był 

nawiedzany przez duchy – dodała ze śmiechem. 

Był szczęśliwy, Ŝe słyszy ten śmiech. Oznacza to, Ŝe powróciło jej poczucie 

humoru. 

– Zagrzeję ci mleko. 

– Mleko? – jęknęła Kayla. 

– Oczywiście. Czy twoja matka nigdy nie dawała ci szklanki ciepłego mleka 

przed snem?

– Nigdy – potrząsnęła głową. 

– CóŜ, moŜe to nie jest kalifornijskie lekarstwo. Ale według mojej matki to 

ś

rodek na wszystko. 

– Niech będzie – powiedziała szybko Kayla. – Podoba mi się ten twój instynkt 

macierzyński – dodała z lekką ironią. 

Ben zamyślił się melancholijnie, grzejąc mleko. Postanowił, Ŝe dzisiaj zapanuje 

nad swoimi uczuciami. Kayla była wytrącona z równowagi. I wierzyła mu. Nie chciał 

naduŜyć jej zaufania. 

Gdy nalewał ciepłe mleko do kubka, myślał o ich ostatnim spotkaniu na postoju 

cięŜarówek i o gorących pocałunkach. To nie będzie łatwa noc, mimo wszystkich 

szlachetnych postanowień. 

Kayla pojawiła się w drzwiach kuchni, a jej widok wystarczył, aby Ben zachwiał 

się w swym postanowieniu. 

– Och, Kaylo – wykrztusił wreszcie. – Proszę, mleko dla ciebie. – Wziął ją za 

rękę. – Chodź, znajdę ci coś do spania. 

Po kilku minutach Kayla wyszła z łazienki ubrana w górę od piŜamy Bena. 

background image

Sięgała jej do połowy uda. 

– Scena jak z filmu z lat czterdziestych – powiedziała z uśmiechem, podwijając 

rękawy. – Bohaterka popada w tarapaty i ląduje w cudzym mieszkaniu bez koszuli 

nocnej. 

Ben mógł dostrzec okrągłości piersi i zarys sutek. Kayla miała długie, opalone, 

kształtne nogi. Więcej widywał tylko w snach. Musiał teraz przyznać, Ŝe jego 

wyobraŜenia nie dorównywały rzeczywistości. 

– Chodź – powiedział burkliwie. – PołoŜysz się do łóŜka, a ja cię otulę. – 

Przynajmniej nie będzie widział jej skóry, a te piękne piersi będą bezpiecznie 

schowane pod kocem. Kayla wśliznęła się do łóŜka w gościnnym pokoju i Ben podał 

jej mleko. Patrzył, jak pije. 

– To dobrze robi – przyznała. 

– Matki mają zawsze rację – odparł Ben. Ale nie myślał o swojej matce. Kayla 

miała odrobinę mleka na górnej wardze i rozwaŜał pomysł scałowania go. 

Wiedział jednak, Ŝe gdy raz dotknie jej warg, nie będzie w stanie się od nich 

oderwać. Będzie chciał dotykać piersi i ud, czuć jej ciało przy swoim. To zmaganie z 

własną namiętnością stawało się niemal heroiczne. 

Z udaną obojętnością podał jej serwetkę. Ze śmiechem otarła usta, dopiła mleko i 

oddała mu kubek. 

UłoŜyła się wygodnie i Ben owinął koc wokół niej, próbując nie zauwaŜać 

intymności sytuacji. 

– Zostań ze mną przez chwilę – poprosiła. 

– Jasne. – Opadł na krzesło obok łóŜka. 

– Jestem zmęczona – powiedziała. Zamknęła oczy, otworzyła je na kilka sekund i 

zamknęła znowu. – Dzięki, Ben – zamruczała sennie. – Cieszę się, Ŝe tu byłeś. 

– Jestem tu wciąŜ, Kaylo – poprawił i został, aŜ zapadła w głęboki sen. Patrząc na 

nią, wiedział, Ŝe wciąŜ jej bezgranicznie pragnie. Doszło jednak nowe, inne uczucie. 

Chciał ją chronić, opiekować się nią, osłaniać przed krzywdą i strachem. Było to 

wspaniałe, podniosłe uczucie, a jednocześnie wielka odpowiedzialność. Bardziej niŜ 

kiedykolwiek czuł, Ŝe są sobie przeznaczeni, Ŝe Kayla jest jego przyszłością. 

Patrzył na nią przez długi czas. Wreszcie wstał i pocałował lekko w policzek. 

– Śpij dobrze, kochanie – szepnął. 

Poruszyła się jak śpiące dziecko i znieruchomiała. Ben wyszedł cicho i poszedł do 

swojej sypialni, mając nadzieję, Ŝe jego sen będzie tak głęboki i kojący jak sen Kayli, 

ale to Ŝyczenie się nie spełniło. 

Ś

niła mu się piękna blondynka o włosach tak lśniących jak włosy Kayli i tak samo 

niebieskich oczach, ubrana w starodawny, siedemnastowieczny strój. Ale nawet w 

mrokach snu czuł, Ŝe to nie Kayla. 

Ten sen przeraził go. Kobiecie zagraŜało niebezpieczeństwo. Była ścigana i 

prześladowana. Rzucano w nią kamieniami. Ben ujrzał siebie, jak próbuje 

background image

powstrzymać ten atak. Odepchnięto go. Im bardziej walczył, aby do niej dotrzeć, tym 

bardziej oddalała się. Bezskutecznie wyrywał się w jej stronę. 

Obudził się w środku nocy, zlany potem i drŜący. Czuł się bezradny. LeŜąc w 

zupełnej ciemności, próbował wytłumaczyć sobie sen. MoŜe to dowód na to, jak 

bardzo pragnie troszczyć się o Kaylę?

Przekonując się o słuszności tego wytłumaczenia, ponownie zapadł w sen i 

otworzył oczy dopiero wtedy, gdy do pokoju zajrzało poranne słońce. 

background image

ROZDZIAŁ 6

Gdy Ben zszedł rano do kuchni, kawa była juŜ gotowa. Kayla spojrzała na niego z 

promiennym uśmiechem. 

– Znalazłam w szafce konfitury jagodowe i syrop klonowy i doszłam do wniosku, 

Ŝ

e przepadasz za naleśnikami. Ja teŜ, więc... – wskazała na miskę z rzadkim ciastem. 

– Odkryłaś jedną z moich skrywanych słabości – powiedział lekko. Myślał o tym, 

jak to wspaniale obudzić się i ujrzeć Kaylę w swojej kuchni. 

– Znam jeszcze inną – przekomarzała się. – Twój motocykl. Ciekawa jestem, ile 

ich jeszcze masz?

– Motocykli? Roześmiała się. 

– Nie, słabości. 

– Mnóstwo – zaŜartował. Podszedł do Kayli i objął ją ramieniem. – Jak się dziś 

czujesz?

– Wspaniale! Wypoczęta i znacznie spokojniejsza. Wczoraj byłam wykończoną. 

Jestem ci nieskończenie wdzięczna za wyrozumiałość. Wielu męŜczyzn zachowałoby 

się inaczej. 

– Powiedzmy po prostu, Ŝe czasem jestem w stanie postąpić jak naleŜy. 

Kayla spojrzała mu z uśmiechem w oczy. 

– Myślę, Ŝe znów miałeś rację, gdy sugerowałeś, Ŝe poniosła mnie wyobraźnia. 

Dziś to wszystko wydaje się snem. 

– Wiem, Ŝe miałem rację – odparł, choć lekko się wzdrygnął na słowo „sen”. Nie 

wypuszczając jej z uścisku, nalał obojgu po filiŜance kawy. – Hej, jest wspaniała – 

powiedział po spróbowaniu. – Jaki jest twój sekret?

– Nigdy go nie zdradzę – odparła z szerokim uśmiechem i zaczęła smaŜyć 

naleśniki. 

– Jeśli dokonasz takich samych cudów z naleśnikami, co z kawą, mogę cię nigdy 

stąd nie wypuścić, Kaylo. 

– Jestem tylko taką sobie kucharką – przyznała. – Ale mam styl. – Przerzuciła 

zręcznie naleśnik na talerz, posmarowała masłem i podała Benowi.

Ugryzł duŜy kęs i pokiwał głową z uznaniem. 

– Poproszę o największą porcję. 

– JuŜ się robi. 

Spałaszowali po pół tuzina naleśników i kończyli po drugiej filiŜance kawy, 

zanim zaczęli rozmawiać o wydarzeniach z ubiegłego wieczora. 

– Muszę wrócić i spojrzeć w oczy temu, co zobaczyłam w lustrze – oświadczyła 

Kayla. 

– Ale nie sama – powiedział Ben. – Zostanę tam przez chwilę. 

– Tylko przez chwilę? – spytała z Ŝalem. 

– Tak. Potem wyjeŜdŜamy. Jest niedziela, świeci słońce i wyruszamy w drogę. 

background image

– Motocyklem?

Ben skinął głową, sięgając po ostatni ociekający syropem kawałek naleśnika. 

– To właściwy czas, ja jestem właściwym męŜczyzną, a ty jesteś z pewnością 

właściwą kobietą. 

– To kuszące, ale mam tyle pracy w domu. 

– Kaylo – powiedział surowo – nie dziś. 

– Mówisz jak twoja ciotka. Roześmiał się. 

– Nikt mi tego wcześniej nie powiedział, ale moŜe coś w tym jest. Jestem 

przekonany, Ŝe poradziła ci, abyś czasem pozwoliła sobie na odpoczynek. Co do 

mnie, jest odpowiedni czas, jestem odpowiednim męŜczyzną... 

– Wiem, a ja odpowiednią kobietą. Przekonałeś mnie. Kiedy wyruszamy?

– Po jeszcze jednej filiŜance kawy, ale juŜ bez naleśników. Sześć to granica 

moich moŜliwości – roześmiał się. – Zatrzymamy się przy domu, ja się rozejrzę, a ty 

się przebierzesz. Czy masz coś z czarnej skóry, kochanie? – powiedział przeciągle. 

Kayla uśmiechnęła się prowokacyjnie. 

– MoŜe cię to zdziwić, doradco. 

W jaskrawym słońcu dom wyglądał sympatycznie, ale Kayla była zadowolona, Ŝe 

towarzyszy jej Ben. Wewnątrz było ciepło i przytulnie. 

– Zacznijmy od nowa. Najpierw spójrzmy w lustro – zaproponował Ben. 

– Ben... 

– Chodź, Kaylo – nalegał. – Czy to tędy? – Przeszedł przez sień z ociągającą się 

Kaylą. Pokój zalewało poranne słońce. Przez chwilę oswajał się z blaskiem, który 

zdawał się bić nie od okna, lecz od antycznego zwierciadła. 

ZbliŜył się do lustra, przysłaniając ręką oczy. Ujrzał swoje odbicie, ale ponad 

ramieniem dostrzegł teŜ inne. 

Była to kobieta o blond włosach przykrytych czepkiem, ubrana w zieloną suknię z 

białym kołnierzem. Wstrzymał oddech. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. 

Po chwili wizja ustąpiła. Odwrócił się do Kayli z całym spokojem, na jaki mógł 

się zdobyć, i odetchnął z ulgą. Stała obok niego, a w lustrze odbijała się jej postać. 

Podszedł bliŜej do lustra. 

– Co tam widzisz? – spytała. 

– Nic. To znaczy nasze odbicia. To wszystko. – Ben obejrzał dokładnie lustrzaną 

taflę. Była zmatowiała i stara, zasnuta w jednym rogu pajęczyną. Tamten przelotny 

obraz był z całą pewnością złudzeniem. 

– Moim zdaniem wszystko w porządku, Kaylo. Nie widzę niczego niezwykłego. 

– Wiem – powiedziała, juŜ przekonana. – To tylko moja bujna wyobraźnia. – 

Rozejrzała się po oświetlonym słońcem pokoju. – Jak w ogóle moŜna sobie wyobrazić 

ducha w tym blasku? – uśmiechnęła się do niego, szukając potwierdzenia. 

– Wyobraźnia to zabawna rzecz, prawda? – wypowiedział te słowa bardziej do 

siebie niŜ do niej. – Dobrze się czujesz?

background image

Oczekiwał twierdzącej odpowiedzi. Kayla wydawała się być w świetnym 

humorze – co innego on. Zdobywszy się na uśmiech, zaproponował:

– Dość juŜ duchów. Zbierajmy się do drogi. 

– Dobry pomysł – zgodziła się. – Jeśli dasz mi dziesięć minut, przebiorę się i 

moŜemy ruszać. 

– Czy mam iść z tobą na górę?

– Nie, duchy czmychnęły i nic mi się nie stanie. – Po chwili zaŜartowała: – 

Przyjdź, jeśli nie wrócę za dziesięć minut. 

Ben popatrzył na nią, a potem wszedł do sklepu, który prezentował się zupełnie 

inaczej niŜ dawniej. Uśmiechnął się na ten widok, lecz jego myśli wciąŜ błądziły 

wokół obrazu w lustrze. Wydawał się zbyt realny jak na twór wyobraźni. Ale czym 

innym mógł być? Po raz pierwszy nie znalazł racjonalnego wytłumaczenia. 

Wyszedłszy ze sklepu, zatrzymał się u stóp schodów. 

– Czy jesteś gotowa, Kaylo? – Miał ochotę zapytać, czy wszystko w porządku. 

Nie chciał jej jednak niepokoić. 

– Prawie. Jak myślisz, czy powinniśmy zrobić kanapki?

– Dobry BoŜe, nie! – zawołał. – Po dzisiejszym śniadaniu nie będę w stanie 

niczego przełknąć. Czy mam ci w czymś pomóc?

– Mam wraŜenie, Ŝe chcesz przyjść – zawołała. 

– Zgadłaś. 

– Więc chodź. JuŜ jestem ubrana. 

– A to pech – zaŜartował, przeskakując po dwa stopnie naraz. 

– Rzuć okiem na portret Katherine. Wisi w pierwszym pokoju po prawej. 

Ben zatrzymał się na progu. Portret był godny uwagi ze względu na podobieństwo 

do Kayli. To były jej rysy, jej włosy, jej owal twarzy. Marszcząc brwi, spojrzał na 

suknię. Była taka sama, jak ta, którą nosiła kobieta z jego ostatniego snu i kobieta, 

której obraz ujrzał przelotnie w lustrze. Głęboko odetchnął i próbował zlekcewaŜyć 

ogarniający go niepokój. 

Ale był naprawdę przejęty. Patrząc na portret, przypomniał sobie, Ŝe odzieŜ 

purytanów była tego właśnie kroju. Kayla zasiała ziarno w jego umyśle i naturalnie 

wyobraził sobie taką suknię, jaką nosiła Katherine. 

Jednak nie było przyjemnie stać przed portretem kobiety, która wyglądała jak 

Kayla, a jednocześnie przypominała mu kobietę ze snu. 

Cofnął się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Skierował się z ulgą do 

pokoju Kayli. 

Przez uchylone drzwi ujrzał inne lustro, a w nim odbicie prawdziwej Kayli, jego 

Kayli. Była boso, miała na sobie obcisłe, czarne spodnie i jaskrawoczerwony sweter. 

Otworzył szerzej drzwi i chciał ją zawołać, gdy nagłe ściągnęła sweter i sięgnęła do 

szuflady komody po inny. 

Koronkowy biały biustonosz więcej odsłaniał, niŜ zakrywał. Jej skóra była lekko 

background image

opalona i delikatna. Kayla wciąŜ trzymała w ręku sweter, odcinający się plamą 

czerwieni od czarnych spodni. 

Ben przybliŜył się o krok, z bijącym sercem i spieczonymi ustami. PoŜądanie 

przenikało go na wskroś i wiedział, Ŝe tym razem nie odejdzie. 

Właśnie wtedy odwróciła się, wyczuwając jego obecność. Patrzyła mu prosto w 

oczy, a ręka trzymająca sweter przesunęła się ku piersiom. 

Wreszcie odwaŜył się przemówić. 

– Myślałem, Ŝe jesteś ubrana. To znaczy byłaś ubrana, kiedy otworzyłem drzwi... 

– Wiem. W porządku. – Głos jej drŜał, jakby nie mogła złapać tchu. – Zmieniłam 

zdanie co do swetra... 

– Lubię czerwony. 

– Tak?

– A te spodnie są fantastyczne. 

– Czarna skóra – powiedziała, nie odrywając oczu od jego twarzy. Miała niski, 

miękki i lekko ochrypły głos. 

– Skóra... – Zrobił kolejny krok i zwilŜył usta językiem. 

– Miękka i delikatna i... – nie dokończyła zdania. Zamiast tego postąpiła krok ku 

niemu i znalazła się w jego ramionach. Ręce męŜczyzny leniwie gładziły nagą skórę 

jej pleców, przesuwając się wzdłuŜ kręgosłupa i niŜej. 

Ujął w dłonie jej pośladki i przyciągnął ją mocno do siebie. Przez obcisłe spodnie 

wyczuwał kuszący zarys jej pupy i urocze wklęśnięcie, tam gdzie łączyła się z udami. 

Przytulił ją jeszcze mocniej i jego usta odnalazły jej wargi. Kayla rozchyliła usta. 

Była jego sennym marzeniem, które w nieprawdopodobny sposób się 

urzeczywistniło. 

– Och, Kaylo, moja Kaylo... – Ocierał się o jej szyję i policzki i powtarzał bez 

końca jej imię. 

Odpowiadała mu całą sobą, zamierając w jego uścisku, wpierając się 

nabrzmiałymi piersiami w jego tors, oplatając ramionami szyję. Potem przemówiła, a 

jej słowa rzuciły na niego czar:

– Kochaj mnie, Ben. Teraz. Tak cię pragnę. – Mówiła szeptem, ale jej słowa 

brzmiały w uszach Bena jak krzyk. 

Wypowiedziała je spontanicznie, pod wpływem namiętności, którą w niej 

rozpalił. Wszędzie, gdzie jej dotykał, była erotycznie naładowana – czuła jego wargi 

na ustach, ręce na piersiach, ramionach i plecach, biodra napierające na jej biodra. 

Gdy tylko ujrzała go w otwartych drzwiach, wiedziała, co się stanie. 

Wziął ją za rękę i poprowadził do łóŜka. Uśmiechnęła się i chciała rozpiąć 

biustonosz, ale Ben powstrzymał ją. 

– Pozwól mi – powiedział, delikatnie odsuwając jej ręce. Odpiął zameczek, 

uwalniając jej piersi. Kayla patrzyła, jak palcami muska jej sutki. Drobne fale 

rozkoszy przebiegały przez skórę. 

background image

Ben powoli zsunął stanik z jej ramion i znów pieścił jej sutkę. Kayla zadrŜała. 

Wszystkie zakończenia włókien nerwowych zdawały się zbiegać tu, pod jego palcami. 

Czując lekki jak piórko dotyk, myślała tylko o tym, co by się stało, gdyby ją posiadł. 

ZadrŜała w oczekiwaniu. 

– Jesteś piękna – wyszeptał. – Ale chcę cię widzieć całą. – Sięgnął do 

błyskawicznego zamka jej spodni i ściągnął je, zdziwiony, jak łatwo skóra zsuwała się 

z ud, bioder, łydek, odsłaniając ciało piękniejsze teraz niŜ wówczas, gdy pozostawało 

ukryte pod ubraniem. 

Jedwab cicho zaszeleścił, gdy ściągał jej majteczki. Dłońmi leniwie wodził po jej 

ciele. Niespiesznie podniecająco gładził jej nogi, tylko odrobinę bardziej zmysłowo 

niŜ wcześniej piersi. Kayla zatracała się w swym pragnieniu. Właśnie wtedy jednak 

przerwał, odsunął się i wstał, nie spuszczając z niej oczu. 

Rozebrał się szybko. Kayla nie czuła zakłopotania. Podziwiała jego ciało, smukłe, 

ale zdumiewająco mocne. Opadli na łóŜko. 

Z wolna pochylił się nad nią, aŜ jego usta dotknęły jej uda, a potem stopniowo 

sunęły ku górze. 

Gdy dotarł do bioder Kayli, zaczął delikatnie kąsać wewnętrzną stronę uda, a po 

chwili odnalazł źródło rozkoszy. 

– Och, Ben – zawołała głosem, który wyzwolił wszystkie powstrzymywane 

dotychczas uczucia. – Ben, Ben – jęczała. Wbiła mu paznokcie w ramiona. W końcu 

porwały ją fale rozkoszy, która przeszła w krzyk pod wpływem wypełniających ją całą 

przeŜyć. 

Ben wolno wodził ustami w górę do jej talii, a w końcu do piersi. Pocałował 

wypręŜoną róŜową sutkę. Znów jęknęła. Wszystko w niej wołało o niego. Nie było 

juŜ odwrotu. 

Wreszcie uniósł głowę, przyciągnął Kaylę jeszcze bliŜej i ucałował jej oczekujące 

usta. 

Kayla Ŝarliwie oddała pocałunek. Językiem wolno i delikatnie badała jego usta, a 

ręce błądziły po plecach, wcięciu w pasie, twardych pośladkach. Ciała przylegały do 

siebie. Przejęła teraz inicjatywę. Odnalazła własne pragnienia i wtajemniczała go w 

nie. Było to dla niej zupełnie nowe odczucie. PoŜądanie ogarnęło ją z nie znaną dotąd 

siłą. 

Ben nie był zaskoczony tą Ŝarliwością. Od początku wyczuwał w niej wielką 

namiętność, oczekiwał jej, a jednak rzeczywistość przeszła jego najśmielsze 

wyobraŜenia. 

– Cudowne – powiedział na głos z ustami wciąŜ przy jej wargach. – Cudowne – 

szepnął jej wprost do ucha. 

Kayla pieszcząc go, upajała się jego okrzykami niekłamanej rozkoszy. 

Wreszcie Ben ubrał w słowa wszystkie swoje odczucia. 

– Tak bardzo cię pragnę – wyszeptał. – Niemal za bardzo, by to znieść. Nie mogę 

background image

juŜ czekać, Kaylo. 

Ona równieŜ nie mogła czekać. Powiedział mu o tym jej uśmiech, gdy uniosła 

twarz do kolejnego pocałunku. 

Wypowiedział to w imieniu ich obojga – cudownie było zespalać się w ten sposób 

i wiedzieć, Ŝe naleŜą do siebie. Chciała mu o tym powiedzieć, lecz nie była w stanie 

wymówić tych słów, Ŝadnych słów. Mogła tylko poddać się tej szalonej namiętności, 

która prowadziła do oczekiwanej, niewyobraŜalnej rozkoszy. 

Ben poruszał się teraz szybciej, a ona uniosła biodra na jego spotkanie, krzycząc, 

gdy ich ciała, jak ich pragnienia, spotkały się i złączyły, aŜ nadeszło spełnienie, które 

przeobraziło oboje. 

Później Ben tulił ją do siebie, odgarniając jej wilgotne włosy z twarzy, całując 

oczy, szyję, a wreszcie miękko, delikatnie, usta. 

– Pasujemy do siebie, prawda, Kaylo? – Jego głos był pełen satysfakcji i dumy. 

Kayla przeciągnęła się i ułoŜyła wygodnie obok niego. 

– Jaką byłam idiotką – stwierdziła, gryząc go delikatnie w ramię – tropiąc duchy i 

cienie, gdy powinnam szukać krwi – ugryzła mocniej, nie zwaŜając na jego jęk – i 

kości. 

– PoniewaŜ nie chcę uwaŜać cię za idiotkę, proponuję, Ŝebyśmy zostali w łóŜku 

przez cały dzień, nadrabiając stracony czas. – Ben pogładził ją po biodrze. 

Ale Kayla usiadła i odgarnęła wilgotne pasma włosów, wijące się wokół jej 

twarzy. 

– Później – zdecydowała. – Teraz mam nieprzezwycięŜoną chęć na trochę 

podniecenia... 

– Proszę bardzo – zaproponował. 

– Potęgi... 

Ben napiął muskuł. Kayla stłumiła uśmiech. 

– I siły. 

– Jestem do usług. 

Kayla pocałowała go szybko, wyskoczyła z łóŜka i otuliła się szlafrokiem. 

– Po pierwsze, ciepły prysznic, a potem – przejaŜdŜka na twoim słynnym 

motocyklu!

Ben odchylił się na łóŜku i roześmiał. 

– PowaŜnie?

– AleŜ tak. Czuję przypływ odwagi i mam ochotę poeksperymentować. 

Oczywiście, jeśli jesteś zbyt zmęczony... 

Ben odrzucił koce. 

– To śmiałe słowa, moja pani. Gdzie jest prysznic?

Kaylę zachwyciło to przelatywanie z łoskotem po wąskich krętych drogach, z 

rękami otaczającymi ciasno Bena, z udami obejmującymi jego uda. Oczekiwała 

background image

szybkości, ryku motoru, ale nie dreszczu, który ją przenikał. Powietrze pachniało 

wiosną. Wszystko poza tą jazdą wydawało się tak odległe! Chciało jej się krzyczeć z 

radości. 

Mknęli brzegiem rzeki, a słońce szło ich śladem, odbijając się od wody i 

muskając skały. Właśnie wtedy gdy pomyślała, Ŝe mogłaby tak pędzić bez końca, Ben 

zawołał:

– Jadę do Rockbridge. Myślę, Ŝe ci się spodoba. Znów wyjechali na szosę. 

Wkrótce dotarli do miejsca równie malowniczego jak poprzednie. 

Poprzez drzewa ujrzała spienione morze, na którym nieliczne Ŝaglówki zmagały 

się z wiatrem, kołysząc się na grzywiastych falach. Mewy igrały nad wodą. Kayla 

wciąŜ była w wyśmienitym humorze. 

W parę chwil później Ben zwolnił i dołączył do strumienia samochodów jadących 

w kierunku Rockbridge. Na miejscu zajechał na parking i wyłączył silnik. 

Nagła cisza zaskoczyła Kaylę. 

– WciąŜ mam wraŜenie, Ŝe nie usłyszysz mnie, jeśli nie będę krzyczeć – 

powiedziała. 

– Wiem – przytaknął Ben. – Czy hałas cię zmęczył?

– Bałam się, Ŝe tak będzie – przyznała. – Ale on tak jakby zrasta się z jazdą. 

– To szczera prawda. – Ben roześmiał się i poklepał motocykl. – Z cicho 

mruczącym silnikiem wydawałby się beznadziejnie zniewieściały. – Spojrzał na Kaylę 

i odgarnął jej włosy z twarzy. – A więc podobała ci się przejaŜdŜka?

– Szalenie. 

– Spodoba ci się teŜ mój następny pomysł. 

– Och, wszystkie twoje dzisiejsze pomysły mi się podobają – odparła z figlarnym 

uśmiechem. 

Uściskał ją. 

– Więc spróbuj tego – bułeczki z homarem. 

– Co? – Kayla nie mogła uwierzyć, Ŝe Ben jest głodny. 

– W Rockbridge moŜna dostać najlepsze owoce morza na całym wybrzeŜu, a 

homar to ich specjalność. 

– Nie mogłabym przełknąć ani kęsa. 

– Ja jestem głodny jak wilk, więc przynajmniej dotrzymaj mi towarzystwa. 

Gdy dotarli do małej restauracji i Ben złoŜył zamówienie, Kayla doszła do 

wniosku, Ŝe jednak się skusi. 

– Wiedziałem – roześmiał się i podzielił się z nią swoją porcją – ale potem 

pójdziemy na długi spacer. 

– Zgoda – odparła i ugryzła duŜy kawałek homara. 

W drodze do doków zatrzymała się nagle. 

– Patrz, Ben. Księgarnia. 

Popatrzył na okno wystawowe, wypełnione ksiąŜkami o siłach nadprzyrodzonych, 

background image

czarownicach i reinkarnacji. 

– Chodź – nalegała. – Wejdźmy. 

– Nie. – Nie miał ochoty na zgłębianie sił nadprzyrodzonych. Zwłaszcza dziś, gdy 

wszystko tak dobrze się układało. 

– Dlaczego nie? – Kayla potrafiła być uparta. – WciąŜ mnie to interesuje, nawet 

jeśli moja czarownica jest tworem wyobraźni. – Nieznaczny ruch brody przypominał 

o jej uporze. Świadczył, Ŝe wciąŜ nie miała pewności co do swojej czarownicy. Dziś, 

bardziej niŜ kiedykolwiek, Ben chciał uniknąć tego tematu. 

Ale gdy zaczęła wchodzić na schodki wiodące do księgarni, złapał ją za rękę. 

– Nie musisz tam wchodzić, Kaylo. Kupiłem ci ksiąŜki w Bostonie. 

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 

– Kupiłeś dla mnie ksiąŜki?

Przytaknął, trochę zły na siebie i, jak przyznał, bardziej niŜ trochę zaŜenowany. 

– Chciałaś je mieć, a ja nie popieram cenzury w Ŝadnej postaci. Nigdy nie 

popierałem – dodał z dumą – nawet gdy chodzi o lekko absurdalne obsesje pewnej 

całkiem dorosłej kobiety. 

– CóŜ, nie jestem pewna, czy to absurd czy obsesja. Ale nie będę się spierać, 

skoro masz te ksiąŜki. 

– Mam je naprawdę. To przynęta na ciebie, abyś wróciła ze mną do domu. 

– Obiecuję – powiedziała, wdzięczna za jego troskliwość. – Wiesz, Benie 

Montgomery, czasem mnie zaskakujesz. – Wspięła się na palce i pocałowała go w 

policzek. 

Ben otoczył ją ramieniem i tak przytuleni weszli na molo. Stali tam ramię w 

ramię, aŜ zaczęło się zmierzchać. 

Ben pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta. 

– Nie wiem, co w tobie jest, Kaylo Hartwell, ale mam niepohamowaną chęć 

całowania cię w miejscach publicznych. 

Rozejrzała się. Na nabrzeŜu było tylko kilkoro maruderów. 

– MoŜe moglibyśmy poczekać, aŜ wszyscy się wyniosą – zaproponowała, unosząc 

twarz do kolejnego pocałunku. – A moŜe nie... 

Tym razem pocałunek odebrał jej dech w piersi. Czuła smak morza na wargach 

Bena i zapach słonego powietrza na jego skórze. 

– A jednak szkoda, Ŝe nie jesteśmy sami – zauwaŜył. 

– Istotnie – zgodziła się, opierając mu głowę na piersi, gdzie mocno biło jego 

serce. Spojrzawszy w górę zmruŜyła oczy na widok zachodzącego słońca, które 

tańczyło gorejącymi refleksami na jego ciemnych włosach. Jej ciało zadrŜało na 

wspomnienie dzisiejszego ranka. Ogarnęło ją poŜądanie, które domagało się 

zaspokojenia. 

– Wracajmy do domu, Ben. Chcę być tylko z tobą. Bez słowa wziął ją za rękę. 

Byli w połowie drogi do New Sussex, gdy Kayla usłyszała pierwszy grzmot i 

background image

zobaczyła, jak strzępiasta błyskawica przecięła niebo. W powietrzu wisiała burza. 

Ben włączył reflektor. Samotny snop światła prowadził ich wzdłuŜ krętej drogi 

miedzy majaczącymi po obu stronach wysokimi drzewami. Słychać było tylko ryk 

silnika, ale nawet on wydawał się przytłumiony. Niczym widmo zbliŜył się samochód, 

minął ich i zniknął. Gdy zapadła ciemność, znów byli sami. Przez tę chwilę byli 

jedynymi ludźmi na świecie. 

Kaylę przenikało ciepło bijące od ciała Bena i nadal czuła się bezpieczna, nawet 

gdy dopadła ich burza. Zamknęła oczy i poddała się nastrojowi chwili. 

I wtedy, w ułamku sekundy nie dłuŜszym niŜ czas, w którym kolejna błyskawica 

przecięła niebo, zrozumiała, dlaczego Ben kocha swą ucieczkę od realnego świata. 

Motocykl dawał mu poczucie przygody, a czasem nawet posmak szaleńczego 

niebezpieczeństwa. Był jego wolnością. 

Gdy dojeŜdŜali do New Sussex, niebo otwarło się i lunął na nich wiosenny 

deszcz. Był ciepły, gwałtowny, pachniał ziemią i morzem. 

Struga deszczu chlusnęła za zapięcie kurtki Kayli. Jej ręce uczepione Bena były 

ś

liskie, a woda bryzgała na spodnie i buty. Nie przeszkadzało jej to. Przeciwnie, 

zachwycało. Odrzuciła w tył głowę i roześmiała się. 

Ben uniósł maskę kasku do góry, Ŝeby widzieć drogę. Kayla pomyślała o 

podniesieniu swojej i pocałowaniu go. Groziło to jednak wypadkiem. Oparła się więc 

pokusie. Ale nie mogła powstrzymać śmiechu. Ogarnął ją znowu, gdy pomyślała, Ŝe 

zaledwie parę dni temu była jak najdalsza od myśli o szalonej jeździe motocyklem z 

własnym prawnikiem. W końcu był to ten sam męŜczyzna, którego wyobraziła sobie 

jako chudego i przygarbionego starszego pana, popijającego herbatę w gabinecie. 

Gdy Ben wziął ostry zakręt na podjazd przed swoim domem i wjechał do garaŜu, 

znów powróciła do rzeczywistości. Ben chwycił ją za rękę i pobiegli do ciepłej 

kuchni. 

Zdjęli kaski i buty, ściągnęli mokre kurtki. Krople deszczu lśniły na czole Bena i 

połyskiwały w jego włosach. 

– Przykro mi... – zaczął. 

– Nie ma powodu. – Kayla zaczęła się śmiać i przegarnęła palcami swoje 

wilgotne włosy. – Chyba mi się kręci w głowie. Ale jazda była wspaniała, 

fantastyczna. Poczułam się tak wolna, odwaŜna i szalona... – Spojrzała na niego, 

unosząc głowę. 

Jej blond włosy ściemniały od deszczu i zwisały wilgotnymi pasmami wokół 

twarzy. Przód czerwonego swetra miała przemoczony, a mimo to była pełna 

kobiecego wdzięku, krucha i bardzo pociągająca. 

– To będzie bardzo prywatny pocałunek – powiedział Ben. Pochylił się ku niej, 

ujmując jej twarz w dłonie i dotknął jej ust najpierw delikatnie, a potem z całej mocy. 

Czuła jego poŜądanie, gdy wyszeptał przy jej wargach:

– Tak bardzo cię pragnę. Bardziej niŜ dzisiejszego ranka, jeśli to w ogóle 

background image

moŜliwe. 

– Ja teŜ cię pragnę, Ben – powiedziała. Całowała jego twarz i szyję, podczas gdy 

ręce walczyły z guzikami koszuli Bena. Jesteś mokry – wyszeptała tuŜ przy jego 

piersi. 

– Ty teŜ – odparł. – Przeziębimy się, jeśli nie ściągniemy ubrań. 

Z prowokacyjnym uśmiechem zdjęła czerwony sweter i stała przed nim tak jak 

dzisiejszego ranka. Czuła, jak pod głodnym spojrzeniem męŜczyzny jej skóra napręŜa 

się w oczekiwaniu pieszczot. 

Odczytując poŜądanie na jej twarzy, Ben chwycił ją na ręce i ruszył ku schodom. 

Jej usta były znów na jego wargach, gorące i spragnione. Aby odpowiedzieć na 

pocałunek, zatrzymał się u stóp schodów i postawił ją. 

Pod cieniutką koronką biustonosza ujrzał napręŜone i twarde sutki. Pochylił 

głowę i przypadł do jednej z nich ustami. Kayla zatraciła się w jego ramionach, 

poddając się pocałunkom. Była oszołomiona. Nogi uginały się pod nią i tylko mocne 

ręce Bena podtrzymywały ją, gdy błądził ustami po jej wraŜliwej skórze. 

– Nigdy nie dojdę na górę – szepnął, wtórując myślom w jej wirującej głowie. 

Wolno połoŜył ją, ściągnął koszulę i wcisnął za plecy Kayli, aby osłonić ją od 

twardych schodów. Widziała, jak pulsuje mu Ŝyła na skroni, gdy pochylił się, usiłując 

uwolnić ją z oblepiających ciało spodni. Słyszała gwałtowne bicie jego serca. 

Waliło jak młotem, a krew wrzała mu w Ŝyłach. Ukląkł i pocałował najpierw jej 

kolano, a potem jedwabistą skórę na udzie. Wreszcie dotarł do źródła rozkoszy, a ona 

wplotła palce w jego włosy, wijąc się spazmatycznie i łapiąc powietrze. 

Przestało dla niej istnieć wszystko poza dotykiem Bena. Uwolnił tkwiące w niej 

szaleństwo. 

Wiedział, Ŝe jest gotowa, podobnie jak on. Rozpiął dŜinsy, ale daremnie usiłował 

je ściągnąć. Kayla powstrzymała go. WciąŜ klęcząc z rękami na schodku za nią, Ben 

patrzył z bijącym sercem, jak uniosła biodra na spotkanie z jego ciałem. Czuł, jak 

oddech więźnie mu w gardle. 

– Och, Kaylo – wykrztusił wreszcie. – Kaylo. 

Po chwili, prowadzony tylko jej kochającymi rękami, wszedł w oczekującą 

miękkość. Jego dŜinsy ocierały się o nią, ale przyciągnęła go jeszcze bardziej. 

Poruszali się razem gwałtownie, szaleńczo. Ich ciepłe i wilgotne ciała pręŜyły się, 

serca waliły jak młotem. Kayla objęła Bena nogami, jakby chciała wciągnąć go 

jeszcze głębiej. Wahał się, próbując chronić ją przed intensywnością własnego 

poŜądania, ale wygięła się zapraszająco w łuk. 

Kochali się zupełnie inaczej niŜ rano, namiętnie, niemal brutalnie, lecz doznali 

równie doskonałego zaspokojenia. 

Potem Kayla przytuliła się do Bena. Ukryła głowę na jego ramieniu. 

– Skoro mowa o podniecającym i szaleńczym... – Pocałowała go w ramię. – Jesteś

najbardziej zmysłowym męŜczyzną, jakiego znałam, Benie Montgomery. 

background image

– A ty najbardziej niezwykłą kobietą. – Opadł obok niej i z zakłopotanym 

uśmiechem zaczął zapinać spodnie. 

– Dlaczego ich nie zdejmiesz? – spytała prowokująco. – Moja szaleńcza faza 

właśnie się zaczyna. – Z tymi słowy wstała i weszła na górę, ukazując Benowi 

spręŜyste pośladki, mocne, kształtne nogi i szczupłe kostki. Idąc odpięła biustonosz i 

rzuciła go na schody. 

Ben szybko ściągnął dŜinsy i podąŜył za nią. Gdy wszedł do pokoju, leŜała juŜ 

otulona pościelą. 

– Chodź – zaprosiła. – W końcu to twoje łóŜko. Wśliznął się pod kołdrę i 

przyciągnął ją do siebie. 

Była uległa, giętka i ciepła w jego ramionach. 

– Uwielbiam cię dotykać, Kaylo – powiedział, gładząc jej plecy, wcięcie w talii, 

krągłe pośladki. 

– Ja teŜ – pocałowała go w ramię i smakowała językiem słoną skórę. – A wiesz, 

co mi się najbardziej podobało?

Ben spojrzał na nią Ŝartobliwie. 

– Mam nadzieję, Ŝe to prośba o więcej. 

– Mhm – zamruczała jak kotka. – Ale nie teraz. 

– CóŜ to – krytyka mojej techniki miłosnej?

– Och, nie – zawołała. – Jak mogłabym krytykować coś tak doskonałego?

Ben próbował się skromnie uśmiechnąć, lecz mu się nie udało. 

– A więc co?

– Naprawdę podobało mi się, Ŝe przez cały dzień ani razu się nie pokłóciliśmy – 

odparła. 

– Proszę, jaki ze mnie wyrozumiały facet. Kayla przerzuciła przez niego nogę. 

– Gdy stawiasz na swoim – przypomniała mu. 

– Co rzadko zdarza się przy tobie – zaŜartował. 

– Z wyjątkiem dzisiejszego dnia i za to jestem ci wyjątkowo wdzięczny. 

– Ja takŜe. 

– Widzisz, Ŝe moŜemy się ze sobą zgodzić bardzo, bardzo dobrze. – Znów ją 

delikatnie pocałował. 

– Tak, moŜemy, zwłaszcza kiedy nie jesteś taki arbitralny. 

– Arbitralny? Ja? Daj spokój, Kaylo. 

– Nie zaprzeczaj, Ben. To prawda, ale to chyba po prostu silniejsze od ciebie – 

stwierdziła ze smutkiem. 

– Mówisz to tak, jakbym był chory. Kayla roześmiała się. 

– „Arbitraloza”. – Uniosła się na łokciu i spojrzała na niego. – Ale wiesz co? – 

powiedziała uroczyście. 

– Nie dbam o to. – Dotknęła jego twarzy, a potem pochyliła się i pocałowała go. 

Nie był to delikatny pocałunek, jak zamierzała. On o to zadbał, a Kayla nie 

background image

pozostała obojętna. 

– Och, Ben – wyszeptała – czy znów moŜemy się kochać?

background image

ROZDZIAŁ 7

Koło północy zwlekli się z łóŜka i poszli do kuchni. Ben usmaŜył jajka na 

bekonie. Kayla zjadła wszystko, oświadczając między kolejnymi kęsami, Ŝe to 

znacznie zdrowsze niŜ naleśniki. 

– Nie jestem taki pewny – zaprotestował Ben, wyskrobując talerz. – Mnóstwo w 

tym cholesterolu. 

– Mhm – mruknęła wymijająco Kayla. 

– Pomyśl tylko – przypomniał – naleśniki, bułeczka z homarem, a teraz jajka na 

bekonie. Nie moŜna powiedzieć, Ŝe to zdrowe jedzenie. 

– A stek, który przygotowałeś pierwszego wieczora?

– Znów cholesterol. 

– W kaŜdym razie wypełnia Ŝołądek. 

– Wszystko, co jedliśmy, wypełnia Ŝołądek, Kaylo. Zupa ze skorupiaków i ta 

smaŜona ryba, którą jadłaś na postoju cięŜarówek. 

– I to mówi facet, który zmiótł największy na świecie kawałek ciasta z jabłkami. 

– MoŜemy się chyba przyznać, Ŝe nie naleŜymy do miłośników zdrowej Ŝywności 

– powiedział Ben. – Choć moglibyśmy kiedyś spróbować. 

– Po co się męczyć? – spytała Kayla ze śmiechem. – Potem i tak bylibyśmy 

głodni. 

Uprzątnęli naczynia. Ben spostrzegł ze zdziwieniem, Ŝe Kayla zbiera się do 

wyjścia. 

– O tej godzinie? To szaleństwo – zauwaŜył. – Twoje miejsce jest przy mnie. 

– AleŜ nie – zaprzeczyła. – Moje miejsce jest w moim domu. Poza tym chcę tam 

być. Chcę stawić czoło temu wszystkiemu. 

– Nie w środku nocy – sprzeciwił się. 

– Ben, jest dopiero za kwadrans pierwsza. Późno, ale nie środek nocy. Lepiej, 

Ŝ

ebym wyszła teraz, bo sąsiedzi będą plotkować. 

– Nie obchodzi mnie to. 

– Ani mnie – przyznała. – Ale nie mogę przyzwyczajać się do zostawania u 

ciebie. Mam teraz własny dom, zapomniałeś?

Ben przejechał ręką po potarganych włosach. Gdy wstali, włoŜył dŜinsy, ale wciąŜ

był boso. 

– Poczekaj, aŜ nałoŜę buty – powiedział – i odwiozę cię do domu. Nie chcę, Ŝebyś 

weszła tam sama. 

– Doceniam to – przyznała Kayla. 

Za chwilę wrócił z butami i torbą na zakupy. 

– To dla ciebie. KsiąŜki, z Bostonu. Choć nie jestem przekonany, czy powinienem 

popierać te bzdury Kayla postanowiła nie zwracać uwagi na lekcewaŜenie, które 

wyczuła w jego głosie. 

background image

– Gdybyś nie kupił mi ksiąŜek, zdobyłabym je w inny sposób. – Otworzyła torbę i 

wyłoŜyła je na stół. – Są świetne – powiedziała po chwili. – Dokładnie o to mi 

chodziło. 

– Tak, tu znajdziesz wszystko, co chciałaś wiedzieć o czarownicach. – Wstał, 

wyjął jej z rąk ksiąŜkę, którą wydawała się najbardziej zainteresowana, i objął Kaylę 

ramionami. – Nie mówmy o czarownicach. Mówmy o nas. 

– W porządku – roześmiała się Kayla. – Nie sprzeciwiam się, gdy przychodzi do 

uścisków. 

– Spędziliśmy miły dzień – przypomniał. 

– Więcej niŜ miły – przyznała, tuląc się do niego. 

– A teraz czas do łóŜka. 

– Tak. 

– U ciebie czy u mnie?

Kayla nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. 

– Ty u siebie, ja u siebie. 

– Jesteś pewna? – Zanim odpowiedziała, pocałował ją wolno i namiętnie. 

– CóŜ – westchnęła – teraz nie jestem juŜ taka pewna. Ale wciąŜ uwaŜam, Ŝe tak 

będzie najlepiej, Ben. Jutro mam cięŜki dzień. 

– Ja teŜ – przyznał z Ŝalem. – Nie znoszę poniedziałków. 

– Będą inne weekendy. DuŜo wspólnych weekendów. 

– Nie pozwolę ci zapomnieć o tej obietnicy – powiedział Ben. 

Tej nocy Kayla zaczęła czytać pierwszą ksiąŜkę, ale minęły dwa dni, zanim mogła 

znów do niej sięgnąć. Były to dwa bardzo czynne dni, spędzone na decydowaniu, 

jakie meble z domu sprzedać, na przenoszeniu ich ze strychu i salonu do sklepu, 

przygotowywaniu do sprzedaŜy, a wreszcie obsłudze klientów. 

Drugiego dnia, gdy Lii poszła do domu, Kayla skorzystała z chwili spokoju. 

Usiadła w starym fotelu i otworzyła jedną z ksiąŜek o czarownicach. 

Mimo intrygującego tematu nie mogła się skoncentrować. MoŜe była zbyt 

zmęczona. A moŜe jej myśli błądziły gdzie indziej. 

Tak było rzeczywiście. Od niedzieli wiele myślała o Benie. Wpadł dwa razy do 

sklepu i dzwonił, gdy tylko miał wolną chwilę. Kayla zauwaŜyła, Ŝe czeka na te 

telefony. Cały wolny czas wypełniało jej wspominanie wspólnie spędzonych godzin i 

intymnych przeŜyć. Ben był namiętnym męŜczyzną, który odkrył w niej, ku jej 

zaskoczeniu, podobny temperament. 

Ale ta namiętność zastąpiła przyjaźń. Co się stało, pomyślała posępnie, z 

postanowieniem o utrzymywaniu z Benem wyłącznie przyjacielskich kontaktów? 

Westchnęła. Powzięła je, zanim się pierwszy raz kochali. Uśmiechnęła się. Która 

kobieta nie uległaby urokowi odzianego w czarną skórę Bena Montgomery’ego?

Zaprzeczanie nie miało sensu. WciąŜ doskonale pamiętała szaloną jazdę podczas 

background image

burzy, namiętne pieszczoty, chwile nieopisanej rozkoszy. Nie, Kayla, zwolnij. 

Wszystko dzieje się zbyt szybko. 

Ben stał się jej obsesją, myślała o nim ciągle, pragnęła go, wciąŜ na nowo 

przeŜywała ich zbliŜenie. Była bliska zakochania się w nim, a wiedziała, co dzieje się 

z miłością, która wybucha gwałtownie, nieokiełznanie. Równie szybko się wypala, 

zwłaszcza gdy związek jest tak burzliwy jak ich. 

Nie chciała, Ŝeby tak się stało. Ona i Ben mieli szansę na coś więcej, jeśli jej nie 

zmarnują i postarają się dobrze siebie poznać i zrozumieć. Znów westchnęła. 

Zaprosiła go tego wieczoru na kolację. Muszą porozmawiać. Ale najpierw 

kolacja, a ona obiecała coś ugotować. To będzie dla niej nowe doświadczenie. 

Zamierzała przyrządzić coś zdrowego. Przypuszczała, Ŝe Ben doceni tę zmianę. 

ś

adnych smaŜonych ryb i naleśników. 

A więc co? Będzie musiała o tym pomyśleć, moŜe trochę poeksperymentować w 

kuchni. Jeszcze nie nadeszła pora zamknięcia sklepu, a na podjazd wjechał właśnie 

samochód z rejestracją Ohio, z którego wysiadła para w średnim wieku. 

– Witam w „Otwierających się Drzwiach” – zawołała, gdy wchodzili na schody. 

– Jak dobrze być tu znowu – odparła kobieta, która przedstawiła się jako Ada. – 

Jesteśmy od dawna klientami Elinor. PrzejeŜdŜamy tędy kilka razy w roku. Będzie 

nam jej brakować. – Zapadła chwila ciszy. – Ale cieszymy się, Ŝe sklep znów 

funkcjonuje. Po prostu uwielbiam kupować. 

– A ja sprzedawać – odparła Kayla, nie będąc całkiem pewna, czy to prawda. 

Oglądając zawartość sklepu, Ada wydawała okrzyki zachwytu, ale niczego nie 

kupiła. Kayla czuła, Ŝe coś jest nie w porządku i Ada w końcu wyjaśniła, o co chodzi. 

– Elinor miała o wiele więcej... o wiele więcej rzeczy. Co się stało? Czy jakiś 

magnat naftowy wszystko wykupił?

Kayla poczuła ucisk w Ŝołądku. Jeśli tacy ludzie byli powaŜnymi klientami, to 

znaczy, Ŝe wpakowała się w kabałę. MoŜliwe, Ŝe popełniła błąd, organizując 

wyprzedaŜ, bo klienci szukają rupieci. 

– Postanowiłam wszystko uporządkować – wyjaśniła – i zorganizowałam wielką 

wyprzedaŜ. 

– NiemoŜliwe? Kiedy?

– W ubiegłym tygodniu. 

– Słyszysz, Charlie? A my byliśmy w Maryland. 

Ośmielona Kayla podtrzymywała rozmowę, pokazując Adzie nowe nabytki i 

ręcznie spisane historie. 

– Świetny pomysł – stwierdziła Ada. – Ale brak mi tych drobiazgów, które 

znajdowałam po kątach, zakurzonych i brudnych. 

Wtedy Kayla przypomniała sobie o przyniesionych ze strychu akcesoriach 

kuchennych, które miała oczyścić. 

– W magazynie mam trochę wyposaŜenia kuchennego z przełomu wieków. 

background image

– To brzmi interesująco – zawołała Ada i udała się z Kaylą na tyły domu. 

Gdy Ada oglądała z zainteresowaniem rozmaite sprzęty, Kayla zdała sobie 

sprawę, Ŝe ta kobieta po prostu jest zachwycona, kiedy sądzi, Ŝe sama coś odkryła. 

– To juŜ lepiej – mówiła Ada. – Gdyby jeszcze były jakieś historie... 

– Szczerze mówiąc, jest jedna – powiedziała Kayla, w myśli dziękując Lii za 

wspomnienia z jej wizyt w kuchni panny Hartwell. – Ten pojemnik na ciasto naleŜał 

do matki Elinor, a mojej prababki. – Wskazała na drewnianą skrzynkę z 

zardzewiałymi metalowymi drzwiczkami. – Pewnego lata ciasto i ciastka zaczęły 

znikać. Matka Elinor podejrzewała dzieci, ale okazało się, Ŝe to sprawka oswojonego 

szopa. Nauczył się podnosić uchwyt i uciekać z porcją ulubionych ciasteczek. 

Ada była zachwycona. Kayla podała umiarkowaną cenę i natychmiast sprzedała 

pojemnik. Obiecała nawet spisać historię i przesłać ją później. 

– Nie ma pośpiechu – zapewniła Ada. 

Gdy Kayla poŜegnała klientów, uświadomiła sobie, Ŝe dla dobra sprawy musi 

zostawić parę zakurzonych rzeczy upchniętych po kątach, aby umoŜliwić ich 

„odkrycie”. 

Zanim samochód zniknął za rogiem, podjechał następny. Kayla z ulgą powitała 

Terrie Fiore. Chwilowo miała dość klientów. 

– Czy spóźniłam się? – zawołała Terrie. 

– Tylko jeśli chcesz coś kupić. Na kieliszek wina przybyłaś w samą porę. 

– To właśnie miałam nadzieję usłyszeć – oznajmiła Terrie. – Mam ochotę na 

plotki. 

– To świetne miejsce na coś takiego – odparła Kayla. Odwróciła napis na 

drzwiach i powiedziała:

– Wreszcie zamknięte. A teraz chodź ze mną do prywatnego skrzydła, które 

składa się wyłącznie z kuchni, – Moje ulubione miejsce w kaŜdym domu – 

oświadczyła Terrie, idąc obok Kayli. 

– Och, pewnie chciałaś obejrzeć sklep?

– Niekoniecznie – odparła Terrie. – Nie wiem nic o antykach, poza tym, Ŝe są 

stare. Czekały długo, mogą jeszcze zaczekać. Zobaczę sklep kiedy indziej. 

Kayla roześmiała się. 

– To mi się podoba. Ja teŜ mam dosyć sklepu na dziś. 

– Ale to był dobry dzień?

– Dobre dwa dni. Jak tak dalej pójdzie, będę potrzebowała księgowego, Lii radzi 

mi zatrudnić osobę o takich kwalifikacjach. – Wyciągnęła z kieszeni ostatnie czeki. 

– Sukces – zauwaŜyła Terrie. – Wypijmy za to. – Trąciły się kieliszkami, a potem 

Terrie zawołała: – Och, byłabym zapomniała. Mam ci powiedzieć, Ŝe Ben spóźni się 

na kolację. 

– To dobrze. 

Terrie popatrzyła na Kaylę ze zdziwieniem. 

background image

– Będę miała więcej czasu na zastanowienie się, co przygotować. 

– Zapewniam cię, Ŝe nie musisz się spieszyć. Ben zajmuje się jednym z naszych 

najbardziej gadatliwych klientów, który właśnie po raz kolejny zmienia swój 

testament. 

– CięŜkie Ŝycie – zaŜartowała Kayla. 

– Nie dla mnie. Ja mówię: do widzenia i znikam. A więc co gotujesz? – zmieniła 

nagle temat Terrie. 

– Chciałam ugotować coś zdrowego. 

– To byłaby miła odmiana dla Bena. 

– Dla mnie teŜ – przyznała Kayla. – Myślałam o warzywach duszonych na sposób 

chiński. 

– Dobry pomysł. 

– Szczerze mówiąc, nie jestem najlepszą kucharką na świecie, ale tego nawet 

dziecko nie moŜe zepsuć. 

– Czy masz chiński garnek?

Kayla wyjęła z szafki duŜy, wysłuŜony garnek. 

– Pokroić warzywa, dodać oleju arachidowego, sosu sojowego i gotowe – 

wyrecytowała. 

– A moŜe trochę mięsa? – podsunęła Terrie. Kayla potrząsnęła głową. 

– Próbuję wyeliminować cholesterol. 

– Kurczak?

– Masz rację – zgodziła się Kayla. – Wkroję trochę białego mięsa. 

Zmieniając znów temat, Terrie spytała:

– A wiec w niedzielę odbyłaś przejaŜdŜkę motocyklem?

Kayla roześmiała się. 

– Wiadomości szybko rozchodzą się w New Sussex. 

– Czy jesteś zaskoczona?

– AleŜ nie. Dobrze się bawiliśmy, choć złapał nas deszcz. 

– Gdy Ben pozwala sobie na luz, potrafi być zabawny – powiedziała Terrie. 

Kayla uśmiechnęła się do siebie. 

– Tak, potrafi. 

– On cię naprawdę lubi. 

– Ja go teŜ. 

Terrie zdawała się czekać, Ŝe Kayla rozwinie ten wątek. 

– Tb wszystko, co zamierzam powiedzieć – uśmiechnęła się szeroko do Terrie. – 

Ben i ja jesteśmy po prostu przyjaciółmi. 

Terrie roześmiała się. 

– Zrozumiałam. Ale ja naprawdę nie wścibiam nosa w nie swoje sprawy. Po 

prostu bardzo lubię Bena. To nasz najlepszy przyjaciel i świetny facet. 

– Wiem. – Teraz Kayla miała okazję porozmawiać o Benie, lecz powstrzymała 

background image

się. Za wcześnie na ujawnianie uczuć. Zamiast tego postanowiła pokazać Terrie 

ksiąŜki o czarownicach. 

– W tej natknęłam się na coś bardzo interesującego – powiedziała, podając Terrie 

ksiąŜkę. 

– Jak to?

– Znalazłam coś o tym wyraŜeniu, które mnie zaciekawiło. Pierwszy rozdział 

opisuje „otwierające się drzwi”. To wejście do świata mistycyzmu i czarów. 

– PowaŜnie? – zdziwiła się Terrie, najwyraźniej zaintrygowana. – Czy 

dowiedziałaś się czegoś więcej o Katherine?

Kayla skinęła głową. W ułamku sekundy zdecydowała się nie wspominać o 

zjawie, choć był to temat, który zainteresowałby Terrie. Ale Kayla wciąŜ próbowała 

przekonać samą siebie, Ŝe Ben miał rację, mówiąc, iŜ zjawa jest tworem jej 

wyobraźni. 

– CóŜ więc nowego na temat tajemniczej antenatki?

– ponaglała Terrie. 

– Zdaje się, Ŝe Katherine Hartwell została powieszona za „przestawanie z 

czarownicami”. 

– „Przestawanie z czarownicami”? Jaki dziwny zwrot. 

– Odkryłam, Ŝe Katherine organizowała coś w rodzaju podziemnego szlaku dla 

czarownic i przemycała oskarŜone kobiety poza obręb miasta. Została ujęta, skazana i 

powieszona. 

– Jak sądzisz, czy ktoś ją wydał, czy teŜ złapano ją na gorącym uczynku?

– Nie wiem, ale miejscowa społeczność najpewniej była wzburzona jej 

zachowaniem. Jak się wydaje, nie naleŜała do osób, które podporządkowują się 

komukolwiek. 

– Wspaniałe – powiedziała Terrie ze śmiechem. 

– Bratnia dusza. Podoba mi się. 

– Bardzo nowoczesna kobieta – dodała Kayla. 

– Prawdopodobnie to ją zgubiło – zamyśliła się Terrie. – Sprawia równieŜ 

wraŜenie silnej. Chciałabym o niej wiedzieć więcej. 

– Postanowiłam wszystko dokładnie zbadać. Te ksiąŜki tylko o niej napomykają. 

Gdy znajdę wolną chwilę, zajrzę do miejscowej biblioteki. 

– Nie jest, niestety, największa – poinformowała ją Terrie. – Będziesz miała 

większe szanse w Salem, gdzie dokumentacja jest pełniejsza. Tam moŜesz uzupełnić 

to, co juŜ masz. To wspaniała historia, młoda kobieta odwaŜnie i samotnie 

przeciwstawiająca się ówczesnemu prawu i konwenansom. – Uśmiechnęła się 

szeroko. – Czy ona kogoś nie przypomina?

Kayla roześmiała się. 

– Ciekawa jestem, czy w jej Ŝyciu nie było wysokiego, przystojnego męŜczyzny?

– Tylko bez porównań, Terrie. 

background image

– CóŜ, między tobą a Katherine jest fizyczne podobieństwo... 

– To prawda, ale na tym podobieństwa się kończą. Zamierzam jednak posłuchać 

twojej rady i pojechać do Salem. Gdy zwiedzałam muzeum i Dom Siedmiu Szczytów, 

nie miałam pojęcia, jak blisko jestem związana z tą historią. 

– Teraz będziesz miała inny punkt widzenia – powiedziała Terrie. 

– Moja ciekawość niewątpliwie została rozbudzona. Muszę się dowiedzieć 

wszystkiego o Katherine – postanowiła Kayla. 

Terrie spojrzała na zegarek. 

– Skoro mowa o apetycie, dziś ja gotuję i mam wraŜenie, Ŝe kolejka juŜ się 

ustawia. – Szybko dokończyła wino i wstała. 

– Proszę, wpadnij wkrótce – zapraszała Kayla. 

– Nie zachęcaj mnie, bo będziesz miała we mnie codziennego gościa. 

– Jeśli moje duszone warzywa okaŜą się smaczne, to odwaŜę się zaprosić na nie 

ciebie i Andy’ego. 

– Bardzo chętnie – odparła Terrie. – Jemy wszystko. 

– Szczęśliwie Ben tak samo. 

Kayla miała rację. Ben spałaszował kolację w rekordowym tempie. 

– Doskonałe warzywa i świetne przyprawy – stwierdził. – Jestem zaskoczony, Ŝe 

dotychczas nie ujawniłaś talentu do gotowania. 

– To właściwie moje jedyne danie – przyznała się Kayla. 

– Och, nie – zaprzeczył. – Robisz wspaniałe naleśniki. 

Kayla roześmiała się. 

– Wystarczy tylko rozgrzana patelnia. A tutaj wszystko zaleŜy od dobrze 

nagrzanego chińskiego garnka. 

– Czy to znaczy, Ŝe wystarczy kupić takie naczynie?

– spytał, wskazując garnek. 

– Wątpię, czy w sklepie znajdziesz duŜo chińskiego sprzętu kuchennego. Ale 

będę szczęśliwa, mogąc słuŜyć ci swoim. 

Przez długi czas Ben nie odpowiadał. Myślał o Kayli. WłoŜyła naczynia do zlewu 

i podała wielką miskę owoców na deser. Patrzył na nią z przyjemnością. Chciał jej 

powiedzieć, jaka jest wspaniała, jak bardzo się nią zachwyca. 

– Mam lepszy pomysł – odezwał się wreszcie. 

– MoŜemy co wieczór jeść razem. W ten sposób to, co moje jest twoje i 

odwrotnie. W porządku?

Gdy tylko wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę, Ŝe popełnił duŜy błąd. Kayla 

milczała. 

– Domyślam się, Ŝe znów działam zbyt szybko – powiedział. – Jak za pierwszym 

razem. Nie mogę się nauczyć, prawda?

Kayla usiadła obok niego. 

background image

– Myślę, Ŝe oboje działamy zbyt szybko, Ben. Przeskoczyliśmy stadia pośrednie. 

Głównym wrogiem kochanków jest pośpiech. 

– Czy moŜemy zwolnić?

– Myślę, Ŝe tak. Musimy – dodała. 

– Spróbuję – oświadczył Ben. – Ale to nie będzie łatwe, bo tak dobrze gotujesz – 

dodał, natychmiast rozładowując atmosferę. 

Właśnie tego potrzebowała. 

– Szybko znudziłyby ci się naleśniki i duszone warzywa. 

– Wypróbuj mnie. Nie, zapomnij, Ŝe to powiedziałem – doradził Ben – i 

opowiedz mi, jak idą interesy w „Otwierających się Drzwiach”. 

– Lepiej niŜ przypuszczałeś. 

– Tego nie powiedziałem – odparł. 

– Ale pewnie pomyślałeś. W porządku, ja teŜ tak myślałam. – Podeszła do biurka 

i wyjęła kasetkę na pieniądze. – Spójrz na to. Wszystkie czeki, jakie otrzymałam od 

dnia otwarcia – rozpostarła je. – Nieźle, prawda?

– Całkiem nieźle. 

– Zatrudniam księgowego – oznajmiła z dumą. Ben wziął czeki z jej ręki i 

przejrzał je pobieŜnie, marszcząc brwi. 

– O co chodzi? – spytała i szybko dodała: – Teraz nie prowadzę wyprzedaŜy 

podwórzowej, Ben. Nie mogę.

– Jasne, Ŝe nie. – Oddał jej czeki.

– Więc o co chodzi?

– Kaylo, powinnaś odnotować nazwiska tych ludzi, ich prawa jazdy i numery kart 

kredytowych. 

Kayla zacisnęła usta, zła na siebie. 

– Nie pomyślałam o tym. Ale to naprawdę nie ma znaczenia – dodała. – 

Większość z nich mieszka w New Sussex i nie wygląda na oszustów. 

– Nigdy nie moŜna być pewnym. 

– Ja jestem pewna – powiedziała buntowniczo. 

– No wiesz, Lii zna wszystkich miejscowych klientów. 

– A co z przyjezdnymi? – Nie chciał się sprzeczać, ale nie mógł powstrzymać się 

przed udowodnieniem swojej racji. 

– Oni wszyscy byli bardzo mili, Ben, starsze panie, małŜeństwa, które tu kiedyś 

bywały... 

– Kaylo, najsympatyczniejsi ludzie czasem okazują się kryminalistami. 

– Nie ci ludzie, Ben. Istotnie, nabywcy pojemnika na ciasto mieszkają w Ohio, ale 

bywali tu poprzednio. 

– Tak powiedzieli. 

– I ja im wierzę, Ben. Tym razem – podniosła głos – nie masz racji. 

– Mam nadzieję. Ale jeśli zamierzasz prowadzić interesy, zmusisz być bardziej 

background image

praktyczna. To wszystko, co mam do powiedzenia. – Z wyrazu oczu Kayli i jej 

niezadowolonej miny powinien się zorientować, Ŝe wchodzi z nią w konflikt, lecz tym 

razem nie zamierzał się wycofać. Chciał, Ŝeby Kayla odniosła sukces. A nie osiągnie 

go, jeśli pozostanie tak naiwna. 

Jednak nie zamierzała łatwo przyznać mu racji. 

– A więc znów mnie osądzasz. Krytykujesz, zamiast się cieszyć. Mówisz mi, Ŝe 

nie wiem, jak prowadzić interesy…

– Kaylo... 

Nie pozwoliła mu dokończyć. 

– Prowadzę je po swojemu, Ben. A jeśli tak się składa, Ŝe wierzę ludziom, to 

moja sprawa. 

– Ale później mógłby z tego wyniknąć problem. – Powinien milczeć. Nie mógł 

się jednak powstrzymać. 

– Mój problem, nie twój – rzuciła. Ben podniósł rękę do góry. Bez skutku. 

– Dopóki to tylko zabawa i przejaŜdŜki motocyklem, dogadujemy się wspaniale. 

Ale gdy przychodzi do czegoś powaŜnego, po prostu nie moŜesz się ze mną zgodzić, 

czy tak?

– Wszystko w tobie aprobuję, Kaylo. Gdybyś chwilę pomyślała, wiedziałabyś, Ŝe 

to, co jest waŜne dla ciebie, jest waŜne równieŜ dla mnie. Poza tym – dodał z 

półuśmiechem – przeŜyliśmy chyba coś więcej niŜ tylko zabawę, prawda?

Kayla uparcie milczała. 

– Troszczę się o ciebie, Kaylo. PoniewaŜ się troszczę, próbuję ci radzić. – Ben 

zdawał sobie sprawę, Ŝe zajmuje obronną pozycję. Nie miał jednak wyboru. Zdawała 

się go nie rozumieć. 

– Nie prosiłam o radę, prawda? – Uśmiechnęła się słodko i ugryzła duŜy kęs 

jabłka. 

– Jesteś nierozsądna, Kaylo. Myślę, Ŝe wiem dlaczego. 

– Jestem pewna, Ŝe mi powiesz. – Zacisnęła usta. 

– Tak, powiem. Zaczęłaś tę kłótnię, poniewaŜ nie chcesz rozmawiać o niedzieli. 

Próbujesz stawiać przeszkody i znów ode mnie uciekasz. 

Kayla przez długą chwilę milczała, a potem odparła:

– A więc doszła jeszcze psychologia. Zadziwiasz mnie, Ben.. 

– Robisz uniki – stwierdził. 

Kayla z westchnieniem odchyliła się do tyłu i spojrzała na niego zamyślona. 

– Gdybyś się zastanowił, zrozumiałbyś, Ŝe chcę nam dać czas na przemyślenia. 

Kochanie się to wspaniała rzecz, ale są teŜ inne sprawy. 

– Wymień choć jedną – wyzwał ją Ben. 

– W porządku. Spójrzmy prawdzie w oczy. Po pierwsze, zawsze oceniasz moje 

decyzje bez wysłuchania moich racji. 

Chciał przerwać, ale zrezygnował. Słowo „po pierwsze” wskazywało, Ŝe to 

background image

dopiero początek. 

– To mnie rani i złości, odkąd się poznaliśmy. Myślę, Ŝe posunęliśmy się zbyt 

daleko i zbyt szybko w naszej znajomości. 

Nie to chciał usłyszeć. Nie był jednak zaskoczony. 

– Tak, niedziela była wspaniała, tak, chcę się z tobą widywać. Ale potrzebuję 

trochę przestrzeni i czasu, Ŝeby się zastanowić. Ty teŜ, Ben. 

– Ty mi mówisz, Ŝebym to przemyślał? – uśmiechnął się ponuro. 

– Tak. Jesteś prawnikiem, a nie typem człowieka, który działa irracjonalnie, 

złości się i nie panuje nad sobą. Ja teŜ zachowałam się irracjonalnie – przyznała. 

– Nic podobnego – zaprzeczył Ben, chcąc uniknąć kolejnej utarczki. 

– Zdajesz sobie sprawę, co jest powodem naszych kłótni, prawda? – Zanim zdąŜył 

odpowiedzieć, Kayla zrobiła to sama. – Próbujesz rządzić moim Ŝyciem. 

– Chwileczkę – przerwał Ben. – Czy mogę ci przypomnieć, Ŝe to, co ty nazywasz 

rządzeniem, ja określam mianem przyjaźni. Chcę się o ciebie troszczyć. Chcę dla 

ciebie wszystkiego, co najlepsze. Jak myślisz, jak się czuję, gdy ty odpowiadasz 

atakiem? – Nie mógł opanować narastającego gniewu. 

– Tak samo jak ja się Czuję, gdy mnie osądzasz i mówisz, co mam robić – 

odparła. – Wtedy mam ochotę wysłać cię do wszystkich diabłów. Tak byłoby łatwiej. 

– Kayla zamilkła na chwilę. – To znów się zaczyna, prawda? Powinniśmy zbliŜać się 

do siebie, a uderzamy na oślep. Coś złego pojawia się między nami. 

– Niekoniecznie złego, ale z pewnością niezwykłego – powiedział Ben. – śadna 

inna kobieta nie wyprowadziła mnie tak szybko z równowagi ani tak mocno mnie nie 

pociągała. Pragnąłem cię od pierwszej chwili. To się nie zmieniło. 

Kayla westchnęła. Pojmowała jego namiętność, bo sama teŜ ją odczuwała. 

– Nawet, jak się złościmy, coś nas do siebie przyciąga, prawda? Wściekam się na 

ciebie i emocje są prawdziwe. A kiedy zastanowię się nad tym później... – pokręciła 

głową, niezdolna ubrać myśli w słowa. Wreszcie powiedziała w zamyśleniu:

– Gniew i namiętność są tak powiązane, a moje uczucia tak intensywne, Ŝe nie 

mogę uwierzyć, Ŝe są moje. 

– Wiem, co masz na myśli, bo ja czuję to samo. Wszystko przydarza się mnie, a 

jednak reakcje są jakby kogoś innego – potrząsnął głową Ben. – Nie wiem, co o tym 

myśleć. Odkąd cię spotkałem, zdaje mi się, Ŝe jestem na przejaŜdŜce kolejką górską. 

Kayla uśmiechnęła się. 

– Ja teŜ mam takie wraŜenie. 

– Dokąd zajedziemy? – spytał Ben. – Czy będziemy zbliŜać się do siebie, a potem 

uderzać na oślep, aŜ zdarzy się wybuch, którego skutków nie zdołamy naprawić? Czy 

w tej sytuacji moŜemy coś przedsięwziąć?

– MoŜemy, choć nie wiem co. 

– Wyrwijmy się – zaproponował Ben. – Z tego domu i tego miasta. 

– Nie wiem, Ben... 

background image

– Nie teraz. Za parę dni. Moglibyśmy pojechać do Gloucester albo Salem. 

Moglibyśmy pójść do kina, zjeść homara. To jest zdrowe – dodał Ŝartobliwie. 

– Rzeczywiście – zgodziła się z uśmiechem. 

– A więc?

– Bardzo bym chciała. Porozmawiamy na ten temat za parę dni. 

Odprowadziła go do drzwi. Pocałował ją lekko w policzek i doradził:

– Nie zapomnij... 

– Wiem. Zamknąć drzwi. 

Ben uśmiechnął się szeroko. Wszystko będzie w porządku, pomyślał. 

– Jeszcze jedno, Kaylo – powiedział niemal surowym głosem. 

– Tak, Ben? – czekała cierpliwie. 

– Moje gratulacje z powodu sklepu. Jestem z ciebie dumny. 

background image

ROZDZIAŁ 8

Kayla otworzyła nagle oczy. Obróciła się i spojrzała na zegarek. Piąta trzydzieści 

– nawet nie świt. Wtuliła się w pościel. Mogła jeszcze pospać przynajmniej godzinę, 

gdyby tylko zdołała zasnąć. 

Na próŜno. Gdy zamykała oczy, otwierały się znów. Nigdy nie miewała takich 

kłopotów. Zwykle natychmiast zasypiała kamiennym snem. Co stało się teraz? To 

przez Bena, pomyślała. Jeśli chciała zrzucić na kogoś winę za swoją bezsenność, on 

był właściwym kandydatem. 

Mimo Ŝe rozstali się w przyjaźni, ubiegły wieczór nie zadowolił Ŝadnego z nich. 

Znała powód. WciąŜ ich znajomość przypominała przejaŜdŜkę górską kolejką, w górę 

i w dół, ze szczytu w przepaść. Miała nadzieję, Ŝe wspólny wyjazd im pomoŜe. Ale 

zastanawiała się, czy kiedykolwiek będą w stanie Ŝyć ze sobą bez wstrząsów. 

WciąŜ go pragnęła. To się nie zmieniło. Nawet teraz pamiętała, co czuła, gdy go 

obejmowała, całowała, kochała się z nim. Doznawała wtedy czegoś nowego, 

nieznanego i wspaniałego. 

W takim razie dlaczego wszystko jest tak skomplikowane? Pytanie pozostawało 

bez odpowiedzi. Ben zaprzątał jej myśli. Teraz juŜ na pewno nie zaśnie. 

Wiec co robić? Z westchnieniem powzięła decyzję. Odrzuciła kołdrę i sięgnęła po 

ubranie. Było tylko jedno wyjście. 

Wygodny dres był jej codziennym strojem w Kalifornii. SłuŜył do wszystkiego, 

od tenisa, przez zakupy, do odpoczynku w domu. Dziś spełni swą podstawową 

funkcję. WłoŜyła skarpetki, tenisówki, związała włosy i zeszła na dół. 

Powietrze było krystaliczne i chłodne, doskonała pora na bieg. Rozpoczęła od 

rozgrzewki w dół stromego wzgórza. Wiedziała, Ŝe u stóp wzgórza płynie strumień. 

Odetchnęła głęboko powietrzem przesyconym aromatem wiosny. W taki poranek 

mogła biec bez końca. Przedarła się przez drzewa rosnące nad strumieniem i pobiegła 

wzdłuŜ brzegu. 

Potem strumień gwałtownie skręcił, spłynął po kamieniach i zwęził się tak, Ŝe 

drzewa nad nim niemal się stykały. Kayla zwolniła, szukając miejsca do przejścia i 

zachwyciła się otaczającym ją pięknem. Słońce wynurzało się wolno zza horyzontu, 

pokrywając czerwienią szczyty drzew, powietrze stawało się cieplejsze, a niebieskawa 

mgła podnosiła się znad strumienia. Wszystko wyglądało tajemniczo i jak z innego 

ś

wiata. Zwolniła, zaczęła iść, wreszcie się zatrzymała. 

Mgła, która kłębiła się nad wodą, zdawała się przybierać kształty, gdy tak 

wznosiła się i opadała, wirując w oszalałym tańcu. Serce Kayli zaczęło walić w piersi. 

Odczuła znajome ukłucie na karku jak dotknięcie zimnej, wilgotnej ręki. Wiedziała, 

co się dzieje, i nie była w stanie temu zapobiec. 

Z mgły wyłaniała się kobieta. Kayla stała nieruchomo. Patrzyła, jak mgła 

przybiera znajome kształty, sylwetki kobiety, w ubraniu z grubego, zielonkawo-

background image

szarego materiału. 

Katherine – bo nie ulegało Ŝadnej wątpliwości, Ŝe to ona – patrzyła wprost na nią 

z napięciem w oczach. Kayla oniemiała, stała jak zahipnotyzowana. 

Nie było słychać Ŝadnego dźwięku. Wydawało się, Ŝe ucichło nawet bulgotanie 

strumienia. Wreszcie Kayla zdołała wykrztusić:

– Czego... czego... ty... chcesz ode mnie?

Mogłaby przysiąc, Ŝe Katherine zamierzała odpowiedzieć. Jej oczy błagały o coś, 

ręka wyciągała się ku Kayli, która chciała uciec, ale miała wraŜenie, Ŝe coś ją 

przyciąga ku tej nieszczęsnej postaci. 

Nigdy się nie dowiedziała, co mogłoby nastąpić. Nagły podmuch wiatru rozwiał 

mgłę i Katherine zniknęła. 

Kayla stała jak zamurowana. Cała drŜała. Nie próbowała się ruszyć. Patrzyła na 

mgłę, jakby czekając na coś jeszcze. Wreszcie przez opary przedarło się słońce. 

Wówczas odwróciła się i wolno udała się w kierunku domu, potykając się co 

krok. W głowie miała zamęt. Nie chciała wierzyć własnym oczom. Ale wiedziała, Ŝe 

to, czego była świadkiem, zdarzyło się naprawdę. 

Gdy do sklepu zajrzała Lii, Kayla pracowała w magazynie. 

– Usiłuję wypolerować to krzesło – zawołała. – Czy mogłabyś zastąpić mnie w 

sklepie?

Lii zgodziła się, ale była zaintrygowana. Zazwyczaj przed otwarciem sklepu 

plotkowały. Kayla nie była jednak w stanie rozmawiać. 

Wtarła szczotką środek czyszczący w poręcz dębowego krzesła i poczekała, aŜ 

wsiąknie, a potem starła powłokę farby, odsłaniając naturalne drewno. Jest piękne, 

pomyślała. Czyszcząc je, nagle uświadomiła sobie, Ŝe to krzesło, własność rodziny 

Hartwellów, pochodzi z siedemnastego wieku. Mogło nawet naleŜeć do Katherine. 

Cofnęła rękę jak oparzona. Potem przywołała się do porządku i znów zabrała do 

pracy. To przecieŜ tylko krzesło. 

Ale odstawiła je i gdy około pierwszej Lii znów wetknęła głowę do magazynu, 

Kayla wymieniała guzy na pikowanej kanapie. 

– Co powiesz na lunch? – spytała Lii. – Przyniosłam trochę grochówki. 

Kayla juŜ miała odmówić, ale zmieniła zdanie. 

– Z chęcią zjem zupę – przyznała – i potrzebuję odpoczynku. 

– Na pewno – zgodziła się Lii. – Pracowałaś cięŜko cały ranek. 

W tym momencie Kayla zdecydowała się opowiedzieć Lii, co się wydarzyło. 

Nie było łatwo ująć w słowa wraŜenia ze spotkania nad strumieniem. Nawet 

Benowi zwierzyła się ze swoich przeŜyć dopiero pod wpływem autentycznego 

przeraŜenia. 

Słuchała, jak Lii plotkuje o ludziach szukających prezentów ślubnych, 

oglądających, lecz nie kupujących. 

– Ale tworzymy sobie dobrą, solidną klientelę – stwierdziła. – Wrócą tu. Jestem 

background image

tego pewna. 

– Mam nadzieję – odparła Kayla. Wiedziała, Ŝe powinna okazać więcej 

entuzjazmu, ale nie była w stanie go w sobie wzbudzić. Musiała przestać myśleć o 

zjawie, którą ujrzała nad strumieniem, a na to był tylko jeden sposób – opowiedzenie 

o niej. 

Kolejne pytanie Lii umoŜliwiło jej zmianę tematu rozmowy. 

– Nie myślisz teraz o interesach, prawda? – zauwaŜyła starsza pani. 

– Jesteś bardzo spostrzegawcza – przyznała Kayla. 

– KaŜdy by się zorientował, Ŝe jesteś wytrącona z równowagi. Mam nadzieję, Ŝe 

nie z powodu mego bratanka. 

Kayla zawahała się przez moment. Mogła odpowiedzieć twierdząco i sprowadzić 

pogawędkę na inne tory. Rozmowa o Benie byłaby pretekstem, aby zaniechać 

zwierzeń. Kayla postanowiła jednak zaryzykować. 

– Nie, to nie Ben – odparła. – To Katherine. 

– Katherine? – Przez chwilę Lii nie wiedziała, co powiedzieć. Potem 

przypomniała sobie. – Och, Katherine, ta z portretu. 

– Właśnie ta. Trochę poszperałam i dowiedziałam się, Ŝe powieszono ją jako 

czarownicę. 

Lii skończyła zupę, a zmarszczki na jej twarzy się pogłębiły. 

– Słyszałam o tym – powiedziała. 

– Naprawdę? Nie sądziłam, Ŝe wiesz coś o Katherine. – Kayla była podniecona. 

MoŜe uda jej się pobudzić pamięć Lii i usłyszeć stare historie rodzinne. 

– Wiesz, jacy są starzy ludzie. Pamiętają tylko to, co ich interesuje, a czasem 

nawet i tego nie. Czarownice i magia nigdy nie zaprzątały mojej uwagi. Elinor była 

inna. Często rozmawiała z moją matką o dziejach New Sussex. Zdaje się, Ŝe rodzina 

Montgomery eh była wplątana w tę sprawę. – Lii pokiwała głową. – Powinnam była 

przysłuchiwać się tym opowieściom, ale nigdy tego nie robiłam. 

– A więc nie pamiętasz niczego z rozmów matki i Elinor?

– Ani słowa poza tym, Ŝe Katherine została powieszona. Tak, to pamiętam. 

Obawiam się, Ŝe dla mnie to stare dzieje. Przykro mi, Kaylo. Ty jesteś zafascynowana 

tą sprawą, a ja nie mogę ci pomóc. 

– Rzeczywiście, zafascynowana. Ale nie ogarnięta obsesją – dodała szybko. 

Lii spojrzała na nią. 

– Och, moja droga, nie powiedziałam, Ŝe to obsesja. 

– Wiem, Ŝe nie. – Kayla zmusiła się do uśmiechu. – Myślę, Ŝe się trochę bronię. 

Ale historia jest szokująco niezwykła. Kiedy się nią zainteresowałam, nie mogłam juŜ 

przestać – roześmiała się. – To brzmi jak przyznanie się do nałogu. 

– Nie – zaprzeczyła Lii. – To po prostu ciekawość. 

– Prosiłam Bena o wyszukanie w Bostonie ksiąŜek o czarach. 

– Co, jak podejrzewam, zrobił niechętnie. Kayla przytaknęła. 

background image

– Chciałam wiedzieć o tym więcej, bo... bo... 

– Mów, dziecko. Teraz ja zaczynam być ciekawa. 

– PoniewaŜ zobaczyłam Katherine, to znaczy zjawę... albo coś w tym rodzaju... – 

Kayla umilkła. Potem pod wpływem zachęcającego spojrzeniem Lii szybko 

opowiedziała, jak po raz pierwszy zobaczyła Katherine w lustrze. 

– Powiedziałam Benowi – przyznała się. – Właściwie nie miałam wyboru, bo z 

mojego zachowania domyślił się, Ŝe zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego. 

– WyobraŜam sobie, Ŝe miał na to jakieś racjonalne wyjaśnienie. 

– Mnóstwo – odparła Kayla. – I wierzyłam w kaŜde z nich, a przynajmniej się 

starałam. AŜ do dzisiejszego ranka... 

– Znów ją zobaczyłaś?

– Nad strumieniem, wyłaniającą się z mgły. Lii, widziałam ją jak teraz ciebie i 

przysięgam, Ŝe próbowała mi coś powiedzieć. 

Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Teraz czekała na reakcję Lii. Starsza pani 

milczała. 

– Widzę, Ŝe mi nie wierzysz. Myślisz, Ŝe oszalałam – prowokowała Kayla. – 

Myślisz, Ŝe mam halucynacje... 

Lii uniosła rękę, aby powstrzymać Kaylę, ale odpowiedziała dopiero po chwili. 

– Sądzę, Ŝe nie oszalałaś. Mądrzejsi ode mnie próbowali obcować ze światem 

duchów... 

Kayla skrzywiła się w myśli. 

– I niektórzy z nich twierdzą, Ŝe im się to udało. śycie jest tak pełne tajemnic, Ŝe 

nigdy nie powiedziałabym, iŜ nie widziałaś... czegoś. 

– Widziałam ją, Lii – upierała się Kayla. 

– Hm. – Lii odsunęła na bok talerz i oparła podbródek na ręku. – Nie wiem, co 

widziałaś, ale mam tylko jedną radę. Zbadaj to. Cokolwiek to było, nie próbuj się 

przed tym chować albo odsuwać od siebie. Zbadaj to, Kaylo. 

Kayla odetchnęła z ulgą. 

– Och, Lii. Sprawiasz, Ŝe czuję się normalnie. To właśnie zamierzałam zrobić. 

KsiąŜki kupione przez Bena traktują o czarownicach, ale nie o mojej rodzinie. 

KsiąŜka, którą znalazłam w biurku Elinor, zawierała pewne fakty, ale ja potrzebuję o 

wiele więcej. Potrzebuję dowodów, szczegółów. 

– Jest przecieŜ Salem, Kaylo. 

– Wiem i zamierzam jechać tam podczas weekendu. Czy mogłabyś zająć się 

sklepem?

– Oczywiście – odparła uszczęśliwiona Lii. 

Ben zerknął na kalendarz. Upewnił się, Ŝe to koniec przedpołudniowych zajęć. 

Terrie wyszła na zakupy, a za chwilę w drzwiach pojawi się Andy. Ben przeciągnął 

się z zadowoleniem. Zamierzali pograć w koszykówkę. 

background image

W oczekiwaniu na przyjaciela Ben postanowił porozmawiać z Kaylą. Sygnał 

odezwał się kilkakrotnie, zanim odebrała. 

– Cieszę się, Ŝe cię zastałem – powiedział. – Myślałem, Ŝe wyszłaś. 

– Polerowałam krzesło na zapleczu – odparła. 

– Tęskniłem za tobą. – Ben przeszedł od razu do rzeczy. 

– Od ubiegłego wieczora?

– Tak. – Ben nie dbał o to, Ŝe sprawia wraŜenie zakochanego smarkacza. – Wiem, 

mieliśmy odczekać parę dni, zanim się znów zobaczymy. Ale tak się składa, Ŝe za 

parę dni będzie weekend. Co ty na to?

– CóŜ, ja... – zawahała się Kayla. 

– Nie mów tylko, Ŝe odmawiasz. Uzgodniliśmy, Ŝe spędzamy czas razem. 

– Wiem, ale myślę o czymś, co chcę zrobić. Ben, ty nie... 

– O czym, Kaylo?

– Powiedziałeś, Ŝe moglibyśmy pojechać do Salem. 

– Albo do Bostonu albo do Gloucester na kolację i do kina – dodał. 

– To musiałoby być Salem, Ben. Chcę czegoś poszukać w bibliotece. Wiem, Ŝe 

miałeś inne plany. 

– Przyznaję – powiedział Ben beznamiętnie. – Ale chcę być z tobą. Jak moŜemy 

dojść do porozumienia?

– Mogę pójść na kompromis. MoŜe zwiedziłbyś Dom Siedmiu Szczytów, a ja 

poszłabym do biblioteki – zaŜartowała. 

– Czy jesteś zdecydowana?

– Jestem i doceniam twoją cierpliwość. Po prostu wiem, Ŝe w Salem znajdę 

odpowiedź na moje wątpliwości. 

– Czy znów coś się wydarzyło, Kaylo? – spytał. Czuł instynktownie, Ŝe tak i Ŝe to 

coś złego. 

– Tak jakby – odparła z rezerwą. – Opowiem ci w czasie weekendu, jeśli się 

wybierzemy razem. 

– Nie zamierzam tracić takiej okazji – zapewnił, choć pomysł wizyty w bibliotece 

wydał się mu podejrzany. – Wyjaśnimy wszystko. 

– Dobrze. 

– Wpadnę po ciebie w piątek po południu i pojedziemy do Rockbridge. Jest tam 

wspaniała gospoda. Ręczę, Ŝe ci się spodoba. 

Teraz kiedy Ben mówił o tym, Ŝe spędzą razem cały weekend, Kayla uświadomiła 

sobie, Ŝe ona równieŜ tego pragnie. 

– W sobotę, jeśli wciąŜ będziesz chciała jechać do Salem, pójdę raczej do 

Muzeum Czarownic – zaŜartował. 

Kayla odpręŜyła się. 

– Czy gospoda jest zwyczajna, czy luksusowa?

– Jedno i drugie – stwierdził Ben. – Zwyczajna w ciągu dnia, a luksusowa 

background image

wieczorem. Jest tam orkiestra i dancing, jeśli lubisz takie rzeczy. – Nagle uświadomił 

sobie, Ŝe tak mało o niej wie. 

– Uwielbiam tańczyć i uwielbiam się stroić. Och, Ben – powiedziała ciepło. – 

Dokładnie takiego weekendu potrzebuję. 

– Ja teŜ. – Instynktownie zniŜył głos. Terrie wprawdzie wyszła, ale to, co 

zamierzał powiedzieć, miało zdecydowanie intymny charakter. – Nie mogę się 

doczekać, Ŝeby cię porwać na dwa dni. – Zaczął snuć fantazje. – MoŜe przez cały czas 

nie wypuszczę cię z łóŜka. MoŜe będę cię tam trzymać, aby ci pokazać, jak bardzo za 

tobą tęskniłem. 

– Od wczoraj? – spytała znów. 

– JuŜ mówiłem – odparł. 

Kayla roześmiała się cicho i gardłowo. 

– Pomysł wycieczki coraz bardziej mnie intryguje. 

Ben myślał o tym, jak się pierwszy raz kochali, i wyobraził sobie jej smukłe, 

lekko opalone ciało. Odsunął od siebie tę wizję. Była zbyt kusząca. PrzecieŜ dopiero 

skończył się ranek. Takie obrazy mogłyby zniszczyć resztę dnia. 

– Ben – spytała – czy wciąŜ tam jesteś?

– Tak – roześmiał się. – Jestem. Myślałem właśnie o kochaniu się z tobą... 

– Ben – powiedziała ostrzegawczo, wiedząc, Ŝe dzwoni z biura, gdzie ktoś moŜe 

go usłyszeć. 

– I zacząłem sobie wyobraŜać, Ŝe widzę cię, jak leŜysz... 

– Ben... – Tym razem jej głos zdradzał tajoną namiętność. 

– W moich marzeniach patrzysz na mnie dokładnie tak jak wtedy, gdy się 

kochaliśmy, a ja dotykam cię, i całuję. I co ty na to?

– To brzmi zachęcająco – przyznała. 

– To właśnie chciałem usłyszeć. Zaraz zadzwonię i zarezerwuję pokój. Mam tylko

nadzieję, Ŝe wytrzymam do weekendu – dodał. 

– Ja teŜ – odpowiedziała miękko Kayla. Miała niski, kuszący głos. 

– Mów jeszcze – poprosił. 

– O czym?

– O czymkolwiek. Lubię słuchać twego głosu. Właśnie zaczęła spełniać jego 

prośbę, gdy inny głos, bynajmniej nie kuszący, przywrócił Bena do rzeczywistości. 

– W porządku, bracie – usłyszał. – Kończ ten telefoniczny flirt i zmień ciuchy. 

Czas ucieka. 

Ben spojrzał na zegarek, a potem na stojącego w drzwiach przyjaciela. 

– Właśnie mam gościa – powiedział Kayli. – Zgadnij, kto to?

– W porządku. Nie zamierzam wtrącać się w utarczkę między tobą a Andym. 

– Dobrze odgadłaś – roześmiał się Ben. 

– Ben... 

– Do piątku – powiedział głosem, z którego jasno wynikało, Ŝe nie dba o to, czy 

background image

Andy słucha, czy nie. 

Ben zmarnował pierwszy rzut i odtąd Andy stale miał przewagę. 

– Nie uwaŜasz – ostrzegł przyjaciela, gdy kolejne podanie Bena okazało się 

niecelne. Pochwycił piłkę z szerokim uśmiechem. 

– Czas na przerwę, mądralo. 

Obaj męŜczyźni skierowali się ku ławce i ręcznikami otarli pot z twarzy. 

– Ona naprawdę ci się podoba, co? – spytał Andy. Ben napił się kawy z termosu. 

– Kto?

– Kelnerka z Lobster House w Bostonie. 

– O czym ty mówisz?

– Co się z tobą dzieje, Ben? Doskonale wiesz, mówię o Kayli. Widzę, Ŝe jesteś 

równieŜ umysłowym wrakiem. Mam nadzieję, Ŝe nie musisz być dziś w sądzie. 

Ben nie mógł powstrzymać się od śmiechu. 

– Nie, na szczęście nie muszę. Tak, ogromnie mi się podoba. Bardzo się jednak 

róŜnimy. 

– Tak jak Terrie i ja, a popatrz, jak zgraną tworzymy parę. 

– Kayla i ja świetnie się zgadzamy. Chyba Ŝe walczymy ze sobą. 

Andy roześmiał się. 

– Znam to. Ona się nie poddaje, prawda?

– Z całą pewnością, i ja to podziwiam. 

– Widzę – odparł sarkastycznie Andy. 

– Tak. Ale zarazem irytuje mnie to – przyznał Ben. – Byłoby tak łatwo, gdyby 

wszystko szło po mojej myśli. Jednak z Kaylą to wykluczone. Dałem jej dobrą radę w 

sprawie sklepu... 

– Ale zrobiła po swojemu i, z tego co słyszę, nieźle na tym wychodzi. W czym 

problem, boisz się, Ŝe ona nie będzie cię potrzebować?

Ben w pierwszej chwili zaprzeczył. Pomyślał jednak, Ŝe coś w tym jest. 

– MoŜe – odparł. 

– A więc moŜe cię potrzebuje, ale na inny sposób. Ben potrząsnął głową. 

– Nie jestem Pigmalionem, Andy. Dawałem jej tylko rady. 

– Dlaczego?

– Dlaczego dawałem jej rady?

– Nie, dlaczego ona ci się podoba?

– Andy, nie zmieniaj tematu. 

– Zawsze tak rozmawiam. Jesteś dziś po prostu zbyt tępy, Ŝeby nadąŜyć – odparł 

Andy. 

Ben nie odpowiedział na zaczepkę i odparł:

– Jest piękna. 

– Bez wątpienia. – Andy parę razy odbił piłkę, a potem rzucił ją do kosza. – Trzy 

punkty – powiedział zdawkowo. 

background image

Ben ciągnął, nie zauwaŜywszy strzału. 

– Inteligentna, dowcipna, seksowna... 

– Zgadza się – powiedział Andy. 

– Obdarzona wyobraźnią – dodał Ben – i niepodobna do Ŝadnej innej. 

– Wiec w czym problem?

– Czy mówiłem, Ŝe istnieje jakiś problem? – spytał Ben, a potem odpowiedział 

sam sobie: – Istotnie jest. Tylko trudno ująć to w słowa. 

– Ale ty sobie poradzisz. 

Ben zignorował komentarz Andy’ego. 

– Jest wspaniale, a potem... to będzie brzmiało idiotycznie. 

– Wyrzuć to z siebie – poradził Andy. – Jestem pewien, Ŝe mówiłeś mi bardziej 

idiotyczne rzeczy. 

– To tak, jakby ktoś inny sprawiał, Ŝe ja wściekam się na nią, a ona na mnie. To 

się nie mieści w głowie, Andy. 

– Rozumiem, Ŝe wasza kłótnia nie przypomina zwykłej sprzeczki zakochanych?

– Naprawdę nie jestem w stanie tego wyjaśnić. – Postanowił nie mówić 

Andy’emu o swoich snach. Skierował rozmowę na inne tory: – Na przykład Kayla i 

sprawa czarownicy. 

– Co to za sprawa? – spytał Andy. 

– Czy Terrie nie mówiła ci o Katherine, którą powieszono w Salem?

– Ach, tak. 

– Kayla uwaŜa, Ŝe widziała tę kobietę. 

– Co to znaczy „widziała”?

– Widziała – podkreślił Ben – zjawę czy coś w tym rodzaju. 

– No no. 

– Właśnie. Chce spędzić część naszego wspólnego weekendu w bibliotece w 

Salem, szukając informacji o Katherine Hartwell. Myślę, Ŝe powinna dać temu 

spokój, u licha. 

– Mam wraŜenie, Ŝe chcesz, Ŝeby myślała tak jak ty. – Andy wszedł na boisko i 

wziął piłkę. – Pozwól jej być sobą. 

– Mimo czarów?

– Mimo. Chce się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. To normalne. 

– MoŜe masz rację. 

– Ben, ja zawsze mam rację. 

Ben nauczył się nie zwracać uwagi na takie zaczepki. 

– Jeśli ją kocham – zamyślił się, nieświadom, Ŝe to powiedział – dlaczego nie 

pozwalam jej być sobą? – Jednym płynnym ruchem odebrał piłkę Andy’emu, 

podryblował do kosza i perfekcyjnie strzelił. Potem spojrzał na przyjaciela z szerokim 

uśmiechem, ale nie myślał o grze. Myślał o Kayli. – Kocham ją – powiedział 

półgłosem, gdy Andy pognał za piłką. 

background image

Gospoda „The Windswept Inn” wznosiła się na skalistym cyplu, który otaczały 

wody oceanu. Miała trzy piętra i była zbudowana z szarego kamienia, takiego samego 

jak skały. Ben zarezerwował naroŜny pokój na najwyŜszym piętrze z widokiem na 

morze. 

Rzuciwszy okiem na fale uderzające o brzeg pod nimi, Kayla zapragnęła iść na 

spacer. Ben stał obok niej i obejmował ją ramieniem. Nie pamiętał, kiedy czuł się tak 

cudownie. Spacer będzie na pewno wspaniały. 

Powietrze było wiosennie ciepłe i świeciło słońce, lecz od oceanu wiała silna 

bryza. Kayla miała na sobie wiatrówkę i długi szal, którym okręciła głowę. Trzymając 

się za ręce, schodzili po skałach i brnęli potem przez piach na plaŜy. 

Czasem przystawali, zbierali muszle, puszczali kaczki albo patrzyli w milczeniu 

na fale. 

Na końcu cypla wyrastała latarnia morska, a jej samotne, niebieskawe światło 

mrugało jednostajnie. 

Dobiegli do niej i siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, ciesząc się pięknem 

przyrody. Wreszcie Kayla powiedziała:

– Widok jest wspaniały. Ale latarnia mnie rozczarowała. 

– Pewnie trochę zbyt nowoczesna jak na twój gust?

– Właśnie. Gdzie jest stary latarnik?

– Zastąpił go automat, niestety. 

– Jak nieromantycznie – narzekała Kayla. 

– Hej – powiedział Ben, przyciągając ją do siebie. – Zaraz moŜe być 

romantycznie. – Pochylił się i pocałował ją.

Kayla objęła go ramionami za szyję i oddała pocałunek. Czuła ciepło słońca na 

skórze i morski wiatr we włosach. Słyszała szum fal. Ale to nie otoczenie sprawiło, Ŝe 

była w tak wspaniałym nastroju. To bliskość Bena oszołamiała. 

Kayla rozchyliła usta. Złączyli się w pocałunku. Ogarnęło ich bezgraniczne 

szczęście. 

– Och, Ben, jaki to cudowny weekend. 

– Prawda? A to dopiero początek – zapewnił ją. – Będzie jeszcze lepiej – obiecał. 

Potem, patrząc na Kaylę z błyskiem w oku, dodał: – Umawiamy się: ja nie będę cię 

pouczał, a ty nie będziesz się kłócić. 

Oparła głowę na jego ramieniu, a ich ręce splotły się. 

– Zgoda. Ale nie wykluczasz dyskusji, prawda?

– Oczywiście, Ŝe nie. Jeśli nie przeradzają się w kłótnie. 

– A więc opowiem ci o Katherine. 

– Och – jęknął Ben. – Nie wiem, czy jestem gotów. To zepsuje nastrój. 

– Obiecałeś – przypomniała mu Kayla. – śadnych pouczeń. 

– Nie pouczałem cię. 

background image

– Ale miałeś ochotę. 

– Pewnie masz rację – zgodził się. – Opowiedz mi o niej. – Odwrócił rękę Kayli i 

ucałował wnętrze jej dłoni. – To dobry moment. Jestem spokojny i zrelaksowany. – 

Pocałował jej przegub i zaczął wodzić ustami w górę ramienia. 

– Ben... 

– W porządku. Mów. – Niechętnie puścił jej rękę. 

– Widziałam ją znów – oznajmiła. 

Ben milczał. Ostatnia rzecz, o jakiej chciał usłyszeć, to kolejne odwiedziny 

Katherine. Gdyby mógł postawić na swoim, ta kobieta z przeszłości nie zakłócałaby 

weekendu. 

– To się zdarzyło nad strumieniem za moim domem... 

Ben milczał. 

– Wiem, Ŝe ją widziałam, więc się nie spieraj. 

– Nawet o tym nie myślałem – powiedział niewinnie i rzeczywiście nie myślał. 

Tym razem potraktuje wszystko bardzo lekko. Jeśli Kayla podzieli jego nastawienie, 

moŜe zapomni o wyprawie do Salem i do biblioteki. Podejrzewał, Ŝe jej poszukiwania 

mogą zepsuć weekend. Ujął znów jej rękę i lekko powiódł językiem po nadgarstku. 

– Ben... 

– Mów dalej. Nie będę przerywał. 

– Wiem, ale mógłbyś... 

– Mógłbym – zgodził się ze śmiechem. Kayla próbowała się opanować. 

– Oszczędzę ci szczegółów – powiedziała. – Ale naprawdę wierzę, Ŝe ona chce 

się ze mną skontaktować. 

– Ja teŜ. – Ben nie zamierzał zaprzeczać. Nie mógł jednak zdobyć się na powagę. 

– Ben, ja myślę, Ŝe ona czegoś ode mnie chce. Przyciągnął ją do siebie i objął 

ramionami. 

– To nie jest takie dziwne – stwierdził. 

– Nie? – Poczuła, jak wali jej serce. 

– Nie. Ja teŜ czegoś od ciebie chcę. – Pocałował ją wolno i namiętnie, a potem 

jego usta powędrowały na jej podbródek, szyję i znów dotknęły warg. 

Gdy uniósł głowę, Kayla zdołała wyszeptać:

– Obawiam się, Ŝe nie traktujesz tego powaŜnie. 

– AleŜ tak. 

– Nie mam na myśli nas. 

– Sądziłem, Ŝe o to chodzi. – Znów ją pocałował. 

– Myślę o Katherine. 

– A czy ty traktujesz ją powaŜnie? – spytał. 

– Tak – odparła i delikatnie dotknęła jego twarzy. 

– Byłem pewien. Ale teraz czas na kolację i dancing – powiedział i pomógł Kayli 

wstać. Oczywiście nie obeszło się przy tym bez kolejnego pocałunku. To był ich 

background image

weekend i Ben obiecał sobie, Ŝe Katberine go nie zepsuje. 

– MoŜe potem... – poddała Kayla, otrzepując się z piasku. 

– Jasne, Ŝe tak – odparł. – PoniewaŜ po kolacji zamierzam... – zaczął szeptać jej 

do ucha. 

– Benie Montgomery, nie mógłbyś!

– Poczekaj, a przekonasz się, Kaylo. 

background image

ROZDZIAŁ 9

Po kolacji dźwięki orkiestry zwabiły ich do duŜej sali, w której na środku 

królował parkiet. Wybrali stolik przy oknie wychodzącym na wzburzony ocean zalany 

blaskiem księŜyca. Jego promienie tańczyły na grzywiastych falach. Ben nie zwracał 

jednak uwagi na nic, dostrzegał tylko Kaylę. 

Wszystko bladło w porównaniu z nią. Liczyła się tylko ona. Kochał ją. Był tego 

pewny, choć jeszcze jej o tym nie powiedział. Przyznał się tylko Andy’emu – i sobie – 

tamtego dnia na boisku. Teraz wyzna jej miłość. Właśnie miał zamiar to zrobić, gdy 

przy stoliku bezszelestnie pojawiła się kelnerka. 

WciąŜ trzymając Kaylę za rękę, Ben zamówił kawę. Kayla spojrzała na niego. 

Zatonęli w sobie oczami i zdał sobie sprawę, Ŝe jej uczucia są równie głębokie jak 

jego. Przez długą chwilę siedzieli w milczeniu. 

– Tu jest jak w raju – powiedziała wreszcie Kayla. – Po wspaniałej kolacji mam 

urzekający widok, piękną muzykę i – ciebie. 

– To ostatnie to niewiele – odparł. 

– Nieprawda – sprzeciwiła się. – Jesteś... 

– Tak? – spytał Ben z szerokim uśmiechem, domagając się pochwał. 

Chciała powiedzieć coś bardzo czułego, ale, nagle onieśmielona, zdołała tylko 

wykrztusić:

– Najbardziej atrakcyjnym męŜczyzną na sali. Ben rozejrzał się. 

– To bardzo niewielkie zgromadzenie – zauwaŜył. – Ale ty jesteś... 

– Tak? – spytała, naśladując go. Odpowiedział bez wahania:

– Najpiękniejszą kobietą na świecie. – Pokręcił głową. – JuŜ od dawna nie 

zachowywałem się jak zakochany nastolatek. – OdwaŜył się uŜyć słowa „zakochany” 

i zabrzmiało to tak, jak powinno. 

– Trochę mi się kręci w głowie. Jak myślisz, czy to z powodu wina do kolacji?

– A jak ci się wydaje?

– Nie – odparła. – To z twojego powodu, Ben. Miała ochotę krzyczeć z radości. 

Była z Benem, a on patrzył na nią takim zakochanym wzrokiem! Zapomniała o swoim 

przyrzeczeniu. Jej uczucia dla Bena okazały się silniejsze. Kochała go i świadomość 

tego napełniała ją bezmiernym szczęściem. Jakiekolwiek są ich problemy, stawią im 

czoło. Nie ma innego wyjścia. 

Nie tknęli kawy, którą kelnerka postawiła na stoliku. Ale przemówiła do nich 

muzyka. Grano znaną melodię z lat czterdziestych. 

– Chciałbym z tobą zatańczyć – powiedział Ben i znów poczuł się jak zakochany 

nastolatek. 

Weszli na parkiet. Początkowo poruszali się spokojnie w takt muzyki. Jednak 

bliskość ich ciał wkrótce ich usidliła. Ben zsunął ręce na jej talię i przycisnął ją do 

siebie. Kayla objęła go za szyję i uniosła głowę. 

background image

Zatrzymali się, zapominając o całym świecie. Jej uniesiona twarz była 

zaproszeniem, którego potrzebował. 

Pochylił się i pocałował ją. Chciał, Ŝeby pocałunek był krótki i delikatny. Ale 

stało się inaczej. Gdy oderwali się od siebie, rozejrzał się szybko. 

– Nie zauwaŜyli – wyszeptał. 

– ZauwaŜyli. 

– Ale są po prostu dyskretni?

– Tak myślę. 

– Co powinniśmy zrobić? – Przysunął usta do jej ucha i poczuła jego ciepły 

oddech. 

– Wydostać się stąd? – odpowiedziała pytaniem. 

– Wspaniały pomysł. 

Orkiestra wciąŜ grała, lecz nie zwracali na to uwagi– Nie chcę z tobą tańczyć – 

powiedział, nie odrywając oczu od jej twarzy. – Chcę się z tobą kochać. 

Gdyby jej nie dotykał, wypowiadając te słowa, Kayla mogłaby wziąć go za rękę i 

przejść przez parkiet jak kaŜda inna kobieta na sali. Ale dotykał jej, i czuła, Ŝe słabnie.

Była po uszy zakochana. Kiedyś Ben zwierzył się, Ŝe jest kobietą z jego snów. Co 

powiedziałby teraz, gdyby wyznała, Ŝe on jest męŜczyzną z jej snów, fantazji i 

nadziei?

Spojrzała w górę na twarz, którą kochała najbardziej na świecie. 

– Ja teŜ tego chcę, ale chyba będziesz musiał mnie zanieść – szepnęła. 

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł z uśmiechem. Wreszcie Kayla 

opanowała się. Wzięła go za rękę i skierowali się przez hol do windy. 

Zanim drzwi się za nimi zamknęły, znów była w jego ramionach. Przywarł do jej 

ust w długim, namiętnym pocałunku. 

Rękami pieścił plecy, a potem odnalazł suwak przy sukience. 

– Ben – próbowała protestować Kayla – zaczekaj, aŜ wejdziemy do pokoju. Ktoś 

mógłby... 

Nie dokończyła zdania. Zamknął jej usta pocałunkami. 

– Droga wolna – powiedział, gdy drzwi się otwarły. Gdy jednak porwał ją w 

ramiona i zaczął iść przez korytarz, zza rogu wyszła jakaś para. 

– Dobry wieczór – powiedział Ben, gdy ich mijali, a Kayla uśmiechnęła się ponad 

ramieniem Bena do zaskoczonych ludzi. 

Ś

miejąc się dotarli do pokoju, ale gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Ben 

spowaŜniał, pospiesznie rozpiął suwak u sukienki Kayli i przyglądał się, jak opada. 

– Piękna suknia – zauwaŜył, patrząc na lśniący, czerwony jedwab, który leŜał 

wokół jej stóp. – Ale nie wytrzymuje porównania z właścicielką. – Wyciągnął rękę i 

dotknął jej nagich piersi. – Wiedziałem, Ŝe nie masz nic pod spodem. To mnie 

doprowadzało do szaleństwa przez cały wieczór. 

Kayla westchnęła głęboko, gdy ujął w dłonie jej piersi. Potem przypomniała mu:

background image

– Mam na sobie pończochy i majtki. 

– Nie na długo. 

Miał rację. Wkrótce Kayla zdjęła pantofle, a za chwilę Ben odpiął jej pończochy i 

zsunął je szybko wraz z majteczkami i koronkowym pasem, nie zatrzymując się przy 

gładkich wygięciach od biodra do kostki. 

– Później – powiedział głośno, gdy kładł ją na łóŜku. 

LeŜała przed nim, ucieleśnienie jego snów, i pragnął jej tak bardzo, Ŝe zapierało 

mu dech. Szarpnął gorączkowo krawat. 

– Pozwól mi – powiedziała Kayla. Usiadła na krawędzi łóŜka i pociągnęła go 

bliŜej. Zwinne palce rozpięły mu koszulę, pasek i przez chwilę marudziły przy 

suwaku od spodni. Wolno skończyła rozbierać Bena, otoczyła rękami jego biodra i 

przytuliła go do siebie. 

Badała jego ciało z początku z wahaniem, potem ze śmiałością, o którą nigdy się 

nie podejrzewała. Wargi musnęły zagłębienie pępka, a potem przesunęły się niŜej. 

Ben jęknął głucho. Ukrył dłonie we włosach Kayli i przycisnął ją do siebie. 

Odrzucił w tył głowę i zamknął oczy. Kręciło mu się w głowie. Nerwy miał napięte 

do ostatnich granic. 

– Och, Kaylo – powiedział półgłosem. – To, co ze mną robisz... 

Uniosła głowę i popatrzyła na niego. Jej oczy wyraŜały ogromną namiętność. 

Skóra płonęła. Krew wrzała. Czuła go kaŜdą cząsteczką ciała. Narastało w niej dzikie, 

szaleńcze podniecenie, gwałtownie, jakby miało za chwilę wybuchnąć, wywołując 

nowe, niezwykłe wraŜenia. 

Ben spojrzał na nią zamglonymi z poŜądania oczami. 

– Tak cię pragnę. Och, Kaylo, tak cię pragnę. 

Pochylił się, objął ją i uniósł, aŜ stanęła na palcach, a jej nagie ciało przyciskało 

się do jego ciała. Ich usta spotkały się w pocałunku tak głębokim i tak namiętnym, Ŝe 

oboje zadrŜeli. Czuła jego poŜądanie. 

Kayla zanurzyła palce w kędzierzawych włosach i przywarła ustami do jego warg, 

tak jakby chciała wchłonąć go całego. Potem znaleźli się w łóŜku i usłyszała jego 

szept:

– Kocham cię, Kaylo. Kocham cię. 

– I ja cię kocham, najdroŜszy – szepnęła. Teraz nie brakowało juŜ niczego. Ich 

zbliŜenie było całkowite. 

Westchnienie wydarło się z ust Bena, gdy nie ustawała w pieszczotach. Całowała 

jego usta, policzki, podbródek. Odkryła wyjątkowo wraŜliwe miejsce za uchem, co 

przyprawiło go niemal o spazm. 

Kayla wydała cichy okrzyk satysfakcji, szczęśliwa, Ŝe tak na niego działa. 

Wolno powiodła ustami wzdłuŜ szyi do obojczyka. Smakowała go językiem i 

ustami, aŜ wreszcie przesunęła usta ku szerokiej piersi. DraŜniła twardą sutkę i 

uśmiechnęła się, gdy gwałtownie złapał oddech. Jęknął z rozkoszy, a ona nie 

background image

odrywając ust przesunęła niŜej rękę. 

Upajała się zmysłową radością. Dzielili tę radość. Im więcej przyjemności dała 

Benowi, tym więcej odczuwała jej sama. Miała wraŜenie, Ŝe nie istnieje doznanie zbyt 

intymne, by je dzielić, Ŝadna cząsteczka ich ciał zbyt skryta, by ją badać. Stanowili 

jedność. 

Ben dotykał jej we wszystkich sekretnych miejscach, co sprawiło, Ŝe płonęła. 

Odnalazł źródło jej rozkoszy. Kayla krzyknęła, a potem szepnęła cicho:

– Proszę, Ben. Teraz, proszę... 

Namiętnie, a zarazem czule uniósł ją, trzymając ręce na jej biodrach. Z początku 

Kayla leŜała nieruchomo. Wreszcie zaczęła poruszać się wraz z nim wolno, potem 

szybciej, aŜ ich ciała odnalazły rytm dla tego cudownego aktu miłości. 

Kayla z trudnością chwytała oddech. Narastała w niej szalona rozkosz, aŜ 

wreszcie nastąpiło spełnienie o nieopisanej sile. 

Ben drŜąc tulił ją do siebie, rękami przegarniał wilgotne loki, ustami sunął po 

miękkich brwiach. W końcu ich oddechy uspokoiły się, a serca zaczęły bić zwykłym 

rytmem. 

Znów wypowiedział te słowa, napawając się nimi:

– Tak bardzo cię kocham, Kaylo. Jesteś kobietą z moich snów i nie mogę 

wyobrazić sobie Ŝycia bez ciebie. 

Przytuliła się jeszcze mocniej. 

– Och, Ben, ja teŜ cię kocham. Dzień, w którym weszłam do twego biura, był 

najszczęśliwszym dniem w moim Ŝyciu. 

Pojechali zalanymi słońcem drogami w kierunku Salem. Drzewa zaczynały się 

zielenić, a niekiedy przy murku czy furtce ogrodowej złociła się kępa Ŝonkili. Ben 

zastanawiał się, czy kiedykolwiek przepełniała go taka radość. Spojrzał na Kaylę. 

– Powiedz mi, jak się czujesz – zaŜądał. 

– Prawdę?

– Oczywiście – odparł, nagle zaskoczony. Wyraz jej twarzy nie powiedział mu 

niczego. 

– Czuję się... – zdradziła swój sekret, rumieniąc się lekko – jak zakochana 

kobieta. 

Ben z ulgą pokiwał głową. 

– Przez chwilę się zaniepokoiłem. 

– A ty? – spytała. 

– To samo, w męskiej wersji – zaŜartował. 

– Niezły sposób na uniknięcie wyznań – zauwaŜyła. 

Usłyszawszy to, zawołał głośno w wiosenny poranek:

– Kocham Kaylę Hartwell! – Potem zaczął się śmiać. – Nigdy w Ŝyciu czegoś 

takiego nie robiłem, nawet jako nastolatek. Nigdy nie robiłem równieŜ tego. – 

Zatrzymał samochód na skraju szosy i wziął ją w ramiona, obsypując pocałunkami. 

background image

– Nigdy nie całowałeś dziewczyny w zaparkowanym samochodzie? – spytała 

podejrzliwie Kayla, gdy skończyli się całować. – A teraz powiedz prawdę. 

– CóŜ, nigdy nie całowałem dziewczyny wiosną na drodze do Salem o dziesiątej 

rano w zaparkowanym samochodzie – oznajmił i dodał po kolejnym pocałunku: – 

Dwukrotnie. 

– Ale zdarzało ci się zrobić to chociaŜ raz?

– Być moŜe – odparł – ale nie z piękną blondynką z Kalifornii. 

– Widzę, Ŝe jestem tylko pozycją na długiej liście – roześmiała się Kayla. 

Wyjechawszy znów na drogę, Ben powiedział:

– Lista kończy się na tobie, Kaylo. „Oczarowany” to właściwe słowo, aby opisać, 

jaką władzę masz nade mną. 

– MoŜe wyglądam jak Katherine, ale nie mam jej magicznej mocy. 

– Nie jestem tego taki pewien. – Ben pogładził jej rękę. 

Kayla nagle spowaŜniała. 

– Właściwie mogę mieć z nią coś wspólnego. 

– Tak?

– Tak. Czytałam, Ŝe wiele czarownic z Massachusetts było prześladowanych za... 

– szukała właściwego słowa – ... zbytnią wyniosłość. 

– Wyniosłość? – Ben nie mógł powstrzymać śmiechu. 

– To prawda – zapewniła go Kayla. – Niektóre z nich to zamoŜne kobiety, które 

postanowiły nie wychodzić za mąŜ i nie przekazywać majątku swoim męŜom, 

kobiety, które nie chciały się poddać dyktatowi męŜczyzn. Były więc prześladowane. 

Benowi nie podobał się obrót, który przybrała rozmowa, i spróbował znów 

skierować ją ku samej Kayli. 

– Były takie jak ty, prawda? Silne, niezaleŜne i uparte. 

– Tak twierdzą autorzy jednej z moich ksiąŜek. 

– A więc moŜemy wywieść twoją skłonność do niezaleŜności od Katherine. 

– Mam nadzieję – odparła Kayla. – Nie mogę się doczekać, Ŝeby dowiedzieć się o 

niej czegoś więcej. Co mi przypomina – dodała, patrząc na zegarek – Ŝe biblioteka 

czeka. 

– Więc nie zapomniałaś. – Ben zmarszczył brwi. – Upierasz się, Ŝeby tam iść?

W jej oczach pojawiło się zaskoczenie. 

– Myślałam, Ŝe to uzgodniliśmy. 

– ZałóŜmy, Ŝe mam lepszy pomysł. Na przykład przejaŜdŜka do Maine albo Cape, 

znalezienie małej gospody z kominkiem w sypialni i duŜym podwójnym łóŜkiem. 

Moglibyśmy wskoczyć do łóŜka i przytulić się... 

– W biały dzień? – przekomarzała się. Zanim odpowiedział, połoŜyła mu rękę na 

ramieniu i po raz pierwszy uświadomiła sobie, jaki jest zmęczony. 

W ostrym słońcu ujrzała koła pod oczami. 

– Biedactwo – powiedziała. – Potrzebujesz odpoczynku. Nie dawałam ci spać aŜ 

background image

do późnej nocy. 

Ben uśmiechnął się. 

– Za taką noc jak ta wyrzekłbym się snu na zawsze. Ale nie jestem zmęczony – 

skłamał. – Myślę po prostu, Ŝe ta wyprawa do biblioteki to wielka strata czasu. 

– To dla mnie waŜne, Ben. 

– Babskie gadanie i przesądy. Czy nie lepiej byłoby dać sobie z tym spokój?

Oczy Kayli zwęziły się. 

– Czy jest coś, o czym mi nie mówisz, coś, o czym wiesz? Co się stało?

– Nic, Kaylo, na litość boską – odpowiedział porywczo. – Po prostu nie uwaŜam 

tego za najlepszy pomysł. 

– Mogę przecieŜ pojechać sama. Jeśli zabierzesz mnie do domu, mogę wziąć mój 

samochód i pojechać do Salem. 

– To absurdalne – powiedział z irytacją. – Mieliśmy spędzić ten weekend razem. 

– I pojechać do Salem – przypomniała mu. 

– W porządku – odparł i uruchomił silnik. – Jesteśmy juŜ w połowie drogi, więc 

równie dobrze moŜemy zmierzać dalej. – Wyjechał na drogę, udając, Ŝe nie zauwaŜał 

przenikliwego spojrzenia Kayli. Wiedziała, Ŝe coś jest nie w porządku, ale nie 

podzielała jego niepokoju. 

Oczywiście nic nie wiedziała o śnie, który miał ostatniej nocy. Nie odwaŜył się jej 

o nim opowiedzieć. Nadałaby mu za duŜe znaczenie i znowu skończyłoby się kłótnią. 

Bez względu na to, jak starał się przekonać samego siebie o bezsensowności tej 

całej historii, widok biblioteki w Salem napełnił go szczególnym niepokojem. Był to 

zwyczajnie wyglądający stary budynek z czerwonej cegły, o białych kolumnach i 

wysokich, wąskich oknach. Z biblioteką sąsiadował rozległy park. 

– MoŜe spotkamy się w parku za dwie godziny? – zaproponował. 

– Doskonale. – Kayla wzięła notatnik i otworzyła drzwiczki samochodu. – Jesteś 

pewny, Ŝe nie chcesz mi towarzyszyć?

Potrząsnął głową. 

– Myślałem, Ŝe poszukam dla nas noclegu – odpowiedział, co nawet dla niego 

samego brzmiało mało przekonująco. Odczekał chwilę i patrzył, jak Kayla wchodzi 

po schodach. Potem skręcił za róg, odszukał parking i wyłączył silnik. 

Odetchnął głęboko i próbował uporządkować myśli. Zamierzał odwieść ją od 

zamiaru odwiedzenia biblioteki, zwłaszcza po swoim ostatnim śnie. Ale łatwiej było 

obiecać sobie, Ŝe wpłynie na zmianę zdania Kayli, niŜ to zrobić. Teraz miał 

przeczucie, Ŝe stanie się coś złego. Stanie się coś strasznego, a on nie moŜe temu 

zapobiec – a to był stan, którego Ben Montgomery nie znosił. 

To sen wzbudzał jego niepokój, ten cholerny sen, który pojawił się właśnie 

wówczas, gdy wszystko szło tak dobrze, po wspaniałej nocy spędzonej z Kaylą. W 

tym świecie rzadkością było znalezienie kobiety, którą moŜna było tak kochać. 

Jeszcze rzadziej miłość ta bywała odwzajemniona. Kayla była jego drugim ja, a 

background image

ostatnia noc byłaby najpiękniejszą w jego Ŝyciu. 

Gdyby nie sen. Łatwo zasnął z Kaylą w objęciach. TuŜ przed świtem miał sen. 

Kobieta wyglądała jak Kayla. Wiedział jednak, Ŝe to Katherine. Tym razem nie była 

sama. We śnie pojawił się męŜczyzna w sędziowskiej todze, który przewodniczył 

rozprawie. Był to proces Katherine, a Ben był z całą pewnością sędzią, poniewaŜ 

widział salę sądową z pulpitu sędziowskiego. 

Widział Katherine na ławie oskarŜonych z dumnie uniesioną piękną głową, której 

nie spuściła nawet, gdy został ogłoszony wyrok – głosem, który był mu nie znany, a 

jednak naleŜał do niego. Bronił się przed wypowiedzeniem tych słów, ale wiedział, Ŝe 

nie ma wyjścia. Czuł się tak, jakby zatapiano mu nóŜ w piersi. Zaczął mówić. 

Zanim skończył, obudził się zlany potem. LeŜąc nieruchomo, by nie niepokoić 

Kayli, na nowo przeŜywał sen, nie rozumiejąc jego znaczenia. 

Zastanawiał się, czy jest mniej odwaŜny od Kayli. Ona była podobna do 

Katherine, szukała prawdy, gotowa stanąć z nią oko w oko. 

– Do diabła – powiedział na głos, otwierając drzwiczki samochodu. – MoŜe nie 

mam racji. – Tak czy inaczej musiał się dowiedzieć. Za biurkiem przy drzwiach 

biblioteki siedział młody męŜczyzna. Poprosił Bena o wpis w ksiąŜce czytelników i 

poinformował go, Ŝe panna Hartwell jest w dziale mikrofilmów. 

Zapytany, czy chciałby do niej dołączyć, Ben potrząsnął głową. 

– Nie, chyba Ŝe dokumenty, których potrzebuję, są równieŜ na mikrofilmach. 

Szukam informacji o rodzinie Montgomerych z New Sussex. 

MęŜczyzna chętnie wskazał Benowi Ŝądane ksiąŜki. 

Dwie godziny później blada, wstrząśnięta Kayla stanęła przed Benem w 

otoczonym murem ogrodzie przed biblioteką. W ręku ściskała odbitki z przejrzanych 

ksiąŜek. 

Ben oparł się o mur z rękami wbitymi w kieszenie i patrzył, jak Kayla chodzi tam 

i z powrotem. Wreszcie usiadła na marmurowej ławce. Podszedł, usiadł obok niej i 

słuchał, jak czyta. 

– „Sędzią na procesie Katherine Hartwell był Benjamin Montgomery z New 

Sussex, który w trybie doraźnym skazał ją na karę śmierci”. 

Wzięła jedną z kartek i wymachiwała mu nią przed nosem. 

– Kaylo... – zaczął, próbując ją uspokoić albo być moŜe powstrzymać słowa, 

które, jak wiedział, zaraz zostaną wypowiedziane. 

– Nigdy mi nie powiedziałeś, nigdy. Dlaczego? Widział jej ból i złość, i jak 

podejrzewał, głęboko ukryty strach. 

– Nie wiedziałem, Kaylo. A jeśli nawet, to zapomniałem. MoŜe słyszałem, jak 

dziadek opowiadał o przodku powiązanym z procesami czarownic, ale to nie miało 

dla mnie znaczenia. 

– Więc dlaczego zakradłeś się za moimi plecami do biblioteki? Dlaczego, Ben?

– Nie zakradłem się, Kaylo. Gdy wysiadłaś z samochodu, postanowiłem 

background image

dowiedzieć się czegoś o moim przodku. To nie miało nic wspólnego z tobą ani z 

Katherine. 

Spojrzenie Kayli nie pozostawiało wątpliwości, Ŝe nie wierzy w ani jedno słowo. 

– Wiec teraz, gdy wiesz, Ŝe był sędzią na moim procesie... 

– Jak to na twoim procesie, Kaylo? Rozmawiamy o Katherine. – Bena przebiegł 

zimny dreszcz. 

– No tak. Ale fakt pozostaje faktem – upierała się Kayla. – Twój przodek wydał 

na nią wyrok. Czy to dla ciebie nic nie znaczy?

Ben czuł, Ŝe musi opanować tę niesamowitą sytuację. 

– Dla mnie znaczy to tyle, Ŝe wyciągnęłaś na światło dzienne ciekawy kawałek 

historii, który nas nie dotyczy. 

Kayla uczuła nagle chłód mimo pięknej słonecznej pogody. Jej ręce, wciąŜ 

ś

ciskające te przeraŜające kartki, były wilgotne i zimne. 

– To znaczy – mówiła powoli – Ŝe to twój przodek był odpowiedzialny za śmierć 

Katherine. 

– Uwierz mi, Kaylo, to nie ma nic wspólnego z nami. 

– AleŜ ma – upierała się. – To nas w jakiś sposób z nimi wiąŜe. Ja wyglądam jak 

Katherine, ty jak sędzia. Tu jest zbyt duŜo zbiegów okoliczności. Nawet ty – 

powiedziała, starając się, by nie brzmiało to sarkastycznie – będziesz musiał wziąć to 

pod uwagę. 

– AleŜ biorę. – Ben był najwyraźniej rozdraŜniony. – O co ci właściwie chodzi? 

Twoja antenatka została powieszona jako czarownica, mój przodek był sędzią. Wiele 

lat później spotykamy się. To jasne, Ŝe masz powiązania z New Sussex, a więc nic nie 

wydaje mi się naciągane. 

– To nie jest naciągane – zgodziła się. – Jest tak, jakby to musiało się stać, jakby 

było przeznaczone. 

– Dobrze – powiedział Ben. – Podoba mi się ta interpretacja. Było mi pisane, 

Ŝ

ebym cię spotkał, i jestem szczęśliwy. A więc kontynuujmy nasz weekend. Mam 

ochotę na lunch – oświadczył, pragnąc odwrócić jej myśli. 

Kayla potrząsnęła głową. 

– Musimy stanąć z tym oko w oko, Ben, nie chować się przed tym. Pamiętasz, jak 

początkowo kłóciliśmy się, jaką do siebie czuliśmy antypatię?

Pamiętał, a ona o tym wiedziała. 

– To nie było naturalne zachowanie Ŝadnego z nas – ciągnęła. – MoŜe te uczucia 

przeszły z Katherine i sędziego. – Odetchnęła głęboko i cała spięta czekała na 

odpowiedź Bena. 

Twarz Bena wyraŜała najpierw niedowierzanie, później oburzenie, a wreszcie 

wybuchnął:

– Kaylo, nie chcę więcej o tym słyszeć. Próbujesz mnie przekonać, Ŝe Ŝyjemy 

cudzym Ŝyciem... 

background image

– Nie próbuję przekonywać cię o niczym – odparowała. – Szukam wyjaśnienia. 

Usiłuję wszystko dopasować do siebie i nic więcej. 

– AleŜ to nonsens. 

– Dzięki za niearbitralną postawę – odparła z ironią. – Teraz widzę, co 

odziedziczyłeś po swoim przodku. 

– Ta uwaga była zupełnie zbyteczna – powiedział. Wstał i zaczął spacerować, aby 

się opanować. 

– Ale to prawda, Ben – upierała się. – Właśnie tak reagujesz, gdy się ze mną nie 

zgadzasz. 

– A ty rzucasz się bez namysłu na pierwszy lepszy pomysł. Prawdą jest, Ŝe wiele 

lat temu niewinni ludzie zostali powieszeni. To przykre, Ŝe mój przodek brał w tym 

udział, ale my nie mamy z tym nic wspólnego. Uwierz mi. 

– AleŜ mamy! – upierała się Kayla. – Czy tego nie widzisz? Czy nie czujesz? – 

błagała, zniŜywszy głos, bo w ogrodzie pojawiła się inna para. – To jest tak 

oczywiste. 

Kayla wiedziała, Ŝe ma rację bez względu na prawa logiki. Między nimi a dwiema 

istotami sprzed wieków istniało silne powiązanie, tajemnica, która teraz wychodzi na 

ś

wiatło dzienne. Ben nie pomoŜe jej w wyjaśnieniu tej sprawy – i nie chce. To 

zabolało ją najbardziej. MęŜczyzna, z którym była juŜ tak blisko, jest teraz po 

przeciwnej stronie. 

– Chodź – rzucił – potrzebujemy chwili spokoju. W samochodzie napięcie 

pomiędzy nimi wzrosło. 

Kayla wiedziała, Ŝe Ben chce zapomnieć o tym, czego się dowiedzieli. Budziło to 

jej sprzeciw. Ich znajomość znalazła się w punkcie krytycznym. 

Bardzo jej zaleŜało, aby go skłonić do słuchania. Z ręką opartą o jego ramię 

wyznała, jak się męczyła od początku, choć o niczym nie wiedziała. 

– Gdy przyjechałam do New Sussex, wszystko zostało jakby wprawione w ruch. 

Odczułam to natychmiast – w domu i między nami. 

– To oczywiste. Czuliśmy do siebie tak silny pociąg, Ŝe Ŝadne z nas nie mogło się 

oprzeć. 

– Właśnie – powiedziała, prawie uspokojona. 

– Kaylo, to chemia, bioprądy czy jak chcesz to nazwać. To się zdarza i cieszę się, 

Ŝ

e zdarzyło się nam. NaleŜymy do szczęśliwców. Ale to nie ma nic wspólnego z 

naszymi przodkami. 

Kayla czuła, jak jej rozczarowanie rośnie. Spróbowała znów. 

– Te uczucia były czymś więcej. Czasami moje uczucia były tak pogmatwane, Ŝe 

przeraŜały mnie. Wiesz o tym, Ben. 

Westchnął głęboko. 

– Bardzo cię pragnę, Kaylo. Ale to ja, nie sędzia. 

– Nawet chęć kontrolowania, przeświadczenie, Ŝe zawsze masz rację, jest typowe 

background image

dla ciebie?

Ben milczał, a Kayla ciągnęła:

– Gdy zobaczyłam Katherine albo zdawało mi się, Ŝe zobaczyłam – poprawiła się, 

chcąc uniknąć dalszej dyskusji – potrzebowała pomocy. 

– I przyszła do ciebie? – Ben nie krył sceptycyzmu. 

– Dlaczego nie? Jestem jej krewną, a ty jesteś potomkiem sędziego. Ty teŜ jesteś 

z tym powiązany. 

– Jestem związany z tobą, Kaylo, nie z Katherine – upierał się. Zaczynał się spór, 

którego się tak obawiał. Był zadowolony, Ŝe nie opowiedział Kayli o swoich snach. 

To tylko dolałoby oliwy do ognia. 

Ale Kayla nie zamierzała dać za wygraną. 

– Sędzia przyczynił się do jej śmierci, Ben. Wierzę, Ŝe ona chce, byśmy wszystko 

uporządkowali. 

– Świetnie – powiedział Ben. – MoŜemy to zrobić. Zamieszkajmy razem, 

zaręczmy się. Do licha, pobierzmy się. Czy to zadowoli ducha Kathenne i usunie ją z 

naszego Ŝycia?

W oczach Kayli ujrzał ból. 

– W tych okolicznościach chyba nie oczekujesz, Ŝe potraktuję twoją propozycję 

powaŜniej, niŜ ty traktujesz całą tę sprawę. Chcesz, Ŝeby to się skończyło, prawda?

– Tak, do diabła – potwierdził złym głosem. 

– Ja teŜ. 

– A wiec dobrze. 

– Ale chcę skończyć to na jej sposób. Ona otwiera dla mnie drzwi, Ben, a ja chcę 

przez nie wejść. 

– Jak, Kaylo?

– Nie wiem. 

Ben uniósł w irytacji ręce. 

– Wiem tylko, Ŝe Kathenne próbuje mówić do nas albo przez nas – 

argumentowała. 

– I chcesz, Ŝebyśmy – nie, nie mów mi, o czym myślisz, Kaylo. Tylko nie seans. 

– Tego nie powiedziałam, Ben. 

– Ale pomyślałaś, prawda? – odparował. 

– Nie – powiedziała stanowczo, po czym dodała mniej pewnie: – Nie wiem. 

Chciałabym tylko, Ŝebyś nie był taki uparty i nietolerancyjny. 

– Nie wierzę w to, Ŝe jesteśmy wcieleniami naszych dawno nieŜyjących 

przodków. 

– Ja tylko twierdzę, Ŝe powinniśmy być gotowi na to, by ich wysłuchać. 

– Ja słuchałem, a wszystko, co usłyszałem, to bzdury o zjawach, czarownicach i 

duchach zza grobu. – Ben uruchomił samochód. – Nie mogę tego zaakceptować, 

Kaylo. Nie zrobię tego. 

background image

Kayla westchnęła. Spór trwał i nie było w nim zwycięzcy. 

– Chciałabym tylko – powiedziała Ŝałośnie – Ŝebyś przez chwilę pozwolił, aby te 

drzwi się choć trochę uchyliły. 

Ben odwrócił się i spojrzał w kierunku Salem. 

– Dzieje się coś niezwykłego – ciągnęła Kayla. – Jeśli zaakceptujesz ten fakt, 

moŜesz być zaskoczony. 

– Jestem zaskoczony wyłącznie tym, Ŝe nasz weekend tak się zakończył. 

Wracamy do New Sussex, Kaylo. 

Ben przemierzał godzinami kuchnię, pijąc kawę i myśląc, dlaczego nie 

opowiedział Kayli o swoich snach. W końcu przestał krąŜyć i opadł na krzesło, 

zastanawiając się, co począć. 

Doszedł do jednego wniosku: Kayla mogła mieć rację, gdy powiedziała, Ŝe jest 

władczy i arbitralny. A jeśli tak, to pewnie przez upór nie opowiedział jej o wszystkim 

co przeŜył. To nie było w porządku. 

Wiedział jednak, Ŝe gdyby wspomniał o snach i kobiecie, którą w nich widywał, 

Kayla nie przepuściłaby okazji. W tej chwili znajdowaliby się w Bostonie w gabinecie 

jakiegoś medium i cofali w inne Ŝycie. Nie mógł się na to zgodzić. 

A moŜe jednak?

Ze złością odsunął filiŜankę letniej kawy, wstał i poszedł się połoŜyć. 

Szczęśliwie jutro niedziela i moŜe pospać dłuŜej. Obudzi się silny, pewny siebie i 

zdolny do tego, aby zająć się Kaylą. Choć oświadczyny nie nastąpiły we właściwym 

czasie i miejscu, zamierzał je ponowić. Kochał Kaylę i chciał z nią być. Nie radziłby 

nikomu – ani Ŝadnemu duchowi – stanąć na swojej drodze. 

Dziwne, Ŝe po tylu kawach Ben zasnął twardo, gdy tylko przyłoŜył głowę do 

poduszki. TuŜ przed świtem obudziło go światło padające na łóŜko. Przekręcił się i 

spojrzał na zegarek. Była dopiero piąta, daleko do wschodu słońca. A jednak... 

Uniósł się na łokciu, a drugą ręką przysłonił oczy. Drzwi zaczęły otwierać się 

szerzej i szerzej, wpuszczając więcej światła. 

Przysłonił oczy ręką i zawołał:

– Kto tam?

Usłyszał te słowa, ale jego usta się nie poruszyły. Pomyślał je tylko, a myśl 

zmieniła się w dźwięk. Ben zadrŜał. To było niesamowite. Ale działo się i musiał 

wiedzieć więcej. Oderwał rękę i spojrzał wprost w światło, które natychmiast zbladło. 

Wtedy zobaczył ją. Nie wymówił jej imienia. Pomyślał je tylko. 

Katherine. 

Słowo odbiło się echem w pokoju. Znów myśl stała się słowem. Kobieta podeszła 

do niego ubrana w purytański strój, z rękami złoŜonymi na piersiach. Na smukłym 

bladym palcu widniały trzy złączone złote kółka. 

Potem zobaczył za nią kogoś. Gdy męŜczyzna wynurzył się z mroku, Ben ujrzał 

twarz, której nie widział w ostatnim śnie. Nie zaskoczyła go. MęŜczyzna miał białą 

background image

perukę i sędziowską togę. Sędzia Benjamin Montgomery. 

Zatrzymał się obok Katherine i stali oboje skąpani w blasku, wzywając go przez 

otwierające się drzwi. 

– Nie, nie – wołał Ben, wiedząc, Ŝe to tylko sen. Ale po raz pierwszy w Ŝyciu 

poczuł strach. Jeśli był to sen, nie mógł się z niego obudzić. 

Potem drzwi zamknęły się i zapanowała ciemność. 

background image

ROZDZIAŁ 10

Gdy tylko w pokoju Kayli zapaliło się światło, Ben wysiadł z samochodu. 

Siedział w nim ponad godzinę, czekając, aŜ Kayla się obudzi, i cały zesztywniał. 

Zanim dotarł do tylnych drzwi, równieŜ okno kuchenne rozbłysło światłem. 

– Wiem, Ŝe jest wcześnie, ale... – zaczął, gdy otworzyła drzwi. 

– Nie tłumacz się – przerwała. – Nie spałam dobrze w nocy i cieszę się, Ŝe 

przyszedłeś. Musimy porozmawiać. 

Wszedł za nią do kuchni. 

– Chcesz kawy? – spytała przez ramię. 

– Och, nie. Wypiłem wieczorem chyba dziesięć filiŜanek. Ale chętnie napiłbym 

się soku. 

Podeszła do lodówki i nalała mu szklankę soku pomarańczowego. Zaniósł ją do 

stołu, odsunął krzesło i usiadł w milczeniu, próbując uniknąć nieuchronnego. Tak 

przytulnie i swojsko było w kuchni Kayli. Chciał się przez chwilę tym nacieszyć. 

Kayla usiadła naprzeciwko niego w przyjaznym milczeniu. 

– Wczorajszy dzień to kolejny przykład na to, Ŝe wszystko wymyka się nam spod 

kontroli – powiedziała po dłuŜszej chwili. – Ale myślę, Ŝe moŜemy to zmienić. 

– Ja teŜ tak sądzę, Kaylo. Ja ponoszę winę za to, co się stało. 

– Nie – zaprotestowała. – To moja wina. Nalegałam, abyś mnie słuchał, a nie 

wysłuchałam ciebie. 

Ben z przyjemnością wypił chłodny, orzeźwiający sok. Czuł się teraz lepiej i 

umysł miał jasny, gdy odparł:

– Nie winię cię za to. Nie mówiłem prawdy. Kayla zaskoczona zmruŜyła oczy. 

– Prawdy o czym?

– O tobie i o mnie – powiedział po prostu. – O Katherine i sędzi. 

– Nie rozumiem. 

– Och, Kaylo, oczywiście, Ŝe nie – odparł, a słowa więzły mu w gardle – bo nie 

byłem szczery. 

W myślach Kayli panował taki zamęt, Ŝe nawet nie próbowała ich uporządkować. 

Mogła tylko czekać na wyjaśnienia. 

– Czy mam opowiedzieć od początku?

– Proszę. – Kayla upiła łyk kawy. 

– To zaczęło się wtedy, gdy weszłaś do mojego biura. – Zawiesił głos. – Znałem 

cię. 

– Co? Nie rozumiem. Kiedy się spotkaliśmy?

– Ty mnie nie znałaś, ale ja widziałem ciebie. W moich snach. Wiem, Ŝe to brzmi 

jak banalny komplement – nawet mi to kiedyś powiedziałaś. Ale tak nie jest. Śniłem o 

tobie, zanim się spotkaliśmy. Więc wtedy, gdy ujrzałem cię w biurze jako kogoś z 

krwi i kości, oszołomiło mnie to. 

background image

– Śniłeś o mnie? – Kayla wciąŜ była zaintrygowana. 

– O kimś, kto wyglądał dokładnie jak ty. 

– Dlaczego nie opowiedziałeś mi o tych snach?

– Z wielu powodów – przyznał Ben. – Gdy próbowałem ci powiedzieć 

pierwszego wieczora, zabrzmiało to jak frazes. Gdy zaczęliśmy się spierać o zjawiska 

paranaturalne, byłem zbyt uparty, aby przyznać się, Ŝe doświadczam czegoś... – nie 

dokończył. – Pomyśl o tym, Kaylo. Znasz mnie przecieŜ. Chciałem wszystko 

przemyśleć i osądzić logicznie i racjonalnie. Wtedy i tylko wtedy wyjaśniłbym ci to i 

przedstawił rewelacyjne wnioski. 

– Nie jestem pewna, czy rozumiem – powiedziała Kayla. – Co twoje sny mają 

wspólnego z sędzią i Katherine?

– W końcu doszedłem do wniosku, Ŝe nigdy nie śniłem o tobie. Pamiętaj, 

powiedziałem, Ŝe kobieta ze snów wygląda jak ty. Ale to była Katherine. 

– Katherine? W twoich snach? Opowiedz mi wszystko, Ben – nalegała. 

Ben wreszcie był gotów to właśnie zrobić. 

– Na kilka tygodni przed twoim przybyciem do New Sussex zacząłem śnić o 

ś

licznej blondynce, która była zawsze poza moim zasięgiem. Była fascynująca i 

intrygująca i pragnąłem nieodparcie kochać się z nią. Potem ujrzałem ciebie i cóŜ, po 

prostu wzięło mnie. 

– Tak jak mnie – szepnęła Kayla. 

– Tamtej nocy po spotkaniu miałem kolejny sen. Był erotyczny i sądziłem, Ŝe 

znam powód. Seksualna fantazja była łatwa do wytłumaczenia, bo ogromnie mnie 

pociągałaś. Z wyjątkiem tego, Ŝe – jak sobie teraz przypominam – sen odnosił się do 

realiów z innej epoki. – Zmienił wątek, próbując wszystko wyjaśnić. – Sny to dziwne 

zjawiska, prawda? Nic wówczas nie wiedziałem o Katherine i nie zwracałem uwagi 

na scenerię snów. 

– To niesamowite, Ben. 

– Jest coś więcej. Śniłem, Ŝe ta kobieta jest prześladowana i sądzona. PoniewaŜ 

jestem realistą – to równieŜ zignorowałem, tłumacząc sobie, Ŝe twoje fantazje o 

Katherine w jakiś sposób wdarły się w moją podświadomość. Prawda jest taka, Ŝe 

wcale nie chciałem o tym myśleć. 

– Powiedziałeś, Ŝe dotyczyło to sędziego Montgomery’ego i Katherine – wtrąciła 

Kayla. – Czy śnił ci się sędzia?

– Teraz zaczynam rozumieć, co znaczyły te sny – przyznał Ben z ociąganiem. – 

Myślę, Ŝe to było tak, jakby śnił je sędzia. To nie ja marzyłem o tobie. To sędzia 

marzył o Katherine. Nie mogę uwierzyć, Ŝe to mówię, ale to ona była w moich snach. 

Kayla czuła, jak wali jej serce. Te rewelacje przeraziły ją. Ale sprawiły teŜ, Ŝe nie 

czuła się juŜ osamotniona. Między nią, Benem i przeszłością musiał istnieć jakiś 

szczególny związek. 

– Sprawiasz wraŜenie przekonanego, Ben. 

background image

– Po ostatniej nocy jestem. Widziałem sędziego i Katherine razem. Nie wiem, czy 

był to sen, wizja czy zmora nocna. Ale byli w moim pokoju i przywoływali mnie do 

siebie przez otwarte drzwi. 

Gdy wypowiedział te słowa, w kuchni zrobiło się nagle bardzo cicho. 

– Boję się, Kaylo. Spojrzała na niego zaskoczona. 

– Och, nie duchów ani istot nadprzyrodzonych, choć przyznaję, Ŝe ostatni sen 

wstrząsnął mną. Boję się o nas. Jestem przeraŜony, Ŝe los naszych przodków mógłby 

w jakiś sposób wpłynąć na nasze Ŝycie. 

Czuł, jak jej ręka drŜy. 

– Oczywiście, nie do tego stopnia, ale moglibyśmy zostać rozdzieleni, rozłączeni. 

Czy rozumiesz, co mam na myśli, Kaylo?

Kiwnęła głową. 

– MoŜe coś zburzyłoby nasz związek. – Powiedziawszy to Ben zdał sobie sprawę, 

jak dramatycznie zabrzmiały jego słowa. 

– To się nie stanie – powiedziała stanowczo Kayla. 

– Jak temu zapobiec? – zapytał, uświadamiając sobie, Ŝe teraz ona jest silniejsza. 

Nie miał nic poza kilkoma niejasnymi sugestiami. – Moglibyśmy wciąŜ mieć sny, 

widzieć zjawy i spierać się. MoŜemy teŜ zaakceptować Katherine i sędziego i zaprosić 

ich na kolację. 

Wyobraziwszy to sobie, Kayla wybuchnęła śmiechem. Po chwili Ben jej 

zawtórował. Kayla z trudem łapała oddech. 

– Przynajmniej mamy oboje wciąŜ jeszcze poczucie humoru. 

– Mamy więcej. – Pocałował ją wolno w usta. – Ale nie mamy rozwiązania. 

Kayla westchnęła. 

– Znajdziemy je – powiedziała z przekonaniem. 

– Przede wszystkim musimy ustalić, czego chcą. 

– Doprowadzić nas do szaleństwa – poddał Ben. 

– Zdaje się, Ŝe widziałem Katherine równieŜ w lustrze. 

– Ben, i nic mi nie powiedziałeś?

– Jak miałem to zrobić, gdy nie mogłem przyznać się przed samym sobą? Ja, Ben 

Montgomery, widzący zjawy? Do diabła, nie. Jeśli jednak widziałem, musi być jakiś 

powód. 

– I jest. Zawsze myślałam, Ŝe Katherine potrzebuje pomocy, ale teraz, gdy pojawił 

się sędzia... 

– Proszę, Kaylo – powiedział Ben. – Nie bądźmy zbyt mistyczni. 

Kayla rzuciła mu wyzywające spojrzenie, ale nie odpowiedziała, nie chcąc 

wszczynać kłótni teraz, gdy byli bliscy porozumienia. 

– MoŜe oni chcą nam powiedzieć coś o sobie, coś, czego nie wiemy. – 

Zmarszczyła czoło w napięciu. 

– MoŜe czekali setki lat, abyśmy znaleźli się razem, we właściwym czasie i 

background image

miejscu. Teraz, kiedy to się stało, skorzystali z okazji. To ma sens, prawda?

– Nic nie ma sensu – zaprzeczył Ben. – Ale jestem skłonny próbować 

wszystkiego. 

– Więc jak sprawimy, Ŝeby się z nami porozumieli? – spytała Kayla. – Czy w 

New Sussex są jacyś spirytyści?

Ben potrząsnął głową. 

– Wątpię. Muszę jednak przyznać, Ŝe nic nie wiem na ten temat. 

Kayla uśmiechnęła się i wstała, aby nalać sobie kolejną filiŜankę kawy. 

– Dla mnie teŜ – poprosił Ben. 

– Myślałam, Ŝe masz dość kawy. 

– JuŜ nie – odparł z uśmiechem. – Teraz potrzebuję czystej kofeiny. 

Gdy znalazła filiŜankę i nalała mu kawy, powiedziała:

– DuŜo o tym czytałam. 

– Wiem. 

– Zazwyczaj kontakt z postaciami z zaświatów nawiązuje się, gdy podmiot jest 

wprowadzony w trans albo gdy istota przemawia przez kogoś innego, na przykład 

medium. 

Ben wzdrygnął się. 

– Co za słownictwo – istota, podmiot, medium. To brzmi coraz dziwniej. 

– Ben... 

– Nie martw się – pocieszył ją. – Ja się nie wycofuję. Tylko powiedz mi, co teraz 

zrobić? Czy powinniśmy jechać do Bostonu i poszukać hipnotyzera?

Kayla uśmiechnęła się do niego. 

– Nigdy nie myślałam, Ŝe usłyszę od ciebie coś takiego. Pomysł jest szalony. 

– Szalony, zgadzam się – potwierdził. – Ale co teraz? Czy spróbujemy znaleźć 

kogoś, kto by nam pomógł?

Kayla westchnęła. 

– Chciałabym, Ŝebyśmy mogli poradzić sobie sami, tylko we dwoje. Albo we 

czworo – dodała. – Będziemy jednak potrzebować pomocy. Zastanawiam się, czy 

powinnam poszukać w ksiąŜce telefonicznej? – zaŜartowała, próbując rozładować 

atmosferę. 

– Pozwól mi się tym zająć – powiedział Ben. – Ja zdobędę nazwisko i numer 

telefonu, jeśli ty nawiąŜesz kontakt. 

– Umowa stoi – zgodziła się Kayla. – Ale od czego chcesz zacząć?

– Nie od ksiąŜki telefonicznej – zapewnił ją – ani ogłoszeń w gazetach. Mam 

kontakty z innymi prawnikami, lekarzami, psychologami. Powinienem za ich 

pośrednictwem kogoś znaleźć. 

Kayla próbowała ukryć uśmiech, ale udało jej się to tylko częściowo. 

– O co chodzi?

– Właśnie myślałam, jak będziesz dzwonił do jednego ze swoich statecznych 

background image

kolegów po fachu i pytał, czy nie zna jakiegoś dobrego hipnotyzera. To naprawdę nie 

pasuje do twego wizerunku, Ben. Przynajmniej nie do wizerunku dawnego Bena. 

Uśmiechnął się szeroko. 

– Odkąd cię spotkałem, Kaylo Hartwell, całe moje Ŝycie przewróciło się do góry 

nogami. Robię i mówię rzeczy, o które nigdy się nawet nie podejrzewałem. A więc 

załóŜmy, Ŝe te poszukiwania to część mojego, hm, duchowego dojrzewania. 

Oczywiście jeśli się rozniesie, Ŝe mam coś wspólnego z mistycyzmem, mogę stracić 

klientów. 

– Nigdy ci nie zabraknie klientów. Wiesz o tym. – Kayla podeszła do Bena i 

pocałowała go delikatnie w usta. – Czy ci ostatnio nie mówiłam, Ŝe jesteś 

prawdziwym męŜczyzną i bardzo cię kocham?

– Tak – odparł z niespodziewanym rumieńcem – ale mogę tego słuchać ciągle. To 

właśnie pozwala mi funkcjonować. Teraz powiedz, gdzie jest telefon. Zacznę dzwonić

juŜ teraz. 

– Kayla na drugiej linii do ciebie, Ben – zawołała Terrie. 

– Hej, co się dzieje? – Ben próbował mówić spokojnie, choć serce mu biło 

mocno. Dziś właśnie miał przyjechać hipnotyzer, z którym Kayla się umówiła. Ben 

czekał na ten telefon i zastanawiał się, jak, u licha, wplątał się w coś takiego, i jak ma 

się z tego wyplątać. Uzgodnili z Kaylą, Ŝe doprowadzą sprawę do końca. Teraz 

godzina prawdy nadeszła. 

– On tu jest – szepnęła Kayla. – Pije właśnie herbatę w kuchni. Pan Leo Justice 

jest tutaj. 

– I... – podsunął Ben. 

– Jest bardzo miły i bardzo normalny – ciągnęła z ulgą w głosie. – Zachwycił się 

sklepem i mógłby nawet kupić... 

– Kaylo – przerwał Ben – a co z... no wiesz?

– Rzucił ostroŜne spojrzenie w stronę drzwi. Usiłował ukryć przed wszystkimi to, 

co z Kaylą planowali. 

– Wiem – zapewniła go Kayla – seans. On będzie gotowy, jak tylko przyjedziesz. 

Zamierzam pokazać mu portret Katherine, a potem zabrać do starego salonu. Przyjedź 

zaraz. 

– Jestem trochę zajęty – mruknął Ben. 

– Nie, nie jesteś – powiedziała Kayla. – I nie czekasz na Ŝadnych klientów. – Jej 

głos złagodniał. – Ja teŜ jestem zdenerwowana, najdroŜszy, ale nadszedł czas. 

Naprawdę musimy doprowadzić sprawę do końca. Mogę na ciebie liczyć, prawda?

Ben wziął głęboki oddech. 

– Jeśli jest ktokolwiek, na kogo moŜesz liczyć, to ja. Myślę, Ŝe to po prostu trema. 

Za pięć minut ruszam. I, Kaylo, nie zaczynaj beze mnie. 

Kayla miała rację. Leo Justice był zwyczajnie wyglądającym męŜczyzną. Ben 

background image

poczuł się natychmiast raźniej. Justice, polecony jako jeden z najlepszych 

hipnotyzerów w okolicy, był niewysoki i łysiejący, o rumianej twarzy i 

bladoniebieskich oczach. Miał niski, melodyjny głos, a jego maniery były bez zarzutu. 

Staroświecki dŜentelmen, pomyślał Ben. Wszystko wyglądało na przypadkowe 

spotkanie towarzyskie, a nie na seans, którego rezultaty mogły zawaŜyć na ich 

przyszłości. 

– Pomyślałem, Ŝe przeniesiemy portret Katherine do salonu – poinformował go 

Leo. – Kayla opowiedziała mi, jak waŜną rolę odegrał ten wizerunek w waszym Ŝyciu. 

Przeszli przez sień i weszli do salonu. Nad niskim stołem wisiał portret, który 

odbijał się w lustrze. Ben uśmiechnął się. Kayla i Leo juŜ stworzyli odpowiednią 

atmosferę w starym pokoju. 

Salon oświetlały tylko świece umieszczone na gzymsie kominka, komodzie i stole 

obok sofy. Było późne popołudnie i na dworze zapadała ciemność. Migotanie świec 

działało na nich niezwykle kojąco. 

– Wykonaliście niezłą robotę – zauwaŜył Ben. Kayla podeszła i wzięła go za rękę. 

– Pomyśleliśmy, Ŝe to najlepsze miejsce na naszą... sesję. Tutaj najsilniej 

odczuwam obecność Katherine. 

– Usiądźcie na sofie – zaproponował Leo. 

A więc za chwilę się zacznie. Benem zawładnął nagle strach. Chrząknął z 

niepokojem. 

– Myślę, Ŝe juŜ to pan parę razy robił? – zwrócił się do Leo. 

– Tak, istotnie – odparł Leo – choć za kaŜdym razem jest inaczej. Opowieść Kayli 

jest jedną z ciekawszych, jakie słyszałem. Mam nadzieję, Ŝe wyjdzie z tego coś 

wyjątkowego. 

– My teŜ jesteśmy podekscytowani – powiedziała Kayla. Ściskała mocno rękę 

Bena, który czuł emanujące z niej napięcie. – I trochę przestraszeni. 

– Spojrzała na Bena, który uspokajająco ścisnął jej dłoń. 

– To dobrze – powiedział łagodnie Leo. – Ta energia moŜe nam pomóc. 

Naprawdę wyczuwam energię w tym pokoju. Myślę, Ŝe wy teŜ. – Nagle, jakby zdał 

sobie sprawę z tego, Ŝe jego słowa zwiększyły tylko niepokój Kayli i Bena, 

uśmiechnął się uspokajająco. 

– Jak wiecie, zjawisko hipnozy jest znane od tysięcy lat. W rękach właściwych 

ludzi to całkowicie bezpieczne. Chcę, Ŝebyście oboje odpręŜyli się. Chcę, Ŝebyście 

cieszyli się na to, co ma nastąpić. 

– Cieszymy się. To znaczy, ja się cieszę – odparła Kayla. 

– A ja mam opory – wyznał Ben. – Nie dlatego, Ŝe wątpię w istnienie duchów. 

Tak naprawdę nigdy nawet o nich nie myślałem. Jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, 

Ŝ

e zacząłem rozwaŜać moŜliwość... 

– A więc pan zgadza się na to doświadczenie z pewną obawą? – spytał Leo. 

– Nie tyle obawą, ile sceptycyzmem. Ale kocham Kaylę na tyle, aby 

background image

przezwycięŜyć tę niewiarę. Jeśli jest to w ludzkiej mocy – przerwał, zastanawiając się 

nad doborem słów – to chcę spróbować skontaktować się z Katherine i sędzią. Jeśli 

wyświetlenie tajemnic przeszłości ochroni naszą miłość, to jestem za tym bez 

zastrzeŜeń. 

– Ja teŜ – zgodziła się Kayla. – Chcę, Ŝeby Katherine i sędzia wiedzieli, Ŝe ten 

pokój jest wypełniony miłością i zrozumieniem, i Ŝe z radością ich tu widzimy. 

Leo uśmiechnął się łagodnie. 

– Wyczuwam tę miłość. Myślę, Ŝe czas juŜ zacząć. Teraz chcę, Ŝebyście oboje 

zamknęli oczy i słuchali mego głosu – polecił. – Musicie całkowicie się odpręŜyć. 

Kayla, uspokojona, spełniła jego polecenie. Ale następne słowa Leo znów 

napełniły ją niepokojem. 

– Benie i Kaylo, zapadniecie teraz w głęboki i kojący sen, najbardziej kojący w 

waszym Ŝyciu. OdpręŜcie się. Zapadacie się głębiej i głębiej. 

To wydało się Kayli sztuczką podrzędnego hipnotyzera. Oczekiwała czegoś 

więcej. Próbowała jednak zrobić to, o co prosił Leo, i skoncentrowała się na jego 

monotonnym głosie. 

– Myślcie o pływaniu w ciepłym i spokojnym morzu, na falach, które was unoszą 

i kołyszą. Płyniecie dalej i dalej. Jesteście spokojni i zrelaksowani, stanowicie część 

morza. Dalej i dalej... 

Ma rację, pomyślała Kayla. Była coraz bardziej spokojna i zrelaksowana, tak 

jakby naprawdę płynęła przez cudowne morze. Przyjemnie było słuchać głosu Leo. 

Czuła, jak powieki robią się cięŜkie. Próbowała je otworzyć, ale na próŜno. 

– Teraz, gdy policzę do dziesięciu, zaśniecie, ale będziecie mnie słyszeć. 

Odpowiecie szczerze na wszystkie moje pytania i będziecie to pamiętać. Zapamiętacie 

wszystko. 

background image

ROZDZIAŁ 11

Leo zaczął wolno liczyć. Kayli wydawało się, Ŝe jego głos płynie z oddali. A 

jednak był wyraźny, bardzo wyraźny. 

– ... dziewięć, dziesięć. Czy słyszysz mnie, Kaylo? Odpowiedz. 

– Tak, słyszę. 

– A ty, Ben?

– Słyszę cię. – Ben odpowiedział wolniej niŜ Kayla. 

– Dobrze – powiedział Leo. – Teraz chcę, Ŝebyście się cofnęli w czasie. Chcę, 

abyście powrócili do dnia swoich szesnastych urodzin. Czy widzicie się? Czy 

pamiętacie?

Ben i Kayla odpowiedzieli niemal jednym głosem:

– Tak, tak. 

Stopniowo Leo przeniósł ich do pierwszych dni w szkole, a wreszcie do okresu 

niemowlęctwa. 

– Teraz chcę od was czegoś więcej. Cofnijcie się dalej, dalej, aŜ do czasów, gdy 

byliście innymi ludźmi. 

Na chwilę zapadła cisza, a potem Leo znów przemówił. 

– Kaylo, czy wiesz, kim jesteś? Odpowiedz. 

– Tak, wiem. – Głos był inny, niŜszy, z obcą intonacją. 

– Kim jesteś? Jak się nazywasz?

– Jestem Kathenne – powiedziała ostroŜnie. – Kathenne Hartwell – powtórzyła. 

Teraz w jej głosie nie było wahania. Mówiła prawdę. 

– A ty, Benie? Kim ty jesteś? Padła natychmiastowa odpowiedź. 

– Jestem Benjamin Montgomery. 

– Ach tak, Benjamin Montgomery. A który mamy rok, szanowny panie?

Znów odpowiedź była błyskawiczna, z nutą zniecierpliwienia. 

– Jest rok pański 1692 w Massachusetts. 

– Tak – zgodził się Leo. – A czym się pan zajmuje?

– Jestem sędzią w New Sussex i wszyscy mnie znają. 

– Niewątpliwie. A czy zna pan Kathenne Hartwell?

– Kathenne, Kathenne. – Głos był niemal zduszony. – Tak ją kochałem. Była 

najpiękniejszą kobietą w New Sussex, a jednak dręczyła mnie. 

– Dręczyła pana? W jaki sposób?

– Tak jej pragnąłem. Tak ją kochałem... – urwał. – Wiele razy stałem pół dnia na 

rynku, aby tylko ujrzeć ją w przelocie. Czasem rozmawiała ze mną, czasem nie. 

Wyśmiewała się ze mnie. Myślałem o niej nawet w kościele. Pragnąłem jej. Chciałem 

ją poślubić, ale nie chciała mnie. Wybrała innego. 

Westchnął głęboko i boleśnie. 

– A potem... gdy przyszli i powiedzieli, Ŝe jest czarownicą, nie mogłem uwierzyć. 

background image

Moja Kathenne nie mogła nią być. 

– Czy byłaś czarownicą, Kathenne? Czy te opowieści były prawdziwe? – spytał 

Leo. 

Zaśmiała się niskim, melodyjnym śmiechem przypominającym szmer strumienia. 

– Oczywiście, Ŝe nie. Nie byłam czarownicą. Nie były nimi teŜ kobiety, którym 

pomagałam. Udzielałam im pomocy, gdy musiały uciekać spod szubienicy. 

– Nawet tej, która przyrządzała napoje lecznicze? – Sędzia zwrócił się wprost do 

Katherine. Leo westchnął z satysfakcją. 

Sędzia ciągnął:

– Dawała wywary lecznicze połowie kobiet w mieście wbrew zakazom ich 

męŜów. 

– Były skuteczniejsze niŜ te z apteki – odparła Katherine. – Nie Ŝałuję, Ŝe 

pomagałam jej i wszystkim innym. 

Głos Benjamina był pełen goryczy. 

– Nie, to ja Ŝałuję, Katherine, Ŝe złapałaś mnie w pułapkę. Twoja wyniosłość i 

lekcewaŜenie członków rady miejskiej zwróciły ich przeciwko tobie. Przyszli do mnie 

i zaŜądali, Ŝeby cię poddać próbie czarownic. Spierałem się z nimi. Powiedziałem, Ŝe 

okaŜesz skruchę. Próbowałem cię uratować. Och, moja Katherine. Dałem ci szansę, 

dałem ci szansę. 

– Moją wolność, gdybym wyszła za ciebie? śaden męŜczyzna nie ustanawiał dla 

mnie reguł, Benjaminie Montgomery. Wiedziałeś o tym, ale wciąŜ nalegałeś. 

– Byłem opętany myślą o tobie. Jak mogłem nie nalegać? Gdybyś tylko mnie 

słuchała, gdybyś... – Do goryczy w głosie doszedł wielki ból. – Nikogo nie słuchałaś. 

Nosiłaś ten pierścionek, choć ostrzegłem cię, Ŝe wszyscy o tym mówią. 

– Ładna błyskotka, którą dostałam od wędrownego handlarza. Dlaczego miałam 

się przejmować tym, co ludzie plotą? Och, wiem, opowiadali, Ŝe to pierścionek diabła 

z trzema kręgami zła. To mnie bawiło. 

– Mówiono, Ŝe to talizman szatana. 

Tym razem śmiech jej zabrzmiał szczerze i wyraźnie. 

– Ich pomysły były tak śmieszne i głupie jak oni sami. Dlaczego miałam ich 

słuchać?

– Nie słuchałaś nikogo, Katherine. Nie chciałaś przyznać się do błędu. 

– Ty teŜ nie, Benjaminie, ty teŜ nie. Och, byliśmy zbyt podobni do siebie, aby się 

zgodzić. Nasze dusze nie pozwoliłyby nam być razem, a jednak ty nalegałeś. 

– Tak cię kochałem, Katherine. Chciałem cię uratować i zrobiłbym to, nawet bez 

małŜeństwa. Mogłaś wydać czarownice, powiedzieć mi, gdzie się ukrywają... 

– Nigdy bym tego nie zrobiła. Wiedziałeś o tym. 

– Tak, i to złamało mi serce. Wszystko w tobie złamało mi serce, twój uśmiech, 

sposób poruszania się. Dlaczego nie chciałaś mej miłości?

Nastąpiła długa cisza. Wreszcie Katherine odpowiedziała z wysiłkiem:

background image

– PoniewaŜ twoja miłość przeraziła mnie. Gdybym jej się poddała... Nie widzisz 

tego? Oddałabym cząstkę siebie. Za bardzo bałam się pokochać ciebie. Ja, która nie 

bałam się niczego. 

– I wybrałaś innego. – Głos Benjamina był oschły. 

– Jego miłość była subtelna, lecz nigdy nie czułam do niego tego, co do ciebie, 

Benjaminie. 

Z ust sędziego wyrwał się bolesny okrzyk. 

– Och, Katherine, Ŝycie nas obojga zostało zmarnowane. Gdybyś mnie poślubiła, 

uchroniłbym cię przed gniewem miasta, przed procesem. Do ostatniej chwili 

myślałem, Ŝe wyrazisz skruchę. Ale nie było skruchy, tylko twoja przedwczesna 

ś

mierć i moje lata cierpień, zanim mnie takŜe zabrała śmierć. – Spojrzał na nią 

błyszczącymi oczami. – Nie pozwolę ci odejść, nie po tylu latach. Uwierz w to, moja 

miłości. 

Pokój wypełnił się niemal dotykalną ciszą, a potem przemówiła Katherine, niskim 

i niepokojącym głosem. 

– Och, Benjaminie, widzę, co utraciłam, wszystkie nasze wspólne lata. Zawsze 

myślałam, Ŝe jestem dzielna i odwaŜna. Teraz jednak widzę, Ŝe byłam tchórzem, 

uciekając się przed twoją miłością. 

– Będziemy mieć jeszcze jedną szansę, Katherine. Musimy tylko z niej 

skorzystać. Czy wybaczysz mi przeszłość?

– Jeszcze jedną szansę. – Głos Katherine załamał się, a po policzkach zaczęły jej 

płynąć łzy. – Ja takŜe potrzebuję przebaczenia za odrzucenie tak bezgranicznej 

miłości. 

– Wybaczam... wybaczam... 

Znów nastąpiła cisza, zakłócana jedynie tykaniem zegara i głębokimi, wolnymi 

oddechami. I wtedy przemówił Leo. 

– Nadszedł czas, Ŝebyście się obudzili, oboje, pamiętając o tym, co się zdarzyło, 

nie czując lęku. Gdy policzę do dziesięciu, będziecie znów Kaylą i Benem. I 

odzyskacie spokój. 

Kayla otworzyła oczy i poczuła smak łez, które spłynęły po policzkach do kącika 

ust. Spojrzała na Bena i ujrzała ślad łez na jego twarzy. Z cichym okrzykiem rzuciła 

się w jego ramiona. 

Godzinę później przechadzali się po New Sussex. Leo zachęcał ich, aby 

porozmawiali o tym, co się stało, ale początkowo nie mogli znaleźć słów. Spacerowali

w milczeniu, ściskając się za ręce, podekscytowani, zakłopotani, niespokojni. 

– Czy to zdarzyło się naprawdę? – zaczęła wreszcie Kayla. 

– Tak – odparł Ben. 

– Nie byłam pewna, czy słyszałeś. Myślałam, Ŝe moŜe tylko ja... 

– Nie, obydwoje byliśmy katalizatorami. 

– A więc słyszałeś wszystko, co powiedziałam?

background image

– Wszystko, co ona powiedziała – poprawił. – To nie był twój głos. To było 

niesamowite uczucie – dodał – wiedzieć, Ŝe siedzisz obok mnie, a jednocześnie 

słyszeć słowa i poznać myśli Katherine. – Wzdrygnął się lekko i Kayla uściskała go. 

Potem znów wzięli się za ręce i spacerowali, aŜ nagle Ben powiedział: – Nie wierzę w 

to. 

– Co masz na myśli? – spytała zaskoczona Kayla. 

– Ze naprawdę rozmawiamy o tej... wizycie i Ŝe w nią wierzymy. 

– Byliśmy tam, Ben. Nie moŜemy temu zaprzeczyć. 

– Ale czy to byli naprawdę Katherine i sędzia?

– Tak – powiedziała stanowczo. – Mówili za naszym pośrednictwem, bo tego 

chcieliśmy. 

– Wiec wywołaliśmy ich z naszej wyobraźni przy pomocy Leo?

– Tak sądzę – odparła Kayla z namysłem. – Czy to waŜne, dlaczego tak się stało, 

czy liczy się tylko to, Ŝe tak się stało?

– Jeśli się stało – dodał Ben. 

– MoŜe nawet to nie ma znaczenia. 

– MoŜe – powtórzył. – Wiem tylko, Ŝe coś czułem. Było to zbyt silne, aby mogło 

być opisane słowami. Czułem tę miłość do Katherine. On kochał ją tak bardzo jak ja 

ciebie. 

Kayla mocniej ścisnęła go za rękę. 

– Zobaczyłem siebie w nim, Kaylo – powiedział Ben. Potem stanął i spojrzał na 

nią. – To było przeraŜające, to pragnienie kontrolowania, posiadania. 

– Ale ty nie jesteś taki jak on – zaprotestowała Kayla. – Z wyjątkiem tej chwili – 

dodała prawie z uśmiechem – gdy mnie osądzasz. 

– Są inne podobieństwa – przypomniał jej Ben. – Oczarowałaś mnie tak, jak 

Katherine oczarowała jego. Wdarłaś się w moje myśli i sny i zmusiłaś mnie, bym 

poszedł twoją drogą. 

Spacerowali przez chwilę, trzymając się za ręce. 

– Kto wie – powiedział z półuśmiechem. – Trzysta lat temu mógłbym uwaŜać 

kogoś tak niezaleŜnego i wolnego jak ty za czarownicę. 

Kayla roześmiała się niepewnie. 

– Dzięki Bogu, Ŝe nie Ŝyjemy trzysta lat temu. Jestem pewna, Ŝe ten rodzaj 

niezaleŜności przysporzyłby mi kłopotów. 

– Pewnie masz rację – zgodził się Ben. 

– Biedna Katherine – zadumała się Kayla. – Nie mogła nagiąć się, podobnie jak 

sędzia. śadne z nich nie uznawało kompromisu. 

– Tak samo jak nie uznawali siły swej miłości – przypomniał jej Ben. – To była 

potęŜna siła. 

– To takŜe lekcja dla mnie – powiedziała Kayla. 

– Dla nas obojga – poprawił Ben. – Teraz rozumiem napięcie między nami i to 

background image

przemoŜne wraŜenie, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy, Ŝe musisz być moja. To 

było tak, jakby sędzia znów spotkał Katherine. 

– PrzeŜywaliśmy ich uczucia i nasze własne jednocześnie. Nic dziwnego, Ŝe było 

to zawsze tak zmienne. 

– Jakbyśmy odbywali przejaŜdŜkę kolejką górską – zauwaŜył Ben. 

– Sędzia i czarownica – zamyśliła się Kayla. 

– W połączeniu z prawnikiem i piękną dziewczyną z Kalifornii. Niezła czwórka, 

Stali przed domem Hartwellów, oświetlonym srebrnym blaskiem księŜyca. 

– Wiesz – powiedział Ben z namysłem – myślę, Ŝe nie ma znaczenia, czy 

Katherine była czarownicą, czy nie. 

Kayla przytaknęła. 

– Ani czy sędzia uzyskał przebaczenie. Ben spojrzał na nią. 

– Rozumiesz mnie, prawda? Przytaknęła. 

– Liczy się tylko to, Ŝe nauczyliśmy się walczyć o naszą miłość wszelkimi 

sposobami, zawsze pamiętając, Ŝe kompromis jest częścią miłości. 

– I zrozumienie. To mnie zmieniło – dodała Kayla. 

– I mnie – odparł Ben i pochylił się, aby ją pocałować. – Jestem tak szczęśliwy, Ŝe 

cię mam, Kaylo. Gdybyś mnie kiedykolwiek opuściła, byłbym tak zrozpaczony jak 

sędzia. 

Kayla uśmiechnęła się chytrze. 

– CóŜ, myślę, Ŝe... 

– śe co? – powiedział oczekująco. 

– śe cię nigdy nie opuszczę. 

Usłyszawszy to, pocałował ją znów, a potem szepnął:

– Chcę się z tobą kochać, Kaylo, za te wszystkie lata, gdy nasze dusze były 

osobno, i za te lata, gdy będziemy razem. 

Dotykali się, ale nie tak jak poprzednio. Wtedy nagliła ich świeŜo odkryta 

namiętność. Teraz odczuwali niesłychaną bliskość, poprzednio Ŝadnemu z nich nie 

znaną. Nadeszła z przeszłości i była przyszłością. 

Kayla pieszcząc Bena, miała wraŜenie, Ŝe dotyka siebie, bo odczuwała to co on. 

Jego skóra była ciepła i spręŜysta. Jej piersi wspierały się o jego pierś. Wiedziała, Ŝe 

ogromna rozkosz wkrótce będzie ich udziałem. 

– Zawsze powinniśmy być tak blisko – szepnęła. 

– Będziemy, Kaylo. Nigdy nie pozwolę ci odejść. Zawsze będzie tak jak teraz. 

Obiecuję. 

Jego usta dotknęły jej warg w długim namiętnym pocałunku, a potem zwróciły się 

ku jej szyi. Przebiegał językiem po wraŜliwej skórze do ucha, policzka i z powrotem 

do ust. Kayla wygięła się w łuk. 

Ben nade wszystko pragnął połączyć się z Kaylą, stać się jej częścią i kochać ją 

background image

swym ciałem tak całkowicie, jak kochał ją swym sercem. 

Nie odrywał oczu od jej twarzy, którą chciał widzieć kaŜdego dnia przez resztę 

Ŝ

ycia. Jej rozkosz była jego rozkoszą, jej radość – jego radością. Razem wznosili się 

na wyŜyny. 

Chciał pokazać Kayli, Ŝe kaŜda chwila z nią jest cenna i wspaniała. Czuł, jak jej 

ręce przywarły do niego. Wykrzyknęła jego imię, a jej wygięte zapraszająco ciało 

mówiło, Ŝe nadszedł czas spełnienia. Była kochająca, pełna pasji, radości i pragnęła 

go tak jak on jej. 

Ich obopólna rozkosz przyszła nie w silnym crescendo, ale jak intensywne 

zaspokojenie, które trwało i trwało, zanim oboje doznali ukojenia. Potem objął ją 

mocno i wyszeptał jej imię. 

– Kaylo, najdroŜsza, moja najdroŜsza Kaylo. Uniosła usta do kolejnego 

pocałunku. 

– Mógłbym się z tobą kochać tysiąc razy i nigdy nie mieć dość – powiedział 

półgłosem. 

Przytuliła się do niego i oparła mu głowę na piersi. 

– Czuję się tak blisko ciebie, Ben. To tak jakby... – przerwała, niezdolna 

dokończyć myśli. 

– Tak jakby nie tylko nasze ciała były złączone?

– Tak – odpowiedziała prawie nieśmiało. 

– Tak jakby złączone były równieŜ nasze dusze. 

– Tak, tak – powiedziała, szczęśliwa, Ŝe zrozumiał. 

– Czuję to takŜe. Mam wraŜenie, Ŝe czekałem na ciebie całe Ŝycie. – Roześmiał 

się na te słowa. – Naprawdę. 

– To przeznaczenie, prawda, Ben?

– Tak – odparł cicho. 

– śadnych zbiegów okoliczności?

– śadnych – powiedział stanowczo. – Było zapisane w gwiazdach, Ŝe się 

spotkamy... i pobierzemy. 

Uniosła lekko głowę i spojrzała na niego. 

– To twoje drugie oświadczyny. 

– WciąŜ te same. Wtedy naprawdę miałem to na myśli, choć nie rozumiałem, co 

się dzieje. Wiedziałem, Ŝe zawsze cię pragnąłem. Teraz rozumiem wszystko i wciąŜ 

cię pragnę na zawsze. Będę pytał i pytał, aŜ odpowiesz: tak. Powiedz „tak”, Kaylo. 

– Tak – odpowiedziała po prostu. – Tak, tak, tak. Pocałował ją znów. 

– Jest tylko jeden problem – zauwaŜyła Kayla. 

– Co takiego? – spytał bez większego niepokoju. Nic nie mogło im teraz 

przeszkodzić. 

– Jak sądzisz, czy arbitraloza jest dziedziczna? Nie chciałabym, Ŝeby nasze dzieci 

na nią cierpiały. 

background image

Ben wziął ją w ramiona, patrząc na nią z udawanym gniewem. 

– Nie jestem arbitralny – powiedział. Kayla zaczęła się śmiać i Ben jej 

zawtórował. 

– No dobrze – poprawił. – Nie będę juŜ nigdy dyktatorski. Ten etap mojego Ŝycia 

dobiegł końca – przyrzekł. 

– MoŜe naprawdę tak – odparła powaŜnie Kayla. 

– Zaufaj mi – poprosił Ben. – Nie chcę jednak utracić nic z tego wszystkiego, co 

nas łączy, nawet sporów. To dodaje pikanterii. 

– Czasem trochę za duŜo. – Kayla przypomniała sobie niektóre z ich poprzednich 

spotkań. – Ale chyba masz rację. śadne z nas nie moŜe całkowicie poddać się woli 

drugiego. Ale to juŜ nie ma znaczenia. Teraz potrafimy rozmawiać i rozwiązywać 

problemy. Znamy alternatywę – rozstanie. Nie sądzę, Ŝeby któreś z nas wybrało takie 

wyjście. 

– Nigdy. – UłoŜył ją sobie wygodniej w ramionach. – Gdzie będziemy 

wychowywać te niearbitralne dzieci? Masz jakiś pomysł?

– Myślę, Ŝe powinniśmy zamieszkać tutaj. Dom jest wystarczająco duŜy i wydaje 

się właściwe, Ŝeby potomkowie Montgomerych i Hartwellow wychowywali się w 

Sussex. Są sprzeciwy?

– Ani jednego – odparł i dodał: – Myślałaś, Ŝe będę się spierać, prawda?

– No, szczerze mówiąc... Ben roześmiał się. 

– Nie, cudownie byłoby mieszkać tu z tobą. Mógłbym przenieść biuro do mojego 

domu i powiększyć je. 

– Ben, to wspaniały pomysł. 

– Wszystko więc ustalone – powiedział i pocałował kącik jej ust. – Z wyjątkiem 

pierścionka. 

– Mam pewien pomysł – rzuciła Kayla. 

– Czy mogą być trzy złote kółka?

– Myślę, Ŝe to wyjątkowo stosowne – mruczała zadowolona. 

– A co z „Otwierającymi się Drzwiami”?

– Chciałabym zatrzymać sklep – powiedziała. 

– Dobrze. 

Kayla przytuliła się mocniej do Bena. 

– Gdy to wszystko odziedziczyłam, nie miałam pojęcia, jakie drzwi naprawdę się 

dla mnie otworzą. 

– Dla nas obojga – przypomniał. – Do całkiem nowego świata. Chcę, Ŝebyś 

odniosła sukces, Kaylo, i wiem, Ŝe tak będzie. Ale chcę teŜ, Ŝebyś miała dla mnie 

czas. 

Jego głos był odrobinę smutny. Uniosła się na łokciu, spojrzała na swego 

męŜczyznę i zapewniła go:

– Zawsze będę miała dla ciebie czas, najdroŜszy. Całe wieki czasu. 

background image

Ich usta spotkały się, gdy księŜyc uniósł się wysoko w nocne niebo. 

background image

EPILOG

Na skraju łąki przy strumieniu światło księŜyca opromieniało mgłę unoszącą się 

nad wodą. Migocąc i tańcząc, prześliznęła się po łące, a potem nabrała kształtu. 

Pojawiły się dwie niewyraźne postacie, które zniknęły, by za chwilę znów 

wynurzyć się z mglistej nocy. Kobieta miała na sobie strój purytanki. Biały kołnierz 

jej sukni lśnił widmowo w świetle księŜyca, a złote włosy tworzyły aureolę wokół 

głowy. 

Płynęła w noc z pełnym wdzięku zdecydowaniem. Nie była sama. 

MęŜczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w czarną sędziowską togę, o 

surowej twarzy. Ale gdy patrzył na nią, jego wzrok łagodniał. 

Nagle ich spojrzenia przyciągnął dom Hartwellów. Stał wysoko na wzgórzu 

skąpany w blasku księŜyca. Przez długi czas obserwowali dom, a potem zwrócili się 

ku sobie. 

Kobieta rozchyliła usta w półuśmiechu. Uniosła rękę i podała mu ją. Na smukłym 

palcu błyszczał pierścionek. Jej ręka musnęła jego twarz cieniem dotyku tak 

delikatnym jak wiosenny deszcz, tak miękkim jak podmuch wiatru. 

I wówczas, wraz z pojawiającym się wiatrem, dwie postacie zniknęły, 

rozpływając się we mgle, z której powstały. Pozostał tylko ledwie słyszalny szept 

wiatru, tak delikatny jak ruch gałązki, tak zduszony jak wołanie stworzeń nocy. 

– WciąŜ cię kocham, Katherine. WciąŜ cię kocham... 

Potem zapadła cisza.