background image

Madeline Harper 

 

TYM RAZEM NA ZAWSZE 

(This Time Forever) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Kayla  Hartwell  spóźniała  się.  Przechodziło  to  w  stan 

chroniczny,  który  nasilał  się  w  trakcie  tej  jazdy  przez  cały 
kraj.  

Między  zachodnim  i  południowym  wybrzeżem  Stanów 

było  tak  wiele  nęcących  widoków,  tak  wiele  do  zobaczenia, 
tyle  rozwidlających  się  dróg.  Tydzień,  który  przeznaczyła  na 
tę podróż, przeciągnął się do dziesięciu dni, a ona jeszcze nie 
dotarła do celu.  

Już  trzykrotnie  dzwoniła  do  biura  prawnika  ciotki,  aby 

zmienić termin spotkania. Każdy następny telefon wprawiał ją 
w  coraz  większe  zakłopotanie.  Nie  chciała  jeszcze  raz 
dzwonić,  ale  chyba  będzie  musiała.  Już  i  tak  była  bardzo 
spóźniona,  a  do  przebycia  miała  jeszcze  ponad  trzydzieści 
kilometrów.  

Nie  powinnam  się  zatrzymywać  w  Salem,  pomyślała.  To 

tylko  kolejna  historyczna  miejscowość,  jedna  z  wielu  w tych 
stronach.  Ale  ponieważ  pochodziła  z  Kalifornii,  gdzie 
„historyczny”  znaczyło  z  reguły  kilkudziesięcioletni,  ciągle 
miała ochotę na zwiedzanie prawdziwych zabytków. 

Salem zaciekawiło ją również z innego powodu.  
Nigdy  nie  fascynowany  „ją  czarownice,  a  tym  bardziej 

muzea  czarownic.  Ale  po  lunchu  w  Hawthorne  Hotel  doszła 
do  wniosku,  że  może  sobie  pozwolić  na  krótką  wycieczkę. 
Bardzo  krótką.  Przecież  Muzeum  Czarownic  znajdowało  się 
naprzeciwko hotelu.  

Mieściło  się  w  budynku  sprawiającym  wrażenie  na  poły 

gotyckiego,  na  poły  romańskiego  i,  sądząc  po  tłumie 
oczekującym  na  wejście,  było  najwyraźniej  dużą  atrakcją 
turystyczną.  Nie  cierpiała  kolejek  i  chciała  już  zrezygnować, 
gdy usłyszała fragment intrygującej rozmowy.  

– To przygnębiające – mówiła jakaś kobieta. – Wszyscy ci 

background image

niewinni  ludzie  skazani  na  śmierć.  I  za  co?  Przecież 
czarownice nie istnieją.  

– Może i tak – odparła jej sąsiadka z błyskiem w oku.  
– A może nie – dorzucił jej mąż.  
– Ja w każdym razie w to nie wierzę – oświadczył kolejny 

rozmówca.  

– To dlaczego stoi pan w kolejce? 
– Po prostu z ciekawości.  
Usłyszawszy to Kayla dołączyła do oczekujących. Również 

była ciekawa.  

 
Godzina spędzona w muzeum tylko wzmogła tę ciekawość. 

Kayli  nie  mieściło  się  w  głowie,  że  niecałe  trzysta  lat  temu 
dziewiętnaścioro  mężczyzn  i  kobiet  zostało  powieszonych  w 
Salem.  Było  to  znacznie  bardziej  fascynujące,  niż  się 
spodziewała. Nie tylko fascynujące. Intrygujące i zatrważające 
również.  

W  samochodzie  spojrzała  na  zegarek.  Postanowiła,  że 

przejedzie jeszcze Trasą Pamięci, ale nie może sobie pozwolić 
na kolejne postoje.  

Skąd miała wiedzieć, że trasa wiedzie obok Domu Siedmiu 

Szczytów?  Zamierzała  tylko  zwolnić  i  rzucić  okiem.  Doszła 
jednak do wniosku, że powinna zatrzymać się na kilka minut.  

Oto  ten  legendarny,  dumnie  wznoszący  się  gmach,  z 

szarymi  szczytami  malującymi  się  na  tle  błękitnego  nieba. 
Kayla pospieszyła do wnętrza z grupą turystów.  

Przewodnik  inteligentnie  powiązał  fakty  historyczne  z 

powieścią Hawthorne’a. Dom był piękny, ale Kayla wyszła z 
niego z uczuciem niepokoju, którego nie mogła się pozbyć.  

Znów  czarownice,  stwierdziła  w  duchu  ponuro.  Opowieść 

Hawthorne’a  nawiązywała  do  procesów  w  Salem  w  1692 
roku, kiedy to niewinny mężczyzna został oskarżony o czary, 
tylko  dlatego  żeby  pułkownik  Pyncheon  mógł  przejąć  jego 

background image

majątek.  

Kayla uruchomiła samochód i włączyła ogrzewanie. Drżała. 

Czy  sprawiła  to  pogoda,  czy  myśli  wywołane  niedawną 
podróżą w przeszłość? 

Książka  przynajmniej  zakończyła  się  szczęśliwie.  Po 

wiekach rodziny pułkownika i jego ofiary połączyły się. Kayla 
włączyła światła i z niepokojem patrzyła w zapadający mrok. 
Niestety,  jej  wypad  w  świat  czarownic  z  Salem  wpłynie  na 
teraźniejszość.  Spóźni  się  na  spotkanie  z  Benem 
Montgomerym. Naprawdę miała wyrzuty sumienia, zwłaszcza 
że odwołała poprzednie spotkania.  

Będzie  zły,  przypuszczała,  lecz  grzeczny.  Odpędziwszy 

myśli  o  Salem  i  czarownicach,  Kayla  skoncentrowała  się  na 
osobie  prawnika.  Ich  korespondencja  była  tak  sztywna  i 
formalna,  że  mogła  go  sobie  niemal  wyobrazić:  chudego  i 
przygarbionego, w okularach w rogowej oprawie, łysiejącego i 
w lekko zalatującym stęchlizną ubraniu, ale szarmanckiego.  

No  cóż,  będzie  musiała  stawić  mu  czoło,  uprzejmie 

przeprosić, wziąć klucze do domu ciotki i udać się tam.  

Chyba  że  pan  Montgomery  zmęczył  się  oczekiwaniem  i 

poszedł do domu na herbatę.  

Nagle  zobaczyła  zieloną  tablicę  z  białym,  dobrze 

widocznym  napisem:  New  Sussex,  Massachusetts.  Liczba 
mieszkańców: 9621.  

– Od dziś 9622 – powiedziała na głos Kayla i uśmiechnęła 

się.  

 
Benjamin  Montgomery  odepchnął  krzesło  od  biurka  i 

spojrzał  na  zegarek,  a  później  na  terminarz.  Kayla  Hartwell 
miała  tu  być  o  czwartej.  Dochodziła  piąta,  a  ona  tym  razem 
nawet nie raczyła zadzwonić.  

Podniósł swoje metr dziewięćdziesiąt z krzesła, przeciągnął 

się  i  opuścił  rękawy  koszuli.  Był  zirytowany,  mimo  iż 

background image

przypomniał  sobie,  że  jego  klientka  pochodzi  z  Kalifornii  i 
zapewne  nie  ma  nawyku  punktualności.  Wynikało  to  z  jej 
dotychczasowego zachowania.  

– Długo jeszcze posiedzisz? – W drzwiach stała sekretarka, 

Theresa Fiore, zapinając płaszcz i wkładając rękawiczki.  

– Trudno powiedzieć, Terrie. Czekam na panią Hartwell.  
Ben  podszedł  do  okna  i  wyjrzał.  Ulica  była  spokojna  i 

pusta.  

– Mam nadzieję, że nie miała wypadku.  
– Może po prostu utknęła w korku. Gdzieś tam są godziny 

szczytu, choć nie domyśliłbyś się tego, sądząc po ulicach New 
Sussex – odparła. – Czy mam zostać? 

–  Ależ  nie.  Idź do  domu.  Andy  i  dzieciaki  pewnie  już  cię 

wyglądają.  

– Mam nadzieję, że zaczęli szykować kolację. Dziś kolej na 

nich.  –  Terrie  owinęła  szalik  wokół  szyi.  –  Do  zobaczenia 
rano, szefie.  

Ben  kiwnął  głową  i  pomachał  do  pleców  Terrie,  a  jego 

myśli zaprzątnęła Kayla Hartwell. Ta nieznajoma i dotychczas 
nie  widziana  klientka  zaintrygowała  go,  choć  uosabiała  to, 
czego zawsze unikał – brak poczucia odpowiedzialności. Bez 
wątpienia,  gdy  ją  pozna,  zareaguje  tak  jak  zawsze.  Do  tego 
czasu pozwoli sobie na błądzenie myślami wokół nieznanego, 
co nie zdarzało mu się zbyt często.  

Tymczasem  Terrie  wyszła,  a  Ben  nie  przejął  się  tym,  że 

nawet nie powiedział jej „do widzenia”. W ciągu dziesięciu lat 
pracy w biurze, a nawet wcześniej, gdy jeszcze spotykała się z 
Andym, Terrie stała się niemal członkiem rodziny.  

Ben  i  Andy  Fiore  chodzili  razem  do  szkoły  średniej, 

występowali  w  zwycięskich  zespołach  koszykówki  i  piłki 
nożnej, a od czasu do czasu wciąż jeszcze grywali we dwójkę. 
W  New  Sussex  w  ciągu  tych  lat  niewiele  się  zmieniło. 
Chwilami  Ben  bolał,  że  tak  było,  ale  coraz  łatwiej 

background image

przychodziło mu się z tym godzić.  

Popatrzył  na  odjeżdżającą  Terrie,  a  potem  znów  opadł  na 

krzesło pod olejnym portretem ojca. Klienci często wygłaszali 
uwagi na temat wyjątkowego podobieństwa rodzinnego – taki 
sam  prosty  nos,  mocno  zarysowane  szczęki,  chłodne  zielone 
oczy i stanowczy podbródek.  

W  sekretariacie  wisiał  portret  dziadka  Bena.  Kilkoro 

staruszków jeszcze go pamiętało i wszyscy byli zgodni co do 
tego, że Ben to „wypisz wymaluj współcześnie ubrany starszy 
pan”.  

Ben  znów  spojrzał  na  zegarek  i  jego  gniew  na  Kaylę 

Hartwell zaczął narastać. Gdyby nie ona, byłby już w domu i 
siedziałby  przy  kominku  ze  szklaneczką  szkockiej,  słuchając 
muzyki.  Myślałby  o  telefonie  do  jednej  z  przyjaciółek  z 
sąsiedniego miasteczka i wspólnej wyprawie na kolację.  

Ben, urodzony i wychowany w New Sussex, aż za  dobrze 

znał komplikacje związane z umawianiem się z miejscowymi 
dziewczętami.  Ciotka  Lii  i  cała  reszta  rozplotkowanego 
miasteczka  zaręczyłyby  go  w  ciągu  tygodnia,  a  ożeniły  po 
miesiącu. Jego taktyka była lepsza. Zapewniała mu swobodę i 
niepodejmowanie  zobowiązań.  Lubił  kobiety,  a  im  chyba  też 
odpowiadały  jego  niewymuszone,  choć  nieco  ceremonialne 
maniery. Dotychczas jednak nie spotkał nikogo, na kim by mu 
naprawdę  zależało,  nikogo,  kto  wywołałby  przyspieszone 
bicie serca, jak wówczas, gdy był zakochanym nastolatkiem.  

Ben  czasami  musiał  sobie  przypominać,  że  serca 

trzydziestopięcioletnich mężczyzn rzadko tak biją. Nauczył się 
żyć  ze  świadomością,  że  miłość  od  pierwszego  wejrzenia 
nigdy mu się nie przytrafi, a zaangażowanie się to luksus, na 
który  nie  może  sobie  pozwolić,  w  każdym  razie  jeszcze  nie 
teraz.  

Poza  tym  zawsze  mam  swoją  „ucieczkę”,  pomyślał  i 

uśmiechnął się do siebie.  

background image

Rozważał  włączenie  wysłużonej  maszynki  do  kawy,  ale 

zrezygnował. Postanowił pójść do domu. Nie zamierzał dłużej 
czekać.  

Szybko  zmienił  plany  na  wieczór.  Kolacja,  długi  gorący 

prysznic,  a  później  łóżko.  Poprzedniej  nocy  nie  spał  dobrze. 
Znów  nawiedził  go  ten  przeklęty  sen,  w  którym  tajemnicza 
kobieta  przyzywała  go  do  siebie.  Prześladujące  go  od  kilku 
tygodni  sny  były  denerwujące,  a  jednak  intrygowały  go.  Nie 
mógł wytłumaczyć sobie ich znaczenia.  

Były  to  zawsze  te  same  krótkie  sceny.  Ścigał  w  nich 

kobietę,  nieuchwytną  jak  poranna  mgła.  Gdy  próbował  jej 
dotknąć,  budził  się.  Doskonale  ją  jednak  pamiętał.  Miała  w 
sobie pierwotną siłę, która paliła niczym ogień. Przyciągała i 
groziła zarazem.  

Po tym śnie nigdy już nie był w stanie się zdrzemnąć, nawet 

w środku nocy. Może dziś będzie spał jak kłoda. Tego właśnie 
potrzebował  – ale czy  na  pewno? Tajemnicza  kobieta  ze  snu 
fascynowała go bardziej niż ktokolwiek, kogo znał na jawie.  

Ben znów spojrzał na zegarek i sięgnął po płaszcz. Wtedy 

ujrzał  światła  samochodu,  zatrzymującego  się  przed  biurem. 
Zanim gość doszedł do stopni, Ben był już w sekretariacie.  

Otworzył drzwi. Gwałtowny podmuch wiatru niemal wwiał 

do środka młodą kobietę. Ben zaniemówił.  

Przez  jedną  cudowną  chwilę  jego  serce  tłukło  się  jak 

oszalałe...  Szybko  opanował  się  z  nadzieją,  że  jego  reakcja 
pozostała  nie  zauważona,  i  popatrzył  badawczo,  ale  mniej 
natarczywie, na stojącą przed nim kobietę.  

Była niezwykła. Jej potargane blond włosy wiły się wokół 

twarzy. Miała oczy koloru niewiarygodnie błękitnego letniego 
nieba,  a  policzki  zaróżowione  od  zimna.  Ubrana  była  w 
dżinsy, sweter  i żakiet, elegancki, lecz niedostatecznie ciepły 
na  przedwiośnie  w  Massachusetts.  Dostrzegł  zgrabną,  a 
zarazem po kobiecemu zaokrągloną sylwetkę.  

background image

Bena  poruszyło  jednak  coś  innego.  Stojąca  przed  nim 

kobieta  była  ucieleśnieniem  zjawy,  która  ostatnio  nawiedzała 
go w snach.  

– Pan Montgomery? – spytała, wyciągając rękę i marszcząc 

lekko  czoło  na  widok  jego  uporczywego  spojrzenia.  Ben 
oprzytomniał i ujął jej dłoń. Była miękka, lecz silna.  

– Tak. Nazywam się Ben Montgomery, a pani jest zapewne 

panią  Hartwell?  –  Czuł  się  jak  idiota.  Kim  innym  mogłaby 
być? 

– Tak, jestem Kayla – odparła z uśmiechem. – Przepraszam 

za spóźnienie, ale coś mnie zatrzymało...  

–  Nie  szkodzi.  I  tak  miałem  pracować  dziś  wieczór  – 

skłamał.  Wreszcie  z  ociąganiem  puścił  jej  dłoń.  Weszli  do 
gabinetu.  

Popatrzyła  na  krzesła  o  wysokich  oparciach,  biurko  z 

ruchomym  blatem  i  półki  pełne  oprawnych  w  skórę  tomów. 
Potem zatrzymała wzrok na portrecie.  

– Pański ojciec? 
– Tak – kiwnął głową Ben. – A w sekretariacie wisi portret 

mego dziadka. Prawnicy z rodziny Montgomerych działali już 
w  czasach  purytańskich.  –  Z  zaskoczeniem  usłyszał 
przepraszającą nutę w swoim głosie.  

– Ciotka Elinor była jedyną moją krewną z Nowej Anglii, 

którą kiedykolwiek widziałam. Gdy byłam małą dziewczynką, 
przyjechała raz do Kalifornii na święta Bożego Narodzenia.  

–  Czy  była  pani  kiedyś  w  New  Sussex?  Potrząsnęła 

przecząco głową.  

– To moja pierwsza podróż.  
– Zabawne. Mam wrażenie, że gdzieś już panią widziałem. 

– Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie tego, że śnił o niej, 
zanim się spotkali, pomyślał.  

– Nie, nie spotkaliśmy się. – Kayla zmarszczyła lekko brwi, 

a jej oczy nagle stały się czujne i podejrzliwe.  

background image

Ben odwrócił wzrok, wiedząc, że jego słowa zabrzmiały jak 

wyświechtany frazes. Zakłopotany, zmienił temat.  

– Z testamentu pani ciotki wynika, że bardzo panią lubiła.  
–  Myślę,  że  tak,  choć  nigdy  mnie  nie  wyróżniała.  Mama 

wysyłała  jej  od  czasu  do  czasu  zdjęcia  rodziny  i 
wymienialiśmy karty na święta.  

Ben westchnął. Może widział fotografię Kayli u jej ciotki. 

Kiedy  dowiedział  się,  że  dziewczyna  przyjeżdża  do  New 
Sussex, podświadomość podsunęła mu jej obraz.  

– Mam starszego brata i siostrę – powiedziała. – Nie wiem, 

dlaczego ciotka Elinor zapisała dom właśnie mnie.  

Ben wziął do ręki testament.  
– To wyjątkowo jasna sprawa. Jest pani jedyną właścicielką 

domu i umeblowania. Pani rodzeństwo otrzymuje trochę akcji 
i biżuterii, ale dom należy wyłącznie do pani.  

– A ja nie mogę się doczekać, żeby go zobaczyć. Właściwie 

zamierzam wprowadzić się tam już dzisiaj.  

–  Nie  jestem  pewien,  czy  to  rozsądne  –  zmarszczył  brwi 

Ben.  

–  Dlaczego?  Czy  coś  jest  nie  tak?  –  W  błękitnych  oczach 

pojawił  się  niepokój,  który  zmienił  ich  barwę  na 
szaroniebieską.  

–  Nie,  wszystko  w  porządku  –  zapewnił  i  przerwał, 

podziwiając, jak jej oczy znów promienieją. – Po prostu dom 
był  przez  pewien  czas  nie  zamieszkany  i  myślę,  że  lepiej  go 
obejrzeć  po  raz  pierwszy  przy  świetle  dziennym.  Radzę  pani 
pojechać do Salem i przenocować w motelu.  

–  Nie  –  szybko  i  z  naciskiem  odparła  Kayla.  –  Nie  ma 

powodu.  Ponieważ  zamierzam  tu  osiąść  i  prowadzić  sklep  z 
antykami,  mogę  równie  dobrze  zacząć  przyzwyczajać  się  do 
domu już teraz.  

Ben,  zajęty  obserwowaniem  Kayli,  nie  zwracał  zbytniej 

uwagi  na  jej  słowa.  Był  zafascynowany  zmieniającym  się 

background image

kolorem  jej  oczu,  dołeczkami,  które  pojawiały  się  niemal 
magicznie,  gdy  się  uśmiechała,  i  piegami  na  nosie.  Ciekaw 
był, jak by zareagowała, gdyby powiedział, że wyszła prosto z 
jego snu.  

Ponownie  koncentrując  się  na  rozmowie,  pojął  znaczenie 

jej ostatnich słów.  

– Niech mi pani nie mówi, że zamierza pani osiedlić się w 

New Sussex? 

–  Oczywiście,  że  tak.  Dlaczego,  u  licha,  miałabym 

sprzedawać dom ciotki Elinor? Właśnie go odziedziczyłam.  

–  No  cóż,  ponieważ  nigdy  tu  pani  nie  mieszkała  i  wydaje 

się pani taka... taka...  

–  Młoda?  –  wpadła  mu  w  słowo.  –  Niedoświadczona? 

Słaba? Nieudolna? 

Ben podniósł rękę, przerażony, że w oczach koloru letniego 

nieba mogą pojawiać się również chmury burzowe.  

–  Nie.  Po  prostu...  –  wycofał  się  szybko  i  szukał  słów 

zachęty. – Jestem pewien, że ma pani doświadczenie w handlu 
antykami – zaryzykował.  

–  Nie  mam  żadnego  doświadczenia  w  prowadzeniu  tego 

rodzaju sklepu. – Kayla podniosła na niego wyzywająco oczy. 
Nie spodziewała się takich pytań od sympatycznego prawnika 
rodziny.  Musiała  jednak  przyznać,  że  Ben  Montgomery  nie 
przypominał  osoby,  którą  sobie  wyobraziła.  Nie  myślała,  że 
będzie  młody,  wysoki  i  przystojny,  o  wspaniałych, 
szarozielonych, zmysłowych oczach.  

To było całkiem miłe. Nie podobał jej się natomiast dziwny 

sposób, w jaki na nią patrzył, niemal tak jakby widział zjawę. 
Zaczynała się czuć nieswojo. Zastanawiała się, czy wie o niej 
coś, o czym nie mówi.  

–  W  każdym  razie  pewnie  prowadziła  pani  jakiś  sklep  – 

sondował.  

Zabrzmiało  to  raczej  jak  pytanie  niż  stwierdzenie  i 

background image

zirytowało ją. Naprawdę nie widziała potrzeby tłumaczenia się 
przed nim. Zawahała się przez chwilę, a potem odparła: 

–  Niezupełnie,  ale  do  dwudziestego  szóstego  roku  życia 

podejmowałam  się  różnych  prac,  niektóre  były  całkiem 
odpowiedzialne. – I zanim zadał kolejne pytania, dodała: – To 
naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że zamierzam 
osiągnąć  tu  sukces.  Każdy  musi  gdzieś  zacząć.  A  wiec  – 
ciągnęła  z  wymuszonym  uśmiechem  –  chciałabym  dostać 
klucze teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Jestem na 
nogach od piątej rano i marzę o odpoczynku.  

–  Oczywiście.  –  Ben  zaczął  szperać  w  szufladzie  w 

poszukiwaniu  kluczy  do  domu  Elinor  Hartwell.  –  Po  prostu 
przypuszczałem,  że  przyjechała  pani  uporządkować  sprawy 
ciotki, obejrzeć dom i sprzedać go.  

–  Niech  pan  nigdy  nie  przypuszcza  –  powiedziała  Kayla, 

tym razem z gorzko-słodkim uśmiechem. – Nie nauczyli pana 
tego  na  studiach?  Założę  się,  że  był  to  Harvard  –  dodała 
niemal złośliwie.  

–  Istotnie  –  odparł  Ben,  zarumieniwszy  się  lekko.  Kayla 

odczuła satysfakcję. A jednak mu dopiekła.  

Nie  wiedziała,  dlaczego tak ją to  cieszy.  Chyba  go  jednak 

nie zniechęciła.  

–  Powinna  pani  zrozumieć,  że  kancelaria  „Montgomery” 

próbuje  troszczyć  się  o  coś  więcej  niż  podstawowe  sprawy 
swoich klientów – wyjaśnił. – Zawsze byliśmy z tego dumni. 
Miałbym  wrażenie,  że  źle  wykonałem  swoją  pracę,  gdybym 
nie 

poinformował 

pani 

ryzyku 

związanym 

rozpoczynaniem  interesów  w  New  Sussex,  zwłaszcza  przy 
pani niewielkim doświadczeniu.  

Zabrzmiało  to  wyniośle  i  bardzo  protekcjonalnie.  Kayla 

chciała znów zaatakować, lecz zdobyła się na ponury uśmiech 
i przypomniała mu: 

–  Nie  niewielkim  doświadczeniu,  panie  Montgomery  – 

background image

braku doświadczenia.  

Ben na swoje nieszczęście zignorował ton jej głosu, ale był 

podniecony i zdecydowany podzielić się swą wiedzą.  

–  Jestem  pewien,  że  zna  pani  dane  statystyczne  dotyczące 

nowych  przedsięwzięć.  Niemal  dziewięćdziesiąt  procent  z 
nich  upada.  Większość  jest  niedoinwestowana,  a  to  akurat 
nam nie grozi.  

– Nam? – Kayla nie mogła uwierzyć własnym uszom.  
–  Gdyby  zechciała  pani  przyjść  jutro,  przejrzę  aktywa, 

opracuję  dla  pani  kilka  opcji  i  sporządzę  wykaz  sklepów  w 
okolicy... – ciągnął ze znawstwem.  

–  Wyjaśnię  pani,  jak  zdobyć  klientelę  –  to  bardzo  ważne. 

Chciałbym też skomputeryzować inwentarz pani ciotki. – Być 
może się popisywał, ale był przeświadczony o swojej wiedzy.  

Usłyszawszy  to  Kayla  wstała  gwałtownie,  a  jej  niebieskie 

oczy ciskały błyskawice.  

–  Panie  Montgomery  –  skandowała  każdą  sylabę  – 

przyszłam tu po klucze do domu mojej ciotki, nie na wykład z 
ekonomii.  Proszę  mi  wierzyć,  dość  się  już  nasłuchałam  od 
rodziców  i  przyjaciół  w  Kalifornii  i  niech  pan  sobie  nie 
wyobraża,  że  jest  pan  w  stanie  namalować  czarniejszy  obraz 
niż oni.  

Kayla  poczuła  tak  gwałtowny  przypływ  nieoczekiwanego 

gniewu, że głos jej drżał, choć próbowała się opanować. Ten... 
ten nieznajomy pouczał ją, jak ma żyć. Nie, nie tylko pouczał, 
próbował przejąć kontrolę. O, nie, tego nie mogła ścierpieć – 
ani  ze  strony  rodziny,  ani  od  przyjaciół,  ani  od  Bena 
Montgomery’ego.  

Ben próbował odpowiedzieć, ale nie dała mu szansy.  
–  W  końcu  –  ciągnęła  –  oni  znają  mnie  bardzo  dobrze  i 

mają  prawo  udzielać  rad.  Chciałabym  zauważyć,  że  jest  pan 
wyjątkowo  zarozumiały.  Dziś  zobaczyłam  pana  po  raz 
pierwszy w życiu. Dotychczas kontaktowaliśmy się listownie i 

background image

kilkakrotnie rozmawiałam przez telefon z pańską sekretarką.  

–  A  czy  ja  mogę  zauważyć,  że  te  rozmowy  dotyczyły 

odwoływania spotkań, co niezbyt dobrze świadczy o kimś, kto 
chce odnieść sukces w interesach?  – przerwał jej gwałtownie 
Ben.  

To cios poniżej pasa, pomyślała Kayla, a jego zadowolenie 

z  siebie  rozzłościło  ją  na  tyle,  że  odpowiedziała,  choć  miała 
świadomość. że stoi na niepewnym gruncie: 

–  Obawiam  się,  że  wyciąga  pan  zbyt  pochopne  wnioski, 

panie  Montgomery,  a  to  nie  wystawia  panu  najlepszego 
świadectwa.  Naprawdę  miałam  powody  do  odwoływania 
spotkań.  

– To brzmi trochę defensywnie, pani Hartwell.  
– Jeśli tak, mam do tego powód. Znam pana od kilkunastu 

minut,  a  pan  już  zdecydował,  że  sklep  prawdopodobnie 
splajtuje z powodu mego braku doświadczenia. Nawet gdyby 
pan  miał  prawo  mnie  osądzać  –  a  nie  ma  pan  –  jest  pan  w 
błędzie. Mogę odnieść sukces i wiem, że tak będzie.  

Ben  Montgomery  zazwyczaj  nie  wpadał  szybko  w  złość. 

Teraz  jednak  miał  ochotę  złapać  Kaylę  za  te  prześliczne 
ramiona  i  potrząsnąć  nią.  Była  tak  irytująca  w  swym 
zdecydowaniu,  aby  go  nie  słuchać.  Gdyby  się  uspokoiła, 
zrozumiałaby, że on chce jej pomóc.  

Najwidoczniej  nie  miała  zamiaru  się  uspokoić.  Głęboko 

odetchnąwszy spytała? 

–  Da  mi  pan  klucze  czy  będę  je  musiała  wziąć  sama? 

Potrafię to zrobić, naprawdę... – zawiesiła dramatycznie głos – 
mam czarny pas w karate.  

Ben poczuł drgający mu na wargach uśmiech, ale starał się 

go stłumić.  

–  Ponieważ  zniszczyła  mnie  pani  werbalnie,  nie  chcę 

dopuścić do rękoczynów. Oto klucze.  

Kayla pochwyciła je i wepchnęła do kieszeni.  

background image

–  Zwalniam  pana  od  dalszej  odpowiedzialności  za 

posiadłość  –  powiedziała  sztywno.  –  Ewentualny  rachunek 
proszę  przesłać  pod  adresem  mojej  ciotki.  –  Z  tymi  słowami 
obróciła się na pięcie i wyszła z podniesioną głową.  

Ben  popatrzył  za  nią,  zastanawiając  się,  co  się  z  nim,  u 

licha,  stało.  Kiedy  wiatr  wwiał  do  biura  potarganą  piękność, 
która wyglądała jakby wyszła wprost z jego snu, doznał szoku. 
Ale  nawet  wtedy,  gdy  przezwyciężył  oszołomienie  na  widok 
dziwnie  znajomej  uroczej  twarzy,  nic  nie  poszło  tak  jak 
należy.  

Nie  zamierzał  jej  zrażać.  Chciał  tylko  pomóc.  Westchnął. 

No, niezupełnie. Chciał zrobić na niej wrażenie. Zamiast tego 
rozwścieczył ją. Sprawy wyśliznęły mu się z ręki.  

Ale, do licha, ona mogła doprowadzić do szału. Rozmyślnie 

ignorowała  wszystko,  co  mówił.  Nie  był  do  tego 
przyzwyczajony. Dziwna kobieta. Przybyła do obcego miasta, 
uważając, że wie wszystko, nie chcąc słuchać rad, najlepszych 
rad.  

Ben opadł na krzesło i uśmiechnął się do siebie. Jedno było 

pewne: nie wyszła jeszcze z jego życia. Czekał cierpliwie.  

Po  kilku  minutach  drzwi  otworzyły  się  i  przed  biurkiem 

pojawiła się Kayla. Spojrzał na nią i stłumił uśmiech, próbując 
nie okazywać zbyt wielkiej satysfakcji.  

– Musi pani pojechać główną ulicą obok poczty i skręcić w 

ulicę  Mulberry,  drugą  poprzeczną  na  prawo.  Dom  stoi  na 
rogu. Jest duży, biały, drewniany. Nie można nie trafić. – Gdy 
wychodziła,  rzucił  za  nią:  –  Witam  w  New  Sussex,  pani 
Hartwell.  

Podszedł  do  okna  i  patrzył  na  odjeżdżający  samochód, 

pewny,  że  ją  jeszcze  zobaczy.  Kayla  Hartwell  wyszła  z  jego 
snu wprost w jego życie. Była niewiarygodnie pociągająca, a 
zarazem  niebezpieczna,  i  miał  przeczucie,  że  z  jej  powodu 
jego życie już nigdy nie będzie takie samo.  

background image

 
Kayla  skręciła  w  opustoszałą  główną  ulicę.  Żałowała 

nagłego wybuchu. Nie miała zwyczaju się złościć i teraz czuła 
się  zakłopotana.  Po  prostu  nie  mogła  się  powstrzymać.  To 
właśnie było tak dziwne i niezrozumiałe. Ten mężczyzna miał 
w sobie coś, co ją intrygowało.  

Ben  był  pierwszą  osobą,  którą  spotkała  w  New  Sussex,  i, 

było  to  okropne  spotkanie.  Straciła  zupełnie  panowanie  nad 
sobą. Wszystko przez to, że udzielił jej rady – być może nie w 
porę  i  zbyt  obcesowo,  ale  miał  pewnie  dobre  intencje.  Nie 
mógł wiedzieć o tym, że tylko powtarza przestrogi jej bliskich 
z Kalifornii: Ależ Kaylo, kochanie, miałaś już tyle prac... Nie 
masz  żadnego  doświadczenia  w  prowadzeniu  interesów... 
Znudzi cię to w miesiąc...  

Teraz  słyszała  ich  głosy  podobnie  jak  podczas  drogi  do 

New  Sussex.  Nikt  nie  chciał,  żeby  tu  przyjeżdżała.  Wszyscy 
sądzili, że poniesie klęskę.  

Ben  Montgomery  najwidoczniej  dołączył  do  nich  po 

spędzeniu z nią zaledwie kilkunastu minut. Gniew Kayli znów 
dał znać o sobie. Kim był, żeby tak szybko osądzać ludzi? 

Pomyślała  o  swym  upokorzeniu,  gdy  musiała  wrócić  po 

wskazówki,  jak  dojechać.  Zachował  się  tak  wyniośle,  że 
postanowiła  nie  przepraszać.  W  New  Sussex  muszą  być  inni 
prawnicy.  

Zmyliła  drogę,  co  jeszcze  bardziej  popsuło  jej  humor. 

Ponownie  przeczytała  zanotowane  wskazówki.  Nie  były 
skomplikowane. Po prostu nie uważała. Następstwa spotkania 
z Benem Montgomerym dawały o sobie znać.  

Wreszcie  odnalazła  ulicę  i  zobaczyła  dom.  W  tym 

momencie  zapomniała  o  całym  świecie.  Dwupiętrowy, 
tajemniczo  oświetlony  nikłym  światłem  księżyca,  zdawał  się 
zapraszać do wejścia.  

Kayla wjechała na żwirowany podjazd i wyłączyła światła 

background image

samochodu.  

–  Cóż  –  powiedziała  miękko  do  siebie.  –  Witaj  w  domu, 

Kaylo.  

Trudno  byłoby to nazwać radosnym przyjazdem. Nie  było 

nikogo,  kto  odpowiedziałby  na  jej  powitanie,  ani  otwartych 
zapraszająco drzwi, ani nawet światła oświetlającego podjazd.  

Kayla  sięgnęła  po  latarkę  i  otworzyła  drzwi  samochodu. 

Właśnie wtedy wschodzący księżyc skrył się za chmurami i jej 
niepokój  nasilił  się.  Była  jednak  podekscytowana.  Ten  dom 
stanowił klucz do nowego życia. Czuła to i nie miała zamiaru 
dać się zniechęcić. Nikomu.  

Wiedziała,  że  sklep  z  antykami  zajmuje  parter  frontowej 

części  domu,  pchnęła  więc  skrzypiącą  metalową  furtkę  i 
skierowała  się  na  tyły.  Droga  była  zarośnięta  zielskiem  i 
trawą, ale Kayla jakoś dotarła do tylnej werandy.  

Stopnie  trzeszczały,  a  podłoga  werandy  lekko  się  ugięła. 

Kayla  nie  przeraziła  się  tym.  Wypróbowała  kilka  kluczy, 
zanim znalazła właściwy.  

Odetchnąwszy głęboko pchnęła drzwi i weszła do domu.  
Przekręciła kontakt.  
–  Do  licha  –  mruknęła.  Powinna  była  się  domyślić,  że 

wyłączono  elektryczność.  Dom  był  też  prawie  na  pewno 
pozbawiony ogrzewania i wody.  

Przesunęła  światłem  latarki  po  kuchni.  Była  duża  i 

zatrważająco  staroświecka.  Ale  zobaczyła  też  całkiem  nowy 
piecyk  i  lodówkę.  Przekręciła  kurek  nad  zlewem.  W  rurach 
niepokojąco  zabulgotało  i  zajęczało,  a  potem  popłynął 
strumień rdzawej wody.  

Zakręciła  kurek  i  ponownie  rozejrzała  się  po  kuchni.  W 

pobliżu drzwi zauważyła termostat piecyka. Odważyła się go 
włączyć. Na próżno. Ale w kuchni był kominek i to napełniło 
ją otuchą, zanim nie zobaczyła, że stojący obok pojemnik  na 
drewno jest pusty.  

background image

W  kuchni  było  jednak  coś,  co  podniosło  ją  na  duchu.  W 

rogu w pobliżu kominka stało biurko. Być może ciotka Elinor 
siadywała wieczorami przy ogniu, prowadząc rachunki. Kayla 
postanowiła  zatrzymać  w  pamięci  ten  obraz.  Sądząc  po 
wyglądzie domu, będzie potrzebowała tego rodzaju wizji, aby 
się nie załamać.  

Otworzyła  drzwi  obok  kominka  i  znalazła  się  w  ciemnej 

wąskiej  sieni.  Krążyła  po  niej,  aż  znalazła  kolejne  drzwi. 
Pchnąwszy je weszła do pokoju.  

Krzyk trwogi uwiązł w jej gardle, a potem sparaliżował ją 

strach – ktoś tu był.  

Trwało  to  moment.  Potem  odwróciła  się  i  zaczęła  biec 

przez  sień.  Biegnąc  zobaczyła  w  myśli  siebie  w  drzwiach 
pokoju  w  niebieskim  żakiecie  i  z  burzą  jasnych  włosów. 
Zatrzymała się. Obca postać w pokoju była jej odbiciem.  

Odważnie  powróciła,  otworzyła  drzwi  i  stanęła 

naprzeciwko  bogato  zdobionego  lustra  w  pozłacanej  ramie. 
Znów zobaczyła swoje odbicie w zmatowiałym szkle, ale tym 
razem roześmiała się.  

–  Widać,  jaka  jesteś  zmęczona  –  powiedziała  do  siebie  – 

skoro  dostrzegasz  to,  czego  nie  ma.  –  Głos  odbił  się  echem, 
szarpiąc jej nerwy.  

–  Lepiej  stąd  wyjdę  –  oznajmiła  głośno,  by  dodać  sobie 

otuchy – zanim całkiem zwariuję.  

Ale ciekawość zatrzymała ją. Pokój był interesujący, mogła 

to  ocenić  na  podstawie  jednego  mignięcia  latarką.  Sądząc  po 
niskim  suficie  i  poczerniałych  kamieniach  na  kominku,  był 
prawdopodobnie starszy od reszty domu. Meble pochodziły z 
różnych  epok,  od  siedemnastego  do  dziewiętnastego  wieku. 
Niektóre  pewnie  należą  do  sklepu,  pomyślała,  ale  nie  miała 
zamiaru oglądać ich teraz. Dość emocji na jeden wieczór.  

Wycofała  się  do  sieni  i  właśnie  doszła  do  kuchni,  gdy 

usłyszała  pukanie.  Opanowała  przerażenie  i  spróbowała 

background image

myśleć  rozsądnie.  Demony  na  ogół  nie  pukają,  podobnie  jak 
złodzieje i mordercy. Był to więc ktoś znajomy. A do tej pory 
poznała w New Sussex tylko jedną osobę.  

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Kayla  oświetliła  latarką  drzwi  kuchni.  Przez  zmatowiałe 

szkło  ujrzała  Bena  Montgomery’ego  w  trenczu  z 
podniesionym kołnierzem i z brązowymi, wilgotnymi od mgły 
włosami.  

Ucieszyła  się  na  widok  Bena,  ale  mocno  przeżyła  ich 

pierwsze spotkanie i postanowiła tego nie okazywać. A już na 
pewno nie zamierzała przyznać się, że widziała duchy.  

Otworzyła ostrożnie drzwi.  
– Przyniosłem prezenty – oznajmił Ben. Wszedł do kuchni i 

skierował  się  w  stronę  kominka  z  naręczem  drewna  do 
podpałki  i  kilkoma  małymi  polanami.  –  Podejrzewałem,  że 
pojemnik  na  drewno  jest  pusty.  –  Przyklęknął  i  natychmiast 
zaczął rozniecać ogień.  

Kayla zastanawiała się, czy wiedział również o tym, że nie 

ma  elektryczności  i  leci  tylko  wąska  strużka  rudej  wody,  ale 
nic  nie  powiedziała.  Dobrze,  że  będzie  miała  ogień,  który 
zapewni trochę ciepła na pierwszą noc w New Sussex.  

–  Dzięki  –  wykrztusiła  wreszcie.  –  To  ciepło  pomoże  mi 

przetrwać noc.  

Ben uniósł głowę znad ognia, który szybko rozpalił.  
– Chyba nie zamierza pani tu zostać? 
– Oczywiście, że tak – odparła buntowniczo.  
–  Myślałem,  że  jak  zobaczy  pani  dom...  Właściwie  nie 

zdecydowała jeszcze, czy trwać przy  pierwotnym  planie, czy 
nie, ale gdy tylko o tym wspomniał, klamka zapadła.  

– Zostaję. Będę tu koczować w śpiworze.  
– Nie sprawia pani wrażenia osoby... – zaczął i przerwał.  
–  Pozory  mogą  mylić  –  powiedziała  oschle.  –  A  czy  nie 

postanowiliśmy, że najlepiej niczego nie przypuszczać? 

– Przynajmniej jedno z nas to zrobiło – odparł. To dziwne, 

pomyślał,  że  samo  przebywanie  w  towarzystwie  tej  kobiety 

background image

przyprawia go o zawrót głowy.  

Gdy  ogień  rozpalił  się  na  dobre,  ogrzewając  kuchnię  i 

rozpraszając  mrok,  wstał  z  klęczek.  W  nikłym  świetle  nie 
widział jednak Kayli tak wyraźnie, jak tego pragnął.  

Stała  przy  ogniu  i  ogrzewała  dłonie.  Blask  bijący  od 

kominka  tańczył  na  jej  włosach  i  chwilami  kusząco 
opromieniał  twarz.  Ben  postanowił  zignorować  napięcie 
między  nimi.  Wcześniejsza  utarczka  nie  doprowadziła  do 
niczego.  

–  Może  rzucimy  nieco  światła  na  całą  sprawę?  – 

zaproponował  na  swój  najbardziej  niedbały  sposób,  po  czym 
podszedł do drzwi i przekręcił kontakt, oświetlając pokój.  

–  Jak  pan...  ?  –  Kayla  otworzyła  szeroko  oczy  ze 

zdziwienia.  

– Zaraz po pani wyjściu zadzwoniłem do elektrowni.  
– Ale jest już po godzinach pracy.  
–  Chodziłem  do  szkoły  średniej  z  kierownikiem  nocnej 

zmiany – roześmiał się Ben. – Wie pani, jak to jest w małych 
miasteczkach.  

– Nie, nie wiem. Ale jeśli właśnie tak, myślę, że to mi się 

spodoba.  Dzięki  –  dodała  miękko.  –  Mam  nadzieję,  że 
wybaczy  mi  pan  moje  zachowanie  w  biurze.  Proszę  mi 
wierzyć,  zazwyczaj  taka  nie  jestem.  To  był  naprawdę  ciężki 
dzień.  

Spojrzał  na  nią  z  góry,  taką  małą,  kruchą  i  słabą.  Miał 

ochotę  wyciągnąć  rękę,  poprawić  jej  potargane jasne  włosy i 
zdjąć pajęczynę z policzka. Zamiast tego powiedział: 

–  Właściwie  przyszedłem,  żeby  panią  przeprosić  za  moje 

kazanie.  Miała  pani  rację,  zachowałem  się  nieodpowiednio. 
To pani sprawa, co pani robi. Na swoją obronę muszę jednak 
powiedzieć, że jestem przyzwyczajony do dawania rad.  

– I do tego, że ludzie się do nich stosują? – zażartowała.  
–  Właśnie.  W  ten  sposób  zarabiam  na  życie.  Ale  pani  nie 

background image

prosiła  o  radę.  Jestem  przekonany,  że  bardzo  starannie 
przemyślała pani całe przedsięwzięcie.  

–  Tak  –  potwierdziła.  Usiłowała  nie  zauważać  wielkiej 

staroświeckiej  kuchni.  –  Przez  ostatnie  miesiące  otrzymałam 
tyle rad, że wystarczą mi do końca życia. Pan jednak nie mógł 
o tym wiedzieć.  

–  Zacznijmy  więc  od  nowa.  –  Ben  wyciągnął  rękę.  – 

Nazywam się Ben Montgomery. Witaj w New Sussex.  

– Halo, Ben. Jestem Kayla Hartwell. – Znów zobaczyła, jak 

zielone  są  jego  oczy,  i  przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  się 
zarumienił.  

Musiał  to  być  blask  ognia  na  jego  twarzy.  Mężczyźni  tak 

pewni  siebie  i  tak  przystojni  jak  Ben  Montgomery  nie 
rumienią  się.  W  każdym  razie  Kayla  nie  miała  takich 
doświadczeń.  Przeciwnie,  zazwyczaj  w  takiej  chwili 
przechodzili  do  ofensywy.  To  pokrzepiające,  że  Ben  chciał 
tylko  służyć  pomocą,  bez  żadnych  ukrytych  zamiarów.  Nie 
miała pojęcia, w jaki sposób ich pierwsze spotkanie wymknęło 
się  im  spod  kontroli,  ale  teraz  wszystko  wydawało  się  w 
porządku.  

–  Czego  jeszcze  potrzebujesz?  –  spytał.  –  Oczywiście, 

telefonu.  

– Przydałoby się też ogrzewanie.  
– Ma się rozumieć.  
– I mogą być kłopoty z wodą.  
– Zanotowałem. Zajmę się wszystkim z samego rana.  
– Żartujesz.  
– Ależ nie – uśmiechnął się szeroko. – Jak widzisz, to nie 

jest duże miasto. Pogadam z Andym Fiore, a on przyśle tu o 
świcie ekipę.  

Zauważywszy jej zdziwione spojrzenie dodał: 
–  Andy  i  ja  jesteśmy  starymi  przyjaciółmi,  a  jego  żona 

pracuje u mnie. Andy jest też szefem służb miejskich.  

background image

–  Dobrze  mieć  przyjaciół  na  stanowiskach.  Bardzo 

dziękuję.  

–  Jestem  po  prostu  dobrym  sąsiadem  –  zażartował, 

stawiając  ekran  przed  kominkiem.  –  Teraz  wyjmiemy  twoje 
rzeczy z samochodu i odpoczniemy przy kolacji.  

– To brzmi wspaniale – powiedziała Kayla. Lunch zdawał 

się  tak  odległy.  –  Przyjmij  moje  zaproszenie  do  najlepszej 
restauracji wmieście jako propozycję pojednania.  

Ben zaczął się śmiać.  
– O co chodzi? – nie wiedziała, co go tak rozbawiło.  
–  W  New  Sussex  jest  tylko  jedna  restauracja,  którą 

otwierają wyłącznie w porze śniadania i lunchu – wyjaśnił. – 
Na obrzeżach miasta jest bar przy parkingu ciężarówek, ale to 
daleko stąd.  

– Och, wiec dlaczego...  
– Zaprosiłem cię na kolację? – dokończył. – Ponieważ mam 

jedną z najlepiej zaopatrzonych lodówek w mieście i chociaż 
nie  mogę  ci  zaproponować  żadnej  nowinki  kulinarnej, 
gwarantuję, że znajdzie się coś ciepłego i pożywnego.  

– Nie, nie mogłabym... – zaczęła Kayla.  
– Oczywiście, że mogłabyś – przerwał. – I ja też. To moja 

gałązka  oliwna.  A  teraz  rozładujmy  samochód,  zanim 
umrzemy z głodu. Ja również nic nie jadłem. Miałem kłopoty 
z  nową  klientką.  –  Uniósł  jedną  brew  i  uśmiechnął  się 
ujmująco. Kayla nie była w stanie odmówić.  

 
Odchyliwszy  się  do  tyłu  w  wielkim  fotelu  na  biegunach, 

Kayla westchnęła z zadowoleniem. Pokój wypełniała muzyka 
Mozarta,  a  na  kominku  buzował  jasny  ogień.  Pociągnęła  łyk 
francuskiego  koniaku  i  usiłowała  ukryć  zdziwienie,  które 
towarzyszyło jej przez cały wieczór.  

Ben  Montgomery  z  pewnością  nie  był  zasuszonym 

staruszkiem.  Również  pod  innymi  względami  znacznie  się 

background image

różnił  od  osoby,  którą  sobie  wyobraziła.  Był  dobrym 
kucharzem  –  wprawdzie  nie  smakoszem,  ale  steki  i  sałatka 
były  znakomite  i  pożywne.  Jego  zamiłowanie  do  muzyki 
klasycznej  nie  zaskoczyło  Kayli,  a  upodobanie  do  utworów 
Mozarta wyjątkowo jej odpowiadało, ponieważ był to również 
jej ulubiony kompozytor.  

W  Kalifornii  Kayla  byłaby  czujna.  Nie  bez  powodu. 

Wspaniała  kolacja,  zainteresowanie  Mozartem,  wszystko  to 
mogło stanowić uwerturę do seksualnej opery. Ale ten wieczór 
nie był zaplanowany i jego przebieg nie budził zastrzeżeń.  

Czuła  się  wspaniale.  Ben  usadowił  się  na  kanapie 

naprzeciwko, pociągnął łyk koniaku i uśmiechnął się. Śmiało 
wpatrywała się w swego gospodarza i podziwiała jego urodę. 
Miał  wyraziste  rysy  twarzy,  wystające  kości  policzkowe, 
mocny  podbródek,  wydatny  nos  i  zmysłowe  usta  o  pełnej 
dolnej  wardze.  I  te  oczy,  szarozielone  o  długich  czarnych 
rzęsach.  

Zdjął  marynarkę,  rozluźnił  krawat  i  podwinął  rękawy 

koszuli.  Ujrzała  smukłe,  lecz  dobrze  umięśnione  ręce  i  duże 
dłonie  o  długich,  zwężających  się  palcach.  Wspomniał,  że 
grywa w koszykówkę, i Kayla z łatwością wyobraziła go sobie 
na boisku.  

Ben również przyglądał się Kayli. Uśmiechał się beztrosko, 

słuchał  muzyki  i  cieszył  się  tą  chwilą.  Oboje  milczeli. 
Wszystko  przebiegało  tak  naturalnie!  Poprzednie  napięcie 
zniknęło i Kayla nie czuła się wcale skrępowana.  

–  Było  bardzo  miło  –  przerwała  wreszcie  ciszę.  –  Nie 

spodziewałam się, że mój pierwszy wieczór w New Sussex tak 
przyjemnie się zakończy.  

– Nie jestem pewien, czy mój poczęstunek był odpowiedni 

dla  mieszkanki  Kalifornii  –  odparł  Ben.  –  Nie  zawierał 
kiełków,  płatków  róży  ani  kiwi.  Zdaje  się,  że  to  najnowsze 
szaleństwa kulinarne? 

background image

Uśmiechnęła się, usłyszawszy ten żart.  
–  W  pewnych  kręgach,  ale  nie  w  moim,  choć  mama 

próbowała  swego  czasu  każdej  kuchni.  My,  dzieci,  byliśmy 
królikami doświadczalnymi.  

– Ilu było małych Hartwellów? 
– Troje. Starsza siostra, która jest lekarzem, i młodszy brat 

–  student  w  szkole  biznesu  w  Stanford.  Są  najlepsi  we 
wszystkim.  W  przeciwieństwie  do  ich  siostry.  –  Na  jej 
wargach ukazał się wymuszony uśmiech.  

– Nie wierzę – sprzeciwił się Ben.  
–  Och,  to  prawda.  Nie  ukończyłam  college’u,  bo  miałam 

wrażenie, że nie uczę się niczego pożytecznego. A co do prac, 
które  podejmowałam,  cóż,  mój  ojciec  powiedziałby  ci,  że  to 
więcej niż mi się należało w mojej krótkiej karierze.  

– Podejrzewam, że chciałaś się trochę rozejrzeć, zanim się 

ustatkujesz.  

–  Podoba  mi  się  taki  sposób  myślenia.  –  Kayla  uniosła 

szklankę  jak  do  toastu.  Uśmiechnął  się  do  niej  ciepło  i  po 
przyjacielsku  i  znów  pomyślała,  jak  różni  się  od  innych 
znanych  jej  mężczyzn.  Nie  podrywał  jej.  Naprawdę  się  nią 
zainteresował. Świadczyły o tym nawet jego rady.  

– Co to były za prace? – spytał.  
Kayla odstawiła szklankę i zaczęła wyliczać na palcach.  
–  Pracowałam  w  kwiaciarni,  w  butiku,  uczyłam  gry  ‘  w 

tenisa  w  klubie,  do  którego  należą  moi  rodzice.  Ostatnio 
założyłam z przyjaciółką agencję reklamową.  

– I co się stało? 
–  Przyjaciółka  wyszła  za  mąż,  a  mnie  chyba  przeszło. 

Właśnie  wtedy  odziedziczyłam  dom  ciotki  i  postanowiłam 
przyjechać  tutaj.  –  Kayla  nagle  się  zmieszała.  Chyba  ojciec 
miał  rację.  Nigdy  nie  wytrwała  przy  niczym  wystarczająco 
długo. Ben na pewno odkrył w niej tę wadę.  

– Zazdroszczę ci – powiedział ku jej zdziwieniu.  

background image

– Jak to? 
– Naprawdę. Świat stoi przed tobą otworem.  
–  A  przed  tobą  nie?  –  spytała  zaskoczona.  –  Miałeś  tyle 

okazji w życiu co ja.  

–  Może  –  zamyślił  się  przez  chwilę  –  ale  nie  rozglądałem 

się za nimi. Chwyciłem tę, która była mi dana. W końcu każdy 
mężczyzna  z  rodziny  Montgomerych,  jak  sięgnąć  pamięcią, 
był prawnikiem.  

–  Ależ  to  wspaniale  –  skomentowała  Kayla  –  mieć  taką 

ciągłość i tradycję. To naprawdę godne podziwu.  

–  Masz  rację  –  uśmiechnął  się  Ben.  –  Ja  z  pewnością  nie 

chciałem  być  tym,  który  złamie  tradycję.  Ale  z  tego  powodu 
spędziłem niemal całe życie w New Sussex.  

– Nie ma nikogo, kto przejąłby pałeczkę? – spytała Kayla. – 

Żadnych braci ani sióstr? 

–  Jestem  jedynakiem  –  odparł.  –  Przejąłem  firmę 

walkowerem... – urwał w połowie zdania.  

– Czego byś chciał? 
– Cokolwiek by to było – rzucił ze śmiechem – ty pewnie 

chciałabyś,  żebym  tyle  nie  mówił.  –  Zaczął  grzebać  w 
kominku i Kayla domyśliła się, że nie pozna skrytych życzeń 
Bena Montgomery’ego. W każdym razie nie teraz.  

Obserwując  go  pochylonego  nad  ogniem,  widząc 

kasztanowate  błyski  w  ciemnych  włosach  i  mięśnie  pleców 
odznaczające  się  pod  koszulą,  zapragnęła  pochylić  się, 
dotknąć  jego  szerokich  ramion  i  przegarnąć  palcami  gęstą 
czuprynę.  

Szybko  zwalczyła  tę  pokusę  i  sięgnęła  po  kieliszek 

koniaku, aby zająć czymś ręce. Nie miała pojęcia, skąd wzięły 
się te zachcianki, ale trudno było im się oprzeć. I pomyśleć, że 
przed trzema godzinami miała ochotę go udusić.  

Ben  wstał,  oparł  łokieć  na  gzymsie  kominka  i  patrzył  na 

nią. Miała nadzieję, że nie dostrzega wyrazu jej oczu.  

background image

– Ty też możesz czerpać z tradycji, Kaylo  – powiedział. – 

Hartwellowie również mieszkali w New Sussex od wieków.  

– Ale mój ojciec wyjechał na stałe na zachód.  
–  Gdzie  spotkał  twą  matkę,  osiedlił  się  i  wychował  troje 

prześlicznych  jasnowłosych  dzieci  –  dokończył,  a  potem 
spojrzał na nią. – Przynajmniej jedno z nich jest jasnowłose i 
bardzo piękne.  

Ben mógłby przysiąc, że Kayla zarumieniła się, ale szybko 

doszedł  do  wniosku,  że  mu  się  tylko  wydawało.  Mieszkanki 
Kalifornii,  zwłaszcza  tak  urocze  jak  Kayla,  na  pewno  są 
przyzwyczajone  do  komplementów.  Pewnie  nie  mają 
zwyczaju się rumienić. Rzeczywiście pochodziła z Kalifornii, 
była  jednak  kobietą  zupełnie  niepodobną  do  tych,  które 
spotykał dotąd.  

Była pełna werwy i z pewnością niezależna. Ale miała też 

w sobie jakąś kruchość, która przyciągała go niczym magnes. 
Kręciło mu się w głowie z pożądania. Pragnął zanurzyć ręce w 
jej  włosach,  przejechać  palcami  po  policzku,  otoczyć  rękami 
smukłą  talię  i  poczuć  bliskość  giętkiego  ciała.  Chciał  jej 
mówić  rzeczy,  których  nie  mówił  nigdy  i  nikomu.  Więź 
między  nimi  stawała  się  z  minuty  na  minutę  silniejsza;  był 
pewny,  iż  ona  odczuwa  to  samo.  Czuł  się  przy  niej  jak  na 
podniecającej  przejażdżce  kolejką  górską  w  wesołym 
miasteczku.  

Oczywiście  nic  takiego  nie  zrobił  ani  nie  powiedział.  Po 

prostu  zebrał  się  w  sobie  i  zadał  jej  pytanie,  które 
prześladowało go przez cały wieczór.  

–  Powiedz  mi,  Kaylo,  czy  naprawdę  masz  czarny  pas 

karate? 

Odrzuciła  głowę  w  tył  i  roześmiała  się,  zaskoczona 

pytaniem.  

–  Szczerze  mówiąc:  nie.  Nie  mam  czarnego  pasa.  Ale 

trenowałam karate i potrafię zatroszczyć się o siebie.  

background image

–  O  tak,  wierzę  w  to.  Pewnie  opanowałaś  sztukę 

samoobrony choćby po to, aby odpierać ataki tych wszystkich 
mężczyzn  w  twoim  życiu.  –  Nie  dbał  o  to,  że  podtekst  tej 
uwagi jest aż nadto wyraźny.  

– W takim razie musiałam wykonać kawał roboty – odparła 

– bo w moim życiu nie ma nikogo.  

– Cóż, może teraz, w New Sussex, coś się zmieni.  
– Ben starał się nie pokazać po sobie, jaką ulgę sprawiły mu 

te słowa.  

– Och, oczekuję całej masy cudownych zmian – rzuciła.  
Ben  uświadomił  sobie,  że  ukrywa  swoje  uczucia,  i 

zastanawiał  się,  czy  Kayla  robi  to  samo.  Miał  taką  nadzieję, 
więc znów odezwał się niewinnie: 

– Zawsze możesz liczyć na mnie.  
Kayla wciąż nie mogła wytłumaczyć sobie różnicy między 

Benem  a  innymi  mężczyznami,  którzy  w  takiej  chwili 
usiłowaliby zaciągnąć ją do łóżka.  

– Będę o tym pamiętać – powiedziała po prostu – ale teraz 

chcę  tylko  wydostać  się  z  twego  wygodnego  fotela  i 
przytulnego domu. Już późno i muszę wracać do siebie.  

Ben  nie  był  w  stanie  wymyślić  niczego,  co  mogłoby  ją 

zatrzymać. Nigdy przedtem nie był w takiej sytuacji. Pragnął 
tej kobiety tak gorąco i tak rozpaczliwie  – i nie wiedział, jak 
jej o tym powiedzieć.  

Z pozorną obojętnością zgodził się, że czas wracać.  
 
Gdy  dojechali  do  domu  Hartwellów,  nastrój  się  zmienił. 

Budynek wyglądał posępnie na tle nocnego nieba i w żadnym 
razie nie zachęcał do wejścia.  

–  Wejdę  i  pomogę  ci  się  urządzić  –  powiedział,  ale  w  tej 

samej  chwili  nabrał  pewności,  że  nie  może  zostawić  jej  tu 
samej.  

Wnętrze domu było równie ponure. Kayla zdawała się tego 

background image

nie zauważać.  

–  Spójrz,  ogień  jeszcze  się  tli  –  powiedziała  niemal  z 

entuzjazmem.  –  Jeżeli  dołożymy  kilka  polan,  powinno 
wystarczyć do rana. Gdybym tylko je miała – dodała.  

– Chyba coś jeszcze zostało – odparł Ben. – Zobaczę.  
Gdy  powrócił  z  dwoma  sporymi  klocami,  nie  mógł 

uwierzyć w jej radość.  

– To już koniec – oznajmił, kierując się w stronę kominka.  
– W zupełności wystarczy na noc, a jutro zamówię kolejną 

porcję  –  przerwała  i  popatrzyła  na  niego  z  zakłopotaniem.  – 
Jeśli powiesz mi, do kogo zadzwonić.  

–  Oczywiście,  że  powiem  –  odparł.  Przesunął  ekran  i 

umieścił  kłody  na  przygasającym  ogniu.  –  Ale  szczerze 
mówiąc, myślę, że wszystko może zaczekać do jutra. Również 
twoja obecność tutaj. Nie ma ogrzewania, mało wody...  

–  Poradzę  sobie  –  upierała  się.  –  Mam  bardzo  ciepły  i 

wygodny  śpiwór.  Chyba  że  –  dodała,  patrząc  na  niego 
żartobliwie – w New Sussex grasuje szaleniec.  

–  Tutaj  największym  przestępstwem  jest  parkowanie  w 

niewłaściwym  miejscu  –  roześmiał  się  Ben.  Podtrzymywał 
żartobliwy nastrój, ale wciąż martwił się o Kaylę. – Po prostu 
zostawienie cię tu nie wydaje mi się w porządku.  

–  Doceniam  twój  kodeks  dżentelmena,  ale  nic  mi  się  nie 

stanie  –  orzekła  stanowczo.  –  A  teraz  pomogę  ci  przy  tych 
kłodach.  

Wspólnie  dołożyli  do  ognia  i  przestawili  ekran.  Wówczas 

nie pozostało mu nic innego, jak wyjść. Była to ostatnia rzecz, 
jakiej pragnął na ziemi.  

Szukając  pretekstu  do  pozostania  choć  przez  chwilę, 

zaproponował: 

– Może powinniśmy obejrzeć resztę domu, piętro i sklep? 
–  Nie  sądzę,  aby  to  było  konieczne,  Ben.  Znaleźlibyśmy 

tam  tylko  kurz  i  pajęczynę  –  odparła  i  Ben  znów  poczuł  się 

background image

bezradny.  

–  Jeśli  jednak  masz  ochotę  przyjść  jutro  ze  szczotką  i 

szmatą,  możemy  zrobić  obchód.  –  Znów  żartowała,  ale  już 
nieodwołalnie  postanowiła  spędzić  pierwszą  noc  tutaj  i  Ben 
wiedział, że nic na to nie poradzi. Kayla Hartwell była bardzo 
upartą kobietą.  

–  Och,  wrócę.  Możesz  być  tego  pewna.  –  Spoważniał  i 

zatopił wzrok w jej oczach.  

Oczarowany  Kaylą,  był  niezbyt  świadomy  tego,  co  działo 

się  wokół.  Gdzieś  tam,  w  innym  świecie,  trzaskał  ogień  i 
rytmicznie uderzało jego serce. Te odgłosy nie rozpraszały go. 
Widział  puls  bijący  na  jej  szyi  i  zapragnął  ucałować  to 
miejsce.  Tak  całkowicie  owładnęła  nim  od  pierwszej  chwili, 
że  dziwił  się,  jak  kiedykolwiek  mógł  wątpić  w  miłość  od 
pierwszego wejrzenia. Pierwszego wejrzenia, do licha. Była w 
jego snach. Była jego przeznaczeniem.  

Nie  mógł  przestać  na  nią  patrzeć,  pożerać  jej  oczami. 

Wreszcie, zaniepokojona, lekko rozchyliła usta i koniuszkiem 
języka oblizała spieczone wargi. Ten ruch podziałał na niego 
jak  afrodyzjak.  Instynktownie  pochylił  się  ku  niej,  chcąc  ją 
ucałować.  

Wtedy właśnie Kayla przerwała ciszę.  
– Jeszcze raz dziękuję za wszystko, Ben. Nie dziw się, jeśli 

wezmę cię za słowo i poproszę o pomoc w sprzątaniu domu.  

Mówiła  szybko,  zdławionym  głosem.  Był  pewien,  że  ona 

również  odczuwa  to  dziwne  napięcie.  Ale  ręka,  którą 
wyciągnęła w przyjaznym geście na pożegnanie, nie drżała.  

Ujął  jej  dłoń,  a  kiedy  chciała  ją  oswobodzić,  ścisnął  ją, 

przyciągnął do ust i zaczął całować. Przepełniała go radość.  

Kayla  miała  zamknięte  oczy.  Był  pewien,  że  jej  również 

sprawia to przyjemność.  

–  Kaylo  –  zaczął,  ale  nie  mógł  znaleźć  słów.  Nic  nie 

wydawało  się  odpowiednie,  nic  nie  wydawało  się  właściwe 

background image

prócz wzięcia jej w ramiona – i właśnie to zrobił. Z łatwością, 
która go zaskoczyła, objął Kaylę i pocałował.  

Miała  miękkie  i  słodkie  usta,  tak  jak  tego  oczekiwał. 

Wtuliła  się  w  jego  objęcia  i  ledwie  mógł  uwierzyć,  jak 
doskonale do siebie pasują.  

Wyczuwał jej uda, brzuch, piersi i pożądanie rosło, w miarę 

jak natężenie pocałunku zmieniało się. Przyciągnął ją jeszcze 
bliżej, aż przylgnęli do siebie.  

Czuł,  że  odpowiada  na  jego  pocałunki,  ciasno  splata 

ramiona wokół jego szyi, tuli się do niego. Wsunął język w jej 
usta i usłyszał, jak szybko złapała oddech. Po chwili napięcia 
oddała pocałunek.  

Krew Bena pulsowała w żyłach, a serce waliło jak młotem. 

Trzymał ją jednak mocno i nie przestawał całować.  

To ona pierwsza się oderwała. Ale Ben nie pozwolił jej się 

wyśliznąć ze swoich ramion, a po chwili przemówił: 

– Mam wrażenie, że czekałem na ciebie całe życie. Wyszłaś 

z moich snów.  

Gdy  wypowiedział  te  słowa,  zdał  sobie  sprawę  z  ich 

prawdziwości. Była  kobietą  z  jego  snów,  ale  nie  wiedziała  o 
tym i pewnie uważała je za banał.  

Kayla  nie  miała  pojęcia,  co  o  tym  wszystkim  myśleć. 

Musiała  jednak  przyznać,  że  ich  wspólny  wieczór  prowadził 
właśnie  do  takiego  końca.  Podświadomie  pragnęła  tego  tak 
samo  jak  Ben,  a  teraz  całkowicie  poddała  się  magii 
pocałunków.  

Była  podniecona,  trochę  przestraszona  i  nie  panowała  nad 

sobą.  Jej  serce  wciąż  tłukło  się  w  piersiach  jak  oszalałe. 
Całował ją głęboko i namiętnie słodkimi, ciepłymi wargami i 
tulił w mocnych ramionach. Wiedziała, że gdyby ją puścił, nie 
utrzymałaby się na nogach. Oszołomił ją, a to nieczęsto się jej 
przytrafiało.  Na  ogół  było  odwrotnie.  A  teraz  po  jednym 
pocałunku Bena Montgomery’ego czuła się jak ogłuszona.  

background image

Była  też  zła  na  siebie  i  na  niego.  Okazał  się  taki  sam  jak 

inni. Nawet to, co powiedział o wyjściu z jego snu, brzmiało 
jak oklepany frazes, a co gorsza, zachwyciła się tym. Czekała, 
mając  nadzieję  na  przeprosiny,  na  coś,  co  pozwoliłoby 
zapomnieć  o  pocałunkach  i  udowodniło  jej,  że  jest  inny  niż 
wszyscy.  

Nic takiego nie nastąpiło. Wprost przeciwnie, kolejne słowa 

Bena napełniły ją jeszcze większym sceptycyzmem.  

– Kayla – powiedział. – Nie chcę, żebyś zostawała tu sama. 

Wróć do mnie.  

Usłyszawszy to Kayla zesztywniała i odsunęła się od niego.  
–  Wiesz,  że  tego  właśnie  chcemy  oboje  –  dodał.  W  głębi 

duszy  Kayla  uważała,  że  Ben  ma  rację,  ale  nie  mogła  tego 
głośno  przyznać.  Nie  mogła  też  wyznać,  co  myśli.  Ten 
wieczór,  który  tak  wiele  dla  niej  znaczył,  zakończył  się 
rozczarowaniem  wraz  z  pocałunkiem,  którego  chciała  i  nie 
chciała zarazem. Wszystko było zbyt zagmatwane i nie była w 
stanie o tym myśleć. W każdym razie nie dziś.  

– Nie  – odparła.  – Chcę, jak już mówiłam, spędzić noc  w 

moim własnym domu. Nie nalegaj, Ben. Pozostaw sprawy ich 
własnemu biegowi.  

– Nie, Kaylo – zaprotestował. – Nie mogę. Nie teraz, kiedy 

wiem, co naprawdę czujesz.  

–  Wydaje  ci  się,  że  wiesz,  co  jest  dla  mnie  najlepsze  – 

powiedziała  oschle.  Wyczerpanie  jeszcze  bardziej  pogłębiało 
jej zamęt uczuciowy.  

– Zamierzasz ukryć swoje uczucia tylko po to, by postawić 

na  swoim?  –  raczej  stwierdził,  niż  zapytał.  Kayla  wyczuła 
zniecierpliwienie  w głosie Bena i  zorientowała się, że  on nie 
zamierza się łatwo wycofać.  

–  Niczego  nie  ukrywam  –  odparła  ze  złością.  –  Ale  tu 

właśnie  zamierzam  żyć  i  pracować...  jeśli  mi  wolno 
przypomnieć. – Uniosła wyzywająco podbródek.  

background image

– Już to zrobiłaś – rzucił oschle, sięgając po marynarkę – i 

masz rację. Nigdy nie spotkałem bardziej nieznośnej kobiety – 
wymamrotał pod nosem.  

Widząc  gniewną,  a  zarazem  rozczarowaną  twarz  Bena, 

Kayla  ze  zdziwieniem  i  przestrachem  uświadomiła  sobie,  że 
ten świeżo poznany mężczyzna bardzo ją pociąga. Nie była w 
stanie  opanować  swoich  reakcji.  Jednego  była  pewna.  Nie 
wróci do jego domu. Zostanie w domu ciotki – nie, w swoim, i 
zostanie sama.  

–  Będziemy  w  kontakcie  –  powiedział  Ben  wychodząc  i 

dodał niepotrzebnie: – Nie zapomnij zamknąć drzwi, Kaylo.  

Kayla zrobiła wściekłą minę.  
–  Nie  zapomnę  –  rzuciła.  Patrzyła,  jak  odchodzi,  i 

zastanawiała się, czy uważa ją za ostatnią ofiarę.  

 
– Do licha, do licha, do licha – mruczała Kayla. – Nie mogę 

w to uwierzyć. Od szesnastego roku życia miała do czynienia 
z mężczyznami i nigdy nie dopuszczała do tego, aby sytuacja 
wymknęła jej się spod kontroli. Dlaczego przy Benie była taka 
porywcza  i  zła?  Wiedziała  dlaczego.  Miała  wrażenie,  że  po 
niewiarygodnie trudnym starcie idą po omacku ku prawdziwej 
przyjaźni.  Była  pewna,  że  on  jest  inny  niż  natarczywi 
mężczyźni z Kalifornii. Rozczarowana, zezłościła się na siebie 
za  tak  szybkie  poddanie  się  i  za  tak  dziecinne  zachowanie 
później.  

Pragnęła  go  i  broniła  się  przed  nim.  Żar  jego  namiętności 

przyciągał  ją  i  zarazem  odpychał.  Gdy  byli  razem, 
natychmiast pomiędzy nimi pojawiało się napięcie, i to bardzo 
określone. Atmosfera wokół nich iskrzyła się. Nie mogła tego 
zrozumieć.  Nie  pojmowała  siły,  która  zdawała  się  nimi 
kierować. I nie była teraz w stanie zastanawiać się nad tym.  

Wyczerpanie już ją niemal pokonało. Stłumiła ziewnięcie i 

wyciągnęła  z  torby  flanelową  koszulę  nocną.  Potem 

background image

poszperała  w  poszukiwaniu  szczoteczki  do  zębów  i  powlokła 
się do łazienki na parterze.  

W  powrotnej  drodze  do  kuchni zerknęła z  ukosa  na  drzwi 

do salonu, skąd wcześniej o mało nie uciekła ze strachu. Co za 
dzień, pomyślała, spotkanie Bena Montgomery’ego i widma – 
obu w ciągu zaledwie kilku godzin.  

Przez  krótką  chwilę  zastanawiała  się,  czy  przeprowadzka 

do  New  Sussex  nie  jest  pomyłką.  Ale  szybko  odrzuciła  tę 
myśl. Nie miała ochoty rozpamiętywać popełnionych błędów. 
Wybieganie w przyszłość było bardziej w jej stylu.  

A nie można było zaprzeczyć, że częścią tej przyszłości w 

New Sussex będzie Ben. O nim też nie chciała myśleć. Ani o 
stanowczości,  z  jaką  próbował  pokierować  jej  życiem,  ani  o 
ich ostatnich, pełnych zawziętości słowach.  

Ale  trudno  było  zapomnieć  o  innym  Benie,  jego 

opiekuńczości, sile, ramionach, cieple warg...  

Kayla  odsunęła  zamek  błyskawiczny  śpiwora  i  wśliznęła 

się  do  środka  z  głową  zaprzątniętą  myślami  o  Benie 
Montgomerym.  

 
Ben  przyjechał  do  domu  wściekły.  Wpadł  z  impetem  do 

salonu  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.  Co  takiego  było  w  tej 
kobiecie, że tak na niego działała? 

Mógł na palcach jednej ręki policzyć, ile razy stracił zimną 

krew  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat,  z  tego  dwa  razy 
przydarzyło mu się to podczas jednego dnia z Kaylą Hartwell. 
Ale, u licha, przecież tego nie chciał.  

Chciał tylko  jej pomóc  i  okazać, że się  nią interesuje. Był 

nią  zafascynowany,  gdy  tylko  jednak  próbował  jej  to 
powiedzieć,  zaczęli  się  kłócić.  Jak  na  mężczyznę,  który 
szczycił się powściągliwością, wyjątkowo szybko przestał nad 
sobą panować. Ale przecież wszystko, co zdarzyło się, odkąd 
wiatr przywiał Kaylę do biura, było dziwne, niezwykłe.  

background image

Mimo  gniewnych  słów  przy  pożegnaniu  nie  przestawał 

myśleć  o  Kayli.  Jak  wspaniale  było  trzymać  ją  w  uścisku, 
całować i czuć jej ciało przy swoim.  

To  był  dzień,  zamyślił  się  Ben,  już  w  łóżku.  Nigdy 

przedtem  nie  spotkał  kobiety  takiej  jak  Kayla.  Nie  był 
zaskoczony, gdy tej nocy pojawiła się ponownie w jego śnie.  

Tym  razem  sceneria  zmieniła  się.  Był  mglisty  poranek 

późnego  lata,  a  on  spacerował  ulicami  New  Sussex,  ale  w 
innych czasach. Nie zastanawiał się nad tym, świadom jedynie 
gorąca i ciężkiego staromodnego ubrania.  

Ujrzał ją w oddali, gdy schodził ku strumieniowi. Jej jasne 

falujące włosy spływały na ramiona i błyszczały w porannym 
słońcu.  

Nie chcąc jej niepokoić, odwrócił się i spiesznie podążył w 

przeciwną  stronę.  Ale  gdy  odszedł  na  pewną  odległość, 
spojrzał  na  nią  ponownie.  Stała  na  brzegu  strumienia  w 
rozpiętej  sukni  i  pochylona  polewała  chłodną  wodą  twarz, 
szyję i ramiona.  

Ten  widok  pobudził  jego  zmysły.  Zawładnęło  nim 

pragnienie,  które  nie  znało  granic.  Pocił  się  pod  grubym 
ubraniem.  Wstrzymywał  oddech,  gdy  przesuwała  powolnym 
ruchem wzdłuż ramion. Gdy uniosła rękę, suknia zsunęła się i 
ujrzał  jej  pierś,  doskonale  zaokrągloną,  białą  i  gładką,  o 
ciemnoróżowej  sutce,  lekko  zmarszczonej  w  porannym 
powietrzu.  

Ben zacisnął szczęki. Drżał. Gdyby tylko mógł jej dotknąć. 

Gdyby  tylko  mógł  poczuć  miękkość  jej  skóry  pod  swoimi 
dłońmi, słodycz jej piersi przy swoich ustach. Jego pożądanie 
pulsowało  niczym  nie  hamowane.  Musiał  ją  mieć.  Nieważne 
jak.  

Zawołał  zduszonym,  ochrypłym  głosem.  Zaskoczona 

odwróciła  się  i  zobaczył  ją  całą,  złote  włosy,  alabastrową 
skórę,  doskonale  gładkie  i  gibkie  ciało.  Suknia  opadła 

background image

zapomniana  w  płytką  wodę  na  brzegu  strumienia.  Skierował 
się ku niej ponownie.  

Zobaczyła  go  i  jej  twarz  przybrała  nagle  wyraz  pogardy. 

Spojrzenie paliło go. Zawołał znów, próbując ją uspokoić.  

Wtedy  obudził  się,  zlany  potem.  Nie  śnił  tak  erotycznego 

snu od czasów szkoły średniej, a z pewnością nigdy nie trapił 
go sen tak pogmatwany.  

Leżał na mokrych prześcieradłach, analizując sen. Kobietą 

była oczywiście Kayla. W tym, że o niej śnił, nie było niczego 
dziwnego.  Przecież  budziła  w  nim  pożądanie.  Tajemniczość 
tkwiła  w  szczególnych  okolicznościach,  tak  odmiennych  od 
tych  z  poprzednich  snów.  Nie  mógł  wytłumaczyć  sobie 
scenerii z innej epoki, powodów, dla których Kayla kąpała się 
w strumieniu, ani swego dziwnego stroju.  

To  intrygujące,  w  jaki  sposób  sny  wiążą  w  całość 

wydarzenia  minionego  dnia,  przeszłość,  teraźniejszość  i 
wszelkie  doznania,  pomyślał.  Były  dziwne,  ale  również 
cudowne – gdy pojawiała się w nich Kayla.  

Nadejdą  inne  noce  z  Kaylą,  nie  tylko  w  snach.  Ale  musi 

zdobyć jej zaufanie. Kiedyś nastanie dzień, w którym ona go 
nie odepchnie. A wtedy ze snu zstąpi w jego ramiona.  

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Słońce  wkradło  się  przez  okiennice  i  obudziło  Kaylę. 

Wygrzebała się ze śpiwora, dołożyła kolejne polano do ognia i 
znów wśliznęła się w ciepłe legowisko. Zamierzała wstać, gdy 
w pokoju zrobi się cieplej, ale znowu zmorzył ją sen.  

Delikatne  pukanie  do  drzwi  obudziło  ją  ponownie. 

Nasłuchiwała przez chwilę. Podejrzewała, że to Ben.  

Wreszcie wstała, naciągnęła płaszcz od deszczu, który miał 

posłużyć za szlafrok, i powlokła się do drzwi.  

– Ben... – zawołała z wahaniem, uchylając je. W końcu był 

jedyną znaną jej osobą w mieście. Któż inny mógłby to być? 

– Nie Ben, ale w każdym razie Montgomery. Czy wpuścisz 

mnie do środka? 

Kayla  ujrzała  kobietę  wyższą  od  niej  o  dobre  dziesięć 

centymetrów.  Ciemne  oczy  błyszczały  w  czerstwej, 
pomarszczonej  twarzy,  okolonej  krótkimi,  kręconymi  siwymi 
włosami.  

– Och... przepraszam – wyjąkała.  
–  Ależ  nie,  moja  droga.  To  ja  powinnam  przeprosić  za 

wdzieranie  się  do  ciebie  o  tej  godzinie.  Jestem  Lilith,  ciotka 
Bena. Mogę wejść? 

–  Tak,  proszę.  –  Kayla,  przejęta,  cofnęła  się,  a  kobieta 

wkroczyła do kuchni z dużym koszykiem, który umieściła bez 
ceremonii na stole.  

Zdejmując  żakiet,  uśmiechnęła  się  szeroko  do  Kayli  i 

zaczęła rozpakowywać koszyk.  

–  Pomyślałam,  że  będziesz  miała  ochotę  na  śniadanie. 

Przypuszczam, że nie zrobiłaś zakupów.  

–  Dobrze  pani  przypuszcza  –  odparła  Kayla.  –  To  pewnie 

Ben napomknął, że niczego tu nie mam.  

Lilith  Montgomery  spojrzała  na  Kaylę  szczerymi, 

ciemnymi oczami.  

background image

–  Nie,  nie  zrobił  tego,  ale  musiał  dziś  rano  pojechać  do 

Salem po zeznanie i spytał, czy mogłabym wpaść. Zgodziłam 
się z prawdziwą przyjemnością – dodała. – Kawy? 

– Bardzo chętnie. Żebym tylko znalazła filiżanki.  
– Kayla zajrzała do kilku szafek i wreszcie wyszukała dwie 

filiżanki. Umieściła je na stole obok termosu, wciąż nieśmiała 
w obecności obcej kobiety.  

Lilith nalała kawę.  
–  A  co  powiesz  na  domową  bułeczkę  z  jagodami, 

posmarowaną masłem i jeszcze ciepłą? 

–  Och,  panno  Montgomery,  pani  jest  cudowna!  – 

wybuchnęła Kayla ze szczerym zachwytem.  

– Mów do mnie Lii. Wszyscy tak mnie nazywają.  
– Lilith usiadła przy stole obok Kayli, jeszcze raz spojrzała 

na nią badawczo i stwierdziła: – Cóż, Ben powiedział mi, że 
jesteś ładna, i miał rację.  

–  Zdaje  się,  że  powiedział  również  parę  innych  rzeczy  – 

odparła Kayla z przekąsem.  

– Tylko to, że przyda ci się pomoc.  
– Domyślam się, że to widać.  
–  Nie.  Mój  bratanek  jest  po  prostu  trochę  nadgorliwy.  To 

rodzinne.  Nawiasem  mówiąc,  prosił  o  przekazanie  ci,  że 
zadzwonił  do  służb  telefonicznych  i  ciepłowniczych.  –  W 
ciemnych  oczach  Lii  pojawiły  się  iskierki  humoru.  –  Czy 
jesteś zła? 

– Nie – odparła Kayla. – Dlaczego pytasz? 
– Ben stwierdził, że pewnie będziesz.  
–  Może  bym  była,  gdybym  znajdowała  się  w  innym 

położeniu, ale teraz jestem wdzięczna za to rządzenie się. To 
znaczy troskliwość – poprawiła się i roześmiała razem z Lii.  

–  Nie  jestem  w  stanie  wyrazić,  jak  się  cieszę,  że  w  tym 

domu mieszka znowu ktoś z Hartwellów – powiedziała Lii. – 
Mam  nadzieję,  że  uda  nam  się  zatrzymać  ciebie  w  New 

background image

Sussex.  

–  Na  pewno,  jeśli  tylko  powiedzie  mi  się  ze  sklepem  – 

odparła Kayla z powagą.  – Czy jestem szalona, uważając, że 
to możliwe? 

– W tego typu interesach  przydaje  się  trochę szaleństwa  – 

powiedziała Lii z uśmiechem.  

– Czy to znaczy tak, czy nie? 
– Dlaczego nie odpowiesz sobie sama? – spytała Lii. – Czy 

widziałaś już „Otwierające się Drzwi”? 

–  Wieczorem  nawet  nie  próbowałam,  ale  teraz  jestem 

gotowa.  

– Ubierz się więc. Będę twoją przewodniczką.  
Po  paru  minutach  Kayla  podążyła  za  Lii  przez  sień  w 

kierunku frontu domu.  

– Elinor wykorzystywała na sklep salon od frontu.  
–  Salon?  Wieczorem  byłam  w  pokoju  po  drugiej  stronie 

kuchni, który sprawiał wrażenie salonu.  

– Bo nim jest – potwierdziła Lii. – Salon na tyłach stanowi 

część  starego  domu.  Elinor  uwielbiała  go,  ale  przyjmowała 
tam  tylko  rodzinę  i  przyjaciół.  –  Otworzyła  drzwi  i  odsunęła 
się na bok. – Oto sklep.  

Kayla  stała  w  progu  niezdolna  przemówić  słowa.  Duży 

pokój  był  zapchany  bieliźniarkami,  kredensami,  stołami, 
biurkami  i  krzesłami.  Stały  tam  też  biblioteczki  ze  starymi 
książkami,  serwantki  wypełnione  szkłem  i  porcelaną, a  także 
lichtarze,  lampy,  laski  z  miedzianymi  rączkami  i  lustra  w 
miedzianych ramach.  

– Jestem przytłoczona – powiedziała wreszcie.  
–  Elinor  nigdy  nie  była  dobrą  organizatorką  –  zauważyła 

Lii.  

–  Hm  –  mruknęła  pod  nosem  Kayla,  przeciskając  się 

między meblami i zastanawiając się, jak klienci – jeśli jacyś w 
ogóle  byli  –  mogli  się  tu  poruszać. Zatrzymała  się  obok  pary 

background image

krzeseł i potarła jedno z nich rękawem żakietu. – Te są niezłe. 
Krzesła w stylu Windsor w dobrym stanie.  

– A więc znasz się na antykach? 
–  Trochę  zajmowałam  się  dekorowaniem,  nic  poważnego, 

niestety  –  przyznała  Kayla.  Gdy  uważniej  przyjrzała  się 
zawartości  pokoju,  jej  podniecenie  stopniowo  przeszło  w 
rozczarowanie. Wiele mebli było uszkodzonych albo niedbale 
wykonanych, nie można ich było uznać za antyki. Wszystko to 
sprawiało wrażenie, jakby ciotka Elinor wykupiła pchli targ.  

Kayla była bliska rozpaczy.  
–  Może  Ben  miał  rację  –  przyznała  na  głos.  –  Może 

powinnam wszystko sprzedać i wracać do domu.  

– Nie wyglądasz na kogoś, kto ucieka.  
Kayla nie odpowiedziała. Lii nie mogła wiedzieć, że często 

w życiu uciekała. Ale tym razem będzie inaczej.  

–  Może  –  powiedziała  z  namysłem  –  powinnam 

zorganizować  wyprzedaż.  To  byłoby  jakieś  rozwiązanie.  Po 
prostu  wystawić  te  śmieci  przed  dom,  sprzedać  co  można, 
wyrzucić resztę i rozpocząć wszystko od nowa.  

–  Niezły  pomysł  –  zgodziła  się  Lii.  –  Pomogę  ci  to 

posegregować  i  wystawić  na  sprzedaż.  Teraz,  gdy  już  nie 
uczę, mam trochę wolnego czasu.  

– Angielski? – starała się zgadnąć Kayla.  
–  Biologia.  Moja  specjalność  to  botanika.  –  Ujęła  Kaylę 

pod  rękę  i  poprowadziła  w  kierunku  schodów.  –  Chodź  i 
zobacz resztę domu. Tam widać prawdziwy gust Elinor.  

Niezapomniane  wrażenie  wywarła  na  Kayli  sypialnia, 

usytuowana na wprost schodów.  

Gdy  tylko  weszła  do  środka,  doznała  dziwnego  uczucia. 

Pokój  okazał  się  wspaniały,  ale  przypominał  raczej  muzeum 
niż sypialnię.  

–  Jest  zachwycający  –  przyznała.  –  Ale  nie  sądzę,  żebym 

się w nim dobrze czuła. To wciąż pokój Elinor.  

background image

–  No  cóż,  poszukajmy  więc  sypialni  dla  ciebie.  Można 

wybierać w trzech pozostałych.  

Starając się ukryć niepokój, Kayla odwróciła się do wyjścia 

i właśnie wówczas zobaczyła olejny obraz wiszący w pobliżu 
drzwi.  Był  to  portret  kobiety,  pociemniały  ze  starości,  ale 
wciąż  przykuwający  uwagę.  Zbliżyła  się,  nie  odrywając  od 
niego wzroku.  

Kobieta  miała  na  sobie  siedemnastowieczny  odświętny 

strój,  a  z  jej  twarzy,  złotej  skóry,  błękitnych  oczu  i  blond 
włosów, utrwalonych na płótnie, emanował niezwykły urok.  

Kayla  cofnęła  się  o  krok,  a  potem  podeszła  znów, 

oniemiała. Kobieta na portrecie wyglądała dokładnie jak ona.  

– Ja... – nie mogła znaleźć słów.  
– Wiem, o czym myślisz – powiedziała Lii, lecz Kayla nie 

była  tego  pewna.  Ilu  ludzi  kiedykolwiek  spojrzało  w 
przeszłość i zobaczyło siebie? 

– Elinor mówiła mi, że jesteś szalenie podobna do kobiety z 

portretu.  Ona  nazywała  się  Katherine.  Jest  twoją  antenatką. 
Prawda, że dziedziczenie jest czymś fascynującym? – Dla Lii 
podobieństwo było sprawą genów, chromosomów i DNA.  

Dla  Kayli  oznaczało  to  coś  całkiem  innego.  Nie  mogła 

oderwać oczu od obrazu.  

– Czy wiesz coś o Katherine? – spytała.  
– Znam tylko jej imię.  
Kayla dotknęła lekko płótna koniuszkami palców.  
–  Ten  obraz  ma  co  najmniej  trzysta  lat.  –  Ustaliła  to  na 

podstawie ubrania kobiety, pochodzącego z czasów procesów 
w Salem.  

Oczy Katherine patrzyły na nią bez wyrazu, ale nie było to 

martwe  spojrzenie.  Kayla  zadrżała.  To  niepokojące  uczucie 
ujrzeć  własną  twarz  na  portrecie  pochodzącym  sprzed 
wieków.  Wreszcie  doszła  do  siebie  i  uśmiechnęła  się 
promiennie do Lii.  

background image

– Kończmy ten obchód – powiedziała, pewna, że ten portret 

przyciągnie ją jeszcze nieraz.  

 
Lii  wyszła  przed  południem,  obiecawszy,  że  wkrótce  ją 

odwiedzi.  Udzieliła  Kayli  rad  dotyczących  miejscowych 
sklepów.  

– Po prostu powiedz, że jesteś bratanicą Elinor, a będziesz 

lepiej  obsłużona.  Pamiętaj,  teraz  jesteś  stąd.  Bądź 
nieustępliwa.  

Kayla  zastosowała  się  tylko  częściowo  do  rad  Lii. 

Przedstawiła  się  właścicielowi  sklepu  z  artykułami 
gospodarstwa  domowego,  rzeźnikowi,  właścicielowi  sklepu 
spożywczego i aptekarzowi. Ten osobisty kontakt był dla niej 
czymś  nowym  i  z  pewnością  nie  zamierzała  być 
„nieustępliwa”.  Przeciwnie,  słuchała,  kiwała  głową  i  starała 
się nie sprawiać wrażenia obcej.  

Po  powrocie  z  zakupów  Kayla  odgrzała  zupę  z  puszki  na 

szybki  lunch.  Nie  miała  czasu  do  stracenia.  To  był  wielki 
dzień.  Lata  odkładania  spraw  na  później  były  poza  nią. 
Nadeszła pora na ustatkowanie się.  

Chciała  zacząć  od  kuchni,  następnie  sprzątnąć  sypialnię, 

którą sobie wybrała, a potem łazienkę. Gdy tylko pokoje będą 
się nadawały do zamieszkania, zacznie się martwić o sklep z 
antykami, który – jak miała nadzieję – pozwoli jej zarabiać na 
życie.  Ale  wszystko  w  swoim  czasie,  powiedziała  sobie  i 
sięgnęła po szczotkę.  

Szybko  uporała  się  z  kurzem  i  sadzą  w  kuchni.  Potem 

wrzuciła  barwne  dywaniki  do  pralki  automatycznej  – 
zadowolona,  że  ciotka  miała  przynajmniej  to  nowoczesne 
urządzenie  –  wyczyściła  stół  i  szafki,  napełniła  pojemnik  na 
drewno i wypolerowała sprzęt kominkowy. Wreszcie stanęła, 
aby podziwiać swoje dzieło.  

Światło  słoneczne  przedostawało  się  przez  lśniące  okno  i 

background image

odbijało w błyszczącym blacie dębowego stołu sprawiając, że 
cała kuchnia wyglądała schludnie. Kayla uśmiechnęła się, ale 
bez chwili zwłoki udała się na górę.  

Na  sypialnię  wybrała  największy  pokój  w  starej  części 

domu. Po obu stronach znajdowały się okna, które wychodziły 
na zapuszczony tylny dziedziniec i walący się garaż. Kayla nie 
zraziła  się  tym  widokiem.  Garaż  mógł  uchodzić  za 
malowniczy,  a  podwórze  wyglądać  będzie  lepiej,  gdy 
zakwitną pierwsze wiosenne kwiaty.  

Wyłożyła  świeżą  pościel  na  duże  łóżko  z  baldachimem, 

zdjęła zasłony i dorzuciła je do prania, a potem wypolerowała 
komodę,  biurko  i  szafę,  nie  zauważając  nawet,  jak  cienie 
zaczęły się wydłużać i nie myśląc o bólu w plecach.  

Wyczyściła  wyłożoną  biało-czarnymi  kaflami  łazienkę  i 

właśnie  miała  zabrać  się  do  starej  wanny  na  nóżkach,  gdy 
usłyszała syk kotła do centralnego ogrzewania. Dziś wreszcie 
będzie  ciepło  i  będzie  spała  w  prawdziwym  łóżku,  w 
prawdziwej  pościeli. Ale  przedtem weźmie gorącą kąpiel. Na 
razie dość pracy.  

Wkrótce wanna lśniła i spływała do niej przejrzysta gorąca 

woda.  Z  błyskiem  w  oku  Kayla  wlała  do  niej  pół  butelki 
ulubionego płynu do kąpieli. Czas na przyjemność. Ściągnęła 
brudne  ubranie  i  zanurzyła  się  w  spienionej  wodzie, 
zamierzając zostać tu na zawsze.  

I zrobiłaby to, gdyby woda nie zaczęła stygnąć, co zmusiło 

ją do wytarcia się, otulenia w bawełniany szlafrok i przejścia z 
pozycji horyzontalnej w wannie do podobnej w łóżku. Polezę 
sobie  tylko  przez  chwilę,  pomyślała,  aż  znów  nabiorę  sił. 
Zamknęła oczy.  

 
Ben  późno  wrócił  z  Salem.  Zamierzał  jechać  prosto  do 

domu i stamtąd zadzwonić do Kayli, ale bezwiednie skręcił w 
ulicę  Mulberry.  Gdy  dojechał  do  rogu,  zobaczył  światła  w 

background image

kuchni  i  w  jednym  z  górnych  pokojów  domu  Hartwellów. 
Kayla  najwidoczniej  jeszcze  nie  spała,  więc  postanowił 
wstąpić. Muszą wreszcie zawrzeć pokój, a im wcześniej, tym 
lepiej.  

Myślał  o  niej  cały  dzień  –  i  całą  noc.  Tajemniczą  kobietą 

we śnie była z pewnością Kayla, choć sceneria wydawała się 
niecodzienna.  

Jedno  wszakże  było  oczywiste:  to,  co  czuł  poprzedniego 

wieczora,  trzymając  Kaylę  w  ramionach,  ciepłą  i  uległą, 
jeszcze  przed  tym  nieszczęsnym  nieporozumieniem. 
Zdecydował  w  końcu,  że  wina  leżała  po jego  stronie, choć z 
Kaylą  nie  było  łatwo  dojść  do  ładu.  Był  gotów  przeprosić, 
pewien,  że  potrzebują  tylko  trochę  czasu,  aby  się  lepiej 
poznać. Miał nadzieję, że Kayla myśli tak samo.  

Zajechał 

na 

podjazd 

zaparkował 

obok 

jej 

jaskrawoczerwonego fiata. Obszedł go, zauważył, że przednie 
prawe  koło  siada,  i  zanotował  w  myśli,  aby  jej  o  tym 
powiedzieć.  Uśmiechnął  się  szeroko  do  siebie,  zastanawiając 
się,  czy  to  też  zostanie  potraktowane  jako  przejaw 
nadopiekuńczości.  

Nie doczekał się odpowiedzi na pukanie, ale był pewien, że 

Kayla jest w domu. Przekonując sam siebie, że jako sąsiad ma 
obowiązek sprawdzić, co się dzieje, nacisnął klamkę i wszedł 
do  kuchni.  Oczywiście  zignorowała  jego  radę,  aby  zamykać 
drzwi  na  klucz.  To  typowe  dla  tej  upartej  i  niezależnej 
dziewczyny. Zawołał ją.  

Odpowiedziała mu cisza. Znów zawołał i jego głos odbił się 

echem. Przypomniawszy sobie o świetle na piętrze, wszedł do 
sieni i wspiął się na schody, nie tyle zaniepokojony, co trochę 
zaskoczony.  

Gdy  dotarł  do  półpiętra,  domyślił  się  wszystkiego.  Po 

drodze  widział  przecież  lśniącą  kuchnię,  wypolerowany  stół, 
wyczyszczony i napełniony polanami miedziany pojemnik na 

background image

drewno.  Spędziła  cały  dzień  na  sprzątaniu,  a  teraz  pewnie 
poszła na górę odpocząć, może nawet usnęła.  

Wiedząc, że powinien zawrócić i wyjść, albo przynajmniej 

zawołać i obudzić ją, Ben nie zrobił ani jednego, ani drugiego. 
Światło  z  drzwi  sypialni  przedostawało  się  do  sieni.  Zbliżył 
się. cicho.  

Kayla  spała  na  łóżku  zwinięta  na  boku,  zjedna  ręką  pod 

poduszką.  Końce  palców  drugiej  ręki  lekko  dotykały  ust, 
jakby  została  zaskoczona  w  trakcie  przesyłania  pocałunku. 
Piękne  jasne  włosy  rozsypały  się  na  poduszce.  Kilka 
kosmyków opadło na czoło i muskało policzek. Wyglądała tak 
niewinnie jak dziecko i tak kusząco jak bogini.  

Zaschło mu w gardle i czuł, jak serce mu zamiera. Szlafrok 

Kayli  rozchylił  się  lekko,  odkrywając  skrawek  opalonego 
ramienia i długą gładką szyję. Doświadczał czegoś więcej niż 
wrażenia déjà vu. Była jego snem, który się zmaterializował.  

Tak jak we śnie, pragnął zbliżyć się do niej. Chciał dotknąć 

miękkiego  ramienia  i  wodzić  po  szyi  i  w  dół  do  zagłębienia 
między  piersiami.  Chciał  całować  nie  tylko  jej  usta,  ale 
policzki, oczy i smukłą szyję.  

Stał  w  progu  i  patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę,  snując 

erotyczne marzenia. Co by się stało, gdyby podszedł i obudził 
ją?  Czy  otworzyłaby  ramiona  i  pociągnęła  go  za  sobą  na 
łóżko?  Czy  też  popatrzyłaby  na  niego  tak  jak  we  śnie,  z 
pogardą w szaroniebieskich oczach? 

Nagle, jakby słysząc jego myśli, Kayla drgnęła i otworzyła 

oczy.  Potem  zamknęła  je  znowu,  nie  wierząc  temu,  co 
zobaczyła.  Zamrugała  jeszcze  raz  i  popatrzyła  wprost  na 
niego, nie ruszając się.  

– Ben – odezwała się wreszcie.  
Ben  poczuł  się  jak  mały  chłopczyk  z  ręką  w  słoju  z 

ciastkami.  

–  Wołałem  –  powiedział  –  ale  chyba  nie  słyszałaś.  Kayla 

background image

przekręciła  się  i  usiadła,  machinalnie  naciągając  szlafrok  na 
ramię.  

–  Nie,  nie  słyszałam.  Musiałam  spać  jak  zabita.  Która 

godzina? 

Ben spojrzał na zegarek.  
– Dochodzi siódma.  
–  Wielkie  nieba,  chciałam  poleżeć  i  odpocząć  przez  parę 

minut,  a  spałam  ponad  godzinę  –  roześmiała  się  i 
przeciągnęła.  

Przy tym ruchu napięła szlafrok na piersiach, ukazując ich 

zarys.  Ben  odczuł  to  jak  prowokację.  Usiłował  skierować 
wzrok  gdzie  indziej  i  próbował  coś  powiedzieć,  aby 
usprawiedliwić swoją obecność tutaj.  

–  Przepraszam  za  najście  –  wykrztusił  wreszcie.  –  Ale 

myślałem, że może potrzebujesz pomocy...  

– Zganił się w myśli za głupotę wymówki.  
Przesunęła się na skraj łóżka i zwiesiła stopy nad podłogą.  
–  Przynajmniej  raz  nie  potrzebuję  pomocy,  ale  dzięki  za 

propozycję. – Jej uśmiech rozświetlił pokój.  

– Podoba ci się? – spytała nagle.  
– Co? – wyjąkał zaskoczony.  
– Mój pokój.  
– Jest... sympatyczny. – Potem roześmiał się. – To znaczy 

uważam, że to wspaniały pokój.  

– Myślę, że będę tu szczęśliwa. – Znów się uśmiechnęła i 

Ben  odpowiedział  uśmiechem. Była  tak  serdeczna,  że  poczuł 
się  bardziej  pewnie,  prawie  swojsko  w  tym  intymnym 
otoczeniu.  

Kayla  nie  zdziwiła  się,  widząc  Bena  w  drzwiach  sypialni. 

Gdy zdała sobie z tego sprawę, nie mogła pojąć, co wpłynęło, 
że  nie  czuła  zaskoczenia.  To,  że  Ben  się  pojawił,  wydawało 
się po prostu naturalne. I miłe.  

Pomyślała, że dobrze wygląda w granatowym garniturze z 

background image

kamizelką,  koszuli  i  wyczyszczonych  do  połysku  czarnych 
butach,  prawdziwy  prawnik.  Potem  przypomniała  sobie  ich 
rozstanie  poprzedniej  nocy  i  spróbowała  przybrać  mniej 
przyjazną postawę.  

– Myślę, że jestem na ciebie zła – powiedziała z namysłem.  
– Ale nie bardzo – odparł Ben z nadzieją w głosie.  
–  Nie  –  przyznała  –  nie  bardzo.  Tak  naprawdę  doceniam 

wszystko,  co  zrobiłeś.  Zwłaszcza  przysłanie  ciotki  Lii. 
Pożytecznie spędziłyśmy czas.  

–  Miałem  wrażenie,  że  znajdziecie  wspólny  język. 

Pasujecie do siebie.  

– Bardzo mi pomogła – powiedziała Kayla. – Zdaje się, że 

rodzina Montgomerych traktuje mnie jak żywą maskotkę.  

Kayla  nie  wiedziała,  jak  rozumieć  uśmiech  Bena. 

Przypomniała  sobie  poprzedni  wieczór  i  zaniepokoiła  się,  że 
jednak rozumie ten uśmiech. Zanim zareagowała, pośpieszył z 
wyjaśnieniem, które przekonało ją, że nie miała racji.  

–  Przepraszam  za  wczorajszy  wieczór.  Byłem  zbyt 

natarczywy. To nie jest w moim stylu.  

–  Nie  podejrzewałam  cię  o  to,  że  jest.  Ja  też  zachowałam 

się irracjonalnie, co również jest niepodobne do mnie.  

– Może powinniśmy to  złożyć  na  karb tego, co się  dzieje, 

gdy jesteśmy razem.  

–  Przynajmniej  nie  jesteśmy  nudni  i  konwencjonalni.  Ben 

roześmiał się.  

–  Czy  myślisz,  że  kiedykolwiek  będziemy?  –  Zanim 

zdążyła odpowiedzieć, dodał: – Razem... to znaczy...  

jeśli  będziemy się widywać... jako przyjaciele... rozumiem 

przez to...  

Kiedy  stało  się  oczywiste,  że  Ben  nic  więcej  nie  powie, 

odparła: 

–  Chciałabym,  żebyśmy  zostali  przyjaciółmi,  ale  niczym 

więcej. Najpierw muszę uporządkować swoje życie.  

background image

– Ja też tak to odczuwam – powiedział Ben i kiwnął głową 

ze zrozumieniem. – Nie miałem czasu angażować się na serio. 
Nawet gdybym, ty pewnie... ostatniej nocy...  

Tym  razem  przerwy  były  bardziej  prowokacyjne.  Kayla 

czuła,  jak  jej  ciało  sztywnieje,  i  bezwiednie  otuliła  się 
szlafrokiem. Ben zauważył to i urwał w środku zdania.  

Zrozumiał, że to nieodpowiedni czas i miejsce, tutaj, w jej 

sypialni, gdy była całkiem bezbronna. Ben nigdy w życiu nie 
postąpił  nieszlachetnie  i  tym  bardziej  nie  chciał  zaczynać 
teraz,  u  progu  przyjaźni  z  Kaylą.  Pamiętał  swój  sen  i  wyraz 
pogardy  we  wzroku  kobiety.  Nie  chciał  ujrzeć  go  w  oczach 
Kayli.  

– Ostatnia noc to ostatnia noc – powiedziała Kayla wstając 

–  a  dzisiejszy  dzień  to  dzisiejszy  dzień,  a  raczej  wieczór  – 
poprawiła się, patrząc przez okno w mrok. – Chyba powinnam 
się ubrać i przygotować dla nas kolację, nie sądzisz? Jestem ci 
to winna.  

– To brzmi wspaniale, ale wiem, gdzie czeka na nas gotowe 

spaghetti.  

– Słyszałam, że nie ma tu restauracji...  
–  Nie  ma,  ale  to  wieczór  spaghetti  u  Fiore’ów.  Chętnie 

ugoszczą dodatkową dwójkę.  

– Ben, nie możemy...  
– Oczywiście, że możemy. Andy i Terrie chcą cię poznać. 

Im wcześniej, tym lepiej. Chodźmy.  

– Czy pozwolisz mi się chociaż ubrać? – spytała Kayla ze 

śmiechem.  

– W porządku. Poczekam na dole. Pięć minut? 
– Dziesięć – zażądała, popychając go delikatnie w kierunku 

drzwi.  

Gdy ubrała się i wyszczotkowała włosy, uśmiechnęła się do 

siebie.  Właśnie  takiej  przyjaźni  potrzebowała.  Na  początku 
obawiała  się,  że  Ben  wszystko  zniszczy,  zbyt  wcześnie 

background image

domagając się czegoś więcej. Ale teraz wycofał się i Kayla z 
jakiegoś powodu ufała mu.  

Nagle zorientowała się, że przez jej głowę przebiegają inne 

myśli.  To  dlatego,  że  Ben  jest  tak  bardzo  atrakcyjny.  Gdy 
obudziła się i ujrzała go stojącego w drzwiach, opanowało ją 
trudne  do  zwalczenia  pragnienie,  by  wyciągnąć  ramiona  i 
zaprosić go do łóżka. Zamiast ubierać się, mogła teraz być w 
jego ramionach.  

Na  szczęście,  pomyślała,  odkładając  szczotkę,  oparła  się 

pokusie  –  i  będzie  tak  robiła.  Ma  i  tak  zbyt  wiele  na  głowie. 
Zna  Bena  od  dwudziestu  czterech  godzin  i  nie  zdążyła  się 
zastanowić nad swymi uczuciami.  

Potrząsnęła  głową  i  popatrzyła  na  włosy  spływające  w 

naturalnych  falach  na  ramiona.  Dobrze  jest  jak  jest,  bez 
wikłania się w związek, który odebrałby jej energię i skazał na 
uczuciową  huśtawkę.  Nie  potrzebowała  tego.  Miała  dość 
komplikacji i kłopotów.  

Odłożyła  szczotkę,  wzięła  torebkę  i  wyłączyła  światło. 

Czuła się wspaniale i była bardzo opanowana. Gdyby jeszcze 
mogła zignorować te erotyczne marzenia Bena, które wciskały 
się do jej tak pod innymi względami rozważnego umysłu.  

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Kayla  wróciła  od  Fiore’ów  zdumiona,  że  tak  szybko 

zyskała nowych przyjaciół.  

Andy i Ben nie mogli bardziej różnić się miedzy sobą. Ben 

był wysoki i dobrze zbudowany, natomiast Andy był szczupły 
i  zwinny,  z  kręconymi  czarnymi  włosami  i  młodzieńczą, 
niemal dziecinną twarzą. I bez przerwy żartował.  

W pewnej chwili spytał Kaylę: 
– Teraz, gdy nas poznałaś, powiedz, o której odlatuje twój 

samolot do Kalifornii? 

–  Możesz  mi  wierzyć  albo  nie,  ale  chyba  pozwolę  mu 

odlecieć beze mnie – roześmiała się Kayla. – Od dziś to moje 
miasto.  

– To pewnie z powodu mojego sosu do spaghetti? 
–  Raczej  ze  względu  na  twoją  żonę  i  dzieci  –  odparła. 

Synowie gospodarzy, pięcio- i siedmioletni, szybko przypadli 
jej do serca.  

– Dobrze ich wychowałem.  
–  Andy  –  zaprotestowała  Terrie  –  oni  jeszcze  nie  są 

„wychowani”.  Zwróciła  się  do  Kayli:  –  Myślę,  że  teraz 
powinniśmy napić się kawy i usłyszeć, jakie masz plany co do 
sklepu.  

Kayla westchnęła.  
–  Może  pomogę  przygotować  kawę  –  powiedziała 

wymijająco.  

–  Och,  nie  –  zaprotestował  Andy.  –  Tym  zajmie  się  Ben. 

Tylko to zdołał opanować w pełni.  

Ben,  już  wcześniej  pokonany  w  rozgrywce  słownej, 

skierował  się  milcząco do kuchni i  tylko  jego  wzniesiony ku 
niebu wzrok świadczył o tym, że usłyszał.  

– Mów, Kaylo – nalegała Terrie.  
–  Myślę,  że  aby  otworzyć  sklep,  trzeba  dokonać  dwóch 

background image

rzeczy. Obie są niemal niewykonalne.  

– To na pewno przytłaczające – pokiwała głową Terrie.  
– Delikatnie mówiąc. Przede wszystkim muszę zrobić spis 

towarów.  Potem  chcę  sprzedać  przedmioty,  które  nie 
odpowiadają profilowi sklepu – jeśli ktokolwiek je kupi.  

–  Kupią  na  wyprzedaży  –  zapewniła  Terrie  –  jeżeli  ceny 

będą  wystarczająco  niskie.  Oczywiście  nie  zyskasz  dużo 
pieniędzy...  

– Ale przynajmniej zyskam trochę miejsca.  
–  Miło  będzie  zobaczyć  sklep  znów  otwarty.  Elinor  była 

bardzo  życzliwa,  choć  nigdy  nie  zrobiła  olśniewających 
interesów.  Pamiętam  komplet  filiżanek,  które  kupiłam  dla 
matki.  Elinor  wiedziała  o  nich  wszystko  włącznie  z 
nazwiskiem  pierwszego  właściciela.  Dzięki  temu  prezent 
nabrał bardziej osobistego charakteru.  

–  To  mogłoby  być  interesujące  –  odezwał  się 

nieoczekiwanie  Ben.  –  Gdybyś  znała  historię  każdego 
przedmiotu,  mogłabyś  spisywać  ją  na  dołączonej  karcie, 
nadając ten osobisty charakter, o czym mówiła Terrie.  

– Gdybym tylko znała te historie! – zawołała Kayla.  
–  Może  poznasz  –  rzucił  Ben.  Trzy  pary  oczu  skierowały 

się  pytająco  ku  niemu.  –  Elinor  prawdopodobnie  prowadziła 
notatki dotyczące zakupów.  

– Teraz, kiedy mamy nową koncepcję, może warto zmienić 

nazwę sklepu – zastanawiała się Kayla. – Zawsze intrygowało 
mnie  wyrażenie  „Otwierające  się  Drzwi”,  ale  nie  mam 
pojęcia, co się za nim kryje. To brzmi tak niesamowicie.  

– Ale jest rzeczywiście intrygujące – zgodził się Andy.  
– I gdzieś nawet możesz znaleźć wytłumaczenie tej nazwy.  
–  Jeśli  je  znajdziesz,  zatrzymaj  dla  siebie  –  odezwała  się 

Terrie. – Niech to pozostanie tajemnicą.  

–  Dobrze  –  powiedziała  Kayla.  –  Jest  jednak  inna 

tajemnica,  którą  chcę  poznać.  Chodzi  o  portret.  – 

background image

Zobaczywszy  zdziwione  spojrzenia  wyjaśniła:  –  To  olejny 
portret kobiety z połowy siedemnastego wieku. Ona wygląda 
dokładnie jak ja.  

– To niesamowite – powiedział Andy. – Co o niej wiesz? 
– Tylko to, że miała na imię Katherine.  
–  Cóż,  jej  przeszłość  nie  pozostanie  długo  tajemnicą.  W 

każdym razie nie tutaj.  

–  To  prawda  –  wtrąciła  się  Terrie.  –  W  Salem  jest 

doskonała biblioteka.  

– Tutejsi mieszkańcy są niesłychanie zainteresowani swoją 

przeszłością  –  zażartował  Andy.  –  Zwłaszcza  ci,  których 
przodkowie  przybyli  tu  kilkaset  lat  temu,  w  epoce 
purytańskiej, jak w przypadku Bena.  

Ben zareagował ripostą, która wznowiła słowny pojedynek. 

Ciągnął  się  on  aż  do  późnego  wieczora  i  obejmował  kilka 
wybranych historyjek o Benie, z którymi on sam nie zamierzał 
Kayli zapoznawać.  

–  Wszystko  po  to,  żeby  mnie  wprawić  w  zakłopotanie  – 

narzekał Ben podczas powrotu do domu. – Mam nadzieję, że 
nie wierzysz w te wszystkie opowieści.  

–  Wprost  przeciwnie  –  odparła.  –  Ale  nie  jestem 

zaskoczona.  Od  samego  początku  podejrzewałam,  że  masz 
drugą naturę.  

–  Ależ,  Kaylo  –  zaprotestował  Ben  –  to  są  historie  z 

dzieciństwa.  

– Raz szalony, zawsze pozostanie szalony – pamiętasz, jak 

zostałeś złapany na nurkowaniu nago...  

Ben potrząsnął głową, skręcając na podjazd Kayli.  
– Co miałaś na myśli mówiąc „od samego początku”? 
– Po prostu. Natychmiast rozpoznałam opiekuńczego Bena, 

chętnie udzielającego porad prawnych.  

– Niezależnie od tego, czy o nie prosiłaś – uzupełnił.  
–  Właśnie.  Zobaczyłam  też  serdecznego  i  chętnego  do 

background image

pomocy Bena, który potrafi być dobrym przyjacielem. Jeszcze 
nie  widziałam  innego,  szalonego  Bena,  ale  domyślałam  się 
jego istnienia. – I, zakłopotana swą bezpośredniością, dodała: 
– Na ogół nie analizuję ludzi w ten sposób.  

Ben nie miał hic przeciwko temu – tak naprawdę zgodziłby 

się  na  wszystko,  co  zatrzymałoby  ją  w  samochodzie.  Chciał, 
żeby wieczór trwał.  

– Podoba mi się to. Opowiedz mi coś jeszcze.  
– Nie wiem nic więcej. Na razie – odparła. Potraktował to 

jako  zachętę.  Aby  dowiedzieć  się  czegoś  o  nim,  będzie 
musiała spędzać z nim dużo czasu. To zabrzmiało wspaniale, 
ale  wiedział,  że  musi  być  ostrożny.  Mieli  za  sobą  długi 
wieczór. Czuł, że Kayla chce go zakończyć. Nie był jednak w 
stanie jej zostawić.  

– Robi się późno... – zaczęła.  
–  Wiem  –  odparł,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Zareagował 

dopiero, gdy Kayla wzięła za klamkę.  

Szybko  wysiadł,  obszedł  samochód  i  pomógł  jej  wysiąść. 

Nie miał zamiaru żegnać się na odległość.  

Gdy  szukała  klucza,  stał  oczekująco,  zmuszając  się  do 

cierpliwości.  Światło  padające  z  werandy  utworzyło  aureolę 
wokół jej głowy. To wystarczyło, by poczuć gwałtowną chęć 
złamania milczącej obietnicy i wzięcia jej w ramiona. Wtedy 
klucz  obrócił  się  w  zamku  i  Kayla  otworzyła  drzwi.  Ben 
stłumił westchnienie  ulgi. Przetrzyma!  kolejny niebezpieczny 
moment.  

Kayla,  nieświadoma,  co  z  nim  się  dzieje,  powiedziała 

pogodnie: 

– To był uroczy wieczór, Ben. Było mi miło poznać twoich 

przyjaciół.  

–  Cieszę  się.  Teraz  to  również  twoi  przyjaciele.  –  Przez 

chwilę  oboje  zastanawiali  się,  co  powiedzieć.  Potem, 
dokładnie w tym samym momencie, Kayla wyciągnęła rękę, a 

background image

Ben  pochylił  się,  aby  pocałować  ją  w  policzek.  Zderzyli  się 
głowami.  

– Przepraszam...  
– Przepraszam... Pochwycił jej dłoń.  
– Dobranoc, Kaylo.  
– Dobranoc, Ben.  
Gdy skierowała się do sieni, zawołał na nią.  
– Kaylo...  
– Tak? – W jej głosie wyczuł oczekiwanie.  
–  Zauważyłem  dziś  po  południu,  że  twoje  przednie  koło 

siada. Powinnaś to sprawdzić.  – Nie mogąc odczytać wyrazu 
jej twarzy, Ben zastanawiał się, czy nie zepsuł wszystkiego tą 
nieproszoną radą. Wtedy usłyszał jej śmiech.  

– Dzięki – powiedziała. – Jutro zajrzę na stację obsługi.  – 

Wciąż uśmiechnięta odwróciła się do drzwi.  

–  Nie  zapomnij  zamknąć  drzwi  na  klucz  –  zawołał  i  w 

duchu zwymyślał się od idiotów. Kolejna rada.  

Kayla,  świeża  po  dobrze  przespanej  nocy,  była  gotowa 

zabrać  się  energicznie  do  „Otwierających  się  Drzwi”.  Ale 
przede wszystkim poszperała w biurku Elinor w kuchni, gdzie 
miała  nadzieję  odszukać  wykaz  zakupów.  Nie  znalazła  nic 
poza  stertą  starych  rachunków  i  kwitów.  Z  westchnieniem 
wstała z krzesła. Wtedy właśnie zauważyła pod biurkiem dwie 
zakurzone książki. Jedną z nich był rejestr.  

–  Dzięki  Bogu!  –  zawołała  po  chwili.  Elinor  spisywała  w 

nim  wszystkie  nabytki,  daty  i  miejsca  zakupów,  nazwiska 
poprzednich  właścicieli  i  ciekawostki  związane  z  każdym 
przedmiotem.  

Teraz czekało ją trudne zadanie – dopasowanie numerów w 

rejestrze  do  rzeczy  w  sklepie,  zlokalizowanie  ich  i  podjęcie 
decyzji, które powinny zostać, a które trzeba usunąć.  

Kayla  spędziła  większą  część  przedpołudnia,  odnajdując 

niektóre  ze  spisanych  przedmiotów,  począwszy  od  dużej 

background image

brzydkiej  szafy,  która,  jak  podejrzewała,  była  w  sklepie  od 
dnia  otwarcia.  Udało  jej  się  też  zidentyfikować  komplet 
pucharków  z  ciętego  szkła  wraz  z  karafką  i  krzesła  w  stylu 
Windsor, które zauważyła poprzedniego dnia.  

Już  wyobrażała  sobie  kartę,  którą  dołączy  do  każdej 

pozycji,  wypisaną,  czarnym  atramentem  na  solidnym 
kremowym papierze.  

Tuż  przed  dwunastą  odkryła  rzeźbiony  kufer,  stół  w  stylu 

Chippendale i starą latarnię sztormową. Zidentyfikowała w ten 
sposób  tuzin  przedmiotów,  które  mogły  stanowić  zalążek  jej 
sklepu. Należało je tylko doprowadzić do stanu używalności.  

Ale jeszcze nie teraz. Na razie dość, postanowiła. Czas na 

lunch. Odłożyła rejestr i otworzyła dyżurną puszkę zupy. Gdy 
zupa  się  grzała,  powodowana  ciekawością,  wzięła  drugą 
książkę. Historia rodziny Hartwellów. Może dowie się czegoś 
o Katherine, kobiecie z portretu.  

Zupa  już  bulgotała,  gdy  Kayla  odnalazła  zdjęcie  portretu. 

Najpierw  spojrzała  na  daty  –  urodzona  w  1666,  zmarła  w 
1692.  Miała  dwadzieścia  sześć  lat,  gdy  zmarła.  Po  plecach 
Kayli przebiegł dreszcz. Była dokładnie w jej wieku.  

 
 
Chciwie przeczytała kilka krótkich zdań, w których zawarło 

się życie Katherine.  

Córka Edwarda i Sarah Hartwell.  
Zaręczona z Johnem Marstonem. Oskarżona o czary.  
 
Powieszona w dwudziestym szóstym roku życia.  
Powieszona  jako  czarownica!  Kayla  utkwiła  wzrok  w 

tekście,  a  dreszcz  przenikał  teraz  całe  jej  ciało.  To  wszystko 
było tak nieprawdopodobne.  

Gryzący zapach napełnił kuchnię i Kayla zobaczyła kipiącą 

zupę.  Wyłączyła  palnik,  sięgnęła  po  łapkę  do  garnków  i 

background image

wylała  wszystko  do  zlewu.  Oto  cena  za  zagłębianie  się  w 
dzieje Hartwellów.  

Jednak  książka  wciąż  ją  przyciągała.  Przechodząc  obok 

stołu,  Kayla  przystanęła  i  spojrzała  na  zdjęcie.  Powinna  być 
ubawiona  podobieństwem.  Ale  nie  była.  Powinna  pomyśleć, 
jak wykorzystać portret do reklamy sklepu. Ale nie mogła. Nie 
czuła  się  ani  rozbawiona,  ani  zaciekawiona.  W  jej  głowie 
panował zamęt.  

Natrętny dzwonek telefonu wyrwał ją z zadumy.  
– Czy rozmawiam z nową właścicielką „Otwierających się 

Drzwi”? – spytał kobiecy głos.  

–  Tak  –  odparła,  dodając  dla  wyjaśnienia:  –  Jestem 

bratanicą Elinor Hartwell.  

–  Miło  mi.  Właśnie  prowadzę  wyprzedaż  w  pewnej 

posiadłości. Zawsze zawiadamiałam „Otwierające się Drzwi”, 
więc...  

–  Cieszę  się,  że  pomyślała  pani  o  tym  teraz.  Proszę  mi 

powiedzieć, gdzie to jest. Zaraz tam będę.  

Opuściła  dom  z  ulgą.  Może  należało  pójść  na  górę  i 

spojrzeć  na  portret,  spróbować  zebrać  myśli  i  poszukać 
odpowiedzi  na  wiele  pytań,  ale  nie  miała  siły.  Chciała  tylko 
poddać  się  przemożnemu  impulsowi  odizolowania  się  od 
domu, który wydawał się tak pełen przeszłości.  

Słońce świeciło, a chmury płynęły wysoko po niebie. Kayla 

wdychała  świeże  powietrze  i  czuła  się  uwolniona  od 
niepokojących  opowieści,  które  odnalazła  na  kartach 
zakurzonej książki.  

 
Zatrzymała  się  na  przedmieściach  New  Sussex,  gdzie 

nabrała paliwa i sprawdziła koła, a potem pojechała do Lower 
Bostick.  

Dom  był  wyjątkowo  szkaradny.  Na  zewnątrz  parkował 

długi  szereg  samochodów.  Kayla  miała  nadzieję,  że  nie 

background image

spóźniła  się.  Mimo  nie  zachęcającej  fasady  budynku 
podejrzewała, że wewnątrz kryją się skarby. I nie pomyliła się.  

Chociaż  wiedziała,  że  to  lekkomyślne,  opuściła  dom  z 

pudełkiem  na  biżuterię,  parą  lichtarzy  i  starym  fotelem  na 
biegunach sprzed wojny secesyjnej. Była z siebie zadowolona.  

Cieszyła  ją  jazda  do  domu  krętą  szosą  o  czarnej 

nawierzchni,  obsadzaną  po  obu  stronach  wysokimi  wiązami, 
które  właśnie  zaczynały  się  zielenić.  Przez  długi  czas  miała 
drogę tylko dla siebie. Nagle pojawił się motocyklista, który z 
każdym zakrętem przybliżał się do niej. Kayla zwolniła, żeby 
mógł ją wyprzedzić. Nie skorzystał z tego. Gdy przyspieszyła, 
zrobił to samo. Gdy zwolniła, on też.  

Jechał  na  wielkim,  czarno-srebrnym  motocyklu,  który 

wyglądał  groźnie,  nie  bardziej  jednak  niż  jego  właściciel, 
ubrany  w  czarną  skórzaną  kurtkę  i  metaliczny  kask  z  maską 
zasłaniającą twarz.  

Postanowiła  nie  dać  się  przestraszyć,  była  jednak 

zirytowana nie chcianym towarzystwem. Gdy pojawił się znak 
postoju dla ciężarówek, gwałtownie skręciła na parking przed 
restauracją.  

Sądząc  z  liczby  samochodów  na  parkingu,  było  to 

najwyraźniej 

popularne 

miejsce, 

co 

Kayli 

bardzo 

odpowiadało. Nagle poczuła dotkliwy głód.  

Najwidoczniej  motocyklista  był  także  głodny  –  albo  ją 

ścigał. Przejechał zakręt, zawrócił i wjechał za nią na parking. 
Kayla zastanowiła się. Mogła zrobić przedstawienie i nacisnąć 
klakson. Mogła uciekać. Mogła też wyjść z samochodu, wejść 
do  restauracji  i  coś  zjeść.  Było  późne  popołudnie,  a  ona  nie 
jadła lunchu.  

Zdecydowała  się  na  ostatni  wariant.  Przed  wypełnioną 

ludźmi  restauracją  nie  groziło  jej  żadne  niebezpieczeństwo. 
Poza  tym  chciała,  żeby  tajemniczy  mężczyzna  wiedział,  że 
ona się go nie boi.  

background image

Otworzyła  drzwi  samochodu  i  patrzyła  kątem  oka,  jak  się 

zbliża.  Wciąż  miał  na  głowie  kask,  ale  coś  w  jego  sposobie 
poruszania  się  zastanowiło  Kaylę.  Gdy  podszedł  bliżej,  zdjął 
kask i chciał chwycić ją za rękę.  

Zaczerpnęła  gwałtownie  powietrza.  Odzianym  w  czarną 

skórę motocyklistą okazał się Ben Montgomery.  

– Nie mogę w to uwierzyć! – zawołała. Uśmiechnął się do 

niej szeroko.  

– To słabo zaludniony okręg. Ciągle spotykam znajomych.  
–  Wiesz,  że  nie  to  mam  na  myśli  –  powiedziała  Kayla, 

zerkając przez ramię na czarno-srebrny pojazd.  

– Ach, to – odparł. – Cóż, musiałem odebrać dokumenty w 

Gloucester, więc wziąłem motocykl. Jest ładna pogoda i...  

– To też nie o to chodzi – przerwała Kayla. – To, w co nie 

mogę uwierzyć, to Ben Montgomery na motocyklu.  

Tym razem Ben roześmiał się głośno.  
– Właśnie wczoraj odkryłaś, że bywam szalony.  
–  Rzeczywiście  –  przyznała.  –  Widzę,  że  znam  się  na 

ludziach.  

– Więc znasz mnie na tyle dobrze, żeby wybrać się ze mną 

na przejażdżkę.  

–  Może  później.  –  Kayla  przyglądała  się  nieufnie 

motocyklowi.  

– Pozwól więc, że postawię ci kawę.  
–  Myślałam  o  czymś  konkretnym.  Nie  jadłam  lunchu  – 

ostrzegła.  

– Wchodzimy – zdecydował Ben. Otworzył drzwi i poszedł 

za nią w głąb sali restauracyjnej, w której znajdowała się szafa 
grająca i stół do bilardu. Kelnerka, która najwidoczniej znała 
Bena, nie ukrywała swego zainteresowania nim.  

Kayla  nie  dziwiła  się.  Ben  wyglądał  niesamowicie 

seksownie  w  dżinsach  opinających  długie  nogi  i  wąskie 
biodra.  Obcisła  czarna  koszulka,  którą  nosił  pod  skórzaną 

background image

kurtką, podkreślała muskuły klatki piersiowej i ramion.  

Czuł  się  tu  jak  u  siebie.  Rzucił  kurtkę  na  wolne  krzesło  i 

Kayla  patrzyła  z  ledwo  skrywanym  zafascynowaniem  na 
mięśnie,  które  drgały  na  odsłoniętych  rękach.  Była  w  nim 
jakaś siła, coś niemal niebezpiecznego. Wydawał jej się jakiś 
inny. Nie spodziewała się jednak, że druga strona jego natury 
będzie tak przytłaczająca.  

Ale  swobodna  rozmowa  przypomniała  jej,  że  to  ten  sam 

Ben Montgomery, z którym jadła kolację wczoraj wieczór.  

–  Co  robisz  w  tych  stronach?  –  spytał.  –  Dostarczasz  coś 

klientowi? Widziałem fotel w twoim bagażniku.  

–  Niezupełnie  –  odpowiedziała  wymijająco.  –  Raczej 

kupuję.  

Ben uniósł jedną brew.  
–  Czy  nie  powiedziałaś  nam  wczoraj,  że  „Otwierające  się 

Drzwi” są wypełnione do granic możliwości? 

–  I  tak  jest  istotnie  –  westchnęła.  –  Ale  nie  mogłam  się 

oprzeć. Te rzeczy tak pasują do twego pomysłu.  

– Mojego pomysłu? – zdziwił się Ben.  
–  Żeby  nadać  każdemu  przedmiotowi  osobisty  charakter. 

Odnalazłam  rejestr  Elinor  i  sądzę,  że  to  możliwe.  To  nada 
mojej działalności nowy wyraz bez zrywania z tradycją.  

– Zależy ci na tym, prawda? 
– Tak – potwierdziła stanowczo.  
– Cieszę się więc, że pomogłem, choć niewiele.  
–  Nie  wygłosisz  jednego  ze  swych  słynnych  wykładów  z 

ekonomii, dlatego że kupiłam, zamiast sprzedać? 

–  Czyżbym  ci  tego  nie  powiedział,  Kaylo?  Skończyłem  z 

wykładami – odparł Ben z łagodnym uśmiechem.  

Nadeszła  kelnerka  ze  smażoną  rybą  dla  Kayli  oraz 

ciastkiem i kawą dla niego.  

Kayla wyglądała na lekko zakłopotaną, pałaszując rybę.  
Ben roześmiał się.  

background image

–  Lubię  dziewczęta  o  zdrowym  apetycie.  Zabrałbym  cię 

także na kolację, gdybym nie musiał dziś pracować nad tymi 
dokumentami.  Wyjeżdżam  jutro  na  parę  dni  do  Bostonu  – 
dodał.  

– Nie jesteś za mnie odpowiedzialny – zapewniła go Kayla. 

–  Mogę  się  sama  o  siebie  zatroszczyć  i  idzie  mi  to  bardzo 
dobrze. – Pomyślała o portrecie i zaskakujących informacjach 
o Katherine. – Dość dobrze – poprawiła.  

Ben  zauważył  nutę  niepewności  w  głosie  Kayli  i  spojrzał 

pytająco.  

Aby uprzedzić pytania, zagadnęła go sama.  
– Czy znasz jakieś dobre księgarnie w Bostonie? 
–  Około  tuzina.  Chcesz,  żebym  wybrał  coś  dla  ciebie: 

książki o marketingu, rozpoczynaniu biznesu, takie rzeczy? 

– Niezupełnie. Myślałam raczej o czarownicach.  
–  Czarownice?  Nie  mów  mi  tylko,  że  chcesz  powiązać 

sklep z tym okropnym Muzeum Czarownic w Salem? 

– Nie jest okropne – sprzeciwiła się Kayla – chociaż był to 

z  pewnością  tragiczny  okres  w  historii.  Wizyta  w  muzeum 
podobała mi się.  

Ben w milczeniu skończył ciastko i popił kawą.  
–  Być  może  się  mylę,  ale  mam  wrażenie,  że  to  właśnie 

Muzeum  Czarownic  było  przyczyną  twego  spóźnienia  na 
nasze pierwsze spotkanie.  

Kayla uniosła hardo podbródek.  
– Oraz Dom Siedmiu Szczytów. Uznałam oba miejsca za... 

intrygujące.  

– Tylko dla turystów. – Ben machnął lekceważąco ręką.  
–  Wtedy  mogłam  być  turystką,  ale  już  nie  jestem  i  chcę 

wiedzieć więcej o procesach czarownic.  

– Czarownice, słudzy szatana, czarna magia – to wszystko 

śmieszne, Kaylo, obliczone na zysk.  

Kayla popatrzyła na niego z powagą.  

background image

– Przyrzekłeś, zenie będziesz mnie pouczać – przypomniała 

mu. – I nie wszystko jest zmyślone – dodała.  

–  Nie  zaprzeczam,  że  w  Massachusetts  rozegrała  się 

tragedia  i  zginęło  wielu  niewinnych  ludzi,  ale  teraz  to  tylko 
fakt historyczny.  

Kayla wiedziała, że nie powinna się spierać, tylko miło się 

uśmiechnąć i zmienić temat. Ale on mówił tak niefrasobliwie 
o kobiecie noszącej nazwisko Hartwell, którą powieszono jako 
czarownicę. Nie mogła milczeć.  

– Historia ubarwia  zarówno teraźniejszość, jak przyszłość, 

nie sądzisz? 

Ben utkwił w niej uważne spojrzenie.  
–  W  porządku,  Kaylo,  o  co  chodzi?  Książki,  czarownice, 

historia, to wszystko tworzy jakąś całość.  

Chociaż wiedziała, że Ben będzie sceptyczny, poczuła ulgę, 

mówiąc mu o swoim odkryciu.  

–  Pamiętasz  ten  portret,  który  zobaczyłam  w  sypialni 

Elinor? 

– Oczywiście, że pamiętam – skinął głową.  
–  Dziś  odnalazłam  jego  zdjęcie  w  książce  historycznej  i 

dowiedziałam  się  czegoś  o  Katherine.  –  Kayla  nie  była  w 
stanie  zapanować  nad  głosem.  –  Ona  zginęła,  gdy  była  w 
moim wieku, Ben. Została powieszona jako czarownica.  

Ben nie ukrywał zaskoczenia.  
–  Rozumiem,  dlaczego  interesujesz  się  tym  rozdziałem 

dziejów rodziny, ale czy nie za bardzo się w to wgłębiasz? 

Kayla najeżyła się.  
– Nie wgłębiam się. Po prostu opowiadam ci, jak się czuję. 

Nawet przedtem, zanim dowiedziałam się o Katherine, miałam 
takie  dziwne  uczucie  przy  zwiedzaniu  muzeum  i  Domu 
Siedmiu Szczytów.  

– To ich atmosfera, Kaylo – powiedział sucho.  
– Ale odniosłam to samo wrażenie, gdy zobaczyłam portret 

background image

–  tłumaczyła.  – To  było  jak  dotknięcie zimnej  ręki.  Gdybym 
nie  czuła  się  tak  niepewnie,  powiesiłabym  go  w  sklepie.  Ale 
nie zrobiłam tego. Zostawiłam go na miejscu i więcej tam nie 
poszłam.  –  Nie  wspomniała  nawet  o  starym  salonie  i 
nieprzyjemnym  wrażeniu,  jakiego  w  nim  doznała.  Do  tego 
pokoju  również  więcej  nie  weszła  od  wieczora,  w  którym 
przyjechała do New Sussex.  

Ben siedział nad wystygłą kawą, milcząc przez długi czas. 

Wreszcie zapytał z troską: 

–  Czy  myślisz,  że  jesteś  w  jakiś  sposób  powiązana  z 

Katherine? 

Jako  rasowy  prawnik  nie  pozwolił  jej  odpowiedzieć. 

Założył, że potwierdza, i zadał następne pytanie: 

–  Czy  mówimy  o  energii  paranaturalnej  i  psychicznej  i 

temu podobnych bzdurach? 

Kayla milczała, ciągnął więc delikatniej.  
– Czy trochę nie przesadzasz? 
– Być może – przyznała. – Ale czy ty nie zachowujesz się 

protekcjonalnie? 

– Nie sądzę.  
– Posłuchaj mnie, Ben. Przyjechałam tu nic nie wiedząc o 

Katherine ani o New Sussex i niewiele o czarownicach. Potem 
poszłam  do  muzeum.  Później  zobaczyłam  jej  portret. 
Odczułam,  że  coś  mnie  z  nią  wiąże.  Chcę  o  niej  wiedzieć 
więcej.  Chcę  zrozumieć,  dlaczego  ten  portret  tak  silnie  na 
mnie działa. Nie uważam, że to dziwne.  

– Nie mówiłem, że to dziwne – sprostował.  
– Czy nie chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o swym 

przodku, który wyglądał dokładnie tak samo jak ty? – spytała 
Kayla.  

Usłyszawszy to Ben zaczął się śmiać.  
– Wszyscy mężczyźni z rodziny Montgomerych wyglądają 

tak samo, Kaylo. I tak wyglądali od wieków. Zdążyliśmy się 

background image

do tego przyzwyczaić. – Ujrzawszy chmury, które zbierały się 
w jej błękitnych oczach, dodał: – Ta historia rodziny z Nowej 
Anglii jest dla ciebie czymś nowym i rozumiem, dlaczego się 
nią interesujesz.  

– Mimo że uważasz to za głupie – uzupełniła.  
–  Tego  nie  powiedziałem  –  odparł  Ben.  –  Wygłaszałem 

tylko racjonalną opinię.  

–  Która  ma  sens,  jeśli  wygłasza  ją  prawnik,  a  nie  facet 

szalejący  na  czarnym  motocyklu  –  rzuciła  ze  śmiechem.  – 
Skoro ja nie kpię z twoich dziwactw, dlaczego ty nie miałbyś 
akceptować moich? Sięgnął przez stół i wziął ją za rękę.  

– Spróbuję być bardzo tolerancyjny – powiedział, ale widać 

było,  że  myśli  o  czymś  innym.  Dłoń  Kayli  była  ciepła  i 
miękka  i  samo  trzymanie  jej  sprawiło,  że  czuł  dreszcz 
przebiegający  przez  ciało.  W  tym  nie  dostrzegał  niczego 
nienormalnego. Było to doprawdy bardzo zwyczajne i ludzkie. 
Jak dobrze byłoby zapomnieć o pracy, mieć wolny wieczór i 
objąć Kaylę ramionami. Posadziłby ją na motocykl i pojechał 
ciemnymi  krętymi  drogami  do  tajemniczych  miejsc,  których 
żadne  z  nich  nie  widziało.  Robiliby  wspaniałe  rzeczy  nie 
znane  im  przedtem,  przeżywaliby  magiczne  chwile,  których 
nawet sobie nie wyobrażali.  

– Och, jesteś tu, prawda? – spytała Kayla. Ben otrząsnął się 

z zamyślenia.  

–  Tak,  będę  tak  tolerancyjny,  że  nawet  przywiozę  ci 

książki, o które prosiłaś. Czy po tej łapówce jesteś gotowa na 
przejażdżkę? 

Spojrzała w okno.  
– Robi się ciemno i oboje mamy dużo pracy. Ale wezmę to 

pod uwagę przy pierwszym słonecznym weekendzie.  

–  Umowa  stoi.  –  Kelnerka  pojawiła  się  z  rachunkiem  i 

mniej przyjaznym spojrzeniem. Ben zorientował się, że wciąż 
trzyma Kaylę za rękę. Puścił ją niechętnie.  

background image

Na  dworze  stali  przy  jej  samochodzie  w  zapadającym 

zmierzchu.  Nad  ich  głowami  zamrugała  słabo  pierwsza 
wieczorna  gwiazda.  Łagodny  powiew  zburzył  włosy  Kayli. 
Odgarnęła  je  z  twarzy  tak  zachwycającym  gestem,  że  Ben 
poczuł ból.  

– Dzięki, że zatroszczyłeś się o mój żołądek – powiedziała. 

– Teraz na mnie kolej, będzie to domowy posiłek.  

– Nie mogę się doczekać.  
–  Możesz  się  wycofać,  gdy  spróbujesz  mojej  kuchni  – 

roześmiała się Kayla.  

–  Nie  boję  się  twojej  kuchni  –  powiedział  żartobliwie.  – 

Lubię żyć niebezpiecznie, pamiętasz? 

–  Tak,  i  zaczynam  w  to  wierzyć  –  odparła  miękko  i 

podniosła głowę, żeby spojrzeć na niego.  

Nie  mógł  się  powstrzymać.  Gdy  pochylał  się  do  jej  ust, 

usłyszał, jak lekko westchnęła. Ale nie odwróciła się, uniosła 
twarz ku niemu i ich usta się spotkały.  

Smakowała jak nektar. Otworzył usta i poczuł, jak jej wargi 

rozchylają się zapraszająco. Żarliwie oddawała mu pocałunek. 
Zamknął ją w ramionach. Przylgnęła do niego właśnie tak, jak 
tego pragnął.  

Wyczuwał jej piersi, brzuch, uda, bliżej, bliżej, aż w głowie 

mu  się  kręciło  od  czarownego  dotyku  jej  ciała.  Jej  ręce 
przesunęły  się  przez  jego  włosy,  paznokcie  drapały  go  w 
szyję, a język stykał się z jego językiem. To była odpowiedź, 
o  której  marzył,  ale  nigdy  naprawdę  jej  się  nie  spodziewał. 
Przyciągnął  Kaylę  jeszcze  bliżej,  pragnąc,  by  stopili  się  w 
jedno.  Nigdy  dotychczas  nie  czuł  się  tak  z  żadną  kobietą. 
Nigdy  w  życiu  nie  pragnął  tak  żadnej  kobiety.  Pragnął  do 
bólu, aby ta chwila trwała, ale w końcu oderwali się od siebie.  

Oparła czoło na jego ramieniu, a on przytulił ją delikatnie, 

słuchając, jak ich serca powracają do normalnego rytmu.  

– Myślę, że ty też lubisz żyć niebezpiecznie – szepnął.  

background image

–  Mogłabym  to  polubić  –  odpowiedziała  zdławionym 

głosem.  

– Może więc pójdziemy w jakieś spokojniejsze miejsce, na 

przykład do mnie? 

Ramiona Bena wciąż ją otaczały, ciepłe i kojące. W głowie 

jej  się  kręciło  na  wspomnienie  jego  pocałunków.  Tak  łatwo 
byłoby powiedzieć: „tak” i dać się porwać do krainy śmiałych 
erotycznych marzeń.  

–  Powiedz:  tak,  Kaylo.  Od  naszego  pierwszego  spotkania 

było  nieuniknione,  że  zostaniemy  kochankami.  Wiem,  czego 
chcę i, co ważniejsze, wiem, czego ty chcesz.  

Kayla  zesztywniała  w  jego  ramionach.  Gdy  pochylił  się, 

aby znów ją pocałować, jego wargi napotkały jej policzek.  

– Słucham? – spytała.  
Ben zdał sobie sprawę z błędu i próbował go naprawić. Na 

próżno.  

– Oczywiście, mogę się mylić, Kaylo.  
–  Cóż,  to  możliwe  –  odparła.  Ciepło,  które  tak  niedawno 

czuła, nagle zmieniło  się  w przejmujący chłód.  – Zadziwiasz 
mnie  swoją  wiedzą  o  tym,  co  jest  dla  mnie  najlepsze. 
Oczywiście,  twoim  zdaniem,  to  Ben  Montgomery.  Niestety, 
mylisz się. – Jej oczy błyszczały gniewem.  

Oczy Bena odpowiedziały ogniem.  
– Dlaczego zawsze tak pospiesznie i źle mnie osądzasz? To 

prawda, że cię pragnę. Ale ty też mnie pragniesz. Twoje ciało 
nie  umie  kłamać,  Kaylo.  Jesteś  po  prostu  zbyt  uparta,  by  się 
do tego przyznać. Albo się boisz.  

–  Nie  boję  się  –  odparowała.  –  Ale  nie  mogę  się 

zdecydować.  Nie  chcę,  żebyś  to  robił  za  mnie.  Choć  raz 
pozwól mi myśleć i mówić za siebie. Wiem, czego chcę.  

– Czy naprawdę, Kaylo? – Dotknął delikatnie jej włosów i 

wówczas  znów  znalazła  się  przy  nim.  Jej  usta  miażdżył 
brutalny  pocałunek,  jego  wargi  paliły  jej  wargi,  a  język 

background image

poruszał się zmysłowo i z absolutną pewnością.  

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Kayla ledwo trzymała 

się na nogach. Przepełniała ją namiętność.  

Nigdy  nie  była  bardziej  świadoma  swego  stanu  niż  teraz, 

gdy każdy nerw palił ją od żaru, który wzbudził w niej Ben.  

Odsunęła się chwiejnie, przerażona wpływem, jaki Ben na 

nią wywiera. Nie wiedząc, co powiedzieć, spojrzała na niego, 
wciąż czując smak jego ust, i dotyk jego ciała przy swoim.  

– Pomyśl o tym, Kaylo – powiedział. W milczeniu patrzył 

na  nią  przez  długą  chwilę.  Wreszcie  ujął  ją  pod  ramię  i 
otworzył  drzwi  samochodu.  –  Porozmawiamy  o  tym  znów, 
zapewniam  cię.  Teraz  wsiadaj  i  zamknij  drzwi.  Nigdy  nie 
wiadomo,  jakie  niebezpieczne  typy  można  spotkać  na  tych 
ciemnych  drogach.  –  Pochylił  się,  ale  nie  dotknął  jej.  –  A 
nawiasem  mówiąc,  to,  że  zostaniemy  kochankami,  jest 
nieuchronne. Uwierz mi.  

Kayla patrzyła, jak odchodzi, wsiada na motocykl, wkłada 

kask  i  odjeżdża  w  mrok  z  rykiem  silnika.  Przez  długi  czas 
siedziała nieruchomo z drżącymi wciąż rękami, myśląc o tym, 
co zaszło między nimi. Jego pocałunki poruszyły ją do głębi. 
Nigdy  tak  zachłannie  nie  odpowiadała  na  pocałunki.  Ale  też 
nigdy  nie  była  tak  namiętnie  całowana.  Chciała,  żeby  to  się 
zdarzyło jeszcze raz i jeszcze.  

A  więc  dlaczego  tak  trudno  było  to  przyznać?  Ben  miał 

rację – pragnęła go. Co powstrzymało ją od powiedzenia: tak? 

Zawsze  było  tak  samo:  to,  co  wydawało  się  tak  dobrze 

zaczynać,  kończyło  się  klęską.  Czyżby  specjalnie 
prowokowała  to  napięcie,  żeby  trzymać  go  na  dystans?  Czy 
bała się, jak on twierdził? 

Kayla musiała przyznać, że myśl o całkowitym oddaniu się 

komuś  była  przerażająca.  A  zdawała  sobie  sprawę,  że  z 
Benem nie będzie mowy o półśrodkach.  

Już  zajął  ważne  miejsce  w  jej  życiu.  A  potrafił  być 

background image

przytłaczający.  Gdy  byli  razem,  gniew  i  namiętność  stapiały 
się  niemal  w  jedno.  Wiedziała,  że  ich  zbliżenie  fizyczne 
byłoby  tak  bezgraniczne  jak  ich  zaangażowanie,  i 
zastanawiała  się,  ile  z  siebie  może  dać  Benowi.  Odetchnęła 
głęboko,  przerażona,  a  zarazem  podniecona  tym,  co  może 
przynieść przyszłość.  

W głębi duszy wiedziała, że on ma rację. Ich zbliżenie jest 

nieuniknione.  Nieuchronne,  powiedział  Ben.  Brzmiało  to 
dramatycznie, ale chyba zmierzali w tym kierunku.  

Powzięła  decyzję.  Następnym  razem  powie  te  słowa. 

Powiedziała je teraz, głośno: 

– Pragnę cię, Benjaminie Montgomery.  
Raz  wypowiedziane,  nie  wydawały  się  wcale  trudne. 

Wiedziała,  że  obawy  przed  nieznanym  zniknęły.  Teraz 
nadszedł czas, aby otworzyć drzwi dla siebie i dla Bena.  

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Ben odsunął stos książek na biurku i nalał kolejną filiżankę 

kawy. Nie chciało mu się spać. Nigdy nie był tak przytomny. 
Potrzebował kofeiny, by skoncentrować się na pracy. Podczas 
długich  godzin  spędzonych  nad  aktami  myślał  głównie  o 
Kayli, a nie o tym, co go czeka w sądzie.  

Wspomnienie  popołudniowego  spotkania  z  Kaylą  nie 

opuszczało  go.  Jak  każde  spotkanie  z  nią,  również  i  to  było 
pełne  niespodzianek,  napięcia  erotycznego.  Miało  posmak 
zmysłowej przygody.  

Ich  pocałunki  za  każdym  razem  pozostawiały  wrażenie 

niedosytu, potęgowały jego namiętność.  

Ale pamiętał nie tylko pocałunek – pamiętał również wyraz 

jej  oczu,  gdy  rozmawiali  o  tajemniczym  portrecie  Katherine 
Hartwell.  

Oczywiście  powinien  być  ostrożniejszy  i  nie  drażnić  jej. 

Niestety, gdy wszystko szło dobrze, nie mógł powstrzymać się 
od słów, które wywoływały jej gniew.  

Istniało też coś innego. W każdym z nich tkwiła jakaś siła, 

która  sprawiała,  że  się  ciągle  kłócili.  Cokolwiek  to  było, 
zastanawiało go i frustrowało, ale nigdy nie nudziło.  

Ben wypił łyk kawy, skrzywił się, czując jej gorzki smak i 

obiecał  sobie  solennie,  że  w  obecności  Kayli  będzie  trzymał 
język za zębami. Uśmiechnął się. Zdał sobie sprawę, że nie raz 
składał  to  ślubowanie,  po  to,  aby  je  łamać  przy  każdym 
spojrzeniu  w  jej  twarz.  Kusiła  go,  a  zarazem  rzucała 
wyzwanie.  Wkrótce  musi  wydarzyć  się  coś,  co  rozwiąże  tę 
patową  sytuację.  Byli  skazani  na  siebie  –  tego  był  pewny. 
Teraz  pozostawało  mu  przekonać  o  tym  Kaylę.  Zadzwoni  z 
samego  rana.  Do  tego  czasu  Kayla  się  uspokoi.  Jej  wybuchy 
były  jak  letnia  burza,  gwałtownie  nadchodziły,  rozświetlały 
niebo, ale kończyły się po najkrótszym z deszczy.  

background image

Ben odchylił się w krześle, oparł nogi na biurku i nawet nie 

przyszło mu do głowy sięgnąć po dokumenty. Myślał o swych 
snach i zastanawiał się, co by się stało, gdyby opowiedział o 
nich  Kayli.  Byłaby  z  pewnością  zaciekawiona  i  oczywiście 
miałaby gotową interpretację.  

Nie, nie wspomni Kayli o snach, dopóki ich nie zanalizuje. 

W  marzeniu  sennym  po  ich  pierwszym  spotkaniu  znalazł 
odbicie pociąg seksualny, który do niej odczuwał. Jeśli chodzi 
o te wszystkie sny przed jej pojawieniem się, cóż, do tej pory 
nie znalazł logicznego wytłumaczenia i wciąż nie mógł sobie 
przypomnieć,  gdzie  widział  zdjęcie  Kayli.  Ale  przypomni  to 
sobie. Teraz mógł myśleć tylko o przyjemniejszych sposobach 
wspólnego spędzania czasu.  

Z westchnieniem sięgnął po najbliższy tom. Właśnie udało 

mu  się  odrobinę  skoncentrować,  gdy  do  jego  uszu  dobiegł 
warkot  samochodu,  zatrzymującego  się  przed  biurem.  Gdy 
usłyszał, jak drzwi wejściowe otwierają się, serce zaczęło mu 
bić szybciej. Wiedział, że to nie może być Kayla, miał jednak 
nadzieję, I że się myli.  

I  Przez  krótką,  lecz  zachwycającą  chwilę  oddał  się 

erotycznym  marzeniom.  Wreszcie  okiełznał  wyobraźnię, 
wstał, przeszedł do sekretariatu i otworzył drzwi.  

Stała  tam  ciotka  Lilith.  Rozczarowanie  na  jego  twarzy 

musiało być widoczne.  

– Nie, mój drogi – zaczęła Lii – to nie Kayla, tylko twoja 

stara ciotka wpadająca z wizytą.  

Ben  wziął  się  w  garść,  przeszedł  przez  pokój  i  złożył 

pocałunek na jej policzku.  

– Ogromnie się cieszę, że cię widzę, Lii, ale czy to trochę 

nie za późno na wizytę? 

–  Być  może,  lecz  grałam  dziś  w  triktraka  u  Crowellów. 

Wracając  do  domu,  zobaczyłam  u  ciebie  światło  i 
pomyślałam,  że  przyda  ci  się  odrobina  wytchnienia.  Czy  to 

background image

poważna sprawa? 

– Bardzo. Jutro w Bostonie jest rozprawa.  
Lii  weszła  z  Benem  do  gabinetu  i  usiadła  na  wygodnym 

skórzanym fotelu obok biurka.  

– Musisz być bardzo pewny siebie – zauważyła.  
– Jest bardzo późno, Lii, a ja jeszcze ślęczę nad aktami. Czy 

twoim zdaniem tak wygląda pewność siebie? 

–  Cóż,  myślałam,  że  skoro  popołudnie  spędziłeś  na  tym 

postoju ciężarówek w pobliżu Bostick...  

Ben  milczał.  Czekał,  siedząc  na  krawędzi  biurka.  Lii 

uśmiechała  się  niewinnie,  co  oznaczało,  że  już  dłużej  nie 
wytrzyma.  

– ... to musisz być przygotowany – dokończyła.  
Ben odpowiedział uśmiechem.  
– Słyszałam, że Kayla też tam była.  
– Aha – przytaknął. – Wreszcie doszliśmy do sedna sprawy. 

Pytanie  tylko,  w  jaki  sposób  wiadomości  rozchodzą  się  tak 
szybko? Nie przypominam sobie, żebym widział tam kogoś z 
twego towarzystwa do triktraka.  

–  Może  przypomnisz  sobie,  że  widziałeś  szwagra  Mary 

Crowell.  

– O tak. Grał w bilard.  
–  On  zawsze  był  taki  nietaktowny  –  dodała  dla  porządku 

Lii.  

–  Co  zrobił?  Zadzwonił  do  Mary  czy  odwiedził  ją?  – 

dociekał Ben.  

– Cóż, wpadł do niej. Oczywiście w porze kolacji. Nie będę 

ukrywała, że widział, jak całujesz Kaylę.  

– Nie mogę powiedzieć, żebym był zaskoczony.  
– Na samym środku parkingu! Do jutra to się rozniesie po 

całym mieście.  

– Wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi – oświadczył Ben.  
–  Tak  też  sądziłam  –  odparła  Lii  –  ale  nie  byłam  pewna. 

background image

Zawsze byłeś bardzo ostrożny.  

– Tym razem to co innego. Nigdy w stosunku do nikogo nie 

czułem  tego,  co  czuję  do  Kayli.  Chwilami  doprowadza  mnie 
do  szału,  ale  jestem  całkowicie  pod  jej  urokiem.  I  wiesz,  co 
jeszcze?  Nie  obchodzi  mnie,  jeśli  twoi  znajomi  się  o  tym 
dowiedzą.  

Lii odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się.  
–  Już  wiedzą  –  powiedziała.  –  Do  jutra  będzie  wiedziało 

całe New Sussex. Myślę, że to wspaniale.  

Ben  nie  zaryzykowałby  takiego  stwierdzenia.  Ale  też  nie 

zamierzał przejmować się opinią publiczną. To samo w sobie 
było już wielką zmianą, bo dotychczas był bardzo na to czuły.  

–  Ja  też  lubię  Kaylę  –  mówiła  Lii.  –  Jutro  pomogę  jej 

uporządkować sklep na sobotnią wyprzedaż.  

– To chyba dobry plan. Razem będziecie nie do pobicia.  
– Tak myślę – zgodziła się Lii. Spojrzała na zegarek. – Już 

prawie północ. – Wstała i pogładziła bratanka po policzku.  – 
Powodzenia w Bostonie, Ben. Ty też będziesz nie do pobicia. 
Zawsze  byłeś  –  zawahała  się  przez  chwilę,  nim  dodała:  –  w 
sądzie.  

Ben  odczekał,  aż  znalazła  się  w  holu,  a  potem  zawołał  za 

nią: 

– Hej, co to znaczy? 
Lii wychodząc rzuciła zdanie, z którego najwidoczniej była 

bardzo zadowolona.  

–  To  znaczy,  że  jako  profesjonalista  nie  masz  sobie 

równych,  ale  prywatnie  chyba  spotkałeś  godnego  siebie 
przeciwnika. Moim zdaniem, już najwyższy czas.  

Ben  stał  w  progu  i  patrzył,  jak  Lii  odjeżdża.  Trafiła  w 

sedno. Jego przeciwnikiem jest Kayla. Omal nie roześmiał się 
głośno.  Był  gotów  poddać  się.  Nadszedł  czas,  aby  zawrzeć 
pokój i przejść do następnego etapu znajomości.  

 

background image

Dla  Kayli  popołudnie  na  postoju  zaczęło  się  i  skończyło 

niespodzianką.  Ale  rozstanie  z  Benem  w  gniewie  skłoniło  ją 
do  pewnych  przemyśleń.  Nie  chciała  przestać  go  widywać. 
Musiała  tylko  zdobyć  się  na  większą  szczerość.  Wszystko 
wskazywało na to, że koleje ich życia muszą się połączyć. Los 
i przypadek najwyraźniej popychały ich ku sobie.  

Udało jej się złapać Bena telefonicznie, zanim wyjechał do 

Bostonu.  Ich  rozmowa  była  lekka  i  przyjazna.  Ben  obiecał 
odezwać się natychmiast po powrocie.  

Postanowiwszy,  że  tym  razem  go  nie  odepchnie,  Kayla 

przestała myśleć o Benie i skoncentrowała się na wyprzedaży, 
którą  planowała  na  weekend.  Razem  z  Lii  usunęły  zbędne 
przedmioty z „Otwierających się Drzwi”. Przy pomocy dwóch 
dawnych  uczniów  Lii  wystawiły  je  na  podwórko  o  szóstej 
rano w sobotni poranek. Tłum już się zbierał. Pod koniec dnia 
na podwórzu nie było ani ludzi, ani mebli.  

– Nie mogę uwierzyć, że tego dokonałaś – powiedziała Lii, 

opadłszy na krzesło przy kuchennym stole.  

–  Dokonałyśmy  –  poprawiła  Kayla.  Liczyła  po  raz  drugi 

pieniądze  i  nawet  nie  próbowała  ukryć  zadowolenia.  –  To 
chyba  najbardziej  udana  wyprzedaż  podwórzowa  w  dziejach 
New Sussex, jak sądzisz? 

– Oczywiście – zgodziła się Lii. – Wątpię, czy ci jankescy 

łowcy  okazji  kiedykolwiek  widzieli  tyle  rupieci  w  jednym 
miejscu.  

– Rupieci? – powtórzyła Kayla.  
–  Cóż,  myślę,  że  to  co  jest  dla  jednego  rupieciem,  dla 

drugiego może być skarbem.  

–  Na  nasze  szczęście  –  powiedziała  zupełnie  wykończona 

Kayla. – Jak ty to robisz? 

– Co robię? – odpowiedziała pytaniem starsza pani.  
– Funkcjonujesz  – wyjaśniła  Kayla.  – Ja mogę  mieć  tylko 

nadzieję, że starczy mi sił, by wgramolić się do wanny.  

background image

–  A  ja  myślałam,  że  zajmiemy  się  polerowaniem  mebli. 

Żartowałam  –  dodała  szybko  Lii,  zauważywszy  zaskoczone 
spojrzenie  Kayli.  –  Sama  mam  ochotę  na  odprężającą  kąpiel. 
A  nie  pracowałam  ani  w  połowie  tak  ciężko  jak  ty.  Wy, 
młodzi, nigdy nie znajdujecie czasu na odpoczynek. Jutro jest 
niedziela. Wykorzystaj ją dla siebie.  

– Jeszcze zostało tyle do roboty...  
– Rzymu nie zbudowano w jeden dzień, Kaylo. Dokonałaś 

cudów,  a  teraz  czas  zwolnić  tempo.  Poza  tym  –  dodała  z 
szerokim uśmiechem – czy Ben nie wrócił dziś z Bostonu? 

– Nie – odparła Kayla. – Miał czegoś poszukać wmieście. 

Będzie w domu wieczorem. – Poczuła, że się rumieni.  

– Ach, tak? – Lii nie miała dalszych uwag. Obrzuciła Kaylę 

przenikliwym spojrzeniem, uścisnęła ją i sięgnęła po żakiet. – 
Przyszłość  „Otwierających  się  Drzwi”  jest  na  dobrej  drodze. 
Przewiduję wielki sukces.  

– Wierzę, że masz rację – uśmiechnęła się Kayla.  
– Oczywiście, że mam. Członkowie rodziny Montgomerych 

zawsze  mają  rację.  Czyżby  Ben  ci  tego  nie  powiedział?  – 
rzuciła Lii ze śmiechem.  

Po  zamknięciu  za  nią  drzwi  Kayla  nalała  sobie  duży 

kieliszek wina i skierowała się do swego pokoju. Już szła się 
kąpać,  ale  nagle  zmieniła  zdanie.  Nie  mogła  iść  spać,  zanim 
jeszcze raz nie rzuci okiem na sklep.  

Przekonała się, że można już w miarę swobodnie poruszać 

się  wśród  pięknych  mahoniowych,  dębowych  i  orzechowych 
mebli,  wprawdzie  wymagających  pokrycia  woskiem,  ale 
wyglądających wspaniale w łagodnym świetle lampy.  

– To już lepiej – powiedziała głośno. – Teraz „Otwierające 

się Drzwi” mają szyk. – Chodziła po pokoju i dotykała każdej 
sztuki, nie bacząc na kurz. To będzie teraz jej życie, a jeśli Lii 
się  nie  myliła  i  sklep  będzie  miał  powodzenie,  przyszłość 
rysuje się zachęcająco.  

background image

Nie  tylko  sklep  był  wypełniony  antykami.  Myślała  o  tym 

od  kilku  dni.  W  starym  salonie  i  na  strychu  stało  ich  całe 
mnóstwo. Mogłaby przeznaczyć część  na  sprzedaż. W końcu 
musi przecież z czegoś żyć.  

Właśnie  zamykała  drzwi,  gdy  usłyszała  telefon.  Idąc  do 

kuchni, miała wrażenie, że wie, kto dzwoni.  

Myliła się.  
– Pomyślałam, że jeszcze nie śpisz – oznajmiła Lii – więc 

postanowiłam  przypomnieć  ci,  żebyś  schowała  pieniądze.  W 
biurku jest sejf.  

–  Znalazłam  go  –  odparła  Kayla.  –  Ale  dziękuję  za 

przypomnienie.  –  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Ta  rodzina 
uwielbia dawać instrukcje.  

–  Dobrze  –  powiedziała  Lii.  –  Więc  możesz  iść  do  łóżka. 

Jeśli nie planowałaś późnej randki – dodała z nadzieją.  

–  Żadnych  widoków.  Poza  tym  Ben  się  nie  odezwał  – 

odparła  Kayla,  zauważając,  że  zabrzmiało  to  nieco  smutno. 
Byłoby cudownie móc powiedzieć mu dobranoc przez telefon. 
– Prawdę mówiąc, chciałam obejrzeć salon  na  tyłach domu i 
zobaczyć, co mogę przenieść do sklepu.  

– Nie jestem taką tradycjonalistką, żeby krzywo patrzeć na 

wyprzedaż schedy rodzinnej, ale nie zaczynaj dziś, Kaylo. Idź 
do łóżka, zanim padniesz.  

–  Tylko  jeden  rzut  oka  na  pokój.  Obiecuję.  –  Kayla  nie 

zamierzała  dotrzymać  obietnicy.  Wiedziała,  że  samo 
zerknięcie nie zaspokoi jej ciekawości.  

Gdy  szła  przez  sień,  przejął  ją  dreszcz,  choć  ogrzewanie 

działało  bez  zarzutu.  W  pobliżu  starego  salonu  temperatura 
zdawała  się  spadać.  Zapięła  żakiet,  pchnęła  drzwi  i  zapaliła 
światło.  

Odniosła wrażenie, że przeniosła się w odległą przeszłość. 

Nie chodziło o umeblowanie. W tym pokoju z niskim sufitem, 
okopconymi  belkami  i  wilgotnymi  kamieniami  kominka 

background image

panowała  inna  atmosfera.  I  ten  wyczuwalny  chłód  w 
powietrzu.  

Oczy Kayli instynktownie powędrowały do lustra, które tak 

ją  przestraszyło  pierwszej  nocy.  Znów  ujrzała  w  nim  swoje 
odbicie. Wyglądała na zmęczoną. Jej twarz była bez makijażu, 
włosy  potargane.  Podeszła  bliżej,  najpierw  ciekawa,  a  potem 
zahipnotyzowana swym własnym odbiciem. Wydała się sobie 
nierzeczywista, zupełnie inna.  

Lustro odbijało jej twarz i oczy, ale wyraz twarzy był inny. 

Poczuła,  jak  jej  czoło  przecięła  zmarszczka,  której  nie 
zobaczyła w lustrze. Zaczęła dygotać. Chciała zetrzeć kurz ze 
szkła, lecz jej ręka zastygła w powietrzu.  

W  lustrze  odbijał  się  nie  jej  żakiet,  tylko  bladozielony 

rękaw  z  szerokim  białym  mankietem.  Opuściła  rękę  i  z 
dziwnie  beznamiętną  ciekawością  pochyliła  się  ku  przodowi, 
patrząc uważniej.  

Odbicie  w  lustrze  pochodziło  z  siedemnastego  wieku. 

Blond  włosy  były  częściowo  zakryte  purytańskim, 
zawiązanym  pod  brodą  czepkiem.  Suknia  z  białym 
kołnierzykiem była zapięta wysoko pod szyją.  

Serce  Kayli  waliło  w  piersi  i  czuła,  jak  drżą  jej  nogi.  Ale 

nie  poruszyła  się.  Próbowała  zastanowić  się  nad  tym,  co 
widzi.  

–  To  ten  obraz  –  powiedziała  półgłosem.  –  Wyobrażam 

sobie  obraz.  –  Zmęczony  umysł  płatał  jej  figle.  Właśnie  tak, 
nic innego.  

Próbowała odejść, jednak oczy w lustrze nie pozwalały jej. 

Zmuszały  ją  do  ponownego  spojrzenia  i  uwierzenia  w  to,  co 
widzi. To  była  jej  twarz, jej  rysy,  lecz  należały do  kobiety o 
niespokojnych,  przerażonych  oczach.  Patrzyła  w  twarz 
Katherine Hartwell.  

Z  cichym  jękiem  Kayla  próbowała  zasłonić  dłonią  oczy  i 

zimny strach zmroził jej  krew w żyłach. Ręce w lustrze były 

background image

miękkie i białe. Na jednym palcu dostrzegła pierścionek, który 
próbowała  rozpoznać.  Ale  nie  mogła  z  powodu  drżenia  rąk, 
które nie były jej rękami.  

Z  walącym  sercem,  miękkimi  kolanami  i  urywanym 

oddechem  Kayla  wreszcie  odwróciła  się  i  wybiegła, 
zatrzasnąwszy za sobą drzwi salonu. Przebiegła przez kuchnię, 
złapała  klucze  i  wypadła  na  zewnątrz.  Potykając  się  w 
ciemności, skierowała się do samochodu.  

To  było  beznadziejne.  Nie  mogła  nawet  otworzyć 

samochodu, tak drżały jej ręce. Rzuciwszy spojrzenie za siebie 
na dom, uciekła w noc.  

 
Po przyjeździe z Bostonu Ben rozpakował się, przygotował 

sobie kanapkę i przejrzał pocztę. Powrócił myślami do Kayli, 
od  czego  powstrzymywał  się  podczas  rozprawy.  Nie  było  to 
łatwe.  Cały  czas  wspomnienie  o  niej  tkwiło  w  jego 
podświadomości.  

Byłoby  wspaniale  ją  zobaczyć,  pomyślał  i  sięgnął  po 

telefon. Ale powstrzymał się. Robiło się późno, ona miała za 
sobą  ciężki  dzień  i  prawdopodobnie  chciała  odpocząć.  Jutro 
będzie dość czasu.  

Z ociąganiem wziął do ręki bestseller, który już od dawna 

zamierzał przeczytać. Spróbuje dzisiaj po zimnym prysznicu, 
który powinien ochłodzić jego umysł.  

Prysznic  nie  na  wiele  się  zdał.  Nałożywszy  dżinsy  i  golf, 

Ben  wrócił  do  wcześniejszego  pomysłu  i  sięgnął  po  telefon. 
Właśnie  zaczął  nakręcać  numer,  gdy  usłyszał  gorączkowe 
stukanie we frontowe drzwi.  

Boso,  z  wilgotnymi  po  prysznicu  włosami,  zszedł  na  dół, 

całkowicie nie przygotowany na widok Kayli. Stała przed nim 
z wypiekami na policzkach i patrzyła przestraszonymi oczami. 
Ben wziął ją za rękę i pociągnął do środka.  

–  O  co  chodzi,  Kaylo?  Jakiś  wypadek?  Czy  coś  się  stało 

background image

Lii? 

Kayla  potrząsnęła  głową,  nie  była  w  stanie  wykrztusić  z 

siebie słowa.  

Objąwszy ją ramieniem, Ben poprowadził Kaylę  do sofy i 

posadził obok siebie. Poruszała się niczym automat, chwytała 
powietrze jak po biegu. Cokolwiek się stało, było to coś złego. 
Wyglądała na śmiertelnie przerażoną.  

–  Już  w  porządku  –  zapewnił,  chwytając  ją  za  ramiona  i 

patrząc jej w oczy. Nie odpowiedziała na jego spojrzenie i Ben 
zdał sobie sprawę, że dziewczyna może być w szoku.  – Weź 
się w garść i opowiedz mi, co się wydarzyło – zażądał.  

Kayla  odetchnęła  głęboko  i  wydawała  się  powracać  do 

życia.  

– Biegłam przez całą drogę – powiedziała zdumiona. – Nie 

myślałam, że będę w stanie, a jednak.  

Ben mocniej ścisnął jej ramiona.  
– Dlaczego biegłaś, Kaylo? 
–  Nie  chodzi  o Lii.  –  Wciąż  nie  odpowiadała  wprost.  –  U 

Lii wszystko w porządku.  

– Kaylo...  
To  nie  był  szok,  jak  podejrzewał.  Nie  mogła  jednak  się 

zmusić do opowiedzenia mu, co jej się przydarzyło.  

– Nie uwierzysz w to – powiedziała wreszcie.  
– Spróbuj – odparł, wciąż mocno ją trzymając. Zaczerpnęła 

tchu.  

– Nie jestem nawet pewna, czy sama w to wierzę.  
– Wierzyłaś na tyle, żeby się przerazić i biec tu całą drogę. 

Opowiedz mi, Kaylo – nalegał.  

– Widziałam coś... nieprawdopodobnego. Ale widziałam to. 

Naprawdę  widziałam  –  dodała  pospiesznie.  Jej  oczy  błagały 
go  o  coś,  prosiły,  by  zrozumiał  to,  czego  nawet  nie  była  w 
stanie wytłumaczyć.  

Ben  posadził  ją  wygodniej  na  sofie  i  otoczył  ramieniem. 

background image

Potem czekał cierpliwie, bez dalszych pytań.  

– Po wyprzedaży rozmawiałam przez chwilę z Lii, a potem 

zostałam  sama.  Byłam  bardzo  zmęczona,  ale  chciałam 
rozejrzeć się po domu. – Mówiła wolno, dobitnie, starając się, 
aby zabrzmiało to logiczne.  

–  Przyszło  mi  do  głowy,  że  niektóre  rzeczy  można  by 

sprzedać w „Otwierających się Drzwiach”.  

– To dobry pomysł – zgodził się Ben.  
– A więc nalałam sobie kieliszek wina, zamknęłam sklep i 

postanowiłam  rzucić  okiem  na  salon  z  tyłu  domu.  Potem 
zadzwoniła  Lii  i  powiedziałam  jej,  co  zamierzam  zrobić.  – 
Kayla zdobyła się na uśmiech.  

– Kazała mi iść do łóżka.  
Ben przytaknął niecierpliwie, lecz nie przerywał.  
– Wreszcie poszłam do starego salonu. – Zadrżała i głos jej 

się załamał.  

Ben trzymał ją mocno, obejmując ramieniem.  
– W porządku, Kaylo, jestem tutaj. Ciągnęła pospiesznie: 
– Rozejrzałam się i wtedy spojrzałam w lustro. Zobaczyłam 

tam moje odbicie. Ale to nie byłam ja.  

– Nie ty? 
–  Ona,  odbicie  w  lustrze,  wyglądała  jak  ja  –  próbowała 

wyjaśnić Kayla. – Ale tylko na pozór. Wyraz twarzy był inny, 
pełen  udręki.  A  jej  ubranie  było  starodawne.  Ben,  ona  była 
ubrana  jak  purytanka.  –  Kayla  spuściła  głowę,  unikając  jego 
wzroku.  

–  Czy  chcesz  mi  powiedzieć,  że  zobaczyłaś  w  lustrze 

Kathenne? – Ben nie był pewny, czy zrozumiał, do czego ona 
zmierza.  

–  Wiem,  że  to  brzmi  idiotycznie,  ale  wiem  również,  co 

widziałam.  –  Spojrzała  na  niego,  unosząc  wojowniczo  brodę 
dobrze mu już znanym ruchem.  

–  Co  myślałaś,  że  widzisz  –  poprawił  delikatnie.  –  Czy 

background image

paliło się światło? 

– Tylko lampa przy drzwiach.  
– Najprawdopodobniej ze słabą żarówką.  
–  Chyba  tak  –  odpowiedziała  Kayla,  nie  przygotowana  na 

to wypytywanie.  

– Lustro jest stare ze zmatowiałym szkłem... – naprowadzał 

ją teraz.  

Kayla tylko przytaknęła.  
– A ty byłaś zmęczona, wypiłaś wino...  
–  Tylko  jeden  kieliszek  –  przypomniała  mu.  –  I  to  nawet 

niepełny.  Byłam  wykończona,  ale  myślałam  jasno  –  upierała 
się,  gotowa  stawić  mu  teraz  czoło.  –  Spojrzałam  w  lustro  i 
zobaczyłam Katherine.  

Tym  razem  Ben  nie  odpowiedział.  Kayla  kontynuowała 

opowieść: 

–  To  ręce  mnie  przekonały.  Spójrz  na  moje  ręce,  Ben.  – 

Wyciągnęła je przed siebie. – Są opalone i nawykłe do pracy. 
Jej dłonie były miękkie i białe, delikatniejsze od moich. Miała 
smukłe  palce,  nosiła  pierścionek.  Mignął  mi  tylko, lecz  teraz 
przypominam  go  sobie  wyraźnie.  Były  to  trzy złączone  złote 
kółka. Nie mam takiego pierścionka, Ben.  

Ben nie odzywał się, świadom, że nie ma sensu spierać się 

z Kaylą w takiej chwili. Jego pytania tylko by ją rozzłościły. 
Było  oczywiste,  że  naprawdę  wierzy  w  to,  co  widziała. 
Potrzebowała  jednak  słuchacza,  bo  jej  niepokój  był  aż  nadto 
realny.  

– Jak myślisz, co to znaczy, Kaylo? – spytał łagodnie.  
– Nie wiem, mogę się najwyżej domyślać.  
Ben nie był tym zaskoczony. Rozluźnił uścisk i słuchał.  
–  Wierzę,  że  chce  się  ze  mną  skontaktować.  Myślę,  że  to 

ona mignęła mi w tym samym lustrze pierwszej nocy, gdy się 
wprowadziłam,  ale  wtedy  nie  spostrzegłam  tego.  To 
wydarzyło się, zanim zobaczyłam portret, Ben – przypomniała 

background image

mu  triumfująco,  jakby  udowodniła  swą  rację.  –  Nawet  nie 
wiedziałam wówczas o istnieniu Katherine.  

–  Dlaczego  pragnęłaby  się  z  tobą  skontaktować,  Kaylo? 

Jeszcze  mi  tego  nie  powiedziałaś.  –  Ben  ze  zdumieniem 
stwierdził,  że  zaczyna  go  to  wciągać.  –  Czego  ona  chce?  – 
spytał, choć uważał to pytanie za absurdalne.  

– Może widzi we mnie pokrewną duszę, bo jestem do niej 

podobna.  

–  Kaylo!  –  Ben  nie  mógł  już  dłużej  tego  znieść.  Wstał  z 

sofy i przeszedł parę kroków, a potem odwrócił się i spojrzał 
na  nią.  Nadszedł  czas,  aby  ją  przywołać  do  rzeczywistości. 
Ale musi postępować ostrożnie. Inaczej nic z tego nie będzie.  

Znów usiadł i ujął jej rękę.  
– Wiem, że jesteś zmęczona – powiedział miękko. – Wiem, 

że  dom  wzbudza  wiele  wspomnień  rodzinnych.  Myślałaś  o 
Katherine, o czarach. Jeśli wyglądasz jak ona, to naturalne, że 
wyobrażasz sobie...  

Wiedział, że popełnił błąd, zanim dokończył zdanie.  
– Wyobrażam! – prychnęła. – Ja sobie nie wyobrażam, Ben. 

Ja widziałam.  

Ben westchnął. Racjonalne tłumaczenie nic tu nie pomoże. 

Oczywiście,  że  widziała  Katherine,  ale  tylko  dlatego,  że 
odczuwała taką potrzebę. Zdecydował się zatrzymać dla siebie 
tę opinię. Zamiast tego spróbował praktycznego podejścia.  

– Czy chciałabyś, żebym obejrzał dom?  
Kayla potrząsnęła głową.  
– Nie, nie zostawiaj mnie. Nie teraz.  
– To właśnie chciałem usłyszeć. – Znów przyciągnął ją do 

siebie. – Cieszę się, że przyszłaś do mnie, Kaylo.  

Spojrzała  na  niego  i  jeszcze  raz  poczuł  się  zniewolony 

magnetyczną siłą jej spojrzenia. Uśmiechnęła się i oparła mu 
głowę na ramieniu.  

–  Zostań  dziś  tutaj  –  zaproponował,  wiedząc,  że 

background image

dziewczyna  potrzebuje  raczej  pocieszenia  niż  miłosnych 
uniesień.  Zwróciła  się  do  niego,  szukając  pomocy,  i  był 
zadowolony, że jest przy niej. Potem uśmiechnął się. – Raz cię 
już o to prosiłem i spotkałem się z odmową.  

– Nie znałam cię wówczas – odpowiedziała Kayla. – I mój 

dom nie był nawiedzany przez duchy – dodała ze śmiechem.  

Był  szczęśliwy,  że  słyszy  ten  śmiech.  Oznacza  to,  że 

powróciło jej poczucie humoru.  

– Zagrzeję ci mleko.  
– Mleko? – jęknęła Kayla.  
–  Oczywiście.  Czy  twoja  matka  nigdy  nie  dawała  ci 

szklanki ciepłego mleka przed snem? 

– Nigdy – potrząsnęła głową.  
– Cóż, może to nie jest kalifornijskie lekarstwo. Ale według 

mojej matki to środek na wszystko.  

– Niech będzie – powiedziała  szybko Kayla.  – Podoba mi 

się ten twój instynkt macierzyński – dodała z lekką ironią.  

Ben  zamyślił  się  melancholijnie,  grzejąc  mleko. 

Postanowił, że dzisiaj zapanuje nad swoimi uczuciami. Kayla 
była  wytrącona  z  równowagi.  I  wierzyła  mu.  Nie  chciał 
nadużyć jej zaufania.  

Gdy nalewał ciepłe mleko do kubka, myślał o ich ostatnim 

spotkaniu na postoju ciężarówek i o gorących pocałunkach. To 
nie  będzie  łatwa  noc,  mimo  wszystkich  szlachetnych 
postanowień.  

Kayla  pojawiła  się  w  drzwiach  kuchni,  a  jej  widok 

wystarczył, aby Ben zachwiał się w swym postanowieniu.  

–  Och,  Kaylo  –  wykrztusił  wreszcie.  –  Proszę,  mleko  dla 

ciebie. – Wziął ją za rękę. – Chodź, znajdę ci coś do spania.  

Po  kilku  minutach  Kayla  wyszła  z  łazienki  ubrana  w  górę 

od piżamy Bena. Sięgała jej do połowy uda.  

–  Scena  jak  z  filmu  z  lat  czterdziestych  –  powiedziała  z 

uśmiechem,  podwijając  rękawy.  –  Bohaterka  popada  w 

background image

tarapaty i ląduje w cudzym mieszkaniu bez koszuli nocnej.  

Ben  mógł  dostrzec  okrągłości  piersi  i  zarys  sutek.  Kayla 

miała długie, opalone, kształtne nogi. Więcej widywał tylko w 
snach.  Musiał  teraz  przyznać,  że  jego  wyobrażenia  nie 
dorównywały rzeczywistości.  

– Chodź – powiedział burkliwie. – Położysz się do łóżka, a 

ja cię otulę. – Przynajmniej nie będzie widział jej skóry, a te 
piękne  piersi  będą  bezpiecznie  schowane  pod  kocem.  Kayla 
wśliznęła  się  do  łóżka  w  gościnnym  pokoju  i  Ben  podał  jej 
mleko. Patrzył, jak pije.  

– To dobrze robi – przyznała.  
– Matki mają zawsze rację – odparł Ben. Ale nie myślał o 

swojej matce. Kayla miała odrobinę mleka na górnej wardze i 
rozważał pomysł scałowania go.  

Wiedział jednak, że gdy raz dotknie jej warg, nie będzie w 

stanie się od nich oderwać. Będzie chciał dotykać piersi i ud, 
czuć jej ciało przy swoim. To zmaganie z własną namiętnością 
stawało się niemal heroiczne.  

Z  udaną  obojętnością  podał  jej  serwetkę.  Ze  śmiechem 

otarła usta, dopiła mleko i oddała mu kubek.  

Ułożyła  się  wygodnie  i  Ben  owinął  koc  wokół  niej, 

próbując nie zauważać intymności sytuacji.  

– Zostań ze mną przez chwilę – poprosiła.  
– Jasne. – Opadł na krzesło obok łóżka.  
–  Jestem  zmęczona  –  powiedziała.  Zamknęła  oczy, 

otworzyła je na kilka sekund i zamknęła znowu. – Dzięki, Ben 
– zamruczała sennie. – Cieszę się, że tu byłeś.  

– Jestem tu wciąż, Kaylo – poprawił i został, aż zapadła w 

głęboki  sen.  Patrząc  na  nią,  wiedział,  że  wciąż  jej 
bezgranicznie  pragnie.  Doszło  jednak  nowe,  inne  uczucie. 
Chciał ją chronić, opiekować się nią, osłaniać przed krzywdą i 
strachem.  Było  to  wspaniałe,  podniosłe  uczucie,  a 
jednocześnie  wielka  odpowiedzialność.  Bardziej  niż 

background image

kiedykolwiek  czuł,  że  są  sobie  przeznaczeni,  że  Kayla  jest 
jego przyszłością.  

Patrzył na nią przez długi czas. Wreszcie wstał i pocałował 

lekko w policzek.  

– Śpij dobrze, kochanie – szepnął.  
Poruszyła  się  jak  śpiące  dziecko  i  znieruchomiała.  Ben 

wyszedł cicho i poszedł do swojej sypialni, mając nadzieję, że 
jego  sen  będzie  tak  głęboki  i  kojący  jak  sen  Kayli,  ale  to 
życzenie się nie spełniło.  

Śniła mu się piękna blondynka o włosach tak lśniących jak 

włosy  Kayli  i  tak  samo  niebieskich  oczach,  ubrana  w 
starodawny, siedemnastowieczny strój. Ale nawet w mrokach 
snu czuł, że to nie Kayla.  

Ten 

sen 

przeraził 

go. 

Kobiecie 

zagrażało 

niebezpieczeństwo. Była ścigana i prześladowana. Rzucano w 
nią  kamieniami.  Ben  ujrzał  siebie,  jak  próbuje  powstrzymać 
ten  atak.  Odepchnięto  go.  Im  bardziej  walczył,  aby  do  niej 
dotrzeć, tym bardziej oddalała się. Bezskutecznie wyrywał się 
w jej stronę.  

Obudził się w środku nocy, zlany potem i drżący. Czuł się 

bezradny.  Leżąc  w  zupełnej  ciemności,  próbował 
wytłumaczyć  sobie  sen.  Może  to  dowód  na  to,  jak  bardzo 
pragnie troszczyć się o Kaylę? 

Przekonując  się  o  słuszności  tego  wytłumaczenia, 

ponownie zapadł w sen i otworzył oczy dopiero wtedy, gdy do 
pokoju zajrzało poranne słońce.  

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Gdy  Ben  zszedł  rano  do  kuchni,  kawa  była  już  gotowa. 

Kayla spojrzała na niego z promiennym uśmiechem.  

– Znalazłam w szafce konfitury jagodowe i syrop klonowy i 

doszłam  do  wniosku,  że  przepadasz  za  naleśnikami.  Ja  też, 
więc... – wskazała na miskę z rzadkim ciastem.  

–  Odkryłaś  jedną  z  moich  skrywanych  słabości  – 

powiedział lekko. Myślał o tym, jak to wspaniale obudzić się i 
ujrzeć Kaylę w swojej kuchni.  

– Znam jeszcze inną – przekomarzała się. – Twój motocykl. 

Ciekawa jestem, ile ich jeszcze masz? 

– Motocykli? Roześmiała się.  
– Nie, słabości.  
–  Mnóstwo  –  zażartował.  Podszedł  do  Kayli  i  objął  ją 

ramieniem. – Jak się dziś czujesz? 

– Wspaniale! Wypoczęta i znacznie spokojniejsza. Wczoraj 

byłam  wykończoną.  Jestem  ci  nieskończenie  wdzięczna  za 
wyrozumiałość. Wielu mężczyzn zachowałoby się inaczej.  

– Powiedzmy po prostu, że czasem jestem w stanie postąpić 

jak należy.  

Kayla spojrzała mu z uśmiechem w oczy.  
–  Myślę,  że  znów  miałeś  rację,  gdy  sugerowałeś,  że 

poniosła mnie wyobraźnia. Dziś to wszystko wydaje się snem.  

–  Wiem,  że  miałem  rację  –  odparł,  choć  lekko  się 

wzdrygnął  na  słowo  „sen”.  Nie  wypuszczając  jej  z  uścisku, 
nalał  obojgu  po  filiżance  kawy.  –  Hej,  jest  wspaniała  – 
powiedział po spróbowaniu. – Jaki jest twój sekret? 

– Nigdy go nie zdradzę – odparła z szerokim uśmiechem i 

zaczęła smażyć naleśniki.  

– Jeśli dokonasz takich samych cudów z naleśnikami, co z 

kawą, mogę cię nigdy stąd nie wypuścić, Kaylo.  

– Jestem tylko taką sobie kucharką – przyznała. – Ale mam 

background image

styl.  –  Przerzuciła  zręcznie  naleśnik  na  talerz,  posmarowała 
masłem i podała Benowi. 

Ugryzł duży kęs i pokiwał głową z uznaniem.  
– Poproszę o największą porcję.  
– Już się robi.  
Spałaszowali  po  pół  tuzina  naleśników  i  kończyli  po 

drugiej  filiżance  kawy,  zanim  zaczęli  rozmawiać  o 
wydarzeniach z ubiegłego wieczora.  

– Muszę wrócić i spojrzeć w oczy temu, co zobaczyłam w 

lustrze – oświadczyła Kayla.  

–  Ale  nie  sama  –  powiedział  Ben.  –  Zostanę  tam  przez 

chwilę.  

– Tylko przez chwilę? – spytała z żalem.  
–  Tak.  Potem  wyjeżdżamy.  Jest  niedziela,  świeci  słońce  i 

wyruszamy w drogę.  

– Motocyklem? 
Ben  skinął  głową,  sięgając  po  ostatni  ociekający  syropem 

kawałek naleśnika.  

– To właściwy czas, ja jestem właściwym mężczyzną, a ty 

jesteś z pewnością właściwą kobietą.  

– To kuszące, ale mam tyle pracy w domu.  
– Kaylo – powiedział surowo – nie dziś.  
– Mówisz jak twoja ciotka. Roześmiał się.  
–  Nikt  mi  tego  wcześniej  nie  powiedział,  ale  może  coś  w 

tym  jest.  Jestem  przekonany,  że  poradziła  ci,  abyś  czasem 
pozwoliła sobie na odpoczynek. Co do mnie, jest odpowiedni 
czas, jestem odpowiednim mężczyzną...  

–  Wiem,  a  ja  odpowiednią  kobietą.  Przekonałeś  mnie. 

Kiedy wyruszamy? 

– Po jeszcze jednej filiżance kawy, ale już bez naleśników. 

Sześć  to  granica  moich  możliwości  –  roześmiał  się.  – 
Zatrzymamy  się  przy  domu,  ja  się  rozejrzę,  a  ty  się 
przebierzesz.  Czy  masz  coś  z  czarnej  skóry,  kochanie?  – 

background image

powiedział przeciągle.  

Kayla uśmiechnęła się prowokacyjnie.  
– Może cię to zdziwić, doradco.  
W  jaskrawym  słońcu  dom  wyglądał  sympatycznie,  ale 

Kayla  była  zadowolona,  że  towarzyszy  jej  Ben.  Wewnątrz 
było ciepło i przytulnie.  

–  Zacznijmy  od  nowa.  Najpierw  spójrzmy  w  lustro  – 

zaproponował Ben.  

– Ben...  
– Chodź, Kaylo – nalegał. – Czy to tędy? – Przeszedł przez 

sień  z  ociągającą  się  Kaylą.  Pokój  zalewało  poranne  słońce. 
Przez chwilę oswajał się z blaskiem, który zdawał się bić nie 
od okna, lecz od antycznego zwierciadła.  

Zbliżył się do lustra, przysłaniając ręką oczy. Ujrzał swoje 

odbicie, ale ponad ramieniem dostrzegł też inne.  

Była  to  kobieta  o  blond  włosach  przykrytych  czepkiem, 

ubrana  w  zieloną  suknię  z  białym  kołnierzem.  Wstrzymał 
oddech. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.  

Po  chwili  wizja  ustąpiła.  Odwrócił  się  do  Kayli  z  całym 

spokojem,  na  jaki  mógł  się  zdobyć,  i  odetchnął  z  ulgą.  Stała 
obok niego, a w lustrze odbijała się jej postać. Podszedł bliżej 
do lustra.  

– Co tam widzisz? – spytała.  
–  Nic.  To  znaczy  nasze  odbicia.  To  wszystko.  –  Ben 

obejrzał  dokładnie  lustrzaną  taflę.  Była  zmatowiała  i  stara, 
zasnuta w jednym rogu pajęczyną. Tamten przelotny obraz był 
z całą pewnością złudzeniem.  

– Moim zdaniem wszystko w porządku, Kaylo. Nie widzę 

niczego niezwykłego.  

–  Wiem  –  powiedziała,  już  przekonana.  –  To  tylko  moja 

bujna  wyobraźnia.  –  Rozejrzała  się  po  oświetlonym  słońcem 
pokoju.  –  Jak  w  ogóle  można  sobie  wyobrazić  ducha  w  tym 
blasku? – uśmiechnęła się do niego, szukając potwierdzenia.  

background image

–  Wyobraźnia  to  zabawna  rzecz,  prawda?  –  wypowiedział 

te słowa bardziej do siebie niż do niej. – Dobrze się czujesz? 

Oczekiwał  twierdzącej  odpowiedzi.  Kayla  wydawała  się 

być w świetnym humorze  – co innego on. Zdobywszy się na 
uśmiech, zaproponował: 

– Dość już duchów. Zbierajmy się do drogi.  
–  Dobry  pomysł  –  zgodziła  się.  –  Jeśli  dasz  mi  dziesięć 

minut, przebiorę się i możemy ruszać.  

– Czy mam iść z tobą na górę? 
– Nie, duchy czmychnęły i nic mi się nie stanie. – Po chwili 

zażartowała: – Przyjdź, jeśli nie wrócę za dziesięć minut.  

Ben  popatrzył  na  nią,  a  potem  wszedł  do  sklepu,  który 

prezentował się zupełnie inaczej niż dawniej. Uśmiechnął się 
na ten widok, lecz jego myśli wciąż błądziły wokół obrazu w 
lustrze. Wydawał  się zbyt realny jak na twór wyobraźni. Ale 
czym  innym  mógł  być?  Po  raz  pierwszy  nie  znalazł 
racjonalnego wytłumaczenia.  

Wyszedłszy ze sklepu, zatrzymał się u stóp schodów.  
–  Czy  jesteś  gotowa,  Kaylo?  –  Miał  ochotę  zapytać,  czy 

wszystko w porządku. Nie chciał jej jednak niepokoić.  

– Prawie. Jak myślisz, czy powinniśmy zrobić kanapki? 
– Dobry Boże, nie!  – zawołał. – Po dzisiejszym śniadaniu 

nie  będę  w  stanie  niczego  przełknąć.  Czy  mam  ci  w  czymś 
pomóc? 

– Mam wrażenie, że chcesz przyjść – zawołała.  
– Zgadłaś.  
– Więc chodź. Już jestem ubrana.  
–  A  to  pech  –  zażartował,  przeskakując  po  dwa  stopnie 

naraz.  

–  Rzuć  okiem  na  portret  Katherine.  Wisi  w  pierwszym 

pokoju po prawej.  

Ben  zatrzymał  się  na  progu.  Portret  był  godny  uwagi  ze 

względu  na  podobieństwo  do  Kayli.  To  były  jej  rysy,  jej 

background image

włosy,  jej  owal  twarzy.  Marszcząc  brwi,  spojrzał  na  suknię. 
Była taka sama, jak ta, którą nosiła kobieta z jego ostatniego 
snu i kobieta, której obraz ujrzał przelotnie w lustrze. Głęboko 
odetchnął i próbował zlekceważyć ogarniający go niepokój.  

Ale był naprawdę przejęty. Patrząc na portret, przypomniał 

sobie,  że  odzież  purytanów  była  tego  właśnie  kroju.  Kayla 
zasiała ziarno w jego umyśle i naturalnie wyobraził sobie taką 
suknię, jaką nosiła Katherine.  

Jednak  nie  było  przyjemnie  stać  przed  portretem  kobiety, 

która  wyglądała  jak  Kayla,  a  jednocześnie  przypominała  mu 
kobietę ze snu.  

Cofnął  się  i  wyszedł  z  pokoju,  zamykając  za  sobą  drzwi. 

Skierował się z ulgą do pokoju Kayli.  

Przez  uchylone  drzwi  ujrzał  inne  lustro,  a  w  nim  odbicie 

prawdziwej  Kayli,  jego  Kayli.  Była  boso,  miała  na  sobie 
obcisłe, czarne spodnie i jaskrawoczerwony sweter. Otworzył 
szerzej drzwi i chciał ją zawołać, gdy nagłe ściągnęła sweter i 
sięgnęła do szuflady komody po inny.  

Koronkowy  biały  biustonosz  więcej  odsłaniał,  niż 

zakrywał.  Jej  skóra  była  lekko  opalona  i  delikatna.  Kayla 
wciąż trzymała w ręku sweter, odcinający się plamą czerwieni 
od czarnych spodni.  

Ben przybliżył się o krok, z bijącym sercem i spieczonymi 

ustami. Pożądanie przenikało go na wskroś i wiedział, że tym 
razem nie odejdzie.  

Właśnie  wtedy  odwróciła  się,  wyczuwając  jego  obecność. 

Patrzyła  mu  prosto  w  oczy,  a  ręka  trzymająca  sweter 
przesunęła się ku piersiom.  

Wreszcie odważył się przemówić.  
–  Myślałem,  że  jesteś  ubrana.  To  znaczy  byłaś  ubrana, 

kiedy otworzyłem drzwi...  

–  Wiem.  W  porządku.  –  Głos  jej  drżał,  jakby  nie  mogła 

złapać tchu. – Zmieniłam zdanie co do swetra...  

background image

– Lubię czerwony.  
– Tak? 
– A te spodnie są fantastyczne.  
– Czarna skóra – powiedziała, nie odrywając oczu od jego 

twarzy. Miała niski, miękki i lekko ochrypły głos.  

– Skóra... – Zrobił kolejny krok i zwilżył usta językiem.  
– Miękka i delikatna i...  – nie dokończyła zdania. Zamiast 

tego postąpiła krok ku niemu i znalazła się w jego ramionach. 
Ręce  mężczyzny  leniwie  gładziły  nagą  skórę  jej  pleców, 
przesuwając się wzdłuż kręgosłupa i niżej.  

Ujął w dłonie jej pośladki i przyciągnął ją mocno do siebie. 

Przez  obcisłe  spodnie  wyczuwał  kuszący  zarys  jej  pupy  i 
urocze wklęśnięcie, tam gdzie łączyła się z udami.  

Przytulił ją jeszcze mocniej i jego usta odnalazły jej wargi. 

Kayla rozchyliła usta.  

Była  jego  sennym  marzeniem,  które  w  nieprawdopodobny 

sposób się urzeczywistniło.  

–  Och,  Kaylo,  moja  Kaylo...  –  Ocierał  się  o  jej  szyję  i 

policzki i powtarzał bez końca jej imię.  

Odpowiadała  mu  całą  sobą,  zamierając  w  jego  uścisku, 

wpierając  się  nabrzmiałymi  piersiami  w  jego  tors,  oplatając 
ramionami  szyję.  Potem  przemówiła,  a  jej  słowa  rzuciły  na 
niego czar: 

–  Kochaj  mnie,  Ben.  Teraz.  Tak  cię  pragnę.  –  Mówiła 

szeptem, ale jej słowa brzmiały w uszach Bena jak krzyk.  

Wypowiedziała 

je 

spontanicznie, 

pod 

wpływem 

namiętności,  którą  w  niej  rozpalił.  Wszędzie,  gdzie  jej 
dotykał,  była  erotycznie  naładowana  –  czuła  jego  wargi  na 
ustach,  ręce  na  piersiach,  ramionach  i  plecach,  biodra 
napierające na jej biodra.  

Gdy  tylko  ujrzała  go  w  otwartych  drzwiach,  wiedziała, co 

się stanie.  

Wziął ją za rękę i poprowadził do łóżka. Uśmiechnęła się i 

background image

chciała rozpiąć biustonosz, ale Ben powstrzymał ją.  

–  Pozwól  mi  –  powiedział,  delikatnie  odsuwając  jej  ręce. 

Odpiął  zameczek,  uwalniając  jej  piersi.  Kayla  patrzyła,  jak 
palcami  muska  jej  sutki.  Drobne  fale  rozkoszy  przebiegały 
przez skórę.  

Ben  powoli  zsunął  stanik  z  jej  ramion  i  znów  pieścił  jej 

sutkę.  Kayla  zadrżała.  Wszystkie  zakończenia  włókien 
nerwowych zdawały się zbiegać tu, pod jego palcami. Czując 
lekki  jak  piórko  dotyk,  myślała  tylko  o  tym,  co  by  się  stało, 
gdyby ją posiadł. Zadrżała w oczekiwaniu.  

– Jesteś piękna – wyszeptał. – Ale chcę cię widzieć całą. – 

Sięgnął  do  błyskawicznego  zamka  jej  spodni  i  ściągnął  je, 
zdziwiony,  jak  łatwo  skóra  zsuwała  się  z  ud,  bioder,  łydek, 
odsłaniając  ciało  piękniejsze  teraz  niż  wówczas,  gdy 
pozostawało ukryte pod ubraniem.  

Jedwab cicho zaszeleścił, gdy ściągał jej majteczki. Dłońmi 

leniwie wodził po jej ciele. Niespiesznie podniecająco gładził 
jej  nogi,  tylko  odrobinę  bardziej  zmysłowo  niż  wcześniej 
piersi. Kayla zatracała się w swym pragnieniu. Właśnie wtedy 
jednak  przerwał,  odsunął  się  i  wstał,  nie  spuszczając  z  niej 
oczu.  

Rozebrał  się  szybko.  Kayla  nie  czuła  zakłopotania. 

Podziwiała  jego  ciało,  smukłe,  ale  zdumiewająco  mocne. 
Opadli na łóżko.  

Z wolna pochylił się nad nią, aż jego usta dotknęły jej uda, 

a potem stopniowo sunęły ku górze.  

Gdy  dotarł  do  bioder  Kayli,  zaczął  delikatnie  kąsać 

wewnętrzną stronę uda, a po chwili odnalazł źródło rozkoszy.  

–  Och,  Ben  –  zawołała  głosem,  który  wyzwolił  wszystkie 

powstrzymywane  dotychczas  uczucia.  –  Ben,  Ben  –  jęczała. 
Wbiła  mu  paznokcie  w  ramiona.  W  końcu  porwały  ją  fale 
rozkoszy,  która  przeszła  w  krzyk  pod  wpływem 
wypełniających ją całą przeżyć.  

background image

Ben wolno wodził ustami w górę do jej talii, a w końcu do 

piersi.  Pocałował  wyprężoną  różową  sutkę.  Znów  jęknęła. 
Wszystko w niej wołało o niego. Nie było już odwrotu.  

Wreszcie  uniósł  głowę,  przyciągnął  Kaylę  jeszcze  bliżej  i 

ucałował jej oczekujące usta.  

Kayla  żarliwie  oddała  pocałunek.  Językiem  wolno  i 

delikatnie badała jego usta, a ręce błądziły po plecach, wcięciu 
w  pasie,  twardych  pośladkach.  Ciała  przylegały  do  siebie. 
Przejęła  teraz  inicjatywę.  Odnalazła  własne  pragnienia  i 
wtajemniczała  go  w  nie.  Było  to  dla  niej  zupełnie  nowe 
odczucie. Pożądanie ogarnęło ją z nie znaną dotąd siłą.  

Ben  nie  był  zaskoczony  tą  żarliwością.  Od  początku 

wyczuwał  w  niej  wielką  namiętność,  oczekiwał  jej,  a  jednak 
rzeczywistość przeszła jego najśmielsze wyobrażenia.  

–  Cudowne  –  powiedział  na  głos  z  ustami  wciąż  przy  jej 

wargach. – Cudowne – szepnął jej wprost do ucha.  

Kayla pieszcząc go, upajała się jego okrzykami niekłamanej 

rozkoszy.  

Wreszcie Ben ubrał w słowa wszystkie swoje odczucia.  
– Tak bardzo cię pragnę – wyszeptał. – Niemal za bardzo, 

by to znieść. Nie mogę już czekać, Kaylo.  

Ona  również  nie  mogła  czekać.  Powiedział  mu  o  tym  jej 

uśmiech, gdy uniosła twarz do kolejnego pocałunku.  

Wypowiedział  to  w  imieniu  ich  obojga  –  cudownie  było 

zespalać  się  w  ten  sposób  i  wiedzieć,  że  należą  do  siebie. 
Chciała  mu  o  tym  powiedzieć,  lecz  nie  była  w  stanie 
wymówić tych słów, żadnych słów. Mogła tylko poddać się tej 
szalonej  namiętności,  która  prowadziła  do  oczekiwanej, 
niewyobrażalnej rozkoszy.  

Ben poruszał się teraz szybciej, a ona uniosła biodra na jego 

spotkanie, krzycząc, gdy ich ciała, jak ich pragnienia, spotkały 
się i złączyły, aż nadeszło spełnienie, które przeobraziło oboje.  

Później  Ben  tulił  ją  do  siebie,  odgarniając  jej  wilgotne 

background image

włosy  z  twarzy,  całując  oczy,  szyję,  a  wreszcie  miękko, 
delikatnie, usta.  

– Pasujemy do siebie, prawda, Kaylo? – Jego głos był pełen 

satysfakcji i dumy.  

Kayla przeciągnęła się i ułożyła wygodnie obok niego.  
– Jaką byłam idiotką – stwierdziła, gryząc go delikatnie w 

ramię – tropiąc duchy i cienie, gdy powinnam szukać krwi – 
ugryzła mocniej, nie zważając na jego jęk – i kości.  

–  Ponieważ  nie  chcę  uważać  cię  za  idiotkę,  proponuję, 

żebyśmy  zostali  w  łóżku  przez  cały  dzień,  nadrabiając 
stracony czas. – Ben pogładził ją po biodrze.  

Ale  Kayla  usiadła  i  odgarnęła  wilgotne  pasma  włosów, 

wijące się wokół jej twarzy.  

– Później – zdecydowała. – Teraz mam nieprzezwyciężoną 

chęć na trochę podniecenia...  

– Proszę bardzo – zaproponował.  
– Potęgi...  
Ben napiął muskuł. Kayla stłumiła uśmiech.  
– I siły.  
– Jestem do usług.  
Kayla  pocałowała  go  szybko,  wyskoczyła  z  łóżka  i  otuliła 

się szlafrokiem.  

–  Po  pierwsze,  ciepły  prysznic,  a  potem  –  przejażdżka  na 

twoim słynnym motocyklu! 

Ben odchylił się na łóżku i roześmiał.  
– Poważnie? 
–  Ależ  tak.  Czuję  przypływ  odwagi  i  mam  ochotę 

poeksperymentować. Oczywiście, jeśli jesteś zbyt zmęczony...  

Ben odrzucił koce.  
– To śmiałe słowa, moja pani. Gdzie jest prysznic? 
 
Kaylę zachwyciło to przelatywanie z łoskotem po wąskich 

krętych drogach, z rękami otaczającymi ciasno Bena, z udami 

background image

obejmującymi  jego  uda.  Oczekiwała  szybkości, ryku  motoru, 
ale  nie  dreszczu,  który  ją  przenikał.  Powietrze  pachniało 
wiosną.  Wszystko  poza  tą  jazdą  wydawało  się  tak  odległe! 
Chciało jej się krzyczeć z radości.  

Mknęli brzegiem rzeki, a słońce szło ich śladem, odbijając 

się od wody i muskając skały. Właśnie wtedy gdy pomyślała, 
że mogłaby tak pędzić bez końca, Ben zawołał: 

–  Jadę  do  Rockbridge.  Myślę,  że  ci  się  spodoba.  Znów 

wyjechali  na  szosę.  Wkrótce  dotarli  do  miejsca  równie 
malowniczego jak poprzednie.  

Poprzez  drzewa  ujrzała  spienione  morze,  na  którym 

nieliczne  żaglówki  zmagały  się  z  wiatrem,  kołysząc  się  na 
grzywiastych  falach.  Mewy  igrały  nad  wodą.  Kayla  wciąż 
była w wyśmienitym humorze.  

W parę chwil później Ben zwolnił i dołączył do strumienia 

samochodów  jadących  w  kierunku  Rockbridge.  Na  miejscu 
zajechał na parking i wyłączył silnik.  

Nagła cisza zaskoczyła Kaylę.  
–  Wciąż  mam  wrażenie,  że  nie  usłyszysz  mnie,  jeśli  nie 

będę krzyczeć – powiedziała.  

– Wiem – przytaknął Ben. – Czy hałas cię zmęczył? 
– Bałam się, że tak będzie – przyznała. – Ale on tak jakby 

zrasta się z jazdą.  

–  To  szczera  prawda.  –  Ben  roześmiał  się  i  poklepał 

motocykl.  –  Z  cicho  mruczącym  silnikiem  wydawałby  się 
beznadziejnie zniewieściały. – Spojrzał na Kaylę i odgarnął jej 
włosy z twarzy. – A więc podobała ci się przejażdżka? 

– Szalenie.  
– Spodoba ci się też mój następny pomysł.  
– Och, wszystkie twoje dzisiejsze pomysły mi się podobają 

– odparła z figlarnym uśmiechem.  

Uściskał ją.  
– Więc spróbuj tego – bułeczki z homarem.  

background image

– Co? – Kayla nie mogła uwierzyć, że Ben jest głodny.  
–  W  Rockbridge  można  dostać  najlepsze  owoce  morza  na 

całym wybrzeżu, a homar to ich specjalność.  

– Nie mogłabym przełknąć ani kęsa.  
–  Ja  jestem  głodny jak  wilk,  więc  przynajmniej dotrzymaj 

mi towarzystwa.  

Gdy  dotarli  do  małej  restauracji  i  Ben  złożył  zamówienie, 

Kayla doszła do wniosku, że jednak się skusi.  

–  Wiedziałem  –  roześmiał  się  i  podzielił  się  z  nią  swoją 

porcją – ale potem pójdziemy na długi spacer.  

– Zgoda – odparła i ugryzła duży kawałek homara.  
W drodze do doków zatrzymała się nagle.  
– Patrz, Ben. Księgarnia.  
Popatrzył  na  okno  wystawowe,  wypełnione  książkami  o 

siłach nadprzyrodzonych, czarownicach i reinkarnacji.  

– Chodź – nalegała. – Wejdźmy.  
–  Nie.  –  Nie  miał  ochoty  na  zgłębianie  sił 

nadprzyrodzonych.  Zwłaszcza  dziś,  gdy  wszystko  tak  dobrze 
się układało.  

– Dlaczego nie? – Kayla potrafiła być uparta. – Wciąż mnie 

to  interesuje,  nawet  jeśli  moja  czarownica  jest  tworem 
wyobraźni.  –  Nieznaczny  ruch  brody  przypominał  o  jej 
uporze. Świadczył, że wciąż nie miała pewności co do swojej 
czarownicy.  Dziś,  bardziej  niż  kiedykolwiek,  Ben  chciał 
uniknąć tego tematu.  

Ale gdy zaczęła wchodzić na schodki wiodące do księgarni, 

złapał ją za rękę.  

–  Nie  musisz  tam  wchodzić,  Kaylo.  Kupiłem  ci  książki  w 

Bostonie.  

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.  
– Kupiłeś dla mnie książki? 
Przytaknął, trochę zły na siebie i, jak przyznał, bardziej niż 

trochę zażenowany.  

background image

–  Chciałaś  je  mieć,  a  ja  nie  popieram  cenzury  w  żadnej 

postaci.  Nigdy  nie  popierałem  –  dodał  z  dumą  –  nawet  gdy 
chodzi  o  lekko  absurdalne  obsesje  pewnej  całkiem  dorosłej 
kobiety.  

– Cóż, nie jestem pewna, czy to absurd czy obsesja. Ale nie 

będę się spierać, skoro masz te książki.  

– Mam je naprawdę. To przynęta na ciebie, abyś wróciła ze 

mną do domu.  

– Obiecuję – powiedziała, wdzięczna za jego troskliwość. – 

Wiesz,  Benie  Montgomery,  czasem  mnie  zaskakujesz.  – 
Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.  

Ben otoczył ją ramieniem i tak przytuleni weszli na molo. 

Stali tam ramię w ramię, aż zaczęło się zmierzchać.  

Ben pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta.  
–  Nie  wiem,  co  w  tobie  jest,  Kaylo  Hartwell,  ale  mam 

niepohamowaną chęć całowania cię w miejscach publicznych.  

Rozejrzała się. Na nabrzeżu było tylko kilkoro maruderów.  
–  Może  moglibyśmy  poczekać,  aż  wszyscy  się  wyniosą  – 

zaproponowała,  unosząc  twarz  do  kolejnego  pocałunku.  –  A 
może nie...  

Tym  razem  pocałunek  odebrał  jej  dech  w  piersi.  Czuła 

smak morza na wargach Bena i zapach słonego powietrza na 
jego skórze.  

– A jednak szkoda, że nie jesteśmy sami – zauważył.  
–  Istotnie  –  zgodziła  się,  opierając  mu  głowę  na  piersi, 

gdzie  mocno  biło  jego  serce.  Spojrzawszy  w  górę  zmrużyła 
oczy  na  widok  zachodzącego  słońca,  które  tańczyło 
gorejącymi  refleksami  na  jego  ciemnych  włosach.  Jej  ciało 
zadrżało  na  wspomnienie  dzisiejszego  ranka.  Ogarnęło  ją 
pożądanie, które domagało się zaspokojenia.  

–  Wracajmy  do  domu,  Ben.  Chcę  być  tylko  z  tobą.  Bez 

słowa wziął ją za rękę.  

Byli w połowie drogi do New Sussex, gdy Kayla usłyszała 

background image

pierwszy  grzmot  i  zobaczyła,  jak  strzępiasta  błyskawica 
przecięła niebo. W powietrzu wisiała burza.  

Ben włączył reflektor. Samotny snop światła prowadził ich 

wzdłuż  krętej  drogi  miedzy  majaczącymi  po  obu  stronach 
wysokimi drzewami. Słychać było tylko ryk silnika, ale nawet 
on  wydawał  się  przytłumiony.  Niczym  widmo  zbliżył  się 
samochód,  minął  ich  i  zniknął.  Gdy  zapadła  ciemność,  znów 
byli sami. Przez tę chwilę byli jedynymi ludźmi na świecie.  

Kaylę przenikało ciepło bijące od ciała Bena i nadal czuła 

się bezpieczna, nawet gdy dopadła ich burza. Zamknęła oczy i 
poddała się nastrojowi chwili.  

I  wtedy,  w  ułamku  sekundy  nie  dłuższym  niż  czas,  w 

którym  kolejna  błyskawica  przecięła  niebo,  zrozumiała, 
dlaczego  Ben  kocha  swą  ucieczkę  od  realnego  świata. 
Motocykl  dawał  mu  poczucie  przygody,  a  czasem  nawet 
posmak szaleńczego niebezpieczeństwa. Był jego wolnością.  

Gdy dojeżdżali do New Sussex, niebo otwarło się i lunął na 

nich wiosenny deszcz. Był ciepły, gwałtowny, pachniał ziemią 
i morzem.  

Struga deszczu chlusnęła za zapięcie kurtki Kayli. Jej ręce 

uczepione  Bena  były  śliskie,  a  woda  bryzgała  na  spodnie  i 
buty.  Nie  przeszkadzało  jej  to.  Przeciwnie,  zachwycało. 
Odrzuciła w tył głowę i roześmiała się.  

Ben  uniósł  maskę  kasku  do  góry,  żeby  widzieć  drogę. 

Kayla  pomyślała  o  podniesieniu  swojej  i  pocałowaniu  go. 
Groziło  to  jednak  wypadkiem.  Oparła  się  więc  pokusie.  Ale 
nie  mogła  powstrzymać  śmiechu.  Ogarnął  ją  znowu,  gdy 
pomyślała,  że  zaledwie  parę  dni  temu  była  jak  najdalsza  od 
myśli o szalonej jeździe motocyklem z własnym prawnikiem. 
W końcu był to ten sam mężczyzna, którego wyobraziła sobie 
jako  chudego  i  przygarbionego  starszego  pana,  popijającego 
herbatę w gabinecie.  

Gdy  Ben  wziął  ostry  zakręt  na  podjazd  przed  swoim 

background image

domem  i  wjechał  do  garażu,  znów  powróciła  do 
rzeczywistości.  Ben  chwycił  ją  za  rękę  i  pobiegli  do  ciepłej 
kuchni.  

Zdjęli kaski i buty, ściągnęli mokre kurtki. Krople deszczu 

lśniły na czole Bena i połyskiwały w jego włosach.  

– Przykro mi... – zaczął.  
– Nie ma powodu. – Kayla zaczęła się śmiać i przegarnęła 

palcami swoje wilgotne włosy. – Chyba mi się kręci w głowie. 
Ale  jazda  była  wspaniała,  fantastyczna.  Poczułam  się  tak 
wolna,  odważna  i  szalona...  –  Spojrzała  na  niego,  unosząc 
głowę.  

Jej  blond  włosy  ściemniały  od  deszczu  i  zwisały 

wilgotnymi pasmami wokół twarzy. Przód czerwonego swetra 
miała przemoczony, a mimo to była pełna kobiecego wdzięku, 
krucha i bardzo pociągająca.  

– To będzie bardzo prywatny pocałunek – powiedział Ben. 

Pochylił  się  ku  niej,  ujmując  jej  twarz  w  dłonie  i  dotknął  jej 
ust  najpierw  delikatnie,  a  potem  z  całej  mocy.  Czuła  jego 
pożądanie, gdy wyszeptał przy jej wargach: 

–  Tak  bardzo  cię  pragnę.  Bardziej  niż  dzisiejszego  ranka, 

jeśli to w ogóle możliwe.  

– Ja też cię pragnę, Ben – powiedziała. Całowała jego twarz 

i  szyję,  podczas  gdy  ręce  walczyły z  guzikami koszuli  Bena. 
Jesteś mokry – wyszeptała tuż przy jego piersi.  

–  Ty  też  –  odparł.  –  Przeziębimy  się,  jeśli  nie  ściągniemy 

ubrań.  

Z  prowokacyjnym  uśmiechem  zdjęła  czerwony  sweter  i 

stała  przed  nim  tak  jak  dzisiejszego  ranka.  Czuła,  jak  pod 
głodnym  spojrzeniem  mężczyzny  jej  skóra  napręża  się  w 
oczekiwaniu pieszczot.  

Odczytując pożądanie na jej twarzy, Ben chwycił ją na ręce 

i  ruszył  ku  schodom.  Jej  usta  były  znów  na  jego  wargach, 
gorące  i  spragnione.  Aby  odpowiedzieć  na  pocałunek, 

background image

zatrzymał się u stóp schodów i postawił ją.  

Pod  cieniutką  koronką  biustonosza  ujrzał  naprężone  i 

twarde  sutki.  Pochylił  głowę  i  przypadł  do  jednej  z  nich 
ustami.  Kayla  zatraciła  się  w  jego  ramionach,  poddając  się 
pocałunkom.  Była  oszołomiona.  Nogi  uginały  się  pod  nią  i 
tylko mocne ręce Bena podtrzymywały ją, gdy błądził ustami 
po jej wrażliwej skórze.  

– Nigdy nie dojdę na górę – szepnął, wtórując myślom w jej 

wirującej głowie. Wolno położył ją, ściągnął koszulę i wcisnął 
za  plecy  Kayli,  aby  osłonić  ją  od  twardych  schodów. 
Widziała,  jak  pulsuje  mu  żyła  na  skroni,  gdy  pochylił  się, 
usiłując  uwolnić  ją  z  oblepiających  ciało  spodni.  Słyszała 
gwałtowne bicie jego serca.  

Waliło  jak  młotem,  a  krew  wrzała  mu  w  żyłach.  Ukląkł  i 

pocałował  najpierw  jej  kolano,  a  potem  jedwabistą  skórę  na 
udzie. Wreszcie dotarł do źródła rozkoszy, a ona wplotła palce 
w jego włosy, wijąc się spazmatycznie i łapiąc powietrze.  

Przestało  dla  niej  istnieć  wszystko  poza  dotykiem  Bena. 

Uwolnił tkwiące w niej szaleństwo.  

Wiedział, że jest gotowa, podobnie jak on. Rozpiął dżinsy, 

ale  daremnie  usiłował  je  ściągnąć.  Kayla  powstrzymała  go. 
Wciąż  klęcząc  z  rękami  na  schodku  za  nią,  Ben  patrzył  z 
bijącym sercem, jak uniosła biodra na spotkanie z jego ciałem. 
Czuł, jak oddech więźnie mu w gardle.  

– Och, Kaylo – wykrztusił wreszcie. – Kaylo.  
Po  chwili,  prowadzony  tylko  jej  kochającymi  rękami, 

wszedł w oczekującą miękkość. Jego dżinsy ocierały się o nią, 
ale przyciągnęła go jeszcze bardziej.  

Poruszali  się  razem  gwałtownie,  szaleńczo.  Ich  ciepłe  i 

wilgotne  ciała  prężyły  się,  serca  waliły  jak  młotem.  Kayla 
objęła  Bena  nogami,  jakby  chciała  wciągnąć  go  jeszcze 
głębiej.  Wahał  się,  próbując  chronić  ją  przed  intensywnością 
własnego pożądania, ale wygięła się zapraszająco w łuk.  

background image

Kochali  się  zupełnie  inaczej  niż  rano,  namiętnie,  niemal 

brutalnie, lecz doznali równie doskonałego zaspokojenia.  

Potem Kayla przytuliła się do Bena. Ukryła głowę na jego 

ramieniu.  

–  Skoro  mowa  o  podniecającym  i  szaleńczym...  – 

Pocałowała  go  w  ramię.  –  Jesteś  najbardziej  zmysłowym 
mężczyzną, jakiego znałam, Benie Montgomery.  

– A ty najbardziej niezwykłą kobietą. – Opadł obok niej i z 

zakłopotanym uśmiechem zaczął zapinać spodnie.  

–  Dlaczego  ich  nie  zdejmiesz?  –  spytała  prowokująco.  – 

Moja  szaleńcza  faza  właśnie  się  zaczyna.  –  Z  tymi  słowy 
wstała i weszła na górę, ukazując Benowi sprężyste pośladki, 
mocne,  kształtne  nogi  i  szczupłe  kostki.  Idąc  odpięła 
biustonosz i rzuciła go na schody.  

Ben  szybko  ściągnął  dżinsy  i  podążył  za  nią.  Gdy  wszedł 

do pokoju, leżała już otulona pościelą.  

–  Chodź  –  zaprosiła.  –  W  końcu  to  twoje  łóżko.  Wśliznął 

się pod kołdrę i przyciągnął ją do siebie.  

Była uległa, giętka i ciepła w jego ramionach.  
–  Uwielbiam  cię  dotykać,  Kaylo  –  powiedział, gładząc  jej 

plecy, wcięcie w talii, krągłe pośladki.  

–  Ja  też  –  pocałowała  go  w  ramię  i  smakowała  językiem 

słoną skórę. – A wiesz, co mi się najbardziej podobało? 

Ben spojrzał na nią żartobliwie.  
– Mam nadzieję, że to prośba o więcej.  
– Mhm – zamruczała jak kotka. – Ale nie teraz.  
– Cóż to – krytyka mojej techniki miłosnej? 
– Och, nie – zawołała. – Jak mogłabym krytykować coś tak 

doskonałego? 

Ben  próbował  się  skromnie  uśmiechnąć,  lecz  mu  się  nie 

udało.  

– A więc co? 
– Naprawdę podobało mi się, że przez cały dzień ani razu 

background image

się nie pokłóciliśmy – odparła.  

– Proszę, jaki ze mnie wyrozumiały facet. Kayla przerzuciła 

przez niego nogę.  

– Gdy stawiasz na swoim – przypomniała mu.  
– Co rzadko zdarza się przy tobie – zażartował.  
–  Z  wyjątkiem  dzisiejszego  dnia  i  za  to  jestem  ci 

wyjątkowo wdzięczny.  

– Ja także.  
– Widzisz, że możemy się ze sobą zgodzić bardzo, bardzo 

dobrze. – Znów ją delikatnie pocałował.  

– Tak, możemy, zwłaszcza kiedy nie jesteś taki arbitralny.  
– Arbitralny? Ja? Daj spokój, Kaylo.  
–  Nie  zaprzeczaj,  Ben.  To  prawda,  ale  to  chyba  po  prostu 

silniejsze od ciebie – stwierdziła ze smutkiem.  

– Mówisz to tak, jakbym był chory. Kayla roześmiała się.  
–  „Arbitraloza”.  –  Uniosła  się  na  łokciu  i  spojrzała  na 

niego. – Ale wiesz co? – powiedziała uroczyście.  

– Nie dbam o to. – Dotknęła jego twarzy, a potem pochyliła 

się i pocałowała go.  

Nie  był  to  delikatny  pocałunek,  jak  zamierzała.  On  o  to 

zadbał, a Kayla nie pozostała obojętna.  

– Och, Ben – wyszeptała – czy znów możemy się kochać? 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Koło  północy  zwlekli  się  z  łóżka  i  poszli  do  kuchni.  Ben 

usmażył  jajka  na  bekonie.  Kayla  zjadła  wszystko, 
oświadczając  między  kolejnymi  kęsami,  że  to  znacznie 
zdrowsze niż naleśniki.  

– Nie jestem taki pewny – zaprotestował Ben, wyskrobując 

talerz. – Mnóstwo w tym cholesterolu.  

– Mhm – mruknęła wymijająco Kayla.  
–  Pomyśl  tylko  –  przypomniał  –  naleśniki,  bułeczka  z 

homarem, a teraz jajka na bekonie. Nie można powiedzieć, że 
to zdrowe jedzenie.  

– A stek, który przygotowałeś pierwszego wieczora? 
– Znów cholesterol.  
– W każdym razie wypełnia żołądek.  
– Wszystko, co jedliśmy, wypełnia żołądek, Kaylo. Zupa ze 

skorupiaków  i  ta  smażona  ryba,  którą  jadłaś  na  postoju 
ciężarówek.  

–  I  to  mówi  facet,  który  zmiótł  największy  na  świecie 

kawałek ciasta z jabłkami.  

–  Możemy  się  chyba  przyznać,  że  nie  należymy  do 

miłośników  zdrowej  żywności  –  powiedział  Ben.  –  Choć 
moglibyśmy kiedyś spróbować.  

– Po co się męczyć? – spytała Kayla ze śmiechem. – Potem 

i tak bylibyśmy głodni.  

Uprzątnęli  naczynia.  Ben  spostrzegł  ze  zdziwieniem,  że 

Kayla zbiera się do wyjścia.  

–  O  tej  godzinie?  To  szaleństwo  –  zauważył.  –  Twoje 

miejsce jest przy mnie.  

–  Ależ  nie  –  zaprzeczyła.  –  Moje  miejsce  jest  w  moim 

domu.  Poza  tym  chcę  tam  być.  Chcę  stawić  czoło  temu 
wszystkiemu.  

– Nie w środku nocy – sprzeciwił się.  

background image

–  Ben,  jest  dopiero  za  kwadrans  pierwsza.  Późno,  ale  nie 

środek  nocy.  Lepiej,  żebym  wyszła  teraz,  bo  sąsiedzi  będą 
plotkować.  

– Nie obchodzi mnie to.  
– Ani mnie – przyznała. – Ale nie mogę przyzwyczajać się 

do zostawania u ciebie. Mam teraz własny dom, zapomniałeś? 

Ben  przejechał  ręką  po  potarganych  włosach.  Gdy  wstali, 

włożył dżinsy, ale wciąż był boso.  

– Poczekaj, aż nałożę buty – powiedział – i odwiozę cię do 

domu. Nie chcę, żebyś weszła tam sama.  

– Doceniam to – przyznała Kayla.  
Za chwilę wrócił z butami i torbą na zakupy.  
–  To  dla  ciebie.  Książki,  z  Bostonu.  Choć  nie  jestem 

przekonany,  czy  powinienem  popierać  te  bzdury  Kayla 
postanowiła  nie  zwracać  uwagi  na  lekceważenie,  które 
wyczuła w jego głosie.  

–  Gdybyś  nie  kupił  mi  książek,  zdobyłabym  je  w  inny 

sposób. – Otworzyła torbę i wyłożyła je na stół. – Są świetne – 
powiedziała po chwili. – Dokładnie o to mi chodziło.  

–  Tak,  tu  znajdziesz  wszystko,  co  chciałaś  wiedzieć  o 

czarownicach.  –  Wstał,  wyjął  jej  z  rąk  książkę,  którą 
wydawała  się  najbardziej  zainteresowana,  i  objął  Kaylę 
ramionami. – Nie mówmy o czarownicach. Mówmy o nas.  

–  W  porządku  –  roześmiała  się  Kayla.  –  Nie  sprzeciwiam 

się, gdy przychodzi do uścisków.  

– Spędziliśmy miły dzień – przypomniał.  
– Więcej niż miły – przyznała, tuląc się do niego.  
– A teraz czas do łóżka.  
– Tak.  
– U ciebie czy u mnie? 
Kayla nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.  
– Ty u siebie, ja u siebie.  
–  Jesteś  pewna?  –  Zanim  odpowiedziała,  pocałował  ją 

background image

wolno i namiętnie.  

– Cóż – westchnęła – teraz nie jestem już taka pewna. Ale 

wciąż uważam, że tak będzie najlepiej, Ben. Jutro mam ciężki 
dzień.  

– Ja też – przyznał z żalem. – Nie znoszę poniedziałków.  
– Będą inne weekendy. Dużo wspólnych weekendów.  
–  Nie  pozwolę  ci  zapomnieć  o  tej  obietnicy  –  powiedział 

Ben.  

 
Tej nocy Kayla zaczęła czytać pierwszą książkę, ale minęły 

dwa  dni,  zanim  mogła  znów  do  niej  sięgnąć.  Były  to  dwa 
bardzo  czynne  dni,  spędzone  na  decydowaniu,  jakie  meble  z 
domu  sprzedać,  na  przenoszeniu  ich  ze  strychu  i  salonu  do 
sklepu,  przygotowywaniu  do  sprzedaży,  a  wreszcie  obsłudze 
klientów.  

Drugiego dnia, gdy Lii poszła do domu, Kayla skorzystała z 

chwili  spokoju.  Usiadła  w  starym  fotelu  i  otworzyła  jedną  z 
książek o czarownicach.  

Mimo  intrygującego  tematu  nie  mogła  się  skoncentrować. 

Może  była  zbyt  zmęczona.  A  może  jej  myśli  błądziły  gdzie 
indziej.  

Tak było rzeczywiście. Od niedzieli wiele myślała o Benie. 

Wpadł  dwa  razy  do  sklepu  i  dzwonił,  gdy  tylko  miał  wolną 
chwilę. Kayla zauważyła, że czeka na te telefony. Cały wolny 
czas wypełniało jej wspominanie wspólnie spędzonych godzin 
i  intymnych  przeżyć.  Ben  był  namiętnym  mężczyzną,  który 
odkrył w niej, ku jej zaskoczeniu, podobny temperament.  

Ale  ta  namiętność  zastąpiła  przyjaźń.  Co  się  stało, 

pomyślała  posępnie,  z  postanowieniem  o  utrzymywaniu  z 
Benem  wyłącznie  przyjacielskich  kontaktów?  Westchnęła. 
Powzięła je, zanim się pierwszy raz kochali. Uśmiechnęła się. 
Która kobieta nie uległaby urokowi odzianego w czarną skórę 
Bena Montgomery’ego? 

background image

Zaprzeczanie  nie  miało  sensu.  Wciąż  doskonale  pamiętała 

szaloną  jazdę  podczas  burzy,  namiętne  pieszczoty,  chwile 
nieopisanej rozkoszy. Nie, Kayla, zwolnij. Wszystko dzieje się 
zbyt szybko.  

Ben stał się jej obsesją, myślała o nim ciągle, pragnęła go, 

wciąż  na  nowo  przeżywała  ich  zbliżenie.  Była  bliska 
zakochania  się  w  nim,  a  wiedziała,  co  dzieje  się  z  miłością, 
która  wybucha  gwałtownie,  nieokiełznanie.  Równie  szybko 
się wypala, zwłaszcza gdy związek jest tak burzliwy jak ich.  

Nie  chciała,  żeby  tak  się  stało. Ona  i  Ben  mieli  szansę  na 

coś więcej, jeśli jej nie zmarnują i postarają się dobrze siebie 
poznać i zrozumieć. Znów westchnęła.  

Zaprosiła 

go  tego  wieczoru  na  kolację.  Muszą 

porozmawiać.  Ale  najpierw  kolacja,  a  ona  obiecała  coś 
ugotować. To będzie dla niej nowe doświadczenie. Zamierzała 
przyrządzić  coś  zdrowego.  Przypuszczała,  że  Ben  doceni  tę 
zmianę. Żadnych smażonych ryb i naleśników.  

A  więc  co?  Będzie  musiała  o  tym  pomyśleć,  może  trochę 

poeksperymentować  w  kuchni.  Jeszcze  nie  nadeszła  pora 
zamknięcia sklepu, a na podjazd wjechał właśnie samochód z 
rejestracją Ohio, z którego wysiadła para w średnim wieku.  

– Witam w „Otwierających się Drzwiach” – zawołała, gdy 

wchodzili na schody.  

–  Jak  dobrze  być  tu  znowu  –  odparła  kobieta,  która 

przedstawiła  się  jako  Ada.  –  Jesteśmy  od  dawna  klientami 
Elinor. Przejeżdżamy tędy kilka razy w roku. Będzie nam jej 
brakować.  –  Zapadła  chwila  ciszy.  –  Ale  cieszymy  się,  że 
sklep znów funkcjonuje. Po prostu uwielbiam kupować.  

–  A  ja  sprzedawać  –  odparła  Kayla,  nie  będąc  całkiem 

pewna, czy to prawda.  

Oglądając  zawartość  sklepu,  Ada  wydawała  okrzyki 

zachwytu, ale niczego nie kupiła. Kayla czuła, że coś jest nie 
w porządku i Ada w końcu wyjaśniła, o co chodzi.  

background image

– Elinor miała o wiele więcej... o wiele więcej rzeczy. Co 

się stało? Czy jakiś magnat naftowy wszystko wykupił? 

Kayla  poczuła  ucisk  w  żołądku.  Jeśli  tacy  ludzie  byli 

poważnymi klientami, to znaczy, że wpakowała się w kabałę. 
Możliwe, że popełniła błąd, organizując wyprzedaż, bo klienci 
szukają rupieci.  

–  Postanowiłam  wszystko  uporządkować  –  wyjaśniła  –  i 

zorganizowałam wielką wyprzedaż.  

– Niemożliwe? Kiedy? 
– W ubiegłym tygodniu.  
– Słyszysz, Charlie? A my byliśmy w Maryland.  
Ośmielona  Kayla  podtrzymywała  rozmowę,  pokazując 

Adzie nowe nabytki i ręcznie spisane historie.  

–  Świetny  pomysł  –  stwierdziła  Ada.  –  Ale  brak  mi  tych 

drobiazgów,  które  znajdowałam  po  kątach,  zakurzonych  i 
brudnych.  

Wtedy  Kayla  przypomniała  sobie  o  przyniesionych  ze 

strychu akcesoriach kuchennych, które miała oczyścić.  

–  W  magazynie  mam  trochę  wyposażenia  kuchennego  z 

przełomu wieków.  

– To brzmi interesująco – zawołała Ada i udała się z Kaylą 

na tyły domu.  

Gdy  Ada  oglądała  z  zainteresowaniem  rozmaite  sprzęty, 

Kayla  zdała  sobie  sprawę,  że  ta  kobieta  po  prostu  jest 
zachwycona, kiedy sądzi, że sama coś odkryła.  

– To już lepiej – mówiła Ada. – Gdyby jeszcze były jakieś 

historie...  

–  Szczerze  mówiąc,  jest  jedna  –  powiedziała  Kayla,  w 

myśli  dziękując  Lii  za  wspomnienia  z  jej  wizyt  w  kuchni 
panny  Hartwell.  –  Ten  pojemnik  na  ciasto  należał  do  matki 
Elinor, a mojej prababki. – Wskazała na drewnianą skrzynkę z 
zardzewiałymi  metalowymi  drzwiczkami.  –  Pewnego  lata 
ciasto  i  ciastka  zaczęły  znikać.  Matka  Elinor  podejrzewała 

background image

dzieci,  ale  okazało  się,  że  to  sprawka  oswojonego  szopa. 
Nauczył  się  podnosić  uchwyt  i  uciekać  z  porcją  ulubionych 
ciasteczek.  

Ada  była  zachwycona.  Kayla  podała  umiarkowaną  cenę  i 

natychmiast  sprzedała  pojemnik.  Obiecała  nawet  spisać 
historię i przesłać ją później.  

– Nie ma pośpiechu – zapewniła Ada.  
Gdy  Kayla  pożegnała  klientów,  uświadomiła  sobie,  że  dla 

dobra  sprawy  musi  zostawić  parę  zakurzonych  rzeczy 
upchniętych po kątach, aby umożliwić ich „odkrycie”.  

Zanim  samochód  zniknął  za  rogiem,  podjechał  następny. 

Kayla  z  ulgą  powitała  Terrie  Fiore.  Chwilowo  miała  dość 
klientów.  

– Czy spóźniłam się? – zawołała Terrie.  
– Tylko jeśli chcesz coś kupić. Na kieliszek wina przybyłaś 

w samą porę.  

– To właśnie miałam nadzieję usłyszeć – oznajmiła Terrie. 

– Mam ochotę na plotki.  

–  To  świetne  miejsce  na  coś  takiego  –  odparła  Kayla. 

Odwróciła napis na drzwiach i powiedziała: 

–  Wreszcie  zamknięte.  A  teraz  chodź  ze  mną  do 

prywatnego  skrzydła,  które  składa  się  wyłącznie  z  kuchni,  – 
Moje ulubione miejsce w każdym domu – oświadczyła Terrie, 
idąc obok Kayli.  

– Och, pewnie chciałaś obejrzeć sklep? 
–  Niekoniecznie  –  odparła  Terrie.  –  Nie  wiem  nic  o 

antykach, poza tym, że są stare. Czekały długo, mogą jeszcze 
zaczekać. Zobaczę sklep kiedy indziej.  

Kayla roześmiała się.  
– To mi się podoba. Ja też mam dosyć sklepu na dziś.  
– Ale to był dobry dzień? 
– Dobre dwa dni. Jak tak dalej pójdzie, będę potrzebowała 

księgowego,  Lii  radzi  mi  zatrudnić  osobę  o  takich 

background image

kwalifikacjach. – Wyciągnęła z kieszeni ostatnie czeki.  

–  Sukces  –  zauważyła  Terrie.  –  Wypijmy  za  to.  –  Trąciły 

się  kieliszkami,  a  potem  Terrie  zawołała:  –  Och,  byłabym 
zapomniała. Mam ci powiedzieć, że Ben spóźni się na kolację.  

– To dobrze.  
Terrie popatrzyła na Kaylę ze zdziwieniem.  
–  Będę  miała  więcej  czasu  na  zastanowienie  się,  co 

przygotować.  

– Zapewniam cię, że nie musisz się spieszyć. Ben zajmuje 

się jednym z naszych najbardziej gadatliwych klientów, który 
właśnie po raz kolejny zmienia swój testament.  

– Ciężkie życie – zażartowała Kayla.  
– Nie dla mnie. Ja mówię: do widzenia i znikam. A więc co 

gotujesz? – zmieniła nagle temat Terrie.  

– Chciałam ugotować coś zdrowego.  
– To byłaby miła odmiana dla Bena.  
–  Dla  mnie  też  –  przyznała  Kayla.  –  Myślałam  o 

warzywach duszonych na sposób chiński.  

– Dobry pomysł.  
–  Szczerze  mówiąc,  nie  jestem  najlepszą  kucharką  na 

świecie, ale tego nawet dziecko nie może zepsuć.  

– Czy masz chiński garnek? 
Kayla wyjęła z szafki duży, wysłużony garnek.  
–  Pokroić  warzywa,  dodać  oleju  arachidowego,  sosu 

sojowego i gotowe – wyrecytowała.  

–  A  może  trochę  mięsa?  –  podsunęła  Terrie.  Kayla 

potrząsnęła głową.  

– Próbuję wyeliminować cholesterol.  
– Kurczak? 
– Masz rację – zgodziła się Kayla. – Wkroję trochę białego 

mięsa.  

Zmieniając znów temat, Terrie spytała: 
– A wiec w niedzielę odbyłaś przejażdżkę motocyklem? 

background image

Kayla roześmiała się.  
– Wiadomości szybko rozchodzą się w New Sussex.  
– Czy jesteś zaskoczona? 
– Ależ nie. Dobrze się bawiliśmy, choć złapał nas deszcz.  
–  Gdy  Ben  pozwala  sobie  na  luz,  potrafi  być  zabawny  – 

powiedziała Terrie.  

Kayla uśmiechnęła się do siebie.  
– Tak, potrafi.  
– On cię naprawdę lubi.  
– Ja go też.  
Terrie zdawała się czekać, że Kayla rozwinie ten wątek.  
– Tb wszystko, co zamierzam powiedzieć – uśmiechnęła się 

szeroko do Terrie. – Ben i ja jesteśmy po prostu przyjaciółmi.  

Terrie roześmiała się.  
– Zrozumiałam. Ale ja naprawdę nie wścibiam nosa w nie 

swoje sprawy. Po prostu bardzo lubię Bena. To nasz najlepszy 
przyjaciel i świetny facet.  

– Wiem. – Teraz Kayla miała okazję porozmawiać o Benie, 

lecz  powstrzymała  się.  Za  wcześnie  na  ujawnianie  uczuć. 
Zamiast  tego  postanowiła  pokazać  Terrie  książki  o 
czarownicach.  

–  W  tej  natknęłam  się  na  coś  bardzo  interesującego  – 

powiedziała, podając Terrie książkę.  

– Jak to? 
– Znalazłam coś o tym wyrażeniu, które mnie zaciekawiło. 

Pierwszy rozdział opisuje „otwierające się drzwi”. To wejście 
do świata mistycyzmu i czarów.  

–  Poważnie?  –  zdziwiła  się  Terrie,  najwyraźniej 

zaintrygowana.  –  Czy  dowiedziałaś  się  czegoś  więcej  o 
Katherine? 

Kayla  skinęła  głową.  W  ułamku  sekundy  zdecydowała  się 

nie  wspominać  o  zjawie,  choć  był  to  temat,  który 
zainteresowałby Terrie. Ale Kayla wciąż próbowała przekonać 

background image

samą siebie, że Ben miał rację, mówiąc, iż zjawa jest tworem 
jej wyobraźni.  

– Cóż więc nowego na temat tajemniczej antenatki? 
– ponaglała Terrie.  
–  Zdaje  się,  że  Katherine  Hartwell  została  powieszona  za 

„przestawanie z czarownicami”.  

– „Przestawanie z czarownicami”? Jaki dziwny zwrot.  
–  Odkryłam,  że  Katherine  organizowała  coś  w  rodzaju 

podziemnego  szlaku  dla  czarownic  i  przemycała  oskarżone 
kobiety  poza  obręb  miasta.  Została  ujęta,  skazana  i 
powieszona.  

–  Jak  sądzisz,  czy  ktoś  ją  wydał,  czy  też  złapano  ją  na 

gorącym uczynku? 

–  Nie  wiem,  ale  miejscowa  społeczność  najpewniej  była 

wzburzona  jej  zachowaniem.  Jak  się  wydaje,  nie  należała  do 
osób, które podporządkowują się komukolwiek.  

– Wspaniałe – powiedziała Terrie ze śmiechem.  
– Bratnia dusza. Podoba mi się.  
– Bardzo nowoczesna kobieta – dodała Kayla.  
–  Prawdopodobnie  to  ją  zgubiło  –  zamyśliła  się  Terrie.  – 

Sprawia również wrażenie silnej. Chciałabym o niej wiedzieć 
więcej.  

–  Postanowiłam  wszystko  dokładnie  zbadać.  Te  książki 

tylko o niej napomykają. Gdy znajdę wolną chwilę, zajrzę do 
miejscowej biblioteki.  

– Nie jest, niestety, największa – poinformowała ją Terrie. 

–  Będziesz  miała  większe  szanse  w  Salem,  gdzie 
dokumentacja jest pełniejsza. Tam możesz uzupełnić to, co już 
masz.  To  wspaniała  historia,  młoda  kobieta  odważnie  i 
samotnie  przeciwstawiająca  się  ówczesnemu  prawu  i 
konwenansom.  –  Uśmiechnęła  się  szeroko.  –  Czy  ona  kogoś 
nie przypomina? 

Kayla roześmiała się.  

background image

–  Ciekawa  jestem,  czy  w  jej  życiu  nie  było  wysokiego, 

przystojnego mężczyzny? 

– Tylko bez porównań, Terrie.  
–  Cóż,  między  tobą  a  Katherine  jest  fizyczne 

podobieństwo...  

–  To  prawda,  ale  na  tym  podobieństwa  się  kończą. 

Zamierzam jednak posłuchać twojej rady i pojechać do Salem. 
Gdy  zwiedzałam  muzeum  i  Dom  Siedmiu  Szczytów,  nie 
miałam pojęcia, jak blisko jestem związana z tą historią.  

– Teraz będziesz miała inny punkt widzenia – powiedziała 

Terrie.  

– Moja ciekawość niewątpliwie została rozbudzona. Muszę 

się dowiedzieć wszystkiego o Katherine – postanowiła Kayla.  

Terrie spojrzała na zegarek.  
– Skoro mowa o apetycie, dziś ja gotuję i mam wrażenie, że 

kolejka już się ustawia. – Szybko dokończyła wino i wstała.  

– Proszę, wpadnij wkrótce – zapraszała Kayla.  
–  Nie  zachęcaj  mnie,  bo  będziesz  miała  we  mnie 

codziennego gościa.  

–  Jeśli  moje  duszone  warzywa  okażą  się  smaczne,  to 

odważę się zaprosić na nie ciebie i Andy’ego.  

– Bardzo chętnie – odparła Terrie. – Jemy wszystko.  
– Szczęśliwie Ben tak samo.  
 
Kayla miała rację. Ben spałaszował kolację w rekordowym 

tempie.  

–  Doskonałe  warzywa  i  świetne  przyprawy  –  stwierdził.  – 

Jestem  zaskoczony,  że  dotychczas  nie  ujawniłaś  talentu  do 
gotowania.  

– To właściwie moje jedyne danie – przyznała się Kayla.  
– Och, nie – zaprzeczył. – Robisz wspaniałe naleśniki.  
Kayla roześmiała się.  
–  Wystarczy  tylko  rozgrzana  patelnia.  A  tutaj  wszystko 

background image

zależy od dobrze nagrzanego chińskiego garnka.  

– Czy to znaczy, że wystarczy kupić takie naczynie? 
– spytał, wskazując garnek.  
– Wątpię, czy w sklepie znajdziesz dużo chińskiego sprzętu 

kuchennego. Ale będę szczęśliwa, mogąc służyć ci swoim.  

Przez  długi  czas  Ben  nie  odpowiadał.  Myślał  o  Kayli. 

Włożyła naczynia do zlewu i podała wielką miskę owoców na 
deser.  Patrzył  na  nią  z  przyjemnością.  Chciał  jej  powiedzieć, 
jaka jest wspaniała, jak bardzo się nią zachwyca.  

– Mam lepszy pomysł – odezwał się wreszcie.  
– Możemy co wieczór jeść razem. W ten sposób to, co moje 

jest twoje i odwrotnie. W porządku? 

Gdy  tylko  wypowiedział  te  słowa,  zdał  sobie  sprawę,  że 

popełnił duży błąd. Kayla milczała.  

–  Domyślam  się,  że  znów  działam  zbyt  szybko  – 

powiedział. – Jak za pierwszym razem. Nie mogę się nauczyć, 
prawda? 

Kayla usiadła obok niego.  
–  Myślę,  że  oboje  działamy  zbyt  szybko,  Ben. 

Przeskoczyliśmy  stadia  pośrednie.  Głównym  wrogiem 
kochanków jest pośpiech.  

– Czy możemy zwolnić? 
– Myślę, że tak. Musimy – dodała.  
– Spróbuję – oświadczył Ben. – Ale to nie będzie łatwe, bo 

tak  dobrze  gotujesz  –  dodał,  natychmiast  rozładowując 
atmosferę.  

Właśnie tego potrzebowała.  
– Szybko znudziłyby ci się naleśniki i duszone warzywa.  
–  Wypróbuj  mnie.  Nie,  zapomnij,  że  to  powiedziałem  – 

doradził  Ben  –  i  opowiedz  mi,  jak  idą  interesy  w 
„Otwierających się Drzwiach”.  

– Lepiej niż przypuszczałeś.  
– Tego nie powiedziałem – odparł.  

background image

– Ale pewnie pomyślałeś. W porządku, ja też tak myślałam. 

– Podeszła do biurka i wyjęła kasetkę na pieniądze.  – Spójrz 
na  to.  Wszystkie  czeki,  jakie  otrzymałam  od  dnia  otwarcia  – 
rozpostarła je. – Nieźle, prawda? 

– Całkiem nieźle.  
–  Zatrudniam  księgowego  –  oznajmiła  z  dumą.  Ben  wziął 

czeki z jej ręki i przejrzał je pobieżnie, marszcząc brwi.  

–  O  co  chodzi?  –  spytała  i  szybko  dodała:  –  Teraz  nie 

prowadzę wyprzedaży podwórzowej, Ben. Nie mogę. 

– Jasne, że nie. – Oddał jej czeki. 
– Więc o co chodzi? 
–  Kaylo,  powinnaś  odnotować  nazwiska  tych  ludzi,  ich 

prawa jazdy i numery kart kredytowych.  

Kayla zacisnęła usta, zła na siebie.  
–  Nie  pomyślałam  o  tym.  Ale  to  naprawdę  nie  ma 

znaczenia  –  dodała.  –  Większość  z  nich  mieszka  w  New 
Sussex i nie wygląda na oszustów.  

– Nigdy nie można być pewnym.  
– Ja jestem pewna – powiedziała buntowniczo.  
– No wiesz, Lii zna wszystkich miejscowych klientów.  
– A co z przyjezdnymi? – Nie chciał się sprzeczać, ale nie 

mógł powstrzymać się przed udowodnieniem swojej racji.  

–  Oni  wszyscy  byli  bardzo  mili,  Ben,  starsze  panie, 

małżeństwa, które tu kiedyś bywały...  

–  Kaylo,  najsympatyczniejsi  ludzie  czasem  okazują  się 

kryminalistami.  

– Nie ci ludzie, Ben. Istotnie, nabywcy pojemnika na ciasto 

mieszkają w Ohio, ale bywali tu poprzednio.  

– Tak powiedzieli.  
–  I  ja  im  wierzę,  Ben.  Tym  razem  –  podniosła  głos  –  nie 

masz racji.  

–  Mam  nadzieję.  Ale  jeśli  zamierzasz  prowadzić  interesy, 

zmusisz  być  bardziej  praktyczna.  To  wszystko,  co  mam  do 

background image

powiedzenia.  –  Z  wyrazu  oczu  Kayli  i  jej  niezadowolonej 
miny powinien się zorientować, że wchodzi z nią w konflikt, 
lecz tym razem nie zamierzał się wycofać. Chciał, żeby Kayla 
odniosła  sukces.  A  nie  osiągnie  go,  jeśli  pozostanie  tak 
naiwna.  

Jednak nie zamierzała łatwo przyznać mu racji.  
–  A  więc  znów  mnie  osądzasz.  Krytykujesz,  zamiast  się 

cieszyć. Mówisz mi, że nie wiem, jak prowadzić interesy… 

– Kaylo...  
Nie pozwoliła mu dokończyć.  
– Prowadzę je po swojemu, Ben. A jeśli tak się składa, że 

wierzę ludziom, to moja sprawa.  

–  Ale  później  mógłby  z  tego  wyniknąć  problem.  – 

Powinien milczeć. Nie mógł się jednak powstrzymać.  

–  Mój  problem,  nie  twój  –  rzuciła.  Ben  podniósł  rękę  do 

góry. Bez skutku.  

–  Dopóki  to  tylko  zabawa  i  przejażdżki  motocyklem, 

dogadujemy  się  wspaniale.  Ale  gdy  przychodzi  do  czegoś 
poważnego, po prostu nie możesz się ze mną zgodzić, czy tak? 

–  Wszystko  w  tobie  aprobuję,  Kaylo.  Gdybyś  chwilę 

pomyślała,  wiedziałabyś,  że  to,  co  jest  ważne  dla  ciebie,  jest 
ważne również dla mnie. Poza tym – dodał z półuśmiechem – 
przeżyliśmy chyba coś więcej niż tylko zabawę, prawda? 

Kayla uparcie milczała.  
–  Troszczę  się  o  ciebie,  Kaylo.  Ponieważ  się  troszczę, 

próbuję  ci  radzić.  –  Ben  zdawał  sobie  sprawę,  że  zajmuje 
obronną pozycję. Nie miał jednak wyboru. Zdawała się go nie 
rozumieć.  

– Nie prosiłam o radę, prawda? – Uśmiechnęła się słodko i 

ugryzła duży kęs jabłka.  

– Jesteś nierozsądna, Kaylo. Myślę, że wiem dlaczego.  
– Jestem pewna, że mi powiesz. – Zacisnęła usta.  
–  Tak,  powiem.  Zaczęłaś  tę  kłótnię,  ponieważ  nie  chcesz 

background image

rozmawiać  o  niedzieli.  Próbujesz  stawiać  przeszkody  i  znów 
ode mnie uciekasz.  

Kayla przez długą chwilę milczała, a potem odparła: 
–  A  więc  doszła  jeszcze  psychologia.  Zadziwiasz  mnie, 

Ben..  

– Robisz uniki – stwierdził.  
Kayla z westchnieniem odchyliła się do tyłu i spojrzała na 

niego zamyślona.  

–  Gdybyś  się  zastanowił,  zrozumiałbyś,  że  chcę  nam  dać 

czas na przemyślenia. Kochanie się to wspaniała rzecz, ale są 
też inne sprawy.  

– Wymień choć jedną – wyzwał ją Ben.  
–  W  porządku.  Spójrzmy  prawdzie  w  oczy.  Po  pierwsze, 

zawsze oceniasz moje decyzje bez wysłuchania moich racji.  

Chciał  przerwać,  ale  zrezygnował.  Słowo  „po  pierwsze” 

wskazywało, że to dopiero początek.  

–  To  mnie  rani  i  złości,  odkąd  się  poznaliśmy.  Myślę,  że 

posunęliśmy  się  zbyt  daleko  i  zbyt  szybko  w  naszej 
znajomości.  

Nie to chciał usłyszeć. Nie był jednak zaskoczony.  
–  Tak,  niedziela  była  wspaniała,  tak,  chcę  się  z  tobą 

widywać.  Ale  potrzebuję  trochę  przestrzeni  i  czasu,  żeby  się 
zastanowić. Ty też, Ben.  

–  Ty  mi  mówisz,  żebym  to  przemyślał?  –  uśmiechnął  się 

ponuro.  

–  Tak.  Jesteś  prawnikiem,  a  nie  typem  człowieka,  który 

działa  irracjonalnie,  złości  się  i  nie  panuje  nad  sobą.  Ja  też 
zachowałam się irracjonalnie – przyznała.  

– Nic podobnego – zaprzeczył Ben, chcąc uniknąć kolejnej 

utarczki.  

–  Zdajesz  sobie  sprawę,  co  jest  powodem  naszych  kłótni, 

prawda? – Zanim zdążył odpowiedzieć, Kayla zrobiła to sama. 
– Próbujesz rządzić moim życiem.  

background image

– Chwileczkę – przerwał Ben. – Czy mogę ci przypomnieć, 

że  to,  co  ty  nazywasz  rządzeniem,  ja  określam  mianem 
przyjaźni.  Chcę  się  o  ciebie  troszczyć.  Chcę  dla  ciebie 
wszystkiego,  co  najlepsze.  Jak  myślisz,  jak  się  czuję,  gdy  ty 
odpowiadasz  atakiem?  –  Nie  mógł  opanować  narastającego 
gniewu.  

– Tak samo jak ja się Czuję, gdy mnie osądzasz i mówisz, 

co mam robić – odparła. – Wtedy mam ochotę wysłać cię do 
wszystkich diabłów. Tak byłoby łatwiej. – Kayla zamilkła na 
chwilę. – To znów się zaczyna, prawda? Powinniśmy zbliżać 
się  do  siebie,  a  uderzamy  na  oślep.  Coś  złego  pojawia  się 
między nami.  

–  Niekoniecznie  złego,  ale  z  pewnością  niezwykłego  – 

powiedział Ben. – Żadna inna kobieta nie wyprowadziła mnie 
tak  szybko  z  równowagi  ani  tak  mocno  mnie  nie  pociągała. 
Pragnąłem cię od pierwszej chwili. To się nie zmieniło.  

Kayla westchnęła. Pojmowała jego namiętność, bo sama też 

ją odczuwała.  

–  Nawet,  jak  się  złościmy,  coś  nas  do  siebie  przyciąga, 

prawda?  Wściekam  się  na  ciebie  i  emocje  są  prawdziwe.  A 
kiedy  zastanowię  się  nad  tym  później...  –  pokręciła  głową, 
niezdolna  ubrać  myśli  w  słowa.  Wreszcie  powiedziała  w 
zamyśleniu: 

– Gniew i namiętność są tak powiązane, a moje uczucia tak 

intensywne, że nie mogę uwierzyć, że są moje.  

– Wiem, co masz na myśli, bo ja czuję to samo. Wszystko 

przydarza się mnie, a jednak reakcje są jakby kogoś innego – 
potrząsnął  głową  Ben.  – Nie  wiem, co  o tym myśleć. Odkąd 
cię spotkałem, zdaje mi się, że jestem na przejażdżce kolejką 
górską.  

Kayla uśmiechnęła się.  
– Ja też mam takie wrażenie.  
– Dokąd zajedziemy? – spytał Ben. – Czy będziemy zbliżać 

background image

się do siebie, a potem uderzać na oślep, aż zdarzy się wybuch, 
którego  skutków  nie  zdołamy  naprawić?  Czy  w  tej  sytuacji 
możemy coś przedsięwziąć? 

– Możemy, choć nie wiem co.  
– Wyrwijmy się – zaproponował Ben. – Z tego domu i tego 

miasta.  

– Nie wiem, Ben...  
–  Nie  teraz.  Za  parę  dni.  Moglibyśmy  pojechać  do 

Gloucester  albo  Salem.  Moglibyśmy  pójść  do  kina,  zjeść 
homara. To jest zdrowe – dodał żartobliwie.  

– Rzeczywiście – zgodziła się z uśmiechem.  
– A więc? 
– Bardzo bym chciała. Porozmawiamy na ten temat za parę 

dni.  

Odprowadziła go do drzwi. Pocałował ją lekko w policzek i 

doradził: 

– Nie zapomnij...  
– Wiem. Zamknąć drzwi.  
Ben uśmiechnął się szeroko. Wszystko będzie w porządku, 

pomyślał.  

–  Jeszcze  jedno,  Kaylo  –  powiedział  niemal  surowym 

głosem.  

– Tak, Ben? – czekała cierpliwie.  
– Moje gratulacje z powodu sklepu. Jestem z ciebie dumny.  

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Kayla  otworzyła  nagle  oczy.  Obróciła  się  i  spojrzała  na 

zegarek.  Piąta  trzydzieści  –  nawet  nie  świt.  Wtuliła  się  w 
pościel.  Mogła  jeszcze  pospać  przynajmniej  godzinę,  gdyby 
tylko zdołała zasnąć.  

Na próżno. Gdy zamykała oczy, otwierały się znów. Nigdy 

nie  miewała  takich  kłopotów.  Zwykle  natychmiast  zasypiała 
kamiennym  snem.  Co  stało  się  teraz?  To  przez  Bena, 
pomyślała.  Jeśli  chciała  zrzucić  na  kogoś  winę  za  swoją 
bezsenność, on był właściwym kandydatem.  

Mimo  że  rozstali  się  w  przyjaźni,  ubiegły  wieczór  nie 

zadowolił żadnego z nich. Znała powód. Wciąż ich znajomość 
przypominała przejażdżkę górską kolejką, w górę i w dół, ze 
szczytu  w  przepaść.  Miała  nadzieję,  że  wspólny  wyjazd  im 
pomoże. Ale zastanawiała się, czy kiedykolwiek będą w stanie 
żyć ze sobą bez wstrząsów.  

Wciąż  go  pragnęła.  To  się  nie  zmieniło.  Nawet  teraz 

pamiętała, co czuła, gdy go obejmowała, całowała, kochała się 
z  nim.  Doznawała  wtedy  czegoś  nowego,  nieznanego  i 
wspaniałego.  

W takim razie dlaczego wszystko jest tak skomplikowane? 

Pytanie pozostawało bez odpowiedzi. Ben zaprzątał jej myśli. 
Teraz już na pewno nie zaśnie.  

Wiec  co  robić?  Z  westchnieniem  powzięła  decyzję. 

Odrzuciła  kołdrę  i  sięgnęła  po  ubranie.  Było  tylko  jedno 
wyjście.  

Wygodny  dres  był  jej  codziennym  strojem  w  Kalifornii. 

Służył  do  wszystkiego,  od  tenisa,  przez  zakupy,  do 
odpoczynku  w  domu.  Dziś  spełni  swą  podstawową  funkcję. 
Włożyła skarpetki, tenisówki, związała włosy i zeszła na dół.  

Powietrze  było  krystaliczne  i  chłodne,  doskonała  pora  na 

bieg.  Rozpoczęła  od  rozgrzewki  w  dół  stromego  wzgórza. 

background image

Wiedziała, że u stóp wzgórza płynie strumień.  

Odetchnęła  głęboko  powietrzem  przesyconym  aromatem 

wiosny.  W  taki  poranek  mogła  biec  bez  końca.  Przedarła  się 
przez  drzewa  rosnące  nad  strumieniem  i  pobiegła  wzdłuż 
brzegu.  

Potem strumień gwałtownie skręcił, spłynął po kamieniach 

i zwęził się tak, że drzewa nad nim niemal się stykały. Kayla 
zwolniła,  szukając  miejsca  do  przejścia  i  zachwyciła  się 
otaczającym  ją  pięknem.  Słońce  wynurzało  się  wolno  zza 
horyzontu,  pokrywając  czerwienią  szczyty  drzew,  powietrze 
stawało się cieplejsze, a niebieskawa mgła podnosiła się znad 
strumienia.  Wszystko  wyglądało  tajemniczo  i  jak  z  innego 
świata. Zwolniła, zaczęła iść, wreszcie się zatrzymała.  

Mgła,  która  kłębiła  się  nad  wodą,  zdawała  się  przybierać 

kształty, gdy tak wznosiła się i opadała, wirując w oszalałym 
tańcu.  Serce  Kayli  zaczęło  walić  w  piersi.  Odczuła  znajome 
ukłucie  na  karku  jak  dotknięcie  zimnej,  wilgotnej  ręki. 
Wiedziała, co się dzieje, i nie była w stanie temu zapobiec.  

Z  mgły  wyłaniała  się  kobieta.  Kayla  stała  nieruchomo. 

Patrzyła,  jak  mgła  przybiera  znajome  kształty,  sylwetki 
kobiety, w ubraniu z grubego, zielonkawo-szarego materiału.  

Katherine – bo nie ulegało żadnej wątpliwości, że to ona  – 

patrzyła  wprost  na  nią  z  napięciem  w  oczach.  Kayla 
oniemiała, stała jak zahipnotyzowana.  

Nie  było  słychać  żadnego  dźwięku.  Wydawało  się,  że 

ucichło  nawet  bulgotanie  strumienia.  Wreszcie Kayla  zdołała 
wykrztusić: 

– Czego... czego... ty... chcesz ode mnie? 
Mogłaby  przysiąc,  że  Katherine  zamierzała  odpowiedzieć. 

Jej  oczy  błagały  o  coś,  ręka  wyciągała  się  ku  Kayli,  która 
chciała  uciec,  ale  miała  wrażenie,  że  coś  ją  przyciąga  ku  tej 
nieszczęsnej postaci.  

Nigdy  się  nie  dowiedziała,  co  mogłoby  nastąpić.  Nagły 

background image

podmuch wiatru rozwiał mgłę i Katherine zniknęła.  

Kayla stała jak zamurowana. Cała drżała. Nie próbowała się 

ruszyć.  Patrzyła  na  mgłę,  jakby  czekając  na  coś  jeszcze. 
Wreszcie przez opary przedarło się słońce.  

Wówczas odwróciła się i wolno udała się w kierunku domu, 

potykając  się  co  krok.  W  głowie  miała  zamęt.  Nie  chciała 
wierzyć  własnym  oczom.  Ale  wiedziała,  że  to,  czego  była 
świadkiem, zdarzyło się naprawdę.  

Gdy do sklepu zajrzała Lii, Kayla pracowała w magazynie.  
–  Usiłuję  wypolerować  to  krzesło  –  zawołała.  –  Czy 

mogłabyś zastąpić mnie w sklepie? 

Lii  zgodziła  się,  ale  była  zaintrygowana.  Zazwyczaj  przed 

otwarciem sklepu plotkowały. Kayla nie była jednak w stanie 
rozmawiać.  

Wtarła  szczotką  środek  czyszczący  w  poręcz  dębowego 

krzesła  i  poczekała,  aż  wsiąknie,  a  potem  starła  powłokę 
farby,  odsłaniając  naturalne  drewno.  Jest  piękne,  pomyślała. 
Czyszcząc  je,  nagle  uświadomiła  sobie,  że  to  krzesło, 
własność  rodziny  Hartwellów,  pochodzi  z  siedemnastego 
wieku. Mogło nawet należeć do Katherine.  

Cofnęła  rękę  jak  oparzona.  Potem  przywołała  się  do 

porządku i znów zabrała do pracy. To przecież tylko krzesło.  

Ale  odstawiła je  i  gdy  około  pierwszej  Lii znów  wetknęła 

głowę  do  magazynu,  Kayla  wymieniała  guzy  na  pikowanej 
kanapie.  

– Co powiesz na lunch? – spytała Lii. – Przyniosłam trochę 

grochówki.  

Kayla już miała odmówić, ale zmieniła zdanie.  
–  Z  chęcią  zjem  zupę  –  przyznała  –  i  potrzebuję 

odpoczynku.  

–  Na  pewno  –  zgodziła  się  Lii.  –  Pracowałaś  ciężko  cały 

ranek.  

W tym momencie Kayla zdecydowała się opowiedzieć Lii, 

background image

co się wydarzyło.  

Nie  było  łatwo  ująć  w  słowa  wrażenia  ze  spotkania  nad 

strumieniem. Nawet Benowi zwierzyła się ze swoich przeżyć 
dopiero pod wpływem autentycznego przerażenia.  

Słuchała, jak Lii plotkuje o ludziach szukających prezentów 

ślubnych, oglądających, lecz nie kupujących.  

– Ale tworzymy sobie dobrą, solidną klientelę – stwierdziła. 

– Wrócą tu. Jestem tego pewna.  

–  Mam  nadzieję  –  odparła  Kayla.  Wiedziała,  że  powinna 

okazać  więcej  entuzjazmu,  ale  nie  była  w  stanie  go  w  sobie 
wzbudzić. Musiała przestać myśleć o zjawie, którą ujrzała nad 
strumieniem, a na to był tylko jeden sposób – opowiedzenie o 
niej.  

Kolejne  pytanie  Lii  umożliwiło  jej  zmianę  tematu 

rozmowy.  

–  Nie  myślisz  teraz  o  interesach,  prawda?  –  zauważyła 

starsza pani.  

– Jesteś bardzo spostrzegawcza – przyznała Kayla.  
–  Każdy  by  się  zorientował,  że  jesteś  wytrącona  z 

równowagi. Mam nadzieję, że nie z powodu mego bratanka.  

Kayla  zawahała  się  przez  moment.  Mogła  odpowiedzieć 

twierdząco i sprowadzić pogawędkę na inne tory. Rozmowa o 
Benie  byłaby  pretekstem,  aby  zaniechać  zwierzeń.  Kayla 
postanowiła jednak zaryzykować.  

– Nie, to nie Ben – odparła. – To Katherine.  
–  Katherine?  –  Przez  chwilę  Lii  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć. Potem przypomniała sobie. – Och, Katherine, ta z 
portretu.  

–  Właśnie  ta.  Trochę  poszperałam  i  dowiedziałam  się,  że 

powieszono ją jako czarownicę.  

Lii  skończyła  zupę,  a  zmarszczki  na  jej  twarzy  się 

pogłębiły.  

– Słyszałam o tym – powiedziała.  

background image

–  Naprawdę?  Nie  sądziłam,  że  wiesz  coś  o  Katherine.  – 

Kayla była podniecona. Może uda jej się pobudzić pamięć Lii 
i usłyszeć stare historie rodzinne.  

–  Wiesz,  jacy  są  starzy  ludzie.  Pamiętają  tylko  to,  co  ich 

interesuje,  a  czasem  nawet  i  tego  nie.  Czarownice  i  magia 
nigdy  nie  zaprzątały  mojej  uwagi.  Elinor  była  inna.  Często 
rozmawiała  z  moją  matką  o  dziejach  New  Sussex. Zdaje  się, 
że  rodzina  Montgomery eh  była  wplątana  w tę  sprawę.  –  Lii 
pokiwała  głową.  –  Powinnam  była  przysłuchiwać  się  tym 
opowieściom, ale nigdy tego nie robiłam.  

– A więc nie pamiętasz niczego z rozmów matki i Elinor? 
–  Ani  słowa  poza  tym,  że  Katherine  została  powieszona. 

Tak,  to  pamiętam.  Obawiam  się,  że  dla  mnie  to  stare  dzieje. 
Przykro  mi,  Kaylo.  Ty  jesteś  zafascynowana  tą  sprawą,  a  ja 
nie mogę ci pomóc.  

– Rzeczywiście, zafascynowana. Ale  nie ogarnięta  obsesją 

– dodała szybko.  

Lii spojrzała na nią.  
– Och, moja droga, nie powiedziałam, że to obsesja.  
– Wiem, że nie. – Kayla zmusiła się do uśmiechu. – Myślę, 

że  się  trochę  bronię.  Ale  historia  jest  szokująco  niezwykła. 
Kiedy  się  nią  zainteresowałam,  nie  mogłam  już  przestać  – 
roześmiała się. – To brzmi jak przyznanie się do nałogu.  

– Nie – zaprzeczyła Lii. – To po prostu ciekawość.  
–  Prosiłam  Bena  o  wyszukanie  w  Bostonie  książek  o 

czarach.  

–  Co,  jak  podejrzewam,  zrobił  niechętnie.  Kayla 

przytaknęła.  

– Chciałam wiedzieć o tym więcej, bo... bo...  
– Mów, dziecko. Teraz ja zaczynam być ciekawa.  
– Ponieważ zobaczyłam Katherine, to znaczy zjawę... albo 

coś  w  tym  rodzaju...  –  Kayla  umilkła.  Potem  pod  wpływem 
zachęcającego  spojrzeniem  Lii  szybko  opowiedziała,  jak  po 

background image

raz pierwszy zobaczyła Katherine w lustrze.  

–  Powiedziałam  Benowi  –  przyznała  się.  –  Właściwie  nie 

miałam  wyboru,  bo  z  mojego  zachowania  domyślił  się,  że 
zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego.  

–  Wyobrażam  sobie,  że  miał  na  to  jakieś  racjonalne 

wyjaśnienie.  

– Mnóstwo – odparła Kayla. – I wierzyłam w każde z nich, 

a przynajmniej się starałam. Aż do dzisiejszego ranka...  

– Znów ją zobaczyłaś? 
– Nad strumieniem, wyłaniającą się z mgły. Lii, widziałam 

ją  jak  teraz  ciebie  i  przysięgam,  że  próbowała  mi  coś 
powiedzieć.  

Wreszcie  to  z  siebie  wyrzuciła.  Teraz  czekała  na  reakcję 

Lii. Starsza pani milczała.  

–  Widzę,  że  mi  nie  wierzysz.  Myślisz,  że  oszalałam  – 

prowokowała Kayla. – Myślisz, że mam halucynacje...  

Lii 

uniosła 

rękę,  aby  powstrzymać  Kaylę,  ale 

odpowiedziała dopiero po chwili.  

–  Sądzę,  że  nie  oszalałaś.  Mądrzejsi  ode  mnie  próbowali 

obcować ze światem duchów...  

Kayla skrzywiła się w myśli.  
– I niektórzy z nich twierdzą, że im się to udało. Życie jest 

tak  pełne  tajemnic,  że  nigdy  nie  powiedziałabym,  iż  nie 
widziałaś... czegoś.  

– Widziałam ją, Lii – upierała się Kayla.  
– Hm.  – Lii  odsunęła  na  bok talerz i  oparła podbródek na 

ręku.  –  Nie  wiem,  co  widziałaś,  ale  mam  tylko  jedną  radę. 
Zbadaj  to.  Cokolwiek  to  było,  nie  próbuj  się  przed  tym 
chować albo odsuwać od siebie. Zbadaj to, Kaylo.  

Kayla odetchnęła z ulgą.  
–  Och,  Lii.  Sprawiasz,  że  czuję  się  normalnie.  To  właśnie 

zamierzałam  zrobić.  Książki  kupione  przez  Bena  traktują  o 
czarownicach,  ale  nie  o  mojej  rodzinie.  Książka,  którą 

background image

znalazłam  w  biurku  Elinor,  zawierała  pewne  fakty,  ale  ja 
potrzebuję o wiele więcej. Potrzebuję dowodów, szczegółów.  

– Jest przecież Salem, Kaylo.  
–  Wiem  i  zamierzam  jechać  tam  podczas  weekendu.  Czy 

mogłabyś zająć się sklepem? 

– Oczywiście – odparła uszczęśliwiona Lii.  
 
Ben  zerknął  na  kalendarz.  Upewnił  się,  że  to  koniec 

przedpołudniowych  zajęć.  Terrie  wyszła  na  zakupy,  a  za 
chwilę  w  drzwiach  pojawi  się  Andy.  Ben  przeciągnął  się  z 
zadowoleniem. Zamierzali pograć w koszykówkę.  

oczekiwaniu 

na  przyjaciela  Ben  postanowił 

porozmawiać z Kaylą. Sygnał odezwał się kilkakrotnie, zanim 
odebrała.  

– Cieszę się, że cię zastałem – powiedział. – Myślałem, że 

wyszłaś.  

– Polerowałam krzesło na zapleczu – odparła.  
– Tęskniłem za tobą. – Ben przeszedł od razu do rzeczy.  
– Od ubiegłego wieczora? 
–  Tak.  –  Ben  nie  dbał  o  to,  że  sprawia  wrażenie 

zakochanego  smarkacza.  –  Wiem,  mieliśmy  odczekać  parę 
dni, zanim się znów zobaczymy. Ale tak się składa, że za parę 
dni będzie weekend. Co ty na to? 

– Cóż, ja... – zawahała się Kayla.  
–  Nie  mów  tylko,  że  odmawiasz.  Uzgodniliśmy,  że 

spędzamy czas razem.  

– Wiem, ale myślę o czymś, co chcę zrobić. Ben, ty nie...  
– O czym, Kaylo? 
– Powiedziałeś, że moglibyśmy pojechać do Salem.  
– Albo do Bostonu albo do Gloucester na kolację i do kina 

– dodał.  

– To musiałoby być Salem, Ben. Chcę czegoś poszukać w 

bibliotece. Wiem, że miałeś inne plany.  

background image

– Przyznaję – powiedział Ben beznamiętnie. – Ale chcę być 

z tobą. Jak możemy dojść do porozumienia? 

–  Mogę  pójść  na  kompromis.  Może  zwiedziłbyś  Dom 

Siedmiu  Szczytów,  a  ja  poszłabym  do  biblioteki  – 
zażartowała.  

– Czy jesteś zdecydowana? 
– Jestem i doceniam twoją cierpliwość. Po prostu wiem, że 

w Salem znajdę odpowiedź na moje wątpliwości.  

–  Czy  znów  coś  się  wydarzyło,  Kaylo?  –  spytał.  Czuł 

instynktownie, że tak i że to coś złego.  

–  Tak  jakby  –  odparła  z  rezerwą.  –  Opowiem  ci  w  czasie 

weekendu, jeśli się wybierzemy razem.  

–  Nie  zamierzam  tracić  takiej  okazji  –  zapewnił,  choć 

pomysł  wizyty  w  bibliotece  wydał  się  mu  podejrzany.  – 
Wyjaśnimy wszystko.  

– Dobrze.  
– Wpadnę po ciebie w piątek po południu i pojedziemy do 

Rockbridge.  Jest  tam  wspaniała  gospoda.  Ręczę,  że  ci  się 
spodoba.  

Teraz  kiedy  Ben  mówił  o  tym,  że  spędzą  razem  cały 

weekend,  Kayla  uświadomiła  sobie,  że  ona  również  tego 
pragnie.  

– W sobotę, jeśli  wciąż będziesz chciała jechać do Salem, 

pójdę raczej do Muzeum Czarownic – zażartował.  

Kayla odprężyła się.  
– Czy gospoda jest zwyczajna, czy luksusowa? 
–  Jedno  i  drugie  –  stwierdził  Ben.  –  Zwyczajna  w  ciągu 

dnia,  a  luksusowa  wieczorem.  Jest  tam  orkiestra  i  dancing, 
jeśli  lubisz  takie  rzeczy.  –  Nagle  uświadomił  sobie,  że  tak 
mało o niej wie.  

–  Uwielbiam  tańczyć  i  uwielbiam  się  stroić.  Och,  Ben  – 

powiedziała ciepło. – Dokładnie takiego weekendu potrzebuję.  

–  Ja  też.  –  Instynktownie  zniżył  głos.  Terrie  wprawdzie 

background image

wyszła, ale to, co zamierzał powiedzieć, miało zdecydowanie 
intymny charakter. – Nie mogę się doczekać, żeby cię porwać 
na dwa dni. – Zaczął snuć fantazje. – Może przez cały czas nie 
wypuszczę  cię  z  łóżka.  Może  będę  cię  tam  trzymać,  aby  ci 
pokazać, jak bardzo za tobą tęskniłem.  

– Od wczoraj? – spytała znów.  
– Już mówiłem – odparł.  
Kayla roześmiała się cicho i gardłowo.  
– Pomysł wycieczki coraz bardziej mnie intryguje.  
Ben myślał o tym, jak się pierwszy raz kochali, i wyobraził 

sobie  jej  smukłe,  lekko  opalone  ciało.  Odsunął  od  siebie  tę 
wizję. Była zbyt kusząca. Przecież dopiero skończył się ranek. 
Takie obrazy mogłyby zniszczyć resztę dnia.  

– Ben – spytała – czy wciąż tam jesteś? 
–  Tak  –  roześmiał  się.  –  Jestem.  Myślałem  właśnie  o 

kochaniu się z tobą...  

–  Ben  –  powiedziała  ostrzegawczo,  wiedząc,  że  dzwoni  z 

biura, gdzie ktoś może go usłyszeć.  

– I zacząłem sobie wyobrażać, że widzę cię, jak leżysz...  
– Ben... – Tym razem jej głos zdradzał tajoną namiętność.  
– W moich marzeniach patrzysz na mnie dokładnie tak jak 

wtedy, gdy się kochaliśmy, a ja dotykam cię, i całuję. I co ty 
na to? 

– To brzmi zachęcająco – przyznała.  
–  To  właśnie  chciałem  usłyszeć.  Zaraz  zadzwonię  i 

zarezerwuję  pokój.  Mam  tylko  nadzieję,  że  wytrzymam  do 
weekendu – dodał.  

–  Ja  też  –  odpowiedziała  miękko  Kayla.  Miała  niski, 

kuszący głos.  

– Mów jeszcze – poprosił.  
– O czym? 
–  O  czymkolwiek.  Lubię  słuchać  twego  głosu.  Właśnie 

zaczęła  spełniać  jego  prośbę,  gdy  inny  głos,  bynajmniej  nie 

background image

kuszący, przywrócił Bena do rzeczywistości.  

– W porządku, bracie – usłyszał. – Kończ ten telefoniczny 

flirt i zmień ciuchy. Czas ucieka.  

Ben spojrzał na zegarek, a potem na stojącego w drzwiach 

przyjaciela.  

–  Właśnie  mam  gościa  –  powiedział  Kayli.  –  Zgadnij,  kto 

to? 

–  W  porządku.  Nie  zamierzam  wtrącać  się  w  utarczkę 

między tobą a Andym.  

– Dobrze odgadłaś – roześmiał się Ben.  
– Ben...  
– Do piątku – powiedział głosem, z którego jasno wynikało, 

że nie dba o to, czy Andy słucha, czy nie.  

Ben  zmarnował  pierwszy  rzut  i  odtąd  Andy  stale  miał 

przewagę.  

– Nie  uważasz – ostrzegł przyjaciela, gdy kolejne  podanie 

Bena  okazało  się  niecelne.  Pochwycił  piłkę  z  szerokim 
uśmiechem.  

– Czas na przerwę, mądralo.  
Obaj mężczyźni skierowali się ku ławce i ręcznikami otarli 

pot z twarzy.  

–  Ona  naprawdę  ci  się  podoba,  co?  –  spytał  Andy.  Ben 

napił się kawy z termosu.  

– Kto? 
– Kelnerka z Lobster House w Bostonie.  
– O czym ty mówisz? 
–  Co  się  z  tobą  dzieje,  Ben?  Doskonale  wiesz,  mówię  o 

Kayli.  Widzę,  że  jesteś  również  umysłowym  wrakiem.  Mam 
nadzieję, że nie musisz być dziś w sądzie.  

Ben nie mógł powstrzymać się od śmiechu.  
–  Nie,  na  szczęście  nie  muszę.  Tak,  ogromnie  mi  się 

podoba. Bardzo się jednak różnimy.  

– Tak jak Terrie i ja, a popatrz, jak zgraną tworzymy parę.  

background image

– Kayla i ja świetnie się zgadzamy. Chyba że walczymy ze 

sobą.  

Andy roześmiał się.  
– Znam to. Ona się nie poddaje, prawda? 
– Z całą pewnością, i ja to podziwiam.  
– Widzę – odparł sarkastycznie Andy.  
–  Tak.  Ale  zarazem  irytuje  mnie  to  –  przyznał  Ben.  – 

Byłoby  tak  łatwo,  gdyby  wszystko  szło  po  mojej  myśli. 
Jednak  z  Kaylą  to  wykluczone.  Dałem  jej  dobrą  radę  w 
sprawie sklepu...  

– Ale zrobiła po swojemu i, z tego co słyszę, nieźle na tym 

wychodzi. W czym problem, boisz  się, że  ona nie będzie cię 
potrzebować? 

Ben w pierwszej chwili zaprzeczył. Pomyślał jednak, że coś 

w tym jest.  

– Może – odparł.  
–  A  więc  może  cię  potrzebuje,  ale  na  inny  sposób.  Ben 

potrząsnął głową.  

– Nie jestem Pigmalionem, Andy. Dawałem jej tylko rady.  
– Dlaczego? 
– Dlaczego dawałem jej rady? 
– Nie, dlaczego ona ci się podoba? 
– Andy, nie zmieniaj tematu.  
– Zawsze tak rozmawiam. Jesteś dziś po prostu zbyt tępy, 

żeby nadążyć – odparł Andy.  

Ben nie odpowiedział na zaczepkę i odparł: 
– Jest piękna.  
–  Bez  wątpienia.  –  Andy  parę  razy  odbił  piłkę,  a  potem 

rzucił ją do kosza. – Trzy punkty – powiedział zdawkowo.  

Ben ciągnął, nie zauważywszy strzału.  
– Inteligentna, dowcipna, seksowna...  
– Zgadza się – powiedział Andy.  
–  Obdarzona  wyobraźnią  –  dodał  Ben  –  i  niepodobna  do 

background image

żadnej innej.  

– Wiec w czym problem? 
– Czy mówiłem, że istnieje jakiś problem? – spytał Ben, a 

potem  odpowiedział  sam  sobie:  –  Istotnie  jest.  Tylko  trudno 
ująć to w słowa.  

– Ale ty sobie poradzisz.  
Ben zignorował komentarz Andy’ego.  
– Jest wspaniale, a potem... to będzie brzmiało idiotycznie.  
– Wyrzuć to z siebie – poradził Andy. – Jestem pewien, że 

mówiłeś mi bardziej idiotyczne rzeczy.  

–  To  tak,  jakby ktoś  inny  sprawiał,  że  ja  wściekam  się  na 

nią, a ona na mnie. To się nie mieści w głowie, Andy.  

–  Rozumiem,  że  wasza  kłótnia  nie  przypomina  zwykłej 

sprzeczki zakochanych? 

–  Naprawdę  nie  jestem  w  stanie  tego  wyjaśnić.  – 

Postanowił  nie  mówić  Andy’emu  o  swoich  snach.  Skierował 
rozmowę  na  inne  tory:  –  Na  przykład  Kayla  i  sprawa 
czarownicy.  

– Co to za sprawa? – spytał Andy.  
– Czy Terrie nie mówiła ci o Katherine, którą powieszono 

w Salem? 

– Ach, tak.  
– Kayla uważa, że widziała tę kobietę.  
– Co to znaczy „widziała”? 
– Widziała – podkreślił Ben – zjawę czy coś w tym rodzaju.  
– No no.  
–  Właśnie.  Chce  spędzić  część  naszego  wspólnego 

weekendu  w  bibliotece  w  Salem,  szukając  informacji  o 
Katherine  Hartwell.  Myślę,  że  powinna  dać  temu  spokój,  u 
licha.  

–  Mam  wrażenie,  że  chcesz,  żeby  myślała  tak  jak  ty.  – 

Andy wszedł na boisko i wziął piłkę. – Pozwól jej być sobą.  

– Mimo czarów? 

background image

–  Mimo.  Chce  się  dowiedzieć,  o  co  w  tym  wszystkim 

chodzi. To normalne.  

– Może masz rację.  
– Ben, ja zawsze mam rację.  
Ben nauczył się nie zwracać uwagi na takie zaczepki.  
–  Jeśli  ją  kocham  –  zamyślił  się,  nieświadom,  że  to 

powiedział – dlaczego nie pozwalam jej być sobą? – Jednym 
płynnym  ruchem  odebrał  piłkę  Andy’emu,  podryblował  do 
kosza  i  perfekcyjnie  strzelił.  Potem  spojrzał  na  przyjaciela  z 
szerokim uśmiechem, ale nie myślał o grze. Myślał o Kayli. – 
Kocham  ją  –  powiedział  półgłosem,  gdy  Andy  pognał  za 
piłką.  

 
Gospoda  „The  Windswept  Inn”  wznosiła  się  na  skalistym 

cyplu,  który  otaczały  wody  oceanu.  Miała  trzy  piętra  i  była 
zbudowana z szarego kamienia, takiego samego jak skały. Ben 
zarezerwował  narożny  pokój  na  najwyższym  piętrze  z 
widokiem na morze.  

Rzuciwszy  okiem  na  fale  uderzające  o  brzeg  pod  nimi, 

Kayla  zapragnęła  iść  na  spacer.  Ben  stał  obok  niej  i 
obejmował  ją  ramieniem.  Nie  pamiętał,  kiedy  czuł  się  tak 
cudownie. Spacer będzie na pewno wspaniały.  

Powietrze  było wiosennie ciepłe i  świeciło słońce, lecz  od 

oceanu  wiała  silna  bryza.  Kayla  miała  na  sobie  wiatrówkę  i 
długi  szal,  którym  okręciła  głowę.  Trzymając  się  za  ręce, 
schodzili po skałach i brnęli potem przez piach na plaży.  

Czasem przystawali, zbierali muszle, puszczali kaczki albo 

patrzyli w milczeniu na fale.  

Na  końcu  cypla  wyrastała  latarnia  morska,  a  jej  samotne, 

niebieskawe światło mrugało jednostajnie.  

Dobiegli  do  niej  i  siedzieli  przez  jakiś  czas  w  milczeniu, 

ciesząc się pięknem przyrody. Wreszcie Kayla powiedziała: 

– Widok jest wspaniały. Ale latarnia mnie rozczarowała.  

background image

– Pewnie trochę zbyt nowoczesna jak na twój gust? 
– Właśnie. Gdzie jest stary latarnik? 
– Zastąpił go automat, niestety.  
– Jak nieromantycznie – narzekała Kayla.  
– Hej – powiedział Ben, przyciągając ją do siebie. – Zaraz 

może być romantycznie. – Pochylił się i pocałował ją. 

Kayla  objęła  go  ramionami  za  szyję  i  oddała  pocałunek. 

Czuła  ciepło  słońca  na  skórze  i  morski  wiatr  we  włosach. 
Słyszała szum fal. Ale to nie otoczenie sprawiło, że była w tak 
wspaniałym nastroju. To bliskość Bena oszołamiała.  

Kayla  rozchyliła  usta.  Złączyli  się  w  pocałunku.  Ogarnęło 

ich bezgraniczne szczęście.  

– Och, Ben, jaki to cudowny weekend.  
–  Prawda?  A  to  dopiero  początek  –  zapewnił  ją.  –  Będzie 

jeszcze lepiej – obiecał. Potem, patrząc na Kaylę z błyskiem w 
oku, dodał: – Umawiamy się: ja nie będę cię pouczał, a ty nie 
będziesz się kłócić.  

Oparła głowę na jego ramieniu, a ich ręce splotły się.  
– Zgoda. Ale nie wykluczasz dyskusji, prawda? 
– Oczywiście, że nie. Jeśli nie przeradzają się w kłótnie.  
– A więc opowiem ci o Katherine.  
–  Och  –  jęknął  Ben.  –  Nie  wiem,  czy  jestem  gotów.  To 

zepsuje nastrój.  

– Obiecałeś – przypomniała mu Kayla. – Żadnych pouczeń.  
– Nie pouczałem cię.  
– Ale miałeś ochotę.  
– Pewnie masz rację – zgodził się. – Opowiedz mi o niej. – 

Odwrócił rękę Kayli i ucałował wnętrze jej dłoni. – To dobry 
moment.  Jestem  spokojny  i  zrelaksowany.  –  Pocałował  jej 
przegub i zaczął wodzić ustami w górę ramienia.  

– Ben...  
– W porządku. Mów. – Niechętnie puścił jej rękę.  
– Widziałam ją znów – oznajmiła.  

background image

Ben  milczał.  Ostatnia  rzecz,  o  jakiej  chciał  usłyszeć,  to 

kolejne  odwiedziny  Katherine.  Gdyby  mógł  postawić  na 
swoim, ta kobieta z przeszłości nie zakłócałaby weekendu.  

– To się zdarzyło nad strumieniem za moim domem...  
Ben milczał.  
– Wiem, że ją widziałam, więc się nie spieraj.  
–  Nawet  o  tym  nie  myślałem  –  powiedział  niewinnie  i 

rzeczywiście  nie  myślał.  Tym  razem  potraktuje  wszystko 
bardzo  lekko.  Jeśli  Kayla  podzieli  jego  nastawienie,  może 
zapomni o wyprawie do Salem i do biblioteki. Podejrzewał, że 
jej poszukiwania mogą zepsuć weekend. Ujął znów jej rękę i 
lekko powiódł językiem po nadgarstku.  

– Ben...  
– Mów dalej. Nie będę przerywał.  
– Wiem, ale mógłbyś...  
–  Mógłbym  –  zgodził  się  ze  śmiechem.  Kayla  próbowała 

się opanować.  

– Oszczędzę ci szczegółów – powiedziała. – Ale naprawdę 

wierzę, że ona chce się ze mną skontaktować.  

– Ja też. – Ben nie zamierzał zaprzeczać. Nie mógł jednak 

zdobyć się na powagę.  

– Ben, ja myślę, że ona czegoś ode mnie chce. Przyciągnął 

ją do siebie i objął ramionami.  

– To nie jest takie dziwne – stwierdził.  
– Nie? – Poczuła, jak wali jej serce.  
– Nie. Ja też czegoś od ciebie chcę. – Pocałował ją wolno i 

namiętnie, a potem jego usta powędrowały na jej podbródek, 
szyję i znów dotknęły warg.  

Gdy uniósł głowę, Kayla zdołała wyszeptać: 
– Obawiam się, że nie traktujesz tego poważnie.  
– Ależ tak.  
– Nie mam na myśli nas.  
– Sądziłem, że o to chodzi. – Znów ją pocałował.  

background image

– Myślę o Katherine.  
– A czy ty traktujesz ją poważnie? – spytał.  
– Tak – odparła i delikatnie dotknęła jego twarzy.  
–  Byłem  pewien.  Ale  teraz  czas  na  kolację  i  dancing  – 

powiedział i pomógł Kayli wstać. Oczywiście nie obeszło się 
przy tym bez kolejnego pocałunku. To był ich weekend i Ben 
obiecał sobie, że Katberine go nie zepsuje.  

– Może potem... – poddała Kayla, otrzepując się z piasku.  
– Jasne, że tak – odparł. – Ponieważ po kolacji zamierzam... 

– zaczął szeptać jej do ucha.  

– Benie Montgomery, nie mógłbyś! 
– Poczekaj, a przekonasz się, Kaylo.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Po  kolacji  dźwięki  orkiestry  zwabiły  ich  do  dużej  sali,  w 

której  na  środku  królował  parkiet.  Wybrali  stolik  przy  oknie 
wychodzącym na wzburzony ocean zalany blaskiem księżyca. 
Jego  promienie  tańczyły  na  grzywiastych  falach.  Ben  nie 
zwracał jednak uwagi na nic, dostrzegał tylko Kaylę.  

Wszystko bladło w porównaniu z nią. Liczyła się tylko ona. 

Kochał  ją.  Był  tego  pewny,  choć  jeszcze  jej  o  tym  nie 
powiedział. Przyznał się tylko Andy’emu – i sobie – tamtego 
dnia na boisku. Teraz wyzna jej miłość. Właśnie miał zamiar 
to zrobić, gdy przy stoliku bezszelestnie pojawiła się kelnerka.  

Wciąż trzymając Kaylę za rękę, Ben zamówił kawę. Kayla 

spojrzała  na  niego.  Zatonęli  w  sobie  oczami  i  zdał  sobie 
sprawę,  że  jej  uczucia  są  równie  głębokie  jak  jego.  Przez 
długą chwilę siedzieli w milczeniu.  

–  Tu  jest  jak  w  raju  –  powiedziała  wreszcie  Kayla.  –  Po 

wspaniałej kolacji mam urzekający widok, piękną muzykę i – 
ciebie.  

– To ostatnie to niewiele – odparł.  
– Nieprawda – sprzeciwiła się. – Jesteś...  
– Tak? – spytał Ben z szerokim uśmiechem, domagając się 

pochwał.  

Chciała  powiedzieć  coś  bardzo  czułego,  ale,  nagle 

onieśmielona, zdołała tylko wykrztusić: 

– Najbardziej atrakcyjnym mężczyzną na sali. Ben rozejrzał 

się.  

– To bardzo niewielkie zgromadzenie – zauważył. – Ale ty 

jesteś...  

–  Tak?  –  spytała,  naśladując  go.  Odpowiedział  bez 

wahania: 

–  Najpiękniejszą  kobietą  na  świecie.  –  Pokręcił  głową.  – 

Już  od  dawna  nie  zachowywałem  się  jak  zakochany 

background image

nastolatek.  –  Odważył  się  użyć  słowa  „zakochany”  i 
zabrzmiało to tak, jak powinno.  

–  Trochę  mi  się  kręci  w  głowie.  Jak  myślisz,  czy  to  z 

powodu wina do kolacji? 

– A jak ci się wydaje? 
– Nie – odparła. – To z twojego powodu, Ben. Miała ochotę 

krzyczeć  z  radości.  Była  z  Benem,  a  on  patrzył  na  nią  takim 
zakochanym  wzrokiem!  Zapomniała  o  swoim  przyrzeczeniu. 
Jej  uczucia  dla  Bena  okazały  się  silniejsze.  Kochała  go  i 
świadomość  tego  napełniała  ją  bezmiernym  szczęściem. 
Jakiekolwiek są ich problemy, stawią im czoło. Nie ma innego 
wyjścia.  

Nie  tknęli  kawy,  którą  kelnerka  postawiła  na  stoliku.  Ale 

przemówiła  do  nich  muzyka.  Grano  znaną  melodię  z  lat 
czterdziestych.  

–  Chciałbym  z  tobą  zatańczyć  –  powiedział  Ben  i  znów 

poczuł się jak zakochany nastolatek.  

Weszli  na  parkiet.  Początkowo  poruszali  się  spokojnie  w 

takt muzyki. Jednak bliskość ich ciał wkrótce ich usidliła. Ben 
zsunął ręce na jej talię i przycisnął ją do siebie. Kayla objęła 
go za szyję i uniosła głowę.  

Zatrzymali się, zapominając o całym świecie. Jej uniesiona 

twarz była zaproszeniem, którego potrzebował.  

Pochylił  się  i  pocałował  ją.  Chciał,  żeby  pocałunek  był 

krótki  i  delikatny.  Ale  stało  się  inaczej.  Gdy  oderwali  się  od 
siebie, rozejrzał się szybko.  

– Nie zauważyli – wyszeptał.  
– Zauważyli.  
– Ale są po prostu dyskretni? 
– Tak myślę.  
–  Co  powinniśmy  zrobić?  –  Przysunął  usta  do  jej  ucha  i 

poczuła jego ciepły oddech.  

– Wydostać się stąd? – odpowiedziała pytaniem.  

background image

– Wspaniały pomysł.  
Orkiestra  wciąż  grała,  lecz  nie  zwracali  na  to  uwagi–  Nie 

chcę  z  tobą  tańczyć  –  powiedział,  nie  odrywając  oczu  od  jej 
twarzy. – Chcę się z tobą kochać.  

Gdyby  jej  nie  dotykał,  wypowiadając  te  słowa,  Kayla 

mogłaby  wziąć  go  za  rękę  i  przejść  przez  parkiet  jak  każda 
inna kobieta na sali. Ale dotykał jej, i czuła, że słabnie. Była 
po uszy zakochana. Kiedyś Ben zwierzył się, że jest kobietą z 
jego snów. Co powiedziałby teraz, gdyby wyznała, że on  jest 
mężczyzną z jej snów, fantazji i nadziei? 

Spojrzała  w  górę  na  twarz,  którą  kochała  najbardziej  na 

świecie.  

– Ja też tego chcę, ale chyba będziesz musiał mnie zanieść 

– szepnęła.  

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł z uśmiechem. 

Wreszcie Kayla opanowała się. Wzięła go za rękę i skierowali 
się przez hol do windy.  

Zanim  drzwi  się  za  nimi  zamknęły,  znów  była  w  jego 

ramionach.  Przywarł  do  jej  ust  w  długim,  namiętnym 
pocałunku.  

Rękami  pieścił  plecy,  a  potem  odnalazł  suwak  przy 

sukience.  

–  Ben  –  próbowała  protestować  Kayla  –  zaczekaj,  aż 

wejdziemy do pokoju. Ktoś mógłby...  

Nie dokończyła zdania. Zamknął jej usta pocałunkami.  
–  Droga  wolna  –  powiedział,  gdy  drzwi  się  otwarły.  Gdy 

jednak  porwał  ją  w  ramiona  i  zaczął  iść  przez  korytarz,  zza 
rogu wyszła jakaś para.  

– Dobry wieczór – powiedział Ben, gdy ich mijali, a Kayla 

uśmiechnęła  się  ponad  ramieniem  Bena  do  zaskoczonych 
ludzi.  

Śmiejąc się dotarli do pokoju, ale gdy tylko drzwi zamknęły 

się  za  nimi,  Ben  spoważniał,  pospiesznie  rozpiął  suwak  u 

background image

sukienki Kayli i przyglądał się, jak opada.  

–  Piękna  suknia  –  zauważył,  patrząc  na  lśniący,  czerwony 

jedwab,  który  leżał  wokół  jej  stóp.  –  Ale  nie  wytrzymuje 
porównania  z  właścicielką.  –  Wyciągnął  rękę  i  dotknął  jej 
nagich piersi. – Wiedziałem, że nie masz nic pod spodem. To 
mnie doprowadzało do szaleństwa przez cały wieczór.  

Kayla  westchnęła  głęboko,  gdy  ujął  w  dłonie  jej  piersi. 

Potem przypomniała mu: 

– Mam na sobie pończochy i majtki.  
– Nie na długo.  
Miał rację. Wkrótce Kayla zdjęła pantofle, a za chwilę Ben 

odpiął jej pończochy i zsunął je szybko wraz z majteczkami i 
koronkowym  pasem,  nie  zatrzymując  się  przy  gładkich 
wygięciach od biodra do kostki.  

– Później – powiedział głośno, gdy kładł ją na łóżku.  
Leżała przed nim, ucieleśnienie jego snów, i pragnął jej tak 

bardzo, że zapierało mu dech. Szarpnął gorączkowo krawat.  

–  Pozwól  mi  –  powiedziała  Kayla.  Usiadła  na  krawędzi 

łóżka  i  pociągnęła  go  bliżej.  Zwinne  palce  rozpięły  mu 
koszulę,  pasek  i  przez  chwilę  marudziły  przy  suwaku  od 
spodni.  Wolno  skończyła  rozbierać  Bena,  otoczyła  rękami 
jego biodra i przytuliła go do siebie.  

Badała  jego  ciało  z  początku  z  wahaniem,  potem  ze 

śmiałością, o którą nigdy się nie podejrzewała. Wargi musnęły 
zagłębienie pępka, a potem przesunęły się niżej.  

Ben  jęknął  głucho.  Ukrył  dłonie  we  włosach  Kayli  i 

przycisnął ją do siebie. Odrzucił w tył głowę i zamknął oczy. 
Kręciło  mu  się  w  głowie.  Nerwy  miał  napięte  do  ostatnich 
granic.  

–  Och,  Kaylo  –  powiedział  półgłosem.  –  To,  co  ze  mną 

robisz...  

Uniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego.  Jej  oczy  wyrażały 

ogromną  namiętność.  Skóra  płonęła.  Krew  wrzała.  Czuła  go 

background image

każdą  cząsteczką  ciała.  Narastało  w  niej  dzikie,  szaleńcze 
podniecenie,  gwałtownie,  jakby  miało  za  chwilę  wybuchnąć, 
wywołując nowe, niezwykłe wrażenia.  

Ben spojrzał na nią zamglonymi z pożądania oczami.  
– Tak cię pragnę. Och, Kaylo, tak cię pragnę.  
Pochylił  się,  objął  ją  i  uniósł,  aż  stanęła  na  palcach,  a  jej 

nagie ciało przyciskało się do jego ciała. Ich usta spotkały się 
w pocałunku tak głębokim i tak namiętnym, że oboje zadrżeli. 
Czuła jego pożądanie.  

Kayla  zanurzyła  palce  w  kędzierzawych  włosach  i 

przywarła ustami do jego warg, tak jakby chciała wchłonąć go 
całego. Potem znaleźli się w łóżku i usłyszała jego szept: 

– Kocham cię, Kaylo. Kocham cię.  
–  I  ja  cię  kocham,  najdroższy  –  szepnęła.  Teraz  nie 

brakowało już niczego. Ich zbliżenie było całkowite.  

Westchnienie  wydarło  się  z  ust  Bena,  gdy  nie  ustawała  w 

pieszczotach.  Całowała  jego  usta,  policzki,  podbródek. 
Odkryła  wyjątkowo  wrażliwe  miejsce  za  uchem,  co 
przyprawiło go niemal o spazm.  

Kayla  wydała  cichy  okrzyk  satysfakcji,  szczęśliwa,  że  tak 

na niego działa.  

Wolno  powiodła  ustami  wzdłuż  szyi  do  obojczyka. 

Smakowała go językiem i ustami, aż wreszcie przesunęła usta 
ku  szerokiej  piersi.  Drażniła  twardą  sutkę  i  uśmiechnęła  się, 
gdy  gwałtownie  złapał  oddech.  Jęknął  z  rozkoszy,  a  ona  nie 
odrywając ust przesunęła niżej rękę.  

Upajała  się  zmysłową  radością.  Dzielili  tę  radość.  Im 

więcej  przyjemności  dała  Benowi,  tym  więcej  odczuwała  jej 
sama. Miała wrażenie, że  nie istnieje  doznanie zbyt  intymne, 
by  je  dzielić,  żadna  cząsteczka  ich  ciał  zbyt  skryta,  by  ją 
badać. Stanowili jedność.  

Ben  dotykał  jej  we  wszystkich  sekretnych  miejscach,  co 

sprawiło,  że  płonęła.  Odnalazł  źródło  jej  rozkoszy.  Kayla 

background image

krzyknęła, a potem szepnęła cicho: 

– Proszę, Ben. Teraz, proszę...  
Namiętnie, a zarazem czule uniósł ją, trzymając ręce na jej 

biodrach.  Z  początku  Kayla  leżała  nieruchomo.  Wreszcie 
zaczęła poruszać się wraz z nim wolno, potem szybciej, aż ich 
ciała odnalazły rytm dla tego cudownego aktu miłości.  

Kayla  z  trudnością  chwytała  oddech.  Narastała  w  niej 

szalona  rozkosz,  aż  wreszcie  nastąpiło  spełnienie  o 
nieopisanej sile.  

Ben  drżąc  tulił  ją  do  siebie,  rękami  przegarniał  wilgotne 

loki, ustami sunął po miękkich brwiach. W końcu ich oddechy 
uspokoiły się, a serca zaczęły bić zwykłym rytmem.  

Znów wypowiedział te słowa, napawając się nimi: 
–  Tak  bardzo  cię  kocham,  Kaylo.  Jesteś  kobietą  z  moich 

snów i nie mogę wyobrazić sobie życia bez ciebie.  

Przytuliła się jeszcze mocniej.  
– Och, Ben, ja  też cię  kocham. Dzień, w którym weszłam 

do twego biura, był najszczęśliwszym dniem w moim życiu.  

Pojechali  zalanymi  słońcem  drogami  w  kierunku  Salem. 

Drzewa  zaczynały  się  zielenić,  a  niekiedy  przy  murku  czy 
furtce ogrodowej złociła się kępa żonkili. Ben zastanawiał się, 
czy  kiedykolwiek  przepełniała  go  taka  radość.  Spojrzał  na 
Kaylę.  

– Powiedz mi, jak się czujesz – zażądał.  
– Prawdę? 
– Oczywiście – odparł, nagle zaskoczony. Wyraz jej twarzy 

nie powiedział mu niczego.  

– Czuję się... – zdradziła swój sekret, rumieniąc się lekko – 

jak zakochana kobieta.  

Ben z ulgą pokiwał głową.  
– Przez chwilę się zaniepokoiłem.  
– A ty? – spytała.  
– To samo, w męskiej wersji – zażartował.  

background image

– Niezły sposób na uniknięcie wyznań – zauważyła.  
Usłyszawszy to, zawołał głośno w wiosenny poranek: 
–  Kocham  Kaylę  Hartwell!  –  Potem  zaczął  się  śmiać.  – 

Nigdy  w  życiu  czegoś  takiego  nie  robiłem,  nawet  jako 
nastolatek.  Nigdy  nie  robiłem  również  tego.  –  Zatrzymał 
samochód  na  skraju  szosy  i  wziął  ją  w  ramiona,  obsypując 
pocałunkami.  

–  Nigdy  nie  całowałeś  dziewczyny  w  zaparkowanym 

samochodzie? – spytała podejrzliwie Kayla, gdy skończyli się 
całować. – A teraz powiedz prawdę.  

– Cóż, nigdy nie całowałem dziewczyny wiosną na drodze 

do  Salem  o  dziesiątej  rano  w  zaparkowanym  samochodzie  – 
oznajmił i dodał po kolejnym pocałunku: – Dwukrotnie.  

– Ale zdarzało ci się zrobić to chociaż raz? 
–  Być  może  –  odparł  –  ale  nie  z  piękną  blondynką  z 

Kalifornii.  

–  Widzę,  że  jestem  tylko  pozycją  na  długiej  liście  – 

roześmiała się Kayla.  

Wyjechawszy znów na drogę, Ben powiedział: 
–  Lista  kończy  się  na  tobie,  Kaylo.  „Oczarowany”  to 

właściwe słowo, aby opisać, jaką władzę masz nade mną.  

– Może wyglądam jak Katherine, ale nie mam jej magicznej 

mocy.  

– Nie jestem tego taki pewien. – Ben pogładził jej rękę.  
Kayla nagle spoważniała.  
– Właściwie mogę mieć z nią coś wspólnego.  
– Tak? 
– Tak. Czytałam, że wiele czarownic z Massachusetts było 

prześladowanych  za...  –  szukała  właściwego  słowa  –  ... 
zbytnią wyniosłość.  

– Wyniosłość? – Ben nie mógł powstrzymać śmiechu.  
–  To  prawda  –  zapewniła  go  Kayla.  –  Niektóre  z  nich  to 

zamożne  kobiety,  które  postanowiły  nie  wychodzić  za  mąż  i 

background image

nie  przekazywać  majątku  swoim  mężom,  kobiety,  które  nie 
chciały  się  poddać  dyktatowi  mężczyzn.  Były  więc 
prześladowane.  

Benowi  nie  podobał  się  obrót,  który  przybrała  rozmowa,  i 

spróbował znów skierować ją ku samej Kayli.  

– Były takie jak ty, prawda? Silne, niezależne i uparte.  
– Tak twierdzą autorzy jednej z moich książek.  
–  A  więc  możemy  wywieść  twoją  skłonność  do 

niezależności od Katherine.  

– Mam nadzieję – odparła Kayla. – Nie mogę się doczekać, 

żeby dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Co mi przypomina – 
dodała, patrząc na zegarek – że biblioteka czeka.  

– Więc nie zapomniałaś. – Ben zmarszczył brwi. – Upierasz 

się, żeby tam iść? 

W jej oczach pojawiło się zaskoczenie.  
– Myślałam, że to uzgodniliśmy.  
–  Załóżmy,  że  mam  lepszy  pomysł.  Na  przykład 

przejażdżka do Maine albo Cape, znalezienie małej gospody z 
kominkiem  w  sypialni  i  dużym  podwójnym  łóżkiem. 
Moglibyśmy wskoczyć do łóżka i przytulić się...  

– W biały dzień? – przekomarzała się. Zanim odpowiedział, 

położyła mu rękę na ramieniu i po raz pierwszy uświadomiła 
sobie, jaki jest zmęczony.  

W ostrym słońcu ujrzała koła pod oczami.  
–  Biedactwo  –  powiedziała.  –  Potrzebujesz  odpoczynku. 

Nie dawałam ci spać aż do późnej nocy.  

Ben uśmiechnął się.  
– Za taką noc jak ta wyrzekłbym się snu na zawsze. Ale nie 

jestem zmęczony – skłamał. – Myślę po prostu, że ta wyprawa 
do biblioteki to wielka strata czasu.  

– To dla mnie ważne, Ben.  
–  Babskie  gadanie  i  przesądy.  Czy  nie  lepiej  byłoby  dać 

sobie z tym spokój? 

background image

Oczy Kayli zwęziły się.  
– Czy jest coś, o czym mi nie mówisz, coś, o czym wiesz? 

Co się stało? 

– Nic, Kaylo, na litość boską  – odpowiedział porywczo. – 

Po prostu nie uważam tego za najlepszy pomysł.  

–  Mogę  przecież  pojechać  sama.  Jeśli  zabierzesz  mnie  do 

domu, mogę wziąć mój samochód i pojechać do Salem.  

– To absurdalne – powiedział z irytacją. – Mieliśmy spędzić 

ten weekend razem.  

– I pojechać do Salem – przypomniała mu.  
– W porządku – odparł i uruchomił silnik. – Jesteśmy już w 

połowie drogi, więc równie dobrze możemy zmierzać dalej. – 
Wyjechał  na  drogę,  udając,  że  nie  zauważał  przenikliwego 
spojrzenia  Kayli.  Wiedziała,  że  coś  jest  nie  w  porządku,  ale 
nie podzielała jego niepokoju.  

Oczywiście  nic  nie  wiedziała  o  śnie,  który  miał  ostatniej 

nocy. Nie odważył się jej o nim opowiedzieć. Nadałaby mu za 
duże znaczenie i znowu skończyłoby się kłótnią.  

Bez względu na to, jak starał się przekonać samego siebie o 

bezsensowności  tej  całej  historii,  widok  biblioteki  w  Salem 
napełnił  go  szczególnym  niepokojem.  Był  to  zwyczajnie 
wyglądający  stary  budynek  z  czerwonej  cegły,  o  białych 
kolumnach  i  wysokich,  wąskich  oknach.  Z  biblioteką 
sąsiadował rozległy park.  

–  Może  spotkamy  się  w  parku  za  dwie  godziny?  – 

zaproponował.  

– Doskonale. – Kayla wzięła notatnik i otworzyła drzwiczki 

samochodu. – Jesteś pewny, że nie chcesz mi towarzyszyć? 

Potrząsnął głową.  
– Myślałem, że poszukam dla nas noclegu – odpowiedział, 

co  nawet  dla  niego  samego  brzmiało  mało  przekonująco. 
Odczekał  chwilę  i  patrzył,  jak  Kayla  wchodzi  po  schodach. 
Potem skręcił za róg, odszukał parking i wyłączył silnik.  

background image

Odetchnął  głęboko  i  próbował  uporządkować  myśli. 

Zamierzał  odwieść  ją  od  zamiaru  odwiedzenia  biblioteki, 
zwłaszcza  po  swoim  ostatnim  śnie.  Ale  łatwiej  było  obiecać 
sobie, że wpłynie na zmianę zdania Kayli, niż to zrobić. Teraz 
miał  przeczucie,  że  stanie  się  coś  złego.  Stanie  się  coś 
strasznego,  a  on  nie  może  temu  zapobiec  –  a  to  był  stan, 
którego Ben Montgomery nie znosił.  

To  sen  wzbudzał  jego  niepokój,  ten  cholerny  sen,  który 

pojawił  się  właśnie  wówczas,  gdy  wszystko  szło  tak  dobrze, 
po  wspaniałej  nocy  spędzonej  z  Kaylą.  W  tym  świecie 
rzadkością  było  znalezienie  kobiety,  którą  można  było  tak 
kochać.  Jeszcze  rzadziej  miłość  ta  bywała  odwzajemniona. 
Kayla  była  jego  drugim  ja,  a  ostatnia  noc  byłaby 
najpiękniejszą w jego życiu.  

Gdyby  nie  sen.  Łatwo  zasnął  z  Kaylą  w  objęciach.  Tuż 

przed  świtem  miał  sen.  Kobieta  wyglądała  jak  Kayla. 
Wiedział  jednak, że to  Katherine. Tym razem nie była sama. 
We  śnie  pojawił  się  mężczyzna  w  sędziowskiej  todze,  który 
przewodniczył rozprawie. Był to proces Katherine, a Ben był z 
całą pewnością sędzią, ponieważ widział salę sądową z pulpitu 
sędziowskiego.  

Widział  Katherine  na  ławie  oskarżonych  z  dumnie 

uniesioną piękną głową, której nie spuściła nawet, gdy został 
ogłoszony wyrok – głosem, który był mu nie znany, a jednak 
należał do niego. Bronił się przed wypowiedzeniem tych słów, 
ale wiedział, że nie ma wyjścia. Czuł się tak, jakby zatapiano 
mu nóż w piersi. Zaczął mówić.  

Zanim  skończył,  obudził  się  zlany  potem.  Leżąc 

nieruchomo, by nie niepokoić Kayli, na nowo przeżywał sen, 
nie rozumiejąc jego znaczenia.  

Zastanawiał się, czy jest mniej odważny od Kayli. Ona była 

podobna  do  Katherine,  szukała  prawdy,  gotowa  stanąć  z  nią 
oko w oko.  

background image

–  Do  diabła  –  powiedział  na  głos,  otwierając  drzwiczki 

samochodu.  –  Może  nie  mam  racji.  –  Tak  czy  inaczej  musiał 
się dowiedzieć. Za biurkiem przy drzwiach biblioteki siedział 
młody  mężczyzna.  Poprosił  Bena  o  wpis  w  książce 
czytelników  i  poinformował  go,  że  panna  Hartwell  jest  w 
dziale mikrofilmów.  

Zapytany,  czy  chciałby  do  niej  dołączyć,  Ben  potrząsnął 

głową.  

– Nie, chyba że dokumenty, których potrzebuję, są również 

na 

mikrofilmach. 

Szukam 

informacji 

rodzinie 

Montgomerych z New Sussex.  

Mężczyzna chętnie wskazał Benowi żądane książki.  
Dwie  godziny  później  blada,  wstrząśnięta  Kayla  stanęła 

przed Benem w otoczonym murem ogrodzie przed biblioteką. 
W ręku ściskała odbitki z przejrzanych książek.  

Ben oparł się o mur z rękami wbitymi w kieszenie i patrzył, 

jak  Kayla  chodzi  tam  i  z  powrotem.  Wreszcie  usiadła  na 
marmurowej  ławce.  Podszedł,  usiadł  obok  niej  i  słuchał,  jak 
czyta.  

–  „Sędzią  na  procesie  Katherine  Hartwell  był  Benjamin 

Montgomery  z  New  Sussex,  który  w  trybie  doraźnym  skazał 
ją na karę śmierci”.  

Wzięła jedną z kartek i wymachiwała mu nią przed nosem.  
–  Kaylo...  –  zaczął,  próbując  ją  uspokoić  albo  być  może 

powstrzymać  słowa,  które,  jak  wiedział,  zaraz  zostaną 
wypowiedziane.  

– Nigdy mi nie powiedziałeś, nigdy. Dlaczego? Widział jej 

ból i złość, i jak podejrzewał, głęboko ukryty strach.  

–  Nie  wiedziałem,  Kaylo.  A  jeśli  nawet,  to  zapomniałem. 

Może  słyszałem,  jak  dziadek  opowiadał  o  przodku 
powiązanym z procesami czarownic, ale to nie miało dla mnie 
znaczenia.  

–  Więc  dlaczego  zakradłeś  się  za  moimi  plecami  do 

background image

biblioteki? Dlaczego, Ben? 

–  Nie  zakradłem  się,  Kaylo.  Gdy  wysiadłaś  z  samochodu, 

postanowiłem dowiedzieć się czegoś o moim przodku. To nie 
miało nic wspólnego z tobą ani z Katherine.  

Spojrzenie  Kayli  nie  pozostawiało  wątpliwości,  że  nie 

wierzy w ani jedno słowo.  

– Wiec teraz, gdy wiesz, że był sędzią na moim procesie...  
–  Jak  to  na  twoim  procesie,  Kaylo?  Rozmawiamy  o 

Katherine. – Bena przebiegł zimny dreszcz.  

– No tak. Ale fakt pozostaje faktem – upierała się Kayla. – 

Twój  przodek  wydał  na  nią  wyrok.  Czy  to  dla  ciebie  nic  nie 
znaczy? 

Ben czuł, że musi opanować tę niesamowitą sytuację.  
–  Dla  mnie  znaczy  to  tyle,  że  wyciągnęłaś  na  światło 

dzienne ciekawy kawałek historii, który nas nie dotyczy.  

Kayla uczuła nagle chłód mimo pięknej słonecznej pogody. 

Jej ręce, wciąż ściskające te przerażające kartki, były wilgotne 
i zimne.  

–  To  znaczy  –  mówiła  powoli  –  że  to  twój  przodek  był 

odpowiedzialny za śmierć Katherine.  

– Uwierz mi, Kaylo, to nie ma nic wspólnego z nami.  
–  Ależ  ma  –  upierała  się.  –  To  nas  w  jakiś  sposób  z  nimi 

wiąże. Ja wyglądam jak Katherine, ty jak sędzia. Tu jest zbyt 
dużo  zbiegów  okoliczności.  Nawet  ty  –  powiedziała,  starając 
się, by nie brzmiało to sarkastycznie – będziesz musiał wziąć 
to pod uwagę.  

– Ależ biorę. – Ben był najwyraźniej rozdrażniony. – O co 

ci właściwie chodzi? Twoja antenatka została powieszona jako 
czarownica,  mój  przodek  był  sędzią.  Wiele  lat  później 
spotykamy się. To jasne, że masz powiązania z New Sussex, a 
więc nic nie wydaje mi się naciągane.  

– To nie jest naciągane – zgodziła się. – Jest tak, jakby to 

musiało się stać, jakby było przeznaczone.  

background image

–  Dobrze  –  powiedział  Ben.  –  Podoba  mi  się  ta 

interpretacja.  Było  mi  pisane,  żebym  cię  spotkał,  i  jestem 
szczęśliwy. A więc kontynuujmy nasz weekend. Mam ochotę 
na lunch – oświadczył, pragnąc odwrócić jej myśli.  

Kayla potrząsnęła głową.  
–  Musimy  stanąć  z  tym  oko  w  oko,  Ben,  nie  chować  się 

przed tym. Pamiętasz, jak początkowo kłóciliśmy się, jaką do 
siebie czuliśmy antypatię? 

Pamiętał, a ona o tym wiedziała.  
–  To  nie  było  naturalne  zachowanie  żadnego  z  nas  – 

ciągnęła. – Może te uczucia przeszły z Katherine i sędziego. – 
Odetchnęła głęboko i cała spięta czekała na odpowiedź Bena.  

Twarz  Bena  wyrażała  najpierw  niedowierzanie,  później 

oburzenie, a wreszcie wybuchnął: 

–  Kaylo,  nie  chcę  więcej  o  tym  słyszeć.  Próbujesz  mnie 

przekonać, że żyjemy cudzym życiem...  

– Nie  próbuję przekonywać cię o niczym  – odparowała.  – 

Szukam wyjaśnienia. Usiłuję wszystko dopasować do siebie i 
nic więcej.  

– Ależ to nonsens.  
–  Dzięki  za  niearbitralną  postawę  –  odparła  z  ironią.  – 

Teraz widzę, co odziedziczyłeś po swoim przodku.  

– Ta uwaga była zupełnie zbyteczna – powiedział. Wstał i 

zaczął spacerować, aby się opanować.  

–  Ale  to  prawda,  Ben  –  upierała  się.  –  Właśnie  tak 

reagujesz, gdy się ze mną nie zgadzasz.  

– A ty rzucasz się bez namysłu na pierwszy lepszy pomysł. 

Prawdą  jest,  że  wiele  lat  temu  niewinni  ludzie  zostali 
powieszeni. To przykre, że mój przodek brał w tym udział, ale 
my nie mamy z tym nic wspólnego. Uwierz mi.  

– Ależ mamy! – upierała się Kayla. – Czy tego nie widzisz? 

Czy  nie  czujesz?  –  błagała,  zniżywszy  głos,  bo  w  ogrodzie 
pojawiła się inna para. – To jest tak oczywiste.  

background image

Kayla wiedziała, że ma rację bez względu na prawa logiki. 

Między nimi a dwiema istotami sprzed wieków istniało silne 
powiązanie,  tajemnica,  która  teraz  wychodzi  na  światło 
dzienne. Ben nie pomoże jej w wyjaśnieniu tej sprawy – i nie 
chce.  To  zabolało  ją  najbardziej.  Mężczyzna,  z  którym  była 
już tak blisko, jest teraz po przeciwnej stronie.  

–  Chodź  –  rzucił  –  potrzebujemy  chwili  spokoju.  W 

samochodzie napięcie pomiędzy nimi wzrosło.  

Kayla  wiedziała,  że  Ben chce zapomnieć o tym, czego się 

dowiedzieli.  Budziło  to  jej  sprzeciw.  Ich  znajomość  znalazła 
się w punkcie krytycznym.  

Bardzo  jej  zależało,  aby  go  skłonić  do  słuchania.  Z  ręką 

opartą  o  jego  ramię  wyznała,  jak  się  męczyła  od  początku, 
choć o niczym nie wiedziała.  

–  Gdy  przyjechałam  do  New  Sussex,  wszystko  zostało 

jakby wprawione w ruch. Odczułam to natychmiast – w domu 
i między nami.  

–  To  oczywiste.  Czuliśmy  do  siebie  tak  silny  pociąg,  że 

żadne z nas nie mogło się oprzeć.  

– Właśnie – powiedziała, prawie uspokojona.  
– Kaylo, to chemia, bioprądy czy jak chcesz to nazwać. To 

się  zdarza  i  cieszę  się,  że  zdarzyło  się  nam.  Należymy  do 
szczęśliwców.  Ale  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  naszymi 
przodkami.  

Kayla  czuła,  jak  jej  rozczarowanie  rośnie.  Spróbowała 

znów.  

–  Te  uczucia  były  czymś  więcej.  Czasami  moje  uczucia 

były tak pogmatwane, że przerażały mnie. Wiesz o tym, Ben.  

Westchnął głęboko.  
– Bardzo cię pragnę, Kaylo. Ale to ja, nie sędzia.  
–  Nawet  chęć  kontrolowania,  przeświadczenie,  że  zawsze 

masz rację, jest typowe dla ciebie? 

Ben milczał, a Kayla ciągnęła: 

background image

–  Gdy  zobaczyłam  Katherine  albo  zdawało  mi  się,  że 

zobaczyłam – poprawiła się, chcąc uniknąć dalszej dyskusji – 
potrzebowała pomocy.  

– I przyszła do ciebie? – Ben nie krył sceptycyzmu.  
– Dlaczego nie? Jestem jej  krewną, a  ty jesteś potomkiem 

sędziego. Ty też jesteś z tym powiązany.  

– Jestem związany z tobą, Kaylo, nie z Katherine – upierał 

się.  Zaczynał  się  spór,  którego  się  tak  obawiał.  Był 
zadowolony,  że  nie  opowiedział  Kayli  o  swoich  snach.  To 
tylko dolałoby oliwy do ognia.  

Ale Kayla nie zamierzała dać za wygraną.  
– Sędzia przyczynił się do jej śmierci, Ben. Wierzę, że ona 

chce, byśmy wszystko uporządkowali.  

–  Świetnie  –  powiedział  Ben.  –  Możemy  to  zrobić. 

Zamieszkajmy razem, zaręczmy się. Do licha, pobierzmy się. 
Czy to zadowoli ducha Kathenne i usunie ją z naszego życia? 

W oczach Kayli ujrzał ból.  
–  W  tych  okolicznościach  chyba  nie  oczekujesz,  że 

potraktuję  twoją  propozycję  poważniej,  niż  ty  traktujesz  całą 
tę sprawę. Chcesz, żeby to się skończyło, prawda? 

– Tak, do diabła – potwierdził złym głosem.  
– Ja też.  
– A wiec dobrze.  
– Ale chcę skończyć to na jej sposób. Ona otwiera dla mnie 

drzwi, Ben, a ja chcę przez nie wejść.  

– Jak, Kaylo? 
– Nie wiem.  
Ben uniósł w irytacji ręce.  
–  Wiem  tylko,  że  Kathenne  próbuje  mówić  do  nas  albo 

przez nas – argumentowała.  

–  I  chcesz,  żebyśmy  –  nie,  nie  mów  mi,  o  czym  myślisz, 

Kaylo. Tylko nie seans.  

– Tego nie powiedziałam, Ben.  

background image

– Ale pomyślałaś, prawda? – odparował.  
–  Nie  –  powiedziała  stanowczo,  po  czym  dodała  mniej 

pewnie:  –  Nie  wiem.  Chciałabym  tylko,  żebyś  nie  był  taki 
uparty i nietolerancyjny.  

– Nie wierzę w to, że jesteśmy wcieleniami naszych dawno 

nieżyjących przodków.  

– Ja tylko twierdzę, że powinniśmy być gotowi na to, by ich 

wysłuchać.  

–  Ja  słuchałem,  a  wszystko,  co  usłyszałem,  to  bzdury  o 

zjawach, czarownicach i duchach zza grobu. – Ben uruchomił 
samochód. – Nie mogę tego zaakceptować, Kaylo. Nie zrobię 
tego.  

Kayla westchnęła. Spór trwał i nie było w nim zwycięzcy.  
–  Chciałabym  tylko  –  powiedziała  żałośnie  –  żebyś  przez 

chwilę pozwolił, aby te drzwi się choć trochę uchyliły.  

Ben odwrócił się i spojrzał w kierunku Salem.  
–  Dzieje  się  coś  niezwykłego  –  ciągnęła  Kayla.  –  Jeśli 

zaakceptujesz ten fakt, możesz być zaskoczony.  

–  Jestem  zaskoczony  wyłącznie tym, że  nasz  weekend  tak 

się zakończył. Wracamy do New Sussex, Kaylo.  

Ben  przemierzał  godzinami  kuchnię,  pijąc  kawę  i  myśląc, 

dlaczego  nie  opowiedział  Kayli  o  swoich  snach.  W  końcu 
przestał  krążyć  i  opadł  na  krzesło,  zastanawiając  się,  co 
począć.  

Doszedł do jednego wniosku: Kayla mogła mieć rację, gdy 

powiedziała, że jest władczy i arbitralny. A jeśli tak, to pewnie 
przez upór nie opowiedział jej o wszystkim co przeżył. To nie 
było w porządku.  

Wiedział  jednak,  że  gdyby  wspomniał  o  snach  i  kobiecie, 

którą w nich widywał, Kayla  nie  przepuściłaby okazji. W tej 
chwili  znajdowaliby  się  w  Bostonie  w  gabinecie  jakiegoś 
medium i cofali w inne życie. Nie mógł się na to zgodzić.  

A może jednak? 

background image

Ze  złością  odsunął  filiżankę  letniej  kawy,  wstał  i  poszedł 

się położyć.  

Szczęśliwie  jutro  niedziela  i  może  pospać  dłużej.  Obudzi 

się silny, pewny siebie i zdolny do tego, aby zająć się Kaylą. 
Choć  oświadczyny  nie  nastąpiły  we  właściwym  czasie  i 
miejscu,  zamierzał  je  ponowić.  Kochał  Kaylę  i  chciał  z  nią 
być. Nie radziłby nikomu – ani żadnemu duchowi – stanąć na 
swojej drodze.  

Dziwne,  że  po  tylu  kawach  Ben  zasnął  twardo,  gdy  tylko 

przyłożył  głowę  do  poduszki.  Tuż  przed  świtem  obudziło  go 
światło padające na łóżko. Przekręcił się i spojrzał na zegarek. 
Była dopiero piąta, daleko do wschodu słońca. A jednak...  

Uniósł  się  na  łokciu,  a  drugą  ręką  przysłonił  oczy.  Drzwi 

zaczęły  otwierać  się  szerzej  i  szerzej,  wpuszczając  więcej 
światła.  

Przysłonił oczy ręką i zawołał: 
– Kto tam? 
Usłyszał te słowa, ale jego usta się nie poruszyły. Pomyślał 

je tylko, a myśl zmieniła się w dźwięk. Ben zadrżał. To było 
niesamowite. Ale działo się i musiał wiedzieć więcej. Oderwał 
rękę i spojrzał wprost w światło, które natychmiast zbladło.  

Wtedy  zobaczył  ją.  Nie  wymówił  jej  imienia.  Pomyślał  je 

tylko.  

Katherine.  
Słowo  odbiło  się  echem  w  pokoju.  Znów  myśl  stała  się 

słowem. Kobieta podeszła do niego ubrana w purytański strój, 
z  rękami  złożonymi  na  piersiach.  Na  smukłym  bladym  palcu 
widniały trzy złączone złote kółka.  

Potem zobaczył za nią kogoś. Gdy mężczyzna wynurzył się 

z mroku, Ben ujrzał twarz, której nie widział w ostatnim śnie. 
Nie zaskoczyła go. Mężczyzna miał białą perukę i sędziowską 
togę. Sędzia Benjamin Montgomery.  

Zatrzymał  się  obok  Katherine  i  stali  oboje  skąpani  w 

background image

blasku, wzywając go przez otwierające się drzwi.  

– Nie, nie – wołał Ben, wiedząc, że to tylko sen. Ale po raz 

pierwszy w życiu poczuł strach. Jeśli był to sen, nie mógł się z 
niego obudzić.  

Potem drzwi zamknęły się i zapanowała ciemność.  

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Gdy tylko w pokoju Kayli zapaliło się światło, Ben wysiadł 

z  samochodu.  Siedział  w  nim  ponad  godzinę,  czekając,  aż 
Kayla się obudzi, i cały zesztywniał. Zanim dotarł do tylnych 
drzwi, również okno kuchenne rozbłysło światłem.  

–  Wiem,  że  jest  wcześnie,  ale...  –  zaczął,  gdy  otworzyła 

drzwi.  

– Nie tłumacz się – przerwała. – Nie spałam dobrze w nocy 

i cieszę się, że przyszedłeś. Musimy porozmawiać.  

Wszedł za nią do kuchni.  
– Chcesz kawy? – spytała przez ramię.  
–  Och,  nie.  Wypiłem  wieczorem  chyba  dziesięć  filiżanek. 

Ale chętnie napiłbym się soku.  

Podeszła  do  lodówki  i  nalała  mu  szklankę  soku 

pomarańczowego. Zaniósł ją do stołu, odsunął krzesło i usiadł 
w milczeniu, próbując uniknąć nieuchronnego. Tak przytulnie 
i  swojsko  było  w  kuchni  Kayli.  Chciał  się  przez  chwilę  tym 
nacieszyć.  

Kayla usiadła naprzeciwko niego w przyjaznym milczeniu.  
– Wczorajszy dzień to kolejny przykład na to, że wszystko 

wymyka  się  nam  spod  kontroli  –  powiedziała  po  dłuższej 
chwili. – Ale myślę, że możemy to zmienić.  

–  Ja  też  tak  sądzę,  Kaylo.  Ja  ponoszę  winę  za  to,  co  się 

stało.  

– Nie – zaprotestowała. – To moja wina. Nalegałam, abyś 

mnie słuchał, a nie wysłuchałam ciebie.  

Ben  z  przyjemnością  wypił  chłodny,  orzeźwiający  sok. 

Czuł się teraz lepiej i umysł miał jasny, gdy odparł: 

–  Nie  winię  cię  za  to.  Nie  mówiłem  prawdy.  Kayla 

zaskoczona zmrużyła oczy.  

– Prawdy o czym? 
– O tobie i o mnie – powiedział po prostu. – O Katherine i 

background image

sędzi.  

– Nie rozumiem.  
– Och, Kaylo, oczywiście, że nie  – odparł, a słowa więzły 

mu w gardle – bo nie byłem szczery.  

W  myślach  Kayli  panował  taki  zamęt,  że  nawet  nie 

próbowała  ich  uporządkować.  Mogła  tylko  czekać  na 
wyjaśnienia.  

– Czy mam opowiedzieć od początku? 
– Proszę. – Kayla upiła łyk kawy.  
–  To  zaczęło  się  wtedy,  gdy  weszłaś  do  mojego  biura.  – 

Zawiesił głos. – Znałem cię.  

– Co? Nie rozumiem. Kiedy się spotkaliśmy? 
–  Ty  mnie  nie  znałaś,  ale  ja  widziałem  ciebie.  W  moich 

snach. Wiem, że to brzmi jak banalny komplement – nawet mi 
to kiedyś powiedziałaś. Ale tak nie jest. Śniłem o tobie, zanim 
się spotkaliśmy. Więc wtedy, gdy ujrzałem cię w biurze jako 
kogoś z krwi i kości, oszołomiło mnie to.  

– Śniłeś o mnie? – Kayla wciąż była zaintrygowana.  
– O kimś, kto wyglądał dokładnie jak ty.  
– Dlaczego nie opowiedziałeś mi o tych snach? 
– Z wielu powodów – przyznał Ben. – Gdy próbowałem ci 

powiedzieć  pierwszego  wieczora,  zabrzmiało  to  jak  frazes. 
Gdy  zaczęliśmy  się  spierać  o  zjawiska  paranaturalne,  byłem 
zbyt uparty, aby przyznać się, że doświadczam czegoś... – nie 
dokończył.  –  Pomyśl  o  tym,  Kaylo.  Znasz  mnie  przecież. 
Chciałem  wszystko  przemyśleć  i  osądzić  logicznie  i 
racjonalnie.  Wtedy  i  tylko  wtedy  wyjaśniłbym  ci  to  i 
przedstawił rewelacyjne wnioski.  

– Nie jestem pewna, czy rozumiem – powiedziała Kayla. – 

Co twoje sny mają wspólnego z sędzią i Katherine? 

–  W  końcu  doszedłem  do  wniosku,  że  nigdy  nie  śniłem  o 

tobie.  Pamiętaj,  powiedziałem,  że  kobieta  ze  snów  wygląda 
jak ty. Ale to była Katherine.  

background image

– Katherine? W twoich snach? Opowiedz mi wszystko, Ben 

– nalegała.  

Ben wreszcie był gotów to właśnie zrobić.  
–  Na  kilka  tygodni  przed  twoim  przybyciem  do  New 

Sussex zacząłem śnić o ślicznej blondynce, która była zawsze 
poza  moim  zasięgiem.  Była  fascynująca  i  intrygująca  i 
pragnąłem nieodparcie kochać się z nią. Potem ujrzałem ciebie 
i cóż, po prostu wzięło mnie.  

– Tak jak mnie – szepnęła Kayla.  
–  Tamtej  nocy  po  spotkaniu  miałem  kolejny  sen.  Był 

erotyczny i sądziłem, że znam powód. Seksualna fantazja była 
łatwa  do  wytłumaczenia,  bo  ogromnie  mnie  pociągałaś.  Z 
wyjątkiem  tego,  że  –  jak  sobie  teraz  przypominam  –  sen 
odnosił  się  do  realiów  z  innej  epoki.  –  Zmienił  wątek, 
próbując  wszystko  wyjaśnić.  –  Sny  to  dziwne  zjawiska, 
prawda?  Nic  wówczas  nie  wiedziałem  o  Katherine  i  nie 
zwracałem uwagi na scenerię snów.  

– To niesamowite, Ben.  
– Jest coś więcej. Śniłem, że ta kobieta jest prześladowana i 

sądzona. Ponieważ jestem realistą – to również zignorowałem, 
tłumacząc sobie, że twoje fantazje o Katherine w jakiś sposób 
wdarły się w moją podświadomość. Prawda jest taka, że wcale 
nie chciałem o tym myśleć.  

– Powiedziałeś, że dotyczyło to sędziego Montgomery’ego 

i Katherine – wtrąciła Kayla. – Czy śnił ci się sędzia? 

– Teraz zaczynam rozumieć, co znaczyły te sny – przyznał 

Ben  z  ociąganiem.  –  Myślę,  że  to  było  tak,  jakby  śnił  je 
sędzia.  To  nie  ja  marzyłem  o  tobie.  To  sędzia  marzył  o 
Katherine. Nie mogę uwierzyć, że to mówię, ale to ona była w 
moich snach.  

Kayla  czuła, jak wali jej  serce. Te rewelacje przeraziły ją. 

Ale  sprawiły  też,  że  nie  czuła  się  już  osamotniona.  Między 
nią,  Benem  i  przeszłością  musiał  istnieć  jakiś  szczególny 

background image

związek.  

– Sprawiasz wrażenie przekonanego, Ben.  
– Po ostatniej nocy jestem. Widziałem sędziego i Katherine 

razem. Nie wiem, czy był to sen, wizja czy zmora nocna. Ale 
byli  w  moim  pokoju  i  przywoływali  mnie  do  siebie  przez 
otwarte drzwi.  

Gdy  wypowiedział  te  słowa,  w  kuchni  zrobiło  się  nagle 

bardzo cicho.  

– Boję się, Kaylo. Spojrzała na niego zaskoczona.  
–  Och,  nie  duchów  ani  istot  nadprzyrodzonych,  choć 

przyznaję,  że  ostatni  sen  wstrząsnął  mną.  Boję  się  o  nas. 
Jestem przerażony, że los naszych  przodków mógłby w jakiś 
sposób wpłynąć na nasze życie.  

Czuł, jak jej ręka drży.  
–  Oczywiście,  nie  do  tego  stopnia,  ale  moglibyśmy zostać 

rozdzieleni,  rozłączeni.  Czy  rozumiesz,  co  mam  na  myśli, 
Kaylo? 

Kiwnęła głową.  
– Może coś zburzyłoby nasz związek. – Powiedziawszy to 

Ben  zdał  sobie  sprawę,  jak  dramatycznie  zabrzmiały  jego 
słowa.  

– To się nie stanie – powiedziała stanowczo Kayla.  
–  Jak  temu  zapobiec?  –  zapytał,  uświadamiając  sobie,  że 

teraz ona jest silniejsza. Nie miał nic poza kilkoma niejasnymi 
sugestiami.  –  Moglibyśmy  wciąż  mieć  sny,  widzieć  zjawy  i 
spierać się. Możemy też zaakceptować Katherine i sędziego i 
zaprosić ich na kolację.  

Wyobraziwszy  to  sobie,  Kayla  wybuchnęła  śmiechem.  Po 

chwili Ben jej zawtórował. Kayla z trudem łapała oddech.  

–  Przynajmniej  mamy  oboje  wciąż  jeszcze  poczucie 

humoru.  

–  Mamy  więcej.  –  Pocałował  ją  wolno  w  usta.  –  Ale  nie 

mamy rozwiązania.  

background image

Kayla westchnęła.  
– Znajdziemy je – powiedziała z przekonaniem.  
– Przede wszystkim musimy ustalić, czego chcą.  
– Doprowadzić nas do szaleństwa – poddał Ben.  
– Zdaje się, że widziałem Katherine również w lustrze.  
– Ben, i nic mi nie powiedziałeś? 
– Jak miałem to zrobić, gdy nie mogłem przyznać się przed 

samym  sobą?  Ja,  Ben  Montgomery,  widzący  zjawy?  Do 
diabła, nie. Jeśli jednak widziałem, musi być jakiś powód.  

–  I  jest.  Zawsze  myślałam,  że  Katherine  potrzebuje 

pomocy, ale teraz, gdy pojawił się sędzia...  

–  Proszę,  Kaylo  –  powiedział  Ben.  –  Nie  bądźmy  zbyt 

mistyczni.  

Kayla  rzuciła  mu  wyzywające  spojrzenie,  ale  nie 

odpowiedziała,  nie  chcąc  wszczynać  kłótni  teraz,  gdy  byli 
bliscy porozumienia.  

–  Może  oni  chcą  nam  powiedzieć  coś  o  sobie,  coś,  czego 

nie wiemy. – Zmarszczyła czoło w napięciu.  

–  Może  czekali  setki  lat,  abyśmy  znaleźli  się  razem,  we 

właściwym  czasie  i  miejscu.  Teraz,  kiedy  to  się  stało, 
skorzystali z okazji. To ma sens, prawda? 

– Nic nie ma sensu – zaprzeczył Ben. – Ale jestem skłonny 

próbować wszystkiego.  

–  Więc  jak  sprawimy,  żeby  się  z  nami  porozumieli?  – 

spytała Kayla. – Czy w New Sussex są jacyś spirytyści? 

Ben potrząsnął głową.  
– Wątpię. Muszę jednak przyznać, że nic nie wiem na ten 

temat.  

Kayla  uśmiechnęła  się  i  wstała,  aby  nalać  sobie  kolejną 

filiżankę kawy.  

– Dla mnie też – poprosił Ben.  
– Myślałam, że masz dość kawy.  
– Już nie – odparł z uśmiechem. – Teraz potrzebuję czystej 

background image

kofeiny.  

Gdy znalazła filiżankę i nalała mu kawy, powiedziała: 
– Dużo o tym czytałam.  
– Wiem.  
–  Zazwyczaj  kontakt  z  postaciami  z  zaświatów  nawiązuje 

się,  gdy  podmiot  jest  wprowadzony  w  trans  albo  gdy  istota 
przemawia przez kogoś innego, na przykład medium.  

Ben wzdrygnął się.  
–  Co  za  słownictwo  –  istota,  podmiot,  medium.  To  brzmi 

coraz dziwniej.  

– Ben...  
– Nie martw się – pocieszył ją. – Ja się nie wycofuję. Tylko 

powiedz  mi,  co  teraz  zrobić?  Czy  powinniśmy  jechać  do 
Bostonu i poszukać hipnotyzera? 

Kayla uśmiechnęła się do niego.  
–  Nigdy  nie  myślałam,  że  usłyszę  od  ciebie  coś  takiego. 

Pomysł jest szalony.  

– Szalony, zgadzam się – potwierdził. – Ale co teraz? Czy 

spróbujemy znaleźć kogoś, kto by nam pomógł? 

Kayla westchnęła.  
–  Chciałabym,  żebyśmy  mogli  poradzić  sobie  sami,  tylko 

we  dwoje.  Albo  we  czworo  –  dodała.  –  Będziemy  jednak 
potrzebować  pomocy.  Zastanawiam  się,  czy  powinnam 
poszukać  w  książce  telefonicznej?  –  zażartowała,  próbując 
rozładować atmosferę.  

– Pozwól mi się tym zająć – powiedział Ben. – Ja zdobędę 

nazwisko i numer telefonu, jeśli ty nawiążesz kontakt.  

– Umowa stoi – zgodziła się Kayla. – Ale od czego chcesz 

zacząć? 

– Nie od książki telefonicznej – zapewnił ją – ani ogłoszeń 

w  gazetach.  Mam  kontakty  z  innymi  prawnikami,  lekarzami, 
psychologami.  Powinienem  za  ich  pośrednictwem  kogoś 
znaleźć.  

background image

Kayla  próbowała  ukryć  uśmiech,  ale  udało  jej  się  to  tylko 

częściowo.  

– O co chodzi? 
–  Właśnie  myślałam,  jak  będziesz  dzwonił  do  jednego  ze 

swoich  statecznych  kolegów  po  fachu  i  pytał,  czy  nie  zna 
jakiegoś  dobrego  hipnotyzera.  To  naprawdę  nie  pasuje  do 
twego  wizerunku,  Ben.  Przynajmniej  nie  do  wizerunku 
dawnego Bena.  

Uśmiechnął się szeroko.  
–  Odkąd  cię  spotkałem,  Kaylo  Hartwell,  całe  moje  życie 

przewróciło  się  do  góry  nogami.  Robię  i  mówię  rzeczy,  o 
które nigdy się nawet nie podejrzewałem. A więc załóżmy, że 
te  poszukiwania  to  część  mojego,  hm,  duchowego 
dojrzewania.  Oczywiście  jeśli  się  rozniesie,  że  mam  coś 
wspólnego z mistycyzmem, mogę stracić klientów.  

–  Nigdy  ci  nie  zabraknie  klientów.  Wiesz  o  tym.  –  Kayla 

podeszła do Bena i pocałowała go delikatnie w usta. – Czy ci 
ostatnio  nie  mówiłam,  że  jesteś  prawdziwym  mężczyzną  i 
bardzo cię kocham? 

– Tak – odparł z niespodziewanym rumieńcem – ale mogę 

tego  słuchać  ciągle.  To  właśnie  pozwala  mi  funkcjonować. 
Teraz powiedz, gdzie jest telefon. Zacznę dzwonić już teraz.  

– Kayla na drugiej linii do ciebie, Ben – zawołała Terrie.  
–  Hej,  co  się  dzieje?  –  Ben  próbował  mówić  spokojnie, 

choć  serce  mu  biło  mocno.  Dziś  właśnie  miał  przyjechać 
hipnotyzer,  z  którym  Kayla  się  umówiła.  Ben  czekał  na  ten 
telefon  i  zastanawiał  się,  jak,  u  licha,  wplątał  się  w  coś 
takiego,  i  jak  ma  się  z  tego  wyplątać.  Uzgodnili  z  Kaylą,  że 
doprowadzą  sprawę  do  końca.  Teraz  godzina  prawdy 
nadeszła.  

–  On  tu  jest  –  szepnęła  Kayla.  –  Pije  właśnie  herbatę  w 

kuchni. Pan Leo Justice jest tutaj.  

– I... – podsunął Ben.  

background image

–  Jest  bardzo  miły  i  bardzo  normalny  –  ciągnęła  z  ulgą  w 

głosie. – Zachwycił się sklepem i mógłby nawet kupić...  

– Kaylo – przerwał Ben – a co z... no wiesz? 
–  Rzucił  ostrożne  spojrzenie  w  stronę  drzwi.  Usiłował 

ukryć przed wszystkimi to, co z Kaylą planowali.  

– Wiem – zapewniła go Kayla – seans. On będzie gotowy, 

jak  tylko  przyjedziesz.  Zamierzam  pokazać  mu  portret 
Katherine, a potem zabrać do starego salonu. Przyjedź zaraz.  

– Jestem trochę zajęty – mruknął Ben.  
–  Nie,  nie  jesteś  –  powiedziała  Kayla.  –  I  nie  czekasz  na 

żadnych  klientów.  –  Jej  głos  złagodniał.  –  Ja  też  jestem 
zdenerwowana,  najdroższy,  ale  nadszedł  czas.  Naprawdę 
musimy doprowadzić sprawę do końca. Mogę na ciebie liczyć, 
prawda? 

Ben wziął głęboki oddech.  
– Jeśli jest ktokolwiek, na kogo możesz liczyć, to ja. Myślę, 

że  to  po  prostu  trema.  Za  pięć  minut  ruszam.  I,  Kaylo,  nie 
zaczynaj beze mnie.  

 
Kayla  miała  rację.  Leo  Justice  był  zwyczajnie 

wyglądającym  mężczyzną.  Ben  poczuł  się  natychmiast 
raźniej.  Justice,  polecony  jako  jeden  z  najlepszych 
hipnotyzerów w okolicy, był niewysoki i łysiejący, o rumianej 
twarzy i bladoniebieskich oczach. Miał niski, melodyjny głos, 
a  jego  maniery  były  bez  zarzutu.  Staroświecki  dżentelmen, 
pomyślał  Ben.  Wszystko  wyglądało  na  przypadkowe 
spotkanie towarzyskie, a nie na seans, którego rezultaty mogły 
zaważyć na ich przyszłości.  

– Pomyślałem, że przeniesiemy portret Katherine do salonu 

– poinformował go Leo. – Kayla opowiedziała mi, jak ważną 
rolę odegrał ten wizerunek w waszym życiu.  

Przeszli  przez  sień  i  weszli  do  salonu.  Nad  niskim  stołem 

wisiał portret, który odbijał się w lustrze. Ben uśmiechnął się. 

background image

Kayla  i  Leo  już  stworzyli  odpowiednią  atmosferę  w  starym 
pokoju.  

Salon  oświetlały  tylko  świece  umieszczone  na  gzymsie 

kominka, komodzie i stole obok sofy. Było późne popołudnie i 
na  dworze  zapadała  ciemność.  Migotanie  świec  działało  na 
nich niezwykle kojąco.  

–  Wykonaliście  niezłą  robotę  –  zauważył  Ben.  Kayla 

podeszła i wzięła go za rękę.  

–  Pomyśleliśmy,  że  to  najlepsze  miejsce  na  naszą...  sesję. 

Tutaj najsilniej odczuwam obecność Katherine.  

– Usiądźcie na sofie – zaproponował Leo.  
A  więc  za  chwilę  się  zacznie.  Benem  zawładnął  nagle 

strach. Chrząknął z niepokojem.  

– Myślę, że już to pan parę razy robił? – zwrócił się do Leo.  
– Tak, istotnie – odparł  Leo  – choć za każdym razem jest 

inaczej.  Opowieść  Kayli  jest  jedną  z  ciekawszych,  jakie 
słyszałem. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś wyjątkowego.  

–  My  też  jesteśmy  podekscytowani  –  powiedziała  Kayla. 

Ściskała  mocno  rękę  Bena,  który  czuł  emanujące  z  niej 
napięcie. – I trochę przestraszeni.  

– Spojrzała na Bena, który uspokajająco ścisnął jej dłoń.  
– To dobrze – powiedział łagodnie Leo. – Ta energia może 

nam  pomóc.  Naprawdę  wyczuwam  energię  w  tym  pokoju. 
Myślę, że wy też. – Nagle, jakby zdał sobie sprawę z tego, że 
jego  słowa  zwiększyły  tylko  niepokój  Kayli  i  Bena, 
uśmiechnął się uspokajająco.  

– Jak wiecie, zjawisko hipnozy jest znane od tysięcy lat. W 

rękach  właściwych  ludzi  to  całkowicie  bezpieczne.  Chcę, 
żebyście oboje odprężyli się. Chcę, żebyście cieszyli się na to, 
co ma nastąpić.  

– Cieszymy się. To znaczy, ja się cieszę – odparła Kayla.  
– A ja mam opory – wyznał Ben. – Nie dlatego, że wątpię 

w  istnienie  duchów.  Tak  naprawdę  nigdy  nawet  o  nich  nie 

background image

myślałem.  Jednak  ostatnie  wydarzenia  sprawiły,  że  zacząłem 
rozważać możliwość...  

–  A  więc  pan  zgadza  się  na  to  doświadczenie  z  pewną 

obawą? – spytał Leo.  

– Nie tyle obawą, ile sceptycyzmem. Ale kocham Kaylę na 

tyle,  aby  przezwyciężyć  tę  niewiarę.  Jeśli  jest  to  w  ludzkiej 
mocy  –  przerwał,  zastanawiając  się  nad  doborem  słów  –  to 
chcę  spróbować  skontaktować  się  z  Katherine  i  sędzią.  Jeśli 
wyświetlenie  tajemnic  przeszłości  ochroni  naszą  miłość,  to 
jestem za tym bez zastrzeżeń.  

–  Ja  też  –  zgodziła  się  Kayla.  –  Chcę,  żeby  Katherine  i 

sędzia  wiedzieli,  że  ten  pokój  jest  wypełniony  miłością  i 
zrozumieniem, i że z radością ich tu widzimy.  

Leo uśmiechnął się łagodnie.  
–  Wyczuwam  tę  miłość.  Myślę,  że  czas  już  zacząć.  Teraz 

chcę,  żebyście  oboje  zamknęli  oczy  i  słuchali  mego  głosu  – 
polecił. – Musicie całkowicie się odprężyć.  

Kayla,  uspokojona,  spełniła  jego  polecenie.  Ale  następne 

słowa Leo znów napełniły ją niepokojem.  

– Benie i Kaylo, zapadniecie teraz w głęboki i kojący sen, 

najbardziej kojący w waszym życiu. Odprężcie się. Zapadacie 
się głębiej i głębiej.  

To  wydało  się  Kayli  sztuczką  podrzędnego  hipnotyzera. 

Oczekiwała  czegoś  więcej.  Próbowała  jednak  zrobić  to,  o  co 
prosił Leo, i skoncentrowała się na jego monotonnym głosie.  

–  Myślcie  o  pływaniu  w  ciepłym  i  spokojnym  morzu,  na 

falach,  które  was  unoszą  i  kołyszą.  Płyniecie  dalej  i  dalej. 
Jesteście  spokojni  i  zrelaksowani,  stanowicie  część  morza. 
Dalej i dalej...  

Ma rację, pomyślała Kayla. Była coraz bardziej spokojna i 

zrelaksowana,  tak  jakby  naprawdę  płynęła  przez  cudowne 
morze. Przyjemnie było słuchać głosu Leo. Czuła, jak powieki 
robią się ciężkie. Próbowała je otworzyć, ale na próżno.  

background image

– Teraz, gdy policzę do dziesięciu, zaśniecie, ale będziecie 

mnie słyszeć. Odpowiecie szczerze na wszystkie moje pytania 
i będziecie to pamiętać. Zapamiętacie wszystko.  

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Leo zaczął wolno liczyć. Kayli wydawało się, że jego głos 

płynie z oddali. A jednak był wyraźny, bardzo wyraźny.  

–  ...  dziewięć,  dziesięć.  Czy  słyszysz  mnie,  Kaylo? 

Odpowiedz.  

– Tak, słyszę.  
– A ty, Ben? 
– Słyszę cię. – Ben odpowiedział wolniej niż Kayla.  
–  Dobrze  –  powiedział  Leo.  –  Teraz  chcę,  żebyście  się 

cofnęli  w  czasie.  Chcę,  abyście  powrócili  do  dnia  swoich 
szesnastych urodzin. Czy widzicie się? Czy pamiętacie? 

Ben i Kayla odpowiedzieli niemal jednym głosem: 
– Tak, tak.  
Stopniowo Leo przeniósł ich do pierwszych dni w szkole, a 

wreszcie do okresu niemowlęctwa.  

–  Teraz  chcę  od  was  czegoś  więcej.  Cofnijcie  się  dalej, 

dalej, aż do czasów, gdy byliście innymi ludźmi.  

Na chwilę zapadła cisza, a potem Leo znów przemówił.  
– Kaylo, czy wiesz, kim jesteś? Odpowiedz.  
– Tak, wiem. – Głos był inny, niższy, z obcą intonacją.  
– Kim jesteś? Jak się nazywasz? 
–  Jestem  Kathenne  –  powiedziała  ostrożnie.  –  Kathenne 

Hartwell  –  powtórzyła.  Teraz  w  jej  głosie  nie  było  wahania. 
Mówiła prawdę.  

–  A  ty,  Benie?  Kim  ty  jesteś?  Padła  natychmiastowa 

odpowiedź.  

– Jestem Benjamin Montgomery.  
–  Ach  tak,  Benjamin  Montgomery.  A  który  mamy  rok, 

szanowny panie? 

Znów 

odpowiedź 

była 

błyskawiczna, 

nutą 

zniecierpliwienia.  

– Jest rok pański 1692 w Massachusetts.  

background image

– Tak – zgodził się Leo. – A czym się pan zajmuje? 
– Jestem sędzią w New Sussex i wszyscy mnie znają.  
– Niewątpliwie. A czy zna pan Kathenne Hartwell? 
– Kathenne, Kathenne. – Głos był niemal zduszony. – Tak 

ją  kochałem.  Była  najpiękniejszą  kobietą  w  New  Sussex,  a 
jednak dręczyła mnie.  

– Dręczyła pana? W jaki sposób? 
–  Tak  jej  pragnąłem.  Tak  ją  kochałem...  –  urwał.  –  Wiele 

razy stałem pół dnia na rynku, aby tylko ujrzeć ją w przelocie. 
Czasem rozmawiała ze mną, czasem nie. Wyśmiewała się ze 
mnie.  Myślałem  o  niej  nawet  w  kościele.  Pragnąłem  jej. 
Chciałem ją poślubić, ale nie chciała mnie. Wybrała innego.  

Westchnął głęboko i boleśnie.  
– A potem... gdy przyszli i powiedzieli, że jest czarownicą, 

nie mogłem uwierzyć. Moja Kathenne nie mogła nią być.  

– Czy byłaś czarownicą, Kathenne? Czy te opowieści były 

prawdziwe? – spytał Leo.  

Zaśmiała 

się 

niskim, 

melodyjnym 

śmiechem 

przypominającym szmer strumienia.  

– Oczywiście, że nie. Nie byłam czarownicą. Nie były nimi 

też kobiety, którym pomagałam. Udzielałam im pomocy, gdy 
musiały uciekać spod szubienicy.  

– Nawet tej, która przyrządzała napoje lecznicze? – Sędzia 

zwrócił się wprost do Katherine. Leo westchnął z satysfakcją.  

Sędzia ciągnął: 
–  Dawała  wywary  lecznicze  połowie  kobiet  w  mieście 

wbrew zakazom ich mężów.  

– Były skuteczniejsze niż te z apteki – odparła Katherine. – 

Nie żałuję, że pomagałam jej i wszystkim innym.  

Głos Benjamina był pełen goryczy.  
– Nie, to ja żałuję, Katherine, że złapałaś mnie w pułapkę. 

Twoja  wyniosłość  i  lekceważenie  członków  rady  miejskiej 
zwróciły  ich  przeciwko  tobie.  Przyszli  do  mnie  i  zażądali, 

background image

żeby  cię  poddać  próbie  czarownic.  Spierałem  się  z  nimi. 
Powiedziałem, że okażesz skruchę. Próbowałem cię uratować. 
Och, moja Katherine. Dałem ci szansę, dałem ci szansę.  

–  Moją  wolność,  gdybym  wyszła  za  ciebie?  Żaden 

mężczyzna  nie  ustanawiał  dla  mnie  reguł,  Benjaminie 
Montgomery. Wiedziałeś o tym, ale wciąż nalegałeś.  

–  Byłem  opętany  myślą  o  tobie.  Jak  mogłem  nie  nalegać? 

Gdybyś tylko mnie słuchała, gdybyś... – Do goryczy w głosie 
doszedł  wielki  ból.  –  Nikogo  nie  słuchałaś.  Nosiłaś  ten 
pierścionek, choć ostrzegłem cię, że wszyscy o tym mówią.  

–  Ładna  błyskotka,  którą  dostałam  od  wędrownego 

handlarza.  Dlaczego  miałam  się  przejmować  tym,  co  ludzie 
plotą?  Och,  wiem,  opowiadali,  że  to  pierścionek  diabła  z 
trzema kręgami zła. To mnie bawiło.  

– Mówiono, że to talizman szatana.  
Tym razem śmiech jej zabrzmiał szczerze i wyraźnie.  
–  Ich  pomysły  były  tak  śmieszne  i  głupie  jak  oni  sami. 

Dlaczego miałam ich słuchać? 

–  Nie  słuchałaś  nikogo,  Katherine.  Nie  chciałaś  przyznać 

się do błędu.  

–  Ty  też  nie,  Benjaminie,  ty  też  nie.  Och,  byliśmy  zbyt 

podobni  do  siebie,  aby  się  zgodzić.  Nasze  dusze  nie 
pozwoliłyby nam być razem, a jednak ty nalegałeś.  

–  Tak  cię  kochałem,  Katherine.  Chciałem  cię  uratować  i 

zrobiłbym  to,  nawet  bez  małżeństwa.  Mogłaś  wydać 
czarownice, powiedzieć mi, gdzie się ukrywają...  

– Nigdy bym tego nie zrobiła. Wiedziałeś o tym.  
– Tak, i to złamało mi serce. Wszystko w tobie złamało mi 

serce,  twój  uśmiech,  sposób  poruszania  się.  Dlaczego  nie 
chciałaś mej miłości? 

Nastąpiła długa cisza. Wreszcie Katherine odpowiedziała z 

wysiłkiem: 

–  Ponieważ  twoja  miłość  przeraziła  mnie.  Gdybym  jej  się 

background image

poddała...  Nie  widzisz  tego?  Oddałabym  cząstkę  siebie.  Za 
bardzo  bałam  się  pokochać  ciebie.  Ja,  która  nie  bałam  się 
niczego.  

– I wybrałaś innego. – Głos Benjamina był oschły.  
– Jego miłość była subtelna, lecz nigdy nie czułam do niego 

tego, co do ciebie, Benjaminie.  

Z ust sędziego wyrwał się bolesny okrzyk.  
–  Och,  Katherine,  życie  nas  obojga  zostało  zmarnowane. 

Gdybyś  mnie  poślubiła,  uchroniłbym  cię  przed  gniewem 
miasta,  przed  procesem.  Do  ostatniej  chwili  myślałem,  że 
wyrazisz  skruchę.  Ale  nie  było  skruchy,  tylko  twoja 
przedwczesna  śmierć  i  moje  lata  cierpień,  zanim  mnie  także 
zabrała śmierć. – Spojrzał na nią błyszczącymi oczami. – Nie 
pozwolę  ci  odejść,  nie  po  tylu  latach.  Uwierz  w  to,  moja 
miłości.  

Pokój  wypełnił  się  niemal  dotykalną  ciszą,  a  potem 

przemówiła Katherine, niskim i niepokojącym głosem.  

–  Och,  Benjaminie,  widzę,  co  utraciłam,  wszystkie  nasze 

wspólne lata. Zawsze myślałam, że jestem dzielna i odważna. 
Teraz  jednak  widzę,  że  byłam  tchórzem,  uciekając  się  przed 
twoją miłością.  

– Będziemy mieć jeszcze jedną szansę, Katherine. Musimy 

tylko z niej skorzystać. Czy wybaczysz mi przeszłość? 

– Jeszcze jedną szansę. – Głos Katherine załamał się, a po 

policzkach  zaczęły  jej  płynąć  łzy.  –  Ja  także  potrzebuję 
przebaczenia za odrzucenie tak bezgranicznej miłości.  

– Wybaczam... wybaczam...  
Znów nastąpiła cisza, zakłócana jedynie tykaniem zegara i 

głębokimi, wolnymi oddechami. I wtedy przemówił Leo.  

– Nadszedł czas, żebyście się obudzili, oboje, pamiętając o 

tym,  co  się  zdarzyło,  nie  czując  lęku.  Gdy  policzę  do 
dziesięciu,  będziecie  znów  Kaylą  i  Benem.  I  odzyskacie 
spokój.  

background image

Kayla otworzyła oczy i poczuła smak łez, które spłynęły po 

policzkach do kącika ust. Spojrzała na Bena i ujrzała ślad łez 
na  jego  twarzy.  Z  cichym  okrzykiem  rzuciła  się  w  jego 
ramiona.  

Godzinę  później  przechadzali  się  po  New  Sussex.  Leo 

zachęcał  ich,  aby  porozmawiali  o  tym,  co  się  stało,  ale 
początkowo nie mogli znaleźć słów. Spacerowali w milczeniu, 
ściskając  się  za  ręce,  podekscytowani,  zakłopotani, 
niespokojni.  

– Czy to zdarzyło się naprawdę? – zaczęła wreszcie Kayla.  
– Tak – odparł Ben.  
– Nie byłam pewna, czy słyszałeś. Myślałam, że może tylko 

ja...  

– Nie, obydwoje byliśmy katalizatorami.  
– A więc słyszałeś wszystko, co powiedziałam? 
–  Wszystko,  co  ona  powiedziała  –  poprawił.  –  To  nie  był 

twój głos. To było niesamowite uczucie – dodał – wiedzieć, że 
siedzisz  obok  mnie,  a  jednocześnie  słyszeć  słowa  i  poznać 
myśli Katherine. – Wzdrygnął się lekko i Kayla uściskała go. 
Potem  znów  wzięli  się  za  ręce  i  spacerowali,  aż  nagle  Ben 
powiedział: – Nie wierzę w to.  

– Co masz na myśli? – spytała zaskoczona Kayla.  
–  Ze  naprawdę  rozmawiamy  o  tej...  wizycie  i  że  w  nią 

wierzymy.  

– Byliśmy tam, Ben. Nie możemy temu zaprzeczyć.  
– Ale czy to byli naprawdę Katherine i sędzia? 
–  Tak  –  powiedziała  stanowczo.  –  Mówili  za  naszym 

pośrednictwem, bo tego chcieliśmy.  

– Wiec wywołaliśmy ich z naszej wyobraźni przy pomocy 

Leo? 

– Tak sądzę – odparła Kayla z namysłem. – Czy to ważne, 

dlaczego tak się stało, czy liczy się tylko to, że tak się stało? 

– Jeśli się stało – dodał Ben.  

background image

– Może nawet to nie ma znaczenia.  
– Może – powtórzył. – Wiem tylko, że coś czułem. Było to 

zbyt silne, aby mogło być opisane słowami. Czułem tę miłość 
do Katherine. On kochał ją tak bardzo jak ja ciebie.  

Kayla mocniej ścisnęła go za rękę.  
–  Zobaczyłem  siebie  w  nim,  Kaylo  –  powiedział  Ben. 

Potem  stanął  i  spojrzał  na  nią.  –  To  było  przerażające,  to 
pragnienie kontrolowania, posiadania.  

– Ale ty nie jesteś taki jak on – zaprotestowała Kayla. – Z 

wyjątkiem tej chwili – dodała prawie z uśmiechem – gdy mnie 
osądzasz.  

–  Są  inne  podobieństwa  –  przypomniał  jej  Ben.  – 

Oczarowałaś  mnie  tak,  jak  Katherine  oczarowała  jego. 
Wdarłaś się w moje myśli i sny i zmusiłaś mnie, bym poszedł 
twoją drogą.  

Spacerowali przez chwilę, trzymając się za ręce.  
– Kto wie – powiedział z półuśmiechem. – Trzysta lat temu 

mógłbym uważać kogoś tak niezależnego i wolnego jak ty za 
czarownicę.  

Kayla roześmiała się niepewnie.  
–  Dzięki  Bogu,  że  nie  żyjemy  trzysta  lat  temu.  Jestem 

pewna,  że  ten  rodzaj  niezależności  przysporzyłby  mi 
kłopotów.  

– Pewnie masz rację – zgodził się Ben.  
–  Biedna  Katherine  –  zadumała  się  Kayla.  –  Nie  mogła 

nagiąć  się,  podobnie  jak  sędzia.  Żadne  z  nich  nie  uznawało 
kompromisu.  

–  Tak  samo  jak  nie  uznawali  siły  swej  miłości  – 

przypomniał jej Ben. – To była potężna siła.  

– To także lekcja dla mnie – powiedziała Kayla.  
–  Dla  nas  obojga  –  poprawił  Ben.  –  Teraz  rozumiem 

napięcie  między  nami  i  to  przemożne  wrażenie,  gdy  po  raz 
pierwszy  się  spotkaliśmy,  że  musisz  być  moja.  To  było  tak, 

background image

jakby sędzia znów spotkał Katherine.  

– Przeżywaliśmy ich uczucia i nasze  własne jednocześnie. 

Nic dziwnego, że było to zawsze tak zmienne.  

–  Jakbyśmy  odbywali  przejażdżkę  kolejką  górską  – 

zauważył Ben.  

– Sędzia i czarownica – zamyśliła się Kayla.  
–  W  połączeniu  z  prawnikiem  i  piękną  dziewczyną  z 

Kalifornii.  Niezła  czwórka,  Stali  przed  domem  Hartwellów, 
oświetlonym srebrnym blaskiem księżyca.  

– Wiesz – powiedział Ben z namysłem – myślę, że nie ma 

znaczenia, czy Katherine była czarownicą, czy nie.  

Kayla przytaknęła.  
– Ani czy sędzia uzyskał przebaczenie. Ben spojrzał na nią.  
– Rozumiesz mnie, prawda? Przytaknęła.  
–  Liczy  się  tylko  to,  że  nauczyliśmy  się  walczyć  o  naszą 

miłość  wszelkimi  sposobami,  zawsze  pamiętając,  że 
kompromis jest częścią miłości.  

– I zrozumienie. To mnie zmieniło – dodała Kayla.  
–  I  mnie  –  odparł  Ben  i  pochylił  się,  aby  ją  pocałować.  – 

Jestem  tak  szczęśliwy,  że  cię  mam,  Kaylo.  Gdybyś  mnie 
kiedykolwiek opuściła, byłbym tak zrozpaczony jak sędzia.  

Kayla uśmiechnęła się chytrze.  
– Cóż, myślę, że...  
– Że co? – powiedział oczekująco.  
– Że cię nigdy nie opuszczę.  
Usłyszawszy to, pocałował ją znów, a potem szepnął: 
– Chcę się z tobą kochać, Kaylo, za te wszystkie lata, gdy 

nasze dusze były osobno, i za te lata, gdy będziemy razem.  

 
Dotykali się, ale nie tak jak poprzednio. Wtedy nagliła ich 

świeżo  odkryta  namiętność.  Teraz  odczuwali  niesłychaną 
bliskość,  poprzednio  żadnemu  z  nich  nie  znaną.  Nadeszła  z 
przeszłości i była przyszłością.  

background image

Kayla pieszcząc Bena, miała wrażenie, że dotyka siebie, bo 

odczuwała  to  co  on.  Jego  skóra  była  ciepła  i  sprężysta.  Jej 
piersi  wspierały  się  o  jego  pierś.  Wiedziała,  że  ogromna 
rozkosz wkrótce będzie ich udziałem.  

– Zawsze powinniśmy być tak blisko – szepnęła.  
–  Będziemy,  Kaylo.  Nigdy  nie pozwolę ci  odejść.  Zawsze 

będzie tak jak teraz. Obiecuję.  

Jego  usta  dotknęły  jej  warg  w  długim  namiętnym 

pocałunku,  a  potem  zwróciły  się  ku  jej  szyi.  Przebiegał 
językiem po wrażliwej skórze do ucha, policzka i z powrotem 
do ust. Kayla wygięła się w łuk.  

Ben  nade  wszystko  pragnął  połączyć  się  z  Kaylą,  stać  się 

jej częścią i kochać ją swym ciałem tak całkowicie, jak kochał 
ją swym sercem.  

Nie  odrywał  oczu  od  jej  twarzy,  którą  chciał  widzieć 

każdego  dnia  przez  resztę  życia.  Jej  rozkosz  była  jego 
rozkoszą,  jej  radość  –  jego  radością.  Razem  wznosili  się  na 
wyżyny.  

Chciał  pokazać  Kayli,  że  każda  chwila  z  nią  jest  cenna  i 

wspaniała. Czuł, jak jej ręce przywarły do niego. Wykrzyknęła 
jego  imię,  a  jej  wygięte  zapraszająco  ciało  mówiło,  że 
nadszedł czas spełnienia. Była kochająca, pełna pasji, radości i 
pragnęła go tak jak on jej.  

Ich obopólna rozkosz przyszła nie w silnym crescendo, ale 

jak  intensywne  zaspokojenie,  które  trwało  i  trwało,  zanim 
oboje doznali  ukojenia. Potem objął  ją  mocno  i  wyszeptał  jej 
imię.  

–  Kaylo,  najdroższa,  moja  najdroższa  Kaylo.  Uniosła  usta 

do kolejnego pocałunku.  

– Mógłbym się z tobą kochać tysiąc razy i nigdy nie mieć 

dość – powiedział półgłosem.  

Przytuliła się do niego i oparła mu głowę na piersi.  
–  Czuję  się  tak  blisko  ciebie,  Ben.  To  tak  jakby...  – 

background image

przerwała, niezdolna dokończyć myśli.  

– Tak jakby nie tylko nasze ciała były złączone? 
– Tak – odpowiedziała prawie nieśmiało.  
– Tak jakby złączone były również nasze dusze.  
– Tak, tak – powiedziała, szczęśliwa, że zrozumiał.  
– Czuję to także. Mam wrażenie, że czekałem na ciebie całe 

życie. – Roześmiał się na te słowa. – Naprawdę.  

– To przeznaczenie, prawda, Ben? 
– Tak – odparł cicho.  
– Żadnych zbiegów okoliczności? 
–  Żadnych  –  powiedział  stanowczo.  –  Było  zapisane  w 

gwiazdach, że się spotkamy... i pobierzemy.  

Uniosła lekko głowę i spojrzała na niego.  
– To twoje drugie oświadczyny.  
–  Wciąż  te  same.  Wtedy  naprawdę  miałem  to  na  myśli, 

choć nie rozumiałem, co się dzieje. Wiedziałem, że zawsze cię 
pragnąłem.  Teraz  rozumiem  wszystko  i  wciąż  cię  pragnę  na 
zawsze. Będę pytał i pytał, aż odpowiesz: tak. Powiedz „tak”, 
Kaylo.  

– Tak – odpowiedziała po prostu. – Tak, tak, tak. Pocałował 

ją znów.  

– Jest tylko jeden problem – zauważyła Kayla.  
–  Co  takiego?  –  spytał  bez  większego  niepokoju.  Nic  nie 

mogło im teraz przeszkodzić.  

–  Jak  sądzisz,  czy  arbitraloza  jest  dziedziczna?  Nie 

chciałabym, żeby nasze dzieci na nią cierpiały.  

Ben  wziął  ją  w  ramiona,  patrząc  na  nią  z  udawanym 

gniewem.  

–  Nie  jestem  arbitralny  –  powiedział.  Kayla  zaczęła  się 

śmiać i Ben jej zawtórował.  

– No dobrze – poprawił. – Nie będę już nigdy dyktatorski. 

Ten etap mojego życia dobiegł końca – przyrzekł.  

– Może naprawdę tak – odparła poważnie Kayla.  

background image

– Zaufaj mi – poprosił Ben. – Nie chcę jednak utracić nic z 

tego  wszystkiego,  co  nas  łączy,  nawet  sporów.  To  dodaje 
pikanterii.  

–  Czasem  trochę  za  dużo.  –  Kayla  przypomniała  sobie 

niektóre  z  ich  poprzednich  spotkań.  –  Ale  chyba  masz  rację. 
Żadne  z  nas  nie  może  całkowicie  poddać  się  woli  drugiego. 
Ale  to  już  nie  ma  znaczenia.  Teraz  potrafimy  rozmawiać  i 
rozwiązywać  problemy.  Znamy  alternatywę  –  rozstanie.  Nie 
sądzę, żeby któreś z nas wybrało takie wyjście.  

–  Nigdy.  –  Ułożył  ją  sobie  wygodniej  w  ramionach.  – 

Gdzie  będziemy  wychowywać  te  niearbitralne  dzieci?  Masz 
jakiś pomysł? 

–  Myślę,  że  powinniśmy  zamieszkać  tutaj.  Dom  jest 

wystarczająco duży i wydaje się właściwe, żeby potomkowie 
Montgomerych  i  Hartwellow  wychowywali  się  w  Sussex.  Są 
sprzeciwy? 

–  Ani  jednego  –  odparł  i  dodał:  –  Myślałaś,  że  będę  się 

spierać, prawda? 

– No, szczerze mówiąc... Ben roześmiał się.  
–  Nie,  cudownie  byłoby  mieszkać  tu  z  tobą.  Mógłbym 

przenieść biuro do mojego domu i powiększyć je.  

– Ben, to wspaniały pomysł.  
–  Wszystko  więc  ustalone  –  powiedział  i  pocałował  kącik 

jej ust. – Z wyjątkiem pierścionka.  

– Mam pewien pomysł – rzuciła Kayla.  
– Czy mogą być trzy złote kółka? 
–  Myślę,  że  to  wyjątkowo  stosowne  –  mruczała 

zadowolona.  

– A co z „Otwierającymi się Drzwiami”? 
– Chciałabym zatrzymać sklep – powiedziała.  
– Dobrze.  
Kayla przytuliła się mocniej do Bena.  
–  Gdy  to  wszystko  odziedziczyłam,  nie  miałam  pojęcia, 

background image

jakie drzwi naprawdę się dla mnie otworzą.  

–  Dla  nas  obojga  –  przypomniał.  –  Do  całkiem  nowego 

świata.  Chcę,  żebyś  odniosła  sukces,  Kaylo,  i  wiem,  że  tak 
będzie. Ale chcę też, żebyś miała dla mnie czas.  

Jego  głos  był  odrobinę  smutny.  Uniosła  się  na  łokciu, 

spojrzała na swego mężczyznę i zapewniła go: 

–  Zawsze  będę  miała  dla  ciebie  czas,  najdroższy.  Całe 

wieki czasu.  

Ich  usta  spotkały  się,  gdy  księżyc  uniósł  się  wysoko  w 

nocne niebo.  

background image

EPILOG 

 

Na  skraju  łąki  przy  strumieniu  światło  księżyca 

opromieniało mgłę unoszącą się nad wodą. Migocąc i tańcząc, 
prześliznęła się po łące, a potem nabrała kształtu.  

Pojawiły  się  dwie  niewyraźne  postacie,  które  zniknęły,  by 

za chwilę znów wynurzyć się z mglistej nocy. Kobieta miała 
na  sobie  strój  purytanki.  Biały  kołnierz  jej  sukni  lśnił 
widmowo w świetle księżyca, a złote włosy tworzyły aureolę 
wokół głowy.  

Płynęła w noc z pełnym wdzięku zdecydowaniem. Nie była 

sama.  

Mężczyzna  był  wysoki  i  dobrze  zbudowany,  ubrany  w 

czarną sędziowską togę, o surowej twarzy. Ale gdy patrzył na 
nią, jego wzrok łagodniał.  

Nagle  ich  spojrzenia  przyciągnął  dom  Hartwellów.  Stał 

wysoko  na  wzgórzu  skąpany  w  blasku  księżyca.  Przez  długi 
czas obserwowali dom, a potem zwrócili się ku sobie.  

Kobieta  rozchyliła  usta  w  półuśmiechu.  Uniosła  rękę  i 

podała  mu  ją.  Na  smukłym  palcu  błyszczał  pierścionek.  Jej 
ręka  musnęła  jego  twarz  cieniem  dotyku  tak  delikatnym  jak 
wiosenny deszcz, tak miękkim jak podmuch wiatru.  

I wówczas, wraz z pojawiającym się wiatrem, dwie postacie 

zniknęły, rozpływając się we mgle, z której powstały. Pozostał 
tylko  ledwie  słyszalny  szept  wiatru,  tak  delikatny  jak  ruch 
gałązki, tak zduszony jak wołanie stworzeń nocy.  

– Wciąż cię kocham, Katherine. Wciąż cię kocham...  
Potem zapadła cisza.