MADELINE HARPER
Zakochani detektywi
The Jade Affair
PROLOG
Chatka stała na opustoszałym krańcu plaŜy w pobliŜu Monterey.
Oddzielona od drogi sosnowym zagajnikiem, wyglądała z daleka jak
kamyk wyrzucony przez ocean na brzeg.
Słońce zniŜało się do linii horyzontu. W czerwonej poświacie z
morza wynurzało się dwoje ludzi: szczupła, długonoga, jasnowłosa
dziewczyna i muskularny, ciemnowłosy chłopak, który opiekuńczym, acz
zdecydowanym gestem objął swoją towarzyszkę.
– Jesteś nimfą wodną – stwierdził i pocałował ją w słone od
morskiej wody usta. – Znów popłynęłaś szybciej ode mnie.
– Lubię wygrywać – odparła i rzuciła się biegiem do chatki.
Ruszył za nią. Zaraz za drzwiami chwycił ręcznik i osuszył jej
włosy.
– A ja lubię ciebie – powiedział, całując ją po kaŜdym słowie. –
Lubię być z tobą, lubię naszą chatkę, a nawet lubię Charliego, bo to on
znalazł dla nas ten domek.
Stała spokojnie jak posłuszna dziewczynka, pozwalając się
wycierać. Rozkoszowała się dotykiem szorstkiego ręcznika na zimnej
skórze.
– Starsi bracia okazują się czasem poŜyteczni.
– Tak, Charlie potrafi być wspaniały, tak jak... ból głowy.
– Ale to on nas poznał ze sobą – zaoponowała z figlarnym
uśmiechem.
– PrzecieŜ mówię, Ŝe to wspaniały facet. Chłopak zaśmiał się
cicho i odrzucił ręcznik. Objął dziewczynę i poprowadził w stronę łóŜka.
Ciepłe, słodkie ciało ufnie garnęło się do niego. Pod kostiumem
kąpielowym kryły się krągłe młode piersi i twardniejące brodawki.
ZadrŜał.
– Och, Cleo, tak cię kocham.
– Ja teŜ cię kocham, najdroŜszy.
Podniosła twarz, świeŜą jak pączek róŜy. Musnęła wargami jego
usta, podbródek, szyję, barczyste ramiona. Wpatrywał się w nią z
napięciem.
– Jak to moŜliwe, Ŝe kochasz właśnie mnie, faceta znikąd, z
pokręconą przeszłością i bez przyszłości?
Zarumieniła się.
– Bo jesteś cudowny, Reeve Holden! Jesteś najcudowniejszym
człowiekiem na świecie. Nie obchodzi mnie, co mówią ludzie, nawet moi
rodzice. Obchodzisz mnie tylko ty, nic więcej.
Clea zakochała się po raz pierwszy w Ŝyciu. Jej miłość była czysta
jak piasek na plaŜy i szczera jak jej promieniejąca radością twarz.
– Czym zasłuŜyłem na takie szczęście? – spytał Reeve i, nie
czekając na odpowiedź, złoŜył na wargach Clei namiętny pocałunek.
Serce zaczęło mu walić jak młotem, a krew Ŝywiej krąŜyć w
Ŝ
yłach. Bliskość Clei rozpalała jego ciało.
– Bardzo cię teraz pragnę – odezwał się głosem ochrypłym z
poŜądania.
Chwyciła jego dłoń i połoŜyła sobie na piersi. Poczuł ciepło
kobiecej skóry i zadygotał. Powoli zsunął ramiączka kostiumu Clei.
Teraz mógł dotknąć ustami róŜowych brodawek.
Zdjął z niej kostium. I oto stała przed nim naga, oczekująca, z
wyciągniętymi rękami.
– Cleo, będę cię kochał aŜ do śmierci – oświadczył, wzruszony.
– Nigdy nie pokocham innego męŜczyzny, Reeve. Nigdy.
Pociągnęła go na łóŜko. Czuła Ŝar bijący od Reeve’a. Pomogła mu
uwolnić się z kąpielówek, a potem drŜącymi dłońmi pieściła go. Była
podniecona, a jednocześnie pełna niepewności. Nie miała w tych
sprawach doświadczenia.
Przez chwilę wydawało się, Ŝe czas stanął w miejscu. Tyle
pragnęła Reeve’owi powiedzieć, lecz nie mogła znaleźć słów, aby
wyrazić swoje uczucia. Liczył się tylko on. Płonęła z poŜądania. Chciała
krzyczeć, płakać.
Reeve połoŜył się i delikatnie rozsunął jej nogi. Dotarł do miejsca,
z którego biorą swe źródło kobiece Ŝądze, i znalazł się wewnątrz.
Powitała go z radością – oczekująca, gotowa.
Przywarli mocno do siebie. Opalone, młode ciała poruszały się
rytmicznie w idealnej harmonii. Clea oplotła Reeve’a nogami i
ramionami, dając się unieść fali niewiarygodnej rozkoszy.
– Dobrze się czujesz? – spytał cicho, głaszcząc ją delikatnie.
– Coś cudownego! – odrzekła i zaśmiała się. – To znaczy, czuję się
cudownie. Chciałabym, aby ta noc nigdy się nie skończyła.
Miłość przepełniła serce Reeve’a. Tyle chciał powiedzieć Clei...
Język plątał się od pospiesznie wypowiadanych słów.
– Kocham cię od chwili, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy.
Pamiętasz, jak Charlie przyprowadził mnie do waszego domu w Święto
Dziękczynienia?
– Oczywiście, Ŝe pamiętam – zapewniła Ŝarliwie. JakŜe by mogła
nie pamiętać pierwszej chwili, pierwszego spojrzenia, pierwszego
dotyku? Reeve takŜe nosił w pamięci moment ich spotkania. Nie mógł
jednak zdradzić, Ŝe w bogatej rezydencji Moore’ów w Beverly Hills czuł
się całkiem nie na miejscu. Tam właśnie ujrzał Cleę, piękną, czarującą
blondynkę, miłą i bezpośrednią – w przeciwieństwie do jej rodziców,
którzy zachowywali się z dystansem. Bez wątpienia od początku
Moore’owie Ŝywili przekonanie, Ŝe Reeve nie dorasta ich córce do pięt.
Ale zdarzył się cud. Clea pokochała go. Reeve natomiast czuł
podświadomy lęk, Ŝe ją utraci. Nigdy nie wyjawił swoich obaw, aby
słowa nie sprowadziły nieszczęścia.
– Wyglądałeś bardzo przystojnie w mundurze – oświadczyła. –
Zrobiłam ci zdjęcie, udając, Ŝe chcę sfotografować Charliego w galowym
stroju. Podstęp typowy dla psotnych dziewczynek!
– Ale teraz jesteś starą kobietą – zaŜartował.
– Mam prawie osiemnaście lat – odparła zaczepnie – a ty zaledwie
dwadzieścia jeden. Trudno cię nazwać starym.
– Jestem pełnoletnim męŜczyzną, mogę głosować w wyborach i...
– przerwał i odetchnął głęboko. – Mogę się oŜenić. Och, Cleo, chcę się z
tobą oŜenić.
Padła mu w ramiona i obsypała pocałunkami.
– A ja chcę wyjść za ciebie. Niczego tak nie pragnę, Reeve!
Przytuliła się do niego. Złote włosy zawisły nad jego twarzą
niczym jedwabna zasłona.
– Kiedy skończę słuŜbę w marynarce, kupię jacht – oznajmił z
chłopięcym entuzjazmem. – Wyruszymy we dwoje w rejs dookoła
ś
wiata.
Clea dała się unieść jego śmiałym marzeniom. Nie potrafiła
oddzielić uczuć od zdrowego rozsądku. Zbyt kochała Reeve’a.
– Musielibyśmy zdecydować się na ucieczkę – przypomniała z
wahaniem w głosie.
– Tak – szepnął.
– Moi rodzice nigdy nie zaakceptowaliby... Przynajmniej nie
teraz...
Chwycił ją mocno za rękę.
– Ani teraz, ani potem, Cleo, ale tu chodzi o nas, nie o twoich
rodziców. Jeśli się kochamy, będziemy musieli to zrobić natychmiast, bo
w przeciwnym razie wszystko stracimy.
Clea usiadła i zmarszczyła czoło.
– MoŜe udałoby się po prostu wytłumaczyć im, Ŝe bardzo się
kochamy...
Reeve potrząsnął ją za rękę.
– Twoi rodzice nigdy nie okaŜą nam zrozumienia. Dobrze o tym
wiesz.
W głębi serca Clea była o tym przekonana, chociaŜ umysł
buntował się wobec okrutnej prawdy.
– Musimy natychmiast się pobrać. Jeszcze podczas tego
weekendu.
– Bardzo chcę wyjść za ciebie, Reeve, ale... – zawahała się –
sądzę, Ŝe lepiej będzie, jeśli zaczekamy, aŜ skończę szkołę. Rodzice
nigdy nie wybaczyliby mi ucieczki.
– Wiem.
Clea z trudem powstrzymywała łzy.
– Co się dzieje? – zawołała. – To najcudowniejsza noc w moim
Ŝ
yciu, a ty chcesz wszystko zepsuć?
Reeve wstał z łóŜka. Spostrzegła, Ŝe usiłuje zapanować nad
nerwami.
– Będziesz musiała wybrać, Cleo.
– Nie chcę im sprawiać bólu.
– A czy chcesz sprawić ból mnie?
– Kocham cię nad Ŝycie, Reeve, ale kocham równieŜ rodziców.
Dlaczego to takie trudne? – krzyknęła.
– Dlatego Ŝe oni stoją nam na drodze do szczęścia. Zdajesz sobie z
tego sprawę?
Nie zdąŜyła odpowiedzieć. Natarczywe pukanie do drzwi połoŜyło
kres ich rozmowie. Intuicyjnie czuli, co ono oznacza.
– Muszę otworzyć – stwierdził Reeve głucho. Przestraszona Clea
owinęła się prześcieradłem i wtuliła w kąt łóŜka. Rozległ się groźny,
gruby męski głos.
– Jesteśmy z biura szeryfa, młody człowieku. ZłoŜono doniesienie
o ucieczce dziewczyny. Przyszliśmy po nią.
ROZDZIAŁ 1
Clea Moore połoŜyła na podłodze studia torbę z kamerą, statyw i
stojaki na reflektory, i zamknęła drzwi. Resztę sprzętu fotograficznego
postanowiła zostawić na noc w samochodzie. Była zbyt wyczerpana, aby
nosić cięŜkie przedmioty. Miała za sobą zwariowany dzień.
Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów i głęboko odetchnęła.
Nareszcie wolna, po tylu godzinach harówki! Przekręciła klucz w zamku
i weszła po schodach na piętro, do swojego mieszkania.
Dom, który zajmowała, sprawiał wraŜenie nieco zaniedbanego,
lecz Clea uwaŜała go za najpiękniejszą budowlę w Venice, nadmorskim
miasteczku kalifornijskim. Mieszkało się w nim i pracowało bardzo
wygodnie, a dodatkową zaletę stanowił fakt, Ŝe stał z dala od deptaka,
gdzie przewalały się latem tłumy plaŜowiczów.
Lekki wietrzyk wiejący od oceanu przyniósł zapach jaśminu,
odcinający się wyraźnie od czystego, chłodnego nocnego powietrza.
Właściwie to cud, Ŝe zdołała zrobić parę niezłych zdjęć.
Zasługiwała na medal. Z początku wszystko szło jak po grudzie.
Modelka skarŜyła się na garderobę, klientowi nie odpowiadała modelka,
zaś charakteryzatorowi nie podobało się nic i przez cały czas skarŜył się
na niepowodzenia w Ŝyciu erotycznym.
CóŜ, musiała jakoś dać sobie z tym wszystkim radę. Sama wybrała
sobie takie zajęcie. Chciała pracować jako fotografik. Dobrze jej
płacono. I tyle!
Weszła do mieszkania i od razu włączyła automatyczną sekretarkę,
ciekawa, kto dzwonił. Usłyszała:
– Cześć, Cleo. Mówi Penny z czasopisma „Trends”. Chcemy,
Ŝ
ebyś zrobiła dla nas zdjęcia w przyszły wtorek. Zostaw rano
wiadomość, czy moŜesz. Chodzi o sfotografowanie pewnego domu w
Bel Air, wiesz, bogactwo stylów architektonicznych, wygodne Ŝycie i tak
dalej. Koniecznie daj mi znać jutro.
Clea skrzywiła się i wyjęła terminarz. Niezbyt lubiła takie zadania,
choć, oczywiście, miała w tym duŜe doświadczenie.
– Cleo, tu tatuś – odezwał się głos następnego rozmówcy. – Nie
dajesz znaku Ŝycia od tygodnia. Zadzwoń do mnie albo do mamy.
Clea uśmiechnęła się. Miała dwadzieścia siedem lat, a jej rodzice
wciąŜ się martwili, jeśli przez dzień czy dwa się nie odzywała.
Słuchając następnych nagrań, przeglądała pocztę. Nagle podniosła
wzrok i zamarła. Poznała znajomy głos.
– Cześć, siostrzyczko. Oto znów się pojawia twój brat
marnotrawny. ZałoŜę się, Ŝe dostałaś moją kartkę, co? No cóŜ, dalej
tkwię w Santa Inez, a sprawy nieco się skomplikowały. Bądź dobrym
kumplem i znajdź mi Reeve’a Holdena. Od tygodnia usiłuję się z nim
skontaktować, a nie chodzi tu bynajmniej o wspólne łowienie ryb. Ja
naprawdę potrzebuję jego pomocy. Cleo, znajdź go. Liczę na ciebie!
Taśma skończyła się. Clea cofnęła ją i jeszcze raz przesłuchała
nagranie brata. Nerwowo przerzuciła stertę korespondencji, którą
ostatnio otrzymała. Znalazła pocztówkę sprzed paru dni. Na stemplu
widniał napis: Santa Inez, Półwysep Baja, Meksyk. Zdawkowe
pozdrowienia i postscriptum: „Spróbuj znaleźć Reeve’a Holdena i
ś
ciągnąć go do mnie. Ryby świetnie tu biorą”.
Powinna się juŜ wcześniej zorientować, Ŝe nie chodzi o ryby.
Charlie znów wpadł w tarapaty. Jej brat miał istny dar ściągania na swoją
głowę kłopotów. Nigdy nie wydoroślał.
Rzucał się na kolejne projekty i Ŝadnego z nich nie realizował.
Beztroski, nieobliczalny, nieodpowiedzialny, czarujący raptus – taki był
Charlie.
Swoją najnowszą propozycją po prostu obraził siostrę. Clea z
niechęcią zerknęła na pocztówkę. Charlie z pewnością liczył się z tym,
Ŝ
e skreślone mimochodem słowa nie zrobią na niej wraŜenia, odczekał
więc parę dni i ponowił prośbę telefonicznie. „Spróbuj znaleźć Reeve’a
Holdena...”
Oczy Clei pociemniały. Potrząsnęła głową, jak gdyby chciała
odpędzić przywołany w pamięci ból. Minęło prawie dziesięć lat, odkąd
widziała Reeve’a po raz ostatni. Dziesięć lat od niezapomnianych
przeŜyć tamtego lata.
OdłoŜyła pocztówkę i poszła do kuchni przygotować coś ciepłego
na kolację. Głowę miała zaprzątniętą myślami o Reevie.
Przez te wszystkie lata Charlie przyjaźnił się z Holdenem jak
gdyby nigdy nic. Kiedy wymieniał jego imię, Clea udawała brak
zainteresowania, chociaŜ w duchu była spragniona wieści o ukochanym.
Wiedziała, Ŝe się oŜenił, przeprowadził do Newport Beach, kupił
jacht „Argosy” i wynajmował go na wycieczki. Clea nigdy się z nim nie
spotkała, a Reeve nigdy się do niej nie odezwał, a przecieŜ mieszkali o
godzinę drogi od siebie.
Bezwiednie weszła do salonu i otworzyła szafkę. Na górnej półce
leŜał album ze zdjęciami. Zdmuchnęła kurz z okładki i otworzyła go. Na
pierwszej fotografii widać było ich oboje i Charliego stojących na
trawniku przed domem Clei. Chłopcy mieli białe galowe mundury, a ona
Ŝ
ółty kostiumik. Ubrali się tak elegancko z okazji dwudziestych
pierwszych urodzin Charliego. Clea i jej brat robili wraŜenie potomków
zamoŜnej, wpływowej rodziny. Ciemnowłosy, muskularny Reeve nie
pasował do tła – starannie przystrzyŜonego trawnika i basenu.
Delikatnie pogładziła fotografię. Byli wtedy tacy młodzi! Tacy
zakochani! Miała siedemnaście lat, a Reeve dwadzieścia jeden. Jej
pierwsza niepowtarzalna miłość. Tylko wtedy czuła się naprawdę
szczęśliwa, a ból rozstania nigdy nie zniknął, chociaŜ wmawiała sobie, Ŝe
to zamknięty rozdział w jej Ŝyciu.
Teraz musiała powrócić do przeszłości. Charlie wpadł w kłopoty, a
ona powinna mu pomóc, mimo wewnętrznej niechęci, aby odnawiać
znajomość z Reeve’em. Charlie nie zdawał sobie sprawy z niezręczności
sytuacji. OdłoŜyła stary album na półkę i westchnęła cięŜko. Wolałaby
się w to wszystko nie mieszać.
W barze „Stuft Sailor” panowała senna atmosfera. Właściciel,
Pokey Barstow, miał mnóstwo czasu na rozmowę z jedynym klientem,
ale gość nie kwapił się do pogawędki.
– Zobacz, ten facet dzwoni do ciebie z Meksyku prawie
codziennie.
Reeve Holden zerknął od niechcenia na zapisane kartki, które
wręczył mu barman.
– Faktycznie. Nalej salsy, Pokey. Jakoś mi nie smakuje ta
jajecznica.
– Co ty mówisz? – obruszył się Pokey. – Mam najlepszych
hodowców drobiu w tej części Stanów. Nie zamierzasz oddzwonić do
tego Charliego?
Kiedy Reeve nie odpowiedział, Pokey, nie zraŜony, snuł dalej
refleksje. Wydawało się, Ŝe został barmanem tylko dlatego, aby bez
przeszkód głośno filozofować. Pokey potrzebował słuchacza, nie
rozmówcy.
– Nie rozumiem cię, Reeve. Ten facet wciąŜ tu wydzwaniał, kiedy
wypłynąłeś w rejs.
– JuŜ taki jest namolny – odparł Reeve. – MoŜesz mi dolać kawy?
Pokey spełnił prośbę, lecz nie przestał go wypytywać.
– A wiec znasz tego typka? Jakiś bogaty facio chce wynająć jacht,
a ty go olewasz?
– Niezupełnie. Widzisz, Pokey, to dłuŜsza historia.
– No to wal, bracie. Rozerwiemy się.
– A co to za rozrywka! Takich jak on moŜesz spotkać na pęczki!
Przyjaźniliśmy się kiedyś, chociaŜ miałem z tego powodu właściwie
same kłopoty. Jak go znam, znów pewnie wplątał się w jakiś romans z
męŜatką i ściga go zazdrosny małŜonek. A ja juŜ jestem za stary, aby
wyciągać go z tej dziecinady.
– No cóŜ, dzisiaj prawdziwych przyjaciół trzeba szukać ze świecą
– oświadczył Pokey.
– Podpisuję się pod tym obiema rękami – odrzekł Reeve i sięgnął
po rachunek. – Poke, dopisz tu jeszcze sześć butelek piwa, dobra?
Ostatni klient kompletnie opróŜnił mi lodówkę.
Kiedy Reeve wychodził z baru, Pokey znów spróbował zaspokoić
swoją ciekawość.
– A skąd ten facet wiedział, gdzie cię szukać?
Reeve wzruszył ramionami.
– KaŜdy wie, Ŝe mam tu jak gdyby drugi dom. Charlie to nicpoń,
ale nie głupek.
– Co mu powiedzieć, jeśli znów zadzwoni? Podać kontakt z
radiostacją na jachcie?
– Jeśli jeszcze zadzwoni, powiedz, Ŝe wypłynąłem na Tahiti.
Reeve, niosąc piwo, kroczył ulicą w stronę doku. Miał za sobą
udany rejs. Trzech zapalonych wędkarzy wynajęło jacht na tydzień.
Dobrze zapłacili, a nawet dodali suty napiwek.
Zatrzymał się przy końcu nabrzeŜa i spojrzał na „Argosy”, swoje
spełnione marzenie. Był to dwunastometrowy jacht, mogący płynąć i pod
Ŝ
aglami, i przy włączonym silniku. Kupił go wiedziony impulsem,
przeczuciem, cudowną intuicją. Coś takiego zdarza się tylko raz w Ŝyciu.
A Reeve trafił właśnie na „Argosy”. Wchodząc na pokład, przypomniał
sobie okoliczności, w jakich kupił łódź.
Po rozwodzie rzucił świetnie płatną posadę i włóczył się trochę po
ś
wiecie, niezdecydowany, co ma dalej robić. Nie miał rodziny,
zobowiązań. Mógł zostać włóczęgą, ale chyba nie leŜało to w jego
naturze.
Przyzwyczajenie do cięŜkiej pracy i miłość do morza przywiodły
go pewnego dnia do Dana Point. „Argosy” właśnie zawinął do portu.
Był na sprzedaŜ, lecz Reeve’owi brakowało dobrych kilku tysięcy
dolarów do proponowanej ceny. Tego popołudnia pił z Charliem piwo w
„Stuft Sailor” i Ŝalił się, Ŝe nie stać go na „Argosy”. Nazajutrz Charlie
zjawił się z czekiem. Reeve odmówił przyjęcia pieniędzy, lecz przyjaciel
nie ustępował.
– To tylko poŜyczka, stary. Oddasz mi ją w ratach.
Reeve spłacił dług z procentami – Charlie nawet zarobił na tej
transakcji – i nie zapomniał, co uczynił dla niego bogaty kumpel. A ten,
co chwila wpadając w tarapaty, zawsze zwracał się o pomoc do Reeve’a.
Wreszcie przebrał miarę. Reeve postanowił z tym skończyć.
Otworzył piwo i skierował się na dziób jachtu, skąd widać było
całą załogę. Wspomnienie Charliego wywołało z jego pamięci jeszcze
jedną osobę. Clea.
Kiedy ostatnio rozmawiał z przyjacielem, Charlie napomknął mu o
zaręczynach Clei. Reeve przypuszczał, Ŝe jest juŜ po ślubie. Powinien o
niej zapomnieć, lecz nie potrafił.
Mieszkali blisko siebie, dawno jednak stracił nadzieję na spotkanie
czy odwiedziny. Obracali się przecieŜ w zupełnie róŜnych środowiskach.
Clea piła pewnie szampana, jadła kawior i jeździła limuzyną, a jemu
pozostało piwo, bułki i zadowolenie się pickupem.
– No i dobrze – stwierdził głośno. – Nie pasowaliśmy do siebie.
Miłość to nie wszystko.
Clea nie podejrzewała, Ŝe będzie tak zdenerwowana. Wysiadła z
samochodu na parkingu Newport Marina. Nie miała pojęcia, gdzie
szukać Reeve’a. Wiedziała tylko, Ŝe ma tu jacht. Zdała się na los
szczęścia.
Gdyby uprzedziła go telefonicznie o swojej wizycie, mógłby się
spłoszyć. A Clea robiła to wszystko dla Charliego i nie Ŝyczyła sobie, by
nieprzewidziane wypadki pomieszały jej szyki.
Powoli poszła nabrzeŜem w stronę „Argosy”, łodzi Reeve’a. Jacht
wyglądał pięknie. Był świeŜo odmalowany, wypolerowany, mosięŜne
okucia błyszczały w porannym słońcu. Clea podziwiała łódź, odwlekając
chwilę wejścia na pokład.
Nagle zobaczyła Reeve’a. Zgięty wpół majstrował przy silniku.
Raz po raz prostował się i wycierał dłonie ręcznikiem przewieszonym
przez reling. PotęŜne mięśnie pręŜyły się pod nagą skórą torsu.
Opalony, proporcjonalnie zbudowany męŜczyzna prezentował się
imponująco. Clea pamiętała dobrze siłę, a zarazem delikatność, do jakiej
był zdolny.
Podniósł wzrok dokładnie w momencie, gdy wymówiła jego imię.
– Reeve...
Głos zabrzmiał cicho, nieco piskliwie, jak gdyby zabrakło jej nagle
powietrza w płucach.
Nie poruszył się. Spojrzał tylko na nią. Wydawało się, Ŝe wcale go
nie zaskoczyła. Jak gdyby przez minione lata coś między nimi Ŝyło w
uśpieniu.
– Cleo, na Boga...
Wyraz zdziwienia zbyt późno pojawił się na jego twarzy. Clea juŜ
wiedziała, Ŝe na nią czekał.
– Chodzi o Charliego – odezwała się. Spostrzegła w jego oczach
rozczarowanie. Natychmiast jednak pokrył je lekcewaŜeniem.
– No tak, starszy braciszek znów ma kłopoty i trzeba go ratować.
Zdjął z relingu podkoszulek i wciągnął przez głowę.
Niecierpliwym ruchem zaczesał potargane włosy. Świetnie znała ten
gest. Poczuła nagle bolesny skurcz Ŝołądka.
– Charlie próbował się z tobą skontaktować – wyjaśniła.
ZauwaŜyła z ulgą, Ŝe jej głos odzyskał naturalne brzmienie.
– Tak, wiem. – Ciemnoniebieskie oczy Reeve’a wyraŜały jedynie
znuŜenie i obojętność. – Skończyły się czasy, kiedy wyciągałem twojego
brata z tarapatów, Cleo. Przez wiele lat przybywałem na kaŜde skinienie,
ale koniec z tym.
Cokolwiek miał na myśli, dla Clei znaczyło to jedno: czas zmienił
całą ich trójkę. Byli teraz innymi ludźmi.
Reeve zachował zgrabną sylwetkę, chociaŜ stał się bardziej
muskularny. Wyglądał jak bokser w najlepszych swoich latach, gotowy
w kaŜdej chwili do walki.
Nosił dłuŜsze włosy, a rysy twarzy zaostrzyły się. Oczy pozostały
te same, o niespotykanym odcieniu błękitu. Patrzyły teraz nieco
cynicznie, zaczepnie i stanowczo.
Clea chciała się wytłumaczyć.
– Musiałam ci przekazać prośbę Charliego, Reeve – stwierdziła
cicho. – Bardzo mu na tym zaleŜało.
– Jasne.
Wziął ręcznik i starł z dłoni resztki smaru. Pozostała jeszcze
brudna smuga na policzku. Clea z trudem powstrzymała pragnienie, aby
ją zetrzeć.
– Rozumiem – dodał cieplejszym tonem. – Pamiętam twoje
przywiązanie do rodziny.
Clea wiedziała, co się szykuje.
– Zawsze stawiasz na pierwszym miejscu Ŝyczenia krewnych –
dorzucił.
A więc nie myliła się. Nie odpowiedziała jednak. To wszystko nie
było takie proste.
– Zachowałem się nieuprzejmie – stwierdził pospiesznie. – Wejdź
na pokład, a potem na dół, do kajuty. Ja przez ten czas się umyję.
Wypijemy piwo. Przejechałaś przecieŜ szmat drogi. – Przerwał i spojrzał
z uśmiechem. – No tak, zapomniałem. Nie lubisz piwa. Gustujesz za to w
szampanie, prawda?
– Niezupełnie.
– CzyŜby? Zmieniłaś upodobania?
Reeve wyraźnie ją prowokował. Chciał ją zbić z tropu. Nie miała o
to pretensji. Pamiętała, w jaki sposób się rozstali.
– Owszem – przyznała z satysfakcją. – Lubię piwo. Szampana
równieŜ. Za wcześnie jednak na jedno i na drugie.
– To racja – zgodził się. – Ale mimo wszystko idź na dół, a ja się
umyję. Znajdziemy coś, co cię postawi na nogi.
Z początku Clea chciała odmówić, lecz zmieniła zdanie.
ZwycięŜyło pragnienie zobaczenia jachtu. W milczeniu podąŜyła za
Reeve’em.
Kiedy zostawił ją samą w kajucie, rozejrzała się po niewielkim
pomieszczeniu. Było tu czysto i schludnie, tak jak na całym jachcie.
Lśnił mosiądz i szkło. Panowała przytulna, domowa atmosfera. Na regale
stały ksiąŜki, z pewnością czytane przez właściciela, zaś na ścianach
wisiały obrazy, niewątpliwie starannie przez niego dobrane. Reeve bez
niczyjej pomocy urządził wnętrze i spisał się świetnie. Clea cieszyła się,
Ŝ
e tu przyszła.
Wszedł Reeve. Spostrzegł jej zaciekawione spojrzenie.
– Mam oprócz tej dwie kajuty. To wystarcza na rejsy czarterowe –
wyjaśnił.
– Jacht wygląda wspaniale.
Przyjął tę opinię nieufnie. Wzięły górę dawne uprzedzenia.
– Oczywiście gdzieŜ mi się równać z twoim domem! Postanowiła
nie reagować. Wręcz z zadowoleniem powitała cynizm w głosie Reeve’a.
Otrząsnęła się z czaru, któremu powoli bezwiednie zaczynała ulegać.
Reeve uśmiechnął się. On takŜe spostrzegł zmianę nastroju.
– Skoro nie chcesz piwa, moŜe nie odmówiłabyś filiŜanki kawy?
Właśnie w kuchni parzy się cały dzbanek – zaproponował.
– Nie, nie, dziękuję – odparła, odzyskując panowanie nad sobą. W
gruncie rzeczy nie była pewna, czy jej drŜące dłonie utrzymałyby
filiŜankę.
Reeve stał nieruchomo, wpatrzony w Cleę. Odwzajemniła
milczące spojrzenie. Nadszedł czas poŜegnania. Obejrzała jacht,
pochwaliła, jednak Reeve zbył jej komplementy, jak gdyby mu wcale na
nich nie zaleŜało. Poprosiła o pomoc, a on odmówił. Nie pozostało zatem
nic innego jak odejść. A jednak Clea nie ruszyła się z miejsca i nie
wiedziała, co robić.
– Dlaczego nie usiądziesz? – spytał wreszcie, wskazując fotel
kapitański. – Kiedy ostatnio widziałem się z Charliem, mówił, Ŝe masz
własne studio fotograficzne.
– To prawda. Mam. Nawet nieźle wyposaŜone.
– W to nie wątpię. Zawsze robiłaś dobre zdjęcia. A w czym się
specjalizujesz? Myślałem o wydrukowaniu nowej broszury reklamowej.
Czuła, Ŝe Reeve znów ją prowokuje, lecz postanowiła to
zignorować. Ostatecznie chodziło o sprawy zawodowe.
– Zajmuję się modą. Uniósł brwi.
– Styl i szyk, co? Wasza rodzina to lubi i zna się na tym.
Clea słyszała szyderczy ton, zdecydowała jednak puścić to mimo
uszu.
– Czasem robię zdjęcia na przyjęciach, spotkaniach, a ostatnio
fotografowałam nawet prywatne domy.
– Ze względu na ciekawą architekturę?
– Niezupełnie. Chodziło mi bardziej o pokazanie stylu Ŝycia.
– Bogatych i sławnych ludzi – dokończył. – W takim razie
rodzinne układy i znajomości bardzo ci się przydają.
– Właściwie ja...
– Nie wstydź się, Cleo. Oboje wiemy, jaka jest siła układów.
Natychmiast powróciły wspomnienia. Powiązania rodzinne
wyrządziły tyle krzywdy im obojgu. Zniszczyły ich związek.
Poczuła łzy pod powiekami. Z trudem się opanowała.
– Przyznaję, Ŝe pewne drzwi stoją przede mną otworem, ale cięŜko
pracowałam i swoją pozycję w zawodzie zawdzięczam temu, Ŝe po
prostu jestem dobra.
Clea nie zamierzała się przechwalać. Usiłowała jedynie opanować
nerwy.
– Chyba oboje dobrze sobie radzimy – ciągnęła, rozglądając się po
kajucie. – Tak urządziłeś ten pokoik, Ŝe mógłbyś tu zamieszkać na stałe.
– Bo ja tu mieszkam, Cleo. „Argosy” to mój dom.
– A twoja rodzina?
Wiedziała, Ŝe to niewłaściwe pytanie, lecz bardzo chciała poznać
odpowiedź.
– Rodzina? – Wyglądał na szczerze zakłopotanego. – Moi rodzice
nie Ŝyją. Wiesz o tym.
– Miałam na myśli twoją Ŝonę.
Czemu z takim trudem i bólem wymawiała te słowo?
– Chodzi ci o moją byłą Ŝonę. Od trzech lat jesteśmy rozwiedzeni.
Wyszła powtórnie za mąŜ, szczęśliwie, jak sądzę, i mieszka w Seattle.
– Och, przepraszam. Przykro mi.
Nic lepszego nie przyszło jej do głowy.
– Nie ma powodu. CóŜ, nie wyszło nam.
Omal nie powtórzyła swojego „przykro mi”. W porę powstrzymała
się i szukała w myślach innej odpowiedzi.
– A co u ciebie? – spytał nagle cicho.
– No, nic szczególnego. Praca, praca.
– Charlie wspominał, Ŝe się zaręczyłaś.
– Zerwaliśmy zaręczyny.
– Co się stało? Tatuś nie zaakceptował narzeczonego?
Clea wzdrygnęła się odruchowo.
– AleŜ skąd. Podobał się bardzo obojgu rodzicom. Okazało się, Ŝe
nawet bardziej niŜ mnie.
Reeve uśmiechnął się.
– MoŜe za mało czasu poświęciłaś, aby go poznać?
– NaleŜy do grona starych przyjaciół rodziny. Właściwie znaliśmy
się aŜ za dobrze.
– Nie tak jak my – przypomniał Reeve. – Dwoje dzieciaków z
róŜnych światów, zupełnie się nie znających. Uczucie pojawiło się jak
błyskawica, co?
Z gorzkim uśmiechem na ustach nie pozwolił jej dojść do głosu.
– Zbyt późno dowiedziałem się, Ŝe ten płomień potrafi zamieniać
wszystko w popiół.
Oczy Reeve’a patrzyły przenikliwie. Clea poczuła rumieniec na
policzkach.
– Tak się dobrze składa, Ŝe piorun nigdy nie uderza dwa razy w to
samo miejsce.
Próbowała zapanować nad drŜeniem głosu.
– To chyba prawda.
W głosie Reeve’a brzmiała Ŝarliwa nadzieja. Zdawał sobie sprawę,
Ŝ
e gotów jest znów się w niej zadurzyć. Nie zmieniła się wcale. UŜywała
tych samych perfum. Ich zapach, lekki a zarazem oszałamiający,
zawładnął jego zmysłami.
Clea była piękna jak w chwili, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Ale
bujne jasne włosy nie opadały swobodnie jak dawniej. Spięła je na karku,
odsłaniając cudowny owal twarzy, którą Reeve tak wyraźnie zapamiętał.
Ciemne oczy miały jakiś egzotyczny urok na tle jasnej karnacji.
Ubrana była w białe lniane spodnie i jedwabną turkusową bluzkę.
W uszach tkwiły złote kolczyki, a szyję otaczał złoty łańcuszek. Reeve
wiedział, Ŝe to nie imitacja. Clea wyglądała jak kobieta elegancka,
bogata, z klasą. I miała w sobie coś jeszcze. Po tylu latach wciąŜ jeszcze
hipnotyzowała go swoim czarem.
– W co Charlie wpakował się tym razem? – spytał, pragnąc
przerwać niepokojącą, zniewalającą ciszę.
– Problem w tym, Ŝe nie wiem. Nie zostawił numeru telefonu, pod
którym moŜna go zastać w Santa Inez, a stamtąd właśnie dzwonił.
Reeve pokiwał głową. Nie zdradził, Ŝe zna ten numer.
– Pół nocy spędziłam na szukaniu go przez międzymiastową w
tamtejszych hotelach – ciągnęła Clea.
– Znalazłam hotel, w którym zatrzymał się na jedną noc i nazajutrz
wyjechał. Tym razem zaczęłam się martwić, bo Charlie nie daje znaku
Ŝ
ycia.
– Charlie potrafi zatroszczyć się sam o siebie.
– Niestety, nie – stwierdziła. – Doskonale wiesz, Reeve, Ŝe on ma
wręcz dar do pakowania się w tarapaty.
– Dopóki wszyscy przychodzą mu z pomocą, nie nauczy się nigdy,
jak unikać kłopotów. Ty i twoi rodzice rozpieściliście go.
– Sam nie jesteś bez winy – wypomniała mu Clea.
– Bardzo często stawałeś jak mur za moim bratem. Pamiętasz tych
facetów, którzy zaatakowali go w barze?
– Kiedy? W którym barze? – zadrwił Reeve. – Zawsze zaczynało
się tak samo. Upierał się, Ŝeby postawić drinka jakiejś ślicznotce, a z kąta
wychodził zazdrosny facet, no i bijatyka na całego. O pechu Charliego
krąŜą legendy.
– Ale w odpowiednim momencie ty wkraczałeś do akcji,
wyciągałeś Charliego i przywoziłeś do domu, prawda?
– A twoi starzy patrzyli krzywo na marynarza, który na pewno
sprowadza ich wspaniałego synalka na złą drogę i ciągnie za sobą do
podejrzanych spelunek. GdybyŜ wiedzieli, Ŝe zjawiałem się w tych
miejscach tylko po to, by ratować Charliego...
Clea uśmiechnęła się z rozczuleniem.
– Charlie budzi w ludziach instynkty opiekuńcze.
– Wieczny chłopczyk. Ja dorosłem, a Charlie pozostał dzieckiem.
Clea zamierzała zaprotestować, ale Reeve przerwał jej
bezceremonialnie.
– Dam ci przykład. Dwa lata temu o drugiej nad ranem zadzwonił
telefon. Oczywiście Charlie. Zawarł umowę z jakimś nocnym lokalem na
dostarczenie koszulek firmowych dla muzyków, którzy tam występowali.
Dostał wzór do wydrukowania na koszulkach, ale nie mógł znaleźć
producenta. Z lokalu Ŝądali natychmiastowej dostawy zamówionego
towaru, więc Charlie zadzwonił do mnie! Znaleźliśmy fabryczkę na
skraju pustyni, a ja jak idiota zawiozłem tam Charliego i czekałem, aŜ
pojawi się z gotowymi koszulkami.
Clea usiłowała coś wtrącić, lecz nie pozwolił.
– Wróciliśmy do tego lokalu i zaczęliśmy wyładowywać towar.
Charlie wdał się w kłótnię z właścicielami. Nie podobał im się kolor
nadruków i odmawiali przyjęcia koszulek. Twój brat powiedział, Ŝe
niezły ze mnie osiłek i Ŝe im połamię kości, jeśli nie zapłacą natychmiast.
Clea powstrzymała uśmiech.
– Rzeczywiście, to podobne do Charliego. Reeve zmierzył ją
surowym wzrokiem.
– Nie widzę w tym nic zabawnego. Charlie dostał forsę i myślał,
Ŝ
e zrobił dobry kawał. A ja dziwiłem się, Ŝe ci faceci za nami nie poszli i
nie spalili mi łodzi. Mam juŜ dość płacenia za kłamstwa Charliego.
Jestem za stary na awantury. Koniec, kropka! – powiedział stanowczo i
zmienił temat: – Czas na kawę. Naprawdę nie masz ochoty?
– Naprawdę.
Reeve podniósł kubek z kuchenki.
– Wiem, co czujesz, Reeve, ale tym razem powaŜnie martwię się o
Charliego.
– To zadzwoń na policję w Santa Inez i niech go szukają. –
Spostrzegł smutek w oczach Clei. – A moŜe nie chcesz mieszać w to
policji? Nie moŜna być pewnym, w co wplątał się poczciwy Charlie.
Clea zarumieniła się.
– Z pewnością nie wszedł w kolizję z prawem.
W jej głosie pobrzmiewała jednak nuta wątpliwości.
– A czym on się ostatnio zajmował? Kiedy rozmawialiśmy,
wspominał coś o handlu nieruchomościami, a przedtem snuł plany
dystrybucji programów komputerowych. No i oczywiście był teŜ słynny
epizod z drukowaniem koszulek.
– Import, eksport – odrzekła z wahaniem. – Dlatego pojechał do
Meksyku.
Reeve uniósł brwi ze sceptycznym wyrazem twarzy.
– Import, eksport. Wielkie pole do działania!
– Jestem pewna, Ŝe nie chodzi o nielegalne interesy –
przekonywała Clea. – Jestem równieŜ pewna, Ŝe sytuacja stała się
powaŜna.
– A więc poleć do Meksyku, skoro tak się niepokoisz. O tej porze
roku jest tam pięknie.
– Właściwie mogłabym – oświadczyła – ale Charlie prosił o
kontakt z tobą, Reeve. Wyraźnie mi to powtórzył.
– Przykro mi. Mam inne zajęcia – odpowiedział chłodnym,
szorstkim tonem.
– I tylko tyle masz do powiedzenia przyjacielowi po dziesięciu
latach znajomości? Masz inne zajęcia?
– Czy słuchałaś tego, co mówiłem, Cleo? Próbowałem ci
wytłumaczyć, Ŝe twój brat zachowuje się okropnie. Nie zamierzam znów
wyciągać go z tarapatów i wysłuchiwać steku kłamliwych wyjaśnień.
Reeve z rozmysłem dobierał bezlitosne słowa. Pragnął raz na
zawsze zerwać sieć utkaną z kobiecego czaru Clei i uwolnić się od
wszelkich związków z jej rodziną. Musiał z tym brutalnie skończyć.
– Masz krótką pamięć, Reeve. Charlie był twoim najlepszym
przyjacielem. Dałby sobie rękę uciąć za ciebie. Myślał, Ŝe jesteś
najwspanialszym...
– Kiedy mnie potrzebował – przerwał ostro Reeve.
– To nieprawda! Zawsze był lojalny wobec ciebie i wierzył w
naszą miłość!
– O, tak, bardziej niŜ ty, Cleo!
Ogarnęła go wściekłość. Powróciły wspomnienia pełne bólu i
namiętności.
– Teraz nie chodzi o nas, lecz o Charliego. Nienawidzisz mnie,
Reeve, ale to nie powód, by opuszczać przyjaciela w potrzebie. Chcesz,
Ŝ
ebym cię błagała na kolanach? Chcesz tego? A moŜe pieniędzy? W
porządku, zapłacę za poświęcenie twego cennego czasu.
Głos Clei drŜał z gniewu. Nie mogła cofnąć wypowiedzianych
słów. Rozwścieczony Reeve błyskawicznie podszedł do fotela i szarpnął
ją za ramię.
– Nie jestem na sprzedaŜ. Ani teraz, ani nigdy. Twój ojciec nie
kupił mnie przed laty i, do cholery, tobie teŜ się to nie uda.
Tylko raz, dawno temu, widziała go w takim stanie. Przestraszyła
się. Próbowała uwolnić rękę.
– Wcale nie miałam tego na myśli.
– Ludzie z twojej sfery zawsze tak twierdzą – odparł gorzko. –
Powtarzam: nie pojadę do Meksyku i nie chcę mieć nic wspólnego z
waszą rodziną. – Potrząsnął ją mocno za ramiona. – Zrozumiałaś?
Clea nie potrafiła ukryć przeraŜenia.
– Zrozumiałam doskonale. Jesteś wściekły na mnie, więc
zapomniałeś o przyjaźni z Charliem. Gdzie twoja lojalność, Reeve?
– Lojalność to twoja specjalność.
Stali tak przez chwilę, nie spuszczając z siebie wzroku. Dyszeli z
wypiekami na twarzy. Clea usiłowała się wyrwać, lecz Reeve trzymał ją
mocno. Słyszała bicie jego serca. Krew zaczęła jej szybciej krąŜyć w
Ŝ
yłach.
– Puść mnie – zaŜądała. – Nie mamy juŜ sobie nic do powiedzenia.
Chcę stąd wyjść.
– AleŜ proszę bardzo. Nie będę cię przecieŜ zatrzymywał wbrew
twojej woli. Ale coś mi jesteś dłuŜna.
Clea szarpnęła się. Bezskutecznie. Silne dłonie ściskały ją niby
stalowe szpony.
– Jesteś mi dłuŜna poŜegnalny pocałunek. Dziesięć lat temu szeryf
i twój ojciec nie pozwolili nam na czułość.
Palce Reeve’a zacisnęły się jeszcze mocniej. Opór nie miał sensu.
Próbowała odwrócić głowę, lecz Reeve chwycił ją za podbródek i
zmusił, aby na niego spojrzała. Oczy męŜczyzny płonęły. Pocałował ją
brutalnie, namiętnie.
Najpierw broniła się przed tym. Wiła się w objęciach Reeve’a i
odwracała głowę, lecz nagle ogarnęła ją prawdziwa fala bezsilności i
przyzwolenia. Usta kobiety otworzyły się na przyjęcie natarczywego
języka męŜczyzny. Odpowiedziała z Ŝarliwością na pocałunek.
Kiedy wreszcie rozdzieliły się ich wargi, Clea wtuliła się w
Reeve’a. Minął gniew, ale bolesne wspomnienia pozostały. Oddychała
głęboko, usiłując odzyskać panowanie nad sobą.
– Cleo...
Reeve cofnął się, równieŜ oszołomiony tym, co zaszło.
– Cleo, ja nie chciałem...
– W porządku, Reeve. NiewaŜne.
Gorączkowo rozglądała się w poszukiwaniu torebki. Chwyciła ją
drŜącymi rękami. Musiała natychmiast uciec. Nie tylko od wspomnień,
lecz takŜe od namiętnych tęsknot, jakie obudził w niej pocałunek. Przy
drzwiach odwróciła się i roztrzęsionym głosem, połykając łzy, odezwała
się do Reeve’a:
– Powiedzmy, Ŝe jesteśmy kwita. Dług został spłacony.
I wyszła.
ROZDZIAŁ 2
– Cholera! Cholera! Cholera!
Donośny głos Reeve’a rozbrzmiewał echem w całej zatoce. Czuł
się, jak gdyby jakiś siłacz rąbnął go pięścią w splot słoneczny. JakŜe sam
widok Clei po tylu latach mógł na nim zrobić tak piorunujące wraŜenie?
Powtarzał sobie w myślach, Ŝe jest dorosły, doświadczony i nie da
się schwytać w sidła pierwszej miłości. Miał dobrą, odpowiedzialną
pracę. Osiągnął samowystarczalność. Pół godziny sprawiło jednak, Ŝe te
sukcesy przestały się liczyć.
Był bezradny i bezbronny – tak jak w dniu, w którym wkroczyła w
jego Ŝycie, a raczej – w którym Charlie zaprosił go z wizytą do
rezydencji Moore’ów. Nigdy nie zapomniał tego dnia ani tej strasznej
nocy w chatce w Monterey, kiedy ich rozdzielono.
Byli wtedy jeszcze dziećmi i nie zasłuŜyli na to, co ich spotkało:
upokorzenie, gorycz, krzywdę.
Clea zniknęła. Wróciła do rodziców, a Reeve spędził dwanaście
samotnych, bezsennych godzin w miejscowym areszcie. Nad ranem
zjawił się gość, którego, prawdę mówiąc, oczekiwał.
Charles H. Moore senior był szczupłym, jasnowłosym męŜczyzną
po czterdziestce. Uprawiał z powodzeniem sporty: tenis, golf,
Ŝ
eglarstwo. Miał na sobie szyty na miarę garnitur, a włosy ostrzyŜone u
dobrego fryzjera. Jego wygląd pozostawał w jaskrawym kontraście z
wymiętym ubraniem Reeve’a i jego „Ŝołnierską” fryzurą.
Pierwsze słowa zabrzmiały niczym rozkaz.
– Siadaj, młody człowieku. Mamy duŜo spraw do omówienia.
– Dziękuję, ale wolę stać, proszę pana.
– Jak ci wygodniej. – Moore usadowił się na krześle i machnął
ręką na straŜnika, aby odszedł. – Pewnie martwisz się, Ŝe opuściłeś
koszary bez przepustki, chłopcze?
Reeve skrzywił się, słysząc poufały zwrot.
– To naprawdę nie ma znaczenia, proszę pana.
– No cóŜ, mogłoby mieć. Ale nie przejmuj się. JuŜ o to zadbałem.
Zadzwoniłem do mojego przyjaciela w Pentagonie, a on przekazał
polecenie, komu trzeba. Dostałeś przepustkę aŜ do dziś włącznie.
Reeve nie zamierzał mu dziękować.
– Opłaca się znać pewnych wysoko postawionych ludzi, ale teraz
nie obchodzi mnie marynarka. Martwię się tylko o Cleę. Jak ona się
czuje?
– Moja córka ma się świetnie – stwierdził męŜczyzna oschle.
– Chcę się z nią zobaczyć. Muszę wiedzieć...
– Nic nie musisz wiedzieć.
Reeve szybko podszedł do człowieka, którego szczerze nie znosił.
– Proszę powiedzieć, gdzie ona jest – zaŜądał.
– Nie widzę przeszkód, aby odpowiedzieć. – Moore zerknął na
złoty zegarek z dewizką. – W tej chwili jest w samolocie lecącym do
Szwajcarii. Na razie będzie tam chodziła do szkoły.
– AŜ zniknę z pola widzenia?
– Sprytny z ciebie chłopak, Holden.
– Nigdy do tego nie dojdzie – zapewnił Ŝarliwie. Moore obrzucił
go spojrzeniem chłodnych niebieskich oczu.
– Wiesz, Holden, chociaŜ nie jesteś człowiekiem odpowiednim dla
mojej córki, masz w sobie coś. A początki nie były najszczęśliwsze.
Zrobiłeś duŜe postępy.
– Przypuszczam, Ŝe wynajął pan detektywów, Ŝeby mnie śledzili.
– Właśnie. Kiedy tylko spostrzegłem, Ŝe Clea się tobą interesuje.
Przypomnijmy sobie pewne fakty. – Moore zamknął oczy, jak gdyby w
myślach czytał ankietę personalną Holdena. – Urodzony przez niejaką
Margaret Holden w miasteczku pod Bostonem. Ojciec nieznany.
Dzieciństwo spędzone w dokach. Szkoła skończona na trójczynach. Brak
zainteresowania nauką. Po śmierci matki wstąpiłeś do wojska. Mimo
słabego świadectwa uwaŜają cię za zdolnego chłopaka, który daleko
zajdzie.
– Dziękuję za Ŝyciorys, ale jestem świadomy swojej przeszłości.
– Przeszłość to rozdział zamknięty, chłopcze, ja natomiast mogę
zapewnić ci lepszą przyszłość.
– Nie potrzebuję pańskiej pomocy – uparcie oświadczył Reeve.
– Nie bądź taki prędki. Nie znasz jeszcze mojej propozycji. –
Moore wyjął ksiąŜeczkę czekową. – Mogę ci dać sumę, na którą
pracowałbyś przez całe Ŝycie, a ty w zamian po prostu nigdy nie będziesz
próbował zobaczyć mojej córki.
W Holdenie wzbierała złość.
– Nie moŜe mnie pan kupić, ani teraz, ani nigdy. Kocham Cleę i
znów się z nią zobaczę. Odzyskam ją!
Twarz Moore’a poczerwieniała, lecz szybko wróciła do
poprzedniej barwy.
– Jeszcze nie podałem mojej ceny, Holden – oznajmił spokojnie i
wymienił wysoką, bardzo wysoką sumę.
– Nawet wszystkie pieniądze świata to za mało. Zobaczę się z nią
– powtórzył Reeve.
Tym razem Moore nie zapanował nad wściekłością. Wstał i zaczął
wymachiwać pięścią przed nosem Reeve’a.
– Na pewno nie. Gwarantuję ci to. Dałem ci szansę, a ty ją
odrzuciłeś. – Zamknął ksiąŜeczkę czekową i schował do kieszeni
marynarki. – Teraz kolej na moje posunięcie.
Niebawem Reeve poznał zasięg władzy Moore’a. Przeniesiono go
do słuŜby na krąŜowniku i nie minął tydzień, jak wypłynął w rejs
ć
wiczebny do Japonii.
Charlie podał mu pewien adres w Szwajcarii, lecz wszystkie
wysłane przez niego listy wracały nie otwarte. Wreszcie, po wielu
miesiącach nadziei i oczekiwania, zdał sobie sprawę, Ŝe walka z potęgą
Moore’a nie miała sensu. Clea dokonała wyboru. Nie wybrała jednak
Reeve’a.
Musiał Ŝyć własnym Ŝyciem. Kiedy zakończył słuŜbę, zajął się
sobą i prawie udało mu się zapomnieć o dziewczynie.
AŜ nadszedł dzisiejszy dzień. Clea na powrót wkroczyła w jego
Ŝ
ycie. Popełnił błąd, przytulając ją i całując. Do diabła, zrobił źle, ale nie
potrafił zapanować nad uczuciami.
Wylał kawę. Zdecydował się na szklaneczkę whisky. A potem
wylał równieŜ alkohol. Miał wiele rzeczy do przemyślenia – o Clei, sobie
i Charliem. Wizyta dziewczyny przywołała dawne wspomnienia. Dobre i
złe. Potrzebował czasu – i trzeźwej głowy – aby uporządkować bałagan
w pamięci.
Clea traciła zimną krew. Zwykle, kiedy pracowała, otaczała ją
atmosfera spokoju i opanowania, lecz teraz przestawała się kontrolować.
Zdarzyło się to nie po raz pierwszy.
– Nie, moja droga, to niedobre ujęcie. Nic z tego nie będzie –
narzekał Eric Lambert, dekorator wnętrz domu, który Clea fotografowała
dla czasopisma „Trends”.
Próbowała zignorować jego słowa, lecz zniecierpliwienie i
zaniepokojenie wcale nie ustępowały. A wszystko zaczęło się w
przeddzień spotkania z Reeve’em. Jakiś wewnętrzny głos nakazał jej
mieć się na baczności.
Podczas ostatniej sesji zdjęciowej denerwowała ją suknia modelki
i zwierzenia charakteryzatora. Dzisiaj do pasji doprowadzała ją osoba
dekoratora. Zwykle radziła sobie bez problemu w takich sytuacjach.
Zwykle...
– Cleo, proszę. – Głos brzmiał tak natarczywie, Ŝe opuściła aparat i
spojrzała na dekoratora. – Z tego miejsca nie będzie widać mojej ślicznej
komódki.
Clea wiedziała, Ŝe powinna uśmiechnąć się słodko i zrobić kilka
zdjęć w innym ujęciu. I tak nie wykorzystano by ich potem w druku, ale
Eric byłby uszczęśliwiony. Co ją to właściwie obchodziło?
– Nie, Eric – stwierdziła, zmieniwszy obiektyw. – Komódkę widać
i tak, a poza tym muszę objąć całe wnętrze. Tego Ŝąda redaktor pisma.
– AleŜ, Cleo...
Nie zwaŜając na jego oburzenie, zaczęła robić następne zdjęcia.
Po kilku godzinach wyjęła ostatnią odbitkę z utrwalacza, zostawiła
do wyschnięcia i zdjęła gumowe rękawiczki. W ciemni panował
półmrok. Przyćmione bursztynowe światło zawsze dawało Clei poczucie
bezpieczeństwa. Tu czuła się najlepiej. Ale nie dziś.
Myślała o jachcie Reeve’a. Przed laty marzył o własnej łodzi.
Ojciec Clei uwaŜał to oczywiście za marzenie ściętej głowy, lecz sen
Reeve’a się spełnił.
Fotografia prasowa była marzeniem Clei i nawet przez pewien
czas pracowała w zespole fotoreporterów „Trendsa”. Potem znalazła
zajęcie bezpieczniejsze, łatwiejsze i z pewnością lepiej płatne.
Zrezygnowała z marzeń.
Mieli teŜ z Reeve’em wspólne marzenie: rejs dookoła świata.
Fotografie z tej podróŜy mogłyby otworzyć nowy rozdział w jej karierze.
Rejs oczywiście nigdy nie doszedł do skutku. Drogi obojga rozeszły się.
Matka pocieszała ją, Ŝe znajdzie sobie innego chłopca, ale Clea nie
spotkała nikogo takiego jak Reeve.
A teraz znów go znalazła. Powinna była się domyślać, Ŝe Reeve
odmówi poszukiwania Charliego. Na próŜno jechała na przystań.
Podświadomie pragnęła jednak zobaczyć Reeve’a po latach. Pragnęła
sprawdzić, czy się zmienił, czy się oŜenił i czy wciąŜ działa na niego jej
magiczny urok.
Nie mogła odzyskać spokoju po niespodziewanym pocałunku.
Miał smak gniewu, namiętności i oczekiwania na to, co zostało między
nimi nie spełnione. Nie powinna uciekać od Reeve’a.
Dość rozmyślań! Sny na jawie i bezczynne siedzenie w ciemni nie
mogły pomóc Charliemu. A przecieŜ on liczył się teraz najbardziej.
Zdjęła fartuch ochronny, powiesiła go na drzwiach i weszła do
studia. Musiała rozpakować sprzęt, a potem zadzwonić do paru osób.
Zamierzała skorzystać z rady Reeve’a – polecieć do Santa Inez i
poszukiwać Charliego na własną rękę.
Reeve wyłączył silnik w swoim dŜipie. Zaparkował przed domem
Clei. Spostrzegł światło w oknie i uchylone drzwi, lecz nie wysiadł z
samochodu. Znalezienie adresu Clei przyszło mu łatwo. O wiele
trudniejsza okazała się odpowiedź na pytanie: co on tu, u diabła, robi?
Nie chciał się w nic mieszać, lecz przeszłość trzymała go mocno w
sidłach. MoŜe powinien pomóc w wyciągnięciu Charliego z kłopotów,
aby raz na zawsze zerwać z rodziną Moore’ów?
Po cichu podszedł do drzwi studia. Clea rozpakowywała wielką
płócienną torbę. Starannie układała w kącie rozmaite reflektory i
statywy.
Ubrana była w stary podkoszulek wypuszczony na dŜinsy. Był to
strój odpowiedni do cięŜkiej pracy i z pewnością nie eksponujący
kobiecych wdzięków, ale Reeve widząc ją krzątającą się po pokoju omal
nie jęknął z tęsknoty. Wiedział, jak wspaniałe ciało kryje się pod
niedbałym ubraniem. Oczami wyobraźni widział gładką skórę, zgrabne
kształty. Czuł cudowny zapach jej ciała.
Mógłby tak stać i patrzeć przez całą noc, sycąc zmysły bliskością
Clei. Wreszcie zapukał jednak, aby zwrócić jej uwagę.
Otworzyła usta, lecz nie wyrzekła ani słowa.
– Wejdź – odezwała się po chwili. – Właśnie się rozpakowuję.
– Pomogę ci.
– Nie, dziękuję. JuŜ prawie skończyłam. Wyjęła ostatni stojak do
lampy i odłoŜyła torbę.
Reeve patrzył w milczeniu. Czuł się bezradny na jej terytorium.
Wolałby znajdować się na jachcie, gdzie to on byłby górą.
Clea stanęła wyczekująco na środku pokoju. Zapadła niezręczna
cisza, zupełnie jak podczas spotkania na pokładzie „Argosy”.
– Podoba mi się twoje studio. – Reeve zmusił się do rozpoczęcia
rozmowy.
Było to obszerne pomieszczenie. Jedną ścianę pokrywał olbrzymi
arkusz tapety słuŜącej jako tło do zdjęć portretowych. Na pozostałych
ś
cianach wisiały fotografie, w tym wiele czarno-białych: portrety
zwykłych ludzi, dzieci, staruszków, robotników. Reeve z ciekawością
oglądał zdjęcia. Na jednym z nich dwie dziewczynki bawiły się
skakanką, na innym chłopczyk przygotowywał się do biegu na szkolnym
boisku.
– Te podobają mi się najbardziej – oświadczył. – Robią wraŜenie.
Powstrzymał się od oceny błyszczących kolorowych fotografii,
które trafiły na okładki poczytnych Ŝurnali.
– Zrobiłam je w przypływie ambicji twórczych, jak byś to pewnie
określił.
Podszedł bliŜej i spojrzał na nią badawczo.
– Wszyscy się zmieniamy, Cleo. Ja teŜ się zmieniłem.
Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, do czego Reeve zmierza.
– Jadę do Meksyku.
Poczuła, Ŝe cięŜar spadł jej z serca.
– Och, dziękuję, Reeve.
– Doszedłem do wniosku, Ŝe powinienem zaryzykować raz
jeszcze. WciąŜ mam w pamięci dawne dobre czasy.
– Bardzo się cieszę, Reeve.
– Wczoraj zastanawiałem się bardzo długo przed podjęciem
decyzji nad tym, co powiedziałaś o lojalności. Do diabła, nocne telefony
Charliego z Las Vegas czy Tahoe mogły doprowadzić do szaleństwa. –
Uśmiechnął się mimo woli. – Czy opowiadał ci kiedyś o dwóch
kobietach o imieniu Darlene?
Clea potrząsnęła głową.
– Twój brat dziwnym sposobem zaręczył się jednocześnie z
dwiema kobietami o tym samym imieniu Darlene. Nie wiedziały o sobie
nawzajem, a Charlie przysięgał, Ŝe właściwie nie prosił Ŝadnej z nich,
aby za niego wyszła. I tak to udało mu się wywinąć od małŜeństwa.
– Chyba lepiej, Ŝe mi o tym nie mówił – stwierdziła Clea.
Reeve roześmiał się.
– Zwariowana historia. Charlie chciał, Ŝebym udawał jego
psychiatrę i wytłumaczył obu kobietom, Ŝe jest niezrównowaŜony. W
przypadku przygód Charliego kłamstwo zawsze okazywało się
najprostszym rozwiązaniem, aczkolwiek w tej sytuacji nie było ono
dalekie od rzeczywistości.
I znów wybuchnął śmiechem.
– A ja, jak zwykle, powiedziałem im prawdę. Wymagało to z mojej
strony taktu i zręczności. Przez kilka miesięcy nie mogłem się od nich
odczepić. ChociaŜ poznały prawdę, chciały odzyskać swojego Charliego.
– Trudno się na niego gniewać, prawda? Reeve nie odpowiedział
wprost.
– Pomógł mi, kiedy tego potrzebowałem. PoŜyczył mi pieniądze
na „Argosy”.
– Nie wiedziałam. Zawsze był hojny.
– Tak, tak. Istny ksiąŜę! – odparł Reeve cynicznie. – CóŜ,
przyjdzie jeszcze czas na uznanie go za świętego. Na razie popłynę na
„Argosy” do Meksyku i zobaczę, w co się wpakował. Przynajmniej tyle
mogę dla niego zrobić. Charlie to mój najdawniejszy przyjaciel.
– Jestem ci wdzięczna.
Podniósł rękę w ostrzegawczym geście.
– Nie dziękuj zawczasu. Jeszcze nie wyruszyłem. Nie mam nawet
załogi i moŜe w ogóle nie zdołam odnaleźć Charliego.
– Nie masz załogi? – zdziwiła się Clea i pewna myśl przyszła jej
do głowy.
– Obiecałem koledze parę dni wolnego. Jego Ŝona lada moment
będzie rodziła.
– Z pewnością szybko znajdziesz kogoś innego – odrzekła, a lęk
zastąpił wcześniejsze podekscytowanie.
Wzruszył ramionami.
– To potrwa dzień lub dwa, a moŜe i tydzień.
– Nie mamy czasu na czekanie – oświadczyła przestraszona, Ŝe
Reeve się wycofa.
Charlie potrzebował pomocy przyjaciela i Clea zrobiłaby
wszystko, by wyprawa doszła do skutku. Zanim zdąŜyła uporządkować
myśli, stało się. Wypowiedziała te słowa.
– Będę twoim załogantem.
Reeve otworzył usta, lecz nie dopuściła go do głosu.
– I tak postanowiłam lecieć do Santa Inez. Równie dobrze mogę
tam popłynąć z tobą. Wyruszylibyśmy natychmiast. Jutro, a choćby i
zaraz...
– To niezbyt mądry pomysł – ocenił beznamiętnym tonem.
– Czy dlatego, Ŝe wczoraj... Reeve przeczesał palcami włosy.
– Przykro mi z tego powodu, Cleo.
– Spotkanie po tylu latach okazało się cięŜkim przeŜyciem dla nas
obojga. Zachowaliśmy się trochę jak wariaci.
Zabrzmiało to dość surowo, więc Clea uśmiechnęła się
przepraszająco.
Reeve odetchnął głęboko. A więc tak potraktowała ich pocałunek:
jako część przeszłości. To, co minęło, było więc w jakiś sposób
rozgrzeszone. Reeve gotów był na to przystać, lecz nie znaczyło to, Ŝe
zgadzał się na jej warunki. Nie zamierzał brać jej w rejs.
– Nie mówmy o wczorajszym incydencie. UwaŜam, Ŝe pomysł,
abyś płynęła ze mną do Meksyku, nie jest najlepszy.
– A ja sądzę, Ŝe jest wspaniały. Powiem więcej: coraz bardziej mi
się podoba. Ty potrzebujesz załogi, a ja chcę dotrzeć do Charliego. I nie
martw się o nas, Reeve. PrzecieŜ jakoś przeŜyliśmy powtórne spotkanie.
Proszę, rozmawiamy spokojnie, snujemy plany... To raczej ja snuję plany
– poprawiła się ze śmiechem. – Na pewno nam się uda. Zostaniemy
przyjaciółmi.
– Przyjaciółmi – powtórzył jak echo Reeve. – To wydaje się
dziwne po tylu latach.
– Ale wcale nie niemoŜliwe.
– Chyba tak – przyznał.
– Dwoje przyjaciół poszukujących zaginionego. Nawet nieźle
brzmi. Zadanie bojowe i powaŜna próba naszej przyjaźni.
Reeve czuł, Ŝe jego opór słabnie. Uciekł się do ostatniego
argumentu.
– Zapowiada się fatalna pogoda na morzu.
– Jestem doświadczonym Ŝeglarzem. Pamiętasz, jak we czwórkę
wzięliśmy ślizgacz tatusia? Płynęła z nami dziewczyna Charliego,
ówczesna dziewczyna.
– A ty się uparłaś, Ŝeby wypatrywać wielorybów z dzioba łódki.
Wrzeszczeliśmy, Ŝebyś stamtąd zeszła.
Przed oczami Reeve’a pojawił się zapamiętany obraz: opalona,
smukła Clea stoi na pokładzie z rozwianymi włosami, a krople wody
morskiej rozpryskują się na jej twarzy. Bolesne wspomnienie.
– Nigdy nie wypadłam za burtę!
– To nie świadczy o twoich umiejętnościach.
– Daj spokój, Reeve, wiesz, Ŝe poradzę sobie.
– Jeszcze się nie zgodziłem.
– Ale nie masz powodu, aby tego nie zrobić. Nie chcesz się ze mną
przyjaźnić? A moŜe po prostu nie chcesz, Ŝebym wchodziła ci w drogę?
O co chodzi?
Odpowiedział pytaniem na pytanie.
– A o co w ogóle tu chodzi? – Zatoczył ręką koło. – Nie powinnaś
z dnia na dzień rzucać pracy, studia.
– Załatwię to. Przesunę zlecenia na późniejsze terminy, a w razie
potrzeby polecę usługi innych fotografików. Wiesz, popieramy się w tym
ś
wiatku. Zawsze mogę liczyć na zastępstwo.
– Kogoś tak dobrego jak ty? Uśmiechnęła się łobuzersko.
– Jeśli klientowi nie odpowiada ktoś inny, będzie musiał poczekać,
aŜ wrócę. No więc, jaką decyzję podjąłeś, kapitanie?
Zawahał się.
– Zaproponowałaś, jak się zdaje, rozsądne rozwiązanie. Nie ma
przeciwwskazań, abyśmy zostali przyjaciółmi, a skoro i tak się wybierasz
do Meksyku...
– Do Santa Inez – uściśliła.
– Zatem popłyniemy razem. Ostrzegam cię, Ŝe na moim jachcie
panuje surowa dyscyplina.
– Tak jest, kapitanie – zaŜartowała salutując. Pozostawało ustalić
szczegóły.
– Spotkamy się w piątek, o piątej trzydzieści. Rano! Planuję
wyjście w morze punktualnie o szóstej.
– Nie spóźnię się – obiecała.
Clea zamknęła studio i weszła po schodach do mieszkania. CóŜ,
znali juŜ reguły gry. Byli dwójką przyjaciół szukającą Charliego.
Przeszłość stanowiła zamknięty rozdział.
Nie musieli jej jednak wymazywać z pamięci. Najlepiej było ją
zaakceptować. Sądziła, Ŝe po wielu godzinach harówki, szorowania
pokładu i zwijania lin będzie padać na koję wyczerpana i obojętna na
głos kobiecych zmysłów. Będą rozmawiać jak przyjaciele i rozstaną się
jak przyjaciele. Ona wróci potem do swoich zajęć.
W ciągu następnych dwóch dni tysiąc razy zmieniała zdanie.
Wreszcie stanowczo postanowiła nie jechać. UłoŜyła sobie w myślach
odmowę, którą chciała wygłosić Reeve’owi przez telefon. Przede
wszystkim wspólny daleki rejs nie pomógłby Charliemu. Zdecydowała
więc, Ŝe poleci do Santa Inez i spotka się tam z Reeve’em. Jeśli okaŜe się
mu potrzebna, będzie na miejscu. Tak wyglądał jej nowy plan.
Powstał jednak problem. Numeru telefonu Reeve’a nie było w
ksiąŜce. Podczas wizyty na jachcie równieŜ nie zauwaŜyła aparatu
telefonicznego.
Zadzwoniła do rodziców zawiadamiając, Ŝe wpadnie do miasta.
Dała się równieŜ zaprosić na kolację. Niezbyt to jej odpowiadało, gdyŜ
wolała uniknąć rozmów o Charliem. Przyrzekła sobie w duchu, Ŝe
utrzyma w tajemnicy spotkanie z Reeve’em. Wiedziała, jak
zareagowaliby jej rodzice, a zwłaszcza ojciec, na sam dźwięk jego
imienia.
Po kolacji matka uśmiechnęła się serdecznie do Clei.
– Nieczęsto się zdarza taki miły wieczór w gronie rodzinnym.
– Bez Charliego rodzina jest niepełna – zauwaŜył Charles Moore.
Czas dodał mu kilka kilogramów i trochę siwych włosów, lecz wciąŜ
prezentował się znakomicie. – Jeanine twierdzi, Ŝe przebywa w
Meksyku.
Clea wiedziała o miejscu pobytu brata tak niewiele, Ŝe nawet nie
musiała specjalnie kłamać.
– Ostatnio był w mieście Santa Inez. Wpadłam na pomysł, Ŝeby go
tam odwiedzić.
– Pojechał tam w interesach czy w celach rozrywkowych? –
dopytywał się Moore.
– Nie wiem dokładnie, zapewne w interesach. Moore uniósł brwi z
powątpiewaniem. Jego Ŝona wtrąciła swoje trzy grosze.
– Charlie jest wszechstronnie utalentowany. Cokolwiek sobie
zaplanuje, wykonuje to świetnie.
– Mama ma rację – zgodziła się Clea. – Charlie zawsze miał
niesamowite pomysły.
– A ty jak zwykle bronisz braciszka. – Moore spojrzał na nią z
łagodnym wyrzutem.
– Nic na to nie poradzę – odparła.
I ojciec, i Reeve świetnie zdawali sobie sprawę z jej słabości do
Charliego.
– Charlie doprawdy jest kimś... szczególnym – odezwała się
łagodnie Jeanine. – Chciałabym tylko, Ŝeby się ustatkował. Oczywiście,
to dotyczy obojga moich dzieci. – Jej twarz przybrała zadumany wyraz. –
W zeszłym tygodniu widziałam Richarda.
Słysząc wzmiankę o swoim byłym narzeczonym, Clea nawet nie
mrugnęła.
– Co u niego?
– Wygląda wspaniale i dobrze mu się wiedzie. Zdobył renomę jako
prawnik, a klienci walą do niego drzwiami i oknami.
– To świetny facet – oświadczyła Clea. – Cieszę się z jego
sukcesów, ale naprawdę mi na nim nie zaleŜy, mamo. Zbyt jestem zajęta
pracą, aby angaŜować się w romans.
Clea często powtarzała tę opinię w rozmowie z matką. Tym razem
próbowała wyrazić się jak najdelikatniej.
– Taka jesteś zapracowana, Ŝe masz czas na wycieczkę do
Meksyku, co? – Charles Moore nigdy się nie mógł oprzeć pokusie
droczenia się z własnymi dziećmi.
– Właśnie tak. Po cięŜkiej pracy naleŜy mi się wypoczynek –
odparła stanowczo.
– Mam nadzieję, Ŝe nie za długi – odezwała się Jeanine. – Wczoraj
dzwoniła do mnie Peggy Rothberg. Chyba ma dla ciebie ciekawe
zlecenie.
Clea jęknęła w duchu. Nigdy nie potrafiła odrzucać takich
„ciekawych” zleceń, które pochodziły od znajomych rodziny Moore’ów.
Dobrze jej płacono, to prawda, lecz czuła się coraz bardziej znudzona
fotografowaniem eleganckich domów, przyjęć i rocznic ślubu... JuŜ od
dawna nie próbowała swych sił w innych dziedzinach fotografii.
– Judson Rothberg za miesiąc obchodzi sześćdziesiąte piąte
urodziny – ciągnęła matka – a Peggy naturalnie Ŝyczy sobie, abyś zrobiła
pamiątkowe zdjęcia z przyjęcia.
– Zadzwonię do niej po powrocie, nie wiem jednak, czy przyjmę tę
pracę.
Matka spojrzała na nią z bolesnym wyrazem twarzy, lecz Clea
zignorowała jej minę. Wiedziała, Ŝe matka to niezła aktorka, która na
dzieciach wypróbowuje swoje zdolności.
Jeanine westchnęła cięŜko.
– Powiedziałam Peggy, Ŝe na sto procent moŜe na ciebie liczyć.
Stawiasz mnie w kłopotliwej sytuacji. To moja bliska przyjaciółka...
Clea przejrzała grę matki. Nadała głosowi obojętny ton.
– Zaczynam wpadać w rutynę, przyjmując takie łatwe zlecenia i
unikając powaŜniejszych, bardziej odpowiedzialnych zadań.
– AleŜ, moja droga, nikt ci nie zapłaci za fotografie brudnych
dzieci i pustych doków. A co do fotografii prasowej... cieszę się, Ŝe juŜ
nie pracujesz w gamecie – oświadczyła Jeanine.
Clea zdobyła się na uśmiech.
– To było dla mnie pouczające doświadczenie, lecz rzeczywiście z
pracy w gazecie trudno by mi było się utrzymać. Ale fotoreportaŜe są
czymś zupełnie innym. Mogę je robić dla siebie. Czas na jakąś odmianę.
– Pewnie czujesz się wypalona wewnętrznie – wtrącił się ojciec. –
Stara śpiewka. Wszyscy przez to przechodziliśmy. Być moŜe podróŜ do
Meksyku doda ci energii i wiary w siebie.
Clea odwróciła wzrok. Spojrzała na gęsty zielony trawnik za
oknem. Jej ojciec nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był bliski prawdy.
ROZDZIAŁ 3
Kiedy dwa dni później podnieśli Ŝagle, wiał przyjemny, rześki
wiatr, który po paru godzinach zmienił kierunek i Reeve musiał halsować
– to na prawą, to na lewą burtę.
Clea przyjmowała jego komendy niedbałym machnięciem ręki,
niczym stary wilk morski. Nie była cięŜarem dla Reeve’a. Stanowili
zgrany zespół i ta myśl sprawiała jej radość. śeglowanie przychodziło im
niemal automatycznie. I kiedy Clea powoli wpadała w zachwyt nad samą
sobą, stało się. „Argosy” odmówił wykonania manewru. śagle zwisły
bezradnie. Jacht zaczął dryfować do tyłu.
– Chwyć kliwer i naciągnij – polecił Reeve, przekrzykując
trzepotanie płótna.
– Tak jest! To znaczy, spróbuję – zawołała w odpowiedzi.
ś
agiel falował szaleńczo, jak Ŝywa istota, która chce się wyrwać
na wolność. Clea uwiesiła się na płóciennej płachcie, lecz dłonie
ześlizgiwały się z tkaniny. Zaciskała mocniej palce. Szorstki konopny
sznur pokaleczył jej skórę.
Jacht zataczał się jak pijany. Clei wydawało się, Ŝe lada moment
wysoka fala i gwałtowny podmuch wiatru przewrócą łódź do góry dnem.
Mimowolnie napięła mięśnie.
– Wolałam płynąć, niŜ lecieć do Santa Inez – powtarzała sobie,
zginając kolana, aby utrzymać równowagę na wilgotnym, śliskim
pokładzie.
Ramiona jej drŜały z wysiłku. Walczyła z wiatrem i opornym
kliwrem. Powoli, niemal niezauwaŜalnie, szala zwycięstwa przechylała
się na jej stronę. śagiel posłusznie poddawał się jej zabiegom.
Reeve znalazł się przy niej. Odsunął ją ramieniem i chwycił linę.
– Ja to zrobię. Ty trzymaj rumpel – wydał komendę. – Kieruj na
sterburtę.
Clea poczuła się uraŜona. Wzięła rumpel i naprowadziła jacht na
kurs. Z determinacją wypełniała polecenia i dopiero teraz straciła zimną
krew.
– Do diabła, Reeve, dałabym sobie radę z kliwrem – stwierdziła. –
Nie musiałeś mnie stamtąd zabierać.
– Nie o to mi chodziło. Po prostu nie mogłem czekać cały dzień –
odparł, obrzucając Ŝagle uwaŜnym spojrzeniem.
Zabolała ją ta krytyka. Była gotowa walczyć o dobre imię.
– Zablokowanie rumpla to chyba twoja wina...
– Nie obchodzi mnie, czyja to wina. NajwaŜniejsze, Ŝeby go
mocno trzymać. – Znów zerknął na Ŝagle.
– Trzeba nam sprzyjającego wiatru i tego właśnie nie mamy.
Chyba zwinę Ŝagle.
– To ja się wypisuję – oświadczyła Clea z błyszczącym wzrokiem.
– Potrafię sobie poradzić z Ŝeglowaniem bez twojej taryfy ulgowej.
– AleŜ to nie ma nic wspólnego z tobą – Ŝachnął się Reeve. –
Zanim zaciągnęłaś się na jacht, zapowiedziałem przecieŜ, Ŝe ja jestem tu
kapitanem i ja podejmuję decyzje.
– Tak jest – odrzekła, tym razem bez Ŝartobliwego tonu w głosie.
Praca na łodzi nie kończyła się jednak na opuszczaniu i zwijaniu
Ŝ
agli. Zawsze było coś do zrobienia. Reeve wydawał polecenia w
chłodny, bezosobowy sposób, a Clea je wykonywała, przeklinając wciąŜ
pod nosem chwilę, w której postanowiła płynąć do Santa Inez.
Udało jej się wygospodarować parę godzin snu. TuŜ przed
wschodem słońca Reeve obudził ją, aby obwieścić radosną nowinę:
zaczął wiać pomyślny wiatr. Cały dzień płynęli pod Ŝaglami i dotarli do
San Diego.
Po dwunastu godzinach morderczej krzątaniny padła wyczerpana
na koję w kabinie, którą przydzielił jej Reeve. Skóra na dłoniach piekła,
ramiona bolały od zmagań z cięŜkimi Ŝaglami. Cały czas na nogach!
Nawet kiedy Reeve poprosił ją, by przejęła ster, ze zdenerwowania nie
usiadła ani na moment.
Ku jej uldze, jeszcze przed zachodem słońca zakotwiczyli jacht na
południe od San Diego. Nie wytrzymałaby dalszej Ŝeglugi i chyba Reeve
o tym wiedział. Gdyby miał do pomocy drugiego marynarza, zapewne
płynęliby do późna w nocy.
No cóŜ, nie była męŜczyzną i doświadczeniem ustępowała
Reeve’owi, lecz udowodniła, Ŝe nie wymiguje się od obowiązków. Nie
dyskutowali i nie wytykali sobie błędów. Reeve wydawał komendy, ona
słuchała. Tak jak kapitan i załoga.
Pragnęła jedynie krótkiego odpoczynku.
Ledwie zamknęła oczy, rozległo się pukanie do drzwi.
Odpowiedziała głośnym jękiem.
Reeve otworzył luk i zajrzał z góry do kajuty. Miał na sobie
płaszcz kąpielowy. Ręcznik zarzucił na szyję niczym szalik. Clea pełnym
podziwu wzrokiem zmierzyła szczupłe, opalone męskie ciało. Speszona,
szybko zamknęła oczy, lecz nie zdołała oprzeć się pokusie.
Muskularne ramiona i nogi, atletyczna sylwetka – to robiło
wraŜenie, chociaŜ Clea dawno przestała być podekscytowaną nastolatką.
Usiłowała nadać swojej twarzy obojętny wyraz.
– Czy za ostro gonię cię do pracy? – spytał. Clea usiadła na koi i
spuściła nogi na podłogę.
– Jasne, Ŝe nie. Czuję się świetnie. – Spostrzegłszy jego
sceptyczną minę, roześmiała się. – Kłamię. Jeszcze nigdy w Ŝyciu tak nie
harowałam, ale sen potrafi zdziałać cuda. Rano zamelduję się na
pokładzie w gotowości bojowej – zaŜartowała, choć w głębi ducha nie
było jej wcale wesoło.
– Zamierzasz juŜ teraz iść spać? – spytał, wyraźnie rozczarowany.
– Tak.
– Jest dopiero szósta!
– Obolałe kości nie patrzą na zegarek – oznajmiła.
– Znam lepsze rozwiązanie niŜ sen.
– CzyŜby?
– Pływanie. To ci pomoŜe dojść do siebie. Mnie teŜ dobrze zrobi
kąpiel. Oboje ledwie Ŝyjemy.
– Przepraszam za wczorajszy dzień i ten pechowy kliwer... –
zaczęła się usprawiedliwiać.
– To normalne, Ŝe nowa załoga musi się dotrzeć. Zawsze tak jest
na początku, a ty świetnie sobie radzisz – skomplementował Cleę. –
Wiem, Ŝe zachowuję się dość surowo. Chodź, popływamy trochę. Za pięć
minut spotkamy się na pokładzie.
Reeve zamknął luk, zostawiając zdumioną Cleę na koi.
Podniosła się i wyjęła z torby kostium kąpielowy. Postanowiła we
wszystkim dotrzymywać kroku Reeve’owi. Dotychczas wydawał jej
tylko rozkazy. Zaproszenie do kąpieli stanowiło więc uwerturę do
przyjaźni. Bez względu na zmęczenie, powinna wyjść mu naprzeciw.
Kiedy zjawiła się na pokładzie, Reeve był juŜ w wodzie. Zawołał
ją.
– Wskakuj. Sprawdziłem, czy są tu rekiny, ale widocznie dzisiaj
jedzą kolację gdzie indziej.
Ten dowcip nie zrobił wraŜenia na Clei, która od dziecka pływała
jak ryba. Znała na wylot plaŜe północnej Kalifornii. Zanurkowała i z
zaskoczeniem stwierdziła, Ŝe woda jest cieplejsza niŜ w Venice, gdzie
mieszkała.
Wypłynęła tuŜ przed Reeve’em i natychmiast poŜałowała, Ŝe tak
dokładnie odmierzyła odległość. Ich ciała niemal się zetknęły. Poczuła
dziwny wstrząs, niczym przepływ elektryczności. Pospiesznie oddaliła
się o kilka metrów.
Obejrzała się. W czerwonej poświacie zachodzącego słońca jacht
wyglądał imponująco.
– Rozumiem, dlaczego tak kochasz „Argosy”. To piękna łódź.
Silne ramiona Reeve’a rytmicznie rozcinały powierzchnię wody.
Podpłynął do Clei.
– „Argosy” jest zupełnie niezwykły. Zasługuje na to, by darzyć go
szacunkiem – wyznał bez dalszych wyjaśnień.
Uśmiechnął się szeroko. Zęby błyszczały olśniewającą bielą na tle
opalonej skóry. Znajdował się tak blisko, Ŝe przestraszona Clea
odpłynęła na bezpieczną odległość.
– Chcesz się ścigać, prawda? – zakrzyknął.
– Nie dzisiaj – odparła i przewróciła się na plecy.
– A ja sądziłem, Ŝe czujesz się w wodzie jak ryba – przekomarzał
się Reeve. – Pamiętasz, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem?
Nie musiała nic mówić. Wiedziała, Ŝe męŜczyzna, zna odpowiedź.
– Prułaś przez basen jak motorówka, a ja gotów byłem przysiąc, Ŝe
naleŜysz do kadry olimpijskiej. Naprawdę mogłaś wystąpić na
olimpiadzie – oznajmił z powagą.
– Chyba tak. Ale nie teraz. Od wielu miesięcy nie trenowałam.
Zupełnie wypadłam z formy.
– To do ciebie niepodobne. Przynajmniej, o ile się orientuję...
Clea zaczerwieniła się zadowolona. Reeve po tylu latach chwalił ją
za umiejętności pływackie, a jego komplementy sprawiały jej zawsze
wielką radość. Doszła do wniosku, Ŝe powinna sprawdzić się w wyścigu
z Reeve’em.
Wstąpiły w nią nowe siły. Zanurkowała, a kiedy wypłynęła na
powierzchnię, rzuciła Reeve’owi wyzwanie.
– Hej, ja tylko udawałam. Chcę się ścigać!
I nie czekając na odzew, ruszyła w stronę jachtu.
Płynęła ostro, lecz Reeve był tuŜ za nią. Pewna, Ŝe jej nie dogoni,
Clea zwolniła nieco. Nie liczyła jednak na jego wspaniałomyślność.
Traktowała te zawody bardzo powaŜnie.
Kiedy Reeve znalazł się wystarczająco blisko, chwycił ją za stopę.
Spróbowała się uwolnić wierzgnięciem, lecz trzymał ją mocno za kostkę.
Kopnęła jeszcze parę razy i poddała się. Dłonie Reeve’a sunęły
wzdłuŜ jej ciała. Objęły łydki, uda, talię. Zaczęła znów się bronić.
Bezskutecznie. ZwycięŜył.
– To nieuczciwe wystawiać kapitana na pośmiewisko, Cleo –
odezwał się wesoło.
Przysunął twarz do jej twarzy. Potrząsnął głową, a struŜki wody
spłynęły po czole i policzkach. W oczach pojawiły się figlarne ogniki,
tak jak przed laty.
Instynktownie Clea wzięła Reeve’a za ramiona, tak jak dawniej
często czyniła. Poczuła twarde, spręŜyste mięśnie. Reeve objął ją w
pasie. Padały na nich słabe promienie zachodzącego słońca. Clea
pragnęła śmiać się ze szczęścia. Ogarnęło ją cudowne uczucie powrotu
do utraconego raju wspólnie przeŜytych chwil.
– CzyŜby szydzenie z innych leŜało w twojej naturze? Wstydź się
– nie przestawał Ŝartować.
– Ja się wcale z ciebie nie wyśmiewałam. Po prostu skorzystałam z
sytuacji.
Dumnie podniosła głowę.
– Będę o tym pamiętał, kiedy sam skorzystam z sytuacji. – Reeve
posłał jej zagadkowe spojrzenie.
Zanim się spostrzegła, wskoczył po drabince na pokład.
– Ostatni zmywa naczynia! – zapowiedział. Pospieszyła w jego
ś
lady. Kąpiel podziałała na nią lepiej, niŜ mogła się spodziewać. Nie
czuła juŜ skrępowania.
Radosny nastrój panował równieŜ podczas kolacji. Reeve nakrył
do stołu na rufie. Clea była zaskoczona i zachwycona zarazem.
Poprzedniego wieczoru zjedli zimne dania w swoich kajutach. Jadłospis
był ten sam: kurczak w plastrach i pieczeń. Zmieniła się jednak sceneria,
w której spoŜywali posiłek.
– Zapomniałem wczoraj, Ŝe mamy rogaliki – przepraszał Reeve. –
Podałem znów owoce, ale znalazłem teŜ wino – dodał, wyjmując butelkę.
– Cudownie to przygotowałeś – stwierdziła Clea, zajmując miejsce
przy stole.
– CóŜ, nauczyłem się w Ŝyciu paru rzeczy. Wolała się nie
zastanawiać, czy w jego słowach kryje się ironia.
– Rozpieszczasz mnie.
– Nie zapomnij, Ŝe masz potem zmywać naczynia. Podczas kolacji
gawędzili o łodziach, które widzieli rano, o ławicy morświnów, która
podąŜała za nimi przez pewien czas, i o przelotnym szkwale, który
napotkali poprzedniego dnia po wyjściu z portu. Rozmowa toczyła się
gładko, a Clea cieszyła się, Ŝe nie poruszają draŜliwych tematów.
Najbardziej obawiała się kłopotliwej ciszy.
Przełknęła ostatni kęs kanapki.
– Smaczne jedzenie, wyborne wino, miłe towarzystwo i zachód
słońca nad Pacyfikiem. Czy moŜna pragnąć czegoś więcej?
Rzuciła tę uwagę mimochodem, lecz odpowiedź Reeve’a
zabrzmiała naprawdę powaŜnie.
– Właśnie tego zawsze pragnąłem. – Clea zerknęła na jego
nieprzeniknioną twarz. Nagle uśmiechnął się. – Potrzebuję oceanu jak
powietrza. Turyści, którym wynajmuję jacht na rejsy czarterowe, zwykle
nie są dobrymi kompanami. Twoje towarzystwo to coś więcej, Cleo.
– Czuję się jak w raju – odparła. – O milion mil od świata, w
przyjaznym zmroku.
– Za kilka dni zatęsknisz za tym.
Pomyślała tak samo, ale lubiła przekomarzać się z Reeve’em. Tak
było o wiele ciekawiej i przyjemniej.
– MoŜe tak, moŜe nie. W tej chwili wolę patrzeć na fale morskie
niŜ na schody wiodące do mojego mieszkania. Nigdy nie starcza mi
czasu na wypoczynek.
– No jasne. PrzecieŜ tak cięŜko pracujesz.
– To prawda – przyznała. – Zastanawiam się, dlaczego tak się
dzieje. Pewnie dlatego, Ŝe moim Ŝyciu nie ma miejsca na nic innego
oprócz pracy.
Reeve podniósł wzrok na morze.
– A ten facet, za którego prawie wyszłaś? – spytał wreszcie.
– Nie kochałam go – odparła szczerze. – Nigdy nie poślubię
męŜczyzny, którego nie kocham.
Zamilkła. Słychać było tylko plusk fal uderzających o kadłub i
bicie ich serc. Cisza ciągnęła się w nieskończoność. Czy Reeve
przywoływał w pamięci to, co sobie przysięgali przed laty?
„Nigdy nie pokocham innego męŜczyzny, Reeve”.
„Będę cię kochał aŜ do śmierci, Cleo”.
Reeve odezwał się pierwszy.
– Istnieją chyba róŜne rodzaje miłości. Dowiadujemy się tego, w
miarę jak dorastamy i zdobywamy nowe doświadczenia.
Zaczęli rozmawiać o miłości i małŜeństwie. Clea zdała sobie
sprawę, Ŝe chciałaby dowiedzieć się czegoś o byłej Ŝonie Reeve’a, lecz
on nie podejmował tego tematu. Zaczerpnęła głęboko tchu i ośmieliła się
jednak.
– A twoje małŜeństwo?
Głos jej zadrŜał. Reeve zrozumiał intencje Clei. Nie odmówił
odpowiedzi.
– Susan była świetnym kumplem. Spotkałem ją po zakończeniu
słuŜby w marynarce wojennej, zanim kupiłem „Argosy”. Mieszkałem
wtedy w Seattle. Próbowałem się ustatkować. Ona chciała mieć za męŜa
zwykłego mieszczucha, który codziennie o piątej wraca do domu
ogrodzonego białym płotem i pełnego dzieciaków.
– A jakie były twoje pragnienia?
– Chciałem kiedyś mieć dzieci, lecz na razie nie czułem się gotów
na ich przyjęcie. A co do reszty planów mojej Ŝony... Chciałem wrócić na
morze, podróŜować. – Pokazał dłonią horyzont. – Nasze małŜeństwo
okazało się nieuczciwym układem dla obu stron. Czasem dochodzą mnie
wieści od niej. Wyszła powtórnie za mąŜ i ma dziecko. Bardzo dobrze się
stało, Ŝe zniknąłem z jej Ŝycia. – Uśmiechnął się ponuro. – Na starość
lubię sobie pofilozofować. Kto by przypuszczał!
– śycie płata ludziom figle – odrzekła Clea. – Przez dwa dni
Ŝ
ałowałam w duchu, Ŝe uparłam się na wspólny rejs z tobą. Wydawałeś
się strasznie oficjalny, nieprzystępny, zwłaszcza podczas sprzeczki o
zwinięcie Ŝagli.
– To tylko nieśmiałość – wyznał w przypływie szczerości. –
Onieśmieliła mnie sytuacja i twoja bliskość. Bałem się, Ŝe cały czas
będziemy walczyć na noŜe.
A zatem Reeve teŜ był zdenerwowany. Ten fakt wpłynął na Cleę
pocieszająco i uspokajająco.
– Szczęśliwie się złoŜyło, Ŝe do konfliktu doszło tak wcześnie i Ŝe
natychmiast go zaŜegnaliśmy.
Reeve podniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Kiedy zobaczyłem cię leŜącą bez sił na koi, bałem się, Ŝe
zaŜądasz powrotu do domu.
– Mowy nie ma! Postanowiłam brnąć w tę awanturę na dobre i na
złe, aŜ dotrzemy do Santa Inez i znajdziemy Charliego.
Reeve natychmiast zareagował na dźwięk tego imienia.
– O, tak. Ten chłoptaś nigdzie nie zagrzeje miejsca – ironizował. –
Jutro sprawdzimy, co mu się przytrafiło.
– Jutro – powtórzyła. – To juŜ blisko.
– No cóŜ, nie zatrzymamy czasu – odparł szybko.
– Z nieprzeniknioną twarzą wstał od stołu. – Jutrzejszy ranek się
zbliŜa. Muszę sprawdzić liny i włączyć światła. Staram się nie
zaniedbywać swoich obowiązków.
Clea równieŜ podniosła się z miejsca i pozbierała naczynia.
ChociaŜ nie podnosiła wzroku, wiedziała, Ŝe Reeve nie spuszcza z niej
oczu. Kiedy wychodziła z kuchni, zastąpił jej drogę. Stali tak blisko
siebie, Ŝe słyszała jego głęboki, równy oddech. Nie podniosła głowy. Nie
wiedziała, czego od niej oczekuje.
ś
adne z nich dwojga nie poruszyło się. Twarz Reeve’a tonęła w
cieniu. Clea spojrzała spod rzęs. To był dawny, dobry, łagodny Reeve.
ZauwaŜył jej spojrzenie. Czy kryło się w nim cokolwiek poza
wdzięcznością? Oczy Clei błyszczały, a włosy w świetle księŜyca
przybrały złoty odcień. Wdychał delikatny zapach jej perfum.
Kiedy pływali razem, zrozumiał, Ŝe Clea wciąŜ budzi w nim
poŜądanie. Chciał ją przygarnąć, mocno objąć. WyobraŜał sobie, jak
idealnie pasują do siebie ich ciała. Niemal czuł smak jej warg.
Wyciągnął rękę, aby pogładzić włosy Clei, lecz zatrzymał się w
pół drogi. Bał się, czy będzie w stanie zapanować nad poŜądaniem. Bał
się zerwać cienką nić przyjaźni, która połączyła ich tego wieczora.
Gdyby tylko dotknął jej ust, wpadłby w sidła namiętności. Nie mógłby
się juŜ wycofać.
Opuścił rękę. Odezwał się cicho, pospiesznie:
– Rano przyjdę cię obudzić. Musimy wcześnie wyruszyć w drogę.
– Dobranoc, Reeve – odpowiedziała szeptem. Zanim poszła do
swojej kajuty, spojrzała na niego przez ramię. Z jej twarzy mógł
wyczytać równie dobrze ulgę, jak rozczarowanie.
– Dobranoc, Cleo. Śpij dobrze.
ROZDZIAŁ 4
O zmierzchu, po kolejnym dniu harówki na jachcie, weszli do
portu. Clea nie czuła jednak zmęczenia. Rozpierała ją energia. Chciała
głośno śpiewać. Zerknęła na Reeve’a cumującego łódź. Poruszał się
szybko, sprawnie, jak gdyby udzieliła mu się radość i podekscytowanie
Clei.
Wydawało się przez chwilę, Ŝe wróciły dawne czasy, kiedy razem
wyruszali na poszukiwanie przygód. Reeve zawiązał po mistrzowsku
ostatni węzeł i spojrzał na nią. Promienie zachodzącego słońca odbite od
jego włosów tworzyły jak gdyby aureolę. Clea, stojąc pod światło, nie
widziała wyrazu jego twarzy. Wolała nie odgadywać jego myśli. Z ulgą
powitała ich przybycie do Santa Inez. Wreszcie mogli zająć się sprawą
Charliego. Przy odrobinie szczęścia powinni go znaleźć w ciągu godziny.
Czekając, aŜ urzędnik sprawdzi jej paszport, Clea rozglądała się po
okolicy. Miasto było śliczne jak z obrazka. Zastanawiała się, czy pod tą
baśniową powierzchnią tętni prawdziwe Ŝycie. Jako fotoreporterka miała
na to nadzieję, zaś jako siostra Charliego wolała, aby pocztówkowe
piękno nie okazało się złudzeniem.
– O czym myślisz? – spytał Reeve.
– Tu jest po prostu ślicznie. NiemoŜliwe, aby w takim miejscu
Charlie wpadł w tarapaty.
– Twój brat nawet w raju narobiłby sobie kłopotów – stwierdził i
schował paszport do kieszeni.
– Tak jak biblijny Adam?
– CóŜ, on mógł zwalić winę na Ewę – odparował Reeve, a Clea
spostrzegła w jego oczach Ŝartobliwe ogniki.
Urzędnik zwrócił paszport Clei prawie go nie przeglądając – był
przyzwyczajony do turystów. Wziął ich za parę Amerykanów, która
szuka w Meksyku paru dni słońca, tequili, homarów i ognistej miłości.
Clea zagadnęła go, starannie dobierając słowa swej ubogiej
hiszpańszczyzny.
– Por favor, senor, donde esta „La Paloma Blanco”?
W tym pensjonacie Charlie mieszkał ostatnio. Uśmiechnięty
urzędnik w odpowiedzi wygłosił bardzo szybko długą przemowę, Ŝywo
przy tym gestykulując. Clea wysłuchała go, podziękowała serdecznie i
chwyciła Reeve’a pod ramię. Ruszyli w stronę pobliskiego placu.
– Gadał tak długo, jakby objaśniał drogę do Buenos Aires –
zauwaŜył Reeve.
– Nie znam tego języka najlepiej – przyznała Clea – ale mam
ogólne pojęcie, jak znaleźć ten hotel.
– Cieszę się. Ja załamałem się po pierwszym zdaniu – stwierdził
szczerze Reeve. Podeszli do postoju taksówek. – Jedziemy?
– Tak – odparła bez wahania.
W głębi ducha była przekonana, Ŝe nie trafiłaby do pensjonatu.
Wsiedli do pierwszej z brzegu taksówki.
– Ach, „La Paloma Blanca”! – zawołał kierowca. – Wielu
Amerykanów tam się zatrzymuje. Bardzo ładnie, bardzo drogo.
– Dla Charliego wszystko co najlepsze – mruknął Reeve pod
nosem.
Clea nie odpowiedziała na zaczepkę. Trudno się było nie zgodzić
nawet z tak ironicznie sformułowaną opinią.
– Będziemy musieli się przebrać – oświadczyła. – Nasz wygląd nie
pasuje do eleganckiego pensjonatu.
Miała na sobie obszerną koszulę, której poły zawiązała na supeł, i
szorty. Włosy zaplotła w luźny warkocz.
– Drogo nie zawsze znaczy elegancko – odrzekł Reeve. – A poza
tym obsługa takich pensjonatów przywykła do swobodnych strojów.
– Ale nie przy kolacji – odparła Clea, mimo woli przypominając
Reeve’owi, Ŝe obracała się wśród elity i dobre maniery nie były jej obce.
Ku jej uldze Reeve nic nie odpowiedział. Zerknęła na niego kątem
oka. Wydawał się całkiem spokojny, rozluźniony. Chyba czuł się
wygodnie w szortach, koszulce i okularach przeciwsłonecznych.
Kiedy zeszli z jachtu na ląd, prysnął gdzieś czar przyjacielskiego
porozumienia, jakie zawarli poprzedniego wieczora. Clea wmawiała
sobie, Ŝe jest z tego zadowolona. Wkrótce znajdą Charliego i zakończy
się wspólna wyprawa. Rozstaną się bez Ŝalu.
JakŜe szybko upłynął im ten czas! Tyle chciała powiedzieć
Reeve’owi. Teraz było chyba za późno. Właściwie nie cieszyła się, Ŝe
dotarli do Santa Inez.
Taksówka zahamowała przed wejściem do hotelu. Niski budynek
o pastelowych barwach pokryty był czerwoną dachówką. Wokoło rosły
kwiaty i drzewa palmowe, tryskały fontanny, szumiały strumienie. W
basenie wesoło pluskały się dzieci. Jak na widokówce.
– Czy mam zaczekać, senor? – spytał kierowca. Reeve spojrzał na
Cleę i skinął głową.
– Dobry pomysł. Nigdy nie wiadomo. MoŜemy cię jeszcze
potrzebować.
Clea miała nadzieję, Ŝe Reeve się myli. Weszli do holu. Reeve
zatrzymał się nagle.
– Jaką stosujemy taktykę?
– Na pewno powinniśmy porozmawiać z recepcjonistą i zobaczyć,
czy Charlie figuruje jeszcze w spisie gości. Jeśli tak, wystarczy złoŜyć
mu wizytę.
Wiedziała, Ŝe ten scenariusz jest zbyt prosty. Charlie nie prosiłby o
pomoc, gdyby odpoczywał w zaciszu pokoju hotelowego.
– A jeśli nie?
– Jeśli nie, wtedy... Sama nie wiem – zająknęła się. – Przepytamy
słuŜbę?
Reeve ukazał zęby w uśmiechu, widząc jej niezdecydowanie.
– Zabawa w detektywa to dla mnie coś nowego – dodała.
– Ze mnie teŜ Ŝaden zawodowiec, ale sądzę, Ŝe moŜemy zadać
kilka pytań bez wzbudzania podejrzeń. Ty zagadaj recepcjonistę. Nieźle
znasz hiszpański.
Musiała się roześmiać.
– W kaŜdym razie, lepiej niŜ ja. Przejdę się do baru i
porozmawiam z turystami. ZałoŜę się, Ŝe Charlie spędził tam trochę
czasu. Spotkajmy się w patio.
Skinęła głową. Czuła się jak bohater kiepskiego filmu
sensacyjnego. Po piętnastu minutach, całkiem wyczerpana, przysiadła się
do stolika Reeve’a w patio.
– Nie powiodło się, co?
Sączył mroŜone piwo. Dla Clei zamówił lampkę wina.
– Nie powiodło, ale coś drgnęło. Musiałam mocno przycisnąć
recepcjonistę, Ŝeby pokazał mi rejestr gości. W końcu przyznał, Ŝe
Charlie tu był, co i tak wiedziałam, i Ŝe nie zostawił Ŝadnej wiadomości,
co podejrzewałam. A potem recepcjonista po prostu sobie poszedł.
Wypiła łyk wina.
– Rozumiesz, Reeve, po prostu zniknął. Bez wyjaśnienia. Kiedy
wreszcie wrócił, zrobił taką minę, jakby mnie pierwszy raz widział.
Stwierdził, Ŝe nie ma nic do dodania. Chciałam rozmawiać z
kierownikiem. Domyślasz się, co mi odpowiedział.
– śe kierownik jest chory? – zgadywał Reeve.
– Na urlopie – poprawiła Clea. – Zbył mnie, a tego nie lubię.
Czego się dowiedziałeś?
– Trochę więcej. Dokończ wino i odpręŜ się.
– Reeve, powiedz!
– Powtarzam: odpręŜ się. Wszystko w porządku.
– Proszę, powiedz, co się stało – nalegała. – Czy on...
– śyje – zapewnił szybko – ale prawdopodobnie miał wypadek.
– Wypadek?
Serce Clei waliło jak młotem. Myśli kłębiły się w mózgu.
WyobraŜała sobie najgorsze.
– Niezupełnie. Wydaje się, Ŝe został pobity.
– W jakiejś bójce?
Clea prawie się uspokoiła. Charlie nieraz wychodził cało z takich
opresji.
– MoŜliwe, ale raczej chodziło o porachunki. Jacyś faceci zaczaili
się na niego.
Clea znów poczuła skurcz serca. Zwykła bójka a pobicie przez
bandę – to jednak róŜnica. Tym razem Charlie mógł powaŜnie oberwać.
– Gdzie on jest? – spytała.
Podniosła się z krzesła. Reeve chwycił ją za ramiona i przytrzymał.
– Siadaj! Powiem ci, co wiem. To się zdarzyło parę dni temu.
Pośpiech nic nie zmieni.
Sięgnęła po swój kieliszek. Reeve mówił dalej.
– Barman pamięta, Ŝe wzywano karetkę. Jego zdaniem, Charliego
zabrano do najbliŜszego szpitala, pół godziny drogi stąd.
– To dlaczego recepcjonista ukrył to przede mną? Clea była
wściekła i zaniepokojona jednocześnie.
– Aby uniknąć rozgłosu. Z pewnością fakt, Ŝe gościa pobito w
biały dzień, nie przynosi chluby najlepszemu hotelowi w Santa Inez.
Takie rzeczy są do przyjęcia w dzielnicy portowej, nie tutaj. Najlepiej
udawać, Ŝe nic się nie stało.
– A jednak się stało. Powinniśmy natychmiast znaleźć ten szpital,
Reeve.
– Pięć minut zwłoki nie gra roli. Przypuszczam, Ŝe Charlie
wyszedł ze szpitala i jest w drodze do domu. MoŜemy co najwyŜej
zadzwonić do izby przyjęć.
– Z pewnością zawiadomiłby mnie i uspokoił, gdyby mógł.
Martwię się, Reeve. Czuję, Ŝe to coś powaŜnego. Proszę...
Na twarzy Clei malowała się troska. Reeve ustąpił.
– W porządku. – Wstał z miejsca i rzucił kilka monet na stół. –
Pojedziemy do szpitala, ale zaręczam ci, Ŝe Charlie ma się dobrze. Złego
diabli nie biorą!
Clea uśmiechnęła się. Ruszyli do wyjścia.
– Wspaniale, Ŝe czekałeś – zwrócił się Reeve do taksówkarza. –
Jedziemy do szpitala.
– Do którego?
– Jak zrozumiałem, jest tu tylko jeden szpital, za miastem.
– Si, senor – zgodził się kierowca. – Jeden na północ od miasta i
jeden na południe.
– Jeśli chcesz, pójdę spytać barmana – zaproponowała Clea.
Reeve potrząsnął przecząco głową i znów zagadnął taksówkarza.
– Który szpital znajduje się dwie mile stąd?
– Ten na północy, senor.
– A ten na południe od miasta?
– O, to daleko. Dwadzieścia, moŜe trzydzieści mil.
Clea nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu.
– Jedź zatem na północ – polecił Reeve.
– Dobry wybór – pochwalił kierowca, kiedy wyjechali na ruchliwą
ulicę. – Mają tam nowoczesne wyposaŜenie.
Wygląd budynku szpitalnego nie potwierdzał słów
meksykańskiego kierowcy. Stary dom nasuwał podejrzenia, Ŝe kiedyś
mieściło się w nim muzeum. Wysokie stropy, wąskie korytarze,
przestronne przedpokoje nie były chyba budowane z myślą o pacjentach i
lekarzach.
Clea i Reeve wymienili pytające spojrzenia. Idąc korytarzem, z
ulgą spostrzegli jednak w mijanych salach nowoczesny sprzęt medyczny,
lekarzy w białych, szeleszczących fartuchach i pielęgniarki zakonnice w
białobłękitnych habitach.
Clea z trudem porozumiała się z jedną z sióstr, która skierowała
ich do informacji na końcu holu.
Młoda zakonnica uśmiechnęła się promiennie na dźwięk nazwiska
Charliego.
– El senor Carlos? Pokój 103. Jak to dobrze, Ŝe wreszcie ktoś go
odwiedził. Jest taki samotny.
Kroki Clei i Reeve’a dudniły echem w długim korytarzu. Kobieta
powoli uspokajała się. Cokolwiek dolegało jej bratu, na pewno miał tu
ś
wietną opiekę.
Wyprzedziła Reeve’a i nacisnęła klamkę. W sali stały cztery łóŜka.
Jedno było wolne, na drugim leŜał jakiś starzec, trzecie zajmował
kilkunastoletni chłopiec. Wokół czwartego łóŜka zaciągnięto zasłony.
Clea rozchyliła jej bez wahania.
– Cześć, siostrzyczko. Witaj w Santa Inez. Dlaczego tak długo się
nie pojawiałaś?
– Och, Charlie! – jęknęła Clea.
Głos jej brata brzmiał beztrosko, lecz stan pacjenta był powaŜny:
obandaŜowana głowa, sińce na twarzy i piersiach, ręka w gipsie, noga na
wyciągu.
– Jeśli sądzisz, Ŝe teraz wyglądam źle, powinnaś mnie zobaczyć
parę dni temu – zaŜartował. – Nie poznałabyś mnie! Ale lekarze
twierdzą, Ŝe wrócę do stanu sprzed wypadku. Odzyskasz swojego
przystojnego braciszka!
Clea ujęła zdrową rękę Charliego.
– Nie wiem, czy mam cię ucałować, czy udusić ze złości.
– Błagam, dość juŜ brutalnego traktowania – odrzekł. – Ale całus
dobrze mi zrobi.
Pocałowała go w policzek i ostroŜnie przytuliła. ChociaŜ
zachowywała się nadzwyczaj delikatnie, Charlie skrzywił się z bólu.
Natychmiast jednak wziął się w garść i wyciągnął rękę do Reeve’a.
– Cześć, sokole oko. Wreszcie przybyłeś. Reeve wzruszył
ramionami.
– Niektórzy ludzie nie wiedzą, co to nauczka – oświadczył.
Clea wiedziała, Ŝe w tych Ŝartobliwych słowach pobrzmiewa
przestroga.
– Przysuńcie sobie krzesła i czujcie się jak u siebie. ZauwaŜyliście
juŜ chyba, Ŝe ten budynek bardziej przypomina zamek niŜ szpital. Ale
personel ma cholernie wysokie kwalifikacje.
– Co mówią o twojej rekonwalescencji? – spytała Clea usiadłszy
przy łóŜku. Reeve nadal stał.
– Powtarzają, Ŝe wszystko jest na dobrej drodze. To prawda. Kiedy
tylko zdejmą wszystkie szwy i odczepią wyciąg...
Na twarzy Clei malowało się przeraŜenie. Charlie pospiesznie ją
uspokoił.
– Moja głowa będzie się prezentować nieco cudacznie przez jakiś
czas, ale nie ma trwałych uszkodzeń. Mózg pozostał nienaruszony, taki
jak dawniej.
Charlie posłał Reeve’owi szeroki uśmiech. Holden wolał jednak
przejść do konkretów. Temat stanu zdrowia przyjaciela uznał za
wyczerpany.
– PoniewaŜ twój mózg działa, przedstaw nam wreszcie fakty. Co
właściwie zaszło?
– Wypadek, chłopie.
– To widać.
– Słyszeliśmy o pobiciu – wtrąciła Clea, niecierpliwie oczekująca
szczegółów.
– Złe wieści roznoszą się szybko, co? – Charlie spróbował
zbagatelizować sprawę, lecz surowe spojrzenia natychmiast przywołały
go do porządku. – Od czego by tu zacząć?
– Od początku – zasugerował Reeve z powagą. – Co robiłeś w
Santa Inez?
– Trafiła mi się okazja, jedna z najlepszych w Ŝyciu. Jeden facet
miał do sprzedania cenne dzieło sztuki, a ja...
Reeve uniósł brwi z niedowierzaniem.
– Tak się złoŜyło, Ŝe znałem kupca, więc zgodziłem się
pośredniczyć w transakcji.
– To dlaczego prosiłeś mnie rozpaczliwie o pomoc? Jeszcze przed
wypadkiem? – dopytywał się Reeve.
– Usiłowałem się z tobą skontaktować, poniewaŜ zdawałem sobie
sprawę, Ŝe mogą wyniknąć problemy. Potrzebowałem kogoś zaufanego.
Wiesz, zrobiło się gorąco.
– Nie wątpię – odezwał się Reeve z przekąsem, patrząc na
poturbowanego przyjaciela.
Clea nie zamierzała odgrywać roli tarczy w tym słownym
pojedynku. Kazała Charliemu mówić dalej.
– Zorientowałem się, Ŝe kupiec zmienił zdanie. Chciał mieć dzieło
sztuki, ale nie chciał płacić. Oczekiwałem uczciwej wymiany, to znaczy:
pieniądze za towar. Chyba byłem trochę naiwny.
Reeve zmruŜył oczy. Milczał.
– PrzecieŜ podejrzewałeś, Ŝe coś się nie zgadza – przypomniała
Clea.
– To prawda, ale wciąŜ istniała szansa na pomyślne załatwienie
sprawy. Kiedy doszło do finalizowania umowy, zapomniałem o
ostroŜności. Gdyby Reeve był ze mną...
Reeve puścił tę uwagę mimo uszu.
– Słowem, kupiec nasłał na ciebie wynajętych zbirów.
– O to właśnie chodzi. Chłopcy świetnie się spisali – stwierdził
oŜywiony Charlie.
– Rozumiem twoje problemy, Charlie, i przykro mi, Ŝe znalazłeś
się w takiej sytuacji, ale nadal nie rozumiem, po co Clea i ja musieliśmy
pędzić do Meksyku na złamanie karku. Jasne, Ŝe powinieneś zwrócić
pieniądze sprzedającemu. Stracisz niezłą sumkę.
– Straciłem fortunę! Nie wiesz, co sprzedawałem.
– Idź na policję – zaproponował Reeve. Charlie wzniósł ku niebu
obraŜony wzrok.
– Zawsze trafiasz w sedno, Reeve, ale tym razem proste
rozwiązanie nie wchodzi w rachubę. Okazuje się, Ŝe dzieło sztuki zostało
skradzione. Przysięgam, nie wiedziałem o tym – dodał szybko.
Drzwi do pokoju otwarły się i do łóŜka Charliego podszedł młody
lekarz z towarzyszącą mu zakonnicą.
Zwróciła się do nich po hiszpańsku, wyraźnie wymawiając słowa.
Clea przetłumaczyła.
– Chce, Ŝebyśmy wyszli na parę minut, bo doktor będzie badał
Charliego.
– Chwyciłem sens – pochwalił się Reeve, kiedy znaleźli się na
korytarzu. – Charlie kłamie.
Clea pragnęła zaprzeczyć, lecz intuicja podpowiadała jej, Ŝe Reeve
ma rację.
– Będzie snuł plany odzyskania tego tajemniczego dzieła, ale nie
spodziewaj się, Ŝe wezmę w tym udział. Strata Charliego to wyłącznie
jego sprawa.
– Rozumiem, Reeve.
CóŜ, znaleźli Charliego, wprawdzie rannego, ale wracającego do
zdrowia, więc nie mogła oczekiwać od Reeve’a niczego więcej.
Uśmiechnęła się.
– Dzięki za pomoc w odszukaniu mojego brata. Dotknął jej dłoni.
– Odbyliśmy miłą przejaŜdŜkę jachtem.
Lekarz skończył badanie. Clea i Reeve weszli do sali. Clea
odezwała się pierwsza.
– Powinieneś nam chyba wreszcie wyjaśnić, co to za tajemnicze
dzieło sztuki. Musimy poznać całą historię, a nie wersję ocenzurowaną.
Charlie wydawał się speszony.
– To nefrytowy posąŜek. Przedstawia jaguara.
– To za mało, Charlie. Powiedz coś więcej – nalegał Reeve.
– Jest stary.
– Mianowicie? – dociekała Clea.
– Dość stary. Bardzo stary. Z czasów cywilizacji Olmeków.
– Olmeków! – krzyknęła oszołomiona Clea.
Ten lud indiański Ŝył na terytorium Meksyku jeszcze przed
Majami i Aztekami. PosąŜki Olmeków naleŜały do bardzo rzadkich
okazów muzealnych. Clea nagle pojęła straszną prawdę.
– Ten posąŜek został skradziony z muzeum, Charlie?
– Tak. – Charlie przyjął postawę obronną. – Siostrzyczko, ja nie
wiedziałem, przysięgam. Paser nie przyznał się, skąd go ma. Zaręczał, Ŝe
pochodzi ze źródła godnego zaufania.
– A czyŜ muzeum nie jest najwiarygodniejszym źródłem? – spytał
Reeve ironicznie. Chwycił dłońmi metalową ramę łóŜka, pochylił się i
spojrzał Charliemu prosto w oczy. – No dobra, stary. Nie obchodzą mnie
Olmekowie czy Aztekowie. Jestem prostym człowiekiem, ale potrafię
wyczuć, Ŝe sprawa wygląda zbyt pięknie, aby dać jej wiarę. A to mi
cuchnie na kilometr.
Charlie milczał. Reeve kuł Ŝelazo, póki gorące.
– Rozumiem, dlaczego nie zgłosiłeś się na policję. Jeśli dostaną
cynk o twoim współudziale, wpadniesz po uszy.
– Sądzę, Ŝe juŜ dostali cynk. Reeve zmarszczył brwi.
– Przesłuchiwali cię?
– Nie, ale wciąŜ tu węszą, jak gdyby czekali na moment, kiedy
wyjdę ze szpitala.
– W szpitalu nie ma policjantów – zaprotestowała Clea.
– Są na zewnątrz.
– Skąd wiesz?
– Mam swoje sposoby – oznajmił Charlie siostrze. – Reeve,
widziałeś ich przy wejściu?
Ku zaskoczeniu Clei, Reeve skinął głową. A ona nic nie
zauwaŜyła!
– Dlatego jesteś mi potrzebny, Reeve.
Czoło Charliego pokrył pot. Clea zastanawiała się, czy to z
wyczerpania, czy ze strachu.
– Na pewno nie jestem ci potrzebny – odparł natychmiast Holden.
Charlie nerwowo oblizał wargi.
– Wiem, gdzie jest posąŜek, ale nie mam dowodów. Potrzebuję
twojej pomocy. Wysłuchaj mnie tylko. Kupcem był Carl Browning z
Denver. Jestem pewien, Ŝe to on ukrył posąŜek. Gdyby udało się go
odzyskać albo powiadomić muzeum o miejscu jego przechowywania,
wyplątałbym się z tej awantury. Wisi nade mną groźba spędzenia reszty
Ŝ
ycia w meksykańskim więzieniu. Jeśli jednak policja oskarŜy mnie...
– A moŜe tak zrobić – przerwała Clea.
Rozdzierały ją sprzeczne uczucia: wściekłość z powodu głupoty
Charliego i obawa przed jego aresztowaniem. Mimo wszystkich swoich
wad był przecieŜ jej bratem.
– Do czego zmierzasz? – Zniecierpliwiony Reeve zerknął na
zegarek. – JuŜ pół godziny kluczysz wokół sedna. Wyduś to wreszcie z
siebie!
Charlie odetchnął głęboko.
– Chcę, Ŝebyś wytropił, gdzie Browning trzyma posąŜek. Koniec.
Reeve wybuchnął ponurym śmiechem.
– Chcesz, Ŝebym pojechał do Kolorado i znalazł tę figurkę?
– Reeve...
– Nie ma mowy, Charlie. Nie będę się specjalnie dla ciebie bawił
w detektywa.
– Chciałem tylko, Ŝebyś się upewnił, czy Browning ma posąŜek.
To wszystko.
– Przykro mi, stary, trafiłeś pod niewłaściwy adres. A poza tym
wciąŜ nie powiedziałeś nam całej prawdy.
Clea czekała na wyjaśnienia. Zastanawiała się, co Reeve ma na
myśli.
– Przyznaj się, Charlie – nie ustępował Holden. – Wiedziałeś, Ŝe
figurkę skradziono z muzeum, a mimo to brnąłeś dalej.
Clea wreszcie zrozumiała. A jeśli Reeve się nie mylił? Spojrzała
na brata. Nie zamierzał się spierać.
Charlie spróbował unieść się na łóŜku, zakaszlał i upadł na
poduszki. Reeve przejrzał go na wylot.
– No dobra – zgodził się. – Powiedzmy, Ŝe jestem rozgarnięty na
tyle, aby zdawać sobie sprawę, Ŝe nefrytowe posąŜki nie rosną na
drzewach. Przed zawarciem umowy nie znałem jednak szczegółów.
A potem było za późno, aby się wycofać. Do diabła, gdybym
wtedy się wycofał, teraz pewnie bym juŜ nie Ŝył. Popełniłem po prostu
błąd w ocenie sytuacji.
– I to powaŜny. Cleo, przypuszczam, Ŝe chcesz zostać w Santa
Inez, póki Charlie nie wyzdrowieje. Spotkamy się w hotelu. Zawiozę tam
twój bagaŜ.
Reeve zatrzymał się przy drzwiach.
– Zostań w szpitalu jak najdłuŜej, stary. Zawsze to lepsze niŜ
więzienie – rzucił na poŜegnanie.
– Reeve! – zawołała za nim Clea i ruszyła do wyjścia.
– Nie opuszczaj mnie, siostrzyczko – błagał Charlie.
– Powinnam, Charlie – stwierdziła bez przekonania.
– Proszę cię... Chwycił Cleę za rękę.
– Posłuchaj, postąpiłem źle i głupio, ale jeśli połączą moją osobę z
kradzieŜą figurki, mogę iść do więzienia. Nawet na zawsze. Chcesz tego?
– Oczywiście, Ŝe nie, Charlie.
– PomóŜ mi jeszcze ten jeden, ostatni raz, a przysięgam...
– AleŜ, Charlie! – odezwała się z wyrzutem i bezradnością w
głosie. IleŜ razy juŜ to słyszała...
– Wiem, Ŝe wiele razy obiecywałem poprawę, ale przysięgam,
teraz naprawdę się boję. Gdyby się udało w jakiś sposób odzyskać
posąŜek... Wiem, Ŝe to moŜliwe. – W oczach Charliego malowała się
rozpacz. – Zrobię wszystko, aby się z tego wyplątać.
– I zaczniesz mówić prawdę?
– Tak. – Usiłował się uśmiechnąć. – Kocham cię, siostrzyczko, i
darzę szacunkiem Reeve’a, bardziej niŜ kogokolwiek na świecie.
– Charlie, Reeve umywa ręce. WyjeŜdŜa. Rozumiesz? Nie
zamierza ci więcej pomagać.
Jej rozpacz była nie mniejsza niŜ Charliego. Ogarnęło ją uczucie
pustki, osamotnienia.
– Porozmawiaj z nim, Cleo. Rozgniewała się.
– Co ty sobie wyobraŜasz? Z wielkim trudem przekonałam go,
Ŝ
eby tu ze mną przypłynął. Nie obiecywał nic więcej.
– To moja jedyna nadzieja. Idź do niego. Wpłyń na Reeve’a, Ŝeby
zmienił zdanie. Poproś go, niech odnajdzie Browninga i przyciśnie go.
Charlie zacisnął kurczowo palce na dłoni siostry.
Zanim się poŜegnali, podjęła decyzję. Postanowiła porozmawiać z
Reeve’em. Nawet jeśli nie zdoła go przekonać i będzie to ich ostatnie
spotkanie, musi to zrobić dla Charliego.
Reeve czekał nad nią przed szpitalem.
– Sądziłam... – zaczęła.
– PrzecieŜ nie zostawię cię tu samej na noc. – Podał jej rękę i
zeszli po schodach na ulicę. – Zabieram cię do hotelu. A poza tym jesteś
tu zdana tylko na siebie. Charlie teŜ.
ROZDZIAŁ 5
– Upewnię się, Ŝe zainstalowałaś się wygodnie w hotelu, i rano
wyjadę.
Clea posłusznie dała się prowadzić w stronę taksówek. Wsiedli do
pierwszego samochodu.
– Dziękuję, nie musisz nocować.
– Wiem – stwierdził ostro. Kazał kierowcy jechać do portu. –
Weźmiesz swoje rzeczy, wpadniemy do hotelu, a potem zjemy kolację.
Masz zamiar zatrzymać się tu na dłuŜej, prawda?
– Chciałabym, ale zostaniesz bez załogi.
– To Ŝaden problem – odrzekł beztrosko. – Zawsze znajdę w
porcie kogoś, kto chce płynąć do Kalifornii.
– A zatem wszystko ustaliliśmy. W głosie Clei zabrzmiał smutek.
– Jedziemy razem do hotelu. Do którego? Zgadzasz się na „La
Paloma Blanca”?
– Chyba tak. Jest przyjemny i wygodny.
– I na twoją kieszeń – dokończył za nią.
Nie odpowiedziała. Zastanowiła się tylko, czy pod maską ironii
kryją się głębsze uczucia. Wolałby, oczywiście, nie mieć nic wspólnego z
kłopotami Charliego, ale czy musiał rozstawać się z nią tak brutalnie
właśnie wtedy, gdy odradzała się ich przyjaźń? Niestety, wszystko na to
wskazywało.
– Zadzwonię z portu do hotelu i zarezerwuję ci pokój.
– Dzięki – odparła, tłumiąc Ŝal. Taksówka stanęła na nabrzeŜu.
Clea zerknęła na zegarek. Dochodziła siódma, a ona była prawie
gotowa. Raz jeszcze spojrzała w lustro. Chciała wyglądać jak najlepiej
podczas ich ostatniego wspólnego wieczoru. MoŜe miała nadzieję, Ŝe
Reeve, odpływając, zabierze ze sobą jej obraz w pamięci?
Właściwie nie przewidziała takiej sytuacji. Nie zapakowała do
walizki eleganckich strojów. Gorączkowo przerzuciła ubrania. Znalazła
czarny podkoszulek, białą bawełnianą spódnicę, a ze szlufek szortów
wyciągnęła wściekle róŜowy pasek. Taki zestaw musiał jej wystarczyć.
Umyła i wysuszyła włosy. Postanowiła ich nie upinać. NałoŜyła
czerwono-Ŝółte kolczyki. Wyglądało to nieco zwariowanie, ale wesoło.
Nie była pewna, czy spodoba się Reeve’owi.
Czekał na nią w patio. Ukryła się za załomem muru i obserwowała
go. Ku swemu zdziwieniu zauwaŜyła, Ŝe serce zabiło jej Ŝywiej z emocji.
Stał pochylony przy barze, z jedną nogą na metalowej podpórce.
Płócienne spodnie opinały muskularne uda. Jedną rękę włoŜył do
kieszeni, w drugiej zaś trzymał kieliszek z winem. Pod cienką koszulką
polo rysowały się barczyste ramiona i szeroki tors. Wilgotne włosy
zaczesał do tyłu. Pewnie przed chwilą brał prysznic.
Patrzył z zainteresowaniem na młodą parę, która stała nie opodal.
Chłopiec i dziewczyna, mocno objęci, szeptali coś czule i śmiali się
beztrosko. Clea zrozumiała, Ŝe Reeve zazdrościł im tego szczęścia.
Kiedyś oni byli takimi kochankami.
Zamknęła na chwilę oczy, odetchnęła głęboko i ruszyła po
schodkach do baru.
Reeve odwrócił się natychmiast, jak gdyby wyczuł jej obecność.
Na jego twarzy malował się zachwyt.
– Cleo, wyglądasz rewelacyjnie! Wyczarowałaś cudowny strój! A
twoja walizeczka prezentowała się tak skromnie...
Słysząc komplementy, Clea rozpromieniła się. Usiadła obok
Reeve’a. Wolała nie opowiadać o tym, jak zestawiała elementy swojej
„wystrzałowej” kreacji.
– CóŜ, wiele podróŜowałam, więc wiem, jak pakować walizkę.
Trzeba zawsze coś przygotować na nocleg w najlepszym hotelu –
uśmiechnęła się.
– A więc tutejsze warunki odpowiadają twoim przyzwyczajeniom?
– Oczywiście.
– I postanowiłaś zostać?
– Przynajmniej do wyjścia Charliego ze szpitala. Rozumiesz
chyba, Ŝe nie chcę, aby trafił do więzienia, Reeve.
– Ale jeśli miałoby do tego dojść, nic nie wskórasz.
– Spróbuję – oświadczyła, choć w głębi duszy ogarniał ją
niepokój.
– O, tak, tak – zgodził się i zmienił temat. – Ale nie teraz. Dziś jest
nasz wieczór i powinniśmy się cieszyć. – Wziął ją za rękę. – Chodź,
zajmiemy dobry stolik i zamówimy wspaniałą kolację. Uczciwie na nią
zasłuŜyliśmy.
Kiedy siedli, a Reeve poprosił o koktajl margarita dla Clei,
powróciła do jego ostatniej uwagi.
– Co to znaczy: zasłuŜyliśmy?
– Wypłynęliśmy w rejs z dwóch powodów. Po pierwsze, aby
przyjść z pomocą Charliemu, i w tym względzie nie odnieśliśmy sukcesu.
Po drugie, chcieliśmy odnowić dawną znajomość i przyjaźń, a to się nam
udało. Jesteś świetnym kumplem.
– A co konkretnie osiągnęliśmy? – dopytywała się Clea.
– Pokazaliśmy, Ŝe moŜna zapomnieć o wzajemnych pretensjach i
znów się zaprzyjaźnić.
Clea wypiła łyk lodowatego napoju. Słowa Reeve’a przyniosły
rozczarowanie. Nie to pragnęła usłyszeć. Ale pozostawała jeszcze
obietnica, którą dała Charliemu.
– Nie pomogliśmy Charliemu. Naszej wyprawy nie wolno uznać
za zakończoną – odezwała się z powagą.
– Nie moŜemy pomóc Charliemu – odrzekł i przywołał kelnera. –
Przypuszczam, Ŝe dostawy świeŜych homarów macie dwa razy dziennie?
Uśmiechnięty kelner kiwnął głową.
– Najlepsze homary w Santa Inez.
– Zamówimy dwie duŜe sztuki.
– AleŜ, Reeve... – spłoszyła się Clea.
– Zjesz ze smakiem. Gwarantuję ci to.
Nie mylił się. Wygłodniała, po pełnym wraŜeń dniu, Clea rzuciła
się na homara z apetytem.
– A nie mówiłem? – śmiał się Reeve.
Po kolacji pili kawę. Clea podjęła znów temat Charliego.
– Rozumiem twoją chęć wyjazdu. Mnie równieŜ Charlie
zdenerwował.
– Ale nie moŜesz go zostawić.
– Charlie naleŜy do rodziny. Nie mam innego brata.
– Pomagając mu za kaŜdym razem, uzaleŜniasz go od siebie
jeszcze bardziej i... – Reeve przerwał w pół zdania i pokręcił głową. –
Roztrząsaliśmy to juŜ przecieŜ. Wiesz dokładnie, co sądzę o więziach
łączących członków rodziny Moore’ów.
– Wiem, ale zgadzam się z tobą tylko częściowo. Nie ma nic złego
w tym, Ŝe rodzina trzyma się razem i moŜna na niej polegać. Chodzi o to,
Ŝ
e ja i Charlie doprowadziliśmy tę zaleŜność do skrajności. Skutek jest
taki, Ŝe on się wciąŜ buntuje, a ja wciąŜ jestem potulna jak owieczka. Ale
ostatnio próbuję się zmienić.
Nie zraŜona sceptycznym spojrzeniem Reeve’a, Clea ciągnęła:
– Z pewnością Charlie i ja musimy się wiele nauczyć, nieco
zmienić swój styl bycia. Mam nadzieję, Ŝe Charlie to zrozumiał. Ale on
jest śmiertelnie wystraszony całą sytuacją.
– I powinien być. Trudno się temu dziwić.
– On się boi nie tylko więzienia – dodała – lecz wyjścia sprawy na
jaw. To by zabiło matkę.
Reeve wypił ostatni łyk kawy.
– Nie moŜna przejść przez całe Ŝycie, kierując się przy
podejmowaniu decyzji tym, czy rodzina będzie zadowolona. W pewnym
momencie trzeba zacząć Ŝyć na własny rachunek, dla siebie.
– Ale kaŜdy człowiek, nawet największy egoista, pragnie czasem
zadowolić innych – stwierdziła cierpko.
Reeve przyjął pogodnie ten przytyk.
– Zgoda. Jestem egoistą, poniewaŜ podczas jedynej wspólnej
kolacji w Santa Inez nie chcę rozmawiać o twoim bracie.
Clea nie rezygnowała.
– Jeśli zmienisz zdanie i pojedziesz do Denver, wybiorę się z tobą
i pomogę ci.
– Miła propozycja, ale oboje świetnie wiemy, Ŝe wyczerpaliśmy
nasze moŜliwości. śadne z nas nie pojedzie do Denver.
– To nic pewnego. Mogłabym pojechać sama i znaleźć tego
Browninga – odezwała się przebiegle.
Zmarszczył brwi.
– Jestem przekonany, Ŝe masz więcej rozsądku, Cleo. Zobacz, co
Browning zrobił Charliemu. Skończysz pobita i poraniona w szpitalu.
Szkoda twojego pięknego ciała.
Rzuciła mu surowe spojrzenie.
– Nie pouczaj mnie, Reeve.
– Wcale cię nie pouczam. Po prostu przemawia przeze mnie
egoizm. A teraz, jako egoista do kwadratu, chciałbym z tobą zatańczyć.
Orkiestra ładnie gra.
Na parkiecie kręciło się kilka par. Clea ruszyła za Reeve’em,
zaskoczona, Ŝe poprosił ją do tańca, i podekscytowana myślą, Ŝe znów
znajdzie się w jego ramionach.
Pomysł z tańcem zrodził się zupełnie spontanicznie. Reeve
przeraził się ewentualnych skutków tego kroku. Prowadził niebezpieczną
grę, ale nie potrafił zrezygnować z ostatniej szansy wzięcia Clei w
ramiona. Marzył o wspólnym nocnym rejsie wzdłuŜ wybrzeŜa.
Zaczęli tańczyć. Bliskość Clei była pokusą nie do odparcia. Reeve
z trudem panował nad sobą. Gdyby na jachcie doszło do podobnej sceny,
nie wytrzymałby napięcia. Od początku pragnął się z nią kochać.
Teraz czuł się bezpiecznie, chociaŜ nie w pełni. Jędrne piersi
dotknęły jego torsu, brzuch otarł się o jego biodra, jasne włosy musnęły
brodę. Wokół tańczyli inni ludzie, dla Reeve’a istniała jednak tylko Clea.
Oszołomiony objął ją w pasie i przygarnął delikatnie. Zabronił sobie
odwaŜniejszych gestów, lecz w głębi duszy chciał przesunąć dłonią po
gładkich plecach, smukłej szyi, krągłych biodrach.
W wyobraźni pozwalał sobie na o wiele więcej. Jego serce biło
szybciej, czoło pokryło się potem, a oddech stał się płytki i urywany.
Zastanawiaj się, czy Clea spostrzegła, jak silnie reaguje na jej obecność.
Powinien podziękować, odprowadzić ją do stolika, poŜegnać się i
odejść. A jednak wciąŜ tańczyli.
– Cudowna muzyka – powiedziała Clea cicho. Prysł urok snów na
jawie.
Reeve skinął głową.
Clea nie zauwaŜyła w jego zachowaniu nic dziwnego. W objęciach
męŜczyzny znalazła idealne schronienie. Tu było jej miejsce. Przez tyle
lat nie zmieniła zdania. Pragnęła słuchać bicia serca Reeve’a, wdychać
ś
wieŜy zapach wody po goleniu. WyobraŜała sobie, Ŝe są młodzi,
zakochani, a noc w Santa Inez nigdy się nie skończy.
Orkiestra zamilkła. Powrócili do rzeczywistości. Ich podróŜ
dobiegła końca. Nazajutrz Reeve miał wypłynąć do Kalifornii. Cleę
ogarnęła tęsknota.
– Przerwa dla orkiestry – wyjaśnił Reeve. – Chyba na nas juŜ czas?
Przytaknęła ruchem głowy. Ze wzruszenia nie mogła wydobyć
głosu. Chciałaby, Ŝeby ta noc nie miała końca, ale cóŜ mogła zrobić?
Reeve wziął ją pod rękę i wrócili do stolika. Starannie odliczył
pieniądze i połoŜył obok rachunku. A potem wyszli z patio.
Kiedy stanęli pod drzwiami pokoju, Clea myślała tylko o tym, Ŝe
wkrótce Reeve opuści Meksyk, opuści znów jej Ŝycie. Gorączkowo
szperała w torebce w poszukiwaniu klucza, który następnie Reeve
trzęsącymi się rękami wsunął do zamka.
Łzy napłynęły do oczu Clei. Zamrugała powiekami. Chciała
podziękować Reeve’owi za to, Ŝe popłynął z nią do Santa Inez, lecz
przez ściśnięte gardło nie przedostał się Ŝaden dźwięk. Dotknęła policzka
męŜczyzny.
– Nie wyjeŜdŜaj – szepnęła wreszcie. – Proszę. Ich usta spotkały
się, a Reeve na wpół świadomie uzmysłowił sobie, Ŝe warto było czekać
na tę słodką chwilę przez tyle lat. Smakował miękkie, wilgotne wargi,
uległe i zapraszające, aby wziął więcej, nawet wszystko. Kobiece
ramiona oplotły go ciasno.
Czuł się teraz wolny. Minęły trudne, meczące dni rejsu. Mógł ją
całować i nie dbać o nic. Zapomniał o świecie. Krew pulsowała w
skroniach.
Całował ją długo, namiętnie, wślizgując się językiem głęboko do
ciepłego wnętrza i rozkoszując pieszczotami jej warg.
Zamknęli za sobą drzwi i wkroczyli w krainę miłości. Byli
spragnieni swoich ciał, tak jak podróŜny na pustyni pragnie wody.
Przywarli do siebie, chcąc nadrobić wszystkie stracone lata.
Clea porzuciła wstyd i wątpliwości. Wzdychała cicho, pozwalając
przemówić długo tłumionej Ŝądzy. Reeve przytulił ją jeszcze mocniej.
– Chcę się z tobą kochać, Cleo. Niczego tak nie pragnę – szepnął.
Chwycił ją jak piórko i zaniósł na łóŜko. PołoŜył się obok. Nie
odrywając ust od jej warg, błądził dłońmi po zgrabnym ciele. Gładził
uda.
Ubrania stały na przeszkodzie dalszym pieszczotom. Kiedy
pokonali barierę, juŜ nic nie dzieliło ich ciał, zŜeranych głodem miłości.
Język Reeve’a wilgotnym śladem znaczył skórę Clei na podbródku, szyi,
piersiach. MęŜczyzna zacisnął wargi na róŜowej brodawce. Clea
krzyknęła z rozkoszy.
Znalazła się w przedsionku raju. Torturą było czekanie na
spełnienie. DrŜała i czuła, Ŝe nie wytrzyma tej męki. Wtedy dłoń Reeve’a
sięgnęła tajemnego źródła.
Przesunęła palcami po twardym kształcie, gotowym do zbliŜenia.
Bezwiednie szeptała czułe słowa – świadectwo jej Ŝądzy i zaproszenie do
ostatniego spełnienia.
– Nie mogę czekać – odezwał się Reeve półgłosem. – Tak bardzo
cię pragnę...
– Ja teŜ cię pragnę, Reeve. Teraz i zawsze. Nie kłamała. Nigdy nie
przestała go pragnąć. Nienasycone ciała splotły się w szaleńczym akcie.
Dawały i brały rozkosz jednocześnie.
Clea zamknęła oczy. Jej twarz niczym lustro odbijała miłosne
doznania. Reeve chciał opowiedzieć o swoich przeŜyciach, lecz zamiast
tego wołał jej imię:
– Clea! Clea!
WypręŜyła się, a Reeve poruszał się rytmicznie, aŜ nadeszła
ekstaza.
Nie wypuścił jej z ramion, póki rozgrzana namiętnością skóra
kobiety nie ochłonęła. NaleŜała do niego bez reszty. Przysięgała, Ŝe
zachowa tę chwilę w pamięci do końca Ŝycia.
Delikatnie odgarnął wilgotne włosy Clei i ucałował ją w czoło. Nie
znał słów, którymi mógłby opisać swoje myśli. Zamiast mówić, przytulił
ją mocniej.
– Nie opuszczaj mnie, Reeve – szepnęła. – Zostań na noc.
TuŜ przed świtem Reeve ocknął się z płytkiego snu. Trzymał w
ramionach uśmiechniętą, śpiącą błogo Cleę. OstroŜnie złoŜył ją na
poduszce i wstał. Przez chwilę sądził, Ŝe się obudzi, lecz westchnęła
tylko i spała dalej.
To westchnienie zaintrygowało go i zasmuciło zarazem.
Wydawało się, Ŝe Clea mimo zamkniętych powiek widzi, jak Reeve
wymyka się z łóŜka i odchodzi.
Odchodził naprawdę. Wkładając ubranie, spojrzał na nią raz
jeszcze. Był tchórzem. Wiedział o tym doskonale, wiedział jednak
równieŜ, Ŝe słowa wypowiedziane nocą w miłosnym uniesieniu nie
znaczą nic w świetle poranka.
Zdarzyło się między nimi coś cudownego, niezwykłego, nie do
zapomnienia. Ale nad ciałami mogli zapanować, nad myślami i
uczuciami – nie zdołaliby.
Rozsądniej było odejść natychmiast. Kiedy Clea obudzi się sama, z
pewnością dojdzie do wniosku, Ŝe dała się ponieść namiętnościom
przeszłości.
To, co się stało, było nie do umknięcia od pierwszej chwili, kiedy
Clea weszła na pokład jego jachtu w Newport. Dopiero w Santa Inez
poŜądanie zwycięŜyło. Dlaczego? Odpłynęli daleko od codziennego
Ŝ
ycia w krainę fantazji: pięknej, zwiewnej i skazanej na zagładę. Przed
laty przeŜyli koniec marzeń. Teraz Reeve wolał w ogóle się im nie
poddawać.
Ubrany, nie mógł się powstrzymać, aby nie spojrzeć po raz ostatni
na Cleę i nie dotknąć złotych włosów. A później odwrócił się szybko i
wyszedł z pokoju.
Chłodne powietrze poranka pomogło mu wrócić do
rzeczywistości. Wywietrzały mu z głowy pomysły, które w nocy
podszeptywał jakiś zły duch. Nie zamierzał angaŜować się w to wszystko
od nowa i wpadać znów w sieci rodziny Moore’ów. Nic się nie zmieniło.
Mimo zastrzeŜeń, Clea wciąŜ tańczyła tak jak jej rodzice zagrali. Charlie
wpadał w tarapaty, więc przypomniał sobie o Holdenie. Po co mu to
właściwie?
Reeve z ulgą wszedł na pokład. Tu czuł się bezpiecznie. Musiał
tylko znaleźć jakiegoś załoganta.
Nagle zrozumiał jednak, Ŝe postąpiłby wbrew sobie. Nie mógł
opuścić Clei i poŜeglować w siną dal. ChociaŜ rozsądek nakazywał mu
co innego, zdecydował się zostać.
Stał na dziobie jachtu w promieniach wschodzącego słońca. Nawet
jeśli nie pomógłby Clei w znalezieniu nefrytowego posąŜka,
prowadziłaby poszukiwania na własną rękę. Absurd! Niestety, wyprawa
Clei do Denver była tylko kwestią czasu.
Reeve nie mógł zostawić Clei, wiedząc o groŜącym jej
niebezpieczeństwie. I dla niej, nie dla Charliego postanowił
zaryzykować. Ostatni raz. A potem zniknie na dobre z Ŝycia rodzeństwa
Moore’ów, z honorem spłaciwszy wszelkie długi.
ROZDZIAŁ 6
Clea powoli budziła się ze snu. Wyciągnęła rękę – i nie natrafiła
na Reeve’a. Przekręciła się na drugi bok i otworzyła oczy. Myślała, Ŝe
zobaczy go siedzącego na brzegu łóŜka albo stojącego obok i patrzącego
na nią.
Pokój był pusty. Rozrzucone niedbale ubranie Reeve’a zniknęło z
podłogi. Co się stało? PrzecieŜ nie mógł odejść bez słowa. A moŜe to
wszystko jej się tylko przyśniło?
O, nie, za to ręczyła. Czuła wciąŜ na ustach jego pocałunki, a ciało
drŜało na samo wspomnienie miłosnych uniesień. Dotykał kaŜdego
centymetra jej skóry, kaŜdego zakamarka. Na jawie, nie we śnie.
Ale rzeczywistość poranka napełniła ją goryczą. Nie była
specjalnie zaskoczona. Raczej rozczarowana. Reeve nie miał innego
wyjścia. Musiał odejść.
Zastanawiała się, dlaczego wobec tego zbiera jej się na płacz.
Zamrugała powiekami. Z trudem wstała i weszła pod prysznic. Puściła
zimną wodę. Z kaŜdą chwilą trzeźwiała. Rozwiewały się niedorzeczne
marzenia o Ŝyciu we dwoje.
Nie mogła jednak zapomnieć o minionej nocy i o tym, co
naprawdę przeŜyła. Zimne strumienie spływały po jej ciele obmywając te
same miejsca, które pieścił Reeve.
Była pewna, Ŝe wkrótce się spotkają. Nie wierzyła, aby
poŜeglował z powrotem do Kalifornii bez poŜegnania. To zupełnie do
Reeve’a niepodobne. Z pewnością przyjdzie i wyjaśni, co go skłoniło do
tak nagłego wymknięcia się o świcie.
Chciała usłyszeć, co Reeve ma jej do powiedzenia, nawet za cenę
bolesnej prawdy, wobec której stanęłaby bezsilna. Nie pasowali do
siebie. Nigdy.
WłoŜyła szorty i bluzkę. Przejrzała się w lustrze. Znów
przypomniała sobie wspólną noc i wspaniałe przeŜycia.
Co Reeve miał jej do powiedzenia?
Zjawił się, kiedy siedziała w patio przy drugiej filiŜance kawy.
Ukrył oczy za ciemnymi okularami. W pierwszym odruchu Clea
odetchnęła z ulgą. Nie musiała nic odczytywać ze wzroku Reeve’a.
Potem poczuła gniew. Najwyraźniej obawiał się spotkania twarzą w
twarz.
– Dzień dobry – odezwał się w końcu. Szybkim krokiem podszedł
do stolika i spojrzał na Cleę. Słoneczne cętki tańczyły mu po twarzy.
Ptaki na drzewach nawoływały się głośnym ćwierkaniem. Był piękny,
spokojny dzień i tylko w sercu Clei panował zamęt.
– Dzień dobry – odparła jak echo. – Miło mi będzie, jeśli się
przysiądziesz. Zamówiłam duŜy dzbanek kawy. Sądziłam, Ŝe to nam
obojgu dobrze zrobi – dodała mimo woli. Szybko się opanowała. –
Wypijesz filiŜankę?
– Oczywiście.
Reeve przysunął krzesło. Nie zdjął okularów. Sprawiał wraŜenie
zakłopotanego. Zachowanie Clei nie ułatwiało mu zadania. Ona teŜ czuła
się nieswojo. Postanowiła przerwać niezręczną ciszę.
– Zamówiłam takŜe ciasto i owoce. Wyglądały smakowicie, a ja
jestem straszliwie głodna.
Uśmiechnął się, lecz zachował dystans, tak jak pierwszego dnia na
pokładzie. A jeśli ta noc nic dla Reeve’a nie znaczyła? śołądek Clei
skurczył się ze strachu.
To, co między nimi zaszło, uwaŜała za rzecz nieuniknioną.
Potrafiła się z tym pogodzić. Nie ścierpiałaby tylko obojętności. Skoro
dla niej ta noc była czymś szczególnym, nie zniosłaby, gdyby Reeve
myślał inaczej. Potrzebowała potwierdzenia.
Z determinacją pochyliła się do przodu i zdjęła Reeve’owi okulary.
– Chciałabym cię widzieć – stwierdziła bez dodatkowych
wyjaśnień czy gestów.
Zawiodła się. Nawet bez okularów wzrok Reeve’a pozostał
nieodgadniony.
Clea opadła na oparcie i zmruŜyła oczy. Z jego strony nie mogła
oczekiwać pomocy. Opuściła ją śmiałość. Zapadła okropna cisza. Reeve
upił łyk kawy. Wreszcie przemówił.
– Jeśli chodzi o ostatnią noc, Cleo...
Głos brzmiał chłodno, wręcz szorstko. Serce Clei załomotało.
– Przepraszam – oświadczył.
– Przepraszasz? – powtórzyła zdezorientowana.
– Powiedzmy, Ŝe winę ponosi wino i poświata księŜyca. I nasze
wspomnienia.
Oszołomienie ustąpiło miejsca wściekłości. Więc jednak wszystko
skończone. A jeśli tak, powinni mieć przynajmniej odwagę przyznać, Ŝe
to coś dla nich znaczyło.
– Winę? – spytała. – Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas ponosił tu
winę, Reeve. Wczorajsza noc była cudowna.
Nie zamierzała puścić go tak łatwo.
– To ty byłaś cudowna, Cleo.
Te słowa przyniosły jej ulgę.
– Ale ja postąpiłem źle. Straciłem kontrolę nad sobą. A więc
pragnął wziąć na siebie winę... MoŜe i słusznie? MoŜe nie mieli innego
wyjścia?
Reeve odwrócił wzrok. Dopiero po chwili spojrzał na nią.
Spostrzegła ból w jego oczach.
– Byliśmy jak dwoje ludzi goniących marzenia, które na pewno
nigdy się nie spełnią.
– Tak – zgodziła się. CóŜ pozostało? Reeve miał rację. – Jesteśmy
rozsądni na tyle, aby skończyć to tutaj, zaraz.
– Tak.
– Nie zaprzeczysz jednak, Ŝe przeŜyliśmy dawniej parę miłych
chwil – stwierdziła, bezwiednie usiłując ocalić resztki marzeń.
– Przeszłość: oto właściwe słowo. Rzeczywiście: było, minęło.
Znalazłoby się wiele dobrego, ale i wiele złego. Nie mogę o tym
zapomnieć. A chciałbym. – Przerwał na chwilę. – Wczorajsza noc
okazała się logicznym następstwem podróŜy do Santa Inez.
– Logicznym następstwem – powtórzyła ze smutkiem.
– Nie zamierzałem wyrazić się tak oschle. Kiedy przełamaliśmy
pierwsze lody, pracowało nam się razem bardzo dobrze i zostaliśmy
nawet przyjaciółmi, a potem...
– Poszliśmy do łóŜka – dokończyła za niego. – To jest logiczne
następstwo, o którym mówiłeś?
– Cleo, nie zadawaj bólu nam obojgu.
– Próbuję – zapewniła. Chwycił ją za rękę.
– Wiem.
Czy to Clea wyrwała dłoń? Czy on ją wypuścił z uścisku?
– Tylko w ksiąŜkach zdarzają się cudowne zakończenia, nie w
prawdziwym Ŝyciu – powiedział Reeve.
– Postąpilibyśmy jak głupcy, wierząc, Ŝe jakoś nam się ułoŜy, a
później przeŜywając przykre rozczarowanie. Lepiej w ogóle nie
zaczynać. Clea kiwnęła głową.
– Mam nadzieję, Ŝe zostaniemy przyjaciółmi? – zagadnął.
Piła małymi łyczkami kawę, zimną i gorzką jak dzień, który ją
czekał.
– Przyjaciółmi? Jasne – odrzekła z uśmiechem.
– Cleo... – zająknął się.
– Co, Reeve? – ponagliła go.
Reeve podjął decyzję za nich oboje. Nawet jeśli Clea zgodziła się z
nim, wolała, aby odpowiedzialność spadła na męŜczyznę. Gdyby
przebieg wydarzeń zaleŜał od niej, wszystko mogłoby wyglądać zupełnie
inaczej.
– Nie chciałem cię zranić. Jesteś ostatnią osobą na świecie, którą
mógłbym skrzywdzić.
– Wiem.
Oboje zdawali sobie sprawę, Ŝe uchyliła się od odpowiedzi.
Odetchnęła głęboko. Usiłowała odzyskać panowanie nad sobą.
Wyjęła z torebki swoje okulary przeciwsłoneczne, Ŝeby podobnie
jak Reeve ukryć uczucia, tak widoczne w jej wzroku. Reeve skrył się za
podwójną zasłoną: ciemnych okularów i własnej obojętności. Ufała, Ŝe to
tylko poza.
– Masz całkowitą słuszność – oznajmiła. – Teraz jesteśmy starsi,
doświadczeni, obarczeni bagaŜem uczuć. A ty nadal nie lubisz rodziny
Moore’ów.
– Z wyjątkiem panny Moore, z którą w tej chwili rozmawiam.
Clea zastanawiała się, czy za słowami Reeve’a kryją się
jakiekolwiek uczucia. Nie potrafiła go rozszyfrować.
Kelner przyniósł owoce i ciastka. Clea wzięła rogalik, lecz
natychmiast go odłoŜyła. Nie była w stanie nic przełknąć.
– Chyba jutro odpłyniesz. Powiodły się poszukiwania nowej
załogi?
– NiewaŜne.
Clea podniosła wzrok i zmarszczyła brwi.
– Rzeczywiście odjeŜdŜam, ale nie na pokładzie „Argosy”.
Zdumiona, czekała na dalsze wyjaśnienia.
– Postanowiłem rozejrzeć się w Denver. Zajmę się sprawą
Charliego.
– AleŜ, Reeve, to cudownie!
Westchnienie ulgi wyrwało się z piersi Clei. Kiedy juŜ sądziła, Ŝe
poznała jego intencje i pogodziła się z tym, Reeve zaskoczył ją. I wtedy
zaświtało jej w głowie okrutne podejrzenie.
– Czy twoja decyzja jest dla mnie nagrodą za ostatnią noc?
– Nie! – stwierdził stanowczo. – Nie wolno ci tak myśleć, Cleo.
To, co się stało z nami, nie ma nic wspólnego z Charliem.
Zapadła cisza. Po chwili Reeve wyjaśnił, dlaczego zmienił plany.
– Miniona noc przywołała w mojej pamięci mnóstwo wspomnień,
pięknych wspomnień z czasów, gdy byliśmy razem. CóŜ, potem
zerwaliśmy... – wzruszył ramionami. – Popłynąłem do Santa Inez na
twoją prośbę, bo chciałem poznać przyczyny kłopotów Charliego i raz na
zawsze zakończyć nasze rachunki. Wiem jednak, Ŝe to się nie udało i nie
załatwiona sprawa wciąŜ wisi nade mną.
Clea czekała, czując, Ŝe to nie wszystko.
– Poza tym nie chciałem, Ŝebyś pojechała do Denver.
– Nie zamierzałam...
– Owszem, nie wypieraj się. Gdybym dziś rano odpłynął na
„Argosy”, ty wyruszyłabyś do Denver na poszukiwanie tajemniczego
Browninga.
Miał rację.
– Nadal uwaŜam, Ŝe powinnam tam jechać.
– Och, nie!
– Reeve...
– Nie, Cleo. Na razie poczekaj. Namówiłaś mnie na tę podróŜ.
Namówiłaś, Ŝebym zabrał cię na pokład.
Clea nie mogła się nie uśmiechnąć.
– Poprzestań na tych dokonaniach. Zostań tutaj albo wróć
samolotem do Los Angeles.
– Zostanę z Charliem – oświadczyła, aby uniknąć dalszych
dyskusji.
– Jeśli dowiem się czegoś w Denver, natychmiast zawiadomię cię
telefonicznie. Zgoda? – spytał, pragnąc wyraźnie potwierdzenia.
Reeve nie oczekiwał, Ŝe wyjazd do Denver przyniesie jakieś
uŜyteczne informacje, lecz Clea i Charlie nie musieli o tym wiedzieć.
Wbili sobie do głowy, Ŝe Browning rozwiąŜe wszystkie problemy jak za
dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki.
– Zgoda – odparła Clea i wstała z krzesła. – Dokończ jeść
ś
niadanie, a ja zarezerwuję bilet na samolot. Denver to popularny
ośrodek turystyczny, więc przypuszczam, Ŝe w rozkładzie jest kilka
lotów dziennie. MoŜe mają wolne miejsca na wieczór? Im szybciej, tym
lepiej, prawda?
– PrzecieŜ mogę zarezerwować telefonicznie.
– Reeve, bardzo proszę! Pozwól mi. Tylko tyle mogę dla ciebie
zrobić. A poza tym – dodała – znam hiszpański lepiej niŜ ty.
Uśmiechnęła się tak jak kiedyś, przed laty, a Reeve od razu poczuł
się swobodniej. Jednak zostali przyjaciółmi...
Wziął z talerza ciepły jeszcze rogalik i posmarował go dŜemem.
– W porządku. ZłoŜymy teŜ wizytę naszemu inwalidzie i
wyciągniemy z niego co się da na temat Browninga. Potrzebuję więcej
informacji, zanim rzucę się w wir tej...
– Tylko nie mów: awantury. – Clea wybuchnęła śmiechem.
– Wyprawy – dokończył Reeve ugodowo.
– Tak brzmi lepiej. – Clea zerknęła na zegarek. – Rezerwacja
trochę potrwa. Spotkamy się mniej więcej za godzinę w szpitalu, w sali
Charliego.
– Świetnie. Do zobaczenia.
Odprowadził wzrokiem wychodzącą Cleę, zadowolony, Ŝe tak
łatwo przyjęła jego warunki. Spodziewał się, Ŝe urządzi mu scenę, bo
zabronił jej jechać do Denver. A skoro do tego nie doszło, moŜe... MoŜe
nie zniosłaby dłuŜej jego, obecności, po tym, co wygadywał na temat
wspólnej nocy?
Reeve ugryzł rogalik. Clea zgodziła się potulnie na wszystkie
propozycje. Wydawało się nawet, Ŝe to ona była ich autorką. Odtworzył
w pamięci rozmowę przy śniadaniu. A jednak decyzję podjęli wspólnie,
zgodnie i z zadowoleniem.
Czy nie mieli innego rozwiązania? Reeve nie był juŜ niczego
pewien. Wiedział tylko, Ŝe wspomnienie minionej nocy zatrzyma w sercu
na zawsze.
Zamknął oczy i natychmiast poczuł zapach i smak gładkiej skóry
Clei. Westchnął. Bez względu na słowa Clei wspomnienia Ŝyły własnym
Ŝ
yciem.
Przełknął resztki rogalika. Stracił apetyt, tak jak przedtem Clea.
Rozejrzał się po patio. Panował tu poranny ruch i gwar. Dziwne, Ŝe
siedzieli pół godziny przy stoliku i rozmawiali, nie dostrzegając tego, co
się wokoło działo. Kiedy zjawiła się Clea, znikał świat wokół nich.
Liczyła się jedynie ona.
W szpitalu Reeve skierował się od razu do sali Charliego. W
pokoju wiele się zmieniło. Zniknął chłopak zajmujący jedno z łóŜek, a
staruszek na drugim łóŜku spał. Tylko kącik Charliego tętnił Ŝyciem. Jak
zwykle. Reeve oparł się o futrynę i obserwował z zainteresowaniem.
Pielęgniarka zakonna mierzyła choremu temperaturę, lecz nie
przychodziło jej to łatwo. Szczerze mówiąc, pacjent flirtował z nią.
Zakonnica była młoda i dość ładna, czego nie zdołał ukryć habit.
Odwróciła się i zobaczyła Reeve’a. Szybko zabrała termometr i
wymknęła się z sali. Reeve przysiągłby, Ŝe się zaczerwieniła.
– No cóŜ, Charlie, nawet zakonnicom nie przepuścisz? – spytał z
naganą w głosie.
Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Wszystkie kobiety lubią komplementy, więc chyba moŜna
pośmiać się trochę? – bronił się. – A przy tym czas szybciej mija.
Piekielnie się tu nudzę, Reeve.
Reeve ledwo powstrzymał pokusę przypomnienia Charliemu, Ŝe
znalazł się w szpitalu przez własną naiwność i głupotę.
– Zazdroszczę ci, Ŝe moŜesz się swobodnie poruszać. Reeve znów
nie odpowiedział, chociaŜ Charlie chyba czekał na kazanie
umoralniające.
– Ja teŜ chciałbym wyjść, wrócić do domu...
– Wcale nie wracam jeszcze do domu – odezwał się wreszcie
Reeve.
– Znalazłeś chętnych do wynajęcia jachtu na wycieczkę?
W głosie Charliego zabrzmiała nadzieja, jak gdyby wierzył, Ŝe
Reeve pomoŜe mu się wykaraskać z kłopotów.
– Charlie, domyślasz się pewnie, co zamierzam zrobić. Jadę do
Denver.
Charlie rozpromienił się.
Reeve nie pozwolił, aby ta radość trwała zbyt długo i aby
lekkomyślny przyjaciel poczuł się zwycięzcą w pechowej grze.
– Osobiście nadal uwaŜam, Ŝe powinieneś wylądować w
więzieniu.
– Reeve, nie mów tak – obruszył się Charlie z wyrazem
przeraŜenia na twarzy.
– Niestety, Charlie, taka jest prawda. Powinieneś trafić za kratki,
jeśli nie za twój ostatni wyczyn, to za poprzednie. Robię to dla...
– Clei – przerwał pacjent. – Wiem. Dla niej, nie dla mnie.
– Częściowo tak – przyznał Reeve. – Jeśli nie pojadę do Denver,
Clea sama tam pojedzie i wpakuje się w kłopoty.
– Wiem, myślałem o tym, ale nie widzę wyjścia z sytuacji.
– CóŜ, mam pewien pomysł. – Reeve zamilkł na dłuŜszą chwilę. –
Szczerze mówiąc, jadę do Denver, poniewaŜ zawdzięczam ci bardzo
waŜną rzecz.
Charlie uniósł brwi.
– Pamiętasz? Spotkałem cię akurat, kiedy nie miałem pieniędzy na
„Argosy”. O nic nie pytałeś. Wręczyłeś mi czek. I to ci jestem winien,
przyjacielu.
– Nie sztuka zdobyć pieniądze – oświadczył Charlie z powagą. – O
wiele trudniej zyskać przyjaciela. Przyznaj mi rację, bracie. Wiele razy
wyciągałeś mnie z kłopotów. Ty jedyny okazywałeś się uczciwy i
lojalny. Nic mi nie zawdzięczasz.
Reeve pominął komplement milczeniem.
– Jadę do Denver, niewaŜne z jakich pobudek.
– A ja jestem ci wdzięczny, bez względu na pobudki, które tobą
kierują.
– Dobra, dosyć. Głupie gadki-szmatki. Opowiedz lepiej o
Browningu. Co to za facet?
– Wykiwał mnie koncertowo.
– Charlie. – Reeve zaczynał się irytować. – Zdaję sobie z tego
sprawę. Proszę o podanie faktów, rozumiesz, jak go poznałeś, jaki tryb
Ŝ
ycia prowadzi... Muszę mieć te informacje, Ŝeby się z nim
skontaktować.
– W porządku. – Charlie ułoŜył się wygodniej na szpitalnym
łóŜku. – Browning ostro gra na giełdzie. Kupuje taniutkie akcje i czeka,
aŜ ich cena podskoczy. Kupił w Denver nowoczesny, duŜy dom, postarał
się o nową, młodą Ŝonę, naleŜy do miejscowej śmietanki towarzyskiej i
tak dalej.
Reeve słuchał nie komentując. A więc tu leŜał pies pogrzebany!
Ciekawy był dalszych szczegółów.
– Został kolekcjonerem dzieł sztuki – dodał Charlie.
Docierali do sedna sprawy.
– Kupował obrazy impresjonistów, bez ładu i składu, antyki,
sztukę prekolumbijską. I nefrytowe figurki. Ma opinię liczącego się
kolekcjonera nefrytów.
– A w jaki sposób usłyszał o tobie?
– To ja usłyszałem o nim. Wiesz, Reeve, obracam się w tych
sferach. Przyjaciele, plotki, prasa... Zawsze przedostają się jakieś
wiadomości. Kiedy w Santa Inez dostałem cynk o posąŜku, natychmiast
pomyślałem o Browningu. Wiedziałem, Ŝe on jeden moŜe być kupcem
nefrytowego jaguara. Interesował się takimi figurkami i miał pieniądze.
Zadzwoniłem więc, oczywiście pod fałszywym nazwiskiem.
– A dlaczego?
– Na wypadek, gdyby o mnie słyszał. Światek ludzi zamoŜnych
jest mały, Reeve. Wszyscy tam się znają.
– Oczywiście – przytaknął Reeve ironicznie. – Tak więc kupiłeś
ukradziony posąŜek i udałeś się na poszukiwanie Browninga?
– Właśnie. Dotarłem do niego bez trudu, lecz nie udało mi się go
namówić na osobiste spotkanie. Przysłał swoich przedstawicieli. Resztę
znasz.
Reeve skinął głową.
– Tak zwani przedstawiciele zabrali nefryt i zbili cię na kwaśne
jabłko.
– Tak oto bogaci stają się jeszcze bogatsi. A biedni biedniejsi. W
kaŜdym razie, kiedy zadzwoniłem potem do Browninga, stwierdził, Ŝe
jego ludzie nie zdołali się ze mną skontaktować. ZłoŜył wyrazy
głębokiego ubolewania z powodu wypadku, utraty nefrytu i moich
kłopotów. Niby wzór dobrych manier, a czułem, Ŝe kłamie jak z nut. On
ma tę figurkę, Reeve. Jestem przekonany. Gdybyśmy tylko udowodnili...
Reeve przestał słuchać i wyjrzał przez okno na podwórze. Pacjenci
przechadzali się po wybrukowanym dziedzińcu lub po ścieŜkach w
ogrodzie. Niektórzy jeździli na wózkach inwalidzkich.
Jeden męŜczyzna nie pasował do tej scenerii. Był jakiś
nienaturalny, spięty, czujny. Reeve pokręcił głową. Policja nie
spuszczała oka z Charliego.
– Napytałeś sobie biedy, Charlie – odezwał się wreszcie.
– Jak zwykle. – Charlie uśmiechnął się łobuzersko.
Reeve oderwał wzrok od okna i spojrzał na przyjaciela. Ubrany był
w starą szpitalną pidŜamę. Rozpięta góra odsłaniała opalony tors. Nawet
w bandaŜach, gipsie i z nogą na wyciągu wyglądał jak lord. I na tym
polegał jego problem. Wygląd go zdradzał.
– Pewne rzeczy muszą się zmienić – oznajmił, świadom, Ŝe
Charlie chłonie kaŜde słowo. – I nie jest to tylko moje zdanie. Ja
natychmiast zapominam o twoich wyczynach, ale Clei nie dają one
spokoju. Czas najwyŜszy, abyś zaczął myśleć o siostrze i zmienił się.
– DuŜo jej zawdzięczam.
– Cholernie duŜo! – Reeve wpadł w gniew. – Przychodziła ci z
pomocą na kaŜde zawołanie, nawet podczas słuŜby w marynarce. Chyba
nigdy nie wróciłbyś na czas z przepustki, gdyby Clea nie doprowadzała
cię do stanu uŜywalności po popijawie i nie odsyłała do koszar. Raz
nawet sama odwiozła cię do bazy. Pamiętasz?
– Pamiętam, jasne. Wypadała ci słuŜba w tamten weekend, więc
sam podskoczyłem do Los Angeles.
– I wpadłeś w tarapaty, co?
– Szczerze mówiąc, nie pamiętam tego epizodu. Cokolwiek się
wtedy stało, Clea mnie uratowała.
– Tak, tak, jesteś jej dłuŜnikiem.
– A tobie wciąŜ na niej zaleŜy.
Zabrzmiało to jak stwierdzenie, nie jak pytanie. Reeve zignorował
je.
– Jeśli tobie, jako bratu, zaleŜy na siostrze, daj jej odetchnąć.
Niech zajmie się własnym Ŝyciem i przestanie grać rolę mamusi.
– Nigdy nie zamierzałem jej wciągać w swoje kłopoty.
– Ale wciągałeś i nadal wciągasz, Charlie. Po co ją tu wzywałeś?
Piśniesz słówko, a ona juŜ leci przez pół świata! A do tego prosiłeś, Ŝeby
mnie znalazła. Postawiłeś ją w kłopotliwej sytuacji. I mnie równieŜ.
Twarz Charliego wyraŜała niekłamaną dezorientację.
– Sądziłem, Ŝe moŜe... miałem nadzieję, Ŝe...
– śe nas połączysz po latach? Nie wierzę, Ŝe jesteś taki naiwny,
chociaŜ... – Reeve znów wyjrzał przez okno. – Widać jesteś. Clea i ja
zostaliśmy przyjaciółmi. Przynajmniej tyle. I za to ci dziękuję.
Reeve obawiał się, Ŝe powiedział za duŜo.
– Niech tak pozostanie – dodał szybko. – Wasi rodzice nadal mnie
nie tolerują, zaś ani ty, ani Clea nie zrobiliście nic, aby to zmienić.
– Nie przesadzaj – zaprotestował Charlie. – Ja umiałem się
postawić – oświadczył z dumą.
– Szczeniacki bunt – ocenił surowo Reeve. Odpowiedziało mu
milczenie.
– Cała twoja niezaleŜność to bezmyślne awantury. Pusty bunt
zamiast sensownego działania. Ciąg głupich przygód. Obwiniasz
rodzinę, a potem prosisz, Ŝeby cię wyciągała z kłopotów. śyczę ci, Ŝebyś
zapomniał o rodzicach i postępował odpowiedzialnie. – Reeve przerwał,
wyrzucał sobie w duchu porywczość.
– Odpowiedzialnie? – powtórzył Charlie. – Czyli mam postępować
tak jak ty? Walić prosto z mostu, tak?
– Próbuję tak Ŝyć, ale teŜ często popełniam błędy. – Reeve
pomyślał o minionej nocy. – Nie jestem święty, ale się staram. A ty?
– Niczego nie obiecuję, Reeve. Nie chcę kłamać. Ale naprawdę
zastanowię się nad tym, co powiedziałeś.
– Dość uczciwe postawienie sprawy. Właściwie Reeve nie
zamierzał się w to mieszać. Nagle w drzwiach pojawiła się Clea.
Spojrzała na Reeve’a i przeniosła wzrok na brata. Wyglądała wspaniale.
– Dlaczego jesteście tacy powaŜni? Podeszła do łóŜka Charliego.
– Rozmawialiśmy o wyjeździe do Denver – wyjaśnił.
Clea pochyliła się i ucałowała go w nie obandaŜowany policzek.
– Bardzo się cieszę, Ŝe Reeve tam jedzie – stwierdziła, wciąŜ
unikając wzroku Holdena. – Zastanawiałam się nad tym nefrytowym
jaguarem. Wydaje ci się, Ŝe Browning trzyma tak cenne dzieło sztuki w
salonie, na widoku?
Charlie wzruszył ramionami i lekko skrzywił się z bólu.
– Znasz kolekcjonerów sztuki, Cleo. Lubią trzymać swoje zbiory
w domu. Niekoniecznie w salonie, ale gdzieś w domu. Pokusa
pokazywania ich gościom jest większa niŜ chęć bezpiecznego ukrycia
kolekcji.
– To się odnosi do legalnych posiadaczy dzieł sztuki, natomiast
jaguar został ukradziony...
– Wątpię, czy to jedyny przedmiot, jaki zdobył tą drogą – przerwał
jej Reeve. – Jego przyjaciołom to nie przeszkadza. NaleŜą przecieŜ
wszyscy do śmietanki towarzyskiej. Bogaci i superbogaci ludzie zbierają
cenne przedmioty róŜnymi sposobami.
Reeve nie mógł się powstrzymać od szyderczego tonu, jednak Clea
nie zwróciła chyba na to uwagi.
– Problem polega na tym – ciągnął – Ŝeby znaleźć ten konkretny
posąŜek. Nefrytowego jaguara. Potrafisz go opisać, Charlie?
– Ma mniej więcej dziesięć, dwanaście centymetrów wysokości –
Charlie usiłował to pokazać palcami zdrowej ręki.
– Mała rzecz, a tyle zamieszania – mruknął Reeve z przekąsem.
Clea puściła tę uwagę mimo uszu. Poszperała w torebce i wręczyła
Charliemu notes i ołówek.
– Zrób szkic dla Reeve’a.
– Trudno mi będzie, ale moŜe coś odczytasz z tego rysunku.
Mozolnie kreślił na papierze kształt figurki. Podał kartkę
Reeve’owi.
– To półczłowiek, półjaguar – wyjaśnił. – Oczy i nos podobne do
ludzkich, lecz dolna część twarzy ma kształt ryja o wydatnej górnej
wardze. Kąciki warg wykrzywione w dół, jak gdyby pogardliwie. Kły
budzą grozę. PosąŜek ma ludzki tors, szerokie bary, silne ramiona. Stopy
są zakończone pazurami.
Reeve podsunął szkic Clei. Oglądała go długo, z zaciekawieniem.
– Nie chciałabym spotkać tego stwora sama nocą w ciemnym lesie
– oświadczyła.
– Znasz się na historii sztuki, Cleo. Czy według ciebie to figurka
wykonana przez Olmeków? – spytał Charlie.
Potrząsnęła głową.
– Motyw jaguara występuje w sztuce wszystkich plemion Indian
meksykańskich. Na rynku dzieł sztuki spotyka się jednak częściej figurki
Majów. Browning spokojnie mógłby się zadowolić mniej cenną rzeźbą.
Charlie musiał uzupełnić opis.
– Nefryt ma zielony odcień i nacięcia wyglądające jak kontury.
Nie pamiętam dokładnie, ale przypomina to zarys Ŝółwia i ptaka z duŜym
dziobem.
– Fatalnie, Ŝe nie dostałeś fotografii. Zrobię co w mojej mocy –
przyrzekł Reeve, chowając rysunek do kieszeni. – Prawdę mówiąc, nie
liczę na sukces.
– Nie doceniasz swoich moŜliwości – odparł Charlie.
– Zobaczymy. Zarezerwowałaś bilet, Cleo? Uśmiechnęła się i
skinęła głową. I po raz pierwszy od godziny ośmieliła się spojrzeć
Reeve’owi prosto w oczy.
– PoŜegnam się juŜ, Charlie. – Reeve wyciągnął rękę. – Staraj się
unikać innych kłopotów.
Charlie wybuchnął śmiechem.
– Dopóki mnie tu trzymają, nie będzie to trudne. Powodzenia,
Reeve. Liczę na ciebie!
Uniósł kciuk. Reeve nie odpowiedział.
ROZDZIAŁ 7
Clea i Reeve wyszli z muzeum i natychmiast zmruŜyli oczy przed
oślepiającym blaskiem słońca. Niemal jednocześnie nałoŜyli ciemne
okulary i ze śmiechem zeszli po schodach na ulicę.
To Clea wpadła na pomysł wycieczki do muzeum. Chciała, Ŝeby
Reeve zapoznał się z kulturą Olmeków. Zdumiało ją bogactwo zbiorów
muzealnych. W wielkich salach ciągnęły się rzędy gablot z wytworami
rzemieślników i artystów epoki prekolumbijskiej. Panowała cisza i
półmrok. Jedynie eksponaty były oświetlone. Łagodne promienie
wydobywały z cienia wymyślne maski, potęŜne kamienne monolity,
skomplikowane wzory rzeźbione w nefrycie.
Clea przemierzyła cały budynek u boku Reeve’a, słuŜąc
wyjaśnieniami. Czuła się jak turystka zwiedzająca obcy kraj u boku
ukochanego męŜczyzny czy świeŜo poślubionego męŜa. Całkiem miłe
uczucie...
Na zewnątrz, w słońcu, magia prysła. Powrócili do rzeczywistości.
Mieli przed sobą karkołomne zadanie: odnaleźć nefrytową figurkę i
wyciągnąć Charliego.
Zaczęli rozmawiać o obejrzanych skarbach.
– Olemkowie, Aztekowie, Majowie, Toltekowie. – Reeve
Ŝ
artobliwie chwycił się za głowę. – Za duŜo tego dla mnie. Jedyne
muzeum w Santa Inez zebrało wszystko, co wymyśliły dawne plemiona.
– Rzeczywiście, wspaniały zbiór – zgodziła się Clea. – Dyrektor
zjeździł pewnie Meksyk wzdłuŜ i wszerz w poszukiwaniu eksponatów.
Właśnie skończyła się pora sjesty. Ulice znów tętniły Ŝyciem.
Otwarto sklepy, które natychmiast zaludniły się turystami kupującymi
pamiątki.
– Cieszę się, Ŝe spory podatek turystyczny, który płacą goście
odwiedzający Meksyk, władze przeznaczają na tak szlachetne cele jak
zbiory dzieł sztuki – stwierdził Reeve. Rozejrzał się wokół. – Ta ulica
jest chyba wyłączona z ruchu kołowego. Nie widać ani jednej taksówki.
– I tak miałam ochotę na spacer – odrzekła Clea. – MoŜe zrobię
parę zdjęć? Jeśli przez trzy dni nie dotykam aparatu fotograficznego,
zaczynam zdradzać objawy niedorozwoju umysłowego – zaŜartowała.
Rozmawiali dalej o sztuce Indian i niedorzecznym pomyśle
Charliego na wzbogacenie się.
– W tym musiał brać udział ktoś z muzeum – powiedział
zamyślony Reeve. – Budynek wygląda na dobrze zabezpieczony. Są
systemy alarmowe, wszędzie straŜnicy. ZałoŜę się, Ŝe znajomy
Charliego, który podawał się za właściciela posąŜka, pracował w
muzeum.
– Chyba nieźle sobie teraz Ŝyje w Acapulco za pieniądze ze
sprzedaŜy jaguara.
– Jestem pewien, Ŝe wyjechał z Santa Inez – zgodził się Reeve.
Potrząsnął głową. – Nie mogę wprost wyjść z podziwu dla tych złodziei.
To prawdziwi profesjonaliści i eksperci w dziedzinie sztuki. Spędziliśmy
w muzeum mnóstwo czasu, okazałaś mi anielską cierpliwość, a ja dalej
nie umiałbym odróŜnić rzeźby Olmeków od rzeźby Majów. Nie
wyobraŜam sobie, Ŝe Browning uwierzy w moją bajeczkę i uzna mnie za
eksperta.
Clea zerknęła na niego ukradkiem.
– Musimy zatem wymyślić coś bardziej prawdopodobnego.
Fatalnie się złoŜyło, Ŝe Charlie kupił kradziony posąŜek. A sprawę
pogarsza fakt, Ŝe to dzieło sztuki Olmeków.
Reeve wybuchnął śmiechem.
– Popatrz no, nasz Charlie to prawdziwy koneser! Za rogiem
skręcili w malowniczą, wąską uliczkę.
Clea wzięła aparat, który niosła przewieszony przez ramię, i zdjęła
osłonę z obiektywu.
O parę kroków od nich siedział jakiś staruszek na stołku pod
ś
cianą. Z obwisłych warg wystawał mu papieros. Popiół spadał na
marynarkę. U stóp staruszka przycupnął rudo-biały kot, który oparł
głowę na jego zakurzonym bucie.
– Świetny temat na zdjęcie – stwierdził Reeve.
– Tak.
Clea podeszła do staruszka.
– Czemu nie fotografujesz? – zdziwił się Reeve. – PrzecieŜ on nie
zwraca na nas uwagi.
– Ja zawsze pytam, czy mogę zrobić zdjęcie, chyba Ŝe coś dzieje
się bardzo szybko i nie ma na to czasu.
– Tym razem masz mnóstwo czasu – odparł Reeve wesoło.
Obserwował niespieszne poczynania Clei. Starannie wymawiała
hiszpańskie słowa, co chwila pomagając sobie gestami.
Staruszek sennie pokiwał głową. Clea cofnęła się o kilka kroków i
parokrotnie nacisnęła migawkę, błyskawicznie zmieniając ujęcia.
Szli dalej, gawędząc o Olmekach, a Clea poszukiwała wzrokiem
ciekawych obiektów do sfotografowania. Przystanęła przed
rozpadającym się domem. Na progu kurczak drapał pazurkami o
podłogę. Clea chciała zatrzymać w kadrze rzeczywistość, prozę Ŝycia.
Pocztówki z Santa Inez pokazywały tylko cukierkowe piękno miasta i to
ją denerwowało.
– Szkoda, Ŝe w muzeum nie wolno fotografować – odezwał się
Reeve.
– To prawda. Sztuka Olmeków jest fascynująca. Tworzyli dzieła
tak skomplikowane, wieloznaczne, a czasem abstrakcyjne, niemal jak
Picasso.
– A pomyśleć, Ŝe ich cywilizacja wyprzedza w czasie złoty wiek
kultury greckiej i Ŝe ich plemię wymarło bez śladu. Cleo, a moŜe
Olmekowie wcale nie istnieli? MoŜe zmyśliłaś sobie to wszystko? –
przekomarzał się Reeve.
Clea, pochylona z aparatem, podniosła wzrok na Holdena.
– AleŜ ja trzymam się faktów – obruszyła się. – Pewnego dnia
Olmekowie zniknęli. Ot, po prostu, tak jak wyłonili się kiedyś znienacka
z mroku dziejów. To smutne, prawda?
Reeve’a ogarnął smutek, lecz nie z powodu Olmeków. Pomyślał o
Clei i jej marzeniach. Przed laty pragnęła Ŝeglować po morzach z
aparatem w ręku, szukając przygód. Patrzył teraz na oŜywioną,
podekscytowaną kobietę i widział dziewczynę, którą kiedyś kochał,
gotową wyruszyć na podbój świata.
– Tak, smutne. Ale wiele po nich zostało. Na przykład
niesamowite rzeźby: bogowie i demony, półludzie, półzwierzęta, tak jak
jaguar Charliego.
– Masz jednak dobry gust.
– Zawsze o tym wiedziałem – zaŜartował.
Tak, miał dobry gust. Dlatego wybrał Cleę, od pierwszej chwili,
kiedy ją ujrzał. Czuł, Ŝe to niezwykła dziewczyna.
Otrząsnął się z tych myśli. I tak juŜ pewnie nie zobaczy Clei. Miał
szczęście, Ŝe spędził z nią tyle dni...
Znów się zatrzymała i podniosła aparat. Reeve odsunął się na bok i
nagle spostrzegł znajomą twarz. Nie był zaskoczony. Kilkanaście metrów
za nimi stał męŜczyzna, którego zauwaŜył z okna szpitala.
Reeve powoli pochylił się nad Cleą i objął ją ramieniem.
– Nie odwracaj się – polecił. – Chyba śledzi nas policjant.
Clea nie posłuchała rady. Ciekawość wzięła górę. Obejrzała się
natychmiast i napotkała wzrok szczupłego męŜczyzny w szarym
garniturze. Stało się. Nie mogli juŜ udawać, Ŝe się nie widzieli.
– Zachowaj zimną krew. Nie panikuj – zdąŜył szepnąć Reeve,
zanim nieznajomy podszedł do nich.
– Senorita Moore – odezwał się tonem sugerującym, Ŝe wolałby
uniknąć tego spotkania.
– Tak? – Clea z trudem opanowała drŜenie głosu.
– Jeśli moŜna, chciałbym zadać pani kilka pytań.
– Widzę, Ŝe zna pan moje nazwisko, senor, ale ja nie mam pojęcia,
kim pan jest.
Serce Clei waliło jak oszalałe, lecz głos brzmiał spokojnie. Czuła,
Ŝ
e jej dłonie pokryły się potem.
– Senor Jorge Alvarez. Policja Santa Inez.
– Policja? – Clea udała zdumienie. Miała nadzieję, Ŝe wyraz oczu
jej nie zdradzi.
– Bardzo proszę, przejdźmy do cienia.
Nie brzmiało to jak rozkaz, ale Alvarez był chyba pewien, Ŝe za
nim pójdą. Ruszył w stronę ławki stojącej pod rozłoŜystą palmą.
Clea i Reeve nie usiedli. Clea kurczowo trzymała Holdena za rękę.
Wydawał jej się wcieleniem opanowania. Chciała czerpać od niego siłę.
– A pana nazwisko, senor? – spytał Alvarez.
– Reeve Holden. Spodziewam się jednak, Ŝe juŜ pan wie, jak się
nazywam.
Alvarez nie odpowiedział. ZmruŜył tylko oczy.
– Jak się państwu podobała kolekcja rzeźb z nefrytu, którą
zwiedziliście w muzeum?
Clea juŜ chciała odpowiedzieć, lecz Reeve ścisnął jej dłoń
ostrzegawczo.
– Nie sądzę, aby szedł pan za nami jedynie po to, Ŝeby spytać o
wycieczkę do muzeum.
Clea jeszcze mocniej zacisnęła palce na ręce Reeve’a. Traciła
głowę. Istniała co prawda szansa, Ŝe policjant wspomniał o nefrytach
przypadkowo, ale... Poczuła skurcz strachu w Ŝołądku.
– Racja – zgodził się Alvarez.
– To dlaczego... – zaczęła Clea.
– Zaraz wyjaśnię państwu, skąd to całe zamieszanie. Obserwujemy
salę senor Charlesa Moore’a w szpitalu. Interesuje nas, kto go odwiedza.
Państwo są pierwszymi gośćmi.
– Oczywiście, Ŝe go odwiedziłam. PrzecieŜ to mój brat –
stwierdziła Clea z ulgą.
– Wiemy o tym, senorita, zastanawiamy się jednak, co pani wie.
Na przykład o sprawie wypadku, tu w Santa Inez, w wyniku którego
został powaŜnie ranny. Mówił pani o tym?
Clea zdała sobie nagle sprawę, Ŝe Alvarez zarzucił wędkę.
Zdecydowała się przejść do ataku.
– Oczywiście, Ŝe wiem, i jestem tym faktem zszokowana.
Nikczemny napad na mojego brata w hotelu „La Paloma Blanca” to
skandal. Wydaje mi się, Ŝe nie zrobiono nic, aby ukarać sprawców.
Z zadowoleniem spostrzegła, Ŝe wprawiła Alvareza w
zakłopotanie.
– Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie, ale... Clea zaatakowała
po raz drugi.
– Ale co? Mój brat został brutalnie pobity, a pan, zamiast szukać
napastników, śledzi mnie i pyta o wizytę w muzeum.
– Senorita, badamy okoliczności zdarzenia najlepiej, jak umiemy.
Popełniono przestępstwo i...
– O, niewątpliwie. I mój brat jest ofiarą.
– MoŜliwe, Ŝe nie tylko ofiarą, senorita. Mamy podstawy, by
sądzić, Ŝe pani brat jest zamieszany w kradzieŜ z muzeum cennej rzeźby
z nefrytu.
Clea musiała opanować nerwy i nie pozwolić się wciągnąć w
rozmowę o posąŜku.
– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. Mój brat nie jest
złodziejem, lecz ofiarą napadu – utrzymywała. – A pan niewątpliwie
zaniedbuje swoje obowiązki.
Alvarez znów zmruŜył oczy. Clea czuła, Ŝe chyba wpadła w
pułapkę. Nie wiedziała, co robić. Wtedy Reeve wkroczył do akcji.
– Rozumiem problemy związane z dochodzeniem, senor Alvarez,
ale senorita Moore niepokoi się o swojego brata. Jestem pewien, Ŝe
potrafi pan uszanować jej uczucia. A jeśli wysuwa pan wobec niej jakieś
oskarŜenia, powinien pan to zrobić nie na ulicy, lecz na posterunku.
Na myśl o pójściu na posterunek Ŝołądek Clei dał znać o sobie
bolesnym skurczem. Rzuciła Reeve’owi surowe spojrzenie. Zignorował
ją.
– Skoro nie ma pan formalnego nakazu zatrzymania nas – ciągnął
– wrócimy do spaceru po przepięknym mieście. Podziwianie widoków i
zwiedzanie ciekawych miejsc to nie przestępstwo, prawda, senor
Alvarez?
– Oczywiście. śyczymy państwu miłego pobytu w Santa Inez,
muszę jednak poprosić państwa o zeznanie, co wiecie na temat
skradzionego nefrytu.
– Nie wiem nic o Ŝadnym nefrycie – odparł Reeve. – Mimo to z
pewnością pozostaniemy w kontakcie.
To mówiąc, szarpnął Cleę za ramię. Odeszli szybkim krokiem.
– Adios, senor – zawołała Clea przez ramię. Minęli kilka przecznic
w milczeniu, nie oglądając się. Przez cały czas Clea wstrzymywała
oddech.
– Reeve, przeŜyłam coś strasznego. Naprawdę się bałam, Ŝe
wylądujemy na posterunku, wyobraź sobie tylko...
– Próbuję właśnie nic sobie nie wyobraŜać. – Reeve zdobył się na
uśmiech. – Myślę, Ŝe nie groziło nam aresztowanie. Wydaje się, Ŝe on nie
ma pewności co do związku Charliego z posąŜkiem. W takich
wypadkach najlepszą obroną jest atak. Wspaniale się zachowałaś, Cleo.
– Czy on wciąŜ idzie za nami?
– Tak, ale dyskretnie. Udawaj, Ŝe jesteś turystką. Przejdziemy się
wzdłuŜ nabrzeŜa do hotelu.
– Pewnie nie uda się nam go zgubić – zaŜartowała.
– Wiedzą, Ŝe mieszkasz w tym hotelu. Zaręczam ci. Nie warto
komplikować sytuacji. Przechadzka po portowych dokach moŜe mieć na
celu fotografowanie, na przykład dzieci bawiących się wśród statków. Co
ty na to?
Clea uśmiechnęła się.
– Świetna myśl. Powinnam cię wynająć jako konsultanta
artystycznego.
Doszła juŜ do siebie po emocjonującym spotkaniu, ale
perspektywa aresztowania budziła wciąŜ niepokój.
– Wiesz, Cleo, podoba mi się ten pomysł. Jestem bardzo
zainteresowany stanowiskiem konsultanta.
Clea wybuchnęła śmiechem.
– Poszukaj ciekawych ujęć, a ja zrobię pierwsze zdjęcie.
Przygotowała aparat. Reeve spojrzał tęsknie na swój zakotwiczony
jacht. Zegnał „Argosy” na parę dni.
– Traktujesz łódź jak własne dziecko, Reeve, ale nic się jej nie
stanie – zapewniła Clea. – Stoi tu bezpiecznie. Sowicie opłaciłeś
nadzorcę portu. Będzie jej pilnował.
– Rzeczywiście, martwię się – stwierdził Reeve. – Poczekaj,
sprawdzę tylko jedną linę.
Clea chwyciła go za ramię.
– Sprawdzałeś wszystkie liny po kilka razy. Czas płynie.
Spakowałeś się przed podróŜą? Boję się o naszą podróŜ na lotnisko.
– Co to znaczy: naszą? Sądziłem, Ŝe zostajesz tu, aby niańczyć
Charliego!
– Sama, w tym mieście, z senor Alvarezem? Nie ma mowy! –
roześmiała się. – A poza tym zawsze mi powtarzasz, Ŝe Charlie musi
wreszcie dorosnąć.
– No pewnie, ale...
– Rozmowa z Alvarezem nie wpłynęła na moją decyzję – wyznała.
– Zarezerwowałam bilet do Los Angeles dla siebie i do Denver dla
ciebie. Odlatujemy dziś wieczór o tej samej porze, więc chyba moŜemy
pojechać jedną taksówką, co?
– Oczywiście – zgodził się. – Masz bilety?
– Odebrałam je rano, kiedy poszedłeś odwiedzić Charliego. Jeśli
Alvarez pozwoli nam wyjechać...
– Nie martw się. Pewnie będzie zadowolony, Ŝe się nas pozbędzie.
A poza tym policja w Santa Inez nie dysponuje funduszem na podróŜe do
Stanów.
Ruszyli w stronę hotelu. Idąc obok Clei, Reeve usiłował przejrzeć
jej grę. Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, Ŝe nie zdradziła do końca
swoich planów.
– AleŜ pędził!
Clea nareszcie odetchnęła. Szaleńcza jazda taksówką na lotnisko
kosztowała ją trochę nerwów.
– Kierowca postawił sobie za punkt honoru dowiezienie nas na
czas – odparł Reeve, rozglądając się po hali odlotów. – I dopiął swego.
Jego samolot miał odlecieć punktualnie, zaś Clea musiała czekać
jeszcze czterdzieści minut na samolot do Los Angeles.
– Lepiej juŜ pójść na stanowisko – oświadczył.
– Reeve, proszę, zaczekaj.
A wiec o to chodziło. Wybrała samoloty startujące w niewielkim
odstępie czasu, aby spróbować w ostatniej chwili nakłonić Reeve’a do
wspólnego wyjazdu.
– Nie, Cleo. Masz bilet do Los Angeles i tam polecisz.
– MoŜe uda ci się zmienić rezerwację? – zaczęła.
– Nawet o tym nie myśl. Nie zamierzam cię wciągnąć w awanturę
wywołaną przez Charliego.
– To mój brat, Reeve.
– PrzecieŜ wszystko uzgodniliśmy. Zapomniałaś?
– Ale ty jedziesz do Denver, więc rozsądnie będzie, jeśli...
– Nigdy!
Przez megafon ogłoszono start samolotu Reeve’a. Nie zraŜona
Clea nie przerywała rozmowy.
– Wiesz, Ŝe pomogłabym ci w Denver.
– Niestety, nie wiem. Nie pozwalam ci lecieć ze mną. To zbyt
niebezpieczne i nierozwaŜne. Zastanów się!
– NierozwaŜne? Jak ty mnie oceniasz? Staram się trzymać uczucia
na wodzy. Rozumiem, Ŝe twój sprzeciw ma swoje źródło głównie w
wydarzeniach minionej nocy, kiedy...
– To nie ma nic do rzeczy – stwierdził pospiesznie. W oczach Clei
wyczytał niedowierzanie.
– Chcę z tobą jechać, Reeve. Gdyby nasza wspólna noc miała mi
uniemoŜliwić niesienie pomocy bratu, przez resztę Ŝycia czułabym się
winna.
– Nie uwaŜam tej nocy za pretekst do odsunięcia cię od tej sprawy.
Po prostu wyprawa do Denver jest cholernie niebezpieczna.
Właściwie sama obecność Clei stanowiła dla niego zagroŜenie.
Tak, obawiał się tego podświadomie.
– Jeśli to niebezpieczeństwo rzeczywiście istnieje, razem
potrafimy stawić mu czoło. Posłuchaj, Reeve – ciągnęła, nie
dopuszczając go do głosu. – Na jachcie świetnie nam się
współpracowało. Tak samo będzie w Denver. Wystarczy, Ŝe skupimy się
na poszukiwaniach, a zapomnimy o sobie.
Trudno było odeprzeć ten argument. Reeve’owi znudziła się
bezcelowa dyskusja. I tak nie zamierzał zmienić zdania.
– Co byś tam robiła? Stała na czatach? Pilnowała kaŜdego mojego
kroku? Nie potrzebuję takiej pomocy. Sam się sobą zaopiekuję.
Tak miało brzmieć ostatnie jego słowo. Odwrócił się na pięcie, ale
Clea chwyciła go za ramię.
– Reeve, Charlie i ja uwaŜamy, Ŝe tylko ty zdołasz załatwić tę
sprawę.
– No więc, na litość boską, puść mnie wreszcie.
– Ale...
– CzyŜbyś wątpiła? – spytał marszcząc brwi.
– Nigdy nie zwątpiłabym w ciebie, Reeve. Wątpię tylko, czy
znajdziesz wiarygodne wytłumaczenie swojej obecności w pobliŜu domu
Browninga. Co mu powiesz?
Reeve zaczynał się irytować i nie ukrywał tego.
– Coś wymyślę. Nie martw się.
– Wpadłam na pewien sposób, który mógłby nam bardzo pomóc –
kusiła Clea.
Reeve powoli tracił cierpliwość.
– Mój samolot startuje za pięć minut.
– Fotografia to nasza szansa. – Clea nie dawała za wygraną. –
Mam odpowiednie dokumenty, kontakty, referencje. Znam kręgi, w
których obraca się Browning, i wiem, jak do niego dotrzeć.
– A ja nie? Wzruszyła ramionami.
Reeve zrozumiał nagle, Ŝe pomysł Clei trafia w samo sedno. Byłby
wprost rewelacyjny, gdyby nie jedno „ale”. Zabierając Cleę do Denver,
naraŜał ją na wielkie niebezpieczeństwo. Musiał odmówić. A Clea nie
ustępowała.
– Wejdziemy do domu Browninga pod pretekstem robienia zdjęć
dla jakiegoś czasopisma. Potem dokładnie obejrzymy wszystkie
zakamarki. MoŜe sfotografujemy nawet posąŜek, jeśli go znajdziemy.
Reeve przestał słuchać. Musiał odrzucić ten świetny pomysł,
mając świadomość, Ŝe jest świetny.
– Wzywają mnie do samolotu.
– Reeve...
Wyjął z kieszeni bilet.
– Muszę iść. – Pochylił się i pocałował Cleę w policzek. – Zrobię,
co w mojej mocy. Przyrzekam.
Odwrócił się i odszedł. W sercu czuł pustkę.
Reeve rozsiadł się wygodnie na fotelu lotniczym. Z ulgą
spostrzegł, Ŝe sąsiednie miejsce jest wolne. Przynajmniej nie czekała go
nudna pogawędka z przypadkowym towarzyszem podróŜy.
JuŜ tęsknił za Cleą. Nie mógł się pogodzić z tym, Ŝe moŜe juŜ
nigdy jej nie zobaczy. Zamknął oczy, opadł na oparcie i starał się o niej
nie myśleć.
TuŜ przed włączeniem silników ktoś zajął fotel obok. Reeve
wyczuł obecność sąsiada, nie otwierając oczu. Z rozmysłem udawał, Ŝe
ś
pi.
– Przepraszam, czy mógłby pan trochę przesunąć łokieć?
Natychmiast podniósł wzrok. Clea!
– Niełatwo się mnie pozbyć – oświadczyła z łobuzerskim
uśmiechem.
– Do diabła, powinienem wiedzieć, Ŝe chowasz asa w rękawie.
Spodziewałem się tego, ale sądziłem, Ŝe poprzestaniesz na namawianiu
mnie do zmiany planów.
Clea spokojnie zapięła pas bezpieczeństwa.
– Potrzebujesz mnie, Reeve. A mój pomysł jest świetny.
– Słuchaj, samolot jeszcze nie wystartował. Wezwę zaraz
stewardesę, Ŝeby dokładnie sprawdziła twój bilet – zagroził.
– Wtedy urządzę okropną scenę – odrzekła nie zraŜona. – Wyrzucą
nas oboje z samolotu.
W tej chwili zamknęły się drzwi kabiny. Kapitan przez głośniki
powitał pasaŜerów na pokładzie.
– Za późno, Reeve – odezwała się Clea, zadowolona z siebie. –
Lecimy do Denver.
– Oto apartament pani – zaanonsował chłopiec hotelowy i
oficjalnym gestem zaprosił Reeve’a i Cleę do wnętrza.
– Podwójne łóŜko, łazienka i oczywiście salon.
– Chłopiec pokazał wszystkie pomieszczenia, utrzymane w
jasnych odcieniach zieleni i róŜu. Rozsunął zasłony. – Widok na miasto.
Clea skinęła głową i padła wyczerpana na łóŜko.
– Cudownie.
– Te drzwi prowadzą do apartamentu pana – wyjaśnił chłopiec.
– Dziękujemy – powiedział Reeve, wyjmując z portfela banknot –
ale jest bardzo późno. Chcielibyśmy odpocząć po podróŜy.
– Oczywiście. Państwo Ŝyczą sobie zostać sami. Chłopiec wziął
napiwek, po raz ostatni wygładził zasłony w salonie Clei i wyszedł.
– Brakowało mu tylko wąsika, który mógłby podkręcać, i
rozbieganych oczek. Komiczna postać – skomentowała.
– AleŜ miał rozbiegane oczka, nie zauwaŜyłaś? – rzekł Reeve,
otwierając drzwi łączące ich apartamenty. – Wyglądasz na kompletnie
wykończoną. Zamówić ci coś?
– Nie, dziękuję. W tym stanie nie mogę nawet myśleć o jedzeniu
czy piciu.
Reeve w milczeniu przypatrywał się twarzy Clei. Przeprowadziła z
humorem śmiałą akcję na lotnisku w Meksyku, lecz pod maską wesołości
kryło się przygnębienie i smutek. To przez Charliego i jego kłopoty Clea
Ŝ
yła od kilku dni w napięciu.
– Uda się nam – zapewnił ją. – Twój plan jest znakomity. Postaram
się, aby cię nie naraŜać na zbyt wielkie niebezpieczeństwo.
– MoŜe wiec od razu zadzwonię do paru osób i nadam bieg naszej
sprawie?
– Jutro – stwierdził stanowczo. – Nie ma pośpiechu. Musisz się
wyspać. Ja teŜ.
Clea juŜ zasnęła.
– Dobranoc – powiedział cicho, choć był pewien, Ŝe go nie słyszy.
Wszedł do swojego pokoju i oparł się o drzwi. Odruchowo sięgnął
do zamka i uśmiechnął się sam do siebie. CóŜ, do diabła, zamierzał
zamknąć na klucz? Wspomnienia o wspólnej nocy w Meksyku? Uczucia,
które go ogarnęły, gdy śpiąca Clea w samolocie połoŜyła mu głowę na
ramieniu, a on przytulił ją jak małą dziewczynkę? Obraz Clei leŜącej w
sąsiednim pokoju, tak delikatnej i bezbronnej, Ŝe aŜ chciało się ją objąć i
bronić przed światem?
Owładnęły nim dwa pragnienia. Po pierwsze: poŜądanie. Walczył
z nim od chwili, gdy Clea odwiedziła go na pokładzie „Argosy”. Zdołał
opanować to uczucie. Po drugie: potrzeba opiekowania się Cleą i
chronienia jej. To pragnienie było o wiele silniejsze i groźniejsze.
GdybyŜ mógł wziąć ją w objęcia i przekonać, Ŝe wszystko będzie
dobrze...
Tak zachowują się kochankowie, a oni uzgodnili przecieŜ, Ŝe ich
znajomość ograniczy się do przyjaźni. Od samego początku Clea
twierdziła, Ŝe łączy ich jedynie misja wyciągnięcia Charliego z kłopotów.
Reeve westchnął głęboko i ruszył pod prysznic. Zastanawiał się
wciąŜ, co go pcha w stronę ognia, skoro juŜ raz igrał z miłością i sparzył
się.
Clea czuła, Ŝe obejmuje ją opiekuńcze ramię Reeve’a. Wtuliła
głowę w jego pierś niczym w wygodną poduszkę. Co za rozkosz: leŜeć
obok kochanego, ciepłego ciała. Usłyszała swoje imię wypowiedziane
półgłosem i podniosła usta do pocałunku. Chwyciła dłoń Reeve’a i...
zamarła.
Dotknęła chłodnego prześcieradła. Otworzyła oczy i znów szybko
je zamknęła. LeŜała sama w łóŜku w hotelu „Brown Palace”. Pamiętała,
Ŝ
e w nocy wstała na chwilę, umyła zęby, przebrała się w nocną koszulę i
zasnęła prawie na dziesięć godzin. Zbudziła się śniąc o Reevie.
Powoli, mozolnie wracała do rzeczywistości. Porzuciła myśli o
Reevie. Była dziewiąta. Zaspała. Reeve jej nie obudził. A jeśli juŜ
poszedł do Browninga? Wpadła w popłoch. To całkiem podobne do
Reeve’a. Chciał wszystko brać na siebie i chronić ją.
Podbiegła do drzwi pokoju Holdena i głośno zapukała. Nikt nie
odpowiedział. Nacisnęła na klamkę i zajrzała do wnętrza. ŁóŜko puste,
pościel w nieładzie, w łazience ani Ŝywego ducha. Naprawdę poszedł!
Zaklęła pod nosem i ruszyła do swojej łazienki. Nie po to jechała
taki kawał drogi, aby teraz dać się wyłączyć ze sprawy.
Kończyła kąpiel, mając głowę pełną pomysłów na poszukiwanie
Reeve’a. Owinięta w ręcznik wróciła do sypialni i otworzyła walizkę.
Nagle rozległ się głos Holdena:
– Dzień dobry, Cleo.
Siedział na kanapie, popijając kawę. Na stoliku przed nim stała
karafka z sokiem pomarańczowym, dzbanek parującej kawy i talerz
słodkich rogalików.
– Zjesz ze mną śniadanie?
Zaskoczona Clea usiłowała ciaśniej owinąć ręcznik wokół
mokrego ciała.
– Sądziłem, Ŝe jeśli zjemy śniadanie w pokoju, zyskamy więcej
czasu na wprowadzenie w Ŝycie twojego planu – stwierdził spokojnym,
opanowanym tonem.
Usiadła na krześle i nalała sobie szklankę soku.
– A ja sądziłam, Ŝe wyszedłeś sam.
– Nie zrobiłbym tego.
Reeve z rozmysłem unikał jej wzroku, spostrzegł jednak, Ŝe gładka
skóra Clei pokryta jest kropelkami wody, potargane włosy tworzą wokół
głowy złotą aureolę, zaś kusy ręcznik nie zakrywa wszystkich jej
wdzięków. Nie przypominała wyniosłej, eleganckiej kobiety, która
wkroczyła na „Argosy” w Newport Harbor. Wyglądała młodo, niewinnie,
bezbronnie. Reeve poczuł ukłucie w sercu.
– Czeka nas dzisiaj duŜo pracy – oznajmił, tłumiąc wzruszenie. –
Musisz się ubrać.
– Oczywiście. – Clea poprawiła ręcznik, zdając sobie sprawę z
niezręczności sytuacji. – GdybyŜ ten wścibski chłopiec hotelowy
zobaczył mnie w takim stanie! – zaŜartowała i zerwała się na nogi. –
Zaraz wracam.
Weszła do łazienki, Ŝeby się przebrać. W duchu strofowała się za
dziwaczne zachowanie. Mimowolnie sprowokowała sytuację, której
wolałaby uniknąć. Bardzo się cieszyła, Ŝe Reeve nie zostawił jej samej w
hotelu. Spontanicznie zasiadła z nim do śniadania, nie bacząc, Ŝe ma na
sobie zaledwie mokry ręcznik.
CóŜ, Reeve takŜe nie był bez winy. Zjawił się bez uprzedzenia w
jej pokoju.
– Podkradłeś się jak wąŜ, Reeve – zawołała. – Następnym razem
zapukaj.
– Pukałem, ale brałaś prysznic.
– Pukaj głośniej – poradziła, wychodząc z łazienki. – To najlepsze
ubranie, jakie znalazłam w walizce – stwierdziła. – Strój odpowiedni na
ciepły klimat Meksyku, lecz nie w Denver.
Białą spódnicę z czarną bluzeczką miała juŜ raz na sobie.
– Nie przejmuj się – pocieszył ją Reeve. – Będą cię uwaŜać za
ekscentryczną artystkę z Kalifornii.
– Jeśli zostaniemy tu dłuŜej, kupię jakieś ubrania – postanowiła.
– Nie mówmy teraz o strojach. Do sukcesu daleko. Najpierw
musimy dostać się do domu Browninga. Dopracujmy szczegóły.
Rozejrzałem się trochę...
– JuŜ? Gdzie?
– Tu, w hotelu, dowiedziałem się paru rzeczy. Recepcjonista
ś
wietnie zna przeciwnika Charliego. Browningowie czasem urządzają
przyjęcia w hotelu i rezerwują tu pokoje dla gości. Browning jest osobą
bardzo popularną w Denver. Wokół niego skupia się Ŝycie całego miasta.
»
– Nikt więc nie uwierzy, Ŝe w domu trzyma kradzione dzieła
sztuki – odrzekła Clea.
– JeŜeli je w ogóle trzyma. Opieramy się na podejrzeniach
Charliego. Interesujący wydaje się fakt, Ŝe Browning ma doskonałe
stosunki z miejscową policją. Udziela dotacji, wspiera domy poprawcze,
przekazuje do dyspozycji policjantów swój górski pensjonat i tak dalej.
– Innymi słowy, nie powinniśmy liczyć na Ŝyczliwość policji,
kiedy wpadniemy w tarapaty. Nie uwierzą, Ŝe Browning popełnił
przestępstwo.
– Zgadza się, ale na razie musimy zgodnie z naszym planem
przeszukać dom Browninga i sprawdzić, czy ma figurkę. Jeśli ma, resztę
pozostawmy Charliemu.
Clea pomyślała, Ŝe przykuty do łóŜka Charlie nie dysponuje
wielkimi moŜliwościami działania. Widać zobowiązania Reeve’a wobec
jej brata nie wykraczały poza odkrycie miejsca przechowywania posąŜka.
– W porządku – oświadczyła. – Zadzwonię do „Trends”. Będą
zachwyceni, Ŝe proponuję własny temat, a kiedy Browning zechce nas
sprawdzić, redakcja wszystko potwierdzi.
– Jest jeszcze jeden problem – zatroskał się Reeve. – Sprzęt
fotograficzny. Powinniśmy chyba mieć statywy, reflektory i resztę
wyposaŜenia, tak jak w twoim studiu, prawda?
– Podczas pierwszej wizyty niekoniecznie. Do zdjęć roboczych
wystarczy mój aparat 35 mm. W razie potrzeby sprzęt moŜna wynająć.
Po kolei, Reeve. Najpierw spróbujmy dostać się do domu Browninga.
Nakręciła numer „Trends” w Los Angeles. Reeve dopijał kawę.
Role się odwróciły. Teraz Clea grała pierwsze skrzypce.
ROZDZIAŁ 8
Clea i Reeve czekali w obszernym holu rezydencji Browninga,
połoŜonej w ekskluzywnej dzielnicy Hilltop. Podziwiali wspaniały
ośmiokątny sufit, wiszący dwanaście metrów nad nimi.
– Niezłe, co? – zauwaŜył Reeve. – Hol ma wymiary niezłego
suchego doku. Mógłbym tu trzymać „Argosy” i jeszcze kilka jachtów.
– Cicho, bo ona usłyszy – zganiła go Clea szeptem. – Lokaj
powiedział, Ŝe zaraz zejdzie.
– Tak, ale Ŝeby pokonać te marmurowe schody, trzeba dziesięciu
minut – zaŜartował.
Na górnym podeście pojawiła się pani domu. Wysoka, szczupła
kobieta poruszała się wolno, z gracją modelki.
Clea zrobiła krok naprzód, aby poznać Adrienne, której słynny
promienny uśmiech zdobił kiedyś okładki pism ilustrowanych, a potem
zagościł w popularnym teleturnieju.
– Pani Moore z magazynu „Trends”? – spytała Adrienne cienkim,
pełnym wahania głosem.
– Tak, jestem Clea Moore.
A więc tyle zostało z dawnej cudownej Adrienne... Teraz
pokazywała się światu w nowym wcieleniu: jako Ŝona Carla Browninga.
Ten styl Ŝycia wyraźnie jej odpowiadał. Miała juŜ swoje lata, ale uśmiech
pozostał ten sam, a brylantowy naszyjnik dodawał mu blasku. Clea
odpowiedziała uśmiechem i wyciągnęła rękę. Udawała, Ŝe nie rozpoznała
Adrienne.
– To mój asystent...
– Jake Halstead – dokończył Reeve. – Miło mi panią poznać, pani
Browning.
Clea zerknęła na niego zdumiona, a on zgromił ją wzrokiem
mówiącym, Ŝe miał powody do podania fałszywego nazwiska.
Adrienne nie zwróciła uwagi na ich ukradkowe spojrzenia.
– Bardzo się cieszę z państwa przybycia – odezwała się głosem,
który wyjaśniał, dlaczego w telewizji nie pozwalano jej odzywać się
przed kamerą. Była tam tylko niemą prezenterką. – „Trends” to cudowne
czasopismo. Znam mnóstwo ludzi, których domy przedstawiali państwo
na swoich łamach.
– Państwa dom na pewno świetnie wypadnie na zdjęciach. Czy
teraz moglibyśmy zrobić parę roboczych zdjęć? – spytała Clea, bojąc się,
aby nie urazić dumy pani Browning.
– Oczywiście. Spodziewałam się państwa i wygospodarowałam
wolne całe przedpołudnie.
– To bardzo uprzejmie z pani strony – odparła Clea. – Prosimy
zatem o oprowadzenie nas po domu, abyśmy zyskali ogólne pojecie o
przedmiocie. Jake zanotuje, co nam będzie potrzebne do wykonania
właściwych zdjęć.
Reeve usiłował nie rzucać się w oczy, bezskutecznie. Musiał
wyjąć notes i posłusznie kiwnąć głową.
– Jest tylko jeden problem – stwierdziła Adrienne. Clea stłumiła
jęk, wyobraŜając sobie przeszkody nie do przezwycięŜenia. – Dziś
wieczorem wydajemy przyjęcie i w domu panuje zamieszanie. Wszędzie
kręci się słuŜba i dostawcy Ŝywności.
– Przyjęcie! – zawołała podekscytowana Clea. Natychmiast
napotkała karcący wzrok Reeve’a.
Zdawała się w nim czytać: „Trochę delikatniej! Nie domagaj się
zaproszenia!”
– To Ŝaden problem – podjęła słodko. – Rzucimy tylko okiem na
wnętrza.
– Proszę bardzo – zgodziła się Adrienne. – Zaczniemy tutaj nasz
obchód?
Wskazała rozległy salon, przylegający do holu.
– Wspaniale.
Clea, z aparatem zawieszonym na szyi, pospieszyła za panią
Browning.
Głównym obiektem w pokoju był olbrzymi kamienny kominek.
Nad nim widniał obraz, chyba pędzla Turnera. A jeśli rzeczywiście
Turnera, to musiał drogo kosztować właściciela. Browning traktował
swoje hobby bardzo powaŜnie i zbierał nie tylko sztukę prekolumbijską.
Na umeblowanie składały się angielskie antyki, zupełnie nie w guście
Clei. Browning nie szczędził jednak pieniędzy na to, co mu się podobało.
– To idealne wnętrze na przyjęcia. WyobraŜam sobie, jak
wspaniale bawią się tu zaproszeni goście – zauwaŜyła.
– To prawda – przyznała Adrienne. – W całym domu panuje taka
atmosfera. Teraz pokaŜę państwu drugi salon. Ma mniej oficjalny
charakter i tam zwykle przechodzą goście.
Poprowadziła ich długim, szerokim korytarzem, u wylotu którego
znajdował się wielki pokój. Podłogę pokrywały puszyste wschodnie
kobierce. Po trzech drewnianych, solidnych stopniach Reeve podszedł do
zabytkowego stołu bilardowego. Wpatrywał się weń zafascynowany.
Adrienne otworzyła przeszklone drzwi prowadzące do
wyłoŜonego kamiennymi płytami patio. Pośrodku umieszczony był basen
w kształcie nerki. Z miedzianych Ŝab siedzących na stylizowanych
liściach lilii tryskała woda. Taras widokowy ograniczał patio od jednej
strony, domek kąpielowy od drugiej, zaś za basenem rozpościerał się
trawnik i rozległy ogród kwiatowy.
– Jak tu pięknie! – Clea wyraziła szczery zachwyt, moŜe tylko
troszeczkę przesadny.
– Kiedy jest ciepło, spędzamy jak najwięcej czasu na świeŜym
powietrzu – wyjaśniła Adrienne.
– Zastanawiam się – zaczęła Clea, udając, Ŝe dopiero w tej chwili
wpadła na taki pomysł – czy moglibyśmy poświęcić część reportaŜu w
„Trends” przyjęciu, które państwo dziś wydają?
– CóŜ, nie myślałam o tym – przyznała Adrienne.
– Wie pani, zatytułujemy to na przykład: „Jak bawią się
mieszkańcy Denver. Niezwykły wieczór w rezydencji Browningów”.
– Interesujące, ale nie wiem, co mój mąŜ na to powie – odrzekła
Adrienne z wahaniem.
Clea pominęła drugą cześć zdania.
– Naprawdę interesujące. Zapowiada się reportaŜ inny niŜ te
opisujące domy pani przyjaciół.
To był celny strzał. Reeve postanowił kuć Ŝelazo, póki gorące.
Poparł Cleę.
– Przygotujemy niecodzienny materiał. Adrienne posłała im jeden
ze swoich słynnych pięknych uśmiechów.
– Tak, przyjęcie niewątpliwie będzie udane.
– Jestem tego pewna – zgodziła się Clea, ignorując uśmieszek
Reeve’a.
– Mam świetnego ogrodnika – pochwaliła się Adrienne. –
Wynajęłam teŜ kwartet smyczkowy.
– Cudownie. Jake i ja przyszlibyśmy trochę wcześniej, przed
gośćmi, aby sfotografować ostatnie przygotowania. Czytelnicy
uwielbiają o tym czytać – dodała Clea konspiracyjnym szeptem.
– O, na pewno – przytaknęła Adrienne. Zwycięska Clea
uśmiechnęła się ukradkiem do Reeve’a. Podczas przyjęcia mogli
dokładnie przeszukać dom.
– PokaŜę państwu, jak przebiegają przygotowania. Adrienne
ruszyła w stronę kuchni. W przestronnym wnętrzu panował ruch i gwar.
SłuŜba czekała na dostawcę Ŝywności. Ogrodnik znosił z furgonetki
rośliny do dekoracji domu. Powstało zamieszanie i Adrienne wezwano
do uzgodnienia jakiejś sprawy. Reeve skorzystał z okazji, aby zamienić z
Cleą parę słów na osobności.
– Jak sobie radzisz, Jake? – spytała półgłosem.
– Sam nie wiem. Rola posłusznego asystenta mi nie odpowiada.
Ty za to potrafisz się płaszczyć przed bogaczami.
Clea tylko się uśmiechnęła.
– Nie wiem, czy dam radę znosić to jeszcze dłuŜej. Kiedy wreszcie
zobaczymy jego kolekcję? – powiedział.
Wzruszyła ramionami, nie spuszczając wzroku z Adrienne,
rozmawiającą z gadatliwym ogrodnikiem.
– Nie zauwaŜyłem niczego, co by przypominało nefrytowy
posąŜek – ciągnął Reeve.
– Dotychczas widzieliśmy same nabyte legalnie przedmioty –
zgodziła się Clea. – Przypuszczam, Ŝe figurka jest gdzieś na górze,
ukryta przed wścibskimi gośćmi.
– Dostaniemy się tam?
– Tylko poczekaj.
Kiedy Adrienne wreszcie do nich dołączyła, Clea schowała
ambicję do kieszeni.
– WyobraŜam sobie, jaką odpowiedzialność pociąga za sobą
wydawanie takiego przyjęcia. Organizacja musi być dopięta na ostatni
guzik.
Adrienne znakomicie panowała nad sobą. Jedynie leciutki
rumieniec satysfakcji pojawił się na jej policzkach.
– Staram się jak najlepiej wywiązywać z obowiązków pani domu.
– To bardzo ciekawe zagadnienie – podchwyciła Clea, jak gdyby
przyszedł jej do głowy nowy pomysł. – Zanotuj, Jake. Moglibyśmy
pokazać, jak pani Browning przygotowuje się do przyjęcia. Układa listę
gości, wysyła zaproszenia...
– Tutaj lista gości została ustalona wcześniej. Przyjęcie ma na celu
zebranie funduszy na organizację wielkiego koncertu w miejskiej sali
widowiskowej.
– Rozumiem, ale na pewno wniosła pani swój cenny wkład.
– Oczywiście.
– Ma pani chyba własny gabinet?
– Na górze.
– Doskonale. Czy nie sprawi to pani kłopotu, jeśli obejrzymy
miejsce, w którym pani pracuje? – spytała Clea obłudnie.
Adrienne chętnie przychyliła się do tej prośby. Clea nabrała
większej pewności siebie i wiary w sukces przedsięwzięcia.
Po szerokich schodach wspięli się na piętro. Sypialnia pani i pana
domu okazała się olbrzymim pokojem pełnym antyków, wschodnich
kobierców i miękkich draperii w kolorze kości słoniowej. Pośrodku stało
łoŜe z baldachimem.
Dwie oddzielne łazienki urządzone były z wyszukaną elegancją:
marmurowa wanna wpuszczana w podłogę, przeszklony prysznic, sufit
otwierający widok na niebo.
Clea odruchowo podniosła aparat i zrobiła kilka zdjęć gabinetu
Carla Browninga. O ile zdołała się zorientować, nie było tam ani śladu
dzieł sztuki prekolumbijskiej.
Kątem oka spostrzegła, Ŝe Reeve daje jej znaki. On równieŜ
niczego nie znalazł.
Przeszli do pomieszczenia, które Adrienne określiła jako swój
sekretariat. Clea usiłowała wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu,
fotografując staromodne biureczko i pastelową symfonię zasłon:
brzoskwiniowych, seledynowych, kremowych.
– To cudownie wyjdzie na zdjęciach – zapewniła. – Sfotografuję
panią przy pracy, moŜe z pani asystentką?
Celnie strzeliła.
– Rzeczywiście mam kogoś do pomocy – przyznała Adrienne.
Clea wdała się w pogawędkę o architekcie, który projektował
wnętrza rezydencji, podczas gdy Reeve zniknął gdzieś za drzwiami.
Zaniepokoiła się, chociaŜ wiedziała przecieŜ, Ŝe na pewno Holden nie
bawi się z nią w kotka i myszkę. Z ulgą przyjęła jego powrót.
Adrienne dalej snuła opowieść o kartotece przyjęć, którą załoŜyła.
Zapisywała tam menu kaŜdej imprezy, jej cel, nazwiska gości, a nawet to,
w co się ubrała danego dnia.
Pozostało jeszcze wiele do zobaczenia. Minęli zamknięte drzwi.
Reeve kiwnął znacząco głową.
– Czy to jest jakiś sekretny pokój? – spytała Clea swobodnym
tonem, ukazując zęby w Ŝartobliwym uśmiechu.
Adrienne uśmiechnęła się nerwowo.
– Niezupełnie sekretny, lecz nie udostępniamy go na co dzień. Mój
mąŜ kolekcjonuje dzieła sztuki i tutaj trzyma najcenniejsze przedmioty.
Nie pokazuję ich nikomu, jeśli męŜa nie ma w domu.
– Ach, tak – zainteresowała się Clea. – Czy kolekcjonuje takŜe
sztukę Indian amerykańskich?
– Prawie wyłącznie – odparła Adrienne. – To dzieła sztuki
prekolumbijskiej, z Meksyku i Ameryki Południowej. A właściwie od
kogo usłyszała pani o zbiorach?
Clea wyczuła w jej głosie podejrzenie.
– Hmm, nie pamiętam. – Zmarszczyła czoło. – MoŜe od Bitsy
Shruggs z Atlanty albo od Naomi Fox z Beverly Hills? Jake, jak sądzisz?
– spytała, wymieniwszy nazwiska najbogatszych i najbardziej znanych
kobiet z kręgu swoich znajomych.
Adrienne natychmiast się uspokoiła.
– Nie znam Bitsy, ale Carl i Naomi Fox to nasi bliscy przyjaciele.
– Chyba kaŜdy w kraju słyszał o Carlu i Adrienne Browningach –
stwierdziła Clea z lekką przesadą, lecz absolutnym przekonaniem. –
Chciałabym zrobić zdjęcia słynnej kolekcji.
– Nie jestem pewna, czy Carl wyrazi zgodę. Muszę go zapytać.
MąŜ boi się pokazywać kolekcję. Agencja ubezpieczeniowa postawiła
twarde warunki. Rozumieją państwo.
Adrienne skierowała się do głównego holu. Nie mieli wyboru.
Pospieszyli za nią.
– Oczywiście – wtrącił się Reeve.
Za tą uprzejmością mogło się kryć tylko jedno: Reeve coś knuł.
Bez względu jednak na jego plany, na razie kolekcja Browningów
pozostawała dla nich niedostępna.
W holu na dole uzgadniali szczegóły fotografowania przyjęcia z
podekscytowaną Adrienne. Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich
Carl Browning. Zamilkli.
Był to niewysoki męŜczyzna po pięćdziesiątce. Nieco potargane
włosy zachowały kruczoczarny kolor, lecz zaczynał łysieć. Szczupła,
spręŜysta sylwetka ujmowała mu dziesięć lat. Opalenizna nie pochodziła
raczej z Kolorado.
W jego obecności Adrienne zmieszała się i zdenerwowała. Clea
rozumiała ją doskonale. Jeszcze nigdy nie widziała równie zimnych,
niebieskich oczu, zapowiadający wyniosły sposób bycia.
– Carl, kochanie – odezwała się Adrienne głosem pozbawionym
Ŝ
ywszych uczuć. – To Clea Moore z czasopisma „Trends” i jej asystent.
Chcą zrobić reportaŜ o naszym domu.
Browning uścisnął ich ręce, nie wykazując Ŝadnego
zainteresowania.
– Myślę, Ŝe zna pan mojego ojca, Charlesa Moore’a z Los Angeles
– zagadnęła Clea.
– Owszem, poznaliśmy się – odrzekł Browning.
– Zdaje się, Ŝe w Saratodze.
ChociaŜ bez entuzjazmu, dobrze, Ŝe w ogóle odpowiedział Clei.
Postanowiła kuć Ŝelazo, póki gorące.
– Dom państwa prezentuje się wspaniale. Jestem pewna, Ŝe
właśnie o nim napiszemy nasz najlepszy artykuł, a kiedy dojdą zdjęcia z
przyjęcia...
– Zamierzacie fotografować podczas przyjęcia?
– Browning spojrzał surowo na Ŝonę.
– Sądziłam, Ŝe... moŜe.
– Z pewnością nie, moja droga. To niedobry pomysł. Browning
uŜył łagodnych słów, ale sens był jasny.
Nie pozwolił na sfotografowanie przyjęcia.
– AleŜ ja juŜ zaprosiłam pannę Moore i pana Halsteada.
– Oczywiście, musisz dopilnować, aby ich nazwiska znalazły się
na liście zaproszonych gości. Z radością powitamy u nas córkę Chucka
Moore’a i jej asystenta, ale powtarzam: Ŝadnych zdjęć. Chcę, aby moi
przyjaciele dobrze się bawili. Niektórzy mogliby nie wyrazić zgody na
fotografowanie.
– AleŜ, Carl, to przyjęcie ma cel dobroczynny, nie jest tylko
prywatną imprezą.
– Moja droga, zdajesz chyba sobie sprawę, Ŝe wielu gości zasiada
w miejskiej komisji kultury.
– Tak, kochanie – stwierdziła Adrienne ulegle.
– Bylibyśmy zaszczyceni, publikując relację z przyjęcia. – Reeve
spróbował wtrącić swoje trzy grosze.
– Nie, nie chcę, aby zakłócano spokój osób zaproszonych. Nikt się
dobrze nie bawi, kiedy aparat fotograficzny śledzi kaŜdy jego krok.
Natomiast państwa serdecznie zapraszamy.
Clea skinęła głową w podzięce. Nie była w stanie wydusić z siebie
ani słowa. Jej plan, cała misterna konstrukcja, legła w gruzach.
Reeve przyszedł jej w sukurs.
– Myśleliśmy, Ŝe opiszemy równieŜ przygotowania do przyjęcia i
w takim razie po prostu skupimy się tylko na tym wątku. PokaŜemy
panią Browning przy biurku, w rozmowie z dostawcami Ŝywności,
układającą listę gości wspólnie z przedstawicielami fundacji
dobroczynnej i tak dalej, a potem opisalibyśmy porządkowanie domu po
przyjęciu.
Clea odzyskała mowę.
– Moglibyśmy towarzyszyć pani Browning przy ostatnich
przygotowaniach.
Adrienne zerknęła na męŜa z nadzieją. Skinął głową.
– To ciekawa propozycja. Ale Ŝadnych zdjęć na przyjęciu.
Rozumiemy się?
– Oczywiście – oświadczyła Clea. – Przyjdziemy jako zwykli
goście i będziemy się dobrze bawili.
Wsiedli do wynajętego samochodu. Reeve spojrzał na Cleę z
komicznym wyrazem twarzy.
– Nie chciałbym występować więcej w tej roli.
– W roli mojego asystenta? – spytała, błyskając białymi zębami w
uśmiechu.
– Mniejsza o nazwę. Twój udawany entuzjazm wzbudził we mnie
niesmak.
– Rzeczywiście, to nie leŜy w moim stylu, ale Adrienne dała się
złapać na haczyk, prawda?
– O Browningu tego nie moŜna powiedzieć. Widziałaś jego oczy,
zimne jak lód?
– I uśmiech rekina – dodała Clea. Na samo wspomnienie przeszedł
ją dreszcz.
– Widzisz? Miałem rację. Włączanie ciebie w tę sprawę grozi
niebezpieczeństwem. Pozwól, Ŝe od tej chwili ja się wszystkim zajmę.
Reeve wyczuł w Browningu bezwzględność i nieustępliwość. Bał
się o Cleę.
– Zrezygnować z przyjęcia? Nigdy! Tego się spodziewał.
– Z początku myślałam, Ŝe nici z naszych planów. Nie pozwolił
sfotografować przyjęcia, ale to jeszcze lepiej. – Clea zachichotała z
radości. – Wieczorem pójdziemy tam, wmieszamy się w tłum gości,
znajdziemy figurkę i...
Reeve zatrzymał samochód przed skrzyŜowaniem i zgromił ją
wzrokiem.
– I co wtedy?
– Nic.
– Znam cię, Cleo. Sądzisz, Ŝe powinniśmy zabrać nefryt, ale od
początku byłem temu przeciwny. Poza tym Browningowie wynajmą
ochroniarzy. Działają teŜ systemy alarmowe.
– Co?
– Cleo, przez całe Ŝycie obracasz się w tych kręgach i nie
orientujesz się w takich sprawach? Twój ojciec nie załoŜył w domu
alarmów?
– Nie.
– CóŜ, to niezwykłe jak na człowieka tak wpływowego. Chyba Ŝe
nie ma nic do ukrycia.
Clea obrzuciła Reeve’a badawczym spojrzeniem.
– Oprócz róŜnych wad. Reeve uśmiechnął się.
– W kaŜdym razie rezydencja Browningów jest dobrze
zabezpieczona.
– Wystarczy zatem, Ŝe znajdziemy wyłącznik systemu
alarmowego, a potem...
– Nie, Cleo. śadnych brawurowych wyczynów. Ani teraz, ani
później.
Clea spojrzała mu prosto w oczy.
– Wiesz równie dobrze jak ja, Ŝe to jedyny sposób. Sam coś
knujesz. Dlaczego wystąpiłeś pod fałszywym nazwiskiem?
– Po pierwsze, zabranie posąŜka do Meksyku to wcale nie jedyny
sposób załatwienia sprawy. Po drugie, podałem fałszywe nazwisko
zupełnie instynktownie. Rozumiesz, instynkt ulicznika. Jeśli Browning
zechce sprawdzić, kim jesteś, wyjdziesz obronną ręką, a jeśli sprawdzi
mnie, okaŜe się, Ŝe Ŝyję z wynajmu jachtu. Nabierze podejrzeń, a tego
nam nie potrzeba. Gdyby nie konieczność, zostawiłbym cię w hotelu i
sam poszedł na przyjęcie.
– Nic byś nie wskórał beze mnie.
Nie musiał odpowiadać. To było oczywiste.
– Jest pewien problem – stwierdziła Clea.
– Cieszę się, Ŝe zauwaŜasz przynajmniej jeden.
– Nie mam się w co ubrać.
– Cleo, bądź powaŜna!
– Chodzi o powaŜną sprawę.
– Trudno nazwać ubranie powaŜnym problemem.
– Skoro obowiązują stroje wieczorowe...
– Smoking? – Skrzywił się Reeve.
– MoŜna go bez trudu wypoŜyczyć – uspokoiła Clea, rozbawiona.
Ś
mieszył ją przestraszony wyraz twarzy Reeve’a.
– Naprawdę? – Teraz on Ŝartował. – A juŜ miałem nadzieję, Ŝe
natychmiast kupię sobie smoking za kilkaset dolarów.
– Śmiej się dalej, ja jednak będę musiała coś kupić. Coś
wystrzałowego.
– Szukasz pretekstu? Pokazała mu język.
– Podrzuć mnie do najbliŜszego domu towarowego. Za parę
godzin spotkamy się w hotelu.
Reeve zahamował na światłach. Zdziwiony spostrzegł, Ŝe Clea
otwiera drzwi samochodu.
– Poczekaj. Skręcę za rogiem i zawiozę cię do głównego wejścia.
– NiewaŜne – odparła wysiadając. – Nie jestem gwiazdą filmową.
Przesłała mu całusa na poŜegnanie.
Zapaliło się zielone światło. Reeve musiał jechać dalej sam, do
hotelu. Wydawało mu się, Ŝe Clea wszystko traktuje lekko,
niefrasobliwie, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy z groŜącego im
niebezpieczeństwa. Browning mógł nie posłać za nimi swoich ludzi, ale,
jeśli Charlie się nie mylił, stosował raczej brutalniejsze metody.
Reeve zaparkował przed hotelem, ale siedział jeszcze przez chwilę
w samochodzie. Usiłował uporządkować myśli. Sytuacja wymykała się
spod kontroli, a tego nie lubił. Zwykle wiedział dokładnie, w jakim
kierunku zmierza i co chce osiągnąć. Zetknął się z Cleą po raz drugi w
Ŝ
yciu i po raz drugi tracił panowanie nad sobą, nad wydarzeniami.
Przeczuwał, Ŝe wieczorem czeka ich wyprawa do jaskini lwa.
Po drodze do domu towarowego Clea trafiła na mały butik,
przypominający prawdziwy paryski sklepik. Jej wzrok przyciągnęła
suknia na wystawie. Nie całkiem pasowała do jej stylu, lecz wieczorna
okazja wymagała czegoś specjalnego. Postanowiła wejść i przymierzyć
sukienkę.
– Bardzo elegancka, prawda? – spytała sprzedawczyni na widok
Clei wychodzącej z przymierzalni.
Szkarłatna sukienka miała dopasowany stanik, bufiaste rękawy i
rozkloszowaną spódniczkę. Podkreślała zgrabną sylwetkę Clei.
– O, tak i w bardzo francuskim stylu – dodała, mówiąc z silnym
francuskim akcentem. – Trochę zwariowana.
Clea nie mogła się nie zgodzić ze zdaniem ekspedientki.
Prostokątne wycięcie przy szyi odsłaniało odwaŜnie gładką skórę,
podczas gdy reszta ciała była przyzwoicie zakryta.
– Francuska moda ma coś w sobie – przytaknęła Clea
zaintrygowana dwuznaczną wymową szkarłatnej kreacji.
Seksowna, wręcz wyzywająca sukienka budziła zarazem
skojarzenia z romantycznym, tajemniczym charakterem osoby, która ją
nosiła. Fascynujące połączenie! Wieczór u Browninga oznaczał
zaproszenie do sensacyjnej przygody. Szkarłatna, szokująca suknia
idealnie nadawała się na tę okazję.
– Biorę ją – zdecydowała, nie patrząc nawet na cenę, z pewnością
równie szokującą jak sukienka.
– Coś jeszcze, mademoiselle?
– Oczywiście. Potrzebuję nowych butów. Mam nadzieję, Ŝe coś tu
znajdę.
Znalazła czarne pantofle zapinane w kostce na paseczki. Kupiła
teŜ parę pończoch z czystego jedwabiu.
Sprzedawczyni przyniosła z zaplecza czarną jedwabną koszulkę
nocną, ozdobioną koronką.
– A moŜe to? Na później?
Clea potrząsnęła głową. Nie potrafiła się jednak oprzeć chęci
dotknięcia koszulki, miękkiej i błyszczącej jak promień księŜyca.
– Cudowna, ale nie powinnam...
– JakŜe smutne jest Ŝycie, kiedy robimy tylko to, co powinniśmy. –
Kobieta uśmiechnęła się czarująco. – Pozwoli pani, Ŝe pokaŜę nasz
najlepszy towar.
– No cóŜ...
Clea z kaŜdą chwilą miękła.
– Tak jak myślałam! W pani Ŝyciu jest ktoś szczególny.
MęŜczyzna!
– Och, nie...
– Proszę nie zaprzeczać. Trudno ukryć romans przed Francuzką.
Po półtorej godziny Clea wyszła z butiku, niosąc suknię, buty,
pończochy, koszulkę nocną oraz całą górę koronkowych majteczek i
biustonoszy. Dziwiła się sama sobie, jak mogła kupić tyle ubrań.
Na rogu zatrzymała taksówkę. Czuła się jak panna młoda w
przeddzień ślubu, ogołacająca sklepy z wykwintnej bielizny. I po co to?
Znała jednak odpowiedź. Jeśli nie zdołała oszukać sprzedawczyni,
nie umiała kłamać przed samą sobą. W jej Ŝyciu był pewien męŜczyzna.
Reeve stał przed lustrem w pokoju hotelowym. Starannie zawiązał
wypoŜyczoną muszkę i cofnął się, aby sprawdzić efekt.
Wzruszył ramionami. Lepiej być nie mogło. I tak miał szczęście,
Ŝ
e znalazł smoking, który na niego pasował. Uśmiechnął się ponuro.
Kiedyś przed laty nie poszło mu tak łatwo.
OŜyły wspomnienia.
Charlie i Clea nalegali, aby przyszedł na oficjalne przyjęcie w
rezydencji Moore’ów. Charlie zaciągnął przyjaciela do wypoŜyczalni
strojów wizytowych. Smoking źle leŜał i Reeve przez cały wieczór czuł
się nieswojo, zwłaszcza Ŝe był bacznie obserwowany przez Charlesa
Moore’a, seniora.
Otrząsnął się z myśli o przeszłości i spojrzał na zegarek.
– Czas rozpocząć przedstawienie – powiedział do siebie cicho i
zapukał do pokoju Clei.
Otworzył drzwi i zamarł z wraŜenia.
– Reeve – usłyszał. – Wyglądasz niezwykle elegancko.
Usiłował się uśmiechnąć.
– Robisz aluzję do ostatniego razu, kiedy podziwiałaś mnie w
smokingu?
Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Widok Clei
zapierał dech.
– Tak, chciałam zaŜartować.
Złote włosy Clei opadały na ramiona. Czerwona suknia odsłaniała
smukłą szyję, kształtne ramiona, podkreślała krągłość piersi. Zgrabne
nogi prezentowały się niemal w całej okazałości.
Jeszcze nigdy nie widział Clei tak kuszącej i wytwornej
jednocześnie. Mierzył ją wzrokiem od stóp do głów, nie mogąc się
nasycić.
– Wyglądasz pięknie – szepnął.
ZauwaŜył, Ŝe Clea była lekko zakłopotana. Odwróciła się.
– Ach, to stary fason – odparła skromnie. – Kupiłam ją na
wyprzedaŜy.
Nagle przyjęła pozę modelki (często przecieŜ fotografowała) i
wyzywająco potrząsnęła włosami.
Reeve po prostu zamarł. Zachowanie Clei nie wynikało jednak z
próŜności.
– O BoŜe! – powiedziała zdenerwowana.
– Co się stało?
– Zaczepiłam chyba włosami o zapięcie sukni. Suwak się zaciął –
wyjaśniła.
Uniosła rękę i próbowała wyplątać kosmyk włosów z zamka
błyskawicznego na plecach. Zachwycony Reeve poŜerał ją wzrokiem.
Pod materiałem napiętym na piersiach rysowały się wyraźnie
twarde brodawki. MęŜczyzna zaczerpnął głęboko tchu.
– Pozwól, pomogę ci zapiąć – zaproponował – bo wyrwiesz sobie
włosy.
– Och, dziękuję. Sama nie dam rady. Bardzo niewygodne zapięcie.
Reeve stanął za plecami Clei szczęśliwy, Ŝe znalazł się tak blisko.
Czuł ciepło bijące od jej ciała i zapach perfum. Zmysłowa woń zdawała
się tworzyć obłok, który spowijał i odurzał ich oboje.
Pochyliła głowę do przodu i podniosła włosy, aby Reeve miał
dostęp do suwaka. Gładką, delikatną skórę szyi dzieliło od ust Reeve’a
zaledwie parę centymetrów.
– Reeve, jesteś tam?
– Tak, tylko się zastanawiam, jak to zrobić – skłamał.
– Wiem, to głupio zabrzmi, ale staraj się nie zepsuć suwaka. Nie
chciałabym się zjawić u Browningów zapięta na agrafkę.
– To wina zamka – zaŜartował. – Zawsze moŜemy kupić na
wyprzedaŜy inną suknię.
– Reeve!
– W porządku. Będę uwaŜał.
OstroŜnie, milimetr po milimetrze, rozsuwał zamek. Ze wszystkich
sił starał się skupić na sukni, nie na kobiecym ciele, które kryła.
Powstrzymał niecierpliwe palce. Walczył z pokusą dotknięcia cudownej
skóry.
– Jak ci idzie?
– Świetnie – mruknął pochylony nad zamkiem. Czuł wzbierające
w nim poŜądanie. Pragnął objąć ją mocno, przygarnąć, pieścić piersi.
Zamknął oczy i wyobraŜał sobie, Ŝe całuje kark Clei, ramiona, usta...
Clea czuła Ŝar męskiego ciała i gorący oddech Reeve’a. ZadrŜała.
Bliskość Holdena była dla niej torturą. Serce waliło jak młotem. Skóra
płonęła.
Pewnie spostrzegł, co się z nią dzieje, bo musnął nagi kark,
doprowadzając ją do szaleństwa. Jeszcze chwila, a odwróciłaby się i
podała usta do pocałunku.
Nie doszło do tego.
– Gotowe – oznajmił i cofnął się o krok. – Uratowałem i włosy, i
sukienkę.
W pokoju zapadła cisza. Słychać było tylko ich przyspieszone
oddechy. Stali nieruchomo. Wreszcie Clea poprawiła włosy.
– Dziękuję. Kolejny problem pokonany – stwierdziła.
Miała zarumienioną twarz i błyszczące oczy. Szybko podeszła do
lustra. Musiała odzyskać panowanie nad sobą, a zarazem ukryć przed
Reeve’em gwałtowną reakcję na bliskość jego ciała.
– Jestem pewien, Ŝe nie ostatni – oświadczył Holden.
Zdezorientowana Clea nie wiedziała, co znaczą te słowa.
– Podczas naszej wizyty u Browningów moŜe się pojawić wiele
problemów.
Rozczarowała ją taka odpowiedź.
– Tak, wiem – zgodziła się oschłym tonem.
– Pamiętaj, najwaŜniejsze to nie stracić zimnej krwi. Działać
rozsądnie, planowo.
– Nie zamierzam wzbudzać podejrzeń, skoro ty robisz to
doskonale – odparła, odwracając wzrok. – Będziemy udawać, Ŝe się
dobrze bawimy, a jednocześnie szukać figurki. Szukać, ale nie dotykać –
dodała przypominając jego wcześniejsze polecenie.
– Dokładnie tak, Cleo. To dotyczy nas obojga. Szukać, nie
dotykać.
Reeve ruszył do drzwi.
– Chodźmy. Czas przystąpić do akcji...
ROZDZIAŁ 9
– Moglibyśmy wynająć limuzynę – zaproponowała Clea, kiedy
zjeŜdŜali oszkloną windą na parter hotelu.
– Nie ma mowy – stwierdził Reeve stanowczo. Niechętnie odnosił
się do podobnych ekstrawagancji.
– Kiedy to naprawdę sensowny pomysł.
– Wynajęliśmy przecieŜ samochód – przypomniał.
– W porządku. Skoro chcesz czekać w kolejce na wolne miejsce
do parkowania...
Znaleźli się w holu.
– A skąd ci to przyszło do głowy, Ŝe będziemy czekać w kolejce?
– Byłam na setkach takich przyjęć, Reeve. W ostatniej chwili
przybywają tłumy. Tak jest modnie. Oczywiście nikt zawczasu nie
pomyśli o większej liczbie porządkowych przed parkingiem. – Spojrzała
na zegarek. – JuŜ jesteśmy spóźnieni. Zachowanie zgodne z modą.
Trzeba wynająć limuzynę i juŜ.
Reeve nie chciał ustąpić.
– Co byś powiedziała na taksówkę? Zawarli zatem kompromis.
Korek uliczny zaczynał się o dwie przecznice od rezydencji
Browningów. Surowym wzrokiem Reeve nakazał Clei powstrzymanie się
od wszelkich komentarzy typu: „A nie mówiłam”. Poprosił kierowcę,
Ŝ
eby się zatrzymał.
– Przespacerujemy się – wyjaśnił i pomógł wysiąść Clei. – Miałaś
rację.
– CóŜ, nabrałam doświadczenia dzięki mojej pracy – odrzekła, nie
chełpiąc się tym zbytnio.
– I pochodzeniu – uzupełnił.
Spłoszona Clea zerknęła na niego ukradkiem. Reeve nie zamierzał
jednak jej zranić. Zresztą wcale się nie mylił. Dorastała wśród przyjęć i
bali.
Kiedy zbliŜyli się do podjazdu przed domem Browninga, przyjęcie
rozkręcało się dopiero. Podali swoje nazwiska straŜnikowi przy wejściu.
– Pamiętasz, co powiedziałem? – szepnął Reeve.
– Budynek jest pilnie strzeŜony.
– Tylko dzisiaj – odparła spokojnie. Zdumiony, potrząsnął głową.
– Upór nie daleko cię zaprowadzi.
– Tylko nie podejmuj pochopnych decyzji – ostrzegła, kiedy
wchodzili po schodach.
Wmieszali się w tłum gości. W wielkim holu na parterze
zgromadziło się kilkaset osób: sławnych, bogatych i prawie bogatych.
Clea wiedziała od Adrienne, w których pomieszczeniach zabawa
zaczyna się na dobre, i zaprowadziła tam Reeve’a. W salonie panował
gwar, czasem przerywany wybuchem śmiechu. Od strony basenu
dobiegała muzyka.
Znaleźli gospodarzy i wymienili zwyczajowe uprzejmości. Potem
stanęli w drzwiach do patio i miło gawędzili. Clea słusznie radziła, aby
najpierw zaznaczyli swoją obecność w centrum przyjęcia. Potem mogli
wrócić do holu i czekać na sposobność, by dotrzeć na piętro. Nefrytowy
posąŜek znajdował się na górze, lecz mieli przed sobą noc na znalezienie
go.
Reeve poszedł do baru, gdzie podawano drinki. Kiedy wracał ze
szklanką w dłoni, nagle poczuł się bardzo samotny. Clea rozmawiała z
parą starszych ludzi na drugim końcu sali. Widocznie rozpoznała
znajomych wśród gości. Nie zdziwiło go to. To było jej środowisko.
Czuła się w nim jak w domu, w przeciwieństwie do niego.
Wyglądała pięknie i ponętne. W pokoju pełnym kobiet ubranych w
kreacje z najsłynniejszych domów mody Clea wydawała się kimś
niezwykłym, nad wyraz oryginalnym. Zaciekawione spojrzenia innych
męŜczyzn wzbudziły w Holdenie zazdrość. Coraz trudniej przychodziło
mu pogodzenie się z faktem, Ŝe Clea nie naleŜy do niego i nie będzie
naleŜeć.
Tego wieczora nikt jednak o tym nie wiedział. Reeve mógł udawać
narzeczonego Clei. Nigdy nie fantazjował, więc ten jeden raz czuł się
usprawiedliwiony.
Clea zbliŜyła się powoli, wzięła szklankę z jego dłoni i
uśmiechnęła się. Pragnął pochylić się i pocałować ją, aby pokazać
męŜczyznom dookoła, Ŝe stanowią szczęśliwą parę. Powstrzymał się
jednak.
– Hej – odezwała się wesoło, jak gdyby czytała w jego myślach. –
Co się dzieje?
– Na razie spokojnie. Kim są twoi przyjaciele? – spytał z nutą
zazdrości w głosie.
– Właściwie to przyjaciele moich rodziców. Mieszkają w Los
Angeles.
– No tak – stwierdził nieco ironicznie.
– Chcą, Ŝebym fotografowała przyjęcie z okazji osiemnastych
urodzin ich córki – wyjaśniła Clea z uśmiechem na twarzy.
– Nie jesteś tym specjalnie zachwycona.
– Miła dziewczyna, a ja fotografowałam juŜ setki takich przyjęć,
więc zrobiłabym to z zamkniętymi oczami...
– Ale co?
Uśmiechnęła się.
– Nudzą mnie takie zlecenia. Wolałabym wykorzystać ten czas na
coś innego, nowego.
– Na przykład? Clea była tajemnicza.
– Nie wiem dokładnie. MoŜe zajmę się tym, o czym marzyłam
przed laty, jeszcze jako dziecko. Ale teraz nie czas na rozwaŜanie mojej
przyszłości. Mamy pilniejsze zadanie.
– Niewątpliwie. Sądzisz, Ŝe pora na nasz ruch?
Rozejrzeli się po salonie. Większość gości uprzyjemniała sobie
czas rozmową lub jedzeniem wyszukanych potraw roznoszonych przez
wynajętych kelnerów.
– Chwila równie dobra jak kaŜda – odrzekła.
– Pamiętaj, jeśli ktoś nas spyta, odpowiemy, Ŝe szukamy
ciekawych ujęć przed sesją fotograficzną.
W holu kłębił się tłum spóźnialskich. Wiele osób stało na
schodach, aby uniknąć tłoku. Tym łatwiej Cleo i Reeve przemknęli się na
piętro.
Długim korytarzem, wyłoŜonym puszystym dywanem, skierowali
się do pokoju z kolekcją Browninga.
Reeve nacisnął klamkę. Drzwi nie stawiały oporu. Spojrzał w
lewo, w prawo i nie zauwaŜył nikogo. Wkroczyli do wnętrza.
– Nie ma straŜnika – skomentowała Clea.
– To znaczy, Ŝe prawdopodobnie zainstalowano system alarmowy.
– Naprawdę?
– Cleo, przecieŜ przypuszczalnie facet trzyma tu najcenniejsze
przedmioty.
Pokój na pierwszy rzut oka wyglądał zwyczajnie: wygodne meble,
szerokie półki, łagodne oświetlenie. Ale pozory myliły.
Na półkach stały rzędy kamiennych posąŜków pokrytych pismem
hieroglificznym Majów. Terakotowe figurki przedstawiały postacie
ludzkie i zwierzęce, fantastyczne i realistyczne. Niewielkie nefrytowe
figurki umieszczone w szklanych gablotach stanowiły perłę kolekcji. W
przyćmionym świetle połyskiwały zielonkawo, czasem turkusowo. Reeve
zrobił krok naprzód.
– Przygotuj się. Jeśli przypadkiem uruchomimy alarm, uciekamy.
Clea odetchnęła głęboko. Reeve postąpił krok dalej. Z parteru
dobiegały stłumione odgłosy przyjęcia.
– ZałoŜę się, Ŝe Browning zamierza pochwalić się dzisiaj swoimi
skarbami – szepnęła Clea, wyciągając rękę.
Reeve powtórzył ostrzeŜenie.
– Nie zapomnij o alarmie.
Cofnęła rękę. Nie odrywała jednak wzroku od gablotek.
– Wspaniałe dzieła sztuki. Ile bym dała, aby mieć przy sobie aparat
fotograficzny...
– Tak. Najlepiej taki maleńki, szpiegowski. – Przerwał. – Ktoś
idzie.
Na schodach rozległy się głosy. Clea rozejrzała się błyskawicznie.
– Do garderoby!
– Jedyne wyjście – zgodził się Reeve. Rozsunął drzwi garderoby
jedną ręką, a drugą chwycił Cleę za ramię i wepchnął do niewielkiego
pomieszczenia, słuŜącego jako podręczny magazyn. Dla dwojga
dorosłych ludzi było tu dość ciasno. Większość przestrzeni zapełniały
półki pełne pudełek o starannie naklejonych etykietach.
Clea i Reeve instynktownie przywarli do siebie. Słyszeli bicie
swoich serc.
Do pokoju wszedł Browning z jakimś męŜczyzną.
– Kiedy sprzedasz mi coś ze swojej kolekcji, Carl? Mam wraŜenie,
Ŝ
e robisz się zachłanny.
– Wiesz, Ŝe to nie jest na sprzedaŜ, Al. Ale mam nowy posąŜek,
który cię zainteresuje. Pozwól, Ŝe wyłączę alarm.
Clea powstrzymała oddech. Reeve mówił prawdę. Istniała tu
instalacja alarmowa. Dobrze, Ŝe zdąŜyła cofnąć rękę sprzed gablotki.
PoniewaŜ nie widziała, co się dzieje w pokoju, zamieniła się w
słuch. Skrzypnięcie, pauza, brzęk.
Nieznajomy Al gwizdnął z podziwu.
– Piękny nefryt. Jeśli się nie mylę, ta figurka została wykonana
przez Olmeków – stwierdził pewny siebie głos.
Clea nie miała wątpliwości, co ogląda Al. To był jaguar Charliego.
– Trafiłeś idealnie – odparł Carl Browning. – Na coś takiego nie
warto skąpić forsy. A zdobycie tego nefrytu wymagało pewnych
poświęceń.
Clea zamarła. Z pewnością chodziło o poświęcenie jej brata.
Reeve przycisnął ją mocniej, jak gdyby pragnął podkreślić wagę sytuacji.
W jego ramionach Clea poczuła się bezpieczna.
Zamiast skupić się na groŜącym im niebezpieczeństwie, myślała o
Reevie. WyobraŜała sobie, Ŝe są razem, blisko, przytuleni, ale w innych
okolicznościach... Zamknęła oczy i zmusiła się, aby znów wytęŜyć słuch.
– To okaz muzealny – oznajmił Browning – lecz jak zwykle
polegam na twojej dyskrecji. To będzie nasza mała tajemnica.
MęŜczyzna zwany Alem zaśmiał się cicho.
– Mieliśmy w przeszłości niejedną taką tajemnicę, co?
Oczywiście, zachowam dyskrecję, jeśli ty nie zdradzisz nikomu, Ŝe
rzeźba z brązu w moim ogrodzie to nie staroŜytny posąg, a świetna
kopia.
– śaden problem. My, kolekcjonerzy dzieł sztuki, powinniśmy się
nawzajem popierać i osłaniać.
Rozległ się śmiech, a potem dźwięk włączanego alarmu. Trzasnęły
zamykane drzwi. Clea podniosła wzrok na Reeve’a.
– Chyba poszli – szepnęła cicho.
Reeve nie odpowiedział od razu. WciąŜ stał jak skamieniały.
– Wytrzymaj jeszcze parę minut – poradził. – Upewnimy się, Ŝe
nie wrócą.
Skinęła głową. Ich usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
Zastanawiała się, czy Reeve ją pocałuje. Jemu równieŜ przyszła do głowy
taka myśl. Bliskość Clei sprawiała ból. Czuł kaŜdy skrawek jej ciała, a
zarazem nie mógł sobie pozwolić na pieszczoty.
A przecieŜ po przyjęciu mieli znaleźć się w hotelu, w osobnych
pokojach. JakŜe zdoła wytrzymać rozstanie, po tym, co przeŜyli w
garderobie Browninga, po chwilach tak cudownej, szaleńczej
intymności?
Ostatkiem woli Reeve odetchnął głęboko i rozsunął drewniane
drzwi. Wyjrzał.
– Droga wolna – stwierdził. Wyśliznęli się z garderoby.
– Jaguar jest tutaj, Reeve.
Clea badawczo przyglądała się gablotkom.
– Nie, Cleo. Nie chcę go nawet oglądać.
– Moglibyśmy zabrać posąŜek – nalegała. – Wiesz, gdzie
zainstalowano wyłącznik alarmu?
– Nie. Przez szparę w drzwiach widziałem fragment pokoju, ale
Browning zasłonił mi widok, kiedy wyłączał urządzenie. Zresztą
niewaŜne. Niczego nie zabierzemy. Wyjdźmy stąd natychmiast.
Chwycił Cleę za ramię. Wyrwała się.
– Nie moŜemy wyjść teraz, kiedy dotarliśmy tak blisko celu.
– Owszem, moŜemy.
Chwycił ją jeszcze mocniej i nie wypuścił, dopóki nie wyszli na
korytarz.
W tej samej chwili usłyszeli głosy ludzi idących po schodach.
– Cholera – zaklął Reeve pod nosem. – Idzie druga tura.
Podbiegli do najbliŜszych drzwi. Na szczęście nie były zamknięte
na klucz. Reeve wciągnął Cleę do środka. Nie stawiała oporu. Ufała, Ŝe
Holden wie, co robi. CóŜ by się zdarzyło, gdyby ulegli niemądrej pokusie
wykradzenia posąŜka?
Stali nieruchomo w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Obok
przeszedł Browning ze swoim gościem, kobietą. Trzasnęły drzwi pokoju
z kolekcją.
Reeve i Clea pospiesznie wymknęli się na korytarz i schodami
wrócili do holu na parterze.
Clea wzięła kieliszek szampana z tacy niesionej przez kelnera.
Wypiła duszkiem musujący trunek. Podniosła wzrok na Reeve’a.
– Dzięki, Ŝe nas uratowałeś. Byliśmy o krok od katastrofy. Idziemy
juŜ stąd?
– Jak to? Bez poŜegnania z gospodarzami? – spytał kpiąco.
– Nie zauwaŜą.
– Musimy wezwać taksówkę.
Reeve rozluźnił się trochę po emocjonujących przeŜyciach.
Cieszył się, Ŝe Clea zrezygnowała z wariackiego pomysłu kradzieŜy
figurki.
– Złapiemy taksówkę na ulicy.
– MoŜemy przejść spory kawał, zanim nam się uda. – Reeve
uśmiechnął się szeroko.
– Mnie to nie przeszkadza.
Na zewnątrz, mimo nocnego chłodu, Cleę ogarnęła radość. Strach i
znudzenie przyjęciem zniknęły nagle, ustępując miejsca nowemu
uczuciu.
OŜywiła się. Na jej policzki wystąpiły rumieńce, krew szybciej
krąŜyła, skóra zaróŜowiła się. Udało się! Ustalili miejsce
przechowywania posąŜka! Nadeszła pora na następny krok.
Na najbliŜszej ulicy bezskutecznie szukali taksówki.
– MoŜe w tym mieście trzeba je wzywać telefonicznie? – spytał
Reeve ironicznie.
Clea była zdecydowana przebyć pieszo drogę do hotelu. Ruszyła
beztrosko przed siebie.
– Co za fantastyczna noc! – zawołała zachwycona. – I nikt wokoło
nie wie, co planujemy!
Reeve pominął jej okrzyki milczeniem.
– Wystarczy przyjść do Browningów jutro, znaleźć wyłącznik
alarmu i...
Reeve nie wytrzymał. Spojrzał na nią z gniewnym wyrazem
twarzy.
– Nie, Cleo. Co za duŜo, to niezdrowo. Zdołałem wydostać cię
bezpiecznie z rezydencji Browninga, a teraz odeślę cię z tego miasta.
Jutro wsadzę cię do samolotu do Los Angeles, a sam wrócę do Meksyku
i zdam relację Charliemu. śadnych przygód, Ŝadnego nadstawiania
karku. To juŜ mnie nie bawi.
Clea nie miała zamiaru się poddać.
– Jesteśmy tak blisko. Dosłownie na wyciągnięcie ręki od posąŜka.
Jeszcze dzień, dwa i...
Reeve chwycił ją za ramiona.
– Nie, Cleo. WyjeŜdŜamy. Oboje. Gra skończona.
Chciał przywołać ją do rozsądku, przypomnieć, Ŝe są parą
amatorów stawiających czoło gangowi zawodowców, których metod nie
znali. Wypadki zaszły za daleko.
Oczy Clei pałały gniewem.
– Naprawdę tego chcesz? Ot tak, po prostu, wyjechać?
W jej głosie brzmiała rozpacz. Reeve zdawał sobie sprawę, Ŝe Clea
nie mówi o Charliem i figurce. Mówiła o nich samych.
– Odpowiedz mi, Reeve! Odpowiedz! Czy rzeczywiście wszystko
skończone?
Spojrzeli sobie prosto w oczy, szczerze, niczego nie ukrywając.
Reeve nie potrafił dłuŜej tłumić uczuć.
– Do diabła, nie! Oto, czego chcę!
W nagłym przypływie namiętności przyciągnął Cleę do siebie i
zamknął jej usta pocałunkiem. Ogarnięta nagłym poŜądaniem przywarła
do niego całym ciałem. Wciągnął ich miłosny wir, z którego nie było
ucieczki.
Reeve cudem powstrzymał się, aby nie pobiec z Cleą w pobliskie
krzewy i nie kochać się tam na trawie do ostatniego tchu.
Jej wargi smakowały jak najcudowniejszy napój. Języki zetknęły
się. Oddechy pomieszały.
Umilkły odgłosy ulicznego ruchu. Wydawało się, jak gdyby
zniknął świat zewnętrzny. Istnieli tylko oni i namiętność.
Nagle tuŜ przy nich zatrzymał się samochód. Reeve otrzeźwiał i
otrząsnął z marzeń. Objął Cleę i zaczęli iść w stronę następnej
przecznicy, gdzie wreszcie złapali taksówkę.
Nie pamiętała, jak wsiadła do samochodu. Nie pamiętała, Ŝeby w
ogóle przerwali pocałunek. Myślała, Ŝe wciąŜ śni. Przytulała się do
Reeve’a, drŜała, płonęła.
Jego dłoń sunęła po krągłym biodrze niŜej, aŜ tam, gdzie kończył
się szeleszczący materiał sukienki. Pieściła nogę przez jedwabną
pończochę. Clea wiedziała, co teraz nastąpi. A przecieŜ jechali ulicami
Denver na tylnym siedzeniu taksówki.
– Reeve...
– Tak.
Czuła, Ŝe zrozumiał jej obawy.
– Tak – powtórzył. – Nie traćmy panowania nad sobą. –
Zachichotał cicho. – Właściwie juŜ straciliśmy... Ale zaraz będziemy w
hotelu.
– Nie tak zaraz – szepnęła.
– Chyba juŜ się na mnie nie gniewasz? – spytał, nie zdejmując ręki
z jej uda.
– Chyba nie – odparła niepewnym tonem.
– Ciekawe, co sobie pomyślał kierowca?
– Który kierowca?
– Naprawdę nie słyszałaś tego przeraźliwego pisku hamulców?
Potrząsnęła głową.
– Byłam jak zahipnotyzowana.
– A ja jestem przez cały czas.
Reeve musnął wargami jej ucho. Rozmowa trochę ostudziła jego
zmysły. Mógł zawieźć Cleę do hotelu i wiedział, Ŝe przeŜyją tam coś
fantastycznego.
– A co myśli na nasz temat taksówkarz?
– Lepiej nie pytajmy – orzekł Reeve. Zatrzymali się przed hotelem
„Brown Palace”.
Kierowca obejrzał się przez ramię, szczerząc zęby w uśmiechu.
Reeve wcisnął mu kilka banknotów, prawdopodobnie o wiele za duŜo.
Starali się nie wzbudzić zainteresowania portiera ani recepcjonisty.
Szli spokojnie, z pozornie obojętnym wyrazem twarzy, ale Reeve nie
przestawał szeptać Clei do ucha gorących wyznań.
– Chciałem się z tobą kochać od chwili, gdy cię zobaczyłem w tej
czerwonej sukni. Chciałem cię pchnąć na łóŜko i powiedzieć: „Do diabła
z Charliem i Browningiem”.
– MoŜesz to jeszcze powiedzieć.
– Do diabła z nimi! – wykrzyknął, prowokując surowe spojrzenie
recepcjonisty i chichot Clei.
Nawet w zatłoczonej windzie Reeve musiał dotknąć pleców,
musnąć palcem jej policzek i wargi, nabrzmiałe od namiętnych
pocałunków.
Na wpół przytomni dotarli na właściwe piętro. Znaleźli się na
pustym korytarzu.
– Chyba po raz pierwszy dzisiaj jesteśmy zupełnie sami – odezwał
się Reeve i skorzystał z okazji.
Wziął Cleę na ręce i zaniósł do swojego pokoju. Po drodze zgubiła
but, ale nie zauwaŜyli tego. Jasny pantofel został na dywanie.
Potknęli się na progu. Reeve szukał po omacku kontaktu. Światło
lampy oślepiło ich. Clea zasłoniła oczy dłonią.
– Zaczekaj – poprosił Reeve ochryple. – Zamknij oczy.
OstroŜnie połoŜył ją na łóŜku i musnął wargami jej czoło. Zgasił
ś
wiatło.
– Nie – mruknął pod nosem. – Niedobrze. Wolę cię widzieć.
Zostawił jedynie lampkę nocną. W przyćmionym, delikatnym
ś
wietle Clea wyglądała prześlicznie. Reeve westchnął z zachwytu.
– Jaka jesteś piękna!
Pochylił się i zręcznie zsunął z niej sukienkę, bieliznę, pończochy.
Kiedy ściągał majteczki, jego ruchy, dotychczas powolne i delikatne,
stały się gwałtowniejsze. Clea pomogła mu, unosząc się nieco.
Silne, a zarazem czułe męskie ręce błądziły po nagim ciele Clei od
kostek poprzez łydki, uda, brzuch. Dotyk palców ogrzewał skórę.
Reeve nagle przestał. Otworzył oczy, powracając z krainy
rozkoszy. Uśmiechnął się.
– Myślę, Ŝe nadeszła pora, abym sam się rozebrał. Pospiesznie
wyplątał się z eleganckiego stroju i nagi połoŜył się na łóŜku. Całował te
wszystkie miejsca na ciele Clei, które przedtem pieściły jego dłonie.
– Tu jest o wiele wygodniej niŜ na tylnym siedzeniu taksówki –
stwierdził półgłosem.
Clea spojrzała z uśmiechem.
– Albo w garderobie Browninga – dodała szeptem. Jej ręka
powędrowała ku najczulszemu punktowi kaŜdego męŜczyzny. Nie
zawiodła się. JuŜ czekał w pełnej gotowości.
Westchnęła z rozkoszy, kiedy wziął ją w ramiona. Poczuła się
naturalnie, swobodnie, jak gdyby naleŜała do niego od zawsze.
Pocałowała muskularny bark.
– Przynajmniej nie musimy się teraz przejmować Carlem
Browningiem – powiedziała.
– I nikim innym. Tylko ty i ja. Nie rozdziela nas nawet ubranie –
odparł, podnosząc dłonie do jej piersi.
– I Ŝadne dyskusje o nefrytowej figurce nie przeszkodzą nam w...
tym, co robimy.
– Figurka? Jaka figurka? – udał zdziwienie. Pieścił kciukiem
brodawki, aŜ stwardniały pod jego dotykiem. Westchnęła czując, Ŝe
ogarnia ją radosne napięcie.
– Podoba ci się? – spytał Ŝartobliwie, kiedy pręŜyła się pod nim. –
To teŜ ci się spodoba.
Dotknął sutek językiem, doprowadzając ją do szaleństwa. Błagała
o więcej.
– Reeve...
Błądziła rękami po szerokich plecach Holdena, gorących i
wilgotnych od Ŝaru namiętności. Zacisnęła kurczowo palce na jego
skórze. Chciała być jeszcze bliŜej kochanego ciała.
Wargi Reeve’a przeniosły się niŜej, na brzuch i biodra Clei.
Dygotała z podniecenia. Zanurzyła palce w gęstwinie ciemnych włosów
męŜczyzny. Wstrzymała oddech, kiedy całował jej uda. Krzyknęła, kiedy
dotarł ustami do najintymniejszego kobiecego miejsca. I wciąŜ błagała o
więcej.
– Kochaj się ze mną, Reeve.
– Przez całą noc – obiecał.
Wśliznął się w zapraszającą go miękkość. Poruszał się powoli, z
rozmysłem, obserwując uczucia wypisane na twarzy Clei: tęsknotę,
Ŝą
dzę, satysfakcję.
Ich ciała pulsowały tym samym, idealnie zgodnym rytmem, coraz
szybciej. Clea uniosła biodra, wołała jego imię. Odpowiadał jedynymi
słowami, jakie kołatały mu w głowie:
– Kocham cię, Cleo.
– I ja cię kocham, Reeve. Nigdy nie pokocham innego męŜczyzny.
– Będę cię kochał aŜ do śmierci.
To był najwaŜniejszy moment ich Ŝycia. Połączyli się i cieleśnie, i
duchowo. Wyczytał to we wzroku Clei, kiedy otworzyła oczy.
Pocałował ją jak najdelikatniej. – Nie zapomnę, Cleo. Nigdy tego
nie zapomnę.
– Ani ja, Reeve – odrzekła uśmiechnięta. Usnęli otuleni swoją
miłością.
ROZDZIAŁ 10
Czuła, Ŝe obejmuje ją ramię Reeve’a. Za poduszkę słuŜyła jej
szeroka męska pierś. Obok niego było bezpiecznie, ciepło, przyjemnie.
Niski głos wypowiedział półgłosem jej imię...
Miała juŜ taki sen podczas pierwszej nocy spędzonej w Denver.
Obudziła się wtedy sama w łóŜku.
Usiłowała więc zatrzymać sen. Bezskutecznie. Na darmo zaciskała
powieki.
Sen się skończył. Otworzyła oczy i wbiła wzrok w sufit. Z
nadzieją, Ŝe moŜe jednak się myliła, wyciągnęła rękę.. Tym razem
dotknęła kogoś. Przesunęła dłoń, wymacując skórę, mięśnie. JuŜ
wiedziała na pewno, Ŝe Reeve leŜy obok.
Przez zasłony sączyły się promienie słońca. Pokój tonął w złotej
poświacie. Skóra Reeve’a błyszczała, a wokół ciemnych włosów
powstała jak gdyby aureola. PrzyłoŜyła dłoń do jego piersi. Czuła
rytmiczne ruchy klatki piersiowej. Oddychał głęboko, swobodnie.
Nie mogła oderwać od niego oczu. LeŜała w milczeniu,
rozkoszując się nastrojem chwili. Rzeczywistość okazała się piękniejsza
niŜ sen. Oglądała z bliska ciało Reeve’a i zastanawiała się, jak zmienił
się przez minione lata.
Pamiętała go jako młodzieńca. Teraz rysy twarzy i sylwetka stały
się dojrzałe, zdecydowane, wręcz surowe. Wokół ust pojawiły się
bruzdy, a w kącikach oczu – zmarszczki. Skóra, wystawiona na działanie
słońca, pociemniała, zaś włosy na skroniach leciutko posiwiały.
Ten nowy Reeve podobał jej się o wiele bardziej niŜ chłopiec,
którego obraz nosiła w pamięci. Zachował przy tym dawny upór,
stanowczość, dumę. Charakter nie zmienił mu się ani trochę.
Uśmiechnęła się i zbliŜyła wargi do jego ust. Zaczęła delikatnie
budzić go pocałunkami i pieszczotami. LeŜał spokojnie, pogrąŜony w
głębokim śnie. Tak się tylko wydawało, poniewaŜ zamrugał powiekami,
a jego oddech stał się szybszy.
– Ty kłamczuchu – szepnęła. – Wiem, Ŝe nie śpisz.
W odpowiedzi przyciągnął Cleę i mocno przytulił. Całował ją
niespiesznie, rozkoszując się słodką chwilą.
– Cudowny dzień – odezwał się wreszcie, zanurzając twarz w
plątaninę pachnących jasnych włosów.
– A skąd wiesz? Nawet nie otworzyłeś oczu!
– Razi mnie słońce – stwierdził zaspany. – To musi być cudowny
dzień, bo obudziłem się u twojego boku. A skoro cię tu mam, nie
pozwolę ci odejść. Zadzwonimy po obsługę hotelową i resztę dnia
spędzimy w łóŜku.
Westchnęła i ufnie przywarła do jego ciała.
– Czuję to samo, Reeve. Charlie miał rację. Wspólna wyprawa
znów nas połączyła.
– Charlie – powtórzył jak echo i z wielkim wysiłkiem otworzył
oczy. – Myślę, Ŝe powinniśmy pojechać do Santa Inez i opowiedzieć mu,
czego się dowiedzieliśmy.
– Widzę, Ŝe wreszcie mówisz „my”. Wziął ją za rękę.
– Tworzymy zgrany zespół, moja wspólniczko. W to nie wątpię.
Podniósł dłoń Clei do ust.
– Tak – zgodziła się. – Idealni wspólnicy. Zamilkli. Clea
zastanawiała się, czy Reeve myśli o tym samym. Dziś wspólnicy i
kochankowie, a jutro? A co po wizycie u Charliego i ponownym
powrocie do Stanów? Czy nadal będą razem?
Pragnęła porozmawiać o przyszłości, a jednocześnie bała się tego.
Pamiętała przecieŜ, co się stało po nocy spędzonej razem w Santa Inez, o
okropnej atmosferze przy śniadaniu. Nie zniosłaby, gdyby to się miało
powtórzyć. Nie chciała wywoływać wilka z lasu. W ciemności, w Ŝarze
namiętności, szeptali słowa miłości, lecz nie czuła się przygotowana na
wypowiedzenie tych samych słów w świetle dnia.
Był jednak jeden temat, który musiała poruszyć. Na szczęście nie
dotyczył spraw osobistych.
– Wspólniku, czeka nas następne zadanie – zaczęła.
Reeve zmarszczył czoło.
– Nie będę nawet pytał jakie. Niestety, wiem.
– Musimy wrócić do domu Browningów – ciągnęła. – Z dwóch
powodów. Po pierwsze, jeśli się tam więcej nie pojawimy, nabiorą
podejrzeń i zaczną prywatne śledztwo. Mogą nawet ukryć posąŜek. Jeśli
zamkną go w sejfie bankowym, poŜegnamy się z nim na zawsze.
Reeve nic nie odpowiedział, mówiła zatem dalej:
– Po drugie, nie mamy Ŝadnych dowodów, w rodzaju na przykład
fotografii, Ŝe nefryt jest u Browningów. Powinniśmy je dostarczyć
Charliemu, a w tym celu trzeba znów wejść do sekretnego pokoju na
piętrze.
– Masz rację. Potrzebujemy dowodów. Jeśli wrócimy tam pod
pretekstem robienia zdjęć do reportaŜu, sfotografowanie figurki nie
będzie trudne.
– To dobra myśl – oświadczyła – ale...
– Nie podoba mi się twoje „ale”.
– Właściwie powinniśmy zdobyć nie fotografię, lecz sam posąŜek
– wypaliła i odwróciła się od Reeve’a, Ŝeby poprawić poduszkę.
– Mój plan tego nie przewiduje – przypomniał.
– Na pewno się uda – stwierdziła z wahaniem w głosie. –
Myślałam, Ŝe...
Reeve jęknął.
– Obyśmy nie napytali sobie biedy! Zignorowała tę uwagę, nie
tracąc nadziei.
– Browning nie moŜe nas oskarŜyć, nawet jeśli zabierzemy mu
jaguara, bo to kradziony przedmiot. Musiałby się do tego przyznać przed
policją.
Reeve uniósł brwi i spojrzał z Ŝartobliwą surowością.
– Jakbym słyszał twojego brata! Wasza rodzina jest bardzo
doświadczona w sprawie kradzieŜy!
– Wiesz, Ŝe mam rację.
Wszystko zaleŜało od zdania Reeve’a. Podporządkuje się jego
decyzji.
– Cleo, spójrzmy na to logicznie.
Serce Clei zabiło Ŝywiej. A więc Reeve brał pod uwagę moŜliwość
wykradzenia posąŜka!
– Co się stanie, jeśli wyśle za nami swoich zbirów, tak jak za
Charliem? Wolałbym się z nimi nie spotkać.
– Charlie nie zachował ostroŜności. My będziemy sprytniejsi.
Wymkniemy się z miasta, zanim Browning się zorientuje. Przekroczymy
granicę meksykańską i oddamy posąŜek do muzeum...
– Chwileczkę – przerwał jej Reeve. – To brzmi jak scenariusz z
filmu z Jamesem Bondem. Jednak nie dorównujemy klasą tej postaci.
Clea połoŜyła mu rękę na ramieniu. Nie rezygnowała z
przeforsowania swojego planu. Czuła, Ŝe Reeve zaczyna się wahać.
– Prawda, Ŝe liczyłeś się z moŜliwością zabrania posąŜka? –
spytała cicho.
– Czytasz w moich myślach?
– No, proszę, powiedz prawdę! – nie ustępowała. Ociągał się z
odpowiedzią.
– Tak, chciałem to załatwić za jednym zamachem. Ale – zastrzegł
się – tu nie ma miejsca na improwizację. Plan musi być zapięty na ostatni
guzik.
Clea zatknęła za ucho kosmyk włosów. Reeve zgodził się z nią, a
więc mieli szansę na sukces!
– W porządku, opracujemy plan. Wejdziemy do rezydencji pod
pozorem fotografowania pani Browning. Uwolnimy się jakoś od jej
obecności i wślizgniemy do pokoju z kolekcją. – Nagle przyszła jej do
głowy inna ewentualność. – A jeśli drzwi będą zamknięte na klucz?
– Tam nie ma solidnego zamka, tylko klamka i zasuwka.
Sprawdzałem. Potrafię je otworzyć choćby kartą kredytową – oznajmił
Reeve. – Browning polega na systemie alarmowym.
– Którego wyłącznik musimy znaleźć. – Clea czuła dreszczyk
emocji. – Wiemy, w której części pokoju się znajduje.
Coraz bardziej wierzyła w sukces przedsięwzięcia. Kiedy leŜeli
przytuleni w łóŜku i wspólnie ustalali szczegóły, wszystko wydawało się
ś
miesznie proste. I tylko Reeve szukał dziury w całym.
– Postawimy zamiast jaguara inny posąŜek.
– Nie sądzę, Ŝe w Denver są nefrytowe rzeźby Olmeków albo coś
podobnego, na kupno czego byłoby nas stać – zmartwiła się.
– Wiem, ale musimy czymś wypełnić lukę w gablotce. Kawałek
nefrytu, zielonego szkła... Browning w końcu się spostrzeŜe, lecz upłynie
trochę czasu, zanim do tego dojdzie. Poszperam w sklepach z
róŜnościami. Biorę to na siebie – postanowił. – Ty natomiast wynajmij
sprzęt fotograficzny.
– śaden problem, wyposaŜę nas tak, Ŝe będziemy wyglądać na
prawdziwych profesjonalistów.
Zapadła cisza. Uwierzyli w powodzenie planu.
– No, chyba czas na nas. – odezwała się wreszcie Clea, niechętnie
nastawiona do wstania z łóŜka.
Reeve przytaknął. Przeciągnął się i zerknął na zegar.
– Zaczekaj – powstrzymaj ją. – Dopiero parę minut po ósmej. –
Wsunął się na powrót pod kołdrę. – Jeszcze za wcześnie na otwarcie
sklepów. Mamy godzinę na...
Serce Clei zabiło Ŝywiej. Nie umiała się oprzeć czarowi Reeve’a,
ś
wiadoma zresztą, Ŝe to, co ich łączy, prędzej czy później pryśnie jak
bańka mydlana. Powinni porozmawiać o tym później. Nie teraz.
Spojrzała na pozór obojętnie.
– Na co?
Reeve ukazał zęby w uśmiechu i ściągnął prześcieradło z jej
nagiego ciała. Spojrzał łakomie, rozpalając w niej namiętność. Pogładził
ją po policzku.
Otworzyła usta i delikatnie chwyciła wargami koniuszki jego
palców. Uśmiechnął się i przesunął rękę na smukłą szyję Clei, a potem
na jej piersi.
Wstrzymała oddech, zamknęła oczy. Sączące się przez okno
bursztynowe światło rozgrzewało skórę, wzmagając wewnętrzny Ŝar
miłości.
Pod wpływem pieszczot Reeve’a jej sutki stwardniały. Tylko
Reeve mógł zaspokoić rozbudzoną namiętność. Błagała go o to
wzrokiem.
Chłonęli kaŜdą sekundę darowaną im przez rozkosz. Oddali się jej
bez reszty, bez lęku.
– Muszę przyznać, Ŝe wyglądamy jak profesjonaliści. Reeve
próbował się nie garbić pod cięŜarem toreb ze sprzętem: reflektorami,
statywami, przewodami, ekranami i innymi przedmiotami, których nazw
nawet nie znał.
– Muszę zrobić na nich wraŜenie od pierwszej chwili –
oświadczyła Clea.
Miała szyję obwieszoną róŜnymi aparatami fotograficznymi, zaś w
torbie na ramieniu dźwigała dodatkowe obiektywy.
– I w tym celu wynajęłaś wyposaŜenie wszystkich studiów w
Denver?
– Nie zgłaszałeś sprzeciwu. Wiedziałeś, co robisz – przekomarzała
się, naciskając dzwonek u drzwi Browningów.
– Dzień dobry – pozdrowiła przyjacielsko lokaja, który otworzył
drzwi. – Przyszliśmy fotografować dom.
Twarz lokaja nie wyraŜała ani Ŝyczliwości, ani chęci wpuszczenia
ich do środka.
– Robimy zdjęcia do reportaŜu w czasopiśmie ilustrowanym –
wyjaśniła Clea nie zraŜona.
Lokaj patrzył na nią bez słowa.
– Byliśmy tu wczoraj – przypomniała. – Jestem Clea Moore, a to
mój asystent... – Przerwała, w szaleńczej gonitwie myśli usiłując sobie
przypomnieć fałszywe nazwisko Reeve’a.
– Tak, proszę pani. Przypominam sobie – powiedział John, stojąc
jednak nieruchomo w drzwiach.
– Umówiliśmy się na dzisiaj na sesję zdjęciową..
– Pan Browning wyszedł do biura, a pani Browning zaŜywa
kąpieli mineralnych. śadne z nich nie zostawiło instrukcji dotyczących
jakichś fotografów.
Clea była juŜ gotowa zrezygnować, ale Reeve ruszył do akcji.
Minął ją i Johna, wkroczył do holu i połoŜył sprzęt na marmurowej
posadzce.
– W porządku – stwierdził spokojnie. – Dostaliśmy instrukcje od
pani Browning. Zaczniemy chyba na górze, w gabinecie pani domu,
który pokazała nam wczoraj, prawda, Cleo?
– Oczywiście – odzyskała mowę i podąŜyła za nim.
W starciu z Johnem delikatność i dobre maniery nie miały szans
przebicia. Musieli działać energicznie, wręcz bezczelnie.
– Więc zabierajmy się do pracy – rzucił Reeve, idąc w stronę
schodów.
– Chwileczkę – zaprotestował John.
Nogi ugięły się pod Cleą. W towarzystwie Adrienne mieliby
związane ręce, zaś w towarzystwie Johna – związane ręce i nogi.
W domu panował ruch. Grupa ludzi sprzątała po nocnym
przyjęciu. Clea miała nadzieję, Ŝe John zajmie się pilnowaniem
pracowników. Gdyby tylko udało się go pozbyć!
Reeve znalazł sposób.
– Czy pani Browning chciała pokazać na fotografiach swoją
słuŜbę? – spytał Cleę.
– Oczywiście – odparła szybko. – Kogo zaproponowałbyś, John?
– Ludzie sprzątający hol nie pracują tu na stałe. Nie naleŜą do
słuŜby.
– W takim razie nie będą nam potrzebni – oświadczył Reeve. –
Szukamy osób odpowiedzialnych za porządek w rezydencji. Takich jak
ty, John.
– No cóŜ, niestety, nie mogę poświęcić państwu czasu, bo...
Clea ucieszyła się w duchu. Reeve mile połechtał próŜność lokaja.
Nie musieli go długo przekonywać. Poszedł z nimi na górę do
gabineciku.
Reeve rozpoczął rozstawianie reflektorów. Clea nadzorowała go.
Chciała jak najstaranniej przygotować się do zdjęć. śywiła nadzieję, Ŝe
lokaj zniecierpliwi się i znudzi długim oczekiwaniem. Po wielu próbach,
przymiarkach, przestawieniach świateł o parę centymetrów w lewo i w
prawo John siedział jak na szpilkach.
– Wspaniale, co? – zagadnęła go Clea, nie odrywając oka od
wizjera.
– Nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe to zabierze tyle czasu – odrzekł
zdenerwowany John.
Co chwila biegł do balustrady, aby sprawdzić, czy nie pilnowani
sprzątacze nie spowodowali na parterze jakiejś katastrofy.
– Jeszcze parę minut – zapewniła Clea.
– Clea to perfekcjonistka – odezwał się Reeve przez zęby.
On równieŜ miał tych przygotowań po dziurki w nosie. John
jednak na razie nie poddawał się i nie odchodził.
Po plecach Clei spływały struŜki potu. Bała się, Ŝe lada moment
pojawi się Adrienne, a co gorsza, wcale nie wykluczony był powrót
samego Browninga. Musieli wykraść posąŜek i wynosić się natychmiast,
lecz obecność Johna stała im na przeszkodzie.
– Gotowe – obwieściła.
Usadziła lokaja i zrobiła kilka zdjęć.
– Wspaniale uchwyciłam wnętrze, a ty, John, świetnie pasujesz do
atmosfery pokoju – zapewniła gorliwie.
Nie miała pojęcia, jak wybrnąć z sytuacji. I wtedy dostała prezent
od losu. Z parteru dobiegł odgłos tłuczonego szkła. Pewnie rozbił się
jakiś kryształ. Donośny dźwięk w uszach Clei zmienił się w najsłodszą
muzykę.
John zerwał się z miejsca i pospieszył do drzwi.
– Muszę zobaczyć, co się stało.
– Jasne, idź – odparł Reeve swobodnie. – Zanim wrócisz,
ustawimy sprzęt do drugiego ujęcia.
– Zawołamy cię – dodała Clea.
Reeve stanął przy drzwiach i odprowadził lokaja wzrokiem. Kiedy
zniknął na schodach, zwrócił się do Clei z powagą:
– Jesteś zdecydowana tego dokonać?
– Jestem zdecydowana wynieść się stąd jak najszybciej, ale tylko z
figurką w garści. Naprzód!
Cicho przemknęli przez korytarz. Reeve postawił Cleę na czatach,
a sam manipulował przy zasuwce do pokoju Browninga.
– Zrobione – zameldował po chwili, która wydawała się im
wiecznością.
Serce Clei waliło jak oszalałe. Potarła spoconymi dłońmi o
spódnicę.
– Znajdziemy wyłącznik alarmu – powiedziała, starając się
panować nad głosem. – Najpierw słyszeliśmy skrzypnięcie, a więc
wyłącznik jest pod czymś lub za czymś...
– Albo w czymś – dokończył Reeve.
Metodycznie przeszukiwał pomieszczenie. Pracował powoli,
starannie, z zimną krwią, w przeciwieństwie do Clei, która wpadła w
panikę.
Minęła minuta, druga. Clea zajrzała za obraz wiszący na ścianie,
za ksiąŜki na półkach, obmacała futrynę, drzwi, i wciąŜ prześladowało ją
widmo słuŜbistego lokaja. Dyszała ze zdenerwowania.
Reeve zachowywał stoicki spokój. Clea obwiniała samą siebie w
myślach za to, Ŝe upierała się przy swoim planie. Nie posłuchała
zdrowego rozsądku Holdena.
Nagle dotknęła rzeźbionej szkatułki. Skrzyneczka nie dawała się
przesunąć na bok. Podniosła wieczko. Skrzypnęło.
Reeve spojrzał czujnie.
– Znalazłaś?
– Tak – szepnęła, naciskając guzik ukryty w szkatułce.
– Szykuj aparat. Nie mamy czasu.
– Naprawdę? – spytała zirytowana.
Obserwował ją ukradkiem, kiedy otwierała gablotkę z jaguarem.
PosąŜek był piękny, lecz Clea nie mogła go podziwiać w tak pełnym
napięcia momencie. Uruchomiła automatyczne nastawianie ostrości i
zaczęła fotografować. Przebywali w tym pokoju co najmniej pięć minut,
o cztery za duŜo. Zrobiła kilka róŜnych ujęć i zawiesiła aparat na szyi.
– Gotowe.
Reeve porównał figurkę z opisem podanym przez Charliego.
WłoŜył do gabloty imitację, którą kupił parę godzin wcześniej. Potem
zamknął gablotkę, włączył alarm i ruszył do drzwi. Zerknął na białą jak
ś
ciana Cleę.
– Udało się – oznajmił. – JuŜ blisko. Kiwnęła głową. Nie była
pewna, czy starczy jej sił. Hałasy z parteru tłumiły ich kroki na
korytarzu.
Dotarli do gabinetu Adrienne. Clea opadła na fotel i ukryła twarz
w dłoniach.
– Myliłeś się co do charakteru członków rodziny Moore’ów.
Drobne kradzieŜe nie leŜą w naszej naturze. PrzeŜyłam najokropniejsze
doświadczenie w Ŝyciu. Zbiera mi się na mdłości.
Szumiało jej w głowie. Czuła potworne skurcze w Ŝołądku. Reeve
pocieszająco pogłaskał ją po ramieniu.
– Spisałaś się znakomicie. Znalazłaś alarm. Mamy zdjęcia i nefryt.
Musimy się wydostać z tego domu. I koniec.
– Chcę stąd natychmiast wyjść.
– To by wzbudziło podejrzenia – ostrzegł. – Powinniśmy pokręcić
się tu jeszcze przez pewien czas.
Potrząsnęła głową. Dręczyły ją przeraŜające wizje. Adrienne
mogła wrócić do domu i zrobić im awanturę, a nawet wezwać męŜa lub
policję. Albo co gorsza, mogła zaŜądać dokończenia sesji zdjęciowej.
Zostaliby uwięzieni na długie godziny w rezydencji. Browning zdąŜyłby
sprawdzić stan swojej kolekcji i zorientować się, co zaszło.
Clea wpadła w prawdziwą panikę. Kiedy usłyszała kroki na
korytarzu, drgnęła niespokojnie. Zamieniła się w kłębek nerwów.
W drzwiach stanął John.
– Pracownicy wynajęci do sprzątania nie dbają... – urwał,
spostrzegłszy wyraz twarzy Clei. – Panno Moore, dobrze się pani czuje?
– Nie najlepiej – przyznał za nią Reeve.
– Za duŜo balowałam w nocy – wyjaśniła Clea słabym głosem.
– Wygląda pani bardzo blado. KaŜę słuŜącej, Ŝeby przyniosła
zimny okład.
Clea zaprotestowała, lecz John podszedł do balustrady i krzyknął
na słuŜącą. W okamgnieniu dostarczono okład, który Reeve połoŜył Clei
na karku. Pochyliła głowę i zamknęła oczy, kryjąc przed lokajem
zdenerwowanie.
– Przed chwilą dzwoniła pani Browning. Kiedy wspomniałem, Ŝe
państwo tu są, zdecydowała się zaraz przyjechać do domu. Odniosłem
wraŜenie, Ŝe odpowiadają jej państwa plany.
John był tak zadowolony, jak gdyby wyłącznie sobie przypisywał
wpuszczenie ich do rezydencji.
Clea jęknęła z rozpaczy. Groziły im długie godziny
fotografowania Adrienne przy pracy. Nefrytowa figurka tkwiła w
kieszeni Reeve’a. ZbliŜał się równieŜ nieubłaganie powrót Browninga.
Istniało tylko jedno wyjście.
– Wielka szkoda, John, poniewaŜ panna Moore nie jest w stanie
kontynuować sesji. Musi odpocząć, moŜe nawet pójść do lekarza.
– Pani Browning będzie rozczarowana – stwierdził John.
– My równieŜ – skłamał Reeve i zaczął pakować sprzęt.
Clea chciała mu pomóc, lecz męŜczyźni zabronili jej się ruszać.
– Siedź spokojnie – poradził Reeve. – Uwinę się z tym w ciągu
minuty.
Upłynęło jednak piętnaście minut, zanim uporał się ze wszystkim.
John pomógł mu załadować sprzęt do wynajętej furgonetki.
Clea niecierpliwiła się coraz bardziej. Adrienne mogła pojawić się
lada moment, a oni musieliby znów wymyślać całą litanię kłamstw. Co
gorsza, oszukać Adrienne byłoby o wiele trudniej niŜ lokaja.
Obserwowała krzątającego się Reeve’a. Wydawało jej się, Ŝe
porusza się jak mucha w smole. Odsunął ją od pracy. CóŜ miała robić?
Zerkała nerwowo w stronę podjazdu, z nadzieją Ŝe Adrienne tkwi gdzieś
w ulicznym korku.
Wreszcie wsiedli do samochodu i zatrzasnęli drzwi. Clea
pomachała Johnowi na poŜegnanie i, ledwo Ŝywa ze zdenerwowania,
ponaglała Reeve’a.
– Pospiesz się, proszę. Nie wytrzymam dłuŜej! Samochód pokonał
łuk podjazdu i wyjechał na ulicę, wprost na srebrzystego rolls-royce’a.
– To Adrienne – obwieścił Reeve. – ZdąŜyliśmy dokładnie na styk.
Clea opadła na oparcie i westchnęła z ulgą.
– Przepraszam, Ŝe tak się rozsypałam, ale po prostu jeszcze nigdy
niczego nie ukradłam. I pomyśleć, Ŝe ten posąŜek był juŜ wcześniej
skradziony, nawet dwa razy.
Reeve wybuchnął śmiechem.
– Nie musisz się tłumaczyć. Uprzedzałem, Ŝe to nie Ŝarty.
– Wiem, wiem. Następnym razem uwaŜnie wysłucham twoich rad
– obiecała.
– Prawdę mówiąc, twój atak wyrzutów sumienia oddał nam
przysługę.
– To tylko nerwy – sprostowała Clea.
– NiewaŜne. WaŜne, Ŝe wydostaliśmy się z domu Browningów.
Mogą za to wyniknąć nowe problemy.
– Problemy? Świetnie! Tylko tego nam trzeba.
– Przypuszczam, Ŝe Adrienne będzie cię potem szukać.
– Nawet nie wie, gdzie się zatrzymaliśmy.
– Cleo, zastanów się! Ona najpierw zadzwoni do hotelu „Brown
Palace”. Właściwie to moja wina. Powinienem zawieźć nas gdzie indziej.
Nie skończyliśmy zdjęć. Wzbudzamy podejrzenia.
– A jeśli powiadomi męŜa? – jęknęła.
– O, zrobi to, na sto procent. Browning zacznie coś podejrzewać i
odkryje znikniecie figurki.
– Lepiej oddajmy sprzęt i jedźmy od razu na lotnisko.
Reeve był innego zdania.
– Browning sprawdzi rozkład lotów i listy pasaŜerów. Nie zna
mojego prawdziwego nazwiska, ale zna twoje.
– Mogę je zmienić – zaproponowała.
– Jasne, ale Browning ma swoje sposoby, Ŝeby dowiedzieć się,
czego chce. Polecimy do Santa Inez, a tam spotka nas miłe przyjęcie –
stwierdził z przekąsem.
– Reeve...
Clea zaczynała wpadać w panikę.
– Uspokój się. Są inne rozwiązania. Zahamował przed
wypoŜyczalnią sprzętu fotograficznego. Wyłączył silnik.
– Najpierw zatankujemy benzynę i kupimy mapę. Browning z
pewnością będzie nas szukał przede wszystkim na lotniskach. My
tymczasem cofniemy się paręset mil na północ. Dotrzemy samochodem
na przykład do Dallas albo Fort Worth i stamtąd polecimy do Meksyku.
Oczywiście, nie do Santa Inez.
– Dlaczego?
– śeby zmylić trop. Stamtąd przecieŜ pochodzi skradziony nefryt.
Wślizgniemy się jak gdyby kuchennymi drzwiami. Rozumiesz?
Kiwnęła głową.
– Przepraszam, Reeve, za to zamieszanie. Uparłam się, Ŝeby
zabrać posąŜek, a teraz musimy uciekać. Jak w scenariuszu kiepskiego
filmu – zaŜartowała drŜącym głosem.
Reeve roześmiał się.
– Jestem dorosły, Cleo. Doskonale wiem, w co się wpakowałem. A
poza tym, gdybym nie przyłączył się do tej akcji, przeprowadziłabyś ją
na własną rękę.
– I skończyłabym w więzieniu. Tam, gdzie wkrótce znajdzie się
Charlie. – Westchnęła. – JeŜeli juŜ się nie znalazł. Mam przynajmniej
nauczkę na resztę Ŝycia. Od dzisiaj będę uwaŜniej analizowała kaŜdą
sytuację. Popełniłam mnóstwo błędów, a bez twojej opieki popełniłabym
jeszcze więcej. Dość pochopnych decyzji! – postanowiła.
Wyładowując bagaŜ, Reeve przyjrzał się jej uwaŜnie. Rumieńce
powoli wracały na jej twarz.
– Czy to znaczy, Ŝe dzisiejszą noc spędzimy w osobnych
pokojach? – spytał.
Poklepała go po udzie.
– AleŜ skąd! Odkąd wstałam z łóŜka z tobą, wciąŜ myślę o pójściu
do łóŜka z tobą. Nie wiem, czy się jasno wyraŜam...
– Bardzo jasno!
Reeve ścisnął ją za rękę. Po chwilach pełnych napięcia, które
przeŜyli w domu Browningów, poczuł przypływ energii. Cieszył się, Ŝe
podróŜ okręŜną drogą da mu okazję do dłuŜszego przebywania z Cleą.
Nie zdradził się swoimi refleksjami. Potrzebował innej scenerii,
innego nastroju, Ŝeby wyrazić uczucia. Pewne słowa czekały na
wypowiedzenie. Trzeba je było jednak dobrać bardzo, bardzo starannie.
ROZDZIAŁ 11
Późnym popołudniem znaleźli się w pobliŜu pasa startowego na
przedmieściach Double Springs (w stanie Kolorado). Reeve zatrzymał
furgonetkę i wysiedli. Clea chciała się przejść, Ŝeby rozprostować nogi,
Holden natomiast ruszył w stronę niskiego, szarego budynku. Jechali
przez cały dzień i nie dojechali nawet do granicy stanu. Clea była
zmęczona.
W Denver uwaŜnie przestudiowali mapę. PodróŜ na zachód, przez
Góry Skaliste uznali za bezsensowny pomysł. Musieli skierować się na
wschód, przez równiny, w kierunku Kansas. Gdzieś po drodze na pewno
napotkają jakieś lotnisko i połączenie powietrzne z Meksykiem.
Na tym pasie startowym mógł się zakończyć pierwszy etap ich
wędrówki. Dopiero pierwszy, ale Clei to nie przeszkadzało. Łączył ich
wspólny cel, a ona, choć znuŜona, cieszyła się. Groza sytuacji ustąpiła
miejsca radości bycia razem.
Spostrzegła, Ŝe Reeve wyszedł z budynku. Sprawiał wraŜenie
odpręŜonego. Nie przejmował się widać ich problemami. Spocony i
zakurzony wyglądał wciąŜ bardzo przystojnie.
– Mamy szczęście – stwierdził. – Dwa razy dziennie lata samolot
do Wichita. Miejscowi hodowcy bydła potrzebują od czasu do czasu
kontaktu z duŜym miastem.
– Wspaniale. Nie chcę przez to powiedzieć, Ŝe nie podobają mi się
równiny Kolorado, ale...
– Jazda przez nie jest nieco monotonna, tak? Skinęła głową.
– O której odlot?
– No cóŜ, w tym sęk. Spóźniliśmy się godzinę na popołudniowy
lot. Ale kupiłem bilety na dziewiątą rano. A na razie zorientujemy się,
jakie atrakcje proponuje Double Springs.
W tym miasteczku wszystko było podporządkowane hodowcom
bydła. Tak właśnie Clea wyobraŜała sobie zawsze równiny na Dzikim
Zachodzie. Gorące powietrze, tumany kurzu, główna ulica, sklepy,
saloony... Stare budynki o niemodnych, zielonych fasadach.
– Wygląda to jak dekoracje do filmu – oświadczyła. – Gdyby
jeszcze zamiast półcięŜarówek cwałowały tutaj konie...
– Wiesz, to współczesna wersja westernu. O, popatrz, pies jako
aktor filmowy.
Rzeczywiście, na środku chodnika spokojnie spał sobie pies,
zupełnie nie zwracając uwagi na uliczny gwar i ruch.
– Zatrzymajmy się w tym hotelu – zaproponowała Clea, wskazując
okazały, malowniczy dom z napisem: „Hotel i saloon Etty Turner”.
Reeve zmierzył podejrzliwym wzrokiem budynek przypominający
murowaną chatkę z piernika, o ścianach pokrytych kamiennymi esami-
floresami.
– Kasjer na lotnisku polecił mi podmiejski motel.
– Motele są takie banalne, a ten hotel ma swój urok i staroświecki
wdzięk.
– I niewygodne materace – dodał Reeve. – Ale ja jestem dzielny.
Nie będę płakał – zaŜartował, odprowadzając furgonetkę na parking. –
Tylko nie flirtuj z kowbojami, Ŝebym nie musiał się wdawać w bójki –
ostrzegł. – Dość juŜ wraŜeń jak na jeden dzień.
– W mieście pewnie nie ma ani jednego kowboja – odrzekła
ironicznie. – PrzecieŜ to współczesna wersja Dzikiego Zachodu. Dziś
rolnicy uŜywają komputerów i helikopterów.
Później przekonała się, Ŝe była w wielkim błędzie.
Wnętrze hotelu zrobiło na Reevie lepsze wraŜenie, niŜ oczekiwał.
Na proste umeblowanie ich czystego, jasnego pokoju składało się białe
Ŝ
elazne łóŜko, sosnowe stoliki i biurko. Dywaniki na drewnianej
podłodze i kwieciste tapety tworzyły przytulny, domowy nastrój.
Clea padła na łóŜko, które okazało się bardzo wygodne.
– Jeśli jest gorąca woda, ogłoszę publicznie, Ŝe znalazłam się w
niebie.
– Idź pierwsza do łazienki. Tylko nie przesadzaj.
– Umyję się w pięć minut – obiecała i prawie dotrzymała słowa.
Reeve pod prysznicem wyobraŜał sobie, co się dzieje w pokoju.
Clea stoi przy łóŜku, rzuca na podłogę okrywający ją ręcznik, wsuwa się
naga pod prześcieradło, czeka na niego, wyciąga ramiona i...
Wytarł się szybko i wyszedł z łazienki.
– Cleo!
Sypialnia była pusta. Reeve natychmiast sprawdził bagaŜe.
PosąŜek, zapakowany z przyborami do golenia, tkwił na swoim miejscu.
Zniknął jednak aparat fotograficzny Clei.
Reeve nie zaniepokoił się zbytnio tym faktem. Clea nie rozstawała
się z aparatem. Miała go na szyi, kiedy wałęsali się po mieście, i robiła
zdjęcia, korzystając z coraz słabszych promieni zachodzącego słońca.
Myślał najpierw o pójściu za nią, lecz ostatecznie postanowił, Ŝe
da jej wolny czas i poczeka w hotelu. Kiedy ogolił się, ubrał i schował
nefryt w nowej kryjówce, Clea jak burza wpadła do pokoju.
– Fantastyczne miasteczko! – zawołała. – Jest tu nawet stajnia, w
której moŜna wypoŜyczyć wierzchowca, i kuźnia, w której pewien
staruszek podkuwa konie. To chyba Indianin. Udało mi się uchwycić
ś
wietne sceny!
– Cześć. Cieszę się, Ŝe cię widzę.
– Ach, Reeve, ja teŜ się cieszę. – Cmoknęła go w policzek. – Nie
sądziłam, Ŝe będziesz miał coś przeciw mojemu wyjściu na pół godziny.
WłoŜyła aparat do torby, ale natychmiast znów go chwyciła i
załoŜyła na szyję.
– Nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się coś ciekawego – wyjaśniła.
– Zgadzam się. Double Springs to wymarzone miejsce dla
turystów.
Roześmiała się.
– No, niezupełnie, ale, o dziwo, pełno tu kowbojów. W piątkowy
wieczór zjeŜdŜają się z okolicznych farm. Młodzi, starzy, grubi, chudzi,
słowem, prawdziwi kowboje, Reeve.
– Wierzę ci na słowo.
– Nie musisz. Sam zobaczysz, a poza tym mam na to dowód. –
Podniosła aparat w geście zwycięstwa. – O jednym zapomniałam ci
powiedzieć. Nadałam na poczcie negatywy fotografii, które zrobiłam u
Browningów. Wysłałam je do matki.
– Do matki? – W pierwszej chwili Reeve nie zrozumiał.
– Browning mógłby przeszukać mój dom, mieszkanie mojego
agenta, a nawet redakcję „Trends”, ale wątpię, czy zawracałby sobie
głowę moją matką. Co by jej powiedział? Na wszelki wypadek
załączyłam liścik, w którym proszę, Ŝeby schowała film w bezpiecznym
miejscu i nie wspominała o nim nikomu. Reeve skinął głową z aprobatą.
– Sprytnie pomyślane.
Pomyślał o wyniosłej, budzącej lęk pani Moore. Browning z
pewnością będzie się od niej trzymał z daleka.
– Doszłam do wniosku, Ŝe jeśli Browning albo jego zbiry będą za
nami węszyć, nie oddamy im negatywu z tej prostej przyczyny, Ŝe nie
będziemy go mieli przy sobie. Prawda?
Spojrzała na Reeve’a z wyczekiwaniem.
– Oczywiście – odparł. Niechętnie odnosił się do wszelkich
sytuacji, które zagraŜałyby bezpieczeństwu Clei. – Dobry pomysł.
Powinienem sam na to wpaść.
Podeszła do niego kocim krokiem.
– Dlatego właśnie jestem z tobą, Reeve – odezwała się
przeciągając głoski. – Mam ci podsuwać świetne pomysły.
Holden przytulił ją mocno. W jego bliskości czuła się wspaniale,
ciepło, bezpiecznie. Od razu serce zaczynało bić Ŝywiej. Zanurzył twarz
w pachnących włosach i chłonął ich zapach. Bardzo jej pragną). Pragnął
jej od zawsze.
Clea czytała w myślach Reeve’a.
– Najpierw zjedzmy kolację – zaproponowała. – Umieram z głodu.
Mieli prawo być głodni. Nic nie jedli przez cały dzień.
– Słusznie – zgodził się. – Najpierw zjemy kolację. Z
uwodzicielskim uśmiechem podkreślił słowo „najpierw”.
– Słyszałam, Ŝe właścicielka hotelu robi znakomite ciasteczka.
Sfotografuję te przysmaki.
– Cleo...
– Tak, Reeve? – zmruŜyła filuternie oczy.
– Po zdjęciach, ciasteczkach i kolacji mamy randkę, tutaj.
Wskazał na łóŜko.
Wybuchnęła śmiechem. Wesołe iskierki lśniły w oczach.
– Tak, a poza tym przygotowałam dla ciebie coś specjalnego.
– Co mianowicie?
– Poczekamy, zobaczymy – przekomarzała się. – A teraz chodź.
Kowboje się niecierpliwią.
Trzymając się za ręce, zeszli szerokimi schodami do holu na
parterze. Rozbrzmiewały tu śmiechy i dźwięki muzyki. Zaczynała się
sobotnia noc w Double Springs.
– Spotkamy się za dziesięć minut w restauracji – oświadczyła. –
Spróbuję sfotografować właścicielkę hotelu.
– Do najbliŜszego numeru „Trends”? – zaŜartował.
– Nie – odrzekła z powagą. – Myślałam o czymś ambitniejszym.
Dzięki naszej podróŜy inaczej spojrzałam na moją karierę, Reeve. Mam
mnóstwo planów i pomysłów.
– Cieszę się, Cleo.
CóŜ innego mógł powiedzieć? Naprawdę się cieszył, a
jednocześnie martwił o nią.
– Zamów mi dobre, zimne piwo – rzuciła przez ramię.
– Oczywiście.
Reeve wkroczył do sali jadalnej, znalazł wolny stolik i zamówił
piwo. Słowa Clei skłoniły go do refleksji. Powstrzymywał się od
wyraŜania swoich uczuć wobec tej kobiety, poniewaŜ nie był pewien, czy
ona czuje to samo. Wspólna podróŜ zmieniła jej Ŝycie i oŜywiła dawne
marzenia o ciekawej pracy.
ś
yczył jej spełnienia marzeń, lecz wiedział, Ŝe nie będzie to łatwe.
Clei nie brakowało inicjatywy, ale po powrocie do Los Angeles mogła
znów poruszać się utartymi ścieŜkami i ulegać wpływom rodziców, a w
efekcie powtarzać schemat wcześniejszego Ŝycia. Zaprzepaściłaby to, co
działo się między nimi w ciągu ostatnich kilku dni.
Reeve otrząsnął się z ponurych myśli. Tym razem musiało się im
udać.
– No jak tam, kowboju? Idziemy wcześnie spać? Jutro
powinniśmy być na nogach juŜ o świcie.
Reeve wzniósł oczy ku niebu, słysząc Cleę naśladującą akcent
wieśniaka z zachodnich stanów.
– Widzę, Ŝe na dobre uległaś urokowi Double Springs?
– Podoba mi się tu. Smakują mi befsztyki, piwo i ciasteczka pani
Turner i...
– No, a te bójki przy barze?
– CóŜ, obyło się przynajmniej bez złamanych kości.
– A muzyka?
– Zostałam fanem muzyki country – oznajmiła.
– RównieŜ tańców?
– Nauczymy się i tego, prawda? Wybuchnął śmiechem.
– Wątpię.
– Ale na pewno uśmiejemy się przy tym co niemiara. Przed nami
przyszłość!
– Jakoś mi to do ciebie nie pasuje, Cleo. Wzięła jego szklankę i
wypiła łyk piwa.
– JuŜ ci mówiłam, Ŝe się zmieniam, Reeve. Nie wiesz chyba, Ŝe
nieźle potrafię się przystosowywać do nowych warunków. WciąŜ masz
przed oczami obraz z przeszłości. Nie jestem księŜniczką Cleą. Jestem
kimś więcej – oświadczyła zaczepnie.
– Być moŜe – przyznał.
– Sądzisz, Ŝe jestem ograniczona? – spytała, pamiętając o
wszystkich róŜnicach między nimi, które przed laty doprowadziły do
rozstania.
– Absolutnie nie – zaprotestował. – Ale przystosowanie do
nowych warunków zawsze pociąga za sobą trudności.
– Ale ja daję sobie radę. Czuję się swobodniej niŜ ty.
– Jasne. Na szczęście nie musimy juŜ niczego kraść. Chwyciła go
za rękę.
– Poza czasem...
– Cieszę się, Ŝe mamy chociaŜ parę dni dla siebie.
Spojrzeli sobie prosto w oczy, zapomnieli o otaczającym ich
ś
wiecie, hotelu i gwarze restauracji. Reeve podniósł dłoń Clei do ust.
– To, Ŝe wsiadłaś ze mną do samolotu w Santa Inez, było jedną z
dwóch najwspanialszych rzeczy, które mnie w Ŝyciu spotkały.
Clea przez chwilę znieruchomiała.
– Jedną z dwóch?!
– Nie przesłyszałaś się – odparł, pieszcząc jej rękę wargami.
Clea poczuła ciarki na grzbiecie. Fala gorąca objęła jej ciało.
– Druga z tych rzeczy to fakt, Ŝe cię w ogóle kiedyś spotkałem –
dodał.
Clea rozpłakała się z radości.
– Och, Reeve, jestem taka szczęśliwa!
– Chodźmy więc na górę i połączmy twoje szczęście z moim.
Na parkiecie kręciło się kilka par. Grał zespół muzyki country.
Rozbrzmiewało charakterystyczne brzmienie banjo. Clea rozejrzała się
po sali. Miała dziwne wraŜenie, Ŝe przebywa w nierealnym, nie
istniejącym świecie. Ona i Reeve naleŜeli do innego, prawdziwego,
radosnego świata. Ujęła twarz męŜczyzny w dłonie i ucałowała jego usta.
– Pamiętaj, Ŝe szykuję dla ciebie niespodziankę. Reeve
natychmiast zerwał się na nogi. Zostawił na stoliku pieniądze dla kelnera
i chwycił Cleę za rękę.
– Prawie o tym zapomniałem. Nie do wiary! Siedzimy sobie i
rozmawiamy, a tam czeka na mnie coś specjalnego.
Weszli do pokoju i padli sobie w objęcia. Ręka Reeve’a błądziła w
poszukiwaniu guzików bluzki Clei. Powstrzymała go.
– Dzisiaj ja cię uwodzę – powiedziała półgłosem. Wyśliznęła się z
jego ramion i zniknęła w łazience.
Rozebrała się. DrŜała z podniecenia, wciągając przez głowę cienką
jak pajęczyna, czarną koszulę nocną. Materiał dotykał ciała niczym ręka
kochanka i prześwitywał, nie tylko w miejscach koronkowych wstawek.
Przeciągnęła szczotką po włosach i spojrzała raz jeszcze na swe
odbicie w lustrze. Nigdy w przeszłości nie zrobiła niczego takiego.
Nigdy z rozmysłem nie uwiodła Ŝadnego męŜczyzny. Ale Reeve nie był
pierwszym lepszym męŜczyzną. Pragnęła dać mu rozkosz. Wiedziała
takŜe, Ŝe ta rozkosz zostanie jej z nawiązką zwrócona.
Westchnęła głęboko i otworzyła drzwi.
Smuga światła padającego z łazienki oświetliła Reeve’a. Siedział
na skraju łóŜka. Nie rozpiął nawet koszuli. Błyszczała opalona skóra.
ZbliŜyła się do niego cicho.
Wstał z płonącym wzrokiem.
– A więc to jest ta obiecana niespodzianka – odezwał się głosem
ochrypłym z poŜądania. – Piękna. Jesteś piękna.
Clea zadrŜała. Uśmiechnął się, objął ją w talii i zaczął się bawić
czarną koszulką. Podnosił nieco i opuszczał delikatny materiał.
– Nie widziałeś wszystkich rzeczy, które kupiłam w Denver.
– Cieszę się, Ŝe zachowałaś coś na potem, ale lepiej na razie tego
nie ujawniaj – stwierdził, ukazując zęby w uwodzicielskim uśmiechu. –
Moje serce nie wytrzymałoby dalszych atrakcji.
– To jest właśnie główna atrakcja – odrzekła lekko obraŜona.
Pocałowała go w szyję i powiodła językiem po policzku aŜ do
zagłębienia ucha i wróciła do ust, aby złoŜyć na wargach męŜczyzny
długi pocałunek.
Reeve jęknął i cofnął się o krok. Chciał rozpiąć pasek spodni, lecz
Clea powstrzymała go.
– Pozwól mi to zrobić. – Niezdarnie manipulowała przy pasku.
Wyciągnęła go ze szlufek. – Pierwszy raz mam z tym do czynienia –
wyjaśniła.
– Z czym? Z rozpinaniem paska?
– Nie. Z uwodzeniem męŜczyzny.
– Ale nieźle sobie radzisz.
Rozpięła guzik i zamek błyskawiczny spodni Reeve’a. Nigdy
przedtem nie posunęła się do tego z Ŝadnym męŜczyzną. Jej palce
poruszały się sprawnie, z magiczną wręcz zręcznością. Holden oddychał
coraz szybciej, poddając się bez reszty miłosnemu zauroczeniu.
Clea przerwała na moment pieszczoty. Mógł ściągnąć spodnie i
koszulę. I znów zaczęła wędrówkę dłoni po muskularnym ciele. Bawiła
się włosami na torsie Reeve’a i twardymi brodawkami. Głaskała płaski
brzuch. Dotarła tam, gdzie jej ręce zawitały juŜ wcześniej.
Wstrzymała oddech. Usiłowała wydusić z siebie jakieś słowa.
Reeve opadł na łóŜko. Osunęła się na podłogę. Z początku działała
powoli, delikatnie, rozbudzając jego namiętność. W niej równieŜ
wzbierała Ŝądza, niczym gorący, buchający płomień. Holden zanurzył
rękę w jej włosach i przycisnął skronie kobiety.
– Cleo! – zawołał. – Cleo, jeszcze nie teraz. Chcę się z tobą
kochać. Uwiodłaś mnie. Teraz moja kolej.
Chwycił ją mocno, połoŜył na łóŜku i wypełnił swoim ciepłem i
siłą. Czerpała od niego energię. Poruszała się tym samym, szaleńczym
rytmem. Na szczycie rozkoszy próbowała krzyknąć imię Reeve’a, lecz
słowa uwięzły jej w gardle. Zamknęła oczy. Zespolili się w jedną
doskonałą całość.
Znaleźli spełnienie, lecz dalej leŜeli spleceni w uścisku, a serca
biły zgodnym rytmem. Tyle mieli sobie do powiedzenia! Reeve wolałby
poczekać, aŜ ochłoną, lecz nie potrafił.
Odezwał się cicho, chrapliwie, jakby nie swoim głosem:
– Nasza znajomość nie skończy się na tym, prawda? Clea uniosła
głowę.
– Bałam się, Ŝe tak się stanie. WciąŜ powtarzałeś, Ŝe nam się nie
uda.
– Myliłem się.
– Jestem szczęśliwa z tego powodu. – Pocałowała go kilka razy. –
Musi się udać, Reeve. Będzie nam dobrze. Kocham cię...
– Naprawdę?
– Nigdy nie pokocham innego męŜczyzny – powtórzyła obietnicę
daną mu przed laty.
– I ja będę cię kochał aŜ do końca Ŝycia – szepnął w odpowiedzi.
Uśmiechnął się do siebie. Pisali razem nowe zakończenie historii
swojej miłości. Szczęśliwe zakończenie. Rozkoszując się bliskością
dwojga ciał, nabierali sił do nowych przygód, które miały im przynieść
następne dni.
Rano zaspali i omal nie spóźnili się na lotnisko. Clea właściwie
pragnęła w duchu, aby tak się stało. Nie była przyzwyczajona do starych
samolotów, obsługujących małe prywatne linie. Przez całą drogę do
Wichita siedziała skulona, nękana mdłościami.
Na miejscu natychmiast popędzili z bagaŜami do samolotu
lecącego do Teksasu. Bez tchu dopadli schodków. Lądowali w ulewnym
deszczu. Reeve stanął w długiej kolejce po bilety do miasta Ensenada w
Meksyku.
Clea czekała na niego w restauracji nad filiŜanką niesmacznej
kawy.
– Reeve, to dwie godziny jazdy od Santa Inez. Usiadł przy stoliku.
– Nie polecielibyśmy tam bezpośrednio, nawet gdyby było takie
połączenie. Browning z pewnością obserwuje lotnisko dwadzieścia
cztery godziny na dobę.
Polecieli zatem do Ensenady. TuŜ przed lądowaniem Cleę ogarnął
strach.
– A jeśli celnik znajdzie posąŜek?
Reeve wziął ją za rękę i pogładził uspokajająco.
– Celnicy meksykańscy nigdy nie przeszukują bagaŜu wwoŜonego
do kraju. OdpręŜ się i opanuj.
Pomyślała o posąŜku ukrytym w tenisówkach Reeve’a. Holden
nalegał z początku, Ŝeby włoŜyć buty do bagaŜu podręcznego, lecz uznał,
Ŝ
e wyglądałoby to dziwacznie i podejrzanie.
Reeve zachowywał spokój. Clea natomiast nie potrafiła utrzymać
nerwów na wodzy. Kiedy poprzednio zawitali do Santa Inez, urzędnik
machinalnie odznaczył odpowiednią rubrykę w dokumentach. Niestety,
teraz Meksykanin uwaŜnie studiował paszport Reeve’a i kartę
turystyczną.
Pot wystąpił na czoło Clei. Oczami wyobraźni widziała juŜ
najgorsze. Spodziewała się szczegółowej rewizji i pytań o posąŜek
Olmeków, a potem aresztowania i poznania warunków Ŝycia w więzieniu
w Ensenadzie.
Z ust urzędnika popłynął potok hiszpańskich słów. Reeve poprosił
ją wzrokiem o tłumaczenie. Opanowała panikę i wydusiła z siebie
odpowiedź.
– El senor gusta Mexico. Mucho. Ja teŜ. To znaczy, me gusta
Mexico tambien. Mucho.
Celnik nagrodził ją uśmiechem i przepuścił.
– O co mu właściwie chodziło? – spytał Reeve, chowając paszport
do kieszeni.
– ZauwaŜył, Ŝe to nasza druga podróŜ do Meksyku w przeciągu
tygodnia, powiedziałam więc, Ŝe uwielbiam ten kraj. I wcale nie
skłamałam – oznajmiła.
Czuła się w Meksyku jak w domu.
– To nie koniec naszej podróŜy, Cleo. Przed nami podróŜ do Santa
Inez.
– Wiem, ale na szczęście Browning nie moŜe sprawdzać kaŜdego
samochodu. Nie wie teŜ, skąd przyjedziemy. Wybraliśmy okręŜną drogę.
Reeve roześmiał się.
– Myślę, Ŝe powinniśmy utrudnić zadanie Browningowi i wynająć
cadillaca.
Kiedy przyjechali do Santa Inez, Reeve nie odwaŜył się
zaparkować tuŜ przy szpitalu. Najpierw zadzwonił.
– Chciałbym rozmawiać z senor Carlos – poprosił i oddał
słuchawkę Clei, która lepiej mówiła po hiszpańsku.
Pielęgniarka poinformowała, Ŝe Charlie opuścił szpital.
– Donde esta senor Carlos, por favor? – spytała Clea z nadzieją,
Ŝ
e szybko go odnajdą.
Pielęgniarka powiedziała coś o złotym runie.
– Ach, Charlie zaszyfrował w ten sposób wiadomość dla nas –
wyjaśnił Reeve. – Pamiętasz, w mitologii greckiej statek Argonautów
wyruszył na poszukiwanie złotego runa. Argonauci, „Argosy”!
Wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę portu, gdzie przy
nadbrzeŜu stał zakotwiczony jacht Reeve’a.
W świetle księŜyca jacht wyglądał po prostu pięknie. Clea i Reeve
weszli na pokład i jak najciszej pokonali schodki prowadzące do kajut.
Holden powoli otworzył drzwi głównej kajuty. W fotelu z puszką
piwa w ręce siedział Charlie i szczerzył zęby w uśmiechu.
– Witajcie na pokładzie. Wybaczcie, Ŝe się powtórzę i spytam,
czemu to trwało tak długo?
ROZDZIAŁ 12
– Niewiarygodna sprawa – oświadczył Luis Valdez, dyrektor
muzeum w Santa Inez. – Jaguar wrócił do nas! – Spojrzał na Charliego,
siedzącego po drugiej stronie staroświeckiego biurka. – Jest pan
człowiekiem honoru, panie Moore.
Reeve zerknął na Cleę. Określenie „człowiek honoru” niezbyt
pasowało do Charliego, chociaŜ musieli przyznać, Ŝe właściwie zachował
się bez zarzutu. Po krótkich namowach zgodził się zwrócić figurkę do
muzeum, wyjaśnić sytuację i ponieść wszelkie konsekwencje swojego
czynu. Na razie nie spotkała go kara, wręcz przeciwnie, uchodził za
bohatera.
– Cieszymy się bardzo – ciągnął Valdez. – Natychmiast
skontaktujemy się z policją, która juŜ szuka naszego byłego pracownika,
zamieszanego w tę kradzieŜ.
Charlie przełknął nerwowo ślinę.
– Powinni państwo takŜe powiadomić policję o moim udziale w tej
sprawie.
Clea nie wytrzymała.
– Pan rozumie, senor, mój brat nie miał nic wspólnego z tą
kradzieŜą. On tylko...
Reeve ścisnął ją za rękę i zgromił wzrokiem. Zacisnęła wargi i juŜ
się nie odzywała. Miała od tej pory nie mieszać się w Ŝycie Charliego.
– Na początku nie wiedziałem, Ŝe posąŜek został skradziony –
tłumaczył Charlie – ale kiedy go zobaczyłem, domyśliłem się prawdy.
Valdez w milczeniu skinął głową.
– Źle postąpiłem, angaŜując się w tę transakcję. Nic mnie nie
usprawiedliwia.
– Ale naprawił pan swój błąd i, jak widzę, poniósł pan pewnego
rodzaju karę – powiedział Valdez, mając na myśli pobicie. – Zatem nie
wysuwamy Ŝadnych zarzutów pod pańskim adresem. Jest pan wolny,
senor Moore.
Charlie zerwał się na nogi, uścisnął rękę dyrektora, przytulił
siostrę i klepnął Reeve’a po plecach.
– To dzięki wam. Uwierzyliście mi.
– A teraz, skoro załatwiliśmy interesy, czy napijecie się państwo
ze mną kawy? – spytał Valdez i zadzwonił po sekretarkę.
– Oczywiście – odparła Clea z ulgą w głosie. – Co się stanie z
Browningiem? Czy zostanie zatrzymany?
– Mogę o tym zapewnić. Kiedy tylko senorita Moore prześle nam
fotografie dzieł sztuki, zaczniemy je identyfikować. Poprosimy znawców
o ekspertyzy. Wymiar sprawiedliwości działa być moŜe powoli, lecz
Browning na pewno zostanie ukarany, i to dzięki panu, senor Moore.
Clea z uśmiechem spostrzegła, Ŝe Reeve ze zgrozą podniósł wzrok
ku niebu.
Po godzinie znaleźli się na zalanej słońcem ulicy.
– Charlie, jak ty to robisz? Jakoś zawsze wychodzisz na swoje –
orzekł Reeve.
– Czuję się, jakbym zaczynał nowe Ŝycie – oświadczył Charlie z
powagą. – Postaram się tym razem nie zmarnować szansy.
– Nowy braciszek? – zaŜartowała Clea.
– Nowy jak spod igły – zapewnił Charlie. – Słyszałem, co Reeve
mówił o moim dotychczasowym Ŝyciu. Ostatni epizod nauczył mnie
poczucia odpowiedzialności. – Roześmiał się. – MoŜe wreszcie w wieku
trzydziestu dwóch lat stanę się dorosły? Dziękuję, przyjacielu.
Wyciągnął dłoń do Holdena.
– AleŜ daj spokój. Koniec ze spłacaniem długów. Jesteśmy
wreszcie kwita.
– Umowa stoi!
– Co powiecie na obiad? – zaproponowała Clea.
– Ja rezygnuję – oznajmił Charlie. – Zabieram bagaŜe i pierwszym
samolotem wracam do Stanów. Valdez to miły gość, ale moŜe zmienić
zdanie. Lecę do domu. Zresztą, pewnie chcecie być sami.
Clea cmoknęła brata w policzek.
– Zgadłeś. Do zobaczenia w Los Angeles.
Clea westchnęła i spojrzała na błyszczące fale Pacyfiku. Słońce
zachodziło. RóŜowe i fioletowe smugi światła kładły się na ciemniejącej
powierzchni wody.
Spacerowali wąskimi uliczkami wzdłuŜ nadbrzeŜa Santa Inez. Nie
spiesząc się, wracali po obiedzie do hotelu. Skończyła się pasjonująca
przygoda. Mogli wreszcie spokojnie odetchnąć. I zacząć nową przygodę.
ś
ycie razem.
Usiedli na drewnianej ławeczce przy starej fontannie na
opustoszałym placu. Noc naleŜała do nich.
Clea zaniepokojona obserwowała Reeve’a. Był zamyślony,
zatroskany, jak gdyby nieobecny.
– Cudownie tu, prawda? – spytała z wahaniem.
– Nie moŜe być piękniej – odparł, rozpraszając jej wątpliwości.
– MoŜe w Kalifornu. Myślałam o tych wszystkich cudownych
rzeczach, które moŜemy wspólnie robić.
Chcę, Ŝebyś poznał moich przyjaciół. Mama i tata z pewnością
zaproszą nas na weekend i...
– Wygląda na to, Ŝe masz wiele planów – przerwał jej.
– A chcesz się ze mną spotkać po powrocie?
We wzroku Reeve’a malowała się rozpacz. Serce Clei ścisnęło się
z bólu.
– Chyba w ogóle nie powinniśmy wracać.
– Nie wracać? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Będziemy
razem, tak, Reeve?
Nie odpowiedział od razu. Inaczej wyobraŜał sobie tę chwilę.
Chciał, Ŝeby było romantycznie, tajemniczo, ale skoro Clea zaczęła
mówić o rodzicach i przyjaciołach, nie miał wyboru. Nie mógł pozwolić,
aby ich związek znów się rozpadł.
– Jest coś, co powinniśmy zrobić najpierw. Powinniśmy się
pobrać.
– Oczywiście – szepnęła. – Pragnę wyjść za ciebie. Objęła go
mocno.
– Bezzwłocznie. Dziś, a najpóźniej jutro. Natychmiast.
– Tu, w Meksyku? – spytała zaskoczona. – Tak.
Nie planowała tak szybkiego obrotu spraw. Kochała Reeve’a i
chciała z nim spędzić resztę Ŝycia, lecz taki pośpiech sprawiał wraŜenie,
Ŝ
e Holden jej nie ufa.
Wbiła wzrok w morze. Zamilkła.
– Nie rozumiem – stwierdziła wreszcie.
– Cleo, nie uda nam się przetrwać, jeśli nie postawimy wszystkich
przed faktem dokonanym. Twoi rodzice i kariera zawodowa znowu
okaŜą się waŜniejsze.
– Dlaczego tak mówisz? Dlaczego nie dajesz nam szans?
Oczywiście, Ŝe nam się powiedzie. Przez te lata zmieniliśmy się bardzo.
Słowa Reeve’a zabrzmiały z bolesną szczerością.
– To prawda. Nie jesteśmy juŜ parą dzieciaków sądzących, Ŝe
miłość pokona wszelkie przeszkody. Wiemy, Ŝe to niemoŜliwe. Boję się
podświadomie, Ŝe w Los Angeles, po głębokim zastanowieniu, zmienisz
zdanie.
Clea osłupiała.
– To śmieszne! Wmawiasz mi, Ŝe nie wiem, czego chcę.
Oczywiście, Ŝe ja...
– Więc udowodnij mi swoją stałość. Wyjdź za mnie. Zostań tu ze
mną.
– Udowodnić? Po co?
Reeve stawiał absurdalne Ŝądania. Co się z nim działo?
– MoŜe rzeczywiście nie ufam przyszłości i chcę kuć Ŝelazo, póki
gorące?
– MałŜeństwo nie zapewni ci automatycznie poczucia
bezpieczeństwa. Kartka papieru nic nie znaczy bez zaangaŜowania...
Stawiasz mi warunki, a ja jedynie pragnę najpierw przystosować się do
zmian, które zaszły w moim Ŝyciu.
– Przestraszyłaś się? Sny na jawie to jedno, a realne Ŝycie to
drugie, tak?
– Realne Ŝycie? śeglowanie bez celu na „Argosy” nazywasz
realnym Ŝyciem?
– Wobec tego twoje Ŝycie jest więcej warte, bo trwonisz talent na
fotografowanie domów bogaczy? – rzucił zaczepnie.
Poczuła skurcz Ŝołądka. Serce podeszło jej do gardła. Nagle
wszystko wokół wydało jej się okropne. Cały świat, nadzieje, plany legły
w gruzach i nie umiała temu zaradzić.
Dotknęła plecami zimnego oparcia ławki. Chłód przywrócił jej
trzeźwość umysłu. Bała się opuścić uregulowane Ŝycie. Reeve zaś bał się
ją stracić.
– I co, Cleo?
– Kocham cię, Reeve, i chcę być z tobą, ale mam obowiązki i
musimy...
– Nie – przerwał. – Mamy obowiązki wobec siebie. Myślisz o
mamusi, tatusiu i braciszku? Nic się nie zmieniło? – Roześmiał się
ironicznie.
– Czemu nam to robisz? Czemu nas rozdzielasz? Rozpłakała się.
– Wina leŜy po obu stronach – powiedział łagodnie. –
ZaangaŜowałem się w nasz związek, ale ty się wycofujesz. – Pogładził ją
po twarzy. – Skończyła się wspólna przygoda. Powinniśmy się rozejść,
zanim sprawimy sobie jeszcze większy ból.
– Reeve, potrzebujemy czasu. Trochę czasu.
– Mieliśmy dziesięć lat, Cleo, i to nie wystarczyło, abyśmy
przeistoczyli się w zupełnie innych ludzi. Niech tak zostanie.
Nagle ciszę placyku zakłócił warkot silnika. Na wąskiej uliczce
zatrzymała się taksówka. Wysiadło z niej kilkoro podchmielonych
turystów i ruszyło w stronę plaŜy.
– Patrz, mamy taksówkę. Wrócimy do portu, a potem pojedziesz
na lotnisko. Złapiesz jeszcze chyba jakiś samolot?
Clea w szoku pospieszyła za Holdenem. Nie mogła znaleźć słów
na opisanie targających nią uczuć. Czy złe doświadczenia przeszłości
miały zawaŜyć na ich losach?
Jechali w milczeniu. Reeve nie śmiał podnieść wzroku na
wściekłą, zrozpaczoną Cleę. Postawił ją w obliczu wyboru. Nie znał
innego wyjścia. Stało się to, co najgorsze. Utracił ją.
Usiłował przekonać w duchu samego siebie, Ŝe tak jest lepiej.
Szybkie cięcie, minimum bólu zamiast powolnego konania w Los
Angeles.
Dwa razy prosił ją o rękę. Dwa razy został odrzucony. Trzeciego
razu nie przewidywał.
Clea włączyła światło w ciemni. Nie spojrzała nawet na wywołane
zdjęcia. Wiedziała, Ŝe brakuje im ekspresji, atmosfery. Nie włoŜyła serca
w te fotografie. Co innego zdjęcia przywiezione z Meksyku i Kolorado...
Kiedy zdejmowała fartuch, przyszedł Charlie.
– Masz coś ciekawego? Pokręciła głową.
– Raczej nie. – Wolała nie roztrząsać przyczyn nieudanych zdjęć.
– CóŜ przywodzi panicza w moje skromne progi? – zaŜartowała,
zmieniając temat.
– A jaki tam ze mnie panicz! Jestem wiecznym buntownikiem.
Patrz, nie noszę krawata.
– Co na to tata?
– Nic. Zawarliśmy kompromis. Wzorowo prowadzę dział kadr w
naszym przedsiębiorstwie, w zamian zaś tata przymyka oko na moje
fanaberie. A co u ciebie?
– CóŜ, nie mam tak poŜytecznego, szacownego zajęcia.
– A ja, po tej awanturze w Meksyku, postanowiłem wziąć się do
uczciwej pracy. O, co to? – spytał na widok rozłoŜonych na biurku pism.
– A, to zrobiłam w Kolorado. Z wahaniem podała mu odbitki.
– Naprawdę dobre! Zupełnie niepodobne do tego, co robisz
zwykle dla „Trends”.
– „New World” to świetne czasopismo.
– Twoje najlepsze zdjęcia do tej pory. Szykuj się do wystawy
indywidualnej.
– Wiesz, juŜ nawet trochę się przymierzałam, ale... – zawiesiła
głos. – Muszę mieć więcej zdjęć. Tymczasem odczuwam brak
natchnienia.
– On jeszcze nie wrócił – stwierdził Charlie, nie owijając w
bawełnę. – Widocznie złapał jakiś rejs w Meksyku i był zajęty przez parę
tygodni, a następnie zakotwiczył w San Diego i znalazł nowe
zamówienie.
– Wiem, Ŝe nie wrócił, ale ty pewnie, jako jego przyjaciel, znasz
szczegóły.
– Jesteśmy w kontakcie – przyznał Charlie. – A przy okazji, skąd
wiesz, Ŝe nie wrócił?
– Wolałabym o tym nie mówić.
– AleŜ, Cleo, tu chodzi o moją siostrę i o mojego najlepszego
przyjaciela. CzyŜbyś pojechała do Newport?
Skinęła głową.
– I co planowałaś w razie spotkania?
– Chyba powiedzieć prawdę.
– To znaczy?
– Kocham go, Charlie.
– Zdaję sobie sprawę. Z wzajemnością – dodał przebiegle.
– W Meksyku zaŜądał, Ŝebyśmy się pobrali, a ja najpierw chciałam
powiadomić tatę i mamę, uporządkować swoje sprawy i nie rezygnować
z kariery zawodowej. Potrzebowałam czasu.
– Minęło sześć tygodni i co?
– Znudziło mnie fotografowanie wystawnych rezydencji.
Chciałabym rozwinąć skrzydła i spróbować czegoś nowego.
– A co powiedzieli rodzice? Clea roześmiała się.
– Mama musiała anulować długą listę swoich znajomych, którzy
chcieli skorzystać z moich usług. Ale oboje są dumni z moich osiągnięć.
– Pominęłaś waŜną część problemu. Co powiedzieli rodzice o
twoim Ŝyciu osobistym? Zwierzyłaś im się trochę?
– Ze wszystkiego! Prawie wszystkiego. Z tego, Ŝe jestem
zakochana w Reevie. Przyjęli to z zaskoczeniem, zakłopotaniem,
wreszcie z przeraŜeniem.
– Z przeraŜeniem? To do taty niepodobne.
– Mówię powaŜnie. Myślę, Ŝe przez te lata obawiali się, czy
czasem Reeve nie zamierza mnie porwać. Teraz pewnie kaŜde z nas
zrozumiało, Ŝe w moim Ŝyciu jest miejsce i dla rodziców, i dla
ukochanego męŜczyzny.
Charlie gwizdnął z aprobatą.
– Jestem pod wraŜeniem twojego opanowania i mądrości Ŝyciowej,
siostrzyczko! Stawiam na ciebie!
Reeve siedział w barze Pokeya Barstowa. Rozmowa z barmanem
nie kleiła się. Myśli Holdena krąŜyły od kilku tygodni wokół Clei.
Postąpił jak głupiec, Ŝądając od niej natychmiastowego zadeklarowania
się. Tak się bał, Ŝe ją straci, Ŝe przestraszył ją naprawdę. Nie dąŜył do
kompromisu. Nie starał się jej odzyskać. MoŜe nie było jeszcze za
późno?
Pokazał Pokeyowi banknot dolarowy.
– Rozmień mi na monety do automatu, Poke.
– Zadzwoń z mojego telefonu. Udostępniam go przecieŜ
przyjaciołom.
Nakręcił numer Clei. Po trzech sygnałach włączyła się
automatyczna sekretarka. Zaklął w duchu. Nie tak to sobie wyobraŜał.
– Cleo, mówi Reeve. Muszę z tobą porozmawiać, ale za parę
godzin wypływam w rejs czarterowy. – Odetchnął głęboko, usiłując
zebrać myśli. – Miałaś rację. Potrzebujemy czasu. Jestem gotowy do
kompromisu i do wysłuchania twoich racji. Nie chcę, Ŝebyś rezygnowała
z kariery czy zrywała z rodzicami. Do diabła, mogę ich nawet zabrać w
rejs! Wyjdziesz za mnie? Czekaj tu na mnie, proszę, kiedy zawinę do
portu. – Zakończył nagranie i odwiesił słuchawkę.
– Sprawy zawodowe – wyjaśnił zaciekawionemu Pokeyowi.
Wyjął portfel, aby zapłacić za obiad.
– Dziś firma stawia, kapitanie. Pewnie potrzebujesz przyjaciela?
Reeve uśmiechnął się na poŜegnanie.
Idąc wzdłuŜ nabrzeŜa, zastanawiał się, dlaczego jacht zamówiono
juŜ od wieczora, a nie jak się przyjęło, od rana. Nie Ŝyczył sobie tej nocy
towarzystwa na jachcie. A zwłaszcza towarzystwa nowoŜeńców w
podróŜy poślubnej.
Na pokładzie zastał stertę bagaŜu. Zszedł po schodkach i otworzył
drzwi do swojej kajuty.
– Clea – szepnął przez zaciśnięte gardło. – Spodziewałem się
klientów na rejs...
– To ja zamówiłam jacht i opłaciłam podróŜ. A teraz posłuchaj.
Na jej twarzy malowała się powaga i stanowczość. Wzięła głęboki
oddech.
– Miałeś rację. Tam, w Meksyku, bałam się porzucenia
dotychczasowego Ŝycia i pracy. Ale przemyślałam wszystko na nowo i
nie podoba mi się to, co robiłam do tej pory. JuŜ wiem, czego chcę.
Wiem teŜ, Ŝe nie osiągnę tego bez ciebie, Reeve.
Błyskawicznie znalazł się przy niej, objął, pocałował. Oboje
płakali z radości.
– Powiedz, czego pragniesz. Rzucę jacht, ustabilizuję się...
– Ani się waŜ. – Pogłaskała go po twarzy. – To twoje Ŝycie. Chcę
je dzielić z tobą. Zawieziesz mnie do cudownych miejsc, gdzie będę
robić zdjęcia na moją wystawę. A teraz zacznijmy nasz miesiąc
miodowy. OŜenisz się ze mną, Reeve?
Roześmiał się, pamiętając słowa nagrane na automatycznej
sekretarce.
– Dzisiaj? – domagała się odpowiedzi.
– Najpierw popłyniemy do Santa Inez. Później ściągniemy
Charliego i twoich rodziców na wesele. NaleŜy nam się. Nigdy nie spałaś
w łoŜu kapitańskim.
Podniosła figlarny wzrok.
– Ostatnio byłam twoją załogą, pamiętasz? Ze śmiechem chwycił
ją za ręce.
– I kto to powiedział, Ŝe szczęśliwe zakończenia zdarzają się tylko
w ksiąŜkach?