background image

Agatha Christie 

Kieszeń pełna żyta

T

ytuł oryginału angielskiego: „A Pocket Full of Rye”

background image

I

Według kolejności herbatę parzyła panna Somers — najnowsza i najbardziej 

nieudolna pośród maszynistek. Była to osoba nie pierwszej już młodości, o łagodnej, 
wiecznie zatroskanej twarzy przypominającej owcę. Do imbryka nalała niezupełnie 
wrzącej wody, gdyż biedaczka nigdy nie potrafiła rozstrzygnąć, czy woda gotuje się 
naprawdę, co stanowiło jeden z wielu kłopotów, stale zatruwających jej życie.

Panna Somers napełniła filiżanki i podawała je koleżankom zdobiąc każdy 

spodeczek zawilgłym herbatnikiem.

— Woda znów nie zagotowana, Somers! — skarciła ją surowo panna Griffith, 

energiczna kierowniczka hali maszyn, szpakowata pedantka zatrudniona w 
Zjednoczonej Agencji Powierniczej od lat szesnastu.

Łagodna, zakłopotana twarz panny Somers poróżowiała.
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się naprawdę.
„Somers utrzyma się tu może miesiąc, póki jesteśmy zawalone robotą — 

pomyślała panna Griffith. — Głupia idiotka, słowo daję! Żeby tak sknocić 
najprostszy list do Banku Wschodniego! Z herbatą nie może sobie poradzić, no i 
ostatnim razem nie zamknęła szczelnie puszki na herbatniki. Słowo daję! Gdyby nie 
trudności ze znalezieniem rzeczywiście inteligentnej maszynistki…”

Ostatnie zdanie nie zostało zakończone, jak w większości zgryźliwych monologów 

wewnętrznych panny Griffith.

Do pokoju wkroczyła panna Grosvenor, aby przyrządzić uświęcony napój dla 

samego pana Fortescue. Szef miał inny gatunek herbaty, inną zastawę i specjalne, 
tylko dla niego przeznaczone herbatniki. Z personelem dzielił jedynie czajnik oraz 
wodę z kranu w garderobie, ale tym razem wrzątek był oczywiście prawdziwym 
wrzątkiem. Panna Grosvenor dopilnowała tego osobiście.

Panna Grosvenor — olśniewająca blondynka — miała na sobie szykowny i 

kosztowny czarny kostium, a jej kształtne łydki tkwiły w najlepszych i najdroższych 
nylonach z czarnego rynku. Wracając z garderoby minęła pokój maszynistek nie 
obdarzając nikogo słowem ni spojrzeniem, jak gdyby te kobiety były stadem 
karaluchów. Pełniła funkcję osobistej sekretarki pana Fortescue i, zdaniem plotkarzy, 
nie tylko sekretarki, co nie zgadzało się z prawdą. Pan Fortescue zawarł niedawno 
powtórny związek małżeński, i żona — również olśniewająca — pochłaniała całą 
jego uwagę. Panna Grosvenor stanowiła tylko fragment dekoracji biura — dekoracji 
zbytkownej we wszystkich szczegółach i bardzo drogiej.

Pokój maszynistek minęła niosąc przed sobą tacę niby ofiarę sakralną. Przez drugi 

pokój i poczekalnię, gdzie wolno było przesiadywać co ważniejszym klientom, udała 
się do własnego miejsca pracy i wreszcie zastukała delikatnie do drzwi, aby wstąpić 
do najważniejszego sanktuarium — gabinetu samego szefa.

Był to obszerny pokój o lśniącej posadzce zasłanej tu i ówdzie cennymi 

wschodnimi dywanami. Zdobiły go boazerie z jasnego drewna i kolosalnych 
rozmiarów fotele klubowe obite jasnobrązowym zamszem. W głębi, za ogromnym 
sykomorowym biurkiem stanowiącym główny akcent i centralny punkt wspaniałego 
gabinetu, zasiadał pan Fortescue w całej okazałości.

Wyglądem niezupełnie odpowiadał przepychowi otoczenia, jednakże starał się w 

miarę możliwości. Był tęgi, nalany, miał dużą łysinę i z zamiłowaniem nosił w 
mieście stosowne na wsi, luźno i wygodnie skrojone tweedy. Kiedy panna Grosvenor 
podpłynęła doń z wdziękiem łabędzia na wodzie, pan Fortescue z marsem na czole 
przeglądał leżące na biurku papiery. Sekretarka ustawiła tacę obok szefa i wycofała 
się oznajmiwszy oficjalnym i stłumionym głosem:

background image

— Herbatka, panie dyrektorze.
Obrzędową reakcję pana Fortescue stanowił w takich razach nieartykułowany 

pomruk.

Panna Grosvenor usiadła przy swoim biurku i zajęła się sprawami bieżącymi. 

Zadzwoniła w dwa miejsca, poprawiła kilka listów przygotowanych do podpisu dla 
szefa, przyjęła jeden telefon.

— Bardzo mi przykro, ale na razie to niemożliwe — odpowiedziała wyniośle. — 

Pan Fortescue ma konferencję.

Odłożywszy słuchawkę zerknęła na zegar. Było dziesięć po jedenastej.
W tej chwili obite materacem drzwi gabinetu przeniknął niezwykły dźwięk: 

stłumiony, lecz niewątpliwie wyraźny okrzyk cierpienia i grozy. Jednocześnie 
brzęczyk na biurku sekretarki zaczął uporczywie sygnalizować. Panna Grosvenor 
zastygła w bezruchu, po czym przerażona i zdezorientowana dźwignęła się z krzesła. 
W obliczu nieoczekiwanego utraciła kompletnie równowagę, mimo to jednak z 
normalną, posągową godnością postąpiła ku drzwiom, zastukała i weszła do 
sanktuarium.

Widok, jaki przedstawił się jej oczom, nie był krzepiący. Pracodawca, który 

siedział za biurkiem, sprawiał wrażenie człowieka cierpiącego, a na jego konwulsyjne 
drgawki strach było spojrzeć.

— Ach, panie dyrektorze! Czy pan chory? — powiedziała panna Grosvenor i 

momentalnie uprzytomniła sobie bezsens własnego pytania.

Pan Fortescue był niewątpliwie bardzo poważnie chory. Całym jego ciałem 

wstrząsały bolesne, spazmatyczne dreszcze. Z ust dobywał się urywany, zdławiony 
bełkot.

— Herbata… Co u diabła?… Co pani podała w herbacie?… Pomocy!…. Lekarza!

Panna Grosvenor umknęła z gabinetu. Nie była już wyniosłą złotowłosą 

sekretarką. Odmieniła się nagle w przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła 
głowę. W pokoju maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie:

— Pan Fortescue dostał jakiegoś ataku!… Umiera!… Trzeba zaraz wezwać 

lekarza… Wygląda okropnie… Kona!

Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna.
— Jeżeli to epilepsja, trzeba mu włożyć korek w usta — doradziła panna Bell, 

najmłodsza z maszynistek. — Kto ma korek?

Nikt nie miał korka.
— W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja — orzekła panna Somers.
— Musimy wezwać doktora. Niezwłocznie! — podchwyciła panna Griffith, ale 

tym razem nie dopisała jej zwykła zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy 
panny Griffith nigdy nie trzeba było wzywać lekarza do biura.

Naturalnie miała swojego doktora, ale ten mieszkał w Streatham Hill. Czy jakiś 

inny jest osiągalny w niedalekim sąsiedztwie?

Tego nikt nie wiedział. Panna Bell chwyciła książkę telefoniczną, aby szukać 

lekarzy pod „L”. Jednakże nie miała ona układu branżowego i lekarze nie byli 
uszeregowani niby taksówki na postoju. Ktoś napomknął o szpitalu — ale jakim?

— Musi to być szpital właściwy — powiedziała panna Somers. — Inaczej nikt nie 

przyjedzie. W Społecznej Służbie Zdrowia obowiązuje rejonizacja.

Propozycja, aby zadzwonić pod numer „999”, zgorszyła kierowniczkę hali 

maszyn. Policja! Inne komplikacje! Także pomysł! Jak na kraj, w którym opieka 
lekarska przysługuje wszystkim obywatelom, ta grupa nie najgłupszych kobiet 
zdradzała zadziwiającą nieznajomość metod postępowania. Panna Bell wzięła się do 
szukania Stacji Pogotowia Ratunkowego pod „P”.

background image

— Pan Fortescue ma własnego doktora. Jego adres musi być gdzieś zanotowany.
Ktoś skoczył po osobisty skorowidz adresowy szefa. Panna Griffith poleciła 

gońcowi, by natychmiast sprowadził lekarza — jakiegokolwiek, skądkolwiek — a 
następnie w osobistym skorowidzu znalazła nazwisko sir Edwina Sandemana 
ordynującego przy Harley Street. Panna Grosvenor siedziała bezradnie w fotelu i 
zawodziła, znacznie mniej dbając o wytworność niż w normalnych warunkach.

— Herbatę zaparzyłam, jak zawsze… Bogiem się świadczę!… Z pewnością nic 

nie było w herbacie…

— Nic nie było w herbacie? panna Griffith urwała; jej ręka zastygła na tarczy 

aparatu telefonicznego. Czemu pani to mówi?

— On tak powiedział… pan Fortescue… Zapytał, co mu podałam w herbacie.
Palec panny Griffith począł błądzić niepewnie między literami wywoławczymi 

telefonu sir Edwina Sandemana a numerem „999”.

— Trzeba mu dać musztardy z wodą. I to już! — zawołała panna Bell, osoba 

młoda, więc usposobiona optymistycznie. — Czy jest musztarda w biurze?

W biurze nie było musztardy.
Niebawem jednak dwa samochody do przewozu chorych nadjechały z dwu 

przeciwnych stron i doktor Isaacs z Bethnal Green oraz sir Edwin Sandeman spotkali 
się w windzie. Nie zawiódł ani telefon, ani goniec Zjednoczonej Agencji 
Powierniczej.

background image

II

W sanktuarium pana Fortescue miejsce za ogromnym sykomorowym biurkiem 

zajmował inspektor Neele. Jeden z jego podwładnych siedział spokojnie pod ścianą, 
tuż obok drzwi. W ręku trzymał notatnik.

Inspektor Neele miał dziarską, wojskową postawę i sztywne kasztanowate włosy 

zaczesane do góry nad nieco zbyt niskim czołem. Kiedy rzucał zwrot: „To sprawa 
czysto formalna” — ktoś mógłby pomyśleć: „Naturalnie! Sprawy czysto formalne to 
wszystko, co jest ci dostępne”. Ten ktoś myliłby się bardzo. Pod pozorną tępotą 
inspektor Neele krył wyobraźnię i umiejętność myślenia, a do jego metod śledczych 
należało tworzenie fantastycznych teorii odnośnie do winy osoby przesłuchiwanej w 
danym momencie.

Od razu dostrzegł niezawodnym okiem w pannie Griffith kobietę najbardziej 

powołaną do zwięzłego przedstawienia sytuacji, w której wyniku on zasiadł przy 
sykomorowym biurku. Istotnie panna Griffith opuściła gabinet po wyczerpującym 
zrelacjonowaniu porannych wydarzeń. Detektyw stworzył wówczas trzy odmienne 
błyskotliwe teorie tyczące racji, dla których wytrawna kierowniczka hali maszyn 
mogłaby zaprawić trucizną przedpołudniową herbatę szefa. Stworzył owe teorie i w 
charakterystyczny dla siebie sposób odrzucił je niezwłocznie, jako wysoce 
nieprawdopodobne.

Zastanawiając się nad panną Griffith sformułował następujące wnioski: a) to nie 

typ trucicielki, b) nie miała romansu z pracodawcą, c) nie zdradza objawów zakłóceń 
psychicznych, d) nie sprawia wrażenia osoby zawziętej i mściwej. Takie 
rozumowanie skutecznie wyeliminowało kierowniczkę hali maszyn, pozostawiając ją 
w śledztwie jedynie jako źródło ścisłych informacji.

Detektyw zerknął na telefon, gdyż lada moment oczekiwał wiadomości ze szpitala 

Świętego Judy. Oczywiście istniała możliwość, iż nagłe zasłabnięcie pana Fortescue 
wywołała jakaś przyczyna naturalna.

Nie sądzili tak jednak ani doktor Isaacs z Bethnal Green, ani sir Edwin Sandeman 

z Harley Street.

Inspektor Neele nacisnął brzęczyk umieszczony dogodnie w bliskości lewej ręki i 

wyraził życzenieby zgłosiła się osobiście sekretarka pana Fortescue.

Panna Grosvenor odzyskała równowagę, lecz w bardzo znikomym stopniu. Do 

gabinetu weszła lękliwie, bez zwykłego jej wdzięku łabędzia na wodzie, i z miejsca 
zastosowała taktykę obronną.

— Ja tego nie zrobiłam! — oznajmiła.
— Nie zrobiła pani? — bąknął półgębkiem detektyw i wskazał sekretarce krzesło, 

które zajmowała zwykle, gdy szef dyktował listy.

Obecnie, bez bloku w ręku, czulą się nieswojo. Usiadła z ociąganiem i 

podejrzliwie patrzała na inspektora, który tasując w myślach hipotezy: „Uwiedzenie? 
Szantaż? Platynowa blondynka na sali rozpraw?”, sprawiał wrażenie nieszkodliwego 
i chyba głupawego…

— W herbacie nic nie było — podjęła panna Grosvenor — Nic być nie mogło.
— Zapewne… Pani nazwisko i adres?
— Irena Grosvenor. Rushmoor Street 14, Muswell Hill. Inspektor Neele z 

zadowoleniem skinął głową i pomyślał: „Nie ma mowy o uwiedzeniu ani aferze 
miłosnej. Dziewczyna mieszka z pewnością w solidnym domu, przy rodzicach. 
Szantaż też w grę nie wchodzi”. W ten sposób odpadł szereg drobnych teorii 
roboczych.

— Pani parzyła dziś herbatę dla pana Fortescue? — zapytał uprzejmie detektyw.

background image

— Nikt inny nie mógł… To jest, chciałam powiedzieć, że ja robię to codziennie.
Filiżanka, spodek oraz imbryk zostały już zapakowane i odesłane dokąd należy, 

celem przeprowadzenia analizy. Teraz detektyw omawiał bez pośpiechu rytuał 
przyrządzania przedpołudniowej herbaty i upewniał się stopniowo, że tylko panna 
Grosvenor posługiwała się wymienionymi przedmiotami. Z czajnika korzystały 
uprzednio maszynistki, lecz sekretarka napełniła go powtórnie wodą z kranu w 
garderobie.

— A sama herbata? — zapytał inspektor Neele.
— Jest przeznaczona wyłącznie dla pana Fortescue. To specjalny chiński gatunek. 

Trzymam ją na półce w moim pokoju, sąsiadującym bezpośrednio z gabinetem.

Detektyw skinął znów głową i zapytawszy o cukier usłyszał, że pan Fortescue pija 

herbatę nie słodzoną.

Zadzwonił telefon. Inspektor Neele sięgnął po słuchawkę.
— Szpital Świętego Judy? — zapytał z lekko zmienionym wyrazem twarzy i 

zwrócił się do jasnowłosej sekretarki: — Na razie dziękuję pani.

Odprawiona tak młoda osoba spiesznie wycofała się z gabinetu.
Inspektor słuchał uważnie beznamiętnego skrzeczącego głosu i od czasu do czasu 

kreślił jakieś zagadkowe znaki w rogu leżącego przed nim bibularza.

— Aha, zmarł pięć minut temu — powiedział i zerknąwszy na zegar napisał 

szybko: dwunasta czterdzieści trzy.

Beznamiętny głos oznajmił, że sam doktor Bernsdorff chce mówić z inspektorem 

Neele.

— Dobrze. Proszę mnie z nim połączyć — odparł zwięźle detektyw i chyba 

zgorszył nieco właścicielkę głosu, który w ostatnim zdaniu zabrzmiał tonem 
urzędowego szacunku.

Nastąpiły szumy, trzaski, odległe nieartykułowane pomruki. Inspektor czekał 

cierpliwie i odsunął nieco słuchawkę od ucha dopiero wówczas, gdy huknął w niej 
głęboki bas.

— Jak się miewasz, Neele, stary sępie! I co? Znów spotykamy się nad zwłokami!
Inspektor Neele i profesor Bernsdorff ze szpitala Świętego Judy zetknęli się przed 

z górą rokiem przy okazji pewnej sprawy o otrucie i od tej pory utrzymywali 
przyjacielskie stosunki.

— Dowiedziałem się, doktorze, że nasz człowiek nie żyje.
— A nie żyje. Kiedy przywieziono go tutaj, nie było ratunku.
— Przyczyna zgonu?
— Oczywiście przeprowadzimy sekcję. Ciekawy przypadek, bardzo ciekawy. 

Kontent jestem, że coś takiego mnie się trafiło.

Ton fachowego zadowolenia w donośnym głosie Bernsdorffa dawał wiele do 

myślenia.

— Jak widzę, jesteś zdania, że nie była to śmierć naturalna — powiedział 

obojętnie detektyw.

— Ma się rozumieć, że nie — wrzasnął doktor i dodał z nieco spóźnioną 

przezornością. — Oczywiście wypowiadam się na ten temat nieoficjalnie.

— Rzecz zrozumiała. Otrucie, prawda?
— Niewątpliwie. A co więcej… To znów wypowiedź nieoficjalna, tylko między 

nami… A co więcej, gotów jestem trzymać zakład, jakiej użyto trucizny.

— Czyżby?
— Aha. Użyto, mój stary, taksyny. Rozumiesz? Taksyny!
— Jak żyję, o czymś takim nie słyszałem.
— Nic dziwnego. To niezwykła trucizna. Rzeczywiście bardzo niezwykła. Powiem 

otwarcie, że nawet mnie nie przyszłaby na myśl, gdyby nie wypadek sprzed trzech 

background image

czy czterech tygodni. Dwoje dzieci urządzało podwieczorek dla lalek. Rozumiesz? 
Narwały jagód cisa i zastąpiły nimi herbatę.

— Więc ta twoja taksyna znajduje się w jagodach cisa?
— W jagodach, a także w igłach. Substancja mocno trująca, naturalnie alkaloid. 

Chyba nie słyszałem o przypadku rozmyślnego jej użycia. Interesująca historia i nad 
wyraz oryginalna. Nie masz wyobrażenia, Neele, jak człowieka nudzą te same wciąż 
klasyczne preparaty chwastobójcze. Ale taksyna to prawdziwy specjał! Rzecz 
oczywista, mogę być w błędzie. Nie powołuj się na mnie, broń Boże! Ale nie sądzę, 
żeby tak było. Historia ciekawa też dla ciebie, odbiegająca od rutyny.

— Masz na myśli, że dobra zabawa czeka wszystkich, oprócz denata?
— Właśnie! Biedaczysko! Jemu szczęście nie dopisało — przytaknął doktor 

Bernsdorff zdawkowym tonem.

— Powiedział coś przed śmiercią?
— Twój podwładny siedział nad nim z notatnikiem w garści. On poda ci 

szczegóły. Facet mamrotał coś o herbacie. Podobno mówił, że otruto go herbatą w 
biurze. Oczywisty nonsens!

— Dlaczego nonsens? — obruszył się zawiedziony inspektor, który oczyma 

wyobraźni oglądał już efektowną pannę Grosvenor, przyrządzającą dla szefa 
tradycyjny napój z nietradycyjnym dodatkiem cisowych jagód.

— Dlatego, że taksyna nie mogła dać o sobie znać tak szybko. Podobno objawy 

wystąpiły bezpośrednio po wypiciu herbaty, prawda?

— Tak wszyscy twierdzą.
— Hm, bardzo niewiele trucizn działa błyskawicznie, z wyjątkiem oczywiście 

cyjanku i może nikotyny w czystym stanie.

— Jesteś pewien, że to nie był cyjanek albo nikotyna?
— Mój drogi! W takim przypadku facet umarłby przed przybyciem lekarza. O 

cyjanku albo nikotynie nie ma mowy. Podejrzewałem strychninę, ale konwulsje 
wyglądały całkiem nietypowo. Oczywiście mówię nadal prywatnie, ale gotów jestem 
ręczyć swoją reputacją zawodową, że chodzi o taksynę.

— Po jakim czasie to paskudztwo działa?
— Zależy. Po godzinie, dwu, trzech. Nieboszczyk wygląda na nie lada żarłoka. 

Zwłokę mogło wywołać solidne śniadanie.

— Śniadanie, mówisz? — podchwycił inspektor z nutą zastanowienia w głosie — 

Racja! Wszystko wskazuje na śniadanie.

— Śniadanie u Borgiów — roześmiał się pogodnie Bernsdorff. — No, pomyślnych 

łowów, stary.

— Serdeczne dzięki, doktorze. Chciałbym jeszcze pogadać z moim sierżantem.
Powtórzyły się szmery, trzaski, zgrzyt. Wreszcie inspektor złowił uchem ciężkie 

sapanie, jakim sierżant Hay zwykł poprzedzać każdą rozmowę.

— Pan inspektor?
— Aha. Neele przy telefonie. Czy denat powiedział coś, o czym powinienem 

wiedzieć?

— Mówił o herbacie. Niby, że go struli herbatą w biurze. Ale pan doktor 

twierdzi…

— Wiem. Nic więcej?
— Nic, panie inspektorze. Ale jest dziwna sprawa. Naturalnie przejrzałem 

kieszenie ubrania, które nieboszczyk miał na sobie. Znalazłem to, co zawsze: chustkę 
do nosa, klucze, bilon, portfel. Zastanowiła mnie tylko prawa kieszeń marynarki. 
Było w niej zboże.

— Zboże?
— Tak jest, proszę pana inspektora.

background image

— Jak to zboże? Płatki owsiane lub pszenne? Coś z rzeczy, które jada się na 

śniadanie? A może kukurydza czy jęczmień?

— Zgadza się, panie inspektorze. To było ziarno, na mój rozum żyto… Dużo 

żyta…

— Hm… Szczególna historia… Może chodzi o próbkę towaru objętego jakąś 

transakcją handlową.

— Ma się rozumieć, panie inspektorze. Ale byłem zdania, że warto o tym 

zameldować.

— Zupełnie słusznie, Hay.
Inspektor Neele odłożył słuchawkę i przez długą chwilę siedział bez ruchu, 

zapatrzony przed siebie. Jego systematyczny umysł wędrował od pierwszej do drugiej 
fazy śledztwa — od podejrzeń do pewności otrucia. Profesor Bernsdorff 
wypowiedział się nieoficjalnie, ale to ktoś, kto nie zwykł mylić się w sądach. Rex 
Fortescue został zamordowany. Truciznę podano mu na jedną do trzech godzin przed 
wystąpieniem pierwszych objawów. W takim razie cały personel biura jest zapewne 
niewinny.

Detektyw wstał i udał się do pokoju, gdzie praca szła opieszale i maszyny 

klekotały w zwolnionym tempie.

— Proszę pani — zwrócił się do panny Griffith — mógłbym zamienić z panią 

jeszcze kilka słów?

— Naturalnie, panie inspektorze. Czy paniom wolno wyjść na obiad? Normalna 

pora przerwy dawno minęła. A może życzy pan sobie, żeby tutaj sprowadzić posiłek?

— Nie. Panie mogą wyjść na obiad, pod warunkiem, że wszystkie wrócą.
— Rzecz oczywista.
Panna Griffith poszła za detektywem do gabinetu szefa, gdzie zasiadła na krześle, 

spokojna i energiczna jak zawsze.

— Otrzymałem wiadomość ze szpitala Świętego Judy — rozpoczął bez ostrożnego 

wstępu inspektor Neele. — Pan Fortescue zmarł o dwunastej czterdzieści trzy.

Panna Griffith nie wydawała się zaskoczona nowiną. Lekko pochyliła głowę.
— Miałam wrażenie, że zachorował bardzo ciężko — powiedziała. „Niewiele ją to 

obeszło” pomyślał detektyw i podjął:

— Zechce mnie pani poinformować o domu i stosunkach rodzinnych denata?
— Chętnie, panie inspektorze. Usiłowałam już połączyć się telefonicznie z panią 

Fortescue. Odpowiedziano mi, że zapewne gra w golfa. W domu nie spodziewają się 
jej na obiad. Nie wiedzą też, na jakim może być polu. Widzi pan ciągnęła tonem 
wyjaśnienia — państwo Fortescue mieszkają w Baydon Heath, niedaleko trzech 
bardzo znanych klubów golfowych.

Inspektor ze zrozumieniem skinął głową. Oczywiście wiedział, że w Baydon Heath 

rezydują niemal wyłącznie bogacze ze sfer handlowych. Osiedle ma doskonałą 
komunikację kolejową, leży o niespełna dwadzieścia mil od centrum Londynu i 
stosunkowo łatwo dotrzeć tam samochodem nawet w godzinach rannego i 
popołudniowego szczytu.

— Proszę o bliższy adres i numer telefonu.
— Telefon Baydon Heat 3400. Posiadłość nosi nazwę Domek pod Cisami.
— Co takiego? — detektyw dał wyraz spontanicznemu zdumieniu. — Jak pani 

powiedziała? Domek pod Cisami?

— Tak, panie inspektorze — kobieta spojrzała nań ze zdziwieniem, lecz detektyw 

zdążył się już opanować.

— Proszę o charakterystykę stosunków rodzinnych zmarłego.
— Pani Fortescue jest drugą żoną, znacznie od męża młodszą. Pobrali się jakieś 

dwa lata temu. Pierwsza żona nie żyje od dawna. Z tamtego małżeństwa są dwaj 

background image

synowie i córka. W Domku pod Cisami mieszka córka, a także starszy syn, wspólnik 
firmy. Niestety jest obecnie na północy w sprawach handlowych. Powinien wrócić 
jutro.

— Kiedy wyjechał?
— Przedwczoraj.
— Próbowała pani nawiązać z nim kontakt?
— Tak. Kiedy pana Fortescue zabrano do szpitala, połączyłam się z hotelem 

Midland w Manchesterze, gdzie miał się zatrzymać. Niestety wyjechał już z samego 
rana, prawdopodobnie do Sheffield albo Leicester, ale nie jestem pewna. Mogę panu 
dać nazwy kilku firm, które chyba zamierzał odwiedzić.

„Niewątpliwie osoba zaradna i bystra. Gdyby zechciała uśmiercić szefa, 

załatwiłaby to sprawnie” — pomyślał inspektor Neele, lecz zaniechał wszelkich 
teoretycznych rozważań, aby skupić uwagę na sytuacji domowej pana Fortescue.

— Wspomniała pani o drugim synu, prawda?
— Tak. Miał jakieś nieporozumienia z ojcem i teraz przebywa za granicą.
— Czy obydwaj są żonaci?
— Tak. Pan Parcival od trzech lat. Zajmują z żoną samodzielny apartament w 

Domku pod Cisami. Wkrótce przeprowadzą się do własnego domu, również w 
Baydon Heath.

— Niedawno telefonowała pani do Baydon Heath. Czy pani Parcivalowej nie było 

w domu?

— Nie było. Pojechała na cały dzień do Londynu. Pan Lancelot ożenił się 

niespełna rok temu z wdową po lordzie Fryderyku Anstice. Zapewne widywał pan jej 
zdjęcia, na przykład w „Tatlerze”, z końmi wyścigowymi i podczas zawodów 
hipicznych.

Twarz panny Griffith ożywiła się nieco, jej głos zadźwięczał nutką podniecenia. 

Neele — niezły znawca natury ludzkiej — pojął, że małżeństwo w takim stylu 
poruszyło snobistyczne i romantyczne uczucia starszawej biuralistki. Zawsze co 
arystokracja, to arystokracja, a panna Griffith nie musiała wiedzieć, że nieboszczyk 
lord Fryderyk Anstice cieszył się nie najlepszą reputacją na torach wyścigowych. 
Palnął sobie w łeb tuż przed niemiłym dochodzeniem w sprawie pewnej gonitwy z 
udziałem należącego doń konia. Inspektor słyszał tez coś niecoś o lady Anstice, córce 
irlandzkiego para, której pierwszym mężem był lotnik poległy w Bitwie o Anglię. 
Trzecim został widać wyrodny syn rodziny Fortescue — gdyż Neele nie wątpił, że 
nieporozumienia z ojcem, o których wspomniała mimochodem panna Griffith, miały 
związek z jakąś czarną plamą w życiorysie młodego człowieka.

Lancelot Fortescue! Co za pomysł! A starszego nazwano Parcival! Detektyw 

zainteresował się osobą pierwszej pani Fortescue. Jaka to mogła być kobieta? W 
każdym razie zdradzała szczególne upodobania w zakresie wyboru imion.

Przyciągnął bliżej aparat telefoniczny i nakręciwszy TOL — litery wywoławcze 

międzymiastowej — poprosił o Baydon Heath 3400. Niezwłocznie odezwał się męski 
głos.

— Chciałbym mówić z panią Fortescue albo panną Fortescue — powiedział Neele.
— Niestety, żadnej z pań nie ma w domu.
Głos wydał się inspektorowi trochę zapijaczony.
— Czy pan jest kamerdynerem?
— Tak. Zgadza się.
— Pan Fortescue ciężko zachorował.
— Wiem. Dzwonili już z biura. Ale co ja mogę poradzić? Pan Val wyjechał na 

północ, a pani Fortescue gra w golfa, nie bardzo wiem gdzie. Pani Valowa jest w 
Londynie; wróci na kolację. Panna Elaine poprowadziła na wycieczkę swoje małe 

background image

skautki.

— Nie ma w domu nikogo, z kim mógłbym porozmawiać o nagłym zasłabnięciu 

pana Fortescue? To sprawa bardzo pilna.

— Hm… Czyja wiem? — w głosie zabrzmiało wahanie. — Jest panna 

Ramsbottom, ale ona nigdy nie podchodzi do telefonu… Albo panna Dove… że się 
tak wyrażę, zarządzająca domem.

— Niech pan poprosi pannę Dove.
— Postaram się ją znaleźć — powiedział kamerdyner.
Detektyw słyszał jego oddalające się kroki. Po upływie paru minut odezwał się w 

telefonie kobiecy głos.

— Mówi Dove.
Głos był niski, opanowany, wymowa bardzo staranna. Inspektor stworzył sobie 

korzystny obraz panny Dove.

— Z przykrością muszę panią zawiadomić, że pan Fortescue umarł w szpitalu 

Świętego Judy. Jak pani wiadomo, zasłabł nagle w biurze. Bardzo mi zależy ma 
porozumieniu się z rodziną.

— Oczywiście. Nie mam doprawdy pojęcia… — panna Dove nie dokończyła 

zdania; jej głos nie zdradzał głębszych uczuć, brzmiał jednak nutą zaskoczenia i 
zdziwienia. — Wszystko fatalnie się składa. Należałoby nawiązać kontakt z panem 
Parcivalem Fortescue, który bez wątpienia zajmie się nieodzownymi formalnościami. 
Może go pan znaleźć w hotelu Midland w Manchesterze albo w hotelu Grand w 
Leicester. Ewentualnie niech pan spróbuje zatelefonować do Shearera i Bondsa w 
Leicester. Nie znam numeru, ale wiem, że pan Parcival miał ich odwiedzić. Chyba 
będą mogli poinformować pana, gdzie go dziś trzeba szukać. Pani Fortescue z 
pewnością wróci na kolację, może nawet na podwieczorek. Przeżyje straszny wstrząs. 
Śmierć nastąpiła chyba całkiem nagle? Pan Fortescue na nic się nie uskarżał przed 
wyjazdem z domu.

— Widziała go pani przed wyjazdem?
— Tak, proszę pana. Co to było? Serce?
— Czy pan Fortescue cierpiał na dolegliwości sercowe?
— Nie… O niczym takim nie słyszałam. Ale nagły zgon nasuwa przypuszczenie… 

— Panna Dove znów nie dokończyła zdania. — Czy pan mówi ze szpitala Świętego 
Judy? Jest pan lekarzem?

— Nie, proszę pani. Nie jestem lekarzem. Mówię z gabinetu pana Fortescue. 

Inspektom Neele z Wydziału Śledczego. Postaram się możliwie zaraz przyjechać do 
Baydon Heath i porozmawiać z panią.

— Inspektor… Z Wydziału Śledczego… Czy?… Co to znaczy, proszę pana?
— W grę wchodzi nagła śmierć. W podobnych razach, proszę pani, my pojawiamy 

się na scenie, zwłaszcza jeżeli zmarły nie znajdował się ostatnio pod stałą opieką 
lekarską, co w danym przypadku miało chyba miejsce…

Inspektor ledwie zaznaczył ton pytający, lecz panna Dove odpowiedziała żywo:
— Tak. Naturalnie. Parcival dwa razy zamawiał dla ojca wizytę u doktora. Ale pan 

Fortescue nie chciał o tym słyszeć. Nie zachowywał się rozsądnie. Cała rodzina 
niepokoiła się o niego… — zarządzająca domem urwała raz jeszcze, aby wnet podjąć 
uprzednim, chłodnym tonem: — Co mam powiedzieć pani Fortescue, jeżeli wróci, 
nim pan zdąży przyjechać?

„Rzeczowa i praktyczna osoba” — pomyślał detektyw i dodał głośno:
— Proszę powiedzieć, że z powodu nagłej śmierci nieuniknione są pewne 

pytania… To sprawa czysto formalna — zakończył o odłożył słuchawkę.

background image

III

Inspektor Neele odsunął aparat telefoniczny i bystrym wzrokiem zmierzył pannę 

Griffith.

— Więc rodzina niepokoiła się ostatnio o pana Fortescue. Wysyłała go do lekarza? 

Nic mi pani nie mówiła.

— Nie pomyślałam o tym odparła biuralistka. — Zresztą nie sądziłam nigdy, by 

pan Fortescue był naprawdę chory.

— Nie chory?… Więc co?
— Jakiś dziwny… Hm… Inny niż dawniej… Zachowywał się w sposób 

szczególny.

— Martwił się o coś?
— On? Nie… My martwiliśmy się o niego. Detektyw czekał cierpliwie dalszego 

ciągu.

— Trudno to wytłumaczyć w sposób prosty — podjęła panna Griffith. — Miewał 

zmienne nastroje. Czasami zachowywał się hałaśliwie. Parę razy odniosłam, 
doprawdy, wrażenie, że chyba sobie popił. Chwalił się, opowiadał rozmaite cudaczne 
historie, z całą pewnością nieprawdziwe. Ale to nie wszystko. Pracuję tu od lat i przez 
prawie cały ten czas pan Fortescue był powściągliwy… powściągliwy i bardzo, 
bardzo oszczędny. Ale ostatnio zupełnie się zmienił. Stał się gadatliwy i, można 
powiedzieć, szastał pieniędzmi. Kiedy nasz goniec wybierał się na pogrzeb babki, 
szef zawołał go do gabinetu, dał chłopcu banknot pięciofuntowy i zanosząc się 
śmiechem doradził mu, aby tę sumę postawił na fuksa, nie faworyta. Był, że się tak 
wyrażę, całkiem niepodobny do samego siebie. Tyle mogę powiedzieć, panie 
inspektorze.

— Może go coś dręczyło?
— Dręczyło? Nie… Raczej zdawać się mogło, że oczekuje czegoś radosnego… 

jakichś pomyślnych wydarzeń,

— Na przykład wielkiej i korzystnej transakcji — podpowiedział Neele.
— Właśnie, panie inspektorze — przyznała z przekonaniem panna Griffith. — 

Zdawać się mogło, że nie obchodzą go powszednie sprawy. Był ożywiony, 
podniecony. Odwiedzali go jacyś dziwni interesanci, ludzie, jacy nigdy tu dawniej nie 
przychodzili. Pan Parcival okropnie się tym trapił.

— Aa… Okropnie się tym trapił.
— Tak, panie inspektorze. Zawsze był faworytem ojca, który ufał mu bez 

zastrzeżeń, liczył na niego. Ale ostatnio…

— Ostatnio jakoś się nie zgadzali, prawda? — podchwycił detektyw.
— Cóż, rozmaite posunięcia pana Fortescue wydawały się nierozsądne panu 

Parcivalowi. To człowiek bardzo ostrożny, rozważny. Był zły, gdy ojciec nagle 
przestał się z nim liczyć.

— I stąd wynikła kłótnia — sondował dalej inspektor Neele.
— Kłótnia?…. Nie słyszałam o żadnej kłótni. Tyle że pan Fortescue był całkiem 

niepodobny do siebie, kiedy tak krzyczał.

— Krzyczał? Nie może być! A co wtedy mówił?
— Wpadł do hali maszyn i…
— Więc wszystkie panie to słyszały?
— Tak… Oczywiście.
— Ubliżał synowi? Klął? Skarżył się na niego? Co Parcival wtedy zrobił?
— Chodziło raczej o coś, czego nie chciał zrobić. Ojciec nazywał go 

gryzipiórkiem, marnym urzędniczyną, który nie ma szerokich horyzontów, nie wie, 

background image

jak załatwia się wielkie interesy. Krzyczał: „Sprowadzę do kraju Lancelota. On wart 
dziesięciu takich jak ty. No i ożenił się dobrze. Ma rozmach. Nie szkodzi, że raz 
zdarzyło mu się wejść w kolizję z prawem”. Mój Boże! O tym nie powinnam mówić.

Panna Griffith, która, jak niejedna osoba przed nią, uległa zręcznym manewrom 

inspektora, odczuła teraz spóźnione skrupuły.

— Nie ma się czym przejmować — pocieszył ją detektyw. — To chyba dawna 

sprawa?

— O tak! Bardzo dawna. Pan Lance był wtedy młody, lekkomyślny. Nie 

orientował się, co właściwie robi.

Inspektor Neele wielekroć wysłuchiwał podobnych opinii i nie zgadzał się z nimi. 

Nie podjął wszakże dyskusji, aby bez przeszkód prowadzić dalsze przesłuchanie.

— Chciałbym usłyszeć coś więcej o personelu biura — podjął spokojnie.
Panna Griffith pragnęła zatuszować własną niedyskrecję, więc nie skąpiła 

informacji o pracownikach Zjednoczonej Agencji Powierniczej. Kiedy skończyła, 
detektyw podziękował i oznajmił, że chciałby raz jeszcze porozmawiać z panną 
Grosvenor.

Wywiadowca Waite zastrugał ołówek i napomknął posępnie, że to eleganckie 

biuro. Objął spojrzeniem okazałe fotele klubowe, kolosalne biurko, dyskretne 
oświetlenie.

— I wszyscy mają tu fasonowe nazwiska — ciągnął. — Grosvenor to całkiem po 

książęcemu. Fortescue też brzmi nielicho.

— Ojciec naszego człowieka nazywał się inaczej — odparł z uśmiechem Neele. — 

Fontescu. Pochodził skądś z Europy Środkowej. Sądził widać, że Fortescue lepiej się 
nada.

Wywiadowca Waite zmierzył przełożonego wzrokiem pełnym podziwu.
— Pan inspektor wie już wszystko o nim?
— Cóż, sprawdziłem to i owo, nim przyjechałem tutaj na wezwanie.
— Notowany u nas?
— Skąd znowu! Pan Fortescue to nie lada spryciarz. Miał do czynienia z czarnym 

rynkiem i od czasu do czasu robił interesy, wyrażając się najoględniej, śliskie. 
Wszystko jednak mieściło się w granicach prawa.

— Rozumiem. Wredny typ, prawda?
— Krętacz. Tyle że z naszego punktu widzenia nic nie przeskrobał. Ludzie z 

Kontroli Skarbowej długo deptali mu po piętach, lecz i dla nich był za cwany. Ho, ho! 
Nieboszczyk Rex Fortescue to istny geniusz finansowy!

— Taki facet mógł mieć wrogów, co? — podchwycił wywiadowca z nutą nadziei 

w głosie.

— Wrogów? Oczywiście! Nie zapominajmy jednak, że został otruty w domu. Na 

to przynajmniej wygląda. Wiesz co, Waite? Zaczyna mi się marzyć pewien schemat: 
stary, wybornie znany schemat. Dobry chłopiec Parcival i zły chłopiec Lance, typ 
bardzo interesujący dla płci pięknej. Znacznie młodsza żona, która nie wie z góry, na 
jakich kortach zamierza grać w golfa. Wszystko to brzmi nieobco, tylko jeden 
szczegół fatalnie nie pasuje.

— Co takiego? podchwycił ciekawie wywiadowca Waite, lecz w tej chwili otwarły 

się drzwi gabinetu i panna Grosvenor, która zdążyła już odzyskać równowagę ducha i 
stała się znów normalnie efektowną sekretarką, zapytała wyniośle:

— Życzył pan sobie mówić ze mną?
— Chciałbym zadać pani kilka pytań na temat pracodawcy… Należałoby raczej 

powiedzieć byłego pracodawcy.

— Biedaczek! — westchnęła nieprzekonywająco panna Grosvenor. — Czy 

ostatnio zauważyła w nim pani zmiany?

background image

— Otwarcie mówiąc, zauważyłam.
— Jakie?
— Trudno to sprecyzować… Cóż, pan Fortescue mówił rozmaite głupstwa. W 

połowę tego niepodobna było wierzyć. No i złościł się często, przeważnie na pana 
Parcivala. Na mnie nie, bo nie mam zwyczaju oponować. „Tak, panie dyrektorze” — 
odpowiadałam zawsze bez względu na to, co on mówi… a raczej, co mówił.

— Czy pan Fortescue… hm… Czy robił pani kiedy awanse?
— Nie… Tego nie mogę powiedzieć — odparła efektowna sekretarka jak gdyby z 

pewnym żalem.

— Jeszcze jedno pytanie. Czy pani szef miał zwyczaj nosić w kieszeni zboże?
— Zboże? — zdumiała się panna Grosvenor. — W kieszeni? Żeby karmić gołębie 

czy coś podobnego?

— Nie wykluczam takiego powodu.
— Nie! Z całą pewnością nie! Pan Fortescue miałby karmić gołębie? To nie w jego 

stylu.

— Czy z jakiegoś innego powodu mógł mieć dzisiaj w kieszeni, dajmy na to, 

jęczmień albo żyto? Może chodziło o próbkę zboża objętego jakąś transakcją 
handlową?

— Nie, panie inspektorze. Pan Fortescue czekał na kogoś z Azjatyckiej Spółki 

Naftowej i na prezesa pewnego przedsiębiorstwa budowlanego. Nie spodziewał się 
innych klientów.

— Mniejsza z tym… — Neele skwitował temat niedbałym gestem ręki, którym 

zarazem odprawił pannę Grosvenor.

— Nogi pierwsza klasa! — westchnął wywiadowca Waite. — I nylony nie gorsze.
— Nic nie pomogły te nogi — burknął inspektor Neel. — Nie posunąłem się o 

krok. Wciąż mam przed sobą nie wyjaśnioną zagadkę kieszeni pełnej żyta.

background image

IV

Po drodze z piętra na parter Mary Dove zatrzymała się na schodach, aby wyjrzeć 

przez wielkie okno. Zajechał właśnie samochód i wysiedli z niego dwaj mężczyźni. 
Wyższy stanął plecami do domu i przez moment rozglądał się dokoła. Mary Dove 
bacznie oszacowała ich wzrokiem. Nie wątpiła, że to inspektor Neele i zapewne jakiś 
jego podwładny. Odwróciła się i spojrzała na własne odbicie w długim lustrze, które 
zdobiło ścianę przy zakręcie schodów. Zobaczyła drobną, przesadnie skromną postać 
w beżowoszarej sukni o niepokalanie białych mankietach i kołnierzyku. Ciemne 
włosy, rozdzielone pośrodku głowy, spływały dwiema lśniącymi falami ku węzłowi 
upiętemu nisko nad karkiem… Szminka na ustach miała odcień bladoróżowy…

Ogólnie biorąc, Mary Dove była zadowolona ze swojej powierzchowności. 

Uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie i ruszyła w dół schodami.

Tymczasem inspektor Neele przyglądał się domowi i myślał: „Oni nazwali to 

«domkiem». Dobre sobie! «Domek pod Cisami». Typowa afektacja z grubą forsą! Na 
mój rozum lepsze byłoby określenie «pałac»„.

Wiedział doskonale, jak powinien wyglądać domek. Sam wychował się przecież w 

domku odźwiernego przy bramie posiadłości Hartington Park, gdzie ogromna, 
niezdarnie pseudoklasyczna budowla posiadała dwadzieścia dziewięć pokoi 
sypialnych, ostatnio zaś została zasekwestrowana przez władze skarbowe. Mały 
domek odźwiernego z zewnątrz prezentował się ładnie, lecz wewnątrz był wilgotny, 
straszliwie niewygodny i nie miał żadnych nowoczesnych urządzeń z wyjątkiem 
najbardziej prymitywnej kanalizacji. Na szczęście rodzice inspektora Neele uważali 
swoje warunki mieszkalne za normalne i odpowiednie. Nie musieli płacić czynszu i 
nie mieli do roboty nic oprócz otwierania i zamykania bramy, kiedy zaszła ku temu 
potrzeba. Ponadto park obfitował w króliki, a od czasu do czasu trafiał do garnka 
nawet bażant. Pani Neele nie dowiedziała się nigdy, ile satysfakcji sprawiają 
elektryczne żelazka, piece stałopalne, wentylowane spiżarki pod oknami, krany z 
zimną oraz gorącą wodą lub światło zapalane jednym ruchem palca. Zimą Neele’owie 
korzystali z lampy naftowej, w lecie kładli się spać o zmroku. Byli rodziną zdrową i, 
mimo całego zacofania, bardzo szczęśliwą.

Nic dziwnego, że dźwięk wyrazu „domek” obudził w inspektorze wspomnienia z 

lat dzieciństwa. Jednakże gmach ochrzczony pretensjonalnie Domkiem pod Cisami 
przypominał pałace, jakie ludzie bogaci wznoszą dla siebie, aby mówić o nich „moje 
skromne zacisze na wsi”. Nawiasem mówiąc Domek pod Cisami nie był skromnym 
zaciszem i nie znajdował się na wsi. Wielkie domisko z czerwonej cegły rozrastało 
się raczej wszerz niż wzwyż i miało dach nieco zanadto łamany oraz pokaźną liczbę 
okien z oprawnych w ołów szklanych gomułek. Ogród był sztywny, konwencjonalny, 
pełen różanych klombów i rabat, pergoli, cembrowanych sadzawek oraz (zgodnie z 
nazwą rezydencji) często strzyżonych szpalerów cisowych.

Nie mogło tutaj braknąć cisów komuś, kto szukałby surowca dla wyprodukowania 

taksyny! W prawym kącie ogrodu, za obrosłą pnącymi różami pergolą pozostawiono 
ślad prawdziwej przyrody — stare drzewo cisowe przywodzące na myśl cmentarz, o 
gałęziach podpartych palami. „Rosło na tym miejscu długie lata — medytował 
inspektor Neele — nim najazd nowych domów z czerwonej cegły zaczął ogarniać 
wiejskie okolice. Rosło na tym miejscu, nim założono pole golfowe, a modni 
architekci jęli zjeżdżać z zamożnymi klientami, aby zachwalać im korzystne strony 
takich lub innych terenów budowlanych. Stanowiło cenny zabytek, więc zostało 
włączone do odmiennego krajobrazu i najprawdopodobniej dało nazwę wymarzonej 
siedzibie bogacza. Domek pod Cisami… Może jagody z tego właśnie drzewa…”

background image

Inspektor Neele urwał nie wiodące do niczego rozważania. Musiał przystąpić do 

pracy.

Nacisnął guzik dzwonka.
Drzwi otworzył zaraz mężczyzna w średnim wieku odpowiadający dość wiernie 

obrazowi, jaki detektyw stworzył sobie na podstawie rozmowy telefonicznej. Miał 
minę mało inteligentnego cwaniaka, rozbiegane oczy i z lekka drżące ręce.

Neele oznajmił, kim jest, przedstawił swojego podwładnego i nie bez przyjemności 

dostrzegł wyraz przestrachu w oczach kamerdynera. Nie przywiązywał do tego 
zbytniej wagi. Reakcja mogła przecież być spontaniczna, nie związana bynajmniej z 
nagłym zgonem pracodawcy.

— Czy pani Fortescue wróciła?
— Nie, panie inspektorze.
— A pozostałe dwie panie?
— Także nie wróciły, panie inspektorze.
— W takim razie chciałbym pomówić z panną Dove. Służący zerknął przez ramię 

w kierunku schodów.

— Panna Dove właśnie idzie — powiedział.
Inspektor objął wzrokiem Mary Dove, która bez pośpiechu szła z piętra na parter. 

Tym razem rzeczywistość nie odpowiadała uprzednim wyobrażeniom. Pojęcie 
zarządzającej domem czy gospodyni kojarzy się automatycznie z wizerunkiem 
postawnej, energicznej damy ubranej w czerń i pobrzękującej niewidocznymi 
kluczami.

Neele nie spodziewał się drobnej smukłej osóbki w sukience gołębiej barwy. Nie 

spodziewał się śnieżnobiałych mankietów i kołnierzyka, lśniących, gładko 
uczesanych włosów ani subtelnego uśmiechu Mony Lizy. Wszystko wydało mu się 
trochę nierealne, jak gdyby ta młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna grała rolę — 
nawet nie rolę zarządzającej domem, lecz po prostu Mary Dove. Jej 
powierzchowność sprawiała wrażenie ukształtowanej w harmonii z nazwiskiem.

— Pan inspektor Neele? — zapytała opanowanym tonem.
— Tak, proszę pani. A to jest sierżant Hay. Jak wspomniałem już podczas 

rozmowy telefonicznej, pan Fortescue zmarł w szpitalu Świętego Judy o godzinie 
dwunastej czterdzieści trzy. Zachodzi prawdopodobieństwo, że śmierć nastąpiła w 
wyniku otrucia czymś, co denat spożył dziś na śniadanie. Czy wobec tego sierżant 
Hay mógłby pójść do kuchni celem zebrania nieodzownych informacji?

— Naturalnie, panie inspektorze — odpowiedziała panna Dove i rzuciła pod 

adresem kamerdynera, który niepewnie przestępował z nogi na nogę Crump, proszę 
zaprowadzić sierżanta do kuchni i udzielić mu wszelkiej pomocy, jakiej zażąda.

Służący i policjant wyszli, a dziewczyna zwróciła się do inspektora:
— Pozwoli pan ze mną?
Z tymi słowy otworzyła drzwi i wprowadziła gościa do szablonowego pokoju — 

niewątpliwie palarni ozdobionej boazerią, bogatym obiciem ścian, ciężkimi fotelami i 
odpowiednią liczbą sztychów przedstawiających sceny z wyścigów i polowań.

— Zechce pan usiąść.
Neele wykonał polecenie. Mary Dove zajęła miejsce naprzeciw niego, twarzą w 

kierunku okna, czego detektyw nie omieszkał zauważyć. Pozycja raczej niezwykła 
dla kobiety, zwłaszcza jeżeli kobieta nie chce powiedzieć wszystkiego, co jej 
wiadomo… Ale może ta dziewczyna nie ma nic do ukrycia?

— Fatalnie się składa — zauważyła — że niepodobna porozumieć się szybko z 

nikim z rodziny. Pani Fortescue powinna lada moment wrócić. Tak samo pani 
Parcivalowa. Do jej męża wysłałam kilka depesz w rozmaite miejsca.

— Bardzo pani dziękuję.

background image

— Wspomniał pan, że śmierć pana Fortescue mogła nastąpić w wyniku otrucia 

czymś, co spożył dziś na śniadanie. Miał pan na myśli zatrucie pokarmowe?

— Zapewne… — bąknął inspektor obserwując bacznie Mary Dove.
— Mało prawdopodobne — ciągnęła z niezmąconym spokojem. — Na śniadanie 

podano bekon, jajecznicę, kawę, marmoladę, grzanki. Na kredensie stała też szynka z 
puszki otwartej wczoraj wieczorem. Nikt inny nie odczuł żadnych dolegliwości. Nie 
było na śniadanie ryby, kiełbasek… niczego, co mogłoby wydać się podejrzane.

— Jak widzę, wie pani dokładnie, co podano do stołu.
— Rzecz zrozumiała. Przecież ja dysponuję posiłki. Wczoraj na kolację…
— To obojętne, proszę pani — przerwał detektyw. — Jadłospis wczorajszej 

kolacji nie ma znaczenia.

— Sądziłam, że objawy zatrucia pokarmowego występują czasami dopiero po 

dwudziestu czterech godzinach.

— W danym przypadku nie ma o tym mowy… Zechce pani poinformować mnie 

szczegółowo, co pan Fortescue jadł i pił dzisiaj, przed wyjazdem z domu?

— O ósmej zaniesiono mu do pokoju poranną herbatę. Do jadalni zeszedł 

kwadrans po dziewiątej. Jak mówiłam już, na śniadanie podano bekon, jajecznicę, 
marmoladę, grzanki.

— Nie jadł płatków zbożowych, czegoś w tym rodzaju?
— Nie. Fan Fortescue nie lubił takich rzeczy.
— Jakiego cukru używa się tutaj? Kostki? Kryształu?
— Kostki. Ale pan Fortescue nie słodził kawy.
— Czy z rana zwykł przyjmować jakieś lekarstwa? Środki uspokajające? 

Ułatwiające trawienie?

— Nie, panie inspektorze.
— Czy pani uczestniczyła w śniadaniu?
— Nie, panie inspektorze. Nigdy nie jadam z rodziną pracodawcy.
— Kto był przy stole?
— Żona pana Fortescue, a także córka i synowa. Jak już panu wiadomo, pan 

Parcival jest nieobecny.

— Czy te panie jadły i piły to samo?
— Pani Fortescue poprzestała na soku pomarańczowym, kawie i grzankach. Pani 

Valowa i panna Fortescue mają dobry apetyt z rana. Myślę, że oprócz wymienionych 
potraw jadły też szynkę i płatki zbożowe. Pani Valowa pija herbatę, nie kawę.

Inspektor Neele zamyślił się na moment. Oto zawęża się zakres potencjalnej 

sposobności. Śniadanie jadły z denatem trzy — i tylko trzy — osoby: jego żona, 
córka i synowa. Każda z nich mogła skorzystać z okazji i zaprawić taksyną kawę w 
filiżance. Smak trucizny zneutralizowałaby gorycz nie osłodzonej kawy. Oczywiście 
w grę wchodzi również poranna herbata, lecz Bernsdorff twierdzi stanowczo, że w 
herbacie taksyną byłaby wyczuwalna… Chociaż luz po przebudzeniu, kiedy człowiek 
nie oprzytomniał zupełnie… Detektyw podniósł wzrok i spostrzegł, że jest pod 
baczną obserwacją.

— Pytał pan — podjęła Mary Dove — o lekarstwa, środki uspokajające, 

ułatwiające trawienie. Wydaje mi się to trochę dziwne. Gdyby lekarstwo było 
wadliwie przygotowane, gdyby nawet dodano coś do niego, nie mogłyby wystąpić 
objawy zatrucia pokarmowego.

Inspektor Neele zmierzył ją bystrym spojrzeniem.
— Ja, proszę pani, nie twierdziłem, że zgon nastąpił z racji zatrucia pokarmowego. 

Mówiłem tylko, że to prawdopodobnie otrucie… po prostu: otrucie.

Aha… Otrucie powtórzyła cicho Mary Dove. Ton jej głosu nie zdradzał 

przestrachu, zdziwienia. Brzmiał tylko nutą zainteresowania z powodu świeżo 

background image

wynikłej koncepcji czy też nie znanego uprzednio przeżycia. Pogląd ten potwierdziło 
następne zdanie:

— Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z przypadkiem otrucia.
— To niemiła historia wtrącił sucho inspektor Neele.
— Tak… Wyobrażam sobie, że niemiła.
Mary Dove zastanawiała się nad czymś przez chwilę. Później spojrzała na 

detektywa z nieoczekiwanym uśmiechem.

— Ja tego nie zrobiłam — powiedziała. — Sądzę jednak, że coś podobnego 

usłyszy pan od wszystkich.

— A nie domyśla się pani, kto mógł to zrobić? Wzruszyła ramionami.
— Otwarcie mówiąc, facet był obrzydliwy. Kto mógł to zrobić? Każdy!
— Czyja wiem, proszę pani? Normalnie nikt nie truje faceta tylko dlatego, że jest 

„obrzydliwy”. W takim przypadku musi działać solidny, konkretny motyw.

— Tak… — przyznała z namysłem Mary Dove. — Niewątpliwie.
— Będzie pani łaskawa powiedzieć mi więcej o domownikach? Dziewczyna 

podniosła wzrok i zdziwiła detektywa chłodnym i nieco szyderczym wyrazem oczu.

— Sądzę — zaczęła — że nie będzie to formalne zeznanie. Oczywiście że nie! 

Przecież pański sierżant straszy w tej chwili służbę. Nie chciałabym, panie 
inspektorze, by odczytano w sądzie moje słowa. Ale powiedzieć swoje mam ochotę… 
tak między nami… że się tak wyrażę „poza protokołem”.

— Śmiało, proszę pani — wtrącił inspektor Neele. — Nie mamy świadka 

rozmowy, na co zdążyła pani zwrócić uwagę.

Dziewczyna usiadła wygodniej w fotelu, założyła nogę na nogę, zmrużyła oczy.
— Na początek muszę przyznać, że nie poczuwam się do lojalności wobec moich 

pracodawców. Pracuję tutaj, bo posada jest dobrze płatna, a na dobrych zarobkach 
zawsze mi zależy.

— Właśnie! Zaskoczyło mnie trochę, że pani pełni funkcję zarządzającej domem. 

Z taką inteligencją, z takim wykształceniem…

— Powinnam pleśnieć w kantorze jakiejś firmy — podchwyciła — albo pomnażać 

akta któregoś z ministerstw! Moje obecne zajęcie, drogi panie inspektorze, to interes 
nieporównanie lepszy. Bogaci ludzie są gotowi płacić grubo, bardzo grubo komuś, 
kto wyzwala ich od domowych kłopotów. Wynajdywanie i angażowanie służby jest 
robotą straszliwie żmudną. Trzeba pisywać do biur pośrednictwa pracy, zamieszczać 
ogłoszenia w prasie, rozmawiać z kandydatami, przygotowywać takie rozmowy, a 
wreszcie dbać, by w gospodarstwie wszystko szło gładko. Wszystko to wymaga 
umiejętności, których ludzie bogaci zwykle nie mają.

— A jeżeli służba wynaleziona i zaangażowana z takim trudem odejdzie? Słyszała 

chyba pani o takich przypadkach.

— W razie potrzeby — uśmiechnęła się Mary — potrafię zasłać łóżka, sprzątnąć 

pokoje, ugotować, co trzebanawet podać do stołu tak, że nikt nie dostrzeże różnicy. 
Naturalnie nie reklamuję się w tym względzie, by nie stwarzać okazji do 
niewczesnych pomysłów. Mogę jednak zapełnić taką lub inną lukę. Na szczęście luki 
nie zdarzają się często. Z reguły pracuję u rzeczywiście bogatych ludzi, którzy gotowi 
są dać wszystko, by zapewnić sobie prawdziwą wygodę. Płacę najwyższe pensje i 
zdobywam zwykle najlepszą służbę.

— Taką na przykład, jak ten kamerdyner? Dziewczyna uśmiechnęła się do 

inspektora nie bez uznania.

— Widzi pan — podjęła — z małżeństwami zawsze są kłopoty. Crumpa trzymam 

na posadzie tylko ze względu na żonę, najdoskonalszą ze znanych mi kucharek. To 
istny klejnot, wart nie lada poświęceń. Pan Fortescue ceni… należy raczej 
powiedzieć: cenił, dobrą kuchnię. Nikt nie ma tutaj szczególnych skrupułów, a 

background image

pieniędzy jest w bród. Pani Crump umie zdobyć na czarnym rynku wszystko, co 
trzeba: masło, jaja, śmietankę. Ostatecznie Crump jest też na poziomie. Srebra czyści 
nie najgorzej, do stołu posługuje jako tako. Klucz od piwnicy z winem noszę zawsze 
przy sobie. Mam na oku dżin i whisky i dbam o garderobę domowników.

— Niezastąpiona panna Mary Dove — wtrącił z uśmiechem Neele.
— Coś w tym rodzaju. Przekonałam się, że prowadząc dom muszę sama wszystko 

umieć. Później mogę tego nigdy nie robić. Ale życzył pan sobie poznać moją opinię o 
rodzinie Fortescue.

— Proszę, jeżeli pani łaskawa.
— To ludzie naprawdę obrzydliwi. Wszyscy! Nieboszczyk pan Fortescue był 

typowym kombinatorem, który dba zawsze tylko o własną skórę. Lubił opowiadać 
chełpliwie o rozmaitych swoich pomysłowych zagraniach. Był tyranem, z pewnością 
tyranem o grubiańskich, aroganckich manierach. Adela to jego druga żona, o dobre 
trzydzieści lat młodsza. Poznała go w Brighton, gdzie pracowała jako manikiurzystka 
i rozglądała się za grubymi pieniędzmi. Jest bardzo ładna… Taka, rozumie pan, 
„seksbomba”.

Inspektor Neele był zaszokowany, lecz udało mu się nie zdradzić wrażenia. Jego 

zdaniem młoda dama pokroju Mary Dove nie powinna mówić o takich sprawach.

— Naturalnie Adela wyszła za mąż dla pieniędzy — ciągnęła młoda dziewczyna. 

— Do białej gorączki przywiodła tym Parcivala, syna pana Fortescue, i jego córkę 
Elaine. Obydwoje odnoszą się do niej możliwie najgorzej, ale to kobieta rozumna. 
Nie obraża się, jak gdyby nic nie rozumiała. Dobrze wie, że starego trzyma pod 
pantoflem. Mój Boże! Znowu użyłam niewłaściwego czasu. Trudno mi uwierzyć, że 
on rzeczywiście umarł.

— Chciałbym usłyszeć coś o synu.
— O kochanym Parcivalu? Żona nazywa go zdrobniale Val. To świętoszek, 

hipokryta. Jest układny, podstępny, chytry. Boi się ojca, który go zawsze 
terroryzował. Pozwala na to, ale wie, jak postawić na swoim. W przeciwieństwie do 
pana Fortescue bardzo liczy się z pieniędzmi. Oszczędność jest prawdziwą pasją jego 
życia. Dlatego właśnie długo szukał dla siebie oddzielnego domu. Mieszkanie tutaj 
dogadza kieszeni Vala.

— A jego żona?
— Jennifer to istota łagodna, cicha i chyba bardzo głupia, czego zresztą nie jestem 

zupełnie pewna. Przed ślubem była pielęgniarką. Aż do romantycznego finału 
opiekowała się Parcivalem, kiedy chorował na zapalenie płuc. Papa nie pochwalał 
tego związku. Jako nie lada snob życzył sobie, aby syn zrobił to, co się nazywa 
„świetną partią”. Biedną Jennifer lekceważył i dawał jej to odczuć. Mam wrażenie, że 
ona też bardzo nie lubi… to jest nie lubiła teścia. Zainteresowania tej osóbki 
ograniczają się do robienia zakupów i kina. Jej główną troskę stanowi skąpstwo męża, 
od którego dostaje za mało pieniędzy.

— Co pani powie o córce?
— Elaine? Trochę jej współczuję. To wcale niezła dziewczyna, typ pensjonarki, 

która rośnie, lecz wcale nie dojrzewa. Dobrze zna się na grach sportowych. Z zapałem 
przewodzi starszym i młodszym skaut—kom. Pasjonuje się sprawami takiego 
pokroju. Niedawno wynikła romantyczna historia między nią a zbuntowanym 
młodym nauczycielem. Niestety papa odkrył, że kawaler hołduje radykalnym ideom, 
więc jak taranem rozbił niedoszły związek.

Zabrakło jej odwagi, by sprzeciwić się ojcu.
Nie zabrakło. To młody człowiek zwinął chorągiewkę. Myślę, że i tym razem w 

grę wchodziły pieniądze. Widzi pan, Elaine nie jest szczególnie pociągająca.

A drugi syn? — zapytał detektyw.

background image

— Nigdy go nie widziałam. O ile mi wiadomo, to przystojny mężczyzna i 

skończony łobuz. Ma na koncie drobne fałszerstwo czeku… Takie sobie stare dzieje. 
Obecnie mieszka w Afryce Wschodniej.

— Nastąpiło zerwanie stosunków z ojcem?
— Tak. Pan Fortescue nie mógł zostawić Lancelota bez szylinga, bo już dawniej 

zrobił go młodszym wspólnikiem firmy. Ale od lat nie utrzymywali kontaktów, a 
jeżeli ktoś wspomniał przypadkiem Lancelota, ojciec zwykł mawiać: „Nie chcę nic 
wiedzieć o łajdaku. To nie mój syn”. Mimo wszystko jednak… — panna Dove 
umilkła nagle.

— Mimo wszystko jednak… — podpowiedział inspektor Neele.
— Wcale nie zdziwiłaby mnie wiadomość, że stary Fortescue usiłuje sprowadzić 

do kraju Lancelota.

— Na czym pani opiera swój pogląd?
— Na tym, że mniej więcej przed miesiącem stary ostro posprzeczał się z 

Parcivalem. Odkrył jakieś machinacje za swoimi plecami czy coś podobnego. Nie 
wiem dokładnie, o co poszło. W każdym razie pan Fortescue wpadł w istną furię. 
Parcival stracił pozycję faworyta, dobrego chłopca… Tak! On zachowywał się 
ostatnio inaczej niż zwykle.

— Kto? Pan Fortescue?
— Nie. Miałam na myśli Parcivala. Odniosłam wrażenie, że biedak na śmierć się 

zamartwia.

— Zechce pani powiedzieć mi coś o służbie… Crumpów poznałem. Kto więcej 

jest w domu?

Gladys Martin, kredensowa albo pokojówka. Sprząta pokoje na parterze, nakrywa 

do stołu, pomaga Crumpowi przy podawaniu. Ogólnie biorąc, przyzwoita 
dziewczyna, tylko bardzo ograniczona, jak gdyby niezupełnie normalna. Typ 
wyraźnie skrofuliczny. Inspektor pokwitował informacje skinieniem głowy.

— Pokojowa Ellen Curtis jest ponura i zgorzkniała, ale służyła w dobrych domach, 

a swoje obowiązki zna pierwszorzędnie. To stała służba. Resztę spraw gospodarskich 
załatwiają rozmaite przychodnie kobiety.

— Czy wyczerpała pani listę domowników? Nie. Jest jeszcze stara panna 

Ramsbottom.

— Któż to taki?
— Szwagierka pana Fortescue, siostra jego pierwszej żony. Pierwsza żona była 

znacznie starsza od niego, a z kolei panna Ramsbottom znacznie starsza od niej. 
Obecnie ma z pewnością grubo po siedemdziesiątce. Zajmuje pokój na piętrze, sama 
przyrządza swoje posiłki i korzysta tylko z pomocy przychodniej sprzątaczki. Jest 
dziwaczką i nigdy chyba nie przepadała za szwagrem, lecz zamieszkała tutaj jeszcze 
za życia siostry i została po jej śmierci. Pan Fortescue nigdy się nie przejmował 
losami cioci Effie, ale moim zdaniem to postać ciekawa.

— Innych domowników nie ma?
— Nie ma, panie inspektorze.
— Więc naturalnym rzeczy porządkiem doszliśmy do pani.
— Interesuje pana mój życiorys? Jestem sierotą. Ukończyłam wyższy kurs 

sekretarski w Kolegium Świętego Alfreda. Przyjęłam posadę stenotypistki, rzuciłam 
ją, poszukałam drugiej i osądziwszy, że to nie dla mnie zajęcie, rozpoczęłam obecną 
karierę. Miałam dotychczas trzech pracodawców, bo po roku lub półtora zaczyna 
mnie nudzić każde miejsce, więc się przenoszę. W Domku pod Cisami jestem od 
przeszło roku. Zaraz wypiszę na maszynie nazwiska i adresy moich poprzednich 
pracodawców i wraz z kopiami świadectw doręczę je sierżantowi… sierżantowi 
Hayowi, o ile się nie mylę. Czy to wystarczy?

background image

— Niewątpliwie, proszę pani.
Neele umilkł na moment. Oczyma wyobraźni jął oglądać Mary Dove manipulującą 

podejrzanie przy śniadaniu pana Fortescue. Później cofnął się jeszcze dalej — do 
systematycznego zbierania cisowych jagód. Wreszcie z ciężkim westchnieniem 
wrócił do rzeczywistości i chwili obecnej.

— Teraz — podjął — chciałbym zobaczyć Gladys… kredensową i pokojówkę 

Ellen. Aha, proszę pani — dodał powstając z fotela — nie domyśla się pani, czemu 
pan Fortescue mógł mieć w kieszeni zboże?

— Zboże? — powtórzyła z nie udawanym chyba zdumieniem.
— Tak. Zboże. Ziarno. Z niczym tego pani nie kojarzy? Absolutnie z niczym.
— Kto dbał o jego garderobę?
— Crump.
— Rozumiem. Czy państwo Fortescue zajmowali wspólną sypialnię?
— Tak. Oczywiście każde z nich miało własną ubieralnię i łazienkę. Mary Dove 

zerknęła na zegarek. — Adela powinna wrócić już naprawdę niedługo.

— Jeszcze jedna sprawa, proszę pani. Rozumiem, że w bliskim sąsiedztwie 

znajdują się aż trzy kluby golfowe. Dziwi mnie jednak, że do lej pory nie udało się 
odnaleźć pani Fortescue w żadnym z. nich.

— Byłby pan mniej zdziwiony, gdyby pan założyłże pani Fortescue może wcale 

nie grać w golfa — odparła szorstko Mary Dove.

— Przecież poinformowano mnie wyraźnie, że miała taki zamiar.
— Pani Fortescue zabrała komplet kijów i o takim właśnie zamiarze oznajmiła. 

Oczywiście wóz prowadzi sama.

Detektyw bystro spojrzał na Mary, gdyż w tym momencie spodziewał się uzyskać 

ważną informację.

— Wie pani, kto miał być jej partnerem? — zapytał.
— Zapewne miał to być pan Vivian Dubois.
— Rozumiem… — powiedział tylko Neele, a zarządzająca domem podjęła 

szybko:

— Przyślę panu Gladys, która z pewnością będzie śmiertelnie wystraszona. — Na 

chwilę przystanęła w progu, by dodać: — Nie radzę brać zbyt serio wszystkiego, co 
mówiłam. Jestem piekielnie złośliwa.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, na które inspektor patrzył przez moment w 

zadumie. Dziewczyna mogła być piekielnie złośliwa, lecz w każdym razie słowa jej 
posiadały wagę. Jeżeli Rex Fortescue został otruty rozmyślnie (co w danej chwili 
było prawie pewne), sytuacja w Domku pod Cisami wyglądała obiecująco. Motywy 
zdawały się leżeć wokół grubą warstwą.

background image

V

Dziewczyna, która z wyraźną niechęcią weszła do palarni, była nieładna, 

wystraszona i mimo szykownej sukni koloru czerwonego wina sprawiała wrażenie jak 
gdyby nie domytej i zaniedbanej.

Spojrzała na inspektora błagalnym wzrokiem i powiedziała:
— Ja nic złego nie zrobiłam. Naprawdę nie zrobiłam. Nic o tym wszystkim nie 

wiem.

— Spokojnie, panienko, spokojnie…
Ton głosu inspektora uległ pewnej zmianie. Brzmiał teraz łagodniej, bardziej 

pogodnie i naturalnie. Niewątpliwie detektyw starał się dodać odwagi przerażonej i 
zbitej z tropu młodej Gladys.

— Proszę siadać — ciągnął. — Porozmawiamy. Chciałbym dowiedzieć się czegoś 

o dzisiejszym śniadaniu.

— Ja tam nic nie zrobiłam.
— Nakrywała panienka do śniadania, usługiwała przy stole, prawda?
— Tak, proszę pana, to racja — przyznała opornie dziewczyna.
Była spłoszona i zdawać się mogło, że ma coś na sumieniu. Jednakże Neele 

widywał często świadków zbliżonego pokroju, nie tracił więc pogody, starał się 
pozyskać Gladys, życzliwym, uprzejmym tonem wypytywał, kto pierwszy przyszedł 
do jadalni, kto następny.

Okazało się, że Elaine Fortescue siadła do stołu pierwsza, w chwili kiedy Crump 

wniósł dzbanek z kawą. Po niej zjawiła się pani Fortescue, następnie pani Valowa. 
Pan przyszedł ostatni. Kawa, herbata i gorące dania stały na kredensie, na 
podgrzewanych płytkach. Państwo obsługiwali się sami.

Inspektor nie dowiedział się o niczym ważnym. Menu zgadzało się z relacją Mary 

Dove. Państwo i panna Elaine pili kawę, pani Valova herbatę. Wszystko odbywało się 
nie inaczej niż zwykle.

Na pytania, tyczące jej przeszłości, Gladys odpowiadała mniej niechętnie. Służyła 

w prywatnych domach. Później pracowała w kilku kawiarniach. Wreszcie 
postanowiła wrócić do prywatnej służby, więc przed dwoma miesiącami przyjęła 
miejsce w Domku pod Cisami.

— Podoba się tu panience? — zapytał Neele.
— Myślę, że chyba tak… Człowiek nie męczy się tak, nie jest wciąż na nogach. 

Tyle że mniej swobody… znaczy się, wolnego czasu.

— Proszę powiedzieć mi coś o garderobie pana Fortescue, jego ubraniach. Kto 

utrzymywał je w porządku, czyścił?

Gladys nastroszyła się znowu.
— Powinien to robić pan Crump, ale na mnie zwalał połowę roboty.
— Rozumiem… Kto czyścił i prasował garnitur, w który pan Fortescue był dziś 

ubrany?

— Nie pamiętam, w który garnitur był dziś ubrany. Miał ich przecież tyle.
— Czy znalazła kiedy panienka zboże w kieszeni któregoś z tych garniturów?
— Zboże?
Gladys jak gdyby zaniepokoiła się, zmieszała.
— Wyrażając się ściślej, żyto.
— Żyto?
— Właśnie. Surowe ziarno żyta. Było w kieszeni marynarki, którą pan Fortescue 

miał dziś na sobie.

— W kieszeni marynarki?

background image

— Aha. Domyśla się panienka, jak tam trafiło?
— Nie mam pojęcia. Nie widziałam żadnego żyta.
Tyle tylko udało się wydobyć z Gladys, więc Neele podejrzewał przez moment, że 

dziewczyna wie o sprawie więcej, niż chce powiedzieć. Niewątpliwie jest 
zakłopotana, przyjmuje postawę obronną, ale to można przecież złożyć na karb 
oporów naturalnych wobec policjanta. Kiedy powiedział jej ostatecznie, że może 
odejść, kredensowa zapytała:

— On rzeczywiście nie żyje? To prawda?
— Prawda.
— Nagle umarł, co? Kiedy telefonowali z biura, mówili, że dostał jakiegoś ataku, 

konwulsji.

— Istotnie. To wyglądało na konwulsje.
— Jedna znajoma, moja koleżanka, miewała konwulsje. Zawsze nagle 

przychodziły, a ja bałam się okropnie.

Wspomnienia jak gdyby przezwyciężyły lęk Gladys.
Inspektor Neele ruszył do kuchni, gdzie spotkało go niepokojące przyjęcie. 

Groźnie postąpiła w jego stronę kobieta o bardzo rumianej twarzy, otyła i uzbrojona 
w wałek do ciasta.

Policja! Dobre sobie! — przemówiła. — Przychodzi tutaj taki i gada głupstwa. 

Także pomysł! Nic nie zmajstrowałam. Wszystko, co posyłam do jadalni, jest zawsze 
takie, jak trzeba. A taki opowiada, że ja otrułam pana. Słowo daję! Wystąpię do sądu 
o potwarz, nawet przeciwko policji. Nigdy w tym domu nie daje się na stół nic złego.

Inspektor stracił sporo czasu na ułagodzenie rozjuszonej mistrzyni rondla. Gdy z 

nią rozmawiał, sierżant Hay uśmiechał się wyglądając raz po raz z pokoju 
kredensowego. Bez wątpienia on musiał stawić czoło pierwszej fali gniewu i 
oburzenia pani Crump.

Scenę przerwał dzwonek telefonu. Neele pośpieszył do hallu i zastał tam Mary 

Dove, która spiesznie notowała coś na bloku korespondencyjnym.

— Telegram — rzuciła zwięźle oglądając się przez ramię.
Po zakończeniu rozmowy odłożyła słuchawkę i wręczyła blok inspektorowi. 

Depesza została nadana w Paryżu i brzmiała, jak następuje:

FORTESCUE DOMEK POD CISAMI BAYDON HEATH SURREY. LIST 

NADSZEDŁ OPÓŹNIONY.

PRZYJADĘ JUTRO PO POŁUDNIU. SPODZIEWAM SIĘ TUCZNEGO 

CIELCA NA KOLACJĘ. LANCELOT.

Inspektor Neele szeroko otworzył oczy.
— Ha! Więc syn marnotrawny został wezwany do domu — szepnął.

background image

VI

W momencie, gdy Rex Fortescue pił ostatnią w życiu filiżankę herbaty, jego syn z 

żoną siedzieli pod drzewami na Polach Elizejskich i obserwowali przechodniów,

— Łatwo ci zapytać, Pat, „jaki to człowiek”. Trudniej odpowiedzieć na pytanie — 

mówił właśnie Lance Fortescue. — Opisywanie kogoś to nie najmocniejsza moja 
strona. Czego chciałabyś się dowiedzieć? Widzisz, mój stary to, szczerze mówiąc, 
niezły szachraj. Ciebie to chyba nie zgorszy, prawda? Bądź co bądź musisz być 
przyzwyczajona do szachrajów.

— Tak… Zapewne masz słuszność. Przeszłam niezłą szkołę.
Głos młodej pani Fortescue zadźwięczał nutą niewesołej zadumy. Może 

pomyślała, iż cały świat jest szachrajski albo też jej wyjątkowo nie dopisywało 
szczęście.

Była wysoka, długonoga. Nie zasługiwała na miano piękności, lecz roztaczała urok 

płynący z nadmiaru sił żywotnych i gorącego serca. Miała pełne gracji ruchy i 
śliczne, lśniące kasztanowate włosy. Zdawać się mogło, że dzięki długiemu 
obcowaniu z końmi nabrała wdzięku młodej kłaczki pełnej krwi.

Dobrze poznała szachrajstwa na torach wyścigowych, niebawem zaś miała 

nawiązać kontakt z szachrajstwami świata interesów. Jednakże odnosiła wrażenie, iż 
jej nie znany dotąd teść jest wzorem uczciwości w granicach określonych literą 
prawa. Często tak bywa. Ludzie, pyszniący się chętnie swoimi „sprytnymi 
posunięciami”, nie rozmijają się zazwyczaj z postanowieniami kodeksu karnego. Ale 
jej Lance, którego kocha, który przyznaje, że w młodzieńczych latach przekroczył tę 
barierę, ma niewątpliwie prawość, obcą cwaniakom praktykującym z powodzeniem 
legalne szachrajstwa.

— Nie twierdzę, że to oszust — ciągnął młody człowiek. — Nic podobnego! Ale, 

widzisz, Pat, stary potrafi grać na całego.

— Czasami czuję głęboką nienawiść do ludzi, którzy potrafią grać na całego — 

odrzekła Pat i dodała: — Jesteś do niego przywiązany.

Ostatnie zdanie miało charakter twierdzenia, nie pytania. Lance zastanawiał się 

przez chwilę. Później odpowiedział tonem nie pozbawionym zdziwienia:

— Wiesz co, kochanie? Naprawdę mi się zdaje, że jestem do niego przywiązany.
Pat wybuchnęła śmiechem, a mąż spojrzał na nią spod lekko opuszczonych 

powiek. Kochana, najmilsza dziewczyna! Dla takiej warto wiele zrobić!

— Powrót tam — podjął — jest w pewnym sensie diabelnie przykrą sprawą. 

Biurowe nudy. Jazda do domu co dzień pociągiem o piątej osiemnaście po południu. 
Życie całkiem nie w moim stylu. Zawsze bardziej mi swojsko wśród rozmaitych 
wzlotów i upadków. Ale ostatecznie człowiek musi się kiedyś ustatkować. Naturalnie 
wymaga to starań, ale ty poprowadzisz mnie za rękę, więc starania mogą się okazać 
nawet przyjemne. Stary nawrócił się, przekonał do mnie, trudno w takim przypadku 
nie skorzystać z okazji. Muszę przyznać, że jego list sprawił mi niespodziankę. 
Byłem zaskoczony, zdziwiony… Że też akurat Parcival musiał mu się narazić! Percy, 
ten dobry chłopiec! Nie zapominaj, Pat, że to spryciarz, podstępny spryciarz. Zawsze 
był taki.

— Nie zdaje mi się, abym miała polubić twojego brata Parcivala —wtrąciła Pat.
— Nie chcę cię do niego zrażać. Powiadam tylko, że nigdy nie pasowaliśmy do 

siebie. Ja trwoniłem kieszonkowe, on robił oszczędności. Ja przyjaźniłem się z 
sympatycznymi nicponiami, on zawierał, jak się to mówi, „cenne znajomości”. 
Stanowiliśmy przeciwstawne bieguny. Uważałem go zawsze za pętaka, a on… Myślę, 
że nienawidził mnie serdecznie. Nie bardzo rozumiem dlaczego…

background image

— Ja chyba rozumiem — wtrąciła znów Pat.
— Naprawdę? Nic dziwnego, kochanie. Masz głowę na karku. Widzisz, 

zastanawiam się chwilami… To fantastyczny pomysł, ale…

— Ale co? Mów śmiało.
— Zastanawiam się, czy nie Parcival zmontował awanturę z tamtym czekiem… 

Pamiętasz? Dostałem wtedy kopniaka od ojca i stary wściekał się, że nie może być 
mowy o wydziedziczeniu, bo już dawniej zrobił ze mnie wspólnika firmy. 
Najciekawsza historia, że ja czeku nie sfałszowałem. Oczywiście nikt nie uwierzyłby 
mi wtedy, bo raz podebrałem firmowe pieniądze i przegrałem na wyścigach. Widzisz, 
byłem murowanie pewny, że wszystko zwrócę, i ostatecznie chodziło o pieniądze w 
niejakim stopniu moje. Ale podrobić podpis na czeku? Nie! Czasem przychodzi mi do 
głowy zabawny pomysł, że to może Parcival mnie zastąpił. Nie mam pojęcia czemu, 
ale pomysł przychodzi.

— Przecież on nie mógł nic skorzystać. Pieniądze wpłynęły na twój rachunek.
— Wiem. Dlatego moje podejrzenia nie mają sensu. A jednak… Pat spojrzała 

bystro na męża.

— Myślisz, że tą metodą chciał się ciebie pozbyć?
— Tak sobie wyobrażam. Nie powinienem opowiadać podobnych bredni. 

Zapomnij o tym, Pat. Ciekaw jestem, jak stary, poczciwy Percy zareaguje na powrót 
syna marnotrawnego. Ale wytrzeszczy te swoje mętne, chytre, bladozielone oczki!

— On wie, że wracasz?
— Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby nic nie wiedział. Nasz stary, Pat, ma trochę 

zwichrowane poczucie humoru.

— Ale co twój brat mógł zrobić? Czym rozsierdził tak ojca?
— Sam jestem ciekaw. Hm… Coś musiało przywieść starego do białej gorączki. 

Inaczej nie napisałby do mnie.

— Kiedy dostałeś jego pierwszy list?
— Chyba cztery… nie, jakieś pięć miesięcy temu. To byt gderliwy list, lecz bez 

wątpienia również gałązka oliwna. „Twój starszy brat okazał się człowiekiem pod 
wieloma względami nieodpowiednim”. „Liczę, że zdążyłeś się wyszumieć, 
ustatkować jakoś”. „Mogę zapewnić, że na pojednaniu skorzystasz finansowo”. 
„Życzliwie i serdecznie powitam ciebie oraz twoją żonę”. Wiesz co, kochanie? 
Niemałą rolę musiało odegrać moje małżeństwo z tobą. Na starym zrobił wrażenie 
fakt, że wżeniłem się do arystokracji.

— Do arystokracji? — parsknęła śmiechem Pat. — Takie tam arystokratyczne 

męty!

— Wszystko jedno — uśmiechnął się Lance. — O mętach mało kto wie, o 

arystokracji wszyscy. Poczekaj. Zobaczysz małżonkę Parcivala! To osóbka, która 
biada nad zgubieniem znaczka pocztowego, a przy stole mówi: „Proszę mi podać 
piklów”.

Tym razem Pat nie odpowiedziała śmiechem. Jęła się zastanawiać nad kobietami 

ze swojej nowej rodziny — kwestią, której Lance dotąd nie poruszył.

— A twoja siostra? — zapytała.
— Elaine? Niezła dziewczyna, wcale niezła. Kiedy wyjeżdżałem, była bardzo 

młoda. Wiesz, taki podlotek diabelnie serio. Strasznie się wszystkim przejmowała. 
Pewno zdążyła z tego wyrosnąć.

Charakterystyka panny Fortescue była niezbyt krzepiąca.
— Siostra nie pisywała do ciebie od czasu, kiedy… kiedy opuściłeś kraj… Nie 

pisywała, prawda?

— Nie zostawiłem adresu. Ale tak czy inaczej nie zdobyłaby się na list. Widzisz, 

jesteśmy rodziną bez sentymentów.

background image

— Na to wygląda.
Lancelot zerknął spod oka ku żonie.
— Strach cię obleciał, co? Na myśl o mojej rodzince? Całkiem zbytecznie. 

Przecież nie zamieszkamy wspólnie. Uwijemy gdzieś sobie własne, przytulne 
gniazdko. Rozumiesz? Konie, psy, co tylko zechcesz.

— No i ten pociąg o piątej osiemnaście.
— To dla mnie, zgoda. Do City i z City. Codziennie. Oficjalnie ubrany. Ale nie 

martw się, najmilsza. Są urocze, wiejskie zakątki nawet w bezpośrednim sąsiedztwie 
Londynu. No, a ja czuję ostatnimi czasy przypływ zamiłowania do spraw 
finansowych. Nic dziwnego, kochanie. To dziedziczne z obydwu stron rodziny.

— Mówiłeś, zdaje się, że matki prawie nie pamiętasz?
— Zawsze wydawała mi się okropnie stara. Oczywiście była stara. Miała bez mała 

pięćdziesiątkę, kiedy Elaine przyszła na świat. Nosiła liczne, pobrzękujące ozdoby, 
zwykle leżała na sofie i miała zwyczaj czytywać mi śmiertelnie nudne historie o 
rycerzach i damach. „Idylle królewskie” Tennysona… Zapewne ją kochałem. A dziś, 
kiedy wspominam tamte łata, rozumiem, że to była piekielnie bezbarwna kobieta.

Wygląda na to, że nikogo nie kochałeś naprawdę i nie kochasz —rzuciła Pat nie 

bez przygany w głosie. Mąż ujął jej rękę, ścisnął mocno.

— Kocham ciebie, Pat — powiedział.

background image

VII

Inspektor Neele trzymał jeszcze w ręku blok z tekstem depeszy, gdy samochód 

zajechał przed dom i stanął ze zgrzytem hamulców. — Jest pani Fortescue — 
oznajmiła Mary Dove. Detektyw ruszył w stronę drzwi wejściowych i kątem oka 
spostrzegł, że Mary Dove wycofuje się, niknie na dalszym planie. Najwyraźniej 
wolała nie uczestniczyć w zapowiadającej się scenie. Godny uwagi objaw taktu, 
dyskrecji, a także braku ciekawości. W podobnej sytuacji — osądził inspektor Neele 
prawie żadna kobieta nie ruszyłaby się z miejsca.

Był tuż przy drzwiach, gdy w hallu pojawił się Crump. I on musiał usłyszeć 

podjeżdżający samochód.

Dwie osoby wysiadły ze sportowego rolls bentleya i zbliżyły się do domu. Drzwi 

otwarły się przed nimi. Adela Fortescue zmierzyła obcego mężczyznę zdziwionym 
wzrokiem.

Neele ocenił w mgnieniu oka jej niezwykłą urodę, a także trafność zdania Mary 

Dove, które zaszokowało go w swoim czasie. Uznał, że Adela Fortescue to 
rzeczywiście „seksbomba”. Ogólnym kolorytem i postawą przypomina jasnowłosą 
pannę Grosvenor. Ale efektowna sekretarka musi być osobą poważną i solidną, 
wyzywającą jedynie na pozór. Natomiast powierzchowność wdowy po panu 
Fortescue odpowiada bez wątpienia jej wewnętrznej sylwetce. To ktoś, kto zwraca się 
do mężczyzn jasno, bez ogródek. Ktoś, kto zdaje się mówić wyraźnie: „Spójrz! 
Jestem kobietą”. Seks objawiają jej ruchy, słowa, spojrzenia, jednakże w oczach czai 
się roztropny, przebiegły wyraz. Pani Adela z pewnością lubi płeć odmienną, lecz 
jeszcze wyżej ceni sobie pieniądze.

Detektyw objął wzrokiem mężczyznę, który towarzyszył pięknej Adeli dźwigając 

torbę z kijami do golfa. Dobrze znał ten typ — typ specjalisty od młodych żon 
bogatych i podstarzałych mężów. Pan Vivian Dubois (on to był bowiem) emanował 
wystudiowaną męskością, daleką jego prawdziwej naturze. Należał do facetów, 
którzy „rozumieją” kobiety.

— Pani Fortescue? — zapytał Neele.
— Tak, ale… — błękitne oczy spojrzały pytająco. — Nie rozumiem doprawdy…
— Jestem inspektor Neele i, niestety, mam dla pani bardzo złe wiadomości.
— Oo… Kradzież? Włamanie? Coś w tym sensie?
— Nie w tym sensie, proszę pani. Chodzi o pani małżonka, który poważnie 

zachorował w biurze.

— Rex? Zachorował?
— Od wpół do dwunastej usiłowaliśmy nawiązać z panią kontakt.
— Gdzie on jest? Tutaj? W jakimś szpitalu?
— Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Niestety, musi się pani przygotować 

na złą wiadomość.

— Jak to? Chyba nie… nie umarł? — wyjąkała Adela Fortescue. Postąpiła krok, 

wsparła się o ramię inspektora, a ten ceremonialnie, nie bez wrażenia, że gra na 
scenie, powiódł ją w głąb hallu.

— Dobrze jej zrobi koniak — powiedział Crump, który ciekawie kręcił się w 

pobliżu. ,

— Słusznie, Crump. Przynieś koniak — przemówił dźwięcznym głosem pan 

Dubois i dodał pod adresem detektywa: — Pozwoli pan tędy.

Otwarte przezeń drzwi jął mijać pochód: Neele prowadzący Adelę Fortescue, 

Vivian Dubois oraz Crump z karafką koniaku i dwoma kieliszkami.

Dama ciężko opadła na fotel, zakryła oczy dłonią, a drugą ręką sięgnęła po koniak, 

background image

który podał jej Neele. Ostrożnie pociągnęła mały łyk i kieliszek odstawiła.

— Nie chcę — szepnęła — nic mi nie jest. Ale… proszę powiedzieć, co to było? 

Pewno wylew krwi do mózgu? Biedny Rex!

— To nie był wylew krwi do mózgu, proszę pani.
— O ile sobie przypominam, przedstawił się pan jako inspektor policji — zabrał 

głos Vivian Dubois.

— Zgadza się — odparł pogodnie detektyw. — Inspektor Neele z Wydziału 

Śledczego.

W ciemnych oczach młodego człowieka pojawił się wyraz zaniepokojenia. 

Najwyraźniej nie odpowiadała mu obecność inspektora z Wydziału Śledczego.

— Co się stało? Coś podejrzanego? — zapytał i odruchowo cofnął się krok ku 

drzwiom, czego Neele nie omieszkał zanotować w pamięci.

— Niestety, proszę pani — zwrócił się do Adeli Fortescue — musimy wziąć pod 

uwagę konieczność śledztwa.

— Konieczność śledztwa? Co pan… Co to znaczy?
— Rozumiem, że to wszystko jest dla pani nad wyraz niemiłe —podjął gładko 

Neele. — Jednakże zachodzi potrzeba, aby ustalić możliwie najszybciej, co pan 
Fortescue jadł i pił dziś rano, przed wyjazdem z domu do biura.

— Chce pan powiedzieć, że Rex został otruty?
— Na to wygląda, proszę pani.
— Niepodobna!… Aa… Ma pan na myśli zatrucie pokarmowe —dorzuciła dama 

głosem o pół oktawy niższym.

Neele miał nadal twarz drewnianą, bez wyrazu. Mówił chłodno, spokojnie:
— Szanowna pani przypuszcza, że co mam na myśli? Adela Fortescue puściła 

pytanie mimo uszu.

— Ale, panie inspektorze… my wszyscy czujemy się dobrze.
— Może pani to stwierdzić w imieniu całej rodziny?
— W imieniu całej rodziny? Nie… Raczej nie. Dubois ostentacyjnie spojrzał na 

zegarek.

— Ha, muszę zmykać, Adelo. Strasznie mi przykro, ale nic ci się przecież nie 

stanie… Masz do dyspozycji służącą i małą Dove… Na razie.

— Nie odchodź, Vivian! Bardzo proszę.
Zabrzmiało to jak jęk rozpaczy i odniosło skutek przeciwny do zamierzonego. Pan 

Dubois szybko cofnął się w stronę drzwi.

— Strasznie mi przykro, moja droga… Niestety, mam coś bardzo ważnego do 

załatwienia… Umówione spotkanie… Mieszkam tutaj w hotelu, panie inspektorze. 
Służę, gdybym mógł być panu potrzebny… Chętnie służę.

Neele skinął głową. Nie chciał zatrzymywać pana Dubois, lecz oceniał właściwie 

powód jego pośpiechu. Nie miał wątpliwości, że pan Dubois co tchu umyka od 
kłopotów.

Adela Fortescue opanowała się nieco i podjęła próbę, by sprostać sytuacji.
— To taki wstrząs wrócić do domu i zastać policję — powiedziała.
— Niewątpliwie, proszę pani — przyznał Neele. — Chodzi nam jednak o 

możliwie najwcześniejsze zabezpieczenie próbek żywności, a przede wszystkim 
kawy, herbaty, takich rzeczy.

— Kawy? Herbaty? Cóż może być w nich trującego? Myślę, że biednemu 

Reksowi zaszkodził bekon. Czasami dostajemy obrzydliwy, wprost niejadalny.

— To się okaże, proszę pani. Wszystko wyjaśnimy. Niekiedy trafiają się przypadki 

na pozór nieprawdopodobne. Raz mieliśmy do czynienia z zatruciem digitalisem. I co 
wyszło na jaw? Ktoś pomyłkowo nazrywał liści naparstnicy zamiast chrzanu.

— Sądzi pan, że mogło zajść coś zbliżonego?

background image

— Więcej, proszę pani, będzie można powiedzieć po sekcji zwłok.
— Aa… po sekcji zwłok — wzdrygnęła się. — Rozumiem.
— W sąsiedztwie domu rośnie wiele cisów — podjął Neele, obserwując ją 

bacznie. — Czy, proszę pani, istnieje możliwość, że przez pomyłkę ich jagody lub 
igły trafiły do czegoś?

Adela Fortescue szeroko otworzyła oczy.
— Jagody cisu? Czy są trujące?
Jej zdumienie mogło wydać się trochę zbyt naiwne, szczere.
— Słyszałem, proszę pani, o dzieciach, które najadły się ich z fatalnym skutkiem.
— Nie jestem w stanie rozmawiać więcej o tym wszystkim — zawołała kobieta 

ściskając skronie dłońmi. — Nie mogę! Chcę się położyć, odpocząć. Nie wytrzymam 
dłużej. Pan Parcival Fortescue załatwi, co trzeba… Ja nie mogę… Proszę mnie o nic 
nie pytać… To okrucieństwo!

— Z panem Parcivalem Fortescue porozumiemy się możliwie najwcześniej. 

Niestety jednak, jest w tej chwili nieobecny. Wyjechał w sprawach handlowych.

— Prawda… zapomniałam.
— Jeszcze jedno, proszę pani. W kieszeni marynarki pana Fortescue znaleziono 

garść zboża. Potrafi to pani wytłumaczyć?

Dama zrobiła zdziwioną minę. Przecząco pokręciła głową.
— Czy ktoś mógł podrzucić ziarno dla kawału?
— Nie rozumiem, na czym miałby polegać taki kawał? Neele również nie 

rozumiał.

— Dłużej nie będę pani trudzić — powiedział. — Czy przysłać którą ze 

służących? A może pannę Dove?

— Co pan mówi? — rzuciła z roztargnieniem, więc Neele zadał sobie pytanie, o 

czym może myśleć w tej chwili Adela Fortescue.

Nieporadnie otworzyła torebkę, wydobyła chusteczkę do nosa.
— To straszne… Straszne — podjęła łamiącym się głosem. — Dopiero teraz 

zaczynam uświadamiać sobie, co rzeczywiście zaszło. Dotąd byłam jak ogłuszona. 
Biedny Rex… Biedny, kochany Rex!

Zaszlochała głucho, w sposób prawie przekonywający. Detektyw spojrzał na nią z 

szacunkiem należnym żałobie.

— Rozumiem — powiedział. — To spadło na panią zupełnie nagle. Zaraz tu kogoś 

przyślę.

Ruszył w kierunku drzwi, otworzył je i od progu obejrzał się przez ramię. Adela 

Fortescue trzymała przy oczach chusteczkę, której zwisający rąbek niezupełnie 
przesłaniał usta — usta wykrzywione ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

background image

VIII

— Zebrałem, co się dało, panie inspektorze — zameldował sierżant Hay. — 

Marmoladę, trochę szynki, próbki cukru, herbaty, kawy. Te ostatnie niewiele warte, 
bo naturalnie fusy i wyparki poszły już do śmieci. Ale jest jedna sprawa. Kawy 
zostało dużo, więc służba piła ją około jedenastej. Moim zdaniem to ważne.

— Moim również, Hay. Jeżeli Rex Fortescue został wykończony kawą, trucizna 

była tylko w jego filiżance.

— I postarał się o to ktoś z obecnych przy śniadaniu. Właśnie! Pytałem też 

ostrożnie o cisowe jagody i igły. Nikt nie natknął się w domu na coś podobnego. Nikt 
nie wie także o zbożu w kieszeni. Domownikom wydaje się to bardzo dziwne. Mnie 
także, panie inspektorze. Denat nie wygląda mi na gościa, co jadał chętnie wszystko, 
byle nie gotowane. Mój szwagier jest taki. Lubi surową marchew, surowy groch, 
surową rzepę. Ale nawet on nie rusza surowego ziarna. Jak pragnę zdrowia, takie coś 
musi okropnie pęcznieć w brzuchu.

Zabrzęczał telefon i na znak inspektora Hay ruszył żwawo, by odebrać. Neele 

pospieszył za nim. Dzwonił Wydział Śledczy, że nawiązano kontakt z Parcivalem 
Fortescue, który bez chwili zwłoki wraca do Londynu.

Kiedy inspektor odkładał słuchawkę, przed dom zajechał samochód. Crump 

otworzył drzwi, wpuścił do hallu kobietę z okazałym naręczem paczek i począł je od 
niej odbierać.

— Dziękuję, Crump — powiedziała. — Proszę zapłacić kierowcy. Chciałabym 

zaraz napić się herbaty. Jest już w domu pani Fortescue albo panna Elaine?

Kamerdyner zawahał się, niepewnie zerknął przez ramię na detektywa.
— Mamy niedobre wiadomości, proszę pani — bąknął. — O panu…
— O panu Fortescue?
Neele podszedł bliżej, więc Crump objaśnił go półgłosem:
— Pani Parcivalova, proszę pana.
— Jakie wiadomości? Co się stało? Nieszczęśliwy wypadek? Przed udzieleniem 

odpowiedzi Neele oszacował wzrokiem nowo przybyłą. Była dość otyła, jej usta 
zdawały się wyrażać rozgoryczenie i wyglądała na mniej więcej trzydzieści lat. Neele 
pomyślał, że pani Parcivalowa Fortescue jest zapewne śmiertelnie znudzona i z tej 
racji . dopytuje tak żywo o złą nowinę.

— Z prawdziwą przykrością — powiedział — muszę panią poinformować, że pan 

Fortescue zasłabł nagle w biurze i umarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala 
Świętego Judy.

— Umarł? Naprawdę?
Nie ulegało wątpliwości, że wiadomość okazała się jeszcze bardziej sensacyjna, 

niż wolno było liczyć.

— Dobry Boże! Co za wydarzenie! A mój mąż wyjechał. Trzeba będzie się z nim 

porozumieć. Jest gdzieś na północy Anglii. Myślę, że w biurze powinni wiedzieć, 
dokąd się wybierał. Oczywiście na niego spadnie cały kłopot. A to dopiero! Ze też 
podobna historia musi trafić się zawsze w najmniej stosownej chwili!

Pani Parcivalowa umilkła, jak gdyby chciała przeżuć w myślach historię, która 

trafiła się w najmniej stosownej chwili.

— Wiele zależy od tego, gdzie odbędzie się pogrzeb — podjęła. —Spodziewam 

się, że tutaj. A może w samym Londynie?

— O tym zadecyduje rodzina.
— Oczywiście. Tak się tylko zastanawiałam — odparła pani Parcivalowa i dopiero 

wówczas zainteresowała się nieznajomym, z którym prowadziła rozmowę.

background image

— Pan z biura, co? — zapytała. — A może jest pan lekarzem?
— Jestem funkcjonariuszem policji. Zgon pana Fortescue nastąpił nagle, wobec 

czego…

— Chce pan powiedzieć, że to było morderstwo? — przerwała mu raptownie.
Morderstwo! Pierwszy raz padło to słowo, więc Neele spojrzał bacznie na 

ożywioną, pełną zaciekawienia twarz tęgiej osoby.

— Dlaczego przyszła pani na myśl taka możliwość? — zapytał.
— Dlaczego? Cóż, morderstwa zdarzają się czasami… Wspomniał pan o nagłym 

zgonie. Jest pan funkcjonariuszem policji… Czy już pan ją widział? Co powiedziała 
na to wszystko?

— Nie bardzo rozumiem, o kim pani mówi.
— O kim? Naturalnie o Adeli. Sto razy mówiłam Valowi, że jego ojciec strzelił 

kapitalne głupstwo, kiedy ożenił się z kobietą o tyle lat młodszą. Ale, powiadam 
panu, nie ma frajera gorszego niż stary frajer! Dostał bzika na temat tej okropnej 
baby. No i co z tego wyszło? Wpadliśmy wszyscy w kabałę. Będziemy mieli dom 
pełen reporterów, fotografie w gazetach… — Pani Parcivalowa urwała znowu, jak 
gdyby oczyma wyobraźni oglądała długie serie niedyskretnych zdjęć prasowych. 
Inspektor pomyślał, że taka perspektywa nie jest dla niej całkowicie nieprzyjemna. — 
Co to było? Arszenik? — zwróciła się doń żywo.

— Przyczyna zgonu nie została jeszcze ustalona — odrzekł chłodnym, urzędowym 

tonem. — Odbędzie się sekcja zwłok i rozprawa u koronera.

— Ale pan już wszystko wie, prawda? Inaczej nie pokazałby się pan tutaj.
Pełna, niewątpliwie tępawa twarz pani Parcivalowej przybrała chytry wyraz.
— Naturalnie wypytuje pan domowników, co nieboszczyk jadł wczoraj na kolację, 

dziś na śniadanie. Nie mylę się, prawda? Interesujące też są wszystkie napoje, co?

Inspektor nie wątpił, że kobieta łakomie roztrząsa w myślach wszelkie możliwości.
— Istnieje prawdopodobieństwo — odrzekł z rezerwą — że pan Fortescue zasłabł 

na skutek zatrucia czymś, co spożył dziś w czasie śniadania.

— W czasie śniadania? — powtórzyła z nutą zdziwienia. — Czy to możliwe? Nie 

wyobrażam sobie… — umilkła na moment, pokręciła głową. — Nie wyobrażam 
sobie, jak ona mogłaby to zrobić w czasie śniadania. Chyba że przemyciła coś do 
kawy, kiedy ja nie patrzałam ani Elaine. W takim razie…

W głębi hallu zabrzmiał spokojny głos:
— Herbatę dla pani podano w bibliotece. Pani Valowa wzdrygnęła się nerwowo.
— Oo… Bardzo dziękuję, panno Dove. Dobrze mi zrobi filiżanka herbaty. Jestem 

zupełnie rozbita i… Napije się pan herbaty, panie… panie inspektorze?

— Nie, proszę pani. Dziękuję.
Pulchna kobietka zawahała się na moment, później odeszła z wolna. Gdy zniknęła 

za drzwiami, Mary Dove rzuciła półgłosem:

Myślę, że ta idiotka nie słyszała nigdy o karze za zniesławienie.
Neele nie odpowiedział, więc zarządzająca domem podjęła chłodno:
— Mogę służyć panu czymś więcej?
— Chciałbym pomówić z pokojową Ellen.
— W tej chwili poszła na piętro. Zaprowadzę pana do niej.
Ellen była posępna, lecz nie przejawiała lęku. Inspektora powitała z wyrazem 

triumfu na zwiędłej, surowej twarzy.

— Paskudna sprawa, proszę pana — zaczęła. — Kto by pomyślał, że przyjdzie mi 

służyć w domu, gdzie wyprawiają się takie rzeczy. Chociaż mogę powiedzieć, że to 
dla mnie nie całkiem niespodzianka. Po prawdzie dawno powinnam poprosić o 
zwolnienie, bo to i tamto bardzo mi się nie podoba. Wyrażają się tu nieładnie, piją za 
dużo, a najbardziej gniewają mnie te świństwa. Nie mam nic przeciwko pani Crump, 

background image

ale czy Crump albo ta kredensowa Gladys wiedzą, co znaczy dobra służba? Wszystko 
to nic. Najbardziej gniewają mnie te świństwa.

— O jakich świństwach pani mówi?
— Może pan jeszcze nic nie słyszał, ale niedługo usłyszy. Cały dom trzęsie się od 

gadania. Ludzie widują ich tu i tam… Niby to ma być golf albo tenis… takie 
rzeczy… Na własne oczy oglądałam, słowo daję! Drzwi biblioteki były nie 
domknięte, a oni całowali się, migdalili.

Mówiła z iście zabójczym jadem. Neele zdawał sobie sprawę, że to pytanie 

zbędne, jednak zapytał:

— O kim pani mówi?
— Ma się rozumieć o naszej pani i tym facecie. Wstydu nie mają! Ale na mój 

rozum pan coś przewąchał, z pewnością przewąchał. Napuścił kogoś, kto ich śledził. 
No i do czego doszłoby ostatecznie? Do rozwodu? Tyle że zamiast rozwodu to się 
przydarzyło.

— Twierdzi pani zatem…
— Wypytuje pan inspektor, co nasz pan jadł i pił i kto mu tamto i owo podawał. 

Oni to zmajstrowali, do spółki, nic innego nie twierdzę. On postarał się gdzieś o 
truciznę, ona podała ją panu. Inaczej być nie mogło, jak Bóg na niebie.

— Widziała pani kiedy cisowe jagody w domu albo, dajmy na to, na śmietniku?
— Cisowe jagody? — małe złośliwe oczki błysnęły zaciekawieniem. — Paskudna 

trucizna. Kiedy byłam mała, moja mama mówiła często: nie ruszaj tego nigdy. Czy go 
struli cisowymi jagodami?

— Nie wiemy jeszcze, kto i czym otruł pana Fortescue.
— Nie widziałam nigdy, żeby ona kręciła się koło cisów. Tego nie powiem — głos 

Ellen zabrzmiał nutą rozczarowania.

Z kolei Neele zapytał o znalezione w kieszeni żyto, lecz i tym razem nie posunął 

się naprzód.

— Nie, panie inspektorze. Nic o życie nie wiem — odpowiedziała pokojowa. 

Następne próby też nie przyniosły rezultatu, więc ostatecznie zapytał, czy mógłby 
porozumieć się panną Ramsbottom.

— Mogę pójść do niej — odparła Ellen z powątpiewaniem. — Zobaczymy. Ale 

ona bardzo niechętnie widuje ludzi. To bardzo wiekowa osoba i trochę pomylona, 
proszę pana.

Detektyw ponowił prośbę, więc pokojowa poprowadziła go niechętnie korytarzem, 

przy którego końcu, u szczytu krótkich schodów, znajdowały się pokoje zapewne 
niegdyś dziecinne.

Po drodze Neele wyjrzał oknem korytarza i w pobliżu starego cisa zobaczył 

swojego sierżanta zajętego rozmową z jakimś mężczyzną, chyba ogrodnikiem.

Ellen zastukała do drzwi, a gdy z wnętrza pokoju dobiegła odpowiedź, otworzyła 

je i powiedziała:

— Jeden pan z policji chciałby porozmawiać z panią, proszę pani. Panna 

RamsbottSm musiała wyrazić zgodę, bo pokojowa cofnęła się i gestem dała do 
zrozumienia gościowi, że może wejść.

Pokój był nieprawdopodobnie zagracony i Neele odniósł wrażenie, iż przeniósł się 

nagle w czasy nie króla Edwarda nawet, lecz królowej Wiktorii. Za stołem 
przysuniętym do piecyka gazowego siedziała sędziwa dama zajęta układaniem 
pasjansa. Miała na sobie brązoworudą, staroświecką suknię, a jej rzadkie siwe włosy 
były uczesane gładko, z przedziałkiem pośrodku głowy.

— Proszę — odezwała się nie podnosząc wzroku. — Proszę. Niech pan siada.
Zastosowanie się do tej uprzejmej propozycji nastręczało pewne trudności, gdyż 

wszystkie fotele i krzesła były zapełnione książkami i pismami o treści religijnej.

background image

Inspektor począł usuwać ostrożnie stos papierów leżący na sofie i w tym 

momencie stara dama zapytała obcesowo:

— Interesuje pana praca misjonarzy?
— Praca misjonarzy?… Obawiam się, łaskawa pani, że nie najbardziej.
— Wielka szkoda! Powinno to pana interesować. Wie pan, gdzie w dzisiejszych 

czasach można znaleźć prawdziwie chrześcijańskiego ducha? W Afryce. Tylko w 
czarnej Afryce! W zeszłym tygodniu był u mnie jeden młody duchowny. Czarny jak 
diabeł. Ale rzetelny chrześcijanin.

Inspektor Neele miał nie lada kłopot z podjęciem dalszej rozmowy, a panna 

Ramsbottom jeszcze bardziej zbiła go z tropu mówiąc nieoczekiwanie:

— Ja nie mam radia.
— Przepraszam, łaskawa pani… Nie zrozumiałem.
— Myślałam, że chodzi o rejestrację radia czy jakieś inne niemądre formalności. 

Słucham? Po co pan przyszedł?

— Z prawdziwą przykrością muszę poinformować panią, że dzisiaj z rana pan Rex 

Fortescue zasłabł nagle i umarł.

Panna Ramsbottom nie przerwała układania pasjansa, nie zdradziła też objawów 

wzruszenia.

— Wreszcie ukarana została grzeszna pycha i pewność siebie — powiedziała 

beznamiętnym tonem. Do tego przyjść musiało.

— Spodziewam się, że nie jest to dla pani ciężkim ciosem.
Neele nie miał pod tym względem wątpliwości, chciał jednak usłyszeć, co sędziwa 

dama odpowie.

— Jeżeli zamierzał pan powiedzieć, że nie odczuwam żalu, bynajmniej się pan nie 

omylił — zmierzyła detektywa bystrym spojrzeniem znad okularów. — Rex 
Fortescue był zatwardziałym grzesznikiem. Nigdy go nie lubiłam.

— Jego zgon nastąpił nagle…
— Co słusznie należało się bezbożnikowi! — podchwyciła z radosną pasją.
— Nie wykluczamy możliwości otrucia… — dodał Neele i urwał, by się 

przekonać, jaka nastąpi reakcja.

Nie było żadnej. Panna Ramsbottom zamamrotała półgłosem:
— Czerwona siódemka na czarną ósemkę i teraz można ruszyć króla. Nagle, jak 

gdyby zaniepokojona milczeniem, znieruchomiała z kartą w palcach i spod oka 
spojrzała na inspektora.

— Co pan chce, żebym powiedziała? — rzuciła cierpko. — Nie ja go otrułam, 

jeżeli właśnie to interesuje policję.

— A nie podejrzewa pani, kto mógł to zrobić?
— Pytanie nad wyraz niestosowne! W tym domu mieszka dwoje dzieci mojej 

nieboszczki siostry. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z krwi Ramsbottomów mógł 
popełnić morderstwo. A ze słów pana wnoszę, że w grę wchodzi morderstwo, 
prawda?

— Tego nie powiedziałem, łaskawa pani.
— Rzecz oczywista, że to było morderstwo. W swoim czasie niejeden chętnie 

wyprawiłby na tamten świat Reksa, człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów. 
No, a jak to się mówi, dawne grzechy rzucają długie cienie.

— Czy to aluzja do jakiejś określonej osoby?
Panna Ramsbottom zgarnęła karty i dźwignęła się z fotela. Neele zauważył 

wówczas, że to kobieta okazałego wzrostu.

— Najwyższa pora, żeby pan sobie poszedł — powiedziała bez gniewu, lecz z 

chłodną stanowczością. — Jeżeli interesuje pana moje zdanie, sądzę, że uśmiercił go 
ktoś ze służby. Kamerdyner sprawia wrażenie skończonego łajdaka, a kredensowa 

background image

jest z pewnością nienormalna. Żegnam pana.

Inspektor Neele wyniósł się pokornie z pokoju. Starsza pani z charakterem, z nie 

lada charakterem! Nic niepodobna z niej wyciągnąć. Zszedłszy po schodach do hallu 
nieoczekiwanie znalazł się twarzą w twarz z wysoką, ciemnowłosą młodą osobą. 
Miała na sobie wilgotny płaszcz przeciwdeszczowy i spojrzała na inspektora z 
wyrazem zaskakującej pustki w oczach.

— Dopiero co wróciłam — odezwała się cicho — i powiedziano mi… 

powiedziano, że ojciec nie żyje.

— Niestety, proszę pani, to prawda.
Dziewczyna wyciągnęła rękę, jak gdyby szukając oparcia. Znalazła za sobą 

dębowe krzesło i opadła na nie bezwładnie, sztywno.

— Nie… Ach, nie… — westchnęła i dwie duże łzy spłynęły z jej oczu. — Nie 

myślałam, że jestem do ojca przywiązana… Nie… Zdawało mi się, że go nienawidzę. 
Ale myliłam się chyba, bo… Bo inaczej nie byłoby mi żal. A jest mi żal. Z 
pewnością!

Umilkła i przez czas pewien siedziała nieruchomo, zapatrzona przed siebie. Łzy 

nadal ciekły z jej oczu, spływały po twarzy.

— I to okropne, że teraz wszystko będzie dobrze — podjęła nagle zdławionym 

głosem. — Mogę wyjść za Geralda. Mogę zrobić, co mi się podoba. Ale dlaczego 
musiało się to stać takim kosztem? Nie życzyłam ojcu śmierci… Naprawdę nie 
życzyłam… Mój Boże! Biedny, biedny tatuś!

Inspektor Neele był nieco zaskoczony, gdyż pierwszy raz napotkał w Domu pod 

Cisami objawy żalu po zmarłym.

background image

IX

— Według mnie wszystko wskazuje na żonę — powiedział naczelnik Wydziału 

Śledczego, kiedy inspektor Neele złożył wyczerpujący raport.

Była to doskonała charakterystyka sprawy zwięzła, bez pominięcia żadnego 

istotnego szczegółu.

— Tak. Wszystko wskazuje na żonę powtórzył przełożony. —A co pan o tym 

sądzi, Neele?

Inspektor przyznał mu słuszność i pomyślał cynicznie, że w podobnych 

przypadkach z reguły wszystko wskazuje na żonę — albo na męża.

— Oczywiście miała sposobność ciągnął naczelnik — i motyw. Był motyw, 

prawda, Neele?

— Zapewne, panie naczelniku. Ten Vivian Dubois.
— Myśli pan, Neele, że i on maczał w tym palce?
— Nie zdaje mi się, panie naczelniku. Wygląda na faceta bardzo dbałego o własną 

skórę. Mógł podejrzewać, że ona coś knuje, nie sądzę jednak, by był inspiratorem.

— Za ostrożny na to, prawda?
— O wiele za ostrożny.
— Nie należy pochopnie wyciągać wniosków, lecz, moim zdaniem, to dobra 

hipoteza robocza. Są jeszcze dwie osoby, które miały sposobność. Co pan o nich 
powie?

— Córka denata i synowa. Córka kocha się w młodym człowieku, który był bardzo 

źle widziany przez ojca i stanowczo nie ożeni się z nią, jeżeli nie będzie miała 
pieniędzy. To stwarza jej motyw. Na temat synowej wolałbym nie wypowiadać się 
jeszcze. Zbyt mało o niej wiem. Niewątpliwie każda z tych trzech pań była w stanie 
otruć Reksa Fortescue, a nie bardzo sobie wyobrażam, jak mógłby tego dokazać 
ktokolwiek inny. Kredensowa, kamerdyner, kucharka mieli do czynienia ze 
śniadaniem: przygotowywali je lub podawali.

Ale nie rozumiem, skąd ktoś z nich miałby pewność, że tylko Rex Fortescue, nikt 

więcej, połknie taksynę… Oczywiście, jeżeli to była taksyna.

— Była — powiedział przełożony. — Dopiero co otrzymałem wstępny wynik 

badania.

— W porządku. Możemy iść dalej.
— Służba nie wydaje się panu podejrzana?
— Kamerdyner i kredensowa sprawiają wrażenie zdenerwowanych. Ale nie widzę 

w tym nic dziwnego. Podobne reakcje zdarzają się często. Kucharka broni się 
zawzięcie, a pokojowa jest kontenta na ponuro. Wszystko to uważam za objawy 
pospolite i naturalne.

— Nikt więcej nie nasuwa podejrzeń?
— Nie sądzę, panie naczelniku.
Inspektor Neele przypomniał sobie Mary Dove i jej zagadkowe uśmiechy. 

Zarządzająca domem niewątpliwie zdradzała niechęć wobec rodziny pracodawców.

— Skoro już wiemy, że w grę wchodzi taksyna, należy znaleźć dowody, jak 

truciciel zdobył ją lub przygotował.

— Właśnie, Neele. Śmiało proszę robić, co należy. Aha! Jest u nas Parcival 

Fortescue. Zamieniłem już z nim kilka słów. Czeka, żeby z panem porozmawiać. 
Odnaleźliśmy także drugiego syna. Zatrzymał się w Paryżu, w hotelu Bristol. Dzisiaj 
wybiera się do Anglii. Sądzę, że powinien pan go spotkać na lotnisku.

— Tak jest, panie naczelniku.
— Teraz niech pan pogada z Parcivalem Fortescue — naczelnik parsknął 

background image

śmiechem. — Odniosłem wrażenie, że to Percy Cwaniak.

Pan Parcival Fortescue — starannie ubrany i gładki mężczyzna lat około 

trzydziestu — miał bardzo jasne włosy oraz rzęsy i odznaczał się pedantycznym 
sposobem mówienia.

— Nietrudno wyobrazić sobie panu, panie inspektorze, że to, co zaszło, odczułem 

jako wstrząs nader dotkliwy.

— Rzecz zrozumiała, proszę pana — zgodził się Neele.
— Z całą pewnością twierdzę, że w dniu przedwczorajszym, kiedy wyjeżdżałem z 

domu, ojciec czuł się doskonale. Wobec tego odnoszę wrażenie, iż zatrucie 
pokarmowe musiało nastąpić zupełnie nagle.

— Tak — przyznał inspektor Neele. — To nastąpiło zupełnie nagle, ale nie miało 

nic wspólnego z zatruciem pokarmowym.

Parcival zmarszczył czoło, szeroko otworzył oczy.
— Nie miało nic wspólnego… Więc co się stało?
— Pański ojciec został otruty taksyną.
— Taksyną? Nigdy tej nazwy nie słyszałem.
— Sądzę, że mało kto ją słyszał. To zabójcza substancja, działająca bardzo 

gwałtownie.

— Czy pan sądzi, inspektorze, że ktoś rozmyślnie otruł mojego ojca?
— Na to wygląda, proszę pana.
— Przerażająca historia!
— Istotnie, proszę pana, przerażająca.
— Aa… Rozumiem teraz, czemu w szpitalu zachowywali się tak dziwnie… 

Czemu skierowali mnie tutaj — bąknął Parcival Fortescue i po niedługiej pauzie 
dodał pytającym tonem: — Co będzie z pogrzebem?

— Rozprawę u koronera wyznaczono na jutro, po sekcji zwłok. Oczywiście będzie 

to postępowanie czysto formalne i z pewnością zostanie odroczone.

— Taka jest procedura w podobnych przypadkach?
— Zazwyczaj, proszę pana.
— Wolno zapytać, panie inspektorze, czy są jakieś domysły… podejrzenia co 

do… Nie wyobrażam sobie… — Parcival urwał znowu.

— Moja odpowiedź byłaby dziś przedwczesna, proszę pana — odparł cicho 

detektyw.

— Aha… Zapewne.
— Niewątpliwie jednak pomocne będą dla nas informacje o zapisach 

testamentowych pańskiego ojca. Mógłby pan powiedzieć coś na ten temat albo podać 
adres doradców prawnych nieboszczyka?

— Jego doradcy prawni to Billingsby, Horsethorpe i Walters. Kancelaria mieści 

się przy Bedford Sąuare. Ale treść testamentu ojca jest mi znana w najistotniejszych 
punktach. Mogę ją panu podać.

— Bardzo proszę. Niestety, proszę pana, to formalność, której nie da się uniknąć.
— Ojciec sporządził na nowo testament po swoim ślubie, mniej więcej przed 

dwoma laty — odparł Parcival Fortescue z cechującą go precyzją. — Kwotę stu 
tysięcy funtów zapisał na własność żonie. Dla mojej siostry Elaine przeznaczył na 
tych samych warunkach pięćdziesiąt tysięcy. Mnie mianował generalnym 
spadkobiercą. Ponadto jestem już oczywiście współwłaścicielem firmy.

— Nie ma w testamencie zapisu na rzecz pańskiego brata, Lancelota Fortescue?
— Nie ma. Stosunki między moim ojcem a bratem zostały dawno zerwane — 

powiedział Parcival.

Inspektor spojrzał nań bystro, ale doszedł do wniosku, że ostatnie twierdzenie nie 

nasuwa wątpliwości.

background image

— A zatem — podjął — z testamentu zmarłego wynika, że korzyść odniosą trzy 

osoby: pani Fortescue, panna Elaine Fortescue i oczywiście pan.

— Ja zyskam nie najwięcej — westchnął Parcival. — Widzi pan, inspektorze, 

trzeba będzie zapłacić podatek spadkowy… No i ostatnio ojciec był, wyrażając się 
nąjoględniej, cokolwiek lekkomyślny w pewnych operacjach finansowych.

— A pan niezupełnie zgadzał się z nim co do zasad prowadzenia interesów, 

prawda? — podchwycił gładko inspektor Neele.

— Próbowałem przedstawić ojcu swój punkt widzenia, niestety jednak… — 

Parcival bezradnie rozłożył ręce.

— Próbował pan przedstawić swój punkt widzenia energicznie, prawda? Raczej 

usiłował go pan narzucić? Doszło nawet do kłótni, o ile się nie mylę?

— W taki sposób, inspektorze, nie określiłbym sytuacji. — Młody człowiek 

zarumienił się lekko, gniewnie zmarszczył czoło.

— Może wobec tego gwałtowna sprzeczka w biurze tyczyła innej sprawy?
— Nie było żadnej sprzeczki, inspektorze.
— Naprawdę, proszę pana? Zresztą mniejsza o to. Czy zerwanie stosunków 

między pańskim ojcem a bratem trwało do końca?

— Niewątpliwie.
— Zechce więc pan wyjaśnić, co to może znaczyć — powiedział Neele 

prezentując blok z tekstem depeszy, którą Mary Dove przyjęła telefonicznie.

Parcival szybko przeczytał telegram i wydał zdławiony okrzyk oburzenia, 

niedowierzania, zdziwienia.

— Nic nie rozumiem. Doprawdy, nie rozumiem. Własnym oczom nie wierzę.
— A jednak to fakt, proszę pana. Pański brat dziś przybywa z Paryża.
— Historia nie do pojęcia. Doprawdy, nic nie rozumiem. Trudno mi uwierzyć!
— Ojciec nie rozmawiał z panem na ten temat?
— Nigdy! Słowa nie pisnął. Co za potworność! Wzywać cichaczem Lancelota za 

moimi plecami!

— Zapewne nie orientuje się pan, dlaczego pan Fortescue tak postąpił?
— Naturalnie, że się nie orientuję… Ale to odpowiada całemu jego postępowaniu 

w ostatnich czasach. Był szalony, nieobliczalny… Najwyższy czas było z tym 
skończyć… Ja… — Parcival umilkł raptownie, krew odpłynęła mu z twarzy. — 
Zapomniałem… — bąknął niepewnie. —Na chwilę zapomniałem, że on nie żyje.

Inspektor Neele ze współczuciem pochylił głowę. Parcival Fortescue wstał i 

sięgając po kapelusz dodał spokojnie:

— Zechce pan porozumiewać się ze mną w razie potrzeby. Sądzę jednak, że i tak 

będzie pan wkrótce w Domku pod Cisami.

— Tak, proszę pana. Stale przebywa tam teraz jeden z moich podwładnych.
Parcival wzdrygnął się nerwowo.
— Wszystko to przykre, inspektorze, niezmiernie przykre. Że też właśnie nas 

musiało spotkać coś podobnego… — westchnął i zmierzając w kierunku wyjścia 
dorzucił: — Większą część dnia spędzę w biurze. Mam moc spraw do załatwienia. 
Ale wieczorem przyjadę do domu.

— Rozumiem, proszę pana — powiedział Neele i dodał, kiedy drzwi zamknęły się 

za gościem: — Rzeczywiście, Percy Cwaniak.

— Słucham, panie inspektorze? — ocknął się sierżant Hay, który dotychczas 

siedział skromnie pod ścianą.

— Nic ważnego, Hay — odparł Neele. — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy!

background image

X

W pięć minut po starcie z Le Bourget Lance Fortescue rozłożył numer 

kontynentalnego wydania „Daily Maił” i niebawem wydał okrzyk zdumienia. Pat, 
która zajmowała sąsiedni fotel, pytająco spojrzała na męża.

— Ojciec! — wyjąkał. — Nie żyje…
— Nie żyje? Twój ojciec?
— Tak. Zasłabł nagle w biurze. Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Tam 

wkrótce umarł.

— Szczerze ci współczuję, kochany… Co to było? Wylew krwi do mózgu?
— Tak mi się zdaje… Zapewne.
— Czy miał już dawniej taki wylew?
— Nie… O ile mi wiadomo, nie miał.
— Sądziłam dotąd, że pierwszy wylew nigdy nie bywa śmiertelny.
— Biedny staruszek — westchnął Lance. — Nie podejrzewałem, że jestem do 

niego przywiązany… Ale teraz, kiedy nie żyje…

— Zawsze kochałeś ojca — podchwyciła Pat.
— Czy ja wiem? Nie wszyscy mamy twój poczciwy charakter. No i co? Jeszcze 

raz odezwał się mój dawny pech.

— Właśnie. Dziwna historia, że coś takiego wydarzyło się akurat w czasie twojego 

powrotu do kraju.

— Dziwna historia? — Lancelot spojrzał bystro na żonę. — Czemu nazwałaś to, 

Pat, dziwną historią?

— No… Taki zbieg okoliczności — odparła zaskoczona nieco młoda kobieta.
— Chciałaś powiedzieć, że wszystko, co rozpocznę, źle się kończy?
— Nic podobnego. Nie tylko tobie trafić się może niedobra passa.
— Zapewne… Nie tylko mnie trafić się może coś takiego.
— Szczerze ci współczuję, kochany — powtórzyła Pat.
Kiedy wylądowali na lotnisku Heathrow i w samolocie czekali na wyładunek, 

funkcjonariusz linii lotniczych zawołał donośnym, dźwięcznym głosem:

— Czy na pokładzie znajduje się pan Lancelot Fortescue?
— Jestem.
— Pozwoli pan ze mną.
Lance oraz Pat opuścili samolot przed resztą pasażerów, a gdy mijali parę 

zajmującą ostatnie fotele, dobiegł ich szept mężczyzny informującego swoją żonę:

— Pewno to notoryczni przemytnicy przychwyceni na gorącym uczynku.

— Fantastyczna historia! Po prostu fantastyczna! — Lancelot Fortescue spojrzał 

przez stół na inspektora z Wydziału Śledczego, Neele zaś ze zrozumieniem pokiwał 
głową. — Taksyna… Cisowe jagody… Czysty melodramat! Panu, inspektorze, takie 
sprawy wydają się zwykłe. Wchodzą w zakres normalnego dnia pracy. Dla mnie 
wiadomość o otruciu w naszej rodzinie brzmi jak szaleńcza blaga.

— Czy nie domyśla się pan przypadkiem, kto mógł otruć pańskiego ojca?
— Skąd, u Boga Ojca! Myślę, że w świecie interesów stary musiał mieć gromadę 

wrogów, ludzi, co chętnie żywcem obłupiliby go ze skóry, puścili z torbami, takie 
rzeczy. Ale żeby zaraz truć! Zresztą nie było mnie na miejscu. Długi czas spędziłem z 
dala od kraju i mało co wiedziałem o sytuacji w domu.

— O to właśnie chciałem zapytać, proszę pana. Słyszałem od pańskiego brata, że 

stosunki między panem a ojcem uległy zerwaniu i taki stan utrzymywał się przez lata. 
Czy mógłbym się dowiedzieć, jakie okoliczności skłoniły pana do powrotu w obecnej 

background image

chwili?

— Naturalnie, inspektorze. Dostałem od ojca wiadomość. Kiedy to było? Aha! Pół 

roku temu, wkrótce po moim ślubie. Pisał wtedy, że chętnie puści w niepamięć dawne 
urazy. Proponował, abym wrócił do kraju i podjął pracę w firmie. Ale o warunkach tej
pracy wyrażał się mgliście, więc miałem wątpliwości, czy przyjąć ofertę. W każdym 
razie wybrałem się do Anglii… chyba w sierpniu… Tak! W sierpniu tego roku, przed 
trzema miesiącami. Odwiedziłem ojca w Domku pod Cisami i, muszę przyznać, 
otrzymałem bardzo korzystne propozycje. Odpowiedziałem, że zastanowię się i 
oczywiście porozmawiam z żoną. Przyznał mi słuszność, wobec czego poleciałem do 
Afryki Wschodniej i po naradzie z Pat zdecydowałem zrobić to, o co stary prosił. 
Naturalnie musiałem zlikwidować swoje sprawy, co obiecałem załatwić do końca 
zeszłego miesiąca. O dokładnej dacie przyjazdu do Anglii miałem zawiadomić ojca 
telegraficznie. Inspektor Neele zakasłał dyskretnie.

— Wydaje mi się, że ten przyjazd do Anglii sprawił pańskiemu bratu nie lada 

niespodziankę.

Przystojną twarz młodego człowieka rozjaśnił nagły uśmiech — pogodny i nieco 

łobuzerski.

— Jestem przekonany, że stary, poczciwy Percy nic a nic nie podejrzewał. W 

sierpniu był na urlopie w Norwegii. Pewno dlatego właśnie stary wybrał sierpień. 
Rozumie pan? Montował całą sprawę za plecami synalka. Zresztą coś mi mówi, że 
oferta pod moim adresem wynikła w rezultacie nieporozumień między moim ojcem a 
Percym albo Valem, jak woli, by go nazywano. Val usiłował dyrygować starym, a 
stary nie lubił nigdy podobnych historii. Nie wiem dokładnie, co wywołało kłótnię, 
lecz w każdym razie ojciec był rozwścieczony. Zapewne wpadł na pomysł, że nie 
najgorzej będzie mnie sprowadzić do kraju i tą metodą zagwoździć najcięższe armaty 
biednego starego Vala. I jeszcze jedno. Nigdy nie przepadał za żoną Parcivala, a moje 
małżeństwo pochlebiało mu z pobudek snobistycznych. Prawdopodobnie uważał za 
dobry dowcip ściągnięcie mnie do kraju i postawienie szanownego Parcivala wobec 
faktu dokonanego.

— Jak długo był pan w Domku pod Cisami podczas sierpniowej wizyty w Anglii?
— Godzinę, inspektorze, może dwie godziny. Stary nie proponował mi noclegu. 

Mam wrażenie, że chciał ubić interes w sekrecie przed Parcivalem, uniknąć nawet 
plotek służby. Jak już wspomniałem, postanowiliśmy, że się zastanowię, pomówię z 
Pat i o rezultatach zawiadomię ojca listownie. Tak też zrobiłem. Napisałem podając 
przybliżony termin powrotu, no a wczoraj wysłałem z Paryża depeszę.

— Depeszę, która ogromnie zdziwiła pańskiego brata.
— Nic dziwnego, inspektorze. Chociaż w ostatecznym wyniku Percy wygrał, jak 

zawsze. Zjawiłem się za późno.

— Rozumiem… Zjawił się pan za późno — powiedział Neele tonem 

zastanowienia i dodał żywo: — Aha! Czy w czasie sierpniowych odwiedzin spotkał 
pan kogoś więcej z rodziny?

— Herbatę piliśmy z moją macochą.
— Nie znał jej pan uprzednio?
— Nie znałem. — Lancelot znowu uśmiechnął się nieoczekiwanie. —Stary 

wiedział, co robi. Znalazł ładną kobietkę, co najmniej trzydzieści lat młodszą od 
siebie.

— Wybaczy pan moje pytanie, ale czy to małżeństwo miał pan za złe ojcu? Czy 

miał je za złe pański brat?

— Ja z pewnością nie, inspektorze. Myślę, że Percy też nie czul urazy. Nasza 

matka umarła, kiedy mieliśmy dwanaście i dziesięć lat. Otwarcie mówiąc, dziwiło 
mnie zawsze, że ojciec wcześniej nie ożenił się powtórnie.

background image

— Związek z osobą o wiele młodszą stwarza zawsze pewne ryzyko — bąknął 

Neele jak gdyby do siebie.

— Czy to opinia mojego braciszka? Odpowiada jego stylowi. Percy uchodził 

zawsze za mistrza w dziedzinie insynuacji. A może sprawa załatwiona, inspektorze? 
Może pani Fortescue jest podejrzana o otrucie męża?

— Jeszcze zbyt wcześnie, by wyrażać konkretne poglądy na jakiekolwiek kwestie 

— odparł chłodno detektyw. Wolno zapytać o pańskie plany?

— Moje plany? — Lance zastanowił się na moment. — Hm… Będę musiał 

obmyślić nowe plany. Rzecz zrozumiała. Gdzie podziewa się moja rodzina? Czy 
wszyscy są w Domku pod Cisami?

— Tak, proszę pana.
— Zaraz tam pojadę. A ty — zwrócił się do żony — zatrzymasz się chwilowo w 

hotelu.

— Także pomysł! — zaprotestowała żywo. — Ja też pojadę, Lance.
— Nie, moja droga.
— Dlaczego? Wolę być z tobą.
— Nie, Pat. Doprawdy, nie. Zatrzymasz się w… Słowo daję! Strasznie dawno nie 

zaglądałem do Londynu. W swoim czasie hotel Barnes był przyjemny, spokojny. 
Chyba istnieje nadal, inspektorze?

— Oczywiście, proszę pana.
— Więc sprawa załatwiona, Pat. Zainstaluję cię tam, jeżeli mają wolny pokój. 

Później sam złożę wizytę w Domku pod Cisami.

— Nie rozumiem, kochanie, czemu nie pozwalasz mi wybrać się z tobą.
Lance zrobił minę bardzo serio.
— Otwarcie mówiąc, Pat, nie spodziewam się serdecznego przyjęcia. Zaproszenie 

otrzymałem od ojca, ale on nie żyje. Nie mam pojęcia, kto jest dziś właścicielem 
posiadłości. Myślę, że Percy lub może Adela. Tak czy inaczej wolę sprawdzić, jak 
zostanę powitany, zanim pokażę tam ciebie. Jest jeszcze jedna kwestia…

— Jaka?
— Nie chcę wprowadzać cię do domu, w którym grasuje truciciel.
— Co za nonsens! — obruszyła się młoda kobieta.
— Wolę nie ryzykować — odparł Lance z naciskiem — tam, gdzie w grę wchodzi 

twoja osoba, Pat.

background image

XI

Pan Dubois zirytował się mocno. List Adeli Fortescue podarł i wrzucił do kosza na 

śmiecie. Następnie, pod wpływem nagłego przypływu rozwagi, wyłowił strzępki 
spośród innych papierów, podpalił i dopilnował, by zgorzały na popiół. Zajęty tym 
mamrotał do siebie:

— Czemu, u licha, baby muszą być tak piekielnie głupie? Najprostszy zdrowy 

rozsądek — urwał, gdyż zreflektował się, że kobietom zawsze brakuje zdrowego 
rozsądku; wiedział o tym niedostatku i często korzystał z niego, nie pochwalał go 
jednak.

Sam przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności. Zapowiedział, że w razie 

telefonu pani Fortescue nie będzie go w hotelu. I co? Dzwoniła już trzykrotnie, a 
teraz przysłała list. Nie ma nic gorszego niż pisanina. Pan Dubois zamyślił się 
głęboko i po chwili ruszył do telefonu.

— Mógłbym prosić panią Fortescue? Tu Dubois.
— Vivian! Nareszcie! — usłyszał wkrótce jej głos.
— Tak, Adelo, to ja… Ale bądź ostrożna. Skąd mówisz?
— Z biblioteki.
— Jesteś pewna, że cię nie podsłuchują? Nie ma nikogo w hallu?
— Dlaczego miałby ktoś podsłuchiwać?
— Nigdy nic nie wiadomo. Policjanci kręcą się jeszcze po domu?
— Nie. Dokądś poszli. Nie ma ich teraz. Vivian! Kochanie! Jakie to wszystko 

okropne!

— Rzeczywiście… Okropne! Ale posłuchaj, Adelo. Musimy być ostrożni.
— Ma się rozumieć, kochanie.
— Nie mów do mnie „kochanie” przez telefon. To bardzo ryzykowne.
— Czy ty nie popadłeś w panikę? Przecież teraz wszyscy do wszystkich mówią 

„kochanie”.

— Tak… Masz rację. Posłuchaj. Nie dzwoń do mnie. Nie pisz.
— Co takiego? Vivian…
To tylko chwilowe. Zrozum! Musimy być ostrożni. Aa… Zrozumiałam — 

powiedziała z nutą urazy.

— Posłuchaj, Adelo. Chodzi o moje listy do ciebie. Spaliłaś je, prawda?.
— Naturalnie — odparła po chwili wahania. — Obiecałam ci przecież, że to 

zrobię.

— Więc wszystko w porządku. Skończymy chyba rozmowę? Nie telefonuj do 

mnie, nie pisz. Sam odezwę się w stosownej porze.

Pan Dubois odłożył słuchawkę. Z zastanowieniem pogładził się po twarzy. Nie w 

smak mu była chwila wahania przed informacją o spaleniu listów. Czy je naprawdę 
spaliła? Wszystkie kobiety są jednakowe w takich sprawach. Obiecują i nie 
dotrzymują słowa.

Listy, bodaj je licho! Baby wymagają zawsze, aby do nich pisywać. .On był 

naturalnie przezorny, układając bardzo nieliczne listy do Adeli Fortescue. Ale co w 
nich dokładnie pisał? Czy do zwyczajnych w podobnych razach bredni nie 
przyplątały się jakieś szczególne słowa, zwroty, z których policja potrafi wycisnąć 
dogodne dla siebie wnioski?

„Cóż, moje listy są raczej niewinne, ale czy podobna pamiętać wszystko? — 

medytował z niepokojem wzrastającym z minuty na minutę. — Przypuśćmy, że Adela 
nie spaliła listów. Czy będzie miała dosyć oleju w głowie, żeby zrobić to zaraz? A 
jeżeli policja już położyła na nich łapę? Gdzie Adela może przechowywać moje listy? 

background image

Pewno w swoim saloniku na piętrze, w tym cudacznym biureczku–antyku, 
podrabianym na styl Ludwika XIV. Coś tam kiedyś gadała o sekretnej szufladce. 
Sekretna szufladka! Niezły kawał! Sekretna, ale nie dla policjantów. Tyle że 
policjantów nie ma teraz w Domku pod Cisami. Adela mówiła, że byli z rana, ale 
dokądś się wynieśli. Do tej pory zapewne szukali śladów trucizny w żywności i 
napojach. Nie mieli czasu na szczegółowe przetrząśnięcie domu. Może potrzebny im 
będzie nakaz rewizji? Jeżeli zaczną działać śmiało, niezwłocznie, to zapewne…”

Pan Dubois ujrzał oczyma wyobraźni Domek pod Cisami. Będzie zapadał zmrok. 

Herbata zostanie podana w bibliotece albo w salonie. Cała rodzina zgromadzi się na 
parterze. Służba siądzie do podwieczorku w suterenie. Nikogo nie będzie na piętrze. 
Cóż łatwiejszego niż niepostrzeżenie minąć ogród, w którym cisowe szpalery 
stwarzają doskonałą osłonę? A od strony tarasu są boczne drzwi, nigdy nie zamykane 
na klucz przed późnym wieczorem. Nietrudno wybrać odpowiedni moment, tamtędy 
zakraść się do domu, później na piętro…

Vivian Dubois zastanawiał się głęboko, jak należy postąpić. Gdyby śmierć Reksa 

Fortescue przypisano wylewowi krwi do mózgu czy też zawałowi serca, sytuacja 
wyglądałaby całkiem inaczej. Ale w istniejących warunkach…

— Przesadna ostrożność lepsza niż żal poniewczasie — bąknął półgłosem pan 

Dubois.

Mary Dove schodziła wolno z piętra. Na podeście głównej klatki schodowej 

zatrzymała się przed oknem, z którego dnia poprzedniego obserwowała przyjazd 
inspektora Neele’a. Zobaczyła coś i tym razem. W szarzejącym świetle zarysowała 
się sylwetka mężczyzny, aby zniknąć wnet za cisowym żywopłotem. Dziewczynie 
przyszło na myśl, że to zapewne Lancelot Fortescue, syn marnotrawny. Może 
odprawił samochód przy bramie, a sam wędruje po ogrodzie, odświeża dawne 
wspomnienia przed spotkaniem z niechętną najprawdopodobniej rodziną. Mary Dove 
współczuła trochę Lancelotowi i była dlań usposobiona przychylnie. Z uśmiechem 
ruszyła dalej i w hallu zobaczyła kredensową Gladys, która na jej widok wzdrygnęła 
się nerwowo.

— Czy ktoś dzwonił przed chwilą? — zapytała Mary. — Zdawało mi się, że 

słyszałam telefon.

— Nie… Nikt. Pomyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią — odpowiedziała 

Gladys rozdygotanym głosem. — A przedtem telefonował pan Dubois. Prosił panią 
Fortescue.

— Aha… — odchodząc w głąb hallu Mary rzuciła przez ramię: —Czas na herbatę, 

Gladys. Nie podałaś jej jeszcze?

— Chyba, proszę pani, nie ma jeszcze pół do piątej.
— Jest za dwadzieścia piąta. Pośpiesz się, proszę. Zarządzająca domem weszła do 

biblioteki, gdzie Adela Fortescue siedziała na sofie. Zapatrzona w ogień na kominku 
skubała maleńką koronkową chusteczkę.

— Kiedy będzie herbata? — zapytała gniewnie.
— Za chwilę — odpowiedziała Mary Dove i przyklękła, by szczypcami podnieść 

płonącą szczapę, która wysunęła się z kominka.

Uzupełniła ogień jeszcze jednym polanem oraz szufelką węgla.
Tymczasem Gladys wbiegła do kuchni. Pani Crump, która pochylona nad stołem 

wyrabiała ciasto w ogromnej misce, zwróciła ku dziewczynie twarz zaczerwienioną i 
gniewną.

— Dzwonek biblioteki brzęczy i brzęczy — powiedziała. — Najwyższy czas, 

moja mała, podać herbatę.

— Zaraz, proszę pani. Już lecę!

background image

— Pogadam ja z Crumpem dziś wieczór — mruknęła do siebie kucharka. 

Przepędzę go na cztery wiatry.

W pokoju kredensowym Gladys przypomniała sobie, że nie naszykowała kanapek. 

Drobiazg! Da sobie spokój. I tak jest mnóstwo do lodzenia. Dwa gatunki ciasta, 
herbatniki, rogale, miód, czarnorynkowe masło prosto z farmy. Obejdzie się bez 
kanapek z pomidorami i pasztetem z gęsich wątróbek.

„Mam dość innych spraw na głowie — pomyślała dziewczyna. — A pani Crump 

złości się tylko dlatego, że jej mężulek wyszedł. Także powód! Miał rację. Przecież 
dziś jest jego wolny dzień”.

— Czajnik gotuje się jak wszyscy diabli! — zawołała z kuchni pani Crump. — 

Nigdy nie zaparzysz herbaty, czy co?

— Już idę! Idę! — odkrzyknęła Gladys.
Nie mierząc łyżką sypnęła garść herbaty do dużego srebrnego imbryka, skoczyła z 

nim do kuchni i napełniła wrzątkiem. Imbryk i czajnik z gotującą wodą umieściła na 
ciężkiej, również srebrnej tacy i zaniósłszy ją do biblioteki postawiła na stoliczku 
obok sofy. Spiesznie pobiegła do kuchni po drugą tacę z ciastem i dodatkami, kiedy 
jednak wracała przez hali, podskoczyła nerwowo słysząc zgrzyt starego szafkowego 
zegara, który sposobił się do bicia.

W bibliotece Adela Fortescue zwróciła się do Mary Dove zaczepnym tonem:
— Gdzie się dziś wszyscy podziali?
— Nie mam pojęcia, proszę pani. Panna Elaine już dość dawno przyszła do domu. 

Pani Valowa pisze zapewne listy w swoim pokoju.

— Naturalnie! — rzuciła gniewnie Adeła. — Pisze listy! Nie może dać spokoju 

pisaniu listów! Nie różni się od innych osób ze swej sfery. Śmierć i ludzkie 
nieszczęście to dla niej największa przyjemność. Hiena. Prawdziwa hiena!

— Zawiadomię ją, że herbata czeka — wtrąciła taktownie zarządzająca domem i 

od progu cofnęła się, aby przepuścić pannę Fortescue.

— Zimno dziś — powiedziała Elaine i przycupnąwszy nad ogniem jęła zacierać 

ręce.

W hallu Mary przystanęła. Na jednej z komód zobaczyła dużą tacę z ciastem i 

dodatkami. Było prawie ciemno, więc przekręciła wyłącznik i w tym momencie 
odniosła wrażenie, że z piętra dobiega odgłos kroków Jennifer Fortescue zmierzającej 
w kierunku schodów. Jednakże nikt się nie pokazał, wobec czego Mary weszła na 
piętro i minęła korytarz wiodący do pokoi sypialnych.

Państwo Parcivalowie zajmowali samodzielny apartament w lewym skrzydle 

domu. Mary zapukała do drzwi ich saloniku, aby uczynić zadość formalności, której 
Jennifer wymagała przywodząc tym do pasji kamerdynera Crumpa.

— Proszę — zabrzmiał dźwięczny głos. Mary uchyliła drzwi, aby oznajmić:
— Herbata już podana, proszę pani.
Zdziwiła się trochę, gdy zauważyła, że pani Valowa zdejmuje właśnie ciepły 

płaszcz z wielbłądziej wełny.

— Nie wiedziałam, że pani wychodziła — bąknęła.
— Byłam tylko w ogrodzie odparła lekko zdyszana Jennifer. —Chciałam 

odetchnąć świeżym powietrzem, ale prędko zorientowałam się, że jest za chłodno. 
Chętnie doprawdy zejdę na dół, żeby usiąść przy ogniu. Centralne ogrzewanie nie 
działa, jak trzeba. Ktoś powinien zwrócić na to uwagę ogrodnikom.

— Ja się tym zajmę — obiecała zarządzająca.
Jennifer rzuciła płaszcz na krzesło i wyszła z pokoju za Mary, która na schodach ją 

przepuściła. W hallu panna Dove zdziwiła się zauważywszy tacę z ciastkami na 
dawnym miejscu. Zamierzała właśnie pójść do pokoju kredensowego i zawołać 
Gladys, gdy w drzwiach biblioteki stanęła Adela Fortescue.

background image

— Czy do końca świata nie dostaniemy nic do herbaty? — syknęła gniewnie.
Mary szybko chwyciła tacę, zaniosła do biblioteki i zawartość rozstawiła na kilku 

niskich stolikach w pobliżu kominka. Kiedy wracała do hallu z próżną tacą, usłyszała 
dzwonek. Co tchu pozbyła się tacy i ruszyła w stronę drzwi frontowych. Ciekawa 
była syna marnotrawnego, jeżeli rzeczywiście to on przybywa wreszcie.

„Jaki niepodobny do reszty rodziny” — pomyślała, gdy w progu stanął młody 

mężczyzna o szczupłej, śniadej twarzy i zarysie ironicznego uśmiechu na ustach.

— Pan Lancelot Fortescue?
— We własnej osobie.
— A pański bagaż?
— Taksówkę odprawiłem. Nie mam nic więcej — uśmiechnął się Lancelot 

podnosząc średnich rozmiarów torbę podróżną.

Mary zdziwiła się trochę.
— Przyjechał pan taksówką?… Myślałam, że pan spacerował po ogrodzie. Gdzie 

małżonka?

— Moja żona nie przyjedzie tutaj — odparł młody człowiek, a jego twarz 

przybrała posępny wyraz. — W każdym razie nie zaraz.

— Rozumiem… Pozwoli pan ze mną. Wszyscy są w bibliotece przy herbacie.
Doprowadziwszy gościa do drzwi biblioteki, Mary Dove cofnęła się. Pomyślała, że 

Lancelot Fortescue to bardzo przystojny mężczyzna, i niezwłocznie uzupełniła swoje 
spostrzeżenie wnioskiem, że podobnego zdania jest bez wątpienia tłum kobiet.

— Lance!
Elaine podbiegła do brata, zarzuciła mu ręce na szyję i uścisnęła go z 

nieoczekiwanym dlań entuzjazmem podlotka.

— Tak. Lance… Dobry wieczór — wyjąkał nowo przybyły i łagodnie uwolnił się 

z objęć siostry. — A to Jennifer, prawda?

Pani Valova przyglądała mu się z nie tajoną ciekawością.
— Niestety Val nie wrócił jeszcze z Londynu — powiedziała. — Sam rozumiesz, 

że ma moc spraw do załatwienia. Oczywiście wszystko spadło na niego. Musi 
dopilnować każdego drobiazgu. Nie wyobrażasz sobie, co my tutaj przechodzimy.

— Rzeczywiście. To musi być okropne — zgodził się Lance z powagą i zwrócił 

wzrok ku kobiecie, która siedziała na sofie i trzymając w palcach kawałek rogala z 
miodem, zdawała się chłodno oceniać gościa.

— Prawda! — zawołała Jennifer. — Ty przecież nie znasz Adeli!
— Miałem już zaszczyt — bąknął niewyraźnie Lance ujmując dłoń pani Fortescue.
Gdy spojrzał na nią z góry, zatrzepotała powiekami. Odłożyła na talerz kawałek 

rogala z miodem i lewą ręką poprawiła włosy. Był to gest iście kobiecy, świadczący, 
że w pokoju zjawił się przystojny mężczyzna.

— Usiądź obok mnie, Lance. Proszę — odezwała się Adela głębokim głosem. — 

Cieszy mnie twój przyjazd — ciągnęła nalewając mu herbatę. — Bardzo potrzeba 
nam w domu drugiego mężczyzny.

— Chętnie będę pomagał w miarę sił i możliwości.
— Wiesz zapewne… a może nie wiesz dotąd, że mieliśmy tutaj policję. Trudno 

doprawdy uwierzyć… zająknęła się i po chwili krzyknęła rozpaczliwie: — Straszne! 
To wszystko jest straszne!

— Tak. Niewątpliwie — przyznał Lancelot tonem zrozumienia i współczucia. — I 

mnie policja spotkała na lotnisku.

— Policja? —Tak. —I co?
— Powiedziano mi, co zaszło.
— Rex został otruty — podjęła Adela. — Tak przynajmniej myśli policja, tak 

mówi. Nie było to zatrucie pokarmowe. Nic podobnego! Chodzi o otrucie. 

background image

Rozmyślne! Nie wątpię, nie mam cienia wątpliwości, że zdaniem policjantów musiał 
to zrobić ktoś z nas.

— Ich zmartwienie, nie nasze — odparł pocieszająco Lancelot i uśmiechnął się 

nieoczekiwanie. — Muszą dowieść słuszności swojego zdania. Wyśmienity napój! 
Od lat nie próbowałem prawdziwej angielskiej herbaty.

Reszcie towarzystwa łatwo udzielił się nastrój bardziej pogodny.
— A twoja żona, Lance? — zapytała Adela Fortescue. — O ile wiem, masz żonę, 

prawda?

— Mam, naturalnie. Jest teraz w Londynie.
— Czemu… Nie lepiej było przywieźć ją tutaj?
— Mamy moc czasu na obmyślenie dalszych planów. Pat jest… Jest zupełnie 

zadowolona z miejsca, w którym ją ulokowałem.

— Nie chcesz chyba… — zaczęła gwałtownie Elaine. — Nie wyobrażasz sobie, 

że…

— To ciasto w czekoladzie wygląda wspaniale — przerwał szybko Lance. — 

Trzeba go skosztować.

Gorliwie zajął się krajaniem ciasta i od niechcenia zapytał:
— Czy ciocia Effie żyje jeszcze?
— Ma się rozumieć, Lance. Nigdy nie schodzi na parter, nie siada z nami do stołu, 

prowadzi własne gospodarstwo, ale czuje się zupełnie dobrze. Tylko coraz bardziej 
dziwaczeje.

— Zawsze była dziwaczką — powiedział Lance. — Muszę się do niej wybrać po 

herbacie.

— W tym wieku powinna się przenieść do domu starców — zabrała głos Jennifer. 

— Oczywiście mam na myśli przyzwoity zakład, gdzie miałaby stosowną opiekę.

— Niech Bóg ma w opiece nieszczęsny dom starców, w którym zamieszka ciocia 

Effie — powiedział Lancelot i dodał zmieniając ton: — Drzwi otworzyła mi 
szykowna młoda kobietka. Któż to taki?

— Nie był to Crump, kamerdyner? — zdziwiła się Adela. — Prawda! 

Zapomniałam, że on ma dzisiaj wolny dzień. Zapewne Gladys, ale…

— Błękitne oczy — rozpoczął opis Lance — włosy rozdzielone pośrodku głowy, 

głos o cudownym, ciepłym brzmieniu. Naturalnie trudno z miejsca zgadnąć, co kryje 
się za tym wszystkim.

— To Mary Dove! — zawołała Jennifer.
— Zarządzająca domem — uzupełniła informację Elaine.
— Osoba bardzo przydatna — dodała Adela Fortescue.
— Tak… Sprawia wrażenie osoby bardzo przydatnej — powiedział Lance z 

namysłem.

— I na miejscu — podchwyciła Jennifer. — To główna jej zaleta… Widzisz, 

Lance, wcale się nie spoufala.

— Roztropna Mary Dove — mruknął Lancelot sięgając po drugą porcję ciasta w 

czekoladzie.

background image

XII

— No i co? Wróciłeś niby zły szeląg — powiedziała panna Ramsbottom.
— Zgadza, się, ciociu Effie — odparł z uśmiechem Lance. Sędziwa dama z 

dezaprobatą pociągnęła nosem.

— Ładną wybrałeś porę! Twój ojciec pozwolił się zamordować. Akurat wczoraj! 

W domu pełno policjantów. Myszkują wszędzie. Nawet w śmietnikach grzebią. 
Obserwuję ich z okna — zrobiła krótką pauzę, pociągnęła znów nosem. — 
Przywiozłeś żonę?

— Nie. Pat została w Londynie.
— To dowodzi zdrowego rozsądku. Na twoim miejscu też nie sprowadziłabym jej 

do takiego domu. Nie wiadomo, co mogłoby się przytrafić.

— Komu? Pat?
— Każdemu — burknęła stara. Lance spojrzał na nią przenikliwie.
— Ciocia domyśla się czegoś?
Panna Ramsbottom nie udzieliła bezpośredniej odpowiedzi.
— Wczoraj był u mnie jakiś inspektor. Wypytywał o różne sprawy. Mało się 

dowiedział. Ale nie taki on głupi, jak się wydaje — ciocia Effie umilkła znów na 
moment, by podjąć z oburzeniem: — Co powiedziałby twój dziadek, gdyby usłyszał, 
że mieliśmy policję w domu? W grobie by się przewrócił! Przez całe życie był 
prawowiernym purytaninem. Dobrze pamiętam, jaką zrobił awanturę, kiedy się 
dowiedział, że chodzę na wieczorne nabożeństwa do kościoła anglikańskiego. A to 
przecież drobiazg w porównaniu z morderstwem.

W normalnych warunkach Lance parsknąłby śmiechem, tym razem jednak jego 

szczupła śniada twarz zachowała wyraz powagi.

— Rozumie ciocia — powiedział — że po tak długiej nieobecności brodzę w 

zupełnym mroku. Co się tu działo ostatnio?

— Bezbożne sprawy! — odparła z emfazą panna Ramsbottom i wzniosła wzrok ku 

niebu.

— Bezbożne sprawy. Naturalnie. Coś takiego spodziewałem się usłyszeć od cioci. 

Ale co naprowadziło policję na myśl, że ojciec został otruty tu, w domu?

— Cudzołóstwo to co innego, morderstwo co innego — powiedziała sędziwa 

dama. — Nie chciałabym jej posądzać. Nie chciałabym naprawdę.

— Mówi ciocia o Adeli? — zapytał Lance z nagłym zaniepokojeniem.
— Nie. Usta mam zamknięte na kłódkę.
— Ładne to powiedzonko, ale nic nie znaczy. Śmiało, ciociu Effie! Adela miała 

przyjaciela? Adela z przyjacielem podali staremu blekot w porannej herbatce? Tak się 
sprawa przedstawia?

— Zechciej nie dowcipkować na ten temat.
— Wcale nie dowcipkuję.
— Jedno ci mogę powiedzieć — zaczęła znowu panna Ramsbottom. — Jestem 

przekonana, że ta dziewczyna wie o czymś.

— Jaka dziewczyna? — zdumiał się Lancelot Fortescue.
— Ta wciąż zakatarzona — objaśniła ciocia Effie. — Ta, co dziś po południu 

powinna rrfi przynieść herbatę, ale nie przyniosła. Podobno zawieruszyła się gdzieś, 
chociaż nie ma dziś wolnego dnia. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło na jaw, że 
poszła do komisariatu policji. Kto ci otworzył drzwi?

— Ktoś nazywany Mary Dove. Osoba na pozór układna i łagodna, ale chyba tylko 

na pozór. Czy to ona mogła zdaniem cioci pójść do komisariatu policji?

— Ona? Skąd znowu! Taka nie chciałaby mieć do czynienia z policją. Mówię o tej 

background image

idiotce, kredensowej. Od rana była zdenerwowana. Skakała i podrygiwała niczym 
królik. „Co się z tobą dzieje? — pytam. — Gryzie cię sumienie?” A ona: „Ja nic nie 
zrobiłam! Za nic nie odważyłabym się na coś podobnego”. Później zaczęła pociągać 
nosem i pleść, że nikomu nie życzyłaby nieszczęścia, a cała ta historia jest z 
pewnością omyłką. Powiedziałam jej wtedy: „Moja droga, kto mówi prawdę, 
pognębia szatana. Idź do komisariatu policji, wyznaj wszystko, co ci wiadomo, bo nie 
wynika nigdy nic dobrego z tajenia prawdy, bodaj najbardziej przykrej prawdy”. Ona 
zaczęła znowu pleść, że do komisariatu nie pójdzie, bo nikt jej tam nie uwierzy, a 
zresztą sama nie wie, co mogłaby powiedzieć. Rozumiesz? Takie brednie. Na 
zakończenie dodała, że ostatecznie i ona nic nie wie.

— Nie sądzi ciocia, że ta dziewczyna chciała zrobić z siebie ważną osobę? — 

zapytał Lance.

— Nie. Była rzeczywiście zalękniona. Prawdopodobnie usłyszała albo zobaczyła 

coś, co dało jej do myślenia: szczegół ważny lub całkiem błahy. Nie wiadomo.

— Nie zdaje się cioci, że ona mogła czuć jakąś urazę do ojca i…
— Nie zdaje mi się — przerwała stanowczym tonem panna Ramsbottom. — Taką 

dziewczyną nie zainteresowałby się nigdy Rex Fortescue. Biedactwo! Nie potrafiłaby 
chyba obudzić zainteresowania żadnego mężczyzny. Moim zdaniem to niemała 
korzyść dla zbawienia jej duszy.

Lancelot Fortescue nie przejął się kwestią zbawienia duszy Gladys.
— Myśli ciocia, że ta kredensowa mogła polecieć do komisariatu policji?
— Tak! — panna Ramsbottom z głębokim przekonaniem kiwnęła głową. — 

Myślę, że tutaj nie chciała mówić otwarcie z obawy, by jej ktoś nie podsłuchał.

— Podejrzewa ciocia, że widziała kogoś, kto manipulował podejrzanie przy czymś 

do jedzenia lub picia?

— Domysł nie pozbawiony logiki, prawda? — stara spojrzała bystro na 

siostrzeńca.

— Tak… Zapewne — przyznał z wahaniem Lance i dodał zaraz tonem 

usprawiedliwienia: — Cała historia brzmi dla mnie fantastycznie, jak fragment 
kiepskiej powieści kryminalnej.

— Żona Parcivala jest z zawodu pielęgniarką — powiedziała ciocia Effie.
Lance spojrzał na nią ze zdumieniem, gdyż ostatnie zdanie zdawało się kompletnie 

pozbawione związku z dotychczasowym przebiegiem rozmowy.

— Pielęgniarki są obyte z rozmaitymi chemikaliami — dodała sędziwa dama.
— Tak… Zapewne — bąknął znów Lance z nutą powątpiewania. — Ale 

taksyna… Nie mam pojęcia, czy stosuje sieją w medycynie.

— Występuje w jagodach cisa — podjęła panna Ramsbottom. —Dzieci jedzą 

czasami takie jagody i ciężko chorują. Przypominam sobie jeden wypadek. Wywarł 
na mnie okropne wrażenie. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale do dziś pamiętam. 
Widzisz, dawne wspomnienia niekiedy się przydają.

Lance uniósł głowę i przenikliwym wzrokiem zmierzył ciocię Effie, która mówiła 

dalej:

— Uczucia rodzinne są ludzkie, zrozumiałe. Mam ich chyba nie mniej niż inni. 

Ale nie myślę bronić zła. Zło musi zostać wyplenione!

— Słowa mi nie pisnęła i poszła! — Pani Crump podniosła zaczerwienioną 

gniewną twarz znad ciasta, które obecnie wałkowała. — Zabrała się nie uprzedzając 
nikogo. Jaka cwana! Pewno, że cwana! Strach było dziewusze, że ktoś ją przyłapie i 
zatrzyma. Ma się rozumieć, sama bym to zrobiła. Dobre sobie, co? Pan nie żyje, 
panicz Lancelot wrócił do domu po tylu latach, więc powiedziałam do Crumpa: 
„Wolny dzień czy nie wolny, ja swój obowiązek znam. Nie będzie dziś zimnej 

background image

kolacji, jak zawsze w czwartek, ale gorąca, wystawna. Młody pan przyjechał z 
dalekich krajów z żoną, co dawniej miała męża z prawdziwej arystokracji. Wszystko 
musi wyglądać jak trzeba”. Pani mnie zna, proszę pani. Wie pani, że szanuję swoją 
pracę i jestem z niej dumna.

Mary Dove — adresatka tej tyrady — przytaknęła lekkim skinieniem głowy.
— A co Crump na to? — kucharka gniewnie podniosła głos. — „Mam wolny 

dzień — powiada — więc z wolnego dnia skorzystam. Figę dbam o całą 
arystokrację”. On nie szanuje swojej pracy, nie jest z niej dumny. Zakręcił się i 
poszedł sobie, a ja zapowiedziałam Gladys, że dziś wieczorem musi radzić sobie 
sama. I co? Jak tylko odwróciłam się plecami, dziewucha w nogi. A przecież to nie jej 
wolny dzień! Ona ma wychodne w piątek! Nie wyobrażam sobie, słowo daję, co teraz 
będzie. Chwała Bogu, że panicz Lancelot nie przywiózł dziś żony.

— Wybrniemy jakoś z kłopotu, pani Crump — powiedziała Mary tonem 

pocieszającym, lecz stanowczym. — Trzeba uprościć trochę menu. — 
Zaproponowała pewne zmiany, które zostały przyjęte opornie, a następnie zakończyła 
dyskusję: — To wszystko poda się do stołu bez trudności.

— Jak to? Pani sama myśli usługiwać?
— Oczywiście, jeżeli Gladys nie wróci w porę.
— Ona nie wróci — rzuciła cierpko pani Crump. — Szasta się gdzieś. W sklepach 

wyrzuca pieniądze. Ma przecież kawalera, proszę pani, chociaż wcale na to nie 
wygląda. Albert mu na imię. Podobno mają się pobrać przyszłej wiosny. Sama mi 
gadała. Głupie te dzisiejsze dziewczyny! Wcale nie wiedzą, jak wygląda stan 
małżeński. Ja tam, proszę pani, mam całkiem dosyć Crumpa — westchnęła ciężko. — 
Co będzie z naczyniami po herbacie? Kto je sprzątnie i pozmywa?

— Ja się tym zajmę — powiedziała Mary. — Już idę, pani Crump.
W bibliotece było prawie ciemno, chociaż Adela Fortescue siedziała nadal na 

sofie.

— Czy mam zapalić światło, proszę pani? — zapytała zarządzająca i nie otrzymała 

odpowiedzi.

Mary przekręciła wyłącznik i podeszła do okna, by je zasłonić kotarą. Wówczas 

dopiero odwróciła głowę i spojrzała w twarz kobiety wspartej bezwładnie na 
ozdobnych poduszkach. Obok niej leżał kawałek rogala z miodem. Przed nią stała na 
stoliku nie dopita filiżanka herbaty. Śmierć spotkała Adelę Fortescue niespodziewanie
i błyskawicznie.

— I co? — zapytał z przejęciem inspektor Neele.
— Cyjanek… — odparł lekarz. — Prawdopodobnie cyjanek potasu… W herbacie.
— Cyjanek… — powtórzył półgłosem detektyw. Doktor spojrzał nań spod oka.
— Dziwnie przejmuje się pan tym przypadkiem. Są jakieś szczególne powody?
— Aha… Podejrzewaliśmy ją o morderstwo — odparł Neele.
— A okazało się, że jest ofiarą. Hm… Trzeba będzie zacząć myślenie od nowa. 

Prawda?

Inspektor kiwnął głową. Twarz miał posępną, usta mocno zaciśnięte.
Znowu trucizna! Morderstwo niemal na jego oczach! Taksyna w kawie, którą Rex 

Fortescue pił na śniadanie. Cyjanek w herbacie Adeli Fortescue. Nadal sprawa czysto 
familijna, domowa. Na to przynajmniej zakrawa.

Adela Fortescue, Jennifer Fortescue, Elaine Fortescue i świeżo przybyły Lancelot 

Fortescue byli razem przy podwieczorku w bibliotece. Lancelot wybrał się w 
odwiedziny do panny Ramsbottom. Jennifer poszła do swojego saloniku załatwiać 
korespondencję. Ostatnia opuściła pokój Elaine. Według jej zeznań Adela czuła się 
wtedy dobrze; nalewała sobie ostatnią filiżankę herbaty.

background image

Właśnie! To naprawdę była ostatnia filiżanka. Dalej następuje mroczny okres 

około dwudziestu minut — do chwili, gdy Mary Dove znalazła zwłoki.

A w trakcie tych dwudziestu minut…
Inspektor Neele zaklął półgłosem i powędrował do kuchni.
Kiedy tam wszedł, pani Crump nie drgnęła. Jej okazała postać spoczywała ciężko 

na krześle za stołem. Uprzednia wojowniczość rozwiała się, pękła niczym balonik.

— Gdzie ta dziewczyna? Nie wróciła jeszcze?
— Gladys… Nie ma jej. Pewno będzie się wałęsać do jedenastej.
— Ona zaparzyła herbatę i zaniosła do biblioteki, prawda?
— Ja herbaty nie ruszałam. Bóg mi świadkiem, panie inspektorze. A na mój rozum 

Gladys też nie zrobiła nic złego. Ona nie do takich rzeczy… ta Gladys. Wcale niezła 
dziewczyna. Trochę głupawa, panie inspektorze, ale przecież nie zbrodniarka.

Neele nie posądzał Gladys o zbrodnię. Nie widział w niej trucicielki. A zresztą 

cyjanku nie było w imbryku z herbatą.

— Dlaczego zniknęła tak nagle? Nie miała dziś wolnego dnia, prawda?
— Nie miała. Wychodne należy się jej jutro.
— Czy Crump… — zaczął Neele, lecz w tym momencie wojowniczy duch pani 

Crump zmartwychwstał raptownie, jej głos zadźwięczał nutą gniewu.

— Tylko nie czepiać się Crumpa! On ma alibi. Wyszedł z domu o trzeciej i teraz 

dziękuję Bogu, że wyszedł. Ma alibi nie gorsze niż sam pan Parcival.

Parcival Fortescue dopiero co wrócił z Londynu, aby usłyszeć na powitanie 

zdumiewającą wiadomość o powtórnej tragedii.

— Nie chciałem czepiać się Crumpa — wyjaśnił pokornie detektyw. — Przyszło 

mi tylko na myśl, że może znać plany Gladys.

— Na coś się szykowała, panie inspektorze. Włożyła swoje najlepsze nylony. Na 

coś się szykowała, jak Boga kocham! Nie przygotowała kanapek do herbaty. 
Strasznie była nerwowa. Usłyszy ode mnie kilka słów, kiedy wróci!

Kiedy wróci…
Inspektor poczuł się nieswojo, więc dla zabicia czasu ruszył mi piętro, do 

apartamentów państwa domu. Okazała sypialnia! Obicia z różowego brokatu, wielkie 
złocone łoże. Drzwi wiodą do wyłożonej lustrami łazienki z jasnoróżową, 
porcelanową wanną, zagłębioną w posadzkę. Dalej jest ubieralnia Reksa Fortescue. 
Neele wrócił do sypialni i leżącego po przeciwnej jej stronie saloniku Adeli 
Fortescue.

Pokój wysłany bladoróżowym grubym dywanem był urządzony w stylu empire. 

Neele nie interesował się nim bliżej, bo dnia poprzedniego przeprowadził dokładne 
oględziny, ze szczególnym uwzględnieniem biureczka–cacka. Nagle jednak 
skamieniał z wrażenia, gdy pośrodku bladoróżowego grubego dywanu zobaczył 
grudkę błota.

Nachylił się, podniósł ją ostrożnie i stwierdził, że nie utraciła jeszcze lepkości.
Bacznie powiódł wzrokiem dokoła. Nie było innych śladów — oprócz tamtej 

drobiny wilgotnej ziemi.

Inspektor Neele rozejrzał się po sypialce należącej do Gladys Martin.
Minęło pół do dwunastej. Crump wrócił pół godziny temu, lecz kredensowa nie 

pokazała się dotąd. Na pierwszy rzut oka widać było, że Gladys może mieć dobrą 
szkołę jako służąca, natury jednak jest nieporządna. Łóżko sprawiało wrażenie 
rzadko ścielonego, atmosfera pokoju świadczyła o nieczęstym otwieraniu okna. Ale 
detektyw nie zaprzątał sobie głowy obyczajami domowymi Gladys Martin. Wolał 
poświęcić uwagę jej osobistym ruchomościom.

Garderoba dziewczyny składała się przeważnie z rzeczy tanich i pozornie 

background image

eleganckich. Nic nie odznaczało się dobrym gustem lub trwałością. Starszawa 
pokojowa Ellen wezwana dla asysty była mało pomocna. Nie wiedziała, jakie ubrania 
ma Gladys. Nie była w stanie powiedzieć, czy czegoś brakuje. Przetrząsnąwszy 
odzież i bieliznę Neele zajął się komodą, w której kredensowa przechowywała swoje 
skarby: widokówki, wycinki z gazet, wykroje, wzory robót na drutach, dobre rady z 
dziedziny kosmetyki i mody.

Detektyw przeglądał to wszystko i układał w stosiki według kategorii. Karty 

pocztowe przedstawiały widoki rozmaitych miejscowości, w których zapewne Gladys 
spędzała urlopy. Trzy pochodziły od kogoś, kto podpisywał się „Bert”. 
Najprawdopodobniej była to osoba nazwana przez panią Crump „kawalerem”. 
Skreślone nienawykłą do pióra ręką zawierały po kilka słów tekstu. Pierwsza: 
„Wszystkiego najlepszego. Bardzo mi bez Ciebie smutno. Twój na zawsze Bert”. 
Druga: „Dużo tu fajnych panien, ale żadna nie umywa się do Ciebie. Niedługo Cię 
zobaczę. Nie zapominaj o naszym terminie. Pamiętaj! Później uszy do góry i 
wszystko dobrze raz na zawsze”. Trzecia była najzwięźlejsza: „Nie zapomnij! Ufam 
ci, Kochana! B”. Z kolei Neele zabrał się do wycinków prasowych i podzielił je na 
trzy grupy. Tyczyły one kwestii stroju i urody oraz szczegółów z życia gwiazd 
filmowych, co widocznie pasjonowało Gladys. Ponadto zdawały się interesować ją 
najnowsze cudowności wiedzy: latające talerze, tajne rodzaje uzbrojenia, środki 
zmuszające do mówienia prawdy, leki reklamowane przez amerykańskich 
szarlatanów. Czarnoksięskie sztuczki naszego dwudziestego wieku, jak określił to 
wszystko Neele. Ale nic, co znaleziono w pokoju, nie wyjaśniało zagadki 
tajemniczego zniknięcia Gladys. Nie prowadziła dziennika naturalnie detektyw nie 
spodziewał się takiego odkrycia, brał jednak pod uwagę nikłe prawdopodobieństwo 
tego. Nie było rozpoczętego listu ani najdrobniejszej bodaj wzmianki o czymś, co 
miałoby związek z nagłym zgonem Reksa Fortescue. Jeżeli kredensowa widziała coś 
lub słyszała, nie zostawiło to namacalnego śladu. Nie znalazł też odpowiedzi na 
pytanie, dlaczego druga taca pozostała w halki, a dziewczyna nagle przepadła.

Detektyw westchnął i wyszedłszy z sypialki zamknął drzwi za sobą. U szczytu 

wąskich, kręconych schodów służbowych zatrzymał się na moment i nieoczekiwanie 
usłyszał tupot kroków kogoś nadbiegającego korytarzem o piętro niżej. Po chwili 
zobaczył w dole pełną przejęcia twarz swojego sierżanta.

— Panie inspektorze! — zawołał Hay zdyszanym głosem. — Znaleźliśmy ją, 

panie inspektorze!

— Kogo?
— Ta pokojowa, panie inspektorze… Ellen… Przypomniała sobie, że nie zdjęła 

bielizny, co suszyła się na kuchennym podwórku, za węgłem od bocznych drzwi. 
Wyszła z latarką elektryczną i mało co się nie przewróciła o zwłoki… zwłoki 
Gladys… Uduszona… Ma pończochę zaciśniętą dokoła szyi… Tak na oko nie żyje 
od kilku godzin. I, panie inspektorze, morderca zrobił paskudny kawał… Ścisnął jej 
nos klamerką do bielizny…

background image

XIII

Podróżująca koleją starsza pani zaopatrzyła się w trzy gazety. Przejrzała je, a 

następnie zwinęła starannie i ułożyła obok siebie. Wszystkie miały te same, 
wieloszpaltowe nagłówki — nie gdzieś w środku numeru; lecz na pierwszej stronie. 
Wszystkie pisały o „Potrójnej tragedii w Domku pod Cisami”.

Starsza pani siedziała bardzo prosto i wyglądała przez okno wagonu. Usta miała 

zaciśnięte, a wyraz jej białoróżowej, zoranej zmarszczkami twarzy zdradzał irytację i 
przygnębienie. Panna Marple wyjechała z Saint Mary Mead wczesnym pociągiem, 
przesiadła się na stacji węzłowej, a w Londynie dotarła koleją obwodową na inny 
dworzec i stamtąd wyruszyła do Baydon Heath.

Na przystanku wsiadła do taksówki i podała kierowcy nazwę Domku pod Cisami. 

Panna Marple — urocza, łagodna, pulchna, różowa i biała staruszka — 
nadspodziewanie łatwo uzyskała wstęp do miejsca strzeżonego niczym oblężona 
twierdza. Policja trzymała w szachu armię reporterów i fotografów, lecz pannie 
Marple bez kwestii dała wolną drogę, bo któż mógłby pomyśleć, że osoba ta nie jest 
sędziwą krewną pogrążonej w żałobie rodziny.

Panna Marple zapłaciła kierowcy, przeliczywszy uważnie bilon, i nacisnęła 

dzwonek przy drzwiach frontowych. Otworzył je Crump, którego starsza pani 
oszacowała doświadczonym wzrokiem.

„Rozbiegane oczy — szepnęła do siebie. — To człowiek śmiertelnie przerażony.” 

Kamerdyner spojrzał na wysoką starszą panią w staromodnym kostiumie z tweedu, 
dwu szalikach i małym filcowym kapeluszu ozdobionym skrzydłem ptaka. Starsza 
pani trzymała w ręku torebkę okazałych rozmiarów, a u jej nóg stała walizka, 
podniszczona, lecz w dobrym gatunku. Crump umiał ocenić prawdziwą damę jednym 
rzutem oka, powiedział więc uprzejmie: — Słucham szanowną panią?

— Mogłabym się zobaczyć z panią domu?
Crump sięgnął po walizkę i z należytym respektem wniósł ją do hallu.
— Proszę szanownej pani, nie bardzo wiem, kogo właściwie… — zaczął z 

wahaniem.

— Chciałabym pomówić — przerwała mu energicznie panna Marple — o 

nieszczęśliwej dziewczynie, którą zamordowano, Gladys Martin.

— Aa… W takim razie… — kamerdyner zająknął się i spojrzał ku drzwiom 

biblioteki, w których stanęła smukła młoda kobieta. — To małżonka pana Lancelota 
Fortescue, proszę pani.

Pat podeszła bliżej, a panna Marple spojrzała na nią i zdziwiła się trochę. Nie 

liczyła, że osobę takiego pokroju spotka w tym właśnie domu. Jego wnętrze 
odpowiadało powziętym z góry wyobrażeniom, ale Patrycja Fortescue nie pasowała 
do charakteru hallu.

— Chodzi o Gladys, proszę pani — wyjaśnił usłużnie Crump. Pat zawahała się na 

moment.

— Pozwoli pani tutaj. Będziemy same.
Cofnęła się, a starsza pani weszła za nią do biblioteki.
— Z kim chciałaby pani pomówić? — zaczęła Pat. — Bo ja nie na wiele się pewno 

przydam. Ledwie kilka dni temu przyjechałam z mężem z Afryki. O domownikach 
prawie nic nie wiem. Ale mogę poprosić siostrę męża albo jego bratową.

Panna Marple bacznie spojrzała na Pat i poczuła do niej sympatię. Spodobała jej 

się prostota i powaga młodej kobiety, której, nie wiedzieć czemu, żal się jej zrobiło. 
Pomyślała, że dla „małżonki pana Lancelota Fortescue” lepsze tło stanowiłyby 
wyblakłe perkale, konie, psy — nie to przesadnie ozdobne i bogate wnętrze. W 

background image

okolicy Saint Mary Mead, podczas lokalnych zawodów hipicznych i podobnych 
zabaw, panna Marple spotykała wiele takich Pat i doskonale je znała. Poczuła się 
swojsko w towarzystwie tej poważnej, jak gdyby czymś zgnębionej młodej kobiety.

— Moja sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta — odezwała się i zdjąwszy 

rękawiczki wygładziła je troskliwie. — Wyczytałam w prasie, że Gladys Martin 
została zamordowana. Niejedno o niej wiem. Pochodziła z moich stron i u mnie 
praktykowała jako pomoc domowa. Teraz zginęła tak okropnie, więc… więc 
odczułam wewnętrzny nakaz, by przyjechać tu, sprawdzić, czy nie mogłabym jakoś 
pomóc w tej sprawie.

— Oczywiście. Rozumiem panią doskonale — powiedziała Pat.
Rzeczywiście zrozumiała. Stanowisko panny Marple wydało się jej zupełnie 

naturalne.

— Chyba to bardzo dobrze, że pani przyjechała — podjęła. — Nikt tutaj nie wie 

nic o Gladys Martin… To znaczy nie wiadomo nic o jej krewnych.

— Nic dziwnego — podchwyciła panna Marple. — Ona nie miała krewnych. Do 

mnie przyszła z sierocińca, zakładu starannie prowadzonego, ale w ciągłych 
tarapatach pieniężnych. Staramy się pomagać dziewczętom stamtąd. Przyjmujemy je 
do służby, szkolimy jak najlepiej. Gladys miała siedemnaście lat, gdy do mnie 
przyszła. Ja uczyłam ją podawania do stołu, obchodzenia się ze srebrami, 
wszystkiego, co należy. Ma się rozumieć, nie wytrzymała długo, jak to najczęściej 
bywa. Nabrała nieco praktyki i postarała się o miejsce w kawiarni. Robią tak prawie 
wszystkie. Liczą, widzi pani, na większą swobodę, weselsze życie. Czy ja wiem? 
Zapewne mają rację.

— Nigdy jej nie widziałam wtrąciła Pat. — Ładna była?
— Nie. Nie była ładna. Skrofuliczna, z gęstymi śladami po ospie. Nazwałabym ją 

także bardzo głupią. Myślę, że nie umiała zjednywać sobie ludzi. Biedactwo! 
Mężczyznami interesowała się zanadto, lecz mężczyźni nie odpłacali jej pięknym za 
nadobne. No, a inne dziewczęta drwiły z tej słabostki, czasami z niej korzystały.

— To brzmi okrutnie, proszę, pani — westchnęła Pat.
— Tak, moja droga. Życie jest okrutne. Trudno rozwiązać sprawę takich Gladys. 

Przepadają za kinem, innymi rozrywkami i nieustannie myślą o czymś 
nieprawdopodobnym, co żadnym cudem nie może ich spotkać. Może to szczęście 
swojego rodzaju? Ale rozczarowania są nieuniknione. Gladys też zawiodła się na 
kawiarnianym i restauracyjnym życiu. Nie przytrafiło się jej nic osobliwego, 
wspaniałego. Chyba dlatego powróciła do służby w prywatnym domu. Długo tu była?

— O ile wiem, niedługo… Miesiąc, może dwa miesiące — odpowiedziała Pat. — 

To okropne, niedorzeczne, że musiała zaplątać się w taką sprawę. Zapewne widziała 
coś albo słyszała.

— Najbardziej dotknęła mnie ta klamerka do bielizny — podjęła panna Marple 

właściwym sobie łagodnym tonem.

— Klamerka do bielizny?
— Tak. Przeczytałam w gazecie, że gdy znaleziono Gladys, nos miała ściśnięty 

czymś takim. To prawda?

Pat twierdząco skinęła głową, a różowe policzki panny Marple poróżowiały 

mocniej.

— Rozumie chyba pani, moja droga, czemu najbardziej dotknął mnie, rozdrażnił 

ten gest okrutny i lekceważący. Stwarza on w pewnym sensie obraz mordercy. Kto 
mógł tak postąpić? Poniżanie ludzkiej godności to czyn ohydny, zwłaszcza jeżeli 
poniża się godność człowieka zabitego przez siebie.

— Mam wrażenie, że rozumiem pani uczucia odparła powoli Pat.
— Chyba powinna pani zobaczyć się z inspektorem Neele’em. On prowadzi 

background image

śledztwo. Myślę, że spodoba się pani. Jest bardzo ludzki. —Wzdrygnęła się nerwowo. 
Cała historia zakrawa na potworny koszmar. Bezsens. Szaleństwo bez ładu i składu!

— Tego bym nie powiedziała, moje dziecko — rzekła panna Marple.
— Nie powiedziałabym stanowczo.
Inspektor Neele wyglądał źle, sprawiał wrażenie przemęczonego. Prasa roztrąbiła 

po całym kraju zagadkę trzech gwałtownych zgonów. Sprawa, która z początku 
mogła uchodzić za typową, komplikowała się niespodziewanie. Adela Fortescue — 
najprawdopodobniejsza podejrzana — padła ofiarą niepojętego morderstwa. Pod 
koniec fatalnego dnia naczelnik Wydziału Śledczego wezwał inspektora na 
konferencję, która przeciągnęła się do późnej nocy.

Pomimo przygnębienia — lub raczej niezależnie od niego — Neele odczuwał 

niejaką satysfakcję. Schemat żony i kochanka wydawał mu się od początku łatwy, 
banalny. Nie ufał nigdy rozwiązaniom takiego pokroju, co w danym przypadku 
znalazło pełne uzasadnienie.

— Cała historia przybiera kompletnie nowy aspekt — mówił przełożony 

spacerując tam i z powrotem po swoim gabinecie. — Wygląda na to, Neele, że mamy 
do czynienia z osobnikiem o zachwianej równowadze. Najprzód mąż, później żona. I 
co? Wszystko wskazuje, że to sprawa domowa. Wszystko odbyło się w familijnym 
gronie. Ktoś z uczestników śniadania podał Reksowi Fortescue taksynę w kawie albo 
w czymś do jedzenia. W trakcie podwieczorku ktoś postarał się, by cyjanek potasu 
trafił do herbaty Adeli Fortescue. Musiał to być ktoś zaufany, nie nasuwający 
podejrzeń, jeden z członków rodziny. Kto z nich, Neele?

— Parcival nie uczestniczył w podwieczorku. Daje mu to alibi — odparł sucho 

detektyw i powtórzył z naciskiem: — Daje mu to alibi: powtórne.

Naczelnik spojrzał bystro na podwładnego, którego szczególny ton był 

zastanawiający.

— Co panu chodzi po głowie? Śmiało, Neele. Słucham.
— Nic specjalnego, panie naczelniku — odrzekł pewnie inspektor. —Taki sobie 

drobny pomysł… Warunki układały się dla Parcivala poręcznie.

— Może trochę zbyt poręcznie, co? — Naczelnik zamyślił się na chwilę. — 

Podejrzewa pan, że on mógł to zaaranżowaćAle jak, Neele? Nie rozumiem. Nie 
wyobrażam sobie, Neele — zrobił znów krótką pauzę. — To typ bardzo przezorny.

— Ale wcale niegłupi — dopowiedział inspektor.
— Kobieta w roli podejrzanej nie odpowiada panu, prawda? A przecież wszystko 

wskazuje na kobiety. Elaine Fortescue i pani Parcivalowa uczestniczyły w śniadaniu, 
a także w podwieczorku. Mogła to zrobić jedna albo druga. Żadna nie sprawia 
wrażenia chorej umysłowo. Ale to nic. Czasami trudno się zorientować. Może 
znajdziemy coś niewyraźnego w przeszłości.

Neele milczał. Medytował o Mary Dove. Nie miał konkretnych powodów, by ją 

podejrzewać, ale w taki właśnie sposób chętnie rozumował. Z pewnością było w niej 
coś nie wyjaśnionego, nasuwającego wątpliwości. Po śmierci Reksa Fortescue 
zdradzała ironiczną niechęć wobec pracodawców. A jak zachowuje się ostatnio? Jej 
postawy nie można nazwać ironiczną ani niechętną. Natomiast parę razy Mary Dove 
objawiła jak gdyby lekki przestrach.

W sprawie Gladys Martin detektyw sobie przypisywał niemałą winę. Jej 

zalęknienie i zdenerwowanie uznał za objaw naturalny przy kontakcie z policją.

Nieraz spotykał się z podobnym zachowaniem. Ale w tym wypadku chodziło o coś 

więcej. Być może Gladys usłyszała coś lub zobaczyła. Mogło to być coś błahego, 
drobny szczegół, o czym nie chciała mówić, sądziła, że nie warto. A obecnie 
biedaczka nigdy już nic nie powie. Inspektor Neele spojrzał nie bez zainteresowania 
w łagodną, szczerą twarz leciwej damy, która zgłosiła się doń w Domku pod Cisami. 

background image

Zrazu nie wiedział, jak ją potraktować, lecz zdecydował się szybko. Panna Marple 
może być przydatna — orzekł. Jest prostolinijna, bez zastrzeżeń uczciwa; jak 
większość kobiet w pewnym wieku ma niemało wolnego czasu, no i posiada iście 
staropanieński talent wyławiania istotnych szczegółów z plotek. Od służby czy też 
pań z rodziny Fortescue wydobędzie informacje, których nigdy nie uzyskałaby 
policja. Dadzą to pogawędki, wspomnienia, domysły, wielokrotne opowieści o tym, 
co ten czy ów zrobił lub powiedział. Ogólnie biorąc detektyw był zadowolony, więc 
szarmancko odniósł się do panny Marple.

— Ładnie szanowna pani postąpiła decydując się na przyjazd tutaj — powiedział.
— To był mój obowiązek. Gladys mieszkała w moim domu. Uważam, że w 

pewnym stopniu jestem odpowiedzialna za tę dziewczynę… Bardzo niemądrą 
dziewczynę, panie inspektorze.

Inspektor Neele spojrzał z uznaniem na starszą panią. Odniósł wrażenie, że trafiła 

w sedno.

— Rozumiem — odparł. — l mnie się tak zdawało.
— Widzi pan, jeżeli Gladys coś spostrzegła, nie miała naturalnie pojęcia, jak 

należy postąpić. Mój Boże! Bardzo niejasno się wyrażam.

Detektyw odpowiedział, że rozumie doskonale.
— Ma pani na myśli, że ta dziewczyna nie potrafiłaby ocenić, co ma znaczenie czy 

też go nie ma?

— Właśnie, panie inspektorze!
— A wyrażając pogląd, że Gladys była niemądra… — podjął detektyw i zawiesił 

głos.

— Chciałam powiedzieć — podchwyciła panna Marple — że należała do osób 

szczególnie łatwowiernych. Gdyby potrafiła zgromadzić jakieś oszczędności, z 
ochotą powierzyłaby je pierwszemu oszustowi. Ale oszczędności nigdy nie miała, bo 
pieniądze trwoniła na najmniej praktyczne fatałaszki^

— Jak odnosiła się do mężczyzn?
— Strasznie jej zależało na znalezieniu wielbiciela. Podejrzewam, że głównie 

dlatego wyniosła się z Saint Mary Mead. Sroga tam konkurencja, bo odpowiednich 
mężczyzn jest bardzo mało. Gladys miała na oku młodego chłopca, dostawcę ryb. Ale 
cóż? Fred nie skąpił wszystkim służącym miłych słów, za którymi nic się nie kryło. 
Biedaczka była dotkliwie zawiedziona. Zdaje się jednak, że ostatecznie znalazła 
kawalera?

— Na to wygląda — powiedział Neele. — Nazywa się Albert Evans. Poznała go 

zapewne w czasie urlopu. Nie dał jej pierścionka, więc być może całą historię 
zmyśliła. Zwierzała się kucharce, że to inżynier górnik.

— Historia nad wyraz nieprawdopodobna, ale mogła opierać się na tym, co on jej 

mówił. Jak wspomniałam już, Gladys była dziewczyną wyjątkowo łatwowierną. Jego 
nie łączy pan z tą sprawą?

Inspektor Neele pokręcił głową.
— Nie, proszę pani. Nie podejrzewam komplikacji takiego rodzaju. Jestem prawie 

pewien, że Albert Evans nigdy nie odwiedził Gladys. Od czasu do czasu przysyłał jej 
kartkę pocztową, najczęściej z portu morskiego. Może to podrzędny mechanik z 
jakiegoś stateczku żeglugi przybrzeżnej?

W każdym razie jestem zadowolona, że Gladys przeżyła swój mały romans. Skoro 

miała zginąć tak nagle… — twarz panny Marple przybrała surowy wyraz. — Widzi 
pan, inspektorze, najbardziej oburza mnie i drażni ta klamerka do bielizny. Co za 
ohyda!

— Wcale nie dziwię się szanownej pani i w pełni to rozumiem. Starsza pani 

odkaszlnęła z pewnym zakłopotaniem.

background image

— Zastanawiam się… Może to natrętnie z mojej strony, ale czy nie mogłabym 

pomóc trochę panu na sposób bardzo skromny i, obawiam się, bardzo kobiecy. Sądzę, 
że to szczególnie przewrotny morderca, a przewrotność nie powinna uchodzić 
bezkarnie.

— Zapewne to sąd nieco staroświecki, nie w modzie dzisiaj — rzucił posępnie 

Neele. — Osobiście jednak zgadzam się z panią.

— Jest tutaj hotel obok stacji, a także hotel Golf — podjęła panna Marple. — No i 

w tym domu mieszka panna Ramsbottom, osoba interesująca się żywo pracą 
misjonarzy.

— Mieszka. Może pani z niej coś wydobędzie. Mnie powiodło się nieszczególnie.
— Bardzo pan miły, panie inspektorze… Cieszę się, że nie wziął mnie pan za 

zwykłą łowczynię sensacji.

Inspektor uśmiechnął się nieoczekiwanie. Przyszło mu na myśl, że ta starsza pani 

wygląda na przeciwieństwo bogini zemsty, a mimo to jest bliska jej roli.

— Gazety — zaczęła znów „bogini zemsty” — lubią gonić za sensacją, najczęściej 

jednak szwankuje w nich dokładność. Wolałabym poznać suche fakty — umilkła i 
spojrzała pytająco na detektywa,

— Fakty ogołocone z sensacji przedstawiają się następująco — odparł. — Rex 

Fortescue zasłabł nagle w swoim biurze skutkiem zatrucia taksyną. Taksynę 
otrzymuje się z cisowych jagód albo igieł.

— To bardzo dogodne wtrąciła panna Marple.
— Być może. Ale w danym przypadku nie mamy żadnego dowodu… Nie mamy 

na razie.

Na ostatnim słowie Neele położył nacisk, sądził bowiem, że właśnie w tym 

względzie panna Marple może być najbardziej pomocna. Jeżeli ktoś z domowników 
preparował jagody cisa, ona najłatwiej wpadnie na ślad takich poczynań. Wygląda na 
staroświecką osobę, która lubi robić domowe trunki i lekarstwa, zbierać i suszyć 
zioła, zna więc metody prac z tym związanych.

— A pani Fortescue? — padło pytanie.
— Pani Fortescue piła herbatę w rodzinnym gronie. Jej pasierbica, Elaine 

Fortescue, była ostatnią osobą, która opuściła bibliotekę. Zeznaje, że w chwili gdy 
stamtąd wychodziła, pani Fortescue nalewała sobie drugą filiżankę herbaty. Po 
upływie około dwudziestu minut panna Dove, zarządzająca domem, weszła do 
pokoju, aby sprzątnąć naczynia po podwieczorku. Adela Fortescue nadal siedziała na 
sofie, ale nie żyła. Przed nią stała nie dopita filiżanka z herbatą, w której wykryto 
cyjanek potasu.

— O ile mi wiadomo, to trucizna działająca błyskawicznie.
— Tak, proszę pani.
— Groźna substancja mruknęła panna Marpłe, jak gdyby do siebie. — Czasami 

używam jej przy niszczeniu os. Ale zawsze jestem ostrożna, bardzo uważam.

— Ma pani słuszność. Słoik z cyjankiem potasu znaleziono w podręcznym 

składziku ogrodnika.

— To znów bardzo dogodne… Czy pani Fortescue coś jadła?
— Tak. Podwieczorek można by nazwać wystawnym.
— Było ciasto, prawda? Zapewne też chleb, masło, rogale? Może dżem, miód, coś 

z tych rzeczy?

— Aha. Były rogale, miód, ciasto w czekoladzie, rolada z marmoladą, 

herbatniki… — Neele urwał, z ukosa zerknął na starszą panią. —Obecność cyjanku 
potasu stwierdzono w herbacie.

— Tak, tak… Słyszałam. Pragnę jednak uzyskać, jak to się mówi, pełny obraz. Jest 

on wiele mówiący. Nie sądzi pan, inspektorze?

background image

Neele spojrzał na pannę Marple nie bez zdziwienia. Twarz miała mocno 

zaróżowioną, oczy błyszczące.

— A trzecia śmierć, inspektorze?
— W tym wypadku fakty są stosunkowo proste. Gladys przyniosła do biblioteki 

tacę z herbatą i wróciła do kuchni po drugą, tę jednak zostawiła w hallu. Przez cały 
dzień była zdenerwowana, roztargniona. Później jej nie widziano. Kucharka, pani 
Crump, wywnioskowała, ze dziewczyna zrobiła sobie wolne popołudnie, nie 
opowiadając się nikomu. Utwierdził ją w tym przekonaniu fakt, że Gladys miała na 
nogach nylony i swoje najlepsze pantofle. Myliła się jednak. Najprawdopodobniej 
dziewczyna przypomniała sobie nagle, że nie zdjęła bielizny, która suszyła się na 
sznurach za domem. Wybiegła, by naprawić własne zaniedbanie, i ktoś zaskoczył ją 
znienacka, od tyłu zarzucił na szyję pończochę… I stało się…

— Ktoś z zewnątrz?
— Być może, proszę pani. Lecz równie dobrze mógł zrobić to jeden z 

domowników… Ktoś, kto czekał okazji, by przydybać dziewczynę samą. Gladys była 
roztrzęsiona, zdenerwowana, kiedy przesłuchiwaliśmy ją wstępnie. Ale niestety, 
znaczenie tego faktu uszło mojej uwagi.

— Mój Boże! Skąd pan mógł wiedzieć? Ludzie często bywają zbici z tropu przy 

kontakcie z policją. Zupełnie jak gdyby mieli coś na sumieniu.

— Niewątpliwie, proszę pani. Tym razem jednak musiało wchodzić w grę coś 

więcej. Zapewne Gladys zauważyłaże ktoś z domowników robi coś na pozór 
niezrozumiałego. Nie sądzę, by to szczególnie rzucało się w oczy, bo w takim razie 
dziewczyna powiedziałaby nam prawdę. Co dalej? Gladys musiała zdradzić swój 
niepokój wobec osoby zainteresowanej, ta zaś uprzytomniła sobie, że Gladys może 
być niebezpieczna.

— I dlatego — podchwyciła panna Marple — Gladys została uduszona i na jej 

nosie zaciśnięto klamerkę do bielizny.

— Właśnie! Ta klamerka! Bezcelowe okrucieństwo. Popis brawury absolutnie 

niepotrzebny.

— Czy niepotrzebny? — mruknęła starsza dama. Nasuwa pewne sugestie… 

Rozumie pan, inspektorze?

— Nie bardzo… Co ma pani na myśli? Panna Marple ożywiła się nieoczekiwanie.
— Mam na myśli ciąg wydarzeń traktowanych jako całość. Rozumie pan? Trudno 

przecież uwolnić się od wymowy faktów.

— Nic nie rozumiem, szanowna pani.
— Chodzi mi o to, że… Zastanówmy się, inspektorze… Najprzód pan Fortescue, 

Rex Fortescue został zamordowany w swoim gabinecie. Następnie pani Fortescue 
umarła siedząc przy podwieczorku, w bibliotece. Do herbaty podano rogaliki i miód. 
Wreszcie znaleziono zwłoki biednej Gladys z klamerką do bielizny zaciśniętą na 
nosie. To stawia kropkę nad „i”. Czarująca pani Pat Fortescue powiedziała mi, że to 
wszystko nie ma sensu ani ładu. Nie mogę się z nią zgodzić. W całej historii jest sens 
i ład uderzający.

— Nie wydaje mi się, abym… — bąknął zbity z tropu Neele i nie dokończył, gdyż 

panna Marple przerwała mu żywo.

— Na oko liczy pan sobie trzydzieści pięć, może trzydzieści sześć lat. Kiedy był 

pan małym chłopcem, wypowiedziano wojnę staroświeckim wierszykom dla dzieci. 
Natomiast dla osoby wychowanej jak ja na takich wierszykach… Widzi pan, ma to 
swoją wymowę. Jedno mnie zastanawia… — panna Marple urwała, by podjąć zaraz, 
jak gdyby zebrała się na odwagę: — Ma się rozumieć, to wielki nietakt mówić o 
podobnych głupstwach…

— Proszę. Niech pani mówi, o czym zechce.

background image

— Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. Powiem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że 

jestem bardzo stara, nie najmądrzejsza, a moje pomysły mogą nie mieć sensu… 
Chciałabym zapytać, czy w tej historii nie natknął się pan gdzieś na czarne ptaki… 
wyrażając się ściślej, kosy?

background image

XIV

— Przez dobre dziesięć sekund inspektor Neele spoglądał ze zdumieniem na 

starszą panią. Przychodziło mu na myśl, że biedaczka postradała nagle zmysły.

— Kosy? — powtórzył wreszcie.
Panna Marple przytaknęła energicznym skinieniem głowy.
— Nie inaczej — powiedziała i zaczęła recytować:

Piosenka za szóstkę, kieszeń żyta i
Zapiekanych w cieście kosów mendle trzy.
Przekrojono ciasto, ptaszków zabrzmiał chór.
Co za pyszne danie na królewski dwór!
Król był w skarbcu, liczył tam pieniądze swe,
Królowa w komnacie bulkę z miodem je.
Służebna w ogrodzie wietrzy ubrań stos,
Wtem przyleciał ptaszek, oddziobał jej nos.

— Wielki Boże! zawołał detektyw.
— Pasuje, co? — podjęła starsza pani. — W kieszeni marynarki nieboszczyka 

znaleziono żyto. Tak napisała jedna z gazetInne wspominały o zbożu, ziarnic i tak 
dalej… Ale to było żyto, prawda?

Inspektor Neele twierdząco skinął głową.
— A widzi pan! — podchwyciła triumfalnie starsza pani. — Rex Fortescue. Rex 

znaczy król. Zginął w swoim gabinecie biurowym: w skarbcu! Pani Fortescue, 
„królowa”, jadła w komnacie bułkę z miodem. Cóż dziwnego, że morderca ścisnął 
nos Gladys klamerką do bielizny.

— Sądzi pani, że to robota szaleńca?
— Nie wyciągajmy pochopnie wniosków. W każdym jednak razie cała historia 

wygląda osobliwie. Koniecznie musi pan dopytywać o kosy. Na pewno były tu i kosy.

W tym momencie wszedł do pokoju sierżant Hay.
— Panie inspektorze! — zaczął z przejęciem i urwał spostrzegłszy starszą panią.
Neele zdążył tymczasem przyjść do siebie, więc zwrócił się do panny Marple:
— Bardzo szanownej pani dziękuję. Interesuje panią Gladys Martin, może więc 

życzy pani sobie zobaczyć rzeczy zabrane z jej pokoju? Sierżant Hay pokaże je pani. 
Niedługo będzie wolny.

Panna Marple zrozumiała, że ją odprawiono, i wyniosła się z pokoju.
— Kosy! — mruknął do siebie Neele i zwrócił się do zdziwionego sierżanta. — O 

co chodzi, Hay?

— Panie inspektorze! zaczął znowu podwładny z nie mniejszym przejęciem. — 

Niech pan inspektor spojrzy! — pokazał coś zawiniętego w przybrudzoną chusteczkę 
do nosa. — Znaleźliśmy to w malinach. Mogło zostać wyrzucone z któregoś okna 
domu

Żywo zainteresowany Neele rzucił okiem na przedmiot, który sierżant umieścił 

przed nim na biurku — jak się okazało, ledwie napoczęty słoik marmolady. Spoglądał 
nań bez słowa. Jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej kamienny i tępy, co 
świadczyło, że detektyw błądzi myślami po manowcach ułudy. Oczyma wyobraźni 
oglądał jak gdyby film. Widział nowy słoik i ręce, które ostrożnie zdejmują 
pokrywkę, usuwają nieznaczną ilość marmolady, mieszają z taksyną, wkładają znowu 
do słoika i wygładziwszy powierzchnię słoik zakrywają. Widział to wszystko, 
przerwał jednak rozważania, aby zapytać podwładnego:

background image

— Czy marmoladę wyjmują ze słoika i podają na stół w jakimś innym naczyniu?
— Nie, panie inspektorze. Podczas wojny, kiedy trudno było o wszystko, zaczęli 

podawać marmoladę w oryginalnych słoikach i tak już zostało.

— To uprościło zadanie. Oczywiście — szepnął do siebie Neele.
— I co więcej, panie inspektorze — ciągnął Hay — tylko pan Fortescue jadł na 

śniadanie marmoladę. I pan Parcival, ale jego nic było w domu. Panie jadły miód i 
dżem.

— Aha… To uprościło zadanie jeszcze bardziej.
Po krótkiej przerwie urojony film jął snuć się dalej. Stół, wokół niego domownicy 

przy śniadaniu. Rex Fortescue sięga po słoik z marmoladą, nabiera łyżkę, kładzie na 
grzance posmarowanej masłem. To rozwiązanie dużo łatwiejsze, prostsze: nie trzeba 
ryzykować, przyprawiać kawy w określonej filiżance. Idealna, nowa metoda 
podawania trucizny! Co dalej? Drugi antrakt: film traci nieco na wyrazistości. Słoik z 
marmoladą ktoś zastępuje drugim, z którego usunął dokładnie taką samą ilość. Okno 
się uchyla. Jakaś ręka rzuca słoik w maliny… Czyja to była ręka?

— Naturalnie musimy to posłać do badania, przekonać się, czy w marmoladzie są 

ślady taksyny. Nie wolno pochopnie wyciągać wniosków — powiedział Neele.

— Nie wolno, panie inspektorze — zgodził się Hay. — Na słoiku mogą też być 

odciski palców.

— Mogą. Ale najprawdopodobniej nie te, których szukamy. Pozostawili je Gladys, 

Crump, pan Fortescue… No i zapewne pani Crump, a także subiekt ze sklepu 
kolonialnego. Jeszcze kilka osób bez znaczenia dla śledztwa. Jeżeli ktoś dodał tu 
taksynę, z pewnością uważał, żeby nie dotykać słoika palcami. Powtarzam: nie wolno 
pochopnie wyciągać wniosków. Jak sprowadzają tutaj marmoladę? Gdzie ją 
przechowują?

Zapobiegliwy sierżant Hay miał w pogotowiu odpowiedzi na wszelkie pytania.
— Marmoladę i dżemy kupują partiami, po sześć słoików. Świeży słoik wydaje się 

do pokoju kredensowego, kiedy w poprzednim jest już niewiele.

— A zatem manipulacja mogła być przeprowadzona na kilka dni przed podaniem 

marmolady na stół. Mógł się tym zająć każdy z domowników albo ktokolwiek, kto 
miał tutaj dostęp.

„Miał tutaj dostęp”. Ten zwrot zbił z tropu sierżanta, który nie zrozumiał, jakim 

szlakiem podąża myśl przełożonego.

Rozumowanie Neele’a opierało się jednak na logicznym założeniu: skoro 

marmoladę zatruto dawniej, prawdopodobnie wykluczyć należy osoby jedzące owego 
dnia śniadanie.

To otwiera nowe, interesujące możliwości. Zaleca rozmowy z różnymi ludźmi — 

rozmowy pod nieco odmiennym kątem widzenia. Tylko nie sugerować się niczym z 
góry!

Detektyw nie lekceważył bynajmniej zdania panny Marple na temat 

staroświeckiego wierszyka z dziecinnego pokoju. Jego treść w zadziwiający sposób 
pasuje do przebiegu wydarzeń. Rozwiązuje zagadkę niepokojącą od pierwszej chwili: 
kieszeń pełną żyta. — Ale te kosy? — szepnął do siebie Neele.

— Słucham, panie inspektorze? — zdziwił się podwładny.
— Drobiazg, Hay… Nic ważnego.

Inspektor Neele wybrał się na poszukiwanie Mary Dove i zastał ją w jednym z 

pokoi sypialnych na piętrze, gdzie Ellcn zdejmowała z łóżka prześcieradła —jak się 
zdawało, czyste. Obok leżało na krześle kilka również nie używanych ręczników.

— Spodziewa się pani kogoś? zapytał trochę zdziwiony detektyw.
Zarządzająca domem uśmiechnęła się na swój sposób. W przeciwieństwie do 

background image

posępnej, przygnębionej pokojówki była jak zawsze pogodna i opanowana.

— Akurat odwrotnie powiedziała, a Neele spojrzał na nią pytająco.
— Ten pokój gościnny miał zająć pan Gerald Wright.
— Gerald Wright? Co to za jeden?
— Dobry znajomy panny Elaine Fortescue — odparła Mary tonem sztucznie 

obojętnym.

— Oczekiwano go? Kiedy?
— O ile mi wiadomo, zatrzymał się w hotelu Golf nazajutrz po śmierci pana 

Fortescue.

— Nazajutrz?
— Tak poinformowała mnie panna Fortescue — odparła Mary tonem nadal bez 

wyrazu. — Chciała, by pan Wright przeniósł się tutaj, więc w porę przygotowałam 
pokój. Następnie jednak, po dwu dalszych tragediach… uznała widać, że lepiej mu 
będzie w hotelu.

— W hotelu Golf?
— Tak, panie inspektorze.
— Hm… Nic dziwnego.
Ellen zebrała prześcieradła i ręczniki, wyszła z pokoju. Mary Dove spojrzała 

pytająco na detektywa.

— Życzył pan sobie pomówić ze mną w jakiejś sprawie?
— Ścisłe ustalenie czasu rozmaitych wydarzeń jest w danej chwili kwestią 

pierwszorzędnej wagi — odparł gładko Neele. — Członkowie rodziny wypowiadają 
się mętnie na ten temat, co uważam za naturalne i zrozumiałe. Natomiast zdążyłem 
zauważyć, że pani dobrze orientuje się w czasie.

— Co też uważa pan za naturalne i zrozumiałe uśmiechnęła się Mary Dove.
— Tak… Zapewne… W każdym razie należy pogratulować sprawności, z jaką 

pani prowadzi dom mimo… mimo, powiedzmy, paniki wynikłej z racji ostatnich 
zgonów — inspektor zrobił małą pauzę. — Jak pani to robi?

Dobrze zdawał sobie sprawę, iż jedyną lukę w nieprzeniknionym pancerzu Mary 

Dove stanowi duma z własnej sprawności. I tym razem zarządzająca domem ożywiła 
się nieco.

— Crumpowie chcieli z miejsca odejść — powiedziała.
— My nie udzielilibyśmy zgody.
— Wiem. Oczywiście. Ale i ze swojej strony dałam im do zrozumienia, że pan 

Parcival Fortescue okaże się zapewne hojny dla tych, co oszczędzą mu zbędnych 
kłopotów.

— A Ellen?
— Nie myśli o rzuceniu pracy.
— Aha… Nie myśli o rzuceniu pracy — powtórzył Neele. — Ma mocne nerwy.
— Delektuje się katastrofami. Podobnie jak pani Valowa, czerpie perwersyjne 

zadowolenie z tragedii.

— Ciekawe… Czy pani Valowa czerpie perwersyjne zadowolenie z tragedii?
— Nie… Może to zbyt silnie powiedziane… W każdym razie usposobienie 

pozwala jej tragedie znosić… Coś takiego miałam raczej na myśli.

— A jakie wrażenie wywarło to wszystko na pani? Mary Dove wzruszyła 

ramionami i odpowiedziała sucho:

— Nie było miłym przeżyciem.
Detektyw jeszcze raz zapragnął przeniknąć linie obronne tej chłodnej i 

opanowanej młodej kobiety, zbadać, co kryć się może pod osłoną niedopowiedzeń i 
całej zagadkowej postawy Mary Dove.

— Cóż — podjął wróćmy do miejsca i czasu poszczególnych wydarzeń. Ostatni 

background image

raz widziała pani Gladys Martin w hallu, przed podwieczorkiem, za dwadzieścia 
piąta? Nie mylę się, prawda?

— Nie myli się pan. Powiedziałam jej, żeby podała herbatę.
— Skąd pani wtedy przyszła?
— Z piętra. Parę minut wcześniej zdawało mi się, że dzwoni telefon.
— Zapewne przyjęła go Gladys?
— Tak. To była omyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią w Baydon Heath.
— Wówczas widziała pani Gladys Martin ostatni raz?
— W jakieś dziesięć minut później wniosła do biblioteki tacę z herbatą.
— Z kolei nadeszła panna Elaine Fortescue?
— Tak. Trzy lub cztery minuty po Gladys. Następnie poszłam na górę, aby 

poprosić na herbatę panią Valowa..

— Zwykle pani to robi?
— Skąd znowu! Domownicy schodzą na podwieczorek, kiedy zechcą. Ale tamtego 

dnia pani Fortescue zapylała, gdzie się wszyscy podziali. Wyszłam do hallu i 
odniosłam wrażenie, że na piętrze słyszę kroki pani Valowej. Omyliłam się jednak, 
bo…

— Jak to? — przerwał Neele zwietrzywszy coś nowego. — Usłyszała pani czyjeś 

kroki na piętrze?

— Tak. Jak gdyby zbliżały się do szczytu schodów. Ale nikt nie zeszedł na dół. 

Panią Valową zastałam w jej pokoju. Dopiero co wróciła ze spaceru…

— Ze spaceru powtórzył detektyw. — Aha, rozumiem… Która była godzina?
— Dochodziła piąta, jak sądzę.
— A pan Lancelot Fortescue zjawił się o której?
— Parę minut później wróciłam na parter… Myślałam nawet, że przyjechał 

wcześniej, ale…

— Dlaczego myślała pani, że przyjechał wcześniej? — przerwał znów żywo 

inspektor Neele.

— Ponieważ zdawało mi się, że zobaczyłam go przez okno, z podestu na 

półpiętrze.

— W ogrodzie?
— Tak… Zauważyłam kogoś niknącego za cisowym żywopłotem. Pomyślałam, że 

to może być on.

— Wtedy schodziła pani na dół, zaprosiwszy panią Valową na podwieczorek, 

prawda?

— Nie — sprostowała Mary. — Stało się to wcześniej, kiedy schodzi—łam na dół 

pierwszy raz.

Detektyw spojrzał na nią przenikliwie.
— Jest pani pewna, panno Mary?
— Najzupełniej. Dlatego właśnie zaskoczył mnie widok pana Lancelota, kiedy 

naprawdę zadzwonił do drzwi.

Inspektor Neele pokręcił głową i podjął nie zdradzając tonem głosu swego 

wzburzenia:

— Nie mogła pani zobaczyć w ogrodzie Lancelota Fortescue. Pociąg z Londynu, 

przybywający o czwartej dwadzieścia osiem, miał dziesięć minut opóźnienia. Był na 
przystanku Baydon Heath o czwartej trzydzieści siedem. Jest zawsze przepełniony, 
więc Lancelot Fortescue musiał zaczekać kilka minut na taksówkę. Wobec tego 
odjechał ze stacji mniej więcej trzy na piątą (pięć minut później, niż pani widziała 
kogoś w ogrodzie), a do Domku pod Cisami jest około dziesięciu minut drogi. 
Taksówkę odprawił sprzed bramy nie wcześniej niż za pięć piąta… Hm… Nie mogła 
go pani zobaczyć w ogrodzie.

background image

— Pewna jestem, że kogoś zauważyłam.
— Niewątpliwie. Ale ściemniało się wówczas. Nie widziała pani dokładnie tamtej 

osoby?

— Naturalnie… Nie potrafiłabym rozpoznać twarzy… Zorientowałam się tylko, że 

to wysoki, szczupły mężczyzna, więc przyszedł mi na myśl pan Lancelot Fortescue, 
którego oczekiwaliśmy wszyscy.

— A tamten, w którą odszedł stronę?
— Zniknął za cisowym szpalerem, w kierunku wschodniego skrzydła domu.
— Gdzie znajdują się boczne drzwi, prawda? Czy są one zamykane na klucz?
— Tak Ale dopiero późnym wieczorem.
— Innymi słowy: kogoś, kto wszedłby tymi drzwiami, mógłby nie spostrzec nikt z 

domowników?

Mary Dove zastanowiła się na moment.
— Zapewne… Tak! dodała bardziej stanowczym tonem. — Chce pan powiedzieć, 

że słyszałam odgłos kroków kogoś, kto w taki sposób wtargnął do domu i ukradkiem 
przemykał korytarzem na piętrze?

— Coś w tym sensie, proszę pani.
— Ale kto?
— To pytanie wymaga odpowiedzi. Na razie bardzo pani dziękuję. Mary Dove 

odwróciła się, by odejść, lecz w tym momencie detektyw rzucił od niechcenia:

— Aha… Sądzę, że pani może mi coś powiedzieć o kosach?
Po raz pierwszy zarządzająca domem była jak gdyby zaskoczona. Odwróciła się 

raptownie.

— O… Przepraszam… Co pan powiedział?
— Zapytałem o kosy… ptaki.
— Ptaki?
— Tak. Kosy — powtórzył Neele i przybrał swój najbardziej tępy wyraz twarzy.
— Ma pan na myśli tę idiotyczną historię z lata? Przecież nie może mieć nic… — 

Mary Dove umilkła nagle.

— Słyszałem coś piąte przez dziesiąte — podjął swobodnie detektyw.
— Ale cóż? Tylko pani potrafi opisać to zajście ze szczegółami.
— Moim zdaniem w grę wchodził idiotyczny, niedorzeczny kawał —odparła Mary 

Dove już z normalnym, niezmąconym spokojem. —Cztery nieżywe kosy znalazły się 
na biurku w gabinecie pana Fortescue… w jego domowym gabinecie. Jak zwykle 
latem, okna były otwarte. Podejrzewaliśmy wszyscy syna ogrodnika, chociaż chłopiec 
zapewniał, że nie jest winien. Były to kosy, które ogrodnik zastrzelił i powiesił na 
drzewach owocowych, by odstraszyć ptactwo.

— Ktoś musiał je odciąć i podrzucić na biurko Reksa Fortescue.
— Tak.
— Nie widzi w tym pani jakiegoś sensu, związku z czymkolwiek?
— Nie sądzę.
— A jak zachował się pan Fortescue? Zły był?
— Zły? Oczywiście.
— Nie odniosła pani wrażenia, że zaniepokoiła go ta historia, wytrąciła z 

równowagi?

— Nie pamiętam, doprawdy.
— Rozumiem…
Inspektor Neele nie dodał nic więcej, wydało mu się jednak, że tym razem Mary 

Dove odwraca się i odchodzi z ociąganiem, jak gdyby miała ochotę zbadać bardziej 
szczegółowo, co się dzieje w jego głowie. Ale on myślał tylko z niechęcią o pannie 
Marple. Zapewniła, że w tej historii muszą być kosy. I oto są! Co prawda nie trzy 

background image

mendle, które dokładnie pasowały do wzoru, ale są!

Głupia historia zdarzyła się latem, więc Neele nie wyobrażał sobie, jaki mogła 

mieć związek z późniejszą tragedią. Oczywiście nie zasugeruje się ptakami, nie 
zaniecha opartego na logice normalnego śledzenia mordercy, działającego z 
normalnych pobudek. Lecz od tej chwili nie wolno mu odrzucać nawet najbardziej 
obłąkańczych możliwości.

background image

XV

— Przykro mi jeszcze raz panią trudzić — zwrócił się Neele do Elaine Fortescue 

— muszę jednak wyświetlić pewien szczegół. O ile mi wiadomo, pani jest ostatnią 
lub raczej przedostatnią osobą, która widziała panią Fortescue żywą. Opuściła pani 
bibliotekę dwadzieścia po piątej?

— Mniej więcej. Nie mogę określić czasu ściśle — odparła panna Fortescue i 

dorzuciła obronnym tonem: — Człowiek nie patrzy wciąż na zegary.

— Ma się rozumieć, proszę pani. Kiedy wszyscy wyszli z pokoju, pani została 

sama z panią Fortescue. O czym panie rozmawiały?

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
— Najprawdopodobniej nie ma. Ale treść rozmowy może świadczyć w pewnym 

stopniu o ówczesnym nastroju pani Fortescue.

— Chce pan powiedzieć… Sądzi pan, że ona zabiła się sama? Detektyw 

spostrzegł, że twarz dziewczyny się rozjaśniła, co nie zdziwiło go wcale. Takie 
rozwiązanie byłoby oczywiście najdogodniejsze z punktu widzenia mieszkańców 
Domku pod Cisami. Neele nie wierzył w nie, gdyż Adeli Fortescue nie uważał za typ 
potencjalnej samobójczyni. Nawet gdyby otruła męża i żywiła obawę, że zbrodnia 
wyjdzie na jaw, nie pomyślałaby z pewnością o odebraniu sobie życia. Optymizm 
kazałby jej wierzyć, że jeżeli nawet dojdzie do procesu, da się uzyskać wyrok 
uniewinniający. Takiego zdania był inspektor Neele, nie chciał jednak rozpraszać 
złudzeń Elaine Fortescue.

— Istnieje i taka możliwość — odparł zgodnie z prawdą. — Więc słucham, proszę 

pani? O czym była wtedy mowa?

— Szczerze mówiąc o moich sprawach — powiedziała młoda osoba i umilkła.
— A mianowicie?
— Mój… mój znajomy, ktoś z przyjaciół, przyjechał tutaj, więc zwróciłam się do 

Adeli, czy nie ma nic przeciwko jego zamieszkaniu w naszym domu.

— Rozumiem… Kto jest tym pani znajomym?
— Gerald Wright. Nauczyciel szkolny. Zatrzymał się w hotelu Golf.
— Czy to szczególnie dobry znajomy, ktoś bardzo bliski? — detektyw przybrał 

dobroduszny, rodzicielski wyraz twarzy, który dodał mu co najmniej piętnaście lat. — 
Może wkrótce należy oczekiwać doniosłego wydarzenia w rodzinie?

Odczuł niemal skrupuły na widok nieporadnego gestu ręki i rumieńca dziewczyny. 

Nie wątpił już, Elaine Fortescue kocha się w tym gościu.

— Nie jesteśmy formalnie zaręczeni i… i… Teraz nie może być o tym mowy… 

Ale… Zgadł pan, inspektorze. Istotnie, zamierzamy się pobrać.

— Gratuluję serdecznie! podchwycił żywo Neele. — Wspomniała pani, że pan 

Wright zatrzymał się w hotelu Golf. Od jak dawna tam mieszka?

— Zadepeszowałam do niego po śmierci ojca.
— A on przyjechał niezwłocznie — powiedział detektyw i życzliwym, budzącym 

zaufanie tonem dorzucił swój ulubiony zwrot: — Aha… Rozumiem. — Na moment 
zawiesił głos. Jak pani Fortescue zareagowała na propozycję, by pan Wright 
przeprowadził się tutaj?

— Odpowiedziała: „Dobrze. Wolno ci zapraszać, kogo sobie życzysz”.
— Innymi słowy odniosła się do pani planów życzliwie.
— Życzliwie?… Chyba niezupełnie. Powiedziała jeszcze… — Właśnie! Co więcej 

powiedziała?

— Głupstwo, jakiego należało spodziewać się od Adeli. Dodała, że mogłabym 

zrobić znacznie lepszą partię. — Elaine zarumieniła się znowu.

background image

— Cóż, krewni często mówią podobne rzeczy.
— Tak… Naturalnie! Ale, widzi pan, nie wszystkich stać na właściwą ocenę 

Geralda. To intelektualista, zwolennik nieszablonowych, postępowych idei, które nie 
odpowiadają wielu ludziom.

— Aha… Rozumiem. Dlatego trudno mu było dojść do porozumienia z pani 

ojcem.

Dziewczyna mocno się zaczerwieniła.
— Ojciec był niesprawiedliwy, miał liczne uprzedzenia. Drażnił uczucia Geralda. 

Otwarcie mówiąc, zachowanie ojca tak zirytowało Geralda, że zniknął na długie 
tygodnie i nie odzywał się nawet do mnie.

„I prawdopodobnie nie odezwałby się do dnia dzisiejszego. gdyby twój ojciec nie 

umarł i nie zostawił ci grubej forsy” pomyślał inspektor Neele i zapytał:

— O niczym więcej nie rozmawiała pani z panią Fortescue?
— Nie… Nie zdaje mi się.
— Działo się to mniej więcej dwadzieścia pięć po piątej, a o szóstej pięć 

znaleziono zwłoki pani Fortescue. Pani nie wróciła do biblioteki w tym czasie?

— Nie wróciłam.
— Co pani robiła?
— Ja? Wybrałam się na mały spacer.
— Do hotelu Golf?
— No… tak… Ale Geralda nie zastałam.
— Aha… Rozumiem — powtórzył znów inspektor Neele, tym razem jednak 

tonem akcentującym koniec rozmowy.

— Czy to wszystko? zapytała Elaine.
— Tak jest. Dziękuję pani odparł detektyw i spytał, gdy dziewczyna wstawała z 

krzesła: Mogłaby pani powiedzieć coś o kosach?

— O kosach? Tych w pasztecie?
„Aha. Były też kosy w pasztecie” pomyślał Neele i dodał:
— Kiedy to miało miejsce?
— Trzy… może cztery miesiące temu. Ojciec znalazł też nieżywe kosy na swoim 

biurku. Strasznie się wtedy złościł.

— Złościł się? Czy dopytywał się też, kto to mógł zrobić?
— Tak… Oczywiście. Ale nikt z nas nic nie wiedział.
— A nie wie pani, czemu pan Fortescue tak się gniewał?
— Czemu? No… To był makabryczny, głupi dowcip.
Neele spojrzał bystro w twarz dziewczyny, nie zauważył jednak objawów 

zmieszania.

— Aa… Jeszcze jedno podjął. — Nie orientuje się pani, czy i kiedy pani Fortescue 

sporządziła testament?

— Nie mam pojęcia Elaine rozłożyła ręce. — Chyba tak… Ludzie przeważnie 

robią takie rzeczy.

— Powinni, ale nie zawsze robią. Czy na przykład pani załatwiła tę sprawę?
— Ja? Dotąd nic nie miałam… Cóż… teraz naturalnie…
Neele spostrzegł, że w tym momencie dziewczyna uprzytomniła sobie zmianę 

własnej pozycji materialnej. Wyczytał to w jej oczach.

— Słusznie — powiedział. — Pięćdziesiąt tysięcy funtów nakłada pewne 

obowiązki. Nakłada obowiązki i niejedno może się zmienić.

Po rozstaniu z Elaine Fortescue inspektor siedział przez kilka minut pogrążony w 

myślach, zapatrzony przed siebie. Miał o czym medytować. Twierdzenie Mary Dove, 
iż około czwartej trzydzieści pięć widziała w ogrodzie mężczyznę, otwierało nowe 

background image

możliwości — jeżeli oczywiście Mary Dove powiedziała prawdę. Inspektor nigdy nie 
zakładał z góry, że czyjekolwiek słowa zasługują na wiarę. Tym razem wszakże nie 
potrafił wymyślić rozumnej przyczyny, dla której zarządzająca domem mogłaby 
skłamać. Wobec tego przyjąć należy, że powiedziała prawdę i rzeczywiście widziała 
w ogrodzie mężczyznę. Z pewnością nie był to Lancelot Fortescue, jakkolwiek 
domysł panny Dove w tym względzie wyniknął logicznie z istniejących okoliczności. 
Nie był to Lancelot Fortescue, lecz ktoś podobny doń z postawy i wzrostu, a 
niewątpliwie wiele daje do myślenia fakt, że o tej właśnie porze jakiś mężczyzna 
przemykał ukradkiem przez ogród, chowając się za żywopłoty.

Ale nie na tym koniec! Mary Dove słyszała również odgłos kroków w korytarzu na 

piętrze, co z kolei zgadzałoby się z grudką błota znalezioną na dywanie w buduarze 
Adeli Fortescue. Detektyw powędrował myślami do znajdującego się w tym buduarze 
ozdobnego biureczka. Śliczny, podrabiany antyk. Nietrudna do odkrycia sekretna 
szufladka. W szufladce trzy liściki do Adeli Fortescue, skreślone przez Viviana 
Dubois. Niezliczone listy miłosne trafiały do rąk inspektora w trakcie jego zajęć 
służbowych: listy namiętne, idiotyczne, sentymentalne, pełne żalów. Zdarzały się 
również listy ostrożne i do tej kategorii wypadałoby zaliczyć trzy pochodzące ze 
skrytki w ozdobnym biureczku. Nawet odczytane w sądzie, podczas sprawy 
rozwodowej, mogłyby ujść za dowód czysto platonicznych uczuć.

„Platoniczne uczucie! W takim przypadku! Bodaj to licho!” pomyślał inspektor 

Neele nie bez odrazy.

Kiedy znalazł listy, niezwłocznie posłał je do Wydziału Śledczego, gdyż wówczas 

chodziło głównie o to, czy prokurator uzna poszlaki za wystarczające, by wszcząć 
śledztwo przeciw Adeli Fortescue lub Adeli Fortescue i Vivianowi Dubois łącznie. 
Wszystko zdawało się świadczyć, że Reksa Fortescue otruła żona przy współudziale 
albo bez współudziału kochanka. Listy, chociaż ostrożne, jasno wskazywały, że 
Vivian Dubois był kochankiem Adeli Fortescue, ale ich treść nie zawierała niczego, 
co dałoby się podciągnąć pod termin „zachęta do zbrodni”. Oczywiście „zachęta” 
mogła mieć miejsce w rozmowach, lecz pan Dubois to człowiek zbyt przezorny, aby 
czemuś takiemu dać wyraz na piśmie.

Inspektor Neele wnioskował trafnie, iż Vivian Dubois prosił kochankę o 

zniszczenie jego listów, ona zaś skłaniała, że zastosowała się lub zastosuje do tej 
prośby. Co dalej? Nastąpiły dwa kolejne zgony, z których wynika albo co najmniej 
powinno wynikać, że Adela Fortescue nie uśmierciła męża. Przeciwko temu może 
świadczyć tylko jedna hipoteza. Adela Fortescue chciała się wydać za Viviana 
Dubois, a Vivian Dubois pragnął nie Adeli Fortescue, lecz stu tysięcy funtów, które 
miała odziedziczyć po mężu. Mógł żywić przekonanie, że śmierć Reksa Fortescue 
ujdzie za naturalną, wywołaną zawałem serca czy też wylewem krwi do mózgu. 
Ostatecznie rodzina niepokoiła się od roku stanem zdrowia starszego pana. (Neele 
pomyślał nawiasowo, że tę właśnie kwestię należy zbadać bliżej, wyczuwał bowiem 
instynktownie, że może ona mieć niepoślednie znaczenie.) Stało się inaczej. 
Natychmiastowa diagnoza i rozpoznanie użytej trucizny pokrzyżowały plany 
związane ze zgonem Reksa Fortescue.

Przyjąwszy, że Adela Fortescue i Vivian Dubois popełnili zbrodnię, należy spytać, 

co działoby się z nimi w takiej sytuacji? Niewątpliwie on uległby panice, ona 
kompletnie straciłaby głowę. Mogłaby robić albo mówić głupstwa, dzwonić do 
kochanka, nieostrożnie rozmawiać przez telefon. On zaś zdawałby sobie sprawę, że w 
Domku pod Cisami mogliby podsłuchać coś fatalnego. Jak postąpiłby w takiej 
sytuacji Vivian Dubois?

Odpowiedź na to pytanie byłaby przedwczesna. Ale Neele postanowił wybrać się 

zaraz do Golfa, by sprawdzić, czy pan Dubois wychodził z hotelu między czwartą 

background image

piętnaście a szóstą po południu. Jest wysoki i szczupły, wzrostem i postawą 
przypomina Lancelota Fortescue. Drogą przez ogród i boczne drzwi mógł zakraść się 
do domu, wejść na piętro i… I co? Szukać swoich listów i przekonać się, że ich nie 
ma? Wyczekać odpowiedniej chwili, gdy droga będzie wolna, zejść do biblioteki, 
zastać tam tylko Adelę Fortescue?

To wnioski zbyt pochopne, dogodne…
Detektyw pomyślał, że wypytywał już Mary Dove i Elaine Fortescue, należy więc 

sprawdzić, co ma do powiedzenia żona Parcivala.

background image

XVI

Inspektor Neele zastał panią Valową w jej saloniku, zajętą pisaniem listów. Na 

jego powitanie podniosła się raczej nerwowo.

— Czy… Może coś nowego?…
— Zechce pani usiąść. Po prostu chciałbym zadać pani kilka pytań.
— Aa… Tak… Służę, inspektorze. Naturalnie. To wszystko jest takie straszne, 

prawda? Coś okropnego!

Po chwili wahania wybrała jeden z foteli. Detektyw usadowił się na pobliskim 

krześle i począł studiować ją baczniej, niż w czasie uprzednich spotkań. Osądził, że to 
kobieta pospolita, przeciętna i zapewne nie bardzo szczęśliwa. Jest rozstrojona, 
niezadowolona z życia, lecz mimo ograniczonych horyzontów myślowych mogła być 
sprawna w swoim dawnym zawodzie pielęgniarki. Teraz nie daje jej satysfakcji 
próżnowanie, które zawdzięcza małżeństwu z zamożnym mężczyzną. Kupuje łaszki, 
czytuje powieści, objada się słodyczami… Neele przypomniał sobie jej podniecenie 
w dniu zgonu Reksa Fortescue, pomyślał jednak, że nie była to uciecha hieny, ale 
wstrząs wywołany prz.cz coś niezwykłego na tle jałowej pustyni codziennej nudy.

Obecnie niespokojne oczy Jennifer unikały przenikliwego wzroku inspektora. 

Sprawiało to wrażenie zdenerwowania i może poczucia winy. Jednakże i tym razem 
nie należało wyciągać wniosków zbyt pochopnie.

— Niestety, proszę pani — rozpoczął łagodnie Neele obowiązek nakazuje nam 

wypytywać ludzi; wypytywać i jeszcze raz wypytywać. Państwo muszą odczuwać to 
nad wyraz boleśnie. W pełni zdaję sobie z tego sprawę, ale, proszę mi wierzyć, 
bardzo wiele zależy od ścisłego określenia czasu poszczególnych wydarzeń. Pani 
zeszła na pod wieczorek późno, prawda? Lub raczej panna Dove przyszła po panią.

— Tak. Przyszła po mnie. Powiedziała, że herbata czeka. Nie wyobrażałam sobie, 

że już tak późno. Pisałam wtedy listy.

Detektyw zerknął w stronę biurka.
— Aha… Rozumiem… A mnie się zdawało, że była pani na spacerze.
— Ona panu powiedziała? — Tak… Ma pan rację… Pisałam listy, ale w pokoju 

było okropnie duszno… Głowa mnie rozbolała, więc wybrałam się na spacer… Tylko 
raz dokoła ogrodu.

— Rozumiem… Spotkała pani kogoś?
— Czy spotkałam kogoś? — Pani Valowa spojrzała ze zdziwieniem na detektywa. 

— Do czego pan zmierza?

— Chciałbym się dowiedzieć, czy w czasie tej przechadzki widziała pani kogoś 

lub ktoś panią widział.

— Widziałam tylko ogrodnika… z daleka. — Jennifer zerknęła podejrzliwie na 

inspektora.

— Z ogrodu wróciła pani do swojego pokoju i zdejmowała właśnie płaszcz, kiedy 

panna Dove przyszła poprosić panią na herbatę. Czy to się zgadza?

— Tak. Oczywiście. Wtedy zeszłam na dół.
— Kogo zastała pani w bibliotece?
— Adelę, Elaine… W parę minut później przyjechał Lance, brat mojego męża… 

Niedawno wrócił z Kenii, jak panu wiadomo.

— Razem usiedli państwo do podwieczorku?
— Tak. Później Lance wyszedł, żeby odwiedzić ciocię Effie, a ja wróciłam do 

siebie pisać listy. W bibliotece zostały Adela i Elaine.

Detektyw przytaknął skinieniem głowy.
— Wiem. Po pani wyjściu panna Elaine spędziła w towarzystwie macochy pięć do 

background image

dziesięciu minut. Pani męża nie było wtedy w domu?

— Nie… Percy… To jest Val wrócił z Londynu krótko przed siódmą. Zatrzymały 

go tam ważne sprawy.

— Przyjechał pociągiem?
— Tak. Na stacji wziął taksówkę.
— Często korzysta z komunikacji kolejowej?
— Czasami. Niezbyt często. Tym razem był, zdaje się, w różnych punktach miasta,

gdzie trudno zaparkować wóz. Wygodniej było mu wrócić do domu pociągiem.

— Rozumiem… — bąknął znowu Neele i zmienił temat. — Pytałem pani 

małżonka, czy pani Fortescue sporządziła przed śmiercią testament. Odpowiedział, że 
jego zdaniem, nie. Sądzę, że pani nic o tej sprawie nie wiadomo?

Ku niemałemu zdziwieniu detektywa, Jennifer podchwyciła z ożywieniem:
— Ależ, tak… Tak! Adela sporządziła testament. Sama mi mówiła.
— Naprawdę? Kiedy to się stało?
— Niedawno. Chyba przed miesiącem.
— Bardzo interesujące, bardzo — bąknął inspektor Neele.
Pani Valowa pochyliła się do przodu. Wyrazem twarzy zdradzała teraz 

podniecenie. Widać zadowolenie sprawiał jej fakt, że jest tak dobrze poinformowana.

— Val nic nie wie — podjęła. — Nikt nie wie. Ja zrobiłam przypadkowe odkrycie. 

Na ulicy! Byłam właśnie przed sklepem z materiałami piśmiennymi, kiedy 
zobaczyłam Adelę. Wychodziła z kancelarii adwokackiej. To, wie pan, firma Ansell i 
Worrall przy High Street.

— Tutaj? W Baydon Healh?
— Aha! Pytam: „Co tam robiłaś?” Ona na to roześmiała się i mówi: „Chciałabyś 

wiedzieć, prawda?” — a później, jak szłyśmy razem: „Cóż, powiem ci, Jennifer. 
Spisywałam ostatnią wolę”. Bardzo się zdziwiłam i mówię: „Testament? Po co, 
Adelo? Nie jesteś chora ani nic takiego”. Odpowiedziała, że nigdy nie czuła się lepiej, 
ale każdy powinien załatwić tę formalność. Nie chciała pójść do zadzierającego nosa 
mecenasa, pana Billingsleya, który prowadzi sprawy rodziny, bo stary cwaniak gotów 
by wszystko wypaplać. Tak mówiła Adela i dodała jeszcze: „Nic z tego. Testament to 
moja osobista sprawa. Nikt się nie dowie, jak i czym rozporządziłam”. Powiedziałam 
wtedy: „Bądź pewna, Adelo, że ja słowa nie pisnę”. Wzruszyła ramionami i mówi: 
„Możesz ile chcesz gadać. Nie znasz treści testamentu”. Ale i tak nic nie 
powiedziałam nikomu, nawet mężowi. Moim zdaniem kobiety powinny trzymać ze 
sobą. Nieprawda, inspektorze?

— Bez wątpienia to pogląd przynoszący pani zaszczyt przyznał dyplomatycznie 

detektyw.

— Ja tam nigdy nie byłam złośliwa — ciągnęła pani Valowa — za Adelą nie 

przepadałam naturalnie, bo uważałam, że to typ, co przed niczym się nie cofnie, byle 
postawić na swoim. A teraz, jak ona. biedactwo, nie żyje, myślę, że może byłam 
niesprawiedliwa.

— Pozostaje mi tylko podziękować szanownej pani za wartościową pomoc — 

powiedział inspektor Neele.

— Bardzo mi było miło, proszę pana. Zawsze chętnie pomogę., ile tylko zdołam. 

Cała ta historia jest okropna, prawda? Dziś z. rana przyjechała jedna starsza pani. Kto 
to taki?

— Nazywa się panna Marple. Postąpiła bardzo ładnie, bo przyjechała tu 

specjalnie, aby podzielić się z nami wiadomościami o Gladys Martin. Ta dziewczyna 
służyła u niej w swoim czasie.

— Naprawdę? Ciekawa historia!
— Aha… Jeszcze jedno pytanie… Czy wiadomo pani coś o kosach? Jennifer 

background image

wzdrygnęła się gwałtownie. Upuściła torebkę na podłogę i schyliła się, by ją 
podnieść.

— O kosach, inspektorze? Ptakach? O jakie kosy panu chodzi? —zapytała 

zdławionym głosem.

Neele uśmiechnął się pogodnie.
— Jakiekolwiek, proszę pani. Żywe, martwe, nawet, że się tak wyrażę, 

symboliczne.

— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — rzuciła szorstko kobieta. —Nie 

rozumiem!

— Zatem o kosach nic pani nie wiadomo?
— Aa… Pewno ma pan na myśli te, co były w pasztecie zeszłego lata — podjęła z 

wolna Jennifer. — Taki drobiazg bez znaczenia…

— Znaleziono też nieżywe kosy na stole w bibliotece, prawda?
— Jakieś niedorzeczne wybryki… Nie wyobrażam sobie, kto panu o nich 

powiedział. Pan Fortescue, mój teść, strasznie się wtedy złościł.

— Złościł się tylko? Nic więcej?
— Rozumiem. Wiem teraz, do czego pan zmierza. Teść wypytywał nas 

wszystkich, czy koło domu nie kręcił się ktoś obcy.

— Obcy? powtórzył detektyw unosząc brwi ze zdziwieniem.
— Ja tam nic nie wiem. Tak teść się wyraził.
— Obcy powtórzył znów Neele tonem zastanowienia. — Czy pan Fortescue 

zdawał się przestraszony?

— Przestraszony? znowu nic nie rozumiem.
— Powiedzmy, czy byt zaniepokojony, gdy wypytywał o kogoś obcego?
— Chyba tak… Miałam wrażenie, że był zaniepokojony. Oczywiście nie 

pamiętam dokładnie historii sprzed kilku miesięcy. Byłam zdania, że to jakieś 
niemądre żarty. Podejrzewałam… podejrzewam nadal Crumpa. To człowiek bardzo 
niezrównoważony i z pewnością często zagląda do kieliszka. Czasami zachowuje się 
impertynencko… Może miał jakąś urazę do pana Fortescue? Myślę, że to 
prawdopodobne… Jak pan sądzi, inspektorze?

— Wszystko jest prawdopodobne — odparł Neele i wyszedł z saloniku pani 

Valowej.

Parcival Fortescue wyjechał do Londynu? lecz Neele zastał w bibliotece 

Lancelota, siedzącego ze swoją żoną nad szachami.

— Nie chciałbym państwu przeszkadzać — zaczął tonem usprawiedliwienia.
— Nie szkodzi, inspektorze — powiedział Lance. — Zabijamy tylko czas. Prawda, 

kochanie?

Pat twierdząco skinęła głową.
— Zapewne moje pytanie wyda się panu niedorzeczne — zwrócił się detektyw do 

przybysza z Afryki. Zapytam jednak, czy wiadomo panu coś o kosach?

— O kosach? Ptakach?
— Tak. Może to dziwne, ale wzmiankę o kosach napotkałem w trakcie 

dochodzenia.

— Na Boga! Nie pije pan chyba do starej historii kopalni Kos! — zawołał 

Lancelot.

— Kopalnia Kos? ożywił się Neele. — Co to za stara historia? Lance zrobił 

niepewną minę.

— Cały kłopot w tym, że sam niewiele pamiętam, bardzo niewiele, inspektorze. 

Chodzą mi po głowie wspomnienia o jakiejś mętnej transakcji mojego papy, gdzieś na 
zachodnich wybrzeżach Afryki. Ciocia Effie mówiła coś kiedyś z przekąsem, ale 

background image

żadnych bliższych szczegółów nie znam.

— Ciocia Effie? Innymi słowy panna Ramsbottom?
— Tak, inspektorze. ,
— Pójdę zapytać ją o kopalnię Kos — powiedział Neele i dodał posępnie: — To, 

proszę pana, przerażająca starsza dama. Peszy mnie jej obecność.

— Zgoda, inspektorze! — roześmiał się Lancelot Fortescue. Ale ciocia Effie może 

być wielce pomocna, jeżeli podejdzie pan do niej w sposób właściwy. Szczególnie 
zalecałbym rozwodzenie się nad przeszłością. Staruszka ma wyborną pamięć i z 
prawdziwą satysfakcją dobywa z niej sprawy kompromitujące kogoś lub przykre. 
Umilkł na moment. — Jeszcze jedno, inspektorze. Po przyjeździe tutaj wkrótce 
wybrałem się do cioci Effie… wyrażając się ściślej, zaraz po herbacie. Zaczęła mówić 
o Gladys, służącej, która została zamordowana. Naturalnie nie wiedzieliśmy wtedy, 
że ta dziewczyna nie żyje. Ciocia Effie utrzymywała, że Gladys wie o czymś, czego 
nic powiedziała policji.

— To wydaje się pewne — westchnął detektyw. — Biedactwo mc już nigdy nie 

powie.

— Nie powie — powtórzył Lance. — Ciocia udzieliła jej dobrej rady, aby 

wszystko wyznała. Jaka szkoda, że Gladys nie zdążyła się do niej zastosować.

— Aha… — bąknął Neele i, zebrawszy odwagę przed groźnym spotkaniem, 

wtargnął do twierdzy starszej damy.

Ku niemałemu zdziwieniu zastał tam pannę Marple, która gawędziła z ciocią Effie 

o działalności misyjnej.

— To ja już pójdę — powiedziała panna Marple, wstając żywo z fotela.
— Nie ma potrzeby, szanowna pani — zaoponował Neele. — Proszę zostać.
— Zaproponowałam pannie Marple, żeby przeniosła się tutaj — zabrała głos 

panna Ramsbottom. — Nie ma sensu marnować pieniędzy na pobyt w diabła wartym 
hotelu Golf. To obrzydliwe gniazdo podejrzanych typów. Po całych wieczorach nic 
tylko kartograjstwo i pijatyki! Z pewnością panna Marple lepiej się będzie czuła w 
przyzwoitym chrześcijańskim domu. Jest wolny pokój tuż obok mojego. Ostatnio 
mieszkała tam misjonarka, doktor Mary Peters.

— Bardzo pani uprzejma — odezwała się panna Marple. — Doprawdy jednak nie 

chciałabym narzucać się w domu żałoby.

— Jaka tam żałoba! — obruszyła się ciocia Effie. — Zawracanie głowy! Kto w 

tym domu opłakuje Reksa? Albo Adelę? A może chodzi pani o policję, co? Pan 
przecież nie ma zastrzeżeń, inspektorze?

— Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, łaskawa pani.
— No to interes ubity! — ucieszyła się energiczna staruszka.
— Bardzo pani uprzejma powtórzyła panna Marple. — Zaraz zatelefonuję do 

hotelu. Powiem, że rezygnuję z pokoju.

Kiedy wyszła, panna Ramsbottom rzuciła obcesowo pod adresem detektywa:
— A pan tu po co?
— Chciałem zapytać, czy łaskawa pani mogłaby mi coś powiedzieć o kopalni 

Kos?

Ciocia Effie parsknęła piskliwym śmiechem.
— Ha! Dotarł pan i do tego! Zrozumiał moją aluzję o dawnych grzechach i długich 

cieniach. Co interesuje pana w tej sprawie?

— Wszystko, co usłyszę od łaskawej pani.
— Wiele pan nie usłyszy. To było bardzo dawno, jakieś dwadzieścia lat temu, 

może dwadzieścia pięć. Chodziło o jakąś koncesję górniczą w Afryce Wschodniej. 
Mój szwagier wybrał się tam z drugim przedsiębiorcą. Tamten nazywał się 
MacKenzie. Mieli całą historię zbadać na miejscu, ale MacKenzie umarł, chyba na 

background image

febrę. Rex wrócił do Anglii i mówił, że ta koncesja, kopalnia, czy jak się tam nazywa, 
to czysta bujda. Tyle mi wiadomo.

— Tylko tyle? Zdaje mi się, łaskawa pani, że trochę więcej.
— Reszta to plotki. A jak słyszałam, wymiar sprawiedliwości nie lubi plotek.
— Nie jesteśmy w sądzie, proszę pani.
— Niech będzie. Powiem wszystko. Wdowa MacKenzie podniosła wielki gwałt. 

Dowodziła, że Rex oszukał jej męża. Pewno miała rację. To był spryciarz bez 
skrupułów. Nie wątpię jednak, że jego posunięcia i tym razem mieściły się w 
granicach legalności. Pani MacKenzie, osoba o zachwianej równowadze umysłowej, 
nie była w stanie niczego dowieść. Przyjechała tu później, groziła zemstą. Twierdziła, 
że Rex zamordował jej męża. Głupie, melodramatyczne brednie! Myślę, że już wtedy 
była pomylona, bo, o ile mi wiadomo, wkrótce trafiła do zakładu dla umysłowo 
chorych. Przywlokła z sobą tutaj dwoje małych dzieci, okropnie wystraszonych. 
Mówiła, że wychowuje je w duchu zemsty. Zawracanie głowy i tyle! Więcej nie 
mogę panu powiedzieć. Proszę jednak pamiętać, że kopalnia Kos to nie jedyne 
świństwo, jakie Rex zrobił w życiu. Niech pan poszuka, a z pewnością znajdzie wiele 
innych. Ale skąd przyszła panu do głowy ta sprawa’? Odkrył pan jakiś ślad wiodący 
do rodziny MacKenzie?

— Wie pani coś o dalszych losach tej rodziny?
— Absolutnie nic. Tylko proszę mnie właściwie zrozumieć. Nie podejrzewam, by 

Rex zamordował tamtego człowieka. Sądzę, że opuścił go ciężko chorego. To jedno 
w obliczu Boga, ale w obliczu prawa nie. Jeżeli naprawdę był winien, dosięgła go 
kara. Bóg nierychliwy, niesprawiedliwy, jak mówią. A teraz proszę odejść. Więcej 
powiedzieć nie mogę, więc nie warto mnie pytać.

— Dziękuję łaskawej pani za cenne wiadomości — skłonił się inspektor Neele.
— A niech pan przyśle do mnie tę Marple — zawołała panna Ramsbottom, gdy 

zamykał drzwi. — Brak jej powagi, jak wszystkim anglikanom, ale kobieta zna się na 
rozsądnie pojętej dobroczynności.

Z parteru inspektor Neele zatelefonował w dwa miejsca: do firmy adwokackiej 

Ansell i Worrall oraz do hotelu Golf. Następnie wezwał swojego sierżanta i 
powiedział mu, że na niedługi czas opuści Domek pod Cisami.

— W razie pilnej potrzeby, Hay, będzie mnie można znaleźć w tutejszej kancelarii 

adwokackiej. Później w hotelu Golf.

— Tak jest, panie inspektorze.
— A tymczasem, Hay, wyniuchajcie, ile się da, na temat kosów.
— Kosów, panie inspektorze?
— Tak. Czarnych ptaszków, kosów.
— Tak jest, panie inspektorze — powtórzył ze zdumieniem sierżant Hay.

background image

XVII

Inspektor Neele przekonał się rychło, że pan Ansell jest typem prawnika, który 

łatwiej ulega onieśmieleniu, niż onieśmiela innych. Wspólnik niewielkiej, doskonale 
prosperującej firmy nie myślał obstawać przy swoich prawach. Przeciwnie. Rad był 
udzielić policji wszelkiej możliwej pomocy.

Sporządził testament nieboszczki Adeli Fortescue, która zgłosiła się do kancelarii 

przed pięcioma tygodniami.

— Jej dyspozycje wydały mi się trochę dziwne — ciągnął pan Ansell — ale wie 

pan, inspektorze, jak dziwne historie trafiają się w naszym zawodzie. Oczywiście 
rozumie pan inspektor obowiązującą nas dyskrecję, zasady tajemnicy zawodowej… 
takie rzeczy…

Neele kiwnął głową na znak, że rozumie. Nie miał wątpliwości, że ta kancelaria 

nie miała uprzednio do czynienia z panią Fortescue ani z nikim z tej rodziny.

— Ma się rozumieć — podjął prawnik — nieboszczka Adela Fortescue nie mogła 

zwrócić się do adwokatów swojego męża.

Pomijając ozdoby retoryczne, kwestia przedstawiała się prosto. Na mocy 

testamentu Adela Fortescue pozostawiła wszystko, co będzie jej własnością w 
momencie zgonu, Vivianowi Dubois.

— Odniosłem jednak wrażenie — kończył pan Ansell spoglądając spod oka na 

detektywa — że w dniu, gdy wyraziła ostatnią wolę, pani Fortescue niewiele miała do 
pozostawienia.

Słusznie. Nie miała wtedy wiele do pozostawienia. Niebawem jednak umarł Rex 

Fortescue, a żonie zapisał okrągłą sumę stu tysięcy funtów, która według wszelkiego 
prawdopodobieństwa należy dziś do Viviana Edwarda Dubois. Sto tysięcy funtów z 
odliczeniem jedynie podatku spadkowego.

W hotelu Golf mocno zdenerwowany pan Dubois oczekiwał wizyty detektywa. 

Był na wyjezdnym i walizy miał spakowane, gdy przez telefon odebrał prośbę 
inspektora Neele’a, aby zechciał pozostać. Inspektor mówił uprzejmie, prawie 
przepraszał, lecz pan Dubois nie wątpił, że mimo osłony grzecznych słówek, prośba 
równa się rozkazowi. Dla zasady protestował trochę, ale nie bardzo.

— Liczę, panie inspektorze — powitał gościa — że zdaje pan sobie sprawę, na jak 

wiele kłopotów naraża mnie pozostawanie tutaj. Doprawdy, mam bardzo ważne 
sprawy, którymi muszę zająć się niezwłocznie. To kwestia interesów.

— Nie wiedziałem, że pan prowadzi jakieś interesy — odparł pogodnie detektyw.
— Cóż, nikt nie ma dziś tyle wolnego czasu, jak to się może zdawać.
— Zapewne… Zapewne… Sądzę, że boleśnie odczuł pan śmierć pani Fortescue. 

Łączyła z nią pana bliska przyjaźń, prawda?

— Tak. To była urocza osoba. Często grywaliśmy w golfa.
— Poniósł pan ciężką stratę, prawda?
— Niewątpliwie — westchnął Vivian Dubois. — Cała ta potworna historia jest 

wstrząsająca.

— O ile mi wiadomo, telefonował pan do pani Fortescue w dzień jej zgonu, w 

godzinach popołudniowych.

— Telefonowałem? Nie pamiętam, słowo daję.
— Około czwartej.
— Tak… Chyba telefonowałem.
— Przypomina pan sobie treść rozmowy?
— Była konwencjonalna. Pytałem, zdaje się, o samopoczucie pani Fortescue i czy 

są jakie dalsze wiadomości na temat zgonu jej męża.

background image

— Aha… Rozumiem — powiedział Neele i dodał zaraz: — Następnie poszedł pan 

na spacer.

— Co?… Tak… Nie był to właściwie spacer… Chciałem poćwiczyć trochę na 

polu golfowym.

— Chyba nie, panie Dubois — sprzeciwił się łagodnie detektyw. — Na polu 

golfowym ćwiczył pan zapewne innego dnia… Tutejszy portier widział pana 
zmierzającego drogą w kierunku Domku pod Cisami.

Dubois spojrzał w twarz inspektora, później odwrócił wzrok.
— Nie pamiętam, inspektorze — powiedział. — Słowo daję.
— Może wybrał się pan w odwiedziny do pani Fortescue?
— Nie! — zaprotestował energicznie młody człowiek. — Nic podobnego! Nie 

byłem w tamtym domu.

— Więc gdzie pan był?
— Poszedłem drogą aż do gospody Pod Trzema Gołębiami. Później wróciłem 

przez tereny golfowe.

— Na pewno nie był pan w Domku pod Cisami?
— Z całą pewnością, inspektorze. Neele z zatroskaniem pokręcił głową.
— Proszę posłuchać, panie Dubois. Z nami szczerość popłaca. Mógł pan przecież 

wybrać się tam z jakiegoś całkiem niewinnego powodu.

— Powtarzam wyraźnie, że tamtego dnia nie odwiedziłem pani Fortescue.
— Myślę, proszę pana podjął swobodnym tonem Neele — że będziemy zmuszeni 

prosić pana o złożenie formalnych zeznań. Postąpi pan rozsądnie i w zakresie swoich 
uprawnień, żądając obecności adwokata przy załatwianiu tej formalności.

Dubois pobladł nagle. Jego cera przybrała chorobliwy, zielonawy odcień.
— Chce mnie pan zastraszyć! — wybuchnął. — Mnie?
— Nic podobnego, proszę pana — obruszył się detektyw. — Nam nie wolno 

grozić. Przeciwnie. Pozwoliłem sobie zwrócić uwagę na pewne przysługujące panu 
uprawnienia.

— Zapewniam pana, że z tą całą historią nie miałem nic wspólnego. Absolutnie 

nic!

— Jednakże tamtego dnia około pół do piątej po południu był pan w Domku pod 

Cisami. Tak się złożyło, że ktoś wyjrzał przez okno i widział pana.

— Wszedłem tylko do ogrodu. W domu nie byłem.
— Nie był pan? Naprawdę? Nie wszedł pan tam przypadkiem bocznymi drzwiami, 

a następnie po schodach, na piętro, do saloniku pani Fortescue? Szukał pan czegoś w 
biureczku, prawda?

— Aa…. Pan zabrał listy — odparł posępnie Vivian Dubois — Ta idiotka Adela 

zatrzymała je, chociaż przysięgała, że są spalone… Ale listy nie mają takiego 
znaczenia, jakie pan im chce przypisać.

— Nie zaprzeczy pan, panie Dubois, że z Adelą Fortescue łączyły pana bardzo 

intymne stosunki?

— Nie zaprzeczę. Oczywiście. Jak mógłbym zaprzeczyć, skoro ma pan te listy? 

Ale nie warto doszukiwać się w nich jakiegoś utajonego sensu. Niech pan sobie nie 
wyobraża, że my… że ona myślała kiedykolwiek o pozbyciu się Reksa Fortescue. Na 
Boga! Nie jestem człowiekiem takiego pokroju!

— Ale pani Fortescue mogła być kobietą takiego pokroju. Jak pan sądzi?
— Nonsens! — zawołał Dubois. — Przecież ją też zamordowano.
— Tak… Naturalnie.
— Nie nasuwa się panu logiczny wniosek, że jedna ręka zgładziła Reksa Fortescue 

i jego żonę?

— To prawdopodobne, bardzo prawdopodobne — przyznał z namysłem inspektor 

background image

Neele. — Ale mogą być też odmienne rozwiązania. Weźmy dla przykładu jedną 
hipotezę… tylko hipotezę, panie Dubois.

Istnieje możliwość, że Adela Fortescue pozbyła się męża, a po jego śmierci sama 

stała się zagrożeniem dla kogoś innego. Ten ktoś nie pomagał jej aktywnie, ale 
stwarzał w pewnym sensie pobudkę i, powiedzmy, motyw występnego czynu. 
Przyzna pan chyba, że dla tej osoby pani Fortescue mogłaby być niebezpieczna?

— P…p… an… — zająknął się Vivian Dubois. Pan nie ma podstaw do aktu 

oskarżenia… Żadnych podstaw… poszlak przeciwko mnie.

— Pani Fortescue sporządziła testament podjął detektyw. —Wszystko pozostawiła 

panu. Cały majątek.

— Nie chcę jej pieniędzy! Nie chcę ani pensa!
— Naturalnie wiele tego nie ma. Ilizutcria… Futra… Ale pieniędzy chyba mało.
Dubois wytrzeszczył oczy.
— Myślałem, że jej mąż… — urwał, szczęka mu opadła.
— Myślał pan, panie Dubois? podchwycił Neele ostrym niby stal głosem. — To 

ciekawe! Widocznie znał pan treść testamentu Reksa Fortescue.

Drugim rozmówcą Neele’a w hotelu Golf był pan Gerald Wright, chudy młody 

człowiek o minie intelektualisty i wyniosłych manierach. Wzrostem i sylwetką 
przypominał trochę Viviana Dubois, czego Neele nie omieszkał zauważyć.

— Czym mogę panu służyć, inspektorze? — zapytał pan Gerald Wright.
— Chciałem prosić pana o pewne informacje, które mogą okazać się pomocne.
— Informacje? Nie bardzo rozumiem,
— Chodzi o niedawne wydarzenia w Domku pod Cisami. Słyszał pan o nich 

zapewne? — zapytał Neele nie bez ironii, a młody człowiek uśmiechnął się 
pobłażliwie.

— Czy słyszałem? To nie najtrafniejsze określenie. Gazety są pełne tych 

wydarzeń! Trudno w nich znaleźć coś więcej. Słowo daję! Nasza prasa jest 
zdumiewająco krwiożercza. W okropnych czasach żyjemy. Bomba atomowa! 
Dzienniki nurzające się w ohydnych zbrodniach! Ale powiedział pan, że chce mnie o 
coś zapytać. Nie wyobrażam sobie doprawdy, co by to być mogło. Nie wiem nic o 
wydarzeniach w Domku pod Cisami. Kiedy zamordowano pana Fortescue, byłem na 
wyspie Mań.

— Niebawem jednak przyjechał pan tutaj. Otrzymał pan telegram od panny Elaine 

Fortescue.

— Ach! Ta wszystkowiedząca policja! Tak! Elaine mnie wezwała, więc 

przyjechałem natychmiast!

— Podobno zamierza pan ożenić się wkrótce. Czy i to się zgadza?
— Zgadza się, inspektorze. A pan, jak sądzę, nie ma nic przeciwko mojemu 

małżeństwu?

— To, proszę pana, czysto osobista sprawa panny Fortescue. O ile mi wiadomo, 

wzajemna sympatia państwa liczy sobie czas pewien. Sześć czy też siedem miesięcy, 
prawda?

— Prawda, inspektorze.
— Byli państwo nieoficjalnie zaręczeni, lecz pan Fortescue nie udzielił zgody. 

Powiedział też panu, że panna Elaine nie może liczyć na pomoc w żadnej formie, 
jeżeli nie zastosuje się do jego woli. Wtedy pan zerwał ów związek i wyjechał.

Gerald Wright uśmiechnął się z politowaniem.
— Scharakteryzował pan tę kwestię raczej brutalnie. W istocie, inspektorze, 

padłem ofiarą swoich zapatrywań politycznych. Rex Fortescue był kapitalistą w 
najgorszym tego słowa znaczeniu. Dla pieniędzy nie mogłem zrezygnować z głęboko 

background image

zakorzenionych poglądów.

— Ale nie ma pan zastrzeżeń wobec małżeństwa z osobą, która odziedziczyła 

właśnie pięćdziesiąt tysięcy funtów.

— Żadnych zastrzeżeń, inspektorze — uśmiechnął się Gerald Wright, tym razem z 

widoczną satysfakcją. — Pieniądze będą zużyte z korzyścią dla społeczeństwa. Ale 
nie przyszedł pan chyba, aby omówić ze mną moją sytuację finansową lub 
zapatrywania polityczne?

— Nie, panie Wright. Przyszedłem, aby omawiać z panem suche fakty. Jak panu 

wiadomo, pani Adela Fortescue zmarła piątego listopada skutkiem zatrucia cyjankiem 
potasu. Tamtego popołudnia był pan w pobliżu Domku pod Cisami, mógł więc pan 
widzieć lub słyszeć coś, co miałoby znaczenie dla śledztwa.

— Czemu pan sądzi, że tamtego popołudnia byłem, jak się pan wyraził, w pobliżu 

Domku pod Cisami?

— Z hotelu wyszedł pan kwadrans po czwartej. Skierował się pan w stronę Domku 

pod Cisami. Stąd logiczny wniosek, że Domek pod Cisami stanowił cel przechadzki.

— Istotnie, miałem taki zamiar, inspektorze — odparł Gerald Wright. — Jednakże 

rozmyśliłem się po drodze. Z panną Fortescue… z Elaine byłem już umówiony na 
szóstą w hotelu. Z szosy skręciłem w boczną alejkę i okrężną drogą wróciłem do 
Golfa krótko przed szóstą. Elaine nie przyszła na spotkanie. Rzecz zrozumiała w 
okolicznościach, jakie wynikły.

— Widział ktoś pana w czasie tego spaceru?
— Na szosie minęło mnie kilka samochodów. Ale nikogo znajomego nie 

spotkałem, jeżeli o to panu chodzi. Boczna alejka, o której wspomniałem, jest bardzo 
wąska i tiki samochodów zbyt błotnista.

— A zatem hotel opuścił pan kwadrans po czwartej. Wrócił pan do hotelu krótko 

przed szóstą. Ma pan jedynie własne słowa na potwierdzenie swoich poczynań w tym 
czasie.

Gerald Wright nadal uśmiechał się protekcjonalnie.
— Bardzo to kłopotliwe dla nas obu, ale niestety zgadza się, inspektorze.
— Gdyby więc ktoś zeznał, że około czwartej trzydzieści pięć wyjrzał oknem z 

podestu na półpiętrze i zobaczył pana w ogrodzie Domku pod Cisami… inspektor 
Neele umilkł nie dokończywszy zdania.

Młody człowiek zmarszczył czoło.
— Widoczność musiała być wtedy bardzo słaba — powiedział. — Ten ktoś nie 

mógłby poznać mnie ani żadnej innej osoby.

— Czy pan Vivian Dubois, który mieszka również w tym hotelu, jest panu znany?
— Dubois? Dubois? Nie zdaje mi się. Czy to taki wysoki brunet, co najczęściej 

chodzi w zamszowych półbutach?

— Tak. On również wyszedł na spacer piątego listopada po południu i też 

skierował się w stronę Domku pod Cisami. Nie spotkał go pan przypadkiem?

— Nie… Nie przypominam sobie…
Po raz pierwszy pan Gerald Wright zdradził pewne zakłopotanie.
— Hm… Pogoda nie zachęcała wtedy do spacerów — podjął tonem zastanowienia 

inspektor Neele — zwłaszcza do spacerów po zmroku, błotnistą alejką. Dziwna 
historia, że tyle osób odczuło nagły przypływ energii.

W Domku pod Cisami sierżant Hay radośnie powitał przełożonego. Niewątpliwie 

był zadowolony z siebie.

— Wyniuchałem dla pana inspektora coś na temat kosów — oznajmił.
— Naprawdę, Hay? Słucham.
— Były w pasztecie, panie inspektorze. Na niedzielną zimną kolację pozostawiono 

pasztet zapiekany w cieście. Ktoś, w spiżarni lub gdzie indziej, wyjął farsz z ciasta i 

background image

zastąpił go… Niech pan inspektor zgadnie, czym? Śmierdzącymi, nieżywymi kosami, 
które wziął z szopy ogrodnika. Paskudny kawał, panie inspektorze! I głupi, co?

— „Co za pyszne danie na królewski dwór!” — zacytował półgłosem Neele. i 

jeszcze raz zbił z tropu swojego sierżanta.

background image

XVIII

— Zaraz. Chwileczkę powiedziała panna Ramsbottom. — Ten pasjans chyba 

wyjdzie.

Króla z potężnym taborem przeniosła na wolne miejsce, czerwoną siódemkę na 

czarną ósemkę, komplet pików uzupełniła czwórką, piątką i szóstką. Następnie 
wykonała kilka błyskawicznych posunięć i rozparła się w fotelu.

— To podwójny soliter — odetchnęła z ulgą. — Bardzo rzadko wychodzi.
Przez chwilę siedziała spokojnie z zadowoloną miną, później zwróciła wzrok ku 

młodej kobiecie, która stała obok kominka.

— Ha! Wiec ty, moja droga, jesteś żoną Lancelota — podjęła.
— Tak, ciociu! odparła Pat, dopiero co wezwana na piętro, przed oblicze starszej 

damy.

— Wysoka dziewczyna, szczupła — mruknęła do siebie ciocia Effie.
— Wygląda na zdrową.
— Mam żelazne zdrowie, ciociu.
Panna Ramsbottom z uznaniem kiwnęła głową.
— A żona Parcivala to mięczak. Je za dużo słodyczy. Za mało ma ruchu. No, 

siadaj, moje dziecko, siadaj. Gdzie poznałaś Lancelota?

— W Kenii, ciociu, kiedy byłam tam u przyjaciół.
— Słyszałam, że poprzednio byłaś zamężna.
— Tak. Dwa razy.
Panna Ramsbottom wymownie pociągnęła nosem.
— Rozwódka, hę?
— Nie, ciociu — odpowiedziała Pat trochę drżącym głosem. — Obaj moi 

mężowie… umarli. Pierwszy był pilotem myśliwca… Poległ na wojnie.

— A drugi?… Zarazmoje dziecko… Coś mi ktoś mówił… Zastrzelił się, prawda?
Pat twierdząco skinęła głową.
— Z twojej winy?
— Nie, ciociu. Nie z mojej winy.
— Zdaje się trzymał stajnię wyścigową, grał w totalizatora, co?
— Tak, ciociu.
— Nigdy w życiu nie byłam na wyścigach — oznajmiła sędziwa dama. — 

Totalizator, gra w karty to wymysły szatana.

Pat nie podjęła dyskusji.
— Za żadne skarby nie poszłabym też do teatru ani kinematografu — ciągnęła 

ciocia Effie. — Cóż, grzeszny ten świat, grzeszny, w dzisiejszych okropnych czasach, 
i w tym domu działo się wiele zła, ale Bóg pokarał występnych.

Młoda kobieta milczała nadal. Zastanawiała się, czy ciocia Effie ma w głowie 

wszystko po kolei. Po chwili zaniepokoiło ją zwrócone ku niej przebiegłe spojrzenie 
starszej damy.

— Co ci wiadomo, moje dziecko, o rodzinie, do której weszłaś? — padło pytanie.
— Myślę, że ani mniej, ani więcej niż zwykle w takich razach.
— Hm… Jest w tym sens… Zapewne. — Ciocia Effie zrobiła krótką pauzę. — 

Powiem ci, moja droga, to i owo. Moja siostra była idiotką, szwagier łajdakiem. 
Parcival to wąż, a Lance zawsze uchodził w rodzinie za niedobrego chłopca.

— Chyba to przesada, ciociu — obruszyła się Pat.
— Czy ja wiem? Pewno masz rację, moje dziecko — zgodziła się nieoczekiwanie 

panna Ramsbottom. — Nie można przyczepiać ludziom etykiet. Ale nie lekceważ 
Parcivala, nie lekceważ. Na ogół panuje pogląd, że ludzie z etykietą dobroci są także 

background image

głupi. Nie! Dobry chłopiec Parcival to nie głupiec. Bynajmniej nie głupiec, lecz 
spryciarz na świętoszkowatą modłę. Nigdy go nie lubiłam. A Lance? Zapamiętaj 
dobrze: nie mam do niego zaufania, nie pochwalam go, ale jestem do nicponia 
przywiązana, wbrew przekonaniu… Rozumiesz? To lekkomyślny chłopak, zawsze 
był taki… Musisz go mieć na oku, moje dziecko, bo inaczej może się posunąć za 
daleko. Powiedz mu, niech nie lekceważy Parcivala, nie zawsze wierzy w to, co 
Parcival mówi. Ten dom roi się od kłamców. — Ciocia Effie podniosła głos i dodała z 
satysfakcją: — Ogień piekielny i siarka! Oto, co się im należy.

Inspektor Neele kończył rozmowę telefoniczną ze Scotland Yardem.
— Tak — mówił naczelnik Wydziału Śledczego. — Tę wiadomość zapewne 

uzyskamy. Zwrócimy się do rozmaitych prywatnych zakładów. Ale ona może już nie 
żyć.

— Bardzo prawdopodobne. To dawna historia — zgodził się Neele.
„Stare grzechy rzucają długie cienie”. Panna Ramsbottom wygłosiła te słowa z 

przekonaniem, jak gdyby czyniła przejrzystą aluzję.

— Teoria sprawia wrażenie fantastycznej powiedział naczelnik.
— Zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem nie wolno jej z miejsca odrzucić. 

Zbyt wiele szczegółów pasuje do całości.

— Tak… Oczywiście! Kosy… imię pierwszej ofiary… takie rzeczy.
— Nie zapominam też o innych kierunkach śledztwa — podjął inspektor Neele. — 

Dubois wchodzi w rachubę, także Wright. Kredensowa Gladys przyniosła tacę do 
hallu i wtedy mogła zauważyć, że jeden albo drugi kręci się w pobliżu domu. 
Zaciekawiona wyszła bocznymi drzwiami, a tamten udusił ją, przeniósł zwłoki na 
podwórko i nos ofiary ścisnął klamerką do wieszania bielizny.

— Najbardziej niedorzeczna historia w tej sprawie — obruszył się naczelnik 

Wydziału Śledczego. — I najbardziej odrażająca.

— Strasznie dotknęła tę starą… pannę Marple. To bardzo sympatyczna starsza 

pani i ma głowę na karku. Przeprowadziła się do Domku pod Cisami, żeby być bliżej 
panny Ramsbottom. Jestem głęboko przekonany, ze nie przegapi nic ciekawego.

— Co pan zamierza robić dalej?
— Wybieram się do londyńskich adwokatów Reksa Fortescue. Chcę zaznajomić 

się ze szczegółami jego testamentu i chociaż to stara historia, usłyszeć coś więcej o 
kopalni Kos.

Pan Billingsley z firmy Billingsley, Horsethorpe i Walters był wytrawnym 

światowcem, który zazwyczaj maskował dyskrecję pozorną wylewnością. Ale w 
czasie drugiej rozmowy z inspektorem pan Billingsley był mniej powściągliwy niż 
uprzednio. Potrójna tragedia w Domku pod Cisami poruszyła go widać tak, że 
otrząsnęła część zawodowej rutyny. Chętnie, nawet skwapliwie informował policję o 
znanych sobie faktach.

— Nadzwyczajna historia — mówił. — Istotnie nadzwyczajna! Czegoś podobnego 

nie napotkałem w ciągu długoletniej praktyki.

— Powiem wyraźnie, panie mecenasie, że nieodzowna nam jest pomoc, wszelka 

możliwa pomoc.

— Na mnie drogi pan może liczyć. Z prawdziwą przyjemnością zaofiaruję policji 

współpracę.

— Przede wszystkim pozwolę sobie zapytać, jak dobrze znał pan nieboszczyka 

pana Fortescue oraz stan interesów jego firmy?

— Pana Fortescue znałem stosunkowo nieźle. Nasze kontakty z nim datują się 

od… powiedzmy… od jakichś szesnastu lat. Należy jednak pamiętać, że nie tylko z 
naszą firmą miał do czynienia. Z pewnością dawał zatrudnienie rozmaitym 

background image

kancelariom adwokackim.

Inspektor Neele ze zrozumieniem skinął głową. Wiedział, że firma Billingsley, 

Horsethorpe i Walters załatwia solidne transakcje Zjednoczonej Agencji 
Powierniczej. Przy mniej solidnych Rex Fortescue korzystał z usług kilku innych 
kancelarii, mniej ograniczonych skrupułami.

— Czym więcej mogę służyć panu inspektorowi? O testamencie już mówiłem. 

Generalnym spadkobiercą został ustanowiony Parcival Fortescue.

— Interesuje mnie obecnie testament Adeli Fortescue, która po zgonie męża 

weszła w posiadanie kwoty stu tysięcy funtów. Nie mylę się, prawda?

Prawnik twierdząco skinął głową.
— To poważna suma i, powiem w zaufaniu, inspektorze, Zjednoczona Agencja 

Powiernicza będzie miała nie lada trudności z dokonaniem takiej wypłaty.

— Taka zasobna firma? — zdziwił się Neele.
— Mówiąc szczerze i tylko między nami, firma kuleje, kuleje od mniej więcej 

półtora roku.

— Z jakichś konkretnych przyczyn?
— Tak. Mógłbym rzec, z powodu samego Rexa Fortescue. W ciągu ostatnich 

kilkunastu miesięcy Rex Fortescue postępował niczym szaleniec. Tu sprzedawał 
murowane papiery, tam kupował na spekulację podejrzane, chwalił się tym 
wszystkim, opowiadał dokoła najrozmaitsze głupstwa. Nie chciał słuchać niczyich 
rad… Bo, widzi pan, jego syn Parcival nieraz przychodził tutaj, prosił, abym wpłynął 
jakoś na ojca. Sam próbował uprzednio, ale nic nie zdziałał. Z kolei ja robiłem, co 
mogłem, także bez rezultatu. Niepodobna było przemówić mu do rozsądku. Sprawiał 
wrażenie kogoś z gruntu odmienionego.

— Słyszałem jednak, że nie był przygnębiony.
— Nie, inspektorze, przeciwnie! Puszył się, promieniał, przemawiał górnolotnie.
Inspektor Neele znowu przytaknął ruchem głowy. Zaczynał umacniać się w 

poglądzie zarysowanym uprzednio. Rozumiał już niektóre powody różnicy zdań 
pomiędzy Parcivalem Fortescue a jego ojcem.

— Wracając do testamentu Adeli Fortescue podjął prawnik — nic nie umiem 

powiedzieć na ten temat. Nie ja sporządziłem testament.

— Wiem, panie mecenasie. Chciałem tylko sprawdzić, czy Adela Fortescue miała 

co zapisać spadkobiercy. Konkretnie mówiąc, sto tysięcy funtów! Dysponowała tą 
kwotą, prawda?

— Ależ nie, drogi panie. Jest pan w błędzie odparł żywo pan Billingsley.
— Jak to? Sto tysięcy funtów dostała tylko w dożywocie?
— Nie, inspektorze. Dostała te sumę na własność, ale z klauzulą warunkującą 

zapis. Miała wejść w posiadanie spadku, jeżeli o miesiąc przeżyje męża! Podobne 
zastrzeżenia praktykuje się dziś często, głównie z powodu niebezpieczeństw 
komunikacji powietrznej. Kiedy małżeństwo ginie w katastrofie samolotowej, 
niezmiernie trudno ustalić kolejność zgonów i oczywiście wynikają komplikacje.

Neele spojrzał na prawnika ze zdumieniem.
— Więc Adela Fortescue nie weszła w posiadanie stu tysięcy! Komu dostaną się 

teraz pieniądze?

— Firmie lub. wyrażając się ściślej, generalnemu spadkobiercy.
— Panu Parcivalowi Fortescue — dodał Neele.
— Oczywiście potwierdził adwokat i dodał zapominając do cna o dyskrecji: — A 

w obecnej sytuacji firmy taka kwota bardzo mu się przyda.

— Wy, policjanci, dopytujecie się o najdziwniejsze sprawy — powiedział lekarz 

zaprzyjaźniony z inspektorem Neele’em.

background image

— Śmiało, Bob. Gadaj!
— Cóż, rozmawiamy w cztery oczy, więc na szczęście nie będziesz mógł cytować 

mojego zdania. Zdaje mi się, że rozumujesz trafnie. Według mnie wygląda to na 
schizofrenię o cechach paranoidalnych. Rodzina podejrzewała coś, próbowała 
wyprawić faceta do specjalisty. On nie chciał, co jest typowe w takich razach. 
Występowały też, jak mówisz, inne klasyczne objawy: zakłócenie równowagi 
umysłowej, mania wielkości, gwałtowne napady rozdrażnienia, skłonność do 
przechwałek, wiara we własny geniusz finansowy. Taki gość musi położyć w ciągu 
roku każde, nawet najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo, jeżeli nie przyhamować 
go w porę. Ale to trudna sprawa, zwłaszcza gdy chory podejrzewa, do czego zmierza 
otoczenie. Tak, śmierć faceta stanowi z pewnością pomyślny traf dla twoich 
przyjaciół.

— Oni nie są moimi przyjaciółmi, Bob obruszył się Neele i jeszcze raz powtórzył 

zasłyszane zdanie: — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy!

background image

XIX

W salonie Domku pod Cisami zgromadziła się cała rodzina. Parcival Fortescue, 

wsparty o kominek, przemawiał do zebranych.

— Rzecz zrozumiała — mówił — że dochodzenie jest konieczne, ale w obecnej 

fazie przedstawia się niezadowalająco. Policjanci przychodzą i odchodzą, ale nikogo 
z nas nie informują o niczym. To wydaje się, że są na konkretnym tropie, to ich 
krzątanina przycicha. Trudno w takich warunkach robić jakieś plany, układać sobie 
przyszłość.

— Wszystko to całkiem bez sensu — poparła męża Jennifer.
— Całą rodzinę krępuje zakaz wydalania się na dłużej z domu —ciągnął Parcival 

jestem jednak zdania, że między sobą należy omówić nasze zamierzenia. Zacznijmy 
od Elaine. O ile mi wiadomo, myślisz wyjść za… Jakże się on nazywa?… Aha, 
Gerald Wright. Jak sądzisz, kiedy?

— Możliwie najprędzej. Parcival zmarszczył czoło.
— Możliwie najprędzej? To znaczy za jakieś pół roku?
— Nie. Dlaczego mielibyśmy czekać tak długo?
— No… Chociażby że względów przyzwoitości…
— Brednie! — obruszyła się młoda osoba. — Nie chcemy zwlekać dłużej niż 

miesiąc.

— Cóż, to twoja sprawa — odparł Parcival. — A później?… Macie jakie plany?
— Myślimy o założeniu szkoły. Starszy brat pokręcił głową.
— W dzisiejszych czasach to interes bardzo ryzykowny. Trudno o służbę i 

personel nauczycielski. Słowo daję, Elaine, na oko szkoła nieźle wygląda, ale warto 
zastanowić się dobrze.

— Zdążyliśmy się już zastanowić. Gerald jest zdania, że cała przyszłość naszego 

kraju zależy od właściwie pojętego nauczania.

— Pojutrze wybieram się do pana Billingsleya. Mamy do omówienia rozmaite 

sprawy finansowe — podjął Parcival. — On proponuje, abyś spadek po ojcu złożyła 
do depozytu powierniczego na rzecz własną i swoich dzieci. W obecnej sytuacji 
gospodarczej to rozwiązanie nad wyraz sensowne.

— Nie dla mnie — odparła Elaine. Pieniądze będą nam potrzebne na puszczenie w 

ruch szkoły. Słyszeliśmy o całkiem odpowiedniej posiadłości na sprzedaż. W 
Konwalii. Piękne tereny i dom niezły. Oczywiście nie obejdzie się bez. przeróbek i 
dobudowania skrzydeł.

— Jak to?… Myślisz wycofać z firmy cały kapitał? Słowo daję, Elaine, to bardzo 

nierozważne posunięcie.

— Moim zdaniem rozważniej będzie wycofać kapitał niż pozostawić w firmie — 

odparła panna Fortescue. — Jak Anglia długa i szeroka, rozmaite przedsiębiorstwa 
robią plajtę. No i przed śmiercią ojca sam wciąż mówiłeś, że sprawy kiepsko 
wyglądają.

— Różne rzeczy się mówi — podjął Parcival. — Powtarzam jednak, że to czyste 

szaleństwo wycofać z firmy kapitał, aby kupić, puścić w ruch i prowadzić szkołę. A 
jak się nie uda, Elaine? Zostaniesz bez pensa.

— Uda się. Musi — odparła z uporem dziewczyna.
— Trzymam z tobą! — dodał jej otuchy Lance, który siedział rozparty swobodnie 

w fotelu. — Obstawaj przy swoim. Na mój gust, prowadzenie szkoły to diablo 
dziwny interes, ale chcesz się tym zająć, ty i twój Gerald. Możecie stracić pieniądze, 
ale zostanie satysfakcja, że robiliście to, co wam pasowało.

— Właśnie coś takiego spodziewałem się usłyszeć od ciebie, Lance — rzucił 

background image

cierpko Parcival.

— Wiem, wiem, Percy — odparł młodszy brat. — Jestem utracjusz, syn 

marnotrawny. Ale nie wątpię, że w życiu miałem zabawy więcej niż ty, stary.

— Co kogo bawi! rzucił cierpko Parcival. — Powiedziałeś swoje, a co sam 

zamierzasz robić? Myślę, że wrócisz do Kenii albo Kanady? Może zamierzasz 
zorganizować wyprawę na Mount Everest czy jakąś równie fantastyczną bzdurę?

— Czemu tak myślisz, Percy?
— Czemu? Nigdy nie odpowiadał ci uregulowany tryb życia w Anglii.
— Z wiekiem przychodzi odmiana — powiedział Lancelot. — Człowiek zaczyna 

się statkować. Wiesz co, stary? Serio nabrałem ochoty do spokojnych zajęć 
biznesmena.

— Chciałbyś…
— Właśnie — przerwał z uśmiechem młodszy brat. — Chciałbym wraz z tobą, 

Percy, prowadzić firmę. Oczywiście, ty jesteś starszym wspólnikiem. Masz lwią część 
udziałów. Ale ja, drobna płotka, mogę też wtrącić to i owo. Przysługuje mi takie 
prawo.

— Tak… W pewnym sensie… Jeżeli potraktować zagadnienie z prawnego punktu 

widzenia… Ale bądź pewien, chłopcze, że prędko na śmierć się zanudzisz.

— Czy ja wiem? Sądzę, że się nie zanudzę.
— Chyba nie mówisz poważnie, Lance — zaczął znów Parcival z posępną miną — 

że chcesz przystąpić do pracy w firmie?

— I od czasu do czasu wtrącić swoje trzy grosze, co? Właśnie do tego zmierzam.
Starszy brat pokręcił głową.
— Stan finansowy firmy przedstawia się fatalnie… To nie żarty, Lance. Nie mam 

pojęcia, jak będziemy sobie radzić po spłaceniu Elaine, jeżeli uprze się, by wycofać 
kapitał.

— A widzisz, Elaine! — zawołał Lancelot. — Masz rację! Słusznie chcesz 

chwycić w garść pieniądze, póki jeszcze są.

— Słowo daję, Lance! — obruszył się gniewnie Parcival. — Twoje żarty są w 

najgorszym stylu.

— Val ma rację poparła znowu męża Jcnnifer. — Powinieneś, Lance, bardziej 

liczyć się ze słowami.

Siedząc na uboczu, pod oknom. Pat przysłuchiwała się rozmowie. Myślała, że 

Lance gra dobrze. jeżeli chce przycisnąć brata. Parcival tracił maskę 
nieposzlakowanego chłodu. Raz jeszcze rzucił cierpko:

— Mówisz serio, Lance?
— Jak najbardziej serio.
— Nic z tego nie będzie. Sprzykrzy ci się takie życie.
— Mnie się sprzykrzy? Czemu? Pomyśl, jaka to cudowna odmiana. Zaciszny 

gabinet. Maszynistki wchodzą i wychodzą. Będę miał jasnowłosą sekretarkę w typie 
panny Grosvenor… Nazywa się Grosvenor, prawda?… Z pewnością już ją wylałeś. 
Ale postaram się o podobną. Będzie mówiła: „Tak, panie dyrektorze”, „Nie, panie 
dyrektorze”, „Jest już herbatka, panie dyrektorze”.

— Nie strugaj wariata — wybuchnął Parcival.
— Czemu się złościsz, braciszku? Nie jesteś kontent, że chcę podzielić z tobą 

pracę i kłopoty?

— Nie masz pojęcia, w jak opłakanym stanie są interesy firmy.
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć.
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec 

przestał być dawnym sobą. Robił nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia 
finansowe. Sprzedawał pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. 

background image

Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak to się mówi, chyba dla czystej przyjemności 
wydawania.

— Innymi słowy — wtrącił Lance to szczęśliwy traf dla rodziny, że dostał w 

herbacie taksynę.

— W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w możliwie 

najobrzydliwszej formie powiedział Parcival. — Jego śmierć uratowała nas od 
bankructwa. Ale przez pewien czas będziemy musieli postępować nad wyraz 
przezornie, konserwatywnie, że się tak wyrażę.

— Nie zgadzam się z tobą, Percy. Przezorność nic nie daje. Trzeba ryzykować, 

grać na całego. O wielką stawkę! Rozumiesz?

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość.
— Nie moje hasło — podchwycił Lance.
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
— Pamiętam, naturalnie… Ale i tak mam jaki taki głos. Starszy brat zaczął 

nerwową przechadzkę po salonie.

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie 

przywiązany, lubię cię…

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi.
— … i w ogóle, ale, widzisz, trudno nam będzie o porozumienie. Zanadto różnimy 

się w poglądach.

— To może być korzystne.
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy 

zapatrywań…

— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w 

takim razie kupisz mój udział?

— Za co?… Widzisz, nie myślałem o gotówce… Możemy przeprowadzić podział 

aktywów… papierów wartościowych.

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda?
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom.
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć.
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec 

przestał być dawnym sobą. Robił nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia 
finansowe. Sprzedawał pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. 
Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak to się mówi, chyba dla czystej przyjemności 
wydawania.

— Innymi słowy — wtrącił Lance — to szczęśliwy traf dla rodziny, że dostał w 

herbacie taksynę.

— W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w możliwie 

najobrzydliwszej formie — powiedział Parcival. — Jego śmierć uratowała nas od 
bankructwa. Ale przez pewien czas będziemy musieli postępować nad wyraz 
przezornie, konserwatywnie, że się tak wyrażę.

— Nie zgadzam się z tobą. Percy. Przezorność nic nie daje. Trzeba ryzykować, 

grać na całego. O wielką stawkę! Rozumiesz?

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość.
— Nie moje hasło — podchwycił Lance.
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
— Pamiętam, naturalnie… Ale i tak mam jaki taki głos. Starszy brat zaczął 

nerwową przechadzkę po salonie.

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie 

background image

przywiązany. lubię cię…

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi.
— … i w ogóle. ale. widzisz, trudno nam będzie o porozumienie. Zanadto różnimy 

się w poglądach.

— To może być korzystne.
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy 

zapatrywań…

— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w 

takim razie kupisz mój udział?

— Za co?… Widzisz, nie myślałem o gotówce… Możemy przeprowadzić podział 

aktywów… papierów wartościowych.

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda?
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom.
— W pewnym sensie masz rację, stary — uśmiechnął się Lancelot. — Ale nie 

mogę schlebiać tylko własnym gustom. Muszę myśleć o żonie.

Bracia spojrzeli na Pat, która otworzyła usta i zamknęła je nie powiedziawszy 

słowa. Wolała się nie wtrącać, bo rozumiała, że Lance prowadzi grę, choć nie bardzo 
jeszcze wiedziała, w jakim celu.

— Co mi zaproponujesz? — ciągnął Lancelot. — Nie istniejące kopalnie 

diamentów, rubiny w niedostępnych miejscach, koncesje naftowe na terenach bez 
ropy? Myślisz, że taki ze mnie osioł, na jakiego wyglądam?

— Cóż, niektóre z naszych akcji są wysoce spekulacyjne, ostatecznie jednak mogą 

przynieść zawrotne zyski — bąknął niepewnie Parcival.

— Zmieniłeś ton. co? — podchwycił Lance. — Proponujesz mi ostatnie idiotyczne 

nabytki ojca i na dodatek pewno starą kopalnię Kos? Aha! Czy inspektor pytał i 
ciebie o tę kopalnię?

Parcival zmarszczył czoło.
— Tak. Pytał. Nie rozumiem dlaczego. Dużo nie mogłem mu powiedzieć. 

Obydwaj byliśmy wtedy dziećmi. Jak przez mgłę pamiętam, że ojciec wybrał się na 
miejsce, a kiedy wrócił, powiedział, że to tylko zawracanie głowy.

— Co to za kopalnia? Złota?
— Tak mi się zdaje. Ojciec przyjechał do Anglii przekonany, że złota tam z 

pewnością nie ma. A on nie mylił się nigdy w takich kwestiach.

— Kto wciągnął go w tę historię? Jakiś MacKenzie, prawda?
— Tak. MacKenzie umarł w Afryce.
— Umarł… — powtórzył Lance z nuta zastanowienia. — A później była jakaś 

okropna scena. Coś sobie przypominam… Pani MacKenzie zjechała tutaj. Groziła 
ojcu, miotała klątwy na jego głowę. Zdaje się, twierdziła, że on zamordował jej męża.

— Co? Nic w tym rodzaju nie pamiętam — zdziwił się Parcival.
— A ja pamiętam, chociaż jestem sporo młodszy od ciebie — podchwycił Lance. 

— Może właśnie dlatego mocniej przemówiła do mnie melodramatyczna sytuacja. 
Gdzie była kopalnia Kos? W Afryce Zachodniej?

— Tak mi się zdaje.
— Muszę kiedy rzucić okiem na tę koncesję, jak będę w biurze — powiedział 

młodszy brat.

— Nie warto. Ojciec nigdy nie mylił się w takich sprawach. Powiedział: nie ma 

złota, to złota nie ma.

— Pewno masz słuszność… Biedna pani MacKenzie. Ciekawe, co się teraz dzieje 

z nią i tą parką dzieci, które przywiozła ze sobą. Zabawna historia! Przecież to dziś 

background image

dorośli ludzie — roześmiał się Lancelot.

background image

XX

W świetlicy prywatnego sanatorium Sosny inspektor Neele siedział naprzeciw 

szpakowatej pacjentki w starszym wieku. Helena MacKen—zie liczyła sześćdziesiąt 
trzy lata, jakkolwiek wyglądała młodziej. Miała bladoniebieskie oczy o mętnym 
wyrazie, drobny, słabo zarysowany podbródek i szerokie usta o drżącej nerwowo 
górnej wardze. Na kolanach trzymała dużą księgę i podczas rozmowy raz poTaz 
spuszczała ku niej wzrok. Detektyw patrzał na panią MacKenzie i przypominał sobie 
informacje, jakie uzyskał na jej temat od doktora Crosbie, dyrektora sanatorium.

— Oczywiście to pacjentka dobrowolna, nie skierowana urzędowo — powiedział 

lekarz.

— Jest niebezpieczna dla otoczenia?
— Nie, inspektorze. Przeważnie sprawia wrażenie zdrowej i mówi nie inaczej niż 

pan czy ja. Obecnie ma dobry okres, więc przeprowadzi pan z nią zupełnie normalną 
rozmowę.

Wspominając tę opinię inspektor Neele rozpoczął gładko i swobodnie:
— Bardzo dziękuję, że szanowna pani zechciała mnie przyjąć. Moje nazwisko 

Neele, a celem wizyty jest sprawa pana Fortescue, który zmarł niedawno. Chodzi o 
Reksa Fortescue. O ile mi wiadomo, pani zna to nazwisko.

— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — odparła Helena MacKenzie spoglądając 

uparcie na grubą księgę.

— Pytam o pana Fortescue, proszę pani, Reksa Fortescue.
— Nie… Z całą pewnością nie…
Inspektor Neele stropił się nieco. Czy tak ma wyglądać rozmowa, jak wyraził się 

doktor Crosbie, zupełnie normalna?

— Sądzę, że szanowna pani znała go dawno, wiele lat temu — powiedział.

— Skąd znowu! — obruszyła się kobieta. — To było wczoraj.
— Aha… Rozumiem — bąknął detektyw, powtarzając swój ulubiony zwrot, tym 

razem bardzo niepewnie. — Podobno przed wieloma laty odwiedziła pani Reksa 
Fortescue w jego podlondyńskiej posiadłości. Nazywa się ona Domek pod Cisami.

— Bardzo pretensjonalna buda.
— Tak… Niewątpliwie… Słusznie nazwała pani ten dom bardzo pretensjonalną 

budą. Rex Fortescue miał do czynienia z pani małżonkiem w sprawach pewnej 
kopalni położonej w Afryce, kopalni Kos, jeżeli dobrze sobie przypominam.

— Muszę teraz czytać — powiedziała pani MacKenzie. — Czasu mam mało, a 

muszę czytać swoją księgę.

— Oczywiście, szanowna pani. To zrozumiałe — zgodził się detektyw i zaczął 

znów po krótkiej pauzie: — Pan MacKenzie i pan Fortescue wybrali się do Afryki, by 
na miejscu zbadać sytuację.

— To była kopalnia mojego męża. On ją odkrył, zgłosił swoje prawa i uzyskał 

koncesję. Potrzebował pieniędzy na kapitał obrotowy. Zwrócił się do Reksa 
Fortescue. Nie pozwoliłabym na to, gdybym była mądrzejsza; gdybym wiedziała 
więcej.

— Aha… Rozumiem… Ale tak czy inaczej obydwaj pojechali do Afryki i tam 

pani małżonek zmarł na febrę.

— Muszę czytać swoją księgę.
— Czy podejrzewa pani, że w tej sprawie, w sprawie kopalni Kos, Rex Fortescue 

oszukał pani mcza?

background image

— Strasznie pan głupi powiedziała pani MacKenzie nie podnosząc wzroku znad 

grubego tomu.

— Tak… Zapewne… Ale, proszę pani, to dawne dzieje, bardzo dawne. Znaczne 

trudności musi nastręczać dochodzenie w sprawie zupełnie przebrzmiałej, więc…

— Kto panu mówił, ze to sprawa przebrzmiała?
— Aha… Rozumiem. Szanowna pani jest odmiennego zdania?
— „Nic nie jest załatwione, pokąd nie jest załatwione sprawiedliwie”. Tak wyraził 

się Kipling. Nikt nie czyta dziś Kiplinga, ale to był wielki człowiek.

— Liczy pani, że sprawa kopalni Kos będzie kiedyś załatwiona sprawiedliwie?
— Rex Fortescue nie żyje. Pan to powiedział, prawda?
— Nie żyje. Został otruty. Nieoczekiwanie kobieta parsknęła śmiechem.
— Nonsens! Umarł na febrę.
— Mówię, proszę pani, o Reksie Fortescue — powiedział zbity z tropu detektyw.
— Ja również — bystro spojrzała w twarz inspektora bladoniebieski—mi oczami. 

— Niech pan nie opowiada takich rzeczy! On umarł w swoim łóżku, prawda? Umarł 
we własnym łóżku.

— Nie. W szpitalu Świętego .ludy.
— Nikt nie wie, gdzie umarł mój mąż podjęła kobieta. — Nikt nie wie, jak umarł, 

ani gdzie go pogrzebano. Wiadomo tylko tyle, ile powiedział Rex Fortescue. A to był 
kłamca.

— Ma pani jakieś podejrzenia? — natarł inspektor Neele.
— Podejrzenia… Tak… Podejrzenia nie do odparcia, bez cienia wątpliwości..
— Sądzi pani, że odpowiedzialność za zgon pani małżonka obciąża Reksa 

Fortescue?

— Dziś z rana dostałam śniadanie, jak zawsze, całkiem świeże. Jakie to dziwne, że 

minęło już z górą trzydzieści lat.

Detektyw westchnął ciężko. Zaczynał wątpić o celowości rozmowy, nie dał jednak 

za wygraną.

— Kilka miesięcy przed śmiercią Reksa Fortescue ktoś podrzucił na jego biurko 

nieżywe kosy.

— Interesująca historia — szepnęła pani MacKenzie. — Bardzo interesująca.
— Nie domyśla się pani przypadkiem, kto mógł to zrobić?
— Domysły nie przydadzą się na nic. Trzeba działać. Wychowywałam je w takim 

duchu. W duchu działania.

— Szanowna pani ma na myśli swoje dzieci?
— Tak. Donald i Ruby. Dziewięć i siedem lat. Dzieci zostały bez ojca. Wciąż im 

to mówiłam. Powtarzałam. Każdego wieczora musiały składać przysięgę.

— Jaką przysięgę?
— Jaką? Naturalnie, że go zabiją.
— Rozumiem… — bąknął detektyw i zapytał spokojnym tonem: — I co? Spełniły 

tę przysięgę?

— Donald był pod Dunkierką. Nie wrócił. Dostałam telegram: „Padł na polu 

chwały, w czasie działań bojowych”. Słyszy pan? Działania! Ale działania nie takie, 
jak trzeba. Nie ma Donalda.

— Serdecznie szanownej pani współczuję. A córka?
— Ja nie mam córki — odrzekła pani MacKenzie.
— Dopiero co mówiła pani o córce, Ruby.
— Ruby… Tak, Ruby! Wie pan, co z nią zrobiłam?
— Nie, proszę pani. Co pani z nią zrobiła?
— Spójrz! — szepnęła nieoczekiwanie kobieta.
Neele zorientował się, że księga spoczywająca na jej kolanach to Biblia — bardzo 

background image

stara Biblia, na której pierwszej karcie wypisano wiele imion. Niewątpliwie według 
dawnego obyczaju ktoś z pokolenia na pokolenie rejestrował tam narodziny.

Pani MacKenzie wskazała palcem dwa ostatnie imiona. Donald MacKenzie i data 

urodzenia. Niżej: Ruby MacKenzie i data urodzenia. Ale końcowa pozycja była 
przekreślona grubą krechą.

— Widzi pan? Wymazałam ją z księgi. Po wieczne czasy. Anioł nie odnajdzie 

imienia Ruby w dniu Sądu Ostatecznego.

— Wykreśliła pani z Biblii jej imię? Czemu? — zapytał detektyw.
— Nie wie pan?
— Nie mam pojęcia, proszę pani.
— Nie dochowała przysięgi. Rozumie pan? Nie dochowała przysięgi.
— Gdzie przebywa obecnie pani córka?
— Ja nie mam córki. Mówiłam już panu. Ruby MacKenzie przestała istnieć.
— Umarła?
— Umarła? chora niespodziewanie wybuchnęła śmiechem. — Lepiej byłoby dla 

niej, gdyby umarła. Znacznie, nieporównanie lepiej! — Westchnęła, niezdecydowanie 
poruszyła się na krześle i nagle zmieniła ton na uprzejmie towarzyski. Niezmiernie mi 
przykro, lecz nie mogę dłużej z panem rozmawiać. Czas biegnie, a ja naprawdę 
muszę czytać księgę.

Dalsze słowa inspektora zbywała niecierpliwym gestem i nie przerywając lektury 

wodziła palcem wzdłuż wierszy druku.

Wkrótce Neele wstał i wyszedł z pokoju, by jeszcze raz pomówić z dyrektorem 

sanatorium

— Czy panią MacKenzie odwiedza ktoś z rodziny? — zapytał. — Na przykład 

córka?

— Podobno córka przyjeżdżała tu za czasów mojego poprzednika. Ale wizyty 

fatalnie działały na chorą, więc ówczesny dyrektor poradził ich zaniechać. Od tej pory
wszelkie sprawy załatwia adwokat.

— Nie wie pan doktor, gdzie przebywa obecnie ta córka, Ruby MacKenzie?
Dyrektor sanatorium bezradnie rozłożył ręce.
— Nie wie pan też zapewne, czy wyszła za mąż?
— Nie mam pojęcia. Mogę tylko podać panu adres kancelarii adwokackiej, z którą 

mamy do czynienia.

Neele już uprzednio wytropił tę kancelarię i nic nie wskórał. Przed laty panna 

MacKenzie ustanowiła fundusz powierniczy na rzecz matki i później nie pokazała się 
nigdy.

W sanatorium Sosny inspektor próbował uzyskać rysopis Ruby, ale i to spełzło na 

niczym. Chorych odwiedza wielu krewnych i znajomych. Po latach nikt nie pamięta 
wyglądu takiej czy innej osoby. Przełożonej pielęgniarek zdawało się, ze panna 
MacKenzie była drobną brunetką. Jedyna pielęgniarka zatrudniona od tamtych lat 
przypominała sobie mętnie wysoką, raczej tęgawą blondynkę.

— Coś w tym jest powiedział inspektor Neele, gdy zameldował się u 

przełożonego. Historia pomyleńcza, ale wszystko pasuje jedno do drugiego. Coś w 
tym być musi.

— Aha… Kosy w pasztecie pasują do kopalni Kos przyznał naczelnik Wydziału 

Śledczego. — Żyto w kieszeni Reksa Fortescue, bułka z miodem…Hm… To 
najmniej znamienne. Każdy może jeść na podwieczorek bułkę z miodem. Trzecia w 
kolejności zbrodnia… Tę dziewczynę zadusił ktoś przy zdejmowaniu bielizny i nos 
ścisnął jej klamerką…

— Momencik! Momencik, panie naczelniku! zawołał Neele.
— Co takiego? Detektyw zmarszczył czoło.

background image

— Chodzi o to, co pan naczelnik właśnie powiedział. Zabrzmiało to fałszywie… 

Jak gdyby jakiś błąd w rozumowaniu… — Neele pokręcił głową, westchnął. — Nic 
nie mogę skapować!

background image

XXI

Lance i jego żona spaccrowali po wypielęgnowanych terenach okalających Domek 

pod Cisami.

— Myślę, Lance — odezwała się Pat — że nie urażę twoich uczuć, jeżeli powiem, 

że jak żyję, nie byłam w brzydszym ogrodzie.

— Nie uraziłaś moich uczuć — roześmiał się mąż. — Ale czy to naprawdę brzydki 

ogród? Podobno pracuje tu gorliwie aż trzech ogrodników.

— Chyba w tym właśnie sęk. Nie szczędzi się kosztów i nie przejawia 

indywidualnych gustów. Wszystko jak trzeba i gdzie trzeba. Rododendrony. 
Odpowiednie dywanowe kwietniki w odpowiednich porach roku.

— A gdybyś ty, Pat, miała ogród w Anglii, jak by wyglądał?
— W moim ogrodzie rosłyby malwy, ostróżki, dzwonki. Nie byłoby dywanowych 

kwietników, ani, broń Boże, tych okropnych cisów — Pat spojrzała z obrzydzeniem 
na ciemnozielone cisowe szpalery i żywopłoty.

— Przykre skojarzenia, co? zapytał beztrosko Lancelot.
— Przeraża mnie sama myśl o trucicielu. To musi być ktoś mściwy, zawzięty, 

ponury.

— Tak sądzisz, moja mila? To dziwne. Dla mnie truciciel to ktoś świadomy 

swoich celów, bezwzględny, obdarzony zimną krwią.

— Można i tak to ująć. Młoda kobieta wzdrygnęła się nerwowo. — W każdym 

razie ten trzykrotny morderca… Nie wyobrażam sobie, kto to, ale z pewnością 
człowiek obłąkany.

— Tak… — Lance zniżył glos. Zapewne masz słuszność… — umilkł, by podjąć 

zaraz innym tonem: Na miłość boską, Pat! Uciekaj stąd! Wróć do Londynu. Wszystko 
jedno! Wybierz, jakie zechcesz miejsce: Devon, Kraj Jezior, Stradford on Avon, 
Norfolk Broads. Policja zgodzi się na twój wyjazd. Przecież z tym wszystkim nie 
masz nic wspólnego. Byłaś w Paryżu, kiedy skończył stary, w Londynie podczas dwu 
następnych morderstw. Powtarzam, Pat: twoja tutaj obecność śmiertelnie mnie 
dręczy.

— Ty wiesz kto, prawda? — szepnęła kobieta po krótkiej pauzie.
— Nie wiem.
— Więc domyślasz się, podejrzewasz… Inaczej nie lękałbyś się o mnie. Powiedz. 

Proszę cię!

— Nic powiedzieć nie mogę. Nie wiem. Ale na Boga, marzę, abyś wyjechała.
— Nie wyjadę, kochany, zostanę! Czuję, że tak trzeba. Zostanę przy tobie na dobrą 

czy złą dolę… głos załamał się jej nagle. — Tyle że ze mną dola musi być zła, 
najgorsza.

— Pat! Co ty pleciesz, u Boga Ojca?
— Przynoszę pecha. To miałam na myśli. Przynoszę pecha każdemu, z kim się 

zetknę.

— Moje kochane, najdroższe głupiątko! Mnie pecha nie przyniosłaś. Zastanów się, 

skarbie! Niedługo po naszym ślubie stary wezwał mnie do kraju, zaproponował 
zgodę.

— Tak. Ale co się stało, kiedy wylądowałeś w Anglii? Ja przyniosłam ci pecha, 

jak wszystkim.

— Pat! Najdroższa! Nabiłaś sobie główkę przesądami, zabobonami, bredniami.
— Nic podobnego. Są ludzie, którzy przynoszą nieszczęście. Ja do takich należę.
Lance ujął żonę za ramiona, potrząsnął mocno.
— Jesteś moją miłością, Pat! zawołał. — Życie z tobą to szczęście największe w 

background image

świecie. Lepiej tym nabij sobie niemądrą główkę. —Uspokoił się nieco i ciągnął 
mniej wzburzonym tonem: — Ale mówiąc poważnie, Pat, bądź ostrożna, bardzo 
ostrożna. Jeżeli w domu grasuje szaleniec, nie chcę, żebyś ty dostała postrzał czy też 
wypiła napar z blekotu.

— Napar z blekotu?
— Mniejsza z tym. Kiedy mnie nie ma, trzymaj się tej starej… jakże jej tam?… 

Panny Marple. Jak myślisz, czemu ciocia Effie zaprosiła ją tutaj?

— Bogu tylko wiadomo, czemu ciocia Effie coś robi. Lance, jak długo tu 

zostaniemy?

Młody człowiek wzruszył ramionami.
— Trudno przewidzieć.
— Chyba nie jesteśmy najmilej widziani, prawda? — podjęła Pat z wahaniem. — 

Domek pod Cisami należy teraz do twojego brata, a on nie pragnie, zdaje się, naszego 
towarzystwa.

— Z pewnością nie pragnie — parsknął śmiechem Lance. — Ale do czasu musi 

nas tolerować.

— A później, Lance? Co będziemy robić? Wrócimy do Afryki Wschodniej?
— Chciałabyś wrócić, Pat? Z zapałem przytaknęła.
— Świetnie się składa, bo i ja o tym myślę. Nie odpowiada mi dzisiejsza Anglia.
— Cudownie! — zawołała Pal z rozjaśnioną twarzą. — A wczoraj, kiedy 

słuchałam tego, co mówiłeś, sądziłam, że chcesz zostać na stałe.

Szatański błysk pojawił się w oczach Lancelota Fortescue.
— O naszych planach ani słowa nikomu. Rozumiesz? Mam zamiar przydusić 

trochę braciszka Parcivala.

— Ach, Lance! Bądź ostrożny.
— Będę ostrożny, najdroższa. Ale nie widzę racji, dla których stary Percy miałby 

zagarnąć wszystko.

Panna Marple siedziała w przestronnym salonie i słuchała wynurzeń pani 

Parcivalowej Fortescue. Z lekko pochyloną w bok głową przypominała życzliwie 
usposobioną kakadu. Nie pasowała do tego salonu. Jej szczupła postać stanowiła 
jaskrawy kontrast z kolosalną sofą usianą różnokolorowymi poduszkami. Panna 
Marple siedziała prosto, gdyż w młodości nosiła gorset, a jeszcze dawniej 
napominano ją wciąż, by się nie garbiła. Opodal Jennifer w efektownej żałobie 
zajmowała ogromny fotel i paplała z szybkością karabinu maszynowego. „Zupełnie 
jak biedna pani Emmett, żona dyrektora banku” —myślała panna Marple, 
przypominając sobie wizytę pani Emmett, która przyszła raz do niej, aby omówić 
przygotowania do kiermaszu dobroczynnego i najbardziej nieoczekiwanie zaczęła 
gadać, gadać, gadać… W Saint Mary Mead pani Emmett zajmowała wyjątkowo 
drażliwą pozycję. Nie dostała się do starej gwardii zubożałych dam z towarzystwa, 
które mieszkały w schludnych domkach niedaleko kościoła i na pamięć znały 
koligacje ziemiańskich rodzin w całym hrabstwie, jakkolwiek same do ziemiaństwa 
nie należały. Pan Emmett, dyrektor banku, niewątpliwie popełnił mezalians, w 
rezultacie więc jego żona była straszliwie osamotniona, bo oczywiście nie mogła 
pospolitować się w towarzystwie kupieckim czy rzemieślniczym. Snobizm podniósł 
ohydną głowę i skazał panią Emmett na trwałą i kompletną izolację. Potrzeba 
mówienia wzbierała w niej i właśnie tamtego dnia zerwała tamy, aby zagrozić pannie 
Marple groźną powodzią słów. Współczuła wówczas pani Emmett, obecnie zaś żal jej 
było trochę pani Parcivalowej Fortescue.

Jennifer długo gromadziła rozmaite urazy i kompleksy, więc przewietrzenie ich 

wobec osoby mało znajomej musiało stanowić nie lada ulgę.

background image

— Ma się rozumieć, proszę pani mówiła szybko — nie chciałam biadolić i nie 

biadoliłam. Ja nie z takich, proszę pani. Zawsze byłam zdania, że człowiek musi 
godzić się z rzeczywistością. Czego nie można zmienić, trzeba to wytrzymać, no nie? 
Słowa nigdy nikomu nie pisnęłam. Bo i z kim miałabym rozmawiać? Osamotniona tu 
jestem, proszę pani, strasznie osamotniona. Pewnie, że apartament w Domku pod 
Cisami to na swój sposób wygoda, no i wielka oszczędność. Ale przyzna chyba pani, 
że we własnym domu mielibyśmy całkiem inną sytuację. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple przyznała.
— Na szczęście nasz nowy dom jest już prawic gotów. Trzeba tylko pozbyć się 

malarzy i tapicerów. Marudzą okropnie, proszę pani. Mojemu mężowi, naturalnie, nic 
nie szkodzi mieszkanie tutaj. Jest nawet zadowolony, bo mu wygodnie. Ale dla 
mężczyzny to inna sprawa. Ciągle powtarzam, dla mężczyzny to całkiem inna 
sprawa. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple znów przyznała.
— Widzi pani ciągnęła Jennifer mój mąż całe dni spędza w Londynie. Do domu 

wraca zmęczony. Chciałby tylko siedzieć spokojnie i czytać. A ja? Od rana do 
wieczora jestem tu sama, bez żadnego towarzystwa, absolutnie żadnego. Rzecz jasna, 
mam wszelki komfort, wystawną kuchnię domową… Ale co z tego? Jedno, czego 
człowiek naprawdę szuka, to przyjemne kółko znajomych. A nasi sąsiedzi to ludzie 
nie w moim guście. Rozumie pani? Jacyś zwariowani brydżyści z fumami. Brydż to 
dobra rzecz. Sama nic nie mam przeciw kilku roberkom od czasu do czasu. Ale oni 
grają strasznie wysoko, a piją przy tym niczym gąbki! Jak powiedziałam, to ludzie 
wcale nie w moim guście. No i naturalnie jest cała gromada… Jak by to powiedzieć?
… Starych grzybów, co po całych dniach grzebią się w ziemi i przycinają krzewy.

Panna Marple zawstydziła się trochę, gdyż sama była zamiłowaną ogrodniczką.
— Nie chciałabym mówić źle o zmarłych paplała dalej pani Valowa — ale pan 

Fortescue, znaczy się mój teść. bardzo niemądrze wybrał drugą żonę. Moja… cóż, 
muszę powiedzieć, moja teściowa była w tych samych latach, co ja. No i co? 
Wariowała na punkcie chłopów. Tak, proszę pani! Wariowała na punkcie chłopów. 
No i jak szastała pieniędzmi! Ale teść miał znów kompletnego fioła na jej punkcie. 
Nawet nie sprawdzał rachunków, proszę sobie wyobrazić! Strasznie to irytowało 
mojego męża. No, proszę pani, Percy jest bardzo wrażliwy na sprawy finansowe. Nie 
cierpi marnotrawstwa, rozrzutności. Ale to nie wszystko, proszę pani! Pan Fortescue 
zachowywał się ostatnio dziwnie, ciągle był zły, czasami okropnie wybuchał, robił 
awantury. No i sam marnował pieniądze na jakieś zwariowane spekulacje, takie 
rzeczy. Wcale nie było przyjemnie, proszę pani.

— To musiało irytować pani małżonka odważyła się wtrącić panna Marple.
— A pewnie! Pewnie! Cały ostatni rok Percy był wciąż zirytowany. No i 

przygnębiony. Zupełnie się zmienił, proszę sobie wyobrazić, w stosunku do mnie. 
Zdarzało się, proszę pani, że mówię do niego i mówię, a on nic nie odpowiada. 
Jennifer westchnęła i zaczęła znów trzepać: — Albo moja szwagierka, Elaine. Także 
osoba dziwna, nie do rzeczyNigdy nie ma jej w domu, a do mnie odnosi się, nie 
powiem, że niechętnie, ale całkiem bez zrozumienia. Nie można jej wyciągnąć do 
Londynu po sprawunki ani na jakiś film. Ba! Nawet stroje nic ją nie obchodzą! — 
Pani Parcivalowa westchnęła raz jeszcze i opamiętała się widocznie, gdyż podjęła na 
inną nutę: Naturalnie nie chcę się skarżyć. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Pewno 
dziwi się pani, że tak otwarcie rozmawiam z osobą mało znajomą. Ale, widzi pani, 
przy takim ciągłym napięciu, po takim wstrząsie… Naturalnie! Podziałał wstrząs, że 
tak powiem, wstrząs z opóźnieniem. Od rana byłam taka rozstrojona, że musiałam z 
kimś pogadać. Pani przypomniała mi jedną kochaną staruszkę, pannę Trefusis James. 
Biedactwo. Miała siedemdziesiąt pięć lat, kiedy złamała kość udową. Okropnie długo 

background image

ją pielęgnowałam, więc zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić. Kiedy odchodziłam, dostałam 
od niej pelerynkę z lisów. Przyzna pani, że panna Trefusis James postąpiła bardzo 
ładnie.

— Nie dziwi mnie pani szczerość i doskonale rozumiem, jak się pani tu czuje — 

powiedziała panna Marple zgodnie z prawdą.

Bez wątpienia żona znudziła się Parcivalowi Fortescue, więc przestał zwracać na 

nią uwagę, a biedna Jennifer nie potrafiła nawiązać lokalnych znajomości. Była 
również znudzona, bo wyjazdy do Londynu, stroje, kino, mieszkanie w luksusowym 
domu — wszystko to nie mogło zastąpić ludzkiej nuty w stosunkach z. rodziną męża.

— Nie urażę chyba pani odezwała się panna Marple z kurtuazją osoby w 

podeszłym wieku jeżeli powiem, że moim zdaniem, nieboszczyk Rex Fortescue nic 
należał do najsympatyczniejszych ludzi.

— Pewno, że nie należał, zgodziłla się skwapliwie Jennifer. — A tak naprawdę, 

między nami, droga pani, to był wstrętny dziadyga. Wstyd przyznać, ale wcale się nie 
dziwię, że ktoś go sprzątnął.

— Nie domyśla się pani… zaczęła starsza dama i urwała. — Zapewne to pytanie 

bardzo nie na miejscu… Ale czy nie nasuwają się pani bodaj najbłahsze podejrzenia?

— Myślę, ze Crump to zrobił. Antypatyczny fagas! Mnie nie podobał się od 

początku. Może pan Fortescue czymś go uraził, a że to pijak, niby Crump, mogło mu 
coś strzelić do głowy. Zresztą uważam, że Crump jest nienormalny jak len 
kamerdyner czy lokaj, co zaczął ganiać po całym domu i strzelać do kazdego, kto się 
nawinął. Naturalnie, mówiąc całkiem szczerze, byłam przekonana, święcie 
przekonana, że Adela załatwiła starego. No, ale sama się przecież nie otruła! Może 
chciała oskarżyć Crumpa, a on coś zwietrzył, więc zaprawił trucizną kanapki. Gladys 
mogła to spostrzec, wobec czego jej się także pozbył. Niebezpiecznie mieszkać pod 
jednym dachem z takim człowiekiem! Mój Boże! Wyjechałabym stąd każdej chwili, 
tylko z pewnością ci okropni policjanci nikomu na to nie pozwolą. — Jennifer 
przysunęła się do panny Marple i dodała konfidencjonalnym szeptem: — Nieraz 
wydaje mi się, że muszę stąd zniknąć, że… że jeżeli prędko nie będzie z tym końca, 
to… to ucieknę… — wyprostowała się, spojrzała badawczo w twarz starszej damy. 
— Ale postąpiłabym niemądrze, prawda?

— W każdym razie nie najrozumniej — przyznała panna Marple. — Zresztą 

policja prędko odszukałaby panią.

— Myśli pani? Czy policja jest taka zaradna?
— Niedocenianie policji to wielki błąd — odparła panna Marple. —Inspektor 

Neele robi wrażenie człowieka bardzo inteligentnego.

— Naprawdę? A mnie wydał się strasznie głupi! — zawołała Jennifer i, kiedy 

panna Marple przecząco pokręciła głową, dodała innym tonem: — Tak czy inaczej 
wciąż myślę… i myślę, że niebezpiecznie tu siedzieć.

— Dla pani niebezpiecznie?
— Dla mnie?… — pani Valowa zawahała się na moment. — Dla mnie?… No… 

tak.

— Z jakiegoś konkretnego powodu?
— Nie… Ach, nie! Przecież nic nie wiem. Co mogłabym wiedzieć? Chodzi o to, 

że… Taka jestem rozstrojona. Rozumie pani? — Ten Crump…

Panna Marple obserwowała drżące nerwowo ręce młodej kobiety i umacniała się w 

przekonaniu, że nie o Crumpa chodzi. Odnosiła wrażenie, iż Jennifer jest czymś 
naprawdę wystraszona.

background image

XXII

Zapadał zmierzch, więc panna Marple przeniosła się ze swoją robotą na drutach 

pod oszklone drzwi biblioteki. Sadowiąc się tam zobaczyła Pat, która spacerowała po 
tarasie. Starsza pani uchyliła drzwi, aby zawołać:

— Pozwoli pani tutaj, moja droga. Stanowczo jest za zimno i za wilgotno na takie 

przechadzki bez płaszcza.

Pat weszła do pokoju, zamknęła oszklone drzwi i przekręciwszy wyłącznik 

zapaliła dwie z licznych lamp.

— Rzeczywiście — powiedziała. — Pogoda nie dopisuje. — Usiadła na kanapie 

obok starszej pani i spojrzała na jej robótkę. — Co to będzie?

— Kaftanik dla niemowlęcia. Widzi pani, taka rzecz przyda się każdej młodej 

matce. Kaftaników nigdy nie za wiele. Drugi rozmiar. Zawsze robię drugi rozmiar, bo 
maleństwa prędko wyrastają z pierwszego.

Pat wyciągnęła długie nogi w kierunku ognia.
— Miło tu dzisiaj — podjęła. — Kominek, nastrojowe światło, pani robi na 

drutach kaftanik dla niemowlęcia. Po domowemu, przytulnie, jak powinno być w 
starej Anglii.

— I tak jest w Anglii, moja droga — podchwyciła panna Marple. Niewiele 

znajdzie pani u nas Domków pod Cisami.

— To dobrze, proszę pani, bo tutaj nigdy chyba nie mieszkało szczęście i nikt nie 

był naprawdę szczęśliwy… Tak mi się zdaje, chociaż oni mieli i mają moc 
rozmaitych rzeczy i wydają masę pieniędzy.

— Słusznie. Nie nazwałabym tego domu szczęśliwym.
— Może najlepiej czuła się Adela — ciągnęła Pat. — Nigdy jej nic widziałam, 

więc naturalnie pewna nie jestem. Ale Jennifer jest z pewnością nieszczęśliwa, a 
Elaine z siebie wychodzi, aby zdobyć młodego mężczyznę, chociaż w głębi serca 
zdaje sobie sprawę, że on wcale o nią nie dba. Ach! Jak chciałabym stąd wreszcie 
uciec! — Pat uśmiechnęła się nagle. — Wie pani, co Lance powiedział? Kazał mi 
trzymać się blisko pani, dla bezpieczeństwa.

— Pani mąż, moja droga, nie jest głupi — odpowiedziała z uśmiechem starsza 

pani.

— Ma się rozumieć! Lance nie jest głupi. Ale chciałabym wiedzieć, czemu 

właściwie boi się o mnie. Jedno jest pewne. Ktoś obłąkany mieszka pod tym dachem, 
a obłęd zawsze jest groźny, musi być groźny. Trudno przestawić się na sposób 
myślenia szaleńca, więc nie wiadomo nigdy, co może zrobić.

— Biedne dziecko westchnęła panna Marple.
— Cóż, o mnie nic trzeba się martwić, proszę pani. Nic mi nie będzie. Zdążyłam 

zahartować się przez tyle czasu.

— Dużo spotkało panią złego, prawda, moja droga? — zapytała tonem 

współczucia starsza dania.

— Miałam i dobre czasy, proszę pani ożywiła się Pat. — Cudowne dzieciństwo w 

Irlandii. Konie, psy. polowania i wielki, pusty dom pełen przeciągów i słońca. 
Szczęśliwych lat dziecinnych nikt nie zdoła odebrać… —zrobiła krótką pauzę. 
Dopiero później, kiedy dorosłam, wszystko się odwróciło. Pierwsze nieszczęście, 
proszę pani, to naturalnie wojna.

— Pani mąż byt lotnikiem? Pilotem myśliwca, prawda?
— Tak. został zestrzelony w niespełna miesiąc po ślubie — Pat zapatrzyła się w 

ogień na kominku z początku chciałam też umrzeć! Myślałam, że niesprawiedliwie 
dotknęła mnie okrutna krzywda. Później… Stopniowo zaczęłam sobie uprzytamniać, 

background image

że stało się zapewne najlepiej, jak mogło. Don był wspaniałym człowiekiem wojny. 
Odważny do szaleństwa, beztroski, wesoły. Miał wszystkie cechy charakteru 
potrzebne, nieocenione podczas walki. Nie sądzę jednak, by pokój mógł mu 
odpowiadać. Miał w sobie… Jak by to określić?… Miał nieokiełznaną arogancję. Nie 
potrafiłby się ustatkować, nagiąć do zwyczajnego życia. Musiałby przeciwko czemuś 
walczyć. Był człowiekiem… powiedzmy, na specyficzny sposób aspołecznym.

— Fakt, że dostrzega to pani, moja droga, świadczy o nie lada rozsądku. — Panna 

Marple pochyliła się nad robótką, przez pewien czas liczyła oczka, wreszcie zapytała: 
— A drugi mąż?

— Freddy? Zastrzelił się.
— Mój Boże! Tragiczna śmierć… — westchnęła starsza dama.
— Dobrze nam z sobą było — podjęła Pat. — Po mniej więcej dwu latach 

małżeństwa zaczęłam uświadamiać sobie, że Freddy… no, że nie zawsze jest w 
porządku. Widziałam to i owo, ale podejrzane sprawy nie miały wpływu na stosunki 
między nami. Kochał mnie i ja go kochałam. Nic nie mówiłam i to było pewno 
tchórzostwo. Ale człowieka trudno zmienić, prawda?

— Prawda — przyznała panna Marple. człowieka trudno zmienić.
— Myślałam, ze spotkałam go, pokochałam, poślubiłam takim, jakim był, i z tym 

należy się liczyć… Ostatecznie nie dopisało mu szczęście, załamał się i odebrał sobie 
życie. Po jego śmierci wyjechałam do Kenii, aby zamieszkać u przyjaciół. Nie 
potrafiłabym zostać w Anglii, spotykać wciąż ludzi, którzy… którzy o wszystkim 
wiedzą. W Kenii spotkałam Lance’a…

Pat umilkła i chociaż twarz jej pojaśniała, nadal uparcie wpatrywała się w ogień. 

Wreszcie spojrzała na starszą damę.

— Proszę powiedzieć szczerze, co pani sądzi o Parcivalu? — zapytała.
— Cóż, mało go widuję… Właściwie spotykamy się tylko przy śniadaniach. 

Myślę, że moja obecność tutaj niezbyt mu odpowiada.

Młoda kobieta roześmiała się nieoczekiwanie.
— Właśnie! To skąpiec rozkochany w pieniądzach. Lance twierdzi, że jego brat od 

dziecka był taki. Teraz sprawdza rachunki domowe panny Dove. Biada nad każdym 
wydatkiem. Ale panna Dove i tak zawsze postawi na swoim. To osoba godna 
podziwu… Nie sądzi pani?

— Tak. Podzielam pani zdanie, moja droga. Panna Dove przypomina mi panią 

Latimer z mojego miasteczka, Saint Mary Mead. Pani Latimer prowadziła Społeczną 
Służbę Kobiet, opiekowała się skautkami, praktycznie biorąc, wszystko było na jej 
głowie. Dopiero po pięciu latach wyszło na jaw… Mniejsza z. tym. Nie będę robiła 
plotek. Trudno o większego nudziarza niż ktoś, kto opowiada o miejscach i osobach 
kompletnie nie znanych słuchaczom.

— Czy Saint Mary Mead to sympatyczne miasteczko?
— Nie wiem, moja droga, co nazywa pani sympatycznym miasteczkiem. Saint 

Mary Mead jest ładne, malownicze. Mieszka tam trochę ludzi wyjątkowo 
sympatycznych, a także trochę wyjątkowo antypatycznych. W moim miasteczku 
dzieje się wiele rzeczy bardzo interesujących, jak w każdym innym miasteczku. 
Natura ludzka, moja droga, jest wszędzie mniej więcej jednakowa.

— Pani często odwiedza pannę Ramsbottom, dużo z nią rozmawia. Ja się jej boję.
— Czemu, moja droga?
— Myślę, że nie jest zupełnie normalna. Cierpi na manię religijną. Ale.. Jak pani 

sądzi? Chyba to nie prawdziwy obłęd?

— Obłęd? W jakim sensie?
— Dobrze pani rozumie, co mam na myśli. Panna Ramsbottom przesiaduje wciąż 

w swoim pokoju, nie spotyka się z nikim, rozmyśla o grzechu… — Mogłaby wmówić 

background image

sobie, że sprawowanie sądów to misja jej życia.

— Czy to domysły pani męża?
— Nie wiem, proszę pani, czego Lance domyśla się lub nie domyśla. Mnie nic nie 

mówi. Ale z pewnością jest przekonany, że mordercą jest ktoś szalony i to kłoś z jego 
rodziny. CóżParcival sprawia wrażenie aż za normalnego. Jennifcr jest głupia i 
nienaturalna; boi się sama nie wie czego i na tym koniec. A Elaine… Mój Boże! To 
dziewczyna o bujnym temperamencie mimo pozorów skupienia i chłodu. Kocha się 
bez pamięci i za nic nie przyzna, nawet przed samą sobą, że ten wybrany chce się z 
nią ożenić tylko dla pieniędzy.

— Tak pani sądzi?
— Oczywiście. A pani?
— Nie potrafię ocenić tego przypadku, lecz znam podobny. Młody Ellis ożenił się 

z Marion Bales.córką bardzo zamożnego kupca branży żelaznej. To była bardzo 
nieładna dziewczyna i zakochana w nim nieprzytomnie. I co? Małżeństwo okazało się 
zupełnie udane. Ktoś typu Ellisa czy tego Geralda Wrighta potrafił być naprawdę 
nieprzyjemny, jeżeli z miłości ożeni się z panną bez posagu. Jest zły na siebie, że 
zrobił podobne głupstwo, tak zły, że w rezultacie odgrywa się na żonie. Ale 
dziewczynę zamożną z domu ktoś taki szanuje i po ślubie.

— Nie wyobrażam sobie… Pat urwała na moment, zmarszczyła czoło. — Nie 

rozumiem, juk mógłby zrobić to ktoś z zewnątrz. Temu właśnie trzeba przypisać 
atmosferę w Domku pod Cisami. Wszyscy śledzą pilnie wszystkich. Jeżeli zajdzie coś 
nowego…

— Nie będzie więcej nagłych śmierci przerwała panna Marple — a przynajmniej 

sądzę, że być ich nie powinno.

— Trudno o pewność w podobnej sytuacji…
— Otwarcie mówiąc, jestem prawie pewna. On osiągnął już cel. — On?
— Równie dobrze mogłabym powiedzieć „ona”… To tylko sposób mówienia.
— Cel? Jaki?
Panna Marple bezradnie rozłożyła ręce, gdyż sama nie była jeszcze zupełnie 

pewna.

background image

XXIII

Jeszcze raz panna Somers naparzała herbatę w pokoju maszynistek. Jeszcze raz 

nalała do imbryka niezupełnie wrzącej wody. Powtórzyła się historia. Panna Griffith 
pomyślała przyjmując filiżankę z rąk podwładnej: „Słowo daję! Pomówię o niej z 
panem Parcivalem. Z pewnością znajdziemy kogoś lepszego. Ale w trakcie tej 
potwornej historii trudno zawracać mu głowę drobiazgami administracyjnymi”.

Panna Griffith rzuciła cierpko zdanie wielekroć powtarzane uprzednio:
— Woda znów nie zagotowana, Somers!
Skarcona poróżowiała lekko i wygłosiła tradycyjną formułę:
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się na pewno.
Dalszy rozwój utartych wydarzeń zakłóciło nagłe przybycie Lancelota Fortescue, 

który wszedł do pokoju i nie bez zakłopotania rozejrzał się dokoła. Panna Griffith 
poderwała się raptownie, by wybiec na jego spotkanie.

— Pan Lance! zawołała.
Gość spojrzał na nią z. ujmującym uśmiechem.
— O! Panna Griffith.
Kierowniczka hali maszyn była zachwycona. Po jedenastu latach pan Lance 

pamiętał jej nazwisko!

— To dziwne, że… że przypomina mnie pan sobie — odpowiedziała z wahaniem.
— Naturalnie, że przypominam sobie panią — odpowiedział Lancelot swobodnie i 

z całym charakteryzującym go wdziękiem.

W pokoju maszynistek zapanował nastrój podniecenia. W niepamięć poszły 

herbaciane niepowodzenia panny Somers. Winowajczyni z rozchylonymi ustami 
gapiła się na niezwykłego przybysza. Panna Bell zerkała ku niemu ukradkiem znad 
wałka maszyny do pisania.

Panna Chase dyskretnie dobyła z szuflady kosmetyczkę i upudrowała nos. Lance 

ponownie rozejrzał się dokoła.

— Wszystko tu jak dawniej — powiedział.
— Istotnie, proszę pana — podchwyciła panna Griffith. — Niewiele zmian. 

Doskonale pan wygląda i jaki opalony! Z pewnością miał pan bardzo interesujące 
życie w tamtych dalekich krajach.

— Zapewne, panno Griffith, zapewne… Ale teraz spróbuję chyba interesującego 

życia w Londynie.

— Wróci pan do firmy?
— Być może.
— Ach! Cóż za miła wiadomość!
— Czy ja wiem? Prędko się okaże, że wszystko wywietrzało mi z głowy. Będzie 

pani musiała wtajemniczać mnie w sprawy biurowe od nowa.

Panna Griffith roześmiała się radośnie.
— Z wielką przyjemnością, proszę pani! Słowo daje, z wielką przyjemnością.
— Dziękuje, panno Griffith… Bardzo pani uprzejma.
— Nie wierzyłam nigdy… Nie myślałam rozpoczęła panna Griffith i urwała z 

zakłopotaniem.

— Że diabeł taki czarny, jak go malują, co? podchwycił żywo Lancelot Fortescue. 

Sądzę, że miała pani rację. Ale nie ma co wracać do starych dziejów. Przyszłość się 
nie liczy. Mój brat jest w biurze?

— Tak, proszę pana. Zastanie go pan w gabinecie.
— Dziękuję. Lance skinął głową i odszedł swobodnym krokiem. W poczekalni 

blokującej drogę do sanktuarium szefa siedziała za biurkiem podstarzała kobieta o 

background image

surowym wyrazie twarzy. Na widok Lancelota wstała i rzuciła groźnie:

— Pańskie nazwisko? W jakiej sprawie? Gość spojrzał na mą ze zdumieniem.
— Czy… Czy panna Crosvenor? zapytał.
Słyszał, że panna Grosvenor jest efektowną blondynką. Widział jej zdjęcia, 

zamieszczone w prasie z okazji dochodzenia w sprawie nagłego zgonu Reksa 
Fortescue. Nie! To nie może być ona.

— Panna Grosvenor odeszła w ubiegłym tygodniu. Nazywam się Hardcastle. 

Jestem sekretarką osobistą pana Parcivala Fortescue.

„Stary Percy! Poczciwy, stary Percy w każdym calu! — pomyślał Lance. — 

Pozbył się efektownej blondynki i na jej miejsce przyjął tego smoka. Sądził, że tak 
będzie bezpieczniej i z pewnością taniej”.

— Moje nazwisko Lancelot Fortescue — odpowiedział gładko.
— Aa… Bardzo przepraszam zmieniła ton pani Hardcastle. — Pan… pan pierwszy 

raz w naszym biurze?

— Pierwszy, ale prawdopodobnie nie ostatni — uśmiechnął się Lance.
Pchnął drzwi gabinetu i ku niemałemu zdziwieniu zobaczył, że za biurkiem 

urzęduje nie Parcival, lecz inspektor Neele. Detektyw podniósł wzrok znad 
ogromnego stosu papierów, które przeglądał, i uprzejmie skinął głową.

— Dzień dobry panu — powiedział. — Przyszedł pan zapewne, aby rozpocząć 

pracę?

— Co? Wie pan już, ze mam zamiar wrócić do firmy?
— Tak. Od pańskiego brata. Mówił mi o tym.
— Mówił panu? Z entuzjazmem?
— Entuzjazmu me zauważyłem — odparł poważnie Neele maskując uśmiech.
— Biedny stary Percy — westchnął Lance.
— Naprawdę chce pan stać się człowiekiem interesu? — Detektyw spojrzał nań 

bystro.

— Nie wierzy pan w taką odmianę?
— Czy ja wiem? Jakoś do pana nie pasuje.
— Dlaczego? Jestem synem swojego ojca.
— Ale i matki dodał Neele.
— Źle pan trafił, inspektorze. Moja matka była romantyczką wiktoriańskiego typu. 

Jej ulubioną lekturę stanowiły „Idylle królewskie”, co wywnioskował pan zapewne z 
naszych imion. Wciąż chorowała i, jak mi się zdaje, żyła poza granicami świata 
realnego. Ja nie przypominam jej w niczym. Jesieni ogołocony z. sentymentalizmu. 
Romantyczność słabo do mnie przemawia. Życie traktuję realistycznie, czysto 
realistycznie, inspektorze.

— Nie każdy jest taki, jak sobie wyobraża — bąknął Neele.
— To święta prawda przyznał Lance. Usiadł w fotelu, wyciągnął swobodnie długie 

nogi, uśmiechnął się do siebie i nieoczekiwanie rzucił: — Jest pan bystrzejszy niż mój
braciszek, inspektorze.

— Pod jakim względem, proszę pana?
— Percy’ego nakręciłem tak, jak mi się podobało. On wierzy w moje londyńskie 

plany. Obawia się, że będę mącił mu wodę, leniuchował, trwonił firmową forsę, 
wciągał go w jakieś fantastyczne spekulacje. Prawie opłacałoby się to dla samej 
rozrywki! Prawie, inspektorze, ale niezupełnie. Nie wytrzymałbym długo w biurze. 
Brakowałoby mi przestrzeni, powietrza, przygody. Udusiłbym się w takiej 
atmosferze. — Umilkł na moment i dodał żywo: — Ale to wszystko poza protokołem. 
Nie zdradzi mnie pan wobec Vala, prawda?

— Nie sądzę, proszę pana, by ta kwestia mogła powstać w trakcie dochodzenia.
— Widzi pan, chciałbym się trochę zabawić — podjął Lancelot. — Wycisnąć pot z 

background image

Percy’ego, odegrać się na nim.

— Odegrać się? Za co?
Młody człowiek wzruszył ramionami.
— E, to takie dawne dzieje. Nie ma o czym mówić.
— Słyszałem coś o malej przygodzie z czekiem. Czy do tego pan pije?
— Inspektorze! — zawołał Lance. — Pan wie wszystko!
— Podobno w grę wchodziła sprawa sądowa — powiedział detektyw. — Pański 

ojciec był temu przeciwny.

— Tak. Po prostu dał mi kopniaku odrzekł młody człowiek. Przez pewien czas 

Neele spoglądał nań z zainteresowaniem, lecz myślał o Parcivalu Fortescue, nie 
Lancelocie. Uczciwy, skrzętny Parcival, oszczędny do skąpstwa: zagadka wynikająca 
nieustannie, na każdym etapie śledztwa. Wszyscy zdają się znać zewnętrzne pozory 
Parcivala, lecz, zgłębienie jego wewnętrznej osobowości jest nierównie trudniejszą 
sprawą. Z pobieżnej obserwacji należałoby wnioskować, że to człowiek bezbarwny, o 
słabym charakterze, do niedawna tyranizowany przez, ojca. Percy Cwaniak, jak 
wyraził się w swoim czasie naczelnik Wydziału Śledczego. Obecnie Neele 
postanowił dowiedzieć się więcej za pośrednictwem Lancelota.

— Odniosłem wrażenie — podjął — że pański brat… jak to określić?… Żył w 

cieniu władzy ojca.

— Czy ja wiem? Lancelot zmarszczył czoło, zamyślił się na moment. — 

Niewątpliwie takie to sprawiało wrażenie, ale czy było tak rzeczywiście? 
Wspominam dawne czasy i podziw mnie ogarnia, inspektorze, że Percy umiał zawsze 
postawić na swoim, chociaż pozory wyglądały zupełnie inaczej. Rozumie pan, co 
mam na myśli?

— Rozumiem. To istotnie zastanawiające.
Inspektor przerzucił leżące przed nim papiery, wyłowił jakąś kartkę i nad blatem 

biurka podał Lancelotowi.

— Ten list napisał pan w sierpniu tego roku, prawda?
— Tak, inspektorze. Ten list napisałem w lecie, kiedy wróciłem do Kenii. Ojciec 

go zachował. Ciekawe! Gdzie był? Tutaj, w biurze?

— Nie, proszę pana. Znaleziono go w Domku pod Cisami, pośród papierów Reksa 

Fortescue odparł Neele i z wyrazem zastanowienia spojrzał na ćwiartkę papieru 
leżącą na blacie biurka.

List był niedługi:

Kochany Ojcze!
Porozumiałem się z Pat i twoje propozycje przyjmuję. Zlikwidowanie moich 

tutejszych spraw potrwa czas pewien, powiedzmy, do końca października lub początku 
listopada. O dokładniejszym terminie przyjazdu dam Ci znać później. Mam nadzieje, 
że tym razem będziemy zgadzać się lepiej niż dawnymi czasy. W każdym razie ja nie 
pożałuję starań. To chyba wszystko. Ściskam Cię.

Lance

— Dokąd zaadresował pan ten list? — odezwał się inspektor Neele. — Tu, czy do 

Domku pod Cisami?

— Trudne pytanie. Naprawdę nie pamiętam. Lance zmarszczył czoło, starał się 

odświeżyć wspomnienia. — Widzi pan, upłynęły blisko trzy miesiące. Chyba 
podałem adres biura… Tak! Z pewnością biura! — znowu umilkł, by po chwili spytać 
z żywym zainteresowaniem: Czemu pyta pan o to, inspektorze?

— Zastanawiam się, proszę pana, dlaczego ojciec nie zostawił listu tutaj, w teczce 

zawierającej jego osobiste papiery. Dlaczego wziął go do Domku pod Cisami, gdzie 

background image

znaleziono go w szufladzie jego biurka?

— Dlaczego? Lance parsknął śmiechem. Żeby Percy nie wywęszył listu. Chciał go 

przed nim schować.

— Na to wygląda przyznał detektyw. Wynikałoby stąd jednak, że pański brat miał 

dostęp do przechowywanych tutaj osobistych papierów ojca.

— Niezupełnie, inspektorze odparł z wahaniem Lance. — Podejrzewam, że Percy 

mógł zajrzeć do tych papierów, kiedy mu się podobało, chociaż… chociaż…

— Ojciec nie brał tego poił uwagę — dokończył zdanie Neele.
— Właśnie! — uśmiechnął się Lancelot. — Innymi słowy, byłoby to szpiclowanie. 

Ale Percy urodził się szpiclem.

Inspektor przytaknął skinieniem głowy. Nie wątpił, że Percy mógł urodzić się 

szpiclem. Pasowało to do znanych mu już cech charakteru pana Parcivala Fortescue.

— O wilku mowa, a wilk tu — rzekł cicho Lance.
W tym momencie drzwi otwarły się i do gabinetu wkroczył Parcival. Chciał 

powiedzieć coś inspektorowi, otworzył usta, lecz osłupiał na widok brata.

— Ty tutaj? — odezwał się po chwili. — Nie mówiłeś o takim planie na dzisiaj.
— Uległem niespodziewanemu zapałowi do pracy i oto jestem! Na co mógłbym 

się przydać? Co dasz mi do roboty?

— Na razie nic odparł kwaśno Parcival. — Nic absolutnie. Najprzód musimy dojść 

do porozumienia, jakim zająłbyś się działem. No i należałoby znaleźć dla ciebie 
miejsce… pokój.

— Aha, Percy! Czemu pozbyłeś się czarującej Grosvenor i na jej miejsce przyjąłeś 

cudaka z końską gębą?

— Zbyt wiele sobie pozwalasz, Lance — obruszył się starszy brat. —Stanowczo 

zbyt wiele.

— Uważam, że to zmiana na gorsze. Okropnie byłem ciekaw czarującej 

Grosvenor. Czemu ją wylałeś? Może ciut za dużo wiedziała, hę?

— Także pomysł! — Blada twarz Parcivala poczerwieniała ze złości. — Proszę, 

inspektorze — zwrócił się chłodno do detektywa — aby nie traktował pan serio 
gadaniny mojego brała. On ma specyficzny gatunek poczucia humoru. Nigdy nic 
ceniłem wysoko inteligencji panny Grosvenor. Pani Hardcastle przedstawiła 
doskonale referencje, pracuje bez zarzutu i pobiera o wiele niższą pensję.

— O wiele niższą pensję — powtórzył Lance wznosząc wzrok ku sufitowi. — Mój 

drogi, nie pochwalam oszczędności kosztem pracownika. Posłuchaj! W ciągu 
ostatnich tragicznych tygodni cały personel dowiódł niezachwianej lojalności. Myślę, 
że warto wziąć to pod uwagę i wszystkim podnieść uposażenia. Co ty na to?

— Nie! — rzucił szorstko Percy. Byłaby to łaska nie proszona i absolutnie 

zbyteczna.

Inspektor Neele zauważył w oczach Lancelota figlarne błyski, lecz Parcival był 

bez wątpienia zbyt wzburzony, aby to dostrzec.

— Zawsze miewałeś dziwaczne, niedorzeczne pomysły — ciągnął nerwowo 

starszy brat. W aktualnej sytuacji firmy oszczędność to nasza ostatnia nadzieja.

Detektyw odchrząknął znacząco i zwrócił się do Parcivala:
— O jednej sprawie pragnąłbym pomówić z panem.
— Słucham, inspektorze?
— Od kilku miesięcy, może od roku, zachowanie i rozmaite posunięcia pana 

Fortescue niepokoiły pana coraz bardziej, prawda?

— Tak… — bąknął Parcival. — Ojciec nie czuł się dobrze. Stanowczo nie czuł się 

dobrze.

— Usiłował pan skontaktować go z lekarzem, ale nic z tego nie wyszło. Spotkała 

pana kategoryczna odmowa, prawda?

background image

— Tak, inspektorze.
— Bardzo przepraszam, ale pozwolę sobie zapytać, czy nie podejrzewał pan, że 

ojciec ma początki schizofrenii o cechach paranoidalnych, że pewne objawy 
megalomanii oraz wzmożonej pobudliwości mogą przerodzić się w zupełny obłęd?

Parcival zrobił zdziwioną minę.
— Bardzo pan bystry, inspektorze. Tak właśnie przedstawiały się moje obawy i 

dlatego zależało mi bardzo na poddaniu ojca stosownej kuracji.

— Niewątpliwie w czasie poprzedzającym tę kurację pan Fortescue mógł narazić 

firmę na dotkliwe straty.

— Mógł to zrobić. Niewątpliwie — przyznał Parcival.
— Co z kolei stwarzało opłakaną sytuację, prawda?
— Oczywiście! Nikt nie wyobraża sobie nawet, co ja przeszedłem — westchnął 

Parcival.

— A żalem z punktu widzenia interesów firmy, nagły zgon pana Reksa Fortescue 

to wydarzenie korzystne.

Nie sądzi pan chyba, że śmierć mojego ojca oceniam z takiego punktu widzenia 

rzucił ostro Parcival.

— Nie chodzi mi o pańską ocenę — odparł spokojnie Neele. — Biorę pod uwagę 

suche Takty. Rex Fortescue umarł, nim zdążył doprowadzić swoje sprawy finansowe 
do kompletnej ruiny.

— Tak! odburknął gniewnie Parcival. — W sferze suchych faktów pańska opinia 

jest trafna.

— Reasumujcie, śmierć pańskiego ojca stanowiła wydarzenie korzystne dla całej 

rodziny, uzależnionej od tych spraw finansowych.

— Poniekąd… Doprawdy jednak, inspektorze, nie mam pojęcia, do czego pan 

zmierza, bo… Parcival zająknął się, umilkł.

— Do niczego nie zmierzam, panie Fortescue. W dalszym ciągu porządkuję suche 

fakty. Jeszcze jedno, proszę pana. Mówił mi pan, że z chwilą wyjazdu z Anglii 
obecnego tu pańskiego brata ustały wszelkie stosunki pomiędzy nim a panem.

— I to się zgadza…
— Niezupełnie, proszę pana — podchwycił Neele. — Ubiegłej wiosny, kiedy 

niepokoił pana coraz bardziej stan zdrowia ojca, napisał pan w tej sprawie do Afryki. 
Myślę, że chciał pan skłonić brata, by pomógł w próbach poddania pana Fortescue 
badaniom lekarskim i ubezwłasnowolnieniu w razie potrzeby.

— Czy… Nie rozumiem doprawdy, w jakim celu… wyjąkał Parcival.
— Tak było, prawda? — natarł detektyw.
— Cóż, sądziłem, że inaczej nie mogę postąpić… Ostatecznie Lance jest 

młodszym wspólnikiem firmy.

Inspektor Necie spojrzał na uśmiechniętego Lancelota.
— Otrzymał pan ten list?
Młody człowiek przytaknął skinieniem głowy.
— Co pan odpowiedział? Lance uśmiechnął się beztrosko.
— Odpowiedziałem, by Percy odczepił się ode mnie, a staremu dał spokój. 

Napisałem, że stary prawdopodobnie wie, co robi i dlaczego.

Detektyw przeniósł wzrok tui starszego brała.
— Tak przedstawiała się treść listu pana Lancelota Fortescue?
— Mniej więcej… Z grubsza tak… Tyle że forma była znacznie obraźliwsza.
— Wolałem zaznajomić policje z formą złagodzoną uśmiechnął się Lance i 

ciągnął: — Otwarcie mówiąc, inspektorze, to był jeden z powodów, dla których 
przyjechałem do Anglii po odebraniu listu od ojca. Chciałem osobiście sprawdzić, co 
się tu dzieje. Odbyłem z ojcem krótką rozmowę i, doprawdy, nie zauważyłem nic 

background image

szczególnego. Stary był nieco rozdrażniony, lecz sprawiał wrażenie człowieka 
odpowiedzialnego za swoje czyny i z całą pewnością zdolnego do prowadzenia 
własnych spraw finansowych. Tak czy inaczej, po powrocie do Afryki i rozmowach z 
Pat, postanowiłem wybrać się do kraju i… Jak by to wyrazić?… I dopilnować 
uczciwej gry — zakończył Lance i zerknął spod oka na brata.

— Protestuję! wybuchnął Parcival. — Stanowczo protestuję przeciw podobnym 

insynuacjom. Nie chciałem wymanewrować ojca. Niepokoił mnie jego stan zdrowia i 
chodziło mi także…

— Chodziło ci także o własną kieszeń, co? — podchwycił żywo młodszy brat. — 

O pieniążki dobrego chłopca Percy’ego! — Wstał i nieoczekiwanie zmienił ton. — 
Niech będzie, Percy. Mam dosyć. Chciałem przycisnąć cię trochę, nastraszyć, że 
pcham się do pracy w firmie. Udawałem, by dać ci po nosie, nauczyć, że nie zawsze 
łatwo postawisz na swoim. Nie myślę tutaj zostać, bo żeby być szczerym, duszno mi 
w jednym pokoju z tobą. Przez całe życie byłeś marnym, paskudnym łajdaczyną. 
Pasożytowałeś na ludziach, szpiclowałeś, łgałeś, knułeś drobne intrygi. Powiem 
więcej! Nie mogę dowieść twojej winy, ale jestem pewien, że ty podrobiłeś czek, 
który wywołał całą chryję. Wykombinowałeś to, by się mnie pozbyć, Fałszerstwo 
było dziwnie nieudolne: na pierwszy rzut oka wielkim głosem dawało znać o sobie. Ja 
miałem wtedy zabazgraną opinie. Nic mogło być mowy o skutecznej obronie. Ale 
dziwiło mnie jedno: czemu stary nie zwietrzył, że gdybym ja chciał podrobić jego 
podpis, załatwiłbym to dużo sprawniej. — Lancelot umilkł na chwile, by zacząć 
znowu podniesionym głosem: — Co dalej, Percy? Nie myślę przeciągać głupiej 
zabawy. Znudziła mnie śmiertelnie Anglia i londyńskie mgły. Mam wyżej uszu 
podobnych tobie małych ludzików w sztuczkowych spodniach i czarnych 
marynarkach. Mam wyżej uszu ich drobnych matactw i szwindli, obłudy, 
ugrzecznionych słówek. Rozliczymy się, jak proponowałeś, i ucieknę z Pat do innego 
kraju, gilzie nie brak miejsca i swobodnego oddechu. Sam przeprowadzisz podział 
aktywów i papierów wartościowych. Możesz zatrzymać murowanie pewne, nisko 
oprocentowane walory. Mnie odpowiadam bardziej najświeższe nabytki ojca, akcje 
fantastycznie spekulacyjne, jak je nazywasz. Oczywiście to w znacznej części 
śmiecie. Ale gotów jestem trzymać zakład, że jeden czy drugi portfel przyniesie w 
swoim czasie więcej niż wszystkie twoje trzyprocentowe pożyczki państwowe. Z ojca 
był stary spryciarz. Lubił ryzykować, ale niektóre |ego ryzykowne posunięcia dawały 
pięćset, sześćset, siedemset procent zysku. Stawiam na zdrowy rozsądek i szczęśliwą 
rękę Reksa Forlescue. A ty, marny gadzie… — Lancelot postąpił krok w stronę brała, 
ten zaś wycofał się za biurko i ulokował obok detektywa. — Nie bój się! Palcem cię 
nie tknę. Chciałeś mnie stąd wykurzyć i wykurzyłeś. Powinieneś być kontent — 
odwrócił się ku drzwiom i dodał przez ramię: Możesz dorzucić mi starą koncesję na 
kopalnię Kos, jeżeli ci to odpowiada. Może tropią nas mściwi członkowie rodu 
MacKenzie? W takim razie pociągną moim śladem do Afryki, zemsta po tylu latach 
wydaje się mało realna… Ale inspektor Neele traktuje serio tę historię… Nie mylę 
się, inspektorze, prawda?

— Nonsens! — zawołał Parcival. — W życiu nie zdarzają się takie rzeczy.
— Pogadaj z inspektorem — uśmiechnął się Lance. Sprawdź, czemu dopytuje się 

o kosy, żyto w kieszeni marynarki ojca, takie różne szczególiki.

Detektyw zabrał głos z powagą zwracając się do Parcivala.
— Niewątpliwie przypomina pan sobie kosy z ostatniego lata. Wydaje mi się, 

proszę pana, że jest o co pytać.

— Nonsens! powtórzył Parcival. — Od lat nic nie wiadomo o nikim z rodziny 

MacKenzie.

— A jednak — podchwycił młodszy brat — jestem prawie pewien, że pośród nas 

background image

znajdzie się ktoś z tej rodziny, i podejrzewam, że inspektor Neele myśli podobnie.

Detektyw dogonił na ulicy Lancelota Fortescue, który powitał go smętnym 

uśmiechem.

Nie chciałem wywołać awantury — powiedział ale straciłem panowanie nad 

sobą… Cóż, prędzej lub później do czegoś podobnego dojść musiało. Umówiłem się 
z Pat w Savoyu. Idzie pan w tamtą stronę, inspektorze?

— Nie. Wracam do Baydon Heath. Chciałem tylko o coś pana zapytać.
— Słucham, inspektorze?
— Wszedł pan do gabinetu i mnie tam zobaczył, zrobił pan wtedy zdziwioną minę. 

Dlaczego?

— Pewno dlatego, że nie spodziewałem się zastać pana. Liczyłem, że za biurkiem 

zobaczę brata.

— Nie powiedziano panu, że brat wyszedł?
— Przeciwnie. Powiedziano mi, że jest w gabinecie.
— Aha…. Rozumiem… Gabinet ma tylko jedno wyjście, ale z pokoju sekretarki 

prowadzą drugie drzwi, prosto na korytarz. Zapewne pan Fortescue z nich 
skorzystał… Ale to dziwne, że nie wspomniała o tym pani Hardcastle.

— Może poszła po filiżankę herbaty — roześmiał się Lance.
— Aha… Może… zapewne. Lancelot spojrzał bystro na detektywa.
— Jakiś nowy pomysł, inspektorze? — zapytał.
— Nie… Zastanawia mnie tylko parę drobnych szczególików…

background image

XXIV

Inspektor Neele jechał pociągiem do Baydon Heath i po drodze rozwiązywał 

krzyżówkę w „Timesie” z wyjątkowo miernym powodzeniem. Jego uwagę zaprzątały 
rozmaite możliwości. W podobny sposób przebiegał wzrokiem wiadomości ze świata. 
„Trzęsienie ziemi w Japonii. Odkrycie złóż uranu w Tanganice. Zwłoki marynarza 
wyrzucone przez morze w okolicy Southampton. Groźba strajku dokerów. Dalsze 
ofiary chuligańskich wybryków. Nowy specyfik niezwykle skuteczny w 
zaawansowanym stadium gruźlicy”.

Treść artykułów tworzyła cudaczny wzór na drugim planie świadomości. 

Ostatecznie Neele wrócił do krzyżówki i błyskawicznie rozszyfrował trzy wyrazy.

Kiedy dotarł wreszcie do Domku pod Cisami, zdobył się na decyzję.
— Co z panną Marple? — zapytał swojego sierżanta. — Nie wyjechała jeszcze’?
— Skąd znowu! — odparł Hay. Jest i strasznie się zaprzyjaźniła z tą starą z piętra.
— Rozumiem… A teraz gdzie jej szukać? Chciałbym z nią pogadać. W kilka 

minut później nadeszła panna Marple, zaróżowiona i lekko zdyszana.

— Życzył pan sobie, inspektorze, pomówić ze mną — zaczęła. — Bardzo 

przepraszam, że kazałam na siebie czekać, lecz sierżant Hay nie od razu mnie znalazł. 
Byłam w kuchni, żeby pochwalić panią Crump za doskonałe ciasto. Ona ma, 
inspektorze, cudownie lekką rękę. Wczoraj zrobiła poemat, nie suflet! Widzi pan, 
zagadkową sprawę najlepiej rozwiązywać etapami, po trochu. Dla policji to niełatwe 
zadanie, prawda? Przy formalnym śledztwie trzeba podchodzić do zagadnienia mniej 
lub więcej prosto z mostu. Ale starsza pani jak ja! Cóż, inspektorze, każdy spodziewa 
się, że taka musi paplać na sto obojętnych tematów. A można rzec, że droga do serca 
kucharki wiedzie przez jej suflety i ciasta.

— Naprawdę chciała pani porozmawiać z kucharką o Gladys Martin, prawda?
— Ma się rozumieć, panie inspektorze. O Gladys. I pani Crump niejedno mogła 

powiedzieć o biednej dziewczynie. Nie w kwestii morderstwa, oczywiście. 
Dowiedziałam się o nastrojach i humorach Gladys, o rozmaitych głupstwach, które 
ostatnio mówiła. Nie chodzi mi o głupstwa w sensie niedorzeczności. Nic podobnego. 
Miałam na myśli drobiazgi bez znaczenia.

— Opłaciła się pogawędka? zapytał detektyw.
— Aha. Nawet sowicie A ogólnie biorąc, sadzę, że tajemnica rozjaśnia się nieco. 

Przyzna mi pan racje, inspektorze.

— I tak, i nie — odparł Neele.
Był zadowolony, że sierżant Hay wyszedł z pokoju, gdyż zamierzał pokierować 

rozmową w sposób, wyrażając się najoględniej, nietradycyjny.

— Proszę pani — zaczął — chciałbym pomówić z panią serio.
— Służę, inspektorze.
— W pewnym sensie, proszę pani, reprezentujemy odmienne punkty widzenia. 

Przyznaję, że w Scotland Yardzie słyszałem o pani coś niecoś — uśmiechnął się 
dyskretnie. Jest tam pani dobrze znana.

Starsza pani zrobiła lekko zakłopotaną minę.
— Nie mam pojęcia, czemu tak się działo powiedziała — ale nieraz miałam do 

czynienia ze sprawami, które nie powinny mnie obchodzić. Chodzi mi o morderstwa i 
rozmaite niezwykłe wydarzenia.

— Przy sposobności zyskała pani doskonałą reputację — uśmiechnął się inspektor 

Necie.

— Może… Sir Henry Clithering to mój stary przyjaciel.
— Jak już nadmieniłem — podjął detektyw — reprezentujemy odmienne punkty 

background image

widzenia. Można by je nazwać: racjonalny oraz irracjonalny.

Panna Marple pochyliła głowę na bok, w sposób bardzo dla niej 

charakterystyczny.

— Ciekawe… Co pan przez to rozumie, inspektorze?
— Istnieje, proszę pani, racjonalny sposób oceny wydarzeń. Pierwsze morderstwo 

przynosi korzyści pewnym osobom… Wyrażając się ścisłej, szczególnie jednej 
osobie. Na drugim zyskuje ta sama osoba. Trzecie tłumaczą względy bezpieczeństwa.

— Przepraszam. Które morderstwo nazywa pan trzecim? — zapytała panna 

Marple i porcelanowo–błękitnymi oczyma spojrzała bystro w twarz detektywa.

— O to chodzi! Parę dni temu omawialiśmy sprawę z naczelnikiem Wydziału 

Śledczego i coś, co on powiedział, wydało mi się nielogiczne. Teraz rozumiem. 
Sugerowałem się kolejnością wydarzeń z wierszyka. Król w skarbcu, klotowa w 
salonie, służebna przy wietrzeniu ubrań.

— Właśnie! — podchwyciła starsza dama. W wierszyku jest taka kolejność. 

Oczywiście jednak Gladys została zamordowana wcześniej niż Adela Fortescue.

— Zapewne… Albo raczej z całą pewnością, proszę pani. Gladys odnaleziono 

krótko przed północą. Niepodobna było określić dokładnie, od jak dawna nie żyje. 
Ale jestem głęboko przekonany, że zginęła około piątej po południu, ponieważ…

— Ponieważ w przeciwnym razie — przerwała panna Marple — niewątpliwie 

zaniosłaby do biblioteki drugą tacę.

Naturalnie! Gladys podała herbatę, poszła do kuchni, wróciła do hallu z drugą tacą 

i w tym momencie coś zaszło. Usłyszała coś lub zobaczyła. Pytanie, co to było? Albo 
kto? Dubois mógł pojawić się na schodach, odwiedziwszy salonik pani Fortescue. 
Adorator Elanie, Gerald Wright, mógł wejść do domu bocznymi drzwiami. W 
każdym razie coś odwróciło uwagę dziewczyny od tacy i zwabiło ją do ogrodu. 
Dalsze wydarzenia musiały nastąpić szybko. Gladys nie marudziłaby na dworze, bo 
było zimno, a miała na sobie tylko lekką sukienkę.

— Najzupełniej słusznie — zgodziła się panna Marple. Linijka „Służąca w 

ogrodzie wietrzy ubrań stos” nie odpowiada faktom. Gladys nie mogła wietrzyć ubrań 
o tej porze dnia i oczywiście nie wyszłaby na podwórze bez wierzchniego okrycia. 
Umieszczenie jej zwłok pod sznurami do suszenia bielizny to maskowanie, jak 
klamerka zaciśnięta na nosie. Chodziło o to, by wszystko zgadzało się z wierszykiem.

— Właśnie! To szalona koncepcja — powiedział Neele a zarazem jedyna 

zasadnicza rozbieżność naszych poglądów. Nic mogę, nie jestem w stanie przełknąć 
całej historii z tym wierszykiem.

— Musi pan jednak przyznać, inspektorze, że historia z wierszykiem pasuje.
— Pasuje, ale w innej kolejności. Wierszyk sugeruje, że służebna padła ofiarą 

trzeciego morderstwa. My natomiast wiemy, że trzecia była królowa. Adela Fortescue 
zginęła między piątą dwadzieścia pięć a szóstą pięć, kiedy Gladys już nie żyła.

— I tu cała teoria leży, prawda? Nie wszystko pasuje do dziecinnego wierszyka… 

To znaczące, inspektorze, bardzo znaczące.

Neele wzruszył ramionami.
— Może to dzielenie włosa na części. Ostatecznie śmierć przystosowała się do 

treści wiersza, a o nic więcej nie chodziło. Ale mówię tak, jak gdybym był po pani 
stronie. Spróbuję raczej naszkicować własny punkt widzenia. Odrzucam kosy, żyto, 
resztę takich rzeczy. Zestawiam suche fakty, zdrowy rozsądek i prawdopodobne 
przyczyny, dla jakich ludzie zdrowi na umyśle popełniają morderstwa. Przede 
wszystkim, kto zyskał z racji zgonu Reksa Fortescue? Kilka osób, ale najbardziej 
jedna, jego syn Parcival. Nie było go tego rana w domu, nie mógł więc zaprawić 
trucizną kawy ani niczego do jedzenia. Tak przynajmniej wydawało się mim zrazu.

— Aa… Więc mógł się znaleźć sposób? Wiele o tym myślałam, inspektorze. 

background image

Brałam pod uwago różnorodne rozwiązania. Oczywiście jednak nie znalazłam 
dowodów ani poszlak.

— Mogę powiedzieć pani bez szkody dla śledztwa, że taksynę umieszczono w 

nieruszonym słoiku z marmoladą. Wierzchnią warstwę tej marmolady zjadł przy 
śniadaniu Kex Fortescue. Następnie ktoś wyrzucił ten słoik (najprawdopodobniej 
przez okno prosto w zarośla), a w spiżarce postawił drugi, tak samo napoczęty. Słoik 
znaleźliśmy w zaroślach, Otrzymalcm wyniki badania laboratoryjnego. Wykryto 
niewątpliwie ślady taksyny.

— A więc to tak — wtrąciła panna Marple. — Metoda prosta i łatwa.
— Zjednoczona Agencja Powiernicza znalazła się w opłakanej sytuacji — ciągnął 

detektyw. Mogło jej grozić bankructwo, gdyby, zgodnie z testamentem Reksa 
Fortescue, wypłaciła wdowie po nim sto tysięcy funtów. Adela Fortescue nie 
przejmowałaby się stanem finansów i kłopotami firmy. Gdyby przeżyła męża o 
miesiąc, niewątpliwie zechciałaby wycofać cały kapitał. Stało się inaczej. Adela 
Fortescue umarła, a korzyść odniósł generalny spadkobierca, czyli innymi słowy, 
Parcival Fortescue. Jeszcze raz mamy Parcivala Fortescue, ale co z tego? Istnieje 
możliwość, że on dobrał się do słoika z marmoladą. Ale w żaden sposób nie mógł 
otruć macochy czy też udusić Gladys. Jego sekretarka zeznała, że tamtego dnia o 
piątej po południu Parcival Fortescue był w biurze, a wszyscy wiemy, że do domu 
wrócił krótko przed siódmą.

— To stwarza trudności, prawda? — wtrąciła starsza dama.
— Trudności nie do pokonania, z których wynika, że Parcival nie wchodzi w 

rachubę — przyznał posępnie inspektor Neele i zapominając o dyskrecji i ostrożności 
mówił dalej i. nutą rozgoryczenia: — Dokądkolwiek się ruszę, gdziekolwiek spojrzę, 
napotykam tę samą osobę: Parcivala Fortescue. I co? Parcival Fortescue nie wchodzi 
w rachubę. Uspokoił się nieco, zmienił ton. Cóż, istnieją inne możliwości. Ten czy 
ów mógł mieć równie uzasadniony motyw.

— Na przykład Vivian Dubois podpowiedziała panna Marple — albo ten młody 

Wright z wyjątkową czujnością należy traktować przypadki, w których może działać 
chęć zysku. Najgorsza wada to umysł zbyt ufny.

— Z reguły trzeba brać pod uwagę najgorsze, co? — uśmiechnął się mimo woli 

detektyw.

— Tak. Ja zawsze jestem skłonna wierzyć w najgorsze. A najsmutniejsza historia, 

że zazwyczaj sprawdzają się moje domysły.

— Niech będzie, proszę pani. Przyjmijmy najgorsze. Zbrodniarzem może być 

Dubois albo Gerald Wright, oczywiście w zmowie z Elaine Fortescue, która zajęła się 
marmoladą. Mogła to zrobić również Jennifer Fortescuc, bo znajdowała się na 
miejscu pierwszego dnia i drugiego. Ale żadna z wymienionych osób nie pasuje do 
irracjonalnego punktu widzenia: kosów, kieszeni pełnej żyta. Nie pasuje do pani 
domysłów, może i w danym razie słusznych. Przy takim założeniu wszystko zdaje się 
wskazywać jedną osobę: panią MacKenzie. Ale ona od lat przebywa w zakładzie dla 
umysłowo chorych. Nie była w stanie dobrać się do słoika z marmoladą ani wsypać 
cyjanku do filiżanki herbaty. Jej syn, Donald, poległ pod Dunkierką. Pozostaje 
jedynie córka. Kuby MacKenzie. Jeżeli zatem pani teoria jest trafna, jeżeli seria 
morderstw ma związek z kopalnią Kos, Ruby MacKenzie musi znajdować się w tym 
domu, a może nią być tylko jedna osoba.

— Wydaje mi się wtrąciła panna Marple — że zagadnienie traktuje pan nieco zbyt 

dogmatycznie.

Detektyw nie zwrócił uwagi na jej słowa.
— Tylko jedna osoba powtórzył stanowczo i wyszedł z pokoju.

background image

Pokój Mary Dove był skromnie umeblowany, lecz wygodny i przytulny — 

wygodny i przytulny dzięki staraniom obecnej lokatorki. Kiedy inspektor Neele 
zastukał do drzwi, zarządzająca domem oderwała wzrok od książek z rachunkami 
dostawców.

— Proszę — powiedziała spokojnie.
Detektyw wszedł, a Mary Dove uprzejmie wskazała mu krzesło.
— Zechce pan usiąść i, jeżeli to możliwe, zaczekać chwilkę. Rachunek dostawcy 

ryb jest zdaje się nie w porządku. Muszę go sprawdzić.

Detektyw siedział czas pewien spoglądając na dziewczynę, która mozoliła się nad 

długą kolumną liczb. Podziwiał jej spokój i opanowanie i, jak nieraz uprzednio, 
próbował odgadnąć, jaką prawdziwą osobowość maskują te zewnętrzne pozory. 
Bacznie studiował twarz zarządzającej domem, szukał podobieństwa między nią a 
twarzą kobiety, z którą niedawno rozmawiał w sanatorium Sosny. Cóż? Ogólny 
koloryt był nieco zbliżony, lecz rysy bardzo różne. Na koniec Mary Dove zwróciła ku 
niemu spojrzenie.

— Słucham, inspektorze. Czym mogę służyć?
— Proszę pani, ta sprawa obfituje w szczegóły wyjątkowo niepospolite.
— Aha…
— Na początek żyto znalezione w kieszeni Reksa Fortescue.
— Szczegół istotnie niepospolity — przyznała dziewczyna. — Nie potrafię 

wyjaśnić go w żaden sposób.

— Dalej mamy kosy. Cztery kosy podrzucone latem na biurko Reksa Fortescue i 

historia z kosami, którymi kłoś zastąpił farsz zapiekanego w cieście pasztetu z 
cielęciny i szynki. Pani była tu w czasie obu tych incydentów?

— Byłam. Doskonale wszystko pamiętam. Taki niedorzeczny kawał, złośliwy i 

absolutnie bez sensu.

— Czy na pewno bez sensu? Co pani wie o kopalni Kos?
— Chyba jak żyję nie słyszałam o czymś takim!
— W swoim czasie poinformowała mnie pani, że nazywa się Mary Dove. Czy to 

prawdziwe nazwisko?

Zarządzająca domem podniosła brwi. Detektyw odniósł wrażenie, iż w jej 

niebieskich oczach dostrzegł wyraz czujności.

— Osobliwe pytanie, inspektorze. Czy oznaczaono podejrzenie, że nie nazywam 

się Mary Dove?

— Trafiła pani! podchwycił swobodnie inspektor Neele. — Podejrzewam, że pani 

prawdziwe nazwisko brzmi Ruby MacKenzie.

Szeroko otworzyła oczy. Przez chwilę miała twarz kompletnie pozbawioną 

wyrazu, ani oburzoną, ani zdziwioną. Detektyw był głęboko przekonany, że 
dziewczyna zastanawia się nad czymś.

— Co pan spodziewa się usłyszeć, inspektorze? — powiedziała wreszcie.
— Odpowiedź na pytanie: czy nazywa się pani Ruby MacKenzie.
— W swoim czasie poinformowałam pana, jak się nazywam: Mary Dove.
— Wiem. Ale czy ma pani na to dowody?
— Co pan życzy sobie zobaczyć? Moje świadectwo urodzenia?
— Świadectwo urodzenia to dowód i niedowód. Może pani być w posiadaniu 

takiego dokumentu jakiejś Mary Dove, swojej znajomej albo osoby nieżyjącej.

— Naturalnie. Istnieją niezliczone możliwości — uśmiech rozjaśnił twarz Mary 

Dove. Ma pan nie lada orzech do zgryzienia. Prawda, inspektorze?

— Może rozpozna panią ktoś z. personelu sanatorium Sosny — powiedział Neele.
— Sanatorium Sosny! zawołała młoda osoba. — Co to za sanatorium? Gdzie się 

znajduje?

background image

— Myślę, że pani wie najlepiej.
— Zapewniam pana, że nic nie rozumiem.
— I kategorycznie pani twierdzi, że nie nazywa się Ruby MacKenzie?
— Wolałabym nie twierdzić nic kategorycznie. Widzi pan, inspektorze, to pan 

musiałby dowieść, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Ruby MacKenzie — złośliwie 
i z wyzwaniem spojrzała prosto w oczy detektywa. Tak, pański kłopot, inspektorze. 
Pan musi dowieść, że ja jestem tą jakąś Ruby MacKenzie — uśmiechnęła się 
zagadkowo — jeżeli oczywiście to możliwe.

background image

XXV

Sierżant Hay dopadł przełożonego na schodach i powiedział konspiracyjnym 

szeptem:

— Stara plotkarka szuka pana inspektora. Myślę, że ma dużo do powiedzenia.
— Bodaj ją licho!
— Tak jest, panie inspektorze odparł z niezmąconym spokojem służbista.
— Słuchajcie, Hay! — podjął inspektor. Trzeba sprawdzić referencje z 

poprzednich posad panny Mary Dove. No i chciałbym prędko dostać odpowiedź na 
parę pytań. Puście to w ruch. Na kartce papieru skreślił kilka zdań i podał ją 
sierżantowi.

Gdy mijał hall, usłyszał w bibliotece szmer głosów, więc zajrzał tam przez 

uchylone drzwi. Może panna Marple szukała go poprzednio, obecnie jednak 
przemawiała z ożywieniem do pani Parcivalowej Fortescue. Pośród klekotu 
metalowych drutów detektyw wyłowił uchem jej słowa:

— …święcie przekonana, że trzeba powołania, by zostać pielęgniarką. To, moja 

droga, szlachetna praca, bardzo szlachetna.

Detektyw cofnął się pewien, że starsza dama spostrzegła go, ale nie chciała 

przerywać rozmowy.

Mówiła dalej łagodnym, melodyjnym głosem:
— Raz złamałam rękę w przegubie i opiekowała się mną przemiła pielęgniarka. 

Prosto ode mnie poszła do pani Sparrow czuwać w chorobie nad jej synem, młodym 
oficerem marynarki. Wynikła romantyczna historia! Wie pani, młodzi zaręczyli się, 
pobrali i teraz mają dwoje ślicznych dzieci starsza dama westchnęła sentymentalnie. 
— To było zapalenie płuc, przy którym tak wiele zależy od troskliwej pielęgnacji.

— Naturalnie! — przyznała gorąco Jennifer. — Grunt to troskliwa pielęgnacja. 

Chociaż przy zapaleniu płuc cuda sprawiają antybiotyki. Nie ma już dziś dawnej 
upartej walki z chorobą.

— Pani, moja droga, z pewnością była wzorem pielęgniarki. I ta romantyczna 

historia miała, zdaje się, laki sam początek. Przyjechała pani do Domku pod Cisami, 
by doglądać w chorobie pana Parcivala.

— Aha… Naturalnie, proszę pani., tak się to zaczęło.
Ton Jennifer nie brzmiał nutą zachęty, lecz panna Marple nie pozwoliła zbić się z 

tropu.

— Naturalnie nie wypada słuchać plotek służby, ale taka stara ciekawska jak ja 

zawsze chcę dowiedzieć się czegoś o ludziach z domu w którym chwilowo mieszka. 
O czym to ja mówiłam? Aha! Przed panią była tutaj inna pielęgniarka, prawda? 
Odprawiono ją, o ile mi wiadomo, z powodu zaniedbywania obowiązków.

— Chyba nie to, proszę pani. Słyszałam, że ciężko zachorował jej ojciec czy ktoś 

inny z najbliższej rodziny — sprostowała pani Valowa.

— Aha, rozumiem… Później pani przyjechała, wynikła miłość i… — Ładnie się to 

złożyło, bardzo ładnie.

— Czyja wiem? Czasami myślę… — Jennifer za jąknęła się nerwowo — Czasami 

myślę, że chętnie wróciłabym do szpitala.

— Nic dziwnego, moja droga, nic dziwnego. Od razu widać, że kocha pani swój 

szlachetny zawód.

— Nawet nie to, proszę pani… Ale dokucza mi okropna nuda. Po całych dniach 

nie mam się czym zająć, a Vala interesują tylko sprawy firmy.

Panna Marple ze zrozumieniem pokiwała głową.
— Cóż, moja droga — westchnęła. Panowie muszą ciężko pracować w 

background image

dzisiejszych trudnych czasach. Nikogo nie stać na odpoczynek, nawet przy wielkich 
dochodach.

— Dlatego właśnie żonom tak pusto w życiu i nudno — podjęła Jennifer. — 

Często żałuję, że się tu pokazałam. Ale dobrze mi tak! Nie trzeba było zaczynać!

— Czego zaczynać, moja droga?
— Nie powinnam wyjść za Vala… No i… — pani Parcivalowa westchnęła ciężko. 

— Zmieńmy lepiej temat.

Uprzejma starsza dama zagaiła rozmowę o fasonie spódnic noszonych ostatnio w 

Paryżu.

Panna Marple zastukała do drzwi gabinetu, a gdy inspektor Neele poprosił, by 

weszła, zwróciła się do niego:

— Bardzo byłabym wdzięczna, gdyby obecnie zechciał mi pan nie przerywać. 

Pragnęłabym uzgodnić i skontrolować kilka istotnych punktów z. wyrzutem spojrzała 
na detektywa. — Właściwie nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy.

— Przepraszam i przyznaję, że zachowałem się mało uprzejmie —odparł detektyw 

z najbardziej ujmującym uśmiechem. — Zaprosiłem panią na konsultację, a sam 
przez cały czas gadałem.

— Nic się nie stało, inspektorze, bo widzi pan, wtedy nie byłam jeszcze gotowa do 

wyłożenia na stół wszystkich kart. Nie chciałabym oskarżać nikogo bez. 
niezachwianej pewności… To znaczy niezachwianej pewności we własnym 
przekonaniu. W tej chwili jestem pewna.

— Czego jest pani pewna?
— Wiem, kto zabił Keksa Fortescue. Sprawę przypieczętowało to, co pan 

powiedział o marmoladzie. Pojęłam wtedy „jak”, a także „kto” i że morderstwo 
mieści się w granicach logicznego działania.

Inspektor Neele wytrzeszczył oczy, a starsza dama zauważyła jego zdumienie, 

więc podjęła szybko.

— Niestety, inspektorze, zdaję sobie sprawę, że niekiedy trudno mi zdobyć się na 

przejrzyste formułowanie myśli.

— Jak dotąd, proszę pani, nie bardzo rozumiem, o czym właściwie mówimy 

bąknął niepewnie detektyw.

— Najlepiej jeszcze raz zacznijmy od początku, jeżeli naturalnie czas panu 

pozwala. Chciałabym przedstawić swój punkt widzenia. Ja, inspektorze, dużo 
gawędziłam z ludźmi, z panną Ramsbottom, panią Crump, jej mężem. Ma się 
rozumieć, Crump jest łgarzem, ale, widzi pan, to na jedno wychodzi, jeżeli 
oczywiście wiadomo z góry, że kłamca musi kłamać. Musiałam, inspektorze, zbadać 
do gruntu sprawę rozmów telefonicznych, nylonów, takich rzeczy.

Neele słuchał nadal z szeroko otwartymi oczami. W myśli zadawał sobie pytanie, 

w co właściwie pozwolił się wciągnąć i jak mógł sobie wyobrażać, że w pannie 
Marple znalazł wartościowego współpracownika o logicznym sposobie 
rozumowania? Obecnie sądził, że panna Marple ma zamęt w głowie, lecz nie 
przekreślał pewnej wartości zebranych przez nią informacji. Wszystkie swoje sukcesy 
zawdzięczał umiejętności pilnego słuchania, toteż i teraz słuchał pilnie.

— Zechce pani wyłożyć mi wszystko — powiedział. — Ale jeżeli łaska, od 

początku, od samego początku.

— Ma się rozumieć, inspektorze — obiecała starsza dama — a samym 

początkiem, jak się pan wyraził, była Gladys. Pozwolił mi pan zabrać wszystkie jej 
rzeczy i dzięki temu plus nylonowe pończochy, rozmowy przez telefon, dodając jedno
do drugiego stworzyłam zupełnie przejrzysty obraz. Chodzi mi naturalnie o pana 
Fortescue i taksynę.

background image

— Stworzyła pani teorię na temat taksyny w słoiku z marmoladą i śmierci Reksa 

Fortescue? — zdumiał się Neele.

— To nie teoria, inspektorze odrzekła skromnie panna Marple. — Ja wiem.
Detektyw po raz trzeci wytrzeszczył oczy.
— Bez wątpienia zrobiła to Gladys — uzupełniła informację starsza dama.

background image

XXVI

Neele popatrzył na pannę Marple z niedowierzaniem i zdumieniem:
— Twierdzi pani. że Gladys Martin zamordowała z premedytacją Reksa 

Fortescue? Przykro mi, ale nie wierzę.

Nie, inspektorze. Gladys nie chciała go zabić, lecz zabiła mimo wszystko. Sam pan 

mówił, że podczas wstępnego przesłuchania była zdenerwowana, niespokojna, jak 
gdyby miała coś na sumieniu.

— Tak. Ale nie morderstwo!
Oczywiście: nie morderstwo, Nic zamierzała uśmiercić nikogo. Kiedy doprawiała 

marmoladę taksyną, w głowie jej nie postało, że to trucizna.

— Więc co sobie wyobraziła? — spytał Neele nadal z nutą powątpiewania.
— Sądziła prawdopodobnie, że chodzi o jakiś cudowny lek — odparta panna 

Marple. — Niezwykle ciekawe, inspektorze, ciekawe i pouczające są wycinki z gazet 
przechowywane przez proste dziewczęta. Od wieków wraca wciąż jedno i to sumo: 
porady kosmetyczne, sposoby na pozyskanie męskiego serca, przeróżne 
czarnoksięskie sztuczki, zaklęcia, niesamowite wydarzenia. W naszych czasach 
znaczna część tego wszystkiego dalia pod wspólny nagłówek „Wiedza”. Nikt nie 
wierzy dziś w czary, Nic wierzy, że człowiek może machnąć czarnoksięską pałeczką i 
drugiego człowieka przemienić w żabę. Jeżeli jednak gazeta zamieści wiadomość, że 
dzięki przeszczepieniu pewnych gruczołów powiodło się uczonym zmienić budowę 
tkanki i w człowieku rozwinąć cechy, zbliżone do żabich… Cóż? Każdy przyjmie to 
za dobrą monetę. Gladys czytała w prasie o środkach zmuszających do mówienia 
prawdy, więc uwierzyła, kiedy on o nich mówił.

— On? Kto? — zapytał detektyw.
— Albert Evans, młody człowiek, który rzeczywiście nazywa się inaczej. W 

każdym razie on tego lata spotkał Gladys w tej czy innej miejscowości 
wypoczynkowej, zaczął jej asystować, oświadczać się, opowiadać o jakichś swoich 
krzywdach czy prześladowaniach. Z pewnością chodziło o to, by Reksowi Fortescue 
podać cudowny środek, który zmusi go do wyznania prawdy i naprawienia szkód. 
Tego wszystkiego naturalnie nie wiem, lecz jestem prawie pewna, że się nie mylę. 
Albert Evans namówił Gladys, by postarała się o pracę w tym domu. Rozumie pan? 
Brak dziś służby domowej, więc nietrudno przyjąć posadę tam, gdzie się zechce. 
Służba nieustannie jest w ruchu, zmienia pracodawców. Dokładnie ustalili termin… 
Pamięta pan, inspektorze, ostatnią pocztówkę: „Nie zapomnij. Ufam ci”. Miał nadejść 
wielki dzień przygotowany wspólnymi siłami. Gladys doda cudownego środka do 
marmolady, którą pan Fortescue zje na śniadanie. Ona też nasypie żyta do kieszeni 
marynarki. Nie wiem, co on jej powiedział na temat żyta. Pamięta pan jednak, co 
powiedziałam o Gladys pierwszego dnia? Powiedziałam, że była to dziewczyna 
wyjątkowo łatwowierna, gotowa dać wiarę wszystkiemu, co napięcie jej przystojny 
kawaler.

— Słucham… Niech pani mówi dalej — wtrącił zdławionym głosem inspektor 

Neele.

— Cała historia polegała najprawdopodobniej na tym, że on przyjdzie do biura 

pana Fortescue, kiedy cudowny środek zacznie już działać, więc winowajca będzie 
musiał wyznać wszystko… Coś w podobnym sensie… Wyobraża pan sobie uczucia 
Gladys, gdy dowiedziała się o śmierci pracodawcy?

— W takim przypadku wyznałaby prawdę policji — zaoponował detektyw.
— Co powiedziała pierwszego dnia, kiedy pan wezwał ją na przesłuchanie? — 

zapytała szorstko starsza dama.

background image

— Powiedziała: „Ja nic złego nie zrobiłam”.
— Właśnie! podchwyciła triumfalnie panna Marple. — Coś takiego musiała 

powiedzieć. Kiedy stłukła w domu to czy owo, mówiła zawsze: „Ja tego nie zrobiłam. 
Nie mam pojęcia, proszę pani, co się stało”. Takie już one są. Są przestraszone i 
myślą tylko, żeby uniknąć nagany. Nie sądzi pan chyba, że załamana nerwowo prosta 
dziewczyna, która nieświadomie zamordowała kogoś, powie zaraz policji całą 
prawdę? Byłoby to absolutnie niezgodne z jej całą psychiką.

— Tak… Zapewne ma pani słuszność — bąknął detektyw. Przypomniał sobie 

rozmowę z Gladys Martin — jej rozbiegane oczy, niepewność, zdenerwowanie. 
Mogły to być szczegóły błahe albo bardzo ważne. Na ówczesnym etapie nie dało się 
to rozstrzygnąć. Nie jego wina, że nie potrafił wysnuć właściwych wniosków.

— Z tego, co powiedziałam, wynika — ciągnęła panna Marple — że w pierwszej 

chwili Gladys chciała wszystko zataić. Tak być musiało. Później zaczęła 
porządkować myśli w skołatanej głowie. Może Albert nie wiedział, że to aż tak silny 
środek? Może przez omyłkę dał jej zbyt dużą dozę? Pragnęła usprawiedliwić się 
jakoś, rozwikłać zagadkę. Spodziewała się, że on nawiąże z nią kontakt. Zrobił to 
oczywiście. Zatelefonował.

— Wie pani?
— Nie. Przyznaję, że to moje przypuszczenia. Tamtego dnia było kilka 

zagadkowych połączeń. Telefon dzwonił, a gdy słuchawkę podniósł Crump lub jego 
żona, nikt się nie odzywał. Tak właśnie on musiałby postąpić: czekać, póki nie pozna 
głosu Gladys, i wtedy umówić się z nią.

— Aha… Rozumiem wtrącił inspektor Neele. — Gladys miała z nim spotkanie 

umówione w dniu. kiedy umarła.

— Wszystko na to wskazuje. Pani Crump trafnie zwróciła uwagę, że tamtego dnia 

dziewczyna włożyła eleganckie nylony i swoje najlepsze pantofle. Umówiła się z 
kimś, ale niepotrzebny jej był wolny dzień. On zapowiedział się do Domku pod 
Cisami. Dlatego Gladys była zdenerwowana i podniecona. Dlatego spóźniła się z 
podaniem herbaty. Kiedy przyniosła do hallu drugą tacę, prawdopodobnie spojrzała w 
głąb korytarza ku bocznym drzwiom i spostrzegła swojego Alberta, który na migi 
dawał jej do zrozumienia, żeby się pośpieszyła. Odstawiła tacę i pobiegła na 
spotkanie.

— Wtedy on ją udusił — dodał Neele.
— Tak. Nie potrwało to nawet minuty. Cóż, nie mógł dopuścić, by Gladys zaczęła 

mówić. Musiała zginąć biedna, głupia, łatwowierna dziewczyna. Później ścisnął jej 
nos klamerką do bielizny — głos starszej damy zadźwięczał odrazą i gniewem. — W 
ten sposób wszystko zgadzało się z wierszykiem: żyto, kosy, skarbiec, bułka z 
miodem, klamerka… Zbrodniarz nie był w stanie zilustrować lepiej ptaszka, który 
służebnej oddziobał nos.

— I co? — rzucił inspektor Neele. — Najprawdopodobniej facet trafi do 

Broadmoor, więc nic uda się powiesić wariata.

— Sądzę, że uda się powiesić go, jak należy. To nie wariat, inspektorze. Od 

początku do końca postępował jak człowiek najzupełniej normalny.

Detektyw spojrzał bystro w twarz panny Marple. — Proszę posłuchać. 

Naszkicowała pani teorię, bo to teoria, chociaż powiedziała pani: „Ja wiem”. 
Dowodzi pani, że trzy zbrodnie popełnił ktoś podający się za Alberta Ewansa, kto 
poznał Gladys w jakiejś miejscowości wypoczynkowej i naiwną dziewczynę 
wykorzystał dla własnych celów. Musiał to być ktoś, kto chciał się zemścić za 
odwieczną historię z kopalnią Kos. Jak stąd wynika, sugeruje pani, że syn pani 
MacKenzie, Donald, nie padł pod Dunkierką, że żyje i ukrywa się za tym całym 
bałaganem?

background image

— Skąd znowu, inspektorze! — obruszyła się starsza dama. Nic podobnego nie 

sugeruję. Czy pan nic zdaje sobie sprawy, że historia z kosami to zasłona dymna, 
wykorzystana… Rozumie pan? Wykorzystana przy okazji przez. kogoś, kto 
dowiedział się o kosach: tych podrzuconych na biurku i tych z pasztetu. Naturalnie 
same kosy nie stanowiły zasłony. Posłużył się nimi ktoś inny, kto wiedział o tamtej 
kopalni i chciał się zemścić. Ale nie myślał o zamordowaniu Reksa Fortescue, 
usiłował go tylko nastraszyć, wytrącić z równowagi. Widzi pan, nie wierzę w 
wychowywanie dzieci dla ponurej, krwawej odpłaty. Dzieci mają na ogół dużo 
zdrowego rozsądku. Jednakże osoba, której ojca oszukano w swoim czasie, może 
nawet porzucono chorego na pewną śmierć, nie cofnie się z pewnością przed 
płataniem krzywdzicielowi złośliwych figli. Coś w tym rodzaju zaszło tu 
najprawdopodobniej, a przypadkowym zbiegiem okoliczności posłużył się morderca.

— Morderca! — powtórzył inspektor Neele. Śmiało, proszę pani. Chciałbym 

dowiedzieć się czegoś o mordercy. Któż to taki?

— Nie będzie pan naprawdę zaskoczony. Nie, inspektorze. W momencie, kiedy 

powiem, kto to zrobił lub raczej kogo podejrzewam, bo w podobnych kwestiach 
należy wyrażać się ściśle… Prawda, inspektorze?… Odkryje pan niezwłocznie, że 
takiego typu zbrodnie mógł popełnić taki właśnie człowiek: bystry, błyskotliwy, 
absolutnie pozbawiony skrupułów. Motyw stanowiły naturalnie pieniądze i to 
zapewne grube pieniądze.

— Parcival Fortescue? zapytał Neele niemal płaczliwym tonem, bo zdawał sobie 

sprawę, że charakterystyka zbrodniarza w niczym nie przypomina starszego syna 
Reksa Fortescue.

— Ach, nie! — obruszyła się starsza dama. — Nie Parcival. Lance.

background image

XXVII

— Niepodobna! —zawołał inspektor Neele.
Przez chwilę siedział bez ruchu i wpatrywał się w pannę Marple, jak gdyby go 

urzekła, zgodnie z jej zapowiedzią nie był zaskoczony. Przeczył nie 
prawdopodobieństwu jej tezy, lecz możliwości popełnienia morderstw. Lance 
odpowiaduł naszkicowanej przez starszą damę sylwetce — naszkicowanej trafnie. 
Jednakże Neele nie był w stanie pojąć, w jaki sposób on właśnie mógłby stanowić 
właściwą odpowiedź.

Panna Marple poprawiła się na krześle i rozwijała swoją teorię cicho, łagodnie, 

pouczającym tonem osoby, która tłumaczy małemu dziecku proste zadanie 
arytmetyczne.

— Lancelot Fortescue zawsze był taki. Roziume pan? Był zły, zarazem jednak 

sympatyczny i pociągający, zwłaszcza sympatyczny i pociągający dla kobiet. Ma 
błyskotliwy umysł i nie zwykł cofać się wobec ryzyka. Przez całe życie ryzykował, a 
z racji wrodzonego wdzięku ludzie dostrzegają w nim zwykle najlepsze, nie najgorsze 
strony. Latem przyjechał do kraju, aby zobaczyć się z ojcem. Na moment nie uwierzę, 
że Rex Fortescue napisał do niego albo wezwał go w jakiejkolwiek innej formie, 
chyba że pan, inspektorze, ma co do tego niezbite dowody. Panna Marple spojrzała 
pytająco na detektywa.

— Nie, proszę pani odrzekł. — Nie mam żadnego dowodu, że Rex Fortescue 

wezwał młodszego syna. Posiadam list pisany rzekomo przez Lancelota po jego 
bytności w Anglii. Naturalnie łatwo mógł ten list wsunąć między papiery ojca w dniu, 
gdy zaprezentował się w Domu pod Cisami.

— Sprytny pomysł! starsza dama skinęła głową. — Ale do rzeczy, inspektorze. 

Lance przyleciał z Afryki, próbował pogodzić się z ojcem i nic nie wskórał. Rozumie 
pan? Było to wkrótce po jego ślubie, kiedy młodemu człowiekowi przestały 
wystarczać nieznaczne zyski młodszego wspólnika firmy, uzupełniane pewno na 
rozmaite podejrzane sposoby. Naprawdę kochał Pat, nawiasem mówiąc dobrą, uroczą 
kobietkę, więc życie z nią chciał urządzić spokojnie, nie na dawną awanturniczą 
modłę. Z jego punktu widzenia wymagało to grubych pieniędzy. Podczas odwiedzin 
w Domku po Cisami usłyszał coś o kosach. Może o głupich żartach wspomniał sam 
Rex Forlescue, może Adela. Lancelot wywnioskował słusznie, że w domu musi się 
znajdować panna MacKenzie, wpadł więc na pomysł, ze uczyni z niej doskonałego 
kozła ofiarnego. Bo, widzi pan, kiedy zrozumiał, że z pojednania nic nie będzie, z 
zimną krwią zdecydował się na morderstwo. Mógł zauważyć, że Rex Fortescue… 
powiedzmy, ma nie wszystkie klepki w porządku, obawiał się więc. aby przed 
naturalną śmiercią nie przywiódł firmy do kompletnej ruiny.

— O stanie zdrowia ojca dobrze wiedział — wtrącił detektyw.
— No proszę! To niejedno wyjaśnia. Zapewne imię ojca, Rex, a także historie z 

kosami nasunęły mu pomysł wykorzystania wierszyka dla dzieci. Chciał stworzyć 
pozory obłędu, połączyć całą sprawę z dawnymi pogróżkami pani MacKenzie. 
Następnie zamierzał pozbyć się Adeli i ocalić dla firmy sto tysięcy funtów. Ale 
musiał znaleźć trzecią osobę dramatu: służebną, która „w ogrodzie wietrzy ubrań 
stos”. Może to właśnie uzupełniło szatański plan. Rozumie pan? Nieświadoma 
wspólniczka, którą da się uciszyć, nim zacznie mówić! Dzięki temu Lance zdobył 
coś, na czym mu najbardziej zależało: prawdziwe, niezbite alibi w kwestii pierwszego 
morderstwa. Reszta poszła gładko. Lancelot Fortescue przyjechał tu pociągiem przed 
piątą po południu. Kiedy Gladys przyniosła do hallu drugą tacę, uchylił boczne drzwi 
i skinął na biedną dziewczynę. Trzy, może cztery minuty stracił na uduszenie jej i 

background image

przeniesienie zwłok na podwórko, gdzie wisiała bielizna. Później zadzwonił do drzwi 
frontowych, a gdy je panna Dove otworzyła, wziął udział w familijnym 
podwieczorku. Następnie poszedł odwiedzić pannę Ramsbottom, niepostrzeżenie 
wrócił na parter i w bibliotece zastat Adelę nad ostatnią filiżanką herbaty. Podczas 
rozmowy z macochą łatwo uporał się z cyjankiem. Rozumie pan? Mała biała grudka. 
Lance mógł sięgnąć do cukiernicy i niby dosłodzić herbatę. Może roześmiał się i 
powiedział: „Spójrz! Wrzuciłem do filiżanki jeszcze jedną kostkę cukru”. Ona mogła 
odpowiedzieć, że dobrze zrobił, zamieszała herbatę, pociągnęła łyk. Historia prosta i 
śmiała, bo, inspektorze, to człowiek oprócz innych cech charakteru, niewątpliwie 
śmiały.

— Wszystko to prawdopodobne… tak, proszę pani, prawdopodobne — odparł z 

wolna inspektor Neele. — Ale nie rozumiem, doprawdy nie rozumiem, co zbrodniarz 
miał zyskać. Przyjmijmy nawet, że, gdyby nie śmierć Reksa Fortescue, firma 
zbankrutowałaby wkrótce. Czy udział Lancelota jest wystarczająco duży, by skłonić 
go do trzech morderstw? Nie wierzę, proszę pani. Nie mogę uwierzyć.

Przyznaję, inspektorze… — panna Marple zawahała się na moment. Przyznaję, że 

tu właśnie leży pewna trudność… Ale… Wybaczy pan, jestem kompletną ignorantką 
w sprawach finansowych… Czy kopalnia Kos jest naprawdę bez wartości?

Neele począł snuć refleksje. Rozmaite fragmenty tworzyły stopniowo harmonijną 

całość. Ochota, z jaką Lance chciał przyjąć od brata spekulacyjne akcje wątpliwej 
wartości. Jego dzisiejsza wzmianka o kopalni Kos. Kopalnia złota. Lipna kopalnia 
złota. „Ale czy to naprawdę koncesja nic niewarta? Prawdopodobnie tak. Trudno 
sobie wyobrazić, by stary Rcx Forlescue tak się omylił. Chyba że ostatnio dokonano 
jakiegoś odkrycia?… Gdzie właściwie jest ta kopalnia? Lance mówił o Afryce 
Zachodniej, ale ktoś inny… Aha! Panna Ramsbottom wymieniła Afrykę Wschodnia. 
Czy Lance popełnił błąd celowo, dla zmylenia śladów? Może panna Ramsbottom 
prawdziwie określiła położenie Kosa, chociaż jest siara i pamięć ma zapewne 
przytępiona. Afryka Wschodnia. Stamtąd przyjechał Lance. Mógł dowiedzieć się o 
czymś niedawno…”

Raptownie, jak gdyby z trzaskiem, nowy szczegół uzupełnił schemat. „Wagon 

kolejowy. «Times». «Odkrycie złóż uranu w Tanganice». A jeżeli te złoża odkryto na 
terenach kopalni Kos? Wszystko byłoby wtedy jasne. Lance będąc na miejscu 
dowiedział się w porę i zaczął działać. Mógł zdobyć fortunę, kolosalną fortunę!”

Inspektor Necie westchnął i spojrzał w twarz panny Marple.
— Myśli pani, że zdołam dowieść tego wszystkiego? — zapytał. — Jakim 

cudownym sposobem?

— Dowiedzie pan, inspektorze! — rzuciła starsza dama tonem zachęty, jak dobra 

ciocia, która przed egzaminem dodaje odwagi siostrzeńcowi. — Jest pan człowiekiem 
niepospolicie inteligentnym, rozumnym. Zauważyłam to od razu. Dziś wie pan „kto”, 
chodzi tylko o zgromadzenie dowodów. Na przykład w tamtej miejscowości 
wypoczynkowej ktoś może poznać fotografię Lancelota. Trudno mu będzie wówczas 
wytłumaczyć, dlaczego spędził tam tydzień podając się za Alberta Evansa.

„Słusznie — pomyślał detektyw. — Lancelot Fortescue jest błyskotliwy i 

pozbawiony skrupułów. Ale to również człowiek lekkomyślny. Podjął zbyt wielkie 
ryzyko. Dostanę go!” zakonkludował i raz jeszcze uległ wątpliwościom.

— To wszystko przypuszczenia, proszę pani — powiedział.
— Z pewnością. Ale jest pan przekonany, że trafne przypuszczenia, prawda?
— Zapewne… Miewałem już do czynienia z typami zbliżonego pokroju.
— Właśnie! Dlatego i ja jestem tak pewna swego podchwyciła panna Marple.
— Z powodu znajomości przestępców? — uśmiechnął się detektyw nie bez ironii.
— Skąd znowu… Chodzi o Pat… To urocza, szlachetna dziewczyna, z gatunku 

background image

tych, które zawsze wychodzą za łajdaków… To przede wszystkim zwróciło moją 
uwagę na Lancelota Fortescue…

— Cóż, osobiście mogę być przekonany, że to trafne przypuszczenie. Ale niejedno 

trzeba będzie wyjaśnić. Chociażby zagadkę Ruby MacKenzie. Jestem prawie 
pewien…

— I ma pan słuszność — przerwała panna Marple. — Tyle że upatrzył pan nie tę 

osobę. Proszę pomówić szczerze z. panią Parcivalową.

— Czy zechciałaby pani podać mi swoje panieńskie nazwisko? — zwrócił się 

Neele do pani Parcivalowej Fortescue.

— Czy… — Jennifer zająknęła się, zrobiła wystraszoną minę.
— Proszę się nie denerwować — podjął detektyw. — Najlepiej zawsze wyznać 

całą prawdę. Nie omylę się chyba, jeżeli powiem, że przed ślubem nazywała się pani 
Ruby MacKenzie.

— Ja… Dlaczego?… A jeżeli nawet się tak nazywałam…
— To wszystko w porządku dokończył inspektor Neele. — Kilka dni temu byłem 

w sanatorium Sosny. Rozmawiałem z pani matką.

— Jest na mnie strasznie zła powiedziała Jennifer. — Moje wizyty denerwowały ją 

tylko, więc zaniechałam ich od dawna. Biedna mateczka! Bardzo kochała mojego 
ojca.

— I wychowywała panią w melodramatycznej atmosferze zemsty, prawda?
Tak. Mnie i bratu kazała przysięgać na Biblię, że nie zapomnimy nigdy i zabijemy 

tamtego. Później poszłam do szpitala na praktykę i wkrótce zrozumiałam, że moja 
matka jest umysłowo chora.

A sama myślała pani o zemście?
— Ja? Myślałam. Rex Fortescue faktycznie zabił mojego ojca. Nie zastrzelił go 

naturalnie ani nie pchnął nożem. Nic w tym rozumieniu. Ale jestem prawie pewna, że 
opuścił go w chorobie, zostawił na pewną śmierć. To na jedno wychodzi, prawda?

— Pod kątem widzenia moralności, tak.
— Więc myślałam o zemście, chciałam się odegrać — podjęła pani Valowa. — 

Syn Reksa Fortescue zachorował na zapalenie płuc i opiekowała się nim moja 
przyjaciółka. Skłoniłam ją, by odeszła i mnie poleciła na swoje miejsce. Nie miałam 
wtedy żadnego planu. Naturalnie w głowie mi nie postała myśl o wyprawieniu na 
tamten świat Reksa Fortescue… Mętnie roiłam, że będę źle pielęgnować jego syna, 
tak źle, że Val umrze. Ale dla pielęgniarki z zawodu to przedsięwzięcie niemożliwe. 
Opiekowałam się chorym troskliwie, wyciągnęłam go z biedy, a on… Widocznie mu 
się spodobałam, bo poprosił mnie o rękę. Wtedy powiedziałam sobie: „To zemsta 
bardziej sensowna niż każda inna”. Chodziło o to, że dzięki małżeństwu z synem 
pana Fortescue odzyskam pieniądze wyszachrowane przez starego od mojego ojca. 
Uważałam, ze tak będzie rozumniej.

— Niewątpliwie — przyznał inspektor znacznie rozumniej. Domyślam się, że pani 

podrzuciła nieżywe kosy na biurko teścia i do pasztetu?

Jenniler zmieszała się, zarumieniła.
— Tak… Dziś rozumiem, że postąpiłam strasznie głupio… Ale pan Fortescue 

opowiadał o swoich dowcipnych transakcjach, chwalił się, że tego czy owego 
oszachrował najzupełniej legalnie… Cóż, chciałam mu napędzić trochę strachu. I 
napędziłam! Okropnie się denerwował. — Pani Valowa urwała, by podjąć zaraz z 
nutą zaniepokojenia: Ale nic więcej nie zrobiłam! Naprawdę, inspektorze! Nie 
podejrzewa pan chyba, że byłabym zdolna do morderstwa?

— Nie podejrzewam, proszę pani — zapewnił detektyw. — Aha… Czy ostatnio 

dawała pani jakieś pieniądze pannie Dove?

background image

Jennifer szeroko otworzyła usta.
— Skąd pan wie?
— My, proszę pani, dużo wiemy — odparł Neele i szepnął do siebie: — Niemało 

też odgadujemy.

Pani Parcivalowa ożywiła się, zaczęła mówić bardzo szybko:
— Ona przyszła do mnie i opowiedziała, jak to pan wmawiał w nią, że nazywa się 

Ruby MacKenzie. Dodała, że może utrzymywać pana w błędzie, jeżeli przyniesie to 
jej pięćset funtów. Powiedziała też, że gdy pan pozna moje prawdziwe nazwisko, 
oskarży mnie o zamordowanie teścia i jego żony. Miałam wiele kłopotu ze zdobyciem 
pieniędzy, bo naturalnie nie mogłam przyznać się Parcivalowi. On nic o mnie nie wie. 
Musiałam sprzedać zaręczynowy pierścionek z brylantem i śliczny naszyjnik, który 
podarował mi pan Fortescue.

— Proszę się nie martwić, droga pani powiedział z uśmiechem detektyw. — Liczę, 

że dzięki policji odzyska pani te pięćset funtów.

Następnego dnia inspektor Neele odbył kolejną rozmowę z panną Mary Dove.
— Ciekaw jestem, proszę pani — rozpoczął — czy zechce pani wręczyć mi czek 

na pięćset funtów płatnych do rąk pani Parcivalowej Fortescue?

Był kontent, gdyż po raz pierwszy zbił z tropu nieprzeniknioną Mary Dove.
— Idiotka wypaplała wszystko, co?
— Istotnie, panno Dove. Oskarżenie o szantaż może pociągnąć konsekwencje 

bardzo serio.

— To, inspektorze, nie był szantaż w ścisłym rozumieniu. Sądzę, że miałby pan 

niemałe trudności z dowiedzeniem mi szantażu. Raczej zaproponowałam pani 
Parcivalowej przysługę za uzgodnione wynagrodzenie.

— Jeżeli zechce pani wręczyć mi czek, z przyjemnością zapomnę o całej sprawie.
Mary Dove sięgnęła po wieczne pióro i książeczkę czekową.
— Niemiła historia — powiedziała. Mam właściwie pewne kłopoty finansowe.
— Pewno poszuka pani wkrótce innej posady?
— Tak. Ta nie spełniła nadziei, jakie w niej pokładałam. Z mojego punktu 

widzenia wszystko poszło fatalnie.

— Oczywiście — przyznał detektyw. Znalazła się pani w drażliwej sytuacji, 

prawda? W każdej chwili policję mogła zainteresować pani przeszłość.

Zarządzająca domem — znów chłodna i opanowana — wymownie podniosła brwi.
— Moja przeszłość? Doprawdy, inspektorze! Moja przeszłość jest absolutnie 

nienaganna.

— Naturalnie — zgodził się z uśmiechem detektyw. — Nic przeciwko pani nie 

mamy. A to tylko zbieg okoliczności, że w co najmniej trzech domach, którymi pani 
tak wzorowo zarządzała, zdarzyły się kradzieże w dwa albo trzy miesiące po pani 
odejściu, panno Dove. Policja odniosła wrażenie, że włamywacze byli doskonale 
poinformowani gdzie szukać cennych futer, biżuterii, takich rzeczy. Dziwny zbieg 
okoliczności, prawda?

— Zdarzają się dziwniejsze, inspektorze.
— Oczywiście, panno Dove, byle nie za często. W każdym razie zaryzykuję 

twierdzenie, że w przyszłości możemy się spotkać.

— Mam nadzieję… Proszę nie przyjąć moich słów za nieuprzejmość… Ale mam 

nadzieję, inspektorze, że takie spotkanie nie nastąpi.

background image

XXVIII

Panna Marple wyrównała rzeczy zapakowane do walizki, schowała frędzle 

wełnianego szala, zamknęła wieko. Później rozejrzała się dokoła. Nie! Nic nie 
zostawiła. Crump zgłosił się po bagaż, więc przeszła do sąsiedniego pokoju, by 
pożegnać pannę Ramsbottom.

— Obawiam się — powiedziała — że źle odwdzięczyłam się pani za gościnność. 

Może jednak potrafi pani wybaczyć mi kiedyś.

— Aha… mruknęła panna Ramsbottom zajęta pasjansem, jak zwykle. — Czarny 

walet na czerwoną damę — spod oka zerknęła na pannę Marple. — Chyba znalazła 
pani to, czego szukała?

— Tak.
— Pewno też dowiedział się o wszystkim ten jegomość z policji. I co? Potrafi 

dowieść słuszności oskarżenia?

— Potrafi. Jestem prawie pewna. Ale zajmie to jeszcze trochę czasu.
— Ja tam nie dopytuję o nic — podjęła panna Ramsbottom. Bystra z pani osoba. 

Od razu to spostrzegłam i pretensji do pani nie mam. Zbrodnia jest zbrodnią, więc 
musi zostać ukarana. Na tej rodzinie jest piętno zła, dzięki Bogu nie z naszej strony. 
Moja siostra Elwira była trochę pomylona, ale nic poza tym. Czarny walet — 
powtórzyła dotykając palcem karty. — Przystojny, ale serce czarne. Obawiałam się 
czegoś podobnego, ostatecznie jednak nie zawsze można oprzeć się uczuciu dla 
grzesznika. Chłopiec potrafił sobie radzić. Nawet mnie omotał. Skłamał, o której 
godzinie stąd wyszedł. Nie zaprzeczyłam, zaczęłam jednak podejrzewać… 
Podejrzewać od tamtej chwili. Ale to przecież syn Elwiry. Nie potrafiłam zmusić się 
do mówienia. Cóż, pani jest kobietą sprawiedliwą, a sprawiedliwość musi w końcu 
zatriumfować. Współczuję tylko jego żonie.

Ja również — szepnęła panna Marple. W hallu Pat czekała, aby się z nią pożegnać. 

Szkoda, że pani odjeżdża — powiedziała. — Będzie mi pani brakować.

— Czas na mnie — odparta starsza dama. — Zakończyłam sprawę, w której tu 

przyjechałam. Nie była przyjemna. Ale, moja droga, to ważne, bardzo ważne, aby zło 
nie odniosło zwycięstwa.

— Nie bardzo rozumiem… — bąknęła niepewnie Pat.
— Oczywiście. Prawdopodobnie jednak zrozumie pani w swoim czasie. Jeżeli 

wolno mi udzielić rady, powiem, kochane dziecko, że… że gdyby stało się coś złego, 
najlepiej zrobi pani wracając do Irlandii, kraju radosnego dzieciństwa, do koni, psów, 
wszystkiego, co tam zostało.

— Czasami żałuję, że nic postąpiłam tak, gdy umarł Freddy, lecz w takim razie… 

— głos Pul zabrzmiał miękką, tkliwą nutą — nie spotkałabym Lance’a.

Panna Marple westchnęła, a młoda kobieta mówiła dalej:
— Nie zostaniemy w Anglii, proszę pani. Jak wyjaśnią się sprawy, wrócimy do 

Afryki Wschodniej. Już cieszę się na myśl o wyjeździe.

— Niech Bóg panią błogosławi, miłe dziecko — powiedziała cicho panna Marple. 

— Trzeba wielkiej odwagi, by przeżyć jakoś życie. Myślę, że pani jej nie brak.

Pogładziła dłoń Pat Fortescue i wyszła z Domku pod Cisami do czekającej 

taksówki.

Panna Marple przybyła późnym wieczorem do domu, gdzie Kitty — wychowanka 

sierocińca — radośnie ją powitała.

— Na kolację mam śledzia, proszę pani — oznajmiła z rozpromienioną twarzą.. 

Jak to dobrze, że pani wróciła… A dom jak cacko, proszę pani. Zrobiłam regularne 

background image

wielkie porządki.

— Dziękuję, Kitty powiedziała panna Marple. — Ja też się cieszę, że jestem w 

domu.

Sześć pajęczyn pod sufitem. „One nigdy nie patrzą w górę” — pomyślała, lecz 

była zbyt zadowolona, by to wypomnieć.

— Cała poczta leży na stoliku w hallu — ciągnęła służąca. — Jeden list trafił do 

Daisy Mead przez, omyłkę. Coś takiego często się zdarza, prawda? Daisy i Dane 
wygląda trochę podobnie, a ten list ktoś zaadresował bardzo nieładnym charakterem 
pisma. Tam wszyscy wyjechali i dom był zamknięty. Dopiero jak wrócili, ktoś 
przyniósł list. Przeprosił i powiedział, że to pewnie nic ważnego.

Panna Marple sięgnęła po korespondencję. List, o którym mówiła Kitty, leżał na 

wierzchu. Mgliste wspomnienie kojarzyło się z gryzmołami i kleksami na kopercie. 
Starsza dama rozdarta ją spiesznie.

Moja Najkochańsza pani, bardzo proszę mnie przebaczyć, że pisze do 

Najkochańszej pani, ale nie wiem. co teraz zrobić i ja naprawdę nie chciałam zrobić 
nic złego. Najkochańsza pani przeczyta w gazetach, że to było morderstwo, ale 
Bogiem się świadczę, że nie moja wina, bo ja nigdy nie zrobilabym czegoś takiego 
strasznego, a pewna jestem, że i On także nie zrobiłby, to znaczy Albert. Nie umiem 
ładnie wszystkiego opisać, ale proszę Najkochańszej pani poznajomiliśmy się tego 
lata i chcieliśmy się pobrać, ale Albert nic nie miał, bo oszukał go właśnie ten pan 
Fortescue, co teraz umarł. Tylko że ten pan nic nie przyznawał, a ma się wiedzieć 
każdy jemu wierzył nie Bertowi, bo on był bogacz, a Bert biedak. Ale Bert ma 
przyjaciela, co pracuje we fabryce, gdzie robi się rozmaite leki, a też taki środek, po 
którym jak Najkochańsza pani czy tata pewnie w gazetach, człowiek musi mówić 
prawdę czy chce czy nie chce. Bert chciał pójść z adwokatem do biura pana 
Fortescue piątego listopada, a ja miałam dopilnować, żeby pan Fortescue zjadł przy 
śniadaniu to coś, po czym musiał powiedzieć prawdę, jak środek zacznie działać i 
przy tym adwokacie przyznać, że wszystko było tak, jak Bert powiada. A teraz proszę 
Najkochańszej pani pan Fortescue nie żyje, a ja dałam mu ten środek w marmoladzie 
i pewno za dużo, ale nic nie mogę powiedzieć policji, bo oni by myśleli, że Bert zrobił 
to naumyślnie, a tak nie było, bo wiem, że on nigdy by czegoś takiego nie zrobił. 
Najkochańsza pani, ja naprawdę nie wiem, co robić i co mówić i strasznie się boję, bo 
w domu pełno policjantów. Oni źle na mnie patrzą i wciąż o coś pytają, a ja nie wiem 
co robić i o Bercie nic nie wiem, bo wcale nie dal znać o sobie. Nie śmiem 
Najkochańszej pani o to prosić, ale jakby pani chciała i przyjechała tu i mnie 
pomogła, to policja uwierzyłaby pewnie Najkochańszej pani. Pisze tak, bo pani 
zawsze była dla mnie bardzo dobra, a ja przecież nie chciałam nic złego, ani On 
także. Niech Najkochańsza pani nam pomoże!

Wierna i przywiązana Gladys

P. S. Posyłam fotografię, na której jestem z Bertem. Zrobił ją jeden z chłopców tam 

gdzie byliśmy na urlopie i mnie ofiarował. Bert o tym nie wie, bo okropnie nie lubi, 
jak robić z niego zdjęcia. Ale sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny 
chłopiec.

Panna Marple przygryzła wargi i spojrzała na amatorskie zdjęcie. Młoda para stała 

zapatrzona w siebie… Panna Marple popatrzyła na pełną naiwnego uwielbienia twarz 
Gladys, na jej lekko rozchylone usta. Później przeniosła wzrok na drugą twarz śniadą, 
urodziwą, uśmiechniętą twarz Lancelota Fortescue.

Ostatnie zdanie wzruszającego listu odezwało się echem w jej myślach.
„Sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec”.

background image

Łzy zabłysły w oczach starszej damy, lecz litość ustąpiła rychło miejsca oburzeniu, 

odrazie do bezlitosnego mordercy.

Następnie oba uczucia pochłonął przypływ triumfu — triumfu naukowca, który 

zdołał odtworzyć zwierzę wygasłego gatunku na podstawie odłamka kości 
szczękowej i dwu zębów.