background image

A

GATHA

 C

HRISTIE

 

K

IESZEŃ

 

PEŁNA

 

ŻYTA

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 

ANGIELSKIEGO

: „A P

OCKET

 F

ULL

 

OF

 R

YE

background image

I

Według kolejności herbatę parzyła panna Somers — najnowsza i najbardziej nieudolna 

pośród   maszynistek.   Była   to   osoba   nie   pierwszej   już   młodości,   o   łagodnej,   wiecznie 
zatroskanej   twarzy   przypominającej   owcę.   Do   imbryka   nalała   niezupełnie   wrzącej   wody, 
gdyż biedaczka nigdy nie potrafiła rozstrzygnąć, czy woda gotuje się naprawdę, co stanowiło 
jeden z wielu kłopotów, stale zatruwających jej życie.

Panna   Somers   napełniła   filiżanki   i   podawała   je  koleżankom   zdobiąc   każdy   spodeczek 

zawilgłym herbatnikiem.

— Woda znów nie zagotowana, Somers! — skarciła ją surowo panna Griffith, energiczna 

kierowniczka   hali   maszyn,   szpakowata   pedantka   zatrudniona   w   Zjednoczonej   Agencji 
Powierniczej od lat szesnastu.

Łagodna, zakłopotana twarz panny Somers poróżowiała.
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się naprawdę.
„Somers utrzyma się tu może miesiąc, póki jesteśmy zawalone robotą — pomyślała panna 

Griffith.   —   Głupia   idiotka,   słowo   daję!   Żeby   tak   sknocić   najprostszy   list   do   Banku 
Wschodniego! Z herbatą nie może sobie poradzić, no i ostatnim razem nie zamknęła szczelnie 
puszki   na   herbatniki.   Słowo   daję!   Gdyby   nie   trudności   ze   znalezieniem   rzeczywiście 
inteligentnej maszynistki…”

Ostatnie   zdanie   nie   zostało   zakończone,   jak   w   większości   zgryźliwych   monologów 

wewnętrznych panny Griffith.

Do pokoju wkroczyła panna Grosvenor, aby przyrządzić uświęcony napój dla samego pana 

Fortescue.   Szef   miał   inny   gatunek   herbaty,   inną   zastawę   i   specjalne,   tylko   dla   niego 
przeznaczone   herbatniki.   Z   personelem   dzielił   jedynie   czajnik   oraz   wodę   z   kranu   w 
garderobie, ale tym razem wrzątek był oczywiście prawdziwym wrzątkiem. Panna Grosvenor 
dopilnowała tego osobiście.

Panna Grosvenor — olśniewająca blondynka — miała na sobie szykowny i kosztowny 

czarny kostium, a jej kształtne łydki tkwiły w najlepszych i najdroższych nylonach z czarnego 
rynku. Wracając z garderoby minęła pokój maszynistek nie obdarzając nikogo słowem ni 
spojrzeniem,   jak   gdyby   te   kobiety   były   stadem   karaluchów.   Pełniła   funkcję   osobistej 
sekretarki pana Fortescue i, zdaniem plotkarzy, nie tylko sekretarki, co nie zgadzało się z 
prawdą. Pan Fortescue zawarł niedawno powtórny związek małżeński, i żona — również 
olśniewająca — pochłaniała  całą  jego uwagę. Panna Grosvenor stanowiła  tylko  fragment 
dekoracji biura — dekoracji zbytkownej we wszystkich szczegółach i bardzo drogiej.

Pokój maszynistek minęła niosąc przed sobą tacę niby ofiarę sakralną. Przez drugi pokój i 

poczekalnię, gdzie wolno było przesiadywać co ważniejszym klientom, udała się do własnego 
miejsca   pracy   i   wreszcie   zastukała   delikatnie   do   drzwi,   aby   wstąpić   do   najważniejszego 
sanktuarium — gabinetu samego szefa.

Był   to   obszerny   pokój   o   lśniącej   posadzce   zasłanej   tu   i   ówdzie   cennymi   wschodnimi 

dywanami. Zdobiły go boazerie z jasnego drewna i kolosalnych rozmiarów fotele klubowe 
obite   jasnobrązowym   zamszem.   W   głębi,   za   ogromnym   sykomorowym   biurkiem 
stanowiącym główny akcent i centralny punkt wspaniałego gabinetu, zasiadał pan Fortescue 
w całej okazałości.

Wyglądem niezupełnie odpowiadał przepychowi otoczenia, jednakże starał się w miarę 

możliwości. Był tęgi, nalany, miał dużą łysinę i z zamiłowaniem nosił w mieście stosowne na 
wsi, luźno i wygodnie skrojone tweedy. Kiedy panna Grosvenor podpłynęła doń z wdziękiem 
łabędzia na wodzie, pan Fortescue z marsem na czole przeglądał leżące na biurku papiery. 
Sekretarka ustawiła tacę obok szefa i wycofała się oznajmiwszy oficjalnym i stłumionym 
głosem:

background image

— Herbatka, panie dyrektorze.
Obrzędową reakcję pana Fortescue stanowił w takich razach nieartykułowany pomruk.
Panna Grosvenor usiadła przy swoim biurku i zajęła się sprawami bieżącymi. Zadzwoniła 

w dwa miejsca, poprawiła kilka listów przygotowanych do podpisu dla szefa, przyjęła jeden 
telefon.

— Bardzo mi przykro,  ale na razie to niemożliwe — odpowiedziała  wyniośle.  — Pan 

Fortescue ma konferencję.

Odłożywszy słuchawkę zerknęła na zegar. Było dziesięć po jedenastej.
W tej chwili obite materacem drzwi gabinetu przeniknął niezwykły dźwięk: stłumiony, 

lecz   niewątpliwie   wyraźny   okrzyk   cierpienia   i   grozy.   Jednocześnie   brzęczyk   na   biurku 
sekretarki zaczął uporczywie sygnalizować. Panna Grosvenor zastygła w bezruchu, po czym 
przerażona i zdezorientowana dźwignęła się z krzesła. W obliczu nieoczekiwanego utraciła 
kompletnie   równowagę,   mimo   to   jednak   z   normalną,   posągową   godnością   postąpiła   ku 
drzwiom, zastukała i weszła do sanktuarium.

Widok, jaki przedstawił się jej oczom, nie był krzepiący. Pracodawca, który siedział za 

biurkiem, sprawiał wrażenie człowieka cierpiącego, a na jego konwulsyjne drgawki strach 
było spojrzeć.

— Ach, panie dyrektorze! Czy pan chory? — powiedziała panna Grosvenor i momentalnie 

uprzytomniła sobie bezsens własnego pytania.

Pan Fortescue był  niewątpliwie bardzo poważnie chory.  Całym  jego ciałem wstrząsały 

bolesne, spazmatyczne dreszcze. Z ust dobywał się urywany, zdławiony bełkot.

— Herbata… Co u diabła?… Co pani podała w herbacie?… Pomocy!…. Lekarza!…
Panna   Grosvenor   umknęła   z   gabinetu.   Nie   była   już   wyniosłą   złotowłosą   sekretarką. 

Odmieniła się nagle w przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła głowę. W pokoju 
maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie:

— Pan   Fortescue   dostał   jakiegoś   ataku!…   Umiera!…   Trzeba   zaraz   wezwać   lekarza… 

Wygląda okropnie… Kona!

Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna.
— Jeżeli to epilepsja, trzeba mu włożyć korek w usta — doradziła panna Bell, najmłodsza 

z maszynistek. — Kto ma korek?

Nikt nie miał korka.
— W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja — orzekła panna Somers.
— Musimy wezwać doktora. Niezwłocznie! — podchwyciła panna Griffith, ale tym razem 

nie dopisała jej zwykła zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy panny Griffith 
nigdy nie trzeba było wzywać lekarza do biura.

Naturalnie miała swojego doktora, ale ten mieszkał w Streatham Hill. Czy jakiś inny jest 

osiągalny w niedalekim sąsiedztwie?

Tego nikt nie wiedział. Panna Bell chwyciła książkę telefoniczną, aby szukać lekarzy pod 

„L”.   Jednakże   nie   miała   ona   układu   branżowego   i   lekarze   nie   byli   uszeregowani   niby 
taksówki na postoju. Ktoś napomknął o szpitalu — ale jakim?

— Musi   to   być   szpital   właściwy   —   powiedziała   panna   Somers.   —   Inaczej   nikt   nie 

przyjedzie. W Społecznej Służbie Zdrowia obowiązuje rejonizacja.

Propozycja,   aby   zadzwonić   pod   numer   „999”,   zgorszyła   kierowniczkę   hali   maszyn. 

Policja! Inne komplikacje! Także pomysł! Jak na kraj, w którym opieka lekarska przysługuje 
wszystkim   obywatelom,   ta   grupa   nie   najgłupszych   kobiet   zdradzała   zadziwiającą 
nieznajomość   metod   postępowania.   Panna   Bell   wzięła   się   do   szukania   Stacji   Pogotowia 
Ratunkowego pod „P”.

— Pan Fortescue ma własnego doktora. Jego adres musi być gdzieś zanotowany.
Ktoś skoczył po osobisty skorowidz adresowy szefa. Panna Griffith poleciła gońcowi, by 

natychmiast sprowadził lekarza — jakiegokolwiek, skądkolwiek — a następnie w osobistym 

3

background image

skorowidzu   znalazła   nazwisko   sir   Edwina   Sandemana   ordynującego   przy   Harley   Street. 
Panna   Grosvenor   siedziała   bezradnie   w   fotelu   i   zawodziła,   znacznie   mniej   dbając   o 
wytworność niż w normalnych warunkach.

— Herbatę zaparzyłam, jak zawsze… Bogiem się świadczę!… Z pewnością nic nie było w 

herbacie…

— Nic nie było w herbacie? panna Griffith urwała; jej ręka zastygła na tarczy aparatu 

telefonicznego. Czemu pani to mówi?

— On tak powiedział… pan Fortescue… Zapytał, co mu podałam w herbacie.
Palec panny Griffith począł błądzić niepewnie między literami wywoławczymi telefonu sir 

Edwina Sandemana a numerem „999”.

— Trzeba mu dać musztardy z wodą. I to już! — zawołała panna Bell, osoba młoda, więc 

usposobiona optymistycznie. — Czy jest musztarda w biurze?

W biurze nie było musztardy.
Niebawem jednak dwa samochody do przewozu chorych nadjechały z dwu przeciwnych 

stron i doktor Isaacs z Bethnal Green oraz sir Edwin Sandeman spotkali się w windzie. Nie 
zawiódł ani telefon, ani goniec Zjednoczonej Agencji Powierniczej.

background image

II

W sanktuarium pana Fortescue miejsce za ogromnym sykomorowym biurkiem zajmował 

inspektor Neele. Jeden z jego podwładnych siedział spokojnie pod ścianą, tuż obok drzwi. W 
ręku trzymał notatnik.

Inspektor Neele miał dziarską, wojskową postawę i sztywne kasztanowate włosy zaczesane 

do góry nad nieco zbyt niskim czołem. Kiedy rzucał zwrot: „To sprawa czysto formalna” — 
ktoś   mógłby   pomyśleć:   „Naturalnie!   Sprawy   czysto   formalne   to   wszystko,   co   jest   ci 
dostępne”. Ten ktoś myliłby się bardzo. Pod pozorną tępotą inspektor Neele krył wyobraźnię i 
umiejętność myślenia, a do jego metod śledczych należało tworzenie fantastycznych teorii 
odnośnie do winy osoby przesłuchiwanej w danym momencie.

Od razu dostrzegł niezawodnym okiem w pannie Griffith kobietę najbardziej powołaną do 

zwięzłego przedstawienia sytuacji, w której wyniku on zasiadł przy sykomorowym biurku. 
Istotnie   panna   Griffith   opuściła   gabinet   po   wyczerpującym   zrelacjonowaniu   porannych 
wydarzeń. Detektyw stworzył wówczas trzy odmienne błyskotliwe teorie tyczące racji, dla 
których  wytrawna  kierowniczka hali maszyn  mogłaby zaprawić trucizną  przedpołudniową 
herbatę   szefa.   Stworzył   owe   teorie   i   w   charakterystyczny   dla   siebie   sposób   odrzucił   je 
niezwłocznie, jako wysoce nieprawdopodobne.

Zastanawiając   się   nad   panną   Griffith   sformułował   następujące   wnioski:   a)   to   nie   typ 

trucicielki,   b)   nie   miała   romansu   z   pracodawcą,   c)   nie   zdradza   objawów   zakłóceń 
psychicznych,   d)   nie   sprawia   wrażenia   osoby   zawziętej   i   mściwej.   Takie   rozumowanie 
skutecznie wyeliminowało kierowniczkę hali maszyn, pozostawiając ją w śledztwie jedynie 
jako źródło ścisłych informacji.

Detektyw   zerknął   na   telefon,   gdyż   lada   moment   oczekiwał   wiadomości   ze   szpitala 

Świętego   Judy.   Oczywiście   istniała   możliwość,   iż   nagłe   zasłabnięcie   pana   Fortescue 
wywołała jakaś przyczyna naturalna.

Nie sądzili tak jednak ani doktor Isaacs z Bethnal Green, ani sir Edwin Sandeman z Harley 

Street.

Inspektor Neele nacisnął brzęczyk umieszczony dogodnie w bliskości lewej ręki i wyraził 

życzenieby zgłosiła się osobiście sekretarka pana Fortescue.

Panna Grosvenor odzyskała równowagę, lecz w bardzo znikomym stopniu. Do gabinetu 

weszła   lękliwie,   bez   zwykłego   jej   wdzięku   łabędzia   na   wodzie,   i   z   miejsca   zastosowała 
taktykę obronną.

— Ja tego nie zrobiłam! — oznajmiła.
— Nie zrobiła pani? — bąknął półgębkiem detektyw i wskazał sekretarce krzesło, które 

zajmowała zwykle, gdy szef dyktował listy.

Obecnie,   bez   bloku   w   ręku,   czulą   się   nieswojo.   Usiadła   z   ociąganiem   i   podejrzliwie 

patrzała na inspektora, który tasując w myślach hipotezy: „Uwiedzenie? Szantaż? Platynowa 
blondynka na sali rozpraw?”, sprawiał wrażenie nieszkodliwego i chyba głupawego…

— W herbacie nic nie było — podjęła panna Grosvenor — Nic być nie mogło.
— Zapewne… Pani nazwisko i adres?
— Irena Grosvenor. Rushmoor Street 14, Muswell Hill. Inspektor Neele z zadowoleniem 

skinął  głową   i  pomyślał:  „Nie   ma  mowy  o  uwiedzeniu  ani   aferze   miłosnej.  Dziewczyna 
mieszka z pewnością w solidnym domu, przy rodzicach. Szantaż też w grę nie wchodzi”. W 
ten sposób odpadł szereg drobnych teorii roboczych.

— Pani parzyła dziś herbatę dla pana Fortescue? — zapytał uprzejmie detektyw.
— Nikt inny nie mógł… To jest, chciałam powiedzieć, że ja robię to codziennie.
Filiżanka, spodek oraz imbryk  zostały już zapakowane i odesłane dokąd należy, celem 

przeprowadzenia   analizy.  Teraz  detektyw   omawiał   bez   pośpiechu   rytuał   przyrządzania 

5

background image

przedpołudniowej herbaty i upewniał się stopniowo, że tylko panna Grosvenor posługiwała 
się   wymienionymi   przedmiotami.   Z   czajnika   korzystały   uprzednio   maszynistki,   lecz 
sekretarka napełniła go powtórnie wodą z kranu w garderobie.

— A sama herbata? — zapytał inspektor Neele.
— Jest  przeznaczona   wyłącznie   dla   pana   Fortescue.   To   specjalny   chiński   gatunek. 

Trzymam ją na półce w moim pokoju, sąsiadującym bezpośrednio z gabinetem.

Detektyw skinął znów głową i zapytawszy o cukier usłyszał, że pan Fortescue pija herbatę 

nie słodzoną.

Zadzwonił telefon. Inspektor Neele sięgnął po słuchawkę.
— Szpital Świętego Judy? — zapytał z lekko zmienionym wyrazem twarzy i zwrócił się 

do jasnowłosej sekretarki: — Na razie dziękuję pani.

Odprawiona tak młoda osoba spiesznie wycofała się z gabinetu.
Inspektor słuchał uważnie beznamiętnego skrzeczącego głosu i od czasu do czasu kreślił 

jakieś zagadkowe znaki w rogu leżącego przed nim bibularza.

— Aha,   zmarł   pięć   minut   temu   —  powiedział   i   zerknąwszy   na  zegar   napisał   szybko: 

dwunasta czterdzieści trzy.

Beznamiętny głos oznajmił, że sam doktor Bernsdorff chce mówić z inspektorem Neele.
— Dobrze. Proszę mnie z nim połączyć — odparł zwięźle detektyw i chyba zgorszył nieco 

właścicielkę głosu, który w ostatnim zdaniu zabrzmiał tonem urzędowego szacunku.

Nastąpiły szumy, trzaski, odległe nieartykułowane pomruki. Inspektor czekał cierpliwie i 

odsunął nieco słuchawkę od ucha dopiero wówczas, gdy huknął w niej głęboki bas.

— Jak się miewasz, Neele, stary sępie! I co? Znów spotykamy się nad zwłokami!
Inspektor Neele i profesor Bernsdorff ze szpitala Świętego Judy zetknęli się przed z górą 

rokiem przy okazji pewnej sprawy o otrucie i od tej pory utrzymywali przyjacielskie stosunki.

— Dowiedziałem się, doktorze, że nasz człowiek nie żyje.
— A nie żyje. Kiedy przywieziono go tutaj, nie było ratunku.
— Przyczyna zgonu?
— Oczywiście   przeprowadzimy   sekcję.   Ciekawy   przypadek,   bardzo   ciekawy.   Kontent 

jestem, że coś takiego mnie się trafiło.

Ton fachowego zadowolenia w donośnym głosie Bernsdorffa dawał wiele do myślenia.
— Jak   widzę,   jesteś   zdania,   że   nie   była   to   śmierć   naturalna   —   powiedział   obojętnie 

detektyw.

— Ma się rozumieć, że nie — wrzasnął doktor i dodał z nieco spóźnioną przezornością. — 

Oczywiście wypowiadam się na ten temat nieoficjalnie.

— Rzecz zrozumiała. Otrucie, prawda?
— Niewątpliwie. A co więcej… To znów wypowiedź nieoficjalna, tylko między nami… A 

co więcej, gotów jestem trzymać zakład, jakiej użyto trucizny.

— Czyżby?
— Aha. Użyto, mój stary, taksyny. Rozumiesz? Taksyny!
— Jak żyję, o czymś takim nie słyszałem.
— Nic   dziwnego.   To   niezwykła   trucizna.   Rzeczywiście   bardzo   niezwykła.   Powiem 

otwarcie,   że   nawet   mnie   nie   przyszłaby   na   myśl,   gdyby   nie   wypadek   sprzed   trzech   czy 
czterech tygodni. Dwoje dzieci urządzało podwieczorek dla lalek. Rozumiesz? Narwały jagód 
cisa i zastąpiły nimi herbatę.

— Więc ta twoja taksyna znajduje się w jagodach cisa?
— W jagodach, a także w igłach. Substancja mocno trująca, naturalnie alkaloid. Chyba nie 

słyszałem o przypadku rozmyślnego jej użycia. Interesująca historia i nad wyraz oryginalna. 
Nie   masz   wyobrażenia,   Neele,   jak   człowieka   nudzą   te   same   wciąż   klasyczne   preparaty 
chwastobójcze. Ale taksyna to prawdziwy specjał! Rzecz oczywista, mogę być w błędzie. Nie 
powołuj się na mnie, broń Boże! Ale nie sądzę, żeby tak było. Historia ciekawa też dla ciebie, 

background image

odbiegająca od rutyny.

— Masz na myśli, że dobra zabawa czeka wszystkich, oprócz denata?
— Właśnie! Biedaczysko! Jemu szczęście nie dopisało — przytaknął doktor Bernsdorff 

zdawkowym tonem.

— Powiedział coś przed śmiercią?
— Twój podwładny siedział nad nim z notatnikiem w garści. On poda ci szczegóły. Facet 

mamrotał coś o herbacie. Podobno mówił, że otruto go herbatą w biurze. Oczywisty nonsens!

— Dlaczego nonsens? — obruszył się zawiedziony inspektor, który oczyma  wyobraźni 

oglądał   już   efektowną   pannę   Grosvenor,   przyrządzającą   dla   szefa   tradycyjny   napój   z 
nietradycyjnym dodatkiem cisowych jagód.

— Dlatego, że taksyna nie mogła dać o sobie znać tak szybko. Podobno objawy wystąpiły 

bezpośrednio po wypiciu herbaty, prawda?

— Tak wszyscy twierdzą.
— Hm, bardzo niewiele trucizn działa błyskawicznie, z wyjątkiem oczywiście cyjanku i 

może nikotyny w czystym stanie.

— Jesteś pewien, że to nie był cyjanek albo nikotyna?
— Mój drogi! W takim przypadku facet umarłby przed przybyciem lekarza. O cyjanku 

albo nikotynie nie ma mowy. Podejrzewałem strychninę, ale konwulsje wyglądały całkiem 
nietypowo.  Oczywiście  mówię  nadal prywatnie,  ale  gotów  jestem ręczyć  swoją reputacją 
zawodową, że chodzi o taksynę.

— Po jakim czasie to paskudztwo działa?
— Zależy.  Po godzinie, dwu, trzech. Nieboszczyk wygląda na nie lada żarłoka. Zwłokę 

mogło wywołać solidne śniadanie.

— Śniadanie, mówisz? — podchwycił inspektor z nutą zastanowienia w głosie — Racja! 

Wszystko wskazuje na śniadanie.

— Śniadanie u Borgiów — roześmiał się pogodnie Bernsdorff. — No, pomyślnych łowów, 

stary.

— Serdeczne dzięki, doktorze. Chciałbym jeszcze pogadać z moim sierżantem.
Powtórzyły się szmery, trzaski, zgrzyt. Wreszcie inspektor złowił uchem ciężkie sapanie, 

jakim sierżant Hay zwykł poprzedzać każdą rozmowę.

— Pan inspektor?
— Aha. Neele przy telefonie. Czy denat powiedział coś, o czym powinienem wiedzieć?
— Mówił o herbacie. Niby, że go struli herbatą w biurze. Ale pan doktor twierdzi…
— Wiem. Nic więcej?
— Nic,   panie   inspektorze.   Ale   jest   dziwna   sprawa.   Naturalnie   przejrzałem   kieszenie 

ubrania, które nieboszczyk miał na sobie. Znalazłem to, co zawsze: chustkę do nosa, klucze, 
bilon, portfel. Zastanowiła mnie tylko prawa kieszeń marynarki. Było w niej zboże.

— Zboże?
— Tak jest, proszę pana inspektora.
— Jak to zboże? Płatki owsiane lub pszenne? Coś z rzeczy, które jada się na śniadanie? A 

może kukurydza czy jęczmień?

— Zgadza się, panie inspektorze. To było ziarno, na mój rozum żyto… Dużo żyta…
— Hm… Szczególna historia… Może chodzi o próbkę towaru objętego jakąś transakcją 

handlową.

— Ma się rozumieć, panie inspektorze. Ale byłem zdania, że warto o tym zameldować.
— Zupełnie słusznie, Hay.
Inspektor Neele odłożył słuchawkę i przez długą chwilę siedział bez ruchu, zapatrzony 

przed siebie. Jego systematyczny umysł wędrował od pierwszej do drugiej fazy śledztwa — 
od podejrzeń do pewności otrucia. Profesor Bernsdorff wypowiedział się nieoficjalnie, ale to 
ktoś, kto nie zwykł mylić się w sądach. Rex Fortescue został zamordowany. Truciznę podano 

7

background image

mu na jedną do trzech godzin przed wystąpieniem pierwszych objawów. W takim razie cały 
personel biura jest zapewne niewinny.

Detektyw wstał i udał się do pokoju, gdzie praca szła opieszale i maszyny klekotały w 

zwolnionym tempie.

— Proszę pani — zwrócił się do panny Griffith — mógłbym zamienić z panią jeszcze 

kilka słów?

— Naturalnie,   panie   inspektorze.   Czy   paniom   wolno   wyjść   na   obiad?   Normalna   pora 

przerwy dawno minęła. A może życzy pan sobie, żeby tutaj sprowadzić posiłek?

— Nie. Panie mogą wyjść na obiad, pod warunkiem, że wszystkie wrócą.
— Rzecz oczywista.
Panna Griffith poszła za detektywem do gabinetu szefa, gdzie zasiadła na krześle, spokojna 

i energiczna jak zawsze.

— Otrzymałem wiadomość ze szpitala Świętego Judy — rozpoczął bez ostrożnego wstępu 

inspektor Neele. — Pan Fortescue zmarł o dwunastej czterdzieści trzy.

Panna Griffith nie wydawała się zaskoczona nowiną. Lekko pochyliła głowę.
— Miałam   wrażenie,   że   zachorował   bardzo   ciężko   —   powiedziała.   „Niewiele   ją   to 

obeszło” pomyślał detektyw i podjął:

— Zechce mnie pani poinformować o domu i stosunkach rodzinnych denata?
— Chętnie,   panie   inspektorze.   Usiłowałam   już   połączyć   się   telefonicznie   z   panią 

Fortescue. Odpowiedziano mi, że zapewne gra w golfa. W domu nie spodziewają się jej na 
obiad. Nie wiedzą też, na jakim może być polu. Widzi pan ciągnęła tonem wyjaśnienia — 
państwo Fortescue  mieszkają  w   Baydon  Heath,  niedaleko  trzech   bardzo  znanych  klubów 
golfowych.

Inspektor   ze   zrozumieniem   skinął   głową.   Oczywiście   wiedział,   że   w   Baydon   Heath 

rezydują niemal wyłącznie bogacze ze sfer handlowych. Osiedle ma doskonałą komunikację 
kolejową, leży o niespełna dwadzieścia mil od centrum Londynu i stosunkowo łatwo dotrzeć 
tam samochodem nawet w godzinach rannego i popołudniowego szczytu.

— Proszę o bliższy adres i numer telefonu.
— Telefon Baydon Heat 3400. Posiadłość nosi nazwę Domek pod Cisami.
— Co   takiego?   —   detektyw   dał   wyraz   spontanicznemu   zdumieniu.   —   Jak   pani 

powiedziała? Domek pod Cisami?

— Tak, panie inspektorze — kobieta spojrzała nań ze zdziwieniem, lecz detektyw zdążył 

się już opanować.

— Proszę o charakterystykę stosunków rodzinnych zmarłego.
— Pani Fortescue jest drugą żoną, znacznie od męża młodszą. Pobrali się jakieś dwa lata 

temu. Pierwsza żona nie żyje od dawna. Z tamtego małżeństwa są dwaj synowie i córka. W 
Domku pod Cisami mieszka córka, a także starszy syn, wspólnik firmy. Niestety jest obecnie 
na północy w sprawach handlowych. Powinien wrócić jutro.

— Kiedy wyjechał?
— Przedwczoraj.
— Próbowała pani nawiązać z nim kontakt?
— Tak. Kiedy pana Fortescue zabrano do szpitala, połączyłam się z hotelem Midland w 

Manchesterze,   gdzie   miał   się   zatrzymać.   Niestety   wyjechał   już   z   samego   rana, 
prawdopodobnie do Sheffield albo Leicester, ale nie jestem pewna. Mogę panu dać nazwy 
kilku firm, które chyba zamierzał odwiedzić.

„Niewątpliwie osoba zaradna i bystra. Gdyby zechciała uśmiercić szefa, załatwiłaby to 

sprawnie” — pomyślał inspektor Neele, lecz zaniechał wszelkich teoretycznych rozważań, 
aby skupić uwagę na sytuacji domowej pana Fortescue.

— Wspomniała pani o drugim synu, prawda?
— Tak. Miał jakieś nieporozumienia z ojcem i teraz przebywa za granicą.

background image

— Czy obydwaj są żonaci?
— Tak. Pan Parcival od trzech lat. Zajmują z żoną samodzielny apartament w Domku pod 

Cisami. Wkrótce przeprowadzą się do własnego domu, również w Baydon Heath.

— Niedawno   telefonowała   pani   do   Baydon   Heath.   Czy   pani   Parcivalowej   nie   było   w 

domu?

— Nie było. Pojechała na cały dzień do Londynu. Pan Lancelot ożenił się niespełna rok 

temu z wdową po lordzie Fryderyku Anstice. Zapewne widywał pan jej zdjęcia, na przykład 
w „Tatlerze”, z końmi wyścigowymi i podczas zawodów hipicznych.

Twarz panny Griffith ożywiła się nieco, jej głos zadźwięczał nutką podniecenia. Neele — 

niezły znawca natury ludzkiej — pojął, że małżeństwo w takim stylu poruszyło snobistyczne i 
romantyczne uczucia starszawej biuralistki. Zawsze co arystokracja, to arystokracja, a panna 
Griffith nie musiała wiedzieć, że nieboszczyk lord Fryderyk Anstice cieszył się nie najlepszą 
reputacją na torach wyścigowych. Palnął sobie w łeb tuż przed niemiłym dochodzeniem w 
sprawie pewnej gonitwy z udziałem należącego doń konia. Inspektor słyszał tez coś niecoś o 
lady Anstice, córce irlandzkiego para, której pierwszym mężem był lotnik poległy w Bitwie o 
Anglię. Trzecim został widać wyrodny syn rodziny Fortescue — gdyż Neele nie wątpił, że 
nieporozumienia z ojcem, o których wspomniała mimochodem panna Griffith, miały związek 
z jakąś czarną plamą w życiorysie młodego człowieka.

Lancelot Fortescue! Co za pomysł! A starszego nazwano Parcival! Detektyw zainteresował 

się osobą pierwszej pani Fortescue. Jaka to mogła być kobieta? W każdym razie zdradzała 
szczególne upodobania w zakresie wyboru imion.

Przyciągnął   bliżej   aparat   telefoniczny   i   nakręciwszy   TOL   —   litery   wywoławcze 

międzymiastowej — poprosił o Baydon Heath 3400. Niezwłocznie odezwał się męski głos.

— Chciałbym mówić z panią Fortescue albo panną Fortescue — powiedział Neele.
— Niestety, żadnej z pań nie ma w domu.
Głos wydał się inspektorowi trochę zapijaczony.
— Czy pan jest kamerdynerem?
— Tak. Zgadza się.
— Pan Fortescue ciężko zachorował.
— Wiem. Dzwonili już z biura. Ale co ja mogę poradzić? Pan Val wyjechał na północ, a 

pani Fortescue gra w golfa, nie bardzo wiem gdzie. Pani Valowa jest w Londynie; wróci na 
kolację. Panna Elaine poprowadziła na wycieczkę swoje małe skautki.

— Nie ma w domu nikogo, z kim mógłbym porozmawiać o nagłym zasłabnięciu pana 

Fortescue? To sprawa bardzo pilna.

— Hm… Czyja wiem? — w głosie zabrzmiało wahanie. — Jest panna Ramsbottom, ale 

ona nigdy nie podchodzi do telefonu… Albo panna Dove… że się tak wyrażę, zarządzająca 
domem.

— Niech pan poprosi pannę Dove.
— Postaram się ją znaleźć — powiedział kamerdyner.
Detektyw słyszał jego oddalające się kroki. Po upływie paru minut odezwał się w telefonie 

kobiecy głos.

— Mówi Dove.
Głos był niski, opanowany, wymowa bardzo staranna. Inspektor stworzył sobie korzystny 

obraz panny Dove.

— Z przykrością muszę panią zawiadomić, że pan Fortescue umarł w szpitalu Świętego 

Judy. Jak pani wiadomo, zasłabł nagle w biurze. Bardzo mi zależy ma porozumieniu się z 
rodziną.

— Oczywiście. Nie mam doprawdy pojęcia… — panna Dove nie dokończyła zdania; jej 

głos   nie   zdradzał   głębszych   uczuć,   brzmiał   jednak   nutą   zaskoczenia   i   zdziwienia.   — 
Wszystko fatalnie się składa. Należałoby nawiązać kontakt z panem Parcivalem Fortescue, 

9

background image

który bez wątpienia zajmie się nieodzownymi formalnościami. Może go pan znaleźć w hotelu 
Midland w Manchesterze albo w hotelu Grand w Leicester. Ewentualnie niech pan spróbuje 
zatelefonować   do   Shearera   i   Bondsa   w   Leicester.   Nie   znam   numeru,   ale   wiem,   że   pan 
Parcival miał ich odwiedzić. Chyba będą mogli poinformować pana, gdzie go dziś trzeba 
szukać. Pani Fortescue z pewnością wróci na kolację, może nawet na podwieczorek. Przeżyje 
straszny wstrząs. Śmierć nastąpiła chyba całkiem nagle? Pan Fortescue na nic się nie uskarżał 
przed wyjazdem z domu.

— Widziała go pani przed wyjazdem?
— Tak, proszę pana. Co to było? Serce?
— Czy pan Fortescue cierpiał na dolegliwości sercowe?
— Nie… O niczym takim nie słyszałam. Ale nagły zgon nasuwa przypuszczenie… — 

Panna Dove znów nie dokończyła zdania. — Czy pan mówi ze szpitala Świętego Judy? Jest 
pan lekarzem?

— Nie, proszę pani. Nie jestem lekarzem. Mówię z gabinetu pana Fortescue. Inspektom 

Neele z Wydziału Śledczego. Postaram się możliwie zaraz przyjechać do Baydon Heath i 
porozmawiać z panią.

— Inspektor… Z Wydziału Śledczego… Czy?… Co to znaczy, proszę pana?
— W grę wchodzi nagła śmierć. W podobnych razach, proszę pani, my pojawiamy się na 

scenie, zwłaszcza jeżeli zmarły nie znajdował się ostatnio pod stałą opieką lekarską, co w 
danym przypadku miało chyba miejsce…

Inspektor ledwie zaznaczył ton pytający, lecz panna Dove odpowiedziała żywo:
— Tak.   Naturalnie.   Parcival   dwa   razy   zamawiał   dla   ojca   wizytę   u   doktora.   Ale   pan 

Fortescue nie chciał o tym słyszeć. Nie zachowywał się rozsądnie. Cała rodzina niepokoiła się 
o niego… — zarządzająca domem urwała raz jeszcze, aby wnet podjąć uprzednim, chłodnym 
tonem: — Co mam powiedzieć pani Fortescue, jeżeli wróci, nim pan zdąży przyjechać?

„Rzeczowa i praktyczna osoba” — pomyślał detektyw i dodał głośno:
— Proszę powiedzieć, że z powodu nagłej śmierci nieuniknione są pewne pytania… To 

sprawa czysto formalna — zakończył o odłożył słuchawkę.

background image

III

Inspektor Neele odsunął aparat telefoniczny i bystrym wzrokiem zmierzył pannę Griffith.
— Więc rodzina niepokoiła się ostatnio o pana Fortescue. Wysyłała go do lekarza? Nic mi 

pani nie mówiła.

— Nie   pomyślałam   o   tym   odparła   biuralistka.   —   Zresztą   nie   sądziłam   nigdy,   by  pan 

Fortescue był naprawdę chory.

— Nie chory?… Więc co?
— Jakiś dziwny… Hm… Inny niż dawniej… Zachowywał się w sposób szczególny.
— Martwił się o coś?
— On? Nie… My martwiliśmy się o niego. Detektyw czekał cierpliwie dalszego ciągu.
— Trudno to wytłumaczyć w sposób prosty — podjęła panna Griffith. — Miewał zmienne 

nastroje. Czasami zachowywał się hałaśliwie. Parę razy odniosłam, doprawdy, wrażenie, że 
chyba   sobie   popił.   Chwalił   się,   opowiadał   rozmaite   cudaczne   historie,   z   całą   pewnością 
nieprawdziwe.   Ale   to   nie   wszystko.   Pracuję   tu   od   lat   i   przez   prawie   cały   ten   czas   pan 
Fortescue   był   powściągliwy…   powściągliwy   i   bardzo,   bardzo   oszczędny.   Ale   ostatnio 
zupełnie się zmienił. Stał się gadatliwy i, można powiedzieć, szastał pieniędzmi. Kiedy nasz 
goniec wybierał się na pogrzeb babki, szef zawołał go do gabinetu, dał chłopcu banknot 
pięciofuntowy i zanosząc się śmiechem doradził  mu, aby tę sumę  postawił na fuksa, nie 
faworyta.   Był,   że   się   tak   wyrażę,   całkiem   niepodobny   do   samego   siebie.   Tyle   mogę 
powiedzieć, panie inspektorze.

— Może go coś dręczyło?
— Dręczyło? Nie… Raczej zdawać się mogło, że oczekuje czegoś radosnego… jakichś 

pomyślnych wydarzeń,

— Na przykład wielkiej i korzystnej transakcji — podpowiedział Neele.
— Właśnie, panie inspektorze — przyznała z przekonaniem panna Griffith. — Zdawać się 

mogło, że nie obchodzą go powszednie sprawy. Był ożywiony, podniecony. Odwiedzali go 
jacyś dziwni interesanci, ludzie, jacy nigdy tu dawniej nie przychodzili. Pan Parcival okropnie 
się tym trapił.

— Aa… Okropnie się tym trapił.
— Tak, panie inspektorze. Zawsze był faworytem ojca, który ufał mu bez zastrzeżeń, liczył 

na niego. Ale ostatnio…

— Ostatnio jakoś się nie zgadzali, prawda? — podchwycił detektyw.
— Cóż, rozmaite posunięcia pana Fortescue wydawały się nierozsądne panu Parcivalowi. 

To człowiek bardzo ostrożny, rozważny. Był zły, gdy ojciec nagle przestał się z nim liczyć.

— I stąd wynikła kłótnia — sondował dalej inspektor Neele.
— Kłótnia?….   Nie   słyszałam   o   żadnej   kłótni.   Tyle   że   pan   Fortescue   był   całkiem 

niepodobny do siebie, kiedy tak krzyczał.

— Krzyczał? Nie może być! A co wtedy mówił?
— Wpadł do hali maszyn i…
— Więc wszystkie panie to słyszały?
— Tak… Oczywiście.
— Ubliżał synowi? Klął? Skarżył się na niego? Co Parcival wtedy zrobił?
— Chodziło   raczej   o   coś,   czego   nie   chciał   zrobić.   Ojciec   nazywał   go   gryzipiórkiem, 

marnym urzędniczyną, który nie ma szerokich horyzontów, nie wie, jak załatwia się wielkie 
interesy. Krzyczał: „Sprowadzę do kraju Lancelota. On wart dziesięciu takich jak ty. No i 
ożenił   się   dobrze.   Ma   rozmach.   Nie   szkodzi,   że   raz   zdarzyło   mu   się   wejść   w   kolizję   z 
prawem”. Mój Boże! O tym nie powinnam mówić.

Panna   Griffith,   która,   jak   niejedna   osoba   przed   nią,   uległa   zręcznym   manewrom 

11

background image

inspektora, odczuła teraz spóźnione skrupuły.

— Nie ma się czym przejmować — pocieszył ją detektyw. — To chyba dawna sprawa?
— O tak! Bardzo dawna. Pan Lance był wtedy młody, lekkomyślny. Nie orientował się, co 

właściwie robi.

Inspektor Neele wielekroć wysłuchiwał podobnych opinii i nie zgadzał się z nimi. Nie 

podjął wszakże dyskusji, aby bez przeszkód prowadzić dalsze przesłuchanie.

— Chciałbym usłyszeć coś więcej o personelu biura — podjął spokojnie.
Panna Griffith pragnęła zatuszować własną niedyskrecję, więc nie skąpiła informacji o 

pracownikach Zjednoczonej Agencji Powierniczej. Kiedy skończyła, detektyw podziękował i 
oznajmił, że chciałby raz jeszcze porozmawiać z panną Grosvenor.

Wywiadowca Waite zastrugał ołówek i napomknął posępnie, że to eleganckie biuro. Objął 

spojrzeniem okazałe fotele klubowe, kolosalne biurko, dyskretne oświetlenie.

— I   wszyscy   mają   tu   fasonowe   nazwiska   —   ciągnął.   —   Grosvenor   to   całkiem   po 

książęcemu. Fortescue też brzmi nielicho.

— Ojciec   naszego   człowieka   nazywał   się   inaczej   —   odparł   z   uśmiechem   Neele.   — 

Fontescu. Pochodził skądś z Europy Środkowej. Sądził widać, że Fortescue lepiej się nada.

Wywiadowca Waite zmierzył przełożonego wzrokiem pełnym podziwu.
— Pan inspektor wie już wszystko o nim?
— Cóż, sprawdziłem to i owo, nim przyjechałem tutaj na wezwanie.
— Notowany u nas?
— Skąd znowu! Pan Fortescue to nie lada spryciarz. Miał do czynienia z czarnym rynkiem 

i   od   czasu   do   czasu   robił   interesy,   wyrażając   się   najoględniej,   śliskie.   Wszystko   jednak 
mieściło się w granicach prawa.

— Rozumiem. Wredny typ, prawda?
— Krętacz. Tyle  że z naszego punktu widzenia nic nie przeskrobał. Ludzie z Kontroli 

Skarbowej długo deptali mu po piętach, lecz i dla nich był za cwany. Ho, ho! Nieboszczyk 
Rex Fortescue to istny geniusz finansowy!

— Taki facet mógł mieć wrogów, co? — podchwycił wywiadowca z nutą nadziei w głosie.
— Wrogów?   Oczywiście!   Nie   zapominajmy   jednak,   że   został   otruty   w   domu.   Na   to 

przynajmniej   wygląda.  Wiesz  co,  Waite?  Zaczyna  mi  się  marzyć  pewien   schemat:  stary, 
wybornie   znany   schemat.   Dobry   chłopiec   Parcival   i   zły   chłopiec   Lance,   typ   bardzo 
interesujący dla płci pięknej. Znacznie młodsza żona, która nie wie z góry, na jakich kortach 
zamierza grać w golfa. Wszystko to brzmi nieobco, tylko jeden szczegół fatalnie nie pasuje.

— Co takiego? podchwycił ciekawie wywiadowca Waite, lecz w tej chwili otwarły się 

drzwi gabinetu i panna Grosvenor, która zdążyła już odzyskać równowagę ducha i stała się 
znów normalnie efektowną sekretarką, zapytała wyniośle:

— Życzył pan sobie mówić ze mną?
— Chciałbym   zadać   pani   kilka   pytań   na   temat   pracodawcy…   Należałoby   raczej 

powiedzieć byłego pracodawcy.

— Biedaczek!   —   westchnęła   nieprzekonywająco   panna   Grosvenor.   —   Czy   ostatnio 

zauważyła w nim pani zmiany?

— Otwarcie mówiąc, zauważyłam.
— Jakie?
— Trudno to sprecyzować… Cóż, pan Fortescue mówił rozmaite głupstwa. W połowę tego 

niepodobna było wierzyć. No i złościł się często, przeważnie na pana Parcivala. Na mnie nie, 
bo nie mam  zwyczaju  oponować. „Tak, panie  dyrektorze”  — odpowiadałam  zawsze bez 
względu na to, co on mówi… a raczej, co mówił.

— Czy pan Fortescue… hm… Czy robił pani kiedy awanse?
— Nie… Tego nie mogę powiedzieć — odparła efektowna sekretarka jak gdyby z pewnym 

żalem.

background image

— Jeszcze jedno pytanie. Czy pani szef miał zwyczaj nosić w kieszeni zboże?
— Zboże? — zdumiała się panna Grosvenor. — W kieszeni? Żeby karmić gołębie czy coś 

podobnego?

— Nie wykluczam takiego powodu.
— Nie! Z całą pewnością nie! Pan Fortescue miałby karmić gołębie? To nie w jego stylu.
— Czy z jakiegoś innego powodu mógł mieć dzisiaj w kieszeni, dajmy na to, jęczmień 

albo żyto? Może chodziło o próbkę zboża objętego jakąś transakcją handlową?

— Nie, panie inspektorze. Pan Fortescue czekał na kogoś z Azjatyckiej Spółki Naftowej i 

na prezesa pewnego przedsiębiorstwa budowlanego. Nie spodziewał się innych klientów.

— Mniejsza z tym… — Neele skwitował temat niedbałym gestem ręki, którym zarazem 

odprawił pannę Grosvenor.

— Nogi pierwsza klasa! — westchnął wywiadowca Waite. — I nylony nie gorsze.
— Nic nie pomogły te nogi — burknął inspektor Neel. — Nie posunąłem się o krok. 

Wciąż mam przed sobą nie wyjaśnioną zagadkę kieszeni pełnej żyta.

13

background image

IV

Po drodze z piętra na parter Mary Dove zatrzymała  się  na schodach, aby wyjrzeć przez 

wielkie okno. Zajechał właśnie samochód i wysiedli z niego dwaj mężczyźni. Wyższy stanął 
plecami do domu i przez moment rozglądał się dokoła. Mary Dove bacznie oszacowała ich 
wzrokiem. Nie wątpiła, że to inspektor Neele i zapewne jakiś jego podwładny. Odwróciła się i 
spojrzała na własne odbicie w długim lustrze, które zdobiło ścianę przy zakręcie schodów. 
Zobaczyła drobną, przesadnie skromną postać w beżowoszarej sukni o niepokalanie białych 
mankietach  i  kołnierzyku.   Ciemne  włosy,   rozdzielone   pośrodku  głowy,  spływały  dwiema 
lśniącymi falami ku węzłowi upiętemu nisko nad karkiem… Szminka na ustach miała odcień 
bladoróżowy…

Ogólnie biorąc, Mary Dove była zadowolona ze swojej powierzchowności. Uśmiechnęła 

się ledwie dostrzegalnie i ruszyła w dół schodami.

Tymczasem inspektor Neele przyglądał się domowi i myślał: „Oni nazwali to «domkiem». 

Dobre sobie! «Domek pod Cisami». Typowa afektacja z grubą forsą! Na mój rozum lepsze 
byłoby określenie «pałac»„.

Wiedział doskonale, jak powinien wyglądać domek. Sam wychował się przecież w domku 

odźwiernego   przy   bramie   posiadłości   Hartington   Park,   gdzie   ogromna,   niezdarnie 
pseudoklasyczna   budowla   posiadała   dwadzieścia   dziewięć   pokoi   sypialnych,   ostatnio   zaś 
została   zasekwestrowana   przez   władze   skarbowe.   Mały   domek   odźwiernego   z   zewnątrz 
prezentował   się   ładnie,   lecz   wewnątrz   był   wilgotny,   straszliwie   niewygodny   i   nie   miał 
żadnych   nowoczesnych   urządzeń   z   wyjątkiem   najbardziej   prymitywnej   kanalizacji.   Na 
szczęście   rodzice   inspektora   Neele   uważali   swoje   warunki   mieszkalne   za   normalne   i 
odpowiednie.   Nie   musieli   płacić   czynszu   i   nie   mieli   do   roboty   nic   oprócz   otwierania   i 
zamykania bramy, kiedy zaszła ku temu potrzeba. Ponadto park obfitował w króliki, a od 
czasu do czasu trafiał do garnka nawet bażant. Pani Neele nie dowiedziała się nigdy,  ile 
satysfakcji   sprawiają   elektryczne   żelazka,   piece   stałopalne,   wentylowane   spiżarki   pod 
oknami, krany z zimną oraz gorącą wodą lub światło zapalane jednym ruchem palca. Zimą 
Neele’owie   korzystali   z   lampy   naftowej,  w   lecie   kładli   się   spać   o  zmroku.   Byli   rodziną 
zdrową i, mimo całego zacofania, bardzo szczęśliwą.

Nic   dziwnego,   że   dźwięk   wyrazu   „domek”   obudził   w   inspektorze   wspomnienia   z   lat 

dzieciństwa. Jednakże gmach ochrzczony pretensjonalnie Domkiem pod Cisami przypominał 
pałace, jakie ludzie bogaci wznoszą dla siebie, aby mówić o nich „moje skromne zacisze na 
wsi”. Nawiasem mówiąc Domek pod Cisami nie był skromnym zaciszem i nie znajdował się 
na wsi. Wielkie domisko z czerwonej cegły rozrastało się raczej wszerz niż wzwyż i miało 
dach   nieco   zanadto   łamany   oraz   pokaźną   liczbę   okien   z   oprawnych   w   ołów   szklanych 
gomułek.  Ogród był  sztywny,  konwencjonalny,  pełen różanych  klombów  i rabat, pergoli, 
cembrowanych sadzawek oraz (zgodnie z nazwą rezydencji) często strzyżonych szpalerów 
cisowych.

Nie   mogło   tutaj   braknąć   cisów   komuś,   kto   szukałby   surowca   dla   wyprodukowania 

taksyny!  W prawym kącie ogrodu, za obrosłą pnącymi  różami pergolą pozostawiono ślad 
prawdziwej przyrody — stare drzewo cisowe przywodzące na myśl cmentarz, o gałęziach 
podpartych palami. „Rosło na tym miejscu długie lata — medytował inspektor Neele — nim 
najazd nowych domów z czerwonej cegły zaczął ogarniać wiejskie okolice. Rosło na tym 
miejscu, nim założono pole golfowe, a modni architekci jęli zjeżdżać z zamożnymi klientami, 
aby zachwalać im korzystne strony takich lub innych terenów budowlanych. Stanowiło cenny 
zabytek, więc zostało włączone do odmiennego krajobrazu i najprawdopodobniej dało nazwę 
wymarzonej siedzibie bogacza. Domek pod Cisami… Może jagody z tego właśnie drzewa…”

Inspektor Neele urwał nie wiodące do niczego rozważania. Musiał przystąpić do pracy.

background image

Nacisnął guzik dzwonka.
Drzwi otworzył zaraz mężczyzna w średnim wieku odpowiadający dość wiernie obrazowi, 

jaki   detektyw   stworzył   sobie   na   podstawie   rozmowy   telefonicznej.   Miał   minę   mało 
inteligentnego cwaniaka, rozbiegane oczy i z lekka drżące ręce.

Neele   oznajmił,   kim   jest,   przedstawił   swojego   podwładnego   i   nie   bez   przyjemności 

dostrzegł wyraz przestrachu w oczach kamerdynera. Nie przywiązywał do tego zbytniej wagi. 
Reakcja   mogła   przecież   być   spontaniczna,   nie   związana  bynajmniej   z   nagłym   zgonem 
pracodawcy.

— Czy pani Fortescue wróciła?
— Nie, panie inspektorze.
— A pozostałe dwie panie?
— Także nie wróciły, panie inspektorze.
— W   takim   razie   chciałbym   pomówić   z   panną   Dove.   Służący   zerknął   przez   ramię   w 

kierunku schodów.

— Panna Dove właśnie idzie — powiedział.
Inspektor objął wzrokiem Mary Dove, która bez pośpiechu szła z piętra na parter. Tym 

razem   rzeczywistość   nie   odpowiadała   uprzednim   wyobrażeniom.   Pojęcie   zarządzającej 
domem czy gospodyni kojarzy się automatycznie z wizerunkiem postawnej, energicznej damy 
ubranej w czerń i pobrzękującej niewidocznymi kluczami.

Neele   nie   spodziewał   się   drobnej   smukłej   osóbki   w   sukience   gołębiej   barwy.   Nie 

spodziewał   się   śnieżnobiałych   mankietów   i   kołnierzyka,   lśniących,   gładko   uczesanych 
włosów ani subtelnego uśmiechu Mony Lizy. Wszystko wydało mu się trochę nierealne, jak 
gdyby ta młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna grała rolę — nawet nie rolę zarządzającej 
domem, lecz po prostu Mary Dove. Jej powierzchowność sprawiała wrażenie ukształtowanej 
w harmonii z nazwiskiem

1

.

— Pan inspektor Neele? — zapytała opanowanym tonem.
— Tak,   proszę   pani.   A   to   jest   sierżant   Hay.   Jak   wspomniałem   już   podczas   rozmowy 

telefonicznej,   pan   Fortescue   zmarł   w   szpitalu   Świętego   Judy   o   godzinie   dwunastej 
czterdzieści   trzy.   Zachodzi   prawdopodobieństwo,   że   śmierć   nastąpiła   w   wyniku   otrucia 
czymś, co denat spożył dziś na śniadanie. Czy wobec tego sierżant Hay mógłby pójść do 
kuchni celem zebrania nieodzownych informacji?

— Naturalnie,   panie   inspektorze   —   odpowiedziała   panna   Dove   i   rzuciła   pod   adresem 

kamerdynera,   który   niepewnie   przestępował   z   nogi   na   nogę   Crump,   proszę   zaprowadzić 
sierżanta do kuchni i udzielić mu wszelkiej pomocy, jakiej zażąda.

Służący i policjant wyszli, a dziewczyna zwróciła się do inspektora:
— Pozwoli pan ze mną?
Z   tymi   słowy   otworzyła   drzwi   i   wprowadziła   gościa   do   szablonowego   pokoju   — 

niewątpliwie   palarni   ozdobionej   boazerią,   bogatym   obiciem   ścian,   ciężkimi   fotelami   i 
odpowiednią liczbą sztychów przedstawiających sceny z wyścigów i polowań.

— Zechce pan usiąść.
Neele wykonał polecenie. Mary Dove zajęła miejsce naprzeciw niego, twarzą w kierunku 

okna,   czego   detektyw   nie   omieszkał   zauważyć.   Pozycja   raczej   niezwykła   dla   kobiety, 
zwłaszcza jeżeli kobieta nie chce powiedzieć wszystkiego, co jej wiadomo… Ale może ta 
dziewczyna nie ma nic do ukrycia?

— Fatalnie się składa — zauważyła — że niepodobna porozumieć się szybko z nikim z 

rodziny. Pani Fortescue powinna lada moment wrócić. Tak samo pani Parcivalowa. Do jej 
męża wysłałam kilka depesz w rozmaite miejsca.

— Bardzo pani dziękuję.
— Wspomniał pan, że śmierć pana Fortescue mogła nastąpić w wyniku otrucia czymś, co 

Dove (ang.) — gołąb, gołębica.

15

background image

spożył dziś na śniadanie. Miał pan na myśli zatrucie pokarmowe?

— Zapewne… — bąknął inspektor obserwując bacznie Mary Dove.
— Mało prawdopodobne — ciągnęła z niezmąconym spokojem. — Na śniadanie podano 

bekon, jajecznicę, kawę, marmoladę, grzanki. Na kredensie stała też szynka z puszki otwartej 
wczoraj wieczorem. Nikt inny nie odczuł żadnych dolegliwości. Nie było na śniadanie ryby, 
kiełbasek… niczego, co mogłoby wydać się podejrzane.

— Jak widzę, wie pani dokładnie, co podano do stołu.
— Rzecz zrozumiała. Przecież ja dysponuję posiłki. Wczoraj na kolację…
— To obojętne, proszę pani — przerwał detektyw. — Jadłospis wczorajszej kolacji nie ma 

znaczenia.

— Sądziłam, że objawy zatrucia pokarmowego występują czasami dopiero po dwudziestu 

czterech godzinach.

— W   danym   przypadku   nie   ma   o   tym   mowy…   Zechce   pani   poinformować   mnie 

szczegółowo, co pan Fortescue jadł i pił dzisiaj, przed wyjazdem z domu?

— O ósmej zaniesiono mu do pokoju poranną herbatę. Do jadalni zeszedł kwadrans po 

dziewiątej. Jak mówiłam już, na śniadanie podano bekon, jajecznicę, marmoladę, grzanki.

— Nie jadł płatków zbożowych, czegoś w tym rodzaju?
— Nie. Fan Fortescue nie lubił takich rzeczy.
— Jakiego cukru używa się tutaj? Kostki? Kryształu?
— Kostki. Ale pan Fortescue nie słodził kawy.
— Czy  z   rana   zwykł   przyjmować   jakieś   lekarstwa?   Środki   uspokajające?   Ułatwiające 

trawienie?

— Nie, panie inspektorze.
— Czy pani uczestniczyła w śniadaniu?
— Nie, panie inspektorze. Nigdy nie jadam z rodziną pracodawcy.
— Kto był przy stole?
— Żona pana Fortescue, a także córka i synowa. Jak już panu wiadomo, pan Parcival jest 

nieobecny.

— Czy te panie jadły i piły to samo?
— Pani Fortescue poprzestała na soku pomarańczowym, kawie i grzankach. Pani Valowa i 

panna Fortescue mają dobry apetyt z rana. Myślę, że oprócz wymienionych potraw jadły też 
szynkę i płatki zbożowe. Pani Valowa pija herbatę, nie kawę.

Inspektor Neele zamyślił się na moment. Oto zawęża się zakres potencjalnej sposobności. 

Śniadanie jadły z denatem trzy — i tylko trzy — osoby: jego żona, córka i synowa. Każda z 
nich   mogła   skorzystać   z   okazji   i   zaprawić   taksyną   kawę   w   filiżance.   Smak   trucizny 
zneutralizowałaby gorycz nie osłodzonej kawy. Oczywiście w grę wchodzi również poranna 
herbata, lecz Bernsdorff twierdzi stanowczo, że w herbacie taksyną byłaby wyczuwalna… 
Chociaż luz po przebudzeniu, kiedy człowiek nie oprzytomniał zupełnie… Detektyw podniósł 
wzrok i spostrzegł, że jest pod baczną obserwacją.

— Pytał   pan   —   podjęła   Mary   Dove   —   o   lekarstwa,   środki   uspokajające,   ułatwiające 

trawienie. Wydaje mi się to trochę dziwne. Gdyby lekarstwo było wadliwie przygotowane, 
gdyby nawet dodano coś do niego, nie mogłyby wystąpić objawy zatrucia pokarmowego.

Inspektor Neele zmierzył ją bystrym spojrzeniem.
— Ja,   proszę   pani,   nie   twierdziłem,   że   zgon   nastąpił   z   racji   zatrucia   pokarmowego. 

Mówiłem tylko, że to prawdopodobnie otrucie… po prostu: otrucie.

Aha…   Otrucie   powtórzyła   cicho   Mary   Dove.   Ton   jej   głosu   nie   zdradzał   przestrachu, 

zdziwienia. Brzmiał tylko nutą zainteresowania z powodu świeżo wynikłej koncepcji czy też 
nie znanego uprzednio przeżycia. Pogląd ten potwierdziło następne zdanie:

— Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z przypadkiem otrucia.
— To niemiła historia wtrącił sucho inspektor Neele.

background image

— Tak… Wyobrażam sobie, że niemiła.
Mary Dove zastanawiała się nad czymś przez chwilę. Później spojrzała na detektywa z 

nieoczekiwanym uśmiechem.

— Ja tego nie zrobiłam — powiedziała. — Sądzę jednak, że coś podobnego usłyszy pan od 

wszystkich.

— A nie domyśla się pani, kto mógł to zrobić? Wzruszyła ramionami.
— Otwarcie mówiąc, facet był obrzydliwy. Kto mógł to zrobić? Każdy!
— Czyja   wiem,   proszę   pani?   Normalnie   nikt   nie   truje   faceta   tylko   dlatego,   że   jest 

„obrzydliwy”. W takim przypadku musi działać solidny, konkretny motyw.

— Tak… — przyznała z namysłem Mary Dove. — Niewątpliwie.
— Będzie pani łaskawa powiedzieć mi więcej o domownikach?  Dziewczyna  podniosła 

wzrok i zdziwiła detektywa chłodnym i nieco szyderczym wyrazem oczu.

— Sądzę — zaczęła — że nie będzie to formalne zeznanie. Oczywiście że nie! Przecież 

pański sierżant straszy w tej chwili służbę. Nie chciałabym, panie inspektorze, by odczytano 
w sądzie moje słowa. Ale powiedzieć swoje mam ochotę… tak między nami… że się tak 
wyrażę „poza protokołem”.

— Śmiało, proszę pani — wtrącił inspektor Neele. — Nie mamy świadka rozmowy, na co 

zdążyła pani zwrócić uwagę.

Dziewczyna usiadła wygodniej w fotelu, założyła nogę na nogę, zmrużyła oczy.
— Na   początek   muszę   przyznać,   że   nie   poczuwam   się   do   lojalności   wobec   moich 

pracodawców. Pracuję tutaj, bo posada jest dobrze płatna, a na dobrych zarobkach zawsze mi 
zależy.

— Właśnie! Zaskoczyło mnie trochę, że pani pełni funkcję zarządzającej domem. Z taką 

inteligencją, z takim wykształceniem…

— Powinnam pleśnieć w kantorze jakiejś firmy — podchwyciła — albo pomnażać akta 

któregoś   z   ministerstw!   Moje   obecne   zajęcie,   drogi   panie   inspektorze,   to   interes 
nieporównanie   lepszy.   Bogaci   ludzie   są   gotowi   płacić   grubo,   bardzo   grubo   komuś,   kto 
wyzwala   ich   od   domowych   kłopotów.   Wynajdywanie   i   angażowanie   służby   jest   robotą 
straszliwie żmudną. Trzeba pisywać do biur pośrednictwa pracy, zamieszczać ogłoszenia w 
prasie, rozmawiać z kandydatami, przygotowywać takie rozmowy, a wreszcie dbać, by w 
gospodarstwie   wszystko   szło   gładko.   Wszystko   to   wymaga   umiejętności,   których   ludzie 
bogaci zwykle nie mają.

— A jeżeli służba wynaleziona i zaangażowana z takim trudem odejdzie? Słyszała chyba 

pani o takich przypadkach.

— W razie potrzeby — uśmiechnęła się Mary — potrafię zasłać łóżka, sprzątnąć pokoje, 

ugotować, co trzebanawet podać do stołu tak, że nikt nie dostrzeże różnicy. Naturalnie nie 
reklamuję się w tym względzie, by nie stwarzać okazji do niewczesnych pomysłów. Mogę 
jednak zapełnić taką lub inną lukę. Na szczęście luki nie zdarzają się często. Z reguły pracuję 
u rzeczywiście bogatych ludzi, którzy gotowi są dać wszystko, by zapewnić sobie prawdziwą 
wygodę. Płacę najwyższe pensje i zdobywam zwykle najlepszą służbę.

— Taką na przykład, jak ten kamerdyner? Dziewczyna uśmiechnęła się do inspektora nie 

bez uznania.

— Widzi  pan — podjęła — z małżeństwami  zawsze są kłopoty.  Crumpa  trzymam  na 

posadzie tylko ze względu na żonę, najdoskonalszą ze znanych mi kucharek. To istny klejnot, 
wart   nie   lada   poświęceń.   Pan   Fortescue   ceni…   należy   raczej   powiedzieć:   cenił,   dobrą 
kuchnię. Nikt nie ma tutaj szczególnych skrupułów, a pieniędzy jest w bród. Pani Crump 
umie  zdobyć  na czarnym  rynku  wszystko, co trzeba:  masło, jaja, śmietankę

2

. Ostatecznie 

Crump jest też na poziomie. Srebra czyści nie najgorzej, do stołu posługuje jako tako. Klucz 

2  W okresie bezpośrednio po wojnie obowiązywało w Anglii racjonowanie żywności i 

odzieży (przyp. tłum.).

17

background image

od piwnicy z winem noszę zawsze przy sobie. Mam na oku dżin i whisky i dbam o garderobę 
domowników.

— Niezastąpiona panna Mary Dove — wtrącił z uśmiechem Neele.
— Coś w tym rodzaju. Przekonałam się, że prowadząc dom muszę sama wszystko umieć. 

Później mogę  tego nigdy nie robić. Ale życzył  pan sobie poznać moją opinię o rodzinie 
Fortescue.

— Proszę, jeżeli pani łaskawa.
— To ludzie naprawdę obrzydliwi. Wszyscy!  Nieboszczyk pan Fortescue był typowym 

kombinatorem,   który   dba   zawsze   tylko   o   własną   skórę.   Lubił   opowiadać   chełpliwie   o 
rozmaitych   swoich   pomysłowych   zagraniach.   Był   tyranem,   z   pewnością   tyranem   o 
grubiańskich,   aroganckich   manierach.   Adela   to   jego   druga   żona,   o   dobre   trzydzieści   lat 
młodsza. Poznała go w Brighton, gdzie pracowała jako manikiurzystka i rozglądała się za 
grubymi pieniędzmi. Jest bardzo ładna… Taka, rozumie pan, „seksbomba”.

Inspektor Neele był zaszokowany, lecz udało mu się nie zdradzić wrażenia. Jego zdaniem 

młoda dama pokroju Mary Dove nie powinna mówić o takich sprawach.

— Naturalnie Adela wyszła za mąż dla pieniędzy — ciągnęła młoda dziewczyna. — Do 

białej gorączki przywiodła tym Parcivala, syna pana Fortescue, i jego córkę Elaine. Obydwoje 
odnoszą się do niej możliwie najgorzej, ale to kobieta rozumna. Nie obraża się, jak gdyby nic 
nie rozumiała.  Dobrze wie, że starego trzyma  pod pantoflem.  Mój  Boże! Znowu użyłam 
niewłaściwego czasu. Trudno mi uwierzyć, że on rzeczywiście umarł.

— Chciałbym usłyszeć coś o synu.
— O kochanym Parcivalu? Żona nazywa go zdrobniale Val. To świętoszek, hipokryta. Jest 

układny, podstępny, chytry. Boi się ojca, który go zawsze terroryzował. Pozwala na to, ale 
wie,   jak   postawić   na   swoim.   W   przeciwieństwie   do   pana   Fortescue   bardzo   liczy   się   z 
pieniędzmi. Oszczędność jest prawdziwą pasją jego życia. Dlatego właśnie długo szukał dla 
siebie oddzielnego domu. Mieszkanie tutaj dogadza kieszeni Vala.

— A jego żona?
— Jennifer   to   istota   łagodna,   cicha   i   chyba   bardzo   głupia,   czego   zresztą   nie   jestem 

zupełnie pewna. Przed ślubem była pielęgniarką. Aż do romantycznego finału opiekowała się 
Parcivalem, kiedy chorował na zapalenie płuc. Papa nie pochwalał tego związku. Jako nie 
lada snob życzył sobie, aby syn zrobił to, co się nazywa „świetną partią”. Biedną Jennifer 
lekceważył i dawał jej to odczuć. Mam wrażenie, że ona też bardzo nie lubi… to jest nie 
lubiła   teścia.   Zainteresowania   tej   osóbki  ograniczają   się   do  robienia   zakupów   i   kina.   Jej 
główną troskę stanowi skąpstwo męża, od którego dostaje za mało pieniędzy.

— Co pani powie o córce?
— Elaine?  Trochę   jej   współczuję.   To  wcale   niezła  dziewczyna,  typ   pensjonarki,  która 

rośnie, lecz wcale nie dojrzewa. Dobrze zna się na grach sportowych. Z zapałem przewodzi 
starszym   i   młodszym   skaut—kom.   Pasjonuje   się   sprawami   takiego   pokroju.   Niedawno 
wynikła romantyczna historia między nią a zbuntowanym młodym nauczycielem. Niestety 
papa   odkrył,   że   kawaler   hołduje   radykalnym   ideom,   więc   jak   taranem   rozbił   niedoszły 
związek.

Zabrakło jej odwagi, by sprzeciwić się ojcu.
Nie   zabrakło.   To   młody   człowiek   zwinął   chorągiewkę.   Myślę,   że   i   tym   razem   w   grę 

wchodziły pieniądze. Widzi pan, Elaine nie jest szczególnie pociągająca.

A drugi syn? — zapytał detektyw.
— Nigdy go nie widziałam.  O ile  mi  wiadomo,  to przystojny mężczyzna  i skończony 

łobuz. Ma na koncie drobne fałszerstwo czeku… Takie sobie stare dzieje. Obecnie mieszka w 
Afryce Wschodniej.

— Nastąpiło zerwanie stosunków z ojcem?
— Tak. Pan Fortescue nie mógł zostawić Lancelota bez szylinga, bo już dawniej zrobił go 

background image

młodszym wspólnikiem firmy. Ale od lat nie utrzymywali kontaktów, a jeżeli ktoś wspomniał 
przypadkiem Lancelota, ojciec zwykł mawiać: „Nie chcę nic wiedzieć o łajdaku. To nie mój 
syn”. Mimo wszystko jednak… — panna Dove umilkła nagle.

— Mimo wszystko jednak… — podpowiedział inspektor Neele.
— Wcale nie zdziwiłaby mnie wiadomość, że stary Fortescue usiłuje sprowadzić do kraju 

Lancelota.

— Na czym pani opiera swój pogląd?
— Na tym, że mniej więcej przed miesiącem stary ostro posprzeczał się z Parcivalem. 

Odkrył jakieś machinacje za swoimi plecami czy coś podobnego. Nie wiem dokładnie, o co 
poszło. W każdym razie pan Fortescue wpadł w istną furię. Parcival stracił pozycję faworyta, 
dobrego chłopca… Tak! On zachowywał się ostatnio inaczej niż zwykle.

— Kto? Pan Fortescue?
— Nie.   Miałam   na   myśli   Parcivala.   Odniosłam   wrażenie,   że   biedak   na   śmierć   się 

zamartwia.

— Zechce pani powiedzieć mi coś o służbie… Crumpów poznałem. Kto więcej jest w 

domu?

Gladys Martin, kredensowa albo pokojówka. Sprząta pokoje na parterze, nakrywa do stołu, 

pomaga Crumpowi przy podawaniu. Ogólnie biorąc, przyzwoita dziewczyna, tylko bardzo 
ograniczona,   jak   gdyby   niezupełnie   normalna.   Typ   wyraźnie   skrofuliczny.   Inspektor 
pokwitował informacje skinieniem głowy.

— Pokojowa Ellen Curtis jest ponura i zgorzkniała, ale służyła w dobrych domach, a swoje 

obowiązki   zna   pierwszorzędnie.   To   stała   służba.   Resztę   spraw   gospodarskich   załatwiają 
rozmaite przychodnie kobiety.

— Czy wyczerpała pani listę domowników? Nie. Jest jeszcze stara panna Ramsbottom.
— Któż to taki?
— Szwagierka pana Fortescue, siostra jego pierwszej żony. Pierwsza żona była znacznie 

starsza   od   niego,   a   z   kolei   panna   Ramsbottom   znacznie   starsza   od   niej.   Obecnie   ma   z 
pewnością   grubo   po   siedemdziesiątce.   Zajmuje   pokój   na   piętrze,   sama   przyrządza  swoje 
posiłki i korzysta tylko z pomocy przychodniej sprzątaczki. Jest dziwaczką i nigdy chyba nie 
przepadała   za   szwagrem,   lecz   zamieszkała   tutaj   jeszcze   za   życia   siostry   i   została   po   jej 
śmierci. Pan Fortescue nigdy się nie przejmował losami cioci Effie, ale moim zdaniem to 
postać ciekawa.

— Innych domowników nie ma?
— Nie ma, panie inspektorze.
— Więc naturalnym rzeczy porządkiem doszliśmy do pani.
— Interesuje pana mój życiorys? Jestem sierotą. Ukończyłam wyższy kurs sekretarski w 

Kolegium Świętego Alfreda. Przyjęłam posadę stenotypistki, rzuciłam ją, poszukałam drugiej 
i osądziwszy, że to nie dla mnie zajęcie, rozpoczęłam obecną karierę. Miałam dotychczas 
trzech pracodawców, bo po roku lub półtora zaczyna mnie nudzić każde miejsce, więc się 
przenoszę.   W   Domku   pod   Cisami   jestem   od   przeszło   roku.   Zaraz   wypiszę   na   maszynie 
nazwiska i adresy moich poprzednich pracodawców i wraz z kopiami świadectw doręczę je 
sierżantowi… sierżantowi Hayowi, o ile się nie mylę. Czy to wystarczy?

— Niewątpliwie, proszę pani.
Neele   umilkł   na   moment.   Oczyma   wyobraźni   jął   oglądać   Mary   Dove   manipulującą 

podejrzanie   przy   śniadaniu   pana   Fortescue.   Później   cofnął   się   jeszcze   dalej   —   do 
systematycznego  zbierania  cisowych  jagód. Wreszcie  z ciężkim  westchnieniem  wrócił  do 
rzeczywistości i chwili obecnej.

— Teraz — podjął — chciałbym zobaczyć Gladys… kredensową i pokojówkę Ellen. Aha, 

proszę pani — dodał powstając z fotela — nie domyśla się pani, czemu pan Fortescue mógł 
mieć w kieszeni zboże?

19

background image

— Zboże? — powtórzyła z nie udawanym chyba zdumieniem.
— Tak. Zboże. Ziarno. Z niczym tego pani nie kojarzy? Absolutnie z niczym.
— Kto dbał o jego garderobę?
— Crump.
— Rozumiem. Czy państwo Fortescue zajmowali wspólną sypialnię?
— Tak. Oczywiście każde z nich miało własną ubieralnię i łazienkę. Mary Dove zerknęła 

na zegarek. — Adela powinna wrócić już naprawdę niedługo.

— Jeszcze jedna sprawa, proszę pani. Rozumiem, że w bliskim sąsiedztwie znajdują się aż 

trzy kluby golfowe. Dziwi mnie jednak, że do lej pory nie udało się odnaleźć pani Fortescue 
w żadnym z. nich.

— Byłby pan mniej zdziwiony, gdyby pan założyłże pani Fortescue może wcale nie grać 

w golfa — odparła szorstko Mary Dove.

— Przecież poinformowano mnie wyraźnie, że miała taki zamiar.
— Pani   Fortescue   zabrała   komplet   kijów   i   o   takim   właśnie   zamiarze   oznajmiła. 

Oczywiście wóz prowadzi sama.

Detektyw bystro spojrzał na Mary, gdyż w tym momencie spodziewał się uzyskać ważną 

informację.

— Wie pani, kto miał być jej partnerem? — zapytał.
— Zapewne miał to być pan Vivian Dubois.
— Rozumiem… — powiedział tylko Neele, a zarządzająca domem podjęła szybko:
— Przyślę panu Gladys, która z pewnością będzie śmiertelnie wystraszona. — Na chwilę 

przystanęła   w  progu, by  dodać:  —  Nie radzę   brać  zbyt   serio wszystkiego,  co  mówiłam. 
Jestem piekielnie złośliwa.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, na które inspektor patrzył przez moment w zadumie. 

Dziewczyna mogła być piekielnie złośliwa, lecz w każdym razie słowa jej posiadały wagę. 
Jeżeli   Rex   Fortescue   został   otruty   rozmyślnie   (co   w   danej   chwili   było   prawie   pewne), 
sytuacja w Domku pod Cisami wyglądała obiecująco. Motywy zdawały się leżeć wokół grubą 
warstwą.

background image

V

Dziewczyna, która z wyraźną niechęcią weszła do palarni, była nieładna, wystraszona i 

mimo szykownej sukni koloru czerwonego wina sprawiała wrażenie jak gdyby nie domytej i 
zaniedbanej.

Spojrzała na inspektora błagalnym wzrokiem i powiedziała:
— Ja nic złego nie zrobiłam. Naprawdę nie zrobiłam. Nic o tym wszystkim nie wiem.
— Spokojnie, panienko, spokojnie…
Ton głosu inspektora uległ pewnej zmianie. Brzmiał teraz łagodniej, bardziej pogodnie i 

naturalnie. Niewątpliwie detektyw starał się dodać odwagi przerażonej i zbitej z tropu młodej 
Gladys.

— Proszę   siadać   —   ciągnął.   —   Porozmawiamy.   Chciałbym   dowiedzieć   się   czegoś   o 

dzisiejszym śniadaniu.

— Ja tam nic nie zrobiłam.
— Nakrywała panienka do śniadania, usługiwała przy stole, prawda?
— Tak, proszę pana, to racja — przyznała opornie dziewczyna.
Była  spłoszona i zdawać się mogło,  że ma coś na sumieniu. Jednakże Neele widywał 

często świadków zbliżonego  pokroju, nie tracił więc pogody,  starał się pozyskać  Gladys, 
życzliwym, uprzejmym tonem wypytywał, kto pierwszy przyszedł do jadalni, kto następny.

Okazało się, że Elaine Fortescue siadła do stołu pierwsza, w chwili kiedy Crump wniósł 

dzbanek z kawą. Po niej zjawiła się pani Fortescue, następnie pani Valowa. Pan przyszedł 
ostatni.   Kawa,   herbata   i   gorące   dania   stały   na   kredensie,   na   podgrzewanych   płytkach. 
Państwo obsługiwali się sami.

Inspektor nie dowiedział się o niczym ważnym. Menu zgadzało się z relacją Mary Dove. 

Państwo i panna Elaine pili kawę, pani Valova herbatę. Wszystko odbywało się nie inaczej 
niż zwykle.

Na   pytania,   tyczące   jej   przeszłości,   Gladys   odpowiadała   mniej   niechętnie.   Służyła   w 

prywatnych domach. Później pracowała w kilku kawiarniach. Wreszcie postanowiła wrócić 
do prywatnej służby, więc przed dwoma miesiącami przyjęła miejsce w Domku pod Cisami.

— Podoba się tu panience? — zapytał Neele.
— Myślę, że chyba tak… Człowiek nie męczy się tak, nie jest wciąż na nogach. Tyle że 

mniej swobody… znaczy się, wolnego czasu.

— Proszę powiedzieć mi coś o garderobie pana Fortescue, jego ubraniach. Kto utrzymywał 

je w porządku, czyścił?

Gladys nastroszyła się znowu.
— Powinien to robić pan Crump, ale na mnie zwalał połowę roboty.
— Rozumiem… Kto czyścił i prasował garnitur, w który pan Fortescue był dziś ubrany?
— Nie pamiętam, w który garnitur był dziś ubrany. Miał ich przecież tyle.
— Czy znalazła kiedy panienka zboże w kieszeni któregoś z tych garniturów?
— Zboże?
Gladys jak gdyby zaniepokoiła się, zmieszała.
— Wyrażając się ściślej, żyto.
— Żyto?
— Właśnie. Surowe ziarno żyta. Było w kieszeni marynarki, którą pan Fortescue miał dziś 

na sobie.

— W kieszeni marynarki?
— Aha. Domyśla się panienka, jak tam trafiło?
— Nie mam pojęcia. Nie widziałam żadnego żyta.
Tyle   tylko   udało   się   wydobyć   z   Gladys,   więc   Neele   podejrzewał   przez   moment,   że 

21

background image

dziewczyna   wie   o   sprawie   więcej,   niż   chce   powiedzieć.   Niewątpliwie   jest   zakłopotana, 
przyjmuje postawę obronną, ale to można przecież złożyć na karb oporów naturalnych wobec 
policjanta. Kiedy powiedział jej ostatecznie, że może odejść, kredensowa zapytała:

— On rzeczywiście nie żyje? To prawda?
— Prawda.
— Nagle   umarł,   co?   Kiedy   telefonowali   z   biura,   mówili,   że   dostał   jakiegoś   ataku, 

konwulsji.

— Istotnie. To wyglądało na konwulsje.
— Jedna znajoma, moja koleżanka, miewała konwulsje. Zawsze nagle przychodziły, a ja 

bałam się okropnie.

Wspomnienia jak gdyby przezwyciężyły lęk Gladys.
Inspektor   Neele   ruszył   do   kuchni,   gdzie   spotkało   go   niepokojące   przyjęcie.   Groźnie 

postąpiła w jego stronę kobieta o bardzo rumianej  twarzy,  otyła  i uzbrojona w wałek do 
ciasta.

Policja! Dobre sobie! — przemówiła. — Przychodzi tutaj taki i gada głupstwa. Także 

pomysł!  Nic nie zmajstrowałam. Wszystko, co posyłam do jadalni, jest zawsze takie, jak 
trzeba. A taki opowiada, że ja otrułam pana. Słowo daję! Wystąpię do sądu o potwarz, nawet 
przeciwko policji. Nigdy w tym domu nie daje się na stół nic złego.

Inspektor   stracił   sporo   czasu   na   ułagodzenie   rozjuszonej   mistrzyni   rondla.   Gdy   z   nią 

rozmawiał, sierżant Hay uśmiechał się wyglądając raz po raz z pokoju kredensowego. Bez 
wątpienia on musiał stawić czoło pierwszej fali gniewu i oburzenia pani Crump.

Scenę przerwał dzwonek telefonu. Neele pośpieszył do hallu i zastał tam Mary Dove, która 

spiesznie notowała coś na bloku korespondencyjnym.

— Telegram — rzuciła zwięźle oglądając się przez ramię.
Po   zakończeniu   rozmowy   odłożyła   słuchawkę   i   wręczyła   blok   inspektorowi.   Depesza 

została nadana w Paryżu i brzmiała, jak następuje:

FORTESCUE DOMEK POD CISAMI BAYDON HEATH SURREY. LIST NADSZEDŁ 

OPÓŹNIONY.

PRZYJADĘ JUTRO PO POŁUDNIU. SPODZIEWAM SIĘ TUCZNEGO CIELCA NA 

KOLACJĘ. LANCELOT.

Inspektor Neele szeroko otworzył oczy.
— Ha! Więc syn marnotrawny został wezwany do domu — szepnął.

background image

VI

W momencie, gdy Rex Fortescue pił ostatnią w życiu filiżankę herbaty, jego syn z żoną 

siedzieli pod drzewami na Polach Elizejskich i obserwowali przechodniów,

— Łatwo ci zapytać, Pat, „jaki to człowiek”. Trudniej odpowiedzieć na pytanie — mówił 

właśnie Lance  Fortescue. — Opisywanie  kogoś to nie najmocniejsza moja strona. Czego 
chciałabyś się dowiedzieć? Widzisz, mój stary to, szczerze mówiąc, niezły szachraj. Ciebie to 
chyba nie zgorszy, prawda? Bądź co bądź musisz być przyzwyczajona do szachrajów.

— Tak… Zapewne masz słuszność. Przeszłam niezłą szkołę.
Głos młodej pani Fortescue zadźwięczał nutą niewesołej zadumy. Może pomyślała, iż cały 

świat jest szachrajski albo też jej wyjątkowo nie dopisywało szczęście.

Była   wysoka,   długonoga.   Nie   zasługiwała   na   miano   piękności,   lecz   roztaczała   urok 

płynący z nadmiaru sił żywotnych i gorącego serca. Miała pełne gracji ruchy i śliczne, lśniące 
kasztanowate   włosy.   Zdawać   się   mogło,   że   dzięki   długiemu   obcowaniu   z   końmi   nabrała 
wdzięku młodej kłaczki pełnej krwi.

Dobrze   poznała   szachrajstwa   na   torach   wyścigowych,   niebawem   zaś   miała   nawiązać 

kontakt z szachrajstwami świata interesów. Jednakże odnosiła wrażenie, iż jej nie znany dotąd 
teść jest wzorem uczciwości w granicach określonych literą prawa. Często tak bywa. Ludzie, 
pyszniący   się   chętnie   swoimi   „sprytnymi   posunięciami”,   nie   rozmijają   się   zazwyczaj   z 
postanowieniami   kodeksu   karnego.   Ale   jej   Lance,   którego   kocha,   który   przyznaje,   że   w 
młodzieńczych   latach   przekroczył   tę   barierę,   ma   niewątpliwie   prawość,   obcą   cwaniakom 
praktykującym z powodzeniem legalne szachrajstwa.

— Nie twierdzę, że to oszust — ciągnął młody człowiek. — Nic podobnego! Ale, widzisz, 

Pat, stary potrafi grać na całego.

— Czasami czuję głęboką nienawiść do ludzi, którzy potrafią grać na całego — odrzekła 

Pat i dodała: — Jesteś do niego przywiązany.

Ostatnie   zdanie   miało   charakter   twierdzenia,   nie   pytania.   Lance   zastanawiał   się   przez 

chwilę. Później odpowiedział tonem nie pozbawionym zdziwienia:

— Wiesz co, kochanie? Naprawdę mi się zdaje, że jestem do niego przywiązany.
Pat   wybuchnęła   śmiechem,   a   mąż   spojrzał   na   nią   spod   lekko   opuszczonych   powiek. 

Kochana, najmilsza dziewczyna! Dla takiej warto wiele zrobić!

— Powrót tam — podjął — jest w pewnym sensie diabelnie przykrą sprawą. Biurowe 

nudy. Jazda do domu co dzień pociągiem o piątej osiemnaście po południu. Życie całkiem nie 
w   moim   stylu.   Zawsze   bardziej   mi   swojsko   wśród   rozmaitych   wzlotów   i   upadków.   Ale 
ostatecznie   człowiek   musi   się   kiedyś   ustatkować.   Naturalnie   wymaga   to   starań,   ale   ty 
poprowadzisz mnie za rękę, więc starania mogą się okazać nawet przyjemne. Stary nawrócił 
się, przekonał do mnie, trudno w takim przypadku nie skorzystać z okazji. Muszę przyznać, 
że jego list sprawił mi niespodziankę. Byłem zaskoczony, zdziwiony… Że też akurat Parcival 
musiał   mu   się   narazić!   Percy,   ten   dobry   chłopiec!   Nie   zapominaj,   Pat,   że   to   spryciarz, 
podstępny spryciarz. Zawsze był taki.

— Nie zdaje mi się, abym miała polubić twojego brata Parcivala —wtrąciła Pat.
— Nie chcę cię do niego zrażać. Powiadam tylko, że nigdy nie pasowaliśmy do siebie. Ja 

trwoniłem   kieszonkowe,   on   robił   oszczędności.   Ja   przyjaźniłem   się   z   sympatycznymi 
nicponiami, on zawierał, jak się to mówi, „cenne znajomości”. Stanowiliśmy przeciwstawne 
bieguny. Uważałem go zawsze za pętaka, a on… Myślę, że nienawidził mnie serdecznie. Nie 
bardzo rozumiem dlaczego…

— Ja chyba rozumiem — wtrąciła znów Pat.
— Naprawdę? Nic dziwnego, kochanie. Masz głowę na karku. Widzisz, zastanawiam się 

chwilami… To fantastyczny pomysł, ale…

23

background image

— Ale co? Mów śmiało.
— Zastanawiam   się,   czy   nie   Parcival   zmontował   awanturę   z   tamtym   czekiem… 

Pamiętasz? Dostałem wtedy kopniaka od ojca i stary wściekał się, że nie może być mowy o 
wydziedziczeniu, bo już dawniej zrobił ze mnie wspólnika firmy. Najciekawsza historia, że ja 
czeku   nie   sfałszowałem.   Oczywiście   nikt   nie   uwierzyłby   mi   wtedy,   bo   raz   podebrałem 
firmowe   pieniądze   i   przegrałem   na   wyścigach.   Widzisz,   byłem   murowanie   pewny,   że 
wszystko zwrócę, i ostatecznie chodziło o pieniądze w niejakim stopniu moje. Ale podrobić 
podpis na czeku? Nie! Czasem przychodzi mi do głowy zabawny pomysł, że to może Parcival 
mnie zastąpił. Nie mam pojęcia czemu, ale pomysł przychodzi.

— Przecież on nie mógł nic skorzystać. Pieniądze wpłynęły na twój rachunek.
— Wiem. Dlatego moje podejrzenia nie mają sensu. A jednak… Pat spojrzała bystro na 

męża.

— Myślisz, że tą metodą chciał się ciebie pozbyć?
— Tak sobie wyobrażam. Nie powinienem opowiadać podobnych bredni. Zapomnij o tym, 

Pat. Ciekaw jestem, jak stary, poczciwy Percy zareaguje na powrót syna marnotrawnego. Ale 
wytrzeszczy te swoje mętne, chytre, bladozielone oczki!

— On wie, że wracasz?
— Wcale   by   mnie   nie   zdziwiło,   gdyby   nic   nie   wiedział.   Nasz   stary,   Pat,   ma   trochę 

zwichrowane poczucie humoru.

— Ale co twój brat mógł zrobić? Czym rozsierdził tak ojca?
— Sam jestem ciekaw. Hm… Coś musiało przywieść starego do białej gorączki. Inaczej 

nie napisałby do mnie.

— Kiedy dostałeś jego pierwszy list?
— Chyba cztery… nie, jakieś pięć miesięcy temu. To byt gderliwy list, lecz bez wątpienia 

również gałązka oliwna. „Twój starszy brat okazał się człowiekiem pod wieloma względami 
nieodpowiednim”. „Liczę, że zdążyłeś się wyszumieć, ustatkować jakoś”. „Mogę zapewnić, 
że na pojednaniu skorzystasz finansowo”. „Życzliwie i serdecznie powitam ciebie oraz twoją 
żonę”.   Wiesz   co,   kochanie?   Niemałą   rolę   musiało   odegrać   moje   małżeństwo   z   tobą.   Na 
starym zrobił wrażenie fakt, że wżeniłem się do arystokracji.

— Do arystokracji? — parsknęła śmiechem Pat. — Takie tam arystokratyczne męty!
— Wszystko jedno — uśmiechnął się Lance. — O mętach mało kto wie, o arystokracji 

wszyscy. Poczekaj. Zobaczysz małżonkę Parcivala! To osóbka, która biada nad zgubieniem 
znaczka pocztowego, a przy stole mówi: „Proszę mi podać piklów”.

Tym razem Pat nie odpowiedziała śmiechem. Jęła się zastanawiać nad kobietami ze swojej 

nowej rodziny — kwestią, której Lance dotąd nie poruszył.

— A twoja siostra? — zapytała.
— Elaine?   Niezła   dziewczyna,   wcale   niezła.   Kiedy   wyjeżdżałem,   była   bardzo   młoda. 

Wiesz, taki podlotek diabelnie serio. Strasznie się wszystkim przejmowała. Pewno zdążyła z 
tego wyrosnąć.

Charakterystyka panny Fortescue była niezbyt krzepiąca.
— Siostra nie pisywała do ciebie od czasu, kiedy… kiedy opuściłeś kraj… Nie pisywała, 

prawda?

— Nie zostawiłem adresu. Ale tak czy inaczej nie zdobyłaby się na list. Widzisz, jesteśmy 

rodziną bez sentymentów.

— Na to wygląda.
Lancelot zerknął spod oka ku żonie.
— Strach cię obleciał, co? Na myśl o mojej rodzince? Całkiem zbytecznie. Przecież nie 

zamieszkamy   wspólnie.   Uwijemy   gdzieś   sobie   własne,   przytulne   gniazdko.   Rozumiesz? 
Konie, psy, co tylko zechcesz.

— No i ten pociąg o piątej osiemnaście.

background image

— To dla mnie, zgoda. Do City i z City. Codziennie. Oficjalnie ubrany. Ale nie martw się, 

najmilsza. Są urocze, wiejskie zakątki nawet w bezpośrednim sąsiedztwie Londynu. No, a ja 
czuję ostatnimi czasy przypływ zamiłowania do spraw finansowych. Nic dziwnego, kochanie. 
To dziedziczne z obydwu stron rodziny.

— Mówiłeś, zdaje się, że matki prawie nie pamiętasz?
— Zawsze   wydawała   mi   się   okropnie   stara.   Oczywiście   była   stara.   Miała   bez   mała 

pięćdziesiątkę, kiedy Elaine przyszła na świat. Nosiła liczne, pobrzękujące ozdoby, zwykle 
leżała na sofie i miała zwyczaj czytywać mi śmiertelnie nudne historie o rycerzach i damach. 
„Idylle królewskie” Tennysona… Zapewne ją kochałem. A dziś, kiedy wspominam tamte 
łata, rozumiem, że to była piekielnie bezbarwna kobieta.

Wygląda  na to, że nikogo nie kochałeś  naprawdę i nie kochasz —rzuciła  Pat nie bez 

przygany w głosie. Mąż ujął jej rękę, ścisnął mocno.

— Kocham ciebie, Pat — powiedział.

25

background image

VII

Inspektor Neele trzymał jeszcze w ręku blok z tekstem depeszy, gdy samochód zajechał 

przed dom i stanął ze zgrzytem hamulców. — Jest pani Fortescue — oznajmiła Mary Dove. 
Detektyw ruszył w stronę drzwi wejściowych i kątem oka spostrzegł, że Mary Dove wycofuje 
się, niknie na dalszym planie. Najwyraźniej wolała nie uczestniczyć w zapowiadającej się 
scenie. Godny uwagi objaw taktu, dyskrecji, a także braku ciekawości. W podobnej sytuacji 
— osądził inspektor Neele prawie żadna kobieta nie ruszyłaby się z miejsca.

Był tuż przy drzwiach, gdy w hallu pojawił się Crump. I on musiał usłyszeć podjeżdżający 

samochód.

Dwie osoby wysiadły ze sportowego rolls bentleya i zbliżyły się do domu. Drzwi otwarły 

się przed nimi. Adela Fortescue zmierzyła obcego mężczyznę zdziwionym wzrokiem.

Neele ocenił w mgnieniu oka jej niezwykłą urodę, a także trafność zdania Mary Dove, 

które   zaszokowało   go   w   swoim   czasie.   Uznał,   że   Adela   Fortescue   to   rzeczywiście 
„seksbomba”. Ogólnym kolorytem i postawą przypomina jasnowłosą pannę Grosvenor. Ale 
efektowna   sekretarka   musi   być   osobą   poważną   i   solidną,   wyzywającą   jedynie   na   pozór. 
Natomiast   powierzchowność   wdowy   po   panu   Fortescue   odpowiada   bez   wątpienia   jej 
wewnętrznej sylwetce. To ktoś, kto zwraca się do mężczyzn jasno, bez ogródek. Ktoś, kto 
zdaje   się   mówić   wyraźnie:   „Spójrz!   Jestem   kobietą”.   Seks   objawiają   jej   ruchy,   słowa, 
spojrzenia, jednakże w oczach czai się roztropny, przebiegły wyraz. Pani Adela z pewnością 
lubi płeć odmienną, lecz jeszcze wyżej ceni sobie pieniądze.

Detektyw objął wzrokiem mężczyznę, który towarzyszył pięknej Adeli dźwigając torbę z 

kijami   do   golfa.   Dobrze   znał   ten   typ   —   typ   specjalisty   od   młodych   żon   bogatych   i 
podstarzałych   mężów.   Pan   Vivian   Dubois   (on   to   był   bowiem)   emanował   wystudiowaną 
męskością, daleką jego prawdziwej naturze. Należał do facetów, którzy „rozumieją” kobiety.

— Pani Fortescue? — zapytał Neele.
— Tak, ale… — błękitne oczy spojrzały pytająco. — Nie rozumiem doprawdy…
— Jestem inspektor Neele i, niestety, mam dla pani bardzo złe wiadomości.
— Oo… Kradzież? Włamanie? Coś w tym sensie?
— Nie w tym sensie, proszę pani. Chodzi o pani małżonka, który poważnie zachorował w 

biurze.

— Rex? Zachorował?
— Od wpół do dwunastej usiłowaliśmy nawiązać z panią kontakt.
— Gdzie on jest? Tutaj? W jakimś szpitalu?
— Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Niestety, musi się pani przygotować na złą 

wiadomość.

— Jak to? Chyba nie… nie umarł? — wyjąkała Adela Fortescue. Postąpiła krok, wsparła 

się o ramię inspektora, a ten ceremonialnie, nie bez wrażenia, że gra na scenie, powiódł ją w 
głąb hallu.

— Dobrze jej zrobi koniak — powiedział Crump, który ciekawie kręcił się w pobliżu. ,
— Słusznie,  Crump.  Przynieś   koniak  —  przemówił  dźwięcznym  głosem  pan  Dubois  i 

dodał pod adresem detektywa: — Pozwoli pan tędy.

Otwarte   przezeń   drzwi   jął   mijać   pochód:   Neele   prowadzący   Adelę   Fortescue,   Vivian 

Dubois oraz Crump z karafką koniaku i dwoma kieliszkami.

Dama ciężko opadła na fotel, zakryła oczy dłonią, a drugą ręką sięgnęła po koniak, który 

podał jej Neele. Ostrożnie pociągnęła mały łyk i kieliszek odstawiła.

— Nie chcę — szepnęła — nic mi nie jest. Ale… proszę powiedzieć, co to było? Pewno 

wylew krwi do mózgu? Biedny Rex!

— To nie był wylew krwi do mózgu, proszę pani.

background image

— O ile sobie przypominam,  przedstawił się pan jako inspektor policji — zabrał  głos 

Vivian Dubois.

— Zgadza się — odparł pogodnie detektyw. — Inspektor Neele z Wydziału Śledczego.
W ciemnych oczach młodego człowieka pojawił się wyraz zaniepokojenia. Najwyraźniej 

nie odpowiadała mu obecność inspektora z Wydziału Śledczego.

— Co się stało? Coś podejrzanego? — zapytał i odruchowo cofnął się krok ku drzwiom, 

czego Neele nie omieszkał zanotować w pamięci.

— Niestety, proszę pani — zwrócił się do Adeli Fortescue — musimy wziąć pod uwagę 

konieczność śledztwa.

— Konieczność śledztwa? Co pan… Co to znaczy?
— Rozumiem, że to wszystko jest dla pani nad wyraz niemiłe —podjął gładko Neele. — 

Jednakże zachodzi potrzeba, aby ustalić możliwie najszybciej, co pan Fortescue jadł i pił dziś 
rano, przed wyjazdem z domu do biura.

— Chce pan powiedzieć, że Rex został otruty?
— Na to wygląda, proszę pani.
— Niepodobna!… Aa… Ma pan na myśli zatrucie pokarmowe —dorzuciła dama głosem o 

pół oktawy niższym.

Neele miał nadal twarz drewnianą, bez wyrazu. Mówił chłodno, spokojnie:
— Szanowna pani przypuszcza, że co mam na myśli?  Adela Fortescue puściła pytanie 

mimo uszu.

— Ale, panie inspektorze… my wszyscy czujemy się dobrze.
— Może pani to stwierdzić w imieniu całej rodziny?
— W imieniu całej rodziny? Nie… Raczej nie. Dubois ostentacyjnie spojrzał na zegarek.
— Ha, muszę zmykać, Adelo. Strasznie mi przykro, ale nic ci się przecież nie stanie… 

Masz do dyspozycji służącą i małą Dove… Na razie.

— Nie odchodź, Vivian! Bardzo proszę.
Zabrzmiało to jak jęk rozpaczy i odniosło skutek przeciwny do zamierzonego. Pan Dubois 

szybko cofnął się w stronę drzwi.

— Strasznie   mi   przykro,   moja   droga…   Niestety,   mam   coś   bardzo   ważnego   do 

załatwienia… Umówione spotkanie… Mieszkam tutaj w hotelu, panie inspektorze. Służę, 
gdybym mógł być panu potrzebny… Chętnie służę.

Neele skinął głową. Nie chciał zatrzymywać pana Dubois, lecz oceniał właściwie powód 

jego pośpiechu. Nie miał wątpliwości, że pan Dubois co tchu umyka od kłopotów.

Adela Fortescue opanowała się nieco i podjęła próbę, by sprostać sytuacji.
— To taki wstrząs wrócić do domu i zastać policję — powiedziała.
— Niewątpliwie,   proszę   pani   —   przyznał   Neele.   —   Chodzi   nam   jednak   o   możliwie 

najwcześniejsze zabezpieczenie próbek żywności, a przede wszystkim kawy, herbaty, takich 
rzeczy.

— Kawy?   Herbaty?   Cóż   może   być   w   nich   trującego?   Myślę,   że   biednemu   Reksowi 

zaszkodził bekon. Czasami dostajemy obrzydliwy, wprost niejadalny.

— To się okaże, proszę pani. Wszystko wyjaśnimy.  Niekiedy trafiają się przypadki na 

pozór nieprawdopodobne. Raz mieliśmy do czynienia z zatruciem digitalisem. I co wyszło na 
jaw? Ktoś pomyłkowo nazrywał liści naparstnicy zamiast chrzanu.

— Sądzi pan, że mogło zajść coś zbliżonego?
— Więcej, proszę pani, będzie można powiedzieć po sekcji zwłok.
— Aa… po sekcji zwłok — wzdrygnęła się. — Rozumiem.
— W sąsiedztwie domu rośnie wiele cisów — podjął Neele, obserwując ją bacznie. — 

Czy, proszę pani, istnieje możliwość, że przez pomyłkę ich jagody lub igły trafiły do czegoś?

Adela Fortescue szeroko otworzyła oczy.
— Jagody cisu? Czy są trujące?

27

background image

Jej zdumienie mogło wydać się trochę zbyt naiwne, szczere.
— Słyszałem, proszę pani, o dzieciach, które najadły się ich z fatalnym skutkiem.
— Nie jestem w stanie rozmawiać więcej o tym wszystkim — zawołała kobieta ściskając 

skronie   dłońmi.   —   Nie  mogę!   Chcę   się   położyć,   odpocząć.   Nie   wytrzymam   dłużej.   Pan 
Parcival Fortescue załatwi, co trzeba… Ja nie mogę… Proszę mnie o nic nie pytać… To 
okrucieństwo!

— Z   panem   Parcivalem   Fortescue   porozumiemy   się   możliwie   najwcześniej.   Niestety 

jednak, jest w tej chwili nieobecny. Wyjechał w sprawach handlowych.

— Prawda… zapomniałam.
— Jeszcze   jedno,  proszę   pani.   W   kieszeni   marynarki   pana   Fortescue   znaleziono   garść 

zboża. Potrafi to pani wytłumaczyć?

Dama zrobiła zdziwioną minę. Przecząco pokręciła głową.
— Czy ktoś mógł podrzucić ziarno dla kawału?
— Nie rozumiem, na czym miałby polegać taki kawał? Neele również nie rozumiał.
— Dłużej nie będę pani trudzić — powiedział. — Czy przysłać którą ze służących? A 

może pannę Dove?

— Co pan mówi? — rzuciła z roztargnieniem, więc Neele zadał sobie pytanie, o czym 

może myśleć w tej chwili Adela Fortescue.

Nieporadnie otworzyła torebkę, wydobyła chusteczkę do nosa.
— To straszne… Straszne — podjęła łamiącym się głosem. — Dopiero teraz zaczynam 

uświadamiać   sobie,   co   rzeczywiście   zaszło.   Dotąd   byłam   jak   ogłuszona.   Biedny  Rex… 
Biedny, kochany Rex!

Zaszlochała   głucho,   w   sposób   prawie   przekonywający.   Detektyw   spojrzał   na   nią   z 

szacunkiem należnym żałobie.

— Rozumiem   —   powiedział.   —   To   spadło   na   panią   zupełnie   nagle.   Zaraz   tu   kogoś 

przyślę.

Ruszył w kierunku drzwi, otworzył je i od progu obejrzał się przez ramię. Adela Fortescue 

trzymała przy oczach chusteczkę, której zwisający rąbek niezupełnie przesłaniał usta — usta 
wykrzywione ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

background image

VIII

— Zebrałem, co się dało, panie inspektorze — zameldował sierżant Hay. — Marmoladę, 

trochę szynki, próbki cukru, herbaty, kawy. Te ostatnie niewiele warte, bo naturalnie fusy i 
wyparki poszły już do śmieci. Ale jest jedna sprawa. Kawy zostało dużo, więc służba piła ją 
około jedenastej. Moim zdaniem to ważne.

— Moim również, Hay. Jeżeli Rex Fortescue został wykończony kawą, trucizna była tylko 

w jego filiżance.

— I postarał się o to ktoś z obecnych przy śniadaniu. Właśnie! Pytałem też ostrożnie o 

cisowe jagody i igły. Nikt nie natknął się w domu na coś podobnego. Nikt nie wie także o 
zbożu w kieszeni. Domownikom wydaje się to bardzo dziwne. Mnie także, panie inspektorze. 
Denat nie wygląda mi na gościa, co jadał chętnie wszystko, byle nie gotowane. Mój szwagier 
jest   taki.   Lubi   surową   marchew,   surowy   groch,   surową   rzepę.   Ale   nawet   on   nie   rusza 
surowego ziarna. Jak pragnę zdrowia, takie coś musi okropnie pęcznieć w brzuchu.

Zabrzęczał telefon i na znak inspektora Hay ruszył żwawo, by odebrać. Neele pospieszył 

za nim. Dzwonił Wydział Śledczy, że nawiązano kontakt z Parcivalem Fortescue, który bez 
chwili zwłoki wraca do Londynu.

Kiedy   inspektor   odkładał   słuchawkę,   przed   dom   zajechał   samochód.   Crump   otworzył 

drzwi, wpuścił do hallu kobietę z okazałym naręczem paczek i począł je od niej odbierać.

— Dziękuję, Crump — powiedziała. — Proszę zapłacić kierowcy. Chciałabym zaraz napić 

się herbaty. Jest już w domu pani Fortescue albo panna Elaine?

Kamerdyner zawahał się, niepewnie zerknął przez ramię na detektywa.
— Mamy niedobre wiadomości, proszę pani — bąknął. — O panu…
— O panu Fortescue?
Neele podszedł bliżej, więc Crump objaśnił go półgłosem:
— Pani Parcivalova, proszę pana.
— Jakie   wiadomości?   Co   się   stało?   Nieszczęśliwy   wypadek?   Przed   udzieleniem 

odpowiedzi Neele oszacował wzrokiem nowo przybyłą. Była dość otyła, jej usta zdawały się 
wyrażać rozgoryczenie i wyglądała na mniej więcej trzydzieści lat. Neele pomyślał, że pani 
Parcivalowa Fortescue jest zapewne śmiertelnie znudzona i z tej racji . dopytuje tak żywo o 
złą nowinę.

— Z   prawdziwą   przykrością   —   powiedział   —   muszę   panią   poinformować,   że   pan 

Fortescue zasłabł nagle w biurze i umarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala Świętego Judy.

— Umarł? Naprawdę?
Nie ulegało wątpliwości, że wiadomość okazała się jeszcze bardziej sensacyjna, niż wolno 

było liczyć.

— Dobry   Boże!   Co   za   wydarzenie!   A   mój   mąż   wyjechał.   Trzeba   będzie   się   z   nim 

porozumieć. Jest gdzieś na północy Anglii. Myślę, że w biurze powinni wiedzieć, dokąd się 
wybierał. Oczywiście na niego spadnie cały kłopot. A to dopiero! Ze też podobna historia 
musi trafić się zawsze w najmniej stosownej chwili!

Pani Parcivalowa umilkła, jak gdyby chciała przeżuć w myślach historię, która trafiła się w 

najmniej stosownej chwili.

— Wiele zależy  od tego, gdzie odbędzie się pogrzeb  —  podjęła. —Spodziewam się, że 

tutaj. A może w samym Londynie?

— O tym zadecyduje rodzina.
— Oczywiście.   Tak   się   tylko   zastanawiałam   —   odparła   pani   Parcivalowa   i   dopiero 

wówczas zainteresowała się nieznajomym, z którym prowadziła rozmowę.

— Pan z biura, co? — zapytała. — A może jest pan lekarzem?
— Jestem funkcjonariuszem policji. Zgon pana Fortescue nastąpił nagle, wobec czego…

29

background image

— Chce pan powiedzieć, że to było morderstwo? — przerwała mu raptownie.
Morderstwo! Pierwszy raz padło to słowo, więc Neele spojrzał bacznie na ożywioną, pełną 

zaciekawienia twarz tęgiej osoby.

— Dlaczego przyszła pani na myśl taka możliwość? — zapytał.
— Dlaczego? Cóż, morderstwa zdarzają się czasami… Wspomniał pan o nagłym zgonie. 

Jest pan funkcjonariuszem policji… Czy już pan ją widział? Co powiedziała na to wszystko?

— Nie bardzo rozumiem, o kim pani mówi.
— O kim? Naturalnie o Adeli. Sto razy mówiłam Valowi, że jego ojciec strzelił kapitalne 

głupstwo, kiedy ożenił się z kobietą o tyle lat młodszą. Ale, powiadam panu, nie ma frajera 
gorszego niż stary frajer! Dostał bzika na temat tej okropnej baby. No i co z tego wyszło? 
Wpadliśmy   wszyscy   w   kabałę.   Będziemy   mieli   dom   pełen   reporterów,   fotografie   w 
gazetach… — Pani Parcivalowa urwała znowu, jak gdyby oczyma wyobraźni oglądała długie 
serie niedyskretnych zdjęć prasowych. Inspektor pomyślał, że taka perspektywa nie jest dla 
niej całkowicie nieprzyjemna. — Co to było? Arszenik? — zwróciła się doń żywo.

— Przyczyna zgonu nie została jeszcze ustalona — odrzekł chłodnym, urzędowym tonem. 

— Odbędzie się sekcja zwłok i rozprawa u koronera.

— Ale pan już wszystko wie, prawda? Inaczej nie pokazałby się pan tutaj.
Pełna, niewątpliwie tępawa twarz pani Parcivalowej przybrała chytry wyraz.
— Naturalnie wypytuje pan domowników, co nieboszczyk jadł wczoraj na kolację, dziś na 

śniadanie. Nie mylę się, prawda? Interesujące też są wszystkie napoje, co?

Inspektor nie wątpił, że kobieta łakomie roztrząsa w myślach wszelkie możliwości.
— Istnieje   prawdopodobieństwo   —  odrzekł   z   rezerwą   —   że   pan   Fortescue   zasłabł   na 

skutek zatrucia czymś, co spożył dziś w czasie śniadania.

— W   czasie   śniadania?   —   powtórzyła   z   nutą   zdziwienia.   —   Czy   to   możliwe?   Nie 

wyobrażam sobie… — umilkła na moment, pokręciła głową. — Nie wyobrażam sobie, jak 
ona mogłaby to zrobić w czasie śniadania. Chyba że przemyciła coś do kawy, kiedy ja nie 
patrzałam ani Elaine. W takim razie…

W głębi hallu zabrzmiał spokojny głos:
— Herbatę dla pani podano w bibliotece. Pani Valowa wzdrygnęła się nerwowo.
— Oo… Bardzo dziękuję, panno Dove. Dobrze mi zrobi filiżanka herbaty. Jestem zupełnie 

rozbita i… Napije się pan herbaty, panie… panie inspektorze?

— Nie, proszę pani. Dziękuję.
Pulchna kobietka  zawahała  się na moment,  później  odeszła z wolna. Gdy zniknęła  za 

drzwiami, Mary Dove rzuciła półgłosem:

Myślę, że ta idiotka nie słyszała nigdy o karze za zniesławienie.
Neele nie odpowiedział, więc zarządzająca domem podjęła chłodno:
— Mogę służyć panu czymś więcej?
— Chciałbym pomówić z pokojową Ellen.
— W tej chwili poszła na piętro. Zaprowadzę pana do niej.
Ellen była posępna, lecz nie przejawiała lęku. Inspektora powitała z wyrazem triumfu na 

zwiędłej, surowej twarzy.

— Paskudna sprawa, proszę pana — zaczęła. — Kto by pomyślał, że przyjdzie mi służyć 

w domu, gdzie wyprawiają się takie rzeczy. Chociaż mogę powiedzieć, że to dla mnie nie 
całkiem niespodzianka. Po prawdzie dawno powinnam poprosić o zwolnienie, bo to i tamto 
bardzo mi się nie podoba. Wyrażają się tu nieładnie, piją za dużo, a najbardziej gniewają mnie 
te świństwa. Nie mam nic przeciwko pani Crump, ale czy Crump albo ta kredensowa Gladys 
wiedzą, co znaczy dobra służba? Wszystko to nic. Najbardziej gniewają mnie te świństwa.

— O jakich świństwach pani mówi?
— Może pan jeszcze nic nie słyszał, ale niedługo usłyszy. Cały dom trzęsie się od gadania. 

Ludzie widują ich tu i tam… Niby to ma być golf albo tenis… takie rzeczy… Na własne oczy 

background image

oglądałam, słowo daję! Drzwi biblioteki były nie domknięte, a oni całowali się, migdalili.

Mówiła z iście zabójczym jadem. Neele zdawał sobie sprawę, że to pytanie zbędne, jednak 

zapytał:

— O kim pani mówi?
— Ma się rozumieć o naszej pani i tym facecie. Wstydu nie mają! Ale na mój rozum pan 

coś przewąchał, z pewnością przewąchał. Napuścił kogoś, kto ich śledził. No i do czego 
doszłoby ostatecznie? Do rozwodu? Tyle że zamiast rozwodu to się przydarzyło.

— Twierdzi pani zatem…
— Wypytuje pan inspektor, co nasz pan jadł i pił i kto mu tamto i owo podawał. Oni to 

zmajstrowali, do spółki, nic innego nie twierdzę. On postarał się gdzieś o truciznę, ona podała 
ją panu. Inaczej być nie mogło, jak Bóg na niebie.

— Widziała pani kiedy cisowe jagody w domu albo, dajmy na to, na śmietniku?
— Cisowe   jagody?   —   małe   złośliwe   oczki   błysnęły   zaciekawieniem.   —   Paskudna 

trucizna. Kiedy byłam mała, moja mama mówiła często: nie ruszaj tego nigdy. Czy go struli 
cisowymi jagodami?

— Nie wiemy jeszcze, kto i czym otruł pana Fortescue.
— Nie widziałam nigdy, żeby ona kręciła się koło cisów. Tego nie powiem — głos Ellen 

zabrzmiał nutą rozczarowania.

Z kolei Neele zapytał  o znalezione w kieszeni żyto, lecz i tym  razem nie posunął się 

naprzód.

— Nie, panie inspektorze. Nic o życie nie wiem — odpowiedziała pokojowa. Następne 

próby też nie przyniosły rezultatu, więc ostatecznie zapytał, czy mógłby porozumieć się  
panną Ramsbottom.

— Mogę   pójść   do   niej   —   odparła   Ellen   z   powątpiewaniem.   —   Zobaczymy.   Ale   ona 

bardzo niechętnie widuje ludzi. To bardzo wiekowa osoba i trochę pomylona, proszę pana.

Detektyw ponowił prośbę, więc pokojowa poprowadziła go niechętnie korytarzem, przy 

którego   końcu,   u   szczytu   krótkich   schodów,   znajdowały   się   pokoje   zapewne   niegdyś 
dziecinne.

Po  drodze   Neele  wyjrzał  oknem   korytarza   i  w   pobliżu   starego  cisa   zobaczył  swojego 

sierżanta zajętego rozmową z jakimś mężczyzną, chyba ogrodnikiem.

Ellen  zastukała do drzwi, a gdy z wnętrza pokoju dobiegła odpowiedź, otworzyła  je i 

powiedziała:

— Jeden pan z policji chciałby porozmawiać z panią, proszę pani. Panna RamsbottSm 

musiała wyrazić zgodę, bo pokojowa cofnęła się i gestem dała do zrozumienia gościowi, że 
może wejść.

Pokój był nieprawdopodobnie zagracony i Neele odniósł wrażenie, iż przeniósł się nagle w 

czasy nie króla Edwarda nawet, lecz królowej Wiktorii. Za stołem przysuniętym do piecyka 
gazowego siedziała sędziwa dama zajęta układaniem pasjansa. Miała na sobie brązoworudą, 
staroświecką   suknię,   a   jej   rzadkie   siwe   włosy   były   uczesane   gładko,   z   przedziałkiem 
pośrodku głowy.

— Proszę — odezwała się nie podnosząc wzroku. — Proszę. Niech pan siada.
Zastosowanie się do tej uprzejmej propozycji nastręczało pewne trudności, gdyż wszystkie 

fotele i krzesła były zapełnione książkami i pismami o treści religijnej.

Inspektor począł usuwać ostrożnie stos papierów leżący na sofie i w tym momencie stara 

dama zapytała obcesowo:

— Interesuje pana praca misjonarzy?
— Praca misjonarzy?… Obawiam się, łaskawa pani, że nie najbardziej.
— Wielka szkoda! Powinno to pana interesować. Wie pan, gdzie w dzisiejszych czasach 

można znaleźć prawdziwie chrześcijańskiego ducha? W Afryce. Tylko w czarnej Afryce! W 
zeszłym   tygodniu   był   u   mnie   jeden   młody   duchowny.   Czarny   jak   diabeł.   Ale   rzetelny 

31

background image

chrześcijanin.

Inspektor Neele miał nie lada kłopot z podjęciem dalszej rozmowy, a panna Ramsbottom 

jeszcze bardziej zbiła go z tropu mówiąc nieoczekiwanie:

— Ja nie mam radia.
— Przepraszam, łaskawa pani… Nie zrozumiałem.
— Myślałam, że chodzi o rejestrację radia czy jakieś inne niemądre formalności. Słucham? 

Po co pan przyszedł?

— Z   prawdziwą   przykrością   muszę   poinformować   panią,   że   dzisiaj   z   rana   pan   Rex 

Fortescue zasłabł nagle i umarł.

Panna   Ramsbottom   nie   przerwała   układania   pasjansa,   nie   zdradziła   też   objawów 

wzruszenia.

— Wreszcie   ukarana   została   grzeszna   pycha   i   pewność   siebie   —   powiedziała 

beznamiętnym tonem. Do tego przyjść musiało.

— Spodziewam się, że nie jest to dla pani ciężkim ciosem.
Neele nie miał pod tym względem wątpliwości, chciał jednak usłyszeć, co sędziwa dama 

odpowie.

— Jeżeli zamierzał pan powiedzieć, że nie odczuwam żalu, bynajmniej się pan nie omylił 

—   zmierzyła   detektywa   bystrym   spojrzeniem   znad   okularów.   —   Rex   Fortescue   był 
zatwardziałym grzesznikiem. Nigdy go nie lubiłam.

— Jego zgon nastąpił nagle…
— Co słusznie należało się bezbożnikowi! — podchwyciła z radosną pasją.
— Nie wykluczamy możliwości otrucia… — dodał Neele i urwał, by się przekonać, jaka 

nastąpi reakcja.

Nie było żadnej. Panna Ramsbottom zamamrotała półgłosem:
— Czerwona siódemka na czarną ósemkę i teraz można ruszyć króla. Nagle, jak gdyby 

zaniepokojona   milczeniem,   znieruchomiała   z   kartą   w   palcach   i   spod   oka   spojrzała   na 
inspektora.

— Co pan  chce, żebym  powiedziała?  — rzuciła  cierpko.  — Nie  ja go otrułam,  jeżeli 

właśnie to interesuje policję.

— A nie podejrzewa pani, kto mógł to zrobić?
— Pytanie nad wyraz niestosowne! W tym domu mieszka dwoje dzieci mojej nieboszczki 

siostry. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z krwi Ramsbottomów mógł popełnić morderstwo. A 
ze słów pana wnoszę, że w grę wchodzi morderstwo, prawda?

— Tego nie powiedziałem, łaskawa pani.
— Rzecz oczywista, że to było morderstwo. W swoim czasie niejeden chętnie wyprawiłby 

na tamten świat Reksa, człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów. No, a jak to się mówi, 
dawne grzechy rzucają długie cienie.

— Czy to aluzja do jakiejś określonej osoby?
Panna Ramsbottom zgarnęła karty i dźwignęła się z fotela. Neele zauważył wówczas, że to 

kobieta okazałego wzrostu.

— Najwyższa pora, żeby pan sobie poszedł — powiedziała bez gniewu, lecz z chłodną 

stanowczością. — Jeżeli interesuje pana moje zdanie, sądzę, że uśmiercił go ktoś ze służby. 
Kamerdyner   sprawia   wrażenie   skończonego   łajdaka,   a   kredensowa   jest   z   pewnością 
nienormalna. Żegnam pana.

Inspektor Neele wyniósł się pokornie z pokoju. Starsza pani z charakterem, z nie lada 

charakterem!   Nic   niepodobna   z   niej   wyciągnąć.   Zszedłszy   po   schodach   do   hallu 
nieoczekiwanie znalazł się twarzą w twarz z wysoką, ciemnowłosą młodą osobą. Miała na 
sobie wilgotny płaszcz przeciwdeszczowy i spojrzała na inspektora z wyrazem zaskakującej 
pustki w oczach.

— Dopiero co wróciłam — odezwała się cicho — i powiedziano mi… powiedziano, że 

background image

ojciec nie żyje.

— Niestety, proszę pani, to prawda.
Dziewczyna   wyciągnęła   rękę,   jak   gdyby   szukając   oparcia.   Znalazła   za   sobą   dębowe 

krzesło i opadła na nie bezwładnie, sztywno.

— Nie… Ach, nie… — westchnęła i dwie duże łzy spłynęły z jej oczu. — Nie myślałam, 

że jestem do ojca przywiązana… Nie… Zdawało mi się, że go nienawidzę. Ale myliłam się 
chyba, bo… Bo inaczej nie byłoby mi żal. A jest mi żal. Z pewnością!

Umilkła i przez czas pewien siedziała nieruchomo, zapatrzona przed siebie. Łzy nadal 

ciekły z jej oczu, spływały po twarzy.

— I to okropne, że teraz wszystko będzie dobrze — podjęła nagle zdławionym głosem. — 

Mogę wyjść za Geralda. Mogę zrobić, co mi się podoba. Ale dlaczego musiało się to stać 
takim kosztem? Nie życzyłam ojcu śmierci… Naprawdę nie życzyłam… Mój Boże! Biedny, 
biedny tatuś!

Inspektor Neele był nieco zaskoczony, gdyż pierwszy raz napotkał w Domu pod Cisami 

objawy żalu po zmarłym.

33

background image

IX

— Według mnie wszystko wskazuje na żonę — powiedział naczelnik Wydziału Śledczego, 

kiedy inspektor Neele złożył wyczerpujący raport.

Była   to   doskonała   charakterystyka   sprawy   zwięzła,   bez   pominięcia   żadnego   istotnego 

szczegółu.

— Tak.   Wszystko   wskazuje   na   żonę   powtórzył   przełożony.   —A   co   pan   o   tym   sądzi, 

Neele?

Inspektor przyznał mu słuszność i pomyślał cynicznie, że w podobnych przypadkach z 

reguły wszystko wskazuje na żonę — albo na męża.

— Oczywiście   miała   sposobność   ciągnął   naczelnik   —   i   motyw.   Był   motyw,   prawda, 

Neele?

— Zapewne, panie naczelniku. Ten Vivian Dubois.
— Myśli pan, Neele, że i on maczał w tym palce?
— Nie zdaje mi się, panie naczelniku. Wygląda na faceta bardzo dbałego o własną skórę. 

Mógł podejrzewać, że ona coś knuje, nie sądzę jednak, by był inspiratorem.

— Za ostrożny na to, prawda?
— O wiele za ostrożny.
— Nie   należy  pochopnie  wyciągać  wniosków,  lecz,   moim   zdaniem,  to   dobra  hipoteza 

robocza. Są jeszcze dwie osoby, które miały sposobność. Co pan o nich powie?

— Córka denata i synowa. Córka kocha się w młodym człowieku, który był bardzo źle 

widziany przez ojca i stanowczo nie ożeni się z nią, jeżeli nie będzie miała pieniędzy. To 
stwarza jej motyw. Na temat synowej wolałbym nie wypowiadać się jeszcze. Zbyt mało o niej 
wiem. Niewątpliwie każda z tych trzech pań była w stanie otruć Reksa Fortescue, a nie bardzo 
sobie   wyobrażam,   jak   mógłby   tego   dokazać   ktokolwiek   inny.   Kredensowa,   kamerdyner, 
kucharka mieli do czynienia ze śniadaniem: przygotowywali je lub podawali.

Ale nie rozumiem, skąd ktoś z nich miałby pewność, że tylko Rex Fortescue, nikt więcej, 

połknie taksynę… Oczywiście, jeżeli to była taksyna.

— Była — powiedział przełożony. — Dopiero co otrzymałem wstępny wynik badania.
— W porządku. Możemy iść dalej.
— Służba nie wydaje się panu podejrzana?
— Kamerdyner i kredensowa sprawiają wrażenie zdenerwowanych. Ale nie widzę w tym 

nic dziwnego. Podobne reakcje zdarzają się często. Kucharka broni się zawzięcie, a pokojowa 
jest kontenta na ponuro. Wszystko to uważam za objawy pospolite i naturalne.

— Nikt więcej nie nasuwa podejrzeń?
— Nie sądzę, panie naczelniku.
Inspektor Neele przypomniał sobie Mary Dove i jej zagadkowe uśmiechy. Zarządzająca 

domem niewątpliwie zdradzała niechęć wobec rodziny pracodawców.

— Skoro  już  wiemy,   że  w  grę  wchodzi  taksyna,   należy znaleźć  dowody,  jak  truciciel 

zdobył ją lub przygotował.

— Właśnie, Neele. Śmiało proszę robić, co należy. Aha! Jest u nas Parcival Fortescue. 

Zamieniłem już z nim kilka słów. Czeka, żeby z panem porozmawiać. Odnaleźliśmy także 
drugiego syna.  Zatrzymał  się w Paryżu,  w hotelu Bristol. Dzisiaj  wybiera  się do Anglii. 
Sądzę, że powinien pan go spotkać na lotnisku.

— Tak jest, panie naczelniku.
— Teraz niech pan pogada z Parcivalem Fortescue — naczelnik parsknął śmiechem. — 

Odniosłem wrażenie, że to Percy Cwaniak.

Pan Parcival Fortescue — starannie ubrany i gładki mężczyzna lat około trzydziestu — 

miał bardzo jasne włosy oraz rzęsy i odznaczał się pedantycznym sposobem mówienia.

background image

— Nietrudno wyobrazić sobie panu, panie inspektorze, że to, co zaszło, odczułem jako 

wstrząs nader dotkliwy.

— Rzecz zrozumiała, proszę pana — zgodził się Neele.
— Z całą pewnością twierdzę, że w dniu przedwczorajszym, kiedy wyjeżdżałem z domu, 

ojciec czuł się doskonale. Wobec tego odnoszę wrażenie, iż zatrucie pokarmowe musiało 
nastąpić zupełnie nagle.

— Tak — przyznał inspektor Neele. — To nastąpiło zupełnie nagle, ale nie miało nic 

wspólnego z zatruciem pokarmowym.

Parcival zmarszczył czoło, szeroko otworzył oczy.
— Nie miało nic wspólnego… Więc co się stało?
— Pański ojciec został otruty taksyną.
— Taksyną? Nigdy tej nazwy nie słyszałem.
— Sądzę, że mało kto ją słyszał. To zabójcza substancja, działająca bardzo gwałtownie.
— Czy pan sądzi, inspektorze, że ktoś rozmyślnie otruł mojego ojca?
— Na to wygląda, proszę pana.
— Przerażająca historia!
— Istotnie, proszę pana, przerażająca.
— Aa…   Rozumiem   teraz,   czemu   w   szpitalu   zachowywali   się   tak   dziwnie…   Czemu 

skierowali mnie tutaj — bąknął Parcival Fortescue i po niedługiej pauzie dodał pytającym 
tonem: — Co będzie z pogrzebem?

— Rozprawę u koronera wyznaczono  na jutro, po sekcji zwłok. Oczywiście  będzie to 

postępowanie czysto formalne i z pewnością zostanie odroczone.

— Taka jest procedura w podobnych przypadkach?
— Zazwyczaj, proszę pana.
— Wolno zapytać, panie inspektorze, czy są jakieś domysły… podejrzenia co do… Nie 

wyobrażam sobie… — Parcival urwał znowu.

— Moja odpowiedź byłaby dziś przedwczesna, proszę pana — odparł cicho detektyw.
— Aha… Zapewne.
— Niewątpliwie   jednak   pomocne   będą   dla   nas   informacje   o   zapisach   testamentowych 

pańskiego   ojca.   Mógłby   pan   powiedzieć   coś   na   ten   temat   albo   podać   adres   doradców 
prawnych nieboszczyka?

— Jego doradcy prawni to Billingsby, Horsethorpe i Walters. Kancelaria mieści się przy 

Bedford Sąuare. Ale treść testamentu ojca jest mi znana w najistotniejszych punktach. Mogę 
ją panu podać.

— Bardzo proszę. Niestety, proszę pana, to formalność, której nie da się uniknąć.
— Ojciec sporządził na nowo testament po swoim ślubie, mniej więcej przed dwoma laty 

— odparł Parcival Fortescue z cechującą go precyzją. — Kwotę stu tysięcy funtów zapisał na 
własność żonie. Dla mojej siostry Elaine przeznaczył na tych samych warunkach pięćdziesiąt 
tysięcy.   Mnie   mianował   generalnym   spadkobiercą.   Ponadto   jestem   już   oczywiście 
współwłaścicielem firmy.

— Nie ma w testamencie zapisu na rzecz pańskiego brata, Lancelota Fortescue?
— Nie ma. Stosunki między moim ojcem a bratem zostały dawno zerwane — powiedział 

Parcival.

Inspektor spojrzał nań bystro, ale doszedł do wniosku, że ostatnie twierdzenie nie nasuwa 

wątpliwości.

— A zatem — podjął — z testamentu zmarłego wynika, że korzyść odniosą trzy osoby: 

pani Fortescue, panna Elaine Fortescue i oczywiście pan.

— Ja   zyskam   nie   najwięcej   —   westchnął   Parcival.   —   Widzi   pan,   inspektorze,   trzeba 

będzie zapłacić podatek spadkowy… No i ostatnio ojciec był, wyrażając się nąjoględniej, 
cokolwiek lekkomyślny w pewnych operacjach finansowych.

35

background image

— A pan niezupełnie zgadzał się z nim co do zasad prowadzenia interesów, prawda?  — 

podchwycił gładko inspektor Neele.

— Próbowałem   przedstawić   ojcu   swój   punkt   widzenia,   niestety   jednak…   —   Parcival 

bezradnie rozłożył ręce.

— Próbował pan przedstawić swój punkt widzenia energicznie, prawda? Raczej usiłował 

go pan narzucić? Doszło nawet do kłótni, o ile się nie mylę?

— W taki sposób, inspektorze, nie określiłbym sytuacji. — Młody człowiek zarumienił się 

lekko, gniewnie zmarszczył czoło.

— Może wobec tego gwałtowna sprzeczka w biurze tyczyła innej sprawy?
— Nie było żadnej sprzeczki, inspektorze.
— Naprawdę,   proszę   pana?   Zresztą   mniejsza   o   to.   Czy   zerwanie   stosunków   między 

pańskim ojcem a bratem trwało do końca?

— Niewątpliwie.
— Zechce więc pan wyjaśnić, co to może znaczyć — powiedział Neele prezentując blok z 

tekstem depeszy, którą Mary Dove przyjęła telefonicznie.

Parcival szybko przeczytał telegram i wydał zdławiony okrzyk oburzenia, niedowierzania, 

zdziwienia.

— Nic nie rozumiem. Doprawdy, nie rozumiem. Własnym oczom nie wierzę.
— A jednak to fakt, proszę pana. Pański brat dziś przybywa z Paryża.
— Historia nie do pojęcia. Doprawdy, nic nie rozumiem. Trudno mi uwierzyć!
— Ojciec nie rozmawiał z panem na ten temat?
— Nigdy! Słowa nie pisnął. Co za potworność! Wzywać cichaczem Lancelota za moimi 

plecami!

— Zapewne nie orientuje się pan, dlaczego pan Fortescue tak postąpił?
— Naturalnie,   że   się   nie   orientuję…   Ale   to   odpowiada   całemu   jego   postępowaniu   w 

ostatnich czasach. Był szalony, nieobliczalny… Najwyższy czas było z tym skończyć… Ja… 
— Parcival umilkł raptownie, krew odpłynęła mu z twarzy. — Zapomniałem… — bąknął 
niepewnie. —Na chwilę zapomniałem, że on nie żyje.

Inspektor Neele ze współczuciem pochylił głowę. Parcival Fortescue wstał i sięgając po 

kapelusz dodał spokojnie:

— Zechce pan porozumiewać się ze mną w razie potrzeby. Sądzę jednak, że i tak będzie 

pan wkrótce w Domku pod Cisami.

— Tak, proszę pana. Stale przebywa tam teraz jeden z moich podwładnych.
Parcival wzdrygnął się nerwowo.
— Wszystko   to  przykre,   inspektorze,  niezmiernie  przykre.  Że  też   właśnie  nas  musiało 

spotkać coś podobnego… — westchnął i zmierzając w kierunku wyjścia dorzucił: — Większą 
część dnia spędzę w biurze. Mam moc spraw do załatwienia. Ale wieczorem przyjadę do 
domu.

— Rozumiem,  proszę pana — powiedział  Neele i dodał, kiedy drzwi zamknęły się za 

gościem: — Rzeczywiście, Percy Cwaniak.

— Słucham,   panie   inspektorze?   —   ocknął   się   sierżant   Hay,   który   dotychczas   siedział 

skromnie pod ścianą.

— Nic ważnego, Hay — odparł Neele. — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy!

background image

X

W pięć minut po starcie z Le Bourget Lance Fortescue rozłożył numer kontynentalnego 

wydania „Daily Maił” i niebawem wydał okrzyk zdumienia. Pat, która zajmowała sąsiedni 
fotel, pytająco spojrzała na męża.

— Ojciec! — wyjąkał. — Nie żyje…
— Nie żyje? Twój ojciec?
— Tak. Zasłabł nagle w biurze. Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Tam wkrótce 

umarł.

— Szczerze ci współczuję, kochany… Co to było? Wylew krwi do mózgu?
— Tak mi się zdaje… Zapewne.
— Czy miał już dawniej taki wylew?
— Nie… O ile mi wiadomo, nie miał.
— Sądziłam dotąd, że pierwszy wylew nigdy nie bywa śmiertelny.
— Biedny   staruszek   —   westchnął   Lance.   —   Nie   podejrzewałem,   że   jestem   do   niego 

przywiązany… Ale teraz, kiedy nie żyje…

— Zawsze kochałeś ojca — podchwyciła Pat.
— Czy   ja   wiem?   Nie   wszyscy   mamy   twój   poczciwy   charakter.   No   i   co?   Jeszcze   raz 

odezwał się mój dawny pech.

— Właśnie.   Dziwna   historia,   że   coś   takiego   wydarzyło   się   akurat   w   czasie   twojego 

powrotu do kraju.

— Dziwna historia?  — Lancelot  spojrzał  bystro  na żonę. — Czemu  nazwałaś  to, Pat, 

dziwną historią?

— No… Taki zbieg okoliczności — odparła zaskoczona nieco młoda kobieta.
— Chciałaś powiedzieć, że wszystko, co rozpocznę, źle się kończy?
— Nic podobnego. Nie tylko tobie trafić się może niedobra passa.
— Zapewne… Nie tylko mnie trafić się może coś takiego.
— Szczerze ci współczuję, kochany — powtórzyła Pat.
Kiedy   wylądowali   na   lotnisku   Heathrow   i   w   samolocie   czekali   na   wyładunek, 

funkcjonariusz linii lotniczych zawołał donośnym, dźwięcznym głosem:

— Czy na pokładzie znajduje się pan Lancelot Fortescue?
— Jestem.
— Pozwoli pan ze mną.
Lance   oraz   Pat   opuścili   samolot   przed   resztą   pasażerów,   a  gdy  mijali   parę   zajmującą 

ostatnie fotele, dobiegł ich szept mężczyzny informującego swoją żonę:

— Pewno to notoryczni przemytnicy przychwyceni na gorącym uczynku.

— Fantastyczna historia! Po prostu fantastyczna! — Lancelot Fortescue spojrzał przez stół 

na   inspektora   z   Wydziału   Śledczego,   Neele   zaś   ze   zrozumieniem   pokiwał   głową.   — 
Taksyna… Cisowe jagody… Czysty melodramat! Panu, inspektorze, takie sprawy wydają się 
zwykłe. Wchodzą w zakres normalnego dnia pracy. Dla mnie wiadomość o otruciu w naszej 
rodzinie brzmi jak szaleńcza blaga.

— Czy nie domyśla się pan przypadkiem, kto mógł otruć pańskiego ojca?
— Skąd, u Boga Ojca! Myślę, że w świecie interesów stary musiał mieć gromadę wrogów, 

ludzi, co chętnie żywcem obłupiliby go ze skóry, puścili z torbami, takie rzeczy. Ale żeby 
zaraz truć! Zresztą nie było mnie na miejscu. Długi czas spędziłem z dala od kraju i mało co 
wiedziałem o sytuacji w domu.

— O to właśnie chciałem zapytać, proszę pana. Słyszałem od pańskiego brata, że stosunki 

między panem a ojcem uległy zerwaniu i taki stan utrzymywał się przez lata. Czy mógłbym 

37

background image

się dowiedzieć, jakie okoliczności skłoniły pana do powrotu w obecnej chwili?

— Naturalnie, inspektorze. Dostałem od ojca wiadomość. Kiedy to było? Aha! Pół roku 

temu,  wkrótce po moim  ślubie. Pisał wtedy,  że chętnie puści w niepamięć  dawne urazy. 
Proponował, abym wrócił do kraju i podjął pracę w firmie. Ale o warunkach tej pracy wyrażał 
się mgliście, więc miałem wątpliwości, czy przyjąć ofertę. W każdym razie wybrałem się do 
Anglii…   chyba   w   sierpniu…   Tak!   W   sierpniu   tego   roku,   przed   trzema   miesiącami. 
Odwiedziłem ojca w Domku pod Cisami i, muszę przyznać, otrzymałem bardzo korzystne 
propozycje. Odpowiedziałem, że zastanowię się i oczywiście porozmawiam z żoną. Przyznał 
mi   słuszność,   wobec   czego   poleciałem   do   Afryki   Wschodniej   i   po   naradzie   z   Pat 
zdecydowałem zrobić to, o co stary prosił. Naturalnie musiałem zlikwidować swoje sprawy, 
co obiecałem załatwić do końca zeszłego miesiąca. O dokładnej dacie przyjazdu do Anglii 
miałem zawiadomić ojca telegraficznie. Inspektor Neele zakasłał dyskretnie.

— Wydaje   mi   się,   że   ten   przyjazd   do   Anglii   sprawił   pańskiemu   bratu   nie   lada 

niespodziankę.

Przystojną   twarz   młodego   człowieka   rozjaśnił   nagły   uśmiech   —   pogodny   i   nieco 

łobuzerski.

— Jestem przekonany, że stary, poczciwy Percy nic a nic nie podejrzewał. W sierpniu był 

na   urlopie   w   Norwegii.   Pewno   dlatego   właśnie   stary   wybrał   sierpień.   Rozumie   pan? 
Montował całą sprawę za plecami synalka. Zresztą coś mi mówi, że oferta pod moim adresem 
wynikła w rezultacie nieporozumień między moim ojcem a Percym albo Valem, jak woli, by 
go nazywano. Val usiłował dyrygować starym, a stary nie lubił nigdy podobnych historii. Nie 
wiem   dokładnie,   co   wywołało   kłótnię,   lecz   w   każdym   razie   ojciec   był   rozwścieczony. 
Zapewne wpadł na pomysł, że nie najgorzej będzie mnie sprowadzić do kraju i tą metodą 
zagwoździć najcięższe armaty biednego starego Vala. I jeszcze jedno. Nigdy nie przepadał za 
żoną   Parcivala,   a   moje   małżeństwo   pochlebiało   mu   z   pobudek   snobistycznych. 
Prawdopodobnie   uważał   za   dobry   dowcip   ściągnięcie   mnie   do   kraju   i   postawienie 
szanownego Parcivala wobec faktu dokonanego.

— Jak długo był pan w Domku pod Cisami podczas sierpniowej wizyty w Anglii?
— Godzinę, inspektorze, może  dwie godziny.  Stary nie proponował mi  noclegu.  Mam 

wrażenie, że chciał ubić interes w sekrecie przed Parcivalem, uniknąć nawet plotek służby. 
Jak już wspomniałem,  postanowiliśmy,  że się zastanowię,  pomówię  z Pat i o rezultatach 
zawiadomię ojca listownie. Tak też zrobiłem. Napisałem podając przybliżony termin powrotu, 
no a wczoraj wysłałem z Paryża depeszę.

— Depeszę, która ogromnie zdziwiła pańskiego brata.
— Nic dziwnego, inspektorze. Chociaż w ostatecznym wyniku Percy wygrał, jak zawsze. 

Zjawiłem się za późno.

— Rozumiem… Zjawił się pan za późno — powiedział Neele tonem zastanowienia i dodał 

żywo: — Aha! Czy w czasie sierpniowych odwiedzin spotkał pan kogoś więcej z rodziny?

— Herbatę piliśmy z moją macochą.
— Nie znał jej pan uprzednio?
— Nie znałem. — Lancelot znowu uśmiechnął się nieoczekiwanie. —Stary wiedział, co 

robi. Znalazł ładną kobietkę, co najmniej trzydzieści lat młodszą od siebie.

— Wybaczy pan moje pytanie, ale czy to małżeństwo miał pan za złe ojcu? Czy miał je za 

złe pański brat?

— Ja   z  pewnością   nie,   inspektorze.   Myślę,   że   Percy  też   nie   czul   urazy.   Nasza   matka 

umarła, kiedy mieliśmy dwanaście i dziesięć lat. Otwarcie mówiąc, dziwiło mnie zawsze, że 
ojciec wcześniej nie ożenił się powtórnie.

— Związek z osobą o wiele młodszą stwarza zawsze pewne ryzyko — bąknął Neele jak 

gdyby do siebie.

— Czy to opinia mojego braciszka? Odpowiada jego stylowi. Percy uchodził zawsze za 

background image

mistrza   w   dziedzinie   insynuacji.   A   może   sprawa   załatwiona,   inspektorze?   Może   pani 
Fortescue jest podejrzana o otrucie męża?

— Jeszcze   zbyt   wcześnie,   by   wyrażać   konkretne   poglądy   na   jakiekolwiek   kwestie   — 

odparł chłodno detektyw. Wolno zapytać o pańskie plany?

— Moje plany? — Lance zastanowił się na moment. — Hm… Będę musiał obmyślić nowe 

plany. Rzecz zrozumiała. Gdzie podziewa się moja rodzina? Czy wszyscy są w Domku pod 
Cisami?

— Tak, proszę pana.
— Zaraz tam pojadę. A ty — zwrócił się do żony — zatrzymasz się chwilowo w hotelu.
— Także pomysł! — zaprotestowała żywo. — Ja też pojadę, Lance.
— Nie, moja droga.
— Dlaczego? Wolę być z tobą.
— Nie,   Pat.   Doprawdy,   nie.   Zatrzymasz  się   w…   Słowo   daję!   Strasznie   dawno   nie 

zaglądałem  do  Londynu.  W   swoim   czasie   hotel   Barnes   był  przyjemny,  spokojny.  Chyba 
istnieje nadal, inspektorze?

— Oczywiście, proszę pana.
— Więc sprawa załatwiona, Pat. Zainstaluję cię tam, jeżeli mają wolny pokój. Później sam 

złożę wizytę w Domku pod Cisami.

— Nie rozumiem, kochanie, czemu nie pozwalasz mi wybrać się z tobą.
Lance zrobił minę bardzo serio.
— Otwarcie   mówiąc,   Pat,   nie   spodziewam   się   serdecznego   przyjęcia.   Zaproszenie 

otrzymałem od ojca, ale on nie żyje. Nie mam pojęcia, kto jest dziś właścicielem posiadłości. 
Myślę, że Percy lub może Adela. Tak czy inaczej wolę sprawdzić, jak zostanę powitany, 
zanim pokażę tam ciebie. Jest jeszcze jedna kwestia…

— Jaka?
— Nie chcę wprowadzać cię do domu, w którym grasuje truciciel.
— Co za nonsens! — obruszyła się młoda kobieta.
— Wolę nie ryzykować — odparł Lance z naciskiem — tam, gdzie w grę wchodzi twoja 

osoba, Pat.

39

background image

XI

Pan   Dubois   zirytował   się   mocno.   List   Adeli   Fortescue   podarł   i   wrzucił   do   kosza   na 

śmiecie.   Następnie,   pod   wpływem   nagłego   przypływu   rozwagi,   wyłowił   strzępki   spośród 
innych   papierów,  podpalił   i dopilnował,   by zgorzały  na  popiół.  Zajęty  tym  mamrotał  do 
siebie:

— Czemu, u licha, baby muszą być tak piekielnie głupie? Najprostszy zdrowy rozsądek — 

urwał, gdyż zreflektował się, że kobietom zawsze brakuje zdrowego rozsądku; wiedział o tym 
niedostatku i często korzystał z niego, nie pochwalał go jednak.

Sam przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności. Zapowiedział, że w razie telefonu 

pani Fortescue nie będzie go w hotelu. I co? Dzwoniła już trzykrotnie, a teraz przysłała list. 
Nie ma nic gorszego niż pisanina. Pan Dubois zamyślił się głęboko i po chwili ruszył do 
telefonu.

— Mógłbym prosić panią Fortescue? Tu Dubois.
— Vivian! Nareszcie! — usłyszał wkrótce jej głos.
— Tak, Adelo, to ja… Ale bądź ostrożna. Skąd mówisz?
— Z biblioteki.
— Jesteś pewna, że cię nie podsłuchują? Nie ma nikogo w hallu?
— Dlaczego miałby ktoś podsłuchiwać?
— Nigdy nic nie wiadomo. Policjanci kręcą się jeszcze po domu?
— Nie. Dokądś poszli. Nie ma ich teraz. Vivian! Kochanie! Jakie to wszystko okropne!
— Rzeczywiście… Okropne! Ale posłuchaj, Adelo. Musimy być ostrożni.
— Ma się rozumieć, kochanie.
— Nie mów do mnie „kochanie” przez telefon. To bardzo ryzykowne.
— Czy   ty   nie   popadłeś   w   panikę?   Przecież   teraz   wszyscy   do   wszystkich   mówią 

„kochanie”.

— Tak… Masz rację. Posłuchaj. Nie dzwoń do mnie. Nie pisz.
— Co takiego? Vivian…
To tylko chwilowe. Zrozum! Musimy być ostrożni. Aa… Zrozumiałam — powiedziała z 

nutą urazy.

— Posłuchaj, Adelo. Chodzi o moje listy do ciebie. Spaliłaś je, prawda?.
— Naturalnie — odparła po chwili wahania. — Obiecałam ci przecież, że to zrobię.
— Więc wszystko w porządku. Skończymy chyba rozmowę? Nie telefonuj do mnie, nie 

pisz. Sam odezwę się w stosownej porze.

Pan Dubois odłożył słuchawkę. Z zastanowieniem pogładził się po twarzy. Nie w smak mu 

była chwila wahania przed informacją o spaleniu listów. Czy je naprawdę spaliła? Wszystkie 
kobiety są jednakowe w takich sprawach. Obiecują i nie dotrzymują słowa.

Listy, bodaj je licho! Baby wymagają zawsze, aby do nich pisywać. .On był naturalnie 

przezorny,  układając bardzo nieliczne  listy do Adeli Fortescue. Ale co w nich dokładnie 
pisał? Czy do zwyczajnych w podobnych razach bredni nie przyplątały się jakieś szczególne 
słowa, zwroty, z których policja potrafi wycisnąć dogodne dla siebie wnioski?

„Cóż, moje listy są raczej niewinne, ale czy podobna pamiętać wszystko? — medytował z 

niepokojem wzrastającym z minuty na minutę.  —  Przypuśćmy, że Adela nie spaliła listów. 
Czy będzie miała dosyć oleju w głowie, żeby zrobić to zaraz? A jeżeli policja już położyła na 
nich łapę? Gdzie Adela może przechowywać moje listy? Pewno w swoim saloniku na piętrze, 
w tym cudacznym biureczku–antyku, podrabianym na styl Ludwika XIV. Coś tam kiedyś 
gadała   o   sekretnej   szufladce.   Sekretna   szufladka!   Niezły   kawał!   Sekretna,   ale   nie   dla 
policjantów. Tyle że policjantów nie ma teraz w Domku pod Cisami. Adela mówiła, że byli z 
rana, ale dokądś się wynieśli. Do tej pory zapewne szukali śladów trucizny w żywności i 

background image

napojach. Nie mieli czasu na szczegółowe przetrząśnięcie domu. Może potrzebny im będzie 
nakaz rewizji? Jeżeli zaczną działać śmiało, niezwłocznie, to zapewne…”

Pan Dubois ujrzał oczyma wyobraźni Domek pod Cisami. Będzie zapadał zmrok. Herbata 

zostanie podana w bibliotece albo w salonie. Cała rodzina zgromadzi się na parterze. Służba 
siądzie do podwieczorku w suterenie. Nikogo nie będzie na piętrze. Cóż łatwiejszego niż 
niepostrzeżenie minąć ogród, w którym cisowe szpalery stwarzają doskonałą osłonę? A od 
strony   tarasu   są   boczne   drzwi,   nigdy   nie   zamykane   na   klucz   przed   późnym   wieczorem. 
Nietrudno wybrać odpowiedni moment, tamtędy zakraść się do domu, później na piętro…

Vivian   Dubois   zastanawiał   się   głęboko,   jak   należy   postąpić.   Gdyby   śmierć   Reksa 

Fortescue   przypisano   wylewowi   krwi   do   mózgu   czy   też   zawałowi   serca,   sytuacja 
wyglądałaby całkiem inaczej. Ale w istniejących warunkach…

— Przesadna ostrożność lepsza niż żal poniewczasie — bąknął półgłosem pan Dubois.

Mary Dove schodziła wolno z piętra. Na podeście głównej klatki schodowej zatrzymała się 

przed   oknem,   z   którego   dnia   poprzedniego   obserwowała   przyjazd   inspektora   Neele’a. 
Zobaczyła coś i tym razem. W szarzejącym świetle zarysowała się sylwetka mężczyzny, aby 
zniknąć   wnet   za   cisowym   żywopłotem.   Dziewczynie   przyszło   na   myśl,   że   to   zapewne 
Lancelot Fortescue, syn marnotrawny. Może odprawił samochód przy bramie, a sam wędruje 
po   ogrodzie,   odświeża   dawne   wspomnienia   przed   spotkaniem   z   niechętną 
najprawdopodobniej   rodziną.   Mary   Dove   współczuła   trochę   Lancelotowi   i   była   dlań 
usposobiona przychylnie. Z uśmiechem ruszyła dalej i w hallu zobaczyła kredensową Gladys, 
która na jej widok wzdrygnęła się nerwowo.

— Czy ktoś dzwonił przed chwilą? — zapytała Mary. — Zdawało mi się, że słyszałam 

telefon.

— Nie…   Nikt.   Pomyłka.   Ktoś   chciał   się   połączyć   z  pralnią   —   odpowiedziała   Gladys 

rozdygotanym głosem. — A przedtem telefonował pan Dubois. Prosił panią Fortescue.

— Aha…   —   odchodząc   w   głąb   hallu   Mary   rzuciła   przez   ramię:   —Czas   na   herbatę, 

Gladys. Nie podałaś jej jeszcze?

— Chyba, proszę pani, nie ma jeszcze pół do piątej.
— Jest   za   dwadzieścia   piąta.   Pośpiesz   się,   proszę.   Zarządzająca  domem   weszła   do 

biblioteki, gdzie Adela Fortescue siedziała na sofie. Zapatrzona w ogień na kominku skubała 
maleńką koronkową chusteczkę.

— Kiedy będzie herbata? — zapytała gniewnie.
— Za chwilę — odpowiedziała Mary Dove i przyklękła, by szczypcami podnieść płonącą 

szczapę, która wysunęła się z kominka.

Uzupełniła ogień jeszcze jednym polanem oraz szufelką węgla.
Tymczasem Gladys wbiegła do kuchni. Pani Crump, która pochylona nad stołem wyrabiała 

ciasto w ogromnej misce, zwróciła ku dziewczynie twarz zaczerwienioną i gniewną.

— Dzwonek biblioteki brzęczy i brzęczy — powiedziała. — Najwyższy czas, moja mała, 

podać herbatę.

— Zaraz, proszę pani. Już lecę!
— Pogadam ja z Crumpem dziś wieczór — mruknęła do siebie kucharka. Przepędzę go na 

cztery wiatry.

W   pokoju   kredensowym   Gladys   przypomniała   sobie,   że   nie   naszykowała   kanapek. 

Drobiazg! Da sobie spokój. I tak jest mnóstwo do lodzenia. Dwa gatunki ciasta, herbatniki, 
rogale, miód, czarnorynkowe masło prosto z farmy. Obejdzie się bez kanapek z pomidorami i 
pasztetem z gęsich wątróbek.

„Mam dość innych spraw na głowie — pomyślała dziewczyna. — A pani Crump złości się 

tylko dlatego, że jej mężulek wyszedł. Także powód! Miał rację. Przecież dziś jest jego wolny 
dzień”.

41

background image

— Czajnik gotuje się jak wszyscy diabli! — zawołała z kuchni pani Crump. — Nigdy nie 

zaparzysz herbaty, czy co?

— Już idę! Idę! — odkrzyknęła Gladys.
Nie mierząc łyżką sypnęła garść herbaty do dużego srebrnego imbryka, skoczyła z nim do 

kuchni   i   napełniła   wrzątkiem.   Imbryk   i   czajnik   z   gotującą   wodą   umieściła   na   ciężkiej, 
również srebrnej tacy i zaniósłszy ją do biblioteki postawiła na stoliczku obok sofy. Spiesznie 
pobiegła do kuchni po drugą tacę z ciastem i dodatkami, kiedy jednak wracała przez hali, 
podskoczyła nerwowo słysząc zgrzyt starego szafkowego zegara, który sposobił się do bicia.

W bibliotece Adela Fortescue zwróciła się do Mary Dove zaczepnym tonem:
— Gdzie się dziś wszyscy podziali?
— Nie mam pojęcia, proszę pani. Panna Elaine już dość dawno przyszła do domu. Pani 

Valowa pisze zapewne listy w swoim pokoju.

— Naturalnie! — rzuciła gniewnie Adeła. — Pisze listy! Nie może dać spokoju pisaniu 

listów! Nie różni się od innych osób ze swej sfery. Śmierć i ludzkie nieszczęście to dla niej 
największa przyjemność. Hiena. Prawdziwa hiena!

— Zawiadomię ją, że herbata czeka — wtrąciła taktownie zarządzająca domem i od progu 

cofnęła się, aby przepuścić pannę Fortescue.

— Zimno dziś — powiedziała Elaine i przycupnąwszy nad ogniem jęła zacierać ręce.
W hallu Mary przystanęła. Na jednej z komód zobaczyła dużą tacę z ciastem i dodatkami. 

Było prawie ciemno, więc przekręciła wyłącznik i w tym momencie odniosła wrażenie, że z 
piętra dobiega odgłos kroków Jennifer Fortescue zmierzającej w kierunku schodów. Jednakże 
nikt się nie pokazał, wobec czego Mary weszła na piętro i minęła korytarz wiodący do pokoi 
sypialnych.

Państwo Parcivalowie zajmowali samodzielny apartament w lewym skrzydle domu. Mary 

zapukała do drzwi ich saloniku, aby uczynić zadość formalności, której Jennifer wymagała 
przywodząc tym do pasji kamerdynera Crumpa.

— Proszę — zabrzmiał dźwięczny głos. Mary uchyliła drzwi, aby oznajmić:
— Herbata już podana, proszę pani.
Zdziwiła się trochę, gdy zauważyła, że pani Valowa zdejmuje właśnie ciepły płaszcz z 

wielbłądziej wełny.

— Nie wiedziałam, że pani wychodziła — bąknęła.
— Byłam   tylko   w   ogrodzie   odparła   lekko   zdyszana   Jennifer.   —Chciałam   odetchnąć 

świeżym powietrzem, ale prędko zorientowałam się, że jest za chłodno. Chętnie doprawdy 
zejdę   na   dół,   żeby   usiąść   przy   ogniu.   Centralne   ogrzewanie   nie   działa,   jak   trzeba.   Ktoś 
powinien zwrócić na to uwagę ogrodnikom.

— Ja się tym zajmę — obiecała zarządzająca.
Jennifer   rzuciła   płaszcz   na   krzesło   i   wyszła   z   pokoju   za   Mary,   która   na   schodach   ją 

przepuściła. W hallu panna Dove zdziwiła się zauważywszy tacę z ciastkami na dawnym 
miejscu.   Zamierzała  właśnie   pójść   do   pokoju   kredensowego   i   zawołać   Gladys,   gdy   w 
drzwiach biblioteki stanęła Adela Fortescue.

— Czy do końca świata nie dostaniemy nic do herbaty? — syknęła gniewnie.
Mary szybko chwyciła tacę, zaniosła do biblioteki i zawartość rozstawiła na kilku niskich 

stolikach w pobliżu kominka. Kiedy wracała do hallu z próżną tacą, usłyszała dzwonek. Co 
tchu   pozbyła   się   tacy   i   ruszyła   w   stronę   drzwi   frontowych.   Ciekawa   była   syna 
marnotrawnego, jeżeli rzeczywiście to on przybywa wreszcie.

„Jaki niepodobny do reszty rodziny” — pomyślała, gdy w progu stanął młody mężczyzna 

o szczupłej, śniadej twarzy i zarysie ironicznego uśmiechu na ustach.

— Pan Lancelot Fortescue?
— We własnej osobie.
— A pański bagaż?

background image

— Taksówkę odprawiłem.  Nie mam  nic więcej  — uśmiechnął  się Lancelot  podnosząc 

średnich rozmiarów torbę podróżną.

Mary zdziwiła się trochę.
— Przyjechał   pan   taksówką?…   Myślałam,   że   pan   spacerował   po   ogrodzie.   Gdzie 

małżonka?

— Moja   żona   nie   przyjedzie   tutaj   —   odparł   młody   człowiek,   a   jego   twarz   przybrała 

posępny wyraz. — W każdym razie nie zaraz.

— Rozumiem… Pozwoli pan ze mną. Wszyscy są w bibliotece przy herbacie.
Doprowadziwszy   gościa   do   drzwi   biblioteki,   Mary   Dove   cofnęła   się.   Pomyślała,   że 

Lancelot   Fortescue   to   bardzo   przystojny   mężczyzna,   i   niezwłocznie   uzupełniła   swoje 
spostrzeżenie wnioskiem, że podobnego zdania jest bez wątpienia tłum kobiet.

— Lance!
Elaine podbiegła do brata, zarzuciła mu ręce na szyję i uścisnęła go z nieoczekiwanym 

dlań entuzjazmem podlotka.

— Tak. Lance… Dobry wieczór — wyjąkał nowo przybyły i łagodnie uwolnił się z objęć 

siostry. — A to Jennifer, prawda?

Pani Valova przyglądała mu się z nie tajoną ciekawością.
— Niestety Val nie wrócił jeszcze z Londynu — powiedziała. — Sam rozumiesz, że ma 

moc spraw do załatwienia. Oczywiście wszystko spadło na niego. Musi dopilnować każdego 
drobiazgu. Nie wyobrażasz sobie, co my tutaj przechodzimy.

— Rzeczywiście. To musi być okropne — zgodził się Lance z powagą i zwrócił wzrok ku 

kobiecie, która siedziała na sofie i trzymając w palcach kawałek rogala z miodem, zdawała się 
chłodno oceniać gościa.

— Prawda! — zawołała Jennifer. — Ty przecież nie znasz Adeli!
— Miałem już zaszczyt — bąknął niewyraźnie Lance ujmując dłoń pani Fortescue.
Gdy spojrzał na nią z góry, zatrzepotała powiekami. Odłożyła na talerz kawałek rogala z 

miodem i lewą ręką poprawiła włosy. Był to gest iście kobiecy, świadczący, że w pokoju 
zjawił się przystojny mężczyzna.

— Usiądź obok mnie, Lance. Proszę — odezwała się Adela głębokim głosem. — Cieszy 

mnie twój przyjazd — ciągnęła nalewając mu herbatę. — Bardzo potrzeba nam w domu 
drugiego mężczyzny.

— Chętnie będę pomagał w miarę sił i możliwości.
— Wiesz zapewne… a może nie wiesz dotąd, że mieliśmy tutaj policję. Trudno doprawdy 

uwierzyć… zająknęła się i po chwili krzyknęła rozpaczliwie: — Straszne! To wszystko jest 
straszne!

— Tak. Niewątpliwie — przyznał Lancelot tonem zrozumienia i współczucia. — I mnie 

policja spotkała na lotnisku.

— Policja? —Tak. —I co?
— Powiedziano mi, co zaszło.
— Rex został otruty — podjęła Adela. — Tak przynajmniej myśli policja, tak mówi. Nie 

było to zatrucie pokarmowe. Nic podobnego! Chodzi o otrucie. Rozmyślne! Nie wątpię, nie 
mam cienia wątpliwości, że zdaniem policjantów musiał to zrobić ktoś z nas.

— Ich   zmartwienie,   nie   nasze   —   odparł   pocieszająco   Lancelot   i   uśmiechnął   się 

nieoczekiwanie. — Muszą dowieść słuszności swojego zdania. Wyśmienity napój! Od lat nie 
próbowałem prawdziwej angielskiej herbaty.

Reszcie towarzystwa łatwo udzielił się nastrój bardziej pogodny.
— A twoja żona, Lance? — zapytała Adela Fortescue. — O ile wiem, masz żonę, prawda?
— Mam, naturalnie. Jest teraz w Londynie.
— Czemu… Nie lepiej było przywieźć ją tutaj?
— Mamy moc czasu na obmyślenie dalszych planów. Pat jest… Jest zupełnie zadowolona 

43

background image

z miejsca, w którym ją ulokowałem.

— Nie chcesz chyba… — zaczęła gwałtownie Elaine. — Nie wyobrażasz sobie, że…
— To ciasto w czekoladzie wygląda wspaniale — przerwał szybko Lance. — Trzeba go 

skosztować.

Gorliwie zajął się krajaniem ciasta i od niechcenia zapytał:
— Czy ciocia Effie żyje jeszcze?
— Ma   się   rozumieć,   Lance.   Nigdy   nie   schodzi   na   parter,   nie   siada   z   nami   do   stołu, 

prowadzi   własne   gospodarstwo,   ale   czuje   się   zupełnie   dobrze.   Tylko   coraz   bardziej 
dziwaczeje.

— Zawsze była dziwaczką — powiedział Lance. — Muszę się do niej wybrać po herbacie.
— W tym wieku powinna się przenieść do domu starców — zabrała głos Jennifer. — 

Oczywiście mam na myśli przyzwoity zakład, gdzie miałaby stosowną opiekę.

— Niech Bóg ma w opiece nieszczęsny dom starców, w którym zamieszka ciocia Effie — 

powiedział   Lancelot   i   dodał   zmieniając   ton:   —   Drzwi   otworzyła   mi   szykowna   młoda 
kobietka. Któż to taki?

— Nie był to Crump, kamerdyner? — zdziwiła się Adela. — Prawda! Zapomniałam, że on 

ma dzisiaj wolny dzień. Zapewne Gladys, ale…

— Błękitne oczy — rozpoczął opis Lance — włosy rozdzielone pośrodku głowy, głos o 

cudownym, ciepłym brzmieniu. Naturalnie trudno z miejsca zgadnąć, co kryje się za tym 
wszystkim.

— To Mary Dove! — zawołała Jennifer.
— Zarządzająca domem — uzupełniła informację Elaine.
— Osoba bardzo przydatna — dodała Adela Fortescue.
— Tak… Sprawia wrażenie osoby bardzo przydatnej — powiedział Lance z namysłem.
— I na miejscu — podchwyciła Jennifer. — To główna jej zaleta… Widzisz, Lance, wcale 

się nie spoufala.

— Roztropna   Mary   Dove   —   mruknął   Lancelot   sięgając   po   drugą   porcję   ciasta   w 

czekoladzie.

background image

XII

— No i co? Wróciłeś niby zły szeląg — powiedziała panna Ramsbottom.
— Zgadza, się, ciociu Effie — odparł z uśmiechem Lance. Sędziwa dama z dezaprobatą 

pociągnęła nosem.

— Ładną wybrałeś porę! Twój ojciec pozwolił się zamordować. Akurat wczoraj! W domu 

pełno policjantów. Myszkują wszędzie. Nawet w śmietnikach grzebią. Obserwuję ich z okna 
— zrobiła krótką pauzę, pociągnęła znów nosem. — Przywiozłeś żonę?

— Nie. Pat została w Londynie.
— To  dowodzi  zdrowego  rozsądku.  Na  twoim  miejscu  też   nie  sprowadziłabym  jej  do 

takiego domu. Nie wiadomo, co mogłoby się przytrafić.

— Komu? Pat?
— Każdemu — burknęła stara. Lance spojrzał na nią przenikliwie.
— Ciocia domyśla się czegoś?
Panna Ramsbottom nie udzieliła bezpośredniej odpowiedzi.
— Wczoraj był u mnie jakiś inspektor. Wypytywał o różne sprawy. Mało się dowiedział. 

Ale nie taki on głupi, jak się wydaje — ciocia Effie umilkła znów na moment, by podjąć z 
oburzeniem: — Co powiedziałby twój dziadek, gdyby usłyszał, że mieliśmy policję w domu? 
W   grobie   by   się   przewrócił!   Przez   całe   życie   był   prawowiernym   purytaninem.   Dobrze 
pamiętam, jaką zrobił awanturę, kiedy się dowiedział, że chodzę na wieczorne nabożeństwa 
do kościoła anglikańskiego. A to przecież drobiazg w porównaniu z morderstwem.

W normalnych warunkach Lance parsknąłby śmiechem, tym razem jednak jego szczupła 

śniada twarz zachowała wyraz powagi.

— Rozumie ciocia — powiedział — że po tak długiej nieobecności brodzę w zupełnym 

mroku. Co się tu działo ostatnio?

— Bezbożne sprawy! — odparła z emfazą panna Ramsbottom i wzniosła wzrok ku niebu.
— Bezbożne sprawy. Naturalnie. Coś takiego spodziewałem się usłyszeć od cioci. Ale co 

naprowadziło policję na myśl, że ojciec został otruty tu, w domu?

— Cudzołóstwo to co innego, morderstwo co innego — powiedziała sędziwa dama. — Nie 

chciałabym jej posądzać. Nie chciałabym naprawdę.

— Mówi ciocia o Adeli? — zapytał Lance z nagłym zaniepokojeniem.
— Nie. Usta mam zamknięte na kłódkę.
— Ładne   to   powiedzonko,   ale   nic   nie   znaczy.   Śmiało,   ciociu   Effie!   Adela   miała 

przyjaciela? Adela z przyjacielem podali staremu blekot w porannej herbatce? Tak się sprawa 
przedstawia?

— Zechciej nie dowcipkować na ten temat.
— Wcale nie dowcipkuję.
— Jedno   ci   mogę   powiedzieć   —   zaczęła   znowu   panna   Ramsbottom.   —   Jestem 

przekonana, że ta dziewczyna wie o czymś.

— Jaka dziewczyna? — zdumiał się Lancelot Fortescue.
— Ta wciąż zakatarzona — objaśniła ciocia Effie. — Ta, co dziś po południu powinna rrfi 

przynieść herbatę, ale nie przyniosła. Podobno zawieruszyła się gdzieś, chociaż nie ma dziś 
wolnego dnia. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło na jaw, że poszła do komisariatu policji. 
Kto ci otworzył drzwi?

— Ktoś nazywany Mary Dove. Osoba na pozór układna i łagodna, ale chyba tylko na 

pozór. Czy to ona mogła zdaniem cioci pójść do komisariatu policji?

— Ona? Skąd znowu! Taka nie chciałaby mieć do czynienia z policją. Mówię o tej idiotce, 

kredensowej. Od rana była zdenerwowana. Skakała i podrygiwała niczym królik. „Co się z 
tobą dzieje? — pytam. — Gryzie cię sumienie?” A ona: „Ja nic nie zrobiłam! Za nic nie 

45

background image

odważyłabym się na coś podobnego”. Później zaczęła pociągać nosem i pleść, że nikomu nie 
życzyłaby nieszczęścia, a cała ta historia jest z pewnością omyłką. Powiedziałam jej wtedy: 
„Moja   droga,   kto   mówi   prawdę,   pognębia   szatana.   Idź   do   komisariatu   policji,   wyznaj 
wszystko,   co   ci   wiadomo,   bo   nie   wynika   nigdy   nic   dobrego   z   tajenia   prawdy,   bodaj 
najbardziej przykrej prawdy”. Ona zaczęła znowu pleść, że do komisariatu nie pójdzie, bo 
nikt jej tam nie uwierzy, a zresztą sama nie wie, co mogłaby powiedzieć. Rozumiesz? Takie 
brednie. Na zakończenie dodała, że ostatecznie i ona nic nie wie.

— Nie sądzi ciocia, że ta dziewczyna chciała zrobić z siebie ważną osobę? — zapytał 

Lance.

— Nie. Była rzeczywiście zalękniona. Prawdopodobnie usłyszała albo zobaczyła coś, co 

dało jej do myślenia: szczegół ważny lub całkiem błahy. Nie wiadomo.

— Nie zdaje się cioci, że ona mogła czuć jakąś urazę do ojca i…
— Nie   zdaje   mi   się   —   przerwała   stanowczym   tonem   panna   Ramsbottom.   —   Taką 

dziewczyną nie zainteresowałby się nigdy Rex Fortescue. Biedactwo! Nie potrafiłaby chyba 
obudzić   zainteresowania   żadnego   mężczyzny.   Moim   zdaniem   to   niemała   korzyść   dla 
zbawienia jej duszy.

Lancelot Fortescue nie przejął się kwestią zbawienia duszy Gladys.
— Myśli ciocia, że ta kredensowa mogła polecieć do komisariatu policji?
— Tak! — panna Ramsbottom z głębokim przekonaniem kiwnęła głową. — Myślę, że 

tutaj nie chciała mówić otwarcie z obawy, by jej ktoś nie podsłuchał.

— Podejrzewa ciocia,  że  widziała  kogoś, kto manipulował  podejrzanie  przy czymś  do 

jedzenia lub picia?

— Domysł nie pozbawiony logiki, prawda? — stara spojrzała bystro na siostrzeńca.
— Tak… Zapewne — przyznał z wahaniem Lance i dodał zaraz tonem usprawiedliwienia: 

— Cała historia brzmi dla mnie fantastycznie, jak fragment kiepskiej powieści kryminalnej.

— Żona Parcivala jest z zawodu pielęgniarką — powiedziała ciocia Effie.
Lance   spojrzał   na   nią   ze   zdumieniem,   gdyż   ostatnie   zdanie   zdawało   się   kompletnie 

pozbawione związku z dotychczasowym przebiegiem rozmowy.

— Pielęgniarki są obyte z rozmaitymi chemikaliami — dodała sędziwa dama.
— Tak… Zapewne — bąknął znów Lance z nutą powątpiewania. — Ale taksyna… Nie 

mam pojęcia, czy stosuje sieją w medycynie.

— Występuje  w  jagodach cisa — podjęła panna Ramsbottom.  —Dzieci  jedzą czasami 

takie jagody i ciężko chorują. Przypominam sobie jeden wypadek. Wywarł na mnie okropne 
wrażenie.   Byłam   wtedy   małym   dzieckiem,   ale   do   dziś   pamiętam.   Widzisz,   dawne 
wspomnienia niekiedy się przydają.

Lance uniósł głowę i przenikliwym wzrokiem zmierzył ciocię Effie, która mówiła dalej:
— Uczucia rodzinne są ludzkie, zrozumiałe. Mam ich chyba nie mniej niż inni. Ale nie 

myślę bronić zła. Zło musi zostać wyplenione!

— Słowa mi nie pisnęła i poszła! — Pani Crump podniosła zaczerwienioną gniewną twarz 

znad ciasta, które obecnie wałkowała. — Zabrała się nie uprzedzając nikogo. Jaka cwana! 
Pewno, że cwana! Strach było dziewusze, że ktoś ją przyłapie i zatrzyma. Ma się rozumieć, 
sama bym to zrobiła. Dobre sobie, co? Pan nie żyje, panicz Lancelot wrócił do domu po tylu 
latach,  więc powiedziałam  do Crumpa:  „Wolny dzień  czy nie wolny,  ja swój  obowiązek 
znam. Nie będzie dziś zimnej kolacji, jak zawsze w czwartek, ale gorąca, wystawna. Młody 
pan przyjechał z dalekich krajów z żoną, co dawniej miała męża z prawdziwej arystokracji. 
Wszystko musi wyglądać jak trzeba”. Pani mnie zna, proszę pani. Wie pani, że szanuję swoją 
pracę i jestem z niej dumna.

Mary Dove — adresatka tej tyrady — przytaknęła lekkim skinieniem głowy.
— A co Crump na to? — kucharka gniewnie podniosła głos. — „Mam wolny dzień — 

background image

powiada — więc z wolnego dnia skorzystam. Figę dbam o całą arystokrację”. On nie szanuje 
swojej pracy, nie jest z niej dumny. Zakręcił się i poszedł sobie, a ja zapowiedziałam Gladys, 
że   dziś   wieczorem   musi   radzić   sobie   sama.   I   co?   Jak   tylko   odwróciłam   się   plecami, 
dziewucha w nogi. A przecież to nie jej wolny dzień! Ona ma wychodne w piątek! Nie 
wyobrażam   sobie,   słowo   daję,   co   teraz   będzie.   Chwała   Bogu,   że   panicz   Lancelot   nie 
przywiózł dziś żony.

— Wybrniemy jakoś z kłopotu, pani Crump — powiedziała Mary tonem pocieszającym, 

lecz stanowczym. — Trzeba uprościć trochę menu. — Zaproponowała pewne zmiany, które 
zostały przyjęte opornie, a następnie zakończyła dyskusję: — To wszystko poda się do stołu 
bez trudności.

— Jak to? Pani sama myśli usługiwać?
— Oczywiście, jeżeli Gladys nie wróci w porę.
— Ona   nie   wróci   —   rzuciła   cierpko   pani   Crump.   —   Szasta   się   gdzieś.   W   sklepach 

wyrzuca pieniądze. Ma przecież kawalera, proszę pani, chociaż wcale na to nie wygląda. 
Albert mu na imię. Podobno mają się pobrać przyszłej wiosny. Sama mi gadała. Głupie te 
dzisiejsze dziewczyny! Wcale nie wiedzą, jak wygląda stan małżeński. Ja tam, proszę pani, 
mam całkiem dosyć Crumpa — westchnęła ciężko. — Co będzie z naczyniami po herbacie? 
Kto je sprzątnie i pozmywa?

— Ja się tym zajmę — powiedziała Mary. — Już idę, pani Crump.
W bibliotece było prawie ciemno, chociaż Adela Fortescue siedziała nadal na sofie.
— Czy   mam   zapalić   światło,   proszę   pani?   —   zapytała   zarządzająca  i  nie   otrzymała 

odpowiedzi.

Mary przekręciła wyłącznik i podeszła do okna, by je zasłonić kotarą. Wówczas dopiero 

odwróciła głowę i spojrzała w twarz kobiety wspartej bezwładnie na ozdobnych poduszkach. 
Obok niej leżał kawałek rogala z miodem. Przed nią stała na stoliku nie dopita filiżanka 
herbaty. Śmierć spotkała Adelę Fortescue niespodziewanie i błyskawicznie.

— I co? — zapytał z przejęciem inspektor Neele.
— Cyjanek… — odparł lekarz. — Prawdopodobnie cyjanek potasu… W herbacie.
— Cyjanek… — powtórzył półgłosem detektyw. Doktor spojrzał nań spod oka.
— Dziwnie przejmuje się pan tym przypadkiem. Są jakieś szczególne powody?
— Aha… Podejrzewaliśmy ją o morderstwo — odparł Neele.
— A okazało się, że jest ofiarą. Hm… Trzeba będzie zacząć myślenie od nowa. Prawda?
Inspektor kiwnął głową. Twarz miał posępną, usta mocno zaciśnięte.
Znowu   trucizna!   Morderstwo   niemal   na   jego   oczach!   Taksyna   w   kawie,   którą   Rex 

Fortescue   pił   na   śniadanie.   Cyjanek   w   herbacie   Adeli   Fortescue.   Nadal   sprawa   czysto 
familijna, domowa. Na to przynajmniej zakrawa.

Adela   Fortescue,   Jennifer   Fortescue,   Elaine   Fortescue   i   świeżo   przybyły   Lancelot 

Fortescue byli razem przy podwieczorku w bibliotece. Lancelot wybrał się w odwiedziny do 
panny Ramsbottom. Jennifer poszła do swojego saloniku załatwiać korespondencję. Ostatnia 
opuściła   pokój   Elaine.   Według   jej   zeznań   Adela   czuła   się   wtedy  dobrze;  nalewała   sobie 
ostatnią filiżankę herbaty.

Właśnie!   To   naprawdę   była   ostatnia   filiżanka.   Dalej   następuje   mroczny   okres   około 

dwudziestu minut — do chwili, gdy Mary Dove znalazła zwłoki.

A w trakcie tych dwudziestu minut…
Inspektor Neele zaklął półgłosem i powędrował do kuchni.
Kiedy  tam   wszedł,   pani   Crump   nie   drgnęła.   Jej   okazała   postać   spoczywała   ciężko   na 

krześle za stołem. Uprzednia wojowniczość rozwiała się, pękła niczym balonik.

— Gdzie ta dziewczyna? Nie wróciła jeszcze?
— Gladys… Nie ma jej. Pewno będzie się wałęsać do jedenastej.

47

background image

— Ona zaparzyła herbatę i zaniosła do biblioteki, prawda?
— Ja herbaty nie ruszałam. Bóg mi świadkiem, panie inspektorze. A na mój rozum Gladys 

też nie zrobiła nic złego. Ona nie do takich rzeczy… ta Gladys. Wcale niezła dziewczyna. 
Trochę głupawa, panie inspektorze, ale przecież nie zbrodniarka.

Neele nie posądzał Gladys o zbrodnię. Nie widział w niej trucicielki. A zresztą cyjanku nie 

było w imbryku z herbatą.

— Dlaczego zniknęła tak nagle? Nie miała dziś wolnego dnia, prawda?
— Nie miała. Wychodne należy się jej jutro.
— Czy Crump… — zaczął Neele, lecz w tym momencie wojowniczy duch pani Crump 

zmartwychwstał raptownie, jej głos zadźwięczał nutą gniewu.

— Tylko nie czepiać się Crumpa! On ma alibi. Wyszedł z domu o trzeciej i teraz dziękuję 

Bogu, że wyszedł. Ma alibi nie gorsze niż sam pan Parcival.

Parcival Fortescue dopiero co wrócił z Londynu, aby usłyszeć na powitanie zdumiewającą 

wiadomość o powtórnej tragedii.

— Nie chciałem czepiać się Crumpa — wyjaśnił pokornie detektyw. — Przyszło mi tylko 

na myśl, że może znać plany Gladys.

— Na coś się szykowała, panie inspektorze. Włożyła swoje najlepsze nylony. Na coś się 

szykowała,   jak   Boga   kocham!   Nie   przygotowała   kanapek   do   herbaty.   Strasznie   była 
nerwowa. Usłyszy ode mnie kilka słów, kiedy wróci!

Kiedy wróci…
Inspektor poczuł się nieswojo, więc dla zabicia czasu ruszył mi piętro, do apartamentów 

państwa domu. Okazała sypialnia! Obicia z różowego brokatu, wielkie złocone łoże. Drzwi 
wiodą   do   wyłożonej   lustrami   łazienki   z   jasnoróżową,   porcelanową   wanną,   zagłębioną   w 
posadzkę.   Dalej   jest   ubieralnia   Reksa   Fortescue.   Neele   wrócił   do   sypialni   i   leżącego   po 
przeciwnej jej stronie saloniku Adeli Fortescue.

Pokój wysłany bladoróżowym grubym dywanem był urządzony w stylu empire. Neele nie 

interesował   się   nim   bliżej,   bo   dnia   poprzedniego   przeprowadził   dokładne   oględziny,   ze 
szczególnym   uwzględnieniem   biureczka–cacka.   Nagle   jednak   skamieniał   z   wrażenia,   gdy 
pośrodku bladoróżowego grubego dywanu zobaczył grudkę błota.

Nachylił się, podniósł ją ostrożnie i stwierdził, że nie utraciła jeszcze lepkości.
Bacznie  powiódł wzrokiem dokoła. Nie było  innych  śladów  — oprócz tamtej  drobiny 

wilgotnej ziemi.

Inspektor Neele rozejrzał się po sypialce należącej do Gladys Martin.
Minęło pół do dwunastej. Crump wrócił pół godziny temu, lecz kredensowa nie pokazała 

się dotąd. Na pierwszy rzut oka widać było, że Gladys może mieć dobrą szkołę jako służąca, 
z  natury jednak jest nieporządna. Łóżko sprawiało wrażenie rzadko ścielonego, atmosfera 
pokoju świadczyła o nieczęstym otwieraniu okna. Ale detektyw nie zaprzątał sobie głowy 
obyczajami domowymi Gladys Martin. Wolał poświęcić uwagę jej osobistym ruchomościom.

Garderoba dziewczyny składała się przeważnie z rzeczy tanich i pozornie eleganckich. Nic 

nie odznaczało się dobrym gustem lub trwałością. Starszawa pokojowa Ellen wezwana dla 
asysty   była   mało   pomocna.   Nie   wiedziała,   jakie   ubrania   ma   Gladys.   Nie   była   w   stanie 
powiedzieć, czy czegoś brakuje. Przetrząsnąwszy odzież i bieliznę Neele zajął się komodą, w 
której   kredensowa   przechowywała   swoje   skarby:   widokówki,   wycinki   z   gazet,   wykroje, 
wzory robót na drutach, dobre rady z dziedziny kosmetyki i mody.

Detektyw przeglądał to wszystko i układał w stosiki według kategorii. Karty pocztowe 

przedstawiały widoki rozmaitych miejscowości, w których zapewne Gladys spędzała urlopy. 
Trzy pochodziły od kogoś, kto podpisywał się „Bert”. Najprawdopodobniej była to osoba 
nazwana przez panią Crump „kawalerem”. Skreślone nienawykłą do pióra ręką zawierały po 
kilka słów tekstu. Pierwsza: „Wszystkiego najlepszego. Bardzo mi bez Ciebie smutno. Twój 

background image

na   zawsze   Bert”.   Druga:   „Dużo   tu   fajnych   panien,   ale   żadna   nie   umywa   się   do   Ciebie. 
Niedługo Cię zobaczę. Nie zapominaj o naszym terminie. Pamiętaj! Później uszy do góry i 
wszystko   dobrze   raz   na   zawsze”.   Trzecia  była   najzwięźlejsza:   „Nie   zapomnij!   Ufam   ci, 
Kochana! B”. Z kolei Neele zabrał się do wycinków prasowych i podzielił je na trzy grupy. 
Tyczyły one kwestii stroju i urody oraz szczegółów z życia gwiazd filmowych, co widocznie 
pasjonowało  Gladys.  Ponadto   zdawały  się   interesować   ją  najnowsze   cudowności   wiedzy: 
latające   talerze,   tajne   rodzaje   uzbrojenia,   środki   zmuszające   do   mówienia   prawdy,   leki 
reklamowane   przez   amerykańskich   szarlatanów.   Czarnoksięskie   sztuczki   naszego 
dwudziestego wieku, jak określił to wszystko Neele. Ale nic, co znaleziono w pokoju, nie 
wyjaśniało   zagadki   tajemniczego   zniknięcia   Gladys.   Nie   prowadziła   dziennika   naturalnie 
detektyw   nie   spodziewał   się   takiego   odkrycia,   brał   jednak   pod   uwagę   nikłe 
prawdopodobieństwo tego. Nie było rozpoczętego listu ani najdrobniejszej bodaj wzmianki o 
czymś, co miałoby związek z nagłym zgonem Reksa Fortescue. Jeżeli kredensowa widziała 
coś lub słyszała, nie zostawiło to namacalnego śladu. Nie znalazł też odpowiedzi na pytanie, 
dlaczego druga taca pozostała w halki, a dziewczyna nagle przepadła.

Detektyw westchnął i wyszedłszy z sypialki zamknął drzwi za sobą. U szczytu wąskich, 

kręconych schodów służbowych zatrzymał  się na moment i nieoczekiwanie usłyszał tupot 
kroków kogoś nadbiegającego korytarzem o piętro niżej. Po chwili zobaczył w dole pełną 
przejęcia twarz swojego sierżanta.

— Panie   inspektorze!   —   zawołał   Hay   zdyszanym   głosem.   —   Znaleźliśmy   ją,   panie 

inspektorze!

— Kogo?
— Ta pokojowa, panie inspektorze… Ellen… Przypomniała sobie, że nie zdjęła bielizny, 

co suszyła się na kuchennym podwórku, za węgłem od bocznych drzwi. Wyszła z latarką 
elektryczną   i   mało   co   się   nie   przewróciła   o   zwłoki…   zwłoki   Gladys…   Uduszona…   Ma 
pończochę zaciśniętą dokoła szyi… Tak na oko nie żyje od kilku godzin. I, panie inspektorze, 
morderca zrobił paskudny kawał… Ścisnął jej nos klamerką do bielizny…

49

background image

XIII

Podróżująca koleją starsza pani zaopatrzyła się w trzy gazety. Przejrzała je, a następnie 

zwinęła starannie i ułożyła obok siebie. Wszystkie miały te same, wieloszpaltowe nagłówki 
— nie gdzieś w środku numeru; lecz na pierwszej stronie. Wszystkie pisały o „Potrójnej 
tragedii w Domku pod Cisami”.

Starsza pani siedziała bardzo prosto i wyglądała przez okno wagonu. Usta miała zaciśnięte, 

a wyraz jej białoróżowej, zoranej zmarszczkami  twarzy zdradzał  irytację  i przygnębienie. 
Panna Marple wyjechała z Saint Mary Mead wczesnym pociągiem, przesiadła się na stacji 
węzłowej, a w Londynie dotarła koleją obwodową na inny dworzec i stamtąd wyruszyła do 
Baydon Heath.

Na przystanku wsiadła do taksówki i podała kierowcy nazwę Domku pod Cisami. Panna 

Marple  — urocza,   łagodna,  pulchna,  różowa  i  biała  staruszka  —  nadspodziewanie   łatwo 
uzyskała wstęp do miejsca strzeżonego niczym oblężona twierdza. Policja trzymała w szachu 
armię reporterów i fotografów, lecz pannie Marple bez kwestii dała wolną drogę, bo któż 
mógłby pomyśleć, że osoba ta nie jest sędziwą krewną pogrążonej w żałobie rodziny.

Panna Marple zapłaciła kierowcy, przeliczywszy uważnie bilon, i nacisnęła dzwonek przy 

drzwiach frontowych. Otworzył je Crump, którego starsza pani oszacowała doświadczonym 
wzrokiem.

„Rozbiegane   oczy   —   szepnęła   do   siebie.   —   To   człowiek   śmiertelnie   przerażony.” 

Kamerdyner   spojrzał   na   wysoką   starszą   panią   w   staromodnym   kostiumie   z   tweedu,   dwu 
szalikach i małym filcowym kapeluszu ozdobionym skrzydłem ptaka. Starsza pani trzymała w 
ręku torebkę okazałych rozmiarów, a u jej nóg stała walizka, podniszczona, lecz w dobrym 
gatunku.   Crump   umiał   ocenić   prawdziwą   damę   jednym   rzutem   oka,   powiedział   więc 
uprzejmie: — Słucham szanowną panią?

— Mogłabym się zobaczyć z panią domu?
Crump sięgnął po walizkę i z należytym respektem wniósł ją do hallu.
— Proszę szanownej pani, nie bardzo wiem, kogo właściwie… — zaczął z wahaniem.
— Chciałabym pomówić — przerwała mu energicznie panna Marple — o nieszczęśliwej 

dziewczynie, którą zamordowano, Gladys Martin.

— Aa… W takim razie… — kamerdyner zająknął się i spojrzał ku drzwiom biblioteki, w 

których stanęła smukła młoda kobieta. — To małżonka pana Lancelota Fortescue, proszę 
pani.

Pat podeszła bliżej, a panna Marple spojrzała na nią i zdziwiła się trochę. Nie liczyła, że 

osobę takiego pokroju spotka w tym właśnie domu. Jego wnętrze odpowiadało powziętym z 
góry wyobrażeniom, ale Patrycja Fortescue nie pasowała do charakteru hallu.

— Chodzi o Gladys, proszę pani — wyjaśnił usłużnie Crump. Pat zawahała się na moment.
— Pozwoli pani tutaj. Będziemy same.
Cofnęła się, a starsza pani weszła za nią do biblioteki.
— Z  kim chciałaby  pani  pomówić?  — zaczęła  Pat.  — Bo ja nie  na wiele  się pewno 

przydam. Ledwie kilka dni temu przyjechałam z mężem z Afryki. O domownikach prawie nic 
nie wiem. Ale mogę poprosić siostrę męża albo jego bratową.

Panna   Marple   bacznie   spojrzała   na   Pat   i   poczuła   do   niej   sympatię.   Spodobała   jej   się 

prostota i powaga młodej kobiety, której, nie wiedzieć czemu, żal się jej zrobiło. Pomyślała, 
że dla „małżonki pana Lancelota Fortescue” lepsze tło stanowiłyby wyblakłe perkale, konie, 
psy — nie to przesadnie ozdobne i bogate wnętrze. W okolicy Saint Mary Mead, podczas 
lokalnych zawodów hipicznych i podobnych zabaw, panna Marple spotykała wiele takich Pat 
i doskonale je znała. Poczuła się swojsko w towarzystwie tej poważnej, jak gdyby czymś 
zgnębionej młodej kobiety.

background image

— Moja sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta — odezwała się i zdjąwszy rękawiczki 

wygładziła je troskliwie. — Wyczytałam w prasie, że Gladys Martin została zamordowana. 
Niejedno o niej wiem. Pochodziła z moich stron i u mnie praktykowała jako pomoc domowa. 
Teraz  zginęła  tak  okropnie, więc…  więc odczułam  wewnętrzny nakaz,  by przyjechać  tu, 
sprawdzić, czy nie mogłabym jakoś pomóc w tej sprawie.

— Oczywiście. Rozumiem panią doskonale — powiedziała Pat.
Rzeczywiście zrozumiała. Stanowisko panny Marple wydało się jej zupełnie naturalne.
— Chyba to bardzo dobrze, że pani przyjechała — podjęła. — Nikt tutaj nie wie nic o 

Gladys Martin… To znaczy nie wiadomo nic o jej krewnych.

— Nic dziwnego — podchwyciła panna Marple. — Ona nie miała krewnych. Do mnie 

przyszła   z   sierocińca,   zakładu   starannie   prowadzonego,   ale   w   ciągłych   tarapatach 
pieniężnych.   Staramy   się   pomagać   dziewczętom   stamtąd.   Przyjmujemy   je   do   służby, 
szkolimy jak najlepiej. Gladys miała siedemnaście lat, gdy do mnie przyszła. Ja uczyłam ją 
podawania do stołu, obchodzenia się ze srebrami, wszystkiego, co należy. Ma się rozumieć, 
nie   wytrzymała   długo,   jak   to   najczęściej   bywa.   Nabrała   nieco   praktyki   i   postarała   się   o 
miejsce w kawiarni. Robią tak prawie wszystkie. Liczą, widzi pani, na większą swobodę, 
weselsze życie. Czy ja wiem? Zapewne mają rację.

— Nigdy jej nie widziałam wtrąciła Pat. — Ładna była?
— Nie. Nie była ładna. Skrofuliczna, z gęstymi śladami po ospie. Nazwałabym ją także 

bardzo   głupią.   Myślę,   że   nie   umiała   zjednywać   sobie   ludzi.   Biedactwo!   Mężczyznami 
interesowała się zanadto, lecz mężczyźni nie odpłacali jej pięknym za nadobne. No, a inne 
dziewczęta drwiły z tej słabostki, czasami z niej korzystały.

— To brzmi okrutnie, proszę, pani — westchnęła Pat.
— Tak,   moja   droga.   Życie   jest   okrutne.   Trudno   rozwiązać   sprawę   takich   Gladys. 

Przepadają za kinem, innymi rozrywkami i nieustannie myślą o czymś nieprawdopodobnym, 
co   żadnym   cudem   nie   może   ich   spotkać.   Może   to   szczęście   swojego   rodzaju?   Ale 
rozczarowania są nieuniknione. Gladys też zawiodła się na kawiarnianym i restauracyjnym 
życiu. Nie przytrafiło się jej nic osobliwego, wspaniałego. Chyba dlatego powróciła do służby 
w prywatnym domu. Długo tu była?

— O ile wiem, niedługo… Miesiąc, może dwa miesiące — odpowiedziała  Pat. — To 

okropne, niedorzeczne, że musiała zaplątać się w taką sprawę. Zapewne widziała coś albo 
słyszała.

— Najbardziej dotknęła mnie ta klamerka do bielizny — podjęła panna Marple właściwym 

sobie łagodnym tonem.

— Klamerka do bielizny?
— Tak. Przeczytałam w gazecie, że gdy znaleziono Gladys, nos miała ściśnięty czymś 

takim. To prawda?

Pat twierdząco skinęła głową, a różowe policzki panny Marple poróżowiały mocniej.
— Rozumie chyba pani, moja droga, czemu najbardziej dotknął mnie, rozdrażnił ten gest 

okrutny i lekceważący. Stwarza on w pewnym sensie obraz mordercy. Kto mógł tak postąpić? 
Poniżanie ludzkiej godności to czyn ohydny, zwłaszcza jeżeli poniża się godność człowieka 
zabitego przez siebie.

— Mam wrażenie, że rozumiem pani uczucia odparła powoli Pat.
— Chyba  powinna pani zobaczyć  się z inspektorem Neele’em.  On prowadzi śledztwo. 

Myślę, że spodoba się pani. Jest bardzo ludzki. —Wzdrygnęła się nerwowo. Cała historia 
zakrawa na potworny koszmar. Bezsens. Szaleństwo bez ładu i składu!

— Tego bym nie powiedziała, moje dziecko — rzekła panna Marple.
— Nie powiedziałabym stanowczo.
Inspektor   Neele   wyglądał   źle,   sprawiał   wrażenie   przemęczonego.   Prasa   roztrąbiła   po 

całym kraju zagadkę trzech gwałtownych zgonów. Sprawa, która z początku mogła uchodzić 

51

background image

za typową, komplikowała się niespodziewanie. Adela Fortescue — najprawdopodobniejsza 
podejrzana   —  padła   ofiarą   niepojętego   morderstwa.   Pod  koniec   fatalnego   dnia   naczelnik 
Wydziału   Śledczego   wezwał   inspektora   na  konferencję,   która   przeciągnęła   się   do  późnej 
nocy.

Pomimo  przygnębienia  —  lub  raczej  niezależnie   od  niego   —  Neele  odczuwał  niejaką 

satysfakcję. Schemat żony i kochanka wydawał mu się od początku łatwy, banalny. Nie ufał 
nigdy rozwiązaniom takiego pokroju, co w danym przypadku znalazło pełne uzasadnienie.

— Cała historia przybiera kompletnie nowy aspekt — mówił przełożony spacerując tam i z 

powrotem po swoim gabinecie. — Wygląda na to, Neele, że mamy do czynienia z osobnikiem 
o zachwianej równowadze. Najprzód mąż,  później żona. I co? Wszystko wskazuje, że to 
sprawa domowa. Wszystko odbyło się w familijnym gronie. Ktoś z uczestników śniadania 
podał   Reksowi   Fortescue   taksynę   w   kawie   albo   w   czymś   do   jedzenia.   W   trakcie 
podwieczorku ktoś postarał się, by cyjanek potasu trafił do herbaty Adeli Fortescue. Musiał to 
być ktoś zaufany, nie nasuwający podejrzeń, jeden z członków rodziny. Kto z nich, Neele?

— Parcival nie uczestniczył w podwieczorku. Daje mu to alibi — odparł sucho detektyw i 

powtórzył z naciskiem: — Daje mu to alibi: powtórne.

Naczelnik spojrzał bystro na podwładnego, którego szczególny ton był zastanawiający.
— Co panu chodzi po głowie? Śmiało, Neele. Słucham.
— Nic specjalnego, panie naczelniku — odrzekł pewnie inspektor. —Taki sobie drobny 

pomysł… Warunki układały się dla Parcivala poręcznie.

— Może trochę zbyt poręcznie, co? — Naczelnik zamyślił się na chwilę. — Podejrzewa 

pan, że on mógł to zaaranżować?  Ale jak, Neele? Nie rozumiem. Nie wyobrażam sobie, 
Neele — zrobił znów krótką pauzę. — To typ bardzo przezorny.

— Ale wcale niegłupi — dopowiedział inspektor.
— Kobieta w roli podejrzanej nie odpowiada panu, prawda? A przecież wszystko wskazuje 

na   kobiety.   Elaine   Fortescue   i   pani   Parcivalowa   uczestniczyły   w   śniadaniu,   a   także   w 
podwieczorku.   Mogła   to   zrobić   jedna   albo   druga.   Żadna   nie   sprawia   wrażenia   chorej 
umysłowo. Ale to nic. Czasami trudno się zorientować. Może znajdziemy coś niewyraźnego 
w przeszłości.

Neele   milczał.   Medytował   o   Mary   Dove.   Nie   miał   konkretnych   powodów,   by   ją 

podejrzewać, ale w taki właśnie sposób chętnie rozumował. Z pewnością było w niej coś nie 
wyjaśnionego, nasuwającego wątpliwości. Po śmierci Reksa Fortescue zdradzała ironiczną 
niechęć wobec pracodawców. A jak zachowuje się ostatnio? Jej postawy nie można nazwać 
ironiczną ani niechętną. Natomiast parę razy Mary Dove objawiła jak gdyby lekki przestrach.

W sprawie Gladys  Martin detektyw  sobie przypisywał  niemałą  winę. Jej  zalęknienie  i 

zdenerwowanie uznał za objaw naturalny przy kontakcie z policją.

Nieraz spotykał się z podobnym zachowaniem. Ale w tym wypadku chodziło o coś więcej. 

Być może Gladys usłyszała coś lub zobaczyła. Mogło to być coś błahego, drobny szczegół, o 
czym nie chciała mówić, sądziła, że nie warto. A obecnie biedaczka nigdy już nic nie powie. 
Inspektor Neele spojrzał nie bez zainteresowania w łagodną, szczerą twarz leciwej damy, 
która zgłosiła się doń w Domku pod Cisami. Zrazu  nie wiedział, jak ją potraktować, lecz 
zdecydował się szybko. Panna Marple może być przydatna — orzekł. Jest prostolinijna, bez 
zastrzeżeń uczciwa; jak większość kobiet w pewnym wieku ma niemało wolnego czasu, no i 
posiada iście staropanieński talent wyławiania istotnych szczegółów z plotek. Od służby czy 
też pań z rodziny Fortescue wydobędzie informacje, których nigdy nie uzyskałaby policja. 
Dadzą  to pogawędki, wspomnienia, domysły, wielokrotne opowieści o tym, co ten czy ów 
zrobił lub powiedział. Ogólnie biorąc detektyw był zadowolony, więc szarmancko odniósł się 
do panny Marple.

— Ładnie szanowna pani postąpiła decydując się na przyjazd tutaj — powiedział.
— To był  mój  obowiązek. Gladys  mieszkała  w moim  domu. Uważam,  że w  pewnym 

background image

stopniu   jestem   odpowiedzialna   za   tę   dziewczynę…   Bardzo   niemądrą   dziewczynę,   panie 
inspektorze.

Inspektor Neele spojrzał z uznaniem na starszą panią. Odniósł wrażenie, że trafiła w sedno.
— Rozumiem — odparł. — l mnie się tak zdawało.
— Widzi   pan,   jeżeli   Gladys   coś   spostrzegła,   nie   miała   naturalnie   pojęcia,   jak   należy 

postąpić. Mój Boże! Bardzo niejasno się wyrażam.

Detektyw odpowiedział, że rozumie doskonale.
— Ma pani na myśli, że ta dziewczyna nie potrafiłaby ocenić, co ma znaczenie czy też go 

nie ma?

— Właśnie, panie inspektorze!
— A wyrażając pogląd, że Gladys była niemądra… — podjął detektyw i zawiesił głos.
— Chciałam powiedzieć — podchwyciła panna Marple — że należała do osób szczególnie 

łatwowiernych. Gdyby potrafiła zgromadzić jakieś oszczędności, z ochotą powierzyłaby je 
pierwszemu oszustowi. Ale oszczędności nigdy nie miała, bo pieniądze trwoniła na najmniej 
praktyczne fatałaszki^

— Jak odnosiła się do mężczyzn?
— Strasznie   jej   zależało   na   znalezieniu   wielbiciela.   Podejrzewam,   że   głównie   dlatego 

wyniosła się z Saint Mary Mead. Sroga tam konkurencja, bo odpowiednich mężczyzn jest 
bardzo mało. Gladys miała na oku młodego chłopca, dostawcę ryb. Ale cóż? Fred nie skąpił 
wszystkim służącym miłych słów, za którymi  nic się nie kryło. Biedaczka była dotkliwie 
zawiedziona. Zdaje się jednak, że ostatecznie znalazła kawalera?

— Na to wygląda — powiedział Neele. — Nazywa się Albert Evans. Poznała go zapewne 

w czasie urlopu. Nie dał jej pierścionka, więc być może całą historię zmyśliła. Zwierzała się 
kucharce, że to inżynier górnik.

— Historia nad wyraz nieprawdopodobna, ale mogła opierać się na tym, co on jej mówił. 

Jak wspomniałam już, Gladys była dziewczyną wyjątkowo łatwowierną. Jego nie łączy pan z 
tą sprawą?

Inspektor Neele pokręcił głową.
— Nie, proszę pani. Nie podejrzewam komplikacji takiego rodzaju. Jestem prawie pewien, 

że   Albert   Evans   nigdy   nie   odwiedził   Gladys.   Od   czasu   do   czasu   przysyłał   jej   kartkę 
pocztową, najczęściej z portu morskiego. Może to podrzędny mechanik z jakiegoś stateczku 
żeglugi przybrzeżnej?

W każdym razie jestem zadowolona, że Gladys przeżyła swój mały romans. Skoro miała 

zginąć   tak   nagle…   —   twarz   panny   Marple   przybrała   surowy   wyraz.   —   Widzi   pan, 
inspektorze, najbardziej oburza mnie i drażni ta klamerka do bielizny. Co za ohyda!

— Wcale nie dziwię się szanownej pani i w pełni to rozumiem. Starsza pani odkaszlnęła z 

pewnym zakłopotaniem.

— Zastanawiam się… Może to natrętnie z mojej strony, ale czy nie mogłabym pomóc 

trochę   panu   na   sposób   bardzo   skromny   i,   obawiam   się,   bardzo   kobiecy.   Sądzę,   że   to 
szczególnie przewrotny morderca, a przewrotność nie powinna uchodzić bezkarnie.

— Zapewne to sąd nieco staroświecki, nie w modzie dzisiaj — rzucił posępnie Neele. — 

Osobiście jednak zgadzam się z panią.

— Jest tutaj hotel obok stacji, a także hotel Golf — podjęła panna Marple. — No i w tym 

domu mieszka panna Ramsbottom, osoba interesująca się żywo pracą misjonarzy.

— Mieszka. Może pani z niej coś wydobędzie. Mnie powiodło się nieszczególnie.
— Bardzo pan miły,  panie inspektorze… Cieszę się, że nie wziął mnie pan za zwykłą 

łowczynię sensacji.

Inspektor uśmiechnął się nieoczekiwanie. Przyszło mu na myśl, że ta starsza pani wygląda 

na przeciwieństwo bogini zemsty, a mimo to jest bliska jej roli.

— Gazety — zaczęła znów „bogini zemsty” — lubią gonić za sensacją, najczęściej jednak 

53

background image

szwankuje w nich dokładność. Wolałabym poznać suche fakty — umilkła i spojrzała pytająco 
na detektywa,

— Fakty ogołocone z sensacji przedstawiają się następująco — odparł. — Rex Fortescue 

zasłabł nagle w swoim biurze skutkiem zatrucia taksyną. Taksynę otrzymuje się z cisowych 
jagód albo igieł.

— To bardzo dogodne wtrąciła panna Marple.
— Być może. Ale w danym przypadku nie mamy żadnego dowodu… Nie mamy na razie.
Na ostatnim słowie Neele położył nacisk, sądził bowiem, że właśnie w tym  względzie 

panna Marple może być najbardziej pomocna. Jeżeli ktoś z domowników preparował jagody 
cisa, ona najłatwiej wpadnie na ślad takich poczynań. Wygląda na staroświecką osobę, która 
lubi robić domowe trunki i lekarstwa, zbierać i suszyć zioła, zna więc metody prac z tym 
związanych.

— A pani Fortescue? — padło pytanie.
— Pani Fortescue piła herbatę w rodzinnym gronie. Jej pasierbica, Elaine Fortescue, była 

ostatnią osobą, która opuściła bibliotekę. Zeznaje, że w chwili gdy stamtąd wychodziła, pani 
Fortescue nalewała sobie drugą filiżankę herbaty. Po upływie około dwudziestu minut panna 
Dove, zarządzająca  domem,  weszła do pokoju, aby sprzątnąć  naczynia  po podwieczorku. 
Adela Fortescue nadal siedziała na sofie, ale nie żyła. Przed nią stała nie dopita filiżanka z 
herbatą, w której wykryto cyjanek potasu.

— O ile mi wiadomo, to trucizna działająca błyskawicznie.
— Tak, proszę pani.
— Groźna substancja mruknęła panna Marpłe, jak gdyby do siebie. — Czasami używam 

jej przy niszczeniu os. Ale zawsze jestem ostrożna, bardzo uważam.

— Ma   pani   słuszność.   Słoik   z   cyjankiem   potasu   znaleziono   w   podręcznym   składziku 

ogrodnika.

— To znów bardzo dogodne… Czy pani Fortescue coś jadła?
— Tak. Podwieczorek można by nazwać wystawnym.
— Było ciasto, prawda? Zapewne też chleb, masło, rogale? Może dżem, miód, coś z tych 

rzeczy?

— Aha. Były rogale, miód, ciasto w czekoladzie, rolada z marmoladą, herbatniki… — 

Neele urwał, z ukosa zerknął na starszą panią. —Obecność cyjanku potasu stwierdzono w 
herbacie.

— Tak, tak… Słyszałam. Pragnę jednak uzyskać, jak to się mówi, pełny obraz. Jest on 

wiele mówiący. Nie sądzi pan, inspektorze?

Neele spojrzał na pannę Marple nie bez zdziwienia. Twarz miała mocno zaróżowioną, 

oczy błyszczące.

— A trzecia śmierć, inspektorze?
— W tym wypadku fakty są stosunkowo proste. Gladys przyniosła do biblioteki tacę z 

herbatą i wróciła do kuchni po drugą, tę jednak zostawiła w hallu. Przez cały dzień była 
zdenerwowana,   roztargniona.   Później   jej   nie   widziano.   Kucharka,   pani   Crump, 
wywnioskowała, ze dziewczyna zrobiła sobie wolne popołudnie, nie opowiadając się nikomu. 
Utwierdził ją w tym przekonaniu fakt, że Gladys miała na nogach nylony i swoje najlepsze 
pantofle. Myliła się jednak. Najprawdopodobniej dziewczyna przypomniała sobie nagle, że 
nie zdjęła bielizny, która suszyła się na sznurach za domem. Wybiegła, by naprawić własne 
zaniedbanie, i ktoś zaskoczył ją znienacka, od tyłu zarzucił na szyję pończochę… I stało się…

— Ktoś z zewnątrz?
— Być może, proszę pani. Lecz równie dobrze mógł zrobić to jeden z domowników… 

Ktoś,   kto   czekał   okazji,   by   przydybać   dziewczynę   samą.   Gladys   była   roztrzęsiona, 
zdenerwowana, kiedy przesłuchiwaliśmy ją wstępnie. Ale niestety, znaczenie tego faktu uszło 
mojej uwagi.

background image

— Mój Boże! Skąd pan mógł wiedzieć? Ludzie często bywają zbici z tropu przy kontakcie 

z policją. Zupełnie jak gdyby mieli coś na sumieniu.

— Niewątpliwie,  proszę pani. Tym  razem jednak musiało  wchodzić w grę coś więcej. 

Zapewne Gladys zauważyłaże ktoś z domowników robi coś na pozór niezrozumiałego. Nie 
sądzę, by to szczególnie rzucało się w oczy, bo w takim razie dziewczyna powiedziałaby nam 
prawdę. Co dalej? Gladys musiała zdradzić swój niepokój wobec osoby zainteresowanej, ta 
zaś uprzytomniła sobie, że Gladys może być niebezpieczna.

— I dlatego — podchwyciła  panna Marple  — Gladys  została  uduszona i na jej  nosie 

zaciśnięto klamerkę do bielizny.

— Właśnie!   Ta   klamerka!   Bezcelowe   okrucieństwo.   Popis   brawury   absolutnie 

niepotrzebny.

— Czy niepotrzebny? — mruknęła starsza dama. Nasuwa pewne sugestie… Rozumie pan, 

inspektorze?

— Nie bardzo… Co ma pani na myśli? Panna Marple ożywiła się nieoczekiwanie.
— Mam na myśli ciąg wydarzeń traktowanych jako całość. Rozumie pan? Trudno przecież 

uwolnić się od wymowy faktów.

— Nic nie rozumiem, szanowna pani.
— Chodzi mi  o to, że… Zastanówmy się, inspektorze…  Najprzód pan Fortescue, Rex 

Fortescue został zamordowany w swoim gabinecie. Następnie pani Fortescue umarła siedząc 
przy podwieczorku, w bibliotece. Do herbaty podano rogaliki i  miód.  Wreszcie znaleziono 
zwłoki biednej Gladys z klamerką do bielizny zaciśniętą na nosie. To stawia kropkę nad „i”. 
Czarująca pani Pat Fortescue powiedziała mi, że to wszystko nie ma sensu ani ładu. Nie mogę 
się z nią zgodzić. W całej historii jest sens i ład uderzający.

— Nie wydaje mi się, abym… — bąknął zbity z tropu Neele i nie dokończył, gdyż panna 

Marple przerwała mu żywo.

— Na oko liczy pan sobie trzydzieści  pięć, może  trzydzieści  sześć lat. Kiedy był  pan 

małym chłopcem, wypowiedziano wojnę staroświeckim wierszykom dla dzieci. Natomiast dla 
osoby wychowanej jak ja na takich wierszykach… Widzi pan, ma to swoją wymowę. Jedno 
mnie   zastanawia…   —   panna   Marple   urwała,   by   podjąć   zaraz,   jak   gdyby   zebrała   się   na 
odwagę: — Ma się rozumieć, to wielki nietakt mówić o podobnych głupstwach…

— Proszę. Niech pani mówi, o czym zechce.
— Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. Powiem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jestem bardzo 

stara, nie najmądrzejsza, a moje pomysły mogą nie mieć sensu… Chciałabym zapytać, czy w 
tej historii nie natknął się pan gdzieś na czarne ptaki… wyrażając się ściślej, kosy?

55

background image

XIV

— Przez dobre dziesięć sekund inspektor Neele spoglądał ze zdumieniem na starszą panią. 

Przychodziło mu na myśl, że biedaczka postradała nagle zmysły.

— Kosy? — powtórzył wreszcie.
Panna Marple przytaknęła energicznym skinieniem głowy.
— Nie inaczej — powiedziała i zaczęła recytować:

Piosenka za szóstkę, kieszeń żyta i
Zapiekanych w cieście kosów mendle trzy.
Przekrojono ciasto, ptaszków zabrzmiał chór.
Co za pyszne danie na królewski dwór!
Król był w skarbcu, liczył tam pieniądze swe,
Królowa w komnacie bulkę z miodem je.
Służebna w ogrodzie wietrzy ubrań stos,
Wtem przyleciał ptaszek, oddziobał jej nos.

— Wielki Boże! zawołał detektyw.
— Pasuje, co? — podjęła starsza pani. — W kieszeni marynarki nieboszczyka znaleziono 

żyto. Tak napisała jedna z gazetInne wspominały o zbożu, ziarnic i tak dalej… Ale to było 
żyto, prawda?

Inspektor Neele twierdząco skinął głową.
— A widzi pan! — podchwyciła triumfalnie starsza pani. — Rex Fortescue. Rex znaczy 

król. Zginął w swoim gabinecie biurowym: w skarbcu! Pani Fortescue, „królowa”, jadła w 
komnacie   bułkę  z  miodem.  Cóż  dziwnego,  że  morderca   ścisnął  nos   Gladys  klamerką  do 
bielizny.

— Sądzi pani, że to robota szaleńca?
— Nie wyciągajmy pochopnie wniosków. W każdym jednak razie cała historia wygląda 

osobliwie. Koniecznie musi pan dopytywać o kosy. Na pewno były tu i kosy.

W tym momencie wszedł do pokoju sierżant Hay.
— Panie inspektorze! — zaczął z przejęciem i urwał spostrzegłszy starszą panią.
Neele zdążył tymczasem przyjść do siebie, więc zwrócił się do panny Marple:
— Bardzo szanownej pani dziękuję. Interesuje panią Gladys Martin, może więc życzy pani 

sobie zobaczyć rzeczy zabrane z jej pokoju? Sierżant Hay pokaże je pani. Niedługo będzie 
wolny.

Panna Marple zrozumiała, że ją odprawiono, i wyniosła się z pokoju.
— Kosy! — mruknął do siebie Neele i zwrócił się do zdziwionego sierżanta. — O co 

chodzi, Hay?

— Panie inspektorze! zaczął znowu podwładny z nie mniejszym przejęciem. — Niech pan 

inspektor   spojrzy!   —   pokazał   coś   zawiniętego   w   przybrudzoną   chusteczkę   do   nosa.   — 
Znaleźliśmy to w malinach. Mogło zostać wyrzucone z któregoś okna domu

Żywo zainteresowany Neele rzucił okiem na przedmiot, który sierżant umieścił przed nim 

na biurku — jak się okazało, ledwie napoczęty słoik marmolady. Spoglądał nań bez słowa. 
Jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej kamienny i tępy, co świadczyło, że detektyw 
błądzi myślami po manowcach ułudy. Oczyma wyobraźni oglądał jak gdyby film. Widział 
nowy słoik i ręce, które ostrożnie zdejmują pokrywkę, usuwają nieznaczną ilość marmolady, 
mieszają z taksyną, wkładają znowu do słoika i wygładziwszy powierzchnię słoik zakrywają. 
Widział to wszystko, przerwał jednak rozważania, aby zapytać podwładnego:

— Czy marmoladę wyjmują ze słoika i podają na stół w jakimś innym naczyniu?

background image

— Nie, panie inspektorze. Podczas wojny, kiedy trudno było o wszystko, zaczęli podawać 

marmoladę w oryginalnych słoikach i tak już zostało.

— To uprościło zadanie. Oczywiście — szepnął do siebie Neele.
— I co więcej, panie inspektorze — ciągnął Hay — tylko pan Fortescue jadł na śniadanie 

marmoladę. I pan Parcival, ale jego nic było w domu. Panie jadły miód i dżem.

— Aha… To uprościło zadanie jeszcze bardziej.
Po krótkiej przerwie urojony film jął snuć się dalej. Stół, wokół niego domownicy przy 

śniadaniu.   Rex   Fortescue   sięga   po  słoik   z   marmoladą,   nabiera   łyżkę,   kładzie   na   grzance 
posmarowanej   masłem.   To   rozwiązanie   dużo   łatwiejsze,   prostsze:   nie   trzeba   ryzykować, 
przyprawiać  kawy  w  określonej  filiżance.   Idealna,  nowa  metoda  podawania   trucizny!  Co 
dalej?   Drugi   antrakt:   film   traci   nieco   na   wyrazistości.   Słoik   z   marmoladą   ktoś   zastępuje 
drugim, z którego usunął dokładnie taką samą ilość. Okno się uchyla. Jakaś ręka rzuca słoik w 
maliny… Czyja to była ręka?

— Naturalnie musimy to posłać do badania, przekonać się, czy w marmoladzie są ślady 

taksyny. Nie wolno pochopnie wyciągać wniosków — powiedział Neele.

— Nie wolno, panie inspektorze — zgodził się Hay. — Na słoiku mogą też być odciski 

palców.

— Mogą. Ale najprawdopodobniej nie te, których szukamy. Pozostawili je Gladys, Crump, 

pan Fortescue… No i zapewne pani Crump, a także subiekt ze sklepu kolonialnego. Jeszcze 
kilka osób bez znaczenia dla śledztwa. Jeżeli ktoś dodał tu taksynę, z pewnością uważał, żeby 
nie   dotykać   słoika   palcami.   Powtarzam:   nie   wolno   pochopnie   wyciągać   wniosków.   Jak 
sprowadzają tutaj marmoladę? Gdzie ją przechowują?

Zapobiegliwy sierżant Hay miał w pogotowiu odpowiedzi na wszelkie pytania.
— Marmoladę i dżemy kupują partiami, po sześć słoików. Świeży słoik wydaje się do 

pokoju kredensowego, kiedy w poprzednim jest już niewiele.

— A   zatem   manipulacja   mogła   być   przeprowadzona   na   kilka   dni   przed   podaniem 

marmolady na stół. Mógł się tym zająć każdy z domowników albo ktokolwiek, kto miał tutaj 
dostęp.

„Miał tutaj dostęp”. Ten zwrot zbił z tropu sierżanta, który nie zrozumiał, jakim szlakiem 

podąża myśl przełożonego.

Rozumowanie   Neele’a   opierało   się   jednak   na   logicznym   założeniu:   skoro   marmoladę 

zatruto dawniej, prawdopodobnie wykluczyć należy osoby jedzące owego dnia śniadanie.

To   otwiera   nowe,   interesujące   możliwości.   Zaleca  rozmowy   z   różnymi   ludźmi   — 

rozmowy pod nieco odmiennym kątem widzenia. Tylko nie sugerować się niczym z góry!

Detektyw   nie   lekceważył   bynajmniej   zdania   panny   Marple   na   temat   staroświeckiego 

wierszyka   z   dziecinnego   pokoju.   Jego   treść   w   zadziwiający   sposób   pasuje   do   przebiegu 
wydarzeń. Rozwiązuje zagadkę niepokojącą od pierwszej chwili: kieszeń pełną żyta. — Ale 
te kosy? — szepnął do siebie Neele.

— Słucham, panie inspektorze? — zdziwił się podwładny.
— Drobiazg, Hay… Nic ważnego.

Inspektor Neele wybrał się na poszukiwanie Mary Dove i zastał ją w jednym z pokoi 

sypialnych   na   piętrze,   gdzie   Ellcn   zdejmowała   z   łóżka   prześcieradła   —jak   się   zdawało, 
czyste. Obok leżało na krześle kilka również nie używanych ręczników.

— Spodziewa się pani kogoś? zapytał trochę zdziwiony detektyw.
Zarządzająca  domem uśmiechnęła się na swój sposób. W przeciwieństwie do posępnej, 

przygnębionej pokojówki była jak zawsze pogodna i opanowana.

— Akurat odwrotnie powiedziała, a Neele spojrzał na nią pytająco.
— Ten pokój gościnny miał zająć pan Gerald Wright.
— Gerald Wright? Co to za jeden?

57

background image

— Dobry znajomy panny Elaine Fortescue — odparła Mary tonem sztucznie obojętnym.
— Oczekiwano go? Kiedy?
— O ile mi wiadomo, zatrzymał się w hotelu Golf nazajutrz po śmierci pana Fortescue.
— Nazajutrz?
— Tak poinformowała mnie panna Fortescue — odparła Mary tonem nadal bez wyrazu. — 

Chciała, by pan Wright przeniósł się tutaj, więc w porę przygotowałam pokój. Następnie 
jednak, po dwu dalszych tragediach… uznała widać, że lepiej mu będzie w hotelu.

— W hotelu Golf?
— Tak, panie inspektorze.
— Hm… Nic dziwnego.
Ellen zebrała prześcieradła i ręczniki, wyszła z pokoju. Mary Dove spojrzała pytająco na 

detektywa.

— Życzył pan sobie pomówić ze mną w jakiejś sprawie?
— Ścisłe   ustalenie   czasu   rozmaitych   wydarzeń   jest   w   danej   chwili   kwestią 

pierwszorzędnej   wagi   —   odparł   gładko   Neele.   —   Członkowie   rodziny   wypowiadają   się 
mętnie na ten temat, co uważam za naturalne i zrozumiałe. Natomiast zdążyłem zauważyć, że 
pani dobrze orientuje się w czasie.

— Co też uważa pan za naturalne i zrozumiałe uśmiechnęła się Mary Dove.
— Tak…   Zapewne…   W   każdym   razie   należy   pogratulować   sprawności,   z   jaką   pani 

prowadzi   dom   mimo…   mimo,   powiedzmy,   paniki   wynikłej   z   racji   ostatnich   zgonów   — 
inspektor zrobił małą pauzę. — Jak pani to robi?

Dobrze zdawał sobie sprawę, iż jedyną lukę w nieprzeniknionym pancerzu Mary Dove 

stanowi duma z własnej sprawności. I tym razem zarządzająca domem ożywiła się nieco.

— Crumpowie chcieli z miejsca odejść — powiedziała.
— My nie udzielilibyśmy zgody.
— Wiem. Oczywiście. Ale i ze swojej strony dałam im do zrozumienia, że pan Parcival 

Fortescue okaże się zapewne hojny dla tych, co oszczędzą mu zbędnych kłopotów.

— A Ellen?
— Nie myśli o rzuceniu pracy.
— Aha… Nie myśli o rzuceniu pracy — powtórzył Neele. — Ma mocne nerwy.
— Delektuje   się   katastrofami.   Podobnie   jak   pani   Valowa,   czerpie   perwersyjne 

zadowolenie z tragedii.

— Ciekawe… Czy pani Valowa czerpie perwersyjne zadowolenie z tragedii?
— Nie… Może to zbyt silnie powiedziane… W każdym razie usposobienie pozwala jej 

tragedie znosić… Coś takiego miałam raczej na myśli.

— A jakie wrażenie wywarło to wszystko na pani? Mary Dove wzruszyła ramionami i 

odpowiedziała sucho:

— Nie było miłym przeżyciem.
Detektyw jeszcze raz zapragnął przeniknąć linie obronne tej chłodnej i opanowanej młodej 

kobiety, zbadać, co kryć się może pod osłoną niedopowiedzeń i całej zagadkowej postawy 
Mary Dove.

— Cóż   —   podjął   wróćmy   do   miejsca   i   czasu   poszczególnych   wydarzeń.   Ostatni   raz 

widziała pani Gladys Martin w hallu, przed podwieczorkiem, za dwadzieścia piąta? Nie mylę 
się, prawda?

— Nie myli się pan. Powiedziałam jej, żeby podała herbatę.
— Skąd pani wtedy przyszła?
— Z piętra. Parę minut wcześniej zdawało mi się, że dzwoni telefon.
— Zapewne przyjęła go Gladys?
— Tak. To była omyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią w Baydon Heath.
— Wówczas widziała pani Gladys Martin ostatni raz?

background image

— W jakieś dziesięć minut później wniosła do biblioteki tacę z herbatą.
— Z kolei nadeszła panna Elaine Fortescue?
— Tak. Trzy lub cztery minuty po Gladys. Następnie poszłam na górę, aby poprosić na 

herbatę panią Valowa..

— Zwykle pani to robi?
— Skąd znowu! Domownicy schodzą na podwieczorek, kiedy zechcą. Ale tamtego dnia 

pani Fortescue zapylała, gdzie się wszyscy podziali. Wyszłam do hallu i odniosłam wrażenie, 
że na piętrze słyszę kroki pani Valowej. Omyliłam się jednak, bo…

— Jak to? — przerwał Neele zwietrzywszy coś nowego. — Usłyszała pani czyjeś kroki na 

piętrze?

— Tak. Jak gdyby zbliżały się do szczytu schodów. Ale nikt nie zeszedł na dół. Panią 

Valową zastałam w jej pokoju. Dopiero co wróciła ze spaceru…

— Ze spaceru powtórzył detektyw. — Aha, rozumiem… Która była godzina?
— Dochodziła piąta, jak sądzę.
— A pan Lancelot Fortescue zjawił się o której?
— Parę minut później wróciłam na parter… Myślałam nawet, że przyjechał wcześniej, 

ale…

— Dlaczego myślała  pani, że przyjechał wcześniej? — przerwał znów żywo  inspektor 

Neele.

— Ponieważ zdawało mi się, że zobaczyłam go przez okno, z podestu na półpiętrze.
— W ogrodzie?
— Tak…   Zauważyłam   kogoś   niknącego   za   cisowym   żywopłotem.   Pomyślałam,   że   to 

może być on.

— Wtedy schodziła pani na dół, zaprosiwszy panią Valową na podwieczorek, prawda?
— Nie   —   sprostowała   Mary.   —   Stało   się   to   wcześniej,   kiedy   schodzi—łam   na   dół 

pierwszy raz.

Detektyw spojrzał na nią przenikliwie.
— Jest pani pewna, panno Mary?
— Najzupełniej. Dlatego właśnie zaskoczył mnie widok pana Lancelota, kiedy naprawdę 

zadzwonił do drzwi.

Inspektor Neele pokręcił głową i podjął nie zdradzając tonem głosu swego wzburzenia:
— Nie   mogła   pani   zobaczyć   w   ogrodzie   Lancelota   Fortescue.   Pociąg   z   Londynu, 

przybywający   o   czwartej   dwadzieścia   osiem,   miał   dziesięć   minut   opóźnienia.   Był   na 
przystanku   Baydon   Heath   o   czwartej   trzydzieści   siedem.   Jest   zawsze   przepełniony,   więc 
Lancelot Fortescue musiał zaczekać kilka minut na taksówkę. Wobec tego odjechał ze stacji 
mniej więcej trzy na piątą (pięć minut później, niż pani widziała kogoś w ogrodzie), a do 
Domku pod Cisami jest około dziesięciu minut drogi. Taksówkę odprawił sprzed bramy nie 
wcześniej niż za pięć piąta… Hm… Nie mogła go pani zobaczyć w ogrodzie.

— Pewna jestem, że kogoś zauważyłam.
— Niewątpliwie. Ale ściemniało się wówczas. Nie widziała pani dokładnie tamtej osoby?
— Naturalnie…   Nie   potrafiłabym   rozpoznać   twarzy…   Zorientowałam   się   tylko,   że   to 

wysoki, szczupły mężczyzna, więc przyszedł mi na myśl pan Lancelot Fortescue, którego 
oczekiwaliśmy wszyscy.

— A tamten, w którą odszedł stronę?
— Zniknął za cisowym szpalerem, w kierunku wschodniego skrzydła domu.
— Gdzie znajdują się boczne drzwi, prawda? Czy są one zamykane na klucz?
— Tak Ale dopiero późnym wieczorem.
— Innymi   słowy:   kogoś,   kto   wszedłby   tymi   drzwiami,   mógłby   nie   spostrzec   nikt   z 

domowników?

Mary Dove zastanowiła się na moment.

59

background image

— Zapewne…   Tak!   dodała   bardziej   stanowczym   tonem.   —   Chce   pan   powiedzieć,   że 

słyszałam odgłos kroków kogoś, kto w taki sposób wtargnął do domu i ukradkiem przemykał 
korytarzem na piętrze?

— Coś w tym sensie, proszę pani.
— Ale kto?
— To pytanie wymaga odpowiedzi. Na razie bardzo pani dziękuję. Mary Dove odwróciła 

się, by odejść, lecz w tym momencie detektyw rzucił od niechcenia:

— Aha… Sądzę, że pani może mi coś powiedzieć o kosach?
Po raz pierwszy zarządzająca domem była jak gdyby zaskoczona. Odwróciła się raptownie.
— O… Przepraszam… Co pan powiedział?
— Zapytałem o kosy… ptaki.
— Ptaki?
— Tak. Kosy — powtórzył Neele i przybrał swój najbardziej tępy wyraz twarzy.
— Ma pan na myśli tę idiotyczną historię z lata? Przecież nie może mieć nic… — Mary 

Dove umilkła nagle.

— Słyszałem coś piąte przez dziesiąte — podjął swobodnie detektyw.
— Ale cóż? Tylko pani potrafi opisać to zajście ze szczegółami.
— Moim zdaniem w grę wchodził idiotyczny, niedorzeczny kawał —odparła Mary Dove 

już z normalnym, niezmąconym spokojem. —Cztery nieżywe kosy znalazły się na biurku w 
gabinecie   pana   Fortescue…   w   jego   domowym   gabinecie.   Jak   zwykle   latem,   okna   były 
otwarte. Podejrzewaliśmy wszyscy syna ogrodnika, chociaż chłopiec zapewniał, że nie jest 
winien.   Były   to   kosy,   które   ogrodnik   zastrzelił   i   powiesił   na   drzewach   owocowych,   by 
odstraszyć ptactwo.

— Ktoś musiał je odciąć i podrzucić na biurko Reksa Fortescue.
— Tak.
— Nie widzi w tym pani jakiegoś sensu, związku z czymkolwiek?
— Nie sądzę.
— A jak zachował się pan Fortescue? Zły był?
— Zły? Oczywiście.
— Nie odniosła pani wrażenia, że zaniepokoiła go ta historia, wytrąciła z równowagi?
— Nie pamiętam, doprawdy.
— Rozumiem…
Inspektor Neele nie dodał nic więcej, wydało mu się jednak, że tym razem Mary Dove 

odwraca się i odchodzi z ociąganiem, jak gdyby miała ochotę zbadać bardziej szczegółowo, 
co się dzieje w jego głowie. Ale on myślał tylko z niechęcią o pannie Marple. Zapewniła, że 
w tej historii muszą być kosy. I oto są! Co prawda nie trzy mendle, które dokładnie pasowały 
do wzoru, ale są!

Głupia   historia   zdarzyła   się   latem,   więc   Neele   nie   wyobrażał   sobie,   jaki   mogła   mieć 

związek z późniejszą tragedią. Oczywiście nie zasugeruje się ptakami, nie zaniecha opartego 
na logice normalnego śledzenia mordercy, działającego z normalnych pobudek. Lecz od tej 
chwili nie wolno mu odrzucać nawet najbardziej obłąkańczych możliwości.

background image

XV

— Przykro mi jeszcze raz panią trudzić — zwrócił się Neele do Elaine Fortescue — muszę 

jednak   wyświetlić   pewien   szczegół.   O   ile   mi   wiadomo,   pani   jest   ostatnią   lub   raczej 
przedostatnią   osobą,   która   widziała   panią   Fortescue   żywą.   Opuściła   pani   bibliotekę 
dwadzieścia po piątej?

— Mniej więcej. Nie mogę określić czasu ściśle — odparła panna Fortescue i dorzuciła 

obronnym tonem: — Człowiek nie patrzy wciąż na zegary.

— Ma się rozumieć, proszę pani. Kiedy wszyscy wyszli z pokoju, pani została sama z 

panią Fortescue. O czym panie rozmawiały?

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
— Najprawdopodobniej nie ma. Ale treść rozmowy może świadczyć w pewnym stopniu o 

ówczesnym nastroju pani Fortescue.

— Chce pan powiedzieć… Sądzi pan, że ona zabiła się sama? Detektyw spostrzegł, że 

twarz   dziewczyny   się   rozjaśniła,   co   nie   zdziwiło   go   wcale.   Takie   rozwiązanie   byłoby 
oczywiście najdogodniejsze z punktu widzenia mieszkańców Domku pod Cisami. Neele nie 
wierzył w nie, gdyż Adeli Fortescue nie uważał za typ potencjalnej samobójczyni. Nawet 
gdyby otruła męża i żywiła obawę, że zbrodnia wyjdzie na jaw, nie pomyślałaby z pewnością 
o odebraniu sobie życia. Optymizm kazałby jej wierzyć, że jeżeli nawet dojdzie do procesu, 
da się uzyskać wyrok uniewinniający. Takiego zdania był inspektor Neele, nie chciał jednak 
rozpraszać złudzeń Elaine Fortescue.

— Istnieje i taka możliwość — odparł zgodnie z prawdą. — Więc słucham, proszę pani? O 

czym była wtedy mowa?

— Szczerze mówiąc o moich sprawach — powiedziała młoda osoba i umilkła.
— A mianowicie?
— Mój… mój znajomy, ktoś z przyjaciół, przyjechał tutaj, więc zwróciłam się do Adeli, 

czy nie ma nic przeciwko jego zamieszkaniu w naszym domu.

— Rozumiem… Kto jest tym pani znajomym?
— Gerald Wright. Nauczyciel szkolny. Zatrzymał się w hotelu Golf.
— Czy   to   szczególnie   dobry   znajomy,   ktoś   bardzo   bliski?   —   detektyw   przybrał 

dobroduszny, rodzicielski wyraz twarzy, który dodał mu co najmniej piętnaście lat. — Może 
wkrótce należy oczekiwać doniosłego wydarzenia w rodzinie?

Odczuł niemal skrupuły na widok nieporadnego gestu ręki i rumieńca dziewczyny. Nie 

wątpił już, Elaine Fortescue kocha się w tym gościu.

— Nie jesteśmy formalnie zaręczeni i… i… Teraz nie może być o tym mowy… Ale… 

Zgadł pan, inspektorze. Istotnie, zamierzamy się pobrać.

— Gratuluję serdecznie! podchwycił żywo Neele. — Wspomniała pani, że pan Wright 

zatrzymał się w hotelu Golf. Od jak dawna tam mieszka?

— Zadepeszowałam do niego po śmierci ojca.
— A on przyjechał niezwłocznie — powiedział detektyw i życzliwym, budzącym zaufanie 

tonem dorzucił swój ulubiony zwrot: — Aha… Rozumiem. — Na moment zawiesił głos. Jak 
pani Fortescue zareagowała na propozycję, by pan Wright przeprowadził się tutaj?

— Odpowiedziała: „Dobrze. Wolno ci zapraszać, kogo sobie życzysz”.
— Innymi słowy odniosła się do pani planów życzliwie.
— Życzliwie?…   Chyba   niezupełnie.   Powiedziała   jeszcze…   —   Właśnie!   Co   więcej 

powiedziała?

— Głupstwo,   jakiego   należało   spodziewać   się   od   Adeli.   Dodała,   że   mogłabym   zrobić 

znacznie lepszą partię. — Elaine zarumieniła się znowu.

— Cóż, krewni często mówią podobne rzeczy.

61

background image

— Tak… Naturalnie! Ale, widzi pan, nie wszystkich stać na właściwą ocenę Geralda. To 

intelektualista, zwolennik nieszablonowych, postępowych idei, które nie odpowiadają wielu 
ludziom.

— Aha… Rozumiem. Dlatego trudno mu było dojść do porozumienia z pani ojcem.
Dziewczyna mocno się zaczerwieniła.
— Ojciec był niesprawiedliwy, miał liczne uprzedzenia. Drażnił uczucia Geralda. Otwarcie 

mówiąc, zachowanie ojca tak zirytowało Geralda, że zniknął na długie tygodnie i nie odzywał 
się nawet do mnie.

„I prawdopodobnie nie odezwałby się do dnia dzisiejszego. gdyby twój ojciec nie umarł i 

nie zostawił ci grubej forsy” pomyślał inspektor Neele i zapytał:

— O niczym więcej nie rozmawiała pani z panią Fortescue?
— Nie… Nie zdaje mi się.
— Działo się to mniej więcej dwadzieścia pięć po piątej, a o szóstej pięć znaleziono zwłoki 

pani Fortescue. Pani nie wróciła do biblioteki w tym czasie?

— Nie wróciłam.
— Co pani robiła?
— Ja? Wybrałam się na mały spacer.
— Do hotelu Golf?
— No… tak… Ale Geralda nie zastałam.
— Aha…   Rozumiem   —   powtórzył   znów   inspektor   Neele,   tym   razem   jednak   tonem 

akcentującym koniec rozmowy.

— Czy to wszystko? zapytała Elaine.
— Tak jest. Dziękuję pani odparł detektyw i spytał, gdy dziewczyna wstawała z krzesła: 

Mogłaby pani powiedzieć coś o kosach?

— O kosach? Tych w pasztecie?
„Aha. Były też kosy w pasztecie” pomyślał Neele i dodał:
— Kiedy to miało miejsce?
— Trzy… może cztery miesiące temu. Ojciec znalazł też nieżywe kosy na swoim biurku. 

Strasznie się wtedy złościł.

— Złościł się? Czy dopytywał się też, kto to mógł zrobić?
— Tak… Oczywiście. Ale nikt z nas nic nie wiedział.
— A nie wie pani, czemu pan Fortescue tak się gniewał?
— Czemu? No… To był makabryczny, głupi dowcip.
Neele spojrzał bystro w twarz dziewczyny, nie zauważył jednak objawów zmieszania.
— Aa…   Jeszcze   jedno   podjął.   —   Nie   orientuje   się   pani,   czy   i   kiedy   pani   Fortescue 

sporządziła testament?

— Nie mam pojęcia Elaine rozłożyła ręce. — Chyba tak… Ludzie przeważnie robią takie 

rzeczy.

— Powinni, ale nie zawsze robią. Czy na przykład pani załatwiła tę sprawę?
— Ja? Dotąd nic nie miałam… Cóż… teraz naturalnie…
Neele spostrzegł, że w tym  momencie  dziewczyna  uprzytomniła  sobie zmianę własnej 

pozycji materialnej. Wyczytał to w jej oczach.

— Słusznie   —   powiedział.   —   Pięćdziesiąt   tysięcy   funtów   nakłada   pewne   obowiązki. 

Nakłada obowiązki i niejedno może się zmienić.

Po rozstaniu z Elaine Fortescue inspektor siedział przez kilka minut pogrążony w myślach, 

zapatrzony przed siebie. Miał o czym medytować. Twierdzenie Mary Dove, iż około czwartej 
trzydzieści   pięć   widziała   w   ogrodzie   mężczyznę,   otwierało   nowe   możliwości   —   jeżeli 
oczywiście   Mary   Dove   powiedziała   prawdę.   Inspektor   nigdy   nie   zakładał   z   góry,   że 
czyjekolwiek słowa zasługują na wiarę. Tym razem wszakże nie potrafił wymyślić rozumnej 

background image

przyczyny, dla której zarządzająca domem mogłaby skłamać. Wobec tego przyjąć należy, że 
powiedziała prawdę i rzeczywiście widziała w ogrodzie mężczyznę. Z pewnością nie był to 
Lancelot Fortescue, jakkolwiek domysł panny Dove w tym względzie wyniknął logicznie z 
istniejących okoliczności. Nie był to Lancelot Fortescue, lecz ktoś podobny doń z postawy i 
wzrostu, a niewątpliwie wiele daje do myślenia fakt, że o tej właśnie porze jakiś mężczyzna 
przemykał ukradkiem przez ogród, chowając się za żywopłoty.

Ale nie na tym koniec! Mary Dove słyszała również odgłos kroków w korytarzu na piętrze, 

co z kolei zgadzałoby się z grudką błota znalezioną na dywanie w buduarze Adeli Fortescue. 
Detektyw powędrował myślami do znajdującego się w tym buduarze ozdobnego biureczka. 
Śliczny, podrabiany antyk. Nietrudna do odkrycia sekretna szufladka. W szufladce trzy liściki 
do Adeli Fortescue, skreślone przez Viviana Dubois. Niezliczone listy miłosne trafiały do rąk 
inspektora w trakcie jego zajęć służbowych: listy namiętne, idiotyczne, sentymentalne, pełne 
żalów.   Zdarzały   się   również   listy   ostrożne   i   do   tej   kategorii   wypadałoby   zaliczyć   trzy 
pochodzące ze skrytki w ozdobnym biureczku. Nawet odczytane w sądzie, podczas sprawy 
rozwodowej, mogłyby ujść za dowód czysto platonicznych uczuć.

„Platoniczne uczucie! W takim przypadku! Bodaj to licho!” pomyślał inspektor Neele nie 

bez odrazy.

Kiedy   znalazł   listy,   niezwłocznie   posłał   je   do   Wydziału   Śledczego,   gdyż   wówczas 

chodziło głównie o to, czy prokurator uzna poszlaki za wystarczające, by wszcząć śledztwo 
przeciw Adeli Fortescue lub Adeli Fortescue i Vivianowi Dubois łącznie. Wszystko zdawało 
się   świadczyć,   że   Reksa   Fortescue   otruła   żona   przy   współudziale   albo   bez   współudziału 
kochanka.   Listy,  chociaż   ostrożne,  jasno  wskazywały,  że   Vivian  Dubois  był  kochankiem 
Adeli Fortescue, ale ich treść nie zawierała niczego, co dałoby się podciągnąć pod termin 
„zachęta do zbrodni”. Oczywiście „zachęta” mogła mieć miejsce w rozmowach, lecz pan 
Dubois to człowiek zbyt przezorny, aby czemuś takiemu dać wyraz na piśmie.

Inspektor Neele wnioskował trafnie, iż Vivian Dubois prosił kochankę o zniszczenie jego 

listów, ona zaś skłaniała, że zastosowała się lub zastosuje do tej prośby. Co dalej? Nastąpiły 
dwa kolejne zgony, z których wynika albo co najmniej powinno wynikać, że Adela Fortescue 
nie uśmierciła męża. Przeciwko temu może świadczyć tylko jedna hipoteza. Adela Fortescue 
chciała się wydać za Viviana Dubois, a Vivian Dubois pragnął nie Adeli Fortescue, lecz stu 
tysięcy funtów, które miała odziedziczyć po mężu. Mógł żywić przekonanie, że śmierć Reksa 
Fortescue ujdzie za naturalną, wywołaną zawałem serca czy też wylewem krwi do mózgu. 
Ostatecznie rodzina niepokoiła się od roku stanem zdrowia starszego pana. (Neele pomyślał 
nawiasowo, że tę właśnie kwestię należy zbadać bliżej, wyczuwał bowiem instynktownie, że 
może   ona   mieć   niepoślednie   znaczenie.)   Stało   się   inaczej.   Natychmiastowa   diagnoza   i 
rozpoznanie użytej trucizny pokrzyżowały plany związane ze zgonem Reksa Fortescue.

Przyjąwszy,  że Adela Fortescue i Vivian Dubois popełnili  zbrodnię, należy spytać,  co 

działoby   się   z   nimi   w   takiej   sytuacji?   Niewątpliwie   on   uległby   panice,   ona   kompletnie 
straciłaby głowę. Mogłaby robić albo mówić głupstwa, dzwonić do kochanka, nieostrożnie 
rozmawiać przez telefon. On zaś zdawałby sobie sprawę, że w Domku pod Cisami mogliby 
podsłuchać coś fatalnego. Jak postąpiłby w takiej sytuacji Vivian Dubois?

Odpowiedź na to pytanie byłaby przedwczesna. Ale Neele postanowił wybrać się zaraz do 

Golfa, by sprawdzić, czy pan Dubois wychodził z hotelu między czwartą piętnaście a szóstą 
po południu. Jest wysoki i szczupły, wzrostem i postawą przypomina Lancelota Fortescue. 
Drogą przez ogród i boczne drzwi mógł zakraść się do domu, wejść na piętro i… I co? Szukać 
swoich listów i przekonać się, że ich nie ma? Wyczekać odpowiedniej chwili, gdy droga 
będzie wolna, zejść do biblioteki, zastać tam tylko Adelę Fortescue?

To wnioski zbyt pochopne, dogodne…
Detektyw   pomyślał,   że   wypytywał   już   Mary   Dove   i   Elaine   Fortescue,   należy   więc 

sprawdzić, co ma do powiedzenia żona Parcivala.

63

background image

XVI

Inspektor   Neele   zastał   panią   Valową   w   jej   saloniku,   zajętą   pisaniem   listów.   Na   jego 

powitanie podniosła się raczej nerwowo.

— Czy… Może coś nowego?…
— Zechce pani usiąść. Po prostu chciałbym zadać pani kilka pytań.
— Aa… Tak… Służę, inspektorze. Naturalnie. To wszystko jest takie straszne, prawda? 

Coś okropnego!

Po chwili wahania wybrała jeden z foteli. Detektyw usadowił się na pobliskim krześle i 

począł   studiować   ją   baczniej,   niż   w   czasie   uprzednich   spotkań.   Osądził,   że   to   kobieta 
pospolita,   przeciętna   i  zapewne   nie   bardzo   szczęśliwa.   Jest   rozstrojona,   niezadowolona   z 
życia,   lecz   mimo   ograniczonych   horyzontów   myślowych   mogła   być   sprawna   w   swoim 
dawnym zawodzie pielęgniarki. Teraz nie daje jej satysfakcji próżnowanie, które zawdzięcza 
małżeństwu   z   zamożnym   mężczyzną.   Kupuje   łaszki,   czytuje   powieści,   objada   się 
słodyczami…   Neele   przypomniał   sobie   jej   podniecenie   w   dniu   zgonu   Reksa   Fortescue, 
pomyślał jednak, że nie była to uciecha hieny, ale wstrząs wywołany prz.cz coś niezwykłego 
na tle jałowej pustyni codziennej nudy.

Obecnie niespokojne oczy Jennifer unikały przenikliwego wzroku inspektora. Sprawiało to 

wrażenie zdenerwowania i może poczucia winy. Jednakże i tym razem nie należało wyciągać 
wniosków zbyt pochopnie.

— Niestety, proszę pani — rozpoczął łagodnie Neele obowiązek nakazuje nam wypytywać 

ludzi; wypytywać i jeszcze raz wypytywać. Państwo muszą odczuwać to nad wyraz boleśnie. 
W pełni zdaję sobie z tego sprawę, ale, proszę mi wierzyć, bardzo wiele zależy od ścisłego 
określenia czasu poszczególnych wydarzeń. Pani zeszła na pod wieczorek późno, prawda? 
Lub raczej panna Dove przyszła po panią.

— Tak. Przyszła po mnie. Powiedziała, że herbata czeka. Nie wyobrażałam sobie, że już 

tak późno. Pisałam wtedy listy.

Detektyw zerknął w stronę biurka.
— Aha… Rozumiem… A mnie się zdawało, że była pani na spacerze.
— Ona panu powiedziała? — Tak… Ma pan rację… Pisałam listy,  ale w pokoju było 

okropnie duszno… Głowa mnie rozbolała, więc wybrałam się na spacer… Tylko raz dokoła 
ogrodu.

— Rozumiem… Spotkała pani kogoś?
— Czy spotkałam kogoś? — Pani Valowa spojrzała ze zdziwieniem na detektywa. — Do 

czego pan zmierza?

— Chciałbym się dowiedzieć, czy w czasie tej przechadzki widziała pani kogoś lub ktoś 

panią widział.

— Widziałam tylko ogrodnika… z daleka. — Jennifer zerknęła podejrzliwie na inspektora.
— Z ogrodu wróciła pani do swojego pokoju i zdejmowała właśnie płaszcz, kiedy panna 

Dove przyszła poprosić panią na herbatę. Czy to się zgadza?

— Tak. Oczywiście. Wtedy zeszłam na dół.
— Kogo zastała pani w bibliotece?
— Adelę,   Elaine…   W   parę   minut   później   przyjechał   Lance,   brat   mojego   męża… 

Niedawno wrócił z Kenii, jak panu wiadomo.

— Razem usiedli państwo do podwieczorku?
— Tak. Później Lance wyszedł, żeby odwiedzić ciocię Effie, a ja wróciłam do siebie pisać 

listy. W bibliotece zostały Adela i Elaine.

Detektyw przytaknął skinieniem głowy.
— Wiem.   Po   pani   wyjściu   panna   Elaine   spędziła   w   towarzystwie   macochy   pięć   do 

background image

dziesięciu minut. Pani męża nie było wtedy w domu?

— Nie… Percy… To jest Val wrócił z Londynu krótko przed siódmą. Zatrzymały go tam 

ważne sprawy.

— Przyjechał pociągiem?
— Tak. Na stacji wziął taksówkę.
— Często korzysta z komunikacji kolejowej?
— Czasami. Niezbyt często. Tym razem był, zdaje się, w różnych punktach miasta, gdzie 

trudno zaparkować wóz. Wygodniej było mu wrócić do domu pociągiem.

— Rozumiem… — bąknął znowu Neele i zmienił temat. — Pytałem pani małżonka, czy 

pani Fortescue sporządziła przed śmiercią testament. Odpowiedział, że jego zdaniem, nie. 
Sądzę, że pani nic o tej sprawie nie wiadomo?

Ku niemałemu zdziwieniu detektywa, Jennifer podchwyciła z ożywieniem:
— Ależ, tak… Tak! Adela sporządziła testament. Sama mi mówiła.
— Naprawdę? Kiedy to się stało?
— Niedawno. Chyba przed miesiącem.
— Bardzo interesujące, bardzo — bąknął inspektor Neele.
Pani Valowa pochyliła się do przodu. Wyrazem twarzy zdradzała teraz podniecenie. Widać 

zadowolenie sprawiał jej fakt, że jest tak dobrze poinformowana.

— Val nic nie wie — podjęła. — Nikt nie wie. Ja zrobiłam przypadkowe odkrycie. Na 

ulicy! Byłam właśnie przed sklepem z materiałami piśmiennymi, kiedy zobaczyłam Adelę. 
Wychodziła z kancelarii adwokackiej. To, wie pan, firma Ansell i Worrall przy High Street.

— Tutaj? W Baydon Healh?
— Aha! Pytam: „Co tam robiłaś?” Ona na to roześmiała się i mówi: „Chciałabyś wiedzieć, 

prawda?” — a później, jak szłyśmy razem: „Cóż, powiem ci, Jennifer. Spisywałam ostatnią 
wolę”. Bardzo się zdziwiłam i mówię: „Testament? Po co, Adelo? Nie jesteś chora ani nic 
takiego”.   Odpowiedziała,   że   nigdy   nie   czuła   się   lepiej,   ale   każdy   powinien   załatwić   tę 
formalność.  Nie chciała  pójść do zadzierającego  nosa mecenasa,  pana Billingsleya,  który 
prowadzi sprawy rodziny, bo stary cwaniak gotów by wszystko wypaplać. Tak mówiła Adela 
i dodała jeszcze: „Nic z tego. Testament to moja osobista sprawa. Nikt się nie dowie, jak i 
czym rozporządziłam”. Powiedziałam wtedy: „Bądź pewna, Adelo, że ja słowa nie pisnę”. 
Wzruszyła ramionami i mówi: „Możesz ile chcesz gadać. Nie znasz treści testamentu”. Ale i 
tak nic nie powiedziałam nikomu, nawet mężowi. Moim zdaniem kobiety powinny trzymać 
ze sobą. Nieprawda, inspektorze?

— Bez wątpienia to pogląd przynoszący pani zaszczyt przyznał dyplomatycznie detektyw.
— Ja tam nigdy nie byłam złośliwa — ciągnęła pani Valowa — za Adelą nie przepadałam 

naturalnie, bo uważałam, że to typ, co przed niczym się nie cofnie, byle postawić na swoim. A 
teraz, jak ona. biedactwo, nie żyje, myślę, że może byłam niesprawiedliwa.

— Pozostaje mi tylko podziękować szanownej pani za wartościową pomoc — powiedział 

inspektor Neele.

— Bardzo mi było miło, proszę pana. Zawsze chętnie pomogę., ile tylko zdołam. Cała ta 

historia jest okropna, prawda? Dziś z. rana przyjechała jedna starsza pani. Kto to taki?

— Nazywa się panna Marple. Postąpiła bardzo ładnie, bo przyjechała tu specjalnie, aby 

podzielić się z nami wiadomościami o Gladys Martin. Ta dziewczyna służyła u niej w swoim 
czasie.

— Naprawdę? Ciekawa historia!
— Aha… Jeszcze jedno pytanie… Czy wiadomo pani coś o kosach? Jennifer wzdrygnęła 

się gwałtownie. Upuściła torebkę na podłogę i schyliła się, by ją podnieść.

— O kosach, inspektorze? Ptakach? O jakie kosy panu chodzi? —zapytała zdławionym 

głosem.

Neele uśmiechnął się pogodnie.

65

background image

— Jakiekolwiek, proszę pani. Żywe, martwe, nawet, że się tak wyrażę, symboliczne.
— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — rzuciła szorstko kobieta. —Nie rozumiem!
— Zatem o kosach nic pani nie wiadomo?
— Aa… Pewno ma pan na myśli te, co były w pasztecie zeszłego lata — podjęła z wolna 

Jennifer. — Taki drobiazg bez znaczenia…

— Znaleziono też nieżywe kosy na stole w bibliotece, prawda?
— Jakieś niedorzeczne wybryki… Nie wyobrażam sobie, kto panu o nich powiedział. Pan 

Fortescue, mój teść, strasznie się wtedy złościł.

— Złościł się tylko? Nic więcej?
— Rozumiem. Wiem teraz, do czego pan zmierza. Teść wypytywał nas wszystkich, czy 

koło domu nie kręcił się ktoś obcy.

— Obcy? powtórzył detektyw unosząc brwi ze zdziwieniem.
— Ja tam nic nie wiem. Tak teść się wyraził.
— Obcy powtórzył znów Neele tonem zastanowienia. — Czy pan Fortescue zdawał się 

przestraszony?

— Przestraszony? znowu nic nie rozumiem.
— Powiedzmy, czy byt zaniepokojony, gdy wypytywał o kogoś obcego?
— Chyba   tak…   Miałam   wrażenie,   że   był   zaniepokojony.   Oczywiście   nie   pamiętam 

dokładnie   historii   sprzed   kilku   miesięcy.   Byłam   zdania,   że   to   jakieś   niemądre   żarty. 
Podejrzewałam…  podejrzewam nadal Crumpa.  To człowiek bardzo niezrównoważony i z 
pewnością często zagląda do kieliszka. Czasami zachowuje się impertynencko… Może miał 
jakąś urazę do pana Fortescue? Myślę, że to prawdopodobne… Jak pan sądzi, inspektorze?

— Wszystko jest prawdopodobne — odparł Neele i wyszedł z saloniku pani Valowej.

Parcival   Fortescue   wyjechał   do   Londynu?   lecz   Neele   zastał   w   bibliotece   Lancelota, 

siedzącego ze swoją żoną nad szachami.

— Nie chciałbym państwu przeszkadzać — zaczął tonem usprawiedliwienia.
— Nie   szkodzi,   inspektorze   —   powiedział   Lance.   —   Zabijamy   tylko   czas.   Prawda, 

kochanie?

Pat twierdząco skinęła głową.
— Zapewne   moje   pytanie   wyda   się   panu   niedorzeczne   —   zwrócił   się   detektyw   do 

przybysza z Afryki. Zapytam jednak, czy wiadomo panu coś o kosach?

— O kosach? Ptakach?
— Tak. Może to dziwne, ale wzmiankę o kosach napotkałem w trakcie dochodzenia.
— Na Boga! Nie pije pan chyba do starej historii kopalni Kos! — zawołał Lancelot.
— Kopalnia Kos? ożywił się Neele. — Co to za stara historia? Lance zrobił niepewną 

minę.

— Cały kłopot w tym, że sam niewiele pamiętam, bardzo niewiele, inspektorze. Chodzą mi 

po   głowie   wspomnienia   o   jakiejś   mętnej   transakcji   mojego   papy,   gdzieś   na   zachodnich 
wybrzeżach   Afryki.   Ciocia   Effie   mówiła   coś   kiedyś   z   przekąsem,   ale   żadnych   bliższych 
szczegółów nie znam.

— Ciocia Effie? Innymi słowy panna Ramsbottom?
— Tak, inspektorze. ,
— Pójdę zapytać ją o kopalnię Kos — powiedział Neele i dodał posępnie: — To, proszę 

pana, przerażająca starsza dama. Peszy mnie jej obecność.

— Zgoda, inspektorze! — roześmiał się Lancelot Fortescue. Ale ciocia Effie może być 

wielce pomocna, jeżeli podejdzie pan do niej w sposób właściwy. Szczególnie zalecałbym 
rozwodzenie się nad przeszłością. Staruszka ma wyborną pamięć i z prawdziwą satysfakcją 
dobywa z niej sprawy kompromitujące kogoś lub przykre. Umilkł na moment. — Jeszcze 
jedno, inspektorze. Po przyjeździe tutaj wkrótce wybrałem się do cioci Effie… wyrażając się 

background image

ściślej, zaraz po herbacie. Zaczęła mówić o Gladys, służącej, która została zamordowana. 
Naturalnie nie wiedzieliśmy wtedy, że ta dziewczyna nie żyje. Ciocia Effie utrzymywała, że 
Gladys wie o czymś, czego nic powiedziała policji.

— To wydaje się pewne — westchnął detektyw. — Biedactwo mc już nigdy nie powie.
— Nie   powie   —   powtórzył   Lance.   —   Ciocia   udzieliła   jej   dobrej   rady,   aby   wszystko 

wyznała. Jaka szkoda, że Gladys nie zdążyła się do niej zastosować.

— Aha… — bąknął Neele i, zebrawszy odwagę przed groźnym spotkaniem, wtargnął do 

twierdzy starszej damy.

Ku   niemałemu   zdziwieniu   zastał   tam   pannę   Marple,   która   gawędziła   z  ciocią   Effie   o 

działalności misyjnej.

— To ja już pójdę — powiedziała panna Marple, wstając żywo z fotela.
— Nie ma potrzeby, szanowna pani — zaoponował Neele. — Proszę zostać.
— Zaproponowałam   pannie   Marple,   żeby   przeniosła   się   tutaj   —   zabrała   głos   panna 

Ramsbottom. — Nie ma sensu marnować pieniędzy na pobyt w diabła wartym hotelu Golf. 
To obrzydliwe gniazdo podejrzanych typów. Po całych wieczorach nic tylko kartograjstwo i 
pijatyki! Z pewnością panna Marple lepiej się będzie czuła w przyzwoitym chrześcijańskim 
domu. Jest wolny pokój tuż obok mojego. Ostatnio mieszkała tam misjonarka, doktor Mary 
Peters.

— Bardzo   pani   uprzejma   —   odezwała   się   panna   Marple.   —   Doprawdy   jednak   nie 

chciałabym narzucać się w domu żałoby.

— Jaka tam żałoba! — obruszyła się ciocia Effie. — Zawracanie głowy! Kto w tym domu 

opłakuje   Reksa?   Albo   Adelę?   A   może   chodzi   pani   o   policję,   co?   Pan   przecież   nie   ma 
zastrzeżeń, inspektorze?

— Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, łaskawa pani.
— No to interes ubity! — ucieszyła się energiczna staruszka.
— Bardzo   pani   uprzejma   powtórzyła   panna   Marple.   —   Zaraz   zatelefonuję   do   hotelu. 

Powiem, że rezygnuję z pokoju.

Kiedy wyszła, panna Ramsbottom rzuciła obcesowo pod adresem detektywa:
— A pan tu po co?
— Chciałem zapytać, czy łaskawa pani mogłaby mi coś powiedzieć o kopalni Kos?
Ciocia Effie parsknęła piskliwym śmiechem.
— Ha!   Dotarł   pan   i   do   tego!   Zrozumiał   moją   aluzję   o   dawnych   grzechach   i   długich 

cieniach. Co interesuje pana w tej sprawie?

— Wszystko, co usłyszę od łaskawej pani.
— Wiele   pan   nie   usłyszy.   To   było   bardzo   dawno,   jakieś   dwadzieścia   lat   temu,   może 

dwadzieścia pięć. Chodziło o jakąś koncesję górniczą w Afryce Wschodniej. Mój szwagier 
wybrał się tam z drugim przedsiębiorcą. Tamten nazywał się MacKenzie. Mieli całą historię 
zbadać na miejscu, ale MacKenzie umarł, chyba na febrę. Rex wrócił do Anglii i mówił, że ta 
koncesja, kopalnia, czy jak się tam nazywa, to czysta bujda. Tyle mi wiadomo.

— Tylko tyle? Zdaje mi się, łaskawa pani, że trochę więcej.
— Reszta to plotki. A jak słyszałam, wymiar sprawiedliwości nie lubi plotek.
— Nie jesteśmy w sądzie, proszę pani.
— Niech   będzie.   Powiem   wszystko.   Wdowa   MacKenzie   podniosła   wielki   gwałt. 

Dowodziła, że Rex oszukał jej męża. Pewno miała rację. To był spryciarz bez skrupułów. Nie 
wątpię jednak, że jego posunięcia  i tym  razem mieściły się w granicach legalności.  Pani 
MacKenzie, osoba o zachwianej równowadze umysłowej, nie była w stanie niczego dowieść. 
Przyjechała tu później, groziła  zemstą. Twierdziła, że Rex zamordował  jej męża.  Głupie, 
melodramatyczne   brednie!   Myślę,   że   już   wtedy   była   pomylona,   bo,   o   ile   mi   wiadomo, 
wkrótce trafiła do zakładu dla umysłowo chorych. Przywlokła z sobą tutaj dwoje małych 
dzieci,   okropnie   wystraszonych.   Mówiła,   że   wychowuje   je   w   duchu   zemsty.   Zawracanie 

67

background image

głowy i tyle! Więcej nie mogę panu powiedzieć. Proszę jednak pamiętać, że kopalnia Kos to 
nie jedyne świństwo, jakie Rex zrobił w życiu. Niech pan poszuka, a z pewnością znajdzie 
wiele innych. Ale skąd przyszła panu do głowy ta sprawa’? Odkrył pan jakiś ślad wiodący do 
rodziny MacKenzie?

— Wie pani coś o dalszych losach tej rodziny?
— Absolutnie nic. Tylko  proszę mnie właściwie zrozumieć. Nie podejrzewam, by Rex 

zamordował tamtego człowieka. Sądzę, że opuścił go ciężko chorego. To jedno w obliczu 
Boga,   ale   w   obliczu   prawa   nie.   Jeżeli   naprawdę   był   winien,   dosięgła   go   kara.   Bóg 
nierychliwy,   niesprawiedliwy,   jak   mówią.   A   teraz   proszę   odejść.   Więcej   powiedzieć   nie 
mogę, więc nie warto mnie pytać.

— Dziękuję łaskawej pani za cenne wiadomości — skłonił się inspektor Neele.
— A niech pan przyśle do mnie tę Marple — zawołała panna Ramsbottom, gdy zamykał 

drzwi. — Brak jej powagi, jak wszystkim anglikanom, ale kobieta zna się na rozsądnie pojętej 
dobroczynności.

Z parteru inspektor Neele zatelefonował w dwa miejsca: do firmy adwokackiej Ansell i 

Worrall oraz do hotelu Golf. Następnie wezwał swojego sierżanta i powiedział mu, że na 
niedługi czas opuści Domek pod Cisami.

— W   razie   pilnej   potrzeby,   Hay,   będzie   mnie   można   znaleźć   w   tutejszej   kancelarii 

adwokackiej. Później w hotelu Golf.

— Tak jest, panie inspektorze.
— A tymczasem, Hay, wyniuchajcie, ile się da, na temat kosów.
— Kosów, panie inspektorze?
— Tak. Czarnych ptaszków, kosów.
— Tak jest, panie inspektorze — powtórzył ze zdumieniem sierżant Hay.

background image

XVII

Inspektor Neele przekonał się rychło, że pan Ansell jest typem prawnika, który łatwiej 

ulega onieśmieleniu, niż onieśmiela innych. Wspólnik niewielkiej, doskonale prosperującej 
firmy   nie   myślał   obstawać   przy   swoich   prawach.   Przeciwnie.   Rad   był   udzielić   policji 
wszelkiej możliwej pomocy.

Sporządził testament nieboszczki Adeli Fortescue, która zgłosiła się do kancelarii przed 

pięcioma tygodniami.

— Jej dyspozycje wydały mi się trochę dziwne — ciągnął pan Ansell — ale wie pan, 

inspektorze, jak dziwne historie trafiają się w naszym zawodzie. Oczywiście rozumie pan 
inspektor obowiązującą nas dyskrecję, zasady tajemnicy zawodowej… takie rzeczy…

Neele kiwnął głową na znak, że rozumie. Nie miał wątpliwości, że ta kancelaria nie miała 

uprzednio do czynienia z panią Fortescue ani z nikim z tej rodziny.

— Ma się rozumieć — podjął prawnik — nieboszczka Adela Fortescue nie mogła zwrócić 

się do adwokatów swojego męża.

Pomijając ozdoby retoryczne, kwestia przedstawiała się prosto. Na mocy testamentu Adela 

Fortescue pozostawiła wszystko, co będzie jej własnością w momencie zgonu, Vivianowi 
Dubois.

— Odniosłem jednak wrażenie — kończył pan Ansell spoglądając spod oka na detektywa 

— że w dniu, gdy wyraziła ostatnią wolę, pani Fortescue niewiele miała do pozostawienia.

Słusznie.   Nie   miała   wtedy   wiele   do   pozostawienia.   Niebawem   jednak   umarł   Rex 

Fortescue,   a   żonie   zapisał   okrągłą   sumę   stu   tysięcy   funtów,   która   według   wszelkiego 
prawdopodobieństwa   należy   dziś   do   Viviana   Edwarda   Dubois.   Sto   tysięcy   funtów   z 
odliczeniem jedynie podatku spadkowego.

W hotelu Golf mocno zdenerwowany pan Dubois oczekiwał wizyty detektywa. Był na 

wyjezdnym i walizy miał spakowane, gdy przez telefon odebrał prośbę inspektora Neele’a, 
aby zechciał pozostać. Inspektor mówił uprzejmie, prawie przepraszał, lecz pan Dubois nie 
wątpił,   że   mimo   osłony   grzecznych   słówek,   prośba   równa   się   rozkazowi.   Dla   zasady 
protestował trochę, ale nie bardzo.

— Liczę, panie inspektorze — powitał gościa — że zdaje pan sobie sprawę, na jak wiele 

kłopotów naraża  mnie pozostawanie tutaj. Doprawdy, mam bardzo ważne sprawy, którymi 
muszę zająć się niezwłocznie. To kwestia interesów.

— Nie wiedziałem, że pan prowadzi jakieś interesy — odparł pogodnie detektyw.
— Cóż, nikt nie ma dziś tyle wolnego czasu, jak to się może zdawać.
— Zapewne… Zapewne… Sądzę, że boleśnie odczuł pan śmierć pani Fortescue. Łączyła z 

nią pana bliska przyjaźń, prawda?

— Tak. To była urocza osoba. Często grywaliśmy w golfa.
— Poniósł pan ciężką stratę, prawda?
— Niewątpliwie   —   westchnął   Vivian   Dubois.   —   Cała   ta   potworna   historia   jest 

wstrząsająca.

— O ile mi wiadomo, telefonował pan do pani Fortescue w dzień jej zgonu, w godzinach 

popołudniowych.

— Telefonowałem? Nie pamiętam, słowo daję.
— Około czwartej.
— Tak… Chyba telefonowałem.
— Przypomina pan sobie treść rozmowy?
— Była konwencjonalna. Pytałem, zdaje się, o samopoczucie pani Fortescue i czy są jakie 

dalsze wiadomości na temat zgonu jej męża.

— Aha… Rozumiem — powiedział Neele i dodał zaraz: — Następnie poszedł pan na 

69

background image

spacer.

— Co?…   Tak…   Nie   był   to   właściwie   spacer…   Chciałem   poćwiczyć   trochę   na   polu 

golfowym.

— Chyba nie, panie Dubois — sprzeciwił się łagodnie detektyw. — Na polu golfowym 

ćwiczył pan zapewne innego dnia… Tutejszy portier widział pana zmierzającego drogą w 
kierunku Domku pod Cisami.

Dubois spojrzał w twarz inspektora, później odwrócił wzrok.
— Nie pamiętam, inspektorze — powiedział. — Słowo daję.
— Może wybrał się pan w odwiedziny do pani Fortescue?
— Nie! — zaprotestował energicznie młody człowiek. — Nic podobnego! Nie byłem w 

tamtym domu.

— Więc gdzie pan był?
— Poszedłem drogą aż do gospody Pod Trzema Gołębiami. Później wróciłem przez tereny 

golfowe.

— Na pewno nie był pan w Domku pod Cisami?
— Z całą pewnością, inspektorze. Neele z zatroskaniem pokręcił głową.
— Proszę posłuchać, panie Dubois. Z nami szczerość popłaca. Mógł pan przecież wybrać 

się tam z jakiegoś całkiem niewinnego powodu.

— Powtarzam wyraźnie, że tamtego dnia nie odwiedziłem pani Fortescue.
— Myślę, proszę pana podjął swobodnym tonem Neele — że będziemy zmuszeni prosić 

pana o złożenie formalnych zeznań. Postąpi pan rozsądnie i w zakresie swoich uprawnień, 
żądając obecności adwokata przy załatwianiu tej formalności.

Dubois pobladł nagle. Jego cera przybrała chorobliwy, zielonawy odcień.
— Chce mnie pan zastraszyć! — wybuchnął. — Mnie?
— Nic   podobnego,   proszę   pana   —   obruszył   się   detektyw.   —   Nam   nie   wolno   grozić. 

Przeciwnie. Pozwoliłem sobie zwrócić uwagę na pewne przysługujące panu uprawnienia.

— Zapewniam pana, że z tą całą historią nie miałem nic wspólnego. Absolutnie nic!
— Jednakże tamtego dnia około pół do piątej po południu był pan w Domku pod Cisami. 

Tak się złożyło, że ktoś wyjrzał przez okno i widział pana.

— Wszedłem tylko do ogrodu. W domu nie byłem.
— Nie   był   pan?   Naprawdę?   Nie   wszedł   pan   tam   przypadkiem   bocznymi   drzwiami,   a 

następnie po schodach, na piętro, do saloniku pani Fortescue? Szukał pan czegoś w biureczku, 
prawda?

— Aa….   Pan   zabrał   listy   —   odparł   posępnie   Vivian   Dubois   —   Ta   idiotka   Adela 

zatrzymała je, chociaż przysięgała, że są spalone… Ale listy nie mają takiego znaczenia, jakie 
pan im chce przypisać.

— Nie zaprzeczy pan, panie Dubois, że z Adelą Fortescue łączyły pana bardzo intymne 

stosunki?

— Nie zaprzeczę. Oczywiście. Jak mógłbym zaprzeczyć, skoro ma pan te listy? Ale nie 

warto doszukiwać się w nich jakiegoś utajonego sensu. Niech pan sobie nie wyobraża, że 
my… że ona myślała kiedykolwiek o pozbyciu się Reksa Fortescue. Na Boga! Nie jestem 
człowiekiem takiego pokroju!

— Ale pani Fortescue mogła być kobietą takiego pokroju. Jak pan sądzi?
— Nonsens! — zawołał Dubois. — Przecież ją też zamordowano.
— Tak… Naturalnie.
— Nie nasuwa się panu logiczny wniosek, że jedna ręka zgładziła Reksa Fortescue i jego 

żonę?

— To prawdopodobne, bardzo prawdopodobne — przyznał z namysłem inspektor Neele. 

— Ale mogą być też odmienne rozwiązania. Weźmy dla przykładu jedną hipotezę… tylko 
hipotezę, panie Dubois.

background image

Istnieje możliwość, że Adela Fortescue pozbyła się męża, a po jego śmierci sama stała się 

zagrożeniem dla kogoś innego. Ten ktoś nie pomagał jej aktywnie, ale stwarzał w pewnym 
sensie pobudkę i, powiedzmy, motyw występnego czynu. Przyzna pan chyba, że dla tej osoby 
pani Fortescue mogłaby być niebezpieczna?

— P…p… an… — zająknął się Vivian Dubois. Pan nie ma podstaw do aktu oskarżenia… 

Żadnych podstaw… poszlak przeciwko mnie.

— Pani Fortescue sporządziła testament podjął detektyw. —Wszystko pozostawiła panu. 

Cały majątek.

— Nie chcę jej pieniędzy! Nie chcę ani pensa!
— Naturalnie wiele tego nie ma. Ilizutcria… Futra… Ale pieniędzy chyba mało.
Dubois wytrzeszczył oczy.
— Myślałem, że jej mąż… — urwał, szczęka mu opadła.
— Myślał pan, panie Dubois? podchwycił Neele ostrym niby stal głosem. — To ciekawe! 

Widocznie znał pan treść testamentu Reksa Fortescue.

Drugim rozmówcą Neele’a w hotelu Golf był pan Gerald Wright, chudy młody człowiek o 

minie   intelektualisty   i   wyniosłych   manierach.   Wzrostem   i   sylwetką   przypominał   trochę 
Viviana Dubois, czego Neele nie omieszkał zauważyć.

— Czym mogę panu służyć, inspektorze? — zapytał pan Gerald Wright.
— Chciałem prosić pana o pewne informacje, które mogą okazać się pomocne.
— Informacje? Nie bardzo rozumiem,
— Chodzi o niedawne wydarzenia w Domku pod Cisami. Słyszał pan o nich zapewne? — 

zapytał Neele nie bez ironii, a młody człowiek uśmiechnął się pobłażliwie.

— Czy   słyszałem?   To   nie   najtrafniejsze   określenie.   Gazety   są   pełne   tych   wydarzeń! 

Trudno w nich znaleźć coś więcej. Słowo daję! Nasza prasa jest zdumiewająco krwiożercza. 
W   okropnych   czasach   żyjemy.   Bomba   atomowa!   Dzienniki   nurzające   się   w   ohydnych 
zbrodniach!   Ale   powiedział   pan,   że   chce   mnie   o   coś   zapytać.   Nie   wyobrażam   sobie 
doprawdy, co by to być mogło. Nie wiem nic o wydarzeniach w Domku pod Cisami. Kiedy 
zamordowano pana Fortescue, byłem na wyspie Mań.

— Niebawem   jednak   przyjechał   pan   tutaj.   Otrzymał   pan   telegram   od   panny   Elaine 

Fortescue.

— Ach!   Ta   wszystkowiedząca   policja!   Tak!   Elaine   mnie   wezwała,   więc   przyjechałem 

natychmiast!

— Podobno zamierza pan ożenić się wkrótce. Czy i to się zgadza?
— Zgadza się, inspektorze. A pan, jak sądzę, nie ma nic przeciwko mojemu małżeństwu?
— To, proszę pana, czysto osobista sprawa panny Fortescue. O ile mi wiadomo, wzajemna 

sympatia państwa liczy sobie czas pewien. Sześć czy też siedem miesięcy, prawda?

— Prawda, inspektorze.
— Byli państwo nieoficjalnie zaręczeni, lecz pan Fortescue nie udzielił zgody. Powiedział 

też panu, że panna Elaine nie może liczyć na pomoc w żadnej formie, jeżeli nie zastosuje się 
do jego woli. Wtedy pan zerwał ów związek i wyjechał.

Gerald Wright uśmiechnął się z politowaniem.
— Scharakteryzował pan tę kwestię raczej brutalnie. W istocie, inspektorze, padłem ofiarą 

swoich zapatrywań  politycznych.  Rex Fortescue  był  kapitalistą  w najgorszym  tego słowa 
znaczeniu. Dla pieniędzy nie mogłem zrezygnować z głęboko zakorzenionych poglądów.

— Ale nie ma pan zastrzeżeń wobec małżeństwa z osobą, która odziedziczyła  właśnie 

pięćdziesiąt tysięcy funtów.

— Żadnych   zastrzeżeń,   inspektorze   —   uśmiechnął   się   Gerald   Wright,   tym   razem   z 

widoczną   satysfakcją.   —   Pieniądze   będą   zużyte   z   korzyścią   dla   społeczeństwa.   Ale   nie 
przyszedł   pan   chyba,   aby   omówić   ze   mną   moją   sytuację   finansową   lub   zapatrywania 

71

background image

polityczne?

— Nie, panie Wright. Przyszedłem, aby omawiać z panem suche fakty. Jak panu wiadomo, 

pani Adela Fortescue zmarła piątego listopada skutkiem zatrucia cyjankiem potasu. Tamtego 
popołudnia był pan w pobliżu Domku pod Cisami, mógł więc pan widzieć lub słyszeć coś, co 
miałoby znaczenie dla śledztwa.

— Czemu pan sądzi, że tamtego popołudnia byłem, jak się pan wyraził, w pobliżu Domku 

pod Cisami?

— Z hotelu wyszedł pan kwadrans po czwartej. Skierował się pan w stronę Domku pod 

Cisami. Stąd logiczny wniosek, że Domek pod Cisami stanowił cel przechadzki.

— Istotnie,   miałem   taki   zamiar,   inspektorze   —   odparł   Gerald   Wright.   —   Jednakże 

rozmyśliłem się po drodze. Z panną Fortescue… z Elaine byłem już umówiony na szóstą w 
hotelu. Z szosy skręciłem w boczną alejkę i okrężną drogą wróciłem do Golfa krótko przed 
szóstą. Elaine nie przyszła na spotkanie. Rzecz zrozumiała w okolicznościach, jakie wynikły.

— Widział ktoś pana w czasie tego spaceru?
— Na szosie minęło mnie kilka samochodów. Ale nikogo znajomego nie spotkałem, jeżeli 

o to panu chodzi. Boczna alejka, o której wspomniałem, jest bardzo wąska i tiki samochodów 
zbyt błotnista.

— A zatem hotel opuścił pan kwadrans po czwartej. Wrócił pan do hotelu krótko przed 

szóstą. Ma pan jedynie własne słowa na potwierdzenie swoich poczynań w tym czasie.

Gerald Wright nadal uśmiechał się protekcjonalnie.
— Bardzo to kłopotliwe dla nas obu, ale niestety zgadza się, inspektorze.
— Gdyby więc ktoś zeznał, że około czwartej trzydzieści pięć wyjrzał oknem z podestu na 

półpiętrze  i  zobaczył   pana  w  ogrodzie  Domku   pod Cisami…   inspektor  Neele  umilkł   nie 
dokończywszy zdania.

Młody człowiek zmarszczył czoło.
— Widoczność musiała być wtedy bardzo słaba — powiedział. — Ten ktoś nie mógłby 

poznać mnie ani żadnej innej osoby.

— Czy pan Vivian Dubois, który mieszka również w tym hotelu, jest panu znany?
— Dubois? Dubois? Nie zdaje mi się. Czy to taki wysoki brunet, co najczęściej chodzi w 

zamszowych półbutach?

— Tak. On również wyszedł na spacer piątego listopada po południu i też skierował się w 

stronę Domku pod Cisami. Nie spotkał go pan przypadkiem?

— Nie… Nie przypominam sobie…
Po raz pierwszy pan Gerald Wright zdradził pewne zakłopotanie.
— Hm…   Pogoda   nie   zachęcała   wtedy   do   spacerów   —   podjął   tonem   zastanowienia 

inspektor Neele  —  zwłaszcza do spacerów po zmroku, błotnistą alejką. Dziwna historia, że 
tyle osób odczuło nagły przypływ energii.

W   Domku   pod   Cisami   sierżant   Hay   radośnie   powitał   przełożonego.   Niewątpliwie   był 

zadowolony z siebie.

— Wyniuchałem dla pana inspektora coś na temat kosów — oznajmił.
— Naprawdę, Hay? Słucham.
— Były w pasztecie, panie inspektorze. Na niedzielną zimną kolację pozostawiono pasztet 

zapiekany w cieście. Ktoś, w spiżarni lub gdzie indziej, wyjął farsz z ciasta i zastąpił go… 
Niech pan inspektor zgadnie, czym? Śmierdzącymi, nieżywymi kosami, które wziął z szopy 
ogrodnika. Paskudny kawał, panie inspektorze! I głupi, co?

— „Co za pyszne danie na królewski dwór!” — zacytował półgłosem Neele. i jeszcze raz 

zbił z tropu swojego sierżanta.

background image

XVIII

— Zaraz. Chwileczkę powiedziała panna Ramsbottom. — Ten pasjans chyba wyjdzie.
Króla z potężnym taborem przeniosła na wolne miejsce, czerwoną siódemkę na czarną 

ósemkę,   komplet   pików   uzupełniła   czwórką,   piątką   i   szóstką.   Następnie   wykonała   kilka 
błyskawicznych posunięć i rozparła się w fotelu.

— To podwójny soliter — odetchnęła z ulgą. — Bardzo rzadko wychodzi.
Przez chwilę siedziała spokojnie z zadowoloną miną, później zwróciła wzrok ku młodej 

kobiecie, która stała obok kominka.

— Ha! Wiec ty, moja droga, jesteś żoną Lancelota — podjęła.
— Tak, ciociu! odparła Pat, dopiero co wezwana na piętro, przed oblicze starszej damy.
— Wysoka dziewczyna, szczupła — mruknęła do siebie ciocia Effie.
— Wygląda na zdrową.
— Mam żelazne zdrowie, ciociu.
Panna Ramsbottom z uznaniem kiwnęła głową.
— A żona Parcivala to mięczak. Je za dużo słodyczy. Za mało ma ruchu. No, siadaj, moje 

dziecko, siadaj. Gdzie poznałaś Lancelota?

— W Kenii, ciociu, kiedy byłam tam u przyjaciół.
— Słyszałam, że poprzednio byłaś zamężna.
— Tak. Dwa razy.
Panna Ramsbottom wymownie pociągnęła nosem.
— Rozwódka, hę?
— Nie, ciociu — odpowiedziała Pat trochę drżącym  głosem. — Obaj moi mężowie… 

umarli. Pierwszy był pilotem myśliwca… Poległ na wojnie.

— A drugi?… Zarazmoje dziecko… Coś mi ktoś mówił… Zastrzelił się, prawda?
Pat twierdząco skinęła głową.
— Z twojej winy?
— Nie, ciociu. Nie z mojej winy.
— Zdaje się trzymał stajnię wyścigową, grał w totalizatora, co?
— Tak, ciociu.
— Nigdy w życiu nie byłam na wyścigach — oznajmiła sędziwa dama. — Totalizator, gra 

w karty to wymysły szatana.

Pat nie podjęła dyskusji.
— Za żadne skarby nie poszłabym też do teatru ani kinematografu — ciągnęła ciocia Effie. 

— Cóż, grzeszny ten świat, grzeszny,  w dzisiejszych  okropnych  czasach, i w tym  domu 
działo się wiele zła, ale Bóg pokarał występnych.

Młoda kobieta milczała nadal. Zastanawiała się, czy ciocia Effie ma w głowie wszystko po 

kolei. Po chwili zaniepokoiło ją zwrócone ku niej przebiegłe spojrzenie starszej damy.

— Co ci wiadomo, moje dziecko, o rodzinie, do której weszłaś? — padło pytanie.
— Myślę, że ani mniej, ani więcej niż zwykle w takich razach.
— Hm… Jest w tym sens… Zapewne. — Ciocia Effie zrobiła krótką pauzę. — Powiem ci, 

moja droga, to i owo. Moja siostra była idiotką, szwagier łajdakiem. Parcival to wąż, a Lance 
zawsze uchodził w rodzinie za niedobrego chłopca.

— Chyba to przesada, ciociu — obruszyła się Pat.
— Czy ja wiem? Pewno masz rację, moje dziecko — zgodziła się nieoczekiwanie panna 

Ramsbottom. — Nie można przyczepiać ludziom etykiet. Ale nie lekceważ Parcivala, nie 
lekceważ. Na ogół panuje pogląd, że ludzie z etykietą dobroci są także głupi. Nie! Dobry 
chłopiec Parcival to nie głupiec. Bynajmniej nie głupiec, lecz spryciarz na świętoszkowatą 
modłę. Nigdy go nie lubiłam. A Lance? Zapamiętaj dobrze: nie mam do niego zaufania, nie 

73

background image

pochwalam go, ale jestem do nicponia przywiązana, wbrew przekonaniu… Rozumiesz? To 
lekkomyślny chłopak, zawsze był taki… Musisz go mieć na oku, moje dziecko, bo inaczej 
może się posunąć za daleko. Powiedz mu, niech nie lekceważy Parcivala, nie zawsze wierzy 
w to, co Parcival mówi. Ten dom roi się od kłamców. — Ciocia Effie podniosła głos i dodała 
z satysfakcją: — Ogień piekielny i siarka! Oto, co się im należy.

Inspektor Neele kończył rozmowę telefoniczną ze Scotland Yardem.
— Tak — mówił naczelnik Wydziału Śledczego. — Tę wiadomość zapewne uzyskamy. 

Zwrócimy się do rozmaitych prywatnych zakładów. Ale ona może już nie żyć.

— Bardzo prawdopodobne. To dawna historia — zgodził się Neele.
„Stare   grzechy   rzucają   długie   cienie”.   Panna   Ramsbottom   wygłosiła   te   słowa   z 

przekonaniem, jak gdyby czyniła przejrzystą aluzję.

— Teoria sprawia wrażenie fantastycznej powiedział naczelnik.
— Zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem nie wolno jej z miejsca odrzucić. Zbyt 

wiele szczegółów pasuje do całości.

— Tak… Oczywiście! Kosy… imię pierwszej ofiary… takie rzeczy.
— Nie zapominam też o innych kierunkach śledztwa — podjął inspektor Neele. — Dubois 

wchodzi w rachubę, także Wright. Kredensowa Gladys przyniosła tacę do hallu i wtedy mogła 
zauważyć, że jeden albo drugi kręci się w pobliżu domu. Zaciekawiona wyszła bocznymi 
drzwiami, a tamten udusił ją, przeniósł zwłoki na podwórko i nos ofiary ścisnął klamerką do 
wieszania bielizny.

— Najbardziej niedorzeczna historia w tej sprawie — obruszył  się naczelnik Wydziału 

Śledczego. — I najbardziej odrażająca.

— Strasznie dotknęła tę starą… pannę Marple. To bardzo sympatyczna starsza pani i ma 

głowę   na   karku.   Przeprowadziła   się   do   Domku   pod   Cisami,   żeby   być   bliżej   panny 
Ramsbottom. Jestem głęboko przekonany, ze nie przegapi nic ciekawego.

— Co pan zamierza robić dalej?
— Wybieram się do londyńskich adwokatów Reksa Fortescue. Chcę zaznajomić się ze 

szczegółami jego testamentu i chociaż to stara historia, usłyszeć coś więcej o kopalni Kos.

Pan Billingsley z firmy Billingsley, Horsethorpe i Walters był wytrawnym światowcem, 

który zazwyczaj maskował dyskrecję pozorną wylewnością. Ale w czasie drugiej rozmowy z 
inspektorem   pan   Billingsley   był   mniej   powściągliwy   niż   uprzednio.   Potrójna   tragedia   w 
Domku pod Cisami poruszyła go widać tak, że otrząsnęła część zawodowej rutyny. Chętnie, 
nawet skwapliwie informował policję o znanych sobie faktach.

— Nadzwyczajna historia — mówił.  — Istotnie nadzwyczajna! Czegoś podobnego nie 

napotkałem w ciągu długoletniej praktyki.

— Powiem wyraźnie, panie mecenasie, że nieodzowna nam jest pomoc, wszelka możliwa 

pomoc.

— Na   mnie   drogi   pan   może   liczyć.   Z   prawdziwą   przyjemnością   zaofiaruję   policji 

współpracę.

— Przede   wszystkim   pozwolę   sobie   zapytać,   jak   dobrze   znał   pan   nieboszczyka   pana 

Fortescue oraz stan interesów jego firmy?

— Pana   Fortescue   znałem   stosunkowo   nieźle.   Nasze   kontakty   z   nim   datują   się   od… 

powiedzmy… od jakichś szesnastu lat. Należy jednak pamiętać, że nie tylko z naszą firmą 
miał do czynienia. Z pewnością dawał zatrudnienie rozmaitym kancelariom adwokackim.

Inspektor   Neele   ze   zrozumieniem   skinął   głową.   Wiedział,   że   firma   Billingsley, 

Horsethorpe i Walters załatwia solidne transakcje Zjednoczonej Agencji Powierniczej. Przy 
mniej   solidnych   Rex   Fortescue   korzystał   z   usług   kilku   innych   kancelarii,   mniej 
ograniczonych skrupułami.

— Czym   więcej   mogę   służyć   panu   inspektorowi?   O   testamencie   już   mówiłem. 

background image

Generalnym spadkobiercą został ustanowiony Parcival Fortescue.

— Interesuje mnie obecnie testament Adeli Fortescue, która po zgonie męża weszła w 

posiadanie kwoty stu tysięcy funtów. Nie mylę się, prawda?

Prawnik twierdząco skinął głową.
— To   poważna   suma   i,   powiem   w   zaufaniu,   inspektorze,   Zjednoczona   Agencja 

Powiernicza będzie miała nie lada trudności z dokonaniem takiej wypłaty.

— Taka zasobna firma? — zdziwił się Neele.
— Mówiąc szczerze i tylko między nami, firma kuleje, kuleje od mniej więcej półtora 

roku.

— Z jakichś konkretnych przyczyn?
— Tak. Mógłbym rzec, z powodu samego Rexa Fortescue. W ciągu ostatnich kilkunastu 

miesięcy Rex Fortescue postępował niczym szaleniec. Tu sprzedawał murowane papiery, tam 
kupował   na   spekulację   podejrzane,   chwalił   się   tym   wszystkim,   opowiadał   dokoła 
najrozmaitsze głupstwa. Nie chciał słuchać niczyich rad… Bo, widzi pan, jego syn Parcival 
nieraz przychodził tutaj, prosił, abym wpłynął jakoś na ojca. Sam próbował uprzednio, ale nic 
nie zdziałał. Z kolei ja robiłem, co mogłem, także bez rezultatu. Niepodobna było przemówić 
mu do rozsądku. Sprawiał wrażenie kogoś z gruntu odmienionego.

— Słyszałem jednak, że nie był przygnębiony.
— Nie, inspektorze, przeciwnie! Puszył się, promieniał, przemawiał górnolotnie.
Inspektor  Neele  znowu przytaknął  ruchem głowy.  Zaczynał  umacniać  się w  poglądzie 

zarysowanym uprzednio. Rozumiał już niektóre powody różnicy zdań pomiędzy Parcivalem 
Fortescue a jego ojcem.

— Wracając do testamentu Adeli Fortescue podjął prawnik — nic nie umiem powiedzieć 

na ten temat. Nie ja sporządziłem testament.

— Wiem,   panie   mecenasie.   Chciałem   tylko   sprawdzić,   czy   Adela   Fortescue   miała   co 

zapisać   spadkobiercy.   Konkretnie   mówiąc,   sto   tysięcy   funtów!   Dysponowała   tą   kwotą, 
prawda?

— Ależ nie, drogi panie. Jest pan w błędzie odparł żywo pan Billingsley.
— Jak to? Sto tysięcy funtów dostała tylko w dożywocie?
— Nie, inspektorze. Dostała te sumę na własność, ale z klauzulą warunkującą zapis. Miała 

wejść w posiadanie spadku, jeżeli o miesiąc przeżyje męża! Podobne zastrzeżenia praktykuje 
się   dziś   często,   głównie   z   powodu   niebezpieczeństw   komunikacji   powietrznej.   Kiedy 
małżeństwo ginie w katastrofie samolotowej, niezmiernie trudno ustalić kolejność zgonów i 
oczywiście wynikają komplikacje.

Neele spojrzał na prawnika ze zdumieniem.
— Więc Adela Fortescue nie weszła w posiadanie stu tysięcy! Komu dostaną się teraz 

pieniądze?

— Firmie lub. wyrażając się ściślej, generalnemu spadkobiercy.
— Panu Parcivalowi Fortescue — dodał Neele.
— Oczywiście   potwierdził   adwokat   i   dodał   zapominając   do   cna   o   dyskrecji:   —   A   w 

obecnej sytuacji firmy taka kwota bardzo mu się przyda.

— Wy,   policjanci,   dopytujecie   się   o   najdziwniejsze   sprawy   —   powiedział   lekarz 

zaprzyjaźniony z inspektorem Neele’em.

— Śmiało, Bob. Gadaj!
— Cóż, rozmawiamy w cztery oczy, więc na szczęście nie będziesz mógł cytować mojego 

zdania.   Zdaje   mi   się,   że   rozumujesz   trafnie.   Według   mnie   wygląda   to   na   schizofrenię   o 
cechach   paranoidalnych.   Rodzina   podejrzewała   coś,   próbowała   wyprawić   faceta   do 
specjalisty. On nie chciał, co jest typowe w takich razach. Występowały też, jak mówisz, inne 
klasyczne objawy: zakłócenie równowagi umysłowej, mania wielkości, gwałtowne napady 

75

background image

rozdrażnienia, skłonność do przechwałek, wiara we własny geniusz finansowy. Taki gość 
musi położyć w ciągu roku każde, nawet najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo, jeżeli nie 
przyhamować go w porę. Ale to trudna sprawa, zwłaszcza gdy chory podejrzewa, do czego 
zmierza   otoczenie.   Tak,   śmierć   faceta   stanowi   z   pewnością   pomyślny   traf   dla   twoich 
przyjaciół.

— Oni   nie   są   moimi   przyjaciółmi,   Bob   obruszył   się   Neele   i   jeszcze   raz   powtórzył 

zasłyszane zdanie: — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy!

background image

XIX

W salonie Domku pod Cisami zgromadziła się cała rodzina. Parcival Fortescue, wsparty o 

kominek, przemawiał do zebranych.

— Rzecz zrozumiała — mówił — że dochodzenie jest konieczne, ale w obecnej fazie 

przedstawia się niezadowalająco.  Policjanci przychodzą  i odchodzą, ale nikogo z nas nie 
informują o niczym. To wydaje się, że są na konkretnym tropie, to ich krzątanina przycicha. 
Trudno w takich warunkach robić jakieś plany, układać sobie przyszłość.

— Wszystko to całkiem bez sensu — poparła męża Jennifer.
— Całą rodzinę krępuje zakaz wydalania się na dłużej z domu —ciągnął Parcival jestem 

jednak zdania, że między sobą należy omówić nasze zamierzenia. Zacznijmy od Elaine. O ile 
mi wiadomo, myślisz wyjść za… Jakże się on nazywa?… Aha, Gerald Wright. Jak sądzisz, 
kiedy?

— Możliwie najprędzej. Parcival zmarszczył czoło.
— Możliwie najprędzej? To znaczy za jakieś pół roku?
— Nie. Dlaczego mielibyśmy czekać tak długo?
— No… Chociażby że względów przyzwoitości…
— Brednie! — obruszyła się młoda osoba. — Nie chcemy zwlekać dłużej niż miesiąc.
— Cóż, to twoja sprawa — odparł Parcival. — A później?… Macie jakie plany?
— Myślimy o założeniu szkoły. Starszy brat pokręcił głową.
— W   dzisiejszych   czasach   to   interes   bardzo   ryzykowny.   Trudno   o   służbę   i   personel 

nauczycielski. Słowo daję, Elaine, na oko szkoła nieźle wygląda, ale warto zastanowić się 
dobrze.

— Zdążyliśmy się już zastanowić. Gerald jest zdania, że cała przyszłość naszego kraju 

zależy od właściwie pojętego nauczania.

— Pojutrze wybieram się do pana Billingsleya.  Mamy do omówienia rozmaite  sprawy 

finansowe — podjął Parcival. — On proponuje, abyś spadek po ojcu złożyła do depozytu 
powierniczego   na   rzecz   własną   i   swoich   dzieci.   W   obecnej   sytuacji   gospodarczej   to 
rozwiązanie nad wyraz sensowne.

— Nie dla mnie — odparła Elaine. Pieniądze będą nam potrzebne na puszczenie w ruch 

szkoły. Słyszeliśmy o całkiem odpowiedniej posiadłości na sprzedaż. W Konwalii. Piękne 
tereny i dom niezły. Oczywiście nie obejdzie się bez. przeróbek i dobudowania skrzydeł.

— Jak   to?…   Myślisz   wycofać   z   firmy   cały   kapitał?   Słowo   daję,   Elaine,   to   bardzo 

nierozważne posunięcie.

— Moim zdaniem rozważniej będzie wycofać kapitał niż pozostawić w firmie — odparła 

panna Fortescue. — Jak Anglia długa i szeroka, rozmaite przedsiębiorstwa robią plajtę. No i 
przed śmiercią ojca sam wciąż mówiłeś, że sprawy kiepsko wyglądają.

— Różne   rzeczy   się   mówi   —   podjął   Parcival.   —   Powtarzam   jednak,   że   to   czyste 

szaleństwo wycofać z firmy kapitał, aby kupić, puścić w ruch i prowadzić szkołę. A jak się 
nie uda, Elaine? Zostaniesz bez pensa.

— Uda się. Musi — odparła z uporem dziewczyna.
— Trzymam   z   tobą!   —   dodał   jej   otuchy   Lance,   który   siedział   rozparty   swobodnie   w 

fotelu. — Obstawaj przy swoim. Na mój gust, prowadzenie szkoły to diablo dziwny interes, 
ale chcesz się tym zająć, ty i twój Gerald. Możecie stracić pieniądze, ale zostanie satysfakcja, 
że robiliście to, co wam pasowało.

— Właśnie  coś  takiego  spodziewałem   się  usłyszeć  od  ciebie,   Lance   —  rzucił  cierpko 

Parcival.

— Wiem, wiem, Percy — odparł młodszy brat. — Jestem utracjusz, syn marnotrawny. Ale 

nie wątpię, że w życiu miałem zabawy więcej niż ty, stary.

77

background image

— Co kogo bawi! rzucił cierpko Parcival. — Powiedziałeś swoje, a co sam zamierzasz 

robić? Myślę, że wrócisz do Kenii albo Kanady? Może zamierzasz zorganizować wyprawę na 
Mount Everest czy jakąś równie fantastyczną bzdurę?

— Czemu tak myślisz, Percy?
— Czemu? Nigdy nie odpowiadał ci uregulowany tryb życia w Anglii.
— Z   wiekiem   przychodzi   odmiana   —   powiedział   Lancelot.   —   Człowiek   zaczyna   się 

statkować. Wiesz co, stary? Serio nabrałem ochoty do spokojnych zajęć biznesmena.

— Chciałbyś…
— Właśnie — przerwał z uśmiechem młodszy brat. — Chciałbym wraz z tobą, Percy, 

prowadzić firmę. Oczywiście, ty jesteś starszym wspólnikiem. Masz lwią część udziałów. Ale 
ja, drobna płotka, mogę też wtrącić to i owo. Przysługuje mi takie prawo.

— Tak…   W   pewnym   sensie…   Jeżeli   potraktować   zagadnienie   z   prawnego   punktu 

widzenia… Ale bądź pewien, chłopcze, że prędko na śmierć się zanudzisz.

— Czy ja wiem? Sądzę, że się nie zanudzę.
— Chyba nie mówisz poważnie, Lance — zaczął znów Parcival z posępną miną — że 

chcesz przystąpić do pracy w firmie?

— I od czasu do czasu wtrącić swoje trzy grosze, co? Właśnie do tego zmierzam.
Starszy brat pokręcił głową.
— Stan finansowy firmy przedstawia się fatalnie… To nie żarty, Lance. Nie mam pojęcia, 

jak będziemy sobie radzić po spłaceniu Elaine, jeżeli uprze się, by wycofać kapitał.

— A widzisz, Elaine! — zawołał Lancelot. — Masz rację! Słusznie chcesz chwycić w 

garść pieniądze, póki jeszcze są.

— Słowo daję, Lance! — obruszył się gniewnie Parcival. — Twoje żarty są w najgorszym 

stylu.

— Val ma rację poparła znowu męża Jcnnifer. — Powinieneś, Lance, bardziej liczyć się ze 

słowami.

Siedząc na uboczu, pod oknom. Pat przysłuchiwała się rozmowie. Myślała, że Lance gra 

dobrze. jeżeli chce przycisnąć brata. Parcival tracił maskę nieposzlakowanego chłodu. Raz 
jeszcze rzucił cierpko:

— Mówisz serio, Lance?
— Jak najbardziej serio.
— Nic z tego nie będzie. Sprzykrzy ci się takie życie.
— Mnie  się sprzykrzy?  Czemu?  Pomyśl,  jaka to  cudowna  odmiana.  Zaciszny gabinet. 

Maszynistki   wchodzą   i   wychodzą.   Będę   miał   jasnowłosą   sekretarkę   w   typie   panny 
Grosvenor… Nazywa się Grosvenor, prawda?… Z pewnością już ją wylałeś. Ale postaram się 
o   podobną.   Będzie   mówiła:   „Tak,   panie   dyrektorze”,   „Nie,   panie   dyrektorze”,   „Jest   już 
herbatka, panie dyrektorze”.

— Nie strugaj wariata — wybuchnął Parcival.
— Czemu się złościsz, braciszku? Nie jesteś kontent, że chcę podzielić  z tobą pracę i 

kłopoty?

— Nie masz pojęcia, w jak opłakanym stanie są interesy firmy.
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć.
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec przestał być 

dawnym sobą. Robił nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia finansowe. Sprzedawał 
pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, 
jak to się mówi, chyba dla czystej przyjemności wydawania.

— Innymi słowy — wtrącił Lance to szczęśliwy traf dla rodziny, że dostał w herbacie 

taksynę.

— W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w możliwie najobrzydliwszej 

formie powiedział Parcival. — Jego śmierć uratowała nas od bankructwa. Ale przez pewien 

background image

czas będziemy musieli postępować nad wyraz przezornie, konserwatywnie, że się tak wyrażę.

— Nie zgadzam się z tobą, Percy. Przezorność nic nie daje. Trzeba ryzykować, grać na 

całego. O wielką stawkę! Rozumiesz?

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość.
— Nie moje hasło — podchwycił Lance.
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
— Pamiętam,  naturalnie…  Ale i tak  mam  jaki taki  głos. Starszy brat  zaczął  nerwową 

przechadzkę po salonie.

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie przywiązany, 

lubię cię…

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi.
— … i w ogóle, ale, widzisz, trudno nam będzie o porozumienie. Zanadto różnimy się w 

poglądach.

— To może być korzystne.
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy zapatrywań…
— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w takim razie 

kupisz mój udział?

— Za   co?…   Widzisz,   nie   myślałem   o   gotówce…   Możemy   przeprowadzić   podział 

aktywów… papierów wartościowych.

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda?
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom.
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć.
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec przestał być 

dawnym sobą. Robił nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia finansowe. Sprzedawał 
pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, 
jak to się mówi, chyba dla czystej przyjemności wydawania.

— Innymi słowy — wtrącił Lance — to szczęśliwy traf dla rodziny, że dostał w herbacie 

taksynę.

— W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w możliwie najobrzydliwszej 

formie   —   powiedział   Parcival.   —   Jego   śmierć   uratowała   nas   od   bankructwa.   Ale   przez 
pewien czas będziemy musieli postępować nad wyraz przezornie, konserwatywnie, że się tak 
wyrażę.

— Nie zgadzam się z tobą. Percy. Przezorność nic nie daje. Trzeba ryzykować, grać na 

całego. O wielką stawkę! Rozumiesz?

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość.
— Nie moje hasło — podchwycił Lance.
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
— Pamiętam,  naturalnie…  Ale i tak mam jaki taki głos. Starszy brat zaczął nerwową 

przechadzkę po salonie.

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie przywiązany. 

lubię cię…

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi.
— … i w ogóle. ale. widzisz, trudno nam będzie o porozumienie. Zanadto różnimy się w 

poglądach.

— To może być korzystne.
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy zapatrywań…

79

background image

— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w takim razie 

kupisz mój udział?

—   Za   co?…   Widzisz,   nie   myślałem   o   gotówce…   Możemy   przeprowadzić   podział 

aktywów… papierów wartościowych.

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda?
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom.
— W pewnym  sensie masz rację, stary — uśmiechnął się Lancelot. — Ale nie mogę 

schlebiać tylko własnym gustom. Muszę myśleć o żonie.

Bracia   spojrzeli   na Pat,  która  otworzyła   usta  i  zamknęła  je nie  powiedziawszy  słowa. 

Wolała   się   nie   wtrącać,   bo   rozumiała,   że   Lance   prowadzi   grę,   choć   nie   bardzo   jeszcze 
wiedziała, w jakim celu.

—  Co mi  zaproponujesz?  —  ciągnął   Lancelot.   — Nie  istniejące   kopalnie  diamentów, 

rubiny w niedostępnych miejscach, koncesje naftowe na terenach bez ropy? Myślisz, że taki 
ze mnie osioł, na jakiego wyglądam?

—   Cóż,   niektóre   z   naszych   akcji   są   wysoce   spekulacyjne,   ostatecznie   jednak   mogą 

przynieść zawrotne zyski — bąknął niepewnie Parcival.

— Zmieniłeś ton. co? — podchwycił Lance. — Proponujesz mi ostatnie idiotyczne nabytki 

ojca i na dodatek pewno starą kopalnię Kos? Aha! Czy inspektor pytał i ciebie o tę kopalnię?

Parcival zmarszczył czoło.
—   Tak.   Pytał.   Nie   rozumiem   dlaczego.   Dużo   nie   mogłem   mu   powiedzieć.   Obydwaj 

byliśmy wtedy dziećmi. Jak przez mgłę pamiętam, że ojciec wybrał się na miejsce, a kiedy 
wrócił, powiedział, że to tylko zawracanie głowy.

— Co to za kopalnia? Złota?
— Tak mi się zdaje. Ojciec przyjechał do Anglii przekonany, że złota tam z pewnością nie 

ma. A on nie mylił się nigdy w takich kwestiach.

— Kto wciągnął go w tę historię? Jakiś MacKenzie, prawda?
— Tak. MacKenzie umarł w Afryce.
— Umarł… — powtórzył Lance z nuta zastanowienia. — A później była jakaś okropna 

scena.   Coś   sobie   przypominam…   Pani   MacKenzie   zjechała   tutaj.   Groziła   ojcu,   miotała 
klątwy na jego głowę. Zdaje się, twierdziła, że on zamordował jej męża.

— Co? Nic w tym rodzaju nie pamiętam — zdziwił się Parcival.
— A ja pamiętam, chociaż jestem sporo młodszy od ciebie — podchwycił Lance. — Może 

właśnie dlatego mocniej przemówiła do mnie melodramatyczna sytuacja. Gdzie była kopalnia 
Kos? W Afryce Zachodniej?

— Tak mi się zdaje.
— Muszę kiedy rzucić okiem na tę koncesję, jak będę w biurze — powiedział młodszy 

brat.

— Nie warto. Ojciec nigdy nie mylił się w takich sprawach. Powiedział: nie ma złota, to 

złota nie ma.

— Pewno masz słuszność… Biedna pani MacKenzie. Ciekawe, co się teraz dzieje z nią i tą 

parką dzieci, które przywiozła ze sobą. Zabawna historia! Przecież to dziś dorośli ludzie — 
roześmiał się Lancelot.

background image

XX

W świetlicy prywatnego sanatorium Sosny inspektor Neele siedział naprzeciw szpakowatej 

pacjentki w starszym wieku. Helena MacKen—zie liczyła sześćdziesiąt trzy lata, jakkolwiek 
wyglądała   młodziej.   Miała   bladoniebieskie   oczy   o   mętnym   wyrazie,   drobny,   słabo 
zarysowany   podbródek   i   szerokie   usta   o   drżącej   nerwowo   górnej   wardze.   Na   kolanach 
trzymała  dużą księgę i podczas rozmowy raz poTaz spuszczała  ku niej wzrok. Detektyw 
patrzał na panią MacKenzie i przypominał sobie informacje, jakie uzyskał na jej temat od 
doktora Crosbie, dyrektora sanatorium.

— Oczywiście to pacjentka dobrowolna, nie skierowana urzędowo — powiedział lekarz.
— Jest niebezpieczna dla otoczenia?
— Nie, inspektorze. Przeważnie sprawia wrażenie zdrowej i mówi nie inaczej niż pan czy 

ja. Obecnie ma dobry okres, więc przeprowadzi pan z nią zupełnie normalną rozmowę.

Wspominając tę opinię inspektor Neele rozpoczął gładko i swobodnie:
— Bardzo dziękuję, że szanowna pani zechciała mnie przyjąć. Moje nazwisko Neele, a 

celem wizyty jest sprawa pana Fortescue, który zmarł niedawno. Chodzi o Reksa Fortescue. 
O ile mi wiadomo, pani zna to nazwisko.

— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — odparła Helena MacKenzie spoglądając uparcie 

na grubą księgę.

— Pytam o pana Fortescue, proszę pani, Reksa Fortescue.
— Nie… Z całą pewnością nie…
Inspektor Neele stropił się nieco. Czy tak ma wyglądać rozmowa, jak wyraził się doktor 

Crosbie, zupełnie normalna?

— Sądzę, że szanowna pani znała go dawno, wiele lat temu — powiedział.

— Skąd znowu! — obruszyła się kobieta. — To było wczoraj.
— Aha… Rozumiem — bąknął detektyw, powtarzając swój ulubiony zwrot, tym razem 

bardzo niepewnie. — Podobno przed wieloma laty odwiedziła pani Reksa Fortescue w jego 
podlondyńskiej posiadłości. Nazywa się ona Domek pod Cisami.

— Bardzo pretensjonalna buda.
— Tak… Niewątpliwie… Słusznie nazwała pani ten dom bardzo pretensjonalną budą. Rex 

Fortescue miał do czynienia z pani małżonkiem w sprawach pewnej kopalni położonej w 
Afryce, kopalni Kos, jeżeli dobrze sobie przypominam.

— Muszę teraz czytać — powiedziała pani MacKenzie. — Czasu mam mało, a muszę 

czytać swoją księgę.

— Oczywiście, szanowna pani. To zrozumiałe — zgodził się detektyw i zaczął znów po 

krótkiej pauzie: — Pan MacKenzie i pan Fortescue wybrali się do Afryki, by na miejscu 
zbadać sytuację.

— To była kopalnia mojego męża. On ją odkrył, zgłosił swoje prawa i uzyskał koncesję. 

Potrzebował   pieniędzy   na   kapitał   obrotowy.   Zwrócił   się   do   Reksa   Fortescue.   Nie 
pozwoliłabym na to, gdybym była mądrzejsza; gdybym wiedziała więcej.

— Aha…   Rozumiem…   Ale   tak   czy   inaczej   obydwaj   pojechali   do   Afryki   i   tam   pani 

małżonek zmarł na febrę.

— Muszę czytać swoją księgę.
— Czy podejrzewa pani, że w tej sprawie, w sprawie kopalni Kos, Rex Fortescue oszukał 

pani mcza?

— Strasznie pan głupi powiedziała pani MacKenzie nie podnosząc wzroku znad grubego 

tomu.

81

background image

— Tak… Zapewne… Ale, proszę pani, to dawne dzieje, bardzo dawne. Znaczne trudności 

musi nastręczać dochodzenie w sprawie zupełnie przebrzmiałej, więc…

— Kto panu mówił, ze to sprawa przebrzmiała?
— Aha… Rozumiem. Szanowna pani jest odmiennego zdania?
— „Nic nie jest załatwione,  pokąd nie jest załatwione  sprawiedliwie”. Tak wyraził się 

Kipling. Nikt nie czyta dziś Kiplinga, ale to był wielki człowiek.

— Liczy pani, że sprawa kopalni Kos będzie kiedyś załatwiona sprawiedliwie?
— Rex Fortescue nie żyje. Pan to powiedział, prawda?
— Nie żyje. Został otruty. Nieoczekiwanie kobieta parsknęła śmiechem.
— Nonsens! Umarł na febrę.
— Mówię, proszę pani, o Reksie Fortescue — powiedział zbity z tropu detektyw.
— Ja   również   —   bystro   spojrzała   w   twarz   inspektora   bladoniebieski—mi   oczami.   — 

Niech   pan   nie   opowiada   takich   rzeczy!   On   umarł   w   swoim   łóżku,   prawda?   Umarł   we 
własnym łóżku.

— Nie. W szpitalu Świętego .ludy.
— Nikt nie wie, gdzie umarł mój mąż podjęła kobieta. — Nikt nie wie, jak umarł, ani 

gdzie go pogrzebano. Wiadomo tylko tyle, ile powiedział Rex Fortescue. A to był kłamca.

— Ma pani jakieś podejrzenia? — natarł inspektor Neele.
— Podejrzenia… Tak… Podejrzenia nie do odparcia, bez cienia wątpliwości..
— Sądzi pani, że odpowiedzialność za zgon pani małżonka obciąża Reksa Fortescue?
— Dziś z rana dostałam śniadanie, jak zawsze, całkiem świeże. Jakie to dziwne, że minęło 

już z górą trzydzieści lat.

Detektyw  westchnął  ciężko. Zaczynał  wątpić  o celowości rozmowy,  nie dał jednak za 

wygraną.

— Kilka miesięcy przed śmiercią Reksa Fortescue ktoś podrzucił na jego biurko nieżywe 

kosy.

— Interesująca historia — szepnęła pani MacKenzie. — Bardzo interesująca.
— Nie domyśla się pani przypadkiem, kto mógł to zrobić?
— Domysły nie przydadzą się na nic. Trzeba działać. Wychowywałam je w takim duchu. 

W duchu działania.

— Szanowna pani ma na myśli swoje dzieci?
— Tak.   Donald  i  Ruby.  Dziewięć  i   siedem   lat.   Dzieci   zostały  bez   ojca.   Wciąż  im   to 

mówiłam. Powtarzałam. Każdego wieczora musiały składać przysięgę.

— Jaką przysięgę?
— Jaką? Naturalnie, że go zabiją.
— Rozumiem…  — bąknął detektyw  i zapytał  spokojnym  tonem:  — I co?  Spełniły tę 

przysięgę?

— Donald był pod Dunkierką. Nie wrócił. Dostałam telegram: „Padł na polu chwały, w 

czasie działań bojowych”. Słyszy pan? Działania! Ale działania nie takie, jak trzeba. Nie ma 
Donalda.

— Serdecznie szanownej pani współczuję. A córka?
— Ja nie mam córki — odrzekła pani MacKenzie.
— Dopiero co mówiła pani o córce, Ruby.
— Ruby… Tak, Ruby! Wie pan, co z nią zrobiłam?
— Nie, proszę pani. Co pani z nią zrobiła?
— Spójrz! — szepnęła nieoczekiwanie kobieta.
Neele zorientował się, że księga spoczywająca na jej kolanach to Biblia — bardzo stara 

Biblia,   na   której   pierwszej   karcie   wypisano   wiele   imion.   Niewątpliwie   według   dawnego 
obyczaju ktoś z pokolenia na pokolenie rejestrował tam narodziny.

Pani   MacKenzie   wskazała   palcem   dwa   ostatnie   imiona.   Donald   MacKenzie   i   data 

background image

urodzenia. Niżej: Ruby MacKenzie i data urodzenia. Ale końcowa pozycja była przekreślona 
grubą krechą.

— Widzi pan? Wymazałam ją z księgi. Po wieczne czasy. Anioł nie odnajdzie imienia 

Ruby w dniu Sądu Ostatecznego.

— Wykreśliła pani z Biblii jej imię? Czemu? — zapytał detektyw.
— Nie wie pan?
— Nie mam pojęcia, proszę pani.
— Nie dochowała przysięgi. Rozumie pan? Nie dochowała przysięgi.
— Gdzie przebywa obecnie pani córka?
— Ja nie mam córki. Mówiłam już panu. Ruby MacKenzie przestała istnieć.
— Umarła?
— Umarła?   chora   niespodziewanie   wybuchnęła   śmiechem.   —   Lepiej   byłoby   dla   niej, 

gdyby umarła. Znacznie, nieporównanie lepiej! — Westchnęła, niezdecydowanie poruszyła 
się na krześle i nagle zmieniła ton na uprzejmie towarzyski. Niezmiernie mi przykro, lecz nie 
mogę dłużej z panem rozmawiać. Czas biegnie, a ja naprawdę muszę czytać księgę.

Dalsze słowa inspektora zbywała niecierpliwym gestem i nie przerywając lektury wodziła 

palcem wzdłuż wierszy druku.

Wkrótce Neele wstał i wyszedł z pokoju, by jeszcze raz pomówić z dyrektorem sanatorium
— Czy panią MacKenzie odwiedza ktoś z rodziny? — zapytał. — Na przykład córka?
— Podobno córka przyjeżdżała  tu za czasów mojego poprzednika. Ale wizyty  fatalnie 

działały   na   chorą,   więc   ówczesny  dyrektor   poradził   ich   zaniechać.   Od   tej   pory  wszelkie 
sprawy załatwia adwokat.

— Nie wie pan doktor, gdzie przebywa obecnie ta córka, Ruby MacKenzie?
Dyrektor sanatorium bezradnie rozłożył ręce.
— Nie wie pan też zapewne, czy wyszła za mąż?
— Nie mam pojęcia. Mogę tylko podać panu adres kancelarii adwokackiej, z którą mamy 

do czynienia.

Neele już uprzednio wytropił tę kancelarię i nic nie wskórał. Przed laty panna MacKenzie 

ustanowiła fundusz powierniczy na rzecz matki i później nie pokazała się nigdy.

W sanatorium Sosny inspektor próbował uzyskać rysopis Ruby, ale i to spełzło na niczym. 

Chorych odwiedza wielu krewnych i znajomych. Po latach nikt nie pamięta wyglądu takiej 
czy innej  osoby.  Przełożonej  pielęgniarek  zdawało  się, ze panna MacKenzie  była  drobną 
brunetką. Jedyna pielęgniarka zatrudniona od tamtych lat przypominała sobie mętnie wysoką, 
raczej tęgawą blondynkę.

— Coś   w   tym   jest   powiedział   inspektor   Neele,   gdy   zameldował   się   u   przełożonego. 

Historia pomyleńcza, ale wszystko pasuje jedno do drugiego. Coś w tym być musi.

— Aha…   Kosy   w   pasztecie   pasują   do   kopalni   Kos   przyznał   naczelnik   Wydziału 

Śledczego.   —   Żyto   w   kieszeni   Reksa   Fortescue,   bułka   z   miodem…Hm…   To   najmniej 
znamienne.   Każdy   może   jeść   na   podwieczorek   bułkę   z   miodem.   Trzecia   w   kolejności 
zbrodnia…   Tę   dziewczynę   zadusił   ktoś   przy   zdejmowaniu   bielizny   i   nos   ścisnął   jej 
klamerką…

— Momencik! Momencik, panie naczelniku! zawołał Neele.
— Co takiego? Detektyw zmarszczył czoło.
— Chodzi o to, co pan naczelnik właśnie powiedział. Zabrzmiało to fałszywie… Jak gdyby 

jakiś błąd w rozumowaniu… — Neele pokręcił głową, westchnął. — Nic nie mogę skapować!

83

background image

XXI

Lance i jego żona spaccrowali po wypielęgnowanych terenach okalających Domek pod 

Cisami.

— Myślę, Lance — odezwała się Pat — że nie urażę twoich uczuć, jeżeli powiem, że jak 

żyję, nie byłam w brzydszym ogrodzie.

— Nie uraziłaś moich uczuć — roześmiał się mąż. — Ale czy to naprawdę brzydki ogród? 

Podobno pracuje tu gorliwie aż trzech ogrodników.

— Chyba w tym właśnie sęk. Nie szczędzi się kosztów i nie przejawia indywidualnych 

gustów.   Wszystko   jak   trzeba   i   gdzie   trzeba.   Rododendrony.   Odpowiednie   dywanowe 
kwietniki w odpowiednich porach roku.

— A gdybyś ty, Pat, miała ogród w Anglii, jak by wyglądał?
— W   moim   ogrodzie   rosłyby   malwy,   ostróżki,   dzwonki.   Nie   byłoby   dywanowych 

kwietników,   ani,   broń   Boże,   tych   okropnych   cisów   —   Pat   spojrzała   z   obrzydzeniem   na 
ciemnozielone cisowe szpalery i żywopłoty.

— Przykre skojarzenia, co? zapytał beztrosko Lancelot.
— Przeraża mnie sama myśl o trucicielu. To musi być ktoś mściwy, zawzięty, ponury.
— Tak sądzisz, moja mila? To dziwne. Dla mnie truciciel to ktoś świadomy swoich celów, 

bezwzględny, obdarzony zimną krwią.

— Można i tak to ująć. Młoda kobieta wzdrygnęła się nerwowo. — W każdym razie ten 

trzykrotny morderca… Nie wyobrażam sobie, kto to, ale z pewnością człowiek obłąkany.

— Tak… — Lance zniżył glos. Zapewne masz słuszność… — umilkł, by podjąć zaraz 

innym   tonem:   Na   miłość   boską,   Pat!   Uciekaj   stąd!   Wróć   do   Londynu.   Wszystko   jedno! 
Wybierz, jakie zechcesz miejsce: Devon, Kraj Jezior, Stradford on Avon, Norfolk Broads. 
Policja zgodzi się na twój wyjazd. Przecież z tym wszystkim nie masz nic wspólnego. Byłaś 
w Paryżu, kiedy skończył stary, w Londynie podczas dwu następnych morderstw. Powtarzam, 
Pat: twoja tutaj obecność śmiertelnie mnie dręczy.

— Ty wiesz kto, prawda? — szepnęła kobieta po krótkiej pauzie.
— Nie wiem.
— Więc domyślasz się, podejrzewasz… Inaczej nie lękałbyś się o mnie. Powiedz. Proszę 

cię!

— Nic powiedzieć nie mogę. Nie wiem. Ale na Boga, marzę, abyś wyjechała.
— Nie wyjadę, kochany, zostanę! Czuję, że tak trzeba. Zostanę przy tobie na dobrą czy złą 

dolę… głos załamał się jej nagle. — Tyle że ze mną dola musi być zła, najgorsza.

— Pat! Co ty pleciesz, u Boga Ojca?
— Przynoszę pecha. To miałam na myśli. Przynoszę pecha każdemu, z kim się zetknę.
— Moje   kochane,   najdroższe   głupiątko!   Mnie   pecha   nie   przyniosłaś.   Zastanów   się, 

skarbie! Niedługo po naszym ślubie stary wezwał mnie do kraju, zaproponował zgodę.

— Tak.   Ale   co   się   stało,   kiedy   wylądowałeś   w   Anglii?   Ja   przyniosłam   ci   pecha,   jak 

wszystkim.

— Pat! Najdroższa! Nabiłaś sobie główkę przesądami, zabobonami, bredniami.
— Nic podobnego. Są ludzie, którzy przynoszą nieszczęście. Ja do takich należę.
Lance ujął żonę za ramiona, potrząsnął mocno.
— Jesteś moją miłością, Pat! zawołał. — Życie z tobą to szczęście największe w świecie. 

Lepiej tym nabij sobie niemądrą główkę. —Uspokoił się nieco i ciągnął mniej wzburzonym 
tonem: — Ale mówiąc poważnie, Pat, bądź ostrożna, bardzo ostrożna. Jeżeli w domu grasuje 
szaleniec, nie chcę, żebyś ty dostała postrzał czy też wypiła napar z blekotu.

— Napar z blekotu?
— Mniejsza z tym. Kiedy mnie nie ma, trzymaj się tej starej… jakże jej tam?… Panny 

background image

Marple. Jak myślisz, czemu ciocia Effie zaprosiła ją tutaj?

— Bogu tylko wiadomo, czemu ciocia Effie coś robi. Lance, jak długo tu zostaniemy?
Młody człowiek wzruszył ramionami.
— Trudno przewidzieć.
— Chyba nie jesteśmy najmilej widziani, prawda? — podjęła Pat z wahaniem. — Domek 

pod Cisami należy teraz do twojego brata, a on nie pragnie, zdaje się, naszego towarzystwa.

— Z   pewnością   nie   pragnie  —  parsknął   śmiechem   Lance.  —  Ale  do   czasu   musi   nas 

tolerować.

— A później, Lance? Co będziemy robić? Wrócimy do Afryki Wschodniej?
— Chciałabyś wrócić, Pat? Z zapałem przytaknęła.
— Świetnie się składa, bo i ja o tym myślę. Nie odpowiada mi dzisiejsza Anglia.
— Cudownie! — zawołała Pal z rozjaśnioną twarzą. — A wczoraj, kiedy słuchałam tego, 

co mówiłeś, sądziłam, że chcesz zostać na stałe.

Szatański błysk pojawił się w oczach Lancelota Fortescue.
— O   naszych   planach   ani   słowa   nikomu.   Rozumiesz?   Mam   zamiar   przydusić   trochę 

braciszka Parcivala.

— Ach, Lance! Bądź ostrożny.
— Będę ostrożny, najdroższa. Ale nie widzę racji, dla których stary Percy miałby zagarnąć 

wszystko.

Panna Marple siedziała w przestronnym salonie i słuchała wynurzeń pani Parcivalowej 

Fortescue. Z lekko pochyloną w bok głową przypominała życzliwie usposobioną kakadu. Nie 
pasowała do tego salonu. Jej szczupła postać stanowiła jaskrawy kontrast z kolosalną sofą 
usianą różnokolorowymi poduszkami. Panna Marple siedziała prosto, gdyż w młodości nosiła 
gorset,   a   jeszcze   dawniej   napominano   ją   wciąż,   by   się   nie   garbiła.   Opodal   Jennifer   w 
efektownej żałobie zajmowała ogromny fotel i paplała z szybkością karabinu maszynowego. 
„Zupełnie   jak   biedna   pani   Emmett,   żona   dyrektora   banku”   —myślała   panna   Marple, 
przypominając   sobie   wizytę   pani   Emmett,   która   przyszła   raz   do   niej,   aby   omówić 
przygotowania   do   kiermaszu   dobroczynnego   i   najbardziej   nieoczekiwanie   zaczęła  gadać, 
gadać, gadać… W Saint Mary Mead pani Emmett zajmowała wyjątkowo drażliwą pozycję. 
Nie   dostała   się   do   starej   gwardii   zubożałych   dam   z   towarzystwa,   które   mieszkały   w 
schludnych domkach niedaleko kościoła i na pamięć znały koligacje ziemiańskich rodzin w 
całym hrabstwie, jakkolwiek same do ziemiaństwa nie należały. Pan Emmett, dyrektor banku, 
niewątpliwie popełnił mezalians, w rezultacie więc jego żona była straszliwie osamotniona, 
bo oczywiście nie mogła pospolitować się w towarzystwie kupieckim czy rzemieślniczym. 
Snobizm   podniósł   ohydną   głowę   i   skazał   panią   Emmett   na   trwałą   i   kompletną   izolację. 
Potrzeba   mówienia   wzbierała   w   niej   i   właśnie   tamtego   dnia   zerwała   tamy,   aby   zagrozić 
pannie Marple groźną powodzią słów. Współczuła wówczas pani Emmett, obecnie zaś żal jej 
było trochę pani Parcivalowej Fortescue.

Jennifer długo gromadziła rozmaite urazy i kompleksy,  więc przewietrzenie ich wobec 

osoby mało znajomej musiało stanowić nie lada ulgę.

— Ma się rozumieć, proszę pani mówiła szybko — nie chciałam biadolić i nie biadoliłam. 

Ja   nie   z   takich,   proszę   pani.   Zawsze   byłam   zdania,   że   człowiek   musi   godzić   się   z 
rzeczywistością.   Czego   nie   można   zmienić,   trzeba   to   wytrzymać,   no   nie?   Słowa   nigdy 
nikomu nie pisnęłam. Bo i z kim miałabym rozmawiać? Osamotniona tu jestem, proszę pani, 
strasznie   osamotniona.   Pewnie,   że   apartament   w   Domku   pod   Cisami   to   na   swój   sposób 
wygoda, no i wielka oszczędność. Ale przyzna chyba pani, że we własnym domu mielibyśmy 
całkiem inną sytuację. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple przyznała.
— Na szczęście nasz nowy dom jest już prawic gotów. Trzeba tylko pozbyć się malarzy i 

85

background image

tapicerów.   Marudzą   okropnie,   proszę   pani.   Mojemu   mężowi,   naturalnie,   nic   nie   szkodzi 
mieszkanie   tutaj.   Jest   nawet   zadowolony,   bo   mu   wygodnie.   Ale   dla   mężczyzny   to   inna 
sprawa. Ciągle powtarzam, dla mężczyzny to całkiem inna sprawa. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple znów przyznała.
— Widzi pani ciągnęła Jennifer mój mąż całe dni spędza w Londynie. Do domu wraca 

zmęczony. Chciałby tylko siedzieć spokojnie i czytać. A ja? Od rana do wieczora jestem tu 
sama, bez żadnego towarzystwa,  absolutnie żadnego. Rzecz jasna, mam wszelki komfort, 
wystawną  kuchnię domową…  Ale co z tego?  Jedno, czego człowiek  naprawdę szuka, to 
przyjemne kółko znajomych. A nasi sąsiedzi to ludzie nie w moim guście. Rozumie pani? 
Jacyś zwariowani brydżyści z fumami. Brydż to dobra rzecz. Sama nic nie mam przeciw kilku 
roberkom od czasu do czasu. Ale oni grają strasznie wysoko, a piją przy tym niczym gąbki! 
Jak powiedziałam, to ludzie wcale nie w moim guście. No i naturalnie jest cała gromada… 
Jak   by   to   powiedzieć?…   Starych   grzybów,   co   po   całych   dniach   grzebią   się   w   ziemi   i 
przycinają krzewy.

Panna Marple zawstydziła się trochę, gdyż sama była zamiłowaną ogrodniczką.
— Nie chciałabym mówić źle o zmarłych paplała dalej pani Valowa — ale pan Fortescue, 

znaczy się mój teść. bardzo niemądrze wybrał drugą żonę. Moja… cóż, muszę powiedzieć, 
moja teściowa była w tych samych latach, co ja. No i co? Wariowała na punkcie chłopów. 
Tak, proszę pani! Wariowała na punkcie chłopów. No i jak szastała pieniędzmi! Ale teść miał 
znów   kompletnego   fioła   na   jej   punkcie.   Nawet   nie   sprawdzał   rachunków,   proszę   sobie 
wyobrazić! Strasznie to irytowało mojego męża. No, proszę pani, Percy jest bardzo wrażliwy 
na sprawy finansowe. Nie cierpi marnotrawstwa, rozrzutności. Ale to nie wszystko, proszę 
pani!   Pan   Fortescue   zachowywał   się   ostatnio   dziwnie,   ciągle   był   zły,   czasami   okropnie 
wybuchał, robił awantury. No i sam marnował pieniądze na jakieś zwariowane spekulacje, 
takie rzeczy. Wcale nie było przyjemnie, proszę pani.

— To musiało irytować pani małżonka odważyła się wtrącić panna Marple.
— A pewnie! Pewnie! Cały ostatni rok Percy był wciąż zirytowany. No i przygnębiony. 

Zupełnie się zmienił, proszę sobie wyobrazić, w stosunku do mnie. Zdarzało się, proszę pani, 
że mówię do niego i mówię, a on nic nie odpowiada. Jennifer westchnęła i zaczęła znów 
trzepać: — Albo moja szwagierka, Elaine. Także osoba dziwna, nie do rzeczyNigdy nie ma 
jej w domu, a do mnie odnosi się, nie powiem, że niechętnie, ale całkiem bez zrozumienia. 
Nie można jej wyciągnąć do Londynu po sprawunki ani na jakiś film. Ba! Nawet stroje nic ją 
nie obchodzą! — Pani Parcivalowa westchnęła raz jeszcze i opamiętała się widocznie, gdyż 
podjęła na inną nutę: Naturalnie nie chcę się skarżyć. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Pewno 
dziwi się pani, że tak otwarcie rozmawiam z osobą mało znajomą. Ale, widzi pani, przy takim 
ciągłym napięciu, po takim wstrząsie… Naturalnie! Podziałał wstrząs, że tak powiem, wstrząs 
z   opóźnieniem.   Od   rana   byłam   taka   rozstrojona,   że   musiałam   z   kimś   pogadać.   Pani 
przypomniała   mi   jedną   kochaną   staruszkę,   pannę   Trefusis   James.   Biedactwo.   Miała 
siedemdziesiąt pięć lat, kiedy złamała kość udową. Okropnie długo ją pielęgnowałam, więc 
zdążyłyśmy   się   zaprzyjaźnić.   Kiedy   odchodziłam,   dostałam   od   niej   pelerynkę   z   lisów. 
Przyzna pani, że panna Trefusis James postąpiła bardzo ładnie.

— Nie   dziwi   mnie   pani   szczerość   i   doskonale   rozumiem,   jak   się   pani   tu   czuje   — 

powiedziała panna Marple zgodnie z prawdą.

Bez   wątpienia   żona   znudziła   się   Parcivalowi   Fortescue,   więc   przestał   zwracać   na   nią 

uwagę,   a   biedna   Jennifer   nie   potrafiła   nawiązać   lokalnych   znajomości.   Była   również 
znudzona,   bo   wyjazdy   do   Londynu,   stroje,   kino,   mieszkanie   w   luksusowym   domu   — 
wszystko to nie mogło zastąpić ludzkiej nuty w stosunkach z. rodziną męża.

— Nie urażę chyba pani odezwała się panna Marple z kurtuazją osoby w podeszłym wieku 

jeżeli   powiem,   że   moim   zdaniem,   nieboszczyk   Rex   Fortescue   nic   należał   do 
najsympatyczniejszych ludzi.

background image

— Pewno, że nie należał, zgodziłla się skwapliwie Jennifer. — A tak naprawdę, między 

nami, droga pani, to był wstrętny dziadyga. Wstyd przyznać, ale wcale się nie dziwię, że ktoś 
go sprzątnął.

— Nie domyśla się pani… zaczęła starsza dama i urwała. — Zapewne to pytanie bardzo 

nie na miejscu… Ale czy nie nasuwają się pani bodaj najbłahsze podejrzenia?…

— Myślę, ze Crump to zrobił. Antypatyczny fagas! Mnie nie podobał się od początku. 

Może pan Fortescue czymś go uraził, a że to pijak, niby Crump, mogło mu coś strzelić do 
głowy. Zresztą uważam, że Crump jest nienormalny jak len kamerdyner czy lokaj, co zaczął 
ganiać po całym domu i strzelać do kazdego, kto się nawinął. Naturalnie, mówiąc całkiem 
szczerze, byłam przekonana, święcie przekonana, że Adela załatwiła starego. No, ale sama się 
przecież   nie   otruła!   Może   chciała   oskarżyć   Crumpa,   a   on   coś   zwietrzył,   więc   zaprawił 
trucizną   kanapki.   Gladys   mogła   to   spostrzec,   wobec   czego   jej   się   także   pozbył. 
Niebezpiecznie   mieszkać   pod   jednym   dachem   z   takim   człowiekiem!   Mój   Boże! 
Wyjechałabym stąd każdej chwili, tylko z pewnością ci okropni policjanci nikomu na to nie 
pozwolą. — Jennifer przysunęła się do panny Marple i dodała konfidencjonalnym szeptem: 
— Nieraz wydaje mi się, że muszę stąd zniknąć, że… że jeżeli prędko nie będzie z tym 
końca, to… to ucieknę… — wyprostowała się, spojrzała badawczo w twarz starszej damy. — 
Ale postąpiłabym niemądrze, prawda?

— W   każdym   razie   nie   najrozumniej   —   przyznała   panna   Marple.   —   Zresztą   policja 

prędko odszukałaby panią.

— Myśli pani? Czy policja jest taka zaradna?
— Niedocenianie policji to wielki błąd — odparła panna Marple. —Inspektor Neele robi 

wrażenie człowieka bardzo inteligentnego.

— Naprawdę?   A   mnie   wydał   się   strasznie   głupi!   —  zawołała   Jennifer   i,   kiedy   panna 

Marple przecząco pokręciła głową, dodała innym tonem: — Tak czy inaczej wciąż myślę… i 
myślę, że niebezpiecznie tu siedzieć.

— Dla pani niebezpiecznie?
— Dla mnie?… — pani Valowa zawahała się na moment. — Dla mnie?… No… tak.
— Z jakiegoś konkretnego powodu?
— Nie… Ach, nie! Przecież nic nie wiem. Co mogłabym wiedzieć? Chodzi o to, że… 

Taka jestem rozstrojona. Rozumie pani? — Ten Crump…

Panna   Marple   obserwowała   drżące   nerwowo   ręce   młodej   kobiety   i   umacniała   się   w 

przekonaniu, że nie o Crumpa chodzi. Odnosiła wrażenie, iż Jennifer jest czymś naprawdę 
wystraszona.

87

background image

XXII

Zapadał   zmierzch,   więc   panna   Marple   przeniosła   się   ze   swoją   robotą   na   drutach   pod 

oszklone drzwi biblioteki. Sadowiąc się tam zobaczyła  Pat, która spacerowała po tarasie. 
Starsza pani uchyliła drzwi, aby zawołać:

— Pozwoli   pani   tutaj,   moja   droga.   Stanowczo   jest   za   zimno   i   za   wilgotno   na   takie 

przechadzki bez płaszcza.

Pat weszła do pokoju, zamknęła oszklone drzwi i przekręciwszy wyłącznik zapaliła dwie z 

licznych lamp.

— Rzeczywiście — powiedziała. — Pogoda nie dopisuje. — Usiadła na kanapie obok 

starszej pani i spojrzała na jej robótkę. — Co to będzie?

— Kaftanik  dla   niemowlęcia.   Widzi   pani,  taka  rzecz  przyda   się  każdej  młodej  matce. 

Kaftaników nigdy nie za wiele. Drugi rozmiar. Zawsze robię drugi rozmiar, bo maleństwa 
prędko wyrastają z pierwszego.

Pat wyciągnęła długie nogi w kierunku ognia.
— Miło   tu   dzisiaj   —   podjęła.   —   Kominek,   nastrojowe   światło,   pani   robi   na   drutach 

kaftanik dla niemowlęcia. Po domowemu, przytulnie, jak powinno być w starej Anglii.

— I tak jest w Anglii, moja droga — podchwyciła panna Marple. Niewiele znajdzie pani u 

nas Domków pod Cisami.

— To dobrze, proszę pani, bo tutaj nigdy chyba nie mieszkało szczęście i nikt nie był 

naprawdę szczęśliwy… Tak mi się zdaje, chociaż oni mieli i mają moc rozmaitych rzeczy 
wydają masę pieniędzy.

— Słusznie. Nie nazwałabym tego domu szczęśliwym.
— Może  najlepiej   czuła   się  Adela  —  ciągnęła  Pat.  —  Nigdy jej  nic   widziałam,   więc 

naturalnie pewna nie jestem. Ale Jennifer jest z pewnością nieszczęśliwa, a Elaine z siebie 
wychodzi, aby zdobyć młodego mężczyznę, chociaż w głębi serca zdaje sobie sprawę, że on 
wcale o nią nie dba. Ach! Jak chciałabym stąd wreszcie uciec! — Pat uśmiechnęła się nagle. 
— Wie pani, co Lance powiedział? Kazał mi trzymać się blisko pani, dla bezpieczeństwa.

— Pani mąż, moja droga, nie jest głupi — odpowiedziała z uśmiechem starsza pani.
— Ma się rozumieć! Lance nie jest głupi. Ale chciałabym wiedzieć, czemu właściwie boi 

się o mnie. Jedno jest pewne. Ktoś obłąkany mieszka pod tym dachem, a obłęd zawsze jest 
groźny,   musi   być   groźny.   Trudno   przestawić   się   na   sposób   myślenia   szaleńca,   więc   nie 
wiadomo nigdy, co może zrobić.

— Biedne dziecko westchnęła panna Marple.
— Cóż,   o   mnie   nic   trzeba   się   martwić,   proszę   pani.   Nic   mi   nie   będzie.   Zdążyłam 

zahartować się przez tyle czasu.

— Dużo spotkało panią złego, prawda, moja droga? — zapytała tonem współczucia starsza 

dania.

— Miałam i dobre czasy, proszę pani ożywiła się Pat. — Cudowne dzieciństwo w Irlandii. 

Konie,   psy.   polowania   i   wielki,   pusty   dom   pełen   przeciągów   i   słońca.   Szczęśliwych   lat 
dziecinnych   nikt   nie   zdoła   odebrać…   —zrobiła   krótką   pauzę.   Dopiero   później,   kiedy 
dorosłam, wszystko się odwróciło. Pierwsze nieszczęście, proszę pani, to naturalnie wojna.

— Pani mąż byt lotnikiem? Pilotem myśliwca, prawda?
— Tak. został zestrzelony w niespełna miesiąc po ślubie — Pat zapatrzyła się w ogień na 

kominku  z   początku   chciałam   też   umrzeć!   Myślałam,   że  niesprawiedliwie   dotknęła   mnie 
okrutna krzywda. Później… Stopniowo zaczęłam sobie uprzytamniać, że stało się zapewne 
najlepiej,   jak   mogło.   Don   był   wspaniałym   człowiekiem   wojny.   Odważny   do   szaleństwa, 
beztroski, wesoły. Miał wszystkie cechy charakteru potrzebne, nieocenione podczas walki. 
Nie sądzę jednak, by pokój mógł mu odpowiadać. Miał w sobie… Jak by to określić?… Miał 

background image

nieokiełznaną   arogancję.   Nie   potrafiłby   się   ustatkować,   nagiąć   do   zwyczajnego   życia. 
Musiałby przeciwko czemuś walczyć. Był człowiekiem… powiedzmy, na specyficzny sposób 
aspołecznym.

— Fakt, że dostrzega to pani, moja droga, świadczy o nie lada rozsądku. — Panna Marple 

pochyliła się nad robótką, przez pewien czas liczyła oczka, wreszcie zapytała: — A drugi 
mąż?

— Freddy? Zastrzelił się.
— Mój Boże! Tragiczna śmierć… — westchnęła starsza dama.
— Dobrze nam z sobą było — podjęła Pat. — Po mniej więcej dwu latach małżeństwa 

zaczęłam uświadamiać sobie, że Freddy… no, że nie zawsze jest w porządku. Widziałam to i 
owo, ale podejrzane sprawy nie miały wpływu na stosunki między nami. Kochał mnie i ja go 
kochałam. Nic nie mówiłam i to było pewno tchórzostwo. Ale człowieka trudno zmienić, 
prawda?

— Prawda — przyznała panna Marple. człowieka trudno zmienić.
— Myślałam, ze spotkałam go, pokochałam, poślubiłam takim, jakim był, i z tym należy 

się liczyć… Ostatecznie nie dopisało mu szczęście, załamał się i odebrał sobie życie. Po jego 
śmierci wyjechałam do Kenii, aby zamieszkać u przyjaciół. Nie potrafiłabym zostać w Anglii, 
spotykać wciąż ludzi, którzy… którzy o wszystkim wiedzą. W Kenii spotkałam Lance’a…

Pat umilkła i chociaż twarz jej pojaśniała, nadal uparcie wpatrywała się w ogień. Wreszcie 

spojrzała na starszą damę.

— Proszę powiedzieć szczerze, co pani sądzi o Parcivalu? — zapytała.
— Cóż, mało go widuję… Właściwie spotykamy się tylko przy śniadaniach. Myślę, że 

moja obecność tutaj niezbyt mu odpowiada.

Młoda kobieta roześmiała się nieoczekiwanie.
— Właśnie! To skąpiec rozkochany w pieniądzach. Lance twierdzi, że jego brat od dziecka 

był taki. Teraz sprawdza rachunki domowe panny Dove. Biada nad każdym wydatkiem. Ale 
panna Dove i tak zawsze postawi na swoim. To osoba godna podziwu… Nie sądzi pani?

— Tak. Podzielam pani zdanie, moja droga. Panna Dove przypomina mi panią Latimer z 

mojego miasteczka, Saint Mary Mead. Pani Latimer prowadziła Społeczną Służbę Kobiet, 
opiekowała się skautkami, praktycznie biorąc, wszystko było na jej głowie. Dopiero po pięciu 
latach   wyszło   na   jaw…   Mniejsza   z.   tym.   Nie   będę   robiła   plotek.   Trudno   o   większego 
nudziarza niż ktoś, kto opowiada o miejscach i osobach kompletnie nie znanych słuchaczom.

— Czy Saint Mary Mead to sympatyczne miasteczko?
— Nie wiem, moja droga, co nazywa pani sympatycznym miasteczkiem. Saint Mary Mead 

jest ładne, malownicze. Mieszka tam trochę ludzi wyjątkowo sympatycznych, a także trochę 
wyjątkowo   antypatycznych.   W   moim   miasteczku   dzieje   się   wiele   rzeczy   bardzo 
interesujących, jak w każdym innym miasteczku. Natura ludzka, moja droga, jest wszędzie 
mniej więcej jednakowa.

— Pani często odwiedza pannę Ramsbottom, dużo z nią rozmawia. Ja się jej boję.
— Czemu, moja droga?
— Myślę, że nie jest zupełnie normalna. Cierpi na manię religijną. Ale.. Jak pani sądzi? 

Chyba to nie prawdziwy obłęd?

— Obłęd? W jakim sensie?
— Dobrze pani rozumie, co mam na myśli. Panna Ramsbottom przesiaduje wciąż w swoim 

pokoju,   nie   spotyka   się   z   nikim,   rozmyśla   o   grzechu…   —   Mogłaby   wmówić   sobie,   że 
sprawowanie sądów to misja jej życia.

— Czy to domysły pani męża?
— Nie wiem, proszę pani, czego Lance domyśla się lub nie domyśla. Mnie nic nie mówi. 

Ale z pewnością jest przekonany, że mordercą jest ktoś szalony i to kłoś z jego rodziny. Cóż
Parcival sprawia wrażenie aż za normalnego. Jennifcr jest głupia i nienaturalna; boi się sama 

89

background image

nie   wie   czego   i   na   tym   koniec.   A   Elaine…   Mój   Boże!   To   dziewczyna   o   bujnym 
temperamencie   mimo   pozorów   skupienia   i   chłodu.   Kocha   się   bez   pamięci   i   za   nic   nie 
przyzna, nawet przed samą sobą, że ten wybrany chce się z nią ożenić tylko dla pieniędzy.

— Tak pani sądzi?
— Oczywiście. A pani?
— Nie   potrafię   ocenić   tego   przypadku,   lecz   znam   podobny.   Młody   Ellis   ożenił   się   z 

Marion   Bales.córką   bardzo   zamożnego   kupca   branży   żelaznej.   To   była   bardzo   nieładna 
dziewczyna i zakochana w nim nieprzytomnie. I co? Małżeństwo okazało się zupełnie udane. 
Ktoś   typu   Ellisa   czy  tego  Geralda  Wrighta   potrafił  być  naprawdę  nieprzyjemny,  jeżeli  z 
miłości ożeni się z panną bez posagu. Jest zły na siebie, że zrobił podobne głupstwo, tak zły, 
że w rezultacie odgrywa się na żonie. Ale dziewczynę zamożną z domu ktoś taki szanuje i po 
ślubie.

— Nie wyobrażam sobie… Pat urwała na moment, zmarszczyła czoło. — Nie rozumiem, 

juk mógłby zrobić to ktoś z zewnątrz. Temu właśnie trzeba przypisać atmosferę w Domku 
pod Cisami. Wszyscy śledzą pilnie wszystkich. Jeżeli zajdzie coś nowego…

— Nie będzie więcej nagłych śmierci przerwała panna Marple — a przynajmniej sądzę, że 

być ich nie powinno.

— Trudno o pewność w podobnej sytuacji…
— Otwarcie mówiąc, jestem prawie pewna. On osiągnął już cel. — On?
— Równie dobrze mogłabym powiedzieć „ona”… To tylko sposób mówienia.
— Cel? Jaki?
Panna Marple bezradnie rozłożyła ręce, gdyż sama nie była jeszcze zupełnie pewna.

background image

XXIII

Jeszcze raz panna Somers naparzała herbatę w pokoju maszynistek. Jeszcze raz nalała do 

imbryka   niezupełnie   wrzącej   wody.   Powtórzyła   się   historia.   Panna   Griffith   pomyślała 
przyjmując filiżankę z rąk podwładnej: „Słowo daję! Pomówię o niej z panem Parcivalem. Z 
pewnością znajdziemy kogoś lepszego. Ale w trakcie tej potwornej historii trudno zawracać 
mu głowę drobiazgami administracyjnymi”.

Panna Griffith rzuciła cierpko zdanie wielekroć powtarzane uprzednio:
— Woda znów nie zagotowana, Somers!
Skarcona poróżowiała lekko i wygłosiła tradycyjną formułę:
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się na pewno.
Dalszy rozwój utartych wydarzeń zakłóciło nagłe przybycie  Lancelota Fortescue, który 

wszedł do pokoju i nie bez zakłopotania rozejrzał się dokoła. Panna Griffith poderwała się 
raptownie, by wybiec na jego spotkanie.

— Pan Lance! zawołała.
Gość spojrzał na nią z. ujmującym uśmiechem.
— O! Panna Griffith.
Kierowniczka hali maszyn była zachwycona. Po jedenastu latach pan Lance pamiętał jej 

nazwisko!

— To dziwne, że… że przypomina mnie pan sobie — odpowiedziała z wahaniem.
— Naturalnie, że przypominam sobie panią — odpowiedział Lancelot swobodnie i z całym 

charakteryzującym go wdziękiem.

W pokoju maszynistek zapanował nastrój podniecenia. W niepamięć poszły herbaciane 

niepowodzenia   panny   Somers.   Winowajczyni   z   rozchylonymi   ustami   gapiła   się   na 
niezwykłego przybysza. Panna Bell zerkała ku niemu ukradkiem znad wałka maszyny do 
pisania.

Panna Chase dyskretnie dobyła z szuflady kosmetyczkę i upudrowała nos. Lance ponownie 

rozejrzał się dokoła.

— Wszystko tu jak dawniej — powiedział.
— Istotnie, proszę pana — podchwyciła panna Griffith. — Niewiele zmian. Doskonale pan 

wygląda i jaki opalony! Z pewnością miał pan bardzo interesujące życie w tamtych dalekich 
krajach.

— Zapewne, panno Griffith, zapewne… Ale teraz spróbuję chyba interesującego życia w 

Londynie.

— Wróci pan do firmy?
— Być może.
— Ach! Cóż za miła wiadomość!
— Czy ja wiem? Prędko się okaże, że wszystko wywietrzało mi z głowy. Będzie pani 

musiała wtajemniczać mnie w sprawy biurowe od nowa.

Panna Griffith roześmiała się radośnie.
— Z wielką przyjemnością, proszę pani! Słowo daje, z wielką przyjemnością.
— Dziękuje, panno Griffith… Bardzo pani uprzejma.
— Nie   wierzyłam   nigdy…   Nie   myślałam   rozpoczęła   panna   Griffith   i   urwała   z 

zakłopotaniem.

— Że diabeł taki czarny, jak go malują, co? podchwycił żywo Lancelot Fortescue. Sądzę, 

że miała pani rację. Ale nie ma co wracać do starych dziejów. Przyszłość się nie liczy. Mój 
brat jest w biurze?

— Tak, proszę pana. Zastanie go pan w gabinecie.
— Dziękuję. Lance skinął głową i odszedł swobodnym krokiem. W poczekalni blokującej 

91

background image

drogę do sanktuarium szefa siedziała za biurkiem podstarzała kobieta o surowym wyrazie 
twarzy. Na widok Lancelota wstała i rzuciła groźnie:

— Pańskie nazwisko? W jakiej sprawie? Gość spojrzał na mą ze zdumieniem.
— Czy… Czy panna Crosvenor? zapytał.
Słyszał, że panna Grosvenor jest efektowną blondynką. Widział jej zdjęcia, zamieszczone 

w prasie z okazji dochodzenia w sprawie nagłego zgonu Reksa Fortescue. Nie! To nie może 
być ona.

— Panna   Grosvenor   odeszła   w   ubiegłym   tygodniu.   Nazywam   się   Hardcastle.   Jestem 

sekretarką osobistą pana Parcivala Fortescue.

„Stary Percy! Poczciwy, stary Percy w każdym calu! — pomyślał Lance. — Pozbył się 

efektownej blondynki i na jej miejsce przyjął tego smoka. Sądził, że tak będzie bezpieczniej i 
z pewnością taniej”.

— Moje nazwisko Lancelot Fortescue — odpowiedział gładko.
— Aa… Bardzo przepraszam zmieniła ton pani Hardcastle. — Pan… pan pierwszy raz w 

naszym biurze?

— Pierwszy, ale prawdopodobnie nie ostatni — uśmiechnął się Lance.
Pchnął drzwi gabinetu i ku niemałemu zdziwieniu zobaczył, że za biurkiem urzęduje nie 

Parcival, lecz inspektor Neele. Detektyw podniósł wzrok znad ogromnego stosu papierów, 
które przeglądał, i uprzejmie skinął głową.

— Dzień dobry panu — powiedział. — Przyszedł pan zapewne, aby rozpocząć pracę?
— Co? Wie pan już, ze mam zamiar wrócić do firmy?
— Tak. Od pańskiego brata. Mówił mi o tym.
— Mówił panu? Z entuzjazmem?
— Entuzjazmu me zauważyłem — odparł poważnie Neele maskując uśmiech.
— Biedny stary Percy — westchnął Lance.
— Naprawdę chce pan stać się człowiekiem interesu? — Detektyw spojrzał nań bystro.
— Nie wierzy pan w taką odmianę?
— Czy ja wiem? Jakoś do pana nie pasuje.
— Dlaczego? Jestem synem swojego ojca.
— Ale i matki dodał Neele.
— Źle pan trafił,  inspektorze. Moja matka była  romantyczką  wiktoriańskiego  typu.  Jej 

ulubioną lekturę stanowiły „Idylle królewskie”, co wywnioskował pan zapewne z naszych 
imion.  Wciąż  chorowała i, jak mi  się zdaje, żyła  poza granicami  świata realnego. Ja nie 
przypominam jej w niczym. Jesieni ogołocony z. sentymentalizmu. Romantyczność słabo do 
mnie przemawia. Życie traktuję realistycznie, czysto realistycznie, inspektorze.

— Nie każdy jest taki, jak sobie wyobraża — bąknął Neele.
— To święta prawda przyznał Lance. Usiadł w fotelu, wyciągnął swobodnie długie nogi, 

uśmiechnął się do siebie i nieoczekiwanie rzucił: — Jest pan bystrzejszy niż mój braciszek, 
inspektorze.

— Pod jakim względem, proszę pana?
— Percy’ego nakręciłem tak, jak mi się podobało. On wierzy w moje londyńskie plany. 

Obawia się, że będę mącił mu wodę, leniuchował, trwonił firmową forsę, wciągał go w jakieś 
fantastyczne spekulacje. Prawie opłacałoby się to dla samej rozrywki! Prawie, inspektorze, 
ale niezupełnie. Nie wytrzymałbym długo w biurze. Brakowałoby mi przestrzeni, powietrza, 
przygody. Udusiłbym się w takiej atmosferze. — Umilkł na moment i dodał żywo: — Ale to 
wszystko poza protokołem. Nie zdradzi mnie pan wobec Vala, prawda?

— Nie sądzę, proszę pana, by ta kwestia mogła powstać w trakcie dochodzenia.
— Widzi   pan,   chciałbym   się   trochę   zabawić   —   podjął   Lancelot.   —   Wycisnąć   pot   z 

Percy’ego, odegrać się na nim.

— Odegrać się? Za co?

background image

Młody człowiek wzruszył ramionami.
— E, to takie dawne dzieje. Nie ma o czym mówić.
— Słyszałem coś o malej przygodzie z czekiem. Czy do tego pan pije?
— Inspektorze! — zawołał Lance. — Pan wie wszystko!
— Podobno w grę wchodziła sprawa sądowa — powiedział detektyw. — Pański ojciec był 

temu przeciwny.

— Tak. Po prostu dał mi  kopniaku odrzekł młody człowiek. Przez pewien czas Neele 

spoglądał   nań   z   zainteresowaniem,   lecz   myślał   o   Parcivalu   Fortescue,   nie   Lancelocie. 
Uczciwy,   skrzętny   Parcival,   oszczędny   do   skąpstwa:   zagadka   wynikająca   nieustannie,   na 
każdym   etapie   śledztwa.   Wszyscy   zdają   się   znać   zewnętrzne   pozory   Parcivala,   lecz, 
zgłębienie   jego   wewnętrznej   osobowości   jest   nierównie   trudniejszą   sprawą.   Z   pobieżnej 
obserwacji   należałoby  wnioskować,  że   to  człowiek   bezbarwny,  o  słabym   charakterze,   do 
niedawna tyranizowany przez, ojca. Percy Cwaniak, jak wyraził się w swoim czasie naczelnik 
Wydziału   Śledczego.  Obecnie   Neele   postanowił   dowiedzieć   się więcej  za  pośrednictwem 
Lancelota.

— Odniosłem wrażenie — podjął — że pański brat… jak to określić?… Żył  w cieniu 

władzy ojca.

— Czy ja wiem? Lancelot zmarszczył czoło, zamyślił się na moment. — Niewątpliwie 

takie   to   sprawiało   wrażenie,   ale   czy   było   tak   rzeczywiście?   Wspominam   dawne   czasy   i 
podziw mnie ogarnia, inspektorze, że Percy umiał zawsze postawić na swoim, chociaż pozory 
wyglądały zupełnie inaczej. Rozumie pan, co mam na myśli?

— Rozumiem. To istotnie zastanawiające.
Inspektor przerzucił leżące przed nim papiery, wyłowił jakąś kartkę i nad blatem biurka 

podał Lancelotowi.

— Ten list napisał pan w sierpniu tego roku, prawda?
— Tak,   inspektorze.   Ten   list   napisałem   w   lecie,   kiedy   wróciłem   do   Kenii.   Ojciec   go 

zachował. Ciekawe! Gdzie był? Tutaj, w biurze?

— Nie,   proszę   pana.   Znaleziono   go   w   Domku   pod   Cisami,   pośród   papierów   Reksa 

Fortescue odparł Neele i z wyrazem zastanowienia spojrzał na ćwiartkę papieru leżącą na 
blacie biurka.

List był niedługi:

Kochany Ojcze!
Porozumiałem się z Pat i twoje propozycje przyjmuję. Zlikwidowanie moich tutejszych  

spraw potrwa czas pewien, powiedzmy, do końca października lub początku listopada. O 
dokładniejszym   terminie   przyjazdu   dam   Ci   znać   później.   Mam   nadzieje,   że   tym   razem 
będziemy zgadzać się lepiej niż dawnymi czasy. W każdym razie ja nie pożałuję starań. To  
chyba wszystko. Ściskam Cię.

Lance

— Dokąd zaadresował pan ten list? — odezwał się inspektor Neele. — Tu, czy do Domku 

pod Cisami?

— Trudne pytanie. Naprawdę nie pamiętam. Lance zmarszczył czoło, starał się odświeżyć 

wspomnienia. — Widzi pan, upłynęły blisko trzy miesiące. Chyba podałem adres biura… 
Tak! Z pewnością biura! — znowu umilkł, by po chwili spytać z żywym zainteresowaniem: 
Czemu pyta pan o to, inspektorze?

— Zastanawiam   się,   proszę   pana,   dlaczego   ojciec   nie   zostawił   listu   tutaj,   w   teczce 

zawierającej   jego   osobiste   papiery.   Dlaczego   wziął   go   do   Domku   pod   Cisami,   gdzie 
znaleziono go w szufladzie jego biurka?

— Dlaczego? Lance parsknął śmiechem. Żeby Percy nie wywęszył listu. Chciał go przed 

93

background image

nim schować.

— Na to wygląda przyznał detektyw. Wynikałoby stąd jednak, że pański brat miał dostęp 

do przechowywanych tutaj osobistych papierów ojca.

— Niezupełnie, inspektorze odparł z wahaniem Lance. — Podejrzewam, że Percy mógł 

zajrzeć do tych papierów, kiedy mu się podobało, chociaż… chociaż…

— Ojciec nie brał tego poił uwagę — dokończył zdanie Neele.
— Właśnie! — uśmiechnął się Lancelot. — Innymi słowy, byłoby to szpiclowanie. Ale 

Percy urodził się szpiclem.

Inspektor przytaknął skinieniem głowy. Nie wątpił, że Percy mógł urodzić się szpiclem. 

Pasowało to do znanych mu już cech charakteru pana Parcivala Fortescue.

— O wilku mowa, a wilk tu — rzekł cicho Lance.
W tym momencie drzwi otwarły się i do gabinetu wkroczył Parcival. Chciał powiedzieć 

coś inspektorowi, otworzył usta, lecz osłupiał na widok brata.

— Ty tutaj? — odezwał się po chwili. — Nie mówiłeś o takim planie na dzisiaj.
— Uległem   niespodziewanemu   zapałowi   do   pracy   i   oto   jestem!   Na   co   mógłbym   się 

przydać? Co dasz mi do roboty?

— Na razie nic odparł kwaśno Parcival. — Nic absolutnie. Najprzód musimy dojść do 

porozumienia,   jakim   zająłbyś   się   działem.   No   i   należałoby   znaleźć   dla   ciebie   miejsce… 
pokój.

— Aha, Percy! Czemu pozbyłeś się czarującej Grosvenor i na jej miejsce przyjąłeś cudaka 

z końską gębą?

— Zbyt  wiele  sobie  pozwalasz,  Lance — obruszył  się starszy brat. —Stanowczo zbyt 

wiele.

— Uważam, że to zmiana na gorsze. Okropnie byłem ciekaw czarującej Grosvenor. Czemu 

ją wylałeś? Może ciut za dużo wiedziała, hę?

— Także   pomysł!   —   Blada   twarz   Parcivala   poczerwieniała   ze   złości.   —   Proszę, 

inspektorze — zwrócił się chłodno do detektywa — aby nie traktował pan serio gadaniny 
mojego   brała.   On   ma   specyficzny   gatunek   poczucia   humoru.   Nigdy  nic   ceniłem   wysoko 
inteligencji panny Grosvenor. Pani Hardcastle przedstawiła doskonale referencje, pracuje bez 
zarzutu i pobiera o wiele niższą pensję.

— O wiele niższą pensję — powtórzył Lance wznosząc wzrok ku sufitowi. — Mój drogi, 

nie pochwalam oszczędności kosztem pracownika. Posłuchaj! W ciągu ostatnich tragicznych 
tygodni cały personel dowiódł niezachwianej lojalności. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę 
i wszystkim podnieść uposażenia. Co ty na to?

— Nie! — rzucił szorstko Percy. Byłaby to łaska nie proszona i absolutnie zbyteczna.
Inspektor   Neele   zauważył   w   oczach   Lancelota   figlarne   błyski,   lecz   Parcival   był   bez 

wątpienia zbyt wzburzony, aby to dostrzec.

— Zawsze miewałeś dziwaczne, niedorzeczne pomysły  —  ciągnął nerwowo starszy brat. 

W aktualnej sytuacji firmy oszczędność to nasza ostatnia nadzieja.

Detektyw odchrząknął znacząco i zwrócił się do Parcivala:
— O jednej sprawie pragnąłbym pomówić z panem.
— Słucham, inspektorze?
— Od kilku miesięcy, może od roku, zachowanie i rozmaite posunięcia pana Fortescue 

niepokoiły pana coraz bardziej, prawda?

— Tak… — bąknął Parcival. — Ojciec nie czuł się dobrze. Stanowczo nie czuł się dobrze.
— Usiłował pan skontaktować go z lekarzem, ale nic z tego nie wyszło. Spotkała pana 

kategoryczna odmowa, prawda?

— Tak, inspektorze.
— Bardzo przepraszam, ale pozwolę sobie zapytać, czy nie podejrzewał pan, że ojciec ma 

początki   schizofrenii   o   cechach   paranoidalnych,   że   pewne   objawy   megalomanii   oraz 

background image

wzmożonej pobudliwości mogą przerodzić się w zupełny obłęd?

Parcival zrobił zdziwioną minę.
— Bardzo pan bystry, inspektorze. Tak właśnie przedstawiały się moje obawy i dlatego 

zależało mi bardzo na poddaniu ojca stosownej kuracji.

— Niewątpliwie w czasie poprzedzającym tę kurację pan Fortescue mógł narazić firmę na 

dotkliwe straty.

— Mógł to zrobić. Niewątpliwie — przyznał Parcival.
— Co z kolei stwarzało opłakaną sytuację, prawda?
— Oczywiście! Nikt nie wyobraża sobie nawet, co ja przeszedłem — westchnął Parcival.
— A   żalem   z   punktu   widzenia   interesów   firmy,   nagły   zgon   pana   Reksa   Fortescue   to 

wydarzenie korzystne.

Nie sądzi pan chyba, że śmierć mojego ojca oceniam z takiego punktu widzenia rzucił 

ostro Parcival.

— Nie chodzi mi o pańską ocenę — odparł spokojnie Neele. — Biorę pod uwagę suche 

Takty. Rex Fortescue umarł, nim zdążył doprowadzić swoje sprawy finansowe do kompletnej 
ruiny.

— Tak!  odburknął  gniewnie   Parcival.  —  W  sferze   suchych  faktów  pańska  opinia  jest 

trafna.

— Reasumujcie, śmierć pańskiego ojca stanowiła wydarzenie korzystne dla całej rodziny, 

uzależnionej od tych spraw finansowych.

— Poniekąd… Doprawdy jednak, inspektorze, nie mam pojęcia, do czego pan zmierza, 

bo… Parcival zająknął się, umilkł.

— Do niczego nie zmierzam, panie Fortescue. W dalszym ciągu porządkuję suche fakty. 

Jeszcze   jedno,   proszę   pana.   Mówił   mi   pan,   że   z   chwilą   wyjazdu   z   Anglii   obecnego   tu 
pańskiego brata ustały wszelkie stosunki pomiędzy nim a panem.

— I to się zgadza…
— Niezupełnie, proszę pana — podchwycił Neele. — Ubiegłej wiosny, kiedy niepokoił 

pana coraz bardziej stan zdrowia ojca, napisał pan w tej sprawie do Afryki. Myślę, że chciał 
pan skłonić  brata, by pomógł  w  próbach poddania  pana  Fortescue  badaniom lekarskim i 
ubezwłasnowolnieniu w razie potrzeby.

— Czy… Nie rozumiem doprawdy, w jakim celu… wyjąkał Parcival.
— Tak było, prawda? — natarł detektyw.
— Cóż,   sądziłem,   że   inaczej   nie   mogę   postąpić…   Ostatecznie   Lance   jest   młodszym 

wspólnikiem firmy.

Inspektor Necie spojrzał na uśmiechniętego Lancelota.
— Otrzymał pan ten list?
Młody człowiek przytaknął skinieniem głowy.
— Co pan odpowiedział? Lance uśmiechnął się beztrosko.
— Odpowiedziałem, by Percy odczepił się ode mnie, a staremu dał spokój. Napisałem, że 

stary prawdopodobnie wie, co robi i dlaczego.

Detektyw przeniósł wzrok tui starszego brała.
— Tak przedstawiała się treść listu pana Lancelota Fortescue?
— Mniej więcej… Z grubsza tak… Tyle że forma była znacznie obraźliwsza.
— Wolałem zaznajomić policje z formą złagodzoną uśmiechnął się Lance i ciągnął:  — 

Otwarcie mówiąc, inspektorze, to był jeden z powodów, dla których przyjechałem do Anglii 
po odebraniu listu od ojca. Chciałem osobiście sprawdzić, co się tu dzieje. Odbyłem z ojcem 
krótką   rozmowę   i,   doprawdy,   nie   zauważyłem   nic   szczególnego.   Stary   był   nieco 
rozdrażniony, lecz sprawiał wrażenie człowieka odpowiedzialnego za swoje czyny i z całą 
pewnością   zdolnego   do   prowadzenia   własnych   spraw   finansowych.   Tak   czy   inaczej,   po 
powrocie do Afryki i rozmowach z Pat, postanowiłem wybrać się do kraju i… Jak by to 

95

background image

wyrazić?… I dopilnować uczciwej gry — zakończył Lance i zerknął spod oka na brata.

— Protestuję!   wybuchnął   Parcival.   —   Stanowczo   protestuję   przeciw   podobnym 

insynuacjom.   Nie   chciałem   wymanewrować   ojca.   Niepokoił   mnie   jego   stan   zdrowia   i 
chodziło mi także…

— Chodziło   ci   także   o   własną   kieszeń,   co?   —  podchwycił   żywo   młodszy   brat.   —   O 

pieniążki   dobrego   chłopca   Percy’ego!   —   Wstał   i   nieoczekiwanie   zmienił   ton.   —   Niech 
będzie, Percy. Mam dosyć. Chciałem przycisnąć cię trochę, nastraszyć, że pcham się do pracy 
w firmie. Udawałem, by dać ci po nosie, nauczyć, że nie zawsze łatwo postawisz na swoim. 
Nie myślę tutaj zostać, bo żeby być szczerym, duszno mi w jednym pokoju z tobą. Przez całe 
życie byłeś marnym, paskudnym łajdaczyną. Pasożytowałeś na ludziach, szpiclowałeś, łgałeś, 
knułeś drobne intrygi. Powiem więcej! Nie mogę dowieść twojej winy, ale jestem pewien, że 
ty podrobiłeś czek, który wywołał całą chryję. Wykombinowałeś  to, by się mnie pozbyć, 
Fałszerstwo było dziwnie nieudolne: na pierwszy rzut oka wielkim głosem dawało znać o 
sobie. Ja miałem wtedy zabazgraną opinie. Nic mogło być mowy o skutecznej obronie. Ale 
dziwiło mnie jedno: czemu stary nie zwietrzył, że gdybym ja chciał podrobić jego podpis, 
załatwiłbym to dużo sprawniej. — Lancelot umilkł na chwile, by zacząć znowu podniesionym 
głosem: — Co dalej, Percy? Nie myślę przeciągać głupiej zabawy. Znudziła mnie śmiertelnie 
Anglia   i   londyńskie   mgły.   Mam   wyżej   uszu   podobnych   tobie   małych   ludzików   w 
sztuczkowych spodniach i czarnych marynarkach. Mam wyżej uszu ich drobnych matactw i 
szwindli, obłudy, ugrzecznionych słówek. Rozliczymy się, jak proponowałeś, i ucieknę z Pat 
do innego kraju, gilzie nie brak miejsca i swobodnego oddechu. Sam przeprowadzisz podział 
aktywów   i   papierów   wartościowych.   Możesz   zatrzymać   murowanie   pewne,   nisko 
oprocentowane   walory.   Mnie   odpowiadam   bardziej   najświeższe   nabytki   ojca,   akcje 
fantastycznie spekulacyjne, jak je nazywasz. Oczywiście to w znacznej części śmiecie. Ale 
gotów jestem trzymać zakład, że jeden czy drugi portfel przyniesie w swoim czasie więcej niż 
wszystkie   twoje   trzyprocentowe   pożyczki   państwowe.   Z   ojca   był   stary   spryciarz.   Lubił 
ryzykować,   ale   niektóre   |ego   ryzykowne   posunięcia   dawały   pięćset,   sześćset,   siedemset 
procent zysku. Stawiam na zdrowy rozsądek i szczęśliwą rękę Reksa Forlescue. A ty, marny 
gadzie… — Lancelot postąpił krok w stronę brała, ten zaś wycofał się za biurko i ulokował 
obok   detektywa.   —   Nie   bój   się!   Palcem   cię   nie   tknę.   Chciałeś   mnie   stąd   wykurzyć   i 
wykurzyłeś. Powinieneś być kontent — odwrócił się ku drzwiom i dodał przez ramię: Możesz 
dorzucić mi starą koncesję na kopalnię Kos, jeżeli ci to odpowiada. Może tropią nas mściwi 
członkowie rodu MacKenzie? W takim razie pociągną moim śladem do Afryki, zemsta po 
tylu latach wydaje się mało realna… Ale inspektor Neele traktuje serio tę historię… Nie mylę 
się, inspektorze, prawda?

— Nonsens! — zawołał Parcival. — W życiu nie zdarzają się takie rzeczy.
— Pogadaj z inspektorem — uśmiechnął się Lance. Sprawdź, czemu dopytuje się o kosy, 

żyto w kieszeni marynarki ojca, takie różne szczególiki.

Detektyw zabrał głos z powagą zwracając się do Parcivala.
— Niewątpliwie przypomina pan sobie kosy z ostatniego lata. Wydaje mi się, proszę pana, 

że jest o co pytać.

— Nonsens! powtórzył Parcival. — Od lat nic nie wiadomo o nikim z rodziny MacKenzie.
— A jednak — podchwycił młodszy brat — jestem prawie pewien, że pośród nas znajdzie 

się ktoś z tej rodziny, i podejrzewam, że inspektor Neele myśli podobnie.

Detektyw dogonił na ulicy Lancelota Fortescue, który powitał go smętnym uśmiechem.
Nie chciałem wywołać awantury — powiedział ale straciłem panowanie nad sobą… Cóż, 

prędzej lub później do czegoś podobnego dojść musiało. Umówiłem się z Pat w Savoyu. Idzie 
pan w tamtą stronę, inspektorze?

— Nie. Wracam do Baydon Heath. Chciałem tylko o coś pana zapytać.

background image

— Słucham, inspektorze?
— Wszedł   pan   do   gabinetu   i   mnie   tam   zobaczył,   zrobił   pan   wtedy   zdziwioną   minę. 

Dlaczego?

— Pewno dlatego, że nie spodziewałem się zastać pana. Liczyłem, że za biurkiem zobaczę 

brata.

— Nie powiedziano panu, że brat wyszedł?
— Przeciwnie. Powiedziano mi, że jest w gabinecie.
— Aha…. Rozumiem… Gabinet ma tylko jedno wyjście, ale z pokoju sekretarki prowadzą 

drugie drzwi, prosto na korytarz. Zapewne pan Fortescue z nich skorzystał… Ale to dziwne, 
że nie wspomniała o tym pani Hardcastle.

— Może poszła po filiżankę herbaty — roześmiał się Lance.
— Aha… Może… zapewne. Lancelot spojrzał bystro na detektywa.
— Jakiś nowy pomysł, inspektorze? — zapytał.
— Nie… Zastanawia mnie tylko parę drobnych szczególików…

97

background image

XXIV

Inspektor Neele jechał pociągiem do Baydon Heath i po drodze rozwiązywał krzyżówkę w 

„Timesie” z wyjątkowo miernym powodzeniem. Jego uwagę zaprzątały rozmaite możliwości. 
W podobny sposób przebiegał wzrokiem wiadomości ze świata. „Trzęsienie ziemi w Japonii. 
Odkrycie  złóż  uranu w  Tanganice.  Zwłoki marynarza  wyrzucone  przez  morze  w okolicy 
Southampton.   Groźba   strajku   dokerów.   Dalsze   ofiary   chuligańskich   wybryków.   Nowy 
specyfik niezwykle skuteczny w zaawansowanym stadium gruźlicy”.

Treść   artykułów   tworzyła   cudaczny   wzór   na   drugim   planie   świadomości.   Ostatecznie 

Neele wrócił do krzyżówki i błyskawicznie rozszyfrował trzy wyrazy.

Kiedy dotarł wreszcie do Domku pod Cisami, zdobył się na decyzję.
— Co z panną Marple? — zapytał swojego sierżanta. — Nie wyjechała jeszcze’?
— Skąd znowu! — odparł Hay. Jest i strasznie się zaprzyjaźniła z tą starą z piętra.
— Rozumiem…   A   teraz   gdzie   jej   szukać?   Chciałbym   z   nią   pogadać.   W   kilka   minut 

później nadeszła panna Marple, zaróżowiona i lekko zdyszana.

— Życzył pan sobie, inspektorze, pomówić ze mną — zaczęła. — Bardzo przepraszam, że 

kazałam na siebie czekać, lecz sierżant Hay nie od razu mnie znalazł. Byłam w kuchni, żeby 
pochwalić  panią   Crump   za  doskonałe   ciasto.  Ona ma,  inspektorze,   cudownie  lekką  rękę. 
Wczoraj zrobiła poemat, nie suflet! Widzi pan, zagadkową sprawę najlepiej  rozwiązywać 
etapami, po trochu. Dla policji to niełatwe zadanie, prawda? Przy formalnym śledztwie trzeba 
podchodzić do zagadnienia mniej lub więcej prosto z mostu. Ale starsza pani jak ja! Cóż, 
inspektorze, każdy spodziewa się, że taka musi paplać na sto obojętnych tematów. A można 
rzec, że droga do serca kucharki wiedzie przez jej suflety i ciasta.

— Naprawdę chciała pani porozmawiać z kucharką o Gladys Martin, prawda?
— Ma   się   rozumieć,   panie   inspektorze.   O   Gladys.   I   pani   Crump   niejedno   mogła 

powiedzieć o biednej dziewczynie. Nie w kwestii morderstwa, oczywiście. Dowiedziałam się 
o nastrojach i humorach Gladys, o rozmaitych głupstwach, które ostatnio mówiła. Nie chodzi 
mi o głupstwa w sensie niedorzeczności. Nic podobnego. Miałam na myśli drobiazgi bez 
znaczenia.

— Opłaciła się pogawędka? zapytał detektyw.
— Aha. Nawet sowicie A ogólnie biorąc, sadzę, że tajemnica rozjaśnia się nieco. Przyzna 

mi pan racje, inspektorze.

— I tak, i nie — odparł Neele.
Był zadowolony, że sierżant Hay wyszedł z pokoju, gdyż zamierzał pokierować rozmową 

w sposób, wyrażając się najoględniej, nietradycyjny.

— Proszę pani — zaczął — chciałbym pomówić z panią serio.
— Służę, inspektorze.
— W pewnym sensie, proszę pani, reprezentujemy odmienne punkty widzenia. Przyznaję, 

że w Scotland Yardzie słyszałem o pani coś niecoś — uśmiechnął się dyskretnie. Jest tam 
pani dobrze znana.

Starsza pani zrobiła lekko zakłopotaną minę.
— Nie mam pojęcia, czemu tak się działo powiedziała — ale nieraz miałam do czynienia 

ze   sprawami,   które   nie   powinny   mnie   obchodzić.   Chodzi   mi   o   morderstwa   i   rozmaite 
niezwykłe wydarzenia.

— Przy sposobności zyskała pani doskonałą reputację — uśmiechnął się inspektor Necie.
— Może… Sir Henry Clithering to mój stary przyjaciel.
— Jak już nadmieniłem — podjął detektyw — reprezentujemy odmienne punkty widzenia. 

Można by je nazwać: racjonalny oraz irracjonalny.

Panna Marple pochyliła głowę na bok, w sposób bardzo dla niej charakterystyczny.

background image

— Ciekawe… Co pan przez to rozumie, inspektorze?
— Istnieje, proszę pani, racjonalny sposób oceny wydarzeń. Pierwsze morderstwo przynosi 

korzyści  pewnym  osobom…  Wyrażając się ścisłej, szczególnie  jednej osobie. Na drugim 
zyskuje ta sama osoba. Trzecie tłumaczą względy bezpieczeństwa.

— Przepraszam.   Które   morderstwo   nazywa   pan   trzecim?   —   zapytała   panna   Marple   i 

porcelanowo–błękitnymi oczyma spojrzała bystro w twarz detektywa.

— O to chodzi! Parę dni temu omawialiśmy sprawę z naczelnikiem Wydziału Śledczego i 

coś,   co   on   powiedział,   wydało   mi   się   nielogiczne.   Teraz   rozumiem.   Sugerowałem   się 
kolejnością   wydarzeń   z   wierszyka.   Król   w   skarbcu,   klotowa   w   salonie,   służebna   przy 
wietrzeniu ubrań.

— Właśnie! — podchwyciła starsza dama. W wierszyku jest taka kolejność. Oczywiście 

jednak Gladys została zamordowana wcześniej niż Adela Fortescue.

— Zapewne…   Albo   raczej   z   całą   pewnością,   proszę   pani.   Gladys   odnaleziono   krótko 

przed   północą.   Niepodobna   było   określić   dokładnie,   od   jak   dawna   nie   żyje.   Ale   jestem 
głęboko przekonany, że zginęła około piątej po południu, ponieważ…

— Ponieważ w przeciwnym razie — przerwała panna Marple — niewątpliwie zaniosłaby 

do biblioteki drugą tacę.

Naturalnie! Gladys podała herbatę, poszła do kuchni, wróciła do hallu z drugą tacą i w tym 

momencie coś zaszło. Usłyszała coś lub zobaczyła. Pytanie, co to było? Albo kto? Dubois 
mógł pojawić się na schodach, odwiedziwszy salonik pani Fortescue. Adorator Elanie, Gerald 
Wright, mógł wejść do domu bocznymi  drzwiami. W każdym razie coś odwróciło uwagę 
dziewczyny od tacy i zwabiło ją do ogrodu. Dalsze wydarzenia musiały nastąpić szybko. 
Gladys nie marudziłaby na dworze, bo było zimno, a miała na sobie tylko lekką sukienkę.

— Najzupełniej   słusznie   —   zgodziła   się   panna   Marple.   Linijka   „Służąca   w   ogrodzie 

wietrzy ubrań stos” nie odpowiada faktom. Gladys nie mogła wietrzyć ubrań o tej porze dnia i 
oczywiście nie wyszłaby na podwórze bez wierzchniego okrycia. Umieszczenie jej zwłok pod 
sznurami do suszenia bielizny to maskowanie, jak klamerka zaciśnięta na nosie. Chodziło o 
to, by wszystko zgadzało się z wierszykiem.

— Właśnie!   To   szalona   koncepcja   —   powiedział   Neele   a   zarazem   jedyna   zasadnicza 

rozbieżność naszych poglądów. Nic mogę, nie jestem w stanie przełknąć całej historii z tym 
wierszykiem.

— Musi pan jednak przyznać, inspektorze, że historia z wierszykiem pasuje.
— Pasuje, ale w innej kolejności. Wierszyk sugeruje, że służebna padła ofiarą trzeciego 

morderstwa. My natomiast wiemy, że trzecia była królowa. Adela Fortescue zginęła między 
piątą dwadzieścia pięć a szóstą pięć, kiedy Gladys już nie żyła.

— I tu cała teoria leży,  prawda? Nie wszystko pasuje do dziecinnego wierszyka… To 

znaczące, inspektorze, bardzo znaczące.

Neele wzruszył ramionami.
— Może   to   dzielenie   włosa   na   części.   Ostatecznie   śmierć   przystosowała   się   do   treści 

wiersza, a o nic więcej nie chodziło. Ale mówię tak, jak gdybym był po pani stronie. Spróbuję 
raczej   naszkicować   własny   punkt   widzenia.   Odrzucam   kosy,   żyto,   resztę   takich   rzeczy. 
Zestawiam   suche   fakty,   zdrowy   rozsądek   i   prawdopodobne   przyczyny,   dla   jakich   ludzie 
zdrowi na umyśle popełniają morderstwa. Przede wszystkim, kto zyskał z racji zgonu Reksa 
Fortescue? Kilka osób, ale najbardziej jedna, jego syn Parcival. Nie było go tego rana w 
domu, nie mógł więc zaprawić trucizną kawy ani niczego do jedzenia. Tak przynajmniej 
wydawało się mim zrazu.

— Aa… Więc mógł się znaleźć sposób? Wiele o tym myślałam, inspektorze. Brałam pod 

uwago różnorodne rozwiązania. Oczywiście jednak nie znalazłam dowodów ani poszlak.

— Mogę   powiedzieć   pani   bez   szkody   dla   śledztwa,   że   taksynę   umieszczono   w 

nieruszonym słoiku z marmoladą. Wierzchnią warstwę tej marmolady zjadł przy śniadaniu 

99

background image

Kex Fortescue. Następnie ktoś wyrzucił ten słoik (najprawdopodobniej przez okno prosto w 
zarośla), a w spiżarce postawił drugi, tak samo napoczęty. Słoik znaleźliśmy w zaroślach, 
Otrzymalcm wyniki badania laboratoryjnego. Wykryto niewątpliwie ślady taksyny.

— A więc to tak — wtrąciła panna Marple. — Metoda prosta i łatwa.
— Zjednoczona   Agencja   Powiernicza   znalazła   się   w   opłakanej   sytuacji   —   ciągnął 

detektyw.   Mogło   jej   grozić  bankructwo,   gdyby,   zgodnie   z  testamentem  Reksa  Fortescue, 
wypłaciła wdowie po nim sto tysięcy funtów. Adela Fortescue nie przejmowałaby się stanem 
finansów   i   kłopotami   firmy.   Gdyby   przeżyła   męża   o   miesiąc,   niewątpliwie   zechciałaby 
wycofać cały kapitał. Stało się inaczej. Adela Fortescue umarła, a korzyść odniósł generalny 
spadkobierca, czyli innymi słowy, Parcival Fortescue. Jeszcze raz mamy Parcivala Fortescue, 
ale co z tego? Istnieje możliwość, że on dobrał się do słoika z marmoladą. Ale w żaden 
sposób nie mógł otruć macochy czy też udusić Gladys. Jego sekretarka zeznała, że tamtego 
dnia o piątej po południu Parcival Fortescue był w biurze, a wszyscy wiemy, że do domu 
wrócił krótko przed siódmą.

— To stwarza trudności, prawda? — wtrąciła starsza dama.
— Trudności nie do pokonania, z których wynika, że Parcival nie wchodzi w rachubę — 

przyznał posępnie inspektor Neele i zapominając o dyskrecji i ostrożności mówił dalej i. nutą 
rozgoryczenia: — Dokądkolwiek się ruszę, gdziekolwiek spojrzę, napotykam tę samą osobę: 
Parcivala Fortescue. I co? Parcival Fortescue nie wchodzi w rachubę. Uspokoił się nieco, 
zmienił   ton.   Cóż,   istnieją   inne   możliwości.   Ten   czy   ów   mógł   mieć   równie   uzasadniony 
motyw.

— Na przykład Vivian Dubois podpowiedziała panna Marple — albo ten młody Wright z 

wyjątkową   czujnością   należy   traktować   przypadki,   w   których   może   działać   chęć   zysku. 
Najgorsza wada to umysł zbyt ufny.

— Z reguły trzeba brać pod uwagę najgorsze, co? — uśmiechnął się mimo woli detektyw.
— Tak.   Ja   zawsze   jestem   skłonna   wierzyć   w   najgorsze.   A   najsmutniejsza   historia,   że 

zazwyczaj sprawdzają się moje domysły.

— Niech będzie, proszę pani. Przyjmijmy najgorsze. Zbrodniarzem może być Dubois albo 

Gerald Wright, oczywiście w zmowie z Elaine Fortescue, która zajęła się marmoladą. Mogła 
to   zrobić   również   Jennifer   Fortescuc,   bo   znajdowała   się   na   miejscu   pierwszego   dnia   i 
drugiego. Ale żadna z wymienionych osób nie pasuje do irracjonalnego punktu widzenia: 
kosów, kieszeni pełnej żyta. Nie pasuje do pani domysłów, może i w danym razie słusznych. 
Przy takim założeniu wszystko zdaje się wskazywać jedną osobę: panią MacKenzie. Ale ona 
od lat przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych. Nie była w stanie dobrać się do słoika z 
marmoladą ani wsypać cyjanku do filiżanki herbaty. Jej syn, Donald, poległ pod Dunkierką. 
Pozostaje jedynie córka. Kuby MacKenzie. Jeżeli zatem pani teoria jest trafna, jeżeli seria 
morderstw ma związek z kopalnią Kos, Ruby MacKenzie musi znajdować się w tym domu, a 
może nią być tylko jedna osoba.

— Wydaje   mi   się   wtrąciła   panna   Marple   —   że   zagadnienie   traktuje   pan   nieco   zbyt 

dogmatycznie.

Detektyw nie zwrócił uwagi na jej słowa.
— Tylko jedna osoba powtórzył stanowczo i wyszedł z pokoju.

Pokój Mary Dove był skromnie umeblowany, lecz wygodny i przytulny — wygodny i 

przytulny   dzięki   staraniom   obecnej   lokatorki.   Kiedy   inspektor   Neele   zastukał   do   drzwi, 
zarządzająca domem oderwała wzrok od książek z rachunkami dostawców.

— Proszę — powiedziała spokojnie.
Detektyw wszedł, a Mary Dove uprzejmie wskazała mu krzesło.
— Zechce pan usiąść i, jeżeli to możliwe, zaczekać chwilkę. Rachunek dostawcy ryb jest 

zdaje się nie w porządku. Muszę go sprawdzić.

background image

Detektyw siedział czas pewien spoglądając na dziewczynę, która mozoliła się nad długą 

kolumną liczb. Podziwiał jej spokój i opanowanie i, jak nieraz uprzednio, próbował odgadnąć, 
jaką   prawdziwą   osobowość   maskują   te   zewnętrzne   pozory.   Bacznie   studiował   twarz 
zarządzającej domem, szukał podobieństwa między nią a twarzą kobiety, z którą niedawno 
rozmawiał w sanatorium Sosny. Cóż? Ogólny koloryt był nieco zbliżony, lecz rysy bardzo 
różne. Na koniec Mary Dove zwróciła ku niemu spojrzenie.

— Słucham, inspektorze. Czym mogę służyć?
— Proszę pani, ta sprawa obfituje w szczegóły wyjątkowo niepospolite.
— Aha…
— Na początek żyto znalezione w kieszeni Reksa Fortescue.
— Szczegół istotnie niepospolity — przyznała dziewczyna. — Nie potrafię wyjaśnić go w 

żaden sposób.

— Dalej mamy kosy. Cztery kosy podrzucone latem na biurko Reksa Fortescue i historia z 

kosami, którymi kłoś zastąpił farsz zapiekanego w cieście pasztetu z cielęciny i szynki. Pani 
była tu w czasie obu tych incydentów?

— Byłam. Doskonale wszystko pamiętam. Taki niedorzeczny kawał, złośliwy i absolutnie 

bez sensu.

— Czy na pewno bez sensu? Co pani wie o kopalni Kos?
— Chyba jak żyję nie słyszałam o czymś takim!
— W   swoim   czasie   poinformowała   mnie   pani,   że   nazywa   się   Mary   Dove.   Czy   to 

prawdziwe nazwisko?

Zarządzająca  domem   podniosła  brwi. Detektyw  odniósł  wrażenie,   iż  w  jej  niebieskich 

oczach dostrzegł wyraz czujności.

— Osobliwe pytanie, inspektorze. Czy oznaczaono podejrzenie, że nie nazywam się Mary 

Dove?

— Trafiła   pani!   podchwycił   swobodnie   inspektor   Neele.   —   Podejrzewam,   że   pani 

prawdziwe nazwisko brzmi Ruby MacKenzie.

Szeroko otworzyła oczy. Przez chwilę miała twarz kompletnie pozbawioną wyrazu, ani 

oburzoną, ani zdziwioną. Detektyw był głęboko przekonany, że dziewczyna zastanawia się 
nad czymś.

— Co pan spodziewa się usłyszeć, inspektorze? — powiedziała wreszcie.
— Odpowiedź na pytanie: czy nazywa się pani Ruby MacKenzie.
— W swoim czasie poinformowałam pana, jak się nazywam: Mary Dove.
— Wiem. Ale czy ma pani na to dowody?
— Co pan życzy sobie zobaczyć? Moje świadectwo urodzenia?
— Świadectwo  urodzenia  to dowód i niedowód. Może  pani być  w  posiadaniu  takiego 

dokumentu jakiejś Mary Dove, swojej znajomej albo osoby nieżyjącej.

— Naturalnie. Istnieją niezliczone możliwości — uśmiech rozjaśnił twarz Mary Dove. Ma 

pan nie lada orzech do zgryzienia. Prawda, inspektorze?

— Może rozpozna panią ktoś z. personelu sanatorium Sosny — powiedział Neele.
— Sanatorium Sosny! zawołała młoda osoba. — Co to za sanatorium? Gdzie się znajduje?
— Myślę, że pani wie najlepiej.
— Zapewniam pana, że nic nie rozumiem.
— I kategorycznie pani twierdzi, że nie nazywa się Ruby MacKenzie?
— Wolałabym nie twierdzić nic kategorycznie. Widzi pan, inspektorze, to pan musiałby 

dowieść, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Ruby MacKenzie — złośliwie i z wyzwaniem 
spojrzała prosto w oczy detektywa. Tak, pański kłopot, inspektorze. Pan musi dowieść, że ja 
jestem  tą  jakąś  Ruby MacKenzie  — uśmiechnęła  się zagadkowo — jeżeli  oczywiście  to 
możliwe.

101

background image

XXV

Sierżant Hay dopadł przełożonego na schodach i powiedział konspiracyjnym szeptem:
— Stara plotkarka szuka pana inspektora. Myślę, że ma dużo do powiedzenia.
— Bodaj ją licho!
— Tak jest, panie inspektorze odparł z niezmąconym spokojem służbista.
— Słuchajcie, Hay! — podjął inspektor. Trzeba sprawdzić referencje z poprzednich posad 

panny Mary Dove. No i chciałbym prędko dostać odpowiedź na parę pytań. Puście to w ruch. 
Na kartce papieru skreślił kilka zdań i podał ją sierżantowi.

Gdy mijał hall, usłyszał w bibliotece szmer głosów, więc zajrzał tam przez uchylone drzwi. 

Może panna Marple szukała go poprzednio, obecnie jednak przemawiała z ożywieniem do 
pani Parcivalowej Fortescue. Pośród klekotu metalowych drutów detektyw wyłowił uchem jej 
słowa:

— …święcie przekonana, że trzeba powołania, by zostać pielęgniarką. To, moja droga, 

szlachetna praca, bardzo szlachetna.

Detektyw cofnął się pewien, że starsza dama spostrzegła go, ale nie chciała przerywać 

rozmowy.

Mówiła dalej łagodnym, melodyjnym głosem:
— Raz złamałam rękę w przegubie i opiekowała się mną przemiła pielęgniarka. Prosto ode 

mnie poszła do pani Sparrow czuwać w chorobie nad jej synem, młodym oficerem marynarki. 
Wynikła romantyczna historia! Wie pani, młodzi zaręczyli się, pobrali i teraz mają dwoje 
ślicznych dzieci starsza dama westchnęła sentymentalnie. — To było zapalenie płuc, przy 
którym tak wiele zależy od troskliwej pielęgnacji.

— Naturalnie! — przyznała gorąco Jennifer. — Grunt to troskliwa pielęgnacja. Chociaż 

przy  zapaleniu   płuc  cuda  sprawiają  antybiotyki.  Nie  ma   już  dziś   dawnej   upartej  walki   z 
chorobą.

— Pani, moja droga, z pewnością była  wzorem pielęgniarki.  I ta romantyczna  historia 

miała, zdaje się, laki sam początek. Przyjechała pani do Domku pod Cisami, by doglądać w 
chorobie pana Parcivala.

— Aha… Naturalnie, proszę pani., tak się to zaczęło.
Ton Jennifer nie brzmiał nutą zachęty, lecz panna Marple nie pozwoliła zbić się z tropu.
— Naturalnie nie wypada słuchać plotek służby, ale taka stara ciekawska jak ja zawsze 

chcę dowiedzieć się czegoś o ludziach z domu w którym chwilowo mieszka. O czym to ja 
mówiłam? Aha! Przed panią była tutaj inna pielęgniarka, prawda? Odprawiono ją, o ile mi 
wiadomo, z powodu zaniedbywania obowiązków.

— Chyba nie to, proszę pani. Słyszałam, że ciężko zachorował jej ojciec czy ktoś inny z 

najbliższej rodziny — sprostowała pani Valowa.

— Aha,   rozumiem…   Później   pani   przyjechała,   wynikła   miłość   i…   —   Ładnie   się   to 

złożyło, bardzo ładnie.

— Czyja wiem? Czasami myślę… — Jennifer za jąknęła się nerwowo — Czasami myślę, 

że chętnie wróciłabym do szpitala.

— Nic   dziwnego,   moja   droga,   nic   dziwnego.   Od   razu   widać,   że   kocha   pani   swój 

szlachetny zawód.

— Nawet nie to, proszę pani… Ale dokucza mi okropna nuda. Po całych dniach nie mam 

się czym zająć, a Vala interesują tylko sprawy firmy.

Panna Marple ze zrozumieniem pokiwała głową.
— Cóż,   moja   droga  —  westchnęła.   Panowie   muszą   ciężko   pracować   w   dzisiejszych 

trudnych czasach. Nikogo nie stać na odpoczynek, nawet przy wielkich dochodach.

— Dlatego właśnie żonom tak pusto w życiu i nudno — podjęła Jennifer. — Często żałuję, 

background image

że się tu pokazałam. Ale dobrze mi tak! Nie trzeba było zaczynać!

— Czego zaczynać, moja droga?
— Nie powinnam wyjść za Vala… No i… — pani Parcivalowa westchnęła ciężko. — 

Zmieńmy lepiej temat.

Uprzejma starsza dama zagaiła rozmowę o fasonie spódnic noszonych ostatnio w Paryżu.

Panna Marple zastukała do drzwi gabinetu, a gdy inspektor Neele poprosił, by weszła, 

zwróciła się do niego:

— Bardzo   byłabym   wdzięczna,   gdyby   obecnie   zechciał   mi   pan   nie   przerywać. 

Pragnęłabym   uzgodnić   i   skontrolować   kilka   istotnych   punktów   z.   wyrzutem   spojrzała   na 
detektywa. — Właściwie nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy.

— Przepraszam   i   przyznaję,   że   zachowałem   się   mało   uprzejmie   —odparł   detektyw   z 

najbardziej ujmującym uśmiechem. — Zaprosiłem panią na konsultację, a sam przez cały 
czas gadałem.

— Nic   się   nie   stało,   inspektorze,   bo   widzi   pan,   wtedy   nie   byłam   jeszcze   gotowa   do 

wyłożenia   na   stół   wszystkich   kart.   Nie   chciałabym   oskarżać   nikogo   bez.   niezachwianej 
pewności…   To   znaczy   niezachwianej   pewności   we   własnym   przekonaniu.   W   tej   chwili 
jestem pewna.

— Czego jest pani pewna?
— Wiem, kto zabił Keksa Fortescue. Sprawę przypieczętowało to, co pan powiedział o 

marmoladzie. Pojęłam wtedy „jak”, a także „kto” i że morderstwo mieści się w granicach 
logicznego działania.

Inspektor   Neele   wytrzeszczył   oczy,   a   starsza   dama   zauważyła   jego   zdumienie,   więc 

podjęła szybko.

— Niestety,   inspektorze,   zdaję   sobie   sprawę,   że   niekiedy   trudno   mi   zdobyć   się   na 

przejrzyste formułowanie myśli.

— Jak   dotąd,   proszę   pani,   nie   bardzo   rozumiem,   o   czym   właściwie   mówimy   bąknął 

niepewnie detektyw.

— Najlepiej   jeszcze   raz   zacznijmy   od   początku,   jeżeli   naturalnie   czas   panu   pozwala. 

Chciałabym przedstawić swój punkt widzenia. Ja, inspektorze, dużo gawędziłam z ludźmi, z 
panną Ramsbottom, panią Crump, jej mężem. Ma się rozumieć, Crump jest łgarzem, ale, 
widzi pan, to na jedno wychodzi, jeżeli oczywiście wiadomo z góry, że kłamca musi kłamać. 
Musiałam, inspektorze, zbadać do gruntu sprawę rozmów telefonicznych, nylonów, takich 
rzeczy.

Neele słuchał nadal z szeroko otwartymi oczami. W myśli zadawał sobie pytanie, w co 

właściwie pozwolił się wciągnąć i jak mógł sobie wyobrażać, że w pannie Marple znalazł 
wartościowego  współpracownika   o  logicznym  sposobie  rozumowania?  Obecnie  sądził,   że 
panna Marple ma zamęt w głowie, lecz nie przekreślał pewnej wartości zebranych przez nią 
informacji. Wszystkie swoje sukcesy zawdzięczał umiejętności pilnego słuchania, toteż i teraz 
słuchał pilnie.

— Zechce pani wyłożyć mi wszystko — powiedział. — Ale jeżeli łaska, od początku, od 

samego początku.

— Ma się rozumieć, inspektorze — obiecała starsza dama — a samym początkiem, jak się 

pan wyraził, była Gladys. Pozwolił mi pan zabrać wszystkie jej rzeczy i dzięki temu plus 
nylonowe   pończochy,   rozmowy   przez   telefon,   dodając   jedno   do   drugiego   stworzyłam 
zupełnie przejrzysty obraz. Chodzi mi naturalnie o pana Fortescue i taksynę.

— Stworzyła   pani   teorię   na   temat   taksyny   w   słoiku   z   marmoladą   i   śmierci   Reksa 

Fortescue? — zdumiał się Neele.

— To nie teoria, inspektorze odrzekła skromnie panna Marple. — Ja wiem.
Detektyw po raz trzeci wytrzeszczył oczy.

103

background image

— Bez wątpienia zrobiła to Gladys — uzupełniła informację starsza dama.

background image

XXVI

Neele popatrzył na pannę Marple z niedowierzaniem i zdumieniem:
— Twierdzi   pani.   że   Gladys   Martin   zamordowała   z   premedytacją   Reksa   Fortescue? 

Przykro mi, ale nie wierzę.

Nie, inspektorze. Gladys nie chciała go zabić, lecz zabiła mimo wszystko. Sam pan mówił, 

że podczas wstępnego przesłuchania była zdenerwowana, niespokojna, jak gdyby miała coś 
na sumieniu.

— Tak. Ale nie morderstwo!
Oczywiście:   nie   morderstwo,   Nic   zamierzała   uśmiercić   nikogo.   Kiedy   doprawiała 

marmoladę taksyną, w głowie jej nie postało, że to trucizna.

— Więc co sobie wyobraziła? — spytał Neele nadal z nutą powątpiewania.
— Sądziła prawdopodobnie, że chodzi o jakiś cudowny lek — odparta panna Marple. — 

Niezwykle ciekawe, inspektorze, ciekawe i pouczające są wycinki z gazet przechowywane 
przez proste dziewczęta.  Od wieków wraca wciąż jedno i to sumo:  porady kosmetyczne, 
sposoby   na   pozyskanie   męskiego   serca,   przeróżne   czarnoksięskie   sztuczki,   zaklęcia, 
niesamowite   wydarzenia.   W   naszych   czasach   znaczna   część   tego   wszystkiego   dalia   pod 
wspólny nagłówek „Wiedza”. Nikt nie wierzy dziś w czary, Nic wierzy, że człowiek może 
machnąć   czarnoksięską   pałeczką   i   drugiego   człowieka   przemienić   w   żabę.   Jeżeli   jednak 
gazeta   zamieści   wiadomość,   że   dzięki   przeszczepieniu   pewnych   gruczołów   powiodło   się 
uczonym zmienić budowę tkanki i w człowieku rozwinąć cechy, zbliżone do żabich… Cóż? 
Każdy przyjmie to za dobrą monetę. Gladys czytała w prasie o środkach zmuszających do 
mówienia prawdy, więc uwierzyła, kiedy on o nich mówił.

— On? Kto? — zapytał detektyw.
— Albert Evans, młody człowiek, który rzeczywiście nazywa się inaczej. W każdym razie 

on   tego   lata   spotkał   Gladys   w   tej   czy   innej   miejscowości   wypoczynkowej,   zaczął   jej 
asystować, oświadczać się, opowiadać o jakichś swoich krzywdach czy prześladowaniach. Z 
pewnością chodziło o to, by Reksowi Fortescue podać cudowny środek, który zmusi go do 
wyznania prawdy i naprawienia szkód. Tego wszystkiego naturalnie nie wiem, lecz jestem 
prawie pewna, że się nie mylę. Albert Evans namówił Gladys, by postarała się o pracę w tym 
domu. Rozumie pan? Brak dziś służby domowej, więc nietrudno przyjąć posadę tam, gdzie 
się   zechce.   Służba   nieustannie   jest   w   ruchu,   zmienia   pracodawców.   Dokładnie   ustalili 
termin…   Pamięta   pan,   inspektorze,   ostatnią   pocztówkę:   „Nie   zapomnij.   Ufam   ci”.   Miał 
nadejść wielki dzień przygotowany wspólnymi siłami. Gladys doda cudownego środka do 
marmolady, którą pan Fortescue zje na śniadanie. Ona też nasypie żyta do kieszeni marynarki. 
Nie wiem, co on jej powiedział na temat żyta. Pamięta pan jednak, co powiedziałam o Gladys 
pierwszego dnia? Powiedziałam, że była to dziewczyna wyjątkowo łatwowierna, gotowa dać 
wiarę wszystkiemu, co napięcie jej przystojny kawaler.

— Słucham… Niech pani mówi dalej — wtrącił zdławionym głosem inspektor Neele.
— Cała   historia   polegała   najprawdopodobniej   na   tym,   że   on   przyjdzie   do   biura   pana 

Fortescue, kiedy cudowny środek zacznie już działać, więc winowajca będzie musiał wyznać 
wszystko… Coś w podobnym sensie… Wyobraża pan sobie uczucia Gladys, gdy dowiedziała 
się o śmierci pracodawcy?

— W takim przypadku wyznałaby prawdę policji — zaoponował detektyw.
— Co powiedziała pierwszego dnia, kiedy pan wezwał ją na przesłuchanie? — zapytała 

szorstko starsza dama.

— Powiedziała: „Ja nic złego nie zrobiłam”.
— Właśnie! podchwyciła triumfalnie panna Marple. — Coś takiego musiała powiedzieć. 

Kiedy stłukła w domu to czy owo, mówiła zawsze: „Ja tego nie zrobiłam. Nie mam pojęcia, 

105

background image

proszę pani, co się stało”. Takie już one są. Są przestraszone i myślą tylko, żeby uniknąć 
nagany. Nie sądzi pan chyba, że załamana nerwowo prosta dziewczyna, która nieświadomie 
zamordowała kogoś, powie zaraz policji całą prawdę? Byłoby to absolutnie niezgodne z jej 
całą psychiką.

— Tak… Zapewne ma pani słuszność — bąknął detektyw. Przypomniał sobie rozmowę z 

Gladys Martin — jej rozbiegane oczy, niepewność, zdenerwowanie. Mogły to być szczegóły 
błahe albo bardzo ważne. Na ówczesnym etapie nie dało się to rozstrzygnąć. Nie jego wina, 
że nie potrafił wysnuć właściwych wniosków.

— Z tego, co powiedziałam, wynika — ciągnęła panna Marple — że w pierwszej chwili 

Gladys  chciała  wszystko  zataić.   Tak  być  musiało.   Później  zaczęła   porządkować  myśli   w 
skołatanej głowie. Może Albert nie wiedział, że to aż tak silny środek? Może przez omyłkę 
dał jej zbyt dużą dozę? Pragnęła usprawiedliwić się jakoś, rozwikłać zagadkę. Spodziewała 
się, że on nawiąże z nią kontakt. Zrobił to oczywiście. Zatelefonował.

— Wie pani?
— Nie.   Przyznaję,   że   to   moje   przypuszczenia.   Tamtego   dnia   było   kilka   zagadkowych 

połączeń.  Telefon dzwonił, a gdy słuchawkę podniósł Crump  lub jego żona, nikt się nie 
odzywał. Tak właśnie on musiałby postąpić: czekać, póki nie pozna głosu Gladys, i wtedy 
umówić się z nią.

— Aha… Rozumiem wtrącił inspektor Neele. — Gladys miała z nim spotkanie umówione 

w dniu. kiedy umarła.

— Wszystko   na   to   wskazuje.   Pani   Crump   trafnie   zwróciła   uwagę,   że   tamtego   dnia 

dziewczyna włożyła eleganckie nylony i swoje najlepsze pantofle. Umówiła się z kimś, ale 
niepotrzebny   jej   był   wolny   dzień.   On   zapowiedział   się   do   Domku   pod   Cisami.   Dlatego 
Gladys była zdenerwowana i podniecona. Dlatego spóźniła się z podaniem herbaty. Kiedy 
przyniosła   do   hallu   drugą   tacę,   prawdopodobnie   spojrzała   w   głąb   korytarza   ku  bocznym 
drzwiom i spostrzegła swojego Alberta, który na migi dawał jej do zrozumienia, żeby się 
pośpieszyła. Odstawiła tacę i pobiegła na spotkanie.

— Wtedy on ją udusił — dodał Neele.
— Tak. Nie potrwało to nawet minuty. Cóż, nie mógł dopuścić, by Gladys zaczęła mówić. 

Musiała zginąć biedna, głupia, łatwowierna dziewczyna. Później ścisnął jej nos klamerką do 
bielizny — głos starszej damy zadźwięczał odrazą i gniewem. — W ten sposób wszystko 
zgadzało się z wierszykiem: żyto, kosy, skarbiec, bułka z miodem, klamerka… Zbrodniarz nie 
był w stanie zilustrować lepiej ptaszka, który służebnej oddziobał nos.

— I co? — rzucił inspektor Neele. — Najprawdopodobniej facet trafi do Broadmoor, więc 

nic uda się powiesić wariata.

— Sądzę, że uda się powiesić go, jak należy. To nie wariat, inspektorze. Od początku do 

końca postępował jak człowiek najzupełniej normalny.

Detektyw spojrzał bystro w twarz panny Marple. — Proszę posłuchać. Naszkicowała pani 

teorię, bo to teoria, chociaż powiedziała pani: „Ja wiem”. Dowodzi pani, że trzy zbrodnie 
popełnił ktoś podający się za Alberta Ewansa, kto poznał Gladys  w jakiejś miejscowości 
wypoczynkowej i naiwną dziewczynę wykorzystał dla własnych celów. Musiał to być ktoś, 
kto chciał się zemścić za odwieczną historię z kopalnią Kos. Jak stąd wynika, sugeruje pani, 
że syn pani MacKenzie, Donald, nie padł pod Dunkierką, że żyje i ukrywa się za tym całym 
bałaganem?

— Skąd znowu, inspektorze! — obruszyła się starsza dama. Nic podobnego nie sugeruję. 

Czy pan nic zdaje sobie sprawy, że historia z kosami to zasłona dymna, wykorzystana… 
Rozumie pan? Wykorzystana przy okazji przez. kogoś, kto dowiedział się o kosach: tych 
podrzuconych   na   biurku   i   tych   z   pasztetu.   Naturalnie   same   kosy   nie   stanowiły   zasłony. 
Posłużył się nimi ktoś inny, kto wiedział o tamtej kopalni i chciał się zemścić. Ale nie myślał 
o zamordowaniu Reksa Fortescue, usiłował go tylko nastraszyć, wytrącić z równowagi. Widzi 

background image

pan, nie wierzę w wychowywanie dzieci dla ponurej, krwawej odpłaty. Dzieci mają na ogół 
dużo zdrowego rozsądku. Jednakże osoba, której ojca oszukano w swoim czasie, może nawet 
porzucono   chorego   na   pewną   śmierć,   nie   cofnie   się   z   pewnością   przed   płataniem 
krzywdzicielowi   złośliwych   figli.   Coś   w   tym   rodzaju   zaszło   tu   najprawdopodobniej,   a 
przypadkowym zbiegiem okoliczności posłużył się morderca.

— Morderca! — powtórzył inspektor Neele. Śmiało, proszę pani. Chciałbym dowiedzieć 

się czegoś o mordercy. Któż to taki?

— Nie będzie pan naprawdę zaskoczony. Nie, inspektorze. W momencie, kiedy powiem, 

kto to zrobił lub raczej kogo podejrzewam, bo w podobnych kwestiach należy wyrażać się 
ściśle… Prawda, inspektorze?… Odkryje pan niezwłocznie, że takiego typu zbrodnie mógł 
popełnić   taki   właśnie   człowiek:   bystry,   błyskotliwy,   absolutnie   pozbawiony   skrupułów. 
Motyw stanowiły naturalnie pieniądze i to zapewne grube pieniądze.

— Parcival Fortescue? zapytał Neele niemal płaczliwym tonem, bo zdawał sobie sprawę, 

że charakterystyka zbrodniarza w niczym nie przypomina starszego syna Reksa Fortescue.

— Ach, nie! — obruszyła się starsza dama. — Nie Parcival. Lance.

107

background image

XXVII

— Niepodobna! —zawołał inspektor Neele.
Przez chwilę siedział bez ruchu i wpatrywał się w pannę Marple, jak gdyby go urzekła, 

zgodnie z jej zapowiedzią nie był zaskoczony. Przeczył nie prawdopodobieństwu jej tezy, 
lecz możliwości popełnienia morderstw. Lance odpowiaduł naszkicowanej przez starszą damę 
sylwetce — naszkicowanej trafnie. Jednakże Neele nie był w stanie pojąć, w jaki sposób on 
właśnie mógłby stanowić właściwą odpowiedź.

Panna   Marple   poprawiła   się   na   krześle   i   rozwijała   swoją   teorię   cicho,   łagodnie, 

pouczającym tonem osoby, która tłumaczy małemu dziecku proste zadanie arytmetyczne.

— Lancelot   Fortescue   zawsze   był   taki.   Roziume   pan?   Był   zły,   zarazem   jednak 

sympatyczny i pociągający, zwłaszcza sympatyczny i pociągający dla kobiet. Ma błyskotliwy 
umysł i nie zwykł cofać się wobec ryzyka. Przez całe życie ryzykował, a z racji wrodzonego 
wdzięku ludzie dostrzegają w nim zwykle najlepsze, nie najgorsze strony. Latem przyjechał 
do kraju, aby zobaczyć się z ojcem. Na moment nie uwierzę, że Rex Fortescue napisał do 
niego albo wezwał go w jakiejkolwiek innej formie, chyba że pan, inspektorze, ma co do tego 
niezbite dowody. Panna Marple spojrzała pytająco na detektywa.

— Nie, proszę pani odrzekł. — Nie mam żadnego dowodu, że Rex Fortescue wezwał 

młodszego syna. Posiadam list pisany rzekomo przez Lancelota po jego bytności w Anglii. 
Naturalnie łatwo mógł ten list wsunąć między papiery ojca w dniu, gdy zaprezentował się w 
Domu pod Cisami.

— Sprytny pomysł!  starsza dama skinęła głową. — Ale do rzeczy,  inspektorze. Lance 

przyleciał z Afryki, próbował pogodzić się z ojcem i nic nie wskórał. Rozumie pan? Było to 
wkrótce po jego ślubie, kiedy młodemu człowiekowi przestały wystarczać nieznaczne zyski 
młodszego wspólnika firmy, uzupełniane pewno na rozmaite podejrzane sposoby. Naprawdę 
kochał   Pat,   nawiasem   mówiąc   dobrą,   uroczą   kobietkę,   więc   życie   z   nią   chciał   urządzić 
spokojnie, nie na dawną awanturniczą modłę. Z jego punktu widzenia wymagało to grubych 
pieniędzy. Podczas odwiedzin w Domku po Cisami usłyszał coś o kosach. Może o głupich 
żartach wspomniał sam Rex Forlescue, może Adela. Lancelot wywnioskował słusznie, że w 
domu   musi   się   znajdować   panna   MacKenzie,   wpadł   więc   na   pomysł,   ze   uczyni   z   niej 
doskonałego kozła ofiarnego. Bo, widzi pan, kiedy zrozumiał, że z pojednania nic nie będzie, 
z   zimną   krwią   zdecydował   się  na   morderstwo.   Mógł   zauważyć,   że   Rex   Fortescue… 
powiedzmy,  ma  nie wszystkie  klepki w porządku, obawiał się więc. aby przed naturalną 
śmiercią nie przywiódł firmy do kompletnej ruiny.

— O stanie zdrowia ojca dobrze wiedział — wtrącił detektyw.
— No proszę! To niejedno wyjaśnia. Zapewne imię ojca, Rex, a także historie z kosami 

nasunęły mu pomysł wykorzystania wierszyka dla dzieci. Chciał stworzyć pozory obłędu, 
połączyć całą sprawę z dawnymi pogróżkami pani MacKenzie. Następnie zamierzał pozbyć 
się Adeli i ocalić dla firmy sto tysięcy funtów. Ale musiał znaleźć trzecią osobę dramatu: 
służebną, która „w ogrodzie wietrzy ubrań stos”. Może to właśnie uzupełniło szatański plan. 
Rozumie pan? Nieświadoma wspólniczka, którą da się uciszyć, nim zacznie mówić! Dzięki 
temu Lance zdobył coś, na czym mu najbardziej zależało: prawdziwe, niezbite alibi w kwestii 
pierwszego morderstwa. Reszta poszła gładko. Lancelot Fortescue przyjechał tu pociągiem 
przed piątą po południu. Kiedy Gladys przyniosła do hallu drugą tacę, uchylił boczne drzwi i 
skinął na biedną dziewczynę. Trzy, może cztery minuty stracił na uduszenie jej i przeniesienie 
zwłok na podwórko, gdzie wisiała bielizna. Później zadzwonił do drzwi frontowych, a gdy je 
panna   Dove   otworzyła,   wziął   udział   w   familijnym   podwieczorku.   Następnie   poszedł 
odwiedzić pannę Ramsbottom, niepostrzeżenie wrócił na parter i w bibliotece zastat Adelę 
nad ostatnią filiżanką herbaty. Podczas rozmowy z macochą łatwo uporał się z cyjankiem. 

background image

Rozumie pan? Mała biała grudka. Lance mógł sięgnąć do cukiernicy i niby dosłodzić herbatę. 
Może   roześmiał   się   i   powiedział:   „Spójrz!   Wrzuciłem   do   filiżanki   jeszcze   jedną   kostkę 
cukru”.   Ona   mogła   odpowiedzieć,   że   dobrze   zrobił,   zamieszała   herbatę,   pociągnęła   łyk. 
Historia   prosta   i   śmiała,   bo,   inspektorze,   to   człowiek   oprócz   innych   cech   charakteru, 
niewątpliwie śmiały.

— Wszystko to prawdopodobne… tak, proszę pani, prawdopodobne — odparł z wolna 

inspektor Neele. — Ale nie rozumiem, doprawdy nie rozumiem, co zbrodniarz miał zyskać. 
Przyjmijmy nawet, że, gdyby nie śmierć Reksa Fortescue, firma zbankrutowałaby wkrótce. 
Czy   udział   Lancelota   jest   wystarczająco   duży,   by   skłonić   go   do   trzech   morderstw?   Nie 
wierzę, proszę pani. Nie mogę uwierzyć.

Przyznaję,   inspektorze…   —   panna   Marple   zawahała   się   na   moment.   Przyznaję,   że   tu 

właśnie   leży   pewna   trudność…   Ale…   Wybaczy   pan,   jestem   kompletną   ignorantką   w 
sprawach finansowych… Czy kopalnia Kos jest naprawdę bez wartości?

Neele począł snuć refleksje. Rozmaite fragmenty tworzyły stopniowo harmonijną całość. 

Ochota, z jaką Lance chciał przyjąć od brata spekulacyjne akcje wątpliwej wartości. Jego 
dzisiejsza   wzmianka   o   kopalni   Kos.   Kopalnia   złota.   Lipna   kopalnia   złota.   „Ale   czy   to 
naprawdę koncesja nic niewarta? Prawdopodobnie tak. Trudno sobie wyobrazić, by stary Rcx 
Forlescue tak się omylił. Chyba że ostatnio dokonano jakiegoś odkrycia?… Gdzie właściwie 
jest ta kopalnia? Lance mówił o Afryce Zachodniej, ale ktoś inny… Aha! Panna Ramsbottom 
wymieniła Afrykę Wschodnia. Czy Lance popełnił błąd celowo, dla zmylenia śladów? Może 
panna   Ramsbottom   prawdziwie   określiła   położenie   Kosa,  chociaż   jest  siara   i   pamięć   ma 
zapewne przytępiona. Afryka Wschodnia. Stamtąd przyjechał Lance. Mógł dowiedzieć się o 
czymś niedawno…”

Raptownie, jak gdyby z trzaskiem, nowy szczegół uzupełnił schemat. „Wagon kolejowy. 

«Times». «Odkrycie złóż uranu w Tanganice». A jeżeli te złoża odkryto na terenach kopalni 
Kos? Wszystko byłoby wtedy jasne. Lance będąc na miejscu dowiedział się w porę i zaczął 
działać. Mógł zdobyć fortunę, kolosalną fortunę!”

Inspektor Necie westchnął i spojrzał w twarz panny Marple.
— Myśli pani, że zdołam dowieść tego wszystkiego? — zapytał.  — Jakim cudownym 

sposobem?

— Dowiedzie pan, inspektorze!  —  rzuciła starsza dama tonem zachęty, jak dobra ciocia, 

która przed egzaminem dodaje odwagi siostrzeńcowi. — Jest pan człowiekiem niepospolicie 
inteligentnym,   rozumnym.   Zauważyłam   to   od   razu.   Dziś   wie   pan   „kto”,   chodzi   tylko   o 
zgromadzenie   dowodów.  Na  przykład   w  tamtej  miejscowości  wypoczynkowej   ktoś   może 
poznać fotografię Lancelota. Trudno mu będzie wówczas wytłumaczyć, dlaczego spędził tam 
tydzień podając się za Alberta Evansa.

„Słusznie — pomyślał  detektyw. — Lancelot Fortescue jest błyskotliwy i pozbawiony 

skrupułów. Ale to również człowiek lekkomyślny. Podjął zbyt wielkie ryzyko. Dostanę go!” 
zakonkludował i raz jeszcze uległ wątpliwościom.

— To wszystko przypuszczenia, proszę pani — powiedział.
— Z pewnością. Ale jest pan przekonany, że trafne przypuszczenia, prawda?
— Zapewne… Miewałem już do czynienia z typami zbliżonego pokroju.
— Właśnie! Dlatego i ja jestem tak pewna swego podchwyciła panna Marple.
— Z powodu znajomości przestępców? — uśmiechnął się detektyw nie bez ironii.
— Skąd znowu… Chodzi o Pat… To urocza, szlachetna dziewczyna, z gatunku tych, które 

zawsze wychodzą za łajdaków… To przede wszystkim zwróciło moją uwagę na Lancelota 
Fortescue…

— Cóż, osobiście mogę być przekonany, że to trafne przypuszczenie. Ale niejedno trzeba 

będzie wyjaśnić. Chociażby zagadkę Ruby MacKenzie. Jestem prawie pewien…

— I ma pan słuszność — przerwała panna Marple. — Tyle że upatrzył pan nie tę osobę. 

109

background image

Proszę pomówić szczerze z. panią Parcivalową.

— Czy zechciałaby pani podać mi swoje panieńskie nazwisko? — zwrócił się Neele do 

pani Parcivalowej Fortescue.

— Czy… — Jennifer zająknęła się, zrobiła wystraszoną minę.
— Proszę   się   nie   denerwować   —   podjął   detektyw.   —   Najlepiej   zawsze   wyznać   całą 

prawdę.   Nie   omylę   się   chyba,   jeżeli   powiem,   że   przed   ślubem   nazywała   się   pani   Ruby 
MacKenzie.

— Ja… Dlaczego?… A jeżeli nawet się tak nazywałam…
— To   wszystko   w   porządku   dokończył   inspektor   Neele.   —   Kilka   dni   temu   byłem   w 

sanatorium Sosny. Rozmawiałem z pani matką.

— Jest na mnie strasznie zła powiedziała Jennifer. — Moje wizyty denerwowały ją tylko, 

więc zaniechałam ich od dawna. Biedna mateczka! Bardzo kochała mojego ojca.

— I wychowywała panią w melodramatycznej atmosferze zemsty, prawda?
Tak.   Mnie   i   bratu   kazała   przysięgać   na   Biblię,   że   nie   zapomnimy   nigdy   i   zabijemy 

tamtego. Później poszłam do szpitala na praktykę i wkrótce zrozumiałam, że moja matka jest 
umysłowo chora.

A sama myślała pani o zemście?
— Ja? Myślałam. Rex Fortescue faktycznie zabił mojego ojca. Nie zastrzelił go naturalnie 

ani nie pchnął nożem. Nic w tym rozumieniu. Ale jestem prawie pewna, że opuścił go w 
chorobie, zostawił na pewną śmierć. To na jedno wychodzi, prawda?

— Pod kątem widzenia moralności, tak.
— Więc myślałam o zemście, chciałam się odegrać — podjęła pani Valowa. — Syn Reksa 

Fortescue zachorował na zapalenie płuc i opiekowała się nim moja przyjaciółka. Skłoniłam ją, 
by odeszła i mnie poleciła na swoje miejsce. Nie miałam wtedy żadnego planu. Naturalnie w 
głowie mi nie postała myśl o wyprawieniu na tamten świat Reksa Fortescue… Mętnie roiłam, 
że będę źle pielęgnować jego syna, tak źle, że Val umrze. Ale dla pielęgniarki z zawodu to 
przedsięwzięcie niemożliwe. Opiekowałam się chorym troskliwie, wyciągnęłam go z biedy, a 
on… Widocznie mu się spodobałam, bo poprosił mnie o rękę. Wtedy powiedziałam sobie: 
„To zemsta bardziej sensowna niż każda inna”. Chodziło o to, że dzięki małżeństwu z synem 
pana   Fortescue   odzyskam   pieniądze   wyszachrowane   przez   starego   od   mojego   ojca. 
Uważałam, ze tak będzie rozumniej.

— Niewątpliwie   —   przyznał   inspektor   znacznie   rozumniej.   Domyślam   się,   że   pani 

podrzuciła nieżywe kosy na biurko teścia i do pasztetu?

Jenniler zmieszała się, zarumieniła.
— Tak… Dziś rozumiem, że postąpiłam strasznie głupio… Ale pan Fortescue opowiadał o 

swoich dowcipnych transakcjach, chwalił się, że tego czy owego oszachrował najzupełniej 
legalnie…   Cóż,   chciałam   mu   napędzić   trochę   strachu.   I   napędziłam!   Okropnie   się 
denerwował. — Pani Valowa urwała, by podjąć zaraz z nutą zaniepokojenia: Ale nic więcej 
nie  zrobiłam!   Naprawdę, inspektorze!  Nie  podejrzewa  pan  chyba,  że  byłabym  zdolna   do 
morderstwa?

— Nie podejrzewam, proszę pani — zapewnił detektyw. — Aha… Czy ostatnio dawała 

pani jakieś pieniądze pannie Dove?

Jennifer szeroko otworzyła usta.
— Skąd pan wie?
— My, proszę pani, dużo wiemy — odparł Neele i szepnął do siebie: — Niemało też 

odgadujemy.

Pani Parcivalowa ożywiła się, zaczęła mówić bardzo szybko:
— Ona przyszła do mnie i opowiedziała, jak to pan wmawiał w nią, że nazywa się Ruby 

MacKenzie. Dodała, że może utrzymywać  pana w błędzie, jeżeli przyniesie to jej pięćset 

background image

funtów.   Powiedziała   też,   że   gdy   pan   pozna   moje   prawdziwe   nazwisko,   oskarży   mnie   o 
zamordowanie   teścia   i   jego   żony.   Miałam   wiele   kłopotu   ze   zdobyciem   pieniędzy,   bo 
naturalnie nie mogłam przyznać się Parcivalowi. On nic o mnie nie wie. Musiałam sprzedać 
zaręczynowy pierścionek z brylantem i śliczny naszyjnik, który podarował mi pan Fortescue.

— Proszę się nie martwić, droga pani powiedział z uśmiechem detektyw. — Liczę, że 

dzięki policji odzyska pani te pięćset funtów.

Następnego dnia inspektor Neele odbył kolejną rozmowę z panną Mary Dove.
— Ciekaw   jestem,   proszę   pani   —  rozpoczął   —   czy   zechce   pani   wręczyć   mi   czek   na 

pięćset funtów płatnych do rąk pani Parcivalowej Fortescue?

Był kontent, gdyż po raz pierwszy zbił z tropu nieprzeniknioną Mary Dove.
— Idiotka wypaplała wszystko, co?
— Istotnie, panno Dove. Oskarżenie o szantaż może pociągnąć konsekwencje bardzo serio.
— To, inspektorze, nie był szantaż w ścisłym rozumieniu. Sądzę, że miałby pan niemałe 

trudności z dowiedzeniem mi szantażu. Raczej zaproponowałam pani Parcivalowej przysługę 
za uzgodnione wynagrodzenie.

— Jeżeli zechce pani wręczyć mi czek, z przyjemnością zapomnę o całej sprawie.
Mary Dove sięgnęła po wieczne pióro i książeczkę czekową.
— Niemiła historia — powiedziała. Mam właściwie pewne kłopoty finansowe.
— Pewno poszuka pani wkrótce innej posady?
— Tak.   Ta   nie   spełniła   nadziei,   jakie   w   niej   pokładałam.   Z   mojego   punktu   widzenia 

wszystko poszło fatalnie.

— Oczywiście — przyznał detektyw. Znalazła się pani w drażliwej sytuacji, prawda? W 

każdej chwili policję mogła zainteresować pani przeszłość.

Zarządzająca domem — znów chłodna i opanowana — wymownie podniosła brwi.
— Moja przeszłość? Doprawdy, inspektorze! Moja przeszłość jest absolutnie nienaganna.
— Naturalnie — zgodził się z uśmiechem detektyw. — Nic przeciwko pani nie mamy. A 

to tylko zbieg okoliczności, że w co najmniej  trzech domach, którymi  pani tak wzorowo 
zarządzała, zdarzyły się kradzieże w dwa albo trzy miesiące po pani odejściu, panno Dove. 
Policja   odniosła   wrażenie,   że   włamywacze   byli   doskonale   poinformowani   gdzie   szukać 
cennych futer, biżuterii, takich rzeczy. Dziwny zbieg okoliczności, prawda?

— Zdarzają się dziwniejsze, inspektorze.
— Oczywiście, panno Dove, byle nie za często. W każdym razie zaryzykuję twierdzenie, 

że w przyszłości możemy się spotkać.

— Mam nadzieję… Proszę nie przyjąć moich słów za nieuprzejmość… Ale mam nadzieję, 

inspektorze, że takie spotkanie nie nastąpi.

111

background image

XXVIII

Panna Marple wyrównała rzeczy  zapakowane do walizki, schowała frędzle wełnianego 

szala, zamknęła wieko. Później rozejrzała się dokoła. Nie! Nic nie zostawiła. Crump zgłosił 
się po bagaż, więc przeszła do sąsiedniego pokoju, by pożegnać pannę Ramsbottom.

— Obawiam się — powiedziała — że źle odwdzięczyłam się pani za gościnność. Może 

jednak potrafi pani wybaczyć mi kiedyś.

— Aha… mruknęła panna Ramsbottom zajęta pasjansem, jak zwykle. — Czarny walet na 

czerwoną damę — spod oka zerknęła na pannę Marple. — Chyba znalazła pani to, czego 
szukała?

— Tak.
— Pewno też dowiedział się o wszystkim ten jegomość z policji. I co? Potrafi dowieść 

słuszności oskarżenia?

— Potrafi. Jestem prawie pewna. Ale zajmie to jeszcze trochę czasu.
— Ja tam nie dopytuję o nic — podjęła panna Ramsbottom. Bystra z pani osoba. Od razu 

to   spostrzegłam   i   pretensji   do   pani   nie   mam.   Zbrodnia   jest   zbrodnią,   więc   musi   zostać 
ukarana. Na tej rodzinie jest piętno zła, dzięki Bogu nie z naszej strony. Moja siostra Elwira 
była trochę pomylona, ale nic poza tym. Czarny walet — powtórzyła dotykając palcem karty. 
— Przystojny, ale serce czarne. Obawiałam się czegoś podobnego, ostatecznie jednak nie 
zawsze można oprzeć się uczuciu dla grzesznika. Chłopiec potrafił sobie radzić. Nawet mnie 
omotał.   Skłamał,   o   której   godzinie   stąd   wyszedł.   Nie   zaprzeczyłam,   zaczęłam   jednak 
podejrzewać… Podejrzewać od tamtej chwili. Ale to przecież syn Elwiry.  Nie potrafiłam 
zmusić się do mówienia. Cóż, pani jest kobietą sprawiedliwą, a sprawiedliwość musi w końcu 
zatriumfować. Współczuję tylko jego żonie.

Ja   również   —   szepnęła   panna   Marple.   W   hallu   Pat   czekała,   aby   się   z   nią   pożegnać. 

Szkoda, że pani odjeżdża — powiedziała. — Będzie mi pani brakować.

— Czas   na   mnie   —   odparta   starsza   dama.   —   Zakończyłam   sprawę,   w   której   tu 

przyjechałam. Nie była przyjemna. Ale, moja droga, to ważne, bardzo ważne, aby zło nie 
odniosło zwycięstwa.

— Nie bardzo rozumiem… — bąknęła niepewnie Pat.
— Oczywiście. Prawdopodobnie jednak zrozumie pani w swoim czasie. Jeżeli wolno mi 

udzielić rady, powiem, kochane dziecko, że… że gdyby stało się coś złego, najlepiej zrobi 
pani wracając do Irlandii, kraju radosnego dzieciństwa, do koni, psów, wszystkiego, co tam 
zostało.

— Czasami żałuję, że nic postąpiłam tak, gdy umarł Freddy, lecz w takim razie… — głos 

Pul zabrzmiał miękką, tkliwą nutą — nie spotkałabym Lance’a.

Panna Marple westchnęła, a młoda kobieta mówiła dalej:
— Nie zostaniemy w Anglii, proszę pani. Jak wyjaśnią się sprawy, wrócimy do Afryki 

Wschodniej. Już cieszę się na myśl o wyjeździe.

— Niech Bóg panią błogosławi, miłe  dziecko  — powiedziała  cicho  panna Marple.  — 

Trzeba wielkiej odwagi, by przeżyć jakoś życie. Myślę, że pani jej nie brak.

Pogładziła dłoń Pat Fortescue i wyszła z Domku pod Cisami do czekającej taksówki.

Panna   Marple   przybyła   późnym   wieczorem   do   domu,   gdzie   Kitty   —   wychowanka 

sierocińca — radośnie ją powitała.

— Na kolację mam śledzia, proszę pani — oznajmiła z rozpromienioną twarzą.. Jak to 

dobrze,   że   pani   wróciła…   A   dom   jak   cacko,   proszę   pani.   Zrobiłam   regularne   wielkie 
porządki.

— Dziękuję, Kitty powiedziała panna Marple. — Ja też się cieszę, że jestem w domu.

background image

Sześć pajęczyn pod sufitem. „One nigdy nie patrzą w górę” — pomyślała, lecz była zbyt 

zadowolona, by to wypomnieć.

— Cała poczta leży na stoliku w hallu — ciągnęła służąca. — Jeden list trafił do Daisy 

Mead przez, omyłkę. Coś takiego często się zdarza,  prawda? Daisy i Dane wygląda trochę 
podobnie, a ten list ktoś zaadresował bardzo nieładnym charakterem pisma. Tam wszyscy 
wyjechali   i   dom   był   zamknięty.   Dopiero   jak   wrócili,   ktoś   przyniósł   list.   Przeprosił   i 
powiedział, że to pewnie nic ważnego.

Panna Marple sięgnęła po korespondencję. List, o którym mówiła Kitty, leżał na wierzchu. 

Mgliste   wspomnienie   kojarzyło   się   z   gryzmołami   i   kleksami   na   kopercie.   Starsza   dama 
rozdarta ją spiesznie.

Moja Najkochańsza pani, bardzo proszę mnie przebaczyć, że pisze do Najkochańszej pani, 

ale nie wiem. co teraz zrobić i ja naprawdę nie chciałam zrobić nic złego. Najkochańsza pani 
przeczyta w gazetach, że to było morderstwo, ale Bogiem się świadczę, że nie moja wina, bo  
ja nigdy nie zrobilabym czegoś takiego strasznego, a pewna jestem, że i On także nie zrobiłby, 
to   znaczy   Albert.   Nie   umiem   ładnie   wszystkiego   opisać,   ale   proszę   Najkochańszej   pani  
poznajomiliśmy się tego lata i chcieliśmy się pobrać, ale Albert nic nie miał, bo oszukał go  
właśnie ten pan Fortescue, co teraz umarł. Tylko że ten pan nic nie przyznawał, a ma się  
wiedzieć każdy jemu wierzył nie Bertowi, bo on był bogacz, a Bert biedak. Ale Bert ma 
przyjaciela, co pracuje we fabryce, gdzie robi się rozmaite leki, a też taki środek, po którym  
jak Najkochańsza pani czy tata pewnie w gazetach, człowiek musi mówić prawdę czy chce czy  
nie chce. Bert chciał pójść z adwokatem do biura pana Fortescue piątego listopada, a ja 
miałam   dopilnować,   żeby   pan   Fortescue   zjadł   przy   śniadaniu   to   coś,   po   czym   musiał  
powiedzieć prawdę, jak środek zacznie działać i przy tym adwokacie przyznać, że wszystko 
było tak, jak Bert powiada. A teraz proszę Najkochańszej pani pan Fortescue nie żyje, a ja 
dałam mu ten środek w marmoladzie i pewno za dużo, ale nic nie mogę powiedzieć policji, bo  
oni by myśleli, że Bert zrobił to naumyślnie, a tak nie było, bo wiem, że on nigdy by czegoś 
takiego nie zrobił. Najkochańsza pani, ja naprawdę nie wiem, co robić i co mówić i strasznie 
się boję, bo w domu pełno policjantów. Oni źle na mnie patrzą i wciąż o coś pytają, a ja nie  
wiem   co   robić   i   o   Bercie   nic   nie   wiem,   bo   wcale   nie   dal   znać   o   sobie.   Nie   śmiem  
Najkochańszej pani o to prosić, ale jakby pani chciała i przyjechała tu i mnie pomogła, to 
policja uwierzyłaby pewnie Najkochańszej pani. Pisze tak, bo pani zawsze była dla mnie  
bardzo dobra, a ja przecież nie chciałam nic złego, ani On także. Niech Najkochańsza pani 
nam pomoże!

Wierna i przywiązana Gladys

P. S. Posyłam fotografię, na której jestem z Bertem. Zrobił ją jeden z chłopców tam gdzie  

byliśmy na urlopie i mnie ofiarował. Bert o tym nie wie, bo okropnie nie lubi, jak robić z 
niego zdjęcia. Ale sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec.

Panna   Marple   przygryzła   wargi   i   spojrzała   na   amatorskie   zdjęcie.   Młoda   para   stała 

zapatrzona w siebie… Panna Marple popatrzyła na pełną naiwnego uwielbienia twarz Gladys, 
na jej lekko rozchylone  usta. Później przeniosła wzrok na drugą twarz śniadą,  urodziwą, 
uśmiechniętą twarz Lancelota Fortescue.

Ostatnie zdanie wzruszającego listu odezwało się echem w jej myślach.
„Sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec”.
Łzy zabłysły w oczach starszej damy, lecz litość ustąpiła rychło miejsca oburzeniu, odrazie 

do bezlitosnego mordercy.

Następnie oba uczucia  pochłonął przypływ  triumfu  — triumfu  naukowca, który zdołał 

odtworzyć zwierzę wygasłego gatunku na podstawie odłamka kości szczękowej i dwu zębów.

113


Document Outline