background image

A

GATHA 

C

HRISTIE 

 

 
 
 

K

IESZEŃ PEŁNA ŻYTA

 

 

T

YTUŁ ORYGINAŁU ANGIELSKIEGO

:

 

„A

 

P

OCKET 

F

ULL OF 

R

YE

 

background image

 
Według  kolejności  herbatę  parzyła  panna  Somers  —  najnowsza  i  najbardziej  nieudolna 

pośród maszynistek. Była to osoba nie pierwszej już młodości, o łagodnej, wiecznie zatroskanej 
twarzy przypominającej owcę. Do imbryka nalała niezupełnie wrzącej wody, gdyż biedaczka 
nigdy  nie  potrafiła  rozstrzygnąć,  czy  woda  gotuje  się  naprawdę,  co  stanowiło  jeden  z  wielu 
kłopotów, stale zatruwających jej życie. 

Panna  Somers  napełniła  filiżanki  i  podawała  je  koleżankom  zdobiąc  każdy  spodeczek 

zawilgłym herbatnikiem. 

— Woda znów nie zagotowana, Somers! — skarciła ją surowo panna Griffith, energiczna 

kierowniczka  hali  maszyn,  szpakowata  pedantka  zatrudniona  w  Zjednoczonej  Agencji 
Powierniczej od lat szesnastu. 

Łagodna, zakłopotana twarz panny Somers poróżowiała. 
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się naprawdę. 
„Somers utrzyma się tu może miesiąc, póki jesteśmy zawalone robotą — pomyślała panna 

Griffith.  —  Głupia  idiotka,  słowo  daję!  Żeby  tak  sknocić  najprostszy  list  do  Banku 
Wschodniego! Z herbatą nie może sobie poradzić, no i ostatnim razem nie zamknęła szczelnie 
puszki  na  herbatniki.  Słowo  daję!  Gdyby  nie  trudności  ze  znalezieniem  rzeczywiście 
inteligentnej maszynistki…” 

Ostatnie  zdanie  nie  zostało  zakończone,  jak  w  większości  zgryźliwych  monologów 

wewnętrznych panny Griffith. 

Do pokoju wkroczyła panna Grosvenor, aby przyrządzić uświęcony napój dla samego pana 

Fortescue.  Szef  miał  inny  gatunek  herbaty,  inną  zastawę  i  specjalne,  tylko  dla  niego 
przeznaczone herbatniki. Z personelem dzielił jedynie czajnik oraz wodę z kranu w garderobie, 
ale tym razem wrzątek był oczywiście prawdziwym wrzątkiem. Panna Grosvenor dopilnowała 
tego osobiście. 

Panna  Grosvenor  —  olśniewająca  blondynka  —  miała  na  sobie  szykowny  i  kosztowny 

czarny kostium, a jej kształtne łydki tkwiły w najlepszych i najdroższych nylonach z czarnego 
rynku.  Wracając  z  garderoby  minęła  pokój  maszynistek  nie  obdarzając  nikogo  słowem  ni 
spojrzeniem, jak gdyby te kobiety były stadem karaluchów. Pełniła funkcję osobistej sekretarki 
pana  Fortescue  i, zdaniem plotkarzy, nie tylko sekretarki, co nie zgadzało się z prawdą. Pan 
Fortescue zawarł niedawno powtórny związek małżeński, i żona — również olśniewająca — 
pochłaniała  całą  jego  uwagę.  Panna  Grosvenor  stanowiła  tylko  fragment  dekoracji  biura  — 
dekoracji zbytkownej we wszystkich szczegółach i bardzo drogiej. 

Pokój maszynistek minęła niosąc przed sobą tacę niby ofiarę sakralną. Przez drugi pokój i 

poczekalnię, gdzie wolno było przesiadywać co ważniejszym klientom, udała się do własnego 
miejsca  pracy  i  wreszcie  zastukała  delikatnie  do  drzwi,  aby  wstąpić  do  najważniejszego 
sanktuarium — gabinetu samego szefa. 

Był  to  obszerny  pokój  o  lśniącej  posadzce  zasłanej  tu  i  ówdzie  cennymi  wschodnimi 

dywanami.  Zdobiły  go  boazerie  z  jasnego  drewna  i  kolosalnych  rozmiarów  fotele  klubowe 
obite jasnobrązowym zamszem. W głębi, za ogromnym sykomorowym biurkiem stanowiącym 
główny  akcent  i  centralny  punkt  wspaniałego  gabinetu,  zasiadał  pan  Fortescue  w  całej 
okazałości. 

Wyglądem  niezupełnie  odpowiadał  przepychowi  otoczenia,  jednakże  starał  się  w  miarę 

możliwości. Był tęgi, nalany, miał dużą łysinę i z zamiłowaniem nosił w mieście stosowne na 
wsi, luźno i wygodnie skrojone tweedy. Kiedy panna Grosvenor podpłynęła doń z wdziękiem 
łabędzia  na  wodzie,  pan  Fortescue  z  marsem  na  czole  przeglądał  leżące  na  biurku  papiery. 
Sekretarka  ustawiła  tacę  obok  szefa  i  wycofała  się  oznajmiwszy  oficjalnym  i  stłumionym 
głosem: 

background image

— Herbatka, panie dyrektorze. 
Obrzędową reakcję pana Fortescue stanowił w takich razach nieartykułowany pomruk. 
Panna Grosvenor usiadła przy swoim biurku i zajęła się sprawami bieżącymi. Zadzwoniła w 

dwa  miejsca,  poprawiła  kilka  listów  przygotowanych  do  podpisu  dla  szefa,  przyjęła  jeden 
telefon. 

— Bardzo  mi  przykro,  ale  na  razie  to  niemożliwe  —  odpowiedziała  wyniośle.  —  Pan 

Fortescue ma konferencję. 

Odłożywszy słuchawkę zerknęła na zegar. Było dziesięć po jedenastej. 
W tej chwili obite materacem drzwi gabinetu przeniknął niezwykły dźwięk: stłumiony, lecz 

niewątpliwie wyraźny okrzyk cierpienia  i grozy. Jednocześnie brzęczyk na  biurku sekretarki 
zaczął uporczywie sygnalizować. Panna Grosvenor zastygła w bezruchu, po czym przerażona i 
zdezorientowana  dźwignęła  się  z  krzesła.  W  obliczu  nieoczekiwanego  utraciła  kompletnie 
równowagę, mimo to jednak z normalną, posągową godnością postąpiła ku drzwiom, zastukała 
i weszła do sanktuarium. 

Widok,  jaki  przedstawił  się  jej  oczom,  nie  był  krzepiący.  Pracodawca,  który  siedział  za 

biurkiem, sprawiał wrażenie człowieka cierpiącego, a na jego konwulsyjne drgawki strach było 
spojrzeć. 

— Ach, panie dyrektorze! Czy pan chory? — powiedziała panna Grosvenor i momentalnie 

uprzytomniła sobie bezsens własnego pytania. 

Pan  Fortescue  był  niewątpliwie  bardzo  poważnie  chory.  Całym  jego  ciałem  wstrząsały 

bolesne, spazmatyczne dreszcze. Z ust dobywał się urywany, zdławiony bełkot. 

— Herbata… Co u diabła?… Co pani podała w herbacie?… Pomocy!…. Lekarza!… 
Panna  Grosvenor  umknęła  z  gabinetu.  Nie  była  już  wyniosłą  złotowłosą  sekretarką. 

Odmieniła się nagle w przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła głowę. W pokoju 
maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie: 

— Pan  Fortescue  dostał  jakiegoś  ataku!…  Umiera!…  Trzeba  zaraz  wezwać  lekarza… 

Wygląda okropnie… Kona! 

Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna. 
— Jeżeli to epilepsja, trzeba mu włożyć korek w usta — doradziła panna Bell, najmłodsza z 

maszynistek. — Kto ma korek? 

Nikt nie miał korka. 
— W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja — orzekła panna Somers. 
— Musimy wezwać doktora. Niezwłocznie! — podchwyciła panna Griffith, ale tym razem 

nie dopisała jej zwykła zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy panny Griffith nigdy 
nie trzeba było wzywać lekarza do biura. 

Naturalnie  miała swojego doktora, ale ten  mieszkał w Streatham Hill.  Czy  jakiś  inny  jest 

osiągalny w niedalekim sąsiedztwie? 

Tego nikt nie wiedział. Panna Bell chwyciła książkę telefoniczną, aby szukać lekarzy pod 

„L”. Jednakże nie miała ona układu branżowego i lekarze nie byli uszeregowani niby taksówki 
na postoju. Ktoś napomknął o szpitalu — ale jakim? 

— Musi  to  być  szpital  właściwy  —  powiedziała  panna  Somers.  —  Inaczej  nikt  nie 

przyjedzie. W Społecznej Służbie Zdrowia obowiązuje rejonizacja. 

Propozycja, aby zadzwonić pod numer „999”, zgorszyła kierowniczkę hali maszyn. Policja! 

Inne komplikacje! Także pomysł! Jak na kraj, w którym opieka lekarska przysługuje wszystkim 
obywatelom,  ta  grupa  nie  najgłupszych  kobiet  zdradzała  zadziwiającą  nieznajomość  metod 
postępowania. Panna Bell wzięła się do szukania Stacji Pogotowia Ratunkowego pod „P”. 

— Pan Fortescue ma własnego doktora. Jego adres musi być gdzieś zanotowany. 
Ktoś skoczył po osobisty skorowidz adresowy szefa. Panna Griffith poleciła gońcowi, by 

natychmiast sprowadził lekarza — jakiegokolwiek, skądkolwiek — a następnie w osobistym 
skorowidzu znalazła nazwisko sir Edwina Sandemana ordynującego przy Harley Street. Panna 

background image

Grosvenor siedziała bezradnie w fotelu i zawodziła, znacznie mniej dbając o wytworność niż w 
normalnych warunkach. 

— Herbatę zaparzyłam, jak zawsze… Bogiem się świadczę!… Z pewnością nic nie było w 

herbacie… 

— Nic  nie  było  w  herbacie?  panna  Griffith  urwała;  jej  ręka  zastygła  na  tarczy  aparatu 

telefonicznego. Czemu pani to mówi? 

— On tak powiedział… pan Fortescue… Zapytał, co mu podałam w herbacie. 
Palec panny Griffith począł błądzić niepewnie między literami wywoławczymi telefonu sir 

Edwina Sandemana a numerem „999”. 

— Trzeba mu dać musztardy z wodą. I to już! — zawołała panna Bell, osoba młoda, więc 

usposobiona optymistycznie. — Czy jest musztarda w biurze? 

W biurze nie było musztardy. 
Niebawem  jednak  dwa  samochody  do  przewozu  chorych  nadjechały  z  dwu  przeciwnych 

stron  i  doktor Isaacs  z  Bethnal  Green  oraz  sir  Edwin  Sandeman  spotkali  się  w  windzie.  Nie 
zawiódł ani telefon, ani goniec Zjednoczonej Agencji Powierniczej. 

background image

II 

 
W  sanktuarium  pana  Fortescue  miejsce  za  ogromnym  sykomorowym  biurkiem  zajmował 

inspektor Neele. Jeden z jego podwładnych siedział spokojnie pod ścianą, tuż obok drzwi. W 
ręku trzymał notatnik. 

Inspektor Neele miał dziarską, wojskową postawę i sztywne kasztanowate włosy zaczesane 

do góry nad nieco zbyt niskim czołem. Kiedy rzucał zwrot: „To sprawa czysto formalna” — 
ktoś mógłby pomyśleć: „Naturalnie! Sprawy czysto formalne to wszystko, co jest ci dostępne”. 
Ten ktoś myliłby się bardzo. Pod pozorną tępotą inspektor Neele krył wyobraźnię i umiejętność 
myślenia,  a  do  jego  metod  śledczych  należało  tworzenie  fantastycznych  teorii  odnośnie  do 
winy osoby przesłuchiwanej w danym momencie. 

Od razu dostrzegł niezawodnym okiem w pannie Griffith kobietę najbardziej powołaną do 

zwięzłego  przedstawienia  sytuacji,  w  której  wyniku  on  zasiadł  przy  sykomorowym  biurku. 
Istotnie  panna  Griffith  opuściła  gabinet  po  wyczerpującym  zrelacjonowaniu  porannych 
wydarzeń.  Detektyw  stworzył  wówczas  trzy  odmienne  błyskotliwe  teorie  tyczące  racji,  dla 
których  wytrawna  kierowniczka  hali  maszyn  mogłaby  zaprawić  trucizną  przedpołudniową 
herbatę  szefa.  Stworzył  owe  teorie  i  w  charakterystyczny  dla  siebie  sposób  odrzucił  je 
niezwłocznie, jako wysoce nieprawdopodobne. 

Zastanawiając  się  nad  panną  Griffith  sformułował  następujące  wnioski:  a)  to  nie  typ 

trucicielki,  b)  nie  miała  romansu  z  pracodawcą,  c)  nie  zdradza  objawów  zakłóceń 
psychicznych,  d)  nie  sprawia  wrażenia  osoby  zawziętej  i  mściwej.  Takie  rozumowanie 
skutecznie  wyeliminowało  kierowniczkę  hali  maszyn,  pozostawiając  ją  w  śledztwie  jedynie 
jako źródło ścisłych informacji. 

Detektyw zerknął na telefon, gdyż lada moment oczekiwał wiadomości ze szpitala Świętego 

Judy.  Oczywiście  istniała  możliwość,  iż  nagłe  zasłabnięcie  pana  Fortescue  wywołała  jakaś 
przyczyna naturalna. 

Nie sądzili tak jednak ani doktor Isaacs z Bethnal Green, ani sir Edwin Sandeman z Harley 

Street. 

Inspektor Neele nacisnął brzęczyk umieszczony dogodnie w bliskości lewej ręki i wyraził 

życzenieby zgłosiła się osobiście sekretarka pana Fortescue. 

Panna  Grosvenor  odzyskała  równowagę,  lecz  w  bardzo  znikomym  stopniu.  Do  gabinetu 

weszła lękliwie, bez zwykłego jej wdzięku łabędzia na wodzie, i z miejsca zastosowała taktykę 
obronną. 

— Ja tego nie zrobiłam! — oznajmiła. 
— Nie  zrobiła  pani?  —  bąknął  półgębkiem  detektyw  i  wskazał  sekretarce  krzesło,  które 

zajmowała zwykle, gdy szef dyktował listy. 

Obecnie, bez bloku w ręku, czulą się nieswojo. Usiadła z ociąganiem i podejrzliwie patrzała 

na inspektora, który tasując w myślach hipotezy: „Uwiedzenie? Szantaż? Platynowa blondynka 
na sali rozpraw?”, sprawiał wrażenie nieszkodliwego i chyba głupawego… 

— W herbacie nic nie było — podjęła panna Grosvenor — Nic być nie mogło. 
— Zapewne… Pani nazwisko i adres? 
— Irena  Grosvenor.  Rushmoor  Street  14,  Muswell  Hill.  Inspektor  Neele  z  zadowoleniem 

skinął  głową  i  pomyślał:  „Nie  ma  mowy  o  uwiedzeniu  ani  aferze  miłosnej.  Dziewczyna 
mieszka z pewnością w solidnym domu, przy rodzicach. Szantaż też w grę nie wchodzi”. W ten 
sposób odpadł szereg drobnych teorii roboczych. 

— Pani parzyła dziś herbatę dla pana Fortescue? — zapytał uprzejmie detektyw. 
— Nikt inny nie mógł… To jest, chciałam powiedzieć, że ja robię to codziennie. 
Filiżanka,  spodek  oraz  imbryk  zostały  już  zapakowane  i  odesłane  dokąd  należy,  celem 

przeprowadzenia  analizy.  Teraz  detektyw  omawiał  bez  pośpiechu  rytuał  przyrządzania 

background image

przedpołudniowej herbaty i upewniał się stopniowo, że tylko panna Grosvenor posługiwała się 
wymienionymi  przedmiotami.  Z  czajnika  korzystały  uprzednio  maszynistki,  lecz  sekretarka 
napełniła go powtórnie wodą z kranu w garderobie. 

— A sama herbata? — zapytał inspektor Neele. 
— Jest przeznaczona wyłącznie dla pana Fortescue. To specjalny chiński gatunek. Trzymam 

ją na półce w moim pokoju, sąsiadującym bezpośrednio z gabinetem. 

Detektyw skinął znów głową i zapytawszy o cukier usłyszał, że pan Fortescue pija herbatę 

nie słodzoną. 

Zadzwonił telefon. Inspektor Neele sięgnął po słuchawkę. 
— Szpital Świętego Judy? — zapytał z lekko zmienionym wyrazem twarzy i zwrócił się do 

jasnowłosej sekretarki: — Na razie dziękuję pani. 

Odprawiona tak młoda osoba spiesznie wycofała się z gabinetu. 
Inspektor  słuchał  uważnie  beznamiętnego  skrzeczącego  głosu  i  od  czasu  do  czasu  kreślił 

jakieś zagadkowe znaki w rogu leżącego przed nim bibularza. 

— Aha,  zmarł  pięć  minut  temu  —  powiedział  i  zerknąwszy  na  zegar  napisał  szybko: 

dwunasta czterdzieści trzy. 

Beznamiętny głos oznajmił, że sam doktor Bernsdorff chce mówić z inspektorem Neele. 
— Dobrze. Proszę mnie z nim połączyć — odparł zwięźle detektyw i chyba zgorszył nieco 

właścicielkę głosu, który w ostatnim zdaniu zabrzmiał tonem urzędowego szacunku. 

Nastąpiły  szumy,  trzaski,  odległe  nieartykułowane  pomruki.  Inspektor  czekał  cierpliwie  i 

odsunął nieco słuchawkę od ucha dopiero wówczas, gdy huknął w niej głęboki bas. 

— Jak się miewasz, Neele, stary sępie! I co? Znów spotykamy się nad zwłokami! 
Inspektor Neele  i profesor Bernsdorff  ze szpitala  Świętego Judy zetknęli  się przed z górą 

rokiem przy okazji pewnej sprawy o otrucie i od tej pory utrzymywali przyjacielskie stosunki. 

— Dowiedziałem się, doktorze, że nasz człowiek nie żyje. 
— A nie żyje. Kiedy przywieziono go tutaj, nie było ratunku. 
— Przyczyna zgonu? 
— Oczywiście  przeprowadzimy  sekcję.  Ciekawy  przypadek,  bardzo  ciekawy.  Kontent 

jestem, że coś takiego mnie się trafiło. 

Ton fachowego zadowolenia w donośnym głosie Bernsdorffa dawał wiele do myślenia. 
— Jak  widzę,  jesteś  zdania,  że  nie  była  to  śmierć  naturalna  —  powiedział  obojętnie 

detektyw. 

— Ma się rozumieć, że nie — wrzasnął doktor i dodał z nieco spóźnioną przezornością. — 

Oczywiście wypowiadam się na ten temat nieoficjalnie. 

— Rzecz zrozumiała. Otrucie, prawda? 
— Niewątpliwie. A co więcej… To znów wypowiedź nieoficjalna, tylko między nami… A 

co więcej, gotów jestem trzymać zakład, jakiej użyto trucizny. 

— Czyżby? 
— Aha. Użyto, mój stary, taksyny. Rozumiesz? Taksyny! 
— Jak żyję, o czymś takim nie słyszałem. 
— Nic  dziwnego.  To  niezwykła  trucizna.  Rzeczywiście  bardzo  niezwykła.  Powiem 

otwarcie, że nawet mnie nie przyszłaby na myśl, gdyby nie wypadek sprzed trzech czy czterech 
tygodni.  Dwoje  dzieci  urządzało  podwieczorek  dla  lalek.  Rozumiesz?  Narwały  jagód  cisa  i 
zastąpiły nimi herbatę. 

— Więc ta twoja taksyna znajduje się w jagodach cisa? 
— W jagodach, a także w igłach. Substancja mocno trująca, naturalnie alkaloid. Chyba nie 

słyszałem o przypadku rozmyślnego jej użycia. Interesująca historia  i  nad wyraz oryginalna. 
Nie  masz  wyobrażenia,  Neele,  jak  człowieka  nudzą  te  same  wciąż  klasyczne  preparaty 
chwastobójcze. Ale taksyna to prawdziwy specjał! Rzecz oczywista, mogę być w błędzie. Nie 

background image

powołuj się na mnie, broń Boże! Ale nie sądzę, żeby tak było. Historia ciekawa też dla ciebie, 
odbiegająca od rutyny. 

— Masz na myśli, że dobra zabawa czeka wszystkich, oprócz denata? 
— Właśnie!  Biedaczysko!  Jemu  szczęście  nie  dopisało  —  przytaknął  doktor  Bernsdorff 

zdawkowym tonem. 

— Powiedział coś przed śmiercią? 
— Twój podwładny siedział nad nim z notatnikiem w garści. On poda ci szczegóły. Facet 

mamrotał coś o herbacie. Podobno mówił, że otruto go herbatą w biurze. Oczywisty nonsens! 

— Dlaczego  nonsens?  —  obruszył  się  zawiedziony  inspektor,  który  oczyma  wyobraźni 

oglądał  już  efektowną  pannę  Grosvenor,  przyrządzającą  dla  szefa  tradycyjny  napój  z 
nietradycyjnym dodatkiem cisowych jagód. 

— Dlatego, że taksyna nie mogła dać o sobie znać tak szybko. Podobno objawy wystąpiły 

bezpośrednio po wypiciu herbaty, prawda? 

— Tak wszyscy twierdzą. 
— Hm,  bardzo  niewiele  trucizn  działa  błyskawicznie,  z  wyjątkiem  oczywiście  cyjanku  i 

może nikotyny w czystym stanie. 

— Jesteś pewien, że to nie był cyjanek albo nikotyna? 
— Mój drogi! W takim przypadku facet umarłby przed przybyciem lekarza. O cyjanku albo 

nikotynie  nie  ma  mowy.  Podejrzewałem  strychninę,  ale  konwulsje  wyglądały  całkiem 
nietypowo.  Oczywiście  mówię  nadal  prywatnie,  ale  gotów  jestem  ręczyć  swoją  reputacją 
zawodową, że chodzi o taksynę. 

— Po jakim czasie to paskudztwo działa? 
— Zależy.  Po  godzinie,  dwu,  trzech.  Nieboszczyk  wygląda  na  nie  lada  żarłoka.  Zwłokę 

mogło wywołać solidne śniadanie. 

— Śniadanie,  mówisz? — podchwycił  inspektor z nutą zastanowienia w głosie — Racja! 

Wszystko wskazuje na śniadanie. 

— Śniadanie u Borgiów — roześmiał się pogodnie Bernsdorff. — No, pomyślnych łowów, 

stary. 

— Serdeczne dzięki, doktorze. Chciałbym jeszcze pogadać z moim sierżantem. 
Powtórzyły  się  szmery,  trzaski,  zgrzyt.  Wreszcie  inspektor  złowił  uchem  ciężkie  sapanie, 

jakim sierżant Hay zwykł poprzedzać każdą rozmowę. 

— Pan inspektor? 
— Aha. Neele przy telefonie. Czy denat powiedział coś, o czym powinienem wiedzieć? 
— Mówił o herbacie. Niby, że go struli herbatą w biurze. Ale pan doktor twierdzi… 
— Wiem. Nic więcej? 
— Nic,  panie  inspektorze.  Ale  jest  dziwna  sprawa.  Naturalnie  przejrzałem  kieszenie 

ubrania, które nieboszczyk miał na sobie. Znalazłem to, co zawsze: chustkę do nosa, klucze, 
bilon, portfel. Zastanowiła mnie tylko prawa kieszeń marynarki. Było w niej zboże. 

— Zboże? 
— Tak jest, proszę pana inspektora. 
— Jak to zboże? Płatki owsiane lub pszenne? Coś z rzeczy, które jada się na śniadanie? A 

może kukurydza czy jęczmień? 

— Zgadza się, panie inspektorze. To było ziarno, na mój rozum żyto… Dużo żyta… 
— Hm…  Szczególna  historia…  Może  chodzi  o  próbkę  towaru  objętego  jakąś  transakcją 

handlową. 

— Ma się rozumieć, panie inspektorze. Ale byłem zdania, że warto o tym zameldować. 
— Zupełnie słusznie, Hay. 
Inspektor  Neele  odłożył  słuchawkę  i  przez  długą  chwilę  siedział  bez  ruchu,  zapatrzony 

przed siebie. Jego systematyczny umysł wędrował od pierwszej do drugiej fazy śledztwa — od 
podejrzeń do pewności otrucia. Profesor Bernsdorff wypowiedział się nieoficjalnie, ale to ktoś, 

background image

kto nie zwykł mylić się w sądach. Rex Fortescue został zamordowany. Truciznę podano mu na 
jedną do trzech godzin przed wystąpieniem pierwszych objawów. W takim razie cały personel 
biura jest zapewne niewinny. 

Detektyw  wstał  i  udał  się  do  pokoju,  gdzie  praca  szła  opieszale  i  maszyny  klekotały  w 

zwolnionym tempie. 

— Proszę pani — zwrócił się do panny Griffith — mógłbym zamienić z panią jeszcze kilka 

słów? 

— Naturalnie,  panie  inspektorze.  Czy  paniom  wolno  wyjść  na  obiad?  Normalna  pora 

przerwy dawno minęła. A może życzy pan sobie, żeby tutaj sprowadzić posiłek? 

— Nie. Panie mogą wyjść na obiad, pod warunkiem, że wszystkie wrócą. 
— Rzecz oczywista. 
Panna Griffith poszła za detektywem do gabinetu szefa, gdzie zasiadła na krześle, spokojna i 

energiczna jak zawsze. 

— Otrzymałem wiadomość ze szpitala Świętego Judy — rozpoczął bez ostrożnego wstępu 

inspektor Neele. — Pan Fortescue zmarł o dwunastej czterdzieści trzy. 

Panna Griffith nie wydawała się zaskoczona nowiną. Lekko pochyliła głowę. 
— Miałam wrażenie, że zachorował bardzo ciężko — powiedziała. „Niewiele ją to obeszło” 

pomyślał detektyw i podjął: 

— Zechce mnie pani poinformować o domu i stosunkach rodzinnych denata? 
— Chętnie, panie inspektorze. Usiłowałam już połączyć się telefonicznie z panią Fortescue. 

Odpowiedziano  mi,  że  zapewne  gra  w  golfa.  W  domu  nie  spodziewają  się  jej  na  obiad.  Nie 
wiedzą  też,  na  jakim  może  być  polu.  Widzi  pan  ciągnęła  tonem  wyjaśnienia  —  państwo 
Fortescue mieszkają w Baydon Heath, niedaleko trzech bardzo znanych klubów golfowych. 

Inspektor ze zrozumieniem skinął głową. Oczywiście wiedział, że w Baydon Heath rezydują 

niemal wyłącznie bogacze ze sfer handlowych. Osiedle ma doskonałą komunikację kolejową, 
leży  o  niespełna  dwadzieścia  mil  od  centrum  Londynu  i  stosunkowo  łatwo  dotrzeć  tam 
samochodem nawet w godzinach rannego i popołudniowego szczytu. 

— Proszę o bliższy adres i numer telefonu. 
— Telefon Baydon Heat 3400. Posiadłość nosi nazwę Domek pod Cisami. 
— Co  takiego?  —  detektyw  dał  wyraz  spontanicznemu  zdumieniu.  —  Jak  pani 

powiedziała? Domek pod Cisami? 

— Tak, panie inspektorze — kobieta spojrzała nań ze zdziwieniem, lecz detektyw zdążył się 

już opanować. 

— Proszę o charakterystykę stosunków rodzinnych zmarłego. 
— Pani  Fortescue  jest drugą żoną, znacznie od męża  młodszą. Pobrali się  jakieś dwa  lata 

temu. Pierwsza żona  nie żyje od dawna. Z tamtego małżeństwa są dwaj synowie  i córka. W 
Domku pod Cisami mieszka córka, a także starszy syn, wspólnik firmy. Niestety jest obecnie na 
północy w sprawach handlowych. Powinien wrócić jutro. 

— Kiedy wyjechał? 
— Przedwczoraj. 
— Próbowała pani nawiązać z nim kontakt? 
— Tak.  Kiedy  pana  Fortescue  zabrano  do  szpitala,  połączyłam  się  z  hotelem  Midland  w 

Manchesterze, gdzie miał się zatrzymać. Niestety wyjechał już z samego rana, prawdopodobnie 
do  Sheffield  albo  Leicester,  ale  nie  jestem  pewna.  Mogę  panu  dać  nazwy  kilku  firm,  które 
chyba zamierzał odwiedzić. 

„Niewątpliwie  osoba  zaradna  i  bystra.  Gdyby  zechciała  uśmiercić  szefa,  załatwiłaby  to 

sprawnie” — pomyślał inspektor Neele, lecz zaniechał wszelkich teoretycznych rozważań, aby 
skupić uwagę na sytuacji domowej pana Fortescue. 

— Wspomniała pani o drugim synu, prawda? 
— Tak. Miał jakieś nieporozumienia z ojcem i teraz przebywa za granicą. 

background image

— Czy obydwaj są żonaci? 
— Tak. Pan Parcival od trzech lat. Zajmują z żoną samodzielny apartament w Domku pod 

Cisami. Wkrótce przeprowadzą się do własnego domu, również w Baydon Heath. 

— Niedawno telefonowała pani do Baydon Heath. Czy pani Parcivalowej nie było w domu? 
— Nie  było.  Pojechała  na  cały  dzień  do  Londynu.  Pan  Lancelot  ożenił  się  niespełna  rok 

temu z wdową po lordzie Fryderyku Anstice. Zapewne widywał pan jej zdjęcia, na przykład w 
„Tatlerze”, z końmi wyścigowymi i podczas zawodów hipicznych. 

Twarz panny Griffith ożywiła się nieco, jej głos zadźwięczał nutką podniecenia. Neele — 

niezły znawca natury ludzkiej — pojął, że małżeństwo w takim stylu poruszyło snobistyczne i 
romantyczne uczucia starszawej  biuralistki. Zawsze co arystokracja, to arystokracja, a panna 
Griffith nie musiała wiedzieć, że nieboszczyk lord Fryderyk Anstice cieszył się nie najlepszą 
reputacją  na  torach  wyścigowych.  Palnął  sobie  w  łeb  tuż  przed  niemiłym  dochodzeniem  w 
sprawie pewnej gonitwy z udziałem należącego doń konia. Inspektor słyszał tez coś niecoś o 
lady Anstice, córce irlandzkiego para, której pierwszym mężem był lotnik poległy w Bitwie o 
Anglię.  Trzecim  został  widać  wyrodny  syn  rodziny  Fortescue  —  gdyż  Neele  nie  wątpił,  że 
nieporozumienia z ojcem, o których wspomniała mimochodem panna Griffith, miały związek z 
jakąś czarną plamą w życiorysie młodego człowieka. 

Lancelot Fortescue! Co za pomysł! A starszego nazwano Parcival! Detektyw zainteresował 

się  osobą  pierwszej  pani  Fortescue.  Jaka  to  mogła  być  kobieta?  W  każdym  razie  zdradzała 
szczególne upodobania w zakresie wyboru imion. 

Przyciągnął  bliżej  aparat  telefoniczny  i  nakręciwszy  TOL  —  litery  wywoławcze 

międzymiastowej — poprosił o Baydon Heath 3400. Niezwłocznie odezwał się męski głos. 

— Chciałbym mówić z panią Fortescue albo panną Fortescue — powiedział Neele. 
— Niestety, żadnej z pań nie ma w domu. 
Głos wydał się inspektorowi trochę zapijaczony. 
— Czy pan jest kamerdynerem? 
— Tak. Zgadza się. 
— Pan Fortescue ciężko zachorował. 
— Wiem. Dzwonili  już z biura. Ale co ja  mogę poradzić? Pan Val wyjechał  na północ, a 

pani  Fortescue gra w golfa, nie bardzo wiem gdzie. Pani Valowa  jest w Londynie; wróci na 
kolację. Panna Elaine poprowadziła na wycieczkę swoje małe skautki. 

— Nie  ma  w  domu  nikogo,  z  kim  mógłbym  porozmawiać  o  nagłym  zasłabnięciu  pana 

Fortescue? To sprawa bardzo pilna. 

— Hm… Czyja wiem? — w głosie zabrzmiało wahanie. — Jest panna Ramsbottom, ale ona 

nigdy  nie  podchodzi  do  telefonu…  Albo  panna  Dove…  że  się  tak  wyrażę,  zarządzająca 
domem. 

— Niech pan poprosi pannę Dove. 
— Postaram się ją znaleźć — powiedział kamerdyner. 
Detektyw słyszał jego oddalające się kroki. Po upływie paru minut odezwał się w telefonie 

kobiecy głos. 

— Mówi Dove. 
Głos był niski, opanowany, wymowa bardzo staranna. Inspektor stworzył sobie korzystny 

obraz panny Dove. 

— Z  przykrością  muszę  panią  zawiadomić,  że  pan  Fortescue  umarł  w  szpitalu  Świętego 

Judy.  Jak  pani  wiadomo,  zasłabł  nagle  w  biurze.  Bardzo  mi  zależy  ma  porozumieniu  się  z 
rodziną. 

— Oczywiście.  Nie  mam  doprawdy  pojęcia…  —  panna  Dove  nie  dokończyła  zdania;  jej 

głos nie zdradzał głębszych uczuć, brzmiał jednak nutą zaskoczenia i zdziwienia. — Wszystko 
fatalnie  się  składa.  Należałoby  nawiązać  kontakt  z  panem  Parcivalem  Fortescue,  który  bez 
wątpienia zajmie się nieodzownymi formalnościami. Może go pan znaleźć w hotelu Midland w 

background image

Manchesterze albo w hotelu Grand w Leicester. Ewentualnie niech pan spróbuje zatelefonować 
do  Shearera  i  Bondsa  w  Leicester.  Nie  znam  numeru,  ale  wiem,  że  pan  Parcival  miał  ich 
odwiedzić. Chyba będą mogli poinformować pana, gdzie go dziś trzeba szukać. Pani Fortescue 
z pewnością wróci na kolację, może nawet na podwieczorek. Przeżyje straszny wstrząs. Śmierć 
nastąpiła chyba całkiem nagle? Pan Fortescue na nic się nie uskarżał przed wyjazdem z domu. 

— Widziała go pani przed wyjazdem? 
— Tak, proszę pana. Co to było? Serce? 
— Czy pan Fortescue cierpiał na dolegliwości sercowe? 
— Nie…  O  niczym  takim  nie  słyszałam.  Ale  nagły  zgon  nasuwa  przypuszczenie…  — 

Panna Dove znów nie dokończyła zdania. — Czy pan mówi ze szpitala Świętego Judy? Jest pan 
lekarzem? 

— Nie,  proszę  pani.  Nie  jestem  lekarzem.  Mówię  z  gabinetu  pana  Fortescue.  Inspektom 

Neele  z  Wydziału  Śledczego.  Postaram  się  możliwie  zaraz  przyjechać  do  Baydon  Heath  i 
porozmawiać z panią. 

— Inspektor… Z Wydziału Śledczego… Czy?… Co to znaczy, proszę pana? 
— W grę wchodzi nagła śmierć. W podobnych razach, proszę pani, my pojawiamy się na 

scenie,  zwłaszcza  jeżeli  zmarły  nie  znajdował  się  ostatnio  pod  stałą  opieką  lekarską,  co  w 
danym przypadku miało chyba miejsce… 

Inspektor ledwie zaznaczył ton pytający, lecz panna Dove odpowiedziała żywo: 
— Tak.  Naturalnie.  Parcival  dwa  razy  zamawiał  dla  ojca  wizytę  u  doktora.  Ale  pan 

Fortescue nie chciał o tym słyszeć. Nie zachowywał się rozsądnie. Cała rodzina niepokoiła się o 
niego…  —  zarządzająca  domem  urwała  raz  jeszcze,  aby  wnet  podjąć  uprzednim,  chłodnym 
tonem: — Co mam powiedzieć pani Fortescue, jeżeli wróci, nim pan zdąży przyjechać? 

„Rzeczowa i praktyczna osoba” — pomyślał detektyw i dodał głośno: 
— Proszę  powiedzieć,  że  z  powodu  nagłej  śmierci  nieuniknione  są  pewne  pytania…  To 

sprawa czysto formalna — zakończył o odłożył słuchawkę. 

background image

III 

 
Inspektor Neele odsunął aparat telefoniczny i bystrym wzrokiem zmierzył pannę Griffith. 
— Więc rodzina niepokoiła się ostatnio o pana Fortescue. Wysyłała go do lekarza? Nic mi 

pani nie mówiła. 

— Nie  pomyślałam  o  tym  odparła  biuralistka.  —  Zresztą  nie  sądziłam  nigdy,  by  pan 

Fortescue był naprawdę chory. 

— Nie chory?… Więc co? 
— Jakiś dziwny… Hm… Inny niż dawniej… Zachowywał się w sposób szczególny. 
— Martwił się o coś? 
— On? Nie… My martwiliśmy się o niego. Detektyw czekał cierpliwie dalszego ciągu. 
— Trudno to wytłumaczyć w sposób prosty — podjęła panna Griffith. — Miewał zmienne 

nastroje.  Czasami  zachowywał  się  hałaśliwie.  Parę  razy  odniosłam,  doprawdy,  wrażenie,  że 
chyba  sobie  popił.  Chwalił  się,  opowiadał  rozmaite  cudaczne  historie,  z  całą  pewnością 
nieprawdziwe. Ale to nie wszystko. Pracuję tu od lat i przez prawie cały ten czas pan Fortescue 
był  powściągliwy…  powściągliwy  i  bardzo,  bardzo  oszczędny.  Ale  ostatnio  zupełnie  się 
zmienił.  Stał  się  gadatliwy  i,  można  powiedzieć,  szastał  pieniędzmi.  Kiedy  nasz  goniec 
wybierał się na pogrzeb babki, szef zawołał go do gabinetu, dał chłopcu banknot pięciofuntowy 
i zanosząc się śmiechem doradził mu, aby tę sumę postawił na fuksa, nie faworyta. Był, że się 
tak wyrażę, całkiem niepodobny do samego siebie. Tyle mogę powiedzieć, panie inspektorze. 

— Może go coś dręczyło? 
— Dręczyło?  Nie…  Raczej  zdawać  się  mogło,  że  oczekuje  czegoś  radosnego…  jakichś 

pomyślnych wydarzeń, 

— Na przykład wielkiej i korzystnej transakcji — podpowiedział Neele. 
— Właśnie, panie inspektorze — przyznała z przekonaniem panna Griffith. — Zdawać się 

mogło,  że  nie  obchodzą  go  powszednie  sprawy.  Był  ożywiony,  podniecony.  Odwiedzali  go 
jacyś dziwni interesanci, ludzie, jacy nigdy tu dawniej nie przychodzili. Pan Parcival okropnie 
się tym trapił. 

— Aa… Okropnie się tym trapił. 
— Tak, panie inspektorze. Zawsze był faworytem ojca, który ufał mu bez zastrzeżeń, liczył 

na niego. Ale ostatnio… 

— Ostatnio jakoś się nie zgadzali, prawda? — podchwycił detektyw. 
— Cóż, rozmaite posunięcia pana Fortescue wydawały  się nierozsądne panu Parcivalowi. 

To człowiek bardzo ostrożny, rozważny. Był zły, gdy ojciec nagle przestał się z nim liczyć. 

— I stąd wynikła kłótnia — sondował dalej inspektor Neele. 
— Kłótnia?….  Nie  słyszałam  o  żadnej  kłótni.  Tyle  że  pan  Fortescue  był  całkiem 

niepodobny do siebie, kiedy tak krzyczał. 

— Krzyczał? Nie może być! A co wtedy mówił? 
— Wpadł do hali maszyn i… 
— Więc wszystkie panie to słyszały? 
— Tak… Oczywiście. 
— Ubliżał synowi? Klął? Skarżył się na niego? Co Parcival wtedy zrobił? 
— Chodziło  raczej  o  coś,  czego  nie  chciał  zrobić.  Ojciec  nazywał  go  gryzipiórkiem, 

marnym urzędniczyną, który  nie  ma szerokich  horyzontów, nie wie,  jak załatwia się wielkie 
interesy.  Krzyczał:  „Sprowadzę  do  kraju  Lancelota.  On  wart  dziesięciu  takich  jak  ty.  No  i 
ożenił się dobrze. Ma rozmach. Nie szkodzi, że raz zdarzyło mu się wejść w kolizję z prawem”. 
Mój Boże! O tym nie powinnam mówić. 

Panna Griffith, która, jak niejedna osoba przed nią, uległa zręcznym manewrom inspektora, 

odczuła teraz spóźnione skrupuły. 

background image

— Nie ma się czym przejmować — pocieszył ją detektyw. — To chyba dawna sprawa? 
— O tak! Bardzo dawna. Pan Lance był wtedy młody, lekkomyślny. Nie orientował się, co 

właściwie robi. 

Inspektor Neele wielekroć wysłuchiwał podobnych opinii i nie zgadzał się z nimi. Nie podjął 

wszakże dyskusji, aby bez przeszkód prowadzić dalsze przesłuchanie. 

— Chciałbym usłyszeć coś więcej o personelu biura — podjął spokojnie. 
Panna  Griffith  pragnęła  zatuszować  własną  niedyskrecję,  więc  nie  skąpiła  informacji  o 

pracownikach Zjednoczonej Agencji Powierniczej. Kiedy skończyła, detektyw podziękował i 
oznajmił, że chciałby raz jeszcze porozmawiać z panną Grosvenor. 

Wywiadowca Waite zastrugał ołówek i napomknął posępnie, że to eleganckie biuro. Objął 

spojrzeniem okazałe fotele klubowe, kolosalne biurko, dyskretne oświetlenie. 

— I  wszyscy  mają  tu  fasonowe  nazwiska  —  ciągnął.  —  Grosvenor  to  całkiem  po 

książęcemu. Fortescue też brzmi nielicho. 

— Ojciec  naszego  człowieka  nazywał  się  inaczej  —  odparł  z  uśmiechem  Neele.  — 

Fontescu. Pochodził skądś z Europy Środkowej. Sądził widać, że Fortescue lepiej się nada. 

Wywiadowca Waite zmierzył przełożonego wzrokiem pełnym podziwu. 
— Pan inspektor wie już wszystko o nim? 
— Cóż, sprawdziłem to i owo, nim przyjechałem tutaj na wezwanie. 
— Notowany u nas? 
— Skąd znowu! Pan Fortescue to nie lada spryciarz. Miał do czynienia z czarnym rynkiem i 

od czasu do czasu robił interesy, wyrażając się najoględniej, śliskie. Wszystko jednak mieściło 
się w granicach prawa. 

— Rozumiem. Wredny typ, prawda? 
— Krętacz.  Tyle  że  z  naszego  punktu  widzenia  nic  nie  przeskrobał.  Ludzie  z  Kontroli 

Skarbowej długo deptali mu po piętach, lecz i dla nich był za cwany. Ho, ho! Nieboszczyk Rex 
Fortescue to istny geniusz finansowy! 

— Taki facet mógł mieć wrogów, co? — podchwycił wywiadowca z nutą nadziei w głosie. 
— Wrogów?  Oczywiście!  Nie  zapominajmy  jednak,  że  został  otruty  w  domu.  Na  to 

przynajmniej  wygląda.  Wiesz  co,  Waite?  Zaczyna  mi  się  marzyć  pewien  schemat:  stary, 
wybornie znany schemat. Dobry chłopiec Parcival i zły chłopiec Lance, typ bardzo interesujący 
dla płci pięknej. Znacznie młodsza żona, która nie wie z góry, na jakich kortach zamierza grać 
w golfa. Wszystko to brzmi nieobco, tylko jeden szczegół fatalnie nie pasuje. 

— Co takiego? podchwycił ciekawie wywiadowca Waite, lecz w tej chwili otwarły się drzwi 

gabinetu  i  panna  Grosvenor,  która  zdążyła  już  odzyskać  równowagę  ducha  i  stała  się  znów 
normalnie efektowną sekretarką, zapytała wyniośle: 

— Życzył pan sobie mówić ze mną? 
— Chciałbym zadać pani kilka pytań na temat pracodawcy… Należałoby raczej powiedzieć 

byłego pracodawcy. 

— Biedaczek!  —  westchnęła  nieprzekonywająco  panna  Grosvenor.  —  Czy  ostatnio 

zauważyła w nim pani zmiany? 

— Otwarcie mówiąc, zauważyłam. 
— Jakie? 
— Trudno to sprecyzować… Cóż, pan Fortescue mówił rozmaite głupstwa. W połowę tego 

niepodobna było wierzyć. No i złościł się często, przeważnie na pana Parcivala. Na mnie nie, 
bo  nie  mam  zwyczaju  oponować.  „Tak,  panie  dyrektorze”  —  odpowiadałam  zawsze  bez 
względu na to, co on mówi… a raczej, co mówił. 

— Czy pan Fortescue… hm… Czy robił pani kiedy awanse? 
— Nie… Tego nie mogę powiedzieć — odparła efektowna sekretarka jak gdyby z pewnym 

żalem. 

— Jeszcze jedno pytanie. Czy pani szef miał zwyczaj nosić w kieszeni zboże? 

background image

— Zboże? — zdumiała się panna Grosvenor. — W kieszeni? Żeby karmić gołębie czy coś 

podobnego? 

— Nie wykluczam takiego powodu. 
— Nie! Z całą pewnością nie! Pan Fortescue miałby karmić gołębie? To nie w jego stylu. 
— Czy z jakiegoś innego powodu mógł mieć dzisiaj w kieszeni, dajmy na to, jęczmień albo 

żyto? Może chodziło o próbkę zboża objętego jakąś transakcją handlową? 

— Nie, panie inspektorze. Pan Fortescue czekał na kogoś z Azjatyckiej Spółki Naftowej i na 

prezesa pewnego przedsiębiorstwa budowlanego. Nie spodziewał się innych klientów. 

— Mniejsza  z  tym…  —  Neele  skwitował  temat  niedbałym  gestem  ręki,  którym  zarazem 

odprawił pannę Grosvenor. 

— Nogi pierwsza klasa! — westchnął wywiadowca Waite. — I nylony nie gorsze. 
— Nic nie pomogły te nogi — burknął inspektor Neel. — Nie posunąłem się o krok. Wciąż 

mam przed sobą nie wyjaśnioną zagadkę kieszeni pełnej żyta. 

background image

IV 

 
Po  drodze  z  piętra  na  parter  Mary  Dove  zatrzymała  się  na  schodach,  aby  wyjrzeć  przez 

wielkie okno. Zajechał właśnie samochód i wysiedli z niego dwaj mężczyźni. Wyższy stanął 
plecami  do  domu  i  przez  moment  rozglądał  się  dokoła.  Mary  Dove  bacznie  oszacowała  ich 
wzrokiem. Nie wątpiła, że to inspektor Neele i zapewne jakiś jego podwładny. Odwróciła się i 
spojrzała  na  własne  odbicie  w  długim  lustrze,  które  zdobiło  ścianę  przy  zakręcie  schodów. 
Zobaczyła  drobną,  przesadnie  skromną  postać  w beżowoszarej  sukni  o  niepokalanie  białych 
mankietach  i  kołnierzyku.  Ciemne  włosy,  rozdzielone  pośrodku  głowy,  spływały  dwiema 
lśniącymi falami ku węzłowi upiętemu nisko nad karkiem… Szminka na ustach miała odcień 
bladoróżowy… 

Ogólnie biorąc, Mary Dove była zadowolona ze swojej powierzchowności. Uśmiechnęła się 

ledwie dostrzegalnie i ruszyła w dół schodami. 

Tymczasem inspektor Neele przyglądał się domowi i myślał: „Oni nazwali to «domkiem». 

Dobre  sobie!  «Domek  pod  Cisami».  Typowa  afektacja  z  grubą  forsą!  Na  mój  rozum  lepsze 
byłoby określenie «pałac»„. 

Wiedział doskonale, jak powinien wyglądać domek. Sam wychował się przecież w domku 

odźwiernego  przy  bramie  posiadłości  Hartington  Park,  gdzie  ogromna,  niezdarnie 
pseudoklasyczna  budowla  posiadała  dwadzieścia  dziewięć  pokoi  sypialnych,  ostatnio  zaś 
została  zasekwestrowana  przez  władze  skarbowe.  Mały  domek  odźwiernego  z  zewnątrz 
prezentował się ładnie, lecz wewnątrz był wilgotny, straszliwie niewygodny i nie miał żadnych 
nowoczesnych  urządzeń  z  wyjątkiem  najbardziej  prymitywnej  kanalizacji.  Na  szczęście 
rodzice inspektora Neele uważali swoje warunki mieszkalne za normalne i odpowiednie. Nie 
musieli płacić czynszu i nie mieli do roboty nic oprócz otwierania i zamykania bramy, kiedy 
zaszła  ku  temu  potrzeba.  Ponadto  park  obfitował  w  króliki,  a  od  czasu  do  czasu  trafiał  do 
garnka  nawet  bażant.  Pani  Neele  nie  dowiedziała  się  nigdy,  ile  satysfakcji  sprawiają 
elektryczne żelazka, piece stałopalne, wentylowane spiżarki pod oknami, krany z zimną oraz 
gorącą wodą lub światło zapalane jednym ruchem palca. Zimą Neele’owie korzystali z lampy 
naftowej,  w  lecie  kładli  się  spać  o  zmroku.  Byli  rodziną  zdrową  i,  mimo  całego  zacofania, 
bardzo szczęśliwą. 

Nic  dziwnego,  że  dźwięk  wyrazu  „domek”  obudził  w  inspektorze  wspomnienia  z  lat 

dzieciństwa. Jednakże gmach ochrzczony pretensjonalnie Domkiem pod Cisami przypominał 
pałace, jakie  ludzie  bogaci wznoszą dla siebie, aby  mówić o nich  „moje skromne zacisze  na 
wsi”. Nawiasem mówiąc Domek pod Cisami nie był skromnym zaciszem i nie znajdował się na 
wsi. Wielkie domisko z czerwonej cegły rozrastało się raczej wszerz niż wzwyż i miało dach 
nieco  zanadto  łamany  oraz  pokaźną  liczbę  okien  z  oprawnych  w  ołów  szklanych  gomułek. 
Ogród był sztywny, konwencjonalny, pełen różanych klombów i rabat, pergoli, cembrowanych 
sadzawek oraz (zgodnie z nazwą rezydencji) często strzyżonych szpalerów cisowych. 

Nie mogło tutaj braknąć cisów komuś, kto szukałby surowca dla wyprodukowania taksyny! 

W prawym kącie ogrodu, za obrosłą pnącymi różami pergolą pozostawiono ślad prawdziwej 
przyrody  —  stare  drzewo  cisowe  przywodzące  na  myśl  cmentarz,  o  gałęziach  podpartych 
palami.  „Rosło  na  tym  miejscu  długie  lata  —  medytował  inspektor  Neele  —  nim  najazd 
nowych domów z czerwonej cegły zaczął ogarniać wiejskie okolice. Rosło na tym miejscu, nim 
założono pole golfowe, a modni architekci jęli zjeżdżać z zamożnymi klientami, aby zachwalać 
im korzystne strony takich lub innych terenów budowlanych. Stanowiło cenny zabytek, więc 
zostało  włączone  do  odmiennego  krajobrazu  i  najprawdopodobniej  dało  nazwę  wymarzonej 
siedzibie bogacza. Domek pod Cisami… Może jagody z tego właśnie drzewa…” 

Inspektor Neele urwał nie wiodące do niczego rozważania. Musiał przystąpić do pracy. 
Nacisnął guzik dzwonka. 

background image

Drzwi otworzył zaraz mężczyzna w średnim wieku odpowiadający dość wiernie obrazowi, 

jaki  detektyw  stworzył  sobie  na  podstawie  rozmowy  telefonicznej.  Miał  minę  mało 
inteligentnego cwaniaka, rozbiegane oczy i z lekka drżące ręce. 

Neele  oznajmił,  kim  jest,  przedstawił  swojego  podwładnego  i  nie  bez  przyjemności 

dostrzegł wyraz przestrachu w oczach kamerdynera. Nie przywiązywał do tego zbytniej wagi. 
Reakcja  mogła  przecież  być  spontaniczna,  nie  związana  bynajmniej  z  nagłym  zgonem 
pracodawcy. 

— Czy pani Fortescue wróciła? 
— Nie, panie inspektorze. 
— A pozostałe dwie panie? 
— Także nie wróciły, panie inspektorze. 
— W  takim  razie  chciałbym  pomówić  z  panną  Dove.  Służący  zerknął  przez  ramię  w 

kierunku schodów. 

— Panna Dove właśnie idzie — powiedział. 
Inspektor  objął  wzrokiem  Mary  Dove,  która  bez  pośpiechu  szła  z  piętra  na  parter.  Tym 

razem rzeczywistość nie odpowiadała uprzednim wyobrażeniom. Pojęcie zarządzającej domem 
czy gospodyni kojarzy się automatycznie z wizerunkiem postawnej, energicznej damy ubranej 
w czerń i pobrzękującej niewidocznymi kluczami. 

Neele nie spodziewał się drobnej smukłej osóbki w sukience gołębiej barwy. Nie spodziewał 

się  śnieżnobiałych  mankietów  i  kołnierzyka,  lśniących,  gładko  uczesanych  włosów  ani 
subtelnego  uśmiechu  Mony  Lizy.  Wszystko  wydało  mu  się  trochę  nierealne,  jak  gdyby  ta 
młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna grała rolę — nawet nie rolę zarządzającej domem, 
lecz  po  prostu  Mary  Dove.  Jej  powierzchowność  sprawiała  wrażenie  ukształtowanej  w 
harmonii z nazwiskiem

1

— Pan inspektor Neele? — zapytała opanowanym tonem. 
— Tak,  proszę  pani.  A  to  jest  sierżant  Hay.  Jak  wspomniałem  już  podczas  rozmowy 

telefonicznej, pan Fortescue zmarł w szpitalu Świętego Judy o godzinie dwunastej czterdzieści 
trzy.  Zachodzi  prawdopodobieństwo,  że  śmierć  nastąpiła  w  wyniku  otrucia  czymś,  co  denat 
spożył dziś na śniadanie. Czy wobec tego sierżant Hay mógłby pójść do kuchni celem zebrania 
nieodzownych informacji? 

— Naturalnie,  panie  inspektorze  —  odpowiedziała  panna  Dove  i  rzuciła  pod  adresem 

kamerdynera,  który  niepewnie  przestępował  z  nogi  na  nogę  Crump,  proszę  zaprowadzić 
sierżanta do kuchni i udzielić mu wszelkiej pomocy, jakiej zażąda. 

Służący i policjant wyszli, a dziewczyna zwróciła się do inspektora: 
— Pozwoli pan ze mną? 
Z  tymi  słowy  otworzyła  drzwi  i  wprowadziła  gościa  do  szablonowego  pokoju  — 

niewątpliwie  palarni  ozdobionej  boazerią,  bogatym  obiciem  ścian,  ciężkimi  fotelami  i 
odpowiednią liczbą sztychów przedstawiających sceny z wyścigów i polowań. 

— Zechce pan usiąść. 
Neele wykonał polecenie. Mary Dove zajęła  miejsce naprzeciw niego, twarzą w kierunku 

okna,  czego  detektyw  nie  omieszkał  zauważyć.  Pozycja  raczej  niezwykła  dla  kobiety, 
zwłaszcza  jeżeli  kobieta  nie  chce  powiedzieć  wszystkiego,  co  jej  wiadomo…  Ale  może  ta 
dziewczyna nie ma nic do ukrycia? 

— Fatalnie  się  składa  —  zauważyła  —  że  niepodobna  porozumieć  się  szybko  z  nikim  z 

rodziny.  Pani  Fortescue  powinna  lada  moment  wrócić.  Tak  samo  pani  Parcivalowa.  Do  jej 
męża wysłałam kilka depesz w rozmaite miejsca. 

— Bardzo pani dziękuję. 

                                            

1

 Dove (ang.) — gołąb, gołębica. 

background image

— Wspomniał pan, że śmierć pana Fortescue mogła nastąpić w wyniku otrucia czymś, co 

spożył dziś na śniadanie. Miał pan na myśli zatrucie pokarmowe? 

— Zapewne… — bąknął inspektor obserwując bacznie Mary Dove. 
— Mało  prawdopodobne  —  ciągnęła  z  niezmąconym  spokojem.  —  Na  śniadanie  podano 

bekon, jajecznicę, kawę, marmoladę, grzanki. Na kredensie stała też szynka z puszki otwartej 
wczoraj wieczorem. Nikt inny  nie odczuł żadnych dolegliwości. Nie było na śniadanie ryby, 
kiełbasek… niczego, co mogłoby wydać się podejrzane. 

— Jak widzę, wie pani dokładnie, co podano do stołu. 
— Rzecz zrozumiała. Przecież ja dysponuję posiłki. Wczoraj na kolację… 
— To obojętne, proszę pani — przerwał detektyw. — Jadłospis wczorajszej kolacji nie ma 

znaczenia. 

— Sądziłam, że objawy zatrucia pokarmowego występują czasami dopiero po dwudziestu 

czterech godzinach. 

— W  danym  przypadku  nie  ma  o  tym  mowy…  Zechce  pani  poinformować  mnie 

szczegółowo, co pan Fortescue jadł i pił dzisiaj, przed wyjazdem z domu? 

— O  ósmej  zaniesiono  mu  do  pokoju  poranną  herbatę.  Do  jadalni  zeszedł  kwadrans  po 

dziewiątej. Jak mówiłam już, na śniadanie podano bekon, jajecznicę, marmoladę, grzanki. 

— Nie jadł płatków zbożowych, czegoś w tym rodzaju? 
— Nie. Fan Fortescue nie lubił takich rzeczy. 
— Jakiego cukru używa się tutaj? Kostki? Kryształu? 
— Kostki. Ale pan Fortescue nie słodził kawy. 
— Czy  z  rana  zwykł  przyjmować  jakieś  lekarstwa?  Środki  uspokajające?  Ułatwiające 

trawienie? 

— Nie, panie inspektorze. 
— Czy pani uczestniczyła w śniadaniu? 
— Nie, panie inspektorze. Nigdy nie jadam z rodziną pracodawcy. 
— Kto był przy stole? 
— Żona pana Fortescue, a także córka i synowa. Jak już panu wiadomo, pan Parcival jest 

nieobecny. 

— Czy te panie jadły i piły to samo? 
— Pani Fortescue poprzestała na soku pomarańczowym, kawie i grzankach. Pani Valowa i 

panna Fortescue mają dobry apetyt z rana. Myślę, że oprócz wymienionych potraw jadły też 
szynkę i płatki zbożowe. Pani Valowa pija herbatę, nie kawę. 

Inspektor Neele zamyślił się na moment. Oto zawęża się zakres potencjalnej sposobności. 

Śniadanie jadły z denatem trzy — i tylko trzy — osoby: jego żona, córka i synowa. Każda z 
nich  mogła  skorzystać  z  okazji  i  zaprawić  taksyną  kawę  w  filiżance.  Smak  trucizny 
zneutralizowałaby gorycz nie osłodzonej kawy. Oczywiście w grę wchodzi również poranna 
herbata,  lecz  Bernsdorff  twierdzi  stanowczo,  że  w  herbacie  taksyną  byłaby  wyczuwalna… 
Chociaż luz po przebudzeniu, kiedy człowiek nie oprzytomniał zupełnie… Detektyw podniósł 
wzrok i spostrzegł, że jest pod baczną obserwacją. 

— Pytał  pan  —  podjęła  Mary  Dove  —  o  lekarstwa,  środki  uspokajające,  ułatwiające 

trawienie.  Wydaje  mi  się  to  trochę  dziwne.  Gdyby  lekarstwo  było  wadliwie  przygotowane, 
gdyby nawet dodano coś do niego, nie mogłyby wystąpić objawy zatrucia pokarmowego. 

Inspektor Neele zmierzył ją bystrym spojrzeniem. 
— Ja,  proszę  pani,  nie  twierdziłem,  że  zgon  nastąpił  z  racji  zatrucia  pokarmowego. 

Mówiłem tylko, że to prawdopodobnie otrucie… po prostu: otrucie. 

Aha…  Otrucie  powtórzyła  cicho  Mary  Dove.  Ton  jej  głosu  nie  zdradzał  przestrachu, 

zdziwienia. Brzmiał tylko nutą zainteresowania z powodu świeżo wynikłej koncepcji czy też 
nie znanego uprzednio przeżycia. Pogląd ten potwierdziło następne zdanie: 

— Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z przypadkiem otrucia. 

background image

— To niemiła historia wtrącił sucho inspektor Neele. 
— Tak… Wyobrażam sobie, że niemiła. 
Mary  Dove  zastanawiała  się  nad  czymś  przez  chwilę.  Później  spojrzała  na  detektywa  z 

nieoczekiwanym uśmiechem. 

— Ja tego nie zrobiłam — powiedziała. — Sądzę jednak, że coś podobnego usłyszy pan od 

wszystkich. 

— A nie domyśla się pani, kto mógł to zrobić? Wzruszyła ramionami. 
— Otwarcie mówiąc, facet był obrzydliwy. Kto mógł to zrobić? Każdy! 
— Czyja  wiem,  proszę  pani?  Normalnie  nikt  nie  truje  faceta  tylko  dlatego,  że  jest 

„obrzydliwy”. W takim przypadku musi działać solidny, konkretny motyw. 

— Tak… — przyznała z namysłem Mary Dove. — Niewątpliwie. 
— Będzie  pani  łaskawa  powiedzieć  mi  więcej  o  domownikach?  Dziewczyna  podniosła 

wzrok i zdziwiła detektywa chłodnym i nieco szyderczym wyrazem oczu. 

— Sądzę  —  zaczęła  —  że  nie  będzie  to  formalne  zeznanie.  Oczywiście  że  nie!  Przecież 

pański sierżant straszy w tej chwili służbę. Nie chciałabym, panie inspektorze, by odczytano w 
sądzie moje słowa. Ale powiedzieć swoje mam ochotę… tak między nami… że się tak wyrażę 
„poza protokołem”. 

— Śmiało, proszę pani — wtrącił inspektor Neele. — Nie mamy świadka rozmowy, na co 

zdążyła pani zwrócić uwagę. 

Dziewczyna usiadła wygodniej w fotelu, założyła nogę na nogę, zmrużyła oczy. 
— Na  początek  muszę  przyznać,  że  nie  poczuwam  się  do  lojalności  wobec  moich 

pracodawców. Pracuję tutaj, bo posada jest dobrze płatna, a na dobrych zarobkach zawsze mi 
zależy. 

— Właśnie!  Zaskoczyło  mnie  trochę,  że  pani  pełni  funkcję  zarządzającej  domem.  Z  taką 

inteligencją, z takim wykształceniem… 

— Powinnam  pleśnieć  w  kantorze  jakiejś  firmy  —  podchwyciła  —  albo  pomnażać  akta 

któregoś z ministerstw! Moje obecne zajęcie, drogi panie inspektorze, to interes nieporównanie 
lepszy.  Bogaci  ludzie  są  gotowi  płacić  grubo,  bardzo  grubo  komuś,  kto  wyzwala  ich  od 
domowych  kłopotów.  Wynajdywanie  i  angażowanie  służby  jest  robotą  straszliwie  żmudną. 
Trzeba  pisywać  do  biur  pośrednictwa  pracy,  zamieszczać  ogłoszenia  w  prasie,  rozmawiać  z 
kandydatami, przygotowywać takie rozmowy, a wreszcie dbać, by w gospodarstwie wszystko 
szło gładko. Wszystko to wymaga umiejętności, których ludzie bogaci zwykle nie mają. 

— A  jeżeli  służba wynaleziona  i zaangażowana z takim trudem odejdzie? Słyszała chyba 

pani o takich przypadkach. 

— W razie potrzeby — uśmiechnęła  się Mary — potrafię zasłać  łóżka, sprzątnąć pokoje, 

ugotować, co trzebanawet podać do stołu tak, że nikt nie dostrzeże różnicy. Naturalnie  nie 
reklamuję  się  w  tym  względzie,  by  nie  stwarzać  okazji  do  niewczesnych  pomysłów.  Mogę 
jednak zapełnić taką lub inną lukę. Na szczęście luki nie zdarzają się często. Z reguły pracuję u 
rzeczywiście  bogatych  ludzi,  którzy  gotowi  są  dać  wszystko,  by  zapewnić  sobie  prawdziwą 
wygodę. Płacę najwyższe pensje i zdobywam zwykle najlepszą służbę. 

— Taką na przykład,  jak ten kamerdyner? Dziewczyna uśmiechnęła się do inspektora nie 

bez uznania. 

— Widzi  pan  —  podjęła  —  z  małżeństwami  zawsze  są  kłopoty.  Crumpa  trzymam  na 

posadzie tylko ze względu na żonę, najdoskonalszą ze znanych mi kucharek. To istny klejnot, 
wart nie lada poświęceń. Pan Fortescue ceni… należy raczej powiedzieć: cenił, dobrą kuchnię. 
Nikt nie ma tutaj szczególnych skrupułów, a pieniędzy jest w bród. Pani Crump umie zdobyć na 
czarnym  rynku  wszystko,  co  trzeba:  masło,  jaja,  śmietankę

2

.  Ostatecznie  Crump  jest  też  na 

                                            

2

 W  okresie  bezpośrednio  po  wojnie  obowiązywało  w  Anglii  racjonowanie  żywności  i 

odzieży (przyp. tłum.). 

background image

poziomie. Srebra czyści nie najgorzej, do stołu posługuje jako tako. Klucz od piwnicy z winem 
noszę zawsze przy sobie. Mam na oku dżin i whisky i dbam o garderobę domowników. 

— Niezastąpiona panna Mary Dove — wtrącił z uśmiechem Neele. 
— Coś w tym rodzaju. Przekonałam się, że prowadząc dom muszę sama wszystko umieć. 

Później  mogę  tego  nigdy  nie  robić.  Ale  życzył  pan  sobie  poznać  moją  opinię  o  rodzinie 
Fortescue. 

— Proszę, jeżeli pani łaskawa. 
— To  ludzie  naprawdę  obrzydliwi.  Wszyscy!  Nieboszczyk  pan  Fortescue  był  typowym 

kombinatorem,  który  dba  zawsze  tylko  o  własną  skórę.  Lubił  opowiadać  chełpliwie  o 
rozmaitych  swoich  pomysłowych  zagraniach.  Był  tyranem,  z  pewnością  tyranem  o 
grubiańskich,  aroganckich  manierach.  Adela  to  jego  druga  żona,  o  dobre  trzydzieści  lat 
młodsza.  Poznała  go  w  Brighton,  gdzie  pracowała  jako  manikiurzystka  i  rozglądała  się  za 
grubymi pieniędzmi. Jest bardzo ładna… Taka, rozumie pan, „seksbomba”. 

Inspektor Neele był zaszokowany, lecz udało mu się nie zdradzić wrażenia. Jego zdaniem 

młoda dama pokroju Mary Dove nie powinna mówić o takich sprawach. 

— Naturalnie  Adela  wyszła  za  mąż  dla  pieniędzy —  ciągnęła  młoda  dziewczyna.  —  Do 

białej gorączki przywiodła tym Parcivala, syna pana Fortescue, i jego córkę Elaine. Obydwoje 
odnoszą się do niej możliwie najgorzej, ale to kobieta rozumna. Nie obraża się, jak gdyby nic 
nie  rozumiała.  Dobrze  wie,  że  starego  trzyma  pod  pantoflem.  Mój  Boże!  Znowu  użyłam 
niewłaściwego czasu. Trudno mi uwierzyć, że on rzeczywiście umarł. 

— Chciałbym usłyszeć coś o synu. 
— O kochanym Parcivalu? Żona nazywa go zdrobniale Val. To świętoszek, hipokryta. Jest 

układny, podstępny, chytry. Boi się ojca, który go zawsze terroryzował. Pozwala na to, ale wie, 
jak postawić na swoim. W przeciwieństwie do pana Fortescue bardzo liczy się z pieniędzmi. 
Oszczędność  jest  prawdziwą  pasją  jego  życia.  Dlatego  właśnie  długo  szukał  dla  siebie 
oddzielnego domu. Mieszkanie tutaj dogadza kieszeni Vala. 

— A jego żona? 
— Jennifer to istota łagodna, cicha i chyba bardzo głupia, czego zresztą nie jestem zupełnie 

pewna.  Przed  ślubem  była  pielęgniarką.  Aż  do  romantycznego  finału  opiekowała  się 
Parcivalem, kiedy chorował na zapalenie płuc. Papa nie pochwalał tego związku. Jako nie lada 
snob  życzył  sobie,  aby  syn  zrobił  to,  co  się  nazywa  „świetną  partią”.  Biedną  Jennifer 
lekceważył i dawał jej to odczuć. Mam wrażenie, że ona też bardzo nie lubi… to jest nie lubiła 
teścia. Zainteresowania tej osóbki ograniczają się do robienia zakupów i kina. Jej główną troskę 
stanowi skąpstwo męża, od którego dostaje za mało pieniędzy. 

— Co pani powie o córce? 
— Elaine?  Trochę  jej  współczuję.  To  wcale  niezła  dziewczyna,  typ  pensjonarki,  która 

rośnie,  lecz wcale  nie dojrzewa. Dobrze zna się  na grach  sportowych. Z  zapałem przewodzi 
starszym i młodszym skaut—kom. Pasjonuje się sprawami takiego pokroju. Niedawno wynikła 
romantyczna historia między nią a zbuntowanym młodym nauczycielem. Niestety papa odkrył, 
że kawaler hołduje radykalnym ideom, więc jak taranem rozbił niedoszły związek. 

Zabrakło jej odwagi, by sprzeciwić się ojcu. 
Nie  zabrakło.  To  młody  człowiek  zwinął  chorągiewkę.  Myślę,  że  i  tym  razem  w  grę 

wchodziły pieniądze. Widzi pan, Elaine nie jest szczególnie pociągająca. 

A drugi syn? — zapytał detektyw. 
— Nigdy go nie widziałam. O ile mi wiadomo, to przystojny mężczyzna i skończony łobuz. 

Ma na koncie drobne fałszerstwo czeku… Takie sobie stare dzieje. Obecnie mieszka w Afryce 
Wschodniej. 

— Nastąpiło zerwanie stosunków z ojcem? 
— Tak. Pan Fortescue nie mógł zostawić Lancelota bez szylinga, bo już dawniej zrobił go 

młodszym wspólnikiem firmy. Ale od lat nie utrzymywali kontaktów, a jeżeli ktoś wspomniał 

background image

przypadkiem Lancelota, ojciec zwykł mawiać: „Nie chcę nic wiedzieć o łajdaku. To nie mój 
syn”. Mimo wszystko jednak… — panna Dove umilkła nagle. 

— Mimo wszystko jednak… — podpowiedział inspektor Neele. 
— Wcale nie zdziwiłaby mnie wiadomość, że stary Fortescue usiłuje sprowadzić do kraju 

Lancelota. 

— Na czym pani opiera swój pogląd? 
— Na  tym,  że  mniej  więcej  przed  miesiącem  stary  ostro  posprzeczał  się  z  Parcivalem. 

Odkrył  jakieś  machinacje  za swoimi plecami czy  coś podobnego. Nie wiem dokładnie, o co 
poszło. W każdym razie pan Fortescue wpadł w istną furię. Parcival stracił pozycję faworyta, 
dobrego chłopca… Tak! On zachowywał się ostatnio inaczej niż zwykle. 

— Kto? Pan Fortescue? 
— Nie. Miałam na myśli Parcivala. Odniosłam wrażenie, że biedak na śmierć się zamartwia. 
— Zechce  pani  powiedzieć  mi  coś  o  służbie…  Crumpów  poznałem.  Kto  więcej  jest  w 

domu? 

Gladys Martin, kredensowa albo pokojówka. Sprząta pokoje na parterze, nakrywa do stołu, 

pomaga  Crumpowi  przy  podawaniu.  Ogólnie  biorąc,  przyzwoita  dziewczyna,  tylko  bardzo 
ograniczona,  jak  gdyby  niezupełnie  normalna.  Typ  wyraźnie  skrofuliczny.  Inspektor 
pokwitował informacje skinieniem głowy. 

— Pokojowa Ellen Curtis jest ponura i zgorzkniała, ale służyła w dobrych domach, a swoje 

obowiązki  zna  pierwszorzędnie.  To  stała  służba.  Resztę  spraw  gospodarskich  załatwiają 
rozmaite przychodnie kobiety. 

— Czy wyczerpała pani listę domowników? Nie. Jest jeszcze stara panna Ramsbottom. 
— Któż to taki? 
— Szwagierka  pana  Fortescue,  siostra  jego  pierwszej  żony.  Pierwsza  żona  była  znacznie 

starsza od niego, a z kolei panna Ramsbottom znacznie starsza od niej. Obecnie ma z pewnością 
grubo po siedemdziesiątce. Zajmuje pokój na piętrze, sama przyrządza swoje posiłki i korzysta 
tylko  z  pomocy  przychodniej  sprzątaczki.  Jest  dziwaczką  i  nigdy  chyba  nie  przepadała  za 
szwagrem, lecz zamieszkała tutaj jeszcze za życia siostry i została po jej śmierci. Pan Fortescue 
nigdy się nie przejmował losami cioci Effie, ale moim zdaniem to postać ciekawa. 

— Innych domowników nie ma? 
— Nie ma, panie inspektorze. 
— Więc naturalnym rzeczy porządkiem doszliśmy do pani. 
— Interesuje  pana  mój  życiorys?  Jestem  sierotą.  Ukończyłam  wyższy  kurs  sekretarski  w 

Kolegium Świętego Alfreda. Przyjęłam posadę stenotypistki, rzuciłam ją, poszukałam drugiej i 
osądziwszy, że to nie dla mnie zajęcie, rozpoczęłam obecną karierę. Miałam dotychczas trzech 
pracodawców, bo po roku lub półtora zaczyna mnie nudzić każde miejsce, więc się przenoszę. 
W Domku pod Cisami jestem od przeszło roku. Zaraz wypiszę na maszynie nazwiska i adresy 
moich  poprzednich  pracodawców  i  wraz  z  kopiami  świadectw  doręczę  je  sierżantowi… 
sierżantowi Hayowi, o ile się nie mylę. Czy to wystarczy? 

— Niewątpliwie, proszę pani. 
Neele  umilkł  na  moment.  Oczyma  wyobraźni  jął  oglądać  Mary  Dove  manipulującą 

podejrzanie  przy  śniadaniu  pana  Fortescue.  Później  cofnął  się  jeszcze  dalej  —  do 
systematycznego  zbierania  cisowych  jagód.  Wreszcie  z  ciężkim  westchnieniem  wrócił  do 
rzeczywistości i chwili obecnej. 

— Teraz — podjął — chciałbym zobaczyć Gladys… kredensową i pokojówkę Ellen. Aha, 

proszę pani — dodał powstając z fotela — nie domyśla się pani, czemu pan Fortescue mógł 
mieć w kieszeni zboże? 

— Zboże? — powtórzyła z nie udawanym chyba zdumieniem. 
— Tak. Zboże. Ziarno. Z niczym tego pani nie kojarzy? Absolutnie z niczym. 
— Kto dbał o jego garderobę? 

background image

— Crump. 
— Rozumiem. Czy państwo Fortescue zajmowali wspólną sypialnię? 
— Tak. Oczywiście każde z nich miało własną ubieralnię i łazienkę. Mary Dove zerknęła na 

zegarek. — Adela powinna wrócić już naprawdę niedługo. 

— Jeszcze jedna sprawa, proszę pani. Rozumiem, że w bliskim sąsiedztwie znajdują się aż 

trzy kluby golfowe. Dziwi mnie jednak, że do lej pory nie udało się odnaleźć pani Fortescue w 
żadnym z. nich. 

— Byłby pan mniej zdziwiony, gdyby pan założyłże pani Fortescue może wcale nie grać w 

golfa — odparła szorstko Mary Dove. 

— Przecież poinformowano mnie wyraźnie, że miała taki zamiar. 
— Pani Fortescue zabrała komplet kijów i o takim właśnie zamiarze oznajmiła. Oczywiście 

wóz prowadzi sama. 

Detektyw  bystro spojrzał  na Mary, gdyż w tym  momencie spodziewał się uzyskać ważną 

informację. 

— Wie pani, kto miał być jej partnerem? — zapytał. 
— Zapewne miał to być pan Vivian Dubois. 
— Rozumiem… — powiedział tylko Neele, a zarządzająca domem podjęła szybko: 
— Przyślę panu Gladys, która z pewnością będzie śmiertelnie wystraszona. — Na chwilę 

przystanęła w progu, by dodać: — Nie radzę brać zbyt serio wszystkiego, co mówiłam. Jestem 
piekielnie złośliwa. 

Wyszła  i  zamknęła  za  sobą  drzwi,  na  które  inspektor  patrzył  przez  moment  w  zadumie. 

Dziewczyna  mogła  być  piekielnie  złośliwa,  lecz  w  każdym  razie  słowa  jej  posiadały  wagę. 
Jeżeli Rex Fortescue został otruty rozmyślnie (co w danej chwili było prawie pewne), sytuacja 
w Domku pod Cisami wyglądała obiecująco. Motywy zdawały się leżeć wokół grubą warstwą. 

background image

 
Dziewczyna,  która  z  wyraźną  niechęcią  weszła  do  palarni,  była  nieładna,  wystraszona  i 

mimo szykownej sukni koloru czerwonego wina sprawiała wrażenie jak gdyby nie domytej  i 
zaniedbanej. 

Spojrzała na inspektora błagalnym wzrokiem i powiedziała: 
— Ja nic złego nie zrobiłam. Naprawdę nie zrobiłam. Nic o tym wszystkim nie wiem. 
— Spokojnie, panienko, spokojnie… 
Ton  głosu  inspektora  uległ  pewnej  zmianie.  Brzmiał  teraz  łagodniej,  bardziej  pogodnie  i 

naturalnie. Niewątpliwie detektyw starał się dodać odwagi przerażonej i zbitej z tropu młodej 
Gladys. 

— Proszę  siadać  —  ciągnął.  —  Porozmawiamy.  Chciałbym  dowiedzieć  się  czegoś  o 

dzisiejszym śniadaniu. 

— Ja tam nic nie zrobiłam. 
— Nakrywała panienka do śniadania, usługiwała przy stole, prawda? 
— Tak, proszę pana, to racja — przyznała opornie dziewczyna. 
Była spłoszona i zdawać się mogło, że ma coś na sumieniu. Jednakże Neele widywał często 

świadków zbliżonego pokroju, nie tracił więc pogody, starał się pozyskać Gladys, życzliwym, 
uprzejmym tonem wypytywał, kto pierwszy przyszedł do jadalni, kto następny. 

Okazało  się,  że  Elaine  Fortescue  siadła  do  stołu  pierwsza,  w  chwili  kiedy  Crump  wniósł 

dzbanek  z  kawą.  Po  niej  zjawiła  się  pani  Fortescue,  następnie  pani  Valowa.  Pan  przyszedł 
ostatni. Kawa, herbata i gorące dania stały na kredensie, na podgrzewanych płytkach. Państwo 
obsługiwali się sami. 

Inspektor nie dowiedział się o niczym ważnym. Menu zgadzało się z relacją  Mary Dove. 

Państwo i panna Elaine pili kawę, pani Valova herbatę. Wszystko odbywało się nie inaczej niż 
zwykle. 

Na  pytania,  tyczące  jej  przeszłości,  Gladys  odpowiadała  mniej  niechętnie.  Służyła  w 

prywatnych domach. Później pracowała w kilku kawiarniach. Wreszcie postanowiła wrócić do 
prywatnej służby, więc przed dwoma miesiącami przyjęła miejsce w Domku pod Cisami. 

— Podoba się tu panience? — zapytał Neele. 
— Myślę,  że  chyba  tak…  Człowiek  nie  męczy  się tak,  nie  jest  wciąż  na  nogach.  Tyle  że 

mniej swobody… znaczy się, wolnego czasu. 

— Proszę powiedzieć mi coś o garderobie pana Fortescue, jego ubraniach. Kto utrzymywał 

je w porządku, czyścił? 

Gladys nastroszyła się znowu. 
— Powinien to robić pan Crump, ale na mnie zwalał połowę roboty. 
— Rozumiem… Kto czyścił i prasował garnitur, w który pan Fortescue był dziś ubrany? 
— Nie pamiętam, w który garnitur był dziś ubrany. Miał ich przecież tyle. 
— Czy znalazła kiedy panienka zboże w kieszeni któregoś z tych garniturów? 
— Zboże? 
Gladys jak gdyby zaniepokoiła się, zmieszała. 
— Wyrażając się ściślej, żyto. 
— Żyto? 
— Właśnie. Surowe ziarno żyta. Było w kieszeni marynarki, którą pan Fortescue miał dziś 

na sobie. 

— W kieszeni marynarki? 
— Aha. Domyśla się panienka, jak tam trafiło? 
— Nie mam pojęcia. Nie widziałam żadnego żyta. 

background image

Tyle  tylko  udało  się  wydobyć  z  Gladys,  więc  Neele  podejrzewał  przez  moment,  że 

dziewczyna  wie  o  sprawie  więcej,  niż  chce  powiedzieć.  Niewątpliwie  jest  zakłopotana, 
przyjmuje postawę obronną, ale to można przecież złożyć na karb oporów naturalnych wobec 
policjanta. Kiedy powiedział jej ostatecznie, że może odejść, kredensowa zapytała: 

— On rzeczywiście nie żyje? To prawda? 
— Prawda. 
— Nagle umarł, co? Kiedy telefonowali z biura, mówili, że dostał jakiegoś ataku, konwulsji. 
— Istotnie. To wyglądało na konwulsje. 
— Jedna  znajoma,  moja  koleżanka,  miewała  konwulsje.  Zawsze  nagle  przychodziły,  a  ja 

bałam się okropnie. 

Wspomnienia jak gdyby przezwyciężyły lęk Gladys. 
Inspektor  Neele  ruszył  do  kuchni,  gdzie  spotkało  go  niepokojące  przyjęcie.  Groźnie 

postąpiła w jego stronę kobieta o bardzo rumianej twarzy, otyła i uzbrojona w wałek do ciasta. 

Policja!  Dobre  sobie!  —  przemówiła.  —  Przychodzi  tutaj  taki  i  gada  głupstwa.  Także 

pomysł! Nic nie zmajstrowałam. Wszystko, co posyłam do jadalni, jest zawsze takie, jak trzeba. 
A  taki  opowiada,  że  ja  otrułam  pana.  Słowo  daję!  Wystąpię  do  sądu  o  potwarz,  nawet 
przeciwko policji. Nigdy w tym domu nie daje się na stół nic złego. 

Inspektor  stracił  sporo  czasu  na  ułagodzenie  rozjuszonej  mistrzyni  rondla.  Gdy  z  nią 

rozmawiał,  sierżant  Hay  uśmiechał  się  wyglądając  raz  po  raz  z  pokoju  kredensowego.  Bez 
wątpienia on musiał stawić czoło pierwszej fali gniewu i oburzenia pani Crump. 

Scenę przerwał dzwonek telefonu. Neele pośpieszył do hallu i zastał tam Mary Dove, która 

spiesznie notowała coś na bloku korespondencyjnym. 

— Telegram — rzuciła zwięźle oglądając się przez ramię. 
Po  zakończeniu  rozmowy  odłożyła  słuchawkę  i  wręczyła  blok  inspektorowi.  Depesza 

została nadana w Paryżu i brzmiała, jak następuje: 

FORTESCUE DOMEK POD CISAMI BAYDON HEATH SURREY. LIST NADSZEDŁ 

OPÓŹNIONY. 

PRZYJADĘ  JUTRO  PO  POŁUDNIU.  SPODZIEWAM  SIĘ  TUCZNEGO  CIELCA  NA 

KOLACJĘ. LANCELOT. 

Inspektor Neele szeroko otworzył oczy. 
— Ha! Więc syn marnotrawny został wezwany do domu — szepnął. 

background image

VI 

 
W  momencie,  gdy  Rex  Fortescue  pił  ostatnią  w  życiu  filiżankę  herbaty,  jego  syn  z  żoną 

siedzieli pod drzewami na Polach Elizejskich i obserwowali przechodniów, 

— Łatwo ci zapytać, Pat, „jaki to człowiek”. Trudniej odpowiedzieć na pytanie — mówił 

właśnie  Lance  Fortescue.  —  Opisywanie  kogoś  to  nie  najmocniejsza  moja  strona.  Czego 
chciałabyś się dowiedzieć? Widzisz, mój stary to, szczerze mówiąc, niezły szachraj. Ciebie to 
chyba nie zgorszy, prawda? Bądź co bądź musisz być przyzwyczajona do szachrajów. 

— Tak… Zapewne masz słuszność. Przeszłam niezłą szkołę. 
Głos młodej pani Fortescue zadźwięczał nutą niewesołej zadumy. Może pomyślała, iż cały 

świat jest szachrajski albo też jej wyjątkowo nie dopisywało szczęście. 

Była wysoka, długonoga. Nie zasługiwała na miano piękności, lecz roztaczała urok płynący 

z  nadmiaru  sił  żywotnych  i  gorącego  serca.  Miała  pełne  gracji  ruchy  i  śliczne,  lśniące 
kasztanowate  włosy.  Zdawać  się  mogło,  że  dzięki  długiemu  obcowaniu  z  końmi  nabrała 
wdzięku młodej kłaczki pełnej krwi. 

Dobrze  poznała  szachrajstwa  na  torach  wyścigowych,  niebawem  zaś  miała  nawiązać 

kontakt z szachrajstwami świata interesów. Jednakże odnosiła wrażenie, iż jej nie znany dotąd 
teść jest wzorem uczciwości w granicach określonych literą prawa. Często tak bywa. Ludzie, 
pyszniący  się  chętnie  swoimi  „sprytnymi  posunięciami”,  nie  rozmijają  się  zazwyczaj  z 
postanowieniami  kodeksu  karnego.  Ale  jej  Lance,  którego  kocha,  który  przyznaje,  że  w 
młodzieńczych  latach  przekroczył  tę  barierę,  ma  niewątpliwie  prawość,  obcą  cwaniakom 
praktykującym z powodzeniem legalne szachrajstwa. 

— Nie twierdzę, że to oszust — ciągnął młody człowiek. — Nic podobnego! Ale, widzisz, 

Pat, stary potrafi grać na całego. 

— Czasami czuję głęboką nienawiść do ludzi, którzy potrafią grać na całego — odrzekła Pat 

i dodała: — Jesteś do niego przywiązany. 

Ostatnie  zdanie  miało  charakter  twierdzenia,  nie  pytania.  Lance  zastanawiał  się  przez 

chwilę. Później odpowiedział tonem nie pozbawionym zdziwienia: 

— Wiesz co, kochanie? Naprawdę mi się zdaje, że jestem do niego przywiązany. 
Pat  wybuchnęła  śmiechem,  a  mąż  spojrzał  na  nią  spod  lekko  opuszczonych  powiek. 

Kochana, najmilsza dziewczyna! Dla takiej warto wiele zrobić! 

— Powrót tam — podjął — jest w pewnym sensie diabelnie przykrą sprawą. Biurowe nudy. 

Jazda  do  domu  co  dzień  pociągiem  o  piątej  osiemnaście  po  południu.  Życie  całkiem  nie  w 
moim  stylu.  Zawsze  bardziej  mi  swojsko  wśród  rozmaitych  wzlotów  i  upadków.  Ale 
ostatecznie  człowiek  musi  się  kiedyś  ustatkować.  Naturalnie  wymaga  to  starań,  ale  ty 
poprowadzisz mnie za rękę, więc starania mogą się okazać nawet przyjemne. Stary nawrócił 
się, przekonał do mnie, trudno w takim przypadku nie skorzystać z okazji. Muszę przyznać, że 
jego  list  sprawił  mi  niespodziankę.  Byłem  zaskoczony,  zdziwiony…  Że  też  akurat  Parcival 
musiał  mu  się  narazić!  Percy,  ten  dobry  chłopiec!  Nie  zapominaj,  Pat,  że  to  spryciarz, 
podstępny spryciarz. Zawsze był taki. 

— Nie zdaje mi się, abym miała polubić twojego brata Parcivala —wtrąciła Pat. 
— Nie chcę cię do niego zrażać. Powiadam tylko, że nigdy nie pasowaliśmy do siebie. Ja 

trwoniłem  kieszonkowe,  on  robił  oszczędności.  Ja  przyjaźniłem  się  z  sympatycznymi 
nicponiami, on zawierał,  jak się to mówi,  „cenne  znajomości”. Stanowiliśmy przeciwstawne 
bieguny. Uważałem go zawsze za pętaka, a on… Myślę, że nienawidził mnie serdecznie. Nie 
bardzo rozumiem dlaczego… 

— Ja chyba rozumiem — wtrąciła znów Pat. 
— Naprawdę?  Nic  dziwnego,  kochanie.  Masz  głowę  na  karku.  Widzisz,  zastanawiam  się 

chwilami… To fantastyczny pomysł, ale… 

background image

— Ale co? Mów śmiało. 
— Zastanawiam się, czy nie Parcival zmontował awanturę z tamtym czekiem… Pamiętasz? 

Dostałem  wtedy  kopniaka  od  ojca  i  stary  wściekał  się,  że  nie  może  być  mowy  o 
wydziedziczeniu, bo już dawniej zrobił ze mnie wspólnika firmy. Najciekawsza historia, że ja 
czeku nie sfałszowałem. Oczywiście nikt nie uwierzyłby mi wtedy, bo raz podebrałem firmowe 
pieniądze i przegrałem na wyścigach. Widzisz, byłem murowanie pewny, że wszystko zwrócę, 
i  ostatecznie  chodziło  o  pieniądze  w  niejakim  stopniu  moje.  Ale  podrobić  podpis  na  czeku? 
Nie! Czasem przychodzi mi do głowy zabawny pomysł, że to może Parcival mnie zastąpił. Nie 
mam pojęcia czemu, ale pomysł przychodzi. 

— Przecież on nie mógł nic skorzystać. Pieniądze wpłynęły na twój rachunek. 
— Wiem.  Dlatego  moje  podejrzenia  nie  mają  sensu.  A  jednak…  Pat  spojrzała  bystro  na 

męża. 

— Myślisz, że tą metodą chciał się ciebie pozbyć? 
— Tak sobie wyobrażam. Nie powinienem opowiadać podobnych bredni. Zapomnij o tym, 

Pat. Ciekaw jestem, jak stary, poczciwy Percy zareaguje na powrót syna marnotrawnego. Ale 
wytrzeszczy te swoje mętne, chytre, bladozielone oczki! 

— On wie, że wracasz? 
— Wcale  by  mnie  nie  zdziwiło,  gdyby  nic  nie  wiedział.  Nasz  stary,  Pat,  ma  trochę 

zwichrowane poczucie humoru. 

— Ale co twój brat mógł zrobić? Czym rozsierdził tak ojca? 
— Sam jestem ciekaw. Hm… Coś musiało przywieść starego do białej gorączki. Inaczej nie 

napisałby do mnie. 

— Kiedy dostałeś jego pierwszy list? 
— Chyba cztery… nie, jakieś pięć miesięcy temu. To byt gderliwy list, lecz bez wątpienia 

również gałązka oliwna. „Twój starszy brat okazał się człowiekiem pod wieloma względami 
nieodpowiednim”. „Liczę, że zdążyłeś się wyszumieć, ustatkować jakoś”. „Mogę zapewnić, że 
na  pojednaniu  skorzystasz  finansowo”.  „Życzliwie  i  serdecznie  powitam  ciebie  oraz  twoją 
żonę”. Wiesz co, kochanie? Niemałą rolę musiało odegrać moje małżeństwo z tobą. Na starym 
zrobił wrażenie fakt, że wżeniłem się do arystokracji. 

— Do arystokracji? — parsknęła śmiechem Pat. — Takie tam arystokratyczne męty! 
— Wszystko  jedno  —  uśmiechnął  się  Lance.  —  O  mętach  mało  kto  wie,  o  arystokracji 

wszyscy.  Poczekaj.  Zobaczysz  małżonkę  Parcivala!  To osóbka,  która  biada  nad  zgubieniem 
znaczka pocztowego, a przy stole mówi: „Proszę mi podać piklów”. 

Tym razem Pat nie odpowiedziała śmiechem. Jęła się zastanawiać nad kobietami ze swojej 

nowej rodziny — kwestią, której Lance dotąd nie poruszył. 

— A twoja siostra? — zapytała. 
— Elaine?  Niezła  dziewczyna,  wcale  niezła.  Kiedy  wyjeżdżałem,  była  bardzo  młoda. 

Wiesz, taki podlotek diabelnie serio. Strasznie się wszystkim przejmowała. Pewno zdążyła z 
tego wyrosnąć. 

Charakterystyka panny Fortescue była niezbyt krzepiąca. 
— Siostra nie pisywała do ciebie od czasu, kiedy… kiedy opuściłeś kraj… Nie pisywała, 

prawda? 

— Nie zostawiłem adresu. Ale tak czy inaczej nie zdobyłaby się na list. Widzisz, jesteśmy 

rodziną bez sentymentów. 

— Na to wygląda. 
Lancelot zerknął spod oka ku żonie. 
— Strach  cię  obleciał,  co?  Na  myśl  o  mojej  rodzince?  Całkiem  zbytecznie.  Przecież  nie 

zamieszkamy wspólnie. Uwijemy gdzieś sobie własne, przytulne gniazdko. Rozumiesz? Konie, 
psy, co tylko zechcesz. 

— No i ten pociąg o piątej osiemnaście. 

background image

— To dla mnie, zgoda. Do City i z City. Codziennie. Oficjalnie ubrany. Ale nie martw się, 

najmilsza. Są urocze, wiejskie zakątki nawet w bezpośrednim sąsiedztwie Londynu. No, a ja 
czuję ostatnimi czasy przypływ zamiłowania do spraw finansowych. Nic dziwnego, kochanie. 
To dziedziczne z obydwu stron rodziny. 

— Mówiłeś, zdaje się, że matki prawie nie pamiętasz? 
— Zawsze  wydawała  mi  się  okropnie  stara.  Oczywiście  była  stara.  Miała  bez  mała 

pięćdziesiątkę,  kiedy  Elaine  przyszła  na  świat.  Nosiła  liczne,  pobrzękujące  ozdoby,  zwykle 
leżała na sofie i miała zwyczaj czytywać mi śmiertelnie nudne historie o rycerzach i damach. 
„Idylle królewskie” Tennysona… Zapewne ją kochałem. A dziś, kiedy wspominam tamte łata, 
rozumiem, że to była piekielnie bezbarwna kobieta. 

Wygląda  na  to,  że  nikogo  nie  kochałeś  naprawdę  i  nie  kochasz  —rzuciła  Pat  nie  bez 

przygany w głosie. Mąż ujął jej rękę, ścisnął mocno. 

— Kocham ciebie, Pat — powiedział. 

background image

VII 

 
Inspektor  Neele  trzymał  jeszcze  w  ręku  blok  z  tekstem  depeszy,  gdy  samochód  zajechał 

przed dom  i stanął ze zgrzytem hamulców. — Jest pani Fortescue — oznajmiła Mary  Dove. 
Detektyw ruszył w stronę drzwi wejściowych i kątem oka spostrzegł, że Mary Dove wycofuje 
się,  niknie  na  dalszym  planie.  Najwyraźniej  wolała  nie  uczestniczyć  w  zapowiadającej  się 
scenie. Godny uwagi objaw taktu, dyskrecji, a także braku ciekawości. W podobnej sytuacji — 
osądził inspektor Neele prawie żadna kobieta nie ruszyłaby się z miejsca. 

Był tuż przy drzwiach, gdy w hallu pojawił się Crump. I on musiał usłyszeć podjeżdżający 

samochód. 

Dwie osoby wysiadły ze sportowego rolls bentleya i zbliżyły się do domu. Drzwi otwarły się 

przed nimi. Adela Fortescue zmierzyła obcego mężczyznę zdziwionym wzrokiem. 

Neele ocenił w mgnieniu oka jej niezwykłą urodę, a także trafność zdania Mary Dove, które 

zaszokowało  go  w  swoim  czasie.  Uznał,  że  Adela  Fortescue  to  rzeczywiście  „seksbomba”. 
Ogólnym  kolorytem  i  postawą  przypomina  jasnowłosą  pannę  Grosvenor.  Ale  efektowna 
sekretarka  musi  być  osobą  poważną  i  solidną,  wyzywającą  jedynie  na  pozór.  Natomiast 
powierzchowność  wdowy  po  panu  Fortescue  odpowiada  bez  wątpienia  jej  wewnętrznej 
sylwetce. To ktoś, kto zwraca się do mężczyzn jasno, bez ogródek. Ktoś, kto zdaje się mówić 
wyraźnie:  „Spójrz! Jestem kobietą”. Seks objawiają  jej ruchy, słowa, spojrzenia,  jednakże w 
oczach czai się roztropny, przebiegły wyraz. Pani Adela z pewnością lubi płeć odmienną, lecz 
jeszcze wyżej ceni sobie pieniądze. 

Detektyw objął wzrokiem  mężczyznę, który towarzyszył pięknej  Adeli dźwigając torbę z 

kijami  do  golfa.  Dobrze  znał  ten  typ  —  typ  specjalisty  od  młodych  żon  bogatych  i 
podstarzałych  mężów.  Pan  Vivian  Dubois  (on  to  był  bowiem)  emanował  wystudiowaną 
męskością, daleką jego prawdziwej naturze. Należał do facetów, którzy „rozumieją” kobiety. 

— Pani Fortescue? — zapytał Neele. 
— Tak, ale… — błękitne oczy spojrzały pytająco. — Nie rozumiem doprawdy… 
— Jestem inspektor Neele i, niestety, mam dla pani bardzo złe wiadomości. 
— Oo… Kradzież? Włamanie? Coś w tym sensie? 
— Nie w tym sensie, proszę pani. Chodzi o pani małżonka, który poważnie zachorował w 

biurze. 

— Rex? Zachorował? 
— Od wpół do dwunastej usiłowaliśmy nawiązać z panią kontakt. 
— Gdzie on jest? Tutaj? W jakimś szpitalu? 
— Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Niestety,  musi się pani przygotować na złą 

wiadomość. 

— Jak to? Chyba nie… nie umarł? — wyjąkała Adela Fortescue. Postąpiła krok, wsparła się 

o ramię inspektora, a ten ceremonialnie, nie bez wrażenia, że gra na scenie, powiódł ją w głąb 
hallu. 

— Dobrze jej zrobi koniak — powiedział Crump, który ciekawie kręcił się w pobliżu. , 
— Słusznie, Crump. Przynieś koniak — przemówił dźwięcznym głosem pan Dubois i dodał 

pod adresem detektywa: — Pozwoli pan tędy. 

Otwarte przezeń drzwi jął mijać pochód: Neele prowadzący Adelę Fortescue, Vivian Dubois 

oraz Crump z karafką koniaku i dwoma kieliszkami. 

Dama ciężko opadła na  fotel, zakryła oczy dłonią, a drugą ręką sięgnęła po koniak, który 

podał jej Neele. Ostrożnie pociągnęła mały łyk i kieliszek odstawiła. 

— Nie chcę — szepnęła —  nic  mi  nie  jest. Ale… proszę powiedzieć, co to było? Pewno 

wylew krwi do mózgu? Biedny Rex! 

— To nie był wylew krwi do mózgu, proszę pani. 

background image

— O ile sobie przypominam, przedstawił się pan jako inspektor policji — zabrał głos Vivian 

Dubois. 

— Zgadza się — odparł pogodnie detektyw. — Inspektor Neele z Wydziału Śledczego. 
W ciemnych oczach młodego człowieka pojawił się wyraz zaniepokojenia. Najwyraźniej nie 

odpowiadała mu obecność inspektora z Wydziału Śledczego. 

— Co  się  stało?  Coś  podejrzanego?  —  zapytał  i  odruchowo  cofnął  się  krok  ku  drzwiom, 

czego Neele nie omieszkał zanotować w pamięci. 

— Niestety,  proszę  pani  —  zwrócił  się  do  Adeli  Fortescue  —  musimy  wziąć  pod  uwagę 

konieczność śledztwa. 

— Konieczność śledztwa? Co pan… Co to znaczy? 
— Rozumiem, że to wszystko jest dla pani  nad wyraz  niemiłe —podjął gładko Neele. — 

Jednakże zachodzi potrzeba, aby ustalić możliwie najszybciej, co pan Fortescue jadł i pił dziś 
rano, przed wyjazdem z domu do biura. 

— Chce pan powiedzieć, że Rex został otruty? 
— Na to wygląda, proszę pani. 
— Niepodobna!… Aa… Ma pan na myśli zatrucie pokarmowe —dorzuciła dama głosem o 

pół oktawy niższym. 

Neele miał nadal twarz drewnianą, bez wyrazu. Mówił chłodno, spokojnie: 
— Szanowna pani przypuszcza, że co mam na myśli? Adela Fortescue puściła pytanie mimo 

uszu. 

— Ale, panie inspektorze… my wszyscy czujemy się dobrze. 
— Może pani to stwierdzić w imieniu całej rodziny? 
— W imieniu całej rodziny? Nie… Raczej nie. Dubois ostentacyjnie spojrzał na zegarek. 
— Ha, muszę zmykać, Adelo. Strasznie mi przykro, ale nic ci się przecież nie stanie… Masz 

do dyspozycji służącą i małą Dove… Na razie. 

— Nie odchodź, Vivian! Bardzo proszę. 
Zabrzmiało to jak jęk rozpaczy i odniosło skutek przeciwny do zamierzonego. Pan Dubois 

szybko cofnął się w stronę drzwi. 

— Strasznie mi przykro, moja droga… Niestety, mam coś bardzo ważnego do załatwienia… 

Umówione spotkanie… Mieszkam tutaj w hotelu, panie inspektorze. Służę, gdybym mógł być 
panu potrzebny… Chętnie służę. 

Neele  skinął  głową.  Nie  chciał  zatrzymywać  pana  Dubois,  lecz  oceniał  właściwie  powód 

jego pośpiechu. Nie miał wątpliwości, że pan Dubois co tchu umyka od kłopotów. 

Adela Fortescue opanowała się nieco i podjęła próbę, by sprostać sytuacji. 
— To taki wstrząs wrócić do domu i zastać policję — powiedziała. 
— Niewątpliwie,  proszę  pani  —  przyznał  Neele.  —  Chodzi  nam  jednak  o  możliwie 

najwcześniejsze zabezpieczenie próbek żywności, a przede wszystkim kawy,  herbaty, takich 
rzeczy. 

— Kawy?  Herbaty?  Cóż  może  być  w  nich  trującego?  Myślę,  że  biednemu  Reksowi 

zaszkodził bekon. Czasami dostajemy obrzydliwy, wprost niejadalny. 

— To się okaże, proszę pani. Wszystko wyjaśnimy. Niekiedy trafiają się przypadki na pozór 

nieprawdopodobne. Raz mieliśmy do czynienia z zatruciem digitalisem. I co wyszło na jaw? 
Ktoś pomyłkowo nazrywał liści naparstnicy zamiast chrzanu. 

— Sądzi pan, że mogło zajść coś zbliżonego? 
— Więcej, proszę pani, będzie można powiedzieć po sekcji zwłok. 
— Aa… po sekcji zwłok — wzdrygnęła się. — Rozumiem. 
— W sąsiedztwie domu rośnie wiele cisów — podjął Neele, obserwując ją bacznie. — Czy, 

proszę pani, istnieje możliwość, że przez pomyłkę ich jagody lub igły trafiły do czegoś? 

Adela Fortescue szeroko otworzyła oczy. 
— Jagody cisu? Czy są trujące? 

background image

Jej zdumienie mogło wydać się trochę zbyt naiwne, szczere. 
— Słyszałem, proszę pani, o dzieciach, które najadły się ich z fatalnym skutkiem. 
— Nie jestem w stanie rozmawiać więcej o tym wszystkim — zawołała kobieta ściskając 

skronie  dłońmi.  —  Nie  mogę!  Chcę  się  położyć,  odpocząć.  Nie  wytrzymam  dłużej.  Pan 
Parcival  Fortescue  załatwi,  co  trzeba…  Ja  nie  mogę…  Proszę  mnie  o  nic  nie  pytać…  To 
okrucieństwo! 

— Z  panem  Parcivalem  Fortescue  porozumiemy  się  możliwie  najwcześniej.  Niestety 

jednak, jest w tej chwili nieobecny. Wyjechał w sprawach handlowych. 

— Prawda… zapomniałam. 
— Jeszcze jedno, proszę pani. W kieszeni marynarki pana Fortescue znaleziono garść zboża. 

Potrafi to pani wytłumaczyć? 

Dama zrobiła zdziwioną minę. Przecząco pokręciła głową. 
— Czy ktoś mógł podrzucić ziarno dla kawału? 
— Nie rozumiem, na czym miałby polegać taki kawał? Neele również nie rozumiał. 
— Dłużej nie będę pani trudzić — powiedział. — Czy przysłać którą ze służących? A może 

pannę Dove? 

— Co pan mówi? — rzuciła z roztargnieniem, więc Neele zadał sobie pytanie, o czym może 

myśleć w tej chwili Adela Fortescue. 

Nieporadnie otworzyła torebkę, wydobyła chusteczkę do nosa. 
— To  straszne…  Straszne  —  podjęła  łamiącym  się  głosem.  —  Dopiero  teraz  zaczynam 

uświadamiać sobie, co rzeczywiście zaszło. Dotąd byłam jak ogłuszona. Biedny Rex… Biedny, 
kochany Rex! 

Zaszlochała  głucho,  w  sposób  prawie  przekonywający.  Detektyw  spojrzał  na  nią  z 

szacunkiem należnym żałobie. 

— Rozumiem — powiedział. — To spadło na panią zupełnie nagle. Zaraz tu kogoś przyślę. 
Ruszył w kierunku drzwi, otworzył je i od progu obejrzał się przez ramię. Adela Fortescue 

trzymała przy oczach chusteczkę, której zwisający rąbek niezupełnie przesłaniał usta — usta 
wykrzywione ledwie dostrzegalnym uśmiechem. 

background image

VIII 

 
— Zebrałem,  co  się  dało,  panie  inspektorze  —  zameldował  sierżant  Hay.  —  Marmoladę, 

trochę  szynki,  próbki  cukru,  herbaty,  kawy.  Te  ostatnie  niewiele  warte,  bo  naturalnie  fusy  i 
wyparki poszły już do śmieci. Ale jest jedna sprawa. Kawy zostało dużo, więc służba piła ją 
około jedenastej. Moim zdaniem to ważne. 

— Moim również, Hay. Jeżeli Rex Fortescue został wykończony kawą, trucizna była tylko 

w jego filiżance. 

— I  postarał  się  o  to  ktoś  z  obecnych  przy  śniadaniu.  Właśnie!  Pytałem  też  ostrożnie  o 

cisowe jagody i igły. Nikt nie natknął się w domu na coś podobnego. Nikt nie wie także o zbożu 
w kieszeni. Domownikom wydaje się to bardzo dziwne. Mnie także, panie inspektorze. Denat 
nie wygląda mi na gościa, co jadał chętnie wszystko, byle nie gotowane. Mój szwagier jest taki. 
Lubi surową marchew, surowy groch, surową rzepę. Ale nawet on nie rusza surowego ziarna. 
Jak pragnę zdrowia, takie coś musi okropnie pęcznieć w brzuchu. 

Zabrzęczał telefon i na znak inspektora Hay ruszył żwawo, by odebrać. Neele pospieszył za 

nim. Dzwonił Wydział Śledczy, że nawiązano kontakt z Parcivalem Fortescue, który bez chwili 
zwłoki wraca do Londynu. 

Kiedy inspektor odkładał słuchawkę, przed dom zajechał samochód. Crump otworzył drzwi, 

wpuścił do hallu kobietę z okazałym naręczem paczek i począł je od niej odbierać. 

— Dziękuję, Crump — powiedziała. — Proszę zapłacić kierowcy. Chciałabym zaraz napić 

się herbaty. Jest już w domu pani Fortescue albo panna Elaine? 

Kamerdyner zawahał się, niepewnie zerknął przez ramię na detektywa. 
— Mamy niedobre wiadomości, proszę pani — bąknął. — O panu… 
— O panu Fortescue? 
Neele podszedł bliżej, więc Crump objaśnił go półgłosem: 
— Pani Parcivalova, proszę pana. 
— Jakie  wiadomości?  Co  się  stało?  Nieszczęśliwy  wypadek?  Przed  udzieleniem 

odpowiedzi Neele oszacował wzrokiem nowo przybyłą. Była dość otyła, jej usta zdawały się 
wyrażać  rozgoryczenie  i  wyglądała  na  mniej  więcej  trzydzieści  lat.  Neele  pomyślał,  że  pani 
Parcivalowa Fortescue jest zapewne śmiertelnie znudzona i z tej racji . dopytuje tak żywo o złą 
nowinę. 

— Z prawdziwą przykrością — powiedział — muszę panią poinformować, że pan Fortescue 

zasłabł nagle w biurze i umarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala Świętego Judy. 

— Umarł? Naprawdę? 
Nie ulegało wątpliwości, że wiadomość okazała się jeszcze bardziej sensacyjna, niż wolno 

było liczyć. 

— Dobry  Boże!  Co  za  wydarzenie!  A  mój  mąż  wyjechał.  Trzeba  będzie  się  z  nim 

porozumieć. Jest gdzieś  na północy  Anglii. Myślę, że w biurze powinni wiedzieć, dokąd się 
wybierał. Oczywiście na niego spadnie cały kłopot. A to dopiero! Ze też podobna historia musi 
trafić się zawsze w najmniej stosownej chwili! 

Pani Parcivalowa umilkła, jak gdyby chciała przeżuć w myślach historię, która trafiła się w 

najmniej stosownej chwili. 

— Wiele zależy od tego, gdzie odbędzie się pogrzeb — podjęła. —Spodziewam się, że tutaj. 

A może w samym Londynie? 

— O tym zadecyduje rodzina. 
— Oczywiście.  Tak  się  tylko  zastanawiałam  —  odparła  pani  Parcivalowa  i  dopiero 

wówczas zainteresowała się nieznajomym, z którym prowadziła rozmowę. 

— Pan z biura, co? — zapytała. — A może jest pan lekarzem? 
— Jestem funkcjonariuszem policji. Zgon pana Fortescue nastąpił nagle, wobec czego… 

background image

— Chce pan powiedzieć, że to było morderstwo? — przerwała mu raptownie. 
Morderstwo! Pierwszy raz padło to słowo, więc Neele spojrzał bacznie na ożywioną, pełną 

zaciekawienia twarz tęgiej osoby. 

— Dlaczego przyszła pani na myśl taka możliwość? — zapytał. 
— Dlaczego?  Cóż,  morderstwa  zdarzają  się  czasami…  Wspomniał  pan  o  nagłym  zgonie. 

Jest pan funkcjonariuszem policji… Czy już pan ją widział? Co powiedziała na to wszystko? 

— Nie bardzo rozumiem, o kim pani mówi. 
— O kim? Naturalnie o Adeli. Sto razy mówiłam Valowi, że jego ojciec strzelił kapitalne 

głupstwo, kiedy ożenił  się z kobietą o tyle  lat  młodszą. Ale, powiadam panu, nie  ma  frajera 
gorszego  niż  stary  frajer!  Dostał  bzika  na  temat  tej  okropnej  baby.  No  i  co  z  tego  wyszło? 
Wpadliśmy wszyscy w kabałę. Będziemy mieli dom pełen reporterów, fotografie w gazetach… 
—  Pani  Parcivalowa  urwała  znowu,  jak  gdyby  oczyma  wyobraźni  oglądała  długie  serie 
niedyskretnych  zdjęć  prasowych.  Inspektor  pomyślał,  że  taka  perspektywa  nie  jest  dla  niej 
całkowicie nieprzyjemna. — Co to było? Arszenik? — zwróciła się doń żywo. 

— Przyczyna zgonu nie została jeszcze ustalona — odrzekł chłodnym, urzędowym tonem. 

— Odbędzie się sekcja zwłok i rozprawa u koronera. 

— Ale pan już wszystko wie, prawda? Inaczej nie pokazałby się pan tutaj. 
Pełna, niewątpliwie tępawa twarz pani Parcivalowej przybrała chytry wyraz. 
— Naturalnie wypytuje pan domowników, co nieboszczyk jadł wczoraj na kolację, dziś na 

śniadanie. Nie mylę się, prawda? Interesujące też są wszystkie napoje, co? 

Inspektor nie wątpił, że kobieta łakomie roztrząsa w myślach wszelkie możliwości. 
— Istnieje prawdopodobieństwo — odrzekł z rezerwą — że pan Fortescue zasłabł na skutek 

zatrucia czymś, co spożył dziś w czasie śniadania. 

— W  czasie  śniadania?  —  powtórzyła  z  nutą  zdziwienia.  —  Czy  to  możliwe?  Nie 

wyobrażam sobie… — umilkła na moment, pokręciła głową. — Nie wyobrażam sobie, jak ona 
mogłaby to zrobić w czasie śniadania. Chyba że przemyciła coś do kawy, kiedy ja nie patrzałam 
ani Elaine. W takim razie… 

W głębi hallu zabrzmiał spokojny głos: 
— Herbatę dla pani podano w bibliotece. Pani Valowa wzdrygnęła się nerwowo. 
— Oo… Bardzo dziękuję, panno Dove. Dobrze mi zrobi filiżanka herbaty. Jestem zupełnie 

rozbita i… Napije się pan herbaty, panie… panie inspektorze? 

— Nie, proszę pani. Dziękuję. 
Pulchna  kobietka  zawahała  się  na  moment,  później  odeszła  z  wolna.  Gdy  zniknęła  za 

drzwiami, Mary Dove rzuciła półgłosem: 

Myślę, że ta idiotka nie słyszała nigdy o karze za zniesławienie. 
Neele nie odpowiedział, więc zarządzająca domem podjęła chłodno: 
— Mogę służyć panu czymś więcej? 
— Chciałbym pomówić z pokojową Ellen. 
— W tej chwili poszła na piętro. Zaprowadzę pana do niej. 
Ellen  była  posępna,  lecz  nie  przejawiała  lęku.  Inspektora  powitała  z  wyrazem  triumfu  na 

zwiędłej, surowej twarzy. 

— Paskudna sprawa, proszę pana — zaczęła. — Kto by pomyślał, że przyjdzie mi służyć w 

domu, gdzie wyprawiają się takie rzeczy. Chociaż mogę powiedzieć, że to dla mnie nie całkiem 
niespodzianka. Po prawdzie dawno powinnam poprosić o zwolnienie, bo to i tamto bardzo mi 
się  nie  podoba.  Wyrażają  się  tu  nieładnie,  piją  za  dużo,  a  najbardziej  gniewają  mnie  te 
świństwa.  Nie  mam  nic  przeciwko  pani  Crump,  ale  czy  Crump  albo  ta  kredensowa  Gladys 
wiedzą, co znaczy dobra służba? Wszystko to nic. Najbardziej gniewają mnie te świństwa. 

— O jakich świństwach pani mówi? 

background image

— Może pan jeszcze nic nie słyszał, ale niedługo usłyszy. Cały dom trzęsie się od gadania. 

Ludzie widują ich tu i tam… Niby to ma być golf albo tenis… takie rzeczy… Na własne oczy 
oglądałam, słowo daję! Drzwi biblioteki były nie domknięte, a oni całowali się, migdalili. 

Mówiła z iście zabójczym jadem. Neele zdawał sobie sprawę, że to pytanie zbędne, jednak 

zapytał: 

— O kim pani mówi? 
— Ma się rozumieć o naszej pani i tym facecie. Wstydu nie mają! Ale na mój rozum pan coś 

przewąchał, z pewnością przewąchał. Napuścił kogoś, kto ich śledził. No i do czego doszłoby 
ostatecznie? Do rozwodu? Tyle że zamiast rozwodu to się przydarzyło. 

— Twierdzi pani zatem… 
— Wypytuje  pan  inspektor,  co  nasz  pan  jadł  i  pił  i  kto  mu  tamto  i  owo  podawał.  Oni  to 

zmajstrowali, do spółki, nic innego nie twierdzę. On postarał się gdzieś o truciznę, ona podała 
ją panu. Inaczej być nie mogło, jak Bóg na niebie. 

— Widziała pani kiedy cisowe jagody w domu albo, dajmy na to, na śmietniku? 
— Cisowe jagody? — małe złośliwe oczki błysnęły zaciekawieniem. — Paskudna trucizna. 

Kiedy byłam mała, moja mama mówiła często: nie ruszaj tego nigdy. Czy go struli cisowymi 
jagodami? 

— Nie wiemy jeszcze, kto i czym otruł pana Fortescue. 
— Nie widziałam nigdy, żeby ona kręciła się koło cisów. Tego nie powiem — głos Ellen 

zabrzmiał nutą rozczarowania. 

Z kolei Neele zapytał o znalezione w kieszeni żyto, lecz i tym razem nie posunął się naprzód. 
— Nie,  panie  inspektorze.  Nic  o  życie  nie  wiem  —  odpowiedziała  pokojowa.  Następne 

próby  też  nie  przyniosły  rezultatu,  więc  ostatecznie  zapytał,  czy  mógłby  porozumieć  się  
panną Ramsbottom. 

— Mogę pójść do niej — odparła Ellen z powątpiewaniem. — Zobaczymy. Ale ona bardzo 

niechętnie widuje ludzi. To bardzo wiekowa osoba i trochę pomylona, proszę pana. 

Detektyw  ponowił  prośbę,  więc  pokojowa  poprowadziła  go  niechętnie  korytarzem,  przy 

którego końcu, u szczytu krótkich schodów, znajdowały się pokoje zapewne niegdyś dziecinne. 

Po  drodze  Neele  wyjrzał  oknem  korytarza  i  w  pobliżu  starego  cisa  zobaczył  swojego 

sierżanta zajętego rozmową z jakimś mężczyzną, chyba ogrodnikiem. 

Ellen  zastukała  do  drzwi,  a  gdy  z  wnętrza  pokoju  dobiegła  odpowiedź,  otworzyła  je  i 

powiedziała: 

— Jeden  pan  z  policji  chciałby  porozmawiać  z  panią,  proszę  pani.  Panna  RamsbottSm 

musiała  wyrazić  zgodę,  bo  pokojowa  cofnęła  się  i  gestem  dała  do  zrozumienia  gościowi,  że 
może wejść. 

Pokój był nieprawdopodobnie zagracony i Neele odniósł wrażenie, iż przeniósł się nagle w 

czasy  nie króla Edwarda nawet,  lecz królowej  Wiktorii. Za  stołem przysuniętym do piecyka 
gazowego siedziała  sędziwa dama  zajęta układaniem pasjansa. Miała  na  sobie  brązoworudą, 
staroświecką suknię, a jej rzadkie siwe włosy były uczesane gładko, z przedziałkiem pośrodku 
głowy. 

— Proszę — odezwała się nie podnosząc wzroku. — Proszę. Niech pan siada. 
Zastosowanie się do tej uprzejmej propozycji nastręczało pewne trudności, gdyż wszystkie 

fotele i krzesła były zapełnione książkami i pismami o treści religijnej. 

Inspektor począł usuwać ostrożnie stos papierów leżący  na sofie  i w tym  momencie stara 

dama zapytała obcesowo: 

— Interesuje pana praca misjonarzy? 
— Praca misjonarzy?… Obawiam się, łaskawa pani, że nie najbardziej. 
— Wielka  szkoda!  Powinno  to  pana  interesować.  Wie  pan,  gdzie  w  dzisiejszych  czasach 

można znaleźć prawdziwie chrześcijańskiego ducha?  W Afryce. Tylko w czarnej  Afryce!  W 

background image

zeszłym  tygodniu  był  u  mnie  jeden  młody  duchowny.  Czarny  jak  diabeł.  Ale  rzetelny 
chrześcijanin. 

Inspektor Neele  miał  nie  lada kłopot z podjęciem dalszej rozmowy, a panna Ramsbottom 

jeszcze bardziej zbiła go z tropu mówiąc nieoczekiwanie: 

— Ja nie mam radia. 
— Przepraszam, łaskawa pani… Nie zrozumiałem. 
— Myślałam, że chodzi o rejestrację radia czy jakieś inne niemądre formalności. Słucham? 

Po co pan przyszedł? 

— Z  prawdziwą  przykrością  muszę  poinformować  panią,  że  dzisiaj  z  rana  pan  Rex 

Fortescue zasłabł nagle i umarł. 

Panna  Ramsbottom  nie  przerwała  układania  pasjansa,  nie  zdradziła  też  objawów 

wzruszenia. 

— Wreszcie ukarana została grzeszna pycha i pewność siebie — powiedziała beznamiętnym 

tonem. Do tego przyjść musiało. 

— Spodziewam się, że nie jest to dla pani ciężkim ciosem. 
Neele nie  miał pod tym względem wątpliwości, chciał  jednak usłyszeć, co sędziwa dama 

odpowie. 

— Jeżeli zamierzał pan powiedzieć, że nie odczuwam żalu, bynajmniej się pan nie omylił — 

zmierzyła detektywa bystrym spojrzeniem znad okularów. — Rex Fortescue był zatwardziałym 
grzesznikiem. Nigdy go nie lubiłam. 

— Jego zgon nastąpił nagle… 
— Co słusznie należało się bezbożnikowi! — podchwyciła z radosną pasją. 
— Nie wykluczamy  możliwości otrucia… — dodał Neele  i urwał,  by  się przekonać, jaka 

nastąpi reakcja. 

Nie było żadnej. Panna Ramsbottom zamamrotała półgłosem: 
— Czerwona  siódemka  na  czarną  ósemkę  i  teraz  można  ruszyć  króla.  Nagle,  jak  gdyby 

zaniepokojona  milczeniem,  znieruchomiała  z  kartą  w  palcach  i  spod  oka  spojrzała  na 
inspektora. 

— Co pan chce, żebym powiedziała? — rzuciła cierpko. — Nie ja go otrułam, jeżeli właśnie 

to interesuje policję. 

— A nie podejrzewa pani, kto mógł to zrobić? 
— Pytanie nad wyraz niestosowne! W tym domu mieszka dwoje dzieci mojej nieboszczki 

siostry. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z krwi Ramsbottomów mógł popełnić morderstwo. A ze 
słów pana wnoszę, że w grę wchodzi morderstwo, prawda? 

— Tego nie powiedziałem, łaskawa pani. 
— Rzecz oczywista, że to było morderstwo. W swoim czasie niejeden chętnie wyprawiłby 

na tamten świat Reksa, człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów. No, a jak to się mówi, 
dawne grzechy rzucają długie cienie. 

— Czy to aluzja do jakiejś określonej osoby? 
Panna Ramsbottom zgarnęła karty i dźwignęła się z fotela. Neele zauważył wówczas, że to 

kobieta okazałego wzrostu. 

— Najwyższa  pora,  żeby  pan  sobie  poszedł  —  powiedziała  bez  gniewu,  lecz  z  chłodną 

stanowczością. — Jeżeli  interesuje pana  moje zdanie, sądzę, że uśmiercił go ktoś ze służby. 
Kamerdyner  sprawia  wrażenie  skończonego  łajdaka,  a  kredensowa  jest  z  pewnością 
nienormalna. Żegnam pana. 

Inspektor  Neele  wyniósł  się  pokornie  z  pokoju.  Starsza  pani  z  charakterem,  z  nie  lada 

charakterem!  Nic  niepodobna  z  niej  wyciągnąć.  Zszedłszy  po  schodach  do  hallu 
nieoczekiwanie  znalazł  się  twarzą  w  twarz  z  wysoką,  ciemnowłosą  młodą  osobą.  Miała  na 
sobie  wilgotny  płaszcz  przeciwdeszczowy  i  spojrzała  na  inspektora  z  wyrazem  zaskakującej 
pustki w oczach. 

background image

— Dopiero  co  wróciłam  —  odezwała  się  cicho  —  i  powiedziano  mi…  powiedziano,  że 

ojciec nie żyje. 

— Niestety, proszę pani, to prawda. 
Dziewczyna wyciągnęła rękę, jak gdyby szukając oparcia. Znalazła za sobą dębowe krzesło 

i opadła na nie bezwładnie, sztywno. 

— Nie… Ach, nie… — westchnęła i dwie duże łzy spłynęły z jej oczu. — Nie myślałam, że 

jestem do ojca przywiązana… Nie… Zdawało mi się, że go nienawidzę. Ale myliłam się chyba, 
bo… Bo inaczej nie byłoby mi żal. A jest mi żal. Z pewnością! 

Umilkła i przez czas pewien siedziała nieruchomo, zapatrzona przed siebie. Łzy nadal ciekły 

z jej oczu, spływały po twarzy. 

— I to okropne, że teraz wszystko będzie dobrze — podjęła nagle zdławionym głosem. — 

Mogę wyjść za Geralda. Mogę zrobić, co mi się podoba. Ale dlaczego musiało się to stać takim 
kosztem? Nie życzyłam ojcu śmierci… Naprawdę nie życzyłam… Mój Boże! Biedny, biedny 
tatuś! 

Inspektor  Neele  był  nieco  zaskoczony,  gdyż  pierwszy  raz  napotkał  w  Domu  pod  Cisami 

objawy żalu po zmarłym. 

background image

IX 

 
— Według mnie wszystko wskazuje na żonę — powiedział naczelnik Wydziału Śledczego, 

kiedy inspektor Neele złożył wyczerpujący raport. 

Była  to  doskonała  charakterystyka  sprawy  zwięzła,  bez  pominięcia  żadnego  istotnego 

szczegółu. 

— Tak. Wszystko wskazuje na żonę powtórzył przełożony. —A co pan o tym sądzi, Neele? 
Inspektor  przyznał  mu  słuszność  i  pomyślał  cynicznie,  że  w  podobnych  przypadkach  z 

reguły wszystko wskazuje na żonę — albo na męża. 

— Oczywiście miała sposobność ciągnął naczelnik — i motyw. Był motyw, prawda, Neele? 
— Zapewne, panie naczelniku. Ten Vivian Dubois. 
— Myśli pan, Neele, że i on maczał w tym palce? 
— Nie zdaje mi się, panie naczelniku. Wygląda na faceta bardzo dbałego o własną skórę. 

Mógł podejrzewać, że ona coś knuje, nie sądzę jednak, by był inspiratorem. 

— Za ostrożny na to, prawda? 
— O wiele za ostrożny. 
— Nie  należy  pochopnie  wyciągać  wniosków,  lecz,  moim  zdaniem,  to  dobra  hipoteza 

robocza. Są jeszcze dwie osoby, które miały sposobność. Co pan o nich powie? 

— Córka  denata  i  synowa.  Córka  kocha  się  w  młodym  człowieku,  który  był  bardzo  źle 

widziany  przez  ojca  i  stanowczo  nie  ożeni  się  z  nią,  jeżeli  nie  będzie  miała  pieniędzy.  To 
stwarza jej motyw. Na temat synowej wolałbym nie wypowiadać się jeszcze. Zbyt mało o niej 
wiem. Niewątpliwie każda z tych trzech pań była w stanie otruć Reksa Fortescue, a nie bardzo 
sobie  wyobrażam,  jak  mógłby  tego  dokazać  ktokolwiek  inny.  Kredensowa,  kamerdyner, 
kucharka mieli do czynienia ze śniadaniem: przygotowywali je lub podawali. 

Ale nie rozumiem, skąd ktoś z nich miałby pewność, że tylko Rex Fortescue, nikt więcej, 

połknie taksynę… Oczywiście, jeżeli to była taksyna. 

— Była — powiedział przełożony. — Dopiero co otrzymałem wstępny wynik badania. 
— W porządku. Możemy iść dalej. 
— Służba nie wydaje się panu podejrzana? 
— Kamerdyner  i kredensowa sprawiają wrażenie  zdenerwowanych. Ale  nie widzę w tym 

nic dziwnego. Podobne reakcje zdarzają się często. Kucharka broni się zawzięcie, a pokojowa 
jest kontenta na ponuro. Wszystko to uważam za objawy pospolite i naturalne. 

— Nikt więcej nie nasuwa podejrzeń? 
— Nie sądzę, panie naczelniku. 
Inspektor  Neele  przypomniał  sobie  Mary  Dove  i  jej  zagadkowe  uśmiechy.  Zarządzająca 

domem niewątpliwie zdradzała niechęć wobec rodziny pracodawców. 

— Skoro już wiemy, że w grę wchodzi taksyna, należy znaleźć dowody, jak truciciel zdobył 

ją lub przygotował. 

— Właśnie,  Neele.  Śmiało  proszę  robić,  co  należy.  Aha!  Jest  u  nas  Parcival  Fortescue. 

Zamieniłem  już  z  nim  kilka  słów.  Czeka,  żeby  z  panem  porozmawiać.  Odnaleźliśmy  także 
drugiego syna. Zatrzymał się w Paryżu, w hotelu Bristol. Dzisiaj wybiera się do Anglii. Sądzę, 
że powinien pan go spotkać na lotnisku. 

— Tak jest, panie naczelniku. 
— Teraz  niech  pan  pogada  z  Parcivalem  Fortescue  —  naczelnik  parsknął  śmiechem.  — 

Odniosłem wrażenie, że to Percy Cwaniak. 

Pan Parcival Fortescue — starannie ubrany i gładki mężczyzna lat około trzydziestu — miał 

bardzo jasne włosy oraz rzęsy i odznaczał się pedantycznym sposobem mówienia. 

— Nietrudno  wyobrazić  sobie  panu,  panie  inspektorze,  że  to,  co  zaszło,  odczułem  jako 

wstrząs nader dotkliwy. 

background image

— Rzecz zrozumiała, proszę pana — zgodził się Neele. 
— Z całą pewnością twierdzę, że w dniu przedwczorajszym, kiedy wyjeżdżałem z domu, 

ojciec  czuł  się  doskonale.  Wobec  tego  odnoszę  wrażenie,  iż  zatrucie  pokarmowe  musiało 
nastąpić zupełnie nagle. 

— Tak  —  przyznał  inspektor  Neele.  —  To  nastąpiło  zupełnie  nagle,  ale  nie  miało  nic 

wspólnego z zatruciem pokarmowym. 

Parcival zmarszczył czoło, szeroko otworzył oczy. 
— Nie miało nic wspólnego… Więc co się stało? 
— Pański ojciec został otruty taksyną. 
— Taksyną? Nigdy tej nazwy nie słyszałem. 
— Sądzę, że mało kto ją słyszał. To zabójcza substancja, działająca bardzo gwałtownie. 
— Czy pan sądzi, inspektorze, że ktoś rozmyślnie otruł mojego ojca? 
— Na to wygląda, proszę pana. 
— Przerażająca historia! 
— Istotnie, proszę pana, przerażająca. 
— Aa…  Rozumiem  teraz,  czemu  w  szpitalu  zachowywali  się  tak  dziwnie…  Czemu 

skierowali  mnie  tutaj  —  bąknął  Parcival  Fortescue  i  po  niedługiej  pauzie  dodał  pytającym 
tonem: — Co będzie z pogrzebem? 

— Rozprawę  u  koronera  wyznaczono  na  jutro,  po  sekcji  zwłok.  Oczywiście  będzie  to 

postępowanie czysto formalne i z pewnością zostanie odroczone. 

— Taka jest procedura w podobnych przypadkach? 
— Zazwyczaj, proszę pana. 
— Wolno  zapytać,  panie  inspektorze,  czy  są  jakieś  domysły…  podejrzenia  co  do…  Nie 

wyobrażam sobie… — Parcival urwał znowu. 

— Moja odpowiedź byłaby dziś przedwczesna, proszę pana — odparł cicho detektyw. 
— Aha… Zapewne. 
— Niewątpliwie  jednak  pomocne  będą  dla  nas  informacje  o  zapisach  testamentowych 

pańskiego ojca. Mógłby pan powiedzieć coś na ten temat albo podać adres doradców prawnych 
nieboszczyka? 

— Jego  doradcy  prawni  to  Billingsby,  Horsethorpe  i  Walters.  Kancelaria  mieści  się  przy 

Bedford Sąuare. Ale treść testamentu ojca jest mi znana w najistotniejszych punktach. Mogę ją 
panu podać. 

— Bardzo proszę. Niestety, proszę pana, to formalność, której nie da się uniknąć. 
— Ojciec sporządził na nowo testament po swoim ślubie, mniej więcej przed dwoma laty — 

odparł  Parcival  Fortescue  z  cechującą  go  precyzją.  —  Kwotę  stu  tysięcy  funtów  zapisał  na 
własność żonie. Dla mojej siostry Elaine przeznaczył na tych samych warunkach pięćdziesiąt 
tysięcy.  Mnie  mianował  generalnym  spadkobiercą.  Ponadto  jestem  już  oczywiście 
współwłaścicielem firmy. 

— Nie ma w testamencie zapisu na rzecz pańskiego brata, Lancelota Fortescue? 
— Nie ma. Stosunki między moim ojcem a bratem zostały dawno zerwane — powiedział 

Parcival. 

Inspektor spojrzał nań bystro, ale doszedł do wniosku, że ostatnie twierdzenie nie nasuwa 

wątpliwości. 

— A zatem — podjął — z testamentu zmarłego wynika, że korzyść odniosą trzy osoby: pani 

Fortescue, panna Elaine Fortescue i oczywiście pan. 

— Ja zyskam nie najwięcej — westchnął Parcival. — Widzi pan, inspektorze, trzeba będzie 

zapłacić podatek spadkowy… No i ostatnio ojciec był, wyrażając się nąjoględniej, cokolwiek 
lekkomyślny w pewnych operacjach finansowych. 

— A  pan  niezupełnie  zgadzał  się  z  nim  co  do  zasad  prowadzenia  interesów,  prawda?  — 

podchwycił gładko inspektor Neele. 

background image

— Próbowałem  przedstawić  ojcu  swój  punkt  widzenia,  niestety  jednak…  —  Parcival 

bezradnie rozłożył ręce. 

— Próbował pan przedstawić swój punkt widzenia energicznie, prawda? Raczej usiłował go 

pan narzucić? Doszło nawet do kłótni, o ile się nie mylę? 

— W taki sposób, inspektorze, nie określiłbym sytuacji. — Młody człowiek zarumienił się 

lekko, gniewnie zmarszczył czoło. 

— Może wobec tego gwałtowna sprzeczka w biurze tyczyła innej sprawy? 
— Nie było żadnej sprzeczki, inspektorze. 
— Naprawdę, proszę pana? Zresztą mniejsza o to. Czy zerwanie stosunków między pańskim 

ojcem a bratem trwało do końca? 

— Niewątpliwie. 
— Zechce więc pan wyjaśnić, co to może znaczyć — powiedział Neele prezentując blok z 

tekstem depeszy, którą Mary Dove przyjęła telefonicznie. 

Parcival szybko przeczytał telegram i wydał zdławiony okrzyk oburzenia, niedowierzania, 

zdziwienia. 

— Nic nie rozumiem. Doprawdy, nie rozumiem. Własnym oczom nie wierzę. 
— A jednak to fakt, proszę pana. Pański brat dziś przybywa z Paryża. 
— Historia nie do pojęcia. Doprawdy, nic nie rozumiem. Trudno mi uwierzyć! 
— Ojciec nie rozmawiał z panem na ten temat? 
— Nigdy!  Słowa  nie  pisnął.  Co  za  potworność!  Wzywać  cichaczem  Lancelota  za  moimi 

plecami! 

— Zapewne nie orientuje się pan, dlaczego pan Fortescue tak postąpił? 
— Naturalnie,  że  się  nie  orientuję…  Ale  to  odpowiada  całemu  jego  postępowaniu  w 

ostatnich czasach. Był szalony, nieobliczalny… Najwyższy czas było z tym skończyć… Ja… 
—  Parcival  umilkł  raptownie,  krew  odpłynęła  mu  z  twarzy.  —  Zapomniałem…  —  bąknął 
niepewnie. —Na chwilę zapomniałem, że on nie żyje. 

Inspektor  Neele  ze  współczuciem  pochylił  głowę.  Parcival  Fortescue  wstał  i  sięgając  po 

kapelusz dodał spokojnie: 

— Zechce pan porozumiewać się ze mną w razie potrzeby. Sądzę jednak, że i tak będzie pan 

wkrótce w Domku pod Cisami. 

— Tak, proszę pana. Stale przebywa tam teraz jeden z moich podwładnych. 
Parcival wzdrygnął się nerwowo. 
— Wszystko  to  przykre,  inspektorze,  niezmiernie  przykre.  Że  też  właśnie  nas  musiało 

spotkać coś podobnego… — westchnął i zmierzając w kierunku wyjścia dorzucił: — Większą 
część dnia spędzę w biurze. Mam moc spraw do załatwienia. Ale wieczorem przyjadę do domu. 

— Rozumiem,  proszę  pana  —  powiedział  Neele  i  dodał,  kiedy  drzwi  zamknęły  się  za 

gościem: — Rzeczywiście, Percy Cwaniak. 

— Słucham,  panie  inspektorze?  —  ocknął  się  sierżant  Hay,  który  dotychczas  siedział 

skromnie pod ścianą. 

— Nic ważnego, Hay — odparł Neele. — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy! 

background image

 
W  pięć  minut  po  starcie  z  Le  Bourget  Lance  Fortescue  rozłożył  numer  kontynentalnego 

wydania  „Daily  Maił”  i  niebawem  wydał  okrzyk  zdumienia.  Pat,  która  zajmowała  sąsiedni 
fotel, pytająco spojrzała na męża. 

— Ojciec! — wyjąkał. — Nie żyje… 
— Nie żyje? Twój ojciec? 
— Tak.  Zasłabł  nagle  w  biurze.  Odwieziono  go  do  szpitala  Świętego  Judy.  Tam  wkrótce 

umarł. 

— Szczerze ci współczuję, kochany… Co to było? Wylew krwi do mózgu? 
— Tak mi się zdaje… Zapewne. 
— Czy miał już dawniej taki wylew? 
— Nie… O ile mi wiadomo, nie miał. 
— Sądziłam dotąd, że pierwszy wylew nigdy nie bywa śmiertelny. 
— Biedny  staruszek  —  westchnął  Lance.  —  Nie  podejrzewałem,  że  jestem  do  niego 

przywiązany… Ale teraz, kiedy nie żyje… 

— Zawsze kochałeś ojca — podchwyciła Pat. 
— Czy ja wiem? Nie wszyscy mamy twój poczciwy charakter. No i co? Jeszcze raz odezwał 

się mój dawny pech. 

— Właśnie. Dziwna historia, że coś takiego wydarzyło się akurat w czasie twojego powrotu 

do kraju. 

— Dziwna historia? — Lancelot spojrzał bystro na żonę. — Czemu nazwałaś to, Pat, dziwną 

historią? 

— No… Taki zbieg okoliczności — odparła zaskoczona nieco młoda kobieta. 
— Chciałaś powiedzieć, że wszystko, co rozpocznę, źle się kończy? 
— Nic podobnego. Nie tylko tobie trafić się może niedobra passa. 
— Zapewne… Nie tylko mnie trafić się może coś takiego. 
— Szczerze ci współczuję, kochany — powtórzyła Pat. 
Kiedy  wylądowali  na  lotnisku  Heathrow  i  w  samolocie  czekali  na  wyładunek, 

funkcjonariusz linii lotniczych zawołał donośnym, dźwięcznym głosem: 

— Czy na pokładzie znajduje się pan Lancelot Fortescue? 
— Jestem. 
— Pozwoli pan ze mną. 
Lance oraz Pat opuścili samolot przed resztą pasażerów, a gdy mijali parę zajmującą ostatnie 

fotele, dobiegł ich szept mężczyzny informującego swoją żonę: 

— Pewno to notoryczni przemytnicy przychwyceni na gorącym uczynku. 
 
— Fantastyczna historia! Po prostu fantastyczna! — Lancelot Fortescue spojrzał przez stół 

na inspektora z Wydziału Śledczego, Neele zaś ze zrozumieniem pokiwał głową. — Taksyna… 
Cisowe  jagody…  Czysty  melodramat!  Panu,  inspektorze,  takie  sprawy  wydają  się  zwykłe. 
Wchodzą w zakres normalnego dnia pracy. Dla mnie wiadomość o otruciu w naszej rodzinie 
brzmi jak szaleńcza blaga. 

— Czy nie domyśla się pan przypadkiem, kto mógł otruć pańskiego ojca? 
— Skąd, u Boga Ojca! Myślę, że w świecie interesów stary musiał mieć gromadę wrogów, 

ludzi, co chętnie żywcem obłupiliby go ze skóry, puścili z torbami, takie rzeczy. Ale żeby zaraz 
truć!  Zresztą  nie  było  mnie  na  miejscu.  Długi  czas  spędziłem  z  dala  od  kraju  i  mało  co 
wiedziałem o sytuacji w domu. 

background image

— O to właśnie chciałem zapytać, proszę pana. Słyszałem od pańskiego brata, że stosunki 

między panem a ojcem uległy zerwaniu i taki stan utrzymywał się przez lata. Czy mógłbym się 
dowiedzieć, jakie okoliczności skłoniły pana do powrotu w obecnej chwili? 

— Naturalnie,  inspektorze.  Dostałem  od  ojca  wiadomość.  Kiedy  to  było?  Aha!  Pół  roku 

temu,  wkrótce  po  moim  ślubie.  Pisał  wtedy,  że  chętnie  puści  w  niepamięć  dawne  urazy. 
Proponował, abym wrócił do kraju i podjął pracę w firmie. Ale o warunkach tej pracy wyrażał 
się mgliście, więc miałem wątpliwości, czy przyjąć ofertę. W każdym razie wybrałem się do 
Anglii…  chyba  w  sierpniu…  Tak!  W  sierpniu  tego  roku,  przed  trzema  miesiącami. 
Odwiedziłem  ojca  w  Domku  pod  Cisami  i,  muszę  przyznać,  otrzymałem  bardzo  korzystne 
propozycje. Odpowiedziałem, że zastanowię się i oczywiście porozmawiam z żoną. Przyznał 
mi  słuszność,  wobec  czego  poleciałem  do  Afryki  Wschodniej  i  po  naradzie  z  Pat 
zdecydowałem zrobić to, o co stary prosił. Naturalnie musiałem zlikwidować swoje sprawy, co 
obiecałem załatwić do końca zeszłego miesiąca. O dokładnej dacie przyjazdu do Anglii miałem 
zawiadomić ojca telegraficznie. Inspektor Neele zakasłał dyskretnie. 

— Wydaje  mi  się,  że  ten  przyjazd  do  Anglii  sprawił  pańskiemu  bratu  nie  lada 

niespodziankę. 

Przystojną twarz młodego człowieka rozjaśnił nagły uśmiech — pogodny i nieco łobuzerski. 
— Jestem przekonany, że stary, poczciwy Percy nic a nic nie podejrzewał. W sierpniu był na 

urlopie  w  Norwegii.  Pewno  dlatego  właśnie  stary  wybrał  sierpień.  Rozumie  pan?  Montował 
całą sprawę za plecami synalka. Zresztą coś mi mówi, że oferta pod moim adresem wynikła w 
rezultacie  nieporozumień  między  moim  ojcem  a  Percym  albo  Valem,  jak  woli,  by  go 
nazywano.  Val  usiłował  dyrygować  starym,  a  stary  nie  lubił  nigdy  podobnych  historii.  Nie 
wiem dokładnie, co wywołało kłótnię, lecz w każdym razie ojciec był rozwścieczony. Zapewne 
wpadł na pomysł, że nie najgorzej będzie  mnie sprowadzić do kraju  i tą metodą zagwoździć 
najcięższe  armaty  biednego  starego  Vala.  I  jeszcze  jedno.  Nigdy  nie  przepadał  za  żoną 
Parcivala,  a  moje  małżeństwo  pochlebiało  mu  z  pobudek  snobistycznych.  Prawdopodobnie 
uważał za dobry dowcip ściągnięcie mnie do kraju i postawienie szanownego Parcivala wobec 
faktu dokonanego. 

— Jak długo był pan w Domku pod Cisami podczas sierpniowej wizyty w Anglii? 
— Godzinę,  inspektorze,  może  dwie  godziny.  Stary  nie  proponował  mi  noclegu.  Mam 

wrażenie, że chciał ubić interes w sekrecie przed Parcivalem, uniknąć nawet plotek służby. Jak 
już  wspomniałem,  postanowiliśmy,  że  się  zastanowię,  pomówię  z  Pat  i  o  rezultatach 
zawiadomię ojca listownie. Tak też zrobiłem. Napisałem podając przybliżony termin powrotu, 
no a wczoraj wysłałem z Paryża depeszę. 

— Depeszę, która ogromnie zdziwiła pańskiego brata. 
— Nic dziwnego, inspektorze. Chociaż w ostatecznym  wyniku Percy wygrał,  jak zawsze. 

Zjawiłem się za późno. 

— Rozumiem… Zjawił się pan za późno — powiedział Neele tonem zastanowienia i dodał 

żywo: — Aha! Czy w czasie sierpniowych odwiedzin spotkał pan kogoś więcej z rodziny? 

— Herbatę piliśmy z moją macochą. 
— Nie znał jej pan uprzednio? 
— Nie  znałem.  —  Lancelot  znowu  uśmiechnął  się  nieoczekiwanie.  —Stary  wiedział,  co 

robi. Znalazł ładną kobietkę, co najmniej trzydzieści lat młodszą od siebie. 

— Wybaczy pan moje pytanie, ale czy to małżeństwo miał pan za złe ojcu? Czy miał je za 

złe pański brat? 

— Ja z pewnością nie, inspektorze. Myślę, że Percy też nie czul urazy. Nasza matka umarła, 

kiedy  mieliśmy  dwanaście  i  dziesięć  lat.  Otwarcie  mówiąc,  dziwiło  mnie  zawsze,  że  ojciec 
wcześniej nie ożenił się powtórnie. 

— Związek  z  osobą  o  wiele  młodszą  stwarza  zawsze  pewne  ryzyko —  bąknął  Neele  jak 

gdyby do siebie. 

background image

— Czy  to  opinia  mojego  braciszka?  Odpowiada  jego  stylowi.  Percy  uchodził  zawsze  za 

mistrza w dziedzinie insynuacji. A może sprawa załatwiona, inspektorze? Może pani Fortescue 
jest podejrzana o otrucie męża? 

— Jeszcze zbyt wcześnie, by wyrażać konkretne poglądy na jakiekolwiek kwestie — odparł 

chłodno detektyw. Wolno zapytać o pańskie plany? 

— Moje plany? — Lance zastanowił się na moment. — Hm… Będę musiał obmyślić nowe 

plany. Rzecz zrozumiała. Gdzie podziewa się  moja rodzina? Czy wszyscy  są w Domku pod 
Cisami? 

— Tak, proszę pana. 
— Zaraz tam pojadę. A ty — zwrócił się do żony — zatrzymasz się chwilowo w hotelu. 
— Także pomysł! — zaprotestowała żywo. — Ja też pojadę, Lance. 
— Nie, moja droga. 
— Dlaczego? Wolę być z tobą. 
— Nie,  Pat.  Doprawdy,  nie.  Zatrzymasz  się  w…  Słowo  daję!  Strasznie  dawno  nie 

zaglądałem  do  Londynu.  W  swoim  czasie  hotel  Barnes  był  przyjemny,  spokojny.  Chyba 
istnieje nadal, inspektorze? 

— Oczywiście, proszę pana. 
— Więc sprawa załatwiona, Pat. Zainstaluję cię tam, jeżeli mają wolny pokój. Później sam 

złożę wizytę w Domku pod Cisami. 

— Nie rozumiem, kochanie, czemu nie pozwalasz mi wybrać się z tobą. 
Lance zrobił minę bardzo serio. 
— Otwarcie  mówiąc,  Pat,  nie  spodziewam  się  serdecznego  przyjęcia.  Zaproszenie 

otrzymałem od ojca, ale on nie żyje. Nie mam pojęcia, kto jest dziś właścicielem posiadłości. 
Myślę, że Percy lub może Adela. Tak czy inaczej wolę sprawdzić, jak zostanę powitany, zanim 
pokażę tam ciebie. Jest jeszcze jedna kwestia… 

— Jaka? 
— Nie chcę wprowadzać cię do domu, w którym grasuje truciciel. 
— Co za nonsens! — obruszyła się młoda kobieta. 
— Wolę nie ryzykować — odparł Lance z naciskiem — tam, gdzie w grę wchodzi twoja 

osoba, Pat. 

background image

XI 

 
Pan Dubois zirytował się mocno. List Adeli Fortescue podarł i wrzucił do kosza na śmiecie. 

Następnie,  pod  wpływem  nagłego  przypływu  rozwagi,  wyłowił  strzępki  spośród  innych 
papierów, podpalił i dopilnował, by zgorzały na popiół. Zajęty tym mamrotał do siebie: 

— Czemu, u licha, baby muszą być tak piekielnie głupie? Najprostszy zdrowy rozsądek — 

urwał, gdyż zreflektował się, że kobietom zawsze brakuje zdrowego rozsądku; wiedział o tym 
niedostatku i często korzystał z niego, nie pochwalał go jednak. 

Sam przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności. Zapowiedział, że w razie telefonu 

pani Fortescue nie będzie go w hotelu. I co? Dzwoniła już trzykrotnie, a teraz przysłała list. Nie 
ma nic gorszego niż pisanina. Pan Dubois zamyślił się głęboko i po chwili ruszył do telefonu. 

— Mógłbym prosić panią Fortescue? Tu Dubois. 
— Vivian! Nareszcie! — usłyszał wkrótce jej głos. 
— Tak, Adelo, to ja… Ale bądź ostrożna. Skąd mówisz? 
— Z biblioteki. 
— Jesteś pewna, że cię nie podsłuchują? Nie ma nikogo w hallu? 
— Dlaczego miałby ktoś podsłuchiwać? 
— Nigdy nic nie wiadomo. Policjanci kręcą się jeszcze po domu? 
— Nie. Dokądś poszli. Nie ma ich teraz. Vivian! Kochanie! Jakie to wszystko okropne! 
— Rzeczywiście… Okropne! Ale posłuchaj, Adelo. Musimy być ostrożni. 
— Ma się rozumieć, kochanie. 
— Nie mów do mnie „kochanie” przez telefon. To bardzo ryzykowne. 
— Czy ty nie popadłeś w panikę? Przecież teraz wszyscy do wszystkich mówią „kochanie”. 
— Tak… Masz rację. Posłuchaj. Nie dzwoń do mnie. Nie pisz. 
— Co takiego? Vivian… 
To tylko  chwilowe.  Zrozum!  Musimy  być  ostrożni.  Aa…  Zrozumiałam  —  powiedziała  z 

nutą urazy. 

— Posłuchaj, Adelo. Chodzi o moje listy do ciebie. Spaliłaś je, prawda?. 
— Naturalnie — odparła po chwili wahania. — Obiecałam ci przecież, że to zrobię. 
— Więc  wszystko  w  porządku.  Skończymy  chyba  rozmowę?  Nie  telefonuj  do  mnie,  nie 

pisz. Sam odezwę się w stosownej porze. 

Pan Dubois odłożył słuchawkę. Z zastanowieniem pogładził się po twarzy. Nie w smak mu 

była chwila wahania przed informacją o spaleniu listów. Czy je naprawdę spaliła? Wszystkie 
kobiety są jednakowe w takich sprawach. Obiecują i nie dotrzymują słowa. 

Listy,  bodaj  je  licho!  Baby  wymagają  zawsze,  aby  do  nich  pisywać.  .On  był  naturalnie 

przezorny, układając bardzo nieliczne listy do Adeli Fortescue. Ale co w nich dokładnie pisał? 
Czy do zwyczajnych w podobnych razach bredni nie przyplątały się jakieś szczególne słowa, 
zwroty, z których policja potrafi wycisnąć dogodne dla siebie wnioski? 

„Cóż, moje listy są raczej niewinne, ale czy podobna pamiętać wszystko? — medytował z 

niepokojem wzrastającym z minuty na minutę. — Przypuśćmy, że Adela nie spaliła listów. Czy 
będzie miała dosyć oleju w głowie, żeby zrobić to zaraz? A jeżeli policja już położyła na nich 
łapę? Gdzie Adela może przechowywać moje listy? Pewno w swoim saloniku na piętrze, w tym 
cudacznym  biureczku–antyku,  podrabianym  na  styl  Ludwika  XIV.  Coś tam  kiedyś  gadała  o 
sekretnej szufladce. Sekretna szufladka! Niezły kawał! Sekretna, ale nie dla policjantów. Tyle 
że policjantów nie ma teraz w Domku pod Cisami. Adela mówiła, że byli z rana, ale dokądś się 
wynieśli. Do tej pory zapewne szukali śladów trucizny w żywności i napojach. Nie mieli czasu 
na szczegółowe przetrząśnięcie domu. Może potrzebny im będzie nakaz rewizji? Jeżeli zaczną 
działać śmiało, niezwłocznie, to zapewne…” 

background image

Pan Dubois ujrzał oczyma wyobraźni Domek pod Cisami. Będzie zapadał zmrok. Herbata 

zostanie podana w bibliotece albo w salonie. Cała rodzina zgromadzi się na parterze. Służba 
siądzie  do  podwieczorku  w  suterenie.  Nikogo  nie  będzie  na  piętrze.  Cóż  łatwiejszego  niż 
niepostrzeżenie  minąć  ogród,  w  którym  cisowe  szpalery  stwarzają  doskonałą  osłonę?  A  od 
strony  tarasu  są  boczne  drzwi,  nigdy  nie  zamykane  na  klucz  przed  późnym  wieczorem. 
Nietrudno wybrać odpowiedni moment, tamtędy zakraść się do domu, później na piętro… 

Vivian Dubois zastanawiał się głęboko, jak należy postąpić. Gdyby śmierć Reksa Fortescue 

przypisano wylewowi krwi do mózgu czy też zawałowi serca, sytuacja wyglądałaby całkiem 
inaczej. Ale w istniejących warunkach… 

— Przesadna ostrożność lepsza niż żal poniewczasie — bąknął półgłosem pan Dubois. 
 
Mary Dove schodziła wolno z piętra. Na podeście głównej klatki schodowej zatrzymała się 

przed  oknem,  z  którego  dnia  poprzedniego  obserwowała  przyjazd  inspektora  Neele’a. 
Zobaczyła coś i tym razem. W szarzejącym świetle zarysowała się sylwetka mężczyzny, aby 
zniknąć wnet za cisowym żywopłotem. Dziewczynie przyszło na myśl, że to zapewne Lancelot 
Fortescue,  syn  marnotrawny.  Może  odprawił  samochód  przy  bramie,  a  sam  wędruje  po 
ogrodzie,  odświeża  dawne  wspomnienia  przed  spotkaniem  z  niechętną  najprawdopodobniej 
rodziną.  Mary  Dove  współczuła  trochę  Lancelotowi  i  była  dlań  usposobiona  przychylnie.  Z 
uśmiechem  ruszyła  dalej  i  w  hallu  zobaczyła  kredensową  Gladys,  która  na  jej  widok 
wzdrygnęła się nerwowo. 

— Czy  ktoś  dzwonił  przed  chwilą?  —  zapytała  Mary.  —  Zdawało  mi  się,  że  słyszałam 

telefon. 

— Nie…  Nikt.  Pomyłka.  Ktoś  chciał  się  połączyć  z  pralnią  —  odpowiedziała  Gladys 

rozdygotanym głosem. — A przedtem telefonował pan Dubois. Prosił panią Fortescue. 

— Aha… — odchodząc w głąb hallu Mary rzuciła przez ramię: —Czas na herbatę, Gladys. 

Nie podałaś jej jeszcze? 

— Chyba, proszę pani, nie ma jeszcze pół do piątej. 
— Jest  za  dwadzieścia  piąta.  Pośpiesz  się,  proszę.  Zarządzająca  domem  weszła  do 

biblioteki, gdzie Adela Fortescue siedziała na sofie. Zapatrzona w ogień na kominku skubała 
maleńką koronkową chusteczkę. 

— Kiedy będzie herbata? — zapytała gniewnie. 
— Za chwilę — odpowiedziała Mary Dove i przyklękła, by szczypcami podnieść płonącą 

szczapę, która wysunęła się z kominka. 

Uzupełniła ogień jeszcze jednym polanem oraz szufelką węgla. 
Tymczasem Gladys wbiegła do kuchni. Pani Crump, która pochylona nad stołem wyrabiała 

ciasto w ogromnej misce, zwróciła ku dziewczynie twarz zaczerwienioną i gniewną. 

— Dzwonek biblioteki brzęczy i brzęczy — powiedziała. — Najwyższy czas, moja mała, 

podać herbatę. 

— Zaraz, proszę pani. Już lecę! 
— Pogadam ja z Crumpem dziś wieczór — mruknęła do siebie kucharka. Przepędzę go na 

cztery wiatry. 

W  pokoju  kredensowym  Gladys  przypomniała  sobie,  że  nie  naszykowała  kanapek. 

Drobiazg!  Da  sobie  spokój.  I tak  jest  mnóstwo  do  lodzenia.  Dwa  gatunki  ciasta,  herbatniki, 
rogale, miód, czarnorynkowe masło prosto z farmy. Obejdzie się bez kanapek z pomidorami i 
pasztetem z gęsich wątróbek. 

„Mam dość innych spraw na głowie — pomyślała dziewczyna. — A pani Crump złości się 

tylko dlatego, że jej mężulek wyszedł. Także powód! Miał rację. Przecież dziś jest jego wolny 
dzień”. 

— Czajnik gotuje się jak wszyscy diabli! — zawołała z kuchni pani Crump. — Nigdy nie 

zaparzysz herbaty, czy co? 

background image

— Już idę! Idę! — odkrzyknęła Gladys. 
Nie mierząc łyżką sypnęła garść herbaty do dużego srebrnego imbryka, skoczyła z nim do 

kuchni i napełniła wrzątkiem. Imbryk i czajnik z gotującą wodą umieściła na ciężkiej, również 
srebrnej tacy i zaniósłszy ją do biblioteki postawiła na stoliczku obok sofy. Spiesznie pobiegła 
do kuchni po drugą tacę z ciastem i dodatkami, kiedy jednak wracała przez hali, podskoczyła 
nerwowo słysząc zgrzyt starego szafkowego zegara, który sposobił się do bicia. 

W bibliotece Adela Fortescue zwróciła się do Mary Dove zaczepnym tonem: 
— Gdzie się dziś wszyscy podziali? 
— Nie  mam  pojęcia,  proszę  pani.  Panna  Elaine  już  dość  dawno  przyszła  do  domu.  Pani 

Valowa pisze zapewne listy w swoim pokoju. 

— Naturalnie!  —  rzuciła  gniewnie  Adeła.  —  Pisze  listy!  Nie  może  dać  spokoju  pisaniu 

listów! Nie różni się od  innych osób ze swej  sfery. Śmierć  i  ludzkie  nieszczęście to dla  niej 
największa przyjemność. Hiena. Prawdziwa hiena! 

— Zawiadomię ją, że herbata czeka — wtrąciła taktownie zarządzająca domem i od progu 

cofnęła się, aby przepuścić pannę Fortescue. 

— Zimno dziś — powiedziała Elaine i przycupnąwszy nad ogniem jęła zacierać ręce. 
W hallu Mary przystanęła. Na jednej z komód zobaczyła dużą tacę z ciastem i dodatkami. 

Było prawie ciemno, więc przekręciła wyłącznik i w tym  momencie odniosła wrażenie, że z 
piętra dobiega odgłos kroków Jennifer Fortescue zmierzającej w kierunku schodów. Jednakże 
nikt się nie pokazał, wobec czego Mary weszła na piętro i minęła korytarz wiodący do pokoi 
sypialnych. 

Państwo Parcivalowie zajmowali samodzielny apartament w lewym skrzydle domu. Mary 

zapukała  do  drzwi  ich  saloniku,  aby  uczynić  zadość  formalności,  której  Jennifer  wymagała 
przywodząc tym do pasji kamerdynera Crumpa. 

— Proszę — zabrzmiał dźwięczny głos. Mary uchyliła drzwi, aby oznajmić: 
— Herbata już podana, proszę pani. 
Zdziwiła  się  trochę,  gdy  zauważyła,  że  pani  Valowa  zdejmuje  właśnie  ciepły  płaszcz  z 

wielbłądziej wełny. 

— Nie wiedziałam, że pani wychodziła — bąknęła. 
— Byłam  tylko  w  ogrodzie  odparła  lekko  zdyszana  Jennifer.  —Chciałam  odetchnąć 

świeżym  powietrzem,  ale  prędko  zorientowałam  się,  że  jest  za  chłodno.  Chętnie  doprawdy 
zejdę  na  dół,  żeby  usiąść  przy  ogniu.  Centralne  ogrzewanie  nie  działa,  jak  trzeba.  Ktoś 
powinien zwrócić na to uwagę ogrodnikom. 

— Ja się tym zajmę — obiecała zarządzająca. 
Jennifer  rzuciła  płaszcz  na  krzesło  i  wyszła  z  pokoju  za  Mary,  która  na  schodach  ją 

przepuściła.  W  hallu  panna  Dove  zdziwiła  się  zauważywszy  tacę  z  ciastkami  na  dawnym 
miejscu. Zamierzała właśnie pójść do pokoju kredensowego i zawołać Gladys, gdy w drzwiach 
biblioteki stanęła Adela Fortescue. 

— Czy do końca świata nie dostaniemy nic do herbaty? — syknęła gniewnie. 
Mary szybko chwyciła tacę, zaniosła do biblioteki i zawartość rozstawiła na kilku niskich 

stolikach  w  pobliżu  kominka.  Kiedy  wracała  do hallu  z  próżną  tacą,  usłyszała  dzwonek.  Co 
tchu pozbyła się tacy i ruszyła w stronę drzwi frontowych. Ciekawa była syna marnotrawnego, 
jeżeli rzeczywiście to on przybywa wreszcie. 

„Jaki niepodobny do reszty rodziny” — pomyślała, gdy w progu stanął młody mężczyzna o 

szczupłej, śniadej twarzy i zarysie ironicznego uśmiechu na ustach. 

— Pan Lancelot Fortescue? 
— We własnej osobie. 
— A pański bagaż? 
— Taksówkę  odprawiłem.  Nie  mam  nic  więcej  —  uśmiechnął  się  Lancelot  podnosząc 

średnich rozmiarów torbę podróżną. 

background image

Mary zdziwiła się trochę. 
— Przyjechał  pan  taksówką?…  Myślałam,  że  pan  spacerował  po  ogrodzie.  Gdzie 

małżonka? 

— Moja żona nie przyjedzie tutaj — odparł młody człowiek, a jego twarz przybrała posępny 

wyraz. — W każdym razie nie zaraz. 

— Rozumiem… Pozwoli pan ze mną. Wszyscy są w bibliotece przy herbacie. 
Doprowadziwszy gościa do drzwi biblioteki, Mary Dove cofnęła się. Pomyślała, że Lancelot 

Fortescue  to  bardzo  przystojny  mężczyzna,  i  niezwłocznie  uzupełniła  swoje  spostrzeżenie 
wnioskiem, że podobnego zdania jest bez wątpienia tłum kobiet. 

— Lance! 
Elaine podbiegła do brata, zarzuciła mu ręce na szyję i uścisnęła go z nieoczekiwanym dlań 

entuzjazmem podlotka. 

— Tak. Lance… Dobry wieczór — wyjąkał nowo przybyły i łagodnie uwolnił się z objęć 

siostry. — A to Jennifer, prawda? 

Pani Valova przyglądała mu się z nie tajoną ciekawością. 
— Niestety Val nie wrócił jeszcze z Londynu — powiedziała. — Sam rozumiesz, że ma moc 

spraw  do  załatwienia.  Oczywiście  wszystko  spadło  na  niego.  Musi  dopilnować  każdego 
drobiazgu. Nie wyobrażasz sobie, co my tutaj przechodzimy. 

— Rzeczywiście. To musi być okropne — zgodził się Lance z powagą i zwrócił wzrok ku 

kobiecie, która siedziała na sofie i trzymając w palcach kawałek rogala z miodem, zdawała się 
chłodno oceniać gościa. 

— Prawda! — zawołała Jennifer. — Ty przecież nie znasz Adeli! 
— Miałem już zaszczyt — bąknął niewyraźnie Lance ujmując dłoń pani Fortescue. 
Gdy  spojrzał  na  nią  z  góry,  zatrzepotała  powiekami.  Odłożyła  na  talerz  kawałek  rogala  z 

miodem i lewą ręką poprawiła włosy. Był to gest iście kobiecy, świadczący, że w pokoju zjawił 
się przystojny mężczyzna. 

— Usiądź  obok  mnie,  Lance.  Proszę  — odezwała  się  Adela  głębokim  głosem.  —  Cieszy 

mnie  twój  przyjazd  —  ciągnęła  nalewając  mu  herbatę.  —  Bardzo  potrzeba  nam  w  domu 
drugiego mężczyzny. 

— Chętnie będę pomagał w miarę sił i możliwości. 
— Wiesz zapewne… a może nie wiesz dotąd, że mieliśmy tutaj policję. Trudno doprawdy 

uwierzyć…  zająknęła  się  i  po  chwili  krzyknęła  rozpaczliwie: —  Straszne!  To  wszystko  jest 
straszne! 

— Tak.  Niewątpliwie  —  przyznał  Lancelot  tonem  zrozumienia  i  współczucia.  —  I  mnie 

policja spotkała na lotnisku. 

— Policja? —Tak. —I co? 
— Powiedziano mi, co zaszło. 
— Rex został otruty — podjęła Adela. — Tak przynajmniej  myśli policja, tak mówi. Nie 

było to zatrucie pokarmowe. Nic podobnego! Chodzi o otrucie. Rozmyślne! Nie wątpię,  nie 
mam cienia wątpliwości, że zdaniem policjantów musiał to zrobić ktoś z nas. 

— Ich  zmartwienie,  nie  nasze  —  odparł  pocieszająco  Lancelot  i  uśmiechnął  się 

nieoczekiwanie. — Muszą dowieść słuszności swojego zdania. Wyśmienity napój! Od lat nie 
próbowałem prawdziwej angielskiej herbaty. 

Reszcie towarzystwa łatwo udzielił się nastrój bardziej pogodny. 
— A twoja żona, Lance? — zapytała Adela Fortescue. — O ile wiem, masz żonę, prawda? 
— Mam, naturalnie. Jest teraz w Londynie. 
— Czemu… Nie lepiej było przywieźć ją tutaj? 
— Mamy moc czasu na obmyślenie dalszych planów. Pat jest… Jest zupełnie zadowolona z 

miejsca, w którym ją ulokowałem. 

— Nie chcesz chyba… — zaczęła gwałtownie Elaine. — Nie wyobrażasz sobie, że… 

background image

— To  ciasto  w  czekoladzie  wygląda  wspaniale  —  przerwał  szybko  Lance.  —  Trzeba  go 

skosztować. 

Gorliwie zajął się krajaniem ciasta i od niechcenia zapytał: 
— Czy ciocia Effie żyje jeszcze? 
— Ma się rozumieć, Lance. Nigdy nie schodzi na parter, nie siada z nami do stołu, prowadzi 

własne gospodarstwo, ale czuje się zupełnie dobrze. Tylko coraz bardziej dziwaczeje. 

— Zawsze była dziwaczką — powiedział Lance. — Muszę się do niej wybrać po herbacie. 
— W  tym  wieku  powinna  się  przenieść  do  domu  starców  —  zabrała  głos  Jennifer.  — 

Oczywiście mam na myśli przyzwoity zakład, gdzie miałaby stosowną opiekę. 

— Niech Bóg ma w opiece nieszczęsny dom starców, w którym zamieszka ciocia Effie — 

powiedział Lancelot i dodał zmieniając ton: — Drzwi otworzyła mi szykowna młoda kobietka. 
Któż to taki? 

— Nie był to Crump, kamerdyner? — zdziwiła się Adela. — Prawda! Zapomniałam, że on 

ma dzisiaj wolny dzień. Zapewne Gladys, ale… 

— Błękitne  oczy  —  rozpoczął  opis  Lance  —  włosy  rozdzielone  pośrodku  głowy,  głos  o 

cudownym,  ciepłym  brzmieniu.  Naturalnie  trudno  z  miejsca  zgadnąć,  co  kryje  się  za  tym 
wszystkim. 

— To Mary Dove! — zawołała Jennifer. 
— Zarządzająca domem — uzupełniła informację Elaine. 
— Osoba bardzo przydatna — dodała Adela Fortescue. 
— Tak… Sprawia wrażenie osoby bardzo przydatnej — powiedział Lance z namysłem. 
— I na miejscu — podchwyciła Jennifer. — To główna jej zaleta… Widzisz, Lance, wcale 

się nie spoufala. 

— Roztropna  Mary  Dove  —  mruknął  Lancelot  sięgając  po  drugą  porcję  ciasta  w 

czekoladzie. 

background image

XII 

 
— No i co? Wróciłeś niby zły szeląg — powiedziała panna Ramsbottom. 
— Zgadza,  się,  ciociu  Effie  —  odparł  z  uśmiechem  Lance.  Sędziwa  dama  z  dezaprobatą 

pociągnęła nosem. 

— Ładną wybrałeś porę! Twój ojciec pozwolił się zamordować. Akurat wczoraj! W domu 

pełno policjantów. Myszkują wszędzie. Nawet w śmietnikach grzebią. Obserwuję ich z okna — 
zrobiła krótką pauzę, pociągnęła znów nosem. — Przywiozłeś żonę? 

— Nie. Pat została w Londynie. 
— To  dowodzi  zdrowego  rozsądku.  Na  twoim  miejscu  też  nie  sprowadziłabym  jej  do 

takiego domu. Nie wiadomo, co mogłoby się przytrafić. 

— Komu? Pat? 
— Każdemu — burknęła stara. Lance spojrzał na nią przenikliwie. 
— Ciocia domyśla się czegoś? 
Panna Ramsbottom nie udzieliła bezpośredniej odpowiedzi. 
— Wczoraj był u  mnie  jakiś  inspektor. Wypytywał o różne sprawy. Mało się dowiedział. 

Ale  nie  taki  on  głupi,  jak  się  wydaje  —  ciocia  Effie  umilkła  znów  na  moment,  by  podjąć  z 
oburzeniem: — Co powiedziałby twój dziadek, gdyby usłyszał, że mieliśmy policję w domu? 
W  grobie  by  się  przewrócił!  Przez  całe  życie  był  prawowiernym  purytaninem.  Dobrze 
pamiętam, jaką zrobił awanturę, kiedy się dowiedział, że chodzę na wieczorne nabożeństwa do 
kościoła anglikańskiego. A to przecież drobiazg w porównaniu z morderstwem. 

W  normalnych  warunkach  Lance  parsknąłby  śmiechem,  tym  razem  jednak  jego  szczupła 

śniada twarz zachowała wyraz powagi. 

— Rozumie  ciocia  —  powiedział  —  że  po  tak  długiej  nieobecności  brodzę  w  zupełnym 

mroku. Co się tu działo ostatnio? 

— Bezbożne sprawy! — odparła z emfazą panna Ramsbottom i wzniosła wzrok ku niebu. 
— Bezbożne sprawy. Naturalnie. Coś takiego spodziewałem się usłyszeć od cioci. Ale co 

naprowadziło policję na myśl, że ojciec został otruty tu, w domu? 

— Cudzołóstwo to co innego, morderstwo co innego — powiedziała sędziwa dama. — Nie 

chciałabym jej posądzać. Nie chciałabym naprawdę. 

— Mówi ciocia o Adeli? — zapytał Lance z nagłym zaniepokojeniem. 
— Nie. Usta mam zamknięte na kłódkę. 
— Ładne to powiedzonko, ale nic nie znaczy. Śmiało, ciociu Effie! Adela miała przyjaciela? 

Adela z przyjacielem podali staremu blekot w porannej herbatce? Tak się sprawa przedstawia? 

— Zechciej nie dowcipkować na ten temat. 
— Wcale nie dowcipkuję. 
— Jedno ci mogę powiedzieć — zaczęła znowu panna Ramsbottom. — Jestem przekonana, 

że ta dziewczyna wie o czymś. 

— Jaka dziewczyna? — zdumiał się Lancelot Fortescue. 
— Ta wciąż zakatarzona — objaśniła ciocia Effie. — Ta, co dziś po południu powinna rrfi 

przynieść  herbatę,  ale  nie  przyniosła.  Podobno  zawieruszyła  się  gdzieś,  chociaż  nie  ma  dziś 
wolnego dnia. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło na jaw, że poszła do komisariatu policji. Kto 
ci otworzył drzwi? 

— Ktoś nazywany Mary Dove. Osoba na pozór układna i łagodna, ale chyba tylko na pozór. 

Czy to ona mogła zdaniem cioci pójść do komisariatu policji? 

— Ona? Skąd znowu! Taka nie chciałaby mieć do czynienia z policją. Mówię o tej idiotce, 

kredensowej. Od rana była zdenerwowana. Skakała i podrygiwała niczym królik. „Co się z tobą 
dzieje?  —  pytam.  —  Gryzie  cię  sumienie?”  A  ona:  „Ja  nic  nie  zrobiłam!  Za  nic  nie 
odważyłabym się na coś podobnego”. Później zaczęła pociągać nosem i pleść, że nikomu nie 

background image

życzyłaby  nieszczęścia,  a  cała  ta  historia  jest  z  pewnością  omyłką.  Powiedziałam  jej  wtedy: 
„Moja droga, kto mówi prawdę, pognębia szatana. Idź do komisariatu policji, wyznaj wszystko, 
co ci wiadomo, bo nie wynika nigdy nic dobrego z tajenia prawdy, bodaj najbardziej przykrej 
prawdy”. Ona zaczęła znowu pleść, że do komisariatu nie pójdzie, bo nikt jej tam nie uwierzy, a 
zresztą  sama  nie  wie,  co  mogłaby  powiedzieć.  Rozumiesz?  Takie  brednie.  Na  zakończenie 
dodała, że ostatecznie i ona nic nie wie. 

— Nie sądzi ciocia, że ta dziewczyna chciała zrobić z siebie ważną osobę? — zapytał Lance. 
— Nie.  Była  rzeczywiście  zalękniona.  Prawdopodobnie  usłyszała  albo  zobaczyła  coś,  co 

dało jej do myślenia: szczegół ważny lub całkiem błahy. Nie wiadomo. 

— Nie zdaje się cioci, że ona mogła czuć jakąś urazę do ojca i… 
— Nie  zdaje  mi  się  —  przerwała  stanowczym  tonem  panna  Ramsbottom.  —  Taką 

dziewczyną  nie  zainteresowałby  się  nigdy  Rex  Fortescue.  Biedactwo!  Nie  potrafiłaby  chyba 
obudzić  zainteresowania  żadnego  mężczyzny.  Moim  zdaniem  to  niemała  korzyść  dla 
zbawienia jej duszy. 

Lancelot Fortescue nie przejął się kwestią zbawienia duszy Gladys. 
— Myśli ciocia, że ta kredensowa mogła polecieć do komisariatu policji? 
— Tak! — panna Ramsbottom z głębokim przekonaniem kiwnęła głową. — Myślę, że tutaj 

nie chciała mówić otwarcie z obawy, by jej ktoś nie podsłuchał. 

— Podejrzewa  ciocia,  że  widziała  kogoś,  kto  manipulował  podejrzanie  przy  czymś  do 

jedzenia lub picia? 

— Domysł nie pozbawiony logiki, prawda? — stara spojrzała bystro na siostrzeńca. 
— Tak… Zapewne — przyznał z wahaniem Lance i dodał zaraz tonem usprawiedliwienia: 

— Cała historia brzmi dla mnie fantastycznie, jak fragment kiepskiej powieści kryminalnej. 

— Żona Parcivala jest z zawodu pielęgniarką — powiedziała ciocia Effie. 
Lance  spojrzał  na  nią  ze  zdumieniem,  gdyż  ostatnie  zdanie  zdawało  się  kompletnie 

pozbawione związku z dotychczasowym przebiegiem rozmowy. 

— Pielęgniarki są obyte z rozmaitymi chemikaliami — dodała sędziwa dama. 
— Tak…  Zapewne  —  bąknął  znów  Lance  z  nutą  powątpiewania.  —  Ale  taksyna…  Nie 

mam pojęcia, czy stosuje sieją w medycynie. 

— Występuje w jagodach cisa — podjęła panna Ramsbottom. —Dzieci jedzą czasami takie 

jagody  i  ciężko  chorują.  Przypominam  sobie  jeden  wypadek.  Wywarł  na  mnie  okropne 
wrażenie. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale do dziś pamiętam. Widzisz, dawne wspomnienia 
niekiedy się przydają. 

Lance uniósł głowę i przenikliwym wzrokiem zmierzył ciocię Effie, która mówiła dalej: 
— Uczucia  rodzinne  są  ludzkie,  zrozumiałe.  Mam  ich  chyba  nie  mniej  niż  inni.  Ale  nie 

myślę bronić zła. Zło musi zostać wyplenione! 

 
— Słowa mi nie pisnęła i poszła! — Pani Crump podniosła zaczerwienioną gniewną twarz 

znad  ciasta,  które  obecnie  wałkowała.  —  Zabrała  się  nie  uprzedzając  nikogo.  Jaka  cwana! 
Pewno, że cwana! Strach było dziewusze, że ktoś  ją przyłapie  i  zatrzyma. Ma  się rozumieć, 
sama bym to zrobiła. Dobre sobie, co? Pan nie żyje, panicz Lancelot wrócił do domu po tylu 
latach, więc powiedziałam do Crumpa: „Wolny dzień czy nie wolny, ja swój obowiązek znam. 
Nie  będzie  dziś  zimnej  kolacji,  jak  zawsze  w  czwartek,  ale  gorąca,  wystawna.  Młody  pan 
przyjechał  z  dalekich  krajów  z  żoną,  co  dawniej  miała  męża  z  prawdziwej  arystokracji. 
Wszystko musi wyglądać jak trzeba”. Pani mnie zna, proszę pani. Wie pani, że szanuję swoją 
pracę i jestem z niej dumna. 

Mary Dove — adresatka tej tyrady — przytaknęła lekkim skinieniem głowy. 
— A  co  Crump  na  to?  —  kucharka  gniewnie  podniosła  głos.  —  „Mam  wolny  dzień  — 

powiada — więc z wolnego dnia skorzystam. Figę dbam o całą arystokrację”. On nie szanuje 
swojej pracy, nie jest z niej dumny. Zakręcił się i poszedł sobie, a ja zapowiedziałam Gladys, że 

background image

dziś wieczorem musi radzić sobie sama. I co? Jak tylko odwróciłam się plecami, dziewucha w 
nogi. A przecież to nie jej wolny dzień! Ona ma wychodne w piątek! Nie wyobrażam sobie, 
słowo daję, co teraz będzie. Chwała Bogu, że panicz Lancelot nie przywiózł dziś żony. 

— Wybrniemy  jakoś  z  kłopotu,  pani  Crump  —  powiedziała  Mary  tonem  pocieszającym, 

lecz  stanowczym. — Trzeba uprościć trochę  menu. — Zaproponowała pewne zmiany, które 
zostały przyjęte opornie, a następnie zakończyła dyskusję: — To wszystko poda się do stołu 
bez trudności. 

— Jak to? Pani sama myśli usługiwać? 
— Oczywiście, jeżeli Gladys nie wróci w porę. 
— Ona nie wróci — rzuciła cierpko pani Crump. — Szasta się gdzieś. W sklepach wyrzuca 

pieniądze. Ma przecież kawalera, proszę pani, chociaż wcale na to nie wygląda. Albert mu na 
imię.  Podobno  mają  się  pobrać  przyszłej  wiosny.  Sama  mi  gadała.  Głupie  te  dzisiejsze 
dziewczyny! Wcale nie wiedzą, jak wygląda stan małżeński. Ja tam, proszę pani, mam całkiem 
dosyć Crumpa — westchnęła ciężko. — Co będzie z naczyniami po herbacie? Kto je sprzątnie 
i pozmywa? 

— Ja się tym zajmę — powiedziała Mary. — Już idę, pani Crump. 
W bibliotece było prawie ciemno, chociaż Adela Fortescue siedziała nadal na sofie. 
— Czy  mam  zapalić  światło,  proszę  pani?  —  zapytała  zarządzająca  i  nie  otrzymała 

odpowiedzi. 

Mary  przekręciła  wyłącznik  i  podeszła  do  okna, by  je  zasłonić  kotarą.  Wówczas  dopiero 

odwróciła głowę i spojrzała w twarz kobiety wspartej bezwładnie na ozdobnych poduszkach. 
Obok  niej  leżał  kawałek  rogala  z  miodem.  Przed  nią  stała  na  stoliku  nie  dopita  filiżanka 
herbaty. Śmierć spotkała Adelę Fortescue niespodziewanie i błyskawicznie. 

 
— I co? — zapytał z przejęciem inspektor Neele. 
— Cyjanek… — odparł lekarz. — Prawdopodobnie cyjanek potasu… W herbacie. 
— Cyjanek… — powtórzył półgłosem detektyw. Doktor spojrzał nań spod oka. 
— Dziwnie przejmuje się pan tym przypadkiem. Są jakieś szczególne powody? 
— Aha… Podejrzewaliśmy ją o morderstwo — odparł Neele. 
— A okazało się, że jest ofiarą. Hm… Trzeba będzie zacząć myślenie od nowa. Prawda? 
Inspektor kiwnął głową. Twarz miał posępną, usta mocno zaciśnięte. 
Znowu trucizna! Morderstwo niemal na jego oczach! Taksyna w kawie, którą Rex Fortescue 

pił na śniadanie. Cyjanek w herbacie Adeli Fortescue. Nadal sprawa czysto familijna, domowa. 
Na to przynajmniej zakrawa. 

Adela Fortescue, Jennifer Fortescue, Elaine Fortescue i świeżo przybyły Lancelot Fortescue 

byli  razem  przy  podwieczorku  w  bibliotece.  Lancelot  wybrał  się  w  odwiedziny  do  panny 
Ramsbottom. Jennifer poszła do swojego saloniku załatwiać korespondencję. Ostatnia opuściła 
pokój  Elaine.  Według  jej  zeznań  Adela  czuła  się  wtedy  dobrze;  nalewała  sobie  ostatnią 
filiżankę herbaty. 

Właśnie!  To  naprawdę  była  ostatnia  filiżanka.  Dalej  następuje  mroczny  okres  około 

dwudziestu minut — do chwili, gdy Mary Dove znalazła zwłoki. 

A w trakcie tych dwudziestu minut… 
Inspektor Neele zaklął półgłosem i powędrował do kuchni. 
Kiedy tam wszedł, pani Crump nie drgnęła. Jej okazała postać spoczywała ciężko na krześle 

za stołem. Uprzednia wojowniczość rozwiała się, pękła niczym balonik. 

— Gdzie ta dziewczyna? Nie wróciła jeszcze? 
— Gladys… Nie ma jej. Pewno będzie się wałęsać do jedenastej. 
— Ona zaparzyła herbatę i zaniosła do biblioteki, prawda? 

background image

— Ja herbaty nie ruszałam. Bóg mi świadkiem, panie inspektorze. A na mój rozum Gladys 

też  nie  zrobiła  nic  złego.  Ona  nie  do  takich  rzeczy…  ta  Gladys.  Wcale  niezła  dziewczyna. 
Trochę głupawa, panie inspektorze, ale przecież nie zbrodniarka. 

Neele nie posądzał Gladys o zbrodnię. Nie widział w niej trucicielki. A zresztą cyjanku nie 

było w imbryku z herbatą. 

— Dlaczego zniknęła tak nagle? Nie miała dziś wolnego dnia, prawda? 
— Nie miała. Wychodne należy się jej jutro. 
— Czy  Crump…  —  zaczął  Neele,  lecz  w  tym  momencie  wojowniczy  duch  pani  Crump 

zmartwychwstał raptownie, jej głos zadźwięczał nutą gniewu. 

— Tylko nie czepiać się Crumpa! On ma alibi. Wyszedł z domu o trzeciej i teraz dziękuję 

Bogu, że wyszedł. Ma alibi nie gorsze niż sam pan Parcival. 

Parcival Fortescue dopiero co wrócił z Londynu, aby usłyszeć na powitanie zdumiewającą 

wiadomość o powtórnej tragedii. 

— Nie chciałem czepiać się Crumpa — wyjaśnił pokornie detektyw. — Przyszło mi tylko na 

myśl, że może znać plany Gladys. 

— Na  coś  się  szykowała,  panie  inspektorze.  Włożyła  swoje  najlepsze  nylony.  Na  coś  się 

szykowała, jak Boga kocham! Nie przygotowała kanapek do herbaty. Strasznie była nerwowa. 
Usłyszy ode mnie kilka słów, kiedy wróci! 

Kiedy wróci… 
Inspektor  poczuł  się  nieswojo,  więc  dla  zabicia  czasu  ruszył  mi  piętro,  do  apartamentów 

państwa  domu.  Okazała  sypialnia!  Obicia  z  różowego  brokatu,  wielkie  złocone  łoże.  Drzwi 
wiodą  do  wyłożonej  lustrami  łazienki  z  jasnoróżową,  porcelanową  wanną,  zagłębioną  w 
posadzkę.  Dalej  jest  ubieralnia  Reksa  Fortescue.  Neele  wrócił  do  sypialni  i  leżącego  po 
przeciwnej jej stronie saloniku Adeli Fortescue. 

Pokój wysłany bladoróżowym grubym dywanem był urządzony w stylu empire. Neele nie 

interesował  się  nim  bliżej,  bo  dnia  poprzedniego  przeprowadził  dokładne  oględziny,  ze 
szczególnym  uwzględnieniem  biureczka–cacka.  Nagle  jednak  skamieniał  z  wrażenia,  gdy 
pośrodku bladoróżowego grubego dywanu zobaczył grudkę błota. 

Nachylił się, podniósł ją ostrożnie i stwierdził, że nie utraciła jeszcze lepkości. 
Bacznie  powiódł  wzrokiem  dokoła.  Nie  było  innych  śladów  —  oprócz  tamtej  drobiny 

wilgotnej ziemi. 

 
Inspektor Neele rozejrzał się po sypialce należącej do Gladys Martin. 
Minęło pół do dwunastej. Crump wrócił pół godziny temu, lecz kredensowa nie pokazała się 

dotąd.  Na  pierwszy  rzut oka  widać  było,  że  Gladys  może  mieć  dobrą  szkołę  jako  służąca,  
natury jednak jest nieporządna. Łóżko sprawiało wrażenie rzadko ścielonego, atmosfera pokoju 
świadczyła o nieczęstym otwieraniu okna. Ale detektyw nie zaprzątał sobie głowy obyczajami 
domowymi Gladys Martin. Wolał poświęcić uwagę jej osobistym ruchomościom. 

Garderoba dziewczyny składała się przeważnie z rzeczy tanich i pozornie eleganckich. Nic 

nie  odznaczało  się  dobrym  gustem  lub  trwałością.  Starszawa  pokojowa  Ellen  wezwana  dla 
asysty  była  mało  pomocna.  Nie  wiedziała,  jakie  ubrania  ma  Gladys.  Nie  była  w  stanie 
powiedzieć, czy czegoś brakuje. Przetrząsnąwszy odzież i bieliznę Neele zajął się komodą, w 
której kredensowa przechowywała swoje skarby: widokówki, wycinki z gazet, wykroje, wzory 
robót na drutach, dobre rady z dziedziny kosmetyki i mody. 

Detektyw  przeglądał  to  wszystko  i  układał  w  stosiki  według  kategorii.  Karty  pocztowe 

przedstawiały widoki rozmaitych miejscowości, w których zapewne Gladys spędzała urlopy. 
Trzy  pochodziły  od  kogoś,  kto  podpisywał  się  „Bert”.  Najprawdopodobniej  była  to  osoba 
nazwana przez panią Crump „kawalerem”. Skreślone nienawykłą do pióra ręką zawierały po 
kilka słów tekstu. Pierwsza: „Wszystkiego najlepszego. Bardzo mi bez Ciebie smutno. Twój na 
zawsze Bert”. Druga: „Dużo tu fajnych panien, ale żadna nie umywa się do Ciebie. Niedługo 

background image

Cię  zobaczę.  Nie  zapominaj  o  naszym  terminie.  Pamiętaj!  Później  uszy  do  góry  i  wszystko 
dobrze raz na zawsze”. Trzecia była najzwięźlejsza: „Nie zapomnij! Ufam ci, Kochana! B”. Z 
kolei Neele zabrał się do wycinków prasowych i podzielił je na trzy grupy. Tyczyły one kwestii 
stroju i urody oraz szczegółów z życia gwiazd filmowych, co widocznie pasjonowało Gladys. 
Ponadto  zdawały  się  interesować  ją  najnowsze  cudowności  wiedzy:  latające  talerze,  tajne 
rodzaje  uzbrojenia,  środki  zmuszające  do  mówienia  prawdy,  leki  reklamowane  przez 
amerykańskich szarlatanów. Czarnoksięskie sztuczki naszego dwudziestego wieku, jak określił 
to  wszystko  Neele.  Ale  nic,  co  znaleziono  w  pokoju,  nie  wyjaśniało  zagadki  tajemniczego 
zniknięcia  Gladys.  Nie  prowadziła  dziennika  naturalnie  detektyw  nie  spodziewał  się  takiego 
odkrycia, brał jednak pod uwagę nikłe prawdopodobieństwo tego. Nie było rozpoczętego listu 
ani  najdrobniejszej  bodaj  wzmianki  o  czymś,  co  miałoby  związek  z  nagłym  zgonem  Reksa 
Fortescue.  Jeżeli  kredensowa  widziała  coś  lub  słyszała,  nie  zostawiło  to  namacalnego  śladu. 
Nie znalazł też odpowiedzi  na pytanie, dlaczego druga taca pozostała w halki, a dziewczyna 
nagle przepadła. 

Detektyw  westchnął  i  wyszedłszy  z  sypialki  zamknął  drzwi  za  sobą.  U  szczytu  wąskich, 

kręconych  schodów  służbowych  zatrzymał  się  na  moment  i  nieoczekiwanie  usłyszał  tupot 
kroków  kogoś  nadbiegającego  korytarzem  o  piętro  niżej.  Po  chwili  zobaczył  w  dole  pełną 
przejęcia twarz swojego sierżanta. 

— Panie  inspektorze!  —  zawołał  Hay  zdyszanym  głosem.  —  Znaleźliśmy  ją,  panie 

inspektorze! 

— Kogo? 
— Ta pokojowa, panie inspektorze… Ellen… Przypomniała sobie, że nie zdjęła bielizny, co 

suszyła  się  na  kuchennym  podwórku,  za  węgłem  od  bocznych  drzwi.  Wyszła  z  latarką 
elektryczną  i  mało  co  się  nie  przewróciła  o  zwłoki…  zwłoki  Gladys…  Uduszona…  Ma 
pończochę zaciśniętą dokoła szyi… Tak na oko nie żyje od kilku godzin. I, panie inspektorze, 
morderca zrobił paskudny kawał… Ścisnął jej nos klamerką do bielizny… 

background image

XIII 

 
Podróżująca  koleją  starsza  pani  zaopatrzyła  się  w  trzy  gazety.  Przejrzała  je,  a  następnie 

zwinęła starannie i ułożyła obok siebie. Wszystkie miały te same, wieloszpaltowe nagłówki — 
nie gdzieś w środku numeru; lecz na pierwszej stronie. Wszystkie pisały o „Potrójnej tragedii w 
Domku pod Cisami”. 

Starsza pani siedziała bardzo prosto i wyglądała przez okno wagonu. Usta miała zaciśnięte, a 

wyraz jej białoróżowej, zoranej zmarszczkami twarzy zdradzał irytację i przygnębienie. Panna 
Marple wyjechała z Saint Mary Mead wczesnym pociągiem, przesiadła się na stacji węzłowej, 
a w Londynie dotarła koleją obwodową na inny dworzec i stamtąd wyruszyła do Baydon Heath. 

Na  przystanku  wsiadła  do taksówki  i  podała  kierowcy  nazwę  Domku  pod  Cisami.  Panna 

Marple  —  urocza,  łagodna,  pulchna,  różowa  i  biała  staruszka  —  nadspodziewanie  łatwo 
uzyskała wstęp do miejsca strzeżonego niczym oblężona twierdza. Policja trzymała w szachu 
armię  reporterów  i  fotografów,  lecz  pannie  Marple  bez  kwestii  dała  wolną  drogę,  bo  któż 
mógłby pomyśleć, że osoba ta nie jest sędziwą krewną pogrążonej w żałobie rodziny. 

Panna Marple zapłaciła kierowcy, przeliczywszy uważnie bilon, i nacisnęła dzwonek przy 

drzwiach  frontowych.  Otworzył  je  Crump,  którego  starsza  pani  oszacowała  doświadczonym 
wzrokiem. 

„Rozbiegane  oczy  —  szepnęła  do  siebie.  —  To  człowiek  śmiertelnie  przerażony.” 

Kamerdyner  spojrzał  na  wysoką  starszą  panią  w  staromodnym  kostiumie  z  tweedu,  dwu 
szalikach i małym filcowym kapeluszu ozdobionym skrzydłem ptaka. Starsza pani trzymała w 
ręku  torebkę  okazałych  rozmiarów,  a  u  jej  nóg  stała  walizka,  podniszczona,  lecz  w  dobrym 
gatunku.  Crump  umiał  ocenić  prawdziwą  damę  jednym  rzutem  oka,  powiedział  więc 
uprzejmie: — Słucham szanowną panią? 

— Mogłabym się zobaczyć z panią domu? 
Crump sięgnął po walizkę i z należytym respektem wniósł ją do hallu. 
— Proszę szanownej pani, nie bardzo wiem, kogo właściwie… — zaczął z wahaniem. 
— Chciałabym  pomówić  —  przerwała  mu  energicznie  panna  Marple  — o  nieszczęśliwej 

dziewczynie, którą zamordowano, Gladys Martin. 

— Aa… W takim razie… — kamerdyner zająknął się i spojrzał ku drzwiom biblioteki, w 

których stanęła smukła młoda kobieta. — To małżonka pana Lancelota Fortescue, proszę pani. 

Pat  podeszła  bliżej,  a  panna  Marple  spojrzała  na  nią  i  zdziwiła  się  trochę.  Nie  liczyła,  że 

osobę takiego pokroju spotka w tym właśnie domu. Jego wnętrze odpowiadało powziętym  z 
góry wyobrażeniom, ale Patrycja Fortescue nie pasowała do charakteru hallu. 

— Chodzi o Gladys, proszę pani — wyjaśnił usłużnie Crump. Pat zawahała się na moment. 
— Pozwoli pani tutaj. Będziemy same. 
Cofnęła się, a starsza pani weszła za nią do biblioteki. 
— Z kim chciałaby pani pomówić? — zaczęła Pat. — Bo ja nie na wiele się pewno przydam. 

Ledwie kilka dni temu przyjechałam z mężem z Afryki. O domownikach prawie nic nie wiem. 
Ale mogę poprosić siostrę męża albo jego bratową. 

Panna Marple bacznie spojrzała na Pat i poczuła do niej sympatię. Spodobała jej się prostota 

i  powaga  młodej  kobiety,  której,  nie  wiedzieć  czemu,  żal  się  jej  zrobiło.  Pomyślała,  że  dla 
„małżonki pana Lancelota Fortescue” lepsze tło stanowiłyby wyblakłe perkale, konie, psy — 
nie to przesadnie ozdobne i bogate wnętrze. W okolicy Saint Mary Mead, podczas lokalnych 
zawodów hipicznych i podobnych zabaw, panna Marple spotykała wiele takich Pat i doskonale 
je  znała.  Poczuła  się  swojsko  w  towarzystwie  tej  poważnej,  jak  gdyby  czymś  zgnębionej 
młodej kobiety. 

— Moja sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta — odezwała się i zdjąwszy rękawiczki 

wygładziła  je  troskliwie.  —  Wyczytałam  w  prasie,  że  Gladys  Martin  została  zamordowana. 

background image

Niejedno o niej wiem. Pochodziła z moich stron i u mnie praktykowała jako pomoc domowa. 
Teraz  zginęła  tak  okropnie,  więc…  więc  odczułam  wewnętrzny  nakaz,  by  przyjechać  tu, 
sprawdzić, czy nie mogłabym jakoś pomóc w tej sprawie. 

— Oczywiście. Rozumiem panią doskonale — powiedziała Pat. 
Rzeczywiście zrozumiała. Stanowisko panny Marple wydało się jej zupełnie naturalne. 
— Chyba  to  bardzo  dobrze,  że  pani  przyjechała  —  podjęła.  —  Nikt  tutaj  nie  wie  nic  o 

Gladys Martin… To znaczy nie wiadomo nic o jej krewnych. 

— Nic  dziwnego  —  podchwyciła  panna  Marple.  —  Ona  nie  miała  krewnych.  Do  mnie 

przyszła z sierocińca, zakładu starannie prowadzonego, ale w ciągłych tarapatach pieniężnych. 
Staramy się pomagać dziewczętom stamtąd. Przyjmujemy je do służby, szkolimy jak najlepiej. 
Gladys  miała  siedemnaście  lat,  gdy  do  mnie  przyszła.  Ja  uczyłam  ją  podawania  do  stołu, 
obchodzenia się ze srebrami, wszystkiego, co należy. Ma się rozumieć, nie wytrzymała długo, 
jak to najczęściej bywa. Nabrała nieco praktyki i postarała się o miejsce w kawiarni. Robią tak 
prawie  wszystkie.  Liczą,  widzi  pani,  na  większą  swobodę,  weselsze  życie.  Czy  ja  wiem? 
Zapewne mają rację. 

— Nigdy jej nie widziałam wtrąciła Pat. — Ładna była? 
— Nie.  Nie  była  ładna.  Skrofuliczna,  z  gęstymi  śladami  po  ospie.  Nazwałabym  ją  także 

bardzo  głupią.  Myślę,  że  nie  umiała  zjednywać  sobie  ludzi.  Biedactwo!  Mężczyznami 
interesowała  się  zanadto,  lecz  mężczyźni  nie  odpłacali  jej  pięknym  za  nadobne.  No,  a  inne 
dziewczęta drwiły z tej słabostki, czasami z niej korzystały. 

— To brzmi okrutnie, proszę, pani — westchnęła Pat. 
— Tak, moja droga. Życie jest okrutne. Trudno rozwiązać sprawę takich Gladys. Przepadają 

za kinem, innymi rozrywkami i nieustannie myślą o czymś nieprawdopodobnym, co żadnym 
cudem  nie  może  ich  spotkać.  Może  to  szczęście  swojego  rodzaju?  Ale  rozczarowania  są 
nieuniknione. Gladys też zawiodła się na kawiarnianym i restauracyjnym życiu. Nie przytrafiło 
się jej nic osobliwego, wspaniałego. Chyba dlatego powróciła do służby w prywatnym domu. 
Długo tu była? 

— O  ile  wiem,  niedługo…  Miesiąc,  może  dwa  miesiące  —  odpowiedziała  Pat.  —  To 

okropne,  niedorzeczne,  że  musiała  zaplątać  się  w  taką  sprawę.  Zapewne  widziała  coś  albo 
słyszała. 

— Najbardziej dotknęła mnie ta klamerka do bielizny — podjęła panna Marple właściwym 

sobie łagodnym tonem. 

— Klamerka do bielizny? 
— Tak.  Przeczytałam  w  gazecie,  że  gdy  znaleziono  Gladys,  nos  miała  ściśnięty  czymś 

takim. To prawda? 

Pat twierdząco skinęła głową, a różowe policzki panny Marple poróżowiały mocniej. 
— Rozumie chyba pani,  moja droga, czemu  najbardziej dotknął  mnie, rozdrażnił ten gest 

okrutny i lekceważący. Stwarza on w pewnym sensie obraz mordercy. Kto mógł tak postąpić? 
Poniżanie  ludzkiej  godności  to  czyn  ohydny,  zwłaszcza  jeżeli  poniża  się  godność  człowieka 
zabitego przez siebie. 

— Mam wrażenie, że rozumiem pani uczucia odparła powoli Pat. 
— Chyba  powinna  pani  zobaczyć  się  z  inspektorem  Neele’em.  On  prowadzi  śledztwo. 

Myślę,  że  spodoba  się  pani.  Jest  bardzo  ludzki.  —Wzdrygnęła  się  nerwowo.  Cała  historia 
zakrawa na potworny koszmar. Bezsens. Szaleństwo bez ładu i składu! 

— Tego bym nie powiedziała, moje dziecko — rzekła panna Marple. 
— Nie powiedziałabym stanowczo. 
Inspektor Neele wyglądał źle, sprawiał wrażenie przemęczonego. Prasa roztrąbiła po całym 

kraju  zagadkę  trzech  gwałtownych  zgonów.  Sprawa,  która  z  początku  mogła  uchodzić  za 
typową,  komplikowała  się  niespodziewanie.  Adela  Fortescue  —  najprawdopodobniejsza 

background image

podejrzana  —  padła  ofiarą  niepojętego  morderstwa.  Pod  koniec  fatalnego  dnia  naczelnik 
Wydziału Śledczego wezwał inspektora na konferencję, która przeciągnęła się do późnej nocy. 

Pomimo  przygnębienia  —  lub  raczej  niezależnie  od  niego  —  Neele  odczuwał  niejaką 

satysfakcję. Schemat żony i kochanka wydawał mu się od początku łatwy, banalny. Nie ufał 
nigdy rozwiązaniom takiego pokroju, co w danym przypadku znalazło pełne uzasadnienie. 

— Cała historia przybiera kompletnie nowy aspekt — mówił przełożony spacerując tam i z 

powrotem po swoim gabinecie. — Wygląda na to, Neele, że mamy do czynienia z osobnikiem o 
zachwianej równowadze. Najprzód mąż, później żona. I co? Wszystko wskazuje, że to sprawa 
domowa.  Wszystko  odbyło  się  w  familijnym  gronie.  Ktoś  z  uczestników  śniadania  podał 
Reksowi Fortescue taksynę w kawie albo w czymś do jedzenia. W trakcie podwieczorku ktoś 
postarał się, by cyjanek potasu trafił do herbaty Adeli Fortescue. Musiał to być ktoś zaufany, 
nie nasuwający podejrzeń, jeden z członków rodziny. Kto z nich, Neele? 

— Parcival nie uczestniczył w podwieczorku. Daje mu to alibi — odparł sucho detektyw i 

powtórzył z naciskiem: — Daje mu to alibi: powtórne. 

Naczelnik spojrzał bystro na podwładnego, którego szczególny ton był zastanawiający. 
— Co panu chodzi po głowie? Śmiało, Neele. Słucham. 
— Nic  specjalnego,  panie  naczelniku  —  odrzekł  pewnie  inspektor.  —Taki  sobie  drobny 

pomysł… Warunki układały się dla Parcivala poręcznie. 

— Może trochę  zbyt  poręcznie,  co?  —  Naczelnik  zamyślił  się  na  chwilę.  —  Podejrzewa 

pan, że on mógł to zaaranżowaćAle jak, Neele? Nie rozumiem. Nie wyobrażam sobie, Neele 
— zrobił znów krótką pauzę. — To typ bardzo przezorny. 

— Ale wcale niegłupi — dopowiedział inspektor. 
— Kobieta w roli podejrzanej nie odpowiada panu, prawda? A przecież wszystko wskazuje 

na  kobiety.  Elaine  Fortescue  i  pani  Parcivalowa  uczestniczyły  w  śniadaniu,  a  także  w 
podwieczorku.  Mogła  to  zrobić  jedna  albo  druga.  Żadna  nie  sprawia  wrażenia  chorej 
umysłowo. Ale to nic. Czasami trudno się zorientować. Może znajdziemy coś niewyraźnego w 
przeszłości. 

Neele  milczał.  Medytował  o  Mary  Dove.  Nie  miał  konkretnych  powodów,  by  ją 

podejrzewać, ale w taki właśnie sposób chętnie rozumował. Z pewnością było w niej coś nie 
wyjaśnionego,  nasuwającego  wątpliwości.  Po  śmierci  Reksa  Fortescue  zdradzała  ironiczną 
niechęć wobec pracodawców. A  jak  zachowuje się ostatnio? Jej postawy  nie  można nazwać 
ironiczną ani niechętną. Natomiast parę razy Mary Dove objawiła jak gdyby lekki przestrach. 

W  sprawie  Gladys  Martin  detektyw  sobie  przypisywał  niemałą  winę.  Jej  zalęknienie  i 

zdenerwowanie uznał za objaw naturalny przy kontakcie z policją. 

Nieraz spotykał się z podobnym zachowaniem. Ale w tym wypadku chodziło o coś więcej. 

Być może Gladys usłyszała coś lub zobaczyła. Mogło to być coś błahego, drobny szczegół, o 
czym nie chciała mówić, sądziła, że nie warto. A obecnie biedaczka nigdy już nic nie powie. 
Inspektor Neele spojrzał nie bez zainteresowania w łagodną, szczerą twarz leciwej damy, która 
zgłosiła się doń w Domku pod Cisami. Zrazu nie wiedział, jak ją potraktować, lecz zdecydował 
się  szybko.  Panna  Marple  może  być  przydatna  —  orzekł.  Jest  prostolinijna,  bez  zastrzeżeń 
uczciwa; jak większość kobiet w pewnym wieku ma niemało wolnego czasu, no i posiada iście 
staropanieński  talent  wyławiania  istotnych  szczegółów  z  plotek.  Od  służby  czy  też  pań  z 
rodziny  Fortescue  wydobędzie  informacje,  których  nigdy  nie  uzyskałaby  policja.  Dadzą  to 
pogawędki,  wspomnienia,  domysły,  wielokrotne  opowieści  o  tym,  co  ten  czy  ów  zrobił  lub 
powiedział. Ogólnie biorąc detektyw był zadowolony, więc szarmancko odniósł się do panny 
Marple. 

— Ładnie szanowna pani postąpiła decydując się na przyjazd tutaj — powiedział. 
— To był mój obowiązek. Gladys mieszkała w moim domu. Uważam, że w pewnym stopniu 

jestem odpowiedzialna za tę dziewczynę… Bardzo niemądrą dziewczynę, panie inspektorze. 

Inspektor Neele spojrzał z uznaniem na starszą panią. Odniósł wrażenie, że trafiła w sedno. 

background image

— Rozumiem — odparł. — l mnie się tak zdawało. 
— Widzi  pan,  jeżeli  Gladys  coś  spostrzegła,  nie  miała  naturalnie  pojęcia,  jak  należy 

postąpić. Mój Boże! Bardzo niejasno się wyrażam. 

Detektyw odpowiedział, że rozumie doskonale. 
— Ma pani na myśli, że ta dziewczyna nie potrafiłaby ocenić, co ma znaczenie czy też go nie 

ma? 

— Właśnie, panie inspektorze! 
— A wyrażając pogląd, że Gladys była niemądra… — podjął detektyw i zawiesił głos. 
— Chciałam powiedzieć — podchwyciła panna Marple — że należała do osób szczególnie 

łatwowiernych.  Gdyby  potrafiła  zgromadzić  jakieś  oszczędności,  z  ochotą  powierzyłaby  je 
pierwszemu oszustowi. Ale oszczędności nigdy nie miała, bo pieniądze trwoniła na najmniej 
praktyczne fatałaszki^ 

— Jak odnosiła się do mężczyzn? 
— Strasznie  jej  zależało  na  znalezieniu  wielbiciela.  Podejrzewam,  że  głównie  dlatego 

wyniosła  się  z  Saint  Mary  Mead.  Sroga  tam  konkurencja,  bo  odpowiednich  mężczyzn  jest 
bardzo mało. Gladys miała na oku młodego chłopca, dostawcę ryb. Ale cóż? Fred nie skąpił 
wszystkim  służącym  miłych  słów,  za  którymi  nic  się  nie  kryło.  Biedaczka  była  dotkliwie 
zawiedziona. Zdaje się jednak, że ostatecznie znalazła kawalera? 

— Na to wygląda — powiedział Neele. — Nazywa się Albert Evans. Poznała go zapewne w 

czasie  urlopu.  Nie  dał  jej  pierścionka,  więc  być  może  całą  historię  zmyśliła.  Zwierzała  się 
kucharce, że to inżynier górnik. 

— Historia nad wyraz nieprawdopodobna, ale mogła opierać się na tym, co on jej mówił. Jak 

wspomniałam  już, Gladys  była dziewczyną wyjątkowo łatwowierną. Jego nie  łączy pan z tą 
sprawą? 

Inspektor Neele pokręcił głową. 
— Nie, proszę pani. Nie podejrzewam komplikacji takiego rodzaju. Jestem prawie pewien, 

że Albert Evans nigdy nie odwiedził Gladys. Od czasu do czasu przysyłał jej kartkę pocztową, 
najczęściej  z  portu  morskiego.  Może  to  podrzędny  mechanik  z  jakiegoś  stateczku  żeglugi 
przybrzeżnej? 

W  każdym  razie  jestem  zadowolona,  że  Gladys  przeżyła  swój  mały  romans.  Skoro  miała 

zginąć tak nagle… — twarz panny Marple przybrała surowy wyraz. — Widzi pan, inspektorze, 
najbardziej oburza mnie i drażni ta klamerka do bielizny. Co za ohyda! 

— Wcale nie dziwię się szanownej pani i w pełni to rozumiem. Starsza pani odkaszlnęła z 

pewnym zakłopotaniem. 

— Zastanawiam się… Może to natrętnie z mojej strony, ale czy nie mogłabym pomóc trochę 

panu  na  sposób  bardzo  skromny  i,  obawiam  się,  bardzo  kobiecy.  Sądzę,  że  to  szczególnie 
przewrotny morderca, a przewrotność nie powinna uchodzić bezkarnie. 

— Zapewne to sąd nieco staroświecki, nie w  modzie dzisiaj — rzucił posępnie Neele. — 

Osobiście jednak zgadzam się z panią. 

— Jest tutaj hotel obok stacji, a także hotel Golf — podjęła panna Marple. — No i w tym 

domu mieszka panna Ramsbottom, osoba interesująca się żywo pracą misjonarzy. 

— Mieszka. Może pani z niej coś wydobędzie. Mnie powiodło się nieszczególnie. 
— Bardzo  pan  miły,  panie  inspektorze…  Cieszę  się,  że  nie  wziął  mnie  pan  za  zwykłą 

łowczynię sensacji. 

Inspektor uśmiechnął się nieoczekiwanie. Przyszło mu na myśl, że ta starsza pani wygląda 

na przeciwieństwo bogini zemsty, a mimo to jest bliska jej roli. 

— Gazety — zaczęła znów „bogini zemsty” — lubią gonić za sensacją, najczęściej jednak 

szwankuje w nich dokładność. Wolałabym poznać suche fakty — umilkła i spojrzała pytająco 
na detektywa, 

background image

— Fakty ogołocone z sensacji przedstawiają się  następująco — odparł. — Rex  Fortescue 

zasłabł  nagle w  swoim  biurze  skutkiem zatrucia taksyną. Taksynę otrzymuje  się z cisowych 
jagód albo igieł. 

— To bardzo dogodne wtrąciła panna Marple. 
— Być może. Ale w danym przypadku nie mamy żadnego dowodu… Nie mamy na razie. 
Na ostatnim słowie Neele położył nacisk, sądził bowiem, że właśnie w tym względzie panna 

Marple może być najbardziej pomocna. Jeżeli ktoś z domowników preparował jagody cisa, ona 
najłatwiej wpadnie na ślad takich poczynań. Wygląda na staroświecką osobę, która lubi robić 
domowe trunki i lekarstwa, zbierać i suszyć zioła, zna więc metody prac z tym związanych. 

— A pani Fortescue? — padło pytanie. 
— Pani Fortescue piła  herbatę w rodzinnym gronie. Jej pasierbica, Elaine Fortescue, była 

ostatnią osobą, która opuściła bibliotekę. Zeznaje, że w chwili gdy stamtąd wychodziła, pani 
Fortescue nalewała sobie drugą filiżankę herbaty. Po upływie około dwudziestu minut panna 
Dove, zarządzająca domem, weszła do pokoju, aby sprzątnąć naczynia po podwieczorku. Adela 
Fortescue nadal siedziała na sofie, ale nie żyła. Przed nią stała nie dopita filiżanka z herbatą, w 
której wykryto cyjanek potasu. 

— O ile mi wiadomo, to trucizna działająca błyskawicznie. 
— Tak, proszę pani. 
— Groźna substancja mruknęła panna Marpłe, jak gdyby do siebie. — Czasami używam jej 

przy niszczeniu os. Ale zawsze jestem ostrożna, bardzo uważam. 

— Ma  pani  słuszność.  Słoik  z  cyjankiem  potasu  znaleziono  w  podręcznym  składziku 

ogrodnika. 

— To znów bardzo dogodne… Czy pani Fortescue coś jadła? 
— Tak. Podwieczorek można by nazwać wystawnym. 
— Było ciasto, prawda? Zapewne też chleb, masło, rogale? Może dżem, miód, coś z tych 

rzeczy? 

— Aha.  Były  rogale,  miód,  ciasto  w  czekoladzie,  rolada  z  marmoladą,  herbatniki…  — 

Neele  urwał,  z  ukosa  zerknął  na  starszą  panią.  —Obecność  cyjanku  potasu  stwierdzono  w 
herbacie. 

— Tak, tak… Słyszałam. Pragnę jednak uzyskać, jak to się mówi, pełny obraz. Jest on wiele 

mówiący. Nie sądzi pan, inspektorze? 

Neele spojrzał na pannę Marple nie bez zdziwienia. Twarz miała mocno zaróżowioną, oczy 

błyszczące. 

— A trzecia śmierć, inspektorze? 
— W  tym  wypadku  fakty  są  stosunkowo  proste.  Gladys  przyniosła  do  biblioteki  tacę  z 

herbatą  i  wróciła  do  kuchni  po  drugą,  tę  jednak  zostawiła  w  hallu.  Przez  cały  dzień  była 
zdenerwowana,  roztargniona.  Później  jej  nie  widziano.  Kucharka,  pani  Crump, 
wywnioskowała, ze dziewczyna zrobiła sobie wolne popołudnie, nie opowiadając się nikomu. 
Utwierdził  ją  w  tym  przekonaniu  fakt,  że  Gladys  miała  na  nogach  nylony  i  swoje  najlepsze 
pantofle. Myliła się jednak. Najprawdopodobniej dziewczyna przypomniała sobie nagle, że nie 
zdjęła  bielizny,  która  suszyła  się  na  sznurach  za  domem.  Wybiegła,  by  naprawić  własne 
zaniedbanie, i ktoś zaskoczył ją znienacka, od tyłu zarzucił na szyję pończochę… I stało się… 

— Ktoś z zewnątrz? 
— Być może, proszę pani. Lecz równie dobrze mógł zrobić to jeden z domowników… Ktoś, 

kto czekał okazji, by przydybać dziewczynę samą. Gladys była roztrzęsiona, zdenerwowana, 
kiedy przesłuchiwaliśmy ją wstępnie. Ale niestety, znaczenie tego faktu uszło mojej uwagi. 

— Mój Boże! Skąd pan mógł wiedzieć? Ludzie często bywają zbici z tropu przy kontakcie z 

policją. Zupełnie jak gdyby mieli coś na sumieniu. 

— Niewątpliwie,  proszę  pani.  Tym  razem  jednak  musiało  wchodzić  w  grę  coś  więcej. 

Zapewne Gladys zauważyłaże ktoś z domowników robi coś na pozór niezrozumiałego. Nie 

background image

sądzę, by to szczególnie rzucało się w oczy, bo w takim razie dziewczyna powiedziałaby nam 
prawdę. Co dalej? Gladys musiała zdradzić swój niepokój wobec osoby zainteresowanej, ta zaś 
uprzytomniła sobie, że Gladys może być niebezpieczna. 

— I  dlatego  —  podchwyciła  panna  Marple  —  Gladys  została  uduszona  i  na  jej  nosie 

zaciśnięto klamerkę do bielizny. 

— Właśnie!  Ta  klamerka!  Bezcelowe  okrucieństwo.  Popis  brawury  absolutnie 

niepotrzebny. 

— Czy niepotrzebny? — mruknęła starsza dama. Nasuwa pewne sugestie… Rozumie pan, 

inspektorze? 

— Nie bardzo… Co ma pani na myśli? Panna Marple ożywiła się nieoczekiwanie. 
— Mam na myśli ciąg wydarzeń traktowanych jako całość. Rozumie pan? Trudno przecież 

uwolnić się od wymowy faktów. 

— Nic nie rozumiem, szanowna pani. 
— Chodzi  mi  o  to,  że…  Zastanówmy  się,  inspektorze…  Najprzód  pan  Fortescue,  Rex 

Fortescue został zamordowany w swoim gabinecie. Następnie pani Fortescue umarła siedząc 
przy  podwieczorku,  w  bibliotece.  Do  herbaty  podano  rogaliki  i  miód.  Wreszcie  znaleziono 
zwłoki biednej Gladys z klamerką do bielizny zaciśniętą na nosie. To stawia kropkę nad „i”. 
Czarująca pani Pat Fortescue powiedziała mi, że to wszystko nie ma sensu ani ładu. Nie mogę 
się z nią zgodzić. W całej historii jest sens i ład uderzający. 

— Nie wydaje mi się, abym… — bąknął zbity z tropu Neele i nie dokończył, gdyż panna 

Marple przerwała mu żywo. 

— Na oko liczy pan sobie trzydzieści pięć, może trzydzieści sześć lat. Kiedy był pan małym 

chłopcem, wypowiedziano wojnę staroświeckim wierszykom dla dzieci. Natomiast dla osoby 
wychowanej  jak  ja  na  takich  wierszykach…  Widzi  pan,  ma  to  swoją  wymowę.  Jedno  mnie 
zastanawia… — panna Marple urwała, by podjąć zaraz, jak gdyby zebrała się na odwagę: — 
Ma się rozumieć, to wielki nietakt mówić o podobnych głupstwach… 

— Proszę. Niech pani mówi, o czym zechce. 
— Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. Powiem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jestem bardzo 

stara, nie najmądrzejsza, a moje pomysły mogą nie mieć sensu… Chciałabym zapytać, czy w 
tej historii nie natknął się pan gdzieś na czarne ptaki… wyrażając się ściślej, kosy? 

background image

XIV 

 
— Przez dobre dziesięć sekund inspektor Neele spoglądał ze zdumieniem na starszą panią. 

Przychodziło mu na myśl, że biedaczka postradała nagle zmysły. 

— Kosy? — powtórzył wreszcie. 
Panna Marple przytaknęła energicznym skinieniem głowy. 
— Nie inaczej — powiedziała i zaczęła recytować: 
 

Piosenka za szóstkę, kieszeń żyta i 
Zapiekanych w cieście kosów mendle trzy. 
Przekrojono ciasto, ptaszków zabrzmiał chór. 
Co za pyszne danie na królewski dwór! 
Król był w skarbcu, liczył tam pieniądze swe, 
Królowa w komnacie bulkę z miodem je. 
Służebna w ogrodzie wietrzy ubrań stos, 
Wtem przyleciał ptaszek, oddziobał jej nos.
 

 
— 
Wielki Boże! zawołał detektyw. 
— Pasuje, co? — podjęła starsza pani. — W kieszeni marynarki nieboszczyka znaleziono 

żyto. Tak napisała jedna z gazetInne wspominały o zbożu, ziarnic i tak dalej… Ale to było 
żyto, prawda? 

Inspektor Neele twierdząco skinął głową. 
— A  widzi  pan!  —  podchwyciła  triumfalnie  starsza  pani.  —  Rex  Fortescue.  Rex  znaczy 

król.  Zginął  w  swoim  gabinecie  biurowym:  w  skarbcu!  Pani  Fortescue,  „królowa”,  jadła  w 
komnacie  bułkę  z  miodem.  Cóż  dziwnego,  że  morderca  ścisnął  nos  Gladys  klamerką  do 
bielizny. 

— Sądzi pani, że to robota szaleńca? 
— Nie  wyciągajmy  pochopnie  wniosków.  W  każdym  jednak  razie  cała  historia  wygląda 

osobliwie. Koniecznie musi pan dopytywać o kosy. Na pewno były tu i kosy. 

W tym momencie wszedł do pokoju sierżant Hay. 
— Panie inspektorze! — zaczął z przejęciem i urwał spostrzegłszy starszą panią. 
Neele zdążył tymczasem przyjść do siebie, więc zwrócił się do panny Marple: 
— Bardzo szanownej pani dziękuję. Interesuje panią Gladys Martin, może więc życzy pani 

sobie  zobaczyć  rzeczy  zabrane  z  jej  pokoju?  Sierżant  Hay  pokaże  je  pani.  Niedługo  będzie 
wolny. 

Panna Marple zrozumiała, że ją odprawiono, i wyniosła się z pokoju. 
— Kosy! — mruknął do siebie Neele i zwrócił się do zdziwionego sierżanta. — O co chodzi, 

Hay? 

— Panie inspektorze! zaczął znowu podwładny z nie mniejszym przejęciem. — Niech pan 

inspektor  spojrzy!  —  pokazał  coś  zawiniętego  w  przybrudzoną  chusteczkę  do  nosa.  — 
Znaleźliśmy to w malinach. Mogło zostać wyrzucone z któregoś okna domu 

Żywo zainteresowany Neele rzucił okiem na przedmiot, który sierżant umieścił przed nim 

na biurku — jak się okazało, ledwie napoczęty słoik marmolady. Spoglądał nań bez słowa. Jego 
twarz  przybierała  wyraz  coraz  bardziej  kamienny  i  tępy,  co  świadczyło,  że  detektyw  błądzi 
myślami po manowcach ułudy. Oczyma wyobraźni oglądał jak gdyby film. Widział nowy słoik 
i ręce, które ostrożnie zdejmują pokrywkę, usuwają  nieznaczną  ilość  marmolady,  mieszają z 
taksyną, wkładają znowu do słoika i wygładziwszy powierzchnię słoik zakrywają. Widział to 
wszystko, przerwał jednak rozważania, aby zapytać podwładnego: 

— Czy marmoladę wyjmują ze słoika i podają na stół w jakimś innym naczyniu? 

background image

— Nie, panie inspektorze. Podczas wojny, kiedy trudno było o wszystko, zaczęli podawać 

marmoladę w oryginalnych słoikach i tak już zostało. 

— To uprościło zadanie. Oczywiście — szepnął do siebie Neele. 
— I co więcej, panie inspektorze — ciągnął Hay — tylko pan Fortescue jadł na śniadanie 

marmoladę. I pan Parcival, ale jego nic było w domu. Panie jadły miód i dżem. 

— Aha… To uprościło zadanie jeszcze bardziej. 
Po  krótkiej  przerwie  urojony  film  jął  snuć  się  dalej.  Stół,  wokół  niego  domownicy  przy 

śniadaniu.  Rex  Fortescue  sięga  po  słoik  z  marmoladą,  nabiera  łyżkę,  kładzie  na  grzance 
posmarowanej  masłem.  To  rozwiązanie  dużo  łatwiejsze,  prostsze:  nie  trzeba  ryzykować, 
przyprawiać kawy w określonej filiżance. Idealna, nowa metoda podawania trucizny! Co dalej? 
Drugi  antrakt:  film  traci  nieco  na  wyrazistości.  Słoik  z  marmoladą  ktoś  zastępuje  drugim,  z 
którego usunął dokładnie taką samą ilość. Okno się uchyla. Jakaś ręka rzuca słoik w maliny… 
Czyja to była ręka? 

— Naturalnie  musimy  to  posłać  do  badania,  przekonać  się,  czy  w  marmoladzie  są  ślady 

taksyny. Nie wolno pochopnie wyciągać wniosków — powiedział Neele. 

— Nie  wolno,  panie  inspektorze  —  zgodził  się  Hay.  —  Na  słoiku  mogą  też  być  odciski 

palców. 

— Mogą. Ale najprawdopodobniej nie te, których szukamy. Pozostawili je Gladys, Crump, 

pan  Fortescue… No i zapewne pani  Crump, a także subiekt ze sklepu kolonialnego. Jeszcze 
kilka osób bez znaczenia dla śledztwa. Jeżeli ktoś dodał tu taksynę, z pewnością uważał, żeby 
nie  dotykać  słoika  palcami.  Powtarzam:  nie  wolno  pochopnie  wyciągać  wniosków.  Jak 
sprowadzają tutaj marmoladę? Gdzie ją przechowują? 

Zapobiegliwy sierżant Hay miał w pogotowiu odpowiedzi na wszelkie pytania. 
— Marmoladę  i  dżemy  kupują  partiami,  po  sześć  słoików.  Świeży  słoik  wydaje  się  do 

pokoju kredensowego, kiedy w poprzednim jest już niewiele. 

— A  zatem  manipulacja  mogła  być  przeprowadzona  na  kilka  dni  przed  podaniem 

marmolady na stół. Mógł się tym zająć każdy z domowników albo ktokolwiek, kto miał tutaj 
dostęp. 

„Miał tutaj dostęp”. Ten zwrot zbił z tropu sierżanta, który nie zrozumiał, jakim szlakiem 

podąża myśl przełożonego. 

Rozumowanie  Neele’a  opierało  się  jednak  na  logicznym  założeniu:  skoro  marmoladę 

zatruto dawniej, prawdopodobnie wykluczyć należy osoby jedzące owego dnia śniadanie. 

To otwiera nowe, interesujące możliwości. Zaleca rozmowy z różnymi ludźmi — rozmowy 

pod nieco odmiennym kątem widzenia. Tylko nie sugerować się niczym z góry! 

Detektyw  nie  lekceważył  bynajmniej  zdania  panny  Marple  na  temat  staroświeckiego 

wierszyka  z  dziecinnego  pokoju.  Jego  treść  w  zadziwiający  sposób  pasuje  do  przebiegu 
wydarzeń. Rozwiązuje zagadkę niepokojącą od pierwszej chwili: kieszeń pełną żyta. — Ale te 
kosy? — szepnął do siebie Neele. 

— Słucham, panie inspektorze? — zdziwił się podwładny. 
— Drobiazg, Hay… Nic ważnego. 
 
Inspektor  Neele  wybrał  się  na  poszukiwanie  Mary  Dove  i  zastał  ją  w  jednym  z  pokoi 

sypialnych na piętrze, gdzie Ellcn zdejmowała z łóżka prześcieradła —jak się zdawało, czyste. 
Obok leżało na krześle kilka również nie używanych ręczników. 

— Spodziewa się pani kogoś? zapytał trochę zdziwiony detektyw. 
Zarządzająca  domem  uśmiechnęła  się  na  swój  sposób.  W  przeciwieństwie  do  posępnej, 

przygnębionej pokojówki była jak zawsze pogodna i opanowana. 

— Akurat odwrotnie powiedziała, a Neele spojrzał na nią pytająco. 
— Ten pokój gościnny miał zająć pan Gerald Wright. 
— Gerald Wright? Co to za jeden? 

background image

— Dobry znajomy panny Elaine Fortescue — odparła Mary tonem sztucznie obojętnym. 
— Oczekiwano go? Kiedy? 
— O ile mi wiadomo, zatrzymał się w hotelu Golf nazajutrz po śmierci pana Fortescue. 
— Nazajutrz? 
— Tak poinformowała mnie panna Fortescue — odparła Mary tonem nadal bez wyrazu. — 

Chciała,  by  pan  Wright  przeniósł  się  tutaj,  więc  w  porę  przygotowałam  pokój.  Następnie 
jednak, po dwu dalszych tragediach… uznała widać, że lepiej mu będzie w hotelu. 

— W hotelu Golf? 
— Tak, panie inspektorze. 
— Hm… Nic dziwnego. 
Ellen  zebrała  prześcieradła  i  ręczniki,  wyszła  z  pokoju.  Mary  Dove  spojrzała  pytająco  na 

detektywa. 

— Życzył pan sobie pomówić ze mną w jakiejś sprawie? 
— Ścisłe ustalenie czasu rozmaitych wydarzeń jest w danej chwili kwestią pierwszorzędnej 

wagi — odparł gładko Neele. — Członkowie rodziny wypowiadają się mętnie na ten temat, co 
uważam za naturalne i zrozumiałe. Natomiast zdążyłem zauważyć, że pani dobrze orientuje się 
w czasie. 

— Co też uważa pan za naturalne i zrozumiałe uśmiechnęła się Mary Dove. 
— Tak…  Zapewne…  W  każdym  razie  należy  pogratulować  sprawności,  z  jaką  pani 

prowadzi  dom  mimo…  mimo,  powiedzmy,  paniki  wynikłej  z  racji  ostatnich  zgonów  — 
inspektor zrobił małą pauzę. — Jak pani to robi? 

Dobrze  zdawał  sobie  sprawę,  iż  jedyną  lukę  w  nieprzeniknionym  pancerzu  Mary  Dove 

stanowi duma z własnej sprawności. I tym razem zarządzająca domem ożywiła się nieco. 

— Crumpowie chcieli z miejsca odejść — powiedziała. 
— My nie udzielilibyśmy zgody. 
— Wiem.  Oczywiście.  Ale  i  ze  swojej  strony  dałam  im  do  zrozumienia,  że  pan  Parcival 

Fortescue okaże się zapewne hojny dla tych, co oszczędzą mu zbędnych kłopotów. 

— A Ellen? 
— Nie myśli o rzuceniu pracy. 
— Aha… Nie myśli o rzuceniu pracy — powtórzył Neele. — Ma mocne nerwy. 
— Delektuje się katastrofami. Podobnie jak pani Valowa, czerpie perwersyjne zadowolenie 

z tragedii. 

— Ciekawe… Czy pani Valowa czerpie perwersyjne zadowolenie z tragedii? 
— Nie…  Może  to  zbyt  silnie  powiedziane…  W  każdym  razie  usposobienie  pozwala  jej 

tragedie znosić… Coś takiego miałam raczej na myśli. 

— A  jakie  wrażenie  wywarło  to  wszystko  na  pani?  Mary  Dove  wzruszyła  ramionami  i 

odpowiedziała sucho: 

— Nie było miłym przeżyciem. 
Detektyw jeszcze raz zapragnął przeniknąć linie obronne tej chłodnej i opanowanej młodej 

kobiety,  zbadać,  co  kryć  się  może  pod  osłoną  niedopowiedzeń  i  całej  zagadkowej  postawy 
Mary Dove. 

— Cóż — podjął wróćmy do miejsca i czasu poszczególnych wydarzeń. Ostatni raz widziała 

pani  Gladys  Martin  w  hallu,  przed  podwieczorkiem,  za  dwadzieścia  piąta?  Nie  mylę  się, 
prawda? 

— Nie myli się pan. Powiedziałam jej, żeby podała herbatę. 
— Skąd pani wtedy przyszła? 
— Z piętra. Parę minut wcześniej zdawało mi się, że dzwoni telefon. 
— Zapewne przyjęła go Gladys? 
— Tak. To była omyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią w Baydon Heath. 
— Wówczas widziała pani Gladys Martin ostatni raz? 

background image

— W jakieś dziesięć minut później wniosła do biblioteki tacę z herbatą. 
— Z kolei nadeszła panna Elaine Fortescue? 
— Tak.  Trzy  lub  cztery  minuty  po  Gladys.  Następnie  poszłam  na  górę,  aby  poprosić  na 

herbatę panią Valowa.. 

— Zwykle pani to robi? 
— Skąd  znowu!  Domownicy  schodzą  na  podwieczorek,  kiedy  zechcą.  Ale  tamtego  dnia 

pani Fortescue zapylała, gdzie się wszyscy podziali. Wyszłam do hallu i odniosłam wrażenie, 
że na piętrze słyszę kroki pani Valowej. Omyliłam się jednak, bo… 

— Jak to? — przerwał Neele zwietrzywszy coś nowego. — Usłyszała pani czyjeś kroki na 

piętrze? 

— Tak.  Jak  gdyby  zbliżały  się  do  szczytu  schodów.  Ale  nikt  nie  zeszedł  na  dół.  Panią 

Valową zastałam w jej pokoju. Dopiero co wróciła ze spaceru… 

— Ze spaceru powtórzył detektyw. — Aha, rozumiem… Która była godzina? 
— Dochodziła piąta, jak sądzę. 
— A pan Lancelot Fortescue zjawił się o której? 
— Parę minut później wróciłam na parter… Myślałam nawet, że przyjechał wcześniej, ale… 
— Dlaczego  myślała  pani,  że  przyjechał  wcześniej?  —  przerwał  znów  żywo  inspektor 

Neele. 

— Ponieważ zdawało mi się, że zobaczyłam go przez okno, z podestu na półpiętrze. 
— W ogrodzie? 
— Tak… Zauważyłam kogoś niknącego za cisowym żywopłotem. Pomyślałam, że to może 

być on. 

— Wtedy schodziła pani na dół, zaprosiwszy panią Valową na podwieczorek, prawda? 
— Nie — sprostowała Mary. — Stało się to wcześniej, kiedy schodzi—łam na dół pierwszy 

raz. 

Detektyw spojrzał na nią przenikliwie. 
— Jest pani pewna, panno Mary? 
— Najzupełniej.  Dlatego  właśnie  zaskoczył  mnie  widok  pana  Lancelota,  kiedy  naprawdę 

zadzwonił do drzwi. 

Inspektor Neele pokręcił głową i podjął nie zdradzając tonem głosu swego wzburzenia: 
— Nie  mogła  pani  zobaczyć  w  ogrodzie  Lancelota  Fortescue.  Pociąg  z  Londynu, 

przybywający  o  czwartej  dwadzieścia  osiem,  miał  dziesięć  minut  opóźnienia.  Był  na 
przystanku  Baydon  Heath  o  czwartej  trzydzieści  siedem.  Jest  zawsze  przepełniony,  więc 
Lancelot Fortescue musiał  zaczekać kilka  minut na taksówkę. Wobec tego odjechał ze stacji 
mniej  więcej  trzy  na  piątą  (pięć  minut  później,  niż  pani  widziała  kogoś  w  ogrodzie),  a  do 
Domku pod Cisami  jest około dziesięciu  minut drogi. Taksówkę odprawił  sprzed bramy  nie 
wcześniej niż za pięć piąta… Hm… Nie mogła go pani zobaczyć w ogrodzie. 

— Pewna jestem, że kogoś zauważyłam. 
— Niewątpliwie. Ale ściemniało się wówczas. Nie widziała pani dokładnie tamtej osoby? 
— Naturalnie…  Nie  potrafiłabym  rozpoznać  twarzy…  Zorientowałam  się  tylko,  że  to 

wysoki,  szczupły  mężczyzna,  więc  przyszedł  mi  na  myśl  pan  Lancelot  Fortescue,  którego 
oczekiwaliśmy wszyscy. 

— A tamten, w którą odszedł stronę? 
— Zniknął za cisowym szpalerem, w kierunku wschodniego skrzydła domu. 
— Gdzie znajdują się boczne drzwi, prawda? Czy są one zamykane na klucz? 
— Tak Ale dopiero późnym wieczorem. 
— Innymi  słowy:  kogoś,  kto  wszedłby  tymi  drzwiami,  mógłby  nie  spostrzec  nikt  z 

domowników? 

Mary Dove zastanowiła się na moment. 

background image

— Zapewne…  Tak!  dodała  bardziej  stanowczym  tonem.  —  Chce  pan  powiedzieć,  że 

słyszałam odgłos kroków kogoś, kto w taki sposób wtargnął do domu i ukradkiem przemykał 
korytarzem na piętrze? 

— Coś w tym sensie, proszę pani. 
— Ale kto? 
— To pytanie wymaga odpowiedzi. Na razie bardzo pani dziękuję. Mary Dove odwróciła 

się, by odejść, lecz w tym momencie detektyw rzucił od niechcenia: 

— Aha… Sądzę, że pani może mi coś powiedzieć o kosach? 
Po raz pierwszy zarządzająca domem była jak gdyby zaskoczona. Odwróciła się raptownie. 
— O… Przepraszam… Co pan powiedział? 
— Zapytałem o kosy… ptaki. 
— Ptaki? 
— Tak. Kosy — powtórzył Neele i przybrał swój najbardziej tępy wyraz twarzy. 
— Ma  pan  na  myśli  tę  idiotyczną  historię  z  lata?  Przecież  nie  może  mieć  nic… —  Mary 

Dove umilkła nagle. 

— Słyszałem coś piąte przez dziesiąte — podjął swobodnie detektyw. 
— Ale cóż? Tylko pani potrafi opisać to zajście ze szczegółami. 
— Moim zdaniem w grę wchodził  idiotyczny,  niedorzeczny kawał —odparła  Mary Dove 

już z normalnym, niezmąconym  spokojem. —Cztery nieżywe kosy znalazły się  na biurku w 
gabinecie pana Fortescue… w jego domowym gabinecie. Jak zwykle latem, okna były otwarte. 
Podejrzewaliśmy wszyscy syna ogrodnika, chociaż chłopiec zapewniał, że nie jest winien. Były 
to kosy, które ogrodnik zastrzelił i powiesił na drzewach owocowych, by odstraszyć ptactwo. 

— Ktoś musiał je odciąć i podrzucić na biurko Reksa Fortescue. 
— Tak. 
— Nie widzi w tym pani jakiegoś sensu, związku z czymkolwiek? 
— Nie sądzę. 
— A jak zachował się pan Fortescue? Zły był? 
— Zły? Oczywiście. 
— Nie odniosła pani wrażenia, że zaniepokoiła go ta historia, wytrąciła z równowagi? 
— Nie pamiętam, doprawdy. 
— Rozumiem… 
Inspektor  Neele  nie  dodał  nic  więcej,  wydało  mu  się  jednak,  że  tym  razem  Mary  Dove 

odwraca się i odchodzi z ociąganiem, jak gdyby miała ochotę zbadać bardziej szczegółowo, co 
się dzieje w jego głowie. Ale on myślał tylko z niechęcią o pannie Marple. Zapewniła, że w tej 
historii  muszą  być  kosy.  I oto  są!  Co  prawda  nie trzy  mendle,  które  dokładnie  pasowały  do 
wzoru, ale są! 

Głupia historia zdarzyła się latem, więc Neele nie wyobrażał sobie, jaki mogła mieć związek 

z późniejszą tragedią. Oczywiście nie zasugeruje się ptakami, nie zaniecha opartego na logice 
normalnego śledzenia  mordercy, działającego z normalnych pobudek. Lecz od tej chwili  nie 
wolno mu odrzucać nawet najbardziej obłąkańczych możliwości. 

background image

XV 

 
— Przykro mi jeszcze raz panią trudzić — zwrócił się Neele do Elaine Fortescue — muszę 

jednak  wyświetlić  pewien  szczegół.  O  ile  mi  wiadomo,  pani  jest  ostatnią  lub  raczej 
przedostatnią  osobą,  która  widziała  panią  Fortescue  żywą.  Opuściła  pani  bibliotekę 
dwadzieścia po piątej? 

— Mniej  więcej.  Nie  mogę  określić  czasu  ściśle  —  odparła  panna  Fortescue  i  dorzuciła 

obronnym tonem: — Człowiek nie patrzy wciąż na zegary. 

— Ma się rozumieć, proszę pani. Kiedy wszyscy wyszli z pokoju, pani została sama z panią 

Fortescue. O czym panie rozmawiały? 

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? 
— Najprawdopodobniej nie ma. Ale treść rozmowy może świadczyć w pewnym stopniu o 

ówczesnym nastroju pani Fortescue. 

— Chce pan powiedzieć… Sądzi pan, że ona zabiła się sama? Detektyw spostrzegł, że twarz 

dziewczyny  się  rozjaśniła,  co  nie  zdziwiło  go  wcale.  Takie  rozwiązanie  byłoby  oczywiście 
najdogodniejsze z punktu widzenia mieszkańców Domku pod Cisami. Neele nie wierzył w nie, 
gdyż Adeli Fortescue nie uważał za typ potencjalnej samobójczyni. Nawet gdyby otruła męża i 
żywiła  obawę,  że  zbrodnia  wyjdzie  na  jaw,  nie  pomyślałaby  z  pewnością  o odebraniu  sobie 
życia. Optymizm kazałby jej wierzyć, że jeżeli nawet dojdzie do procesu, da się uzyskać wyrok 
uniewinniający.  Takiego  zdania  był  inspektor  Neele,  nie  chciał  jednak  rozpraszać  złudzeń 
Elaine Fortescue. 

— Istnieje i taka możliwość — odparł zgodnie z prawdą. — Więc słucham, proszę pani? O 

czym była wtedy mowa? 

— Szczerze mówiąc o moich sprawach — powiedziała młoda osoba i umilkła. 
— A mianowicie? 
— Mój… mój znajomy, ktoś z przyjaciół, przyjechał tutaj, więc zwróciłam się do Adeli, czy 

nie ma nic przeciwko jego zamieszkaniu w naszym domu. 

— Rozumiem… Kto jest tym pani znajomym? 
— Gerald Wright. Nauczyciel szkolny. Zatrzymał się w hotelu Golf. 
— Czy  to  szczególnie  dobry  znajomy,  ktoś  bardzo  bliski?  —  detektyw  przybrał 

dobroduszny, rodzicielski wyraz twarzy, który dodał mu co najmniej piętnaście lat. — Może 
wkrótce należy oczekiwać doniosłego wydarzenia w rodzinie? 

Odczuł  niemal  skrupuły  na  widok  nieporadnego  gestu  ręki  i  rumieńca  dziewczyny.  Nie 

wątpił już, Elaine Fortescue kocha się w tym gościu. 

— Nie  jesteśmy  formalnie  zaręczeni  i…  i…  Teraz  nie  może  być  o  tym  mowy…  Ale… 

Zgadł pan, inspektorze. Istotnie, zamierzamy się pobrać. 

— Gratuluję  serdecznie!  podchwycił  żywo  Neele.  —  Wspomniała  pani,  że  pan  Wright 

zatrzymał się w hotelu Golf. Od jak dawna tam mieszka? 

— Zadepeszowałam do niego po śmierci ojca. 
— A on przyjechał niezwłocznie — powiedział detektyw i życzliwym, budzącym zaufanie 

tonem dorzucił swój ulubiony zwrot: — Aha… Rozumiem. — Na moment zawiesił głos. Jak 
pani Fortescue zareagowała na propozycję, by pan Wright przeprowadził się tutaj? 

— Odpowiedziała: „Dobrze. Wolno ci zapraszać, kogo sobie życzysz”. 
— Innymi słowy odniosła się do pani planów życzliwie. 
— Życzliwie?…  Chyba  niezupełnie.  Powiedziała  jeszcze…  —  Właśnie!  Co  więcej 

powiedziała? 

— Głupstwo,  jakiego  należało  spodziewać  się  od  Adeli.  Dodała,  że  mogłabym  zrobić 

znacznie lepszą partię. — Elaine zarumieniła się znowu. 

— Cóż, krewni często mówią podobne rzeczy. 

background image

— Tak… Naturalnie!  Ale, widzi pan, nie wszystkich stać na właściwą ocenę Geralda. To 

intelektualista,  zwolennik  nieszablonowych,  postępowych  idei,  które  nie  odpowiadają  wielu 
ludziom. 

— Aha… Rozumiem. Dlatego trudno mu było dojść do porozumienia z pani ojcem. 
Dziewczyna mocno się zaczerwieniła. 
— Ojciec był niesprawiedliwy, miał liczne uprzedzenia. Drażnił uczucia Geralda. Otwarcie 

mówiąc, zachowanie ojca tak zirytowało Geralda, że zniknął na długie tygodnie i nie odzywał 
się nawet do mnie. 

„I prawdopodobnie nie odezwałby się do dnia dzisiejszego. gdyby twój ojciec nie umarł i nie 

zostawił ci grubej forsy” pomyślał inspektor Neele i zapytał: 

— O niczym więcej nie rozmawiała pani z panią Fortescue? 
— Nie… Nie zdaje mi się. 
— Działo się to mniej więcej dwadzieścia pięć po piątej, a o szóstej pięć znaleziono zwłoki 

pani Fortescue. Pani nie wróciła do biblioteki w tym czasie? 

— Nie wróciłam. 
— Co pani robiła? 
— Ja? Wybrałam się na mały spacer. 
— Do hotelu Golf? 
— No… tak… Ale Geralda nie zastałam. 
— Aha…  Rozumiem  —  powtórzył  znów  inspektor  Neele,  tym  razem  jednak  tonem 

akcentującym koniec rozmowy. 

— Czy to wszystko? zapytała Elaine. 
— Tak  jest.  Dziękuję  pani  odparł  detektyw  i  spytał,  gdy  dziewczyna  wstawała  z  krzesła: 

Mogłaby pani powiedzieć coś o kosach? 

— O kosach? Tych w pasztecie? 
„Aha. Były też kosy w pasztecie” pomyślał Neele i dodał: 
— Kiedy to miało miejsce? 
— Trzy…  może cztery  miesiące temu. Ojciec znalazł też nieżywe kosy na swoim  biurku. 

Strasznie się wtedy złościł. 

— Złościł się? Czy dopytywał się też, kto to mógł zrobić? 
— Tak… Oczywiście. Ale nikt z nas nic nie wiedział. 
— A nie wie pani, czemu pan Fortescue tak się gniewał? 
— Czemu? No… To był makabryczny, głupi dowcip. 
Neele spojrzał bystro w twarz dziewczyny, nie zauważył jednak objawów zmieszania. 
— Aa…  Jeszcze  jedno  podjął.  —  Nie  orientuje  się  pani,  czy  i  kiedy  pani  Fortescue 

sporządziła testament? 

— Nie mam pojęcia Elaine rozłożyła ręce. — Chyba tak… Ludzie przeważnie robią takie 

rzeczy. 

— Powinni, ale nie zawsze robią. Czy na przykład pani załatwiła tę sprawę? 
— Ja? Dotąd nic nie miałam… Cóż… teraz naturalnie… 
Neele  spostrzegł,  że  w  tym  momencie  dziewczyna  uprzytomniła  sobie  zmianę  własnej 

pozycji materialnej. Wyczytał to w jej oczach. 

— Słusznie  —  powiedział.  —  Pięćdziesiąt  tysięcy  funtów  nakłada  pewne  obowiązki. 

Nakłada obowiązki i niejedno może się zmienić. 

 
Po rozstaniu z Elaine Fortescue inspektor siedział przez kilka minut pogrążony w myślach, 

zapatrzony przed siebie. Miał o czym medytować. Twierdzenie Mary Dove, iż około czwartej 
trzydzieści  pięć  widziała  w  ogrodzie  mężczyznę,  otwierało  nowe  możliwości  —  jeżeli 
oczywiście  Mary  Dove  powiedziała  prawdę.  Inspektor  nigdy  nie  zakładał  z  góry,  że 
czyjekolwiek słowa zasługują na wiarę. Tym razem wszakże nie potrafił wymyślić rozumnej 

background image

przyczyny, dla której zarządzająca domem mogłaby skłamać. Wobec tego przyjąć należy, że 
powiedziała  prawdę  i  rzeczywiście  widziała  w  ogrodzie  mężczyznę.  Z  pewnością  nie  był  to 
Lancelot  Fortescue,  jakkolwiek  domysł  panny  Dove  w  tym  względzie  wyniknął  logicznie  z 
istniejących okoliczności. Nie był to Lancelot Fortescue, lecz ktoś podobny doń z postawy  i 
wzrostu, a niewątpliwie wiele daje do myślenia  fakt, że o tej właśnie porze jakiś  mężczyzna 
przemykał ukradkiem przez ogród, chowając się za żywopłoty. 

Ale nie na tym koniec! Mary Dove słyszała również odgłos kroków w korytarzu na piętrze, 

co z kolei zgadzałoby się z grudką błota znalezioną na dywanie w buduarze Adeli Fortescue. 
Detektyw  powędrował  myślami  do  znajdującego  się  w  tym  buduarze  ozdobnego  biureczka. 
Śliczny, podrabiany antyk. Nietrudna do odkrycia sekretna szufladka. W szufladce trzy liściki 
do Adeli Fortescue, skreślone przez Viviana Dubois. Niezliczone listy miłosne trafiały do rąk 
inspektora w trakcie jego zajęć służbowych: listy namiętne, idiotyczne, sentymentalne, pełne 
żalów.  Zdarzały  się  również  listy  ostrożne  i  do  tej  kategorii  wypadałoby  zaliczyć  trzy 
pochodzące  ze  skrytki  w  ozdobnym  biureczku.  Nawet  odczytane  w  sądzie,  podczas  sprawy 
rozwodowej, mogłyby ujść za dowód czysto platonicznych uczuć. 

„Platoniczne uczucie! W takim przypadku! Bodaj to licho!” pomyślał inspektor Neele nie 

bez odrazy. 

Kiedy znalazł listy, niezwłocznie posłał je do Wydziału Śledczego, gdyż wówczas chodziło 

głównie  o  to,  czy  prokurator  uzna  poszlaki  za  wystarczające,  by  wszcząć  śledztwo  przeciw 
Adeli  Fortescue  lub  Adeli  Fortescue  i  Vivianowi  Dubois  łącznie.  Wszystko  zdawało  się 
świadczyć, że Reksa Fortescue otruła żona przy współudziale albo bez współudziału kochanka. 
Listy, chociaż ostrożne, jasno wskazywały, że Vivian Dubois był kochankiem Adeli Fortescue, 
ale ich treść nie zawierała niczego, co dałoby się podciągnąć pod termin „zachęta do zbrodni”. 
Oczywiście  „zachęta”  mogła  mieć  miejsce w rozmowach,  lecz pan  Dubois to człowiek zbyt 
przezorny, aby czemuś takiemu dać wyraz na piśmie. 

Inspektor Neele wnioskował trafnie,  iż Vivian Dubois prosił kochankę o zniszczenie  jego 

listów, ona zaś skłaniała, że zastosowała się lub zastosuje do tej prośby. Co dalej? Nastąpiły 
dwa kolejne zgony, z których wynika albo co najmniej powinno wynikać, że Adela Fortescue 
nie uśmierciła męża. Przeciwko temu może świadczyć tylko jedna hipoteza. Adela Fortescue 
chciała  się wydać za Viviana Dubois, a Vivian Dubois pragnął nie  Adeli  Fortescue, lecz stu 
tysięcy funtów, które miała odziedziczyć po mężu. Mógł żywić przekonanie, że śmierć Reksa 
Fortescue  ujdzie  za  naturalną,  wywołaną  zawałem  serca  czy  też  wylewem  krwi  do  mózgu. 
Ostatecznie  rodzina  niepokoiła  się  od roku  stanem  zdrowia  starszego  pana. (Neele  pomyślał 
nawiasowo, że tę właśnie kwestię należy zbadać bliżej, wyczuwał bowiem instynktownie, że 
może  ona  mieć  niepoślednie  znaczenie.)  Stało  się  inaczej.  Natychmiastowa  diagnoza  i 
rozpoznanie użytej trucizny pokrzyżowały plany związane ze zgonem Reksa Fortescue. 

Przyjąwszy,  że  Adela  Fortescue  i  Vivian  Dubois  popełnili  zbrodnię,  należy  spytać,  co 

działoby  się  z  nimi  w  takiej  sytuacji?  Niewątpliwie  on  uległby  panice,  ona  kompletnie 
straciłaby  głowę.  Mogłaby  robić  albo  mówić  głupstwa,  dzwonić  do  kochanka,  nieostrożnie 
rozmawiać  przez telefon.  On  zaś  zdawałby  sobie  sprawę,  że  w  Domku  pod  Cisami  mogliby 
podsłuchać coś fatalnego. Jak postąpiłby w takiej sytuacji Vivian Dubois? 

Odpowiedź na to pytanie byłaby przedwczesna. Ale Neele postanowił wybrać się zaraz do 

Golfa, by sprawdzić, czy pan Dubois wychodził z hotelu między czwartą piętnaście a szóstą po 
południu. Jest wysoki i szczupły, wzrostem i postawą przypomina Lancelota Fortescue. Drogą 
przez ogród i boczne drzwi mógł zakraść się do domu, wejść na piętro i… I co? Szukać swoich 
listów i przekonać się, że ich nie ma? Wyczekać odpowiedniej chwili, gdy droga będzie wolna, 
zejść do biblioteki, zastać tam tylko Adelę Fortescue? 

To wnioski zbyt pochopne, dogodne… 
Detektyw  pomyślał,  że  wypytywał  już  Mary  Dove  i  Elaine  Fortescue,  należy  więc 

sprawdzić, co ma do powiedzenia żona Parcivala. 

background image

XVI 

 
Inspektor  Neele  zastał  panią  Valową  w  jej  saloniku,  zajętą  pisaniem  listów.  Na  jego 

powitanie podniosła się raczej nerwowo. 

— Czy… Może coś nowego?… 
— Zechce pani usiąść. Po prostu chciałbym zadać pani kilka pytań. 
— Aa… Tak… Służę, inspektorze. Naturalnie. To wszystko jest takie straszne, prawda? Coś 

okropnego! 

Po  chwili  wahania  wybrała  jeden  z  foteli.  Detektyw  usadowił  się  na  pobliskim  krześle  i 

począł studiować ją baczniej, niż w czasie uprzednich spotkań. Osądził, że to kobieta pospolita, 
przeciętna i zapewne nie bardzo szczęśliwa. Jest rozstrojona, niezadowolona z życia, lecz mimo 
ograniczonych  horyzontów  myślowych  mogła  być  sprawna  w  swoim  dawnym  zawodzie 
pielęgniarki.  Teraz  nie  daje  jej  satysfakcji  próżnowanie,  które  zawdzięcza  małżeństwu  z 
zamożnym  mężczyzną.  Kupuje  łaszki,  czytuje  powieści,  objada  się  słodyczami…  Neele 
przypomniał sobie jej podniecenie w dniu zgonu Reksa Fortescue, pomyślał jednak, że nie była 
to  uciecha  hieny,  ale  wstrząs  wywołany  prz.cz  coś  niezwykłego  na  tle  jałowej  pustyni 
codziennej nudy. 

Obecnie niespokojne oczy Jennifer unikały przenikliwego wzroku inspektora. Sprawiało to 

wrażenie zdenerwowania i może poczucia winy. Jednakże i tym razem nie należało wyciągać 
wniosków zbyt pochopnie. 

— Niestety, proszę pani — rozpoczął łagodnie Neele obowiązek nakazuje nam wypytywać 

ludzi; wypytywać i jeszcze raz wypytywać. Państwo muszą odczuwać to nad wyraz boleśnie. 
W  pełni  zdaję  sobie  z  tego  sprawę,  ale,  proszę  mi  wierzyć,  bardzo  wiele  zależy  od  ścisłego 
określenia czasu poszczególnych wydarzeń. Pani zeszła na pod wieczorek późno, prawda? Lub 
raczej panna Dove przyszła po panią. 

— Tak. Przyszła po mnie. Powiedziała, że herbata czeka. Nie wyobrażałam sobie, że już tak 

późno. Pisałam wtedy listy. 

Detektyw zerknął w stronę biurka. 
— Aha… Rozumiem… A mnie się zdawało, że była pani na spacerze. 
— Ona  panu  powiedziała?  —  Tak…  Ma  pan  rację…  Pisałam  listy,  ale  w  pokoju  było 

okropnie duszno… Głowa  mnie rozbolała, więc wybrałam  się na spacer… Tylko raz dokoła 
ogrodu. 

— Rozumiem… Spotkała pani kogoś? 
— Czy spotkałam kogoś? — Pani Valowa spojrzała ze zdziwieniem na detektywa. — Do 

czego pan zmierza? 

— Chciałbym  się  dowiedzieć,  czy  w  czasie  tej  przechadzki  widziała  pani  kogoś  lub  ktoś 

panią widział. 

— Widziałam tylko ogrodnika… z daleka. — Jennifer zerknęła podejrzliwie na inspektora. 
— Z ogrodu  wróciła  pani  do  swojego  pokoju  i  zdejmowała  właśnie  płaszcz,  kiedy  panna 

Dove przyszła poprosić panią na herbatę. Czy to się zgadza? 

— Tak. Oczywiście. Wtedy zeszłam na dół. 
— Kogo zastała pani w bibliotece? 
— Adelę, Elaine… W parę minut później przyjechał Lance, brat mojego męża… Niedawno 

wrócił z Kenii, jak panu wiadomo. 

— Razem usiedli państwo do podwieczorku? 
— Tak. Później Lance wyszedł, żeby odwiedzić ciocię Effie, a ja wróciłam do siebie pisać 

listy. W bibliotece zostały Adela i Elaine. 

Detektyw przytaknął skinieniem głowy. 

background image

— Wiem.  Po  pani  wyjściu  panna  Elaine  spędziła  w  towarzystwie  macochy  pięć  do 

dziesięciu minut. Pani męża nie było wtedy w domu? 

— Nie… Percy… To jest Val wrócił z Londynu krótko przed siódmą. Zatrzymały go tam 

ważne sprawy. 

— Przyjechał pociągiem? 
— Tak. Na stacji wziął taksówkę. 
— Często korzysta z komunikacji kolejowej? 
— Czasami. Niezbyt często. Tym razem był, zdaje się, w różnych punktach miasta, gdzie 

trudno zaparkować wóz. Wygodniej było mu wrócić do domu pociągiem. 

— Rozumiem… —  bąknął znowu Neele  i  zmienił temat. — Pytałem pani  małżonka, czy 

pani  Fortescue  sporządziła  przed  śmiercią  testament.  Odpowiedział,  że  jego  zdaniem,  nie. 
Sądzę, że pani nic o tej sprawie nie wiadomo? 

Ku niemałemu zdziwieniu detektywa, Jennifer podchwyciła z ożywieniem: 
— Ależ, tak… Tak! Adela sporządziła testament. Sama mi mówiła. 
— Naprawdę? Kiedy to się stało? 
— Niedawno. Chyba przed miesiącem. 
— Bardzo interesujące, bardzo — bąknął inspektor Neele. 
Pani Valowa pochyliła się do przodu. Wyrazem twarzy zdradzała teraz podniecenie. Widać 

zadowolenie sprawiał jej fakt, że jest tak dobrze poinformowana. 

— Val nic nie wie — podjęła. — Nikt nie wie. Ja zrobiłam przypadkowe odkrycie. Na ulicy! 

Byłam  właśnie  przed  sklepem  z  materiałami  piśmiennymi,  kiedy  zobaczyłam  Adelę. 
Wychodziła z kancelarii adwokackiej. To, wie pan, firma Ansell i Worrall przy High Street. 

— Tutaj? W Baydon Healh? 
— Aha! Pytam: „Co tam robiłaś?” Ona na to roześmiała się i mówi: „Chciałabyś wiedzieć, 

prawda?”  —  a  później,  jak  szłyśmy  razem:  „Cóż,  powiem  ci,  Jennifer.  Spisywałam  ostatnią 
wolę”.  Bardzo  się  zdziwiłam  i  mówię:  „Testament?  Po  co,  Adelo?  Nie  jesteś  chora  ani  nic 
takiego”.  Odpowiedziała,  że  nigdy  nie  czuła  się  lepiej,  ale  każdy  powinien  załatwić  tę 
formalność.  Nie  chciała  pójść  do  zadzierającego  nosa  mecenasa,  pana  Billingsleya,  który 
prowadzi sprawy rodziny, bo stary cwaniak gotów by wszystko wypaplać. Tak mówiła Adela i 
dodała jeszcze: „Nic z tego. Testament to moja osobista sprawa. Nikt się nie dowie, jak i czym 
rozporządziłam”. Powiedziałam wtedy: „Bądź pewna, Adelo, że ja słowa nie pisnę”. Wzruszyła 
ramionami i mówi: „Możesz ile chcesz gadać. Nie znasz treści testamentu”. Ale i tak nic nie 
powiedziałam  nikomu,  nawet  mężowi.  Moim  zdaniem  kobiety  powinny  trzymać  ze  sobą. 
Nieprawda, inspektorze? 

— Bez wątpienia to pogląd przynoszący pani zaszczyt przyznał dyplomatycznie detektyw. 
— Ja tam nigdy nie byłam złośliwa — ciągnęła pani Valowa — za Adelą nie przepadałam 

naturalnie, bo uważałam, że to typ, co przed niczym się nie cofnie, byle postawić na swoim. A 
teraz, jak ona. biedactwo, nie żyje, myślę, że może byłam niesprawiedliwa. 

— Pozostaje mi tylko podziękować szanownej pani za wartościową pomoc — powiedział 

inspektor Neele. 

— Bardzo mi  było  miło, proszę pana. Zawsze chętnie pomogę., ile tylko zdołam. Cała ta 

historia jest okropna, prawda? Dziś z. rana przyjechała jedna starsza pani. Kto to taki? 

— Nazywa  się  panna  Marple.  Postąpiła  bardzo  ładnie,  bo  przyjechała  tu  specjalnie,  aby 

podzielić się z nami wiadomościami o Gladys Martin. Ta dziewczyna służyła u niej w swoim 
czasie. 

— Naprawdę? Ciekawa historia! 
— Aha… Jeszcze jedno pytanie… Czy wiadomo pani coś o kosach? Jennifer wzdrygnęła się 

gwałtownie. Upuściła torebkę na podłogę i schyliła się, by ją podnieść. 

— O  kosach,  inspektorze?  Ptakach?  O  jakie  kosy  panu  chodzi?  —zapytała  zdławionym 

głosem. 

background image

Neele uśmiechnął się pogodnie. 
— Jakiekolwiek, proszę pani. Żywe, martwe, nawet, że się tak wyrażę, symboliczne. 
— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — rzuciła szorstko kobieta. —Nie rozumiem! 
— Zatem o kosach nic pani nie wiadomo? 
— Aa… Pewno ma pan na myśli te, co były w pasztecie zeszłego lata — podjęła z wolna 

Jennifer. — Taki drobiazg bez znaczenia… 

— Znaleziono też nieżywe kosy na stole w bibliotece, prawda? 
— Jakieś niedorzeczne wybryki… Nie wyobrażam sobie, kto panu o nich powiedział. Pan 

Fortescue, mój teść, strasznie się wtedy złościł. 

— Złościł się tylko? Nic więcej? 
— Rozumiem.  Wiem  teraz,  do  czego  pan  zmierza.  Teść  wypytywał  nas  wszystkich,  czy 

koło domu nie kręcił się ktoś obcy. 

— Obcy? powtórzył detektyw unosząc brwi ze zdziwieniem. 
— Ja tam nic nie wiem. Tak teść się wyraził. 
— Obcy  powtórzył  znów  Neele  tonem  zastanowienia.  —  Czy  pan  Fortescue  zdawał  się 

przestraszony? 

— Przestraszony? znowu nic nie rozumiem. 
— Powiedzmy, czy byt zaniepokojony, gdy wypytywał o kogoś obcego? 
— Chyba  tak…  Miałam  wrażenie,  że  był  zaniepokojony.  Oczywiście  nie  pamiętam 

dokładnie  historii  sprzed  kilku  miesięcy.  Byłam  zdania,  że  to  jakieś  niemądre  żarty. 
Podejrzewałam…  podejrzewam  nadal  Crumpa.  To  człowiek  bardzo  niezrównoważony  i  z 
pewnością często zagląda do kieliszka. Czasami  zachowuje się  impertynencko… Może miał 
jakąś urazę do pana Fortescue? Myślę, że to prawdopodobne… Jak pan sądzi, inspektorze? 

— Wszystko jest prawdopodobne — odparł Neele i wyszedł z saloniku pani Valowej. 
 
Parcival  Fortescue  wyjechał  do  Londynu?  lecz  Neele  zastał  w  bibliotece  Lancelota, 

siedzącego ze swoją żoną nad szachami. 

— Nie chciałbym państwu przeszkadzać — zaczął tonem usprawiedliwienia. 
— Nie  szkodzi,  inspektorze  —  powiedział  Lance.  —  Zabijamy  tylko  czas.  Prawda, 

kochanie? 

Pat twierdząco skinęła głową. 
— Zapewne moje pytanie wyda się panu niedorzeczne — zwrócił się detektyw do przybysza 

z Afryki. Zapytam jednak, czy wiadomo panu coś o kosach? 

— O kosach? Ptakach? 
— Tak. Może to dziwne, ale wzmiankę o kosach napotkałem w trakcie dochodzenia. 
— Na Boga! Nie pije pan chyba do starej historii kopalni Kos! — zawołał Lancelot. 
— Kopalnia Kos? ożywił się Neele. — Co to za stara historia? Lance zrobił niepewną minę. 
— Cały kłopot w tym, że sam niewiele pamiętam, bardzo niewiele, inspektorze. Chodzą mi 

po  głowie  wspomnienia  o  jakiejś  mętnej  transakcji  mojego  papy,  gdzieś  na  zachodnich 
wybrzeżach  Afryki.  Ciocia  Effie  mówiła  coś  kiedyś  z  przekąsem,  ale  żadnych  bliższych 
szczegółów nie znam. 

— Ciocia Effie? Innymi słowy panna Ramsbottom? 
— Tak, inspektorze. , 
— Pójdę  zapytać  ją o kopalnię  Kos — powiedział Neele  i dodał posępnie: — To, proszę 

pana, przerażająca starsza dama. Peszy mnie jej obecność. 

— Zgoda,  inspektorze!  —  roześmiał  się  Lancelot  Fortescue.  Ale  ciocia  Effie  może  być 

wielce  pomocna,  jeżeli  podejdzie  pan  do  niej  w  sposób  właściwy.  Szczególnie  zalecałbym 
rozwodzenie  się  nad  przeszłością.  Staruszka  ma  wyborną  pamięć  i  z  prawdziwą  satysfakcją 
dobywa  z  niej  sprawy  kompromitujące  kogoś  lub  przykre.  Umilkł  na  moment.  —  Jeszcze 
jedno, inspektorze. Po przyjeździe tutaj wkrótce wybrałem się do cioci Effie… wyrażając się 

background image

ściślej,  zaraz  po  herbacie.  Zaczęła  mówić  o  Gladys,  służącej,  która  została  zamordowana. 
Naturalnie nie wiedzieliśmy wtedy, że ta dziewczyna nie żyje. Ciocia Effie utrzymywała, że 
Gladys wie o czymś, czego nic powiedziała policji. 

— To wydaje się pewne — westchnął detektyw. — Biedactwo mc już nigdy nie powie. 
— Nie  powie  —  powtórzył  Lance.  —  Ciocia  udzieliła  jej  dobrej  rady,  aby  wszystko 

wyznała. Jaka szkoda, że Gladys nie zdążyła się do niej zastosować. 

— Aha… —  bąknął Neele  i, zebrawszy odwagę przed groźnym spotkaniem, wtargnął do 

twierdzy starszej damy. 

Ku  niemałemu  zdziwieniu  zastał  tam  pannę  Marple,  która  gawędziła  z  ciocią  Effie  o 

działalności misyjnej. 

— To ja już pójdę — powiedziała panna Marple, wstając żywo z fotela. 
— Nie ma potrzeby, szanowna pani — zaoponował Neele. — Proszę zostać. 
— Zaproponowałam  pannie  Marple,  żeby  przeniosła  się  tutaj  —  zabrała  głos  panna 

Ramsbottom. — Nie ma sensu marnować pieniędzy na pobyt w diabła wartym hotelu Golf. To 
obrzydliwe  gniazdo  podejrzanych  typów.  Po  całych  wieczorach  nic  tylko  kartograjstwo  i 
pijatyki!  Z  pewnością  panna  Marple  lepiej  się  będzie  czuła  w  przyzwoitym  chrześcijańskim 
domu.  Jest  wolny  pokój  tuż obok  mojego.  Ostatnio  mieszkała  tam  misjonarka,  doktor  Mary 
Peters. 

— Bardzo  pani  uprzejma  —  odezwała  się  panna  Marple.  —  Doprawdy  jednak  nie 

chciałabym narzucać się w domu żałoby. 

— Jaka tam żałoba! — obruszyła się ciocia Effie. — Zawracanie głowy! Kto w tym domu 

opłakuje  Reksa?  Albo  Adelę?  A  może  chodzi  pani  o  policję,  co?  Pan  przecież  nie  ma 
zastrzeżeń, inspektorze? 

— Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, łaskawa pani. 
— No to interes ubity! — ucieszyła się energiczna staruszka. 
— Bardzo  pani  uprzejma  powtórzyła  panna  Marple.  —  Zaraz  zatelefonuję  do  hotelu. 

Powiem, że rezygnuję z pokoju. 

Kiedy wyszła, panna Ramsbottom rzuciła obcesowo pod adresem detektywa: 
— A pan tu po co? 
— Chciałem zapytać, czy łaskawa pani mogłaby mi coś powiedzieć o kopalni Kos? 
Ciocia Effie parsknęła piskliwym śmiechem. 
— Ha! Dotarł pan i do tego! Zrozumiał moją aluzję o dawnych grzechach i długich cieniach. 

Co interesuje pana w tej sprawie? 

— Wszystko, co usłyszę od łaskawej pani. 
— Wiele  pan  nie  usłyszy.  To  było  bardzo  dawno,  jakieś  dwadzieścia  lat  temu,  może 

dwadzieścia  pięć.  Chodziło  o  jakąś  koncesję  górniczą  w  Afryce  Wschodniej.  Mój  szwagier 
wybrał się tam z drugim przedsiębiorcą. Tamten nazywał się MacKenzie. Mieli całą  historię 
zbadać na miejscu, ale MacKenzie umarł, chyba na febrę. Rex wrócił do Anglii i mówił, że ta 
koncesja, kopalnia, czy jak się tam nazywa, to czysta bujda. Tyle mi wiadomo. 

— Tylko tyle? Zdaje mi się, łaskawa pani, że trochę więcej. 
— Reszta to plotki. A jak słyszałam, wymiar sprawiedliwości nie lubi plotek. 
— Nie jesteśmy w sądzie, proszę pani. 
— Niech  będzie.  Powiem  wszystko.  Wdowa  MacKenzie  podniosła  wielki  gwałt. 

Dowodziła, że Rex oszukał jej męża. Pewno miała rację. To był spryciarz bez skrupułów. Nie 
wątpię  jednak,  że  jego  posunięcia  i  tym  razem  mieściły  się  w  granicach  legalności.  Pani 
MacKenzie, osoba o zachwianej równowadze umysłowej, nie była w stanie niczego dowieść. 
Przyjechała  tu  później,  groziła  zemstą.  Twierdziła,  że  Rex  zamordował  jej  męża.  Głupie, 
melodramatyczne brednie! Myślę, że już wtedy była pomylona, bo, o ile mi wiadomo, wkrótce 
trafiła  do  zakładu  dla  umysłowo  chorych.  Przywlokła  z  sobą  tutaj  dwoje  małych  dzieci, 
okropnie wystraszonych. Mówiła, że wychowuje je w duchu zemsty. Zawracanie głowy i tyle! 

background image

Więcej  nie  mogę  panu  powiedzieć.  Proszę  jednak  pamiętać,  że  kopalnia  Kos  to  nie  jedyne 
świństwo, jakie Rex zrobił w życiu. Niech pan poszuka, a z pewnością znajdzie wiele innych. 
Ale  skąd  przyszła  panu  do  głowy  ta  sprawa’?  Odkrył  pan  jakiś  ślad  wiodący  do  rodziny 
MacKenzie? 

— Wie pani coś o dalszych losach tej rodziny? 
— Absolutnie  nic.  Tylko  proszę  mnie  właściwie  zrozumieć.  Nie  podejrzewam,  by  Rex 

zamordował  tamtego  człowieka.  Sądzę,  że  opuścił  go  ciężko  chorego.  To  jedno  w  obliczu 
Boga, ale w obliczu prawa nie. Jeżeli naprawdę był winien, dosięgła go kara. Bóg nierychliwy, 
niesprawiedliwy,  jak  mówią.  A  teraz  proszę  odejść.  Więcej  powiedzieć  nie  mogę,  więc  nie 
warto mnie pytać. 

— Dziękuję łaskawej pani za cenne wiadomości — skłonił się inspektor Neele. 
— A niech pan przyśle do mnie tę Marple — zawołała panna  Ramsbottom, gdy zamykał 

drzwi. — Brak jej powagi, jak wszystkim anglikanom, ale kobieta zna się na rozsądnie pojętej 
dobroczynności. 

Z  parteru  inspektor  Neele  zatelefonował  w  dwa  miejsca:  do  firmy  adwokackiej  Ansell  i 

Worrall  oraz  do  hotelu  Golf.  Następnie  wezwał  swojego  sierżanta  i  powiedział  mu,  że  na 
niedługi czas opuści Domek pod Cisami. 

— W  razie  pilnej  potrzeby,  Hay,  będzie  mnie  można  znaleźć  w  tutejszej  kancelarii 

adwokackiej. Później w hotelu Golf. 

— Tak jest, panie inspektorze. 
— A tymczasem, Hay, wyniuchajcie, ile się da, na temat kosów. 
— Kosów, panie inspektorze? 
— Tak. Czarnych ptaszków, kosów. 
— Tak jest, panie inspektorze — powtórzył ze zdumieniem sierżant Hay. 

background image

XVII 

 
Inspektor Neele przekonał się rychło, że pan Ansell jest typem prawnika, który łatwiej ulega 

onieśmieleniu, niż onieśmiela innych. Wspólnik niewielkiej, doskonale prosperującej firmy nie 
myślał obstawać przy swoich prawach. Przeciwnie. Rad był udzielić policji wszelkiej możliwej 
pomocy. 

Sporządził  testament  nieboszczki  Adeli  Fortescue,  która  zgłosiła  się  do  kancelarii  przed 

pięcioma tygodniami. 

— Jej  dyspozycje  wydały  mi  się  trochę  dziwne  —  ciągnął  pan  Ansell  —  ale  wie  pan, 

inspektorze,  jak  dziwne  historie  trafiają  się  w  naszym  zawodzie.  Oczywiście  rozumie  pan 
inspektor obowiązującą nas dyskrecję, zasady tajemnicy zawodowej… takie rzeczy… 

Neele kiwnął głową na znak, że rozumie. Nie miał wątpliwości, że ta kancelaria nie miała 

uprzednio do czynienia z panią Fortescue ani z nikim z tej rodziny. 

— Ma się rozumieć — podjął prawnik — nieboszczka Adela Fortescue nie mogła zwrócić 

się do adwokatów swojego męża. 

Pomijając ozdoby retoryczne, kwestia przedstawiała się prosto. Na mocy testamentu Adela 

Fortescue  pozostawiła  wszystko,  co  będzie  jej  własnością  w  momencie  zgonu,  Vivianowi 
Dubois. 

— Odniosłem jednak wrażenie — kończył pan Ansell spoglądając spod oka na detektywa 

— że w dniu, gdy wyraziła ostatnią wolę, pani Fortescue niewiele miała do pozostawienia. 

Słusznie. Nie miała wtedy wiele do pozostawienia. Niebawem jednak umarł Rex Fortescue, 

a  żonie  zapisał  okrągłą  sumę  stu  tysięcy  funtów,  która  według  wszelkiego 
prawdopodobieństwa  należy  dziś  do  Viviana  Edwarda  Dubois.  Sto  tysięcy  funtów  z 
odliczeniem jedynie podatku spadkowego. 

W  hotelu  Golf  mocno  zdenerwowany  pan  Dubois  oczekiwał  wizyty  detektywa.  Był  na 

wyjezdnym i walizy miał spakowane, gdy przez telefon odebrał prośbę inspektora Neele’a, aby 
zechciał pozostać. Inspektor mówił uprzejmie, prawie przepraszał, lecz pan Dubois nie wątpił, 
że  mimo  osłony  grzecznych  słówek,  prośba  równa  się  rozkazowi.  Dla  zasady  protestował 
trochę, ale nie bardzo. 

— Liczę, panie  inspektorze — powitał gościa — że zdaje pan sobie sprawę, na  jak wiele 

kłopotów  naraża  mnie  pozostawanie  tutaj.  Doprawdy,  mam  bardzo  ważne  sprawy,  którymi 
muszę zająć się niezwłocznie. To kwestia interesów. 

— Nie wiedziałem, że pan prowadzi jakieś interesy — odparł pogodnie detektyw. 
— Cóż, nikt nie ma dziś tyle wolnego czasu, jak to się może zdawać. 
— Zapewne… Zapewne… Sądzę, że boleśnie odczuł pan śmierć pani Fortescue. Łączyła z 

nią pana bliska przyjaźń, prawda? 

— Tak. To była urocza osoba. Często grywaliśmy w golfa. 
— Poniósł pan ciężką stratę, prawda? 
— Niewątpliwie  —  westchnął  Vivian  Dubois.  —  Cała  ta  potworna  historia  jest 

wstrząsająca. 

— O ile mi wiadomo, telefonował pan do pani Fortescue w dzień jej zgonu, w godzinach 

popołudniowych. 

— Telefonowałem? Nie pamiętam, słowo daję. 
— Około czwartej. 
— Tak… Chyba telefonowałem. 
— Przypomina pan sobie treść rozmowy? 
— Była konwencjonalna. Pytałem, zdaje się, o samopoczucie pani Fortescue i czy są jakie 

dalsze wiadomości na temat zgonu jej męża. 

background image

— Aha…  Rozumiem  —  powiedział  Neele  i  dodał  zaraz:  —  Następnie  poszedł  pan  na 

spacer. 

— Co?…  Tak…  Nie  był  to  właściwie  spacer…  Chciałem  poćwiczyć  trochę  na  polu 

golfowym. 

— Chyba  nie,  panie  Dubois  —  sprzeciwił  się  łagodnie  detektyw.  —  Na  polu  golfowym 

ćwiczył  pan  zapewne  innego  dnia…  Tutejszy  portier  widział  pana  zmierzającego  drogą  w 
kierunku Domku pod Cisami. 

Dubois spojrzał w twarz inspektora, później odwrócił wzrok. 
— Nie pamiętam, inspektorze — powiedział. — Słowo daję. 
— Może wybrał się pan w odwiedziny do pani Fortescue? 
— Nie!  —  zaprotestował  energicznie  młody  człowiek.  —  Nic  podobnego!  Nie  byłem  w 

tamtym domu. 

— Więc gdzie pan był? 
— Poszedłem drogą aż do gospody Pod Trzema Gołębiami. Później wróciłem przez tereny 

golfowe. 

— Na pewno nie był pan w Domku pod Cisami? 
— Z całą pewnością, inspektorze. Neele z zatroskaniem pokręcił głową. 
— Proszę posłuchać, panie Dubois. Z nami szczerość popłaca. Mógł pan przecież wybrać 

się tam z jakiegoś całkiem niewinnego powodu. 

— Powtarzam wyraźnie, że tamtego dnia nie odwiedziłem pani Fortescue. 
— Myślę,  proszę  pana  podjął  swobodnym  tonem  Neele  —  że  będziemy  zmuszeni  prosić 

pana  o  złożenie  formalnych  zeznań.  Postąpi  pan  rozsądnie  i  w  zakresie  swoich  uprawnień, 
żądając obecności adwokata przy załatwianiu tej formalności. 

Dubois pobladł nagle. Jego cera przybrała chorobliwy, zielonawy odcień. 
— Chce mnie pan zastraszyć! — wybuchnął. — Mnie? 
— Nic  podobnego,  proszę  pana  —  obruszył  się  detektyw.  —  Nam  nie  wolno  grozić. 

Przeciwnie. Pozwoliłem sobie zwrócić uwagę na pewne przysługujące panu uprawnienia. 

— Zapewniam pana, że z tą całą historią nie miałem nic wspólnego. Absolutnie nic! 
— Jednakże tamtego dnia około pół do piątej po południu był pan w Domku pod Cisami. 

Tak się złożyło, że ktoś wyjrzał przez okno i widział pana. 

— Wszedłem tylko do ogrodu. W domu nie byłem. 
— Nie  był  pan?  Naprawdę?  Nie  wszedł  pan  tam  przypadkiem  bocznymi  drzwiami,  a 

następnie po schodach, na piętro, do saloniku pani Fortescue? Szukał pan czegoś w biureczku, 
prawda? 

— Aa…. Pan zabrał listy — odparł posępnie Vivian Dubois — Ta idiotka Adela zatrzymała 

je, chociaż przysięgała, że są spalone… Ale listy nie mają takiego znaczenia, jakie pan im chce 
przypisać. 

— Nie  zaprzeczy  pan,  panie  Dubois,  że  z  Adelą  Fortescue  łączyły  pana  bardzo  intymne 

stosunki? 

— Nie  zaprzeczę.  Oczywiście.  Jak  mógłbym  zaprzeczyć,  skoro  ma  pan  te  listy?  Ale  nie 

warto doszukiwać się w nich jakiegoś utajonego sensu. Niech pan sobie nie wyobraża, że my… 
że  ona  myślała  kiedykolwiek  o  pozbyciu  się  Reksa  Fortescue.  Na  Boga!  Nie  jestem 
człowiekiem takiego pokroju! 

— Ale pani Fortescue mogła być kobietą takiego pokroju. Jak pan sądzi? 
— Nonsens! — zawołał Dubois. — Przecież ją też zamordowano. 
— Tak… Naturalnie. 
— Nie nasuwa się panu logiczny wniosek, że jedna ręka zgładziła Reksa Fortescue i jego 

żonę? 

background image

— To prawdopodobne, bardzo prawdopodobne — przyznał z namysłem inspektor Neele. — 

Ale  mogą  być  też  odmienne  rozwiązania.  Weźmy  dla  przykładu  jedną  hipotezę…  tylko 
hipotezę, panie Dubois. 

Istnieje możliwość, że Adela Fortescue pozbyła się męża, a po jego śmierci sama stała się 

zagrożeniem  dla  kogoś  innego.  Ten  ktoś  nie  pomagał  jej  aktywnie,  ale  stwarzał  w  pewnym 
sensie pobudkę i, powiedzmy, motyw występnego czynu. Przyzna pan chyba, że dla tej osoby 
pani Fortescue mogłaby być niebezpieczna? 

— P…p… an… — zająknął się Vivian Dubois. Pan nie ma podstaw do aktu oskarżenia… 

Żadnych podstaw… poszlak przeciwko mnie. 

— Pani  Fortescue  sporządziła  testament  podjął  detektyw.  —Wszystko  pozostawiła  panu. 

Cały majątek. 

— Nie chcę jej pieniędzy! Nie chcę ani pensa! 
— Naturalnie wiele tego nie ma. Ilizutcria… Futra… Ale pieniędzy chyba mało. 
Dubois wytrzeszczył oczy. 
— Myślałem, że jej mąż… — urwał, szczęka mu opadła. 
— Myślał pan, panie Dubois? podchwycił Neele ostrym niby stal głosem. — To ciekawe! 

Widocznie znał pan treść testamentu Reksa Fortescue. 

 
Drugim rozmówcą Neele’a w hotelu Golf był pan Gerald Wright, chudy młody człowiek o 

minie  intelektualisty  i  wyniosłych  manierach.  Wzrostem  i  sylwetką  przypominał  trochę 
Viviana Dubois, czego Neele nie omieszkał zauważyć. 

— Czym mogę panu służyć, inspektorze? — zapytał pan Gerald Wright. 
— Chciałem prosić pana o pewne informacje, które mogą okazać się pomocne. 
— Informacje? Nie bardzo rozumiem, 
— Chodzi o niedawne wydarzenia w Domku pod Cisami. Słyszał pan o nich zapewne? — 

zapytał Neele nie bez ironii, a młody człowiek uśmiechnął się pobłażliwie. 

— Czy słyszałem? To nie najtrafniejsze określenie. Gazety są pełne tych wydarzeń! Trudno 

w  nich  znaleźć  coś  więcej.  Słowo  daję!  Nasza  prasa  jest  zdumiewająco  krwiożercza.  W 
okropnych czasach żyjemy. Bomba atomowa! Dzienniki nurzające się w ohydnych zbrodniach! 
Ale powiedział pan, że chce mnie o coś zapytać. Nie wyobrażam sobie doprawdy, co by to być 
mogło.  Nie  wiem  nic  o  wydarzeniach  w  Domku  pod  Cisami.  Kiedy  zamordowano  pana 
Fortescue, byłem na wyspie Mań. 

— Niebawem  jednak  przyjechał  pan  tutaj.  Otrzymał  pan  telegram  od  panny  Elaine 

Fortescue. 

— Ach!  Ta  wszystkowiedząca  policja!  Tak!  Elaine  mnie  wezwała,  więc  przyjechałem 

natychmiast! 

— Podobno zamierza pan ożenić się wkrótce. Czy i to się zgadza? 
— Zgadza się, inspektorze. A pan, jak sądzę, nie ma nic przeciwko mojemu małżeństwu? 
— To, proszę pana, czysto osobista sprawa panny Fortescue. O ile mi wiadomo, wzajemna 

sympatia państwa liczy sobie czas pewien. Sześć czy też siedem miesięcy, prawda? 

— Prawda, inspektorze. 
— Byli państwo nieoficjalnie zaręczeni, lecz pan Fortescue nie udzielił zgody. Powiedział 

też panu, że panna Elaine nie może liczyć na pomoc w żadnej formie, jeżeli nie zastosuje się do 
jego woli. Wtedy pan zerwał ów związek i wyjechał. 

Gerald Wright uśmiechnął się z politowaniem. 
— Scharakteryzował pan tę kwestię raczej brutalnie. W istocie, inspektorze, padłem ofiarą 

swoich  zapatrywań  politycznych.  Rex  Fortescue  był  kapitalistą  w  najgorszym  tego  słowa 
znaczeniu. Dla pieniędzy nie mogłem zrezygnować z głęboko zakorzenionych poglądów. 

— Ale  nie  ma  pan  zastrzeżeń  wobec  małżeństwa  z  osobą,  która  odziedziczyła  właśnie 

pięćdziesiąt tysięcy funtów. 

background image

— Żadnych  zastrzeżeń,  inspektorze  —  uśmiechnął  się  Gerald  Wright,  tym  razem  z 

widoczną  satysfakcją.  —  Pieniądze  będą  zużyte  z  korzyścią  dla  społeczeństwa.  Ale  nie 
przyszedł  pan  chyba,  aby  omówić  ze  mną  moją  sytuację  finansową  lub  zapatrywania 
polityczne? 

— Nie, panie Wright. Przyszedłem, aby omawiać z panem suche fakty. Jak panu wiadomo, 

pani Adela Fortescue zmarła piątego listopada skutkiem zatrucia cyjankiem potasu. Tamtego 
popołudnia był pan w pobliżu Domku pod Cisami, mógł więc pan widzieć lub słyszeć coś, co 
miałoby znaczenie dla śledztwa. 

— Czemu pan sądzi, że tamtego popołudnia byłem, jak się pan wyraził, w pobliżu Domku 

pod Cisami? 

— Z  hotelu  wyszedł  pan  kwadrans  po  czwartej.  Skierował  się  pan  w  stronę  Domku  pod 

Cisami. Stąd logiczny wniosek, że Domek pod Cisami stanowił cel przechadzki. 

— Istotnie,  miałem  taki  zamiar,  inspektorze  —  odparł  Gerald  Wright.  —  Jednakże 

rozmyśliłem się po drodze. Z panną  Fortescue… z Elaine  byłem  już umówiony  na szóstą w 
hotelu.  Z  szosy  skręciłem  w  boczną  alejkę  i  okrężną  drogą  wróciłem  do  Golfa  krótko  przed 
szóstą. Elaine nie przyszła na spotkanie. Rzecz zrozumiała w okolicznościach, jakie wynikły. 

— Widział ktoś pana w czasie tego spaceru? 
— Na szosie minęło mnie kilka samochodów. Ale nikogo znajomego nie spotkałem, jeżeli o 

to panu chodzi. Boczna alejka, o której wspomniałem,  jest bardzo wąska  i tiki samochodów 
zbyt błotnista. 

— A  zatem  hotel  opuścił  pan  kwadrans  po  czwartej.  Wrócił  pan  do  hotelu  krótko  przed 

szóstą. Ma pan jedynie własne słowa na potwierdzenie swoich poczynań w tym czasie. 

Gerald Wright nadal uśmiechał się protekcjonalnie. 
— Bardzo to kłopotliwe dla nas obu, ale niestety zgadza się, inspektorze. 
— Gdyby więc ktoś zeznał, że około czwartej trzydzieści pięć wyjrzał oknem z podestu na 

półpiętrze  i  zobaczył  pana  w  ogrodzie  Domku  pod  Cisami…  inspektor  Neele  umilkł  nie 
dokończywszy zdania. 

Młody człowiek zmarszczył czoło. 
— Widoczność  musiała  być  wtedy  bardzo  słaba  —  powiedział.  —  Ten  ktoś  nie  mógłby 

poznać mnie ani żadnej innej osoby. 

— Czy pan Vivian Dubois, który mieszka również w tym hotelu, jest panu znany? 
— Dubois? Dubois? Nie zdaje mi się. Czy to taki wysoki brunet, co najczęściej chodzi w 

zamszowych półbutach? 

— Tak. On również wyszedł na spacer piątego listopada po południu i też skierował się w 

stronę Domku pod Cisami. Nie spotkał go pan przypadkiem? 

— Nie… Nie przypominam sobie… 
Po raz pierwszy pan Gerald Wright zdradził pewne zakłopotanie. 
— Hm…  Pogoda  nie  zachęcała  wtedy  do  spacerów  —  podjął  tonem  zastanowienia 

inspektor Neele — zwłaszcza do spacerów po zmroku, błotnistą alejką. Dziwna historia, że tyle 
osób odczuło nagły przypływ energii. 

W  Domku  pod  Cisami  sierżant  Hay  radośnie  powitał  przełożonego.  Niewątpliwie  był 

zadowolony z siebie. 

— Wyniuchałem dla pana inspektora coś na temat kosów — oznajmił. 
— Naprawdę, Hay? Słucham. 
— Były w pasztecie, panie inspektorze. Na niedzielną zimną kolację pozostawiono pasztet 

zapiekany  w  cieście.  Ktoś,  w  spiżarni  lub  gdzie  indziej,  wyjął  farsz  z  ciasta  i  zastąpił  go… 
Niech pan  inspektor zgadnie, czym? Śmierdzącymi,  nieżywymi kosami, które wziął z szopy 
ogrodnika. Paskudny kawał, panie inspektorze! I głupi, co? 

— „Co za pyszne danie na królewski dwór!” — zacytował półgłosem Neele. i jeszcze raz 

zbił z tropu swojego sierżanta. 

background image

XVIII 

 
— Zaraz. Chwileczkę powiedziała panna Ramsbottom. — Ten pasjans chyba wyjdzie. 
Króla  z  potężnym  taborem  przeniosła  na  wolne  miejsce,  czerwoną  siódemkę  na  czarną 

ósemkę,  komplet  pików  uzupełniła  czwórką,  piątką  i  szóstką.  Następnie  wykonała  kilka 
błyskawicznych posunięć i rozparła się w fotelu. 

— To podwójny soliter — odetchnęła z ulgą. — Bardzo rzadko wychodzi. 
Przez  chwilę  siedziała  spokojnie  z  zadowoloną  miną,  później  zwróciła  wzrok  ku  młodej 

kobiecie, która stała obok kominka. 

— Ha! Wiec ty, moja droga, jesteś żoną Lancelota — podjęła. 
— Tak, ciociu! odparła Pat, dopiero co wezwana na piętro, przed oblicze starszej damy. 
— Wysoka dziewczyna, szczupła — mruknęła do siebie ciocia Effie. 
— Wygląda na zdrową. 
— Mam żelazne zdrowie, ciociu. 
Panna Ramsbottom z uznaniem kiwnęła głową. 
— A żona Parcivala to mięczak. Je za dużo słodyczy. Za mało ma ruchu. No, siadaj, moje 

dziecko, siadaj. Gdzie poznałaś Lancelota? 

— W Kenii, ciociu, kiedy byłam tam u przyjaciół. 
— Słyszałam, że poprzednio byłaś zamężna. 
— Tak. Dwa razy. 
Panna Ramsbottom wymownie pociągnęła nosem. 
— Rozwódka, hę? 
— Nie,  ciociu  —  odpowiedziała  Pat  trochę  drżącym  głosem.  —  Obaj  moi  mężowie… 

umarli. Pierwszy był pilotem myśliwca… Poległ na wojnie. 

— A drugi?… Zarazmoje dziecko… Coś mi ktoś mówił… Zastrzelił się, prawda? 
Pat twierdząco skinęła głową. 
— Z twojej winy? 
— Nie, ciociu. Nie z mojej winy. 
— Zdaje się trzymał stajnię wyścigową, grał w totalizatora, co? 
— Tak, ciociu. 
— Nigdy w życiu nie byłam na wyścigach — oznajmiła sędziwa dama. — Totalizator, gra w 

karty to wymysły szatana. 

Pat nie podjęła dyskusji. 
— Za żadne skarby nie poszłabym też do teatru ani kinematografu — ciągnęła ciocia Effie. 

— Cóż, grzeszny ten świat, grzeszny, w dzisiejszych okropnych czasach, i w tym domu działo 
się wiele zła, ale Bóg pokarał występnych. 

Młoda kobieta milczała nadal. Zastanawiała się, czy ciocia Effie ma w głowie wszystko po 

kolei. Po chwili zaniepokoiło ją zwrócone ku niej przebiegłe spojrzenie starszej damy. 

— Co ci wiadomo, moje dziecko, o rodzinie, do której weszłaś? — padło pytanie. 
— Myślę, że ani mniej, ani więcej niż zwykle w takich razach. 
— Hm… Jest w tym sens… Zapewne. — Ciocia Effie zrobiła krótką pauzę. — Powiem ci, 

moja droga, to i owo. Moja siostra była idiotką, szwagier łajdakiem. Parcival to wąż, a Lance 
zawsze uchodził w rodzinie za niedobrego chłopca. 

— Chyba to przesada, ciociu — obruszyła się Pat. 
— Czy  ja  wiem?  Pewno  masz  rację,  moje  dziecko —  zgodziła  się  nieoczekiwanie  panna 

Ramsbottom.  —  Nie  można  przyczepiać  ludziom  etykiet.  Ale  nie  lekceważ  Parcivala,  nie 
lekceważ.  Na  ogół  panuje  pogląd,  że  ludzie  z  etykietą  dobroci  są  także  głupi.  Nie!  Dobry 
chłopiec  Parcival  to  nie  głupiec.  Bynajmniej  nie  głupiec,  lecz  spryciarz  na  świętoszkowatą 
modłę. Nigdy go nie  lubiłam.  A Lance? Zapamiętaj dobrze: nie  mam do niego zaufania, nie 

background image

pochwalam  go,  ale  jestem  do  nicponia  przywiązana,  wbrew  przekonaniu…  Rozumiesz?  To 
lekkomyślny  chłopak,  zawsze  był  taki…  Musisz  go  mieć  na  oku,  moje  dziecko,  bo  inaczej 
może się posunąć za daleko. Powiedz mu, niech nie lekceważy Parcivala, nie zawsze wierzy w 
to, co Parcival mówi. Ten dom roi się od kłamców. — Ciocia Effie podniosła głos i dodała z 
satysfakcją: — Ogień piekielny i siarka! Oto, co się im należy. 

Inspektor Neele kończył rozmowę telefoniczną ze Scotland Yardem. 
— Tak  —  mówił  naczelnik  Wydziału  Śledczego.  —  Tę  wiadomość  zapewne  uzyskamy. 

Zwrócimy się do rozmaitych prywatnych zakładów. Ale ona może już nie żyć. 

— Bardzo prawdopodobne. To dawna historia — zgodził się Neele. 
„Stare  grzechy  rzucają  długie  cienie”.  Panna  Ramsbottom  wygłosiła  te  słowa  z 

przekonaniem, jak gdyby czyniła przejrzystą aluzję. 

— Teoria sprawia wrażenie fantastycznej powiedział naczelnik. 
— Zdaję  sobie  z  tego  sprawę,  ale  moim  zdaniem  nie  wolno  jej  z  miejsca  odrzucić.  Zbyt 

wiele szczegółów pasuje do całości. 

— Tak… Oczywiście! Kosy… imię pierwszej ofiary… takie rzeczy. 
— Nie zapominam też o innych kierunkach śledztwa — podjął inspektor Neele. — Dubois 

wchodzi w rachubę, także Wright. Kredensowa Gladys przyniosła tacę do hallu i wtedy mogła 
zauważyć,  że  jeden  albo  drugi  kręci  się  w  pobliżu  domu.  Zaciekawiona  wyszła  bocznymi 
drzwiami, a tamten udusił ją, przeniósł zwłoki na podwórko i nos ofiary ścisnął klamerką do 
wieszania bielizny. 

— Najbardziej  niedorzeczna  historia  w  tej  sprawie  —  obruszył  się  naczelnik  Wydziału 

Śledczego. — I najbardziej odrażająca. 

— Strasznie  dotknęła  tę  starą…  pannę  Marple.  To  bardzo  sympatyczna  starsza  pani  i  ma 

głowę na karku. Przeprowadziła się do Domku pod Cisami, żeby być bliżej panny Ramsbottom. 
Jestem głęboko przekonany, ze nie przegapi nic ciekawego. 

— Co pan zamierza robić dalej? 
— Wybieram  się  do  londyńskich  adwokatów  Reksa  Fortescue.  Chcę  zaznajomić  się  ze 

szczegółami jego testamentu i chociaż to stara historia, usłyszeć coś więcej o kopalni Kos. 

 
Pan  Billingsley  z  firmy  Billingsley,  Horsethorpe  i  Walters  był  wytrawnym  światowcem, 

który zazwyczaj maskował dyskrecję pozorną wylewnością. Ale w czasie drugiej rozmowy z 
inspektorem  pan  Billingsley  był  mniej  powściągliwy  niż  uprzednio.  Potrójna  tragedia  w 
Domku pod Cisami poruszyła go widać tak, że otrząsnęła część zawodowej rutyny. Chętnie, 
nawet skwapliwie informował policję o znanych sobie faktach. 

— Nadzwyczajna  historia  —  mówił.  —  Istotnie  nadzwyczajna!  Czegoś  podobnego  nie 

napotkałem w ciągu długoletniej praktyki. 

— Powiem wyraźnie, panie mecenasie, że nieodzowna nam jest pomoc, wszelka możliwa 

pomoc. 

— Na  mnie  drogi  pan  może  liczyć.  Z  prawdziwą  przyjemnością  zaofiaruję  policji 

współpracę. 

— Przede  wszystkim  pozwolę  sobie  zapytać,  jak  dobrze  znał  pan  nieboszczyka  pana 

Fortescue oraz stan interesów jego firmy? 

— Pana  Fortescue  znałem  stosunkowo  nieźle.  Nasze  kontakty  z  nim  datują  się  od… 

powiedzmy… od jakichś szesnastu lat. Należy jednak pamiętać, że nie tylko z naszą firmą miał 
do czynienia. Z pewnością dawał zatrudnienie rozmaitym kancelariom adwokackim. 

Inspektor Neele ze zrozumieniem skinął głową. Wiedział, że firma Billingsley, Horsethorpe 

i Walters załatwia solidne transakcje Zjednoczonej Agencji Powierniczej. Przy mniej solidnych 
Rex Fortescue korzystał z usług kilku innych kancelarii, mniej ograniczonych skrupułami. 

— Czym więcej mogę służyć panu inspektorowi? O testamencie już mówiłem. Generalnym 

spadkobiercą został ustanowiony Parcival Fortescue. 

background image

— Interesuje  mnie  obecnie  testament  Adeli  Fortescue,  która  po  zgonie  męża  weszła  w 

posiadanie kwoty stu tysięcy funtów. Nie mylę się, prawda? 

Prawnik twierdząco skinął głową. 
— To poważna suma i, powiem w zaufaniu, inspektorze, Zjednoczona Agencja Powiernicza 

będzie miała nie lada trudności z dokonaniem takiej wypłaty. 

— Taka zasobna firma? — zdziwił się Neele. 
— Mówiąc szczerze i tylko między nami, firma kuleje, kuleje od mniej więcej półtora roku. 
— Z jakichś konkretnych przyczyn? 
— Tak.  Mógłbym  rzec,  z  powodu  samego  Rexa  Fortescue.  W  ciągu  ostatnich  kilkunastu 

miesięcy Rex Fortescue postępował niczym szaleniec. Tu sprzedawał murowane papiery, tam 
kupował  na  spekulację  podejrzane,  chwalił  się  tym  wszystkim,  opowiadał  dokoła 
najrozmaitsze  głupstwa.  Nie  chciał  słuchać  niczyich  rad…  Bo,  widzi  pan,  jego  syn  Parcival 
nieraz przychodził tutaj, prosił, abym wpłynął jakoś na ojca. Sam próbował uprzednio, ale nic 
nie zdziałał. Z kolei ja robiłem, co mogłem, także bez rezultatu. Niepodobna było przemówić 
mu do rozsądku. Sprawiał wrażenie kogoś z gruntu odmienionego. 

— Słyszałem jednak, że nie był przygnębiony. 
— Nie, inspektorze, przeciwnie! Puszył się, promieniał, przemawiał górnolotnie. 
Inspektor  Neele  znowu  przytaknął  ruchem  głowy.  Zaczynał  umacniać  się  w  poglądzie 

zarysowanym  uprzednio.  Rozumiał  już  niektóre  powody  różnicy  zdań  pomiędzy  Parcivalem 
Fortescue a jego ojcem. 

— Wracając do testamentu Adeli Fortescue podjął prawnik — nic nie umiem powiedzieć na 

ten temat. Nie ja sporządziłem testament. 

— Wiem,  panie  mecenasie.  Chciałem  tylko  sprawdzić,  czy  Adela  Fortescue  miała  co 

zapisać  spadkobiercy.  Konkretnie  mówiąc,  sto  tysięcy  funtów!  Dysponowała  tą  kwotą, 
prawda? 

— Ależ nie, drogi panie. Jest pan w błędzie odparł żywo pan Billingsley. 
— Jak to? Sto tysięcy funtów dostała tylko w dożywocie? 
— Nie, inspektorze. Dostała te sumę na własność, ale z klauzulą warunkującą zapis. Miała 

wejść w posiadanie spadku, jeżeli o miesiąc przeżyje męża! Podobne zastrzeżenia praktykuje 
się  dziś  często,  głównie  z  powodu  niebezpieczeństw  komunikacji  powietrznej.  Kiedy 
małżeństwo  ginie  w  katastrofie  samolotowej,  niezmiernie  trudno  ustalić  kolejność  zgonów  i 
oczywiście wynikają komplikacje. 

Neele spojrzał na prawnika ze zdumieniem. 
— Więc  Adela  Fortescue  nie  weszła  w  posiadanie  stu  tysięcy!  Komu  dostaną  się  teraz 

pieniądze? 

— Firmie lub. wyrażając się ściślej, generalnemu spadkobiercy. 
— Panu Parcivalowi Fortescue — dodał Neele. 
— Oczywiście potwierdził adwokat i dodał zapominając do cna o dyskrecji: — A w obecnej 

sytuacji firmy taka kwota bardzo mu się przyda. 

 
— Wy,  policjanci,  dopytujecie  się  o  najdziwniejsze  sprawy  —  powiedział  lekarz 

zaprzyjaźniony z inspektorem Neele’em. 

— Śmiało, Bob. Gadaj! 
— Cóż, rozmawiamy w cztery oczy, więc na szczęście nie będziesz mógł cytować mojego 

zdania. Zdaje mi się, że rozumujesz trafnie. Według mnie wygląda to na schizofrenię o cechach 
paranoidalnych. Rodzina podejrzewała coś, próbowała wyprawić faceta do specjalisty. On nie 
chciał, co jest typowe w takich razach. Występowały też, jak mówisz, inne klasyczne objawy: 
zakłócenie  równowagi  umysłowej,  mania  wielkości,  gwałtowne  napady  rozdrażnienia, 
skłonność  do  przechwałek,  wiara  we  własny  geniusz  finansowy.  Taki  gość  musi  położyć  w 
ciągu roku każde, nawet najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo, jeżeli nie przyhamować go w 

background image

porę. Ale to trudna sprawa, zwłaszcza gdy chory podejrzewa, do czego zmierza otoczenie. Tak, 
śmierć faceta stanowi z pewnością pomyślny traf dla twoich przyjaciół. 

— Oni nie są moimi przyjaciółmi, Bob obruszył się Neele i jeszcze raz powtórzył zasłyszane 

zdanie: — To obrzydliwi ludzie. Wszyscy! 

background image

XIX 

 
W salonie Domku pod Cisami zgromadziła się cała rodzina. Parcival Fortescue, wsparty o 

kominek, przemawiał do zebranych. 

— Rzecz  zrozumiała  —  mówił  —  że  dochodzenie  jest  konieczne,  ale  w  obecnej  fazie 

przedstawia  się  niezadowalająco.  Policjanci  przychodzą  i  odchodzą,  ale  nikogo  z  nas  nie 
informują o niczym. To wydaje się, że są na konkretnym tropie, to ich krzątanina przycicha. 
Trudno w takich warunkach robić jakieś plany, układać sobie przyszłość. 

— Wszystko to całkiem bez sensu — poparła męża Jennifer. 
— Całą  rodzinę  krępuje  zakaz  wydalania  się  na  dłużej  z  domu —ciągnął  Parcival  jestem 

jednak zdania, że między sobą należy omówić nasze zamierzenia. Zacznijmy od Elaine. O ile 
mi  wiadomo,  myślisz  wyjść  za…  Jakże  się  on  nazywa?… Aha,  Gerald  Wright.  Jak  sądzisz, 
kiedy? 

— Możliwie najprędzej. Parcival zmarszczył czoło. 
— Możliwie najprędzej? To znaczy za jakieś pół roku? 
— Nie. Dlaczego mielibyśmy czekać tak długo? 
— No… Chociażby że względów przyzwoitości… 
— Brednie! — obruszyła się młoda osoba. — Nie chcemy zwlekać dłużej niż miesiąc. 
— Cóż, to twoja sprawa — odparł Parcival. — A później?… Macie jakie plany? 
— Myślimy o założeniu szkoły. Starszy brat pokręcił głową. 
— W  dzisiejszych  czasach  to  interes  bardzo  ryzykowny.  Trudno  o  służbę  i  personel 

nauczycielski.  Słowo  daję,  Elaine,  na  oko  szkoła  nieźle  wygląda,  ale  warto  zastanowić  się 
dobrze. 

— Zdążyliśmy  się  już  zastanowić.  Gerald  jest  zdania,  że  cała  przyszłość  naszego  kraju 

zależy od właściwie pojętego nauczania. 

— Pojutrze  wybieram  się  do  pana  Billingsleya.  Mamy  do  omówienia  rozmaite  sprawy 

finansowe  —  podjął  Parcival.  —  On  proponuje,  abyś  spadek  po  ojcu  złożyła  do  depozytu 
powierniczego  na  rzecz  własną  i  swoich  dzieci.  W  obecnej  sytuacji  gospodarczej  to 
rozwiązanie nad wyraz sensowne. 

— Nie  dla  mnie  —  odparła  Elaine.  Pieniądze  będą  nam  potrzebne  na  puszczenie  w  ruch 

szkoły.  Słyszeliśmy  o  całkiem  odpowiedniej  posiadłości  na  sprzedaż.  W  Konwalii.  Piękne 
tereny i dom niezły. Oczywiście nie obejdzie się bez. przeróbek i dobudowania skrzydeł. 

— Jak  to?…  Myślisz  wycofać  z  firmy  cały  kapitał?  Słowo  daję,  Elaine,  to  bardzo 

nierozważne posunięcie. 

— Moim zdaniem rozważniej  będzie wycofać kapitał niż pozostawić w firmie — odparła 

panna Fortescue. — Jak Anglia długa i szeroka, rozmaite przedsiębiorstwa robią plajtę. No i 
przed śmiercią ojca sam wciąż mówiłeś, że sprawy kiepsko wyglądają. 

— Różne rzeczy się mówi — podjął Parcival. — Powtarzam jednak, że to czyste szaleństwo 

wycofać z firmy kapitał, aby kupić, puścić w ruch i prowadzić szkołę. A jak się nie uda, Elaine? 
Zostaniesz bez pensa. 

— Uda się. Musi — odparła z uporem dziewczyna. 
— Trzymam z tobą! — dodał jej otuchy Lance, który siedział rozparty swobodnie w fotelu. 

— Obstawaj przy swoim. Na mój gust, prowadzenie szkoły to diablo dziwny interes, ale chcesz 
się tym zająć, ty i twój Gerald. Możecie stracić pieniądze, ale zostanie satysfakcja, że robiliście 
to, co wam pasowało. 

— Właśnie  coś  takiego  spodziewałem  się  usłyszeć  od  ciebie,  Lance  —  rzucił  cierpko 

Parcival. 

— Wiem, wiem, Percy — odparł młodszy brat. — Jestem utracjusz, syn marnotrawny. Ale 

nie wątpię, że w życiu miałem zabawy więcej niż ty, stary. 

background image

— Co  kogo  bawi!  rzucił  cierpko  Parcival.  —  Powiedziałeś  swoje,  a  co  sam  zamierzasz 

robić? Myślę, że wrócisz do Kenii albo Kanady? Może zamierzasz zorganizować wyprawę na 
Mount Everest czy jakąś równie fantastyczną bzdurę? 

— Czemu tak myślisz, Percy? 
— Czemu? Nigdy nie odpowiadał ci uregulowany tryb życia w Anglii. 
— Z  wiekiem  przychodzi  odmiana  —  powiedział  Lancelot.  —  Człowiek  zaczyna  się 

statkować. Wiesz co, stary? Serio nabrałem ochoty do spokojnych zajęć biznesmena. 

— Chciałbyś… 
— Właśnie  —  przerwał  z  uśmiechem  młodszy  brat.  —  Chciałbym  wraz  z  tobą,  Percy, 

prowadzić firmę. Oczywiście, ty jesteś starszym wspólnikiem. Masz lwią część udziałów. Ale 
ja, drobna płotka, mogę też wtrącić to i owo. Przysługuje mi takie prawo. 

— Tak…  W  pewnym  sensie…  Jeżeli  potraktować  zagadnienie  z  prawnego  punktu 

widzenia… Ale bądź pewien, chłopcze, że prędko na śmierć się zanudzisz. 

— Czy ja wiem? Sądzę, że się nie zanudzę. 
— Chyba  nie  mówisz  poważnie,  Lance  —  zaczął  znów  Parcival  z  posępną  miną  —  że 

chcesz przystąpić do pracy w firmie? 

— I od czasu do czasu wtrącić swoje trzy grosze, co? Właśnie do tego zmierzam. 
Starszy brat pokręcił głową. 
— Stan finansowy firmy przedstawia się fatalnie… To nie żarty, Lance. Nie mam pojęcia, 

jak będziemy sobie radzić po spłaceniu Elaine, jeżeli uprze się, by wycofać kapitał. 

— A widzisz, Elaine! — zawołał Lancelot. — Masz rację! Słusznie chcesz chwycić w garść 

pieniądze, póki jeszcze są. 

— Słowo daję, Lance! — obruszył się gniewnie Parcival. — Twoje żarty są w najgorszym 

stylu. 

— Val ma rację poparła znowu męża Jcnnifer. — Powinieneś, Lance, bardziej liczyć się ze 

słowami. 

Siedząc  na  uboczu,  pod oknom.  Pat  przysłuchiwała  się  rozmowie.  Myślała,  że  Lance  gra 

dobrze.  jeżeli  chce  przycisnąć  brata.  Parcival  tracił  maskę  nieposzlakowanego  chłodu.  Raz 
jeszcze rzucił cierpko: 

— Mówisz serio, Lance? 
— Jak najbardziej serio. 
— Nic z tego nie będzie. Sprzykrzy ci się takie życie. 
— Mnie  się  sprzykrzy?  Czemu?  Pomyśl,  jaka  to  cudowna  odmiana.  Zaciszny  gabinet. 

Maszynistki  wchodzą  i  wychodzą.  Będę  miał  jasnowłosą  sekretarkę  w  typie  panny 
Grosvenor… Nazywa się Grosvenor, prawda?… Z pewnością już ją wylałeś. Ale postaram się 
o  podobną.  Będzie  mówiła:  „Tak,  panie  dyrektorze”,  „Nie,  panie  dyrektorze”,  „Jest  już 
herbatka, panie dyrektorze”. 

— Nie strugaj wariata — wybuchnął Parcival. 
— Czemu  się  złościsz,  braciszku?  Nie  jesteś  kontent,  że  chcę  podzielić  z  tobą  pracę  i 

kłopoty? 

— Nie masz pojęcia, w jak opłakanym stanie są interesy firmy. 
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć. 
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec przestał być 

dawnym  sobą. Robił  nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia  finansowe. Sprzedawał 
pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak 
to się mówi, chyba dla czystej przyjemności wydawania. 

— Innymi  słowy  —  wtrącił  Lance  to  szczęśliwy  traf  dla  rodziny,  że  dostał  w  herbacie 

taksynę. 

background image

— W  gruncie  rzeczy  masz  słuszność,  chociaż  wyraziłeś  ją  w  możliwie  najobrzydliwszej 

formie powiedział Parcival. — Jego śmierć uratowała  nas od bankructwa. Ale przez pewien 
czas będziemy musieli postępować nad wyraz przezornie, konserwatywnie, że się tak wyrażę. 

— Nie  zgadzam  się  z  tobą,  Percy.  Przezorność  nic  nie  daje.  Trzeba  ryzykować,  grać  na 

całego. O wielką stawkę! Rozumiesz? 

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość. 
— Nie moje hasło — podchwycił Lance. 
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem. 
— Pamiętam,  naturalnie…  Ale  i  tak  mam  jaki  taki  głos.  Starszy  brat  zaczął  nerwową 

przechadzkę po salonie. 

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie przywiązany, 

lubię cię… 

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi. 
— … i w ogóle, ale, widzisz, trudno nam będzie  o porozumienie. Zanadto różnimy się w 

poglądach. 

— To może być korzystne. 
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki. 
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz? 
— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy zapatrywań… 
— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w takim razie 

kupisz mój udział? 

— Za  co?…  Widzisz,  nie  myślałem  o  gotówce…  Możemy  przeprowadzić  podział 

aktywów… papierów wartościowych. 

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda? 
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom. 
— Nie mam pojęcia. Będziesz mnie musiał we wszystko wtajemniczyć. 
— Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… nie, od roku ojciec przestał być 

dawnym  sobą. Robił  nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia  finansowe. Sprzedawał 
pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak 
to się mówi, chyba dla czystej przyjemności wydawania. 

— Innymi słowy — wtrącił Lance — to szczęśliwy traf dla rodziny, że dostał w herbacie 

taksynę. 

—  W  gruncie  rzeczy  masz  słuszność,  chociaż  wyraziłeś  ją  w  możliwie  najobrzydliwszej 

formie — powiedział Parcival. — Jego śmierć uratowała nas od bankructwa. Ale przez pewien 
czas będziemy musieli postępować nad wyraz przezornie, konserwatywnie, że się tak wyrażę. 

—  Nie  zgadzam  się  z  tobą.  Percy.  Przezorność  nic  nie  daje.  Trzeba  ryzykować,  grać  na 

całego. O wielką stawkę! Rozumiesz? 

— Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą przyszłość. 
— Nie moje hasło — podchwycił Lance. 
— Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem. 
—  Pamiętam,  naturalnie…  Ale  i  tak  mam  jaki  taki  głos.  Starszy  brat  zaczął  nerwową 

przechadzkę po salonie. 

— Nic dobrego nie wyjdzie z twoich planów — podjął. — Jestem do ciebie przywiązany. 

lubię cię… 

— Naprawdę? — wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to uwagi. 
— … i w ogóle. ale. widzisz, trudno nam będzie o porozumienie. Zanadto różnimy się w 

poglądach. 

— To może być korzystne. 
— Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki. 
— Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz? 

background image

— Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej różnicy zapatrywań… 
— Przepraszam! Trudno ci będzie spłacić Elaine. Sam powiedziałeś. Za co w takim razie 

kupisz mój udział? 

—  Za  co?…  Widzisz,  nie  myślałem  o  gotówce…  Możemy  przeprowadzić  podział 

aktywów… papierów wartościowych. 

— Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne śmiecie, prawda? 
— Mówiłeś, że coś takiego bardziej odpowiada twoim gustom. 
—  W  pewnym  sensie  masz  rację,  stary  —  uśmiechnął  się  Lancelot.  —  Ale  nie  mogę 

schlebiać tylko własnym gustom. Muszę myśleć o żonie. 

Bracia spojrzeli na Pat, która otworzyła usta i zamknęła je nie powiedziawszy słowa. Wolała 

się  nie  wtrącać,  bo rozumiała,  że  Lance  prowadzi  grę,  choć  nie  bardzo  jeszcze  wiedziała,  w 
jakim celu. 

— Co mi zaproponujesz? — ciągnął Lancelot. — Nie istniejące kopalnie diamentów, rubiny 

w niedostępnych miejscach, koncesje naftowe na terenach bez ropy? Myślisz, że taki ze mnie 
osioł, na jakiego wyglądam? 

— Cóż, niektóre z naszych akcji są wysoce spekulacyjne, ostatecznie jednak mogą przynieść 

zawrotne zyski — bąknął niepewnie Parcival. 

— Zmieniłeś ton. co? — podchwycił Lance. — Proponujesz mi ostatnie idiotyczne nabytki 

ojca i na dodatek pewno starą kopalnię Kos? Aha! Czy inspektor pytał i ciebie o tę kopalnię? 

Parcival zmarszczył czoło. 
— Tak. Pytał. Nie rozumiem dlaczego. Dużo nie mogłem mu powiedzieć. Obydwaj byliśmy 

wtedy  dziećmi.  Jak  przez  mgłę  pamiętam,  że  ojciec  wybrał  się  na  miejsce,  a  kiedy  wrócił, 
powiedział, że to tylko zawracanie głowy. 

— Co to za kopalnia? Złota? 
— Tak mi się zdaje. Ojciec przyjechał do Anglii przekonany, że złota tam z pewnością nie 

ma. A on nie mylił się nigdy w takich kwestiach. 

— Kto wciągnął go w tę historię? Jakiś MacKenzie, prawda? 
— Tak. MacKenzie umarł w Afryce. 
—  Umarł…  —  powtórzył  Lance  z  nuta  zastanowienia.  —  A  później  była  jakaś  okropna 

scena. Coś sobie przypominam… Pani MacKenzie zjechała tutaj. Groziła ojcu, miotała klątwy 
na jego głowę. Zdaje się, twierdziła, że on zamordował jej męża. 

— Co? Nic w tym rodzaju nie pamiętam — zdziwił się Parcival. 
— A ja pamiętam, chociaż jestem sporo młodszy od ciebie — podchwycił Lance. — Może 

właśnie dlatego mocniej przemówiła do mnie melodramatyczna sytuacja. Gdzie była kopalnia 
Kos? W Afryce Zachodniej? 

— Tak mi się zdaje. 
— Muszę kiedy rzucić okiem na tę koncesję, jak będę w biurze — powiedział młodszy brat. 
— Nie warto. Ojciec  nigdy  nie  mylił  się w takich sprawach. Powiedział: nie  ma złota, to 

złota nie ma. 

— Pewno masz słuszność… Biedna pani MacKenzie. Ciekawe, co się teraz dzieje z nią i tą 

parką  dzieci,  które  przywiozła  ze  sobą.  Zabawna  historia!  Przecież  to  dziś  dorośli  ludzie — 
roześmiał się Lancelot. 

background image

XX 

 
W świetlicy prywatnego sanatorium Sosny inspektor Neele siedział naprzeciw szpakowatej 

pacjentki w starszym wieku. Helena MacKen—zie liczyła sześćdziesiąt trzy  lata, jakkolwiek 
wyglądała młodziej. Miała bladoniebieskie oczy o mętnym wyrazie, drobny, słabo zarysowany 
podbródek i szerokie usta o drżącej nerwowo górnej wardze. Na kolanach trzymała dużą księgę 
i podczas rozmowy raz poTaz spuszczała ku niej wzrok. Detektyw patrzał na panią MacKenzie 
i  przypominał  sobie  informacje,  jakie  uzyskał  na  jej  temat  od  doktora  Crosbie,  dyrektora 
sanatorium. 

— Oczywiście to pacjentka dobrowolna, nie skierowana urzędowo — powiedział lekarz. 
— Jest niebezpieczna dla otoczenia? 
— Nie, inspektorze. Przeważnie sprawia wrażenie zdrowej i mówi nie inaczej niż pan czy ja. 

Obecnie ma dobry okres, więc przeprowadzi pan z nią zupełnie normalną rozmowę. 

Wspominając tę opinię inspektor Neele rozpoczął gładko i swobodnie: 
—  Bardzo  dziękuję,  że  szanowna  pani  zechciała  mnie  przyjąć.  Moje  nazwisko  Neele,  a 

celem wizyty jest sprawa pana Fortescue, który zmarł niedawno. Chodzi o Reksa Fortescue. O 
ile mi wiadomo, pani zna to nazwisko. 

— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi — odparła Helena MacKenzie spoglądając uparcie 

na grubą księgę. 

— Pytam o pana Fortescue, proszę pani, Reksa Fortescue. 
— Nie… Z całą pewnością nie… 
Inspektor  Neele  stropił  się  nieco.  Czy  tak  ma  wyglądać  rozmowa,  jak  wyraził  się  doktor 

Crosbie, zupełnie normalna? 

— Sądzę, że szanowna pani znała go dawno, wiele lat temu — powiedział. 
 
 
— Skąd znowu! — obruszyła się kobieta. — To było wczoraj. 
— Aha…  Rozumiem  —  bąknął  detektyw,  powtarzając  swój  ulubiony  zwrot,  tym  razem 

bardzo  niepewnie.  — Podobno  przed  wieloma  laty  odwiedziła  pani  Reksa  Fortescue  w  jego 
podlondyńskiej posiadłości. Nazywa się ona Domek pod Cisami. 

— Bardzo pretensjonalna buda. 
— Tak… Niewątpliwie… Słusznie nazwała pani ten dom bardzo pretensjonalną budą. Rex 

Fortescue  miał  do  czynienia  z  pani  małżonkiem  w  sprawach  pewnej  kopalni  położonej  w 
Afryce, kopalni Kos, jeżeli dobrze sobie przypominam. 

— Muszę  teraz  czytać  —  powiedziała  pani  MacKenzie.  —  Czasu  mam  mało,  a  muszę 

czytać swoją księgę. 

— Oczywiście,  szanowna  pani.  To  zrozumiałe  —  zgodził  się  detektyw  i  zaczął  znów  po 

krótkiej pauzie: — Pan MacKenzie i pan Fortescue wybrali się do Afryki, by na miejscu zbadać 
sytuację. 

— To  była  kopalnia  mojego  męża.  On  ją  odkrył,  zgłosił  swoje  prawa  i  uzyskał  koncesję. 

Potrzebował  pieniędzy  na  kapitał  obrotowy.  Zwrócił  się  do  Reksa  Fortescue.  Nie 
pozwoliłabym na to, gdybym była mądrzejsza; gdybym wiedziała więcej. 

— Aha…  Rozumiem…  Ale  tak  czy  inaczej  obydwaj  pojechali  do  Afryki  i  tam  pani 

małżonek zmarł na febrę. 

— Muszę czytać swoją księgę. 
— Czy podejrzewa pani, że w tej sprawie, w sprawie kopalni Kos, Rex Fortescue oszukał 

pani mcza? 

— Strasznie  pan  głupi  powiedziała  pani  MacKenzie  nie  podnosząc  wzroku  znad  grubego 

tomu. 

background image

— Tak… Zapewne… Ale, proszę pani, to dawne dzieje, bardzo dawne. Znaczne trudności 

musi nastręczać dochodzenie w sprawie zupełnie przebrzmiałej, więc… 

— Kto panu mówił, ze to sprawa przebrzmiała? 
— Aha… Rozumiem. Szanowna pani jest odmiennego zdania? 
— „Nic  nie  jest  załatwione,  pokąd  nie  jest  załatwione  sprawiedliwie”.  Tak  wyraził  się 

Kipling. Nikt nie czyta dziś Kiplinga, ale to był wielki człowiek. 

— Liczy pani, że sprawa kopalni Kos będzie kiedyś załatwiona sprawiedliwie? 
— Rex Fortescue nie żyje. Pan to powiedział, prawda? 
— Nie żyje. Został otruty. Nieoczekiwanie kobieta parsknęła śmiechem. 
— Nonsens! Umarł na febrę. 
— Mówię, proszę pani, o Reksie Fortescue — powiedział zbity z tropu detektyw. 
— Ja również — bystro spojrzała w twarz inspektora bladoniebieski—mi oczami. — Niech 

pan nie opowiada takich rzeczy! On umarł w swoim łóżku, prawda? Umarł we własnym łóżku. 

— Nie. W szpitalu Świętego .ludy. 
— Nikt nie wie, gdzie umarł mój mąż podjęła kobieta. — Nikt nie wie, jak umarł, ani gdzie 

go pogrzebano. Wiadomo tylko tyle, ile powiedział Rex Fortescue. A to był kłamca. 

— Ma pani jakieś podejrzenia? — natarł inspektor Neele. 
— Podejrzenia… Tak… Podejrzenia nie do odparcia, bez cienia wątpliwości.. 
— Sądzi pani, że odpowiedzialność za zgon pani małżonka obciąża Reksa Fortescue? 
— Dziś z rana dostałam śniadanie, jak zawsze, całkiem świeże. Jakie to dziwne, że minęło 

już z górą trzydzieści lat. 

Detektyw  westchnął  ciężko.  Zaczynał  wątpić  o  celowości  rozmowy,  nie  dał  jednak  za 

wygraną. 

— Kilka  miesięcy przed śmiercią Reksa Fortescue ktoś podrzucił  na  jego biurko nieżywe 

kosy. 

— Interesująca historia — szepnęła pani MacKenzie. — Bardzo interesująca. 
— Nie domyśla się pani przypadkiem, kto mógł to zrobić? 
— Domysły nie przydadzą się na nic. Trzeba działać. Wychowywałam je w takim duchu. W 

duchu działania. 

— Szanowna pani ma na myśli swoje dzieci? 
— Tak.  Donald  i  Ruby.  Dziewięć  i  siedem  lat.  Dzieci  zostały  bez  ojca.  Wciąż  im  to 

mówiłam. Powtarzałam. Każdego wieczora musiały składać przysięgę. 

— Jaką przysięgę? 
— Jaką? Naturalnie, że go zabiją. 
— Rozumiem…  —  bąknął  detektyw  i  zapytał  spokojnym  tonem:  —  I  co?  Spełniły  tę 

przysięgę? 

— Donald  był  pod  Dunkierką.  Nie  wrócił.  Dostałam  telegram:  „Padł  na  polu  chwały,  w 

czasie działań bojowych”. Słyszy pan? Działania! Ale działania nie takie, jak trzeba. Nie ma 
Donalda. 

— Serdecznie szanownej pani współczuję. A córka? 
— Ja nie mam córki — odrzekła pani MacKenzie. 
— Dopiero co mówiła pani o córce, Ruby. 
— Ruby… Tak, Ruby! Wie pan, co z nią zrobiłam? 
— Nie, proszę pani. Co pani z nią zrobiła? 
— Spójrz! — szepnęła nieoczekiwanie kobieta. 
Neele  zorientował  się,  że  księga  spoczywająca  na  jej  kolanach  to  Biblia  —  bardzo  stara 

Biblia,  na  której  pierwszej  karcie  wypisano  wiele  imion.  Niewątpliwie  według  dawnego 
obyczaju ktoś z pokolenia na pokolenie rejestrował tam narodziny. 

background image

Pani  MacKenzie  wskazała  palcem  dwa  ostatnie  imiona.  Donald  MacKenzie  i  data 

urodzenia. Niżej: Ruby MacKenzie i data urodzenia. Ale końcowa pozycja była przekreślona 
grubą krechą. 

— Widzi pan? Wymazałam ją z księgi. Po wieczne czasy. Anioł nie odnajdzie imienia Ruby 

w dniu Sądu Ostatecznego. 

— Wykreśliła pani z Biblii jej imię? Czemu? — zapytał detektyw. 
— Nie wie pan? 
— Nie mam pojęcia, proszę pani. 
— Nie dochowała przysięgi. Rozumie pan? Nie dochowała przysięgi. 
— Gdzie przebywa obecnie pani córka? 
— Ja nie mam córki. Mówiłam już panu. Ruby MacKenzie przestała istnieć. 
— Umarła? 
— Umarła? chora niespodziewanie wybuchnęła śmiechem. — Lepiej byłoby dla niej, gdyby 

umarła.  Znacznie,  nieporównanie  lepiej!  —  Westchnęła,  niezdecydowanie  poruszyła  się  na 
krześle i nagle zmieniła ton na uprzejmie towarzyski. Niezmiernie mi przykro, lecz nie mogę 
dłużej z panem rozmawiać. Czas biegnie, a ja naprawdę muszę czytać księgę. 

Dalsze słowa inspektora zbywała niecierpliwym gestem i nie przerywając lektury wodziła 

palcem wzdłuż wierszy druku. 

Wkrótce Neele wstał i wyszedł z pokoju, by jeszcze raz pomówić z dyrektorem sanatorium 
— Czy panią MacKenzie odwiedza ktoś z rodziny? — zapytał. — Na przykład córka? 
— Podobno  córka  przyjeżdżała  tu  za  czasów  mojego  poprzednika.  Ale  wizyty  fatalnie 

działały na chorą, więc ówczesny dyrektor poradził ich zaniechać. Od tej pory wszelkie sprawy 
załatwia adwokat. 

— Nie wie pan doktor, gdzie przebywa obecnie ta córka, Ruby MacKenzie? 
Dyrektor sanatorium bezradnie rozłożył ręce. 
— Nie wie pan też zapewne, czy wyszła za mąż? 
— Nie mam pojęcia. Mogę tylko podać panu adres kancelarii adwokackiej, z którą mamy do 

czynienia. 

Neele już uprzednio wytropił tę kancelarię i nic nie wskórał. Przed laty panna MacKenzie 

ustanowiła fundusz powierniczy na rzecz matki i później nie pokazała się nigdy. 

W sanatorium Sosny inspektor próbował uzyskać rysopis Ruby, ale i to spełzło na niczym. 

Chorych odwiedza wielu krewnych i znajomych. Po latach nikt nie pamięta wyglądu takiej czy 
innej osoby. Przełożonej pielęgniarek zdawało się, ze panna MacKenzie była drobną brunetką. 
Jedyna  pielęgniarka  zatrudniona  od  tamtych  lat  przypominała  sobie  mętnie  wysoką,  raczej 
tęgawą blondynkę. 

— Coś w tym jest powiedział inspektor Neele, gdy zameldował się u przełożonego. Historia 

pomyleńcza, ale wszystko pasuje jedno do drugiego. Coś w tym być musi. 

— Aha… Kosy w pasztecie pasują do kopalni Kos przyznał naczelnik Wydziału Śledczego. 

— Żyto w kieszeni Reksa Fortescue, bułka z miodem…Hm… To najmniej znamienne. Każdy 
może jeść na podwieczorek bułkę z miodem. Trzecia w kolejności zbrodnia… Tę dziewczynę 
zadusił ktoś przy zdejmowaniu bielizny i nos ścisnął jej klamerką… 

— Momencik! Momencik, panie naczelniku! zawołał Neele. 
— Co takiego? Detektyw zmarszczył czoło. 
— Chodzi o to, co pan naczelnik właśnie powiedział. Zabrzmiało to fałszywie… Jak gdyby 

jakiś błąd w rozumowaniu… — Neele pokręcił głową, westchnął. — Nic nie mogę skapować! 

background image

XXI 

 
Lance  i  jego  żona  spaccrowali  po  wypielęgnowanych  terenach  okalających  Domek  pod 

Cisami. 

— Myślę, Lance — odezwała się Pat — że nie urażę twoich uczuć, jeżeli powiem, że jak 

żyję, nie byłam w brzydszym ogrodzie. 

— Nie uraziłaś moich uczuć — roześmiał się mąż. — Ale czy to naprawdę brzydki ogród? 

Podobno pracuje tu gorliwie aż trzech ogrodników. 

— Chyba  w  tym  właśnie  sęk.  Nie  szczędzi  się  kosztów  i  nie  przejawia  indywidualnych 

gustów. Wszystko jak trzeba i gdzie trzeba. Rododendrony. Odpowiednie dywanowe kwietniki 
w odpowiednich porach roku. 

— A gdybyś ty, Pat, miała ogród w Anglii, jak by wyglądał? 
— W  moim  ogrodzie  rosłyby  malwy,  ostróżki,  dzwonki.  Nie  byłoby  dywanowych 

kwietników,  ani,  broń  Boże,  tych  okropnych  cisów  —  Pat  spojrzała  z  obrzydzeniem  na 
ciemnozielone cisowe szpalery i żywopłoty. 

— Przykre skojarzenia, co? zapytał beztrosko Lancelot. 
— Przeraża mnie sama myśl o trucicielu. To musi być ktoś mściwy, zawzięty, ponury. 
— Tak sądzisz, moja mila? To dziwne. Dla mnie truciciel to ktoś świadomy swoich celów, 

bezwzględny, obdarzony zimną krwią. 

— Można  i  tak to  ująć.  Młoda  kobieta  wzdrygnęła  się  nerwowo. —  W  każdym  razie  ten 

trzykrotny morderca… Nie wyobrażam sobie, kto to, ale z pewnością człowiek obłąkany. 

— Tak…  —  Lance  zniżył  glos.  Zapewne  masz  słuszność…  —  umilkł,  by  podjąć  zaraz 

innym  tonem:  Na  miłość  boską,  Pat!  Uciekaj  stąd!  Wróć  do  Londynu.  Wszystko  jedno! 
Wybierz,  jakie  zechcesz  miejsce:  Devon,  Kraj  Jezior,  Stradford  on  Avon,  Norfolk  Broads. 
Policja zgodzi się na twój wyjazd. Przecież z tym wszystkim nie masz nic wspólnego. Byłaś w 
Paryżu,  kiedy  skończył  stary,  w  Londynie  podczas  dwu  następnych  morderstw.  Powtarzam, 
Pat: twoja tutaj obecność śmiertelnie mnie dręczy. 

— Ty wiesz kto, prawda? — szepnęła kobieta po krótkiej pauzie. 
— Nie wiem. 
— Więc domyślasz się, podejrzewasz… Inaczej  nie  lękałbyś się o mnie. Powiedz. Proszę 

cię! 

— Nic powiedzieć nie mogę. Nie wiem. Ale na Boga, marzę, abyś wyjechała. 
— Nie wyjadę, kochany, zostanę! Czuję, że tak trzeba. Zostanę przy tobie na dobrą czy złą 

dolę… głos załamał się jej nagle. — Tyle że ze mną dola musi być zła, najgorsza. 

— Pat! Co ty pleciesz, u Boga Ojca? 
— Przynoszę pecha. To miałam na myśli. Przynoszę pecha każdemu, z kim się zetknę. 
— Moje kochane, najdroższe głupiątko! Mnie pecha nie przyniosłaś. Zastanów się, skarbie! 

Niedługo po naszym ślubie stary wezwał mnie do kraju, zaproponował zgodę. 

— Tak.  Ale  co  się  stało,  kiedy  wylądowałeś  w  Anglii?  Ja  przyniosłam  ci  pecha,  jak 

wszystkim. 

— Pat! Najdroższa! Nabiłaś sobie główkę przesądami, zabobonami, bredniami. 
— Nic podobnego. Są ludzie, którzy przynoszą nieszczęście. Ja do takich należę. 
Lance ujął żonę za ramiona, potrząsnął mocno. 
— Jesteś moją  miłością, Pat! zawołał. — Życie z tobą to szczęście największe w świecie. 

Lepiej tym  nabij  sobie  niemądrą główkę. —Uspokoił się  nieco  i ciągnął  mniej  wzburzonym 
tonem: — Ale mówiąc poważnie, Pat, bądź ostrożna, bardzo ostrożna. Jeżeli w domu grasuje 
szaleniec, nie chcę, żebyś ty dostała postrzał czy też wypiła napar z blekotu. 

— Napar z blekotu? 

background image

— Mniejsza  z  tym.  Kiedy  mnie  nie  ma,  trzymaj  się  tej  starej…  jakże  jej  tam?…  Panny 

Marple. Jak myślisz, czemu ciocia Effie zaprosiła ją tutaj? 

— Bogu tylko wiadomo, czemu ciocia Effie coś robi. Lance, jak długo tu zostaniemy? 
Młody człowiek wzruszył ramionami. 
— Trudno przewidzieć. 
— Chyba nie jesteśmy najmilej widziani, prawda? — podjęła Pat z wahaniem. — Domek 

pod Cisami należy teraz do twojego brata, a on nie pragnie, zdaje się, naszego towarzystwa. 

— Z  pewnością  nie  pragnie  —  parsknął  śmiechem  Lance.  —  Ale  do  czasu  musi  nas 

tolerować. 

— A później, Lance? Co będziemy robić? Wrócimy do Afryki Wschodniej? 
— Chciałabyś wrócić, Pat? Z zapałem przytaknęła. 
— Świetnie się składa, bo i ja o tym myślę. Nie odpowiada mi dzisiejsza Anglia. 
— Cudownie! — zawołała Pal z rozjaśnioną twarzą. — A wczoraj, kiedy słuchałam tego, co 

mówiłeś, sądziłam, że chcesz zostać na stałe. 

Szatański błysk pojawił się w oczach Lancelota Fortescue. 
— O  naszych  planach  ani  słowa  nikomu.  Rozumiesz?  Mam  zamiar  przydusić  trochę 

braciszka Parcivala. 

— Ach, Lance! Bądź ostrożny. 
— Będę ostrożny, najdroższa. Ale nie widzę racji, dla których stary Percy miałby zagarnąć 

wszystko. 

 
Panna  Marple  siedziała  w  przestronnym  salonie  i  słuchała  wynurzeń  pani  Parcivalowej 

Fortescue. Z lekko pochyloną w bok głową przypominała życzliwie usposobioną kakadu. Nie 
pasowała  do  tego  salonu.  Jej  szczupła  postać  stanowiła  jaskrawy  kontrast  z  kolosalną  sofą 
usianą różnokolorowymi poduszkami. Panna Marple siedziała prosto, gdyż w młodości nosiła 
gorset,  a  jeszcze  dawniej  napominano  ją  wciąż,  by  się  nie  garbiła.  Opodal  Jennifer  w 
efektownej żałobie zajmowała ogromny  fotel  i paplała z szybkością karabinu  maszynowego. 
„Zupełnie  jak  biedna  pani  Emmett,  żona  dyrektora  banku”  —myślała  panna  Marple, 
przypominając  sobie  wizytę  pani  Emmett,  która  przyszła  raz  do  niej,  aby  omówić 
przygotowania  do  kiermaszu  dobroczynnego  i  najbardziej  nieoczekiwanie  zaczęła  gadać, 
gadać, gadać… W Saint Mary Mead pani Emmett zajmowała wyjątkowo drażliwą pozycję. Nie 
dostała  się  do  starej  gwardii  zubożałych  dam  z  towarzystwa,  które  mieszkały  w  schludnych 
domkach  niedaleko  kościoła  i  na  pamięć  znały  koligacje  ziemiańskich  rodzin  w  całym 
hrabstwie,  jakkolwiek  same  do  ziemiaństwa  nie  należały.  Pan  Emmett,  dyrektor  banku, 
niewątpliwie popełnił mezalians, w rezultacie więc jego żona była straszliwie osamotniona, bo 
oczywiście  nie  mogła  pospolitować  się  w  towarzystwie  kupieckim  czy  rzemieślniczym. 
Snobizm  podniósł  ohydną  głowę  i  skazał  panią  Emmett  na  trwałą  i  kompletną  izolację. 
Potrzeba mówienia wzbierała w niej i właśnie tamtego dnia zerwała tamy, aby zagrozić pannie 
Marple  groźną  powodzią  słów.  Współczuła  wówczas  pani  Emmett,  obecnie  zaś  żal  jej  było 
trochę pani Parcivalowej Fortescue. 

Jennifer  długo  gromadziła  rozmaite  urazy  i  kompleksy,  więc  przewietrzenie  ich  wobec 

osoby mało znajomej musiało stanowić nie lada ulgę. 

— Ma się rozumieć, proszę pani mówiła szybko — nie chciałam biadolić i nie biadoliłam. Ja 

nie z takich, proszę pani. Zawsze byłam zdania, że człowiek musi godzić się z rzeczywistością. 
Czego nie można zmienić, trzeba to wytrzymać, no nie? Słowa nigdy nikomu nie pisnęłam. Bo 
i  z  kim  miałabym  rozmawiać?  Osamotniona  tu  jestem,  proszę  pani,  strasznie  osamotniona. 
Pewnie,  że  apartament  w  Domku  pod  Cisami  to  na  swój  sposób  wygoda,  no  i  wielka 
oszczędność. Ale przyzna chyba pani, że we własnym domu mielibyśmy całkiem inną sytuację. 
Przyzna pani, no nie? 

Panna Marple przyznała. 

background image

— Na szczęście nasz nowy dom jest już prawic gotów. Trzeba tylko pozbyć się malarzy  i 

tapicerów.  Marudzą  okropnie,  proszę  pani.  Mojemu  mężowi,  naturalnie,  nic  nie  szkodzi 
mieszkanie tutaj. Jest nawet zadowolony, bo mu wygodnie. Ale dla mężczyzny to inna sprawa. 
Ciągle powtarzam, dla mężczyzny to całkiem inna sprawa. Przyzna pani, no nie? 

Panna Marple znów przyznała. 
— Widzi  pani  ciągnęła  Jennifer  mój  mąż  całe  dni  spędza  w  Londynie.  Do  domu  wraca 

zmęczony.  Chciałby  tylko  siedzieć  spokojnie  i  czytać.  A  ja?  Od  rana  do  wieczora  jestem  tu 
sama,  bez  żadnego  towarzystwa,  absolutnie  żadnego.  Rzecz  jasna,  mam  wszelki  komfort, 
wystawną  kuchnię  domową…  Ale  co  z  tego?  Jedno,  czego  człowiek  naprawdę  szuka,  to 
przyjemne kółko znajomych. A nasi sąsiedzi to ludzie nie w moim guście. Rozumie pani? Jacyś 
zwariowani  brydżyści  z  fumami.  Brydż  to  dobra  rzecz.  Sama  nic  nie  mam  przeciw  kilku 
roberkom od czasu do czasu. Ale oni grają strasznie wysoko, a piją przy tym niczym gąbki! Jak 
powiedziałam, to ludzie wcale nie w moim guście. No i naturalnie jest cała gromada… Jak by to 
powiedzieć?… Starych grzybów, co po całych dniach grzebią się w ziemi i przycinają krzewy. 

Panna Marple zawstydziła się trochę, gdyż sama była zamiłowaną ogrodniczką. 
— Nie chciałabym mówić źle o zmarłych paplała dalej pani Valowa — ale pan Fortescue, 

znaczy  się  mój  teść.  bardzo  niemądrze  wybrał  drugą  żonę.  Moja…  cóż,  muszę  powiedzieć, 
moja teściowa była w tych samych latach, co ja. No i co? Wariowała na punkcie chłopów. Tak, 
proszę pani! Wariowała na punkcie chłopów. No i jak szastała pieniędzmi! Ale teść miał znów 
kompletnego fioła na  jej punkcie. Nawet nie sprawdzał rachunków, proszę sobie wyobrazić! 
Strasznie to irytowało mojego męża. No, proszę pani, Percy  jest bardzo wrażliwy  na sprawy 
finansowe.  Nie  cierpi  marnotrawstwa,  rozrzutności.  Ale  to  nie  wszystko,  proszę  pani!  Pan 
Fortescue zachowywał się ostatnio dziwnie, ciągle był zły, czasami okropnie wybuchał, robił 
awantury. No i sam marnował pieniądze na jakieś zwariowane spekulacje, takie rzeczy. Wcale 
nie było przyjemnie, proszę pani. 

— To musiało irytować pani małżonka odważyła się wtrącić panna Marple. 
— A  pewnie!  Pewnie!  Cały  ostatni  rok  Percy  był  wciąż  zirytowany.  No  i  przygnębiony. 

Zupełnie się zmienił, proszę sobie wyobrazić, w stosunku do mnie. Zdarzało się, proszę pani, że 
mówię do niego i mówię, a on nic nie odpowiada. Jennifer westchnęła i zaczęła znów trzepać: 
—  Albo  moja  szwagierka,  Elaine.  Także  osoba  dziwna,  nie  do  rzeczy.  Nigdy  nie  ma  jej  w 
domu,  a  do  mnie  odnosi  się,  nie  powiem,  że  niechętnie,  ale  całkiem  bez  zrozumienia.  Nie 
można jej wyciągnąć do Londynu po sprawunki ani na jakiś film. Ba! Nawet stroje nic ją nie 
obchodzą!  —  Pani  Parcivalowa  westchnęła  raz  jeszcze  i  opamiętała  się  widocznie,  gdyż 
podjęła na inną nutę: Naturalnie nie chcę się skarżyć. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Pewno 
dziwi się pani, że tak otwarcie rozmawiam z osobą mało znajomą. Ale, widzi pani, przy takim 
ciągłym napięciu, po takim wstrząsie… Naturalnie! Podziałał wstrząs, że tak powiem, wstrząs z 
opóźnieniem. Od rana byłam taka rozstrojona, że musiałam z kimś pogadać. Pani przypomniała 
mi jedną kochaną staruszkę, pannę Trefusis James. Biedactwo. Miała siedemdziesiąt pięć lat, 
kiedy  złamała  kość  udową.  Okropnie  długo  ją  pielęgnowałam,  więc  zdążyłyśmy  się 
zaprzyjaźnić. Kiedy odchodziłam, dostałam od niej pelerynkę z lisów. Przyzna pani, że panna 
Trefusis James postąpiła bardzo ładnie. 

— Nie  dziwi  mnie  pani  szczerość  i  doskonale  rozumiem,  jak  się  pani  tu  czuje  — 

powiedziała panna Marple zgodnie z prawdą. 

Bez wątpienia żona znudziła się Parcivalowi Fortescue, więc przestał zwracać na nią uwagę, 

a  biedna  Jennifer  nie  potrafiła  nawiązać  lokalnych  znajomości.  Była  również  znudzona,  bo 
wyjazdy do Londynu, stroje, kino, mieszkanie w luksusowym domu — wszystko to nie mogło 
zastąpić ludzkiej nuty w stosunkach z. rodziną męża. 

— Nie urażę chyba pani odezwała się panna Marple z kurtuazją osoby w podeszłym wieku 

jeżeli  powiem,  że  moim  zdaniem,  nieboszczyk  Rex  Fortescue  nic  należał  do 
najsympatyczniejszych ludzi. 

background image

— Pewno,  że  nie  należał,  zgodziłla  się  skwapliwie  Jennifer.  —  A  tak  naprawdę,  między 

nami, droga pani, to był wstrętny dziadyga. Wstyd przyznać, ale wcale się nie dziwię, że ktoś 
go sprzątnął. 

— Nie domyśla się pani… zaczęła starsza dama i urwała. — Zapewne to pytanie bardzo nie 

na miejscu… Ale czy nie nasuwają się pani bodaj najbłahsze podejrzenia?… 

— Myślę, ze Crump to zrobił. Antypatyczny fagas! Mnie nie podobał się od początku. Może 

pan  Fortescue czymś go uraził,  a że to pijak, niby Crump,  mogło  mu coś strzelić do głowy. 
Zresztą uważam, że Crump jest nienormalny jak len kamerdyner czy lokaj, co zaczął ganiać po 
całym  domu  i  strzelać  do  kazdego,  kto  się  nawinął.  Naturalnie,  mówiąc  całkiem  szczerze, 
byłam przekonana, święcie przekonana, że Adela załatwiła starego. No, ale sama się przecież 
nie otruła! Może chciała oskarżyć Crumpa, a on coś zwietrzył, więc zaprawił trucizną kanapki. 
Gladys  mogła  to  spostrzec,  wobec  czego  jej  się  także  pozbył.  Niebezpiecznie  mieszkać  pod 
jednym dachem  z takim  człowiekiem!  Mój Boże! Wyjechałabym stąd każdej chwili, tylko z 
pewnością ci okropni policjanci nikomu na to nie pozwolą. — Jennifer przysunęła się do panny 
Marple i dodała konfidencjonalnym szeptem: — Nieraz wydaje mi się, że muszę stąd zniknąć, 
że… że jeżeli prędko nie będzie z tym końca, to… to ucieknę… — wyprostowała się, spojrzała 
badawczo w twarz starszej damy. — Ale postąpiłabym niemądrze, prawda? 

— W każdym razie nie najrozumniej — przyznała panna Marple. — Zresztą policja prędko 

odszukałaby panią. 

— Myśli pani? Czy policja jest taka zaradna? 
— Niedocenianie  policji  to  wielki  błąd  —  odparła  panna  Marple.  —Inspektor  Neele  robi 

wrażenie człowieka bardzo inteligentnego. 

— Naprawdę? A mnie wydał się strasznie głupi! — zawołała Jennifer i, kiedy panna Marple 

przecząco pokręciła głową, dodała innym tonem: — Tak czy inaczej wciąż myślę… i myślę, że 
niebezpiecznie tu siedzieć. 

— Dla pani niebezpiecznie? 
— Dla mnie?… — pani Valowa zawahała się na moment. — Dla mnie?… No… tak. 
— Z jakiegoś konkretnego powodu? 
— Nie… Ach, nie! Przecież nic nie wiem. Co mogłabym wiedzieć? Chodzi o to, że… Taka 

jestem rozstrojona. Rozumie pani? — Ten Crump… 

Panna  Marple  obserwowała  drżące  nerwowo  ręce  młodej  kobiety  i  umacniała  się  w 

przekonaniu,  że  nie  o  Crumpa  chodzi.  Odnosiła  wrażenie,  iż  Jennifer  jest  czymś  naprawdę 
wystraszona. 

background image

XXII 

 
Zapadał  zmierzch,  więc  panna  Marple  przeniosła  się  ze  swoją  robotą  na  drutach  pod 

oszklone  drzwi  biblioteki.  Sadowiąc  się  tam  zobaczyła  Pat,  która  spacerowała  po  tarasie. 
Starsza pani uchyliła drzwi, aby zawołać: 

— Pozwoli  pani  tutaj,  moja  droga.  Stanowczo  jest  za  zimno  i  za  wilgotno  na  takie 

przechadzki bez płaszcza. 

Pat weszła do pokoju, zamknęła oszklone drzwi i przekręciwszy wyłącznik zapaliła dwie z 

licznych lamp. 

— Rzeczywiście  —  powiedziała.  —  Pogoda  nie  dopisuje.  —  Usiadła  na  kanapie  obok 

starszej pani i spojrzała na jej robótkę. — Co to będzie? 

— Kaftanik  dla  niemowlęcia.  Widzi  pani,  taka  rzecz  przyda  się  każdej  młodej  matce. 

Kaftaników  nigdy  nie  za  wiele.  Drugi  rozmiar.  Zawsze  robię  drugi  rozmiar,  bo  maleństwa 
prędko wyrastają z pierwszego. 

Pat wyciągnęła długie nogi w kierunku ognia. 
— Miło tu dzisiaj — podjęła. — Kominek, nastrojowe światło, pani robi na drutach kaftanik 

dla niemowlęcia. Po domowemu, przytulnie, jak powinno być w starej Anglii. 

— I tak jest w Anglii, moja droga — podchwyciła panna Marple. Niewiele znajdzie pani u 

nas Domków pod Cisami. 

— To  dobrze,  proszę  pani,  bo  tutaj  nigdy  chyba  nie  mieszkało  szczęście  i  nikt  nie  był 

naprawdę  szczęśliwy…  Tak  mi  się  zdaje,  chociaż oni  mieli  i  mają  moc  rozmaitych  rzeczy  i 
wydają masę pieniędzy. 

— Słusznie. Nie nazwałabym tego domu szczęśliwym. 
— Może  najlepiej  czuła  się  Adela  —  ciągnęła  Pat.  —  Nigdy  jej  nic  widziałam,  więc 

naturalnie  pewna  nie  jestem.  Ale  Jennifer  jest  z  pewnością  nieszczęśliwa,  a  Elaine  z  siebie 
wychodzi, aby zdobyć młodego mężczyznę, chociaż w głębi serca zdaje sobie sprawę, że on 
wcale o nią nie dba. Ach! Jak chciałabym stąd wreszcie uciec! — Pat uśmiechnęła się nagle. — 
Wie pani, co Lance powiedział? Kazał mi trzymać się blisko pani, dla bezpieczeństwa. 

— Pani mąż, moja droga, nie jest głupi — odpowiedziała z uśmiechem starsza pani. 
— Ma się rozumieć! Lance nie jest głupi. Ale chciałabym wiedzieć, czemu właściwie boi się 

o mnie. Jedno jest pewne. Ktoś obłąkany mieszka pod tym dachem, a obłęd zawsze jest groźny, 
musi być groźny. Trudno przestawić się na sposób myślenia szaleńca, więc nie wiadomo nigdy, 
co może zrobić. 

— Biedne dziecko westchnęła panna Marple. 
— Cóż, o mnie nic trzeba się martwić, proszę pani. Nic mi nie będzie. Zdążyłam zahartować 

się przez tyle czasu. 

— Dużo spotkało panią złego, prawda, moja droga? — zapytała tonem współczucia starsza 

dania. 

— Miałam i dobre czasy, proszę pani ożywiła się Pat. — Cudowne dzieciństwo w Irlandii. 

Konie,  psy.  polowania  i  wielki,  pusty  dom  pełen  przeciągów  i  słońca.  Szczęśliwych  lat 
dziecinnych nikt nie zdoła odebrać… —zrobiła krótką pauzę. Dopiero później, kiedy dorosłam, 
wszystko się odwróciło. Pierwsze nieszczęście, proszę pani, to naturalnie wojna. 

— Pani mąż byt lotnikiem? Pilotem myśliwca, prawda? 
— Tak. został zestrzelony w niespełna miesiąc po ślubie — Pat zapatrzyła się w ogień na 

kominku  z  początku  chciałam  też  umrzeć!  Myślałam,  że  niesprawiedliwie  dotknęła  mnie 
okrutna  krzywda.  Później…  Stopniowo  zaczęłam  sobie  uprzytamniać,  że  stało  się  zapewne 
najlepiej,  jak  mogło.  Don  był  wspaniałym  człowiekiem  wojny.  Odważny  do  szaleństwa, 
beztroski, wesoły. Miał wszystkie cechy charakteru potrzebne, nieocenione podczas walki. Nie 
sądzę  jednak,  by  pokój  mógł  mu  odpowiadać.  Miał  w  sobie…  Jak  by  to  określić?…  Miał 

background image

nieokiełznaną  arogancję.  Nie  potrafiłby  się  ustatkować,  nagiąć  do  zwyczajnego  życia. 
Musiałby przeciwko czemuś walczyć. Był człowiekiem… powiedzmy, na specyficzny sposób 
aspołecznym. 

— Fakt, że dostrzega to pani, moja droga, świadczy o nie lada rozsądku. — Panna Marple 

pochyliła się nad robótką, przez pewien czas liczyła oczka, wreszcie zapytała: — A drugi mąż? 

— Freddy? Zastrzelił się. 
— Mój Boże! Tragiczna śmierć… — westchnęła starsza dama. 
— Dobrze  nam  z  sobą  było  —  podjęła  Pat.  —  Po  mniej  więcej  dwu  latach  małżeństwa 

zaczęłam uświadamiać sobie, że Freddy… no, że nie zawsze jest w porządku. Widziałam to i 
owo, ale podejrzane sprawy nie miały wpływu na stosunki między nami. Kochał mnie i ja go 
kochałam.  Nic  nie  mówiłam  i  to  było  pewno  tchórzostwo.  Ale  człowieka  trudno  zmienić, 
prawda? 

— Prawda — przyznała panna Marple. człowieka trudno zmienić. 
— Myślałam, ze spotkałam go, pokochałam, poślubiłam takim, jakim był, i z tym należy się 

liczyć…  Ostatecznie  nie  dopisało  mu  szczęście,  załamał  się  i  odebrał  sobie  życie.  Po  jego 
śmierci wyjechałam do Kenii, aby zamieszkać u przyjaciół. Nie potrafiłabym zostać w Anglii, 
spotykać wciąż ludzi, którzy… którzy o wszystkim wiedzą. W Kenii spotkałam Lance’a… 

Pat umilkła i chociaż twarz jej pojaśniała, nadal uparcie wpatrywała się w ogień. Wreszcie 

spojrzała na starszą damę. 

— Proszę powiedzieć szczerze, co pani sądzi o Parcivalu? — zapytała. 
— Cóż, mało go widuję… Właściwie spotykamy się tylko przy śniadaniach. Myślę, że moja 

obecność tutaj niezbyt mu odpowiada. 

Młoda kobieta roześmiała się nieoczekiwanie. 
— Właśnie! To skąpiec rozkochany w pieniądzach. Lance twierdzi, że jego brat od dziecka 

był taki. Teraz sprawdza rachunki domowe panny Dove. Biada  nad każdym wydatkiem. Ale 
panna Dove i tak zawsze postawi na swoim. To osoba godna podziwu… Nie sądzi pani? 

— Tak. Podzielam pani zdanie,  moja droga. Panna Dove przypomina  mi panią  Latimer z 

mojego  miasteczka,  Saint  Mary  Mead.  Pani  Latimer  prowadziła  Społeczną  Służbę  Kobiet, 
opiekowała się skautkami, praktycznie biorąc, wszystko było na jej głowie. Dopiero po pięciu 
latach wyszło na jaw… Mniejsza z. tym. Nie będę robiła plotek. Trudno o większego nudziarza 
niż ktoś, kto opowiada o miejscach i osobach kompletnie nie znanych słuchaczom. 

— Czy Saint Mary Mead to sympatyczne miasteczko? 
— Nie wiem, moja droga, co nazywa pani sympatycznym miasteczkiem. Saint Mary Mead 

jest ładne,  malownicze. Mieszka tam trochę  ludzi wyjątkowo sympatycznych, a także trochę 
wyjątkowo antypatycznych. W moim miasteczku dzieje się wiele rzeczy bardzo interesujących, 
jak  w  każdym  innym  miasteczku.  Natura  ludzka,  moja  droga,  jest  wszędzie  mniej  więcej 
jednakowa. 

— Pani często odwiedza pannę Ramsbottom, dużo z nią rozmawia. Ja się jej boję. 
— Czemu, moja droga? 
— Myślę,  że  nie  jest  zupełnie  normalna.  Cierpi  na  manię  religijną.  Ale..  Jak  pani  sądzi? 

Chyba to nie prawdziwy obłęd? 

— Obłęd? W jakim sensie? 
— Dobrze pani rozumie, co mam na myśli. Panna Ramsbottom przesiaduje wciąż w swoim 

pokoju,  nie  spotyka  się  z  nikim,  rozmyśla  o  grzechu…  —  Mogłaby  wmówić  sobie,  że 
sprawowanie sądów to misja jej życia. 

— Czy to domysły pani męża? 
— Nie wiem, proszę pani, czego Lance domyśla się lub nie domyśla. Mnie nic nie mówi. 

Ale z pewnością jest przekonany, że mordercą jest ktoś szalony i to kłoś z jego rodziny. Cóż
Parcival sprawia wrażenie aż za normalnego. Jennifcr jest głupia i nienaturalna; boi się sama 
nie wie czego i na tym koniec. A Elaine… Mój Boże! To dziewczyna o bujnym temperamencie 

background image

mimo pozorów skupienia  i chłodu. Kocha się  bez pamięci  i za  nic  nie przyzna, nawet przed 
samą sobą, że ten wybrany chce się z nią ożenić tylko dla pieniędzy. 

— Tak pani sądzi? 
— Oczywiście. A pani? 
— Nie potrafię ocenić tego przypadku, lecz znam podobny. Młody Ellis ożenił się z Marion 

Bales.córką bardzo zamożnego kupca branży żelaznej. To była bardzo nieładna dziewczyna i 
zakochana  w  nim  nieprzytomnie.  I  co?  Małżeństwo  okazało  się  zupełnie  udane.  Ktoś  typu 
Ellisa czy tego Geralda Wrighta potrafił być naprawdę nieprzyjemny, jeżeli z miłości ożeni się 
z  panną  bez  posagu.  Jest  zły  na  siebie,  że  zrobił  podobne  głupstwo, tak  zły,  że  w  rezultacie 
odgrywa się na żonie. Ale dziewczynę zamożną z domu ktoś taki szanuje i po ślubie. 

— Nie wyobrażam  sobie… Pat urwała na  moment, zmarszczyła czoło. — Nie rozumiem, 

juk mógłby zrobić to ktoś z zewnątrz. Temu właśnie trzeba przypisać atmosferę w Domku pod 
Cisami. Wszyscy śledzą pilnie wszystkich. Jeżeli zajdzie coś nowego… 

— Nie będzie więcej nagłych śmierci przerwała panna Marple — a przynajmniej sądzę, że 

być ich nie powinno. 

— Trudno o pewność w podobnej sytuacji… 
— Otwarcie mówiąc, jestem prawie pewna. On osiągnął już cel. — On? 
— Równie dobrze mogłabym powiedzieć „ona”… To tylko sposób mówienia. 
— Cel? Jaki? 
Panna Marple bezradnie rozłożyła ręce, gdyż sama nie była jeszcze zupełnie pewna. 

background image

XXIII 

 
Jeszcze raz panna Somers naparzała herbatę w pokoju  maszynistek. Jeszcze raz nalała do 

imbryka  niezupełnie  wrzącej  wody.  Powtórzyła  się  historia.  Panna  Griffith  pomyślała 
przyjmując filiżankę z rąk podwładnej: „Słowo daję! Pomówię o niej z panem Parcivalem. Z 
pewnością znajdziemy kogoś lepszego. Ale w trakcie tej potwornej historii trudno zawracać mu 
głowę drobiazgami administracyjnymi”. 

Panna Griffith rzuciła cierpko zdanie wielekroć powtarzane uprzednio: 
— Woda znów nie zagotowana, Somers! 
Skarcona poróżowiała lekko i wygłosiła tradycyjną formułę: 
— Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się na pewno. 
Dalszy  rozwój  utartych  wydarzeń  zakłóciło  nagłe  przybycie  Lancelota  Fortescue,  który 

wszedł  do  pokoju  i  nie  bez  zakłopotania  rozejrzał  się  dokoła.  Panna  Griffith  poderwała  się 
raptownie, by wybiec na jego spotkanie. 

— Pan Lance! zawołała. 
Gość spojrzał na nią z. ujmującym uśmiechem. 
— O! Panna Griffith. 
Kierowniczka  hali  maszyn  była  zachwycona.  Po  jedenastu  latach  pan  Lance  pamiętał  jej 

nazwisko! 

— To dziwne, że… że przypomina mnie pan sobie — odpowiedziała z wahaniem. 
— Naturalnie, że przypominam sobie panią — odpowiedział Lancelot swobodnie i z całym 

charakteryzującym go wdziękiem. 

W  pokoju  maszynistek  zapanował  nastrój  podniecenia.  W  niepamięć  poszły  herbaciane 

niepowodzenia  panny  Somers.  Winowajczyni  z  rozchylonymi  ustami  gapiła  się  na 
niezwykłego  przybysza.  Panna  Bell  zerkała  ku  niemu  ukradkiem  znad  wałka  maszyny  do 
pisania. 

Panna Chase dyskretnie dobyła z szuflady kosmetyczkę i upudrowała nos. Lance ponownie 

rozejrzał się dokoła. 

— Wszystko tu jak dawniej — powiedział. 
— Istotnie, proszę pana — podchwyciła panna Griffith. — Niewiele zmian. Doskonale pan 

wygląda i jaki opalony! Z pewnością miał pan bardzo interesujące życie w tamtych dalekich 
krajach. 

— Zapewne, panno Griffith, zapewne…  Ale teraz spróbuję  chyba  interesującego życia  w 

Londynie. 

— Wróci pan do firmy? 
— Być może. 
— Ach! Cóż za miła wiadomość! 
— Czy  ja  wiem?  Prędko  się  okaże,  że  wszystko  wywietrzało  mi  z  głowy.  Będzie  pani 

musiała wtajemniczać mnie w sprawy biurowe od nowa. 

Panna Griffith roześmiała się radośnie. 
— Z wielką przyjemnością, proszę pani! Słowo daje, z wielką przyjemnością. 
— Dziękuje, panno Griffith… Bardzo pani uprzejma. 
— Nie  wierzyłam  nigdy…  Nie  myślałam  rozpoczęła  panna  Griffith  i  urwała  z 

zakłopotaniem. 

— Że diabeł taki czarny, jak go malują, co? podchwycił żywo Lancelot Fortescue. Sądzę, że 

miała pani rację. Ale nie ma co wracać do starych dziejów. Przyszłość się nie liczy. Mój brat 
jest w biurze? 

— Tak, proszę pana. Zastanie go pan w gabinecie. 

background image

— Dziękuję. Lance skinął głową i odszedł swobodnym krokiem. W poczekalni blokującej 

drogę  do  sanktuarium  szefa  siedziała  za  biurkiem  podstarzała  kobieta  o  surowym  wyrazie 
twarzy. Na widok Lancelota wstała i rzuciła groźnie: 

— Pańskie nazwisko? W jakiej sprawie? Gość spojrzał na mą ze zdumieniem. 
— Czy… Czy panna Crosvenor? zapytał. 
Słyszał, że panna Grosvenor jest efektowną blondynką. Widział jej zdjęcia, zamieszczone w 

prasie z okazji dochodzenia w sprawie nagłego zgonu Reksa Fortescue. Nie! To nie może być 
ona. 

— Panna  Grosvenor  odeszła  w  ubiegłym  tygodniu.  Nazywam  się  Hardcastle.  Jestem 

sekretarką osobistą pana Parcivala Fortescue. 

„Stary  Percy!  Poczciwy,  stary  Percy  w  każdym  calu!  —  pomyślał  Lance.  —  Pozbył  się 

efektownej blondynki i na jej miejsce przyjął tego smoka. Sądził, że tak będzie bezpieczniej i z 
pewnością taniej”. 

— Moje nazwisko Lancelot Fortescue — odpowiedział gładko. 
— Aa… Bardzo przepraszam zmieniła ton pani Hardcastle. — Pan… pan pierwszy raz w 

naszym biurze? 

— Pierwszy, ale prawdopodobnie nie ostatni — uśmiechnął się Lance. 
Pchnął  drzwi  gabinetu  i  ku  niemałemu  zdziwieniu  zobaczył,  że  za  biurkiem  urzęduje  nie 

Parcival,  lecz  inspektor  Neele.  Detektyw  podniósł  wzrok  znad  ogromnego  stosu  papierów, 
które przeglądał, i uprzejmie skinął głową. 

— Dzień dobry panu — powiedział. — Przyszedł pan zapewne, aby rozpocząć pracę? 
— Co? Wie pan już, ze mam zamiar wrócić do firmy? 
— Tak. Od pańskiego brata. Mówił mi o tym. 
— Mówił panu? Z entuzjazmem? 
— Entuzjazmu me zauważyłem — odparł poważnie Neele maskując uśmiech. 
— Biedny stary Percy — westchnął Lance. 
— Naprawdę chce pan stać się człowiekiem interesu? — Detektyw spojrzał nań bystro. 
— Nie wierzy pan w taką odmianę? 
— Czy ja wiem? Jakoś do pana nie pasuje. 
— Dlaczego? Jestem synem swojego ojca. 
— Ale i matki dodał Neele. 
— Źle  pan  trafił,  inspektorze.  Moja  matka  była  romantyczką  wiktoriańskiego  typu.  Jej 

ulubioną  lekturę  stanowiły  „Idylle  królewskie”,  co  wywnioskował  pan  zapewne  z  naszych 
imion.  Wciąż  chorowała  i,  jak  mi  się  zdaje,  żyła  poza  granicami  świata  realnego.  Ja  nie 
przypominam jej w niczym. Jesieni ogołocony z. sentymentalizmu. Romantyczność słabo do 
mnie przemawia. Życie traktuję realistycznie, czysto realistycznie, inspektorze. 

— Nie każdy jest taki, jak sobie wyobraża — bąknął Neele. 
— To  święta  prawda  przyznał  Lance.  Usiadł  w  fotelu,  wyciągnął  swobodnie  długie  nogi, 

uśmiechnął  się  do  siebie  i  nieoczekiwanie  rzucił:  —  Jest  pan  bystrzejszy  niż  mój  braciszek, 
inspektorze. 

— Pod jakim względem, proszę pana? 
— Percy’ego  nakręciłem  tak,  jak  mi  się  podobało.  On  wierzy  w  moje  londyńskie  plany. 

Obawia się, że będę mącił mu wodę, leniuchował, trwonił firmową forsę, wciągał go w jakieś 
fantastyczne spekulacje. Prawie opłacałoby się to dla samej rozrywki! Prawie, inspektorze, ale 
niezupełnie.  Nie  wytrzymałbym  długo  w  biurze.  Brakowałoby  mi  przestrzeni,  powietrza, 
przygody. Udusiłbym się w takiej atmosferze. — Umilkł na moment i dodał żywo: — Ale to 
wszystko poza protokołem. Nie zdradzi mnie pan wobec Vala, prawda? 

— Nie sądzę, proszę pana, by ta kwestia mogła powstać w trakcie dochodzenia. 
— Widzi  pan,  chciałbym  się  trochę  zabawić  —  podjął  Lancelot.  —  Wycisnąć  pot  z 

Percy’ego, odegrać się na nim. 

background image

— Odegrać się? Za co? 
Młody człowiek wzruszył ramionami. 
— E, to takie dawne dzieje. Nie ma o czym mówić. 
— Słyszałem coś o malej przygodzie z czekiem. Czy do tego pan pije? 
— Inspektorze! — zawołał Lance. — Pan wie wszystko! 
— Podobno w grę wchodziła sprawa sądowa — powiedział detektyw. — Pański ojciec był 

temu przeciwny. 

— Tak.  Po  prostu  dał  mi  kopniaku  odrzekł  młody  człowiek.  Przez  pewien  czas  Neele 

spoglądał nań z zainteresowaniem, lecz myślał o Parcivalu Fortescue, nie Lancelocie. Uczciwy, 
skrzętny Parcival, oszczędny do skąpstwa: zagadka wynikająca nieustannie, na każdym etapie 
śledztwa.  Wszyscy  zdają  się  znać  zewnętrzne  pozory  Parcivala,  lecz,  zgłębienie  jego 
wewnętrznej osobowości jest nierównie trudniejszą sprawą. Z pobieżnej obserwacji należałoby 
wnioskować,  że  to  człowiek  bezbarwny,  o  słabym  charakterze,  do  niedawna  tyranizowany 
przez, ojca.  Percy  Cwaniak,  jak  wyraził  się  w  swoim  czasie  naczelnik  Wydziału  Śledczego. 
Obecnie Neele postanowił dowiedzieć się więcej za pośrednictwem Lancelota. 

— Odniosłem  wrażenie  —  podjął  —  że  pański  brat…  jak  to  określić?…  Żył  w  cieniu 

władzy ojca. 

— Czy ja wiem? Lancelot zmarszczył czoło, zamyślił się na moment. — Niewątpliwie takie 

to sprawiało wrażenie, ale czy było tak rzeczywiście? Wspominam dawne czasy i podziw mnie 
ogarnia,  inspektorze,  że  Percy  umiał  zawsze  postawić  na  swoim,  chociaż  pozory  wyglądały 
zupełnie inaczej. Rozumie pan, co mam na myśli? 

— Rozumiem. To istotnie zastanawiające. 
Inspektor  przerzucił  leżące  przed  nim  papiery,  wyłowił  jakąś  kartkę  i  nad  blatem  biurka 

podał Lancelotowi. 

— Ten list napisał pan w sierpniu tego roku, prawda? 
— Tak,  inspektorze.  Ten  list  napisałem  w  lecie,  kiedy  wróciłem  do  Kenii.  Ojciec  go 

zachował. Ciekawe! Gdzie był? Tutaj, w biurze? 

— Nie,  proszę  pana.  Znaleziono  go  w  Domku  pod  Cisami,  pośród  papierów  Reksa 

Fortescue odparł Neele i z wyrazem zastanowienia spojrzał na ćwiartkę papieru leżącą na blacie 
biurka. 

List był niedługi: 
 
Kochany Ojcze! 
Porozumiałem  się  z  Pat  i  twoje  propozycje  przyjmuję.  Zlikwidowanie  moich  tutejszych 

spraw  potrwa  czas  pewien,  powiedzmy,  do  końca  października  lub  początku  listopada.  O 
dokładniejszym terminie przyjazdu dam Ci znać później. Mam nadzieje, że tym razem będziemy 
zgadzać  się  lepiej  niż  dawnymi  czasy.  W  każdym  razie  ja  nie  pożałuję  starań.  To  chyba 
wszystko. Ściskam Cię.
 

Lance 
 
— 
Dokąd zaadresował pan ten list? — odezwał się inspektor Neele. — Tu, czy do Domku 

pod Cisami? 

— Trudne pytanie. Naprawdę nie pamiętam. Lance zmarszczył czoło, starał się odświeżyć 

wspomnienia. — Widzi pan, upłynęły blisko trzy miesiące. Chyba podałem adres biura… Tak! 
Z pewnością biura! — znowu umilkł, by po chwili spytać z żywym zainteresowaniem: Czemu 
pyta pan o to, inspektorze? 

— Zastanawiam  się,  proszę  pana,  dlaczego  ojciec  nie  zostawił  listu  tutaj,  w  teczce 

zawierającej jego osobiste papiery. Dlaczego wziął go do Domku pod Cisami, gdzie znaleziono 
go w szufladzie jego biurka? 

background image

— Dlaczego?  Lance parsknął śmiechem. Żeby Percy  nie wywęszył  listu. Chciał go przed 

nim schować. 

— Na to wygląda przyznał detektyw. Wynikałoby stąd jednak, że pański brat miał dostęp do 

przechowywanych tutaj osobistych papierów ojca. 

— Niezupełnie,  inspektorze  odparł  z  wahaniem  Lance.  —  Podejrzewam,  że  Percy  mógł 

zajrzeć do tych papierów, kiedy mu się podobało, chociaż… chociaż… 

— Ojciec nie brał tego poił uwagę — dokończył zdanie Neele. 
— Właśnie!  —  uśmiechnął  się  Lancelot.  —  Innymi  słowy,  byłoby  to  szpiclowanie.  Ale 

Percy urodził się szpiclem. 

Inspektor  przytaknął  skinieniem  głowy.  Nie  wątpił,  że  Percy  mógł  urodzić  się  szpiclem. 

Pasowało to do znanych mu już cech charakteru pana Parcivala Fortescue. 

— O wilku mowa, a wilk tu — rzekł cicho Lance. 
W tym momencie drzwi otwarły się i do gabinetu wkroczył Parcival. Chciał powiedzieć coś 

inspektorowi, otworzył usta, lecz osłupiał na widok brata. 

— Ty tutaj? — odezwał się po chwili. — Nie mówiłeś o takim planie na dzisiaj. 
— Uległem  niespodziewanemu  zapałowi  do  pracy  i  oto  jestem!  Na  co  mógłbym  się 

przydać? Co dasz mi do roboty? 

— Na  razie  nic  odparł  kwaśno  Parcival.  —  Nic  absolutnie.  Najprzód  musimy  dojść  do 

porozumienia, jakim zająłbyś się działem. No i należałoby znaleźć dla ciebie miejsce… pokój. 

— Aha, Percy! Czemu pozbyłeś się czarującej Grosvenor i na jej miejsce przyjąłeś cudaka z 

końską gębą? 

— Zbyt wiele sobie pozwalasz, Lance — obruszył się starszy brat. —Stanowczo zbyt wiele. 
— Uważam, że to zmiana na gorsze. Okropnie byłem ciekaw czarującej Grosvenor. Czemu 

ją wylałeś? Może ciut za dużo wiedziała, hę? 

— Także pomysł! — Blada twarz Parcivala poczerwieniała ze złości. — Proszę, inspektorze 

— zwrócił się chłodno do detektywa — aby nie traktował pan serio gadaniny mojego brała. On 
ma  specyficzny  gatunek  poczucia  humoru.  Nigdy  nic  ceniłem  wysoko  inteligencji  panny 
Grosvenor. Pani Hardcastle przedstawiła doskonale referencje, pracuje bez zarzutu i pobiera o 
wiele niższą pensję. 

— O wiele niższą pensję — powtórzył Lance wznosząc wzrok ku sufitowi. — Mój drogi, 

nie pochwalam oszczędności kosztem pracownika. Posłuchaj! W ciągu ostatnich tragicznych 
tygodni cały personel dowiódł niezachwianej lojalności. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę i 
wszystkim podnieść uposażenia. Co ty na to? 

— Nie! — rzucił szorstko Percy. Byłaby to łaska nie proszona i absolutnie zbyteczna. 
Inspektor  Neele  zauważył  w  oczach  Lancelota  figlarne  błyski,  lecz  Parcival  był  bez 

wątpienia zbyt wzburzony, aby to dostrzec. 

— Zawsze miewałeś dziwaczne, niedorzeczne pomysły — ciągnął nerwowo starszy brat. W 

aktualnej sytuacji firmy oszczędność to nasza ostatnia nadzieja. 

Detektyw odchrząknął znacząco i zwrócił się do Parcivala: 
— O jednej sprawie pragnąłbym pomówić z panem. 
— Słucham, inspektorze? 
— Od  kilku  miesięcy,  może  od  roku,  zachowanie  i  rozmaite  posunięcia  pana  Fortescue 

niepokoiły pana coraz bardziej, prawda? 

— Tak… — bąknął Parcival. — Ojciec nie czuł się dobrze. Stanowczo nie czuł się dobrze. 
— Usiłował  pan  skontaktować  go  z  lekarzem,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  Spotkała  pana 

kategoryczna odmowa, prawda? 

— Tak, inspektorze. 
— Bardzo przepraszam, ale pozwolę sobie zapytać, czy nie podejrzewał pan, że ojciec ma 

początki  schizofrenii  o  cechach  paranoidalnych,  że  pewne  objawy  megalomanii  oraz 
wzmożonej pobudliwości mogą przerodzić się w zupełny obłęd? 

background image

Parcival zrobił zdziwioną minę. 
— Bardzo  pan  bystry,  inspektorze.  Tak  właśnie  przedstawiały  się  moje  obawy  i  dlatego 

zależało mi bardzo na poddaniu ojca stosownej kuracji. 

— Niewątpliwie w czasie poprzedzającym tę kurację pan Fortescue mógł narazić firmę na 

dotkliwe straty. 

— Mógł to zrobić. Niewątpliwie — przyznał Parcival. 
— Co z kolei stwarzało opłakaną sytuację, prawda? 
— Oczywiście! Nikt nie wyobraża sobie nawet, co ja przeszedłem — westchnął Parcival. 
— A  żalem  z  punktu  widzenia  interesów  firmy,  nagły  zgon  pana  Reksa  Fortescue  to 

wydarzenie korzystne. 

Nie sądzi pan chyba, że śmierć mojego ojca oceniam z takiego punktu widzenia rzucił ostro 

Parcival. 

— Nie  chodzi  mi  o  pańską  ocenę  —  odparł  spokojnie  Neele.  —  Biorę  pod  uwagę  suche 

Takty. Rex Fortescue umarł, nim zdążył doprowadzić swoje sprawy finansowe do kompletnej 
ruiny. 

— Tak! odburknął gniewnie Parcival. — W sferze suchych faktów pańska opinia jest trafna. 
— Reasumujcie, śmierć pańskiego ojca stanowiła wydarzenie korzystne dla całej rodziny, 

uzależnionej od tych spraw finansowych. 

— Poniekąd…  Doprawdy  jednak,  inspektorze,  nie  mam  pojęcia,  do  czego  pan  zmierza, 

bo… Parcival zająknął się, umilkł. 

— Do  niczego  nie  zmierzam,  panie  Fortescue.  W  dalszym  ciągu  porządkuję  suche  fakty. 

Jeszcze jedno, proszę pana. Mówił mi pan, że z chwilą wyjazdu z Anglii obecnego tu pańskiego 
brata ustały wszelkie stosunki pomiędzy nim a panem. 

— I to się zgadza… 
— Niezupełnie,  proszę  pana  —  podchwycił  Neele.  —  Ubiegłej  wiosny,  kiedy  niepokoił 

pana coraz bardziej stan zdrowia ojca, napisał pan w tej sprawie do Afryki. Myślę, że chciał pan 
skłonić  brata,  by  pomógł  w  próbach  poddania  pana  Fortescue  badaniom  lekarskim  i 
ubezwłasnowolnieniu w razie potrzeby. 

— Czy… Nie rozumiem doprawdy, w jakim celu… wyjąkał Parcival. 
— Tak było, prawda? — natarł detektyw. 
— Cóż,  sądziłem,  że  inaczej  nie  mogę  postąpić…  Ostatecznie  Lance  jest  młodszym 

wspólnikiem firmy. 

Inspektor Necie spojrzał na uśmiechniętego Lancelota. 
— Otrzymał pan ten list? 
Młody człowiek przytaknął skinieniem głowy. 
— Co pan odpowiedział? Lance uśmiechnął się beztrosko. 
— Odpowiedziałem, by Percy odczepił się ode mnie, a staremu dał spokój. Napisałem, że 

stary prawdopodobnie wie, co robi i dlaczego. 

Detektyw przeniósł wzrok tui starszego brała. 
— Tak przedstawiała się treść listu pana Lancelota Fortescue? 
— Mniej więcej… Z grubsza tak… Tyle że forma była znacznie obraźliwsza. 
— Wolałem  zaznajomić  policje  z  formą  złagodzoną  uśmiechnął  się  Lance  i  ciągnął:  — 

Otwarcie mówiąc, inspektorze, to był jeden z powodów, dla których przyjechałem do Anglii po 
odebraniu  listu  od  ojca.  Chciałem  osobiście  sprawdzić,  co  się  tu  dzieje.  Odbyłem  z  ojcem 
krótką rozmowę i, doprawdy, nie zauważyłem nic szczególnego. Stary był nieco rozdrażniony, 
lecz  sprawiał  wrażenie  człowieka  odpowiedzialnego  za  swoje  czyny  i  z  całą  pewnością 
zdolnego  do  prowadzenia  własnych  spraw  finansowych.  Tak  czy  inaczej,  po  powrocie  do 
Afryki  i  rozmowach  z  Pat,  postanowiłem  wybrać  się  do  kraju  i…  Jak  by  to  wyrazić?…  I 
dopilnować uczciwej gry — zakończył Lance i zerknął spod oka na brata. 

background image

— Protestuję!  wybuchnął  Parcival.  —  Stanowczo  protestuję  przeciw  podobnym 

insynuacjom. Nie chciałem wymanewrować ojca. Niepokoił mnie jego stan zdrowia i chodziło 
mi także… 

— Chodziło  ci  także  o  własną  kieszeń,  co?  —  podchwycił  żywo  młodszy  brat.  —  O 

pieniążki dobrego chłopca Percy’ego! — Wstał i nieoczekiwanie zmienił ton. — Niech będzie, 
Percy. Mam dosyć. Chciałem przycisnąć cię trochę, nastraszyć, że pcham się do pracy w firmie. 
Udawałem, by dać ci po nosie, nauczyć, że nie zawsze łatwo postawisz na swoim. Nie myślę 
tutaj zostać, bo żeby być szczerym, duszno mi w jednym pokoju z tobą. Przez całe życie byłeś 
marnym,  paskudnym  łajdaczyną.  Pasożytowałeś  na  ludziach,  szpiclowałeś,  łgałeś,  knułeś 
drobne  intrygi.  Powiem  więcej!  Nie  mogę  dowieść  twojej  winy,  ale  jestem  pewien,  że  ty 
podrobiłeś  czek,  który  wywołał  całą  chryję.  Wykombinowałeś  to,  by  się  mnie  pozbyć, 
Fałszerstwo  było  dziwnie  nieudolne:  na  pierwszy  rzut  oka  wielkim  głosem  dawało  znać  o 
sobie.  Ja  miałem  wtedy  zabazgraną  opinie.  Nic  mogło  być  mowy  o  skutecznej  obronie.  Ale 
dziwiło  mnie  jedno:  czemu  stary  nie  zwietrzył,  że  gdybym  ja  chciał  podrobić  jego  podpis, 
załatwiłbym to dużo sprawniej. — Lancelot umilkł na chwile, by zacząć znowu podniesionym 
głosem: — Co dalej, Percy? Nie myślę przeciągać głupiej zabawy. Znudziła mnie śmiertelnie 
Anglia  i  londyńskie  mgły.  Mam  wyżej  uszu  podobnych  tobie  małych  ludzików  w 
sztuczkowych  spodniach  i  czarnych  marynarkach.  Mam  wyżej  uszu  ich  drobnych  matactw  i 
szwindli, obłudy, ugrzecznionych słówek. Rozliczymy się, jak proponowałeś, i ucieknę z Pat 
do innego kraju, gilzie nie brak miejsca i swobodnego oddechu. Sam przeprowadzisz podział 
aktywów  i  papierów  wartościowych.  Możesz  zatrzymać  murowanie  pewne,  nisko 
oprocentowane  walory.  Mnie  odpowiadam  bardziej  najświeższe  nabytki  ojca,  akcje 
fantastycznie  spekulacyjne,  jak  je  nazywasz.  Oczywiście  to  w  znacznej  części  śmiecie.  Ale 
gotów jestem trzymać zakład, że jeden czy drugi portfel przyniesie w swoim czasie więcej niż 
wszystkie  twoje  trzyprocentowe  pożyczki  państwowe.  Z  ojca  był  stary  spryciarz.  Lubił 
ryzykować, ale niektóre |ego ryzykowne posunięcia dawały pięćset, sześćset, siedemset procent 
zysku. Stawiam na zdrowy rozsądek i szczęśliwą rękę Reksa Forlescue. A ty, marny gadzie… 
—  Lancelot  postąpił  krok  w  stronę  brała,  ten  zaś  wycofał  się  za  biurko  i  ulokował  obok 
detektywa.  —  Nie  bój  się!  Palcem  cię  nie  tknę. Chciałeś  mnie  stąd  wykurzyć  i  wykurzyłeś. 
Powinieneś być kontent — odwrócił się ku drzwiom i dodał przez ramię: Możesz dorzucić mi 
starą  koncesję  na  kopalnię  Kos,  jeżeli  ci  to odpowiada.  Może tropią  nas  mściwi  członkowie 
rodu  MacKenzie?  W  takim  razie  pociągną  moim  śladem  do  Afryki,  zemsta  po  tylu  latach 
wydaje  się  mało  realna…  Ale  inspektor  Neele  traktuje  serio  tę  historię…  Nie  mylę  się, 
inspektorze, prawda? 

— Nonsens! — zawołał Parcival. — W życiu nie zdarzają się takie rzeczy. 
— Pogadaj z inspektorem — uśmiechnął się Lance. Sprawdź, czemu dopytuje się o kosy, 

żyto w kieszeni marynarki ojca, takie różne szczególiki. 

Detektyw zabrał głos z powagą zwracając się do Parcivala. 
— Niewątpliwie przypomina pan sobie kosy z ostatniego lata. Wydaje mi się, proszę pana, 

że jest o co pytać. 

— Nonsens! powtórzył Parcival. — Od lat nic nie wiadomo o nikim z rodziny MacKenzie. 
— A jednak — podchwycił młodszy brat — jestem prawie pewien, że pośród nas znajdzie 

się ktoś z tej rodziny, i podejrzewam, że inspektor Neele myśli podobnie. 

 
Detektyw dogonił na ulicy Lancelota Fortescue, który powitał go smętnym uśmiechem. 
Nie chciałem wywołać awantury — powiedział ale straciłem panowanie  nad sobą… Cóż, 

prędzej lub później do czegoś podobnego dojść musiało. Umówiłem się z Pat w Savoyu. Idzie 
pan w tamtą stronę, inspektorze? 

— Nie. Wracam do Baydon Heath. Chciałem tylko o coś pana zapytać. 
— Słucham, inspektorze? 

background image

— Wszedł  pan  do  gabinetu  i  mnie  tam  zobaczył,  zrobił  pan  wtedy  zdziwioną  minę. 

Dlaczego? 

— Pewno dlatego, że nie spodziewałem się zastać pana. Liczyłem, że za biurkiem zobaczę 

brata. 

— Nie powiedziano panu, że brat wyszedł? 
— Przeciwnie. Powiedziano mi, że jest w gabinecie. 
— Aha…. Rozumiem… Gabinet ma tylko jedno wyjście, ale z pokoju sekretarki prowadzą 

drugie drzwi, prosto na korytarz. Zapewne pan Fortescue z nich skorzystał… Ale to dziwne, że 
nie wspomniała o tym pani Hardcastle. 

— Może poszła po filiżankę herbaty — roześmiał się Lance. 
— Aha… Może… zapewne. Lancelot spojrzał bystro na detektywa. 
— Jakiś nowy pomysł, inspektorze? — zapytał. 
— Nie… Zastanawia mnie tylko parę drobnych szczególików… 

background image

XXIV 

 
Inspektor Neele jechał pociągiem do Baydon Heath i po drodze rozwiązywał krzyżówkę w 

„Timesie” z wyjątkowo miernym powodzeniem. Jego uwagę zaprzątały rozmaite możliwości. 
W podobny sposób przebiegał wzrokiem wiadomości ze świata. „Trzęsienie ziemi w Japonii. 
Odkrycie  złóż  uranu  w  Tanganice.  Zwłoki  marynarza  wyrzucone  przez  morze  w  okolicy 
Southampton.  Groźba  strajku  dokerów.  Dalsze  ofiary  chuligańskich  wybryków.  Nowy 
specyfik niezwykle skuteczny w zaawansowanym stadium gruźlicy”. 

Treść artykułów tworzyła cudaczny wzór na drugim planie świadomości. Ostatecznie Neele 

wrócił do krzyżówki i błyskawicznie rozszyfrował trzy wyrazy. 

Kiedy dotarł wreszcie do Domku pod Cisami, zdobył się na decyzję. 
— Co z panną Marple? — zapytał swojego sierżanta. — Nie wyjechała jeszcze’? 
— Skąd znowu! — odparł Hay. Jest i strasznie się zaprzyjaźniła z tą starą z piętra. 
— Rozumiem… A teraz gdzie jej szukać? Chciałbym z nią pogadać. W kilka minut później 

nadeszła panna Marple, zaróżowiona i lekko zdyszana. 

— Życzył pan sobie, inspektorze, pomówić ze mną — zaczęła. — Bardzo przepraszam, że 

kazałam na siebie czekać, lecz sierżant Hay nie od razu mnie znalazł. Byłam w kuchni, żeby 
pochwalić  panią  Crump  za  doskonałe  ciasto.  Ona  ma,  inspektorze,  cudownie  lekką  rękę. 
Wczoraj  zrobiła  poemat,  nie  suflet!  Widzi  pan,  zagadkową  sprawę  najlepiej  rozwiązywać 
etapami, po trochu. Dla policji to niełatwe zadanie, prawda? Przy formalnym śledztwie trzeba 
podchodzić  do  zagadnienia  mniej  lub  więcej  prosto  z  mostu.  Ale  starsza  pani  jak  ja!  Cóż, 
inspektorze, każdy spodziewa się, że taka musi paplać  na sto obojętnych tematów. A  można 
rzec, że droga do serca kucharki wiedzie przez jej suflety i ciasta. 

— Naprawdę chciała pani porozmawiać z kucharką o Gladys Martin, prawda? 
— Ma się rozumieć, panie inspektorze. O Gladys. I pani Crump niejedno mogła powiedzieć 

o biednej dziewczynie. Nie w kwestii morderstwa, oczywiście. Dowiedziałam się o nastrojach i 
humorach Gladys, o rozmaitych głupstwach, które ostatnio mówiła. Nie chodzi mi o głupstwa 
w sensie niedorzeczności. Nic podobnego. Miałam na myśli drobiazgi bez znaczenia. 

— Opłaciła się pogawędka? zapytał detektyw. 
— Aha. Nawet sowicie A ogólnie biorąc, sadzę, że tajemnica rozjaśnia się nieco. Przyzna mi 

pan racje, inspektorze. 

— I tak, i nie — odparł Neele. 
Był zadowolony, że sierżant Hay wyszedł z pokoju, gdyż zamierzał pokierować rozmową w 

sposób, wyrażając się najoględniej, nietradycyjny. 

— Proszę pani — zaczął — chciałbym pomówić z panią serio. 
— Służę, inspektorze. 
— W pewnym sensie, proszę pani, reprezentujemy odmienne punkty widzenia. Przyznaję, 

że w Scotland Yardzie słyszałem o pani coś niecoś — uśmiechnął się dyskretnie. Jest tam pani 
dobrze znana. 

Starsza pani zrobiła lekko zakłopotaną minę. 
— Nie mam pojęcia, czemu tak się działo powiedziała — ale nieraz miałam do czynienia ze 

sprawami, które nie powinny mnie obchodzić. Chodzi mi o morderstwa i rozmaite niezwykłe 
wydarzenia. 

— Przy sposobności zyskała pani doskonałą reputację — uśmiechnął się inspektor Necie. 
— Może… Sir Henry Clithering to mój stary przyjaciel. 
— Jak już nadmieniłem — podjął detektyw — reprezentujemy odmienne punkty widzenia. 

Można by je nazwać: racjonalny oraz irracjonalny. 

Panna Marple pochyliła głowę na bok, w sposób bardzo dla niej charakterystyczny. 
— Ciekawe… Co pan przez to rozumie, inspektorze? 

background image

— Istnieje, proszę pani, racjonalny sposób oceny wydarzeń. Pierwsze morderstwo przynosi 

korzyści  pewnym  osobom…  Wyrażając  się  ścisłej,  szczególnie  jednej  osobie.  Na  drugim 
zyskuje ta sama osoba. Trzecie tłumaczą względy bezpieczeństwa. 

— Przepraszam.  Które  morderstwo  nazywa  pan  trzecim?  —  zapytała  panna  Marple  i 

porcelanowo–błękitnymi oczyma spojrzała bystro w twarz detektywa. 

— O to chodzi! Parę dni temu omawialiśmy sprawę z naczelnikiem Wydziału Śledczego i 

coś,  co  on  powiedział,  wydało  mi  się  nielogiczne.  Teraz  rozumiem.  Sugerowałem  się 
kolejnością  wydarzeń  z  wierszyka.  Król  w  skarbcu,  klotowa  w  salonie,  służebna  przy 
wietrzeniu ubrań. 

— Właśnie!  —  podchwyciła  starsza  dama.  W  wierszyku  jest  taka  kolejność.  Oczywiście 

jednak Gladys została zamordowana wcześniej niż Adela Fortescue. 

— Zapewne… Albo raczej z całą pewnością, proszę pani. Gladys odnaleziono krótko przed 

północą.  Niepodobna  było  określić  dokładnie,  od  jak  dawna  nie  żyje.  Ale  jestem  głęboko 
przekonany, że zginęła około piątej po południu, ponieważ… 

— Ponieważ w przeciwnym razie — przerwała panna Marple — niewątpliwie zaniosłaby do 

biblioteki drugą tacę. 

Naturalnie! Gladys podała herbatę, poszła do kuchni, wróciła do hallu z drugą tacą i w tym 

momencie coś zaszło. Usłyszała coś lub zobaczyła. Pytanie, co to było? Albo kto? Dubois mógł 
pojawić  się  na  schodach,  odwiedziwszy  salonik  pani  Fortescue.  Adorator  Elanie,  Gerald 
Wright,  mógł  wejść  do  domu  bocznymi  drzwiami.  W  każdym  razie  coś  odwróciło  uwagę 
dziewczyny  od  tacy  i  zwabiło  ją  do  ogrodu.  Dalsze  wydarzenia  musiały  nastąpić  szybko. 
Gladys nie marudziłaby na dworze, bo było zimno, a miała na sobie tylko lekką sukienkę. 

— Najzupełniej słusznie — zgodziła się panna Marple. Linijka „Służąca w ogrodzie wietrzy 

ubrań  stos”  nie  odpowiada  faktom.  Gladys  nie  mogła  wietrzyć  ubrań  o  tej  porze  dnia  i 
oczywiście nie wyszłaby na podwórze bez wierzchniego okrycia. Umieszczenie jej zwłok pod 
sznurami do suszenia bielizny to maskowanie, jak klamerka zaciśnięta na nosie. Chodziło o to, 
by wszystko zgadzało się z wierszykiem. 

— Właśnie!  To  szalona  koncepcja  —  powiedział  Neele  a  zarazem  jedyna  zasadnicza 

rozbieżność naszych poglądów. Nic  mogę, nie  jestem w stanie przełknąć całej  historii z tym 
wierszykiem. 

— Musi pan jednak przyznać, inspektorze, że historia z wierszykiem pasuje. 
— Pasuje,  ale  w  innej  kolejności.  Wierszyk  sugeruje,  że  służebna  padła  ofiarą  trzeciego 

morderstwa. My natomiast wiemy, że trzecia  była królowa. Adela  Fortescue zginęła  między 
piątą dwadzieścia pięć a szóstą pięć, kiedy Gladys już nie żyła. 

— I  tu  cała  teoria  leży,  prawda?  Nie  wszystko  pasuje  do  dziecinnego  wierszyka…  To 

znaczące, inspektorze, bardzo znaczące. 

Neele wzruszył ramionami. 
— Może  to  dzielenie  włosa  na  części.  Ostatecznie  śmierć  przystosowała  się  do  treści 

wiersza, a o nic więcej nie chodziło. Ale mówię tak, jak gdybym był po pani stronie. Spróbuję 
raczej  naszkicować  własny  punkt  widzenia.  Odrzucam  kosy,  żyto,  resztę  takich  rzeczy. 
Zestawiam suche fakty, zdrowy rozsądek i prawdopodobne przyczyny, dla jakich ludzie zdrowi 
na  umyśle  popełniają  morderstwa.  Przede  wszystkim,  kto  zyskał  z  racji  zgonu  Reksa 
Fortescue? Kilka osób, ale najbardziej jedna, jego syn Parcival. Nie było go tego rana w domu, 
nie mógł więc zaprawić trucizną kawy ani niczego do jedzenia. Tak przynajmniej wydawało się 
mim zrazu. 

— Aa… Więc mógł się znaleźć sposób? Wiele o tym myślałam, inspektorze. Brałam pod 

uwago różnorodne rozwiązania. Oczywiście jednak nie znalazłam dowodów ani poszlak. 

— Mogę powiedzieć pani bez szkody dla śledztwa, że taksynę umieszczono w nieruszonym 

słoiku z marmoladą. Wierzchnią warstwę tej marmolady zjadł przy śniadaniu Kex Fortescue. 
Następnie  ktoś  wyrzucił  ten  słoik  (najprawdopodobniej  przez  okno  prosto  w  zarośla),  a  w 

background image

spiżarce  postawił  drugi,  tak  samo  napoczęty.  Słoik  znaleźliśmy  w  zaroślach,  Otrzymalcm 
wyniki badania laboratoryjnego. Wykryto niewątpliwie ślady taksyny. 

— A więc to tak — wtrąciła panna Marple. — Metoda prosta i łatwa. 
— Zjednoczona Agencja Powiernicza znalazła się w opłakanej sytuacji — ciągnął detektyw. 

Mogło  jej  grozić  bankructwo,  gdyby,  zgodnie  z  testamentem  Reksa  Fortescue,  wypłaciła 
wdowie po nim sto tysięcy funtów. Adela Fortescue nie przejmowałaby się stanem finansów i 
kłopotami  firmy.  Gdyby  przeżyła  męża  o  miesiąc,  niewątpliwie  zechciałaby  wycofać  cały 
kapitał. Stało się inaczej. Adela Fortescue umarła, a korzyść odniósł generalny spadkobierca, 
czyli innymi słowy, Parcival Fortescue. Jeszcze raz mamy Parcivala Fortescue, ale co z tego? 
Istnieje możliwość, że on dobrał się do słoika z marmoladą. Ale w żaden sposób nie mógł otruć 
macochy czy też udusić Gladys. Jego sekretarka zeznała, że tamtego dnia o piątej po południu 
Parcival Fortescue był w biurze, a wszyscy wiemy, że do domu wrócił krótko przed siódmą. 

— To stwarza trudności, prawda? — wtrąciła starsza dama. 
— Trudności  nie do pokonania, z których wynika, że Parcival  nie wchodzi w rachubę — 

przyznał posępnie inspektor Neele i zapominając o dyskrecji i ostrożności mówił dalej i. nutą 
rozgoryczenia: — Dokądkolwiek się ruszę, gdziekolwiek spojrzę, napotykam tę samą osobę: 
Parcivala  Fortescue.  I  co?  Parcival  Fortescue  nie  wchodzi  w  rachubę.  Uspokoił  się  nieco, 
zmienił ton. Cóż, istnieją inne możliwości. Ten czy ów mógł mieć równie uzasadniony motyw. 

— Na przykład Vivian Dubois podpowiedziała panna Marple — albo ten młody Wright z 

wyjątkową  czujnością  należy  traktować  przypadki,  w  których  może  działać  chęć  zysku. 
Najgorsza wada to umysł zbyt ufny. 

— Z reguły trzeba brać pod uwagę najgorsze, co? — uśmiechnął się mimo woli detektyw. 
— Tak.  Ja  zawsze  jestem  skłonna  wierzyć  w  najgorsze.  A  najsmutniejsza  historia,  że 

zazwyczaj sprawdzają się moje domysły. 

— Niech będzie, proszę pani. Przyjmijmy najgorsze. Zbrodniarzem może być Dubois albo 

Gerald Wright, oczywiście w zmowie z Elaine Fortescue, która zajęła się marmoladą. Mogła to 
zrobić również Jennifer Fortescuc, bo znajdowała się na miejscu pierwszego dnia i drugiego. 
Ale żadna z wymienionych osób nie pasuje do irracjonalnego punktu widzenia: kosów, kieszeni 
pełnej  żyta.  Nie  pasuje  do  pani  domysłów,  może  i  w  danym  razie  słusznych.  Przy  takim 
założeniu  wszystko  zdaje  się  wskazywać  jedną  osobę:  panią  MacKenzie.  Ale  ona  od  lat 
przebywa  w  zakładzie  dla  umysłowo  chorych.  Nie  była  w  stanie  dobrać  się  do  słoika  z 
marmoladą ani wsypać cyjanku do filiżanki  herbaty. Jej syn, Donald, poległ pod Dunkierką. 
Pozostaje  jedynie  córka.  Kuby  MacKenzie.  Jeżeli  zatem  pani  teoria  jest  trafna,  jeżeli  seria 
morderstw ma związek z kopalnią Kos, Ruby MacKenzie musi znajdować się w tym domu, a 
może nią być tylko jedna osoba. 

— Wydaje  mi  się  wtrąciła  panna  Marple  —  że  zagadnienie  traktuje  pan  nieco  zbyt 

dogmatycznie. 

Detektyw nie zwrócił uwagi na jej słowa. 
— Tylko jedna osoba powtórzył stanowczo i wyszedł z pokoju. 
 
Pokój  Mary  Dove  był  skromnie  umeblowany,  lecz  wygodny  i  przytulny  —  wygodny  i 

przytulny  dzięki  staraniom  obecnej  lokatorki.  Kiedy  inspektor  Neele  zastukał  do  drzwi, 
zarządzająca domem oderwała wzrok od książek z rachunkami dostawców. 

— Proszę — powiedziała spokojnie. 
Detektyw wszedł, a Mary Dove uprzejmie wskazała mu krzesło. 
— Zechce pan usiąść  i,  jeżeli to możliwe, zaczekać chwilkę. Rachunek dostawcy ryb  jest 

zdaje się nie w porządku. Muszę go sprawdzić. 

Detektyw  siedział  czas  pewien  spoglądając  na  dziewczynę,  która  mozoliła  się  nad  długą 

kolumną liczb. Podziwiał jej spokój i opanowanie i, jak nieraz uprzednio, próbował odgadnąć, 
jaką  prawdziwą  osobowość  maskują  te  zewnętrzne  pozory.  Bacznie  studiował  twarz 

background image

zarządzającej  domem,  szukał  podobieństwa  między  nią  a  twarzą  kobiety,  z  którą  niedawno 
rozmawiał  w  sanatorium  Sosny.  Cóż?  Ogólny  koloryt  był  nieco  zbliżony,  lecz  rysy  bardzo 
różne. Na koniec Mary Dove zwróciła ku niemu spojrzenie. 

— Słucham, inspektorze. Czym mogę służyć? 
— Proszę pani, ta sprawa obfituje w szczegóły wyjątkowo niepospolite. 
— Aha… 
— Na początek żyto znalezione w kieszeni Reksa Fortescue. 
— Szczegół istotnie niepospolity — przyznała dziewczyna. — Nie potrafię wyjaśnić go w 

żaden sposób. 

— Dalej mamy kosy. Cztery kosy podrzucone latem na biurko Reksa Fortescue i historia z 

kosami, którymi kłoś zastąpił farsz zapiekanego w cieście pasztetu z cielęciny i szynki. Pani 
była tu w czasie obu tych incydentów? 

— Byłam. Doskonale wszystko pamiętam. Taki niedorzeczny kawał, złośliwy i absolutnie 

bez sensu. 

— Czy na pewno bez sensu? Co pani wie o kopalni Kos? 
— Chyba jak żyję nie słyszałam o czymś takim! 
— W swoim czasie poinformowała mnie pani, że nazywa się Mary Dove. Czy to prawdziwe 

nazwisko? 

Zarządzająca  domem  podniosła  brwi.  Detektyw  odniósł  wrażenie,  iż  w  jej  niebieskich 

oczach dostrzegł wyraz czujności. 

— Osobliwe pytanie, inspektorze. Czy oznaczaono podejrzenie, że nie nazywam się Mary 

Dove? 

— Trafiła  pani!  podchwycił  swobodnie  inspektor  Neele.  —  Podejrzewam,  że  pani 

prawdziwe nazwisko brzmi Ruby MacKenzie. 

Szeroko  otworzyła  oczy.  Przez  chwilę  miała  twarz  kompletnie  pozbawioną  wyrazu,  ani 

oburzoną, ani zdziwioną. Detektyw był głęboko przekonany, że dziewczyna zastanawia się nad 
czymś. 

— Co pan spodziewa się usłyszeć, inspektorze? — powiedziała wreszcie. 
— Odpowiedź na pytanie: czy nazywa się pani Ruby MacKenzie. 
— W swoim czasie poinformowałam pana, jak się nazywam: Mary Dove. 
— Wiem. Ale czy ma pani na to dowody? 
— Co pan życzy sobie zobaczyć? Moje świadectwo urodzenia? 
— Świadectwo  urodzenia  to  dowód  i  niedowód.  Może  pani  być  w  posiadaniu  takiego 

dokumentu jakiejś Mary Dove, swojej znajomej albo osoby nieżyjącej. 

— Naturalnie. Istnieją niezliczone możliwości — uśmiech rozjaśnił twarz Mary Dove. Ma 

pan nie lada orzech do zgryzienia. Prawda, inspektorze? 

— Może rozpozna panią ktoś z. personelu sanatorium Sosny — powiedział Neele. 
— Sanatorium Sosny! zawołała młoda osoba. — Co to za sanatorium? Gdzie się znajduje? 
— Myślę, że pani wie najlepiej. 
— Zapewniam pana, że nic nie rozumiem. 
— I kategorycznie pani twierdzi, że nie nazywa się Ruby MacKenzie? 
— Wolałabym  nie  twierdzić  nic  kategorycznie.  Widzi  pan,  inspektorze,  to  pan  musiałby 

dowieść, że  moje prawdziwe  nazwisko brzmi  Ruby MacKenzie — złośliwie  i z wyzwaniem 
spojrzała prosto w oczy detektywa. Tak, pański kłopot, inspektorze. Pan musi dowieść, że ja 
jestem  tą  jakąś  Ruby  MacKenzie  —  uśmiechnęła  się  zagadkowo  —  jeżeli  oczywiście  to 
możliwe. 

background image

XXV 

 
Sierżant Hay dopadł przełożonego na schodach i powiedział konspiracyjnym szeptem: 
— Stara plotkarka szuka pana inspektora. Myślę, że ma dużo do powiedzenia. 
— Bodaj ją licho! 
— Tak jest, panie inspektorze odparł z niezmąconym spokojem służbista. 
— Słuchajcie, Hay! — podjął inspektor. Trzeba sprawdzić referencje z poprzednich posad 

panny Mary Dove. No i chciałbym prędko dostać odpowiedź na parę pytań. Puście to w ruch. 
Na kartce papieru skreślił kilka zdań i podał ją sierżantowi. 

Gdy mijał hall, usłyszał w bibliotece szmer głosów, więc zajrzał tam przez uchylone drzwi. 

Może panna Marple szukała go poprzednio, obecnie jednak przemawiała z ożywieniem do pani 
Parcivalowej  Fortescue.  Pośród  klekotu  metalowych  drutów  detektyw  wyłowił  uchem  jej 
słowa: 

— …święcie  przekonana,  że  trzeba  powołania,  by  zostać  pielęgniarką.  To,  moja  droga, 

szlachetna praca, bardzo szlachetna. 

Detektyw  cofnął  się  pewien,  że  starsza  dama  spostrzegła  go,  ale  nie  chciała  przerywać 

rozmowy. 

Mówiła dalej łagodnym, melodyjnym głosem: 
— Raz złamałam rękę w przegubie i opiekowała się mną przemiła pielęgniarka. Prosto ode 

mnie poszła do pani Sparrow czuwać w chorobie nad jej synem, młodym oficerem marynarki. 
Wynikła  romantyczna  historia!  Wie  pani,  młodzi  zaręczyli  się,  pobrali  i  teraz  mają  dwoje 
ślicznych  dzieci  starsza  dama  westchnęła  sentymentalnie.  —  To  było  zapalenie  płuc,  przy 
którym tak wiele zależy od troskliwej pielęgnacji. 

— Naturalnie!  —  przyznała  gorąco  Jennifer.  —  Grunt  to  troskliwa  pielęgnacja.  Chociaż 

przy  zapaleniu  płuc  cuda  sprawiają  antybiotyki.  Nie  ma  już  dziś  dawnej  upartej  walki  z 
chorobą. 

— Pani, moja droga, z pewnością była wzorem pielęgniarki. I ta romantyczna historia miała, 

zdaje się, laki sam początek. Przyjechała pani do Domku pod Cisami, by doglądać w chorobie 
pana Parcivala. 

— Aha… Naturalnie, proszę pani., tak się to zaczęło. 
Ton Jennifer nie brzmiał nutą zachęty, lecz panna Marple nie pozwoliła zbić się z tropu. 
— Naturalnie nie wypada słuchać plotek służby, ale taka stara ciekawska jak ja zawsze chcę 

dowiedzieć się czegoś o ludziach z domu w którym chwilowo mieszka. O czym to ja mówiłam? 
Aha! Przed panią  była tutaj  inna pielęgniarka, prawda? Odprawiono ją, o ile  mi wiadomo, z 
powodu zaniedbywania obowiązków. 

— Chyba  nie  to,  proszę  pani.  Słyszałam,  że  ciężko  zachorował  jej  ojciec  czy  ktoś  inny  z 

najbliższej rodziny — sprostowała pani Valowa. 

— Aha, rozumiem… Później pani przyjechała, wynikła miłość i… — Ładnie się to złożyło, 

bardzo ładnie. 

— Czyja wiem? Czasami myślę… — Jennifer za jąknęła się nerwowo — Czasami myślę, że 

chętnie wróciłabym do szpitala. 

— Nic dziwnego, moja droga, nic dziwnego. Od razu widać, że kocha pani swój szlachetny 

zawód. 

— Nawet nie to, proszę pani… Ale dokucza mi okropna nuda. Po całych dniach nie mam się 

czym zająć, a Vala interesują tylko sprawy firmy. 

Panna Marple ze zrozumieniem pokiwała głową. 
— Cóż,  moja  droga  —  westchnęła.  Panowie  muszą  ciężko  pracować  w  dzisiejszych 

trudnych czasach. Nikogo nie stać na odpoczynek, nawet przy wielkich dochodach. 

background image

— Dlatego właśnie żonom tak pusto w życiu i nudno — podjęła Jennifer. — Często żałuję, 

że się tu pokazałam. Ale dobrze mi tak! Nie trzeba było zaczynać! 

— Czego zaczynać, moja droga? 
— Nie  powinnam  wyjść  za  Vala…  No  i…  —  pani  Parcivalowa  westchnęła  ciężko.  — 

Zmieńmy lepiej temat. 

Uprzejma starsza dama zagaiła rozmowę o fasonie spódnic noszonych ostatnio w Paryżu. 
 
Panna  Marple  zastukała  do  drzwi  gabinetu,  a  gdy  inspektor  Neele  poprosił,  by  weszła, 

zwróciła się do niego: 

— Bardzo byłabym wdzięczna, gdyby obecnie zechciał mi pan nie przerywać. Pragnęłabym 

uzgodnić  i  skontrolować  kilka  istotnych  punktów  z.  wyrzutem  spojrzała  na  detektywa.  — 
Właściwie nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy. 

— Przepraszam  i  przyznaję,  że  zachowałem  się  mało  uprzejmie  —odparł  detektyw  z 

najbardziej ujmującym uśmiechem. — Zaprosiłem panią na konsultację, a sam przez cały czas 
gadałem. 

— Nic  się  nie  stało,  inspektorze,  bo  widzi  pan,  wtedy  nie  byłam  jeszcze  gotowa  do 

wyłożenia  na  stół  wszystkich  kart.  Nie  chciałabym  oskarżać  nikogo  bez.  niezachwianej 
pewności… To znaczy niezachwianej pewności we własnym przekonaniu. W tej chwili jestem 
pewna. 

— Czego jest pani pewna? 
— Wiem,  kto  zabił  Keksa  Fortescue.  Sprawę  przypieczętowało  to,  co  pan  powiedział  o 

marmoladzie.  Pojęłam  wtedy  „jak”,  a  także  „kto”  i  że  morderstwo  mieści  się  w  granicach 
logicznego działania. 

Inspektor Neele wytrzeszczył oczy, a starsza dama zauważyła jego zdumienie, więc podjęła 

szybko. 

— Niestety,  inspektorze,  zdaję  sobie  sprawę,  że  niekiedy  trudno  mi  zdobyć  się  na 

przejrzyste formułowanie myśli. 

— Jak  dotąd,  proszę  pani,  nie  bardzo  rozumiem,  o  czym  właściwie  mówimy  bąknął 

niepewnie detektyw. 

— Najlepiej  jeszcze  raz  zacznijmy  od  początku,  jeżeli  naturalnie  czas  panu  pozwala. 

Chciałabym przedstawić swój punkt widzenia. Ja, inspektorze, dużo gawędziłam z  ludźmi, z 
panną Ramsbottom, panią Crump, jej mężem. Ma się rozumieć, Crump jest łgarzem, ale, widzi 
pan,  to  na  jedno  wychodzi,  jeżeli  oczywiście  wiadomo  z  góry,  że  kłamca  musi  kłamać. 
Musiałam,  inspektorze,  zbadać  do  gruntu  sprawę  rozmów  telefonicznych,  nylonów,  takich 
rzeczy. 

Neele  słuchał  nadal  z  szeroko  otwartymi  oczami.  W  myśli  zadawał  sobie  pytanie,  w  co 

właściwie  pozwolił  się  wciągnąć  i  jak  mógł  sobie  wyobrażać,  że  w  pannie  Marple  znalazł 
wartościowego  współpracownika  o  logicznym  sposobie  rozumowania?  Obecnie  sądził,  że 
panna Marple  ma zamęt w głowie,  lecz  nie przekreślał pewnej wartości zebranych przez nią 
informacji. Wszystkie swoje sukcesy zawdzięczał umiejętności pilnego słuchania, toteż i teraz 
słuchał pilnie. 

— Zechce pani wyłożyć  mi wszystko — powiedział. — Ale  jeżeli  łaska, od początku, od 

samego początku. 

— Ma się rozumieć, inspektorze — obiecała starsza dama — a samym początkiem, jak się 

pan  wyraził,  była  Gladys.  Pozwolił  mi  pan  zabrać  wszystkie  jej  rzeczy  i  dzięki  temu  plus 
nylonowe pończochy, rozmowy przez telefon, dodając jedno do drugiego stworzyłam zupełnie 
przejrzysty obraz. Chodzi mi naturalnie o pana Fortescue i taksynę. 

— Stworzyła pani teorię na temat taksyny w słoiku z marmoladą i śmierci Reksa Fortescue? 

— zdumiał się Neele. 

— To nie teoria, inspektorze odrzekła skromnie panna Marple. — Ja wiem. 

background image

Detektyw po raz trzeci wytrzeszczył oczy. 
— Bez wątpienia zrobiła to Gladys — uzupełniła informację starsza dama. 

background image

XXVI 

 
Neele popatrzył na pannę Marple z niedowierzaniem i zdumieniem: 
— Twierdzi pani. że Gladys Martin zamordowała z premedytacją Reksa Fortescue? Przykro 

mi, ale nie wierzę. 

Nie, inspektorze. Gladys nie chciała go zabić, lecz zabiła mimo wszystko. Sam pan mówił, 

że podczas wstępnego przesłuchania była zdenerwowana, niespokojna, jak gdyby miała coś na 
sumieniu. 

— Tak. Ale nie morderstwo! 
Oczywiście:  nie  morderstwo,  Nic  zamierzała  uśmiercić  nikogo.  Kiedy  doprawiała 

marmoladę taksyną, w głowie jej nie postało, że to trucizna. 

— Więc co sobie wyobraziła? — spytał Neele nadal z nutą powątpiewania. 
— Sądziła  prawdopodobnie,  że  chodzi  o  jakiś  cudowny  lek —  odparta  panna  Marple.  — 

Niezwykle  ciekawe,  inspektorze,  ciekawe  i  pouczające  są  wycinki  z  gazet  przechowywane 
przez  proste  dziewczęta.  Od  wieków  wraca  wciąż  jedno  i  to  sumo:  porady  kosmetyczne, 
sposoby  na  pozyskanie  męskiego  serca,  przeróżne  czarnoksięskie  sztuczki,  zaklęcia, 
niesamowite  wydarzenia.  W  naszych  czasach  znaczna  część  tego  wszystkiego  dalia  pod 
wspólny  nagłówek  „Wiedza”.  Nikt  nie  wierzy  dziś  w  czary,  Nic  wierzy,  że  człowiek  może 
machnąć czarnoksięską pałeczką i drugiego człowieka przemienić w żabę. Jeżeli jednak gazeta 
zamieści  wiadomość,  że  dzięki  przeszczepieniu  pewnych  gruczołów  powiodło  się  uczonym 
zmienić  budowę  tkanki  i  w  człowieku  rozwinąć  cechy,  zbliżone  do  żabich…  Cóż?  Każdy 
przyjmie to za dobrą monetę. Gladys czytała w prasie o środkach zmuszających do mówienia 
prawdy, więc uwierzyła, kiedy on o nich mówił. 

— On? Kto? — zapytał detektyw. 
— Albert Evans, młody człowiek, który rzeczywiście nazywa się inaczej. W każdym razie 

on tego lata spotkał Gladys w tej czy innej miejscowości wypoczynkowej, zaczął jej asystować, 
oświadczać się, opowiadać o jakichś swoich krzywdach czy prześladowaniach. Z pewnością 
chodziło  o  to,  by  Reksowi  Fortescue  podać  cudowny  środek,  który  zmusi  go  do  wyznania 
prawdy i naprawienia szkód. Tego wszystkiego naturalnie nie wiem, lecz jestem prawie pewna, 
że się nie mylę. Albert Evans namówił Gladys, by postarała się o pracę w tym domu. Rozumie 
pan? Brak dziś służby domowej, więc nietrudno przyjąć posadę tam, gdzie się zechce. Służba 
nieustannie  jest  w  ruchu,  zmienia  pracodawców.  Dokładnie  ustalili  termin…  Pamięta  pan, 
inspektorze,  ostatnią  pocztówkę:  „Nie  zapomnij.  Ufam  ci”.  Miał  nadejść  wielki  dzień 
przygotowany  wspólnymi  siłami.  Gladys  doda  cudownego  środka  do  marmolady,  którą  pan 
Fortescue zje na śniadanie. Ona też nasypie żyta do kieszeni marynarki. Nie wiem, co on jej 
powiedział  na  temat  żyta. Pamięta  pan  jednak,  co  powiedziałam  o  Gladys  pierwszego  dnia? 
Powiedziałam, że była to dziewczyna wyjątkowo łatwowierna, gotowa dać wiarę wszystkiemu, 
co napięcie jej przystojny kawaler. 

— Słucham… Niech pani mówi dalej — wtrącił zdławionym głosem inspektor Neele. 
— Cała  historia  polegała  najprawdopodobniej  na  tym,  że  on  przyjdzie  do  biura  pana 

Fortescue, kiedy cudowny środek zacznie już działać, więc winowajca będzie musiał wyznać 
wszystko… Coś w podobnym sensie… Wyobraża pan sobie uczucia Gladys, gdy dowiedziała 
się o śmierci pracodawcy? 

— W takim przypadku wyznałaby prawdę policji — zaoponował detektyw. 
— Co  powiedziała  pierwszego  dnia,  kiedy  pan  wezwał  ją  na  przesłuchanie?  —  zapytała 

szorstko starsza dama. 

— Powiedziała: „Ja nic złego nie zrobiłam”. 
— Właśnie!  podchwyciła  triumfalnie  panna  Marple.  —  Coś  takiego  musiała  powiedzieć. 

Kiedy stłukła w domu to czy owo, mówiła zawsze: „Ja tego nie zrobiłam. Nie mam pojęcia, 

background image

proszę  pani,  co  się  stało”.  Takie  już  one  są.  Są  przestraszone  i  myślą  tylko,  żeby  uniknąć 
nagany. Nie sądzi pan chyba, że załamana  nerwowo prosta dziewczyna, która nieświadomie 
zamordowała kogoś, powie zaraz policji całą prawdę? Byłoby to absolutnie niezgodne z jej całą 
psychiką. 

— Tak… Zapewne ma pani słuszność — bąknął detektyw. Przypomniał sobie rozmowę z 

Gladys Martin — jej rozbiegane oczy, niepewność, zdenerwowanie. Mogły to być szczegóły 
błahe albo bardzo ważne. Na ówczesnym etapie nie dało się to rozstrzygnąć. Nie jego wina, że 
nie potrafił wysnuć właściwych wniosków. 

— Z tego,  co  powiedziałam,  wynika  —  ciągnęła  panna  Marple  —  że  w  pierwszej  chwili 

Gladys  chciała  wszystko  zataić.  Tak  być  musiało.  Później  zaczęła  porządkować  myśli  w 
skołatanej głowie. Może Albert nie wiedział, że to aż tak silny środek? Może przez omyłkę dał 
jej zbyt dużą dozę? Pragnęła usprawiedliwić się jakoś, rozwikłać zagadkę. Spodziewała się, że 
on nawiąże z nią kontakt. Zrobił to oczywiście. Zatelefonował. 

— Wie pani? 
— Nie.  Przyznaję,  że  to  moje  przypuszczenia.  Tamtego  dnia  było  kilka  zagadkowych 

połączeń.  Telefon  dzwonił,  a  gdy  słuchawkę  podniósł  Crump  lub  jego  żona,  nikt  się  nie 
odzywał.  Tak  właśnie  on  musiałby  postąpić:  czekać,  póki  nie  pozna  głosu  Gladys,  i  wtedy 
umówić się z nią. 

— Aha… Rozumiem wtrącił inspektor Neele. — Gladys miała z nim spotkanie umówione w 

dniu. kiedy umarła. 

— Wszystko  na  to  wskazuje.  Pani  Crump  trafnie  zwróciła  uwagę,  że  tamtego  dnia 

dziewczyna  włożyła  eleganckie  nylony  i  swoje  najlepsze  pantofle.  Umówiła  się  z  kimś,  ale 
niepotrzebny jej był wolny dzień. On zapowiedział się do Domku pod Cisami. Dlatego Gladys 
była zdenerwowana i podniecona. Dlatego spóźniła się z podaniem herbaty. Kiedy przyniosła 
do  hallu  drugą  tacę,  prawdopodobnie  spojrzała  w  głąb  korytarza  ku  bocznym  drzwiom  i 
spostrzegła  swojego  Alberta,  który  na  migi  dawał  jej  do  zrozumienia,  żeby  się  pośpieszyła. 
Odstawiła tacę i pobiegła na spotkanie. 

— Wtedy on ją udusił — dodał Neele. 
— Tak. Nie potrwało to nawet minuty. Cóż, nie mógł dopuścić, by Gladys zaczęła mówić. 

Musiała zginąć biedna, głupia,  łatwowierna dziewczyna. Później ścisnął  jej  nos klamerką do 
bielizny  —  głos  starszej  damy  zadźwięczał  odrazą  i  gniewem.  —  W  ten  sposób  wszystko 
zgadzało się z wierszykiem: żyto, kosy, skarbiec, bułka z miodem, klamerka… Zbrodniarz nie 
był w stanie zilustrować lepiej ptaszka, który służebnej oddziobał nos. 

— I co? — rzucił inspektor Neele. — Najprawdopodobniej facet trafi do Broadmoor, więc 

nic uda się powiesić wariata. 

— Sądzę, że uda się powiesić go, jak  należy. To nie wariat, inspektorze. Od początku do 

końca postępował jak człowiek najzupełniej normalny. 

Detektyw spojrzał bystro w twarz panny Marple. — Proszę posłuchać. Naszkicowała pani 

teorię,  bo  to  teoria,  chociaż  powiedziała  pani:  „Ja  wiem”.  Dowodzi  pani,  że  trzy  zbrodnie 
popełnił  ktoś  podający  się  za  Alberta  Ewansa,  kto  poznał  Gladys  w  jakiejś  miejscowości 
wypoczynkowej i naiwną dziewczynę wykorzystał dla własnych celów. Musiał to być ktoś, kto 
chciał się zemścić za odwieczną historię z kopalnią Kos. Jak stąd wynika, sugeruje pani, że syn 
pani  MacKenzie,  Donald,  nie  padł  pod  Dunkierką,  że  żyje  i  ukrywa  się  za  tym  całym 
bałaganem? 

— Skąd znowu, inspektorze! — obruszyła się starsza dama. Nic podobnego nie sugeruję. 

Czy  pan  nic  zdaje  sobie  sprawy,  że  historia  z  kosami  to  zasłona  dymna,  wykorzystana… 
Rozumie  pan?  Wykorzystana  przy  okazji  przez.  kogoś,  kto  dowiedział  się  o  kosach:  tych 
podrzuconych  na  biurku  i  tych  z  pasztetu.  Naturalnie  same  kosy  nie  stanowiły  zasłony. 
Posłużył się nimi ktoś inny, kto wiedział o tamtej kopalni i chciał się zemścić. Ale nie myślał o 
zamordowaniu Reksa  Fortescue, usiłował go tylko nastraszyć, wytrącić z równowagi. Widzi 

background image

pan, nie wierzę w wychowywanie dzieci dla ponurej, krwawej odpłaty. Dzieci  mają  na ogół 
dużo zdrowego rozsądku. Jednakże osoba, której ojca oszukano w swoim czasie, może nawet 
porzucono  chorego  na  pewną  śmierć,  nie  cofnie  się  z  pewnością  przed  płataniem 
krzywdzicielowi  złośliwych  figli.  Coś  w  tym  rodzaju  zaszło  tu  najprawdopodobniej,  a 
przypadkowym zbiegiem okoliczności posłużył się morderca. 

— Morderca! — powtórzył inspektor Neele. Śmiało, proszę pani. Chciałbym dowiedzieć się 

czegoś o mordercy. Któż to taki? 

— Nie  będzie  pan  naprawdę  zaskoczony.  Nie,  inspektorze.  W  momencie,  kiedy  powiem, 

kto  to  zrobił  lub  raczej  kogo  podejrzewam,  bo  w  podobnych  kwestiach  należy  wyrażać  się 
ściśle…  Prawda,  inspektorze?…  Odkryje  pan  niezwłocznie,  że  takiego  typu  zbrodnie  mógł 
popełnić taki właśnie człowiek: bystry, błyskotliwy, absolutnie pozbawiony skrupułów. Motyw 
stanowiły naturalnie pieniądze i to zapewne grube pieniądze. 

— Parcival Fortescue? zapytał Neele niemal płaczliwym tonem, bo zdawał sobie sprawę, że 

charakterystyka zbrodniarza w niczym nie przypomina starszego syna Reksa Fortescue. 

— Ach, nie! — obruszyła się starsza dama. — Nie Parcival. Lance. 

background image

XXVII 

 
— Niepodobna! —zawołał inspektor Neele. 
Przez  chwilę  siedział  bez  ruchu  i  wpatrywał  się  w  pannę  Marple,  jak  gdyby  go  urzekła, 

zgodnie z jej zapowiedzią nie był zaskoczony. Przeczył nie prawdopodobieństwu jej tezy, lecz 
możliwości  popełnienia  morderstw.  Lance  odpowiaduł  naszkicowanej  przez  starszą  damę 
sylwetce — naszkicowanej trafnie. Jednakże Neele nie był  w stanie pojąć, w  jaki  sposób on 
właśnie mógłby stanowić właściwą odpowiedź. 

Panna Marple poprawiła się na krześle i rozwijała swoją teorię cicho, łagodnie, pouczającym 

tonem osoby, która tłumaczy małemu dziecku proste zadanie arytmetyczne. 

— Lancelot Fortescue zawsze był taki. Roziume pan? Był zły, zarazem jednak sympatyczny 

i  pociągający,  zwłaszcza  sympatyczny  i  pociągający  dla  kobiet.  Ma  błyskotliwy  umysł  i  nie 
zwykł  cofać  się  wobec  ryzyka.  Przez  całe  życie  ryzykował,  a  z  racji  wrodzonego  wdzięku 
ludzie dostrzegają w nim zwykle najlepsze, nie najgorsze strony. Latem przyjechał do kraju, 
aby  zobaczyć  się  z  ojcem.  Na  moment  nie  uwierzę,  że  Rex  Fortescue  napisał  do  niego  albo 
wezwał  go  w  jakiejkolwiek  innej  formie,  chyba  że  pan,  inspektorze,  ma  co  do tego  niezbite 
dowody. Panna Marple spojrzała pytająco na detektywa. 

— Nie,  proszę  pani  odrzekł.  —  Nie  mam  żadnego  dowodu,  że  Rex  Fortescue  wezwał 

młodszego  syna.  Posiadam  list  pisany  rzekomo  przez  Lancelota  po  jego  bytności  w  Anglii. 
Naturalnie łatwo mógł ten list wsunąć między papiery ojca w dniu, gdy zaprezentował się w 
Domu pod Cisami. 

— Sprytny  pomysł!  starsza  dama  skinęła  głową.  —  Ale  do  rzeczy,  inspektorze.  Lance 

przyleciał z Afryki, próbował pogodzić się z ojcem i nic nie wskórał. Rozumie pan? Było to 
wkrótce  po  jego  ślubie,  kiedy  młodemu  człowiekowi  przestały  wystarczać  nieznaczne  zyski 
młodszego wspólnika  firmy, uzupełniane pewno na rozmaite podejrzane sposoby. Naprawdę 
kochał  Pat,  nawiasem  mówiąc  dobrą,  uroczą  kobietkę,  więc  życie  z  nią  chciał  urządzić 
spokojnie, nie na dawną awanturniczą  modłę. Z jego punktu widzenia wymagało to grubych 
pieniędzy.  Podczas  odwiedzin  w  Domku  po  Cisami  usłyszał  coś  o  kosach.  Może  o  głupich 
żartach wspomniał sam  Rex  Forlescue,  może  Adela.  Lancelot  wywnioskował  słusznie,  że  w 
domu  musi  się  znajdować  panna  MacKenzie,  wpadł  więc  na  pomysł,  ze  uczyni  z  niej 
doskonałego kozła ofiarnego. Bo, widzi pan, kiedy zrozumiał, że z pojednania nic nie będzie, z 
zimną krwią zdecydował się

 

na morderstwo. Mógł zauważyć, że Rex Fortescue… powiedzmy, 

ma  nie  wszystkie  klepki  w  porządku,  obawiał  się  więc.  aby  przed  naturalną  śmiercią  nie 
przywiódł firmy do kompletnej ruiny. 

— O stanie zdrowia ojca dobrze wiedział — wtrącił detektyw. 
— No  proszę!  To  niejedno  wyjaśnia.  Zapewne  imię  ojca,  Rex,  a  także  historie  z  kosami 

nasunęły  mu  pomysł  wykorzystania  wierszyka  dla  dzieci.  Chciał  stworzyć  pozory  obłędu, 
połączyć całą sprawę z dawnymi pogróżkami pani MacKenzie. Następnie zamierzał pozbyć się 
Adeli i ocalić dla firmy sto tysięcy funtów. Ale musiał znaleźć trzecią osobę dramatu: służebną, 
która „w ogrodzie wietrzy ubrań stos”. Może to właśnie uzupełniło szatański plan. Rozumie 
pan? Nieświadoma wspólniczka, którą da się uciszyć, nim zacznie mówić! Dzięki temu Lance 
zdobył coś, na czym mu najbardziej zależało: prawdziwe, niezbite alibi w kwestii pierwszego 
morderstwa. Reszta poszła gładko. Lancelot Fortescue przyjechał tu pociągiem przed piątą po 
południu. Kiedy Gladys przyniosła do hallu drugą tacę, uchylił boczne drzwi i skinął na biedną 
dziewczynę.  Trzy,  może  cztery  minuty  stracił  na  uduszenie  jej  i  przeniesienie  zwłok  na 
podwórko, gdzie wisiała bielizna. Później zadzwonił do drzwi frontowych, a gdy je panna Dove 
otworzyła,  wziął  udział  w  familijnym  podwieczorku.  Następnie  poszedł  odwiedzić  pannę 
Ramsbottom, niepostrzeżenie wrócił na parter i w bibliotece zastat Adelę nad ostatnią filiżanką 
herbaty. Podczas rozmowy z macochą łatwo uporał się z cyjankiem. Rozumie pan? Mała biała 

background image

grudka.  Lance  mógł  sięgnąć  do  cukiernicy  i  niby  dosłodzić  herbatę.  Może  roześmiał  się  i 
powiedział:  „Spójrz!  Wrzuciłem  do  filiżanki  jeszcze  jedną  kostkę  cukru”.  Ona  mogła 
odpowiedzieć, że dobrze zrobił, zamieszała herbatę, pociągnęła  łyk. Historia prosta i śmiała, 
bo, inspektorze, to człowiek oprócz innych cech charakteru, niewątpliwie śmiały. 

— Wszystko  to  prawdopodobne…  tak,  proszę  pani,  prawdopodobne  —  odparł  z  wolna 

inspektor Neele. —  Ale  nie rozumiem, doprawdy nie rozumiem, co zbrodniarz  miał zyskać. 
Przyjmijmy nawet, że, gdyby nie śmierć Reksa Fortescue, firma zbankrutowałaby wkrótce. Czy 
udział  Lancelota  jest  wystarczająco  duży,  by  skłonić  go  do  trzech  morderstw?  Nie  wierzę, 
proszę pani. Nie mogę uwierzyć. 

Przyznaję,  inspektorze…  —  panna  Marple  zawahała  się  na  moment.  Przyznaję,  że  tu 

właśnie leży pewna trudność… Ale… Wybaczy pan, jestem kompletną ignorantką w sprawach 
finansowych… Czy kopalnia Kos jest naprawdę bez wartości? 

Neele  począł  snuć  refleksje.  Rozmaite  fragmenty  tworzyły  stopniowo  harmonijną  całość. 

Ochota,  z  jaką  Lance  chciał  przyjąć  od  brata  spekulacyjne  akcje  wątpliwej  wartości.  Jego 
dzisiejsza wzmianka o kopalni Kos. Kopalnia złota. Lipna kopalnia złota. „Ale czy to naprawdę 
koncesja nic niewarta? Prawdopodobnie tak. Trudno sobie wyobrazić, by stary Rcx Forlescue 
tak  się  omylił.  Chyba  że  ostatnio  dokonano  jakiegoś  odkrycia?…  Gdzie  właściwie  jest  ta 
kopalnia?  Lance  mówił  o  Afryce  Zachodniej,  ale  ktoś  inny…  Aha!  Panna  Ramsbottom 
wymieniła Afrykę Wschodnia. Czy Lance popełnił błąd celowo, dla zmylenia śladów? Może 
panna  Ramsbottom  prawdziwie  określiła  położenie  Kosa,  chociaż  jest  siara  i  pamięć  ma 
zapewne przytępiona. Afryka  Wschodnia. Stamtąd przyjechał  Lance. Mógł dowiedzieć się o 
czymś niedawno…” 

Raptownie,  jak  gdyby  z  trzaskiem,  nowy  szczegół  uzupełnił  schemat.  „Wagon kolejowy. 

«Times». «Odkrycie złóż uranu w Tanganice». A jeżeli te złoża odkryto na terenach kopalni 
Kos?  Wszystko byłoby wtedy  jasne. Lance  będąc na  miejscu dowiedział się w porę  i zaczął 
działać. Mógł zdobyć fortunę, kolosalną fortunę!” 

Inspektor Necie westchnął i spojrzał w twarz panny Marple. 
— Myśli  pani,  że  zdołam  dowieść  tego  wszystkiego?  —  zapytał.  —  Jakim  cudownym 

sposobem? 

— Dowiedzie  pan,  inspektorze!  —  rzuciła  starsza  dama  tonem  zachęty,  jak  dobra  ciocia, 

która przed egzaminem dodaje odwagi siostrzeńcowi. — Jest pan człowiekiem niepospolicie 
inteligentnym,  rozumnym.  Zauważyłam  to  od  razu.  Dziś  wie  pan  „kto”,  chodzi  tylko  o 
zgromadzenie  dowodów.  Na  przykład  w  tamtej  miejscowości  wypoczynkowej  ktoś  może 
poznać fotografię Lancelota. Trudno mu będzie wówczas wytłumaczyć, dlaczego spędził tam 
tydzień podając się za Alberta Evansa. 

„Słusznie  —  pomyślał  detektyw.  —  Lancelot  Fortescue  jest  błyskotliwy  i  pozbawiony 

skrupułów. Ale to również człowiek  lekkomyślny. Podjął zbyt wielkie ryzyko. Dostanę go!” 
zakonkludował i raz jeszcze uległ wątpliwościom. 

— To wszystko przypuszczenia, proszę pani — powiedział. 
— Z pewnością. Ale jest pan przekonany, że trafne przypuszczenia, prawda? 
— Zapewne… Miewałem już do czynienia z typami zbliżonego pokroju. 
— Właśnie! Dlatego i ja jestem tak pewna swego podchwyciła panna Marple. 
— Z powodu znajomości przestępców? — uśmiechnął się detektyw nie bez ironii. 
— Skąd znowu… Chodzi o Pat… To urocza, szlachetna dziewczyna, z gatunku tych, które 

zawsze  wychodzą  za  łajdaków…  To  przede  wszystkim  zwróciło  moją  uwagę  na  Lancelota 
Fortescue… 

— Cóż, osobiście mogę być przekonany, że to trafne przypuszczenie. Ale niejedno trzeba 

będzie wyjaśnić. Chociażby zagadkę Ruby MacKenzie. Jestem prawie pewien… 

— I  ma  pan  słuszność  —  przerwała  panna  Marple.  — Tyle  że  upatrzył  pan  nie  tę osobę. 

Proszę pomówić szczerze z. panią Parcivalową. 

background image

 
— Czy zechciałaby pani podać mi swoje panieńskie nazwisko? — zwrócił się Neele do pani 

Parcivalowej Fortescue. 

— Czy… — Jennifer zająknęła się, zrobiła wystraszoną minę. 
— Proszę się nie denerwować — podjął detektyw. — Najlepiej zawsze wyznać całą prawdę. 

Nie omylę się chyba, jeżeli powiem, że przed ślubem nazywała się pani Ruby MacKenzie. 

— Ja… Dlaczego?… A jeżeli nawet się tak nazywałam… 
— To  wszystko  w  porządku  dokończył  inspektor  Neele.  —  Kilka  dni  temu  byłem  w 

sanatorium Sosny. Rozmawiałem z pani matką. 

— Jest na mnie strasznie zła powiedziała Jennifer. — Moje wizyty denerwowały ją tylko, 

więc zaniechałam ich od dawna. Biedna mateczka! Bardzo kochała mojego ojca. 

— I wychowywała panią w melodramatycznej atmosferze zemsty, prawda? 
Tak. Mnie i bratu kazała przysięgać na Biblię, że nie zapomnimy nigdy i zabijemy tamtego. 

Później poszłam do szpitala na praktykę i wkrótce zrozumiałam, że moja matka jest umysłowo 
chora. 

A sama myślała pani o zemście? 
— Ja? Myślałam. Rex Fortescue faktycznie zabił mojego ojca. Nie zastrzelił go naturalnie 

ani  nie  pchnął  nożem.  Nic  w  tym  rozumieniu.  Ale  jestem  prawie  pewna,  że  opuścił  go  w 
chorobie, zostawił na pewną śmierć. To na jedno wychodzi, prawda? 

— Pod kątem widzenia moralności, tak. 
— Więc myślałam o zemście, chciałam się odegrać — podjęła pani Valowa. — Syn Reksa 

Fortescue zachorował na zapalenie płuc i opiekowała się nim moja przyjaciółka. Skłoniłam ją, 
by odeszła i mnie poleciła na swoje miejsce. Nie miałam wtedy żadnego planu. Naturalnie w 
głowie mi nie postała myśl o wyprawieniu na tamten świat Reksa Fortescue… Mętnie roiłam, 
że  będę  źle  pielęgnować  jego  syna, tak  źle,  że  Val  umrze.  Ale  dla  pielęgniarki  z  zawodu to 
przedsięwzięcie niemożliwe. Opiekowałam się chorym troskliwie, wyciągnęłam go z biedy, a 
on… Widocznie mu się spodobałam, bo poprosił mnie o rękę. Wtedy powiedziałam sobie: „To 
zemsta bardziej sensowna niż każda inna”. Chodziło o to, że dzięki małżeństwu z synem pana 
Fortescue odzyskam pieniądze wyszachrowane przez starego od mojego ojca. Uważałam, ze 
tak będzie rozumniej. 

— Niewątpliwie  —  przyznał  inspektor  znacznie  rozumniej.  Domyślam  się,  że  pani 

podrzuciła nieżywe kosy na biurko teścia i do pasztetu? 

Jenniler zmieszała się, zarumieniła. 
— Tak… Dziś rozumiem, że postąpiłam strasznie głupio… Ale pan Fortescue opowiadał o 

swoich  dowcipnych  transakcjach,  chwalił  się,  że  tego  czy  owego  oszachrował  najzupełniej 
legalnie… Cóż, chciałam mu napędzić trochę strachu. I napędziłam! Okropnie się denerwował. 
— Pani Valowa urwała, by podjąć zaraz z nutą zaniepokojenia: Ale nic więcej nie zrobiłam! 
Naprawdę, inspektorze! Nie podejrzewa pan chyba, że byłabym zdolna do morderstwa? 

— Nie podejrzewam, proszę pani — zapewnił detektyw. — Aha… Czy ostatnio dawała pani 

jakieś pieniądze pannie Dove? 

Jennifer szeroko otworzyła usta. 
— Skąd pan wie? 
— My,  proszę  pani,  dużo  wiemy  —  odparł  Neele  i  szepnął  do  siebie:  —  Niemało  też 

odgadujemy. 

Pani Parcivalowa ożywiła się, zaczęła mówić bardzo szybko: 
— Ona przyszła do mnie  i opowiedziała,  jak to pan wmawiał w  nią, że nazywa się Ruby 

MacKenzie.  Dodała,  że  może  utrzymywać  pana  w  błędzie,  jeżeli  przyniesie  to  jej  pięćset 
funtów.  Powiedziała  też,  że  gdy  pan  pozna  moje  prawdziwe  nazwisko,  oskarży  mnie  o 
zamordowanie teścia i jego żony. Miałam wiele kłopotu ze zdobyciem pieniędzy, bo naturalnie 

background image

nie mogłam przyznać się Parcivalowi. On nic o mnie nie wie. Musiałam sprzedać zaręczynowy 
pierścionek z brylantem i śliczny naszyjnik, który podarował mi pan Fortescue. 

— Proszę się nie martwić, droga pani powiedział z uśmiechem detektyw. — Liczę, że dzięki 

policji odzyska pani te pięćset funtów. 

Następnego dnia inspektor Neele odbył kolejną rozmowę z panną Mary Dove. 
— Ciekaw jestem, proszę pani — rozpoczął — czy zechce pani wręczyć mi czek na pięćset 

funtów płatnych do rąk pani Parcivalowej Fortescue? 

Był kontent, gdyż po raz pierwszy zbił z tropu nieprzeniknioną Mary Dove. 
— Idiotka wypaplała wszystko, co? 
— Istotnie, panno Dove. Oskarżenie o szantaż może pociągnąć konsekwencje bardzo serio. 
— To,  inspektorze,  nie  był  szantaż  w  ścisłym  rozumieniu.  Sądzę,  że  miałby  pan  niemałe 

trudności z dowiedzeniem mi szantażu. Raczej zaproponowałam pani Parcivalowej przysługę 
za uzgodnione wynagrodzenie. 

— Jeżeli zechce pani wręczyć mi czek, z przyjemnością zapomnę o całej sprawie. 
Mary Dove sięgnęła po wieczne pióro i książeczkę czekową. 
— Niemiła historia — powiedziała. Mam właściwie pewne kłopoty finansowe. 
— Pewno poszuka pani wkrótce innej posady? 
— Tak.  Ta  nie  spełniła  nadziei,  jakie  w  niej  pokładałam.  Z  mojego  punktu  widzenia 

wszystko poszło fatalnie. 

— Oczywiście  —  przyznał  detektyw.  Znalazła  się  pani  w  drażliwej  sytuacji,  prawda?  W 

każdej chwili policję mogła zainteresować pani przeszłość. 

Zarządzająca domem — znów chłodna i opanowana — wymownie podniosła brwi. 
— Moja przeszłość? Doprawdy, inspektorze! Moja przeszłość jest absolutnie nienaganna. 
— Naturalnie — zgodził się z uśmiechem detektyw. — Nic przeciwko pani nie mamy. A to 

tylko  zbieg  okoliczności,  że  w  co  najmniej  trzech  domach,  którymi  pani  tak  wzorowo 
zarządzała,  zdarzyły  się  kradzieże  w  dwa  albo  trzy  miesiące  po  pani  odejściu,  panno  Dove. 
Policja  odniosła  wrażenie,  że  włamywacze  byli  doskonale  poinformowani  gdzie  szukać 
cennych futer, biżuterii, takich rzeczy. Dziwny zbieg okoliczności, prawda? 

— Zdarzają się dziwniejsze, inspektorze. 
— Oczywiście, panno Dove, byle nie za często. W każdym razie zaryzykuję twierdzenie, że 

w przyszłości możemy się spotkać. 

— Mam nadzieję… Proszę nie przyjąć moich słów za nieuprzejmość… Ale mam nadzieję, 

inspektorze, że takie spotkanie nie nastąpi. 

background image

XXVIII 

 
Panna  Marple  wyrównała  rzeczy  zapakowane  do  walizki,  schowała  frędzle  wełnianego 

szala, zamknęła wieko. Później rozejrzała się dokoła. Nie! Nic nie zostawiła. Crump zgłosił się 
po bagaż, więc przeszła do sąsiedniego pokoju, by pożegnać pannę Ramsbottom. 

— Obawiam  się  —  powiedziała  —  że  źle  odwdzięczyłam  się  pani  za  gościnność.  Może 

jednak potrafi pani wybaczyć mi kiedyś. 

— Aha… mruknęła panna Ramsbottom zajęta pasjansem, jak zwykle. — Czarny walet na 

czerwoną  damę  —  spod  oka  zerknęła  na  pannę  Marple.  —  Chyba  znalazła  pani  to,  czego 
szukała? 

— Tak. 
— Pewno  też  dowiedział  się  o  wszystkim  ten  jegomość  z  policji.  I  co?  Potrafi  dowieść 

słuszności oskarżenia? 

— Potrafi. Jestem prawie pewna. Ale zajmie to jeszcze trochę czasu. 
— Ja tam nie dopytuję o nic — podjęła panna Ramsbottom. Bystra z pani osoba. Od razu to 

spostrzegłam i pretensji do pani nie mam. Zbrodnia jest zbrodnią, więc musi zostać ukarana. Na 
tej  rodzinie  jest  piętno  zła,  dzięki  Bogu  nie  z  naszej  strony.  Moja  siostra Elwira  była  trochę 
pomylona,  ale  nic  poza  tym.  Czarny  walet  —  powtórzyła  dotykając  palcem  karty.  — 
Przystojny, ale serce czarne. Obawiałam się czegoś podobnego, ostatecznie jednak nie zawsze 
można oprzeć się uczuciu dla grzesznika. Chłopiec potrafił sobie radzić. Nawet mnie omotał. 
Skłamał, o której godzinie stąd wyszedł. Nie zaprzeczyłam, zaczęłam  jednak podejrzewać… 
Podejrzewać  od  tamtej  chwili.  Ale  to  przecież  syn  Elwiry.  Nie  potrafiłam  zmusić  się  do 
mówienia. Cóż, pani jest kobietą sprawiedliwą, a sprawiedliwość musi w końcu zatriumfować. 
Współczuję tylko jego żonie. 

Ja również — szepnęła panna Marple. W hallu Pat czekała, aby się z nią pożegnać. Szkoda, 

że pani odjeżdża — powiedziała. — Będzie mi pani brakować. 

— Czas  na  mnie  —  odparta  starsza  dama.  —  Zakończyłam  sprawę,  w  której  tu 

przyjechałam.  Nie  była  przyjemna.  Ale,  moja  droga,  to  ważne,  bardzo  ważne,  aby  zło  nie 
odniosło zwycięstwa. 

— Nie bardzo rozumiem… — bąknęła niepewnie Pat. 
— Oczywiście.  Prawdopodobnie  jednak  zrozumie  pani  w  swoim  czasie.  Jeżeli  wolno  mi 

udzielić rady, powiem, kochane dziecko, że… że gdyby stało się coś złego, najlepiej zrobi pani 
wracając do Irlandii, kraju radosnego dzieciństwa, do koni, psów, wszystkiego, co tam zostało. 

— Czasami żałuję, że nic postąpiłam tak, gdy umarł Freddy, lecz w takim razie… — głos 

Pul zabrzmiał miękką, tkliwą nutą — nie spotkałabym Lance’a. 

Panna Marple westchnęła, a młoda kobieta mówiła dalej: 
— Nie  zostaniemy  w  Anglii,  proszę  pani.  Jak  wyjaśnią  się  sprawy,  wrócimy  do  Afryki 

Wschodniej. Już cieszę się na myśl o wyjeździe. 

— Niech  Bóg  panią  błogosławi,  miłe  dziecko  —  powiedziała  cicho  panna  Marple.  — 

Trzeba wielkiej odwagi, by przeżyć jakoś życie. Myślę, że pani jej nie brak. 

Pogładziła dłoń Pat Fortescue i wyszła z Domku pod Cisami do czekającej taksówki. 
 
Panna  Marple  przybyła  późnym  wieczorem  do  domu,  gdzie  Kitty  —  wychowanka 

sierocińca — radośnie ją powitała. 

— Na  kolację  mam  śledzia,  proszę  pani  —  oznajmiła  z  rozpromienioną  twarzą..  Jak  to 

dobrze, że pani wróciła… A dom jak cacko, proszę pani. Zrobiłam regularne wielkie porządki. 

— Dziękuję, Kitty powiedziała panna Marple. — Ja też się cieszę, że jestem w domu. 
Sześć pajęczyn pod sufitem. „One nigdy  nie patrzą w górę” — pomyślała,  lecz była zbyt 

zadowolona, by to wypomnieć. 

background image

— Cała poczta leży na stoliku w hallu — ciągnęła służąca. — Jeden list trafił do Daisy Mead 

przez, omyłkę. Coś takiego często się zdarza, prawda? Daisy i Dane wygląda trochę podobnie, 
a ten list ktoś zaadresował bardzo nieładnym charakterem pisma. Tam wszyscy wyjechali i dom 
był zamknięty. Dopiero jak wrócili, ktoś przyniósł list. Przeprosił i powiedział, że to pewnie nic 
ważnego. 

Panna Marple sięgnęła po korespondencję. List, o którym mówiła Kitty, leżał na wierzchu. 

Mgliste wspomnienie kojarzyło się z gryzmołami i kleksami na kopercie. Starsza dama rozdarta 
ją spiesznie. 

 
Moja Najkochańsza pani, bardzo proszę mnie przebaczyć, że pisze do Najkochańszej pani, 

ale nie wiem. co teraz zrobić i ja naprawdę nie chciałam zrobić nic złego. Najkochańsza pani 
przeczyta w gazetach, że to było morderstwo, ale Bogiem się świadczę, że nie moja wina, bo ja 
nigdy nie zrobilabym czegoś takiego strasznego, a pewna jestem, że i On także nie zrobiłby, to 
znaczy  Albert.  Nie  umiem  ładnie  wszystkiego  opisać,  ale  proszę  Najkochańszej  pani 
poznajomiliśmy  się  tego  lata  i  chcieliśmy  się  pobrać,  ale  Albert  nic  nie  miał,  bo  oszukał  go 
właśnie  ten  pan  Fortescue,  co  teraz  umarł.  Tylko  że  ten  pan  nic  nie  przyznawał,  a  ma  się 
wiedzieć  każdy  jemu  wierzył  nie  Bertowi,  bo  on  był  bogacz,  a  Bert  biedak.  Ale  Bert  ma 
przyjaciela, co pracuje we fabryce, gdzie robi się rozmaite leki, a też taki środek, po którym jak 
Najkochańsza pani czy tata pewnie w gazetach, człowiek musi mówić prawdę czy chce czy nie 
chce. Bert chciał pójść z adwokatem do biura pana Fortescue piątego listopada, a ja miałam 
dopilnować,  żeby  pan  Fortescue  zjadł  przy  śniadaniu  to  coś,  po  czym  musiał  powiedzieć 
prawdę, jak środek zacznie działać i przy tym adwokacie przyznać, że  wszystko było tak, jak 
Bert powiada. A teraz proszę Najkochańszej pani pan Fortescue nie żyje, a ja dałam mu ten 
środek w marmoladzie i pewno za dużo, ale nic nie mogę powiedzieć policji, bo oni by myśleli, 
że Bert zrobił to naumyślnie, a tak nie było, bo wiem, że on nigdy by czegoś takiego nie zrobił. 
Najkochańsza pani, ja naprawdę nie wiem, co robić i co mówić i strasznie się boję, bo w domu 
pełno policjantów. Oni źle na mnie patrzą i wciąż o coś pytają, a ja nie wiem co robić i o Bercie 
nic nie  wiem, bo  wcale nie dal znać o sobie. Nie śmiem Najkochańszej pani o to prosić, ale 
jakby  pani  chciała  i  przyjechała  tu  i  mnie  pomogła,  to  policja  uwierzyłaby  pewnie 
Najkochańszej pani. Pisze tak, bo pani zawsze była dla mnie bardzo dobra, a ja przecież nie 
chciałam nic złego, ani On także. Niech Najkochańsza pani nam pomoże!
 

Wierna i przywiązana Gladys 

P. S. Posyłam fotografię, na której jestem z Bertem. Zrobił ją jeden z chłopców tam gdzie 

byliśmy na urlopie i mnie ofiarował. Bert o tym nie wie, bo okropnie nie lubi, jak robić z niego 
zdjęcia. Ale sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec.
 

 
Panna  Marple  przygryzła  wargi  i  spojrzała  na  amatorskie  zdjęcie.  Młoda  para  stała 

zapatrzona w siebie… Panna Marple popatrzyła na pełną naiwnego uwielbienia twarz Gladys, 
na  jej  lekko  rozchylone  usta.  Później  przeniosła  wzrok  na  drugą  twarz  śniadą,  urodziwą, 
uśmiechniętą twarz Lancelota Fortescue. 

Ostatnie zdanie wzruszającego listu odezwało się echem w jej myślach. 
„Sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec”. 
Łzy zabłysły w oczach starszej damy, lecz litość ustąpiła rychło miejsca oburzeniu, odrazie 

do bezlitosnego mordercy. 

Następnie  oba  uczucia  pochłonął  przypływ  triumfu  —  triumfu  naukowca,  który  zdołał 

odtworzyć zwierzę wygasłego gatunku na podstawie odłamka kości szczękowej i dwu zębów.