background image
background image

AGATHA CHRISTIE 

KIESZEŃ PEŁNA ŻYTA

przekład

TADEUSZ JAN  DEHNEL

Tytuł oryginału angielskiego: 

„A Pocket Full of Rye”

 

CZYTELNIK * WARSZAWA * 1968

background image

I

Według   kolejności   herbatę   parzyła   panna   Somers   – 

najnowsza i najbardziej nieudolna pośród maszynistek. Była 
to osoba nie pierwszej już młodości, o łagodnej, wiecznie 
zatroskanej   twarzy   przypominającej   owcę.   Do   imbryka 
nalała niezupełnie wrzącej wody, gdyż biedaczka nigdy nie 
potrafiła   rozstrzygnąć,   czy   woda   gotuje   się   naprawdę,   co 
stanowiło jeden z wielu kłopotów, stale zatruwających  jej 
życie.

Panna   Somers   napełniła   filiżanki   i   podawała   je 

koleżankom   zdobiąc   każdy   spodeczek   zawilgłym 
herbatnikiem.

– Woda znów nie zagotowana, Somers! – skarciła ją surowo 

panna   Griffith,   energiczna   kierowniczka   hali   maszyn, 
szpakowata pedantka zatrudniona w Zjednoczonej Agencji 
Powierniczej od lat szesnastu.

Łagodna, zakłopotana twarz panny Somers poróżowiała.
– Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się 

naprawdę.

„Somers   utrzyma   się   tu   może   miesiąc,   póki   jesteśmy 

zawalone   robotą   –   pomyślała   panna   Griffith.   –   Głupia 
idiotka,   słowo   daję!   Żeby   tak   sknocić   najprostszy   list   do 
Banku Wschodniego! Z herbatą nie może sobie poradzić, 
no   i   ostatnim   razem   nie   zamknęła   szczelnie   puszki   na 
herbatniki.   Słowo   daję!   Gdyby   nie   trudności   ze 

background image

znalezieniem rzeczywiście inteligentnej maszynistki…”

Ostatnie zdanie nie zostało zakończone, jak w większości 

zgryźliwych monologów wewnętrznych panny Griffith.

Do   pokoju   wkroczyła   panna   Grosvenor,   aby   przyrządzić 

uświęcony napój dla samego pana Fortescue. Szef miał inny 
gatunek herbaty, inną zastawę i specjalne, tylko dla niego 
przeznaczone   herbatniki.   Z   personelem   dzielił   jedynie 
czajnik   oraz   wodę   z   kranu   w   garderobie,   ale   tym   razem 
wrzątek   był   oczywiście   prawdziwym   wrzątkiem.   Panna 
Grosvenor dopilnowała tego osobiście.

Panna   Grosvenor   –   olśniewająca   blondynka   –   miała   na 

sobie szykowny i kosztowny czarny kostium, a jej kształtne 
łydki   tkwiły   w   najlepszych   i   najdroższych   nylonach   z 
czarnego   rynku.   Wracając   z   garderoby   minęła   pokój 
maszynistek nie obdarzając nikogo słowem ni spojrzeniem, 
jak   gdyby   te   kobiety   były   stadem   karaluchów.   Pełniła 
funkcję   osobistej   sekretarki   pana   Fortescue   i,   zdaniem 
plotkarzy, nie tylko sekretarki, co nie zgadzało się z prawdą. 
Pan   Fortescue   zawarł   niedawno   powtórny   związek 
małżeński, i żona – również olśniewająca – pochłaniała całą 
jego   uwagę.   Panna   Grosvenor   stanowiła   tylko   fragment 
dekoracji   biura   –   dekoracji   zbytkownej   we   wszystkich 
szczegółach i bardzo drogiej.

Pokój   maszynistek   minęła   niosąc   przed   sobą   tacę   niby 

ofiarę sakralną. Przez drugi pokój i poczekalnię, gdzie wolno 
było przesiadywać co  ważniejszym klientom,  udała się do 
własnego miejsca pracy i wreszcie zastukała delikatnie do 
drzwi,   aby   wstąpić   do   najważniejszego   sanktuarium   – 
gabinetu samego szefa.

background image

Był   to   obszerny   pokój   o   lśniącej   posadzce   zasłanej   tu   i 

ówdzie   cennymi   wschodnimi   dywanami.   Zdobiły   go 
boazerie z jasnego drewna i kolosalnych rozmiarów fotele 
klubowe   obite   jasnobrązowym   zamszem.   W   głębi,   za 
ogromnym   sykomorowym   biurkiem   stanowiącym   główny 
akcent i centralny punkt wspaniałego gabinetu, zasiadał pan 
Fortescue w całej okazałości.

Wyglądem niezupełnie odpowiadał przepychowi otoczenia, 

jednakże starał się w miarę możliwości. Był tęgi, nalany, miał 
dużą łysinę i z zamiłowaniem nosił w mieście stosowne na 
wsi,   luźno   i   wygodnie   skrojone   tweedy.   Kiedy   panna 
Grosvenor podpłynęła doń z wdziękiem łabędzia na wodzie, 
pan Fortescue z marsem na czole przeglądał leżące na biurku 
papiery. Sekretarka ustawiła tacę obok szefa i wycofała się 
oznajmiwszy oficjalnym i stłumionym głosem:

– Herbatka, panie dyrektorze.
Obrzędową   reakcję   pana   Fortescue   stanowił   w   takich 

razach nieartykułowany pomruk.

Panna Grosvenor usiadła przy swoim biurku i zajęła się 

sprawami bieżącymi. Zadzwoniła w dwa miejsca, poprawiła 
kilka listów przygotowanych do podpisu dla szefa, przyjęła 
jeden telefon.

– Bardzo   mi   przykro,   ale   na   razie   to   niemożliwe   – 

odpowiedziała wyniośle. – Pan Fortescue ma konferencję.

Odłożywszy słuchawkę zerknęła na zegar. Było dziesięć po 

jedenastej.

W tej chwili obite materacem drzwi gabinetu przeniknął 

niezwykły   dźwięk:   stłumiony,   lecz   niewątpliwie   wyraźny 
okrzyk cierpienia i grozy. Jednocześnie brzęczyk na biurku 

background image

sekretarki zaczął uporczywie sygnalizować. Panna Grosvenor 
zastygła w bezruchu, po czym przerażona i zdezorientowana 
dźwignęła się z krzesła. W obliczu nieoczekiwanego utraciła 
kompletnie   równowagę,   mimo   to   jednak   z   normalną, 
posągową   godnością   postąpiła   ku   drzwiom,   zastukała   i 
weszła do sanktuarium.

Widok, jaki przedstawił się jej oczom, nie był krzepiący. 

Pracodawca, który siedział za biurkiem, sprawiał wrażenie 
człowieka cierpiącego, a na jego konwulsyjne drgawki strach 
było spojrzeć.

– Ach,   panie   dyrektorze!   Czy   pan   chory?   –   powiedziała 

panna   Grosvenor   i   momentalnie   uprzytomniła   sobie 
bezsens własnego pytania.

Pan   Fortescue   był   niewątpliwie   bardzo   poważnie   chory. 

Całym   jego   ciałem   wstrząsały   bolesne,   spazmatyczne 
dreszcze. Z ust dobywał się urywany, zdławiony bełkot.

– Herbata… Co u diabła?… Co pani podała w herbacie?… 

Pomocy!…. Lekarza!…

Panna   Grosvenor   umknęła   z   gabinetu.   Nie   była   już 

wyniosłą   złotowłosą   sekretarką.   Odmieniła   się   nagle   w 
przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła głowę. 
W pokoju maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie:

– Pan Fortescue dostał jakiegoś ataku!… Umiera!… Trzeba 

zaraz wezwać lekarza… Wygląda okropnie… Kona!

Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna.
– Jeżeli   to   epilepsja,   trzeba   mu   włożyć   korek   w   usta   – 

doradziła panna Bell, najmłodsza z maszynistek. – Kto ma 
korek?

Nikt nie miał korka.

background image

– W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja – orzekła 

panna Somers.

– Musimy wezwać  doktora.  Niezwłocznie!  –  podchwyciła 

panna   Griffith,   ale   tym   razem   nie   dopisała   jej   zwykła 
zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy panny 
Griffith nigdy nie trzeba było wzywać lekarza do biura.

Naturalnie   miała   swojego   doktora,   ale   ten   mieszkał   w 

Streatham Hill. Czy jakiś inny jest osiągalny w niedalekim 
sąsiedztwie?

Tego   nikt   nie   wiedział.   Panna   Bell   chwyciła   książkę 

telefoniczną, aby szukać lekarzy pod „L”. Jednakże nie miała 
ona układu branżowego i lekarze nie byli uszeregowani niby 
taksówki na postoju. Ktoś napomknął o szpitalu – ale jakim?

– Musi to być szpital właściwy – powiedziała panna Somers. 

– Inaczej nikt nie przyjedzie. W Społecznej Służbie Zdrowia 
obowiązuje rejonizacja.

Propozycja,   aby   zadzwonić   pod   numer   „999”,   zgorszyła 

kierowniczkę hali maszyn. Policja! Inne komplikacje! Także 
pomysł! Jak na kraj, w którym opieka lekarska przysługuje 
wszystkim   obywatelom,   ta   grupa   nie   najgłupszych   kobiet 
zdradzała zadziwiającą nieznajomość metod postępowania. 
Panna   Bell   wzięła   się   do   szukania   Stacji  Pogotowia 
Ratunkowego pod „P”.

– Pan Fortescue ma własnego doktora. Jego adres musi być 

gdzieś zanotowany.

Ktoś skoczył po osobisty skorowidz adresowy szefa. Panna 

Griffith   poleciła   gońcowi,   by   natychmiast   sprowadził 
lekarza   –   jakiegokolwiek,   skądkolwiek   –   a   następnie   w 
osobistym   skorowidzu   znalazła   nazwisko   sir   Edwina 

background image

Sandemana   ordynującego   przy   Harley   Street.   Panna 
Grosvenor siedziała bezradnie w fotelu i zawodziła, znacznie 
mniej dbając o wytworność niż w normalnych warunkach.

– Herbatę zaparzyłam, jak zawsze… Bogiem się świadczę!… 

Z pewnością nic nie było w herbacie…

– Nic nie było w herbacie? panna Griffith urwała; jej ręka 

zastygła  na  tarczy aparatu  telefonicznego.  Czemu  pani to 
mówi?

– On   tak   powiedział…   pan   Fortescue…   Zapytał,   co   mu 

podałam w herbacie.

Palec   panny   Griffith   począł   błądzić   niepewnie   między 

literami wywoławczymi telefonu sir Edwina Sandemana a 
numerem „999”.

– Trzeba mu dać musztardy z wodą. I to już! – zawołała 

panna Bell, osoba młoda, więc usposobiona optymistycznie. 
– Czy jest musztarda w biurze?

W biurze nie było musztardy.
Niebawem jednak dwa samochody do przewozu chorych 

nadjechały   z   dwu   przeciwnych   stron   i   doktor   Isaacs   z 
Bethnal   Green   oraz   sir   Edwin   Sandeman   spotkali   się   w 
windzie. Nie zawiódł ani telefon, ani goniec Zjednoczonej 
Agencji Powierniczej.

background image

II

W   sanktuarium   pana   Fortescue   miejsce   za   ogromnym 

sykomorowym biurkiem zajmował inspektor Neele. Jeden z 
jego podwładnych siedział spokojnie pod ścianą, tuż obok 
drzwi. W ręku trzymał notatnik.

Inspektor Neele miał dziarską, wojskową postawę i sztywne 

kasztanowate włosy zaczesane do góry nad nieco zbyt niskim 
czołem. Kiedy rzucał zwrot: „To sprawa czysto formalna” – 
ktoś mógłby pomyśleć: „Naturalnie! Sprawy czysto formalne 
to   wszystko,   co   jest   ci   dostępne”.   Ten   ktoś   myliłby   się 
bardzo.   Pod   pozorną   tępotą   inspektor   Neele   krył 
wyobraźnię   i   umiejętność   myślenia,   a   do   jego   metod 
śledczych należało tworzenie fantastycznych teorii odnośnie 
do winy osoby przesłuchiwanej w danym momencie.

Od razu dostrzegł niezawodnym okiem w pannie Griffith 

kobietę najbardziej powołaną do zwięzłego przedstawienia 
sytuacji,   w   której   wyniku   on   zasiadł   przy   sykomorowym 
biurku.   Istotnie   panna   Griffith   opuściła   gabinet   po 
wyczerpującym   zrelacjonowaniu   porannych   wydarzeń. 
Detektyw   stworzył   wówczas   trzy   odmienne   błyskotliwe 
teorie tyczące racji, dla których wytrawna kierowniczka hali 
maszyn   mogłaby   zaprawić   trucizną   przedpołudniową 
herbatę szefa. Stworzył owe teorie i w charakterystyczny dla 
siebie   sposób   odrzucił   je   niezwłocznie,   jako   wysoce 
nieprawdopodobne.

background image

Zastanawiając   się   nad   panną   Griffith   sformułował 

następujące wnioski: a) to nie typ trucicielki, b) nie miała 
romansu z pracodawcą,  c)  nie zdradza objawów zakłóceń 
psychicznych,   d)   nie   sprawia   wrażenia   osoby   zawziętej   i 
mściwej.   Takie   rozumowanie   skutecznie   wyeliminowało 
kierowniczkę   hali   maszyn,   pozostawiając   ją   w   śledztwie 
jedynie jako źródło ścisłych informacji.

Detektyw zerknął na telefon, gdyż lada moment oczekiwał 

wiadomości ze szpitala Świętego Judy.  Oczywiście istniała 
możliwość, iż nagłe zasłabnięcie pana Fortescue wywołała 
jakaś przyczyna naturalna.

Nie sądzili tak jednak ani doktor Isaacs z Bethnal Green, 

ani sir Edwin Sandeman z Harley Street.

Inspektor Neele nacisnął brzęczyk umieszczony dogodnie w 

bliskości lewej ręki i wyraził życzenieby zgłosiła się osobiście 
sekretarka pana Fortescue.

Panna   Grosvenor   odzyskała   równowagę,   lecz   w   bardzo 

znikomym   stopniu.   Do   gabinetu   weszła   lękliwie,   bez 
zwykłego   jej   wdzięku   łabędzia   na   wodzie,   i   z   miejsca 
zastosowała taktykę obronną.

– Ja tego nie zrobiłam! – oznajmiła.
– Nie zrobiła pani? – bąknął półgębkiem detektyw i wskazał 

sekretarce   krzesło,   które   zajmowała   zwykle,   gdy   szef 
dyktował listy.

Obecnie, bez bloku w ręku, czulą się nieswojo. Usiadła z 

ociąganiem   i   podejrzliwie   patrzała   na   inspektora,   który 
tasując   w   myślach   hipotezy:   „Uwiedzenie?   Szantaż? 
Platynowa blondynka na sali rozpraw?”, sprawiał wrażenie 
nieszkodliwego i chyba głupawego…

background image

– W herbacie nic nie było – podjęła panna Grosvenor – 

Nic być nie mogło.

– Zapewne… Pani nazwisko i adres?
– Irena   Grosvenor.   Rushmoor   Street   14,   Muswell   Hill. 

Inspektor Neele z zadowoleniem skinął głową i pomyślał: 
„Nie   ma   mowy   o   uwiedzeniu   ani   aferze   miłosnej. 
Dziewczyna  mieszka z pewnością w solidnym domu, przy 
rodzicach. Szantaż też w grę nie wchodzi”. W ten sposób 
odpadł szereg drobnych teorii roboczych.

– Pani parzyła dziś herbatę dla pana Fortescue? – zapytał 

uprzejmie detektyw.

– Nikt inny nie mógł… To jest, chciałam powiedzieć, że ja 

robię to codziennie.

Filiżanka,   spodek   oraz   imbryk   zostały   już   zapakowane   i 

odesłane   dokąd   należy,   celem   przeprowadzenia   analizy. 
Teraz detektyw omawiał bez pośpiechu rytuał przyrządzania 
przedpołudniowej   herbaty   i   upewniał   się   stopniowo,   że 
tylko   panna   Grosvenor   posługiwała   się   wymienionymi 
przedmiotami. Z czajnika korzystały uprzednio maszynistki, 
lecz   sekretarka   napełniła   go   powtórnie   wodą   z   kranu   w 
garderobie.

– A sama herbata? – zapytał inspektor Neele.
– Jest  przeznaczona   wyłącznie   dla   pana   Fortescue.   To 

specjalny chiński gatunek. Trzymam ją na półce w moim 
pokoju, sąsiadującym bezpośrednio z gabinetem.

Detektyw skinął znów głową i zapytawszy o cukier usłyszał, 

że pan Fortescue pija herbatę nie słodzoną.

Zadzwonił telefon. Inspektor Neele sięgnął po słuchawkę.
– Szpital   Świętego   Judy?   –   zapytał   z   lekko   zmienionym 

background image

wyrazem twarzy i zwrócił się do jasnowłosej sekretarki: – Na 
razie dziękuję pani.

Odprawiona   tak   młoda   osoba   spiesznie   wycofała   się   z 

gabinetu.

Inspektor   słuchał   uważnie   beznamiętnego   skrzeczącego 

głosu i od czasu do czasu kreślił jakieś zagadkowe znaki w 
rogu leżącego przed nim bibularza.

– Aha, zmarł pięć minut temu – powiedział i zerknąwszy na 

zegar napisał szybko: dwunasta czterdzieści trzy.

Beznamiętny głos oznajmił, że sam doktor Bernsdorff chce 

mówić z inspektorem Neele.

– Dobrze.   Proszę   mnie   z   nim   połączyć   –   odparł   zwięźle 

detektyw i chyba zgorszył nieco właścicielkę głosu, który w 
ostatnim zdaniu zabrzmiał tonem urzędowego szacunku.

Nastąpiły   szumy,   trzaski,   odległe   nieartykułowane 

pomruki.   Inspektor   czekał   cierpliwie   i   odsunął   nieco 
słuchawkę  od ucha  dopiero   wówczas,   gdy  huknął  w  niej 
głęboki bas.

– Jak się miewasz, Neele, stary sępie! I co? Znów spotykamy 

się nad zwłokami!

Inspektor Neele i profesor Bernsdorff ze szpitala Świętego 

Judy zetknęli się przed z górą rokiem przy okazji pewnej 
sprawy   o   otrucie   i   od   tej   pory   utrzymywali   przyjacielskie 
stosunki.

– Dowiedziałem się, doktorze, że nasz człowiek nie żyje.
– A nie żyje. Kiedy przywieziono go tutaj, nie było ratunku.
– Przyczyna zgonu?
– Oczywiście przeprowadzimy sekcję. Ciekawy przypadek, 

bardzo  ciekawy.   Kontent   jestem,   że  coś  takiego  mnie  się 

background image

trafiło.

Ton   fachowego   zadowolenia   w   donośnym   głosie 

Bernsdorffa dawał wiele do myślenia.

– Jak widzę, jesteś zdania, że nie była to śmierć naturalna – 

powiedział obojętnie detektyw.

– Ma się rozumieć, że nie – wrzasnął doktor i dodał z nieco 

spóźnioną przezornością. – Oczywiście wypowiadam się na 
ten temat nieoficjalnie.

– Rzecz zrozumiała. Otrucie, prawda?
– Niewątpliwie.   A   co   więcej…   To   znów   wypowiedź 

nieoficjalna, tylko między nami… A co więcej, gotów jestem 
trzymać zakład, jakiej użyto trucizny.

– Czyżby?
– Aha. Użyto, mój stary, taksyny. Rozumiesz? Taksyny!
– Jak żyję, o czymś takim nie słyszałem.
– Nic   dziwnego.   To   niezwykła   trucizna.   Rzeczywiście 

bardzo   niezwykła.   Powiem   otwarcie,   że   nawet   mnie   nie 
przyszłaby   na   myśl,   gdyby   nie   wypadek   sprzed   trzech   czy 
czterech tygodni. Dwoje dzieci urządzało podwieczorek dla 
lalek.   Rozumiesz?   Narwały   jagód   cisa   i   zastąpiły   nimi 
herbatę.

– Więc ta twoja taksyna znajduje się w jagodach cisa?
– W jagodach, a także w igłach. Substancja mocno trująca, 

naturalnie   alkaloid.   Chyba   nie   słyszałem   o   przypadku 
rozmyślnego   jej   użycia.   Interesująca   historia   i   nad   wyraz 
oryginalna.   Nie   masz   wyobrażenia,   Neele,   jak   człowieka 
nudzą te same wciąż klasyczne preparaty chwastobójcze. Ale 
taksyna to prawdziwy specjał! Rzecz oczywista, mogę być w 
błędzie. Nie powołuj się na mnie, broń Boże! Ale nie sądzę, 

background image

żeby tak było. Historia ciekawa też dla ciebie, odbiegająca od 
rutyny.

– Masz na myśli, że dobra zabawa czeka wszystkich, oprócz 

denata?

– Właśnie!   Biedaczysko!   Jemu   szczęście   nie   dopisało   – 

przytaknął doktor Bernsdorff zdawkowym tonem.

– Powiedział coś przed śmiercią?
– Twój podwładny siedział nad nim z notatnikiem w garści. 

On   poda   ci   szczegóły.   Facet   mamrotał   coś   o   herbacie. 
Podobno mówił, że otruto go herbatą  w biurze. Oczywisty 
nonsens!

– Dlaczego nonsens? – obruszył się zawiedziony inspektor, 

który   oczyma   wyobraźni   oglądał   już   efektowną   pannę 
Grosvenor,   przyrządzającą   dla   szefa   tradycyjny   napój   z 
nietradycyjnym dodatkiem cisowych jagód.

– Dlatego, że taksyna nie mogła dać o sobie znać tak szybko. 

Podobno   objawy   wystąpiły   bezpośrednio   po   wypiciu 
herbaty, prawda?

– Tak wszyscy twierdzą.
– Hm,   bardzo   niewiele   trucizn   działa   błyskawicznie,   z 

wyjątkiem oczywiście  cyjanku  i  może nikotyny w czystym 
stanie.

– Jesteś pewien, że to nie był cyjanek albo nikotyna?
– Mój   drogi!   W   takim   przypadku   facet   umarłby   przed 

przybyciem lekarza. O cyjanku albo nikotynie nie ma mowy. 
Podejrzewałem strychninę, ale konwulsje wyglądały całkiem 
nietypowo. Oczywiście mówię nadal prywatnie, ale gotów 
jestem   ręczyć   swoją   reputacją   zawodową,   że   chodzi   o 
taksynę.

background image

– Po jakim czasie to paskudztwo działa?
– Zależy. Po godzinie, dwu, trzech. Nieboszczyk wygląda na 

nie lada żarłoka. Zwłokę mogło wywołać solidne śniadanie.

– Śniadanie,   mówisz?   –   podchwycił   inspektor   z   nutą 

zastanowienia   w   głosie   –   Racja!   Wszystko   wskazuje   na 
śniadanie.

– Śniadanie   u   Borgiów  –  roześmiał   się   pogodnie 

Bernsdorff. – No, pomyślnych łowów, stary.

– Serdeczne dzięki, doktorze. Chciałbym jeszcze pogadać z 

moim sierżantem.

Powtórzyły się szmery, trzaski, zgrzyt. Wreszcie inspektor 

złowił   uchem   ciężkie   sapanie,   jakim   sierżant   Hay   zwykł 
poprzedzać każdą rozmowę.

– Pan inspektor?
– Aha. Neele przy telefonie. Czy denat powiedział coś, o 

czym powinienem wiedzieć?

– Mówił o herbacie. Niby, że go struli herbatą w biurze. Ale 

pan doktor twierdzi…

– Wiem. Nic więcej?
– Nic,   panie   inspektorze.   Ale   jest   dziwna   sprawa. 

Naturalnie przejrzałem kieszenie ubrania, które nieboszczyk 
miał na sobie. Znalazłem to, co zawsze: chustkę do nosa, 
klucze, bilon, portfel. Zastanowiła mnie tylko prawa kieszeń 
marynarki. Było w niej zboże.

– Zboże?
– Tak jest, proszę pana inspektora.
– Jak to zboże? Płatki owsiane lub pszenne? Coś z rzeczy, 

które jada się na śniadanie? A może kukurydza czy jęczmień?

– Zgadza  się,  panie  inspektorze.  To  było  ziarno,  na  mój 

background image

rozum żyto… Dużo żyta…

– Hm…   Szczególna   historia…   Może   chodzi   o   próbkę 

towaru objętego jakąś transakcją handlową.

– Ma się rozumieć, panie inspektorze. Ale byłem zdania, że 

warto o tym zameldować.

– Zupełnie słusznie, Hay.
Inspektor   Neele   odłożył   słuchawkę   i   przez   długą   chwilę 

siedział   bez   ruchu,   zapatrzony   przed   siebie.   Jego 
systematyczny umysł wędrował od pierwszej do drugiej fazy 
śledztwa   –   od   podejrzeń   do   pewności   otrucia.   Profesor 
Bernsdorff wypowiedział się nieoficjalnie, ale to ktoś, kto 
nie   zwykł   mylić   się   w   sądach.   Rex   Fortescue   został 
zamordowany.   Truciznę   podano   mu   na   jedną   do   trzech 
godzin przed wystąpieniem pierwszych objawów. W takim 
razie cały personel biura jest zapewne niewinny.

Detektyw   wstał   i   udał   się   do   pokoju,   gdzie   praca   szła 

opieszale i maszyny klekotały w zwolnionym tempie.

– Proszę pani – zwrócił się do panny Griffith – mógłbym 

zamienić z panią jeszcze kilka słów?

– Naturalnie, panie inspektorze. Czy paniom wolno wyjść 

na obiad? Normalna pora przerwy dawno minęła. A może 
życzy pan sobie, żeby tutaj sprowadzić posiłek?

– Nie.   Panie   mogą   wyjść   na   obiad,   pod   warunkiem,   że 

wszystkie wrócą.

– Rzecz oczywista.
Panna  Griffith   poszła  za   detektywem  do   gabinetu  szefa, 

gdzie zasiadła na krześle, spokojna i energiczna jak zawsze.

– Otrzymałem   wiadomość   ze   szpitala   Świętego   Judy   – 

rozpoczął   bez   ostrożnego   wstępu   inspektor   Neele.   –   Pan 

background image

Fortescue zmarł o dwunastej czterdzieści trzy.

Panna Griffith nie wydawała się zaskoczona nowiną. Lekko 

pochyliła głowę.

– Miałam   wrażenie,   że   zachorował   bardzo   ciężko   – 

powiedziała. „Niewiele ją to obeszło” pomyślał detektyw i 
podjął:

– Zechce mnie pani poinformować o domu i stosunkach 

rodzinnych denata?

– Chętnie, panie inspektorze. Usiłowałam już połączyć się 

telefonicznie   z   panią   Fortescue.   Odpowiedziano   mi,   że 
zapewne gra w golfa. W domu nie spodziewają się jej na 
obiad. Nie wiedzą też, na jakim może być polu. Widzi pan 
ciągnęła tonem wyjaśnienia – państwo Fortescue mieszkają 
w Baydon Heath, niedaleko trzech bardzo znanych klubów 
golfowych.

Inspektor   ze   zrozumieniem   skinął   głową.   Oczywiście 

wiedział,   że   w   Baydon   Heath   rezydują   niemal   wyłącznie 
bogacze   ze   sfer   handlowych.   Osiedle   ma   doskonałą 
komunikację kolejową, leży o niespełna dwadzieścia mil od 
centrum   Londynu   i   stosunkowo   łatwo   dotrzeć   tam 
samochodem   nawet   w   godzinach   rannego   i 
popołudniowego szczytu.

– Proszę o bliższy adres i numer telefonu.
– Telefon   Baydon   Heat   3400.   Posiadłość   nosi   nazwę 

Domek pod Cisami.

– Co   takiego?   –   detektyw  dał   wyraz   spontanicznemu 

zdumieniu. – Jak pani powiedziała? Domek pod Cisami?

– Tak,   panie   inspektorze   –   kobieta   spojrzała   nań   ze 

zdziwieniem, lecz detektyw zdążył się już opanować.

background image

– Proszę   o   charakterystykę   stosunków   rodzinnych 

zmarłego.

– Pani   Fortescue   jest   drugą   żoną,   znacznie   od   męża 

młodszą. Pobrali się jakieś dwa lata temu. Pierwsza żona nie 
żyje  od dawna.  Z  tamtego   małżeństwa   są   dwaj  synowie  i 
córka. W Domku pod Cisami mieszka córka, a także starszy 
syn,   wspólnik   firmy.   Niestety   jest   obecnie   na   północy   w 
sprawach handlowych. Powinien wrócić jutro.

– Kiedy wyjechał?
– Przedwczoraj.
– Próbowała pani nawiązać z nim kontakt?
– Tak.   Kiedy   pana   Fortescue   zabrano   do   szpitala, 

połączyłam się z hotelem Midland w Manchesterze, gdzie 
miał   się   zatrzymać.   Niestety   wyjechał   już   z   samego   rana, 
prawdopodobnie do Sheffield albo Leicester, ale nie jestem 
pewna.   Mogę   panu   dać   nazwy   kilku   firm,   które   chyba 
zamierzał odwiedzić.

„Niewątpliwie   osoba   zaradna   i   bystra.   Gdyby   zechciała 

uśmiercić   szefa,   załatwiłaby   to   sprawnie”   –   pomyślał 
inspektor   Neele,   lecz   zaniechał   wszelkich   teoretycznych 
rozważań,   aby   skupić   uwagę   na   sytuacji   domowej   pana 
Fortescue.

– Wspomniała pani o drugim synu, prawda?
– Tak.   Miał   jakieś   nieporozumienia   z   ojcem   i   teraz 

przebywa za granicą.

– Czy obydwaj są żonaci?
– Tak.   Pan   Parcival   od   trzech   lat.   Zajmują   z   żoną 

samodzielny apartament w Domku pod Cisami. Wkrótce 
przeprowadzą  się  do  własnego   domu,  również   w  Baydon 

background image

Heath.

– Niedawno telefonowała pani do Baydon Heath. Czy pani 

Parcivalowej nie było w domu?

– Nie   było.   Pojechała   na   cały   dzień   do   Londynu.   Pan 

Lancelot ożenił się niespełna rok temu z wdową po lordzie 
Fryderyku   Anstice.   Zapewne   widywał   pan   jej   zdjęcia,   na 
przykład   w   „Tatlerze”,   z   końmi   wyścigowymi   i   podczas 
zawodów hipicznych.

Twarz panny Griffith ożywiła się nieco, jej głos zadźwięczał 

nutką podniecenia. Neele – niezły znawca natury ludzkiej – 
pojął, że małżeństwo w takim stylu poruszyło snobistyczne i 
romantyczne   uczucia   starszawej   biuralistki.   Zawsze   co 
arystokracja, to arystokracja, a panna Griffith nie musiała 
wiedzieć, że nieboszczyk lord Fryderyk Anstice cieszył się nie 
najlepszą reputacją na torach wyścigowych. Palnął sobie w 
łeb tuż przed niemiłym dochodzeniem w sprawie pewnej 
gonitwy z udziałem należącego doń konia. Inspektor słyszał 
tez coś niecoś o lady Anstice, córce irlandzkiego para, której 
pierwszym   mężem   był   lotnik   poległy   w   Bitwie   o   Anglię. 
Trzecim został widać wyrodny syn rodziny Fortescue – gdyż 
Neele nie wątpił, że nieporozumienia z ojcem, o których 
wspomniała mimochodem panna Griffith, miały związek z 
jakąś czarną plamą w życiorysie młodego człowieka.

Lancelot Fortescue! Co za pomysł! A starszego nazwano 

Parcival! Detektyw zainteresował się osobą pierwszej pani 
Fortescue.   Jaka   to   mogła   być   kobieta?   W   każdym   razie 
zdradzała szczególne upodobania w zakresie wyboru imion.

Przyciągnął bliżej aparat telefoniczny i nakręciwszy TOL – 

litery   wywoławcze   międzymiastowej   –   poprosił   o   Baydon 

background image

Heath 3400. Niezwłocznie odezwał się męski głos.

– Chciałbym   mówić   z   panią   Fortescue   albo   panną 

Fortescue – powiedział Neele.

– Niestety, żadnej z pań nie ma w domu.
Głos wydał się inspektorowi trochę zapijaczony.
– Czy pan jest kamerdynerem?
– Tak. Zgadza się.
– Pan Fortescue ciężko zachorował.
– Wiem. Dzwonili już z biura. Ale co ja mogę poradzić? Pan 

Val wyjechał na północ, a pani Fortescue gra w golfa, nie 
bardzo wiem gdzie. Pani Valowa jest w Londynie; wróci na 
kolację.   Panna   Elaine   poprowadziła   na   wycieczkę   swoje 
małe skautki.

– Nie ma w domu nikogo, z kim mógłbym porozmawiać o 

nagłym   zasłabnięciu   pana   Fortescue?   To   sprawa   bardzo 
pilna.

– Hm… Czyja wiem? – w głosie zabrzmiało wahanie. – Jest 

panna   Ramsbottom,   ale   ona   nigdy   nie   podchodzi   do 
telefonu…   Albo   panna   Dove…   że   się   tak   wyrażę, 
zarządzająca domem.

– Niech pan poprosi pannę Dove.
– Postaram się ją znaleźć – powiedział kamerdyner.
Detektyw słyszał jego oddalające się kroki. Po upływie paru 

minut odezwał się w telefonie kobiecy głos.

– Mówi Dove.
Głos   był   niski,   opanowany,   wymowa   bardzo   staranna. 

Inspektor stworzył sobie korzystny obraz panny Dove.

– Z przykrością muszę panią zawiadomić, że pan Fortescue 

umarł w szpitalu Świętego Judy. Jak pani wiadomo, zasłabł 

background image

nagle w biurze.  Bardzo mi zależy ma porozumieniu się z 
rodziną.

– Oczywiście. Nie mam doprawdy pojęcia… – panna Dove 

nie dokończyła zdania; jej głos nie zdradzał głębszych uczuć, 
brzmiał jednak nutą zaskoczenia i zdziwienia. – Wszystko 
fatalnie się składa. Należałoby nawiązać kontakt z panem 
Parcivalem   Fortescue,   który   bez   wątpienia   zajmie   się 
nieodzownymi   formalnościami.   Może   go   pan   znaleźć   w 
hotelu Midland w Manchesterze albo w hotelu Grand w 
Leicester.  Ewentualnie niech  pan spróbuje zatelefonować 
do Shearera i Bondsa w Leicester. Nie znam numeru, ale 
wiem, że pan Parcival miał ich odwiedzić. Chyba będą mogli 
poinformować   pana,   gdzie   go   dziś   trzeba   szukać.   Pani 
Fortescue   z   pewnością   wróci   na   kolację,   może   nawet   na 
podwieczorek.   Przeżyje   straszny   wstrząs.   Śmierć   nastąpiła 
chyba całkiem nagle? Pan Fortescue na nic się nie uskarżał 
przed wyjazdem z domu.

– Widziała go pani przed wyjazdem?
– Tak, proszę pana. Co to było? Serce?
– Czy pan Fortescue cierpiał na dolegliwości sercowe?
– Nie…   O   niczym   takim   nie   słyszałam.   Ale   nagły   zgon 

nasuwa   przypuszczenie…   –   Panna   Dove   znów   nie 
dokończyła  zdania. –  Czy pan mówi ze szpitala Świętego 
Judy? Jest pan lekarzem?

– Nie, proszę pani. Nie jestem lekarzem. Mówię z gabinetu 

pana   Fortescue.   Inspektom   Neele   z   Wydziału   Śledczego. 
Postaram się możliwie zaraz przyjechać do Baydon Heath i 
porozmawiać z panią.

– Inspektor… Z Wydziału Śledczego… Czy?… Co to znaczy, 

background image

proszę pana?

– W   grę   wchodzi   nagła   śmierć.   W   podobnych   razach, 

proszę pani, my pojawiamy się na scenie,  zwłaszcza jeżeli 
zmarły nie znajdował się ostatnio pod stałą opieką lekarską, 
co w danym przypadku miało chyba miejsce…

Inspektor ledwie zaznaczył ton pytający, lecz panna Dove 

odpowiedziała żywo:

– Tak.   Naturalnie.   Parcival   dwa   razy   zamawiał   dla   ojca 

wizytę u doktora. Ale pan Fortescue nie chciał o tym słyszeć. 
Nie zachowywał się rozsądnie. Cała rodzina niepokoiła się o 
niego… – zarządzająca domem urwała raz jeszcze, aby wnet 
podjąć uprzednim, chłodnym tonem: – Co mam powiedzieć 
pani Fortescue, jeżeli wróci, nim pan zdąży przyjechać?

„Rzeczowa i praktyczna osoba” – pomyślał detektyw i dodał 

głośno:

– Proszę   powiedzieć,   że   z   powodu   nagłej   śmierci 

nieuniknione   są   pewne   pytania…   To   sprawa   czysto 
formalna – zakończył o odłożył słuchawkę.

background image

III

Inspektor   Neele   odsunął   aparat   telefoniczny   i   bystrym 

wzrokiem zmierzył pannę Griffith.

– Więc rodzina niepokoiła się ostatnio o pana Fortescue. 

Wysyłała go do lekarza? Nic mi pani nie mówiła.

– Nie pomyślałam o tym odparła biuralistka. – Zresztą nie 

sądziłam nigdy, by pan Fortescue był naprawdę chory.

– Nie chory?… Więc co?
– Jakiś dziwny… Hm… Inny niż dawniej… Zachowywał się 

w sposób szczególny.

– Martwił się o coś?
– On? Nie… My martwiliśmy się o niego. Detektyw czekał 

cierpliwie dalszego ciągu.

– Trudno to wytłumaczyć w sposób prosty – podjęła panna 

Griffith. – Miewał zmienne nastroje. Czasami zachowywał 
się hałaśliwie. Parę razy odniosłam, doprawdy, wrażenie, że 
chyba   sobie   popił.   Chwalił   się,   opowiadał   rozmaite 
cudaczne historie, z całą pewnością nieprawdziwe. Ale to nie 
wszystko. Pracuję tu od lat i przez prawie cały ten czas pan 
Fortescue był powściągliwy… powściągliwy i bardzo, bardzo 
oszczędny.   Ale   ostatnio   zupełnie   się   zmienił.   Stał   się 
gadatliwy   i,   można   powiedzieć,   szastał   pieniędzmi.   Kiedy 
nasz goniec wybierał się na pogrzeb babki, szef zawołał go do 
gabinetu, dał chłopcu banknot pięciofuntowy i zanosząc się 
śmiechem doradził mu, aby tę sumę postawił na fuksa, nie 

background image

faworyta.   Był,   że   się   tak   wyrażę,   całkiem   niepodobny   do 
samego siebie. Tyle mogę powiedzieć, panie inspektorze.

– Może go coś dręczyło?
– Dręczyło?   Nie…   Raczej   zdawać   się   mogło,   że   oczekuje 

czegoś radosnego… jakichś pomyślnych wydarzeń,

– Na   przykład   wielkiej   i   korzystnej   transakcji   – 

podpowiedział Neele.

– Właśnie, panie inspektorze – przyznała z przekonaniem 

panna Griffith.  – Zdawać się mogło, że nie obchodzą go 
powszednie sprawy. Był ożywiony, podniecony. Odwiedzali 
go jacyś dziwni interesanci, ludzie, jacy nigdy tu dawniej nie 
przychodzili. Pan Parcival okropnie się tym trapił.

– Aa… Okropnie się tym trapił.
– Tak, panie inspektorze. Zawsze był faworytem ojca, który 

ufał mu bez zastrzeżeń, liczył na niego. Ale ostatnio…

– Ostatnio   jakoś   się   nie   zgadzali,   prawda?   –   podchwycił 

detektyw.

– Cóż, rozmaite posunięcia pana Fortescue wydawały się 

nierozsądne panu Parcivalowi. To człowiek bardzo ostrożny, 
rozważny. Był zły, gdy ojciec nagle przestał się z nim liczyć.

– I stąd wynikła kłótnia – sondował dalej inspektor Neele.
– Kłótnia?….  Nie słyszałam o żadnej kłótni. Tyle że pan 

Fortescue   był   całkiem   niepodobny   do   siebie,   kiedy   tak 
krzyczał.

– Krzyczał? Nie może być! A co wtedy mówił?
– Wpadł do hali maszyn i…
– Więc wszystkie panie to słyszały?
– Tak… Oczywiście.
– Ubliżał synowi? Klął? Skarżył się na niego? Co Parcival 

background image

wtedy zrobił?

– Chodziło   raczej   o   coś,   czego   nie   chciał   zrobić.   Ojciec 

nazywał go gryzipiórkiem, marnym urzędniczyną, który nie 
ma szerokich horyzontów, nie wie, jak załatwia się wielkie 
interesy. Krzyczał: „Sprowadzę do kraju Lancelota. On wart 
dziesięciu takich jak ty. No i ożenił się dobrze. Ma rozmach. 
Nie szkodzi, że raz zdarzyło mu się wejść w kolizję z prawem”. 
Mój Boże! O tym nie powinnam mówić.

Panna Griffith, która, jak niejedna osoba przed nią, uległa 

zręcznym manewrom inspektora, odczuła teraz spóźnione 
skrupuły.

– Nie ma się czym przejmować – pocieszył ją detektyw. – To 

chyba dawna sprawa?

– O   tak!   Bardzo   dawna.   Pan   Lance   był   wtedy   młody, 

lekkomyślny. Nie orientował się, co właściwie robi.

Inspektor Neele wielekroć wysłuchiwał podobnych opinii i 

nie zgadzał się z nimi. Nie podjął wszakże dyskusji, aby bez 
przeszkód prowadzić dalsze przesłuchanie.

– Chciałbym usłyszeć coś więcej o personelu biura – podjął 

spokojnie.

Panna Griffith  pragnęła zatuszować własną niedyskrecję, 

więc nie skąpiła informacji o pracownikach Zjednoczonej 
Agencji   Powierniczej.   Kiedy   skończyła,   detektyw 
podziękował i oznajmił, że chciałby raz jeszcze porozmawiać 
z panną Grosvenor.

Wywiadowca   Waite  zastrugał   ołówek   i   napomknął 

posępnie, że to eleganckie biuro. Objął spojrzeniem okazałe 
fotele klubowe, kolosalne biurko, dyskretne oświetlenie.

– I   wszyscy   mają   tu   fasonowe   nazwiska   –   ciągnął.   – 

background image

Grosvenor to całkiem po książęcemu. Fortescue też brzmi 
nielicho.

– Ojciec naszego człowieka nazywał się inaczej – odparł z 

uśmiechem Neele. – Fontescu. Pochodził skądś z Europy 
Środkowej. Sądził widać, że Fortescue lepiej się nada.

Wywiadowca   Waite   zmierzył   przełożonego   wzrokiem 

pełnym podziwu.

– Pan inspektor wie już wszystko o nim?
– Cóż, sprawdziłem to i owo, nim przyjechałem tutaj na 

wezwanie.

– Notowany u nas?
– Skąd znowu! Pan Fortescue to nie lada spryciarz. Miał do 

czynienia   z   czarnym   rynkiem   i   od   czasu   do   czasu   robił 
interesy, wyrażając się najoględniej, śliskie. Wszystko jednak 
mieściło się w granicach prawa.

– Rozumiem. Wredny typ, prawda?
– Krętacz.   Tyle   że   z   naszego   punktu   widzenia   nic   nie 

przeskrobał. Ludzie z Kontroli Skarbowej długo deptali mu 
po piętach, lecz i dla nich był za cwany. Ho, ho! Nieboszczyk 
Rex Fortescue to istny geniusz finansowy!

– Taki   facet   mógł   mieć   wrogów,   co?   –   podchwycił 

wywiadowca z nutą nadziei w głosie.

– Wrogów? Oczywiście! Nie zapominajmy jednak, że został 

otruty   w   domu.   Na   to   przynajmniej   wygląda.   Wiesz   co, 
Waite?   Zaczyna   mi   się   marzyć   pewien   schemat:   stary, 
wybornie   znany   schemat.   Dobry   chłopiec   Parcival   i   zły 
chłopiec   Lance,   typ   bardzo   interesujący   dla   płci   pięknej. 
Znacznie   młodsza   żona,   która   nie   wie   z   góry,   na   jakich 
kortach zamierza grać w golfa. Wszystko to brzmi nieobco, 

background image

tylko jeden szczegół fatalnie nie pasuje.

– Co takiego? podchwycił ciekawie wywiadowca Waite, lecz 

w tej chwili otwarły się drzwi gabinetu i panna Grosvenor, 
która zdążyła już odzyskać równowagę ducha i stała się znów 
normalnie efektowną sekretarką, zapytała wyniośle:

– Życzył pan sobie mówić ze mną?
– Chciałbym   zadać   pani   kilka   pytań   na   temat 

pracodawcy…   Należałoby   raczej   powiedzieć   byłego 
pracodawcy.

– Biedaczek!   –   westchnęła   nieprzekonywająco   panna 

Grosvenor. – Czy ostatnio zauważyła w nim pani zmiany?

– Otwarcie mówiąc, zauważyłam.
– Jakie?
– Trudno   to   sprecyzować…   Cóż,   pan   Fortescue   mówił 

rozmaite   głupstwa.   W   połowę   tego   niepodobna   było 
wierzyć. No i złościł się często, przeważnie na pana Parcivala. 
Na mnie nie, bo nie mam zwyczaju oponować. „Tak, panie 
dyrektorze” – odpowiadałam zawsze bez względu na to, co 
on mówi… a raczej, co mówił.

– Czy pan Fortescue… hm… Czy robił pani kiedy awanse?
– Nie… Tego nie mogę powiedzieć – odparła efektowna 

sekretarka jak gdyby z pewnym żalem.

– Jeszcze jedno pytanie. Czy pani szef miał zwyczaj nosić w 

kieszeni zboże?

– Zboże? – zdumiała się panna Grosvenor. – W kieszeni? 

Żeby karmić gołębie czy coś podobnego?

– Nie wykluczam takiego powodu.
– Nie! Z całą pewnością nie! Pan Fortescue miałby karmić 

gołębie? To nie w jego stylu.

background image

– Czy   z   jakiegoś   innego   powodu   mógł   mieć   dzisiaj   w 

kieszeni, dajmy na to, jęczmień albo żyto? Może chodziło o 
próbkę zboża objętego jakąś transakcją handlową?

– Nie, panie inspektorze. Pan Fortescue czekał na kogoś z 

Azjatyckiej   Spółki   Naftowej   i   na   prezesa   pewnego 
przedsiębiorstwa budowlanego. Nie spodziewał się innych 
klientów.

– Mniejsza   z   tym…   –   Neele   skwitował   temat   niedbałym 

gestem ręki, którym zarazem odprawił pannę Grosvenor.

– Nogi pierwsza klasa! – westchnął wywiadowca Waite. – 

nylony nie gorsze.

– Nic nie pomogły te nogi – burknął inspektor Neel. – Nie 

posunąłem   się   o   krok.   Wciąż   mam   przed   sobą   nie 
wyjaśnioną zagadkę kieszeni pełnej żyta.

background image

IV

Po drodze z piętra na parter Mary Dove zatrzymała się na 

schodach, aby wyjrzeć przez wielkie okno. Zajechał właśnie 
samochód i wysiedli z niego dwaj mężczyźni. Wyższy stanął 
plecami   do   domu   i   przez   moment   rozglądał   się   dokoła. 
Mary Dove bacznie oszacowała ich wzrokiem. Nie wątpiła, 
że   to   inspektor   Neele   i   zapewne   jakiś   jego   podwładny. 
Odwróciła się i spojrzała na własne odbicie w długim lustrze, 
które   zdobiło   ścianę   przy   zakręcie   schodów.   Zobaczyła 
drobną, przesadnie skromną postać w beżowoszarej sukni o 
niepokalanie   białych   mankietach   i   kołnierzyku.   Ciemne 
włosy,   rozdzielone   pośrodku   głowy,   spływały   dwiema 
lśniącymi falami ku węzłowi upiętemu nisko nad karkiem… 
Szminka na ustach miała odcień bladoróżowy…

Ogólnie   biorąc,   Mary   Dove   była   zadowolona   ze   swojej 

powierzchowności. Uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie i 
ruszyła w dół schodami.

Tymczasem   inspektor   Neele   przyglądał   się   domowi   i 

myślał: „Oni nazwali to «domkiem». Dobre sobie! «Domek 
pod Cisami». Typowa afektacja z grubą forsą! Na mój rozum 
lepsze byłoby określenie «pałac»„.

Wiedział doskonale, jak powinien wyglądać domek. Sam 

wychował się przecież w domku odźwiernego przy bramie 
posiadłości   Hartington   Park,   gdzie   ogromna,   niezdarnie 
pseudoklasyczna   budowla   posiadała   dwadzieścia   dziewięć 

background image

pokoi sypialnych, ostatnio zaś została zasekwestrowana przez 
władze   skarbowe.   Mały   domek   odźwiernego   z   zewnątrz 
prezentował   się   ładnie,   lecz   wewnątrz   był   wilgotny, 
straszliwie   niewygodny   i   nie   miał   żadnych   nowoczesnych 
urządzeń z wyjątkiem najbardziej prymitywnej kanalizacji. 
Na szczęście rodzice inspektora Neele uważali swoje warunki 
mieszkalne za normalne i odpowiednie. Nie musieli płacić 
czynszu   i   nie   mieli   do   roboty   nic   oprócz   otwierania   i 
zamykania bramy, kiedy zaszła ku temu potrzeba. Ponadto 
park   obfitował   w   króliki,   a   od  czasu   do   czasu   trafiał   do 
garnka nawet bażant. Pani Neele nie dowiedziała się nigdy, 
ile satysfakcji sprawiają elektryczne żelazka, piece stałopalne, 
wentylowane   spiżarki   pod   oknami,   krany   z   zimną   oraz 
gorącą   wodą   lub   światło   zapalane   jednym   ruchem   palca. 
Zimą Neele’owie korzystali z lampy naftowej, w lecie kładli 
się   spać   o   zmroku.   Byli   rodziną   zdrową   i,   mimo   całego 
zacofania, bardzo szczęśliwą.

Nic   dziwnego,   że   dźwięk   wyrazu   „domek”   obudził   w 

inspektorze wspomnienia z lat dzieciństwa. Jednakże gmach 
ochrzczony   pretensjonalnie   Domkiem   pod   Cisami 
przypominał pałace, jakie ludzie bogaci wznoszą dla siebie, 
aby mówić o nich „moje skromne zacisze na wsi”. Nawiasem 
mówiąc Domek pod Cisami nie był skromnym zaciszem i 
nie znajdował się na wsi. Wielkie domisko z czerwonej cegły 
rozrastało się raczej wszerz niż wzwyż  i miało dach nieco 
zanadto łamany oraz pokaźną liczbę okien z oprawnych w 
ołów   szklanych   gomułek.   Ogród   był   sztywny, 
konwencjonalny, pełen różanych klombów i rabat, pergoli, 
cembrowanych sadzawek oraz (zgodnie z nazwą rezydencji) 

background image

często strzyżonych szpalerów cisowych.

Nie   mogło   tutaj   braknąć   cisów   komuś,   kto   szukałby 

surowca   dla   wyprodukowania   taksyny!   W   prawym   kącie 
ogrodu, za obrosłą pnącymi różami pergolą pozostawiono 
ślad prawdziwej przyrody – stare drzewo cisowe przywodzące 
na myśl cmentarz, o gałęziach podpartych palami. „Rosło na 
tym miejscu długie lata – medytował inspektor Neele – nim 
najazd   nowych   domów   z   czerwonej   cegły   zaczął   ogarniać 
wiejskie okolice. Rosło na tym miejscu, nim założono pole 
golfowe,   a   modni   architekci   jęli   zjeżdżać   z   zamożnymi 
klientami,   aby   zachwalać   im   korzystne   strony   takich   lub 
innych   terenów   budowlanych.   Stanowiło   cenny   zabytek, 
więc   zostało   włączone   do   odmiennego   krajobrazu   i 
najprawdopodobniej   dało   nazwę   wymarzonej   siedzibie 
bogacza. Domek pod Cisami… Może jagody z tego właśnie 
drzewa…”

Inspektor Neele urwał nie wiodące do niczego rozważania. 

Musiał przystąpić do pracy.

Nacisnął guzik dzwonka.
Drzwi   otworzył   zaraz   mężczyzna   w   średnim   wieku 

odpowiadający   dość   wiernie   obrazowi,   jaki   detektyw 
stworzył   sobie   na   podstawie   rozmowy   telefonicznej.   Miał 
minę   mało   inteligentnego   cwaniaka,   rozbiegane   oczy   i   z 
lekka drżące ręce.

Neele oznajmił, kim jest, przedstawił swojego podwładnego 

i nie bez przyjemności dostrzegł wyraz przestrachu w oczach 
kamerdynera.   Nie   przywiązywał   do   tego   zbytniej   wagi. 
Reakcja   mogła   przecież   być   spontaniczna,   nie   związana 
bynajmniej z nagłym zgonem pracodawcy.

background image

– Czy pani Fortescue wróciła?
– Nie, panie inspektorze.
– A pozostałe dwie panie?
– Także nie wróciły, panie inspektorze.
– W takim razie chciałbym pomówić z panną Dove. Służący 

zerknął przez ramię w kierunku schodów.

– Panna Dove właśnie idzie – powiedział.
Inspektor objął wzrokiem Mary Dove, która bez pośpiechu 

szła   z   piętra   na   parter.   Tym   razem   rzeczywistość   nie 
odpowiadała   uprzednim   wyobrażeniom.   Pojęcie 
zarządzającej   domem   czy   gospodyni   kojarzy   się 
automatycznie z wizerunkiem postawnej, energicznej damy 
ubranej w czerń i pobrzękującej niewidocznymi kluczami.

Neele   nie   spodziewał   się   drobnej   smukłej   osóbki   w 

sukience gołębiej barwy. Nie spodziewał się śnieżnobiałych 
mankietów   i   kołnierzyka,   lśniących,   gładko   uczesanych 
włosów   ani   subtelnego   uśmiechu   Mony   Lizy.   Wszystko 
wydało   mu   się   trochę   nierealne,   jak   gdyby   ta   młoda, 
dwudziestokilkuletnia dziewczyna grała rolę – nawet nie rolę 
zarządzającej   domem,   lecz   po   prostu   Mary   Dove.   Jej 
powierzchowność   sprawiała   wrażenie   ukształtowanej   w 
harmonii z nazwiskiem

1

.

– Pan inspektor Neele? – zapytała opanowanym tonem.
– Tak,   proszę   pani.   A   to   jest   sierżant   Hay.   Jak 

wspomniałem   już   podczas   rozmowy   telefonicznej,   pan 
Fortescue   zmarł   w   szpitalu   Świętego   Judy   o   godzinie 
dwunastej czterdzieści trzy. Zachodzi prawdopodobieństwo, 

Dove (ang.) – gołąb, gołębica.

background image

że śmierć nastąpiła w wyniku otrucia czymś, co denat spożył 
dziś na śniadanie. Czy wobec tego sierżant Hay mógłby pójść 
do kuchni celem zebrania nieodzownych informacji?

– Naturalnie,   panie   inspektorze   –   odpowiedziała   panna 

Dove i rzuciła pod adresem kamerdynera, który niepewnie 
przestępował  z nogi  na nogę  Crump, proszę zaprowadzić 
sierżanta do kuchni i udzielić mu wszelkiej pomocy, jakiej 
zażąda.

Służący   i   policjant   wyszli,   a   dziewczyna   zwróciła   się   do 

inspektora:

– Pozwoli pan ze mną?
Z   tymi   słowy   otworzyła   drzwi   i   wprowadziła   gościa   do 

szablonowego   pokoju   –   niewątpliwie   palarni   ozdobionej 
boazerią,   bogatym   obiciem   ścian,   ciężkimi   fotelami   i 
odpowiednią   liczbą   sztychów   przedstawiających   sceny   z 
wyścigów i polowań.

– Zechce pan usiąść.
Neele   wykonał   polecenie.   Mary   Dove   zajęła   miejsce 

naprzeciw niego, twarzą w kierunku okna, czego detektyw 
nie omieszkał zauważyć. Pozycja raczej niezwykła dla kobiety, 
zwłaszcza jeżeli kobieta nie chce powiedzieć wszystkiego, co 
jej   wiadomo…   Ale   może  ta   dziewczyna   nie   ma   nic   do 
ukrycia?

– Fatalnie   się   składa   –   zauważyła   –   że   niepodobna 

porozumieć się szybko z nikim z rodziny. Pani Fortescue 
powinna lada moment wrócić. Tak samo pani Parcivalowa. 
Do jej męża wysłałam kilka depesz w rozmaite miejsca.

– Bardzo pani dziękuję.
– Wspomniał   pan,   że   śmierć   pana   Fortescue   mogła 

background image

nastąpić   w   wyniku   otrucia   czymś,   co   spożył   dziś   na 
śniadanie. Miał pan na myśli zatrucie pokarmowe?

– Zapewne… – bąknął inspektor obserwując bacznie Mary 

Dove.

– Mało   prawdopodobne   –   ciągnęła   z   niezmąconym 

spokojem. – Na śniadanie podano bekon, jajecznicę, kawę, 
marmoladę, grzanki. Na kredensie stała też szynka z puszki 
otwartej wczoraj wieczorem. Nikt inny nie odczuł żadnych 
dolegliwości.   Nie   było   na   śniadanie   ryby,   kiełbasek… 
niczego, co mogłoby wydać się podejrzane.

– Jak widzę, wie pani dokładnie, co podano do stołu.
– Rzecz zrozumiała. Przecież ja dysponuję posiłki. Wczoraj 

na kolację…

– To obojętne, proszę pani – przerwał detektyw. – Jadłospis 

wczorajszej kolacji nie ma znaczenia.

– Sądziłam,   że   objawy   zatrucia   pokarmowego   występują 

czasami dopiero po dwudziestu czterech godzinach.

– W danym przypadku nie ma o tym mowy… Zechce pani 

poinformować mnie szczegółowo, co pan Fortescue jadł i pił 
dzisiaj, przed wyjazdem z domu?

– O ósmej zaniesiono mu do pokoju poranną herbatę. Do 

jadalni zeszedł kwadrans po dziewiątej. Jak mówiłam już, na 
śniadanie podano bekon, jajecznicę, marmoladę, grzanki.

– Nie jadł płatków zbożowych, czegoś w tym rodzaju?
– Nie. Fan Fortescue nie lubił takich rzeczy.
– Jakiego cukru używa się tutaj? Kostki? Kryształu?
– Kostki. Ale pan Fortescue nie słodził kawy.
– Czy  z   rana   zwykł   przyjmować   jakieś   lekarstwa?   Środki 

uspokajające? Ułatwiające trawienie?

background image

– Nie, panie inspektorze.
– Czy pani uczestniczyła w śniadaniu?
– Nie,   panie   inspektorze.   Nigdy   nie   jadam   z   rodziną 

pracodawcy.

– Kto był przy stole?
– Żona pana Fortescue, a także córka i synowa. Jak już panu 

wiadomo, pan Parcival jest nieobecny.

– Czy te panie jadły i piły to samo?
– Pani   Fortescue   poprzestała   na   soku   pomarańczowym, 

kawie   i   grzankach.   Pani   Valowa   i   panna   Fortescue   mają 
dobry apetyt z rana. Myślę, że oprócz wymienionych potraw 
jadły też szynkę i płatki zbożowe. Pani Valowa pija herbatę, 
nie kawę.

Inspektor Neele zamyślił się na moment. Oto zawęża się 

zakres potencjalnej sposobności. Śniadanie jadły z denatem 
trzy – i tylko trzy – osoby: jego żona, córka i synowa. Każda z 
nich mogła skorzystać z okazji i zaprawić taksyną kawę w 
filiżance.   Smak   trucizny   zneutralizowałaby   gorycz   nie 
osłodzonej   kawy.   Oczywiście   w   grę   wchodzi   również 
poranna herbata, lecz Bernsdorff twierdzi stanowczo, że w 
herbacie   taksyną   byłaby   wyczuwalna…   Chociaż   luz   po 
przebudzeniu, kiedy człowiek nie oprzytomniał zupełnie… 
Detektyw podniósł wzrok i spostrzegł, że jest pod baczną 
obserwacją.

– Pytał   pan   –   podjęła   Mary   Dove   –   o   lekarstwa,   środki 

uspokajające, ułatwiające trawienie. Wydaje mi się to trochę 
dziwne.   Gdyby   lekarstwo   było   wadliwie   przygotowane, 
gdyby nawet dodano coś do niego, nie mogłyby wystąpić 
objawy zatrucia pokarmowego.

background image

Inspektor Neele zmierzył ją bystrym spojrzeniem.
– Ja, proszę pani, nie twierdziłem, że zgon nastąpił z racji 

zatrucia   pokarmowego.   Mówiłem   tylko,   że   to 
prawdopodobnie otrucie… po prostu: otrucie.

Aha… Otrucie powtórzyła cicho Mary Dove. Ton jej głosu 

nie   zdradzał   przestrachu,   zdziwienia.   Brzmiał   tylko   nutą 
zainteresowania z powodu świeżo wynikłej koncepcji czy też 
nie znanego uprzednio przeżycia. Pogląd ten potwierdziło 
następne zdanie:

– Nigdy   jeszcze   nie   miałam   do   czynienia   z   przypadkiem 

otrucia.

– To niemiła historia wtrącił sucho inspektor Neele.
– Tak… Wyobrażam sobie, że niemiła.
Mary Dove zastanawiała się nad czymś przez chwilę. Później 

spojrzała na detektywa z nieoczekiwanym uśmiechem.

– Ja tego nie zrobiłam – powiedziała. – Sądzę jednak, że coś 

podobnego usłyszy pan od wszystkich.

– A nie domyśla się pani, kto mógł to zrobić? Wzruszyła 

ramionami.

– Otwarcie   mówiąc,   facet   był   obrzydliwy.   Kto   mógł   to 

zrobić? Każdy!

– Czyja wiem, proszę pani? Normalnie nikt nie truje faceta 

tylko dlatego, że jest „obrzydliwy”. W takim przypadku musi 
działać solidny, konkretny motyw.

– Tak…   –   przyznała   z   namysłem   Mary   Dove.   – 

Niewątpliwie.

– Będzie   pani   łaskawa   powiedzieć   mi   więcej   o 

domownikach?   Dziewczyna   podniosła   wzrok   i   zdziwiła 
detektywa chłodnym i nieco szyderczym wyrazem oczu.

background image

– Sądzę   –   zaczęła   –   że   nie   będzie   to   formalne   zeznanie. 

Oczywiście   że   nie!   Przecież   pański   sierżant   straszy   w   tej 
chwili   służbę.   Nie   chciałabym,   panie   inspektorze,   by 
odczytano w sądzie moje słowa. Ale powiedzieć swoje mam 
ochotę…   tak   między   nami…   że   się   tak   wyrażę   „poza 
protokołem”.

– Śmiało,   proszę   pani   –   wtrącił   inspektor   Neele.   –   Nie 

mamy świadka rozmowy, na co zdążyła pani zwrócić uwagę.

Dziewczyna usiadła wygodniej w fotelu, założyła nogę na 

nogę, zmrużyła oczy.

– Na   początek   muszę   przyznać,   że   nie   poczuwam   się   do 

lojalności   wobec   moich   pracodawców.   Pracuję   tutaj,   bo 
posada jest dobrze płatna, a na dobrych zarobkach zawsze 
mi zależy.

– Właśnie! Zaskoczyło mnie trochę, że pani pełni funkcję 

zarządzającej   domem.   Z   taką   inteligencją,   z   takim 
wykształceniem…

– Powinnam   pleśnieć   w   kantorze   jakiejś   firmy   – 

podchwyciła – albo pomnażać akta któregoś z ministerstw! 
Moje   obecne   zajęcie,   drogi   panie   inspektorze,   to   interes 
nieporównanie lepszy. Bogaci ludzie są gotowi płacić grubo, 
bardzo   grubo   komuś,   kto   wyzwala   ich   od   domowych 
kłopotów. Wynajdywanie i angażowanie służby jest robotą 
straszliwie żmudną. Trzeba pisywać do biur pośrednictwa 
pracy,   zamieszczać   ogłoszenia   w   prasie,   rozmawiać   z 
kandydatami,   przygotowywać   takie   rozmowy,   a   wreszcie 
dbać, by w gospodarstwie wszystko szło gładko. Wszystko to 
wymaga   umiejętności,   których   ludzie   bogaci   zwykle   nie 
mają.

background image

– A   jeżeli   służba   wynaleziona   i   zaangażowana   z   takim 

trudem odejdzie? Słyszała chyba pani o takich przypadkach.

– W razie potrzeby – uśmiechnęła się Mary – potrafię zasłać 

łóżka, sprzątnąć pokoje, ugotować, co trzeba,  nawet podać 
do stołu tak, że nikt nie dostrzeże różnicy. Naturalnie nie 
reklamuję się w tym względzie, by nie stwarzać okazji do 
niewczesnych   pomysłów.   Mogę   jednak   zapełnić   taką   lub 
inną lukę. Na szczęście luki nie zdarzają się często. Z reguły 
pracuję u rzeczywiście bogatych ludzi, którzy gotowi są dać 
wszystko,   by   zapewnić   sobie   prawdziwą   wygodę.   Płacę 
najwyższe pensje i zdobywam zwykle najlepszą służbę.

– Taką   na   przykład,   jak   ten   kamerdyner?   Dziewczyna 

uśmiechnęła się do inspektora nie bez uznania.

– Widzi pan – podjęła – z małżeństwami zawsze są kłopoty. 

Crumpa trzymam  na posadzie tylko ze względu  na  żonę, 
najdoskonalszą ze znanych mi kucharek. To istny klejnot, 
wart nie lada poświęceń. Pan Fortescue ceni… należy raczej 
powiedzieć:   cenił,   dobrą   kuchnię.   Nikt   nie   ma   tutaj 
szczególnych   skrupułów,   a   pieniędzy   jest   w   bród.   Pani 
Crump umie zdobyć na czarnym rynku wszystko, co trzeba: 
masło,   jaja,   śmietankę

2

  Ostatecznie   Crump   jest   też   na 

poziomie.   Srebra   czyści   nie  najgorzej,   do   stołu   posługuje 
jako   tako.   Klucz   od   piwnicy   z   winem   noszę   zawsze   przy 
sobie.   Mam   na   oku   dżin   i   whisky   i   dbam   o   garderobę 
domowników.

– Niezastąpiona panna Mary Dove – wtrącił z uśmiechem 

Neele.

2  W   okresie   bezpośrednio   po   wojnie   obowiązywało   w   Anglii 

racjonowanie żywności i odzieży (przyp. tłum.).

background image

– Coś w tym rodzaju. Przekonałam się, że prowadząc dom 

muszę sama wszystko umieć. Później mogę tego nigdy nie 
robić. Ale życzył pan sobie poznać moją opinię o rodzinie 
Fortescue.

– Proszę, jeżeli pani łaskawa.
– To   ludzie   naprawdę   obrzydliwi.   Wszyscy!   Nieboszczyk 

pan   Fortescue   był   typowym   kombinatorem,   który   dba 
zawsze tylko o własną skórę. Lubił opowiadać chełpliwie o 
rozmaitych swoich pomysłowych zagraniach. Był tyranem, z 
pewnością tyranem o grubiańskich, aroganckich manierach. 
Adela to jego druga żona, o dobre trzydzieści lat młodsza. 
Poznała go w Brighton, gdzie pracowała jako manikiurzystka 
i rozglądała się za grubymi pieniędzmi. Jest bardzo ładna… 
Taka, rozumie pan, „seksbomba”.

Inspektor Neele był zaszokowany,  lecz udało mu się nie 

zdradzić wrażenia. Jego zdaniem młoda dama pokroju Mary 
Dove nie powinna mówić o takich sprawach.

– Naturalnie Adela wyszła za mąż dla pieniędzy – ciągnęła 

młoda   dziewczyna.   –   Do   białej   gorączki   przywiodła   tym 
Parcivala,   syna   pana   Fortescue,   i   jego   córkę   Elaine. 
Obydwoje  odnoszą się do niej możliwie najgorzej,  ale to 
kobieta   rozumna.   Nie   obraża   się,   jak   gdyby   nic   nie 
rozumiała. Dobrze wie, że starego trzyma pod pantoflem. 
Mój Boże! Znowu użyłam niewłaściwego czasu. Trudno mi 
uwierzyć, że on rzeczywiście umarł.

– Chciałbym usłyszeć coś o synu.
– O kochanym Parcivalu? Żona nazywa go zdrobniale Val. 

To świętoszek, hipokryta. Jest układny, podstępny, chytry. 
Boi się ojca, który go zawsze terroryzował. Pozwala na to, ale 

background image

wie, jak postawić na swoim. W przeciwieństwie do pana 
Fortescue  bardzo liczy się z pieniędzmi.  Oszczędność jest 
prawdziwą pasją jego życia. Dlatego właśnie długo szukał dla 
siebie oddzielnego domu. Mieszkanie tutaj dogadza kieszeni 
Vala.

– A jego żona?
– Jennifer to istota łagodna, cicha i chyba bardzo głupia, 

czego zresztą nie jestem zupełnie pewna. Przed ślubem była 
pielęgniarką. Aż do romantycznego  finału opiekowała się 
Parcivalem,   kiedy   chorował   na   zapalenie   płuc.   Papa   nie 
pochwalał tego związku. Jako nie lada snob życzył sobie, aby 
syn zrobił to, co się nazywa „świetną partią”. Biedną Jennifer 
lekceważył i dawał jej to odczuć. Mam wrażenie, że ona też 
bardzo nie lubi… to jest nie lubiła teścia. Zainteresowania 
tej osóbki ograniczają się do robienia zakupów i kina. Jej 
główną troskę stanowi skąpstwo męża, od którego dostaje za 
mało pieniędzy.

– Co pani powie o córce?
– Elaine?   Trochę   jej   współczuję.   To   wcale   niezła 

dziewczyna,   typ   pensjonarki,   która   rośnie,   lecz   wcale   nie 
dojrzewa. Dobrze zna się na grach sportowych. Z zapałem 
przewodzi starszym i młodszym skaut–kom. Pasjonuje się 
sprawami takiego pokroju. Niedawno wynikła romantyczna 
historia między nią a zbuntowanym młodym nauczycielem. 
Niestety   papa   odkrył,   że   kawaler   hołduje   radykalnym 
ideom, więc jak taranem rozbił niedoszły związek.

Zabrakło jej odwagi, by sprzeciwić się ojcu.
Nie   zabrakło.   To   młody   człowiek   zwinął   chorągiewkę. 

Myślę, że i tym razem w grę wchodziły pieniądze. Widzi pan, 

background image

Elaine nie jest szczególnie pociągająca.

A drugi syn? – zapytał detektyw.
– Nigdy go nie widziałam. O ile mi wiadomo, to przystojny 

mężczyzna   i   skończony   łobuz.   Ma   na   koncie   drobne 
fałszerstwo   czeku…   Takie   sobie   stare   dzieje.   Obecnie 
mieszka w Afryce Wschodniej.

– Nastąpiło zerwanie stosunków z ojcem?
– Tak.   Pan   Fortescue   nie   mógł   zostawić   Lancelota   bez 

szylinga, bo już dawniej zrobił go młodszym wspólnikiem 
firmy. Ale od lat nie utrzymywali kontaktów, a jeżeli ktoś 
wspomniał   przypadkiem   Lancelota,   ojciec   zwykł   mawiać: 
„Nie chcę nic wiedzieć o łajdaku. To nie mój syn”. Mimo 
wszystko jednak… – panna Dove umilkła nagle.

– Mimo   wszystko   jednak…   –   podpowiedział   inspektor 

Neele.

– Wcale nie zdziwiłaby mnie wiadomość, że stary Fortescue 

usiłuje sprowadzić do kraju Lancelota.

– Na czym pani opiera swój pogląd?
– Na   tym,   że   mniej   więcej   przed   miesiącem   stary   ostro 

posprzeczał się z Parcivalem. Odkrył jakieś machinacje za 
swoimi plecami czy coś podobnego. Nie wiem dokładnie, o 
co poszło. W każdym razie pan Fortescue  wpadł w istną 
furię. Parcival stracił pozycję faworyta, dobrego chłopca… 
Tak! On zachowywał się ostatnio inaczej niż zwykle.

– Kto? Pan Fortescue?
– Nie. Miałam na myśli Parcivala. Odniosłam wrażenie, że 

biedak na śmierć się zamartwia.

– Zechce   pani   powiedzieć   mi   coś   o   służbie…   Crumpów 

poznałem. Kto więcej jest w domu?

background image

Gladys   Martin,   kredensowa   albo   pokojówka.   Sprząta 

pokoje na parterze, nakrywa do stołu, pomaga Crumpowi 
przy   podawaniu.   Ogólnie   biorąc,   przyzwoita   dziewczyna, 
tylko bardzo ograniczona, jak gdyby niezupełnie normalna. 
Typ   wyraźnie   skrofuliczny.   Inspektor   pokwitował 
informacje skinieniem głowy.

– Pokojowa   Ellen   Curtis   jest   ponura   i   zgorzkniała,   ale 

służyła   w   dobrych   domach,   a   swoje   obowiązki   zna 
pierwszorzędnie.   To   stała   służba.   Resztę   spraw 
gospodarskich załatwiają rozmaite przychodnie kobiety.

– Czy wyczerpała pani listę domowników? Nie. Jest jeszcze 

stara panna Ramsbottom.

– Któż to taki?
– Szwagierka pana Fortescue, siostra jego pierwszej żony. 

Pierwsza żona była znacznie starsza od niego, a z kolei panna 
Ramsbottom   znacznie   starsza   od   niej.   Obecnie   ma   z 
pewnością   grubo   po   siedemdziesiątce.   Zajmuje   pokój   na 
piętrze,   sama   przyrządza  swoje   posiłki   i   korzysta   tylko   z 
pomocy   przychodniej   sprzątaczki.   Jest   dziwaczką   i   nigdy 
chyba   nie   przepadała   za   szwagrem,   lecz   zamieszkała   tutaj 
jeszcze za życia siostry i została po jej śmierci. Pan Fortescue 
nigdy   się   nie   przejmował   losami   cioci   Effie,   ale   moim 
zdaniem to postać ciekawa.

– Innych domowników nie ma?
– Nie ma, panie inspektorze.
– Więc naturalnym rzeczy porządkiem doszliśmy do pani.
– Interesuje pana mój życiorys? Jestem sierotą. Ukończyłam 

wyższy   kurs   sekretarski   w   Kolegium   Świętego   Alfreda. 
Przyjęłam   posadę   stenotypistki,   rzuciłam   ją,   poszukałam 

background image

drugiej i osądziwszy, że to nie dla mnie zajęcie, rozpoczęłam 
obecną karierę. Miałam dotychczas trzech pracodawców, bo 
po  roku  lub półtora  zaczyna  mnie  nudzić każde miejsce, 
więc   się   przenoszę.   W   Domku   pod   Cisami   jestem   od 
przeszło roku. Zaraz wypiszę na maszynie nazwiska i adresy 
moich   poprzednich   pracodawców   i   wraz   z   kopiami 
świadectw doręczę je sierżantowi… sierżantowi Hayowi, o ile 
się nie mylę. Czy to wystarczy?

– Niewątpliwie, proszę pani.
Neele umilkł na moment. Oczyma wyobraźni jął oglądać 

Mary Dove manipulującą podejrzanie przy śniadaniu pana 
Fortescue.   Później   cofnął   się   jeszcze   dalej   –   do 
systematycznego   zbierania   cisowych   jagód.   Wreszcie   z 
ciężkim   westchnieniem   wrócił   do   rzeczywistości   i   chwili 
obecnej.

– Teraz   –   podjął   –   chciałbym   zobaczyć   Gladys… 

kredensową i pokojówkę Ellen. Aha, proszę pani – dodał 
powstając   z   fotela   –   nie   domyśla   się   pani,   czemu   pan 
Fortescue mógł mieć w kieszeni zboże?

– Zboże? – powtórzyła z nie udawanym chyba zdumieniem.
– Tak.   Zboże.   Ziarno.   Z   niczym   tego   pani   nie   kojarzy? 

Absolutnie z niczym.

– Kto dbał o jego garderobę?
– Crump.
– Rozumiem. Czy państwo Fortescue zajmowali wspólną 

sypialnię?

– Tak. Oczywiście każde z nich miało własną ubieralnię i 

łazienkę. Mary Dove zerknęła na zegarek. – Adela powinna 
wrócić już naprawdę niedługo.

background image

– Jeszcze   jedna   sprawa,   proszę   pani.   Rozumiem,   że   w 

bliskim sąsiedztwie znajdują się aż trzy kluby golfowe. Dziwi 
mnie jednak, że do lej pory nie udało się odnaleźć pani 
Fortescue w żadnym z. nich.

– Byłby pan mniej zdziwiony, gdyby pan założył,  że pani 

Fortescue może wcale nie grać w golfa – odparła szorstko 
Mary Dove.

– Przecież   poinformowano   mnie   wyraźnie,   że   miała   taki 

zamiar.

– Pani Fortescue zabrała komplet kijów i o takim właśnie 

zamiarze oznajmiła. Oczywiście wóz prowadzi sama.

Detektyw bystro spojrzał na Mary, gdyż w tym momencie 

spodziewał się uzyskać ważną informację.

– Wie pani, kto miał być jej partnerem? – zapytał.
– Zapewne miał to być pan Vivian Dubois.
– Rozumiem…   –   powiedział   tylko   Neele,   a   zarządzająca 

domem podjęła szybko:

– Przyślę   panu   Gladys,   która   z   pewnością   będzie 

śmiertelnie wystraszona. – Na chwilę przystanęła w progu, 
by   dodać:   –   Nie   radzę   brać   zbyt   serio   wszystkiego,   co 
mówiłam. Jestem piekielnie złośliwa.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, na które inspektor patrzył 

przez moment w zadumie. Dziewczyna mogła być piekielnie 
złośliwa, lecz w każdym razie słowa jej posiadały wagę. Jeżeli 
Rex Fortescue został otruty rozmyślnie (co w danej chwili 
było   prawie   pewne),   sytuacja   w   Domku   pod   Cisami 
wyglądała obiecująco. Motywy zdawały się leżeć wokół grubą 
warstwą.

background image

V

Dziewczyna, która z wyraźną niechęcią weszła do palarni, 

była nieładna, wystraszona i mimo szykownej sukni koloru 
czerwonego wina sprawiała wrażenie jak gdyby nie domytej i 
zaniedbanej.

Spojrzała na inspektora błagalnym wzrokiem i powiedziała:
– Ja nic złego nie zrobiłam. Naprawdę nie zrobiłam. Nic o 

tym wszystkim nie wiem.

– Spokojnie, panienko, spokojnie…
Ton głosu inspektora uległ pewnej zmianie. Brzmiał teraz 

łagodniej,   bardziej   pogodnie   i   naturalnie.   Niewątpliwie 
detektyw starał się dodać odwagi przerażonej i zbitej z tropu 
młodej Gladys.

– Proszę   siadać   –   ciągnął.   –   Porozmawiamy.   Chciałbym 

dowiedzieć się czegoś o dzisiejszym śniadaniu.

– Ja tam nic nie zrobiłam.
– Nakrywała panienka do śniadania, usługiwała przy stole, 

prawda?

– Tak,   proszę   pana,   to   racja   –   przyznała   opornie 

dziewczyna.

Była spłoszona i zdawać się mogło, że ma coś na sumieniu. 

Jednakże   Neele   widywał   często   świadków   zbliżonego 
pokroju, nie tracił więc pogody, starał się pozyskać Gladys, 
życzliwym,   uprzejmym   tonem   wypytywał,   kto   pierwszy 
przyszedł do jadalni, kto następny.

background image

Okazało się, że Elaine Fortescue siadła do stołu pierwsza, w 

chwili kiedy Crump wniósł dzbanek z kawą. Po niej zjawiła 
się pani Fortescue, następnie pani Valowa. Pan przyszedł 
ostatni. Kawa, herbata i gorące dania stały na kredensie, na 
podgrzewanych płytkach. Państwo obsługiwali się sami.

Inspektor   nie   dowiedział   się   o   niczym   ważnym.   Menu 

zgadzało się z relacją Mary Dove. Państwo i panna Elaine pili 
kawę,   pani   Valova   herbatę.   Wszystko   odbywało   się   nie 
inaczej niż zwykle.

Na   pytania,   tyczące   jej   przeszłości,   Gladys   odpowiadała 

mniej niechętnie.  Służyła w prywatnych  domach.  Później 
pracowała   w   kilku   kawiarniach.   Wreszcie   postanowiła 
wrócić do prywatnej służby, więc przed dwoma miesiącami 
przyjęła miejsce w Domku pod Cisami.

– Podoba się tu panience? – zapytał Neele.
– Myślę, że chyba tak… Człowiek nie męczy się tak, nie jest 

wciąż   na   nogach.   Tyle   że   mniej   swobody…   znaczy   się, 
wolnego czasu.

– Proszę powiedzieć mi coś o garderobie pana Fortescue, 

jego ubraniach. Kto utrzymywał je w porządku, czyścił?

Gladys nastroszyła się znowu.
– Powinien to robić pan Crump, ale na mnie zwalał połowę 

roboty.

– Rozumiem… Kto czyścił i prasował garnitur, w który pan 

Fortescue był dziś ubrany?

– Nie pamiętam, w który garnitur był dziś ubrany. Miał ich 

przecież tyle.

– Czy znalazła kiedy panienka zboże w kieszeni któregoś z 

tych garniturów?

background image

– Zboże?
Gladys jak gdyby zaniepokoiła się, zmieszała.
– Wyrażając się ściślej, żyto.
– Żyto?
– Właśnie. Surowe ziarno żyta. Było w kieszeni marynarki, 

którą pan Fortescue miał dziś na sobie.

– W kieszeni marynarki?
– Aha. Domyśla się panienka, jak tam trafiło?
– Nie mam pojęcia. Nie widziałam żadnego żyta.
Tyle   tylko   udało   się   wydobyć   z   Gladys,   więc   Neele 

podejrzewał   przez   moment,   że   dziewczyna   wie   o   sprawie 
więcej, niż chce powiedzieć. Niewątpliwie jest zakłopotana, 
przyjmuje postawę obronną, ale to można przecież złożyć na 
karb   oporów   naturalnych   wobec   policjanta.   Kiedy 
powiedział   jej   ostatecznie,   że   może   odejść,   kredensowa 
zapytała:

– On rzeczywiście nie żyje? To prawda?
– Prawda.
– Nagle umarł, co? Kiedy telefonowali z biura, mówili, że 

dostał jakiegoś ataku, konwulsji.

– Istotnie. To wyglądało na konwulsje.
– Jedna   znajoma,   moja   koleżanka,   miewała   konwulsje. 

Zawsze nagle przychodziły, a ja bałam się okropnie.

Wspomnienia jak gdyby przezwyciężyły lęk Gladys.
Inspektor   Neele   ruszył   do   kuchni,   gdzie   spotkało   go 

niepokojące   przyjęcie.   Groźnie   postąpiła   w   jego   stronę 
kobieta o bardzo rumianej twarzy, otyła i uzbrojona w wałek 
do ciasta.

Policja! Dobre sobie! – przemówiła. – Przychodzi tutaj taki i 

background image

gada   głupstwa.   Także   pomysł!   Nic   nie   zmajstrowałam. 
Wszystko,   co   posyłam   do   jadalni,   jest   zawsze   takie,   jak 
trzeba. A taki opowiada, że ja otrułam pana. Słowo daję! 
Wystąpię do sądu o potwarz, nawet przeciwko policji. Nigdy 
w tym domu nie daje się na stół nic złego.

Inspektor stracił  sporo czasu na ułagodzenie rozjuszonej 

mistrzyni   rondla.   Gdy   z   nią   rozmawiał,   sierżant   Hay 
uśmiechał się wyglądając raz po raz z pokoju kredensowego. 
Bez wątpienia on musiał stawić czoło pierwszej fali gniewu i 
oburzenia pani Crump.

Scenę   przerwał   dzwonek   telefonu.   Neele   pośpieszył   do 

hallu i zastał tam Mary Dove, która spiesznie notowała coś 
na bloku korespondencyjnym.

– Telegram – rzuciła zwięźle oglądając się przez ramię.
Po   zakończeniu   rozmowy   odłożyła   słuchawkę   i   wręczyła 

blok   inspektorowi.   Depesza   została   nadana   w   Paryżu   i 
brzmiała, jak następuje:

FORTESCUE   DOMEK   POD   CISAMI   BAYDON 

HEATH SURREY. LIST NADSZEDŁ OPÓŹNIONY.

PRZYJADĘ   JUTRO   PO   POŁUDNIU.   SPODZIEWAM 

SIĘ TUCZNEGO CIELCA NA KOLACJĘ. LANCELOT.

Inspektor Neele szeroko otworzył oczy.
– Ha! Więc syn marnotrawny został wezwany do domu – 

szepnął.

background image

VI

W   momencie,   gdy   Rex   Fortescue   pił   ostatnią   w   życiu 

filiżankę herbaty, jego syn z żoną siedzieli pod drzewami na 
Polach Elizejskich i obserwowali przechodniów,

– Łatwo   ci   zapytać,   Pat,   „jaki   to   człowiek”.   Trudniej 

odpowiedzieć na pytanie – mówił właśnie Lance Fortescue. 
–   Opisywanie   kogoś   to   nie   najmocniejsza   moja   strona. 
Czego   chciałabyś   się   dowiedzieć?   Widzisz,   mój   stary   to, 
szczerze mówiąc, niezły szachraj. Ciebie to chyba nie zgorszy, 
prawda?   Bądź   co   bądź   musisz   być   przyzwyczajona   do 
szachrajów.

– Tak… Zapewne masz słuszność. Przeszłam niezłą szkołę.
Głos młodej pani Fortescue  zadźwięczał  nutą  niewesołej 

zadumy. Może pomyślała, iż cały świat jest szachrajski albo 
też jej wyjątkowo nie dopisywało szczęście.

Była   wysoka,   długonoga.   Nie   zasługiwała   na   miano 

piękności,   lecz   roztaczała   urok   płynący   z   nadmiaru   sił 
żywotnych   i   gorącego   serca.   Miała   pełne   gracji   ruchy   i 
śliczne, lśniące kasztanowate włosy. Zdawać się mogło, że 
dzięki   długiemu   obcowaniu   z   końmi   nabrała   wdzięku 
młodej kłaczki pełnej krwi.

Dobrze   poznała   szachrajstwa   na   torach   wyścigowych, 

niebawem   zaś   miała   nawiązać   kontakt   z   szachrajstwami 
świata   interesów.   Jednakże   odnosiła   wrażenie,   iż   jej   nie 
znany   dotąd   teść   jest   wzorem   uczciwości   w   granicach 

background image

określonych literą prawa. Często tak bywa. Ludzie, pyszniący 
się chętnie swoimi „sprytnymi posunięciami”, nie rozmijają 
się zazwyczaj z postanowieniami kodeksu karnego. Ale jej 
Lance, którego kocha, który przyznaje, że w młodzieńczych 
latach przekroczył tę barierę, ma niewątpliwie prawość, obcą 
cwaniakom   praktykującym   z   powodzeniem   legalne 
szachrajstwa.

– Nie twierdzę, że to oszust – ciągnął młody człowiek. – Nic 

podobnego! Ale, widzisz, Pat, stary potrafi grać na całego.

– Czasami czuję głęboką nienawiść do ludzi, którzy potrafią 

grać na całego – odrzekła Pat i dodała: – Jesteś do niego 
przywiązany.

Ostatnie zdanie miało charakter twierdzenia, nie pytania. 

Lance   zastanawiał   się   przez   chwilę.   Później   odpowiedział 
tonem nie pozbawionym zdziwienia:

– Wiesz co, kochanie? Naprawdę mi się zdaje, że jestem do 

niego przywiązany.

Pat   wybuchnęła   śmiechem,   a   mąż   spojrzał   na   nią   spod 

lekko   opuszczonych   powiek.   Kochana,   najmilsza 
dziewczyna! Dla takiej warto wiele zrobić!

– Powrót tam – podjął – jest w pewnym sensie diabelnie 

przykrą   sprawą.   Biurowe   nudy.   Jazda   do   domu   co   dzień 
pociągiem o piątej osiemnaście po południu. Życie całkiem 
nie   w   moim   stylu.   Zawsze   bardziej   mi   swojsko   wśród 
rozmaitych   wzlotów   i   upadków.   Ale   ostatecznie   człowiek 
musi się kiedyś ustatkować. Naturalnie wymaga to starań, 
ale ty poprowadzisz mnie za rękę, więc starania mogą się 
okazać nawet przyjemne. Stary nawrócił się, przekonał do 
mnie, trudno w takim przypadku nie skorzystać z okazji. 

background image

Muszę przyznać, że jego list sprawił mi niespodziankę. Byłem 
zaskoczony, zdziwiony… Że też akurat Parcival musiał mu się 
narazić! Percy, ten dobry chłopiec! Nie zapominaj, Pat, że to 
spryciarz, podstępny spryciarz. Zawsze był taki.

– Nie   zdaje   mi   się,   abym   miała   polubić   twojego   brata 

Parcivala –wtrąciła Pat.

– Nie chcę cię do niego zrażać. Powiadam tylko, że nigdy 

nie pasowaliśmy do siebie. Ja trwoniłem kieszonkowe, on 
robił   oszczędności.   Ja   przyjaźniłem   się   z   sympatycznymi 
nicponiami,   on   zawierał,   jak   się   to   mówi,   „cenne 
znajomości”.   Stanowiliśmy   przeciwstawne   bieguny. 
Uważałem go zawsze za pętaka, a on… Myślę, że nienawidził 
mnie serdecznie. Nie bardzo rozumiem dlaczego…

– Ja chyba rozumiem – wtrąciła znów Pat.
– Naprawdę?   Nic   dziwnego,   kochanie.   Masz   głowę   na 

karku. Widzisz, zastanawiam się chwilami… To fantastyczny 
pomysł, ale…

– Ale co? Mów śmiało.
– Zastanawiam się, czy nie Parcival zmontował awanturę z 

tamtym czekiem… Pamiętasz? Dostałem wtedy kopniaka od 
ojca   i   stary   wściekał   się,   że   nie   może   być   mowy   o 
wydziedziczeniu, bo już dawniej zrobił ze mnie wspólnika 
firmy. Najciekawsza historia, że ja czeku nie sfałszowałem. 
Oczywiście nikt nie uwierzyłby mi wtedy, bo raz podebrałem 
firmowe   pieniądze   i   przegrałem   na   wyścigach.   Widzisz, 
byłem murowanie pewny, że wszystko zwrócę, i ostatecznie 
chodziło   o   pieniądze   w   niejakim   stopniu   moje.   Ale 
podrobić podpis na czeku? Nie! Czasem przychodzi mi do 
głowy zabawny pomysł, że to może Parcival mnie zastąpił. 

background image

Nie mam pojęcia czemu, ale pomysł przychodzi.

– Przecież on nie mógł nic skorzystać. Pieniądze wpłynęły 

na twój rachunek.

– Wiem.   Dlatego   moje   podejrzenia   nie   mają   sensu.   A 

jednak… Pat spojrzała bystro na męża.

– Myślisz, że tą metodą chciał się ciebie pozbyć?
– Tak   sobie   wyobrażam.   Nie   powinienem   opowiadać 

podobnych bredni. Zapomnij o tym, Pat. Ciekaw jestem, jak 
stary,   poczciwy   Percy   zareaguje   na   powrót   syna 
marnotrawnego.   Ale   wytrzeszczy   te   swoje   mętne,   chytre, 
bladozielone oczki!

– On wie, że wracasz?
– Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby nic nie wiedział. Nasz 

stary, Pat, ma trochę zwichrowane poczucie humoru.

– Ale co twój brat mógł zrobić? Czym rozsierdził tak ojca?
– Sam jestem ciekaw. Hm… Coś musiało przywieść starego 

do białej gorączki. Inaczej nie napisałby do mnie.

– Kiedy dostałeś jego pierwszy list?
– Chyba  cztery…  nie,  jakieś  pięć  miesięcy  temu.   To  byt 

gderliwy   list,   lecz   bez   wątpienia   również   gałązka   oliwna. 
„Twój   starszy   brat   okazał   się   człowiekiem   pod   wieloma 
względami   nieodpowiednim”.   „Liczę,   że   zdążyłeś   się 
wyszumieć,   ustatkować   jakoś”.   „Mogę   zapewnić,   że   na 
pojednaniu skorzystasz finansowo”. „Życzliwie i serdecznie 
powitam   ciebie   oraz   twoją   żonę”.   Wiesz   co,   kochanie? 
Niemałą rolę musiało odegrać moje małżeństwo z tobą. Na 
starym zrobił wrażenie fakt, że wżeniłem się do arystokracji.

– Do arystokracji? – parsknęła śmiechem Pat. – Takie tam 

arystokratyczne męty!

background image

– Wszystko   jedno   –   uśmiechnął   się   Lance.   –   O   mętach 

mało   kto  wie,  o  arystokracji  wszyscy.   Poczekaj.   Zobaczysz 
małżonkę Parcivala! To osóbka, która biada nad zgubieniem 
znaczka  pocztowego, a przy stole mówi: „Proszę mi podać 
piklów”.

Tym   razem  Pat   nie   odpowiedziała   śmiechem.   Jęła   się 

zastanawiać   nad   kobietami   ze   swojej   nowej   rodziny   – 
kwestią, której Lance dotąd nie poruszył.

– A twoja siostra? – zapytała.
– Elaine?   Niezła   dziewczyna,   wcale   niezła.   Kiedy 

wyjeżdżałem,   była   bardzo   młoda.   Wiesz,   taki   podlotek 
diabelnie serio. Strasznie się wszystkim przejmowała. Pewno 
zdążyła z tego wyrosnąć.

Charakterystyka panny Fortescue była niezbyt krzepiąca.
– Siostra   nie pisywała  do  ciebie  od czasu,  kiedy…  kiedy 

opuściłeś kraj… Nie pisywała, prawda?

– Nie zostawiłem adresu. Ale tak czy inaczej nie zdobyłaby 

się na list. Widzisz, jesteśmy rodziną bez sentymentów.

– Na to wygląda.
Lancelot zerknął spod oka ku żonie.
– Strach   cię   obleciał,   co?   Na   myśl   o   mojej   rodzince? 

Całkiem   zbytecznie.   Przecież   nie   zamieszkamy   wspólnie. 
Uwijemy   gdzieś   sobie   własne,   przytulne   gniazdko. 
Rozumiesz? Konie, psy, co tylko zechcesz.

– No i ten pociąg o piątej osiemnaście.
– To   dla   mnie,   zgoda.   Do   City   i   z   City.   Codziennie. 

Oficjalnie ubrany. Ale nie martw się, najmilsza. Są urocze, 
wiejskie   zakątki   nawet   w   bezpośrednim   sąsiedztwie 
Londynu.   No,   a   ja   czuję   ostatnimi   czasy   przypływ 

background image

zamiłowania   do   spraw   finansowych.   Nic   dziwnego, 
kochanie. To dziedziczne z obydwu stron rodziny.

– Mówiłeś, zdaje się, że matki prawie nie pamiętasz?
– Zawsze wydawała mi się okropnie stara. Oczywiście była 

stara. Miała bez mała pięćdziesiątkę, kiedy Elaine przyszła na 
świat. Nosiła liczne, pobrzękujące ozdoby, zwykle leżała na 
sofie i miała zwyczaj czytywać mi śmiertelnie nudne historie 
o   rycerzach   i   damach.   „Idylle   królewskie”   Tennysona… 
Zapewne ją kochałem. A dziś, kiedy wspominam tamte łata, 
rozumiem, że to była piekielnie bezbarwna kobieta.

Wygląda   na   to,   że   nikogo   nie   kochałeś   naprawdę   i   nie 

kochasz –rzuciła Pat nie bez przygany w głosie. Mąż ujął jej 
rękę, ścisnął mocno.

– Kocham ciebie, Pat – powiedział.

background image

VII

Inspektor   Neele   trzymał   jeszcze   w   ręku   blok   z   tekstem 

depeszy,   gdy   samochód   zajechał   przed   dom   i   stanął   ze 
zgrzytem hamulców. – Jest pani Fortescue – oznajmiła Mary 
Dove. Detektyw ruszył w stronę drzwi wejściowych i kątem 
oka   spostrzegł,   że   Mary   Dove   wycofuje   się,   niknie   na 
dalszym   planie.   Najwyraźniej   wolała   nie   uczestniczyć   w 
zapowiadającej   się   scenie.   Godny   uwagi   objaw   taktu, 
dyskrecji, a także braku ciekawości. W podobnej sytuacji – 
osądził inspektor Neele prawie żadna kobieta nie ruszyłaby 
się z miejsca.

Był tuż przy drzwiach, gdy w hallu pojawił się Crump. I on 

musiał usłyszeć podjeżdżający samochód.

Dwie osoby wysiadły ze sportowego rolls bentleya i zbliżyły 

się do domu. Drzwi otwarły się przed nimi. Adela Fortescue 
zmierzyła obcego mężczyznę zdziwionym wzrokiem.

Neele ocenił w mgnieniu oka jej niezwykłą urodę, a także 

trafność zdania Mary Dove, które zaszokowało go w swoim 
czasie.   Uznał,   że   Adela   Fortescue   to   rzeczywiście 
„seksbomba”.   Ogólnym   kolorytem   i   postawą   przypomina 
jasnowłosą   pannę   Grosvenor.   Ale   efektowna   sekretarka 
musi być osobą poważną i solidną, wyzywającą jedynie na 
pozór.   Natomiast   powierzchowność   wdowy   po   panu 
Fortescue   odpowiada   bez   wątpienia   jej   wewnętrznej 
sylwetce.  To ktoś, kto zwraca się do mężczyzn jasno, bez 

background image

ogródek. Ktoś, kto zdaje się mówić wyraźnie: „Spójrz! Jestem 
kobietą”.   Seks   objawiają   jej   ruchy,   słowa,   spojrzenia, 
jednakże w oczach czai się roztropny, przebiegły wyraz. Pani 
Adela z pewnością lubi płeć odmienną, lecz jeszcze wyżej 
ceni sobie pieniądze.

Detektyw   objął   wzrokiem   mężczyznę,   który   towarzyszył 

pięknej Adeli dźwigając torbę z kijami do golfa. Dobrze znał 
ten   typ   –   typ   specjalisty   od   młodych   żon   bogatych   i 
podstarzałych   mężów.   Pan   Vivian   Dubois   (on   to   był 
bowiem) emanował wystudiowaną męskością, daleką jego 
prawdziwej naturze. Należał do facetów, którzy „rozumieją” 
kobiety.

– Pani Fortescue? – zapytał Neele.
– Tak,   ale…   –   błękitne   oczy   spojrzały   pytająco.   –   Nie 

rozumiem doprawdy…

– Jestem inspektor Neele i, niestety, mam dla pani bardzo 

złe wiadomości.

– Oo… Kradzież? Włamanie? Coś w tym sensie?
– Nie w tym sensie, proszę pani. Chodzi o pani małżonka, 

który poważnie zachorował w biurze.

– Rex? Zachorował?
– Od wpół  do   dwunastej  usiłowaliśmy  nawiązać  z  panią 

kontakt.

– Gdzie on jest? Tutaj? W jakimś szpitalu?
– Odwieziono go do szpitala Świętego Judy. Niestety, musi 

się pani przygotować na złą wiadomość.

– Jak   to?   Chyba   nie…   nie   umarł?   –   wyjąkała   Adela 

Fortescue. Postąpiła krok, wsparła się o ramię inspektora, a 
ten   ceremonialnie,   nie   bez   wrażenia,   że   gra   na   scenie, 

background image

powiódł ją w głąb hallu.

– Dobrze   jej   zrobi   koniak   –   powiedział   Crump,   który 

ciekawie kręcił się w pobliżu. ,

– Słusznie,   Crump.   Przynieś   koniak   –   przemówił 

dźwięcznym   głosem   pan   Dubois   i   dodał   pod   adresem 
detektywa: – Pozwoli pan tędy.

Otwarte przezeń drzwi jął mijać pochód: Neele prowadzący 

Adelę   Fortescue,   Vivian   Dubois   oraz   Crump   z   karafką 
koniaku i dwoma kieliszkami.

Dama ciężko opadła na fotel, zakryła oczy dłonią, a drugą 

ręką sięgnęła po koniak, który podał jej Neele. Ostrożnie 
pociągnęła mały łyk i kieliszek odstawiła.

– Nie   chcę   –   szepnęła   –   nic   mi   nie   jest.   Ale…   proszę 

powiedzieć,   co   to   było?   Pewno   wylew   krwi   do   mózgu? 
Biedny Rex!

– To nie był wylew krwi do mózgu, proszę pani.
– O   ile   sobie   przypominam,   przedstawił   się   pan   jako 

inspektor policji – zabrał głos Vivian Dubois.

– Zgadza   się   –   odparł   pogodnie   detektyw.   –   Inspektor 

Neele z Wydziału Śledczego.

W ciemnych oczach młodego człowieka pojawił się wyraz 

zaniepokojenia.   Najwyraźniej   nie   odpowiadała   mu 
obecność inspektora z Wydziału Śledczego.

– Co się stało? Coś podejrzanego? – zapytał i odruchowo 

cofnął   się   krok   ku   drzwiom,   czego   Neele   nie   omieszkał 
zanotować w pamięci.

– Niestety, proszę pani – zwrócił się do Adeli Fortescue – 

musimy wziąć pod uwagę konieczność śledztwa.

– Konieczność śledztwa? Co pan… Co to znaczy?

background image

– Rozumiem, że to wszystko jest dla pani nad wyraz niemiłe 

–podjął  gładko  Neele.   –  Jednakże zachodzi  potrzeba,  aby 
ustalić możliwie najszybciej, co pan Fortescue jadł i pił dziś 
rano, przed wyjazdem z domu do biura.

– Chce pan powiedzieć, że Rex został otruty?
– Na to wygląda, proszę pani.
– Niepodobna!…   Aa…   Ma   pan   na   myśli   zatrucie 

pokarmowe –dorzuciła dama głosem o pół oktawy niższym.

Neele   miał   nadal   twarz   drewnianą,   bez   wyrazu.   Mówił 

chłodno, spokojnie:

– Szanowna pani przypuszcza, że co mam na myśli? Adela 

Fortescue puściła pytanie mimo uszu.

– Ale, panie inspektorze… my wszyscy czujemy się dobrze.
– Może pani to stwierdzić w imieniu całej rodziny?
– W   imieniu   całej   rodziny?   Nie…   Raczej   nie.   Dubois 

ostentacyjnie spojrzał na zegarek.

– Ha, muszę zmykać, Adelo. Strasznie mi przykro, ale nic ci 

się przecież nie stanie… Masz do dyspozycji służącą i małą 
Dove… Na razie.

– Nie odchodź, Vivian! Bardzo proszę.
Zabrzmiało to jak jęk rozpaczy i odniosło skutek przeciwny 

do zamierzonego. Pan Dubois szybko cofnął się w stronę 
drzwi.

– Strasznie mi przykro, moja droga… Niestety, mam coś 

bardzo ważnego  do załatwienia…  Umówione spotkanie… 
Mieszkam tutaj w hotelu, panie inspektorze. Służę, gdybym 
mógł być panu potrzebny… Chętnie służę.

Neele skinął głową. Nie chciał zatrzymywać pana Dubois, 

lecz   oceniał   właściwie   powód   jego   pośpiechu.   Nie   miał 

background image

wątpliwości, że pan Dubois co tchu umyka od kłopotów.

Adela Fortescue opanowała się nieco i podjęła próbę, by 

sprostać sytuacji.

– To   taki   wstrząs   wrócić   do   domu   i   zastać   policję   – 

powiedziała.

– Niewątpliwie,   proszę   pani   –   przyznał   Neele.   –   Chodzi 

nam   jednak   o   możliwie   najwcześniejsze   zabezpieczenie 
próbek żywności, a przede wszystkim kawy, herbaty, takich 
rzeczy.

– Kawy? Herbaty? Cóż może być w nich trującego? Myślę, że 

biednemu   Reksowi   zaszkodził   bekon.   Czasami   dostajemy 
obrzydliwy, wprost niejadalny.

– To się okaże, proszę pani. Wszystko wyjaśnimy. Niekiedy 

trafiają   się   przypadki   na   pozór   nieprawdopodobne.   Raz 
mieliśmy do czynienia z zatruciem digitalisem. I co wyszło na 
jaw?   Ktoś   pomyłkowo   nazrywał   liści   naparstnicy  zamiast 
chrzanu.

– Sądzi pan, że mogło zajść coś zbliżonego?
– Więcej, proszę pani, będzie można powiedzieć po sekcji 

zwłok.

– Aa… po sekcji zwłok – wzdrygnęła się. – Rozumiem.
– W sąsiedztwie domu rośnie wiele cisów – podjął Neele, 

obserwując   ją   bacznie.   –   Czy,   proszę   pani,   istnieje 
możliwość, że przez pomyłkę ich jagody lub igły trafiły do 
czegoś?

Adela Fortescue szeroko otworzyła oczy.
– Jagody cisu? Czy są trujące?
Jej zdumienie mogło wydać się trochę zbyt naiwne, szczere.
– Słyszałem, proszę pani, o dzieciach, które najadły się ich z 

background image

fatalnym skutkiem.

– Nie jestem w stanie rozmawiać więcej o tym wszystkim – 

zawołała   kobieta   ściskając   skronie   dłońmi.   –   Nie   mogę! 
Chcę   się   położyć,   odpocząć.   Nie   wytrzymam   dłużej.   Pan 
Parcival Fortescue załatwi, co trzeba… Ja nie mogę… Proszę 
mnie o nic nie pytać… To okrucieństwo!

– Z   panem   Parcivalem   Fortescue   porozumiemy   się 

możliwie   najwcześniej.   Niestety   jednak,   jest   w   tej   chwili 
nieobecny. Wyjechał w sprawach handlowych.

– Prawda… zapomniałam.
– Jeszcze jedno, proszę pani. W kieszeni marynarki pana 

Fortescue   znaleziono   garść   zboża.   Potrafi   to   pani 
wytłumaczyć?

Dama zrobiła zdziwioną minę. Przecząco pokręciła głową.
– Czy ktoś mógł podrzucić ziarno dla kawału?
– Nie rozumiem, na czym miałby polegać taki kawał? Neele 

również nie rozumiał.

– Dłużej nie będę pani trudzić – powiedział. – Czy przysłać 

którą ze służących? A może pannę Dove?

– Co  pan  mówi?  –  rzuciła  z   roztargnieniem,   więc  Neele 

zadał sobie pytanie, o czym może myśleć w tej chwili Adela 
Fortescue.

Nieporadnie otworzyła  torebkę,  wydobyła   chusteczkę  do 

nosa.

– To straszne… Straszne – podjęła łamiącym się głosem. – 

Dopiero teraz zaczynam uświadamiać sobie, co rzeczywiście 
zaszło. Dotąd byłam jak ogłuszona. Biedny  Rex…  Biedny, 
kochany Rex!

Zaszlochała   głucho,   w   sposób   prawie   przekonywający. 

background image

Detektyw spojrzał na nią z szacunkiem należnym żałobie.

– Rozumiem – powiedział. – To spadło na panią zupełnie 

nagle. Zaraz tu kogoś przyślę.

Ruszył w kierunku drzwi, otworzył je i od progu obejrzał się 

przez   ramię.   Adela   Fortescue   trzymała   przy   oczach 
chusteczkę,   której   zwisający   rąbek   niezupełnie   przesłaniał 
usta – usta wykrzywione ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

background image

VIII

– Zebrałem, co się dało, panie inspektorze – zameldował 

sierżant Hay. – Marmoladę, trochę szynki, próbki cukru, 
herbaty,   kawy.   Te   ostatnie   niewiele   warte,   bo   naturalnie 
fusy i wyparki poszły już do śmieci. Ale jest jedna sprawa. 
Kawy   zostało   dużo,   więc   służba   piła   ją   około   jedenastej. 
Moim zdaniem to ważne.

– Moim   również,   Hay.   Jeżeli   Rex   Fortescue   został 

wykończony kawą, trucizna była tylko w jego filiżance.

– I   postarał   się   o   to   ktoś   z   obecnych   przy   śniadaniu. 

Właśnie! Pytałem też ostrożnie o cisowe jagody i igły. Nikt 
nie natknął się w domu na coś podobnego. Nikt nie wie 
także   o   zbożu   w   kieszeni.   Domownikom   wydaje   się   to 
bardzo dziwne. Mnie także, panie inspektorze. Denat nie 
wygląda mi na gościa, co jadał chętnie wszystko, byle nie 
gotowane.   Mój szwagier  jest  taki.  Lubi   surową  marchew, 
surowy   groch,   surową   rzepę.   Ale   nawet   on   nie   rusza 
surowego   ziarna.   Jak   pragnę   zdrowia,   takie   coś   musi 
okropnie pęcznieć w brzuchu.

Zabrzęczał telefon i na znak inspektora Hay ruszył żwawo, 

by   odebrać.   Neele   pospieszył   za   nim.   Dzwonił   Wydział 
Śledczy, że nawiązano kontakt z Parcivalem Fortescue, który 
bez chwili zwłoki wraca do Londynu.

Kiedy inspektor odkładał słuchawkę, przed dom zajechał 

samochód. Crump otworzył drzwi, wpuścił do hallu kobietę 

background image

z okazałym naręczem paczek i począł je od niej odbierać.

– Dziękuję,   Crump   –   powiedziała.   –   Proszę   zapłacić 

kierowcy.   Chciałabym   zaraz   napić   się   herbaty.   Jest   już   w 
domu pani Fortescue albo panna Elaine?

Kamerdyner zawahał się, niepewnie zerknął przez ramię na 

detektywa.

– Mamy niedobre wiadomości, proszę pani – bąknął. – O 

panu…

– O panu Fortescue?
Neele podszedł bliżej, więc Crump objaśnił go półgłosem:
– Pani Parcivalova, proszę pana.
– Jakie wiadomości? Co się stało? Nieszczęśliwy wypadek? 

Przed udzieleniem odpowiedzi Neele oszacował wzrokiem 
nowo przybyłą. Była dość otyła, jej usta zdawały się wyrażać 
rozgoryczenie   i   wyglądała   na   mniej   więcej   trzydzieści   lat. 
Neele pomyślał, że pani Parcivalowa Fortescue jest zapewne 
śmiertelnie znudzona i z tej racji . dopytuje tak żywo o złą 
nowinę.

– Z   prawdziwą   przykrością   –   powiedział   –   muszę   panią 

poinformować,  że pan Fortescue zasłabł nagle w biurze i 
umarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala Świętego Judy.

– Umarł? Naprawdę?
Nie ulegało wątpliwości, że wiadomość okazała się jeszcze 

bardziej sensacyjna, niż wolno było liczyć.

– Dobry   Boże!   Co   za   wydarzenie!   A   mój   mąż   wyjechał. 

Trzeba będzie się z nim porozumieć. Jest gdzieś na północy 
Anglii.   Myślę,   że   w   biurze   powinni   wiedzieć,   dokąd   się 
wybierał.   Oczywiście   na   niego   spadnie   cały   kłopot.   A   to 
dopiero! Ze też podobna historia musi trafić się zawsze w 

background image

najmniej stosownej chwili!

Pani   Parcivalowa   umilkła,   jak   gdyby   chciała   przeżuć   w 

myślach   historię,   która   trafiła   się   w   najmniej   stosownej 
chwili.

– Wiele   zależy  od   tego,   gdzie   odbędzie   się   pogrzeb  – 

podjęła.   –Spodziewam   się,   że   tutaj.   A   może   w   samym 
Londynie?

– O tym zadecyduje rodzina.
– Oczywiście. Tak się tylko zastanawiałam – odparła pani 

Parcivalowa   i   dopiero   wówczas   zainteresowała   się 
nieznajomym, z którym prowadziła rozmowę.

– Pan z biura, co? – zapytała. – A może jest pan lekarzem?
– Jestem   funkcjonariuszem   policji.   Zgon   pana   Fortescue 

nastąpił nagle, wobec czego…

– Chce pan powiedzieć, że to było morderstwo? – przerwała 

mu raptownie.

Morderstwo!   Pierwszy   raz   padło   to   słowo,   więc   Neele 

spojrzał   bacznie   na   ożywioną,   pełną   zaciekawienia   twarz 
tęgiej osoby.

– Dlaczego przyszła pani na myśl taka możliwość? – zapytał.
– Dlaczego?   Cóż,   morderstwa   zdarzają   się   czasami… 

Wspomniał   pan   o   nagłym   zgonie.   Jest   pan 
funkcjonariuszem   policji…   Czy   już   pan   ją   widział?   Co 
powiedziała na to wszystko?

– Nie bardzo rozumiem, o kim pani mówi.
– O kim? Naturalnie o Adeli. Sto razy mówiłam Valowi, że 

jego   ojciec   strzelił   kapitalne   głupstwo,   kiedy   ożenił   się   z 
kobietą  o tyle lat młodszą. Ale, powiadam panu, nie ma 
frajera gorszego niż stary frajer! Dostał bzika na temat tej 

background image

okropnej baby. No i co z tego wyszło? Wpadliśmy wszyscy w 
kabałę. Będziemy mieli dom pełen reporterów, fotografie w 
gazetach…   –   Pani   Parcivalowa   urwała   znowu,   jak   gdyby 
oczyma   wyobraźni   oglądała   długie   serie   niedyskretnych 
zdjęć prasowych. Inspektor pomyślał, że taka perspektywa 
nie   jest   dla   niej   całkowicie   nieprzyjemna.   –   Co   to   było? 
Arszenik? – zwróciła się doń żywo.

– Przyczyna   zgonu  nie   została   jeszcze   ustalona   –   odrzekł 

chłodnym, urzędowym tonem. – Odbędzie się sekcja zwłok i 
rozprawa u koronera.

– Ale pan już wszystko wie, prawda? Inaczej nie pokazałby 

się pan tutaj.

Pełna,   niewątpliwie   tępawa   twarz   pani   Parcivalowej 

przybrała chytry wyraz.

– Naturalnie wypytuje pan domowników, co nieboszczyk 

jadł   wczoraj   na   kolację,   dziś   na   śniadanie.   Nie   mylę   się, 
prawda? Interesujące też są wszystkie napoje, co?

Inspektor   nie   wątpił,   że   kobieta   łakomie   roztrząsa   w 

myślach wszelkie możliwości.

– Istnieje prawdopodobieństwo  – odrzekł z rezerwą  – że 

pan Fortescue zasłabł na skutek zatrucia czymś, co spożył 
dziś w czasie śniadania.

– W czasie śniadania? – powtórzyła z nutą zdziwienia. – Czy 

to możliwe? Nie wyobrażam sobie… – umilkła na moment, 
pokręciła głową. – Nie wyobrażam sobie, jak ona mogłaby to 
zrobić w czasie śniadania. Chyba że przemyciła coś do kawy, 
kiedy ja nie patrzałam ani Elaine. W takim razie…

W głębi hallu zabrzmiał spokojny głos:
– Herbatę   dla   pani   podano   w   bibliotece.   Pani   Valowa 

background image

wzdrygnęła się nerwowo.

– Oo…   Bardzo   dziękuję,   panno   Dove.   Dobrze   mi   zrobi 

filiżanka herbaty. Jestem zupełnie rozbita i… Napije się pan 
herbaty, panie… panie inspektorze?

– Nie, proszę pani. Dziękuję.
Pulchna kobietka zawahała się na moment, później odeszła 

z   wolna.   Gdy   zniknęła   za   drzwiami,   Mary   Dove   rzuciła 
półgłosem:

Myślę,   że   ta   idiotka   nie   słyszała   nigdy   o   karze   za 

zniesławienie.

Neele nie odpowiedział, więc zarządzająca domem podjęła 

chłodno:

– Mogę służyć panu czymś więcej?
– Chciałbym pomówić z pokojową Ellen.
– W tej chwili poszła na piętro. Zaprowadzę pana do niej.
Ellen była posępna, lecz nie przejawiała lęku. Inspektora 

powitała z wyrazem triumfu na zwiędłej, surowej twarzy.

– Paskudna   sprawa,   proszę   pana   –   zaczęła.   –   Kto   by 

pomyślał, że przyjdzie mi służyć w domu, gdzie wyprawiają 
się takie rzeczy. Chociaż mogę powiedzieć, że to dla mnie nie 
całkiem   niespodzianka.   Po   prawdzie   dawno   powinnam 
poprosić   o   zwolnienie,   bo   to   i   tamto   bardzo   mi   się   nie 
podoba.   Wyrażają   się   tu   nieładnie,   piją   za   dużo,   a 
najbardziej   gniewają   mnie   te   świństwa.   Nie   mam   nic 
przeciwko pani Crump, ale czy Crump albo ta kredensowa 
Gladys  wiedzą,  co   znaczy  dobra  służba?  Wszystko  to  nic. 
Najbardziej gniewają mnie te świństwa.

– O jakich świństwach pani mówi?
– Może pan jeszcze nic nie słyszał, ale niedługo usłyszy. Cały 

background image

dom trzęsie się od gadania. Ludzie widują ich tu i tam… 
Niby to ma być golf albo tenis… takie rzeczy… Na własne 
oczy   oglądałam,   słowo   daję!   Drzwi   biblioteki   były   nie 
domknięte, a oni całowali się, migdalili.

Mówiła   z   iście   zabójczym   jadem.   Neele   zdawał   sobie 

sprawę, że to pytanie zbędne, jednak zapytał:

– O kim pani mówi?
– Ma się rozumieć o naszej pani i tym facecie. Wstydu nie 

mają! Ale na mój rozum pan coś przewąchał, z pewnością 
przewąchał. Napuścił kogoś, kto ich śledził. No i do czego 
doszłoby ostatecznie? Do rozwodu? Tyle że zamiast rozwodu 
to się przydarzyło.

– Twierdzi pani zatem…
– Wypytuje pan inspektor, co nasz pan jadł i pił i kto mu 

tamto i owo podawał. Oni to zmajstrowali, do spółki, nic 
innego nie twierdzę. On postarał się gdzieś o truciznę, ona 
podała ją panu. Inaczej być nie mogło, jak Bóg na niebie.

– Widziała pani kiedy cisowe jagody w domu albo, dajmy 

na to, na śmietniku?

– Cisowe   jagody?   –   małe   złośliwe   oczki   błysnęły 

zaciekawieniem.  – Paskudna trucizna. Kiedy byłam mała, 
moja mama mówiła często: nie ruszaj tego nigdy. Czy go 
struli cisowymi jagodami?

– Nie wiemy jeszcze, kto i czym otruł pana Fortescue.
– Nie   widziałam   nigdy,   żeby   ona   kręciła   się   koło   cisów. 

Tego nie powiem – głos Ellen zabrzmiał nutą rozczarowania.

Z kolei Neele zapytał o znalezione w kieszeni żyto, lecz i tym 

razem nie posunął się naprzód.

– Nie,   panie   inspektorze.   Nic   o   życie   nie   wiem   – 

background image

odpowiedziała pokojowa. Następne próby też nie przyniosły 
rezultatu, więc ostatecznie zapytał, czy mógłby porozumieć 
się panną Ramsbottom.

– Mogę pójść do niej – odparła Ellen z powątpiewaniem. – 

Zobaczymy.   Ale   ona   bardzo   niechętnie   widuje   ludzi.   To 
bardzo wiekowa osoba i trochę pomylona, proszę pana.

Detektyw ponowił prośbę, więc pokojowa poprowadziła go 

niechętnie   korytarzem,   przy   którego   końcu,   u   szczytu 
krótkich schodów, znajdowały się pokoje zapewne niegdyś 
dziecinne.

Po   drodze   Neele   wyjrzał   oknem   korytarza   i   w   pobliżu 

starego cisa zobaczył swojego sierżanta zajętego rozmową z 
jakimś mężczyzną, chyba ogrodnikiem.

Ellen zastukała do drzwi, a gdy z wnętrza pokoju dobiegła 

odpowiedź, otworzyła je i powiedziała:

– Jeden pan z policji chciałby porozmawiać z panią, proszę 

pani.   Panna   RamsbottSm   musiała   wyrazić   zgodę,   bo 
pokojowa cofnęła się i gestem dała do zrozumienia gościowi, 
że może wejść.

Pokój był nieprawdopodobnie zagracony i Neele odniósł 

wrażenie, iż przeniósł się nagle w czasy nie króla Edwarda 
nawet, lecz królowej Wiktorii. Za stołem przysuniętym do 
piecyka gazowego siedziała sędziwa dama zajęta układaniem 
pasjansa. Miała na sobie brązoworudą, staroświecką suknię, 
a jej rzadkie siwe włosy były uczesane gładko, z przedziałkiem 
pośrodku głowy.

– Proszę – odezwała się nie podnosząc wzroku. – Proszę. 

Niech pan siada.

Zastosowanie się do tej uprzejmej propozycji  nastręczało 

background image

pewne   trudności,   gdyż   wszystkie   fotele   i   krzesła   były 
zapełnione książkami i pismami o treści religijnej.

Inspektor począł usuwać ostrożnie stos papierów leżący na 

sofie i w tym momencie stara dama zapytała obcesowo:

– Interesuje pana praca misjonarzy?
– Praca misjonarzy?… Obawiam się, łaskawa pani, że nie 

najbardziej.

– Wielka szkoda! Powinno to pana interesować. Wie pan, 

gdzie   w   dzisiejszych   czasach   można   znaleźć   prawdziwie 
chrześcijańskiego ducha? W Afryce. Tylko w czarnej Afryce! 
W zeszłym tygodniu  był u mnie jeden młody duchowny. 
Czarny jak diabeł. Ale rzetelny chrześcijanin.

Inspektor Neele miał nie lada kłopot z podjęciem dalszej 

rozmowy, a panna Ramsbottom jeszcze bardziej zbiła go z 
tropu mówiąc nieoczekiwanie:

– Ja nie mam radia.
– Przepraszam, łaskawa pani… Nie zrozumiałem.
– Myślałam,  że chodzi o rejestrację  radia czy jakieś  inne 

niemądre formalności. Słucham? Po co pan przyszedł?

– Z prawdziwą przykrością muszę poinformować panią, że 

dzisiaj z rana pan Rex Fortescue zasłabł nagle i umarł.

Panna Ramsbottom nie przerwała układania pasjansa, nie 

zdradziła też objawów wzruszenia.

– Wreszcie ukarana została grzeszna pycha i pewność siebie 

–   powiedziała   beznamiętnym   tonem.   Do   tego   przyjść 
musiało.

– Spodziewam się, że nie jest to dla pani ciężkim ciosem.
Neele   nie   miał   pod   tym   względem   wątpliwości,   chciał 

jednak usłyszeć, co sędziwa dama odpowie.

background image

– Jeżeli zamierzał pan powiedzieć, że nie odczuwam żalu, 

bynajmniej się pan nie omylił – zmierzyła detektywa bystrym 
spojrzeniem   znad   okularów.   –   Rex   Fortescue   był 
zatwardziałym grzesznikiem. Nigdy go nie lubiłam.

– Jego zgon nastąpił nagle…
– Co słusznie należało się bezbożnikowi! – podchwyciła z 

radosną pasją.

– Nie  wykluczamy  możliwości   otrucia…   –  dodał  Neele  i 

urwał, by się przekonać, jaka nastąpi reakcja.

Nie   było   żadnej.   Panna   Ramsbottom   zamamrotała 

półgłosem:

– Czerwona   siódemka   na   czarną   ósemkę   i   teraz   można 

ruszyć króla. Nagle, jak gdyby zaniepokojona milczeniem, 
znieruchomiała z kartą w palcach i spod oka spojrzała na 
inspektora.

– Co pan chce, żebym powiedziała? – rzuciła cierpko. – Nie 

ja go otrułam, jeżeli właśnie to interesuje policję.

– A nie podejrzewa pani, kto mógł to zrobić?
– Pytanie nad wyraz niestosowne! W tym domu mieszka 

dwoje   dzieci   mojej   nieboszczki   siostry.   Nie   wyobrażam 
sobie,   by   ktoś   z   krwi   Ramsbottomów   mógł   popełnić 
morderstwo.   A   ze   słów   pana   wnoszę,   że   w   grę   wchodzi 
morderstwo, prawda?

– Tego nie powiedziałem, łaskawa pani.
– Rzecz oczywista, że to było morderstwo. W swoim czasie 

niejeden   chętnie   wyprawiłby   na   tamten   świat   Reksa, 
człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów. No, a jak to 
się mówi, dawne grzechy rzucają długie cienie.

– Czy to aluzja do jakiejś określonej osoby?

background image

Panna Ramsbottom zgarnęła karty i dźwignęła się z fotela. 

Neele zauważył wówczas, że to kobieta okazałego wzrostu.

– Najwyższa pora, żeby pan sobie poszedł – powiedziała bez 

gniewu,   lecz   z   chłodną   stanowczością.   –   Jeżeli   interesuje 
pana   moje   zdanie,   sądzę,   że   uśmiercił   go   ktoś   ze   służby. 
Kamerdyner   sprawia   wrażenie   skończonego   łajdaka,   a 
kredensowa jest z pewnością nienormalna. Żegnam pana.

Inspektor   Neele   wyniósł   się   pokornie   z   pokoju.   Starsza 

pani   z   charakterem,   z   nie   lada   charakterem!   Nic 
niepodobna   z   niej   wyciągnąć.   Zszedłszy   po   schodach   do 
hallu nieoczekiwanie znalazł się twarzą w twarz z wysoką, 
ciemnowłosą młodą osobą. Miała na sobie wilgotny płaszcz 
przeciwdeszczowy   i   spojrzała   na   inspektora   z   wyrazem 
zaskakującej pustki w oczach.

– Dopiero   co   wróciłam   –   odezwała   się   cicho   –   i 

powiedziano mi… powiedziano, że ojciec nie żyje.

– Niestety, proszę pani, to prawda.
Dziewczyna   wyciągnęła  rękę,  jak  gdyby  szukając  oparcia. 

Znalazła za sobą dębowe krzesło i opadła na nie bezwładnie, 
sztywno.

– Nie… Ach, nie… – westchnęła i dwie duże łzy spłynęły z 

jej oczu. – Nie myślałam, że jestem do ojca przywiązana… 
Nie… Zdawało mi się, że go nienawidzę. Ale myliłam się 
chyba, bo… Bo inaczej nie byłoby mi żal. A jest mi żal. Z 
pewnością!

Umilkła   i   przez   czas   pewien   siedziała   nieruchomo, 

zapatrzona przed siebie. Łzy nadal ciekły z jej oczu, spływały 
po twarzy.

– I to okropne, że teraz wszystko będzie dobrze – podjęła 

background image

nagle zdławionym głosem. – Mogę wyjść za Geralda. Mogę 
zrobić, co mi się podoba. Ale dlaczego musiało się to stać 
takim kosztem? Nie życzyłam ojcu śmierci… Naprawdę nie 
życzyłam… Mój Boże! Biedny, biedny tatuś!

Inspektor  Neele  był  nieco   zaskoczony,   gdyż  pierwszy raz 

napotkał w Domu pod Cisami objawy żalu po zmarłym.

background image

IX

– Według mnie wszystko wskazuje na żonę  –  powiedział 

naczelnik Wydziału Śledczego, kiedy inspektor Neele złożył 
wyczerpujący raport.

Była   to   doskonała   charakterystyka   sprawy   zwięzła,   bez 

pominięcia żadnego istotnego szczegółu.

– Tak. Wszystko wskazuje na żonę powtórzył przełożony. –

A co pan o tym sądzi, Neele?

Inspektor przyznał mu słuszność i pomyślał cynicznie, że w 

podobnych przypadkach z reguły wszystko wskazuje na żonę 
– albo na męża.

– Oczywiście   miała   sposobność   ciągnął   naczelnik   –   i 

motyw. Był motyw, prawda, Neele?

– Zapewne, panie naczelniku. Ten Vivian Dubois.
– Myśli pan, Neele, że i on maczał w tym palce?
– Nie zdaje mi się, panie naczelniku. Wygląda na faceta 

bardzo dbałego o własną skórę. Mógł podejrzewać, że ona 
coś knuje, nie sądzę jednak, by był inspiratorem.

– Za ostrożny na to, prawda?
– O wiele za ostrożny.
– Nie   należy   pochopnie   wyciągać   wniosków,   lecz,   moim 

zdaniem, to dobra hipoteza robocza. Są jeszcze dwie osoby, 
które miały sposobność. Co pan o nich powie?

– Córka   denata   i   synowa.   Córka   kocha   się   w   młodym 

człowieku,   który   był   bardzo   źle   widziany   przez   ojca   i 

background image

stanowczo   nie   ożeni   się   z   nią,   jeżeli   nie   będzie   miała 
pieniędzy.   To   stwarza   jej   motyw.   Na   temat   synowej 
wolałbym   nie   wypowiadać   się   jeszcze.   Zbyt   mało   o   niej 
wiem. Niewątpliwie każda z tych trzech pań była w stanie 
otruć Reksa Fortescue, a nie bardzo sobie wyobrażam, jak 
mógłby   tego   dokazać   ktokolwiek   inny.   Kredensowa, 
kamerdyner,  kucharka mieli do czynienia  ze śniadaniem: 
przygotowywali je lub podawali.

Ale nie rozumiem, skąd ktoś z nich miałby pewność, że 

tylko   Rex   Fortescue,   nikt   więcej,   połknie   taksynę… 
Oczywiście, jeżeli to była taksyna.

– Była – powiedział przełożony. – Dopiero co otrzymałem 

wstępny wynik badania.

– W porządku. Możemy iść dalej.
– Służba nie wydaje się panu podejrzana?
– Kamerdyner   i   kredensowa   sprawiają   wrażenie 

zdenerwowanych.   Ale   nie   widzę   w   tym   nic   dziwnego. 
Podobne   reakcje   zdarzają   się   często.   Kucharka   broni   się 
zawzięcie, a pokojowa jest kontenta na ponuro. Wszystko to 
uważam za objawy pospolite i naturalne.

– Nikt więcej nie nasuwa podejrzeń?
– Nie sądzę, panie naczelniku.
Inspektor   Neele   przypomniał   sobie   Mary   Dove   i   jej 

zagadkowe   uśmiechy.   Zarządzająca   domem   niewątpliwie 
zdradzała niechęć wobec rodziny pracodawców.

– Skoro już wiemy, że w grę wchodzi taksyna, należy znaleźć 

dowody, jak truciciel zdobył ją lub przygotował.

– Właśnie, Neele. Śmiało proszę robić, co należy. Aha! Jest 

u nas Parcival Fortescue. Zamieniłem już z nim kilka słów. 

background image

Czeka,   żeby   z   panem   porozmawiać.   Odnaleźliśmy   także 
drugiego   syna.   Zatrzymał   się   w   Paryżu,   w   hotelu   Bristol. 
Dzisiaj wybiera się do Anglii. Sądzę, że powinien pan go 
spotkać na lotnisku.

– Tak jest, panie naczelniku.
– Teraz   niech   pan   pogada   z   Parcivalem   Fortescue   – 

naczelnik parsknął śmiechem. – Odniosłem wrażenie, że to 
Percy Cwaniak.

Pan   Parcival   Fortescue   –   starannie   ubrany   i   gładki 

mężczyzna lat około trzydziestu – miał bardzo jasne włosy 
oraz   rzęsy   i   odznaczał   się   pedantycznym   sposobem 
mówienia.

– Nietrudno wyobrazić sobie panu, panie inspektorze, że 

to, co zaszło, odczułem jako wstrząs nader dotkliwy.

– Rzecz zrozumiała, proszę pana – zgodził się Neele.
– Z całą pewnością twierdzę, że w dniu przedwczorajszym, 

kiedy wyjeżdżałem z domu, ojciec czuł się doskonale. Wobec 
tego   odnoszę   wrażenie,   iż   zatrucie   pokarmowe   musiało 
nastąpić zupełnie nagle.

– Tak – przyznał inspektor Neele. – To nastąpiło zupełnie 

nagle,   ale   nie   miało   nic   wspólnego   z   zatruciem 
pokarmowym.

Parcival zmarszczył czoło, szeroko otworzył oczy.
– Nie miało nic wspólnego… Więc co się stało?
– Pański ojciec został otruty taksyną.
– Taksyną? Nigdy tej nazwy nie słyszałem.
– Sądzę,   że   mało   kto   ją   słyszał.   To   zabójcza   substancja, 

działająca bardzo gwałtownie.

– Czy   pan   sądzi,   inspektorze,   że   ktoś   rozmyślnie   otruł 

background image

mojego ojca?

– Na to wygląda, proszę pana.
– Przerażająca historia!
– Istotnie, proszę pana, przerażająca.
– Aa… Rozumiem teraz, czemu w szpitalu zachowywali się 

tak   dziwnie…   Czemu   skierowali   mnie   tutaj   –   bąknął 
Parcival Fortescue i po niedługiej pauzie dodał pytającym 
tonem: – Co będzie z pogrzebem?

– Rozprawę   u   koronera   wyznaczono   na   jutro,   po   sekcji 

zwłok. Oczywiście będzie to postępowanie czysto formalne i 
z pewnością zostanie odroczone.

– Taka jest procedura w podobnych przypadkach?
– Zazwyczaj, proszę pana.
– Wolno zapytać, panie inspektorze, czy są jakieś domysły… 

podejrzenia   co   do…   Nie   wyobrażam   sobie…   –   Parcival 
urwał znowu.

– Moja odpowiedź byłaby dziś przedwczesna, proszę pana – 

odparł cicho detektyw.

– Aha… Zapewne.
– Niewątpliwie jednak pomocne będą dla nas informacje o 

zapisach   testamentowych   pańskiego   ojca.   Mógłby   pan 
powiedzieć coś na ten temat albo podać adres doradców 
prawnych nieboszczyka?

– Jego   doradcy   prawni   to   Billingsby,   Horsethorpe   i 

Walters.   Kancelaria   mieści   się   przy   Bedford   Sąuare.   Ale 
treść   testamentu   ojca   jest   mi   znana  w   najistotniejszych 
punktach. Mogę ją panu podać.

– Bardzo   proszę.   Niestety,   proszę   pana,   to   formalność, 

której nie da się uniknąć.

background image

– Ojciec sporządził na nowo testament po swoim ślubie, 

mniej więcej przed dwoma laty – odparł Parcival Fortescue z 
cechującą go precyzją. – Kwotę stu tysięcy funtów zapisał na 
własność żonie. Dla mojej siostry Elaine przeznaczył na tych 
samych   warunkach   pięćdziesiąt   tysięcy.   Mnie   mianował 
generalnym   spadkobiercą.   Ponadto   jestem   już   oczywiście 
współwłaścicielem firmy.

– Nie ma w testamencie zapisu na rzecz pańskiego brata, 

Lancelota Fortescue?

– Nie ma. Stosunki między moim ojcem a bratem zostały 

dawno zerwane – powiedział Parcival.

Inspektor spojrzał nań bystro, ale doszedł do wniosku, że 

ostatnie twierdzenie nie nasuwa wątpliwości.

– A  zatem  –  podjął  –  z testamentu  zmarłego  wynika,  że 

korzyść odniosą trzy osoby: pani Fortescue, panna Elaine 
Fortescue i oczywiście pan.

– Ja zyskam nie najwięcej  – westchnął  Parcival. – Widzi 

pan,   inspektorze,   trzeba   będzie   zapłacić   podatek 
spadkowy…   No   i   ostatnio   ojciec   był,   wyrażając   się 
nąjoględniej, cokolwiek lekkomyślny w pewnych operacjach 
finansowych.

– A   pan   niezupełnie   zgadzał   się   z   nim   co   do   zasad 

prowadzenia   interesów,   prawda?  –  podchwycił   gładko 
inspektor Neele.

– Próbowałem   przedstawić   ojcu   swój   punkt   widzenia, 

niestety jednak… – Parcival bezradnie rozłożył ręce.

– Próbował   pan   przedstawić   swój   punkt   widzenia 

energicznie,   prawda?   Raczej   usiłował   go   pan   narzucić? 
Doszło nawet do kłótni, o ile się nie mylę?

background image

– W taki sposób, inspektorze, nie określiłbym sytuacji. – 

Młody człowiek zarumienił się lekko, gniewnie zmarszczył 
czoło.

– Może wobec tego gwałtowna sprzeczka w biurze tyczyła 

innej sprawy?

– Nie było żadnej sprzeczki, inspektorze.
– Naprawdę,   proszę   pana?   Zresztą   mniejsza   o   to.   Czy 

zerwanie stosunków między pańskim ojcem a bratem trwało 
do końca?

– Niewątpliwie.
– Zechce   więc   pan   wyjaśnić,   co   to   może   znaczyć   – 

powiedział Neele prezentując blok z tekstem depeszy, którą 
Mary Dove przyjęła telefonicznie.

Parcival   szybko   przeczytał   telegram   i   wydał   zdławiony 

okrzyk oburzenia, niedowierzania, zdziwienia.

– Nic nie rozumiem. Doprawdy, nie rozumiem. Własnym 

oczom nie wierzę.

– A jednak to fakt, proszę pana. Pański brat dziś przybywa z 

Paryża.

– Historia nie do pojęcia. Doprawdy, nic nie rozumiem. 

Trudno mi uwierzyć!

– Ojciec nie rozmawiał z panem na ten temat?
– Nigdy!   Słowa   nie   pisnął.   Co   za   potworność!   Wzywać 

cichaczem Lancelota za moimi plecami!

– Zapewne nie orientuje się pan, dlaczego pan Fortescue 

tak postąpił?

– Naturalnie,   że   się   nie   orientuję…   Ale   to   odpowiada 

całemu jego postępowaniu w ostatnich czasach. Był szalony, 
nieobliczalny… Najwyższy czas było z tym skończyć… Ja… – 

background image

Parcival umilkł raptownie, krew odpłynęła mu z twarzy. – 
Zapomniałem…   –   bąknął   niepewnie.   –Na   chwilę 
zapomniałem, że on nie żyje.

Inspektor Neele ze współczuciem pochylił głowę. Parcival 

Fortescue wstał i sięgając po kapelusz dodał spokojnie:

– Zechce pan porozumiewać się ze mną w razie potrzeby. 

Sądzę jednak, że i tak będzie pan wkrótce w Domku pod 
Cisami.

– Tak, proszę pana. Stale przebywa tam teraz jeden z moich 

podwładnych.

Parcival wzdrygnął się nerwowo.
– Wszystko to przykre, inspektorze, niezmiernie przykre. Że 

też   właśnie   nas   musiało   spotkać   coś   podobnego…   – 
westchnął   i   zmierzając  w   kierunku   wyjścia   dorzucił:   – 
Większą część dnia spędzę w biurze. Mam moc spraw do 
załatwienia. Ale wieczorem przyjadę do domu.

– Rozumiem, proszę pana – powiedział Neele i dodał, kiedy 

drzwi   zamknęły   się   za   gościem:   –   Rzeczywiście,   Percy 
Cwaniak.

– Słucham, panie inspektorze? – ocknął się sierżant Hay, 

który dotychczas siedział skromnie pod ścianą.

– Nic ważnego, Hay – odparł Neele. – To obrzydliwi ludzie. 

Wszyscy!

background image

X

W pięć minut po starcie z Le Bourget  Lance Fortescue 

rozłożył   numer   kontynentalnego   wydania   „Daily   Maił”   i 
niebawem wydał  okrzyk zdumienia.  Pat, która zajmowała 
sąsiedni fotel, pytająco spojrzała na męża.

– Ojciec! – wyjąkał. – Nie żyje…
– Nie żyje? Twój ojciec?
– Tak. Zasłabł nagle w biurze. Odwieziono go do szpitala 

Świętego Judy. Tam wkrótce umarł.

– Szczerze   ci   współczuję,   kochany…   Co   to   było?   Wylew 

krwi do mózgu?

– Tak mi się zdaje… Zapewne.
– Czy miał już dawniej taki wylew?
– Nie… O ile mi wiadomo, nie miał.
– Sądziłam   dotąd,   że   pierwszy   wylew   nigdy   nie   bywa 

śmiertelny.

– Biedny   staruszek   –   westchnął   Lance.   –   Nie 

podejrzewałem, że jestem do niego przywiązany… Ale teraz, 
kiedy nie żyje…

– Zawsze kochałeś ojca – podchwyciła Pat.
– Czy ja wiem? Nie wszyscy mamy twój poczciwy charakter. 

No i co? Jeszcze raz odezwał się mój dawny pech.

– Właśnie. Dziwna historia, że coś takiego wydarzyło się 

akurat w czasie twojego powrotu do kraju.

– Dziwna historia? – Lancelot spojrzał bystro na żonę. – 

background image

Czemu nazwałaś to, Pat, dziwną historią?

– No… Taki zbieg okoliczności – odparła zaskoczona nieco 

młoda kobieta.

– Chciałaś powiedzieć, że wszystko, co rozpocznę,  źle się 

kończy?

– Nic podobnego. Nie tylko tobie trafić się może niedobra 

passa.

– Zapewne… Nie tylko mnie trafić się może coś takiego.
– Szczerze ci współczuję, kochany – powtórzyła Pat.
Kiedy   wylądowali   na   lotnisku   Heathrow   i   w   samolocie 

czekali   na   wyładunek,   funkcjonariusz   linii   lotniczych 
zawołał donośnym, dźwięcznym głosem:

– Czy na pokładzie znajduje się pan Lancelot Fortescue?
– Jestem.
– Pozwoli pan ze mną.
Lance oraz Pat opuścili samolot przed resztą pasażerów, a 

gdy mijali parę zajmującą ostatnie fotele, dobiegł ich szept 
mężczyzny informującego swoją żonę:

– Pewno   to   notoryczni   przemytnicy   przychwyceni   na 

gorącym uczynku.

– Fantastyczna historia! Po prostu fantastyczna! – Lancelot 

Fortescue   spojrzał   przez   stół   na   inspektora   z   Wydziału 
Śledczego,   Neele   zaś   ze   zrozumieniem   pokiwał   głową.   – 
Taksyna…   Cisowe   jagody…   Czysty   melodramat!   Panu, 
inspektorze,   takie   sprawy   wydają   się   zwykłe.   Wchodzą   w 
zakres   normalnego   dnia   pracy.   Dla   mnie   wiadomość   o 
otruciu w naszej rodzinie brzmi jak szaleńcza blaga.

– Czy nie domyśla się pan przypadkiem, kto mógł otruć 

background image

pańskiego ojca?

– Skąd, u Boga Ojca! Myślę, że w świecie interesów stary 

musiał   mieć   gromadę   wrogów,   ludzi,   co   chętnie   żywcem 
obłupiliby go ze skóry, puścili z torbami, takie rzeczy. Ale 
żeby zaraz truć! Zresztą nie było mnie na miejscu. Długi czas 
spędziłem z dala od kraju i mało co wiedziałem o sytuacji w 
domu.

– O to właśnie chciałem zapytać, proszę pana. Słyszałem od 

pańskiego brata, że stosunki między panem a ojcem uległy 
zerwaniu i taki stan utrzymywał się przez lata. Czy mógłbym 
się dowiedzieć, jakie okoliczności skłoniły pana do powrotu 
w obecnej chwili?

– Naturalnie, inspektorze. Dostałem od ojca wiadomość. 

Kiedy   to   było?   Aha!   Pół   roku   temu,   wkrótce   po   moim 
ślubie.   Pisał  wtedy,   że  chętnie   puści  w  niepamięć  dawne 
urazy. Proponował, abym wrócił do kraju i podjął pracę w 
firmie. Ale o warunkach tej pracy wyrażał się mgliście, więc 
miałem   wątpliwości,   czy   przyjąć   ofertę.   W   każdym   razie 
wybrałem   się   do   Anglii…   chyba   w   sierpniu…   Tak!   W 
sierpniu tego roku, przed trzema miesiącami. Odwiedziłem 
ojca w Domku pod Cisami i, muszę przyznać, otrzymałem 
bardzo   korzystne   propozycje.   Odpowiedziałem,   że 
zastanowię się i oczywiście porozmawiam z żoną. Przyznał mi 
słuszność, wobec czego poleciałem do Afryki Wschodniej i 
po naradzie z Pat zdecydowałem zrobić to, o co stary prosił. 
Naturalnie   musiałem   zlikwidować   swoje   sprawy,   co 
obiecałem załatwić do końca zeszłego miesiąca. O dokładnej 
dacie   przyjazdu   do   Anglii   miałem   zawiadomić   ojca 
telegraficznie. Inspektor Neele zakasłał dyskretnie.

background image

– Wydaje   mi   się,   że   ten   przyjazd   do   Anglii   sprawił 

pańskiemu bratu nie lada niespodziankę.

Przystojną   twarz   młodego   człowieka   rozjaśnił   nagły 

uśmiech – pogodny i nieco łobuzerski.

– Jestem przekonany, że stary, poczciwy Percy nic a nic nie 

podejrzewał. W sierpniu był na urlopie w Norwegii. Pewno 
dlatego   właśnie   stary   wybrał   sierpień.   Rozumie   pan? 
Montował całą sprawę za plecami synalka. Zresztą coś mi 
mówi, że oferta pod moim adresem wynikła w rezultacie 
nieporozumień między moim ojcem a Percym albo Valem, 
jak woli, by go nazywano. Val usiłował dyrygować starym, a 
stary   nie   lubił   nigdy   podobnych   historii.   Nie   wiem 
dokładnie, co wywołało kłótnię, lecz w każdym razie ojciec 
był   rozwścieczony.   Zapewne   wpadł   na   pomysł,   że   nie 
najgorzej   będzie   mnie   sprowadzić   do   kraju   i   tą   metodą 
zagwoździć najcięższe armaty biednego starego Vala. I jeszcze 
jedno.   Nigdy   nie   przepadał   za   żoną   Parcivala,   a   moje 
małżeństwo   pochlebiało   mu   z   pobudek   snobistycznych. 
Prawdopodobnie uważał za dobry dowcip ściągnięcie mnie 
do kraju i postawienie szanownego Parcivala wobec faktu 
dokonanego.

– Jak   długo   był   pan   w   Domku   pod   Cisami   podczas 

sierpniowej wizyty w Anglii?

– Godzinę,   inspektorze,   może   dwie   godziny.   Stary   nie 

proponował   mi   noclegu.   Mam   wrażenie,   że   chciał   ubić 
interes w sekrecie przed Parcivalem, uniknąć nawet plotek 
służby.   Jak   już   wspomniałem,   postanowiliśmy,   że   się 
zastanowię, pomówię z Pat i o rezultatach zawiadomię ojca 
listownie. Tak też zrobiłem. Napisałem podając przybliżony 

background image

termin powrotu, no a wczoraj wysłałem z Paryża depeszę.

– Depeszę, która ogromnie zdziwiła pańskiego brata.
– Nic   dziwnego,   inspektorze.   Chociaż   w   ostatecznym 

wyniku Percy wygrał, jak zawsze. Zjawiłem się za późno.

– Rozumiem… Zjawił się pan za późno – powiedział Neele 

tonem   zastanowienia   i   dodał   żywo:   –   Aha!   Czy   w   czasie 
sierpniowych odwiedzin spotkał pan kogoś więcej z rodziny?

– Herbatę piliśmy z moją macochą.
– Nie znał jej pan uprzednio?
– Nie   znałem.   –   Lancelot   znowu   uśmiechnął   się 

nieoczekiwanie.   –Stary   wiedział,   co   robi.   Znalazł   ładną 
kobietkę, co najmniej trzydzieści lat młodszą od siebie.

– Wybaczy pan moje pytanie, ale czy to małżeństwo miał 

pan za złe ojcu? Czy miał je za złe pański brat?

– Ja z pewnością nie, inspektorze. Myślę, że Percy też nie 

czul urazy. Nasza matka umarła, kiedy mieliśmy dwanaście i 
dziesięć lat. Otwarcie mówiąc, dziwiło mnie zawsze, że ojciec 
wcześniej nie ożenił się powtórnie.

– Związek  z osobą o wiele młodszą stwarza zawsze pewne 

ryzyko – bąknął Neele jak gdyby do siebie.

– Czy to opinia mojego braciszka? Odpowiada jego stylowi. 

Percy uchodził zawsze za mistrza w dziedzinie insynuacji. A 
może sprawa załatwiona, inspektorze? Może pani Fortescue 
jest podejrzana o otrucie męża?

– Jeszcze zbyt wcześnie, by wyrażać konkretne poglądy na 

jakiekolwiek   kwestie   –   odparł   chłodno   detektyw.   Wolno 
zapytać o pańskie plany?

– Moje plany? – Lance zastanowił się na moment. – Hm… 

Będę musiał obmyślić nowe plany. Rzecz zrozumiała. Gdzie 

background image

podziewa się moja rodzina? Czy wszyscy są w Domku pod 
Cisami?

– Tak, proszę pana.
– Zaraz tam pojadę. A ty – zwrócił się do żony – zatrzymasz 

się chwilowo w hotelu.

– Także pomysł! –  zaprotestowała  żywo. –  Ja  też  pojadę, 

Lance.

– Nie, moja droga.
– Dlaczego? Wolę być z tobą.
– Nie, Pat. Doprawdy, nie. Zatrzymasz się w… Słowo daję! 

Strasznie   dawno   nie   zaglądałem   do   Londynu.   W   swoim 
czasie hotel Barnes był przyjemny, spokojny. Chyba istnieje 
nadal, inspektorze?

– Oczywiście, proszę pana.
– Więc sprawa załatwiona, Pat. Zainstaluję cię tam, jeżeli 

mają wolny pokój. Później sam złożę wizytę w Domku pod 
Cisami.

– Nie rozumiem, kochanie, czemu nie pozwalasz mi wybrać 

się z tobą.

Lance zrobił minę bardzo serio.
– Otwarcie mówiąc, Pat, nie spodziewam się serdecznego 

przyjęcia. Zaproszenie otrzymałem od ojca, ale on nie żyje. 
Nie   mam   pojęcia,   kto   jest   dziś   właścicielem   posiadłości. 
Myślę,   że   Percy   lub   może   Adela.   Tak   czy   inaczej   wolę 
sprawdzić, jak zostanę powitany, zanim pokażę tam ciebie. 
Jest jeszcze jedna kwestia…

– Jaka?
– Nie chcę  wprowadzać cię do domu,  w którym grasuje 

truciciel.

background image

– Co za nonsens! – obruszyła się młoda kobieta.
– Wolę nie ryzykować – odparł Lance z naciskiem – tam, 

gdzie w grę wchodzi twoja osoba, Pat.

background image

XI

Pan   Dubois   zirytował   się   mocno.   List   Adeli   Fortescue 

podarł   i   wrzucił   do   kosza   na   śmiecie.   Następnie,   pod 
wpływem   nagłego   przypływu   rozwagi,   wyłowił   strzępki 
spośród innych papierów, podpalił i dopilnował, by zgorzały 
na popiół. Zajęty tym mamrotał do siebie:

– Czemu, u licha, baby muszą być tak piekielnie głupie? 

Najprostszy zdrowy rozsądek – urwał, gdyż zreflektował się, 
że kobietom zawsze brakuje zdrowego rozsądku; wiedział o 
tym niedostatku i często korzystał z niego, nie pochwalał go 
jednak.

Sam   przedsięwziął   wszelkie   możliwe   środki   ostrożności. 

Zapowiedział, że w razie telefonu pani Fortescue nie będzie 
go w hotelu. I co? Dzwoniła już trzykrotnie, a teraz przysłała 
list. Nie ma nic gorszego niż pisanina. Pan Dubois zamyślił 
się głęboko i po chwili ruszył do telefonu.

– Mógłbym prosić panią Fortescue? Tu Dubois.
– Vivian! Nareszcie! – usłyszał wkrótce jej głos.
– Tak, Adelo, to ja… Ale bądź ostrożna. Skąd mówisz?
– Z biblioteki.
– Jesteś pewna, że cię nie podsłuchują? Nie ma nikogo w 

hallu?

– Dlaczego miałby ktoś podsłuchiwać?
– Nigdy nic nie wiadomo. Policjanci kręcą się jeszcze po 

domu?

background image

– Nie. Dokądś poszli. Nie ma ich teraz. Vivian! Kochanie! 

Jakie to wszystko okropne!

– Rzeczywiście… Okropne! Ale posłuchaj, Adelo. Musimy 

być ostrożni.

– Ma się rozumieć, kochanie.
– Nie mów do mnie „kochanie” przez telefon. To bardzo 

ryzykowne.

– Czy ty nie popadłeś w panikę? Przecież teraz wszyscy do 

wszystkich mówią „kochanie”.

– Tak… Masz rację. Posłuchaj. Nie dzwoń do mnie. Nie 

pisz.

– Co takiego? Vivian…
To tylko chwilowe. Zrozum! Musimy być ostrożni. Aa… 

Zrozumiałam – powiedziała z nutą urazy.

– Posłuchaj, Adelo. Chodzi o moje listy do ciebie. Spaliłaś 

je, prawda?.

– Naturalnie – odparła po chwili wahania. – Obiecałam ci 

przecież, że to zrobię.

– Więc wszystko w porządku. Skończymy chyba rozmowę? 

Nie telefonuj do mnie, nie pisz. Sam odezwę się w stosownej 
porze.

Pan Dubois odłożył słuchawkę. Z zastanowieniem pogładził 

się po twarzy. Nie w smak mu była chwila wahania przed 
informacją   o   spaleniu   listów.   Czy   je   naprawdę   spaliła? 
Wszystkie   kobiety   są   jednakowe   w   takich   sprawach. 
Obiecują i nie dotrzymują słowa.

Listy, bodaj je licho! Baby wymagają zawsze, aby do nich 

pisywać.   .On   był   naturalnie   przezorny,   układając   bardzo 
nieliczne listy do Adeli Fortescue. Ale co w nich dokładnie 

background image

pisał? Czy do zwyczajnych w podobnych razach bredni nie 
przyplątały   się   jakieś   szczególne   słowa,   zwroty,   z   których 
policja potrafi wycisnąć dogodne dla siebie wnioski?

„Cóż,   moje   listy   są   raczej   niewinne,   ale   czy   podobna 

pamiętać wszystko? – medytował z niepokojem wzrastającym 
z  minuty   na   minutę.  –  Przypuśćmy,   że  Adela   nie  spaliła 
listów. Czy będzie miała dosyć oleju w głowie, żeby zrobić to 
zaraz? A jeżeli policja już położyła na nich łapę? Gdzie Adela 
może przechowywać moje listy? Pewno w swoim saloniku na 
piętrze, w tym cudacznym biureczku–antyku, podrabianym 
na styl Ludwika XIV. Coś tam kiedyś gadała o sekretnej 
szufladce.  Sekretna  szufladka! Niezły kawał! Sekretna,  ale 
nie   dla   policjantów.   Tyle   że   policjantów   nie   ma   teraz   w 
Domku   pod   Cisami.   Adela   mówiła,   że   byli   z   rana,   ale 
dokądś   się  wynieśli.   Do   tej   pory  zapewne   szukali   śladów 
trucizny   w   żywności   i   napojach.   Nie   mieli   czasu   na 
szczegółowe   przetrząśnięcie   domu.   Może   potrzebny   im 
będzie   nakaz   rewizji?   Jeżeli   zaczną   działać   śmiało, 
niezwłocznie, to zapewne…”

Pan Dubois ujrzał oczyma wyobraźni Domek pod Cisami. 

Będzie   zapadał   zmrok.   Herbata   zostanie   podana   w 
bibliotece  albo w salonie.  Cała rodzina zgromadzi się na 
parterze.   Służba   siądzie   do   podwieczorku   w   suterenie. 
Nikogo   nie   będzie   na   piętrze.   Cóż   łatwiejszego   niż 
niepostrzeżenie   minąć   ogród,   w   którym   cisowe   szpalery 
stwarzają doskonałą osłonę? A od strony tarasu są boczne 
drzwi,   nigdy   nie   zamykane   na   klucz   przed   późnym 
wieczorem.   Nietrudno   wybrać   odpowiedni   moment, 
tamtędy zakraść się do domu, później na piętro…

background image

Vivian Dubois zastanawiał się głęboko, jak należy postąpić. 

Gdyby śmierć Reksa Fortescue przypisano wylewowi krwi 
do   mózgu   czy   też   zawałowi   serca,   sytuacja   wyglądałaby 
całkiem inaczej. Ale w istniejących warunkach…

– Przesadna ostrożność lepsza niż żal poniewczasie – bąknął 

półgłosem pan Dubois.

Mary Dove schodziła wolno z piętra. Na podeście głównej 

klatki schodowej zatrzymała się przed oknem, z którego dnia 
poprzedniego   obserwowała   przyjazd   inspektora   Neele’a. 
Zobaczyła coś i tym razem. W szarzejącym świetle zarysowała 
się   sylwetka   mężczyzny,   aby   zniknąć   wnet   za   cisowym 
żywopłotem. Dziewczynie przyszło na myśl, że to zapewne 
Lancelot   Fortescue,   syn   marnotrawny.   Może   odprawił 
samochód   przy   bramie,   a   sam   wędruje   po   ogrodzie, 
odświeża   dawne   wspomnienia   przed   spotkaniem   z 
niechętną   najprawdopodobniej   rodziną.   Mary   Dove 
współczuła   trochę   Lancelotowi   i   była   dlań   usposobiona 
przychylnie. Z uśmiechem ruszyła dalej i w hallu zobaczyła 
kredensową   Gladys,   która   na   jej   widok   wzdrygnęła   się 
nerwowo.

– Czy   ktoś   dzwonił   przed   chwilą?   –   zapytała   Mary.   – 

Zdawało mi się, że słyszałam telefon.

– Nie… Nikt. Pomyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią – 

odpowiedziała Gladys rozdygotanym głosem. – A przedtem 
telefonował pan Dubois. Prosił panią Fortescue.

– Aha… – odchodząc w głąb hallu Mary rzuciła przez ramię: 

–Czas na herbatę, Gladys. Nie podałaś jej jeszcze?

– Chyba, proszę pani, nie ma jeszcze pół do piątej.

background image

– Jest   za   dwadzieścia   piąta.   Pośpiesz   się,   proszę. 

Zarządzająca  domem   weszła   do   biblioteki,   gdzie   Adela 
Fortescue   siedziała   na   sofie.   Zapatrzona   w   ogień   na 
kominku skubała maleńką koronkową chusteczkę.

– Kiedy będzie herbata? – zapytała gniewnie.
– Za chwilę – odpowiedziała Mary Dove i przyklękła, by 

szczypcami podnieść płonącą szczapę, która wysunęła się z 
kominka.

Uzupełniła   ogień   jeszcze   jednym   polanem   oraz   szufelką 

węgla.

Tymczasem Gladys wbiegła do kuchni. Pani Crump, która 

pochylona nad stołem wyrabiała ciasto w ogromnej misce, 
zwróciła ku dziewczynie twarz zaczerwienioną i gniewną.

– Dzwonek  z  biblioteki brzęczy i brzęczy – powiedziała. – 

Najwyższy czas, moja mała, podać herbatę.

– Zaraz, proszę pani. Już lecę!
– Pogadam   ja   z   Crumpem   dziś   wieczór   –   mruknęła   do 

siebie kucharka. Przepędzę go na cztery wiatry.

W pokoju kredensowym Gladys przypomniała sobie, że nie 

naszykowała kanapek. Drobiazg! Da sobie spokój. I tak jest 
mnóstwo   do   lodzenia.   Dwa   gatunki   ciasta,   herbatniki, 
rogale,   miód,   czarnorynkowe   masło   prosto   z   farmy. 
Obejdzie się bez kanapek z pomidorami i pasztetem z gęsich 
wątróbek.

„Mam   dość   innych   spraw   na   głowie   –   pomyślała 

dziewczyna. – A pani Crump złości się tylko dlatego, że jej 
mężulek wyszedł. Także powód! Miał rację. Przecież dziś jest 
jego wolny dzień”.

– Czajnik gotuje się jak wszyscy diabli! – zawołała z kuchni 

background image

pani Crump. – Nigdy nie zaparzysz herbaty, czy co?

– Już idę! Idę! – odkrzyknęła Gladys.
Nie   mierząc   łyżką   sypnęła   garść   herbaty   do   dużego 

srebrnego imbryka, skoczyła z nim do kuchni i napełniła 
wrzątkiem. Imbryk i czajnik z gotującą wodą umieściła na 
ciężkiej, również srebrnej tacy i zaniósłszy ją do biblioteki 
postawiła   na   stoliczku   obok   sofy.   Spiesznie   pobiegła   do 
kuchni po drugą tacę z ciastem i dodatkami, kiedy jednak 
wracała   przez   hali,   podskoczyła   nerwowo   słysząc   zgrzyt 
starego szafkowego zegara, który sposobił się do bicia.

W bibliotece Adela Fortescue zwróciła się do Mary Dove 

zaczepnym tonem:

– Gdzie się dziś wszyscy podziali?
– Nie  mam  pojęcia,   proszę  pani.   Panna   Elaine  już   dość 

dawno przyszła do domu. Pani Valowa pisze zapewne listy w 
swoim pokoju.

– Naturalnie! – rzuciła gniewnie Adeła. – Pisze listy! Nie 

może dać spokoju pisaniu listów! Nie różni się od innych 
osób ze swej sfery. Śmierć i ludzkie nieszczęście to dla niej 
największa przyjemność. Hiena. Prawdziwa hiena!

– Zawiadomię   ją,   że   herbata   czeka   –   wtrąciła   taktownie 

zarządzająca domem i od progu cofnęła się, aby przepuścić 
pannę Fortescue.

– Zimno   dziś   –   powiedziała   Elaine   i   przycupnąwszy   nad 

ogniem jęła zacierać ręce.

W hallu Mary przystanęła. Na jednej z komód zobaczyła 

dużą tacę z ciastem i dodatkami. Było prawie ciemno, więc 
przekręciła wyłącznik i w tym momencie odniosła wrażenie, 
że   z   piętra   dobiega   odgłos   kroków   Jennifer   Fortescue 

background image

zmierzającej   w   kierunku   schodów.   Jednakże   nikt   się   nie 
pokazał,   wobec   czego   Mary   weszła   na   piętro   i   minęła 
korytarz wiodący do pokoi sypialnych.

Państwo Parcivalowie zajmowali samodzielny apartament 

w   lewym   skrzydle   domu.   Mary   zapukała   do   drzwi   ich 
saloniku,  aby uczynić  zadość formalności,  której Jennifer 
wymagała przywodząc tym do pasji kamerdynera Crumpa.

– Proszę – zabrzmiał dźwięczny głos. Mary uchyliła drzwi, 

aby oznajmić:

– Herbata już podana, proszę pani.
Zdziwiła się trochę, gdy zauważyła, że pani Valowa zdejmuje 

właśnie ciepły płaszcz z wielbłądziej wełny.

– Nie wiedziałam, że pani wychodziła – bąknęła.
– Byłam tylko w ogrodzie odparła lekko zdyszana Jennifer. 

–Chciałam   odetchnąć   świeżym   powietrzem,   ale   prędko 
zorientowałam się, że jest za chłodno. Chętnie doprawdy 
zejdę na dół, żeby usiąść przy ogniu. Centralne ogrzewanie 
nie działa, jak trzeba. Ktoś powinien zwrócić na to uwagę 
ogrodnikom.

– Ja się tym zajmę – obiecała zarządzająca.
Jennifer rzuciła płaszcz na krzesło i wyszła z pokoju za Mary, 

która   na   schodach   ją   przepuściła.   W   hallu   panna   Dove 
zdziwiła   się   zauważywszy   tacę   z   ciastkami   na   dawnym 
miejscu. Zamierzała właśnie pójść do pokoju kredensowego 
i zawołać Gladys, gdy w drzwiach biblioteki stanęła Adela 
Fortescue.

– Czy do końca świata nie dostaniemy nic do herbaty? – 

syknęła gniewnie.

Mary   szybko   chwyciła   tacę,   zaniosła   do   biblioteki   i 

background image

zawartość rozstawiła na kilku niskich stolikach w pobliżu 
kominka. Kiedy wracała do hallu z próżną tacą, usłyszała 
dzwonek. Co tchu pozbyła się tacy i ruszyła w stronę drzwi 
frontowych.   Ciekawa   była   syna   marnotrawnego,   jeżeli 
rzeczywiście to on przybywa wreszcie.

„Jaki niepodobny do reszty rodziny”  – pomyślała, gdy w 

progu stanął młody mężczyzna  o  szczupłej, śniadej twarzy i 
zarysie ironicznego uśmiechu na ustach.

– Pan Lancelot Fortescue?
– We własnej osobie.
– A pański bagaż?
– Taksówkę odprawiłem. Nie mam nic więcej – uśmiechnął 

się   Lancelot   podnosząc   średnich   rozmiarów   torbę 
podróżną.

Mary zdziwiła się trochę.
– Przyjechał pan taksówką?… Myślałam, że pan spacerował 

po ogrodzie. Gdzie małżonka?

– Moja żona nie przyjedzie tutaj – odparł młody człowiek, a 

jego twarz przybrała posępny wyraz. – W każdym razie nie 
zaraz.

– Rozumiem…   Pozwoli   pan   ze   mną.   Wszyscy   są   w 

bibliotece przy herbacie.

Doprowadziwszy   gościa   do   drzwi   biblioteki,   Mary   Dove 

cofnęła   się.   Pomyślała,   że   Lancelot   Fortescue   to   bardzo 
przystojny   mężczyzna,   i   niezwłocznie   uzupełniła   swoje 
spostrzeżenie   wnioskiem,   że   podobnego   zdania   jest   bez 
wątpienia tłum kobiet.

– Lance!
Elaine   podbiegła   do   brata,   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i 

background image

uścisnęła go z nieoczekiwanym dlań entuzjazmem podlotka.

– Tak. Lance… Dobry wieczór – wyjąkał nowo przybyły i 

łagodnie uwolnił się z objęć siostry. – A to Jennifer, prawda?

Pani Valova przyglądała mu się z nie tajoną ciekawością.
– Niestety Val nie wrócił jeszcze z Londynu – powiedziała. – 

Sam rozumiesz, że ma moc spraw do załatwienia. Oczywiście 
wszystko   spadło   na   niego.   Musi   dopilnować   każdego 
drobiazgu. Nie wyobrażasz sobie, co my tutaj przechodzimy.

– Rzeczywiście. To musi być okropne – zgodził się Lance z 

powagą i zwrócił wzrok ku kobiecie, która siedziała na sofie i 
trzymając w palcach kawałek rogala z miodem, zdawała się 
chłodno oceniać gościa.

– Prawda! – zawołała Jennifer. – Ty przecież nie znasz Adeli!
– Miałem już zaszczyt – bąknął niewyraźnie Lance ujmując 

dłoń pani Fortescue.

Gdy   spojrzał   na   nią   z   góry,   zatrzepotała   powiekami. 

Odłożyła  na   talerz  kawałek   rogala   z  miodem  i   lewą  ręką 
poprawiła włosy. Był to gest iście kobiecy, świadczący, że w 
pokoju zjawił się przystojny mężczyzna.

– Usiądź obok mnie, Lance. Proszę – odezwała się Adela 

głębokim głosem. – Cieszy mnie twój przyjazd – ciągnęła 
nalewając   mu   herbatę.   –   Bardzo   potrzeba   nam   w   domu 
drugiego mężczyzny.

– Chętnie będę pomagał w miarę sił i możliwości.
– Wiesz zapewne… a może nie wiesz dotąd, że mieliśmy 

tutaj policję. Trudno doprawdy uwierzyć… zająknęła się i po 
chwili krzyknęła rozpaczliwie: – Straszne! To wszystko jest 
straszne!

– Tak.   Niewątpliwie   –   przyznał   Lancelot   tonem 

background image

zrozumienia   i   współczucia.   –   I   mnie   policja   spotkała   na 
lotnisku.

– Policja? –Tak. –I co?
– Powiedziano mi, co zaszło.
– Rex został otruty – podjęła Adela. – Tak przynajmniej 

myśli policja, tak mówi. Nie było to zatrucie pokarmowe. 
Nic podobnego! Chodzi o otrucie. Rozmyślne! Nie wątpię, 
nie mam cienia wątpliwości, że zdaniem policjantów musiał 
to zrobić ktoś z nas.

– Ich zmartwienie, nie nasze – odparł pocieszająco Lancelot 

i   uśmiechnął   się   nieoczekiwanie.   –   Muszą   dowieść 
słuszności swojego zdania. Wyśmienity napój! Od lat nie 
próbowałem prawdziwej angielskiej herbaty.

Reszcie   towarzystwa   łatwo   udzielił   się   nastrój   bardziej 

pogodny.

– A twoja żona, Lance? – zapytała Adela Fortescue. – O ile 

wiem, masz żonę, prawda?

– Mam, naturalnie. Jest teraz w Londynie.
– Czemu… Nie lepiej było przywieźć ją tutaj?
– Mamy  moc czasu  na  obmyślenie dalszych  planów.  Pat 

jest…   Jest   zupełnie   zadowolona   z   miejsca,   w   którym   ją 
ulokowałem.

– Nie chcesz chyba… – zaczęła gwałtownie Elaine. – Nie 

wyobrażasz sobie, że…

– To   ciasto   w   czekoladzie   wygląda   wspaniale   –   przerwał 

szybko Lance. – Trzeba go skosztować.

Gorliwie zajął się krajaniem ciasta i od niechcenia zapytał:
– Czy ciocia Effie żyje jeszcze?
– Ma się rozumieć, Lance. Nigdy nie schodzi na parter, nie 

background image

siada z nami do stołu, prowadzi własne gospodarstwo, ale 
czuje się zupełnie dobrze. Tylko coraz bardziej dziwaczeje.

– Zawsze była dziwaczką – powiedział Lance. – Muszę się do 

niej wybrać po herbacie.

– W tym wieku powinna się przenieść do domu starców – 

zabrała głos Jennifer. – Oczywiście mam na myśli przyzwoity 
zakład, gdzie miałaby stosowną opiekę.

– Niech   Bóg   ma   w   opiece   nieszczęsny   dom   starców,   w 

którym zamieszka ciocia Effie – powiedział Lancelot i dodał 
zmieniając   ton:   –   Drzwi   otworzyła   mi   szykowna   młoda 
kobietka. Któż to taki?

– Nie był to Crump, kamerdyner? – zdziwiła się Adela. – 

Prawda!   Zapomniałam,   że   on   ma   dzisiaj   wolny   dzień. 
Zapewne Gladys, ale…

– Błękitne oczy – rozpoczął opis Lance – włosy rozdzielone 

pośrodku   głowy,   głos   o   cudownym,   ciepłym   brzmieniu. 
Naturalnie trudno z miejsca zgadnąć, co kryje się za tym 
wszystkim.

– To Mary Dove! – zawołała Jennifer.
– Zarządzająca domem – uzupełniła informację Elaine.
– Osoba bardzo przydatna – dodała Adela Fortescue.
– Tak…   Sprawia   wrażenie   osoby   bardzo   przydatnej   – 

powiedział Lance z namysłem.

– I  na  miejscu  –   podchwyciła  Jennifer.   –  To  główna  jej 

zaleta… Widzisz, Lance, wcale się nie spoufala.

– Roztropna Mary Dove – mruknął Lancelot sięgając po 

drugą porcję ciasta w czekoladzie.

background image

XII

– No i co? Wróciłeś niby zły szeląg – powiedziała panna 

Ramsbottom.

– Zgadza, się,  ciociu Effie  – odparł z uśmiechem Lance. 

Sędziwa dama z dezaprobatą pociągnęła nosem.

– Ładną   wybrałeś   porę!   Twój   ojciec   pozwolił   się 

zamordować. Akurat wczoraj! W domu pełno policjantów. 
Myszkują   wszędzie.   Nawet   w   śmietnikach   grzebią. 
Obserwuję ich z okna – zrobiła krótką pauzę, pociągnęła 
znów nosem. – Przywiozłeś żonę?

– Nie. Pat została w Londynie.
– To dowodzi zdrowego rozsądku. Na twoim miejscu też 

nie sprowadziłabym jej do takiego domu. Nie wiadomo, co 
mogłoby się przytrafić.

– Komu? Pat?
– Każdemu   –   burknęła   stara.   Lance   spojrzał   na   nią 

przenikliwie.

– Ciocia domyśla się czegoś?
Panna   Ramsbottom   nie   udzieliła   bezpośredniej 

odpowiedzi.

– Wczoraj był u mnie jakiś inspektor. Wypytywał o różne 

sprawy. Mało się dowiedział. Ale nie taki on głupi, jak się 
wydaje – ciocia Effie umilkła znów na moment, by podjąć z 
oburzeniem:   –   Co   powiedziałby   twój   dziadek,   gdyby 
usłyszał,   że   mieliśmy   policję   w   domu?   W   grobie   by   się 

background image

przewrócił! Przez całe życie był prawowiernym purytaninem. 
Dobrze   pamiętam,   jaką   zrobił   awanturę,   kiedy   się 
dowiedział,   że   chodzę   na   wieczorne   nabożeństwa   do 
kościoła   anglikańskiego.   A   to   przecież   drobiazg   w 
porównaniu z morderstwem.

W normalnych warunkach Lance parsknąłby śmiechem, 

tym   razem   jednak   jego   szczupła   śniada   twarz   zachowała 
wyraz powagi.

– Rozumie   ciocia   –   powiedział   –   że   po   tak   długiej 

nieobecności brodzę w zupełnym mroku. Co się tu działo 
ostatnio?

– Bezbożne sprawy! – odparła z emfazą panna Ramsbottom 

i wzniosła wzrok ku niebu.

– Bezbożne sprawy. Naturalnie. Coś takiego spodziewałem 

się usłyszeć od cioci. Ale co naprowadziło policję na myśl, że 
ojciec został otruty tu, w domu?

– Cudzołóstwo   to   co   innego,   morderstwo   co   innego   – 

powiedziała sędziwa dama. – Nie chciałabym jej posądzać. 
Nie chciałabym naprawdę.

– Mówi   ciocia   o   Adeli?   –   zapytał   Lance   z   nagłym 

zaniepokojeniem.

– Nie. Usta mam zamknięte na kłódkę.
– Ładne to powiedzonko, ale nic nie znaczy. Śmiało, ciociu 

Effie! Adela miała przyjaciela? Adela z przyjacielem podali 
staremu   blekot   w   porannej   herbatce?   Tak   się   sprawa 
przedstawia?

– Zechciej nie dowcipkować na ten temat.
– Wcale nie dowcipkuję.
– Jedno   ci   mogę   powiedzieć   –   zaczęła   znowu   panna 

background image

Ramsbottom. – Jestem przekonana, że ta dziewczyna wie o 
czymś.

– Jaka dziewczyna? – zdumiał się Lancelot Fortescue.
– Ta wciąż zakatarzona – objaśniła ciocia Effie. – Ta, co dziś 

po   południu   powinna   rrfi   przynieść   herbatę,   ale   nie 
przyniosła. Podobno zawieruszyła się gdzieś, chociaż nie ma 
dziś wolnego dnia. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło na jaw, 
że poszła do komisariatu policji. Kto ci otworzył drzwi?

– Ktoś nazywany Mary Dove. Osoba na pozór układna i 

łagodna,   ale   chyba   tylko   na   pozór.   Czy   to   ona   mogła 
zdaniem cioci pójść do komisariatu policji?

– Ona? Skąd znowu! Taka nie chciałaby mieć do czynienia z 

policją.   Mówię   o   tej   idiotce,   kredensowej.   Od   rana   była 
zdenerwowana. Skakała i podrygiwała niczym królik. „Co się 
z tobą dzieje? – pytam. – Gryzie cię sumienie?” A ona: „Ja nic 
nie   zrobiłam!   Za   nic   nie   odważyłabym   się   na   coś 
podobnego”.   Później   zaczęła  pociągać   nosem   i   pleść,   że 
nikomu nie życzyłaby nieszczęścia, a cała ta historia jest z 
pewnością omyłką. Powiedziałam jej wtedy:  „Moja droga, 
kto   mówi   prawdę,   pognębia   szatana.   Idź   do   komisariatu 
policji, wyznaj wszystko, co ci wiadomo, bo nie wynika nigdy 
nic   dobrego   z   tajenia   prawdy,   bodaj   najbardziej   przykrej 
prawdy”. Ona zaczęła znowu pleść, że do komisariatu nie 
pójdzie, bo nikt jej tam nie uwierzy, a zresztą sama nie wie, 
co   mogłaby   powiedzieć.   Rozumiesz?   Takie   brednie.   Na 
zakończenie dodała, że ostatecznie i ona nic nie wie.

– Nie sądzi ciocia, że ta dziewczyna chciała zrobić z siebie 

ważną osobę? – zapytał Lance.

– Nie.   Była   rzeczywiście   zalękniona.   Prawdopodobnie 

background image

usłyszała albo zobaczyła coś, co dało jej do myślenia: szczegół 
ważny lub całkiem błahy. Nie wiadomo.

– Nie zdaje się cioci, że ona mogła czuć jakąś urazę do ojca 

i…

– Nie zdaje mi się – przerwała stanowczym tonem panna 

Ramsbottom.   –   Taką   dziewczyną   nie   zainteresowałby   się 
nigdy   Rex   Fortescue.   Biedactwo!   Nie   potrafiłaby   chyba 
obudzić   zainteresowania   żadnego   mężczyzny.   Moim 
zdaniem to niemała korzyść dla zbawienia jej duszy.

Lancelot Fortescue nie przejął się kwestią zbawienia duszy 

Gladys.

– Myśli   ciocia,   że   ta   kredensowa   mogła   polecieć   do 

komisariatu policji?

– Tak!   –   panna   Ramsbottom   z   głębokim   przekonaniem 

kiwnęła głową. – Myślę, że tutaj nie chciała mówić otwarcie z 
obawy, by jej ktoś nie podsłuchał.

– Podejrzewa ciocia,  że widziała kogoś, kto manipulował 

podejrzanie przy czymś do jedzenia lub picia?

– Domysł nie pozbawiony logiki, prawda? – stara spojrzała 

bystro na siostrzeńca.

– Tak…   Zapewne   –   przyznał   z   wahaniem   Lance   i   dodał 

zaraz tonem usprawiedliwienia: – Cała historia brzmi dla 
mnie   fantastycznie,   jak   fragment   kiepskiej   powieści 
kryminalnej.

– Żona Parcivala jest z zawodu pielęgniarką – powiedziała 

ciocia Effie.

Lance spojrzał na nią ze zdumieniem, gdyż ostatnie zdanie 

zdawało   się   kompletnie   pozbawione   związku   z 
dotychczasowym przebiegiem rozmowy.

background image

– Pielęgniarki są obyte z rozmaitymi chemikaliami – dodała 

sędziwa dama.

– Tak…   Zapewne   –   bąknął   znów   Lance   z   nutą 

powątpiewania.   –   Ale   taksyna…   Nie   mam   pojęcia,   czy 
stosuje sieją w medycynie.

– Występuje   w   jagodach   cisa   –   podjęła   panna 

Ramsbottom.  –Dzieci  jedzą  czasami  takie jagody  i ciężko 
chorują.   Przypominam   sobie   jeden   wypadek.   Wywarł   na 
mnie okropne wrażenie. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale 
do dziś pamiętam. Widzisz, dawne wspomnienia niekiedy 
się przydają.

Lance   uniósł   głowę   i   przenikliwym   wzrokiem   zmierzył 

ciocię Effie, która mówiła dalej:

– Uczucia rodzinne są ludzkie, zrozumiałe. Mam ich chyba 

nie mniej niż inni. Ale nie myślę bronić zła. Zło musi zostać 
wyplenione!

– Słowa mi nie pisnęła i poszła! – Pani Crump podniosła 

zaczerwienioną   gniewną   twarz   znad   ciasta,   które   obecnie 
wałkowała.   –   Zabrała   się   nie   uprzedzając   nikogo.   Jaka 
cwana! Pewno, że cwana! Strach było dziewusze, że ktoś ją 
przyłapie i zatrzyma. Ma się rozumieć, sama bym to zrobiła. 
Dobre sobie, co? Pan nie żyje, panicz Lancelot wrócił do 
domu   po   tylu   latach,   więc   powiedziałam   do   Crumpa: 
„Wolny dzień czy nie wolny, ja swój obowiązek znam. Nie 
będzie dziś zimnej kolacji, jak zawsze w czwartek, ale gorąca, 
wystawna. Młody pan przyjechał z dalekich krajów z żoną, co 
dawniej   miała   męża   z   prawdziwej   arystokracji.   Wszystko 
musi wyglądać jak trzeba”. Pani mnie zna, proszę pani. Wie 

background image

pani, że szanuję swoją pracę i jestem z niej dumna.

Mary   Dove   –   adresatka   tej   tyrady   –   przytaknęła   lekkim 

skinieniem głowy.

– A co Crump na to? – kucharka gniewnie podniosła głos. 

–   „Mam   wolny   dzień   –   powiada   –   więc   z   wolnego   dnia 
skorzystam. Figę dbam o całą arystokrację”. On nie szanuje 
swojej pracy, nie jest z niej dumny. Zakręcił się i poszedł 
sobie, a ja zapowiedziałam Gladys, że dziś wieczorem musi 
radzić sobie sama. I co? Jak tylko odwróciłam się plecami, 
dziewucha w nogi. A przecież to nie jej wolny dzień! Ona ma 
wychodne w piątek! Nie wyobrażam sobie, słowo daję, co 
teraz będzie. Chwała Bogu, że panicz Lancelot nie przywiózł 
dziś żony.

– Wybrniemy jakoś z kłopotu, pani Crump – powiedziała 

Mary   tonem   pocieszającym,   lecz   stanowczym.   –   Trzeba 
uprościć   trochę   menu.   –   Zaproponowała   pewne   zmiany, 
które   zostały   przyjęte   opornie,   a   następnie   zakończyła 
dyskusję: – To wszystko poda się do stołu bez trudności.

– Jak to? Pani sama myśli usługiwać?
– Oczywiście, jeżeli Gladys nie wróci w porę.
– Ona nie wróci – rzuciła cierpko pani Crump. – Szasta się 

gdzieś.   W   sklepach   wyrzuca   pieniądze.   Ma   przecież 
kawalera,   proszę   pani,   chociaż   wcale   na   to   nie   wygląda. 
Albert   mu   na   imię.   Podobno   mają   się   pobrać   przyszłej 
wiosny.  Sama  mi  gadała. Głupie te dzisiejsze dziewczyny! 
Wcale nie wiedzą, jak wygląda stan małżeński. Ja tam, proszę 
pani, mam całkiem dosyć Crumpa – westchnęła ciężko. – 
Co   będzie   z   naczyniami   po   herbacie?   Kto   je   sprzątnie   i 
pozmywa?

background image

– Ja   się   tym   zajmę   –   powiedziała   Mary.   –   Już   idę,   pani 

Crump.

W bibliotece było prawie ciemno, chociaż Adela Fortescue 

siedziała nadal na sofie.

– Czy   mam   zapalić   światło,   proszę   pani?   –   zapytała 

zarządzająca i nie otrzymała odpowiedzi.

Mary   przekręciła   wyłącznik   i   podeszła   do   okna,   by   je 

zasłonić   kotarą.   Wówczas   dopiero   odwróciła   głowę   i 
spojrzała w twarz kobiety wspartej bezwładnie na ozdobnych 
poduszkach.   Obok   niej   leżał   kawałek   rogala   z   miodem. 
Przed   nią   stała   na   stoliku   nie   dopita   filiżanka   herbaty. 
Śmierć   spotkała   Adelę   Fortescue   niespodziewanie   i 
błyskawicznie.

– I co? – zapytał z przejęciem inspektor Neele.
– Cyjanek… – odparł lekarz.  –  Prawdopodobnie cyjanek 

potasu… W herbacie.

– Cyjanek…   –   powtórzył   półgłosem   detektyw.   Doktor 

spojrzał nań spod oka.

– Dziwnie przejmuje się pan tym przypadkiem. Są jakieś 

szczególne powody?

– Aha… Podejrzewaliśmy ją o morderstwo – odparł Neele.
– A okazało się, że jest ofiarą. Hm… Trzeba  będzie zacząć 

myślenie od nowa. Prawda?

Inspektor kiwnął głową. Twarz miał posępną, usta mocno 

zaciśnięte.

Znowu   trucizna!   Morderstwo   niemal   na   jego   oczach! 

Taksyna   w   kawie,   którą   Rex   Fortescue   pił   na   śniadanie. 
Cyjanek w herbacie Adeli Fortescue. Nadal sprawa czysto 

background image

familijna, domowa. Na to przynajmniej zakrawa.

Adela   Fortescue,   Jennifer   Fortescue,   Elaine   Fortescue   i 

świeżo   przybyły   Lancelot   Fortescue   byli   razem   przy 
podwieczorku   w   bibliotece.   Lancelot   wybrał   się   w 
odwiedziny   do   panny   Ramsbottom.   Jennifer   poszła   do 
swojego   saloniku   załatwiać   korespondencję.   Ostatnia 
opuściła pokój Elaine. Według jej zeznań Adela czuła się 
wtedy dobrze; nalewała sobie ostatnią filiżankę herbaty.

Właśnie!   To   naprawdę   była   ostatnia   filiżanka.   Dalej 

następuje   mroczny   okres   około   dwudziestu   minut   –   do 
chwili, gdy Mary Dove znalazła zwłoki.

A w trakcie tych dwudziestu minut…
Inspektor Neele zaklął półgłosem i powędrował do kuchni.
Kiedy   tam  wszedł,   pani   Crump   nie  drgnęła.   Jej   okazała 

postać spoczywała ciężko na krześle za stołem. Uprzednia 
wojowniczość rozwiała się, pękła niczym balonik.

– Gdzie ta dziewczyna? Nie wróciła jeszcze?
– Gladys…   Nie   ma   jej.   Pewno   będzie   się   wałęsać   do 

jedenastej.

– Ona zaparzyła herbatę i zaniosła do biblioteki, prawda?
– Ja   herbaty   nie   ruszałam.   Bóg   mi   świadkiem,   panie 

inspektorze.   A   na   mój  rozum   Gladys   też   nie   zrobiła   nic 
złego. Ona nie do takich rzeczy… ta Gladys. Wcale niezła 
dziewczyna. Trochę głupawa, panie inspektorze, ale przecież 
nie zbrodniarka.

Neele nie posądzał Gladys o zbrodnię. Nie widział w niej 

trucicielki. A zresztą cyjanku nie było w imbryku z herbatą.

– Dlaczego   zniknęła   tak   nagle?   Nie   miała   dziś   wolnego 

dnia, prawda?

background image

– Nie miała. Wychodne należy się jej jutro.
– Czy   Crump…   –   zaczął   Neele,   lecz   w   tym   momencie 

wojowniczy duch pani Crump zmartwychwstał raptownie, 
jej głos zadźwięczał nutą gniewu.

– Tylko nie czepiać się Crumpa! On ma alibi. Wyszedł z 

domu o trzeciej i teraz dziękuję Bogu, że wyszedł. Ma alibi 
nie gorsze niż sam pan Parcival.

Parcival   Fortescue   dopiero   co   wrócił   z   Londynu,   aby 

usłyszeć   na   powitanie   zdumiewającą   wiadomość   o 
powtórnej tragedii.

– Nie  chciałem   czepiać  się Crumpa   –  wyjaśnił  pokornie 

detektyw. – Przyszło mi tylko na myśl, że może znać plany 
Gladys.

– Na coś się szykowała, panie inspektorze. Włożyła swoje 

najlepsze nylony. Na coś się szykowała, jak Boga kocham! 
Nie   przygotowała   kanapek   do   herbaty.   Strasznie   była 
nerwowa. Usłyszy ode mnie kilka słów, kiedy wróci!

Kiedy wróci…
Inspektor poczuł się nieswojo, więc dla zabicia czasu ruszył 

mi   piętro,   do   apartamentów   państwa   domu.   Okazała 
sypialnia! Obicia z różowego brokatu, wielkie złocone łoże. 
Drzwi wiodą do wyłożonej lustrami łazienki z jasnoróżową, 
porcelanową   wanną,   zagłębioną   w   posadzkę.   Dalej   jest 
ubieralnia   Reksa   Fortescue.   Neele   wrócił   do   sypialni   i 
leżącego po przeciwnej jej stronie saloniku Adeli Fortescue.

Pokój   wysłany   bladoróżowym   grubym   dywanem   był 

urządzony w stylu empire. Neele nie interesował się nim 
bliżej,   bo   dnia   poprzedniego   przeprowadził   dokładne 
oględziny, ze szczególnym uwzględnieniem biureczka–cacka. 

background image

Nagle   jednak   skamieniał   z   wrażenia,   gdy   pośrodku 
bladoróżowego grubego dywanu zobaczył grudkę błota.

Nachylił   się,   podniósł   ją   ostrożnie   i   stwierdził,   że   nie 

utraciła jeszcze lepkości.

Bacznie powiódł wzrokiem dokoła. Nie było innych śladów 

– oprócz tamtej drobiny wilgotnej ziemi.

Inspektor   Neele   rozejrzał   się   po   sypialce   należącej   do 

Gladys Martin.

Minęło pół do dwunastej. Crump wrócił pół godziny temu, 

lecz kredensowa nie pokazała się dotąd. Na pierwszy rzut 
oka   widać   było,   że   Gladys   może   mieć   dobrą   szkołę   jako 
służąca,  z  natury jednak jest nieporządna. Łóżko sprawiało 
wrażenie rzadko ścielonego, atmosfera pokoju świadczyła o 
nieczęstym   otwieraniu   okna.   Ale   detektyw   nie   zaprzątał 
sobie głowy obyczajami domowymi Gladys Martin. Wolał 
poświęcić uwagę jej osobistym ruchomościom.

Garderoba   dziewczyny   składała   się   przeważnie   z   rzeczy 

tanich   i   pozornie   eleganckich.   Nic   nie   odznaczało   się 
dobrym gustem lub trwałością. Starszawa pokojowa Ellen 
wezwana dla asysty była mało pomocna. Nie wiedziała, jakie 
ubrania ma Gladys. Nie była w stanie powiedzieć, czy czegoś 
brakuje.   Przetrząsnąwszy   odzież  i   bieliznę   Neele   zajął   się 
komodą, w której kredensowa przechowywała swoje skarby: 
widokówki,   wycinki   z   gazet,   wykroje,   wzory   robót   na 
drutach, dobre rady z dziedziny kosmetyki i mody.

Detektyw przeglądał to wszystko i układał w stosiki według 

kategorii. Karty pocztowe przedstawiały widoki rozmaitych 
miejscowości, w których zapewne Gladys spędzała urlopy. 

background image

Trzy   pochodziły   od   kogoś,   kto   podpisywał   się   „Bert”. 
Najprawdopodobniej   była   to   osoba   nazwana   przez   panią 
Crump „kawalerem”. Skreślone nienawykłą do pióra ręką 
zawierały   po   kilka   słów   tekstu.   Pierwsza:   „Wszystkiego 
najlepszego. Bardzo mi bez Ciebie smutno. Twój na zawsze 
Bert”. Druga: „Dużo tu fajnych panien, ale żadna nie umywa 
się   do   Ciebie.   Niedługo   Cię   zobaczę.   Nie   zapominaj   o 
naszym terminie. Pamiętaj! Później uszy do góry i wszystko 
dobrze   raz   na   zawsze”.   Trzecia  była   najzwięźlejsza:   „Nie 
zapomnij! Ufam ci, Kochana! B”. Z kolei Neele zabrał się do 
wycinków prasowych i podzielił je na trzy grupy. Tyczyły one 
kwestii   stroju   i   urody   oraz   szczegółów   z   życia   gwiazd 
filmowych,   co   widocznie   pasjonowało   Gladys.   Ponadto 
zdawały się interesować ją najnowsze cudowności wiedzy: 
latające talerze, tajne rodzaje uzbrojenia, środki zmuszające 
do   mówienia  prawdy,   leki   reklamowane   przez 
amerykańskich   szarlatanów.   Czarnoksięskie   sztuczki 
naszego dwudziestego wieku, jak określił to wszystko Neele. 
Ale   nic,   co   znaleziono   w   pokoju,   nie   wyjaśniało   zagadki 
tajemniczego zniknięcia Gladys. Nie prowadziła dziennika 
naturalnie   detektyw   nie   spodziewał   się   takiego   odkrycia, 
brał   jednak   pod   uwagę   nikłe   prawdopodobieństwo   tego. 
Nie   było   rozpoczętego   listu   ani   najdrobniejszej   bodaj 
wzmianki o czymś,  co miałoby związek z nagłym zgonem 
Reksa Fortescue. Jeżeli kredensowa widziała coś lub słyszała, 
nie   zostawiło   to   namacalnego   śladu.   Nie   znalazł   też 
odpowiedzi   na   pytanie,   dlaczego   druga   taca   pozostała   w 
halki, a dziewczyna nagle przepadła.

Detektyw westchnął i wyszedłszy z sypialki zamknął drzwi za 

background image

sobą.  U szczytu  wąskich,  kręconych  schodów służbowych 
zatrzymał   się   na   moment   i   nieoczekiwanie   usłyszał   tupot 
kroków kogoś nadbiegającego korytarzem o piętro niżej. Po 
chwili   zobaczył   w   dole   pełną   przejęcia   twarz   swojego 
sierżanta.

– Panie inspektorze! – zawołał Hay zdyszanym głosem. – 

Znaleźliśmy ją, panie inspektorze!

– Kogo?
– Ta pokojowa, panie inspektorze… Ellen… Przypomniała 

sobie, że nie zdjęła bielizny, co suszyła się na kuchennym 
podwórku, za węgłem od bocznych drzwi. Wyszła z latarką 
elektryczną i mało co się nie przewróciła o zwłoki… zwłoki 
Gladys…   Uduszona…   Ma   pończochę   zaciśniętą   dokoła 
szyi…   Tak   na   oko   nie   żyje   od   kilku   godzin.   I,   panie 
inspektorze, morderca zrobił paskudny kawał… Ścisnął jej 
nos klamerką do bielizny…

background image

XIII

Podróżująca koleją starsza pani zaopatrzyła się w trzy gazety. 

Przejrzała je, a następnie zwinęła starannie i ułożyła obok 
siebie. Wszystkie miały te same, wieloszpaltowe nagłówki – 
nie   gdzieś   w   środku   numeru;   lecz   na   pierwszej   stronie. 
Wszystkie   pisały  o   „Potrójnej   tragedii   w   Domku   pod 
Cisami”.

Starsza pani siedziała bardzo prosto i wyglądała przez okno 

wagonu.   Usta   miała   zaciśnięte,   a   wyraz   jej   białoróżowej, 
zoranej   zmarszczkami   twarzy   zdradzał  irytację   i 
przygnębienie. Panna Marple wyjechała z Saint Mary Mead 
wczesnym pociągiem, przesiadła się na stacji węzłowej, a w 
Londynie   dotarła   koleją   obwodową   na   inny   dworzec   i 
stamtąd wyruszyła do Baydon Heath.

Na   przystanku   wsiadła   do   taksówki   i   podała   kierowcy 

nazwę   Domku   pod   Cisami.   Panna   Marple   –   urocza, 
łagodna,   pulchna,   różowa   i   biała   staruszka   – 
nadspodziewanie   łatwo   uzyskała   wstęp   do   miejsca 
strzeżonego  niczym oblężona  twierdza.  Policja trzymała w 
szachu armię reporterów i fotografów, lecz pannie Marple 
bez kwestii dała wolną drogę, bo któż mógłby pomyśleć, że 
osoba   ta   nie   jest   sędziwą   krewną   pogrążonej   w   żałobie 
rodziny.

Panna   Marple   zapłaciła   kierowcy,   przeliczywszy   uważnie 

bilon,   i   nacisnęła   dzwonek   przy   drzwiach   frontowych. 

background image

Otworzył   je   Crump,   którego   starsza   pani   oszacowała 
doświadczonym wzrokiem.

„Rozbiegane   oczy   –   szepnęła   do   siebie.   –   To   człowiek 

śmiertelnie   przerażony.”   Kamerdyner   spojrzał   na   wysoką 
starszą   panią   w   staromodnym   kostiumie   z   tweedu,   dwu 
szalikach   i   małym   filcowym   kapeluszu   ozdobionym 
skrzydłem   ptaka.   Starsza   pani   trzymała   w   ręku   torebkę 
okazałych   rozmiarów,   a   u   jej   nóg   stała   walizka, 
podniszczona, lecz w dobrym gatunku. Crump umiał ocenić 
prawdziwą   damę   jednym   rzutem   oka,   powiedział   więc 
uprzejmie: – Słucham szanowną panią?

– Mogłabym się zobaczyć z panią domu?
Crump sięgnął po walizkę i z należytym respektem wniósł ją 

do hallu.

– Proszę   szanownej   pani,   nie   bardzo   wiem,   kogo 

właściwie… – zaczął z wahaniem.

– Chciałabym pomówić – przerwała mu energicznie panna 

Marple – o nieszczęśliwej dziewczynie, którą zamordowano, 
Gladys Martin.

– Aa… W takim razie… – kamerdyner zająknął się i spojrzał 

ku   drzwiom   biblioteki,   w   których   stanęła   smukła   młoda 
kobieta. – To małżonka pana Lancelota Fortescue, proszę 
pani.

Pat   podeszła   bliżej,   a   panna   Marple   spojrzała   na   nią   i 

zdziwiła  się  trochę.  Nie liczyła,  że  osobę  takiego  pokroju 
spotka   w   tym   właśnie   domu.   Jego   wnętrze   odpowiadało 
powziętym z góry wyobrażeniom, ale Patrycja Fortescue nie 
pasowała do charakteru hallu.

– Chodzi o Gladys, proszę pani – wyjaśnił usłużnie Crump. 

background image

Pat zawahała się na moment.

– Pozwoli pani tutaj. Będziemy same.
Cofnęła się, a starsza pani weszła za nią do biblioteki.
– Z kim chciałaby pani pomówić? – zaczęła Pat. – Bo ja nie 

na   wiele   się   pewno   przydam.   Ledwie   kilka   dni   temu 
przyjechałam z mężem z Afryki. O domownikach prawie nic 
nie   wiem.   Ale   mogę   poprosić   siostrę   męża   albo   jego 
bratową.

Panna Marple bacznie spojrzała na Pat i poczuła do niej 

sympatię.   Spodobała   jej   się   prostota   i   powaga   młodej 
kobiety,   której,   nie   wiedzieć   czemu,   żal   się   jej   zrobiło. 
Pomyślała,   że   dla   „małżonki   pana   Lancelota   Fortescue” 
lepsze tło stanowiłyby wyblakłe perkale, konie, psy – nie to 
przesadnie ozdobne i bogate wnętrze. W okolicy Saint Mary 
Mead, podczas lokalnych zawodów hipicznych i podobnych 
zabaw, panna Marple spotykała wiele takich Pat i doskonale 
je znała. Poczuła się swojsko w towarzystwie tej poważnej, jak 
gdyby czymś zgnębionej młodej kobiety.

– Moja   sprawa   jest   w   gruncie   rzeczy   bardzo   prosta   – 

odezwała się i zdjąwszy rękawiczki wygładziła je troskliwie. – 
Wyczytałam   w   prasie,   że   Gladys   Martin   została 
zamordowana. Niejedno o niej wiem. Pochodziła z moich 
stron i u mnie praktykowała jako pomoc domowa. Teraz 
zginęła   tak   okropnie,   więc…   więc   odczułam   wewnętrzny 
nakaz, by przyjechać tu, sprawdzić, czy nie mogłabym jakoś 
pomóc w tej sprawie.

– Oczywiście.   Rozumiem   panią   doskonale   –   powiedziała 

Pat.

Rzeczywiście zrozumiała. Stanowisko panny Marple wydało 

background image

się jej zupełnie naturalne.

– Chyba to bardzo dobrze, że pani przyjechała – podjęła. – 

Nikt tutaj nie wie nic  o Gladys  Martin…  To znaczy  nie 
wiadomo nic o jej krewnych.

– Nic dziwnego – podchwyciła panna Marple. – Ona nie 

miała   krewnych.   Do   mnie   przyszła   z   sierocińca,   zakładu 
starannie   prowadzonego,   ale   w   ciągłych   tarapatach 
pieniężnych.   Staramy   się   pomagać   dziewczętom   stamtąd. 
Przyjmujemy   je   do   służby,   szkolimy   jak   najlepiej.   Gladys 
miała siedemnaście lat, gdy do mnie przyszła. Ja uczyłam ją 
podawania   do   stołu,   obchodzenia   się   ze   srebrami, 
wszystkiego,   co   należy.   Ma   się   rozumieć,   nie   wytrzymała 
długo,   jak   to   najczęściej   bywa.   Nabrała   nieco   praktyki   i 
postarała   się   o   miejsce   w   kawiarni.   Robią   tak   prawie 
wszystkie. Liczą, widzi pani, na większą swobodę, weselsze 
życie. Czy ja wiem? Zapewne mają rację.

– Nigdy jej nie widziałam wtrąciła Pat. – Ładna była?
– Nie. Nie była ładna. Skrofuliczna, z gęstymi śladami po 

ospie.   Nazwałabym   ją   także   bardzo   głupią.   Myślę,   że   nie 
umiała   zjednywać   sobie   ludzi.   Biedactwo!   Mężczyznami 
interesowała   się   zanadto,   lecz   mężczyźni   nie   odpłacali   jej 
pięknym  za  nadobne.   No,  a  inne  dziewczęta  drwiły z  tej 
słabostki, czasami z niej korzystały.

– To brzmi okrutnie, proszę, pani – westchnęła Pat.
– Tak, moja droga. Życie jest okrutne. Trudno rozwiązać 

sprawę   takich   Gladys.   Przepadają   za   kinem,   innymi 
rozrywkami   i   nieustannie   myślą   o   czymś 
nieprawdopodobnym,   co   żadnym   cudem   nie   może   ich 
spotkać.   Może   to   szczęście   swojego   rodzaju?   Ale 

background image

rozczarowania są nieuniknione. Gladys też zawiodła się na 
kawiarnianym i restauracyjnym życiu. Nie przytrafiło się jej 
nic osobliwego, wspaniałego. Chyba dlatego powróciła do 
służby w prywatnym domu. Długo tu była?

– O ile wiem, niedługo… Miesiąc, może dwa miesiące – 

odpowiedziała Pat. – To okropne, niedorzeczne, że musiała 
zaplątać   się   w   taką   sprawę.   Zapewne   widziała   coś   albo 
słyszała.

– Najbardziej   dotknęła   mnie   ta   klamerka   do   bielizny  – 

podjęła panna Marple właściwym sobie łagodnym tonem.

– Klamerka do bielizny?
– Tak. Przeczytałam w gazecie, że gdy znaleziono Gladys, 

nos miała ściśnięty czymś takim. To prawda?

Pat   twierdząco   skinęła   głową,   a   różowe   policzki   panny 

Marple poróżowiały mocniej.

– Rozumie   chyba  pani,   moja   droga,   czemu   najbardziej 

dotknął   mnie,   rozdrażnił   ten   gest   okrutny   i   lekceważący. 
Stwarza on w pewnym sensie obraz mordercy. Kto mógł tak 
postąpić?   Poniżanie   ludzkiej   godności   to   czyn   ohydny, 
zwłaszcza jeżeli poniża się godność człowieka zabitego przez 
siebie.

– Mam wrażenie, że rozumiem pani uczucia odparła powoli 

Pat.

– Chyba   powinna   pani   zobaczyć   się   z   inspektorem 

Neele’em.   On   prowadzi   śledztwo.   Myślę,   że   spodoba   się 
pani. Jest bardzo ludzki. –Wzdrygnęła się nerwowo. Cała 
historia zakrawa na potworny koszmar. Bezsens. Szaleństwo 
bez ładu i składu!

– Tego bym nie powiedziała, moje dziecko – rzekła panna 

background image

Marple.

– Nie powiedziałabym stanowczo.
Inspektor   Neele   wyglądał   źle,   sprawiał   wrażenie 

przemęczonego.   Prasa   roztrąbiła   po   całym   kraju   zagadkę 
trzech   gwałtownych   zgonów.   Sprawa,   która   z   początku 
mogła   uchodzić   za   typową,   komplikowała   się 
niespodziewanie.

 

Adela

 

Fortescue

 

– 

najprawdopodobniejsza   podejrzana   –   padła   ofiarą 
niepojętego   morderstwa.   Pod   koniec   fatalnego   dnia 
naczelnik   Wydziału   Śledczego   wezwał   inspektora   na 
konferencję, która przeciągnęła się do późnej nocy.

Pomimo przygnębienia – lub raczej niezależnie od niego – 

Neele   odczuwał   niejaką   satysfakcję.   Schemat   żony   i 
kochanka wydawał mu się od początku łatwy, banalny. Nie 
ufał   nigdy   rozwiązaniom   takiego   pokroju,   co   w   danym 
przypadku znalazło pełne uzasadnienie.

– Cała historia przybiera kompletnie nowy aspekt – mówił 

przełożony   spacerując   tam   i   z   powrotem   po   swoim 
gabinecie. – Wygląda na to, Neele, że mamy do czynienia z 
osobnikiem   o   zachwianej   równowadze.   Najprzód   mąż, 
później   żona.   I   co?   Wszystko   wskazuje,   że   to   sprawa 
domowa. Wszystko odbyło się w familijnym gronie. Ktoś z 
uczestników śniadania podał Reksowi Fortescue taksynę w 
kawie albo w czymś do jedzenia. W trakcie podwieczorku 
ktoś postarał się, by cyjanek potasu trafił do herbaty Adeli 
Fortescue.   Musiał   to   być   ktoś   zaufany,   nie   nasuwający 
podejrzeń, jeden z członków rodziny. Kto z nich, Neele?

– Parcival   nie   uczestniczył   w  podwieczorku.   Daje   mu   to 

alibi – odparł sucho detektyw i powtórzył z naciskiem: – 

background image

Daje mu to alibi: powtórne.

Naczelnik   spojrzał   bystro   na   podwładnego,   którego 

szczególny ton był zastanawiający.

– Co panu chodzi po głowie? Śmiało, Neele. Słucham.
– Nic   specjalnego,   panie   naczelniku   –   odrzekł   pewnie 

inspektor. –Taki sobie drobny pomysł… Warunki układały 
się dla Parcivala poręcznie.

– Może trochę zbyt poręcznie, co? – Naczelnik zamyślił się 

na chwilę. – Podejrzewa pan, że on mógł to zaaranżować
Ale jak, Neele? Nie rozumiem. Nie wyobrażam sobie, Neele 
– zrobił znów krótką pauzę. – To typ bardzo przezorny.

– Ale wcale niegłupi – dopowiedział inspektor.
– Kobieta w roli podejrzanej nie odpowiada panu, prawda? 

A przecież wszystko wskazuje na kobiety. Elaine Fortescue i 
pani   Parcivalowa   uczestniczyły   w   śniadaniu,   a   także   w 
podwieczorku. Mogła to zrobić jedna albo druga. Żadna nie 
sprawia   wrażenia   chorej   umysłowo.   Ale   to   nic.   Czasami 
trudno się zorientować. Może znajdziemy coś niewyraźnego 
w przeszłości.

Neele   milczał.   Medytował   o   Mary   Dove.   Nie   miał 

konkretnych   powodów,   by   ją   podejrzewać,   ale   w   taki 
właśnie sposób chętnie rozumował. Z pewnością było w niej 
coś nie wyjaśnionego, nasuwającego wątpliwości. Po śmierci 
Reksa   Fortescue   zdradzała   ironiczną   niechęć   wobec 
pracodawców. A jak zachowuje się ostatnio? Jej postawy nie 
można nazwać ironiczną ani niechętną. Natomiast parę razy 
Mary Dove objawiła jak gdyby lekki przestrach.

W   sprawie   Gladys   Martin   detektyw   sobie   przypisywał 

niemałą   winę.   Jej   zalęknienie   i   zdenerwowanie   uznał   za 

background image

objaw naturalny przy kontakcie z policją.

Nieraz spotykał się z podobnym zachowaniem. Ale w tym 

wypadku chodziło o coś więcej. Być może Gladys usłyszała 
coś   lub   zobaczyła.   Mogło   to   być   coś   błahego,   drobny 
szczegół, o czym nie chciała mówić, sądziła, że nie warto. A 
obecnie biedaczka nigdy już nic nie powie. Inspektor Neele 
spojrzał nie bez zainteresowania  w łagodną,  szczerą twarz 
leciwej damy, która zgłosiła się doń w Domku pod Cisami. 
Zrazu  nie wiedział, jak ją potraktować, lecz zdecydował się 
szybko.   Panna   Marple  może   być   przydatna   –   orzekł.   Jest 
prostolinijna, bez zastrzeżeń uczciwa; jak większość kobiet w 
pewnym wieku ma niemało wolnego  czasu, no i posiada 
iście staropanieński talent wyławiania istotnych szczegółów z 
plotek.   Od   służby   czy   też   pań   z   rodziny   Fortescue 
wydobędzie   informacje,   których   nigdy   nie   uzyskałaby 
policja.   Dadzą  to   pogawędki,   wspomnienia,   domysły, 
wielokrotne   opowieści   o   tym,   co   ten   czy   ów   zrobił   lub 
powiedział. Ogólnie biorąc detektyw był zadowolony, więc 
szarmancko odniósł się do panny Marple.

– Ładnie szanowna pani postąpiła decydując się na przyjazd 

tutaj – powiedział.

– To był mój obowiązek. Gladys mieszkała w moim domu. 

Uważam, że w pewnym stopniu jestem odpowiedzialna za tę 
dziewczynę…   Bardzo   niemądrą   dziewczynę,   panie 
inspektorze.

Inspektor   Neele   spojrzał   z   uznaniem   na   starszą   panią. 

Odniósł wrażenie, że trafiła w sedno.

– Rozumiem – odparł. – l mnie się tak zdawało.
– Widzi   pan,   jeżeli   Gladys   coś   spostrzegła,   nie   miała 

background image

naturalnie pojęcia, jak należy postąpić. Mój Boże! Bardzo 
niejasno się wyrażam.

Detektyw odpowiedział, że rozumie doskonale.
– Ma pani na myśli, że ta dziewczyna nie potrafiłaby ocenić, 

co ma znaczenie czy też go nie ma?

– Właśnie, panie inspektorze!
– A wyrażając pogląd, że Gladys była niemądra… – podjął 

detektyw i zawiesił głos.

– Chciałam powiedzieć  –  podchwyciła panna Marple – że 

należała do osób szczególnie łatwowiernych. Gdyby potrafiła 
zgromadzić   jakieś   oszczędności,   z   ochotą   powierzyłaby   je 
pierwszemu oszustowi. Ale oszczędności nigdy nie miała, bo 
pieniądze trwoniła na najmniej praktyczne fatałaszki^

– Jak odnosiła się do mężczyzn?
– Strasznie   jej   zależało   na   znalezieniu   wielbiciela. 

Podejrzewam, że głównie dlatego wyniosła się z Saint Mary 
Mead. Sroga tam konkurencja, bo odpowiednich mężczyzn 
jest bardzo mało. Gladys miała na oku młodego chłopca, 
dostawcę ryb. Ale cóż? Fred nie skąpił wszystkim służącym 
miłych słów, za którymi nic się nie kryło. Biedaczka była 
dotkliwie   zawiedziona.   Zdaje   się   jednak,   że   ostatecznie 
znalazła kawalera?

– Na to wygląda – powiedział Neele. – Nazywa się Albert 

Evans.   Poznała   go   zapewne   w   czasie   urlopu.   Nie   dał   jej 
pierścionka, więc być może całą historię zmyśliła. Zwierzała 
się kucharce, że to inżynier górnik.

– Historia   nad   wyraz   nieprawdopodobna,   ale   mogła 

opierać się na tym, co on jej mówił. Jak wspomniałam już, 
Gladys   była   dziewczyną   wyjątkowo   łatwowierną.   Jego   nie 

background image

łączy pan z tą sprawą?

Inspektor Neele pokręcił głową.
– Nie, proszę pani. Nie podejrzewam komplikacji takiego 

rodzaju. Jestem prawie pewien, że Albert Evans nigdy nie 
odwiedził   Gladys.   Od   czasu   do   czasu   przysyłał   jej   kartkę 
pocztową, najczęściej z portu morskiego. Może to podrzędny 
mechanik z jakiegoś stateczku żeglugi przybrzeżnej?

W   każdym   razie   jestem   zadowolona,   że   Gladys   przeżyła 

swój mały romans. Skoro miała zginąć tak nagle… – twarz 
panny   Marple   przybrała   surowy   wyraz.   –   Widzi   pan, 
inspektorze, najbardziej oburza mnie i drażni ta klamerka 
do bielizny. Co za ohyda!

– Wcale   nie   dziwię   się   szanownej   pani   i   w   pełni   to 

rozumiem.   Starsza   pani   odkaszlnęła   z   pewnym 
zakłopotaniem.

– Zastanawiam się… Może to natrętnie z mojej strony, ale 

czy nie mogłabym pomóc trochę panu na sposób bardzo 
skromny   i,   obawiam   się,   bardzo   kobiecy.   Sądzę,   że   to 
szczególnie   przewrotny   morderca,   a   przewrotność   nie 
powinna uchodzić bezkarnie.

– Zapewne to sąd nieco staroświecki, nie w modzie dzisiaj – 

rzucił   posępnie  Neele.   –   Osobiście   jednak   zgadzam  się  z 
panią.

– Jest tutaj hotel obok stacji, a także hotel Golf – podjęła 

panna   Marple.   –   No   i   w   tym   domu   mieszka   panna 
Ramsbottom, osoba interesująca się żywo pracą misjonarzy.

– Mieszka.   Może   pani   z   niej   coś   wydobędzie.   Mnie 

powiodło się nieszczególnie.

– Bardzo pan miły, panie inspektorze… Cieszę się, że nie 

background image

wziął mnie pan za zwykłą łowczynię sensacji.

Inspektor uśmiechnął się nieoczekiwanie. Przyszło mu na 

myśl, że ta starsza pani wygląda na przeciwieństwo bogini 
zemsty, a mimo to jest bliska jej roli.

– Gazety – zaczęła znów „bogini zemsty” – lubią gonić za 

sensacją, najczęściej jednak szwankuje w nich dokładność. 
Wolałabym   poznać   suche   fakty   –   umilkła   i   spojrzała 
pytająco na detektywa,

– Fakty ogołocone z sensacji przedstawiają się następująco 

–   odparł.   –   Rex   Fortescue   zasłabł   nagle   w   swoim   biurze 
skutkiem zatrucia taksyną. Taksynę otrzymuje się z cisowych 
jagód albo igieł.

– To bardzo dogodne wtrąciła panna Marple.
– Być może. Ale w danym przypadku nie mamy żadnego 

dowodu… Nie mamy na razie.

Na ostatnim słowie Neele położył nacisk, sądził bowiem, że 

właśnie w tym względzie panna Marple może być najbardziej 
pomocna. Jeżeli ktoś z domowników preparował jagody cisa, 
ona najłatwiej wpadnie na ślad takich poczynań. Wygląda 
na staroświecką osobę, która lubi robić domowe trunki i 
lekarstwa, zbierać i suszyć zioła, zna więc metody prac z tym 
związanych.

– A pani Fortescue? – padło pytanie.
– Pani   Fortescue   piła   herbatę   w   rodzinnym   gronie.   Jej 

pasierbica,   Elaine   Fortescue,   była   ostatnią   osobą,   która 
opuściła   bibliotekę.   Zeznaje,   że   w   chwili   gdy   stamtąd 
wychodziła, pani Fortescue nalewała sobie drugą filiżankę 
herbaty. Po upływie około dwudziestu minut panna Dove, 
zarządzająca   domem,   weszła   do   pokoju,   aby   sprzątnąć 

background image

naczynia po podwieczorku. Adela Fortescue nadal siedziała 
na sofie, ale nie żyła. Przed nią stała nie dopita filiżanka z 
herbatą, w której wykryto cyjanek potasu.

– O ile mi wiadomo, to trucizna działająca błyskawicznie.
– Tak, proszę pani.
– Groźna substancja mruknęła panna Marpłe, jak gdyby do 

siebie. – Czasami używam jej przy niszczeniu os. Ale zawsze 
jestem ostrożna, bardzo uważam.

– Ma pani słuszność. Słoik z cyjankiem potasu znaleziono w 

podręcznym składziku ogrodnika.

– To znów bardzo dogodne… Czy pani Fortescue coś jadła?
– Tak. Podwieczorek można by nazwać wystawnym.
– Było ciasto, prawda? Zapewne też chleb, masło, rogale? 

Może dżem, miód, coś z tych rzeczy?

– Aha.  Były  rogale,  miód,  ciasto  w czekoladzie,  rolada  z 

marmoladą, herbatniki… – Neele urwał, z ukosa zerknął na 
starszą   panią.   –Obecność   cyjanku   potasu   stwierdzono   w 
herbacie.

– Tak, tak… Słyszałam. Pragnę jednak uzyskać, jak to się 

mówi, pełny obraz. Jest on wiele mówiący. Nie sądzi pan, 
inspektorze?

Neele spojrzał na pannę Marple nie bez zdziwienia. Twarz 

miała mocno zaróżowioną, oczy błyszczące.

– A trzecia śmierć, inspektorze?
– W   tym   wypadku   fakty   są   stosunkowo   proste.   Gladys 

przyniosła do biblioteki tacę z herbatą i wróciła do kuchni 
po drugą, tę jednak zostawiła w hallu. Przez cały dzień była 
zdenerwowana,   roztargniona.   Później   jej   nie   widziano. 
Kucharka,   pani   Crump,   wywnioskowała,   ze   dziewczyna 

background image

zrobiła   sobie   wolne   popołudnie,   nie   opowiadając   się 
nikomu. Utwierdził ją w tym przekonaniu fakt, że Gladys 
miała na nogach nylony i swoje najlepsze pantofle. Myliła 
się jednak. Najprawdopodobniej dziewczyna przypomniała 
sobie   nagle,   że   nie   zdjęła   bielizny,   która   suszyła   się   na 
sznurach   za   domem.   Wybiegła,   by   naprawić   własne 
zaniedbanie, i ktoś zaskoczył ją znienacka, od tyłu zarzucił na 
szyję pończochę… I stało się…

– Ktoś z zewnątrz?
– Być może, proszę pani. Lecz równie dobrze mógł zrobić to 

jeden z domowników… Ktoś, kto czekał okazji, by przydybać 
dziewczynę samą. Gladys była roztrzęsiona, zdenerwowana, 
kiedy przesłuchiwaliśmy ją wstępnie. Ale niestety, znaczenie 
tego faktu uszło mojej uwagi.

– Mój Boże! Skąd pan mógł wiedzieć? Ludzie często bywają 

zbici z tropu przy kontakcie z policją. Zupełnie jak gdyby 
mieli coś na sumieniu.

– Niewątpliwie,  proszę pani. Tym razem jednak musiało 

wchodzić w grę coś więcej. Zapewne Gladys zauważyła,  że 
ktoś z domowników robi coś na pozór niezrozumiałego. Nie 
sądzę, by to szczególnie rzucało się w oczy, bo w takim razie 
dziewczyna   powiedziałaby  nam prawdę.  Co  dalej?  Gladys 
musiała   zdradzić   swój   niepokój   wobec   osoby 
zainteresowanej, ta zaś uprzytomniła sobie, że Gladys może 
być niebezpieczna.

– I dlatego – podchwyciła panna Marple – Gladys została 

uduszona i na jej nosie zaciśnięto klamerkę do bielizny.

– Właśnie!   Ta   klamerka!  Bezcelowe  okrucieństwo.   Popis 

brawury absolutnie niepotrzebny.

background image

– Czy  niepotrzebny?   –   mruknęła   starsza   dama.   Nasuwa 

pewne sugestie… Rozumie pan, inspektorze?

– Nie   bardzo…   Co   ma   pani   na   myśli?   Panna   Marple 

ożywiła się nieoczekiwanie.

– Mam na myśli ciąg wydarzeń traktowanych jako całość. 

Rozumie   pan?   Trudno   przecież   uwolnić   się   od   wymowy 
faktów.

– Nic nie rozumiem, szanowna pani.
– Chodzi   mi   o   to,   że…   Zastanówmy   się,   inspektorze… 

Najprzód pan Fortescue, Rex Fortescue został zamordowany 
w   swoim   gabinecie.   Następnie   pani   Fortescue   umarła 
siedząc   przy   podwieczorku,   w   bibliotece.   Do   herbaty 
podano rogaliki i miód. Wreszcie znaleziono zwłoki biednej 
Gladys z klamerką do bielizny zaciśniętą na nosie. To stawia 
kropkę nad „i”. Czarująca pani Pat Fortescue powiedziała 
mi, że to wszystko nie ma sensu ani ładu. Nie mogę się z nią 
zgodzić. W całej historii jest sens i ład uderzający.

– Nie wydaje mi się, abym… – bąknął zbity z tropu Neele i 

nie dokończył, gdyż panna Marple przerwała mu żywo.

– Na oko liczy pan sobie trzydzieści pięć, może trzydzieści 

sześć lat. Kiedy był pan małym chłopcem, wypowiedziano 
wojnę staroświeckim wierszykom dla dzieci. Natomiast dla 
osoby   wychowanej   jak   ja   na   takich   wierszykach…   Widzi 
pan,   ma   to   swoją   wymowę.   Jedno   mnie   zastanawia…   – 
panna Marple urwała, by podjąć zaraz, jak gdyby zebrała się 
na odwagę: – Ma się rozumieć, to wielki nietakt mówić o 
podobnych głupstwach…

– Proszę. Niech pani mówi, o czym zechce.
– Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. Powiem. Chociaż zdaję 

background image

sobie sprawę, że jestem bardzo stara, nie najmądrzejsza, a 
moje pomysły mogą nie mieć sensu… Chciałabym zapytać, 
czy w tej historii nie natknął się pan gdzieś na czarne ptaki… 
wyrażając się ściślej, kosy?

background image

XIV

– Przez dobre dziesięć sekund inspektor Neele spoglądał ze 

zdumieniem na starszą panią. Przychodziło mu na myśl, że 
biedaczka postradała nagle zmysły.

– Kosy? – powtórzył wreszcie.
Panna Marple przytaknęła energicznym skinieniem głowy.
– Nie inaczej – powiedziała i zaczęła recytować:

Piosenka za szóstkę, kieszeń żyta i
Zapiekanych w cieście kosów mendle trzy.
Przekrojono ciasto, ptaszków zabrzmiał chór.
Co za pyszne danie na królewski dwór!
Król był w skarbcu, liczył tam pieniądze swe,
Królowa w komnacie bulkę z miodem je.
Służebna w ogrodzie wietrzy ubrań stos,
Wtem przyleciał ptaszek, oddziobał jej nos.

– Wielki Boże! zawołał detektyw.
– Pasuje, co? – podjęła starsza pani. – W kieszeni marynarki 

nieboszczyka znaleziono żyto. Tak napisała jedna  z gazet
Inne wspominały o zbożu, ziarnic i tak dalej… Ale to było 
żyto, prawda?

Inspektor Neele twierdząco skinął głową.
– A widzi pan! – podchwyciła triumfalnie starsza pani. – 

Rex Fortescue. Rex znaczy król. Zginął w swoim gabinecie 

background image

biurowym: w skarbcu! Pani Fortescue, „królowa”, jadła w 
komnacie   bułkę   z   miodem.   Cóż   dziwnego,   że   morderca 
ścisnął nos Gladys klamerką do bielizny.

– Sądzi pani, że to robota szaleńca?
– Nie wyciągajmy pochopnie wniosków. W każdym jednak 

razie cała historia wygląda osobliwie. Koniecznie musi pan 
dopytywać o kosy. Na pewno były tu i kosy.

W tym momencie wszedł do pokoju sierżant Hay.
– Panie   inspektorze!   –   zaczął   z   przejęciem   i   urwał 

spostrzegłszy starszą panią.

Neele zdążył tymczasem przyjść do siebie, więc zwrócił się 

do panny Marple:

– Bardzo szanownej pani dziękuję. Interesuje panią Gladys 

Martin, może więc życzy pani sobie zobaczyć rzeczy zabrane z 
jej pokoju? Sierżant Hay pokaże je pani. Niedługo będzie 
wolny.

Panna Marple zrozumiała, że ją odprawiono, i wyniosła się 

z pokoju.

– Kosy!   –   mruknął   do   siebie   Neele   i   zwrócił   się   do 

zdziwionego sierżanta. – O co chodzi, Hay?

– Panie   inspektorze!  zaczął   znowu   podwładny   z   nie 

mniejszym   przejęciem.   –   Niech   pan   inspektor   spojrzy!   – 
pokazał   coś   zawiniętego   w   przybrudzoną   chusteczkę   do 
nosa. – Znaleźliśmy to w malinach. Mogło zostać wyrzucone 
z któregoś okna domu

Żywo   zainteresowany   Neele   rzucił   okiem   na   przedmiot, 

który   sierżant   umieścił   przed   nim   na   biurku   –   jak   się 
okazało, ledwie napoczęty słoik marmolady. Spoglądał nań 
bez   słowa.   Jego   twarz   przybierała   wyraz   coraz   bardziej 

background image

kamienny i tępy, co świadczyło, że detektyw błądzi myślami 
po manowcach ułudy. Oczyma wyobraźni oglądał jak gdyby 
film. Widział nowy słoik i ręce, które ostrożnie zdejmują 
pokrywkę, usuwają nieznaczną ilość marmolady, mieszają z 
taksyną,   wkładają   znowu   do   słoika   i   wygładziwszy 
powierzchnię słoik zakrywają. Widział to wszystko, przerwał 
jednak rozważania, aby zapytać podwładnego:

– Czy   marmoladę   wyjmują   ze   słoika   i   podają   na   stół   w 

jakimś innym naczyniu?

– Nie, panie inspektorze. Podczas wojny, kiedy trudno było 

o   wszystko,   zaczęli   podawać   marmoladę   w   oryginalnych 
słoikach i tak już zostało.

– To   uprościło   zadanie.   Oczywiście   –   szepnął   do   siebie 

Neele.

– I co więcej, panie inspektorze – ciągnął Hay – tylko pan 

Fortescue jadł na śniadanie marmoladę. I pan Parcival, ale 
jego nic było w domu. Panie jadły miód i dżem.

– Aha… To uprościło zadanie jeszcze bardziej.
Po krótkiej przerwie urojony film jął snuć się dalej. Stół, 

wokół   niego   domownicy   przy   śniadaniu.   Rex   Fortescue 
sięga po słoik z marmoladą, nabiera łyżkę, kładzie na grzance 
posmarowanej   masłem.   To   rozwiązanie   dużo   łatwiejsze, 
prostsze:   nie   trzeba   ryzykować,   przyprawiać   kawy   w 
określonej   filiżance.   Idealna,   nowa   metoda   podawania 
trucizny!   Co   dalej?   Drugi   antrakt:   film   traci   nieco   na 
wyrazistości.  Słoik  z  marmoladą  ktoś  zastępuje  drugim,  z 
którego usunął dokładnie taką samą ilość. Okno się uchyla. 
Jakaś ręka rzuca słoik w maliny… Czyja to była ręka?

– Naturalnie musimy to posłać do badania, przekonać się, 

background image

czy w marmoladzie są ślady taksyny. Nie wolno pochopnie 
wyciągać wniosków – powiedział Neele.

– Nie wolno, panie inspektorze – zgodził się Hay. – Na 

słoiku mogą też być odciski palców.

– Mogą. Ale najprawdopodobniej nie te, których szukamy. 

Pozostawili   je   Gladys,   Crump,   pan   Fortescue…   No   i 
zapewne   pani   Crump,   a   także   subiekt   ze   sklepu 
kolonialnego. Jeszcze kilka osób bez znaczenia dla śledztwa. 
Jeżeli ktoś dodał tu taksynę, z pewnością uważał, żeby nie 
dotykać słoika palcami. Powtarzam: nie wolno pochopnie 
wyciągać   wniosków.   Jak   sprowadzają   tutaj   marmoladę? 
Gdzie ją przechowują?

Zapobiegliwy sierżant Hay miał w pogotowiu odpowiedzi 

na wszelkie pytania.

– Marmoladę i dżemy kupują partiami, po sześć słoików. 

Świeży słoik wydaje się do pokoju kredensowego, kiedy w 
poprzednim jest już niewiele.

– A zatem manipulacja mogła być przeprowadzona na kilka 

dni przed podaniem marmolady na stół. Mógł się tym zająć 
każdy   z   domowników   albo   ktokolwiek,   kto   miał   tutaj 
dostęp.

„Miał tutaj dostęp”. Ten zwrot zbił z tropu sierżanta, który 

nie zrozumiał, jakim szlakiem podąża myśl przełożonego.

Rozumowanie  Neele’a   opierało  się  jednak  na   logicznym 

założeniu:   skoro   marmoladę   zatruto   dawniej, 
prawdopodobnie   wykluczyć   należy   osoby   jedzące   owego 
dnia śniadanie.

To otwiera nowe, interesujące możliwości. Zaleca rozmowy 

z różnymi ludźmi – rozmowy pod nieco odmiennym kątem 

background image

widzenia. Tylko nie sugerować się niczym z góry!

Detektyw nie lekceważył bynajmniej zdania panny Marple 

na temat staroświeckiego wierszyka z dziecinnego pokoju. 
Jego   treść   w   zadziwiający   sposób   pasuje   do   przebiegu 
wydarzeń.   Rozwiązuje   zagadkę   niepokojącą   od   pierwszej 
chwili: kieszeń pełną żyta. – Ale te kosy? – szepnął do siebie 
Neele.

– Słucham, panie inspektorze? – zdziwił się podwładny.
– Drobiazg, Hay… Nic ważnego.

Inspektor Neele wybrał się na poszukiwanie Mary Dove i 

zastał ją w jednym z pokoi sypialnych na piętrze, gdzie Ellcn 
zdejmowała z łóżka prześcieradła –jak się zdawało, czyste. 
Obok   leżało   na   krześle   kilka   również   nie   używanych 
ręczników.

– Spodziewa   się   pani   kogoś?   zapytał   trochę   zdziwiony 

detektyw.

Zarządzająca  domem uśmiechnęła się na swój sposób. W 

przeciwieństwie do posępnej, przygnębionej pokojówki była 
jak zawsze pogodna i opanowana.

– Akurat odwrotnie powiedziała, a Neele spojrzał na nią 

pytająco.

– Ten pokój gościnny miał zająć pan Gerald Wright.
– Gerald Wright? Co to za jeden?
– Dobry znajomy panny Elaine Fortescue – odparła Mary 

tonem sztucznie obojętnym.

– Oczekiwano go? Kiedy?
– O ile mi wiadomo, zatrzymał się w hotelu Golf nazajutrz 

po śmierci pana Fortescue.

background image

– Nazajutrz?
– Tak   poinformowała   mnie   panna   Fortescue   –   odparła 

Mary tonem nadal bez wyrazu. – Chciała, by pan Wright 
przeniósł   się   tutaj,   więc   w   porę   przygotowałam   pokój. 
Następnie   jednak,   po   dwu   dalszych   tragediach…   uznała 
widać, że lepiej mu będzie w hotelu.

– W hotelu Golf?
– Tak, panie inspektorze.
– Hm… Nic dziwnego.
Ellen zebrała prześcieradła i ręczniki, wyszła z pokoju. Mary 

Dove spojrzała pytająco na detektywa.

– Życzył pan sobie pomówić ze mną w jakiejś sprawie?
– Ścisłe ustalenie czasu rozmaitych wydarzeń jest w danej 

chwili kwestią pierwszorzędnej wagi – odparł gładko Neele. 
– Członkowie rodziny wypowiadają się mętnie na ten temat, 
co uważam za naturalne i zrozumiałe. Natomiast zdążyłem 
zauważyć, że pani dobrze orientuje się w czasie.

– Co też uważa pan za naturalne i zrozumiałe uśmiechnęła 

się Mary Dove.

– Tak… Zapewne… W każdym razie należy pogratulować 

sprawności,   z   jaką   pani   prowadzi   dom   mimo…   mimo, 
powiedzmy,   paniki   wynikłej   z   racji   ostatnich   zgonów   – 
inspektor zrobił małą pauzę. – Jak pani to robi?

Dobrze   zdawał   sobie   sprawę,   iż   jedyną   lukę   w 

nieprzeniknionym   pancerzu   Mary   Dove   stanowi   duma   z 
własnej   sprawności.   I   tym   razem   zarządzająca  domem 
ożywiła się nieco.

– Crumpowie chcieli z miejsca odejść – powiedziała.
– My nie udzielilibyśmy zgody.

background image

– Wiem. Oczywiście. Ale i ze swojej strony dałam im do 

zrozumienia, że pan Parcival Fortescue okaże się zapewne 
hojny dla tych, co oszczędzą mu zbędnych kłopotów.

– A Ellen?
– Nie myśli o rzuceniu pracy.
– Aha… Nie myśli o rzuceniu pracy – powtórzył Neele. – 

Ma mocne nerwy.

– Delektuje się katastrofami. Podobnie jak pani Valowa, 

czerpie perwersyjne zadowolenie z tragedii.

– Ciekawe…   Czy   pani   Valowa   czerpie   perwersyjne 

zadowolenie z tragedii?

– Nie… Może to zbyt silnie powiedziane… W każdym razie 

usposobienie   pozwala   jej   tragedie   znosić…   Coś   takiego 
miałam raczej na myśli.

– A jakie wrażenie wywarło to wszystko na pani? Mary Dove 

wzruszyła ramionami i odpowiedziała sucho:

– Nie było miłym przeżyciem.
Detektyw jeszcze raz zapragnął przeniknąć linie obronne tej 

chłodnej i opanowanej młodej kobiety, zbadać, co kryć się 
może   pod   osłoną   niedopowiedzeń   i   całej   zagadkowej 
postawy Mary Dove.

– Cóż – podjął wróćmy do miejsca i czasu poszczególnych 

wydarzeń. Ostatni raz widziała pani Gladys Martin w hallu, 
przed podwieczorkiem, za dwadzieścia piąta? Nie mylę się, 
prawda?

– Nie myli się pan. Powiedziałam jej, żeby podała herbatę.
– Skąd pani wtedy przyszła?
– Z piętra. Parę minut wcześniej zdawało mi się, że dzwoni 

telefon.

background image

– Zapewne przyjęła go Gladys?
– Tak. To była omyłka. Ktoś chciał się połączyć z pralnią w 

Baydon Heath.

– Wówczas widziała pani Gladys Martin ostatni raz?
– W  jakieś   dziesięć  minut   później   wniosła   do   biblioteki 

tacę z herbatą.

– Z kolei nadeszła panna Elaine Fortescue?
– Tak.   Trzy   lub   cztery   minuty   po   Gladys.   Następnie 

poszłam na górę, aby poprosić na herbatę panią Valowa..

– Zwykle pani to robi?
– Skąd   znowu!   Domownicy   schodzą   na   podwieczorek, 

kiedy   zechcą.   Ale   tamtego   dnia   pani   Fortescue   zapylała, 
gdzie się wszyscy podziali. Wyszłam do hallu i odniosłam 
wrażenie, że na piętrze słyszę kroki pani Valowej. Omyliłam 
się jednak, bo…

– Jak   to?   –   przerwał   Neele   zwietrzywszy   coś   nowego.   – 

Usłyszała pani czyjeś kroki na piętrze?

– Tak. Jak gdyby zbliżały się do szczytu schodów. Ale nikt 

nie  zeszedł   na  dół.  Panią  Valową   zastałam  w jej   pokoju. 
Dopiero co wróciła ze spaceru…

– Ze spaceru powtórzył detektyw. – Aha, rozumiem… Która 

była godzina?

– Dochodziła piąta, jak sądzę.
– A pan Lancelot Fortescue zjawił się o której?
– Parę   minut   później   wróciłam   na   parter…   Myślałam 

nawet, że przyjechał wcześniej, ale…

– Dlaczego myślała pani, że przyjechał wcześniej? – przerwał 

znów żywo inspektor Neele.

– Ponieważ zdawało mi się, że zobaczyłam go przez okno, z 

background image

podestu na półpiętrze.

– W ogrodzie?
– Tak…   Zauważyłam   kogoś   niknącego   za   cisowym 

żywopłotem. Pomyślałam, że to może być on.

– Wtedy schodziła pani na dół, zaprosiwszy panią Valową 

na podwieczorek, prawda?

– Nie – sprostowała Mary. – Stało się to wcześniej, kiedy 

schodzi–łam na dół pierwszy raz.

Detektyw spojrzał na nią przenikliwie.
– Jest pani pewna, panno Mary?
– Najzupełniej. Dlatego właśnie zaskoczył mnie widok pana 

Lancelota, kiedy naprawdę zadzwonił do drzwi.

Inspektor   Neele   pokręcił   głową   i   podjął   nie   zdradzając 

tonem głosu swego wzburzenia:

– Nie mogła pani zobaczyć w ogrodzie Lancelota Fortescue. 

Pociąg   z   Londynu,   przybywający   o   czwartej   dwadzieścia 
osiem, miał dziesięć minut opóźnienia. Był na przystanku 
Baydon   Heath   o   czwartej   trzydzieści   siedem.   Jest   zawsze 
przepełniony, więc Lancelot Fortescue musiał zaczekać kilka 
minut na taksówkę. Wobec tego odjechał ze stacji mniej 
więcej trzy na piątą (pięć minut później, niż pani widziała 
kogoś   w   ogrodzie),   a   do   Domku   pod   Cisami   jest   około 
dziesięciu minut drogi. Taksówkę odprawił sprzed bramy 
nie wcześniej niż za pięć piąta… Hm… Nie mogła go pani 
zobaczyć w ogrodzie.

– Pewna jestem, że kogoś zauważyłam.
– Niewątpliwie. Ale ściemniało się wówczas. Nie widziała 

pani dokładnie tamtej osoby?

– Naturalnie…   Nie   potrafiłabym   rozpoznać   twarzy… 

background image

Zorientowałam się tylko, że to wysoki, szczupły mężczyzna, 
więc przyszedł mi na myśl pan Lancelot Fortescue, którego 
oczekiwaliśmy wszyscy.

– A tamten, w którą odszedł stronę?
– Zniknął za cisowym szpalerem, w kierunku wschodniego 

skrzydła domu.

– Gdzie   znajdują   się   boczne   drzwi,   prawda?   Czy   są   one 

zamykane na klucz?

– Tak Ale dopiero późnym wieczorem.
– Innymi   słowy:   kogoś,   kto   wszedłby   tymi   drzwiami, 

mógłby nie spostrzec nikt z domowników?

Mary Dove zastanowiła się na moment.
– Zapewne… Tak! dodała bardziej stanowczym tonem. – 

Chce pan powiedzieć,  że słyszałam odgłos kroków kogoś, 
kto w taki sposób wtargnął do domu i ukradkiem przemykał 
korytarzem na piętrze?

– Coś w tym sensie, proszę pani.
– Ale kto?
– To   pytanie   wymaga   odpowiedzi.   Na   razie  bardzo   pani 

dziękuję. Mary Dove odwróciła się, by odejść, lecz w tym 
momencie detektyw rzucił od niechcenia:

– Aha… Sądzę, że pani może mi coś powiedzieć o kosach?
Po   raz   pierwszy   zarządzająca   domem   była   jak   gdyby 

zaskoczona. Odwróciła się raptownie.

– O… Przepraszam… Co pan powiedział?
– Zapytałem o kosy… ptaki.
– Ptaki?
– Tak. Kosy – powtórzył Neele i przybrał swój najbardziej 

tępy wyraz twarzy.

background image

– Ma pan na myśli tę idiotyczną historię z lata? Przecież nie 

może mieć nic… – Mary Dove umilkła nagle.

– Słyszałem coś piąte przez dziesiąte – podjął swobodnie 

detektyw.

– Ale   cóż?   Tylko   pani   potrafi   opisać   to   zajście   ze 

szczegółami.

– Moim zdaniem w grę wchodził idiotyczny, niedorzeczny 

kawał –odparła Mary Dove już z normalnym, niezmąconym 
spokojem. –Cztery nieżywe kosy znalazły się na biurku w 
gabinecie pana Fortescue… w jego domowym gabinecie. Jak 
zwykle latem, okna były otwarte. Podejrzewaliśmy wszyscy 
syna   ogrodnika,   chociaż   chłopiec   zapewniał,   że   nie   jest 
winien. Były to kosy, które ogrodnik zastrzelił i powiesił na 
drzewach owocowych, by odstraszyć ptactwo.

– Ktoś   musiał   je   odciąć   i   podrzucić   na   biurko   Reksa 

Fortescue.

– Tak.
– Nie   widzi   w   tym   pani   jakiegoś   sensu,   związku   z 

czymkolwiek?

– Nie sądzę.
– A jak zachował się pan Fortescue? Zły był?
– Zły? Oczywiście.
– Nie   odniosła   pani   wrażenia,   że   zaniepokoiła   go   ta 

historia, wytrąciła z równowagi?

– Nie pamiętam, doprawdy.
– Rozumiem…
Inspektor   Neele   nie   dodał   nic   więcej,   wydało   mu   się 

jednak, że tym razem Mary Dove odwraca się i odchodzi z 
ociąganiem,   jak   gdyby   miała   ochotę   zbadać   bardziej 

background image

szczegółowo, co się dzieje w jego głowie. Ale on myślał tylko 
z niechęcią o pannie Marple. Zapewniła, że w tej historii 
muszą być kosy. I oto są! Co prawda nie trzy mendle, które 
dokładnie pasowały do wzoru, ale są!

Głupia historia zdarzyła się latem, więc Neele nie wyobrażał 

sobie,   jaki   mogła   mieć   związek   z   późniejszą   tragedią. 
Oczywiście   nie   zasugeruje   się   ptakami,   nie   zaniecha 
opartego   na   logice   normalnego   śledzenia   mordercy, 
działającego z normalnych pobudek. Lecz od tej chwili nie 
wolno   mu   odrzucać   nawet   najbardziej   obłąkańczych 
możliwości.

background image

XV

– Przykro mi jeszcze raz panią trudzić – zwrócił się Neele do 

Elaine Fortescue – muszę jednak wyświetlić pewien szczegół. 
O   ile   mi   wiadomo,   pani   jest   ostatnią   lub   raczej 
przedostatnią osobą, która widziała panią Fortescue żywą. 
Opuściła pani bibliotekę dwadzieścia po piątej?

– Mniej więcej. Nie mogę określić czasu ściśle – odparła 

panna Fortescue i dorzuciła obronnym tonem: – Człowiek 
nie patrzy wciąż na zegary.

– Ma   się   rozumieć,   proszę   pani.   Kiedy   wszyscy   wyszli   z 

pokoju, pani została sama z panią Fortescue. O czym panie 
rozmawiały?

– Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
– Najprawdopodobniej nie  ma. Ale treść rozmowy może 

świadczyć w pewnym stopniu o ówczesnym nastroju pani 
Fortescue.

– Chce pan powiedzieć… Sądzi pan, że ona zabiła się sama? 

Detektyw spostrzegł, że twarz dziewczyny się rozjaśniła, co 
nie zdziwiło go wcale. Takie rozwiązanie byłoby oczywiście 
najdogodniejsze z punktu  widzenia  mieszkańców Domku 
pod Cisami. Neele nie wierzył w nie, gdyż Adeli Fortescue 
nie uważał za typ potencjalnej samobójczyni. Nawet gdyby 
otruła męża i żywiła obawę, że zbrodnia wyjdzie na jaw, nie 
pomyślałaby   z   pewnością   o   odebraniu   sobie   życia. 
Optymizm  kazałby  jej wierzyć,  że jeżeli  nawet   dojdzie  do 

background image

procesu,   da   się   uzyskać   wyrok   uniewinniający.   Takiego 
zdania   był   inspektor   Neele,   nie   chciał   jednak   rozpraszać 
złudzeń Elaine Fortescue.

– Istnieje i taka możliwość – odparł zgodnie z prawdą. – 

Więc słucham, proszę pani? O czym była wtedy mowa?

– Szczerze mówiąc o moich sprawach – powiedziała młoda 

osoba i umilkła.

– A mianowicie?
– Mój… mój znajomy, ktoś z przyjaciół, przyjechał tutaj, 

więc zwróciłam się do Adeli, czy nie ma nic przeciwko jego 
zamieszkaniu w naszym domu.

– Rozumiem… Kto jest tym pani znajomym?
– Gerald   Wright.   Nauczyciel   szkolny.   Zatrzymał   się   w 

hotelu Golf.

– Czy to szczególnie dobry znajomy, ktoś bardzo bliski? – 

detektyw  przybrał dobroduszny,  rodzicielski  wyraz twarzy, 
który dodał mu co najmniej piętnaście lat. – Może wkrótce 
należy oczekiwać doniosłego wydarzenia w rodzinie?

Odczuł niemal skrupuły na widok nieporadnego gestu ręki 

i   rumieńca   dziewczyny.   Nie   wątpił   już,   Elaine   Fortescue 
kocha się w tym gościu.

– Nie jesteśmy formalnie zaręczeni i… i… Teraz nie może 

być o tym mowy… Ale… Zgadł pan, inspektorze. Istotnie, 
zamierzamy się pobrać.

– Gratuluję   serdecznie!   podchwycił   żywo   Neele.   – 

Wspomniała pani, że pan Wright zatrzymał się w hotelu 
Golf. Od jak dawna tam mieszka?

– Zadepeszowałam do niego po śmierci ojca.
– A   on   przyjechał   niezwłocznie   –   powiedział   detektyw   i 

background image

życzliwym,   budzącym   zaufanie   tonem   dorzucił   swój 
ulubiony zwrot: – Aha… Rozumiem. – Na moment zawiesił 
głos. Jak pani Fortescue zareagowała na propozycję, by pan 
Wright przeprowadził się tutaj?

– Odpowiedziała: „Dobrze. Wolno ci zapraszać, kogo sobie 

życzysz”.

– Innymi słowy odniosła się do pani planów życzliwie.
– Życzliwie?… Chyba niezupełnie. Powiedziała jeszcze… – 

Właśnie! Co więcej powiedziała?

– Głupstwo,   jakiego   należało   spodziewać   się   od   Adeli. 

Dodała, że mogłabym zrobić znacznie lepszą partię. – Elaine 
zarumieniła się znowu.

– Cóż, krewni często mówią podobne rzeczy.
– Tak… Naturalnie! Ale, widzi pan, nie wszystkich stać na 

właściwą   ocenę   Geralda.   To   intelektualista,   zwolennik 
nieszablonowych, postępowych idei, które nie odpowiadają 
wielu ludziom.

– Aha…   Rozumiem.   Dlatego   trudno   mu   było   dojść   do 

porozumienia z pani ojcem.

Dziewczyna mocno się zaczerwieniła.
– Ojciec   był   niesprawiedliwy,   miał   liczne   uprzedzenia. 

Drażnił   uczucia   Geralda.   Otwarcie   mówiąc,   zachowanie 
ojca tak zirytowało Geralda, że zniknął na długie tygodnie i 
nie odzywał się nawet do mnie.

„I prawdopodobnie nie odezwałby się do dnia dzisiejszego. 

gdyby twój ojciec nie umarł i nie zostawił ci grubej forsy” 
pomyślał inspektor Neele i zapytał:

– O niczym więcej nie rozmawiała pani z panią Fortescue?
– Nie… Nie zdaje mi się.

background image

– Działo się to mniej więcej dwadzieścia pięć po piątej, a o 

szóstej   pięć   znaleziono   zwłoki   pani   Fortescue.   Pani   nie 
wróciła do biblioteki w tym czasie?

– Nie wróciłam.
– Co pani robiła?
– Ja? Wybrałam się na mały spacer.
– Do hotelu Golf?
– No… tak… Ale Geralda nie zastałam.
– Aha… Rozumiem – powtórzył znów inspektor Neele, tym 

razem jednak tonem akcentującym koniec rozmowy.

– Czy to wszystko? zapytała Elaine.
– Tak   jest.   Dziękuję   pani   odparł   detektyw   i   spytał,   gdy 

dziewczyna wstawała z krzesła: Mogłaby pani powiedzieć coś 
o kosach?

– O kosach? Tych w pasztecie?
„Aha. Były też kosy w pasztecie” pomyślał Neele i dodał:
– Kiedy to miało miejsce?
– Trzy…   może   cztery   miesiące   temu.   Ojciec   znalazł   też 

nieżywe kosy na swoim biurku. Strasznie się wtedy złościł.

– Złościł się? Czy dopytywał się też, kto to mógł zrobić?
– Tak… Oczywiście. Ale nikt z nas nic nie wiedział.
– A nie wie pani, czemu pan Fortescue tak się gniewał?
– Czemu? No… To był makabryczny, głupi dowcip.
Neele   spojrzał   bystro   w   twarz   dziewczyny,   nie   zauważył 

jednak objawów zmieszania.

– Aa… Jeszcze jedno podjął. – Nie orientuje się pani, czy i 

kiedy pani Fortescue sporządziła testament?

– Nie mam pojęcia Elaine rozłożyła ręce. – Chyba tak… 

Ludzie przeważnie robią takie rzeczy.

background image

– Powinni,   ale   nie   zawsze   robią.   Czy   na   przykład   pani 

załatwiła tę sprawę?

– Ja? Dotąd nic nie miałam… Cóż… teraz naturalnie…
Neele   spostrzegł,   że   w   tym   momencie   dziewczyna 

uprzytomniła   sobie   zmianę   własnej   pozycji   materialnej. 
Wyczytał to w jej oczach.

– Słusznie   –   powiedział.   –   Pięćdziesiąt   tysięcy   funtów 

nakłada pewne obowiązki. Nakłada obowiązki i niejedno 
może się zmienić.

Po   rozstaniu   z   Elaine   Fortescue   inspektor   siedział   przez 

kilka minut pogrążony w myślach, zapatrzony przed siebie. 
Miał o czym medytować. Twierdzenie Mary Dove, iż około 
czwartej   trzydzieści   pięć   widziała   w   ogrodzie   mężczyznę, 
otwierało nowe możliwości – jeżeli oczywiście Mary Dove 
powiedziała prawdę. Inspektor nigdy nie zakładał z góry, że 
czyjekolwiek słowa zasługują na wiarę. Tym razem wszakże 
nie   potrafił   wymyślić   rozumnej   przyczyny,   dla   której 
zarządzająca domem mogłaby skłamać. Wobec tego przyjąć 
należy,   że   powiedziała   prawdę   i   rzeczywiście   widziała   w 
ogrodzie   mężczyznę.   Z   pewnością   nie   był   to   Lancelot 
Fortescue, jakkolwiek domysł panny Dove w tym względzie 
wyniknął logicznie z istniejących  okoliczności. Nie był to 
Lancelot   Fortescue,   lecz   ktoś   podobny   doń   z   postawy   i 
wzrostu, a niewątpliwie wiele daje do myślenia fakt, że o tej 
właśnie porze jakiś mężczyzna przemykał ukradkiem przez 
ogród, chowając się za żywopłoty.

Ale nie na tym koniec! Mary Dove słyszała również odgłos 

kroków w korytarzu na piętrze, co z kolei zgadzałoby się z 

background image

grudką   błota   znalezioną   na   dywanie   w   buduarze   Adeli 
Fortescue. Detektyw powędrował myślami do znajdującego 
się   w   tym   buduarze   ozdobnego   biureczka.   Śliczny, 
podrabiany   antyk.   Nietrudna   do   odkrycia   sekretna 
szufladka.   W   szufladce   trzy   liściki   do   Adeli   Fortescue, 
skreślone przez Viviana Dubois. Niezliczone listy miłosne 
trafiały do rąk inspektora w trakcie jego zajęć służbowych: 
listy   namiętne,   idiotyczne,   sentymentalne,   pełne   żalów. 
Zdarzały   się   również   listy   ostrożne   i   do   tej   kategorii 
wypadałoby zaliczyć trzy pochodzące ze skrytki w ozdobnym 
biureczku.   Nawet   odczytane   w   sądzie,   podczas   sprawy 
rozwodowej, mogłyby ujść za dowód czysto platonicznych 
uczuć.

„Platoniczne uczucie! W takim przypadku! Bodaj to licho!” 

pomyślał inspektor Neele nie bez odrazy.

Kiedy   znalazł   listy,   niezwłocznie   posłał   je   do   Wydziału 

Śledczego,   gdyż   wówczas   chodziło   głównie   o   to,   czy 
prokurator   uzna   poszlaki   za   wystarczające,   by   wszcząć 
śledztwo   przeciw   Adeli   Fortescue   lub   Adeli   Fortescue   i 
Vivianowi Dubois łącznie. Wszystko zdawało się świadczyć, 
że Reksa Fortescue otruła żona przy współudziale albo bez 
współudziału   kochanka.   Listy,   chociaż   ostrożne,   jasno 
wskazywały,   że   Vivian   Dubois   był   kochankiem   Adeli 
Fortescue, ale ich treść nie zawierała niczego, co dałoby się 
podciągnąć   pod  termin  „zachęta   do  zbrodni”.   Oczywiście 
„zachęta”   mogła   mieć   miejsce   w   rozmowach,   lecz   pan 
Dubois to człowiek zbyt przezorny, aby czemuś takiemu dać 
wyraz na piśmie.

Inspektor   Neele   wnioskował   trafnie,   iż   Vivian   Dubois 

background image

prosił kochankę o zniszczenie jego listów, ona zaś skłaniała, 
że   zastosowała   się   lub   zastosuje   do   tej   prośby.   Co   dalej? 
Nastąpiły   dwa   kolejne   zgony,   z   których   wynika   albo   co 
najmniej   powinno   wynikać,   że   Adela   Fortescue   nie 
uśmierciła   męża.   Przeciwko   temu   może   świadczyć   tylko 
jedna hipoteza. Adela Fortescue chciała się wydać za Viviana 
Dubois, a Vivian Dubois pragnął nie Adeli Fortescue, lecz 
stu tysięcy funtów, które miała odziedziczyć po mężu. Mógł 
żywić   przekonanie,   że   śmierć   Reksa   Fortescue   ujdzie   za 
naturalną, wywołaną zawałem serca czy też wylewem krwi do 
mózgu. Ostatecznie rodzina niepokoiła się od roku stanem 
zdrowia starszego pana. (Neele pomyślał nawiasowo, że tę 
właśnie   kwestię   należy   zbadać   bliżej,   wyczuwał   bowiem 
instynktownie, że może ona mieć niepoślednie znaczenie.) 
Stało się inaczej. Natychmiastowa diagnoza i rozpoznanie 
użytej   trucizny   pokrzyżowały   plany   związane   ze   zgonem 
Reksa Fortescue.

Przyjąwszy, że Adela Fortescue i Vivian Dubois popełnili 

zbrodnię,   należy   spytać,   co   działoby   się   z   nimi   w   takiej 
sytuacji? Niewątpliwie on uległby panice, ona kompletnie 
straciłaby   głowę.   Mogłaby   robić   albo   mówić   głupstwa, 
dzwonić   do   kochanka,   nieostrożnie   rozmawiać   przez 
telefon. On zaś zdawałby sobie sprawę, że w Domku pod 
Cisami mogliby podsłuchać coś fatalnego. Jak postąpiłby w 
takiej sytuacji Vivian Dubois?

Odpowiedź na to pytanie byłaby przedwczesna. Ale Neele 

postanowił wybrać się zaraz do Golfa, by sprawdzić, czy pan 
Dubois   wychodził   z   hotelu   między   czwartą   piętnaście   a 
szóstą   po   południu.   Jest   wysoki   i   szczupły,   wzrostem   i 

background image

postawą   przypomina   Lancelota   Fortescue.   Drogą   przez 
ogród i boczne drzwi mógł zakraść się do domu, wejść na 
piętro i… I co? Szukać swoich listów i przekonać się, że ich 
nie ma? Wyczekać odpowiedniej chwili, gdy droga będzie 
wolna, zejść do biblioteki, zastać tam tylko Adelę Fortescue?

To wnioski zbyt pochopne, dogodne…
Detektyw pomyślał, że wypytywał już Mary Dove i Elaine 

Fortescue,   należy   więc   sprawdzić,   co   ma   do   powiedzenia 
żona Parcivala.

background image

XVI

Inspektor Neele zastał panią Valową w jej saloniku, zajętą 

pisaniem   listów.   Na   jego   powitanie   podniosła   się   raczej 
nerwowo.

– Czy… Może coś nowego?…
– Zechce pani usiąść. Po prostu chciałbym zadać pani kilka 

pytań.

– Aa… Tak… Służę, inspektorze. Naturalnie. To wszystko 

jest takie straszne, prawda? Coś okropnego!

Po   chwili   wahania   wybrała   jeden   z   foteli.   Detektyw 

usadowił   się   na   pobliskim   krześle   i   począł   studiować   ją 
baczniej,  niż w czasie uprzednich  spotkań. Osądził, że to 
kobieta   pospolita,   przeciętna   i   zapewne   nie   bardzo 
szczęśliwa.   Jest   rozstrojona,   niezadowolona   z   życia,   lecz 
mimo   ograniczonych   horyzontów   myślowych   mogła   być 
sprawna w swoim dawnym zawodzie pielęgniarki. Teraz nie 
daje   jej   satysfakcji   próżnowanie,   które   zawdzięcza 
małżeństwu z zamożnym mężczyzną. Kupuje łaszki, czytuje 
powieści, objada się słodyczami… Neele przypomniał sobie 
jej podniecenie w dniu zgonu Reksa Fortescue,  pomyślał 
jednak, że nie była to uciecha hieny, ale wstrząs wywołany 
prz.cz   coś   niezwykłego   na   tle   jałowej   pustyni   codziennej 
nudy.

Obecnie niespokojne oczy Jennifer unikały przenikliwego 

wzroku inspektora. Sprawiało to wrażenie zdenerwowania i 

background image

może   poczucia   winy.   Jednakże   i   tym   razem   nie   należało 
wyciągać wniosków zbyt pochopnie.

– Niestety,   proszę   pani   –   rozpoczął   łagodnie   Neele 

obowiązek   nakazuje   nam   wypytywać   ludzi;   wypytywać   i 
jeszcze   raz   wypytywać.   Państwo   muszą   odczuwać   to   nad 
wyraz   boleśnie.   W   pełni   zdaję   sobie   z   tego   sprawę,   ale, 
proszę mi wierzyć, bardzo wiele zależy od ścisłego określenia 
czasu   poszczególnych   wydarzeń.   Pani   zeszła   na   pod 
wieczorek późno, prawda? Lub raczej panna Dove przyszła 
po panią.

– Tak. Przyszła po mnie. Powiedziała, że herbata czeka. Nie 

wyobrażałam sobie, że już tak późno. Pisałam wtedy listy.

Detektyw zerknął w stronę biurka.
– Aha… Rozumiem… A mnie się zdawało, że była pani na 

spacerze.

– Ona panu powiedziała? – Tak… Ma pan rację… Pisałam 

listy,  ale  w pokoju   było  okropnie  duszno…  Głowa   mnie 
rozbolała, więc wybrałam się na spacer… Tylko raz dokoła 
ogrodu.

– Rozumiem… Spotkała pani kogoś?
– Czy   spotkałam   kogoś?   –   Pani   Valowa   spojrzała   ze 

zdziwieniem na detektywa. – Do czego pan zmierza?

– Chciałbym się dowiedzieć, czy w czasie tej przechadzki 

widziała pani kogoś lub ktoś panią widział.

– Widziałam   tylko   ogrodnika…   z   daleka.   –   Jennifer 

zerknęła podejrzliwie na inspektora.

– Z ogrodu wróciła pani do swojego pokoju i zdejmowała 

właśnie płaszcz, kiedy panna Dove przyszła poprosić panią 
na herbatę. Czy to się zgadza?

background image

– Tak. Oczywiście. Wtedy zeszłam na dół.
– Kogo zastała pani w bibliotece?
– Adelę, Elaine… W parę minut później przyjechał Lance, 

brat   mojego   męża…   Niedawno   wrócił   z   Kenii,   jak   panu 
wiadomo.

– Razem usiedli państwo do podwieczorku?
– Tak. Później Lance wyszedł, żeby odwiedzić ciocię Effie, a 

ja wróciłam do siebie pisać listy. W bibliotece zostały Adela i 
Elaine.

Detektyw przytaknął skinieniem głowy.
– Wiem.   Po   pani   wyjściu   panna   Elaine   spędziła   w 

towarzystwie macochy pięć do dziesięciu minut. Pani męża 
nie było wtedy w domu?

– Nie… Percy… To jest Val wrócił z Londynu krótko przed 

siódmą. Zatrzymały go tam ważne sprawy.

– Przyjechał pociągiem?
– Tak. Na stacji wziął taksówkę.
– Często korzysta z komunikacji kolejowej?
– Czasami.   Niezbyt   często.   Tym   razem   był,   zdaje   się,   w 

różnych   punktach   miasta,   gdzie   trudno   zaparkować   wóz. 
Wygodniej było mu wrócić do domu pociągiem.

– Rozumiem… – bąknął znowu Neele i zmienił temat. – 

Pytałem   pani   małżonka,   czy   pani   Fortescue   sporządziła 
przed śmiercią testament. Odpowiedział, że jego zdaniem, 
nie. Sądzę, że pani nic o tej sprawie nie wiadomo?

Ku niemałemu zdziwieniu detektywa, Jennifer podchwyciła 

z ożywieniem:

– Ależ, tak… Tak! Adela sporządziła testament. Sama mi 

mówiła.

background image

– Naprawdę? Kiedy to się stało?
– Niedawno. Chyba przed miesiącem.
– Bardzo interesujące, bardzo – bąknął inspektor Neele.
Pani   Valowa   pochyliła   się   do   przodu.   Wyrazem   twarzy 

zdradzała teraz podniecenie. Widać zadowolenie sprawiał jej 
fakt, że jest tak dobrze poinformowana.

– Val nic nie wie – podjęła. – Nikt nie wie. Ja zrobiłam 

przypadkowe   odkrycie.   Na   ulicy!   Byłam   właśnie   przed 
sklepem   z   materiałami   piśmiennymi,   kiedy   zobaczyłam 
Adelę. Wychodziła z kancelarii adwokackiej.  To, wie pan, 
firma Ansell i Worrall przy High Street.

– Tutaj? W Baydon Healh?
– Aha! Pytam: „Co tam robiłaś?” Ona na to roześmiała się i 

mówi:   „Chciałabyś   wiedzieć,   prawda?”   –   a   później,   jak 
szłyśmy   razem:   „Cóż,   powiem   ci,   Jennifer.   Spisywałam 
ostatnią wolę”. Bardzo się zdziwiłam i mówię: „Testament? 
Po   co,   Adelo?   Nie   jesteś   chora   ani   nic   takiego”. 
Odpowiedziała,   że   nigdy   nie   czuła   się   lepiej,   ale   każdy 
powinien   załatwić   tę   formalność.   Nie   chciała   pójść   do 
zadzierającego   nosa   mecenasa,   pana   Billingsleya,   który 
prowadzi   sprawy   rodziny,   bo   stary   cwaniak   gotów   by 
wszystko wypaplać. Tak mówiła Adela i dodała jeszcze: „Nic 
z  tego.   Testament   to   moja   osobista   sprawa.   Nikt   się   nie 
dowie,   jak   i   czym   rozporządziłam”.   Powiedziałam   wtedy: 
„Bądź   pewna,   Adelo,   że   ja   słowa   nie   pisnę”.   Wzruszyła 
ramionami   i   mówi:   „Możesz   ile   chcesz   gadać.   Nie   znasz 
treści testamentu”. Ale i tak nic nie powiedziałam nikomu, 
nawet mężowi. Moim zdaniem kobiety powinny trzymać ze 
sobą. Nieprawda, inspektorze?

background image

– Bez   wątpienia   to   pogląd   przynoszący   pani   zaszczyt 

przyznał dyplomatycznie detektyw.

– Ja tam nigdy nie byłam złośliwa – ciągnęła pani Valowa – 

za Adelą nie przepadałam naturalnie, bo uważałam, że to 
typ, co przed niczym się nie cofnie, byle postawić na swoim. 
A teraz, jak ona. biedactwo, nie żyje, myślę, że może byłam 
niesprawiedliwa.

– Pozostaje   mi   tylko   podziękować   szanownej   pani   za 

wartościową pomoc – powiedział inspektor Neele.

– Bardzo   mi   było   miło,   proszę   pana.   Zawsze   chętnie 

pomogę., ile tylko zdołam. Cała ta historia jest okropna, 
prawda? Dziś z. rana przyjechała jedna starsza pani. Kto to 
taki?

– Nazywa się panna Marple. Postąpiła bardzo ładnie, bo 

przyjechała   tu   specjalnie,   aby   podzielić   się   z   nami 
wiadomościami o Gladys Martin. Ta dziewczyna służyła u 
niej w swoim czasie.

– Naprawdę? Ciekawa historia!
– Aha… Jeszcze jedno pytanie… Czy wiadomo pani coś o 

kosach?   Jennifer   wzdrygnęła   się   gwałtownie.   Upuściła 
torebkę na podłogę i schyliła się, by ją podnieść.

– O   kosach,   inspektorze?   Ptakach?  O   jakie   kosy   panu 

chodzi? –zapytała zdławionym głosem.

Neele uśmiechnął się pogodnie.
– Jakiekolwiek, proszę pani. Żywe, martwe, nawet, że się tak 

wyrażę, symboliczne.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – rzuciła szorstko 

kobieta. –Nie rozumiem!

– Zatem o kosach nic pani nie wiadomo?

background image

– Aa…   Pewno   ma   pan   na   myśli   te,   co   były   w   pasztecie 

zeszłego lata – podjęła z wolna Jennifer. – Taki drobiazg bez 
znaczenia…

– Znaleziono   też   nieżywe   kosy   na   stole   w   bibliotece, 

prawda?

– Jakieś niedorzeczne wybryki… Nie wyobrażam sobie, kto 

panu o nich powiedział. Pan Fortescue, mój teść, strasznie 
się wtedy złościł.

– Złościł się tylko? Nic więcej?
– Rozumiem.   Wiem   teraz,   do   czego   pan   zmierza.   Teść 

wypytywał nas wszystkich, czy koło domu nie kręcił się ktoś 
obcy.

– Obcy? powtórzył detektyw unosząc brwi ze zdziwieniem.
– Ja tam nic nie wiem. Tak teść się wyraził.
– Obcy powtórzył znów Neele tonem zastanowienia. – Czy 

pan Fortescue zdawał się przestraszony?

– Przestraszony? znowu nic nie rozumiem.
– Powiedzmy,   czy   byt   zaniepokojony,   gdy   wypytywał   o 

kogoś obcego?

– Chyba   tak…   Miałam   wrażenie,   że   był   zaniepokojony. 

Oczywiście  nie pamiętam  dokładnie  historii  sprzed  kilku 
miesięcy.   Byłam   zdania,   że   to   jakieś   niemądre   żarty. 
Podejrzewałam… podejrzewam nadal Crumpa. To człowiek 
bardzo niezrównoważony i z pewnością często zagląda do 
kieliszka.   Czasami   zachowuje   się   impertynencko…   Może 
miał   jakąś   urazę   do   pana   Fortescue?   Myślę,   że   to 
prawdopodobne… Jak pan sądzi, inspektorze?

– Wszystko jest prawdopodobne – odparł Neele i wyszedł z 

saloniku pani Valowej.

background image

Parcival Fortescue wyjechał do Londynu? lecz Neele zastał 

w   bibliotece   Lancelota,   siedzącego   ze   swoją   żoną   nad 
szachami.

– Nie   chciałbym   państwu   przeszkadzać   –   zaczął   tonem 

usprawiedliwienia.

– Nie szkodzi, inspektorze – powiedział Lance. – Zabijamy 

tylko czas. Prawda, kochanie?

Pat twierdząco skinęła głową.
– Zapewne   moje   pytanie   wyda   się   panu   niedorzeczne   – 

zwrócił się detektyw do przybysza z Afryki. Zapytam jednak, 
czy wiadomo panu coś o kosach?

– O kosach? Ptakach?
– Tak. Może to dziwne, ale wzmiankę o kosach napotkałem 

w trakcie dochodzenia.

– Na Boga! Nie pije pan chyba do starej historii kopalni 

Kos! – zawołał Lancelot.

– Kopalnia Kos? ożywił się Neele. – Co to za stara historia? 

Lance zrobił niepewną minę.

– Cały kłopot w tym, że sam niewiele pamiętam, bardzo 

niewiele, inspektorze. Chodzą mi po głowie wspomnienia o 
jakiejś mętnej transakcji mojego papy, gdzieś na zachodnich 
wybrzeżach   Afryki.   Ciocia   Effie   mówiła   coś   kiedyś   z 
przekąsem, ale żadnych bliższych szczegółów nie znam.

– Ciocia Effie? Innymi słowy panna Ramsbottom?
– Tak, inspektorze. ,
– Pójdę   zapytać   ją   o   kopalnię   Kos   –   powiedział   Neele   i 

dodał   posępnie:   –   To,   proszę   pana,   przerażająca   starsza 
dama. Peszy mnie jej obecność.

background image

– Zgoda, inspektorze! – roześmiał się Lancelot Fortescue. 

Ale ciocia Effie może być wielce pomocna, jeżeli podejdzie 
pan   do   niej   w   sposób   właściwy.   Szczególnie   zalecałbym 
rozwodzenie   się   nad   przeszłością.   Staruszka   ma   wyborną 
pamięć   i   z   prawdziwą   satysfakcją   dobywa   z   niej   sprawy 
kompromitujące kogoś lub przykre. Umilkł na moment. – 
Jeszcze   jedno,   inspektorze.   Po   przyjeździe   tutaj   wkrótce 
wybrałem się do cioci Effie… wyrażając się ściślej, zaraz po 
herbacie.   Zaczęła   mówić  o  Gladys,   służącej,   która  została 
zamordowana.   Naturalnie   nie   wiedzieliśmy   wtedy,   że   ta 
dziewczyna nie żyje. Ciocia Effie utrzymywała, że Gladys wie 
o czymś, czego nic powiedziała policji.

– To wydaje się pewne – westchnął detektyw. – Biedactwo 

mc już nigdy nie powie.

– Nie powie – powtórzył Lance. – Ciocia udzieliła jej dobrej 

rady,   aby   wszystko   wyznała.   Jaka   szkoda,   że   Gladys   nie 
zdążyła się do niej zastosować.

– Aha… – bąknął Neele i, zebrawszy odwagę przed groźnym 

spotkaniem, wtargnął do twierdzy starszej damy.

Ku niemałemu zdziwieniu zastał tam pannę Marple, która 

gawędziła z ciocią Effie o działalności misyjnej.

– To ja już pójdę – powiedziała panna Marple, wstając żywo 

z fotela.

– Nie ma potrzeby, szanowna pani – zaoponował Neele. – 

Proszę zostać.

– Zaproponowałam   pannie   Marple,   żeby   przeniosła   się 

tutaj – zabrała głos panna Ramsbottom. – Nie ma sensu 
marnować pieniędzy na pobyt w diabła wartym hotelu Golf. 
To   obrzydliwe   gniazdo   podejrzanych   typów.   Po   całych 

background image

wieczorach nic tylko kartograjstwo i pijatyki! Z pewnością 
panna   Marple   lepiej   się   będzie   czuła   w   przyzwoitym 
chrześcijańskim domu. Jest wolny pokój tuż obok mojego. 
Ostatnio mieszkała tam misjonarka, doktor Mary Peters.

– Bardzo pani uprzejma – odezwała się panna Marple. – 

Doprawdy   jednak   nie   chciałabym   narzucać   się   w   domu 
żałoby.

– Jaka tam żałoba! – obruszyła się ciocia Effie. – Zawracanie 

głowy! Kto w tym domu opłakuje Reksa? Albo Adelę? A 
może   chodzi   pani   o   policję,   co?   Pan   przecież   nie   ma 
zastrzeżeń, inspektorze?

– Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, łaskawa pani.
– No to interes ubity! – ucieszyła się energiczna staruszka.
– Bardzo pani uprzejma powtórzyła panna Marple. – Zaraz 

zatelefonuję do hotelu. Powiem, że rezygnuję z pokoju.

Kiedy wyszła, panna Ramsbottom rzuciła obcesowo pod 

adresem detektywa:

– A pan tu po co?
– Chciałem   zapytać,   czy   łaskawa   pani   mogłaby   mi   coś 

powiedzieć o kopalni Kos?

Ciocia Effie parsknęła piskliwym śmiechem.
– Ha!   Dotarł   pan   i   do   tego!   Zrozumiał   moją   aluzję   o 

dawnych grzechach i długich cieniach. Co interesuje pana w 
tej sprawie?

– Wszystko, co usłyszę od łaskawej pani.
– Wiele   pan   nie   usłyszy.   To   było   bardzo   dawno,   jakieś 

dwadzieścia lat temu, może dwadzieścia pięć. Chodziło o 
jakąś koncesję górniczą w Afryce Wschodniej. Mój szwagier 
wybrał się tam z drugim przedsiębiorcą. Tamten nazywał się 

background image

MacKenzie.   Mieli   całą   historię   zbadać   na   miejscu,   ale 
MacKenzie umarł, chyba na febrę. Rex wrócił do Anglii i 
mówił, że ta koncesja, kopalnia, czy jak się tam nazywa, to 
czysta bujda. Tyle mi wiadomo.

– Tylko tyle? Zdaje mi się, łaskawa pani, że trochę więcej.
– Reszta to plotki. A jak słyszałam, wymiar sprawiedliwości 

nie lubi plotek.

– Nie jesteśmy w sądzie, proszę pani.
– Niech   będzie.   Powiem   wszystko.   Wdowa   MacKenzie 

podniosła wielki gwałt. Dowodziła, że Rex oszukał jej męża. 
Pewno   miała   rację.   To   był   spryciarz   bez   skrupułów.   Nie 
wątpię jednak, że jego posunięcia i tym razem mieściły się w 
granicach legalności. Pani MacKenzie, osoba o zachwianej 
równowadze umysłowej, nie była w stanie niczego dowieść. 
Przyjechała   tu   później,  groziła  zemstą.   Twierdziła,   że Rex 
zamordował   jej   męża.   Głupie,   melodramatyczne   brednie! 
Myślę, że już wtedy była pomylona, bo, o ile mi wiadomo, 
wkrótce   trafiła   do   zakładu   dla   umysłowo   chorych. 
Przywlokła   z   sobą   tutaj   dwoje   małych   dzieci,   okropnie 
wystraszonych. Mówiła, że wychowuje je w duchu zemsty. 
Zawracanie głowy i tyle! Więcej nie mogę panu powiedzieć. 
Proszę   jednak   pamiętać,   że   kopalnia   Kos   to   nie   jedyne 
świństwo, jakie Rex zrobił w życiu. Niech pan poszuka, a z 
pewnością znajdzie wiele innych. Ale skąd przyszła panu do 
głowy ta sprawa’? Odkrył pan jakiś ślad wiodący do rodziny 
MacKenzie?

– Wie pani coś o dalszych losach tej rodziny?
– Absolutnie nic. Tylko proszę mnie właściwie zrozumieć. 

Nie podejrzewam, by Rex zamordował tamtego człowieka. 

background image

Sądzę, że opuścił go ciężko chorego. To jedno w obliczu 
Boga, ale w obliczu prawa nie. Jeżeli naprawdę był winien, 
dosięgła   go   kara.   Bóg   nierychliwy,   niesprawiedliwy,   jak 
mówią. A teraz proszę odejść. Więcej powiedzieć nie mogę, 
więc nie warto mnie pytać.

– Dziękuję łaskawej pani za cenne wiadomości – skłonił się 

inspektor Neele.

– A niech pan przyśle do mnie tę Marple – zawołała panna 

Ramsbottom,   gdy   zamykał   drzwi.   –   Brak   jej   powagi,   jak 
wszystkim   anglikanom,   ale   kobieta   zna   się   na   rozsądnie 
pojętej dobroczynności.

Z parteru inspektor Neele zatelefonował w dwa miejsca: do 

firmy adwokackiej Ansell i Worrall oraz do hotelu Golf. 
Następnie wezwał swojego sierżanta i powiedział mu, że na 
niedługi czas opuści Domek pod Cisami.

– W razie pilnej potrzeby, Hay, będzie mnie można znaleźć 

w tutejszej kancelarii adwokackiej. Później w hotelu Golf.

– Tak jest, panie inspektorze.
– A   tymczasem,   Hay,   wyniuchajcie,   ile   się   da,   na   temat 

kosów.

– Kosów, panie inspektorze?
– Tak. Czarnych ptaszków, kosów.
– Tak jest, panie inspektorze – powtórzył ze zdumieniem 

sierżant Hay.

background image

XVII

Inspektor Neele przekonał się rychło, że pan Ansell jest 

typem   prawnika,   który   łatwiej   ulega   onieśmieleniu,   niż 
onieśmiela   innych.   Wspólnik   niewielkiej,   doskonale 
prosperującej   firmy   nie   myślał   obstawać   przy   swoich 
prawach.   Przeciwnie.   Rad   był   udzielić   policji   wszelkiej 
możliwej pomocy.

Sporządził   testament   nieboszczki   Adeli   Fortescue,   która 

zgłosiła się do kancelarii przed pięcioma tygodniami.

– Jej dyspozycje wydały mi się trochę dziwne – ciągnął pan 

Ansell – ale wie pan, inspektorze, jak dziwne historie trafiają 
się w naszym zawodzie. Oczywiście rozumie pan inspektor 
obowiązującą nas dyskrecję, zasady tajemnicy zawodowej… 
takie rzeczy…

Neele   kiwnął   głową   na   znak,   że   rozumie.   Nie   miał 

wątpliwości,   że   ta   kancelaria   nie   miała   uprzednio   do 
czynienia z panią Fortescue ani z nikim z tej rodziny.

– Ma się rozumieć – podjął prawnik – nieboszczka Adela 

Fortescue   nie   mogła   zwrócić   się   do   adwokatów   swojego 
męża.

Pomijając   ozdoby   retoryczne,   kwestia   przedstawiała   się 

prosto. Na mocy testamentu Adela Fortescue pozostawiła 
wszystko,   co   będzie   jej   własnością   w   momencie   zgonu, 
Vivianowi Dubois.

– Odniosłem   jednak   wrażenie   –   kończył   pan   Ansell 

background image

spoglądając spod oka na detektywa – że w dniu, gdy wyraziła 
ostatnią   wolę,   pani   Fortescue   niewiele   miała   do 
pozostawienia.

Słusznie.   Nie   miała   wtedy   wiele   do   pozostawienia. 

Niebawem   jednak   umarł   Rex   Fortescue,   a   żonie   zapisał 
okrągłą sumę stu tysięcy funtów, która według wszelkiego 
prawdopodobieństwa   należy   dziś   do   Viviana   Edwarda 
Dubois. Sto tysięcy funtów z odliczeniem jedynie podatku 
spadkowego.

W   hotelu   Golf   mocno   zdenerwowany   pan   Dubois 

oczekiwał wizyty detektywa. Był na wyjezdnym i walizy miał 
spakowane,   gdy   przez   telefon   odebrał   prośbę   inspektora 
Neele’a, aby zechciał pozostać. Inspektor mówił uprzejmie, 
prawie przepraszał, lecz pan Dubois nie wątpił, że mimo 
osłony grzecznych słówek, prośba równa się rozkazowi. Dla 
zasady protestował trochę, ale nie bardzo.

– Liczę, panie inspektorze – powitał gościa – że zdaje pan 

sobie   sprawę,   na   jak   wiele   kłopotów   naraża  mnie 
pozostawanie tutaj. Doprawdy, mam bardzo ważne sprawy, 
którymi muszę zająć się niezwłocznie. To kwestia interesów.

– Nie wiedziałem, że pan prowadzi jakieś interesy – odparł 

pogodnie detektyw.

– Cóż, nikt nie ma dziś tyle wolnego czasu, jak to się może 

zdawać.

– Zapewne…   Zapewne…   Sądzę,   że   boleśnie   odczuł   pan 

śmierć pani Fortescue. Łączyła z nią pana bliska przyjaźń, 
prawda?

– Tak. To była urocza osoba. Często grywaliśmy w golfa.
– Poniósł pan ciężką stratę, prawda?

background image

– Niewątpliwie   –   westchnął   Vivian   Dubois.   –   Cała   ta 

potworna historia jest wstrząsająca.

– O ile mi wiadomo, telefonował pan do pani Fortescue w 

dzień jej zgonu, w godzinach popołudniowych.

– Telefonowałem? Nie pamiętam, słowo daję.
– Około czwartej.
– Tak… Chyba telefonowałem.
– Przypomina pan sobie treść rozmowy?
– Była konwencjonalna. Pytałem, zdaje się, o samopoczucie 

pani Fortescue i czy są jakie dalsze wiadomości na temat 
zgonu jej męża.

– Aha…   Rozumiem  –   powiedział   Neele   i   dodał   zaraz:   – 

Następnie poszedł pan na spacer.

– Co?…   Tak…   Nie   był   to   właściwie   spacer…   Chciałem 

poćwiczyć trochę na polu golfowym.

– Chyba   nie,   panie   Dubois   –   sprzeciwił   się   łagodnie 

detektyw. – Na polu golfowym ćwiczył pan zapewne innego 
dnia… Tutejszy portier widział pana zmierzającego drogą w 
kierunku Domku pod Cisami.

Dubois   spojrzał   w   twarz   inspektora,   później   odwrócił 

wzrok.

– Nie pamiętam, inspektorze – powiedział. – Słowo daję.
– Może wybrał się pan w odwiedziny do pani Fortescue?
– Nie! – zaprotestował energicznie młody człowiek. – Nic 

podobnego! Nie byłem w tamtym domu.

– Więc gdzie pan był?
– Poszedłem drogą aż do gospody Pod Trzema Gołębiami. 

Później wróciłem przez tereny golfowe.

– Na pewno nie był pan w Domku pod Cisami?

background image

– Z   całą   pewnością,   inspektorze.   Neele   z   zatroskaniem 

pokręcił głową.

– Proszę   posłuchać,   panie   Dubois.   Z   nami   szczerość 

popłaca.   Mógł   pan   przecież   wybrać   się   tam   z   jakiegoś 
całkiem niewinnego powodu.

– Powtarzam wyraźnie, że tamtego dnia nie odwiedziłem 

pani Fortescue.

– Myślę, proszę pana podjął swobodnym tonem Neele – że 

będziemy   zmuszeni   prosić   pana   o   złożenie   formalnych 
zeznań.   Postąpi   pan   rozsądnie   i   w   zakresie   swoich 
uprawnień, żądając obecności adwokata przy załatwianiu tej 
formalności.

Dubois   pobladł   nagle.   Jego   cera   przybrała   chorobliwy, 

zielonawy odcień.

– Chce mnie pan zastraszyć! – wybuchnął. – Mnie?
– Nic podobnego, proszę pana – obruszył się detektyw. – 

Nam   nie   wolno   grozić.   Przeciwnie.   Pozwoliłem   sobie 
zwrócić uwagę na pewne przysługujące panu uprawnienia.

– Zapewniam pana, że z tą  całą historią nie miałem nic 

wspólnego. Absolutnie nic!

– Jednakże tamtego dnia około pół do piątej po południu 

był   pan   w   Domku   pod   Cisami.   Tak   się   złożyło,   że   ktoś 
wyjrzał przez okno i widział pana.

– Wszedłem tylko do ogrodu. W domu nie byłem.
– Nie był pan? Naprawdę? Nie wszedł pan tam przypadkiem 

bocznymi drzwiami, a następnie po schodach, na piętro, do 
saloniku pani Fortescue? Szukał pan czegoś w biureczku, 
prawda?

– Aa…. Pan zabrał listy – odparł posępnie Vivian Dubois – 

background image

Ta  idiotka  Adela  zatrzymała  je,  chociaż   przysięgała,  że są 
spalone… Ale listy nie mają takiego znaczenia, jakie pan im 
chce przypisać.

– Nie zaprzeczy pan, panie Dubois, że z Adelą Fortescue 

łączyły pana bardzo intymne stosunki?

– Nie zaprzeczę. Oczywiście. Jak mógłbym zaprzeczyć, skoro 

ma pan te listy? Ale nie warto doszukiwać się w nich jakiegoś 
utajonego sensu. Niech pan sobie nie wyobraża, że my… że 
ona myślała kiedykolwiek o pozbyciu się Reksa Fortescue. 
Na Boga! Nie jestem człowiekiem takiego pokroju!

– Ale pani Fortescue mogła być kobietą takiego pokroju. 

Jak pan sądzi?

– Nonsens!   –   zawołał   Dubois.   –   Przecież   ją   też 

zamordowano.

– Tak… Naturalnie.
– Nie   nasuwa   się   panu   logiczny   wniosek,   że   jedna   ręka 

zgładziła Reksa Fortescue i jego żonę?

– To prawdopodobne, bardzo prawdopodobne – przyznał z 

namysłem inspektor Neele. – Ale mogą być też odmienne 
rozwiązania. Weźmy dla przykładu jedną hipotezę… tylko 
hipotezę, panie Dubois.

Istnieje możliwość, że Adela Fortescue pozbyła się męża, a 

po jego śmierci sama stała się zagrożeniem dla kogoś innego. 
Ten ktoś nie pomagał jej aktywnie, ale stwarzał w pewnym 
sensie   pobudkę   i,   powiedzmy,   motyw   występnego   czynu. 
Przyzna pan chyba, że dla tej osoby pani Fortescue mogłaby 
być niebezpieczna?

– P…p… an… – zająknął się Vivian Dubois. Pan nie ma 

podstaw do aktu oskarżenia… Żadnych podstaw… poszlak 

background image

przeciwko mnie.

– Pani Fortescue sporządziła testament podjął detektyw. –

Wszystko pozostawiła panu. Cały majątek.

– Nie chcę jej pieniędzy! Nie chcę ani pensa!
– Naturalnie  wiele  tego   nie  ma.  Ilizutcria…  Futra…  Ale 

pieniędzy chyba mało.

Dubois wytrzeszczył oczy.
– Myślałem, że jej mąż… – urwał, szczęka mu opadła.
– Myślał pan, panie Dubois? podchwycił Neele ostrym niby 

stal   głosem.   –   To   ciekawe!   Widocznie   znał   pan   treść 
testamentu Reksa Fortescue.

Drugim rozmówcą Neele’a w hotelu Golf był pan Gerald 

Wright,   chudy   młody   człowiek   o   minie   intelektualisty   i 
wyniosłych   manierach.   Wzrostem  i   sylwetką   przypominał 
trochę Viviana Dubois, czego Neele nie omieszkał zauważyć.

– Czym   mogę   panu   służyć,   inspektorze?   –   zapytał   pan 

Gerald Wright.

– Chciałem prosić pana o pewne informacje, które mogą 

okazać się pomocne.

– Informacje? Nie bardzo rozumiem,
– Chodzi o niedawne wydarzenia w Domku pod Cisami. 

Słyszał pan o nich zapewne? – zapytał Neele nie bez ironii, a 
młody człowiek uśmiechnął się pobłażliwie.

– Czy słyszałem? To nie najtrafniejsze określenie. Gazety są 

pełne   tych   wydarzeń!   Trudno   w   nich   znaleźć   coś   więcej. 
Słowo daję! Nasza prasa jest zdumiewająco krwiożercza. W 
okropnych   czasach   żyjemy.   Bomba   atomowa!   Dzienniki 
nurzające się w ohydnych zbrodniach! Ale powiedział pan, 

background image

że chce mnie o coś zapytać. Nie wyobrażam sobie doprawdy, 
co by to być mogło. Nie wiem nic o wydarzeniach w Domku 
pod Cisami. Kiedy zamordowano pana Fortescue, byłem na 
wyspie Mań.

– Niebawem   jednak   przyjechał   pan   tutaj.   Otrzymał   pan 

telegram od panny Elaine Fortescue.

– Ach!   Ta   wszystkowiedząca   policja!   Tak!   Elaine   mnie 

wezwała, więc przyjechałem natychmiast!

– Podobno zamierza pan ożenić się wkrótce. Czy i to się 

zgadza?

– Zgadza   się,   inspektorze.   A   pan,   jak   sądzę,   nie   ma   nic 

przeciwko mojemu małżeństwu?

– To, proszę pana, czysto osobista sprawa panny Fortescue. 

O ile mi wiadomo, wzajemna sympatia państwa liczy sobie 
czas pewien. Sześć czy też siedem miesięcy, prawda?

– Prawda, inspektorze.
– Byli państwo nieoficjalnie zaręczeni, lecz pan Fortescue 

nie udzielił zgody. Powiedział też panu, że panna Elaine nie 
może liczyć na pomoc w żadnej formie, jeżeli nie zastosuje 
się do jego woli. Wtedy pan zerwał ów związek i wyjechał.

Gerald Wright uśmiechnął się z politowaniem.
– Scharakteryzował   pan   tę   kwestię   raczej   brutalnie.   W 

istocie,   inspektorze,   padłem   ofiarą   swoich   zapatrywań 
politycznych.   Rex   Fortescue   był   kapitalistą   w   najgorszym 
tego   słowa   znaczeniu.   Dla   pieniędzy   nie   mogłem 
zrezygnować z głęboko zakorzenionych poglądów.

– Ale nie ma pan zastrzeżeń wobec małżeństwa z osobą, 

która odziedziczyła właśnie pięćdziesiąt tysięcy funtów.

– Żadnych zastrzeżeń, inspektorze – uśmiechnął się Gerald 

background image

Wright, tym razem z widoczną satysfakcją. – Pieniądze będą 
zużyte z korzyścią dla społeczeństwa. Ale nie przyszedł pan 
chyba,   aby   omówić   ze  mną   moją   sytuację   finansową   lub 
zapatrywania polityczne?

– Nie, panie Wright. Przyszedłem, aby omawiać z panem 

suche   fakty.   Jak   panu   wiadomo,   pani   Adela   Fortescue 
zmarła   piątego   listopada   skutkiem   zatrucia   cyjankiem 
potasu. Tamtego popołudnia był pan w pobliżu Domku pod 
Cisami, mógł więc pan widzieć lub słyszeć coś, co miałoby 
znaczenie dla śledztwa.

– Czemu pan sądzi, że tamtego popołudnia byłem, jak się 

pan wyraził, w pobliżu Domku pod Cisami?

– Z hotelu wyszedł pan kwadrans po czwartej. Skierował się 

pan w stronę Domku pod Cisami. Stąd logiczny wniosek, że 
Domek pod Cisami stanowił cel przechadzki.

– Istotnie, miałem taki zamiar, inspektorze – odparł Gerald 

Wright.   –   Jednakże   rozmyśliłem   się   po   drodze.   Z   panną 
Fortescue…   z   Elaine   byłem   już   umówiony   na   szóstą   w 
hotelu. Z szosy skręciłem w boczną alejkę i okrężną drogą 
wróciłem do Golfa krótko przed szóstą. Elaine nie przyszła 
na   spotkanie.   Rzecz   zrozumiała   w   okolicznościach,   jakie 
wynikły.

– Widział ktoś pana w czasie tego spaceru?
– Na szosie minęło mnie kilka samochodów. Ale nikogo 

znajomego nie spotkałem, jeżeli o to panu chodzi. Boczna 
alejka,   o   której   wspomniałem,   jest   bardzo   wąska   i   tiki 
samochodów zbyt błotnista.

– A zatem hotel opuścił pan kwadrans po czwartej. Wrócił 

pan do hotelu krótko przed szóstą. Ma pan jedynie własne 

background image

słowa na potwierdzenie swoich poczynań w tym czasie.

Gerald Wright nadal uśmiechał się protekcjonalnie.
– Bardzo to kłopotliwe dla nas obu, ale niestety zgadza się, 

inspektorze.

– Gdyby więc ktoś zeznał, że około czwartej trzydzieści pięć 

wyjrzał oknem z podestu na półpiętrze i zobaczył pana w 
ogrodzie Domku pod Cisami… inspektor Neele umilkł nie 
dokończywszy zdania.

Młody człowiek zmarszczył czoło.
– Widoczność musiała być wtedy bardzo słaba – powiedział. 

– Ten ktoś nie mógłby poznać mnie ani żadnej innej osoby.

– Czy pan Vivian Dubois, który mieszka również w tym 

hotelu, jest panu znany?

– Dubois? Dubois? Nie zdaje mi się. Czy to taki wysoki 

brunet, co najczęściej chodzi w zamszowych półbutach?

– Tak. On również wyszedł na spacer piątego listopada po 

południu i też skierował się w stronę Domku pod Cisami. 
Nie spotkał go pan przypadkiem?

– Nie… Nie przypominam sobie…
Po   raz   pierwszy   pan   Gerald   Wright   zdradził   pewne 

zakłopotanie.

– Hm… Pogoda nie zachęcała wtedy do spacerów – podjął 

tonem   zastanowienia   inspektor   Neele  –  zwłaszcza   do 
spacerów po zmroku, błotnistą alejką. Dziwna historia, że 
tyle osób odczuło nagły przypływ energii.

W   Domku   pod   Cisami   sierżant   Hay   radośnie   powitał 

przełożonego. Niewątpliwie był zadowolony z siebie.

– Wyniuchałem dla pana inspektora coś na temat kosów – 

oznajmił.

background image

– Naprawdę, Hay? Słucham.
– Były w pasztecie, panie inspektorze. Na niedzielną zimną 

kolację pozostawiono pasztet zapiekany w cieście. Ktoś, w 
spiżarni lub gdzie indziej, wyjął farsz z ciasta i zastąpił go… 
Niech   pan   inspektor   zgadnie,   czym?   Śmierdzącymi, 
nieżywymi kosami, które wziął z szopy ogrodnika. Paskudny 
kawał, panie inspektorze! I głupi, co?

– „Co   za   pyszne   danie   na   królewski   dwór!”   –   zacytował 

półgłosem Neele. i jeszcze raz zbił z tropu swojego sierżanta.

background image

XVIII

– Zaraz.   Chwileczkę   powiedziała   panna   Ramsbottom.   – 

Ten pasjans chyba wyjdzie.

Króla z potężnym taborem przeniosła na wolne miejsce, 

czerwoną   siódemkę   na   czarną   ósemkę,   komplet   pików 
uzupełniła czwórką, piątką i szóstką. Następnie  wykonała 
kilka błyskawicznych posunięć i rozparła się w fotelu.

– To podwójny soliter – odetchnęła z ulgą. – Bardzo rzadko 

wychodzi.

Przez   chwilę   siedziała   spokojnie   z   zadowoloną   miną, 

później zwróciła wzrok ku młodej kobiecie, która stała obok 
kominka.

– Ha! Wiec ty, moja droga, jesteś żoną Lancelota – podjęła.
– Tak, ciociu! odparła Pat, dopiero co wezwana na piętro, 

przed oblicze starszej damy.

– Wysoka dziewczyna, szczupła – mruknęła do siebie ciocia 

Effie.

– Wygląda na zdrową.
– Mam żelazne zdrowie, ciociu.
Panna Ramsbottom z uznaniem kiwnęła głową.
– A żona Parcivala to mięczak. Je za dużo słodyczy. Za mało 

ma ruchu. No, siadaj, moje dziecko, siadaj. Gdzie poznałaś 
Lancelota?

– W Kenii, ciociu, kiedy byłam tam u przyjaciół.
– Słyszałam, że poprzednio byłaś zamężna.

background image

– Tak. Dwa razy.
Panna Ramsbottom wymownie pociągnęła nosem.
– Rozwódka, hę?
– Nie, ciociu – odpowiedziała Pat trochę drżącym głosem. – 

Obaj   moi   mężowie…   umarli.   Pierwszy   był   pilotem 
myśliwca… Poległ na wojnie.

– A drugi?… Zaraz,  moje dziecko… Coś mi ktoś mówił… 

Zastrzelił się, prawda?

Pat twierdząco skinęła głową.
– Z twojej winy?
– Nie, ciociu. Nie z mojej winy.
– Zdaje się trzymał stajnię wyścigową, grał w totalizatora, 

co?

– Tak, ciociu.
– Nigdy   w   życiu   nie   byłam   na   wyścigach   –   oznajmiła 

sędziwa dama. – Totalizator, gra w karty to wymysły szatana.

Pat nie podjęła dyskusji.
– Za   żadne   skarby   nie   poszłabym   też   do   teatru   ani 

kinematografu – ciągnęła ciocia Effie. – Cóż, grzeszny ten 
świat, grzeszny, w dzisiejszych okropnych czasach, i w tym 
domu działo się wiele zła, ale Bóg pokarał występnych.

Młoda kobieta milczała nadal. Zastanawiała się, czy ciocia 

Effie ma w głowie wszystko po kolei. Po chwili zaniepokoiło 
ją zwrócone ku niej przebiegłe spojrzenie starszej damy.

– Co   ci   wiadomo,   moje   dziecko,   o   rodzinie,   do   której 

weszłaś? – padło pytanie.

– Myślę, że ani mniej, ani więcej niż zwykle w takich razach.
– Hm… Jest w tym sens… Zapewne. – Ciocia Effie zrobiła 

krótką  pauzę.  – Powiem ci,  moja  droga, to  i  owo.  Moja 

background image

siostra była idiotką, szwagier łajdakiem. Parcival to wąż, a 
Lance zawsze uchodził w rodzinie za niedobrego chłopca.

– Chyba to przesada, ciociu – obruszyła się Pat.
– Czy ja wiem? Pewno masz rację, moje dziecko – zgodziła 

się   nieoczekiwanie   panna   Ramsbottom.   –   Nie   można 
przyczepiać ludziom etykiet. Ale nie lekceważ Parcivala, nie 
lekceważ.   Na   ogół   panuje   pogląd,   że   ludzie   z   etykietą 
dobroci są także głupi. Nie! Dobry chłopiec Parcival to nie 
głupiec.   Bynajmniej   nie   głupiec,   lecz   spryciarz   na 
świętoszkowatą   modłę.   Nigdy   go   nie   lubiłam.   A   Lance? 
Zapamiętaj   dobrze:   nie   mam   do   niego   zaufania,   nie 
pochwalam go, ale jestem do nicponia przywiązana, wbrew 
przekonaniu… Rozumiesz? To lekkomyślny chłopak, zawsze 
był taki… Musisz go mieć na oku, moje dziecko, bo inaczej 
może   się   posunąć   za   daleko.   Powiedz   mu,   niech   nie 
lekceważy   Parcivala,   nie   zawsze   wierzy   w   to,   co   Parcival 
mówi.   Ten   dom   roi   się   od   kłamców.   –   Ciocia   Effie 
podniosła głos i dodała z satysfakcją: – Ogień piekielny i 
siarka! Oto, co się im należy.

Inspektor Neele kończył rozmowę telefoniczną ze Scotland 

Yardem.

– Tak   –   mówił   naczelnik   Wydziału   Śledczego.   –   Tę 

wiadomość zapewne uzyskamy. Zwrócimy się do rozmaitych 
prywatnych zakładów. Ale ona może już nie żyć.

– Bardzo prawdopodobne. To dawna historia – zgodził się 

Neele.

„Stare grzechy rzucają długie cienie”. Panna Ramsbottom 

wygłosiła   te   słowa   z   przekonaniem,   jak   gdyby   czyniła 
przejrzystą aluzję.

background image

– Teoria   sprawia   wrażenie   fantastycznej   powiedział 

naczelnik.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem nie wolno 

jej   z   miejsca   odrzucić.   Zbyt   wiele   szczegółów   pasuje   do 
całości.

– Tak… Oczywiście! Kosy… imię pierwszej ofiary… takie 

rzeczy.

– Nie   zapominam   też   o   innych   kierunkach   śledztwa   – 

podjął inspektor Neele. – Dubois wchodzi w rachubę, także 
Wright. Kredensowa Gladys przyniosła tacę do hallu i wtedy 
mogła   zauważyć,   że  jeden   albo   drugi   kręci   się  w   pobliżu 
domu. Zaciekawiona wyszła bocznymi drzwiami, a tamten 
udusił ją, przeniósł zwłoki na podwórko i nos ofiary ścisnął 
klamerką do wieszania bielizny.

– Najbardziej niedorzeczna historia w tej sprawie – obruszył 

się naczelnik Wydziału Śledczego. – I najbardziej odrażająca.

– Strasznie dotknęła tę starą… pannę Marple. To bardzo 

sympatyczna   starsza   pani   i   ma   głowę   na   karku. 
Przeprowadziła się do Domku pod Cisami, żeby być bliżej 
panny   Ramsbottom.   Jestem   głęboko   przekonany,   ze   nie 
przegapi nic ciekawego.

– Co pan zamierza robić dalej?
– Wybieram   się   do   londyńskich   adwokatów   Reksa 

Fortescue.   Chcę   zaznajomić   się   ze   szczegółami   jego 
testamentu i chociaż to stara historia, usłyszeć coś więcej o 
kopalni Kos.

Pan Billingsley z firmy Billingsley, Horsethorpe i Walters 

był   wytrawnym   światowcem,   który   zazwyczaj   maskował 

background image

dyskrecję  pozorną   wylewnością.   Ale   w   czasie   drugiej 
rozmowy   z  inspektorem   pan   Billingsley   był   mniej 
powściągliwy  niż   uprzednio.  Potrójna  tragedia   w  Domku 
pod   Cisami   poruszyła   go   widać   tak,   że   otrząsnęła   część 
zawodowej rutyny. Chętnie, nawet skwapliwie informował 
policję o znanych sobie faktach.

– Nadzwyczajna historia – mówił. – Istotnie nadzwyczajna! 

Czegoś   podobnego   nie   napotkałem   w   ciągu   długoletniej 
praktyki.

– Powiem wyraźnie, panie mecenasie, że nieodzowna nam 

jest pomoc, wszelka możliwa pomoc.

– Na   mnie   drogi   pan   może   liczyć.   Z   prawdziwą 

przyjemnością zaofiaruję policji współpracę.

– Przede wszystkim pozwolę sobie zapytać, jak dobrze znał 

pan nieboszczyka pana Fortescue oraz stan interesów jego 
firmy?

– Pana   Fortescue   znałem   stosunkowo   nieźle.   Nasze 

kontakty   z   nim   datują   się   od…   powiedzmy…   od   jakichś 
szesnastu lat. Należy jednak pamiętać, że nie tylko z naszą 
firmą miał do czynienia. Z pewnością dawał zatrudnienie 
rozmaitym kancelariom adwokackim.

Inspektor Neele ze zrozumieniem skinął głową. Wiedział, 

że firma Billingsley, Horsethorpe i Walters załatwia solidne 
transakcje Zjednoczonej  Agencji  Powierniczej.  Przy mniej 
solidnych   Rex   Fortescue   korzystał   z   usług   kilku   innych 
kancelarii, mniej ograniczonych skrupułami.

– Czym   więcej   mogę   służyć   panu   inspektorowi?   O 

testamencie już mówiłem. Generalnym spadkobiercą został 
ustanowiony Parcival Fortescue.

background image

– Interesuje   mnie   obecnie   testament   Adeli   Fortescue, 

która po zgonie męża weszła w posiadanie kwoty stu tysięcy 
funtów. Nie mylę się, prawda?

Prawnik twierdząco skinął głową.
– To   poważna  suma   i,  powiem  w zaufaniu,   inspektorze, 

Zjednoczona   Agencja   Powiernicza   będzie   miała   nie   lada 
trudności z dokonaniem takiej wypłaty.

– Taka zasobna firma? – zdziwił się Neele.
– Mówiąc szczerze i tylko między nami, firma kuleje, kuleje 

od mniej więcej półtora roku.

– Z jakichś konkretnych przyczyn?
– Tak. Mógłbym rzec, z powodu samego Rexa Fortescue. W 

ciągu   ostatnich   kilkunastu   miesięcy   Rex   Fortescue 
postępował   niczym   szaleniec.   Tu   sprzedawał   murowane 
papiery, tam kupował na spekulację podejrzane, chwalił się 
tym wszystkim, opowiadał dokoła najrozmaitsze głupstwa. 
Nie chciał słuchać niczyich rad… Bo, widzi pan, jego syn 
Parcival nieraz przychodził tutaj, prosił, abym wpłynął jakoś 
na ojca. Sam próbował uprzednio, ale nic nie zdziałał. Z 
kolei   ja   robiłem,   co   mogłem,   także   bez   rezultatu. 
Niepodobna   było   przemówić   mu   do   rozsądku.   Sprawiał 
wrażenie kogoś z gruntu odmienionego.

– Słyszałem jednak, że nie był przygnębiony.
– Nie,   inspektorze,   przeciwnie!   Puszył   się,   promieniał, 

przemawiał górnolotnie.

Inspektor Neele znowu przytaknął ruchem głowy. Zaczynał 

umacniać   się   w   poglądzie   zarysowanym   uprzednio. 
Rozumiał   już   niektóre   powody   różnicy   zdań   pomiędzy 
Parcivalem Fortescue a jego ojcem.

background image

– Wracając do testamentu Adeli Fortescue podjął prawnik 

–   nic   nie   umiem   powiedzieć   na   ten   temat.   Nie   ja 
sporządziłem testament.

– Wiem, panie mecenasie. Chciałem tylko sprawdzić, czy 

Adela Fortescue miała co zapisać spadkobiercy. Konkretnie 
mówiąc, sto tysięcy funtów! Dysponowała tą kwotą, prawda?

– Ależ nie, drogi panie. Jest pan w błędzie odparł żywo pan 

Billingsley.

– Jak to? Sto tysięcy funtów dostała tylko w dożywocie?
– Nie,   inspektorze.   Dostała   te   sumę   na   własność,   ale   z 

klauzulą   warunkującą   zapis.   Miała   wejść   w   posiadanie 
spadku, jeżeli o miesiąc przeżyje męża! Podobne zastrzeżenia 
praktykuje   się   dziś   często,   głównie   z   powodu 
niebezpieczeństw   komunikacji   powietrznej.   Kiedy 
małżeństwo   ginie   w   katastrofie   samolotowej,   niezmiernie 
trudno   ustalić   kolejność   zgonów   i   oczywiście   wynikają 
komplikacje.

Neele spojrzał na prawnika ze zdumieniem.
– Więc Adela Fortescue nie weszła w posiadanie stu tysięcy! 

Komu dostaną się teraz pieniądze?

– Firmie   lub.   wyrażając   się   ściślej,   generalnemu 

spadkobiercy.

– Panu Parcivalowi Fortescue – dodał Neele.
– Oczywiście potwierdził adwokat i dodał zapominając do 

cna o dyskrecji: – A w obecnej sytuacji firmy taka kwota 
bardzo mu się przyda.

– Wy, policjanci, dopytujecie się o najdziwniejsze sprawy – 

powiedział lekarz zaprzyjaźniony z inspektorem Neele’em.

background image

– Śmiało, Bob. Gadaj!
– Cóż,   rozmawiamy   w   cztery   oczy,   więc   na   szczęście   nie 

będziesz   mógł   cytować   mojego   zdania.   Zdaje   mi   się,   że 
rozumujesz   trafnie.   Według   mnie   wygląda   to   na 
schizofrenię   o   cechach   paranoidalnych.   Rodzina 
podejrzewała coś, próbowała wyprawić faceta do specjalisty. 
On nie chciał, co jest typowe w takich razach. Występowały 
też,   jak   mówisz,   inne   klasyczne   objawy:   zakłócenie 
równowagi umysłowej, mania wielkości, gwałtowne napady 
rozdrażnienia, skłonność do przechwałek, wiara we własny 
geniusz finansowy.  Taki gość musi położyć w ciągu  roku 
każde, nawet najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo, jeżeli 
nie przyhamować go w porę. Ale to trudna sprawa, zwłaszcza 
gdy   chory   podejrzewa,   do   czego   zmierza   otoczenie.   Tak, 
śmierć faceta stanowi z pewnością pomyślny traf dla twoich 
przyjaciół.

– Oni nie są moimi przyjaciółmi, Bob obruszył się Neele i 

jeszcze   raz   powtórzył   zasłyszane   zdanie:   –   To   obrzydliwi 
ludzie. Wszyscy!

background image

XIX

W   salonie   Domku   pod   Cisami   zgromadziła   się   cała 

rodzina. Parcival Fortescue, wsparty o kominek, przemawiał 
do zebranych.

– Rzecz   zrozumiała   –   mówił   –   że   dochodzenie   jest 

konieczne,   ale   w   obecnej   fazie   przedstawia   się 
niezadowalająco.   Policjanci   przychodzą   i   odchodzą,   ale 
nikogo z nas nie informują o niczym. To wydaje się, że są na 
konkretnym tropie, to ich krzątanina przycicha. Trudno w 
takich   warunkach   robić   jakieś   plany,   układać   sobie 
przyszłość.

– Wszystko to całkiem bez sensu – poparła męża Jennifer.
– Całą   rodzinę   krępuje   zakaz   wydalania   się   na   dłużej   z 

domu   –ciągnął   Parcival   jestem   jednak   zdania,   że   między 
sobą należy omówić nasze zamierzenia. Zacznijmy od Elaine. 
O ile mi wiadomo, myślisz wyjść za… Jakże się on nazywa?… 
Aha, Gerald Wright. Jak sądzisz, kiedy?

– Możliwie najprędzej. Parcival zmarszczył czoło.
– Możliwie najprędzej? To znaczy za jakieś pół roku?
– Nie. Dlaczego mielibyśmy czekać tak długo?
– No… Chociażby że względów przyzwoitości…
– Brednie!   –   obruszyła   się   młoda   osoba.   –   Nie   chcemy 

zwlekać dłużej niż miesiąc.

– Cóż, to twoja sprawa – odparł Parcival. – A później?… 

Macie jakie plany?

background image

– Myślimy o założeniu szkoły. Starszy brat pokręcił głową.
– W   dzisiejszych   czasach   to   interes   bardzo   ryzykowny. 

Trudno   o   służbę   i   personel   nauczycielski.   Słowo   daję, 
Elaine, na oko szkoła nieźle wygląda, ale warto zastanowić 
się dobrze.

– Zdążyliśmy się już zastanowić. Gerald jest zdania, że cała 

przyszłość   naszego   kraju   zależy  od   właściwie   pojętego 
nauczania.

– Pojutrze   wybieram   się   do   pana   Billingsleya.   Mamy   do 

omówienia rozmaite sprawy finansowe – podjął Parcival. – 
On proponuje,  abyś spadek po ojcu  złożyła do  depozytu 
powierniczego na rzecz własną i swoich dzieci. W obecnej 
sytuacji gospodarczej to rozwiązanie nad wyraz sensowne.

– Nie   dla   mnie   –   odparła   Elaine.   Pieniądze   będą   nam 

potrzebne   na   puszczenie   w   ruch   szkoły.   Słyszeliśmy   o 
całkiem odpowiedniej posiadłości na sprzedaż. W Konwalii. 
Piękne tereny i dom niezły. Oczywiście nie obejdzie się bez. 
przeróbek i dobudowania skrzydeł.

– Jak to?… Myślisz wycofać z firmy cały kapitał? Słowo daję, 

Elaine, to bardzo nierozważne posunięcie.

– Moim   zdaniem   rozważniej   będzie   wycofać   kapitał   niż 

pozostawić w firmie – odparła panna Fortescue. – Jak Anglia 
długa i szeroka, rozmaite przedsiębiorstwa robią plajtę. No i 
przed śmiercią ojca sam wciąż mówiłeś, że sprawy kiepsko 
wyglądają.

– Różne rzeczy się mówi – podjął Parcival. – Powtarzam 

jednak, że to czyste szaleństwo wycofać z firmy kapitał, aby 
kupić, puścić w ruch i prowadzić szkołę. A jak się nie uda, 
Elaine? Zostaniesz bez pensa.

background image

– Uda się. Musi – odparła z uporem dziewczyna.
– Trzymam z tobą! – dodał jej otuchy Lance, który siedział 

rozparty swobodnie w fotelu. – Obstawaj przy swoim. Na 
mój gust, prowadzenie szkoły to diablo dziwny interes, ale 
chcesz   się   tym   zająć,   ty   i   twój   Gerald.   Możecie   stracić 
pieniądze, ale zostanie satysfakcja, że robiliście to, co wam 
pasowało.

– Właśnie coś takiego spodziewałem się usłyszeć od ciebie, 

Lance – rzucił cierpko Parcival.

– Wiem,   wiem,   Percy   –   odparł   młodszy   brat.   –   Jestem 

utracjusz,   syn   marnotrawny.   Ale   nie   wątpię,   że   w   życiu 
miałem zabawy więcej niż ty, stary.

– Co   kogo   bawi!   rzucił   cierpko   Parcival.   –   Powiedziałeś 

swoje, a co sam zamierzasz robić? Myślę, że wrócisz do Kenii 
albo   Kanady?   Może   zamierzasz   zorganizować   wyprawę   na 
Mount Everest czy jakąś równie fantastyczną bzdurę?

– Czemu tak myślisz, Percy?
– Czemu? Nigdy nie odpowiadał ci uregulowany tryb życia 

w Anglii.

– Z wiekiem przychodzi odmiana – powiedział Lancelot. – 

Człowiek   zaczyna   się   statkować.   Wiesz   co,   stary?   Serio 
nabrałem ochoty do spokojnych zajęć biznesmena.

– Chciałbyś…
– Właśnie   –   przerwał   z   uśmiechem   młodszy   brat.   – 

Chciałbym wraz z tobą, Percy, prowadzić firmę. Oczywiście, 
ty jesteś starszym wspólnikiem. Masz lwią część udziałów. 
Ale ja, drobna płotka, mogę też wtrącić to i owo. Przysługuje 
mi takie prawo.

– Tak…   W   pewnym   sensie…   Jeżeli   potraktować 

background image

zagadnienie   z   prawnego   punktu   widzenia…   Ale   bądź 
pewien, chłopcze, że prędko na śmierć się zanudzisz.

– Czy ja wiem? Sądzę, że się nie zanudzę.
– Chyba   nie   mówisz   poważnie,   Lance   –   zaczął   znów 

Parcival z posępną miną – że chcesz przystąpić do pracy w 
firmie?

– I od czasu do czasu wtrącić swoje trzy grosze, co? Właśnie 

do tego zmierzam.

Starszy brat pokręcił głową.
– Stan finansowy firmy przedstawia się fatalnie… To nie 

żarty, Lance. Nie mam pojęcia, jak będziemy sobie radzić po 
spłaceniu Elaine, jeżeli uprze się, by wycofać kapitał.

– A   widzisz,   Elaine!  –   zawołał   Lancelot.   –   Masz   rację! 

Słusznie chcesz chwycić w garść pieniądze, póki jeszcze są.

– Słowo daję, Lance!  – obruszył się gniewnie  Parcival. – 

Twoje żarty są w najgorszym stylu.

– Val ma rację poparła znowu męża Jcnnifer. – Powinieneś, 

Lance, bardziej liczyć się ze słowami.

Siedząc   na   uboczu,   pod   oknom.   Pat   przysłuchiwała   się 

rozmowie.   Myślała,   że   Lance   gra   dobrze.   jeżeli   chce 
przycisnąć brata. Parcival tracił maskę nieposzlakowanego 
chłodu. Raz jeszcze rzucił cierpko:

– Mówisz serio, Lance?
– Jak najbardziej serio.
– Nic z tego nie będzie. Sprzykrzy ci się takie życie.
– Mnie   się   sprzykrzy?   Czemu?   Pomyśl,   jaka   to   cudowna 

odmiana.   Zaciszny   gabinet.   Maszynistki   wchodzą   i 
wychodzą. Będę miał jasnowłosą sekretarkę w typie panny 
Grosvenor… Nazywa się Grosvenor, prawda?… Z pewnością 

background image

już ją wylałeś. Ale postaram się o podobną. Będzie mówiła: 
„Tak, panie dyrektorze”, „Nie, panie dyrektorze”, „Jest już 
herbatka, panie dyrektorze”.

– Nie strugaj wariata – wybuchnął Parcival.
– Czemu się złościsz, braciszku? Nie jesteś kontent, że chcę 

podzielić z tobą pracę i kłopoty?

– Nie   masz   pojęcia,   w   jak   opłakanym   stanie   są   interesy 

firmy.

– Nie   mam   pojęcia.   Będziesz   mnie   musiał   we   wszystko 

wtajemniczyć.

– Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… 

nie,   od   roku   ojciec   przestał   być   dawnym   sobą.   Robił 
nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia finansowe. 
Sprzedawał pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku 
pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak to się mówi, 
chyba dla czystej przyjemności wydawania.

– Innymi   słowy   –   wtrącił   Lance   to   szczęśliwy   traf   dla 

rodziny, że dostał w herbacie taksynę.

– W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w 

możliwie najobrzydliwszej formie powiedział Parcival. – Jego 
śmierć uratowała nas od bankructwa. Ale przez pewien czas 
będziemy   musieli   postępować   nad   wyraz   przezornie, 
konserwatywnie, że się tak wyrażę.

– Nie zgadzam się z tobą, Percy. Przezorność nic nie daje. 

Trzeba   ryzykować,   grać   na   całego.   O   wielką   stawkę! 
Rozumiesz?

– Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą 

przyszłość.

– Nie moje hasło – podchwycił Lance.

background image

– Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
– Pamiętam,   naturalnie…   Ale   i   tak   mam   jaki   taki   głos. 

Starszy brat zaczął nerwową przechadzkę po salonie.

– Nic   dobrego   nie   wyjdzie  z   twoich   planów   –   podjął.   – 

Jestem do ciebie przywiązany, lubię cię…

– Naprawdę? – wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to 

uwagi.

– …   i   w   ogóle,   ale,  widzisz,   trudno   nam   będzie   o 

porozumienie. Zanadto różnimy się w poglądach.

– To może być korzystne.
– Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
– Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
– Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej 

różnicy zapatrywań…

– Przepraszam!   Trudno   ci   będzie   spłacić   Elaine.   Sam 

powiedziałeś. Za co w takim razie kupisz mój udział?

– Za   co?…   Widzisz,   nie   myślałem   o   gotówce…   Możemy 

przeprowadzić podział aktywów… papierów wartościowych.

– Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne 

śmiecie, prawda?

– Mówiłeś,   że   coś   takiego   bardziej   odpowiada   twoim 

gustom.

–   Nie   mam   pojęcia.   Będziesz   mnie   musiał   we   wszystko 

wtajemniczyć.

– Najprzód ty będziesz musiał zrozumieć jedno. Od pół… 

nie,   od   roku   ojciec   przestał   być   dawnym   sobą.   Robił 
nieobliczalne głupstwa, fantastyczne posunięcia finansowe. 
Sprzedawał pewne papiery, kupował akcje palcem na piasku 
pisane. Czasami rzucał pieniądze w błoto, jak to się mówi, 

background image

chyba dla czystej przyjemności wydawania.

–   Innymi   słowy  –   wtrącił   Lance   –   to   szczęśliwy   traf   dla 

rodziny, że dostał w herbacie taksynę.

– W gruncie rzeczy masz słuszność, chociaż wyraziłeś ją w 

możliwie najobrzydliwszej formie – powiedział Parcival. – 
Jego śmierć uratowała nas od bankructwa. Ale przez pewien 
czas   będziemy   musieli   postępować   nad   wyraz   przezornie, 
konserwatywnie, że się tak wyrażę.

– Nie zgadzam się z tobą. Percy. Przezorność nic nie daje. 

Trzeba   ryzykować,   grać   na   całego.   O   wielką   stawkę! 
Rozumiesz?

– Nie! Przezorność i oszczędność. Oto hasło na najbliższą 

przyszłość.

– Nie moje hasło – podchwycił Lance.
– Pamiętaj, że jesteś tylko młodszym wspólnikiem.
–  Pamiętam,  naturalnie…  Ale i  tak mam jaki  taki głos. 

Starszy brat zaczął nerwową przechadzkę po salonie.

– Nic  dobrego  nie wyjdzie z twoich  planów – podjął. – 

Jestem do ciebie przywiązany. lubię cię…

– Naprawdę? – wtrącił Lance, lecz Parcival nie zwrócił na to 

uwagi.

–   …   i   w   ogóle.   ale.   widzisz,   trudno   nam   będzie   o 

porozumienie. Zanadto różnimy się w poglądach.

– To może być korzystne.
– Jedyne sensowne wyjście to rozwiązanie spółki.
– Chcesz mnie spłacić, Percy? Do tego zmierzasz?
– Mój kochany, nie widzę innej rozumnej drogi. Przy takiej 

różnicy zapatrywań…

–   Przepraszam!   Trudno   ci   będzie   spłacić   Elaine.   Sam 

background image

powiedziałeś. Za co w takim razie kupisz mój udział?

–  Za   co?…  Widzisz,  nie myślałem o  gotówce…  Możemy 

przeprowadzić podział aktywów… papierów wartościowych.

– Ty zatrzymasz murowane, mnie dostaną się spekulacyjne 

śmiecie, prawda?

–   Mówiłeś,   że   coś   takiego   bardziej   odpowiada   twoim 

gustom.

–   W   pewnym   sensie   masz   rację,   stary   –   uśmiechnął   się 

Lancelot. – Ale nie mogę schlebiać tylko własnym gustom. 
Muszę myśleć o żonie.

Bracia spojrzeli na Pat, która otworzyła usta i zamknęła je 

nie   powiedziawszy   słowa.   Wolała   się   nie   wtrącać,   bo 
rozumiała, że Lance prowadzi grę, choć nie bardzo jeszcze 
wiedziała, w jakim celu.

– Co mi zaproponujesz? – ciągnął Lancelot. – Nie istniejące 

kopalnie   diamentów,   rubiny   w  niedostępnych   miejscach, 
koncesje naftowe na terenach bez ropy? Myślisz, że taki ze 
mnie osioł, na jakiego wyglądam?

–   Cóż,   niektóre   z  naszych   akcji   są   wysoce   spekulacyjne, 

ostatecznie jednak mogą przynieść zawrotne zyski – bąknął 
niepewnie Parcival.

– Zmieniłeś ton. co? – podchwycił Lance. – Proponujesz mi 

ostatnie idiotyczne nabytki ojca i na dodatek pewno starą 
kopalnię   Kos?   Aha!   Czy   inspektor   pytał   i   ciebie   o   tę 
kopalnię?

Parcival zmarszczył czoło.
– Tak. Pytał. Nie rozumiem dlaczego. Dużo nie mogłem 

mu powiedzieć. Obydwaj byliśmy wtedy dziećmi. Jak przez 
mgłę   pamiętam,   że   ojciec   wybrał   się   na   miejsce,   a   kiedy 

background image

wrócił, powiedział, że to tylko zawracanie głowy.

– Co to za kopalnia? Złota?
– Tak mi się zdaje. Ojciec przyjechał do Anglii przekonany, 

że złota tam z pewnością nie ma. A on nie mylił się nigdy w 
takich kwestiach.

– Kto wciągnął go w tę historię? Jakiś MacKenzie, prawda?
– Tak. MacKenzie umarł w Afryce.
– Umarł… – powtórzył Lance z nuta zastanowienia. – A 

później była jakaś okropna scena. Coś sobie przypominam… 
Pani MacKenzie zjechała tutaj. Groziła ojcu, miotała klątwy 
na jego głowę. Zdaje się, twierdziła, że on zamordował jej 
męża.

–   Co?   Nic   w   tym   rodzaju   nie   pamiętam   –   zdziwił   się 

Parcival.

– A ja pamiętam, chociaż jestem sporo młodszy od ciebie – 

podchwycił   Lance.   –   Może   właśnie   dlatego   mocniej 
przemówiła do mnie melodramatyczna sytuacja. Gdzie była 
kopalnia Kos? W Afryce Zachodniej?

– Tak mi się zdaje.
– Muszę kiedy rzucić okiem na tę koncesję,  jak będę w 

biurze – powiedział młodszy brat.

– Nie warto. Ojciec nigdy nie mylił się w takich sprawach. 

Powiedział: nie ma złota, to złota nie ma.

–   Pewno   masz   słuszność…   Biedna   pani   MacKenzie. 

Ciekawe, co się teraz dzieje z nią i tą parką dzieci, które 
przywiozła ze sobą. Zabawna historia! Przecież to dziś dorośli 
ludzie – roześmiał się Lancelot.

background image

XX

W świetlicy prywatnego sanatorium Sosny inspektor Neele 

siedział naprzeciw szpakowatej pacjentki w starszym wieku. 
Helena MacKen–zie liczyła sześćdziesiąt trzy lata, jakkolwiek 
wyglądała młodziej. Miała bladoniebieskie oczy o mętnym 
wyrazie, drobny, słabo zarysowany podbródek i szerokie usta 
o  drżącej  nerwowo   górnej  wardze.   Na  kolanach   trzymała 
dużą księgę i podczas rozmowy raz poTaz spuszczała ku niej 
wzrok. Detektyw patrzał na panią MacKenzie i przypominał 
sobie   informacje,   jakie   uzyskał   na   jej   temat   od   doktora 
Crosbie, dyrektora sanatorium.

–   Oczywiście   to   pacjentka   dobrowolna,   nie   skierowana 

urzędowo – powiedział lekarz.

– Jest niebezpieczna dla otoczenia?
– Nie, inspektorze. Przeważnie sprawia wrażenie zdrowej i 

mówi nie inaczej niż pan czy ja. Obecnie ma dobry okres, 
więc przeprowadzi pan z nią zupełnie normalną rozmowę.

Wspominając tę opinię inspektor Neele rozpoczął gładko i 

swobodnie:

–   Bardzo   dziękuję,   że   szanowna   pani   zechciała   mnie 

przyjąć. Moje nazwisko Neele, a celem wizyty jest sprawa 
pana   Fortescue,   który   zmarł   niedawno.   Chodzi   o   Reksa 
Fortescue. O ile mi wiadomo, pani zna to nazwisko.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – odparła Helena 

MacKenzie spoglądając uparcie na grubą księgę.

background image

– Pytam o pana Fortescue, proszę pani, Reksa Fortescue.
– Nie… Z całą pewnością nie…
Inspektor   Neele   stropił   się   nieco.   Czy   tak   ma   wyglądać 

rozmowa,   jak   wyraził   się   doktor   Crosbie,   zupełnie 
normalna?

– Sądzę, że szanowna pani znała go dawno, wiele lat temu – 

powiedział.

– Skąd znowu! – obruszyła się kobieta. – To było wczoraj.
– Aha… Rozumiem – bąknął detektyw, powtarzając swój 

ulubiony zwrot, tym razem bardzo niepewnie. – Podobno 
przed wieloma laty odwiedziła pani Reksa Fortescue w jego 
podlondyńskiej   posiadłości.   Nazywa   się  ona   Domek   pod 
Cisami.

– Bardzo pretensjonalna buda.
– Tak…   Niewątpliwie…   Słusznie   nazwała   pani   ten   dom 

bardzo   pretensjonalną   budą.   Rex   Fortescue   miał   do 
czynienia z pani małżonkiem w sprawach pewnej kopalni 
położonej   w   Afryce,   kopalni   Kos,   jeżeli   dobrze   sobie 
przypominam.

– Muszę   teraz   czytać   –   powiedziała   pani   MacKenzie.   – 

Czasu mam mało, a muszę czytać swoją księgę.

– Oczywiście, szanowna pani. To zrozumiałe – zgodził się 

detektyw i zaczął znów po krótkiej pauzie: – Pan MacKenzie 
i pan Fortescue wybrali się do Afryki, by na miejscu zbadać 
sytuację.

– To   była   kopalnia   mojego   męża.   On   ją   odkrył,   zgłosił 

swoje prawa i uzyskał koncesję. Potrzebował pieniędzy na 

background image

kapitał   obrotowy.   Zwrócił   się   do   Reksa   Fortescue.   Nie 
pozwoliłabym   na   to,   gdybym   była   mądrzejsza;   gdybym 
wiedziała więcej.

– Aha… Rozumiem… Ale tak czy inaczej obydwaj pojechali 

do Afryki i tam pani małżonek zmarł na febrę.

– Muszę czytać swoją księgę.
– Czy podejrzewa pani, że w tej sprawie, w sprawie kopalni 

Kos, Rex Fortescue oszukał pani mcza?

– Strasznie   pan   głupi   powiedziała   pani   MacKenzie   nie 

podnosząc wzroku znad grubego tomu.

– Tak…   Zapewne…   Ale,   proszę   pani,   to   dawne   dzieje, 

bardzo   dawne.   Znaczne   trudności   musi   nastręczać 
dochodzenie w sprawie zupełnie przebrzmiałej, więc…

– Kto panu mówił, ze to sprawa przebrzmiała?
– Aha…   Rozumiem.   Szanowna   pani   jest   odmiennego 

zdania?

– „Nic   nie   jest  załatwione,   pokąd   nie   jest   załatwione 

sprawiedliwie”. Tak wyraził się Kipling. Nikt nie czyta dziś 
Kiplinga, ale to był wielki człowiek.

– Liczy   pani,   że   sprawa   kopalni   Kos   będzie   kiedyś 

załatwiona sprawiedliwie?

– Rex Fortescue nie żyje. Pan to powiedział, prawda?
– Nie żyje. Został otruty. Nieoczekiwanie kobieta parsknęła 

śmiechem.

– Nonsens! Umarł na febrę.
– Mówię,   proszę   pani,   o   Reksie   Fortescue   –   powiedział 

zbity z tropu detektyw.

– Ja   również   –   bystro   spojrzała   w   twarz   inspektora 

bladoniebieski–mi   oczami.   –   Niech   pan   nie   opowiada 

background image

takich rzeczy! On umarł w swoim łóżku, prawda? Umarł we 
własnym łóżku.

– Nie. W szpitalu Świętego .ludy.
– Nikt nie wie, gdzie umarł mój mąż podjęła kobieta. – 

Nikt nie wie, jak umarł, ani gdzie go pogrzebano. Wiadomo 
tylko tyle, ile powiedział Rex Fortescue. A to był kłamca.

– Ma pani jakieś podejrzenia? – natarł inspektor Neele.
– Podejrzenia…   Tak…   Podejrzenia   nie   do   odparcia,   bez 

cienia wątpliwości..

– Sądzi pani, że odpowiedzialność za zgon pani małżonka 

obciąża Reksa Fortescue?

– Dziś   z   rana   dostałam   śniadanie,   jak   zawsze,   całkiem 

świeże. Jakie to dziwne, że minęło już z górą trzydzieści lat.

Detektyw  westchnął   ciężko.  Zaczynał  wątpić   o  celowości 

rozmowy, nie dał jednak za wygraną.

– Kilka   miesięcy   przed   śmiercią   Reksa   Fortescue   ktoś 

podrzucił na jego biurko nieżywe kosy.

– Interesująca   historia   –   szepnęła   pani   MacKenzie.   – 

Bardzo interesująca.

– Nie domyśla się pani przypadkiem, kto mógł to zrobić?
– Domysły   nie   przydadzą   się   na   nic.   Trzeba   działać. 

Wychowywałam je w takim duchu. W duchu działania.

– Szanowna pani ma na myśli swoje dzieci?
– Tak. Donald i Ruby. Dziewięć i siedem lat. Dzieci zostały 

bez   ojca.   Wciąż   im   to   mówiłam.   Powtarzałam.   Każdego 
wieczora musiały składać przysięgę.

– Jaką przysięgę?
– Jaką? Naturalnie, że go zabiją.
– Rozumiem…   –   bąknął   detektyw   i   zapytał   spokojnym 

background image

tonem: – I co? Spełniły tę przysięgę?

– Donald   był   pod   Dunkierką.   Nie   wrócił.   Dostałam 

telegram: „Padł na polu chwały, w czasie działań bojowych”. 
Słyszy pan? Działania! Ale działania nie takie, jak trzeba. Nie 
ma Donalda.

– Serdecznie szanownej pani współczuję. A córka?
– Ja nie mam córki – odrzekła pani MacKenzie.
– Dopiero co mówiła pani o córce, Ruby.
– Ruby… Tak, Ruby! Wie pan, co z nią zrobiłam?
– Nie, proszę pani. Co pani z nią zrobiła?
– Spójrz! – szepnęła nieoczekiwanie kobieta.
Neele   zorientował   się,   że   księga   spoczywająca   na   jej 

kolanach to Biblia – bardzo stara Biblia, na której pierwszej 
karcie wypisano wiele imion. Niewątpliwie według dawnego 
obyczaju   ktoś   z   pokolenia   na   pokolenie   rejestrował  tam 
narodziny.

Pani   MacKenzie   wskazała   palcem   dwa   ostatnie   imiona. 

Donald   MacKenzie   i   data   urodzenia.   Niżej:   Ruby 
MacKenzie   i   data   urodzenia.   Ale   końcowa   pozycja   była 
przekreślona grubą krechą.

– Widzi   pan?   Wymazałam   ją   z   księgi.   Po   wieczne   czasy. 

Anioł   nie   odnajdzie   imienia   Ruby   w   dniu   Sądu 
Ostatecznego.

– Wykreśliła   pani   z   Biblii   jej   imię?   Czemu?   –   zapytał 

detektyw.

– Nie wie pan?
– Nie mam pojęcia, proszę pani.
– Nie dochowała przysięgi. Rozumie pan? Nie dochowała 

przysięgi.

background image

– Gdzie przebywa obecnie pani córka?
– Ja nie mam córki. Mówiłam już panu. Ruby MacKenzie 

przestała istnieć.

– Umarła?
– Umarła? chora niespodziewanie wybuchnęła śmiechem. 

–   Lepiej   byłoby   dla   niej,   gdyby   umarła.   Znacznie, 
nieporównanie   lepiej!   –   Westchnęła,   niezdecydowanie 
poruszyła się na krześle i nagle zmieniła ton na uprzejmie 
towarzyski. Niezmiernie mi przykro, lecz nie mogę dłużej z 
panem rozmawiać. Czas biegnie, a ja naprawdę muszę czytać 
księgę.

Dalsze słowa inspektora zbywała niecierpliwym gestem i nie 

przerywając lektury wodziła palcem wzdłuż wierszy druku.

Wkrótce   Neele   wstał   i   wyszedł   z   pokoju,   by   jeszcze   raz 

pomówić z dyrektorem sanatorium

– Czy panią MacKenzie odwiedza ktoś z rodziny? – zapytał. 

– Na przykład córka?

– Podobno   córka   przyjeżdżała   tu   za   czasów   mojego 

poprzednika.   Ale   wizyty   fatalnie   działały   na   chorą,   więc 
ówczesny   dyrektor   poradził   ich   zaniechać.   Od   tej   pory 
wszelkie sprawy załatwia adwokat.

– Nie wie pan doktor, gdzie przebywa obecnie ta córka, 

Ruby MacKenzie?

Dyrektor sanatorium bezradnie rozłożył ręce.
– Nie wie pan też zapewne, czy wyszła za mąż?
– Nie   mam   pojęcia.   Mogę   tylko   podać   panu   adres 

kancelarii adwokackiej, z którą mamy do czynienia.

Neele   już   uprzednio   wytropił   tę   kancelarię   i   nic   nie 

wskórał. Przed laty panna MacKenzie ustanowiła fundusz 

background image

powierniczy na rzecz matki i później nie pokazała się nigdy.

W sanatorium Sosny inspektor próbował uzyskać rysopis 

Ruby, ale i to spełzło na niczym. Chorych odwiedza wielu 
krewnych i znajomych. Po latach nikt nie pamięta wyglądu 
takiej czy innej osoby. Przełożonej pielęgniarek zdawało się, 
ze   panna   MacKenzie   była   drobną   brunetką.   Jedyna 
pielęgniarka zatrudniona od tamtych lat przypominała sobie 
mętnie wysoką, raczej tęgawą blondynkę.

– Coś   w   tym   jest   powiedział   inspektor   Neele,   gdy 

zameldował   się   u   przełożonego.   Historia   pomyleńcza,   ale 
wszystko pasuje jedno do drugiego. Coś w tym być musi.

– Aha… Kosy w pasztecie pasują do kopalni Kos przyznał 

naczelnik   Wydziału   Śledczego.   –   Żyto   w   kieszeni   Reksa 
Fortescue,   bułka   z   miodem…Hm…   To   najmniej 
znamienne.   Każdy   może   jeść   na   podwieczorek   bułkę   z 
miodem.   Trzecia   w   kolejności   zbrodnia…   Tę   dziewczynę 
zadusił   ktoś   przy   zdejmowaniu   bielizny   i   nos   ścisnął   jej 
klamerką…

– Momencik! Momencik, panie naczelniku! zawołał Neele.
– Co takiego? Detektyw zmarszczył czoło.
– Chodzi   o   to,   co   pan   naczelnik   właśnie   powiedział. 

Zabrzmiało   to   fałszywie…   Jak   gdyby   jakiś   błąd   w 
rozumowaniu… – Neele pokręcił głową, westchnął. – Nic 
nie mogę skapować!

background image

XXI

Lance   i   jego   żona   spaccrowali   po   wypielęgnowanych 

terenach okalających Domek pod Cisami.

– Myślę, Lance – odezwała się Pat – że nie urażę twoich 

uczuć, jeżeli powiem,  że jak żyję, nie byłam w brzydszym 
ogrodzie.

– Nie uraziłaś moich uczuć – roześmiał się mąż. – Ale czy to 

naprawdę brzydki ogród? Podobno pracuje tu gorliwie aż 
trzech ogrodników.

– Chyba w tym właśnie sęk. Nie szczędzi się kosztów i nie 

przejawia   indywidualnych   gustów.   Wszystko   jak   trzeba   i 
gdzie   trzeba.   Rododendrony.   Odpowiednie   dywanowe 
kwietniki w odpowiednich porach roku.

– A gdybyś ty, Pat, miała ogród w Anglii, jak by wyglądał?
– W moim ogrodzie rosłyby malwy, ostróżki, dzwonki. Nie 

byłoby   dywanowych   kwietników,   ani,   broń   Boże,   tych 
okropnych   cisów   –   Pat   spojrzała   z   obrzydzeniem   na 
ciemnozielone cisowe szpalery i żywopłoty.

– Przykre skojarzenia, co? zapytał beztrosko Lancelot.
– Przeraża mnie sama myśl o trucicielu. To musi być ktoś 

mściwy, zawzięty, ponury.

– Tak sądzisz, moja mila? To dziwne. Dla mnie truciciel to 

ktoś   świadomy   swoich   celów,   bezwzględny,   obdarzony 
zimną krwią.

– Można   i   tak   to   ująć.   Młoda   kobieta   wzdrygnęła   się 

background image

nerwowo. – W każdym razie ten trzykrotny morderca… Nie 
wyobrażam sobie, kto to, ale z pewnością człowiek obłąkany.

– Tak… – Lance zniżył glos. Zapewne masz słuszność… – 

umilkł, by podjąć zaraz innym tonem: Na miłość boską, Pat! 
Uciekaj stąd! Wróć do Londynu. Wszystko jedno! Wybierz, 
jakie   zechcesz   miejsce:   Devon,   Kraj   Jezior,   Stradford   on 
Avon, Norfolk Broads. Policja zgodzi się na twój wyjazd. 
Przecież z tym wszystkim nie masz nic wspólnego. Byłaś w 
Paryżu,   kiedy   skończył   stary,   w   Londynie   podczas   dwu 
następnych   morderstw.   Powtarzam,   Pat:   twoja   tutaj 
obecność śmiertelnie mnie dręczy.

– Ty   wiesz   kto,   prawda?   –   szepnęła   kobieta   po   krótkiej 

pauzie.

– Nie wiem.
– Więc domyślasz się, podejrzewasz… Inaczej nie lękałbyś 

się o mnie. Powiedz. Proszę cię!

– Nic powiedzieć nie mogę. Nie wiem. Ale na Boga, marzę, 

abyś wyjechała.

– Nie   wyjadę,   kochany,   zostanę!   Czuję,   że   tak   trzeba. 

Zostanę przy tobie na dobrą czy złą dolę… głos załamał się jej 
nagle. – Tyle że ze mną dola musi być zła, najgorsza.

– Pat! Co ty pleciesz, u Boga Ojca?
– Przynoszę pecha. To miałam na myśli. Przynoszę pecha 

każdemu, z kim się zetknę.

– Moje   kochane,   najdroższe   głupiątko!   Mnie   pecha   nie 

przyniosłaś.   Zastanów   się,   skarbie!   Niedługo   po   naszym 
ślubie stary wezwał mnie do kraju, zaproponował zgodę.

– Tak.   Ale   co   się   stało,   kiedy   wylądowałeś   w   Anglii?   Ja 

przyniosłam ci pecha, jak wszystkim.

background image

– Pat!   Najdroższa!   Nabiłaś   sobie   główkę   przesądami, 

zabobonami, bredniami.

– Nic podobnego. Są ludzie, którzy przynoszą nieszczęście. 

Ja do takich należę.

Lance ujął żonę za ramiona, potrząsnął mocno.
– Jesteś   moją   miłością,   Pat!   zawołał.  –  Życie   z   tobą   to 

szczęście   największe   w   świecie.   Lepiej   tym   nabij   sobie 
niemądrą   główkę.   –Uspokoił   się   nieco   i   ciągnął   mniej 
wzburzonym   tonem:   –   Ale   mówiąc   poważnie,   Pat,   bądź 
ostrożna, bardzo ostrożna. Jeżeli w domu grasuje szaleniec, 
nie chcę,  żebyś  ty dostała postrzał czy też  wypiła  napar  z 
blekotu.

– Napar z blekotu?
– Mniejsza z tym. Kiedy mnie nie ma, trzymaj się tej starej… 

jakże jej tam?…  Panny Marple. Jak myślisz, czemu  ciocia 
Effie zaprosiła ją tutaj?

– Bogu tylko wiadomo, czemu ciocia Effie coś robi. Lance, 

jak długo tu zostaniemy?

Młody człowiek wzruszył ramionami.
– Trudno przewidzieć.
– Chyba nie jesteśmy najmilej widziani, prawda? – podjęła 

Pat   z   wahaniem.   –   Domek   pod   Cisami   należy   teraz   do 
twojego   brata,   a   on   nie   pragnie,   zdaje   się,   naszego 
towarzystwa.

– Z pewnością nie pragnie – parsknął śmiechem Lance.  – 

Ale do czasu musi nas tolerować.

– A   później,   Lance?   Co   będziemy   robić?   Wrócimy   do 

Afryki Wschodniej?

– Chciałabyś wrócić, Pat? Z zapałem przytaknęła.

background image

– Świetnie się składa, bo i ja o tym myślę. Nie odpowiada 

mi dzisiejsza Anglia.

– Cudownie!   –   zawołała   Pal   z   rozjaśnioną   twarzą.   –   A 

wczoraj,   kiedy   słuchałam   tego,   co   mówiłeś,   sądziłam,   że 
chcesz zostać na stałe.

Szatański błysk pojawił się w oczach Lancelota Fortescue.
– O naszych planach ani słowa nikomu. Rozumiesz? Mam 

zamiar przydusić trochę braciszka Parcivala.

– Ach, Lance! Bądź ostrożny.
– Będę ostrożny, najdroższa. Ale nie widzę racji, dla których 

stary Percy miałby zagarnąć wszystko.

Panna Marple siedziała w przestronnym salonie i słuchała 

wynurzeń pani Parcivalowej Fortescue. Z lekko pochyloną w 
bok głową przypominała życzliwie usposobioną kakadu. Nie 
pasowała   do   tego   salonu.   Jej   szczupła   postać   stanowiła 
jaskrawy kontrast z kolosalną sofą usianą różnokolorowymi 
poduszkami.   Panna   Marple   siedziała   prosto,   gdyż   w 
młodości   nosiła   gorset,   a  jeszcze  dawniej  napominano   ją 
wciąż,   by   się   nie   garbiła.   Opodal   Jennifer   w   efektownej 
żałobie   zajmowała   ogromny   fotel   i   paplała   z   szybkością 
karabinu maszynowego. „Zupełnie jak biedna pani Emmett, 
żona   dyrektora   banku”   –myślała   panna   Marple, 
przypominając sobie wizytę pani Emmett, która przyszła raz 
do   niej,   aby   omówić   przygotowania   do   kiermaszu 
dobroczynnego i najbardziej nieoczekiwanie zaczęła  gadać, 
gadać,   gadać…   W   Saint   Mary   Mead   pani   Emmett 
zajmowała wyjątkowo drażliwą pozycję. Nie dostała się do 
starej   gwardii   zubożałych   dam   z   towarzystwa,   które 

background image

mieszkały w schludnych domkach niedaleko kościoła i na 
pamięć   znały   koligacje   ziemiańskich   rodzin   w   całym 
hrabstwie,   jakkolwiek   same   do   ziemiaństwa   nie   należały. 
Pan   Emmett,   dyrektor   banku,   niewątpliwie   popełnił 
mezalians,   w   rezultacie   więc   jego   żona   była   straszliwie 
osamotniona, bo oczywiście nie mogła pospolitować się w 
towarzystwie   kupieckim   czy   rzemieślniczym.   Snobizm 
podniósł ohydną głowę i skazał panią Emmett na trwałą i 
kompletną izolację. Potrzeba mówienia wzbierała w niej i 
właśnie   tamtego   dnia   zerwała   tamy,   aby   zagrozić   pannie 
Marple  groźną   powodzią   słów.   Współczuła   wówczas   pani 
Emmett, obecnie zaś żal jej było trochę pani Parcivalowej 
Fortescue.

Jennifer długo gromadziła rozmaite urazy i kompleksy, więc 

przewietrzenie   ich   wobec   osoby   mało   znajomej   musiało 
stanowić nie lada ulgę.

– Ma   się   rozumieć,   proszę   pani   mówiła   szybko   –   nie 

chciałam biadolić i nie biadoliłam. Ja nie z takich, proszę 
pani. Zawsze byłam zdania, że człowiek musi godzić się z 
rzeczywistością.   Czego   nie   można   zmienić,   trzeba   to 
wytrzymać, no nie? Słowa nigdy nikomu nie pisnęłam. Bo i z 
kim miałabym rozmawiać? Osamotniona tu jestem, proszę 
pani,   strasznie   osamotniona.   Pewnie,   że   apartament   w 
Domku pod Cisami to na swój sposób wygoda, no i wielka 
oszczędność. Ale przyzna chyba pani, że we własnym domu 
mielibyśmy całkiem inną sytuację. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple przyznała.
– Na szczęście nasz nowy dom jest już prawic gotów. Trzeba 

tylko   pozbyć   się  malarzy   i   tapicerów.   Marudzą   okropnie, 

background image

proszę pani. Mojemu mężowi, naturalnie, nic nie szkodzi 
mieszkanie tutaj. Jest nawet zadowolony, bo mu wygodnie. 
Ale dla mężczyzny to inna sprawa. Ciągle powtarzam, dla 
mężczyzny to całkiem inna sprawa. Przyzna pani, no nie?

Panna Marple znów przyznała.
– Widzi pani ciągnęła Jennifer mój mąż całe dni spędza w 

Londynie.   Do   domu   wraca   zmęczony.   Chciałby   tylko 
siedzieć spokojnie i czytać. A ja? Od rana do wieczora jestem 
tu   sama,   bez   żadnego   towarzystwa,   absolutnie   żadnego. 
Rzecz   jasna,   mam   wszelki   komfort,   wystawną   kuchnię 
domową… Ale co z tego? Jedno, czego człowiek naprawdę 
szuka,  to  przyjemne   kółko  znajomych.   A  nasi  sąsiedzi  to 
ludzie nie w moim guście. Rozumie pani? Jacyś zwariowani 
brydżyści z fumami. Brydż to dobra rzecz. Sama nic nie mam 
przeciw kilku roberkom od czasu do czasu. Ale oni grają 
strasznie   wysoko,   a   piją   przy   tym   niczym   gąbki!   Jak 
powiedziałam,   to   ludzie   wcale   nie   w   moim   guście.   No   i 
naturalnie   jest   cała   gromada…   Jak   by   to   powiedzieć?… 
Starych grzybów, co po całych dniach grzebią się w ziemi i 
przycinają krzewy.

Panna   Marple   zawstydziła   się   trochę,   gdyż   sama   była 

zamiłowaną ogrodniczką.

– Nie chciałabym mówić źle o zmarłych paplała dalej pani 

Valowa   –  ale pan  Fortescue,   znaczy  się  mój  teść.  bardzo 
niemądrze   wybrał   drugą   żonę.   Moja…   cóż,   muszę 
powiedzieć, moja teściowa była w tych samych latach, co ja. 
No i co? Wariowała na punkcie chłopów. Tak, proszę pani! 
Wariowała   na   punkcie   chłopów.   No   i   jak   szastała 
pieniędzmi! Ale teść miał znów kompletnego  fioła na jej 

background image

punkcie.   Nawet   nie   sprawdzał   rachunków,   proszę   sobie 
wyobrazić! Strasznie to irytowało mojego męża. No, proszę 
pani, Percy jest bardzo wrażliwy na sprawy finansowe. Nie 
cierpi   marnotrawstwa,   rozrzutności.   Ale   to   nie   wszystko, 
proszę pani! Pan Fortescue zachowywał się ostatnio dziwnie, 
ciągle był zły, czasami okropnie wybuchał, robił awantury. 
No   i   sam   marnował   pieniądze   na   jakieś   zwariowane 
spekulacje, takie rzeczy. Wcale nie było przyjemnie, proszę 
pani.

– To musiało irytować pani małżonka odważyła się wtrącić 

panna Marple.

– A   pewnie!   Pewnie!   Cały   ostatni   rok   Percy   był   wciąż 

zirytowany. No i przygnębiony. Zupełnie się zmienił, proszę 
sobie wyobrazić, w stosunku do mnie. Zdarzało się, proszę 
pani, że mówię do niego i mówię, a on nic nie odpowiada. 
Jennifer   westchnęła   i   zaczęła   znów   trzepać:   –   Albo   moja 
szwagierka,   Elaine.   Także   osoba   dziwna,   nie   do   rzeczy
Nigdy   nie   ma   jej   w   domu,  a   do   mnie   odnosi   się,   nie 
powiem, że niechętnie,  ale całkiem bez zrozumienia. Nie 
można jej wyciągnąć do Londynu po sprawunki ani na jakiś 
film.   Ba!   Nawet   stroje   nic   ją   nie   obchodzą!   –   Pani 
Parcivalowa   westchnęła   raz   jeszcze   i   opamiętała   się 
widocznie, gdyż podjęła na inną nutę: Naturalnie nie chcę 
się skarżyć. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Pewno dziwi się 
pani, że tak otwarcie rozmawiam z osobą mało znajomą. Ale, 
widzi   pani,   przy   takim   ciągłym   napięciu,   po   takim 
wstrząsie…   Naturalnie!   Podziałał   wstrząs,   że   tak   powiem, 
wstrząs z opóźnieniem. Od rana byłam taka rozstrojona, że 
musiałam   z   kimś   pogadać.   Pani   przypomniała   mi   jedną 

background image

kochaną staruszkę, pannę Trefusis James. Biedactwo. Miała 
siedemdziesiąt   pięć   lat,   kiedy   złamała   kość   udową. 
Okropnie   długo   ją   pielęgnowałam,   więc   zdążyłyśmy   się 
zaprzyjaźnić.   Kiedy   odchodziłam,   dostałam   od   niej 
pelerynkę z lisów. Przyzna pani, że panna Trefusis James 
postąpiła bardzo ładnie.

– Nie dziwi mnie pani szczerość i doskonale rozumiem, jak 

się   pani   tu   czuje   –   powiedziała   panna   Marple   zgodnie   z 
prawdą.

Bez wątpienia żona znudziła się Parcivalowi Fortescue, więc 

przestał   zwracać   na   nią   uwagę,   a   biedna   Jennifer   nie 
potrafiła   nawiązać   lokalnych   znajomości.   Była   również 
znudzona, bo wyjazdy do Londynu, stroje, kino, mieszkanie 
w   luksusowym   domu   –   wszystko   to   nie   mogło   zastąpić 
ludzkiej nuty w stosunkach z. rodziną męża.

– Nie   urażę   chyba   pani   odezwała   się   panna   Marple   z 

kurtuazją osoby w podeszłym wieku jeżeli powiem, że moim 
zdaniem,   nieboszczyk   Rex   Fortescue   nic   należał   do 
najsympatyczniejszych ludzi.

– Pewno, że nie należał, zgodziłla się skwapliwie Jennifer. – 

A tak naprawdę, między nami, droga pani, to był wstrętny 
dziadyga. Wstyd przyznać, ale wcale się nie dziwię, że ktoś go 
sprzątnął.

– Nie domyśla się pani… zaczęła starsza dama i urwała. – 

Zapewne to pytanie bardzo nie na miejscu… Ale czy nie 
nasuwają się pani bodaj najbłahsze podejrzenia?…

– Myślę, ze Crump to zrobił. Antypatyczny fagas! Mnie nie 

podobał   się   od   początku.   Może   pan   Fortescue   czymś   go 
uraził, a że to pijak, niby Crump, mogło mu coś strzelić do 

background image

głowy. Zresztą uważam, że Crump jest nienormalny jak len 
kamerdyner  czy lokaj, co  zaczął ganiać po całym domu i 
strzelać do kazdego, kto się nawinął. Naturalnie, mówiąc 
całkiem szczerze, byłam przekonana, święcie przekonana, że 
Adela załatwiła starego. No, ale sama się przecież nie otruła! 
Może   chciała   oskarżyć   Crumpa,   a   on   coś   zwietrzył,   więc 
zaprawił trucizną kanapki. Gladys mogła to spostrzec, wobec 
czego   jej   się   także   pozbył.   Niebezpiecznie   mieszkać   pod 
jednym   dachem   z   takim   człowiekiem!   Mój   Boże! 
Wyjechałabym   stąd   każdej   chwili,   tylko   z   pewnością   ci 
okropni policjanci nikomu na to nie pozwolą. – Jennifer 
przysunęła   się   do   panny   Marple   i   dodała 
konfidencjonalnym   szeptem:   –   Nieraz   wydaje   mi   się,   że 
muszę stąd zniknąć, że… że jeżeli prędko nie będzie z tym 
końca,   to…   to   ucieknę…   –   wyprostowała   się,   spojrzała 
badawczo   w   twarz   starszej   damy.   –   Ale   postąpiłabym 
niemądrze, prawda?

– W   każdym   razie   nie   najrozumniej   –   przyznała   panna 

Marple. – Zresztą policja prędko odszukałaby panią.

– Myśli pani? Czy policja jest taka zaradna?
– Niedocenianie   policji   to   wielki   błąd   –   odparła   panna 

Marple. –Inspektor Neele robi wrażenie człowieka bardzo 
inteligentnego.

– Naprawdę? A mnie wydał się strasznie głupi! – zawołała 

Jennifer i, kiedy panna Marple przecząco pokręciła głową, 
dodała   innym   tonem:   –   Tak   czy   inaczej   wciąż   myślę…   i 
myślę, że niebezpiecznie tu siedzieć.

– Dla pani niebezpiecznie?
– Dla mnie?… –  pani Valowa zawahała się na moment. – 

background image

Dla mnie?… No… tak.

– Z jakiegoś konkretnego powodu?
– Nie…  Ach,  nie!   Przecież   nic  nie  wiem.  Co   mogłabym 

wiedzieć?   Chodzi   o   to,   że…   Taka   jestem   rozstrojona. 
Rozumie pani? – Ten Crump…

Panna Marple obserwowała drżące nerwowo ręce młodej 

kobiety i umacniała się w przekonaniu, że nie o Crumpa 
chodzi. Odnosiła wrażenie, iż Jennifer jest czymś naprawdę 
wystraszona.

background image

XXII

Zapadał   zmierzch,   więc   panna   Marple   przeniosła   się   ze 

swoją   robotą   na   drutach   pod   oszklone   drzwi   biblioteki. 
Sadowiąc   się   tam   zobaczyła   Pat,   która   spacerowała   po 
tarasie. Starsza pani uchyliła drzwi, aby zawołać:

– Pozwoli pani tutaj, moja droga. Stanowczo jest za zimno i 

za wilgotno na takie przechadzki bez płaszcza.

Pat   weszła   do   pokoju,   zamknęła   oszklone   drzwi   i 

przekręciwszy wyłącznik zapaliła dwie z licznych lamp.

– Rzeczywiście   –   powiedziała.   –   Pogoda   nie   dopisuje.   – 

Usiadła   na   kanapie   obok   starszej   pani   i   spojrzała   na   jej 
robótkę. – Co to będzie?

– Kaftanik dla niemowlęcia. Widzi pani, taka rzecz przyda 

się   każdej   młodej   matce.   Kaftaników   nigdy   nie   za   wiele. 
Drugi rozmiar. Zawsze robię drugi rozmiar, bo maleństwa 
prędko wyrastają z pierwszego.

Pat wyciągnęła długie nogi w kierunku ognia.
– Miło tu dzisiaj – podjęła. – Kominek, nastrojowe światło, 

pani   robi   na   drutach   kaftanik   dla   niemowlęcia.   Po 
domowemu, przytulnie, jak powinno być w starej Anglii.

– I   tak   jest   w   Anglii,   moja   droga   –   podchwyciła   panna 

Marple. Niewiele znajdzie pani u nas Domków pod Cisami.

– To   dobrze,   proszę   pani,   bo   tutaj   nigdy   chyba   nie 

mieszkało szczęście i nikt nie był naprawdę szczęśliwy… Tak 
mi się zdaje, chociaż oni mieli i mają moc rozmaitych rzeczy 

background image

i wydają masę pieniędzy.

– Słusznie. Nie nazwałabym tego domu szczęśliwym.
– Może najlepiej czuła się Adela – ciągnęła Pat. – Nigdy jej 

nic   widziałam,   więc   naturalnie   pewna   nie   jestem.   Ale 
Jennifer   jest   z   pewnością   nieszczęśliwa,   a   Elaine   z   siebie 
wychodzi, aby zdobyć młodego mężczyznę, chociaż w głębi 
serca zdaje sobie sprawę, że on wcale o nią nie dba. Ach! Jak 
chciałabym stąd wreszcie uciec! – Pat uśmiechnęła się nagle. 
–   Wie   pani,   co   Lance   powiedział?   Kazał   mi   trzymać   się 
blisko pani, dla bezpieczeństwa.

– Pani mąż, moja droga, nie jest głupi – odpowiedziała z 

uśmiechem starsza pani.

– Ma się rozumieć! Lance nie jest głupi. Ale chciałabym 

wiedzieć, czemu właściwie boi się o mnie. Jedno jest pewne. 
Ktoś obłąkany mieszka pod tym dachem, a obłęd zawsze jest 
groźny, musi być groźny. Trudno przestawić się na sposób 
myślenia szaleńca, więc nie wiadomo nigdy, co może zrobić.

– Biedne dziecko westchnęła panna Marple.
– Cóż, o mnie nic trzeba się martwić, proszę pani. Nic mi 

nie będzie. Zdążyłam zahartować się przez tyle czasu.

– Dużo   spotkało   panią   złego,   prawda,   moja   droga?   – 

zapytała tonem współczucia starsza dania.

– Miałam   i   dobre   czasy,   proszę   pani   ożywiła   się   Pat.   – 

Cudowne dzieciństwo w Irlandii. Konie, psy. polowania i 
wielki, pusty dom pełen przeciągów i słońca. Szczęśliwych lat 
dziecinnych nikt nie zdoła odebrać… –zrobiła krótką pauzę. 
Dopiero później, kiedy dorosłam, wszystko się odwróciło. 
Pierwsze nieszczęście, proszę pani, to naturalnie wojna.

– Pani mąż byt lotnikiem? Pilotem myśliwca, prawda?

background image

– Tak. został zestrzelony w niespełna miesiąc po ślubie – 

Pat zapatrzyła się w ogień na kominku z początku chciałam 
też umrzeć! Myślałam, że niesprawiedliwie dotknęła mnie 
okrutna   krzywda.   Później…   Stopniowo   zaczęłam   sobie 
uprzytamniać, że stało się zapewne najlepiej, jak mogło. Don 
był wspaniałym człowiekiem wojny. Odważny do szaleństwa, 
beztroski,   wesoły.   Miał   wszystkie   cechy   charakteru 
potrzebne, nieocenione podczas walki. Nie sądzę jednak, by 
pokój   mógł   mu   odpowiadać.   Miał   w   sobie…   Jak   by   to 
określić?… Miał nieokiełznaną arogancję. Nie potrafiłby się 
ustatkować,   nagiąć   do   zwyczajnego   życia.   Musiałby 
przeciwko czemuś walczyć. Był człowiekiem… powiedzmy, 
na specyficzny sposób aspołecznym.

– Fakt,  że dostrzega to pani, moja droga, świadczy o nie 

lada rozsądku. – Panna Marple pochyliła się nad robótką, 
przez pewien czas liczyła oczka, wreszcie zapytała: – A drugi 
mąż?

– Freddy? Zastrzelił się.
– Mój Boże! Tragiczna śmierć… – westchnęła starsza dama.
– Dobrze nam z sobą było – podjęła Pat. – Po mniej więcej 

dwu   latach   małżeństwa   zaczęłam   uświadamiać   sobie,   że 
Freddy… no, że nie zawsze jest w porządku. Widziałam to i 
owo, ale podejrzane sprawy nie miały wpływu na stosunki 
między   nami.   Kochał   mnie   i   ja   go   kochałam.   Nic   nie 
mówiłam   i   to   było   pewno   tchórzostwo.   Ale   człowieka 
trudno zmienić, prawda?

– Prawda   –   przyznała   panna   Marple.   człowieka   trudno 

zmienić.

– Myślałam,   ze   spotkałam   go,   pokochałam,   poślubiłam 

background image

takim, jakim był, i z tym należy się liczyć… Ostatecznie nie 
dopisało mu szczęście, załamał się i odebrał sobie życie. Po 
jego   śmierci   wyjechałam   do   Kenii,   aby   zamieszkać   u 
przyjaciół. Nie potrafiłabym zostać w Anglii, spotykać wciąż 
ludzi,   którzy…   którzy   o   wszystkim   wiedzą.   W   Kenii 
spotkałam Lance’a…

Pat umilkła i chociaż twarz jej pojaśniała, nadal uparcie 

wpatrywała się w ogień. Wreszcie spojrzała na starszą damę.

– Proszę powiedzieć szczerze, co pani sądzi o Parcivalu? – 

zapytała.

– Cóż,  mało  go  widuję…   Właściwie  spotykamy  się tylko 

przy śniadaniach. Myślę, że moja obecność tutaj niezbyt mu 
odpowiada.

Młoda kobieta roześmiała się nieoczekiwanie.
– Właśnie! To skąpiec rozkochany w pieniądzach. Lance 

twierdzi, że jego brat od dziecka był taki. Teraz sprawdza 
rachunki   domowe   panny   Dove.   Biada   nad   każdym 
wydatkiem. Ale panna Dove i tak zawsze postawi na swoim. 
To osoba godna podziwu… Nie sądzi pani?

– Tak. Podzielam pani zdanie, moja droga. Panna Dove 

przypomina mi panią Latimer z mojego miasteczka, Saint 
Mary   Mead.   Pani   Latimer   prowadziła   Społeczną   Służbę 
Kobiet,   opiekowała   się   skautkami,   praktycznie   biorąc, 
wszystko było na jej głowie. Dopiero po pięciu latach wyszło 
na jaw… Mniejsza z. tym. Nie będę robiła plotek. Trudno o 
większego nudziarza niż ktoś, kto opowiada o miejscach i 
osobach kompletnie nie znanych słuchaczom.

– Czy Saint Mary Mead to sympatyczne miasteczko?
– Nie wiem, moja droga,  co nazywa pani sympatycznym 

background image

miasteczkiem.   Saint   Mary   Mead   jest   ładne,   malownicze. 
Mieszka tam trochę ludzi wyjątkowo sympatycznych, a także 
trochę   wyjątkowo   antypatycznych.   W   moim   miasteczku 
dzieje się wiele rzeczy bardzo interesujących, jak w każdym 
innym miasteczku. Natura ludzka, moja droga, jest wszędzie 
mniej więcej jednakowa.

– Pani   często   odwiedza   pannę   Ramsbottom,   dużo   z   nią 

rozmawia. Ja się jej boję.

– Czemu, moja droga?
– Myślę, że nie jest zupełnie normalna. Cierpi na manię 

religijną.   Ale..   Jak   pani   sądzi?   Chyba   to   nie   prawdziwy 
obłęd?

– Obłęd? W jakim sensie?
– Dobrze   pani   rozumie,   co   mam   na   myśli.   Panna 

Ramsbottom   przesiaduje   wciąż   w   swoim   pokoju,   nie 
spotyka   się   z   nikim,   rozmyśla   o   grzechu…   –   Mogłaby 
wmówić sobie, że sprawowanie sądów to misja jej życia.

– Czy to domysły pani męża?
– Nie wiem, proszę pani, czego Lance domyśla się lub nie 

domyśla.   Mnie   nic   nie   mówi.   Ale   z   pewnością   jest 
przekonany, że mordercą jest ktoś szalony i to kłoś z jego 
rodziny. Cóż,  Parcival sprawia wrażenie aż za normalnego. 
Jennifcr   jest   głupia   i   nienaturalna;   boi   się   sama   nie   wie 
czego i na tym koniec. A Elaine… Mój Boże! To dziewczyna 
o   bujnym   temperamencie   mimo   pozorów   skupienia   i 
chłodu. Kocha się bez pamięci i za nic nie przyzna, nawet 
przed samą sobą, że ten wybrany chce się z nią ożenić tylko 
dla pieniędzy.

– Tak pani sądzi?

background image

– Oczywiście. A pani?
– Nie potrafię ocenić tego przypadku, lecz znam podobny. 

Młody   Ellis   ożenił   się   z   Marion   Bales.córką   bardzo 
zamożnego kupca branży żelaznej. To była bardzo nieładna 
dziewczyna   i   zakochana   w   nim   nieprzytomnie.   I   co? 
Małżeństwo okazało się zupełnie udane. Ktoś typu Ellisa czy 
tego Geralda Wrighta potrafił być naprawdę nieprzyjemny, 
jeżeli z  miłości  ożeni  się z panną bez  posagu.  Jest  zły na 
siebie, że zrobił podobne głupstwo, tak zły, że w rezultacie 
odgrywa się na żonie. Ale dziewczynę zamożną z domu ktoś 
taki szanuje i po ślubie.

– Nie   wyobrażam   sobie…   Pat   urwała   na   moment, 

zmarszczyła czoło. – Nie rozumiem, juk mógłby zrobić to 
ktoś z zewnątrz. Temu właśnie trzeba przypisać atmosferę w 
Domku pod Cisami. Wszyscy śledzą pilnie wszystkich. Jeżeli 
zajdzie coś nowego…

– Nie   będzie   więcej   nagłych   śmierci   przerwała   panna 

Marple – a przynajmniej sądzę, że być ich nie powinno.

– Trudno o pewność w podobnej sytuacji…
– Otwarcie mówiąc, jestem prawie pewna. On osiągnął już 

cel. – On?

– Równie dobrze mogłabym powiedzieć „ona”… To tylko 

sposób mówienia.

– Cel? Jaki?
Panna Marple bezradnie rozłożyła ręce, gdyż sama nie była 

jeszcze zupełnie pewna.

background image

XXIII

Jeszcze   raz   panna   Somers   naparzała   herbatę   w   pokoju 

maszynistek.   Jeszcze   raz   nalała   do   imbryka   niezupełnie 
wrzącej   wody.   Powtórzyła   się   historia.   Panna   Griffith 
pomyślała   przyjmując   filiżankę   z   rąk   podwładnej:   „Słowo 
daję!   Pomówię   o   niej   z   panem   Parcivalem.   Z   pewnością 
znajdziemy   kogoś   lepszego.   Ale   w   trakcie   tej   potwornej 
historii   trudno   zawracać   mu   głowę   drobiazgami 
administracyjnymi”.

Panna   Griffith   rzuciła   cierpko   zdanie   wielekroć 

powtarzane uprzednio:

– Woda znów nie zagotowana, Somers!
Skarcona poróżowiała lekko i wygłosiła tradycyjną formułę:
– Mój Boże! A ja myślałam, że tym razem zagotowała się na 

pewno.

Dalszy rozwój utartych wydarzeń zakłóciło nagłe przybycie 

Lancelota   Fortescue,   który   wszedł   do   pokoju   i   nie   bez 
zakłopotania rozejrzał się dokoła. Panna Griffith poderwała 
się raptownie, by wybiec na jego spotkanie.

– Pan Lance! zawołała.
Gość spojrzał na nią z. ujmującym uśmiechem.
– O! Panna Griffith.
Kierowniczka hali maszyn była zachwycona. Po jedenastu 

latach pan Lance pamiętał jej nazwisko!

– To   dziwne,   że…   że   przypomina   mnie   pan   sobie   – 

background image

odpowiedziała z wahaniem.

– Naturalnie, że przypominam sobie panią – odpowiedział 

Lancelot   swobodnie   i   z   całym   charakteryzującym   go 
wdziękiem.

W pokoju maszynistek zapanował nastrój podniecenia. W 

niepamięć poszły herbaciane niepowodzenia panny Somers. 
Winowajczyni   z   rozchylonymi   ustami   gapiła   się   na 
niezwykłego   przybysza.   Panna   Bell   zerkała   ku   niemu 
ukradkiem znad wałka maszyny do pisania.

Panna Chase dyskretnie dobyła z szuflady kosmetyczkę i 

upudrowała nos. Lance ponownie rozejrzał się dokoła.

– Wszystko tu jak dawniej – powiedział.
– Istotnie,  proszę pana  – podchwyciła  panna  Griffith.  – 

Niewiele zmian. Doskonale pan wygląda i jaki opalony! Z 
pewnością   miał   pan   bardzo   interesujące   życie   w   tamtych 
dalekich krajach.

– Zapewne, panno Griffith, zapewne… Ale teraz spróbuję 

chyba interesującego życia w Londynie.

– Wróci pan do firmy?
– Być może.
– Ach! Cóż za miła wiadomość!
– Czy ja wiem? Prędko się okaże, że wszystko wywietrzało mi 

z głowy. Będzie pani musiała wtajemniczać mnie w sprawy 
biurowe od nowa.

Panna Griffith roześmiała się radośnie.
– Z wielką przyjemnością, proszę pani! Słowo daje, z wielką 

przyjemnością.

– Dziękuje, panno Griffith… Bardzo pani uprzejma.
– Nie wierzyłam nigdy… Nie myślałam rozpoczęła panna 

background image

Griffith i urwała z zakłopotaniem.

– Że diabeł taki czarny, jak go malują, co? podchwycił żywo 

Lancelot Fortescue. Sądzę, że miała pani rację. Ale nie ma 
co wracać do starych dziejów. Przyszłość się nie liczy. Mój 
brat jest w biurze?

– Tak, proszę pana. Zastanie go pan w gabinecie.
– Dziękuję.   Lance   skinął   głową   i   odszedł   swobodnym 

krokiem. W poczekalni blokującej drogę do sanktuarium 
szefa siedziała za biurkiem podstarzała kobieta o surowym 
wyrazie twarzy. Na widok Lancelota wstała i rzuciła groźnie:

– Pańskie nazwisko? W jakiej sprawie? Gość spojrzał na mą 

ze zdumieniem.

– Czy… Czy panna Crosvenor? zapytał.
Słyszał,   że   panna   Grosvenor   jest   efektowną   blondynką. 

Widział   jej   zdjęcia,   zamieszczone   w   prasie   z   okazji 
dochodzenia   w   sprawie   nagłego   zgonu   Reksa   Fortescue. 
Nie! To nie może być ona.

– Panna   Grosvenor   odeszła   w   ubiegłym   tygodniu. 

Nazywam się Hardcastle. Jestem sekretarką osobistą pana 
Parcivala Fortescue.

„Stary   Percy!   Poczciwy,   stary   Percy   w   każdym   calu!   – 

pomyślał Lance. – Pozbył się efektownej blondynki i na jej 
miejsce przyjął tego smoka. Sądził, że tak będzie bezpieczniej 
i z pewnością taniej”.

– Moje   nazwisko   Lancelot   Fortescue   –   odpowiedział 

gładko.

– Aa… Bardzo przepraszam zmieniła ton pani Hardcastle. – 

Pan… pan pierwszy raz w naszym biurze?

– Pierwszy, ale prawdopodobnie nie ostatni – uśmiechnął 

background image

się Lance.

Pchnął drzwi gabinetu i ku niemałemu zdziwieniu zobaczył, 

że za biurkiem urzęduje nie Parcival, lecz inspektor Neele. 
Detektyw podniósł wzrok znad ogromnego stosu papierów, 
które przeglądał, i uprzejmie skinął głową.

– Dzień dobry panu – powiedział. – Przyszedł pan zapewne, 

aby rozpocząć pracę?

– Co? Wie pan już, ze mam zamiar wrócić do firmy?
– Tak. Od pańskiego brata. Mówił mi o tym.
– Mówił panu? Z entuzjazmem?
– Entuzjazmu   me   zauważyłem   –   odparł   poważnie   Neele 

maskując uśmiech.

– Biedny stary Percy – westchnął Lance.
– Naprawdę   chce   pan   stać   się   człowiekiem   interesu?   – 

Detektyw spojrzał nań bystro.

– Nie wierzy pan w taką odmianę?
– Czy ja wiem? Jakoś do pana nie pasuje.
– Dlaczego? Jestem synem swojego ojca.
– Ale i matki dodał Neele.
– Źle pan trafił, inspektorze. Moja matka była romantyczką 

wiktoriańskiego typu. Jej ulubioną lekturę stanowiły „Idylle 
królewskie”,   co   wywnioskował   pan   zapewne   z   naszych 
imion.   Wciąż   chorowała   i,   jak   mi   się   zdaje,   żyła   poza 
granicami   świata   realnego.   Ja   nie   przypominam   jej   w 
niczym.   Jesieni   ogołocony   z.   sentymentalizmu. 
Romantyczność  słabo  do  mnie przemawia.  Życie   traktuję 
realistycznie, czysto realistycznie, inspektorze.

– Nie każdy jest taki, jak sobie wyobraża – bąknął Neele.
– To   święta   prawda   przyznał   Lance.   Usiadł   w   fotelu, 

background image

wyciągnął swobodnie długie nogi, uśmiechnął się do siebie i 
nieoczekiwanie   rzucił:   –   Jest   pan   bystrzejszy   niż   mój 
braciszek, inspektorze.

– Pod jakim względem, proszę pana?
– Percy’ego nakręciłem tak, jak mi się podobało. On wierzy 

w moje londyńskie plany. Obawia się, że będę mącił mu 
wodę,   leniuchował,   trwonił   firmową   forsę,   wciągał   go   w 
jakieś fantastyczne spekulacje. Prawie opłacałoby się to dla 
samej   rozrywki!  Prawie,  inspektorze,  ale  niezupełnie.   Nie 
wytrzymałbym długo w biurze. Brakowałoby mi przestrzeni, 
powietrza, przygody. Udusiłbym się w takiej atmosferze. – 
Umilkł na moment i dodał żywo: – Ale to wszystko poza 
protokołem. Nie zdradzi mnie pan wobec Vala, prawda?

– Nie sądzę, proszę pana, by ta kwestia mogła powstać w 

trakcie dochodzenia.

– Widzi   pan,   chciałbym   się   trochę   zabawić   –   podjął 

Lancelot. – Wycisnąć pot z Percy’ego, odegrać się na nim.

– Odegrać się? Za co?
Młody człowiek wzruszył ramionami.
– E, to takie dawne dzieje. Nie ma o czym mówić.
– Słyszałem coś o malej przygodzie z czekiem. Czy do tego 

pan pije?

– Inspektorze! – zawołał Lance. – Pan wie wszystko!
– Podobno w grę wchodziła sprawa sądowa – powiedział 

detektyw. – Pański ojciec był temu przeciwny.

– Tak. Po prostu dał mi kopniaku odrzekł młody człowiek. 

Przez pewien czas Neele spoglądał nań z zainteresowaniem, 
lecz myślał o Parcivalu Fortescue, nie Lancelocie. Uczciwy, 
skrzętny   Parcival,   oszczędny   do   skąpstwa:   zagadka 

background image

wynikająca nieustannie, na każdym etapie śledztwa. Wszyscy 
zdają się znać zewnętrzne pozory Parcivala, lecz, zgłębienie 
jego   wewnętrznej   osobowości   jest   nierównie   trudniejszą 
sprawą. Z pobieżnej obserwacji należałoby wnioskować, że 
to człowiek bezbarwny, o słabym charakterze, do niedawna 
tyranizowany przez, ojca. Percy Cwaniak, jak wyraził się w 
swoim czasie naczelnik Wydziału Śledczego. Obecnie Neele 
postanowił   dowiedzieć   się   więcej   za   pośrednictwem 
Lancelota.

– Odniosłem wrażenie – podjął – że pański brat… jak to 

określić?… Żył w cieniu władzy ojca.

– Czy ja wiem? Lancelot zmarszczył czoło, zamyślił się na 

moment. – Niewątpliwie takie to sprawiało wrażenie, ale czy 
było tak rzeczywiście? Wspominam dawne czasy i podziw 
mnie ogarnia, inspektorze, że Percy umiał zawsze postawić 
na   swoim,   chociaż   pozory   wyglądały   zupełnie   inaczej. 
Rozumie pan, co mam na myśli?

– Rozumiem. To istotnie zastanawiające.
Inspektor przerzucił leżące przed nim papiery, wyłowił jakąś 

kartkę i nad blatem biurka podał Lancelotowi.

– Ten list napisał pan w sierpniu tego roku, prawda?
– Tak,   inspektorze.   Ten   list   napisałem   w   lecie,   kiedy 

wróciłem do Kenii. Ojciec go zachował. Ciekawe! Gdzie był? 
Tutaj, w biurze?

– Nie, proszę pana. Znaleziono go w Domku pod Cisami, 

pośród papierów Reksa Fortescue odparł Neele i z wyrazem 
zastanowienia spojrzał na ćwiartkę papieru leżącą na blacie 
biurka.

List był niedługi:

background image

Kochany Ojcze!
Porozumiałem   się   z   Pat   i   twoje   propozycje   przyjmuję.  

Zlikwidowanie   moich   tutejszych   spraw   potrwa   czas   pewien,  
powiedzmy,  do  końca października   lub  początku  listopada.  O  
dokładniejszym terminie przyjazdu dam Ci znać później. Mam  
nadzieje, że tym razem będziemy zgadzać się lepiej niż dawnymi  
czasy. W każdym razie ja nie pożałuję starań. To chyba wszystko.  
Ściskam Cię.

Lance

– Dokąd zaadresował pan ten list? – odezwał się inspektor 

Neele. – Tu, czy do Domku pod Cisami?

– Trudne   pytanie.   Naprawdę   nie   pamiętam.   Lance 

zmarszczył czoło, starał się odświeżyć wspomnienia. – Widzi 
pan, upłynęły blisko trzy miesiące. Chyba podałem adres 
biura…   Tak!  Z   pewnością   biura!   –   znowu   umilkł,   by   po 
chwili spytać z żywym zainteresowaniem: Czemu pyta pan o 
to, inspektorze?

– Zastanawiam się, proszę pana, dlaczego ojciec nie zostawił 

listu   tutaj,   w   teczce   zawierającej   jego   osobiste   papiery. 
Dlaczego wziął go do Domku pod Cisami, gdzie znaleziono 
go w szufladzie jego biurka?

– Dlaczego?   Lance   parsknął   śmiechem.   Żeby   Percy   nie 

wywęszył listu. Chciał go przed nim schować.

– Na   to   wygląda   przyznał   detektyw.   Wynikałoby   stąd 

jednak,   że  pański   brat   miał   dostęp   do   przechowywanych 
tutaj osobistych papierów ojca.

– Niezupełnie,   inspektorze   odparł   z   wahaniem   Lance.   – 

background image

Podejrzewam, że Percy mógł zajrzeć do tych papierów, kiedy 
mu się podobało, chociaż… chociaż…

– Ojciec nie brał tego poił uwagę – dokończył zdanie Neele.
– Właśnie!   –   uśmiechnął   się   Lancelot.   –   Innymi   słowy, 

byłoby to szpiclowanie. Ale Percy urodził się szpiclem.

Inspektor   przytaknął   skinieniem   głowy.   Nie   wątpił,   że 

Percy mógł urodzić się szpiclem. Pasowało to do znanych 
mu już cech charakteru pana Parcivala Fortescue.

– O wilku mowa, a wilk tu – rzekł cicho Lance.
W tym momencie drzwi otwarły się i do gabinetu wkroczył 

Parcival. Chciał powiedzieć coś inspektorowi, otworzył usta, 
lecz osłupiał na widok brata.

– Ty tutaj? – odezwał się po chwili. – Nie mówiłeś o takim 

planie na dzisiaj.

– Uległem   niespodziewanemu   zapałowi   do   pracy   i   oto 

jestem! Na co mógłbym się przydać? Co dasz mi do roboty?

– Na razie nic odparł kwaśno Parcival. – Nic absolutnie. 

Najprzód musimy dojść do porozumienia, jakim zająłbyś się 
działem. No i należałoby znaleźć dla ciebie miejsce… pokój.

– Aha, Percy! Czemu pozbyłeś się czarującej Grosvenor i na 

jej miejsce przyjąłeś cudaka z końską gębą?

– Zbyt wiele sobie pozwalasz, Lance – obruszył się starszy 

brat. –Stanowczo zbyt wiele.

– Uważam, że to zmiana na gorsze. Okropnie byłem ciekaw 

czarującej Grosvenor. Czemu ją wylałeś? Może ciut za dużo 
wiedziała, hę?

– Także pomysł! – Blada twarz Parcivala poczerwieniała ze 

złości.   –   Proszę,   inspektorze   –   zwrócił   się   chłodno   do 
detektywa – aby nie traktował pan serio gadaniny mojego 

background image

brała. On ma specyficzny gatunek poczucia humoru. Nigdy 
nic   ceniłem   wysoko   inteligencji   panny   Grosvenor.   Pani 
Hardcastle przedstawiła doskonale referencje, pracuje bez 
zarzutu i pobiera o wiele niższą pensję.

– O wiele niższą pensję – powtórzył Lance wznosząc wzrok 

ku   sufitowi.   –   Mój   drogi,   nie   pochwalam   oszczędności 
kosztem   pracownika.   Posłuchaj!   W   ciągu   ostatnich 
tragicznych   tygodni   cały   personel   dowiódł   niezachwianej 
lojalności. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę i wszystkim 
podnieść uposażenia. Co ty na to?

– Nie! – rzucił szorstko Percy. Byłaby to łaska nie proszona i 

absolutnie zbyteczna.

Inspektor   Neele   zauważył   w   oczach   Lancelota   figlarne 

błyski, lecz Parcival był bez wątpienia zbyt wzburzony, aby to 
dostrzec.

– Zawsze   miewałeś   dziwaczne,   niedorzeczne   pomysły  – 

ciągnął   nerwowo   starszy  brat.  W  aktualnej   sytuacji  firmy 
oszczędność to nasza ostatnia nadzieja.

Detektyw odchrząknął znacząco i zwrócił się do Parcivala:
– O jednej sprawie pragnąłbym pomówić z panem.
– Słucham, inspektorze?
– Od kilku miesięcy, może od roku, zachowanie i rozmaite 

posunięcia pana Fortescue niepokoiły pana coraz bardziej, 
prawda?

– Tak… – bąknął Parcival. – Ojciec  nie czuł się dobrze. 

Stanowczo nie czuł się dobrze.

– Usiłował pan skontaktować go z lekarzem, ale nic z tego 

nie wyszło. Spotkała pana kategoryczna odmowa, prawda?

– Tak, inspektorze.

background image

– Bardzo przepraszam, ale pozwolę sobie zapytać, czy nie 

podejrzewał   pan,   że   ojciec   ma   początki   schizofrenii   o 
cechach   paranoidalnych,   że   pewne   objawy   megalomanii 
oraz   wzmożonej   pobudliwości   mogą   przerodzić   się   w 
zupełny obłęd?

Parcival zrobił zdziwioną minę.
– Bardzo   pan   bystry,   inspektorze.   Tak   właśnie 

przedstawiały się moje obawy i dlatego zależało mi bardzo na 
poddaniu ojca stosownej kuracji.

– Niewątpliwie   w   czasie   poprzedzającym   tę   kurację   pan 

Fortescue mógł narazić firmę na dotkliwe straty.

– Mógł to zrobić. Niewątpliwie – przyznał Parcival.
– Co z kolei stwarzało opłakaną sytuację, prawda?
– Oczywiście!   Nikt   nie   wyobraża   sobie   nawet,   co   ja 

przeszedłem – westchnął Parcival.

– A żalem z punktu widzenia interesów firmy, nagły zgon 

pana Reksa Fortescue to wydarzenie korzystne.

Nie   sądzi   pan   chyba,   że   śmierć   mojego   ojca   oceniam   z 

takiego punktu widzenia rzucił ostro Parcival.

– Nie chodzi mi o pańską ocenę – odparł spokojnie Neele. 

– Biorę pod uwagę suche Takty. Rex Fortescue umarł, nim 
zdążył doprowadzić swoje sprawy finansowe do kompletnej 
ruiny.

– Tak! odburknął gniewnie Parcival. – W sferze suchych 

faktów pańska opinia jest trafna.

– Reasumujcie,   śmierć   pańskiego   ojca   stanowiła 

wydarzenie korzystne dla całej rodziny, uzależnionej od tych 
spraw finansowych.

– Poniekąd…   Doprawdy   jednak,   inspektorze,   nie   mam 

background image

pojęcia, do czego pan zmierza, bo… Parcival zająknął się, 
umilkł.

– Do niczego nie zmierzam, panie Fortescue. W dalszym 

ciągu porządkuję suche fakty. Jeszcze jedno, proszę pana. 
Mówił mi pan, że z chwilą wyjazdu z Anglii obecnego tu 
pańskiego brata ustały wszelkie stosunki pomiędzy nim a 
panem.

– I to się zgadza…
– Niezupełnie, proszę pana – podchwycił Neele. – Ubiegłej 

wiosny, kiedy niepokoił pana coraz bardziej stan zdrowia 
ojca, napisał pan w tej sprawie do Afryki. Myślę, że chciał 
pan skłonić brata, by pomógł w próbach poddania pana 
Fortescue   badaniom   lekarskim   i   ubezwłasnowolnieniu   w 
razie potrzeby.

– Czy… Nie rozumiem doprawdy, w jakim  celu… wyjąkał 

Parcival.

– Tak było, prawda? – natarł detektyw.
– Cóż, sądziłem, że inaczej nie mogę postąpić… Ostatecznie 

Lance jest młodszym wspólnikiem firmy.

Inspektor Necie spojrzał na uśmiechniętego Lancelota.
– Otrzymał pan ten list?
Młody człowiek przytaknął skinieniem głowy.
– Co pan odpowiedział? Lance uśmiechnął się beztrosko.
– Odpowiedziałem,   by   Percy   odczepił   się   ode   mnie,   a 

staremu dał spokój. Napisałem, że stary prawdopodobnie 
wie, co robi i dlaczego.

Detektyw przeniósł wzrok tui starszego brała.
– Tak   przedstawiała   się   treść   listu   pana   Lancelota 

Fortescue?

background image

– Mniej   więcej…   Z   grubsza   tak…   Tyle   że   forma   była 

znacznie obraźliwsza.

– Wolałem   zaznajomić   policje   z   formą   złagodzoną 

uśmiechnął   się   Lance   i   ciągnął:  –  Otwarcie   mówiąc, 
inspektorze,   to   był   jeden   z   powodów,   dla   których 
przyjechałem   do   Anglii   po   odebraniu   listu   od   ojca. 
Chciałem osobiście sprawdzić, co się tu dzieje. Odbyłem z 
ojcem   krótką   rozmowę   i,   doprawdy,   nie   zauważyłem   nic 
szczególnego.   Stary   był   nieco   rozdrażniony,   lecz   sprawiał 
wrażenie człowieka odpowiedzialnego za swoje czyny i z całą 
pewnością   zdolnego   do   prowadzenia   własnych   spraw 
finansowych.   Tak   czy   inaczej,   po   powrocie   do   Afryki   i 
rozmowach z Pat, postanowiłem wybrać się do kraju i… Jak 
by to wyrazić?… I dopilnować uczciwej gry – zakończył Lance 
i zerknął spod oka na brata.

– Protestuję! wybuchnął Parcival. – Stanowczo protestuję 

przeciw   podobnym   insynuacjom.   Nie   chciałem 
wymanewrować ojca. Niepokoił mnie jego stan zdrowia i 
chodziło mi także…

– Chodziło   ci   także   o   własną   kieszeń,   co?   –   podchwycił 

żywo   młodszy   brat.   –   O   pieniążki   dobrego   chłopca 
Percy’ego! – Wstał i nieoczekiwanie zmienił ton. – Niech 
będzie, Percy. Mam dosyć. Chciałem przycisnąć cię trochę, 
nastraszyć, że pcham się do pracy w firmie. Udawałem, by 
dać ci po nosie, nauczyć, że nie zawsze łatwo postawisz na 
swoim. Nie myślę tutaj zostać, bo żeby być szczerym, duszno 
mi w jednym pokoju z tobą. Przez całe życie byłeś marnym, 
paskudnym   łajdaczyną.   Pasożytowałeś   na   ludziach, 
szpiclowałeś, łgałeś, knułeś drobne intrygi. Powiem więcej! 

background image

Nie   mogę   dowieść   twojej   winy,   ale   jestem   pewien,   że   ty 
podrobiłeś   czek,   który   wywołał   całą   chryję. 
Wykombinowałeś to, by się mnie pozbyć, Fałszerstwo było 
dziwnie nieudolne:   na  pierwszy rzut oka  wielkim głosem 
dawało znać o sobie. Ja miałem wtedy zabazgraną opinie. 
Nic   mogło   być   mowy   o   skutecznej   obronie.   Ale   dziwiło 
mnie jedno: czemu stary nie zwietrzył, że gdybym ja chciał 
podrobić   jego   podpis,   załatwiłbym   to   dużo   sprawniej.   – 
Lancelot umilkł na chwile, by zacząć znowu podniesionym 
głosem:   –   Co   dalej,   Percy?   Nie   myślę   przeciągać   głupiej 
zabawy.   Znudziła   mnie   śmiertelnie   Anglia   i   londyńskie 
mgły. Mam wyżej uszu podobnych tobie małych ludzików w 
sztuczkowych   spodniach   i   czarnych   marynarkach.   Mam 
wyżej   uszu   ich   drobnych   matactw   i   szwindli,   obłudy, 
ugrzecznionych słówek. Rozliczymy się, jak proponowałeś, i 
ucieknę   z   Pat   do   innego   kraju,   gilzie   nie   brak   miejsca   i 
swobodnego   oddechu.   Sam   przeprowadzisz   podział 
aktywów   i   papierów   wartościowych.   Możesz   zatrzymać 
murowanie   pewne,   nisko   oprocentowane   walory.   Mnie 
odpowiadam   bardziej   najświeższe   nabytki   ojca,   akcje 
fantastycznie spekulacyjne, jak je nazywasz. Oczywiście to w 
znacznej części śmiecie. Ale gotów jestem trzymać zakład, że 
jeden czy drugi portfel przyniesie w swoim czasie więcej niż 
wszystkie twoje trzyprocentowe pożyczki państwowe. Z ojca 
był   stary   spryciarz.   Lubił   ryzykować,   ale   niektóre   |ego 
ryzykowne   posunięcia   dawały   pięćset,   sześćset,   siedemset 
procent zysku. Stawiam na zdrowy rozsądek i szczęśliwą rękę 
Reksa Forlescue. A ty, marny gadzie… – Lancelot postąpił 
krok w stronę brała, ten zaś wycofał się za biurko i ulokował 

background image

obok detektywa. – Nie bój się! Palcem cię nie tknę. Chciałeś 
mnie stąd wykurzyć i wykurzyłeś. Powinieneś być kontent – 
odwrócił   się   ku   drzwiom   i   dodał   przez   ramię:   Możesz 
dorzucić   mi   starą   koncesję   na   kopalnię   Kos,   jeżeli   ci   to 
odpowiada.   Może   tropią   nas   mściwi   członkowie   rodu 
MacKenzie?   W   takim   razie   pociągną   moim   śladem   do 
Afryki, zemsta po tylu latach wydaje się mało realna… Ale 
inspektor Neele traktuje serio tę historię… Nie mylę się, 
inspektorze, prawda?

– Nonsens! – zawołał Parcival. – W życiu nie zdarzają się 

takie rzeczy.

– Pogadaj z inspektorem – uśmiechnął się Lance. Sprawdź, 

czemu dopytuje się o kosy, żyto w kieszeni marynarki ojca, 
takie różne szczególiki.

Detektyw zabrał głos z powagą zwracając się do Parcivala.
– Niewątpliwie   przypomina   pan   sobie   kosy   z   ostatniego 

lata. Wydaje mi się, proszę pana, że jest o co pytać.

– Nonsens! powtórzył Parcival. – Od lat nic nie wiadomo o 

nikim z rodziny MacKenzie.

– A   jednak   –   podchwycił   młodszy   brat   –   jestem   prawie 

pewien,   że   pośród   nas   znajdzie   się   ktoś   z   tej   rodziny,   i 
podejrzewam, że inspektor Neele myśli podobnie.

Detektyw   dogonił   na   ulicy   Lancelota   Fortescue,   który 

powitał go smętnym uśmiechem.

Nie chciałem wywołać awantury – powiedział ale straciłem 

panowanie nad sobą… Cóż, prędzej lub później do czegoś 
podobnego dojść musiało. Umówiłem się z Pat w Savoyu. 
Idzie pan w tamtą stronę, inspektorze?

background image

– Nie. Wracam do Baydon Heath. Chciałem tylko o coś 

pana zapytać.

– Słucham, inspektorze?
– Wszedł pan do gabinetu i mnie tam zobaczył, zrobił pan 

wtedy zdziwioną minę. Dlaczego?

– Pewno   dlatego,   że   nie   spodziewałem   się   zastać   pana. 

Liczyłem, że za biurkiem zobaczę brata.

– Nie powiedziano panu, że brat wyszedł?
– Przeciwnie. Powiedziano mi, że jest w gabinecie.
– Aha…. Rozumiem… Gabinet ma tylko jedno wyjście, ale 

z   pokoju   sekretarki   prowadzą   drugie   drzwi,   prosto   na 
korytarz. Zapewne pan Fortescue z nich skorzystał… Ale to 
dziwne, że nie wspomniała o tym pani Hardcastle.

– Może poszła po filiżankę herbaty – roześmiał się Lance.
– Aha…   Może…   zapewne.   Lancelot   spojrzał   bystro   na 

detektywa.

– Jakiś nowy pomysł, inspektorze? – zapytał.
– Nie…   Zastanawia   mnie   tylko   parę   drobnych 

szczególików…

background image

XXIV

Inspektor  Neele jechał pociągiem do Baydon Heath i po 

drodze   rozwiązywał   krzyżówkę   w   „Timesie”   z   wyjątkowo 
miernym   powodzeniem.   Jego   uwagę   zaprzątały   rozmaite 
możliwości.   W   podobny   sposób   przebiegał   wzrokiem 
wiadomości ze świata. „Trzęsienie ziemi w Japonii. Odkrycie 
złóż uranu w Tanganice. Zwłoki marynarza wyrzucone przez 
morze w okolicy Southampton.  Groźba strajku dokerów. 
Dalsze   ofiary   chuligańskich   wybryków.   Nowy   specyfik 
niezwykle skuteczny w zaawansowanym stadium gruźlicy”.

Treść artykułów tworzyła cudaczny wzór na drugim planie 

świadomości.   Ostatecznie   Neele   wrócił   do   krzyżówki   i 
błyskawicznie rozszyfrował trzy wyrazy.

Kiedy dotarł wreszcie do Domku pod Cisami, zdobył się na 

decyzję.

– Co z panną Marple? – zapytał swojego sierżanta. – Nie 

wyjechała jeszcze’?

– Skąd   znowu!   –   odparł   Hay.   Jest   i   strasznie   się 

zaprzyjaźniła z tą starą z piętra.

– Rozumiem… A teraz gdzie jej szukać? Chciałbym z nią 

pogadać. W kilka minut później nadeszła panna Marple, 
zaróżowiona i lekko zdyszana.

– Życzył pan sobie, inspektorze, pomówić ze mną – zaczęła. 

–   Bardzo   przepraszam,   że   kazałam   na   siebie   czekać,   lecz 
sierżant Hay nie od razu mnie znalazł. Byłam w kuchni, żeby 

background image

pochwalić   panią   Crump   za   doskonałe   ciasto.   Ona   ma, 
inspektorze, cudownie lekką rękę. Wczoraj zrobiła poemat, 
nie   suflet!   Widzi   pan,   zagadkową   sprawę   najlepiej 
rozwiązywać   etapami,   po   trochu.   Dla   policji   to   niełatwe 
zadanie,   prawda?   Przy   formalnym   śledztwie   trzeba 
podchodzić do zagadnienia mniej lub więcej prosto z mostu. 
Ale starsza pani jak ja! Cóż, inspektorze, każdy spodziewa 
się,   że   taka   musi   paplać   na   sto   obojętnych   tematów.   A 
można rzec,  że droga do serca kucharki wiedzie przez jej 
suflety i ciasta.

– Naprawdę chciała pani porozmawiać z kucharką o Gladys 

Martin, prawda?

– Ma się rozumieć,  panie inspektorze.  O Gladys. I pani 

Crump niejedno mogła powiedzieć o biednej dziewczynie. 
Nie w kwestii morderstwa, oczywiście. Dowiedziałam się o 
nastrojach i humorach Gladys, o rozmaitych  głupstwach, 
które ostatnio mówiła. Nie chodzi mi o głupstwa w sensie 
niedorzeczności.   Nic   podobnego.   Miałam   na   myśli 
drobiazgi bez znaczenia.

– Opłaciła się pogawędka? zapytał detektyw.
– Aha. Nawet sowicie A ogólnie biorąc, sadzę, że tajemnica 

rozjaśnia się nieco. Przyzna mi pan racje, inspektorze.

– I tak, i nie – odparł Neele.
Był   zadowolony,   że  sierżant   Hay  wyszedł   z   pokoju,   gdyż 

zamierzał   pokierować   rozmową   w   sposób,   wyrażając   się 
najoględniej, nietradycyjny.

– Proszę pani – zaczął – chciałbym pomówić z panią serio.
– Służę, inspektorze.
– W   pewnym   sensie,   proszę   pani,   reprezentujemy 

background image

odmienne   punkty   widzenia.   Przyznaję,   że   w   Scotland 
Yardzie   słyszałem   o   pani   coś   niecoś   –   uśmiechnął   się 
dyskretnie. Jest tam pani dobrze znana.

Starsza pani zrobiła lekko zakłopotaną minę.
– Nie mam pojęcia, czemu tak się działo powiedziała – ale 

nieraz miałam do czynienia ze sprawami, które nie powinny 
mnie   obchodzić.   Chodzi   mi   o   morderstwa   i   rozmaite 
niezwykłe wydarzenia.

– Przy   sposobności   zyskała   pani   doskonałą   reputację   – 

uśmiechnął się inspektor Necie.

– Może… Sir Henry Clithering to mój stary przyjaciel.
– Jak już nadmieniłem – podjął detektyw – reprezentujemy 

odmienne punkty widzenia. Można by je nazwać: racjonalny 
oraz irracjonalny.

Panna Marple pochyliła głowę na bok, w sposób bardzo dla 

niej charakterystyczny.

– Ciekawe… Co pan przez to rozumie, inspektorze?
– Istnieje, proszę pani, racjonalny sposób oceny wydarzeń. 

Pierwsze morderstwo przynosi korzyści pewnym osobom… 
Wyrażając się ścisłej, szczególnie jednej osobie. Na drugim 
zyskuje   ta   sama   osoba.   Trzecie   tłumaczą   względy 
bezpieczeństwa.

– Przepraszam. Które morderstwo nazywa pan trzecim? – 

zapytała panna Marple i porcelanowo–błękitnymi  oczyma 
spojrzała bystro w twarz detektywa.

– O   to   chodzi!   Parę   dni   temu   omawialiśmy   sprawę   z 

naczelnikiem Wydziału Śledczego i coś, co on powiedział, 
wydało mi się nielogiczne. Teraz rozumiem. Sugerowałem 
się   kolejnością   wydarzeń   z   wierszyka.   Król   w   skarbcu, 

background image

klotowa w salonie, służebna przy wietrzeniu ubrań.

– Właśnie! – podchwyciła starsza dama. W wierszyku jest 

taka   kolejność.   Oczywiście   jednak   Gladys   została 
zamordowana wcześniej niż Adela Fortescue.

– Zapewne…   Albo   raczej   z   całą   pewnością,   proszę   pani. 

Gladys   odnaleziono   krótko   przed   północą.   Niepodobna 
było określić dokładnie, od jak dawna nie żyje. Ale jestem 
głęboko przekonany, że zginęła około piątej po południu, 
ponieważ…

– Ponieważ w przeciwnym razie – przerwała panna Marple 

– niewątpliwie zaniosłaby do biblioteki drugą tacę.

Naturalnie!   Gladys   podała   herbatę,   poszła   do   kuchni, 

wróciła do hallu z drugą tacą i w tym momencie coś zaszło. 
Usłyszała coś lub zobaczyła. Pytanie, co to było? Albo kto? 
Dubois mógł pojawić się na schodach, odwiedziwszy salonik 
pani   Fortescue.   Adorator   Elanie,   Gerald   Wright,   mógł 
wejść do domu bocznymi drzwiami. W każdym razie coś 
odwróciło uwagę dziewczyny od tacy i zwabiło ją do ogrodu. 
Dalsze   wydarzenia   musiały   nastąpić   szybko.   Gladys   nie 
marudziłaby na dworze, bo było zimno, a miała na sobie 
tylko lekką sukienkę.

– Najzupełniej   słusznie   –   zgodziła   się   panna   Marple. 

Linijka   „Służąca   w   ogrodzie   wietrzy   ubrań   stos”   nie 
odpowiada faktom. Gladys nie mogła wietrzyć ubrań o tej 
porze   dnia   i   oczywiście   nie   wyszłaby   na   podwórze   bez 
wierzchniego okrycia. Umieszczenie jej zwłok pod sznurami 
do suszenia bielizny to maskowanie, jak klamerka zaciśnięta 
na   nosie.   Chodziło   o   to,   by   wszystko   zgadzało   się   z 
wierszykiem.

background image

– Właśnie!   To   szalona   koncepcja   –   powiedział   Neele   a 

zarazem jedyna  zasadnicza rozbieżność naszych poglądów. 
Nic mogę, nie jestem w stanie przełknąć całej historii z tym 
wierszykiem.

– Musi   pan   jednak   przyznać,   inspektorze,   że   historia   z 

wierszykiem pasuje.

– Pasuje,   ale   w   innej   kolejności.   Wierszyk   sugeruje,   że 

służebna padła ofiarą trzeciego morderstwa. My natomiast 
wiemy,   że   trzecia   była   królowa.   Adela   Fortescue   zginęła 
między piątą dwadzieścia pięć a szóstą pięć, kiedy Gladys już 
nie żyła.

– I   tu   cała   teoria   leży,   prawda?   Nie   wszystko   pasuje   do 

dziecinnego  wierszyka… To znaczące,  inspektorze, bardzo 
znaczące.

Neele wzruszył ramionami.
– Może   to   dzielenie   włosa   na   części.   Ostatecznie   śmierć 

przystosowała   się   do   treści   wiersza,   a   o   nic   więcej   nie 
chodziło. Ale mówię tak, jak gdybym był po pani stronie. 
Spróbuję   raczej   naszkicować   własny   punkt   widzenia. 
Odrzucam kosy, żyto, resztę takich rzeczy. Zestawiam suche 
fakty,   zdrowy   rozsądek   i   prawdopodobne   przyczyny,   dla 
jakich   ludzie   zdrowi   na   umyśle   popełniają   morderstwa. 
Przede wszystkim, kto zyskał z racji zgonu Reksa Fortescue? 
Kilka osób, ale najbardziej jedna, jego syn Parcival. Nie było 
go tego rana w domu, nie mógł więc zaprawić trucizną kawy 
ani   niczego   do   jedzenia.   Tak   przynajmniej   wydawało   się 
mim zrazu.

– Aa…   Więc   mógł   się   znaleźć   sposób?   Wiele   o   tym 

myślałam,   inspektorze.   Brałam   pod   uwago   różnorodne 

background image

rozwiązania. Oczywiście jednak nie znalazłam dowodów ani 
poszlak.

– Mogę powiedzieć pani bez szkody dla śledztwa, że taksynę 

umieszczono   w   nieruszonym   słoiku   z   marmoladą. 
Wierzchnią warstwę tej marmolady zjadł przy śniadaniu Kex 
Fortescue.   Następnie   ktoś   wyrzucił   ten   słoik 
(najprawdopodobniej   przez   okno   prosto   w   zarośla),   a   w 
spiżarce   postawił   drugi,   tak   samo   napoczęty.   Słoik 
znaleźliśmy   w   zaroślach,   Otrzymalcm   wyniki   badania 
laboratoryjnego. Wykryto niewątpliwie ślady taksyny.

– A więc to tak – wtrąciła panna Marple. – Metoda prosta i 

łatwa.

– Zjednoczona   Agencja   Powiernicza   znalazła   się   w 

opłakanej   sytuacji   –   ciągnął   detektyw.   Mogło   jej   grozić 
bankructwo,   gdyby,   zgodnie   z   testamentem   Reksa 
Fortescue,   wypłaciła   wdowie   po   nim   sto   tysięcy   funtów. 
Adela Fortescue nie przejmowałaby się stanem finansów i 
kłopotami   firmy.   Gdyby   przeżyła   męża   o   miesiąc, 
niewątpliwie   zechciałaby   wycofać   cały   kapitał.   Stało   się 
inaczej.   Adela   Fortescue   umarła,   a   korzyść   odniósł 
generalny   spadkobierca,   czyli   innymi   słowy,   Parcival 
Fortescue.  Jeszcze raz mamy Parcivala Fortescue,  ale co z 
tego?   Istnieje   możliwość,   że   on   dobrał   się   do   słoika   z 
marmoladą. Ale w żaden sposób nie mógł otruć macochy 
czy też udusić Gladys. Jego sekretarka zeznała, że tamtego 
dnia o piątej po południu Parcival Fortescue był w biurze, a 
wszyscy wiemy, że do domu wrócił krótko przed siódmą.

– To stwarza trudności, prawda? – wtrąciła starsza dama.
– Trudności   nie   do   pokonania,   z   których   wynika,   że 

background image

Parcival   nie   wchodzi   w   rachubę   –   przyznał   posępnie 
inspektor   Neele   i   zapominając   o   dyskrecji   i   ostrożności 
mówił dalej i. nutą rozgoryczenia: – Dokądkolwiek się ruszę, 
gdziekolwiek spojrzę, napotykam tę samą osobę: Parcivala 
Fortescue. I co? Parcival Fortescue nie wchodzi w rachubę. 
Uspokoił   się   nieco,   zmienił   ton.   Cóż,   istnieją   inne 
możliwości.   Ten   czy   ów   mógł   mieć   równie   uzasadniony 
motyw.

– Na   przykład   Vivian   Dubois   podpowiedziała   panna 

Marple  –  albo ten młody Wright z wyjątkową czujnością 
należy traktować przypadki, w których  może działać chęć 
zysku. Najgorsza wada to umysł zbyt ufny.

– Z   reguły   trzeba   brać   pod   uwagę   najgorsze,   co?   – 

uśmiechnął się mimo woli detektyw.

– Tak.   Ja   zawsze   jestem   skłonna   wierzyć   w   najgorsze.   A 

najsmutniejsza   historia,   że   zazwyczaj   sprawdzają   się   moje 
domysły.

– Niech   będzie,   proszę   pani.   Przyjmijmy   najgorsze. 

Zbrodniarzem   może   być   Dubois   albo   Gerald   Wright, 
oczywiście   w   zmowie   z   Elaine   Fortescue,   która   zajęła   się 
marmoladą. Mogła to zrobić również Jennifer Fortescuc, bo 
znajdowała się na miejscu pierwszego dnia i drugiego. Ale 
żadna z wymienionych osób nie pasuje do irracjonalnego 
punktu widzenia: kosów, kieszeni pełnej żyta. Nie pasuje do 
pani domysłów, może i w danym razie słusznych. Przy takim 
założeniu wszystko zdaje się wskazywać jedną osobę: panią 
MacKenzie.   Ale   ona   od   lat   przebywa   w   zakładzie   dla 
umysłowo chorych. Nie była w stanie dobrać się do słoika z 
marmoladą ani wsypać cyjanku do filiżanki herbaty. Jej syn, 

background image

Donald,   poległ   pod   Dunkierką.   Pozostaje   jedynie   córka. 
Kuby MacKenzie. Jeżeli zatem pani teoria jest trafna, jeżeli 
seria   morderstw   ma   związek   z   kopalnią   Kos,   Ruby 
MacKenzie musi znajdować się w tym domu, a może nią być 
tylko jedna osoba.

– Wydaje mi się wtrąciła panna Marple – że zagadnienie 

traktuje pan nieco zbyt dogmatycznie.

Detektyw nie zwrócił uwagi na jej słowa.
– Tylko   jedna   osoba   powtórzył   stanowczo   i   wyszedł   z 

pokoju.

Pokój Mary Dove był skromnie umeblowany, lecz wygodny 

i przytulny – wygodny i przytulny dzięki staraniom obecnej 
lokatorki.   Kiedy   inspektor   Neele   zastukał   do   drzwi, 
zarządzająca   domem   oderwała   wzrok   od   książek   z 
rachunkami dostawców.

– Proszę – powiedziała spokojnie.
Detektyw   wszedł,   a   Mary   Dove   uprzejmie   wskazała   mu 

krzesło.

– Zechce pan usiąść i, jeżeli to możliwe, zaczekać chwilkę. 

Rachunek dostawcy ryb jest zdaje się nie w porządku. Muszę 
go sprawdzić.

Detektyw siedział czas pewien spoglądając na dziewczynę, 

która mozoliła się nad długą kolumną liczb. Podziwiał jej 
spokój   i   opanowanie   i,   jak   nieraz   uprzednio,   próbował 
odgadnąć,   jaką   prawdziwą   osobowość   maskują   te 
zewnętrzne   pozory.   Bacznie   studiował   twarz   zarządzającej 
domem, szukał podobieństwa między nią a twarzą kobiety, z 
którą   niedawno   rozmawiał   w   sanatorium   Sosny.   Cóż? 

background image

Ogólny koloryt był nieco zbliżony, lecz rysy bardzo różne. Na 
koniec Mary Dove zwróciła ku niemu spojrzenie.

– Słucham, inspektorze. Czym mogę służyć?
– Proszę   pani,   ta   sprawa   obfituje   w  szczegóły   wyjątkowo 

niepospolite.

– Aha…
– Na początek żyto znalezione w kieszeni Reksa Fortescue.
– Szczegół istotnie niepospolity – przyznała dziewczyna. – 

Nie potrafię wyjaśnić go w żaden sposób.

– Dalej   mamy   kosy.   Cztery   kosy   podrzucone   latem   na 

biurko Reksa Fortescue i historia z kosami, którymi kłoś 
zastąpił   farsz   zapiekanego   w   cieście   pasztetu   z   cielęciny   i 
szynki. Pani była tu w czasie obu tych incydentów?

– Byłam.   Doskonale   wszystko   pamiętam.   Taki 

niedorzeczny kawał, złośliwy i absolutnie bez sensu.

– Czy na pewno bez sensu? Co pani wie o kopalni Kos?
– Chyba jak żyję nie słyszałam o czymś takim!
– W swoim czasie poinformowała mnie pani, że nazywa się 

Mary Dove. Czy to prawdziwe nazwisko?

Zarządzająca   domem   podniosła   brwi.   Detektyw   odniósł 

wrażenie,   iż   w   jej   niebieskich   oczach   dostrzegł   wyraz 
czujności.

– Osobliwe   pytanie,   inspektorze.   Czy   oznacza,  ono 

podejrzenie, że nie nazywam się Mary Dove?

– Trafiła pani! podchwycił swobodnie inspektor Neele. – 

Podejrzewam,   że   pani   prawdziwe   nazwisko   brzmi   Ruby 
MacKenzie.

Szeroko   otworzyła   oczy.   Przez   chwilę   miała   twarz 

kompletnie   pozbawioną   wyrazu,   ani   oburzoną,   ani 

background image

zdziwioną. Detektyw był głęboko przekonany, że dziewczyna 
zastanawia się nad czymś.

– Co pan spodziewa się usłyszeć, inspektorze? – powiedziała 

wreszcie.

– Odpowiedź   na   pytanie:   czy   nazywa   się   pani   Ruby 

MacKenzie.

– W swoim czasie poinformowałam pana, jak się nazywam: 

Mary Dove.

– Wiem. Ale czy ma pani na to dowody?
– Co   pan   życzy   sobie   zobaczyć?   Moje   świadectwo 

urodzenia?

– Świadectwo urodzenia to dowód i niedowód. Może pani 

być w posiadaniu takiego dokumentu jakiejś Mary Dove, 
swojej znajomej albo osoby nieżyjącej.

– Naturalnie.   Istnieją   niezliczone   możliwości   –   uśmiech 

rozjaśnił   twarz   Mary   Dove.   Ma   pan   nie   lada   orzech   do 
zgryzienia. Prawda, inspektorze?

– Może rozpozna panią ktoś z. personelu sanatorium Sosny 

– powiedział Neele.

– Sanatorium  Sosny!   zawołała   młoda   osoba.   –   Co   to   za 

sanatorium? Gdzie się znajduje?

– Myślę, że pani wie najlepiej.
– Zapewniam pana, że nic nie rozumiem.
– I   kategorycznie   pani   twierdzi,   że   nie   nazywa   się   Ruby 

MacKenzie?

– Wolałabym nie twierdzić nic kategorycznie. Widzi pan, 

inspektorze, to pan musiałby dowieść, że moje prawdziwe 
nazwisko brzmi Ruby MacKenzie – złośliwie i z wyzwaniem 
spojrzała   prosto   w   oczy   detektywa.   Tak,   pański   kłopot, 

background image

inspektorze. Pan musi dowieść, że ja jestem tą jakąś Ruby 
MacKenzie – uśmiechnęła się zagadkowo – jeżeli oczywiście 
to możliwe.

background image

XXV

Sierżant   Hay   dopadł   przełożonego   na   schodach   i 

powiedział konspiracyjnym szeptem:

– Stara plotkarka szuka pana inspektora. Myślę, że ma dużo 

do powiedzenia.

– Bodaj ją licho!
– Tak   jest,   panie   inspektorze   odparł   z   niezmąconym 

spokojem służbista.

– Słuchajcie,   Hay!   –   podjął   inspektor.   Trzeba   sprawdzić 

referencje   z   poprzednich   posad   panny   Mary   Dove.   No   i 
chciałbym prędko dostać odpowiedź na parę pytań. Puście 
to w ruch. Na kartce papieru skreślił kilka zdań i podał ją 
sierżantowi.

Gdy mijał hall, usłyszał w bibliotece szmer głosów, więc 

zajrzał   tam   przez   uchylone   drzwi.   Może   panna   Marple 
szukała   go   poprzednio,   obecnie   jednak   przemawiała   z 
ożywieniem do pani Parcivalowej Fortescue. Pośród klekotu 
metalowych drutów detektyw wyłowił uchem jej słowa:

– …święcie   przekonana,   że   trzeba   powołania,   by   zostać 

pielęgniarką.   To,   moja   droga,   szlachetna   praca,   bardzo 
szlachetna.

Detektyw cofnął się pewien, że starsza dama spostrzegła go, 

ale nie chciała przerywać rozmowy.

Mówiła dalej łagodnym, melodyjnym głosem:
– Raz   złamałam  rękę  w   przegubie   i   opiekowała   się   mną 

background image

przemiła   pielęgniarka.   Prosto   ode   mnie   poszła   do   pani 
Sparrow   czuwać   w   chorobie   nad   jej   synem,   młodym 
oficerem   marynarki.   Wynikła   romantyczna   historia!   Wie 
pani,   młodzi   zaręczyli   się,   pobrali   i   teraz   mają   dwoje 
ślicznych dzieci starsza dama westchnęła sentymentalnie. – 
To   było   zapalenie   płuc,   przy   którym   tak   wiele   zależy   od 
troskliwej pielęgnacji.

– Naturalnie!   –   przyznała   gorąco   Jennifer.   –   Grunt   to 

troskliwa   pielęgnacja.   Chociaż   przy   zapaleniu   płuc   cuda 
sprawiają antybiotyki. Nie ma już dziś dawnej upartej walki z 
chorobą.

– Pani, moja droga, z pewnością była wzorem pielęgniarki. I 

ta romantyczna historia miała, zdaje się, laki sam początek. 
Przyjechała   pani   do   Domku   pod   Cisami,   by   doglądać   w 
chorobie pana Parcivala.

– Aha… Naturalnie, proszę pani., tak się to zaczęło.
Ton Jennifer nie brzmiał nutą zachęty, lecz panna Marple 

nie pozwoliła zbić się z tropu.

– Naturalnie   nie   wypada   słuchać   plotek   służby,   ale   taka 

stara ciekawska jak ja zawsze chcę dowiedzieć się czegoś o 
ludziach z domu w którym chwilowo mieszka. O czym to ja 
mówiłam? Aha! Przed panią była tutaj inna pielęgniarka, 
prawda?   Odprawiono   ją,   o   ile   mi   wiadomo,   z   powodu 
zaniedbywania obowiązków.

– Chyba   nie   to,   proszę   pani.   Słyszałam,   że   ciężko 

zachorował jej ojciec czy ktoś inny z najbliższej rodziny – 
sprostowała pani Valowa.

– Aha,   rozumiem…   Później   pani   przyjechała,   wynikła 

miłość i… – Ładnie się to złożyło, bardzo ładnie.

background image

– Czyja wiem? Czasami myślę… – Jennifer za jąknęła się 

nerwowo   –   Czasami   myślę,   że   chętnie   wróciłabym   do 
szpitala.

– Nic dziwnego, moja droga, nic dziwnego. Od razu widać, 

że kocha pani swój szlachetny zawód.

– Nawet  nie to,  proszę pani…  Ale dokucza mi  okropna 

nuda.   Po   całych   dniach   nie  mam   się   czym  zająć,   a   Vala 
interesują tylko sprawy firmy.

Panna Marple ze zrozumieniem pokiwała głową.
– Cóż,   moja  droga  –  westchnęła.  Panowie  muszą  ciężko 

pracować w dzisiejszych trudnych czasach. Nikogo nie stać 
na odpoczynek, nawet przy wielkich dochodach.

– Dlatego   właśnie   żonom   tak   pusto   w   życiu   i   nudno   – 

podjęła Jennifer. – Często żałuję, że się tu pokazałam. Ale 
dobrze mi tak! Nie trzeba było zaczynać!

– Czego zaczynać, moja droga?
– Nie powinnam wyjść za Vala… No i… – pani Parcivalowa 

westchnęła ciężko. – Zmieńmy lepiej temat.

Uprzejma starsza dama zagaiła rozmowę o fasonie spódnic 

noszonych ostatnio w Paryżu.

Panna Marple zastukała do drzwi gabinetu, a gdy inspektor 

Neele poprosił, by weszła, zwróciła się do niego:

– Bardzo   byłabym   wdzięczna,   gdyby   obecnie   zechciał   mi 

pan nie przerywać. Pragnęłabym uzgodnić i skontrolować 
kilka istotnych punktów z. wyrzutem spojrzała na detektywa. 
– Właściwie nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy.

– Przepraszam   i   przyznaję,   że   zachowałem   się   mało 

uprzejmie   –odparł   detektyw   z   najbardziej   ujmującym 

background image

uśmiechem. – Zaprosiłem panią na konsultację, a sam przez 
cały czas gadałem.

– Nic się nie stało, inspektorze, bo widzi pan, wtedy nie 

byłam jeszcze gotowa do wyłożenia na stół wszystkich kart. 
Nie   chciałabym   oskarżać   nikogo   bez.   niezachwianej 
pewności… To znaczy niezachwianej pewności we własnym 
przekonaniu. W tej chwili jestem pewna.

– Czego jest pani pewna?
– Wiem,   kto   zabił   Keksa   Fortescue.   Sprawę 

przypieczętowało   to,   co   pan   powiedział   o   marmoladzie. 
Pojęłam wtedy „jak”, a także „kto” i że morderstwo mieści się 
w granicach logicznego działania.

Inspektor Neele wytrzeszczył oczy, a starsza dama zauważyła 

jego zdumienie, więc podjęła szybko.

– Niestety,   inspektorze,   zdaję   sobie   sprawę,   że   niekiedy 

trudno mi zdobyć się na przejrzyste formułowanie myśli.

– Jak   dotąd,   proszę  pani,   nie   bardzo   rozumiem,   o  czym 

właściwie mówimy bąknął niepewnie detektyw.

– Najlepiej   jeszcze   raz   zacznijmy   od   początku,   jeżeli 

naturalnie czas panu pozwala. Chciałabym przedstawić swój 
punkt widzenia. Ja, inspektorze, dużo gawędziłam z ludźmi, 
z   panną   Ramsbottom,   panią   Crump,   jej   mężem.   Ma   się 
rozumieć, Crump jest łgarzem, ale, widzi pan, to na jedno 
wychodzi, jeżeli oczywiście wiadomo z góry, że kłamca musi 
kłamać. Musiałam, inspektorze, zbadać do gruntu sprawę 
rozmów telefonicznych, nylonów, takich rzeczy.

Neele słuchał nadal z szeroko otwartymi oczami. W myśli 

zadawał sobie pytanie, w co właściwie pozwolił się wciągnąć i 
jak   mógł   sobie   wyobrażać,   że   w   pannie   Marple   znalazł 

background image

wartościowego   współpracownika   o   logicznym   sposobie 
rozumowania? Obecnie sądził, że panna Marple ma zamęt w 
głowie, lecz nie przekreślał pewnej wartości zebranych przez 
nią   informacji.   Wszystkie   swoje   sukcesy   zawdzięczał 
umiejętności pilnego słuchania, toteż i teraz słuchał pilnie.

– Zechce pani wyłożyć mi wszystko – powiedział. – Ale jeżeli 

łaska, od początku, od samego początku.

– Ma się rozumieć, inspektorze – obiecała starsza dama – a 

samym   początkiem,   jak   się   pan   wyraził,   była   Gladys. 
Pozwolił mi pan zabrać wszystkie jej rzeczy i dzięki temu plus 
nylonowe pończochy, rozmowy przez telefon, dodając jedno 
do drugiego stworzyłam zupełnie przejrzysty obraz. Chodzi 
mi naturalnie o pana Fortescue i taksynę.

– Stworzyła   pani   teorię   na   temat   taksyny   w   słoiku   z 

marmoladą i śmierci Reksa Fortescue? – zdumiał się Neele.

– To   nie   teoria,   inspektorze   odrzekła   skromnie   panna 

Marple. – Ja wiem.

Detektyw po raz trzeci wytrzeszczył oczy.
– Bez wątpienia zrobiła to Gladys – uzupełniła informację 

starsza dama.

background image

XXVI

Neele   popatrzył   na   pannę   Marple   z   niedowierzaniem   i 

zdumieniem:

– Twierdzi   pani.   że   Gladys   Martin   zamordowała   z 

premedytacją Reksa Fortescue? Przykro mi, ale nie wierzę.

Nie, inspektorze. Gladys nie chciała go zabić, lecz zabiła 

mimo   wszystko.   Sam   pan   mówił,   że   podczas   wstępnego 
przesłuchania była zdenerwowana, niespokojna, jak gdyby 
miała coś na sumieniu.

– Tak. Ale nie morderstwo!
Oczywiście:   nie   morderstwo,   Nic   zamierzała   uśmiercić 

nikogo. Kiedy doprawiała marmoladę taksyną, w głowie jej 
nie postało, że to trucizna.

– Więc co sobie wyobraziła? – spytał Neele nadal z nutą 

powątpiewania.

– Sądziła prawdopodobnie, że chodzi o jakiś cudowny lek – 

odparta panna Marple. – Niezwykle ciekawe, inspektorze, 
ciekawe i pouczające są wycinki z gazet przechowywane przez 
proste dziewczęta. Od wieków wraca wciąż jedno i to sumo: 
porady kosmetyczne, sposoby na pozyskanie męskiego serca, 
przeróżne   czarnoksięskie   sztuczki,   zaklęcia,   niesamowite 
wydarzenia.   W   naszych   czasach   znaczna   część   tego 
wszystkiego dalia pod wspólny nagłówek „Wiedza”. Nikt nie 
wierzy dziś w czary, Nic wierzy, że człowiek może machnąć 
czarnoksięską pałeczką i drugiego człowieka przemienić w 

background image

żabę.   Jeżeli   jednak   gazeta   zamieści   wiadomość,   że   dzięki 
przeszczepieniu pewnych gruczołów powiodło się uczonym 
zmienić   budowę   tkanki   i   w   człowieku   rozwinąć   cechy, 
zbliżone   do   żabich…   Cóż?   Każdy   przyjmie   to   za   dobrą 
monetę. Gladys czytała w prasie o środkach zmuszających do 
mówienia prawdy, więc uwierzyła, kiedy on o nich mówił.

– On? Kto? – zapytał detektyw.
– Albert Evans, młody człowiek, który rzeczywiście nazywa 

się inaczej. W każdym razie on tego lata spotkał Gladys w tej 
czy innej miejscowości wypoczynkowej, zaczął jej asystować, 
oświadczać się, opowiadać o jakichś swoich krzywdach czy 
prześladowaniach. Z pewnością chodziło o to, by Reksowi 
Fortescue   podać   cudowny   środek,   który   zmusi   go   do 
wyznania   prawdy   i   naprawienia   szkód.   Tego   wszystkiego 
naturalnie nie wiem, lecz jestem prawie pewna, że się nie 
mylę. Albert Evans namówił Gladys, by postarała się o pracę 
w tym domu. Rozumie pan? Brak dziś służby domowej, więc 
nietrudno   przyjąć   posadę   tam,   gdzie   się   zechce.   Służba 
nieustannie jest w ruchu, zmienia pracodawców. Dokładnie 
ustalili   termin…   Pamięta   pan,   inspektorze,   ostatnią 
pocztówkę: „Nie zapomnij. Ufam ci”. Miał nadejść wielki 
dzień   przygotowany   wspólnymi   siłami.   Gladys   doda 
cudownego środka do marmolady, którą pan Fortescue zje 
na śniadanie. Ona też nasypie żyta do kieszeni marynarki. 
Nie wiem, co on jej powiedział na temat żyta. Pamięta pan 
jednak,   co   powiedziałam   o   Gladys   pierwszego   dnia? 
Powiedziałam,   że   była   to   dziewczyna   wyjątkowo 
łatwowierna, gotowa dać wiarę wszystkiemu, co napięcie jej 
przystojny kawaler.

background image

– Słucham… Niech pani mówi dalej – wtrącił zdławionym 

głosem inspektor Neele.

– Cała historia polegała najprawdopodobniej na tym, że on 

przyjdzie do biura pana Fortescue, kiedy cudowny środek 
zacznie już działać,  więc winowajca będzie musiał wyznać 
wszystko… Coś w podobnym sensie… Wyobraża pan sobie 
uczucia Gladys, gdy dowiedziała się o śmierci pracodawcy?

– W   takim   przypadku   wyznałaby   prawdę   policji   – 

zaoponował detektyw.

– Co powiedziała pierwszego dnia, kiedy pan wezwał ją na 

przesłuchanie? – zapytała szorstko starsza dama.

– Powiedziała: „Ja nic złego nie zrobiłam”.
– Właśnie! podchwyciła triumfalnie panna Marple. – Coś 

takiego musiała powiedzieć. Kiedy stłukła w domu to czy 
owo,   mówiła   zawsze:   „Ja   tego   nie   zrobiłam.   Nie   mam 
pojęcia,   proszę   pani,   co   się   stało”.   Takie   już   one   są.   Są 
przestraszone i myślą tylko, żeby uniknąć nagany. Nie sądzi 
pan chyba, że załamana nerwowo prosta dziewczyna, która 
nieświadomie zamordowała kogoś, powie zaraz policji całą 
prawdę? Byłoby to absolutnie niezgodne z jej całą psychiką.

– Tak… Zapewne ma  pani  słuszność –  bąknął  detektyw. 

Przypomniał   sobie   rozmowę   z   Gladys   Martin   –   jej 
rozbiegane oczy, niepewność, zdenerwowanie. Mogły to być 
szczegóły błahe albo bardzo ważne. Na ówczesnym etapie nie 
dało   się   to   rozstrzygnąć.   Nie   jego   wina,   że   nie   potrafił 
wysnuć właściwych wniosków.

– Z tego, co powiedziałam, wynika – ciągnęła panna Marple 

– że w pierwszej chwili Gladys chciała wszystko zataić. Tak 
być musiało. Później zaczęła porządkować myśli w skołatanej 

background image

głowie. Może Albert nie wiedział, że to aż tak silny środek? 
Może   przez   omyłkę   dał   jej   zbyt   dużą   dozę?   Pragnęła 
usprawiedliwić się jakoś, rozwikłać zagadkę. Spodziewała się, 
że   on   nawiąże   z   nią   kontakt.   Zrobił   to   oczywiście. 
Zatelefonował.

– Wie pani?
– Nie. Przyznaję, że to moje przypuszczenia. Tamtego dnia 

było kilka zagadkowych połączeń. Telefon dzwonił, a gdy 
słuchawkę   podniósł   Crump   lub   jego   żona,   nikt   się   nie 
odzywał. Tak właśnie on musiałby postąpić: czekać, póki nie 
pozna głosu Gladys, i wtedy umówić się z nią.

– Aha…   Rozumiem   wtrącił   inspektor   Neele.   –   Gladys 

miała z nim spotkanie umówione w dniu. kiedy umarła.

– Wszystko na to wskazuje. Pani Crump trafnie zwróciła 

uwagę,   że   tamtego   dnia   dziewczyna   włożyła   eleganckie 
nylony i swoje najlepsze pantofle. Umówiła się z kimś, ale 
niepotrzebny jej był wolny dzień. On zapowiedział się do 
Domku pod Cisami. Dlatego Gladys była zdenerwowana i 
podniecona.   Dlatego   spóźniła   się   z   podaniem   herbaty. 
Kiedy   przyniosła   do   hallu   drugą   tacę,   prawdopodobnie 
spojrzała w głąb korytarza ku bocznym drzwiom i spostrzegła 
swojego Alberta, który na migi dawał jej do zrozumienia, 
żeby się pośpieszyła. Odstawiła tacę i pobiegła na spotkanie.

– Wtedy on ją udusił – dodał Neele.
– Tak.   Nie   potrwało   to   nawet   minuty.   Cóż,   nie   mógł 

dopuścić, by Gladys zaczęła mówić. Musiała zginąć biedna, 
głupia,   łatwowierna   dziewczyna.   Później   ścisnął   jej   nos 
klamerką do bielizny – głos starszej damy zadźwięczał odrazą 
i   gniewem.   –   W   ten   sposób   wszystko   zgadzało   się   z 

background image

wierszykiem:   żyto,   kosy,   skarbiec,   bułka   z   miodem, 
klamerka… Zbrodniarz nie był w stanie zilustrować lepiej 
ptaszka, który służebnej oddziobał nos.

– I co? – rzucił inspektor  Neele. –  Najprawdopodobniej 

facet trafi do Broadmoor, więc nic uda się powiesić wariata.

– Sądzę, że uda się powiesić go, jak należy. To nie wariat, 

inspektorze. Od początku do końca postępował jak człowiek 
najzupełniej normalny.

Detektyw spojrzał bystro w twarz panny Marple. – Proszę 

posłuchać. Naszkicowała pani teorię, bo to teoria, chociaż 
powiedziała pani: „Ja wiem”. Dowodzi pani, że trzy zbrodnie 
popełnił ktoś podający się za Alberta Ewansa, kto poznał 
Gladys   w   jakiejś   miejscowości   wypoczynkowej   i   naiwną 
dziewczynę wykorzystał dla własnych celów. Musiał to być 
ktoś, kto chciał się zemścić za odwieczną historię z kopalnią 
Kos. Jak stąd wynika, sugeruje pani, że syn pani MacKenzie, 
Donald, nie padł pod Dunkierką, że żyje i ukrywa się za tym 
całym bałaganem?

– Skąd znowu, inspektorze! – obruszyła się starsza dama. 

Nic   podobnego   nie   sugeruję.   Czy   pan   nic   zdaje   sobie 
sprawy,   że   historia   z   kosami   to   zasłona   dymna, 
wykorzystana…   Rozumie   pan?   Wykorzystana   przy   okazji 
przez.   kogoś,   kto   dowiedział   się   o   kosach:   tych 
podrzuconych na biurku i tych z pasztetu. Naturalnie same 
kosy nie stanowiły zasłony. Posłużył się nimi ktoś inny, kto 
wiedział o tamtej kopalni i chciał się zemścić. Ale nie myślał 
o   zamordowaniu   Reksa   Fortescue,   usiłował   go   tylko 
nastraszyć, wytrącić z równowagi. Widzi pan, nie wierzę w 
wychowywanie dzieci dla ponurej, krwawej odpłaty. Dzieci 

background image

mają   na   ogół   dużo   zdrowego   rozsądku.   Jednakże   osoba, 
której   ojca   oszukano   w   swoim   czasie,   może   nawet 
porzucono   chorego   na   pewną   śmierć,   nie   cofnie   się   z 
pewnością przed płataniem krzywdzicielowi złośliwych figli. 
Coś   w   tym   rodzaju   zaszło   tu   najprawdopodobniej,   a 
przypadkowym zbiegiem okoliczności posłużył się morderca.

– Morderca! – powtórzył inspektor Neele. Śmiało, proszę 

pani. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o mordercy. Któż to 
taki?

– Nie będzie pan naprawdę zaskoczony. Nie, inspektorze. 

W momencie, kiedy powiem, kto to zrobił lub raczej kogo 
podejrzewam, bo w podobnych kwestiach należy wyrażać się 
ściśle… Prawda, inspektorze?… Odkryje pan niezwłocznie, 
że   takiego   typu   zbrodnie   mógł   popełnić   taki   właśnie 
człowiek:   bystry,   błyskotliwy,   absolutnie   pozbawiony 
skrupułów.   Motyw   stanowiły   naturalnie   pieniądze   i   to 
zapewne grube pieniądze.

– Parcival   Fortescue?   zapytał   Neele   niemal   płaczliwym 

tonem,   bo   zdawał   sobie   sprawę,   że   charakterystyka 
zbrodniarza w niczym nie przypomina starszego syna Reksa 
Fortescue.

– Ach, nie! – obruszyła się starsza dama. – Nie Parcival. 

Lance.

background image

XXVII

– Niepodobna! –zawołał inspektor Neele.
Przez chwilę siedział bez ruchu i wpatrywał się w pannę 

Marple, jak gdyby go urzekła, zgodnie z jej zapowiedzią nie 
był zaskoczony. Przeczył nie prawdopodobieństwu jej tezy, 
lecz możliwości popełnienia morderstw. Lance odpowiaduł 
naszkicowanej przez starszą damę sylwetce – naszkicowanej 
trafnie. Jednakże Neele nie był w stanie pojąć, w jaki sposób 
on właśnie mógłby stanowić właściwą odpowiedź.

Panna Marple poprawiła się na krześle i rozwijała swoją 

teorię   cicho,   łagodnie,   pouczającym   tonem   osoby,   która 
tłumaczy małemu dziecku proste zadanie arytmetyczne.

– Lancelot Fortescue zawsze był taki. Roziume pan? Był zły, 

zarazem   jednak   sympatyczny   i   pociągający,   zwłaszcza 
sympatyczny i pociągający dla kobiet. Ma błyskotliwy umysł i 
nie zwykł cofać się wobec ryzyka. Przez całe życie ryzykował, a 
z racji wrodzonego wdzięku ludzie dostrzegają w nim zwykle 
najlepsze, nie najgorsze strony. Latem przyjechał do kraju, 
aby zobaczyć się z ojcem. Na moment nie uwierzę, że Rex 
Fortescue napisał do niego albo wezwał go w jakiejkolwiek 
innej   formie,   chyba   że   pan,   inspektorze,   ma   co   do   tego 
niezbite   dowody.   Panna   Marple   spojrzała   pytająco   na 
detektywa.

– Nie, proszę pani odrzekł. – Nie mam żadnego dowodu, że 

Rex Fortescue wezwał młodszego syna. Posiadam list pisany 

background image

rzekomo   przez   Lancelota   po   jego   bytności   w   Anglii. 
Naturalnie łatwo mógł ten list wsunąć między papiery ojca w 
dniu, gdy zaprezentował się w Domu pod Cisami.

– Sprytny  pomysł!  starsza  dama  skinęła  głową.  –  Ale do 

rzeczy,   inspektorze.   Lance   przyleciał   z   Afryki,   próbował 
pogodzić się z ojcem i nic nie wskórał. Rozumie pan? Było to 
wkrótce   po   jego   ślubie,   kiedy   młodemu   człowiekowi 
przestały wystarczać nieznaczne zyski młodszego wspólnika 
firmy, uzupełniane pewno na rozmaite podejrzane sposoby. 
Naprawdę   kochał   Pat,   nawiasem   mówiąc   dobrą,   uroczą 
kobietkę, więc życie z nią chciał urządzić spokojnie, nie na 
dawną   awanturniczą   modłę.   Z   jego   punktu   widzenia 
wymagało   to   grubych   pieniędzy.   Podczas   odwiedzin   w 
Domku po Cisami usłyszał coś o kosach. Może o głupich 
żartach   wspomniał   sam   Rex   Forlescue,   może   Adela. 
Lancelot   wywnioskował   słusznie,   że   w   domu   musi   się 
znajdować   panna   MacKenzie,   wpadł   więc   na   pomysł,   ze 
uczyni z niej doskonałego kozła ofiarnego. Bo, widzi pan, 
kiedy zrozumiał, że z pojednania  nic nie będzie,  z zimną 
krwią zdecydował się na morderstwo. Mógł zauważyć, że Rex 
Fortescue…   powiedzmy,   ma   nie   wszystkie   klepki   w 
porządku, obawiał się więc. aby przed naturalną śmiercią nie 
przywiódł firmy do kompletnej ruiny.

– O stanie zdrowia ojca dobrze wiedział – wtrącił detektyw.
– No   proszę!   To   niejedno   wyjaśnia.   Zapewne   imię   ojca, 

Rex,   a   także   historie   z   kosami   nasunęły   mu   pomysł 
wykorzystania wierszyka dla dzieci. Chciał stworzyć pozory 
obłędu, połączyć całą sprawę z dawnymi pogróżkami pani 
MacKenzie. Następnie zamierzał pozbyć się Adeli i ocalić dla 

background image

firmy sto tysięcy funtów. Ale musiał znaleźć trzecią osobę 
dramatu: służebną, która „w ogrodzie wietrzy ubrań stos”. 
Może to właśnie uzupełniło szatański plan. Rozumie pan? 
Nieświadoma wspólniczka, którą da się uciszyć, nim zacznie 
mówić!   Dzięki   temu   Lance   zdobył   coś,   na   czym   mu 
najbardziej   zależało:   prawdziwe,   niezbite   alibi   w   kwestii 
pierwszego   morderstwa.   Reszta   poszła   gładko.   Lancelot 
Fortescue przyjechał tu pociągiem przed piątą po południu. 
Kiedy Gladys przyniosła do hallu drugą tacę, uchylił boczne 
drzwi   i   skinął   na   biedną   dziewczynę.   Trzy,   może   cztery 
minuty   stracił   na   uduszenie   jej   i   przeniesienie   zwłok   na 
podwórko,   gdzie   wisiała   bielizna.   Później   zadzwonił   do 
drzwi   frontowych,   a   gdy   je   panna   Dove   otworzyła,   wziął 
udział   w   familijnym   podwieczorku.   Następnie   poszedł 
odwiedzić   pannę   Ramsbottom,   niepostrzeżenie   wrócił   na 
parter   i   w   bibliotece   zastat   Adelę   nad   ostatnią   filiżanką 
herbaty.   Podczas   rozmowy   z   macochą   łatwo   uporał   się   z 
cyjankiem. Rozumie pan? Mała biała grudka. Lance mógł 
sięgnąć   do   cukiernicy   i   niby   dosłodzić   herbatę.   Może 
roześmiał się i powiedział: „Spójrz! Wrzuciłem do filiżanki 
jeszcze jedną kostkę cukru”. Ona mogła odpowiedzieć, że 
dobrze zrobił, zamieszała herbatę, pociągnęła łyk. Historia 
prosta i śmiała, bo, inspektorze, to człowiek oprócz innych 
cech charakteru, niewątpliwie śmiały.

– Wszystko   to   prawdopodobne…   tak,   proszę   pani, 

prawdopodobne – odparł z wolna inspektor Neele. – Ale 
nie rozumiem, doprawdy nie rozumiem, co zbrodniarz miał 
zyskać.   Przyjmijmy   nawet,   że,   gdyby   nie   śmierć   Reksa 
Fortescue,   firma   zbankrutowałaby   wkrótce.   Czy   udział 

background image

Lancelota jest wystarczająco duży, by skłonić go do trzech 
morderstw? Nie wierzę, proszę pani. Nie mogę uwierzyć.

Przyznaję, inspektorze… – panna Marple zawahała się na 

moment.   Przyznaję,   że   tu   właśnie   leży   pewna   trudność… 
Ale…   Wybaczy   pan,   jestem   kompletną   ignorantką   w 
sprawach finansowych… Czy kopalnia Kos jest naprawdę 
bez wartości?

Neele począł snuć refleksje. Rozmaite fragmenty tworzyły 

stopniowo harmonijną całość. Ochota, z jaką Lance chciał 
przyjąć od brata spekulacyjne akcje wątpliwej wartości. Jego 
dzisiejsza wzmianka o kopalni Kos. Kopalnia złota. Lipna 
kopalnia złota. „Ale czy to naprawdę koncesja nic niewarta? 
Prawdopodobnie tak. Trudno sobie wyobrazić, by stary Rcx 
Forlescue   tak   się   omylił.   Chyba   że   ostatnio   dokonano 
jakiegoś odkrycia?… Gdzie właściwie jest ta kopalnia? Lance 
mówił   o  Afryce  Zachodniej,  ale  ktoś   inny…   Aha!  Panna 
Ramsbottom   wymieniła   Afrykę   Wschodnia.   Czy   Lance 
popełnił   błąd  celowo,   dla   zmylenia   śladów?   Może  panna 
Ramsbottom prawdziwie określiła położenie Kosa, chociaż 
jest   siara   i   pamięć   ma   zapewne   przytępiona.   Afryka 
Wschodnia. Stamtąd przyjechał Lance. Mógł dowiedzieć się 
o czymś niedawno…”

Raptownie, jak gdyby z trzaskiem, nowy szczegół uzupełnił 

schemat. „Wagon kolejowy. «Times». «Odkrycie złóż uranu 
w Tanganice». A jeżeli te złoża odkryto na terenach kopalni 
Kos? Wszystko byłoby wtedy jasne. Lance będąc na miejscu 
dowiedział się w porę i zaczął działać. Mógł zdobyć fortunę, 
kolosalną fortunę!”

Inspektor Necie westchnął i spojrzał w twarz panny Marple.

background image

– Myśli pani, że zdołam dowieść tego wszystkiego? – zapytał. 

– Jakim cudownym sposobem?

– Dowiedzie   pan,   inspektorze!  –  rzuciła   starsza   dama 

tonem   zachęty,   jak   dobra   ciocia,   która   przed  egzaminem 
dodaje   odwagi   siostrzeńcowi.   –   Jest   pan   człowiekiem 
niepospolicie inteligentnym, rozumnym. Zauważyłam to od 
razu.   Dziś   wie   pan   „kto”,   chodzi   tylko   o   zgromadzenie 
dowodów.   Na   przykład   w   tamtej   miejscowości 
wypoczynkowej   ktoś   może   poznać   fotografię   Lancelota. 
Trudno mu będzie wówczas wytłumaczyć, dlaczego spędził 
tam tydzień podając się za Alberta Evansa.

„Słusznie – pomyślał detektyw. – Lancelot Fortescue jest 

błyskotliwy   i   pozbawiony   skrupułów.   Ale   to   również 
człowiek lekkomyślny. Podjął zbyt wielkie ryzyko. Dostanę 
go!” zakonkludował i raz jeszcze uległ wątpliwościom.

– To wszystko przypuszczenia, proszę pani – powiedział.
– Z   pewnością.   Ale   jest   pan   przekonany,   że   trafne 

przypuszczenia, prawda?

– Zapewne…   Miewałem   już   do   czynienia   z   typami 

zbliżonego pokroju.

– Właśnie!   Dlatego   i   ja   jestem   tak   pewna   swego 

podchwyciła panna Marple.

– Z   powodu   znajomości   przestępców?  –  uśmiechnął   się 

detektyw nie bez ironii.

– Skąd   znowu…   Chodzi   o   Pat…   To   urocza,   szlachetna 

dziewczyna,   z   gatunku   tych,   które   zawsze   wychodzą   za 
łajdaków… To przede wszystkim zwróciło moją uwagę na 
Lancelota Fortescue…

– Cóż,   osobiście   mogę   być   przekonany,   że   to   trafne 

background image

przypuszczenie.   Ale   niejedno   trzeba   będzie   wyjaśnić. 
Chociażby   zagadkę   Ruby   MacKenzie.   Jestem   prawie 
pewien…

– I ma pan słuszność – przerwała panna Marple. – Tyle że 

upatrzył pan nie tę osobę. Proszę pomówić szczerze z. panią 
Parcivalową.

– Czy   zechciałaby   pani   podać   mi   swoje   panieńskie 

nazwisko?   –   zwrócił   się   Neele   do   pani   Parcivalowej 
Fortescue.

– Czy… – Jennifer zająknęła się, zrobiła wystraszoną minę.
– Proszę się nie denerwować – podjął detektyw. – Najlepiej 

zawsze   wyznać   całą   prawdę.   Nie   omylę   się   chyba,   jeżeli 
powiem,   że   przed   ślubem   nazywała   się   pani   Ruby 
MacKenzie.

– Ja… Dlaczego?… A jeżeli nawet się tak nazywałam…
– To wszystko w porządku dokończył inspektor Neele. – 

Kilka dni temu byłem w sanatorium Sosny. Rozmawiałem z 
pani matką.

– Jest na mnie strasznie zła powiedziała Jennifer. – Moje 

wizyty   denerwowały   ją   tylko,   więc   zaniechałam   ich   od 
dawna. Biedna mateczka! Bardzo kochała mojego ojca.

– I   wychowywała   panią   w  melodramatycznej   atmosferze 

zemsty, prawda?

Tak.   Mnie   i   bratu   kazała   przysięgać   na   Biblię,   że   nie 

zapomnimy nigdy i zabijemy tamtego. Później poszłam do 
szpitala na praktykę i wkrótce zrozumiałam, że moja matka 
jest umysłowo chora.

A sama myślała pani o zemście?

background image

– Ja? Myślałam. Rex Fortescue faktycznie zabił mojego ojca. 

Nie zastrzelił go naturalnie ani nie pchnął nożem. Nic w tym 
rozumieniu.   Ale   jestem   prawie   pewna,   że   opuścił   go   w 
chorobie, zostawił na pewną śmierć. To na jedno wychodzi, 
prawda?

– Pod kątem widzenia moralności, tak.
– Więc myślałam o zemście, chciałam się odegrać – podjęła 

pani   Valowa.   –   Syn   Reksa   Fortescue   zachorował   na 
zapalenie   płuc   i   opiekowała   się   nim   moja   przyjaciółka. 
Skłoniłam ją, by odeszła i mnie poleciła na swoje miejsce. 
Nie miałam wtedy żadnego planu. Naturalnie w głowie mi 
nie   postała   myśl   o   wyprawieniu   na   tamten   świat   Reksa 
Fortescue…  Mętnie roiłam, że będę źle pielęgnować jego 
syna, tak źle, że Val umrze. Ale dla pielęgniarki z zawodu to 
przedsięwzięcie   niemożliwe.   Opiekowałam   się   chorym 
troskliwie, wyciągnęłam go z biedy, a on… Widocznie mu 
się   spodobałam,   bo   poprosił   mnie   o   rękę.   Wtedy 
powiedziałam sobie: „To zemsta bardziej sensowna niż każda 
inna”. Chodziło o to, że dzięki małżeństwu z synem pana 
Fortescue odzyskam pieniądze wyszachrowane przez starego 
od mojego ojca. Uważałam, ze tak będzie rozumniej.

– Niewątpliwie   –   przyznał   inspektor   znacznie   rozumniej. 

Domyślam się, że pani podrzuciła nieżywe kosy na biurko 
teścia i do pasztetu?

Jenniler zmieszała się, zarumieniła.
– Tak… Dziś rozumiem, że postąpiłam strasznie głupio… 

Ale   pan   Fortescue   opowiadał   o   swoich   dowcipnych 
transakcjach,   chwalił   się,   że   tego   czy   owego   oszachrował 
najzupełniej legalnie… Cóż, chciałam mu napędzić trochę 

background image

strachu. I napędziłam! Okropnie się denerwował.  – Pani 
Valowa urwała, by podjąć zaraz z nutą zaniepokojenia: Ale 
nic   więcej   nie   zrobiłam!   Naprawdę,   inspektorze!   Nie 
podejrzewa pan chyba, że byłabym zdolna do morderstwa?

– Nie   podejrzewam,   proszę   pani   –   zapewnił   detektyw.   – 

Aha…   Czy   ostatnio   dawała   pani   jakieś   pieniądze   pannie 
Dove?

Jennifer szeroko otworzyła usta.
– Skąd pan wie?
– My, proszę pani, dużo wiemy – odparł Neele i szepnął do 

siebie: – Niemało też odgadujemy.

Pani Parcivalowa ożywiła się, zaczęła mówić bardzo szybko:
– Ona przyszła do mnie i opowiedziała, jak to pan wmawiał 

w  nią,   że   nazywa   się   Ruby   MacKenzie.   Dodała,   że  może 
utrzymywać pana w błędzie, jeżeli przyniesie to jej pięćset 
funtów. Powiedziała też, że gdy pan pozna moje prawdziwe 
nazwisko, oskarży mnie o zamordowanie teścia i jego żony. 
Miałam   wiele   kłopotu   ze   zdobyciem   pieniędzy,   bo 
naturalnie nie mogłam przyznać się Parcivalowi. On nic o 
mnie nie wie. Musiałam sprzedać zaręczynowy pierścionek z 
brylantem   i   śliczny   naszyjnik,   który   podarował   mi   pan 
Fortescue.

– Proszę   się   nie   martwić,   droga   pani   powiedział   z 

uśmiechem detektyw. – Liczę, że dzięki policji odzyska pani 
te pięćset funtów.

Następnego dnia inspektor Neele odbył kolejną rozmowę z 

panną Mary Dove.

– Ciekaw jestem, proszę pani – rozpoczął – czy zechce pani 

wręczyć mi czek na pięćset funtów płatnych  do rąk pani 

background image

Parcivalowej Fortescue?

Był   kontent,   gdyż   po   raz   pierwszy   zbił   z   tropu 

nieprzeniknioną Mary Dove.

– Idiotka wypaplała wszystko, co?
– Istotnie,   panno   Dove.   Oskarżenie   o   szantaż   może 

pociągnąć konsekwencje bardzo serio.

– To, inspektorze, nie był szantaż w ścisłym rozumieniu. 

Sądzę, że miałby pan niemałe trudności z dowiedzeniem mi 
szantażu.   Raczej   zaproponowałam   pani   Parcivalowej 
przysługę za uzgodnione wynagrodzenie.

– Jeżeli   zechce   pani   wręczyć   mi   czek,   z   przyjemnością 

zapomnę o całej sprawie.

Mary Dove sięgnęła po wieczne pióro i książeczkę czekową.
– Niemiła historia – powiedziała. Mam właściwie pewne 

kłopoty finansowe.

– Pewno poszuka pani wkrótce innej posady?
– Tak. Ta nie spełniła nadziei, jakie w niej pokładałam. Z 

mojego punktu widzenia wszystko poszło fatalnie.

– Oczywiście   –   przyznał   detektyw.   Znalazła   się   pani   w 

drażliwej sytuacji, prawda? W każdej chwili policję mogła 
zainteresować pani przeszłość.

Zarządzająca   domem   –   znów   chłodna   i   opanowana   – 

wymownie podniosła brwi.

– Moja przeszłość? Doprawdy, inspektorze! Moja przeszłość 

jest absolutnie nienaganna.

– Naturalnie –  zgodził się z uśmiechem  detektyw.  – Nic 

przeciwko pani nie mamy. A to tylko zbieg okoliczności, że 
w co najmniej trzech domach, którymi pani tak wzorowo 
zarządzała, zdarzyły się kradzieże w dwa albo trzy miesiące po 

background image

pani odejściu, panno Dove. Policja odniosła wrażenie, że 
włamywacze   byli   doskonale   poinformowani   gdzie   szukać 
cennych   futer,   biżuterii,   takich   rzeczy.   Dziwny   zbieg 
okoliczności, prawda?

– Zdarzają się dziwniejsze, inspektorze.
– Oczywiście, panno Dove, byle nie za często. W każdym 

razie   zaryzykuję   twierdzenie,   że   w   przyszłości   możemy   się 
spotkać.

– Mam   nadzieję…   Proszę   nie   przyjąć   moich   słów   za 

nieuprzejmość…   Ale  mam  nadzieję,   inspektorze,   że  takie 
spotkanie nie nastąpi.

background image

XXVIII

Panna Marple wyrównała rzeczy  zapakowane do walizki, 

schowała frędzle wełnianego szala, zamknęła wieko. Później 
rozejrzała się dokoła. Nie! Nic nie zostawiła. Crump zgłosił 
się   po   bagaż,   więc   przeszła   do   sąsiedniego   pokoju,   by 
pożegnać pannę Ramsbottom.

– Obawiam się – powiedziała – że źle odwdzięczyłam się 

pani za gościnność. Może jednak potrafi pani wybaczyć mi 
kiedyś.

– Aha… mruknęła panna Ramsbottom zajęta pasjansem, 

jak zwykle. – Czarny walet na czerwoną damę – spod oka 
zerknęła na pannę Marple. – Chyba znalazła pani to, czego 
szukała?

– Tak.
– Pewno   też   dowiedział   się   o   wszystkim   ten   jegomość   z 

policji. I co? Potrafi dowieść słuszności oskarżenia?

– Potrafi. Jestem prawie pewna. Ale zajmie to jeszcze trochę 

czasu.

– Ja tam nie dopytuję o nic – podjęła panna Ramsbottom. 

Bystra z pani osoba. Od razu to spostrzegłam i pretensji do 
pani   nie mam.   Zbrodnia  jest  zbrodnią,  więc  musi  zostać 
ukarana. Na tej rodzinie jest piętno zła, dzięki Bogu nie z 
naszej strony. Moja siostra Elwira była trochę pomylona, ale 
nic poza tym. Czarny walet – powtórzyła dotykając palcem 
karty. – Przystojny, ale serce czarne. Obawiałam się czegoś 

background image

podobnego, ostatecznie jednak nie zawsze można oprzeć się 
uczuciu   dla   grzesznika.   Chłopiec   potrafił   sobie   radzić. 
Nawet   mnie   omotał.   Skłamał,   o   której   godzinie   stąd 
wyszedł. Nie zaprzeczyłam, zaczęłam jednak podejrzewać… 
Podejrzewać od tamtej chwili. Ale to przecież syn Elwiry. 
Nie   potrafiłam   zmusić   się   do   mówienia.   Cóż,   pani   jest 
kobietą   sprawiedliwą,   a   sprawiedliwość   musi   w   końcu 
zatriumfować. Współczuję tylko jego żonie.

Ja również – szepnęła panna Marple. W hallu Pat czekała, 

aby   się   z   nią   pożegnać.   Szkoda,   że   pani   odjeżdża   – 
powiedziała. – Będzie mi pani brakować.

– Czas  na mnie  – odparta  starsza  dama. –  Zakończyłam 

sprawę, w której tu przyjechałam. Nie była przyjemna. Ale, 
moja droga, to ważne, bardzo ważne, aby zło nie odniosło 
zwycięstwa.

– Nie bardzo rozumiem… – bąknęła niepewnie Pat.
– Oczywiście.   Prawdopodobnie   jednak   zrozumie   pani   w 

swoim   czasie.   Jeżeli   wolno   mi   udzielić   rady,   powiem, 
kochane dziecko, że… że gdyby stało się coś złego, najlepiej 
zrobi   pani   wracając   do   Irlandii,   kraju   radosnego 
dzieciństwa, do koni, psów, wszystkiego, co tam zostało.

– Czasami żałuję, że nic postąpiłam tak, gdy umarł Freddy, 

lecz w takim razie… – głos Pul zabrzmiał miękką, tkliwą nutą 
– nie spotkałabym Lance’a.

Panna Marple westchnęła, a młoda kobieta mówiła dalej:
– Nie zostaniemy w Anglii, proszę pani. Jak wyjaśnią się 

sprawy, wrócimy do Afryki Wschodniej. Już cieszę się na 
myśl o wyjeździe.

– Niech Bóg panią błogosławi, miłe dziecko – powiedziała 

background image

cicho panna Marple. – Trzeba wielkiej odwagi, by przeżyć 
jakoś życie. Myślę, że pani jej nie brak.

Pogładziła   dłoń   Pat   Fortescue   i   wyszła   z   Domku   pod 

Cisami do czekającej taksówki.

Panna Marple przybyła późnym wieczorem do domu, gdzie 

Kitty – wychowanka sierocińca – radośnie ją powitała.

– Na   kolację   mam   śledzia,   proszę   pani   –   oznajmiła   z 

rozpromienioną twarzą.. Jak to dobrze, że pani wróciła… A 
dom   jak   cacko,   proszę   pani.   Zrobiłam   regularne   wielkie 
porządki.

– Dziękuję, Kitty powiedziała panna Marple. – Ja też się 

cieszę, że jestem w domu.

Sześć pajęczyn pod sufitem. „One nigdy nie patrzą w górę” 

– pomyślała, lecz była zbyt zadowolona, by to wypomnieć.

– Cała poczta leży na stoliku w hallu – ciągnęła służąca. – 

Jeden list trafił do Daisy Mead przez, omyłkę. Coś takiego 
często   się   zdarza,  prawda?   Daisy   i   Dane   wygląda   trochę 
podobnie,   a   ten   list   ktoś   zaadresował   bardzo   nieładnym 
charakterem   pisma.   Tam   wszyscy   wyjechali   i   dom   był 
zamknięty.   Dopiero   jak   wrócili,   ktoś   przyniósł   list. 
Przeprosił i powiedział, że to pewnie nic ważnego.

Panna Marple sięgnęła po korespondencję. List, o którym 

mówiła   Kitty,   leżał   na   wierzchu.   Mgliste   wspomnienie 
kojarzyło się z gryzmołami i kleksami na kopercie. Starsza 
dama rozdarta ją spiesznie.

background image

Moja Najkochańsza pani,  bardzo  proszę mnie przebaczyć, że  

pisze do Najkochańszej pani, ale nie wiem. co teraz zrobić i ja  
naprawdę   nie   chciałam   zrobić   nic   złego.   Najkochańsza   pani  
przeczyta   w   gazetach,   że   to   było   morderstwo,   ale   Bogiem   się  
świadczę, że nie moja wina, bo ja nigdy nie zrobilabym czegoś  
takiego strasznego, a pewna jestem, że i On także nie zrobiłby, to  
znaczy Albert. Nie umiem ładnie wszystkiego opisać, ale proszę  
Najkochańszej pani poznajomiliśmy się tego lata i chcieliśmy się  
pobrać, ale Albert nic nie miał, bo oszukał go właśnie ten pan  
Fortescue, co teraz umarł. Tylko że ten pan nic nie przyznawał, a  
ma się wiedzieć każdy jemu wierzył nie Bertowi, bo on był bogacz,  
a Bert biedak. Ale Bert ma przyjaciela, co pracuje we fabryce,  
gdzie  robi   się  rozmaite   leki,   a  też   taki  środek,   po  którym   jak  
Najkochańsza pani czy tata pewnie w gazetach, człowiek musi  
mówić   prawdę   czy   chce   czy   nie   chce.   Bert   chciał   pójść   z  
adwokatem   do   biura   pana   Fortescue   piątego   listopada,   a   ja  
miałam dopilnować, żeby pan Fortescue zjadł przy śniadaniu to  
coś,   po   czym   musiał   powiedzieć   prawdę,   jak   środek   zacznie  
działać i przy tym adwokacie przyznać, że wszystko było tak, jak  
Bert powiada. A teraz proszę Najkochańszej pani pan Fortescue  
nie żyje, a ja dałam mu ten środek w marmoladzie i pewno za  
dużo, ale nic nie mogę powiedzieć policji, bo oni by myśleli, że  
Bert zrobił to naumyślnie, a tak nie było, bo wiem, że on nigdy by  
czegoś takiego nie zrobił. Najkochańsza pani, ja naprawdę nie  
wiem, co robić i co mówić i strasznie się boję, bo w domu pełno  
policjantów. Oni źle na mnie patrzą i wciąż o coś pytają, a ja nie  
wiem co robić i o Bercie nic nie wiem, bo wcale nie dal znać o  
sobie. Nie śmiem Najkochańszej pani o to prosić, ale jakby pani  
chciała i przyjechała tu i mnie pomogła, to policja uwierzyłaby  
pewnie Najkochańszej pani. Pisze tak, bo pani zawsze była dla  

background image

mnie bardzo dobra, a ja przecież nie chciałam nic złego, ani On  
także. Niech Najkochańsza pani nam pomoże!

Wierna i przywiązana Gladys

P. S. Posyłam fotografię, na której jestem z Bertem. Zrobił ją  

jeden z chłopców tam gdzie byliśmy na urlopie i mnie ofiarował.  
Bert o tym nie wie, bo okropnie nie lubi, jak robić z niego zdjęcia.  
Ale sama Najkochańsza pani zobaczy, jaki to przyjemny chłopiec.

Panna Marple przygryzła wargi i spojrzała na amatorskie 

zdjęcie.   Młoda   para   stała   zapatrzona   w   siebie…   Panna 
Marple   popatrzyła   na   pełną   naiwnego   uwielbienia   twarz 
Gladys,   na   jej   lekko   rozchylone   usta.   Później   przeniosła 
wzrok na drugą twarz śniadą, urodziwą, uśmiechniętą twarz 
Lancelota Fortescue.

Ostatnie zdanie wzruszającego listu odezwało się echem w 

jej myślach.

„Sama   Najkochańsza   pani   zobaczy,   jaki   to   przyjemny 

chłopiec”.

Łzy   zabłysły   w   oczach   starszej   damy,   lecz   litość   ustąpiła 

rychło   miejsca   oburzeniu,   odrazie   do   bezlitosnego 
mordercy.

Następnie   oba   uczucia   pochłonął   przypływ   triumfu   – 

triumfu   naukowca,   który   zdołał   odtworzyć   zwierzę 
wygasłego gatunku na podstawie odłamka kości szczękowej i 
dwu zębów.

background image