background image

 

1

 

 
WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ 
 
 
 
 
 

background image

 

2

ALBERT   WOJT 

 
 
 
 
 
 
 

POD 
KULAWYM  
BELZEBUBEM 
 
 
 

WARSZAWA 1984 

 
 
 
 
 

background image

 

3

       

Niezbyt głośne, ale za to uparte i przenikliwe bzyczenie przerwało ciszę w 

jednym z pawilonów motelu „Pod kulawym Belzebubem". Atletycznie 
zbudowany blondyn zamachał przez sen rękami, jak gdyby chciał odpędzić 
jakąś natrętną muchę. Niestety bzyczenie zamiast ustać, przybrało jeszcze na 
sile, przechodząc z wolna w cienki, świdrujący pisk. Mężczyzna przewrócił się 
na łóżku, wtulił twarz w poduszkę i naciągnął kołdrę po czubek głowy. Jednak 
i te zabiegi okazały się bezowocne. Po kilku sekundach rozpaczliwego 
zatykania uszu dał za wygraną Usiadł na łóżku i półprzytomnie zaczął 
rozglądać się dookoła. Nagle skonstatował, że przyprawiający go o gęsią 
skórkę dźwięk ma swoje źródło w okolicy przegubu lewej ręki. Niecierpliwie 
ściągnął gruby, kanciasty zegarek i namacał właściwy przycisk. W pawilonie 
ponownie zaległa cisza. 
— Och, bloody! — zaklął blondyn, nie mogąc opanować ziewania. — Stary 
Olaf miał rację, że to gówno nawet umarłego z grobu podniesie! 
    Zerknął w stronę okna. Na dworze zaczynało już szarzeć i aby zdążyć na 
czas do Świnoujścia, musiał się pospieszyć. Wstał i bez wahania sięgnął po 
leżące na krześle sztruksowe spodnie. Rozglądał się właśnie za kurtką, kiedy za 
jego plecami skrzypnęło łóżko. 
— Co się stało, Ingmar? — W głosie Milki zadźwięczała nuta niepokoju. — 
Wychodzisz? 
     Szwed odwrócił się i przez chwilę z przyjemnością spoglądał na 
ciemnowłosą dziewczynę. Bez cienia skrępowania odsunęła na bok kołdrę, tak 
że nic nie zasłaniało jej jędrnych piersi, płaskiego brzucha i zgrabnych, 
niewiarygodnie długich nóg. 
— Śpij, kotku! — Uśmiechnął się uspokajająco ?— Mówiłem ci przecież, że 
muszę być dzisiaj w Ystad. Business is business! 
— Kiedy znowu przyjedziesz?  
— Jak tylko nadarzy się okazja. Może nawet jeszcze w tym tygodniu.  
— Będę czekała.  
— Ja też! — Ingmar porozumiewawczo przymrużył oko. — Ze świecą szukać 
drugiej takiej jak ty. 

     

Chwycił kurtkę i skinąwszy Milce na pożegnanie ruszył do wyjścia. W 

drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment, jak gdyby sobie  czymś 
przypomniał. Sięgnął po portfel i po krótkim wahaniu odliczył kilka 
banknotów

background image

 

4

— Kup sobie; nową kieckę. — Położył pieniądze na stojącym  przy 
wyjściu krześle. — I ze dwie pary majtek — dorzucił, śmiejąc się ze swego 
dowcipu. 
     Trzasnęły drzwi i Ziółkowska została sama. Przez chwilę 
niezdecydowana siedziała na łóżku. Chciało jej się spać i najchętniej 
przyłożyłaby jeszcze głowę do poduszki, z drugiej  jednak strony 
zostawione przez Svensona pieniądze działały jak magnes. W końcu 
ciekawość wzięła górę. Milka zsunęła bose stopy na zimną podłogę i 
pobiegła do stojącego przy wyjściu krzesła. Niecierpliwie przeliczyła 
szwedzkie korony. Było ich równe sto pięćdziesiąt. 
— Wstrętny kutwa! — syknęła rozczarowana. — Prędzej zobaczy własne 
ucho bez lusterka, nim go znowu wpuszczę do łóżka!  
   Wspomnienie otrzymanego wczoraj w prezencie elektronicznego zegarka 
zachwiało nieco jej postanowieniem, nie zmieniło jednak faktu, że liczyła 
na znacznie więcej. Miotając na cały głos wulgarne przekleństwa 
wyciągnęła spod łóżka wielką, nie najnowszą już walizę i schowała korony 
pod brudną bieliznę. Już miała zamiar wsunąć walizkę na poprzednie 
miejsce, ale po chwili zmieniła zdanie: Znowu sięgnęła pod bielizną i 
moment później na łóżku leżała całkiem pokaźna sterta zachodnich 
banknotów. 
     Ten widok ją udobruchał. Ze szczerą przyjemnością zaczęła segregować 
dolary, funty, szwedzkie korony i marki zachodnioniemieckie. Po 
półtoramiesięcznym pobycie w Międzyzdrojach uzbierała się tego całkiem 
okrągła sumka. 
      Milka ponownie sięgnęła do walizki i obok banknotów pojawiła się 
biżuteria. Przeważnie były to pierścionki i łańcuszki niezbyt dużej wartości. 
Jedynym cenniejszym przedmiotem była oryginalna bransoletka z 
delikatnej złotej plecionki ozdobionej maleńkimi turkusikami. Wsunęła ją 
na rękę i chciała podejść do okna, by lepiej przyjrzeć się błyskotce, kiedy 
ktoś zapukał do drzwi. Zapominając o bransoletce spiesznie zgarnęła 
pozostałą biżuterię i pieniądze do walizki. Jeszcze energiczny kopniak i 
walizka znalazła się na swoim miejscu pod łóżkiem. 
— Kto tam? — burknęła ostro. — Nie za wczesna pora na wizyty? 
— Zapomniałem czegoś, kochanie — niewyraźny, męski głos zabrzmiał 
całkiem obco, w każdym razie nie był to Svenson. 
— U mnie? — Dziewczyna sięgnęła po lekki szlafroczek, niedbale 
zarzuciła go na ramiona i ruszyła do drzwi. — To chyba jakaś pomyłka? 
— Jaka znowu pomyłka? Lepiej ty się, Milka, nie wygłupiaj!  

background image

 

5

   Pukanie rozległo się znowu, znacznie już głośniej i natarczywiej. Przez 
kilka sekund Ziółkowska wahała się  jeszcze, w końcu jednak postanowiła 
zaryzykować. Otworzyła i niemal w tym samym momencie potężne 
uderzenie w brzuch odrzuciło ją na przeciwległą ścianę. Do pokoju wpadło 
dwóch mężczyzn. Zdążyła zauważyć, że na twarzach mają damskie 
pończochy, kiedy dwa kolejne ciosy w głowę całkiem ją zamroczyły 
Poczuła tylko, że bezwładnie osuwa się na podłogę, że wiążą jej ręce i 
wpychają jakąś szmatę do ust....... 
 
 

II 

 

    Usytuowana tuż przy szosie tablica zapewniała bez cienia skromności, że 
spragnieni wypoczynku urlopowicze znajdą w Międzyzdrojach 
najczyściejszą plażę, najpiękniejsze morze i najlepszą pogodę na całym 
wybrzeżu. Andrzej Grzelecki z natury nie dowierzał podobnej autoreklamie 
znanych kurortów, tym jednak razem przyjął ją z prawdziwą radością. Oto 
po wielogodzinnej jeździe zbliżał  się wreszcie do celu swojej podroży, 
która nawet za kierownicą lekkiego w prowadzeniu renaulta okazała się 
niezwykle męcząca. 
    Minęła dopiero siódma i ruch w nadmorskiej miejscowości nie był 
jeszcze zbyt wielki Grzelecki zwolnił i rozglądał się uważnie, by nie 
przegapić właściwego skrzyżowania . Na szczęście w porę dojrzał 
drogowskaz i pewnie skręcił w kierunku morza. Chwilę później wjeżdżał 
już przez okazałą bramę na teren motelu „Pod kulawym Belzebubem" 
Jednopiętrowy, schludnie wyglądający budynek przyozdabiała 
sympatyczna skądinąd podobizna rudego diabła ze szczudłem zamiast 
jednej nogi i fantazyjnie zakręconymi baranimi rogami. Nieco z boku 
usytuowany był parking, a dalej, między drzewami, rozsiane niezbyt gęsto 
eleganckie pawiloniki. 
     Andrzej zaparkował swego renaulta między wiśniowym oplem a białym 
citroenem i wysiadłszy z wozu z ulgą rozprostował kości. Nikt w motelu 
nie zareagował na jego przybycie, ale to go nie zraziło. Wyjął z bagażnika 
niewielką walizeczkę i bez pośpiechu pomaszerował w kierunku głównego 
budynku. Szerokie, oszklone drzwi nie były zamknięte. Wszedł do środka i 
ciekawie rozejrzał się po obszernym, wyłożonym dębową boazerią holu. Po 
lewej stronie spostrzegł wejście do czegoś w rodzaju eleganckiej stołówki, 

background image

 

6

mogącej w razie potrzeby spełniać rolę sali dancingowej, po prawej 
mieściły się cocktail-bar i recepcja. Właśnie z tamtej strony dobiegały 
jakieś hałasy, jak gdyby ktoś przesuwał stołki, i mocował się z szafą lub 
kredensem. Andrzej zajrzał do recepcji, nie było tam jednak nikogo. 
Wycofał się właśnie do holu, kiedy w progu cocktail-baru stanął niewysoki, 
ale tęgi i szeroki w barach, mężczyzna o czerwonej, nieco obrzmiałej 
twarzy. 
— Co tu się dzisiaj dzieje, do ciężkiej cholery?! — zagrzmiał z widoczną 
irytacją. — Gdzie są właściciele tego interesu? Człowiek nawet nie może 
strzelić sobie klinika na dzień dobry, bo obsługa gnije w wyrach do 
południa! 
— Faktycznie nikogo nie ma — zgodnie przytaknął Grzelecki. — Całą noc 
siedziałem za kółkiem, żeby przyjechać do tej dziury, a tu psa z kulawą 
nogą. 
— Pan na długo? 
— Na jakieś dwa, może trzy tygodnie. 
— A potem? 
— Trzeba będzie wracać do Warszawy — westchnął Andrzej. — Interesy 
tego wymagają. 
— Rozumiem, rozumiem. — Tęgi mężczyzna pokiwał głową. — Urlop, 
niestety, kosztuje... O przepraszam! — zreflektował się nagle. — Beniamin 
Tomik jestem. 
— Grzelecki. — Andrzej skwapliwie wyciągnął rękę. — Bardzo mi 
przyjemnie... 
— Mnie również.. 
   Przez kilka sekund stali w milczeniu, jak gdyby żaden nie mógł się 
zdecydować na podtrzymanie rozmowy. W końcu Tomik chrząknął 
znacząco, ale w tej samej chwili z dworu dobiegły czyjeś podniecone głosy. 
Spojrzeli w kierunku wyjścia. Do holu wkraczała właśnie niewysoka, 
szczupła blondynka koło pięćdziesiątki,  której towarzyszył tęgi, łysy jak 
kolano jegomość w bliżej nie określonym wieku i niemal dwumetrowy 
dryblas o twarzy, na której trudno byłoby się doszukać choć cienia 
inteligencji. 
— Może, kochaneczko, zadzwonić po milicję?—nieśmiało zaproponował 
łysy. — W końcu oni są od tego... 
— Zwariowałeś?! —blondynce głos się załamał z oburzenia. -— Milicja w 
moim  motelu. Co ludzie by powiedzieli? 
— Coś jednak musimy zrobić.  

background image

 

7

— Gdyby Lulek miał choć odrobinę oleju w głowie, nie byłoby teraz 
kłopotów — perorowała właścicielka  motelu. — A przecież tysiąc razy 
mówiłam, żeby pilnował, aby nikt obcy nie szwendał się po terenie.  
— Bóg mi świadkiem, że złapię tych bydlaków. — Dryblas z całej siły 
grzmotnął się w piersi. — Kości połamię, łby poukręcam...  
— Dobrze, dobrze! — Lekceważąco wzruszyła ramionami. — A póki co, 
pamiętaj, za co ci płacę. Jeszcze jedna taka wpadka i fora ze dwora.  
— Tak jest, proszę pani. 
— Co się właściwie stało? — nie wytrzymał Tomik. — Niech pani uchyli 
rąbka tajemnicy, pani Romo. 
      Dopiero teraz Sawitowska spostrzegła obu mimowolnych świadków jej 
rozmowy z mężem i zatrudnionym na etacie dozorcy Lulkiem Urbakiem. 
— Witam, witam, panie Beniaminie! — Uśmiechnęła się z zawodową 
uprzejmością. — Ranny z pana ptaszek... A szanowny pan u nas 
przejazdem czy na dłużej? — Obrzuciła Grzeleckiego badawczym 
spojrzeniem. 
—Na dłużej — sucho odparł Andrzej. — Widzę jednak, że chyba nie W 
porę... 
— Ależ skąd! — zapewniła bez cienia wahania. — Dysponujemy akurat 
wolnymi pawilonami, gdyby więc pan się zdecydował... 
— A ten incydent?  
— Jaki znowu incydent? — Spiorunowała wzrokiem Bogu ducha winnego 
męża i Urbaka. — Pannę Ziółkowską zawsze ekscytowało podejrzane 
towarzystwo, nic więc dziwnego, że w końcu spotkała ją niezbyt miła 
przygoda, ale to przecież nie powód, by denerwować naszych miłych gości. 
— Jaką przygodę ma pani na myśli? — Tomik ponownie spróbował 
zasięgnąć języka. — Pan Emil przed chwilą wspominał o milicji. 
— Moje ślubne szczęście zawsze widzi wszystko przez czarne okulary 
— syknęła z nie tajonym zniecierpliwieniem. — Doprawdy nic się nie 
stało.  
— Oczywiście, że nic się nie stało —bez przekonania powtórzył 
Sawitowski. — Taki tam drobiazg.. 
—Więc jak, dołączy pan do naszej gromadki? — Właścicielka motelu 
najwyraźniej nie chciała zrezygnować z nowego klienta. — Lepszej kuchni 
i bardziej luksusowych warunków nie znajdzie pan w całych 
Międzyzdrojach. 
— Prawdę powiedziawszy słyszałem o „Kulawym Belzebubie" wiele 
dobrego. 

background image

 

8

— Znaczy, że sprawa załatwiona. — Zatarła ręce ze szczerym 
zadowoleniem. — Lulek, zaprowadź pana do siedemnastki ?— przykazała 
Urbakowi. — To uroczy pawilonik... A na śniadanko zapraszamy między 
ósmą a dziewiątą. 
 

III 

 

— Bój się Boga, Milka, jak ty wyglądasz?! — Drobna, chyba niespełna 
dwudziestoletnia szatynka ze współczuciem patrzyła na Ziółkowską. —  
Urządzili cię, dranie, oj, urządzili! 
— Przez najbliższy tydzień nikomu nie będę mogła gęby pokazać — 
smętnie przytaknęła Milka. — Ale to pecha. Gorzej, że zabrali  wszystko, 
co miałam.  
— Dużo tego było?  
— Przeliczając na zielone, koło dwóch patyków  
— Plus biżuteria?  
— Pierścionki były niewiele warte. Żal tylko bransoletki.  
— Jasna cholera!  
— Jak myślisz, Zośka, kto to mógł zrobić? 
— Mnie pytasz? — żachnęła się Wielecka. — przecież to ty ich widziałaś.  
— Mieli pończochy na gębach, a poza tym zaraz na dzień dobry porządnie 
oberwałam  
— Myślisz dać znać milicji?  
— Zwariowałaś?! Jeszcze tylko milicji, mi brakowało  
— Więc co zamierzasz zrobić?  
— Sama nie wiem. 
    Ziółkowska sięgnęła do saszetki po grzebień i przeglądając się w 
lusterku próbowała zaczesać włosy tak, by zasłoniły potężny siniak pod 
lewym okiem. Zośka przez dłuższą chwilę z nie tajonym sceptycyzmem 
przyglądała się wysiłkom przyjaciółki. Chciała już Milce poradzić, by dała 
sobie spokój, kiedy nagle coś musiało przyjść jej do głowy, bo z 
rozmachem stuknęła się w czoło. 
— Już wiem! — zawołała niemal z dziecinną radością. — Pogadam z 
Wazuniem To sprytny chłopak, powinien znaleźć jakieś wyjście.  
— Myślisz o tym twoim ratowniku? — Ziółkowska najwyraźniej nie 
podzielała entuzjazmu Wieleckiej.  
— Właśnie . 

background image

 

9

— Przecież on tu jest od niedawna i nikogo nie zna.  
— Niby prawda — Zośka odrobinę posmutniała. — Siedzi w 
Międzyzdrojach dopiero od miesiąca. 
-— Poza tym nie zapominaj, że on interesuj się tobą — ciągnęła dalej 
Milka — i dla dziewczyny, którą widział raz w życiu, nie zechce ściągać 
sobie na głowę kłopotów.  
— Tak czy inaczej nadam sprawę Antkowi —- powtórzyła Wielecka — 
Kupił, nie kupił, potargować można..  
   Wstała z krzesła i skinąwszy przyjaciółce głową na pożegnanie ruszyła 
do wyjścia. Ziółkowska została sama. Jeszcze przez dobrą minutę walczyła 
z niesfornymi włosami, niestety siniaka w żaden sposób nie zdołała ukryć. 
W końcu schowała grzebień do saszetki i wyciągnęła puderniczkę. 
Spojrzała w lusterko i nagle przemknęła jej myśl, że w gruncie rzeczy 
pomysł Zośki wcale nie jest taki głupi. Wprawdzie nie wierzyła zbytnio w 
pomoc jej nowego przyjaciela, ale z drugiej strony jakieś życzliwe męskie 
ramię bardzo by się przydało gdyby próby odzyskania pieniędzy i biżuterii 
miały nabrać realnych kształtów. 
   Milka sięgnęła po kalendarzyk i przez dłuższą chwilę wertowała go 
uważnie. W części przeznaczonej na adresy i telefony aż roiło się nazwisk, 
kiedy jednak przyszło dokonać wyboru, nie mogła znaleźć nikogo 
odpowiedniego. Większość warszawskich znajomych dziewczyny  
rozjechała się po całej Polsce, a do miejscowych me miała wystarczającego 
zaufania. Chciała już odłożyć kalendarzyk, kiedy wzrok jej padł na 
zapisane na ostatniej kartce inicjały. Przypomniała sobie spotkanego 
niedawno na plaży Maćka Brydla. Przed dwoma laty chłopak nie bez 
powodzenia zabiegał o jej względy, ale później stołeczna milicja zaczęła 
mu się dobierać do skory za różne ciemne sprawki i musiał wyjechać na 
zachodnie wybrzeże. Od tej pory zimował w Szczecinie, a lato spędzał w 
nadmorskich kurortach. 
   Niespełna trzy kwadranse później Milka była już na molo. Dwukrotnie 
przemierzyła je szybkim krokiem, ale Brydla nie znalazła. Bez namysłu 
zajrzała do pobliskiej kawiarni. Hałaśliwy tłum wczasowiczów oblegał 
maleńkie stoliczki i tłoczył się przy kontuarze w oczekiwaniu na napoje 
chłodzące. Dziewczyna przez kilka minut krążyła wśród wczasowiczów, 
jednak i tutaj nie było Maćka. Pozostawała jeszcze plaża. Postanowiła 
sprawdzić i tam, ale zbliżając się do wejścia zmieniła zamiar. Setki 
ułożonych gęsto przy sobie i prażących się w słońcu ludzkich ciał nie 

background image

 

10

rokowały szans powodzenia ewentualnym poszukiwaniom. Chyba łatwiej 
byłoby już znaleźć igłę w stogu siana.  
     Z wolna zaczęło ogarniać ją zniechęcenie. Postanowiła wprawdzie, że 
wieczorem ponowi próby odnalezienia Brydla, ale teraz nie pozostawało jej 
nic innego, jak wracać do motelu. Po krótkim wahaniu ruszyła w tamtym 
kierunku, kiedy nagle przypomniała sobie o piwiarni na sąsiedniej  ulicy. 
Maciek był zagorzałym amatorem piwa i nie zdarzało się, by któregoś dnia 
nie wypił przynajmniej kilku butelek czy kufli. W każdym razie istniała 
szansa, że prędzej czy później wpadnie do „Antałka" na małe jasne. 
    Na pierwszy rzut oka piwiarnia sprawiała nie najgorsze wrażenie. 
Otaczał .ją wysoki, styIowy płot z grubych bali, a pod rozpiętą między   
drzewami siecią rybacką stały długie stoły i ławy zbite z prostych, ledwo 
oheblowanych! desek. Okupujące „Antałek" towarzystwo było znacznie 
mniej interesujące, ale to dziewczynie nie przeszkadzała.. Stanąwszy w 
wejściu rozejrzała się bacznie i omal nie klasnęła z radości. Nieco z boku, 
pod samym płotem, spostrzegła zwalistą sylwetkę Brydla, dyskutującego o 
czymś zawzięcie z drobnym człowieczkiem w podkoszulku w marynarskie 
paski. Maciek zachęcającym gestem podniósł kufel i jednym haustem 
opróżnił jego zawartość. Ten drugi bez wahania poszedł w ślady kompana . 
Chwilę później obaj odstawiali już puste naczynia. Brydel rozejrzał się w 
miarę trzeźwym wzrokiem po piwiarni i dopiero teraz zauważył 
Ziółkowską.  
— Siemasz, Milka! — zawołał z nie tajoną radością, —  Chodź do nas. 
Strzelimy po piwku. 
       Bez dodatkowej zachęty podeszła do znajomego i na powitanie 
cmoknęła go w nie ogolony policzek. Chciała usiąść obok, na ławie, ale 
chwycił ją jak piórko i ulokował na swoich kolanach. Na odległość ział 
alkoholem, co nie przeszkadzało jej jednak kokieteryjnie objąć go za szyję i 
niby od niechcenia przejechać czubkiem nosa po spoconej łysinie.  
— No gadaj, jak ci leci? — uśmiechnął się przyjaźnie. — Z twoją buzią i 
figurką chyba nie najgorzej?  
— Do tej pory nie mogłam narzekać — odparła, dotykając znacząco 
podsiniaczonego oka.—  Dopiero dzisiaj rano spotkała mnie paskudna 
przygoda. 
— Jezus, Maria! — Kompan Brydla aż złapał się za głowę. — Kto panią 
tak urządził?!  
— Szepnij tylko słówko, a gość powącha kwiatki od korzonków. — 
Maciek natychmiast spoważniał, a jego mina świadczyła wymownie, że 

background image

 

11

groźba nie została rzucona na wiatr. — A Gutka nie musisz się krępować 
—dodał widząc niezdecydowanie w oczach Ziółkowskiej. — To równy 
gość. Przewróciliśmy razem niejedną flaszkę.  
Argument nie należał wprawdzie do przekonujących, ale dziewczynie 
przemknęła myśl, że właściwie niczym nie ryzykuje opowiadając o swych 
kłopotach przy Gutku. 
— Sam siniak, to jeszcze głupstwo — przystąpiła do rzeczy bez dalszych 
wstępów. —Gorzej, że zabrali mi przeszło dwa tysiące dolców w różnych 
zachodnich walutach i biżuterię.  
— Kto?  
— Żebym ja wiedziała. ?— Bezradnie rozłożyła ręce. — Mogę wam tylko 
powiedzieć, że było ich dwóch. Mieli pończochy na gębach i na samym 
początku tak mi przyłożyli, że później nie kojarzyłam już, co się ze mną 
dzieje.  
— Przyszli do ciebie do motelu?  
— Właśnie.  
-— O której?  
— Ledwo zaczęło świtać.  
— Podejrzewasz kogoś? ?— Sama nie wiem.  
— Ale myślisz, że to byli miejscowi? 
— Znali moje imię... Zresztą nikogo innego| w motelu nie obrobili.  
— Zwiedzieli się, żeś szmalcowna dziewczyna, a dalej można już sobie 
dośpiewać.  
— Coś mi to wygląda na Staśka Docenta wtrącił się Gutek. — W zeszłym 
miesiącu te oskubał taką jedną ze Szczecina.  
— Docent nie bierze wspólników i rzadko bije. — Brydel pokręcił głową z 
powątpiewaniem. — Już bardziej pasuje Krzywy Zdzisio.  Ale, ale! — 
przypomniał sobie nagle i spojrzał na Milkę jakoś inaczej niż przed chwilą. 
Z szukaniem tych facetów może być sporo zachodu . 
— Odbierzecie dolce i złoto, to się podzielimy — zaproponowała bez 
zająknienia. 
— Fifty— fifty? 
— Jasne. 
— Tak to co innego  — rozpogodził sie Maciek. — Umowa stoi! 
— Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć .— Cmoknęła Brydla w łysinę —
A gdybyś miał coś dla mnie, to mieszkam w jedenastce. 
 
 

background image

 

12

IV 

 

    "Raz kozie śmierć" Andrzej zacisnął zęby i  z determinacją dał dwa duże 
kroki do przodu. Całą siłą  woli zmusił się. by natychmiast nie  
podskoczyć . Niemal w tej samej chwili jakaś mizerna w gruncie rzeczy 
fala zmoczyła mu kąpielówki. Mimo panującego upału poczuł na plecach 
gęsią skórkę .Po przeszło trzygodzinnym prażeniu. się na słońcu Bałtyk 
przypominał  mu wodę z przerębla.  
     Grzelecki zamknął oczy i znowu posunął się w głąb morza, ale teraz już 
tylko o jeden krok. Dno opadało tu trochę bardziej zdecydowanie i  kolejna 
fala sięgnęła mu do pępka Z trudem powstrzymał cisnące mu się na usta 
przekleństwo i nabrawszy  w obie dłonie wody prysnął nią na piersi. 
Niestety, przecenił swoje siły.  Rozpalone słońcem ciało zadygotało niczym 
w febrze i Andrzej zupełnie odruchowo cofnął się przed nadbiegającym 
właśnie grzywaczem! 
— Fe! Co za tchórz! — Zadźwięczał mu nad uchem pełen ironii 
dziewczęcy śmiech. — Uważaj, staruszku, bo ci szczęka ze strachu wypad 
nie! 
   Urażony do żywego chciał się jakoś odgryźć ale w tej samej chwili 
poczuł na plecach strumień lodowatej wody Odwrócił się i następna 
fontanna sięgnęła mu twarzy. Spostrzegł wysoką, nieprzeciętnie zgrabną 
dziewczynę w bikini. Z wrażenia zamrugał powiekami, by niczego nie 
uronić z kształtów dwudziestolatki, ta jednak najwyraźniej me miała 
zamiaru zaniechać sadystycznej zabawy. Kolejny prysznic na moment 
oślepił Grzeleckiego. Niemal po omacku skoczył w stronę figlarki. Już, już 
miał ją chwycić za rękę, kiedy zupełnie nieoczekiwanie poczuł na szyi 
uścisk zimnych ramion i pociągnięty ciężarem napastniczki jak długi zwalił 
się do wody. 
  Prychając niczym mors dźwignął się na nogi Dziewczyna była już 
dobrych dwadzieścia metrów dalej, tak że woda sięgała jej do piersi. Ze 
śmiechem zagrała Andrzejowi na nosie  i rzuciwszy się w morze odpłynęła 
od brzegu.  Bez chwili wahania ruszył za nią. Przymusowe nurkowanie 
oswoiło go z wodą na tyle, że przestał trząść się z zimna, a żart 
dziewczyny, choć zdecydowanie nazbyt obcesowy, mógł stanowić nie 
najgorszy pretekst do nawiązania znajomości. 
    Pływała nadspodziewanie dobrze i choć Grzelecki —  oprócz momentów 
zanurzania, był zawsze z wodą za pan brat, minęło kilka minut, nim ją 

background image

 

13

dogonił. Popatrzyła na niego przekornie i chciała zapewne rzucić jakimś 
złośliwym dowcipem, kiedy Andrzej dał nurka. Na moment zatrzymała się 
niezdecydowana i to mu wystarczyło. Chwycił dziewczynę w pasie i 
mocno pociągnął w dół. Puścił ją prawie natychmiast, ale i tak musiała się 
porządnie przestraszyć, bo wynurzając głowę spostrzegł, że nerwowo 
trzepoce rękami. 
— Co ty?! — pisnęła, krztusząc się morską wodą. — Nie wygłupiaj się! 
— Tylko nie krzycz, bo mi ze strachu szczęka wypadnie. — Nie mógł 
zrezygnować z drobnej złośliwości. — Tacy staruszkowie jak ja, okropnie 
boją się płaczu niemowlaków . 
   W pierwszym momencie oczy dziewczyny błysnęły niemal wrogo, 
sekundę później parsknęła jednak niepohamowanym śmiechem. Żart 
najwyraźniej musiał być trochę w jej stylu Zdecydowanym ruchem 
podpłynęła do Grzeleckiego i chwyciła go za włosy.  
— To ty taki? Zawsze musi być twoje na wierzchu? 
— Jasne.  
— A jeśli cię wytargam?  
— To dostaniesz klapsa.  
— Tutaj, w wodzie?  
— Czemu nie. Mokrą pupę bije się równie dobrze jak suchą.  
— Brutal! 
    Na moment przykryła ich nieco większa fala Kiedy Andrzej mógł znowu 
wynurzyć głowę, dziewczyna już nie trzymała go za włosy. Przewróciła się 
na plecy i wzbijając nogami fontanny wody próbowała płynąć dalej, w głąb 
morza. Jak łatwo było przewidzieć, popis nie trwał długo. Kolejna fala 
obróciła pływaczkę i pchnęła ją niemal w ramiona Grzeleckiego.  
— Teraz już nieprędko odczepisz się ode mnie — parsknął śmiechem. — Z 
morzem nie ma co dyskutować. 
— Uważaj, bo jeśli się zgodzę, niebawem możesz tego gorzko żałować. 
Sam nie wiesz, co bierzesz na swoją biedną głowę. 
— Nie będzie chyba aż tak źle...  
   Nie czekając na koniec wypowiedzi Andrzeja dała nurka. Zamierzał pójść 
w jej ślady, powstrzymał go jednak ostry, przenikliwy dźwięk gwizdka. 
Obejrzał się i spostrzegł płynącą w ich kierunku białą łódkę z wyraźnym 
niebieskim krzyżem na dziobie. 
— Dokąd to państwo się wybieracie? — Niezbyt wysoki, ale solidnie 
umięśniony blondyn w podkoszulku z podobnym jak na łódce krzyżem nie 

background image

 

14

krył swego niezadowolenia.— Minęliście ostatnią boję o bite dwieście 
metrów. 
—Więc człowiekowi już nawet utopić się nie wolno? — prowokacyjnie 
odparła dziewczyna, wystawiając głowę z wody tuż przy burcie łódki. — A 
może mi powiesz, do kogo trzeba złożyć stosowne podanie? 
— Topielcy mile widziani, ale u konkurencji — przyszedł w sukurs 
koledze nieco od niego starszy szatyn z wyraźnymi zaczątkami brzuszka. 
— Na naszej plaży wszystko musi grać jak w zegarku.  
— Kup sobie trąbkę, skoro lubisz muzykę.  
Teraz dziewczyna przeciągnęła strunę. Starszy z ratowników poczerwieniał 
ze złości i zażądał tonem nie znoszącym sprzeciwu:  
— Proszę natychmiast wejść do łódki!  
— Też coś! — prychnęła z pogardą. — Nikt mi nie będzie mówił, co mam 
robić.  
— Daj spokój, Elka! — Z łódki wychyliła się Wielecka. — Nie pyskuj, bo 
Antek z Jackiem gotowi cię naprawdę wyciągnąć z wody.  
— Znasz tę małą?— Jasnowłosy ratownik popatrzył na Zośkę pytająco.  
— Mieszkamy w jednym motelu.  
— To zmienia postać rzeczy... 
— Niekoniecznie — zaoponował Kucicki. — Znajoma czy nie i tak 
powinna przestrzegać przepisów. 
— Wstrętny, stary rep! — zagulgotała Elżbieta, — Pilnuj lepiej swego 
brzucha,  
— Ale ci, Jacuś, powiedziała! — Wazuń z uciechy klepnął się po udach. — 
Teraz nie masz już u niej żadnych szans,  
— I tak by nie miał — wtrącił się milczący do tej pory Grzelecki. — Ja 
pierwszy oberwałem od niej po krzyżu i nie myślę nikomu odstępować 
kolejki.  
— Chociaż jeden prawdziwy dżentelmen w tym gronie. — Słowa Andrzeja 
najwyraźniej poprawiły Elżbiecie humor.— Trzymam zakład, że gdyby 
przyszło co do czego, on prędzej wybawiłby mnie z opresji niż tuzin 
etatowych ratowników. 
Nie oglądając się na łódkę dała nurka pod wodę. Wazuń i Wielecka 
parsknęli śmiechem, a Kueicki siedział na swoim miejscu z miną żywo 
przypominającą chmurę gradową...  
   Minęło dobre pół godziny, nim Elżbiecie znudziło się pływanie. 
Grzelecki również miał już dosyć morskiej wody, więc oboje zgodnie 
ruszyli do brzegu. Tu Andrzej zaczął rozglądać się za swoim kocem i 

background image

 

15

ręcznikiem, ale dziewczyna nawet nie chciała słyszeć o pożegnaniu. Chcąc 
nie. chcąc, musiał ustąpić, zwłaszcza że niemal siłą zaciągnęła go do 
sporego grajdołka ograniczonego dwoma koszami i jaskrawym parawanem. 
— Zobacz, tatusiu, kogo złowiłam na wędkę. — Na moment przywarła 
całym ciałem do brzuchatego mężczyzny koło sześćdziesiątki. — Andrzej 
świetnie pływa i obiecał, że jutro znowu wypuścimy się na szerokie wody.  
— Jezus, Maria! — Tosiński aż się wzdrygnął. — Jakaś ty zimna! 
— Hartuj się, staruszku! — Ze śmiechem zaczęła poklepywać ojca po 
plecach. — Najwyższy już czas!  
— Połamiesz mi kości! — jęknął. Tosiński. —- Nie możesz w inny sposób 
okazywać uczuć rodzinnych?  
— Też coś! —? prychnęła udając obrażoną. —Andrzej byłby zachwycony.  
— Więc klep go do woli, póki nie ucieknie.  
— On nie z tych, którzy tak szybko uciekają,  
— Czyżby?  
— Grzelecki — przedstawił się Andrzej. -— Pozwolę sobie zauważyć, że 
faktycznie jestem dość odporny.  
— Góra z górą! — Z jednego z koszy wyskoczył Tomik. — Jak się 
okazuje, goście „Kulawego Belzebuba" zawsze ściągają w jedno miejsce.  
— To on u nas mieszka? — Tosińska z niedowierzaniem potrząsnęła 
głową. 
— Od dzisiaj. — Tomik był dumny, że ma tak świetne informacje. — Pan 
Grzelecki przyjechał przed ósmą i właśnie miałem przyjemność go poznać.  
—Serio? 
— Dostałem pawilon numer siedemnaście —potwierdził Andrzej.  
— Ależ to cudownie! —Z uciechy klasnęła w dłonie  
— Jak dla kogo, — Wysoki, dość szczupły szatyn koło czterdziestki 
żałośnie pociągnął nosem. — Teraz moje szanse u pani Eli spadną do zera.  
-— A fe , panie Romeczku ! — Za parawanem pojawiła się również 
Wielecka. — To ja już pana nie interesuję?  
— Pani jest oblegana przez tego nowego ratownika — westchnął 
Rydzewski, nerwowo obracając tkwiący na serdecznym palcu prawej ręki 
wielki srebrny sygnet.— Nawet dzisiaj prawie przez cały czas przebywała 
pani w jego towarzystwie. Nie wymawiając, wróciła pani do nas dosłownie 
przed chwilą. 
— O Wazunia nie musi byc pan zazdrosny. — Zośka jak gdyby odrobinę 
się zarumieniła. — Antek wszędzie taszczy ze sobą przyzwoitkę, czyli 
swego kuzyna, Kucickiego.  

background image

 

16

— Z dwojga złego już sam wolałbym być tą przyzwoitką. Przynajmniej 
mógłbym na panią patrzeć.  
— Mój ty biedaku! — Wielecka przybrała minkę pełną rzekomego 
współczucia. — Faktycznie musi być pan nieszczęśliwy... Ale da Bóg, że 
kiedyś to panu wynagrodzę..  
   Tosińska parsknęła niepohamowanym śmiechem, a panowie, prócz 
Rydzewskiego, zawtórowali jej głośno i rubasznie. Zośka miała wprawdzie 
szczery zamiar udać oburzenie z powodu zachowania znajomych, ale w 
końcu i jej nie udało się zachować powagi. Całe towarzystwo rechotało w 
najlepsze, kiedy skonfundowany pan Roman ostentacyjnie popatrzył na 
zegarek. 
— Wy tu podkpiwacie z mojego strapienia — mruknął zgryźliwie — a 
tymczasem obiad przejdzie nam koło nosa Dobrze wiecie, że pani 
Sawitowska nie toleruje spóźnialskich. 
     Poskutkowało. Nawet w takim kurorcie jak Międzyzdroje z 
wyżywieniem były w tym roku kłopoty, toteż nikt nie chciał ryzykować 
spóźnienia na obiad. Natychmiast wszyscy zapomnieli o wzajemnych 
docinkach i niespełna kwadrans później towarzystwo opuszczało plażę.  
Przed głównym budynkiem motelu było rojno. Widać tutejsza stołówka 
służyła nie tylko gościom „Kulawego Belzebuba", ale i innym 
wczasowiczom. Pani Roma Sawitowska, jak na dobrą gospodynię 
przystało, stała w progu lokalu, lustrując bacznym spojrzeniem 
wchodzących i wychodzących. Na widok objuczonego parawanem 
Tosińskich  Grzeleckiego uśmiechnęła się przyjaźnie. Już miała go o coś 
zagadnąć, kiedy przed budynkiem zawarczał silnik jasnobłękitnego 
porsche'a. Właścicielka motelu poderwała się niczym na sprężynie i 
najwyraźniej zapomniała o innych gościach. Andrzej zupełnie odruchowo 
obejrzał się w stronę parkującego właśnie samochodu. 
— Przyjechał Oklund — rzeczowo poinformowała go Elżbieta.— Podobno 
cholernie dziany facet. Jest właścicielem firmy zajmującej się 
przetwórstwem ryb czy czegoś w tym rodzaju...  
— Witamy, witamy! — Sawitowska ruszyła tanecznym krokiem do 
wysiadającego z wozu wysokiego, w miarę szczupłego blondyna. — 
Wszyscy stęskniliśmy się za panem. Obiecał pan wrócić za tydzień, a 
tymczasem nie było pana prawie miesiąc.  
— How do you do, Mrs. Roma! — Oklund pozdrawiającym gestem 
podniósł prawą rękę do góry. — Ja również stęskniłem się za pani kuchnią i 
polską wódką. Ale cóż poradzić: business is business. 

background image

 

17

 

    Brydel zdecydowanym ruchem pchnął szerokie, pokryte spękaną farbą 
drzwi i wkroczył do mrocznej, niezbyt obszernej sieni. Uderzył go 
zastarzały odór przypalonej kapusty połączony z wódczanymi wyziewami i 
stęchłym zapachem piwnicy. W głębi wisiała brudna kotara w bliżej nie 
określonym kolorze, zza której dobiegały głośne, pijackie okrzyki, Maciek 
uśmiechnął się pod nosem na samą myśl o czekających go godzinach w 
„Popularnej". Zawsze lubił podobną atmosferę i gdyby to tylko od niego 
zależało, najchętniej spędziłby pół życia w podrzędnych knajpach o 
możliwie kiepskiej reputacji. 
    W ciemnej, zadymionej salce było rojno. Brydel przez dłuższą chwilę 
rozglądał się bacznie dokoła. Zgodnie ze swoimi przewidywaniami przy 
jednym ze stolików spostrzegł szpakowatego mężczyznę z pokaźną szramą 
na lewym policzku i charakterystycznie skrzywionym nosem. Razem z 
Krzywym Zdziśkiem siedzieli dwaj niewysocy blondyni o podobnych do 
siebie, pokrytych dziobami po wietrznej ospie, twarzach. Czwarte krzesło 
przy stoliku szczęśliwym trafem było wolne... 
— Serwus, stara mordo! ?— Brydel bez pytania rozsiadł się na wolnym 
miejscu. — Jak leci? 
— Pomaleńku. — Zdzisiek przyjął nieoczekiwane towarzystwo bez 
entuzjazmu, ale i bez specjalnej niechęci. — Żyje się.  
— Zrobimy po szczeniaku?  
— Czemu nie. 
— A wy? — Brydel popatrzył pytająco na braci Krysiaków.  
— Może Janek — nie bez wahania odparł starszy. — Ja zaraz się zmywam  
— Jakaś partaninka?  
    Krysiak w odpowiedzi wzruszył ramionami, Maciek uznał więc, że lepiej 
nie nalegać. Wstał od stolika i bez pośpiechu ruszył w stronę szynkwasu, 
gdzie tleniona blondynka o rubensowskich kształtach wprawnie żonglowała 
butelkami. Na swoją kolejkę nie czekał nawet minuty. Bufetowa 
wykrzywiła grube usta w zalotnym uśmiechu i nalawszy do trzech szklanek 
po pięćdziesiątce wódki dopełniła je piwem. Płacąc zerknął dyskretnie za 
siebie. Przy stoliku Krzywego Zdziśka nie było już żadnego z Krysiaków. 
W pierwszym momencie pomyślał, że mógłby teraz jedną ze szklanek 
wypić na miejscu, przy szynkwasie, ostateczni zdecydował się jednak 
zamówić czwartą porcję. 

background image

 

18

— Od razu skoczymy na obie nóżki — zaproponował chwilę później 
podsuwając Zdziśkowi dwie szklanki. — Krysiaki nie chcieli niech więc 
będzie ich strata.  
— Zdrówko!— Krzywy bez namysłu sięgnął po piwo z wódką. — Oby 
nam się! 
   Wypili. Przez dobre pół minuty przy stolik panowało milczenie. Zdzisiek 
jakoś dzisiaj nie należał do rozmownych, a i Brydel nie bardzo wiedział, od 
czego zacząć. Sytuacja stawała się niezręczna. W końcu Maciek przysunął 
do siebie drugą szklankę i zaczął niby od niechcenia  
— Wiesz, Krzywy, wczoraj trafiłem w „Antałku" cholernie dzianego 
faceta. 
— Stawiał? — zainteresował się Zdzisiek.  
— Mnie postawił.  
— Dużo?  
— Nie w tym rzecz — sprostował Brydel. — Widzisz, on byłby chętny na 
jakieś błyskotki.  
— Tez mi nowina! — Krzywy roześmiał się na całe gardło . — Pokaż mi, 
kto dzisiaj nie pyta o złoto.  
— On by nieźle zapłacił.  
— W czym więc problem? 
— Tak się głupio złożyło, że akurat nie mam mc na zbyciu.  
— Pogadaj z chłopakami.  
— Rano widziałem się z Tomkiem Rybką, później byłem u Gutka.  
— No i co?  
— Poradzili mi ciebie.  
— Dlaczego właśnie mnie?  
— Nie pytałem. — Maciek porozumiewawczo przymrużył oko. — W 
końcu ważne jest, że masz towar, a skąd, to już nie moja sprawa. 
   Zdzisiek przez kilkanaście sekund przyglądał się Brydlowi, jak gdyby 
widział go po raz pierwszy w życiu. W końcu ostentacyjnie wzruszył 
ramionami i wycedził przez zaciśnięte zęby.  
— Albo ty mi kit wciskasz,, albo Tomek z  Gutkiem zrobili z ciebie idiotę.  
— Co takiego?  
— A to, że od miesiąca nie miałem w garści żadnych świecidełek.  
     Jednym haustem opróżnił drugą szklankę i nie patrząc na Maćka wstał 
od stolika. Najwyraźniej zamierzał opuścić „Popularną", po kilku krokach 
zatrzymał się jednak, jak gdyby sobie o czymś przypomniał albo kogoś 

background image

 

19

zobaczył. Brydel rozejrzał się uważnie po sali i nagle zrozumiał. W progu, 
przy kotarze, stał Gutek. 
  Krzywy, jak gdyby nigdy nic, pokiwał Gutkowi na powitanie i 
wskazawszy mu zapraszającym gestem stolik ruszył w stronę  szynkwasu. 
Chwilę później wszyscy trzej siedzieli już przy półlitrówce. Zdzisiek rozlał 
wódkę do  szklanek i nie zwracając uwagi na brak zakąski gładko opróżnił 
swoje naczynie. Maciek z Gutkiem bez wahania poszli w jego ślady. W 
butelce zostało jeszcze sporo i Krzywy miał właśnie  zamiar rozlać drugą 
kolejkę, kiedy Gutek nachylił mu się do ucha. 
— Słyszałeś, że w motelu Romy Sawitowskiei obrobili jedną mewkę? — 
zapytał konfidencjonalnym szeptem.  
— Zdarza się. — Zdzisiek nie zdradzał jakoś większego zainteresowania.  
— Dziewczyna oberwała po czerepie, a potem zabrali jej dolce.  
— Dużo?  
— Coś ze dwa patyki.  
— Zawsze trochę grosza — przyznał Krzywy. — Choć wcale nie takie 
znowu halo... Słyszałeś, kto ją załatwił?  
— Jakichś dwóch.  
— Miejscowi?  
— Diabli wiedzą.  
    Zdzisiek wzruszył ramionami na znak, że uważa temat za wyczerpany, i 
sięgnąwszy po butelkę zaczął rozlewać resztę wódki. Chwilę później 
zachęcającym gestem podniósł swoją szklankę. 
— Pies trącał mewki i ich dolce — rzucił lekko. — Oby nam się!  
Wypili. Gutek poderwał się z miejsca, by przynieść kolejną butelkę, ale 
Krzywy najwyraźniej nie miał zamiaru czekać, aż tamten wróci do stolika, 
bo skinął Brydlowi na pożegnanie i ruszył do wyjścia. Maciek przez dobre 
pół minuty spoglądał bezmyślnie na kotarę, za którą zniknął niedawny 
kompan. Był już niemal zdecydowany spędzić resztę wieczoru pijąc z 
Gutkiem na umór, kiedy przyszło mu nagle do głowy, że w gruncie rzeczy 
Krzywy musi coś mieć na sumieniu. Przez moment wahał się jeszcze, w 
końcu jednak podjął decyzję i nie oglądając się na Gutka ruszył w ślad za 
Zdziśkiem. 
  Na dworze było zupełnie ciemno. W pobliżu paliła się tylko jedna latarnia 
i musiało minąć kilkanaście sekund, nim wzrok Brydla przyzwyczaił się do 
nowych warunków. Ulica była niemal pusta. Maciek przez dłuższą chwilę 
lustrował bacznym spojrzeniem nielicznych przechodniów, nigdzie jednak 
nie dostrzegł nawet śladu Krzywego. Zrezygnowany zamierzał wrócić do 

background image

 

20

„Popularnej", kiedy zza rogu sąsiedniego budynku wyłoniła się  sylwetka 
jakiegoś niewysokiego mężczyzny. Brydel zamarł w bezruchu. Nie widział 
twarzy tamtego, z wolna zaczynał jednak nabierać pewności, że to jeden z 
braci Krysiaków Nerwowo zatarł ręce i wolnym krokiem poszedł w Jego 
kierunku.  
  Początkowo mężczyzna zdawał się nie zwracać na Macka uwagi, gdy 
jednak Brydel podszedł nieco bliżej, spiesznie wycofał się za róg budynku 
Było tu coś w rodzaju wąskiego, ograniczonego z dwóch stron drewnianym 
płotem podwórka. W głębi majaczyły kontury jakiejś niedbale skleconej 
szopy, przed którą leżały porzucone w nieładzie beczki Charakterystyczny, 
ostry zapach świadczył wymownie, że stosunkowo niedawno musiano tu 
przetrzymywać większą partię solonych śledzi. Maciek przystanął pośrodku 
podwórka i przez dłuższą chwilę bezradnie rozglądał się dokoła. Nigdzie 
me było żywego ducha, a przecież widziany dopiero co mężczyzna nie 
mógł tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu Brydel kopnął za złością 
jedną z beczek Potoczyła się kilka metrów, uderzając z łoskotem o 
sąsiednią. Wyglądało na to, że obydwie są puste.  
   Nagle w szopie zatrzeszczała jakaś deska. Oczywiście mógł być to 
jedynie przypadek, ale Maciek nie wahał się ani sekundy. Już wcześniej 
dostrzegł w krótszym boku szopy wąskie drzwiczki Teraz pobiegł do nich i 
zdecydowanie naparł ramieniem Ustąpiły. Zajrzał do środka Było tam 
jeszcze ciemniej niż na dworze. Przekraczając próg szopy sięgnął do 
kieszeni po zapałki. Pierwsza złamała się przy pocieraniu o draskę Namacał 
w pudełku drugą, ale  tym samym momencie poczuł, że szopa wali mu się 
na głowę.  
 
 

VI 

 

   —No cóż, panowie, jak tak dalej pójdzie, będę musiał zamknąć interes. 
— Rydzewski perorował żywo gestykulując. — Surowca nigdzie nie  
uświadczysz, najmarniejszy pracownik .kosztuje krocie, a podatki tak się 
dzisiaj ustala, żeby każdego doprowadzić do ruiny.. Człowiek żyły sobie 
wypruwa, a me może wyjść na swoje.  
— W pańskich plastykach nie jest jeszcze najgorzej. — Pokręcił głową 
Tomik. — Spróbowałby pan w branży cukierniczej Od pól roku 
praktycznie dokładam do każdego ciastka.  

background image

 

21

— Teraz nigdzie me jest lekko — wtrącił się Tosiński. — To wszystko tak 
mi dojadło, że na  jesieni nieodwołalnie likwiduję swoją wytwórnię wód 
gazowanych. Na państwowej posadce zarobię tyle samo, a zamiast tyrać od 
świtu do nocy będę leżał do góry brzuchem. 
— Woda nie jest jeszcze przynajmniej na kartki — nie ustępował Tomik. 
— Ja po przydział na każde deko mąki czy cukru muszę dyrdać do urzędu 
dzielnicowego z kopertówką.  
— Co za czasy!  
—- Zdaje się, ze nasi panowie mają zamiar przez cały wieczór płakać nad 
stanem swoich interesów — bezceremonialnie przerwała Wielecka. — 
Tylko za jakie grzechy my musimy tego słuchać? 
— Święte słowa, pani Zosiu, święte słowa! —Tęga blondynka koło 
czterdziestki głośno klasnęła w pulchne dłonie. — Mężu, przywołuję cię do 
porządku! — Szturchnęła łokciem Tomika. — Czy poza ciastkami i 
pieniędzmi nic już dla ciebie nie istnieje na tym świecie?  
— Słucham, kochanie?  
— Może wypilibyśmy zdrowie pań? — zaproponował milczący do tej pory 
Grzelecki.  
— Jasne! — Rydzewski ochoczo zastukał sygnetem w kieliszek. — Na bok 
smutki, kiedy jesteśmy w tak uroczym towarzystwie. W pani rączki, pani 
Zosieńko!  
— A jednak raczył pan sobie o mnie przy pomnieć. — Wielecka wydęła 
wargi z udaną urazą. — Powiadają, że lepiej późno niż wcale.  
— Ależ, pani Zosieńko... 
—Zdrowie pięknych pań po raz pierwszy!  
   Mężczyźni skwapliwie podnieśli kieliszki. Niemal w tym samym 
momencie światło nieco przygasło i z umieszczonej w rogu sali kolumny 
popłynęły dźwięki modnego przeboju. Po kilku taktach od stolików ruszyły 
pierwsze pary, a niespełna minutę później na parkiecie było już całkiem 
tłoczno. Jak co wieczór stołówka motelu „Pod kulawym Belzebubem" 
zamieniała się W hałaśliwą dyskotekę.  
    Grzelecki mrugnął znacząco do Tosińskiej i miał właśnie zamiar 
poprosić ją do tańca, kiedy siedzący obok Tomik stuknął go w ramię.  
— Przepraszam, że pytam, panie Andrzeju — zaczął grubas niezręcznie — 
ale co pan właściwie robi? Od powrotu z plaży zastanawialiśmy się nad 
tym z Rydzewskim i żaden z nas nie mógł zgadnąć. 

background image

 

22

— W zeszłym roku uruchomiłem wytwórnię galanterii metalowej — odparł 
Grzelecki, — Produkuję klamki, okucia, wieszaki i inne drobiazgi w stylu 
retro.  
— Jak pan na tym wychodzi?  
—Mówiąc szczerze, nie najlepiej. Wprawdzie snobów nie brakuje i towar 
idzie jak woda, ale z surowcem krucho.  
— Przydałby się panu kontakt z jakąś składnicą złomu metali kolorowych.  
— Kontakt to ja mam. — Andrzej smutno pokiwał głową. — Cóż, kiedy 
faceta interesuje wyłącznie twarda waluta.  
— Znam ten problem.  
— A propos! — Grzelecki z pozorną obojętnością sięgnął po papierosy i 
zachęcającym gestem podsunął Tomikowi paczkę Marlboro. — Nie 
orientuję się pan, jak teraz na wybrzeżu stoją zielone? 
— Ostatnio dolców nie kupowałem, ale podobno tutejszy kurs niewiele 
różni się od warszawskiego.  
—Jasna cholera! — Andrzej zapomniał o  obecności pań. ?— Liczyłem, że 
zaoszczędzę kilka groszy, a tu guzik.  
Ne cóż, waluciarze wszędzie są tacy sami  i zawsze zdzierają z człowieka 
skórę.  
— Innymi słowy nie pozostaje mi nic innego jak zacisnąć zęby i płacić 
bajońskie sumy za każdego dolara.  
— Chyba że,.. — Tomik na moment jakby się zawahał.  
— Chyba że co? -— podchwycił Grzelecki.  
— Ewentualnie mógłby pan pogadać z którymś z obcokrajowców.  
— Ma pan na myśli kogoś konkretnego?  
— Choćby Oklunda albo Svensona. Duńczyk jest akurat na miejscu, a i 
Szwed pewno niebawem wróci do naszego motelu. 
    Z głośników popłynął kolejny modny przebój Andrzej zerknął na 
Tosińską. Wierciła się niespokojnie na krześle, dając do zrozumienia, że 
nie zamierza spędzić całego wieczoru przy stoliku.  
— Zatańczymy? — zapytał przymilnie. 
   Bez słowa podniosła się z miejsca i posłusznie ruszyła za Grzeleckim na 
środek  parkietu. Objął dziewczynę i przytulił mocno do siebie. 
Uśmiechnęła się ciepło. Zachęcony pocałował ją w policzek, chętnie 
nadstawiła drugi, kiedy jednak poszukał jej ust, odskoczyła jak oparzona. 
— Przecież ja nie gryzę! — nie mógł powstrzymać się od żartu.  
— Kto cię tam wie — odparła z przekornym błyskiem w oku. — Chłopom 
lepiej nie dowierzać. 

background image

 

23

— Inne dziewczyny jednak ryzykują.  
— Ich sprawa.  
— A ty zawsze jesteś taka święta?  
— Nie zawsze.  
— W czym więc problem?  
— Tatuś patrzy.  
— Czyżbym na zwykłego buziaka musiał poczekać, aż ojczulek pójdzie 
lulu? 
— On zwykle kładzie się później ode mnie.  
— Szkoda.  
— Prawdziwy mężczyzna zamiast biadolić znalazłby sposób, aby osiągnąć 
to, co sobie wymarzył... 
    Ostatnie słowa Tosińskiej stanowiły niemal jawną prowokację, toteż 
Andrzej bez chwili wahania chwycił ją mocno w ramiona i zakręciwszy 
kilka razy w takt muzyki zdecydowanie pocałował w usta. Jak gdyby na 
zamówienie w tym momencie zgasło światło i tylko w rogach sali zaczęły 
błyskać kolorowe lampki. Jednocześnie muzyka zagrała znacznie głośniej, 
uniemożliwiając wszelką rozmowę.  
    Przez dobry kwadrans na parkiecie królowały ostre, rockowe rytmy. 
Niektórzy, zwłaszcza co starsi tancerze, zaczęli już wyraźnie ustawać, 
kiedy muzyka nieco przycichła i z głośników popłynęło nastrojowe tango. 
Elżbieta ufnie przytuliła się do Grzeleckiego. Delikatnie pogładził ją po 
włosach i chciał właśnie szepnąć do ucha jakiś komplement, kiedy 
spostrzegł| tuż obok Wielecką, ostentacyjnie obejmującą za szyję jakiegoś 
tęgiego, zażywnego jegomościa o pokaźnej łysinie. 
— Komu się tak przyglądasz?— fuknęła Tosińska z niezadowoleniem. — 
Mało ci jednej dziewczyny? Szukasz następnej do haremu?  
— To raczej Zośka kolekcjonuje wielbicieli — odparł lekko. — A swoją 
drogą współczuję Rydzewskiemu.  
— Też coś! — Pogardliwie wzruszyła ramionami. — Niech się facet 
cieszy, że Zośka w ogóle chce na niego spojrzeć.  
— Nie lubisz panów w średnim wieku?  
— Wolę takich jak ty. — Znowu była w humorze. — Nie powiesz chyba, 
że me mam racji?  
— Oświadczyny wypadły uroczo...  
— Wstręciuch! — Żartobliwie pogroziła mu palcem. —- Dziewczyna 
powie słowo, a ty zaraz wyobrażasz sobie Bóg wie co. 

background image

 

24

   Oboje parsknęli beztroskim śmiechem. Andrzejowi przemknęła myśl, że 
jego partnerka, choć chwilami nieokrzesana i szokująco bezpośrednia, 
może łatwo zawrócić mu w głowie. Uważnie popatrzył Tosińskiej w oczy. 
Wydało mu się, że dostrzega w nich coś więcej niż zwykłą sympatię. 
— Wiesz, chciałabym teraz uciec od ludzi, dyskoteki i tego całego zgiełku 
— szepnęła. — Zabierz mnie stąd.  
— Choćby na koniec świata!  
— Wystarczy nad morze. Przy księżycu jest jeszcze piękniejsze niż w 
blasku słońca... 
   Opuszczając salę Grzelecki zerknął w stronę swojego stolika. 
Zgromadzone tam do niedawna towarzystwo rozpierzchło się bez śladu. Na 
placu boju został jedynie Tosiński opowiadający coś właśnie z wielkim 
ożywieniem ognistej brunetce koło trzydziestki . Andrzej 
porozumiewawczo uśmiechnął się do Elżbiety. Wyglądało na to, że jej 
ojciec znalazł sobie zajęcie na dzisiejszy wieczór i wbrew zapowiedziom 
córki nie ma najmniejszego zamiaru pilnować swojej latorośli. 
     Noc była ciepła i parna, tylko od morza dochodziły  z  rzadka ożywcze 
powiewy. Grzelecki objął dziewczynę wpół i poprowadził między rozsiane 
wśród drzew pawilony. Po kilkunastu krokach dostrzegli furtkę w płocie 
okalającym teren motelu Andrzej otwierał ją właśnie, kiedy Tosińska 
trąciła go znacząco. 
— Tak żałowałeś Rydzewskiego — zauważyła nie bez złośliwości — a 
tymczasem facet już zdążył się pocieszyć. Zośka ma rację, że nie traktuje 
serio jego umizgów.  
   Pawilon Rydzewskiego był usytuowany niespełna pięćdziesiąt metrów od 
furtki, widzieli, więc wyraźnie palące się wewnątrz światło i przesuwające 
się na tle firanki cienie dwóch ludzkich postaci. Elżbieta miała zamiar 
dorzucić jeszcze kilka cierpkich uwag na temat Rydzewskiego, ale 
Grzelecki wzruszył ramionami na znak, ze nie uważa tego, co zobaczyli za 
godne komentarza. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, w końcu dała za 
wygraną i ruszyli zgodnie wąską ścieżką prowadzącą w kierunku wybrzeża. 
     Niespełna dziesięć minut później dotarli, do szczytu stromej skarpy, u 
podnóża której rozciągała się plaża Dalej było widać granatowoczarne, 
groźnie .szumiące morze. Fale piętrzyły się teraz znacznie wyżej niż za dna 
i zalewając szeroki pas plaży sięgały porzuconych bezładnie koszy do 
opalania. Jakaś zerwana boja niezdarnie turlała się po piasku pobrzękując 
metalicznie w rytm uderzeń nacierającego na brzeg Bałtyku.  

background image

 

25

— Jak tu fajnie, kiedy nie ma ludzi! — Tosińska przytuliła twarz do 
ramienia Andrzeja.  
— Tylko nas dwoje i morze.  
— I zdrajca księżyc...  
— Nie martw się, on nikomu nie powtórzy.  
— Jesteś pewien?  
— Spróbujmy zaryzykować.  
   Grzelecki objął dziewczynę i delikatnie pocałował w usta. Tym razem 
odwzajemniła pieszczotę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W 
końcu Elżbieta uśmiechnęła się przekornie.  
— Nie zaprosiłbyś mnie do siebie? — spytała bez cienia skrępowania. — 
Jeszcze nie widziałam, jak się urządziłeś. 
   Z iście indiańskim okrzykiem porwał ją w ramiona i podniósł do góry.  
— Tylko bez takich fanfar! — zastrzegła pół żartem, pół serio. — Ja nie 
Zośka, nie chcę, żeby jutro cały motel plotkował na mój temat.  
— Będę cichutko jak mysz pod miotłą — obiecał, stawiając Tosińską na 
ziemi.  
— Pamiętaj! — Pocałowała go w policzek. Po kilku minutach byli już z 
powrotem na terenie motelu. W pawilonie zajmowanym przez 
Rydzewskiego dalej paliło się światło, a uchylone drzwi cicho 
poskrzypywały na wietrze. Andrzej pewno nawet nie spojrzałby w tamtą 
stronę, ale Elżbieta ani myślała zrezygnować z okazji do niewybrednego 
kawału. Konfidencjonalnym gestem przyłożyła palec do ust i nie zwracając 
uwagi na protesty swego chłopaka ostrożnie ruszyła do wejścia. Moment 
później z chichotem pchnęła drzwi i nagle do uszu Grzeleckiego dotarł 
pełen przerażenia, niemal spazmatyczny, krzyk. 
 
stronę, ale Elżbieta ani myślała zrezygnować z okazji do niewybrednego 
kawału. Konfidencjonalnym gestem przyłożyła palec do ust i niJ zwracając 
uwagi na protesty swego chłopaka ostrożnie ruszyła do wejścia. Moment 
późnie! z chichotem pchnęła drzwi i nagle do uszu Grzeleckiego dotarł 
pełen przerażenia, niemal spazmatyczny, krzyk. 
 

VII 

 

   Silnik kilka razy szarpnął, zazgrzytał i stary wysłużony gazik stanął 
pośrodku drogi. Kapral Wilczek nerwowo przycisnął rozrusznik. Ponownie 

background image

 

26

zazgrzytało i zacharczało, ale silnik ani myślał zaskoczyć. Klnąc pod 
nosem, funkcjonariusz wyciągnął ze schowka latarkę i wysiadł z wozu.  
— Co jest? — Ziewnął z tylnego siedzenia sierżant Wapiński. — 
Nawaliło?  
— A nawaliło! — przytaknął kapral, grzebiąc w silniku. — Tyle razy 
mówiłem, że nasza gablota nadaje się na złom.  
— Zrobisz?  
— Najprędzej w spodnie. — Wilczek z rezygnacją machnął ręką. — Zdaje 
się, że rozrząd diabli wzięli. 
— Innymi słowy do Wisełki dzisiaj nie jedziemy — zauważył sierżant.  
— Komendant będzie wściekły.  
— Będzie. — Wapiński ponownie ziewnął, manifestując w ten sposób 
całkowity brak zainteresowania przewidywaną reakcją przełożonego. — 
Nic na to nie poradzę. 
—Gorzej, że przyjdzie nam nocować na szosie albo dymać piechotą do 
chałupy.  
— Niekoniecznie. — Sierżant dźwignął wreszcie swoje sto kilo żywej wagi 
i wysiadł z gazika. — Damy znać przez radio i ktoś nas ściągnie.  
— Zająłbyś się tym? 
 — Czemu nie.  
— To ja może skoczę po coś do picia — zaproponował kapral. — 
Niedaleko stąd jest motel, w którym zawsze mają dobre piwo. 
— „Pod Kulawym Belzebubem"? — przypomniał sobie Wapiński.  
— Właśnie.  
— W porządku — zgodził się sierżant. — Przynieś ze cztery butelki... Albo 
nie — nagle zmienił zdanie. — Sam pójdę, a ty nadaj przez radio 
meldunek, że mamy awarię.  
Kapral w milczeniu skinął głową, a Wapiński sapiąc niemiłosiernie ruszył 
w kierunku oddalonego o jakieś pół kilometra motelu. Kilka minut później 
był już przed wejściem do głównego budynku, z którego wnętrza dochodził 
gwar i przytłumione dźwięki modnych przebojów. Sierżant odruchowo 
obciągnął mundur i chciał właśnie pchnąć szerokie, oszklone drzwi, kiedy 
nagle gdzieś zza budynku dobiegł go przeraźliwy, niemal histeryczny, 
krzyk kobiety. Nie bacząc na swoją wagę, zadyszkę i stanowczo zbyt 
krótkie jak na biegi przełajowe nogi, ruszył niczym burza w tamtym 
kierunku.  
    Wśród rozrzuconych między drzewami pawilonów na moment stracił 
orientację. Dotarł do siatki i tu przez chwilę bezradnie rozglądał się 

background image

 

27

dookoła. Chciał już na chybił trafił penetrować teren, kiedy spostrzegł, że 
drzwi jednego z oświetlonych domków są uchylone. Przed pawilonem 
leżała dziewczyna, nad którą pochylał się rosły mężczyzna w dżinsach i 
sportowej koszuli. 
— Co się stało?! — Sierżant w kilku susach dopadł do leżącej. — Czy to 
ona krzyczała?  
— Owszem — odparł Grzelecki. — Ale chyba zaraz dojdzie do siebie. 
Lepiej niech pan zobaczy tego gościa w pawilonie...  
Wapiński otworzył szerzej drzwi. Tuż za progiem, w brunatnej kałuży, 
leżał Rydzewski. Jego rozdarta marynarka z plamami w tym samym co 
kałuża kolorze i pozlepiane krwią włosy  sprawiały dość niesamowite 
wrażenie zwłaszcza w zestawieniu z wnętrzem domku które wyglądało, jak 
gdyby przed chwilą prze szedł tędy tajfun. Ktoś zerwał materac z łóżka, 
wszędzie walała się bezładnie porozrzucana garderoba, a pierze z rozprutej 
poduszki dotarło nawet do lampy. 
    Sierżant ostrożnie przyklęknął przy leżącym i po krótkim wahaniu 
chwycił go za przegub, przez kilka sekund nerwowo macał puls. Wreszcie 
odetchnął z wyraźną ulgą.  
— Żyje — stwierdził autorytatywnie. — Ktoś rozbił mu głowę... O, chyba 
tym! — Spostrzegł stłuczoną butelkę po maladze. —Flaszka musiała być 
pełna, bo czuć na kilometr, a i kałuża zrobiła się niemała... Swoją drogą 
miał facet szczęście!  
— Jezus, Maria! — Za plecami funkcjonariusza nieoczekiwanie pojawiła 
się Tomikowa. — Zabili pana Rydzewskiego. Boże, co za nieszczęście!!  
— Nie zabili, a napadli — sprostował Andrzej. — Niech pani z łaski swojej 
da znać właścicielce motelu i ściągnie tu jakiegoś lekarza.  
— A co się stało pani Eli? 
— Nic, nic —z wyraźnym trudem wyszeptała dziewczyna. — To tylko 
nerwy. Okropnie się przestraszyłam...  
— Pójdzie ktoś wreszcie po tego lekarza?! — Wapiński zdecydował, że 
najwyższy już czas przejąć inicjatywę w swoje ręce. — Nie widzicie 
państwo, że ranny potrzebuje pomocy?  
   Poskutkowało. Niespełna trzy kwadranse później Rydzewski leżał już z 
obandażowaną  głową na wygodnej kanapce w służbowym pokoju 
Sawitowskiej. 
   Zdaniem jednego z miejscowych lekarzy nic nie zagrażało życiu rannego. 
On sam zdołał odzyskać przytomność, choć rozbita głowa bardzo mu 
dokuczała, a mówienie przychodziło z dużym trudem. Mimo wyjątkowo 

background image

 

28

kiepskiego samopoczucia zaprotestował jednak stanowczo, kiedy 
zaproponowano mu przewiezienie do szpitala. Po wybitnie nieprzyjemnych 
przeżyciach ostatniego wieczoru marzył tylko, by wszyscy dali mu spokój. 
   Funkcjonariusz ze zrozumieniem wysłuchał życzenia pobitego, w duchu 
przyznał mu rację ale przesłuchania zdecydował się nie odkładać  na 
później  
— Ogromnie mi przykro, że pana męczę — zaczął przepraszająco 
włamywacze nie spodziewali się pańskiego powrotu   
zaczął przepraszająco — muszę jednak uzyskać niezbędne informacje. Po 
prostu w przeciwnym wypadku raczej nie udałoby się złapać sprawców.  
— Przecież ja ich prawie nie widziałem —  z rezygnacją westchnął 
Rydzewski. — Ledwie otworzyłem drzwi do domku, jeden z nich walnął 
mnie czymś po głowie i ocknąłem się dopiero na tej kanapie.  
— Włamywaczy zastał pan w pawilonie?  
— Tak, już to zresztą mówiłem.  
— Ilu ich było?  
— Dwóch.  
— Długo pozostawał pan poza domkiem ? 
— Dwie, może trzy godziny.  
— Wybrał się pan na wieczorny spacer ? 
— Siedziałem ze znajomymi w dyskotece.   
— Wyszedł pan przed końcem zabawy? 
 — Poczułem się zmęczony.  
— Wracając nie zauważył pan niczego podejrzanego?  
— W oknie domku paliło się światło.  
— Nie zastanowiło to pana?  
— Czasami bywam roztargniony. Pomyślałem, że wychodząc 
zapomniałem zgasić lampę. 
— Drzwi zastał pan otwarte?  
— Owszem.  
— Zapalone światło, otwarte drzwi — powtórzył Wapiński. — Wygląda na 
to, że włamywacze nie spodziewali się pańskiego powrotu   
— Być może.  
— Ale dlaczego?  
— Nie mam pojęcia — zniecierpliwił się Rydzewski. — W końcu cóż mnie 
mogą obchodzić kalkulacje jakichś rzezimieszków!  
— Z pewnością, z pewnością — skwapliwie przytaknął funkcjonariusz, 
choć było widać, że |w gruncie rzeczy nie podziela opinii pokrzywdzonego. 

background image

 

29

— Mimo wszystko coś mi tu jednak nie gra... Czy potrafiłby pan opisać 
któregoś z włamywaczy? — zadał kolejne pytanie. 
— Przecież nawet nie zdążyłem im się przyjrzeć. 
— Mieli na twarzach maski, pończochy lub coś w tym rodzaju? 
— Chyba tak — przesłuchiwany najwyraźniej nie był pewny swego. — 
Chociaż diabli wiedzą..  
— Może jednak przypomni pan sobie jaki szczegół?  
— Ten, który uderzył, był trochę niższy ode mnie, ale za to szerszy w 
barach. — Rydzewski jak gdyby się zawahał. — W każdym, razie wyglądał 
na kawał chłopa.  
— Jest pan pewien? 
— Z rozbitą głową niczego nie można być pewnym — burknął 
przesłuchiwany. — Prawdę powiedziawszy wolałbym odłożyć tę rozmowę 
do jutra.

 

— Nie chce pan nawet sprawdzić, co zniknęło? 
 —  Szczerze wątpię, by włamywacze się na mnie obłowili. Pieniądze 
trzymam na książeczce PKO, bony zostawiłem w Warszawie, a z  biżuterii 
posiadam tylko sygnet, którego o dziwo nie ściągnęli mi z palca. W 
najgorszym razie mogli zabrać aparat fotograficzny i radiomagnetofon. 
—  Mimo wszystko będziemy musieli pa prowadzić szczegółowe oględziny 
pańskiego pawilonu.  
— Czy to konieczne?  
— Niestety tak. Trzeba sfotografować miejsce przestępstwa, zabezpieczyć 
ślady pozostawione przez włamywaczy... 
— Nawet gdybym nie złożył oficjalnej skargi. 
— Przykro mi, ale w tym wypadku przepisy nie pozostawiają nam 
swobody wyboru  
— No cóż, mówi się trudno. — Rydzewski ustąpił, widać jednak było, że 
czyni to z wyraźną niechęcią. — Niech pan robi swoje. 
 

VIII 

 

   Łubu-du, bach! Łubu-du, bach! Puste beczki z ogłuszającym łoskotem 
waliły jedna o drugą. Łubu-du, bach! Każde kolejne uderzenie Brydel 
odczuwał niczym miażdżący cios obuchem siekiery, a głowę rozsadzał mu 
nieznośny, świdrujący ból. Chciał się poderwać i uciec jak najdalej od 
dręczącego hałasu, ale sflaczałe mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. 

background image

 

30

Jedynym wysiłkiem, na który umiał się zdobyć, było otwarcie 
zapuchniętych oczu. W pierwszej chwili nie mógł sobie uświadomić, gdzie 
jest ani jak tutaj trafił. Przez kilkanaście sekund niezbyt przytomnie 
przyglądał się zbitej z nieheblowanych desek ścianie, potem przyszła kolej 
na wyboiste, kamiennie twarde klepisko, na którym leżał, by w końcu 
spojrzeć w stronę maleńkiego okienka pod samym dachem, przez które 
sączyła się do szopy nikła smużka światła. 
    Za ścianą zadudniła kolejna beczka. Maciek niemal odruchowo dotknął 
głowy i nagle wszystko zrozumiał. Mniej więcej od środka czoła aż po 
miejsce, gdzie kończyła się łysina, wyczuł nierówną, chropawą 
powierzchnię. Ostrożnie pomacał dalej. Pozlepiane resztki włosów z tyłu 
głowy stanowiły twardą, zeschniętą skorupę. Urządzili mnie, dranie!— 
pomyślał. Łepetyna jak rzeszoto. Cud, że na dobre nie wyciągnąłem 
kopytek... 
    Niezdarnie dźwignął się na kolana. Wszystko dookoła zawirowało w 
wariackim tempie. Na moment przymknął oczy, oparł czoło o deski. 
Trochę pomogło, dalej jednak pękała mu głowa i czuł się fatalnie. Zaklął 
żałośnie, nie wiedząc, co robić, kiedy nieoczekiwanie dudnienie beczek 
ustało, a za ścianą zawarczał basowo silnik ciężarówki. Brydel usłyszał 
zgrzyt nie zsynchronizowanej skrzyni biegów i charakterystyczny klekot. 
Silnik zawył na wyższych obrotach, ale już jakby trochę dalej od szopy. 
Coś znowu zgrzytnęło, szarpnęło i ciężarówka musiała wyjechać z 
podwórka, bo na dworze zapanowała cisza. Maciek odetchnął z wyraźną 
ulgą. Głowa przestała mu pękać i poczuł, że z wolna zaczyna odzyskiwać 
siły. Odczekał jeszcze z półtorej minuty i przytrzymując się ściany wstał z 
klęczek. Teraz już bez  obawy ruszył w stronę oddalonego o jakieś kilka 
metrów wyjścia. Namacał drzwiczki. Były zamknięte, na szczęście jednak 
ustąpiły od pierwszego pchnięcia ramieniem. 
    Na podwórku Brydel nie spostrzegł żywego ducha, za to beczek 
dwukrotnie przybyło od wczoraj. Powłócząc nogami wyszedł na ulicę. Tu 
zorientował się, ze musi być bardzo wcześnie. Wczasowicze spali jeszcze 
w najlepsze i tylko nieliczni stali mieszkańcy Międzyzdrojów spieszyli do 
swoich zajęć. Maciek zerknął na zegarek. Niestety brakowało szkiełka i 
obu wskazówek. Odruchowo sięgnął do tylnej kieszeni spodni, gdzie zwykł 
trzymać pieniądze i dokumenty. Dowód osobisty tkwił na swoim miejscu, 
ale po pieniądzach nie zostało nawet śladu. W pierwszej chwili chciał 
zawrócić do szopy, szybko jednak zmienił zamiar. Był w stu procentach 
pewien, że okradł go ten sam człowiek, od którego oberwał po głowie. 

background image

 

31

     Przez dobre pół godziny wałęsał się po mieście bez widocznego celu. W 
końcu zmęczony przysiadł pod jakimś drzewem. Zastanawiał się właśnie, 
czy nie lepiej byłoby wrócić do domu, kiedy spostrzegł nie bez zdziwienia, 
że nogi zaniosły go pod motel, w którym mieszkała Ziółkowska.         
Postanowił skorzystać z okazji. Wstał, minął bramę i zaczął rozglądać się 
za pawilonem numer jedenaście. 
Zwiedził niemal cały teren motelu i obejrzał  przynajmniej z tuzin domków, 
nim znalazł właściwy. Właśnie zamierzał zapukać, kiedy w jednym z 
sąsiednich pawilonów skrzypnęły drzwi. Maciek obejrzał się ciekawie. 
Wazuniowi najwyraźniej żal było zostawiać Wielecką bo w progu 
zatrzymał się jeszcze i mówił coś do dziewczyny. Ta objęła ratownika za 
szyję  i pocałowała w usta.  
— Ci przynajmniej miło spędzili nockę — westchnął Brydel zazdrośnie. — 
Nie to, co ja . 
   Mimo wczesnej pory Ziółkowska chyba już nie spała, bo otworzyła 
prawie natychmiast. Przez dłuższą chwilę spoglądała na Maćka na poły ze 
strachem, na poły z niedowierzaniem  nim wreszcie zdecydowała się 
wpuścić go do środka. Burknął coś na powitanie i bez pytania usiadł na nie 
posłanym łóżku.  
— Jezus, Maria! — wychrypiała ze zgrozą. — Kto cię tak urządził?! 
.— Szukałem twoich dolców i świecidełek — wyjaśnił rzeczowo. — Jak 
dotąd ubyło mi kilka tafli z kieszeni, a przybyła dziura w głowie  
— Bydlaki!  
— Gorzej, że dałem się podejść jak zielony szczawik.  
— Poczekaj, spróbuję coś zrobić z twoją łepetyną 
    Milka skoczyła do oddzielonego wątłym przepierzeniem pomieszczenia 
po miskę i dzbanek z wodą. Po chwili znalazły się również dwa 
czyste ręczniki, wata i jakiś bandaż. Brydel nie protestował. Posłusznie 
nachylił głowę nad miednicą, tak jak mu kazała Ziółkowska, i przez dobry 
kwadrans znosił bez słowa jej zabiegi. Kiedy skończyła, podszedł do 
wiszącego na ścianie lusterka i obmacując obandażowaną głowę cmoknął z 
uznaniem. 
— Gdzie się tego nauczyłaś? — zapytał,  
— W szkole pielęgniarskiej — uśmiechnęła się jakoś smutno. — Musiało 
minąć trochę czasu, zanim pokapowałam, że więcej można zarobić 
zgrabnym tyłkiem niż urabiając ręce po łokcie... A na dobrą sprawę 
powinieneś zrobić sobie rentgen — wróciła do poprzedniego tematu. — 
Wygląda wprawdzie, że kości masz całe, ale licho nie śpi.  

background image

 

32

— W  życiu! — Maciek gwałtownie zaprotestował. — Nie namówisz mnie 
na żadnych lekarzy. Tylko tego brakowało, żeby któryś dał cynk glinom.  
— Twoja sprawa.  
— Masz coś do żarcia? — Nieprzyjemny skurcz w żołądku przypomniał 
Brydlowi, że nie jadł śniadania. 
— Tylko jakieś ciastka.  
— Dawaj! — zażądał bezceremonialnie. — Albo nie — prawie 
natychmiast zmienił zamiar. — Pożycz ze dwa patole. Pójdę do baru.  
   Jak na ceny barowe kwota była aż nadto wygórowana, ale dziewczyna 
bez szemrania  sięgnęła po torebkę i odliczyła cztery pięćsetki. Schował 
pieniądze do kieszeni i skinąwszy Milce na pożegnanie ruszył do wyjścia. 
W progu zatrzymał się jeszcze na moment i spojrzał na Ziółkowską jakoś 
ciepło.  
— Dziękuję ci — powiedział. — Jesteś klawa babka... A te twoje dolce 
dostaniesz z powrotem, choćbym miał i tuzin facetów łaskotać majchrem 
po żebrach.  
  Niespełna dwadzieścia minut później Maciek zatrzymał się przed starą, 
niedbale skleconą z poczerniałych bali i desek chałupą na skraju lasu. Jakiś 
żółty, wyleniały kundel kilka razy zaszczekał, oznajmiając światu, że 
pilnuje powierzonych jego pieczy włości, szybko jednak musiał poznać 
Brydla, bo machnąwszy ogonem wrócił do swojej budy. Niemal w tej 
samej chwili skrzypnęły drzwi i z domu wyjrzała tęga, przeszło 
pięćdziesięcioletnia kobieta w ciemnej chustce na głowie.  
— A, to pan, panie Maćku! — powitała przybyłego niezbyt przyjaźnie. — 
Pan pewno do Gutka.  
— Umówiliśmy się — skłamał Brydel. — Miałem zajrzeć z samego rana.  
— Syn jeszcze śpi.  
— Najwyższy czas go obudzić  
— Będzie pyskować — nie ustępowała. —Lepiej przyjdź pan za jakieś 
dwie godziny.  
— Nie ma mowy! 
— Co jest do ciężkiej cholery?! — z głębi chałupy dobiegł zachrypnięty 
głos Gutka. —Kogo diabli przynieśli?  
— Wyłaź z wyrka, stara mordo! — hukną Maciek przyjaźnie, — Nadarza 
się partaninka  
— Partaninka, powiadasz? — Gospodarz wyjrzał na dwór i spostrzegłszy 
Brydla bezceremonialnie odsunął matkę, by przywitać się z kumplem. Miał 
na sobie tylko pasiasty podoszulek i granatowe kąpielówki, a jego 

background image

 

33

zmierzwione włosy świadczyły wymownie, że dopiero wstał z łóżka. — Ile 
można trafić?  
— Nic, to rachunek do wyrównania...  
— Zaraz, zaraz! — Gutek dopiero teraz zwrócił uwagę na obandażowaną 
głowę Maćka. — Kto cię tak urządził?  
— Było ciemno. — Brydel splunął z nieukrywaną złością.  
— A nie domyślasz się? 
— Nie dałbym złamanego szeląga, czy to nie któryś z Krysiaków.  
— Takie buty! — zasępił się Gutek. — No cóż, warto byłoby z nimi 
pogadać...  
— Jasne! — Maciek znacząco uderzył pięścią w otwartą dłoń.  
— Iść z tobą?  
— Jeśli chcesz.  
— W porządku. — Gutek nie wahał się ani sekundy. — Poczekaj chwilę. 
Tylko wrzucę na grzbiet jakąś szmatę i zaraz lecimy.  
— Na wszelki wypadek weź coś ze sobą.  
— Nie musisz mi przypominać. 
   Nie minęło nawet pięć minut, kiedy Gutek był gotów. Dyskretnie wcisnął  
Brydlowi do ręki ciężki, żeliwny kastet, a sam schował pod połę skórzanej 
kurtki stalową sprężynę zakończoną sporym kawałkiem ołowiu. Po drodze 
prawie nie rozmawiali, starając się ukryć narastające podniecenie czekającą 
ich rozprawą z Krysiakami. Dopiero na widok dwupiętrowego, 
przypominającego nieco koszary, budynku Maciek porozumiewawczo 
podniósł kciuk. Gutek odpowiedział tym samym gestem i obaj bez 
pośpiechu ruszyli na tyły domu. Tu, do jego lewego skrzydła przylegała 
parterowa, niedbale sklecona, przybudówka. Nie pukając weszli do 
ciemnej, obskurnej sionki. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwali uważnie. Za 
drzwiami po prawej stronie panowała cisza, ale w pomieszczeniu na wprost 
wejścia ktoś właśnie przesuwał jakieś sprzęty, pogwizdując znaną 
melodyjkę. Brydel ścisnął w ręku kastet, a drugą delikatnie dotknął klamki. 
Drzwi ustąpiły.  
— Kto, w mordę kopany?! — Janek Krysiak odskoczył jak oparzony od 
odsuniętej nieco od ściany szafy. — Tu nie obora, żeby włazić bez pukania! 
   Zaklął wulgarnie i chciał jeszcze coś dopowiedzieć, ale potężny cios 
kastetem prosto w szczękę rzucił go pod okno. Rozpaczliwie zamachał 
ramionami usiłując odzyskać równowagę. Jak przez mgłę dostrzegł, że 
Brydel szykuje się do kolejnego uderzenia. Przemknęła mu myśl, by 
uciekać, w tej samej jednak chwili krótki mierzony cios zmiażdżył mu nos i 

background image

 

34

powalił na kolana. Po trzecim uderzeniu Jankowi zrobiło się ciemno przed 
oczami, Nie czuł już, jak pada na podłogę.  
—Flaki powypruwam! — Upłynęło co najmniej półtorej, a może i dwie 
sekundy, nim zaszokowany nieoczekiwanym atakiem na brata Wojtek 
Krysiak odzyskał zdolność działania. — Ukatrupię! 
   Jednym susem zeskoczył z łóżka i od tyłu dopadł Maćka. W jego ręku 
metalicznie szczęknął nóż sprężynowy, chłopak nie zdążył jednak uderzyć. 
Poczuł tylko, że jakaś potworna siła gruchocze mu łopatkę i wygiąwszy się 
z bólu w pałąk opadł na stół.  
—Za co?! — jęknął płaczliwie.  
— Za  rozbity czerep Maćka. ??— W oczach Gutka błysnęła mściwa 
nienawiść, a jednocześnie Wojtek zauważył, że tamten ponownie zamierzył 
się sprężyną.  
— To nie ja — zaskomlił. — To braciak...  
— Dlaczego mi przyłożył? — Brydel zostawił nieprzytomnego Janka i 
chwycił drugiego z Krysiaków lewą ręką za gardło. — No, gadaj! 
— Po cholerę wpieprzałeś się w nie swoje sprawy? Myśleliśmy, że chcesz 
zakapować.   
— Co?! — Uderzenie po żebrach nie było tak mocne, ale niemal równie 
bolesne jak to| w łopatkę.  
— Nie bijcie!  
— Nie myśmy zaczęli.  
— Jezus, Maria! — Z oczu Wojtka pociekł łzy. — Już dosyć...  
— To zależy wyłącznie od ciebie.  
— Czego chcecie? Przecież to nie ja rozwaliłem czachę Maćkowi — 
powtarzał z rozpaczliwym uporem.  
— Kogo ostatnio obrobiliście?  
— Nikogo. 
—Ejże? —- Sprężyna Gutka jęknęła złowrogo i ołów znowu wylądował na 
plecach Krysiaka.  
— Aj, aj! — zawył Wojtek. — Boli! 
— Właśnie po to się bije — w głosie Brydla  zabrzmiała okrutna ironia. — 
Więc jak, powiesz?  
— Walnęliśmy takiego jednego jubilera Krakowa.  
— Zdrowo?  
— Facet przyjechał do Międzyzdrojów puścić trochę grosza na nasze 
dziwki.  
— Ile trafiliście? — nie ustępował Maciek  

background image

 

35

— Pół melona.  
— W złotówkach?  
— W zielonych też.  
— Na dwóch? 
— Na trzech... Robole nadał Krzywy.  
— A kto obrobił Milkę Ziółkowską? .— Tę mewkę spod „Kulawego 
Belzebuba"?  
— Właśnie.  
— Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia.  
— Radzę ci wysilić mózgownicę póki cała. — pięść z kastetem 
złowróżbnie zawisła nad głową Krysiaka.  
— Dajcie wy mi wreszcie spokój! — Wojtek aż skulił się z przerażenia. — 
Przecież powiedziałbym... 
 

IX 

 

— Zawsze twierdziłem, że nie ma jak polskie piwo. — Oklund z błogim 
uśmiechem pociągnął kolejny łyk z wysokiej szklanicy. — Żywiec, 
Okocim... Na jednym posiedzeniu mógłbym wypić nawet całą beczkę.  
— W Danii chyba również nie brakuje dobrego piwa — kurtuazyjnie 
zauważył Grzelecki.  — Nie tak dawno byłem w pańskim kraju i miałem  
okazję spróbować. 
— Bardzo pan miły, ale pozwolę sobie nie zmieniać zdania. Szkoda tylko, 
że nie robicie piwa w puszkach. W butelkach kiepsko się przechowuje, a 
tak mógłbym za każdym razem zabrać z Polski kilka kartonów.  
— Za to ma pan powód do częstszych odwiedzin w naszym kraju.  
— Niby prawda — roześmiał się Duńczyk,  
— Pańskie zdrowie, panie Chrystianie.  
— Skuli!  
   Opróżnili szklanice. Usłużna barmanka bez pytania podsunęła im 
natychmiast następne. Jola Andruszczakówna dobrze pamiętała 
kategoryczne słowa pani Sawitowskiej, że komu jak komu, ale Oklundowi 
należy dogadzać pod każdym względem. 
— Mister Tomik wspominał mi, że pan również prowadzi własny business 
— Duńczyk  podjął przerwaną na moment rozmowę.  

background image

 

36

— Pracuję w metalu, głównie w miedzi mosiądzu — potwierdził Andrzej. 
— Klamki okucia i inne wyroby według najlepszych wzorów z minionych 
epok.  
— Teraz na całym świecie jest moda w starocie. Nawet te podrabiane.  
— Jeśli chciałby pan zobaczyć...  
— Może kiedyś, przy okazji. — Oklund przepraszająco potrząsnął głową. 
— Szczerze mówiąc nasze zainteresowania zawodowe są dość odległe.  
— Szkoda.  
— Ja również żałuję... Oczywiście przy okazji wspomnę, o panu moim 
znajomym z pańskie branży.  
— Byłbym ogromnie wdzięczny. Kontakty z  zachodnimi firmami 
umożliwiłyby mi zdobyci twardej waluty, bez której, sam pan rozumie... 
— Wiem, wiem uśmiechnął się Duńczyk. — Nie pierwszy raz jestem w 
Polsce. 
— Widzę, że się rozumiemy.  
— Oczywiście, chociaż sam, niestety, nie mogę panu służyć pomocą w tym 
zakresie. Po prostu nie prowadzę interesów związanych z galanterią 
metalową.  
— W każdym razie z góry dziękuję za zaprotegowanie mnie pańskim 
znajomym.  
— Za pomyślny rozwój interesów!— Oklund sięgnął po szklanicę.  
— Pańskie zdrowie.  
— Skuli!  
—- A, tu jest moja zguba! — Tosińska bezceremonialnie ulokowała się na 
wysokim stołku obok Grzeleckiego. Na wzorzyste bikini miała narzuconą 
jasnokremową plażówkę i wyglądała prowokująco atrakcyjnie. — Zamiast 
iść z dziewczyną na plażę, wolisz doić piwsko? Uważaj, bo tatuś nie lubi, 
kiedy zadaję się z opojami. 
— On w końcu od ciebie ucieknie! — roześmiał się towarzyszący córce 
Tosiński.— Panie Andrzeju, niech się pan nie daje!  
— Tato, nie buntuj mi chłopaka! — fuknęła jak kotka.  
— Ależ, Eluniu! —- bąknął Grzelecki niepewnie. — Gadaliśmy sobie 
właśnie z panem Chrystianem...  
— Idziemy na plażę! — Tosińska była nieprzejednana. — Przecież już 
wpół do jedenastej... A panu również przydałoby się trochę. słońca. — Z 
naganą w oku spojrzała na Duńczyka. — Na piwko przyjdzie pora 
wieczorem . 

background image

 

37

— Rzeczywiście. — Oklund uśmiechnął się zakłopotaniem. — Idźcie 
państwo, ja zaraz was dołączę. 
— No widzisz pan Chrystian już skapitulował. — Trąciła Andrzeja w 
ramię. — Wstaw leniu, i łap się za parawan.  
  Grzelecki nie protestował, zwłaszcza że Elżbieta, chcąc widać nieco 
złagodzić wymowę  swoich słów, pocałowała go przelotnie w policzek 
Dopił piwo i mrugnąwszy porozumiewawczo do Duńczyka ruszył 
posłusznie za  dziewczyną.  
   Chwilę później byli już przy furtce. Od strony morza nadbiegała właśnie 
Wielecka.  
— Już z plaży? — zdziwiła się Tosińska. 
— Antek robił zdjęcia i skończył się film — wyjaśniła Zośka rzeczowo — 
On już nie ma żadnej błony, a ja przypadkiem dostałam niedawno w 
prezencie oryginalnego Kodaka.  
— Długo ci zejdzie?  
— Dosłownie sekundę. 
 —Poczekamy.  
— Nie pożałujecie, bo opowiem wam historię, że boki można zrywać. 
Wyobraźcie sobie dzisiaj z rana Rydzewski wystąpił z pretensjami do 
Wazunia.  
— Poszło o ciebie? 
.— Rozumie się samo przez się. . 
— A to ci dopiero heca! 
—- Zaraz po śniadaniu staliśmy całą paczką pod domkiem, Romeczka , 
który perorował o tym napadzie. Traf chciał, że napatoczył się Antek i 
buchnął mnie w mankiet na dzień dobry. Rydzewskiego, o mało szlag nie 
trafił. Nawymyślał Wazuniowi od podrywaczy i uwodzicieli, a potem 
zostawił nas wszystkich i poszedł wściekły do swojego domku. 
— Po  wczorajszej przygodzie Romeczek całkiem sfiksował.  
— Ubaw miałam po pachy... Ale my tu gadu gadu , a Antek czeka — 
przypomniała sobie Wielecka. — Lecę po tego Kodaka!  
   Pobiegła w stronę swego pawilonu i moment później zniknęła w jego 
wnętrzu. Wbrew zapowiedzi nie było jej dobrych kilka minut. Kiedy 
wreszcie pojawiła się ponownie, w niczym nie przypominała roześmianej 
dziewczyny, wracającej przed chwilą znad morza. Szła wolno, potykając 
się co krok i najwyraźniej nie patrząc przed siebie. 
— Zośka, co z tobą? — Elżbieta podbiegła do koleżanki i potrząsnęła ją za 
ramię. — Co się stało?  

background image

 

38

— Okradli mnie! — Wielecka wybuchnęła spazmatycznym płaczem. — 
Zabrali pieniądze, biżuterię, wszystko co miałam. 
— Kiedy?  
— Nie wiem. Wyszłam z domku nie dalej  jak przed godziną.  
— Ten milicjant, który był wczoraj u Rdzewskiego, gada teraz z 
Sawitowską — przypomniała sobie Tosińska. — Widziałam kwadrans 
temu.  
— I co z tego?  
— Może mu powiedzieć? 
— Też wymyśliłaś! — Zośka z rezygnacją machnęła ręką. — Swojego i tak 
nie odzyskam, a tylko ściągnę sobie na głowę kłopoty.  Zaraz zacznie się 
wypytywanie, skąd miałam dolary i marki, kto u mnie bywa, jakie mam 
źródła dochodów... Boże! — żałośnie pociągnęła nosem. — Dwa miesiące 
harówki i wszystko poszło! 
 

 

— Niech mi pan wierzy, panie sierżancie, podobna historia przydarzyła się 
w moim motelu po raz pierwszy — zapewniała Sawitowska, choć w jej 
głosie można było wyczuć jakąś niezbyt szczerą nutę. — Nikt tutaj nigdy 
nikogo nie okradł, nie mówiąc już o napadzie, 
— Przyzna pani jednak, że „Pod Kulawym Belzebubem" często 
przebywają nie tylko mieszkańcy. 
—Trudno żebym wypraszała wczasowiczów, którzy akurat u mnie pragną 
zjeść obiad lub kolację.  
— Właśnie któryś .z tych gości mógł włamać się do pawilonu pana 
Rydzewskiego.  
.— To absolutnie wykluczone 
 —  Niby czemu? 
— Osobiście mam oko na wszystko i nie ścierpiałabym obecności jakichś  
rzezimieszków na terenie motelu. 
— Droga pani! — Słowa Sawitowskiej szczerze ubawiły Wapińskiego. — 
Widziałem już niejednego recydywistę, który na pierwszy rzut oka 
wyglądał na zupełnie przyzwoitego obywatela.  
— Boże, taki wstyd! — Właścicielka motelu straciła nagle całą pewność 
siebie. — Taki wstyd! 
— Brama wjazdowa na teren motelu  jest otwarta przez całą dobę?  

background image

 

39

— Oczywiście. Przecież goście przyjeżdżają także i w nocy.  
— Furtki od strony morza pewno również nikt nie zamyka?  
— A jakżeby inaczej? Tamtędy jest znacznie bliżej na plażę, jeśli więc 
komuś przyszłaby ochota na nocny spacer...  
— Nie uważa pani, że to lekkomyślność?  
— Zatrudniam portiera i dozorcę w jednej osobie, pana Lulka Urbaka. Do 
jego obowiązków należy między innymi pilnowanie terenu  
— Pan Urbak śpi w głównym budynku  czy w którymś z pawilonów?  
— W pawilonie przy parkingu.  
— Z tego miejsca można od biedy mieć oko na bramę, ale co z furtką?  
— Ma pan rację — przyznała Sawitowska. Od nowego sezonu postawię 
dwuosobowy domek przy furtce i ulokuję tam kogoś z obsługi.  
— Dobry pomysł.  
— Mogłabym też kupić pieska... Tylko że łagodnego — zastrzegła się 
natychmiast. — Pan rozumie: goście.  
— Łagodnego psa każdy łatwo przekupi kawałkiem kiełbasy — 
sceptycznie zauważył Wapiński. — Ale można spróbować... Ile osób 
aktualnie przebywa „Pod Kulawym Belzebubem"? — zmienił temat.  
— Mam prawie komplet.  
— Prawie? 
— Wolne są pawilony numer dwa i pięć tym że ten ostatni czeka na pana 
Svensona.  
— Czy mogłaby pani pokazać mi książkę meldunkową?  
— Zaraz panu przyniosę.  
— Bardzo proszę, jeśli pani taka miła... Właścicielka motelu bez 
specjalnego pośpiechu opuściła recepcję, sierżant nie czekał jednak zbyt 
długo. Nie minęły nawet trzy minuty, kiedy była już z powrotem z grubym 
brulionem dużego formatu 
    Podoficer skrzętnie zabrał się do przeglądania kolumny nazwisk i szybko 
zorientował się, że spora część pensjonariuszy „Kulawego Belzebuba" 
należy do stałych gości, a niektórzy przyjeżdżali tu nawet po kilka razy do 
roku. Przy nazwiskach Ziółkowskiej i Wieleckiej zatrzymał się na moment  
— Przysiągłbym, że te panie nie są mi obce. — Znacząco postukał palcem 
w otwarty brulion. — Pani nie obawia się wynajmować im pawilonów?  
— Ależ to nadzwyczaj miłe i uczciwe panienki — odparła nieomal z 
oburzeniem — Przyjeżdżają do mnie od kilku lat. 

background image

 

40

— Nie przeczę, że miłe, szczerze jednak wątpię, czy jeszcze panienki — 
sarkastycznie zauważył Wapiński. — A co do uczciwości, to wszystko 
zależy, jak potraktujemy najstarszy zawód świata.  
— Pan podejrzewa, że one... — zdziwienie Sawitowskiej nie było szczere.  
— Nie tylko podejrzewam, ale jestem pewien, droga pani.  
— Boże, taki wstyd! 
    Sierżant słyszał już te słowa w ustach właścicielki motelu, nie zrobiły 
więc na nim żadnego wrażenia. Skłonił się na pożegnanie, chłodno 
zapowiedział, że niebawem złoży ponowną wizytę, i ruszył do wyjścia. Był 
już na dworze! kiedy przemknęła mu myśl, że warto  byłoby porozmawiać 
z Ziółkowską i Wielecką. Nie spodziewał się wprawdzie, by któraś z 
dziewczyn powiedziała mu coś ciekawego na temat napadu na 
Rydzewskiego i włamania do jego domku, mimo wszystko postanowił 
jednak spróbować szczęścia. 
   Na pierwszy ogień wybrał Ziółkowską. Bez trudu odszukał zajmowany 
przez nią pawilonj i energicznie zapukał. Minęło dobre pół minuty, nim 
zdecydowała się otworzyć. Spostrzegłszy funkcjonariusza uczyniła ruch, 
jak gdyby  chciała ponownie zatrzasnąć drzwi, po chwili wahania wpuściła 
go jednak do środka.  
— Pan władza do mnie?— upewniła się n wszelki wypadek.  
— Owszem — przytaknął bezceremonialnie  
— A w jakiej sprawie?  
— Wpadłem pogawędzić o tym i owym.  
— Pewno chodzi panu o napad na Rydzewskiego?  
— Między innymi. 
— Ja tam nic nie wiem — zaznaczyła stanowczo. — Wczoraj wzięłam dwa 
luminale położyłam się wcześniej spać. Z armaty by mnie nie obudził.  
— A nie domyślasz się, czyja to sprawka?  
— Niby skąd? Przecież nawet nie jestem tutejsza.  
— Ale znasz wiele osób. 
— I co z tego?  
— Może nic — ustąpił Wapiński. — Kto ci przylał? — nieoczekiwanie 
zmienił temat, wskazując siniak pod lewym okiem Milki.  
— Nikt — odparła niechętnie. — Potknęłam się po ciemku i wpadłam na 
drzewo.  
— Drzewa na ogół nie miewają pięści — w głosie sierżanta zabrzmiała 
jawna kpina.  
—  Pan mi nie wierzy?  

background image

 

41

— Nie da się ukryć.  
—  Pańska sprawa. Ode mnie i tak pan nic innego nie usłyszy.  
— Źle czynisz, dziewczyno — westchnął podoficer. — Ale trudno. 
Następnym razem pogadamy sobie w komisariacie. Tam ludziom łatwiej 
zdobyć się na szczerość.  
— Ależ panie władzo... 
 — Jutro o ósmej rano ?— bezceremonialnie przerwał Ziółkowskiej. — 
Albo nie — zmienił zamiar. — Lepiej pojutrze. 
     Skinął Milce na pożegnanie i wyszedł z domku. Rozglądał się właśnie 
za pawilonem zajmowanym przez Wielecką, kiedy spostrzegł 
nadchodzącego Wilczka. Z miny kaprala można było wyczytać, że jest 
czymś poważnie zaaferowany.  
— Dobrze, że cię znalazłem — powitał Wapińskiego. — Musimy zaraz 
jechać do Świnoujścia.  
— Niby po co?   
—Po pierwsze przesłuchać w szpitalu braci Krysiaków. Ktoś ich zdrowo 
poturbował. Jeden ma rozbitą czaszkę i wstrząs mózgu, drugiemu poszła w 
drzazgi łopatka, nie mówią   już o złamaniu dwóch żeber. 
— Pewno jakieś bandyckie porachunki.  
— Jak dwa razy dwa cztery.  
— Tylko że w takim przypadku oni nam  nie powiedzą.  
— Oprócz Krysiaków mamy w planie wizytę u naszych kolegów po fachu. 
— Wilczek nie skomentował słusznej uwagi sierżanta.  
— Ostatecznie można by zobaczyć starych znajomych.  
— Okazuje się, że w Świnoujściu doszło do identycznego włamania i 
napadu jak na Rydzewskiego. Niewykluczone, że mamy do czynienia z tą 
samą parą bandziorów, w związku  z czym oba dochodzenia zostaną 
połączone.  
— A kto je będzie dalej prowadzić?  
— Porucznik Garlicki twierdzi, że nasz komisariat. 
— Jeszcze czego! — Wapiński był oburzony — Może szef osobiście, bo ja 
nie mam zamiaru. 
— Tak czy inaczej musimy jechać do Świnoujścia. Dobrze, że choć gazik 
jest już na chodzie.  
— Najpierw zjemy obiad — zadecydował sierżant autorytatywnie. — Nie 
wiem jak tobie, ale mnie kiszki z głodu marsza grają. 
 
 

background image

 

42

XI 

 
    Już z daleka niosły się od „Antałka" chóralne śpiewy i pijackie krzyki. 
Brydel odruchowo przyspieszył kroku. Chwilę później minął stylowy, zbity 
z grubych bali płot i na moment przystanął w wejściu. Przy długich stołach 
kłębił się tłum miejscowych i przyjezdnych amatorów piwa. Czerwone, 
spocone twarze i mętne spojrzenia większości zebranych świadczyły 
wymownie, że opróżniono tu dzisiaj niejedną beczkę. 
    W piwiarni było wielu znajomych, Maciek nie reagował jednak na gesty 
zapraszające do  wspólnego picia. Jego wzrok przenosił się uważnie z 
twarzy na twarz. W końcu dostrzegł, kogo szukał. Wysoki, przeraźliwie 
chudy blondyn o wystającej szczęce i maleńkich, głęboko osadzonych 
oczkach kupował właśnie piwo. Brydel bez wahania ruszył w jego 
kierunku. Zamówił dwa kufle i szukał właśnie pretekstu, by zacząć 
rozmowę, kiedy nad uchem szczęknął mu suchy, nieprzyjemny głos Staśka 
Docenta. 
— Tam, pod płotem jest miejsce. — Niewiarygodnie długa ręka 
zakończona potężną dłonią wskazała wyłamaną belkę. — Zmieścimy się 
obaj. 
   Maciek skinął tylko głową i bez słowa poszedł za Staśkiem. Wyłamana 
belka nie była wprawdzie zbyt wygodna, ale za to rozmowa mogła odbyć 
się tutaj bez świadków.  
— Zdrówko! — Ledwo usiedli, Brydel podniósł jeden ze swych kufli do 
ust i bez pośpiechu wysączył - połowę zawartości.  
— Ze zdrowiem coś u ciebie nietęgo. — Maleńkie oczka Docenta utkwiły 
w obandażowanej głowie Maćka. — Oberwałeś...  
— Do wesela się zgoi. — Brydel ostentacyjnie zbagatelizował sprawę.  
— Janek i Wojtek też kiedyś wyjdą ze szpitala. — Stasiek  był 
nadspodziewanie dobrze poinformowany.  
— Jak ich poskładają, to wyjdą.  
— Dalej masz do nich żal? 
— Niby ja? — usiłując ukryć zmieszanie Maciek znowu pociągnął kilka 
łyków. — Ja tam nigdy nic do nich nie miałem — zaprzeczył na wszelki  

background image

 

43

wypadek.  
— Jasne! — Docent kiwnął głową na znak że uważa temat za wyczerpany, 
choć jego mina świadczyła niedwuznacznie, że nie wierzył  zaprzeczeniom 
kompana.  
— A co u ciebie? 
— U mnie stara bieda — głos Staśka zabrzmiał jak gdyby o ton wyżej. — 
Ale nie krępuj się, wal prosto z mostu, co ci leży na wątrobie — dorzucił 
zachęcająco.  
Brydel przez moment nie był zdecydowany. Nerwowo zagryzł wargi i 
uważnie popatrzył w oczy Docentowi, nie mogąc jednak z nich nic 
wyczytać, postanowił zagrać w otwarte  karty.  
— Ktoś przyłożył po łbie jednej mewce, a potem zabrał jej szmal i 
błyskotki. 
— Chodzi ci o Milkę z „Kulawego Belzebuba"?  
— Właśnie.  
— To nie moja robota.  
— Tak też sobie myślałem.  
— Ale koniecznie chcesz wyniuchać, kto za tym stoi.  
— Zgadza się.  
— Po kiego grzyba?  
— Sprawa honorowa.  
— Ach tak? — Stasiek nieoczekiwanie wyszczerzył swe żółte zęby w 
szerokim, uśmiechu. — W porządku, zobaczę, co się da zrobić.  
— Kiedy dasz mi cynk?  
— Jutro po południu.  
— Tu, w „Antałku"?  
— Jasne. 
— No, to zdrówko! 
 

XII 

 

— Człowieku! Nie chcesz mi chyba wmówić, że to krasnoludki 
porachowały ci kości?! — Wapiński z wolna zaczynał już tracić 
cierpliwość. —Kto połamał ci żebra i zgruchotał łopatkę? Dlaczego Janek 
ma pękniętą czaszkę, złamany nos i szczękę w kawałkach? No, powiedzże 
wreszcie, jak to było! 

background image

 

44

Wojtek Krysiak popatrzył na sierżanta z nieukrywaną niechęcią. On 
również miał serdecznie dosyć, przeciągającego się przesłuchania, ale 
dobrze wiedział, że funkcjonariusz nie da się zbyć byle czym.  
— Pan władza mi nie wierzy? — bąknął cicho. — A przecież tak byłoby 
dla wszystkich najlepiej. Ja nie zgłaszam skargi, pan nie ma dodatkowej 
roboty, i po kłopocie.  
— Nie będziesz mnie, synku, uczył ?— żachnął się Wapiński,— To nie 
Dziki Zachód. Kto jak kto, ale ja nie mam zamiaru tolerować ekscesów 
połączonych z łamaniem kości. 
— Kiedy ja naprawdę nic nie potrafię powiedzieć.  
— Ejże?  
— Wróciłem do chałupy po dobrej wódce. Uderzyłem w kimono, aż tu 
nagle ktoś mnie ściąga z wyrka i leje po gnatach. Zaraz film mi się urwał, 
ot i wszystko.  
— Twierdzisz, że nie wiesz, kto cię pobił?  
— Nie mam pojęcia.  
— Więc może oberwałeś od brata? — Podoficer uśmiechnął się złośliwie. 
— On cię po żebrach, a ty go po mózgownicy...  
— Wykluczone! — Krysiak gwałtownie zaprzeczył.  
— Niby. dlaczego? 
— Nigdy żaden z nas ręki na drugiego nie podniósł.  
— Kto. więc załatwił Jankowi szczękę, nos i czaszkę?  
— Pewno ci sami, którzy i mnie urządzili.  
— Ci sami? — podchwycił sierżant. — Mówisz, że było ich kilku?  
— Może kilku, a może tylko jeden — wycofał się Wojtek. — Diabli 
wiedzą.  
— Pamiętasz, o której doszło do napadu?  
— Coś mi się widzi, że wczoraj rano, ale konkretnie panu nie powiem. — 
Krysiak w zamyśleniu zmarszczył brwi. — W każdym razie nie było już 
ciemno. 
— Sąsiadka dzwoniła po pogotowie o wpół do jedenastej.  
— Całkiem możliwe — przesłuchiwany nie oponował. —Nie wiem tylko, 
ile czasu leżałem jak dętka — zastrzegł się natychmiast.— Kiedy trochę 
doszedłem do siebie, zaraz pokapowałem, że z Jankiem jest niedobrze. 
Podniosłem alarm, a resztę już pan wie.  
— Przypuśćmy, że to prawda. —Funkcjonariusz postanowił zmienić temat, 
choć nadal nie wierzył za grosz Wojtkowi. — Do wyjaśnienia pozostała 
jednak jeszcze druga sprawa. Powiedz mi, synku, skąd wzięło się u ciebie 

background image

 

45

sto tysięcy w skrytce za szafą? Chyba tych pieniędzy nie podrzuciły 
krasnoludki? 
— Jasne, że nie. — Krysiak nie wyglądał na zaskoczonego. — To są nasze 
oszczędności na czarną godzinę.  
— Oszczędności?  
— Przed sezonem podłapaliśmy z bratem fuchę przy remontach domków 
campingowych. 
— Prywatnie?  
— Państwowo byśmy tyle nie zarobili 
— A skąd wzięły się w skrytce dolary?  
— Chodzi panu o pięćdziesiąt zielonych?  
— Właśnie.  
— Też mamy je z Jankiem legalnie.  
— Kupiliście?  
— E, nie! —' Wojtek uśmiechnął się domyślnie. .— Przecież nie wolno 
handlować waluta  
— Więc co, ciocia z Ameryki przysłała? — W głosie Wapińskiego 
zabrzmiała kpina.  
  Krysiak zawahał się, jak gdyby nie wiedział, co odpowiedzieć. Przez 
chwilę spoglądał  na sierżanta niepewnie i nagle na jego twarzy pojawił się 
straszliwy grymas.  
— Cholernie bolą mnie te żebra — jęknął żałośnie. — Niech pan już mnie 
nie męczy panie władzo. Bardzo proszę! 
   Sierżant gniewnie zacisnął pięści i z trudem powstrzymał się, by nie 
rzucić jakiegoś przekleństwa. Dwa dni spędzone w Świnoujściu 
najwyraźniej wyglądały na stracone. Janek Krysiak, korzystając z 
pretekstu, jakiego dostarczały mu rozbita głowa i połamana szczęka, w 
ogóle nie chciał rozmawiać z funkcjonariuszami, a jego brat ani wczoraj 
wieczorem, ani dzisiaj nie powiedział nic konkretnego na temat 
tajemniczego napadu. Fakt, że z mieszkania Krysiaków nie zabrano 
pokaźnej kwoty pieniędzy, mógł przemawiać za wersją krwawych 
porachunków przedstawicieli miejscowego półświatka, ale mimo wszystko 
coś tu Wapińskiemu nie pasowało. 
    Mruknął kilka słów na pożegnanie i opuścił szpitalną salkę. Kilka minut 
później siedział już w służbowym gaziku. Włączając stacyjkę zerknął 
jeszcze na jasnożółtą skórzaną teczkę na tylnym siedzeniu. Wypełniał ją 
plik otrzymanych w miejscowej komendzie meldunków, notatek i 
protokołów dotyczących różnych włamań i napadów dokonanych w ciągu 

background image

 

46

ostatnich dwóch miesięcy na terenie nadmorskich kurortów. We wszystkich 
przypadkach sprawcy dostawali się do wolno stojących pawilonów 
letniskowych lub domków campingowych i bezpardonowo walili po 
głowach właścicieli, ilekroć przez przypadek zastali ich na miejscu. 
Wapiński szczerze wątpił, by komplet  przestępstw był dziełem jednej 
szajki, i najchętniej odesłałby powierzone mu akta wprost do Komendy 
Wojewódzkiej MO w Szczecinie. Ale, niestety, przełożeni zadecydowali 
inaczej... 
   Silnik gazika szarpał i krztusił się, na szczęście jednak nie zdradzał 
objawów jakiejś poważniejszej awarii. Wapiński nie bacząc na stan wozu 
raz po raz dociskał gaz do deski. Za wszelką cenę pragnął zdążyć na i tak 
już spóźniony obiad. Kilometry mijały szybko i sierżant ani się spostrzegł, 
kiedy wyrosły przed nim pierwsze zabudowania Międzyzdrojów.  
Mieszkał kilka kroków od komisariatu, postanowił więc, że jeszcze przed 
posiłkiem odprowadzi samochód na miejsce. Z fasonem zaparkował na 
wprost wejścia do komisariatu i właśnie zamykał drzwiczki, kiedy 
dostrzegł idącego w jego kierunku niewysokiego, łysawego, mężczyznę w 
mundurze porucznika MO. Garlickiemu towarzyszył znacznie wyższy, 
rumiany na twarzy, blondyn. 
— Dobrze, że jesteś. — Na twarzy oficera malowała się niekłamana troska. 
— Weźmiesz doktora Czypkiewicza i pojedziecie nad jeziorko koło 
Wisełki.  
— Cały dzień nic nie jadłem! — żywo zaoponował Wapiński, nie mogąc 
pogodzić się z myślą, że upragniony obiad ucieka mu sprzed nosa. — 
Niech diabli wezmą jeziorko razem z całą Wisełką!  
— Na miejsce wysłałem już Wilczka. Równo pół godziny temu siadł na 
motor.  
— Ale po co?  
— Mamy topielca. 
— I dlatego, że jakiemuś gówniarzowi zachciało się kąpać tam, gdzie nie 
trzeba, ja mam zdychać z głodu?! — Sierżant był szczerze oburzony. — 
Drobny kwadransik nikogo by nie zbawił, a zresztą Wilczek zna swój fach i 
trzymam zakład, że sam też sobie poradzi.  
— Widzisz, z tym topielcem coś nie gra — ze stoickim spokojem wyjaśnił 
porucznik. — Dzwoniłem nawet do Szczecina.  
— Nie rozumiem?  
— Po pierwsze jeziorko jest płytkie i raczej trudno się w nim utopić, a po 
drugie nigdy przedtem nie widziano tej dziewczyny w Wisełce.  

background image

 

47

— Więc co to za jedna?  
— Zorientujesz się na miejscu.  
— Innymi słowy, wiemy tyle, co nic. 
— Nie da się ukryć.  
— A kto znalazł topielca?  
— Jacyś wczasowicze wybrali się nad jeziorko i zobaczyli, że coś w nim 
pływa. Wyciągnęli dziewczynę, ale była już sztywna.  
— Szlag by to trafił! — Wapiński z niechęcią wcisnął się ponownie za 
kierownicę. — Niech pan siada, panie doktorze.  
— Masz w wozie walizkę śledczą? — przypomniał sobie Garlicki — 
Wilczek wziął tylko aparat fotograficzny...  
— Powinna być. — Sierżant zlustrował wzrokiem wnętrze wozu. — 
Szkoda czasu. Jedziemy. 
     Niespełna pół godziny później Wapiński z lekarzem byli już na miejscu. 
Nad jeziorkiem  od strony szosy, tłoczyła się spora grupka spragnionych 
sensacji wczasowiczów i okolicznych mieszkańców. Dostępu nad samą 
wodę bronił Wilczek wspomagany przez młodego, niespełna 
dwudziestoletniego, chłopaka, również w milicyjnym mundurze. Zwłoki 
leżały nieco z boku, pod wielkim krzakiem dzikiej róży. Dziewczyna miała 
na sobie pomarańczowy kostium kąpielowy i gdyby nie szlam i wodorosty 
oblepiające jej ciało, można by ulec złudzeniu, że śpi albo się opala. 
    Czypkiewicz bez entuzjazmu przyklęknął przy zwłokach. Wapiński 
zamierzał właśnie pójść w ślady doktora, powstrzymał go jednak znaczący 
gest kaprala.  
— Co jest? — zapytał.  
— Ja znam tę małą — Wilczek konfidencjonalnie zniżył głos.  
— Nie gadaj?  
— Daję głowę, że to Zośka Wielecka.  
— Ależ ona mieszkała „Pod kulawym Belzebubem"! .— sierżant omal nie 
krzyknął.  
— Czy to aby na pewno zbieg okoliczności?  
— A niby skąd ja mogę wiedzieć? 
 

XIII 

 

— Twoje zdrówko, Stasiu! — Brydel zachęcającym gestem podniósł kufel.  
— Oby nam się!  

background image

 

48

   Dochodziła właśnie siedemnasta. W „Antałku" jak zwykle było tłoczno, 
ale jeszcze nie wszyscy bywalcy zdążyli doprowadzić się do stanu 
„nieważkości". Maciek siedział z Docentem przy końcu jednego ze stołów  
i bez pośpiechu sączyli piwo. Od czasu do czasu rzucali jeden na drugiego 
nieufne spojrzenia, żaden jednak nie mógł się jakoś zdecydować, by 
przystąpić do rzeczy. W końcu Brydel chrząknął znacząco i zapytał wprost.  
— Dowiedziałeś się czegoś?  
— Niby o tej twojej lali z „Kulawego Belzebuba"? — Stasiek odsunął 
opróżniony w połowie kufel.  
— Nie tyle o niej, co o facetach, którzy ją oskubali.  
— To i owo obiło mi się o uszy.  
— Więc gadaj! ?— Maciek całą siłą woli zmusił się, by ukryć ogarniające 
go podniecenie.  
— Nie tak szybko. — Żółte zęby Docenta błysnęły w chytrym uśmiechu. 
— Najpierw powiedz, co ja z tego będę miał?  
— Postawię ci dobrą wódkę.  
— Mało.  
— A ile chcesz?  
— Czy ja wiem? — Stasiek z udanym namysłem przejechał końcem języka 
po wąskich wargach. — No, jak dla ciebie, sto papierów — zdecydował się 
wreszcie. 
— Pod warunkiem, że informacja będzie pewna.  
— Człowiek niczego w życiu nie może być pewien — zauważył Docent 
sentencjonalnie. Zwłaszcza informacji...  
— Ja płacę za konkretny towar. — Mięśnie twarzy Brydla zadrgały 
nerwowo. — I jestem cholernie skrupulatny w rachunkach.  
— Słyszałem o tym od Krysiaków — Stasiek zawiesił głos.  
— No więc?  
— Teraz stawiasz wódkę, a dolce dasz po sprawdzeniu informacji. — 
Docent znalazł kompromisowe rozwiązanie. — Szafa gra?  
— Jasne.  
— Ostatnio nikt z branży nie miał na zbyciu żadnych błyskotek — Stasiek 
bez dalszego wahania przystąpił do szczegółowej relacji. — Wprawdzie 
Krzywy skitrał trochę złota, ale on nie skubnął twojej lali.  
— Teraz już wiem. 
—Chodzące u nas zielone są z pewnych źródeł. W tym układzie do 
sprawdzenia zostało dwóch lewusów. Jeden chciał wymienić u Dużej 
Mańki jakąś bransoletkę na dolary, a drugiego widzieli chłopaki z pewnym  

background image

 

49

jubilerem ze Szczecina.  
— Znasz nazwiska?  
— Ten od jubilera nazywa się Kucicki. 
— Nie znam człowieka.  
— Kręci się przy ratownikach i sprawia wrażenie, jak gdyby był jednym z 
nich. Podobno chciał nawet załapać tę fuchę, ale coś mu nie wyszło.  
— Ma szmal?  
— Groszem raczej nie śmierdzi.  
— Znaczy, Stasiu, pudło — lekceważąco podsumował Maciek. — A kim 
jest ten drugi.  
—Myślę, że mógłby ci pasować. Nazywa się Tomik i mieszka „Pod 
Kulawym  Belzebubem" 
 

XIV 

 

— Nielicho ktoś przetrzepał tę chałupinkę.— Wapiński popatrzył na 
Wilczka znacząco. — Nawet podłogę chciało mu się zrywać.  
    W istocie wnętrze pawilonu zajmowanego do niedawna przez Wielecką 
przedstawiało opłakany widok. Nieznany włamywacz przetrzasnął 
dosłownie cały domek i najwyraźniej nie zależało mu na ukryciu swej 
działalności! Clou wszystkiego stanowiła oderwana od podłoża płyta 
spilśniona, jak gdyby i pod podłogą, szukano skarbów.  
— Zdejmować odciski palców? — Kapral nie palił się do tej bądź co bądź 
elementarnej czynności śledczej. — Dziewczyna miała pewno co dzień 
tłumy gości.  
— Oczywiście, że zdejmować. — Sierżant ani myślał o lekceważeniu 
podstawowych obowiązków. — Bez tego przecież ani rusz!  
— Na miłość boską, pośpieszcie się panowie! — Nie wytrzymała 
asystująca dotąd w milczeniu Sawitowska. — Co goście powiedzą? Nie 
dość nieszczęścia z panią Zosią i napadu na pana Rydzewskiego, to jeszcze 
stale milicja w moim motelu. Jak tak dalej pójdzie  wszyscy ode mnie 
uciekną! 
— Musimy zrobić, co do nas należy— Wapiński przeszedł do porządku 
nad lamentami właścicielki „kulawego Belzebuba". — Nic nie poradzę.  
— Ale goście... — powtórzyła niemal płaczliwie.  
— A właśnie! — podchwycił sierżant. —O ile pamiętam, Wielecka 
należała do stałych bywalców pani motelu?  

background image

 

50

— Odwiedzała nas od kilku sezonów.  
— W tym roku przyjechała o zwykłej porze?!  
— Nieco wcześniej.  
— To znaczy? 
— Na początku czerwca.  
— I przez cały czas zajmowała ten sam pawilon?  
— Oczywiście... To znaczy niezupełnie — prawie natychmiast poprawiła 
się Sawitowska. — Na dwa czy trzy tygodnie pani Zosia wyjechała do 
Kołobrzegu.  
— Można wiedzieć kiedy?  
— Było to gdzieś na przełomie czerwca i lipca.  
— Po powrocie przydzieliła jej pani inny domek?  
— Tylko na parę dni. Po prostu miałam komplet, a pani Ziółkowska 
zgodziła się przyjąć przyjaciółkę do siebie.  
— Nie było im za ciasno? — Po twarzy Wapińskiego przemknął ironiczny 
uśmieszek.  
— Nie rozumiem? Pawilony są przecież pięcioosobowe.  
— E, już nic! —sierżant uznał, że nie warto kontynuować drażliwego 
tematu, jakim była profesja obu dziewczyn. — Na razie dajmy temu 
spokój.  
— Pani Milka i pani Zosia zawsze bardzo się lubiły — na wszelki wypadek 
dorzuciła Sawitowska.  
— Nie wątpię. — Wapiński nie oponował. — A wracając do wyjazdu 
Wieleckiej, nie wie pani przypadkiem, czy wybrała się do Kołobrzegu 
sama, czy w czyimś towarzystwie?  
— Trudno mi powiedzieć. — Bezradnym gestem rozłożyła ręce. — Jakoś 
nie rozmawiałyśmy na ten temat.  
— Czyżby nie było nawet żadnych plotek? 
— Ja plotek nie słucham — odparła z godnością. — To dobre dla 
przekupek z bazaru.  
— Oczywiście, oczywiście —przytaknął sierżant kurtuazyjnie. — Rozumie 
pani jednak, że dla dobra śledztwa...  
   Sawitowska zmarszczyła czoło, przez dłuższą chwilę  zastanawiając się 
nad czymś intensywnie. W końcu skinęła głową na, znak, że sobie 
przypomniała.  
— Po panią Zosię przyjechała taksówka — szept zabrzmiał niemal 
konfidencjonalnie.  
— I co?  

background image

 

51

— A to, że większość jej znajomych ma własne samochody.  
    Wapiński westchnął z rezygnacją. Okazało się, że właścicielka motelu 
nie ma zbyt wiele do powiedzenia na temat Wieleckiej. Zerknął   na 
zegarek. Dochodziła właśnie dwudziesta, a perspektywa obiadu, a ściślej 
rzecz biorąc już kolacji, pozostawała nadal odległa. Co gorsza jutro, skoro 
świt, czekała sierżanta pobudka, a potem podróż do Szczecina, gdzie. 
miano przeprowadzić sekcję zwłok. Mruknął coś do Wilczka i zostawiwszy 
go wraz z Sawitowska w pawilonie Wieleckiej ruszył w stronę głównego 
budynku. W wejściu spostrzegł Grzeleckiego rozmawiającego właśnie o 
czymś z Tosińska.  
— To państwo znaleźliście dwa dni temu Rydzewskiego? — przypomniał 
sobie funkcjonariusz.  
— Owszem — przytaknął Andrzej. — Czy sprawcy są już pod kluczem?  
— Śledztwo w toku — odburknął Wapiński. — Zresztą mam teraz na 
głowie znacznie gorszą historię.  
— Chodzi o panią Wielecką? 
— Jak pewno państwo słyszeliście, jej zwłoki zostały znalezione w jeziorze 
koło Wisełki.  
— To okropne — wtrąciła się Tosińska. —Kiedy pomyślę, że i mnie 
mógłby spotkać taki koniec...  
-— Czy. pani Wielecka lubiła samotne kąpiele w morzu lub jeziorze?  
— Pierwsze słyszę — z przekonaniem zaprzeczyła Elżbieta. — Zośka 
pływała bardzo słabo, a w dodatku bała się wody. Odważna była tylko w 
towarzystwie ratownika.  
— Ma pani na myśli kogoś konkretnego? 
— Oczywiście.  
— Można wiedzieć kogo?  
— Antka Wazunia — bez wahania wymieniła nazwisko. — Zresztą ona nie 
kryła się z tą znajomością.  
— Mieszkali razem?  
— Tego nie powiedziałam. — Tosińska jak gdyby odrobinę się 
zarumieniła. — Często widywałam ich razem, ot i wszystko.  
— Czy ostatnio Wielecka nie była czymś nienaturalnie podniecona albo 
zdenerwowana? — sierżant zdecydował się zmienić temat.  
— Miała powód — odparł Grzelecki. — Przecież wczoraj ją okradziono.  
—Wczoraj? — funkcjonariusz omal nie podskoczył.  
— Poszła rano na plażę, a w tym czasie ktoś włamał się .do jej pawilonu.  
— Jesteście państwo pewni?  

background image

 

52

— Oczywiście — potwierdziła Tosińska. — Zośka odkryła włamanie 
dosłownie na naszych oczach. 
— Mówiła, co jej zginęło?  
— Nie, ale wyglądało, że sporo.  
— Czemu nie zgłosiła o kradzieży milicji?  
— Nie mam pojęcia. — Tym razem odpowiedź Elżbiety nie zabrzmiała 
szczerze.  
— Widzieliście państwo jej pawilon po włamaniu?  
— Nie zapraszała nas do środka. Trudno się zresztą dziwić, bo pewno 
złodzieje narobili bałaganu  
— Delikatnie powiedziane. — Pokiwał głową Wapiński. — Sprzęty są w 
proszku, a nawet podłoga zerwana.  
— Co takiego? — zdziwił się Grzelecki. — Nic nam nie wspominała, że 
złodzieje narobili jakichś szkód.  
— Ciekawe. — Sierżant w zamyśleniu zmarszczył brwi. — Czyżby do 
pawilonu włamano się dwukrotnie? Czy państwo dobrze znaliście 
Wielecką? — zmienił temat. 
— O tyle, o ile. — Elżbieta nie była zdecydowana. — Jak to na wakacjach. 
Ojciec od lat przywozi mnie do Międzyzdrojów, Zośka też tu przyjeżdżała, 
byłyśmy w jednym wieku...  
— A może pan utrzymywał z nią bliższe kontakty?  
— Spróbowałby! — Tosińska niby żartem pogroziła Andrzejowi, Wapiński 
założyłby się jednak z każdym, że w razie czego dziewczyna nie byłaby 
wcale skora do żartów.  
— Jak pan widzi, pisana mi dozgonna miłość do jednej tylko niewiasty — 
zaśmiał się Grzelecki. — To pewne, bo Elżbietka osobiście dopilnuje.  
— Pozazdrościć. 
     Od strony drogi dobiegł niezbyt głośny szum nadjeżdżającego 
samochodu i chwilę później na parkingu pojawiło się popielate volvo ze 
szwedzką rejestracją. Model był stosunkowo nowy, ale solidnie 
poobtłukiwana karoseria świadczyła wymownie, że właściciel nie zwykł 
dbać o samochód i preferuje ostrą jazdę. Silnik zgasł i z wozu wysiadł 
atletycznie zbudowany blondyn w sztruksowej kurtce. 
 

XV 

 

— Przepraszam za spóźnienie, ale z Warszawy do Szczecina jest przeszło  

background image

 

53

pięćset kilometrów. — Drobny blondyn w narzuconym na jasny garnitur 
białym kitlu skłonił się na  powitanie mężczyznom zebranym przy stole 
sekcyjnym. — I tak miałem szczęście, że zdążyłem przed końcem sekcji.  
— Kapitan Jodecki ze Służby Bezpieczeństwa? — domyślił się wysoki, 
szczupły lekarz o skroniach obficie przyprószonych siwizną. — 
Anonsowano nam pański przyjazd. 
      Niemłody już laborant o niezdrowej, ziemistej cerze, sierżant Wapiński 
i szpakowaty  podporucznik z miejscowej komendy MO z powagą pokiwali 
głowami. W końcu nieczęsto zdarzało się, by do zwykłej sekcji przysyłano 
ze stolicy kapitana SB.  
— Co panowie ustaliliście? — Jodecki  wolał nie tracić czasu.  
— Zgon Wieleckiej nastąpił w nocy ze środy na czwartek, czyli od tego 
momentu upłynęła już doba — rzeczowo wyjaśnił lekarz.  
— Nie mógłby pan określić dokładniej?  
— Przypuszczam, że nie popełnię dużego błędu, jeśli przyjmę, że nastąpiło 
to między dwudziestą trzecią a drugą. Zwłoki dość długo leżały w wodzie, 
potem na brzegu jeziora były wystawione na działanie promieni 
słonecznych, rozumie więc pan, że moje zadanie nie jest proste. 
— Przyczyną śmierci było utonięcie?  
— Z tym jest jeszcze większy problem.  
— Nie rozumiem?  
— Podczas sekcji nie stwierdziłem rozedmy wodnej płuc.  
— To oznaczałoby, że do wody wrzucono zwłoki, a zgon nastąpił gdzie 
indziej? — Kapitan nie krył ogarniającego go podniecenia. — Ależ 
panowie, to przecież nasuwa całkiem określone podejrzenia!  
— Bezpośrednią przyczyną zejścia śmiertelnego było ustanie akcji serca — 
bez ekscytacji oznajmił lekarz. — Żadnych zmian chorobowych nie 
stwierdziłem, teoretycznie rzecz biorąc można założyć, że denatka wpadła 
przypadkiem do wody i na zasadzie czynnościowej Serce przestało 
funkcjonować.  
— Była pijana? 
— Z pewnością spożywała alkohol, o czym mogłem się przekonać po 
otwarciu pokrywy czaszki, ale na wyniki badań krwi musi pan trochę 
poczekać.  
— Tak czy inaczej wersja o przypadkowym wpadnięciu do wody i 
wstrząsie termicznym jest mało przekonująca.  
— Prawdą powiedziawszy trudno mi zająć zdecydowane stanowisko. 

background image

 

54

— Słyszałem, że ustanie akcji serca może również nastąpić na skutek 
uderzenia w okolicę wstrząsorodną.  
— Nie przeczę — przyznał lekarz. — Także i w tym przypadku należałoby 
wziąć pod uwagę podobną ewentualność, chociaż prawdę powiedziawszy u 
nas to się raczej nie zdarza.  
— A nie stwierdził pan żadnych obrażeń na  ciele Wieleckiej?  
— Nieliczne, drobne zasinienia na rękach, udach i klatce piersiowej. Niech 
pan sam zresztą rzuci okiem.  
  Jodecki nachylił się nad stołem sekcyjnym. Pozostali mężczyźni uczynili 
to samo i przez dłuższą chwilę w sali panowało milczenie. Wreszcie jako 
pierwszy odezwał się Wapiński.  
— Wybaczcie, panowie, że wtrącę swoje trzy grosze, ale ja odnoszę 
wrażenie, że Wielecka dostała od kogoś w skórę. 
— Może ma pan rację. — Lekarz jakoś nie był pewny swego. — Jednak 
obrażenia nie są| zbyt typowe, a poza tym brak śladów ewentualnej obrony 
w postaci pozostałości obcego  naskórka pod paznokciami denatki czy otarć 
na jej palcach.  
 — Czyżby wykluczał pan związek między tymi siniakami a zgonem 
Wieleckiej? 
— Pewne jest tylko to, że obrażenia powstały na krótko przed jej śmiercią. 
Reszta to mniej lub bardziej prawdopodobne hipotezy, których 
potwierdzenie bądź obalenie nie leży w moich kompetencjach.  
Sekcja weszła w końcowe stadium. Lekarzowi nie udało się już dokonać 
żadnych nowych ustaleń i niespełna dwadzieścia minut później odłożył 
skalpel na znak, że nie ma tu nic więcej do roboty. Oficerowie z 
mieszanymi uczuciami opuścili salę i po chwili dotarli do czekających na 
nich samochodów.  
— Rozumiem, że pan przejmuje śledztwo? — Podporucznik z miejscowej 
komendy popatrzył pytająco na Jodeckiego.  
— Owszem — przytaknął kapitan. — W końcu po to tu przyjechałem.  
— W razie potrzeby służę wszelką pomocą. 
— Chętnie skorzystam... A tymczasem może spróbowałby pan ustalić, czy 
Wielecka miała jakieś powiązania z miejscowym światkiem przestępczym.  
— Podejrzewa pan jednak zabójstwo?  
— Słyszał pan przecież, że nasz uczony medyk niczego nie wykluczył — w 
głosie Jodeckiego zabrzmiała odrobina sarkazmu.  
— W porządku! — Podporucznik nie zamierzał dyskutować ze starszym 
stopniem kolegą. 

background image

 

55

— Może pan na mnie liczyć.  
— To my z sierżantem Wapińskim zabiera my się do Międzyzdrojów. — 
Kapitan skinął podporucznikowi ręką na pożegnanie.  
— Powodzenia!  
   Sierżant rozparł się wygodnie w służbowym polonezie Jodeckiego. Po 
zdezelowanym gaziku, którym przyjechał do Szczecina, czuł się teraz 
niczym w domowym fotelu. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko 
miękkich kapci ulubionej gazety i kawałka ciasta. Z błogiego  rozmarzenia 
wyrwało go rzeczowe pytanie kapitana.  
— Czy ustalił pan, z kim Wielecka pozostawała ostatnio w bliższych 
stosunkach? 
— Z ratownikiem Wazuniem i panienką lekkich obyczajów, niejaką Milką 
Ziółkowską  
— Obiło mi się o uszy, że i denatka nie gardziła najstarszym zawodem 
świata.  
— Owszem.  
— Miała wśród swoich znajomych lub klientów jakichś cudzoziemców?  
— Tego niestety nie wiem.  
 — A przedstawicieli miejscowego półświatka? — Jodecki powtórzył 
pytanie zadane już wcześniej podporucznikowi ze Szczecina.  
— Raczej nie sądzę.  
— Tak czy inaczej będziemy musieli to wszystko wyjaśnić — zadecydował 
oficer. Jeszcze dzisiaj pogadam z Ziółkowską i Wazuniem, a pan niech 
weźmie na siebie tak zwany „element". Coś mi się zdaje, że na miejscu 
wyniucha pan więcej, niż pański szczeciński kolega wyczyta z meldunków 
i kartotek.  
— Załatwione.  
    Kapitan wysadził Wapińskiego nie opodal „Antałka", a sam pojechał w 
stronę motelu „Pod kulawym Belzebubem". Po drodze rozmyślił się i 
skręcił do wejścia na plażę. Parkując samochód nie miał zbyt wielkiej 
nadziei, że zastanie Wazunia u siebie, jako że niedawno minęło południe i 
na plaży kłębiły się tłumy urlopowiczów, mimo wszystko postanowił 
jednak spróbować. Domki campingowe zajmowane przez ratowników stały 
na górującej nad plażą skarpie. Dwa pierwsze były puste, ale przy trzecim 
Jodecki spostrzegł niewysokiego, choć solidnie umięśnionego blondyna.  
— Czy nie wie pan, gdzie mógłbym zastać pana Wazunia? — zapytał. 
— To ja — odburknął tamten niezbyt uprzejmie.  
— Chciałbym zamienić z panem kilka słów.  

background image

 

56

— W jakiej sprawie?  
— Jedna z pańskich znajomych uległa nieszczęśliwemu wypadkowi. — 
Oficer nie zamierzał wtajemniczać ratownika w swoje podejrzenia. — 
Przed zamknięciem postępowania muszę wyjaśnić niektóre szczegóły.  
—Ma pan na myśli Zosię Wielecką? 
— Właśnie.  
— Jacek, chodź tutaj — Wazuń odwrócił się w stronę domku. — Przyszedł 
ktoś z milicji i pyta o Zośkę.  
— Idę, już idę! — Kucicki niemal natychmiast pojawił się na dworze,  
— To jest mój kuzyn — ratownik przedstawił Jacka kapitanowi. — Znał 
Zośkę nie gorzej ode mnie.  
   Oficer uznał, że nie ma sensu wyjaśniać, jaką służbę reprezentuje. W 
końcu dla większości ludzi Służba Bezpieczeństwa nie różniła się wiele od 
MO. Podał Kucickiemu rękę na powitanie i ponownie zwrócił się do 
Wazunia.  
— Czy Wielecka umiała pływać? 
— Póki była pewna, że ma grunt, szło jej nawet nieźle, ale na głębszej 
wodzie zaraz wpadała w panikę.  
— Lubiła się kąpać?  
— Jak większość ludzi.  
— A w nocy?  
— Nie powiedziałbym. Kiedyś z Jackiem zabraliśmy ją nad wodę przy 
księżycu. Miała zapewnioną fachową asekurację, a mimo to ledwo dała się 
namówić na zamoczenie majtek.  
— Wielecka wolała morze czy jeziora?  
— Czy ja wiem? — zamyślił się ratownik. — Chyba nie sprawiało jej to 
większej różnicy.  
— Wspominał pan, że nie była najlepszym pływakiem. Czy w związku z 
tym zdarzało się, by sama wchodziła do wody? 
— Co najwyżej do kolan.  
— Nawet po wódce?  
— Nie uwierzy pan, ale kiedy wypiła, jeszcze bardziej się bała. Bez asysty 
nie zamoczyła wtedy nawet stopy.  
— Jak więc pan wytłumaczy, że znaleziono ją samą w jeziorze koło 
Wisełki?  
— Musiała pojechać tam w towarzystwie. — Po twarzy Wazunia 
przemknął wyraźny cień. — Najpierw urządzili sobie zabawę, a kiedy 
doszło do nieszczęścia, zostawili ją... Dranie!  

background image

 

57

— Kto, zdaniem panów, mógł wchodzić w grę?  
— Na przykład Rydzewski — odezwał się Kucicki. — Ostatnio bardzo 
Zośce nadskakiwał.  
— Albo Międzybrodzki — dorzucił ratownik.  
— Kto jeszcze?  
— Choćby taki Grzelecki — wyliczał dalej Kucicki. — Facet lubi pływać 
tam, gdzie nie wolno. Czy Oklund. Kiedyś wlazł do wody tak 
zaperfumowany, że Antek ledwo go wyciągnął. Nie wspomnę już o tym 
Szwedzie Svensonie i jego przyjaciółeczce Ziółkowskiej.  
—Widzę, że nie darzycie, panowie, sympatią gości „kulawego Belzebuba". 
— Dziwi się pan?! — wybuchnął Wazuń. — Przecież to przez nich Zośka 
nie żyje. Przewrócili w głowie dziewczynie. Musiała mieszkać w 
eleganckim motelu, jadać w motelowej knajpie i podrywać nadzianych 
facetów. Prosty domek albo śpiwór w namiocie już jej nie wystarczał.  
— Od dawna znaliście, panowie, Wielecką?  
— Od jakiegoś miesiąca. 
— Może pan powiedzieć, jak doszło do pierwszego spotkania?  
— Na początku sezonu zainstalowaliśmy się z Jackiem w Kołobrzegu. O 
robotę na plaży było trudno, w połowie lipca uradziliśmy więc, że 
pojedziemy do Międzyzdrojów. Traf chciał, że za kółkiem usiadł Jacek. On 
ma miękkie serce i zaraz za rogatkami wziął autostopowiczkę. Początkowo 
byłem niezadowolony, bo nie lubię obcych w samochodzie, ale Zośka 
szybko mnie udobruchała. Powiem szczerze, że ją cholernie polubiłem...  
— Tak od razu?  
— Od razu. 
— Przepraszam za pytanie, ale czy was stosunki nabrały bardziej 
intymnego charakteru?  
— Co panu do tego?! — Wazuń zagryzł gniewnie wargi, pod chłodnym 
spojrzeniem kapitana zdołał się jednak jakoś opanować. — Zresztą dobrze, 
jej już przecież nie ma na tym świecie.  
— No więc? 
— Żyłem z nią, jeśli to pana interesuje.  
— A że Wielecka nie należała do świętoszek, był pan zazdrosny o panów z 
motelu?  
— Byłem — głucho potwierdził ratownik.— I teraz żałuję, że któremuś z 
nich nie skręciłem wcześniej karku.  
— Daj spokój, Antek — uspokajał kolegę Kucicki — Już .przecież jej nie 
pomożesz.  

background image

 

58

— No cóż, dziękuję panom. — Jodecki uznał, że dalsze przeciąganie 
rozmowy nie miałoby większego sensu. — Aha, jeszcze jedno —- na 
zakończenie zwrócił się do Jacka. — Czy pan również pracuje tu jako 
ratownik?  
Zarówno na czerwono-żółtych kąpielówkach, jak i na pasiastej koszulce 
Kucickiego brakowało charakterystycznego, niebieskiego krzyża.  
— Dopiero mam zamiar zrobić uprawnienia, a na razie towarzyszę 
Antkowi w jego wojażach po Polsce — odparł zagadnięty. — Jestem 
nauczycielem wychowania fizycznego i stąd moje zainteresowanie sportem 
i rekreacją.  
 
   Na motelowym parkingu było tłoczno. Oficer z niemałym trudem wcisnął 
służbowego poloneza pomiędzy dwa fiaty i sprawdziwszy w notatniku 
podany mu przez Wapińskiego numer pawilonu wyruszył na poszukiwania. 
Chwilę później stał już pod drzwiami właściwego domku. Ziółkowska była 
w środku. 
— Pani nie na plaży? — zapytał zdawkowo, pokazując z daleka 
legitymację.  
— Nie mam nastroju — odparła niemal zaczepnie. — A pan w sprawie 
śmierci Zośki czy napadu na Rydzewskiego?  
— Prawdę powiedziawszy interesuje mnie i jedno, i drugie.  
— O napadzie nic nie wiem. — Obojętnie wzruszyła ramionami. — A 
Zośkę ostatni raz widziałam w środę przy obiedzie.  
— O czym rozmawiałyście?  
— Skarżyła się, że ktoś ją okradł.  
— Włamanie?  
— Otóż to.  
— Nikogo nie podejrzewała? 
— Żartuje pan? — Milka uśmiechnęła sin smutno. — Przecież złodziej nie 
zostawia wizytówki.  
— Dwa włamania do motelowych pawilonów to nie wygląda na zbieg 
okoliczności. Nie uważa pani?  
— Ktoś musiał obserwować gości i wybrać tych, których uznał za bardziej 
majętnych.  
— Czy rzeczywiście pani Wielecka mogła sprawiać wrażenie osoby 
zamożnej?  
— Czy ja wiem? — Ziółkowska najwyraźniej nie była zdecydowana, co 
odpowiedzieć.  

background image

 

59

— A może chodziło raczej o bogatszych przyjaciół pani Zosi?  
— Wybaczy pan, ale znajomi i tak zwane prowadzenie się mojej koleżanki 
to nie moja sprawa. 
— Powiedzmy — kapitan nie nalegał. — Ustalmy raczej, co jej skradziono,  
— Pieniądze, biżuterię,  
— Dużo?  
— Tego mi nie powiedziała.  
— Szkoda — westchnął Jodecki. — Może udałoby się zidentyfikować 
sprawców.  
— Dla niej to już teraz nie ma znaczenia.  
— Niby prawda  — oficer zdecydował się zmienić temat. — Czy pani 
Wielecka lubiła nocne kąpiele w morzu lub jeziorze?  
— Nie wydaje mi się, chociaż raz, czy dwa brała udział w takich zabawach.  
— W czyim towarzystwie?  
— Ratownika Wazunia.  
— Czy tylko?  
— Tego nie wiem.  
— A w środę? 
— Na kolacji jej nie było, pomyślałam więc, że wybrała się do jakiegoś 
lokalu.  
— Może z panem Rydzewskim? — podpowiedział kapitan.  
— Z tego co wiem, Zośka nigdy nie traktowała go zbyt poważnie. Zresztą 
widziałam wieczorem Rydzewskiego w motelowym cocktail-barze.  
— O której?  
— Gdzieś koło dwudziestej.  
—Nie był tam chyba sam? 
— Oczywiście, że nie — przytaknęła Ziółkowska. — Popijał piwo w 
gronie znajomych. 
— Mogłaby pani wymienić ich nazwiska?  
— Zauważyłam państwa Tomików, panów Grzeleckiego i Tosińskiego, a 
jeśli się nie mylę, był także z nimi pan Oklund.  
— Długo tam siedzieli?  
— Tego nie wiem. — Milka bezradnie rozłożyła ręce. — Zaraz poszłam do 
siebie, a później nie zaglądałam już do baru.  
— Nikt wieczorem nie pytał o Wielecką, nie szukał jej?  
— Nie przypominam sobie.  
— Prawdę mówiąc, niewiele mi pani pomogła. — Jodecki wyciągnął rękę 
na pożegnanie.  

background image

 

60

— Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. — Ziółkowska nie przejęła się 
wymówką oficera, — Zresztą, tak między nami mówiąc, w ostatnich 
dniach nie interesowało mnie zbytnio, co się dzieje ze znajomymi w 
motelu... 
      W pawilonie Rydzewskiego nie było nikogo Kapitan miał już zamiar 
poszukać właścicielki motelu, kiedy przyszło mu do głowy, że być  może 
dowiedziałby się czegoś od miejscowego portiera i dozorcy w jednej osobie 
— Lulka Urbaka. Bez wahania pomaszerował w stronę parkingu. Pawilon 
Lulka wyglądał nieci skromniej od pozostałych, ale za to miał umocowany 
przy wejściu ruchomy reflektor. Jodecki zapukał i chwilę później otworzył 
mu dwumetrowy bez mała dryblas.  
— Pan Urbak? — upewnił się oficer, sięgając po służbową legitymację. — 
Chciałbym zamienić z panem kilka słów. 
— To może raczej z szefową? — Lulek najwyraźniej nie wiedział, jak 
zareagować na nieoczekiwaną wizytę.  
— Przyjdzie kolej i na panią Sawitowska.  
— Ale o co panu chodzi?  
— W ciągu ostatnich dni miało tu miejsce kilka przykrych incydentów.  
— A owszem — potwierdził Urbak. — We wtorek wieczorem jacyś 
bandyci załatwili pana Rydzewskiego, w środę było włamanie do pani Zosi, 
a jeszcze wcześniej ktoś napadł na  panią Milkę.  
— Ziółkowska również stała się ofiarą napadu?! — podchwycił kapitan. 
, — No, nie... — Na wyjątkowo mało inteligentnej twarzy dozorcy wykwitł 
krwistoczerwony rumieniec. — To znaczy...  
— Mówże, chłopie, prawdę! — Jodecki ostrzegawczo zmarszczył brwi.  
— Kiedy ja... 
— Uważaj, bo ze mną nie warto zadzierać!  
— Panie władzo...  
— Wolisz, żebyśmy wybrali się na komisariat?  
— Ale szefowa nie kazała nikomu mówić.  
— Za to ja każę wszystko powiedzieć. Lulek przez kilkanaście sekund 
bezradnie rozglądał się dookoła, jak gdyby szukał po mocy, w końcu 
jednak ustąpił.  
— Powiem panu — konfidencjonalnie zniżył głos. — Tego samego dnia, 
co był napad na  pana Rydzewskiego, tylko że z samego rana  jakichś 
dwóch wparowało do domku pani Milki. Dali jej po głowie, że do dzisiaj 
ma siniaka  pod okiem, wsadzili kawał szmaty do gębę i zawinęli w koc. 
Mało się biedula nie udusiła 

background image

 

61

— Co zabrali Ziółkowskiej?  
— Dokładnie nie wiem, ale słyszałem o dolarach i biżuterii.  
— Dlaczego nie zgłosiliście o wszystkim milicji?  
— Szefowa nie chciała popsuć motelowi renomy.  
— A Ziółkowska?  
— Widać też nie byłoby jej na rękę ludzkie gadanie.  
— Czy to pan ją znalazł po napadzie?  
— Nie. — Urbak energicznie potrząsnął głową. — Mąż naszej szefowej 
kiepsko sypia i każdego rana robi obchód motelu. Pewni coś mu nie 
pasowało, bo zajrzał do domku pani Milki. Kiedy pokapował w czym 
rzecz, podniósł alarm, a ja złapałem lagę i dalej po okolicy. Niestety, szukaj 
wiatru w polu... 
— Jak pan myśli, czy włamań do Rydzewskiego i Wieleckiej dokonali ci 
sami sprawcy?  
— Jeden Bóg raczy wiedzieć.  
— Nie zauważył pan niczego podejrzanego?  
— Ostatnio to nawet nie mam kiedy przyłożyć głowy do poduszki — 
poskarżył się dozorca. — Jak ten pies waruję. Szefowa zagroziła, że wyleje 
mnie na zbity pysk, jeśli znowu coś komuś ukradną.  
— Właścicielka motelu boi się, że złodzieje ponownie spróbują szczęścia?  
— Kto ich tam wie.  
   Na chwilę umilkli. Lulek czujnie spoglądał na Jodeckiego, jak gdyby 
oczekiwał z jego strony ataku, a ten zastanawiał się nad kolejnym 
pytaniem. W końcu oficer zdecydował się zacząć z innej beczki. 
— Na razie zostawmy te włamania i napady — rzucił z pozorną 
obojętnością. —Niech mi pan powie, z kim w środę balowała Wielecka?  
— Żebym to ja wiedział. — Dozorca bezradnie pokiwał głową. — Ostatni 
raz widziałem ją po obiedzie, a potem kamień w wodę.  
— Może wybrała się gdzieś z Rydzewskim? — Kapitan na wszelki 
wypadek postanowił sprawdzić informację uzyskaną od Ziółkowskiej.  
— To już raczej z Międzybrodzkim albo Wazuniem — sprostował Urbak. 
— Pan Rydzewski w środę tęgo popił w cocktail-barze. Koło dziesiąte 
wieczorem wyśpiewywał takie rzeczy, że paniom, za przeproszeniem, 
więdły uszy. 
— O której położył się pan spać?  
— O pierwszej albo i o wpół do drugiej.  
— Zwrócił pan uwagę, którzy z gości „kulawego Belzebuba" opuszczali na 
dłużej teren motelu?  

background image

 

62

— Widziałem, jak brali wozy pan Międzybrodzki i pan Tomik. O Tomika 
nawet sie trochę bałem, bo miał już nieźle w czubie, kiedy siadał za 
kierownicą. Na szczęście wrócił zdrowy i cały. Nawet lakieru na 
samochodzie nie zadrapał.  
— Do której go nie było?  
— Przyjechał gdzieś przed północą.  
— A kiedy wrócił Międzybrodzki?  
— Dopiero następnego dnia, koło południa.  
— Gdzie on mógł być tyle czasu?  
— Nie mam pojęcia. W każdym razie wyglądał dość nieszczególnie, kiedy 
wysiada z wozu. 
—Wspomniał pan przed chwilą, że być może właśnie on spędził ten 
wieczór z Wielecką.  
—Myśli pan, że popili i poszli się kąpać w tym jeziorku koło Wisełki? — 
Lulek aż złapał się za głowę przerażony własnym odkryciem. — Jezus, 
Maria!. I on jej nie wyciągnął?!  
— Wolnego, panie Urbak — przystopował go kapitan. — Czy na pewno 
pan widział, jak Wielecka wyjeżdżała z motelu razem z Międzybrodzkim? 
— No, nie — przyznał dozorca. — Poszedłem właśnie za potrzebą, a kiedy 
wracałem, mignął mi tylko czerwony opel pana Międzybrodzkiego.  
— To przecież jeszcze o niczym nie świadczy.  
— I chwała Bogu! — Lulek wyraźnie odetchnął. — A w ogóle, jak to się 
stało, że pani Zosia utonęła? — zadał dręczące go od dawna pytanie. —  
Ludzie opowiadają niestworzone historie, a tak naprawdę nikt nic nie wie. 
— Skończę śledztwo, to panu powiem — wymijająco odparł Jodecki. — A 
teraz niech mi pan pokaże samochód Międzybrodzkiego.  
— Na parkingu jest tylko jeden czerwony opel. — Urbakowi nie chciało się 
wychodzić z domku. — O tam, koło latarni. 
 

XVI 

 

.— Pańskie zdrowie, panie Tadeuszu! — Grzelecki zachęcającym gestem 
podniósł szklanicę z grubego szkła i pociągnął spory łyk piwa. — Oby 
zawsze miał pan popyt na swoje torby, torebki i saszetki.  
— Raczej, żeby nie brakowało mi surowca — Międzybrodzki otarł 
chusteczką spoconą łysinę i dopiero sięgnął po szklankę . — Popyt zawsze 
będzie. 

background image

 

63

— O, to, to! — podchwycił Tomik. — Grunt to surowiec. Z resztą sobie 
poradzimy. 
    Od dobrej godziny siedzieli przy wystawionym na dwór stoliku i raczyli 
się oryginalnym  holenderskim piwem. Jak zwykle rozmowa dotyczyła 
interesów, a ściślej rzecz biorąc sprowadzała sie głównie do narzekań na 
brak surowców . 
— A wy stale o jednym i tym samym — Tasińska ostentacyjnie ziewnęła. 
— Szkoda że nie ma tu Zośki. Ona by wam powiedziała... — zbyt późno 
ugryzła się w język. 
— Ależ Eluniu ! — Ojciec popatrzył na córkę z dezaprobatą. —Jak możesz 
niespełna dwa dni po wypadku! 
    Milczący przez większą część wieczoru Rydzewski nieoczekiwanie 
wlepił wzrok w Międzybrodzkiego. Ten zrazu zdawał się niczego nie 
dostrzegać, szybko jednak stracił rezon Raz i drugi bąknął jakiś niezdarny 
komplement pod adresem Tosińskiej, jednym haustem opróżnił swoją 
szklanicę, ponownie otarł łysinę, aż w końcu nie wytrzymując 
natarczywego spojrzenia poderwał się z miejsca. 
— Przepraszam, ale muszę jeszcze coś załatwić — sapnął nerwowo. — Nie 
przeszkadzajcie sobie państwo. 
      Przy stoliku zapanowała niemiła konsternacja. Wszyscy niedzieli w 
milczeniu, dopóki Międzybrodzki nie zniknął za rogiem motelowego 
budynku. Dopiero teraz zdecydował się odezwać Tosiński. 
— Właściwie co go ugryzło? 
— Nie co, tylko kto.— Grzelecki cmoknął znacząco Elżbietę w policzek.  
— Wstręciuch! — syknęła ze złością. — Nie drażnij mnie... Przynajmniej 
nie przy obcych. 
— Kilka dni, a już całkiem wlazł pan pod pantofel — zauważył Tomik nie 
bez ironii. — A swoją drogą może Tadeusz faktycznie miał coś do 
załatwienia. Ja, na przykład, zaplanowałem sobie wieczorny spacer. Po 
piwku dobrze mi to zrobi, a żona i tak przez cały czas ślęczy  przed 
telewizorem. 
     Zostali przy stoliku we czwórkę. Rozmowa jakoś się nie kleiła. 
Wreszcie Rydzewski zadzwonił sygnetem w szklankę i zaproponował 
przejście do cocktail-baru. Tosiński ani Andrzej nie oponowali, Elżbieta 
postanowiła jednak przeprowadzić swój zamysł do końca. Przez chwilę 
zastanawiała się jeszcze nad czymś, potem odciągnęła Grzeleckiego na 
bok. 

background image

 

64

— Daję ci kwadrans — oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. — 
Przebiorę się i idziemy nad morze. 
— Jak żyję, nie widziałem równie zaborczej dziewczyny. — Po twarzy 
Andrzeja przemknął pełen rozbawienia uśmieszek. 
— Nie chcesz iść ze mną na spacer? —Cała pewność siebie Tosińskiej 
ulotniła się nagle bez śladu . — Nie bądź taki. Wiesz przecież jak lubię 
patrzeć wieczorem na morze. 
— Dobrze, już dobrze, mój generale. — Grzelecki nie miał zamiaru się 
upierać. — Ja wprawdzie wolę patrzeć na ciebie , ale ostatecznie może być 
i Bałtyk. 
    Elżbieta radośnie klepnęła go po ramieniu i pobiegła w kierunku swego 
pawilonu a mężczyźni ruszyli do cocktail-baru. Chwilę później Grzelecki 
siedział już na wysokim stołku. Ale kiedy Rydzewski zamówił trzy koniaki, 
Andrzej doszedł do wniosku, że po piwie nie byłby to najlepszy deser. 
Bąknął na swoje usprawiedliwienie, że mimo wszystko jest znakomicie 
zapowiadającym się pantoflarzem i nie zwracając uwagi na zawiedzione 
miny kompanów, opuścił bar. Postanowił zrobić Tosińskiej niespodziankę. 
Wesoło pogwizdując minął parking i skręcił za główny budynek motelu, w 
stronę rozsianych między drzewa domków. 
     Było już dość ciemno i bardziej domyślił ii niż poznał z daleka, że to 
Elżbieta wchodzi  właśnie do swego pawilonu. Nie przyspieszył kroku. Z 
doświadczenia wiedział, jak bardzo panie nie lubią, kiedy im się 
przeszkadza podczas przebierania. Od morza dobiegł ostrzejszy  
powiew wiatru. Grzelecki przystanął na moment by odetchnąć pełną 
piersią, gdy nagle zaświdrował mu w uszach pełen przerażenia kobiecy 
krzyk. Nie miał nawet cienia wątpliwości . Ze znajomego domku wybiegła 
Tosińska. Nikt jej nie gonił, ale Andrzej bez zastanowienia ruszył na 
pomoc dziewczynie.  
— Jesteś! — szepnęła z niewypowiedzianą ulgą padając ufnie w jego 
ramiona. — Tak się bałam. 
— Moja maleńka. — Delikatnie pogładził ją po włosach. — Przecież nie 
ma czego  
— Ależ tam ktoś był! — W głosie Elżbiety prócz strachu zabrzmiała 
pewność siebie. — Widziałam!   
— Naprawdę? —zapytał z niedowierzaniem. — Kto?  
— Nie wiem, jakiś obcy... 
— Zaraz zobaczymy. 

background image

 

65

—O nie, ja tam nie wrócę!— Gwałtownie potrząsnęła głową. — I ciebie 
nie puszczę — dodała z determinacją —Jeszcze zrobi ci jakąś krzywdę. 
— Ależ, kotku! — Grzelecki po ojcowsku pocałował ją w czoło. 
— Kiedy ja się boję! —. powtórzyła ze łzami w oczach. — Nie słyszałeś, 
co tu się dzieje? 
— Na studiach byłem dobry w boksie, a prócz tego przez kilka lat 
trenowałem dżudo. Mało kto da mi radę. 
    Tosińska przez dłuższą chwilę spoglądała na niego niezdecydowanie. 
Najwyraźniej argumenty chłopaka nie trafiały jej do przekonania. W końcu 
znalazła rozwiązanie. 
— To ty tu poczekaj, a ja zawołam Lulka. 
    Andrzej dla świętego spokoju gotów był się zgodzić, ale w tym samym 
momencie skrzypnęły drzwi od domku Tosińskiej i wyprysnął z niego jakiś 
drobny człowieczek w podkoszulku w marynarskie paski. Kilka susów i 
dopadł płotu, a dwie sekundy później lądował już po drugiej stronie.  
— Złapię drania! — Grzelecki zapomniał   obawach Tosińskiej. — Zaraz 
wracam! 
   Młode, wysportowane mięśnie zadziałały niczym niezawodny  
mechanizm. Kilkanaście kroków i zdecydowane wybicie. Skacząc przez 
płot zaczepił wprawdzie nogawką o druty,  udało mu się jednak utrzymać 
równowagę. Blisko pięćdziesięciometrowa przewaga ściganego topniała w 
oczach.  
    Gutek w iście zawrotnym tempie minął jakieś zabudowania, pokonał 
niezbyt szeroki rów i wypadł na ścieżkę idącą w kierunku morza. Nigdy 
jeszcze nie biegł tak szybko, a mimo to kroki ścigającego dudniły mu tuż za 
plecami! Odruchowo obejrzał się i w tym samym momencie zawadził 
czubkiem buta o jakiś wystający korzeń. Runął jak długi. Niemal 
natychmiast był znowu na nogach, ale tymczasem Grzelecki zdołał odrobić 
przeszło połowę dzielącego ich dystansu.  
    Włamywacz sprężył się w sobie. Pozostawała mu tylko jedna szansa. 
Udał, że skręcił nogę i nie może stąpać. Andrzej pewny swego wydłużył 
krok.  Jeszcze sekunda i wyciągnął rękę, by schwytać uciekiniera. Trzymał 
już w garści podkoszulek, kiedy nieoczekiwanie potężny cios w szczękę 
osadził go na miejscu. 
   Gutek zarechotał. Oto nie pierwszy przeciwnik starego kryminalisty dał 
się zwieść jego niepozornej posturze. Wyprowadził kolejny cios, by zwalić 
z nóg Grzeleckiego, tym jednak razem tamten zdążył zrobić unik. Jeszcze 
sekunda i Andrzej odpłacił włamywaczowi druzgocącym uderzeniem. 

background image

 

66

Gutka rzuciło na najbliższe drzewo. Uprzytomnił sobie, że ma już mniej 
zębów niż przed momentem, ale nie myślał kapitulować. Błyskawicznym 
ruchem wyciągnął zza paska nóż. Metalicznie szczęknęła sprężyna i niemal 
jednocześnie ostrze dotknęło koszuli Grzeleckiego. Gutek poszedł za 
ciosem. Chciał, by ostrze przebiło ramię i dotarło aż do korpusu 
przeciwnika. Tracąc równowagę zrozumiał, że przegrał. Poczuł stalowy 
chwyt i wykręciwszy piruet zawisł na własnym, wyłamanym ramieniu. 
— Aj, aj! — jęknął nie mogąc wytrzymać bólu. — Jezu!  
  Grzelecki pociągnął mocniej. Nóż wypadł Gutkowi z dłoni. Był 
rozbrojony.  
— Mamo, jak boli! — jęk przerodził się w  skowyt.  
— Po co sięgałeś po kosę? — wściekle wychrypiał Andrzej.  
— Moja ręka!  
  Grzelecki puścił. Gutek zrobił krok do tyłu, zatoczył się i runął na ziemię. 
Przez dobre pół minuty ciężko dyszał i  nawet nie próbował się podnieść. 
Wreszcie usiadł. Prawe ramię zwisało mu bezwładnie, a z kącika rozbitych 
ust ciekła krew. 
— Załatwiłeś mnie — przyznał spokojnie bez nienawiści.  
— Sam jesteś sobie winien. — Andrzej również odzyskał panowanie nad 
sobą.  
— Fakt faktem — Gutek ani myślał dyskutować. — Włamałem się do 
twojej małej, potem... — Wymownym gestem wskazał zdrową ręką leżący 
nie opodal nóż. — I tak, że nie wziąłeś mnie pod fleki...  
— Czego szukałeś u Elki?  
— Niczego... To znaczy nic nie zabrałem -poprawił się szybko. — 
Chciałem tylko sprawdzić, co ma.  
— Po cholerę?  
— Kilka dni temu jakichś dwóch zrobił skok na przyjaciółkę Maćka 
Brydla, tę Milkę co mieszka w waszym  motelu. Drapnęli je zielone i 
błyskotki. 
— Myślałeś, że Elka miała z tym coś wspólnego?  
—Maciek kazał mi sprawdzać domki jak leci.  
— Znaczy, że to wy załatwiliście Rydzewskiego i Zośkę?  
— Uchowaj Boże! — Gutek żywo zaprzeczył. — Na razie byłem tylko u 
ciebie.  
— Myślałem, że to sprzątaczka ruszała moje klamoty.  
— Ma się praktykę... A w ogóle, po co ci, bracie, kopyto? W kowboja 
chcesz się zabawiać?