background image

 
 
 
 

ALBERT WOJT 

 
 
 
 

SZMARAGDOWY 

KRUCYFIKS 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ • WARSZAWA • 1986 

background image

 

 
 

Jonathan Dembinsky z niekłamanym obrzydzeniem przełknął kolejny łyk ciepłej, luro-

watej whisky. Od blisko trzech godzin tkwił przy brudnym stoliku w obskurnym, motelowym 
barze  i  gapił  się  przez  dawno  nie  myte  okno  na  zielono-pomarańczowy  camping  oznaczony 
rzekomo szczęśliwym numerem siedem. Domek był już uwieczniony na kliszy kieszonkowe-
go  aparatu  fotograficznego,  podobnie  zresztą  jak  sportowy  jaguar,  jego  mocno  podtatusiały 
właściciel  i  ruda  niczym  wiewiórka  dama  o  wystających  kościach  policzkowych.  Właśnie 
zazdrosnemu  mężowi  owej  damy  zawdzięczał  Jonathan  dzisiejszą  wycieczkę  do  motelu,  nie 
wspominając  o  spoczywającym  w  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  czeku  na  dwieście  pięć-
dziesiąt dolarów. Analogiczna kwota mogła też stać się jego własnością w przypadku dosta-
rczenia  zleceniodawcy  przekonujących  dowodów  zdrady  małżonki.  Niestety  okna  pawilonu 
numer siedem były zamknięte na głucho, a od środka zasłaniały je szczelne żaluzje i detektyw 
nie  miał  możliwości  dyskretnego  sfotografowania  grzesznej  pary  in  flagranti.  Forsowanie 
drzwi przy użyciu wytrycha bądź siłą wiązałoby się z ryzykiem gwałtownej reakcji właścicie-
la  motelu.  W  tej  sytuacji  Jonathanowi  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  cierpliwie  czekać,  aż 
damie i jej adoratorowi znudzą się amory, a potem sfotografować ich w momencie opuszcza-
nia campingu. 

Prawdę powiedziawszy Dembinsky nigdy nie przepadał za śledzeniem niewiernych żon, 

od dłuższego czasu tak się jednak składało, że musiał przyjąć z pocałowaniem ręki każde zle-
cone mu zadanie. Sam dobrze nie wiedział, czy wzrosła konkurencja, czy spadło zapotrzebo-
wanie  na  oferowane  przez  niego  usługi,  dość  że  bywały  tygodnie,  kiedy  żaden  klient  nawet 
nie zajrzał do klitki noszącej szumne miano biura a odnajmowanej za ciężkie pieniądze przy 
jednej  z  głównych  ulic  Nowego  Jorku.  Nie  raz  już  i  nie  dwa  detektyw  zastanawiał  się  nad 
zwinięciem interesu i poszukaniem innego zajęcia ale w końcu zawsze trafiał się ktoś z mniej-
szym  lub  większym  kłopotem,  z  którym  sam  nie  umiał  sobie  poradzić,  i  z  czekiem  na  kilka 
dolarów 

Gwałtowny  łoskot  otwieranych  kopniakiem  drzwi  wyrwał  Jonathana  z  zamyślenia. 

Widok  skórzanych  kurtek  policji  stanowej  nigdy  nie  nastrajał  go  optymistycznie.  Teraz  też 
przeprowadził  w  duchu  błyskawiczny  rachunek  sumienia,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  tym 
razem  nikt  nie  powinien  się  do  niego  przyczepić.  Miał  właśnie  zamiar  spokojnie  sięgnąć  po 
swoją  whisky,  kiedy  przy  stoliku  zatrzymał  się  blisko  dwumetrowy  dryblas  o  twarzy  żywo 
przypominającej goryla. 

— Wstań i połóż łapy na karku! — Ochrypły nie znoszący sprzeciwu  głos mógł przy-

prawić o gęsią skórkę. — No, dalej! 

Dembinsky  bez  słowa  spełnił  polecenie.  Wiedział  dobrze,  że  w  takiej  sytuacji  żadne 

protesty nie są wskazane. 

— Coś ty za jeden? — Drugi z policjantów był nieco niższy, a wydatny brzuch i nalane 

policzki nadawały mu niemal dobroduszny wygląd. 

— W prawej, zewnętrznej kieszeni mam licencję i prawo jazdy — poinformował skwa-

pliwie. 

— Prywatny szpicel? — Ten z twarzą goryla omal nie rozdarł Jonathanowi marynarki, 

kiedy  pakował  mu  rękę  do  kieszeni  i  wyciągał  licencję  detektywa.  —  Słyszałeś,  Jack?  Byle 
pętak z Nowego Jorku wyobraża sobie, że bez pytania może węszyć po naszym terenie. 

— Takie czasy, Bob, takie czasy. We łbach się ludziom poprzewracało.  
— Teraz każdy lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. 
— I tak dobrze, że ten mały nie podskakuje. 
— Tylko by spróbował! 

background image

Zarechotali  głośnym,  głupawym  śmiechem  i  niższy  w  przypływie  dobrego  humoru 

przyłożył  Jonathanowi  łokciem  po  żebrach.  Detektyw  omal  nie  stracił  równowagi.  Pierwszy 
kontakt z miejscowymi stróżami prawa nie wypadł najlepiej, mogło być jednak i gorzej. 

—  Czego  tu  szukasz?  —  Bob  rozsiadł  się  wygodnie  na  jednym  z  krzeseł  przy  stoliku 

Jonathana. 

— Jeden facet jest cholernie ciekaw, z kim jego żona przyprawia mu rogi. 
— Przyjechałeś za babką zrobić jej kilka fotek? 
— Zgadza się. 
— Gdzie ona teraz jest? 
— W siódemce. — Dembinsky skinął znacząco w kierunku kolorowego domku. 
— A co powiesz o jej adoratorze? 
— Na razie wiem tylko, że ma czerwonego jaguara. 
— Wpisali się do księgi motelowej? 
— Jako państwo Smith. 
— Co ty na to, Jack? — Policjant o twarzy goryla jak gdyby odrobinę złagodniał. 
— Diabli wiedzą. Może mały nie łże. 
— Może... 
Zamilkli. Dembinsky dyskretnie rozejrzał się po barze. Wizyta policjantów wypłoszyła 

nielicznych  amatorów  lurowatej  whisky  i  taniego  piwa.  Nawet  barman  zniknął  gdzieś  na 
zapleczu. 

—  Mam  pewien  pomysł,  szpiclu!  —  Bob  nieoczekiwanie  chwycił  detektywa  za  klapę 

marynarki i pociągnął ku sobie. — My wyświadczymy ci dwie przysługi, a ty postawisz nam 
butelkę. 

— To brzmi całkiem interesująco — Jonathanowi przemknęła myśl, że w gruncie rze-

czy sprawy nie układają się najgorzej. — Co miałbym za tę flaszkę? 

— Przede wszystkim uzębienie w komplecie i nie uszkodzoną gębę. 
— A poza tym? 
— Moglibyśmy zajrzeć do tej siódemki i sprawdzić, czy twoja lalunia nie schowała pod 

łóżkiem bomby atomowej. Gdybyś przy okazji cyknął sobie fotkę, to byłaby już tylko twoja 
prywatna sprawa. 

— Jesteście równe chłopaki! — Dembinsky aż zatarł ręce z zadowolenia. — Spróbuję 

wydębić od barmana coś lepszego od tej lury. — Wymownym ruchem odsunął swoją szkla-
nkę. 

— To chodźmy, bo gołąbki gotowe jeszcze wyfrunąć z gniazdka. 
Bob  ociężale  podniósł  się  z  miejsca  i  bez  pośpiechu  ruszył  do  wyjścia,  a  Jack  już 

całkiem przyjaźnie poklepał Jonathana po ramieniu Chwilę później wszyscy trzej znaleźli się 
na motelowym parkingu. Dembinsky sięgnął do kieszeni po niewielki, mieszczący się w dło-
ni, aparat fotograficzny i odruchowo zerknął na licznik. Zostało jeszcze niemal pół błony, nie 
musiał więc zmieniać kasety. 

—  Co  to  za  aparat?  —  W  głosie  niższego  z  policjantów  zabrzmiała  drwina.  —  Na 

fotkach pewno nie można nikogo rozpoznać. 

— Nie stać mnie na lepszy. 
— Może to i lepiej. Nie będziesz płakał po stracie... 
Bob  zarechotał  głośno  Jonathan  podejrzliwie  zerknął  na  niego,  ale  było  już  za  późno. 

Fachowo  wymierzony  cios  w  okolicę  dołka  pozbawił  detektywa  oddechu,  a  dwa  kolejne,  w 
nos i szczękę, rzuciły go na ziemię. W rozpaczliwym odruchu zwinął się w kłębek i schował 
głowę. Zaczął liczyć kopniaki. Pamiętał jeszcze piąty. Przy szóstym poleciał niczym kamień 
na samo dno Wielkiego Kanionu. 
 
 

background image

 

II 

 
 

Pamela  Burger  zdecydowanym  ruchem  zgasiła  wypalonego  do  połowy  papierosa. 

Postanowiła, że nie będzie czekała nawet sekundy dłużej. Sięgnęła do torebki po puderniczkę, 
by przytuszować liczne  piegi na perkatym nosie, wielkim  grzebieniem zaczesała rude włosy 
bardziej  na  czoło  i  ruszyła  do  wyjścia.  Gasiła  właśnie  światło  w  niespełna  pięciometrowej 
klitce,  zwanej  szumnie  gabinetem,  kiedy  cichy  brzęczyk  poinformował  ją,  że  ktoś  otworzył 
właśnie drzwi do poczekalni. Zjeżyła się niczym rozjuszona kotka. 

— Nie dość, że od trzech tygodni nie płacisz mi ani centa, to jeszcze muszę wysiady-

wać w tej cholernej norze diabli wiedzą do której! — Rozpuściła język nie czekając na wej-
ście pryncypała. — Mam już tego po dziurki w nosie, rozumiesz?! Znajdź sobie inną frajerkę. 
Ja zwijam manatki! 

Odczekała  chwilę,  ale  nikt  nie  przekroczył  progu  gabinetu.  Z  odrobiną  niepokoju 

pchnęła  drzwi  z  dykty  i  mrożonego  szkła.  Na  jednym  z  krzeseł  stojących  w  mikroskopijnej 
poczekalni siedział Dembinsky. Wyglądał, jakby przejechał po nim walec drogowy. 

— Daj mi. szklaneczkę — wystękał 
— Boże, co się stało?! 
— Dwaj gliniarze pouczyli mnie, że nie należy wsadzać nosa w cudze sprawy. 
— Nie rozumiem? 
—  Nigdy  nie  grzeszyłaś  nadmiarem  inteligencji!  —  westchnął  z  rezygnacją  —  Po 

prostu policja z Hazleton uważa, że jeśli koleś miejscowego szeryfa ma ochotę kochać się z 
panią  Brandon, to ani mnie, ani staremu  Brandonowi nic do tego. — Odruchowo przejechał 
dłonią po obolałej i pokrwawionej twarzy, potem smętnie popatrzył na rozdarty rękaw skórza-
nej kurtki, by w końcu utkwić bezmyślne spojrzenie w sztywnej od błota nogawce spodni. — 
Prawdę powiedziawszy sam nie wiem, jakim cudem stamtąd wróciłem. Tak mi dołożyli, że na 
dobrą sprawę powinienem zakończyć jazdę na pierwszym przydrożnym drzewie. 

— Biedaku... 
—  Przyniesiesz  wreszcie  tę  whisky?  Od  pustej  gadaniny  jeszcze  nikomu  nie  przestało 

łupać w obolałej łepetynie. 

Potulnie  pobiegła  do  gabinetu,  by  po  chwili  wrócić  ze  szklanką  wypełnioną  w  trzech 

czwartych  złocistym  płynem.  Detektyw  wypił  duszkiem  i  wymownym  gestem  poprosił  o 
jeszcze.  Po  drugiej  porcji  poczuł  się  znacznie  lepiej.  Wsunął  do  ust  kostkę  gumy  do  żucia  i 
wyprostował się na krześle. 

— Ciekawe, czy stary Brandon będzie na tyle przyzwoity, by dołożyć mi choć ze dwie 

setki za tę dzisiejszą historię? Muszę gościa zdrowo przycisnąć. 

— Gdzieś koło południa pytał o ciebie jeden facet — przypomniała sobie sekretarka. 
— Kto taki? 
—  Uciekinier  ze  wschodniej  Europy,  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Gadał  niczym  Murzyn  z 

buszu,  niewiele  z  tego  zrozumiałam,  a  nazwiska,  gdyby  nie  wizytówka,  w  życiu  bym  nie 
zapamiętała. 

— Może Polak? — Dembinsky wyraźnie się ożywił.  
— Diabli wiedzą. — Pamela wzruszyła ramionami. — Ja ich nie rozróżniam. 
— Czego chciał? 
— Jeśli o dziesiątej zajrzysz do baru naprzeciwko, to się dowiesz.  
Jonathan  zerknął  na  zegarek,  który  dziwnym  trafem  ominęły  buty  strażników  prawa  z 

Hazleton.  Do  dwudziestej  drugiej  brakowało  jeszcze  trzech  kwadransów,  miał  więc  trochę 
czasu na przygotowanie się do wyznaczonego spotkania. Dźwignął się z krzesła i pokuśtykał 
do  gabinetu.  Pod  wyszczerbioną  szybą  przykrywającą  blat  cokolwiek  zdezelowanego  biurka 

background image

tkwiła  elegancka  wizytówka.  Detektyw  sięgnął  po  nią  i  na  jego  twarzy  pojawił  się  nikły 
uśmieszek. Potencjalnym klientem okazał się niejaki Antoni Paszczyński. 
 

Ponad  pół  godziny  później  Dembinsky  już  w  czystej  koszuli  i  z  poklejoną  plastrami 

twarzą pchnął oszklone drzwi. baru mieszczącego się niemal naprzeciwko jego biura. W śro-
dku  panował  półmrok.  Czerwone  ściany,  obicia  i  kotary  w  oknach  nasuwały  dość  dwuzna-
czne skojarzenia, co nie przeszkadzało zupełnie obściskującej się w jednym z kątów parze ani 
kiwającemu  się  nad  zastawionym  puszkami  po  piwie  stolikiem  brodatemu  jegomościowi  w 
bliżej nie określonym wieku. Jonathan ulokował się na wysokim stołku przy barze i zamówił 
podwójną whisky. Nie pozostawało mu nic innego, jak cierpliwie czekać. 

Minął dobry kwadrans i w szklaneczce pokazało się dno. Dembinsky zerknął na stojące-

go tuż obok barmana i miał ochotę poprosić go o następną porcję, kiedy skrzypnęły drzwi i w 
progu  stanął  wysoki,  postawny  mężczyzna  koło  pięćdziesiątki.  Inteligentna  twarz,  drogie 
ubranie  i  rzucająca  się  w  oczy  pewność  siebie  znamionowały  kogoś  zajmującego  znacznie 
wyższą pozycję od przeciętnego bywalca taniego lokalu. 

—  Mister  Paszczyński?  —  domyślił  się  Jonathan,  kiedy  mężczyzna  podszedł  do  baru. 

— Miło mi pana poznać. 

—  Witam.  —  Dłoń  tamtego  była  zimna  niczym  u  nieboszczyka  i  miękka,  jak  gdyby 

wyjęto z niej wszystkie kości. — Pan jest tym detektywem z przeciwka? 

—  We  własnej  osobie.  —  Dembinsky  sięgnął  po  swą  licencję.  —  Czym  mogę  panu 

służyć? 

— Może siądziemy? — Paszczyński nie czekając na odpowiedź ruszył do stolika w ką-

cie, a Jonathan wyjął barmanowi z ręki butelkę, zabrał dwie szklaneczki i bez słowa pomasze-
rował za potencjalnym klientem. 

— Pewno widział mnie pan w zeszły piątek w telewizji? — Paszczyński uznał, że przed 

przystąpieniem do rzeczy lepiej uświadomić detektywowi, z jak ważną osobą ma do czynie-
nia. — Mój wywiad szedł na wszystkie stany północno-wschodniego wybrzeża. 

—  Przykro  mi,  ale  oglądam  wyłącznie  baseball,  koszykówkę  i  kronikę  policyjną  — 

Dembinsky  napełnił  obie  szklaneczki  i  zachęcającym  gestem  podniósł  swoją.  —  Polityka 
mnie nie interesuje. 

Paszczyński skrzywił się, jakby połknął na surowo dżdżownicę. 
—  Cóż,  mogłem  się  tego  spodziewać  —  bąknął,  usiłując  ukryć  zmieszanie.  —  Wię-

kszość Polaków już w drugim pokoleniu zapomina o swym rodowodzie. Ale przecież pańskie 
nazwisko... 

—  Gadanie!  Gdybym  nazywał  się  Ford  czy  Rockefeller,  nie  musiałbym  zaraz  być 

milionerem. 

— Mówi pan po polsku? 
— Ojczulek, świeć panie nad jego duszą, zadbał o tę część mojej edukacji. — Jonathan 

przeszedł  na  polski  i  okazało  się,  że  świetnie  sobie  radzi.  —  A  później  ja  sam  zgłębiałem 
subtelności tej pięknej, chociaż nie zawsze, mowy — dodał. 

— A chciałby pan odwiedzić rodzinne kąty? 
— Urodziłem się po tej stronie Atlantyku 
— Rozmowa z panem nie należy do najłatwiejszych. 
—  Po  prostu  moje  szare  komórki  potrzebują  bodźca  w  postaci  kilku  zielonych  papier-

ków. 

— Rozumiem. — Paszczyński uśmiechnął się półgębkiem. — Czy pięćdziesiąt kawał-

ków wystarczy, by pański mózg zaczął sprawniej pracować? 

Detektyw przez chwilę spoglądał na tamtego z niedowierzaniem. 
— Pięćdziesiąt kawałków? — powtórzył. 
— Ni mniej, ni więcej. 

background image

— To śmierdzi na odległość. — Wypita whisky błyskawicznie wywietrzała Jonathano-

wi z głowy, dzięki czemu jedyny logiczny wniosek nasunął się sam. 

— Tylko trochę, panie Dembinsky, tylko trochę. 
— Tyle płacą za podłożenie bomby albo wyprawienie kogoś na łono Abrahama. 
— Za kogo, u diabła, mnie pan bierze? — W głosie Paszczyńskiego zabrzmiała niekła-

mana uraza. — Za gangstera czy zwariowanego terrorystę? Proszę przyjąć do wiadomości, że 
w  Polsce  nie  byłem  byle  kim.  Szanowano  mnie.  poważano,  cieszyłem  się  nieposzlakowaną 
opinią! 

—  Czego  pan  właściwie  ode  mnie  chce?  —  patetyczna  przemowa  tamtego  nie  zrobiła 

większego wrażenia na detektywie. 

— Już panu mówiłem, że chodzi o wyjazd do Polski. 
— W jakim celu? 
— Nieoczekiwany  rozwój wypadków zmusił mnie do opuszczenia kraju  w dużym po-

śpiechu. Nie zdążyłem zabrać wielu rzeczy stanowiących moją własność. 

— A to, co zostało, skonfiskowały polskie władze?  
— Nie wszystko. To i owo udało mi się schować. 
— Teraz rozumiem. Pan chciałby, żebym za pięćdziesiąt kawałków zabawił się w prze-

mytnika? 

—  Niezupełnie  —  sprostował  Paszczyński.  —  W  przerzucie  przez  granicę  pomogłaby 

panu wskazana przeze mnie osoba. Pańskim zasadniczym zadaniem byłoby odzyskanie depo-
zytu. 

— Innymi słowy, mam dopilnować, żeby w Polsce nikt nie wystawił pana do wiatru? 
— Można to tak określić. 
Umilkli. Jonathan przez dłuższą chwilę ważył usłyszane przed chwilą słowa. Wyprawa 

do znanego jedynie ze słyszenia kraju przodków mogła ściągnąć na jego głowę całą masę tru-
dnych do przewidzenia kłopotów, z drugiej jednak strony perspektywa zarobienia pięćdziesię-
ciu tysięcy dolarów stanowiła nie lada pokusę. Ostatecznie uznał, że gra jest warta świeczki. 

— Zgoda! — Skinął głową na znak, że przyjmuje zlecenie. — Będę dla pana pracował, 

panie Paszczyński. 

— Wiedziałem, że nie odmówi pan rodakowi. 
—  Pragnąłbym  teraz  usłyszeć  coś  bliższego  na  temat  mojego  zadania.  —  Dembinsky 

wolał  przystąpić  do  konkretów.  —  Przede  wszystkim  proszę  mi  powiedzieć,  co  i  gdzie  pan 
schował. 

—  Zapewne  słyszał  pan  o  niebywałym  rozkwicie  kultury  i  sztuki  w  Polsce  w  szesna-

stym stuleciu? 

— Prawdę powiedziawszy w ogóle niewiele wiem o Polsce. 
— Trudno. Wyjaśnię panu rzeczy najistotniejsze. Z tego okresu — przystąpił do intere-

sującej go sprawy — zachowało się wiele cennych zabytków sztuki złotniczej Jednym z nich 
był  złoty  krucyfiks  wysadzany  rubinami  i  szmaragdami.  Historycy  nie  mogli  się  zgodzić  co 
do  dokładnego  czasu  i  miejsca  powstania  krucyfiksu,  nie  zdołali  też  ustalić,  kto  był  jego 
pierwszym  właścicielem.  Wiadomo  tylko,  że  był  własnością  wielkich  rodów  magnackich,  a 
później przez blisko dwa stulecia przeleżał w ruinach jakiegoś zamczyska. Kilka lat temu stał 
się on moją własnością. 

Paszczyński  sięgnął  do  kieszeni  i  położył  przed  detektywem  duże,  kolorowe  zdjęcie. 

Jonathan  aż  gwizdnął  z  podziwu.  Wystarczył  mu  jeden  rzut  oka,  by  zorientować  się,  że  wi-
dniejący na fotografii szesnastowieczny, bogato zdobiony krzyż wart jest majątek. Aby zdo-
być  ten  krucyfiks,  warto  było  zainwestować  kwotę  nawet  wielokrotnie  wyższą  niż  obiecane 
mu honorarium. 

— Nie powiedział pan jeszcze, gdzie mógłbym zobaczyć krzyż w oryginale. 
— Na jakiś miesiąc przed wyjazdem z Polski powierzyłem go serdecznemu przyjacielo-

background image

wi z dawnych czasów, niejakiemu Tomaszowi Drawskiemu. Niestety Tomasz zmarł, a ja nie 
wiem, co zrobił z krucyfiksem. 

— Nie ma pan w Polsce nikogo, kto zechciałby panu pomóc? 
— Zaprzyjaźniony adwokat, Adam Poniszyński, przez blisko rok czynił starania, by tra-

fić na jakiś ślad krucyfiksu. Sprawą zajmował się również mój kuzyn, Benedykt Sładkowski. 
Niestety obaj nie mieli szczęścia. 

—  I  pomyślał  pan,  żeby  odnalezienie  szmaragdowego  krzyża  powierzyć  mojej  skro-

mnej osobie? 

— Otóż to. 
— Czuję się zaszczycony, ale jest jeden problem. 
— Mianowicie? 
—  Szczerze  wątpię,  czy  polskie  władze  zechcą  honorować  moją  licencję  prywatnego 

detektywa. 

— Na to nie możemy liczyć. Musi pan pojechać do kraju incognito, najlepiej pod pozo-

rem  odwiedzenia  rodziny  albo  jako  drobny  businessman  mający  ochotę  na  założenie  firmy 
polonijnej. Zresztą niech pan sam ruszy głową. W końcu za to panu płacę. 
 
 
 
 

III 

 
 

Potężne  podmuchy  wiatru  z  przeraźliwym  wyciem  pędziły  przez  przełęcz  tumany 

śniegu. Leśniczy Pęczyna spróbował zrobić jeszcze kilka kroków, ale wiedział już, że dzisiaj 
nie  dokończy  codziennego  obchodu.  Miał  dosyć  zmagania  z  wichurą,  a  nic  nie  zapowiadało 
rychłej  poprawy  pogody.  Raz  po  raz  tracił  równowagę  lądował  po  pas  w  zaspach,  śnieg 
zalepiał mu usta i oczy, wciskał się za kołnierz i pod czapkę. Nie pozostawało nic innego, jak 
dać za wygraną. 

Leśniczy  przystanął  przy  jakiejś  rachityczne,  jodełce  i  przez  dłuższą  chwilę  wytężał 

wzrok  Dobrze  wiedział,  ze  od  ściany  lasu  dzieli  go  ni  więcej  niż  pięćdziesiąt  metrów,  cóż, 
kiedy z powodu zawiei nie widział dalej aniżeli na odległość wyciągniętej ręki. Mimo wszy-
stko postanowił zaryzykować Skręcił w prawo i ruszył w dół po niezbyt stromym stoku. 

Pierwszych kilkanaście kroków przebył szczęśliwie, choć przyszło mu brnąć po kolana 

w śniegu. Zgodnie z przewidywaniami dotarł do rozłożystej jodły, chwilę później zamajaczy-
ły przed nim kontury dwóch niższych, rosnących tuż przy sobie. Jeszcze parę metrów i nagle 
stanął  niezdecydowany.  Teraz  powinien  mijać  stary  modrzew  ze  zwęglonym  przez  piorun 
czubkiem. Nie dalej jak przedwczoraj widział drzewo rosnące na skraju niewielkiej rozpadli-
ny, ale dzisiaj nie było po nim nawet śladu. 

Pęczyna  posunął  się  o  krok,  potem  przyklęknął,  próbując  sprawdzić  nachylenie  stoku. 

Poczuł na plecach zimny pot. Pamiętał, że kilkadziesiąt metrów dalej, z prawej strony, zaczy-
nała  się  przepaść.  Gdyby  teraz  zabłądził, mógłby  nie  dożyć  jutra.  Po  chwili  wahania  wstał  i 
skręcił nieco w lewo. Przeszedł dwa kroki i nagłe uderzenie wichury rzuciło go w śnieg. Nie-
zdarnie zaczął gramolić się z zaspy, ale lewa noga uwięzła mu pod czymś twardym. Miotając 
soczyste przekleństwa odgarnął rękami śnieg. Odetchnął z wyraźną ulgą. Okazało się, że po-
szukiwany modrzew po prostu nie wytrzymał zawieruchy. 

Niespełna kwadrans później Pęczyna dotarł do skraju lasu. Krzepkie świerki trzeszcząc 

i stękając uginały się pod naporem wiatru, ale w porównaniu z otwartą przestrzenią przełęczy 
było tu zaciszniej. Leśniczy przedarł się przez kilkumetrowy pas krzaków i dotarł do niezbyt 
głębokiego wąwozu. Dnem biegła wąska, leśna droga. Teraz mógł już wracać do leśniczówki 

background image

nawet z zamkniętymi oczami. 

Przez  pierwsze  pół  kilometra  wąwóz  prowadził  stromo  w  dół,  potem  droga  skręciła  w 

lewo i spadek wyraźnie złagodniał. Jeszcze kilka minut marszu, kolejny zakręt, krótkie, choć 
ostre podejście i Pęczyna znalazł się na sąsiednim zboczu. Gdyby nie lata spędzone w górach, 
pewno  przeżegnałby  się  ze  zdumieniem.  Panował  tutaj  idealny  spokój  i  nic  nie  wskazywało 
na  to,  by  tuż  obok,  za  górskim  grzbietem,  szalała  zawierucha.  Śnieg  tutaj  ledwo  prószył,  a 
lekki wiaterek kojarzył się raczej z wiosenną pogodą niż ze środkiem zimy  

Za kolejnym zakrętem leśniczy dotarł do rozległej polany Droga prowadziła jej górnym 

skrajem, a poniżej gładki stok opadał stromo aż do koryta zamarzniętego teraz potoku. Dalej 
zaczynał  się  dziki,  poszarpany  grzbiet,  którym  latem  można  było  dotrzeć  do  uczęszczanej 
przez turystów i wczasowiczów Przechyby. 

Pęczyna  przystanął,  by  nieco  odpocząć.  Niespełna  półtora  kilometra  od  niego,  po  dru-

giej  stronie  potoku,  szalała  zadymka,  podobnie  jak  na  pozostawionej  za  plecami  przełęczy. 
Zastanawiał się właśnie, czy przed leśniczówką śnieżyca nie dopadnie go znowu, kiedy nieo-
czekiwanie  wiatr  zmienił  kierunek.  Na  polanie  zaś  kotłowało  się  niczym  w  piekle,  ale  mo-
ment  wcześniej  wichura  odrzuciła  śnieżną  zasłonę  z  przeciwległego  stoku.  Dosłownie  przez 
mgnienie oka widoczna była schowana w głębokim załamaniu maleńka, zaniedbana chałupka 
starego Grybuchy. Leśniczy najprawdopodobniej nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie wy-
dobywający się z jednego z okien pióropusz ognia. 

Śnieżny  tuman  znowu  zasłonił  wszystko,  minęło  jednak  dobrych  kilka  sekund,  nim 

Pęczyna  zdołał  ruszyć  się  z  miejsca.  Chciał  wierzyć  że  uległ  przywidzeniu.  Gdyby  obejście 
paliło się rzeczywiście, trudno byłoby nawet marzyć o jakiejkolwiek pomocy. Jedyna dostęp-
na  zimą  droga  do  chałupy  liczyła  z  górą  siedem  kilometrów,  a  i  tak  nie  przejechałby  teraz 
tamtędy żaden samochód. Leśniczy zdawał sobie sprawę, że na nic się nie zda jego wysiłek, 
ale nie pozostawało mu nic innego, jak biec co sił w nogach do leśniczówki, a potem w kilku 
chłopa spróbować dotrzeć do obejścia Grybuchy. 
 
 
 
 

IV 

 
 

Samolot miękko dotknął płyty lotniska. Jeszcze przez dłuższą chwilę basowo grzmiały 

potężne silniki, a potem jasnowłosa stewardesa oznajmiła pasażerom, że wylądowali w Porcie 
Lotniczym na Okęciu. Dembinsky bez pośpiechu ruszył do wyjścia. Na schodkach sięgnął go 
mroźny, orzeźwiający powiew wiatru. Jonathan poczuł coś w rodzaju rozrzewnienia W końcu 
pierwszy raz w życiu miał stanąć na ziemi przodków 

Sympatyczna  celniczka  nawet  nie  zajrzała  do  walizki  detektywa,  za  to  wysoki, 

ciemnowłosy oficer ze starannie przystrzyżonym wąsikiem długo obracał w ręku amerykański 
paszport 

— Pan do rodziny? — zapytał domyślnie. 
— Raczej w interesach — sprostował Dembinsky. — Doszły mnie słuchy, że wasz rząd 

zezwolił na zakładanie firm polonijnych. Przypadkowo mam trochę wolnych dolarów, przyje-
chałem więc zobaczyć, jaki tu można zrobić business. 

— Reprezentuje pan branżę kosmetyczną czy dziewiarstwo? 
— Farby i lakiery. — Jonathan sięgnął do kieszeni po jedną z zamówionych tuż przed 

wyjazdem wizytówek. 

—  Lakierów  brakuje  na  naszym  rynku.  -  Oficer  zdecydował  się  zwrócić  paszport.  — 

Życzę panu, by już wkrótce mógł pan uruchomi swoją wytwórnię. 

background image

Na  postoju  taksówek  uformowała  się  spora  kolejka.  Detektyw  pomyślał,  że  będzie 

musiał wynająć samochód, ale na razie nie pozostawało mu nic innego, jak cierpliwie czekać 
Taksówki podjeżdżały rzadko i zdążył porządnie zmarznąć, nim przyszła jego kolej, toteż do 
hotelu „Forum” dotarł w dość kiepskim humorze. 

Wbrew negatywnym opiniom Paszczyńskiego o polskich hotelach pokój Jonathana był 

ładny, łazienka przy nim czysta, a wyposażenie na zupełnie przyzwoitym poziomie. Detektyw 
wziął  prysznic,  zmienił  koszulę  i  miał  właśnie  zamiar  zejść  do  restauracji  na  kolację,  kiedy 
jego wzrok padł na aparat telefoniczny. Przemknęła mu myśl, że na dobrą sprawę nic nie stoi 
na przeszkodzie, by od razu przystąpić do realizacji zleconego zadania. Sięgnął po słuchawkę 
i chwilę później uzyskał połączenie. 

— Słucham, Sładkowski — Głos tamtego był nieprzyjemny, szorstki, jak gdyby zachry-

pnięty. 

— Mówi Jonathan Dembinsky. 
— Witam, witam! Antoni pisał mi, że pan przyjedzie. 
— Moglibyśmy się dzisiaj spotkać? 
— Nawet zaraz. Gdzie pan się zatrzymał? 
— W „Forum”. 
— Będę u pana mniej więcej za godzinę. 
— Proszę mnie szukać w restauracji. Prawdę powiedziawszy jestem wściekle głodny. 
— Jak pana poznam? 
— Proszę się o to nie martwić. W Stanach przeglądałem album ze zdjęciami całej rodzi-

ny pana Antoniego. 
 

Kwadrans  później  detektyw  zjechał  windą  do  restauracji.  W  sali  było  sporo  gości,  na 

szczęście jednak nie miał większych kłopotów ze znalezieniem wolnego stolika. Zamówił coś 
na chybił trafił, ledwie rzuciwszy okiem na menu, i ciekawie rozejrzał się po sali. Towarzy-
stwo było dość zróżnicowane. Najbardziej rzucały się w oczy dwie liczne, bardzo hałaśliwe i 
najwyraźniej  wrogo  do  siebie  nastawione,  grupy  Arabów.  Trzech  młodych  Murzynów 
wytrwale wędrowało po sali, usiłując znaleźć nie tyle odpowiedni stolik, co chętne do zabawy 
partnerki.  Filigranowy  Japończyk,  czy  Koreańczyk,  z  ożywieniem  opowiadał  coś  wysokiej 
blondynie „przy kości”. Kilka niebrzydkich przedstawicielek najstarszego zawodu świata spo-
kojnie oczekiwało na klientów. Inni goście jakoś nie zwrócili uwagi Jonathana, może z wyją-
tkiem  drobnej  dziewczęco  wyglądającej  szatynki  w  towarzystwie  siwego,  postawnego  męż-
czyzny  po  pięćdziesiątce.  Zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy  to  córka  z  ojcem,  przygodni 
znajomi, czy tez nie najlepiej dobrana para, wkrótce jednak jego rozmyślania przerwał kelner, 
który postawił przed nim sznycel z groszkiem i szklaneczkę whisky. 

Dembinsky  kończył  właśnie  posiłek,  kiedy  w  sali  pojawił  się  wysoki,  nienaturalnie 

chudy mężczyzna z pokaźną łysiną i rzadką, ryżawą bródką. Detektyw zapraszającym gestem 
wskazał mu wolne krzesło przy swoim stoliku. 

— Pan Sładkowski, jeśli się nie mylę — rzucił domyślnie. 
— Jak pan widzi, jestem punktualny. 
— Może od razu przystąpimy do rzeczy? 
—  Antoni  zobowiązał  mnie,  żebym  udzielił  panu  wszelkiej  pomocy  zarówno  podczas 

pańskich  poszukiwań  w  kraju,  jak  i  przy  ewentualnym  przerzucie  krzyża  przez  granicę. 
Proszę mną dysponować. 

—  Przede  wszystkim  chciałbym  wiedzieć,  w  jakich  okolicznościach  Paszczyński  po-

wierzył krucyfiks Drawskiemu? 

—  Akurat  na  ten  temat  nic  nie  mogę  panu  powiedzieć  —  Sładkowski  uśmiechnął  się 

blado.  —  Antoni  nie  poinformował  mnie  o  zamiarze  przekazania  komuś  szmaragdowego 
krzyża. Do ostatniej chwili byłem przekonany, że trzyma go w sejfie w swojej willi na Sady-

background image

bie. Dopiero po wyjeździe Paszczyńskiego na Zachód zorientowałem się w sytuacji. 

— Rozmawiał pan z Tomaszem Drawskim? 
— Nie zdążyłem. Umarł, zanim Antoni upoważnił mnie do odbioru krucyfiksu. 
— Czy to było zabójstwo? 
— Zwyczajny zawał. 
— Policja wdrożyła śledztwo? 
— Niby po co? — W oczach Sładkowskiego pojawiło się nie ukrywane zdziwienie. — 

Przecież Drawski umarł w szpitalu, a wcześniej chorował na serce. 

— Nie chce mi się wierzyć, żeby przed śmiercią nie powiedział nikomu, gdzie szukać 

szmaragdowego krucyfiksu 

—  Niestety,  to  zupełnie  prawdopodobne.  Ponoć  zasłabł  na  ulicy  i  już  nie  odzyskał 

przytomności. 

— Czy mieszkał sam? 
— Z siostrzeńcem, niejakim Alfredem Daleckim. Rozmawiałem z nim, ale zrobił wie-

lkie oczy, kiedy spytałem o złoty krzyż wysadzany drogimi kamieniami. 

— Trzeba było rozejrzeć się po domu Drawskiego. 
— Dalecki niezbyt przychylnie ustosunkował się do tego pomysłu. Ostatecznie wyraził 

zgodę, choć prawdę powiedziawszy poszukiwania przeprowadziliśmy bardzo pobieżnie. 

— Czyżby siostrzeńcowi Drawskiego nie zależało na odnalezieniu krucyfiksu? 
— Tego nie wiem. W każdym razie zapewnił mnie, że w domu jego wuj na pewno nie 

trzymał żadnych cennych rzeczy. 

— Zadowolił się pan tym wyjaśnieniem? 
— Nie miałem innego wyjścia 
— Mógł pan w czasie jego nieobecności przetrząsnąć wszystkie kąty. 
— Ależ szanowny panie! — Benedykt Sładkowski aż poczerwieniał z oburzenia. — Za 

kogo pan mnie ma? Może w Stanach są inne zwyczaje, ale ja nie miąłem zamiaru bawić się 
we włamywacza. 

— W porządku! — Jonathan nie próbował podejmować dyskusji. — Nie chciałem pana 

urazić. Załóżmy zresztą, że Drawski rzeczywiście nie trzymał krucyfiksu u siebie. Pozostaje 
jednak pytanie, co z nim zrobił? 

—  Rozmawiałem  z  byłą  żoną  Tomasza,  panią  Lucyną,  z  jego  młodszym  bratem,  a 

nawet  z  przyjaciółką,  którą  Drawski  zafundował  sobie  na  stare  lata.  Dotarcie  do  tych  osób 
kosztowało mnie wiele zachodu, niestety nie dowiedziałem się od nich niczego. Między inny-
mi i z tego powodu napisałem Antoniemu, że powinien zaangażować jakiegoś fachowca. 

— Najpierw zdecydowaliście się na miejscowego adwokata? 
— Antoni znał Poniszyńskiego i życzył sobie, żebym się z nim skontaktował. Uważam 

jednak, że nie był to najlepszy wybór. 

— Gość nic nie zwojował? 
— W każdym razie tak twierdzi. 
— Czyżby miał pan powody, by mu nie ufać? 
Sładkowski  na  moment  zawahał  się.  Najwyraźniej  nie  wiedział,  co  odpowiedzieć.  Z 

kłopotu  wybawił  go  kelner,  który  w  nadziei  na  kolejne  zamówienie  stanął  właśnie  przy  ich 
stoliku. 

— Co podać szanownym panom? — Ukłonił się nisko. — Jeśli panowie pozwolą, pole-

całbym... 

— Dziękujemy — szorstko przerwał detektyw. — Należność za sznycel i whisky pro-

szę dopisać do mego rachunku. 

Kelner popatrzył na Jonathana z nie ukrywaną urazą. Przez chwilę stał jeszcze w bezru-

chu, jak gdyby czekał na zmianę nierozsądnej decyzji, w końcu jednak odmaszerował maje-
statycznie w kierunku jednego z sąsiednich stolików. Dembinsky nie bacząc na konwenanse 

background image

podniósł się z miejsca. 

— Jest pan wozem? — zapytał Sładkowskiego. 
— Owszem. 
— W takim razie pozwolę sobie skorzystać z pańskich usług. 
—  Bardzo  proszę.  —  Wyraz  twarzy  Sładkowskiego  świadczył  wymownie,  że  nie  jest 

zachwycony pomysłem detektywa. — Może pan dysponować mną do woli. 

— Pojedziemy do Poniszyńskiego, a potem chciałbym zobaczyć się z Daleckim. 
— Nie za późno na takie nie zapowiadane wizyty? Minęła już dwudziesta. 
—  W  Stanach  o  tej  porze  dopiero  zaczyna  się  życie  towarzyskie.  Mam  nadzieję,  że  u 

was nie chodzi się spać z kurami. 

Niespełna pól godziny później byli już na Saskiej Kępie. Sładkowski zaparkował swego 

poloneza  przed  czteropiętrowym,  przedwojennym  domem  przy  Królowej  Aldony.  Poniszyń-
ski  zajmował  mieszkanie  na  pierwszym  piętrze.  Przez  dobrą  minutę  dzwonili  i  stukali, 
wreszcie drzwi otworzyły się i w progu stanął tęgi, barczysty mężczyzna o czerwonej, nalanej 
twarzy. 

— Kogo, u diabła, mi pan tu prowadzi?! — rzucił opryskliwie do Sładkowskiego. — Ile 

razy mam panu powtarzać, że w domu nie prowadzę kancelarii adwokackiej i nie załatwiam 
żadnych interesów?! 

— Reprezentuję Antoniego Paszczyńskiego. — Dembinsky nie czekając na zaproszenie 

wkroczył do przedpokoju. — O ile się nie mylę, to również pański klient. 

— Klient, który nie płaci, to żaden klient — zaoponował adwokat. — Nie stać mnie na 

to, bym świadczył usługi w czynie społecznym. 

— Kto mówi o darmowym świadczeniu usług? — żachnął się Sładkowski. — Już zapo-

mniał pan, że przekazałem panu dwadzieścia tysięcy złotych? 

— Cóż to jest dwadzieścia tysięcy? Tyle płaci mi byle sklepowa, żebym wybronił ją z 

drobnego manka. 

— Ja dałbym panu więcej — podchwycił Jonathan. — Oczywiście, jeśli dysponuje pan 

jakimiś wartościowymi informacjami. 

   —  Skoro  rozmawiał  pan  ze  Sładkowskim,  powinien  pan  wiedzieć,  że  mnie  już  ta 

sprawa nie interesuje. 

   — Niezależnie od ceny? 
— Straciłem blisko rok na szukanie tego mitycznego krucyfiksu. Jeździłem w góry i na 

wybrzeże, przepytywałem ludzi. Moim zdaniem krzyż został wywieziony z kraju albo przeto-
piony na obrączki. 

— Może jednak czeka gdzieś na swego znalazcę. 
— Szczerze wątpię. 
—  Mimo  wszystko  byłbym  bardzo  zobowiązany,  gdyby  mi  pan  przekazał  zdobyte 

nazwiska i adresy. 

—  Czemu  nie?  —  Po  twarzy  Poniszyńskiego  przemknął  złośliwy  uśmiech.  —  Policzę 

panu po pięćdziesiąt dolarów od sztuki... I bierze pan wszystko, hurtem. 

— Jeśli krucyfiksu faktycznie nie ma w Polsce, to setka wystarczy za całą listę. 
— Pogadaliśmy sobie. — Adwokat wzruszył ramionami. — A teraz spływajcie stąd, bo 

obrzydły mi wasze gęby! 

— Nie tak ostro, drogi panie! — Detektyw nie dał wyprowadzić się z równowagi. — Ja 

jeszcze nie skończyłem. 

— Ale ja jestem u siebie i nie muszę znosić obecności intruzów. 
— A jednak wrócimy jeszcze do tej rozmowy. 
— Nic nowego ode mnie pan nie usłyszy. 
Chwilę  później  dwaj  mężczyźni  znaleźli  się  na  schodach,  a  za  ich  plecami  drzwi  mie-

szkania Poniszyńskiego zamknęły się z trzaskiem. Sładkowski w przeciwieństwie do Jonatha-

background image

na nawet nie próbował ukryć, jak bardzo ubodło go za chowanie adwokata. 

— Głupi cham! — warknął ze złością. - Wszystko, co ma, zawdzięcza Antoniemu. Co 

za  człowiek!  Wystarczyło,  że  wiatr  zawiał  z  innej  strony,  i  natychmiast  zapomniał  o  wdzię-
czności. A w ogóle to jak on nas potraktował! 

— Albo kłamie, albo faktycznie nie udało mu się wpaść na trop krucyfiksu i musiał na 

kimś  wyładować  złość  z  powodu  niepowodzenia.  Tak  czy  inaczej  nie  jesteśmy  pożądanymi 
gośćmi w jego domu. 

— Pan wie, że nie miałem ochoty na tę wizytę. 
— Czeka nas jeszcze druga. 
— Zostawmy to na jutro. Mieszkam dwa kroki stąd, na Francuskiej, mam dobrą kawę i 

jakąś butelczynę.,. Pan pewno zmęczony daleką podróżą, a ja chętnie posłuchałbym wieści ze 
świata. 

— Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia, ale wolałbym najpierw rzucić okiem na 

dom Drawskiego i pogadać z jego siostrzeńcem. Mam nadzieję, że to niedaleko?  

   Najwyżej kilkaset metrów. Dalecki Mieszka przy Krynicznej. 
Wrócili do poloneza i kilka minut później zatrzymali się przed niezbyt okazałą, partero-

wą  willą  stojącą  w  niewielkim  ogrodzie.  Tym  razem  detektyw  wysiadł  sam.  Przez  dłuższą 
chwilę lustrował dom i jego otoczenie uważnym spojrzeniem. Na świeżym śniegu pokrywają-
cym ścieżki w ogródku nie dostrzegł niczyich śladów, w oknach willi nie paliło się światło, a 
o przedostaniu się na jej tyły nie było mowy, gdyż na przeszkodzie stały, tworzące jeden ciąg, 
płoty sąsiednich posesji. 

Dembinsky  nacisnął  dzwonek  przy  furtce.  Zgodnie  z  jego  przewidywaniami  w  środku 

panowała cisza. Jonathan miał już zamiar wracać do samochodu, kiedy przemknęła mu myśl, 
że  nie  powinien  przegapić  takiej  okazji.  Skinął  Sładkowskiemu  na  pożegnanie  i  jak  gdyby 
nigdy nic pomaszerował ulicą przed siebie. 

Krewniak Paszczyńskiego był domyślnym człowiekiem. Detektyw nie przeszedł nawet 

piętnastu  kroków,  gdy  silnik  poloneza  zawarczał  basowo  i  po  kilkunastu  sekundach  światła 
pozycyjne  wozu  zniknęły  za  najbliższym  rogiem.  Dembinsky  mógł  już  wrócić  pod  willę 
Daleckiego.  Znów  doszedł  do  furtki,  rozejrzał  się  czujnie  dokoła  i  nie  dostrzegłszy  na  ulicy 
żywego ducha naprężył mięśnie i miękko niczym kot przesadził ogrodzenie. 

Okna na tyłach willi były równie ciemne jak te od frontu Przez moment detektyw zasta-

nawiał  się,  czy  nie  skorzystać  z  któregoś  z  nich,  ostatecznie  jednak  postanowił  sprawdzić 
zamki wąskiego zapasowego wejścia tuż przy rogu budynku. Wyciągnął z kieszeni gumowe 
rękawiczki,  niewielkie  etui  z  podręcznym  kompletem  wytrychów  i  miniaturową  latarkę. 
Wsunął  pierwszy  z  brzegu  wytrych  w  dziurkę  pod  klamką  i  niemal  natychmiast  splunął  z 
pogardą.  Zamek  otworzyłoby  nawet  dziecko.  Pokonanie  prymitywnej  zasuwki  również  nie 
nastręczało żadnych trudności i pół minuty później Jonathan był już w środku. 

Wnętrze willi nie wyglądało imponująco Trzy pokoje, coś pośledniego między holem a 

salonem i spora kuchnia ze spiżarką oraz służbówką zajmowały nie więcej niż jakieś siedem-
dziesiąt  pięć  metrów  kwadratowych.  Również  umeblowanie  nie  wskazywało  na  to,  że 
Drawski bądź Dalecki należeli do ludzi zamożnych. 

Detektyw spenetrował pobieżnie kuchnię, sypialnię i salon, wreszcie zatrzymał się dłu-

żej w pokoju spełniającym niegdyś funkcje gabinetu. Obecny właściciel najwidoczniej w ogó-
le tu nie zaglądał, o czym świadczyły pajęczyny we wszystkich kątach i gruba warstwa kurzu 
na sprzętach. Uwagę Jonathana zwróciło stare cokolwiek zdezelowane biurko. Podsunął sobie 
ciężki, obity skórą fotel, usiadł i spróbował otworzyć jedną z szuflad. Nie stawiała oporu. W 
środku znajdowało się mnóstwo nie wiedzieć po co gromadzonych rachunków za gaz światło, 
telefon  i  ciepłą  wodę,  a  także  sporo  pożółkłych  ze  starości  paragonów  i  pokwitowań.  Nie-
cierpliwie  otworzył  drugą  szufladę.  Leżały  tu  pedantycznie  posegregowane  listy.  Na  wszy-
stkich  kopertach  figurowało  nazwisko  Tomasza  Drawskiego,  za  to  nadawców  można  było 

background image

doliczyć  się  kilkudziesięciu.  Detektyw  zabrał  się  do  wyrywkowego  sprawdzania  korespon-
dencji, ale i tym razem dość szybko dał za wygraną. Listy pochodziły z lat pięćdziesiątych i 
sześćdziesiątych, nie mogły więc mieć żadnego związku ze szmaragdowym krucyfiksem. 

Jeszcze przez dobry kwadrans Dembinsky przeglądał zawartość biurka, nim zorientował 

się, że nie znajdzie tutaj niczego interesującego. W końcu wstał z fotela i podszedł do oszklo-
nej biblioteki. W świetle latarki przeczytał kilka tytułów widniejących na grzbietach książek i 
nagle drgnął. Wyglądało na to, że ktoś zdjął z półek większą część książek, a potem byle jak 
upchnął  je  z  powrotem  Na  wszelki  wypadek  Jonathan  wyjął  kilka  tomów,  podejrzliwie 
przyjrzał się tylnej ściance biblioteki, nic jednak nie wskazywało, by była tam jakaś skrytka. 

Detektyw  wrócił  do  salonu.  Zaglądając  tu  poprzednio  nie  zainteresował  się  wiszącymi 

na  ścianie,  potężnymi  wieńcami  jelenia,  ale  teraz  coś  go  tknęło,  by  podejść  do  nich  bliżej. 
Delikatnie  przejechał  dłonią  po  rogu  i  nagiej  czaszce.  Wieńce  niebezpiecznie  zachybotały. 
Przytrzymał  je  obiema  rękami,  żeby  nie  spadły,  i  rozejrzał  się  za  jakimś  krzesłem  Chwilę 
później piękne, myśliwskie trofeum leżało na dywanie. Dembinsky przyklęknął nad wieńca-
mi.  Pierwotnie  czaszka  jelenia  była  przytwierdzona  do  szerokiego,  rzeźbionego  na  brzegach 
medalionu dwiema solidnymi śrubami, ale stosunkowo niedawno ktoś te śruby wyrwał i umo-
cował wieńce kawałkiem zwykłego drutu. Drut był na tyle miękki, że Jonathan zdołał odgiąć 
ręką jego skręcone końce. Teraz mógł obejrzeć dokładnie wnętrze czaszki. Zgodnie z przewi-
dywaniami detektywa było ono puste. Choć nie, niezupełnie. W załomku kości tkwił maleńki 
skrawek papieru, a ściślej biorąc rożek zwykłej, niebieskiej koperty. 

Nagle,  zupełnie  nieoczekiwanie,  nocną  ciszę  rozdarł  ostry,  przenikliwy  dzwonek  do 

drzwi.  Dembinsky  zamarł  w  bezruchu.  Upłynęło  kilka  sekund  i  dzwonek  zabrzmiał  pono-
wnie,  tym  razem  już  znacznie  dłużej  i  jakby  bardziej  natarczywie.  Jonathan  schował  rożek 
koperty do małej, plastykowej torebeczki i zaczął spiesznie przytwierdzać wieńce do medalio-
nu.  Na  trzeci  dzwonek  prawie  nie  zwrócił  uwagi.  Jeszcze  chwila  i  wieńce  znalazły  się  na 
swoim miejscu na ścianie. 

Detektyw zerknął na zegarek. Właśnie mijała północ. Jak na polskie stosunki pora była  

stanowczo  zbyt  późna  na  składanie  wizyt.  Widocznie  nieoczekiwany  gość  zdał  sobie  z  tego 
sprawę, bo dzwonek milczał. Przez kilka minut Dembinsky nasłuchiwał jeszcze, ale uspoko-
jony  panującą  dookoła  ciszą  postanowił  opuścić  willę  Daleckiego  i  wracać  do  hotelu.  Wy-
mknął się przez tylne drzwi, zamknął wytrychem obydwa zamki i pobiegł chyłkiem do furtki. 
Od  strony  ogródka  zatrzask  można  było  otworzyć  po  prostu  klamką,  nie  musiał  więc  już 
skakać przez ogrodzenie. Ostatni raz rozejrzał się dookoła i nie widząc w pobliżu nikogo bez 
obawy wyszedł na ulicę. 

Od najbliższego skrzyżowania dzieliło go niespełna piętnaście metrów, kiedy zza rogu 

wytoczyło  się  trzech  podejrzanie  chwiejących  się  na  nogach  młodych  ludzi.  W  pierwszym 
momencie nie zwrócił na nich uwagi. Ostatecznie pijackie krzyki i przekleństwa brzmią dość 
podobnie,  niezależnie  od  szerokości  geograficznej  i  języka.  Zastanowił  się  dopiero,  kiedy 
jeden z chuliganów, który potknął się o krawężnik, zamiast runąć nosem w śnieg dziwnie ła-
two odzyskał równowagę. Jonathan chciał przyspieszyć kroku, ale w tej samej chwili chwycił 
go za łokieć niezbyt wysoki, barczysty blondyn o spłaszczonym nosie. 

— Te, frajer! — Od chłopaka powiało piwem, jego głos zabrzmiał jednak całkiem trze-

źwo. — Kopsnij szluga!  

Detektywowi  przemknęła  myśl,  że  tamten  umyślnie  szuka  zaczepki,  jednak  spróbował 

uniknąć wiszącej na włosku awantury. 

— Nie rozumiem cię, chłopie — powiedział spokojnie. — O co ci chodzi? 
— Daj stówkę na piwo! — Z drugiej strony Jonathana pojawił się pryszczaty chudzielec 

w czapce z daszkiem. 

— Może być stówka. 
— Lepiej dwie, jakeś taki dziany! 

background image

Za  plecami  detektywa  zadudniły  czyjeś  ciężkie  kroki.  Zerknął  ukradkiem  do  tyłu  i 

dostrzegł  kolejnego  typa  o  mocno  podejrzanej  fizjonomii.  Teraz  nie  wahał  się  już  ani  przez 
moment.  Z  półobrotu  wymierzył  blondynowi  potężny  cios  w  okolicę  dołka,  tamten  zawył  z 
bólu  i  osunął  się  na  kolana.  Kopniak  przeznaczony  dla  pryszczatego,  choć  znacznie  mniej 
precyzyjny, wystarczył, by przeciwnik stracił równowagę. Trzeci z chuliganów odskoczył jak 
oparzony,  a  nadbiegający  miał  jeszcze  do  pokonania  co  najmniej  ze  dwadzieścia  metrów. 
Sytuacja nie przedstawiała się najgorzej, Jonathan uznał jednak, że lepiej wziąć nogi za pas. 
Co sił puścił się w kierunku niezbyt odległej ulicy Francuskiej. 

Po kilkunastu krokach nie zwalniając tempa obejrzał się za siebie. Napastnicy pędzili za 

nim.  Tylko  powalony  przed  chwilą  blondyn  został  nieco  z  tyłu,  pozostali  byli  tuż-tuż. Przy-
spieszył jeszcze i po kilku sekundach mijał kolejne skrzyżowanie. Teraz od Francuskiej dzie-
liło go nie więcej niż jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Z nadzieją popatrzył w tamtym kierunku, 
spotkało  go  jednak  rozczarowanie.  Ulica  wyglądała  na  równie  pustą  jak  ta,  którą  uciekał 
przed chuliganami. 

Dembinsky zwolnił, jak gdyby brakowało mu oddechu. Moment później usłyszał tuż za 

plecami dudnienie kroków najszybszego z goniących. Kątem oka dostrzegł niezbyt wysokie-
go,  drobnego  chłopaka  z  krótką  pałką  albo  kawałkiem  rurki  w  ręku.  Ryzyko  było  spore,  ale 
Jonathan zdawał sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. Odwrócił się nagle, chwycił tamte-
go za ramię i ściągając ku sobie schylił głowę tak, by znalazła się na wysokości szczęki chło-
paka. Zderzenie omal nie zamroczyło detektywa, za to napastnik bez jakiegokolwiek odruchu 
obrony zwalił się niczym kłoda na ziemię. 

Dembinsky miał teraz przeciwko sobie trzech chuliganów Niestety, wszyscy byli uzbro-

jeni. W ręku pryszczatego zauważył brzytwę, niski, tęgi szatyn szykował się do ataku wyma-
chując sprężyną zakończoną ciężarkiem, a trzeci z przeciwników wyciągał właśnie zza pazu-
chy  krótki  nóż  o  szerokim  ostrzu.  Jonathan  był  bezbronny  i  nie  miał  innego  wyjścia  poza 
ucieczką. 

Powalony dopiero co chłopak zaczął dźwigać się na kolana. Szło mu to opornie, jednak 

detektyw  wolał  nie  czekać  Co  sił  w  nogach  wyrwał  do  przodu  i  odległość  dzielącą  go  od 
Francuskiej  pokonał  w  rekordowym  tempie.  Wybiegł  na  środek  jezdni  i  nagle  odetchnął  z 
ulgą.  Ulicą  nadjeżdżał  jakiś  maluch.  Moment  później  samochód  ostro  przyhamował  i  prawe 
drzwi otworzyły się przed detektywem. 

— Niech pan wsiada! — Głos rudowłosej dziewczyny zabrzmiał ostro i zdecydowanie. 

— Na co pan czeka! 

Posłusznie wsunął się do środka. Nim zdążył zatrzasnąć drzwi, maluch wyrwał do przo-

du. zawadzając tylnym zderzakiem któregoś z chuliganów. Tamten runął jak długi na jezdnię, 
ale ani prowadząca samochód dziewczyna, ani Jonathan nie obejrzeli się za siebie. 

—  Wybawiła  mnie  pani  z  nie  lada  opresji  —  wyznał  szczerze.  —  Nie  wiem,  jak  pani 

dziękować. 

— Ostatnimi czasy panowie tak zniewieścieli, że słaba płeć coraz częściej musi brać ich 

w obronę — roześmiała się dźwięcznie. — A swoją drogą nigdy bym nie przypuszczała, że na 
Saskiej Kępie grasują chuligani. 

— Pani tu mieszka? 
— Na Międzynarodowej. 
— Miałem szczęście, że właśnie dzisiaj tak późno wracała pani do domu. 
— Czasami zdarza mi się wracać jeszcze później. 
— Prowadzi pani urozmaicone życie towarzyskie? 
— Jak większość studentów. 
— O, przepraszam! — uśmiechnął się  rozbrajająco. — Nie przedstawiłem się jeszcze: 

Jonathan Dembinsky. 

— Polonus, który wrócił do starego kraju? 

background image

— Można to tak określić. 
— Co pana skłoniło do przyjazdu? 
— Interesy. 
— Businessmani na ogół nie wdają się w nocne awantury z chuliganami. 
— Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mój spacer będzie miał taki finał. 
— Lubi pan opowiadać bajeczki grzecznym dziewczynkom? 
— Ależ panno. . 
— Renata Morzyńska. 
— Proszę mi wierzyć, panno Renato, że nie szukałem z nikim zaczepki. 
— Prawdę powiedziawszy nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. — Samochód przyha-

mował gwałtownie. — Musimy się pożegnać. Ja już jestem u siebie. 

— Nie zaprosi mnie pani na herbatę? 
—  Nie  należę  do  dziewczyn  tracących  głowę  na  widok  gościa  ze  strefy  dolarowej  — 

uśmiechnęła się ironicznie. 

— Źle mnie pani zrozumiała. Nie miałem na myśli nic zdrożnego. 
— Powiedzmy. 
— A może umówilibyśmy się na jutro na obiad albo na kolację? 
— Żałuję, ale chyba nic z tego nie będzie. Właśnie skończyłam egzaminy i zamierzam 

wyjechać z Warszawy. 

— Pani Renato.. 
— Trzymaj się, staruszku, i nie szukaj więcej guza po nocy! 

 
 
 
 

 
 

Kierowca  nerwowo  zmienił  bieg  i  dodał  gazu.  Silnik  zawył  na  najwyższych  obrotach, 

gazik szarpnął do przodu, ale moment później koła zabuksowały w miejscu. 

—  Z  tej  zaspy  już  się  nie  wygrzebiemy.  —  Tęgi,  wąsaty  sierżant  Wrzosek  nie  miał 

nawet cienia złudzeń. — Dalej musimy iść piechotą. 

— Mówi się trudno. — Porucznik Szydlik liczył dobrych dwadzieścia wiosen mniej od 

kolegi  i  perspektywa  marszu  zawianą  śniegiem  górską  drogą  nie  przerażała  go  zbytnio.  — 
Dyżurny w Nowym Sączu uprzedzał mnie zresztą, że tak będzie 

—  Niepotrzebnie  pana  do  nas  gonili.  W  końcu  to  nie  pierwsza  chałupa,  która  na  tym 

terenie poszła z dymem. 

— To był pomysł komendanta, a z nim lepiej nie dyskutować. 
—  I  tak  dobrze,  że  już  dzisiaj  nie  wieje.  Myślałem,  że  trupem  padnę,  kiedy  wczoraj 

wieczorem musiałem się tu gramolić 

Wysiedli z gazika i żwawo pomaszerowali wąską, świeżo wydeptaną w śniegu ścieżką. 

Niespełna  dwadzieścia  minut  później  dotarli  na  miejsce.  Kilku  strażaków  i  dwóch  miejsco-
wych funkcjonariuszy krzątało się przy stercie zwęglonych belek, spod których sterczał popę-
kany  kikut  glinianego  komina.  Pogorzelisko  już  całkiem  wystygło.  Szydlik  podszedł  bliżej i 
przez dłuższą chwilę przyglądał się spalonej chałupie. 

—  Konia  z  rzędem  temu,  kto  mi  powie,  jak  doszło  do  pożaru  —  mruknął  bardziej  do 

siebie niż do stojącego obok Wrzoska. — Zimą podczas zawieruchy... 

—  Pewno  stary  Grybucha  pociągnął  z  nudów  samogonu  i  po  pijanemu  stłukł  lampę 

naftową, a może zasnął z papierosem — podpowiedział sierżant. 

— Znaleźliście zwłoki? 

background image

— Zdaje się, że chłopaki coś mają. 
Wrzosek  nie  czekając  na  porucznika  ruszył  w  stronę  szczątków  komina,  gdzie  dwóch 

strażaków  odsunęło  właśnie  jedną  z  belek  i  pochyliło  się  nad  spalonym  ciałem.  Chwilę  pó-
źniej przy zwłokach znalazł się również Szydlik 

— Czy to na pewno jest ten Grybucha? — popatrzył pytająco na Wrzoska. 
— Jeśli nie Grybucha, to kto? Przecież tu nikt oprócz niego nie mieszkał. 
—  Obawiam  się,  że  tylko  wróżka  mogłaby  zidentyfikować  denata.  Prawdę  mówiąc 

pierwszy raz w życiu widzę kogoś tak popalonego. 

— Faktycznie, z gęby niewiele facetowi zostało — zgodził się sierżant. — Moim zda-

niem nie ma co szukać dziury w całym. To może być tylko Grybucha. Gdyby było tu jeszcze 
kilka trupów, moglibyśmy się zastanawiać, ale tak... 

—  A  niech  tam!  —  ustąpił  porucznik.  —  To  znaczy,  że  identyfikację  mielibyśmy  z 

głowy. 

— Będzie sekcja? 
— Oczywiście. Nie wiem tylko, czy w Nowym Sączu, czy szef każe zawieźć zwłoki do 

Krakowa. 

— Po co tyle zachodu? Przecież i tak sprawę się umorzy. 
— Zanim to nastąpi, trzeba dopełnić wszystkich formalności, przeprowadzić eksperty-

zy, przesłuchać ludzi... A propos — przypomniał sobie Szydlik. — Kto dał znać o pożarze? 

—  Nasz  leśniczy,  Zenon  Pęczyna.  —  Wrzosek  wskazał  porucznikowi  stojącego  nie 

opodal,  wysokiego,  barczystego  mężczyznę  —  Próbował  zorganizować  pomoc,  ale  na  wiele 
się to nie zdało. 

Szydlik zostawił sierżanta przy zwłokach i bez pośpiechu ruszył ku leśniczemu. Chciał 

poczęstować  go  papierosem,  Pęczyna  wolał  jednak  swą  starą  fajkę  z  wygiętym  fantazyjnie 
cybuchem. Przez chwilę spoglądali w milczeniu na krzątających się wśród szczątków spalo-
nej chałupy ludzi. W końcu porucznik zdecydował się przystąpić do rzeczy. 

— Niech mi pan opowie, jak to właściwie było — zagadnął leśniczego. 
—  Wczoraj  po  południu  poszedłem  w  góry.  Na  Kanarkówce  złapała  mnie  śnieżyca. 

Obszedłem stok i wracałem właśnie do leśniczówki, kiedy z Krzywej Polany zobaczyłem, że 
pali się chałupa Grybuchy. 

— Która mogła być wtedy godzina? 
— Koło siedemnastej, może trochę wcześniej. 
— Ile czasu zajęło panu zorganizowanie pomocy? 
—  Około  godziny.  Traf  chciał,  że  w  leśniczówce  byli  akurat  Janek  Majda  i  Adam 

Nowacki.  Posadziłem  żonę  do  telefonu,  żeby  dała  znać  na  posterunek,  a  sam  poleciałem  z 
chłopakami do pożaru.  Niestety, nic już nie mogliśmy zrobić, bo z chałupy zostało niewiele 
więcej, niż jest teraz. 

— Nie próbowaliście gasić? 
—  Próbowaliśmy,  ale  na  próżno.  Jakieś  pół  godziny  po  nas  przyleciało  tu  jeszcze  z 

dziesięciu  chłopa  i  też  nie  daliśmy  rady.  Byłaby  inna  rozmowa,  gdyby  mógł  podjechać 
beczkowóz. Samymi toporkami i łopatami takiego ognia się nie ugasi. 

— Pan dobrze znał Grybuchę? 
—  Tego  nie  mogę  powiedzieć.  Ze  starego  był  odludek.  Przez  tych  dziesięć  lat,  odkąd 

siedzę w Rytrze, najwyżej ze dwa albo trzy razy zajrzał do leśniczówki. 

— Nie miał tu krewnych? 
— Nie słyszałem. 
— A może jakichś bliższych znajomych? 
— Już prędzej wrogów. Jasiukiewicze z Roztoki pluli na samo wspomnienie o starym, a 

Grąbce  też  odgrażali  się,  że  mu  kiedyś  kura  podłożą...  To  znaczy  tylko  tak,  przy  wódce.  — 
Pęczyna zbyt późno ugryzł się w język. — Nie na poważnie.. 

background image

— Słyszał pan te groźby na własne uszy? — podchwycił oficer. 
— Niby słyszałem. 
— Kiedy? 
— Z rok temu albo i więcej. Coś zgadało się w knajpie i stary Grąbiec, już dobrze przy-

truty, tak chlapnął językiem. 

— Gdzie mieszkają ci Grąbce? 
— Na samym dole, niedaleko stacji kolejowej. 
— A ostatnio nikt z tej rodziny nie kręcił się koło leśniczówki albo koło chałupy Grybu-

chy? 

— Uchowaj Boże. 
—  No  dobrze.  —  Szydlik  w  zamyśleniu  zmarszczył  brwi.  —  Niech  mi  pan  jeszcze 

powie, czy w tych dniach, a może dawniej, ktoś odwiedzał Grybuchę? 

—  Gdzieżby  tam...  Chociaż  zaraz  —  przypomniał.  sobie  leśniczy.  —  Latem  pytał  o 

niego jakiś gość z Warszawy. 

— Pamięta pan nazwisko? 
— Facet się nie przedstawił. Zaparkował samochód pod leśniczówką, ja pokazałem mu 

drogę i to wszystko. 
 
 
 
 

VI 

 
 

Na pierwszy rzut oka wypożyczony polonez sprawiał nie najgorsze wrażenie, a w miarę 

nowoczesna  sylwetka  i  wygodne  wnętrze  nawet  zachęcały  do  jazdy.  Dembinsky  włączył 
stacyjkę,  wrzucił  pierwszy  bieg  i  puścił  sprzęgło.  Samochód  ruszył,  ale  silnik  zakrztusił  się, 
kilka razy szarpnął, a moment później omal nie zgasł. Jonathan pomyślał z niechęcią, że albo 
trafił  na  kiepsko  wyregulowany  egzemplarz,  albo  rzeczywiście  walory  wozu  kończą  się  na 
jego ładnym wyglądzie. 

Cały  ranek  spędził  na  studiowaniu  planu  Warszawy  i  teraz  bez  kłopotu  trafił  na  Żoli-

borz. Lucyna Drawska mieszkała w jednym z bloków przy ulicy Stołecznej. Detektyw zapar-
kował  samochód  na  podwórku,  pomny  ostrzeżeń  Sładkowskiego  starannie  zamknął  drzwi  i 
ruszył  na  klatkę  schodową.  Winda  zawiozła  go  na  czwarte  piętro.  Nacisnął  dzwonek  przy 
drzwiach  opatrzonych  mosiężną  tabliczką  z  wygrawerowanym  nazwiskiem.  Chwilę  później 
otworzyła mu szczupła, wysoka kobieta o starannie ułożonych platynowych włosach. Liczne 
zmarszczki  na  szyi  i  widoczne  mimo  grubej  warstwy  pudru  wory  pod  oczami  zdradzały,  że 
dawno  przekroczyła  już  pięćdziesiątkę,  chociaż  figury  mogłaby  jej  jeszcze  pozazdrościć 
niejedna trzydziestolatka. 

— Pan do mnie? — Zmierzyła nieoczekiwanego gościa nieufnym spojrzeniem. 
—  Jonathan  Dembinsky,  do  usług!  —  Ukłonił  się  szarmancko.  —  Przywożę  pani 

pozdrowienia od Antoniego Paszczyńskiego. 

— Proszę, niech pan wejdzie. — Otworzyła szerzej drzwi. 
Znaleźli  się  w  gustownie  urządzonym,  choć  niezbyt  obszernym  pokoiku.  Drawska 

wskazała detektywowi miejsce na wersalce, a sama podeszła do stojącego w kącie barku. 

—  Czego  pan  się  napije?  Mam  pliskę,  polski  winiak  i  whisky  w  nie  najlepszym  gatu-

nku. 

— Jeśli nie sprawiłoby to pani różnicy, prosiłbym o wynalazek mądrych Szkotów. 
Bez  słowa  nalała  złocistego  płynu  do  dwóch  niewielkich  szklaneczek  i  usiadła  obok 

Jonathana na wersalce. Nie czekając na dodatkową zachętę pociągnął spory łyk. Niestety pani 

background image

domu miała rację: whisky była równie podła jak w motelu pod Hazleton. 

— Co się stało, że pan Antoni nagle przypomniał sobie o byłej żonie swego niedawno 

zmarłego przyjaciela? — Drawska popatrzyła badawczo na Jonathana. — Kogo jak kogo, ale 
jego trudno posądzać o tanie sentymenty. 

— Prawdę powiedziawszy nie wymienił pani z nazwiska — sprostował detektyw. 
— Nie rozumiem? 
— Po prostu zlecił mi pewną delikatną misję, która wymaga licznych kontaktów z jego 

bliższymi i dalszymi znajomymi. 

— Pan mnie zaczyna intrygować. Czy dowiem się wreszcie, o co właściwie chodzi? 
— Zacznijmy od pani stosunków z byłym mężem. 
— Od daty naszego rozwodu, czyli od blisko dziesięciu lat, praktycznie nie istniały. Nie 

byłam nawet na pogrzebie Tomasza. 

— Czas nie zatarł dawnych uraz i pretensji? 
— O zmarłych nie należy mówić źle, wobec czego proponowałabym zmienić temat. 
—  Drawski  nie  mógł  być  aż  tak  ciemnym  typem,  skoro  niektórzy  darzyli  go  niemal 

bezgranicznym zaufaniem. 

— Ma pan na myśli Paszczyńskiego? 
— Właśnie. 
—  Znali  się  od  dawna,  jeszcze  z  czasów  wspólnej  działalności  na  ziemiach  odzyska-

nych. Łączyły ich różne, nie zawsze kryształowo czyste, interesy. Tak już jest, że swój ciąg-
nie do swego. 

—  Pan  Antoni  wszedł  w  posiadanie  pewnego,  bardzo  cennego  przedmiotu...  — 

Dembinsky znacząco zawiesił głos. 

— Słyszałam o tym Nazywał go szmaragdowym krucyfiksem. 
— A oglądała go pani? 
— Nie miałam okazji. 
—  Może  przypadkiem  obiło  się  pani  o  uszy,  jakie  były  losy  krucyfiksu  po  wyjeździe 

Paszczyńskiego na Zachód? 

—  Wypytywał  mnie  już  o  to  Sładkowski,  ale  ja  nie  mam  pojęcia,  co  się  z  nim  stało. 

Podobno był wart grube miliony. Jeśli Antoni faktycznie dał go na przechowanie Tomaszowi, 
mogło się zdarzyć, ze mojego byłego męża skusiła taka gratka. Niestety umarł i teraz już panu 
nie powie, jak było naprawdę. 

Dembinsky dopił swoją whisky i odruchowo sięgnął do kieszeni po kostkę gumy do żu-

cia. Słowa pani Lucyny dawały wiele do myślenia i upłynęła dłuższa chwila, nim zdecydował 
się na kolejne pytanie. 

  — Czy Drawski miał jakichś przyjaciół? 
—  Takich  samych  hochsztaplerów  jak  on.  Może  zresztą  po  naszym  rozwodzie  poznał 

kogoś uczciwego. Kto go tam wie... 

— A czy któremuś ze znajomych powierzyłby krucyfiks Paszczyńskiego? 
— Szczerze wątpię. 
— Chyba nie będę już pani zabierał więcej czasu. — Jonathan podniósł się z wersalki. 

— Przepraszam za najście. 

— Niewiele dowiedział się pan ode mnie. 
— Tak czy inaczej miło mi było panią poznać. 
— Mnie również. 
Detektyw  ukłonił  się  Drawskiej  i  ruszył  do  wyjścia.  Zamykała  za  nim  drzwi,  kiedy 

zatrzymał się jeszcze na moment. 

—  Czy  ten  Poniszyński  to  dobry  prawnik?  —  zapytał  lekko,  jak  gdyby  mimochodem. 

— Potrzebny mi jakiś współpracownik znający polskie stosunki — skłamał gładko. 

— Prowadził moją sprawę rozwodową — odparła. — Załatwił wszystko tak, jak chcia-

background image

łam. 
 

Wojciech  Drawski  mieszkał  przy  jednej  z  bocznych  uliczek  starego  Żoliborza.  Tym 

razem Dembinsky stracił dobry kwadrans, nim trafił przed świeżo wyremontowany bliźniak z 
pretensjonalnym,  srebrnym  świerkiem  w  miniaturowym  ogródeczku  przed  wejściem.  Otwo-
rzył mu niewysoki, tęgi mężczyzna po pięćdziesiątce. 

— Sładkowski uprzedzał mnie, że pan wpadnie — powitał Jonathana. — Zresztą on też 

powinien tu dzisiaj zajrzeć. 

— O której? 
— Nie umawialiśmy się konkretnie. 
— W każdym razie zna pan cel mojej wizyty? 
— Owszem — potwierdził Drawski. — Słyszałem, że chodzi o ten nieszczęsny krucy-

fiks... Ale może pozwoli pan do środka. Nie wypada trzymać pod drzwiami gościa zza ocea-
nu. 

Weszli do widnego, nowocześnie urządzonego pokoju. Gospodarz sięgnął do barku po 

pękate szklaneczki z zielonego szkła i butelkę Johnie Walkera. Detektyw nie mógł powstrzy-
mać uśmiechu, zaraz jednak przypomniał sobie, że ostrzegano go, iż warszawska milicja dro-
gowa jest w tym punkcie mało tolerancyjna. Przez chwilę łamał się w sobie, ale pokusa była 
zbyt silna. Ostatecznie zdecydował się na kompromis. 

— Dla mnie tylko połówkę — poprosił. — Pan rozumie, jestem wozem. 
— Odrobina whisky jeszcze nikomu nie zaszkodziła. 
— Wasza milicja ma inne zdanie na ten temat, a ja zaliczyłem już dzisiaj szklaneczkę. 
— Na cudzoziemca będą patrzeć przez palce. 
— Nigdy nie wiadomo. 
—  Tak  czy  inaczej,  za  pomyślność!  —  Drawski  podał  gościowi  pełną  szklaneczkę  i 

zachęcającym gestem podniósł swoją. — Za odnalezienie szmaragdowego krucyfiksu. 

— A propos — podchwycił detektyw. — Z pewnością słyszał pan ze pański brat otrzy-

mał go od Paszczyńskiego na przechowanie? 

— Dowiedziałem się o tym dopiero po śmierci Tomasza. 
— Nie może być 
— Prawdę powiedziawszy nie znałem nikogo równie dyskretnego jak on. Ilekroć popro-

siłem go o dochowanie tajemnicy, zawsze miałem pewność, że nie puści pary z gęby. 

— Jak układały się wasze stosunki? 
—  Nie  mogę  narzekać.  Brat  pomagał  mi  finansowo,  załatwił  synowi  pięcioletni  kon-

trakt w Libii, a ja dzięki niemu zostałem dyrektorem liczącego się przedsiębiorstwa. 

— Wynika z tego, że pan Tomasz był nie lada figurą. 
— Do stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku faktycznie mógł wiele. Potem 

poszedł w odstawkę. Po prostu wysłano go na wcześniejszą emeryturę. 

— Niespełna godzinę temu widziałem się z panią Lucyną Drawską. 
— To było nieudane małżeństwo. Dobrze, że w końcu zdecydowali się na rozwód. 
— Słyszałem, że pański brat znalazł sobie inną towarzyszkę życia. 
— Ma pan na myśli Ankę Waligórską? — Drawski uśmiechnął się z wyraźnym zakło-

potaniem. — Na dobrą sprawę mogłaby być jego córką. 

— Długo żyli ze sobą? 
— Coś ze dwa lata 
— Jak się poznali? 
—  Przez  naszego  siostrzeńca,  Alfreda  Daleckiego.  Krążyły  nawet  plotki,  że  Tomasz 

odbił mu Ankę, ale Fredek nigdy tego nie potwierdził. 

— Teraz Dalecki mieszka w willi pańskiego brata. 
—  Tomasz  zapisał  mu  ją  w  testamencie.  Wziął  chłopaka  do  siebie  zaraz  po  śmierci 

background image

matki i traktował jak rodzonego syna. Z górą dwadzieścia lat żyli pod jednym dachem, myślę 
więc, że nikt nie powinien kwestionować prawa Daleckiego do tej willi. 

— Waligórska nie zgłaszała żadnych pretensji? 
— Nic o tym nie wiem — stwierdził dyrektor. — Zresztą i jej została niezła „pamiątka” 

po zmarłym przyjacielu — dorzucił z przekąsem. — Brat zostawił jej swoją daczę w Zegrzy-
nku. 

— Przy okazji chciałbym tam zajrzeć. 
— Teraz, w zimie? — zdziwił się gospodarz. — Ale skoro pan sobie życzy... 
— Jak tam trafić? 
— Narysuję panu. 
Drawski  wziął  z  regału  blok  listowy  i  na  jednym  z  arkusików  zaznaczył  cały  zespół 

letnich  domków  wraz  z  drogą  dojazdową  do  szosy  warszawskiej.  Detektyw  obejrzał  plan, 
podziękował i złożywszy kartkę schował ją do portfela. 

—  Wracając  do  Daleckiego  —  postanowił  skończyć  raz  zaczęty  temat  —  czy  mógłby 

mi pan powiedzieć, czym on się właściwie zajmuje? 

— Alfred twierdzi, że jest dziennikarzem, ja jednak nie wiem, czy stale współpracuje z 

jakimś konkretnym pismem. 

Dembinsky chciał jeszcze o coś zapytać dyrektora, ale w przedpokoju ostro zadźwięczał 

dzwonek. Drawski ruszył, żeby otworzyć, i  chwilę później w pokoju pojawił się Sładkowski. 

—  Widzę,  że  nie  marnuje  pan  czasu  —  wesoło  powitał  Jonathana.  —  Czy  chociaż 

pańskie śledztwo posuwa się naprzód? 

—  Prawdę  powiedziawszy,  drepczę  w  miejscu  —  przyznał  detektyw.  —  Nie  mam 

żadnego punktu zaczepienia. 

—  Może  we  trójkę  wymyślimy  coś  sensownego.  Przecież  taka  kupa  złota  nie  mogła 

zniknąć bez śladu. Nawet jeśli krucyfiks został przetopiony... 

— Mecenas Poniszyński wspomniał, że podczas prowadzenia poszukiwań wyjeżdżał z 

Warszawy  —  przerwał  Dembinsky.  —  Prawdopodobnie  zorientował  się,  że  krzyż  został 
gdzieś wywieziony. 

—  Znam  faceta  —  stwierdził  Sładkowski  —  i  jestem  pewien,  że  nic  panu  nie  powie, 

chyba że pan słono zapłaci. 

— Z drugiej strony, gdyby faktycznie zdobył istotne informacje, sam odnalazłby szma-

ragdowy krucyfiks, a mając go w swoich rękach zażądałby bajońskiej sumy jako honorarium 
albo raczej odstępne — wtrącił Drawski 

— Zna pai mecenasa? 
— O tyle, o ile, ale pan Sładkowski wiele mi o nim opowiadał 
— Ach prawda! — kuzyn Paszczyńskiego nagle stuknął się w czoło. — Byłbym zapo-

mniał. Umówiłem pana na dzisiaj z Waligórską — zwrócił się do Jonathana. — Przyszło mi 
do głowy, że zechce pan z nią porozmawiać. 

— Dobrze pan zrobił 
— Dziewczyna będzie w „Hawanie” o dziewiętnastej. 
— Innymi słowy muszę się pospieszyć. — Detektyw zerknął na zegarek. — Kobiety nie 

lubią czekać. 

— Pojedziemy moim wozem czy pańskim? 
— Jeśli nie ma pan nic przeciw temu, wolałbym randkę bez przyzwoitki. 
— Pańska wola! — Sładkowski porozumiewawczo przymrużył oko. —  Muszę zresztą 

przyznać, że pani Ania jest wyjątkowo atrakcyjną dziewczyną. 

—  W  takim  razie  wolno  mi  mieć  nadzieję,  że  nie  będzie  to  stracony  wieczór.  Nawet 

jeśli niczego się nie dowiem... 
 

Już na schodach prowadzących do kawiarni „Hawana” powitały detektywa ostre dźwię-

background image

ki  dyskotekowego  przeboju.  Zostawił  w  szatni  kurtkę  i  zaczął  rozglądać  się  po  tonącej  w 
nastrojowym  półmroku  sali.  Przy  jednym  ze  stolików,  pod  ścianą,  naprzeciwko  wejścia  do-
strzegł  zgrabną,  platynową  blondynkę  w  modnym  wdzianku.  Bez  namysłu  podszedł  bliżej. 
Miała  poniżej  trzydziestki  i  zgodnie  z  zapowiedzią  Sładkowskiego  wyglądała  nadzwyczaj 
atrakcyjnie. 

— Przepraszam za spóźnienie. — Uśmiechnął się rozbrajająco. — Mam nadzieję, że nie 

czekała pani zbyt długo. 

— Pięć minut — odparła z odrobiną nagany, ale bez przesadnej pretensji w głosie. 
— Ogromnie mi przykro, ale nie zdążyłem jeszcze poznać Warszawy i pomyliłem ulice. 
— Tym razem panu wybaczę. 
— Czego się pani napije? 
— Zamówiłam już kawę i koniak. — Skinęła kształtną główką w kierunku nadchodzą-

cej właśnie kelnerki. — Dla pana to samo. 

— Jest pani bardzo miła. 
— Nie zawsze i nie dla wszystkich. 
Jonathan odczekał, aż kelnerka ustawi na stoliku filiżanki z kawą i kieliszki. 
— Pani zdrowie! — Już zdążył zapomnieć, że polska milicja jest znacznie mniej tole-

rancyjna dla kierowców niż policja za oceanem. 

— Wypijmy raczej za powodzenie pańskiej misji. 
— Sładkowski poinformował panią, po co przysłał mnie Paszczyński? 
—  Benedykt  to  dusza  człowiek,  ale  okropny  plotkarz.  Myślę,  że  wie  już  o  panu  pół 

Warszawy. 

— Szczerze wątpię, czy przy takiej reklamie zdołam cokolwiek załatwić. 
— Chyba że ktoś panu pomoże. 
— Na przykład kto? 
— Tomasz Drawski miał za życia wielu przyjaciół. 
— I jedną przyjaciółkę. 
— Sładkowski panu powiedział? 
— A któż by inny? 
— Zgadza się — przyznała bez cienia żenady. — Żyłam przez dwa lata z Tomaszem i 

zapewniam pana, że nie było nam wcale najgorzej.  

— Z panią każdy czułby się jak w raju — zauważył pół żartem, pół serio. — Ja pewnie 

też... 

— Czy to propozycja? 
— Moglibyśmy spróbować. 
— Pan żartuje, a ja chciałabym porozmawiać poważnie. 
— O naszej przyszłości? 
— Raczej o szmaragdowym krucyfiksie. 
— Pani widziała ten krzyżyk? 
— Waży dobre dwa kilo i wart jest miliony. 
— W jakich okolicznościach trafił do rąk Paszczyńskiego? 
— Podobno krucyfiks był przeznaczony do zbiorów odbudowywanego Zamku Warsza-

wskiego. Póki zamku nie wykończono, pan Antoni „wypożyczył” sobie krzyż, i tak już zosta-
ło. 

—  W  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątym  pierwszym  roku  przed  swoim  wyjazdem  do 

Stanów powierzył krucyfiks pani przyjacielowi. 

— Zgadza się. 
— Co było dalej? 
—  Tomasz  dostał  zawału  i  umarł  nie  zdążywszy  nikogo  upoważnić  do  pieczy  nad 

depozytem Paszczyńskiego. Wszyscy rzucili się na poszukiwania, ale, jak dotąd, nikt krzyża 

background image

nie znalazł. 

— Pani też szukała? 
— To niezbyt bezpieczna zabawa, zwłaszcza dla samotnej kobiety. 
— Trzeba było się zwrócić do mecenasa Poniszyńskiego. 
— Niech pan nawet nie wspomina tego obleśnego typa! 
— Krucyfiksem interesował się również Sładkowski. 
— Już panu mówiłam, że to plotkarz. 
— A Dalecki? 
— W życiu nie widziałam gorszego hochsztaplera. 
— Czy i o mnie ma pani równie kiepską opinię? 
—  Dopiero  pana  poznałam,  za  wcześnie  więc  na  wystawianie  cenzurki  —  wyznała  z 

rozbrajającą  szczerością.  —  Inna  rzecz,  że  od  znajomych,  którzy  bywali  za  oceanem,  wiele 
słyszałam o ludziach pańskiej profesji. Rzadko kto wyrażał się o was w superlatywach.  

— W końcu i tak będzie pani musiała zaryzykować. Oczywiście, jeśli zechce pani coko-

lwiek uzyskać za posiadane i przekazane mi informacje. 

— A ile pan by mi zaoferował? 
— To zależy. 
—  Myślę,  że  wiem,  dokąd  Tomasz  wywiózł  krucyfiks.  Miejscowość  jest  niewielka  i 

ktoś tak doświadczony jak pan nie miałby trudności z odnalezieniem konkretnego adresu. 

— No cóż — zamyślił się detektyw. — Gdyby wiadomość była pewna, zarobiłaby pani 

pięćset dolarów, ale przed sprawdzeniem mógłbym dać najwyżej setkę. 

— Wolne żarty! — Zatrzepotała niewiarygodnie długimi rzęsami. — Ta informacja jest 

warta dziesięć razy tyle! 

— Może dla Poniszyńskiego albo dla jego znajomków. Ale do nich nie ma pani podo-

bno zaufania. 

— Została mi jeszcze wizyta w Urzędzie Spraw Wewnętrznych. 
— Wtedy nie zarobiłaby pani ani grosza. 
— Pan również. 
— Boże, co za dziewczyna! — Dembinsky z niedowierzaniem potrząsnął głową. — Z 

buzi istny anioł, a targuje się jak przekupka. 

—  Więc  jak?  —  Wzięła  Jonathana  za  rękę  i  przymilnie  popatrzyła  w  oczy.  —  Nie 

oszuka mnie pan? 

Jeszcze jeden kuszący uśmiech Waligórskiej i detektyw poczuł, że mięknie. Co gorsza 

platynowe  włosy  i  śliczna  buzia  dziewczyny  zaczynały  z  wolna  zajmować  zgoła  nienależne 
im miejsce w jego myślach. 

—  Niech  ci  będzie  —  ustąpił.  —  Jeśli  znajdziemy  krucyfiks,  dostaniesz  te  swoje  pięć 

tysięcy. 

— Nie pożałujesz, kochanie! — Nachyliła się ku niemu i lekko musnęła wargami jego 

policzek. 

—  Jesteś  cudowna!  —  Objął  ją  ramieniem  i  chciał  pocałować  w  usta,  ale  uchyliła  się 

zręcznie. 

— Coś taki niecierpliwy? — Filuternie pogroziła mu palcem. — Na wszystko przyjdzie 

pora. Najpierw musimy zakończyć sprawę krucyfiksu. 

— Zamieniam się w słuch. 
—  Na  jesieni  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątego  pierwszego  Drawski  wyjechał  na 

kilka  dni  w  góry.  Był  okropnie  tajemniczy,  nikomu  nic  nie  chciał  powiedzieć.  Dopiero  po 
powrocie udało mi się od niego wyciągnąć, że był w Rytrze. 

— Gdzie to jest? 
— Niedaleko Piwnicznej, w województwie nowosądeckim. 
— Wspominałaś, że to okropna dziura.  

background image

—  Bez  przesady.  Jest  tam  kilka  domów  wczasowych,  dochodzi  kolej...  Myślę,  że  bez 

problemu znaleźlibyśmy jakieś lokum. 

—  Jutro  zwijamy  manatki  i  w  drogę  —  zadecydował  detektyw.  —  A  dzisiaj  chętnie 

bym zobaczył, jak mieszkasz. 
 
 
 
 

VII 

 
 

— Dzień dobry, pani Grąbcowa! — Sierżant! Wrzosek zasalutował w progu kuchni. — 

Co dobrego u pani? 

—  Jakoś  się  żyje,  panie  kochany,  jakoś  się  żyje.  —  Niska,  tęga  kobieta  o  czerwonej, 

spoconej twarzy odstawiła koszyk z obieranymi właśnie ziemniakami i wytarła ręce o fartuch. 

— Mąż w domu? 
— A gdzieżby tam. Pojechał do Nowego Sącza w sprawie węgla. Przydział jest, a węgli 

nie ma. Jeszcze trochę i nie będzie na czym zupy ugotować. 

— Ciężka zima, to i nie dowożą wszystkiego na czas. 
—  Jednym  nie  dowożą,  a  drudzy  mają,  czego  dusza  zapragnie  —  burknęła  ze  złością. 

—  U  takich  Majdów  całe  podwórko  węglem  zawalone,  a  ich  przydział  przecież  o  połowę 
mniejszy od naszego. I gdzie tu sprawiedliwość, panie Wrzosek, gdzie tu sprawiedliwość? 

— Janek Majda zdrowo się poparzył przy tym pożarze chałupy starego Grybuchy — jak 

gdyby nigdy nic zauważył sierżant. — Pół Rytra poszło wtedy gasić. 

— Gasili, gasili, a i tak wszystko się spaliło. 
— Od was nie widziałem nikogo. 
— Kto by leciał taki kawał drogi? Toż to od naszej chałupy z dziesięć kilometrów Albo 

i więcej. 

— Poza tym wasz stary nigdy nie lubił Grybuchy. 
—  Może  lubił,  a  może  nie  lubił  —  odparła  wymijająco.  —  Ja  tam  między  nich  nie 

wchodziłam. 

— Wacek i Franek też mu kiedyś szyby wytłukli. 
— Takie dawne dzieje pan wypomina? Wacek zdążył szkołę skończyć, a Franek już po 

wojsku. 

— Nie zastałem starego, to chociaż z którymś z synów chciałbym pogadać. 
— Źle pan dzisiaj trafił, panie Wrzosek. Wacek pojechał na dwa dni do chrzestnych do 

Piwnicznej, a Franek siedzi u narzeczonej w Krynicy. 

— A w niedzielę, kiedy się paliło, wszystkie chłopy były w domu? 
— Pewno że tak — potwierdziła skwapliwie. — Żaden nawet nosa nie wyściubił z cha-

łupy.  

—  To  ja  już  pójdę.  — Sierżant  zrezygnował  z  dalszego  przepytywania  Grąbcowej.  — 

Do widzenia. 

Gospodyni  nawet  nie  próbowała  zatrzymywać  funkcjonariusza.  Skinął  jej  na  pożegna-

nie,  zatrzasnął  za  sobą  drzwi  i  bez  pośpiechu  pomaszerował  szosą  spełniającą  zarazem  fun-
kcję głównej ulicy Rytra. Zastanawiał się właśnie, czy zajrzeć jeszcze dzisiaj do Jasiukiewi-
czów,  kiedy  tuż  obok  niego  przyhamował  gwałtownie  milicyjny  gazik.  Chwilę  później  na 
zaśnieżone pobocze wyskoczył porucznik Szydlik. 

— Był pan u Grąbców? — zapytał, wskazując domyślnie na pobliską chałupę. 
— Wypadało. 
— Dowiedział się pan czego? 

background image

— Stara Grąbcowa twierdzi, że mąż i synowie siedzieli w niedzielę w domu. 
— Mówi prawdę? 
— Diabli ją wiedzą, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? 
— Nawet nie domyśla się pan jakie! 
— Widzę, że zwojował pan więcej ode mnie. 
—  Wyniki  sekcji  przeszły  moje  najśmielsze  oczekiwania.  Czy  pan  wie,  co  ustalili 

krakowscy eksperci? 

— Czy w ogóle można cokolwiek ustalić krojąc zwęglonego trupa? 
— Po pierwsze, okazało się, że zanim denat się spalił, ktoś mu przyłożył po głowie, aż 

pękła czaszka.  

— Żartuje pan?! 
— A po drugie, najprawdopodobniej to wcale nie są zwłoki Grybuchy.  — Wrzosek w 

osłupieniu  wytrzeszczył  oczy  i  przez  kilka  sekund  nie  mógł  wykrztusić  słowa.  —  Grybucha 
miał koło siedemdziesiątki — ciągnął dalej Szydlik — tymczasem eksperci orzekli, że denat 
znaleziony w pogorzelisku nie dożył nawet trzydziestu pięciu. 

— Jeśli to nie Grybucha, to kto? — wybąkał sierżant. 
— Nie mam pojęcia. Biegli próbowali zdaktyloskopować zwłoki, ale ich wysiłki nie na 

wiele się zdały. Obiecali mi, że na podstawie cech antropologicznych czaszki odtworzą obrys 
twarzy  denata.  To  jednak  musi  potrwać.  Na  razie  pozostała  nam  do  dyspozycji  mosiężna 
klamra od paska do spodni, która oparła się działaniu płomieni. Jest dość charakterystyczna, 
więc może ktoś ją rozpozna. 

— A co stało się ze starym? Przecież nie wyparował. 
—  Sprawa  cholernie  się  skomplikowała  —  przyznał  Szydlik.  —  Mamy  zabójstwo  i 

najprawdopodobniej podpalenie, a nie wiemy, kto jest sprawcą ani kto ofiarą.  

— Co robimy? 
— Najpierw trzeba zajrzeć do Jasiukiewiczów, a potem się pomyśli. 
Wsiedli do gazika i po kilku minutach byli już w części Rytra zwanej Roztoką. Czekał 

ich  jeszcze  półkilometrowy  marsz  bardzo  stromą  zupełnie  nieprzejezdną  o  tej  porze  roku 
drogą.  Przebrnęli  jakieś  sto  pięćdziesiąt  metrów,  kiedy  z.  przeciwka  wyłoniła  się  zwalista 
sylwetka Michała Jasiukiewicza. 

—  Witam  władzę!  —  Sięgnął  do  czapki  na  widok  funkcjonariuszy.  —  Dokąd  to  Bóg 

prowadzi? 

—  Prawdę  powiedziawszy,  do  was,  panie  Michale  —  odparł  Wrzosek.  —  Mamy  do 

pogadania. 

— Wybaczcie, ale ja muszę do autobusu. Kobita mi zaniemogła i trzeba jej przywieźć 

lekarstwo. 

— Jedzie pan do Nowego Sącza? — podchwycił Szydlik. 
— Może wystarczy do Starego. Tam też jest apteka. 
— A. syn został w domu? 
—  Gdzieżby  tam!  —  Jasiukiewicz  wzruszył  ramionami  z  wyraźną  złością.  —  Matka 

obchodzi Józka tyle co zeszłoroczny śnieg. Z samego rana gdzieś poleciał i pewno nie wróci 
aż późną nocą. 

— Siedzi w knajpie, czy włóczy się z kolesiami? 
— Diabli go wiedzą. 
— Wczoraj też tak latał jak kot z pęcherzem? 
— Nie inaczej 
— A w niedzielę? 
— I w niedzielę, i w sobotę, i w zeszły piątek. Od Nowego Roku prawie go nie widuję. 

Czasem to mnie strach bierze, żeby się w co nie wplątał, ale przecież chłopak za duży, by go 
pasem wyłoić. 

background image

— Słyszeliście o tym pożarze u starego Grybuchy? — porucznik zmienił temat. 
— Co miałem nie słyszeć. — Jasiukiewicz jakby odrobinę się stropił. 
— Okropne nieszczęście. 
— Ano nieszczęście. Podobno z chałupy tylko węgle zostały. 
— Zwłoki też były popalone, że ani poznać. 
— Dobrze, że tam nie poszedłem, boby mnie zaraz zemdliło od takiego widoku. 
— Nie lubiliście Grybuchy? 
Ostatnie pytanie podziałało na gospodarza niczym chlaśnięcie biczem. Poczerwieniał na 

twarzy i zaczął nerwowo rozglądać się na boki. Wyglądało to tak, jakby szukał jakiejś kryjó-
wki. 

—  A  nie  lubiłem!  —  wysapał  wreszcie.  —  Gdyby  nie  był  taki  stary,  dawno  bym  mu 

kości porachował. 

— Co on wam zawinił? 
— Nieważne. — Jasiukiewicz ostentacyjnie splunął pod nogi. — Zresztą on już w gro-

bie, to i wszystkie urazy czas zapomnieć. 

— Tak mówicie? 
— Mówię, co myślę. Ale na mnie już czas. Muszę lecieć, bo mi autobus ucieknie. 
Wyminął  funkcjonariuszy  i  szybkim  krokiem  pomaszerował  w  kierunku  szosy.  Popa-

trzyli na siebie znacząco. 

— Niech mi pan powie, dlaczego rodziny Grąbców i Jasiukiewiczów nie lubiły Grybu-

chy? — zagadnął Szydlik. — Co tu jest grane? 

— Stare dzieje. — Sierżant w zamyśleniu zmarszczył brwi. — Mnie tu jeszcze nie było, 

kiedy Grybucha latał po okolicy z opaską na rękawie i karabinem w garści. Ludzie gadają, że 
władza uderzyła mu do głowy. Temu i owemu niesłusznie dokuczył, aż w pięćdziesiątym szó-
stym wyrzucili go z milicji. 

— Teraz rozumiem. Miejscowy naród jest pamiętliwy. 
— Myślę, że dobrze byłoby poszukać Józka albo któregoś z młodszych Grąbców. Może 

dowiedzielibyśmy się czegoś ciekawego. 

— Jasiukiewiczową na razie zostawimy w spokoju? 
— Jakoś nie miałbym sumienia denerwować chorej kobiety. 
Bez pośpiechu wrócili do gazika i zjechali w dół, do szosy nowosądeckiej. Jeszcze kilka 

minut i znaleźli się w Zajeździe Ryterskim, stojącym nad samym Popradem. W sporej, w mia-
rę widnej i przestronnej  sali nie było jeszcze zbyt wielu gości. Porucznik popatrzył pytająco 
na Wrzoska, a ten bez słowa ruszył w stronę siedzącego samotnie, łysawego mężczyzny koło 
trzydziestki. 

— Dzień dobry, panie Majda! Jak ręka? 
— Szlag by ją trafił! — odburknął zagadnięty.  — Boli, cholera, że trudno wytrzymać. 

Strzeliłem  sobie  dwie  pięćdziesiątki,  ale  jakoś  nie  pomogło.  Że  też  mnie  diabeł  podkusił 
lecieć do tego ognia! 

— Do wesela się zagoi. 
— Mam nadzieję. 
—  A  nie  widział  pan,  przypadkiem,  Józka  Jasiukiewicza?  —  Mina  Wrzoska  była  tak 

obojętna, jakby nie przywiązywał żadnej wagi do odpowiedzi Majdy. 

— Był tu z godzinę temu. 
— Sam? 
— Z Maćkiem Rydzykiem. Przewrócili połówkę i pojechali do Nowego Sącza. 
— Mówili po co? 
— Józek chwalił się, że poznał tam jakieś dwie klawe dziewuchy. Obiecywał Maćkowi 

dobrą zabawę. 

— Wynika z tego, że wrócą dopiero rano. 

background image

— A panowie macie jakąś sprawę do Józka? — zainteresował się Majda. 
— Taki tam drobiazg — Sierżant machnął ręką. — Może zresztą poradzimy sobie bez 

niego. 

Niespełna dwadzieścia minut później gazik zaparkował na rynku w Piwnicznej. Wysia-

dali  właśnie,  kiedy  przy  zabytkowej  studni  mignęła  Wrzoskowi  znajoma  sylwetka  rosłego, 
barczystego chłopaka. 

— Halo, halo! — huknął na całe gardło. — Chodźże tu, Wacek! 
Młody Grąbiec odwrócił się z nie ukrywaną niechęcią i wyraźnie nie miał zamiaru spe-

łnić żądania funkcjonariusza. 

— Przecież do ciebie mówię! — powtórzył sierżant. — Nie stój jak wmurowany! 
Wacek  powoli  zbliżył  się  do  gazika,  obrzucił  siedzących  w  nim  mężczyzn  nieufnym 

spojrzeniem  i  spuścił  głowę.  Widać  jego  dotychczasowe  kontakty  z  milicją  nie  należały  do 
najprzyjemniejszych. 

— Czyżbyś miał coś na sumieniu, chłopie? — roześmiał się Szydlik. 
— Ależ skąd! — Grąbiec zaprzeczył gorliwie. — Bóg świadkiem, że jestem czysty. 
—  Tak  jak  w  zeszłym  tygodniu,  podczas  rozróby  pod  Jantarem?  —  ironicznie  pod-

chwycił Wrzosek. 

— Przeciec pan mi wtedy darował. 
— Jednak pamiętasz? 
— Takich rzeczy szybko się nie zapomina. 
— To powiedz mi, Wacuś, co robiłeś w niedzielę po południu. 
— Nic specjalnego. 
— A konkretnie. 
— Cały czas siedziałem w domu. 
— Nie do wiary! 
—  Jak  mamę  kocham!  —  Grąbiec  z  rozmachem  uderzył  się  w  piersi.  —  Robiłem  z 

ojcem nową drabinę, potem pomagałem mu przy wozie... Musiałem się zasłużyć, bo inaczej 
starzy nie puściliby mnie dziś do chrzestnych 

— A twój brat? 
— On prysnął do narzeczonej. 
— Do Krynicy? 
— Właśnie. 
— Jesteś pewien? 
— Jasne. Przecież pojechał w niedzielę i do dzisiaj nie wrócił. 
— Znasz tę narzeczoną? 
— Na Nowy Rok Franek przedstawił ją całej rodzinie. 
— Jak się nazywa? 
—  Wieśka  Miotelska.  Mieszka  przy  wyjeździe  od  strony  Muszyny,  zaraz  trzeci  czy 

czwarty dom po lewej. 

— Wierzymy chłopakowi? — Sierżant popatrzył pytająco na porucznika. 
— Można zaryzykować. 
— To zmykaj, Wacuś! — Wrzosek niemal przyjaźnie poklepał Grąbca po ramieniu. — 

Tylko nie narozrabiaj w Piwnicznej, żebym nie musiał się za ciebie wstydzić. 

— Nie ma obawy! — Chłopak prysnął niczym chart spuszczony ze smyczy. 
—  Jedziemy  teraz  do  Krynicy  —  zadecydował  Szydlik.  —  Jeśli  nawet  nie  zastaniemy 

tam Franka Grąbca, to i tak wypadałoby pogadać z tą Miotelską. 

— Zwłaszcza że Franek w żaden sposób nie mógł być w niedzielę jednocześnie u niej i 

we własnej chałupie — podchwycił sierżant. 

Do rozwidlenia na przejście  graniczne w Mniszku droga była zupełnie przyzwoita,  ale 

dalej  gruba  warstwa  lodu  i  ubitego  śniegu  upodobniła  ją  do  toru  saneczkowego.  Porucznik 

background image

musiał zwolnić i gazik jechał już niemal bez przerwy na drugim biegu. Niestety, i tak prawie 
na wszystkich zakrętach wynosiło ich w zaspy na poboczu albo stawiało w poprzek szosy. Na 
domiar złego pogodne dotąd niebo zasnuły ciężkie, brunatne chmury i chwilę później sypnęło 
śniegiem. 

— Wygląda na to, że wybraliśmy się trochę nie w porę — ponuro skonstatował oficer. 
— Prawdę mówiąc, wolałbym kamienie tłuc, niż w taką pogodę siedzieć za kółkiem. 
—  Może  przeczekamy  w  Muszynie?  —  Wrzoska  również  opuściła  ochota  do  dalszej 

jazdy. 

Od  Muszyny  dzieliło  ich  jeszcze  kilka  kilometrów,  nie  podjęli  więc  chwilowo  żadnej 

decyzji. Tymczasem los chyba sprzysiągł się przeciwko funkcjonariuszom, jako że szwanku-
jące do tej pory ogrzewanie całkiem odmówiło posłuszeństwa. Przednią szybę gazika z wolna 
zaczęła  pokrywać  cienka  warstwa  szronu.  Szydlik  szarpnął  kilka  razy  cięgło  uruchamiające 
nagrzewnicę, efekt był jednak taki, że dźwigienka została mu w ręku. Zaklął szpetnie i chciał 
właśnie poprosić sierżanta, by  przetarł szybę skrobaczką, kiedy zza kolejnego zakrętu wyło-
niła się potężna sylwetka jadącego w przeciwnym kierunku ziła. 

Porucznik  odruchowo  przyhamował.  Gazik  zatańczył  na  lodzie  niczym  baletnica  i  nie 

zareagował na nerwowe szarpnięcie kierownicą. Oficer poczuł, że robi mu się gorąco. Puścił 
hamulec. Zamierzał dodać gazu, by w ten sposób wyprowadzić samochód z poślizgu, ale było 
już  za  późno.  Szydlik  zobaczył  tuż  przed  sobą  szoferkę  ciężarówki,  a  moment  później  usły-
szał ogłuszający huk. 
 
 
 
 

VIII 

 
 

— Kiery. 
— Bez atu. 
— Pas 
— Trzy bez atu. 
— Kontra! — Grzelak zatarł ręce z zadowoleniem. — Tym razem polegniesz, Michał, 

zobaczysz, że polegniesz. 

—  To  się  jeszcze  okaże.  —  Mazurek  ani  na  moment  nie  tracił  pewności  siebie.  — 

Właśnie myślę, czy nie rekontrować. 

— Głupich nie sieją! 
— Co jest z tą licytacją? — zniecierpliwił się Zanejko. — Rekontrujesz czy nie? 
—  Niech będzie pas. 
— W takim razie doktorek wistuje. 
Na stoliku pojawiła się dziesiątka kier, a Zanejko zaczął wykładać swoje karty. Niemal 

w tym samym momencie w przedpokoju hałaśliwie rozdzwonił się telefon 

— Ki diabeł? — Mazurek popatrzył niepewnie na partnerów od brydża. — Przecież już 

po północy 

Zostawił  karty  na  stoliku  i  niechętnie  ruszył  do  przedpokoju.  Telefon  dzwonił  dalej. 

Porucznik pełen najgorszych przeczuć sięgnął po słuchawkę. Charakterystyczny, nieco ochry-
pły głos oficera dyżurnego potwierdził jego obawy. 

—  Na  szczęście  cię  złapałem.  Nie  masz  pojęcia,  jakie  u  nas  dzisiaj  urwanie  głowy. 

Wszyscy ludzie w terenie, a ja otrzymałem wiadomość o wypadku na Dworcu Gdańskim. 

—  Nic  z  tego!  —  Mazurek  gwałtownie  zaoponował.  —  Wczoraj  miałem  służbę  i 

dzisiejszej nocy jestem pod ochroną. Zadzwoń do Linowskiego. 

background image

— Linowskiego musiałem wysłać do włamania. 
— A Dąbrowa? 
— Jego nie ma w domu. 
— Jasna cholera! 
—  Sam  widzisz,  że  jesteś  ostatnią  deską  ratunku  —-  podsumował  dyżurny  —  Musisz 

jechać i tyle. 

— Odwdzięczę ci się przy najbliższej okazji — złowrogo zapowiedział porucznik. — A 

teraz mów, co to za wypadek? 

— Jakiś pijak wpadł na bocznicy pod przetaczany skład. 
— Pewno pocięło go na kawałki? 
— Niestety. 
— Potrzebni będą lekarz i technik. 
— Szkic miejsca wypadku zrobisz sam, fotki cyknie ci młody Prądzyński, a na lekarza 

przyjdzie  nam  poczekać  do  rana.  —  W  głosie  oficera  dyżurnego  zadźwięczała  nutka  współ-
czucia. — Przykro nu, stary, ale wiesz, jak jest... 

Mazurek odłożył słuchawkę i z ciężkim sercem wrócił do pokoju. Jego mina wyjaśniała 

wszystko. 

— Wyrywają cię z chałupy? — domyślił się Grzelak. 
— Do trupa — odparł porucznik lakonicznie. — Na domiar złego jako technika dali mi 

gołowąsa,  który  zna  kryminalistykę  tylko  z  podręczników,  a  na  medyka  mam  zaczekać  do 
rana. 

—  Pewno  dzwonili  do  mnie  do  domu,  ale  żona  nie  zdradziła,  gdzie  jestem.  —  Roze-

śmiał się Kawecki. — Co to za nieboszczyk? 

— Ktoś wpadł pod pociąg. 
— Fiu, fiu! Pod koniec  ubiegłego  roku miałem takiego na stole sekcyjnym. Trafiła mi 

się robótka nie do pozazdroszczenia. 

— Pojechałbyś, stary, ze mną? — W oczach porucznika było tyle smutku, że doktor nie 

mógł odmówić.  

—  Zatem  po  brydżu  —  westchnął  Grzelak.  —  Ale  wiecie  co?  —  Nagle  zerwał  się  z 

krzesła. — Pojedziemy wszyscy do tego wypadku. Pal diabli podziały kompetencyjne. Pomo-
żemy  Michałowi  odwalić  oględziny  i  być  może  jeszcze  przed  świtem  zdołamy  dokończyć 
roberka. 

Zanejko skrzywił się, jak gdyby jadł cytrynę, ale nie zgłosił sprzeciwu. Pomysł przyjęto 

jednomyślnie. Niespełna dwadzieścia minut później byli już na miejscu. Bocznicę dzieliło od 
budynku  dworca  dobre  półtora  kilometra,  a  że  lampy  oświetlające  tory  przepaliły  się,  więc 
dookoła panowały egipskie ciemności. Za rozsypującym się płotem z betonowych elementów 
ciągnęła się też niczym nie oświetlona ulica, a dalej jakieś warsztaty i magazyny. 

Kapitan  Grzelak  zaparkował  swego  fiata  naprzeciwko  pokaźnej  wyrwy  w  płocie.  Na 

ulicy czekał na nich przy radiowozie młody funkcjonariusz w mundurze kaprala MO. 

—  To  tam  —  bąknął,  wskazując  stojące  na  bocznicy  towarowe  wagony.  —  Okropny 

widok — dorzucił mimo woli. — W życiu nie zetknąłem się z czymś takim. 

Mazurek  bez  słowa  poklepał  młodszego  kolegę  po  ramieniu  i  pierwszy  pomaszerował 

wydeptaną w śniegu ścieżką. Nieco dalej stało dwóch kolejarzy. 

— Panowie, to nie moja wina! — bez pytania zaczął niższy, tęgi, koło czterdziestki. —

Nie mam pojęcia, jakim cudem ten człowiek znalazł się na torze. 

— Pan kierował składem? —upewnił się Mazurek. 
— Byłem manewrowym, a w motorowozie siedział Maciek Poręba — wskazał kolegę. 
— Dawno zaczęliście robotę? 
— Nie, niedawno. Jakąś godzinę temu dyżurny  kazał nam zebrać kilka  pustych wago-

nów z innych składów i odstawić je na tę bocznicę. 

background image

— Żaden z was nie zauważył nikogo kręcącego się przy torach? 
— O tej porze nigdy nie było tu żywego ducha. 
— A jednak dzisiaj kogoś przyniosło. 
— Facet musiał zdrowo popić i coś mu się pomyliło. 
— Skąd pan wie, ze był pijany? 
— Od trupa jedzie gorzałą na kilometr. Sami panowie się przekonacie 
— Dobrze. — Porucznik nie kwestionował słów manewrowego. — Niech pan opowie, 

w jaki sposób doszło do wypadku? 

— Zabraliśmy trzy wagony z toru numer siedem i dwa z szóstki. Powiedziałem Maćko-

wi,  żeby  zawiózł  je  na  bocznicę,  a  sam  poszedłem  sprawdzić  rozjazd.  Poręba  cofnął  skład  i 
pojechał, jak mu kazałem. Wagony pchał przed sobą. Kiedy mijał zwrotnicę, wskoczyłem na 
stopień ostatniego wagonu.  

— Od której strony? 
— Tak, żeby widzieć sąsiedni tor. 
— A zatem podczas jazdy nie widział pan płotu? 
— Nie miałem żadnego powodu, by patrzeć w tamtą stronę. 
— Kiedy zorientował się pan, że najechaliście na człowieka? 
—  Ostatnia  oś  stuknęła  jakoś  dziwnie.  Zeskoczyłem  i  spojrzałem  pod  wagon.  O  mało 

sam nie wyzionąłem ducha, kiedy zobaczyłem toczącą się głowę... 

— Która mogła być wtedy godzina? 
— Jakieś pięć, może dziesięć minut przed północą. 
— Cóż, chodźmy zobaczyć zwłoki. 
— Nie tak prędko! — zaprotestował Zanejko. — Wystarczy, że po wypadku kręcili się 

przy torze kolejarze. Chcecie zadeptać wszystkie ślady? 

W pierwszym odruchu Mazurek chciał machnąć ręką na obiekcje znanego ze skrupula-

tności kolegi, przemknęła mu jednak myśl, że w gruncie rzeczy tamten ma rację. 

— W porządku — ustąpił. — Kapralu, weźcie walizkę śledczą i pomóżcie poruczniko-

wi. — Skinął na Prądzyńskiego. — Może znajdziecie coś nadającego się do identyfikacji. 

Śnieg wokół torów nie był zbytnio zdeptany, minął jednak dobry kwadrans, nim Zanej-

ce udało się odszukać kilka wyraźniejszych śladów. Dopiero teraz lekarz i pozostali oficero-
wie  podeszli  do  zmasakrowanego  przez  przetaczane  wagony  ciała.  Zgodnie  z  zapowiedzią 
kolejarzy  zwłoki  z  daleka  cuchnęły  alkoholem.  Kawecki  przez  moment  przyglądał  się  im 
uważnie. 

— Co o tym myślisz? — zainteresował się Grzelak. 
— Sam nie wiem. — Doktor był wyraźnie zdezorientowany. — Przy takiej jatce trudno 

o jednoznaczne wnioski. Musicie zaczekać do sekcji. 

— Czyżbyś przewidywał jakieś kłopoty? 
— Jakby to powiedzieć? — Kawecki podrapał się w czoło — Kolejarze twierdzą, że do 

wypadku doszło kilka minut przed północą. 

— A tobie to nie pasuje? 
—  Bardziej  odpowiadałby  mi  przedział  czasowy  między  dwudziestą  pierwszą  a  dwu-

dziestą drugą 

— Pan nam nie wierzy7! — Stojący parę metrów dalej manewrowy aż podskoczył. — 

Maciek, powiedz, jak było! 

— Bóg mi świadkiem! — żarliwie potwierdził Poręba. — To wszystko szczera prawda. 
— Przecież jedno wcale nie wyklucza drugiego — załagodził kapitan. 
— Zwłaszcza że ten mężczyzna nie przyszedł tu na własnych nogach. — wtrącił Zanej-

ko, wskazując jednocześnie buty denata — Te podeszwy nie pasują do żadnych śladów, a w 
dodatku nie widać na nich śniegu. 

—  Ależ  to  oznaczałoby,  że  tu  w  grę  nie  wchodzi  wypadek,  a...  —  Mazurek  zawiesił 

background image

głos. 

— Upozorowane na wypadek — dopowiedział Grzelak, zerkając spod oka na kolejarzy. 
— On już nie żył, kiedy najechały na niego wagony? — upewnił się maszynista. — A 

więc to nie my mamy go na sumieniu? 

—  W  każdym  razie  nie  możemy  wykluczyć  takiej  ewentualności  —  dyplomatycznie 

zaznaczył kapitan. — Trzeba będzie jeszcze wszystko dokładnie sprawdzić. 

— Ciekawe, kto to taki? — Mazurek pochylił się nad zwłokami. 
— Wypadałoby zobaczyć, czy ma przy sobie dokumenty. 
— Chyba ja muszę to zrobić — westchnął Mazurek, a pozostali oficerowie odetchnęli z 

ulgą 

Porucznik rozpiął kurtkę denata i z wewnętrznej kieszeni wydobył skórzany, cokolwiek 

zniszczony portfel. W świetle latarki zaczęli sprawdzać jego zawartość. Na liczenie pokaźne-
go pliku złotówek i dolarów nie mieli teraz czasu, więc porucznik sięgnął od razu po dowód 
osobisty. 

— Janusz Kwiczołek — przeczytał na głos. — Słyszeliście o takim? 
—  Owszem  —  przypomniał  sobie  Grzelak.  —  W  zeszłym  roku  próbował  zrobić  mu 

sprawę  Jodecki,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  Facet  był  zamieszany  w  kilka  poważniejszych 
dewizówek i jakiś przemyt. Kiedyś siedział, ale już od ładnych paru lal: nie udało mu się udo-
wodnić niczego konkretnego. 

— Gruba ryba przestępczego półświatka? 
— Raczej średni kaliber, ale z dość szerokimi koneksjami. 
— Zdaje się, że wdepnęliśmy w nielichą kabałę — westchnął Zanejko. 
— Cóż poradzić. 
— Jak podzielimy się robotą? 
—  Sprawdź,  czy  Kwiczołek  nadal  jest  zameldowany  przy  Zwycięzców,  i  rozejrzyj  się 

po jego mieszkaniu, Michał dokończy oględzin  miejsca wypadku,  a nasz uczony medyk po-
stara się, żeby wyniki sekcji były na wczoraj — zadecydował Grzelak. — Ja złożę kilka wizyt 
ludziom mającym niegdyś powiązania z denatem, a później jakoś się z wami skontaktuję. 

—  Zapomniałeś,  że  przede  wszystkim  wypadałoby  zawiadomić  naszego  szefa  — 

zauważył  Zanejko  —  W  końcu  pospolite  zabójstwo  to  nie  nasza  działka.  My  jesteśmy  tu  w 
pewnym sensie prywatnie. 

—  Jeszcze  się  nie  zdarzyło,  żeby  Kuglarz  stanął  okoniem  w  podobnej  sytuacji  — 

kapitan zbagatelizował sprawę. — Chociaż masz rację — niemal natychmiast zmienił zdanie. 
— Stary nie lubi partyzantki. 

Podali sobie ręce i Grzelak szybkim krokiem ruszył do swego wozu. Od momentu kiedy 

usłyszał  nazwisko  Kwiczołka,  usiłował  przypomnieć  sobie  szczegóły  sprawy  prowadzonej 
przed  rokiem  przez  kolegę.  Powinien  je  pamiętać,  bo  przecież  cały  tydzień  pomagał  kapita-
nowi  Jodeckiemu  w  jego  pracy.  Przesłuchiwał  wówczas  wielu  ludzi  nie  darzących  Służby 
Bezpieczeństwa zbytnią sympatią. Niestety ich wysiłki nie przyniosły wtedy żadnych rezulta-
tów. 
 

W jednym z okien starej, zaniedbanej willi przy ulicy Pęcickiej paliło się światła. Oficer 

zaparkował  fiata  naprzeciwko  wejścia,  zdecydowanym  ruchem  pchnął  furtkę  i  po  zaśnieżo-
nych  schodkach  wdrapał  się  na  niewielki  ganek.  Przy  drzwiach,  po  lewej  stronie,  dostrzegł 
przycisk dzwonka. Pomyślał o mocno spóźnionej porze, ale nie wahał się długo. Zadzwonił. 
Minęła  dobra  minuta,  nim  z  wnętrza  willi  dobiegło  go  szuranie  kapci,  a  chwilę  później  w 
uchylonych drzwiach pojawił się szczupły, nieco przygarbiony mężczyzna koło sześćdziesią-
tki. Był w piżamie i kraciastym szlafroku, a wokół szyi miał owinięty gruby, wełniany szalik. 

— Pan do mnie? — Popatrzył podejrzliwie na oficera. — O tej porze? 
—  Przepraszam  za  najście,  panie  Gąciarz.  —  Grzelak  uśmiechnął  się  z  widocznym 

background image

zakłopotaniem  —  Właściwie  powinienem  zaczekać  z  wizytą  do  rana,  zobaczyłem  jednak 
światło w oknie... 

— Ach, to pan! — Gospodarz poznał wreszcie kapitana. — Wtedy również wyciągnął 

mnie pan w nocy z łóżka. To było dokładnie przed rokiem, jeśli się nie mylę. 

— Mam nadzieję, że nie wspomina mnie pan aż tak źle? 
—  Ani  źle,  ani  dobrze.  Po  prostu  robił  pan  to,  za  co  panu  płacą.  A  że  przesłuchanie 

trwało blisko dobę... Ale proszę do środka. Nie będziemy rozmawiali w otwartych drzwiach, 
bo okropnie ciągnie po nogach. 

Weszli  do  kuchni.  Gąciarz  nastawił  wodę  na  herbatę,  zapalił  papierosa  i  usiadł  przy 

prostym, przykrytym cokolwiek przybrudzoną ceratą stole. 

— Co tym razem pana do mnie sprowadza? — zapytał sennie. 
— Podobnie jak przed rokiem chciałbym porozmawiać z panem o Kwiczołku. 
— Gdyby chodziło o zwykłą rozmowę, nie przychodziłby pan o drugiej w nocy. 
—  Ma  pan  rację.  —  Oficer  zdecydował  się  zagrać  w  otwarte  karty.  —  Kwiczołek  nie 

żyje. Właśnie znaleźliśmy jego zwłoki. 

— Co się stało? 
— Wpadł pod pociąg. 
— Sam czy z cudzą pomocą? 
— Sugeruje pan, że ktoś mógłby mu źle życzyć? 
— Niczego nie sugeruję — zaoponował gospodarz. — Staram się jedynie logicznie my-

śleć. 

—  Skoro  jest  pan  takim  zwolennikiem  logicznego  myślenia,  z  pewnością  zdaje  pan 

sobie sprawę, że nic już nie jest w stanie zaszkodzić Kwiczołkowi, a wszelkie informacje na 
jego temat mogą ułatwić śledztwo. 

— A dlaczego ja miałbym to śledztwo ułatwiać? Ani z panem, ani z pańskimi kolegami 

po fachu nie żyłem w zbytniej przyjaźni. 

— Nie z mojej winy. Nigdy przecież nie kazałem panu wchodzić w kolizję z prawem. 
—  Złożył  mi  pan  wizytę,  by  prawić  morały  czy  rozmawiać  o  Kwiczołku?  —  Gąciarz 

wyraźnie się obruszył. 

— Pańskie grzeszki chwilowo mnie nie interesują. 
— Gdyby nawet, to i tak niczego by mi pan nie przypasował. Od przeszło roku jestem 

czysty. 

— Wierzę panu na słowo i proponuję wrócić do Kwiczołka. 
—  Ktoś  go  zakatrupił  i  pan  chce  wiedzieć  czyja  to  sprawka.  Czyżby  pan  sądził,  że  ja 

mogę coś na ten temat powiedzieć? 

— Otóż to. 
—  Muszę  pana  rozczarować.  Ostatni  raz  widziałem  Janusza  przed  miesiącem.  I  nie 

szykował  wtedy  żadnego  walutowego  interesu,  nie  miał  też  na  oku  żadnego  wartościowego 
antyku. 

— Nie powie pan chyba, że Kwiczołek wypadł z obiegu? 
— Wyglądało raczej, że postanowił trochę odpocząć. 
— To znaczy? 
Ostry  dźwięk  gwizdka  oznajmił,  że  woda  w  czajniku  wreszcie  się  zagotowała  Gospo-

darz zaparzył dwie szklanki herbaty i zachęcającym gestem podsunął oficerowi cukier. 

—  Kiedyś  zrewanżuje  mi  się  pan  u  siebie  —  rzucił  pół  żartem.  —  Podczas  kolejnego 

przesłuchania... 

—  Mam  nadzieję,  że  jeśli  będę  pana  przesłuchiwał,  to  wyłącznie  w  charakterze  świa-

dka. 

— Ma się rozumieć. 
—  Wspomniał  pan,  że  Kwiczołek  ostatnio  nie  prowadził  żadnych  nielegalnych  intere-

background image

sów — Grzelak wrócił do tematu. 

— Podobno poznał kobietę, która zechciała go wziąć na swoje utrzymanie. 
— Co to za jedna? 
— Prawdę powiedziawszy nawet jej nie widziałem. Wiem tylko, że jest sporo starsza od 

Janusza. 

— Ktoś z waszej branży? 
— Uchowaj Boże! 
— Jak do niej trafić? 
— Mieszka gdzieś na Żoliborzu. 
— Żoliborz to spora dzielnica. 
—  Niestety,  nie  znam  adresu.  Niech  pan  popyta  sąsiadów  albo  znajomych  Janusza. 

Może któryś z nich będzie wiedział. 

— Ma pan na myśli kogoś konkretnego? 
Gąciarz  zmarszczył  brwi  i  przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się  uważnie  swoim  pazno-

kciom.  Najwyraźniej  nie  mógł  się  zdecydować,  czy  pomóc  kapitanowi.  Ten  nie  nalegał. 
Dobrze wiedział, że nie miałoby to większego sensu. Z pozorną obojętnością wypił kilka ły-
ków herbaty i cierpliwie czekał. Zaczynał już tracić nadzieję, kiedy gospodarz skinął potaku-
jąco głową. 

— Powiem panu. Niech pan pojedzie na Walecznych do Romka Błaszkiewicza. On się 

prawie przyjaźnił z Kwiczołkiem. 

Skrzypnęły  drzwi  i  do  kuchni  wsunęła  się  niewysoka,  drobna  dziewczynka  o  bladej 

twarzy i nienaturalnie wielkich oczach. Na nocną koszulę miała zarzucony gruby szlafrok, ale 
mimo to trzęsła się z zimna. 

— Dziadku, co to za nocne konferencje? — spytała z wyrzutem. — Przecież wiesz, że 

masz chore serce i musisz dbać o siebie. 

— To nic, kochanie. — Gąciarz popatrzył czule na wnuczkę. — Dawny znajomy wpadł 

do mnie na minutkę i trochę sobie pogawędziliśmy. Ale on już idzie, a ja zaraz położę się do 
łóżka. 
 

W  dwóch  oknach  na  ostatnim  piętrze  przedwojennej  kamienicy  paliło  się  światło. 

Oficer zerknął na zegarek. Właśnie mijała czwarta. Zaparkował samochód i ruszył na klatkę 
schodową.  Hałaśliwe  dźwięki  modnych  przebojów  i  pijackie  krzyki  upewniły  go,  że  mimo 
bardzo już spóźnionej pory u Błaszkiewicza trwała zabawa. 

Grzelak wdrapał się na górę i nacisnął dzwonek. W środku nikt nie zareagował. Kapitan 

zapukał, potem ponownie zadzwonił, w końcu zaczął łomotać pięścią w drzwi. To poskutko-
wało. Szczęknęła zasuwa i w progu stanął dwudziestokilkuletni pryszczaty chudzielec. 

— Co jest? — warknął, zionąc na odległość mieszaniną piwa i samogonu. — Czego tu 

szukasz, koleś? 

—  Ty  jesteś  Romek  Błaszkiewicz?  —  Oficer  bezceremonialnie  odepchnął  chłopaka  i 

wszedł do środka. — Gadaj! 

— A ty kto?! — postawił się pryszczaty. 
Grzelak sięgnął po legitymację, pokazał ją młodzieńcowi i spytał ostro: 
— Rozmawiamy tutaj, czy mam cię zabrać do siebie? 
— Pan władza się nic denerwuje. — Błaszkiewicz natychmiast wygrzeczniał. — Zapro-

siłem kolegów na urodziny. Trochę żeśmy wypili, a po wódce człowiek drugiemu łatwiej do 
oczu podskoczy... 

—  Dobrze,  już  dobrze.  —  Machnął  ręką  Grzelak.  —  Nie  mam  czasu  na  towarzyskie 

rozmówki. Znasz Janusza Kwiczołka? — przystąpił do rzeczy. 

— I owszem. 
— Nie zaprosiłeś go dzisiaj do siebie? 

background image

— Zaprosiłem, ale powiedział, że jest zajęty. 
— Interesy? 
— Ja tam nie wiem — spłoszył się pryszczaty. — Nie pytałem. 
— Ejże? 
—  Jak  mamę  kocham!  —  Błaszkiewicz  chyba  zbyt  żarliwie  uderzył  się  w  piersi.  — 

Zresztą on nigdy nie wtajemniczał mnie w swoje sprawy. 

—  Bujać  to  my!  —  Grzelak  porozumiewawczo  przymrużył  oko.  —  Powiedz,  Romuś, 

ile Januszek miał trafić na tym numerze? — Zdecydował się na blef. 

— Nie było żadnego numeru — pryszczaty zaprzeczał uparcie. 
— Są tacy, którzy twierdzą inaczej. 
— Niech pan zapyta samego Kwiczołka. 
— Ba! — Oficer bezradnie rozłożył ręce. — Gdybym wiedział, gdzie go szukać... 
— W domu go nie ma? 
— Nie przychodziłbym z tym do ciebie. 
— Może zamelinował się u tej swojej Lucyny na Żoliborzu. 
— Znasz adres? — podchwycił kapitan 
— Janusz nikomu nie powiedział, gdzie ona mieszka. Podobno trafił na cholernie dzia-

ną babkę i boi się, żeby ktoś nie obrobił jej chałupy.  
 
 
 
 

IX 

 
 

—  Dobrze.  Zreferowałeś  sprawę,  przekonałeś,  że  powinniśmy  zainteresować  się  śmie-

rcią Janusza Kwiczołka, wmówiłeś prawie, że właśnie tobie należałoby powierzyć prowadze-
nie śledztwa — pułkownik Kuglarz popatrzył chmurnie na Grzelaka — ale może jeszcze mi 
wyjaśnisz, dlaczego o wszystkim dowiaduję się dopiero o wpół do ósmej? — Stuknął palcem 
w tarczę swego zegarka. — Dlaczego nikt nie raczył mnie wcześniej zawiadomić, że dwóch 
moich oficerów już od siedmiu godzin podejmuje czynności operacyjne, a nawet procesowe?! 
O ile wiem, ja tu jeszcze jestem naczelnikiem, a nie kapitan Grzelak! 

—  Nie  chciałem  budzić  pana  pułkownika  —  nieśmiało  bąknął  kapitan.  —  Przecież 

telefon do Mazurka był kilka minut po północy. 

—  Nie  chciałeś  mnie  budzić?  —  żachnął  się  Kuglarz.  —  A  gdyby  zaistniała  potrzeba 

zaangażowania większej liczby ludzi albo tobie czy  Zanejce przydarzyło się coś równie nie-
miłego jak Kwiczołkowi? Kto zorganizowałby pomoc? Kto odpowiadałby za wpadkę? 

— Przecież nic się nie stało. 
— Ale licho nie śpi i dlatego w przyszłości wypraszam sobie podobną partyzantkę! — 

Pułkownik aż sapnął ze złości. — A teraz do rzeczy. Zorientuj się, co wykazała sekcja, odszu-
kaj tę Lucynę z Żoliborza i spróbuj wziąć ją na pytki. 

— Tak jest. 
— Jutro po południu zameldujecie się u mnie z Zanejką i wtedy zdecydujemy, co dalej. 

I żebyś pamiętał, że czasy Sherlocka Holmesa już dawno minęły. 
 

Pół  godziny  później  Grzelak  był  już  w  Zakładzie  Medycyny  Sądowej.  Narzucił  na 

ubranie  biały  fartuch  i  niemal  biegiem  ruszył  do  sali  sekcyjnej'.  Kawecki  dotrzymał  słowa. 
Sekcja była skończona i doktor mył właśnie ręce. 

—  Niech  cię  diabli  porwą  za  ten  pośpiech  —  powitał  zgryźliwie  kapitana.  —  Zamiast 

się  przespać,  przyjechałem  do  firmy  razem  ze  zwłokami  i  od  razu  wziąłem  je  na  stół.  Bite 

background image

cztery godziny spędziłem w tej sali. 

— O której nastąpił zgon? 
— Tak jak mówiłem. Gdzieś między dwudziestą pierwszą a dwudziestą drugą. Zabójca 

dwukrotnie zadał denatowi cios w tylną część czaszki wąskim, tępym narzędziem. Jedne z u-
derzeń było na tyle silne, że spowodowało pęknięcie kości połączone z uszkodzeniem mózgu. 
Dziwiłbym się, gdyby Kwiczołek przeżył. 

— Czy zwłoki przenoszono po śmierci? 
— Owszem. Sądzę, że na tory podrzucono je w ostatniej chwili. Przedtem co najmniej 

półtorej do dwóch godzin leżały w zupełnie innej pozycji.  

— Znalazłeś jakieś ślady walki lub choćby stawiania oporu przez denata? 
—  Nic  z  tych  rzeczy.  Prawdopodobnie  facet  w  ogóle  nie  spodziewał  się  ataku.  Za  to 

dobę wcześniej ktoś mu zdrowo przylał. Denat ma pęknięte ostatnie żebro po prawej stronie. 

— Jesteś pewien? 
— Pokazać ci? 
— Wierzę na słowo. A swoją drogą, jak ty to ustaliłeś? — Oficer popatrzył na Kawe-

ckiego z podziwem. — Przecież mógł być poturbowany przez wagony. 

— Tajemnica zawodowa. — Roześmiał się doktor. — Masz coś jeszcze do mnie? 
— Chciałbym usłyszeć słówko o stężeniu alkoholu we krwi denata. 
—  Niespełna  pół  promila.  Mógł  być  najwyżej  na  lekkim  rauszu.  Myślę,  że  ktoś  wylał 

mu na ubranie butelkę wódki i stąd ten fetor. 

— Dziękuję ci, stary. 
— Zaspokoiłem wreszcie twoją ciekawość? 
— Na razie. 
— To spływaj. Protokół sekcji dostaniesz jutro, bo teraz mam zamiar się przespać. 
— Kolorowych snów! 

 

Przed  kamienicą  u  zbiegu  Zwycięzców  i  Krynicznej  stał  milicyjny  radiowóz.  Grzelak 

wdrapał się na drugie piętro i nacisnął dzwonek. Otworzył mu Mazurek.  

— O wilku mowa! — Roześmiał się na widok kapitana. 
— Plotkowaliście o mnie z Zanejką? 
— Zastanawialiśmy się, czy Kuglarz bardzo zmył ci głowę. 
— Niespecjalnie. 
— Znaczy, że był w dobrym humorze. 
— Tak czy inaczej prowadzę dalej to śledztwo. 
— To świetnie — ucieszył się porucznik. — Teraz mój szef oficjalnie odda wam spra-

wę i ja będę miał ją z głowy. 

Weszli do dużego, widnego pokoju. Grzelak rozejrzał się dokoła, szybko jednak doszedł 

do wniosku, że w ciągu  ostatniego  roku niewiele się tu zmieniło. Zgrabne, choć zniszczone, 
biureczko w stylu któregoś z Ludwików nadal sąsiadowało z brudnym i nie zasłanym barło-
giem, w gdańskim kredensie walały się puste butelki po wódce, a na ścianach zupełnie niezłe 
płótna wisiały obok pordzewiałych bagnetów z obydwu wojen. 

— Znaleźliście coś ciekawego? — zapytał. 
—  A  co  by  cię  interesowało?  —  Mina  Zanejki  świadczyła,  że  czas  spędzony  w  mie-

szkaniu Kwiczołka nie był całkiem stracony. 

— Ustaliłem, że facet miał dość podstarzałą sympatię na Żoliborzu. 
— Lucynę? — Zanejko podał kapitanowi fotografię zadbanej kobiety po pięćdziesiątce. 
Grzelak zerknął na dedykację z zupełnie świeżą datą. 
— To może być ona — przytaknął. — Mało prawdopodobne, by dwie Lucyny obdarza-

ły go jednocześnie swoimi względami. Ustaliłeś nazwisko i adres? 

—  Jasne!  —  Porucznik  sięgnął  po  leżący  pod  ręką  notatnik  Kwiczołka.  —  Lucyna 

background image

Drawska. zamieszkała przy ulicy Stołecznej — przeczytał. 

— Jesteś genialny. 
— Nigdy w to nie wątpiłem. 
— Stary kazał przesłuchać tę babkę. 
— I słusznie. Ale zanim pojedziesz na Żoliborz, zobacz, co jeszcze znalazłem. 
Zanejko  z  triumfalną  miną  sięgnął  do  teczki  i  wyciągnął  plastykową,  przezroczystą 

kopertę. W środku tkwiły dwa bilety kolejowe. 

— Wyobraź sobie, że Kwiczołek w sobotę wybrał się do Rytra, a w nocy z niedzieli na 

poniedziałek  wrócił  do  Warszawy.  Na  jeden  dzień  nie  jeździ  się  taki  szmat  drogi  w  celach 
turystycznych, a jeśli człowiek ginie w niespełna dwie doby po takim wojażu, to cała historia 
staje się cholernie podejrzana. 
 
 
 
 

 
 

Niesforny  promyk  słońca  przemknął  przez  wąską  szparę  między  zasłonami,  przysiadł 

na moment na skraju poduszki, by w końcu zawędrować prosto na twarz Jonathana. Detektyw 
machnął  niecierpliwie  ręką,  jak  gdyby  chciał  odgonić  natrętną  muchę,  potem  przewrócił  się 
na bok i naciągnął kołdrę na głowę, ale spłoszony sen już nie wrócił. Jeszcze przez dobre pół 
minuty Dembinsky kręcił się w łóżku, wreszcie uprzytomnił sobie, że nie jest sam. 

Wysunął  głowę  spod  kołdry  i  zerknął  na  śpiącą  obok  kobietę.  Kształtny  nosek,  pełne, 

zmysłowe usta i miła, pozornie niewinna twarzyczka mogły niejednemu zawrócić w głowie. 
Sam czuł wyraźną słabość do tej dziewczyny, choć zdawał sobie sprawę, że w jej zachowaniu 
jest znacznie więcej chłodnego wyrachowania niż szczerych, spontanicznych odruchów. 

Wstał z łóżka i sięgnął po leżącą na stoliku paczkę papierosów, po chwili wahania odło-

żył ją jednak, a do ust wsunął kostkę gumy do żucia. Podszedł do okna. Już dawno nie widział 
równie pięknego krajobrazu. Pokryte śniegiem góry skrzyły się w słońcu, kusiły, by porzucić 
ciepły  pokój  i  biec  na  ich  spotkanie.  Nawet  najlżejsza  mgiełka  nie  ograniczała  widoczności. 
Na  bliższych  zboczach  można  było  rozróżnić  poszczególne  jodły  i  świerki,  a  odleglejszej 
szczyty  rysowały  się  ostro  jak  na  konturowym  rysunku.  Nie  chciało  się  wierzyć,  że  jeszcze 
wczoraj wieczorem, kiedy dojeżdżał do Rytra szalała tu śnieżyca i nawet ostre światło samo-
chodowych reflektorów nie było w stanie przebić się dalej niż na jakieś dwadzieścia kroków. 

—  Co  się  stało,  kochanie?  Czemu  wstałeś?  —  rozległ  się  za  jego  plecami  dźwięczny 

głosik. 

— Zobacz, jakie słońce! 
— Co tam słońce. Chodź lepiej do mnie... 
Dembinsky uśmiechnął się do dziewczyny ale nie uległ pokusie. 
—  Wstawaj,  śpiochu  —  zawołał  ze  śmiechem.  —  Pora  na  śniadanie.  Mamy  mnóstwo 

spraw do załatwienia. 

Punktualnie o ósmej byli już w stołówce. Waligórska przy świeżej jajecznicy i chrupią-

cej bułeczce z wiejską kiełbasą zapomniała o złym humorze, w jaki wprawiła ją tak wczesna 
pobudka. Mówiła dużo i głośno, choć bez specjalnego sensu, nie czekała nawet na zdawkowe 
odpowiedzi Jonathana. Z kolei ten swoim zwyczajem dyskretnie lustrował wnętrze jadalni, by 
zapamiętać jak najwięcej twarzy pensjonariuszy Perły Południa. 

— Co robimy po śniadaniu? — Anka uśmiechnęła się promiennie. 
— Pójdziemy na spacer. 
— Czyli jednak chcesz zacząć od rekreacji? 

background image

— Myślę, że można połączyć przyjemne z pożytecznym. 
— Niby w jaki sposób? 
— Byłaś już kiedyś w Rytrze? 
— Dokładnie dwa lata temu. 
— Z Tomaszem Drawskim? 
— Właśnie. 
— Włóczyliście się po okolicy? 
— Czasami. 
— Odwiedzaliście kogoś z miejscowych? 
—  Raczej  nie...  Chociaż  zaraz  —  przypomniała  sobie.  —  Kiedyś  byliśmy  w  leśniczó-

wce, a potem Tomasz przegonił mnie opętany kawał drogi do jakiejś chałupy w górach. 

— Teraz ty mnie tam zaprowadzisz. 
— Po co? — Zmarkotniała na samą myśl o czekającym ją marszu. 
—  To  się  dopiero  okaże.  Nie  sądzę,  żebyśmy  od  razu  trafili  na  ślad  krucyfiksu,  ale 

przecież od czegoś trzeba zacząć. 

Chciała jeszcze zaprotestować, ostatecznie jednak dała za wygraną. Bez pośpiechu do-

pili kawę z mlekiem, wstali od stolika i ruszyli do wyjścia. 

W holu przed recepcją czekało kilka osób. Walizy i plecaki świadczyły wymownie, że 

to nowi goście. Detektyw przemknął po ich twarzach na pozór obojętnym spojrzeniem i nagle 
poczuł  lekki  dreszczyk  emocji.  Nieco  na  uboczu,  pod  oknem,  stała  wsparta  o  narty  Renata 
Morzyńska. Chyba również i ona go poznała, bo kąciki jej ust zadrgały w nikłym uśmiechu. 

— Co to za jedna? — Waligórska okazała się nad podziw spostrzegawcza. — Znasz ją? 
—  Spędziliśmy  kiedyś  wieczór.  —  Dembinsky  ostentacyjnie  ukłonił  się  Morzyńskiej. 

— Klasa babka. 

— Tylko nie zgrywaj Don Juana, bo bardzo tego nie lubię:  
— Nie porównuj mnie z jakimś nadętym Hiszpanem. Zresztą, o ile się nie mylę, faceta 

już dawno diabli wzięli, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. 

— Jonathan... 
— Idź się przebrać, kochanie. — Dembinsky zrezygnował z dalszej szermierki słownej 

— W sukience nie spaceruje się zimą po górach. 

Pół godziny później Anka była gotowa do drogi. W krótkim, peweksowskim kożuszku i 

wysokich  kozaczkach  prezentowała  się  znakomicie,  ale  detektyw  nawet  tego  nie  zauważył. 
Przez cały czas nurtowało go pytanie, czy nieoczekiwane spotkanie z Morzyńską zawdzięcza 
wyłącznie przypadkowi. 

Droga, którą poprowadziła Waligórska, była przetarta tylko do pętli autobusowej. Dalej 

wczorajsza i dawniejsze zamiecie zrobiły swoje. Gdyby nie wydeptana przez porannych spa-
cerowiczów  ścieżka,  przyszłoby  im  brnąć  po  kolana  w  śniegu.  Na  szczęście  do  leśniczówki 
nie  było  daleko  i  po  niespełna  dwudziestu  minutach  dotarli  na  miejsce.  Dembinsky  zastukał 
do niskich, solidnie wyglądających drzwi opatrzonych charakterystyczną tabliczką. Odczekali 
dobre  pół  minuty,  nikt  jednak  nie  otworzył.  Jonathan  zapukał  raz  jeszcze,  niestety  również 
bez skutku. W tej sytuacji nie pozostało im nic innego, jak bez zasięgnięcia języka wyruszyć 
na poszukiwanie chałupy, którą odwiedziła kiedyś Anka w towarzystwie Drawskiego. 

W miarę jak oddalali się od leśniczówki, wydeptana w śniegu ścieżka stawała się coraz 

węższą i siłą rzeczy tempo marszu spadło. Za pierwszym rozwidleniem drogi w góry prowa-
dził  już  tylko  ślad  jednego  piechura.  Na  domiar  złego  czekała  ich  teraz  ostra  wspinaczka. 
Waligórska coraz głośniej narzekała i detektyw zaczął się obawiać, czy w pewnym momencie 
dziewczyna  po  prostu  nie  zawróci.  Na  razie  jednak  marudziła,  ale  szła  pod  górę  niczym 
rasowa turystka, a nie używająca życia bywalczyni nocnych lokali. 

Mieli już w nogach dobrych kilka kilometrów, kiedy zza kolejnego zakrętu wyłonił się 

wysoki, barczysty mężczyzna w mundurze leśniczego.  

background image

—  No,  no!  Że  też  chce  się  państwu  iść  po  takim  śniegu.  —  Popatrzył  na  nich  z  nie 

ukrywanym podziwem. — Zwłaszcza pani. 

— Nie po to przyjechaliśmy w góry, żeby patrzeć na nie z daleka — odparła, z trudem 

łapiąc oddech. 

— Inna rzecz, że od takiego spaceru zdrowia przybędzie. 
— Kiedyś z ojcem doszłam tędy do takiej starej chałupy. — Minęła się nieco z prawdą. 

— Teraz chciałabym zaprowadzić tam narzeczonego. 

— Ma pani pecha, bo właśnie w ostatnią niedzielę chałupa poszła z dymem. 
— Co takiego? 
— To było okropne nieszczęście. — Pęczyna ponuro pokiwał głową. — Nic nie mogli-

śmy poradzić. 

— A gospodarz? 
— Stary Grybucha nie przeżył pożaru. 
— Od czego się zapaliło? 
—  Diabli  wiedzą.  Strażacy  zabrali  jakieś  próbki  do  ekspertyzy,  milicja  prowadzi  śle-

dztwo, ale na razie trzymają wszystko w tajemnicy. 

— Daleko do tego pogorzeliska? — zainteresował się Dembinsky. 
— Będzie jakieś pół kilometra. 
— Skoro już przeszliśmy taki kawał, chciałbym zerknąć na szczątki tej chałupy. 
— Zaprowadzę państwa. —  Leśniczy skwapliwie zaoferował swe usługi.  — Chodźcie 

za mną. 

Po  kilkunastu  minutach  dotarli  na  miejsce.  Szalejąca  poprzedniego  dnia  zawieja  przy-

kryła  pogorzelisko  grubą  warstwą  śniegu,  spod  której  ledwo  wystawało  parę  zwęglonych 
belek.  Chcąc  nie  chcąc  Jonathan  musiał  zrezygnować  z  pierwotnego  zamiaru  poszperania  w 
zgliszczach. 

— Dokąd właściwie prowadzi ta droga? — zagadnął Pęczynę. 
— Latem można dojść na Przechybę. 
— A teraz? 
— Na upartego pewno by przeszedł, ale trasa nie przetarta i trochę niebezpiecznie.  
— Czyżby nikt nie zapuszczał się w tę okolicę? 
—  Co  najwyżej  do  starego  szałasu.  Stamtąd  jest  piękny  widok  na  dolinę  Popradu  i 

pasmo Jaworzyny. 

— Chodźmy tam, Aniu. Taka piękna pogoda — zapalił się Dembinsky. 
— Nie mogę, nie mam już siły — zaprotestowała stanowczo. — Mam dość. 
—  Nie  dałabyś  się  namówić?  —  Detektyw  przymilnie  pogłaskał  dziewczynę  po  poli-

czku. 

— W żadnym wypadku! 
— Może ja tu z panią poczekam, a pan przejdzie się sam — zaproponował leśniczy. — 

Droga prosta, na pewno pan nie zabłądzi. 

— Dobra myśl! — podchwycił Dembinsky. 
— Co ty na to, kochanie? 
—  Jak  chcesz  —  nadąsała  się  Waligórska.  —  Ale  długo  nie  będę  czekała.  Nie  mam 

ochoty spóźnić się na obiad. 

— W razie czego schodźcie pomalutku do leśniczówki. Ja was dogonię. 
Jonathan przesłał dziewczynie całusa, odruchowo wsunął do ust kostkę gumy do żucia i 

nie  ociągając  się  ruszył  przed  siebie.  Drogą  wiodła  przez  las  wąskim,  głębokim  wąwozem 
przypominającym koryto zamarzniętego strumienia. Śniegu nawiało tu znacznie mniej niż na 
otwartej przestrzeni i detektyw pomyślał, że nawet solidna zadymka nie utrudniałaby zbytnio 
marszu tą trasą. Odruchowo przyspieszył kroku, mimo ze łagodne zrazu wzniesienie stawało 
się coraz bardziej strome. 

background image

Za kolejnym zakrętem urwiste zbocza wąwozu zbliżyły się do siebie. Było tak wąsko, 

że między stromymi ścianami mogła się przesuwać najwyżej jedna osoba. Dembinsky poczuł 
się nieswojo. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów i miał już zamiar zawrócić, kiedy spostrzegł, 
że  w  wąwozie  jak  gdyby  nieco  pojaśniało.  Przecisnął  się  przez  skalne  przewężenia.  Nieco 
dalej zbocza zaczęły się  obniżać, aż w końcu wąwóz wyprowadził Jonathana na skraj rozle-
głej, niemal płaskiej polany Mniej więcej na jej środku stał stary, na poły zasypany śniegiem 
szałas. 

Detektyw podszedł bliżej. Niskie wejście zasłaniała spora wiązka dawno ściętych choi-

nek Z niemałym trudem odciągnął ją na bok i ciekawie zajrzał do środka. W szałasie panował 
półmrok.  Namacał  w  kieszeni  latarkę,  omiótł  jej  światłem  ciemne  wnętrze  i  nagle  zaklął 
szpetnie. W kącie szałasu leżał stary mężczyzna w góralskim kubraku. 
 
 
 
 

XI 

 
 

— No i mamy starego  Grybuchę. — Wrzosek  odruchowo poprawił bandaż na  głowie. 

— Jednak biedaka uśmiercili. 

— Poznaje go pan? — Szydlik na wszelki wypadek wolał się upewnić. — Może ściąg-

niemy jeszcze kogoś do identyfikacji. 

— Wiem, co mówię! — obruszył się sierżant. — Przecież znałem faceta nie od dziś. 
— Ciekawe, jak długo tu leży? 
— Na takim mrozie trudno dokładnie określić moment zgonu — zastrzegł się wysoki, 

szczupły  lekarz  o  wystających  kościach  policzkowych  i  długich,  jasnych  wąsach.  —  Lepiej 
zaczekajmy do sekcji. 

— Mimo wszystko prosilibyśmy, żeby pan spróbował... 
— Czy ja  wiem? —  Lekarz był niezdecydowany. — W  grę może wchodzić niedziela, 

przypuszczam, że zginął między szesnastą a północą. 

—  Czyli  Grybuchę  zabito  mniej  więcej  w  tym  samym  czasie,  co  tego  znalezionego  w 

jego chałupie? 

— Owszem, tylko że tamten musiał zginąć przed pożarem, a ten mógł i później. 
—  Wygląda  na  to,  że  ktoś  starego  dźgnął  nożem.  —  Wrzosek  przyklęknął  przy  zwło-

kach. 

— Nożem, bagnetem albo jakimś innym ostrym, wąskim narzędziem — uściślił lekarz. 

—  Cios  zadano  w  okolicę  lewej  łopatki.  Sądzę,  że  był  on  wystarczająco  silny,  by  sięgnąć 
serca, a w takiej sytuacji szanse przeżycia praktycznie nie istnieją. 

— Chyba stary nie spodziewał się ataku. Przecież nie odwróciłby się tyłem do zabójcy. 
— Niby racja, coś mi tu jednak nie pasuje. Ten siniak pod lewym okiem ma charakter 

przeżyciowy  i  świadczy,  że  Grybucha  krótko  przed  śmiercią  został  przez  kogoś  uderzony. 
Poza tym spójrzcie, panowie — lekarz chwycił rękę denata. — Skóra po zewnętrznej stronie 
palców  jest  starta,  -  jakby  ten  człowiek  uderzył  pięścią  w  nierówną  powierzchnię.  To  wszy-
stko wskazuje, że stoczył z kimś walkę. 

— Nie może być! 
—  Podczas  sekcji  sprawdzę  jeszcze,  czy  pod  paznokciami  nie  ma  drobin  obcego  na-

skórka. Wtedy sprawa byłaby jasna. 

— Wszystko się gmatwa — markotnie podsumował porucznik. — Gorzej, że nadal nie 

wiemy, kim był facet znaleziony w chałupie Grybuchy. Nie wiemy też, kto ich zabił. A swoją 
drogą, gdyby nie ten cholerny wypadek, pewno byśmy już coś ustalili. Po co oni nas trzymali 

background image

całą dobę w szpitalu? Tyle czasu straciliśmy, 

— Niech pan nie narzeka — roześmiał się Wrzosek. — I tak mieliśmy sporo szczęścia. 

Gazik rozleciał się w drzazgi, a my prawie cali. 

— Zapomniał pan o swojej głowie. — Szydlik nie należał do optymistów. 
— To już tylko mój kłopot — Sierżant nie tracił dobrego humoru. — Głowa nie szkla-

nka do wesela córki się zagoi 

Porucznik  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć,  w  końcu  jednak  machnął  ręką  i  wyszedł  z 

szałasu. Słońce chowało się właśnie za ośnieżonym górskim grzbietem malując go różowym 
odcieniem czerwieni i fioletu. Oficer przez dłuższą chwilę spoglądał jak urzeczony. 

—  Idzie  odwilż  —  zawyrokował  stojący  nie  opodal  Pęczyna.  —  W  nocy  powieje,  a 

jutro w południe będziemy brodzić po kolana w błocie. 

— Kto właściwie znalazł zwłoki starego Grybuchy? — Szydlik przestał interesować się 

zachodem słońca i pogodą. 

— Niejaki Jonathan Dembinsky. Amerykanin, ale gada po polsku nie gorzej ode mnie. 
— Co on robi w Rytrze? 
—  Poderwał  sobie  dziewczynę  i  przyjechał  na  wczasy.  Zdaje  się,  że  lubi  chodzić  po 

górach. 

— Gdzie się zatrzymał? 
— W Perle Południa. 
— Będę musiał go przesłuchać. 
— Szczerze wątpię, by miał wiele do powiedzenia. Tak między nami, to sam go wysła-

łem do tego szałasu, bo miałem ochotę pogawędzić z jego sikorką... 
 
 
 
 

XII 

 
 

— Moje uszanowanie pani. Jestem kapitan Grzelak — ukłonił się szarmancko. — Czy 

można?  

—  Proszę.  —  Drawska  była  wyraźnie  zaskoczona  wizytą  oficera.  —  Nie  rozumiem 

tylko... 

—  Zaraz  pani  wszystko  wyjaśnię.  Prawdę  powiedziawszy  byłem  u  pani  już  wczoraj 

koło południa, ale nikogo nie zastałem. 

— Wróciłam do domu dopiero późnym wieczorem — przyznała. 
Otworzyła  szerzej  drzwi  i  zaprosiła  oficera  do  środka.  Chwilę  później  znaleźli  się  w 

gustownie  urządzonym,  choć  niezbyt  obszernym  pokoiku.  Gospodyni  wskazała  Grzelakowi 
miejsce na wersalce, a sama ruszyła do stojącego w kącie barku. 

— Czego się pan napije? — spytała odzyskując pewność siebie. — Mam pliskę, winiak 

i whisky. 

—  Jeśli  już,  to  proszę  o  wodę  mineralną.  —  Bystre  oczy  kapitana  wypatrzyły  wśród 

innych również butelkę mazowszanki. 

— Nawet kropelki alkoholu? 
— Służba nie drużba. 
— No cóż, skoro pan odmawia. 
Nalała sobie odrobinę winiaku, a oficerowi podała szklaneczkę wody mineralnej. 
— Co pana sprowadza w moje skromne progi? — spytała, siadając obok Grzelaka. 
— Czy zna pani niejakiego Janusza Kwiczołka? — Oficer uznał, że czas przystąpić do 

rzeczy. 

background image

— Owszem. — Lucyna Drawska nie zdołała ukryć zmieszania. — Był szkolnym kolegą 

Fredka Daleckiego. 

— Kogo? 
— Ach, prawda, pan nie zna moich rodzinnych powiązań. Dalecki to siostrzeniec mego 

byłego męża. Po śmierci matki wzięliśmy go na wychowanie. Przez dziesięć lat żyliśmy pod 
jednym  dachem.  Później  rozwiodłam  się  z  Tomaszem  i  wyprowadziłam,  a  Fredek  został  w 
willi na Krynicznej. Mieszka tam dotychczas, gdyż po śmierci wuja jest jedynym jej właści-
cielem. 

—  Rozumiem.  —  Oficer  skinął  głową.  —  Wróćmy  jednak  do  pana  Kwiczołka.  Czy 

zechciałaby pani powiedzieć nieco więcej o łączącej was znajomości? 

— Cóż — zdołała się już opanować. — Nie przeczę, że lubię tego chłopca. 
— Często przebywa pani w jego towarzystwie? 
— Owszem. Chodzimy na spacery, do teatru... 
— Odwiedza panią? 
— Był kilka razy. 
— Zostawał na noc? 
—  Ależ,  panie  kapitanie!  Teraz  już  wyraźnie  poczerwieniała.  —  Wypraszam  sobie 

podobne insynuacje! 

—  Widzi  pani,  on  nie  żyje.  —  Słowa  Grzelaka  zabrzmiały  twardo.  —  Wpadł  pod  po-

ciąg. 

Drawska  zaniemówiła  z  wrażenia.  Siedziała  chwilę  z  kamienną  twarzą,  a  potem  kon-

wulsyjnie zacisnęła dłonie, zagryzła wargi i po jej policzkach potoczyły się łzy. 

— Proszę się uspokoić. — Oficer łagodnie dotknął jej ramienia. — Życie bywa czasami 

okrutne. 

Popatrzyła  na  niego  niezbyt  przytomnie.  Chciał  jeszcze  dodać  coś  na  pocieszenie,  w 

końcu  jednak  wsunął  jej  do  ręki  kieliszek  z  winiakiem.  Przełknęła  parę  łyków  i  to  ją  nieco 
uspokoiło. 

— Boże! — szepnęła. — Dlaczego właśnie Janusz? Dlaczego los mi go zabrał?! 
— Od jak dawna byliście ze sobą? 
—  Chyba  od  miesiąca.  —  Drawska  żałośnie  pociągnęła  nosem.  —  Przez  ten  miesiąc 

byłam co najmniej o trzydzieści lat młodsza... 

— Jak się to zaczęło? 
— Spotkałam Janusza przypadkiem. Ot, wstąpiłam do „Hortexu” na lody, a on siedział 

tam w towarzystwie swoich kolegów. Poznał mnie, podszedł, pogadaliśmy  chwilę i zaprosi-
łam go do siebie na herbatę... 

— Zamieszkał u pani? 
— Nawet mu to zaproponowałam, ale nie chciał. Przychodził trzy, czasem cztery  razy 

w tygodniu i wtedy już zostawał do rana. 

— Wiedziała pani, czym się zajmował? 
—  Właściwie  o  tym  nie  rozmawialiśmy,  ale  ja  dość  szybko  zorientowałam  się,  że  nie 

ma stałego źródła utrzymania, że prowadzi najrozmaitsze, nie zawsze czyste interesy. Najczę-
ściej pośredniczył w obrocie biżuterią i niezbyt wartościowymi antykami. 

— Handlował również walutą — podpowiedział kapitan. 
—  Ma  pan  rację.  —  Spuściła  głowę.  —  Prosiłam,  żeby  dał  sobie  z  tym  spokój.  Naj-

pierw się śmiał, ale w końcu obiecał, że znajdzie sobie jakąś stałą pracę. Podobno miał już coś 
nawet na oku. 

— Dawała mu pani pieniądze? 
— To były tylko pożyczki. 
— Ale nie oddał pani grosza? 
— Nie zdążył. 

background image

— Poznała pani kogoś z jego otoczenia? 
— Prawdę powiedziawszy wcale mi na tym nie zależało. Pragnęłam wyrwać Janusza z 

tego kręgu. 

— Kiedy widziała go pani po raz ostatni? 
— W piątek. 
— Spędził u pani noc?  
— Przyszedł koło dziewiętnastej i posiedział jakieś dwie godziny. 
— Spieszył się gdzieś? 
— Miał załatwiać tę swoją pracę. 
— Późnym wieczorem? 
— Cóż w tym dziwnego? Przecież nie szedł na żadną państwową posadę. Chciał zostać 

akwizytorem u producenta zabawek. 

— A nie mówił pani, że wyjeżdża?  
— Niby dokąd? — Twarz Lucyny Drawskiej jak gdyby zesztywniała. 
— W góry, do Rytra. 
— Pierwsze słyszę. 
— Nie miał tam żadnych przyjaciół ani znajomych? 
— Trudno mi powiedzieć. W każdym razie nigdy mi o tym nie wspominał. 
— Zastanawiam się, czego Kwiczołek mógł szukać w tym Rytrze. Chyba przecież nie 

pojechał tam w sprawie zabawek? 

Drawska nie odpowiedziała. Grzelak odczekał chwilę, nie miał jednak zamiaru kończyć 

rozmowy. 

— Zna pani nazwisko i adres tego producenta zabawek? — dociekał. 
— Niestety. — Westchnęła ciężko. — Chociaż zaraz! — przypomniała sobie. — Janusz 

zapisywał telefon do niego. Może znajdziemy... 

Wyszła  do  przedpokoju  i  niemal  natychmiast  wróciła  ze  sporym,  dobrze  już  wysłużo-

nym notatnikiem. Przez kilka minut powoli przewracała kartki, wreszcie  odetchnęła z wyra-
źną ulgą. 

—  To  chyba  ten.  —  Pokazała  oficerowi.  —  Adam  Majdowski.  Jest  nawet  adres  jego 

warsztatu. 
 

Pół godziny później kapitan zatrzymał swego fiata przed otwartą bramą jednej z posesji 

przy  ulicy  Powsińskiej.  Na  pokrytym  topniejącym  śniegiem  podwórku  stał  popielaty  merce-
des nie najnowszego typu. Wysoki, barczysty mężczyzna w eleganckim, tureckim kożuszku i 
ufryzowany  na  panka  osiemnastolatek  w  brudnym  waciaku  zgodnie  ładowali  do  bagażnika 
jakieś paczki. Oficer odczekał, aż skończą, i podszedł do wozu z legitymacją w ręku. 

— Chciałbym mówić z panem Adamem Majdowskim — wyjawił cel swojej wizyty. 
— To ja. — Mężczyzna w kożuszku odwrócił się do Grzelaka. — Czym mogę służyć? 
— Jest pan właścicielem warsztatu produkującego zabawki? 
— Zgadza się. Dostarczam swoje wyroby przede wszystkim do państwowych placówek 

handlowych, a ostatnio dwa wzory zatwierdzono mi na eksport. 

— Pogratulować. 
— Przyszedł pan skontrolować księgi podatkowe czy zabezpieczenie przeciwpożarowe? 
— Nic z tych rzeczy. Interesuje mnie ten oto mężczyzna. — Kapitan sięgnął do kieszeni 

po fotografię Kwiczołka. — Mam nadzieję, że pan go sobie przypomina? 

—  Jasne!  —  Majdowski  ledwo  spojrzał  na  zdjęcie.  —  Pamiętam  go  doskonale.  To 

Janusz, mój kumpel z ławy szkolnej. 

— Często go pan widuje? 
— Od przypadku do przypadku. Czasem wpadnie do mnie, popijemy, powspominamy 

dawne czasy.  

background image

— Kiedy ostatni raz pana odwiedził? 
— Ze trzy tygodnie temu. 
— Czy to prawda, że miał go pan zatrudnić jako akwizytora? 
— Co takiego?! — żachnął się Majdowski. — Pan chyba żartuje! Ledwo mnie stać na 

opłacanie  pracowników,  których  już  zatrudniam  Sam  jestem  akwizytorem,  zaopatrzenio-
wcem,  księgowym  i  kierownikiem  produkcji.  To  nie  towarzystwo  dobroczynne.  Tu  trzeba 
zdrowo zakasać rękawy, żeby wyjść na swoje. 
 

Zaczynał właśnie padać mokry, lepiący się twarzy i ubrania śnieg, kiedy kapitan wysia-

dał  ze  swego  fiata  przed  niepozorną,  parterową  willą  przy  ulicy  Krynicznej.  Oficer  nacisnął 
dzwonek  przy  furtce  prowadzącej  do  niewielkiego  ogródka.  Chwilę  później  cichy  brzęczyk 
oznajmił, że można wejść, a w otwartych drzwiach willi pojawił się wysoki, postawny blon-
dyn o odstających uszach i spłaszczonym niczym u zawodowego boksera nosie. 

— Pan do mnie? — Popatrzył na Grzelaka pytająco. 
— Jeśli pan jest Alfredem Daleckim. 
— W takim razie proszę do środka. 
Weszli do obszernego, dostatnio urządzonego salonu. Oficer ulokował się na wygodnej 

kanapie naprzeciwko wiszących na ścianie wspaniałych wieńców jelenia. 

— Pan poluje? — zagadnął gospodarza. 
— To pamiątka po nieboszczyku wuju — wyjaśnił Dalecki. — Prawdę mówiąc odzie-

dziczyłem po nim całą chałupę... A pan właściwie w jakiej sprawie? 

— Jeden z pańskich znajomych miał wypadek. 
— Tak? 
— Chodzi o niejakiego Janusza Kwiczołka. 
— Co mu się stało? 
— Wpadł pod pociąg. 
— To okropne! — Wiadomość ta wywarła spore wrażenie na Daleckim. — Czy żyje? 
— Niestety nie. 
— Boże, znałem go jeszcze z czasów szkolnych. Kto by pomyślał, że tak skończy... 
— Ostatnio często się widywaliście? 
— Jakoś nie było okazji. 
— Kwiczołek mieszkał dwa kroki stąd, przy Zwycięzców. 
—  To  prawda,  ale  człowiek  jest  taki  zaganiany...  Spotykałem  go  na  ulicy,  mówiliśmy 

sobie „cześć” i każdy pędził w swoją stronę. 

— Podobno pański znajomy pozostawał w dość bliskich stosunkach z Lucyną Drawską. 
— Słyszałem. — Dalecki uśmiechnął się ironicznie. — Nie mam pojęcia, jakim cudem 

ciotuchna  go  złowiła.  To  przecież  niemłoda  kobieta,  a  Janusz  nigdy  nie  narzekał  na  brak 
powodzenia. 

— Może w grę wchodziły pieniądze?  
—  Niewykluczone  —  zgodził  się  gospodarz.  —  Kwiczołek  groszem  nie  śmierdział. 

Dwa albo i trzy razy sam pożyczałem mu po kilka setek. 

— Oddawał? 
— Nawet się nie upominałem. 
— Z czego żył? 
— Robił jakieś interesy. 
— Czy zawsze legalne? 
— To już chyba teraz nie ma znaczenia. 
— Może ma pan rację — mruknąć kapitan. — W końcu nic nie przywróci mu życia... 

Czy będzie pan na pogrzebie? 

—  Jeśli  akurat  nie  wyślą  mnie  w  drugi  koniec  Polski,  żebym  zrobił  jakiś  głupawy 

background image

reportaż.  Odkąd  pańscy  koledzy  zabrali  mi  prawo  jazdy  i  stałem  się  zależny  od  państwowej 
komunikacji, każdej doby brakuje mi przeciętnie od sześciu do ośmiu godzin. 
 
 
 
 

XIII 

 
 

— Przejdziemy się, kochanie? 
—  Daj  mi  spokój!  Mam  dosyć  tych  twoich  spacerów.  —  Ciśnięty  przez  Waligórską 

pantofel  dosłownie  o  milimetry  minął  głowę  Jonathana.  —  Wszystko  mnie  boli.  Jutro, 
zamiast się opalać, będę musiała cały dzień leżeć w łóżku! 

— Ależ Aneczko... 
— Lepiej zejdź mi z oczu! 
Dembinsky wolał nie przeciągać struny. Chwycił kurtkę z wieszaka, odruchowo wsunął 

do ust kostkę gumy do żucia i wymknął się z pokoju. Zbiegał właśnie po schodach, kiedy w 
holu na parterze mignęła mu zgrabna sylwetka Morzyńskiej. Bez zastanowienia jeszcze przy-
spieszył kroku. 

— Witam, witam! — zawołał z daleka. — Cóż za spotkanie, pani Renatko! 
— Widać świat jest mały. 
— Tak się cieszę, że przejechała pani na wypoczynek właśnie do Rytra. 
— Doprawdy? — W oczach dziewczyny zamigotały przekorne iskierki. — Przecież nie 

może pan narzekać na brak towarzystwa. 

— Ma pani na myśli tę lalkowatą blondynkę? — Jonathan udał zmieszanie. 
—  Proszę  mnie  tylko  nie  przekonywać,  że  woli  pan  rude.  —  Przejechała  dłonią  po 

wystającym spod wzorzystej czapeczki kasztanowatym kosmyku. 

— Kiedy to prawda. 
— Nie wierzę. 
— Słowo skauta. 
— U nas są harcerze. 
— Wybiera się pani na spacer? — Uznał, że należy już przerwać to przekomarzanie. 
— Owszem. 
— Czy mógłbym zaproponować swoje towarzystwo?  
Szykowała  właśnie  kolejny  docinek,  w  ostatnim  jednak  momencie  musiała  zmienić 

zamiar, bo uśmiechnęła się do detektywa przyjaźnie. 

—  Chodźmy  —  rzuciła  lekko.  —  A  na  dowód  zawieszenia  broni  wybaczam  ci  tę 

blondynkę. 

— Jesteś cudowna! 
—  Uważaj,  bo  jeszcze  w  to  uwierzę...  Ale  to  paskudztwo  mógłbyś  wypluć,  kiedy  już 

jesteś ze mną — najwyraźniej nie tolerowała gumy do żucia. 

— Według rozkazu! Dla ciebie wszystko. 
Wyszli przed dom wczasowy. Na dworze było ciemno i zupełnie pusto. Inni wczasowi-

cze  jakoś  nie  kwapili  się  do  wieczornych  spacerów,  woleli  widać  obficie  zaopatrzony  barek 
Perły  Południa,  hałaśliwą  dyskotekę  lub  wypoczynek  we  własnych  pokojach.  Dembinsky 
wahał  się  przez  moment,  w  którą  stronę  poprowadzić  Morzyńską,  ale  ona  najwyraźniej  nie 
miała  zamiaru  oddawać  inicjatywy.  Zdecydowanym  ruchem  wsunęła  mu  rękę  pod  ramię  i 
pociągnęła drogą do leśniczówki. Przez dobrą minutę szli obok siebie w milczeniu. Zamierzał 
właśnie rozpocząć bezpieczną rozmowę o górach i pogodzie, kiedy zaskoczyła go znowu. 

— Powiedz mi, co ty właściwie tutaj robisz? — Pytanie zabrzmiało dość obcesowo. — 

background image

Jeszcze nie słyszałam, żeby jakiś zachodni businessman przyjeżdżał do Rytra robić interesy 

— Po prostu mam tu się z kimś spotkać — skłamał gładko. — Poza tym postanowiłem 

trochę odpocząć. 

— A tak w ogóle to czym się zajmujesz? 
— W Stanach mam wytwórnię farb i lakierów. — Jonathan trzymał się raz wymyślonej 

legendy. 

— Coś dużego? 
— Niewiele ponad pół miliona rocznego obrotu. Na tamtejszym rynku zupełnie się nie 

liczę. 

— Myślisz ruszyć z produkcją w Polsce?  
— Jeślibym na tym zarobił... A ty co studiujesz? — Skwapliwie zmienił temat. 
— Prawo. 
— Nie żartuj? 
— Jak dobrze pójdzie, latem obronię pracę magisterską. 
— Prawdę mówiąc, mojej firmie przydałby się ktoś znający wasze przepisy. 
— Proponujesz mi posadę? 
— Nie tylko... 
Objął  dziewczynę  i  musnął  wargami  jej  policzek.  Odwróciła  twarz,  a  on  przygarnął  ją 

do siebie i spróbował pocałować w usta. Tym razem spotkał go jednak srogi zawód. Morzyń-
ska zręcznie wymknęła mu się z rąk i odskoczyła kilka kroków. 

— Wolnego, panie Dembinsky! — Zmarszczyła groźnie brwi, ale w głosie jej nie wy-

czuwało się gniewu. — Nie każda praca mi odpowiada. Nawet za dolary... 

— Trochę mnie poniosło — przyznał ze skruchą. — Ale żebyś była aż taka święta... 
— Nie podoba ci się?! 
— Ależ ja nic nie powiedziałem. 
Znowu wzięła go pod rękę i bez pośpiechu ruszyli dalej, ale jakoś oboje stracili ochotę 

do rozmowy. Byli już niedaleko leśniczówki, kiedy nagły podmuch wiatru targnął rosnącymi 
przy drodze świerkami. Chwilę później powiało znowu, jednak już znacznie silniej. Ciche do 
tej pory góry napełniły się świstem i chrzęstem. Renata przystanęła i rozejrzała się niepewnie 
dokoła. Jonathan objął ją opiekuńczo ramieniem. Nie zaprotestowała. 

— Wieje nie gorzej niż u nas, nad Atlantykiem — zauważył. — Głowę może urwać. 
— Lepiej wracajmy — poprosiła. 
— Zimno ci? 
— Nie, ale nie lubię takiej wichury. 
— Nasza pierwsza randka nie wypadła najlepiej. 
— A jeśli to ostrzeżenie przed dalszą znajomością? 
— Czasami bywam przekorny. 
— Prawdę powiedziawszy ja też... 
Szybkim  krokiem  ruszyli  w  stronę  domu  wczasowego.  Wiatr  dmuchał  im  w  plecy, 

jakby poganiał, wkrótce więc dostrzegli charakterystyczną sylwetkę Perły Południa. 

— I już po strachu — roześmiał się detektyw. — Jesteśmy na miejscu.  
— Zaraz wrócisz do tej swojej blondyny. 
W głosie Morzyńskiej zadźwięczało coś, co można było uznać za nutkę żalu połączoną 

z odrobiną zazdrości. 

— Chyba że zaprosisz mnie do siebie. 
— Na to nie licz. 
— Innymi słowy, do widzenia. 
— Dobranoc. 
Podeszli  do  wejścia.  Nieco  dalej,  poniżej  domu  wczasowego,  zaczynał  się  sporych 

rozmiarów  parking.  Stało  tam  kilkanaście  samochodów  należących  do  gości  Perły  Południa. 

background image

Dembinsky odruchowo zerknął na swego poloneza i nagle coś go tknęło. Dobrze pamiętał, że 
zostawiając  wóz  starannie  go  pozamykał,  tymczasem  teraz  drzwi  od  strony  kierowcy  były 
uchylone.  Zawrócił,  by  podejść  bliżej,  i  niemal  w  tym  samym  momencie  dostrzegł  we 
wnętrzu samochodu sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Bez zastanowienia puścił się biegiem, ale 
włamywacz  zdążył  go  już  zauważyć,  bo  wyprysnął  z  wozu  niczym  wyrzucony  z  katapulty  i 
co sił w nogach rzucił się do ucieczki. 

Od skraju lasu dzieliło ich dobrych trzysta metrów. Złodziej gnał właśnie w tamtym kie-

runku, detektyw miał jednak nadzieję, że zdąży go dopaść, nim tamten skryje się za pierwszy-
mi drzewami. Włamywacz przeciął drogę, jednym susem przesadził rów i pomknął na przełaj 
po stromym stoku. Na pierwszy rzut oka zbocze wyglądało w miarę równo, rychło okazało się 
jednak, że to tylko śnieg zamaskował liczne rozpadliny i wykroty. Już po pierwszych krokach 
uciekający  wpakował  się  w  jakąś  dziurę.  Wygramolił  się  niemal  natychmiast,  ale  w  tym 
czasie  detektyw  zdołał  zniwelować  dzielący  ich  dystans  do  paru  metrów.  Jeszcze  chwila  i 
Dembinsky  dopadł  złodzieja.  Tamten  z  półobrotu  spróbował  trafić  Jonathana  w  szczękę, 
chybił jednak i obaj zwalili się w śnieg. 

Przeturlali  się  kilka  kroków.  To  jeden,  to  drugi  był  na  wierzchu  i  żaden  nie  zamierzał 

kapitulować. Detektyw poczuł na bokach parę bolesnych uderzeń, potem przeciwnik grzmo-
tnął  go  czołem  w  szczękę.  Zamroczyło  go  na  moment,  ale  nie  puścił.  Wyczekał,  aż  tamten 
ponownie znajdzie się na wierzchu, szarpnął nim i nadział podbrzuszem na kolano. Złodziej 
zawył z bólu. Teraz Jonathan przydusił go do ziemi i jednocześnie chwycił za gardło. 

— Czego szukałeś w wozie?! — warknął. — Gadaj, bydlaku, bo już tu zostaniesz! 
Tamten wycharczał coś bez związku. 
Detektyw rozluźnił nieco chwyt i w tym samym momencie usłyszał za plecami skrzyp-

nięcie śniegu. Chciał się obejrzeć, ale nie zdążył. Poczuł tylko, że tępy ból rozsadza mu cza-
szkę, i stracił przytomność.  
 
 
 
 

XIV 

 
 

— Obywatelu pułkowniku, melduje się kapitan Jodecki! — Drobny, krótko ostrzyżony 

blondyn zatrzymał się w progu  gabinetu naczelnika wydziału. — Obywatel pułkownik mnie 
wzywał? 

— Siadaj! — Kuglarz zmęczonym gestem wskazał przybyłemu miejsce obok Zanejki i 

Grzelaka. — Jak pewno wiesz, przejęliśmy śledztwo w sprawie zabójstwa Janusza Kwiczoł-
ka. 

— Andrzej mi wspominał. 
—  Na  razie  wiemy  tylko  tyle,  że  ktoś,  chcąc  ukryć  zbrodnię,  próbował  upozorować 

wypadek  kolejowy.  Porucznik  Zanejko  zabezpieczył  przy  torach  odcisk  buta  należący  pra-
wdopodobnie do osoby, która podrzuciła zwłoki, ale, jak sam twierdzi, nie dałby głowy za ten 
dowód. Z kolei rozmowy kapitana Grzelaka ze znajomymi i przyjaciółmi denata nie przynio-
sły  spodziewanych  rezultatów.  W  tej  sytuacji  spore  nadzieje  wiążemy  z  pozawarszawskim 
wątkiem sprawy 

— Rozumiem, że zostałem przydzielony do grupy śledczej? — Domyślił się Jodecki. 
— Nie pojechałbyś na przykład w góry? 
— Jeśli na wczasy, to bardzo chętnie — zażartował kapitan. — Chociaż po wstępie na 

temat zabójstwa Kwiczołka spodziewam się raczej jakiegoś niezbyt wdzięcznego zadania.  

—  Położona  w  Rytrze  Perła  Południa  należy  do  najbardziej  ekskluzywnych  domów 

background image

wczasowych. — Uśmiechnął się pułkownik. — Przy okazji będziesz mógł ją sobie obejrzeć. 

— W wolnej chwili między przesłuchaniem jednego bandziora a pościgiem za drugim 

—  sarkastycznie  dopowiedział  Jodecki.  —  A  nawiasem  mówiąc,  słyszałem,  że  na  południu 
Polski szaleją zamiecie. Oj, użyję ja w tym Rytrze jak pies w studni. 

—  Nie  narzekaj.  —  Grzelak  uznał,  że  wypada  przystopować  kolegę.  —  Przynajmniej 

zobaczysz góry, podczas gdy na nas spadnie czarna robota w Warszawie. 

— Sprawa przedstawia się następująco — naczelnik przystąpił do rzeczy. — Kwiczołek 

w  sobotę  pojechał  do  Rytra.  Spędził  tam  cały  dzień,  a  w  niedzielę  wieczorem  wsiadł  do 
pociągu  wracającego  do  Warszawy.  Traf  chciał,  ze  właśnie  w  niedzielę  spłonął  w  Rytrze 
dom. Według opinii ekspertów w grę wchodzi celowe podpalenie. W zgliszczach znaleziono 
zwłoki  nie  zidentyfikowanego  mężczyzny.  Właściciel  domu  również  nie  żyje.  Mamy  wsze-
lkie dane, by w obu wypadkach podejrzewać zabójstwo. 

—  Śledztwo  w  sam  raz  dla  Wojewódzkiego  Urzędu  Spraw  Wewnętrznych  w  Nowym 

Sączu. 

—  Może  przyznałbym  ci  rację,  gdybym  od  trzydziestu  z  górą  lat  nie  pracował  w  na-

szym fachu. — Kuglarz jakoś dziwnie popatrzył na Jodeckiego. — Nie wierzę w żadne zbiegi 
okoliczności. Trzy zabójstwa w ciągu tak krótkiego  czasu i żadnego zabójcy. W dodatku do 
Rytra  zjechał  właśnie  Amerykanin  polskiego  pochodzenia,  niejaki  Jonathan  Dembinsky. 
Podobno  ma  zakładać  firmę  polonijną,  ale  na  razie  nie  przejawia  żadnego  zainteresowania 
działalnością gospodarczą., 

—  Czyżby  facet  maczał  palce  w  podpaleniu  albo  był  zamieszany  w  któreś  z  tych 

zabójstw? 

— Nie sądzę, chociaż nigdy nic nie wiadomo. 
— Co ustalili nasi koledzy z miejscowej jednostki milicji? 
— Niewiele. Tak się złożyło, że porucznik Szydlik i sierżant Wrzosek omal nie zginęli 

w wypadku samochodowym. 

— Kolejny zbieg okoliczności? 
— Nie wiem. Sam jednak widzisz, że twój wyjazd do Rytra jest konieczny. 
— Na to wygląda. — Jodecki nie próbował już oponować. — Jak długo tam zabawię? 
— To zależy od rozwoju wypadków. 
— Tak jest. 
— Przez cały czas będziesz z nami w kontakcie. 
— Oczywiście. 
— I pamiętaj, żeby ci przypadkiem nie przyszło do głowy przyciskać tego Amerykanina 

—  ni  stąd,  ni  zowąd  zastrzegł  pułkownik.  —  Nasi  przełożeni  zmyliby  nam  głowy,  gdyby 
doszło do jakichkolwiek zadrażnień z ambasadą.  
 
 
 
 

XV 

 
 

— Jonathan, co z tobą? 
— Boże, co oni z nim zrobili! 
— Panie Dembinsky, czy pan mnie słyszy?  
Detektyw  z  trudem  otworzył  oczy.  Dookoła  wszystko  wirowało  i  minęło  dobre  pół 

minuty, nim poznał hol Perły Południa, Waligórską, Morzyńską i sierżanta Wrzoska. 

— Kto mnie tak urządził? — wymamrotał z trudem. 
—  Złodziei  było  dwóch  —  wyjaśniła  Renata.  —  Ten  drugi  siedział  gdzieś  w  rowie. 

background image

Kiedy dogoniłeś jego wspólnika, wyskoczył i zaszedł cię od tyłu Zanim zdążyłam krzyknąć, 
było już po wszystkim. 

— Uciekli? 
— Nawet nie popatrzyli, co się z tobą stało. 
— Czy państwo potrafilibyście opisać tych bandziorów? — zainteresował się Wrzosek. 

— Muszę wiedzieć, kogo mam szukać. 

—  Ja  widziałem  tylko  jednego  —  odparł  Dembinsky.  —  Facet  był  wysoki,  barczysty, 

miał na sobie ciemną ortalionową kurtkę. 

— Ktoś miejscowy? 
— Tego nie potrafię określić. 
— A ten drugi? 
—  Stałam  przy  wejściu  do  domu  wczasowego,  a  scena  ta  rozegrała  się  dobre  sto 

metrów dalej. — Morzyńska bezradnie rozłożyła ręce. — W dodatku było ciemno.  

— No, tak... — Wrzosek w zamyśleniu zaczął skubać koniec spowijającego jego głowę 

bandaża. — Obawiam się, że trudno będzie zidentyfikować włamywaczy. I jeszcze jedno — 
przypomniał sobie. — Czy w samochodzie trzymał pan jakieś rzeczy mogące stanowić łako-
my kąsek dla złodzieja? 

— Absolutnie nic. Wszystko zaniosłem do pokoju. 
— W każdym razie będę musiał obejrzeć pańskiego poloneza. 
— Proszę bardzo. 
— Zostawiam pana na  razie pod opieką dam — sierżant uścisnął Jonathanowi rękę na 

pożegnanie — a za chwilę powinien zjawić się lekarz. Mam nadzieję, że nie zajdzie potrzeba 
przewiezienia pana do szpitala. 

— To nie wchodzi w rachubę. Nie będę przejmował się byle siniakiem na głowie. 
Wrzosek wyszedł na parking, na którym niemal natychmiast dostrzegł poloneza z otwa-

rtymi  drzwiami.  Zapalił  latarkę  i  przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się  zameczkowi.  Nie  był 
uszkodzony, choć tuż przy klamce lakier był w kilku miejscach zadrapany. Wyglądało na to, 
że włamywacz posłużył się wytrychem. 

Sierżant zajrzał do środka. Przy stacyjce nie zauważył żadnych śladów świadczących o 

próbie  uruchomienia  samochodu.  Postanowił,  że  rano  przywiezie  z  posterunku  walizkę  śle-
dczą i spróbuje poszukać odcisków palców. Tymczasem wolał niczego nie ruszać. Oparł się o 
zaparkowanego obok malucha i nagle drgnął. Oświetlił latarką drzwi fiacika i pierwsze wra-
żenie, niestety, potwierdziło się. I do tego samochodu niedawno dokonano włamania. 
 
 
 
 

XVI 

 
 

Dembinsky naciągnął na głowę wzorzystą, wełnianą czapeczkę i przejrzał się w lustrze. 

Nie bez satysfakcji stwierdził, że wygląda całkiem znośnie. Bandaża prawie nie było widać. 

— Gdzie cię znowu niesie? — W głosie Waligórskiej zabrzmiała wyraźna dezaprobata. 

— Przecież lekarz kazał ci leżeć. 

— Siedząc w chałupie nie znajdę krucyfiksu. — Niecierpliwie wzruszył ramionami. — 

Czyżbyś już zapomniała, po co tu przyjechaliśmy? 

—  W  takim  razie  idę  z  tobą!  —  W  przypływie  nagłej  energii  chwyciła  kożuszek.  — 

Może do czegoś się przydam. 

— Szczerze wątpię. Będę miał z tobą tylko kłopot. 
— Nie mogę przecież przez cały dzień siedzieć w tej norze. 

background image

— Idź się opalać. 
— Nie żartuj! — Ostentacyjnie podeszła do okna, przez które było widać zachmurzone 

niebo i topniejący śnieg. — W taką pogodę?! 

— Złóż zażalenie do świętego Piotra. Ja ci mrozu ani słońca nie wyczaruję. 
Wykrzywiła twarz w niepohamowanej złości, ale niemal natychmiast zdołała się opano-

wać.  Zmieniła  taktykę.  Podbiegła  do  Jonathana,  objęła  go  za  szyję  i  mocno  pocałowała  w 
usta. 

— Nie zostawiaj mnie, kochanie — szepnęła. — Tak bardzo nie lubię być sama. 
— Musiałabyś prawie cały czas siedzieć w samochodzie. Poza tym to trochę niebezpie-

czne. Nigdy nie wiadomo, gdzie, kiedy i od kogo można oberwać. 

—  Nie  udawaj,  że  tak  się  o  mnie  troszczysz  —  znowu  podniosła  głos.  —  Nie  chcesz 

mnie  zabrać,  bo  pewno  zaplanowałeś  sobie  randkę  z  tą  rudą,  z  którą  włóczyłeś  się  wczoraj 
wieczorem. 

— Ależ Aneczko... 
— Ja już swoje wiem! — Nie dała mu dojść do słowa. — Dziewczyna zagięła parol na 

ciebie, a tobie to pochlebia. 

—  Bzdura!  —  Dembinsky  gwałtownie  zaoponował,  choć  w  głębi  duszy  musiał  przy-

znać, że podejrzenia Waligórskiej nie są całkiem bezpodstawne. — Coś ci się przywidziało. 

— Nie wysilaj się. Mnie i tak nie wyprowadzisz w pole. 
— Więc dobrze! — Ustąpił dla świętego spokoju. — Jedziemy razem. Tylko żebyś nie 

miała pretensji, jeśli spotka cię jakaś przykrość. 

Szeroki uśmiech był najlepszym dowodem, jak bardzo zależało Ance na postawieniu na 

swoim. Cmoknęła Jonathana w policzek i już była przy drzwiach. Chwilę później oboje znale-
źli  się  na  parkingu.  Jak  gdyby  na  potwierdzenie  niedawnych  podejrzeń  Waligórskiej,  przy 
kremowym maluchu dostrzegli Morzyńską. 

— Państwo na wycieczkę? — Ukłoniła się im z przesadną wprost uprzejmością. — Nie 

radziłabym. Na drodze okropna plucha. 

— Nam to nie przeszkadza. — Anka zadarła nosa niemal pod samo niebo. 
— A wiecie, państwo, że i do mojego wozu było wczoraj włamanie? 
— Zginęło coś? — zainteresował się detektyw. 
— Tylko kilka drobiazgów: latarka, okulary słoneczne, rękawiczki... 
— Założę się, że to sprawka tych samych włamywaczy. 
— I ja tak sądzę. 
Dembińską  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  niecierpliwe  chrząknięcie  Waligórskiej 

przypomniało mu o jej niedawnych wymówkach. Postanowił więc odłożyć na później dalszą 
rozmowę z Morzyńską, wsiadł do poloneza i uruchomił silnik. Samochód wolno wytoczył się 
na śliską, pokrytą topniejącym śniegiem drogę. Ostrożnie zjechali w dół, nad sam Poprad. Ze 
znalezieniem  Zajazdu  Ryterskiego  na  szczęście  nie  mieli  kłopotów.  Jonathan  zaparkował 
obok jakiejś starej, zdezelowanej syrenki i zapraszającym gestem wskazał Ance restaurację. 

—  Nie  mogłeś  zaprosić  mnie  do  cocktail-baru  w  Perle?  —  wyglądała  na  cokolwiek 

zdegustowaną. 

— Wolisz zostać w wozie? — spytał chłodno. 
—  Chodźmy.  —  Zdecydowała  się  natychmiast.  —  Będę  miała  okazję  zobaczyć  cię  w 

akcji. 

W  sporej  sali  siedziało  zaledwie  kilka  osób.  Nie  rozbierając  się  zajęli  miejsce  przy 

pierwszym  z  brzegu  stoliku  i  cierpliwie  czekali  na  kelnerkę.  Zjawiła  się  nadspodziewanie 
szybko,  a  kwadrans  później  przyniosła  zamówione  trzy  kufle  piwa,  ćwiartkę  wódki  i  jakąś 
sałatkę  w  charakterze  zakąski.  Ankę  aż  korciło,  by  zjadliwie  skomentować  to  wszystko,  ale 
detektyw nie zwracał na nią uwagi. Dolał do dwóch kufli wódki i z tak doprawionym piwem 
ruszył do jednego z sąsiednich stolików. 

background image

Łysawy mężczyzna koło trzydziestki zmierzył nieproszonego gościa nieufnym spojrze-

niem, nie odmówił jednak poczęstunku. Detektyw odczekał, aż tamten przełknie kilka łyków, 
i wyciągnął z kieszeni nieco pomiętą pięciodolarówkę. 

— Mam pewien problem — zaczął beznamiętnie. — Niby nic wielkiego, ale potrzebna 

mi pomoc.  

— Co jest grane? — Majda wlepił wzrok w zielony papierek. 
— Szukam dwóch facetów. 
— Miejscowych? 
— Tak mi się zdaje. 
— Do czego oni panu potrzebni? 
— Mamy trochę do pogadania. 
— Znaczy, że się znacie? 
— W pewnym sensie. — Dembinsky odchylił nieco czapkę, by tamten mógł zobaczyć 

koniec bandaża. 

— Pan sam będzie z nimi rozmawiał? — Majda skinął głową na znak, że rozumie, o co 

chodzi Jonathanowi. 

— Wczoraj wieczorem też było ich dwóch, a ja jeden. 
Przy stoliku na moment zapanowało milczenie. Detektyw niby mimochodem rozprosto-

wał pięciodolarówkę na swoim kuflu. Ścianki naczynia były wilgotne, tak że po kilku próbach 
przylgnęła do nich i z daleka wyglądała jak zwykła zielona nalepka. 

—  Tych  dwóch  pewno  nie  życzy  sobie  rozmowy  z  szanownym  panem  —  mruknął 

Majda. — Mogliby mieć duże pretensje do kogoś, kto umówiłby was na spotkanie. 

— Przecież nie muszą wiedzieć, od kogo dostałem adres. 
— Niby prawda. — Majda wyciągnął rękę w kierunku kufla i zręcznym ruchem odlepił 

pięciodolarówkę.  —  W  końcu  to  nie  tylko  ja  słyszałem,  jak  Józek  Jasiukiewicz  i  Maciek 
Rydzyk przechwalali się swoimi wczorajszymi wyczynami. 

— Gdzie ich znajdę? 
—  Józek  pewno  siedzi  u  swojej  dziewczyny  w  Sączu.  Wiem,  że  ma  na  imię  Iwona  i 

mieszka gdzieś niedaleko dworca kolejowego. 

— Trochę mało, żeby trafić. 
—  Niech  pan  najpierw  pogada  z  Maćkiem.  Zdrowo  mu  pan  wczoraj  dołożył  i  idę  o 

zakład, że dzisiaj nie wstał z łóżka. 

— Mieszka tutaj, w Rytrze? 
— Dwa kroki stąd, w Barcicach. Trzecia chałupa za przystankiem. 
Jonathan uśmiechnął się lekko i zachęcającym gestem podsunął swój kufel Majdzie. 
— Proszę wypić za moje zdrowie. 
—  Nigdy  nie  odmawiam...  A  gdyby  kiedyś  miał  pan  na  zbyciu  jeszcze  jakieś  dolce, 

łatwo mnie znaleźć. Jeśli nie tu, to w Małej Roztoce. 

—  Będę  pamiętał,  że  pan  chętnie  zarobi  kolejną  piątkę  —  dopowiedział  detektyw.  — 

Ale na mnie już czas. 

Skinął Majdzie na pożegnanie i bez pośpiechu wrócił do swego stolika. Waligórska nie 

mogła się go doczekać. Z podniecenia nie spróbowała nawet sałatki ani piwa. 

— Czego się dowiedziałeś? — konfidencjonalnie zniżyła głos. 
—  Wszystkiego!  —  porozumiewawczo  przymrużył  oko.  —  Skarby  są  zakopane  pod 

krzyżem na rozstajnych drogach. Wystarczy iść o północy i wykopać. 
 

W Barcicach Jonathan zaparkował poloneza dobre dwieście metrów od domu Rydzyka. 

Tym razem Anka nie napierała się, żeby mu towarzyszyć. Brnąc po kostki w rzadkim błocie, 
podszedł  do  chałupy,  minął  niewielkie,  zapuszczone  podwórko  i  bez  pukania  pchnął  niskie, 
pomalowane na szaro drzwi. 

background image

—  Pan  do  kogo?  —  W  ciemnej  sionce  stała  niewysoka,  drobna  kobiecina  o  pomar-

szczonej twarzy.  

— Maciek w domu? 
— Syn leży. — Wskazała drzwi naprzeciwko wejścia do sionki. — Mówił, że go kości 

bolą. 

— Pani nam nie przeszkadza — zastrzegł Dembinsky, siląc się na obojętność. — Mamy 

ważny interes do obgadania. 

Skinęła  głową  na  znak,  że  rozumie.  Jonathan  wszedł  do  niskiej,  ale  obszernej  izby. 

Wszystkie  ściany  były  obwieszone  obradami  świętych,  a  na  jednym  z  dwóch  drewnianych 
łóżek  spał  jakiś  mężczyzna.  Detektyw  stanął  tuż  obok  i  przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się 
czerwonej, nalanej twarzy. Wyglądało na to, że Majda powiedział prawdę. 

—  Wstawaj!  —  Dembinsky  bezceremonialnie  szarpnął  Rydzyka  za  ramię.  —  Może 

myślałeś, że cię nie znajdę? 

Maciek otworzył oczy i wybełkotać coś półprzytomnie, ale drugie szarpnięcie otrzeźwi-

ło go do reszty. Spróbował się podnieść, ostrzegawczy, gest Jonathana zatrzymał go jednak w 
pozycji leżącej. 

— To pan? — wychrypiał, nie usiłując nawet ukryć ogarniającego go przerażenia. 
— We własnej osobie. 
— Boże, przecież pan mnie teraz zabije... 
— Bez przesady. — Detektyw wykrzywił twarz w ironicznym uśmieszku. — Co najwy-

żej połamię ci gnaty. 

— Przecież to nie ja dałem panu po łbie. 
— Ale ciebie mam akurat pod ręką. 
— Boże, za jakie grzechy?! 
— Czego szukałeś w moim wozie? 
— Niczego... 
Palce  lewej  dłoni  detektywa  błyskawicznie  sięgnęły  gardła  Rydzyka.  Jonathan  nawet 

nie ścisnął, ale Maćkowi i tak oczy wyszły z orbit. 

— Gadaj — syknął ze złością. 
— Poszliśmy z Józkiem pod Perłę — Rydzyk trząsł się jak galareta. — On stał na świe-

cy, a ja miałem obskoczyć kilka wozów, 

— Najpierw załatwiłeś kremowego malucha? 
— Zgadza się. 
— To był twój pomysł czy Jasiukiewicza? 
— Nie wiem, tak jakoś wyszło... 
Zwinięta w pięść dłoń Jonathana złowrogo zawisła nad szczęką Maćka. 
— Słucham?! 
—  Józek  kazał  mi  zacząć  od  wozów  w  drugim  rzędzie  —  zaskowyczał  Rydzyk.  — 

Miałem zajrzeć do volkswagena, dwóch maluchów i poloneza. 

— Co zabrałeś z malucha? 
— Latarkę, rękawiczki, okulary przeciwsłoneczne 
— Nic więcej? 
— Jak mamę kocham! 
— A z mojego poloneza? 
— Nawet nie zdążyłem się rozejrzeć. 
— Czego Jasiukiewicz kazał ci szukać? 
— Niczego konkretnego. Miałem brać wszystko, co mi wpadnie w oko. 
— Ejże? 
— Niech pan zapyta Józka, skoro pan nie wierzy. 
— Dobry pomysł. 

background image

Rydzyk odetchnął, uznał, że najgorsze ma za sobą. 
— Gdzie znajdę Jasiukiewicza? 
— Powinien być teraz u Iwony Biedrzyckiej Dziewczyna mieszka w Nowym Sączu w 

takim nowym bloku, zaraz przy dworcu kolejowym. Łatwo trafić. 

— Może herbatki albo czegoś mocniejszego? — W progu pojawiła się matka Rydzyka. 

— Maciusiu, dlaczego niczym nie poczęstowałeś gościa. Tak nie wypada. 

— Po co ten kłopot? — podziękował detektyw. — Ja już wychodzę... Ale może jeszcze 

przyjdę — dorzucił, spoglądając znacząco na Rydzyka. — Muszę przecież doprowadzić spra-
wę do końca. 

Dembinsky  wrócił  do  poloneza  i  zapuścił  silnik.  Drogę  do  Nowego  Sącza  przebyli  w 

milczeniu. Waligórska nie wypytywała swego towarzysza o rezultaty rozmowy z Rydzykiem, 
a Jonathan także nie miał ochoty na pogawędkę. 

Dobry kwadrans krążyli w kółko pod dworcem kolejowym, zanim trafili pod właściwy 

blok.  Anka  znowu  została  w  wozie,  a  detektyw  raźnym  krokiem  pomaszerował  na  drugie 
piętro. Na drzwiach nie było wizytówki, ale Jonathan był przekonany, że trafił pod właściwy 
adres. Rydzyk nie miałby odwagi wprowadzić go w błąd. Energicznie zapukał i po chwili w 
drzwiach stanęła tęga blondynka o jaskrawo wymalowanej twarzy. 

— Słucham? — Obrzuciła gościa niechętnym spojrzeniem. 
— Zastałem Józka? 
— Jakiego znowu Józka? — Dembinsky najwyraźniej nie wzbudził zaufania dziewczy-

ny. 

— Jasiukiewicza. 
— Nie znam takiego. 
—  Gadanie!  —  Bezceremonialnie  odsunął  Biedrzycką  i  wszedł  do  przedpokoju.  — 

Umówiliśmy się, że będzie tu na mnie czekał. 

— To chyba jakaś pomyłka... 
Jonathan otworzył pierwsze z brzegu drzwi i trafił do kuchni. W środku spostrzegł sie-

dzącego na parapecie, przeraźliwie szczupłego blondyna. Na widok detektywa chłopak zerwał 
się na równe nogi, ale niemal natychmiast zamarł w bezruchu. 

— Proszę wyjść, bo zawołam milicję! — Biedrzycka chwyciła detektywa za ramię. — 

Słyszał pan?! 

— Zmiataj stąd, mała! — zarządził. — To będzie męska rozmowa, nic tu po tobie. 
— Lepiej wyjdź — potwierdził Jasiukiewicz. — Mamy do pogadania. 
Chciała  jeszcze  protestować,  w  końcu  jednak  w  milczeniu  zamknęła  za  sobą  drzwi. 

Mężczyźni przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Pierwszy odezwał się Józek. 

— Musiałem ci przyłożyć, bo inaczej trafiłbym razem z kolesiem do pudła — wyjaśnił 

rzeczowo. 

—  Jeszcze  nic  utraconego.  —  Jonathan  beznamiętnie  wzruszył  ramionami.  —  Policja 

się ucieszy, kiedy podwiozę was na posterunek. 

Twarz chłopaka stężała. Zrobił krok w kierunku detektywa, a jego prawa ręka wolniu-

tko  zaczęła  się  zbliżać  do  kieszeni  spodni.  Dembinsky  dobrze  wiedział,  co  to  oznacza,  udał 
jednak, że niczego nie dostrzega. Nonszalanckim kopniakiem zamknął otwarte drzwiczki je-
dnej z szafek i z pozorną niefrasobliwością odwrócił głowę. Teraz wypadki potoczyły się bły-
skawicznie.  Jasiukiewicz  runął  do  przodu  niczym  pocisk  wyrzucony  z  katapulty  i  jednocze-
śnie metalicznie szczęknęło ostrze noża sprężynowego. Ale przygotowany  na atak Jonathan 
nie dał się zaskoczyć. Zrobił błyskawiczny, choć niezbyt głęboki, unik, chwycił przeciwnika 
za  nadgarstek  i  ściągnął  na  siebie.  Jeszcze  zdecydowane  szarpnięcie,  precyzyjne  uderzenie 
drugą ręką w łokieć i Józek bezwładnie zawisł na wywichniętym ramieniu. 

— Boli!! — zawył żałośnie. — Moja ręka! 
— W szpitalu ci ją nareperują. — Detektyw ani myślał puścić. — Trochę gipsu i będzie 

background image

jak nowa. 

— Ratunku! 
— Po co podskakiwałeś? 
— Błagam, daruj! Zrobię wszystko, co zechcesz. 
— Słowo? 
— Jak Boga kocham! 
— Tylko pamiętaj, żeby ci znowu nie przyszła do głowy jakaś głupota. 
Dembinsky zwolnił uchwyt i Jasiukiewicz upadł na podłogę. Przez dobrą minutę jęczał, 

masując obolałe ramię. W końcu dźwignął się na nogi. 

—  Nie  wiedziałem,  żeś  taki  kozak  —  wychrypiał.  —  Maćkowi  niejeden  potrafi  doło-

żyć, ale mnie... 

— Dlaczego włamaliście się do mego wozu? — Jonathan ostro przystąpił do rzeczy. — 

Ktoś wam kazał? 

—  Niby  kto  miał  kazać?  Dostałem  cynk,  że  przyjechał  do  Perły  dziany  Amerykanin, 

więc poszliśmy z Rydzykiem sprawdzić, czy nie trzyma czegoś w samochodzie. 

— A tego malucha obrobiliście przy okazji? 
— Maciek ma bzika na punkcie otwierania zamków. Jeden wóz to dla niego mało. 
— W związku z tym postanowiliście włamać się do czterech? 
— Przyznał ci się? 
— Spróbowałby nie. 
— Co teraz z nami zrobisz? 
— Wyprawię za kratki. 
Józek  zmarszczył  brwi  i  przez  dłuższą  chwilę  zastanawiał  się  nad  czymś.  Wreszcie 

potrząsnął głową. 

— Chyba jednak nie. — Popatrzył na detektywa badawczo. — Nie przychodziłbyś tutaj 

by mi łamać gnaty. 

— Widzę, że mimo wszystko masz trochę oleju  w  głowie — przyznał Dembinsky.  — 

Może się dogadamy. 

— Czego chcesz? 
— Parę dni temu spaliła się w Rytrze chałupa. Jej właściciel zginął. Interesuje mnie, kto 

mu w tym pomógł.  

— Po co ci to potrzebne? 
— Nie twój biznes. 
— Ta sprawa śmierdzi na odległość. Z dwojga złego wolę już siedzieć za włamanie, niż 

pakować się w aferę z trupem. 

— Czyżby? — Jonathan podniósł z podłogi upuszczony przez chłopaka nóż. — Czyż-

byś zapomniał o tym? 

— Dobrze. — W oczach Jasiukiewicza znowu pojawił się strach. — Ale przecież ja nic 

nie wiem. 

— Lepiej, żebyś sobie przypomniał. 
— Ale co? Co mam sobie przypomnieć? 
— Na przykład kto ostatnio przyjeżdżał z Warszawy do Grybuchy? 
— Nikt nie przyjeżdżał... Chociaż zaraz! — Józek nagle stuknął się w czoło. — Był taki 

jeden: wysoki, łysawy, z ryżą bródką. 

— Benedykt Sładkowski? 
— Zgadza się. Znasz tego faceta? 
— Kiedy ostatni raz go widziałeś? — Detektyw zignorował pytanie chłopaka 
— W zeszłą sobotę 
— Co robił? 
— Włóczył się po okolicy, przepytywał ludzi. Pod wieczór trafił do chałupy Grybuchy, 

background image

ale stary przegonił go na cztery wiatry. 

— Skąd wiesz? 
— Gadałem z nim. Chyba mi nie zełgał, bo i po co. 
— Nigdy wcześniej Sładkowski nie przyjeżdżał do Rytra? 
— Latem był na wczasach. 
— Mieszkał w Perle? 
— W Jantarze — sprostował Jasiukiewicz. — Masz złość do faceta? — Popatrzył bada-

wczo na Jonathana. 

— Nie twój interes. 
— Jasne! — Józek natychmiast się wycofał. — Ale my możemy chyba walnąć po lufie 

na zgodę? — bąknął prosząco. — Nie masz już do mnie żalu? 

Nie  czekając  na  odpowiedź  wyciągnął  z  szafki  opróżnioną  w  połowie  butelkę  wódki, 

dwie szklanki i słoik ogórków. Niemal w tym samym momencie w progu kuchni pojawiła się 
Iwona.  

— Idźcie do pokoju — zaproponowała niepewnie. — Zrobię wam herbaty. 
— Lepiej skoczyłabyś po połówkę — zarządził Józek — Mam dług honorowy. Muszę 

postawić, a do ćwiartki wstyd nawet siadać. 
 
 
 
 

XVII 

 
 

— Przejmuje pan śledztwo, panie kapitanie? — Szydlik popatrzył pytająco na Jodeckie-

go. 

— Przyjechałem tu w charakterze posiłków — zaprzeczył oficer. — Chociaż nigdy nie 

wiadomo, co w ostatniej chwili może przyjść do głowy naszym przełożonym. 

— A co pan o tym wszystkim myśli? 
— Ekspertyza biegłego z zakresu medycyny sądowej przesądza sprawę. Pod paznokcia-

mi Grybuchy znaleziono drobiny naskórka. Grupa krwi jest identyczna z grupą krwi mężczy-
zny znalezionego w zgliszczach chałupy. 

— Czyżby właśnie Grybucha go zabił? 
— Całkiem prawdopodobne. Musiało dojść między nimi do awantury, potem do ręko-

czynów,  a  w  końcu  stary  chwycił  coś  ciężkiego  i  zadał  decydujący  cios.  Kiedy  zorientował 
się że zabił, stracił głowę. Chcąc zatrzeć ślady podpalił dom i uciekł. 

— O co oni się pobili? — zastanawiał się Szydlik. 
— Przede wszystkim musimy zidentyfikować tego spalonego. Jeśli to ktoś miejscowy, 

jego bliscy lub znajomi na pewno już zauważyli zniknięcie. Może ktoś zapamiętał charaktery-
styczną klamrę od paska do spodni? Poza tym z Krakowa przysłali hipotetyczny obrys twarzy 
denata. Oczywiście trudno przypuszczać, by na podstawie cech antropometrycznych uzyska-
no idealne podobieństwo obrysu, ale Wrzosek mógłby pokazać go temu i owemu. 

— Sierżant musiał zająć się sprawą włamania do samochodu tego Amerykanina, który 

znalazł zwłoki Grybuchy. 

— Jedno nie przeszkadza drugiemu. 
— Tak jest! 
—  Czeka  nas  jeszcze  inne,  może  nawet  pilniejsze  zadanie.  Gdyby  nie  wypadek  pod 

Muszyną,  należałaby  się  wam  z  Wrzoskiem  solidna  reprymenda.  Dlaczego  do  tej  pory  nie 
przesłuchaliście Józka Jasiukiewicza i Franka Grąbca? To trzeba zrobić natychmiast. 

— Ma pan rację. — Porucznik zaczerwienił się jak sztubak. — Pokpiliśmy sprawę. 

background image

— Czy chociaż ktoś rozmawiał z Miotelską? 
—  Właśnie  dostaliśmy  fonogram  z  Krynicy.  Podobno  dziewczyna  potwierdziła  alibi 

Grąbca. 

— To jeszcze o niczym nie świadczy. 
— Chce pan do niej pojechać? 
— Owszem. 
— Zamówię wóz na jutro, tylko proszę powiedzieć, na którą? 
—  Samochód  mam  własny  i  nie  widzę  potrzeby  zamawiać  drugiego,  a  poza  tym  nie 

rozumiem, dlaczego mielibyśmy czekać do jutra? 

— Przecież musi pan przespać się po całonocnej jeździe. 
— Górskie powietrze działa na mnie jak najmocniejsza kawa — stwierdził Jodecki. — 

Zresztą  zdrzemnąłem  się  trochę  po  przyjeździe  i  nie  zamierzam  tracić  całego  dnia  na  leniu-
chowanie. 

Wbrew  buńczucznym  zapowiedziom  kapitan  wcale  nie  czuł  się  pewnie  za  kierownicą 

służbowego poloneza, a Szydlik po niedawnym wypadku wolał nawet nie proponować zamia-
ny. W ten sposób droga z Nowego Sącza do Krynicy zajęła im blisko trzy kwadranse. Wolno 
minęli uzdrowisko i zaparkowali przed nowym, piętrowym domem krytym dachówką. W pro-
gu powitał ich niski, barczysty mężczyzna o pomarszczonej twarzy i wielkich, spracowanych 
dłoniach. 

—  Panowie  znowu  do  córki?  —  zapytał  z  nie  ukrywaną  niechęcią.  —  Dopiero  co 

przesłuchiwali ją ci z naszego posterunku. 

—  Cóż  robić?  —  Jodecki  uśmiechnął  się  przepraszająco.  —  Nie  zawsze  wystarczy 

jedna rozmowa. 

— Dziewczyna przez was nie śpi po nocach. 
—  Kolega  też  dzisiaj  nie  spał  —  ostro  zareagował  Szydlik.  —  Przyjechał  tu  aż  z 

Warszawy. 

Weszli  do  środka.  Miotelski  zaprowadził  oficerów  do  niewielkiego  pokoiku  na  pie-

rwszym  piętrze.  Dobrze  zbudowana,  pucołowata  dziewczyna  cerowała  właśnie  jakiś  sweter. 
Na widok wchodzących oderwała się od roboty. 

— Znowu przyszliście pytać o Franka? — rzuciła domyślnie. — Przecież już mówiłam, 

że był u mnie w niedzielę. Ojciec może potwierdzić. 

— Kiedy wesele? — W głosie Szydlika zabrzmiała ledwo wyczuwalna nutka ironii. — 

Najwyższy chyba czas dać na zapowiedzi. 

— Nie pański interes! —- odparła ze złością. — Będziemy chcieli, to się pobierzemy. 
— A nie wie pani przypadkiem, gdzie moglibyśmy teraz, znaleźć pani narzeczonego? 
— Pewno w domu. 
— Z Rytra wysyłają nas do Krynicy, z Krynicy do Rytra... 
— Franek nie jest przestępcą, więc nie musi opowiadać się milicji. 
—  Ma  pani  rację.  —  Uśmiechnął  się  Szydlik.  —  Ale  my  się  o  niego  niepokoimy.  Od 

niedzieli nikt go nie widział. 

— Czy to jego zdjęcie? — Jodecki sięgnął po fotografię stojącą na półce. 
— Owszem: — Popatrzyła niespokojnie na kapitana. 
— Niech pani zerknie tutaj. 
Wyciągnął z teczki białą obwolutę z pieczęcią krakowskiego Zakładu Medycyny Sądo-

wej. Mimo rzucających  się w oczy uproszczeń sporządzonego tam obrysu twarzy podobień-
stwa nie można było negować. 

— Czy to również Franek? — zdziwiła się dziewczyna. 
— Ten człowiek nie żyje — cicho wyjaśnił Jodecki. — Właśnie od niedzieli. 
—  Boże!  —  W  oczach  Miotelskiej  pojawiło  się przerażenie.  —  To  nieprawda!  To  nie 

może być prawda! 

background image

Kapitan ponownie sięgnął do teczki, tym razem po płaskie pudełeczko z przezroczyste-

go plastyku. W środku tkwiła poczerniała od ognia mosiężna klamra. 

— Poznaje pani? — zapytał. 
Nie zaprzeczyła. 
— Kiedy po raz ostatni widziała pani Franciszka Grąbca? 
— W niedzielę! — załkała. — Już wam mówiłam, że w niedzielę. 
— Przyjechał rano i poprosił o alibi na popołudnie? 
Po  pucołowatych  policzkach  dziewczyny  popłynęły  łzy.  Zasłoniła  twarz  i  przez  dobrą 

minutę nie była w stanie wykrztusić nawet słowa. W końcu z rezygnacją zwiesiła głowę. 

— To prawda — żałośnie pociągnęła nosem. — Wpadł jak po ogień. Nawet nie pocało-

wał... 

— Czy mówił, jakie ma plany? 
— Miał zarobić dużo pieniędzy. 
— Ile? 
— Chyba z pięćdziesiąt tysięcy. 
— Za co? 
— Tego nie wiem. 
—  Musiało  to  być  jednak  coś  niezgodnego  z  prawem,  skoro  prosił  panią  o  fałszywe 

alibi. 

— Ależ skąd! — zaprzeczyła gwałtownie. — Franek nigdy w życiu... — Urwała w pół 

zdanie, zrozumiawszy widać, jak bezsensowna jest ta obrona narzeczonego. — Chociaż może 
ma pan rację, może dał się wplątać w jakiś ciemny interes. 

—  Nie wymieniał w pani obecności nazwiska starego Grybuchy? 
— Nie przypominam sobie.  
— Proszę się zastanowić. Może kiedyś wcześniej? 
— Dajcie mi spokój! — Znowu zalała się łzami. — Jemu i tak nic już życia nie przy-

wróci 

— Nie chce pani, by sprawiedliwość dosięgła zabójcę? 
—  Idźcie sobie! Pozwólcie mi zostać samej. Przecież ja nic nie wiem, w niczym  wam 

nie pomogę. 

Popatrzyli  po  sobie  znacząco.  Dalsze  przesłuchiwanie  Miotelskiej  najwyraźniej  mijało 

się z celem. Nie pozostawało im nic innego, jak wracać do samochodu i jechać do Rytra. 

Jakieś czterdzieści minut później dotarli na miejsce. Na podwórku przed chałupa Grąb-

ców dostrzegli Wacka. Chłopak spłoszył się wyraźnie, ale było już za późno, by niepostrzeże-
nie zejść z oczu oficerom. 

— Czemu nie powiedziałeś prawdy o bracie? — Szydlik nie bawił się w żadne wstępy, 

— Jemu nie pomogłeś, a nam i sobie narobiłeś wiele kłopotu. 

— Co też pan, panie władzo. — Wacek usiłował grać rolę niewiniątka,  nie wytrzymał 

jednak badawczego spojrzenia porucznika i nerwowo zaczął zerkać na boki. — Niby dlaczego 
miałbym pana cyganić? 

— Teraz już nie pora na puste gadanie. Rodzice w domu? 
—  A  gdzieżby  indziej’  —  W  progu  pojawił  się  barczysty,  choć  nieco  przygarbiony 

mężczyzna o czerstwej, rumianej twarzy. — Panowie w jakiej sprawie? 

— Słyszał pan o pożarze chałupy Grybuchy? — zapytał Szydlik. — I o tym, że znale-

źliśmy zwłoki starego w szałasie przy drodze na Przechybę? 

— Coś tam ludzie gadali. 
— Nie chodził pan zobaczyć? 
— Nie ciekawym. 
— Ale na ten przedmiot proszę rzucić okiem. — Porucznik podał Grąbcowi plastykowe 

pudełeczko z mosiężną kłamią — Widział pan to kiedy? 

background image

—  Czy  ja  wiem?  —  Wyraźnie  się  zawahał.  —  Klamra,  jak  klamra.  Wielu  nosi  takie 

przy pasku. 

— Między innymi pański syn, Franciszek. 
— Nie zaprzeczę. 
— Dawno pan się z nim widział? 
— Będzie już z kilka dni. 
— W niedzielę rano? 
—  W  niedzielę.  —  Grąbiec  spochmurniał.  —  Moja  stara  powiedziała  wam,  że  Franek 

przez cały wieczór siedział w domu, ale to nieprawda — przyznał cicho. — Nie utrzymałem 
go. 

— On nie żyje — odezwał się Jodecki. — Przepisy wymagają, żeby dokonać formalnej 

identyfikacji. Musi pan z nami pojechać. 

— Wiedziałem, że to się tak skończy! — Grąbiec zacisnął pięści w bezsilnej złości. — 

Mówiłem gówniarzowi, żeby trzymał się z daleka od Grybuchy, od jego wrogów i przyjaciół. 
Tłumaczyłem, żeby nie wchodził z nimi w żadne układy. Chciałem pasem przećwiczyć, kiedy 
nie słuchał, ale jak mi staremu lać takiego konia. Boże, za coś mnie pokarał?! 

— Pan się domyślał, że syna spotkało coś złego? 
—  Przecież  by  się  pokazał,  dał  jakiś  znak  życia...  A  tu  od  pożaru  cisza.  Chodziłem, 

pytałem  ludzi.  Nikt  go  nie  widział.  Tyle  tylko  mi  powiedzieli,  że  przedtem  Franek  pod  tę 
chałupę latał i czegoś tam wypatrywał. 

— Kto panu powiedział9 
— Janek Majda.  On zawsze wszystko wie i pierwszy wszędzie wlezie.  Nawet do tego 

pożaru poleciał. 

— Wspomniał pan, ze Grybucha miał wrogów. — Kapitan zaczął z innej beczki. 
— Wielu go nie lubiło. Ja też w pięćdziesiątym trzecim niewinnie przez łobuza siedzia-

łem. 

— Teraz ktoś go zabił. 
— Mnie nic do tego. Urazy do nieboszczyka nie chowam, ale i płakać na pogrzebie nie 

myślę. 

— Pański syn został zamordowany mniej więcej w tym samym czasie. Niewykluczone, 

że obie zbrodnie mają ze sobą ścisły związek. 

Grąbiec zmarszczył brwi i przez chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał. W końcu 

słowa Jodeckiego trafiły mu chyba do przekonania, bo potakująco skinął głową. 

— Niby racja. 
— Ustaliliśmy, że tuż przed śmiercią pański syn liczył na duże pieniądze. 
— Wspominał mi o jakichś pięćdziesięciu tysiącach. 
— Za co miał je otrzymać? 
— Kazali mu dogadać się z Grybuchą. 
— W jakiej sprawie? 
— Nie mam pojęcia Franek nie chciał mi powiedzieć. 
— Może choć wspomniał, kto był jego zleceniodawcą? 
— Podobno jakiś facet z Warszawy. Ja nigdy na oczy go nie widziałem, nie wiem też, 

kim  jest,  ale  obiło  mi  się  o  uszy,  że  nie  pierwszy  raz  przyjechał  do  Rytra.  W  każdym  razie 
Franek musiał znać go od dawna. 

— Pański syn nigdy nie jeździł do stolicy? 
— Zaraz po wojsku siedział tam ze cztery miesiące. Koledzy go namówili. 
— Może właśnie wtedy zetknął się z tym człowiekiem? 
— Diabli wiedzą. 
— Nie wspominał panu, co robił w Warszawie? Nie wymieniał żadnych nazwisk? 
— A owszem! — Grąbiec ponownie spochmurniał — Narozrabiał do spółki z niejakim 

background image

Wojtkiem Jaworskim  i zrobili  im  sprawę.  Musiałem  zapłacić  adwokatowi  i  dać  parę  tysięcy 
na grzywnę. 

—  No  cóż,  to  byłoby  na  razie  wszystko.  Teraz  jeszcze  zajrzymy  do  leśniczówki,  a  w 

drodze powrotnej wpadniemy po pana. Zwłoki syna są w Krakowie. 
 

Pęczyna  siedział  przed  leśniczówką  i  bezmyślnie  wpatrywał  się  w  płynące  drogą  bru-

dnożółte  strumyczki.  Zrezygnował  dzisiaj  z  codziennego  obchodu  i  prawdę  powiedziawszy 
nie miał nic do roboty. Widok rozchlapującego błoto poloneza zdziwił go, ale i ucieszył zara-
zem. Moment później witał się już przyjaźnie z Jodeckim i Szydlikiem. 

— A nie mówiłem wczoraj, że będzie odwilż? — przypomniał porucznikowi. — Jestem 

pewien, że minie kilka dni, zanim mróz znowu złapie. 

—  Gdyby  pan  równie  trafnie  wytypował  zabójcę  Grybuchy,  to  byśmy  się  dopiero  cie-

szyli — roześmiał się Szydlik. 

— Macie panowie, kłopoty? 
— Tak jakby. 
— Czy mógłbym w czymś pomóc? 
— Pamięta pan, ile osób było przy pożarze? — zapytał kapitan 
— Najpierw przybiegliśmy z Jankiem Majdą i Adamem Nowackim, potem nadciągnęło 

z  dziesięciu  chłopa,  a  na  koniec,  kiedy  już  nie  było  co  gasić,  zebrało  się  chyba  ponad  dwa-
dzieścia, może nawet trzydzieści osób. 

— Potrafiłby pan wymienić nazwiska? 
— Gdzie tam! — Leśniczy bezradnie rozłożył ręce. — Nie miałem głowy, żeby patrzeć, 

kto przyszedł. 

— Szkoda. 
— Czyżby miało to jakieś znaczenie? 
—  Widzi  pan,  jedną  ofiarę  znaleźliśmy  w  zgliszczach,  drugą  dwa  kilometry  dalej,  w 

starym szałasie. Prawdopodobnie Grybucha zginął później, a zatem zabójca, wracając z  gór, 
musiał przechodzić koło pogorzeliska. O tej porze roku jest to przecież jedyna droga. 

—  W  tym  rozgardiaszu  nikt  nie  zwróciłby  na  niego  uwagi.  Zresztą  mógł  w  szałasie 

przeczekać noc i dopiero rano zejść do Rytra. 

— Szukaj teraz wiatru w polu — westchnął Jodecki. 
— Zidentyfikowaliście  wreszcie tego trupa, którego znaleziono w chałupie Grybuchy? 

— zainteresował się Pęczyna. 

— Okazało się, że to Franciszek Grąbiec. 
— Takie buty! — Leśniczy aż gwizdnął. — Pół Rytra wolało omijać go z daleka i wre-

szcie się doigrał. Samo życie! 

—  Podobno  do  młodego  Grąbca  przyjeżdżał  jakiś  facet  z  Warszawy?  —  zaryzykował 

Jodecki. — Mieli robić interesy. 

— Myśli pan o tym adwokacie? — przypomniał sobie leśniczy. — Owszem, latem był 

tu taki, a i teraz, na Boże Narodzenie, widziałem go w Rytrze. 

— Pamięta pan jego nazwisko? 
   — Poniński, Ponikowski, Poniszyński... — Pęczyna najwyraźniej nie był pewny swe-

go. 

—  Czy  to  właśnie  tego  adwokata  miał  pan  na  myśli,  wspominając  mi  poprzednio  o 

mężczyźnie, który latem przyjechał do Grybuchy?  — podchwycił Szydlik. 

— Ależ skąd! — leśniczy energicznie zaprzeczył. — Tamten był sporo młodszy. 
— A tego mężczyzny nigdy pan nie  widział? — Jodecki podsunął Pęczynie fotografię 

Kwiczołka. 

— Nie przypominam sobie. — Leśniczy uważnie obejrzał zdjęcie. — Na pewno to nie 

on był wtedy latem, a i później jakoś nie wpadł mi w oko. 

background image

— Adwokat zatrzymał się w Perle Południa czy w Jantarze? — Kapitan wrócił do zasa-

dniczego tematu. 

— Wolał prywatne kwatery. Szczególnie przypadła mu do gustu chałupa Adama Nowa-

ckiego, że niby ładna, czysta i na uboczu. 

— Gdzie mieszka ten Nowacki? 
— Musicie, panowie, cofnąć się na wysokość Jantara i skręcić w lewo. Nie wiem, czy 

można dojechać tam teraz samochodem, ale to nie jest daleko. Można pójść piechotą. 
 

Zgodnie  z  obawami  Pęczyny  stromą,  pokrytą  topniejącym  śniegiem  drogą  nie  dało  się 

przejechać i oficerowie musieli zostawić poloneza przed domem wczasowym. Już po minucie 
chlupotało im w butach, żaden jednak nie narzekał. Obaj zdawali sobie sprawę, że od przyja-
zdu Jodeckiego śledztwo ruszyło z kopyta, a to stanowiło wystarczającą rekompensatę wszy-
stkich niewygód. 

Dom Nowackiego wyglądał czysto i schludnie. Gospodarz powitał oficerów z odrobiną 

zdziwienia,  ale  zaprosił  ich  do  dużego,  zgoła  nie  z  wiejska  urządzonego  pokoju.  Siedli  przy 
sporym, owalnym stole, a chwilę później żona Nowackiego poczęstowała ich herbatą i jakimś 
ciastem. 

— Zidentyfikowaliśmy zwłoki tego spalonego mężczyzny — Jodecki od razu przystąpił 

do rzeczy. — Okazało się, że to pański znajomy! 

— Kto taki? — Nowacki wyraźnie się zaniepokoił. 
— Franciszek Grąbiec. 
— Ach tak! 
— Co mógłby pan o nim powiedzieć? 
—  Chyba  niewiele.  Chodził  do  szkoły  z  moim  młodszym  bratem,  ale  odkąd  Stefek 

wyjechał do Tarnowa, z Frankiem już się nie widywałem. 

— Podobno lubił rozrabiać? 
— Jak czasem. 
— Miał nawet sprawę karną. 
— Podpadł za coś w Warszawie — potwierdził Nowacki. 
— Gdyby nie adwokat, zarobiłby spory wyrok. 
—  A  wie  pan,  przypadkiem  poznałem  tego  mecenasa.  Parę  razy  wynajmował  u  mnie 

pokój. 

— Jak do pana trafił? 
— Zdaje się, że właśnie przez Franka. Zawsze chętnie przyjmowałem letników. Grąbiec 

dał mój adres Poniszyńskiemu i jakoś się dogadaliśmy. 

— Adwokat często przyjeżdża do Rytra? 
—  Latem  siedział  u  mnie  ze  trzy  tygodnie,  potem  wpadł  zaraz  po  świętach  Bożego 

Narodzenia, a i teraz, w lutym, był kilka dni. 

— Dawno wyjechał? 
— Jakiś tydzień temu. 
— Konkretnie? 
— W ubiegły piątek. Aż się dziwiłem, że nie zostaje na sobotę i niedzielę. 
— Poniszyński widywał się ze swym dawnym klientem? 
— Nie sądzę. Mecenas nie szukał towarzystwa. Czasem z tym i owym pogawędził, ale 

najczęściej chodził po górach. Twierdził, że w ten sposób najlepiej wypoczywa. 

— A nigdy nie widział go pan w towarzystwie starego Grybuchy? 
— I owszem! — przypomniał sobie gospodarz. — Kiedyś nawet mnie pytał, jak trafić 

do jego chałupy. 

—  Jeszcze  jedno.  —  Kapitan  sięgnął  do  kieszeni  po  fotografię  Kwiczołka.  —  Czy 

widział pan kiedyś tego mężczyznę? 

background image

— Czy ja wiem? — Nowacki wziął zajęcie do ręki i przez dłuższą chwilę spoglądał na 

nie  uważnie.  —  Jakoś  sobie  nie  przypominam...  Chociaż  zaraz!  —  Jeszcze  raz  popatrzył  na 
fotografię. — Ależ tak! To on leciał w niedzielę do autobusu. Tak się spieszył, że mało nóg 
nie połamał. 

— W niedzielę? — Oficer poczuł lekki dreszczyk emocji. — O której? 
— Tak pod wieczór. Szliśmy właśnie z Jankiem Majdą do leśniczego. 
— Zaraz potem spaliła się chałupa Grybuchy? 
— Otóż to. 
— A skąd wracał ten mężczyzna? 
— Chyba właśnie stamtąd. 

 
 
 
 

XVIII 

 
 

Przed wejściem do bramy kamienicy przy ulicy Zwycięzców stało trzech młodych ludzi 

o  dość  podejrzanych  fizjonomiach.  Błaszkiewicz  musiał  poznać  Grzelaka,  bo  na  jego  widok 
cofnął się z respektem. 

— Co tak tu sterczycie? — rzucił ostro kapitan. — Nie macie nic lepszego do roboty? 
—  Ja  tu mieszkam.  — Od  barczystego  szatyna  w  ortalionowej  kurtce  powiało  piwem, 

— Może pan sprawdzić. 

Oficer zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę po dowód osobisty młodego mężczyzny. 
—  Albin  Filipkowski  —  przeczytał.  —  Adres  się  zgadza,  ale  czemuż  to  od  urodzenia 

nie splamiliście się żadną pracą? — dorzucił z przekąsem. — Ładnie to tak? 

— Właśnie załatwiam sobie szkołę. 
— W wieku dwudziestu pięciu lat? Czy nie za późno? 
— Jakoś nie składało się wcześniej. 
— Znaliście Kwiczołka? — Kapitan uznał, że i tak nie przekona chłopaka do uczciwej 

pracy. 

— Co miałem nie znać. 
— Pewno nieraz zdrowo popiliście. 
— Czasem sąsiad postawił, czasem ja, czasem któryś z kolesiów. 
— Skąd Kwiczołek miał pieniądze? 
— Nie pytałem go o to. 
—  A  kto  przylał  mu  w  poniedziałek?  —  Grzelak  przypomniał  sobie  pęknięte  żebro 

Kwiczołka. 

—  Bo  ja  wiem?  —  Filipkowski  energicznie  potrząsnął  głową,  ale  wypadło  to  jakoś 

nieprzekonywająco. — Nie słyszałem, żeby z kimś się trzaskał. 

— Wam też Januszek się nie pochwalił? — Kapitan popatrzył na Błaszkiewicza i trze-

ciego z chłopaków. 

— Nie widzieliśmy go od piątku. 
—  Ejże?!  —  Oficer  chwycił  pryszczatego  za  klapy.  —  A  mnie  mówiłeś  ostatnio,  że 

zapraszałeś Kwiczołka na wtorkową prywatkę! 

— Zostawiłem mu kartkę w drzwiach. — Kłamstwo było tak naiwne, że sam Błaszkie-

wicz nie uwierzył w jego skuteczność. 

Oficer  groźnie  zmarszczył  brwi,  uznał  chyba  jednak,  że  na  razie  nie  warto  tracić 

nerwów, bo puścił pryszczatego. 

—  Jeszcze  sobie  porozmawiamy  —  oznajmił.  —  A  teraz  zmiatajcie  stąd!  Nie  życzę 

background image

sobie żadnego wystawania przed bramą! 

Nie  oglądając  się  za  siebie  wkroczył  na  klatkę  schodową.  Pieczęcie  na  drzwiach  do 

mieszkania  Kwiczołka  były  zerwane.  Zdecydowanym  ruchem  nacisnął  klamkę  i  wszedł  do 
środka. W pokoju na plastykowej płachcie leżały pozdejmowane ze ścian noże i bagnety,  a 
nad nimi klęczał ze skupioną miną Zanejko. W jednej ręce trzymał potężnych rozmiarów lupę 
a w drugiej rozpylacz z jakąś substancją chemiczną. 

— Dobrze, że przyszedłeś — powitał Grzelaka. — Byłem pewien że coś tu przeoczyli-

śmy, nie wiedziałem tylko co. Dopiero kiedy dotarło do mnie. w jaki sposób zginął Grybucha, 
przypomniałem sobie o tym żelastwie. 

— Pomogę ci. — Kapitan przyklęknął obok kolegi — Dlaczego nie zabrałeś całej eki-

py? 

— Żeby stary znowu narzekał, że nie ma ludzi? — Porucznik wzruszył ramionami. — 

Zresztą wcale nie jest powiedziane, że cokolwiek znajdziemy. 

— Kto wie... 
Zanejko  ostrożnie  przysunął  kolejny  nóż  z  kolekcji  Kwiczołka  i  prysnął  na  niego  z 

rozpylacza.  Przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się  przez  lupę  rękojeści,  potem  centymetr  po 
centymetrze  zaczął  badać  ostrze.  Nagle  drgnął.  Niemal  przy  samym  czubku  noża  dostrzegł 
drobniutkie, rdzawe plamki. 

— A jednak mamy trochę szczęścia — powiedział cicho. — To jest krew. Teraz trzeba 

zawieźć ten kozik do laboratorium i spokojnie czekać na wynik ekspertyzy. 
 
 
 
 

XIX 

 
 

Ktoś niezbyt głośno zapukał do drzwi. Dembinsky spojrzał pytająco na Waligórską, ale 

ta potrząsnęła tylko głową. Wzruszył ramionami, sądząc, że to pomyłka, jednak moment pó-
źniej ponownie rozległo się pukanie. 

— Proszę! — Jonathanowi po obfitym obiedzie nie chciało się nawet podnieść z wersa-

lki. — Otwarte. 

Drzwi skrzypnęły i w progu pokoju stanął sierżant Wrzosek. 
— Moje uszanowanie państwu — przywitał się grzecznie. — Nie przeszkadzam? 
— Niech pan siada. — Detektyw swobodnym gestem wskazał milicjantowi krzesło — 

Czym mogę panu służyć? 

— Jak pan wie, usiłuję schwytać rzezimieszków, którzy dokonali włamania do pańskie-

go wozu. — Wrzosek przystąpił do rzeczy. — Niestety bardzo opornie mi to idzie. 

—  Czy  byle  włamanie  warte  jest  aż  takiego  zachodu?  —  Dembinsky  zbagatelizował 

sprawę. — Przecież nic nie zginęło. 

— A pańska rozbita głowa? 
— Nie jestem z porcelany. 
— Słyszałem, że sam pan próbował odszukać sprawców. 
—  Marzenie  ściętej  głowy!  —  Jonathan  ostentacyjnie  machnął  ręką.  —  Byłem  trochę 

zły na łobuzów, popytałem więc tego i owego, ale szybko dałem sobie spokój — skłamał bez 
zająknienia. 

— Nie chciałbym, żeby pan źle wspominał wizytę w Polsce. 
— W Stanach takie historie są na porządku dziennym... 
— U nas na ogół jest spokój. Niestety ostatnio chyba jakieś fatum zaciążyło nad Rytrem 

— westchnął sierżant. — W ciągu paru dni mieliśmy pożar i dwa zabójstwa, nie licząc pań-

background image

skiej nieprzyjemnej przygody... Byłbym zapomniał — spojrzał badawczo na Jonathana — czy 
nie obiły się panu o uszy nazwiska Grybuchy albo Grąbca? 

— Pierwsze słyszę. 
— A zetknął się pan kiedykolwiek z mecenasem Poniszyńskim? 
— Nigdy — Detektyw ani myślał przyznać się do tej znajomości. 
—  Cóż,  nie  będę  już  państwu  zabierał  czasu  —  sierżant  skierował  się  do  wyjścia.  — 

Przepraszam za najście i do widzenia! 

— Zawsze jest pan u nas mile widziany — kurtuazyjnie zapewniła Waligórska. — Nie 

tylko służbowo... 

— Dziękuję i jeszcze raz przepraszam. 
Ledwo  drzwi  zamknęły  się  za  Wrzoskiem,  Dembinsky  mrugnął  porozumiewawczo  do 

Anki. 

—  Biegnij  za  nim  i  spróbuj  zaciągnąć  go  do  baru  —  polecił.  —  Dobrze  by  było  wie-

dzieć, co gliny myślą o tym wszystkim. 

Bez słowa sięgnęła po puderniczkę i błyskawicznie poprawiła makijaż. Chwilę później 

była  już  za  drzwiami.  Jonathan  odczekał  dobrą  minutę,  narzucił  kurtkę  i  również  ruszył  do 
wyjścia.  W  holu  nie  zauważył  ani  sierżanta,  ani  Waligórskiej.  Chciał  dyskretnie  zajrzeć  do 
baru,  kiedy  za  oknem  mignęła  mu  sylwetka  Morzyńskiej.  Postanowił  skorzystać  z  okazji. 
Wybiegł przed dom wczasowy i wesoło pomachał do Renaty. 

— Jak samopoczucie? — zagadnął. 
— To raczej ja powinnam zapytać o twoją głowę. 
— Do wesela się zagoi. 
— Jeśli wybierasz się na spacer, to szczerze odradzam. — Przybrała poważną minę. —

Wszędzie  takie  błoto,  że  przejść  trudno.  Ja  dotarłam  zaledwie  do  pętli  autobusowej,  a  już 
mam mokre nogi. 

— Faktycznie jest plucha — musiał przyznać Renacie rację. — W końcu to drugi dzień 

odwilży. 

— Przyjechałam do Rytra na narty, a tu roztopy — westchnęła ze szczerym smutkiem. 

— Zmarnowane ferie. Jeśli do jutra pogoda się nie zmieni, chyba wrócę do Warszawy. 

Skinęła mu na pożegnanie i ruszyła do wejścia. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale dał 

spokój.  Przyszło  mu  do  głowy,  że  powinien  zajrzeć  do  Zajazdu  Ryterskiego  i  spróbować 
dowiedzieć się czegoś więcej od Majdy albo któregoś z jego kompanów. 

Parkował właśnie wypożyczonego poloneza przed restauracją, kiedy dostrzegł nadcho-

dzącego  Jasiukiewicza. Bez  zastanowienia  nacisnął  klakson.  Józek  przystanął  i  przez  chwilę 
rozglądał się niepewnie. W końcu dostrzegł detektywa i ociągając się podszedł do samocho-
du. Dembinsky zapraszającym gestem otworzył drzwi. 

— Wsiadaj! — rzucił niemal przyjaźnie. — Pogadamy. 
— Co jest! — Józek niechętnie lokował się na siedzeniu obok kierowcy. 
Jonathan wyciągnął z kieszeni ledwo napoczęty  kartonik gumy do żucia  i podsunął go  

chłopakowi. Ten niewprawnym ruchem wyłuskał jedną kostkę. 

— Co masz do mnie? — zapytał już bez napięcia w głosie. 
— Mówiłeś, że latem Sładkowski był na wczasach w Jantarze. 
— Zgadza się. 
— Czyżby miał tam jakieś chody? 
— Diabli go wiedzą. 
— Facet przyjaźnił się z pewnym adwokatem — zaryzykował kolejne pytanie. — Mówi 

ci coś nazwisko Poniszyński? 

Jasiukiewicz niepewnie podrapał się w głowę. Przez dłuższą chwilę nie był zdecydowa-

ny, co odpowiedzieć, ostatecznie jednak skinął potakująco głową. 

— Chyba wiem, o kogo chodzi — przyznał. — Nawet kiedyś widziałem tego mecenasa. 

background image

— Co możesz o nim powiedzieć? 
—  Raczej  niewiele.  Słyszałem,  że  kiedyś  bronił  Franka  Grąbca.  I  to  wszystko...  Ale 

wiesz  co?  —  przypomniał  sobie  nagle.  —  Zapytaj  Adama  Nowackiego.  Mecenas  kilka  razy 
wynajmował pokój w jego chałupie. 

— Sładkowski i Poniszyński przyjeżdżali razem do Rytra? 
— Nie wydaje mi się. Gdybyś mi nie powiedział, nawet bym nie pomyślał, że się znali. 
— Widziałeś ich kiedy razem? 
—  Nie  przypominam  sobie...  Ale  co  się  tak  do  nich  przyczepiłeś?  —  Józek  popatrzył 

podejrzliwie na detektywa. — Nadepnęli ci na odcisk? Chcesz im wyciąć jakiegoś szpasa? 

— Nie twoja sprawa! — zniecierpliwił się Dembinsky — Powiedz mi lepiej, czy bywał 

w Rytrze niejaki Fredek Dalecki? 

—  Taki  wysoki  blondyn  z  płaskim  nosem?  —  podchwycił  Jasiukiewicz.  —  To  letnik 

Majdów. Równy gość. 

— A jednak głowę masz nie od parady! — Jonathan pochwalił chłopaka. — Możesz już 

iść. I zapomnij, że pytałem o tych facetów. 

— To się rozumie. 
Jasiukiewicz  wyprysnął  z  samochodu  i  nie  oglądając  się  za  siebie  pobiegł  prosto  do 

restauracji.  Detektyw  cierpliwie  odczekał  ze  dwie  minuty  i  bez  pośpiechu  ruszył  za  chłopa-
kiem.  W  progu  zatrzymał  się  na  moment  i  obrzucił  salę  uważnym  spojrzeniem.  Tym  razem 
Majdy  nie  było.  Chciał  już  się  wycofać,  kiedy  dostrzegł  siedzącego  w  kącie  Rydzyka.  Bez 
wahania podszedł do jego stolika i jak gdyby nigdy nic usiadł na wolnym miejscu. 

— Czego pan jeszcze chce? — Maciek był wściekły. — Przecież wszystko powiedzia-

łem. 

— Zapomniałeś o rzeczach, które ukradłeś z malucha — beznamiętnie zauważył Dem-

binsky — Niewiele one warte, ale zawsze... 

— Okulary zgubiłem, kiedy pan mnie gonił. 
— A co z rękawiczkami i latarką? 
— Chciałem oddać — zapewnił chłopak. — Później odniósłbym do Perły... 
— Pozwolisz, że cię wyręczę? 
— Jak pan woli. — Rydzyk bez szemrania wyciągnął z kieszeni żądane przedmioty. — 

I niech pan nie ma do mnie żalu. 

— Mógłbym o wszystkim zapomnieć — detektyw na moment zawiesił głos. — Nawet 

milicji o niczym nie wspomnę, powiedz mi tylko, co takiego trzymał w chałupie stary Grybu-
cha, że aż go z dymem puścili? 

— Ja tam nie wiem. — Maciek skulił się pod świdrującym spojrzeniem Jonathana. — 

Do Grybuchy nic nigdy nie miałem. To były milicjant, ludzie się go bali. 

— Teraz nie żyje. 
— Nie moja sprawa. 
— Nie korciło cię, żeby choć pogrzebać w pogorzelisku? 
— Janek Majda grzebał i na zdrowie mu to nie wyszło. 
— Może mimo wszystko opłaciło mu się? 
— Szczerze wątpię. W końcu nie on jeden szukał... 

 

Dom rodziny Majdów stał po drugiej stronie rwącego potoku. Jonathan zatrzymał polo-

neza na skraju błotnistej drogi i z duszą na ramieniu ruszył przez wąską, chybotliwą kładkę. 
Na  podwórku  spostrzegł  starszego,  tęgiego  mężczyznę  majstrującego  coś  przy  drzwiach  od 
komórki.  

— Pan Janek w domu? — zagadnął. 
— Syn jest w szopie — poinformował stary. — A pan w jakiej sprawie? 
—  Nic  takiego.  —  Detektyw  wolał  nie  wtajemniczać  gospodarza  w  swoje  sprawy.  — 

background image

Szepnę mu słówko i uciekam. 

Zdecydowanym  ruchem  pchnął  szerokie  wrota  i  znalazł  się  w  szopie.  Janek  Majda 

siedział nad rozkręconą piłą mechaniczną i zdrową ręką próbował dopasować do siebie jakieś 
części. 

— Co słychać? — powitał wchodzącego. — Znalazł pan tamtych dwóch? 
— Znalazłem — potwierdził Jonathan. — Opłaciło się dać panu piątkę. 
— A może ma pan drugą na zbyciu? 
— Kto wie... — Detektyw uśmiechnął się zagadkowo. 
— Kogo tym razem szukamy? 
— Fredka Daleckiego. 
—  Spóźnił  się  pan.  —  Majda  energicznie  potrząsnął  głową.  —  Facet  był  tutaj  w 

styczniu i od tej pory się nie pokazał. 

— Mieszkał u pana? 
— Dom należy do mego ojca. 
— W jaki sposób Dalecki do was trafił? 
—  Zeszłego  lata  przyjechał  do  Rytra,  ale  nie  miał  zarezerwowanego  miejsca  w  domu 

wczasowym ani żadnej kwatery. Traf chciał, że letników było więcej niż zwykle. Chodził od 
chałupy do chałupy, aż w końcu dogadał się z moim ojcem. Dobrze wtedy zapłacił, to i teraz 
nie musiał długo prosić, żebyśmy go przyjęli. 

— Co mógłby mi pan powiedzieć o tym człowieku? 
— Czy ja wiem? — Janek niepewnie podrapał się w głowę. — Ojciec go nawet lubi, ale 

dla mnie to jest taki warszawski cwaniaczek. 

— Czyżby pociągały go lewe interesy? 
— Tak jakby. 
— Innymi słowy Dalecki przyjeżdżał do Rytra nie tylko na wypoczynek? — Detektyw 

sięgnął do kieszeni po pięciodolarówkę. — Nie mam racji? 

— Musiałbym pomyśleć. 
— Pomogę panu. — Dembinsky  wsunął Majdzie do ręki zielony papierek. — Dalecki 

chciał dobrać się do czegoś, co miał u siebie stary Grybucha. 

— Owszem. — Janek skwapliwie schował banknot. 
— Co to było? 
— Tego nie udało mi się wyniuchać. 
—  Próbował  pan  przetrząsnąć  chałupę  starego  podczas  pożaru,  ale  skończyło  się  na 

poparzeniu? 

— Licho mnie podkusiło włazić w ogień. — Majda wzdrygnął się na samo wspomnie-

nie.  —  Żeby  choć  było  po  co...  Chce  pan  warszawski  adres  Daleckiego?  —  Zaproponował 
nagle. — Mam gdzieś zapisany. 

—  Przy  okazji.  —  Jonathan  w  zamyśleniu  potrząsnął  głową.  —  Teraz  niech  mi  pan 

powie, dlaczego Dalecki nie dogadał się z Grybuchą? 

— Może chciał wykołować starego, a ten się kapnął? Zresztą nie on jeden latał do Gry-

buchy. Interesował się nim także jakiś warszawski adwokat. Wiem to od Adama Nowackiego, 
bo gość przez pewien czas mieszkał w jego chałupie. 

— No cóż, to chyba na razie wszystko. 
— Gdyby miał pan jeszcze jakieś pytania, to proszę się nie krępować. Cholernie lubię... 

pięciodolarówki. 

Było już ciemno i pora kolacji dawno minęła, kiedy Dembinsky wrócił do Perły Połu-

dnia.  Byle  jak  zaparkował  samochód  i  spiesznie  ruszył  do  swego  pokoju.  Waligórska  leżała 
na wersalce z nosem utkwionym w jakimś kolorowym piśmie. 

— Czego dowiedziałaś się od Wrzoska?— zaczął bez żadnych wstępów. 
— Ten sierżant jest znacznie sprytniejszy, niżby się zdawało— odparła. — Dał się za-

background image

ciągnąć do baru, postawił mi kawę, ale przez bite trzy kwadranse opowiadał mi o wszystkim i 
o niczym. Nie powiedział nic konkretnego. 

— Czy oni wiedzą o krucyfiksie? 
— Nie sądzę. 
—  A  podejrzewają,  że  w  zabójstwie  Grybuchy  i  tego  drugiego  maczali  palce  goście  z 

Warszawy? 

— Wrzosek zapewniał, że na razie na liście podejrzanych nie figuruje ani jedno nazwi-

sko, ale jestem przekonana, że minął się z prawdą. 

— Nie padło nazwisko Paszczyńskiego? 
— Nie przesadzaj. Mimo wszystko to tylko prowincjonalny milicjant. 
— Czyli nie dowiedziałaś się niczego? 
— A ty? 
— Poniszyński, Sładkowski i Dalecki bawili ostatnimi czasy w Rytrze. Daję głowę, że 

wszyscy  trzej  przyjechali  tutaj  po  szmaragdowy  krucyfiks,  który  został  ukryty  przez  starego 
Grybuchę. 

— Nie chciał oddać krzyża i dlatego go zabili? 
— Jasne. 
— Ale kto to zrobił? 
— Żebym to ja wiedział! Motyw miała cała trójka, trzeba tylko sprawdzić ich alibi. A 

swoją drogą wielka szkoda, że nie przyleciałem do Polski dzień wcześniej. 

—  Poniszyńskiego  ani  Sładkowskiego  nie  widziałam  w  niedzielę,  ale  z  Daleckim 

spotkałam się przypadkiem w „Hortexie”. Przyprowadził na lody jakąś flamę. 

— O której to było? 
— Wieczorem. 
— Trudno przypuszczać, że przebył czterysta kilometrów w ciągu godziny czy dwóch. 
— Czyli mamy o jednego podejrzanego mniej, 
— Niekoniecznie. Mógł przecież namówić kogoś miejscowego do mokrej roboty. 
— Zabójca do wynajęcia? To zupełnie nie w polskim stylu. 
— Czyżby? A zresztą nie interesują mnie trupy i zabójcy. Gorzej, że w dalszym ciągu 

nie wiem, gdzie jest krucyfiks. 
 
 
 
 

XX 

 
 

Cicho  skrzypnęły  drzwi  i  do  pokoju  zajmowanego  przez  Grzelaka  wkroczył  Zanejko. 

Jego ponura mina zwiastowała aż nadto wymownie, że przynosi nie najlepsze wieści. 

— Co z wynikami badań laboratoryjnych noża Kwiczołka? — zagadnął kapitan. 
—  Nie  wiedziałem,  gdzie  się  schować  ze  wstydu,  kiedy  odbierałem  ekspertyzę  — 

westchnął porucznik. — Cała nasza dotychczasowa koncepcja wzięła w łeb. 

— Nie gadaj?! 
— Na nożu faktycznie są ślady krwi, ale nie ludzkiej, tylko... kurzej. 
— Jasna cholera! 
— Następnym razem ty idziesz do laboratorium. Niech i z ciebie trochę się pośmieją. 
— Zgoda. — Grzelakowi było wszystko jedno. — Tylko co dalej? 
— Sam nie wiem. Czytałeś fonogram od Jodeckiego? 
— A właśnie! — podchwycił kapitan. — Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak spró-

bować delikatnie przepytać mecenasa. Może on będzie miał coś ciekawego do powiedzenia. 

background image

— Życzę powodzenia. 
—  A  ty  poszperaj  w  archiwach  i  kartotekach.  Przyda  się  każda,  najdrobniejsza  nawet 

wzmianka o osobach występujących w naszej sprawie. 

Niespełna  trzy  kwadranse  później  Grzelak  zapukał  do  drzwi  na  pierwszym  piętrze 

przedwojennej kamienicy przy Królowej Aldony. Niemal natychmiast z mieszkania dobiegły 
odgłosy ciężkich kroków, zgrzytnęła zasuwa i w progu pojawił się mecenas Poniszyński. 

— Pan do mnie? — Zmierzył przybyłego nieprzyjaznym spojrzeniem. — Dziś sobota, 

nie udzielam porad prawnych 

—  Kapitan  Grzelak.  —  Oficer  przedstawił  się  grzecznie.  —  Chciałbym  zamienić  z 

panem kilka słów na temat jednego z pańskich klientów. 

— Co proszę? — Na czerwonej, nalanej twarzy adwokata pojawiła się konsternacja. 
— Sprawa nie dotyczy pana bezpośrednio, niewykluczone jednak, że pańskie informa-

cje mogą ułatwić śledztwo. Zajmę panu najwyżej kwadrans. 

— He, he! — Poniszyński zdołał już odzyskać pewność siebie. — Po raz pierwszy się 

zdarza, że stróż porządku przychodzi do mnie z taką sprawą. 

— Czy można? 
— Ależ oczywiście! — Adwokat otworzył szerzej drzwi. — Cała przyjemność po mojej 

stronie. 

Weszli do sporego, umeblowanego solidnymi, przedwojennymi sprzętami pokoju. Poni-

szyński usadowił się w wygodnym, obitym skórą fotelu i wskazał Grzelakowi podobny. 

— Wal pan, panie kapitanie! — rzucił zachęcająco. 
— Czy przypomina pan sobie sprawę przeciwko niejakiemu Franciszkowi Grąbcowi? 
— A co to było? 
—  Typowa  chuligańska  rozróbka.  Dwaj  podchmieleni  młodzi  ludzie  rozbili  szybę 

wystawową, naubliżali jakiemuś przechodniowi, a na koniec wzięli się za bary z interweniują-
cymi funkcjonariuszami MO. 

— Każdego miesiąca bronię w kilkunastu tego typu procesach. — Adwokat lekceważą-

co machnął ręką. — Nawet nie próbuję zapamiętać nazwisk oskarżonych. 

— Pomogę panu. Ten Grąbiec pochodził z Rytra, a do Warszawy przyjechał jedynie na 

gościnne występy. 

— Chłopak z Rytra? — Poniszyński zapatrzył się w sufit.  Powiedział pan: Grąbiec. 
— Franciszek. 
— Może to ten, który dał mi adres gościa wynajmującego letnikom kwatery? — głośno 

myślał adwokat. — Tak, to chyba on. Wiem już, o kogo chodzi. 

— Często jeździ pan do Rytra? 
— Byłem tam ze trzy razy 
— Kiedy ostatnio? 
— W lutym. Wróciłem przed tygodniem. 
— Czy korzystając z okazji spotkał się pan ze swym byłym klientem? 
— Chyba pan żartuje — żachnął się Poniszyński. — Przynajmniej podczas wakacji nie 

chcę myśleć o niczym, co ma związek z moją pracą. 

— Wierzę, że pan nie szukał kontaktu z Grąbcem, ale, o ile wiem, on miał jakieś pro-

blemy wymagające zasięgnięcia porady prawnej. 

— W każdym razie do mnie się z nimi nie zwracał. 
— Skoro pan tak twierdzi... 
— Czyżby chłopak znowu wdał się w jakąś awanturę? 
— Niestety — oficer znacząco zawiesił głos. 
—  Mam  wrażenie,  że  tym  razem  zarobią  moi  koledzy  po  fachu  z  Nowego  Sącza.  Dla 

mnie w stolicy roboty też nie brakuje. 

—  A  czy  zna  pan  niejakiego  Marcelego  Grybuchę?  —  Grzelak  jak  gdyby  nigdy  nic 

background image

wymienił kolejne nazwisko. 

— Pierwsze słyszę. Czy to również mój klient? 
—  To  jeden  z  mieszkańców  Rytra.  Barwna  postać,  ale  ostatni  raz  popadł  w  kolizję  z 

prawem w latach pięćdziesiątych. 

— Proszę mi wybaczyć, nie rozumiem jednak, do czego pan zmierza. — Małe, głęboko 

osadzone oczka adwokata stały się czujne. — Co to wszystko może mnie obchodzić? 

—  Grąbiec  i  Grybucha  nie  żyją.  —  Oficer  zaatakował  wprost.  —  W  obu  wypadkach 

podejrzewamy zabójstwo. 

—  Masz  babo  placek!  —  Nieprzyjemna  bądź  co  bądź  nowina  nie  zrobiła  specjalnego 

wrażenia na Poniszyńskim. — I wiecie już, panowie, kto ich zamordował? 

— Śledztwo jest w toku. 
— Czyli nie wiecie — odpowiedział sobie adwokat. — No cóż, muszę panu wyznać, że 

nigdy  nie  pociągały  mnie  procesy  zabójców.  Duże  nerwy,  a  małe  pieniądze  —  orzekł  z 
rozbrajającym wprost cynizmem. — Jednym słowem kiepski interes. 

—  W  procesie  Franciszka  Grąbca  występował  jeszcze  jeden  oskarżony.  —  Grzelak 

wrócił do poprzedniego wątku. — O ile wiem, bronił pan również Wojciecha Jaworskiego. 

— Zwykle tak robię — przyznał Poniszyński. — Pracy niewiele więcej, a płaci dwóch 

klientów. 

— Dla obydwu uzyskał pan łagodne wyroki. Dostali coś w zawieszeniu i grzywnę. 
— Widocznie sąd uznał, że nie ma sensu pakować smarkaczy do więzienia. 
— Kto wie, czy Grąbcowi by to nie wyszło na dobre. 
— Mądry Polak po szkodzie. 
— Nie pamięta pan, skąd pochodził Jaworski? 
— Takie szczegóły znajdzie pan w aktach sądowych. 
— A co się stało z chłopakiem po wyroku? 
— Zapłacił grzywnę i moje honorarium. Później, naturalną rzeczy koleją, przestał mnie 

interesować. W każdym razie nie przypominam sobie, by przy okazji jakiegoś innego procesu 
jego nazwisko obiło mi się o uszy. 

— No cóż! — westchnął kapitan. — Wiele mi pan nie pomógł. Ale dziękuję za dobre 

chęci i do widzenia. 

Oficer  podniósł  się  z  fotela  i  bez  pośpiechu  ruszył  do  wyjścia.  W  progu  zatrzymał  się 

jeszcze na moment. 

— Czy wśród pańskich klientów nie było przypadkiem niejakiego Janusza Kwiczołka? 

— Wyciągnął z kieszeni fotografię. 

Poniszyński wziął zdjęcie do ręki i przez dłuższą chwilę przyglądał mu się uważnie. 
—  Niestety,  i  tym  razem  muszę  sprawić  panu  zawód  —  odparł,  uśmiechając  się  prze-

praszająco. — Nie przypominam sobie ani twarzy, ani nazwiska. 

Kilka minut później Grzelak siedział już w swoim fiacie. Wyjechał na Francuską, minął 

trzy przecznice i ponownie skręcił. Sto metrów dalej zatrzymał się przed niezbyt wysoką, co-
kolwiek  zaniedbaną  kamienicą.  Sprawdził  w  notatniku.  Numer  zgadzał  się,  wyglądało  więc, 
że trafił pod właściwy adres, 

Z bramy prowadziło wejście na ciemną klatkę schodową. Grzelak wdrapał się na drugie 

piętro  i  nacisnął  dzwonek.  Po  chwili  skrzypnęły  drzwi  i  w  progu  pojawiła  się  przygarbiona, 
chyba osiemdziesięcioletnia kobiecina o pomarszczonej twarzy i rzadkich, siwych włosach. 

— Ja do Wojciecha Jaworskiego. — Kapitan sięgnął po legitymację. 
— Wnuka nie ma w domu — odparła skrzekliwie. 
— Kiedy wróci? 
— Może jutro, a może dopiero za tydzień. Wyjechał w góry z kolegami. 
— Do jakiej miejscowości? 
— Zdaje się, że do Zakopanego. — Słowa babki Jaworskiego zabrzmiały jakoś nieprze-

background image

konywająco. — A pan w jakiej sprawie? — Popatrzyła na oficera badawczo. 

— Nic ważnego. — Grzelak ostentacyjnie machnął ręką. — Nie ma wnuka, to trudno. 

Poradzimy sobie bez niego. 

— Co mu powtórzyć? 
— W razie czego przyślemy wezwanie. Do widzenia pani. 
Drzwi  zatrzasnęły  się  i  oficer  został  sam  na  klatce  schodowej.  Przez  chwilę  bezradnie 

drapał się za uchem. Wyglądało na to, że więcej już tutaj nie zwojuje. Chciał wracać do samo-
chodu, kiedy jego wzrok padł na sąsiednie drzwi. Bez namysłu zastukał, niestety jednak i tym 
razem nie miał szczęścia. W mieszkaniu nie było nikogo. 

W  bramie  niemal  zderzył  się  z  drobnym,  niespełna  dwudziestoletnim  blondynem  w 

mundurze kaprala MO. 

— Z nieba, bracie, mi spadłeś! — Nieoczekiwane spotkanie szczerze uradowało oficera. 

— Właśnie wybierałem się do waszego komisariatu. 

— Co się stało? 
— Szukam niejakiego Wojciecha Jaworskiego. W domu go nie zastałem, a jego babka 

do najrozmowniejszych nie należy. 

—  Jestem  tu  od  niedawna.  —  Na  policzkach  młodego  dzielnicowego  wykwitł  rumie-

niec. — Nie zdążyłem jeszcze poznać swojego rejonu. Ale tego Jaworskiego legitymowałem 
przed tygodniem — dodał po chwili zastanowienia. 

— W jakich okolicznościach? 
—  Chwileczkę.  —  Kapral  sięgnął  do  raportówki  po  błyszczący  nowymi  okładkami 

notatnik. — To było w nocy z poniedziałku na wtorek, około dwudziestej czwartej. — Biegł 
ulicą z wypchaną torbą. 

— Wracał do domu, czy gdzieś się wybierał? 
—  Twierdził, że  wraca,  ale  głowy  bym  za  to  nie  dał.  W  każdym  razie  odprowadziłem 

go do samej bramy i poczekałem, aż pójdzie na górę. 

— Co miał w torbie? 
—  Tego  nie  wiem.  —  Dzielnicowy  ponownie  się  zarumienił.  —  Nie  było  przecież 

powodu, żeby sprawdzić. 

— Szkoda. — Grzelak uznał, że lepiej nie komentować decyzji młodszego kolegi. 
— Co on ma na sumieniu? 
— To jeszcze nic pewnego. Muszę wziąć go na spytki, a wtedy się okaże. 
—  Po  naszym  nocnym  spotkaniu  zasięgnąłem  języka  o  facecie.  —  Kapral  przewrócił 

kartkę  w  notatniku.  —  Ustaliłem,  że  Jaworski  ma  na  swoim  koncie  wyrok  sądowy  i  kilka 
orzeczeń kolegium. 

— Bardziej interesowałyby mnie jego aktualne kontakty. 
— Zdobyłem jeden adres, ale to nic pewnego. Jakoś nie miałem okazji sprawdzić... 
— Na bezrybiu i rak ryba. 
— Proszę, niech pan zapisze: Monika Szaberowa, ulica Wileńska. 
— Kto to taki? 
— Jakaś krewna albo powinowata Jaworskich. 
— Będę musiał złożyć jej wizytę. 
—  Wybrałbym  się  z  panem,  ale  w  tej  chwili  nie  mam  czasu.  Gdyby  adres  okazał  się 

niewypałem, proszę mi dać znać. Spróbuję panu pomóc w odszukaniu tego Jaworskiego. 
 

Stara, odrapana kamienica przy ulicy Wileńskiej nie zrobiła na kapitanie zbyt dobrego 

wrażenia.  Topniejący  śnieg  pokrywał  brudne,  zaniedbane  podwórko  grubą  warstwą  błota, 
wokół  rozwalonego  na  poły  śmietnika  walały  się  odpadki,  a  dwaj  stojący  w  bramie  młodzi 
ludzie  ze  znudzonymi  minami  sączyli  butelkę  najtańszego  wina.  Zatęchła  klatka  schodowa 
chyba  od  lat  nie  widziała  szczotki,  nie  mówiąc  już  o  wiadrze  z  wodą  i  mokrej  szmacie. 

background image

Oficerowi przemknęła myśl, że gdyby to od niego zależało, bez wahania wyrzuciłby lekcewa-
żącego swe obowiązki dozorcę, ostatecznie jednak zaklął tylko pod nosem i z ciężkim sercem 
ruszył na ostatnie piętro. 

Mniej  więcej  w  połowie  drogi  minął  Grzelaka  zbiegający  z  góry  niski,  barczysty 

blondyn.  Piętro  niżej  zatrzymał  się,  jakby  miał  zamiar  złożyć  komuś  wizytę,  ale  kapitan  nie 
zwrócił na to większej uwagi. Chwilę później oficer dotarł pod właściwe drzwi i energicznie 
zastukał. W mieszkaniu panowała cisza. Grzelak zapukał raz jeszcze i w tym samym mome-
ncie dobiegło go z dołu trzaśnięcie drzwi wiodących z klatki schodowej na podwórko. 

Skojarzenie  nasunęło  się  samo.  Runął  z  góry  jak  burza,  przeskakiwał  po  kilka  stopni, 

ale  kiedy  znalazł  się  na  podwórku,  po  blondynie  nie  było  nawet  śladu.  Tylko  tych  dwóch  z 
bramy spoglądało na Grzelaka z nie ukrywaną drwiną. 

— Gdzie on jest?! — warknął groźnie. — Gadajcie! 
— Niby kto? — Jeden z chłopaków beznamiętnie splunął pod nogi. 
— Przed chwilą wybiegł z klatki. — Mina kapitana świadczyła, że nie będzie się wda-

wał w żadną dyskusję. — Taki niski blondyn, koło trzydziestki. 

— Poszedł na tamto podwórko. — Drugi z chłopaków wskazał sąsiednią bramę. 
Oficer rzucił się we wskazanym kierunku. Minął jedno podwórko, potem drugie. Dalej 

już nie było przejścia. Podbiegł do niezbyt wysokiego muru, skoczył i chwytając się jakiegoś 
występu  sprawnie  wwindował  się  na  górę.  Po  drugiej  stronie  była  ulica,  na  której  panował 
dość  duży  ruch.  Grzelak  zlustrował  ją  uważnym  spojrzeniem,  nie  dostrzegł  jednak  nikogo 
biegnącego. Westchnął z rezygnacją. 
 
 
 
 

XXI 

 
 

—  Czego  chciał  od  ciebie  ten  Amerykaniec?  —  Jasiukiewicz  nie  pytając  o  zgodę  do-

siadł się do stolika, przy którym urzędował Rydzyk. 

— Że niby co? — Maciek zamrugał powiekami, jakby słowa kolegi nie dotarły do jego 

świadomości. 

— Nie rozumiesz? — W głosie Józka zabrzmiała groźba. — Przecież pytam po polsku. 
— Ktoś mu powiedział, że to ja obrobiłem jego wóz. 
— Niby kto zasypał? 
— Diabli wiedzą. — Rydzyk wzruszył ramionami. — Grunt, że facet się stawia. 
— Oddałeś mu fanty? 
—  Co  miałem  robić? Musiałem  stulić  uszy  i  słuchać,  bo  inaczej  wpakowałby  mnie  za 

kratki. 

— Mnie też przypucowałeś? 
— Józek, ty przecież wiesz... — Maciek poczerwieniał na twarzy 
— Gadaj! 
— To było jeszcze wczoraj — Rydzyk skulił się pod nieubłaganym spojrzeniem Jasiu-

kiewicza.  —  Leżałem  w  łóżku,  kiedy  do  mnie  wparował.  Był  rozjuszony,  a  ja  nawet  nie 
mogłem się bronić. 

— I ze strachu nadałeś mu, gdzie mnie szukać?! 
— Ciekawe, co ty byś zrobił na moim miejscu? 
— Cześć, Józek! — Zupełnie nieoczekiwanie wyrosła przy stoliku niezbyt wysoka, tęga 

dziewczyna o pucołowatej twarzy i potarganych włosach. — Co to, już mnie nie poznajesz? 

—  Spływaj,  Janka!  —  Jasiukiewicz  nie  silił  się  na  uprzejmość  —  Nie  widzisz,  że 

background image

rozmawiam z Maćkiem? 

— Jeszcze się z nim nagadasz. 
— Mówię ci, idź do diabła! 
— Więc to tak?! — podniosła głos. — Odkąd poznałeś tę z Sącza, już się dla ciebie nie 

liczę? Obiecywałeś złote góry i ślubny welon, a teraz gonisz jak psa! 

— Zamknij gębę, bo przyłożę! 
— Za moją krzywdę jeszcze mi grozisz? Ty łobuzie, ty bandyto! — wrzasnęła na całe 

gardło. 

Zajmujący  sąsiednie  stoliki  bywalcy  Zajazdu  Ryterskiego  zarechotali  rubasznie.  Poli-

czki dziewczyny płonęły purpurą, a oczy ciskały błyskawice. 

— Ty łobuzie! — powtórzyła i odwróciła się na pięcie, by pobiec do wyjścia. 
W tym momencie spostrzegła wchodzącą na salę kelnerkę. Na szerokiej tacy stało kilka 

kufli  z  piwem.  Janka  nie  namyślała  się  długo.  Dopadła  do  kelnerki  i  chwyciła  pierwszy  z 
brzegu kufel. Jeszcze chwila i cała jego zawartość wylądowała na twarzy Jasiukiewicza. 

— Naści, za moje zdrowie! — syknęła szyderczo. — Żebyś tak szybko nie zapomniał. 
Teraz cała sala zatrzęsła się od śmiechu. Takiego widowiska nikt tu już dawno nie wi-

dział. Tylko Józek przez kilka sekund siedział jak skamieniały. Wreszcie i do niego dotarło to, 
co się stało.  Bluznął jakimś przekleństwem, wierzchem dłoni otarł zalane piwem oczy i  cię-
żkim krokiem ruszył w kierunku Janki. 

— Nie daruję! — wychrypiał wściekle. 
— No, uderz! — Nawet nie myślała się cofnąć. — Na co czekasz?! 
— Zatłukę! — wrzeszczał nie panując nad swoim głosem. 
—  Lepiej,  Józek,  nie  rozrabiaj.  —  Tęgi,  szeroki  w  barach  mężczyzna  podniósł  się 

ciężko z krzesła i ruszył ku chłopakowi. 

—  Uważaj,  Martyna,  bo  i  ty  oberwiesz!  —  Jasiukiewicz  sięgnął  do  kieszeni  i  w  jego 

ręku błysnął nóż. 

— Za dużo piwka i temperamenty grają? — Ostry, nie znoszący sprzeciwu głos Wrzo-

ska osadził wszystkich na miejscu. — Rozróbek się zachciewa?! 

Oprócz sierżanta w progu restauracji stali Szydlik i Jodecki. Miny tej trójki świadczyły, 

że nie może być mowy o pobłażliwości dla sprawcy awantury. 

—  Przecież  nic  się  nie  stało.  —  Jasiukiewicza  opuściła  nagle  pewność  siebie.  —  My 

tylko tak... 

— Już dawno chcieliśmy z tobą pogadać! — Wrzosek bezceremonialnie chwycił Józka 

za rękę i wprawnym ruchem wyjął mu z dłoni szwedzki nóż sprężynowy o rogowej rękojeści. 

— Chyba masz to i owo na sumieniu. 
—  Ależ  panie  władzo!  —  Chłopak  energicznie  zaprzeczył.  —  Bóg  mi  świadkiem,  że 

jestem czysty. 

— Pogadamy na posterunku. 
— Przecież nie zamknie mnie pan za tę głupią krowę? — Pokazał czerwoną jeszcze ze 

złości Jankę. 

—  Ja  jestem  dla  niego  głupią  krową?  —  Walendziakówną  aż  zatrzęsło.  —  Po  tym 

wszystkim  jeszcze  mi  ubliża?  A  niech  go  pan  zapyta,  panie  władze,  po  co  włamywał  się  do 
chałupy  starego  Grybuchy?  I  niech  powie,  co  z  Rydzykiem  ukradli  z  wozu  Amerykanina. 
Dam  ja  łobuzowi  głupią  krowę  —  powtórzyła  z  nienawiścią.  —  Niech  idzie  siedzieć,  skoro 
taki. 

Jasiukiewicz  chciał  rzucić  się  na  Jankę,  ale  nogi  odmówiły  mu  posłuszeństwa.  Potrzą-

snął  tylko  głową  w  bezsilnym  zaprzeczenia  i  bezgłośnie  poruszył  zbielałymi  ze  strachu  wa-
rgami. 

—  Proszę,  proszę!  —  W  ręku  sierżanta  brzęknęły  kajdanki.  —  Widać,  że  tematów  do 

rozmowy starczy nam na dłużej. 

background image

— Ona kłamie! — wyjąkał Józek z rozpaczą. — Chce się zemścić. 
—  Wszystko  dokładnie  sprawdzimy  —  obiecał  Jodecki.  —  A  tymczasem  proponuję, 

aby  całe  towarzystwo  odwiedziło  gościnne  progi  sierżanta  Wrzoska.  Spiszemy  protokoły  i 
porozmawiamy spokojnie. 

Zgodnie  z  zapowiedzią  kapitana  niespełna  pół  godziny  później  wszyscy  znaleźli  się  w 

budynku posterunku. Oficerowie nie tracili czasu. Wrzosek zaczął przesłuchiwać Walendzia-
kównę. Szydlik zabrał się do Rydzyka, a Jodecki wziął na siebie Jasiukiewicza. 

—  O  jakim  włamaniu  do  Grybuchy  mówiła  Walendziakówna?  —  kapitan  zaatakował 

wprost, ledwo tylko zostali sami. 

— Nigdy nie włamywałem się do starego. — Józkowi nie przyszło nic do głowy poza 

gołosłownym zaprzeczeniem. — Janka zełgała. 

— Na pewno sobie tego nie wymyśliła. 
— Diabli ją wiedzą. Kiedy baba chce się zemścić, żadna ludzka siła jej nie przeszkodzi. 
— Ale o włamaniu do samochodu Amerykanina powiedziała prawdę? 
Jasiukiewicz ponownie chciał zaprzeczyć, jednak doszedł do wniosku, że tym razem nie 

ma żadnych szans. 

— Zrobiliśmy z Maćkiem tego poloneza i jeszcze jednego malucha — wyznał cicho. — 

Właściwie włamywał się Rydzyk, a ja stałem na świecy — zastrzegł na wszelki wypadek. — 
Maciek  wlazł  najpierw  do  fiacika  i  zwinął  kilka  drobiazgów.  Potem  otworzył  poloneza,  ale 
nawet dokładnie się nie rozejrzał, kiedy przyniosło Amerykańca. Resztę już pan wie. 

— Dlaczego wybraliście te dwa samochody? 
— Tak jakoś wyszło. 
— Ejże? 
—  Ojej,  panie  władzo! —  Józek zbagatelizował  sprawę.  —  Przecież  to żadna  różnica. 

Wyroczek i tak poleci. 

— Jasne, że poleci — zgodził się oficer. — Ale wasza postawa w toku śledztwa będzie 

brana pod uwagę przy wymiarze kary. 

— To tylko takie gadanie. 
— Wolicie przekonać się na własnej skórze? — Jodecki wzruszył ramionami. — Cóż, 

w końcu to wasza sprawa. Dla mnie wszystko jest jasne. — Postanowił spróbować inaczej. — 
Dowiedzieliście się, że do Perły przyjechał Amerykanin polskiego pochodzenia.  Liczyliście, 
że jest przy forsie, a tacy ludzie często zostawiają różne wartościowe przedmioty w swoich 
wozach. 

—  Ma  pan  rację.  —  Jasiukiewicz  zbyt  skwapliwie  podchwycił  podpowiedziane  przez 

Jodeckiego wytłumaczenie. 

— Była jeszcze inna, chyba istotniejsza przyczyna waszego zainteresowania. — Kapi-

tan uśmiechnął się lekko. 

— Co mianowicie? 
—  Amerykanin  tuż  po  przyjeździe  poszedł  do  spalonej  chałupy  Grybuchy,  a  zaraz 

potem znalazł zwłoki starego. 

— Już panu mówiłem, że Grybucha obchodził mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. 
— Nie wierzę w przypadki. — Jodecki zaczął przeglądać leżące na biurku dokumenty. 
— Ależ, panie władzo... 
— Dobrze wam radzę, powiedzcie prawdę. 
— Nic innego ode mnie pan nie usłyszy. 
—  Człowieku,  pomyśl  logicznie!  —  Oficer  stracił  cierpliwość.  —  Są  dwa  trupy,  ty 

masz  zamazaną  hipotekę,  Wrzosek  cię  podejrzewa,  a  do  tego  jeszcze  to  oskarżenie  Wale-
ndziakówny. Koniecznie chcesz odpowiadać za zabójstwo?!  

— Pan pasuje mi mokrą robotę? — Jasiukiewicz gwałtownie pobladł, a potem szeroko 

otworzył usta i łapał powietrze niczym ryba wyjęta z wody. — Ale dlaczego?! 

background image

— Pasuję ci, bo mi znakomicie pasujesz do tych wszystkich historii. 
— Przecież ja nikogo nie zabiłem! 
— To powiedz wreszcie, dlaczego włamałeś się do domu Grybuchy?! 
Chłopak  z  rozpaczą  w  oczach  rozejrzał  się  po  pokoju,  jakby  szukał  ratunku,  wreszcie 

zakrył twarz rękami i zamarł w bezruchu. 

— Zamurowało cię czy co?! Korzystaj z okazji, bo później mogę już nie mieć ochoty na 

wysłuchiwanie twoich opowieści. 

— Powiem — ustąpił Jasiukiewicz. — Miesiąc temu faktycznie włamałem się do stare-

go Grybuchy. Ludzie gadali, że trzyma w chałupie złoto. Chciałem zobaczyć. 

— Co ukradłeś? 
—  Jeśli  nawet  stary  miał  coś  wartościowego,  to  musiał  dobrze  schować.  Bitą  godzinę 

przewracałem chałupę do góry nogami i nie znalazłem niczego poza tysiącem złotych i stary-
mi medalami. 

— Grybucha nakrył cię podczas włamania? 
— Zdążyłem uciec. 
— Od kogo słyszałeś o tych skarbach Grybuchy?  
— Ktoś puścił parę przy wódce. 
— Nazwisko. 
— Janek Majda i Adam Nowacki. 
— Ci dwaj, którzy pierwsi polecieli z Pęczyną do pożaru? 
— Właśnie. 
— Oni również włamywali się do chałupy starego? 
— Nie wiem. — Jasiukiewicz bezradnie potrząsnął głową. — Niech pan ich sam zapy-

ta. 

— Skąd Majdzie i Nowackiemu przyszło do głowy, że Grybucha może mieć złoto? 
—  Cała  okolica  o  tym  mówiła,  a  i  przyjezdni  z  Warszawy  wypytywali  o  niego  chyba 

nie bez powodu. 

— Jacy przyjezdni? 
— Różni. Sam gadałem z niejakim Sładkowskim. Facet przyjechał do Rytra latem, a i 

teraz, całkiem niedawno, znowu się pokazał. 

— U Adama Nowackiego wynajmował pokój mecenas Poniszyński — skojarzył nagle 

kapitan. 

—  A  u  Majdów  Alfred  Dalecki  —  dopowiedział  Jasiukiewicz.  —  Niech  pan  doda  je-

szcze tego Amerykanina i ma pan komplet. 

— No dobrze. — Oficer udał, że przyjmuje za dobrą monetę wszystko, co usłyszał od 

Józka. — Mam jeszcze tylko, jedno pytanie: co robiłeś ubiegłej niedzieli po południu? 

— Byłem u swojej dziewczyny. 
— Jej nazwisko, adres? 
— Iwona Biedrzycka. Nie pamiętam, jak nazywa się ta ulica koło dworca kolejowego w 

Nowym Sączu.  
 
 
 
 

XXII 

 
 

Dembinsky  minął  leśniczówkę  i  raźnym  krokiem  zmierzał  w  stronę  spalonej  chałupy 

Grybuchy. Temperatura od wczoraj nieco spadła i nie musiał już brodzić po kostki w płynącej 
do  niedawna  drogą  błotnistej  mazi.  Zresztą  im  wyżej,  tym  mróz  lepiej  ściskał,  a  niespełna 

background image

kilometr dalej można już było iść zupełnie suchą nogą. 

W pobliżu pogorzeliska Jonathan nie dostrzegł żywego ducha. Stanął w miejscu, gdzie 

kiedyś przebiegał płot, i przez dłuższą chwilę spoglądał uważnie na zwęglone belki i szczątki 
komina.  Prawdę  powiedziawszy  nie  łudził  się,  że  może  cokolwiek  w  tym  pogorzelisku  zna-
leźć. W końcu buszował tu już podpalacz, potem nadciągnęli gaszący i milicja, nie wspomi-
nając żądnych sensacji okolicznych mieszkańców. 

Bez  pośpiechu  zaczął  okrążać  zgliszcza  i  nagle  jego  wzrok  padł  na  niewielki  wzgórek 

po drugiej stronie podwórka. Podszedł bliżej. Było to wejście do wykopanej w ziemi piwni-
czki.  Wyrwane  z  zawiasów  drzwi  świadczyły  wymownie,  że  i  tutaj  ktoś  czegoś  szukał, 
Dembinsky postanowił jednak zajrzeć do środka. Wyciągnął latarkę i ruszył ostrożnie w dół 
po oblodzonych schodkach. 

Piwniczka  była  ciasna  i  tak  niska,  że  Jonathan  mógł  poruszać  się  w  niej  niemal  wyłą-

cznie  na  czworakach  W  środku  cuchnęło  spalenizną,  choć  nigdzie  nie  było  widać  śladów 
ognia. Zaraz przy wejściu stała stara, zmurszała beczka, a dalej, w głębi, walały się po kątach 
potłuczone  garnki.  Z  zimowych  zapasów  zostało  trochę  ziemniaków  i  marchwi,  poza  tym 
Grybucha nie trzymał tu niczego. 

Dembinsky  przez  dobry  kwadrans  oglądał  pokryte  lodem  ściany  i  sklepienie  piwnicy. 

Wreszcie  zniechęcony  uznał,  że  nic  tu  po  nim,  i  wygramolił  się  na  górę.  Mrużył  właśnie 
odzwyczajone od dziennego światła oczy, kiedy panującą dookoła ciszę przerwał dźwięczny 
głos Morzyńskiej. 

—  Co  to,  niedzielny  spacerek?  Nigdy  bym  się  nie  domyśliła,  że  spotkam  cię  właśnie 

tutaj. 

— Widać tak nam było sądzone — zauważył z powagą Jonathan. 
— A gdzie twoja blond Wenus? 
— Ona nie gustuje w górskich wycieczkach. 
— W takim razie pozwolisz, że dotrzymam ci towarzystwa? 
— Właśnie miałem zamiar cię o to prosić. 
— Dokąd się wybierasz? 
— Na Przechybę. 
— Przykro mi, staruszku, ale pomyliłeś drogę.  — Pokiwała głową z politowaniem. — 

Od leśniczówki trzeba trzymać się szlaku. Tędy zimą nie przejdzie. 

—  Podobno  —  odparł  zadziornie.  —  Sęk  tylko  w  tym,  że  ja  nikomu  nie  wierzę  na 

słowo, 

— A przy okazji chcesz sprowadzić przyzwoitą  dziewczynę na manowce? — zażarto-

wała, uznając jego tłumaczenie za wystarczające. 

— Czemu nie... 
Detektyw objął Renatę ramieniem i ruszyli zgodnie w stronę wylotu wąwozu prowadzą-

cego na polanę z opuszczonym szałasem. Chwilę później wspinali się już po wielkich, nieró-
wnych głazach, między stromymi, pokrytymi zlodowaciałym śniegiem zboczami. W wąwozie 
było dzisiaj wyjątkowo ciemno i ponuro. Jonathan pomyślał, że ta sceneria znakomicie paso-
wałaby  jako  tło  do  jakiegoś  dreszczowca.  Zerknął  dyskretnie  na  Morzyńską,  ta  jednak  nie 
zdradzała nawet cienia niepokoju 

Dotarli  do  ostrego  zakrętu,  za  którym  urwiste  zbocza  wąwozu  zbliżały  się  do  siebie,  i 

teraz  mogli  już  tylko  iść  gęsiego.  Jonathan  podał  rękę  dziewczynie  i  ruszył  pierwszy. 
Uśmiechnęła się z wdzięcznością 

— Jeszcze kilkanaście minut i będziemy na polanie — pocieszył swoją towarzyszkę. 
—  Mogło  być  znacznie  gorzej  —  zapewniła,  nadrabiając  miną.  —  I  chyba  będzie  — 

dodała poważnie. — Jest takie miejsce, zaraz za polaną... 

Przez dłuższą chwilę posuwali się w milczeniu. Minęli kolejny zakręt i Dembinsky od-

wracał się właśnie, by powiedzieć coś Morzyńskiej, kiedy przypadkowo zahaczył wzrokiem o 

background image

sporą szczelinę w zboczu. Przystanął i przez kilka sekund spoglądał w górę. 

— Co tam zobaczyłeś? — zainteresowała się Renata. — Dziura jak dziura. 
— Zaczekaj! 
Kilka załomów skalnych stanowiło znakomite oparcie dla rąk i stóp. Detektyw naprężył 

mięśnie i nie minęło nawet pół minuty, a był już na górze. Wcisnął się w szczelinę. Kilkume-
trowej  długości  korytarzyk  opadał  dość  stromo  w  dół.  Jego  średnica  nie  przekraczała  pół 
metra  i  Dembinsky  mógł  poruszać  się  tylko  na  czworakach.  Przy  końcu  korytarza  namacał 
coś  w  rodzaju  progu.  Sięgnął  po  latarkę  i  chwilę  później  dostrzegł  w  jej  świetle  niewielką 
grotę. 

Wysunął się na środek. Grota miała tu prawie dwa metry wysokości, a zatem mógł się 

wyprostować. Przez kilkanaście sekund bacznie oglądał spękane sklepienie i ściany. W paru 
miejscach  dotknął  zimnych,  oślizgłych  głazów,  nigdzie  jednak  nie  zauważył  nic  godnego 
uwagi. Chciał już wracać, kiedy tuż przy wejściu, po prawej stronie, dostrzegł w ścianie coś w 
rodzaju niezbyt głębokiej niszy. 

Podszedł bliżej i przejechał światłem latarki po zagłębieniu. Nie różniło się niczym od 

reszty  groty,  tyle  że  z  jednej  ze  szczelin  w  sklepieniu  na  pokryte  drobnymi  kamykami  dno 
miarowo  skapywały  wielkie  krople  wody.  Dembinsky  odruchowo  dotknął  kamyków  i  nagle 
drgnął. Nie wiedzieć czemu, odniósł wrażenie, że ktoś stosunkowo niedawno wyrównywał je 
i  uklepywał.  Nie  zastanawiając  się,  dlaczego  to  robi,  zaczął  odgarniać  kamyki.  Ich  warstwa 
nie  była  gruba  i  już  po  kilku  ruchach  odsłonił  porowatą  powierzchnię  litej  skały.  A  jednak 
przeczucie go nie omyliło. Mniej więcej pośrodku dna niszy widniał równy czworokąt otworu 
wykutego ludzką ręką. 

Dostępu  do  skrytki  broniły  jeszcze  dwa  spore,  zupełnie  płaskie,  kamienie  Detektyw 

odrzucił je niecierpliwie i zajrzał do środka. Niestety wnętrze schowka było puste. 

Morzyńska  czekała  w  wąwozie  pod  szczeliną  prowadzącą  do  groty.  Przysiadła  na 

jednym z głazów i raz po raz zaciągała się papierosem. Spostrzegłszy wracającego Jonathana 
wydęła wargi w złośliwym uśmiechu. 

— Szukałeś skarbów? — spytała z nie ukrywaną ironią. — Gdzie masz to złoto, bryla-

nty i rubiny? 

— Lubię włazić we wszelkiego rodzaju skalne dziury — wyjaśnił bez przekonania. — 

Taka już moja natura. 

— Mogłeś chociaż zapytać, czy zechcę sterczeć tu jak słup soli. 
— Przepraszam. 
— Poza tym to niezbyt bezpieczne hobby. Kiedyś skręcisz kark albo cię przysypie. 
— Nie przesadzaj. Zresztą nikt by po mnie nie płakał. — Spróbował udobruchać Renatę 

niewyszukanym żartem. 

—  Ale  ktoś  musiałby  wyciągnąć  twego  trupa  —  ucięła.  —  A  to  mogłoby  okazać  się 

równie ryzykowne. 

Jonathan nic nie odpowiedział. W końcu musiał przyznać dziewczynie rację, ale na do-

kładniejsze wyjaśnienia  nie mógł się zdobyć. Cmoknął Renatę na przeprosiny i w milczeniu 
ruszyli w dalszą drogę. 

Kilka  minut  później  minęli  przewężenie  wąwozu  Stąd  było  już  blisko  do  polany  ze 

starym szałasem. 

—  Właściwie  dlaczego  wybrałeś  się  na  Przechybę?  —  Renata  już  nie  boczyła  się  na 

detektywa. 

— Słyszałem, że stamtąd jest wyjątkowo piękny widok. 
— To prawda — przytaknęła. — Zwłaszcza o świcie. 
— Nocowałaś kiedyś w schronisku? 
— Dwukrotnie. 
— Zazdroszczę ci. 

background image

— Może i ty się zdecydujesz? 
— Jutro wracam do Warszawy — westchnął z nie ukrywanym żalem. — To już koniec 

moich wakacji. 

—  Szkoda.  —  Dziewczyna  jak  gdyby  odrobinę  posmutniała.  —  Myślałam,  że  będę 

miała kompana do górskich wycieczek. 

Do szałasu, w którym znaleziono zwłoki starego Grybuchy, Dembinsky tym razem nie 

zaglądał. Minęli polanę,  potem pokryty  gęstym lasem grzbiet, wreszcie dotarli do skraju na-
giego, nadzwyczaj stromego zbocza. Wiatr niemal idealnie wygładził tu grubą warstwę śniegu 
i  trudno  się  było  domyślić,  którędy  prowadzi  droga.  Dalej  zbocze  przechodziło  w  pionowe 
urwisko, poprzecinane groźnie wyglądającymi śnieżnymi nawisami 

—  Módlmy  się,  żeby  nie  zeszła  lawina  —  szepnęła  Morzyńska.  —  Może  lepiej 

zawrócić? 

—  Idziemy! — Jonathan ani myślał się wycofać. — Za dziesięć minut będzie po stra-

chu. 

— Jeśli nie skręcimy karku. — Renata zupełnie straciła humor. — Mówię całkiem serio 

— dodała. — Ścieżka po tym zbocza biegnie zakosami, inaczej mało kto by się tędy wdrapał. 
Teraz ścieżki nie widać, a śnieg jest na pewno pioruńsko śliski. 

Detektyw w odpowiedzi machnął ręką i bez wahania ruszył na przełaj. Już po kilku kro-

kach zorientował się, że dziewczyna miała rację. Krótkotrwała odwilż, słońce i wiatr zrobiły 
swoje. Śnieg był zleżały, ubity, a w wielu miejscach przypominał tor saneczkowy. 

Mniej  więcej  w  połowie  stoku  natknęli  się  na  szeroką,  biegnącą  na  ukos  rozpadlinę. 

Przystanęli  na  moment.  Niemal  pionowe  ściany  przeszkody  nawet  nie  pozwalały  marzyć  o 
przedostaniu się na drugą stronę. 

— Wyżej powinien być mostek — przypomniała sobie Morzyńska. — Jeśli nie zniosła 

go lawina. 

— Zobaczymy.. 
Ruszyli  brzegiem  rozpadliny.  Szli  ostrożnie  z  rzadka  spoglądając  w  dół.  W  miarę  jak 

wspinali się, rozpadlina stawała się coraz węższa i głębsza. 

Przebyli jakieś dwieście metrów i wreszcie detektyw dostrzegł w oddali zarysy prymity-

wnego mostka, a ściślej rzecz biorąc kładki. Odwrócił się do Renaty, by zakomunikować jej 
tę radosną nowinę, i nagle zamarł w bezruchu. W tym właśnie momencie wielki płat zlodowa-
ciałego śniegu załamał się pod nogami dziewczyny. Renata zatrzepotała ramionami, usiłując 
odzyskać równowagę, nie na wiele się to jednak zdało. Runęła jak długa na twarz, a moment 
później zsuwająca się śnieżna bryła pociągnęła ją do rozpadliny. 

Dembinsky  me  wahał  się  ani  sekundy.  Jednym  susem  dopadł  do  szczeliny,  runął  na 

śnieg  i  wyciągnął  obie  ręce.  Renata  krzyknęła,  ale  nawet  nie  starał  się  zrozumieć,  o  co  jej 
chodzi W ostatniej chwili zdołał chwycić dziewczynę za przegub. Napiął mięśnie i próbował 
wywindować ją w górę. Niemal w tym samym momencie, usłyszał złowrogi trzask i kolejna 
bryła śniegu zaczęła toczyć się w dół. Morzyńska znowu krzyknęła i ciągnąc za sobą Jonatha-
na zjechała pół metra niżej. 

Pociemniało mu przed oczyma, ale nie puścił Renaty 
Sytuacja wyglądała niemal beznadziejnie. Sam dobrze nie wiedział, jakim cudem trzy-

ma się jeszcze brzegu przepaści, jak to się stało, że dotychczas nie runęli, że w dalszym ciągu 
wiszą nad urwiskiem. 

—  Poszukaj  nogami  oparcia!  —  wychrypiał  wreszcie,  choć  z  trudem  łapał  oddech.  — 

Pospiesz się, na co czekasz? 

— Nie mogę! 
— Wolisz skręcić kark?! 
Poskutkowało. Bujnęła się kilka razy, omal nie ściągnęła go przy tym do rozpadliny, ale 

którąś  nogą  musiała  w  końcu  trafić  na  wystający  kamień  albo  kawałek  lodu,  bo  Dembinsky 

background image

poczuł, że z wolna odzyskuje czucie w zdrętwiałej ręce. Teraz on spróbował poprawić nieco 
swoją  pozycję.  Centymetr  po  centymetrze  przesuwał  lewą  nogę,  wreszcie  trafił  kolanem  na 
coś twardego. I kolej na prawą nogę Kilka delikatnych ruchów i ona też znalazła solidniejsze 
oparcie.  Dembinsky  odetchnął  z  ulgą,  chociaż  najgorsze  miał  jeszcze  przed  sobą.  Starał  się 
nie  myśleć,  co  stanie  się  z  Renatą,  jeśli  on  zawiedzie.  Znów  przystąpił  do  działania.  Lewą 
ręką namacał dający się uchwycić lodowy występ i napiął mięśnie do granic wytrzymałości. 
Gwałtownie  szarpnął  się  ku  górze,  zaklął  z  wysiłku,  ale  chwilę  później  Morzyńska  była  już 
pół metra wyżej. 

—  Żyjemy!  —  wystękał  nie  bez  satysfakcji.  —  Złap  mnie  za  szyję  i  spróbuj  się  pod-

ciągnąć. 

Nawet  nie  przypuszczał,  że  jest  tak  wysportowana.  Teraz,  kiedy  minął  paraliżujący  ją 

strach,  błyskawicznie  spełniła  polecenie.  Naprężył  kark,  a  wolną  ręką  chwycił  dziewczynę 
pod pachę. Jeszcze chwila i oboje siedzieli na śniegu kilka metrów od rozpadliny. 

— Gdyby nie ty, byłoby po mnie — szepnęła z wdzięcznością. 
— Nie zapominaj, dzięki komu znalazłaś się na tym stoku. 
— W końcu nie jestem małą dziewczynką. Nikt mi nie kazał leźć za tobą. 
— Wtedy w Warszawie też nikt ci nie kazał brać mnie do wozu — uciął może odrobinę 

zbyt ostro. — Ale szkoda czasu na próżne gadanie. Musimy się pospieszyć, bo w ten sposób 
nawet za tydzień nie dojdziemy na Przechybę. 
 
 
 
 

XXIII 

 
 

—  Pan  władza  znowu  do  mnie?  —  Kolejna  wizyta  Grzelaka  niemile  zaskoczyła  Bła-

szkiewicza. — Przecież ja już wszystko powiedziałem. 

— Masz na myśli te twoje bajeczki dla grzecznych dzieci? — Kapitan bezceremonialnie 

odsunął stojącego w progu chłopaka i wszedł do mieszkania. — Zresztą uprzedzałem cię, że 
przy najbliższej okazji porozmawiamy poważnie. 

W  pokoju  nikt  jeszcze  nie  posprzątał  po  wtorkowej,  suto  zakrapianej  zabawie.  Na  po-

dłodze walały się puste butelki po wódce i piwie, jakiś zapomniany przez którąś z dziewczyn 
stanik zwisał żałośnie z lampy, a w kącie leżało połamane krzesło. 

Oficer usiadł na brzegu rozłożonej wersalki i zapalił papierosa. 
—  Zastanawiam  się,  czy  kilka  dni  na  państwowym  wikcie  nie  skłoniłoby  ciebie  do 

prawdomówności — rzucił ostro. 

— Co też pan, panie władzo! — Błaszkiewicz wystraszył się nie na żarty. — Przecież ja 

jestem czysty. 

— Dla takich jak ty paragraf zawsze się znajdzie. 
— Czemu ma pan do mnie pretensję? 
— Bo nie chcesz żyć ze mną w zgodzie 
—  To  jakieś  nieporozumienie!  Bóg  mi  świadkiem,  że  ja  wszystko  dla  pana  władzy... 

Niech mi pan wierzy. 

— W takim razie powiedz, gdzie mógłbym znaleźć Wojtka Jaworskiego? 
— Jaworskiego? — Błaszkiewicz był zaskoczony. 
— Tylko nie mów, że nie wiesz, o kogo chodzi!  — Kapitan ostrzegawczo zmarszczył 

brwi — Facet mieszka trzy przecznice dalej i podobnie jak ty ma porządnie zamazaną hipo-
tekę. 

— Znam go trochę. — Roman potwierdził ostrożnie. 

background image

— W chałupie go nie ma od poniedziałku. 
— Pewno zamelinował się u któregoś z kolesiów. 
— U którego? 
— Ba, żebym to ja wiedział. 
—  Cóż,  zobaczymy,  czy  przez  dwie  doby  nie  zmienisz  zdania.  —  Grzelak  wstał.  — 

Zabierz ciepłe gacie, sweter i szczoteczkę do zębów. O resztę zadba już profos. 

— Pan chce mnie zamknąć? — Błaszkiewicz aż podskoczył. — Pan chyba żartuje! 
— Jeszcze nigdy nie byłem tak poważny. Zbieraj się, bo szkoda czasu. 
Roman  pobladł  i  patrzył  na  oficera  z  niekłamanym  przerażeniem.  Przez  chwilę  szukał 

jeszcze  jakiegoś  wykrętu,  musiał  jednak  zrozumieć,  że  na  nic  się  to  nie  zda,  bo  w  końcu 
zrezygnowany opuści, głowę. 

— Powiem panu — wyszeptał. — Wojtek jest u Antka Wacławka. Musi pan pojechać 

na Ursynów, na ulicę Cynamonową. 
 

Obie windy były popsute i kapitan chcąc nie chcąc musiał wdrapać się na siódme piętro 

piechotą.  Z  mieszkania  Wacławka  dobiegały  skoczne  dźwięki  jakiejś  nadawanej  przez  radio 
piosenki. Grzelak nacisnął dzwonek i przezornie usunął się sprzed wizjera. Chwilę później za 
drzwiami zaszurały czyjeś kroki 

— Kto tam? — W zapijaczonym, ochrypłym głosie zabrzmiała nuta nieufności 
— Gazownia! Sprawdzamy rury w całym pionie. 
— Po jaką cholerę? 
— Podobno gdzieś tutaj gaz się ulatnia. 
Widać tłumaczenie trafiło tamtemu do przekonania, bo metalicznie szczęknęła zasuwa. 

Jeszcze  moment  i  drzwi  stanęły  otworem.  W  progu  pojawił  się  barczysty  blondyn,  którego 
kapitan  spotkał  na  klatce  schodowej  kamienicy  przy  Wileńskiej.  Spojrzał  na  oficera  i  nagle 
twarz jego stężała. W pierwszym odruchu chciał zatrzasnąć drzwi przed nosem Grzelaka, ten 
okazał się jednak szybszy. Błyskawicznie wsunął but między drzwi a futrynę i chwycił Jawor-
skiego  za  przegub  lewej  ręki.  Chłopak  szarpnął  się,  próbując  odepchnąć  kapitana,  ale  jego 
wysiłek był daremny. 

— I tak panu nie powiem, gdzie są fanty — warknął z nienawiścią. — Nie po to przez 

dwa miesiące szykowaliśmy ten skok, żeby teraz nic z tego nie mieć. 

Oficer  omal  nie  zaklął.  Oto  kolejny  trop  okazał  się  niewypałem.  Tyle  trudu  poszło  na 

marne, tyle czasu stracił, by trafić na pospolitego włamywacza. 

—  Twój  wspólnik  już  siedzi.  —  Z  zawodowego  nawyku  zdecydował  się  na  blef.  — 

Jeśli nie ty, to on wszystko powie. 

—  Drapnęliście  Mirka  Dziaduchę?  —  Jaworski,  o  dziwo,  uwierzył  —  Ale  on  jest 

twardy, pary z gęby nie puści. 

— Zobaczymy. — Grzelak zatrzasnął kajdanki na przegubach zatrzymanego. — Trochę 

posiedzicie, pogadają z wami koledzy z milicji i na pewno będziecie rozsądniejsi 

— Dobrze! — Jaworskiemu zaświtała nagle jakaś myśl. — Powiem panu, gdzie scho-

waliśmy błyskotki. 

— To nawet rozsądny pomysł. 
— Ale nie za darmo. 
— Uważaj, bo ja nie lubię targów. 
— To będzie uczciwy interes: informacja za informację. 
— Co chciałbyś wiedzieć? 
— Kto mnie przypucował? 
— Wtedy i ty sypniesz jego? 
— Jasne. 
— Umowa stoi! — Kapitan jakoś nie miał wyrzutów sumienia. — Gdzie schowaliście 

background image

łup? 

— W piwnicy tego domu, w którym mieszka Błaszkiewicz. Pojadę z panem i pokażę... 

O,  jasna  cholera!  —  Wojtek  nagle  stuknął  się  w  czoło.  —  Co  za  dureń  ze  mnie!  Przecież 
wcale  nie  musiałem  pana  pytać  o  kapusia.  Tylko  trzy  osoby  wiedziały,  że  zamelinuję  się  u 
Wacławka. Sam Antek nie ściągnąłby sobie pana na głowę, zostają więc tylko Błaszkiewicz i 
Filipkowski. 

— Zupełnie dobrze to wymyśliłeś. 
— Który z nich? 
— Roman. 
— A to bydlę! — Jaworski zgrzytnął zębami. — Policzę się z nim, kiedy wyjdę z pudła. 
— Po co czekać tyle czasu? Lepiej od razu powiedz, co Błaszkiewicz ma na sumieniu. 
— Przecież za drobne szwindelki i handel walutą nie posadzi go pan za kratki... Chyba 

że go pan zapyta o tego faceta, którego razem z Filipkowskim i Kwiczołkiem chcieli załatwić 
w nocy z poniedziałku na wtorek na Krynicznej. 
 
 
 
 

XXIV 

 
 

—  Nareszcie  jesteśmy  na  miejscu.  —  Morzyńska  odetchnęła  pełną  piersią  ostrym, 

rześkim powietrzem. — Spójrz, co za widok! To Pieniny, to Gorce, a na horyzoncie Tatry. 

—  Warto  było  się  napocić,  żeby  to  zobaczyć  —  przyznał  Dembinsky.  —  Nawet  nie 

myślałem, że tutaj tak pięknie. 

—  Ale  wracamy  szlakiem  —  zastrzegła.  —  Za  skarby  świata  nie  przejdę  drugi  raz 

tamtym stokiem. 

— Zgoda. I tak cud, że żadne z nas nie skręciłoś tam kajaku. 
Roześmieli  się  beztrosko  Renata  objęła  Jonathana  za  szyję  i  lekko  pocałowała  w  poli-

czek. 

—  Chodźmy  teraz  do  schroniska  —  poprosiła.  —  Oddałabym  pół  życia  za  szklankę 

gorącej herbaty. 

W  dużej,  czystej,  choć  mrocznej  sali  nie  było  nikogo.  Zdjęli  kurtki  i  mieli  właśnie  u-

siąść na jednej z ław przy długim, zbitym z ledwo oheblowanych desek stole, kiedy detektyw 
spostrzegł, że drzwi do pokoju recepcji są uchylone. Bez namysłu wszedł do środka. Również 
i tam nie było żywego ducha, za to na blacie cokolwiek zdezelowanego biurka leżała księga 
meldunkowa. Dembinsky nie miał nawet cienia skrupułów. Przysunął księgę i zaczął przeglą-
dać ostatnie wpisy. Nagle drgnął. Dokładnie przed tygodniem noc z soboty na niedzielę spę-
dził w schronisku Wojciech Drawski. 

Za  plecami  Jonathana  cicho  skrzypnęły  drzwi.  Odsunął  się  od  biurka  i  uśmiechnął  do 

tęgiej, postawnej blondyny. 

—  Już  myślałem,  że  wszystkich  stąd  wywiało  —  zażartował.  —  Czy  moglibyśmy 

otrzymać dwie szklanki herbaty i coś do jedzenia? 

— Bufet jest po drugiej stronie sali. — Informacja zabrzmiała średnio uprzejmie. — Z 

herbatą  nie  będzie  problemu,  a  do  jedzenia  możemy  zaproponować  bigos  albo  fasolkę  po 
bretońsku. 

—  Bardzo  pani  dziękuję.  —  Detektyw  uśmiechnął  się  czarująco.  —  Przyśle  nam  pani 

dwie porcje fasolki i tę herbatę, czy mam iść sam do bufetu? 

— W drodze wyjątku obsłużę pana. 
— Serdeczne dzięki. Szanowna pani jest zapewne właścicielką schroniska? 

background image

— Schronisko należy do „Peteteku”, a kierownikiem jest tutaj mój mąż. — Ostatnie lo-

dy zostały przełamane. — Pan do nas na dłużej, czy tylko odpocząć przed dalszą wędrówką? 

— Za godzinę wracam do Rytra. 
— Szkoda. Nigdzie człowiek tak nie odpocznie jak w schronisku, a akurat mamy wolne 

miejsca. 

Dembinsky przesłał jeszcze jeden uśmiech postawnej blondynce i wrócił na salę. 
— Gdzie mi zginąłeś? — Morzyńska filuternie pogroziła mu palcem. — Ładnie to tak 

zostawiać dziewczynę? 

— Mało brakowało, a załatwiłbym tu nocleg. 
— Chyba sobie nie wyobrażasz, jaki w Perle podnieśliby alarm. 
— Nie w tym rzecz. — Jonathan smutno pokręcił głową. — Przecież już ci mówiłem, 

że muszę wracać do Warszawy. 

— Nie mógłbyś zostać jeszcze kilka dni? 
— Rada by dusza do raju, ale business is business. — Bezradnym gestem rozłożył ręce. 

— Pieniądze same się nie zarobią... 

— Trudno — pociągnęła nosem. 
— Może się jeszcze spotkamy. 
— Kto wie, czy za dzień lub dwa ja też nie wrócę -— oświadczyła trochę nieoczekiwa-

nie. — Ale co z tą herbatą? — zmieniła temat. 

Detektyw podniósł się z ławy i miał właśnie zamiar iść z interwencją do bufetu, kiedy 

na  drewnianym  ganku  schroniska  ciężko  zadudniły  czyjeś  kroki.  Moment  później  w  progu 
sali pojawili się Wrzosek z Jodeckim.  
 
 
 
 

XXV 

 
 

— Obywatel kapitan życzył sobie, żeby z samego rana doprowadzić Romana Błaszkie-

wicza?  —  Rosły  funkcjonariusz  zdecydowanym  ruchem  popchnął  na  środek  pokoju  zatrzy-
manego. — Szykować miejsce w areszcie, czy on tylko na przesłuchanie? 

— Myślę, że będzie musiał u nas zostać. — Grzelak wstał zza swego biurka. — Ma to i 

owo na sumieniu, a na domiar złego lubi bawić się w ciuciubabkę. 

— Tak jest! — Doprowadzający służbiście stuknął obcasami — Odmeldowuję się! 
Oficer  odczekał,  aż  tamten  zamknie  za  sobą  drzwi,  okrążył  biurko  i  stanął  przed  Bła-

szkiewiczem 

— Mówiłem, uprzedzałem — zaczął suchym, urzędowym tonem. — Nawet dziecko by 

zrozumiało, ale do was nic nie dotarło. 

—  To  chyba  jakaś  pomyłka.  —  Roman  bezradnie  rozejrzał  się  na  boki.  —  Jak  mamę 

kocham! 

—  Twierdziliście,  że  ostatni  raz  widzieliście  Kwiczołka  na  kilka  dni  przed  jego  śmie-

rcią, a to nieprawda. 

— Ależ panie władzo... 
— Odświeżyć wam pamięć?! — kapitan podniósł głos. — Co robiliście w nocy z ponie-

działku na wtorek?  

— Grałem w pokera z Filipkowskim i Januszkiewiczem. 
— Gdzie? 
— U Albina. 
— To też obok Kwiczołka? 

background image

— Na to wychodzi. 
— Długo graliście w tego pokera? 
— Do samego rana. 
— I przez cały czas nie opuszczaliście mieszkania? 
— Najświętsze słowo honoru. 
—  Oj,  Błaszkiewicz,  Błaszkiewicz!  —  Oficer  z  politowaniem  pokiwał  głową.  —  Kła-

miecie, aż się kurzy. Myślicie, że ja me wiem o tym facecie, którego chcieliście załatwić na 
Krynicznej?  

Cios okazał się nadspodziewanie celny. Roman zaniemówił z wrażenia i przez dłuższą 

chwilę  spoglądał  na  Grzelaka  z  rozdziawioną  ze  zdumienia  gębą.  Cofnął  się  pod  ścianę,  ale 
oficer nieubłaganie postąpił za nim. 

— Więc jak — rzucił ostro — Powiecie wreszcie prawdę?! 
— Ma pan rację — wystękał łamiącym się głosem. — Była rozróba. 
— Kwiczołek również brał w niej udział? 
— To wszystko przez niego! 
— Słucham. 
— Graliśmy w pokera, kiedy wpadł do nas jak bomba i powiedział, że trzeba popędzić 

kota  jednemu  frajerowi.  Ja  nie  lubię  mordobicia,  ale  Januszek  obiecał  po  połówce  na  łebka, 
więc poszedłem. 

— Ten człowiek czekał na was na ulicy? 
— Co też pan, panie władzo! — Błaszkiewicz nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 

— On siedział w willi Daleckiego.. 

— Był tam z wizytą? 
— Pod nieobecność właściciela. 
— Włamał się? 
— Właśnie. 
— Teraz rozumiem. Kwiczołek postanowił bronić mienia dawnego przyjaciela, a że nie 

chciał mieszać w to milicji, postanowił załatwić sprawą przy pomocy kolegów. 

— Dalej pan nic nie kapuje. Januszek sam się szykował na willę Daleckiego, a tamten 

gość po prostu wlazł mu w paradę. 

— Jesteś tego pewien? 
— Przecież bym nie mówił. 
— I co było dalej? 
— Okazało się, że z tego gościa wcale nie taki frajer. Musiał wyczuć pismo nosem, bo 

nic z chałupy nie wyniósł. Na rogu Krynicznej i Zwycięzców skoczyliśmy na niego, a on jak 
się  nie  odwinie!  —  Roman  nawet  teraz  nie  potrafił  ukryć  podziwu.  —  Kwiczołka  jednym 
kopem położył, a i mnie trochę przytkało, kiedy oberwałem. 

— Przylał wam? 
—  Koniec  końców  i  tak  byśmy  go  załatwili,  bo  w  pojedynkę  czterem  nie  poradzi,  ale 

facet prysnął. Miał zresztą fart. Ganialiśmy się aż do Francuskiej, a tam zgarnęła go do malu-
cha jakaś lalunia. Przyłożyła gaz do dechy i tyle ich widzieliśmy. 

— Może to była jego wspólniczka? 
—  Cholera  wie.  Podobno  Januszek  przyuważył  wcześniej  tego  malucha,  ale  może  mu 

się przywidziało 

— Człowieku! Nie mogłeś powiedzieć mi tego wszystkiego w środę?! 
— Żeby mi pan zrobił kolegium za rozróbę? 
— Co tam jakaś nocna bijatyka! — zdenerwował się oficer. — W tej sprawie są już trzy 

trupy! 

—  Jezus,  Maria!  —  Roman  aż  pobladł  z  wrażenia.  —  Nie  miałem  pojęcia...  Przecież 

wszyscy wiedzą, że brzydzę się mokrą robotą. Nigdy nie przyłożyłbym ręki do czegoś takie-

background image

go! 

— Co Kwiczołek zamierzał ukraść z willi Daleckiego? — Kapitan nie zwracał uwagi na 

żarliwe zapewnienia Błaszkiewicza. 

— Nie wiem. Januszek nikomu nie puścił pary z gęby. 
— Ale musiało to być coś cennego? 
— Pewno tak. 
— Czy właśnie w związku z tym włamaniem wyjeżdżał do Rytra? 
— To Januszek był w Rytrze? — zdziwił się Roman. — Do mnie mówił, że ma zamiar 

wpaść do Radomia, do ciotki. Nie wspominał o żadnym Rytrze. 
 

Grzelak parkował właśnie na Krynicznej, kiedy spostrzegł wychodzącego z willi Dale-

ckiego. Bez namysłu nacisnął klakson. Alfred zatrzymał się przy furtce i zaczekał, aż kapitan 
wysiądzie z wozu. 

— Co słychać? — powitał oficera. — Jak pańskie śledztwo? 
— Posuwa się zgodnie z planem — odparł wymijająco. — Prawdę powiedziawszy, tym 

razem przyjechałem do pana w innej sprawie. 

— Mianowicie? 
—  Doszły  mnie  słuchy,  że  tydzień  temu,  w  nocy  z  poniedziałku  na  wtorek,  dokonano 

do pana włamania. 

—  Co  takiego?  —  Dalecki  popatrzył  na  Grzelaka  z  niebotycznym  zdumieniem.  — 

Włamanie? Do mojej willi?! Pan chyba żartuje, panie kapitanie! 

— Czyżby pan nic nie zauważył? 
—  Zamki  w  drzwiach  są  w  porządku,  szyb  w  oknach  nikt  nie  powybijał,  a  co  najwa-

żniejsze nic z domu nie zginęło. 

— Przepraszam za pytanie, ale gdzie spędził pan noc z poniedziałku na wtorek? 
— Byłem u przyjaciółki. Życzy pan sobie jej nazwisko? 
— Jeśli nie miałby pan nic przeciwko temu...  
— W końcu to żadna tajemnica, zwłaszcza że pewno wkrótce się pobierzemy. Nocowa-

łem u Danuty Wierzbickiej. 

— O której wrócił pan do domu? 
— Koło siódmej rano. Przebrałem się i pojechałem do redakcji. 
— Pan współpracuje na stałe z jakimś konkretnym pismem? 
— Bardziej mi odpowiada rola wolnego strzelca. Ale w poniedziałek byłem w redakcji 

„Rzeczywistości”, jeśli to pana interesuje. 

—  Wróćmy  do  sprawy  włamania.  —  Grzelak  nie  myślał  kapitulować.  —  Mam  świa-

dków, którzy twierdzą, że ktoś wchodził do pańskiej willi. 

— Musiało im się pomylić. 
— Nie sądzę. Zresztą to łatwo sprawdzić. Wystarczy, jeśli jeden z naszych specjalistów 

obejrzy  zamki.  Fachowiec  bez  trudu  pozna,  czy  zamek  otwierano  normalnym  kluczem,  czy 
wytrychem. 

— Nawet po tygodniu? — W oczach Daleckiego pojawiło się powątpiewanie. 
— Upływ czasu ma niewielkie znaczenie. 
— Ale czy opłaca się skórka za wyprawkę? Już panu mówiłem, że nic nie zginęło. 
—  Wtedy  złodziej  nic  nie  ukradł,  jednak  następnym  razem  może  pan  nie  mieć  tyle 

szczęścia. 

— Czy ja już nigdy nie zaznam spokoju we własnym domu?! — W głosie Daleckiego 

zabrzmiało rozdrażnienie. — Najpierw Poniszyński ze Sładkowskim wypytywali mnie o jakiś 
depozyt, który rzekomo jeden ze znajomych mego zmarłego wuja miał zostawić mu na prze-
chowanie, teraz pan raczy mnie opowieścią o dziwnym włamywaczu, który niczego nie kra-
dnie. Wybaczy pan, ale to nie jest zabawne! 

background image

—  Niech  się  pan  nie  denerwuje.  Życie  pełne  jest  niemiłych  zdarzeń  i  niespodzianek. 

Nie należy brać sobie wszystkiego do serca. 

— Łatwo panu powiedzieć. 
— A z czysto zawodowej ciekawości, o jaki depozyt chodziło mecenasowi i temu dru-

giemu panu? 

—  Diabli  ich  wiedzą.  Opowiadali  o  niewielkim  pakuneczku  z  bardzo  cenną  zawarto-

ścią. Ja nigdy nic takiego u wuja nie widziałem. Nie słyszałem też, żeby przyjmował od kogoś 
jakieś depozyty. Ale dla świętego spokoju pozwoliłem tamtym rozejrzeć się po willi. Oczywi-
ście niczego nie znaleźli i w końcu dali mi spokój. 

— O czyją to własność się upominali? 
—  Podobno  facet  wyjechał  na  stałe  za  granicę.  Chyba  wymieniali  jakieś  nazwisko, 

jednak ja go nie pamiętam. 

—  Mniejsza  o  to.  —  Grzelak  zbagatelizował  sprawę.  —  A  wracając  do  pańskich 

zamków, gdyby mimo wszystko pan się zgodził... 

— Widzę, że nie da mi pan spokoju — westchnął Dalecki. — Niech już będzie — ustą-

pił z nie ukrywaną niechęcią. — Jutro koło południa mogą przyjść ci pańscy eksperci. Tylko 
żeby mi nie nabałaganili i wynieśli się przed wieczorem. 

— Gwarantuję, że błyskawicznie zrobią swoje i nie przysporzą panu żadnych kłopotów. 
— Jesteśmy więc umówieni. 
— Aha, jeszcze jedno — przypomniał sobie kapitan. — Tak dla porządku: czy w nie-

dzielę wyjeżdżał pan z Warszawy? 

—  Przecież  już  panu  wspominałem,  że zabrali  mi  prawo  jazdy  i  nie  mogę  korzystać  z 

wozu.  —  W  głosie  Daleckiego  ponownie  zabrzmiało  zniecierpliwienie.  —  Przez  cały  dzień 
włóczyłem się po mieście. Najpierw sam, potem w towarzystwie Danusi Wierzbickiej. A jeśli 
świadectwo narzeczonej panu nie wystarcza, proszę jeszcze zapytać przyjaciółkę mego zma-
rłego wuja, Annę Waligórską. Traf chciał, ze spotkaliśmy się w „Hortexie”. 
 
 
 
 

XXVI 

 
 

Dembinsky otworzył oczy  i przez kilkanaście sekund niezbyt przytomnie rozglądał się 

po pokoju. Był niemal pewien, że zbudził go jakiś hałas, nie mógł sobie jednak uświadomić, 
co  usłyszał  przez  sen  tuż  przed  ocknięciem.  Zerknął  na  miejsce  obok  siebie.  Było  puste. 
Podniósł się na łokciu i niemal w tym samym momencie dobiegł go z kuchni brzęk szklanek, 
a chwilę później wkroczyła do pokoju Waligórska z gorącą herbatą. 

— Wstawaj, śpiochu! — rzuciła wesoło. — Dawno minęło południe. 
— Dobrze ci mówić — ziewnął nie zasłaniając ust. — Spałaś przez całą drogę z Rytra 

do Warszawy, a ja musiałem siedzieć za kółkiem. 

— Nikt ci przecież nie kazał jechać w nocy, a i na tę Przechybę nie wiadomo po co cię 

wczoraj  zaniosło.  W  dodatku  gdyby  nie  mój  zdecydowany  sprzeciw,  zamiast  do  domu  za-
wiózłbyś mnie do jakiejś zimnej, opuszczonej daczy w Zegrzynku. 

— Nie do jakiejś, tylko do twojej. 
— O przepraszam! — Aż poczerwieniała z nagłej irytacji. — Tę daczę Tomasz zapisał 

mi w testamencie, ale stary hochsztapler Poniszyński za psie pieniądze wyłudził ją ode mnie 
dla Drawskiego. 

— Coś podobnego! A pan Wojciech wcale się nie przyznał, że dacza należy do niego. 
— Tacy już oni są. 

background image

— Nastawiłaś budzik? — Wrócił do nurtujących go po przebudzeniu wątpliwości. 
— Skądże! — zaprzeczyła, zrozumiawszy, o co chodzi Jonathanowi, — To był telefon. 
— Kto dzwonił? 
— Jakiś facet pomylił numer. 
Wypili herbatę, potem Jonathan poszedł do łazienki. Pod zimnym prysznicem senność i 

uczucie znużenia zniknęły bez śladu Pół godziny później ogolony i pełen optymizmu wyszedł 
na miasto. Na pierwszy ogień postanowił wziąć Drawskiego. 

Tym ranem nie miał już kłopotów z odnalezieniem świeżo wyremontowanego bliźniaka 

z pretensjonalnym srebrnym świerkiem przy wejściu. Obawiał się tylko, czy zastanie gospo-
darza na miejscu, szczęśliwym jednak trafem Drawski parkował właśnie przed domem swoją 
skodę. Spostrzegłszy nieoczekiwanego gościa uśmiechnął się na powitanie. 

— Tak szybko wrócił pan z Rytra? — zawołał z daleka. — Nawet urocze towarzystwo 

nie skłoniło pana do dłuższego pozostania na łonie natury? 

— Zapomina pan, że nie przyjechałem do Polski na wakacje. 
— Niby prawda 
— Może wejdziemy do środka? 
— Ależ oczywiście, bardzo proszę. 
Chwilę później znaleźli się w znanym już Jonathanowi nowocześnie urządzonym poko-

ju. Detektyw usiadł w wygodnym fotelu i odruchowo sięgnął po kostkę gumy do żucia, kiedy 
jednak gospodarz nalał dwie szklaneczki whisky, schował paczuszkę do kieszeni. 

— Sądząc z pańskiej miny, ma pan mi coś ważnego do zakomunikowania — zagadnął 

Drawski. 

— I owszem — chłodno potwierdził Dembinsky. — W Rytrze dowiedziałem się wielu 

ciekawych rzeczy. 

— W końcu po to pan tam pojechał. 
— Na samym wstępie natknąłem się na dwa trupy. 
— O Boże! 
—  A  wkrótce  potem  ustaliłem,  że  w  czasie  kiedy  zamordowano  tych  ludzi,  szanowny 

pan przebywał w okolicy. To chyba wymaga wyjaśnień? 

—  Pan  mnie  podejrzewa?  —  Drawski  pobladł  i  z  drżącej  ręki  omal  nie  wypadła  mu 

szklaneczka. — Przecież to absurdalne! 

— Nie zaprzeczy pan, że w nocy z soboty na niedzielę przebywał pan w schronisku na 

Przechybie? 

—  Byłem  na  wczasach  w  Szczawnicy.  Ostatniego  dnia  po  prostu  wybrałem  się  na 

wycieczkę w góry. Traf chciał, że popsuła się pogoda i musiałem zanocować w schronisku. W 
niedzielę zszedłem do Szczawnicy, spakowałem manatki i wróciłem do Warszawy. 

— Równie dobrze mógł pan zejść do Rytra. 
— Niby po co? 
— Po szmaragdowy krucyfiks. 
— Cóż za pomysł1 — wychrypiał gospodarz. — Pan chyba żartuje?! 
— Mówię serio. 
— To jakieś insynuacje! — Drawski stracił panowanie nad swoim głosem. — Ja sobie 

wypraszam! 

—  Twierdzi  pan,  że  to  moje  insynuacje?  —  Jonathan  chwycił  gospodarza  za  klapy 

marynarki  i  przyciągnął  do  siebie.  —  A  dlaczego  nie  powiedział  mi  pan  o  swoim  wojażu 
podczas naszej pierwszej rozmowy?! 

— Przecież pan nie pytał. W ogóle nie poruszaliśmy tego tematu. 
— A skąd to nagłe zainteresowanie Przechybą? Wszyscy dobrze wiedzieliście, że kru-

cyfiks  został  ukryty  w  Rytrze.  I  pan  postanowił  zdobyć  go  dla  siebie.  Ja nie  wierzę  w  przy-
padki, szanowny panie! 

background image

— Jak pan śmie?! 
—  Rachunek  jest  prosty.  —  Detektyw  spojrzał  twardo  na  Drawskiego.  —  Krucyfiks 

zniknął, a na jego miejsca zostały dwa trupy. 

Gospodarz  chciał  znowu  zaprzeczyć,  ale  dostrzegłszy  złowróżbne  błyski  w  oczach 

Jonathana  aż  skulił  się  z  przerażenia.  Przez  kilka  sekund  nie  mógł  wypowiedzieć  słowa,  w 
końcu z rezygnacją skinął głową. 

—  Ma  pan  rację,  choć  niezupełnie  —  wyszeptał  łamiącym  się  głosem.  —  Do  tej 

Szczawnicy faktycznie pojechałem szukać krucyfiksu. 

— Trzeba tak było od razu. — Jonathan był ciągle opanowany. — Niech pan opowiada. 
— Kiedy Sładkowski, Poniszyński, a później i  Dalecki zaczęli poszukiwania, przyszło 

mi do głowy, że ja również mógłbym rozejrzeć się za krucyfiksem. Ot, chociażby dla nagro-
dy. Wiedziałem, że brat często jeździł w Nowosądeckie. Szukali tam inni, wybrałem się i ja 
latem ubiegłego roku do Żegiestowa. Wtedy nie wpadłem na żaden trop, ale pod koniec sty-
cznia Dalecki wygadał się po pijanemu, że krzyż jest u kogoś w Szczawnicy. 

— Wymienił jakieś nazwisko albo adres? 
—  Oczywiście,  że  nie,  ale  mnie  wystarczyło  to,  co  usłyszałem.  Wziąłem  urlop  i  poje-

chałem na dwa tygodnie do Szczawnicy. Zamiast chodzić w góry, przesiadywałem w knajpie 
i przepytywałem ludzi, aż w końcu dowiedziałem się, gdzie brat wynajmował kwaterę. 

— Odwiedził pan gospodarza? 
— Jasne. 
— I co panu powiedział? 
— Nic. To był, niestety, fałszywy trop. 
— A po co poszedł pan na Przechybę? 
—  Już  panu  mówiłem.  Ostatniego  dnia  postanowiłem  zobaczyć  góry  z  bliska.  To  nie 

była mądra decyzja. Nie miałem zaprawy i ledwo dowlokłem się do schroniska. Tego samego 
dnia nie miałem już siły wracać. 
 

Na Saską Kępę detektyw jechał wyjątkowo powoli. Nie ulegało wątpliwości, że powi-

nien porozmawiać ze Sładkowskim i Daleckim, nie mógł jednak się zdecydować, jaką obrać 
taktykę.  Teraz  już  wiedział,  że  w  tej  grze  bierze  udział  kilka  osób  i  każda  z  nich  stara  się 
zdobyć krucyfiks dla siebie. 

Dembinsky  dojeżdżał  właśnie  Zwycięzców  do  Krynicznej,  kiedy  nagle  na  chodniku 

mignęła mu znajoma sylwetka. Nie miał pewności, ale nie miał też czasu do namysłu. Ostro 
przyhamował  i  nie  zamykając  wozu  wyskoczył  na  ulicę.  Na  szczęście  barczysty  szatyn  w 
ortalionowej kurtce nie zorientował się jeszcze w czym rzecz. Dopiero gdy Jonathana dzieliło 
od niego nie więcej niż kilka kroków, również i Filipkowski poznał detektywa. W panicznym 
strachu rzucił się w bramę mijanej właśnie kamienicy, na ucieczkę było już jednak za późno. 

Na  klatkę  schodową  wpadli  niemal  jednocześnie.  Albin  odwrócił  się,  żeby  zatrzasnąć 

drzwi przed nosem Jonathana, ale ten był szybszy. Chwycił chłopaka za bary i trzymał jak w 
kleszczach. 

— Teraz pogadamy spokojnie — wysapał. 
— Jezus, Maria! — wymamrotał Albin. — Czego ode mnie chcesz? 
— A ty czego chciałeś? Dlaczego wtedy rzuciliście się na mnie? 
— Kwiczołek kazał. 
— Kto taki?  
— Facet mieszkał w tej samej co ja kamienicy, tyle że piętro wyżej. 
— Już się wyniósł? 
— To ty nie wiesz? — Albin popatrzył ze zdziwieniem na detektywa. — Na drugi dzień 

po tamtej rozróbie wpadł pod pociąg. 

— Takie buty! — Dembinsky aż zagwizdał. — Innymi słowy trup ścieli się gęsto! 

background image

— Nie rozumiem? 
— Nie musisz. Powiedz mi lepiej, jakie żale miał do mnie ten Kwiczołek? 
— Włamałeś się do willi Daleckiego. 
— Nie wiedziałem, że trzeba było poprosić o pozwolenie — zakpił Jonathan. 
— Jesteś tu obcy i wlazłeś Januszkowi w  paradę. 
— Jakoś to przeboleję. — Detektyw lekceważąco wzruszył ramionami — No, na mnie 

już  czas  —  skierował  się  do  wyjścia.  —  A  tobie  radzę,  żebyś  zapomniał  o  mnie  i  naszej 
dzisiejszej rozmowie. 

— Ja mogę zapomnieć, ale gliny tu węszą. — Filipkowski odzyskał już pewność siebie. 

— Zgarnęli Błaszkiewicza, a i mnie przepytywali. 

—  Mówi  się  trudno.  —  Dembinsky  przyjął  tę  wiadomość  spokojnie  —  A  ty  na  przy-

szłość nie pchaj się. gdzie cię nie proszą. 

Jonathan  wrócił  do  wozu  i  odruchowo  włożył  do  ust  gumę  do  żucia.  Przez  moment 

zastanawiał się, czy warto uruchamiać silnik, by przejechać niespełna dwieście metrów, osta-
tecznie jednak stwierdził, że lepiej mieć samochód pod ręką. 

Chwilę później zatrzymał się przed willą Daleckiego. Wysiadł i nacisnął dzwonek przy 

furtce.  Odczekał  dobrą  minutę,  ponownie  zadzwonił,  ale  nikt  mu  nie  otworzył.  Widocznie 
gospodarza nie było w domu. Detektywa aż korciło żeby zajrzeć do środka, o tej porze jednak 
wolał nie ryzykować. 

Dla odmiany Sładkowski otworzył Jonathanowi niemal natychmiast. Mieszkanie na pie-

rwszym piętrze jednego z domów przy ulicy Francuskiej wyglądało przestronnie i dostatnio. 
Stylowe meble, puszyste dywany i obrazy w szerokich, złoconych ramach może nie były zbyt 
szczęśliwie  dobrane  i  w  zestawieniu  z  kilkoma  dubeltówkami  i  trofeami  myśliwskimi  spra-
wiały wrażenie wystawy sklepowej, świadczyły jednak niedwuznacznie o zamożności właści-
ciela. 

Gospodarz zaprowadził detektywa do pokoju spełniającego rolę saloniku i wskazał mu 

miejsce w obitym skórą fotelu. 

— Napije się pan herbaty lub kawy? — spytał. — Żona wróci dopiero późnym wieczo-

rem, po zamknięciu naszego pawilonu, ale przecież możemy obsłużyć się sami. 

— Dziękuję. — Dembinsky odmówił. — Wpadłem tylko na chwilę. 
— W takim razie proponuję odrobinę alkoholu. 
— Jestem wozem. 
—  Czyżby  wrócił  pan  ze  swoich  górskich  wojaży  jako  całkowity  abstynent?  — 

zażartował Sładkowski. — A propos, czy ma pan jakieś wieści o zaginionym krucyfiksie? 

—  Niestety,  niewiele  zdołałem  ustalić,  ale  jest  w  tym  i  pana  zasługa.  Byłoby  mi 

znacznie  łatwiej,  gdyby  pan  nie  przemilczał  swojej  niedawnej  wizyty  w  Rytrze  —  cierpko 
zauważył Jonathan. — Nie był pan ze mną szczery, panie Sładkowski. 

—  Owszem,  jeździłem  do  Rytra,  i  to  nie  raz  —  potwierdził  gospodarz.  —  Zdołałem 

nawet dowiedzieć się, że mieszka tam dawny znajomy Tomasza Drawskiego, niejaki Grybu-
cha. Spotkałem się z tym człowiekiem i przeprowadziłem z nim poważną rozmowę. Katego-
rycznie  zaprzeczył,  by  Tomasz  przekazywał  mu  jakikolwiek  depozyt,  i  oświadczył  mi,  że 
nigdy nie słyszał o szmaragdowym krucyfiksie. 

— Pan mu uwierzył? 
— Nie miałem powodu, żeby nie wierzyć. 
—  Do  Rytra  jeździli  również  Dalecki  i  Poniszyński,  a  w  pobliżu  kręcił  się  Wojciech 

Drawski. Nie powie mi pan chyba, że to jedynie zbieg okoliczności. 

— Widać z tego, że każdy z nas szukał krucyfiksu na własną rękę. Jeśli o mnie chodzi, 

to zapewniam pana, że uznałem tamten trop za fałszywy i dlatego nie zawracałem nim panu 
głowy. 

— Trop był dobry. — Detektyw popatrzył Sładkowskiemu w oczy. — Świadczą o tym 

background image

dwa trupy: Grybuchy i jeszcze jakiegoś faceta, o którym nigdy przedtem nie słyszałem. 

— Grybucha nie żyje? — Policzki gospodarza nabrały bladoszarego zabarwienia. 
— Został zamordowany. 
— O Boże! 
— Słyszał pan o niejakim Kwiczołku? — Dembinsky postanowił iść za ciosem. 
— To adorator pani Lucyny Drawskiej — W głosie Sładkowskiego można było wyczuć 

pogardliwą nutę. — Nieciekawy typ. 

— On także nie żyje. Podobno wpadł pod pociąg. Ja jednak jestem przekonany, że ktoś 

mu w tym pomógł... 

— Jezus, Maria! — Tego było gospodarzowi za wiele. — Nie powie pan chyba, że tylu 

ludzi zginęło z powodu jakiegoś starego krzyża?! 

— Ten krzyż wart jest majątek, a dla pieniędzy ludzie są gotowi na wszystko. 
— Przerażające! 
— Zamiast biadolić, lepiej pomógłby mi pan znaleźć krucyfiks. 
— Proszę wybaczyć, ale po tym, co usłyszałem, nie chcę mieć z tą sprawą nic wspólne-

go.  —  Sładkowski  trząsł  się  ze  zdenerwowania.  —  Pal  diabli  Paszczyńskiego,  pieniądze  i 
złote krzyże. Ja mam dom, rodzinę i nieźle prosperujący interes. Nie chcę ryzykować. Niech 
pan stąd idzie i nie przychodzi do mnie więcej! 
 
 
 
 

XXVII 

 
 

Szydlik wdrapał się na drugie piętro w miarę nowego bloku i nie sprawdzając nawet w 

notatniku numeru mieszkania energicznie zapukał. W środku nikt nie zareagował. Porucznik 
odczekał kilka sekund i ponowił pukanie, tym razem dłużej i głośniej, a w końcu bezceremo-
nialnie  przyłożył  pięścią  w  drzwi.  Poskutkowało.  Z  mieszkania  dobiegły  jakieś  szmery,  a  w 
chwilę później w progu pojawiła się tęga blondynka w nocnej koszuli i różowym szlafroku. 

—  Pan  władza  do  mnie?  —  Zmierzyła  Szydlika  niespokojnym  spojrzeniem.  —  O  co 

chodzi? 

—  O  twego  amanta.  —  Porucznik  nie  czekając  na  zaproszenie  wszedł  do  środka.  — 

Znowu narozrabiał. 

— To niemożliwe! — zaprzeczyła stanowczo. 
—  Kiedy  ostatni  raz  widziałaś  Jasiukiewicza?  —  Oficer  nie  miał  czasu  na  długie 

rozmowy, więc od razu przystąpił do rzeczy. 

— W piątek. 
— Był u ciebie? 
— Właśnie. 
— A wcześniej? 
— Od dwóch tygodni przychodził prawie co dzień. 
— To znaczy, że i ubiegłej niedzieli złożył ci wizytę? 
— Zgadza się. — Po twarzy Iwony Biedrzyckiej przemknął ledwo dostrzegalny cień. 
— O której? 
— Nie patrzyłam na zegarek, ale musiało być dobrze przed południem.  
— Józek twierdzi, że siedział u ciebie od siódmej rano. — Oficer skłamał bez zająknie-

nia. — Co ty na to? 

— A rzeczywiście! — Udała, że sobie przypomina. — Przyszedł jeszcze wcześniej niż 

pan dzisiaj. 

background image

— Tak bardzo stęsknił się za tobą? 
— Nie wierzy pan? 
— Łżesz jak najęta, moja mała! — Głos porucznika nagle stwardniał. — Jasiukiewicza 

nie było tu ani o siódmej rano, ani w południe. 

— Ależ panie władzo... 
—  Dosyć  tej  zabawy!  —  Szydlik  zagrzmiał,  aż  zadźwięczały  szyby.  —  Twój  chłopak 

zamordował człowieka. Albo powiesz prawdę, albo będziesz oskarżona o współudział! 

— Co takiego?! — Biedrzycka cofnęła się z przerażenia. — Józek zabił?! Niemożliwe! 
— Nie słyszałaś, że stary Grybucha nie żyje? 
— Mamo... 
— Zastanówże się, dziewczyno, póki nie jest jeszcze za późno! 
— Ale przecież ja nie wiedziałam! — jęknęła z rozpaczą. 
— Jasne, że nie wiedziałaś. — Porucznik wyraźnie złagodniał. — Przecież Jasiukiewicz 

ci nie powiedział. 

— A ubiegłej niedzieli to on przyszedł dopiero późnym wieczorem — wyznała niemal 

szeptem. — Było już po filmie w telewizji. 

— Zachowywał się jak zwykle? 
— Na samym wstępie zbeształ mnie, diabli wiedzą za co, i kazał lecieć po wódkę. — W 

słowach Iwony zadźwięczała jeszcze żywa uraza. — Przyniosłam ćwiartkę... To znaczy poży-
czyłam — poprawiła się szybko. — Mnie nalał kieliszek, sam wypił resztę i poszedł spać. 
 

W pokoju Szydlika, w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych, czekali już Jode-

cki i Wrzosek. Obaj wyglądali na zmęczonych po wczorajszej wycieczce w góry, ale dzielnie 
nadrabiali minami. 

— Jak tam alibi Józka Jasiukiewicza? — zagadnął kapitan. 
— Praktycznie nie istnieje! — odparł porucznik. — Na początku dziewczyna próbowała 

kręcić, ale szybko zrozumiała, że nie ma to sensu. 

—  Innymi  słowy  sprawa  jest  jasna.  Zwłaszcza  jeśli  dołożymy  wyniki  ekspertyzy  na-

szych biegłych. 

— Po co pan wczoraj chodził na tę Przechybę? — Szydlik nie mógł powstrzymać się od 

docinka. 

— Przyjechać w góry i nie zobaczyć ich z bliska? — Jodecki uśmiechnął się rozbraja-

jąco.  —  Poza  tym  dręczyło  mnie  pytanie,  czy  drogą  kolo  spalonej  chałupy  i  starego  szałasu 
można wejść w lutym na szczyt. 

— Teraz to już nie ma żadnego znaczenia. 
— Prawdopodobnie.  
— Co pan dalej zamierza? 
— Przesłuchamy Jasiukiewicza i wracam do Warszawy. Tak jak ten gadający po polsku 

Amerykanin... 

Kwadrans później profos wprowadził do pokoju zatrzymanego. Dwie noce spędzone w 

areszcie  wycisnęły  na  Jasiukiewiczu  wyraźne  piętno.  Potoczył  po  oficerach  przygaszonym 
spojrzeniem,  usiadł  posłusznie  na  wskazanym  krześle  i  ukrył  w  dłoniach  szare,  nie  ogolone 
policzki. 

— Najwyższy już czas, żebyśmy porozmawiali poważnie — zaczął Szydlik. 
— Ani przez myśl mi nie przeszło z kogokolwiek żartować — odburknął zatrzymany. 

— Powiedziałem całą prawdę, jak na spowiedzi. 

— Niezupełnie. Weźmy na przykład wasze alibi z ubiegłej niedzieli. 
— Byłem u Iwony — powtórzył Jasiukiewicz uparcie. — Proszę zapytać, ona potwier-

dzi. 

— O której przyszliście do jej mieszkania? 

background image

— Koło piętnastej, może trochę wcześniej. 
—  A  nie  siedem  godzin  później?  —  Porucznik  próbował  spojrzeć  w  oczy  młodemu 

człowiekowi. — Właśnie wracam od waszej dziewczyny. Ustaliliśmy wszystko bardzo dokła-
dnie i nie ma mowy o jakichkolwiek wątpliwościach. 

— Świnia! — Józek zgrzytną! zębami w bezsilnej złości. — Już ja jej pokażę! 
— Nieprędko będziecie mieli okazję. 
— Kiedyś przecież wyjdę. 
— Kiedyś wyjdziecie — potwierdził Szydlik. — Tylko kiedy. 
— Nie macie na mnie nic poważniejszego. 
— Czyżby? 
Porucznik podszedł do szafy pancernej i wyjął z niej szwedzki nóż sprężynowy z rogo-

wą rękojeścią. Jasiukiewicz podniósł się z miejsca i wziął nóż do ręki. W jednym miejscu, tuż 
koło zatrzasku na rękojeści, brakowało niewielkiego kawałka rogowej okleiny. 

— Poznajecie? 
— Owszem — zatrzymany nie zaprzeczył. 
— Sam ci go odebrałem w sobotę w knajpie — przypomniał Wrzosek. 
— Zgadza się. 
— A czy wiecie, w jaki sposób zginął Grybucha? — wtrącił się Jodecki. 
—  Został  pchnięty  nożem  —  podpowiedział  Szydlik.  —  Waszym  nożem!  —  dorzucił 

złowróżbnie. — Pokazać wam wyniki ekspertyzy? 

—  To  niemożliwe!  —  Wypuszczony  przez  Jasiukiewicza  sprężynowiec  potoczył  się  z 

brzękiem po podłodze. — Nieprawda! 

— Na ostrzu ujawniono mikroślady krwi tej samej grupy co krew Grybuchy — bezna-

miętnie  relacjonował  porucznik.  —  W  zaczepie  eksperci  znaleźli  dwumilimetrową  nitkę. 
Porównali  ją  z  ubraniem  denata  i  orzekli,  że  pasuje,  jak  ulał.  Myślę,  że  każdemu  sądowi  to 
wystarczy, żeby skazać was za zabójstwo. 

—  Jezus,  Maria!  —  Józek  w  nagłym  przypływie  rozpaczy  chwycił  się  za  głowę.  — 

Przecież mnie powieszą! A ja go nie zabiłem! Nie zabiłem! 

— Oszukaliście nas podczas pierwszego przesłuchania, mieliście motyw, a wasze alibi 

okazało się fałszywe. Nikt nie uwierzy w te gołosłowne zaprzeczenia. 

—  To  prawda  —  jęknął  zatrzymany.  —  Zaniosło  mnie  do  tej  palącej  się  chałupy. 

Stałem  i  patrzyłem  Tak  jak  inni.  Nie  powiem,  nie  żałowałem  starego,  ale  żeby  zabijać  albo 
podpalać... 

— Co robiliście przedtem? — Jodecki podniósł z podłogi nóż i stanął przy Jasiukiewi-

czu. 

— Rano pojechałem do kumpla, do Piwnicznej. Niestety nie zastałem go i wróciłem z 

niczym.  Potem  wybrałem  się  do  Perły  i  tam  los  zdarzył  jedną  wczasowiczkę.  Postawiła  mi 
piwo i poszliśmy na spacer. To wszystko. 

— Pamiętacie jej nazwisko? 
— Tylko imię. Julita. Nie mieliśmy czasu poznać się bliżej, bo wyjeżdżała wieczornym 

pociągiem. 

— Tak czy inaczej w dalszym ciągu nie macie alibi — podsumował kapitan. — A z tym 

nożem to jeszcze gorsza sprawa. 

— Ja go znalazłem 
— Kiedy? 
— Właśnie tamtej niedzieli. 
— W jakich okolicznościach? 
—  To  było  wieczorem.  Wracałem  od  pożaru.  Na  przystanku  czekał  autobus.  Podbie-

głem, żeby się zabrać, ale było cholernie ślisko i tuż przed drzwiami wyryłem nosem w śnieg. 
Zwaliłem się do rowu i tam, pod krzakiem, namacałem ten kozik Podniosłem go, a że mi się 

background image

spodobał, postanowiłem zabrać do chałupy. 

— Kolejna bajeczka dla grzecznych dzieci — stwierdził Jodecki. — No cóż, w końcu to 

wasza sprawa. Nie ja będę odpowiadał za zabójstwo 
 
 
 
 

XXVIII 

 
 

Grzelak  skręcił  z  Rakowieckiej  w  Opoczyńską  i  zatrzymał  swego  fiata  tuż  za  wiśnio-

wym polonezem. Odruchowo spojrzał na numery rejestracyjne tamtego wozu i uśmiechnął się 
pod nosem. Właśnie tego poloneza wypożyczył w ubiegłym tygodniu Jonathan Dembinsky. 

Kapitan zastanawiał się przez chwilę, czy zaczekać na Amerykanina, czy od razu iść do 

mieszkania Waligórskiej. Chciał już wysiadać, kiedy spostrzegł, że z klatki schodowej wybie-
ga wysoki, barczysty blondyn w brązowej, podbitej misiem kurtce. Sympatyczną, choć może 
zbyt kościstą twarz ozdobioną bujnym wąsem oficer znał dobrze z fotografii. Był to właśnie 
Dembinsky. 

Amerykanin  nie  oglądając  się  wsiadł  do  poloneza,  uruchomił  silnik  i  odjechał.  Teraz 

oficer  mógł  już  bez  przeszkód  przystąpić  do  realizacji  wyznaczonego  sobie  zadania.  Nie 
spiesząc  się  ruszył  na  trzecie  piętro,  znalazł  właściwe  drzwi  i  energicznie  zapukał  Chwilę 
później w progu pojawiła się niewysoka, zgrabna blondynka. Na przezroczystą nocną koszulę 
miała narzucony wzorzysty szlafroczek. 

— Pani Anna Waligórska? — upewnił się na wszelki wypadek. 
— Tak, a z kim mam przyjemność? 
— Kapitan Grzelak. 
— O co chodzi? 
— Czy mógłbym wejść? 
— Proszę. — Zachęcającym gestem otworzyła szerzej drzwi. 
Znaleźli  się  w  ładnej,  gustownie  urządzonej  kawalerce.  Waligórska  bez  cienia  skrępo-

wania posłała wersalkę i siadła na niej. Kapitanowi wskazała stojący w rogu pokoju wygodny 
fotel. 

— Słucham pana — rzuciła lekko. 
— O ile mi wiadomo, jest pani zaprzyjaźniona z rodziną Drawskich — zaczął oględnie. 
— Przez jakiś czas żyłam z Tomaszem Drawskim — odparła wprost. 
— Mieszkała pani w jego willi? 
—  Formalnie  od  wielu  lat  zameldowana  jestem  tutaj,  ale  faktycznie  więcej  czasu 

spędzałam wtedy na Krynicznej. 

— Jak długo trwał pani związek z Drawskim? 
— Około dwóch lat. 
— Pan Drawski był człowiekiem majętnym 
— Niewątpliwie. 
— Przepraszam za pytanie, ale czy coś pani zostawił? 
— Nic poza dwoma czy trzema pierścionkami, które kupił mi jeszcze za życia — skła-

mała  bez  zająknienia.  —  Zresztą  wcale  nie  dbałam  o  to  i  nawet  przez  myśl  mi  nie  przeszło 
kłócić się z jego siostrzeńcem o spadek. 

— Pan Dalecki również mieszkał w willi? 
— Tak, przez cały czas. 
— Co mogłaby pani powiedzieć o tym człowieku? 
—  Udawał  wielkiego  dziennikarza,  a  w  rzeczywistości  był  drobnym  kombinatorem. 

background image

Wszystko,  co  miał,  zawdzięczał  Tomaszowi,  a  jednak  oszukał  go,  kupując  dla  niego  samo-
chód. 

— Pani go nie lubiła? 
— I dalej nie lubię. Od śmierci Tomasza ani razu nie byłam na Krynicznej. 
— Czy mówi coś pani nazwisko Grybucha? — oficer zdecydował się zmienić temat. 
— Pierwsze słyszę. 
— A Grąbiec albo Kwiczołek? 
— O ile dobrze pamiętam, ten drugi przyjaźnił się z Daleckim. 
— Znała go pani bliżej? 
— Kiedy mieszkałam na Krynicznej, widziałam go kilka razy. 
—  Tak  się  dziwnie  złożyło,  że  wymienieni  przeze  mnie  mężczyźni  ponieśli  ostatnio 

śmierć w dość zagadkowych okolicznościach. 

—  To  przykre.  —  Wiadomość  ta  najwyraźniej  nie  zrobiła  na  Waligórskiej  żadnego 

wrażenia.  —  Ale  co  trzy  podejrzane  zgony  mogą  mieć  wspólnego  z  moją  skromną  osobą? 
Mówiąc szczerze, nie bardzo rozumiem, jaki jest cel pańskiej wizyty, panie kapitanie. 

— Prowadzę zawiłe śledztwo i stąd moje rozmowy z różnymi osobami, które ewentua-

lnie mogłyby mi pomóc — wyjaśnił enigmatycznie. — Oczywiście wcale nie twierdzę, że od 
pani dowiem się czegoś istotnego, ale formalności musi stać się zadość. 

— Rozumiem. — Skinęła głową, choć tłumaczenie oficera chyba jej nie przekonało. — 

Proszę, niech pan pyta. 

— Od śmierci Drawskiego nie związała się pani z nikim na stałe? 
— Tak się jakoś złożyło. 
—  Ostatnio  widywano  panią  w  towarzystwie  Amerykanina  polskiego  pochodzenia. 

Byliście razem w Rytrze... 

—  Owszem  —  przyznała.  —  Jonathan  to  przemiły  człowiek  i  wymarzony  towarzysz 

górskich wycieczek. 

— A do tego obcokrajowiec — dodał Grzelak, znacząco zawieszając głos. 
— Zapewniam pana, że po polsku mówi równie dobrze jak pan czy ja. — Udała, że nie 

pojmuje aluzji. 

— Nie wie pani przypadkiem, czym on się zajmuje? 
— W Stanach prowadzi jakieś interesy, a tutaj ma zamiar założyć firmę polonijną. 
— W jakiej branży? 
— Wspominał o lakierach, ale mówiąc prawdę zbytnio mnie to nie interesowało. 
— Nawiązał już kontakty z naszą prywatną inicjatywą? 
—  Najlepiej  niech  pan  jego  o  to  zapyta.  —  Wzruszyła  ramionami  z  wyraźnym  znie-

cierpliwieniem. — Ja z natury nie mieszam się do męskich interesów. 

— Tak, oczywiście. — Kapitan nie nalegał. — To chyba zresztą nieistotne. 
— Co chciałby pan jeszcze wiedzieć? 
—  Jeden  drobiazg.  Czy  mogłaby  pani  powiedzieć,  co  pani  robiła  przed  tygodniem,  w 

ubiegłą niedzielę? 

—  Nic  szczególnego.  Rano  wpadłam  do  koleżanki,  obiad  zjadłam  w  „Odrze”,  potem 

poszłam do „Hortexu” na ambrozję. Wieczór spędziłam w domu. 

— Czy w „Hortexie” nie spotkała pani nikogo znajomego? 
— Nie... To znaczy, owszem. — Wyraźnie się zawahała. — Widziałam Daleckiego... A 

może był to tylko ktoś do niego podobny? Na wszelki wypadek odwróciłam się i w ogóle nie 
patrzyłam w tamtą stronę. 
 

Na  Marszałkowskiej,  jak  zwykle  w  godzinach  szczytu,  nie  było  gdzie  zaparkować.  Po 

kilku nieudanych próbach oficer upchnął wóz na parkingu pod „Kurierem” i piechotą poma-
szerował w kierunku wieżowca, w którym mieszkała Wierzbicka. Na windy przyszło mu cze-

background image

kać dobrych kilka minut, wolał jednak nie ryzykować wspinaczki na ostatnie piętro. Wreszcie 
wjechał  na  górą  i  nacisnął  dzwonek  przy  drzwiach.  Chwilę  później  zasuwa  szczęknęła  i  w 
progu  pojawiła  się  niewysoka,  zgrabna  brunetka  o  szczupłej  twarzy  i  cokolwiek  wyzywają-
cym makijażu. 

— Kogo ja widzę? — zawołała wesoło na widok Grzelaka. — Pan kapitan we własnej 

osobie! Służbowo czy prywatnie? 

— Prywatnie nie byłoby mnie stać. — Nie mógł się jakoś powstrzymać od uszczypliwe-

go docinka. 

—  O  przepraszam,  ja  już  nie  pracuję  w  „Kaukaskiej”  ani  w  „Kamieniołomach”  — 

wyjaśniła  bez  specjalnej  urazy.  —  Teraz  mógłby  pan  pokazać  się  ze  mną w  każdym  lokalu. 
Nawet zupełnie prywatnie. 

—  Skoro  tak,  kiedyś  chętnie  skorzystam  z  zaproszenia.  A  na  razie  mam  kilka  służbo-

wych pytań. 

— Proszę, niech pan wejdzie. 
Oficer musiał przyznać, że mieszkanie znanej do niedawna w warszawskim półświatku 

córy Koryntu było wyjątkowo przytulne i urządzone z prawdziwym smakiem. Nawet niewą-
tpliwa zamożność właścicielki nie rzucała się zbytnio w oczy. 

—  Co  pana  sprowadza  w  moje  skromne  progi?  —  zagadnęła  siadając  na  stylowej 

kanapce i zapraszającym gestem wskazując Grzelakowi miejsce tuż obok siebie. 

— Słyszałem, że ostatnio pozostaje pani w nader bliskich stosunkach z niejakim Alfre-

dem Daleckim — przystąpił do rzeczy. 

— Fredek czuje się niemal moim narzeczonym. 
— Czyżby zamierzała pani zmienić stan cywilny? 
— Gdyby kandydatem na męża był pan kapitan, nie wahałabym się ani chwili — roze-

śmiała się dźwięcznie. — Ewentualny związek z Daleckim znacznie mniej mnie pociąga. 

— Mimo to łączy was spora zażyłość. 
— Po prostu pozwalam Fredkowi pokazywać się w moim towarzystwie. 
— Często? 
— Dwa, czasem trzy razy w tygodniu 
— Również w niedziele? 
— Między innymi. 
— Co robiliście wczoraj? 
— Fredek zaprowadził mnie do teatru, a potem do „Adrii”. 
— Jak na kandydata na narzeczonego zupełnie nieźle. 
— Stara się, jak potrafi. 
— A co zaproponował pani tydzień temu? 
— Pyta pan o ubiegłą niedzielę? — Na twarzy Wierzbickiej pojawił się cień. 
— Właśnie. 
—  Byliśmy  w  „Hortexie”  przy  Świętokrzyskiej.  —  Danuta  niby  przypadkiem  zaczęła 

oglądać paznokcie. 

— Tylko tyle? 
— Na mój gust i tak za wiele — prychnęła z nagłą złością. — Czemu przyczepił się pan 

do Daleckiego? Nie ma już ciekawszych tematów do rozmowy? 

— Co raptem ugryzło moją piękną? — zapytał żartobliwie. 
—  Ech  nic!  —  Znowu  była  pogodna  jak  przed  chwilą.  —  Coś  mi  się  przypomniało... 

Może  zaparzyć  kawy?  —  Podniosła  się  z  kanapki.  —  A  jednak  niezbyt  uprzejma  ze  mnie 
gospodyni. Już dawno powinnam zaproponować panu coś do picia. 

— Niestety muszę uciekać. — Oficer również wstał. 
— Tak szybko? 
— Służba nie drużba. — Bezradnym gestem rozłożył ręce. 

background image

— Do zobaczenia. — Uśmiechnęła się na pożegnanie. — I niech pan wpadnie kiedyś do 

mnie... prywatnie. Ja nie gryzę. 

Na dwora było już całkiem ciemno. Siadając za kierownicą Grzelak przypomniał sobie 

o nie zjedzonym obiedzie, potem przemknęła mu myśl, by wracać do domu, w końcu jednak 
postanowił sprawdzić, czy nie czeka na niego jakaś wiadomość od Jodeckiego. Niespełna pół 
godziny  później  dotarł  na  miejsce.  Skinął  z  daleka  wartownikowi  i  ruszył  do  pokoju  oficera 
dyżurnego.  Sięgał  właśnie  do  klamki,  kiedy  drzwi  otworzyły  się  i  w  progu  stanął  porucznik 
Grochowski. 

— Dobrze, że jesteś — powitał kapitana. — Właśnie miałem zamiar cię szukać. 
— Stało się coś? 
—  Jakaś  piękność  po  pięćdziesiątce  gwałtownie  zatęskniła  za  twoim  widokiem.  Na 

razie  towarzystwa  dotrzymuje  jej  Zanejko,  ale  ona  woli  starszego  stopniem  a  młodszego 
wiekiem. 

— Co to za jedna? 
— Niejaka Lucyna Drawska. Znasz ją? 
—  To  może  być  coś  ważnego!  —  Grzelak  sadził  już  wielkimi  krokami  w  kierunku 

swego pokoju. — Dziękuję ci, stary! 

W  pokoju  kapitana  siedzieli  Drawska  i  Zanejko.  Porucznik  poczęstował  panią  Lucynę 

herbatą,  ale  ta  nie  tknęła  nawet  gorącego  płynu.  Raz  po  raz  zaciągała  się  nerwowo  papiero-
sem, a pełna niedopałków popielniczka świadczyła, że już dość długo czeka na Grzelaka. 

— A jednak pan przyszedł! — powitała oficera z wyraźną ulgą. 
— Czym mogę pani służyć? 
—  Właściwie  to  już  napomknęłam  pańskiemu  koledze,  o  co  chodzi.  Bardzo  się  wsty-

dzę, ale podczas naszej poprzedniej rozmowy nie powiedziałam panu wszystkiego. 

— Lepiej późne niż wcale. 
—  Wtedy  trochę  się  pana  krępowałam,  trochę  bałam...  Pan  rozumie,  ludzie  różnie 

oceniali moją znajomość z Kwiczołkiem, a do tego te poplątane układy rodzinne... 

— Najlepiej niech pani zacznie od początku. 
—  Powiedziałam  panu,  że  ostatni  raz  widziałam  Janusza  w  ubiegły  piątek  i  że  nic  nie 

wiedziałam o jego wyjeździe do Rytra. To nie była prawda. 

— Tak? 
—  Kwiczołek  przyszedł  do  mnie  jeszcze  w  sobotę  rano.  Rzadko  widywałam  go  w 

równie dobrym humorze. Przez cały czas nie zamykały mu się usta, snuł wspaniałe plany na 
przyszłość, dowcipkował... W końcu wyznał mi, że lada dzień spodziewa się dużych pienię-
dzy. Spytałam, w jaki sposób zamierza je zdobyć. Początkowo tylko się śmiał, ale kiedy po-
nowiłam pytanie, a on zorientował się, że nie ustąpię, oświadczył, że zamierza zmusić Dale-
ckiego, by go przyjął do spółki. Pomyślałam, że to musi być jakiś nieczysty interes. Niestety, 
miałam rację... 

Głos  Drawskiej  nagle  się  załamał,  a  w  jej  oczach  błysnęły  łzy.  Szybko  sięgnęła  po 

chusteczkę, minęło jednak dobrych kilkanaście sekund, zanim zdołała się opanować.  

—  Jaką  spółkę  miał  Kwiczołek  na  myśli?  —  Grzelak  postarał  się.  by  jego  pytanie 

zabrzmiało możliwie łagodnie. 

—  Przyjaciel  mego  byłego  męża,  niejaki  Antoni  Paszczyński,  przed  wyjazdem  na 

Zachód  zostawił  mu  na  przechowanie  złoty  krucyfiks  muzealnej  wartości.  Traf  chciał,  że 
Tomasz umarł, nie informując nikogo, gdzie ukrył krzyż, Kiedy Paszczyński zażądał zwrotu 
depozytu,  cała  sprawa  się  wydała,  a  krewni  i  znajomi  zmarłego  rozpoczęli  poszukiwania. 
Plotki o krucyfiksie zaczęły zataczać coraz szersze kręgi, aż w końcu dotarły i do Janusza. 

— Rozumiem, że również Dalecki brał udział w poszukiwaniach krzyża? 
— Oczywiście. 
— Czyżby jego starania zostały uwieńczone powodzeniem? 

background image

— Kwiczołek twierdził, że Alfred jest na właściwym tropie. 
— Skąd ta pewność? 
— Dalecki prosił Janusza, żeby umówił go z Jackiem Baumsztajnem. 
Grzelak  i  Zanejko  popatrzyli  po  sobie  znacząco.  Aż  nadto  dobrze  znali  wymienione 

przez Drawską nazwisko, by mieć jakiekolwiek wątpliwości. Baumsztajn należał do najgrub-
szych ryb nie tylko warszawskiego półświatka. 

— Dlaczego Kwiczołek wybrał się akurat do Rytra? 
— Pojechał tam za Daleckim, a ściślej mówiąc wsiedli do jednego pociągu. 
— Czy rozmawiała z nim pani po powrocie? 
— Tylko telefonował. 
— Kiedy? 
— W poniedziałek rano. 
— Co powiedział? 
—  Był  bardzo  zdenerwowany.  Obiecał,  że  wpadnie  do  mnie  za  jakieś  dwa,  trzy  dni, 

kiedy się wszystko wyjaśni. 

— Nie wspomniał, co zaszło w Rytrze? 
— W ogóle nie chciał na ten temat mówić. 
— Pytała go pani, czy Dalecki znalazł krucyfiks? 
— Nie zdążyłam. Powiedział tylko kilka słów i zaraz się wyłączył. 
—  No  cóż!  —  Kapitan  w  zamyśleniu  zmarszczył  brwi.  —  To,  co  nam  pani  dzisiaj 

powiedziała, całkowicie zmienia obraz śledztwa. 

—  Ja  też  chciałabym  o  coś  zapytać.  —  Pani  Lucyna  nieśmiało  podniosła  wzrok  na 

Grzelaka. — Czy Janusz rzeczywiście zginął w wypadku kolejowym? 

—  To  nie  był  wypadek  —  przyznał  kapitan.  —  Ale  na  razie  proszę  zachować  tę  info-

rmację dla siebie. 

W  oczach  Drawskiej  znowu  pojawiły  się  łzy.  Nerwowo  przygryzła  wargi  i  przez 

dłuższą chwilę nie mogła zapanować nad sobą. Nagle wstała z miejsca i chwiejnym krokiem 
ruszyła do drzwi. 

—  Tak  właśnie  myślałam  —  rzuciła  jeszcze  od  progu.  —  I  dlatego  przyszłam 

powiedzieć o wszystkim. 

— Co teraz? — Zanejko popatrzył pytająco na Grzelaka. 
—  Jedziemy  do  Baumsztajna  —  zadecydował  kapitan.  —  Jeżeli  gra  toczy  się  o  jakiś 

złoty, zabytkowy krucyfiks, to trudno o lepszego eksperta. 

— Myślisz, że zechce z nami rozmawiać? 
—  Zobaczymy.  Musimy  zebrać  jak  najwięcej  materiału  przed  kolejną  wizytą  u  Dale-

ckiego. A przecież do tej pory wiemy tylko tyle, że miał powód, by źle życzyć Kwiczołkowi, 
i że zadbał o fałszywe alibi na ubiegłą niedzielę. 

— To by świadczyło, że maczał palce w niedzielnych wydarzeniach w Rytrze. 
— Niewątpliwie, ale musimy mu to udowodnić. 

 

Tym razem wzięli służbowego poloneza. Ruch na mieście był juz niewielki i oficerowie 

bez  przeszkód  dotarli  do  Wisłostrady.  Tutaj  Grzelak  dodał  gazu.  Baumsztajn  mieszkał  w 
Dziekanowie, a zważywszy na mocno spóźnioną porę. musieli się pospieszyć. 

Po niespełna trzech kwadransach dotarli na miejsce. Położona na uboczu piętrowa willa 

z  zewnątrz  sprawiała  wrażenie  cokolwiek  zaniedbanej.  Wjechali  na  błotniste  podwórko  i 
ignorując  wściekłe  ujadanie  trzech  potężnych  brytanów  uwiązanych  na  długich  łańcuchach 
ruszyli do wejścia. Drzwi otworzyła im tęga kobieta po pięćdziesiątce. 

— Czego tu? — rzuciła opryskliwie. 
— Pan Baumsztajn w domu? — Kapitan sięgnął po legitymację. 
— Proszę. — Kobieta natychmiast wygrzeczniała. — Mąż właśnie ogląda telewizję. 

background image

Weszli do obszernego, zbytkownie urządzonego pokoju. Grzelak odruchowo sprawdził, 

czy  dokładnie  wytarł  buty,  żal  mu  się  bowiem  zrobiło  oryginalnego,  perskiego  dywanu,  w 
którym  stopy  tonęły  po  kostki.  Każdy  mebel  i  obraz  wart  był  tutaj  majątek,  a  ustawiona  w 
oszklonym kredensie kolekcja starych szkieł i kryształów mogła przyprawić o zawrót głowy. 

Wysoki, chudy jak szczapa mężczyzna o wydatnym nosie i rzadkiej bródce podniósł się 

z fotela, zagarniając poły długiego, okropnie wyświechtanego szlafroka. 

—  Witam,  witam  szanownych  panów.  —  Ukłonił  się  z  przesadną  grzecznością.  — 

Czym mogę służyć takim dostojnym gościom? 

—  Pięknie  pan  mieszka  —  zauważył  Zanejko.  —  Choć  prawdę  powiedziawszy,  z 

zewnątrz trudno się domyślić aż takich luksusów. 

— To wszystko nie moje! — Baumsztajn przybrał zbolałą minę. — Biedny jestem jak 

mysz  kościelna,  nie  mam  domu  ani  nawet  przyzwoitego  ubrania  —  ostentacyjnie  podsunął 
porucznikowi pod nos dziurę na łokciu. — Gdyby  nie moja była żona, przyszłoby mi chyba 
nocować pod mostem. A tu na domiar złego zdrowie nie dopisuje — zakasłał — i nie mogę 
wziąć się do żadnej roboty... 

— W porządku, panie Baumsztajn! — Grzelak przerwał potok wymowy gospodarza. — 

Wiemy, że jest pan po rozwodzie i nie przyjechaliśmy dyskutować o pańskim stanie majątko-
wym. Interesuje nas Janusz Kwiczołek. 

— Pan powołał biedaka przed swoje oblicze. — Baumsztajn bogobojnie złożył ręce. — 

Podobno Kwiczołek wpadł pod pociąg. 

— Może wpadł, a może ktoś mu pomógł. 
—  To  bardzo  przykre.  —  Gospodarz  posmutniał.  —  On  był  mi  winien  pięć  tysięcy 

złotych. 

— Musi pan spisać te pieniądze na straty — mruknął kapitan. 
— Niestety. 
— Słyszeliśmy, że przed śmiercią Kwiczołek zwracał się do pana z propozycją pewne-

go interesu. 

—  On  chciał  zrobić  ze  mną  interes?  —  Na  twarzy  Baumsztajna  pojawił  się  wyraz 

niebotycznego zdumienia. — Ze mną? Z takim żebrakiem? 

— Żarty na bok, drogi panie — uciął Grzelak. — Już panu mówiłem, że nie jesteśmy z 

Izby Skarbowej. 

—  Zgoda,  ja  wcale  nie  powiedziałem,  że  on  do  mnie  nie  przyszedł.  —  Gospodarz 

przepraszającym gestem podniósł obie ręce do góry. 

— Co chciał panu sprzedać? 
— Po pierwsze nie mnie, tylko komuś, kto ma pieniądze — zastrzegł się Baumsztajn. 
— Złoty krucyfiks, nieprawdaż? — podpowiedział Zanejko. 
— Skoro łaskawy pan tak twierdzi... 
— Jak w końcu było z tym krucyfiksem? 
— Kwiczołek wcale go nie miał. On go miał mieć. 
— Ile, pańskim zdaniem, warte jest to cacko? 
—  Oryginalny,  szesnastowieczny  krucyfiks  wysadzany  szmaragdami? —  Oczy  gospo-

darza rozbłysły niezdrowym blaskiem. — Nie znam w Polsce nikogo, kto miałby tyle pienię-
dzy, żeby zapłacić uczciwą cenę. 

— Aż tak? 
— Pan mnie zapytał, to ja szanownemu panu odpowiadam. 
— Skąd Kwiczołek miał zdobyć krucyfiks? 
—  Ja  nie  wiem.  —  Baumsztajn  zdecydowanie  potrząsnął  głową.  —  Ja  nie  potrzebuję 

mieć wypadku kolejowego. 

—  Jasne,  że  pan  nic  nie  wie  —  zgodził  się  kapitan.  —  Gdyby  jednak  przypadkiem 

szepnął pan nam słówko, nie muszę chyba zapewniać o naszej wdzięczności i... dyskrecji. 

background image

— Pan często miewa kłopoty, a nasi koledzy po fachu nie najlepiej się o panu wyrażają 

— podchwycił Zanejko. — Drobna przysługa dla naszej firmy na pewno by panu nie zaszko-
dziła. Zwłaszcza że to nic nie kosztuje. 

Gospodarz przez dłuższą chwilę spoglądał to na jednego, to na drugiego, kalkulując w 

duchu, co mu się bardziej opłaca. W końcu widać rachunek wypadł pomyślnie dla oficerów, 
bo Baumsztajn skinął, by podeszli bliżej. 

— Kwiczołek był u mnie w poniedziałek w południe — konfidencjonalnie zniżył głos. 

— Powiedział, że krucyfiks jest u Daleckiego i że tamten przy sprzedaży będzie musiał dopu-
ścić go do spółki. 

— W jaki sposób zamierzał go do tego skłonić? 
— Podobno za pomocą tłuczka do moździerza. 
— Nie rozumiem. 
— Ja również, ale to już nie moje zmartwienie. 
— W każdym razie Kwiczołek prosił, żeby pan zajął się sprzedażą krucyfiksu? 
— Właśnie. 
— Jaką dał mu pan odpowiedź? 
— Obiecałem, że pomyślę. — Gospodarz uśmiechnął się chytrze. — Musiałem przecież 

sprawdzić, czy interes zbytnio nie śmierdzi. W końcu nawet dla dużych  pieniędzy nie warto 
za bardzo ryzykować. 

— I sprawdził pan? 
— Nie musiałem. Po tym wypadku na Dworcu Gdańskim wiedziałem już wszystko. 
— Sam Dalecki nie zwracał się do pana? 
— Jak dotąd nie próbował. 
— Nie wie pan, czy ma on jeszcze ten szmaragdowy krucyfiks? 
— To już sami musicie, panowie, sprawdzić. 
Do  Warszawy  wracali  w  milczeniu.  Po  tygodniu  żmudnego  śledztwa  finał  ponurej 

sprawy wydawał się bliski. Pozostała tylko rozgrywka z Daleckim. Przemknęli pod rozjazda-
mi  mostu  Grota-Roweckiego  i  mijali  właśnie  mury  Cytadeli,  kiedy  pod  deską  rozdzielczą 
rozległ się cichy dźwięk brzęczyka. Zanejko odruchowo nacisnął przełącznik. 

— Co jest? — rzucił zgoła nieregulaminowo. 
— Czy to wy, siedemnasty? — oficer dyżurny wolał się upewnić. 
— Jasne. Wracamy z Dziekanowa i za kilka minut powinniśmy być u ciebie. 
— Przed chwilą dzwonili z Dzielnicowego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Ktoś dał im 

cynk, że w willi Daleckiego jest grubsza awantura. Pytali, czy mają interweniować, czy zała-
twimy to we własnym zakresie? 

— Przynajmniej jest to pretekst, żeby nie odkładać naszej wizyty do jutra — zadecydo-

wał Grzelak. — Jedziemy!  
 
 
 
 

XXIX 

 
 

Dembinsky zostawił poloneza pod kinem „Sawa” i na Kryniczną pomaszerował piecho-

tą. Wolał, żeby nikt nie widział jego wozu w pobliżu willi Daleckiego. Nie zwracając uwagi 
na  światła  przekroczył  ulicę  Francuską,  zresztą  o  tej  porze  prawie  pustą,  szybkim  krokiem 
przemierzył Zwycięzców, minął kamienicę, w której mieszkał Filipkowski, i skręcił w Kryni-
czną. 

W żadnym z okien interesującego go domu nie paliło się światło, mimo to podszedł do 

background image

furtki  i  nacisnął  dzwonek.  Tak  jak  przypuszczał,  w  środku  nikt  nie  zareagował.  Jonathan 
pchnął furtkę. O dziwo ustąpiła bez żadnego oporu. Tak jak poprzednio okrążył willę i zatrzy-
mał się przed tylnym wejściem. Zmienił skórzane rękawiczki na gumowe  i wyciągnął z kie-
szeni niewielkie etui z podręcznym kompletem wytrychów oraz miniaturową latarkę. Przekrę-
cony był tylko ramek pod klamką. Jeden wprawny ruch i detektyw znalazł się w willi. 

Cicho, uważając na każdy krok, przeszedł do salonu i spokojnie zaczął rozglądać się po 

jego wnętrzu. Nagle coś go tknęło. Niemal na samym środku spostrzegł przewrócone krzesło. 
Kierując się odruchem chciał je podnieść, ale natychmiast zganił się w duchu za ten pomysł. 
Okrążył  stół  .i  nagle  stanął  jak  wryty.  Na  dywanie  leżał  skulony  człowiek.  Dembinsky  zbyt 
wiele  widział  podczas  swej  nowojorskiej  praktyki,  by  mieć  jakiekolwiek  wątpliwości.  Ten 
człowiek nie żył. 

Klęknął  przy  zwłokach  i  oświetlił  latarką  twarz.  To  był  Dalecki.  Dotknął  przegubu 

denata.  Ciało  było  już  chłodne,  jednak  nie  wyczuwało  się  jeszcze  stężenia.  Detektyw  przez 
dłuższą chwilę przyglądał się zwłokom. Wreszcie znalazł to, czego szukał. Rdzawa plama na 
wystającej spod skórzanej marynarki koszuli powiedziała mu wszystko. Na wszelki wypadek 
pochylił się, żeby sprawdzić, ale oko go nie zawiodło. Właściciel willi został zastrzelony. 

Ostrożnie, bacząc, by nie zmienić położenia zwłok, zaczął sprawdzać zawartość kiesze-

ni denata. Kluczy, zapalniczki i paczki papierosów nawet nie oglądał, ledwo rzucił okiem na 
scyzoryk z napisem reklamującym jakąś szwajcarską firmę, za to zainteresowała go, tkwiąca 
w portfelu, nieco zmięta koperta. Otworzył ją. wyjął kartkę kratkowanego papieru i przyświe-
cił sobie latarką, by przeczytać kilka niezbyt starannie skreślonych słów: 
 

„Niniejszym  kwituję  przyjęcie  na  przechowanie  depozytu  przekazanego  mi  przez 

Tomasza  Drawskiego,  a stanowiącego  własność Antoniego  Paszczyńskiego.  Zobowiązuję  się 
zwróci
ć depozyt do rąk posiadacza niniejszego pokwitowania na każde jego żądanie. 

Grybucha”  

 

Dembinsky zerknął ponownie na kopertą i nagle coś go tknęło. W jednym miejscu była 

lekko  naddarta  Sięgnął  do  kieszeni  po  plastykową  torebeczkę  z  tkwiącym  tam  od  tygodnia 
papierowym  rożkiem.  Wystarczył  mu  jeden  rzut  oka,  by  nabrać  pewności,  że  znaleziony  w 
jeleniej czaszce skrawek stanowił kiedyś całość z kopertą. 

Schował kopertę z pokwitowaniem do portfela Daleckiego i podniósł się z klęczek. Był 

niemal  pewien,  że  krucyfiksu  nie  znajdzie  już  w  willi,  mimo  wszystko  postanowił  jednak 
spróbować  szczęścia.  Ruszył  w  stronę  gabinetu,  ale  w  tym  samym  momencie  osadził  go  na 
miejscu ostry, przenikliwy dzwonek do drzwi. Obejrzał się odruchowo i nagle poczuł w gar-
dle nieprzyjemny ucisk. W świetle latarki spostrzegł na dywanie zmięty, kolorowy papierek. 
Chwycił  go  i  rozprostował  drżącymi  ze  zdenerwowania  palcami.  Było  to  opakowanie  od 
gumy do żucia. Jonathan przywiózł do Polski cały karton właśnie takiej, a w kraju, jak dotąd, 
nie spotkał się z wyrobami tej firmy. 

Dzwonek  ponownie  zabrzęczał,  tym  razem  dłużej  i  bardziej  natarczywie.  Detektyw 

wszedł do przedpokoju i zerknął przez wizjer. Przy furtce spostrzegł dwóch mężczyzn, a dalej 
stał zaparkowany kremowy polonez ze sporą anteną. 

Wrócił do salonu. Ostatni raz zerknął na zwłoki i omal nie zaklął. Dopiero teraz  zauwa-

żył  na  dywanie  jasną,  nieforemną  bryłkę.  Jeszcze  zanim  ją  podniósł,  wiedział.  że  to  jego 
guma  do  żucia.  Nie  zwlekając  już  dłużej  przemknął  do  tylnego  wyjścia,  ostrożnie  otworzył 
drzwi i ruszył chyłkiem w kierunku pobliskiego płotu. Jeden skok i znalazł się po drugiej stro-
nie. Na moment przycupnął za jakimś krzakiem. Z wnętrza sąsiedniej willi dobiegło gwałto-
wne ujadanie psa. Wprawdzie w żadnym z okien nie paliło się światło, ale lada moment ktoś z 
domowników mógł zbudzić się, wyjść na dwór i natknąć się na niego. A tego detektyw wolał 
uniknąć. Co sił w nogach przebiegł kilkanaście metrów i bez wahania przesadził dość wysoką 

background image

siatkę. 

W ogrodzie, na wózku pod plandeką, stała sporych rozmiarów żaglówka. Przystanął w 

jej  cieniu  i  przez  chwilę  uważnie  nasłuchiwał.  Pies  w  sąsiedniej  willi  na  szczęście  ucichł  i 
dzięki temu czujne uszy detektywa wychwyciły jakieś hałasy w ogrodzie wokół domu Dale-
ckiego. Zamarł w bezruchu. Gorączkowo zastanawiał się, co robić dalej, kiedy nieoczekiwa-
nie  usłyszał  warkot  przejeżdżającego  samochodu.  Sąsiednia  ulica  była  tuż,  tuż.  Zgarbiony 
przebiegł kilka kroków w tamtym kierunku i odetchnął z ulgą. Właściciele posesji zapomnieli 
zamknąć bramę. 

Ulica była pusta. Dembinsky szedł spiesznie i na chłodno analizował sytuację, w jakiej 

się znalazł. Nie była ona godna pozazdroszczenia. 

Na  miejscu  zbrodni  odkrył  dwa  ślady,  mające  świadczyć  o  jego  obecności,  ale  jaką 

mógł  mieć  gwarancję,  że  nie  było  ich  tam  więcej.  Na  domiar  złego  nie  miał  alibi,  a  jego 
dotychczasowy pobyt w Polsce nie potwierdzał legendy o przyjeździe w celu założenia firmy 
polonijnej. 

Zerknął, na zegarek Do północy brakowało kwadransa, pora była więc mocno spóźnio-

na. Jak najszybciej musiał podjąć decyzję, gdzie spędzić resztę nocy Do Waligórskiej stracił 
jakoś zaufanie, hotel w ogóle nie wchodził w rachubę, nawet powrót na parking po wypoży-
czonego poloneza wydawał się ryzykowny. Nagle Dembinsky przypomniał sobie o Moszyń-
skiej. Dziewczyna została wprawdzie w Rytrze, ale przecież miała tu mieszkanie. W dodatku 
na Międzynarodową nie było daleko. 

Znalazł właściwy blok i zdecydowanym ruchem pchnął oszklone drzwi wiodące na kla-

tkę schodową. Na szczęście nie stawiały oporu. Wjechał windą na siódme piętro i chciał już 
sięgnąć po wytrychy, kiedy przyszło mu do głowy, że na wszelki wypadek powinien zadzwo-
nić.  Przez  chwilę  słuchał  rozbrzmiewającego  wewnątrz  mieszkania  delikatnego  gongu,  a 
kiedy  zamilkł,  ponownie  nacisnął  dzwonek.  Niemal  w  tym  samym  momencie  metalicznie 
szczęknęła zasuwa i w progu pojawiła się Renata. Była w piżamie i lekkim szlafroczku. 

— To ty? — Popatrzyła na Jonathana ze szczerym zdziwieniem — Co się stało? 
—  Właściwie  nic  —  bąknął  zmieszany.  —  Trochę  późna  pora  na  składanie  wizyt. 

Chyba sobie pójdę... 

—  Masz  kłopoty?  —  Otworzyła  szerzej  drzwi  i  zdecydowanym  ruchem  wciągnęła 

Jonathana do środka. 

— Tak jakby — wyznał szczerze. 
— Rozbierz się i chodź do kuchni. Ja tymczasem zaparzę herbatę. 
— Dawno wróciłaś? 
— Jakieś trzy  godziny temu. To była straszna podróż. Na południu Polski śnieżyca, w 

centrum ślizgawica. Bałam się, że nie dojadę. 

— Współczuję. — Usiadł w kuchni na wysokim taborecie. 
Na chwilę umilkli. Morzyńska nasypała do dwóch szklanek po łyżeczce herbaty i nalała 

wrzątku.  Z  kąta  wyciągnęła  drugi  taboret,  usiadła  tuż  obok  Jonathana  i  uważnie  popatrzyła 
mu w oczy. 

— Zawrzyjmy umowę — rzuciła cicho. — Ty powiesz mi prawdę, a ja ci pomogę. 
— Prawdę? — udał zdziwienie. 
—  Chyba  nie  sądzisz,  że  uwierzyłam  w  bajeczki  o  lakierniczych  interesach  i  firmie 

polonijnej? 

Przez  kilkanaście  sekund  zastanawiał  się,  czy  może  jej  zaufać,  w  końcu  doszedł  do 

wniosku, że nie ma innego wyjścia. 

— Masz rację — przyznał ze skruchą. — Taki ze mnie businessman jak ze słonia bale-

tnica. Wynajął mnie twój rodak, który zwiał do Stanów. Miałem mu coś załatwić. 

— Czy to bardzo śmierdząca sprawa? 
— Początkowo wszystko wyglądało normalnie, ale teraz nie jestem wcale pewien, czy 

background image

mogę cię w to wplątać. 

— Zaryzykuj. 
—  Dziewczyno!  Sama  nie  wiesz,  w  co  się  pakujesz.  Pomyśl  tylko:  w  ciągu  tygodnia 

czterech facetów poszło do piachu. To nie zabawa! 

—  O  Boże!  —  Pobladła  z  wrażenia,  ale  na  jej  twarzy  nie  było  widać  nawet  cienia 

paniki. — Czy ty również masz krew na rękach? 

— Jak dotąd, na szczęście, nie. Niektórzy mogą  jednak pomyśleć inaczej. 
— Dlaczego? 
—  Poznajesz?  —  Gwałtownym  ruchem  wyciągnął  z  kieszeni  grudkę  gumy  do  żucia  i 

opakowanie znalezione w willi Daleckiego. 

— Oczywiście! Masz obrzydliwy zwyczaj nieustannego międlenia w gębie tego pasku-

dztwa 

—  Wcale  nie  przeczę,  że  to  moja  własność.  Przyznaj  jednak,  że  byłbym  skończonym 

idiotą, gdybym zostawił coś takiego przy facecie, któremu trzy albo cztery godziny wcześniej 
wpakowano kulę między żebra. 

— Znasz tego zabitego? 
— W pewnym sensie. 
— Nie rozumiem? 
—  Właśnie  miałem  zamiar  dobrać  się  mu  do  skóry.  Poszedłem  do  niego  do  domu 

Niestety, on już nie żył. 

— Włamałeś się tam? 
— Nie po raz pierwszy. 
— Człowieku! Czy ty znasz polski kodeks karny? 
—  Nie,  ale  i  w  Stanach  idzie  się  za  takie  rzeczy  za  kratki.  Gorzej,  że  ktoś  mi  szykuje 

krzesło elektryczne. 

— U nas się wiesza 
— Wątpliwa pociecha. 
— Nie pomyślałeś, żeby zawiadomić milicję? 
— To nie wchodzi w rachubę. 
— Dlaczego? 
— Po pierwsze nikt by mi nie uwierzył, a po drugie istnieje jeszcze nikła szansa, że sam 

wykryję mordercę i załatwię sprawę mego klienta. 

— Nie powiedziałeś mi, co ci zlecił ten facet. 
— Zostawił coś w kraju i chce to teraz odzyskać. 
— Podejrzewam, że ta „pamiątka” warta jest kupę forsy? 
— Pół miliona dolarów, albo i więcej. Słyszałaś o szmaragdowym krucyfiksie? 
— Słyszałam — odparła chmurnie. — W prasie  było sporo szumu, kiedy Paszczyński 

zwiał na Zachód. Dopiero wówczas wyszło na jaw, że kilka lat wcześniej, w bliżej nie okre-
ślonych okolicznościach, „wypożyczył” krzyż z muzeum i dziwnym trafem „zapomniał” go 
zwrócić. 

— Chciałaś powiedzieć, że mój klient jest pospolitym złodziejem? 
— Nie da się ukryć. 
— Zaspokoiłem twoją ciekawość? 
— Owszem. — Ponuro skinęła głową. — Teraz pewno nie będę mogła usnąć. 
— Wyrzucisz mnie z domu? 
—  Przecież  uratowałeś  mi  życie  —  przypomniała.  —  Byłabym  niewdzięcznicą, 

gdybym zostawiła cię w biedzie. 

— Jesteś cudowna. 
— Na pawlaczu znajdziesz polówkę i koc. A ja zaraz dam ci ręcznik. 

 

background image

 

XXX 

 
 

—  Zgon  nastąpił  gdzieś  między  dwudziestą  a  dwudziestą  pierwszą.  —  Kawecki  pod-

niósł się z klęczek. — Dość typowy przykład postrzału z krótkiej broni palnej. Samobójstwo i 
wypadek wykluczone. Więcej powiem po sekcji. 

—  Coś  mi  tu  nie  gra.  —  Grzelak  w  zamyśleniu  zmarszczył  brwi.  —  Milicja  dostała 

anonimowy  telefon,  zawiadamiający  o  rzekomej  awanturze,  mniej  więcej  około  dwudziestej 
trzeciej. 

— To już twoje zmartwienie. — Lekarz bezradnie rozłożył ręce. — Ja tylko stwierdzam 

fakty. Dopasować je do siebie musisz sam.  

Trzasnęły  drzwi  i  do  salonu  wpadł  Zanejko.  Jego  mina  świadczyła  wymownie,  że 

odkrył coś ważnego. 

— Od razu mówiłem, że tuż przed naszym przybyciem ktoś tutaj buszował — rzucił ze 

złością.  —  Przy  drzwiach  na  tyłach  domu  majstrowano  wytrychem,  w  ogrodzie  ślady,  pod 
płotem ślady, na sąsiedniej posesji ślady. Spłoszyliśmy ptaszka, zamiast go schwytać! 

—  To  i  tak  raczej  nie  był  zabójca.  —  Kapitan  nie  tracił  zimnej  krwi.  —  Chyba  że 

zbrodniarz wrócił na miejsce zbrodni. 

— Tak czy inaczej poszkapiliśmy sprawę. 
— Nie da się ukryć 
Porucznik zamilkł i przyklęknął przy zwłokach. Powoli, metodycznie zaczął sprawdzać 

zawartość  kieszeni  Daleckiego.  Kolejno  do  dużej,  plastykowej  torby  wędrowały  klucze, 
zapalniczka,  papierosy,  grzebień  i  chusteczka  do  nosa  Nawet  scyzoryk  o  wielu  ostrzach,  z 
napisem reklamującym jakąś szwajcarską firmę, nie zainteresował zbytnio oficera, Wydawało 
się już, że w zewnętrznych kieszeniach denata Zanejko nie znajdzie nic godnego uwagi, kiedy 
nagle pod palcami wyczuł jakiś nieforemny, zupełnie płaski okruch. Ostrożnie położył go na 
dłoni i sięgnął po lupę. 

— Co to takiego? — Grzelak zaciekawiony zajrzał koledze przez ramię. 
— Kawałek rogowej okleiny. 
— Tyle i sam widzę. 
—  Zaczekaj!  —  Porucznik  nagle  zerwał  się  na  nogi  i  podbiegł  do  stołu,  na  którym 

leżała jego teczka. — Nie mówiłem ci, że przed kilkoma godzinami przysłali z Nowego Sącza 
fotografie tego noża, którym zabito Grybuchę? 

— Nie mówiłeś. 
— Mniejsza o to. Chodź, sam zobacz! 
Zanejko  rozłożył  na  stole  zestaw  kolorowych  zdjęć  i  obaj  oficerowie  zaczęli  je  w 

skupieniu  studiować.  Jedna  z  fotografii  przedstawiała  fragment  rękojeści  noża  i  widać  było 
wyraźnie, że brakuje na niej kawałka okleiny dokładnie tej samej barwy, faktury i kształtu, co 
znalezisko porucznika. 

— Muszą natychmiast przysłać nam ten nóż, a Jasiukiewicza wypuścić. — Grzelak nie 

miał wątpliwości. — Wygląda na to, że Grybuchę zabił Dalecki. 

— I ja tak sądzę — przytaknął Zanejko. — A swoją drogą, ile może zależeć od maleń-

kiej, kościanej blaszki. 

Pieczołowicie  ułożył  kawałek  okleiny  w  wyściełanym  watą  pudełeczku  i  ponownie 

przyklęknął  przy  zwłokach.  Do  sprawdzenia  pozostał  jeszcze  portfel  Daleckiego.  Porucznik 
sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki denata i chwilę później niebieska, nieco pomięta 
koperta wypadła na podłogę. Pierwszy podniósł ją kapitan. Niecierpliwie zajrzał do środka i z 
wrażenia aż klepnął się w kolano. 

—  Mamy  krucyfiks!  —  Pokazał  koledze  karteczkę  z  pismem  Grybuchy.  —  A  jednak 

background image

Baumsztajn powiedział prawdę. 

—  Nie  tyle  krucyfiks,  co  pokwitowanie  —  sprostował  Zanejko.  —  Ciekawe,  dlaczego 

zabójca nie zabrał tego świstka. 

— Może w ogóle o nim nie wiedział. 
— Albo znalazł krucyfiks i już niczego więcej nie szukał. 
— Tak czy inaczej trzeba dokładnie przetrząsnąć chałupę. 
— Bagatela! — westchnął porucznik — Zajęcie co najmniej na dwie doby. 
—  Namówimy  starego,  żeby  przysłał  większą  ekipę,  to  będzie  szybciej.  Na  razie  ty 

skończysz z denatem i zrobisz oględziny salonu, a ja tymczasem zajrzę do garażu. 

—  Zapomniałeś,  że  przed  miesiącem  Daleckiemu  odebrano  prawo  jazdy?  Na  twoim 

miejscu wziąłbym się najpierw za gabinet. 

—  Utrata  prawa  jazdy  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy.  Na  wszelki  wypadek  lepiej 

sprawdzić... 

Kapitan wyszedł do przedpokoju i zapalił światło na schodach do piwnicy. Wejście do 

garażu  było  na  dole,  naprzeciwko  kotłowni.  Pchnął  niskie  drzwi  i  namacał  kolejny  kontakt. 
Nowy,  biały  wartburg  stał  brudny  i  zakurzony.  Oficer  niemal  odruchowo  otworzył  drzwi  i 
przez  dłuższą  chwilę  spoglądał  bezmyślnie  na  tkwiące  w  stacyjce  kluczyki.  Podświadomie 
czuł, że coś jest nie w porządku. 

Zajrzał  pod  maskę,  ale  silnik  nie  wzbudził  jego  podejrzeń.  Chciał  już  zostawić  samo-

chód, kiedy przypomniał sobie o bagażniku. Bez namysłu otworzył klapę. To była prawdziwa 
niespodzianka Bagażnik lśnił czystością, jakby przed chwilą ktoś go dokładnie wypucował. 

Niby wóz nie używany, a jednak właściciel zadał sobie tyle trudu — zamyślił się oficer. 

Ciekawe dlaczego? Oj, chyba eksperci będą mieli zajęcie... 

Grzelak  odwrócił  się  w  stronę  zbitego  z  prostych  desek  regału.  Na  półkach  leżały  w 

nieładzie  najrozmaitsze narzędzia,  śruby,  podkładki,  a  nawet  kawałki  blachy  i  drutu  o  bliżej 
nieokreślonym  przeznaczeniu.  Nieoczekiwanie  wśród  sterty  żelastwa  wpadł  kapitanowi  w 
oko  kawałek  błyszczącego  mosiądzu.  Podszedł  do  regału  i  sięgnął  po  dziwny  przedmiot.  W 
ostatniej  chwili  cofnął  rękę,  przypominając  sobie  o  chusteczce.  Oto  na  półce  leżał  stary, 
chyba jeszcze przedwojenny, tłuczek do moździerza ze zdobioną misternie główką. 
 
 
 
 

XXXI 

 
 

—  Wstawaj,  leniu,  już  siódma!  —  Morzyńska  bezceremonialnie  potrząsnęła  Jonatha-

nem. — Nic nie zwojujesz, leżąc w łóżku. 

Dembinsky  niechętnie  otworzył  oczy.  Renata  była  ubrana  i  umalowana,  a  z  kuchni 

dochodził  smakowity  zapach  jajecznicy  na  boczku.  Z  ciężkim  westchnieniem  podniósł  się  z 
polówki i rozprostował kości. 

— Masz rację. — Uśmiechnął się do dziewczyny. — Czas wstawać. 
Po  śniadaniu  zafundował  sobie  zimny  prysznic  i  pół  godziny  później  był  już  gotów. 

Chciał  pożegnać  się  z  Morzyńską,  ale  ona  chwyciła  z  wieszaka  swój  kożuszek  i  nie  pytając 
detektywa o zgodę ruszyła z nim do wyjścia. 

— Dokąd to, moja panno? Już ci mówiłem, że to niebezpieczna zabawa. 
—  Rozsądniej  będzie  pojechać  moim  maluchem  —  odparła  tonem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. — Poza tym muszę dopilnować, żebyś znowu nie strzelił jakiegoś głupstwa. 

Chciał  zaprotestować,  ostatecznie  jednak  dał  za  wygraną.  W  milczeniu  zjechali  windą 

na dół i wyszli z bloku. Fiacik Renaty stał jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Detektyw wyciąg-

background image

nął rękę po kluczyki, ale dziewczyna mu ich nie podała. Chcąc nie chcąc, zajął miejsce obok 
kierowcy. 

— Dokąd, szefie? — spytała, nie ukrywając zadowolenia, że tak łatwo podporządkował 

się jej woli. 

— Zaczniemy od mecenasa Poniszyńskiego. 
— Kto to taki? 
— Zobaczysz na miejscu. Jedziemy na Królowej Aldony. 
Droga  nie  zajęła  im  nawet  pięciu  minut.  Adwokat  najwidoczniej  właśnie  się  golił,  bo 

otworzył  drzwi  z  namydloną  twarzą.  W  pierwszym  odruchu  chciał  rzucić  pod  adresem 
Jonathana jakąś zgryźliwą uwagę, jednak na widok jego towarzyszki szybko się zreflektował. 

— Słucham? — zapytał w miarę grzecznie. 
—  Chyba  nie  będziemy  rozmawiali  na  schodach?  —  Spojrzała  na  mecenasa  niemal 

wyzywająco. 

—  Tak,  oczywiście.  —  Pełnym  zakłopotania  gestem  otarł  mydło  z  twarzy  rękawem 

piżamy. — Proszę państwa do środka. 

Weszli  do  sporego,  umeblowanego  solidnymi,  przedwojennymi  sprzętami  pokoju. 

Poniszyński  wskazał  gościom  dwa  obite  skórą  fotele,  przeprosił  ich  i  wybiegł  do  łazienki. 
Chwilę później wrócił z umytą twarzą i w czystej koszuli. 

— Państwo w sprawie tego nieszczęsnego krucyfiksu? 
— Owszem — potwierdził Dembinsky. 
— Zdaje się, że w czasie poprzedniej rozmowy wyraziłem się dość jasno. Losy krzyża 

przestały mnie interesować. 

—  A  to  dobre!  —  Nieoczekiwanie  wtrąciła  się  Morzyńska.  —  Nie  interesuje  pana 

przedmiot wartości pół miliona dolarów? 

— Cóż z tego, że krucyfiks wart jest krocie — na policzkach adwokata wykwitł krwisty 

rumieniec — skoro nie wiadomo, co się z nim stało. 

— Ale jeszcze dziesięć dni temu szukał go pan w Rytrze — przypomniał detektyw. — 

Chyba pan nie zaprzeczy? 

—  No  cóż,  mogłem  się  spodziewać,  że  i  pan  tam  trafi.  —  Twarz  mecenasa  nabrała 

fioletowego zabarwienia. 

— Można wiedzieć, kiedy wrócił pan do Warszawy? 
— A co to pana obchodzi? 
—  Niebawem  może  również  zacząć  obchodzić  milicję.  —  Uwaga  Renaty  zabrzmiała 

jak groźba. 

— W ubiegłą niedzielę dwie dobrze znane panu osoby w gwałtowny sposób rozstały się 

z tym światem — dorzucił detektyw — Nie uważa pan, że przydałoby się panu alibi? 

— Pan sugeruje, że ja jestem mordercą? Po co miałbym zabijać? 
— Chociażby dla wspomnianego już pół miliona dolarów. 
— Bzdura! — Poniszyński do reszty stracił panowanie nad sobą. — Grąbcowi obieca-

łem  grubszą  forsę  za  jakąś  informację  o  krucyfiksie,  a  Grybucha  w  ogóle  nie  chciał  ze  mną 
rozmawiać. 

—  Nie  usłyszeliśmy  jeszcze,  co  robił  pan  w  ubiegłą  niedzielę?  —  Renata  powtórzyła 

pytanie Jonathana. 

—  Nie  mam  żadnego  alibi  —  odburknął  adwokat.  —  Przez  cały  dzień  siedziałem  w 

domu i odrabiałem zaległości. Nie wyszedłem nawet na spacer.  

— Nikt pana nie odwiedził? Do nikogo pan nie telefonował? 
— Z reguły nie przyjmuję gości, a telefon wyłączam, kiedy pracuję. 
— Szkoda. 
—  Do  czego  państwo  zmierzacie?!  Ja  sobie  wypraszam!  Jestem  ogólnie  szanowanym 

człowiekiem, członkiem palestry! 

background image

Pytanie  Poniszyńskiego  pozostało  bez  odpowiedzi.  Morzyńska  wstała  z  fotela  i  jak 

gdyby nigdy nic sięgnęła do kieszeni detektywa po gumę do żucia. Bez pośpiechu rozwinęła 
papierek  i  wrzuciła  go  do  popielniczki.  Teraz  i  Dembinsky  wyjął  gumę,  ale  on  opakowanie 
zwinął w kuleczkę i ostentacyjnie cisnął na dywan. Mecenas patrzył na nich, ale nie reagował. 

— Nie wiem, czy pan słyszał, że kolejne dwie osoby rozstały się z życiem. — Jonathan 

wlepił wzrok w adwokata. — Przed kilkoma dniami niejaki Kwiczołek  wpadł pod pociąg,  a 
wczoraj ktoś zastrzelił Daleckiego. 

— Boże! Przecież to okropne! 
— Nie przeczę 
— Kto zabił siostrzeńca Tomasza? 
— Myślałem, że pan mi to powie. 
— Dlaczego ja? Przecież dopiero od pana dowiedziałem się o tych trupach. 
— Chyba obaj tracimy czas — Detektyw podniósł się z miejsca — Zresztą nie przyje-

chałem do Polski, by wyręczać waszą milicję. Ostatecznie mógłbym nie interesować się tymi 
zabójstwami i zagmatwanymi układami. Mam nawet pewną propozycję. Nie musi pan decy-
dować natychmiast, na odpowiedź zaczekałbym, powiedzmy, do jutra. 

— Słucham. 
— Dziesięć procent od pół miliona to pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Taka jest cena wy-

woławcza szmaragdowego krucyfiksu. Zważywszy na okoliczności, zrobiłby pan nie najgor-
szy interes. Jeśli się pan zdecyduje, proszę zostawić wiadomość w recepcji hotelu „Forum”. 

Poniszyński  otworzył  usta,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  ostatecznie  jednak  nie  zdobył 

się nawet na żaden gest świadczący o przyjęciu lub odrzucaniu propozycji. Dembinsky skinął 
głową na pożegnanie, puścił przodem Renatę i oboje ruszyli do wyjścia. W progu Morzyńska 
ścisnęła go za łokieć, wskazując wzrokiem leżący na kredensie paszport. 

— O co chodzi? — zapytał, kiedy znaleźli się na ulicy. 
— Wiedziałeś, że nasz adwokat wyjeżdża za granicę? 
— Sądząc po liczbie Polaków kręcących się po świecie, nie jest to żaden ewenement — 

zbagatelizował sprawę. 

— Ale w takim układzie Poniszyński nie sprzeda ci krucyfiksu za proponowaną cenę. 
— Diabli wiedzą, czy to akurat on zdobył to cacko. Za bardzo się wszystkim przejmu-

jesz, kochanie. 

—  A  między  nami  —  bystro  spojrzała  mu  w  oczy  —  czy  ty  rzeczywiście  zapłaciłbyś 

tyle za krucyfiks? 

— Póki towar nie leży na ladzie, nie warto mówić o zapłacie. — Na odczepnego cmok-

nął ją w policzek. 

— Dokąd teraz? — nie nalegała. 
— Do Sładkowskiego. 
Podjeżdżali  właśnie  pod  kamienicę,  w  której  mieszkał  Benedykt  Sładkowski,  kiedy 

Jonathan spostrzegł krewnego swego zleceniodawcy wsiadającego do groszkowego poloneza. 

— Zobaczymy, gdzie on się wybiera — zaproponował Renacie. — Potrafisz jechać tak 

by cię nie zauważył i nie zgubił? 

— Spróbuję. 
— To ruszamy! 
Polonez  zawrócił  w  kierunku  Trasy  Łazienkowskiej.  Morzyńska  minęła  go,  jak  gdyby 

nigdy  nic,  i  odjechała  dobrych  dwieście  metrów.  Nagle  ostro  zapiszczały  hamulce,  maluch 
obrócił się niczym bąk wokół własnej osi i wyprysnął już na drugiej połowie jezdni tuż przed 
maską  rozpędzonej  ciężarówki.  Detektyw  poczuł  na  karku  nieprzyjemne  mrowienie,  ale 
Renata dodała gazu i fiacik pomknął z prędkością, o którą Dembinsky nigdy by go nie podej-
rzewał. Chwilę później byli już za polonezem Sładkowskiego. 

Skręcili  na  Trasę  Łazienkowską,  minęli  most  Berlinga,  potem  tunel  pod  placem  Na 

background image

Rozdrożu. Przez cały czas Morzyńska prowadziła niczym rasowy taksówkarz. Kiedy w końcu 
Sładkowski  skręcił  w  aleję  Niepodległości,  Jonathan  zaczął  czegoś  się  domyślać.  Po  paru 
minutach, zgodnie z jego przypuszczeniami, dojechali na Opoczyńską. 

— Dawaj go! — syknął do Renaty. 
Posłusznie podjechała do parkującego właśnie poloneza. Detektyw wyskoczył niemal w 

biegu i jednym szarpnięciem otworzył drzwi samochodu Sładkowskiego. Nim tamten zdołał 
cokolwiek  powiedzieć,  został  brutalnie  zepchnięty  na  sąsiedni  fotel.  Tymczasem  Morzyńska 
wysiadła z malucha, podbiegła do drugich drzwi poloneza i niedwuznacznym gestem włożyła 
rękę do torebki. 

— Teraz pogadamy! — warknął Dembinsky. 
— Co pan sobie wyobraża?! — Sładkowski aż zająknął się z oburzenia. 
— Po prostu nie mam zamiaru dłużej się z panem cackać. 
— Ależ to gwałt! 
— Z pewnością nie pieszczoty. 
— Czego pan chce ode mnie? 
—  Kto  zastrzelił  wczoraj  Daleckiego?!  Kto  chciał  mnie  w  to  wrobić?!  Gadaj,  do 

ciężkiej cholery. 

— Jezus, Maria! — Sładkowski posiniał z przerażenia. — Fredek nie żyje? 
— Trudno wyżyć z ołowiem między żebrami. 
— Kto to zrobił? 
— Tylko nie udawaj, że nie wiesz! 
— Boże, dlaczego pan mnie podejrzewa? 
— Poznajesz? — Jonathan podsunął pod nos Benedykta kostkę gumy do żucia. 
— Niby co mam poznać? 
— Nie denerwuj mnie, bo oberwiesz! — Pięść detektywa zawisła na wysokości szczęki 

Sładkowskiego. — Dobrze wiesz, że sporo tego przywiozłem ze Stanów. Nietrudno było wy-
kraść jedną albo dwie gumy. 

— Do czego pan zmierza? 
— Przed chwilą mówiłem. Czy mam powtórzyć? 
—  Pan  jest  bardzo  zdenerwowany.  —  Sładkowski  już  nieco  się  opanował.  —  Rozu-

miem że to, co się wydarzyło, jest okropne, ale ja nie mam z tym nic wspólnego. 

— Nie wierzę. Już raz mnie pan okpił, zatajając swój pobyt w Rytrze. 
— Wtedy również nie miałem złych intencji. Po prostu tak jakoś wyszło. 
— Przypuśćmy, że to prawda. Po co w takim razie przyjechał pan do Waligórskiej? 
— Chciałem dowiedzieć się czegoś o ostatnich tragicznych wydarzeniach związanych z 

tym nieszczęsnym krucyfiksem. Pan utrzymuje z Anną bliskie stosunki i mógł jej powiedzieć 
znacznie więcej niż mnie, a ja od wczoraj jestem okropnie roztrzęsiony. 

— Już się pan dowiedział — uciął detektyw. — A teraz proszę posłuchać. Mam pewną 

propozycję. 

— Słucham. 
— Dobrze wiem, że wszyscy nadal szukacie szmaragdowego krucyfiksu i wcale nie po 

to, by zwrócić go Paszczyńskiemu. Mój klient upoważnił mnie, bym w razie potrzeby wypła-
cił znaleźne. Proponuję pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Co pan na to? 

— Pięćdziesiąt tysięcy? Ależ to mnóstwo pieniędzy! 
— I ja tak sądzę. Niech pan zastanowi się i jutro da mi odpowiedź. Wiadomość proszę 

zostawić w recepcji „Forum” Do widzenia, panie Sładkowski. 

Dembinsky wysiadł z poloneza i zatrzasnął za sobą drzwi. Benedykt przez dobrą minutę 

siedział w samochodzie jak skamieniały. W końcu przesunął się na miejsce kierowcy i zapu-
ścił silnik. Moment później ruszył w kierunku Rakowieckiej. 

— Spisałaś się na medal! — Jonathan w szczerym odruchu uścisnął Renatę. — Byłabyś 

background image

znakomitą  sekretarką,  wspólniczką  i  czym  tylko  chcesz.  Szepnij  słówko,  a  zabiorę  cię  do 
Stanów. 

— Dziękuję za uznanie, ale nie lubię wycierać cudzych kątów — odmówiła. 
— Szkoda, bo znakomicie nadawałabyś się na detektywa w spódnicy. 
— Wolę studiować. 
Weszli  na  klatkę  schodową  i  wkrótce  byli  juz  na  trzecim  piętrze.  Dembinsky  zapukał. 

Niemal natychmiast szczęknęła zasuwa i w progu stanęła Waligórska. Na jej twarzy malował 
się wyraźny niepokój. 

—  Nareszcie  jesteś  —  odetchnęła  na  widok  Jonathana.  —  Dlaczego  od  wczoraj  nie 

dawałeś znaku życia? 

— Tak jakoś wyszło — mruknął wymijająco. 
—  Pani  również  wróciła  z  Rytra?  —  Dopiero  teraz  spostrzegła  Morzyńską.  —  Czyli 

sprawa jasna! Czego chcesz? — zapytała chłodno, ale oczy jej ciskały błyskawice 

— Musimy porozmawiać, i to porozmawiać spokojnie. Wpuścisz nas do mieszkania? 
Waligórska nie siląc się na uprzejmość przeszła do pokoju, a za nią w milczeniu postę-

powali Renata i Jonathan. 

—  O  co  ci  chodzi?  Po  co  ją  tu  przyprowadziłeś?  —  Anna  złym  wzrokiem  obrzuciła 

Morzyńską. 

—  Przede  wszystkim  pragnąłbym  wiedzieć  dlaczego  grasz  na  dwa  fronty?  —  spytał 

chłodno. 

— Nie rozumiem? — Zdziwienie pani domu nie wypadło przekonująco. 
— Czyżby? Widzisz, mała, mnie nie tak łatwo wyprowadzić w pole. 
—  Przecież  nie  mogłam  wyrzucić  za  drzwi  ani  Poniszyńskiego,  ani  Drawskiego  — 

bąknęła niepewnie. 

— Byli tu wczoraj? — dorzucił. — Razem? 
— Adwokat koło siedemnastej, a brat Tomasza zaraz po nim. 
— Czego chcieli? 
— Pytali o ciebie i nasz pobyt w Rytrze. 
— Co im powiedziałaś? 
— Że nic nie wiem. 
— Dalecki również złożył ci wczoraj wizytę? 
— Nie, ale pytała o niego milicja. 
— Co takiego? 
— Ledwo wyszedłeś, przyniosło tu jednego kapitana. Nawet sympatyczny gość, tyle że 

okropnie  wścibski.  Interesowało  go  nawet,  jak  często  z  tobą  sypiam.  —  Przy  ostatnich  sło-
wach spojrzała mściwie na Renatę. 

—  O  twoje  kontakty  łóżkowe  z  innymi  przyjaciółmi  już  nie  pytał?  —  Morzyńska  nie 

pozostała dłużna. 

Dembinsky zgromił spojrzeniem gotowe do kłótni kobiety i zwrócił się do Waligórskiej. 
— Tydzień temu umówiliśmy się, że za pomoc w odnalezieniu szmaragdowego krucy-

fiksu dostaniesz pięć tysięcy dolarów. Pamiętasz o tej umowie? 

— Czyżbyś miał zamiar się z niej wycofać? 
— Raczej zmienić warunki. Proponuję dziesięć razy tyle za sam krucyfiks. Przemyśl to 

do jutra, kochanie. W razie czego zostaw wiadomość w recepcji mojego hotelu.  

Wrócili  z  Renatą  do  malucha.  Morzyńska  uruchomiła  silnik  i  fiacik  potoczył  się  w 

stronę ulicy Rakowieckiej. 

— Dokąd teraz? — spytała. 
— Na Żoliborz. Został nam jeszcze Wojciech Drawski. 
— Jemu również zaproponujesz pięćdziesiąt patyków za krucyfiks? 
—  Nie  mam  innego  wyjścia.  Może  ktoś  z  tej  czwórki  połknie  haczyk.  Wystarczyłoby 

background image

nawet, żeby aktualny posiadacz krzyża zaczął się targować. 

— Niby racja. 
— To gaz do dechy i jedziemy! 
— Pozwól, żebym ja porozmawiała z Drawskim. Ta gra zaczyna mnie wciągać. 
— Czemu nie! Chętnie posłucham, jak to rozegrasz. 

 
 
 
 

XXXII 

 
 

— Melduje się kapitan Jodecki! — Oficer stuknął obcasami i stanął w progu  gabinetu 

naczelnika Kuglarza. 

—  Dobrze,  że  jesteś.  —  Pułkownik  wskazał  przybyłemu  miejsce  obok  Grzelaka  i 

Zanejki. — Sprawa się komplikuje. 

— To zależy, z której strony na nią spojrzeć — zaoponował wysoki, szczupły ekspert. 

— Moim skromnym zdaniem wyniki ostatnich badań laboratoryjnych wiele wyjaśniają. 

—  Przede  wszystkim  sprawa  zabójstwa  Kwiczołka  nie  powinna  już  budzić  żadnych 

wątpliwości — poparł eksperta Zanejko. — W bagażniku samochodu Daleckiego ujawniono 
mikroślady krwi tej samej grupy  co krew Kwiczołka.  Identyczne mikroślady znajdują się na 
główce znalezionego w garażu tłuczka od moździerza. Doktor Kawecki stwierdził, że ten wła-
śnie tłuczek mógł być narzędziem, którym zadano Kwiczołkowi obrażenia głowy powodujące 
zgon. Dalecki miał motyw do zabójstwa, czego nam więcej trzeba? 

— Wspomniany tłuczek jest chyba jednym z istotniejszych dowodów w tej sprawie — 

podchwycił  ekspert.  —  Niezależnie  od  śladów,  o  których  mówił  porucznik,  znaleźliśmy  na 
nim plamkę krwi tej samej grupy  co krew Grąbca.  Istnieje prawdopodobieństwo, że tym sa-
mym narzędziem dokonano dwóch zbrodni: jednej w Rytrze, a drugiej w Warszawie. 

—  Ustalmy  hipotetyczny  przebieg  wypadków  —  zaproponował  Kuglarz.  —  Antoni 

Paszczyński  przed  swą  ucieczką  z  kraju  przekazał  w  depozyt  Tomaszowi  Drawskiemu 
szmaragdowy krucyfiks. Depozytariusz, nie informując o tym nikogo, ukrył depozyt w Rytrze 
u swego dawnego znajomego, niejakiego Marcelego Grybuchy. Po śmierci Drawskiego wieść 
o krucyfiksie rozniosła się i wiele osób podjęło poszukiwania. Naturalną rzeczy koleją szuka-
jący trafili w końcu do Rytra. Nie wiemy, czy Dalecki dopiero niedawno odnalazł pokwitowa-
nie, czy Grybucha nie chciał wcześniej wydać depozytu. W każdym razie dziesięć dni temu, 
w  niedzielę,  siostrzeniec  Drawskiego,  śledzony  przez  Kwiczołka,  udał  się  do  Grybuchy. 
Dotarł  do  jego  chaty  prawdopodobnie  w  momencie,  kiedy  między  Grybuchą  a  Grąbcem 
doszło do rękoczynów, przypuszczam, że również w związku z krucyfiksem. 

— Ciekawe, kto zadał Grąbcowi śmiertelny cios tłuczkiem: Grybucha czy Dalecki? — 

nie wytrzymał Zanejko 

— Tego już nie ustalimy — westchnął Kuglarz. — Tak czy inaczej zostawili zwłoki w 

chacie  i  poszli  po  ukryty  gdzieś  krucyfiks.  Po  ich  wyjściu  do  chałupy  zajrzał  Kwiczołek. 
Zobaczył, co się stało, zabrał tłuczek i uciekł. 

—  Czy  możemy  mieć  pewność,  że  Grybucha  przekazał  krucyfiks  Daleckiemu?  — 

Jodecki wyraził głośno to, o czym myśleli pozostali. 

—  Wszystko  na  to  wskazuje  —  stwierdził  pułkownik.  —  W  przeciwnym  wypadku 

siostrzeniec Drawskiego by nie zabijał. Wiemy, że Grybucha został pchnięty nożem w starym 
szałasie na polanie, jakieś dwa kilometry od swego domu. Dalecki prawdopodobnie zamierzał 
zagarnąć  krucyfiks  wyłącznie  dla  siebie,  z  pominięciem  przebywającego  za  granicą  Pasz-
czyńskiego,  a  Grybucha  był  niewygodnym  świadkiem.  Mógł  powiedzieć  o  tym  Paszczyń-

background image

skiemu albo powiedzieć o krucyfiksie władzom śledczym przy okazji postępowania dotyczą-
cego  zabójstwa  Grąbca.  Aby  zatrzeć  ślady  i  pogmatwać  śledztwo,  Dalecki  zdecydował  się 
podpalić chałupę Grybuchy, a nóż wyrzucił w pobliżu przystanku autobusowego. 

—  A  zatem  kiedy  Kwiczołek  zażądał  dopuszczenia  go  do  spółki  i  pokazał  zabrany  z 

Rytra tłuczek, Dalecki musiał zabić i jego — wtrącił Grzelak. — Zapomniał tylko o usunięciu 
narzędzia dwóch zbrodni. 

— Tak więc z  czterech  popełnionych zabójstw  w trzech wypadkach mamy ustalonych 

sprawców — podsumował pułkownik. — Do rozwiązania pozostały nam jeszcze dwie zaga-
dki: kto zabił Daleckiego i w czyich rękach znajduje się teraz krucyfiks. 

— To chyba jedna i ta sama osoba — stwierdził Grzelak. 
— Całkiem prawdopodobne. 
— W sprawie zabójstwa Daleckiego udało nam się ustalić pewien dość istotny szczegół 

— znów zabrał głos ekspert. — Pocisk, który ugodził siostrzeńca Drawskiego, został wystrze-
lony z pistoletu typu mauser, kaliber sześć trzydzieści pięć. Broń ta figuruje w naszym  reje-
strze.  Swego  czasu  należała  do  Tomasza  Drawskiego.  W  styczniu  tysiąc  dziewięćset  osiem-
dziesiątego  roku  właściciel  zgłosił  jej  zaginięcie.  O  ile  wiem,  śledztwo  nie  przyniosło  ża-
dnych rezultatów. 

—  Kółeczko  się  zamyka.  Przez  cały  czas  mamy  do  czynienia  z  tym  samym  kręgiem 

osób  i  tym  samym  motywem  działania.  —  Pułkownik  spojrzał  na  zebranych,  jakby  chciał 
sprawdzić, czy zgadzają się z jego tezą. 

— Moim zdaniem kluczową rolę w całej sprawie gra ten Amerykanin polskiego pocho-

dzenia — odezwał się Jodecki. — Proponuję  wziąć  go na spytki,  a rozwiązanie znajdzie się 
samo. 

— W żadnym wypadku! — Naczelnik żywo zaoponował. — Już raz powiedziałem, co 

o tym myślę, i nie chcę wracać do tego tematu. 

— Innymi słowy zostają nam Drawski, Sładkowski, Poniszyński i Waligórska — wyli-

czył Grzelak. — Ktoś z nich musi coś wiedzieć o krucyfiksie. 

— To do roboty, moje orły. — Kuglarz zakończył żartobliwą nutą. — Jutro po południu 

czekam na raport. 

Oficerowie opuścili gabinet przełożonego. Zanejko nic nikomu nie mówiąc pomknął w 

stronę archiwum i kartotek, jak gdyby właśnie tam miał zamiar znaleźć rozwiązanie zagadki, 
a Jodecki z Grzelakiem bez pośpiechu ruszyli do wyjścia z gmachu. Chwilę później siedzieli 
już  w  służbowym  polonezie.  Grzelak  włączyli  stacyjkę  i  samochód  potoczył  się  w  kierunku 
Woli. 

Nie minęły nawet dwa kwadranse, kiedy spłoszona sekretarka Drawskiego zameldowała 

swemu  pryncypałowi  o  nieoczekiwanej  wizycie  oficerów.  Dyrektor  wybierał  się  właśnie  do 
domu, ale spiesznie wyciągnął z powrotem na biurko pokaźny plik najrozmaitszych papierów, 
kazał sekretarce zaparzyć kawę i poprosił gości do gabinetu. 

—  Czym  mogę  panom  służyć?  —  Wskazał  wielkie,  obite  skajem  fotele  stojące  przy 

okrągłym stoliku. — Czyżby planowali panowie jakąś kontrolę w moim przedsiębiorstwie? 

— Sprawa dotyczy pańskiego siostrzeńca — wyjaśnił Jodecki. 
— Fredka Daleckiego? 
— Otóż to. 
— Co się stało? 
— Mamy dla pana przykrą wiadomość. Pan Dalecki nie żyje. 
— Nie żyje? — Drawski powiódł po twarzach oficerów zdumionym wzrokiem. — Jakiś 

wypadek? 

— Zabójstwo. 
Dyrektor chwycił się za głowę i przez dłuższą chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa 

W  końcu  chwiejnym  krokiem  podszedł  do  ukrytego  za  zieloną  kotarą  barku  i  nalał  sobie 

background image

angielkę winiaku. Wypił jednym haustem i nalał ponownie. Dopiero teraz przypomniał sobie 
o  siedzących  w  gabinecie  gościach.  Pytającym  gestem  wskazał  butelkę,  a  kiedy  przecząco 
pokręcili głowami, wybąkał: 

— Przepraszam panów. Nic nie wiedziałem. To przecież okropne! 
— Śmierć nastąpiła wczoraj wieczorem. 
— Prawdę powiedziawszy nie widziałem Fredka od Nowego Roku. 
— Czy pański siostrzeniec miał wrogów? 
—  Któż  ich  nie  ma  —  westchnął  Drawski.  —  Ale  przecież  nawet  najpoważniejsze 

kontrowersje i wzajemne animozje nie prowadzą do zbrodni! 

— A może chodziło o coś zupełnie innego? 
— Wybaczcie, panowie, ale nie rozumiem. 
— Słyszał pan o szmaragdowym krucyfiksie? 
— Sztuka sakralna nigdy nie była moją mocną stroną. — Kłamstwo przeszło dyrektoro-

wi całkiem gładko. 

— To taki szesnastowieczny złoty krzyż wysadzany rubinami i szmaragdami. 
— Zabytek? 
— Właśnie. 
— I cóż ten zabytek może mieć wspólnego ze śmiercią mego siostrzeńca? 
— Swego czasu krzyż znalazł się w rękach niejakiego Antoniego Paszczyńskiego, a ten 

przed  ucieczką  z  kraju  przekazał  go  w  depozyt  pańskiemu  bratu.  Mamy  wszelkie  dane,  by 
przypuszczać, że kolejnym posiadaczem krucyfiksu stał się właśnie Alfred Dalecki. 

— Nie do wiary! 
—  Naprawdę  nic  pan  o  tym  nie  słyszał? W  końcu  rzecz  dotyczy  pańskich  krewnych  i 

znajomych. 

—  Brat  nie  żyje  już  od  roku,  z  siostrzeńcem  nigdy  nie  utrzymywałem  bliskich  stosu-

nków,  a  Paszczyński  był  zbyt  wysoką  figurą,  by  zaliczać  się  do  grona  moich  znajomych. 
Obawiam się, że mimo najszczerszych chęci niewiele panom pomogę. 

-— Chyba ma pan rację — zgodził się Jodecki. 
— Ogromnie mi przykro. 
— Do widzenia. 
Oficerowie  podnieśli  się  z  foteli  i  ruszyli  do  wyjścia.  W  progu  Jodecki  przystanął 

jeszcze na moment 

—  Zdaje  się,  że  niedawno  był  pan  w  górach?  —  jak  gdyby  nigdy  nic  zagadnął  Dra-

wskiego. 

— Owszem — przytaknął dyrektor. — Dwa tygodnie spędziłem w Szczawnicy. Musia-

łem  trochę  odpocząć  po  całorocznych  bojach  z  najrozmaitszymi  kontrolami,  krajowymi 
kooperantami  i  zagranicznymi  kontrahentami,  a  nic  tak  skutecznie  nie  leczy  nadwerężonych 
nerwów jak górska wspinaczka. 

— Na przykład na Przechybę? 
—  Chociażby!  Zapewniam  panów,  że  piękniejszy  stamtąd  widok  niż  z  niejednego  z 

renomowanych szczytów alpejskich. 

— Pan często jeździ za granicę? 
— Służbowo kilka razy w roku. Teraz też czeka mnie wyjazd do Szwecji i nie będzie to 

wycieczka turystyczna.  
 

Gmach  sądów  z  wolna  pustoszał.  Większość  wyznaczonych  na  ten  dzień  rozpraw  do-

biegła już końca, a te nieliczne, które jeszcze trwały nie przyciągały publiczności. Mecenasa 
Poniszyńskiego  spotkali  w  bufecie,  a  ściślej  rzecz  biorąc  w  jego  drzwiach.  Spostrzegłszy 
oficerów adwokat uśmiechnął się cierpko. 

— Panowie do mnie? — zapytał. 

background image

— Może pan poświęcić nam kilka minut? 
—  W  takim  razie  siądźmy.  —  Cofnął  się  do  bufetu  i  nie  oglądając  się  na  przybyłych 

zajął miejsce przy pierwszym z brzegu stoliku. 

—  Prowadzimy  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  niejakiego  Alfreda  Daleckiego  — 

poinformował Grzelak na wstępie. 

— Słyszałem o tym nieszczęściu — przyznał Poniszyński. 
— Można wiedzieć od kogo? 
— Mury sądów są wyjątkowo cienkie. — Adwokat zbył ich żartem. — Wszyscy wie-

dzą tu o wszystkim, co wydarzyło się w Warszawie.  

—  Z  naszych  informacji  wynika,  że  utrzymywał  pan  dość  bliskie  stosunki  z  rodziną 

Drawskich. 

—  Znałem  Tomasza  Drawskiego,  jego  brata  i  byłą  żonę.  Pana  Daleckiego  widziałem 

dwa, może trzy razy w życiu. 

— Ale słyszał pan zapewne o szmaragdowym krucyfiksie? 
— Ten krzyż interesuje mnie niejako za względów zawodowych. 
— Ach tak? 
—  Jak  panowie  wiecie,  zostało  wdrożone  zaoczne  postępowanie  karne  przeciwko 

Antoniemu Paszczyńskiemu. Z urzędu wyznaczono mnie jego obrońcą. 

— Swego czasu pan Paszczyński przywłaszczył sobie ten krucyfiks. 
—  Na  razie  jest  to tylko  podejrzenie,  a  nie  fakt  stwierdzony  prawomocnym  wyrokiem 

sądowym. Nie słyszeliście, panowie, o zasadzie domniemania niewinności? 

— Słyszeliśmy — zniecierpliwił się Grzelak. — Ale mamy obowiązek wyjaśnić sprawę 

zabójstwa. 

—  Przykro  mi,  że  nie  będę  mógł  panom  pomóc.  Etyka  zawodowa  nie  pozwala  mi  na 

udzielanie informacji, które w ostatecznym rezultacie mogłyby być użyte przeciwko mojemu 
klientowi. 
 

Pół godziny później służbowy polonez zatrzymał się na ulicy Opoczyńskiej. Oficerowie 

weszli na klatkę schodową i ruszyli na trzecie piętro. Waligórska otworzyła im niemal natych-
miast  i  bez  słowa  wpuściła  do  mieszkania,  choć  mina  jej  świadczyła,  że  goście  nie  są  mile 
widziani. 

— Ostatnio często się spotykamy — zauważyła nie bez odrobiny ironii. — Nie mogli-

byście, panowie, wyczerpać tematu w czasie jednej rozmowy?  

— Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie — grzecznie odparł Jodecki. — Na przy-

kład kto by przypuszczał, że wczoraj zginie pani znajomy, niejaki Alfred Dalecki? 

—  Słyszałam.  —  Beznamiętnie  skinęła  głową.  —  Nie  jestem  hipokrytką  i  nikomu  nie 

będę wmawiała, że jego śmierć mną wstrząsnęła. 

— Państwo nie przepadaliście za sobą? 
— Otóż to. 
— A jednak nie wahała się pani zapewnić mu fałszywego alibi — przypomniał Grzelak. 

— Ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość, że ubiegłej niedzieli Dalecki przebywał w Rytrze, 
nie mogła więc go pani widzieć w tym samym czasie w „Hortexie” przy Świętokrzyskiej. 

— Chwileczkę! — żywo zaoponowała, — Przecież uprzedziłam lojalnie, że w „Horte-

xie” widziałam kogoś, kto był bardzo do Daleckiego podobny. Nie zbliżałam się do tego czło-
wieka ani nie .zamieniłam z nim nawet jednego słowa. Mogłam się pomylić. 

— Niech i tak będzie — zgodził się Jodecki. 
— A co słychać u pani amerykańskiego przyjaciela? 
— Poderwał nowego kociaka. 
— Zna pani nazwisko tej kobiety? 
— Wiem tylko, że jest ruda i ma nieprzeciętny tupet. Liczę, że Jankesowi dostanie się 

background image

za swoje. 

— Słyszała pani o szmaragdowym krucyfiksie? — zapytał Grzelak. 
— Ostatnio moi znajomi zaczęli plotkować na ten temat. 
— Na przykład kto? 
—  Chociażby  była  żona  mego  zmarłego  przyjaciela.  Chyba  z  godzinę  rozmawiałyśmy 

dzisiaj z panią  Lucyną przez telefon. Aż się zdziwiłam, że zadzwoniła, bo do tej pory nasze 
kontakty ograniczały się do chłodnego „dzień dobry” przy okazji przypadkowych spotkań na 
neutralnym gruncie 

— Czy również Dembinsky interesował się krucyfiksem? 
—  O  tyle,  o  ile.  —  Waligórska  uznała  że  bezpieczniej  minąć  się  z  prawdą.  —  W 

gruncie  rzeczy  to  prymitywny  typ.  Kiedy  usłyszał  o  krzyżu,  zapytał  tylko,  za  ile  można  go 
kupić i czy władze dałyby zgodę na  wywóz. Ostatecznie uznał, że to nie dla niego interes, i 
poświęcił się swojej prawdziwej namiętności, to znaczy podrywaniu polskich dziewczyn. 
 

Na  dworze  było  już  zupełnie  ciemno,  kiedy  oficerowie  dotarli  do  mieszkania  Sładko-

wskiego.  Otworzyła  im  wysoka,  szczupła  blondynka  o  wielkich,  szarych  oczach  i  jasnej 
karnacji.  Modna  sukienka  rodem  z  Pewexu,  wymyślna  fryzura  i  przesadny  makijaż  mogły 
zrobić  wrażenie  w  kawiarni  albo  na  dansingu,  ale  w  domowych  pieleszach  wyglądały 
cokolwiek nienaturalnie. 

— Panowie do kogo? — zapytała cichym beznamiętnym głosem. 
— Czy zastaliśmy Benedykta Sładkowskiego? — Grzelak wyciągnął legitymację. 
— Mąż jeszcze nie wrócił 
— Kiedy się go pani spodziewa? 
— Trudno powiedzieć. — Bezradnym  gestem rozłożyła ręce. — Poszedł złożyć poda-

nie o paszport i pewno stoi w kolejce. Aż strach pomyśleć, ile czasu traci się na załatwianie 
różnych urzędowych formalności. 

— Państwo gdzieś wyjeżdżacie? 
— Do Hiszpanii. 
— Na wycieczkę z Orbisem? 
— Otrzymaliśmy zaproszenie. Mamy tam krewnych. 
— Cóż, chyba będziemy musieli przyjść kiedy indziej — westchnął Grzelak. 
— A może pani zechce nam pomóc? — zaproponował Jodecki. 
— Ale ja nie wiem, o co panom chodzi? 
— Prowadzimy śledztwo w sprawie zgonu Alfreda Daleckiego. 
—  Cóż  za  okropne  nieszczęście!  —  Otworzyła  szerzej  drzwi,  by  wpuścić  oficerów  do 

środka. — Zastanawialiśmy się z mężem, komu mogło zależeć na śmierci Alfreda. 

— My również szukamy odpowiedzi na to pytanie. 
—  Ja  bardzo  lubiłam  pana  Alfreda.  Był  taki  miły  i  szarmancki,  mężczyzna  w  każdym 

calu. 

— Nie wszyscy mieli o nim równie dobrą opinię. 
— Pewno rozmawialiście, panowie, z Anką Waligórską? — domyśliła się Sładkowska. 

— Prawdę powiedziawszy nigdy nie rozumiałam stosunków łączących tych dwojga. To mó-
wili o małżeństwie, to znów wygadywali o sobie różne okropieństwa. Swego czasu namawia-
łam ich, żeby wzięli się za jakieś interesy. Nic tak ludzi nie łączy. 

— Posłuchali pani? 
— Nie przypuszczam. W każdym razie nic o  tym nie wiem. 
— Czy słyszała pani o depozycie pozostawionym przez Antoniego Paszczyńskiego? — 

Teraz Grzelak zdecydował się zadać pytanie. 

— Jakim depozycie? 
— O złotym krucyfiksie znacznej wartości. 

background image

— Przy mnie nikt nie rozmawiał na ten temat. 
— A mąż nic pani nie wspominał? 
—  On  nie  ma  czasu  na  głupstwa.  Czy  wiecie,  panowie,  ile  trzeba  się  nabiegać,  żeby 

załatwić atrakcyjny towar do naszego pawilonu? 
 
 
 
 

XXXIII 

 
 

Morzyńska zaparkowała malucha na Nowogrodzkiej i popatrzyła pytająco na Jonathana. 
— Co teraz?  
— Idź do recepcji i spytaj, czy nie ma dla mnie jakiejś wiadomości 
— Jeśli nawet będzie list albo kartka, to i tak mi nie wydadzą. 
— Powiedz, że złamałem nogę albo wpadłem pod samochód i nie mogę się ruszać. Coś 

zresztą wymyślisz. A gdyby recepcjonistka nie dała się przekonać, pokaż jej mój paszport. 

— Spróbuję. 
—  Wracając  miej  oczy  i  uszy  otwarte.  Sprawdź,  czy  nie  idzie  za  tobą  jakiś  tajniak.  Z 

policją nigdy nic nie wiadomo, 

— Nie bój się! Mnie nie tak łatwo wyprowadzić w pole. 
— To powodzenia! 
Renata  wysiadła  z  fiacika  i  wolnym  krokiem  ruszyła  w  kierunku  hotelu  „Forum”. 

Dembinsky patrzył za nią, póki nie zniknęła za zakrętem. Musiał przyznać, że dziewczyna by-
ła ładna, miła i oddawała mu nieocenione usługi. Gdyby jeszcze nie miała tak staroświeckich 
poglądów na sprawę seksu... 

Czekał  dobry  kwadrans,  może  nawet  dwadzieścia  minut.  Wreszcie  znów  ją  zobaczył. 

Jak  gdyby  nigdy  nic  przedefilowała  obok  samochodu  i  nawet  nie  spojrzała  na  detektywa 
Pomyślał  z  uznaniem,  że  jest  wyjątkowo  sprytna.  Gdyby  ona  nie  zauważyła  śledzącego  ją 
człowieka, musiałby go dostrzec Dembinsky. 

Minęło  jeszcze  z  dziesięć  minut,  nim  Morzyńska  siadła  z  powrotem  za  kierownicą. 

Szelmowsko  przymrużyła  oko  i  bez  słowa  wyjęła  z  torebki  paszport  Jonathana,  a  moment 
później zwykłą, szarą kopertę z wypisanym maszynowym pismem nazwiskiem detektywa. 

— Jesteś cudowna! — Objął ją ramieniem. 
— Lepiej zajrzyj do środka — rzuciła niecierpliwie. — Chcę wiedzieć, czy nie chodzi-

łam do hotelu na próżno. 

Posłusznie  rozdarł  kopertę  i  wyjął  z  niej  niewielką  karteczkę,  na  której  widniało  tylko 

jedno, również napisane na maszynie, zdanie: 

 
„Proszę  dwukrotnie  podnieść  cenę  i  czekać  dzisiaj  o  dwudziestej  pierwszej  w  letnim 

domku Tomasza D.” 

 
— Brakuje podpisu — zauważyła, zaglądając mu przez ramię. — Czyje to dzieło? 
— Diabli wiedzą — Dembinsky wzruszył ramionami. — Okaże się wieczorem, w tym 

domku.  

— Gdzie on jest? 
— W Zegrzynku. 
— Byłeś już tam? 
— Nie, ale powinienem trafić. — Jonathan przypomniał sobie plan narysowany swego 

czasu przez Wojciecha Drawskiego. 

background image

— Boję się! — Renata wzdrygnęła się odruchowo. — W zimie, po ciemku, pewno psa z 

kulawą nogą tam nie uświadczy. 

— Jakoś sobie poradzę. 
— A co ze mną? 
— Ty zostaniesz w domu. 
— Nie ma mowy! 
— Zbyt wiele osób postradało życie przez ten krucyfiks — powiedział twardo. — Nie 

mogę  ciebie  narażać.  Co  innego  przyniesienie  listu  z  hotelowej  recepcji  albo  nieszkodliwe 
rozmówki z potencjalnymi podejrzanymi Do Zegrzynka musi pojechać zawodowiec o silnych 
mięśniach i szybkich nogach. 

— A jeżeli nie wrócisz? 
— Wychodziłem już z gorszych opresji. — Roześmiał się buńczucznie. — Ale czas na 

obiad. — Znaczącym gestem wskazał na zegarek. — Ty wybierasz restaurację. 

Morzyńska nie przyjęła propozycji detektywa. Postanowiła popisać się własnymi umie-

jętnościami kulinarnymi. Wrócili do domu, na Międzynarodową i Renata zabrała się do wy-
kańczania  przygotowanych  wcześniej  potraw.  Nie  minęła  nawet  godzina,  kiedy  Dembinsky 
po raz pierwszy od bardzo dawna mógł spróbować, jak smakuje prawdziwy, domowy obiad. 

Kilka minut przed dziewiętnastą Jonathan wziął kluczyki od wozu Renaty, na pożegna-

nie cmoknął dziewczynę w policzek i ruszył do wyjścia. Chciał dotrzeć do Zegrzynka przed 
umówionym  spotkaniem,  aby  się  nieco  rozejrzeć.  Włączył  stacyjkę,  uruchomił  silnik  i  ulicą 
Zwycięzców wyjechał na Wał Miedzeszyński. Ruch był jeszcze spory, ale za granicami mia-
sta znacznie się rozluźniło, a im dalej, tym mniej samochodów spotykał na szosie. Gdzieś  za 
Jabłonną  rozszalała  się  śnieżyca  i  mało  brakowało,  a  przegapiłby  boczną  drogę  prowadzącą 
do całej kolonii mniejszych i większych daczy. Przedzierając się przez zaspy, żałował, że nie 
zabrał poloneza zostawionego na parkingu pod kinem „Sawa”. Maluch raz po raz kopał się w 
śniegu,  jego  silnik  sprawiał  wrażenie,  że  lada  moment  wyskoczy  spod  karoserii,  a  szyby 
mimo  włączonego  nawiewu  uparcie  zachodziły  mgłą.  O  dziwo,  Dembinsky  jednak  ani  razu 
nie musiał wysiadać. 

Po kwadransie zmagań z lodową skorupą i śnieżnymi zaspami fiacik dotarł do murowa-

nej,  krytej  dachówką  daczy,  a  ściślej  rzecz  biorąc  parterowej  willi,  stanowiącej  niegdyś 
własność Tomasza Drawskiego. Jonathan zatrzymał się przed bramą, zgasił silnik i starannie 
zamknął  samochód.  Zgodnie  z  jego  przewidywaniami  niewielka  furtka  była  zamknięta 
jedynie na klamkę. Brnąc po kolana w śniegu podszedł do schodków prowadzących do drzwi. 
Bez skrupułów sięgnął po komplet wytrychów i niespełna minutę później był już w środku. 

W  przedpokoju  przez  dłuższą  chwilę  daremnie  szukaj  kontaktu.  Dopiero widok  lampy 

naftowej uzmysłowił mu, że w daczy nie ma światła elektrycznego. Zapalił więc lampę i za-
czął rozglądać się po pomieszczeniach. W kuchni, łazience i dwóch maleńkich pokoikach nie 
znalazł  niczego  godnego  uwagi.  Prawdopodobnie  właściciel  wywiózł  przed  zimą  większość 
sprzętów, zostawiając tylko takie, na które nie połakomiłby się żaden włamywacz. Zniechęco-
ny  przeszedł  do  trzeciego,  największego  pokoju,  postawił  lampę  na  ciężkim,  zbitym  z  gru-
bych, ledwo polakierowanych desek stole i otworzył okiennicę, by nie zaskoczył go przyjazd 
umówionego  na  spotkanie  posiadacza  krucyfiksu.  W  pierwszym  odruchu  chciał  również 
zostawić otwarte okno, było jednak zbyt zimno, a wiatr raz po raz zawiewał śniegiem do nie 
ogrzewanego pomieszczenia. 

Do dwudziestej pierwszej brakowało jeszcze kilkunastu minut, kiedy Jonathan usłyszał 

warkot nadjeżdżającego samochodu. Podszedł do okna. Tuż za fiacikiem zatrzymała się syre-
nka, a w chwilę później w przedpokoju rozległ się stukot otrzepywanych ze śniegu butów i w 
progu stanęła Waligórska. 

— Dobry wieczór, kochanie — powitał ją jak gdyby nigdy nic. — Nie wiedziałem, że 

masz samochód. 

background image

—  Pożyczyłam  —  odparła  równie  swobodnie.  —  Prawdę  powiedziawszy  bardzo  kie-

psko prowadzę, a tu jeszcze trafił mi się okropny gruchot. Akumulator prawie rozładowany, 
musiałam więc zostawić silnik na chodzie, bo inaczej już bym go nie zapaliła. 

—  Mógłbym  wiedzieć,  po  co  ta  cała  konspiracja?  Przecież  moglibyśmy  dobić  targu  u 

ciebie w domu. 

—  Tu  jest  cisza,  spokój  i  tak...  romantycznie.  —  Wypowiadając  ostatnie  słowo  nie 

próbowała nawet powstrzymać się od pełnego ironii uśmiechu. 

—  Poza  tym  nie  ma  niepożądanych  świadków  —  dopowiedział  zjadliwie.  —  Jeszcze 

lepsze warunki do omawiania interesów niż w willi Daleckiego. 

— Ten bydlak znowu chciał mnie wykołować! — W oczach Anny zapaliły się złe bły-

ski.  —  W  zamian  za  to,  że  powiedziałam  mu,  gdzie  Tomasz  schował  pokwitowanie  Grybu-
chy, mieliśmy podzielić się pieniędzmi ze sprzedaży krucyfiksu. Tymczasem Fredek pokazał 
mi figę, kiedy zgłosiłam się do niego po powrocie z Rytra. Nie chciał dać ani grosza. Wszy-
stko miało być jego tak jak po śmierci Tomasza. 

— Zamiast wozić mnie w góry, trzeba było powiedzieć prawdę. 
— Za pięć tysięcy zielonych? — żachnęła się Waligórska. — Wtedy ani ty nie zdradza-

łeś ochoty, żeby zapłacić uczciwą cenę, ani ja nie przypuszczałam, że Dalecki spróbuje mnie 
wykołować. 

— I postanowiłaś puścić mnie ślepym torem, żeby tamten zyskał na czasie? 
—  Trafnie  to  odgadłeś.  Byłam  pewna,  że  w  Rytrze  dowiesz  się,  iż  byli  tam  wcześniej 

Poniszyński, Sładkowski, a nawet Wojciech Drawski 

—  Bardzo  trafnie  pomyślane  Kiedy  jednak  zorientowałaś  się,  że  Dalecki  cię  oszukał, 

nie  musiałaś  podrzucać  przy  jego  trupie  dowodów  mających  świadczyć  przeciwko  mojej 
skromnej osobie. 

— Jakoś byś się wykręcił — odparła z przekonaniem. 
— A gdybym mimo wszystko trafił za kratki? 
— O czym tu mówić? — Wzruszyła ramionami. — Przecież znalazłeś gumę i papierek, 

prawda? 

— Znalazłem. 
— Innymi słowy możemy spokojnie przystąpić do interesów. 
— Jeszcze tylko jedno pytanie. 
— Ale ostatnie. 
— Skąd wzięłaś pistolet? 
—  Podwędziłam  go  Tomaszowi  na  samym  początku  naszej  znajomości.  Pomyślał,  że 

zgubił, a ponieważ miał chody, sprawa szybko przyschła. 

— Masz go przy sobie? 
— Oczywiście. Przecież tobie też nie mogę zaufać. 
—  Cóż  za  dziewczyna!  Z  taką  nie  warto  zadzierać.  —  Detektyw  uznał,  że  pusty 

komplement nic nie kosztuje. 

— Tym łatwiej się dogadamy. 
— Przywiodłaś krucyfiks? 
— Najpierw pokaż pieniądze 
— Za sto tysięcy nie mogę kupować kota w worku 
— Przecież krzyża nie podmieniłam. 
— Niestety, to tylko gołosłowne twierdzenie bardzo sprytnej osóbki. 
— Co proponujesz? 
— Na tyle znam się na  złocie i kamykach, by po wstępnej ocenie wypłacić ci czwartą 

część  żądanej  kwoty.  Kiedy  krucyfiks  znajdzie  się  w  Stanach  i  eksperci  potwierdzą  jego 
autentyczność, mój klient przekaże ci resztę pieniędzy. 

— A jeśli nie zechce? Nie zaskarżę go przecież do sądu! 

background image

— Gorzej, gdyby okazało się, że otrzymał falsyfikat. Wtedy od razu mogłabyś zamówić 

mszę za swoją grzeszną duszę. 

— Krucyfiks jest autentyczny — powtórzyła z uporem. — Żądam za niego sto tysięcy 

dolarów  i  ani  centa  mniej.  A  jeśli  spróbujesz mnie  oszukać...  —  Wymownym  gestem  otwo-
rzyła torebkę i włożyła do niej rękę. 

—  Radzę  ci,  nie  przeciągaj  struny.  —  Głos  detektywa  wyraźnie  stwardniał.  —  Czy  ci 

się  to  podoba,  czy  nie,  ja  nie  zwykłem  prowadzić  interesów  z  pistoletem  przystawionym  do 
ucha. 

— W porządku. — Zamknęła torebkę. — Ja tylko tak... Nie bierz sobie tego do serca. 
— Czy przyjmujesz moje warunki? 
— To raczej ty musisz przystać na moje. Nie zapominaj, w czyich rękach jest krucyfiks. 
— Tutaj, w Polsce, nikt nie zapłaci ci nawet piątej części żądanej kwoty, a nie licz, że 

uda  ci  się  wywieźć  go  za  granicę.  Żadna  policja  na  świecie  nie  darowałaby  tych  czterech 
trupów i trzeba nie lada fachowca, żeby w takich warunkach bezboleśnie załatwić przerzut. 

— Myślisz, że oni już wiedzą, dlaczego zginęli tamci dwaj w Rytrze oraz Kwiczołek i 

Dalecki? 

— Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. 
— Ja mam na sumieniu tylko Fredka. 
— I cóż to zmienia. 
—  Nie  wiem.  —  Straciła  dotychczasową  pewność  siebie.  —  Musiałabym  w  spokoju 

zastanowić się nad tym wszystkim 

—  I  ty,  głupia,  wierzysz  temu  prywatnemu  glinie  zza  oceanu?!  —  W  progu  pokoju 

wyrosła nagle charakterystyczna postać Sładkowskiego z dubeltówką w ręku — Nie sięgaj do 
torebki, bo wygarnę breneką — dorzucił ostrzegawczo. 

Dłoń Waligórskiej już miała spocząć na rękojeści pistoletu, w ostatnim jednak momen-

cie dziewczyna zamarła w bezruchu. 

— Bydlę! — syknęła z nienawiścią. — Jeszcze zapłacisz mi za to! 
—  Nie  denerwuj  się,  kochanie.  —  Sładkowski  zręcznie  chwycił  torebkę  i  wyjął  z  niej 

mausera.  —  Dostaniesz  swoją  dolę.  Może  nie  sto  tysięcy,  bo  i  ja  muszę  na  tym  interesie 
zarobić, ale i tak ci wystarczy, żeby stanąć na nogi. 

— Niby w jaki sposób to przeprowadzisz? — W głosie Jonathana zabrzmiało powątpie-

wanie. 

—  Po  prostu  wywiozę  krucyfiks  za  granicę.  Poniszyński  nie  wspominał  ci,  że  mam 

spore doświadczenie w wodzeniu za nos celników? 

— Coś mi się obiło o uszy. 
— Mój krewniak i bez szmaragdowego krucyfiksu nie najgorzej urządził się w Stanach, 

czemu i ja nie miałbym skorzystać z uśmiechu losu? 

— Poniszyński zechce upomnieć się o swoje. 
— Wolne żarty! Przecież on ukradł ten krzyż, tak samo jak później Dalecki czy nasza 

urocza Aneczka. 

— Mój klient przynajmniej nikogo nie zabił. 
—  Nie  wchodźmy  w  szczegóły  —  odparł  Sładkowski.  —  A  zresztą  Antoni  i  tak  o 

niczym się nie dowie. 

— To znaczy, że nie wyjdę stąd żywy? 
— Otóż to — potwierdził Benedykt. — Pańskie zniknięcie utwierdzi polskie władze w 

przekonaniu,  że  to  pan  zabił  Daleckiego  i  uciekł  z  krucyfiksem  za  granicę.  Tymczasem  ja 
będę miał wolną rękę. 

— Niegłupio pomyślane. 
— Dziękuję za uznanie, ale czas ucieka, a ja mam jeszcze sporo pracy. 
— Nie mogę zrozumieć, w jaki sposób trafił pan do tego domu? — Detektyw spróbo-

background image

wał zagrać na zwłokę. 

—  Wystarczyło  poczekać  w  pobliżu  recepcji  w  „Forum”,  aby  się  dowiedzieć,  kto 

zostawi  dla  pana  wiadomość.  Oczywiście  nie  zaryzykowałbym  śledzenia  pana,  ale  za  naszą 
przyjaciółką mogłem przyjechać bez obawy, że cokolwiek zauważy. Przepraszam pana, Jona-
thanie, ale nie mam czasu na dłuższą pogawędkę. — Sładkowski zaśmiał się rubasznie. 

—  Rozumiem  —  westchnął  Dembinsky  i  jednym  susem  dopadł  stołu.  Chwycił  lampę 

naftową i płaskim łukiem cisnął ją tuż nad głową kuzyna Paszczyńskiego. Rozległ się brzęk, a 
moment  później  ściana  za  plecami  Benedykta  stanęła  w  ogniu.  Waligórska  i  Sładkowski 
odwrócili się odruchowo, a Dembinsky niczym rasowy skoczek runął floopem w okno. 

Śnieg  i  podbita  misiem  kurtka  zamortyzowały  upadek.  Jonathan  poderwał  się  natych-

miast i co  sił  w  nogach  pomknął  do  furtki.  Przy  czwartym  kroku  usłyszał  ogłuszający  huk  i 
ogniste smagnięcie w ramię rzuciło nim o ziemię. Siłą rozpędu przetoczył się jeszcze z półto-
ra metra i dzięki temu ponowny strzał okazał się niecelny. 

Dembinsky  pełną  piersią  zaczerpnął  powietrza  i  pokonując  ból  zerwał  się  na  nogi.  Do 

furtki  było  już  niedaleko.  Trzy  wydłużone  susy  i  kolejny,  tym  razem  już  zamierzony,  pad. 
Dwa  szybko  następujące  po  sobie  strzały  zabrzmiały  ciszej  i  jakby  mniej  groźnie  niż  te  z 
dubeltówki Jonathan wykonał obrót przez zdrowe ramię, znów skoczył na nogi i rzucił się do 
przodu. Pociemniało mu w oczach i nawet nie był pewien, czy padł kolejny strzał z pistoletu. 
Jeszcze  dwa  kroki,  a  za  furtką  nagły  skręt  w  lewo,  prosto  w  zaspę.  Metaliczne  uderzenie 
pocisku o sztachetę świadczyło wymownie, że Sładkowski strzela nadal. 

Detektyw  pozwolił  sobie  na  trzy  sekundy  odpoczynku,  po  czym  całą  siłą  woli  zmusił 

się, by ponownie naprężyć mięśnie. Wyskoczył z zaspy i pobiegł na oślep, przed siebie. Nagle 
usłyszał  warkot  nadjeżdżającego  samochodu.  Pomyślał,  że  chyba  majaczy.  Uwierzył  w  swe 
szczęście dopiero wtedy, kiedy obok niego przyhamował polonez ze zgaszonymi światłami i 
jakaś ręka bezceremonialnie wciągnęła go do środka. 

Silnik zawył na najwyższych obrotach. Detektyw chwycił się kurczowo fotela i postrze-

loną  ręką  spróbował  zatrzasnąć  drzwi.  Aż  zawył  z  bólu.  Zacisnął  zęby  i  ponowił  próbę,  ale 
zakręciło mu się w głowie i omal nie wypadł. Na szczęście na ostrym zakręcie siła odśrodko-
wa pchnęła go z powrotem do środka, a drzwi zatrzasnęły się same. 

— Gdzie cię postrzelili? — Głos Morzyńskiej drżał ze zdenerwowania. 
— Głupstwo! — Nagle zapomniał o bólu i roześmiał się na całe gardło. — Złego diabli 

nie wezmą! 

—  A  jednak  kiepski  z  ciebie  zawodowiec.  —  W  tonie,  jakim  powiedziała  te  słowa, 

wyczuł nutę przygany. 

—  Mam  dziewczynę,  która  za  mnie  myśli.  —  Przyznał  z  rozbrajającą  szczerością.  — 

Ale  dlaczego  ryzykowałaś?  —  Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  któryś  z  pocisków  mógł 
przecież dosięgnąć Renaty: — Kazałem ci siedzieć w domu! 

—  Zimą  kwiaty  drogie  —  odparła  kpiąco.  —  Nie  stać  mnie  na  wieniec,  a  z  byle 

wiązanką pójść nie wypada. 

Zapaliła  światła.  Jonathan  obejrzał  się  niespokojnie,  ale  nie  dostrzegł  już  daczy  ani 

ewentualnego pościgu. 

—  Bez  powietrza  w  oponach  raczej  nas  nie  dogonią  —  poinformowała  rzeczowo.  — 

Niestety  na  odkręcanie  wentyli  w  trzech  wozach  nie  miałam  czasu  i  musiałam  posłużyć  się 
nożem Biedny maluszek, gdzie ja teraz dostanę nowe gumy? 

— Sprzedam ostatnią koszulę, a będziesz jeździła najnowszym mercedesem. 
— Nie wiem, kto by kupił tę twoją koszulę. — Spojrzała znacząco na postrzelone ramię 

detektywa — Poplamiona i dziurawa. Musimy jechać do lekarza — dodała już poważnie. 

— W żadnym wypadku! — zaprotestował stanowczo. — Znam się na tym, ruszony jest 

tylko mięsień. 

— Jak sobie życzysz? — Dziwnie łatwo ustąpiła. — Ostatecznie mogę sama obejrzeć to 

background image

ramię. 

Wyjechali na szosę warszawską. Teraz Renata dodała gazu i polonez pomknął ostro do 

przodu. Kilka minut później skręcili na motelowy parking. Jonathan już o nic nie pytał. Posłu-
sznie  wysiadł  za  dziewczyną,  chciał  nawet  wziąć  zdrową  ręką  leżącą  na  tylnym  siedzeniu 
brezentową torbę, ale ostatecznie bagaż zabrała Morzyńska. 

Recepcjonistka  ledwie  rzuciła  okiem  na  rzadkich  bądź  co  bądź  o  tej  porze  roku  gości. 

Weszli  na  pierwsze  piętro.  Na  stoliku  przy  łóżku  leżała  sporych  rozmiarów  przenośna  apte-
czka. Renata zrzuciła kożuszek, bezceremonialnie ściągnęła z detektywa kurtkę i koszulę, po 
czym z zaskakującą go wprawą zabrała się do opatrywania rany. 

Dembinsky  siedział  spokojnie,  w  milczeniu  obserwując  poczynania  dziewczyny.  Nie 

zaprotestował  nawet,  kiedy  wyjęła  z  apteczki  strzykawkę  i  jakieś  dwie  ampułki.  Wreszcie 
było już po wszystkim. Morzyńska usiadła obok Jonathana i wsparła głowę na jego zdrowym 
ramieniu. Nagle opuściła ją werwa, zdecydowanie i przedsiębiorczość. Przez dłuższą chwilę 
nie odzywali się do siebie. W końcu uważnie popatrzyła mu w oczy. 

— Chciałam ci coś pokazać — powiedziała jakimś dziwnym, łamiącym się głosem. — 

Zajrzyj do tej torby. 

— Później! — Delikatnie musnął wargami jej włosy. — Dobrze mi przy tobie. 
— Zajrzyj — powtórzyła. — Proszę! 
Niechętnie  podniósł  się  z  łóżka  i  podszedł  do  pozostawionej  pod  oknem  torby.  Na  sa-

mym wierzchu leżał jakiś prostokątny, nawinięty w płótno pakunek Okazał się nadspodziewa-
nie  ciężki.  Detektyw  odwinął  jedną  warstwę  płótna,  potem  drugą,  i  nagle  aż  zaniemówił  z 
wrażenia.  Wśród  misternych  splotów  starego  złota  zamigotały  tysiącami  blasków  ogromne 
rubiny i szmaragdy. 

— Oto szmaragdowy krucyfiks — szepnęła Morzyńska. — Waligórska zostawiła go w 

bagażniku. 

— Piękny. — Dembinsky  nie mógł oderwać wzroku od krzyża. — Nawet nie przypu-

szczałem... Warto było przylecieć zza oceanu i dać się postrzelić. 

— Co teraz? 
— Jesteś cudowna. Do pięt ci nie dorastam z tym moim zawodowstwem... 
— Co teraz? — powtórzyła twardo i jakoś obco. 
—  Ten  krzyż  jest  wart  znacznie  więcej,  niż  obiecał  mi  za  niego  Paszczyński.  Co  ja 

mówię!  Pół  miliona,  milion,  półtora...  Nawet  najwyższa,  możliwa  do  uzyskania  na  aukcji, 
cena nie pokryje jego rzeczywistej wartości. 

Podniósł krucyfiks do światła i przez dłuższą chwilę przyglądał mu się jak urzeczony. 
—  Miejsce  tego  krucyfiksu  jest  na  Wawelu  albo  Zamku  Warszawskim,  a  nie  w  sejfie 

któregoś  z  nowojorskich  czy  chicagowskich  pasibrzuchów  —  stwierdził  nieoczekiwanie  dla 
samego siebie. — Pal diabli moje honorarium. Zawieziemy krzyż... 

Nagle  urwał,  gdyż  dostrzegł  wpatrzone  w  niego  wielkie,  jak  gdyby  zwilgotniałe  oczy 

Morzyńskiej. Wreszcie zrozumiał. Podszedł do Renaty i położył jej krucyfiks na kolanach. 

— Nie myślałem, że w polskiej policji są dziewczyny, które potrafią zawrócić w głowie 

takiemu staremu wyjadaczowi jak Jonathan Dembinsky! 

— Ile razy mam ci powtarzać, że u nas nie ma policji, tylko... 
—  Nic  nie  mów!  —  Objął  ją  zdrowym  ramieniem  i  pocałował  w  usta.  Tym  razem  się 

nie broniła.