background image

 
Droga bez powrotu 
 
Albert Wojt 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

* Osłona judasza szczęknęła metalicznie. Więźniowie, jak na 
komendę, odwrócili się w stronę żelaznych drzwi i stojąc na 
baczność zastygli w bezruchu. W celi przez dłuższą chwilę 
panowała kompletna cisza. W końcu judasz zgrzytnął ponownie i 
na korytarzu ciężko zadudniły kroki oddalającego się strażnika. 
Któryś z więźniów odetchnął z wyraźną ulgą, inny bluznął 
wulgarnym przekleństwem. Napięcie wywołane nieoczekiwaną 
wizytą funkcjonariusza służby więziennej ustąpiło bez śladu i 
tylko drobny, piegowaty blondyn koło czterdziestki nie mógł jakoś 
opanować dręczącego go niepokoju. 
— Co jest? — bąknął ni to do siebie, ni do barczystego rudzielca o 
zaczątkach łysiny i twarzy żywo przypominającej zawodowego 
boksera. — Przecież powinien być już spacer. 
— Jeszcze nie wrócili ci spod siódemki. — Albin 

Załiwskil obojętnie wzruszył ramionami. — Nie gorączkuj się, 
Jasiu. Na wszystko przyjdzie pora. 
— Ale coś musiało się stać — nie ustępował Jóź-wiak. — Pewno 
klawisze dorwali gryps na spacer-niaku albo któryś z chłopaków 
wykręcił jakiś numer. 
— Co za różnica? 
— Wszystko się opóźni i znowu skrócą nam spacer. 
— Pies z nimi tańcował! — Zaliwski opadł na najbliższą pryczę i 
nie bacząc na protesty właściciela wyciągnął się na niej wygodnie. 
— Ja w ogóle nie muszę nigdzie wychodzić. 
W celi ponownie zapanowało milczenie. Piegowaty blondyn 
przytknął ucho do drzwi, nasłuchując uważnie dochodzących z 
korytarza odgłosów, inni więźniowie za przykładem Albina 
przysiedli albo rozłożyli się na pryczach. Prawdę powiedziawszy 
dzisiejszy dzień nie różnił się niczym od innych. Od czasu do 
czasu gdzieś daleko trzasnęły drzwi, czy szczęknęła krata, z 
rzadka słychać było przenikliwy brzęk dzwonków 
sygnalizacyjnych albo ciężkie kroki strażników. Zakład karny żył 
swoim specyficznym, ale monotonnym życiem. 
Jóźwiak miał już zamiar odejść od drzwi, kiedy nagle za ścianą 

background image

ktoś załomotał blaszaną menażką. Niemal jednocześnie gdzieś po 
sąsiedzku rzucony z impetem taboret grzmotnął w zakratowane 
okien 

ko. Brzękowi tłuczonego szkła towarzyszył przeraźliwy, trudny do 
zrozumienia, krzyk kilku więźniów. 
— O rany! — W głosie piegowatego blondyna zadźwięczał nie 
ukrywany strach. — U nas też się zaczyna. 
— Przynajmniej będzie wesoło — roześmiał się Zaliwski. — Jak 
dobrze pójdzie, napędzimy klawiszom cykora. 
— Jasne! — przytaknął niski, dwudziestokilkuletni chłopak o 
bladej, zdecydowanie zbyt inteligentnej jak na kryminalistę 
twarzy. — Dlaczego i my nie mamy sobie poprotestować? 
Słyszałem, że w jednym z kiciów chłopaki wleźli na komin i 
nawet strażacy nie mogli ich stamtąd wykurzyć. 
— U nas, Tadziu, nie ma takiego komina. 
— W razie czego wymyśli się jakiś inny numer. 
— Dajcie spokój! — Jóźwiak aż^ szczęknął zębami. — Przed 
wami jeszcze sporo odsiadki i możecie pozwolić sobie na 
rozróbki, ale mnie za miesiąc mieli puścić na warunkowe. 
— Tego miesiąca też szkoda — zarechotał Tadek Kielecki. — 
Puść się, Jasiu, sam, bez cudzej łaski. 
— Gadanie. 
— No, chłopaki, na co czekacie? — Albin ruszył się z pryczy i 
odsuwając na bok piegowatego blondyna chwycił ciężki, 
więzienny taboret. — My też dajmy popalić klawiszom. 
— Żeby ich szlag! — Poparł go Kielecki. 

'Taboret grzmotnął z łoskotem o drzwi celi. Zaliwski zamierzył się 
ponownie, Tadek zawył niczym wilk do księżyca, a i pozostali 
więźniowie nie czekali na dalsze zachęty. Kto żyw, zaczął tłuc, 
czym popadło, w ściany i drewniane prycze. Nawet Jóźwiak 
przestał biadolić i raz; i drugi przyłożył swoją menażką o żelazną 
futrynę.. • 
Tymczasem hałas z zewnątrz wzmagał się z minuty na minutę, a 

background image

dochodzące przez zakratowane okienko odgłosy świadczyły 
niedwuznacznie, że bunt objął wszystkie piętra więziennego 
pawilonu. Teraz niomal już w każdej celi łomotały miednice, 
menażki i taborety, nie mówiąc o brzęku tłuczonego szkła i 
krzykach więźniów. Nagle, na korytarzu, zadudniły kroki 
kilkunastu biegnących. Huknął pojedynczy, choć zwielokrotniony 
więziennymi murami, strzał. Odpowiedział mu dziki, pełen 
nienawiści, wrzask i niemal jednocześnie szczęknął zamek w 
drzwiach sąsiedniej celi. 
— Otwórzcie, otwórzcie!! — ryknął na całe gardło Kielecki. — 
Wypuśćcie nas z tej nory! 
— Dosyć tego siedzenia! Chcemy na wolność! 
Na korytarzu ponownie huknął strzał i znowu zadudniły kroki 
biegnących. Tym razem odgłosy walki, czy może raczej pościgu, 
wyraźnie się oddalały. Jeszcze przeraźliwie zgrzytnęła wyrwana z 
zawiasów krata i harmider dochodzący z okolicznych cel 
zagłuszył wszystko. 

— Jasna cholera! — zaklął Albin.ą, njet-ukryiwa-nym zawodem. 
— Dlaczego nie otworzyli? 
— Może wyłamać drzwi? — zaproponował Kielecki. 
— Nie damy rady. 
— Nigdy nic nie wiadomo. 
Ciężkie, piętrowe prycze były przyśrubowane do podłogi, nie 
minęło jednak nawet pół minuty, kiedy jedna z nich zamieniła się 
w taran. Po pierwszym uderzeniu żelazne drzwi nawet nie drgnęły. 
Więźniowie zgodnie cofnęli się aż pod okienko i z impetem 
ruszyli do kolejnego ataku. Coś głucho chrupnęło. Teraz byli już 
pewni swego. Za trzecim razem każdy z nich napiął mięśnie do 
granic wytrzymałości. Chwilę później ogłuszył ich potworny 
łoskot pękających desek. Niestety, wbrew oczekiwaniom, drzwi 
trzymały się dalej, a z zaimprowizowanego taranu została tylko 
sterta połamanego drewna. 
— Dalej, dalej! — Tadeusz ani myślał dać za wygraną. — Nie 
ruszajcie się jak muchy w smole! 

background image

— Chyba nie poradzimy — nieśmiało zaoponował Jóźwiak, 
gramoląc się spod desek. — To pudło budowali ze sto lat temu, a 
wtedy nie było fuszerki. 
— Nie chrzań głupot! — jeden z pozostałych więźniów 
zdecydowanie poparł Kieleckiego. — Co tam jakieś głupie drzwi 
dla dwunastu chłopa. 
Kolejna prycza z rumorem została oderwana od 

podłogi. Tym razem starali się działać metodycznie. Pokrzykując 
gromko dla zachęty, raz za razem atakowali przeszkodę 
zagradzającą im wyjście na korytarz. Miarowe uderzenia coraz 
silniej wstrząsały drzwiami, aż w końcu tynk zaczął rysować się 
przy futrynie. Wprawdzie i z zaimprowizowanego taranu zdążyło 
już wypaść kilka desek, ale nikt poza Jóź-wiakiem nie wątpił w 
powodzenie przedsięwzięcia. 
Cofali się właśnie pod okienko, kiedy na korytarzu ponownie 
zadudniły kroki biegnących. Zaliwski nie miał wątpliwości, że to 
więźniowie, a nie strażnicy. Tym razem było ich znacznie więcej 
niż przed kilkoma minutami i nie musieli już pokonywać 
niczyjego oporu. Hałas w całym pawilonie wzmógł się jeszcze, a 
chwilę później zaczęły szczękać zamki i pełne triumfu okrzyki 
obwieściły wszem i wobec, że mieszkańcy kolejnych cel dołączają 
do oswobodzonych wcześniej buntowników. 
Albin bez zastanowienia zostawił rozwalającą się pryczę i dopadł 
drzwi. Zaczął wrzeszczeć, co sił w płucach, by skłonić tych na 
zewnątrz do pośpiechu. Teraz sekundy wlokły się niczym godziny. 
Wreszcie przyszła kolej i na celę Zaliwskiego. Zamek zgrzytnął 
metalicznie i drzwi stanęły otworem. 
— Wyłaźcie! — wrzasnął łysy jak kolano grubas z pękiem kluczy 
w ręku. — No, szybko, póki nie ma klawiszy! 
Zaliwski i Kielecki pierwsi wyrwali się na korytarz. 
10 
Było tu aż ciemno od więziennych drelichów. Podekscytowany 
tłum miotał się to w jedną, to w drugą stronę bez widocznego 
sensu ani celu. Prawie każdy coś wykrzykiwał, niektórzy tłukli o 

background image

ściany menażkami i wyrywali z pryczy kawałki desek, kilku 
więźniów z uporem godnym lepszej sprawy usiłowało wspiąć się 
po nierównościach muru do umieszczonej pod sufitem kamery. W 
ogólnym rozgardiaszu  jeden  tylko łysy  grubas z  pękiem  kluczy 
zachował zimną krew, sprawnie otwierając drzwi kolejnych cel. 
Mijał właśnie połowę korytarza, gdy nagle gdzieś z wyższego 
piętra dobiegł ogłuszający łomot, jak gdyby waliły się mury 
więziennego pawilonu. Tłum przycichł, zakołysał się niespokojnie 
i moment później wszyscy runęli w stronę wyjścia. Biegiem 
wypadli na klatkę schodową. Pod naporem ludzkich ciał pękła 
balustrada i gdyby nie siatki oddzielające poszczególne piętra, 
kilku więźniów najprawdopodobniej połamałoby kości o 
betonową posadzkę parteru. 
Wyłamana i pogięta krata przy wejściu do pawilonu trzymała się 
już tylko na jednym zawiasie. Kilka kroków dalej ni to siedział, ni 
to leżał strażnik w podartym mundurze i z zakrwawioną głową, 
nie poruszał się, a i przebiegający obok ^więźniowie jakoś nie 
zwracali na niego uwagi. Większość świeżo uwolnionych pędziła 
w kierunku budynku administracji więzienia. Zebrany tam tłum, 
jak na 

razie-, bezskutecznie szturmował wejście, ale używany w 
charakterze taranu betonowy słup zwalonej właśnie latarni zdążył 
już porządnie nadwerężyć zamkniętą bramę. Kielecki 
najwyraźniej miał zamiar pobiec za innymi i dołączyć do 
szturmujących, w ostatniej jednak chwili powstrzymał go 
Zaliwski, chwytając porozumiewawczo za łokieć. 
— Co jest? — Tadeusz spojrzał pytająco na 
kumpla z celi. 
— Dajmy spokój tym przepychankom. — W głosie Albina był 
zadziwiający spokój i pewność swego. Prędzej czy później 
klawisze i tak pogonią chłopaków. Lepiej skorzystać z okazji. 
— Nie rozumiem. 
— Chcesz gnić w pudle do końca wyroku? 
— Pryskasz?! — Oczy Kieleckiego błysnęły niezdrowym 

background image

blaskiem. — Którędy? 
— Wszyscy walą pod administrację i główną bramę, ale od strony 
kotłowni powinien być spokój. Póki nie palą, pewno pies z kulawą 
nogą nie pilnuje interesu. 
— Córą i tak nie da rady. Strażnicy nie ruszą się z wieżyczki, 
nawet gdyby cały kić miał stanąć na głowie. Przyuważą nas, 
zanim jeszcze wleziemy na mur. 
— Nie przyuważą. — Zaliwski uśmiechnął się chytrze. — 
Pójdziemy przez kolektor. 
— Zwariowałeś?! Chcesz, żebyśmy potopili się jak szczury? 
12 
— Nie bój bidy. — Albin wzruszyłiramionaini z nie ukrywaną 
wyższością. — Kiedyś robiłem w wodociągach i znam się na tym. 
— Jeśli nawet, to i tak nie przeleziemy przez kratę. 
— Od tej strony krata jest po wewnętrznej stronie muru, gdzieś 
między ostatnią studzienką a kotłownią. Jak dobrze pójdzie, 
dostaniemy się do kolektora po ukręceniu jednej kłódki, a dalej to 
już będzie spacerek... 
Przemknęli wzdłuż płotu z betonowych prefabrykatów, 
oddzielającego teren codziennych spacerów. Dalej biegła wysoka, 
blisko sześciometrowa siatka zwieńczona drutem kolczastym. 
Szczęśliwym trafem furtka, podobnie jak większość innych, była 
wyrwana z zawiasów i mogli bez przeszkód przedo- ? stać się na 
drugą stronę. Chwilę później dotarli pod niski, odrapany budynek, 
w którym mieściła się kuchnia. Za progiem leżały poprzewracane 
kotły, a rozlana, więzienna zupa utworzyła wielkie, zakrzepłe już, 
kałuże. Tadeusz na moment przystanął, ale Zaliwski dał mu znak, 
że nie czas na odpoczynek. Podbiegli do niewysokiego płotku. 
Albin pokonał go jednym susem. Kielecki miał właśnie zamiar 
pójść w jego ślady, kiedy od strony „spacerniaka" zadudniły na 
bruku czyjeś spieszne kroki. Obaj odwrócili się jak na komendę. 
Uspokoili się, gdy okazało się, że nadbiegającym jest Jóźwiak. 

Zaczekajcie! — sapnął zdyszany. — Idę z wami. 
— Co ja słyszę? — nie bez kpiny zauważył Zaliwski. — Jasio 

background image

pożałował tego ostatniego miesiąca odsiadki. 
— Teraz i tak nie puszczą już nikogo na warunkowe — odburknął 
Jóźwiak ponuro. — Zamiast za miesiąc, wyszedłbym nie 
wcześniej niż na Boże Narodzenie w osiemdziesiątym drugim. 
Albin skinął głową na znak, że uważa sprawę za wyjaśnioną i nie 
oglądając się na kolegów ruszył wzdłuż budynku kuchni. 
Przystanął dopiero przy rogu. Moment później dołączyli do niego 
Janek z Tadeuszem. Przez kilka sekund rozglądali się 
niespokojnie. Za dwumetrowym płotem z betonowych 
prefabrykatów i niewiele wyższą siatką widać już było kotłownię, 
ale po lewej stronie, niespełna trzydzieści metrów od nich, ciągnął 
się główny, więzienny mur z charakterystyczną, oszkloną 
wieżyczką. 
— Teraz szybko, żeby nas nikt nie przyuważył! — 
zakomenderował Zaliwski. 
Pomknęli co sił w nogach. Betonowy płot wszyscy trzej pokonali 
bez kłopotu, za to niewiele brakowało, a siatka uniemożliwiłaby 
Jóźwiakowi dalszą ucieczkę. Źle obliczył wyskok i już na samej 
górze zaczepił łokciem o wieńczący siatkę drut kolczasty. Jęknął z 
bólu, zdołał jednak przerzucić nogi na 
14 
drugą stronę, ale ponownie zaczepił 1.0 drut, tym razem 
pośladkiem. 
— Skaczże, do ciężkiej cholery! — Zaliwski powiedział to cicho, 
ale w jego głosie był nie znoszący sprzeciwu rozkaz. — Szybciej! 
Kumpel posłuchał. Szarpnął się rozpaczliwie, aż pośladek 
zdrętwiał mu z bólu i poczuł, że spada. Niezdarnie grzmotnął o 
ziemię. Na moment pociemniało mu w oczach, ale zerwał się 
niemal natychmiast. Jeszcze kilka kroków... i wszyscy trzej byli 
przy kotłowni. 
Bez pośpiechu już podeszli do wejścia. Teraz budynek zasłaniał 
ich przed wzrokiem strażników z wieżyczki i czuli się już 
znacznie bezpieczniej. Albin energicznie nacisnął klamkę, drzwi 
jednak nie ustąpiły. Były niezbyt szerokie, ale okute żelazną 
blachą i wyglądały całkiem solidnie, tak że ewentualne 

background image

wyważenie ich z zawiasów mogło okazać się problematyczne. 
— Spróbujesz? — Zaliwski popatrzył pytająco na Jóźwiaka. 
— Jeśli zamek jest magnetyczny, to nic nie poradzę — zerknął 
uważnie na dziurkę od klucza. 
— Po jaką cholerę mieliby montować tu magnetyczne zamki? 
— Nigdy nic nie wiadomo. 
Jóźwiak wyciągnął zza pazuchy zdobyty skądsiś kawałek 
stalowego drutu. Kilkoma wprawnymi ude 

rżeniami kamienia przygiął go nieco na końcu i ponownie zajrzał 
do dziurki od klucza. Po chwili wahania sięgnął jeszcze do 
kieszeni po drugi drut, tym razem znacznie cieńszy i giętki niczym 
sprężyna. Zaimprowizowane wytrychy nie wyglądały imponująco, 
kiedy jednak kilka sekund później rozległ się charakterystyczny 
szczęk otwieranego zamka, Albin z nie ukrywanym uznaniem 
poklepał kumpla po ramieniu. 
Drzwi ustąpiły i uciekinierzy znaleźli ? się w budynku. Na 
szczęście nie było tu żadnych instalacji alarmowych. Bez 
przeszkód minęli krótki korytarzyk i krętymi, żelaznymi 
schodkami zeszli pół piętra w dół. Żeby dostać się niżej, do 
kotłów i składu koksu, trzeba było pokonać jeszcze kratę 
zabezpieczoną dwoma solidnymi kłódkami. Jóźwiak sięgnął po 
swoje wytrychy, ale tym razem ubiegł go Zaliwski. Krótki 
kawałek porzuconego na schodach, stalowego płaskownika 
posłużył jako dźwignia i kłódki z brzękiem opadły na podłogę. 
Albin pchnął kratę. Nie oliwione zawiasy zgrzytnęły 
nieprzyjemnie. Zrobił krok w stronę kotłów, w tym jednak 
momencie osadził go na miejscu ostrzegawczy gwizd Kieleckiego. 
Obaj z Jankiem rzucili się do żelaznych schodków. Na ich 
szczycie, przy zakratowanym okienku, stał Tadeusz. Wystarczyło 
jedno spojrzenie, by zorientować się w sytuacji. Między siatką a 
płotem 
16 
z betonowych prefabrykatów biegli rzędem funkcjonariusze 
służby więziennej. Było ich więcej niż dwudziestu, a plastyRowe 

background image

hełmy i tarcze wyraźnie świadczyły, że są przygotowani na każdą 
ewentualność. 
— Będzie gorąco! — Jóźwiak odruchowo przylgnął do ściany. — 
Oj, dadzą naszym popalić! 
— Tylko bez paniki. — Zaliwski najwyraźniej nie podzielał obaw 
kompana. — Musieliby tu ściągnąć przynajmniej ze setkę 
mundurowych, żeby załatwić 
chłopaków. 
— A jeśli któryś z nich zajrzy do kotłowni? 
— To po nas. — Albin beznamiętnie splunął pod nogi. — 
Niestety, takie jest życie. 
Funkcjonariusze musieli mieć jednak pilniejsze zadania, niż 
przetrząsanie mijanych właśnie zabudowań zakładu karnego, i 
żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy, by zajrzeć do 
kotłowni. Jeszcze chwila i wkrótce zniknęli za rogiem budynku 
kuchni. Uciekinierzy odetchnęli z wyraźną ulgą. Na wszelki 
wypadek odczekali kilkanaście sekund, aż kroki funkcjonariuszy 
służby więziennej przycichną i w milczeniu wrócili na dół. 
Z głównego pomieszczenia kotłowni prowadziły trzy wyjścia. 
Skład opału ani ubikacja nie wzbudziły najmniejszego 
zainteresowania trójki więźniów, za to uwagę ich zaprzątnęła 
maleńka, niska komórka. Około czwartą część podłogi zajmowała 
w niej 

nieco zardzewiała, żelazna klapa zabezpieczona solidnie 
wyglądającą kłódką. Jóźwiak i Kielecki popatrzyli po sobie 
niepewnie, ale podobnie jak w przypadku kraty przy schodach i 
tym razem płaskownik Zaliwskiego okazał, się niezawodny. Nie 
minęło nawet pół minuty, kiedy kłódka z ukręconym kabłąkiem 
potoczyła się w kąt komórki, a ciężka klapa odsłoniła wylot 
studzienki. 
Albin ostrożnie spuścił się na dno. Studzienka nie miała więcej niż 
jakieś trzy metry głębokości i prowadziła do wąskiego, niespełna 
półmetrowej średnicy kanału. Cuchnąca woda sięgała tu do pół 
łydki, ale Zaliwski nie zwracał na to uwagi. Przyklęknął, by 

background image

zorientować się w sytuacji i niemal natychmiast ordynarnie zaklął. 
Jeden z wylotów kanału nie był niczym zabezpieczony, ale 
przejście w kierunku kolektora zamykała wmurowana w ścianki 
krata. Albin podniósł się i przez kilkanaście sekund spoglądał 
bezradnie na nieoczekiwaną przeszkodę. Już chciał dać za 
wygraną, kiedy przypomniał sobie o stalowym  płaskowniku.  
Wyciągnął żelastwo zza pazuchy i z całej siły dźgnął jedną z 
cegieł. Ukru-szony kawałek upadł z chlupotem. 
— Poszukajcie jakiegoś młotka — zakomenderował Zaliwski, 
odwracając się do obserwujących jego poczynania kompanów. — 
A jeden niech leci na schody i kikuje na klawiszy. Będzie trochę 
hałasu. Nie zadawali zbędnych pytań. Kielecki bez słowa 
18 
pośpieszył na zajmowany kilka minut temu punkt obserwacyjny 
przy okienku u szczytu żelaznych schodków, a Jóźwiak zaczął się 
rozglądać za narzędziami. Rozmaite pogrzebacze i druciane 
szczotki do czyszczenia kotłów zajmowały honorowe miejsce na 
jednej ze ścian kotłowni, ale narzędzia trzymano widać gdzie 
indziej, bo zamiast młotka Jankowi udało się znaleźć jedynie 
kawałek wyszczerbionego rusztu. 
Tymczasem robota na dnie studzienki posuwała się szybko. 
Używany w charakterze mesla, to znowu łomu, płaskownik raz za 
razem odłupywał kawałki cegieł i zaprawy. Albin nie żałował 
mięśni. Poczerwieniał z wysiłku, więzienny drelich przykleił mu 
się do zlanych potem pleców, nie minął jednak nawet kwadrans, 
kiedy efekty jego pracy stały się widoczne. Pokaźny stos gruzu 
wystawał z wody na dnie kanału, a co najważniejsze dla nich, 
obluzowana krata zaczęła się ruszać. 
Zaliwski odłożył na bok płaskownik. Przez kilka sekund zacierał 
ręce i oddychał głęboko niczym ciężarowiec przed decydującą 
próbą. W końcu zaparł się moc.io nogami i chwyciwszy oburącz 
kratę z całej siły pociągnął ku sobie. Coś głośno chrupnęło, krata 
poddała się nieco, ale nie ustąpiła. Albin ponowił próbę napinając 
mięśnie do granic wytrzymałości. W murze ponownie coś 
zatrzeszczało. Zaliwski pomyślał, że jeszcze chwila i droga 

background image


będzie wolna. Spróbował poprawić chwyt, w tym samym jednak 
momencie jedna z nóg utraciła oparcie i Albin grzmotnął 
siedzeniem w cuchnącą wodę na dnie studzienki. 
- Żeby to szlag! — warknął gniewnie. — Janek, wołaj Tadka, 
Teraz niech on przymierzy się do tej cholernej kraty. 
Niespełna minutę później miejsce Zaliwskiego zajął Kielecki 
Kawałki zaprawy i cegieł znowu posypały się z muru, choć robota 
nie szła już tak sprawnie Płaskownik Albina raz po raz wypadał 
Tadeuszowi z rąk, a po kilku niefortunnych uderzeniach jego palce 
nabrały brunatnosinego zabarwienia. Kielecki klął niczym szewc, 
ale mimo to nie dawał za wygraną. Wreszcie jego wysiłki zostały 
jednak uwieńczone powodzeniem. Udało mu się wbić płaskownik 
w szczelinę między cegłami. Tym. razem odpadł większy kawałek 
muru i stalowy wąs mocujący kratę od góry pozbawiony został 
oparcia. 
Zaliwski nie czekał na dodatkową zachętę. Nie zastanawiając się 
zeskoczył z powrotem do studzienki i obaj z Tadeuszem 
przymierzyli się do stalowej przegrody. Poczerwienieli z wysiłku, 
ale już za pierwszym szarpnięciem wyrwali z muru kolejny wąs 
mocujący kratę, leszcze chwila i ogłuszający zgrzyt oznajmił 
więźniom, że droga wolna. 
Albin ruszył pierwszy. Jakieś dwadzieścia metrów 

musieli, przebrnąć na czworakach, nim dotarli do kolektora. Był 
niemal trzykrotnie wyższy i szerszy od kanału prowadzącego do 
studzienki, jednak i tutaj poruszanie się sprawiało niemałą 
trudność. Woda sięgała do kolan, okropny smród zatykał nosy, a w 
panujących ciemnościach uciekinierzy ledwo widzieli jeden 
drugiego, ale żaden nie narzekał. Każdy przecież krok oddalał ich 
od murów więzienia. 
Szli już dobry kwadrans, kiedy w kolektorze jak gdyby nieco 
pojaśniało. Chwilę później dotarli do wylotu studzienki. Od góry 
było zabezpieczone typowym, żeliwnym sitem, do którego 
prowadziły zamontowane w ściankach klamry. Zaliwski wdrapał 

background image

się pod samo sito i zdecydowanym ruchem naparł na nie 
ramieniem. Ustąpiło niemal natychmiast. Wysunął głowę na 
powierzchnię i z ciekawością zaczął się rozglądać. Ulica była 
pusta. Po jej obu stronach ciągnęły się niewysokie, z reguły 
parterowe, domki, a wylot zamykał nasyp kolejowy. Sądząc z 
odgłosów nadjeżdżał właśnie jakiś pociąg. 
To była szansa. Albin wyskoczył ze studzienki i nie oglądając się 
na kompanów ruszył biegiem w kierunku nasypu. Mniej więcej w 
połowie drogi dostrzegł lokomotywę ciągnącą długi sznur 
towarowych wagonów. Odruchowo przyśpieszył kroku. Pociąg 
jechał dość szybko, ale przy odrobinie 
21 
szczęścia zabranie się na któryś z wagonów było całkiem realne. 
Jeszcze kilka kroków i Zaliwski zmienił nieco kierunek. Na nasyp 
wbiegł ukosem, tak, by nie tracić szybkości. Mijała go właśnie 
platforma z tarcicą. Sprężył się w sobie i skoczył, chwytając 
rękami za występ wagonu. Poczuł szarpnięcie i trudna do 
przezwyciężenia siła zaczęła go ściągać w dół. Nie puścił 
występu, ale i nie dał rady podciągnąć się wyżej i przez kilka 
sekund wisiał u boku platformy, bezradnie wierzgając nogami. 
Poczuł, że drętwieją mu ręce. Z przerażeniem pomyślał, co będzie, 
jeśli spadnie na tory i nagle strach dodał mu sił. Ponownie napiął 
mięśnie, szarpiąc się rozpaczliwie. Miarowy turkot kół zabrzmiał 
dziwnie złowrogo i Zaliwski zwątpił już w swoją szczęśliwą 
gwiazdę, kiedy nieoczekiwanie czubkiem lewego buta znalazł 
oparcie na jakimś wsporniku. Powoli, centymetr po centymetrze, 
wywindował się wyżej. Jeszcze jeden wysiłek i bezpiecznie już 
leżał na skraju platformy. Dopiero teraz obejrzał się za siebie. 
Kielecki właził właśnie na zamykającą skład pustą węglarkę, ale 
drobna sylwetka biegnącego Jóźwiaka malała na torach za 
oddalającym się pociągiem. 
22 
II 
Teodor Demski krążył nerwowo między drzwiami a oknem swego 
gabinetu. Nie mógł opanować dręczącego go niepokoju. W ciągu z 

background image

górą piętnastu lat sprawowania funkcji głównego księgowego w 
Zakładach Elektronicznych zdążył już wprawdzie przeżyć 
niejedną reorganizację i czystkę kadrową, za każdym jednak 
razem nawiedzały go te same obawy i wątpliwości. Wszelkie 
przecież zmiany układów personalnych groziły nie tylko 
osłabieniem nieformalnej pozycji, jaką zdołał sobie wypracować, 
ale co gorsza odgrzebaniem starych, pozornie zapomnianych, 
spraw i sprawek. 
Demski wrócił za biurko i sięgnął po butelkę wody sodowej. 
Mimo że listopad należał raczej do chłodnych, a kaloryfery grzały 
marnie, księgowemu było gorąco i.duszno. Nerwowym ruchem 
zerwał kapsel, przejechał chusteczką po spoconej łysinie i 
dosłownie duszkiem wypił pół butelki. Odstawił ją właśnie, gdy 
cicho skrzypnęły drzwi. W progu gabinetu pojawił się wysoki, 
szczupły mężczyzna o gęstej szpakowatej czuprynie. Teodor 
zawsze zazdrościł Pawlakowi wyglądu. Byli rówieśnikami, a 
jednak nikt nie powiedziałby, że i tamten dawno już przekroczył 
pięćdziesiątkę. 
— Byłeś w ministerstwie? — Tym razem Demski nie bawił się w 
kurtuazyjne wstępy. 

— I w ministerstwie, i w zrzeszeniu, i nawet w komitecie. — 
Dyrektor ekonomiczny opadł na jedno ze stojących pod ścianą 
krzeseł. 
— Dowiedziałeś się czegoś? 
— Wszędzie usłyszałem dokładnie to samo. 
— Mianowicie? 
— Trydeckiemu już nic nie pomoże. Idzie na trawkę. 
— Mają przeciwko niemu jakieś konkretne zarzuty? 
— To, co teraz w modzie: nieudolność, brak kompetencji, 
biurokratyczny styl w zarządzaniu... 
— Ach tak! — księgowy wyraźnie odetchnął. — Znaczy, że póki 
co, nas nie będą się czepiać? 
— Niezbadane są wyroki niebios —  mruknął Pawlak. — Diabli 
wiedzą, co jeszcze strzeli komu do głowy. 

background image

— Ciekawe, kto załatwił naszego starego? — Teodor w 
zamyśleniu zmarszczył brwi. — Trydecki przetrzymał ostatnie 
trzy lata i zdawało się, że już żadna ludzka siła nie ruszy go ze 
stołka. Nie poradzili mu Trychner z Szeleźniakiem, wszystkie 
kontrole odeszły z kwitkiem, a nawet komisarz dał się jakoś 
ułagodzić. 
— Nie zapominaj, że wtedy było jeszcze Zjednoczenie, a 
Walendowski zawsze trzymał sztamę z Trydeckim! 
— Niby prawda. Walendowskiego wykolegowali 
24 
z nowo utworzonego zrzeszenia, a i w ministerstwie zdrowo się 
zakotłowało. 
— Tak czy inaczej szkoda starego. Dał ludziom pożyć. 
— Nowego naczelnego też się urobi — zapowiedział Demski z 
nadzieją w głosie. — W końcu nas, Benek, nie wywalili, w firmie 
zostają też Grzebieniowski z Trepanowiczem. Jakoś to będzie. 
— Szkoda tylko, że nie dałem rady wyniuchać, kogo nam teraz 
podeślą. 
— Twój koleś z ministerstwa, Gąsiorowski, nie puścił pary z 
gęby? 
— Od kiedy awansował, zapomniał, że byliśmy na ty. Ledwo 
mnie raczył poczęstować lurowatą kawą, strzelił kilkoma 
frazesami niczym na oficjalnej nasiadówce i pod pozorem, że 
czekają go nie cierpiące zwłoki zajęcia, kazał mi się wynosić. 
— A to bydlę! — księgowy aż zgrzytnął ze złości zębami. 
— Cóż poradzić, takie jest życie. — Dyrektor ekonomiczny 
machnął ręką z widoczną rezygnacją. — Z ministerstwa 
pojechałem do komitetu — wrócił do zasadniczego tematu — i 
wprosiłem się do Kropowa. 
— I co? 
— Ten, jak zwykle, nabrał wody w usta i odesłał mnie do 
zrzeszenia. Niestety, na miejscu okazało 

się, że dosłownie przed chwilą Balcerzaka wezwali do 
ministerstwa. Minęliśmy się w drodze. 

background image

— Jak pech, to pech. 
— Szlag by to wszystko trafił! 
Księgowy chciał jeszcze o coś zapytać Pawlaka, ale nagle 
trzasnęły drzwi i do gabinetu wpadł niczym bomba niewysoki, 
trzydziestokilkuletni, sądząc z wyglądu, mężczyzna w grubych, 
rogowych okularach. Mocno zaaferowana mina Trepanowicza, bo 
tak się nazywał, świadczyła wymownie, że kierownik działu kadr 
przynosi jakąś nadzwyczaj ważną nowinę. 
— Wiem, kto będzie naszym nowym naczelnym! — rzucił od 
samego progu. — Dostałem właśnie cynk od panny Basi z 
ministerstwa. 
— Tss! — Teodor ostentacyjnie przyłożył palec do ust. — Ściany 
mają uszy! 
Jacek Trepanowicz cofnął się odruchowo, jak gdyby chciał 
sprawdzić, czy nikt nie szedł za nim korytarzem, w ostatniej 
jednak chwili zrezygnował i zamknąwszy ponownie drzwi, 
szybkim krokiem podszedł do Pawlaka i Dem-skiego. 
— Piętnaście minut temu do ministerstwa przyjechał dyrektor 
zrzeszenia Balcerzak — kadrowiec na wszelki wypadek zniżył 
głos. — Był w towarzystwie ni mniej ni więcej, tylko 
Walendowskiego. Posiedzieli chwileczkę u Gąsiorowskiego i cała 
trójka 
26 
pomaszerowała do gabinetu dyrektora departamentu. Moim 
zdaniem sprawa jest jasna. 
— Znaczy, żyjemy! — ucieszył się księgowy. — Walendowski to 
swój człowiek. 
— Jako naczelny Zjednoczenia cholernie zadzierał nosa — z 
odrobiną sceptycyzmu przypomniał Benedykt. 
— To żaden feler. Zresztą   ostatnimi    czasy porządnie nalało mu 
się wody w uszy. 
— Tak czy inaczej należałoby go godnie powitać. 
— Najlepiej, zanim jeszcze ktokolwiek dowie się o nominacji. 
— Bierzemy Franciszka do knajpy, czy do któregoś z nas? 
— Może na moją daczę? — zaproponował Teodor. — Zawsze 

background image

wypadłoby taniej. 
— Trochę chłodno — zaoponował Trepanowicz. 
— Też coś! — oburzył się księgowy. — Chałupa jak się patrzy, 
murowana, są piece akumulacyjne i kominek, a ten mi tu 
wyjeżdża z pogodą. 
— W porządku — uciął Pawlak. — Zaraz wysyłam kierowcę po 
gorzałę. 
— A co z zakąską? Kiełbasę i pasztet wyfasuje się z naszego 
bufetu, ale trzeba pomyśleć o czymś na gorąco. Przecież chudego 
bigosu ani przedwczorajszej kaszanki nie zaserwujemy 
Walendowskiemu. 
— Grzebieniowska narobiła w wekach dziczyzny. Mogłaby trochę 
odstąpić na tę okazję. 

— Racja! — zapalił się Benedykt. — Moja sekretarka nieźle 
pitrasi. Pomogłaby Danuśce i mielibyśmy kłopot z głowy. 
— Chcecie zabrać na daczę żonę Władka? — Po twarzy 
Demskiego przemknął cień niepokoju. 
— Twoją również — podchwycił Pawlak. — Swego czasu 
Franciszek smalił do niej cholewki, a powiadają, że stara miłość 
nie rdzewieje. Sprawilibyśmy Walendowskiemu miłą 
niespodziankę. 
— Co takiego?! — Demski aż poczerwieniał. — Agnieszka to nie 
dziewczynka spod Polonii. 
— Nie unoś się, stary — zbagatelizował sprawę kadrowiec. — 
Przecież nie urządzamy żadnej orgietki. A swoją drogą chyba nie 
po to braliście z Crzebieniowskim żony o dwadzieścia lat 
młodsze, żeby trzymać je pod kluczem. Im też coś się od życia 
należy. 
III 
— No cóż, to byłoby chyba wszystko. — Kapitan Jodecki z 
wyraźną ulgą odłożył długopis. — Proszę, niech pan przeczyta 
protokół przesłuchania i podpisze u dołu na każdej stronie. Gdyby 
coś się nie zgadzało... — Pewno wszystko się zgadza. — Adam 
Trychner 

background image

28 
nerwowo potarł rzadką, niezbyt starannie utrzymaną brodę. — 
Szkoda czasu na czytanie. 
— Formalności musi stać się zadość — nie ustępował oficer. — 
Zresztą mogłem coś pominąć albo nieświadomie przeinaczyć, a 
składając podpis bierze pan na siebie odpowiedzialność za 
wszystko, co zostało zaprotokołowane. 
— Niech pan lepiej powie, co teraz ze mną zrobicie?— 
Najwyraźniej zupełnie coś innego niż protokół zaprzątało uwagę 
pizesłuchiwanego. 
— Co zrobimy? — Po twarzy lodeckiego przemknął nikły 
uśmiech. — Przecież wracając do kraju i składając odpowiednie 
wyjaśnienia uczynił pan zadość wymogom ustawy amnestyjnej. 
Nakaz pańskiego zwolnienia jest już podpisany. 
— Nie będę miał sprawy? 
— Jeśli nie naruszy pan porządku prawnego, to więcej już się nie 
zobaczymy. 
— Chwała Bogu! — Trychner odetchnął z wyraźną ulgą. — 
Prawdę powiedziawszy wcale nie byłem pewien, czy mimo 
oficjalnych zapewnień nie trafię za kratki. 
Kapitan nie odpowiedział. Ostatnio bardzo często zdarzało mu się 
słyszeć podobne stwierdzenia przesłuchiwanych. 
Tymczasem Trychner przysunął sobie protokół, wbrew uprzednim 
zapowiedziom przeczytał go uważnie od deski do deski i 
podpisawszy we wska 

zanych miejscach popatrzył na oficera wyczekująco. 
— Kawalerkę pewno mi skonfiskowaliście? — raczej stwierdził, 
niż zapytał. — Tam, gdzie byłem, mówili w radio, że emigrantom 
zabieracie mieszkania. 
— Gdyby pan dłużej zwlekał z przyjazdem, może i tak by się 
stało. Póki co, klucze czekają na pana w depozycie. 
— A co z pracą? 
— To pańska sprawa. — Jodecki trochę się zniecierpliwił. — 
Przed wyjazdem miał 'pan dobrą posadę. Niech pan idzie do 

background image

Zakładów Elektronicznych i spróbuje pogadać z kadrowcem.'A 
jeśli nie zechcą tam pana ponownie zatrudnić, proszę wybrać się 
do pośredniaka."Tu nie Zachód, o pracę nietrudno. 
IV 
Trepanowicz zredukował bieg i kremowy opel zjechał z szosy na 
wąską, wyboistą szutrówkę. Po obu jej stronach ciągnęły się mniej 
lub bardziej dostatnio wyglądające dacze. W większości świeciły 
pustką. Widać listopadowa aura odstręczała właścicieli od wizyt w 
swych włościach, a i'pobliski Zalew Zegrzyński nie stanowił już o 
tej porze roku więk 

szej atrakcji. Jeszcze w soboty i niedziele bywało tu ludniej, ale w 
środku tygodnia rzadko widywało się kogoś poza stałymi 
mieszkańcami Załubic. 
Samochód podskoczył na jakimś wyboju i siedzący obok 
kierowcy Walendowski dosłownie o włos uniknął zderzenia z 
szybą. Zaklęli jak na komendę. Dyrektor miał już na końcu języka 
cierpką uwagę pod adresem kadrowca i jego wozu, w ostatniej 
jednak chwili zrezygnował. Zza zakrętu wyłoniła się właśnie 
okazała, piętrowa dacza, a ściślej biorąc willa wyraźnie 
odbiegająca swym wyglądem od okolicznych domków 
letniskowych. Za bramą, na niezbyt starannie utrzymanym 
trawniku, stały dwa polonezy i łada, a w otwartych drzwiach 
czekał Demski z butelką whisky i zielonymi szklanicami. 
— Gość w dom, Bóg w dom! — powitał radośnie 
Walendowskiego. — Cieszę się, Franciszku, że znów cię widzę. 
— Ja również! — Walendowski mimo swej pokaźnej tuszy żwawo 
wygramolił się z samochodu. — Czasem dobrze przypomnieć 
sobie, jak wyglądają gęby starych przyjaciół. 
— No, to na dzień dobry! — Księgowy napełnił do połowy 
szklanicę i podał ją przybyłemu. 
— Dobry Johnnie Walker nie jest zły. — Franciszek bezbłędnie 
rozpoznał charakterystyczną nalepkę na kanciastej butelce. — 
Twoje zdrowie, Teoś! 
31 

background image

— W żadnym wypadku — zaprotestował księgowy. — Najpierw 
zdrowie miłego gościa. 
— Ależ po co te ceregiele? 
— Myślę, że sprawa nie podlega dyskusji — wtrącił się 
Trepanowicz, przypominając dyskretnie o swej obecności. — 
Przede wszystkim powinniśmy wypić zdrowie naszego nowego 
szefa. 
— Więc już wiecie? — Walendowski uśmiechnął się pizyjaźnie. 
— Przecież decyzja zapadła zaledwie przed dwoma godzinami. 
— Skakaliśmy wszyscy z radości, niczym piłkarze po strzelonym 
golu — zapewnił Demski. — W końcu dobry naczelny, to 
dziewięćdziesiąt procent powodzenia dla przedsiębiorstwa. 
— Trydecki też nie był taki ostatni — dyrektor uznał za stosowne 
rzucić ciepłe słówko o swym poprzedniku,    ale    wypadło    to    
jakoś    mało 
przekonująco. 
— No wiesz?! — żachnął się Teodor Co za porównanie!1 Przecież 
on mógłby ci Fran^ibzku, buty czyścić 
— Prosimy panów do środeczka. — Za plecami księgowego 
pojawiła się zgrabna, choć może nieco zbyt szeroka w biodrach 
blondynka o okrągłej, lal-kowatej twarzy i pełnych, 
wymalowanych jaskrawa szminką, ustach. 
— O, pani Agnieszka! — szczerze ucieszył się Walendowski. — 
Całuję rączki, całuję rączki... Jak 

zwykle wygląda pani prześlicznie. Gdybym miał o dziesięć lat 
mniej, spróbowałbym odbić panią Teodorowi. 
— Pan naprawdę jest starszy od mego męża? — udała zdziwienie. 
— Wcale tego po panu nie widać. 
— Czyżbym miał u pani jakieś szanse? 
— Ależ oczywiście. Uwielbiam takie, zdecydowanie męskie, typy. 
Komplement był grubymi nićmi szyty, dyrektor napuszył się 
jednak z zadowolenia niczym indor, Demska ponowiła 
zaproszenie i wszyscy weszli do środka. Wnętrze daczy w niczym 
nie przypominało zwykłego domku letniskowego. Stylizowane, 

background image

cepeliowskie meble znakomicie harmonizowały z jasną, sosnową 
boazerią, a rzucona na podłogę skóra dzika i zajmujące honorowe 
miejsce na wprost wejścia wieńce jelenia świadczyły o 
myśliwskiej żyłce właściciela. Całości dopełniał oryginalny 
kominek z kilkoma brzozowymi polanami żarzącymi się za 
ozdobną, żelazną kratą. 
— Fajnie się urządziłeś, Franciszek. 
— Wygląda nie najgorzej, ale kosztowało... 
— Nie musisz mi mówić. Wiem przecież, ile musiałem władować 
w tę swoją lepiankę nad Wilgą. 
— Witamy, witamy! — Grzebieniowski i Pawlak zgięli się przed 
nowym szefem z ostentacyjną wprost uniżonością. — Prosimy 
pana dyrektora do stołu. 
3 -   Droga bez.. 
33 
— Boże, toż to prawdziwe przyjęcie! — Walendowski z 
niekłamaną przyjemnością zerknął w stronę półmisków. — A 
kolega Trepanowicz zapewniał mnie, że tylko wypijemy po 
kusztyczku pod ogóreczka albo kanapkę. 
— Czym chata bogata... 
Gospodarz zachęcającym gestem podniósł szklanicę. Dyrektor 
naczelny dopił ochoczo swoją whisky i pozwolił się usadowić na 
honorowym miejscu pomiędzy Agnieszką a żoną 
Grzebieniowskiego. Pani Danuta bez zwłoki nałożyła mu na 
talerzyk jakiejś sałatki i kilka plasterków zdobytego skądś 
baleronu, a Pawlak postawił na stole butelkę żyt-niówki, która 
aczkolwiek nie tak reprezentacyjna jak Johnnie Walker, zdaniem 
zebranych znacznie lepiej nadawała się do picia w większych 
ilościach. Chwilę później ktoś wzniósł toast i wesoło, brzę-knęło 
szkło. Okolicznościowe przyjęcie zapowiadało się całkiem 
obiecująco. 
— Strasznie dawno pani nie widziałem. — Walendowski nachylił 
się do Demskiej. — Będzie już chyba z półtora roku. 
— Na imieninach u Maćka Trydeckiego — przy-pomniała 
Agnieszka. — Do dziś miło wspominam ten wieczór. 

background image

— Doprawdy? 
— Był pan wtedy taki miły. — Zalotnie mrugnęła powiekami. — 
Taki szarmancki... Dżentelmen w każdym calu! 
34 
— Ależ pani Agnieszko! — W nagłym odruchu chwycił ją za 
rękę. — Z pewnością nie zasłużyłem sobie na te pochwały. 
— Zasłużył pan, zasłużył! Bardzo żałowałam, że później nie 
mieliśmy już okazji się spotkać. 
— Prawdę powiedziawszy wiele o pani myślałem, ale czasy nie 
sprzyjały podtrzymywaniu kontaktów towarzyskich. 
— Mam nadzieję, że teraz będziemy się widywać częściej. 
— Z pewnością. 
— Koniecznie musi pan zobaczyć nasze nowe, warszawskie 
lokum. 
— Chętnie skorzystam z zaproszenia tak uroczej pani domu. 
— Może skosztuje pan pasztetu, panie dyrektorze? — 
Bezceremonialnie przerwała rozmowę Grze-bieniowska, 
podsuwając Franciszkowi pełny półmisek. — Sama robiłam. 
— Z zająca? — Wrodzone łakomstwo Walendow-skiego skłoniło 
go, by na moment zostawić sąsiadkę i odwrócić się do niemal 
równie atrakcyjnej, choć trochę zbyt pulchnej, pani Danuty. 
— W pasztecie jest również dziczyzna, ale reszta to już moja 
tajemnica. 
Nie czekając na dalsze zachęty, zgarnął na talerzyk kilka 
plasterków. Pasztet w istocie świadczył o nieprzeciętnych 
talentach kulinarnych Grzebieniow-skiej i Walendowski aż 
mlasnął z zadowolenia. 

— Niebo w gębie! — pochwalił. — Mógłbym zjeść i dwa 
półmiski za jednym zamachem. 
— Cała przyjemność po mojej stronie. — Danuta uśmiechnęła się 
z udaną skromnością. — Ale to jeszcze nic. Proszę nas kiedyś 
odwiedzić. Dopiero u nas w domu oceni pan należycie moją 
kuchnię. 
— Zdrowie pięknych pań! — Dyrektor przypomniał sobie o 

background image

kieliszku. — Żebyśmy zawsze mogli konsumować przepyszne 
wytwory ich drobnych rączek. 
— Zdrowie pań! — podchwycił siedzący naprzeciwko Pawlak. — 
Nieustające... 
Wypili. Walendowski zakąsjł pasztetem, poprawił plasterkiem 
baleronu i zerknął w stronę dyrektora ekonomicznego, 
słuchającego właśnie jakiejś opowieści swojej rudowłosej 
sekretarki, panny Doroty. 
— Co tam słychać u nas, w zakładzie? — zagadnął, mrugając 
porozumiewawczo. — Prawdę powiedziawszy od likwidacji 
zjednoczenia zupełnie nie jestem w kursie. 
— Mamy kłopoty, panie dyrektorze — westchnął Pawlak. — 
Brakuje dosłownie wszystkiego, od surowców i półfabrykatów 
począwszy, a na częściach zamiennych do parku maszynowego 
kończąc. Już od pół roku jedziemy z produkcją praktycznie na pół 
gwizdka. 
— Wiadomo, kryzys. — Naczelny ze zrozumie 

niem pokiwał głową, niczym na oficjalnej naradzie. — Ale jakoś 
sobie poradzimy. Wspólnymi siłami wyleziemy z tego dołka. 
— Jasna sprawa! — gorliwie przytaknął Pawlak. — Już pan 
dyrektor znajdzie sposób na nasze kłopoty. 
— A propos! — Walendowski wskazał znacząco na kieliszek. — 
W dzisiejszych, trudnych czasach konieczna jest jak najdalej idąca 
ingerencja dyrekcji. Proponuję brudzia, kolego Pawlak. 
— To dla mnie zaszczyt! — Dyrektor ekonomiczny skwapliwie 
zerwał się z krzesła i napełniwszy opróżnione przed chwilą 
kieliszki ruszył dookoła stołu na spotkanie naczelnemu. — Sam 
nigdy nie śmiałbym ~ zaproponować, ale skoro sam pan 
dyrektor... 
Przełknęli wódkę i zgodnie z tradycją ucałowali się z dubeltówki. 
— Franciszek. 
— Benedykt. 
— A nasz techniczny i kadrowiec też chyba nie od macochy. — 
Walendowski postanowił za jednym zamachem przejść na ty 

background image

również z Grzebieniow-skim i Trepanowiczem. — No, koledzy, 
dajcie pyska! 
— Chłopcy się całują, będzie padać! — zachichotała Agnieszka 
— O przepraszam! — żywo zaoponował Dem 
37 
ski.  — To  porzekadło  dotyczy wyłącznie  płci pięknej. 
— Właśnie, że mężczyzn! — W sukurs Demskiej nieoczekiwanie 
przyszła Danuta. — A zresztą żona ma zawsze rację. Czyżbyś 
zapomniał o tym, Teodorku? 
— Co za różnica? — zbagatelizował sprawę Franciszek. — Lepiej 
niech i panie wypiją. Na zgodę i pogodę! 
Szkło brzęczało coraz głośniej i częściej, miejsce opróżnionych 
butelek raz po raz zajmowały pełne, a humory dopisywały 
wszystkim, jak rzadko. Na brak apetytu również nikt nie narzekał. 
Nie minęły nawet trzy kwadranse, kiedy z półmisków i salaterek 
znikło niemal wszystko. Widząc, co się święci, Crzebieniowska 
zawczasu opuściła towarzystwo. Do kuchni wymknęła się także 
rudowłosa sekretarka Pawlaka i w chwili gdy zaczynało już 
brakować zakąsek obie wkroczyły triumfalnie z gorącą dziczyzną. 
— Komu comber z zająca, a komu sarni udziec? — Pytanie 
Danuty pozornie kierowane do wszystkich, w rzeczywistości 
miało konkretnego adresata. — Panie dyrektorze, pan wybiera 
pierwszy. 
— Najpierw udziec, a potem comber. — Walendowski nie byłby 
sobą, gdyby zrezygnował choć z jednej potrawy. — Zamawiam 
podwójne porcje. 

— Dla pana mogą być nawet potrójne. 
— Nie odmówię, nie odmówię! — zarechotał rubasznie. — 
Przepadam za dziczyzną, a dawno już nie jadłem zająca ani sarny. 
— I ty to mówisz? — zdziwił się Demski. — Taki stary myśliwy? 
— Dawne dzieje — nie- bez żalu westchnął naczelny. — Było, 
minęło. 
— Nie żartuj? 
— Z górą od pięciu lat nie miałem strzelby w ręku. 

background image

— Najwyższy czas znowu powąchać prochu — zachęcił Teodor. 
— Zwłaszcza że akurat teraz sezon na zające, sarny i jelenie, nie 
mówiąc już o dzikach. 
— No właśnie — podchwycił Pawlak. — Nasze koło łowieckie 
ma nie najgorszy teren. Mógłbyś, Franciszku, do nas przystać. 
— Sam nie wiem. — Walendowski jak gdyby się zawahał. — 
Myślistwo to piękny sport, ale po takiej przerwie... v 
— W przyszłą sobotę jedziemy na zające — kusił Demski. — 
Transport zapewniony, a leśniczy zorganizuje nagonkę, jak się 
patrzy. 
— W zeszłym roku każdy z nas miał na rozkładzie przynajmniej 
po cztery koty. 
— Wieczorkiem zorganizujemy bigosik i po kusz-tyczku jakiejś 
gorzały. 
39 
— Jadę! — Naczelny nie wahał się dłużej. — Przekonaliście 
mnie. 
— W takim razie, połamania luf! — Teodor podniósł w górę 
kieliszek. — Zobaczysz, Franciszku, że nie pożałujesz. 
— Za polowanie! 
Wypili i Walendowski zabrał się z apetytem do nałożonego mu 
przez Grzebieniowską sarniego udźca. Był w coraz lepszym 
nastroju i to nie tylko z powodu znacznej liczby opróżnionych 
kieliszków. Podwładni z Zakładów Elektronicznych zgotowali mu 
bardzo przyzwoite przyjęcie, co zwiastowało błyskawiczne 
wejście w układy i dobrą współpracę. 
— A fe, zaniedbuje mnie pan! — Demska kokieteryjnie 
uśmiechnęła się do Franciszka Walendowskiego. — Ja rozumiem, 
że droga do męskiego serca prowadzi przez żołądek, ale żeby tak 
całkiem zostawić mnie własnemu losowi... 
— Mea culpa! — Naczelny iście teatralnym gestem uderzył się w 
piersi. — Nie mam nic na swoją obronę. Proszę wyznaczyć mi 
surową karę. 
— Jeśli obieca pan poprawę, pańska wina zostanie odpuszczona. 
— Jest pani cudowna, pani Agnieszko! — Z namaszczeniem 

background image

pocałował ją w obie ręce. — Gdzie ten Teodor znalazł taki skarb? 
Tłusta broda Walendowskiego i szerokie usta aż błyszczały  od  
nie  otartego sosu.  Demska odru 
40 
chowo cofnęła ręce, na jej twarzy nie pojawił się jednak nawet 
cień dezaprobaty. 
— Panie dyrektorze! — filuternie pogroziła mu palcem. — Tak 
przy wszystkich? Przy mężu?! 
— Teodor nic nie widzi. — Walendowskiego nie zbiło to z tropu. 
— A póki co, pani zdrowie! 
— Zdrowie pięknych pań! — podchwycił Grze-bieniowski. — Po 
raz pierwszy... 
— Nieustające... 
— A może byśmy tak się trochę ruszyli? — Agnieszka 
zachęcająco mrugnęła do naczelnego. — Odrobina tańca nikomu 
nie zaszkodzi. 
Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, wstała od stołu i moment 
później z umieszczonego pod oknem magnetofonu popłynęła 
nastrojowa melodia znanego przeboju. Sekretarka Pawlaka 
radośnie klasnęła w dłonie, ale poza nią nikt jakoś nie zareagował 
na propozycję Demskiej. Walendowski skończywszy sarninę, 
zabrał się z równą gorliwością za zająca. Grzebieniowski z 
Trepanowiczem wszczęli spór na tematy zawodowe, a Teodor, 
korzystając ze zwolnionego miejsca małżonki, przysiadł koło 
nowego szefa. 
— Wiesz, Franciszku, coś mi do głowy przyszło — zagadnął, 
ściszając głos. 
— Mianowicie? — Naczelny wepchnął do ust kęs dziczyzny. 
— Czasy mamy niepewne, człowiek na człowieka 

wilkiem patrzy, a w dodatku góra ciągle zwala nam na kark jak nie 
grupy operacyjne, to ekstra kontrole albo innego diabła w tym 
stylu. 
— Cóż poradzić! 
— Dobrze by było znaleźć kogoś w aparacie ścigania. 

background image

— Ameryki, Teoś, nie odkryłeś, ale sprawa nie jest taka prosta. 
Byle dzielnicowy wiele ci nie pomoże, a ludzie na odpowiednich 
stanowiskach nie chcą teraz z nikim wchodzić w układy. 
— A gdyby spróbować odgrzebać dawną znajomość? 
— Masz kogoś na podorędziu? — Walendowski wyraźnie się 
ożywił. 
— Ja nie mam, ale ty mógłbyś mieć. 
— Nie żartuj! — żachnął się Franciszek. — Przecież, u diabła, nie 
przeoczyłbym tak 'cennej znajomości. 
— Pamiętasz Janka Mikulskiego! — Demski ani myślał dać za 
wygraną. 
— Tego zetempowca? — Naczelny uśmiechnął się z lekkim 
rozrzewnieniem. — Swego czasu przewróciliśmy niejedną 
butelkę. To był naprawdę równy gość, konie z nim kraść... Ale co 
Janek mógł mieć wspólnego z milicją albo prokuraturą? — wrócił 
do tematu. — A poza tym minęło już dobrych dziesięć lat, jak 
byłem na jego pogrzebie. 
— Mikulski miał syna. 
42 
— Nawet dwóch — sprostował Walendowski. — Sierszy siedzi w 
jakiejś centrali handlu zagranicznego... 
— A młodszy jest prokuratorem — triumfalnie dopowiedział 
księgowy. 
— Skąd wiesz? — Franciszek aż podskoczył. 
— Po wprowadzeniu stanu wojennego trochę się u nas w 
zakładzie zakotłowało. Koniec końców jeden z pracowników, 
niejaki Szeleźniak, poszedł siedzieć z dekretu. Sprawę robił mu 
prokurator Andrzej Mikulski. 
— Jesteś pewien, że był to właśnie syn naszego Jasia? 
— Na sto procent. 
— Więc czemu sam nie nawiązałeś z nim kontaktu? 
— Było mi jakoś nieporęcznie. Facet ledwie mnie sobie 
przypomniał, a poza tym moje stosunki z jego ojcem nigdy nie 
należały do najściślejszych. Ty, to co innego. Przy budowie trasy 
„W-Z" jedliście ze starym Mikulskim z jednej miski... 

background image

— Trzeba koniecznie zaaranżować spotkanie. — Walendowski już 
się zdecydował. — Wystarczy byle jaki pretekst. Ot, chociażby 
niech Jacek Trepanowicz zatelefonuje do Mikulskiego, czy tego 
waszego Szeleźniaka objęła amnestia, albo w jakiejś podobnej 
sprawie. Od :słowa do słowa i prokurator sam wpadnie w nasze 
objęcia. 

_ już ty sobie z nim poradzisz. 
_ Mam nadzieję — przytaknął naczelny, sięgajac po kieliszek. - 
No, wypijmy za dobry pomysł. A swoją drogą masz, Teoś, łeb nie 
od parady. 

— Do zobaczenia, Jóźwiak! Nie daj długo na siebie czekać! — 
Całuj psa w nos! 
Janek nawet nie spojrzał na strażnika, choć pełne ironii 
pożegnanie ubodło go do żywego. Jeszcze kilka kroków i za 
plecami głucho szczęknęła ciężka, więzienna brama. Jóźwiakowi 
zrobiło się dziwnie lekko na sercu. Oto nareszcie był wolny. Nie 
tak, jak dwa lata temu: na krótko i bez nadziei powodzenia 
ucieczki, ale całkiem legalnie, z urzędowym poświadczeniem 
zwolnienia w kieszeni. Czekało go nowe życie. Mógł iść, dokąd 
oczy poniosą, nie musiał więcej prężyć się na baczność przed 
funkcjonariuszami więziennymi, szczupłe cele, spacer-niak i cały 
więzienny świat ostatnich lat należały już 
do przeszłości. 
Minął małą grupkę kobiet stojących pod bramą więzierjia i bez 
pośpiechu pomaszerował wąską, wybrukowaną nierówną kostką 
uliczką. Zbliżał się 

właśnie do skrzyżowania, kiedy gdzieś zza rogu dobiegł go 
charakterystyczny gwizd parowozu. Jóźwiak odruchowo 
przyspieszył kroku. Chwilę później dostrzegł nasyp kolejowy 
zamykający wylot znajomej ulicy. Jeszcze kilka kroków i 
zatrzymał się przy studzience, którą dwa lata temu wydostali się z 
kanału. Przez parę sekund spoglądał bezmyślnie w żeliwne sito. W 

background image

końcu splunął pod nogi i zamierzał właśnie ruszyć w dalszą drogę, 
gdy spostrzegł, że od strony nasypu zbliżają się do niego dwie 
znajome postacie. Z niedowierzaniem zamrugał powiekami, nie 
było jednak żadnych wątpliwości. Zaliwski i Kielecki nie 
zapomnieli o kumplu z celi. 
— Się masz, Jasiu! —: Albin z niekłamaną radością przyłożył 
Jóźwiakowi między łopatki. — Kopę lat! 
— Nareszcie cię puścili, stary draniu! — Sójka w bok w 
wykonaniu Tadeusza na moment pozbawiła Janka oddechu. 
— Nie martw się, przy nas nie zginiesz. 
— Póki co, starczy szmalu na piwo i gorzałę. Jak gdyby na 
potwierdzenie tych słów w ręku 
Kieleckiego pojawiła się pełna półlitrówka stołowej. Tadeusz 
spojrzał na wódkę pod światło, ze znawstwem potrząsnął butelką i 
zerwawszy zębami kapsel cmoknął zachęcająco do Jóźwiaka. 
— Lu, za spotkanie! 
Janek bez wahania chwycił półlitrówkę. Zaraz po 
45 
pierwszym łyku poczuł, jak odzwyczajony żołądek podjeżdża mu 
pod gardło, całą siłą woli zmusił się jednak, by nie oderwać szyjki 
od ust. Z trudem pociągnął jeszcze dwa łyki i z oczu pociekły mu 
łzy. 
— Dawaj, teraz ja! — Zaliwski łagodnie odebrał butelkę. 
— Masz na ząb — Kielecki wetknął Jóźwiakowi kawałek 
kiełbasy. — Prawdziwa — dodał zachęcająco. — Kuzyn sam 
robił. 
Janek ugryzł łapczywie. W pierwszej chwili nawet nie poczuł 
smaku, ale już po chwili żołądek z wolna zaczął wracać na swoje 
miejsce. Kolejny kęs podziałał równie skutecznie. Jóźwiak 
głęboko odetchnął i spróbował się uśmiechnąć. 
— Jesteście równe chłopaki — wyszeptał. — Nie spodziewałem 
się. 
— Człowiek do człowieka zawsze po ludzku — sentencjonalnie 
odparł Albin, przekazując półli-trówkę Tadeuszowi. — Razem 
siedzieliśmy, razem pijemy i razem pójdziemy na robotę. 

background image

— Macie coś na widoku? — Jankowi zabłysły oczy. 
— A widzisz! — Zaliwski dźgnął łokciem Kieleckiego. — Pudło 
go nie zeszmaciło. W porządku jest. 
— No, to za pomyślność! — Butelka wróciła do Jóźwiaka. — Za 
to, żeś człowiek. 
46 
VI 
— Wszelki duch! — Pomarszczona twarz siwego niczym gołąb 
portiera pojaśniała w szerokim uśmiechu. — Kogo ja widzę?! Pan 
Adam we własnej osobie! 
— Dzień dobry, panie Henryku. — Trychner uścisnął portierowi 
rękę. — Jak pan widzi, znowu na starych śmieciach. 
— Wrócił pan? 
— A wróciłem. Tam dla Polaków nie taka znów Kanada, jak 
Wolna Europa do wierzenia podaje. Niby wszystkiego w bród, że 
przed szybą wystawową dech człowiekowi zapiera, ale kiedy 
kieszeń pusta, ni okruszka z tego nie uszczkniesz. 
— Nie znalazł pan roboty? — Henryk domyślnie pokiwał głową. 
— Na dwa lata pobytu pracowałem raptem przez pięć tygodni. 
Patroszyłem ryby złowione przez rybaków spod Tulonu. ; 
— I tak długo pan wytrzymał. Ja po trzech dniach dałbym nogę. 
— Prawdę powiedziawszy posiedziałbym dłużej przy tych rybach, 
ale pryncypał mnie wyrzucił. Trafił mu się jakiś Jugosłowianin. 
Chłopak miał większe bicepsy i pozwolił obciąć sobie parę 
franków na tygodniówce... Było, minęło. — Adam machnął ręką 

na znak, że uważa temat za wyczerpany. — Niech mi pan lepiej 
powie, co słychać w firmie? 
— Zmienił nam się naczelny. Na miejsce pana Trydeckiego 
przyszedł Walendowski. 
— Ten ze Zjednoczenia? 
— Właśnie. 
— Dla mnie to chyba lepiej. Będę miał większe szanse na powrót 
do roboty. 
— Może pana przyjmą. Ostatnio wielu inżynierów odeszło i są 

background image

wakaty. 
— No, to niech pan trzyma za mnie kciuki. — Trychner skinął 
portierowi na pożegnanie. — Idę do kadrowca. / 
Szerokimi schodami wdrapał się na pierwsze piętro biurowca i 
skręcił korytarzem w prawo. Pod drzwiami damskiej toalety dwie 
niemłode już pracownice plotkowały o czymś zawzięcie. Na 
widok Adama umilkły, wyraźnie spłoszone. Ukłonił się grzecznie, 
udały jednak, że nie zauważyły tego. Mimo wszystko postanowił 
zamienić choć kilka słów z dawnymi znajomymi. Otwierał 
właśnie usta, kiedy jedna z kobiet w nagłym odruchu szarpnęła 
klamkę i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, obie zniknęły w 
toalecie. 
W sekretariacie wydziału kadr urzędowała szczupła blondynka 
koło czterdziestki. Zmierzyła Trych-nera taksującym spojrzeniem 
i na jej bladej twarzy pojawił się nikły uśmieszek. 

— Wrócił pan, panie Adamie? — potrząsnęła głową z wyraźnym 
niedowierzaniem. — Nie dali panu azylu? 
— Azyl miałem już, pani Wando, w kieszeni. — Beznamiętnie 
wzruszył ramionami, ale kiedy nasi ogłosili amnestię, wolałem 
wrócić. 
— I teraz szuka pan zajęcia? 
— Podobno macie wakaty, a ja po dziesięciu latach pracy w 
Zakładach Elektronicznych znam firmę jak własną kieszeń. 
— Niech pan spróbuje pogadać z naczelnikiem — skinęła 
znacząco w stronę obitych skajem drzwi. — Chociaż nie jestem 
pewna, czy w pana sprawie nie będzie musiał zadecydować 
osobiście dyrektor Walendowski. 
Adam bąknął coś niewyraźnie pod nosem i za przyzwoleniem 
Nowackiej przestąpił próg gabinetu Trepanowicza. Kadrowiec 
siedział za masywnym, choć niezbyt reprezentacyjnie 
wyglądającym biurkiem i wertował jakieś papiery. Niechętnie 
podniósł wzrok i przez dłuższą chwilę przyglądał się przybyłemu, 
jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu. 
— Nie wiem, czy pan naczelnik, sobie mnie przypomina — 

background image

chrząknął Trychner. 
— Ależ pamiętam, pamiętam! — Trepanowicz wskazał Adamowi 
krzesło. — Przecież przed wyjazdem był pan znaną osobistością w 
naszym przed 
4 — Droga bez... 49 
siębiorstwie. — W ostatnich słowach zabrzmiała lekka nutka 
ironii. 
— Zdecydowałem się na powrót do kraju. 
— Powiadają, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. 
— No właśnie. — Trychner udał, że przyjmuk-żart kadrowca za 
dobrą monetę. — W domu najlepiej. 
— Zapewne pragnąłby pan również wrócić do pracy w Zakładach 
Elektronicznych. 
— jeżeli to tylko możliwe.. 
No coż, zobaczymy, co się da zrobić Naczelnik jak gdyby 
odrobinę spochmurniał. — Taki fachowiec niewątpliwie przydałby 
się przedsiębiorstwu, sam pan jednak rozumie, ze pańska sprawa 
— zawahał się, szukając odpowiedniego określenia — jest dość 
nietypowa. 
— Władze śledcze nie mają-do mnie żadnych zastrzeżeń. — 
Adam ostro zaripostował. W każdej zresztą gazecie pełno 
zapewnień, że nikt nie będzie się odgrywał za to, co było. 
— Władze śledcze nie mają zastrzeżeń... — Trepanowicz 
powtórzył słowa Trychnera. — Skoro tak pan twierdzi.. 
- W przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tutaj. ' 
— A niech tam! —? Pod wpływem nagłego skojarzenia kadrowiec 
nieoczekiwanie zmienił front - 

Panie Adamie, pisz pan prośbę o ponowne przyjęcie. Jeszcze 
dzisiaj spróbuję ugadać naczelnego i zatelefonuję do prokuratury.   
• 
— A co, u diabła, może mieć do mojego zatrudnienia prokurator? 
— Takie czasy, panie Adamie, takie czasy! — naczelnik gestem 
iście teatralnym rozłożył ręce. — Nic na to nie poradzę. 
— Kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi? — Trychner uznał, że 

background image

dalsza dyskusja nie miałaby najmniejszego sensu. 
— Myślę, że w ciągu tygodnia, najdalej dziesięciu dni. 
— Rozumiem. 
— A zresztą, niech pan wpadnie pojutrze — zgodził się 
Trepanowicz. — Oczywiście niczego nie obiecuję, ale kto wie... 
Niespełna pół godziny później Adam opuścił biurowiec Zakładów 
Elektronicznych. Do przystanku podjeżdżał właśnie autobus, 
zdecydował jednak, że kawałek pójdzie piechotą, a ładna jak na 
listopad pogoda sprzyjała spacerom. Minął skrzyżowanie i 
przystanął na moment przed witryną księgarni. Nie zauważył 
niczego interesującego, na wszelki wypadek postanowił jednak 
zajrzeć do środka. Dosłownie w drzwiach zderzył się z wysokim, 
nienaturalnie chudym brunetem o ascetycznej, bladoszarej twarzy. 
51 
h ti Irvchner w radosnym odruchu 
ł ^niaka     - Kto by pomyślał..   Daj. 
stary/pysk*! 
us   .da     - 1 całowali się z dubeltówki Pu- iii cie? 
- lak widzisz. . Dd'vi 
miesiąc   i mu. Dzięki amnestii zaoszczę-cl; 1 m roi- ' i la. Dnbre i 
to 
- A ty .Met ileś? « Wszysc |  patrzą na mnie jak na wariata. —| 
Tr     ner        iźnii    i    znieciei pliwił. — Ciekawe hv doi     
drugim powiedzieli, gdyby' 
warn przyszło pożyć na Zachodzie bez grosza przy ów-; 
|    ? -tln ik       i któiym   udało   się   tam 
Ul 
?Mic       , ja do nich nie należę. 
- Tak rz> mai if]     wiezieniu nie siedziałeś pi dsumi     i '    1   
niak. — A to się liczy. 
VII 
Doprawdy nie wiem, jak wyrazić wdzię-i znosi panu 
prokuratorowi.     Trepanowicz giął się ukłonach przed 
niewysokim, dobrze .zbudowa 
2. 

background image

i s/alynem koło r/ierdziestki. — Mimo nawału obowiązków 
osobiście pofatygował się pan do naszego przedsiębiorstwa. A 
przecież w zupełności wystarczyłoby wyznaczenie naszej 
rozmowy u pana, w piokuraturze. 
- I tak miałem zamiar odwiedzie Zakłady Elektroniczne. Mikulski 
z uśmiechem przerwał potok wymowy kadrowca.' — Na 
odległość trudno ocenić, j.ik przebiega proces normalizacji w 
poszczególnych zakładach pracy. 
- Odpukać, ale chyba udało nam się wyciszyć najpoważniejsze 
konflikty. 
- To bardzo dobrze. 
- Poza tym zmiana na stanowisku dyrektora naoelnego również 
powinna wpłynąć na poprawę stos inków w przedsiębiorstwie. 
Nasz poprzedni ••/( nie należał do najłatwiejszych we współżyciu, 
a nowy już na pierwszy rzut oka da się lubić... O, ale 
,-»ilku mowa... 
Drzwi gabinetu Trepanowir za otworzyły się i niby Ui 
pizypadkiem w progu stanął Walendowski z pli-iem jakichś 
dokumentów pod pachą. Chciał coś powjedzieć do kadrowca, w 
ostatniej jednak chwili iostrze.gł prokuratora i na jego twarzy 
pojawił się wyraz niebotycznego zdumienia. Nawet najbardziej 
spostrzegawczy obserwator nie podejrzewałby, że zachowanie 
dyrektora jest ukartowane w każdym -zczególe. 
— Jędrek?! — Walendowski niczym żuraw wyciągnął szyję, jak 
gdyby nie dowierzał własnym] oczom. — O przepraszam, panie 
Andrzeju — poprawił się natychmiast. — Przecież dawno już! 
wyrósł pan z krótkich spodenek. 
— Pan Franciszek! — Mikulski bynajmniej się nie obraził. — Co 
za spotkanie! 
r- Panowie się znacie? — Kadrowiec również nie wypadł z roli, 
udając absolutne zaskoczerye. 
— Pamiętam pana Andrzeja od takiego! — Dyrektor obrazowo 
zniżył rękę ku ziemi. — Nie raź i nie dwa bawił się na moich 
kolanach, potem gratulowałem mu samych piątek na'sikolnych 
świade-, ctwach. 

background image

— Jak ten czas leci — roześmiał się Mikulski. — Skończyłem 
prawo, odbyłem aplikację i od ładnych kilku lat pracuję w 
prokuraturze. 
— Kto by pomyślał, że dzięki temu spotkamy sie znowu. 
— Cóż, świat jest mały. 
— Tak czy inaczej będziemy mieli o czym pogadać. W końcu nie 
widzieliśmy się kawał czasu. 
— Od pogrzebu ojca. 
— No właśnie. — Walendowski nagle spoważ-l niał. — 
Przyjaźniliśmy się z Jankiem od wyzwolenia,] Razem byliśmy w 
ZMP. 
— Stare dzieje. 
— Dla pana to już tylko historia, ale ja wtedyj 

przeżyłem swoje najlepsze1 lata. . Więc ,ak, wpadnie pan- do 
mnie do domu? — Zaproszenie wypadło całkiem naturalnie — 
Żona by się ucieszyła. Ona też bardzo lubiła pańskiego ojca 
Chętnie państwa odwiedzr 
Może jutro wieczorkiem? 
Prawdę powiedziawsz" wolałbym w =>obot< albo w niedzielę. 
- Akurat wybieram się na zające... Ąle zaraz! — Dyrektor stuknął 
się w czoło — Przecież Janek był zapalonym myśliwym, a to 
podobno przechodzi z ojca na syna. 
Nie   przecz0    -   przytaknął  prokurator Swego czasu polowałem 
nawet często. Niestety, przez ostatnie trzy lata zapomniałem, jak 
wygląda dubeltówka. 
- A więc nadarza się okazja, żeby sobie pizy-pomnieć — 
podchwycił Walendowski Weźmie pan flintę i jedziemy. 
— Dziękuję za zaproszenie, nie wiem jednak... — Mikulski jak 
gdyby się zawahał. — Nie chciałbym sprawiać kłopotu... 
— Też coś! — dyrektor nawet nie dopuszczał sprzeciwu. — Nie 
ma mowy o żadnym kłopocie. Polowanie było zaplanowane i 
wszystko mamy juz zapięte na ostatni guzik. 
Nie spodziewałem się... 
- Ja   również,  ale  przecież  niespodzianki  są 

background image

5^ 
zawsze najprzyjemniejsze. A zresztą wszystkim nami należy się 
czasem odrobina oddechu po codziennej! harówce. 
— Niby prawda — ustąpił prokuiator. 
— Rozumiem, że jesteśmy umówieni. 
— Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie. 
Cicho skrzypnęły drzwi i do gabinetu zajrzałal Wanda Nowacka. 
— Bardzo przepraszam — bąknęła niepewnie —I ale zgłosili się 
panowie Szeleźniak i Trychner. Tenl ostatni twierdzi nawet, że jest 
umówiony z panem! naczelnikiem. Czy mają czekać? 
— A właśnie! — przypomniał sobie kadro-l wiec. — Przecież 
sprawa naszych byłych pracowni-l ków: Trychnera i Szeleźniaka, 
była głównym powo dem zaproszenia pana prokuratora — zwrócił 
sięł do Mikulskiego. — Prawdę powiedziawszy, sami nie| wiemy, 
jak postąpić. 
VIII 
— Dołóż no, Mańka, tych pierogów! Kie! lecki uśmiechnął się 
przymilnie do niskiej, szerokiej! w biodrach blondyny po 
czterdziestce. — Zjadłbyn-I i kopę, takie dobre. — Widzieliście 
go! — fuknęła gniewnie. — Do^ 
56 
żarcia pierwszy, ale za żadną uczciwą robotę się nie weźmie. Że 
też Bóg pokarał mnie takim krewniakiem. 
— Nie miel jęzorem po próżnicy — odburknął z urażoną 
godnością — Przecież wiesz, że muszę uważać, żeby mnie nie 
nakryli. 
— Albina też mogą nakryć, a on i w polu pomoże, i drzewa 
narąbie, a czasem i grosza trochę przyniesie. 
— Przyjdzie pora, to zapłacę za wszystko z nawiązką. 
— Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. 
— Mańka! — W oczach Tadeusza pojawiły się złe błyski. 
— Daj spokój! — Zaliwski dźgnął łokciem Kie-Jeckiego. — W 
gruncie rzeczy ona ma rację. Siedzimy w Brzózkach tyle czasu, a 
na dokładkę sprowadziliśmy tu jeszcze i Jasia. Najwyższy czas 
zmienić klimat. 

background image

— Nikt was nie wypędza. — Siedzący u szczytu stołu barczysty 
chłop o czerwonej twarzy potoczył po zebranych ciężkim, jak 
gdyby przeczącym słowom, spojrzeniem. — Ty, Tadeusz, jesteś 
mój cioteczny, więc cię przechowam, a i twoich kumpli nie 
wydam. Ale żeś leń i obibok, to Mańka prawdę ci powiedziała — 
dorzucił już całkiem szczerze. 
Przy stole zapanowała cisza. Nikt jakoś nie kwapił się 
odpowiedzieć gospodarzowi. Kielecki uznał, że 

nie 'warto zaogniać i"tak" juz lfia'pVętej sytuacji, a Zaliwski z 
Jóźwiakiem woleli nie wtrącać się dej rodzinnych sporów. 
Umilkła nawet Mańka, choć] mina jej świadczyła wymownie o 
szczerym zadowoleniu ze stanowiska męża. 
Niespełna pół godziny później Albin, Janek i] Tadeusz wymknęli 
się chyłkiem z chałupy. Cospo-1 darstwo Crabickich leżało na 
skraju wsi. Kilometr dalej czerniał skraj niewielkiego zagajnika.- 
Ruszylfj właśnie w tamtym kierunku. Nie pokonali jeszcz<;j 
nawet połowy dystansu, kiedy nagle, za laskiem huknął strzał. 
— Co jest? Jóźwiak popatrzył niepewnie na1 Kieleckiego. 
W odpowiedzi usłyszał diugi strzał, potem trzeci, a po chwili za 
zagajnikiem rozpętała się istna! kanonada. 
— Co żeś się spietrał? — Tadeusz parsknął nie pohamowanym 
śmiechem. — Przecież to nie wojna ani nie klawisze. 
— Nie kapuję? 
— Polowanie, Jasiu — wyręczył kumpla Zaliwski. — Zwyczajne 
polowanie. — Kilku warszawskich ważniaków przyjechało 
ukatrupić trochę za-, jęcy- 
- Dobry comber nie jest zły. 
— Ąle po pioruna tracić forsę na flintę i naboje.! skoro to samo 
można załatwić kawałkiem drutu 
58 
Kielecki przymrużył cynicznie oko. — Mój cioteczny nie ma 
dwururki, a Mańka nieraz dawała zajączka na obiad. 
— Tak czy owak, lepiej stąd spłynąć. — Jóźwiaka naszły nowe 
wątpliwości. — Przy takiej strzelaninie łatwo można zarobić 

background image

śrutem. 
— Śrut daleko nie poleci. — Tadeusz z ostentacyjnym 
lekceważeniem splunął pod nogi. — Nie bądź, Jasiu, taki cykor. 
Siądziemy sobie pod laskiem i popatrzymy na widowisko. 
— Polowanie polowaniem, ale mieliśmy przecież pogadać o 
skoku — przypomniał Albin. 
— No właśnie! — Jóźwiak natychmiast przestał zaprzątać sobie 
głowę pobliską strzelaniną. — Obiecywaliście partaninkę, 
przyjechałem z wami do tych zafajdanych Brzózek, a wy, gęby na 
kłódkę i ani mru mru. Chyba już najwyższy czas, żebym usłyszał, 
co jest grane. 
Kielecki skinął głową, jednak przez dłuższą chwilę nie 
odpowiadał. Dopiero kiedy dotarli do skraju zagajnika i przysiedli 
na powalonym pniu starej sosny, zdecydował się zaspokoić 
ciekawość kumpla z więziennej celi. 
— Jeden z krewniaków Mańki Crabickiej mieszka w Warszawie i 
jest jakąś fiszą w Zakładach Elektronicznych. Albin wie, o kim 
mówię, bo w zeszłym miesiącu facet zaglądał do naszej chałupy. 

— Równy gość — przytaknął Zaliwski. We-cżferech, z Antkiem, 
przewróciliśmy dwa literki. 
— Co on może mieć' wspólnego z nas/ym •?kokiem? — 
zniecierpliwił mc Janek. — Czyżby zaproponował wspólne 
obrobienie kasy w dniu wypłaty? 
— W fabryce produkują jakieś cholernie mądre urządzenia. Nie 
potrafię ci powtóizyć to to takiego, krewniak Mańki twierdził 
jednak, że przy okazji zużywa się tam cale kilogramy złota i 
srebra. 
— Teraz kapuję! — Jóźwiak aż stukną! się w czoło. — Na jednym 
skoku można trafić majątek. 
— Wystarczy, żeby każdy z nas wyniósł nieduża torbę i jesteśmy 
urządzeni do końca życia. 
— Zaraz, zaraz. — W głosie janka zabi/rri-ld nagle nutka 
sceptycyzmu. — *-. skąd pewn ze magazyn nie będzie akurat pu-
ty? 

background image

— Krewniak Mańki nie ma pojęcia, że dałem nogę z pudła. Gość 
jest trunkowy, łatwo pociągnąć go zj język. Pojedziemy do 
Warszawy, odwiedzę go id/ i drugi, a przy kielichu sam wszystko 
wypaple., 
— Skoro tak się r/oczy mają, to na Co jes/czt czekamy? 
— Czekaliśmy, Jasiu, na ciebie Masz talent w palcach, a tam 
trzeba będzie bez hałasu otworzyć kilka zamków. 
— Zrobi się. 
— Znaczy, że szafa gra? 
— Jasne. 
60 
O to niech r« c>łowa nie l ,i ijI-. za kilka groszy poży< za 
wszystko m li 
- Innymi słowy w poniedzialeł 
maiidtki — podsumował Kielccl i.     Chwała Bi bo z Mańka już 
trudno wytrz"i,ia< 
— Wypijemy za pomyślno0 ? 
— Czemu nie! 
- Kto skoez po gorzdłki Trzeba się pospieszyć , bo w soboty GS 
czynny tvlko do trz<   i j. 
— No. Albin dziś twoja 1 olej — Tadeusz szturchnął znacząco 
kompana.      W starcz'      >uh dwie połówki? 
Nie czekając na odpowiedź, sięgną! do kieszeni chciał podać 
Zaliwskiemu niewielki zwitek banknotów, ten jednak*nawet. nie 
zareagował. Z otwartymi listami wlepił półprzytomny wzrok u 
.yloi przecinającej Ugajnik dróż! . ldchodzili właśnie* myśliwi. 
Dwói h niosło po , ... cc, ale i nic 
mogła     się    pochwal,       . nikar ii kanonady. 
— Co żeś tak gały w; ttzył? KiMecki ponownie Szturchnął 
Albina. — Czvżbys apoinnidt. jak wygląda facet z dubeltówką? 
Zaliwski zerwał sio na równe nogi ; n zym lunatyk ruszył w stronę 
myśliwych ' posil iałej ' niepohamowanej wściekłości twarj   vvj -
tąpił mu żyły 
— Ducha zobaczył czy co?      Janek i     ni     nic 

background image

potrafił zrozumieć zachowania kompana. — Odbiło mu. 
— Ukatrupię   bydlaka!   —   Ledwo   zrozumiały charkot Albina 
mógł przyprawić o gęsią skórkę. —I Bóg mi świadkiem, że 
ukatrupię! 
Zaliwski przyspieszył kroku. Kielecki i Jóźwiak nie i czekali 
jednak na rozwój wypadków. W paru susach 1 dopadli Albina i 
nim ten zorientował się, w czym rzecz, osadzili go na miejscu, 
bezceremonialnie i wyłamując mu ręce na plecy. 
— Opanuj się! — syknął Tadeusz. — Chcesz wrócić za kratki? 
— Kiedy sobie przysiągłem... 
— Dureń! 
Zaliwski szarpnął się, ale tamci nie rozluźnili! chwytu. Spróbował 
jeszcze raz i w tym samym momencie silny kopniak w podbrzusze 
pozbawił go I oddechu. Bez oporu pozwolił pociągnąć się między 
pierwsze krzaki zagajnika. Jeszcze kilka sekund i po-1 słusznie 
usiadł na ziemi. Prawdę powiedziawszy nie ' czuł do kumpli żalu. 
Bądź co bądź awantura z myśliwymi mogła mieć nieobliczalne 
następstwa. Na szczęście żaden z nich niczego nie zauważył. 
— Puśćcie — poprosił cicho. — Już mi przeszło. 
— Pasy dla ciebie by się przydały — odburknął Kielecki. — Co ci 
odbiło? 
— Tam, między nimi był Mikulski. 
— Kto taki? — zdziwił się Jóźwiak. 
62 
,Gflr>qki!<}3tor/;łtt^^ri-tfa^atwi^^ .wyręczył Albina Tadeusz. — 
Podobno żyleta. 
— Gdyby nie on, gówno by mi zrobili — dopowiedział Zaliwski. 
— Nie mieli żadnych dowodów. 
I co? 
— Facet wpuścił mnie w maliny. Dałem się podejść niczym 
szczawik z poprawczaka. Dostałem dychę za frajer, a' on mi 
jeszcze powiedział, że należałoby się dwadzieścia pięć. Wtedy 
jego było na wierzchu, ale poprzysiągłem sobie, że kiedyś 
wyrównam rachunek. 
IX 

background image

Krótko, chiapliwie zagrała myśliwska trąb-k Chwilę później od 
strony wiejskiej, gęsto obsadzonej drzewami drogi dobiegły 
krzyki poganiaczy i hałaśliwy klekot drewnianych kołatek. 
Demski odruchowo odbezpieczył dubeltówkę i z nadzieją wytężył 
wzrok. To było już siódme pędzenie, a miał dopiero jednego 
zająca. Inna rzecz, że i pozostałym myśliwym nie dopisywało 
idzisiaj szczęście. Nawet honorowy gość polowania, zajmujący 
sąsiednie stanowisko Mikulski, jak do tej pory nie popisał się 
jeszcze celnym strzałem. 
Linia nagonki niespiesznie wkroczyła na zaorane. 

blunatnpszare pqle. Nierrral jednocześnie, z bruzdy, wyskoczył 
pierwszy1 zając. Pokicał kilkanaście metrów w kierunku 
myśliwych i stanął słupka. Przez chwilę rozglądał się 
niezdecydowanie na wszystkie strony, jak gdyby próbował 
wypatrzyć, kto to taki wyrwał go z poobiedniej drzemki. Znowu 
pokicał parę metrów i nagle zawrócił wprost na linię nagonki. 
Teraz z każdym susem nabierał prędkości. Wydawało się już, że 
przemknie obok jednego z naganiaczy, nic sobie nie robiąc z jego 
kołatki, kiedy ten z przeraźliwym okrzykiem podrzucił w górę swą 
czapkę. Szarak przystopował niczym rażony piorunem. Naganiacz 
pochwycił czapkę w powietrzu i bez zastanowienia cisnął nią w 
zająca. Tego było już zwierzakowi za wiele. Z przerażeniem 
położył słuchy po sobie i wyrwał jak rakieta ukosem do linii 
myśliwych. 
Huknął strzał, potem drugi. Stojący na skrzydle Trepanowicz z 
niedowierzaniem przetarł oczy, ale zając ani myślał się 
przewracać. Niemal na miejscu zawrócił o dziewięćdziesiąt stopni 
i ruszył wprost na Walendowskiego. Dyrektor bez namysłu 
wygarnął z obu luf, jemu również nie było jednak pisane łatwe 
trofeum. Szarak odbił w prawo i jeszcze niżej położył słuchy po 
sobie. Był tak przerażony, że na strzały zajmującego kolejne 
stanowisko Grzebie-niowskiego nawet nie zwrócił uwagi. 
Między dyrektorem technicznym a księgowym stał Mikulski. 
Zawczasu przyłożył dubeltówkę do ramienia i starannie 

background image

przymierzył. Zdecydowanie nacisnął spust, musiał jednak dać zbyt 
duże wyprzedzenie, bo śruciny gwizdnęły przed nosem zająca. 
Szarak przypadł w bruździe i śrufz kolejnego ładunku Jedwo 
musnął go po grzbiecie. Prokurator błyskawicznie przeładował, 
złożył się, ale kiedy już był niemal pewien strzału, zając 
wyprysnął z bruzdy jak z katapulty. Tym razem Mikulski 
przytrzymał nerwy na wodzy. Spokojnie dał wyprzedzenie i 
dopiero nacisnął spust. Niestety, broń nawet nie drgnęła. 
Niewypał? — pomyślał. W tym samym momencie przypomniał 
sobie o bezpieczniku i ze złości zgrzytnął zębami. Nerwowo 
szarpnął bezpiecznik, na ponowne mierzenie nie było już jednak 
czasu. Grzmotnął na wiwat z obu luf za uciekającym zającem i 
zrezygnowany złamał broń. Sekundę później usłyszał kolejny 
strzał. Spojrzał na Dem-skiego, potem na pole i z zazdrości zmełł 
w ustach przekleństwo. Oto „jego" zając leżał na grzbiecie, 
konwulsyjnie kurcząc i prostując skoki. 
— Co to, u diabła, za zwyczaj strzelać do cudzego kota?! — 
warknął wściekle, choć zdawał sobie sprawę, że nie ma nawet 
cienia racji. — Dostał po krzyżu i właśnie zamierzałem go dobić! 
Księgowy chciał już coś warknąć, w ostatniej chwili przyszło mu 
jednak do głowy, że trudno o lepszy pretekst, by zjednać sobie 
piokuratora. 
65 

— Jasne, że kot jest pański! - skłamał bez zmrużenia oka. — 
Bałem się, że pójdzie 'jeszcze ze sto metrów i będzie go pan 
musiał szukać w tamtych łozach — obrazowo wskazał ręką 
pobliskie krzaki. 
— On już ledwo zipał. Nie doszedłby... 
— Być może, ale myślałem, że lepiej nie ryzykować — brnął 
dalej Demski, ciesząc się w duchu z zacietrzewienia Mikulskiego. 
— W każdym razie przepraszam 
— To ja pana przepraszam — zreflektował się wreszcie 
prokurator. — I .dziękuję... A prawdę powiedziawszy, to nie 
wiadomo, jak by się skończyło z tym zającem, gdyby nie pan. 

background image

— Tak czy inaczej pan trafił pierwszy. 
— Ale zasada ostatniego śrutu... 
— Drobiazg. 
— Chyba jednak kot należy się panu. 
— Niech pan zabiera szaraka, a mnie odda nabój. — Teodor 
znalazł honorowe wyjście dla Mikulskiego. — A następnym 
razem proszę o rewanż. 
Z lewej strony, na skrzydle, huknęły dwa wystrzały. Mikulski i 
Demski umilkli jak na komendę. Chwilę później dostrzegli 
kolejnego zająca. Miotał się miedzy linią myśliwych a nagonką, 
raz po raz zmieniając kierunek ucieczki. Strzały padały .coraz 
gęściej, ale szarak jakoś szczęśliwie unikał śiutu. To przyspieszał, 
to zwalniał, 
66 
zapadał w bruzJy, by zaraz zerwać :,ię ńo dalszego biegu. 
Oszalały ze strachu najwyraźniej nie wiedział już, skąd grozi 
największe niebezpieczeństwo. Był właśnie na wysokości 
prokuratora, kiedy skręcił zdecydowanie i ruszył pędem wprost na 
myśliwych. Mikulski wygarnął z obu luf, księgowy poszedł w 
jego ślady, szarakowi nie ubył jednak nawet włosek z burej 
turzycy. Przemknął niemal pod nogami prokuratora, ostatkiem sił 
przesadził rów melioracyjny i zniknął w zaroślach. 
Chrapliwy dźwięk trąbki obwieścił koniec pędzenia. Myśliwi bez 
pośpiechu zaczęli schodzie ze swych stanowisk Poza Mikulskim 
nikt tym gazem nie mógł pochwalić się upolowanym vzającem. 
Prokurator -dumny jak paw dzierżył swego szaraka, zapomniał już 
o niedawnej dyskusji z Demskim. Był z siebie bardzo 
zadowolony, tak że nawet nie spostrzegł porozumiewawczego 
mrugnięcia księgowego, gdy zająca oglądał Walendowski. 

Naleśnik był całkiem zimny i twardy niczym podeszwa starego 
kalosza. Trychner zmusił się do przełknięcia kilku kęsów, w końcu 
jednak dał za wygraną. Z niesmakiem odsunął talerz, wstał 

od sjolika i igporując napis,,wzywający d^zwrotu brudnych 

background image

naczyń w kuchennym- okienku, ruszył do wyjścia. W drzwiach 
przypomniał sobie o pozostawionej na wieszaku kurtce. Odwrócił 
się ostatni raz lustrując niechętnym spojrzeniem barowe wnętrze. 
Byl niemal pewien, że jego noga więcej tu nie postanie. 
Zły i głodny tuszył przez warszawskie ulice. Prawdę 
powiedziawszy nie miał nic do roboty i nie wiedział, co z sobą 
począć. Ostatecznie mógł, tak jak wczoraj, odwiedzić Mietka 
Szeleźniaka, ale na samą myśl o zajmowanej przez pizyjacicla 
zatęchłej sutc-4(enie i wyziewach znajdującej się za ścianą pralni 
odchodziła go cała ochota. Poza tym miał już dosyć wspomnień: i 
tych dobrych, kiedy wiedli z Mietkiem piym w Zakładach 
Elektronicznych, wstrząsając nawet pozycją samego dyrektora 
naczelnego, i tych późniejszych, gdy obaj znaleźli się pod wozem. 
Mimo niedzieli na ulicach nie było zbyt rojno. Adam przeszedł na 
drugą stronę Świętokrzyskiej i nogi same zaniosły go do Ogiodu 
Saskiego. Usiadł na jednej z ławek. Sięgał właśnie do kieszeni po 
gazetę, kiedy dobiegł go hałaśliwy rechot dwojga młodych 
siedzących po drugiej stronie alejki. Obejrzał się i sam również 
nie mógł powstrzymać uśmiechu. Oto na przełaj przez trawnik 
rwał ostrym truchtem pokraczny basset hound/ ciągnąc ze sobą 
68 
uczepioną końca 'Smycizy właścicielkę. Kobtóta pokrzykiwała Ha 
pUp^li)'to proszą.', to znowu'"grożąc, ale ten ani myślał się 
zatrzymać. Od skraju alejki dzieliło ich już nie więcej niż trzy albo 
cztery metry, gdy pies nieoczekiwanie skręcił wprost na jakieś 
krzaki. Właścicielka ostatkiem sił szarpnęła smycz. Basset 
przysiadł na moment, zwycięstwo jego pani okazało się jednak 
pozorne. Psisko wyprężyło swe krótkie łapy i ponownie skoczyło 
do przodu, a kobieta zamachała rozpaczliwie wolną ręką nie 
mogąc utrzymać równowagi i wśród trzasku łamanych gałęzi 
upadła na trawnik. 
— Filipek!! — Przejmujący krzyk właścicielki basseta poderwał 
Trychnera na równe nogi. — Boże, jeszcze poleci na ulicę i pod 
coś wpadnie! 
Pies przebiegał właśnie koło ławki Adama. Ten nie wahał się ani 

background image

sekundy. Chwycił za koniec wleczonej po ziemi smyczy i z całej 
siły pociągnął ku sobie. Filipek zacharkotał podduszony przez 
obrożę i stanął na miejscu. Trychner szarpnął ponownie, bardziej 
już dla zademonstiowania czworonogowi swej przewagi niż z 
widocznej potrzeby. Basset potulnie podkulił ogon, najwyraźniej 
nie kwapiąc się do stawiania jakiegokolwiek oporu. 
— Nie wiem, jak panu dziękować, panie Adamie! — właścicielka 
psa ciężko dysząc pokuśtykała do ławki. — Aż strach pomyśleć, 
jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pan. 

Popatrzył na kobietę uważnie i nagle rrpzurhiał. Panią niesfornego 
Filipka okazała się sekretarka Trepanowi<~za. 
— Co za spotkanie! — ukłonił się szarmancko. 
— Dosłownie spadł mi pan z nieba. 
- Miło mi, że mogłem pani pomóc... A swoją drogą Filipkowi 
należą się tęgie baty. 
- No cóż! — żałośnie pociągnęła nosem. — Psi-jsko nie czuje 
męskiej ręki. Prawdę powiedziawszy nie pierwszy raz wystrugał 
mi taki numer Chyba będę musiała kupić kolczatkę. 
— Pani tu gdzieś mieszka w pobliżu? 
— Za Żelazną Bramą. 
— Znaczy, że jesteśmy sąsiadami. 
— Nie może być? — radośnie klasnęła w dłonie. — W takim razie 
nie wymiga się pan, żeby od czasu do czasu towarzyszyć mi 
podczas spacerów z Filipkiem. On z miejsca poczuł do pana 
respekt, a ja już nie mam zdrowia ciągle się z nim szarpać. 
Słowa Nowackiej zabrzmiały może odrobinę zbyt obcesowo, ale 
Tiychner uznał, że warto skorzystać z okazji. Wanda była nieco 
starsza od niego, nie wyglądała jednak na więcej niż jakieś 
czterdzieści lat, a przy zgrabnej figurze ' niebrzydkiej twarzy 
mogła się podobać. 
— Cała pizyjemność po mojej stronie — zadeklarował gorliwie. 
— Proponuję zacząć od dzisiaj. Chętnie zaraz nauczę 
posłuszeństwa pani pupila. 
70 

background image

— Jest pań cudowny! 
— Pani mnie rozpieszcza. 
— Zasłużył pan sobie na to. 
— Idziemy? 
— Idziemy... Ale jak ja wyglądam! — Z nagłą rozpaczą 
spostrzegła burą plamę na rękawie płaszcza i wystrzępioną 
nogawkę w sztruksowych spodniach. — Ach, ten Filipek! Przecież 
ja nie mogę tak się z panem pokazać. 
— Weźmie mnie pani pod rękę i plamy nie będzie widać — 
zbagatelizował sprawę. — A zresztą i tak pani ślicznie wygląda — 
dorzucił. 
— Oj, wy mężczyźni! — Filuternie pogroziła mu palcem. — Dla 
was wszyscy mogliby chodzić w dziurawych spodniach. 
— Podobno nie suknia zdobi człowieka. Argumenty Adama nie 
przekonały co prawda do 
końca Nowackiej, ale bez dalszego oporu wsunęła mu rękę pod 
ramię. Dwadzieścia minut później byli już przed wejściem do 
bloku. Trychner mieszkał w sąsiednim, nie spieszył się jednak z 
pożegnaniem. Wjechali windą na siódme piętro. Wanda 
zatrzymała się przed drzwiami przy samym końcu korytarza i 
przez dłuższą chwilę szukała w torebce kluczy. W końcu sucho 
szczęknęły zamki. ' 
— Może napije się pan herbaty? — zaproponowała. — Albo 
czegoś mocniejszego? 
— Jeśli nie sprawiłoby to pani kłopotu... 

Mieszkanie było niewielkie i składało sią zaledwie z pokoju z 
kuchnię1, dle meble, kosztowny dywan i , dwa cenne, choć nie 
bardzo pasujące do wnętrza obrazy świadczyły wymownie o 
zamożności właścicielki. Filipek ulokował się zaraz w wygodnym, 
obitym skórą fotelu, a Nowacka wysunąła z kąta ruchomy barek. 
Adam omal nie cmoknął z podziwu. Tylu naraz drogich trunków i 
whisky dawno już nie miał okazji zobaczyć, oczywiście nie licząc 
witryn zachodnich sklepów. 
— Mój pierwszy mąż ma cztery szklarnie pod Sochaczewem — 

background image

wyjaśniła z rozbrajającą szczerością. — Zdążyłam już rozwieść 
się z jego następcą, a poczciwy Michałek miesiąc w miesiąc 
przysyła mi całkiem przyzwoitą sumkę. Na dobrą sprawę wcale 
nie musiałabym pracować. 
— To miło z jego strony. 
— Czego  się  napijemy?  —  uznała temat  za wyczerpany. — 
Może być Napoleon? 
— Trudno o lepszy wybór. — Wziął od Wandy butelkę i wyręczy\ 
ją w napełnianiu kieliszków. — Pani zdrowie! 
— W żadnym wypadku! — Nie bez odrobiny kokieterii 
zaprotestowała Nowacka. — To pan jest bohaterem dnia, a ściślej 
rzecz biorąc nawet całego tygodnia. 
— Nie rozumiem? Przecież każdy na moim miejscu pomógłby 
pani złapać Filipka. 
72 
:,l''.'i„\ (.ir i •??>?[?>: H-iii' ifyl 'jinuAw/itt 
— Nie w tym rzecz. — Uśmiechnęła się znacząco. — Swoim 
powrotem wywołał pan istne trzęsienie ziemi w naszej firmie. 
— W końcu jednak mnie przyjęli i od poniedziałku zaczynam 
pracę. 
— Ale przedtem aż wrzało w dyrektorskich gabinetach. Nowy 
naczelny nawet radził się zaprzyjaźnionego prokuratora. 
— Bał się, że mu zalezę za skórę jak Trydec-kiemu? 
— To też, ale nie tylko... Nie wiadomo, jak by się to wszystko 
skończyło, gdyby nie stanowisko Mikulskiego... 
— Mikulski, Mikulski... — Trychner aż zmarszczył brwi, usiłując 
skojarzyć nazwisko. — Czy ja nie miałem już kiedyś z nim do 
czynienia. 
— Prowadził sprawę Szeleźniaka. 
— Ach prawda! — Adam z rozmachem stuknął się w czoło. — 
Mietek coś mi wspominał. 
— Było, minęło. — Wanda pociągnęła spory łyk ze swego 
kieliszka. 
— Za nasze spotkanie! 
Przysiedli na kanapie przy stylowym stoliczku i przez dłuższą 

background image

chwilę w milczeniu sączyli koniak. Trychnerowi nagle zabrakło 
tematów do rozmowy, a i Nowacka zamyśliła się nad czymś 
głęboko. Adam poczuł się jakoś niezręcznie. Wyglądało już, że 
lada moment nie pozostanie mu nic innego, jak 

pożegnać .panią domu i wrócić do siebie, kiedy Wanda ożywiła 
się, sięgnęła do stojącego przy kanapie magnetofonu i wcisnęła 
pierwszą z brzegu kasetę. Z głośnika popłynęła chwytliwa 
melodia modnego przeboju. Nowacka zanuciła do taktu i 
podniosła się, kokieteryjnie kołysząc biodrami. Po wypitym 
alkoholu na jej policzkach wykwitły krwiste rumieńce. 
— Zatańczymy? — rzuciła lekko. 
Propozycja była dość nieoczekiwana, ale Trychner nawet się nie 
zawahał. Poderwał się z kanapy i mocno objął partnerkę. Chciał ją 
prowadzić w takt melodii, oczekiwała go jednak kolejna 
niespodzianka. Wanda przylgnęła do Adama całym ciałem i 
pocałowała w usta. Żarliwie odwzajemnił pocałunek, a moment 
później wsunął ręce pod obcisły sweterek 
— Poczekaj! — odepchnęła go lekko. — Wolę sama się rozebrać. 
XI 

— Wstawaj, Adaś, już czas! Trychner niechętnie otworzył oczy. W 
pierwszym momencie nie mógł zrozumieć, gdzie się znajduje i 
dopiero widok Wandy w lekkim, półprzezroczystym 

szlafroczku przypomniał mu wydarzenia ubiegłego popołudnia i 
wieczoru. 
— No wstawaj, śpiochu — bezceremonialnie ściągnęła z niego 
kołdrę. — Trzeba było wczoraj nie szaleć, skoro po takich 
sekscesach następnego dnia jesteś dętka. 
— Zaraz ci pokażę, kto tu jest dętka! — W nagłym odruchu 
pochwycił Nowacką i odgarniając szlafroczek przytulił ją do 
siebie. 
— Zwariowałeś?! — fuknęła jak kotka, ale jakoś nie próbowała 
się bronić. — Dzisiaj poniedziałek, trzeba iść do pracy. 

background image

— Zdążymy. 
— Lepiej jednak odłożyć miłość do wieczora — zaproponowała z 
żalem. — Teraz naprawdę musimy się pośpieszyć. Już siódma. 
— Szkoda! — westchnął, puszczając Wandę i podnosząc się z 
kanapy. — Jak mus, to mus. Nie wiem tylko, jak dam radę 
wytrzymać do wieczora bez ciebie. 
— Wytrzymasz, wytrzymasz! A teraz ubieraj się i leć do siebie. 
Dzisiaj twój pierwszy dzień w pracy. Musisz się ogolić i założyć 
czystą koszulę, a ja nie mam w domu żadnych męskich 
akcesoriów — powiedziała żartobliwie. 
Miał zamiar coś odpowiedzieć, ale dobiegający z łazienki szum 
wody obwieścił mu, że Nowacka właśnie postanowiła się 
wykąpać. Chcąc nie chcąc 
75 
sięgndł po spodnie'f'koszulęi Pięć'minut późhiej jechał już windą. 
Był wściekle głodny, zdecydował jednak, że dopiero w 
zakładowym bufecie kupi ze dwie bułeczki i parę deko żółtego 
sera, a póki co nie będzie sobie zawracał głowy śniadaniem. 
Drogę dzielącą blok Nowackiej od swojego przebył niemal 
bingiem. Wjechał windą na ostatnie piętro i sięgnął do kieszeni po 
klucze. Otwierał właśnie zamki, kiedy tknęło go niedobre 
przeczucie. Drzwi były zamknięte tylko na zatrzask, podczas gdy 
gotów był pizysiąc, że wychodząc zabezpieczył je również 
zasuwą. Zdenerwowany wpadł do mieszkania i zlustrował je 
pobieżnie. Na szczęście nie zauważył żadnych śladów włamania. 
Odetchnął z wyraźną ulgą i zdjąwszy kurtkę wszedł do łazienki. 
Spojrzał w lustro i nagle zbladł. Ktoś pod jego nieobecność 
zatknął tam widokówkę przedstawiającą pomnik Szopena. Wyjął 
ją i spostrzegł wypisaną na odwrocie dzisiejszą datę, a niżej 
godzinę dziewiętnastą. 
XII 
Miarowy dotąd stukot kół zakłóciły liczne rozjazdy, a co 
niecierpliwsi pasażerowie wylegli na korytarz. Jeszcze chwila i 
pociąg wtoczył się na sta 
76 

background image

cję Warszawa W^cHodnia. Zaliwski szturchnął łokciem 
Kieleckiego i mrugnął do Jóźwiaka. Oto po parogodzinnej 
podróży byli wreszcie na miejscu. 
— Idziemy razem czy osobno? — Tadeusz popatrzył pytająco na 
Albina. — Mogą legitymować... 
— Człowieku, teraz już nie stan wojenny. — Zaliwski 
lekceważąco wzruszył ramionami. — Już nikogo za bezdurno nie 
legitymują. Zresztą każdy z naszych dowodów kosztował po 
dwadzieścia patoli, a Jasio legalnie zażywa świeżego powietrza. 
Kto by się do nas przyczepił. 
Bez pośpiechu wysiedli z wagonu i ruszyli w ślad za innymi 
przyjezdnymi. Przy wyjściu z dworca stało dwóch milicjantów, ale 
wbrew obawom Kieleckiego żaden z nich nawet się nie kwapił, by 
kogokolwiek legitymować. Na ulicy nie było już widać 
mundurowych, a na przystanku tiamwajo-wym kłębi! się tłum, jak 
zwykle po przyjeździe pociągu. W pierwszym odruchu mieli 
zamiar zaczekać wraz z innymi, ostatecznie jednak zdecydowali, 
że na Ząbkowską pójdą piechotą. 
Niewiele ponad kwadrans później dotarli pod bramę starej, 
obdiapanej kamienicy. Wkroczyli na ciemne, pełne dziur w 
kamiennym bruku podwórko. Tu Kielecki z jóźwiakiem zostali 
przed wejściem do jednej z klatek schodowych, a Zaliwski pewnie 
pomaszerował schodami w dół. Mimo środka dnia w suterenie 
panował półmrok. Albin 

sięgnął po zapałki, by zorientować się w sytuacji. Na końcu 
niedługiego korytarzyka dostrzegł niskie drzwi. Podszedł do nich i 
energicznie zapukał. 
— Co za cholera?! — wychrypiał nieprzyjemny, skrzekliwy głos. 
— Ja do Bobika — wyjaśnił Zaliwski. — Swój. 
— Wlazł! 
W obszernym, choć niskim i okropnie zagraconym, 
pomieszczeniu było znacznie widniej, za to stęchły odór 
papierosowego dymu pomieszany z alkoholowymi wyziewam^ 
mógł każdego przyprawić o zawrót głowy. Maleńkiego, 

background image

umieszczonego pod sufitem, okienka najprawdopodobniej od 
dawna nikt .tutaj nie otwierał. Właśnie pod nim, na rozbe-
beszonym łóżku leżał w ubraniu drobny, pomarszczony na twarzy 
człowieczek w bliżej nie określonym wieku. Na widok Albina 
poderwał się na równe nogi. 
;— Psia twoja mać! — Z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy. — 
Delirka mnie trafiła czy co?! 
— Przyszedłem. — Zaliwski beznamiętnie wzruszył ramionami. 
— Trzy lata temu nawijałeś pod celą, ze przyjmiesz mnie jak 
brata. 
— Od tego czasu trochę się zmieniło. — W głosie Bobika 
zabrzmiała nutka niezdecydowania. 
— Mianowicie? 
— Za przekimanie twojej osoby można trafić piątkę. 

WLem, „wiem nie bejz dumy przytaknął Albin. — Widziałem 
własną gębę w telewizorze. 
— No więc? 
— Jestem tu z dwoma kolesiami i potrzebny nam kwadrat na jakiś 
tydzień. 
— Trzy razy po pięć daje piętnaście. 
— Jeden z kumpli jest czysty. Właśnie skończył odsiadkę. 
— Piętnaście czy dycha, to już niewielka różnica. 
— Oj, Bobik, Bobik! — Zaliwski znacząco przyło-' żył pięścią po 
otwartej dłoni. — Gdybym cię, stary, nie znał, byłbyś już gotów 
na urazówkę. 
— Ja nic nie mówiłem — spiesznie wycofał się gospodarz. — 
Możesz u mnie zostać, ile dusza zapragnie, a twoich kumpli 
przecież też nie wypędzę. Nie rozumiem tylko, czemu przyszliście 
właśnie tutaj, a nie do tego faceta, którego legalnie puścili z 
pudła? 
— Kiedy pryskaliśmy było nas trzech. Jeden, niestety, miał pecha 
i musiał na dwa iata wrócić za kratki, lak się znam na rzeczy, teraz 
dzień i noc gliny warują pod jego chałupą, żeby przyskrzynić 
mnie i Tadka Kieleckiego. 

background image

— Przyswajam. 
— A poza tym będę potrzebował od ciebie kilku pewnych 
adresów. 
— Do upłynnienia, towaru? — W maleńkich ocz- 
79 
kach Bobika pojawiło się niekłamane zainteresowanie. 
— Jasne. 
— Twarde, miękkie czy chłam? 
— Złom. 
— Z próbą? 
— To się dopiero okaże. 
— Załatwione. — Gospodarz skinął głową na znak, że sprawa nie 
przedstawia dla niego problemu. — W razie czego umówię cię z 
jednym pewniakiem. 
— Wiedziałem, że się dogadamy. 
— Mowa. 
— No to idę po kumpli. 
— Tylko przynieście połówkę na dzień dobry. Okropnie mnie 
suszy po wczorajszym. 
XIII 
— Idziemy? — Trychner wsunął głowę do sekretariatu 
Trepanowicza, spoglądając na Nowacką. — Już po czwartej. 
— Szef jeszcze nie wrócił od naczelnego — bezradnym gestem 
rozłożyła ręce. — Muszę zaczekać. 
— Przecież ci za to nie płacą. 
— Nie   denerwuj   się,   kochanie.   —   Uśmiech 
80 
Wandy rozbroiłby każdego mężczyznę. — Najlepiej jedź teraz do 
domu, a do mnie wpadnij koło ósmej. Zjemy razem kolację i 
będzie miło. 
Adam przez dłuższą chwilę stał niezdecydowany. Nie chciał 
ustąpić, z drugiej strony przyszło mu właśnie do głowy, że przed 
wizytą u Nowackiej powinien coś przedsięwziąć w związku ze 
znalezioną w łazience widokówką. Nie wybierał się bynajmniej na 
wyznaczone spotkanie, ale całej sprawy nie wypadało zostawić 

background image

własnemu losowi. 
— No, nie róbże takiej nieszczęśliwej minyl — Wanda wstała zza 
biurka i podbiegając do Trych-nera cmoknęła go lekko w policzek. 
— Przecież niedługo się zobaczymy. A póki co, uciekaj, bo 
jeszcze cię tu ktoś zobaczy i będą plotki. 
Bez sprzeciwu bąknął coś na pożegnanie i wyszedł z sekretariatu. 
Zdecydował, że zaraz pojedzie na Żoliborz. Na przystanku przed 
biurowcem kłębił się tłum. Po kilku minutach oczekiwania 
nadjechał tramwaj i ludzie ruszyli do szturmu. Nawet się nie 
spostrzegł, kiedy został wtłoczony do drugiego wagonu. 
Pechowcy, którzy zostali na zewnątrz, napierali dalej, ale opór 
okupujących wejście tężał z każdą chwilą. W końcu zabrzęczał 
dzwonek, a moment później motorniczy uruchomił mechanizm 
drzwi. Tramwaj szarpnął i z miejsca w środku zrobiło się luźniej. 
Ten i "ów próbował protestować, większość  z   pasażerów  
przyjęła  jednak  z 
2 — Droga bez... 
81 
zadowoleniem, że wreszcie jadą. Jak łatwo było przewidzieć, na 
następnym przystanku zabawa zaczęła się od początku... 
Podróż do placu Inwalidów zajęła Trychnerowi przeszło trzy 
kwadranse. Wysiadając odetchnął z wyraźną ulgą. Skręcał właśnie 
w stronę znajomego bloku, kiedy na jednej z ławek w cieniu 
gęstego żywopłotu dostrzegł Szeleźniaka. Mietek rozmawiał z 
jakimś wysokim blondynem o rzadkiej, rudawej brodzie. Na 
widok Adama obaj poderwali się z miejsca. Blondyn rzucił coś 
jeszcze Szeleźniakowi i nie czekając na odpowiedź pomaszerował 
spiesznie w kierunku pobliskiej Cytadeli. 
— To był Pilecki? — Adam siląc się na obojętność usiadł na 
ławce. 
— Pilecki — przytaknął Mietek, choć jego rozbiegane oczy 
świadczyły wymownie, że nie jest rad z niespodziewanego 
nadejścia Trychnera. 
— Co u niego słychać? 
— Nie może znaleźć pracy. 

background image

— Taki zdolny facet. 
— Cóż poradzisz, mnie też nie chcą znać w Zakładach 
Elektronicznych. 
— Gdybyś się lepiej pokręcił, może by cię jednak przyjęli. W 
końcu ja byłem w podobnej sytuacji. 
— Nie siedziałeś — powiedział Szeleźniak — Poza tym nie każdy 
ma twój charakter. Ludziom o twardym karku jest trudniej. 
82 
— Trzeba przecież jakoś żyć. 
— Dlaczego jakoś, a nie na przykład inaczej? 
— Więc co, mamy bawić się w podziemie? 
— Tobie nikt nie każe. 
— A tobie? 
— Coś taki ciekaw?! — W oczach Mietka pojawiła się nieufność. 
— Może również chciałbym nawiązać kontakt. 
— Daj mi spokój. Ja już swoje odsiedziałem. 
— Z Pileckim jednak się spotykasz. 
— I co z tego? On również dał sobie spokój z polityką. 
— Trudno uwierzyć. 
— Posłuchaj, Adam! — Głos Mietka zabrzmiał twardo i 
nieprzyjaźnie. — Ty mnie nie podpuszczaj. Jeśli masz jakąś 
sprawę, to zagraj w otwarte karty. Inaczej nie mamy o czym 
gadać. 
— W porządku. — Trychner sięgnął do kieszeni po znalezioną w 
łazience pocztówkę z pomnikiem Szopena. Przez moment wahał 
się jeszcze, w końcu jednak podał ją Szeleźniakowi. — Obejrzyj 
sobie — rzucił zachęcająco — i powiedz, z czym ci się to kojarzy. 
Mietek ostrożnie wziął widokówkę, zupełnie jakby była ze szkła. 
Przez kilka sekund obracał ją w dłoniach, zerkając to na kolorowe 
zdjęcie, to na umieszczoną na odwrocie dzisiejszą datę. 
— Myślisz, że to od któregoś z naszych? — zapytał cicho. 

— Jasne. 
— Więc niby w czym problem? Chcesz to idź, nie chcesz, to nie 
zawracaj sobie głowy, w końcu każdy ma prawo powiedzieć nie. 

background image

— Widzisz, tej pocztówki nikt nie wrzucił do mojej skrzynki na 
listy. Znalazłem ją u siebie w domu. 
— Nie rozumiem? 
— Po prostu ktoś się włamał, żeby ją podrzucić, a to już nie 
wygląda na zwyczajne zaproszenie. 
— Niektórym młodym różne rzeczy przychodzą teraz do głowy. 
— Szeleźniak uspokajająco poklepał Adama po ramieniu. — 
Naczytali się książek o Konspiracji i pajacują. Ja bym się nie 
przejmował. 
— Może masz rację. 
— Wpadniesz do mnie? — zaproszenie Mietka wypadło jednak 
jakoś nieszczerze i wyglądało raczej na pretekst do przerwania 
rozmowy na niewygodny temat. 
— Innym razem. — Trychner wyciągnął rękę na pożegnanie. — 
Teraz mam jeszcze parę spraw do załatwienia. 
Mimo wszystko pozostał jednak między nimi cień nieufności. 
Szeleźniak nawet nie próbował zatrzymać Adama, a ten spiesznie, 
jak gdyby przed kimś uciekał, ruszył na drugą stronę placu. Minął 
PKO, potem pralnię i aleją Wojska Polskiego pomaszerował w 
kierunku Stołecznej. Pięć minut później 
84 
wkroczył na jedną z klatek schodowych szarego, kilkupiętrowego 
bloku. Na pierwszym piętrze odnalazł drzwi opatrzone ozdobną, 
mosiężną tabliczką. Wynikało z niej, że mieszka tutaj niejaki 
Wiktor Jasionowski. 
Trychner nacisnął dzwonek. Metalicznie szczęknęła zasuwa i w 
otwartych drzwiach pojawiła się nienaturalnie szczupła 
osiemnastolatka o długich, jasnych włosach i zapadłych 
policzkach na bladej, wymizerowanej twarzy. 
— Ojciec w domu? — zapytał. 
— Wyszedł. — Obrzuciła Adama niechętnym, niemal wrogim 
spojrzeniem. 
— Nie wiesz, kiedy wróci? 
— Wiem, ale panu nic do tego! — odparła gniewnie. — Pan 
wyjechał na Zachód, a ojciec musiał zostać. Miał przez pana 

background image

kłopoty. 
— Ogromnie mi przykro.     ' 
— A ja pana nie chcę znać! Niech pan idzie i nie pokazuje się tu 
więcej. 
Próbował jesz&ze coś odpowiedzieć, wyjaśnić, dziewczyna nie 
dała mu jednak dojść do słowa. Trzasnęła drzwiami i Adam został 
sam na klatce schodowej. Nie pozostawało mu nic innego, jak 
wracać do siebie. 

XIV 
Kielecki z pewną miną pchnął furtkę i wszedł do ogródka przed 
okazałą willą na jednej z bocznych uliczek Saskiej Kępy. Kilka 
szerokich schodów prowadziło do ciężkich, dębowych drzwi 
ozdobionych mosiężną kołatką. 
— Pan do kogo? — Stojąca w progu Danuta była wyraźnie 
zaskoczona nieoczekiwaną wizytą. 
— Do stryjka, to jest do pana Grzebieniow-skiego — wyjaśnił 
skwapliwie. — Przyjechałem właśnie z Brzózek i pomyślałem 
sobie, że wypadałoby odwiedzić krewnego. 
— Mąż nie wrócił jeszcze z' pracy, ale proszę, niech pan wejdzie 
— zachęcającym gestem otworzyła szerzej drzwi. 
Tadeusz skwapliwie skorzystał z zaproszenia i zaraz za progiem 
szarmancko pocałował Danutę wj rękę. 
— Grabicki jestem — skłamał bez zająknienia. — Tadeusz 
Grabicki. • 
— Grzebieniowska. 
— Bardzo mi przyjemnie. 
— Proszę dalej, do saloniku. Może napije się pani herbaty? 
— Jeśli pani taka miła... 
— Mąż wiele mi opowiadał o swojej rodzinnejj wsi, ale jakoś 
nigdy nie zawiózł do tych Brzózek. 
— No właśnie. — Kielecki udał zmartwienie. — A przecież tyle 
razy prosiliśmy, żeby z panią przyjechał. Kilka razy do roku 
poluje w naszych lasach, a pięknej małżonce każe w tym czasie 
siedzieć w domu. 

background image

— Kiedyś wybiorę się do was bez niego. 
. — Serdecznie zapraszam w imieniu wszystkich Grabickich. 
Znaleźli się w obszernym, wytwornie urządzonym salonie. Na 
widok drogich mebli i obrazów w złoconych ramach Tadeuszowi 
przemknęła myśl, że w przyszłości warto byłoby zainteresować 
się zawartością willi przyszywanego stryjka. Póki co usiadł 
skromnie na jednym z krzeseł rodem z Desy i opierając się 
pokusie spenetrowania wnętrza przysadzistego kredensu, 
postanowił grzecznie zaczekać, aż pani domu przyniesie obiecaną 
herbatę. 
Kilka minut później Grzebieniowska postawiła na stole dwie 
filiżanki i szklany talerzyk z kruchymi ciasteczkami. Słodzili 
właśnie herbatę, kiedy z przedpokoju dobiegło dyskretne 
bzyczenie oznajmiające, że ktoś otworzył furtkę do ogrodu. 
— Władek wraca! — ucieszyła się Danuta. — Chwała Bogu, bo 
byłam już niespokojna o niego. 
Grzebieniowski wprost tryskał humorem, jedynie odrobinę mętne 
spojrzenie świadczyło wymownie, że przed powrotem do domu 
wypił parę kieliszków, ale trzymał się prosto i mówił całkiem do 
rze 

86 
czy. Spostrzegłszy nieoczekiwanego gościa az kl< nał w dłonie ze 
szczerym zadowoleniem. 
— Serwus, Tadzlul — Ucałowali się.     Miło, wpadłeś. 
— Nie chciała góra do Mahometa, pizyszeJ Mahomet do góry — 
zażartował kielecki - Stn . szek nie zajrzał do nas po ostatnim 
polowaniu 
ja przyjechałem do Warszawy. 
— Serio? 
— No, niezupełnie. Po prostu miałem to 
do załatwienia w stolicy, a przy okazji pozwolił sobie zajrzeć do 
stryja. 
— Bardzo łłusznłe, bardzo słusznie.. Zatrzym . się oczywiście u 
nas? 

background image

— Nie chciałbym sprawiać kłopotu. Zn sztą czy zostawiłem już u 
znajomego. 
— Na długo przyjechałeś? 
— Jeszcze nte wiem. Może na tydzień, a mr. na kilka miesięcy. 
— Czyżbyś zamierzał poszukać tu sobie pracy< 
— Niewykluczone. 
— Wieś ci zbrzydła? 
— Trudno zaprzeczyć. Przecież jako mdły cl. > pak  przeniosłem 
się j  rodzicami  do  miasta   I dopiero niedawno zawitałem znowu 
do Brzózek. 
— Znam ten ból. — Crzebieniowski ze zrozumieniem pokiwał 
głową. — Kiedy sam wyrwałerr się ze wsi, z górą dwadzieścia lat 
moja noga tam nij 

postała... No, ale my tu gadu, gadu, S gościa wypadłoby przyjąć 
czymś więcej niż ciasteczkami i her-\? Hą — zganił Danutę. 
Zaraz przygotuję kolację. 
- Ależ po co ten kłopot? — Protest Tadeusza wypad! jednak 
nieprzekonująco. 
Napijesz się whisky czy koniaku? 
- Prawdę powiedziawszy wolałbym czystą. 
- Znajdzie się i czysta — zadecydował Władysław. — A Danka 
przyrządzi nam coś na gorąco. 
Pierwszego kielicha wypili nie czekając na zakąsi Ledwo 
odetchnęli, podochocony coraz bardziej Grzebieniowski sięgnął 
po napoczętą dopiero butelki' żytniej, a Kielecki, rzecz jasna, nie 
dał się prosić. Z kolei napełnił kieliszki i wypili po raz trzebi 
Ostre tempo — nie bez satysfakcji zauważył V'vładysław 
- Bo i nie baby zabrały się do wódki. 
— Święte  słowa!   —  Grzebieniowski  radośnie zarechotał. — 
No, dalej, Tadziu! Musimy zniszczyć te połówkę, zanim Danka 
nakryje do kolacji. Wszystko wskazywało, że buńczuczna 
zapowiedź ostanie urzeczywistniona. Z rzadka zagryzając 
kruchymi ciasteczkami raz po raz napełniali kieliszki i >dochoceni 
alkoholem wzajemnie zachęcali się dalszego picia. 

background image

89 
— Mówiłeś, że chcesz urwać się ze wsi. — Władysław wrócił do 
poprzedniego tematu.* 
— Z dwojga złego wolę już miasto. 
— I szukasz roboty? 
— Niezbyt ciężkiej, a dobrze płatnej. 
— No tak, o dobrą posadę nie jest łatwo — zamyślił się 
Grzebieniowski. —- Ale właściwie dlaczego nie miałbyś przyjść 
do pracy do Zakładów Elektronicznych? — Nieoczekiwany 
pomysł tak mu. się spodobał, że aż uchwycił Kieleckiego za 
guziki od kurtki. — Załatwię ci klawą fuchę. Będziesz leżał do 
góry brzuchem, a zarobisz minimum osiemnaście patoli. 
— Powiada stryjek, że osiemnaście? — to go zaciekawiło. 
— Jak Boga kocham. 
— Ja mam tylko podstawówkę. 
— W czym problem? — Gospodarz pstentacyjniel wzruszył 
ramionami. — Magazynierowi nie trzeba więcej. 
— W magazynie trzeba dźwigać paki. 
— Są wózki i podnośniki, a poza tym teraz pro-| dukcja idzie na 
pół gwizdka. 
— No, ale jak coś ukradną, to magazynier musi bulić. 
— O to już niech cię łepetyna nie boli — roześmiał się 
Władysław. — Mądrzejsi od ciebie myślą, żeby wszystko było, 
jak trzeba. Choćby nawet i 

czegoś zabrakło, przed kontrolą księgowy zbilansuje manko na 
zero. 
— Sam nie wiem — Kielecki jakby się zawahał. — Musiałbym 
zobaczyć ten magazyn. 
— Możesz obejrzeć nawet całą firmę. Wpadnij jutro do mnie, a ja 
kogoś wyślę, żeby cię oprowadził. 
— To by mi pasowało. 
— Znaczy, że jesteśmy umówieni. 
— Zdrowie stryjaszka! — Tadeusz z trudem powstrzymywał się, 
by nie zatrzeć rąk z niekłamanego zadowolenia. Rozwój 

background image

wypadków przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Miał 
zapewniony wstęp na teren Zakładów Elektronicznych, a taki 
rekonesans mógł przecież zadecydować o powodzeniu 
planowanego włamania. 
XV 
Zaliwski już po raz kolejny zerknął niespokojnie na zegarek. 
Dawno minęła już północ, a Jóź-wiaka w dalszym ciągu nie było. 
Albin podsunął się ostrożnie do wylotu bramy, w której od 
przeszło godziny tkwili z Kieleckim. Jakieś dwieście metrów 
dalej, po drugiej stronie ulicy, zaczynał się płot okalający teren 
Zakładów Elektronicznych. Teraz było 
91 
'tam pusto i cicho. Poza dozorcami nikt nie zostawał na noc w 
biurowcu, ani w halach produkcyjnych i magazynach. 
— Coś się musiało stać — mruknął Tadeusz. — Jasio nie załatwił 
narzędzi albo dorwały go gliny. 
— Nie kracz! — wściekł się Zaliwski.-—Po skończonej odsiadce 
Jóźwiak jest czysty i nikt nie miałby powodu ładować go za 
kratki, a gość, który organizował sprzęt, zaręczył własną głową. 
— Jeżeli nas wystawił do wiatru, to ją straci. 
— Nie musisz mnie o tym przekonywać. Cofnęli się w głąb bramy 
i sięgnęli po papierosy. 
Kielecki złamał kilka zapałek, nim mogli zaciągnąć się dymem. 
Minął kolejny kwadrans i zastanawiali się właśnie, że chyba 
będzie trzeba zrezygnować, kiedy na ulicy zadudniły czyjeś 
pośpieszne kroki. Chwilę później w bramę^wpadł zziajany 
Jóźwiak. 
— Co tak długo? — Albin nie myślał taić pretensji do wspólnika. 
— Czekamy już prawie półtorej godziny. 
— Parafiniuka spuścili na dołek — wysapał Jóźwiak, z trudem 
łapiąc oddech. — O mały figiel i mnie nie zgarnęli do 
wyjaśnienia. Na szczęście w porę pokapowałem, co jest grane, i 
dałem nogę, zanim mnie kto przyfilował. 
—? Znaczy z roboty nici? — Tadeusz aż zgrzytnął zębami ze 
złości. — Szlag by to trafił! 

background image


— Parafiniuk nie wiedział, gdzie szykujemy skok, więc nie 
przypucuje. 
— A narzędzia? 
— Załatwiłem u Jackowskiego. — Jóźwiak wydobył spod poły 
kurtki porządnie zniszczoną, brezentową torbę. — Mam wytrychy, 
łom, żabkę i kilka pilników. Możemy zaczynać. 
— Znaczy żyjemy. — Kielecki odetchnął z wyraźną ulgą. — 
Cholernie nie lubię odkładać roboty. To przynosi pecha. 
Wyszli na ulicę i spokojnie, jak gdyby nigdy nic, ruszyli w stronę 
Zakładów Elektronicznych. W miejscu, gdzie płot zakręcał pod 
kątem prostym, od głównej ulicy odchodziła wąska, kiepsko 
oświetlona przecznica. Wybrali ją bez namysłu. Dookoła nie było 
widać żywego ducha, a i w większości okien okolicznych domów 
pogasły już światła. 
— Teraz! — dał sygnał Zaliwski. 
Założyli rękawiczki. Jóźwiak przerzucił na drugą stronę torbę z 
narzędziami i spróbował podciągnąć się przy słupku. Nie czekając 
na wynik jego wysiłków sprawnie wywindowali Janka do góry, a 
moment później również Albin z Tadeuszem siedzieli już na 
płocie. Jeszcze chwila i pierwsza przeszkoda pozostała za nimi. 
Chyłkiem przemknęli wzdłuż płotu pod ścianę jednej z hal 
produkcyjnych. Teraz musieli uważać, bo niespełna pięćdziesiąt 
metrów dalej stała osz 
93 
klona budka straży przemysłowej. W środku paliło się światło i 
niezbyt głośno grało radio, lada chwila mógł więc ktoś wyjrzeć na 
zewnątrz. Na kilka sekund zastygli w bezruchu. Wreszcie 
zniecierpliwiony Albin szturchnął łokciem Kieleckiego. 
— Prowadź! — syknął cicho. — Podobno znasz drogę. 
— Trzeba przejść przez halę. — Tadeusz wskazał jedno z 
wielkich, parametrowej wysokości okien. Przez zapomnienie albo 
nieuwagę ktoś zostawił je otwarte po zakończonej zmianie. 
— No, to już! 
Kieleckiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Niczym sprinter 

background image

ruszył do otwartego okna i jednym susem przesadził niski parapet. 
Chwilę później również Zaliwski z Jóźwiakiem znaleźli się w 
środku. Na szczęście nikt ich nie zauważył, a dozorca ani myślał 
wyściubać nosa ze swojej budki. 
Bez pośpiechu minęli kilka rzędów ustawionych w hali maszyn. 
Tadeusz otworzył okno w przeciwległej ścianie i wyszli na 
obszerne, wyłożone try-linką, podwórko. Mniej więcej w połowie 
szerokości przegradzała je wysoka, ponad czterometrowa siatka 
zwieńczona drutem kolczastym. Zatrzymali się przed furtką i 
Janek sięgnął po wytrychy. Zamek musiał być wyjątkowo 
nieskomplikowany, bo otwarcie go nie sprawiło Jóźwiakowi 
żadnego kłopotu. Jeszcze parę kroków i dostrzegli szerokie, 

obite blachą drzwi magazynu. Betonowa futryna sprawiała 
wyjątkowo solidne wrażenie, a dwie żelazne sztaby skutecznie 
zabezpieczały zamknięcie przed ewentualnym wyważeniem. 
Tym razem Janek wyciągnął z kieszeni latarkę i przez dobrą 
minutę lustrował przeszkodę uważnym spojrzeniem. Opukał 
palcem każdą z trzech dziurek od klucza, w jedną nawet 
podmuchał, w końcu jednak skinął głową na znak, że podejmuje 
się zadania. 
— Rynkowa zasuwa, stary skarbiec i patent na dwa pióra z 
figielkiem — określił fachowo zamki. — Za kwadrans jesteśmy w 
środku. 
Albin zatarł ręce z niekłamanym zadowoleniem. Nie darmo 
Jóźwiak cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów w 
swej „branży". Bez niego forsowanie samego tylko skarbca 
zajęłoby z pewnością przynajmniej ze dwie godziny, a doliczając 
pozostałe zamknięcia, włamanie mogłoby się przeciągnąć do 
świtu. 
Wytrychy poszły w ruch. Pierwszy z zamków ustąpił niemal 
natychmiast, drugi, bardziej skomplikowany, stawiał opór 
niespełna półtorej minuty i dopiero przy trzecim pojawiły się 
komplikacje. Coś kilka razy zgrzytnęło, odskoczyła któraś z 
zapadek, ale zamek nie poddał się woli Janka. Włamywacz 

background image

zmienił wytrych i ponowił próbę. Tym razem zapadki   
zablokowały 'się.   Z   niemałym   trudem 
95 
wyciągnął wytrych i klnąc siarczyście pod nosem zaczął szperać 
w torbie. W końcu znalazł to, czego szukał. Cieniutki niczym 
włos, znakomicie sprężynujący, drucik dał się łatwo wprowadzić 
w dziurkę od klucza. Jóźwiak przez dłuższą chwilę majstrował 
jeszcze w zamku drugim; nieco grubszym i dla odmiany zupełnie 
miękkim drutem. Wreszcie delikatnie pociągnął za oba. Rozległ 
się suchy trzask i drzwi do magazynu stanęły otworem. 
— Gotowe. — Janek głęboko odetchnął. — Nie trwało nawet 
kwadransa. 
— Dobra robota. 
— A dokąd, jeśli można wiedzieć? — ostry głos strażnika 
nieoczekiwanie osadził ich na miejscu. — Zachciało się wam 
włamywać do magazynu?! 
Zaliwski powoli odwrócił głowę. Strażnik stał nie dalej, niż jakieś 
dziesięć metrów od niego. Po ciemku trudno było rozpoznać rysy 
jego twarzy, w każdym razie nie był to człowiek młody, a spora 
tusza i niski wzrost nie zdradzały tężyzny fizycznej. W ręku 
trzymał zapaloną latarkę, za to kabura z pistoletem przy pasku nie 
była nawet odpięta. 
— Myśleliście, ptaszyny, że was nikt nie zauważy? Chcieliście 
pod moim nosem okraść magazyn? — Strażnik zrobił krok w 
kierunku Albina i sięgnął wolną ręką do kabury. Zaliwski 
zrozumiał, że jeszcze moment i straci ostatnią szansę. Nie wahał 
się ani sekundy. Jeden skok i był już przy strażniku. Tamten 
gwałtownie szarpnął kaburę, pistoletu nie zdążył jednak 
odbezpieczyć. Potężne uderzenie głową zmiażdżyło mu szczękę. 
Strażnik rozpaczliwie zatrzepotał ramionami i runął na wznak 
niczym rażony piorunem. 
XVI 
— Kto zaczyna? 
— Rozdawał Franciszek. 
— W takim razie powiem: trefle. 

background image

— Pas. 
— Dwa karo. 
— Pas. 
— Trzy bez atu. 
— Znowu nam dołożyli. 
— Franciszku, miejże Boga w sercu! — Demski komicznym 
gestem podniósł obie ręce do góry. — Łupisz nas, że aż wióry 
lecą. 
— Skoro się dajecie... — Walendowski nie taił zadowolenia z 
dotychczasowego przebiegu gry. — W końcu brydż, to nie 
piczypolo. 
— Wistujesz, Teodor — ponaglił księgowego Trepanowicz. 
— Niech się dzieje wola nieba, dam dychę trefl. 
— Ciach ją pałaszem. 
2 — Droga bez... 
97 
— Oj, Teoś, Teos! — Pawlak z politowaniem pokiwał głową.'— 
Przy takim wiście będą mieli nad-róbkę. Czemu nie wyszedłeś w 
pika? 
— Panowie, karta — stół! 
Nadróbki wprawdzie nie było, ale dzięki niefortunnemu wistowi 
Demskiego Walendowskiemu udało się wygrać kontrakt, a wraz z 
nim całego robra. Pawlak skrzętnie zapisał wynik. Prawdę zresztą 
powiedziawszy niemal od pierwszego rozdania tego wieczoru 
sytuacja nie ulegała zmianie. Mimo miernych skądinąd 
umiejętności brydżowych dyrektor naczelny gromił pozostałych 
graczy, a na jego koncie zdążyła już się uzbierać całkiem pokaźna 
sumka. 
— No, panowie, proponuję pięć minut przerwy, na kielicha. — 
Trepanowicz nie czekając na odpowiedź sięgnął po butelkę pliski. 
— A może napijemy się kawusi? Żona zaraz zaparzy. 
— O ile się nie mylę, twoja pani już dawno poszła lulu — 
zauważył Pawlak. — Właśnie minęła trzecia. 
— Tak późno? — Walendowski nie bez zdziwienia spojrzał na 
zegarek. — Kto by pomyślał! ' 

background image

— Chyba wypadałoby zbierać się do domu. 
— Ależ trzecia, to całkiem młoda godzina — zaprotestował 
kadrowiec. — Z powodzeniem zagramy jeszcze ze dwa roberki. 
— A   następnym   razem   twoja   małżonka   nie 
98 
wpuści nas za próg. Wpadliśmy przecież tylko na godzinkę, a 
przesiedzieliśmy przy kartach prawie całą noc. 
— W takim razie proponuję strzemiennego. — Trepanowicz 
zachęcającym gestem wskazał napełnione właśnie kieliszki. — 
Tego mi chyba nie odmówicie. 
— Ma się rozumieć. 
— No, to zdrowie! 
Nieoczekiwanie w przedpokoju rozdzwonił się telefon. Popatrzyli' 
po sobie ze szczerym zdziwieniem. Kadrowiec pociągnął spory 
łyk ze swego kieliszka i mrucząc coś pod nosem wyszedł z 
pokoju. Nie słyszeli, czego dotyczyła rozmowa, kiedy jednak pół 
minuty później pojawił się ponownie, widać było, że telefon 
porządnie go zdenerwował. 
— Ktoś włamał się do magazynu naszych zakładów — powiedział 
cicho. — Jednego ze strażników odwieziono do szpitala. Jeszcze 
nie wiadomo, co zginęło. 
— Jasna cholera! — Pawlak aż zgrzytnął zębami. — Tylko tego 
nam brakowało. 
— Jedziemy! — Walendowski nie zastanawiał się ani chwili. — 
Oplem Jacka powinniśmy za kwadrans być na miejscu. 
— Trochę piłem... — Trepanowicz jak gdyby się zawahał. 
— Nie   marudź!   —   Franciszek   przeszedł  do 

porządku nad argumentem kadrowca. — Szkoda czasu! 
— Zaczekaj! — Demski przytrzymał naczelnego za łokieć. — 
Przez to parszywe włamanie milicja będzie węszyć po całym 
zakładzie. Niby nie powinni się do niczego przyczepić, ale z nimi 
nigdy nic nie wiadomo. Trzeba się jakoś zabezpieczyć. 
— Myślisz o Mikulskim? — Walendowski pojął w lot, o co 
chodzi księgowemu. 

background image

— Na twoim miejscu zaraz bym do niego zadzwonił. 
— O trzeciej w nocy? 
— Pora rzeczywiście niezbyt stosowna, ale lepiej nie odkładać 
tego do jutra. 
XVII 
Porucznik Michał Mazurek przykucnął przy obitych blachą 
drzwiach i przyświecając sobie latarką przez dłuższą chwilę 
przyglądał się najniższemu z zamków. 
— Zrobione wytrychem — podpowiedział stojący obok chorąży 
Pozorski. 
— Przecież widzę — przytaknął porucznik. — Gość musiał znać 
się na rzeczy, bo pierwszy lepszy amator nie poradziłby sobie z 
tym zamkiem. 
100 
— Przynajmniej Wiemy, że sprawcy należy szukać wśród 
zawodowców. 
— Gdyby tak jeszcze znaleźć choć jeden odcisk linii papilarnych. 
— Marzyciel. 
— No dobrze. — Mazurek wyprostował się i zgasił latarkę. — 
Dopilnuj, stary, żeby technicy zrobili wszystko, co trzeba, a ja 
tymczasem pogadam z drugim strażnikiem. 
Niewysoki, krępy mężczyzna koło pięćdziesiątki nerwowo 
przestępował z nogi na nogę i raz po raz zaciągał się papierosem. 
Na widok porucznika wyprężył się odruchowo. 
— Czy wiadomo już, co z Mietkiem? — zapytał. 
— Pański kolega jest pod dobrą opieką — oficer uśmiechnął się 
uspokajająco. — Raczej lekarze go z tego wyciągną. 
— Boże, dlaczego ja z nim nie poszedłem... 
— No właśnie — podchwycił Mazurek. — Może pan opowie 
wszystko po kolei. 
— O czym tu opowiadać — westchnął strażnik. — O dwudziestej 
przejęliśmy służbę. Dwie godziny później skończyła się druga 
zmiana i poza nami pies z kulawą nogą nie został na terenie 
zakładu. 
— Sprawdziliście? 

background image

— Ma się rozumieć. Zawsze po dwudziestej trzeciej robimy 
obchód. 

— I co było dalej? 
— Gdzieś koło pierwszej Mietek wyszedł na iwilę z budki. 
Wydało mu się, że słyszał jakieś ?dejrzane hałasy, obeszliśmy 
więc hale i biuro-iec, ale nic podejrzanego nie zauważyliśmy. 
Mie-'k postanowił sprawdzić jeszcze magazyny, a ja róciłem do 
siebie zaparzyć herbatę. 
— Nie zaniepokoiła pana przedłużająca się nie-becność kolegi? 
— Mietka bolał tego dnia żołądek i myślałem, że o prostu siedzi w 
toalecie. Dopiero koło drugiej oś mnie tknęło. Poszedłem pod 
magazyny i auważyłem, że furtka nie jest zamknięta. — Jak dyby 
dla uściślenia swych słów wskazał wysoką iatkę przegradzającą 
wybrukowane trylinką pod-/órko. —.Drzwi do magazynu też były 
otwarte, a w rodku leżał Mietek. 
— Sprawdzał pan, co zginęło? 
— Nie miałem do tego głowy. Pierwsza rzecz ataszczyłem Mietka 
do naszej budki. Coś biedak namrotał, ale nie mogłem go 
zrozumieć. Zadzwo-liłem po pogotowie, potem na milicję. Resztę 
już tan zna. 
— Obaj panowie byliście uzbrojeni? — zapytał >orucznik. 
— Owszem, podczas służby mamy pistolety. — itrażnik klepnął 
się znacząco po zapiętej kaburze. 
— A co się stało z bronią pańskiego kolegi? 

— Kiedy go znalazłem, nie miał, jej przy sobie. 
— Na podwórku ani w magazynie 'też pistoletu nie widać. 
— Może zabrał go ten sam bandzior, który rozbił Mietkowi 
głowę? — zamyślił się strażnik. — Przecież tetenka to nie igła, w 
byle szparze jej nie schowa... 
Oficer' zamierzał właśnie zadać jeszcze jakieś pytanie, kiedy od 
strony bramy dobiegł ich niecierpliwy ryk klaksonu. Strażnik 
odwrócił się i niemal biegiem ruszył w tamtym kierunku. Mazurek 
na wszelki wypadek podążył za nim. Chwilę później dostrzegł 

background image

kremowego opla i czterech elegancko ubranych mężczyzn. Byli 
wyraźnie podenerwowani i gestykulując dyskutowali o czymś ze 
sprawującym aktualnie pieczę nad bramą młodym 
funkcjonariuszem w mundurze kaprala MO. 
— Panowie z dyrekcji? — domyślił się porucznik. 
— Walendowski jestem. — Właśnie zostałem powiadomiony o 
włamaniu. 
— Dobrze, że pan przyjechał. Łatwiej nam będzie uctalić 
rozmiary kradzieży. 
— Nasz główny księgowy natychmiast zabezpieczy kartoteki — 
zarządził Franciszek. — A my z inżynierem Pawlakiem 
chcielibyśmy obejrzeć ten magazyn. 
— Bardzo proszę. 
103 
— Telefonowałem też do prokuratora Mikul-iego. Zgodził się 
zaraz przyjechać. Tylko patrzeć, jak sprowadzi orkiestrę i zabierze 
g do okolicznołciowego przemówienia — sarka-ycznie pomyślał 
Mazurek. — Po pioruna tyle szystkiego przy tuzinkowym 
włamaniu. 
XVIII 

— Wyprowadzisz, kochanie, Filipka? — ('anda przymilnie 
cmoknęła Adama w policzek. 
— Już późno. 
— No właśnie — skwapliwie podchwyciła nie-rzemyślany 
argument — a Ja muszę się jeszcze malować. 
Nim Tryehrter zdążył cokolwiek odpowiedzieć, łmknęła za sobą 
drzwi łazienki^ Chcąc nie chcąc djął z wieszaka psią obrożę i 
zapiął ją bassetowi. 
Na windę przyszło im czekać przez dobrą linutę. Wreszcie zjechali 
na dół i zaczął się odzienny marsz od drzewka do drzewka. Basset 
bwąchiwał wszystkie starannie, ale jakoś nie kwa-ił się, by 
charakterystycznym ruchem podnieść f\ną łapę, dobrze wiedział, 
że gdy tylko załatwi woje potrzeby, zostanie brutalnie zaciągnięty 
z owrotem do domu. 

background image

04 
Groźby ani zachęty, niestety, nie odnosiły żad' nego rezultatu i 
Adamowi nie pozostawało nk innego, jak cierpliwie dreptać za 
rozpatkudzonyrr pupilem Nowackiej. Zrezygnowanym gettem 
sięgnął po papierosy. Dwie pierwsze zapałki ani run nie chciały 
się zapalić. Próbował właśnie Irmlf kiedy jakiś niewysoki, 
szczupły brunet Z drobnym wąsikiem podsunął mu zapalniczkę. 
— Bardzo proszę, panią Trychner. — Ledwll wyczuwalny, obcy 
akcent zdradzał cudzoziemca, bądź kogoś, kto długie lata spędził 
poza granicami kraju. 
— Dziękuję. — Adam łapczywie zagajnął ilę 
dymem. 
— Co u pana słychać! 
— Przepraszam. — Trychner zmler«ył tamtego nieufnym 
spojrzeniem. — My się znamy? 
— W pewnym samie. 
— Nie rozumiem. 
— Ja wiem o panu prawie wszystko. Niestety, pan zignorował 
moje zaproszenie na spotkanie pod pomnikiem Szopena. 
— Więc to pan zostawił tę widokówkę? 
— Właśnie. 
— I w tym celu musiał pan włamywać się do mojego 
mieszkania?! — Adam gniewnie zmarszczył brwi. — Jeśli był to 
żart, to w bardzo kiepskim stylu. 

— Kwestia gustu — tamten niemal prowokacyjne zbagatelizował 
sprawę. 
— Wypraszam sobie! 
— Ach, prawda! — Mężczyzna z wąsikiem uznał, :e najwyższy 
już czas zmienić temat. — Nie przed-tawiłem się jeszcze. Może 
pan do mnie mówić Maurice, Zupełnie tak samo, jak do mojego 
przyja-:iela z Tulónu, który swojego czasu poratował pana n 
biedzie. 
— Pamiętam. 
— Obawiam się, że o wszystkim zdążył pan jednak zapomnieć — 

background image

jego głos nagle stwardniał. — A Drzecież przymierał pan głodem, 
kiedy daliśmy Danu pierwszych pięćset franków na ułożenie sobie 
życia. Potem jeszcze dwukrotnie otrzymał pan od nas pieniądze, 
by w końcu na nasz koszt wrócić do Polski. Zgadza się, panie 
Trychner? 
— Zwrócę wam wszystko, co do grosza. 
— Nigdy w to nie wątpiłem. Swego czasu podpisał pan nawet 
stosowne zobowiązanie. Sęk tylko w tym, że my nie chcemy 
franków ani złotówek. Abyśmy żyli w zgodzie, musi pan teraz 
swój dług odpracować. 
— Pan żąda ode mnie... 
— Będzie to kilka zupełnie niewinnych przysług. — Maurice nie 
pozwolił dokończyć Adamowi. 
— Za te przysługi można długie lata spędzić w kryminale. 
106 
— Bez przesady, panie Trychner. — Maurice błysnął zębami w 
szerokim uśmiechu. — Bez przesady... Nie każdy przecież wpada. 
Zresztą zapewniam pana, że szybko damy panu spokój. 
?— A gdybym odmówił? 
— Pańskie tulońskie zobowiązanie trafi na biurko któregoś z 
funkcjonariuszy waszej Służby Bezpieczeństwa i faktycznie 
powędruje pan za kratki. 
— To jest szantaż! 
— Ciszej, bo jeszcze ktoś niepowołany zainteresuje się naszą 
rozmową i niepotrzebnie napyta pan sobie biedy. No, ale na mnie 
już czas — Maurice wyciągnął rękę na pożegnanie. — Niech pan 
sobie wszystko spokojnie przemyśli, a podczas następnego 
spotkania z pewnością dojdziemy do porozumienia. 
— Nie sądzę. 
— Nawet gdyby czekały na pana śliczne, nowiutkie franki? Tutaj 
kupiłby pan za nie znacznie więcej niż w Tulonie. 
XIX 
— Dzień dobry, panie Gocławski! — Mazurek przysunął sobie 
taboret do łóżka strażnika. — Jak się pan czuje? 

background image

— Raczej kiepsko, panie poruczniku. 
— Lekarze twierdzą, że za kilka dni wróci pan do domu. 
— Dałby Bóg. 
— Dostanie pan też odszkodowanie. Koniec końców uległ pan 
wypadkowi przy pracy. 
— Ładny mi wypadek! — żachnął się Cocław-ski. — Nakryłem 
włamywaczy pod drzwiami magazynu. Zanim sięgnąłem po 
pistolet, jeden z bandziorów strzelił mnie bykiem w szczękę; że 
się nogami nakryłem. Padając musiałem rąbnąć głową w trylinkę, 
bo obudzili mnie dopiero w szpitalu. Tak to wygląda, panie 
poruczniku. 
— Broń panu zabrali? 
— Mnie została tylko pusta kabura. Jeśli pistolet nie leży gdzieś 
pod magazynem, to pewno niebawem znów posłuży do jakiegoś 
napadu. Po tych draniach wszystkiego można się spodziewać. 
— Pamięta pan, ilu było włamywaczy? 
— Trzech. 
— Mógłby pan ich opisać? 
— Było ciemno, a ja nawet nie miałem czasu im się przyjrzeć. 
Ledwo podszedłem, zaraz przyłożyli mi w szczękę. 
— Coś musiał pan jednak zauważyć — oficer nie ustępował. — 
Może któryś z nich miał brodę albo wąsy? Dla nas każdy szczegół 
jest ważny. 
— Ten, od którego oberwałem, był trochę łysy i miał gębę 
boksera. 
108 
— A pozostali dwaj? 
— Bóg mi świadkiem, że nie potrafię powiedzieć. 
— Rozpoznałby pan któregoś na fotografii? — Mazurek sięgnął 
do teczki po pękaty album ze zdjęciami ludzi z warszawskiego 
półświatka. 
— Szczerze wątpię — strażnik bezradnie rozłożył ręce. — Nawet 
gdyby pokazał pan mi ich na żywo, miałbym wątpliwości. 
Mimo wszystko porucznik podsunął Gocław-skiemu fotografie. 
Strażnik przez dobre pół godziny wertował album, przy 

background image

niektórych zdjęciach zatrzymywał się dłużej, nie zdołał jednak 
nikogo rozpoznać. Oficer nie taił swego rozczarowania, nie 
pozostawało mu nic innego, jak schować album i pożegnać się z 
Gocławskim. Wszystko wskazywało na to, że dochodzenie w 
sprawie włamania do magazynu Zakładów Elektronicznych nie 
będzie należało do najprostszych. 
Niespełna trzy kwadranse później Mazurek wkroczył do gabinetu 
Teodora Demskiego. W środku było aż szaro od papierosowego 
dymu i porucznik z trudem powstrzymał się, by nie uciec na 
świeże powietrze. Prócz głównego księgowego siedzieli w 
gabinecie: Walendowski, Pawlak, Trepanowicz, a ku zaskoczeniu 
oficera również i Mikulski. 
— Co pan ustalił? — bez żadnych wstępów zagadnął prokurator. 
— Obawiam się, że z Gocławskiego nie będzie 

my mieli pociechy — westchnął funkcjonariusz. — Pokazałem 
mu zdjęcia co najmniej setki warszawskich włamywaczy, ale 
żadnego nie rozpoznał. Wie tylko, że złodziei było trzech i że 
jeden z nich miał łysinę. 
— To niewiele. 
— A czy wiadomo już, jakie są straty? — teraz pytanie zadał 
Mazurek. 
— Na wyniki szczegółowej inwentaryzacji będziemy musieli 
jeszcze poczekać — wyręczył "Mikulskiego Demski. — Ze 
wstępnego szacunku wynika jednak, że firmowa kiesa doznała 
uszczerbku rzędu dwóch i pół miliona złotych. 
• — Co takiego?! — porucznik z niedowierzaniem potrząsnął 
głową. 
— Złoto i srebro są w cenie — wyjaśnił główny księgowy. — 
Nawet w postaci przemysłowych półfabrykatów. 
— Prócz tego zginęło sporo drutu żarnikowe-go — uzupełnił 
prokurator. 
— Po pioruna złodziejom stop wolframowy? 
— Może myśleli, że to srebro? — podpowiedział Walendowski. 
— Było ciemno, musieli się spieszyć... 

background image

— Pomalutku wyjaśnimy wszystkie szczegóły — optymistycznie 
zapowiedział Mikulski. — Niech pan zajmie się penetracją tak 
zwanego „elementu" — zwrócił się do oficera — a ja osobiście 
dopilnuję rozliczenia magazynu i przesłucham pracowników. 

"XX 
— Melduję się, obywatelu pułkowniku! — lodecki służbiście 
stuknął obcasami. — Obywatel pułkownik mnie wzywał? 
— Siadaj. — Kuglarz wskazał podwładnemu krzesło po drugiej 
stronie ciężkiego stylowego biurka. — Mam dla ciebie nową 
robotę. 
— Jakżeby inaczej — roześmiał się kapitan. — Szef zawsze 
wzywa do siebie, by rozliczyć ze starej albo wlepić nową sprawę. 
— Tym razem chodzi o Zakłady Elektroniczne. 
— Obawiam się,, że nigdy nie miałem jeszcze do czynienia z 
nikim związanym z tą firmą. 
— W twoim wieku pamięć nie powinna zawodzić. — Naczelnik z 
dezaprobatą potrząsnął głową. 
— Nie rozumiem? 
— Przecież nie tak dawno przesłuchiwałeś niejakiego Adama 
Trychnera. 
— Myśli pan o tym facecie, który nielegalnie przedłużył sobie 
pobyt we Francji, a teraz wrócił? 
— Właśnie. 
— Prawda! — Jodecki z rozmachem stuknął się w .' czoło. — On 
przed wyjazdem pracował w Zakładach Elektronicznych. 
— Od niedawna ponownie tam pracuje. 
— Czyżby coś narozrabiał? 
111 
— Póki co, nie mamy do niego żadnych zastrzeżeń — powiedział 
pułkownik. 
— Skoro Trychner jest w porządku, to co Służb* Bezpieczeństwa 
może mieć do Zakładów Elektro* 
nicznych? 
— Zeszłej nocy dokonano tam włamania do magazynu. Straty 

background image

ocenia się na dwa i pół miliona złotych. 
— Fiu, fiul A to się złodzieje obłowiliI — kapitan aż gwizdnął z 
wrażenia. — WjjMpda trzymać kciuk! za milicję, żeby złapała 
sprawców. 
. — Osobiście znam skuteczniejsze metody Śledcze niż trzymanie 
kciuków — zażartował pułkownik. 
— Obywatel pułkownik chce mnie w to wrobić? — Jodecki 
wyraźnie zmarkotniał. — W zwykłe włamanie? 
— We włamanie za dwa i pół miliona — sprostował naczelnik z 
naciskiem. — Pomożesz porucznikowi Mazurkowi, a poza tym... 
— Tak? — podchwycił kapitan. 
— Widzisz, synu, coś mi się w tym wszystkim nie podoba. — 
Słowa Kuglarza zabrzmiały bardzo szczerze i jakoś zgoła nie 
służbowo. — M6J stary nos, to niby w końcu żaden argument, ale 
lepiej żebyś jednak przewąchał, co w trawie piszczy. 
112 

Drobny płatek śniegu zakręcił się kilka razy w powietrzu, nim 
osiadł na gałązce małej sosenki. Po chwili dołączyły do niego 
następny i trzeci, który wylądował na kolbie drylingu Dem-
^kiego. Teodor odetchnął pełną piersią. Pierwszy śnieg był 
nieomylnym zwiastunem, że zaczyna się już zima. . 
Gdzieś dalej, w głębi niezbyt gęstego, mieszanego zagajnika 
zaszczekał pies. Księgowy zamarł w bezruchu. Tego dnia brali już 
piąty miot. Trzy pierwsze były całkiem puste, w czwartym nie 
wiadomo skąd zawieruszyła się łania z cielakiem, dziki jednak 
widać przeczuły, że będą celem polowania, bo jak dotąd żaden z 
myśliwych ani jednego nie widział. 
Pies ponownie zaszczekał, moment później zawtórował mu drugi. 
Coś głośno zachrzęściło w zagajniku. Najwyraźniej psy wytropiły 
jakieś zwierzę i pędziły je wprost na Demskiego. Wlepił wzrok w 
zagajnik, usiłując zgadnąć, co to takiego. Oczyma wyobraźni 
widział już dorodnego odyńca z medalowym orężem. Stanowisko 
miał nie najgorsze, od biedy można tu było strzelać na 
dwadzieścia kroków od linii. Psy szczekały coraz bliżej. Teodor 

background image

złożył się i przesunął bezpiecznik. Jeszcze osiemdziesiąt metrów, 
jeszcze pięćdziesiąt... 
Zamiast dzika wypadła na linię mała, nieprzy 
8 — Droga bez.. 
113 
tomna ze strachu sarenka. Przystanęła na moment, popatrzyła na 
księgowego błagalnym spojrzeniem i jak strzała puściła się 
między poprzerastaną jałowcem drągowinę po drugiej stronie linii. 
W ślad za nią pomknęły z głośnym jazgotem dwa niezbyt rasowe 
foksteriery. 
— Czemu pan nie strzelał?! — W głosie zajmującego sąsiednie 
stanowisko Mikulskiego zabrzmiała wyraźna pretensja. — Miał ją 
pan na dziesięć kroków. 
— W miot do zwierzyny płowej nie wolno. 
— Kto mówi o strzelaniu w miot — żachnął się prokurator. — 
Mógł ją pan lać na linii, potem w drągowinie. Leśniczy mówił 
przecież, żeby strzelać kozy. 
— Ciszej, do jasnej cholery! — warknął stojący dalej 
Grzebieniowski. — Cała zwierzyna ucieknie, tak się drzecie. 
Niemal w tym samym momencie po drugiej stronie zagajnika 
huknął strzał. Umilkli jak na komendę. Chwilę później znowu ktoś 
strzelił i prawie natychmiast poprawił z drugiej rury. Jeden z 
goniących sarnę foksterierów zawrócił i co sił pognał w stronę 
kanonady. Chwilę później na linii pojawił się drugi foksterier. 
Chyba i on poczuł dzika, bo zje-żywszy sierść wbiegł truchtem w 
zagajnik. 
Przez dobre pół minuty nic się nie działo. Demski myślał już, że 
dzik uciekł albo został trafiony, kiedy 

psy rozszczekały się ponownie i to nie dalej, niż jakieś sto metrów 
od niego. W zagajniku zatrzeszczały łamane gałązki. Teodor 
dostrzegł kątem oka składającego się Grzebieniowskiego. Padł 
strzał, potem drugi i dyrektor techniczny złamał dubeltówkę. 
Księgowy, na wszelki wypadek przyłożył dry-ling do ramienia. 
Coś mignęło mu między drzewami. Wypalił, prawie nie celując. 

background image

Jakiś ciemny kształt wyrwał do przodu, niczym wyrzucony z 
katapulty. Dwa kolejne strzały były już całkiem na wiwat, o dziwo 
jednak dzik padł nagle na ziemię i znieruchomiał. 
— Dostał! — Demski nie mógł powstrzymać się od okrzyku 
pełnego triumfu. 
— Zaraz policzymy, ile ma dziur. Grzałem do niego dwa razy — 
powiedział Grzebieniowski. 
— A ja trzy — Teodor nie myślał dzielić się z nikim prawem do 
zdobyczy. — Raz kulą i dwukrotnie brenekami. 
Po drugiej stronie zagajnika ktoś zadął w myśliwską trąbkę. Miot 
był zakończony i uczestnicy polowania z wolna zaczęli się 
schodzić ku stanowisku księgowego. Chwilę później dzik został 
wyciągnięty na linię. Nie był duży, miał nie więcej niż jakieś 
czterdzieści kilo, ale nie umniejszało to satysfakcji Demskiego, 
zwłaszcza że myśliwi doliczyli śię w tuszy jednej tylko kuli. 
Ktoś wspomniał o  parującym w  leśniczówce 
115 
Bryndzyńskiego bigosie Postanowiono zrobić przerwę na obiad. 
Do piaszczystej, leśnej drogi nie mieli daleko. Zataszczyli 
wypatroszonego dziką do stojącego u wylotu linii żuka, sami 
również stłoczyli się na drewnianych ławeczkach pod plandeką i 
zdezelowany cokolwiek samochód ruszył, trzęsąc niemiłosiernie 
na licznych wybojach. 
— Polowanie polowaniem, ale co słychać w sprawie włamanja do 
naszego magazynu? - Wa-lendowski pochylił się w stronę 
siedzącego obok Mikulskiego. — Wczoraj do późna w nocy 
przesłuchiwał pan moich pracowników. Powiedzieli panu coś 
ciekawego? 
- Jeszcze dzisiaj z samego rana, tuż przed wyjazdem, 
rozmawiałem z, niejakim Trychnerem — sprostował prokurator. 
— A sprawa, jak sprawa — wrócił do zasadniczego tematu. — 
Powoli posuwa się do przodu, a przy okazji wychodzą inne 
sprawki. Coś czuję, że w najbliższym czasie będziemy się 
widywać me tylko prywatnie, na polowaniach. 
Strasznie pan tajemniczy, panie Andrzeju. 

background image

- Taki mój zawód. 
- I nie zdradzi się pan nawer słówkiem? 
- Bez przesady. — Mikulski dobrodusznie potrząsnął głową — W 
końcu znamy się nie od -dziś i z panem mogę^być szczery. 
Czyżby coś u nas było nie tak?! — Franciszek 
116 
nieświadomie podniósł głos. Nigdy w to nie uwierzę! 
- Przecież ja nic nie powiedziałem — zbagatelizował sprawę 
prokurator. — A zresztą zostawmy to teraz. Nam też należy się 
odrobina odpoczynku. 
— Racja — przytaknął Walendowski. — Zjemy bigosik i dalej w 
knieję. 
— Może wieczorem zapolowalibyśmy indywidualnie? — 
zaproponował Trepanowicz. — Mamy odstrzały na łanie, kozy i 
koźlaki. Każdy zasadziłby się na ambonie albo przy jakimś zrębie. 
— Czemu nie! — podchwycił Demski. — Dzik już jest, 
przydałaby się i sarna. 
— Panowie macie drylingi — zaoponował Mikulski — ale co ja 
zrobię sarnie dubeltówką? Musiałaby do mnie przyjść na 
czterdzieści kroków, a to przecież marzenie ściętej głowy. 
— Nasz leśniczy ma sztucei i kniejówkę. — Walendowski z 
rozmachem stuknął się w czoło. — Więc jak, panie Gienku, 
pożyczy pan naszemu gościowi długą lufę? 
— Nie ma sprawy. — Bryndzyński nie stawiał przeszkód. — 
Komu jak komu, ale prokuratorowi można zawierzyć. 
— Znaczy, po kłopocie. 
— Niezupełnie! — mruknął Grzebieniowski. — Ja i Benek też 
mamy tylko dubeltówki. Nikt nam wcześniej nie wspomniał o 
polowaniu indywidualnym. 

— Daj spokój! — Pawlak bezceremonialnie szturchnął 
Władysława. — Ja i tak wolę przelecieć się nad bagienko ha 
kaczki, a do tego sztucer niepotrzebny. 
— Kto poluje na zwierza, nie strzela do pierza. 
— Ależ, panowie! — Franciszek uznał za stosowne przywołać 

background image

wszystkich do porządku. — Większość jest za tym, żeby po 
obiedzie polować indywidualnie. Uważam sprawę za przesądzoną 
XXII 
— Nastrzelał pan tych kaczek, panie Benedykcie, że aż strach! — 
Bryndzyński z uznaniem popatrzył na pełne troki Pawlaka. — 
Inna rzecz, że na bagienku trzymają się ich całe stada. 
— A jak inni? — dyrektor ekonomiczny udał, że bagatelizuje 
pochwałę leśniczego. — Las drżał w posadach, taka była 
kanonada. 
— Pan Teodor jest królem królów. 
— Naprawdę? 
— Strzelił łanię — dopowiedział Walendowski. 
— Dużą? 
— Coś około sześćdziesięciu kilo. 
— Tylko powinszować: najpierw dzik, teraz łania. 
— Szef też ma się czym pochwalić — wtrącił 
118 
księgowy. — Strzelił piękną sarnę. Możesz zobaczyć, wisi w 
szopie. 
— Jednym słowem polowanie się udało! 
— Może dołożymy jeszcze coś do pokotu, jak wrócą Mikulski, 
Grzebieniowski i Trepanowicz. 
Władysław dotarł do leśniczówki w niespełna pół godziny po 
Benedykcie, mimo że ubyło mu kilka naboi, żadną zdobyczą się 
nie pochwalił. Z kwaśną miną zabrał się do rozkładania 
dubeltówki i nawet nie poszedł obejrzeć łani Demskiego ani sarny 
Walendowskiego. Kiepski humor dyrektora technicznego nie 
wpłynął źle na pozostałych myśliwych. Z apetytem zasiedli do 
odgrzanego przez leśniczynę bigosu, któryś wyciągnął nawet 
piersiówkę jarzębiaku. Ani się spostrzegli, kiedy zapadła noc. 
— Trzeba już wracać' do Warszawy, a .tych nie ma — zaniepokoił 
się Franciszek. — Może zabłądzili? 
— Jacek poluje z nami od kilku lat, ale Mikulski zupełnie nie zna 
lasu — mruknął Teodor. — Należałoby go poszukać. 
— WezTrry żuka i przejedźmy się po obwodzie — zaproponował 

background image

Bryndzyński. — Nigdzie dalej przecież nie poszli. 
— Przy okazji podrzućcie mnie do Brzózek — poprosił 
Grzebieniowski. — Siadam w swój wóz i wracam do domu. 

— Coś ty, Władek?! — Obruszył się Demski. — Przecież nie 
wypada! 
— Guzik mnie to obchodzi! — Dyrektor techniczny ostentacyjnie 
wzruszył ramionami — Mam dość. A jeśli chodzi o wasz powrót, 
to zostają samochody: twój i Jacka, nie mówiąc już o żuku. 
Miejsca aż nadto. 
— Mimo wszystko powinieneś poczekać. 
— Pies z nim tańcował! — zdenerwował się Walendowski. — 
Chce, to niech jedzie. Potrzebny nam tu jak dziura w moście. 
Uznali sprawę za przesądzoną i zabrawszy z sionki kurtki wyszli 
na podwórko. Pod szopą, obok żuka, stały: opel Trepanowicza i 
polonez Teodora. 
— Korona by mu ze łba nie spadła, gdyby podjeżdżał swoim 
wozem pod samą leśniczówkę .— Pawlak nie mógł powstrzymać 
się od zgryźliwej uwagi pod adresem Grzebieniowskiego. — 
Myślałby kto, że jego łada taka delikatna. 
— Odczep się! 
Władek miał zamiar odpowiedzieć coś dosadniej Benedyktowi, 
ale kierowca zapuścił właśnie silnik żuka i ostrożnie zaczął 
wyjeżdżać z podwórka na drogę. Myśliwi bez pośpiechu ruszyli za 
samochodem. Żuk ponownie przystanął i leśniczy otwierał 
właśnie drzwiczki, by zająć miejsce obok kierowcy, kiedy ten 
przełączył światła z miejskich na długie. 
— Tam ktoś idzie! — Bryndzyński z niedowie 
120 
rzaniem przymrużył oczy. — Ależ to pan Jacek. Boże, jak on 
wygląda! 
Drogą kuśtykał zataczając się Trepanowicz. Widać było, że 
ostatkiem sił stara się dobrnąć do leśniczówki. Rozdarta kurtka, 
podrapana twarz i zabłocone spodnie świadczyły wymownie, że 
spotkała go jakaś niemiła przygoda. 

background image

— Co się stało?! — Pawlak'z leśniczym podtrzymali kadrowca 
pod ramiona. 
— Szlag by to trafił! — jęknął Jacek. — Zachciało mi się lisa. 
— Jakiego znów lisa? 
— Poszedłem wzdłuż rzeczki do Czterech Kopców, tam, gdzie 
kiedyś była ambona nad urwiskiem. Przysiadłem sobie na 
chwilkę, aż tu nagle w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów 
mignęła mi ruda kita. Miałem śrut w jednej lufie, więc 
wygarnąłem do drania. Fiknął kozła i klapnął na samym skraju 
urwiska. 
— Myślałeś, że dostał? 
— Poszedłem po niego, jak po swego, nawet nie włożyłem 
nowego ładunku. Schylam się, żeby podnieść lisa za kitę, a ten mi 
chodu. Ja za nim, no i spieprzyłem się z piętnastu metrów r\a samo 
dno jaru. Dobrze, że wpadłem na drzewo, bo inaczej wykąpałbym 
się w rzeczce. 
— Bardzo się potłukłeś? 
— Gorzej, że chyba zwichnąłem nogę. Do Czte 

rech Kopców nie ma stąd więcej niż jakieś półtora, góra dwa 
kilometry, a sam nie wiem, jak długo lazłem. 
Lewa noga kadrowca w istocie wyglądała fatalnie. Napuchła do 
tego stopnia, że o zdjęciu buta nie mogło być nawet mowy, a przy 
byle dotknięciu Trepanowicz aż wzdrygał się z bólu. Domowe 
leczenie nie wchodziło w grę, nie pozostawało więc nic innego jak 
odwieźć niefortunnego myśliwego do lekarza. 
— Dawaj kluczyki i właź do swego wozu — Pawlak zdecydował 
się wziąć na siebie kłopotliwy skądinąd obowiązek 
odtransportowania kolegi. — Tylko schowaj pukawkę do 
pokrowca, bo medyk jeszcze pomyśli, że przyszliśmy go ustrzelić. 
— Dziękuję ci, Benek. — Jacek uśmiechnął się blado. — Sam już 
nie dałbym rady. 
— Będziecie jechać przez .Brzózki? — Grzebieniowski 
najwyraźniej nie zmienił raz powziętego zamiaru powrotu do 
Warszawy. 

background image

— Stąd nie ma innej drogi. 
— Zabierzecie mnie? 
— Czort z tobą! — Pawlakowi przeszła już złość do Władka. — 
Możesz wsiadać. 
Kwadrans później Benedykt uruchomił opla Tre-panowicza i 
samochód odjechał w kierunku Brzózek. Poszukiwania 
Mikulskiego spadły na Walendowskiego, Demskiego i  leśniczego. 
Chcąc nie chcąc wgramolili się do żuka i ruszyli spod 
leśniczówki. " 
Przez dobre dwadzieścia minut na chybił trafił przemierzali leśne 
drogi. W kqńcu zniecierpliwiony już nieco Franciszek kazał się 
kierowcy zatrzymać. 
— Właściwie to gdzie pan, panie Gienku, zaprowadził 
prokuratora? — zapytał Bryndzyńskiego. 
— Miał siedzieć na ambonie koło Krzywego Ziębu. Przed 
zmrokiem często wychodzą tam sarny • — Może jeszcze na nie 
czeka na tej ambonie. 
— Po takim ćmoku? Przecież nie ma nawet księ tyca. 
— Diabli go wiedzą. Na zbiorowym polowaniu niczego nie 
strzelił, sarny mu nie wyszły, więc sobie umyślił nie ruszać się do 
samego rana. 
— To niedaleko. Możemy sprawdzić. Podjechali pod zrąb, ale na 
ambdnie Mikulskiego 
nie b>ło. Próby szukania śladów przy latarce nie dały 
cDodziewanych rezultatów, podobnie zresztą jak pokrzykiwania 
kierowcy i Demskiego. Leśniczy zdecydi /vał się strzelić 
dwukrotnie w powietrze, jednak < dzewu również nie było. 
Prokurator przepadł jak kamień w wodę. 
— G.lzie go poniosło? — Teodor zaniepokoił się na doi e. 
— S jd do leśniczówki droga prosta jak strzelił — mrukn.J 
Bryndzyński. — Nie podobna zabłądzić. 
— Może poszedł nad rzeczkę? 
123 

—- Spotkałby Trepanowicza. 

background image

— Po ciemku mogli się nie zauważyć. 
— Mało prawdopodobne. Moim zdaniem prędzej już trafił na 
młodniki pod starym fortem. 
— Właśnie tam strzeliłem swoją łanię — zniecierpliwił się 
Demski. — Nie widziałem, żeby ktoś tam łaził poza mną, a jak 
wiecie, oko mam nie najgorsze. 
Na wszelki wypadek pojechali i nad rzeczkę, i w okolica 
zarośniętych młodniakiem pozostałości starego fortu. Niestety, 
Mikulskiego nigdzie nie było. Zniechęceni wrócili do leśniczówki 
i przez kilka minut bezradnie stali na podwórku, jak gdyby łudząc 
się, że prokurator za chwilę przymaszeruje z lasu. W końcu 
Walendowski spojrzał na zegarek. Dochodziła północ i trzeba było 
coś postanowić. 
— Co robimy? — Teodor najwyraźniej był zmartwiony. 
— Nie ma rady — westchnął Franciszek. — Ja muszę wracać do 
Warszawy, a ty zostaniesz w leśniczówce. 
— No, nie wiem... 
— Jutro z Gienkiem przetrząśnięcie porządnie okolicę. — 
Walendowski jak zwykle nie dopuszczał sprzeciwu. — Zajrzyjcie 
do Brzózek i do Bielic. W razie czego poproście o pomoc 
posterunek MO. Wystawię ci na trzy dni delegację na wypadek 
jakiejś kontroli z zewnątrz, nie musisz więc się niczym 
przejmować. 
124 
— Weźmiesz mój wóz? 
Przecież musisz mieć jakiś środek lokomocji — zaprzeczył 
Franciszek. — Żuk i tak jest jutro potrzebny w zakładzie, 
przemęczę się więc w kabi-•nie kierowcy. 
Nie zazdroszczę podróży. 
— Cóż poradzić. Głową muru nie przebijesz. 
XXIII* 
Mazurek wysiadł z tiamwaju i wraz z liczną grupą przechodniów 
przeszedł po pasach na drugą stronę ulicy i chwilę później mijał 
już dyżurkę przy wejściu do Dzielnicowego Urzędu Spraw 
Wewnętrznych. 

background image

— Czołem! — rzucił, ziewając niemiłosiernie. Jest coś dla mnie? 
— Przed kwadransem pytał o ciebie Pozorski. — Oficer dyżurny 
znacząco postukał palcem w tarczę zegarka. — Tylko patrzeć, 
kiedy również i nasz stary zainteresuje się, o której 
zwykłeś'przychodzić do roboty. 
- Doba ma dwadzieścia cztery godziny — obruszył się porucznik 
— z czego osiem mam prawo spędzić we własnym łóżku. Poza 
tym dzisiaj jest poniedziałek. 
125 
— Powiedz to komendantowi. 
— Jak będę szedł na emeryturę, to powiem. Póki, co, muszę się 
jeszcze trochę pomęczyć. 
Skinął oficerowi dyżurnemu i bez pośpiechu wszedł na pierwsze 
piętro. Pozorskiego zastał w otwartych drzwiach swego pokoju. 
— No, jesteś wreszcie! — Chorąży był wyraźnie zniecierpliwiony. 
— Przed chwilą pytał o ciebie naczelnik. 
— I dlatego poleciałeś robić raban u dyżurnego? 
— Właśnie 
— Trzeba było powiedzieć, że jestem w terenie. 
— Powiedziałem. 
— Nie rozumiem więc, w czym problem? — Mazurek zdjął 
ortalionową kurtkę i powiesił ją na wieszaku. — Zaspokoiłeś 
niezdrową ciekawość starego i po kłopocie. 
— Zachowujesz się, jak gdyby to nasze włamanie obchodziło cię 
tyle, co zeszłoroczny śrweg! — W głosie Pozorskiego zabrzmiała 
niekłamana pretensja. — Człowieku, ' przecież ukradli dwa i pół 
miliona! 
— Włamanie jest zawsze włamaniem, niezależnie; czy rąbną dwa 
i pół miliona, czy kilka złotych. — Porucznika nic dzisiaj nie było 
w stanie wyprowadzić z równowagi. — A zamiast strzępić język 
po próżnicy, powiedz lepiej, co ustaliłeś. 
— Sęk w tym, że niewiele. 

— W takim razie mogłeś w ogóle do mnie nie przychodzić. — 
Mazurek zabrał się do otwierania szafy pancernej. — Ja też wiem, 

background image

że nic nie wiem. 
— Od piątku latam jak kot z pęcherzem — poskarżył się chorąży. 
— Czy to moja wina, że w kartotekach i raportach niczego nie 
ma? Krytycznej nocy nie legitymowano w pobliżu Zakładów 
Elektronicznych nikogo podejrzanego,, nie było żadnych 
sygnałów, by ktokolwiek z warszawskiego półświatka interesował 
się magazynem tej firmy, a na domiar złego lista podejrzanych 
włamywaczy liczy ni mniej ni więcej, tylko czterdzieści osiem 
nazwisk, 
— Jeśli sprawdzisz dwóch dziennie, to za miesiąc będziesz gotów. 
— Niestety, nie pozostaje nam nic innego. 
— Dobra, dobra! — Oficer niecierpliwie machnął ręką na znak, że 
nie ma zamiaru dyskutować. — Póki co, wszystkie raporty, 
meldunki i kartoteki opraw sobie w ramki. 
— Co zamierzasz? 
— Najpierw zaparzę sobie herbatę, bo w domu nie zdążyłem 
napić się niczego poza zwykłą kra-nówką — rozbrajająco wyjaśnił 
Mazurek. — Jeśli ładnie poprosisz, to i ciebie poczęstuję. 
— A potem? * 
— Pójdziemy na Gwiaździstą, do Klusika. 
— Do kogo? 
— Według oficjalnej nomenklatury notoiycznego 
* I 
127 
pasożyta i kryminalisty po kilku odsiadkach. Traf chciał, że 
jeszcze przed tym włamaniem dorwałem go, jak kradł mleko 
sprzed sklepu. , — Co ma piernik do wiatraka? 
— Pewno niewiele, ale nigdy nic nie wiadomo... Było już dobrze 
po godzinie dziesiątej, kiedy 
służbowy fiat zatrzymał się przed starą kamienicą przy ulicy 
Gwiaździstej. Funkcjonariusze minęli ciemną klatkę schodową i 
zeszli do wysokiej sutereny. Drzwi otworzył im niewysoki, blisko 
pięćdziesięcioletni, sądząc z wyglądu, mężczyzna o maleńkich, 
głęboko osadzonych oczkach i zabarwionym na fioletowo czubku 
nosa. 

background image

— Moje uszanowanie kochanej władzy — skłonił się 
kurtuazyjnie, t- Władza na pewno do mnie? 
— Nie tyle do ciebie, co po ciebie — sprostował porucznik. — 
Zabierz ciepłe gacie, podkoszulek, jakiś sweter i szczoteczkę do 
zębów. 
— Jezus, Maria! — Klusik aż pobielał z wrażenia. — Panowie, 
chcecie mnie posadzić?! 
— Bystry jesteś — beznamiętnie przytaknął oficer. 
— Ale za co? 
— Za mleko sprzed sklepu. 
— Przecież wtedy mnie pan puścił. 
— Wtedy puściłem, a teraz wsadzę. 
— Miejże pan Boga w sercu! — Kryminalista iście teatralnym 
gestem załamał ręce. — Zamykać czło 
128 
wieka za głupie mleko? Wracałem od kolegi, suszyło mnie, a 
sklepy o czwartej nieczynne. Buteleczki stały na wierzchu i tak się 
jakoś złożyło... 
— O ile pamiętam, zawsze miałeś lepkie ręce. Sześć wyroków za 
kradzieże, to mówi samo za siebie. 
— Przecież ja mogę zapłacić — jęknął Klusik pojednawczo. — 
Pójdziemy zaraz do tego sklepu i przy panu oddam mamonę. 
. — Nie ma mowy. 
— Po co pan ma się fatygować? — kryminalista spróbował z innej 
beczki. — Będzie pan musiał pisać różne protokoły i notatki, a 
kolegium nie da mi przecież więcej niż trzy miesiące. 
— No właśnie — podchwycił Mazurek. — Trzy miesiące miną, 
jak z bicza strzelił. .Odsiedzisz swoje i będziemy żyli w zgodzie. 
— Władzuniu kochana, ja już nigdy więcej —-Klusik całkiem się 
załamał. — Naprawdę! 
— Czy ja wiem? — porucznik udał, że się waha. — Może tym 
razem mu darować? — mrugnął do Pozorskiego. 
— Jeśli by sobie zasłużył... 
— Zrobię wszystko, co tylko panowie każeciel — Kryminalista 
uczepił się kurczowo tej nadziei. — Jak Boga kocham! 

background image

— Interesuje nas włamanie do magazynu Zakładów 
Elektronicznych. — Oficer uznał, że Klusik 
9 — Droga oez... 
129 
/ zmiękł dostatecznie, by przystąpić do rzeczy ,..— Podpieprzyli 
srebro, drut żarnikowy i takie tam różne... 
— Pierwsze .słyszę. — Na twarzy kryminalisty pojawiło się 
bezgraniczne zmartwienie. — Powiedziałbym panu, ale nikt mi się 
jakoś nie pochwalił. 
— Szkoda. 
», — Ogromnie mi przykro... Oczywiście spróbuję się czegoś 
dowiedzieć. 
— Nie wątpię — westchnął Mazurek. — No cóż, za trzy miesiące 
wrócimy do tematu, a póki co, naszykuj sobie jednak te ciepłe 
gacie i szczoteczkę. 
— Nie, nie!! — Na samo wspomnienie aresztu nogi znowu 
zatrzęsły się pod Klusikiem., — Ja wszystko powiem! 
— No więc? 
— Nie wiem, kto zrobił ten .skok — zastrzegł się na wszelki 
wypadek — ale słyszałem, że w czwartek wieczorem ktoś 
pożyczał narzędzia od Fredka Jackowskiego. 
— Gdzie on mieszka? 
— Na Wileńskiej, pod siódmym. 
— No widzisz, Klusik. — Twarz porucznika rozjaśniła się w 
szerokim uśmiechu. — Trzeba tak było od razu. Obaj 
zaoszczędzilibyśmy sobie nerwów i czasu. 
Niespełna pół godziny później funkcjonariusze zaparkowali 
samochód na ulicy Wileńskiej. Jacków- ? 
130 
ski mieszkał na ostatnim piętrze przedwojennej, czynszowej 
kamienicy. Winda była zepsuta, musieli więc na własnych nogach 
wdrapać się na górę. Chorąży energicznie zapukał. Po chwili za 
drzwiami rozległo się ciche szuranie kapci po podłodze i szczęk 
zakładanego łańcucha. 
— Kto tam? — Cienki, zgoła niemęski głos zabrzmiał nawet 

background image

życzliwie. 
— Milicja. 
Zgrzytnęła zasuwa i drzwi uchyliły się na tyle, na ile pozwalał 
łańcuch. 
— Panowie nie jesteście w mundurach — skonstatował 
niewysoki, pulchny blondyn koło pięćdziesiątki o długich, 
ufryzowanych włosach i gładko wygolonych policzkach. 
Mazurek wyciągnął, swoją legitymację. Jackowski studiował ją 
długo i uważnie, nim zdecydował się zdjąć łańcuch i wpuścić 
funkcjonariuszy do środka. W mieszkaniu panował pedantyczny 
wprost porządek. Na lśniącej lakierem podłodze nie było nawet 
pyłka, wszystkie sprzęty stały równo, jak pod sznurek, każda 
serwetka, popielniczka najwyraźniej miała tu swoje stałe miejsce. 
— Panowie w jakiej sprawie? — Gospodarz usiadł swobodnie na 
nieco podniszczonym już krześle; wskazując porucznikowi i 
chorążemu dwa podobne. 
— W nocy z czwartku na piątek dokonano wła 

mania do magazynu Zakładów Elektronicznych. — Oficer 
zaatakował wprost. 
— Jakoś nie pisali o tym w gazetach. — W słowach Jackowskiego 
zabrzmiała nutka ironii. 
— Pech chciał, że włamywacze zgubili na miejscu przestępstwa 
pewien drobiazg. — Mazurek zdecydował się na blef. 
— Przepraszam, ale co mnie to obchodzi? — Jackowski nie dawał 
się zbić z tropu. 
— Na wytrychu był odcisk waszego palca. — Porucznik zmierzył 
gospodarza zimnym spojrzeniem. — Interesujące, nieprawdaż? 
— To absolutnie wykluczone! Nigdy nie dotykam narzędzi gołą 
ręką... 
Jackowski zbyt późno ugryzł się w język. Pobladł, za późno 
pragnąc cofnąć wypowiedziane przed chwilą słowa. Żaden 
rozsądny wykręt ani rusz nie przychodził mu do głowy, a miny 
funkcjonariuszy świadczyły wymownie, że teraz nie dadzą się już 
wyprowadzić w pole. 

background image

— Mówcie, mówcie — głos oficera był opanowany i spokojny. — 
My cierpliwie słuchamy. 
— Ja nie włamywałem się do tego magazynu — gospodarz 
wychrypiał w końcu przez zaciśnięte gardło. — W ogóle nie mam 
z tym nic wspólnego. 
— Albo powiecie, kto brał od was narzędzia, albo będziecie 
odpowiadać za współudział — w sukurs Mazurkowi przyszedł 
Pozorski. — Az maga 
132 
zynu skradziono fanty wartości dwóch i pół miliona złotych, 
wyrok może więc być nawet dwucyfrowy. 
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowało milczenie. Jackowski 
wiedział już, że przegrał, kalkulował jednak, co mu się bardziej 
opłaci. Wreszcie skinął głową na znak, że kapituluje. 
— Narzędzia brał Jóźwiak — wyznał cicho. — Nie pytałem, po 
co mu one potrzebne. 
Chorąży szturchnął znacząco porucznika. Wymienione przed 
chwilą nazwisko figurowało na liście podejrzanych. 
— Ile sobie liczycie za taką przysługę? t— zainteresował się 
oficer. 
— Od Janka dostałem dychę. 
— Tak tanio? 
— Obiecał później dołożyć jeszcze piątkę. 
— Oddał narzędzia? 
— Zaraz następnego dnia. 
— Gdzie je trzymacie? 
— U siebie w mieszkaniu. 
— Milicji przydadzą się one teraz bardziej niż wam. Przynieście 
no te narzędzia. 
Gospodarz bez słowa wyszedł do przedpokoju. Otworzył 
niepozorną, żaluzjową szafkę i wyjął z niej porządnie zniszczoną, 
brezentową torbę. W pierwszym odruchu chciał sprawdzić jej 
zawartość, nie zrobił jednak tego i oddał torbę porucznikowi. 

— Z tym odciskiem palca na wytrychu, to był blef? — popatrzył 

background image

pytająco na oficera. 
— Blef — bez skrępowania przyznał Mazurek. — Ale teraz, to już 
bez znaczenia. 
— Po prostu dałem się podejść. 
— Takie jest życie. — Porucznik nie myślał pocieszać 
Jackowskiego^— A wracając do sprawy, mam jeszcze jedno 
pytanie. 
— Słucham? 
— Gdzie zamelinował się Jóźwiak? 
— Dwa kroki stąd, na Ząbkowskiej u Bobika. 
— Góra z górą! — ucieszył się oficer. — Swego czasu załatwiłem 
Bobikowi dwuletnie wczasy na Białołęce. Widać przyszła pora, 
żeby znowu zadbać o jego zdrowie. 
— A czy ja będę odpowiadał z wolnej stopy? — teraz gospodarz 
zadał dręczące go pytanie. 
— O to niech już głowa boli prokuratora — odpowiedział 
wymijająco Mazurek. > 
Po kwadransie funkcjonariusze zostawili służbowego fiata przed 
bramą starej kamienicy i weszli na ciemne, -pełne dziur w 
kamiennym bruku, podwórko. Jakiś podejrzanie chwiejący się na 
nogach młody człowiek umknął na ich widok w jedną z klatek 
schodowych. Chorąży został na dworze, a porucznik ruszył za 
tamtym. 
Chłopak pobiegł gdzieś na górę i zniknął z pola widzenia. Oficer 
zszedł do sutereny. Panował tu 

półmrok. Mazurek sięgnął do kieszeni po latarkę i przyświecając 
sobie odszukał niskie, pokryte spękaną farbą drzwi. Zapukał, 
niestety, nie było żadnej odpowiedzi. Chciał już ponowić pukanie, 
kiedy z góry, z klatki schodowej, dotarł do niego tupot 
biegnącego. Bez namysłu skoczył ku schodom. Moment później 
był już przy wyjściu na podwórko. Pozorski gramolił się właśnie z 
ziemi, miotając soczyste przekleństwa, a w bramie znikła 
charakterystyczna sylwetka Bobika. 
Porucznik runął jak burza za uciekającym. Nie oglądając się na 

background image

chorążego wypadł na Ząbkowśką, potem skręcił w Brzeską. Nigdy 
nie podejrzewałby drobnego, słabowitego Bobika o takie 
umiejętności sprinterskie. Dzielący ich dystans bynajmniej nie 
malał, a co gorsza tamten znacznie zwinniej lawirował między nie 
kwapiącymi się schodzić nikomu z drogi przechodniami. 
Oficer dostrzegł wejście prowadzące na bazar Różyckiego. Nie 
ulegało wątpliwości, że właśnie tam ma zamiar ukryć się Bobik. 
Mazurek przyspieszył kroku, w tym samym jednak momencie 
zorientował się, że nie ma szans na pochwycenie tamtego. 
Uciekinier skręcił w pełnym biegu i rozepchnąwszy 
bezceremonialnie blokujący wejście tłum „urodzonych w 
niedzielę" zniknął między "straganami. 
Porucznik przebiegł jeszcze kilkanaście metrów i przystanął 
rozglądając się niezdecydowanie. Chwilę później dołączył do 
niego zdyszany Pozorski. 
135 
— A to drań! — wysapał chorąży, z trudem łapiąc powietrze. — 
Tak mnie załatwić... 
— Leć na najbliższy posterunek i poproś, żeby dyskretnie 
obstawili bazar — oficer niecierpliwie przerwał koledze. — Ja się 
tu trochę pokręcę. 
Pozorski skinął tylko głową i odszedł bez słowa, a Mazurek ruszył 
między kramy. Pośród tłumów krążących po bazarze mógł liczyć 
jedynie na łut szczęścia, postanowił jednak zaryzykować. Minął 
kilka straganów z najrozmaitszymi wiktuałami, potem przez dobry 
kwadrans udawał, że ogląda buty. W końcu dotarł do 
przeciwległego końca bazaru, nie pozostało mu nic innego, jak 
zawrócić. Na moment zatrzymał się przy kramie z płaszczami i 
kurtkami. Na widok cen omal nie zaklął. Handlarze zdzierali skórę 
bez żadnego opamiętania. Z nieukrywaną niechęcią popatrzył na 
tęgą, niemłodą już kramarkę. Odwróciła się szybko. Pomyślał, że 
lata służby wypisały mu chyba iawód na twarzy i chciał odejść, w 
ostatniej jednak chwili coś go tknęło. 
— Ile naprawdę kosztuje ta marynarka? — na chybił trafił 
wskazał czarną, ze starannie wyprawionej, cielęcej skóry. 

background image

— Przecież napisane — odparła grubym, niemal męskim głosem. 
— Żarty się pani trzymają? Tyle szmalu za byle kawałek 
wieprzowej płachty. 
— Panie, gdzie pan ma oczy, do jasnej Aniel 

ki! — Aż poczerwieniała z oburzenia. — Widział pan kiedy taką 
elegancką marynarkę? Cielęca skó-reczka jak cycuś. 
— Ciuch faktycznie niebrzydki — ustąpił. — Ale ta cena... 
— Jak pan chce kupić, to ostatecznie możemy pogadać... 
— Pozwoli pani, że przymierzę? 
Nie czekając na zgodę zdjął marynarkę z wieszaka i wsunął się do 
budki. Pomieszczenie było przedzielone przybitym do sufitu 
kocem. Odwrócił się tyłem do handlarki i bardziej wyczuł niż 
dostrzegł jej spłoszone spojrzenie. Jeszcze raz zerknął na zasłonę i 
nagle zrozumiał. Niby niechcący pociągnął za koc. Chciała 
zaprotestować, ale porucznik był już pewny swego. Wpadł do 
drugiej części pomieszczenia i jednym ruchem wyciągnął zza 
jakiejś skrzynki skurczonego z przerażenia Bobika. 
XXIV 
Demski dodał gazu. Silnik zawył na wysokich obrotach, polonez 
szarpnął i ociężale wtoczył się na~niewielkie wzniesienie. Teodor 
musiał gwałtownie nacisnąć hamulec. Dalszą jazdę 
uniemożliwiało leżące w poprzek drogi drzewo. 
137 
— Wysiadka! — mruknął do leśniczego. — Dalej idziemy 
piechotą. 
Wygramolili się z wozu, a w ślad za nimi wyskoczyły na leśną 
drogę dwa niezbyt rasowe foksteriery. Księgowy popatrzył na • 
potwornie ubłocone psy z nie ukrywaną niechęcią. 
— Po diabła braliśmy ze sobą te kundle? Pożytku z nich tyle, co 
kot napłakał. Uświnią mi samochód i nic poza tym. 
— Faktycznie głupie to jak nieszczęście — przytaknął 
Bryndzyński. — Po farbie nie pójdzie, na ptactwo się nie nadaje, a 
nawet dzika porządnie nie osaczy. 
— Powinien pan, panie Gienku, sprawić sobie przyzwoitego 

background image

czworonoga. Co to za leśniczy bez prawdziwego psa 
myśliwskiego. 
— Cóż, kiedy wiecznie brakuje pieniędzy, a za darmo ludzie dają 
tylko takie byle co. Szczerze wątpię, żeby Topsik albo Mopsik 
naprowadziły nas na ślad prokuratora. 
— Ciekawe, gdzie ten Mikulski się podział? 
— Nie mam pojęcia. 
— A swoją drogą nie zazdroszczę facetowi siedzieć w lesie w taką 
pluchę. 
W istocie od kilku godzin lało jak z cebra. Po wczorajszym śniegu 
nie zostało nawet śladu. Drogi i ścieżki zamieniły się w potoki i 
bajora, a obaj myśliwi zdążyli, już przemoknąć do suchej nitki, 
mimo 

że w czasie poszukiwań więcej jeździli polonezem, niż chodzili 
piechotą. 
Jakieś sto metrów dalej płynęła rzeczka. Po lewej stronie widać 
było szarą bryłę Czterech Kopców, w prawo, za niewielkim 
jeziorkiem, zaczynało się bagienko. Właśnie nad mokradłami 
błysnęło i po lesie przetoczył się głuchy grzmot. 
— Pamięta pan, panie Teodorze, kto lubił polować w taką 
pogodę? — ni stąd ni zowąd odezwał się leśniczy. 
— Chyba nikt przy zdrowych zmysłach. Podczas deszczu nie 
pokaże się żadna zwierzyna. 
— A jednak, kiedy padało, nie wracał z pustymi rękami. Kiedyś 
właśnie tutaj strzelił pięknego byka, dwudziestaka. 
— Myśli pan o Trepanowiczu? 
— Pan Jacek ma na rozkładzie tylko jednego szpicaka, a poza tym 
w życiu nie upolował jelenia. Zresztą on zwykle chodzi na Cztery 
Kopce, a my jesteśmy bliżej jeziorka. 
— Niech pan powie, panie Gienku, bo nie zgadnę. 
— Zapomniał pan już o panu Adamie? 
— Ach, prawda! — księgowy stuknął się w czoło. — Trychner też 
kiedyś z nami polował. Ale to było dawno... 
— Chyba minęło dwa lata, jak wyjechał. 

background image

— Coś koło tego. 
139 
- Panowie nie przepadaliście za sobą? 
— Nie wszyscy muszą się lubić. 
— Niby prawda — Bryndzyński pokiwał głową, ale jakoś bez 
przekonania. — Ciekawe, jak mu się teraz powodzi, w tej Francji. 
— Trychner wrócił i znowu pracuje w Zakładach Elektronicznych. 
— Nie może być? 
— Dziwne są czasem koleje losu. 
— Przyjmiecie go z powrotem do koła? 
— Póki co, wcale o to nie prosił. Zresztą nie sądzę, żeby otrzymał 
pozwolenie na broń. Amnestia amnestią, a posiadanie broni to 
zupełnie inna sprawa. 
— To i pan Szeleźniak z nami już nie zapoluje. Przez politykę 
trafił przecież do więzienia. 
— Sam sobie winien.. Zresztą prawdę powiedziawszy, członkiem 
koła był zawsze tylko na papierze. 
Znowu zagrzmiało. Powiał ostry wiatr i huknęło jakby oberwała 
się chmura. Demski aż szczęknął z zimna zębami. Wcale już nie 
ukrywał, że ma szczerze dosyć dzisiejszej eskapady. 
— To nie ma sensu. — Przytrzymał leśniczego za łokieć. — 
Szkoda naszej fatygi. Przecież już wczoraj szukaliśmy 
Mikulskiego nad rzeczką, tyle że po tamtej stronie. 
— Wracamy? 

— Jasne. 
—. I co dalej? 
— Zadzwonimy z leśniczówki na posterunek i powiemy o 
zaginięciu prokuratora. Niech teraz milicjanci trochę zmokną. 
"— Ma pan chyba rację. 
Bryndzyński zagwizdał na psy i ruszyli z powrotem do 
samochodu. Zdążyli przejść kilka kroków, kiedy nieoczekiwanie 
gdzieś nad jeziorkiem roz-szczekał się jeden z foksterierów. 
— To Mopsik, psia jego mać! — zaklął leśniczy. — Polowania 
draniowi się zachciewa. 

background image

— Ciekawe, co on wytropił. 
— Pewno jakąś wiewiórkę albo szczura. 
— A może dzika? 
Myśliwi zatrzymali się niezdecydowani. Niemal w tym samym 
momencie zaczął ujadać i drugi foksterier. 
'— W wozie mam dryling — przypomniał sobie Demski. — 
Wezmę broń i zobaczymy, co to takiego. 
Nie oglądając się na leśniczego pobiegł do poloneza. Bryndzyński 
wzruszył tylko ramionami, ale po chwili również i jego 
zaintrygowało zajadłe poszczekiwanie Topsika i Mopsika. Zdjął z 
ramienia kniejówkę, załadował i ruszył na przełaj w stronę 
jeziorka. 
Kilkanaście  sekund   później   leśniczy  szczerze 
141 
pożałował swojej decyzji. Skacząc przez jakąś dziUrę pośliznął 
się i wpadł w błoto niemal po kolana. Zanim zdołał się 
wygramolić, miał już gumiaki pełne wody. Klnąc, na czym świat 
stoi, przebrnął niewielki młodnik i dotarł do skraju szuwarów. Psy 
były tuż tuż. Odbezpieczył kniejówkę i noga za nogą zaczął 
posuwać się za ich ujadaniem. Kątem oka dostrzegł 
nadchodzącego z drugiej strony księgowego. Dał mu znak, żeby 
został na miejscu i przygotował się do strzału, a sam ostrożnie 
zagłębił się w szuwary. W dalszym ciągu nie mógł zgadnąć, 
jakiego to zwierza osaczyły foksteriery. Co dziwniejsze poza 
ujadaniem nie słyszał żadnych innych odgłosów. Jeszcze kilka 
kroków i między szuwarami błysnęło lustro wody. Bryndzyński 
stanął jak wryty. Tam leżał człowiek. 
XXV 
— Zrozumżę wreszcie, człowieku, ten bezsensowny upór do 
niczego dobrego cię nie doprowadzi. Dostaniesz wyrok za 
współudział i przez najbliższych dziesięć lat słoneczka już nie 
zobaczysz. 
— Nie znam żadnego Jóźwiaka, nic nie słyszałem 

o włamaniu do magazynu jakichś tam Zakładów Elektronicznych. 

background image

— Lepiej się jeszcze zastanów. 
— Kiedy ja mówię prawdę. 
— Takie bajeczki możesz nadawać swojej cioci. 
— Nic innego nie usłyszy pan ode mnie. Mazurek z wolna zaczął 
tracić cierpliwość. Na 
zmianę z Pozorskim pizez całą noc bezskutecznie usiłowali 
wydobyć cokolwiek z Bobika. Kryminalista zaparł się w sobie i 
mimo że był już wtorek, nadal wszystkiemu uparcie zaprzeczał. 
Nie pomagały ani prośby, ani groźby, ani perswazje. 
Porucznik popatrzył na przesłuchiwanego z jawną niechęcią. 
Rzadko spotykał aż tak opornych. Oczywiście mógł Bobikowi dać 
spokój i poprosić prokuratora o rozesłanie listów gończych za 
Jóźwiakiem, z doświadczenia wiedział jednak, że takie 
rozwiązanie nie zawsze bywa skuteczne, pomijając już fakt, że na 
efekty można czasem czekać miesiącami. 
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowało milczenie. Oficer 
zastanawiał się intensywnie nad sposobem rozwiązania ust 
doświadczonemu kryminaliście. Niestety, większość 
wypróbowanych metod zawiodła i szanse powodzenia 
przesłuchania malały z minuty na minutę. Funkcjonariusz spojrzał 
w okno i nagle uśmiechnął się — zaświtała mu nowa myśl. 
— No dobrze, niech ci będzie — udał, że ustę- 
143 
puje. — Podpiszę nakaz zwolnienia i obiad zjesz u siebie w domu. 
— Naprawdę? — Bobikowi radośnie błysnęły oczy. — Nie żartuje 
pan? 
— Przecież mówię. 
— Bardzo panu dziękuję. 
— Odwiozę cię nawet do chałupy, żebyś później nie gadał, że 
przez milicję wykosztowałęś się na autobus. 
— Ależ to już zbędna fatyga. Z pudła idzie się chętnie, nawet 
piechotą. 
— Przy okazji wstąpimy jeszcze na Wileńską. — Mazurek 
zignorował ostatnie słowa .przesłuchiwanego. 
— Niby po co? 

background image

— Trzeba przecież kogoś wsadzić na twoje miejsce. 
— Nie rozumiem? 
^- Ciebie wypuszczę, a zamknę Jackowskiego — beznamiętnie 
wyjaśnił porucznik. — Zrobię to z całą pompą, przy asyście 
kolegów z Cyryla i Metodego, żeby pół Pragi widziało. Twoi 
znajomi zauważą, że przyjechałeś ze mną w radiowozie i pójdzie 
fama, kto przypucował tamtego. - 
— Przecież ja nie pisnąłem nawet słowa! 
— I myślisz, że ktoś ci uwierzy? 
— Pan nie podłoży mi takiej świnił — Na pomar 

szczonej twarzy kryminalisty wykwitły ceglaste rumieńce. — W 
całej Warszawie nie miałbym życia! 
— To już twoje zmartwienie. 
— Panie władzo... 
— Do Jóźwiaka też pójdzie cynk, że go wydałeś. — Oficer bez 
skrupułów mówił dalej. — Ciekawe, jak ci Jasio podziękuje. 
Tego było już przesłuchiwanemu za wiele. Obejrzał się 
rozpaczliwie za siebie, jak gdyby szukał jakiegoś kąta, w którym 
mógłby ukryć się przed funkcjonariuszem. Wyraz twarzy tamtego 
nie pozostawiał wątpliwości, że bez wahania spełni swą groźbę. 
Kryminalista zrozumiał, że nie ma wyjścia. Cały jego upór ulotnił 
się nagle bez śladu. 
— Powiem panu — wyszeptał łamiącym się głosem. — Jasio 
Jóźwiak faktycznie mieszkał u mnie przez kilka dni. Przyjechał w 
poniedziałek, a zmył się dopiero w piątek wieczorem. 
— Nazwiska pozostałych dwóch? 
— A nie powie pan, że to ja ich przypucowałem? 
— W razie potrzeby umiem zachować dyskrecję. 
— Z Jankiem byli: Albin Zaliwski i Tadek Kielecki. 
— Przecież za nimi są rozesłane listy gończe! — Mazurek, jak 
każdy funkcjonariusz, na pamięć znał listę więźniów zbiegłych 
przed dwoma laty z zakładów karnych, których nie udało się 
jeszcze pochwycić. 
10 — Droga bez... 

background image

145 
— Ja nie wiedziałem. — Zapewnienie Bobika wypadło zgoła 
nieprzekonująco. — Twierdzili, że swoje już odsiedzieli. 
— Tak czy inaczej odsiedzą. — Tym razem porucznik nie naciskał 
przesłuchiwanego. — Powiedz mi tylko, gdzie się zamelinowali, a 
między nami będzie zgoda. 
— Nie mam zielonego pojęcia. — Kryminalista bezradnym 
gestem rozłożył ręce. — Słyszałem, że przed przyjazdem do 
Warszawy mieszkali na wsi, w jakichś Wierzbach, Brzózkach, czy 
Jodełkach. Podobno Kielecki ma,tam rodzinę. 
— Myślisz, że po skoku wrócili na wieś? 
— Diabli ich wiedzą. Albin chciał pryskać z War-, szawy, Tadek 
truł o jakiejś mecie na Żoliborzu, a Jankowi w ogóle nic nie 
pasowało i tylko wyzywał ich od ostatnich. 
— O co miał pretensję? 
— Chyba o ten skok. 
— Konkretnie? 
— Zdaje się, że któryś z tamtych przyłożył strażnikowi po 
czerepie, a Jóźwiak nie lubi mokrej roboty. 
— Ten strażnik wyżył. 
— I chwała Bogu. 
— Nie wiesz, co zrobili z fantami? 
— O to niech pan zapyta Józka Itydusa z Lektykarskiej. 
146 
— Tego pasera? 
— Chodzili do niego w piątek rano. 
— Jesteś pewien? 
— W końcu sam im dawałem adres. 
— A ty w jaki sposób poznałeś tę trójkę? — Oficer zmienił trochę 
temat. 
— Kiedyś siedziałem z Zaliwskim w jednej celi. 
— To właśnie on przyprowadził Jóźwiaka i Kieleckiego? — 
domyślił się funkcjonariusz. 
— Najpierw chciałem pogonić całe towarzystwo na cztery wiatry, 
ale Albin zagroził, że porachuje mi kości. Wolałem z nim nie 

background image

zadzierać i przyjąłem bydlaków pod swój dach. A teraz mam przez 
nich kłopoty... Żeby to szlag! 
Niespełna pół godziny później szary, milicyjny fiat z cywilną 
rejestracją zaparkował przed niepozornym, parterowym domkiem 
przy ulicy Lektykarskiej. Mazurek wysiadł z wozu i upewniwszy 
się, że trafił pod właściwy adres, pchnął furtkę. Z domu dobiegł go 
dyskretny dźwięk brzęczyka, a po chwili w jednym z okien 
pojawiła się niemiłosiernie rozczochrana głowa piegowatej 
osiemnastolatki. . — Pan tu czego? — atakowała porucznika 
nieprzychylnym spojrzeniem. 
— Mam sprawę do obywatela Józefa Itydusa. — Skwapliwie 
sięgnął po legitymację. 
— Dziadek źle się czuje. 
— Nie zabiorę mu zbyt wiele czasu. 


^'Prośże' przyjść jutro albo lepiej w przyszłym tygodniu. 
— Gdybym zaprosił dziadka do siebie, z pewnością poczułby się 
znacznie gorzej — sarkastycznie zauważył oficer. — Niech pani 
otworzy. 
— Też coś! — prychnęła z jawną już wrogością. — Nawet z 
trumny byście człowieka wyciągnęli. 
— Jeśli trzeba, to wyciągamy — zniecierpliwił się funkcjonariusz. 
— Wpuści pani, czy mam wejść przez okno? 
— Kto tam, Malinko? — Zaspany głos starszego mężczyzny 
przywołał dziewczynę do porządku. 
— Z milicji. 
— Otwórz panu, kochanie. Ja już wstaję. Chwilę później powitał 
Mazurka siwy, nobliwie 
wyglądający jegomość koło siedemdziesiątki. Miał na sobie 
wzorzysty szlafrok i miękkie bambosze. Bez cienia niepokoju 
wprowadził gościa do niewielkiego, ale z gustem umeblowanego 
pokoju i zapraszającym gestem wskazał mu stylowy, 
najprawdopodobniej rodem z desy, fotefik. 
— Proszę wybaczyć mojej wnuczce — zaczął kurtuazyjnie. — 

background image

Ona nie przepada za milicją. 
— A pan? 
— Prawdę powiedziawszy zbytnio się od Malinki nie różnię. — 
Wyznanie gospodarza zabrzmiało 

rozbrajająco. — Zresztą i panowie nie darzycie mnie sympatią, 
wychodzimy więc na remis. 
— Powiedzmy... 
— Zdaje się, że ma pan do mnie jakąś sprawę? 
— Owszem. — Porucznik postanowił od razu przystąpić do 
rzeczy. — W piątek złożyli panu wizytę: Albin Zaliwski, Tadeusz 
Kielecki i Jan Jóźwiak. 
— Zgadza się. 
— Nie przyszli z pustymi rękami. 
— I to prawda. 
— Pragnąłbym zadać panu dwa pytania: po pierwsze, ile pan im 
zapłacił, a po drugie, gdzie jest to, Co przynieśli. 
— Choć raz w życiu jestem w stanie zasłużyć na uznanie milicji 
— uśmiechnął się Itydus. — Otóż wysłuchawszy dokładnie tych 
panów, ni mniej ni więcej tylko wyrzuciłem ich za drzwi. 
— Jak to? — Oficer popatrzył podejrzliwie na gospodarza. — O 
ile wiem, zawsze był pan zainteresowany metalami szlachetnymi, 
a oni mieli właśnie na zbyciu sporą ilość srebra przemysłowego, 
nie mówiąc już o złocie. 
— Pan raczy żartować? 
— Bynajmniej. 
— Wybaczy pan, ale ja oglądałem skrzynkę przy-taszczoną tu 
przez pana Albina et consortes, a pan pewno nie. 
149 
— Z naszych ustaleń wynika, że łupem sprawców włamania do 
magazynu Zakładów Elektronicznych padło dwa i pół miliona. 
— A ja panu powtarzam, że druciki, które widziałem, nawet nie 
leżały koło srebra ani złota. Może dla przemysłu przedstawiałyby 
jakąś wartość, ale na pewno nie dla mnie. 
— Aż trudno w to uwierzyć. 

background image

— Oj, panie poruczniku, panie poruczniku! — W głosie Itydusa 
zabrzmiała wyraźna uraza. — I jak tu panu dogodzić? Gdybym 
zmyślił na poczekaniu jakąś zgrabną-.bajeczkę, wyszedłby pan 
ode mnie usatysfakcjonowany. Tym razem jestem absolutnie 
czysty i pozwoliłem sobie na luksus szczerości, a pan patrzy na 
mnie, jak na najgorszego łgarza. 
Gospodarz był tak pewien swego, że Mazurek mimo 
najszczerszych chęci nie umiał znaleźć argumentu, który 
podważyłby wiarygodność jego słów. Chcąc nie chcąc musiał 
ustąpić. 
— Nie wie pan, co włamywacze zrobili ze swym łupem? 
— Jeśli posłuchali mojej rady, to znajdzie go pan na którymś z 
okolicznych śmietników. 
— Z wyjątkiem pańskiego? 
— Co do tego może pan nie mieć najmniejszych wątpliwości. 
Oficer pożegnał się z Itydusem i wyszedł na ulicę. Zamierzał 
wsiąść do służbowego wozu, w 
150 
ostatniej jednak chwili postanowił zaczerpnąć nieco świeżego 
powietrza. Bez pośpiechu ruszył w stronę rozkopów przy budowie 
trasy Armii Krajowej. Z wyjątkiem nielicznych przechodniów nie 
było tu żywego ducha, a stosy porzuconych prefabrykatów leżały 
tak, jak przed rokiem. Widać trasa nie cieszyła się względami 
budowlanych. 
Porucznik skręcił do parku „Kaskada". Prawdę powiedziawszy 
przedstawiał on teraz bardzo żałosny widok i funkcjonariusz z 
wielką przykrością wspominał swoje spacery sprzed lat dziesięciu. 
Zdegustowany zawrócił. Znowu dotarł do wykopów 
• i zastanawiał się właśnie, czy nie pójść na przełaj, kiedy jego 
wzrok zatrzymał sią na wystającej z jakiejś dziury, drewnianej 
skrzynce. Była niezbyt dużych rozmiarów, zwracała jednak uwagę 
barwnymi nalepkami i napisami w obcych językach. Nie 
namyślając się wszedł do wykopu. Wieczko skrzynki 
, odstawało nieco. Zajrzał i poczuł dreszczyk emocji. Zwoje 
cienkich srebrzystych drucików mogły być właśnie tym, o czym 

background image

słyszał niedawno od Itydusa. 
XXVI 
— Przyczyną zgonu jest niewątpliwie postrzał z myśliwskiej broni 
palnej typu kulowego. — 

mr.j 
Brodaty biegły z zakresu medycyny sądowej zaczął 
podsumowywać wyniki zbliżającej się do końca sekcji zwłok. — 
Strzał padł z niewielkiej odległości. Miękki pocisk ugodził w lewą 
łopatkę, tam się rozwinął i dążąc ku przodowi ciała praktycznie 
unicestwił pół płatu płucnego i lewą komorę serca. 
— W tej sytuacji śmierć musiała nastąpić natychmiast. — Jodecki 
nie poznawał własnego głosu. Za życia raz tylko zetknął się z 
Mikulskim, to jednak wystarczyło, by teraz przeżywać jego 
tragedię w dwójnasób. 
— Żadna pomoc nie byłaby skuteczna. 
— Czy może pan podać, o której w przybliżeniu zastrzelono 
denata? 
— Zwłoki leżały w błocie, padał deszcz, było dość chłodno — 
zamyślił się lekarz. — Oceniałbym, że miało to miejsce w 
niedzielę między szesnastą a dziewiętnastą. 
— Mikulski nie spodziewał się śmierci... 
— Ma pan rację — potwierdził biegły. — Nie stwierdziłem ną 
ciele jakichkolwiek śladów walki; czy choćby stawiania oporu. 
— Co można powiedzieć o kącie, pod którym padł.strzał? 
— Powinien pan skorzystać z konsultacji balistyka. W każdym 
razie ja wolałbym nie zajmować zdecydowanego stanowiska. To 
nie jest broń wojskowa, przy której łatwo można wyodrębnić wlot, 

kanał i wylot rany. Przecież sam pan widzi, że tam, gdzie przeszła 
kula, wszystko wygląda jak przepuszczone przez maszynkę do 
mięsa, a wylot-mógłby sugerować, że do denata strzelano z 
armaty. 
— Niech pan jednak spróbuje. 
— No cóż, zakładając, że zabójca był podobnego wzrostu co 

background image

ofiara i stał mniej więcej na tym samym poziomie, to 
najprawdopodobniej musiał trzymać broń pod pachą. 
— Może ma pan jakieś pytania? — Kapitan zwrócił się do 
Mazurka. 
Porucznik nawet nie odpowiedział. Patrzył gdzieś przed siebie, raz 
po raz wyłamując sobie palce i zagryzając nerwowo wargi. 
— Dziękujemy panu — Jodecki uśmiechnął się smutno do 
biegłego. — Na nas już czas. 
— Złapcie tego drania. — Lekarz miał tylko jedno życzenie. — 
Złapcie i powieście. U nas w zakładzie wszyscyśmy znali 
Mikulskiego. Nikt nie chciał robić sekcji. Ciągnęliśmy losy, a ja 
mam zawsze pecha... 
Oficerowie opuścili salę sekcyjną i chwilę później siedzieli już w 
służbowym polonezie kapitana. Obaj byli przybici i przez dobrą 
minutę panowało ponure milczenie. Nagle pod deską rozdzielczą 
cicho "zapiszczał brzęczyk. Jodecki nacisnął przełącznik. 
— Ja czwarty do siedemnastki. — W głośniku 
153 
zatrzeszczał głos oficera dyżurnego. — Siedemnastka, zgłoś się! 
1  — Tu siedemnasty — burknął kapitan. — Co jest? 
— Szef czeka na ciebie. Weż porucznika Mazurka i 
przyjeżdżajcie. Jak mnie zrozumiałeś? 
— Przyjeżdżamy — machinalnie powtórzył Jode-cki. — Jest już 
po sekcji. 
Niespełna dwadzieścia minut później obaj oficerowie wkroczyli 
do gabinetu pułkownika Kuglarza. W środku, jak zwykle, było aż 
ciemno od papierosowego dymu. Kapitan obrzucił obecnych 
pobieżnym spojrzeniem. Z Grzelakiem prowadził już niejedną 
sprawę, dwaj eksperci z Zakładu Kryminalistyki często gościli u 
naczelnika, a i przedstawiciel prokuratury nie był mu obcy. Kiedyś 
zetknął się nawet z bezpośrednim przełożonym porucznika 
Mazurka — majorem Kłosińskim z Dzielnicowego Urzędu Spraw 
Wewnętrznych. Nie znał tylko barczystego pułkownika w 
lotniczym mundurze. 
— Jak wyniki sekcji? — Kuglarz wskazał wolne miejsce nowo 

background image

przybyłym. 
— Żadnych rewelacji. — Kapitan bezradnie potrząsnął głową. — 
Co do przyczyny zgonu i przed sekcją nie było przecież 
wątpliwości. 
— To niedobrze — zasępił się pułkownik. — No, ale za to mamy 
już wyniki badań laboratoryjnych pocisku — dorzucił na 
pocieszenie. — Nasi eksperci pośpieszyli się jak nigdy. 

— Tylko pogratulować. 
— Zdołaliśmy ustalić, że Mikulski został ugodzony pociskiem 
kalibru siedem razy sześćdziesiąt pięć albo siedem razy 
sześćdziesiąt cztery ewentualnie siedem razy pięćdziesiąt siedem 
— wyjaśnił jeden z pracowników Zakładu Kryminalistyki. — 
Sam pocisk o wadze dziesięciu gramów był wykonany z 
miękkiego ołowiu w częściowym płaszczu stalowym. 
— Można było strzelać do łosia albo bawołu — mruknął Jodecki. 
— Z człowieka niewiele zostaje. 
— Sam poluję, więc nie musi mi pan mówić. 
— Czy wiadomo coś bliżej na temat broni, z której zastrzelono 
Mikulskiego? 
— Z tym jest właśnie problem. — W głosie eksperta zabrzmiało 
wyraźne wahanie. — Nie otrzymaliśmy łuski. 
— I tak dobrze, że ekipa porucznika Zanejki zpa-lazła pocisk — 
zauważył naczelnik. — Teren jest wyjątkowo trudny. Oczywiście 
dalej prowadzone są poszukiwania, ale osobiście na nic bym już 
nie liczył. 
— Posiedzimy jeszcze nad tym pociskiem — obiecał biegły. 
— Żebyśmy choć znali markę broni, wiedzieli, czy to sztucer, czy 
dryling... 
— W każdym razie można wykluczyć sztucer 
155 
znaleziony przy denacie. Ma kaliber sześć i pół razy sześćdziesiąt 
osiem. •— Dzięki i za tyle. 
— Jeśli mam być szczery, to podejrzewałbym, że w grę wchodzi 
raczej broń samodziałowa, a nie fabryczna — odezwał się drugi z 

background image

ekspertów. — Tak czy inaczej w naszych kartotekach to cudo nie 
figuruje. 
— No cóż, na razie mamy więcej znaków zapytania niż 
ustalonych faktów — podsumował pułkownik. — Nie wiemy ani 
kto zabił, ani dlaczego. Z uwagi na zawód denata krąg 
potencjalnych podejrzanych będzie bardzo szeroki. Praktycznie 
musimy wziąć pod uwagę wszystkich przebywających na 
wolności kryminalistów, których sprawy prowadził za życia 
Mikulski. Nie możemy pominąć nawet włamania do Zakładów 
Elektronicznych. 
— Roboty na rok dla sztabu ludzi — podchwycił kapitan Grzelak. 
— Nie na rok, ale na dwa, najwyżej na trzy tygodnie! — Kuglarz 
zgromił podwładnego iście piorunującym spojrzeniem. — Nie 
zapominajcie o opinii publicznej! 
— Jesteśmy tak samo zainteresowani w szybkim zakończeniu 
sprawy, jak i wy — zadeklarował się major Kłosiński. — 
Włamanie do magazynu bierzemy na siebie, a porucznik Mazurek 
jest najlepszym znawcą warszawskiego półświatka, nie mówiąc 

już o tym, że wielokrotnie współpracował z prokuratorem 
Mikulskim i wspólnie wysłali za kratki niejednego kryminalistę. 
— Zgodą! — pułkownik nie taił zadowolenia ze stanowiska 
Kłosińskiego. — Z naszej strony śledztwo poprowadzą kapitan 
Jodecki, kapitan Grzelak i porucznik Zanejko. W razie potrzeby 
postawię na nogi cały wydział, a nie wątpię i yv pomoc 
przełożonych. 
XXVII 
— No więc jak, panie Przybicki? — Walendowski uśmiechnął się 
zachęcająco do niskiego, tęgiego mężczyzny o czerwonej twarzy i 
rzadkich, bliżej nieokreślonego koloru włosach. — Poznaje pan tę 
skrzynkę? 
— Jasne, że nasza, panie dyrektorze — z przekonaniem 
potwierdził magazynier. — Doskonale pamiętam, bo osobiście 
przyjmowałem ten transport. 
— Innymi słowy sprawę mamy wyjaśnioną. Niech pan pokwituje 

background image

milicji, co trzeba, a my zapraszamy pana porucznika na dużą 
wódkę. 
— Chwileczkę! — zaoponował Mazurek. — Ta skrzynka stanowi 
ważny dowód rzeczowy. 
157 
— Kiedy nam nie chodzi o skrzynkę, tylko o jej zawartość — 
wtrącił się Crzebieniowski. — Za stop wolframowy płacimy 
ciężkie dewizy/ a bez tego niepozornego drucika nie ruszymy z 
produkcją. 
— Już i tak mamy przestoje — Pawlak również zdecydował się 
dorzucić swoje „trzy grosze". — Ta skrzynka dosłownie spadła 
nam z nieba. 
— W takim razie pan porucznik zatrzyma sobie skrzynkę, a my to, 
co w środku. — Franciszek znalazł iście salomonowe rozwiązanie. 
— Zgoda? 
— Zgoda. 
— Panie Przybicki, niech pan zabiera skrzyneczkę, póki właściciel 
się nie rozmyśli. 
— Na jednej nodze, panie dyrektorze. 
— A my po koniaczku... 
— Może innym razem — grzecznie wymówił się funkcjonariusz. 
— Służba, nie drużba. 
— Ale jednego? 
— Nawet pół. Roboty jeszcze co niemiara. Odzyskaliśmy dopiero 
drobną część łupu, włamywacze hulają na wolności, a na domiar 
złego ta tragedia z prokuratorem Mikulskim... 
— No tak, ma pan rację — przyznał Walendowski. — Zwaliło się 
na nas, oj zwaliło. 
— Powiadają, że nieszczęścia chodzą parami — westchnął 
Crzebieniowski. 
— Jutro pozwolę sobie znowu zajrzeć do zakładu — Mazurek 
zaczął żegnać się z dyrektorami. — 

Musimy jeszcze wyjaśnić kilka szczegółów,, ^.skrzyneczkę 
przepakujemy z panem Przybickim w magazynie. 

background image

Funkcjonariusz z magazynierem opuścili gabinet i u dyrektora 
naczelnego zostali tylko jego dwaj zastępcy. Ledwo zamknęły się 
drzwi, uprzejme uśmiechy zniknęły z twarzy całej trójki. Mimo 
odzyskania cennego półfabrykatu, nie byli zadowoleni. 
— Potizebny mi teraz ten milicjant jak dziura w moście — 
mruknął Walendowski. — Niby chce pomóc, a nawet pogadać z 
nim po ludzku nie można. Kielicha nie wypije, tylko węszy i 
słucha. 
— Szkoda Mikulskiego. 
— Zginął w najmniej odpowiednim momencie. Na domiar złego 
Teodor jeszcze nie wrócił, a Jacek w gipsie. Wszystko na mojej 
głowie. 
— A propos! — podchwycił Pawlak. — Co zrobimy z 
Szeleźniakiem? 
— Z kim? 
— Tym rozrabiaczem, którego niedawno puścili z więzienia — 
pizypomniał Benedykt. — Facet na gwałt chce do nas wrócić. Za 
pierwszym podejściem Trepanowicz go odwalił, bo Mikulski nie 
chciał zająć jednoznacznego stanowiska. Szeleźniak złożył drugie 
podanie i teraz wyciera kurze po sekretariatach. 
— Skąd wiesz? 
159 
jDo mnie też już trafił. 
— Więc go załatw. 
— Ale jak? Jeśli faceta spławię, podniesie krzyk, że stara klika nie 
dopuszcza go do nowego dyrektora. Powinieneś, Franciszku, sam 
podjąć decyzję. 
— Nie zawracaj mi głowy bzdetami. 
— Cożeś się czepnął tego Szeleźniaka? — poparł naczelnego 
Grzebieniowski. — Po diabła ten pośpiech? Wróci Jacek, to coś 
wymyśli. 
— A tymczasem obsmarują nas w prasie. Teraz moda na obronę 
tego typu ludzi. 
— Więc przyjmijmy gościa na takie stanowisko, żeby po tygodniu 
sam się zwolnił — zdecydował w końcu Walendowski. — Musisz, 

background image

Benek, poszukać czegoś odpowiedniego. 
— Załatwione. 
— Macie coś jeszcze? 
— Handel grozi arbitrażem za półtora miliona. Twierdzą, że 
daliśmy im buble. 
— Jeśli nawet, to mogli je wcisnąć klientom. Teraz ludzie 
wszystko kupią. 
— Znaczy, że nie uznajemy tej reklamacji. 
— Wykluczone. Niech radca prawny znajdzie jakiś kruczek... 
Wiecie co? — Franciszek zmienił nagle temat. — Porucznik nie 
chciał, ale przecież my możemy machnąć po kielichu. 
— Czemu nie. 
Walendowski podszedł bez wahania do zajmują 
160 
cego jedną ze ścian gabinetu regału i otworzył barek. Przez chwilę 
lustrował jego wnętrze uważnym spojrzeniem, nim zdecydował 
się na whisky. Wyciągnął kanciastą butelkę i napełnił po brzegi 
trzy angielki. 
— Zdrowie! — Zachęcającym gestem podniósł szklaneczkę. 
— Oby nam się! 
Jednym haustem opróżnili angielki, jak gdyby to była czysta 
wódka. Franciszek rozlał drugą kolejkę i schował butelkę. Pawlak 
i Grzebieniowski spojrzeli po sobie. Pierwszy domyślił się 
Władysław. 
— Już po szesnastej. — Niby przypadkiem zerknął na zegarek. — 
Nie będziemy tu przecież nocować. 
— Co proponujesz? 
— Zapraszam panów do siebie. Jakaś butelczyna zawsze się 
znajdzie, a Danka przyrządzi coś na zakąskę. 
— Jedziemy! — Twarz naczelnego rozjaśniła się w szerokim 
uśmiechu. 
Kwadrans później wszyscy trzej siedzieli już w ładzie 
Grzebieniowskiego. Władysław zapuścił silnik i ruszył wolno w 
stronę bramy. Strażnik otworzył, a kiedy go mijali, wyprężył się 
służbiście. 

background image

— Przychodząc do zakładu nawet nie myślałem, że zastanę tu tak 
miły i zgrany kolektyw. — Wyzna 
2 — Droga bez.., 
161 
nie Walendowskiego zabrzmiało szczerze, jak nigdy. — Z wami 
konie kraść, mości panowie! 
— Jak żyję, nigdy -nie miałem lepszego szefa — zrewanżował się 
Benedykt. — Prawda, Władek? 
— Ze świecą szukać takiego drugiego. Crzebieniowska powitała 
ich w progu domu. 
Niewyszukany komplement Franciszka przyjęła wybuchem 
przesadnie głośnego śmiechu i wprowadziła gości do salonu. Przy 
filiżance herbaty siedział tu Kielecki.   , 
— Ogromnie przepraszam stryjaszka, że tak bez uprzedzenia — 
iście teatralnym gestem uderzył się w piersi.'— Ale stryjaszek 
zapraszał, więc przyszedłem. 
XXVIII 
— Mniej więcej tak to sobie wyobrażałem. — Jodecki potoczył 
uważnym spojrzeniem po rzeczce, jeziorku i gęstych szuwarach. 
— Nie zazdroszczę ci roboty. 
— Spróbuję jeszcze raz z chłopcami przetrząsnąć teren, ale na mój 
gust, psu na budę się to nie zda — odparł Zanejko. — Cholernie tu 
mokro, a w dodatku w poniedziałek mróz kark skręcił i przez całą 
dobę padało. 
— Pocisk jednak znalazłeś.     \ 
— Czysty przypadek. 
— Nie było żadnych śladów? 
— Gdyby nie odwilż, może. by i były. Chociaż diabli wiedzą, bo 
Bryndzyński z Demskim wszystko dokładnie zadeptali, a 
miejscowy posterunkowy dopiero co wstąpił do milicji. Pewno 
chłopak stracił głowę i jeśli nawet zostało coś do zabezpieczenia, 
to nie zauważył. 
— Mamy pecha. 
— Cóż poradzisz. 
— No, nie przeszkadzam ci, stary — kapitan poklepał kolegę po 

background image

ramieniu. — Rób swoje, a ja tymczasem spróbuję pogadać z 
leśniczym. 
Bryndzyński czekał na drodze w towarzystwie młodziutkiego, 
ledwo dwudziestoletniego, sądząc z wyglądu, funkcjonariusza o 
dziecinnej twarzy i jasnych, kręconych włosach. 
— Niech mi pan powie, jak ten Mikulski tutaj trafił? — Jodecki 
postanowił od razu przystąpić do rzeczy. 
— Sam chciałbym to wiedzieć. — Leśniczy bezradnym gestem 
rozłożył ręce. '— Zostawiłem go przy Krzywym Zrębie. Miał 
czekać na ambonie do zmroku, a potem wracać do leśniczówki. 
— Jak daleko stąd do ambony? 
— Co najmniej z półtora kilometra. 
— A gdzie polowali pozostali myśliwi? 

162 
— Pan Trepanowicz na Czterech Kopcach — Bryndzyński 
wskazał ręką pobliskie wzniesienia. — Pan Pawlak po drugiej 
stronie rzeczki, nad bagienkiem, pan Walendowski przy starym 
forcie. 
— Jak trafić do tego fortu? 
— Stąd, czy od ambony na Krzywym Zrębie? 
— Od ambony. 
— Trzeba pójść dobry kilometr równolegle do rzeczki, w stronę 
pól, a potem skręcić w lewo. Tam zresztą prowadzi szeroka droga. 
— Zostali jeszcze Grzebieniowski, Demski, no i pan — kapitan 
wrócił do zasadniczego tematu. 
— Ja tylko wszystkich rozprowadziłem i dałem sobie spokój z 
polowaniem. Byłem zmęczony rannym łażeniem z psami po 
zagajnikach i wolałem wrócić do leśniczówki. 
— A tamci? 
— Pan Teodor polował w innej części lasu, prawie pod samymi 
Brzózkami. Miał zresztą najwięcej szczęścia, bo strzelił łanię. 
— Piękna zdobycz. 
— Niech pan jeszcze doda strzelonego rano dzika i ma pan króla 
polowania całą gębą. 

background image

— Grzebieniowski też coś strzelił? 
— Pan Władysław poszedł nad rzeczkę na piżmaki. Nawet nie 
wiem, gdzie ich szukał, bo powiedział, że sam trafi. Tak czy 
inaczej musiał wybrać kiepskie miejsce, bo wrócił z niczym. 

— Pamięta pan, kto miał jaką broń? 
— Panowie Pawlak i Grzebieniowski dubeltówki, a pozostali 
dryłingi. Tylko panu Mikulskiemu pożyczyłem swój sztucer. 
— Pan oglądał dryling księgowego? — Jodecki zwrócił się do 
asystującego im dotąd w milczeniu milicjanta. 
— Oczywiście. — Przybylski odruchowo wyprężył się na 
barzność. — Nawet zabrałem broń do depozytu. 
— Jaki kaliber ma lufa kulowa? 
— Osiem razy pięćdziesiąt siedem. 
— W takim razie jeszcze dzisiaj oddamy dryling — zadecydował 
kapitan. 
— Gwintowana lufa w mojej kniejówce ma ten sam kaliber — bez 
pytania tfznajmił leśniczy. — Zechce pan ją zobaczyć? — 
Ściągnął broń z ramienia i podał ją Jodeckiemu. 
— Rzeczywiście — uśmiechnął s;ę kapitan. — Osiem razy 
pięćdziesiąt siedem. Proszę, niech pan zatrzyma kniejówkę. — 
Oddał broń Bryndzyń-skiemu. — Nie będzie mi potrzebna. 
— Czy mógłbym jeszcze w czymś pomóc? 
— To by było na razie wszystko... Ach, prawda! — Jodecki 
przypomniał sobie o ustaleniach Mazurka i przywiezionych z 
Warszawy fotografiach. — Czy któryś z tych mężczyzn nie kręcił 
się ostatnio po okolicy? 
165 
Zdjęcia powędrowały do rąk leśniczego. Przybylski zajrzał mu 
natychmiast przez ramię i obaj przez dłuższą chwilę wpatrywali 
się w podobizny najrozmaitszych kryminalistów. Niestety, w 
pierwszym podejściu nie rozpoznali nikogo. Milicjant dał za 
wygraną, ale Bryndzyński spróbował jeszcze raz. Kapitan czekał 
cierpliwie, z wolna zaczynał jednak nabierać przekonania, że nic z 
tego nie będzie, kiedy leśniczy jednej z fotografii zaczął się 

background image

przyglądać uważniej. 
— Chyba już gdzieś go widziałem. — W jego twarzy było 
skupienie. — Tylko gdzie i kiedy? 
— Niech pan spróbuje sobie przypomnieć. 
— Na jesieni kręciło się tu wielu grzybiarzy i wycieczkowiczów. 
— Może jednak... 
— Wiem! — Bryndzyński nagle stuknął się w cioło. — Dwa 
miesiące temu zauważyłem w lesie niejakiego Crabickiego. 
Wróble ćwierkają, że facet zakłada wnyki, ale nie sposób mu tego 
udowodnić. Wtedy też nic przy nim nie znalazłem, pamiętam 
jednak, że był w towarzystwie tego łysawego, o gębie boksera. 
— Jest pan pewien? 
— Jestem pewien. 
— Grabicki mieszka w Brzózkach? 
— Z tej strony wsi, bliżej lasu. Drogą od leśniczówki wyjedzie 
pan na pola, minie dwa zagajniki i pan trafi. 

— Ja pana zawiozę — zadeklarował się Przybylski. — Wiem, 
gdzie to jest, bo akurat wczoraj przepytywałem Grabickiego w 
związku z awanturą sąsiedzką. 
Wsiedli do milicyjnego gazika. Droga była wyboista, chwilami 
samochód grzązł w błocie niemal po osie, ale nie minęło nawet 
dwadzieścia minut, kiedy dotarli na miejsce. Drzwi otworzyła im 
niska, szeroka w biodrach blondyna po czterdziestce. 
— Mąż w domu? — Przybylski na szczęście nie zdecydował się 
na urzędowy ton. 
— Pojechał do GS-u — odparła, spoglądając podejrzliwie na 
funkcjonariuszy. 
— Kiedy wróci? 
— Jak dadzą mu węgiel... A panowie znowu w sprawie skargi 
Czubaków? 
. — Właściwie to my do pana Albina — wyjaśnił Jodecki. — Jest 
w domu, czy pojechał z mężem? 
— Nie znam żadnego Albina — powiedziała spokojnie, ale jakby 
odrobinę za szybko. — Nigdy tu takiego nie było. 

background image

— Ejże, pani Grabicka! — Przybylski podniósł głos. — Ładnie to 
tak kłamać w żywe oczy? 
— Ja nie kłamię — powtórzyła uparcie, ale była zmieszana. 
— Sam widziałem tego gościa w towarzystwie pani męża — 
milicjant trochę minął się z prawdą. — Leśniczy Bryndzyński też. 
167 
— Może mój stary zna jakiegoś Albina — spuściła oczy. — Ja o 
takim nawet nie słyszałam. 
— Coś nie chce mi się wierzyć. 
— Przecież mówię. 
— Chyba będziemy musieli przyjechać później, kiedy wróci pani 
mąż — zdecydował kapitan. — Na razie do widzenia. 
Wrócili do gazika. Przybylski nie krył rozczarowania wynikiem 
wizyty u Grabickiej. Przez chwilę kręcił się niespokojnie na 
siedzeniu, zwlekając z uruchomieniem silnika. W końcu nie 
wytrzymał. 
— Trzeba ją było przycisnąć do muru. Przecież to jasne jak 
słońce, że baba kłamie. 
— Co nagle, to po diable — Jodecki ostudził zemocjoriowanego 
młodszego kolegę. — Zbierzemy więcej argumentów, to wtedy 
porozmawiamy. 
— A tymczasem Grabiccy uzgodnią między sobą zeznania i sam 
diabeł niczego z nich nie wydobędzie. 
— Wspomniał pań o jakiejś awanturze Grabic-kich z Czubakami 
— przypomniał sobie kapitan. 
— Niewiele brakowało, żeby siekiery poszły w ruch. 
— Od czego się zaczęło? 
— Krowa Czubaków wlazła na łąkę Grabickich, a ci pogonili ją 
do lasu. 
— Które to gospodarstwo Czubaków? 
— Już jedziemy! — domyślił się wreszcie. — Kto 

... sioM — 
jak kto, ale oni wyśpiewają wszystko o Grabickich. 
Piętrowy, kryty eternitem dom Czubaków stał niespełna sto 

background image

pięćdziesiąt metrów dalej. Na podwórku majstrował coś przy 
motocyklu barczysty, czterdziestokilkuletni mężczyzna o 
szerokiej, czerwonej twarzy i wielkich dłoniach. Na widok 
funkcjonariuszy zostawił swoją robotę i podszedł do gazika. 
— Jak pańska krowa? — zagadnął przyjaźnie Jodecki. 
— Ledwie zipie, biedula — chłop wyraźnie zmarkotniał. — Tak ją 
psiekrwie zgonili, że pewno nic już z niej nie będzie. 
— Sprowadził pan weterynarza? 
— Pokiwał nad krowiną głową i wziął pięćset złotych, a pożytku z 
tego tyle, co kot napłakał. 
— Narobili panu szkody Grabiccy, oj narobili! 
— Bodajby ich ziemia pochłonęła! — Czubak pogroził pięścią w 
kierunku sąsiedniego gospodarstwa. — Żeby z piekła nie wyszli! 
— Bywał ktoś u nich ostatnio? — niby mimochodem zapytał 
kapitan. 
— Chodzi panu o naszych gospodarzy? 
— Raczej o obcych. 
— A owszem — chłop przytaknął bez cienia wahania. — Pan 
Przybylski to nie wie, bo u nas nowy, ale mnie zaraz wpadło w 
oko, że tam dwóch takich mieszka. 
169 
— Dwóch? 
— Na dwa albo i trzy dni przyjechał też trzeci. 
— Rozpoznałby pan tych mężczyzn? — Oficer podsunął 
Czubakowi przywiezione z Warszawy fotografie. 
Chłop -zerknął na zdjęcia. Na jego' twarzy pojawiła się nie 
ukrywana radość, że może zaszkodzić znienawidzonym sąsiadom. 
— Ten łysawy i ten młodszy, blady na gębie, mieszkali u 
Crabickich ze dwa miesiące albo i dłużej — wskazał fotografie 
Zaliwskiego i Kieleckiego. — A to jest ten trzeci, o którym 
mówiłem. 
Rozpoznany został również i Jóźwiak. 
— Dawno się stąd wynieśli? 
— Będzie jakiś tydzień. 
— I nie widział pan już później żadnego z nich? 

background image

— Nie kręcili się po okolicy. 
— No cóż, dziękujemy. Pomógł nam pan wyjaśnić istotny 
szczegół. 
— Tamci trzej, to jakieś bandziory? — zainteresował się Czubak. 
— Wielokrotnie karani kryminaliści. 
— Panowie ich szukacie? 
— Nie od dziś. 
— Chwileczkę! — Chłop nagle stuknął się w czoło. — Ale mam 
kurzą pamięć! Przecież ten łysawy był w Brzózkach w niedzielę. 
Nie wiem, czy zaglądał do Grabickich, ale widziałem, jak szedł do 
lasu. 

XXIX 
Nowacka zdecydowanym ruchem zatrzasnęła za sobą drzwi windy 
i nacisnęła właściwy guzik. Chwilę później była już na ostatnim 
piętrze. Wyszła na koiytarz, spojrzała i poczuła nieprzyjemny 
ucisk w gardle. Kartka, którą wczoraj zostawiła w drzwiach 
mieszkania Trychnera, tkwiła tam nadal. 
Przez dobre pół minuty Wanda stała niezdecydowana. W końcu 
sięgnęła do torebki po klucze i otworzyła drzwi. W środku 
panował względny, jak na kawalerskie gospodarstwo, porządek, 
nic jednak nie wskazywało na to, by Adam zaglądał tu w ostatnich 
dniach. Siadła przy stole i przez dłuższą chwilę bezmyślnie 
wpatrywała się w okno. Poczuła, że wilgotnieją jej oczy. Była 
zgnębiona i nie wiedziała, co robić. .W żaden sposób nie mogła 
zrozumieć, co się właściwie stało. Zaczęła już wiązać z 
Trychnerem poważne plany na przyszłość, kiedy zupełnie 
nieoczekiwanie przestał ją odwiedzać. Co więcej, nie przychodził 
również do pracy, a nawet nie nocował we własnym mieszkaniu. 
Było dla niej jasne, że gdzieś wyjechał, ale czemu uczynił to tak 
nagle i nie zostawił żadnej wiadomości? 
Nowacka rozejrzała się po pokoju. Na regale spostrzegła niewielki 
notatnik w szarej okładce. Nie mogła oprzeć się pokusie, by 
zerknąć do środka. Na chybił trafił przewróciła kilka kartek i 
nagle 

background image

171 
wpadło jej w oko nazwisko Szeleźniaka. To była myśl! Odłożyła 
notatnik na swoje miejsce i spiesznie ruszyła do wyjścia. 
Z tramwaju wysiadła przy placu Inwalidów. Bez kłopotu 
odnalazła właściwy blok i weszła do wysokiej, choć dusznej, 
sutereny. Tuż obok pralni dostrzegła na drzwiach kartonik z 
nazwiskiem. Zapukała i moment później otworzył jej Mieczysław 
Szeleźniak. 
— To pani? — Nieoczekiwana wizyta sekretarki Trepanowicza 
najwyraźniej go zaskoczyła. — Proszę, niech pani pozwoli do 
środka. 
Weszli do maleńkiego, ciasnego pokoiku. Całe umeblowanie 
składało się z wersalki, starej szaty, stolika i dwóch krzeseł, w 
pomieszczeniu było jednak czysto i schludnie. 
— Pan składał podanie o ponowne przyjęcie do naszego zakładu 
— zaczęła niezręcznie. 
— Prawdę powiedziawszy to Trychner mnie namówił. Teraz 
żałuję, bo i tak nic z tego nie wyszło i tylko niepotrzebnie 
wycierałem kurze w waszym biurowcu. 
— W pańskiej sprawie została podjęta pozytywna decyzja. 
— Nie może być? 
— Proszę w najbliższych dniach zgłosić się u dyrektora Pawlaka. 
— Czyżby właśnie on mi pomógł? O ile; pąpiriję-tam, nigdy 
niecieszyłem się jego sympatią. 
— Decyzję osobiście podjął dyrektoi naczelny. 
— Rozumiem — Szeleźniak pokiwał głową. — Nowy szef, nowe 
rządy. 
— Właśnie. 
— Ale że też pani chciało się do mnie fatygować? 
— Pana dzisiaj u nas nie było. 
— Prawdę mówiąc zrezygnowałem. Straciłem już nadzieję. 
— inłiymi słowy dobrze, że przyszłam? 
— Jestem ogromnie wdzięczny. Gdybym mógł kiedyś się 
zrewanżować... 
— Może pan. 

background image

— Naprawdę? — Bacznie popatrzył jej w oczy. 
— Pan przyjaźni się z Adamem.. To znaczy z panem Trychnerem 
— poprawiła się natychmiast. 
— Owszem. 
— Z pewnością często się widujecie. 
— Nie przeczę. 
— Koniecznie jakoś chciałabym się z nim skontaktować. • 
— Służbowo? — Szeleźniak znacząco zawiesił głos. 
— Całkiem prywatnie — wyznała z trudem. — Widzi pan, od 
kilku dni nie ma go w domu ani w pracy. Obiecał mnie odwiedzić, 
ale nie pokazał się. 

172 
Sama nie wiem, co o tym sądzić. Bardzo się denerwuję. 
— To dziwne, ale i ja nie rozmawiałem z nim od przeszło 
tygodnia. 
— Czyżby gdzieś wyjechał? 
— Nic mi nie wspominał, żeby miał taki zamiar 
— Gdzie go szukać? 
— Sam nie wiem. 
— Nic mi pan nie poradzi? 
Gospodarz zamyślił się nad czymś głęboko i przez dłuższy czas 
panowało w pokoju milczenie. Wanda nie nalegała. Doskonale 
zdawała sobie sprawę, że jest zdana na łaskę i niełaskę 
Mieczysława. Nie znała przecież nikogo z kręgu, w którym 
Trychner obracał się przed swym wyjazdem do Francji, a 
Szeleźniak wcale przecież nie musiał poda*ć żadnego nazwiska 
ani adresu. Zaczynała już tracić nadzieję, kiedy tamten skinął 
głową na znak zgody. 
— Niech pani spróbuje odwiedzić docenta Wiktora 
Jasionowskiego. Mieszka w alei Wojska Polskiego. Swego czasu 
bardzo blisko współpracowali z Adarrfem. Być może, że znów 
nawiązali kontakt. 
— Dziękuję. 
— Jakby co, proszę pozdrowić Adama ode mnie. I wpadnijcie 

background image

państwo kiedyś na herbatę. 
Szary, kilkupiętrowy blok nie wiedzieć czemu zrobił na 
Nowackiej dość przygnębiające wrażenie. 

Weszła na pierwsze piętro i nacisnęła dzwonek".' Po chwili 
szczęknęła zasuwa i w progu pojawiła się szczupła 
osiemnastolatka o długich, jasnych włosach i szczupłej twarzy. 
— Pani do kogo? — Zmierzyła Wandę nieufnym spojrzeniem.. 
— Do docenta Jasionowskiego. 
— Ojca nie ma w domu. 
— A kiedy mogłabym go zastać? 
— Zależy co pani ma do niego. 
Obcesowa odpowiedź na moment zdetonowała Nowacką. Nie 
spodziewała się podobnego przyjęcia. 
— No więc? — zniecierpliwiła się dziewczyna. — O co pani 
chodzi? 
— Właściwie to chciałam zapytać, czy pani ojciec nie widział się 
ostatnio z Adamem Trychnerem. 
— Nie! — Na policzkach dziewczyny wykwitły niezdrowe 
rumieńce. — I niech pani sobie zapamięta raz na zawsze, że nasz 
dom jest ostatnim miejscem, gdzie mogłaby pani go znaleźć! 
XXX 
Skrzypnęły drzwi i do pokoju kapitana Grzelaka wkroczył 
Mazurek.  Pod pachą trzymał 
175 
pokaźnie wyglądający plik akt, a jego mina świadczyła 
wymownie, że czas spędzony wśród papierzy-sków nie poszedł na 
marne. 
— Od dzisiaj wiemy znacznie więcej na temat 'Zaliwskiego, 
Kieleckiego i Jóźwiaka — zaanonsował na samym wstępie. 
— Znalazł pan coś ciekawego? — zainteresował się Grzelak. 
— Przede wszystkim cała trójka spróbowała wspólnej działalności 
już przed dwoma laty, podejmując ucieczkę z zakładu karnego. 
Jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się 
wtedy zatrzymać Jóźwiaka. Odsiedział poprzedni wyrok do końca, 

background image

zarobił nowy za próbę ucieczki i wyszedł z więzienia dopiero w 
tymmiesiącu. . 
— Prawdopodobnie natychmiast skontaktował się ze starymi 
kumplami. 
— Wyjaśniła się również przyczyna, dla której poszukiwani przez 
nas trafili do Brzózek. Po prostu Kielecki jest spokrewniony z 
niejakim Grabickim. 
— Zaraz musimy dać znać Jodeckiemu. 
— A na zakończenie mam informację o znacznie 'większym 
ciężarze gatunkowym — porucznik na 
moment zawiesił głos. — Otóż Zaliwski został swego czasu 
skazany za rozbój na dziesięć lat pozbawienia wolności. Sprawa 
pod względem dowodowym była piekielnie trudna i gdyby nie 
szczególne zaangażowanie prokuratora  nie wiadomo 
176 
jakby się skończyła. Proszę zgadnąć, kto prowadził śledztwo i 
oskarżał. 
— Czyżby Mikulski? — domyślił się kapitan. 
— Otóż to. 
— Mielibyśmy więc ewentualny motyw zabójstwa. 
— Pański kolega ustalił, że Zaliwskiego widziano w niedzielę w 
Brzózkach. 
— Konia z rzędem temu, kto powie, gdzie on jest teraz. 
— Spróbuję przepytać tego i owego z warszawskiego półświatka. 
— Życzę powodzenia. Wybrałbym się z panem, ale czekają mnie 
jeszcze dzisiaj rozmowy z uczestnikami niedzielnego polowania. 
— Ciekawe, czy któryś z nas cokolwiek zwojuje. 
Mazurek znaczącym gestem podniósł kciuk i zostawiwszy 
przyniesione dopiero akta, ruszył do wyjścia. Trzy minuty później 
siedział już za kierownicą służbowego fiata. Włączając stacyjkę 
zdecydował, że na pierwszy ogień weźmie Jackowskiego. 
Zaparkował samochód dokładnie w tym samym miejscu na 
Wileńskiej, co ostatnim razem. Winda nadal była zepsuta. 
Wdrapał się na czwarte piętro i energicznie zapukał do znajomych 
drzwi. Jackowski otworzył prawie natychmiast. 

background image

— Pan porucznik znowu do mnie? — Popatrzył 
12 — Droga b"7... 
177 
na oficera jak gdyby z wyrzutem. — Przecież miałem odpowiadać 
z wolnej stopy. 
— Niczego nie obiecywałem — sucho ni to zauważył, ni to 
stwierdził funkcjonariusz. — Poza tym wprowadziliście mnie w 
błąd. 
— Ja?! — Jackowski iście teatralnym gestem uderzył się w piersi. 
— Bóg mi świadkiem, że powiedziałem szczerą prawdę. 
— Twierdziliście, że Jóźwiak zamelinował się u Bobika, a tam 
zostało po nim już tylko wspomnienie. 
— Czy to moja wina, że zmienił adres? 
— Oszczędzilibyście kłopotów i mnie i sobie, gdybym nie musiał 
was znowu pytać o to samo. 
— Kiedy ja naprawdę nie wiem, gdzie jest teraz Jóźwiak. 
— A co mi powiecie o Zaliwskim i Kieleckim? 
Po twarzy Jackowskiego przemknął wyraźny cień. Gospodarz 
chrząknął, pogładził się po długich, ufryzowanych włosach i 
gładko wygolonych policzkach. Widać było, ie nad czymś 
intensywnie się zastanawia. W końcu przecząco pokręcił głową. 
— Przykro mi, ale nie umiem panu pomóc. 
— Albin był tutaj, prawda? ni stąd ni zowąd zaryzykował 
Mazurek. — Tylko nie kręć, chłopie, bo i tak poznam się na tym. 
— Panie poruczniku! 
— No mówże, do cholery! — oficer podniósł 178 głos. — Na 
odpowiadanie z wolnej stopy tYżśba sobie zasłużyć. 
Jackowski spuścił głowę i nerwowo zagryzł wargi. W jego oczach 
pojawił się strach. 
— Uważaj, bo za chwilę stracę cierpliwość! 
— Ma pan rację — gospodarz nie opierał się dłużej. 
— Kiedy widziałeś się z Zaliwskim? 
— Nie z Albinem, tylko z Tadeuszem — sprostował. — Przyszedł 
do mnie dzisiaj z samego rana. 
— O co pytał? 1 

background image

— Czy milicja trafiła już na ich ślad. 
— Powiedziałeś mu? 
— Bałem się — Jackowski niemal zapłakał. — Tadek jest prawie 
taki jak Albin. Przyłożył mi kozik do gardła, więc co miałem 
zrobić? • 
— I miej tu, człowieku, miękkie serce! — Mazurek aż 
ppczerwieniał ze złości. — Gdybym wsadził cię do aresztu, nie 
wygadałbyś się przed Kieleckim i nie byłoby problemu. 
— Tadek i tak pokapowałby w czym rzecz. 
— Wcale nie jest powiedziane, czy by się akurat domyślił. — 
Słuszna skądinąd uwaga gospodarza bynajrńniej nie udobruchała 
porucznika. — W każdym razie wie teraz wszystko z detalami. 
— A ze mną co będzie? 
— Przecież kogoś muszę przymknąć. Sam jesteś sobie winien. 

!Q-r>Td rtiećh pan posadzi Jóźwiaka.   ' 
— Przypomniałeś sobie jednak, gdzie go szukać? — W głosie 
funkcjonariusza zadźwięczała nutka ironii. 
— Mietek Parafiniuk będzie wiedział. 
— Kto taki? 
— To on miał im pożyczyć narzędzia, ale podpadł za coś i na dwie 
doby wpakowaliście go, panowie, za kratki. 
— Jóźwiak nie pójdzie do kogoś, kto akurat ma sęki z milicją. 
— Mimo wszystko niech pan spróbuje zajrzeć na Stalingradzką, 
róg Ratuszowej. A gdyby nikogo tam pan nie zastał, proszę wejść 
piętro wyżej do Wieśki Żytowej. Dzielnicowy jeszcze nie wie, że 
Parafiniuk z nią kombinuje, ale mnie może pan wierzyć. 
Tym razem Mazurek zaparkował samochód dobrych dwieście 
metrów od bloku. Energicznym krokiem wszedł na drugie piętro i 
nacisnął dzwonek przy drzwiach Parafiniuka. Wewnątrz nikt nie 
zareagował. Porucznik przez dłuższą chwilę nasłuchiwał uważnie, 
wszystko jednak wskazywało na to, że mieszkanie jest puste. Na 
wszelki wypadek ponownie zadzwonił, niestety, również bez 
rezultatu. 
Zgodnie z radą Jackowskiego wdrapał się piętro wyżej. W 

background image

mieszkaniu Żytowej grało nastawione na cały regulator radio. 
Zapukał. Moment później w 
180 
progu pojawiła się w miarę zgrabna, ufarbow;apa na rudo, 
trzydziestolatka. 
— Pan do kogo? — spytała, obrzucając oficera z lekka 
znudzonym spojrzeniem. 
— Pogadamy w środku — sięgnął po legitymację. 
— Nie rozumiem? — Nawet nie ruszyła się z miejsca. — O co 
chodzi? 
— Mam interes do Parafiniuka. 
— Tu taki nie mieszka. 
— Powiedzmy, że od czasu do czasu. 
— Wolne żarty! — prychnęła ze złością. — ?Powtarzam panu, że 
nie znam żadnego Parafiniuka. 
— To się jeszcze okaże. — Mazurek zdecydowanym ruchem 
otworzył sobie szerzej drzwi i wszedł do przedpokoju. 
— Ma pan nakaz? — Najwyraźniej w dalszym ciągu nie myślała 
kapitulować. 
— Jeśli zajdzie potrzeba przeszukania, nie zabraknie i nakazu — 
powiedział to spokojnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi. 
— Póki co, planuję jedynie towarzyską pogawędkę. 
— Ze mną? 
— Już mówiłem, że z Parafiniukiem. No, ewentualnie 
zadowoliłby mnie i Jóźwiak. 
— Ile razy mam powtarzać, że trafił pan pod zły adres? — 
Zapewnienie Żytowej nie wypadło już tak przekonująco. — 
Niepotrzebnie traci pan czas. 

— Mnie się nie śpieszy. — Wszedł do pokoju, po czym usiadł na 
cokolwiek zdezelowanej wersalce. 
— Okropnie pan uparty. 
— To już takie przyzwyczajenie zawodowe. 
— No dobrze — ustąpiła nagle. — Przypuśćmy, że mówimy sobie 
z sąsiadem dzień dobry. 

background image

— I czasem składacie sobie wizyty? 
— Jeśli nawet, to co z tego?' 
— Pomalutku zaczynamy dochodzić do porozumienia. — 
Porucznik uśmiechnął się wyraźnie zadowolony. — Jeszcze 
chwila i zawrzemy pakt o nieagresji. 
— Czego pan chce od Mietka? -— Wieśka całkiem już straciła 
rezon. — Dopiero co siedział dwie doby, a teraz znowu chodzi za 
nim milicja? 
— Na dobrą sprawę mógłbym go zostawić w spokoju. — Oficer 
zdecydował się za; rać w otwarte karty. —. Oczywiście pod 
warunkiem, że dowiem się, gdzie jest Jóźwiak. 
— Pan szuka Janka? 
— Tak się jakoś złożyło. 
— Co on narozrabiał? 
— Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła. 
, Chciała o coś zapytać, ale w tej samej chwili z przedpokoju 
dobiegło energiczne pukanie. Ruszyła do drzwi, Mazurek był 
jednak szybszy. W dwóch susach dopadł wyjścia i przekręcił 
zatrzask. W progu stali dwaj mężczyźni. Na wysokiego bruneta 

porucznik nawet nie spojrzał. Drobny, piegowaty blondyn około 
czterdziestki uczynił ruch, jak gdyby zamierzał uciekać, ale 
wprawne dłonie oficera błyskawicznie zatrzasnęły kajdanki na 
jego przegubach. 
XXXI 
— Dyrektor Pawlak jest zajęty. — Zgrabna, rudowłosa sekretarka 
popatrzyła na Grzelaka niezbyt przyjaźnie. — Zdaje się, że nie był 
pan umówiony? 
— Nie byłem — przytaknął kapitan, sięgając po swoją 
legitymację. — Mam taki brzydki zwyczaj. 
— Pan ze Służby Bezpieczeństwa? — Zawodowy uśmiech 
niezbyt skutecznie pokrył zmieszanie sekretarki. — To oczywiście 
zmienia postać rzeczy. Dyrektor zaraz pana przyjmie. 
Gabinet Pawlaka nie należał do obszernych, znajdowało się w nim 
proste biurko, regał z książkami uginający się od różnojęzycznej 

background image

literatury fachowej i dwa foteliki przy niskim stoliku. Benedykt 
przywitał się z oficerem, uprzejmym gestem wskazał mu miejsce i 
poprosił sekretarkę o zaparzenie herbaty. 
— Prawdę mówiąc spodziewałem się wizyty ko 
183 
goś od was — przyznał na samym wstępie. — Stra szna rzecz z 
tym Mikulskim. 
— Pragnąłbym właśnie usłyszeć nieco szczegółov związanych z 
okolicznościami jego wypadku. 
— Więc to był wypadek? — W głosie Pawlak zabrzmiała nutka 
niedowierzania. 
— A pan podejrzewa zabójstwo? 
— Sam nie wiem, co o tym sądzić. W każdy razie Teodor, to 
znaczy kolega Demski, uracz mnie dzisiaj opowieścią, od której 
włosy dęba sta,, na głowie. 
— Widok zwłok faktycznie mógł zrobić na ka/ dym bardzo 
przykre wrażenie — przyznał funkcjo nariusz. — Niestety, 
przyczyna  zgonu  nie jei jeszcze znana — skłamał gładko.  — 
Śledztwo dopiero się rozpoczęło. 
— Wszyscy niecierpliwie czekamy na jego w; niki. 
— Oczywiście, oczywiście... Ale do rzeczy ponaglił dyrektora. — 
Proszę mi opowiedzieć, < robiliście panowie w niedzielę po 
południu. 
— Każdy polował na własną rękę. Leśniczy ro. prowadził nas po 
lesie każdemu określając rejot* polowania. 
— Gdzie pan poszedł? 
— Za rzeczkę, nad bagienko. Tam roi się kaczek. 
— Ustrzelił pan jakąś? 
— Nawet pięć. 
— Pogratulować. 
— Swego czasu miewałem lepsze wyniki. 
— Dlaczego nie wybrał się pan na grubszą zwierzynę? 
— Z dubeltówki trudno byłoby podejść dzika albo jelenia. 
— Prócz dubeltówki nie dysponuje pan inną bronią? 
-\ Mam czeski sztucer, ale akurat musiałem go oddać do 

background image

rusznikarza. 
— Jakaś poważniejsza usterka? 
— Było coś nie tak ze spustem, często się zacinał. Naprawa 
kosztowała mnie około tysiąca. 
— Rozumiem, że odebrał pań już broń? 
— Właśnie dzisiaj rano, w drodze do pracy. Mam ją nawet przy 
sobie. Chce pan zobaczyć? 
Benedykt odsunął kotarę zasłaniającą jeden z rogów gabinetu. Na 
wieszaku wisiał ukryty tam w skórzanym pokrowcu sztucer. 
Kapitan skwapliwie obejrzał broń, zerknął na rachunek z 
rusznikarni i bez słowa komentarza oddał jedno i drugie 
Pawlakowi Przynajmniej od tej strony nie było żadnych 
wątpliwości. Naprawa sztucera trwała przeszło dwa tygodnie.    " 
— Jak daleko od pana polował Mikulski? 
— Od bagienka do Krzywego Zrębu jest chyba ze dwa i pół albo i 
trzy kilometry. Oczywiście mam 
185 

na myśli odległość w linii prostej. W rzeczywistości należałoby 
doliczyć jeszcze ze dwa kilometry do mostku. 
— Pan nie przechodził przez rzeczkę? 
— Kiedyś było coś w rodzaju kładki koło jeziorka, ale dzisiaj już 
się tamtędy nie przeprawi. Musiałbym iść aż za Cztery Kopce albo 
cofnąć się w stronę leśniczówki. Zresztą kaczek miałem pod 
dostatkiem po tamtej stronie. 
— W okolicy Czterech Kopców polował Trepa-nowicz? 
— Zgadza się. 
— Podobno spotkała go tam niemiła przygoda? 
— Ma nogę w gipsie. I tak cud, że o własnych siłach dokuśtykał 
do leśniczówki. 
— Kto go zawiózł do lekarza? 
— Wziąłem to na siebie. Sprawa okazała się zresztą dość 
kłopotliwa. W Brzózkach nie ma ośrodka zdrowia, a w Bielicach 
był zamknięty na cztery spusty. Gips założyli Jackowi dopiero w 
Gostyninie. Wszystko to trwało do trzeciej w nocy, a do Warszawy 

background image

dotarliśmy dopiero nad ranem. 
— Żaden z kolegów panu nie pomógł? 
Do Brzózek pojechał z nami Grzebieniowski, ale tam przesiadł się 
we własny wóz. 
— A właśnie — przypomniał sobie oficer. — On też polował nad 
rzeczką. 
— Szukał piżmaków. 

— No i jak? 
— Miał pecha, a potem był zły jak szerszeń. Nie został, żeby 
szukać Mikulskiego, ani mnie nie pomógł. Następnego dnia 
przepraszał za swe zachowanie. 
— No cóż, to byłoby na razie wszystko. — Grzelak podniósł się z 
miejsca. — Dziękuję panu za informacje.   ' 
— Zrewanżuje się pan, kiedy śledztwo da już jakieś wyniki? 
— Ależ oczywiście — kapitan uścisnął Benedyktowi rękę na 
pożegnanie. — Mam nadzieję, że nastąpi to w miarę prędko. 
Pół godziny później oficer zaparkował służbowego poloneza 
n/jednej z bocznych uliczek dolnego Mokotowa. Trepanowicz 
zajmował połówkę niezbyt okazałego bliźniaka. Funkcjonariusz 
nacisnął dzwonek przy mosiężnej tabliczce z nazwiskiem i po 
chwili w progu pojawiła się tęga, trzydziesto-kilkuletnia 
blondynka w ciemnym golfie I kraciastej spódnicy. 
— Pan do męża? — spytała domyślnie. 
— W sprawie wypadku prokuratora Mikulskiego — przytaknął. 
— Co za straszne nieszczęście — smutno pokiwała głową. — 
Proszę, pan pozwoli do środka. Mąż leży w łóżku. 
Kadrowiec powitał Grzelaka z odrobiną rezerwy. 
187 
Krzywiąc się z bólu usiadł na wersalce i wskazał 
nieoczekiwanemu gościowi -stojące obok krzesło. 
— Co się właściwie stało z tym Mikulskim? — zagadnął. — 
Demski opowiadał mi przez telefon bardzo dziwne rzeczy. 
— Śledztwo jest w toku — odparł kapitan wymijająco. — Między 
innymi przesłuchujemy wszystkich uczestników polowania. 

background image

— Po południu byłem na Czterech Kopcach. 
— I tam złamał pan nogę? 
— Właśnie. 
— Ze wzniesienia zwykle dobrze widać okolicę. 
— Tam akurat teren jest w znacznej części zalesiony. — W głosie 
Jacka wyczuwało się wyraźne wahanie. 
— Mikulski musiał się przez jakiś czas kręcić nad rzeczką i w 
trzcinach porastających brzegi jeziora. 
— W każdym razie ja go nie widziałem. 
— A nie przechodził tamtędy żaden z pańskich kolegów? 
Trepanowicz nerwowo zagryzł wargi. Oficer popatrzył na niego 
uważnie. Nie ulegało wątpliwości, że kadrowiec coś wie, ale nie 
może się zdecydować, czy powiedzieć o wszystkim. 
— Kogo pan widział? — Grzelak twardo ponowił pytanie. — 
Proszę powiedzieć. 
— Władka Grzebieniowskiego. 
— Jest pan pewien? 

— Szedł wzdłuż rzeczki w kierunku jeziorka. 
— Po której stronie? 
— Po mojej. 
— Która mogła być wtedy godzina? 
— Coś koło szesnastej. 
— Długo obserwował pan Grzebieniowskiego? 
— Bardzo krótko, dosłownie przez kilka sekund. Zaraz potem 
zobaczyłem tego lisa, przez którego mam teraz nogę w gipsie. 
— Słyszał pan jakieś strzały? 
— Całą kanonadę. Moi koledzy grzali niczym na linii frontu, ale 
nie jestem w stanie powiedzieć kto, gdzie i kiedy. 
— A właśnie koło szesnastej? 
— Przecież wtedy zleciałem ze skarpy i złamałem nogę. Zupełnie 
nie w głowie mi było liczenie cudzych strzałów. 
— Do szpitala zawiózł pana Pawlak? — Kapitan zaczął z innej 
strony. 
— Zgadza się. 

background image

— Do Brzózek zabraliście też Grzebieniowskie-• go? 
— Nic nie upolował i był w wyjątkowo kiepskim humorze. 
— O czym rozmawialiście? 
— O zaginięciu Mikulskiego, mojej nodze i o Trychnerze. 
— Czyżby Trychner również brał udział w niedzielnym 
polowaniu? 
189 
— Ech nie! On już nie jest w naszym kole. Wyrzuciliśmy go, 
kiedy wyjechał do Francji — sprostował kadrowiec. — Po drodze 
zobaczyliśmy kogoś podobnego i Benedykt chciał nawet 
zatrzymać, ale na szczęście wyperswadowaliśmy mu to z 
Władkiem. 
— Może faktycznie spotkaliście Trychnera. 
— Niewykluczone, niech pan jednak lepiej zapyta Pawlaka albo 
Grzebieniowskiego. Mnie okropnie bolała noga i prawdę 
powiedziawszy nie zwracałem uwagi, kogo mijamy. ' 
— Chyba będę musiał porozmawiać z Grzebie-niowskim — 
zgodził się oficer. — Aha, jeszcze jedno — przypomniał sobie 
przed pożegnaniem. — Na polowaniu miał pan ze sobą dryling? 
— Owszem — potwierdził Trepanowicz. 
— Pamięta pan kaliber? 
— Gładkie lufy, to dwunastki. 
— A gwintowana? 
— Siedem razy sześćdziesiąt pięć. 
Grzelak poczuł lekki dreszczyk emocji. Mógł to być oczywiście 
jedynie zbieg okoliczności, sprawę należało jednak wyjaśnić do 
końca. 
— Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, pragnąłbym zobaczyć 
pański dryling. — Kapitan starał się, żeby głos jego zabrzmiał 
najzupełniej obojętnie. — Pan rozumie: taka formalność. 
— Ależ proszę! — Jacek nie zdradzał nawet cie 

nia obawy. — Broń jest w szafie, na najwyższej półce. — Wskazał 
ręką. — Wybaczy pan, że nie wstanę, ale ta noga... 
Oficer zabrał dryling, wypisał pokwitowanie i obiecawszy 

background image

solennie Trepanowiczowi, że najdalej za trzy dni zwróci mu ją bez 
śladu jakichkolwiek uszkodzeń, ruszył do wyjścia. W pierwszym 
odruchu miał zamiar wracać do siebie i niezwłocznie oddać broń 
do laboratorium. Włączał już stacyjkę, kiedy przyszło mu do 
głowy, że przedtem warto byłoby jeszcze zajrzeć do 
Grzebieniowskiego. 
Mijała siedemnasta, gdy dotarł na Saską Kępę. Na wprost wejścia 
do okazałej willi stała łada dyrektora technicznego. 
Funkcjonariusz zaparkował służbowego poloneza, pchnął furtkę i 
po szerokich schodach ruszył do ciężkich, dębowych drzwi 
ozdobionych mosiężną kołatką. Otworzyła Grzebieniowska. 
— Kapitan Grzelak, ze Służby Bezpieczeństwa — przedstawił się. 
— Mąż właśnie wrócił do domu — Danuta zapraszającym gestem 
otworzyła szerzej drzwi. — Proszę, niech pan wejdzie. 
Oficer pocałował panią domu w rękę i bez dalszych już ceregieli 
przestąpił próg. Zdejmował właśnie kurtkę, kiedy do przedpokoju 
zajrzał Władysław. 
— Pan do mnie? — upewnił się na wszelki wypa- 
191 
dek. — Pewno w związku ze śmiercią prokuratora Mikulskiego. 
— Prowadzę śledztwo w tej sprawie. 
— Co za nieszczęście. 
— Może zaprosisz gościa do saloniku? — W głosie 
Grzebieniowskiej zabrzmiała wyraźna w stosunku do męża 
przygana. — Zaraz podam herbatę. 
— Ależ tak, oczywiście — zmitygował się Władysław. — Proszę, 
pan pozwoli. — Przepuścił funkcjonariusza przodem. 
Grzelak wszedł do saloniku. Obrzucił wnętrze szybkim 
spojrzeniem i odruchowo dotknął kieszeni, w której spoczywały 
kajdanki. 
— To mój kuzyn, Tadeusz Grabicki — dyrektor przedstawił 
Kieleckiego. — Przyjechał z moich rodzinnych stron do 
Warszawy i zatrzymał się u nas na kilka dni. 
— My się znamy. — Słowa kapitana cięły ostro, niczym 
trzaśnięcia batem. A przynajmniej ja znam tego pana, z listów 

background image

gończych. 
XXXII 
— Jak pan woli, panie Grabjcki! — Jodecki wzruszył ramionami. 
— Nie chce pan mówić po dobroci, to zabiorę pana do Warszawy. 
192 
— Wsadzi mnie pan do kryminału? — Na czerwonej twarzy 
chłopa pojawił się strach. — Niby za co? 
— Pod. pana dachem znaleźli schronienie zbiegli z więzienia 
kryminaliści. Nie moja to wina, że kodeks karny przewiduje za 
coś takiego do pięciu lat pozbawienia wolności. 
— Jezus Maria! — Asystująca przy rozmowie Grabicka z 
rozpaczą załamała ręce. — Pięć lat odsiadki?! I co ja sama zrobię 
przez tyle czasu? Gospodarstwo zejdzie na psy, ludzie wezmą 
mnie na języki... 
— Cicho, Mańka! 
— A właśnie, że nie będę cicho! — Grabicka potrząsnęła 
pięściami. — Ile razy ci powtarzałam, żeby ich wyrzucić na zbity 
pysk?! Żarli nasz chleb za darmo, a teraz jeszcze pójdziesz przez 
nich do kryminału! 
— Więc jednak Kielecki, Zaliwski i Jóźwiak njiieszkali u 
państwa? — podchwycił kapitan. 
— Mieszkali. — Chłop najwyraźniej skapitulował. — Jakże to, 
miałem krewniaka pod dach nie przyjąć? — dodał, jak gdyby na 
swoje usprawiedliwienie. — Toż to grzech. 
" — Który z nich jest pana krewnym? 
— Tadek Kielecki. 
— I to on przyprowadził pozostałych? 
— Najpiew tylko tego łysawego z gębą boksera. 
2 — Droga bez... 
193 
Mieszkali z Albinem dobry miesiąc, potem wyjechali gdzieś na 
pół roku i znowu wrócili. W sumie miałem ich na głowie ze trzy 
albo cztery miesiące. 
— A Jóźwiak? • 
— On był u mnie tylko kilka dni. 

background image

— Kiedy wyprowadzili się z Brzózek? 
— Niecałe dwa tygodnie temu, w poprzedni poniedziałek. 
— Zaliwskiego widziano w okolicy zeszłej niedzieli — 
zaryzykował oficer. — Co pan na to? 
— Znowu do nas zaglądał, psia jego mać! — wyręczyła męża 
Grabicka — Chciał przenocować, ale przepędziłam drania na 
cztery wiatry. 
— O której był u państwa? 
— Tak pod wieczór. 
— Dokąd poszedł? 
— Diabli go wiedzą — burknął chłop. — Nie pytałem. 
— A ja wiem! — Mańka rozgadała się na dobre. — Kiedyś 
przyuważyłam go z Agatą Paniową. Głowę daję, że teraz u niej 
mieszka. 
— Kto to taki, ta Paniowa? 
— Dwóch mężów pochowała, a dalej krzepka, że niejedna 
młodsza by pozazdrościła. Ma z pięć hektarów gospodarki i tylko 
patrzy, żeby jakiegoś chłopa przygruchać. 
— Ona też z Brzózek? 
— Mieszka w osadzie Bieliczki, przy drodze na 
194 
Bielice — sprostowała Grabicka. — Tam są wszystkiego cztery 
chałupy na krzyż, łatwo pan trafi. 
W gaziku czekał na Jodeckiego Przybylski. Młody funkcjonariusz 
był wyraźnie podekscytowany śledztwem i nie umiał 
powstrzymać ciekawości. 
— Przyznali się? — popatrzył pytająco na kapitana. 
— Jasne — potwierdził oficer. — Przecież mówiłem panu, że 
grunt to przekonujące argumenty. 
— Nie zatrzyma pan Grabickiego? 
— Po pioruna? Przecież w niczym nie może nam przeszkodzić. 
— Przechowywał przestępców. 
— W końcu jeden z nich był jego krewnym... A zresztą dalej niech 
martwi się tym prokurator. My mamy pilniejsze sprawy na głowie. 
— Pan tu rządzi —' Przybylski nie oponował. — Co teraz? 

background image

— Jedziemy do Bieliczek. 
Zgodnie z zapowiedzią Grabickiej osada składała się tylko z paru 
gospodarstw. Z trzech stron otaczał ją zwarty las, a i od czwartej 
widać było zagajniki poprzedzielane polami. Na dworze dobrze 
już poszarzało i w oknach chałup rozbłysły pierwsze światła. 
— Pan tu zostanie — zadecydował Jodecki. — Proszę mieć oczy 
otwarte, bo wcale nie jest powiedziane, czy Zaliwski nie zechce 
spróbować ucieczki. 

W razie czego proszę wyciągnąć broń i od razu walić dwa 
ostrzegawcze w powietrze. To groźny przestępca, lepiej nie 
ryzykować. 
— Nie ma obawy! — Milicjant buńczucznie poklepał się po 
kaburze. — Na kursie uczyli nas, co robić w takich wypadkach. 
Przeszkolenie przeszkoleniem, a życie życiem — pomyślał 
kapitan, uznał jednak, że lepiej nie deprymować młodszego 
kolegi. Bez pośpiechu wysiadł z gazika i ruszył w stronę 
obszernej, choć nieco zaniedbanej chałupy. Na podwórku zaczął 
ujadać spory, łaciaty kundel, a po chwili w drzwiach pojawiła się 
szeroka w biodrach, czterdziestoparo-letnia kobieta. 
— Pan do kogo? — Obrzuciła oficera nieufnym spojrzeniem. 
— Obywatelka Paniowa? — upewnił się, wyciągając legitymację. 
— Tak, to ja. 
— Przebywa u pani niejaki Albin Zaliwski. — Głos Jodeckiego 
zabrzmiał sucho i urzędowo. — Chciałbym z nim porozmawiać. 
— Nie znam takiego — odparła hardo. — Musieli panu źle 
powiedzieć. 
— Wielokrotnie widywano go w pani towarzystwie — 
kontynuował kapitan. — Dysponuję wiarygodnymi zeznaniami, 
nie radziłbym więc zaprzeczać. 

— Czegóż to ludzie nie wymyślą. — Splunęła z pogardą. -— Ale 
jeśli pan nie wierzy, proszę szukać. Może pan przewrócić do góry 
nogami nawet całe obejście. Ja nie mam przed władzą tajemnic. 
Oficer rozejrzał się bacznie, Paniowa była jednak zbyt pewna 

background image

siebie, jak na to, by Zaliwski ukrywał się w jej domu albo w 
budynkach gospodarczych. W tej sytuacji oficjalne przeszukanie 
nie miałoby sensu. Jodecki postanowił zmienić plan. Bąknął coś 
na pożegnanie i wrócił do gazika. 
— Jedziemy do Brzózek — rzucił głośno, tak, żeby Paniowa 
mogła go słyszeć. — Na razie nic tu po nas. 
Przybylski bez słowa włączył stacyjkę, ale jechał wolno i zaraz za 
pierwszym zakrętem, kiedy gęsty zagajnik zasłonił ich przed 
wzrokiem Paniowej, łagodnie przyhamował. 
— Niech pan złapie przez radiostację porucznika Zanejkę albo 
któregoś z miejscowych funkcjonariuszy — zarządził kapitan. — 
Póki nie nadciągną posiłki, proszę mieć oko na drogę, tak żeby 
nawet mysz się nie prześlizgnęła. Ja przypilnuję od strony lasu. 
— Może pan na mnie polegać. 
Oficer znaczącym gestem podniósł kciuk i pobiegł wzdłuż 
zagajnika. Chwilę później dotarł do jego przeciwległego skraju. 
Od tej strony chałupę Paniowej zasłaniały zabudowania 
sąsiedniego gospo 
197 
darstwa. Przebiegł ze sto metrów wąską, błotnistą ścieżką i skręcił 
na przełaj przez pole, wprost na czerniejącą nie opodal linię lasu. 
Niemal natychmiast pożałował swojej decyzji. Rozmiękła ziemia 
oblepiła mu nogi po kostki, zmuszając do zwolnienia kroku. 
Zaklął szpetnie, nie było jednak czasu na zmianę marszruty.- 
Robiło się coraz ciemniej, a do pokonania miał jeszcze co 
najmniej półtora kilometra. 
Pod lasem ciągnęło się pastwisko. Było mokro, ale już nie tak 
grząsko jak na polu i Jodecki odetchnął z wyraźną ulgą. Teraz 
znowu mógł przyśpieszyć. Obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł 
konturów stojącego z wygaszonymi światłami gazika. 
Prawdopodobnie zasłaniał go minięty niedawno zagajnik albo 
któryś z krzaków rosnących gęsto wzdłuż drogi. 
Dziesięć minut później kapitan zajął upatrzone wcześniej 
stanowisko pod rozłożystym dębem na skraju lasu. Jakieś 
trzydzieści metrów dalej biegła niezbyt szeroka, polna droga, a od 

background image

chałupy Panio-wej dzieliło go niespełna pół kilometra. Mógł teraz 
chwilę- odpocząć. Pomyślał o papierosie, całą siłą woli oparł się 
jednak pokusie. Wiedział z doświadczenia, że niepozorny, 
czerwony ogienek bywa po ciemku bardzo zdradliwy. 
Nie minął nawet kwadrans, kiedy na polnej drodze  pojawiła  się 
jakaś  owinięta  wielką  chustą 
198 
kobieta. Szła spiesznie od strony osady. Oficer spojrzał na chałupę 
.Paniowej. W oknach nadal paliło się światło, ale tknięty nagłym 
przeczuciem przypadł do ziemi. Odczekał dobrą minutę, nim 
zdecydował się ponownie podnieść głowę. Kobieta była tuż tuż. 
Zerknął na nią i uśmiechnął się mimowołnie. Oto w stronę lasu 
zdążała Paniowa. Szła pewnie, nie oglądając się na boki ani za 
siebie. Widać wierzyła w skuteczność podstępu z zostawionym w 
chałupie światłem. Jeszcze chwila i zniknęła między pierwszymi 
drzewami. Teraz Jodecki poderwał się z ziemi i ruszył chyłkiem za 
nią.- 
Zaczął siąpić drobny kapuśniaczek. Kapitan odruchowo nastawił 
kołnierz kurtki. Przemknęła mu myśl, że zima nie śpieszy się 
jakoś tego roku. Było tak mroczno, że nie widział nawet zarysów 
postaci Paniowej. Szła o dobrych sto metrów w przodzie, nie 
ryzykował jednak zmniejszenia dystansu. Przypadkowo 
nadepnięta gałązka mogła przecież zniweczyć cały jego 
dotychczasowy wysiłek. 
Minęła niewielką polankę, potem młodnik. Dalej droga 
prowadziła przez porębę. Oficer odczekał chwilę, by Paniowa 
odeszła jeszcze trochę i puścił się za nią zgięty w kabłąk. 
Dwukrotnie na moment przypadał do ziemi, na szczęście jednak 
nic nie wskazywało na to, by został zauważony. 
Tuż za porębą czekała go niemiła niespodzianka. Droga 
rozwidlała się. Jodecki przystanął niezdecy- 

dowany i przez kilka sekund nasłuchiwał uważnie. Padający dotąd 
drobny kapuśniaczek przerodził się w rzęsistą ulewę, a wiatr 
targający gałęziami drzew skutecznie zagłuszył wszystkie inne 

background image

odgłosy. Kapitan na chybił trafił skręcił w prawo. Co sił w nogach 
pobiegł ze trzysta metrów i znowu stanął. Niestety, prócz deszczu 
i szelestu gałęzi nie dosłyszał niczego. Przebiegł jeszcze kolejnych 
dwieście metrów, nim postanowił zawrócić. Mimo panującego 
chłodu zrobiło mu się gorąco. Przy rozwidleniu nie odpoczywał 
nawet sekundy. Puścił się w lewą odnogę i nie zwracając uwagi na 
hałas dobiegł aż do następnego zrębu. Tu przystanął i przez 
dłuższą chwilę wytężał wzrok. Wreszcie odetchnął. Pod 
przeciwległą ścianą lasu zamajaczyła mu znów sylwetka 
Paniowej. 
Oficer pokonał zrąb, bacząc, by obserwowana nie oddaliła się 
drugi raz zbyt daleko. Teren zaczął się obniżać i pó kilku minutach 
Jodecki zauważył, że droga biegnie równolegle do rzeczki. Zaczął 
się zastanawiać, czy to właśnie nad nią znaleziono zwłoki 
Mikulskiego, ale nie to wydawało się teraz najistotniejsze. Nagle 
między drzewami zamajaczyły kontury jakiejś szopy albo starej, 
opuszczonej chałupy. Kapitan podszedł bliżej i zatrzymał się przy 
czymś, co mogło uchodzić za resztki drewnianego płotu. Nie, 
widział ani nie słyszał Paniowej, nigdzie nie było również śladów 
obecności Zaliwskiego. 

Postanowił okrążyć chałupę i zobaczyć, czy nie ma kogoś po jej 
drugiej stronie. Chciał się odwrócić, ale już nie zdążył. 
Pociemniało mu tylko przed oczami i runął jak długi na ziemię. 
XXXIII 
— Oj, panie dyrektorze, panie dyrektorze! — Grzelak pokiwał 
głową z nie ukrywaną dezaprobatą. — Dziwię się, że taki 
poważny skądinąd człowiek jak pan może opowiadać podobne 
banialuki. 
— Przyznam panu, że i mnie samemu trudno w to uwierzyć — 
jęknął Grzebieniowski. — Pospolity łotrzyk gościem w moim 
domu. Po prostu w głowie się nie mieści! 
— Nie wiedział pan, że Kielecki parę ładnych lat spędził w 
kryminale? 
— Niby skąd? Wyniosłem się ze wsi zaraz po wyzwoleniu. Z górą 

background image

dwadzieścia lat w ogóle tam nie zaglądałem, potem jeździłem do 
Brzózek tylko na polowania. Większość mojej rodziny znam 
jedynie z widzenia. 
— W jaki sposób poznał pan tego rzezimieszka? 
— Grabicki przedstawił go jako swego krewniaka, powiedział, że 
nosi to samo nazwisko. Z 
201 
kołei''Maria Grabicka była z< domu Grzebienio-wska... 
— Do rzeczy, proszę. 
— Przy wódce zaczęliśmy kiedyś roztrząsać rodzinne koligacje i 
wyszło na to, że jestem przyszywanym stryjem Tadeusza. 
Grabicki potwierdził, a ja nie miałem powodu, żeby nie wierzyć. 
— Czy zdaje pan sobie sprawę, że Kielecki- jest jednym z tych, 
którzy dokonali włamania do magazynu pańskiego 
przedsiębiorstwa? 
— Boże, niech mnie pan nie dobija! Przecież ja obiecałem mu 
załatwić u nas pracę. 
• — Może jeszcze pokazywał pan zakład domniemanemu 
krewniakowi? 
— Tak było. — Crzebieniowski najchętniej schowałby się ze 
wstydu w ciemny kąt. 
— O, ludzka naiwności! — Oficer bezradnym gestem rozłożył 
ręce. — Dyrektor wielkiego przedsiębiorstwa, a rozumu... — W 
ostatniej chwili ugryzł się w język, ale Władysław nawet nie 
myślał się obrażać, czy choćby oponować. 
W pokoju na dłuższą chwilę zapanowało milczenie. 
Crzebieniowski wiercił się niespokojnie, jakby siedział na 
rozżarzonych węglach, a nie zwykłym krześle. W gruncie rzeczy 
raz po raz nachodziły kapitana wątpliwości, czy dyrektor 
rzeczywiście jest taki naiwny, na jakiego wygląda. 
— Zostawmy to — mruknął w końcu. — O włamaniu 
porozmawia jeszcze z panem porucznik Mazurek. Mnie interesują 
przede wszystkim okoliczności wypadku prokuratora 
Mikulskiego. 
— Obawiam się, że niewiele będę mógł na ten temat powiedzieć. 

background image

— Niech pan jednak spróbuje. 
— No cóż — Władysław w zamyśleniu zmarszczył brwi. — W 
niedzielę po południu polowaliśmy indywidualnie. Mikulski 
pożyczył sztucer od leśniczego i poszedł na Krzywy Zrąb, a ja 
postanowiłem poszukać w rzeczce piżmaków. 
— Daleko pan dotarł? 
— Aż do Suchego Rowu. 
— Gdzie to jest? 
— Jakieś dwa kilometry za Czterema Kopcami. 
— Ładny kawałek drogi. 
— Co z tego, skoro nie przyniosłem ani jednego piżmaka. 
— Po której stronie rzeczki pan polował? 
— I po jednej i po drugiej. 
— Na Czterech Kopcach Trepanowicz strzelał do lisa, a nad 
bagienkiem Pawlak robił spustoszenie wśród kaczek. 
— Jakoś nie spotkałem żadnego z nich. 
— A słyszał pan strzały? 
— Owszem, przez cały czas las aż trząsł się w posadach. Strzelali 
chyba wszyscy, prócz mnie. Chociaż przepraszam — sprostował. 
— Trzy razy spudłowałem. 
203 

.^-?Diiżotkaczek widział pan na bagienku? 
— Siedziały na bagnie, pływały po jeziorku — potwierdził 
Grzebieniowski. — Aż mnie ręka świerzbiła. 
— Czemu nie upolował pan z jednej? 
— Żeby Benedykt wypominał mi to później do końca życia? Na 
dobrą sprawę powinienem obejść jego rejon z daleka. 
— O której godzinie przechodził pan koło jeziorka? 
— Najpierw kręciłem się tam koło szesnastej, a kiedy wracałem 
było już bardzo późno. 
— Którą stroną pan wracał? 
— Przeciwną niż Cztery Kopce. 
— Skorzystał pan z mostku niedaleko leśniczówki? 
— Zgadza się. 

background image

— A w jakim stanie jest przejście koło jeziorka? 
— Osobiście nie radziłbym nikomu korzystać z tej przeprawy. 
Zwłaszcza po ciemku. Kiedy ja spróbowałem, było jeszcze 
całkiem widno, a i tak musiałem później wylewać wodę z 
gumiaków. 
— Słyszałem, że po polowaniu bardzo śpieszył się pan do domu 
— kapitan zmienił temat. — Nie chciał pan nawet zaczekać na 
Mikulskiego. 
— Miałem przemoczone nogi i byłem zły, że jak się to mówi: 
wracam na lufach. 
— Swoją ładę zostawił pan w Brzózkach? 
— Wolę nie podjeżdżać nią do samej'-leśniczówki. Na leśnych 
wybojach łatwo zostawić tłumik albo rurę wydechową. 
— Łady mają silną konstrukcję. 
— To fakt, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. 
— Do Brzózek podrzucił pana Pawlak? 
— Odwoził właśnie Trepanowicza do lekarza. 
— Podobno spotkaliście w drodze Trychnera? 
— Prawdę powiedziawszy nie dałbym głowy, czy to był akurat 
Trychner, czy tylko ktoś podobny do niego. Po ciemku trudno 
rozpoznać. Benedykt chciał nawet zatrzymać wóz, ostatecznie 
jednak zdecydowaliśmy się jechać dalej. 
— Który z was pierwszy zauważył tego mężczyznę? 
— Właśnie Pawlak. Ni stąd, ni zowąd facet wyskoczył mu przed 
maską i niewiele brakowało, by doszło do wypadku. 
— Nie pytał pan później Trychnera, czy to właśnie jego 
widzieliście w niedzielę w Brzózkach? 
— Jakoś nie było okazji — Władysław na moment jak gdyby się 
zawahał. — Zresztą już od dawna nie utrzymuję z nim kontaktów 
towarzyskich. 
— Ale widujecie się na terenie zakładów. 
— W ostatnich dniach go nie spotkałem. Skrzypnęły drzwi i do 
pokoju wkroczył Mazurek. 
Z jego miny można było wywnioskować, że jest w wyjątkowo 
podłym humorze. Grzelak podziękował 

background image

205 

Grzebieniowskiemu, porucznik ze swej strony oświadczył, że 
przesłuchanie dyrektora woli odłożyć na inny dzień i uradowany 
takim obrotem rzeczy Władysław skwapliwie ruszył do wyjścia. 
Chwilę później oficerowie zostali sami. 
— Co pan zdziałał? — zainteresował się kapitan. 
— Dosłownie nic! — Mazurek sapnął ze złości. — Sprawdziłem 
w rusznikarni i okazało się, że broń Pawlaka faktycznie była tam 
w naprawie przez dwa tygodnie. 
— A jak przesłuchanie Kieleckiego? 
— Od momentu zatrzymania łobuz cierpi na kompletną amnezję. 
Nie pamięta nawet, że od urodzenia nazywał się inaczej, niż ma to 
wypisane w fałszywym dowodzie osobistym. 
— Niedobrze — mruknął Grzebieniowski. — Myślałem, że choć 
sprawę włamania będziemy mieli z głowy. 
— Zostaje jeszcze Jóźwiak. 
— Obawiam się, że i on nabierze wody w usta. 
— W każdym razie nie zaszkodzi spróbować. 
Noc spędzona w areszcie najwidoczniej przekonała Jóźwiaka, że 
krótki okres wolnościowych wakacji skończył się bezpowrotnie. 
Kryminalista wszedł do pokoju z pokornie spuszczoną głową, bez 
słowa usiadł na wskazanym krześle i wlepił tęs^ kne spojrzenie w 
szare niebo za zakratowanym oknem. 

-—1 Znowu przyjdzie wam odsiadywać wyroki.-^ zaczął Grzelak. 
— Po pioruna włamywaliście się do magazynu Zakładów 
Elektronicznych? Nie przypuszczaliście chyba, że was nie 
znajdziemy? 
— Mówi pan, że było włamanie do jakiegoś magazynu? — ten na 
wszelki wypadek nie potwierdził stawianego mu zarzutu. — 
Ciekawe dlaczego właśnie mnie pasuje pan do tej roboty? 
— Chyba się nie wyprzesz? 
— A ma pan jakiekolwiek dowody? 
— Wystarczyłoby ich na trzy procesy. 

background image

— Gdyby tak pan uchylił rąbka tajemnicy... 
— W porządku! — Mazurek zdecydował się wyręczyć kapitana. 
— Zagrajmy w otwarte karty. 
— Bardzo chętnie. 
— Jak myślicie, Jóźwiak, gdzie są narzędzia, przy pomocy 
których dokonaliście włamania? — Porucznik podszedł do szafy 
pancernej i zdecydowanym ruchem wyciągnął z niej porządnie już 
zniszczoną, brezentową torbę. — Jackowski wyśpiewał jak na 
spowiedzi, kiedy i komu .pożyczał graty, a nasze laboratorium bez 
pudła dopasowało wytrychy do zamków. 
Cios był nadzwyczaj skuteczny. Kryminalista nerwowo zagryzł 
wargi i przez dłuższą chwilę z nie ukrywanym strachem 
przyglądał się torbie. 
— Na budowie trasy Armii Krajowej znaleźliśmy ładną 
skrzyneczkę ze srebrzystymi drucikami — 
207 
.Mazurek ponownie sięgnął do szafy pancernej. — Niejaki Itydus 
bez skrupułów powiedział, kto przyniósł mu tę skrzyneczkę i 
usiłował sprzedać stop wolframowy jako srebro. 
— Wystarczy — wychrypiał głucho zatrzymany. 
— Przyznajecie się? 
— Chyba nie mam innego wyjścia. 
— I słusznie, bo nie wspominałem jeszcze o strażniku, który co 
nieco zdążył zapamiętać, zanim rozbito mu głowę. 
— O, przepraszam! — Jóźwiak gwałtownie zaoponował. — Do 
mokrej roboty już mnie panowie nie pasujcie. Ten pęknięty czerep 
musi pójść wyłącznie na konto Albina. 
— Czy aby na pewno? 
— Zaliwski zawsze najpierw robi, a dopiero później myśli. Za 
jakie grzechy mam zarobić trzy albo cztery lata do wyroku, skoro 
Albinowi zachciało się bawić w Dziki Zachód? 
— Kto wpadł na pomysł włamania do magazynu? 
— Tadek Kielecki. Jakiś jego krewniak pracuje w Zakładach 
Elektronicznych. 
— Kieleckiego mamy już u siebie. 

background image

— Wiem. — Po twarzy kryminalisty przemknął nikły uśmieszek. 
— Wypukał mnie dzisiaj pod celą. 
— Co zabraliście z'magazynu? 
— Wielkie gówno! — W głosie Jóźwiaka żal mie 

szał się ze złością. — Myśleliśmy, że w skrzynce jest srebro, a 
Itydus wyrzucił nas z nią na zbity pysk. 
— Z rozliczenia magazynu wynika, że brakuje tam mienia 
wartości dwóch i pół miliona. 
— Te druciki były aż tyle warte?! — Kryminalista wybałuszył 
oczy w niebotycznym zdumieniu. 
— Przecież oprócz stopu wolframowego zabraliście srebro i złoto 
przemysłowe. 
— Pan raczy żartować? 
— Słuchajcie no, Jóźwiakl — ostro wtrącił się Grzelak. — Skoro 
powiedzieliście „a", powinniście już konsekwentnie przyznać się 
do wszystkiego. 
— Przecież ja nie zełgałem ani przecinka. 
— Milionów nie wyniosły krasnoludki. 
— Albo nie kontaktuję, albo ktoś ordynarnie ,mnie wrabial — 
wybuchnął kryminalista. — Wzięliśmy z magazynu jedną 
skrzynkę i nic poza tym. Zapytajcie panowie Albina i Tadeusza. 
— Gdzie zamelinował się Zaliwski? — podchwycił Mazurek. 
— Niedaleko Brzózek jest osada Bieliczki. Albin kombinował z 
taką ciepłą wdówką. Nazwiska nie pamiętam, ale Tadeusz będzie 
wiedział. 
— Wracając do włamania — Grzelak najwyraźniej nie myślał dać 
za wygraną — powiedzcie, gdzie schowaliście pozostałe fanty? 
— Powiedziałem już, że poza tą jedną skrzynką niczego z 
magazynu nie braliśmy. 
14 — Droga bez... 
209 
w Łudzicie się, że po odsiedzeniu wyroku będzie za co pdhulać? 
— Jak to jest? — Jóźwiak bezradnie rozłożył ręce. — Czy 
człowiek łże, czy mówi prawdę i tak mu nie wierzą. 

background image

XXXIV 
— Stary, co z tobą? 
— Panie kapitanie, niech się pan ocknie! Ale ten bydlak pana 
urządził. 
Zanejko z Przybylskim klęczeli na mokrej ziemi przy Jodeckim, 
usiłując go jakoś ocucić. Przez dobrą minutę oficer nie dawał 
znaku życia, w końcu jednak mokra gąbka i delikatne 
poklepywanie zrobiły swoje. Kapitan ruszył ręką, potem zakasłał, 
by wreszcie otworzyć oczy. 
— Co się stało? — zapytał niezbyt przytomnie. 
— To chyba ty najlepiej powinieneś wiedzieć. — Porucznik 
pomógł koledze usiąść. — Nie ja latałem samotnie po lesie i to 
jeszcze w nocy. 
Jodecki skonstatował nie bez zdziwienia, że już szarzeje. Do świtu 
brakowało niespełna godziny. 
— Dałem się podejść, jak pierwszy lepszy żółtodziób — 
przypomniał sobie. — Przylazłem tu za 
210 
Paniowa i' ni z gruszki, ni z pietruszki ktoś mnie walnął po 
głowie.' 
— Nie ktoś, tylko Zaliwski — sprostował Zanejko. — A o tym, że 
leżysz tu bez ducha, zawiadomiła nas właśnie Paniowa. 
— Nic nie rozumiem. — Kapitan bezradnym gestem objął obolałą 
głowę. — Kto wam powiedział, gdzie mnie szukać? 
— Pani Agata też zdrowo oberwała od swego amanta. — 
Porucznik skinął znacząco w stronę stojącej nie opodal kobiety. — 
Ledwo się pozbierała. Na szczęście doszła jakoś do wsi i natknęła 
się na mnie, bo inaczej pies z kulawą nogą by cię tutaj nie znalazł. 
— vAlbin czekał pod płotem — wtrąciła się Paniowa, żałośnie 
pociągając nosem. — Panu dał po głowie, a mnie sprał, że 
popamiętam do końca życia. — Dotknęła napuchniętej i 
pokrwawionej twarzy. — Jeszcze pistoletem pogroził. 
— Mnie to mnie, ale czemu i panią pobił? — zdziwił się Jodecki. 
— Myślał, że umyślnie pana przyprowadziłam, nawet nie chciał 
słuchać żadnych wyjaśnień... Ot, ludzka wdzięczność! — 

background image

chlipnęła przez łzy. — Taką dał mi nagrodę za moje serce. 
Karmiłam go, ubierałam i opierałam od niedzieli, kiedy to wrócił 
do Brzózek. Wczoraj po południu schowałam go do tej chałupy, 
żeby się tak nie bał każdego, kto zajrzy na 

moje podwórko. Przyszłam powiedzieć, że pytaliście panowie o 
niego, a on:.. 
— Dokąd Zaliwski mógł uciec? — Kapitanowi udało się 
podźwignąć. 
— A żebym to ja wiedziała. 
— Facet jest nietutejszy — odezwał się Przybylski. — Nie sądzę, 
by zbyt dobrze znał okolicę. 
— Liczy pan na to, że zabłądzi? -=- podchwycił Jodecki. 
— Niewykluczone. 
— W takim razie przydałby się piesek. 
— Obiecali przysłać z Płocka. — Zanejko widać już wcześniej 
wpadł na ten sam pomysł. — Załatwiłem też miejsce w szpitalu. 
— Niby dla kogo?! — nastroszył się kapitan. 
— Dałem znać przez radiotelefon, że mamy takiego jednego z 
rozbitą głową. 
— Czyżbyś przewidywał, że niebawem spotka cię niemiła 
przygoda? — zapytał Jodecki. 
— Przecież w takim stanie nie możesz uganiać się za 
bandziorami. 
— Pilnuj swego nosa, zamiast mojej głowy. 
— Uważaj, bo poskarżę o wszystkim staremu. 
— Pułkownik jest daleko, a ja nie mam najmniejszego zamiaru iść 
do łóżka. Przynajmniej na razie. 
Porucznik chciał jeszcze coś odpowiedzieć, w ostatniej jednak 
chwili dał za wygraną. W gruncie rzeczy rozumiał kolegę. Sam 
również nie położyłby 

się do szpitalnego łóżka przed schwytaniem przestępcy, który go 
przechytrzył. 
— No dobrze — ustąpił Jodeckiemu. — Ale póki co, siadaj do 

background image

gazika — zarządził, jak gdyby to on był starszy stopniem.' — 
Poczekamy na pieska i próbujemy poszukać tego Zaliwskiego. 
— Wozem? 
— Ja na piechotę, a ty gazikiem — uciął Zanejko. — Z rozbitą 
łepetyną nie będziesz ganiał po żadnych chaszczach. 
Tym razem kapitan już nie oponował. Bez słowa sprzeciwu wsiadł 
do samochodu i pozwolił nałożyć sobie prowizoryczny opatrunek. 
Zanejko przylepiał właśnie plastrem koniec bandaża, kiedy koło 
opuszczonej chałupy zatrzymał się drugi milicyjny gazik. Z 
wesołym poszczekiwaniem wyskoczył na trawę rosły owczarek, a 
chwilę później wysiedli za nim dwaj umundurowani 
funkcjonariusze. 
— W teren poszły wzmocnione patrole — na samym wstępie 
poinformował szpakowaty, około pięćdziesięcioletni sierżant. — 
Jeśli Zaliwski wy-ściubi nos z lasu, prędzej czy później ktoś go 
przyuważy. 
— Piesek w formie? 
— Czort jeszcze ani razu nie nawalił — wysoki, szczupły kapral 
nie omieszkał pochwalić swego pupila. 
— Ten facet ma broń. 
213 
— Sądzę, że nie na wiele mu się przyda. 
— No, to zaczynajmy! 
Kapral zdjął owczarkowi kaganiec, przypiął mu do obroży długą 
linkę zamiast smyczy i wziął od Przybylskiego znalezioną w 
chałupie koszulę, która, według słów Paniowej, miała stanowić 
własność Zaliwskiego. Pies przez dłuższą chwilę obwąchiwał 
koszulę, a potem zaczął kręcić się; w kółko po drodze i 
zarośniętym podwórku. Nagle przystanął i zjeżywszy sierść 
pociągnął mocniej nosem.     , 
— Podjął trop! — skomentował kapral z niekłamaną satysfakcją. 
— Teraz pójdzie. 
Czort rzeczywiście puścił się do przodu jak strzała, zmuszając 
swego przewodnika do ostrego biegu. Na szczęście ślad prowadził 
drogą i pozostali funkcjonariusze, nie wyłączając Zanejki, mogli 

background image

wsiąść do gazików. Przez dobry kwadrans posuwali się 
równolegle do rzeczki. Pierwsze dwa skrzyżowania owczarek 
minął nawet nie zwalniając i dopiero na trzecim skręcił na mostek. 
Tu jak gdyby się zawahał. Przez kilka sekund węszył uważnie, 
nim przebiegł na drugą stronę rzeczki. Znowu przystanął i trącił 
nosem leżącą w trawie, zmiętą paczkę po papierosasch. 
— Szukaj, Czort! — kapral zachęcił swego pupila. — Szukaj! 
Pies ostro ruszył dalej, ale po jakichś dwustu metrach skręcił z 
drogi pod stary, cokolwiek zdeze 

lowany paśnik. Zanejko, Przybylski i szpakowaty sierżant 
wyskoczyli z gazików, alarm okazał się jednak przedwczesny. 
Owczarek dwukrotnie okrążył paśnik, wspiął się na tylne łapy, by 
powąchać siano między drabinkami, i sapnąwszy z zawodem, 
wrócił na drogę. 
Przez kilka minut posuwali się sprawnie. Nagle Czort skręcił w 
biegnącą ukośnie przecinkę. Teraz pasażerom gazików przyszło 
pozazdrościć pokonującemu dystans piechotą kapralowi. 
Samochody z najwyższym trudem pokonywały liczne garby i 
wykroty, a funkcjonariusze parokrotnie musieli usuwać z drogi 
stosy chrustu i pnie powalonych drzew. Chcieli już zostawić 
pojazdy, na szczęście jednak i Zaliwskiemu droga widać nie 
przypadła do gustu, bo na najbliższym skrzyżowaniu owczarek 
skręcił po tropie w szeroką, leśną aleję, obsadzoną po obu 
?stronach nie najmłodszymi już brzózkami. 
Kilometr dalej pies doprowadził do niefore-mnego, wygiętego 
niczym znak zapytania, zrębu. Mniej więcej w połowie jego 
długości, przy skraju lasu, stała ambona. Czort dopadł do niej 
z'głuchym powarkiwaniem i wspiął się na tylne łapy, jak gdyby 
miał zamiar spróbować swych umiejętności na prowadzącej na 
górę drabinie. « — Ależ to jest Krzywy Zrąb! — Jodecki nie 
oglądając się na Zanejkę ani pozostałych funkcjonariuszy 
wyskoczył z gazika. — Właśnie tutaj polował 
215 
ostatni raz Mikulski. Czyżby przestępca wrócił na miejsce 

background image

zbrodni? 
Na ambonie nie było nikogo, owczarek ani myślał się jednak 
uspokoić. Kapral bez wahania sięgnął do karabińczyka przy 
obroży i chwilę później uwolniony z linki pies pomknął jak burza 
w stronę porastającego przeciwległy skraj zrębu młodnika. 
Funkcjonariusze ruszyli spiesznie w ślad za czworonogiem. W 
młodniku zachrzęściły łamane gałęzie, huknął strzał, potem coś 
się zakotłowało. Ktoś krzyknął, nie wiadomo z bólu czy z 
przerażenia, a ostry, basowy szczek Czorta obwieścił, że jego 
potężne kły okazały się skuteczniejsze od pistoletu w przestępczej 
dłoni. 
XXXV 
— Z ekspertyzy wynika czarno na białym, że kula, od której 
zginął Mikulski, nie została wystrzelona z broni Trepanowicza — 
Mazurek oddał Grzelakowi niezbyt obszerną opinię Zakładu 
Kryminalistyki. 
— Nie inaczej — przytaknął kapitan, przebiegając wzrokiem treść 
ekspertyzy. — Mądrzejsi to my od tego nie będziemy, ale 
przynajmniej kolejny szczegół wyjaśniony. 

— Też mi powód do zadowolenia — sarkastycznie zauważył 
porucznik. — Obawiam się, że jeśli tak dalej pójdzie, lada 
moment pański szef zacznie ciskać gromy. 
— Lepiej niech pan nie kracze. Pułkownik Kuglarz potrafi być 
cholernie niesympatyczny. 
Na biurku cicho zaterkotał telefon. Czyżby o wilku mowa? — 
Grzelak z mieszanymi uczuciami sięgnął po słuchawkę. Przez 
dłuższą chwilę słuchał uważnie, nim mruknął coś o wypisaniu 
przepustki. 
— Kogo przyniosło? — zainteresował się Mazurek. 
— Niejaką Wandę Nowacką. 
— Sekretarkę Trepanowicza? 
— Tak. 
— Czego ona chce? 
— Poznać któregoś z oficerów prowadzących nasze śledztwo. Nie 

background image

przypuszczam, żeby wyłącznie w celach towarzyskich,   i 
Kilka minut później do pokoju wkroczyła Nowacka. Wyglądała 
źle, staro i wyjątkowo nieatrakcyjnie, a wielkie wory pod 
zaczerwienionymi oczami mogły świadczyć o bezsennych nocach, 
a nawet częstym płaczu. 
— Proszę, niech pani spocznie. — Kapitan zapraszającym gestem 
wskazał wolne krzesło. — W czym możemy pani pomóc? 
— Nie wiem, czy w ogóle powinnam tu przy 
217 
chodzić — zaczęła, nerwowo wyłamując sobie palce. — Pewno 
wydam się panom śmieszna. 
— Papierosa? — Mazurek podsunął kobiecie paczkę carmenów. 
— Dziękuję — z wdzięcznością przyjęła poczęstunek. 
Na moment w pokoju zapanowało milczenie. Oficerowie nie 
ponaglali Nowackiej, a ta raz po raz zaciągała się dymem, 
najwyraźniej nie wiedząc, od czego zacząć. W końcu Grzelak 
uśmiechnął się do niej zachęcająco. 
— Widzę, że ma pani kłopoty — powiedział cicho. — Czyżby 
wiązały się one z prowadzonym przez nas śledztwem? 
— Tak... To znaczy niezupełnie — poprawiła się szybko. — 
Prawdę powiedziawszy sama nie wiem. Po prostu boję się o 
Adama. 
— O kogo? 
— Pan Adam Trychner przepadł gdzieś bez wieści — wyrzuciła 
wreszcie z siebie. — Nie ma go w domu, nie przychodzi do pracy. 
Coś się musiało stać. 
— Przepraszam za to pytanie, ale czy ostatnimi czasy pozostawała 
z nim pani w bliższych stosunkach? 
— Nawet w bardzo bliskich. — Na bladej twarzy Wandy wykwitł 
nikły rumieniec. 
— Często się widywaliście? 
— Codziennie. 
— Pan Trychner nie planował żadnego wyjazdu? 
— Nie wspominał mi o niczym takim. 
— Nie doszło między państwem do żadnych scysji? 

background image

— Ależ skąd! — zaprzeczyła gwałtownie. — Wszystko było w 
jak najlepszym porządku. Adam sprowadził się do mnie, 
zaczynaliśmy już myśleć o przyszłości. 
— Kiedy widzieliście się po raz ostatni? 
— W ubiegłą sobotę. 
— Nic się do tego dnia nie wydarzyło. 
— Zjedliśmy razem obiad i Adam poszedł załatwić pewne sprawy 
na mieście. Potem jeszcze telefonował, że ma być przesłuchiwany 
przez prokuratora Mikulskiego w związku z włamaniem do 
magazynu naszego zakładu. Umówiliśmy się, że nie będę czekała 
z kolacją. Od tej pory nie dał już znaku życia. '< 
— Czy pan Trychner nie sprawiał w sobotę wrażenia 
zdenerwowanego czy choćby bardziej podnieconego niż zwykle? 
— Nie zauważyłam... Chociaż zaraz! — poprawiła się Wanda 
Nowacka. — W piątek spotkał kogoś i trochę wyprowadziło go to 
z równowagi. 
— Pamięta pani nazwisko tego człowieka? 
— Adam nie mówił, jak się tamten nazywa. Wspomniał tylko, że 
to jakiś znajomy. 
219 

Znajomy z pracy, z wojska, a może z czasu pobytu we Francji? 
— Niestety, nie mam pojęcia. 
— Czy przed wizytą u nas przepytywała już pani kogoś o pana 
Trychnera? 
— Byłam u Mietka Szeleźniaka i próbowałam skontaktować się z 
Wiktorem Jasionowskim. 
— I co? 
— Szeleźniak nic nie wiedział, a córka Jasionow-skiego 
zwyczajnie nie wpuściła mnie do domu. 
— Sprawdzała pani w szpitalach? Najrozmaitsze wypadki są, 
niestety, dość częste w naszych czasach. 
— Byłam we wszystkich. — W oczach Wandy pojawiły się łzy. — 
Pytałam nawet w zakładach pogrzebowych. 
— No tak. — Kapitan pokiwał głową ze szczerym współczuciem. 

background image

— Nagłe zniknięcie pana Trychnera faktycznie wygląda dość 
niecodziennie", może jednak z czasem wszystko się wyjaśni. 
— Zaczynam już tracić nadzieję. 
— Proszę być dobrej myśli — odezwał się milczący do tej pory 
Mazurek. — Postaramy się pani pomóc. 
— Naprawdę? — nie chciała wierzyć. 
— Oczywiście — potwierdził Grzelak. — Dobrze, że pani z tym 
do nas przyszła. 
— Znajdziecie go panowie? 
— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. 
— Dziękuję! — Po raz pierwszy na twarzy Nowackiej pojawił się 
uśmiech. — Bardzo panom dziękuję! 
— Głowa do góry. 
— Kiedy mam się zgłosić? 
— W razie potrzeby skontaktujemy się z panią. 
— Będę czekała na wiadomość. 
Kapitan odprowadził Nowacką do wyjścia i chwilę później 
oficerowie zostali w pokoju sami. Obaj byli pod wrażeniem 
nieoczekiwanej wizyty, choć prawdę powiedziawszy to, co 
usłyszeli, niezbyt wiązało się z dotychczasowymi ustaleniami 
śledztwa. 
— Co właściwie jest z tym Trychnerem? — Grzelak przysiadł na 
biurku i zaczął bębnić palcami po blacie. — Podobno 
przesłuchiwał go Mikulski, a w aktach nie widziałem żadnego 
protokołu. Na dokładkę widziano faceta w Brzózkach tuż po 
zabójstwie prokuratora... 
— Tak czy inaczej trzeba sprawę wyjaśnić i jeśli pan pozwoli, 
wziąłbym to na siebie. 
— Czyżby miał pan już kiedyś do czynienia z Trychnerem? — 
zdziwił się kapitan. 
— Niezupełnie — sprostował porucznik. — Po prostu znam 
człowieka, u którego szukała go Nowacka. 
— Szeleźniaka czy Jasionowskiego? 
— Szeleźniaka. 
— Służbowo czy prywatnie? 

background image

221 

— Swego czasu posadziliśmy go z Mikulskim za politykę. 
— Ależ to diametralnie zmienia postać rzeczy! — Grzelak aż 
podskoczył. — Tylko, że w takim układzie on nie zechce z panem 
rozmawiać. 
— Trzymam zakład, że zechce — Mazurek popatrzył na kapitana 
jakoś dziwnie. — Prędzej ja się z nim dogadam, niż ktokolwiek 
inny z milicji albo Służby Bezpieczeństwa. 
— Skoro tak pan uważa, to nie pozostaje mi nic innego, jak 
życzyć panu powodzenia. Na wszelki wypadek niech pan jednak 
uważa na siebie — ostrzegł do Grzelak. 
Niespełna trzy kwadranse później porucznik był już na Żoliborzu. 
Więcej obiecywał sobie po wizycie u Szeleźniaka, ale 
zdecydował, że na pierwszy ogień weźmie Jasionowskiego. 
Zaparkował służbowego fiata przed jednym z bloków przy alei 
Wojska Polskiego i ruszył na pierwsze piętro. Mosiężna tabliczka 
na drzwiach upewniła oficera, że trafił pod właściwy adres. 
Nacisnął dzwonek. Po chwili szczęknęła zasuwa i w progu 
pojawiła się szczupła dziewczyna. 
— Pan do kogo? — Zmierzyła funkcjonariusza nieufnym 
spojrzeniem: 
— Czy zastałem docenta Jasionowskiego? — Mazurek sięgnął po 
legitymację. 
— O  rany! — Dziewczyna cofnęła się odru 

chowo. — Już przez parę miesięcy był spokój i znowu się 
zaczyna! 
— Ja chciałem tylko porozmawiać — wyjaśnił porucznik 
uspokajająco. — Niepotrzebnie się pani denerwuje. 
— Naprawdę? — wyraźnie mu nie dowierzała. 
— Słowo. 
— Dorotko, kto przyszedł? — Z głębi mieszkania dobiegł niski, 
nieco ochrypły głos. 
— Ktoś z milicji. 

background image

— Widać taka już moja dola. Poproś pana. 
Bez słowa otworzyła szerzej drzwi. Oficer skwapliwie skorzystał 
z zaproszenia i wszedł do środka. Wiktora Jasionowskiego zastał 
w niewielkim pokoiku na kanapie. Sam docent był równie 
szczupły jak jego córka. Poorana głębokimi bruzdami twarz i siwe 
włosy sprawiały wrażenie, że wyglądał bardziej na dziadka 
Doroty niż na jej ojca, jednakże bystre spojrzenie dużych, szarych 
oczu zdradzało mężczyznę w sile wieku. 
— Czym mogę panu służyć? — Niezgrabnym, jak gdyby 
kanciastym ruchem wskazał funkcjonariuszowi krzesło.    / 
— Z pewnych względów interesuje mnie niejaki Adam Trychner 
— Mazurek zdecydował się od razu przystąpić do rzeczy. 
— Tak? — Rysy twarzy Jasionowskiego na moment stężały. 
223 
— O ile wiem, należy on do grona pańskich bliskich znajomych. 
— Należał — sprostował docent, nerwowo zagryzając wargi. — 
Od czasu jego wyjazdu do Francji jużeśmy się nie widzieli. 
— Znowu ten cholerny Trychner! — nie wytrzymała Dorota. — 
Chyba miałeś już dość kłopotów przez niego. A panowie 
moglibyście w końcu dać ojcu spokój! — zwróciła się do 
porucznika. 
— Wybaczcie państwo, nie rozumiem? 
— Ojciec był internowany! — wyrzuciła z siebie z nie ukrywaną 
pretensją. — Potem jeszcze przesłuchiwali go. Nawet mnie 
dwukrotnie brano na spytki, jakiś oficer Służby Bezpieczeństwa. 
Ile można?! 
— I wszystkie te, nieprzyjemne bądź co bądź, przejścia 
zawdzięczacie państwo znajomości z Adamem Trychnerem? 
— W pewnym sensie — Jasionowski skinął na córkę, by mu nie 
przerywała. — Trudno go oczywiście obarczać bezpośrednią 
odpowiedzialnością, w każdym jednak razie to właśnie on 
namówił mnie, żebym zajął się czymś więcej niż tylko leczeniem 
ludzi. 
— Ojciec nadstawiał karku, a on prysnął za granicę — syknęła 
Dorota. 

background image

— W jakich okolicznościach poznał pan Trychnera? 
224 
— Był moim pacjentem. Złamał dwa palce, a ja doprowadzałem 
mu dłoń do porządku. 
Rozumiem, że nawiązaliście panowie bliską współpracę na niwie 
politycznej? 
— Czy naprawdę musimy o tym mówić? — Po twarzy docenta 
przemknął pełen zniecierpliwienia grymas. — Swego czasu 
wszystko spisano na kJlku-nastu stronach protokołów 
przesłuchań. Poza tym zdaje się, że była amnestia. 
— Proszę mi wybaczyć, ale po prostu próbuję uzyskać jakąś 
informację, która pozwoliłaby mi dotrzeć do pana Trychnera. Nie 
chce mi się wierzyć, żeby nie zajrzał tu po powrocie z Francji. 
— Ma pan rację — Dorota znowu ubiegła ojca. — Ten człowiek 
był u nas przed dwoma tygodniami'. Właściwie źle się wyraziłam. 
Trychner przyszedł, ale nie przekroczył progu naszego 
mieszkania. Krótko mówiąc wyrzuciłam go za drzwi. 
— Można i tak! — Porucznik uśmiechnął się odruchowo. Mimo 
wszystko poczuł do dziewczyny coś w rodzaju sympatii. — No 
cóż, nie będę już zabierał państwu czasu. Spróbuję gdzie indziej 
poszukać Trychnera. 
Na dworze zapadał zmierzch. Mazurek dojechał do placu 
Inwalidów, zostawił samochód i miał właśnie zamiar skręcić w 
bramę znajomego bloku, kiedy przy wejściu do sklepu 
spożywczego mignęła mu sylwetka Szeleźniaka. Odruchowo 
przyśpieszył kroku. 
2 — Droga bez... 
225 
—; Pan porucznik? — Mieczysław wyraźnie się stropił. —- We 
własnej osębie. 
— Dd mnie? 
— Nie inaczej. 
— Zapewne kroi się przeszukanie? — westchnął Szeleźniak. 
— A miałbym czego szukać w pańskim mieszkaniu? 
— Przecież nie tak dawno wyszedłem z więzienia. 

background image

— Dzięki amnestii. 
— Panu się to nie podoba? 
— Dlaczego? — zaprzeczył porucznik, — Zawsze uważałem, że 
dla takich ludzi, jak pan, więzienie nie jest zbyt odpowiedniem 
miejscem. Jeśli już musiał pan siedzieć, to dobrze, że krótko. 
— Wolne żarty! — Mieczysław wykrzywił twarz w 
sarkastycznym uśmiechu. — Przecież nie kto inny, tylko pan 
wpakował mnie za kratki. I to nie za żadne przestępstwo, tylko za 
politykę. 
— Nie moja to wina, że podczas stanu wojennego rozrzucał pan 
ulotki. A tego robić nie wolno. 
— Najłatwiej umyć ręce i trzymać się sztywno przepisów. 
— Niech pan przestanie! — W głosie oficera zabrzmiało 
rozdrażnienie i jak gdyby odrobina żalu. — Czy mam panu 
przypomnieć, jak to właściwie wtedy było? W końcu powinien 
pan odpowiadać nie tylko za ulotki. 
— Przepraszam. — Cała zadziorność i arogancja Szeleźniaka 
ulotniły się nagle bez śladu. — Ja wcale nie zapomniałem. 
— To dobrze, bo poza nami dwoma nikt do dzisiaj nie wie, że w 
momencie zatrzymania wyciągnął pan sprężynowca. 
— To był odruch. Bałem się i nie pomyślałem, co robię. Na 
szczęście nie trafiłem. 
— Dałem panu szansę. W raporcie nie napisałem o tym ani słowa. 
Sprężynowiec dalej leży u mnie w biurku. 
— Dlatego za moją odsiadkę przeklinam nie pana, tylko 
prokuratora Mikulskiego — wyznał Mieczysław. — A nóż niech 
pan wyrzuci na śmietnik. Dałem sobie słowo, że już nigdy nie 
wezmę czegoś podobnego do ręki. 
— Słyszał pan, że Mikulski nie żyje? — podchwycił Mazurek, 
bacznie spoglądając Szeleźniakowi w oczy. 
— Podobno miał wypadek na polowaniu. 
— W tym samym czasie Trychner przepadł gdzieś bez wieści. 
Zadziwiający zbieg okoliczności, nieprawdaż? 
— Być może, ale dlaczego przyszedł pan z tym właśnie do mnie? 
— Bo pan dobrze znał Trychnera, a wobec mnie ma pan dług, 

background image

który jakoś wypadałoby spłacić. 

226 
— Ależ panie poruczniku... 
— Zrozumże człowieku, że ja na nikim nie chcę się odgrywać — 
wybuchnął oficer. — Politykę już dawno zostawiłem mądrzejszym 
od siebie. Ja po prostu uganiam się za bandziorami i od czasu do 
czasu wyciągam z bagna bałwanów, którzy pogrążyli się przez 
głupotę, a moim skromnym zdaniem zasługują nie tyle na 
potępienie, ile na pomoc. 
XXXVI 
• Złowrogo szczęknęły -zamki i w progu celi stanął barczysty, 
niemalże dwumetrowego wzrostu profos z pokaźnym pękiem 
kluczy w ręku. 
— Zatrzymany Zaliwski! — rzucił tonem nie znoszącym 
sprzeciwu. — Ruszajcie się, idziemy na okazanie. 
Albin posłusznie podniósł się z pryczy i wyszedł na korytarz. 
Funkcjonariusz wprowadził go do obszernego pomieszczenia 
przedzielonego solidnie wyglądającą kratą. W środku było jeszcze 
dwóch innych aresztantów. 
— Wszyscy trzej ustawcie się w szeregu, twarzą do kraty! — 
zarządził profos. — No, na co czekacie? Mam na was trąbić?! 
Bez sprzeciwu spełnili polecenie. Funkcjonariusz 

ostatni raz zlustrował wszystko uważnym spojrzeniem i nacisnął 
dzwonek przy kracie. Drzwi po jej drugiej stronie otworzyły się i 
do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Z Grzelakiem 
Zaliwski zetknął się już przedtem, ale na widok tego drugiego 
zrobiło mu się gorąco. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu stanąć 
oko w oko ze strażnikiem z Zakładów Elektronicznych. 
— Niech pan się dobrze przypatrzy, panie Goc-ławski. — Kapitan 
wskazał świadkowi trójkę kryminalistów. — Czy poznaje pan 
któregoś z nich? 
— Nie jestem pewien — strażnik wyraźnie się wahał. — Było 
ciemno, zaraz na dzień dobry dostałem po głowie... 

background image

— Może jednak? — Oficer nie myślał ustąpić. Gocławski  
zmarszczył brwi  i  nerwowo  potarł 
czoło, jak gdyby próbował odświeżyć w pamięci wspomnienia 
nocy, kiedy dokonano włamania 
— Ten w środku jest chyba podobny — popatrzył na Albina. — 
Tamten też był łysawy i wyglądał na boksera. 
— Aż ty, w mordę kopany! — Zaliwski z wściekłością rzucił się 
do kraty. — Szkoda, że cię nie ukatrupiłem na amen! 
— Spokój no, zatrzymany! — Potężna niczym bochen chleba dłoń 
profosa opadła ciężko na ramię Albina. — Zaraz was tu nauczymy 
dobrych manier! 
229 
— Kiedy on łże! — Albin po niewczasie zorientował się, że przez 
swój wybuch przesądził wynik okazania. 
— Dobra, dobra! — Po twarzy Grzelaka przemknął ironiczny 
uśmieszek. — Wszyscy słyszeliśmy, co tu zostało powiedziane. 
Panu Gocławskiemu ?dziękuję pięknie, a zatrzymany marsz na 
przesłuchanie.. 
Na biurku kapitana urządzona była istna mini--wystawa. Stała tam 
skrzynka skradziona z magazynu Zakładów Elektronicznych, 
obok leżały wytrychy i pilniki, które posłużyły podczas włamania, 
a całości dopełniały, porządnie już zniszczona, brezentowa torba i 
pistolet zabrany strażnikowi, a znaleziony przy Zaliwskim w lesie 
nie opodal Brzózek. Kryminalista obrzucił wszystko ponurym 
spojrzeniem i zniechęcony opadł na wskazane przez oficera 
krzesło. 
— No i doigraliście się, Zaliwski! — zaczął funkcjonariusz. — 
Waszych grzechów wystarczyłoby na kilka wyroków. 
• — Nie rozumiem, o czym pan mówi — Albin nie umiał zdobyć 
się na nic, poza bezsensownym zaprzeczeniem. — A w ogóle, to 
nazywam się Piekarski. Ma pan przecież mój dowód. 
— A propos, posługiwanie się fałszywym dowodem osobistym, to 
raz... 
— Panie kapitanie... 

background image

— Ucieczka z więzienia, to dwa — beznamiętnie wyliczał 
Grzelak. — Włamanie za dwa i pół miliona, to trzy, rozbita głowa 
Gocławskiego i zabór jego broni, to cztery i pięć. 
— Ja ten pistolet znalazłem w lesie... 
— Podstępne zadanie ciężkich obrażeń kapitanowi Jodeckiemu, to 
sześć — oficer absolutnie nie zareagował na wykręt 
zatrzymanego. — A po siódme jest jeszcze trup prokuratora 
Mikulskiego. Nie muszę wam chyba mówić, że stąd już tylko krok 
pod szubienicę. 
Przez moment Zaliwski siedział jak skamieniały, z otwartymi z 
przerażenia ustami. Nagle bluznął ja-kmiś przekleństwem, 
poderwał się z krzesła i runął do wyjścia. Zamiast pociągnąć 
klamkę ku sobie naparł na drzwi całym ciałem. Futryna aż 
zatrzeszczała, ale zamknięcie stanowiło skuteczny opór. Albin 
zrozumiał swoją pomyłkę, było już jednak za późno. Poczuł jak 
lewy łokieć drętwieje mu w stalowym uścisku Grzelaka i stracił 
równowagę. Jeszcze chwila i wbrew swojej woli siedział z 
powrotem na krześle. 
— Będziesz grzeczny? — Kapitan jak gdyby dla lepszego 
zobrazowania swych słów wzmocnił chwyt. 
— Aj, boli! — wrzasnął kryminalista. — Połamie mi pan kości! 
— Odpowiadaj, skoro pytam. 
231 
— Przepraszam, ja nie chciałem... Zresztą stąd i tak nie można 
uciec. 
— A jednak szare komórki pracują — nie bez satysfakcji 
skonstatował oficer. — Teraz już się chyba dogadamy. 
Puścił Zaliwskiego i, nie oglądając się za siebie, wrócił do swego 
biurka. W pokoju zapanowało milczenie. Albin łapał ustami 
powietrze niczym ryba wyjęta z wody i nieporadnie próbował 
rozmasować obolałe ramię, a funkcjonariusz zabrał się do 
chowania dowodów rzeczowych do szafy pancernej. Kiedy ostatni 
wytrych powędrował na swoje miejsce, Grzelak wyciągnął 
formularz protokołu przesłuchania i ostentacyjnie stuknął weń 
długopisem. 

background image

— No jak tam, Zaliwski, przyznajecie się? 
— Do włamania, pobicia strażnika, tej historii z pańskim kolegą i 
ucieczki z więzienia — wyszeptał Albin. 
— A do zabójstwa prokuratora? 
— To już nie moja robota. 
— Mieliście powód. 
— Niby jaki? 
— Mikulski prowadził waszą sprawę i uzyskał dla was bardzo 
surowy wyrok. 
— Nienawidziłem go, to fakt. Marzyłem, że kiedyś się odegram. 
— I skorzystaliście z pierwszej sposobności. 

— Pan się myli. Nawet palcem nie tknąłem Mikulskiego. 
— Przez kilka miesięcy przebywaliście w Brzózkach u 
Grabickiego. 
— Nie przeczę. 
— Wiedzieliście, że prokurator poluje w tamtejszym kole 
łowieckim. 
— Widziałem go kiedyś na zającach. 
— Po włamaniu do magazynu Zakładów Elektronicznych 
zostawiliście kumpli w Warszawie, a sami wróciliście na wieś. 
— Postanowiłem zamelinować }'ię u Agaty Paniowej. 
— I przy okazji upilnować Mikulskiego. Wiedzieliście przecież, 
że na jesieni polowania są tydzień w tydzień. 
— Jezu, dlaczego pan mnie w to wrabia?! 
— Bo zastrzeliłeś Mikulskiego! — Kapitan podniósł głcs. — 
Wziąłeś samopał, poszedłeś na Krzywy Zrąb, pod jakimś pozorem 
zwabiłeś prokuratora nad rzeczkę i tam wyrównałeś swoje 
rachunki. 
— Przecież jakby co, miałem kopyto tego strażnika — Zaliwski 
uczepił się ostatniego argumentu. — Po pioruna byłby mi jakiś 
samopał? Nawet do waszego wilka wygrzałem z pistoletu, tyle — 
że miał bydlak szczęście i go nie trafiłem. 
Oficer popatrzył w oczy kryminaliście. Nie wierzył mu za grosz, z 
drugiej strony trudno było 

background image

233 
odmówić logiki jego ostatnim słowom. Prawdę powiedziawszy 
funkcjonariusz sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. 
— Do sprawy śmierci prokuratora jeszcze wrócimy — chwilowo 
ustąpił. — Póki co, opowiedzcie mi coś o włamaniu do magazynu. 
— Poszło nawet zgrabnie, ale na koniec daliśmy cholerną plamę 
— Albin pociągnął nosem z niekłamanym żalem. — 
Podpieprzyliśmy skrzyneczkę, którą mi pan przed chwilą 
pokazywał i zataszczy-liśmy ją Itydusowi. Facet poczuł cykora 
albo się nie poznał. Ja mówiłem, że te druciki to srebro, ale on 
kazał nam wywalić wszystko w diabły. Posłuchaliśmy, no a teraz 
pan podsumował, że skrzynka była warta dwa i pół miliona. 
— Niczego więcej nie braliście z Zakładów Elektronicznych? 
— Przez tego pieprzonego strażnika musieliśmy się śpieszyć. 
Niby Tadek Kielecki zrobił wcześniej rozpoznanie, ale pan wie, że 
kiedy człowiek w nerwach, graby mu się trzęsą. 
— Sami widzicie, że przestępstwo nie popłaca — Grzelak z 
politowaniem pokiwał głową. — Pożytku niewiele, a na wiele lat 
będziecie musieli pożegnać się z wolnością. 
— Cóż poradzić, panie kapitanie -v- Zaliwski pogodził się już z 
losem. — Takie jest życie. 
Oficer odprowadził zatrzymanego do aresztu i 

niespełna kwadrans później siedział już za kierownicą służbowego 
poloneza. Postanowił zajrzeć do Zakładów Elektronicznych. 
Strzegący bramy strażnik pokiwał tylko głową na widok 
legitymacji funkcjonariusza i bez słowa wpuścił samochód na 
teren przedsiębiorstwa. Grzelak zaparkował na tyłach biurowca, 
pierwsze kroki skierował jednak w stronę magazynu. Dosłownie 
w wejściu natknął się na Przybickiego. 
— Nie dalej jak wczoraj przesłuchiwał mnie porucznik Mazurek. 
— W oczach magazyniera pojawił się cień niepokoju. 
— Niewykluczone, że jutro odwiedzi pana kapitan Jodecki — nie 
bez ironii odparł oficer. — Póki śledztwo w toku, nie można 
zrezygnować z przesłuchań. 

background image

— Tak, oczywiście — bąknął Przybicki. — Musicie panowie 
wyjaśnić wszystkie szczegóły. 
4— Otóż to — przytaknął funkcjonariusz. — Ale do rzeczy. 
Interesuje mnie, co właściwie zostało skradzione z pańskiego 
magazynu. 
— Przecież ustaliła to specjalna komisja. Nie otrzymał pan 
protokołu? 
— Protokół znam niemal na pamięć — Grzelak ostentacyjnie 
wzruszył ramionami. — Chodzi mi nie o wynik papierkowych 
wyliczeń, ale o pańskie spostrzeżenia poczynione bezpośrednio po 
ujawnieniu włamania. 
235 
— Złodzieje otworzyli zamki i zerwali plomby. 
— Czy bardzo nabałaganili w magazynie? 
— Nie wyglądało to aż tak tragicznie. 
— Co zabrali? 
— Skrzyneczkę, którą przed kilkoma dniami znalazł porucznik 
Mazurek. 
— A oprócz tego? 
— Komisja ustaliła... 
— Ja rozmawiam z panem, a nie z żadną komisją — ostro 
przerwał kapitan. 
— Wybaczy pan, ale nie rozumiem? 
— W pańskim magazynie bywa srebro przemysłowe? 
— Nawet wtedy trochę zginęło. 
— Trochę, to znaczy ile... 
— Według protokołu... 
— Panie Przybicki! — Oficer przytrzymał magazyniera za guzik. 
— Zdaje się, że o coś pana przed chwilą prosiłem! j 
— Ukradli skrzynkę tego srebra — Przybicki wydusił wreszcie z 
siebie, ale jego słowa zabrzmiały jakoś niezbyt przekonująco. 
— Na pewno tylko jedną? 
— To i tak kupa pieniędzy, gdyby ktoś chciał kupić albo sprzedać. 
— Pamięta pan, jaka to była skrzynka? 
— Podobna do tej ze stopem wolframowym. 

background image

— Mógłby pan pokazać, gdzie stała? 

— Oczywiście. — Magazynier jak gdyby się zawahał. 
— Byłbym zobowiązany. 
— W takim razie proszę ze mną. 
Weszli do magazynu. Przybicki przeprowadził Grzelaka przez 
kilka pomieszczeń, nim dotarli do ciasnego boksu, oddzielonego 
od reszty drucianą siatką. Wąską furtkę zabezpieczała mizernie 
wyglądająca kłódka. Magazynier wyciągnął z kieszeni kluczyk i 
wpuścił kapitana do środka. 
— Przecież tutaj prawie nic nie ma! — Oficer z niedowierzaniem 
pokręcił głową. 
— Z zapasami faktycznie jest krucho — potwierdził Przybicki. — 
Praktycznie dysponuję jedynie wolframem odzyskanym przez 
pańskiego kolegę. — Wskazał na stojącą w kącie skrzyneczkę. — 
Zresztą opakowanie nie jest oryginalne, a spece od technologii nie 
chcą drutu brać, bo twierdzą, że może być brudny albo 
uszkodzony. 
— Srebra pan nie ma? 
— W całości wydane na wydziały produkcyjne. 
— Podczas włamania skradziono również i złoto — przypomniał 
sobie funkcjonariusz. 
— Wszystkiego dwa albo trzy deko. — Magazynier lekceważąco 
machnął ręką. — Więcej nie było. U nas złota wiele nie idzie. 
— Gdzie je przechowujecie? 
— Tutaj. 
237 
— Bez żadnego dodatkowego zabezpieczenia? 
— Mamy metalowy schowek. — Przybicki wskazał szafkę 
niewiele różniącą się od ubraniowej. Przy drzwiczkach nie było 
nawet zwykłej kłódki. 
— Panie kochanyl — Grzelak aż złapał się za głowę. — Cud, że 
nikt przedtem nie przyszedł tu po złoto. 
— Przecież ja pilnuję! — W głosie magazyniera zabrzmiała nutka 
urazy. — A zresztą u nas złodzieje nie pracują. Ci, którzy się 

background image

włamali, też nie mieli nic wspólnego z naszym zakładem. 
— Być może. — Kapitan uznał, że lepiej nie wtajemniczać 
Przybickiego w ustalenia śledztwa. — Niemniej jednak 
zabezpieczenie cennych półproduktów pozostawia w Zakładach 
Elektronicznych wiele do życzenia. 
— Ja robię, co mogę, ale o wszystkim decyduje dyrekcja. 
— Porozmawiam i z dyrektorem naczelnym — obiecał oficer. — 
A póki co, chciałbym zerknąć na kartotekę magazynową — 
nieoczekiwanie zmienił temat. 
— Po włamaniu część kartoteki zabrał główny księgowy. — 
Magazynier wyraźnie się spłoszył. 
— Zacznę od tego, co ma pan u siebie. — Funkcjonariusz nie 
myślał ustąpić. 
— Jak pan sobie życzy. 
— A najlepiej wypiszę panu pokwitowanie, a 

dokumentację zabiorę. Obiecuję, że najdalej za trzy, cztery dni 
kartoteka wróci do magazynu. 
Przybicki zmarszczył brwi i nerwowym ruchem potarł skronie, jak 
gdyby szukał jakiegoś wykrętu, ale w końcu ustąpił. Skinął głową 
na znak, że się zgadza i zaprowadził Grzelaka do niewielkiego 
pokoiku przy wejściu do magazynu. Tam w dużej, solidnie 
wyglądającej, szafie spoczywały dokumenty, a wśród nich, na 
poczesnym miejscu kartoteka magazynowa. Kapitan zgodnie z 
zapowiedzią wypisał pokwitowanie i, pożegnawszy się z 
chmurnym jak noc magazynierem, ruszył z kartoteką do 
samochodu. 
Na parkingu na tyłach biurowca stali Demski z Pawlakiem. 
Dostrzegłszy oficera uśmiechnęli się przyjaźnie na powitanie. 
— Jak tam śledztwo, panie kapitanie? — zagadnął główny 
księgowy. 
— Coraz bliżej końca. 
— Był pan w magazynie u Przybickiego? 
— Musiałem wyjaśnić kilka szczegółów. 
— Nasz magazynier ma za swoje — pokręcił głową Demski. — 

background image

Najpierw przesłuchiwał go prokurator Mikulski, potem porucznik 
Mazurek, a teraz znowu pan. Jeszcze się biedak wystraszy i 
będziemy musieli poszukać następcy — roześmiał się ze swego 
żartu. 
— Dyrektora Walendowskiego chwilowo nie ma 
239 
w zakładzie — wtrącił się Pawlak — ale w razie potrzeby 
służymy wszelką pomocą. Może napiłby się pan kawy? 
— Następnym razem chętnie skorzystam z zaproszenia — obiecał 
Grzelak. — Teraz, niestety, muszę już wracać do siebie. 
Zaraz za bramą Zakładów Elektronicznych kapitanowi przyszło 
do głowy, by jeszcze tego dnia odwiedzić zwolnionego niedawno 
dyrektora naczelnego. Trydecki mieszkał na Sadybie w nie 
rzucającej się w oczy willi. Oficer przez dłuższą chwilę naciskał 
dzwonek przy furtce, nim cichy brzęczyk oznajmił mu, że może 
wejść. Gospodarz okazał się wysokim, siwym mężczyzną koło 
siedemdziesiątki. Wprowadził nieoczekiwanego gościa do 
obszernego, choć okropnie zagraconego starymi meblami pokoju i 
zapraszającym gestem wskazał mu cokolwiek zdezelowaną sofę w 
stylu któregoś z Ludwików. 
— Nie wiem, czy słyszał pan o wydarzeniach, które ostatnio miały 
miejsce w pańskim zakładzie — zaczął Grzelak oględnie. 
— Od miesiąca jestem na emeryturze — odparł Trydecki z 
goryczą. — Wyrzucili mnie jak stary, dziurawy garnek. Nikt 
nawet nie powiedział dziękuję, za pot, nerwy i nie przespane noce. 
W tej sytuacji proszę się nie dziwić, że sprawy Zakładów 
Elektronicznych obchodzą mnie teraz tyle, co zeszłoroczny śnieg. 

— Do magazynu dokonano włamania. — Kapitana jakoś nie 
zraziły słowa byłego dyrektora. — Skradziono srebro 
przemysłowe, stop wolframowy i trochę złota. 
— Złapaliście złodziei? 
— Owszem. 
— Nie rozumiem więc, w czym problem? 
— Czy mógłby pan zaręczyć za uczciwość swych byłych 

background image

współpracowników? — Oficer zdecydował się zapytać wprost. 
— Ręczyć to ja mogę jedynie za siebie. 
— W takim razie, czy kogoś z aktualnej dyrekcji podejrzewałby 
pan o ewentualne nadużycia? 
— Już ktoś niedawno zadał mi identyczne pytanie. 
— Można wiedzieć kto? 
— Był u mnie prokurator. Aż się zdziwiłem, że przyszedł sam, 
zamiast przysłać wezwanie. 
— Pamięta pan jego nazwisko? 
— Makowski, Mikulski, czy coś w tym rodzaju. 
— Jakiej odpowiedzi udzielił pan prokuratorowi? 
— Czyżby panu nie powtórzył? 
— On nie żyje, proszę pana. Zginął w podejrza--nych 
okolicznościach. 
— Nie żyje? — Trydecki otworzył szerzej oczy, jak gdyby pragnął 
lepiej zrozumieć sens słów funkcjonariusza. — Zabili go? 
— Zgon nastąpił na skutek postrzału z myśliwskiej broni palnej. 
16 — Droga bez... 
241 
—r Więc jednak coś było w zakładzie nie tak. — Były dyrektor 
ponuro zwiesił głowę. — Ten prokurator miał rację. A ja go 
zapewniłem, że moi dawni koledzy, to wprawdzie świnie i 
intryganci, ale w żadnym  wypadku   nie  złodzieje  ani  
łapownicy. 
— Czy Mikulski wspomniał panu o jakichś konkretnych 
nadużyciach? 
— Niestety, nie mogłem się zorientować, o co mu chodzi. 
— A podejrzewał kogoś? 
— Najwięcej wypytywał mnie o magazyniera. 
— Przybickiego. 
— Właśnie. 
— Pańskim zdaniem, co to za człowiek? 
— Zaprotegował go kolega Grzebieniowski, nigdy nie było z nim 
żadnych kłopotów dyscyplinarnych. 
— Kontrole nie wykazywały w magazynie nieprawidłowości? 

background image

— Nie przypominam sobie. Wprawdzie kiedyś coś nie podobało 
się naszemu głównemu księgowemu i Demski przez dobry Ądzień 
grzebał się w najrozmaitszych dokumentach, ale potem zapewnił 
mnie, że wszystko jest w porządku. 
— W związku z czym główny księgowy nabrał podejrzeń? 
— To było na początku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego 
pierwszego roku. Prawdę powiedziaw 
242 
szy niezbyt dobrze pamiętam całą awantura/w każdym razie jeden 
ze związków zawodowych żądał specjalnej kontroli, a drugi groził 
akcją protestacyjną, gdyż dyrekcja do takiej kontroli dopuściła. 
Ostatecznie Demski jakoś wszystkich pogodził i-sprawa ucichła. 
— Później, w czasie stanu wojennego prokurator Mikulski 
prowadził postępowanie przeciwko jednemu z pańskich 
pracowników. 
— A tak — przypomniał sobie Trepanowicz. — Chodziło o 
Szeleźniaka... No cóż, było, minęło. — Machnął ręką na znak, że 
woli zmienić temat. — Teraz to już tylko historia. 
— Czasem właśnie w wydarzeniach sprzed lat tkwią korzenie 
dzisiejszych tragedii. 
— Może ma pan rację — powiedział emerytowany dyrektor. — 
Ale obawiam się, że wiele panu nie pomogę w pańskim śledztwie. 
XXXVII 
— No, głowa do góry, panie Przybicki! — Demski pocieszająco 
poklepał magazyniera po ramieniu. — Wychodziliśmy już nie z 
takich opresji. 
— Kiedy ten kapitan wszystkiego się domyśla. 
— Póki nie ma dowodów, nic nam nie zrobi. 

lili^i Zabrałkartótekę.' 
— Po pierwsze, to, co najważniejsze, leży u mnie w biurku, a po 
drugie musiałby być nie lada specem, żeby zorientować się, na 
czym polega kant. 
— Mikulski pytał mnie dokładnie o to samo. 
— I zbytnia ciekawość nie wyszła biedakowi na zdrowie — 

background image

sarkastycznie zauważył główny księgowy. — Zamiast używać 
życia, wącha teraz trawkę od korzonków. 
—.Pan wie, kto go zastrzelił? — W oczach magazyniera pojawił 
się nie ukrywany strach. 
— Niby skąd? — Demski wzruszył ramionami. — Zresztą to nie 
moja sprawa. Ktoś miał żal do prokuratora i wpakował mu kulę 
między żebra. Nie masz pan większych zmartwień, panie 
Przybicki. 
— To przecież okropne! 
— Życie nie jest usłane różami i każdy prędzej czy później 
wyciągnie kopyta. 
— No dobrze, a jeśli mnie zamkną? — Magazynier wlepił wzrok 
w nieruchomą, zdawało się, twarz głównego księgowego. 
— Załatwimy ci dobrego adwokata, raz w miesiącu dostaniesz w 
więzieniu paczkę i zadbamy o godziwe utrzymanie dla rodziny na 
czas twojej odsiadki. 
— A gdybym sypnął? 
— Nie radzę! — W głosie Demskiego zadźwięczała groźba. 

— Pan mnie źle zrozumiał. — Przybitki 'aż skulił się pod 
przenikliwym spojrzeniem księgowego. — Na pierwszym czy 
drugim przesłuchaniu nic im nie powiem. Ale oni potrafią pytać'w 
kółko o to samo przez tydzień albo i dwa, tak że w końcu do cna 
skołują człowieka. 
— Jeśli się do niczego nie przyznasz, nie będziesz musiał 
odpowiadać na podchwytliwe pytania. 
— Oni mi nie uwierzą. 
— To już ich zmartwienie, nie twoje. 
— Zechcą się dowiedzieć, w jaki sposób srebro i złoto znikało z 
mojego magazynu, kto organizował zbyt i kto krył całą imprezę. 
— Ty im tego nie powiesz. 
— Nawet najtwardsi czasem pękają. Muszę mieć na wszelki 
wypadek jakieś nazwisko. 
— Niby racja — zamyślił się Demski. — Trzeba jeszcze kogoś 
poświęcić. 

background image

— Może starego dyrektora? 
— Odpada — główny księgowy zdecydowanie zaoponował. — 
Trydecki zbyt wiele wie o nas wszystkich. Nie musiałby sobie 
zadać dużo trudu, żeby nas wpakować do pudła i to na długie lata. 
— Więc kogo? 
— Ściągnął cię do Zakładów Elektronicznych Władek 
Grzebieniowski, nieprawdaż? — przypo- 
245 
mniał sobie Demski. — W ostateczności możesz jego podsunąć 
bezpiece i milicji. 
— Rozumiem. 
— Tylko nie wcześniej, niż po jakichś dwóch tygodniach aresztu 
— zastrzegł główny księgowy. Żeby nie wyglądało to na z góry 
ukartowane. 
— Znaczy, że i pan Grzebieniowski pójdzie siedzieć? 
— Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła, panie Przybicki. — 
W głosie Demskiego znowu zabrzmiała zwykła pewność siebie. 
— Pomyślinr 'żeby i jemu nie stała się krzywda. A póki co, wracaj 
pan do swojej roboty. Magazyn nie może stać pusty. 
Ledwo drzwi zamknęły się za magazynierem, do gabinetu 
głównego księgowego wsunął się Pawlak. ' 
— Ustawiłeś go? — popatrzył pytająco na Teodora. 
— Jasne — potwierdził Demski. 
— Chwała Bogu. 
— Teraz musimy ściągnąć tu Jacka i we trójkę iść do starego. 
— Trepanowicz przykuśtykał do firmy pized kwadransem i czeka 
u mnie w gabinecie. 
— Innymi słowy jesteśmy wszyscy. 
— A co z Władkiem? Z samego rana wyskoczył do miasta i do tej 
pory jeszcze nie wrócił. 
— Tym lepiej. 

— Nie rozumiem? . 1 
— Zaraz wszystko zrozumiesz. — Demski niecierpliwie machnął 
ręką. — No, leć po Jacka i walimy do Walendowskiego. 

background image

Kwadrans później sekretarka dyrektora naczelnego otrzymała 
bezwzględny zakaz łączenia wszelkich rozmów i wpuszczania 
kogokolwiek, a obite skajem drzwi gabinetu zamknęły się na 
głucho. Pawlak pomógł Trepanowiczowi ulokować się na jednym 
z foteli i sam przysiadł na drugim, a Teodor stanął przy biurku 
szefa Zakładów Elektronicznych. 
— Musimy coś postanowić — zaczął cicho Walendowski. — 
Wszyscy dobrze wiemy, że w magazynie jest manko. Niestety, 
włamywacze znaleźli się pod" kluczem, a prowadzący śledztwo 
zwietrzyli pismo nosem. Tylko patrzeć, kiedy ktoś z naszej firmy 
trafi za kratki. 
— Przybicki ma to jak w banku — wtrącił główny księgowy. — 
Kapitan Grzelak był dzisiaj u niego w magazynie i zabrał 
kartotekę. 
— Żeby tylko nie capnęli kogoś z was. 
— Któregoś z nas — sprostował Demski z naciskiem. — Ty, 
Franciszku, też brałeś swoją dolę. Najpierw za przymykanie oczu 
na szczeblu zjednoczenia, a teraz jako szef naszego interesu. # 
— Ts! — Naczelny spiorunował Teodora spojrzeniem. — Kto cię 
prosił, żeby przypominać, co było, zanim tu przyszedłem. 
247 
-i- Jedziemy na jednym wózku i Benek z Jackiem powinni o 
wszystkim wiedzieć. Jeśli trafimy za kratki, to w komplecie. 
— Nie kracz! — warknął Walendowski, z trudem panując nad 
sobą. — Powiedzcie lepiej, co robić, żeby nie wylądować w pudle. 
— Bezpieka i milicja tak długo będzie węszyć, póki nie położą 
łapy na kimś z dyrekcji. Niestety, musimy im podsunąć 
przynajmniej jedną osobę na pożarcie. 
— Kogo masz na myśli? 
— Władka Grzebieniowskiego. On i tak jest u nich na czarnej 
liście za bliskie stosunki z jednym z włamywaczy. 
— Teraz rozumiem, dlaczego Władek nie pizy-szedł tu z wami. — 
Naczelny dyrektor domyślnie pokiwał głową. — A swoją drogą 
cholernie się ucieszy, że wytypowaliśmy go za kratki. 
— Wcale nie musi tam trafić. 

background image

— Przymkną go po pierwszym słówku Przybic-kiego. 
— Jeśli zostanie w kraju, to i owszem. 
— Jakoś nie słyszałem, żeby wybierał się za granicę. 
— A czemu nie miałby wyjechać? — Demski na moment zawiesił 
głos. 
— Niby dokąd? 
— Wyślij go na rozmowy do Wiednia. O ile 
248 
wiem, Władek ma ważny paszport i wóz 'na' chodzie. Mógłby 
ruszać chociażby jutro. 
— Żartujesz? 
— Bynajmniej. 
— Przecież ten Wiedeń zarezerwowałem dla siebie. 
— Z czegoś trzeba zrezygnować. Albo wyekspediujemy Władka 
do Austrii i zwalimy nadużycia na niego, albo nam się dobiorą do 
skóry. 
— Przecież on nie ma zielonego pojęcia o rozmowach z 
zagranicznymi kontrahentami. W dodatku Austriacy nie chcą 
słyszeć o kooperacji, a na kiedyt też nic nie dadzą. Trzeba dobrze 
pokręcić głową, zęby wydębić od nich te półprzewodniki. 
— Na mój gust i tak nie ma szans na pomyślne sfinalizowanie 
transakcji. 
— Jestem umówiony w Wiedniu dopiero za dwa tygodnie. 
Austriacy zrobiliby wielkie oczy, gdyby ktoś przyjechał 
wcześnfej. 
— Dla nas to żadna różnica. 
— Ale Grzebieniowski zaraz się zorientuje, że coś jest nie tak. 
— Nie będzie miał czasu. Zaraz po jego wyjeździe pchniemy 
teleks do Wiednia, żeby natychmiast wracał, bo w zakładzie 
ujawniono nadużycia i lada moment dojdzie do aresztowań. Na 
jego miejscu natychmiast poprosiłbym o azyl pod byle pretek- 

>)onowsh bosiT V: •   łv5"ioW.V, 
stem i wołami nie zaciągnęliby mnie z powrotem do granicy. 
— Teraz rozumiem! — Franciszek z rozmachem stuknął się w 

background image

czoło. — Daj pyska, Teoś! Ale ty masz łeb! 
— Innymi słowy zgadzasz się poświęcić tych kilka szylingów i 
wysłać Władka do Austrii? 
— Jasne. 
— Znaczy, że problem mamy z głowy. 
Cicho odezwał się brzęczyk. Walendowski niecierpliwym ruchem 
włączył głośnik. 
— Czego?! — warknął do mikrofonu na sekretarkę. — Przecież 
mówiłem, żeby mi nikt nie przeszkadzał! 
— Tak, ale przyszedł właśnie dyrektor Grzebieniowski i pyta, czy 
nie będzie potrzebny. 
— To co innego. — Głos Franciszka nagle złagodniał. — Właśnie 
na niego czekamy. Niech wejdzie. 
XXXVIII 
W Pokoju rozległo się ostre, natarczywe brzęczenie telefonu. 
Grzelak przez sen machnął ręką, jak gdyby odganiał muchę i 
przewrócił się na drugi bok. .Telefon ponownie zadzwonił. 
Kapitan 
250 
zaklął pod nosem i otworzył oczy. Trzeci dzwonek musił go do 
wyciągnięcia ręki w kierunku stoją-ego przy tapczanie stolika. 
- Słucham! — ziewnął sennie do słuchawki. — < o za zwyczaje 
budzić człowieka w środku nocy? 
- Jest czwarta trzydzieści. — W głosie pułkownika Kuglarza 
zabrzmiało wyraźne podenerwowa- 
- Za pięć minut będzie u ciebie porucznik /..nejko. 
- Co się stało? 
- W lesie, między Rynią a Załubicami, znaleziono zwłoki 
zastrzelonego mężczyzny.        k 
— Wiadomo już, kto to taki? — Kapitan błyskawicznie 
otrzeźwiał. 
— Nie miał przy sobie dokumentów, ale rysopis odpowiada 
Trychnerowi. 
Grzelak poczuł, że mrówki chodzą mu po krzyżu. Takiego 
rozwoju wypadków nie spodziewał się. 

background image

— Zaraz będę gotów — zapewnił służbiście. 
— Powodzenia. 
Kiedy wychodził z domu, służbowy polonez stał luż przy 
krawężniku. W środku oprócz Zanejki i dwóch  ubranych po 
cywilnemu funkcjonariuszy edział jeszcze Jodecki z głową 
dokładnie owiniętą bandażem. 
— A ty tu czego? — zdziwił się Grzelak. — odobno miałeś leżeć 
w łóżku. 
— Dostałem dziewięć dni zwolnienia i  mogę 

robić, co mi się żywnie^iptfdoba — odburknął Jodecki. — Zresztą 
ktoś musi przecież zidentyfikować zwłoki Trychnera, a ją go nie 
tak dawno przesłuchiwałem. 
Silnik zawył na wysokich obrotach i polonez ruszył ostro przez 
wyludnione o tej porze, warszawskie ulice. Siedzący za 
kierownicą funkcjonariusz z przymrużeniem oka traktował 
przepisy drogowe i kilka razy na zakrętach dosłownie o włos 
minęli latarnię czy niefrasobliwie zaparkowany przez właściciela 
samochód, ale za to już po kwadransie wyjeżdżali z miasta. 
— Kto znalazł denata? — zainteresował się Grzelak. 
— Podobno jakiś emerytowany leśniczy, a ściślej rzecz biorąc 
jego pies. Facet wybrał się wczoraj w odwiedziny do jakiegoś 
znajomego. Wracał gdzieś koło północy i właśnie wtedy natknął 
się przypadkiem na trupa. 
— Wypadałoby ściągnąć na miejsce lekarza sądowego. 
— Znając pułkownika Kuglarza, załatwił wszystko, co trzeba. 
— Ciekawe, jak długo zwłoki leżały w lesie? 
— Funkcjonariusz z miejscowego posterunku MO twierdzi, że 
przynajmniej od kilku dni. 
— Najważniejsze, czy zgon nastąpił przed zabójstwem 
Mikulskiego, czy już potem. 
252 
1 —' Zobaczymy nla miejscu^ j , m >? 'lidoi Minęli Nieporęt i 
skręcili w kierunku Radzymina. Jeszcze kilka kilometrów i 
polonez zjechał z szosy na wyboistą, leśną drogę. Po paru 

background image

minutach dotarli na niewielką polankę. Stał tu już szary, milicyjny 
fiat, a nieco dalej można było dostrzec między drzewami 
niebieskie mundury i biały, lekarski fartuch. Zwłoki leżały w 
zarośniętym, pamiętającym jeszcze czasy wojny, okopie. Pierwszy 
pochylił się nad denatem Jodecki. Grzelak nawet nie musiał pytać 
kolegi. Jego mina świadczyła wymownie, że oto po kilku dniach 
poszukiwań, znaleźli wreszcie Trychnera. 
— Przyczyną zgonu był postrzał z broni palnej? — Jodecki 
popatrzył pytająco na niewysokiego, drobnego lekarza. 
— Nawet bez sekcji sprawa jest dla mnie jasna — potwierdził 
zagadnięty. — Jak pan widzi, ranę wlotową mamy na plecach, 
mniej więcej na wysokości lewej łopatki. 
— Potrafi pan powiedzieć, ile czasu zwłoki leżały w tym lesie? 
— Na pewno z tydzień. 
— Od niedzieli, czy raczej od zeszłego poniedziałku? 
— To ważne? 
— Nawet bardzo. 
— W takim razie wolałbym nie wypowiadać się 

przed, sekcją. O pomyłkę nietrudno, zwłaszcza że mieliśmy i 
trochę mrozu, i odwilż. 
— Mimo wszystko liczymy na pana. 
— Zrobię, co w mojej mocy. 
— Czyżby Służba Bezpieczeństwa przejmowała śledztwo? — Za 
plecami Jodeckiego wyrósł barczysty sierżant o szerokiej 
ogorzałej twarzy. — Prawdę mówiąc byłoby to nam nawet bardzo 
na rękę.' 
— Mamy drugiego trupa w tej samej sprawie — wyjaśnił Grzelak. 
— Nie zazdroszczę. 
'— Czy zabezpieczyliście jakieś ślady? 
— Wstępne oględziny nic właściwie nie dały — zasępił się 
sierżant. — Łuski nie znaleźliśmy, śladami opon nie ma co 
zawracać sobie głowy, bo w ciągu minionego tygodnia przejechała 
tą drogą przynajmniej kopa furek, samochodów i motocykli. 
Jednym słowem klops. 

background image

— Może porucznik Zanejko coś znajdzie. 
— Póki jesteśmy na miejscu, służymy wszelką pomocą, ale 
osobiście nie byłbym optymistą. 
Grzelak zostawił kolegów przy zwłokach, a sam wrócił na 
polankę. W milicyjnym radiowozie po-drzemywał na przednim 
siedzeniu siwy, koło siedemdziesiątki mężczyzna w zielonej, 
brezentowej kurtce i ciężkich gumiakach. 
— Pan Braniecki? — upewnił się kapitan. 
254 
— Owszem.'^'?EfliefytóWany leśMcz^t ^woTrY^fl ruchem 
przetarł oczy. 
— To pan znalazł zwłoki? 
— Nie tyle ja, co Atos. — Wskazał skulonego u jego nóg, rudego 
kundelka. — Przechodziliśmy tędy i psiak poleciał do starego 
okopu. Zaczął ujadać. Myślałem, że jakiś zwierzak złapał się na 
wnyk i postanowiłem sprawdzić. Potem co sił w nogach goniłem 
do pierwszej chałupy z telefonem. Resztę już pan zna. 
— Pan mieszka gdzieś tu, w okolicy? 
— W Załubicach. 
— I często spaceruje pan z pieskiem po lesie? 
— Co najmniej dwa razy dziennie, ale zwykle w zupełnie innym 
rejonie. Wczoraj wybrałem się w odwiedziny do znajomego. 
— Taki kawał drogi chciał pan wracać piechotą? 
— Za młodych lat robiłem marsze po trzydzieści i więcej 
kilometrów, więc co to dla mnie. 
— Nigdy przedtem nie widział pan denata? 
— Nie przypominam sobie. 
— A nie orientuje się pan, czy nikt obcy nie kręcił się po okolicy? 
— Niby już po grzybach, ale w każdy weekend więcej tutaj ludzi 
niż drzew. W Załubicach to już czasem trudno wytrzymać, a i w 
Rynii wcale nie lepiej. 
— U kogo był pan wczoraj wieczorem? 

r^'Odwiedziłem BartkaMlkdłowićza'.' 
— Kto to taki? 

background image

— Mój wychowanek. Jako dziesięcioletni chłopak stracił 
rodziców. Przygarnąłem go i wyprowadziłem na ludzi. Teraz jest 
strażnikiem leśnym. 
— Daleko stąd mieszka? 
— Będzie ze dwa kilometry. 
— Pokaże mi pan drogę? 
— Czemu nie. 
Braniecki przesiadł się wraz z Atosem do poloneza, Grzelak wziął 
od Zanejki przygotowany zawczasu plik zdjęć wszystkich osób 
powiązanych w jakikolwiek sposób z prowadzonym śledztwem i 
ruszyli dalej w głąb lasu, tą samą drogą, którą kapitan dotarł na 
polankę od strony szosy. Parę minut później byli już na miejscu. 
Porządna, murowana gajówka zachęcała swym wyglądem do 
złożenia wizyty gospodarzowi. Sam Mikołowicz mimo bardzo 
wczesnej pory krzątał się po podwórku. 
— Co się stało? — Strażnik popatrzył z niepokojem na 
Branieckiego i towarzyszącego mu kapitana. 
— Niedaleko stąd znaleźliśmy zwłoki zastrzelonego mężczyzny. 
— Kapitan zdecydował się postawić sprawę wprost. 
— Jezus Maria! — Mikołowicz z przerażeniem chwycił się za 
głowę. — Niemożliwe?! 
— W starym okopie, przy polance — uzupełnił emerytowany- 
leśniczy. — Atos go poczuł, kiedy 

wracałem od ciebije0|Twp^telefqn nie dział^rnusia-łem więc 
lecieć aż do Grybałtów, żeby zadzwonić po milicję. 
— W okopie przy polance? — zamyślił się strażnik. — Kto by 
pomyślał. Przecież nie ma dnia, żebym tamtędy nie przechodził 
drogą. 
— Tyle razy ci mówiłem, że gajowy bez psa, to jak chłop bez... — 
Braniecki zawczasu ugryzł się w język. 
— Chyba masz rację. Przy najbliższej okazji będę musiał kupić 
jakiegoś szczeniaka. Już prawie pół roku, jak zdechł mój stary 
Burek. 
— Czy widział pan kiedyś tego człowieka? — Oficer podsunął 

background image

Mikołowiczowi fotografię Trychnera. 
— Nie wydaje mi się. — Strażnik uważnie przyjrzał się zdjęciu. 
— Mam niezłe oko do ludzkich twarzy i zapamiętałbym, gdyby 
kręcił się gdzieś w pobliżu. 
— Właśnie jego znaleźliśmy. 
— Tak sobie pomyślałem. 
— Czy w niedzielę, poniedziałek, bądź wtorek nie słyszał pan 
jakichś podejrzanych strzałów w lesie. 
— Tu niedaleko są poligony i ciągle ktoś strzela. 
— Niech pan, z łaski swojej, obejrzy jeszcze kilka fotografii — 
Grzelak wyciągnął z kieszeni resztę 

257 
'iit^^SMii^ó^it^ZSn^ z&taWti.01— ~Kto wie, może kogoś pan 
pozna... 
Mikołowicz ze zrozumieniem skinął głową i zabrał się do 
przeglądania zdjęć. Większość zwrócił po chwili kapitanowi., co 
do dwóch nie mógł się jednak zdecydować. 
— Tego gościa widziałem kiedyś w Załubicach. — Stuknął w 
końcu palcem w fotografię Demskiego. 
— Ma tam daczę — podpowiedział oficer. 
— Znaczy, że sprawa jasna. 
— A co z tym drugim? Funkcjonariusz poczuł lekki dreszczyk 
emocji, widząc jak strażnik zamyślił się nad zdjęciem Szeleźniaka. 
— On kręcił się niedawno na skraju lasu, w pobliżu chałupy 
Grybałtów. 
— Kiedy to było? 
— W zeszły poniedziałek, wieczorem. 
XXXIX 
Cicho skrzypnęły drzwi i do sekretariatu wydziału kadr wsunął się 
Szeleźniak. Ze współczuciem popatrzył na Nowacką. 
— Czy wiadomo już coś w sprawie Adama? — zagadnął. 
258 
— To pan nie wie? — Podniosła na Mieczysława załzawione 
oczy. — On nie żyje. Zabili go. 

background image

— Co takiego?! 
— Dziś w nocy znalazła Adama milicja. Podobno od tygodnia 
leżał w lesie, gdzieś koło Rynii. 
— Ojej, aż się wierzyć nie chce. 
— Znowu zostałam sama. — Po policzku Wandy popłynęły łzy. 
— A przeczuwałam, że skończy się jakimś nieszczęściem. Tylu 
ludzi żyje spokojnie na świecie, dlaczego los zabrał mi właśnie 
jego? 
— Czy aby na pewno nie zaszła jakaś pomyłka? 
— Rano przyjechał do zakładu kapitan Grzelak ze Służby 
Bezpieczeństwa. Wypytywał o Adama i rzecz się rozniosła. 
— Z panią też rozmawiał? 
. — Owszem, ale przecież ja nie miałam wiele do powiedzenia. 
Szeleźniak bąknął jeszcze coś na pocieszenie i wycofał się z 
sekretariatu. Noga za nogą ruszył w kierunku wyjścia z biurowca. 
Dochodził właśnie do schodów, kiedy za jego plecami zadudniły 
spiesznie kroki Pawlaka. 
— No, jak tam, panie Mieczysławie? — Dyrektor protekcjonalnie 
poklepał Szeleźniaka po ramieniu. — Dobrze się pracuje? 
— Nie narzekam. 
— Co do tego nie miałem wątpliwości. Wrócił pan przecież na 
swoje poprzednie stanowisko. Jeśli 

należycie będzie się pan wywiązywał .z obowiązków, pomyślimy 
o podwyżce. 
— Bardzo dziękuję. 
— A propos, czy słyszał pan już o Trychnerze? 
— Właśnie powiedziała mi Nowacka. 
— Okropne nieszczęście. — Pawlak smutno pokiwał głową. — 
Okropne nieszczęście... Zdaje się, że panowie pozostawaliście w 
dość bliskich stosunkach? 
— Nawet swego czasu przyjaźniliśmy się. 
— Na pogrzeb pójdzie delegacja zakładu ze skromną wiązanką. 
Jeśli pan sobie życzy, każę wpisać pana na listę. 
— Byłbym wdzięczny. 

background image

— Zawsze idziemy pracownikom na rękę... No, ale nie zatrzymuję 
pana! 
Dyrektor skinął Szeleźniakowi na pożegnanie i pobiegł schodami 
w dół. Mieczysław bez pośpiechu podążył w jego ślady. Na 
parkingu dostrzegł Grzelaka dyskutującego właśnie o czymś z 
Mazurkiem. Ten ostatni również zauważył Szeleźniaka i 
natychmiast ruszył mu na spotkanie. 
— Nie spodziewałem się, że poszukiwania pańskiego znajomego 
znajdą tak tragiczny epilog — zaczął cicho porucznik. 
— Ja również. 
— Tak się składa, że ciągle wracam myślami do naszej ostatniej 
rozmowy. 
260 
— A to czemu? t» v     fi 9nv^9lfiri 
— Zastanawiam się, czy nie przeoczył pan jakiegoś istotnego 
szczegółu, który rzuciłby więcej światła na sprawę Trychnera. 
Bóg mi świadkiem, że nie miałem przed panem tajemnic. 
— Może jednak Trychner o czymś panu napomknął? Nie zwierzył 
się z żadnych kłopotów. Nie szukał z nikim kontaktu? 
Mieczysław przecząco potrząsnął głową, w tym samym jednak 
momencie z rozmachem stuknął się w czoło. 
— Zaraz, zaraz! — przypomniał sobie nagle. — Przecież Adam 
pokazywał mi widokówkę! 
— Jaką widokówkę? 
— Zwykłą kartkę pocztową z pomnikiem Szopena. Na odwrocie 
nie było żadnego tekstu, tylko data i godzina. 
— Sądzi pan, że ktoś naznaczył Trychnerowi spotkanie w 
Łazienkach? 
— Niewykluczone. 
— Nie wie pan, kto? 
— Niestety, nawet Adam się nie domyślał. 
— No cóż, trzeba będzie pójść i tym tropem. Tylko, czy on 
gdziekolwiek prowadzi? 
— Tego nie jestem w stanie przewidzieć. 
— W'każdym razie dziękuję panu. 

background image


1 -r— Czy wiadomo, w jaki sposób zginął Adam? — Teraz 
Szeleźniak zdecydował się zadać pytanie. 
— Został zastrzelony. Jego zwłoki znaleźliśmy w lesie między 
Rynią a Załubicami... Właśnie, właśnie! — Oficer nieoczekiwanie 
zmienił temat. — Zdaje się, że ma pan jakichś krewnych czy 
znajomych w tamtej okolicy. 
— Owszem — przytaknął Mieczysław. — Daleki kuzyn 
wybudował tam domek na skraju lasu i uprawia kawałek pola. 
— Jak on się nazywa, jeśli można wiedzieć? 
— Antoni Crybałt. 
— Kiedy ostatni raz go pan odwiedzał? 
— Tydzień temu, w ubiegły poniedziałek. 
— Na razie to chyba wszystko — Mazurek podał Szeleźniakowi 
rękę na pożegnanie. — Gdyby pan jeszcze coś sobie przypomniał, 
proszę mi dać znać. 
W bramie Zakładów Elektronicznych było tłoczno. Mieczysław 
wraz z innymi pracownikami wyszedł na ulicę. Widok tłumu 
oczekujących na tramwaj skłonił go, by wybrać przystanek 
autobusowy. Miał szczęście. Nie minęła nawet minuta, kiedy 
nadjechał nowiutki ikarus. 
Niespełna trzy kwadranse później dotarł do placu Inwalidów. 
Wysiadał właśnie z autobusu, gdy z jednej z ławek poderwał się 
wysoki blondyn z rzadką, rudawą brodą. 
— Czołem, Mięciu! — Pilecki kordialnie wyciąg 
262 
n^amfónW p^tój^ -Po^rW tfPdóbrę wróciłeś do dawnej roboty? 
— Ty również mógłbyś rozejrzeć się za czymś odpowiednim. 
— Przecież wiesz, że nie próżnuję. 
— Oj, Fredek, Fredek! — westchnął Szeleźniak. — Ideały 
ideałami, a żyć jakoś trzeba. 
— I ty to mówisz?! — obruszył się Pilecki. — Kto by pomyślał. 
— Zechciej rzucić okiem — Alfred wyciągnął z kieszeni niewielki 
arkusik zadrukowanego papieru. — Dla mnie bomba! 
Szeleźniak wziął ulotkę i uważnie przeczytał tekst. Była nie 

background image

najgorzej zredagowana, ale mało różniła się od wielu innych, 
które ostatnimi czasy miał w ręku. 
— Niezła — przytaknął Pilecki, choć bez specjalnego 
przekonania. 
— Zobaczysz, jak ruszy ludźmi. 
— Na to bym zbytnio nie liczył. 
— W każdym razie musimy spróbować. 
— Mam nadzieję, że cię nie przyskrzynią. 
— Nie ma obawy. 
— No, to powodzenia. 
— Zaraz, zaraz! — Alfred chwycił Mieczysława za rękaw. — Ty 
się nie włączysz? 
— Raz już siedziałem za ulotki. Teraz niech wykazują się inni. 

— 'Ćriyoa''cię źle zrozumiałem? —"Pilecki aż poczerwieniał na 
twarzy. — Liczyłem, że rozprowadzisz w Zakładach 
Elektronicznych przynajmniej ze sto sztuk, a ty w ogóle 
odmawiasz współpracy! 
— Po prostu mam już tego dosyć. 
— Zastanów się, co mówisz. 
— Możesz mi wierzyć, że sprawę gruntownie przemyślałem. 
— Co powiedzą ludzie, którzy cię znali? Jak im spojrzysz w oczy? 
— Nie przesadzaj! — żachnął się Szeleźniak. — Niektórzy nawet 
się ujawnili i nikt im głowy nie urwał. 
— Zawiodłem się na tobie. 
— Nic na to nie poradzę. Zawsze chętnie przeczytam ulotkę albo 
bibułę, ale nie licz, Fredek, na więcej. No, na mnie już czas. — 
Skinął Pileckiemu na pożegnanie. — Mam nadzieję, że się jeszcze 
zobaczymy. 
Mieczysław skręcił w bramę i chwilę później znalazł się w swojej 
suterenie. Kilka sekund marudził przy zamku, który jak na złość 
właśnie się zaciął. W końcu drzwi stanęły otworem i Szeleźniak 
mógł wejść do mieszkania. W drodze na Żoliborz kiszki z głodu 
grały mu marsza, teraz jednak stracił jakoś ochotę na jedzenie. 
Zdjął buty i wyciągnął się na wersalce. 

background image

Po kwadransie przestał myśleć o śmierci Trych 
264 
nera i rozmowie z P.ileckim. Z wolna ustęoować też zaczęło 
zmęczenie. Zrobiło mu się chłodno i przypomniał sobie o 
schowanym w szafie swetrze. Chcąc nie chcąc dźwignął się z 
wersalki. Otworzył 'drzwi i sięgnął na półkę. W tym samym 
momencie coś stuknęło o podłogę i potoczyło się pod szafę. 
Mieczysław założył sweter, ale wrodzone zamiłowanie do 
porządku nie pozwoliło mu wrócić na wersalkę. Wyjął ze schowka 
szczotkę i sięgnął nią pod szafę. Nagle poczuł na plecach 
nieprzyjemny dreszcz. Sam kiedyś polował i teraz wystarczył mu 
jeden rzut oka, by rozpoznać nabój do gwintowanej broni 
myśliwskiej. 
XL 
Grzelak zatrzymał służbowego poloneza przed schludnym, 
murowanym domem na skraju lasu. Zza domu wyglądały również 
murowana: stodoła i obora. Na podwórku wymieniał właśnie koło 
przy wozie niewysoki, nieco szpakowaty mężczyzna koło 
pięćdziesiątki. 
— Pan Antoni Grybałt? — domyślił się kapitan. 
— We własnej osobie. — Gospodarz zostawił swoją robotę i 
spoglądając z zaciekawieniem na nieoczekiwanego gościa wskazał 
mu drewnianą ławeczkę przy wejściu do domu. 

wił się oficer. — Słyszał pan zapewne o znalezionych w lesie 
zwłokach? 
— Stary Braniecki dzwonił ode mnie na milicję — potwierdził 
Grybałt. 
— Często jeździ pan bądź chodzi drogą koło starego okopu? 
— Niezbyt często. Pole mam przy chałupie, a z gajowym trochę 
koso na siebie patrzymy, więc w gości mi do niego niesporo. 
— Widział pan kiedyś nieżyjącego Trychnera? — Grzelak podał 
Antoniemu fotografię Trychnera. 
— Nie przypominam sobie. — Gospodarz ledwo spojrzał na 
zdjęcie. — Zresztą ja nie zwratam uwagi na to, kto kręci się po 

background image

naszej okolicy. Teraz trochę się uspokoiło, ale latem rojno tu, 
niczym w mieście. 
— Sam pan mieszka? — kapitan zmienił temat. 
— Żona poszła właśnie do kumy na plotki, starszy syn dawno na 
swoim w Warszawie, a młodszego wzięli do wojska. 
— Nikt pana nie odwiedza? 
— Niby dlaczego miałbym żyć jak kołek? Od czasu do czasu i 
owszem, ktoś do mnie zajrzy. 
— A kiedy ostatni raz był u pana Mieczysław Szeleźniak? 
— Jakieś półtora tygodnia temu, o ile pamiętam to w ubiegły 
poniedziałek. 
— Długo zabawił? 
266 
— Przyjechał tak 'pod "wieczór. Miał wracać ostatnim pekaesem, 
ale się zagadaliśmy i uciekł mu dosłownie sprzed nosa. Rada w 
radę Mietek postanowił iść piechotą do Białobrzegów i po drodze 
łapać okazję. 
— Odprowadził go pan? 
— Tylko na przystanek. W nocy moja stara boi się siedzieć sama 
w chałupie. 
Funkcjonariusz podziękował Grybałtowi i wrócił do samochodu. 
Prawdę powiedziawszy był rozczarowany wynikiem rozmowy. 
Nie dowiedział się niczego nowego i tylko stracił parę cennych 
godzin. Włączył właśnie stacyjkę kiedy pod deską rozdzielczą 
cicho pisnął radiotelefon. 
— Ja czwarty do siedemnastki. — W głośniku zatrzeszczał 
znajomy głos oficera dyżurnego. 
— Tu siedemnastka. — Grzelak wcisnął przełącznik. — Masz coś 
dla mnie? 
— Podobno szef ma mieć. Za pół godziny narada. 
— Uprzedź drogówkę, że mandaty płaci za mnie pułkownik. — 
Mimo woli uśmiechnął się kapitan. — Bez odbioru. 
Na naradę zdążył co do minuty, a poza permanentnym 
przekraczaniem dopuszczalnej prędkości obyło się jakoś bez 
łamania przepisów drogowych. W gabinecie pułkownika 

background image

Kuglarza, o dziwo, nie zauważył nawet smużki dymu. 
Najwyraźniej tym 

?razem-eekretarka musiała wygrać odwieczną batalię o 
wietrzenie. Inna rzecz, że gospodarz natychmiast poczęstował 
papierosem majora Kłosińskiego i „nieoficjalnie" biorącego udział 
w naradzie kapitana Jodeckiego, porucznik Mazurek sięgnął po 
swego sporta, a jeden z ekspertów zabrał się do nabijania fajki. 
— Wszyscy wiemy, że zgon Adama Trychnera nastąpił, podobnie 
jak w przypadku Mikulskiego, na skutek postrzału z myśliwskiej 
broni palnej — zaczął Kuglarz. — Z protokołu sekcji wynika, że 
zabójstwa dokonano w ubiegły poniedziałek wieczorem, bądź w 
nocy z poniedziałku na wtorek. 
— Kupa czasu do rozliczenia — westchnął Grzelak. 
— Zwłoki przez tydzień leżały w lesie, trudno więc o większą 
precyzję przy ustalaniu momentu śmierci. 
— Za to na odcinku narzędzia zbrodni nie ma żadnych 
wątpliwości — wtrącił się ekspert. — Nasze badania wykazały, że 
pocisk, który ugodził Trychnera, został wystrzelony z tej samej 
broni, z której zabito Mikulskiego. 
— Mamy więc dwa zabójstwa dokonane najprawdopodobniej 
przez tego samego człowieka. 
— Jeśli wykluczyć Zaliwskiego, zabójcą może być praktycznie 
każdy. 
— Trepanowicz leży w gipsie — sprostował Grze- 

Jaikn-4-i.a' Dertsfci ><wpódł&ki-Br»}z«k tdriptereowe wtorek. 
— Tak na sto procent tego nie sprawdziłeś — wypomniał 
pułkownik. 
— Dziewięćdziesiąt dziewięć, to też dużo — odparł nie speszony 
kapitan. 
— Jeśli uzupełnisz brakujący jeden procent, skreślimy ich z listy 
— uciął naczelnik. — A póki co, zastanówmy się nad motywem. 
— W grę wchodziłyby nadużycia gospodarcze w Zakładach 
Elektronicznych, które zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami są 

background image

niemal bezspornym faktem — odezwał się Kłosiński. — Jeśli 
poznamy rozmiary tych nadużyć, sposób ich dokonania i osoby 
sprawców, sprawa będzie jasna. 
— Może w wypadku Mikulskiego — Kuglarz z powątpiewaniem 
pokręcił głową. — Ale jak wytłumaczyć zabójstwo Tr.ychnera? 
Nie zapominajmy, że facet przez dłuższy czas siedział na 
Zachodzie, miał określone poglądy polityczne i diabli wiedzą, z 
kim mógł się związać. 
— Na razie to jedynie, niczym nie poparte, przypuszczenia. 
— Sądzę jednak, że nie wolno przejść nad nimi do porządku. 
— Przeszukanie mieszkania Trychnera prawie nic nie wniosło -=- 
Jodecki widać na dobre zapomniał, że powinien leżeć w łóżku. — 
Mówię „prawie", bo 
269 
zabezpieczyłem notatnik z długą listą nazwisk, adresów i 
telefonów. Jeśli pan pułkownik pozwoliłby sprawdzić to wszystko 
na naszym komputerze... 
— Nie tylko pozwalam, ale wręcz polecam zrobić to jeszcze 
dzisiaj! 
— Tak jest. 
— A co z nadużyciami? 
— Proponuję niezwłocznie odebrać od głównego księgowego 
brakującą część kartoteki magazynowej, a jutro zatrzymać 
magazyniera. 
— Już ja mu się dobiorę do skóry! — buńczucznie zapowiedział 
Mazurek. — Do tej pory obchodziliśmy się z nim jak z jajkiem. 
— Mamy więc dwa zasadnicze kierunki działania, nie wyłączając 
oczywiście dalszych rutynowych przesłuchiwań i sprawdzeń 
wszystkich osób powiązanych w jakikolwiek sposób ze sprawą — 
podsumował naczelnik Kuglarz. — Aha! — przypomniał sobie 
jeszcze. — Chciałem wam przekazać, że zostałem dzisiaj 
wezwany przez mojego przełożonego. Jeśli w przeciągu 
najbliższych czterech dni, to jest do niedzieli, nie będziemy mogli 
pochwalić się konkretnymi wynikami, w poniedziałek grupa 
śledcza melduje się u pułkownika Nadbora. Z doświadczenia 

background image

wiem, że to średnia przyjemność. 
Kwadrans później Jodecki wybrał się na pertraktacje z technikiem 
przygotowującym programy dla 

komputera, a. Grzelak zaprosił Mazurka do. swego pokoju na 
herbatę. Kapitan wydobył z biurka dzbanek i grzałkę, kiedy 
hałaśliwie rozdzwonił się telefon. 
— Słucham? — Grzelak niechętnie podniósł słuchawkę. 
— Mówi Trepanowicz — głos świadczył, że kadrowiec jest 
bardzo zdenerwowany. — Już od godziny próbuję się do pana 
dodzwonić. 
— Na szczęście w końcu mnie pan złapał. 
— Prawdę powiedziawszy sam nie wiem, kogo prosić o pomoc. 
— A co się właściwie stało? 
— Dokonano u mnie włamania. 
— Trzeba było dać znać milicji. 
— Tak, ale złodziej zabrał mój dryling. 
— Zaraz jesteśmy! 
Oficerowie biegiem wypadli z pokoju. Tym razem polonez 
Grzelaka ściągnął na siebie przynajmniej ze dwa tuziny 
przekleństw kierowców i przechodniów bezceremonialnie 
zmuszanych do ustępowania pierwszeństwa. Na szczęście do 
bliźniaka Trepanowicza nie było daleko i po kilku minutach 
dotarli na miejsce. 
Kadrowiec czekał przy drzwiach. Kuśtykając o kuli zaprowadził 
funkcjonariuszy do kuchni. Jej okno wychodziło na tyły bliźniaka, 
gdzie za niewielkim ogródkiem biegła wąska alejka. Odgradza- 
271 
jącai ją> siatka miała nie więcej niż półtora metra wysokości, 
pokonanie tej przeszkody nie mogło więc stanowić większego 
problemu dla średnio wysportowanego mężczyzny. 
— Musiał wejść przez okno — Trepanowicz wskazał znacząco na 
zabłocony parapet. — Żona z samego rana wybrała się do ciotki i 
zostałem w domu sam. Byłem akurat w łazience, kiedy usłyszałem 
jakieś podejrzane hałasy. Wyjrzałem do holu, ale z nogą w gipsie 

background image

człowiek jest okropnie nieruchawy, i oczywiście nie było tam już 
nikogo. Zauważyłem, że drzwi do kuchni są nie domknięte. 
Pokuśtykałem sprawdzić i okazało się, że złodziej uciekł 
zostawiając otwarte okno. 
— Od razu pomyślał pan, że skradziono pańską broń? 
— Prawdę powiedziawszy początkowo nawet nie przyszło mi to 
do głowy. Przestraszyłem się, że mogły zginąć pieniądze. 
Trzymam je w kasetce, w tym samym miejscu, co dryling. 
Sprawdziłem w szafie i okazało się, że kasetka jest, ale po broni 
nie zostało nawet śladu. Dopiero teraz pożałowałem, że •tak 
szybko zwrócili mi panowie moją pukawkę. Gdyby dalej leżała u 
was, nic by się przecież nie stało. 
— Nie ma rady — westchnął kapitan. — Musimy ściągnąć ekipę 
techników i dokonać dokładnych oględzin. Niech pan przepyta 
siąsiadów, czy czegoś 

przypadkiem nie zauważyli — zwrócił się do Mazurka. — Trzeba 
też zawiadomić miejscową jednostkę MO, nie sądzę jednak, żeby 
to było zwyczajne włamanie. 
XLI 
— Przez to cholerne włamanie straciliśmy cały wczorajszy dzień! 
— Grzelak z niepohamowaną złością cisnął akta na biurko. — 
Przesłuchiwaliśmy z Mazurkiem ze trzy tuziny osób, Zanejko 
wziął pod lupę każdy centymetr kwadratowy chałupy 
Trepanowicza wraz z przytegłościami i nic! 
— Nie tragizuj — pocieszył kolegę Jodecki. — Macie przecież 
odlewy śladów obuwia włamywacza. 
— Tyle z nich pożytku, co kot napłakał. Obuwie było zupełnie nie 
noszone, bez jakichkolwiek uszkodzeń czy cech umożliwiających 
identyfikację. Zanejko twierdzi, że ten model był w sprzedaży 
cztery lata temu, wszystko wskazuje na to, że złodziej 
zachomikował buty specjalnie na wczorajszą okazję. Na dokładkę 
obuwie najprawdopodobniej było na niego za duże o dwa, trzy 
numery i założę się, że teraz leży na jakimś śmietniku na drugim 
końcu Warszawy. 

background image

— Zachodzę w głowę, na co mógł się komuś przydać dryling 
Trepanowicza. 
18 — Droga bez... 
273 
— Diabli wiedzą. 
— A może domniemanemu włamywaczowi chodziło po prostu, 
żebyśmy stracili kilka dni zajmując się nowym wątkiem? 
— Niewykluczone... A propos, co powiedziała nieomylna ponoć 
maszyna na temat znajomych Adama Trychnera. 
— Zawyła niczym potępieniec, a potem wypluła cztery nazwiska. 
— Tylko? 
— W dodatku dwa z nich są nam już dobrze znane. 
— 'Mianowicie? 
— O tym, że swego czasu Trychner parał się wspólnie z 
Szeleźniakiem niezbyt legalną działalnością o podłożu 
politycznym, ćwierkają wróble na dachu. 
— Jasne. 
— Z Jasionowskim uciął sobie przyjacielską pogawędkę 
porucznik Mazurek i nasz kolega autorytatywnie wykluczył 
docenta z grona podejrzanych. 
— Kto nam pozostał? 
— Mecenas Janusz Dąb-Murzynowski, który nawiasem mówiąc 
bronił Szeleźniaka podczas jego procesu i niejaki Alfred Pilecki, o 
którym między innymi wiadomo, że pół roku spędził w obozie 
internowania. 
— Wypadałoby złożyć im wizyty.. 
Pojedziesz ze mną? 
— Jasne! Przecież na dobrą sprawę powinieneś siedzieć teraz w 
domu, a nie łamać sobie i tak już nadwerężoną głowę 
zawiłościami jakiegoś śledztwa. 
Mecenas Dąb-Murzynowski okazał się tęgim, postawnym 
mężczyzną dobrze już po pięćdziesiątce. Zajmował duże, 
czteropokojowe mieszkanie w przedwojennej kamienicy przy 
ulicy Brackiej. Na widok oficerów uśmiechnął się z iście 
zawodową uprzejmością i choć był zaskoczony nieoczekiwaną 

background image

wizytą, nie okazał tego i'poprosił gości do swego gabinetu. 
— Czym mogę służyć przedstawicielom aparatu ścigania? — 
zapytał, sadowiąc się w wygodnym fotelu. 
Prowadzimy śledztwo w sprawie gwałtownego zgonu dwć ih osób 
— zaczął szczerze Jodecki. — Tak się składa, że znał pan obie. 
— Czyżby? 
— Z' prokuratorem Mikulskim stykał się pan zapewne w sądzie? 
— Tak, oczywiście — przytaknął adwokat. — Zwykle 
prezentowaliśmy diametralnie odmienne poglądy na zagadnienia 
winy i kary podsądnych, ale zawsze ceniłem go jako dobrego i 
uczciwego prawnika. 
- Do grona pańskich znajomych należał również niejaki Adam 
Trychner. 

274 
— Trychner? — Dąb-Murzynowski w zamyśleniu zmarszczył 
brwi. — To nazwisko nie jest mi obce. Zechcecie, panowie, 
zaczekać momencik? 
— Podszedł do wielkiego, stylowego biurka i wydostał z szuflady 
duży brulion w czarnych, sztywnych okładkach. Przez dłuższą 
chwilę wertował go uważnie, nim potakująco skinął głową. 
— Mieliście, panowie, rację. Pan Trychner był moim klientem. 
Zasięgał porady prawnej. 
— Czy można wiedzieć, w jakiej sprawie? 
— Żałuję, ale obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. 
— Adam Trychner nie żyje. Został zabity. 
— To niewątpliwie ogromnie przykre — westchnął adwokat. — 
Powiedziałbym nawet, że tragiczne. Jednak sprawa, z którą swego 
czasu zwrócił się do mnie, dotyczyła również i innych osób. 
Obawiam się, że zaspokojenie ciekawości szanownych panów 
musiałoby zaprowadzić niejednego na ławę oskarżonych. 
— Przecież była amnestia. 
— Nie wszyscy chcieli z niej skorzystać. 
— A jeżeli wśród tych, których pan osłania, jest zabójca? 
— Nie sądzę — zaprzeczył Dąb-Murzynowski. — Działalność 

background image

pana Trychner^ i jego towarzyszy nie miała cech przestępstwa 
kryminalnego. Po prostu negatywnie odnosili się oni do polskiej 
powojennej rzeczywistości, a prawo tego nie toleruje. 
— Właśnie podobne poglądy zaprowadziły Mieczysława 
Szeleźniaka do więzienia. 
— Od rozrzucania ulotek bardzo daleka droga do zabójstwa. — 
Adwokat dał jasno do zrozumienia, po której stronie stoi. — W 
innych okolicznościach pana Mieczysława nie uznano by za 
przestępcę i między innymi z tego właśnie powodu podjąłem się 
jego obrony. 
— Szeleźniaka oskarżył Mikulski. 
— Przypominam sobie — potwierdził Dąb--Murzynowski. — Pan 
prokurator zażądał niewspółmiernie wysokiego wymiaru kary. Na 
szczęście sąd tylko w niewielkim zakresie przychylił się do jego 
wniosku. 
— Wracając do Trychnera... — Jodecki spróbował z innej strony. 
— Czy zdradzi pan, kiedy ostatni raz kontaktował się z panem? 
— Jakiś miesiąc temu, już po powrocie z Francji. 
— Czy właśnie wtedy zasięgał porady prawnej? 
— Powiedziałbym, że była to raczej wizyta kurtuazyjna. Niewiele 
rozmawialiśmy o sprawach z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego 
i osiemdziesiątego pierwszego roku. 
— Jeszcze jedno pytanie. — Tym razem odezwał się Grzelak. — 
Czy wśród pańskich klientów znajduje się również niejaki Alfred 
Pilecki? 
277 

'—"Owszem. — Po twarzy atiwbtóta 'przerrlknął ledwo 
dostrzegalny cień. — Jakiś czas temu podpisał mi 
pełnomocnictwo... Ale i na jego temat nie będę mógł udzielić 
panom żadnych informacji. 
Oficerowie popatrzyli po sobie znacząco. Nie pozostawało im nic 
innego, jak zakończyć wizytę. Dąb-Murzynowski najwyraźniej nie 
miał zamiaru pomóc im w śledztwie. 
Trzy kwadranse później dotarli na Żoliborz. Pilecki mieszkał w 

background image

niewielkim segmencie przy jednej z bocznych uliczek nie opodal 
Cytadeli. Funkcjonariuszom otworzyła siwa, przygarbiona 
staruszka, dobrze już po osiemdziesiątce. 
— Panowie do kogo? — Zmierzyła przybyłych nieufnym 
spojrzeniem. 
— Zastaliśmy pana Alfreda Pileckiego? — Grzelak sięgnął 
skwapliwie po legitymację. 
— Wnuk u siebie — przytaknęła po chwili wahania. — Poprosić? 
— Raczej nie będziemy rozmawiać u wejścia. 
— Niby prawda — zreflektowała się, wpuszczając oficerów do 
środka. — Idźcie, panowie, na piętro. Wnuk pracuje w gabinecie. 
Weszli do niewielkiego pokoiku. Wbrew zapowiedzi babki, 
Pilecki leżał na wersalce z nogami zadartymi aż na jedną z półek 
stojącego obok regału i palił papierosa. Na widok funkcjonariuszy 
poderwał się jak na sprężynie, a w jego oczach pojawił się strach. 

— Panowie w jakiej sprawie? — wybąkał niepewnie. 
Jodecki sięgnął po jedną z leżących na stoliku luźnych kartek i 
przebiegł wzrokiem pokreślony tekst. 
— Ostro napisane — zauważył nie bez ironii. — Nie lubi pan 
Służby Bezpieczeństwa. 
— Nie lubię! — Alfred zdobył się na odwagę. — Nie mam za co. 
— Mimo wszystko, może się jednak dogadamy. 
— Bo jeśli nie, to trafię za kratki? — zaczepny ton nieudolnie 
maskował narastającą obawę Pileckiego. 
— A byłoby za co? 
— Najpierw musielibyście udowodnić mi popełnienie jakiegoś 
przestępstwa. 
— W ostateczności możemy spróbować. — Jodecki 
niecierpliwym ruchem odłożył kartkę i podszedł do okna. 
— Nic z tego! Moja pisanina o niczym jeszcze nie świadczy. 
Musielibyście znaleźć identyczny tekst na ulotce. 
Jodecki odwrócił się gwałtownie, by coś odpowiedzieć Alfredowi, 
zawadził jednak nogą o chodnik i aby utrzymać równowagę 
musiał chwycić się drewnianego parapetu. W tej samej chwili 

background image

poczuł, że jedna z ażurowych listewek zostaje mu w ręku. Spojrzał 
na parapet i aż gwizdnął ze zdumienia. 
279 
Przez powstały otwór posypały się na podłogę arkusiki 
zadrukowanego papieru. 
— Cholerni łapacze! 
jodecki odruchowo zasłonił się ręką, ale uczynił to zbyt późno i 
ciężka, mosiężna popielniczka grzmotnęła go w czoło. Pilecki 
rzucił jeszcze jakąś książką w Grzelaka i rzucił się do ucieczki. 
— Goń go! — warknął Jodecki. — Nic mi nie jest. 
Grzelak posłusznie puścił się za uciekającym. Głucho zadudniły 
kroki zbiegających po schodach, potem doszło do jakiejś 
szamotaniny na parterze, szybko jednak wszystko ucichło. 
Masując obolałą głowę Jodecki ruszył do wyjścia, by zobaczyć, 
czy pościg zakończy się powodzeniem, kiedy w drzwiach 
ponownie pojawił się jego kolega prowadzący pod ramię Alfreda. 
— Oj chłopie, chłopie! — Jodecki opadł ciężko na wersalkę. — 
Przez tych kilka ulotek przyłożyłeś mi po łbie? Gdzie ty masz 
rozum?! 
— Przepraszam, ja nie chciałem! — Pilecki trząsł się jak galareta. 
— Myślałem, że ucieknę... Cholera, teraz mi dopiero dołożycie... 
— Szkoda ręki! — Grzelak bezceremonialnie pchnął Alfreda na 
stojący w kącie pokoju pufik. 
— Ale pójdę siedzieć! 
— A ten znowu swoje! — Jodecki do reszty stracił cierpliwość. — 
Zrozumże, bałwanie, że nie z powodu tych ulotek przyszliśmy do 
ciebie. Słyszałeś, że Trychner nie żyje? 
— Co takiego?! 
— Ktoś go zastrzelił półtora tygodnia temu. A swoją drogą nawet 
dwóch groszy bym nie»dał, czy nie któryś z waszych. 
— Zabili Adama?! Nie, to niemożliwe! — Pilecki gwałtownie 
potrząsnął głową. — To nie może być prawda! 
— Chcesz zobaczyć jego zwłoki? 
— Ale przecież nie zabił go ani Mietek Szeleźniak, ani żadne z 
Jasionowskich. 

background image

— Znaczy, że docent dalej bawi się w konspirację? — podchwycił 
Grzelak. 
— On już nie. Te ulotki dostałem od Doroty. 
XLII 
— Niech pan siada, panie Przybicki. — Mazurek beznamiętnym 
gestem wskazał magazynierowi krzesło. — Mamy do pogadania. 
— Nie wiem już, które to przesłuchanie. To pan mnie wypytuje, 
panie poruczniku, to kapitan Grzelak, a przecież ja nic więcej nie 
potrafię powiedzieć. 
— Gdyby  pan  nie  kłamał,  nie  męczylibyśmy 
281 

pana — uciął oficer. — Mam zresztą nadzieję, że te mury wpłyną 
wreszcie na pańską prawdomówność. 
— Nie rozumiem. — Na policzkach Przybickiego wykwitł 
krwisty rumieniec. 
— Czyżby? — Funkcjonariusz uśmiechnął się ironicznie. — Nie 
powie pan chyba, że srebro z magazynu wyniosły krasnoludki? 
— Było włamanie!. 
— Złodziei dawno mamy pod kluczem i odzyskaliśmy wszystko, 
co ukradli. 
— Pan porucznik raczy żartować. 
— Ani mi to w głowie. 
— Przecież wszystko sprawdzała specjalna komisja. 
Ostatnie słowa magazyniera Mazurek skwitował tylko 
lekceważącym machnięciem ręki. Wstał z miejsca, podszedł do 
szafy pancernej i chwilę później na jego biurku znalazła się 
kompletna kartoteka magazynowa. 
— Dokumentację przebadali nasi eksperci — oznajmił sucho. — 
Ich zdaniem manko wynosi nie dwa i pół, a sześć milionów, panie 
Przybicki. Policz pan po dwa lata za każdy milion, a będziesz 
wiedzieć, ile cię czeka odsiadki. 
Wypowiedź oficera zrobiła iście piorunujące wrażenie na 
przesłuchiwanym. Magazynier zbladł jak papier i otworzył usta 
niczym ryba wyjęta z wody.   Wielokrotnie   podczas   bezsennych   

background image

nocy wyobrażał sobie t< bcenę, ale wymyślone w 
najdrobniejszych szczegółach, sprytne odpowiedzi na wszelki^ 
możliwe pytania wywietrzały mu nagle z głowy Prz^z dłuższą 
chwilę nie był w stanie wy-krztus.v. nawe; słowa. W końcu 
nerwowo zagryzł wargi i z rezygnacją opuścił głowę. Zdał sobie 
sprav c, że już przegrał. 
— I co pan na to, panie Przybicki? — nie ustępował porucznik. 
Życzy pan sobie otrzymać dwu-' cyfrowy wyrok? 
— Przecież ja tyle nie wziąłem! — wyjąkał w końcu magazynier. 
— Może sto, góra sto pięćdziesiąt tysięcy, aie na Boga nie sześć 
milionów! 
Jeśli nie pan, to kto? 
— Nie wiem. 
— Znowu pan kłamie — westchnął funkcjonariusz. — Ale cóż, 
pańska wola. Cygan zawinił, a kowala powieszą. 
— Ja mam żonę i dzieci! — Przybicki w rozpaczliwym odruchu 
chwycił się ostatniego argumentu. 
— Więc pomyślże o nich, człowieku, i przestań osłaniać 
dyrektorów! 
— A kto mi załatwi adwokata? Kto prześle paczki do więzienia? 
Słowa magazyniera zabrzmiały tak bezradnie i szczerze, że 
Mazurek poczuł w stosunku do niego coś na kształt współczucia. 
— Niech pan powie prawdę — poradził przesłu 

282 
chiwanemu. — Może da radę urwać coś z tego wyroku. 
— Ja byłem tylko pionkiem — wyszeptał Przybicki. — Robiłem, 
co kazali, i siedziałem cicho. 
— Kto rządził? 
— Panie poruczniku, ja naprawdę nie mogę... 
— Mówże, do ciężkiej cholery! — Oficer grzmotnął pięścią w 
blat biurka, że aż zadzwoniły szyby. — No słucham! Kto kierował 
nadużyciami?! 
— Dyrektor Grzebieniowski. 
— Mogłem się tego spodziewać. 

background image

— On decydował co i jak — wyrzucił z siebie magazynier. — 
Załatwiał, że do produkcji szło mniej złota i srebra, dyktował, co 
wpisać do kartoteki, wypłacał mi moją dolę... 
— A kto załatwiał zbyt nadwyżek? 
— Też Grzebieniowski. Co jakiś czas wrzucał skrzyneczkę do 
bagażnika swego samochodu i wywoził za bramę. Dyrektora nikt 
przecież nie sprawdzał. 
— Nikt z dyrekcji, poza Grzebieniowskim, nie brał udziału w 
nadużyciach? 
— Tego to ja już nie wiem. 
— A przypadkiem nie przyłożył do tego wszystkiego ręki główny 
księgowy? 
— Pan Demski? — Przybicki energicznie potrząsnął głową. — On 
zawsze pilnował każdej złotówki. .Ręczę za niego jak za brata. 

— Za byłego naczelnego też pan ręczy? 
— Prawdę powiedziawszy po panu Trydeckim wszystkiego 
można się było spodziewać. 
— No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak wziąć jutro na spytki 
dyrektora Grzebieniowskiego — podsumował Mazurek. — 
Pechowo zapowiada się ten piątek dla pana Władysława, oj, 
pechowo. 
XLIII 
Szeleźniak skończył kanapkę i dopił ostatni łyk herbaty. Jak 
zwykle po kolacji postanowił się przejść. Założył kurtkę i ruszył 
do wyjścia. Otwierał właśnie drzwi, kiedy spostrzegł na progu 
niebieską kopertę. Podniósł ją i ciekawie zajrzał do środka. Na 
zwykłej kartce papieru ktoś nalepił kilka wyciętych z jakiejś 
gazety wyrazów: „Czekam w parku, koło pani z dzbankiem". 
Mieczysław poczuł się jakoś nieswojo. Przez dłuższą chwilę stał 
niezdecydowany. Nie ulegało wątpliwości, że dziwny list był 
przeznaczony dla niego i że leżał na progu od niedawna. 
Tajemniczy nadawca miał zapewne na myśli rzeźbę w parku 
Żeromskiego. Szeleźniak mógł więc w ciągu paru minut stawić się 
na wyznaczone spotkanie. Zwykła, 

background image

285 
ludzka ciekawość1 ciągnęła go do parku, z drugiej jednak strony 
czuł narastającą obawę. Nagle przypomniał sobie znaleziony we 
wtorek nabój i to, co usłyszał od oficerów o losie Mikulskiego i 
Trychnera. Teraz aż szczęknął zębami. Zrozumiał, że nie ma 
innego wyjścia. 
Na dworze było całkiem ciemno i pruszył drobny, topniejący 
śnieżek. Mieczysław ruszył spiesznie w stronę placu Komuny 
Paryskiej. W ciągu niespełna pięciu minut dotarł na miejsce. Pod 
kinem i na przystanku kręciło się trochę ludzi, ale ruch był 
niewielki. Szeleźniak wszedł do parku. W pobliżu górującej nad 
fontanną rzeźby kobiety z dzbankiem nie zauważył nikogo. Przez 
chwilę spacerował tam i z powrotem, w końcu usiadł na jednej z 
ławek. Z wolna zaczynał podejrzewać, że dał się nabrać na czyjś 
niezbyt wybredny żart. 
Odczekał jeszcze dobrą minutę i miał właśnie zamiar ruszać w 
powrotną drogę, kiedy tuż obok usiadł jakiś mężczyzna w ciemnej 
jesionce i nasuniętym na oczy kapeluszu. Mieczysław nie widział 
jego twarzy, ale w wyglądzie mężczyzny uderzyło go coś 
nienaturalnego, jak gdyby siedział manekin, a nie żywy człowiek. 
— Dobry wieczór, panie Szeleźniak — odezwał się tamten 
zduszonym, nieco ochrypłym głosem. — Widzę, że jest pan 
rozsądny. Tym łatwiej dojdziemy do porozumienia. 

— Czy zawsze ma pan zwyczaj umawiać się na spotkania w 
równie niecodzienny sposób? — Szeleźniak nie myślał taić 
pretensji. — Prawdę powiedziawszy byłem przekonany, że to 
tylko jakiś głupi żart. 
— A jednak pan przyszedł. 
— Przyszedłem — Mieczysław zrozumiał, że w gruncie rzeczy 
tamten ma nad nim ogromną przewagę. 
— Innymi słowy moje metody są skuteczne. 
— Czego pan chce ode mnie? 
— Powiedzmy, że mam zamiar dać panu zarobić. 
— Ile? 

background image

— Dużo i w twardej walucie. 
— Pan wybaczy, ale ta propozycja śmierdzi kryminałem. 
— Nie twierdzę, że nie — odparł nieznajomy cynicznie. — Rzecz 
jest jednak opłacalna. 
— ]a już swoje odsiedziałem. — Szeleźniak podniósł się z ławki. 
— Niech pan poszuka sobie kogoś innego chętnego do tego 
interesu. 
— Nie interesuje pana, czego sprawa dotyczy? 
— Nawet wcale — Mieczysław skłonił się sztywno. — Żegnam 
pana. 
• — Siadaj pan, panie Szeleźniak! — Tym razem słowa 
nieznajomego zabrzmiały ostro, niczym smagnięcie batem. — 
Wytypowaliśmy pana do współpracy i nie ma pan wyboru. 
287 
— Nie rozumiem. 
— Po prostu nam się nie odmawia. 
— Ja jednak spróbuję. 
— Chce pan skończyć, jak pański przyjaciel Trychner? 
Mieczysław popatrzył na tamtego z przerażeniem. Czegoś 
podobnego nigdy by się nie spodziewał. 
— Więc to pan zabił Adama? — wyszeptał, z trudem pokonując 
nieznośny ucisk w krtani. 
— Ts! — Nieznajomy ostrzegawczo przyłożył palec do ust. 
— Ale dlaczego? 
— Pański przyjaciel odmówił- nam współpracy. Niestety, nie było 
innego wyjścia. 
— Kim pan właściwie jest? 
— To nieistotne. Wypełniam polecenia ludzi, którzy mi dobrze 
płacą. Za dwa lub trzy lata wyjadę z Polski i będę żył jak król. 
— Boże, w co pan chce mnie wrobić?! 
— Zamiast lamentować, lepiej niech pan logicznie pomyśli. 
Polskie władze i tak mają pana na czarnej liście. Teraz niby jest 
wszystko cacy. Wyszedł pan dzięki amnestii z pudła i ma pan 
pracę, ale prędzej czy później przypomną sobie o panu. Choćby 
był pan najświętszy przysolą panu wyrok, potem drugi i tak aż do 

background image

skutku. W kraju nie ma pan żadnych perspektyw. 

— Na Zachodzie też nie taka Kanada. Adam tam był i wolał 
wrócić. 
— On nie miał konta i musiał przyjechać do Polski, żeby sobie na 
nie zapracować. Niestety, nie dotrzymał warunków umowy i 
stracił swoją szansę. 
— A dlaczego zlikwidowaliście prokuratora? — Szeleźniak nie 
mógł się powstrzymać od zadania nurtującego go pytania. 
— Nie wiedzieliśmy, czego Mikulski dowiedział się od Trychnera. 
W takim wypadku lepiej nie ryzykować. 
— W razie czego, mnie też by pan sprzątnął? 
— Na obecnym etapie nawet nie musiałbym się fatygować. 
Wystarczyłby jeden telefon do bezpieki, a w pańską opowiastkę o 
naszej dzisiejszej rozmowie i tak nikt by nie uwierzył. 
— Zapomina pan, że jeszcze nie mam niczego na sumieniu. 
— Znalazł pan nabój? 
— Więc to pan go podrzucił? 
— Identyczne skróciły żywot Mikulskiego i Trychnera. Trudno o 
bardziej obciążającą poszlakę. 
— Same naboje nie wystarczą. Żeby zabić, trzeba mieć broń. 
— Jeśli dojdziemy do porozumienia, powiem panu, gdzie jej 
szukać w pańskiej suterenie. 
— Widzę, że o niczym pan nie zapomniał. — Mieczysław z 
rezygnacją zwiesił głowę. — Omotał mnie pan jak pająk muchę. 
19 — Droga bez... 
289 
— Pan też nauczy się tego fachu. 
— Dobrze. — Szeleźniak już nawet nie próbował oponować. — 
Zgadzam się. Chciałbym tylko wiedzieć, ile czasu mam się wam 
wysługiwać przed wyjazdem na Zachód. 
— Pięć do sześciu lat, chyba, że zechce pan przedłużyć kontrakt. 
— Ile mi zapłacicie? 
— Na koncie będzie pan miał minimum piętnaście tysięcy 
dolarów, nie licząc ekstra premii za zadania specjalne i 

background image

kieszonkowe płatne w kraju. 
— A co mam robić? 
— Między innymi to samo, co robił pan przed aresztowaniem, tyle 
że za darmo. 
— Czy aby tylko. 
— Cierpliwości! — Nieznajomy protekcjonalnie poklepał 
Mieczysława po ramieniu. — Jutro pokażę panu skrzynkę 
kontaktową. Raz na dwa tygodnie otrzyma pan instrukcję i złoży 
sprawozdanie ze swej działalności. O resztę niech już pana głowa 
nie boli. 
— Gdzie jest ta skrzynka kontaktowa? 
— Proszę pojechać do Brzózek. Trafi pan na Krzywy Zrąb? 
— Owszem. 
— Niech pan czeka tam pod amboną, punktualnie o dwudziestej. 
290 
XLIV 
Mazurek minął bramę i zaparkował służbowego fiata przed 
biurowcem Zakładów Elektronicznych. Wdrapał się na pierwsze 
piętro, spiesznie przemierzył korytarze i bez pukania wkroczył do 
sekretariatu dyrektora technicznego. 
— Szef u siebie? — Spojrzał pytająco na ładną sekretarkę o 
lalkowatej twarzy choć stanowczo zbyt chudą. 
— Dyrektora Grzebieniowskiego nie ma — odparła przeciągając 
samogłoski. 
— Nie wie pani, gdzie mógłbym go znaleźć. 
— Zdaje się, że gdzieś wyjechał. W każdym razie dzisiaj nie 
przyszedł do pracy. 
— Kiedy wróci? 
— Ja tu zastępuję chorą koleżankę. — Niewiedza sekretarki była 
denerwująca. — Proszę się dowiedzieć w poniedziałek. 
Porucznik z trudem powstrzymał się, by nie powiedzieć czegoś 
ostrego lalkowatej panience i bez słowa wyszedł z sekretariatu. 
Przy końcu korytarza mieścił się gabinet dyrektora naczelnego. 
Oficerowi przemknęła myśl, że warto bVłoby zajrzeć do 
Walendowskiego, ale tu czekał go srogi zawód. Ani w gabinecie, 

background image

ani w sekretariacie nie było nikogo. Przez dłuższą chwilę z 
niezbyt mądrą, jak mu się zdawało, miną stał pod drzwiami, nie 
wie 

dząc, co dalej począć. Na szczęście przypomniał sobie w końcu o 
Nowackiej. 
Wanda siedziała jak zwykle za swoim biurkiem. Na widok 
funkcjonariusza uśmiechnęła się smutno. 
— Dowiedział się pan wreszcie, kto zabił Adama? — zagadnęła z 
nadzieją w głosie. 
— Jeszcze trochę cierpliwości — pocieszył sekretarkę. — 
Ostatnimi czasy śledztwo ruszyło z kopyta... 
— Pan kogoś szuka? 
— Któregoś z dyrektorów — wyjaśnił oględnie. 
— Ma pan pecha. Dzisiaj piątek przed wolną sobotą i jeszcze 
przed jedenastą skrzyknęli się na polowanie. Naczelny zabrał 
Pawlaka z Demskim i dalej w las, a firmę zostawili własnemu 
losowi. 
— Grzebieniowski też pojechał? 
— Jego wysłali dogadywać jakiś kontrakt z Austriakami. Może 
przed wyjazdem do Wiednia zawadzi jeszcze o Brzózki, a może 
nie. W każdym razie w zakładzie nie pojawi się wcześniej, niż za 
jakieś dwa tygodnie. 
— Szlag by to trafił — zdenerwował się Mazurek. 
— Może w czymś mogłabym panu pomóc? 
— Niestety — westchnął ze smutkiem. — Potrzebny mi dyrektor, 
a nie najmilsza nawet sekretarka. 
Porucznik wrócił do samochodu zły jak szerszeń. Przekazał przez 
radiotelefon wiadomość o wyjeździe Grzebieniowskiego i opuścił 
teren Zakła 

dów Elektronicznych. Chciał już jechać' do siebrd, kiedy przyszło 
mu do głowy, że warto byłoby zajrzeć jeszcze do Trepanowicza. 
Bez wahania skręcił w kierunku Mokotowa. Niespełna 
dwadzieścia minut później dotarł na miejsce. Zaparkował wóz 

background image

przed bliźniakiem i ruszył do wejścia. Przez dobrą minutę dusił 
dzwonek przy mosiężnej tabliczce, w środku nikt jednak nie 
reagował. Oficer nie wierzył własnym oczom. W końcu kadrowiec 
miał nogę w gipsie i logicznie rzecz biorąc powinien siedzieć w 
domu. Tak czy inaczej nieoczekiwane zniknięcie całej kadry 
kierowniczej dużego bądź co bądź zakładu zaczynało wyglądać 
cokolwiek podejrzanie. 
Z Mokotowa Mazurek zdecydował się pojechać na Sadybę. 
Wprawdzie z Trydeckim rozmawiał już Grzelak, ale było to 
jeszcze przed zatrzymaniem Przybickiego. Poza tym porucznik nie 
mógł się jakoś pogodzić z perspektywą bezczynnego oczekiwania 
na dalszy rozwój wypadków. 
— Były dyrektor naczelny powitał oficera grzecznie, choć z 
wyraźną rezerwą. 
— Zdaje się, że powiedziałem już wszystko pańskiemu koledze — 
zaznaczył na samym wstępie. — Nie bardzo rozumiem, w czym 
jeszcze mógłbym pomóc. 
— Wczoraj byliśmy zmuszeni zatrzymać magazyniera z 
Zakładów Elektronicznych — zaczął ostro 
293 
Mazurek. — W pańskiej firmie doszło do wielomilionowych 
nadużyć. 
— Co pan powie? — Wiadomość nie zrobiła na Trydeckim 
większego wrażenia. 
— Początkowo Przybicki był mało rozmowny, w końcu jednak 
udało mu się przemówić do rozsądku. 
— Ujawnił w jaki sposób doszło do nadużyć? 
— Wymienił nawet dwa nazwiska. — Porucznik odrobinę minął 
się z prawdą. . 
— Uchyli pan rąbka tajemnicy? 
— Jednym z aferzystów okazał się pański zastępca, niejaki 
Władysław Crzebieniowski. 
— Kto by pomyślał! 
— Dyrektor techniczny poczuł zresztą pismo nosem i wybrał się 
na rozmowy do Wiednia. 

background image

— W tym stanie rzeczy chyba nieprędko zdecyduje się na powrót. 
— W głosie Trydeckiego zabrzmiała wyraźna ulga. 
— Tak też właśnie pomyśleliśmy, zatrzymując go na granicy. — 
Oficer zdecydował się na bleff. 
— Pogratulować operatywnego działania. 
— Pan Crzebieniowski długo się nie upierał — kontynuował dalej 
Mazurek. — Nie dość, że nie zakwestionował' swojej winy, to 
jeszcze sypnął tę samą osobę, co Przybicki. 
— Można wiedzieć, kto jest trzecim wspólnikiem? 

— Nie domyśla się pan? 
— Od przeszło miesiąca nie mam kontaktu z zakładem. 
— Nadużycia trwały przez kilka lat. 
— To przykre, że za moimi plecami rozkradano publiczne mienie. 
— Za pańskimi plecami? — Porucznik uśmiechnął się ironicznie. 
— Panie dyrektorze, niech pan będzie poważny. Bądź co bądź w 
grę wchodzi sześć milionów złotych! 
— Nie przypuszcza pan chyba, że o czymkolwiek wiedziałem?! 
— Na policzkach Trydeckiego wykwitł rumieniec. 
— Gdybym nie miał niezbitych dowodów, w ogóle nie 
rozpoczynałbym z panem rozmowy — oficer zagrał va banque. — 
Pan nie tylko brał udział w procederze, ale kierował całą 
działalnością przestępczą. 
W pokoju zapanowało milczenie. Trydecki ciężko dysząc 
wpatrywał się w funkcjonariusza, a ten sięgnął po papierosa i 
przypaliwszy go zaczął z rzadka wciągać w płuca niewielkie 
hausty dymu. 
— Grzebieniowski mnie oskarżył? — wychrypiał w końcu 
dyrektor. 
— Nie da się ukryć. 
— Nie wierzę. 
— Podczas procesu będzie pan mógł usłyszeć to 
na własne uszy. j 
295 
— Pan przyszedł mnie aresztować? 

background image

— Sankcję da panu prokurator — sprostował Mazurek. — Ja pana 
po prostu zatrzymam. 
— Dwóch wspólników panu nie starczy? Sześć milionów akurat 
równo dzieli się przez trzy. 
Na twarzy Trydeckiego pojawiło się niedowierzanie, potem 
rezygnacja, a w końcu wykrzywił ją grymas gniewu. 
— Będzie pan musiał podzielić te sześć milionów pomiędzy 
siedmiu — wyrzucił z siebie, zgrzytając zębami. — Nie mam 
zamiaru odegrać roli kozła ofiarnego. Nie dość, że dranie 
odstawili mnie na boczny tor, to jeszcze chcieliby, żebym poszedł 
do więzienia za ich sprawki! 
— Doprawdy? 
— Proszę przyjąć do wiadomości, że to nie ja wymyśliłem, jak 
wygospodarować nadwyżki srebra i złota kosztem jakości 
produktów, nie ja organizowałem zbyt i nie ja decydowałem o 
podziale pieniędzy. Pomysłodawcą i głównym reali;atorem był 
Demski. Zresztą prawdę mówiąc, faktycznie to on rządził 
zakładem, tyle że zza moich plec5w. On jest za wszystko 
odpowiedzialny i jemu na.eży się pierwsze miejsce na ławie 
oskarżonych. 
— Innymi słowy pan spadłby na drugą pozycję? 
— Nawet na trzecią. Walendowski, póki był dyrektorem 
Zjednoczenia, pilnował, żeby żadna kontrola z zewnątrz niczego 
nie wykryła. Kontak 

tował się wyłącznie ze mną albo z Teodorem i poza nami dwoma 
nikt wtedy o nim nie wiedział, ale zyski z nadużyć miał zawsze 
większe ode mnie. Później, kiedy zlikwidowali Zjednoczenie, a 
jego wysadzili z siodła, postarał się zająć moje miejsce. 
— Razem jest już panów pięciu. 
— Do kompletu brakuje jeszcze Pawlaka i Tre-panowicza. Im też 
coś niecoś się należy. Razem kradliśmy, więc razem pójdziemy 
siedzieć! 
XLV 
Śnieg walił coraz gęstszy. Szeleźniak odetchnął pełną piersią. Oto 

background image

wreszcie, po licznych „przymiarkach", nadeszła prawdziwa zima. 
Drzewa pokryły się białymi czapami, trawa, naga ziemia i zeschłe 
liście zniknęły pod puszystym kobiercem. Mieczysław rozglądał 
się bacznie, żeby nie zabłądzić. 
Było już całkiem ciemno i Szeleźniak przyświecił sobie latarką, 
by rozróżnić cyfry na tarczy zegarka. Dochodziła dziewiętnasta. 
Dostrzegł prześwitującą między drzewami jaśniejszą przestrzeń i 
pomyślał, że pośpieszył się o dobrą godzinę. Jeszcze moment i 
stanął na skraju Krzywego Zrębu. Niewiele myśląc wdrapał się na 
ambonę i usiadł na desce zastępującej ławeczkę. 
297 
M^jrj^dojbry kwadrans, kiedy nagle do uszu Mieczysława 
dobiegło miarowe skrzypienie śniegu pod czyimiś nogami. 
Ciekawie wyjrzał z ambony. Drogą wzdłuż skraju zrębu 
maszerował jakiś mężczyzna z dubeltówką na ramieniu. Myśliwy 
podszedł bliżej i Szeleźniak poznał Grzebieniowskiego. Dyrektor 
zatrzymał się niespełna pięćdziesiąt metrów od ambony i bacznie 
rozejrzał dookoła. Przez kilkanaście sekund stał niezdecydowany. 
Nagle skręcił w prawo i szybkim krokiem ruszył na przełaj, przez 
zagajnik. Jeszcze chwilę skrzypiał śnieg i trzeszczały łamane 
gałązki. Wreszcie wszystko ucichło. 
Mieczysław sięgnął do kieszeni i zgrabiałymi z zimna rękami 
wydostał papierosa. Złamał ze trzy zapałki, nim mógł zaciągnąć 
się dymem. Chciał spojrzeć na zegarek, by sprawdzić, ile zostało 
jeszcze do dwudziestej, kiedy znowu usłyszał czyjeś kroki.-Tym 
razem pod ambonę nadszedł Demski. 
— Hola! — zawołał z nie ukrywanym niezadowoleniem. — Kto 
tam siedzi na górze? 
— Pozwoliłem sobie przycupnąć na momencik — wychylił się 
Szeleźniak. 
— Co pan tu robi, do ciężkiej cholery?! — Teodor aż 
poczerwieniał ze złości. 
— Chciałem przypomnieć sobie dawne czasy — skłamał 
Mieczysław. 
— Nie trzeba było rozrabiać, to mógłby pan polować razem z 

background image

nami. — Głos księgowego zabrzmiał odrobinę łagodniej. — No, 
złaź pan! 

Szeleźniak posłusznie znalazł się na ziemi. Zachęcającym gestem 
podsunął Demskiemu paczkę papierosów. Ten bez ceregieli 
przyjął poczęstunek. 
— Ciągnie pana do lasu, co? — zagadnął już całkiem łagodnie. 
— Prawdę mówiąc dopiero po wyjściu z więzienia nauczyłem się 
go doceniać. 
— Chciałby pan do myśliwych? 
— Które koło mnie przyjmie? A zresztą karanemu nie dadzą 
zezwolenia na broń. 
— Nie ma rzeczy niemożliwych. 
— Ale trzeba mieć chody. 
— Coś panu powiem, panie Szeleźniak. — Teodor nagle zniżył 
głos. — Co było, to było, ja mam krótką pamięć. Teraz trzymaj 
pan ze mną, a dobrze na tym wyjdziesz. 
— Serio? 
— Ręka na zgodę. 
— Ręka. • 
Główny księgowy ruszył w swoją stronę i Mieczysław został 
znowu sam. Do dwudziestej brakowało jeszcze pół godziny, ale 
śnieg nieco ustał i Szeleźniak zrezygnował z ponownego 
wchodzenia na ambonę. Przeszedł skrajem zrębu aż do jego 
przeciwległego końca, potem wrócił na poprzednie miejsce. 
Nieoczekiwanie przypomniał sobie słowa nieznajomego © 
skrzynce kontaktowej. Musiała być gdzieś 
299 
w pobliżu, inaczej przecież nia-ikazano by mu przychodzić akurat 
na Krzywy Zrąb. Oparł się o jeden z czterech solidnych słupów 
podtrzymujących ambonę i spojrzał w górę. Wśród plątaniny 
cieńszych i grubszych belek miejsce na dobrze zamaskowany 
schowek było nie najgorsze. Tknięty nagłym przeczuciem 
Szeleźniak wdrapał się niemal na szczyt drabiny i od spodu zaczął 
obmacywać podłogę ambony. Przy słupach nośnych belki 

background image

krzyżowały się. Po lewej stronie nie znalazł niczego, ale po 
prawej, pod samym wejściem na ambonę, wyczuł sprężynującą 
deseczkę. Delekatnie nacisnął. Nie ustąpiła, zdecydował się więc 
pociągnąć. Tym razem odskoczyła bez oporu, ale nie odpadła, 
zwisając na skórzanym zawiasie. Mieczysław poczuł niekłamaną 
satysfakcję. Oto znalazł, czego szukał. 
Schodził właśnie z ambony, kiedy u wylotu bocznej przecinki 
pojawił się Pawlak. 
— Dobry wieczór! -»- Powitanie tamtego zabrzmiało nawet 
przyjaźnie. — Kolega też wybrał się do lasu? 
— Jak mówią, poczułem zew krwi — zażartował Szeleźniak. — A 
pan dyrektor na co poluje? 
— Szukałem dzików, ale przez ten cholerny śnieg nie mam 
pojęcia, gdzie się podziały. 
— Już prawie nie pada. 
— I chwała Bogu! Jutro będzie można czytać tropy jak z książki. 

— Pan dyrektor na cały weekend? 
— Owszem. Przynajmniej odpocznę od zakładu, milicji i Służby 
Bezpieczeństwa. Zwłaszcza ci oficerowie działają mi na nerwy... 
A propos, zdaje się, że również i pana brali ostatnimi czasy na 
spytki? 
— Nawet dzisiaj rano, tyle źe nie rozmawiałem z bezpiecznikami, 
a ze zwykłym milicjantem. 
— Czego chciał? 
— Nie warto mówić. Wczoraj miałem niezbyt przyjemną 
przygodę. 
;. — 1 tak dobrze, że pozwolił panu wyjechać z Warszawy. 
: — Prawdę powiedziawszy zapomniałem mu się zwierzyć z tego 
zamiaru. 
— Dobrze pan zrobił. 
Mieczysław chciał coś odpowiedzieć Pawlakowi, w tym samym 
jednak momencie spostrzegł wylot lufy jego dubeltówki na 
wysokości swojej piersi. 
— Pan tak nie trzyma — poprosił. — Broń czasem sama strzela. 

background image

— Ta wypali dopiero, kiedy nacisnę spust. 
— Lepiej niech pan nie żartuje. 
— Ani mi to w głowie. 
Zimny błysk w oczach Benedykta uświadomił Szeleźniakowi 
prawdę. 
— Wczoraj miał pan perukę i dlatego pana nie poznałem — 
wyszeptał. 
— Odrobina charakteryzacji nigdy nie zawadzi. 
301 
'CÓ pa'r) tefaZ'zrobi? 
— Zapłacę ci za twój długi język. 
"— Przecież ja nic takiego nie powiedziałem milicji ani bezpiece. 
Oni nie wiedzą, że to pan. 
— Uciekaj! — Słowa Pawlaka zabrzmiały jak rozkaz. 
Nagle coś zachrzęściło w zaroślach za plecami Benedykta. 
Dyrektor odwrócił się, ale w tej samej chwili jakiś bury cień 
wyprysnął spomiędzy sosenek i runął na Pawlaka. Huknął strzał, 
kula trafiła jednak tylko śniegową czap^ na jednej z gałązek. 
Benedykt krzyknął przeraźliwie i zwalił się na ziemię pod 
ciężarem potężnego owczarka. Niemal jednocześnie na zrębie 
zaroiło się od funkcjonariuszy. 
— Trzy trupy, to już byłoby za wiele. — W rękach Grzelaka 
szczęknęły kajdanki. — Nie uważa pan, panie dyrektorze? 
— Nie macie żadnych dowodów. 
— Wolne żarty. Sporo ludzi widziało, jak mierzył pan do pana 
Szeleźniaka, on sam opowie, o czym żeście przed chwilą 
rozmawiali, pod podłogą ambony znaleźliśmy skrzynkę 
kontaktową, a o resztę niech martwi się sąd. 
— Niebrzydka dubeltówka — Mazurek podniósł ze śniegu broń 
Pawlaka i odruchowo złamał ją, by wyjąć drugi nabój. — Patrzcie 
no, co za patent! — zawołał nagle. — Nie wiedziałem, że ze 
zwykłej śrutówki można zrobić kniejówkę. 

lodecki i Zanejko podbiegli do porucznika. Ten podważył coś 
nożem i z jednej z luf dubeltówki wyciągnął drugą, o mniejszym 

background image

przekroju. 
— Fachowo wykonana wkładeczka. — Zanejko cmoknął ze 
szczerym uznaniem. 
— Teraz wszystko jasne! — Pokiwał głową Jodecki. — 
Szukaliśmy broni z lufą gwintowaną i przez myśl nam nie 
przyszło, że w grę może wchodzić odpowiednio spreparowana 
dubeltówka. 
— Trychnera zabił pan, bo odmówił dalszej współpracy? — 
Grzelak pomógł wstać skutemu już Pawlakowi. 
W pierwszym momencie zatrzymany chciał ponownie zaprzeczyć, 
widać dotarło jednak do niego, że nie ma już żadnych szans. 
— We Francji zapłaciliśmy mu niejako z góry — odparł 
kapitanowi. — Tu, na miejscu chciał się wycofać. 
— W jaki sposób zwabił go pan do lasu pod Rynią? 
— Pojechaliśmy tam razem. Mieliśmy uzgodnić warunki 
polubownego rozstania. 
— Z tym rzekomym spotkaniem Trychnera w Brzózkach, to był 
oczywiście blet? 
— Musiałem coś zasugerować Grzebieniow-skiemu i 
Trepanowiczowi, żeby utrudnić panu śledztwo. 
— A dlaczego zginął Mikulski? 
303 
— Dowiedziałem się, że rozmawiał z Trychnerem, a potem 
zobaczyłem go przy skrzynce kontaktowej. Sam Trychner nie 
korzystał nigdy ze skrzynki, ale pan Maurice powiedział mu, 
gdzie jej szukać. 
— Kto to jest Maurice? 
— Nie znajdziecie go. Już tydzień, jak wrócił do Francji. 
— Innymi słowy zabił pan Mikulskiego z obawy przed 
dekonspiracją? — W głosie Grzelaka zadźwięczała nutka 
niedowierzania. — A nie chodziło raczej o ujawnienie przez 
prokuratora wielomilionowych nadużyć gospodarczych? Czeka 
pana przecież jeszcze drugi proces. 
Benedykt pokręcił głową, ale nie odpowiedział. Wszyscy ruszyli 
w stronę leśniczówki, tylko pozostawiony samemu sobie 

background image

Szeleźniak zatrzymał jeszcze na moment Mazurka. 
— Już drugi raz muszę panu podziękować — powiedział cicho. — 
Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybym panu nie zaufał. A 
przecież, kiedy znalazłem dryling Trepanowicza u siebie w 
suterenie, niewiele brakowało, żebym poszedł na sznurku 
Pawlaka. 
— Najważniejsze, że nie dał się pan mu omamić. Z tej drogi 
naprawdę już nie ma powrotu. 
zł 50, 
ISBN 83-11-07201-9