background image


Dzwonek Napoleonem 
Albert Wojt 
 
 

Wskazówki zegarka posuwały się, jak na złość, bardzo 
powoli. Do końca służby porucznika Michała Mazurka 
brakowało co prawda niespełna dwudziestu minut, ale 
każda z nich dłużyła się niemiłosiernie. Oficer dawno już 
zamknął i zaplombował żelazną szafę, w której trzymał 
wszystkie swoje służbowe papiery, podlał rachityczną 
paprotkę i teraz, nie mając już nic więcej do roboty, 
spacerował bezmyślnie pomiędzy drzwiami a oknem. 
Prawdę mówiąc nie było do czego się śpie*szyć. Syn już 
drugi rok w zielonym mundurze uganiał się gdzieś na 
południu kraju po poligonach, córka spędzała wakacje u 
ciotki w Nieporęcie, a żona telefonowała niedawno ze 
szpitala, że musi objąć niespodziewany dyżur. Perspektywa 
powrotu do pustego domu nie była wprawdzie zbyt 
zachęcająca, ale Mazurek okropnie nie lubił odsiadywania 
godzin w komendzie, zwłaszcza kiedy zdarzało się to 
wieczorem. Lata służby w wydziale kryminalnym 
przyzwyczaiły go do stałego ruchu, więc teraz nie mógł 
jakoś przystosować się do stylu pracy .dochodzeniówki". 
Zerknął niecierpliwie na zegarek. Do godziny dwudziestej 
drugiej brakowało jeszcze prawie piętnastu 
44 
minut, ale uznał, bez większych wewnętrznych oporów, że 
może je sobie darować. Zabrał leżącą na biurku teczkę, 
zgasił światło i wyszedł z pokoju. 

background image

Na korytarzu mignęła mu znajoma sylwetka. Nie 
zastanawiając się przyśpieszył kroku. 
— Serwus, Paweł! — huknął na całe gardło do wysokiego, 
barczystego sierżanta. — Z nieba mi, bracie, spadłeś. 
— Jak się masz, Michał! — Kuligowski najwyraźniej 
również ucieszył się ze spotkania. — Masz dzisiaj noc? — 
dodał ze współczuciem. 
— Gdzie tam! — roześmiał się Mazurek. — Od-bębniiem 
swoje i zaraz się stleniam. 
— Takiemu to dobrze — pokiwał głową sierżant. — A ja do 
samego rana muszę telepać się radiowozem po Żoliborzu. 
— Podrzuciłbyś mnie do chałupy? 
— Nie ma sprawy! — bez namysłu zgodził się sierżant. — 
Musimy tylko poczekać na Wieśka Dyla-ka. Przed chwilą 
przyskrzyniliśmy jakiegoś pijaczka, jak siusiał w bramie. 
Dał Wieśkowi po nosie, trzeba więc było przytaszczyć 
nygusa do komendy — dodał w formie wyjaśnienia. — 
Odsiedzi dwie doby, to wy-grzecznieje... 
— Dylak pisze notatkę dla oficera dyżurnego? — domyślił 
się porucznik. 
— Właśnie — przytaknął Kuligowski. — Rano chłopaki 
muszą wiedzieć, dlaczego ten pasażer znalazł się w 
areszcie. 
— Długo jeszcze zejdzie Wieśkowi? 
— Nie sądzę... Na wszelki wypadek popędzę go jednak. A 
ty tymczasem smaruj, bracie, do wozu. 
Sierżant dotrzymał słowa. Nie upłynęło nawet dziesięć 
minut, gdy mogli już ruszać spod Komendy Dzielnicowej 
MO przy ulicy Żeromskiego. Do mieszkania Mazurka nie 
było daleko, ale Kuligowski, pragnąc po 
44 

background image

pisać się przed kolegą swoimi umiejętnościami, z fasonem 
pokonywał skrzyżowania i ostre zakręty. Mijali właśnie 
ogródek jordanowski przy ulicy Felińskiego, gdy na jezdnię 
wybiegł niespodziewanie jakiś mężczyzna. Wymachiwał 
gwałtownie rękami i coś krzyczał, usiłując zatrzymać 
samochód. Był tak blisko, że sierżant dosłownie w ostatniej 
chwili zdążył nacisnąć hamulec. 
— Zaprawił się dureń gorzałą i kozaka udaje! — sapnął ze 
złością Kuligowski. — Jeszcze moment i nadziałby się na 
zderzak! 
Trzej funkcjonariusze, jak na komendę, wypadli z 
radiowozu i ruszyli w kierunku mężczyzny. Mieli szczery 
zamiar odtransportowania go do izby wytrzeźwień, jako że 
podejrzanie chwiał się na nogach, ale w tej samej chwili 
porucznik spostrzegł kilka metrów dalej jakąś skuloną 
postać na chodniku. Jednocześnie rozległ się chrapliwy, 
trochę histeryczny krzyk mężczyzny: 
— Panowie! Na miłość boską, prędzej! Może ona jeszcze 
żyje! 
Mazurek kilku susami dopadł chodnika. Pochylił się nad 
leżącą postacią. W pierwszym momencie nie bardzo mógł 
się zorientować, czy ma przed sobą chłopaka czy 
dziewczynę. Stosunkowo krótko obcięte włosy, ciemny 
swetr i sztruksowe spodnie utrudniały identyfikację. 
Dopiero, kiedy porucznik przyklęknął, zrozumiał, że 
nieznajomy mężczyzna miał rację. Gorączkowo namacał 
puls i poczuł, jak kamień spada mu z serca. 
— Karetka! — krzyknął do nachylającego się właśnie nad 
dziewczyną sierżanta. — Pogoń dyżurnego, bo ta mała 
ledwo zipie! 
Kuligowski bez słowa pobiegł z powrotem do radiowozu, a 

background image

porucznik delikatnie spróbował odwrócić leżącą. Dopiero 
teraz spostrzegł, że dziewczyna ma 

rozerwany suwak przy spodniach, a z przedniej części jej 
swetra zostały tylko strzępy. 
— Psiakrew! Zaklął ze złością. — Trzeci gwałt w tym 
miesiącu! 
— Chyba bydlak nie zdążył — zauważył niepewnie Dy lak. 
— Nawet jej majtek z tyłka nie ściągnął... 
— Spłoszyłem łobuza! — nie bez dumy wtrącił mężczyzna, 
który przed chwilą zatrzymał radiowóz. 
— Widział go pan? — Mazurek aż podskoczył. 
— Owszem, tyle że z daleka... 
— Dawno? 
— Minutę temu. 
— Dokąd uciekł? 
— Gdzieś tam — mężczyzna niepewnie wskazał ulicę po 
drugiej stronie ogródka jordanowskiego. 
— Panie! Biegiem do wozu! — porucznik zdecydowanie 
pociągnął mężczyznę za rękaw. — A ty, Wiesiek, pilnuj ją! 
— rzucił w pośpiechu Dylakowi. 
Tym razem sierżant Kuligowski z miejsca dodał gazu. 
Radiowóz ruszył jak burza, błyskawicznie okrążył ogródek 
jordanowski i skręcił w pierwszą przecznicę. Mazurek 
zabrał się do wypytywania mężczyzny. 
— Panie... 
— Brzeziński — skwapliwie przedstawił się tamten. 
— Panie Brzeziński, jak on wyglądał? — zagadnął oficer. 
— Taki wysoki i chudy — odparł bez zastanowienia 
mężczyzna. — Twarzy nie widziałem, ale włosy miał chyba 
ciemne... 

background image

— Długie? 
— Takie sobie, raczej niezbyt długie... 
— A jak był ubrany? — zainteresował się porucznik. 
— W dżinsy i... w koszulę w kratkę — Brzeziński nie 
wydawał się być zbyt pewny tego, co mówi. — Po ciemku 
trudno zobaczyć — dodał na swoje usprawiedliwienie — a 
kiedy jeszcze się trochę wypiło... 
44 
.Mazurek postanowił skorzystać z radiotelefonu. Szybko 
przekazał oficerowi dyżurnemu swojej komendy ustalony 
przed chwilą rysopis i nie przebierając w słowach, zaczął 
domagać się posiłków. 
— Jeżeli nie zablokujesz, Rysiek, całego rejonu, to gówno z 
tego będzie! — krzyczał zgoła nieregulaminowo do 
słuchawki. — Mickiewicza, Aleja Wojska Polskiego, 
Stołeczna, Krasińskiego — wyliczał jednym tchem. — 
Sami nie damy rady porządnie tego przetrząsnąć! 
— Zaraz kogoś tam wyślę! — przerwał mu niecierpliwie 
oficer dyżurny. — Może dałoby radę ściągnąć pieska... 
Po drodze minęli pędzącą na sygnale karetkę pogotowia, a 
w chwilę później usłyszeli przez radio włączających się do 
akcji kolegów. Porucznik nerwowo zatarł ręce. Doskonale 
zdawał sobie sprawę, że jeżeli przestępcy nie złapie się od 
razu, to później mogą być z tym poważne kłopoty. 
Kuligowski skręcił właśnie z fantazją w kolejną ulicę, kiedy 
nagle Mazurek sprężył się w sobie. Jakieś trzydzieści 
metrów przed nimi wychodził właśnie z bramy wysoki 
chłopak w koszuli w kratkę. Porucznik nie czekał nawet, aż 
samochód zatrzyma się na dobre. Wśród pisku hamulców 
otworzył drzwiczki i bez namysłu rzucił się w kierunku 
chłopaka. Już, już miał go chwycić za kołnierz, gdy w 

background image

ostatniej chwili powstrzymał się odruchowo. Tamten 
najwyraźniej nawet nie myślał o ucieczce. Co więcej, 
orientując się prawdopodobnie w zamiarach milicjanta, 
sięgnął spokojnie po dokumenty. 
Mazurek na wszelki wypadek zerknął na wysiadającego 
właśnie z radiowozu Brzezińskiego. Mężczyzna miał dość 
niewyraźną minę. Porucznikowi zrobiło się głupio. 
Pomyślał ze złością, że takie zachowanie pasowałoby 
raczej do sztubaka ze szkoły milicyjnej, niż 

do oficera. Machinalnie przejrzał dowód osobisty chłopaka, 
bąknął coś niezręcznie i odwrócił się na pięcie. 
Minuty mijały, a akcja nie dawała żadnego rezultatu. 
Brzeziński kręcił głową na widok każdego zatrzymanego, a 
w słuchawce radiotelefonu coraz częściej słychać było 
szpetne przekleństwa. Na domiar złego okazało się, że 
sprowadzony na miejsce przestępstwa pies nic nie 
wywąchał. 
O drugiej Dylak, który ponownie znalazł się w radiowozie, 
i Kuligowski mieli już serdecznie dosyć bezskutecznego 
kręcenia się w kółko. Po burzliwej dyskusji przekonali w 
końcu również Mazurka, że trzeba zrezygnować. Odwieźli 
Brzezińskiego do domu, przykazując mu surowo, żeby 
zgłosił się z samego rana do komendy, i zrobiwszy jeszcze 
rundę w okolicy ogródka jordanowskiego, wrócili na ulicę 
Żeromskiego. 
Pełniący obowiązki oficera dyżurnego kapitan Za-wilski 
powitał porucznika z grobową miną. 
— No, jesteś nareszcie! — mruknął niechętnie. — Wygląda 
na to, że pokpiłeś sprawę. 
— Plama! — odburknął Mazurek. — Żeby to szlag! 

background image

— U mnie jeszcze gorzej — westchnął kapitan. — Kiedy 
wy uganialiście się za tym cholernym amatorem wrażeń 
seksualnych, ktoś rąbnął mi dwa sklepy. Pomyśl tylko: 
usiłowanie gwałtu i dwa włamania, a my nie mamy 
żadnego sprawcy pod kluczem. — Z rezygnacją pokiwał 
głową. — Oj, da nam stary rano popalić! 
Porucznik dobrze wiedział, że reakcje komendanta na tego 
rodzaju wiadomości bywają bardzo gwałtowne, i w tej 
chwili wolał o tym nawet nie myśleć... 
— Co z dziewczyną? — zapytał kolegę. — Dokąd ją 
zawieźli? 
— Jest na Cegłowskiej — odparł Zawilski. — Pół 
44 
godziny temu dodzwoniłem się do lekarza. Zapewniał, że 
nic jej nie będzie. Podobno oprzytomniała jeszcze w izbie 
przyjęć, a teraz wyrywa się do domu. 
— Pojadę do niej — zadecydował Mazurek. — Może 
dowiem się czegoś mądrego. 
— Zapisałeś sobie jej personalia? 
— Niby kiedy? — żachnął się porucznik. 
— No to trzymaj! — oficer dyżurny wyciągnął z kieszeni 
niewielką karteczkę. — Chwała Bogu, że chłopaki znaleźli 
przy dziewczynie jakąś legitymację — uśmiechnął się z 
satysfakcją. 
— Beata Winiarska, dwadzieścia dwa lata, studentka AWF 
— przeczytał z niedowierzaniem Mazurek. — I taka dała 
się zaskoczyć? 
Niespełna godzinę później, po przełamaniu dosyć 
zdecydowanych oporów lekarzy i pielęgniarek, porucznik 
siedział przy łóżku Winiarskiej. Wcześniej, zanim wszedł 
do separatki, dowiedział się, że dziewczyna została 

background image

ogłuszona ciosem w tył głowy i że żadnych innych obrażeń 
u niej nie stwierdzono. Zdaniem lekarzy uderzenie nie było 
zbyt silne, chociaż zadano je jakąś pałką lub rurką... 
Mazurek przez dłuższą chwilę uważnie przyglądał się 
leżącej. Nawet ładna, skonstatował w duchu. W każdym 
razie bardzo seksowna... 
— Jak się pani czuje? — zaczął ostrożnie. — Czy można z 
panią chwilę porozmawiać? 
— Niech pan pyta — uśmiechnęła się blado. — Widać 
mam mocną głowę... 
— Przyjrzała się pani temu łobuzowi? 
— Niestety — w jej głosie można było wyczuć zawód. — 
Szłam sobie Felińskiego i nagle ktoś mnie z tyłu uderzył. 
Chyba od razu straciłam przytomność i ocknęłam się 
dopiero w szpitalu. 
— Naprawdę nic pani nie pamięta? 
— Podobno tak się czasami zdarza po silniejszym 
ll 
uderzeniu w głowę — westchnęła dziewczyna. — Chociaż 
zaraz! — Nagle zmarszczyła brwi i zaczęła intensywnie się 
nad czymś zastanawiać. — Coś mi świta, że to jednak było 
inaczej... 
— Broniła się pani, krzyczała? 
— Najpierw ktoś mnie bardzo mocno chwycił — 
przypomniała sobie z wysiłkiem. — Chciałam się wyrwać i 
wtedy chyba krzyknęłam. 
— A co było dalej? 
— Dostałam po głowie... 
Tracę tylko czas, pomyślał z zawodem porucznik. Ta mała 
nic mi nie powie... 
Wrócił smętny do radiowozu, ale tutaj Kuligowski 

background image

przywitał go weselszą nowiną. 
— Zaraz będziemy mieli drania — zapewnił z 
przekonaniem. — Zawilski dostał cynk ze Śródmieścia, że 
na wiadukcie przy Dworcu Gdańskim patrol legitymował 
niedawno gościa, który kubek w kubek pasuje do naszego 
rysopisu. 
— Stary, dobry znajomy — uzupełnił informację Dylak. — 
Wiesiek Seta. 
— Przecież on powinien jeszcze siedzieć? — Mazurek z 
niedowierzaniem pokręcił głową. — Sam zapakowałem go 
na jakieś dwa lata do pudła. 
— Zapomniałeś o amnestii — mruknął sierżant. — 
Odsiedział ptaszek trochę, a resztę mu darowali... 
— Pamiętasz jego adres? 
— A jakże! — roześmiał się Kuligowski. — Kto jak kto, 
ale Seta ma u mnie specjalne względy. Swoją drogą nic 
dziwnego, żeśmy go nie dorwali. On tam zna każdą dziurę 
w płocie... 
— Jedziemy. 
Kilka minut później radiowóz zatrzymał się cicho przed 
niewielkim, odrapanym domkiem. Dylak stanął pod 
drzwiami, a Mazurek i Kuligowski ruszyli biegiem w 
ciemne podwórko.  Jedno  z okien parteru było 
12 
oświetlone. Właśnie pod nim przyczaił się porucznik, a 
sierżant kucnął trochę dalej, przy płocie. 
Od strony ulicy doleciało energiczne pukanie Dyla-ka. 
Przez chwilę wewnątrz domu nikt nie reagował, chociaż 
Mazurek zauważył, że umieszczone nad nim okno odrobinę 
się uchyliło. 
Dylak znowu zastukał, tym razem już chyba pięścią, bo 

background image

drzwi aż zadudniły. 
— Milicja! Otwierać! — krzyknął groźnie. Porucznik 
odruchowo sprężył się w sobie. Zobaczył, 
że okno otwiera się na całą szerokość i wyskakują z niego 
jakieś dwie przygarbione postaci. Błyskawicznie rzucił się 
do przodu, usiłując zatrzymać jednego z uciekających. Miał 
już prawie w garści umykającego człowieka, kiedy nagle 
zrobiło mu się jasno przed oczami, a w ustach poczuł 
znajomy, słodka wy smak. Z furią rąbnął na oślep lewą ręką 
i w tej samej chwili uchylił się instynktownie. Raczej 
wyczuł, niż zobaczył, że przeciwnik traci równowagę. 
Zrobił krok i bez zastanowienia założył chwyt. Jeszcze 
jeden, tym razem niewielki wysiłek, i usłyszał ogłuszający 
trzask łamanych desek i łoskot wywracanego żelastwa... 
W chwilę później Mazurek przyglądał się obojętnie, jak 
Dylak wyciąga z jakiejś na poły rozwalonej budki 
dygocącego ze strachu chłopaka. Drugiego, już z 
kajdankami na rękach, prowadził Kuligowski. 
— Wyglądasz, Michał, jakby ci twoja ślubna szkolenie 
ideologiczne wałkiem wyprawiła — parsknął życzliwie 
sierżant, oświetlając latarką twarz przyjaciela. — Przyznaj 
się, na kiedy zaplanowałeś wizytę u dentysty? 
— Trzeba zobaczyć tę melinę — porucznik udał, że nie 
dosłyszał uszczypliwej uwagi. — Coś za szybko ptaszki 
chciały wyfrunąć z gniazdka. 
Umeblowanie niewielkiego pokoju składało się z dwóch 
odrapanych krzeseł, starego kuchennego sto 
44 
łu i zdezelowanego tapczanu. Na wszystkich tych sprzętach 
leżały w nieładzie różnokolorowe dresy i koszulki, trampki, 
rękawice bokserskie, części rowerowe... 

background image

— Zawilski płakał, że nie wie, kto mu załatwił sklep 
sportowy, a tu proszę — roześmiał się Kuligowski — 
mamy dwóch złodziejaszków i fantów za jakieś piętnaście 
tysięcy! 
— I kto by pomyślał, że to bracia Dolińscy są tacy zdolni 
— mruknął Dylak, przyglądając się obu zatrzymanym. — 
No gadaj, Adam, kto nadał tę robotę? — zwrócił się ostro 
do starszego. — Ty czy Witek? 
— A może Seta? — wtrącił się Mazurek. — Będziesz 
śpiewał czy mam ci pomóc? — Ostentacyjnie pogroził 
Adamowi Dolińskiemu pięścią. 
— Ja to pierwszy raz w życiu widzę — na wszelki wypadek 
zaprzeczył zagadnięty, wskazując porozkładane przedmioty. 
— Przyszedłem tutaj z braciakiem dosłownie przed minutą. 
— Łżesz! — wzruszył ramionami Kuligowski. 
— Jak Boga kocham! — poparł brata drugi Doliński. — 
My nic nie wiemy o żadnym sklepie. 
— Łżesz! — powtórzył, tym razem już znacznie ostrzej 
sierżant. 
— Ależ, panie władzo! — Adam Doliński uderzył się 
teatralnym gestem w piersi. — Pan wie, że to kwadrat Sety. 
My dopiero co przyszli. 
— Słuchaj, no! — warknął porucznik, którego aż korciło, 
żeby odwdzięczyć się za rozbitą twarz. — Zrobię ci sprawę 
o czynną napaść na milicjanta — zagroził. — Już ja się 
postaram, żebyś nieprędko wyszedł z mamra! 
— Ależ ja nie wiedziałem, że to pan był pod oknem — 
zająkał się Doliński. — Ja nie chciałem! 
— Kto nadał robotę? — ryknął Mazurek, popycha 
44 
jąc Adama Dolińskiego na ścianę. — Gadaj! Co cię 

background image

zamurowało?! 
— Seta! — jęknął zrezygnowany Doliński. — On wywalił 
szybę i wlazł do środka, a my z Witkiem tylko odbieraliśmy 
fanty... 
— Gdzie się spotkaliście? 
— Tutaj... Seta kazał nam przyjść przed dziesiątą. 
— Czekał na was? — 'porucznik starał się nadać teraz 
swojemu głosowi możliwie obojętny ton. 
— Przylazł dopiero o pierwszej — pokręcił głową Doliński. 
— Mówił, że miał drugą robotę. 
— Jaką? Z kim? 
— Diabli go wiedzą — zatrzymany bezradnie rozłożył ręce. 
— Seta nigdy się nam nie tłumaczył... 
— Gdzie on teraz jest? 
— Nie wiem... U dziewczyny — poprawił się natychmiast, 
widząc groźny gest porucznika. — Jadźka Krawczyk, 
Nowotki osiemnaście. 
— Na pewno? 
— Nawijał, że jedzie do niej — wtrącił się drugi Doliński. 
— Panie władzo — dodał niepewnie — niech pan da 
Adamowi po ryju, ale nie robi mu sprawy, że pana 
uderzył... Za ten sklep i tak zdrowo nam się dostanie. 
— Jeszcze pogadamy — Mazurek zdążył już znacznie 
złagodnieć. — Jak nie będziecie kręcić, to może daruję... 
Zgodnie z przewidywaniami Kuligowskiego, Zawilski nie 
posiadał się z radości. Nie minęło nawet piętnaście minut, 
kiedy na Mierosławskiego zwaliła się cała milicyjna ekipa. 
Mazurek mógł teraz bez obawy zostawić Dolińskich pod 
dobrą opieką i ruszyć na dalsze poszukiwania Sety. 
Dom znaleźli bez kłopotu, ale minęło sporo czasu, nim 
otworzyły się przed milicjantami drzwi. Porucz 

background image

15 
nik ze zdziwieniem spostrzegł w nich chłopca w wieku 
siedmiu, ośmiu lat. 
— Panowie są gliny — stwierdził malec rezolutnie. — 
Wieśka nie ma w domu — zaznaczył na wstępie. — Poszli 
z Jadźką na prywatkę... 
— Dawno? — zainteresował się Kuligowski. 
— Niedawno — ziewnął chłopiec. — Zbudziłem się przez 
nich. A Wieśka to często panowie szukają — dodał z 
własnej inicjatywy. 
— Wiesz, gdzie jest ta prywatka? — zapytał Mazurek. 
— Nie wiem — z żalem pokręcił głową. — Ale prawda — 
ożywił się nagle — Jadźka ma w kalendarzyku telefon tej 
koleżanki. Mogę pokazać. 
Weszli do środka. Mieszkanie składało się z dwóch 
niewielkich pokoików i na pierwszy rzut oka było widać, że 
prócz malca nie ma w nim nikogo. 
Na regale leżał notes w czarnej okładce. Kuligowski zaczął 
go właśnie przeglądać, kiedy chłopiec zmienił nagle front. 
— Siostra nie kazała mówić, gdzie idą — oświadczył 
stanowczo. — Nie powiem. 
— Ale przecież chciałeś nam pomóc znaleźć Wieśka — 
łagodnie zagadnął porucznik. 
— Chciałem, bo go nie lubię — odparł szczerze. — Bije 
mnie i krzyczy... Ale siostra nie kazała mówić — powtórzył 
uparcie. 
— Masz dychę — zaproponował oficer, wyciągając z 
kieszeni monetę. — Kupisz sobie cukierków. 
— Nie chcę — pokręcił głową malec. — Siostra zlałaby 
mnie... 
— My jej nie powiemy — zapewnił Mazurek. 

background image

— Nie... 
— A może chcesz przejechać się radiowozem? — kusił 
porucznik. 
— E tam! — chłopiec pogardliwie wzruszył ramio 
16 
nami. — Wujek Janusz, jak przyjeżdża do mamusi, wozi 
mnie na motocyklu. 
— A gdzie jest twoja mamusia? — zapytał cicho Mazurek. 
— Pracuje. 
— A tatuś? 
— Ja nie mam tatusia — odparł malec jakoś dziwnie 
obojętnie. — Co to jest? — wskazał nagle na kolorowy 
sznurek wystający z kieszeni munduru sierżanta. 
— Gwizdek. — Kuligowski pomyślał z nadzieją, że może 
tym przekupi chłopca. — Podoba ci się? 
Malec przez dłuższą chwilę obracał w dłoni niewielki 
milicyjny gwizdek. Widać było, że aż śmieją mu się do 
niego oczy. 
— Ładny — powiedział z zachwytem. 
— Chcesz go? — zapytał sierżant. 
— Chcę — zdecydował się natychmiast. 
— A pokażesz telefon? 
— Pokażę... 
Ustalenie adresu było teraz kwestią zaledwie kilku minut. 
Okazało się zresztą, że milicjanci nie muszą nawet daleko 
jechać. Według wszelkiego prawdopodobieństwa Seta 
przebywał w jednym z domów przy ulicy Stawki. 
Mieszkanie było na czwartym piętrze. Funkcjonariusze 
nasłuchiwali długo, ale spoza drzwi dochodziły tylko 
bardzo ciche dźwięki jakiejś melodii płynącej z radia lub 
magnetofonu. Wreszcie Dylak zdecydował się nacisnąć 

background image

dzwonek. Po chwili zrobił to drugi raz, tyle że dłużej nie 
zwalniał przycisku. 
W środku ktoś się poruszył. Usłyszeli czyjeś kroki w 
przedpokoju i niski, chrapliwy damski głos: 
— Kto, do cholery? 
— Adam Doliński — wyszeptał spiesznie Kuligowski. — 
Braciaka mi gliny capnęły — dodał, jak gdyby na swoje 
usprawiedliwienie. 
2 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
Rozległ się suchy szczęk zamka i zaraz po tym w otwartych 
drzwiach zobaczyli tęgą, niechlujnie ubraną dziewczynę. 
Na widok milicjantów wybuchnę-ła głupkowatym, 
pijackim śmiechem, usiłując jednocześnie zasłonić sobą 
wejście. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, 
Kuligowski pchnął ją bezceremonialnie i wpadł do środka. 
Mazurek i Dylak bez namysłu ruszyli w jego ślady. 
Jakiś ledwo trzymający się na nogach i ziejący na kilometr 
alkoholem chłopak cofnął się w popłochu do łazienki, ale 
funkcjonariusze nawet nie zwrócili na niego uwagi. Trzy 
sekundy i znaleźli się w pokoju... 
W kącie na materacu spały, skulone pod brudnym, 
powycieranym płaszczem, dwie, sądząc z wyglądu, bardzo 
młode dziewczyny. Obok nich siedział ostrzyżony prawie 
„na zero" chłopak i spoglądał bezmyślnie to na trzymaną 
przez siebie pustą butelkę po wódce, to na dziwnie nie 
pasujące do otoczenia, zupełnie nowe radio tranzystorowe. 
Porucznik Mazurek pewnym krokiem podszedł do dużej, 
stojącej naprzeciwko wejścia szafy. Rzucił jeszcze okiem 
na szykującego kajdanki Dylaka i zdecydowanym ruchem 
szarpnął drzwi. 

background image

— No, Seta, przyjdzie trochę posiedzieć! — powiedział z 
nie ukrywaną satysfakcją. — Zbieraj się, jedziemy do 
komendy! 
II 
Dochodziła godziny ósma. Porucznik Michał Mazurek z 
wyraźną niechęcią wpatrywał się w bezczelnie 
uśmiechniętą twarz Wieśka Sety, bezskutecznie usiłując 
znaleźć argument, który by tamtego przekonał. 
44 
— Jak Boga jedynego kocham, panie władzo! — nie 
wiadomo który już raz z rzędu powtórzył zatrzymany. — 
Mówi pan, że walnąłem sklep sportowy. Zgoda — skinął 
głową, nie okazując żadnego zakłopotania. — Zgarnął pan 
fanty, przypucowały mnie klaj-niaki, z którymi robiłem 
skok, więc ja nie mam pretensji. Ale w tę babkę mnie pan 
nie wrobi — oświadczył stanowczo. — Po cholerę mi 
zresztą byłoby dymać kogoś na trawce, skoro widział pan, 
że miałem wygodny materacyk — oblizał się obleśnie. — 
Co to, Seta dziwki sobie nie umie załatwić „czy co? 
— Co robiłeś pomiędzy dwudziestą drugą a północą? — 
upierał się Mazurek. 
— Spacerowałem po parku i liczyłem drzewka — 
zatrzymany obojętnie wzruszył ramionami. — Jak mi pan 
koniecznie będzie chciał coś przylepić, to alibi w sądzie się 
znajdzie — bezczelnie spojrzał porucznikowi w oczy — ale 
teraz nic nie pamiętam... 
Oficer zacisnął pięści ze złością, ale szybko się opanował. 
Koledzy lojalnie uprzedzali go, że wystarczy podnieść 
trochę głos, a Seta zacznie natychmiast trąbić na wszystkie 
strony o wymuszaniu wyjaśnień. 
— Słuchaj no — zaczął z innej beczki. — Jeżeli nie ty 

background image

napadłeś na dziewczynę, to zrobił to ktoś inny. Tym razem 
drania spłoszyli, ale on może znowu spróbować... 
— Jak spotkam pod celą tego faceta, to mordę mu skuję, że 
go rodzona mamusia nie pozna — roześmiał się 
zatrzymany. — W końcu przez niego pan mnie 
przyskrzynił, no nie? Ale złapać to go pan musi sam. Takie 
jest życie... 
Mazurek zmełł w ustach przekleństwo. Włamanie do sklepu 
sportowego obchodziło go teraz tyle co zeszłoroczny śnieg, 
a o napadzie na Winiarską nic nowego się nie dowiedział. 
Widząc, że rozmowa z" Setą nie prowadzi do niczego, 
zdecydował się odprowadzić go 
2- 
19 
do aresztu. Kiedy miał już wstać zza biurka, w drzwiach 
pojawił się Kuligowski. 
— Przywiozłem ci Brzezińskiego — ziewnął szeroko — a 
sam idę do domu — skinął porucznikowi na pożegnanie. — 
Najwyższy czas, żeby się przespać... 
— Po drodze odprowadź jeszcze naszego „gościa" gdzie 
trzeba — Mazurek zmęczonym gestem wskazał sierżantowi 
podejrzanego. — A przy okazji powiedz, żeby profos 
przygotował okazanie... Oficer nie czuł jakoś skrupułów, że 
wyręcza się kolegą, ale na wszelki wypadek zaczął 
ostentacyjnie przeglądać swoje notatki. 
Kuligowski bez słowa klepnął Setę po ramieniu, dając mu 
znak, że przesłuchanie skończone i należy zmienić lokum. 
Brzeziński nie powiedział porucznikowi właściwie nic 
nowego. Przedstawił się, że jest mikrobiologiem i pracuje 
w Uniwersytecie Warszawskim. Nie omieszkał też 
zaznaczyć na samym wstępie, że ma czas tylko do godziny 

background image

dziesiątej, bo później czekają go jakieś bardzo ważne 
zajęcia w laboratorium, a zaraz potem wyjeżdża do 
Krakowa na sympozjum naukowe poświęcone zakażeniom 
gronkowcami. 
— Całe szczęście, że mam własny samochód — bezradnie 
rozłożył ręce — bo inaczej nie wiem, jak bym zdążył z tym 
wszystkim... 
— Może jednak wrócimy do wczorajszego zajścia — 
przerwał mu Mazurek. 
— Panie poruczniku — Brzeziński uśmiechnął się z 
wyraźnym zakłopotaniem. — Ja naprawdę niewiele mogę 
panu pomóc. Wracałem do domu z małej przyjacielskiej 
bibki i nagle usłyszałem krzyk kobiety. Pomyślałem, że 
zaczepił ją jakiś łobuz i pośpieszyłem 
20 
w stronę, z której dobiegło wołanie. Wzrok mam nie 
najgorszy, więc zobaczyłem wysokiego mężczyznę jak 
dobierał się do dziewczyny. Sęk w tym, że on mnie również 
zauważył i po prostu uciekł. Chwilę później nadjechał 
radiowóz, a resztę pan zna... 
— Jak daleko był pan od tego mężczyzny w chwili, gdy 
usłyszał pan krzyk? 
— Czterdzieści, może pięćdziesiąt metrów — odparł 
niepewnie mikrobiolog. — Dokładnie nie pamiętam... 
— A rozpoznałby go pan? 
— Czy ja wiem... — zawahał się. — Twarzy nie widziałem. 
Na pewno był szczupły i miał koszulę w kratkę... 
— W każdym razie nie zawadzi spróbować. 
— Oczywiście. 
Mazurek zaprowadził Brzezińskiego do aresztu. Po 
przeciwnej stronie kraty na korytarzu stało w rzędzie trzech 

background image

wysokich, młodych mężczyzn... 
— Bardzo żałuję, panie poruczniku — westchnął bezradnie 
mikrobiolog — ale chyba nie znam żadnego z nich. 
Po twarzy Sety przemknął ledwo dostrzegalny uśmieszek. 
Oficer zauważył go, ale w tej chwili nie miało to już 
większego znaczenia. Pożegnał Brzezińskiego, życząc mu 
szczęśliwej podróży, a sam z ciężkim sercem ruszył do 
gabinetu naczelnika wydziału. 
— Co proponujesz? — major Kłosiński był najwyraźniej 
bardzo zatroskany opowieścią o wydarzeniach minionej 
nocy. 
— Wystąp do prokuratora z wnioskiem o areszt dla Sety za 
włamanie do sklepu sportowego — odparł sennie Mazurek. 
— Facet siedział już za kradzieże, więc z uzyskaniem 
sankcji nie powinno być żadnego kłopotu. 
— To się rozumie, ale co dalej? 
— Nie wiem, później coś wymyślę — porucznik 
44 
ziewnął ostentacyjnie. — Dobrze by było, gdyby pochodzili 
trochę za tym chłopcy z kryminalnego, chociaż mówiąc 
szczerze, nie dałbym złamanego szeląga, że to właśnie Seta 
załatwił Winiarską. 
— Diabli wiedzą — z powątpiewaniem pokręcił głową 
major. — Rany boskie! — spojrzał nagle na zegarek. — Ty 
masz dzisiaj wolne, a ja cię trzymam. Smaruj do domu! 
— No, to serwus! — Mazurek bez sprzeciwu ruszył ku 
drzwiom. — Znaczy do poniedziałku? 
— Jak to do poniedziałku? — Kłosiński zmarszczył brwi. 
— Przecież dzisiaj jest dopiero piątek? 
— Chyba nie wyobrażasz sobie, Jasiu, że ja przez całą noc 
tyrałem w czynie społecznym? — zaperzył się porucznik. 

background image

— Już i tak w tym roku podarowałem ci kilka dni... 
— Niech ci będzie — machnął ręką naczelnik. — Uciekaj 
do domu, tylko szybko, żebym się nie rozmyślił! 
III 
Ledwo porucznik Mazurek przestąpił próg komendy, gdy 
wpadł na niego jak burza major Kłosiński. 
— Gdzie ty się do jasnej cholery podziewasz?! — ryknął z 
furią na samym wstępie. — Już pół godziny wydzwaniam, 
jak kto głupi do ciebie! Pan porucznik wyleguje się do góry 
brzuchem, a tymczasem jakiś zboczeniec morduje i gwałci! 
Mazurek dyskretnie rzucił okiem na zegarek. Do ósmej 
brakowało jeszcze kilka minut, ale wolał nie odpowiadać. 
Zrobiło mu się po prostu wstyd, że dał się wyprowadzić w 
pole, posądzając Setę o napad na 
44 
Winiarską. Poza tym znał dobrze swojego szefa i wiedział, 
że nie ma sensu z nim dyskutować, dopóki się tamten nie 
wyładuje. 
— Siadaj w samochód i natychmiast zasuwaj na Tucholską! 
— ostro zadecydował naczelnik. — Na miejscu jest już 
Wcisławski z kryminalnego. 
— Tak jest... 
— Dzisiaj, kilka minut po siódmej ktoś znalazł trupa 
kobiety w śmietniku — nieco spokojniejszym głosem 
poinformował porucznika Kłosiński. — Podobno wygląda 
to na zabójstwo na tle seksualnym... 
Mazurek, nie namyślając się, ruszył do wyjścia. Po drodze 
usłyszał jeszcze, że szefa ściągnęli wcześniej do komendy, 
tak że nie zdążył nawet zjeść śniadania... 
Na ulicy Tucholskiej byli już technicy z wydziału 
kryminalnego i przewodnik z psem. Całą akcją kierował 

background image

rosły chorąży z sumiastym wąsem. 
— Serwus, Michał! — zawołał gromko na powitanie 
porucznika. — Cholernie śmierdząca sprawa. 
— Spodziewam się — niechętnie mruknął Mazurek. — 
Mam nadzieję, że fotki gotowe? 
— Chłopaki ópstrykali już wszystko co trzeba — skinął 
głową Wcisławski. — A trupa nie dałem zabrać — 
znacząco wskazał na stojący kilkadziesiąt metrów dalej 
samochód z zakładu pogrzebowego — przed twoim 
przyjazdem. 
Porucznik rad nierad ruszył do śmietnika. W środku 
panował okropny zaduch, ale oficer, pokonując 
obrzydzenie, zmusił się do dokładnych oględzin. Prawdę 
mówiąc, wszystko wyglądało z grubsza tak, jak się tego 
spodziewał. Pomiędzy blaszanymi pojemnikami leżała na 
wznak wysoka, dość szczupła, na oko sądząc 
trzydziestoletnia kobieta. Była prawie naga, a strzępy 
bielizny, bluzki i spódnicy walały się dookoła po całym 
śmietniku. 
— Rąbnął ją w lewą skroń — chorąży wskazał na 
23 
podłużną, pełną zakrzepłej krwi ranę. — Lekarz twierdzi, 
że babka leżała tu jakieś dziesięć godzin... 
— Dopilnowałbyś, Andrzej, sekcji — zaproponował 
Mazurek. — Dokładny czas zgonu, wymazy z pochwy, 
rodzaj uszkodzeń ciała... 
— Mogę zaraz podskoczyć do Zakładu Medycyny Sądowej 
— Wcisławski nie oponował. — Trzymaj się! Zostajesz 
sam na gospodarstwie. 
— Aha, i przekręć do komendy — przypomniał sobie 
porucznik. — Niech zrobią zestawienie wszystkich 

background image

podejrzanych o gwałty w ciągu ostatnich trzech lat. Na 
razie wystarczy chyba z Żoliborza, bo ten zboczeniec 
twardo trzyma się naszego terenu... 
Chorąży wyszedł ze śmietnika i Mazurek chciał już 
podążyć za nim, gdy wśród strzępów ubrania zabitej 
spostrzegł coś, co przykuło jego uwagę. 
— Co ślepemu po oczach! — sapnął ze złością. — Tyle 
czasu się w tym babrzą i nie widzą... Dawać no tu psa! — 
huknął na całe gardło. 
Przewodnik ostrożnie wziął na patyk dużą, męską chustkę 
do nosa i podsunął ją swojemu podopiecznemu. Pies przez 
dłuższą chwilę obwąchiwał ją starannie, aż wreszcie sapnął 
na znak, że jest już gotów. Wolno okrążył kilka razy 
śmietnik i nagle zjeżyła mu się sierść. Przewodnik 
wprawnie owinął sobie wokół dłoni linkę, do której 
wcześniej przypiął swego pupila, i biegiem puścił się za 
nim. 
— Nie zaszkodzi sprawdzić, co kundel wyniucha — 
postanowił porucznik. 
Bez namysłu ruszył ostro do przodu. Na początku, mimo 
swoich czterdziestu lat, radził sobie całkiem dobrze, nie 
ustępując ani na krok młodszemu blisko o połowę 
przewodnikowi. Dopiero po kilku minutach zaczęło 
brakować mu oddechu, ale właśnie wtedy pies zatrzymał 
się przed wejściem do jednego z bloków przy 
Wisłostradzie. 
24 
— Cholera jasna! — zaklął ze złością przewodnik, 
zadzierając do góry głowę. 
— Igła w stogu siana — zgodził się Mazurek, spojrzawszy 
sceptycznie na wieżowiec. 

background image

— Co robimy, panie poruczniku? 
— Ty, synku, możesz wracać — westchnął oficer — a ja 
spiszę sobie towarzystwo z tej klatki. Pewno guzik z tego 
będzie — dodał cicho do siebie, oglądając listę lokatorów, 
na której figurowało kilkadziesiąt nazwisk. 
Kiedy Mazurek wrócił na Tucholską, nie było już tam ani 
Wcisławskiego, ani zwłok zamordowanej kobiety. 
Oczekiwała go natomiast pewna niespodzianka. Na 
siedzeniu w radiowozie zobaczył starannie opakowaną w 
folię niewielką, gazową zapalniczkę. 
— Facet zostawił na tym swoje paluszki — z tryumfem 
oznajmił technik. — Odbitki będą jak się patrzy! 
Gdyby tak jeszcze znaleźć to, czym ten zboczeniec ogłuszył 
jedną i zabił drugą kobietę, pomyślał z nadzieją oficer. 
Było już dobrze po czternastej, kiedy umorusani i zmęczeni 
milicjanci wrócili do komendy. Przewrócili do góry nogami 
cały śmietnik, ale prócz chustki do nosa i zapalniczki nic 
więcej nie znaleźli. Mówiąc szczerze, Mazurek i tak był 
bardzo zadowolony. W końcu mogli przecież wrócić z 
niczym. 
Wcisławski również dobrze się spisał. Po długich targach 
przekonał szefa Zakładu Medycyny Sądowej, żeby sekcję 
zrobiono poza kolejnością. 
— Oberwała czymś tępym i wąskim w skroń — 
relacjonował porucznikowi. — Podobnie jak Winiarska, 
tylko znacznie mocniej. Medycy twierdzą prawie na sto 
procent, że zgon musiał nastąpić natychmiast. 
— O której? 
44 
— Między dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią 
trzydzieści. 

background image

— Dobrał się do niej? 
— W tym właśnie problem — zasępił się Wcisławski. — 
Na udach miała pełno obrażeń, ale wyglądało na to, że ten 
łobuz szarpał ją już po śmierci. Lekarze nie umieją się 
wypowiedzieć, czy miał z nią stosunek... 
— Wymaz z pochwy wzięli? 
— Owszem, ale na wyniki trzeba będzie trochę poczekać. 
— No tak, oni nie lubią się śpieszyć — porucznik nie mógł 
się jakoś powstrzymać od uszczypliwej uwagi. — Masz ten 
wykaz, o który cię prosiłem? 
— Żartujesz?! — żachnął się chorąży. — Dobrze będzie, 
jeżeli dziewczyny z kartoteki zrobią to do jutra. 
— W takim razie dawaj personalia tej babki. Ustaliłeś, co to 
za jedna? 
— Nie było kiedy — Wcisławski bezradnie rozłożył ręce. 
— Wiem tylko, że rozwiodła się dwa lata temu, mieszkała 
ostatnio przy Krasińskiego, a pracowała w bibliotece przy 
Próchnika... 
Mazurek wziął do ręki podany przez chorążego dowód 
osobisty i nagle z niedowierzaniem przetarł oczy. 
— Ki diabeł? — mruknął. — Barbara Brzezińska? 
— A co w tym dziwnego, że Brzezińska? — Wcisławski 
spojrzał na kolegę pytająco. 
— Bo właśnie Zbigniew Brzeziński był świadkiem napadu 
na Winiarską. 
— Czyżby jej były mąż? — zamyślił się chorąży. 
— Muszę ja go wziąć na spytki — zadecydował porucznik. 
— Dobrze by było wybrać się też do mieszkania 
Brzezińskiej. Może tam coś znajdę? 
— No to chodźmy, we dwóch zawsze raźniej —? 
zaproponował chorąży. — Gdzie najpierw? 

background image

44 
— Na Krasińskiego. Pan mikrobiolog może poczekać. 
Drzwi otworzyła im niziutka, drobna staruszka. Śmietnik na 
ulicy Tucholskiej, w którym znaleziono zwłoki 
Brzezińskiej, był oddalony zaledwie o kilkaset metrów, 
więc Genowefa Zacharek zdążyła już dowiedzieć się o 
wszystkim. 
— Co za nieszczęście! — zaczęła biadolić od samego 
progu. — Pani Basia to była taka sympatyczna, grzeczna 
osoba! A jak się cieszyła, że niedługo będzie miała wreszcie 
własne mieszkanie, ale nie pozwolili jej doczekać... 
— Czy dawno wprowadziła się do pani? — zagadnął 
Mazurek. 
— Jakiś rok temu, może trochę więcej — z zakłopotaniem 
podrapała się w głowę staruszka. — Już wiem! — 
przypomniała sobie nagle. — W kwietniu zeszłego roku. 
— Nie wie pani przypadkiem, gdzie mieszkała wcześniej? 
— podchwycił Wcisławski. 
— Pani Basia chyba nigdy mi nie mówiła... To znaczy, 
gdzieś pod Warszawą — poprawiła się zaraz — ale nie 
pamiętam już gdzie... 
— Wiedziała pani, że jest rozwiedziona? 
— Ile się ona, bidula, nacierpiała i napłakała przez tego 
swego asystencika — staruszka załamała ręce. — Podobno 
żadnej spódniczce nie przepuścił. Taki był łajdak! — 
Gniewnie potrząsnęła pięścią. — No, ale po rozwodzie to 
już, chwała Bogu, pani Basia od niego odpoczęła. Nawet 
się tutaj nie pokazał... 
— Czy pani lokatorka miała bliższych przyjaciół, jakieś 
koleżanki? — teraz porucznik zaczął zadawać pytania. 
— A jakże! — przytaknęła gorliwie. — Miała nawet 

background image

narzeczonego. To znaczy dwóch... — odrobinę się speszyła, 
ale szybko zaczęła mówić dalej. — Obaj 
27 
naprawdę przyzwoici i kulturalni panowie. Jeden lekarz, 
słyszałam, że bardzo dobry chirurg. W Warszawie pracuje, 
ale i do Gdańska często jeździ, proszę panów. Pan Czesław 
Fijałkowski — nazwisko wypowiedziała z wyraźnym 
szacunkiem. 
— A tego drugiego pani zna? 
— Też porządny człowiek — odparła z przekonaniem. — 
Inspektor z Sanepidu. Pani Basia znała go podobno jeszcze 
wcześniej i mieli się nawet pobrać, ale zjawił się pan 
doktor. Kwiatki za każdym razem przynosił, do Bułgarii ją 
zabrał, no i z inspektorem się popsuło. 
— Często tu przychodzili? 
— Pan Żmichowicz to prawie codziennie. Ustawiał tego 
swojego fiata pod oknem i wysiadywał do północy. Dopiero 
dwa miesiące temu spotkał się tutaj z panem Fijałkowskim i 
była straszna awantura — staruszka z wyraźną dezaprobatą 
pokręciła głową. — Tacy kulturalni panowie, a 
wykrzykiwali, że aż wstyd powtórzyć. 
— Czy ktoś jeszcze odwiedzał panią Brzezińską? 
— Żeby nie skłamać, to chyba tylko pani Halinka. 
Pracowały razem w bibliotece. — Zacharkowa w 
zamyśleniu zmarszczyła brwi. — Ostatni raz widziałam ją 
ze trzy miesiące temu... 
— To była jakaś bliższa przyjaciółka? 
— Raczej nie. 
- — Mam jeszcze jedno pytanie — zastanowił się oficer. — 
Czy pani lokatorka paliła papierosy? 
— Ależ skąd! — zaprzeczyła gwałtownie staruszka. — 

background image

Nigdy nie przyjęłabym jej do siebie! 
— Nie będziemy już pani przeszkadzali. Czy można rzucić 
okiem na pokój Brzezińskiej? 
— Proszę bardzo... 
Mazurek i Wcisławski z zapałem zabrali się do 
przetrząsania szuflad i pudełek. Barbara Brzezińska 
28 
nie należała do osób o pedantycznym usposobieniu i w 
pokoju panował okropny bałagan. Części garderoby walały 
się razem z kosmetykami, starymi listami i książkami. 
Znaleźć w tym cokolwiek było bardzo trudno, toteż robota 
posuwała się milicjantom opornie. 
Kiedy skończyli, za oknami panował już zmrok. Ich łupem 
padły dwa kalendarze, plik listów i cała sterta luźnych 
zapisków. Porucznik z ciężkim westchnieniem wpakował to 
wszystko do swojej teczki, funkcjonariusze pożegnali się ze 
staruszką i wyszli. 
Kilkanaście minut później byli już na ulicy Lechonia, u 
Brzezińskiego. Mikrobiolog nie taił swojego zaskoczenia 
na widok milicjantów. 
— Pracujecie chyba przez całą dobę — zapraszającym 
gestem wskazał przytulne foteliki przy niewielkim stoliku. 
— Widziałem panów w akcji nocą, rano, a teraz jest 
wieczór... Następnym razem spotkamy się pewno w 
południe! — roześmiał się ze swojego żartu. 
— Cóż poradzić — rozłożył ręce Mazurek. — Służba nie 
drużba... 
— Może herbaty? — zaproponował mikrobiolog. — 
Przepraszam za nieporządek. Cóż, kawalerskie 
gospodarstwo aż się prosi o panią domu. Prawdę mówiąc 
mam nawet kogoś na oku, ale zanim sfinalizuję swoje 

background image

matrymonialne zamiary, muszę radzić sobie sam. W tej 
sytuacji mieszkanie rzadko widuje szczotkę — oświadczył 
z rozbrajającą szczerością. — Więc jak, napijecie się 
panowie? 
Nie odmówili. Kiedy i gospodarz rozsiadł się w fotelu, a 
przed każdym stała filiżanka mocnej herbaty, porucznik 
przystąpił do rzeczy. 
— Pan już był kiedyś żonaty? — zapytał swobodnie. 
— Tak, byłem — Brzeziński wyraźnie zmarkot-niał. — 
Widzi pan, w życiu nie zawsze się układa. Ja 
44 
miałem pecha — stwierdził ponuro. — Trzy lata się 
przemęczyłem i w końcu wziąłem rozwód... 
— Rozstali się państwo bez dodatkowych zgrzytów? 
— Na nasz wniosek sąd nie orzekał o winie — rzeczowo 
wyjaśnił mikrobiolog. — Uznaliśmy, że wywlekanie 
różnych brudów z życia osobistego byłoby bezsensowne... 
— Utrzymywał pan później z byłą żoną jakieś kontakty? 
— Absolutnie żadnych — zaprzeczył stanowczo. — Ale co 
to wszystko ma do chuligana, którego przepłoszyłem w 
piątek? — zdziwił się Brzeziński. 
— Najprawdopodobniej bardzo wiele — westchnął 
Mazurek. — Widzi pan, muszę pana zawiadomić, że 
Barbara Brzezińska nie żyje. 
— Nie żyje? — mikrobiolog zmarszczył brwi, jak gdyby 
nie mógł zrozumieć sensu usłyszanych przed chwilą słów. 
— Jakaś choroba? Wypadek...? 
— Została zabita — twardo powiedział porucznik. — Nie 
ma co do tego żadnych wątpliwości. 
— To straszne! — Brzeziński wstał. — Nie widziałem jej 
od blisko dwóch lat, a już i wcześniej nie mieliśmy z sobą 

background image

wiele wspólnego — nerwowo przygryzł wargi — ale 
wszystko jedno, nigdy nie życzyłbym jej takiego losu. — 
Na moment ukrył twarz w dłoniach, lecz nagle zrozumiał 
właściwy cel wizyty, bo spojrzał badawczo na milicjantów. 
— Czy zabił ją ten sam człowiek, którego wtedy 
widziałem? 
— Wiele na to wskazuje... 
— Proszę więc mną dysponować — oświadczył 
zdecydowanie mikrobiolog. — W końcu Barbara nie była 
mi zupełnie obca... Choćbym miał jeździć z panami kilka 
nocy pod rząd... 
— Nikt tego od pana nie wymaga — wtrącił się 
Wcisławski. — Oczywiście, jeżeli zajdzie potrzeba 
identyfikacji, to pana poprosimy. 
44 
— Powiedziałem już, że jestem do dyspozycji — powtórzył 
Brzeziński. — Naprawdę chciałbym pomóc. 
— A może opowiedziałby pan nam trochę o swojej byłej 
żonie — poprosił porucznik. — Nigdy nie wiadomo, co w 
śledztwie może się przydać... 
— No cóż — zamyślił się gospodarz. — Barbarę poznałem 
chyba z dziesięć lat temu. Byłem wtedy świeżo upieczonym 
asystentem, a ona wychodziła właśnie za mąż za mojego 
przyjaciela Wacława Miłowicza... Prawdę mówiąc, zrobiła 
na mnie ogromne wrażenie. Ładna, zawsze elegancka... 
Często bywałem u nich i w końcu zaczęli mnie traktować 
jak członka rodziny — uśmiechnął się blado na samo 
wspomnienie. — Wacław zginął w wypadku 
samochodowym. Po jego śmierci nadal odwiedzałem 
Barbarę. Któregoś dnia postanowiliśmy się pobrać. Jeśli 
chodzi o mnie, o moją decyzję w tej sprawie, to wypłynęła 

background image

ona trochę ze współczucia i chęci udzielenia Barbarze 
jakiejś pomocy... 
— Czy była lojalna wobec Miłowicza? 
— Trudno mi powiedzieć — zawahał się. — Myślę, że 
chyba tak... 
— A w stosunku do pana? 
— Przez kilka miesięcy — odparł niechętnie mikrobiolog. 
— Później, niestety, przygoda goniła przygodę. Przyznam 
się, że byłem całkowicie zaskoczony. Wcześniej nigdy bym 
Barbary o coś takiego nie podejrzewał. 
— Czy lubiła zawierać jakieś podejrzane znajomości? 
— Przeważnie nie widywałem przyjaciół Barbary — uciął 
ostro Brzeziński. — Panowie wybaczą, ale na ten temat 
wolałbym raczej nie mówić. 
Funkcjonariusze spojrzeli po sobie, ale widać doszli do 
wniosku, że nie ma sansu przeciągać wizyty, bo wstali i 
zaczęli się żegnać. Mazurek, stojąc już w drzwiach, 
odwrócił się jeszcze do Brzezińskiego. 
31 
— Przepraszam, nie zapytałem, jak udała się panu podróż? 
— Dziękuję. Zakażenia gronkowcami to moja specjalność 
— uśmiechnął się gospodarz. Pisałem z tego pracę 
doktorską — dodał, widząc zdziwioną minę milicjanta. — 
Na sympozjach jest zawsze okazja do wymiany poglądów, 
zasłyszenia nowinek ze świata naukowego... Przyznaję, że i 
ja dowiedziałem się w Krakowie wiele ciekawych rzeczy z 
mojej dziedziny. 
— Czyli wszystko ułożyło się po pana myśli... 
— Niezupełnie — potrząsnął głową Brzeziński — i to 
przez pana kolegów... To znaczy, oczywiście, ja sam 
zawiniłem — poprawił się natychmiast. 

background image

— Co się stało? 
— Wracałem z Krakowa w nocy. O piątej nad ra-t nem 
przejeżdżałem przez Grójec i zabawiłem się w rajdowca... 
Kosztowało mnie to pięćset złotych. O, proszę — 
wyciągnął z kieszeni mandat i podał go porucznikowi. — 
Okazuje się, że pośpiech nie zawsze popłaca. 
IV 
— Myślałem, że będzie więcej tegJ towarzystwa - - 
Mazurek z uwagą przeglądał kartkę zapełnioną 
maszynowym pismem. — Niby fakt, że wyroki za gwałty 
są wysokie i część nygusów jeszcze siedzi, ale... 
— Chwała Bogu! — mruknął Wcisławski. — Maszl 
Michał, pojęcie, co by się działo, gdyby ktoś ich nagle 
wszystkich po wypuszczał?! 
— Tak czy inaczej masz tylko kilka nazwisk dJ 
sprawdzenia... 
32 
— Łatwo powiedzieć — westchnął chorąży — ale dla mnie 
to robota na kilka dni. Przecież żaden ci się z własnej woli 
nie przyzna, że załatwił dwie dziewczyny. 
— Jeżeli stary da kogoś do pomocy, to raz-dwa się 
zorientujesz, który z tych ptaszków ma alibi, a który nie. 
Jak to ustalisz, będziemy się dalej martwić. 
— No to lecę! Aha! — przypomniał sobie w ostatniej  
chwili Wcisławski. — Ustaliłem dwie sprawy. 
— Tak — zainteresował się porucznik. 
— Sprawdziłem w drogówce, że Brzezińskiemu faktycznie 
wlepili wczoraj mandat w Grójcu. 
— Znaczy facet jest czysty? 
— Na to wygląda. 
— A ta druga sprawa? 

background image

— Wczoraj jeden z chłopaków wybrał się na AWF. 
Powiedzieli mu, że Winiarska jest przeciętną studentką, ale 
jakichś poważniejszych kłopotów z zaliczeniami nigdy nie 
miała — zrelacjonował sucho chorąży. — Rano widziałem 
się z dzielnicowym. Nigdy nie było na dziewczynę żadnych 
skarg, nie utrzymywała też podej rżanych kontaktów... 
— Mądrzejsi to my przez to nie jesteśmy — sarkastycznie 
zauważył Mazurek. 
— Cóż poradzić... 
Trzasnęły drzwi i porucznik został w pokoju sam. Tego 
dnia, podobnie zresztą jak i Wcisławski, przyszedł do 
komendy znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Męczyło go, 
że w sprawie zabójstwa Brzezińskiej wie prawie tyle, co 
nic... Tak, nie najlepiej to idzie, pomyślał. Gdyby tak... Nie 
dokończył rozpoczętej myśli, gdyż stojący na biurku 
telefon rozdzwonił się hałaśliwie. 
— Ktoś do ciebie, Michał — zachrypiał w słuchawce głos 
oficera dyżurnego. — Jakiś Żmichowicz. 
— Dawaj go! — Mazurek aż podskoczył na krześle. 
3 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
W chwilę później siedział przed nim wysoki, szczupły 
mężczyzna. Mimo, że ciemne włosy przyprószyła mu już 
trochę siwizna, wyglądał najwyżej na trzydzieści kilka lat. 
— Dowiedziałem się, że to pan prowadzi śledztwo — 
zaczął z wyraźnym wysiłkiem — i przyszedłem. Barbara 
była moją przyjaciółką. Mieliśmy się pobrać... 
— Wiem — porucznik skinął poważnie głową. 
— Chciałem złożyć zeznanie — Zmichowicz nerwowo 
przygryzł wargi, wpatrując się niepewnie w twarz 
milicjanta — że widziałem ją w niedzielę wieczorem. 

background image

Odwiozłem Barbarę prawie pod sam dom i tam ją 
zostawiłem. To moja wina! — wybuchnął nagle. — 
Gdybym ją odprowadził do drzwi, żyłaby jeszcze! — 
Mężczyzna trochę histerycznym gestem zakrył rękami 
twarz i przez dłuższą chwilę siedział zupełnie nieruchomo. 
— Która to była godzina? — zapytał cicho Mazurek. 
— Piętnaście, może dwadzieścia minut po dziesiątej. 
— Zawsze wysadzał pan Brzezińską pod domem? 
— Bardzo rzadko — Zmichowicz energicznie zaprzeczył. 
— Najczęściej wstępowałem jeszcze na chwilę... Widzi 
pan, posprzeczaliśmy się i pojechałem do siebie. 
— Poszło o Fijałkowskiego? 
— Skąd pan wie? — mężczyzna nie krył swojego 
zdziwienia. — Tak, to on był powodem awantury. Ja 
znałem Barbarę od wielu lat. Życie jej się nie układało, a 
poprzednie małżeństwo było po prostu pomyłką... W jakiś 
czas po rozwodzie zaczęliśmy się częściej spotykać i w 
końcu zaproponowałem, żeby wyszła za mnie. Data ślubu 
była już prawie ustalona, kiedy ziawił się ten doktorek — 
ironicznie wydał usta. — JNie mam pojęcia, czym on jej 
zaimponował, w każdym razie zaczęm prowadzić podwójną 
grę. Tłu 
44 
maczyłem, prosiłem, ale nic nie pomogło. Wreszcie 
postawiłem sprawę twardo: albo on, albo ja... 
— Kogo wybrała? 
— Znowu chciała wykręcić kota ogonem — bezradnie 
rozłożył ręce. 
— A pan? 
— Powiedziałem jej, że czekam na telefon do poniedziałku 
wieczorem, i odjechałem. 

background image

— Nic podejrzanego nie rzuciło się panu w oczy? 
— Nie zostawiłbym jej przecież — żachnął się 
Zmichowicz. — To chyba jasne... 
— Tak, oczywiście. — Porucznik zamyślił się głęboko. — 
A wcześniej, kiedy pan poprzednio spotkał się z 
Brzezińską? 
— Jakieś dziesięć dni temu. 
— W ten czwartek nie widział jej pan? 
— Nie. Na początku tygodnia dostałem pilną robotę. Po 
całych dniach uganiałem się po barach szybkiej obsługi, a 
wieczorami pisałem sprawozdania. Właściwie to aż do 
niedzieli nie miałem czasu nigdzie się ruszyć... 
— I jeszcze jedno — rzucił Mazurek dość obojętnym 
tonem. — Czy nazwisko Winiarska coś panu mówi? 
— Raczej nie. — Zmichowicz zmarszczył brwi i przez 
chwilę intensywnie się nad czymś zastanawiał. — Chyba 
nigdy nie zetknąłem się z osobą o takim nazwisku. 
— Myślę, że na razie to wszystko — uśmiechnął się 
przyjaźnie porucznik — chociaż nie wykluczam, że będę 
musiał pana jeszcze niepokoić... 
— Zgłoszę się na każde wezwanie — oświadczył gorliwie 
mężczyzna, podnosząc się z krzesła. — Barbarze życia to 
nie przywróci, ale bardzo chciałbym, żeby pan znalazł 
winnego. 
Zaraz po wyjściu Żmichowicza Mazurek niecierpli 
3- 
35 
wie wykręcił numer telefonu Zakładu Medycyny Sądowej. 
Miał sporo szczęścia, bo słuchawkę podniósł akurat lekarz, 
który przeprowadzał sekcję Brzezińskiej . 
— Sprawdziłem bardzo dokładnie, panie poruczniku — 

background image

zapewnił milicjanta — pobrałem wymaz z pochwy, ale 
nigdzie nie znalazłem nawet cienia plemników. Nie 
chciałbym panu nic sugerować, ale tak prywatnie, to na 
kilometr czuję tutaj sadystę albo kogoś z nerwicą seksualną. 
— Niestety, ja też — westchnął Mazurek, odkładając 
słuchawkę. 
Drzwi pokoju otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł 
naczelnik Kłosiński. 
— Masz już coś? — zapytał bez żadnych wstępów. 
— Wszystko, oprócz sprawcy — sapnął ze złością 
porucznik. 
— To żle — zasępił się major. — Prokuratura podniosła 
raban, że na Żoliborzu grasuje jakiś zboczeniec, a milicja 
nic nie robi, żeby go złapać. 
— Niech mi powiedzą, jak to zrobić, a daję słowo, że w 
pięć minut uwinę się ze wszystkim — wzruszył ramionami 
porucznik. 
— Zaraz przyjedzie do komendy prokurator — 
niecierpliwie machnął ręką Kłosiński. — Wolałbym, żebyś 
mu sam wszystko wyjaśnił. 
— Od reprezentacji jesteś ty. — Mazurkowi z czasów pracy 
w wydziale kryminalnym pozostała wyraźna niechęć do 
kontaktów z prokuraturą, zwłaszcza kiedy nie miał się 
czym pochwalić i trzeba było ze spuszczoną głową 
wysłuchiwać niezbyt pochlebnych uwag. — Powiesz, że ja 
od samego rana pojechałem w teren i wszelki ślad po mnie 
zaginął — zaryzykował propozycję. — Przy okazji załatw z 
łaski swojej nakaz prokuratora na przetrząśnięcie lekarskich 
kartotek — dodał przymilnie. — Jeżeli Wcisławski nie wy 
36 
węszy niczego wśród kryminalistów, trzeba będzie zająć się 

background image

psychopatami, impotentami i inną pomyloną hołotą. 
— Od tego powinniśmy byli zacząć... 
— Ale bez podpisu prokuratora lekarze nie zechcą z nami 
gadać... 
— No, dobrze, załatwię nakaz — ustąpił naczelnik. — A ty 
co zamierzasz? 
— Utnę sobie przyjacielską pogawędkę z doktorem 
Fijałkowskim i łyknę trochę mądrości w bibliotece 
publicznej. 
— Powodzenia! — Kłosiński roześmiał się, ruszając do 
wyjścia. 
— Chwileczkę, Jasiu! — zatrzymał go porucznik. — Mam 
jeszcze jedną prośbę. 
— O co chodzi? 
— W moim wieku już ciężko dygować na piechotę. Daj mi 
służbowy samochód. 
— Oszalałeś? — żachnął się naczelnik. — Możesz przecież 
pojechać autobusem. Zresztą nie mam w tej chwili w 
wydziale żadnego wolnego wozu — dodał ponuro. 
— Bujać to my! — roześmiał się Mazurek. — A co tam 
stoi? — wskazał przez okno na szarego fiata 125p z 
cywilną rejestracją. 
— Grzelak ma zwolnienie — westchnął major. — Złamał 
wczoraj rękę... 
— Ale jego gablota jest w jak najlepszym porządku — nie 
ustępował porucznik. — Daj kluczyki, a ja już sobie 
poradzę. 
— Tak nie można — zawahał się Kłosiński. — A jak ktoś 
się przyczepi? 
— Zwalisz wszystko na mnie. 
— Niech cię diabli wezmą! 

background image

Kilka minut później Mazurek rozparł się wygodnie na 
siedzeniu i włączył starter. Był zadowolony, że 
44 
chociaż jedną rzecz tego dnia załatwił po swojej myśli. 
Doktora Fijałkowskiego zdecydował się poszukać w 
szpitalu na Banacha... 
— Pan do mnie? — lekarz nie taił swojego zdziwienia. — 
Czyżby jakaś skarga któregoś z pacjentów? - 
— Chodzi o panią Brzezińską — wyjaśnił oficer. 
— Ach tak! — Fijałkowski wyraźnie się uspokoił. — 
Proszę, niech pan siada. Pokój lekarski to nie salon, ale 
akurat nikogo nie ma, więc będziemy mogli porozmawiać 
swobodnie. 
— Kiedy pan poznał swoją przyjaciółkę? 
— Narzeczoną! — poprawił Fijałkowski. — Gdyby nie to, 
że za miesiąc wyjeżdżam na roczny kontrakt do Libii, 
bylibyśmy już po ślubie. A poznaliśmy się w czerwcu... 
Tylko, że pana interesuje najprawdopodobniej nasze 
ostatnie spotkanie? — spojrzał pytająco na porucznika. 
— Szczerze mówiąc, tak. 
— Od razu pomyślałem, że pan w związku z tą awanturą w 
bibliotece... Widzi pan, w sobotę wpadłem po Barbarę, żeby 
ją odwieźć do domu. Miała jeszcze coś do zrobienia i 
musiałem trochę poczekać. Zachciało mi się palić, ale 
gdzieś zgubiłem zapałki — doktor z lekka poczerwieniał na 
twarzy. — Pomyślałem, że pożyczę od Barbary i zajrzałem 
do jej torebki... 
— Przecież ona nie paliła papierosów... 
— Ale zapałki mogła mieć — wzruszył ramionami 
Fijałkowski. — Kobiety noszą zwykle przy sobie całą masę 
najrozmaitszych śmieci... 

background image

— I co pan takiego znalazł? 
— Fotografię innego mężczyzny. — Doktor gniewnie 
zacisnął pięści, ale szybko się opanował i spokojnie ciągnął 
dalej: — Pan też by się zdenerwował na moim miejscu. 
Byłem wściekły i przewróciłem jakiś regał. — Ze wstydem 
spuścił głowę. — Faktycznie 
44 
przeholowałem i wcale się nie dziwię, ze kierowniczka 
biblioteki zawiadomiła milicję. 
— Często pan się kłócił z narzeczoną? 
— Jestem nieco impulsywny — przyznał ze szczerą 
skruchą Fijałkowski — ale do takich awantur nigdy między 
nami nie dochodziło —   zastrzegł się szybko. 
— To była fotografia poprzedniego przyjaciela Brzezińskiej 

— Owszem, zgadł pan — przytaknął. — Na początku 
naszej znajomości nie mogłem przekonać Barbary, żeby z 
nim zerwała. Dopiero kiedy pojechaliśmy razem do 
Bułgarii, podjęła decyzję. Nawiasem mówiąc, niewiele 
brakowało, żebym odpadł z konkurencji — 
konfidencjonalnie zniżył głos — bo tamten zaproponował 
Baśce Węgry, a ja tuż przed wyjazdem rozbiłem szpetnie 
samochód. W ostatniej chwili zdobyłem bilety na pociąg. 
Nord-Orient jest wprawdzie ekspresem, ale tylko z nazwy, 
bo spóźnił się do Warny osiem okrągłych godzin, co 
podobno należy do reguły, no ale w końcu dobrnęliśmy 
jednak nad Morze Czarne... W powrotnej drodze Barbara 
obiecała mi, że skończy z tym inspektorkiem. 
— Dotrzymała słowa? 
— W sobotę miałem wątpliwości i stąd moje 
zdenerwowanie. 

background image

— Pogodziliście się? 
— Jeszcze nie było okazji... 
Na chwilę w pokoju zapanowało milczenie. Wreszcie 
porucznik spojrzał doktorowi prosto w oczy i rzucił 
suchym, urzędowym tonem: 
— Mam dla pana przykrą wiadomość. 
— Nie rozumiem... 
— Brzezińska nie żyje. Została zabita. 
— Jezus Maria! — Fijałkowski zerwał się z miejsca. 
— Co pan, na miłość boską, wygaduje?! 
— Niestety, to prawda. 
39 
— Ale kto mógł coś takiego zrobić? — Doktor z 
niedowierzaniem popatrzył na oficera. — Dlaczego? 
— Tego i ja na razie nie wiem — westchnął Mazurek. — 
Prawdę mówiąc liczyłem, że może pan mi coś powie. W 
końcu znał pan dobrze Brzezińską i musiał pan 
przynajmniej słyszeć o ludziach, którzy jej żle życzyli. 
— Ależ to jasne jak słońce! — Fijałkowski nagle z 
rozmachem uderzył się w czoło. — Na pewno zamordował 
Barbarę ten inspektorek! 
— Tak pan uważa? 
— Nikt inny, tylko on! — Doktor nerwowo przygryzł wargi 
w bezsilnym gniewie. — Niech go pan natychmiast 
zamknie! — zażądał natarczywie. 
— Proszę się uspokoić — głos porucznika zabrzmiał nieco 
ostrzej i bardziej stanowczo. — To mogą być tylko 
bezpodstawne podejrzenia. 
— Bezpodstawne?! — zaperzył się Fijałkowski. — Jak nic 
Barbara powiedziała mu, że nie chce go znać, a on ją zabił! 
— To brzmi nawet logicznie — zgodził się milicjant, 

background image

chociaż bez specjalnego przekonania. 
— Oczywiście — zapalał się coraz bardziej doktor. — Czy 
mogę wiedzieć, kiedy to się stało? 
— W nocy z niedzieli na poniedziałek — odparł spokojnie 
oficer, mierząc wzrokiem swojego rozmówcę. — A pan co 
robił w tym czasie, jeśli można wiedzieć? — zapytał 
znienacka. 
— Jechałem na konsultację do Gdańska... 
— Pociągiem? 
— Nie. Zdążyłem już wyremontować samochód. Zresztą 
tylko dzięki temu jestem dzisiaj z powrotem w Warszawie. 
— Brał pan po drodze benzynę? 
— Tak, w Nowym Dworze... Ale czemu pan mnie 
sprawdza? — Fijałkowski był najwyraźniej zaskoczo 
44 
ny pytaniami Mazurka. — Przecież to nie ja ją zabiłem! 
— Wcale pana nie podejrzewam — uśmiechnął się 
przepraszająco milicjant — tylko, że niestety, 
formalnościom musi stać się zadość. 
— No, tak... — Doktor ze zrozumieniem skinął głową. 
— I jeszcze jedno. — Oficer wstał z miejsca, powoli 
szykując się do wyjścia. — Kiedy poznał pan Winiarską? 
— Kogo? — zdziwił się Fijałkowski. — Pierwszy raz o 
takiej słyszę! 
— Coś mi się musiało pomylić — zbagatelizował sprawę 
porucznik, żegnając się z lekarzem. — Do widzenia panu. 
W bibliotece przy ulicy Próchnika wiedziano już o losie 
Brzezińskiej. Kierowniczka najwyraźniej spodziewała się 
wizyty milicji, bo bez ociągania się zaprosiła Mazurka do 
pokoju na zapleczu. 
— Szkoda dziewczyny — zaczęła ze smutkiem. — 

background image

Wszyscy bardzo ją lubiliśmy. Zawsze była taka pełna 
życia... 
— Od jak dawna tutaj pracowała? — Zainteresował się 
porucznik. 
— Przyjęłam ją chyba z dziesięć lat temu. 
— To już kawał czasu. 
— Owszem, chociaż na kilka miesięcy nas opuściła. Zaraz 
po rozwodzie chciała całkowicie zmienić swoje otoczenie i 
podziękowała za pracę. Szczerze mówiąc, bardzo się 
ucieszyłam, kiedy wróciła na wiosnę zeszłego roku. 
— Mówiła może, gdzie pracowała w czasie, gdy stąd 
odeszła? 
41 
— Robiła coś dorywczo, ale dokładnie nie umiem 
powtórzyć ani co, ani gdzie to było. 
— Orientowała się pani w życiu osobistym Brzezińskiej ? 
— Raczej niewiele — bezradnie rozłożyła ręce. — 
Oczywiście wiedziałam o jej nieudanym małżeństwie. 
Sama zresztą chciałam wyperswadować Barbarze wiązanie 
się z człowiekiem, którego nie kochała. Cóż, kiedy ona 
zawsze marzyła o dalekich podróżach i pięknych strojach, a 
ze skromnej pensji bibliotekarki nie na wiele mogła sobie 
pozwolić... 
— Przyjaźniła się z kimś w pracy? 
— Najbardziej z Haliną Kamińska. Szkoda, że jest teraz na 
urlopie macierzyńskim, bo mogłaby panu opowiedzieć coś 
więcej o Barbarze. 
— Czy ma pani jej adres? 
— Tak, oczywiście. — Bibliotekarka skwapliwie sięgnęła 
do torebki po niewielki notesik. — To nawet niedaleko — 
wyjaśniła z uśmiechem milicjantowi. — Świerczewskiego 

background image

osiemdziesiąt osiem. 
— A mogłaby mi pani powiedzieć, co tutaj zaszło ostatniej 
soboty? — rzucił oficer z pozorną beztroską. 
— Aż wstyd o tym wspominać. — Gniewnie zmarszczyła 
brwi. — Przyjechał do Brzezińskiej jej znajomy. Przywitali 
się bardzo serdecznie, byłam więc całkowicie zaskoczona, 
kiedy nagle, bez żadnego powodu, ten mężczyzna wszczął 
okropną awanturę. Wykrzykiwał ordynarne słowa, groził 
Barbarze, a nawet powywracał półki z książkami. Dopiero 
moja zapowiedź, że wezwę milicję, skłoniła go do 
opuszczenia biblioteki... Pan myśli, że to on? — Kobieta z 
wrażenia chwyciła Mazurka za rękaw. 
— Zna go pani? — Porucznik nie miał zamiaru dzielić się z 
nikim swoimi podejrzeniami. 
— Widziałam już kiedyś tego pana — odparła z przekąsem 
— ale jego nazwiska nie pamiętam. 
44 
Kilkanaście minut później Mazurek był już na ulicy 
Świerczewskiego. Halinę Kamińska zastał w domu, ale na 
rozmowę z nią musiał trochę poczekać. Odbywała się 
właśnie ceremonia karmienia maleńkiego Andrzejka i 
milicjant nie miał jakoś serca przeszkadzać. 
— Przyjaźniłam się z Baśką — oświadczyła młoda matka 
porucznikowi, kiedy najedzony synek zasnął smacznie w 
wózeczku. — Znałam też dobrze jej byłego męża. Zresztą 
moja siostra pracuje razem z nim, tyle, że on jest 
asystentem, a ona laborantką. 
— Jak układało się małżeństwo Brzezińskich? 
— Nie najlepiej, ale i nie tak tragicznie — wzruszyła 
ramionami Kamińska. — Widziałam gorzej dobrane pary, 
które jakoś ze sobą wytrzymywały. Zresztą Baśka do 

background image

ostatniej chwili wahała się z tym rozwodem. Niewiele 
brakowało, a byłaby się wycofała, ale Zbyszek postawił 
sprawę twardo, że nie myśli konkurować ze 
Żmichowiczem. 
— To oni się znali? 
— Kiedyś byli podobno najlepszymi przyjaciółmi — 
roześmiała się Kamińska. — Razem robili maturę, razem 
studiowali i obaj mieli bzika na punkcie badania jakichś 
bakterii, którymi interesował się docent Miło-wicz. Dopiero 
po studiach ich drogi trochę się rozeszły, Zbyszek został na 
uczelni, a Zmichowicz poszedł do Sanepidu. 
— Zaraz, zaraz — wtrącił się porucznik. — Brzezińska 
była przecież kiedyś żoną Miłowicza. 
— Zgadza się — skinęła głową. — Dopiero, kiedy docent 
zginął w wypadku, wyszła za mąż za Zbyszka. 
— Mówiła pani, że Zmichowicz również interesował się 
Brzezińską. 
— Elka, to znaczy moja siostra, twierdzi, że właśnie on 
namówił Baśkę do rozwodu. Nie wiem, jak było naprawdę, 
ale w każdym razie kiedyś Zbyszek przyłapał swoją żonę w 
łóżku ze Żmichowiczem. 
43 
— Doszło do awantury? 
— Nawet do rękoczynów... 
— A co robiła Brzezińska po rozwodzie? — zaczął 
Mazurek z innej beczki. 
— Wyniosła się do Wawra. Prawdę mówiąc, nie 
widywałam jej w tym okresie, więc panu nie odpowiem — 
potrząsnęła głową. — Po kilku miesiącach, kiedy 
sprowadzała się na Krasińskiego, pomagałam jej przewozić 
rzeczy i stąd wiem, że mieszkała w Waw-rze przy 

background image

Cedrowej. 
— Czy gdzieś pracowała? 
— Nie mam pojęcia. Nigdy nie chciała mówić o tamtym 
okresie... 
— Brzeziński bardzo przeżywał rozstanie? 
— Nie sądzę — odparła z przekonaniem. — Znalazł sobie 
przyjemną dziewczynę i o ile wiem, mają zamiar się 
pobrać. 
— Któż to taki? — zainteresował się porucznik. 
— Studentka biologii. Nazywa się Anka Likowska, ale 
widziałam ją wszystkiego dwa, czy trzy razy i nawet nie 
wiem, gdzie mieszka. 
— I tak sporo mi pani pomogła — podziękował Mazurek. 
— Spróbuję dowiedzieć się jeszcze czegoś w tym Wawrze. 
Parterowy, niewielki domek przy ulicy Cedrowej okazał się 
niezbyt gościnny. Najpierw milicjant przez dobrych 
dziesięć minut bezskutecznie dusił przycisk dzwonka przy 
furtce, a kiedy zdecydował się w końcu wejść do 
zapuszczonego ogródka, wyskoczył do niego żółty, 
zdecydowanie groźnie wyglądający kundel. Celnie 
wymierzony kopniak uchronił wprawdzie spodnie oficera, 
ale pies, tym razem już z bezpiecznej odległości, zaczął 
zawzięcie ujadać, chcąc widać mimo 
44 
wszystko wypłoszyć intruza. Po dłuższej chwili szczekanie 
zwabiło niewysoką, tęgą kobietę. 
— A pan tu czego? — rzuciła ostro. 
— Do pani. — Porucznik skwapliwie wyciągnął 
legitymację. — Niech pani uciszy to bydlę, bo uszy puchną 
— dodał, oglądając się niepewnie na psa. 
Informacja, że ma do czynienia z milicjantem, bynajmniej 

background image

nie zdeprymowała kobiety. 
— Dostaje jeść, żeby szczekał na obcych. — Pan na pewno 
do mnie? — Z niedowierzaniem popatrzyła na Mazurka. 
— Pani Kuśmierczykowa? 
— Tak, to ja, ale nie rozumiem... 
— Chodzi o Barbarę Brzezińską — wyjaśnił spokojnie 
oficer. — Może wejdziemy do środka? 
— O Boże! Tak jakbym przeczuła, że będą z tego jakieś 
kłopoty! — Kuśmierczykowa z miejsca straciła rezon. — 
Mówiłam, prosiłam, ale stary się uparł, że niby zarobimy 
parę groszy. A teraz taki wstyd! — załamała ręce. — Na 
stare lata milicja będzie człowieka ciągała! 
Znaleźli się w niewielkim, ale za to bardzo zagraconym 
pokoju. Porucznik rozsiadł się wygodnie w starym, trochę 
zdezelowanym fotelu i rzucił surowym tonem: 
— Niech pani wszystko opowie. Tylko prawdę! — 
zaznaczył, marszcząc groźnie brwi. 
— Przyszła do mnie ta zdzira — Kuśmierczykowa splunęła 
ostańtacyjnie — i dalej prosić, żebym jej pokój wynajęła. 
Młody Lipowski ją naraił. Pan wie, prawie sąsiad, bo ze 
Storczykowej... 
Mazurek pierwszy raz w życiu usłyszał nazwisko, ale 
poważnie skinął głową i starając się nie zdradzać swojego 
podniecenia, zaczął leniwie bębnić palcami po poręczy 
fotela. 
— Ja nie chciałam jej przyjąć — ciągnęła dalej 
44 
kobieta — bo coś mi się nie podobała, ale stary zaraz 
podniósł krzyk, że niby tysiąc złotych miesięcznie piechotą 
nie chodzi... Brzezińska została, ale na meldunek się nie 
zgodziłam — pokornie spuściła oczy. — Pomyślałam sobie, 

background image

że wlezie taka, a później kijem jej nie wygoni... 
— No no, pani Kuśmierczykowa! — Oficer z wyraźną 
dezaprobatą pokręcił głową. — Trzeba żyć w zgodzie z 
przepisami. Niech pani mówi, co było dalej z Brzezińską — 
dodał łagodniej. 
— Z początku to żadnych kłopotów z nią nie miałam — 
przyznała szczerze. — Wprawdzie do uczciwej roboty 
wziąć się nie chciała, ale płaciła regularnie. Tylko tyle, że 
Kazik Lipowski stale u niej przesiadywał — westchnęła — 
ale mi przecież nic do tego... Po miesiącu zaczęła mi się 
wydawać trochę gruba w brzuchu, chociaż niczego nie 
podejrzewałam. Aż tu nagle wylazło szydło z worka! — 
Kuśmierczykowa poczerwieniała z oburzenia. 
— Co się stało? 
— Kiedyś w nocy zaczęła się skręcać w łóżku i coś 
wykrzykiwać bez sensu. Myślałam, że się czymś struła i 
zadzwoniłam po pogotowie. Lekarz przyjechał, pomacał i 
okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Taki wstyd! 
— Wie pani, czyje było to dziecko? 
— A jakże! — Kobieta nachyliła się do ucha porucznika. — 
Nawet się nygus Kazik nie wypierał! 
— I co dalej? 
— Skaranie boskie! Co ja wtedy przeżyłam! — załamała 
ręce Kuśmierczykowa. — Wyrzucić jej przecież nie 
mogłam, a trzymać taką w domu... Wreszcie którejś nocy 
zauważyłam, że przyszedł na nią czas. Wyciągnęłam 
Lipowskiego z łóżka i kazałam mu odwieźć Brzezińską do 
szpitala... 
— Do jakiego? 
44 
— Wolałam nie wiedzieć. 

background image

— Kto zajął się dzieckiem? 
— Pan Bóg ją skarał — pokiwała głową kobieta. — 
Dziecko umarło... Niedługo później Brzezińska 
wyprowadziła się ode mnie... 
— Odwiedzał ją ktoś poza Lipowskim? — zapytał na 
zakończenie milicjant. 
— Nawet się dziwiłam, że nie miała żadnych znajomych — 
odparła Kuśmierczykowa. — Inna rzecz, że może wstydziła 
się tej ciąży... 
Kilka minut później Mazurek dobijał się energicznie do 
drzwi domku przy ulicy Storczykowej. Tym razem nie 
czekał długo. 
— Kogo pan szuka? — zdziwił się starszy, siwy mężczyzna 
na widok milicyjnej legitymacji. 
— Chciałbym zamienić kilka słów z Kazimierzem 
Lipowskim — odparł porucznik swobodnie. 
— Bardzo żałuję, ale syna nie ma w domu. A co się stało, 
jeśli można wiedzieć? 
— To nic ważnego — oficer zdecydował, że nie ujawni 
celu swojej wizyty. — Kiedy mógłbym go zastać? 
— Myślę, że wróci dopiero w piątek. On wozi kontenery — 
wyjaśnił Lipowski, widząc zdziwioną minę milicjanta. —- 
Jeździ do Berlina, do Pragi, a czasami jeszcze dalej... 
— Dawno wyjechał? 
— Dzisiaj z samego rana — odparł mężczyzna. — Wrócił 
wczoraj późnym wieczorem i ledwo zdążył się trochę 
przespać, a już wysłali go na następną trasę. Szczerze 
mówiąc, widuję syna wszystkiego po kilka godzin w 
tygodniu... 
— No cóż, trudno — westchnął Mazurek. — Miałbym 
tylko prośbę, żeby syn wpadł do mnie, do komendy, zaraz 

background image

po powrocie. 
— Oczywiście, powtórzę... 
47 
Porucznik wsiadając do samochodu, zerknął na zegarek. 
Minęła już godzina osiemnasta, zaklął więc szpetnie pod 
nosem. Pozostawała, mu dzisiaj jeszcze jedna sprawa do 
załatwienia, a to mogło potrwać... 
Na Trasie Łazienkowskiej, a później na Wisłostradzie 
zupełnie nie zwracał uwagi na ograniczenia szybkości. 
Kiedy wyjechał już z Warszawy docisnął pedał gazu do 
oporu i zwolnił dopiero przed Nowym Dworem. Miał 
szczęście, bo na stacji foenzynowej nie było tłoku. 
Pierwszy z zagadniętych przez roficera pracowników nic 
sobie nie umiał przypomnieć. Za to następny, słysząc 
pytanie, uśmiechnął się o-d ucha do ucha. 
— Oliwkowy opel? Oczywiście,, że pamiętam — odparł 
bez zastanowienia. — W nuedzielę, gdzieś koło dziesiątej 
wieczorem, tankowałem cały bak. Facet dał mi „Mieszka" i 
miałem kłopoty z wydaniem reszty... 
Do Warszawy porucznik wracał już znacznie wolniej. Czuł 
wyraźne zniechęcenia. Fijałkowski miał alibi, więc jego 
sobotnia awantura z Brzezińską okazała się bez znaczenia. 
Pozostałym -osobom z najbliższego otoczenia zabitej 
brakowało motywu. Wszystko wskazywało na to, że 
zbrodni drokonał jakiś zboczeniec, a to oznaczało, że 
prowadzenie śledztwa mogło żywo przypominać 
poszukiwanie igły w stogu siana. 

Ledwo poruczmik Mazurek zdążył usiąść przy swoim 
biurku w komendzie, do pokoju wpadł jak bomba chorąży 
Wcisławski. Widać było, że jest w doskonałym humorze. 

background image

— Serwus, Michał! — zawoła I wesoło od samego progu. 
— Co wczoraj zwojowałeś? 
48 
—- Prawdę mówiąc, niewiele — skrzywił się oficer. — A 
ty? 
— Chyba coś mam — Wcisławski uśmiechnął się 
tajemniczo. 
— Nie gadaj? 
— W nocy z niedzieli na poniedziałek widziano w pobliżu 
Tucholskiej dwóch nygusów, którzy całkiem dobrze 
mogliby nam pasować do sprawy — zaczął relacjonować 
chorąży. — Gdzieś koło dwudziestej trzeciej patrol 
legitymował na Śmiałej niejakiego Stanisława Gawła, a 
zaraz po czwartej na Sułkowskiego prysnął wywiadowcom 
Zenon Ciotucha. 
— Gaweł to mój stary znajomy — ożywił się porucznik. -
— Swojego czasu zapakowałem go na ładne kilka lat do 
puszki, a on poczęstował mnie scyzorykiem — klepnął się 
znacząco po udzie. — Tylko, że to był raczej specjalista od 
włamań... 
— W więzieniu nabrał podobno dziwnych manier — 
pokręcił głową Wcisławski. — Słyszałem, że ostatnio 
bardzo lubi świecić gołym tyłkiem, zwłaszcza przed szerszą 
publicznością. Niewiele brakowało, żeby zrobili mu o to 
sprawę. 
— Masz jego adres? 
—- Sprzed czterech miesięcy, nie sądzę więc, żeby był 
aktualny. 
— No dobrze, a ten drugi gagatek? 
— Ciotucha odsiadywał pięć lat za gwałt. Na wiosnę 
zwolnili go warunkowo. 

background image

— Jednym słowem, obaj chłopcy z branży. 
— Otóż to — zgodził się chorąży. — Pomyślałem, że warto 
czegoś bliższego dowiedzieć się o nich i straciłem wczoraj 
kilka godzin na wizyty w co bardziej zakazanych 
żoliborskich spelunkach. 
— Przynajmniej z jakimś efektem? 
— Diabła tam! — westchnął Wcisławski, nie tając swego 
zawodu. —? Ale może dzisiaj uda mi się coś 
4 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
niecoś wywęszyć — dodał natychmiast z nadzieją w głosie. 
Oficer zamyślił się. Ten trop wyglądał nawet dosyć 
zachęcająco. Gdyby przypuszczenia kolegi okazały się 
słuszne, ujęcie zabójców Brzezińskiej byłoby już tylko 
kwestią czasu. 
— No, to powodzenia! — uśmiechnął się do chorążego. — 
Ja też spróbuję zasięgnąć języka o tych ptaszkach. Aha! — 
przypomniał sobie nagle. Przv okazji dowiedz się czegoś o 
niejakiej Annie LikowsKiej. 
— A co to za jedna? 
— Nowa dziewczyna Brzezińskiego. 
— O ile wiem, od rozwodników nie wymaga się celibatu — 
zauważył podejrzliwie Wcisławski. 
— To tylko tak, dla porządku — zbagatelizował sprawę 
porucznik. 
Chorąży postanowił nie tracić czasu i ruszył do wyjścia. 
Mazurek miał właśnie zamiar pójść za jego przykładem, 
kiedy w pokoju pojawił się naczelnik Kłosiński. 
— Jak widzę, nie jesteś zbyt zajęty — rzucił na wstępie z 
nadzieją w głosie. — Miałbym dla ciebie maleńką 
robótkę... 

background image

— Co ty właściwie do pioruna sobie wyobrażasz?! — 
porucznik aż poczerwieniał ze złości. — Nie jestem z 
gumy! Wlepiłeś mi najbardziej parszywą sprawę, jaką 
mamy w komendzie, i jeszcze ci mało?! 
— Tobie zajęłoby to najwyżej pół godziny — nie ustępował 
major. 
— Poszukaj sobie, stary, innego frajera! 
— Ale ja naprawdę nie mam nikogo wolnego w wydziale... 
— I oczywiście ja muszę cierpieć z tego powodu? 
— Nie przesadzaj, stary. — Kłosiński pojednawczo 
poklepał Mazurka po ramieniu. — Zresztą to naprawdę 
drobiazg. Wczoraj w nocy chłopaki przymknęli Jaśka 
44 
Klusika. Gość był na niezłym cyku i awanturował się z 
kolesiami, że aż szyby drżały na całej ulicy. Na mój gust 
nie ma sensu robić z tego afery, ale że nygus połowę życia 
spędza ostatnio w pudle, ktoś powinien z nim poważnie 
pogadać... 
Porucznik wzruszył tylko ramionami. Nawet nie myślał 
ukrywać, że nie podziela wiary swego szefa w zbawienne 
skutki tak zwanych rozmów profilaktycznych. Miał właśnie 
zamiar głośno wypowiedzieć swoją opinię na ten temat, 
gdy przyszło mu nagle do głowy, że Klusik, który 
utrzymuje bardzo ożywione kontakty z całym żoliborskim 
półświatkiem, może coś wiedzieć o ostatnich wyczynach 
Gawła i Cio-tuchy. 
— Niech ci będzie — ustąpił naczelnikowi, choć bez 
specjalnego entuzjazmu. — Natrę uszu temu nygu-sowi, ale 
jeśli w najbliższym czasie jeszcze raz wrobisz mnie w coś 
takiego, napiszę raport o zwolnienie z tej budy! 
Kilka minut później stanął przed Mazurkiem niewysoki, 

background image

sądząc na oko blisko pięćdziesięcioletni mężczyzna. Klusik 
zmierzył milicjanta nieufnym spojrzeniem i odruchowo 
otarł rękawem intensywnie zabarwiony na fioletowo 
czubek nosa, który dobitnie świadczył o zainteresowaniach 
właściciela. 
— Moje uszanowanie, panie władzo — ukłonił się 
kurtuazyjnie. — Nic się pan nie zmienił przez te dwa lata... 
Oficer natychmiast przypomniał sobie, że właśnie dwa lata 
temu wyekspediował Klusika na kolejny przymusowy 
pobyt w zakładzie karnym, ale wolał nie podejmować 
tematu. 
— Jak zdrówko, Klusik? — zagadnął uprzejmie. — 
Reumatyzmu się w celi jeszcze nie nabawiłeś? 
— Słońca faktycznie niewiele oglądam — westchnął 
aresztant ponuro — a do tego starość nie radość... 
4- 
51 
— Przydałoby się wreszcie zadbać trochę o siebie, a ty nic 
tylko wódka i rozróbki. 
— Jak Boga jedynego kocham, dawno już z tym 
skończyłem! Klusik teatralnym gestem uderzył się w piersi. 
— Jedyny raz wczoraj mi się zdarzyło przełknąć 
naparsteczek i zaraz trafiłem na dołek — dodał ze zbolałą 
miną. — Takie już moje zakichane szczęście... 
— Nie trzeba było urządzać awantur po nocy — zauważył 
porucznik surowo. — Jeszcze jedna taka historia i jak nic 
zarobisz kilka kalendarzy. 
— Znaczy, teraz mnie pan wypuści? — podchwycił 
natychmiast aresztant. 
— Żebyś znowu narozrabiał? 
— Ależ broń mnie panie Boże! 

background image

— Już ja cię znam jak zły szeląg — roześmiał się ironicznie 
milicjant. — Gdybyś chociaż wziął się do jakiejś porządnej 
roboty... 
— Mam chore serce — wyrecytował jak wyuczoną lekcję 
— i lekarze zabronili dźwigać... 
— W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak załatwić 
ci sanatorium. 
Na pozór niewinne stwierdzenie oficera zrobiło na 
aresztancie piorunujące wrażenie. Wyraźnie pobladł i w oka 
mgnieniu zupełnie stracił rezon. 
— Trafić do pudła za jakąś tam maleńką sprzeczkę z 
przyjaciółmi?! — jęknął płaczliwie. — Panie władzo! 
Niech się pan zlituje. Ja wszystko zrobię, co pan tylko 
zechce... Zaraz polecę do pośredniaka, mogę codziennie 
meldować się w komendzie, tylko niech mnie pan puści! 
— Jednak skruszałeś przez te dwa lata —• nie bez 
satysfakcji stwierdził Mazurek. — Jeszcze trochę, i może 
wyszedłbyś na ludzi... 
— Pan też by skruszał! — Klusik wzdrygnął się na samo 
wspomnienie. — Sporo w swoim życiu przesiedziałem i 
zawsze można było wytrzymać, ale ostatnio 
52 
wywieźli mnie w góry i pogonili do roboty przy jakiejś 
cholernej drodze. Mróz czy upał, machaj, człowieku łopatą 
od świtu do nocy. Myślałem, że ducha wyzionę... Panie 
władzo! — błagalnie złożył ręce — niech mi pan tym 
razem daruje... 
— A poszedłbyś do pracy? 
— Niech już będzie — sapnął aresztant z determinacją. — 
Byle nie do takiej, jak wtedy... 
Porucznik nie mógł jakoś uwierzyć w szczerość zapewnień 

background image

Klusika, ale doszedł do wniosku, że nic więcej tutaj nie 
zwojuje. Pozostawało jeszcze upiec przy okazji własną 
pieczeń... 
— No cóż — udał wahanie — nie jestem pewien, czy ci 
mogę zaufać, ale... A właściwie to jest jeszcze jedna sprawa 
— zaczął ostrożnie. — Mam pewien kłopot... 
— Niech pan władza tylko szepnie — zadeklarował się 
Klusik ochoczo. — Na głowie stanę, a załatwię co trzeba! 
— To nie będzie takie trudne — milicjant uśmiechnął się 
zachęcająco. — Słyszałem, że nie najgorzej znasz Staśka 
Gawła i Zenka Ciotuchę... 
— O tyle o ile... 
— Ostatnio porządnie narozrabiali i chciałbym ich z tego 
rozliczyć. 
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowało milczenie. Klusik 
niepewnie rozglądał się dookoła, jakby szukał ciemnego 
kąta, w którym nie mógłby go dosięgnąć baczny wzrok 
oficera. Nie chciał zaszkodzić kumplom, ale z drugiej 
strony bał się, że odmawiając porucznikowi, ściągnie na 
swoją głowę poważne kłopoty. Co gorsza, kwestia 
ewentualnego zwolnienia z aresztu nie była jeszcze w 
sposób definitywny rozstrzygnięta... 
— Zenek Ciotucha faktycznie ma coś na sumieniu — 
mruknął niechętnie. — Prysnął gdzieś z chałupy i z nikim 
nie chce gadać. Ja nie wiem, o co chodzi, ale 
44 
niech pan zapyta Maryśkę Wiśniewską z Wrzeciona 
dziewiętnaście. Ona panu powie... 
— A jeśli nie będzie zbyt rozmowna? 
— To pan jej przypomni takiego rudego Szweda, który 
nocował u niej w zeszłą sobotę — roześmiał się obleśnie 

background image

Klusik. — Facet tak się zaperfumował, że czegoś u Maryśki 
zapomniał — wypowiadając ostatnie słowo, Klusik 
porozumiewawczo przymrużył oko. — Mógłby pan to 
znaleźć w doniczce z palemką — dodał zagadkowo. 
— W porządku — skinął głową Mazurek — a co z 
Gawłem? 
— Beznadziejna sprawa, panie władzo — aresztant 
najwyraźniej się stropił. — Nie widziałem go od miesiąca... 
A zresztą przed Staśkiem wszyscy portkami trzęsą i nikt o 
nim słowa nie powie. 
Milicjant był prawie pewien, że tamten kłamie, nie przejął 
się tym jednak zbytnio. Dobrze wiedział, jak ma postąpić... 
Leniwie podniósł się z krzesła na znak, że rozmowa jest już 
skończona, i wolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. 
— Twoja sprawa, Klusik! — rzucił obojętnie. —J Jeśli 
wolisz, możemy się gniewać... 
— Ależ, panie władzo! — żarliwie zaprotestował aresztant. 
— Niech mnie Bóg skarze, jeśli kłamię! 
— Nie mamy o czym mówić — żachnął się oficer. —i 
Lepiej wracaj na dołek i zrób sobie rachunek sumienia. 
— A kiedy wyjdę? — teraz Klusik przestraszył sia nie na 
żarty. Obiecał pan... 
— Ty też coś obiecałeś... 
— Ale Gaweł przeciągnie mnie mojką, jak się doi wie... 
— Ja mu nie powiem. — Porucznik wzruszył ramiol nami. 
— Skoro jednak wolisz trzymać z tym nygusem, niż ze 
mną... 
44 
— On dopiero co wyszedł z pudła i jest strasznie cięty za 
poprzednią wpadkę. 
— I co z tego, skoro znowu trafi do paki? 

background image

— Tylko, że wcześniej wyprawi mnie na tamten świat! 
Klusik jeszcze przez chwilę rozpaczliwie szukał dalszych 
argumentów, ale widząc, że nie robią one na milicjancie 
żadnego wrażenia, ustąpił w końcu. 
— A niech tam! — wyrzucił z siebie z rezygnacją. — Nie 
jestem pewny, ale coś słyszałem, że Gaweł zamelinował się 
u Mariana Wasiaka na Laktykarskiej cztery. 
— Dlaczego? 
— Pan przecież wie najlepiej — żachnął się Klusik. — 
Mokra robota. 
Dziesięć minut później Mazurek siedział już za kierownicą 
tego samego fiata, którym jeździł poprzedniego dnia — na 
szczęście major Kłosiński zapomniał dzisiaj o odebraniu 
kluczyków. Porucznik zadecydował, że sam złoży wizytę 
Gawłowi. Znał dobrze tego przedstawiciela półświatka i 
wiedział, że w komendzie nie powie on z własnej woli ani 
słowa. Nie pozostawało nic innego, jak działać z 
zaskoczenia i wymyślić coś na miejscu. 
Samochód zaparkował za rogiem, sprawdził, czy pistolet 
lekko wysuwa się z kabury umieszczonej pod pachą i nie 
zastanawiając się dłużej, ruszył w kierunku drewnianego, 
niechlujnie wyglądającego domku. 
Furtka nie była zamknięta, a również i drzwi wejściowe 
ustąpiły natychmiast, kiedy tylko porucznik nacisnął 
klamkę. W niewielkim korytarzyku panował półmrok. Po 
chwili oficer przyzwyczaił się do niego i spostrzegł, że ma 
przed sobą wejście do dwóch pomieszczeń. Ostrożnie 
zajrzał do pierwszego z brzegu. W środku nie zauważył 
nikogo, chociaż rozgrzebane 
55 
łóżko i walające się po ziemi puste butelki świadczyły 

background image

wymownie, że pokój został opuszczony przez właściciela 
stosunkowo niedawno. 
Milicjant bez pośpiechu wycofał się na korytarz i chciał 
właśnie spenetrować drugie pomieszczenie, kiedy 
wiedziony instynktem, gwałtownie odskoczył w bok. 
Usłyszał głośny stuk i kątem oka spostrzegł wbity w ścianę 
nóż, dokładnie w miejscu, gdzie stał przed chwilą. Suchy 
szczęk zamka nakazał mu spojrzeć w stronę drzwi drugiego 
pomieszczenia, a w sekundę potem z całym impetem 
uderzyć w nie ramieniem. Widać pozostało mu jeszcze 
sporo siły, bo przeszkoda wyleciała z ogłuszającym 
trzaskiem łamanych desek. Dwie sekundy później 
porucznik był już w środku. Na parapecie okiennym 
zauważył jakąś przygarbioną sylwetkę i błyskawicznie 
sprężył się do skoku. Pomyślał, że za moment będzie już 
miał uciekiniera w ręku, ale lądując na zewnątrz, potknął 
się i jak długi runął na ziemię. Z wściekłością zmełł w 
ustach przekleństwo, bo przeciwnik zdążył już przesadzić 
płot i co sił w nogach pędził w stronę pobliskich krzaków. 
Mazurek zerwał się i ruszył w pościg. Płot pokonał bez 
trudu, ale przedzieranie się przez gęste zarośla nie 
przychodziło mu łatwo. Na szczęście tamten również 
musiał się potknąć, jako że moment później oficer 
spostrzegł go tuż przed sobą. 
Przeskoczyli następny płot i nagle w ręku uciekiniera 
błysnął nóż. Tym razem, chcąc widać mieć pewność, że 
trafi milicjanta, nie zdecydował się już na rzut. W ostatniej 
chwili porucznik kantem dłoni wytrącił mężczyźnie broń, 
ale zrobił to o sekundę za późno, bo poczuł przenikliwy ból 
w okolicy lewego ramienia, a rękaw jego marynarki zaczął 
szybko zabarwiać się na czerwono. Z furią wymierzył 

background image

przeciwnikowi potężny cios w szczękę. Mężczyzna jęcząc, 
zwalił się na ziemię. 
56 
— Nareszcie mam cię, Gaweł! — wychrypiał, nie tając 
swojej satysfakcji Mazurek. — Ostatnio wykręciłeś się 
sianem... Trzy lata, jak za brata... 
— Ty parszywy glino! — w głosie powalonego mężczyzny 
wściekłość mieszała się ze strachem. — Szkoda, że cię nie 
zakatrupiłem! 
Leżącą tuż obok butelkę z obtłuczonym denkiem zauważyli 
prawie równocześnie. Gaweł z nienawistnym błyskiem w 
oczach, bez chwili wahania wyciągnął po nią rękę, ale tym 
razem porucznik był zdecydowanie szybszy. 
— Obawiam się, że już nie naprawisz tego błędu! — 
zasyczał, wyciągając zdecydowanym ruchem pistolet z 
kabury. 
— Co to znaczy?! — Gaweł jak oparzony cofnął rękę. — 
Co pan chce zrobić? 
Mazurek bez słowa zarepetował broń. 
— Tak nie wolno! — mężczyzna z niedowierzaniem 
obserwował ruchy milicjanta. — Pan nie ma prawa! 
Porucznik obracając w ręku pistolet, uśmiechnął się 
jadowicie. Niby przypadkiem dotknął lufą zakrwawionego 
ramienia... 
— Jezus, Maria! — jęknął Gaweł płaczliwie. — 
Poczęstowałem pana kosą, więc pies z kulawą nogą nie 
zapyta, dlaczego jestem sztywny! Niech pan robi co chce! 
— Klęknął nagle z determinacją przed oficerem. — Ja się 
do wszystkiego przyznaję, tylko niech pan nie strzela! 
— Gadaj! — warknął Mazurek. 
— Właściwie to zgredowi nic się nie stało! — Mężczyzna 

background image

trząsł się jak galareta, nie mogąc oderwać wzroku od 
pistoletu. — Zabrałem mu portfel i dałem trochę po głowie, 
żeby nie krzyczał za głośno... 
— Łżesz! — stwierdził sucho oficer. 
— Przyłożyłem mu jeszcze parę kopów — skwapli 
44 
wie przyznał się Gaweł — ale dziada posadziłem na środku 
Piwnej, żeby go zaraz ktoś przyfiłował... 
Mazurek schował pistolet do kabury. Gaweł przyznał się do 
ciężkiego przestępstwa, nie było więc sensu ciągnąć dalej 
tej komedii. Milicjant był jednak wyraźnie rozczarowany. 
Chciał złapać zabójcę, a nie pospolitego rzezimieszka, 
który na Starówce obrabował jakiegoś starszego 
mężczyznę... 
Trzy godziny później porucznik Mazurek z 
obandażowanym ramieniem i w towarzystwie Wcisławskie-
go oraz całej ekipy jechał w kierunku ulicy Wrzeciono. 
Przedtem usłyszał jeszcze kilka gorzkich słów od majora 
Kłosińskiego o swoich metodach śledczych, wyładował 
złość na robiącej mu opatrunek pielęgniarce, a w końcu 
oświadczył buńczucznie komendantowi, że złapie zabójcę 
Brzezińskiej, chociażby miał go trafić szlag, i dopiero 
wtedy pójdzie chorować. Teraz siedział wygodnie rozparty 
na tylnym siedzeniu i słuchał wywodów chorążego. 
— Ciotucha chyba będzie tym, którego szukamy — 
zapewniał Wcisławski. — Dwa tygodnie temu na Ochocie 
przyskrzynił go patrol, kiedy w krzakach ściągał majtki 
jakiejś dziewczynie. Podobno wyzywała go od najgorszych, 
obiecywała, że mu za to oczy wydrapie, ale jak przyszło co 
do czego, wniosku o ściganie nie złożyła i łobuza musieli 
wypuścić. 

background image

— Głupia! — westchnął Mazurek. — Mógł ją prze-j cież 
załatwić tak, jak tę na Tucholskiej... 
— Mam jeszcze coś — przerwał chorąży. — Prokurator dał 
nakaz, więc pojechałem do przychodni. Grzebałem w 
różnych papierach chyba ze dwie godziny, ale 
wyniuchałem, że Ciotucha miał jakieś kłopoty z potencją. 
To by tłumaczyło, dlaczego nie zgwałcił Brzezińskiej, tylko 
ją zabił... 
Radiowóz zatrzymał się pod blokiem. Mazurełd i 
Wcisławski wjechali windą na czwarte piętro. Otworzyła 
im szczupła, wyzywająco ubrana brunetka. Na pierwszy 
rzut oka mogli się zorientować, że uprawia ona najstarszy 
zawód świata... 
— Panowie do mnie? — nie ukrywała swego zdziwienia. 
— Przecież ja jestem zawsze w porządku — dorzuciła. — 
O co chodzi? 
— Zaraz się dowiesz! — burknął ostro chorąży. Weszli do 
środka. Mieszkanie było niewielkie, ale 
zgromadzone w nim sprzęty dobitnie świadczyły o 
zamożności właścicielki. 
— Powiedz no, Maryśka, gdzie jest Ciotucha — porucznik 
zdecydował się od razu przystąpić do rzeczy. 
— A skąd ja mogę wiedzieć? — żachnęła się dziewczyna. 
— Nie zadaję się z takimi mętami. 
— Radzę ci, nie kręć! — zmarszczył brwi Mazurek. — Z 
nami nie warto zadzierać. 
— Kiedy, jak Boga kocham, że nie mam pojęcia, gdzie 
może być jakiś tam Ciotucha! — wzruszyła ramionami. — 
Widziałam go wszystkiego dwa, góra trzy razy w życiu... 
— Zbyt tani klient? — uśmiechnął się złośliwie oficer. 
— No, wie pan! — wydęła wargi. — A zresztą mogę robić 

background image

u siebie w domu, co mi się podoba. 
— Zwłaszcza za zielone — wtrącił się chorąży. — 
Przyznaj, Maryśka, że lubisz cudzoziemców... 
— Na przykład Szwedów — porozumiewawczo 
przymrużył oko Mazurek. — Takich wysokich rudzielców! 
— To moja sprawa! — prychnęła ze złością. 
— Niezupełnie — rzucił ostro Wcisławski. — Gadaj, mała, 
kogo tutaj miałaś w zeszłą sobotę?! 
— W sobotę? 
— Przecież nie w piątek! — niespodziewanie grzmotnął 
pięścią w stół porucznik. — Przypomnisz sobie zaraz, czy 
mam cię zabrać na dołek? 
59 
44 
— Z kim spałaś?! — warknął chorąży. — Kto do cholery 
był u ciebie?! 
— Olaf Anderson — w oczach Wiśniewskiej pojawił się 
strach. — Ale ja nie rozumiem... 
Mazurek już wcześniej zauważył na parapecie niewielką 
palemkę. Teraz nie zastanawiając się dłużej, bez słowa 
podszedł do okna i z rozmachem cisnął doniczką o podłogę. 
Wśród rozsypanej na dywanie ziemi błysnęły żółte krążki. 
— Masz pecha, mała — pokiwał głową Wcisławski. — 
Twój Olaf zwierzył nam się z tego i z owego... 
— Oj, trafisz, siostro, do gara! — Oficer bez pośpiechu 
rozgarniał butem resztę ziemi, odsłaniając kolejne 
krugerandy. — Niestety, nie da się ukryć! 
— Dostałam w prezencie — usiłowała protestować 
Wiśniewska. — Panowie się mylą... 
— Znowu łżesz — machnął ręką chorąży. — Szkoda czasu! 
— Ostentacyjnie wyciągnął z kieszeni kajdanki. 

background image

— Ja nie chcę! Jezus, Maria! Tylko nie to! — Podbiegła 
«do Mazurka i kurczowo złapała go za rękaw. — Niech pan 
wszystko zabierze i zostawi mnie w spokoju! 
— Łapówkę milicjantowi proponujesz? — Porucznik 
odepchnął ją ze wzgardą. — Za to też można dychę 
zarobić! 
Wiśniewska usiadła na dywanie i zupełnie zrezygnowana 
zasłoniła rękami twarz. Raz i drugi pociągnęła nosem, a po 
chwili rozryczała się na dobre, przestając zwracać uwagę na 
funkcjonariuszy. Dopiero, kiedy Wcisławski zbliżył się do 
niej z kajdankami w ręku, zerwała się na równe nogi. 
— Ja wszystko powiem, tylko niech mnie pan nie zamyka! 
— Błagalnie spojrzała Mazurkowi w oczy. — Skusiło mnie 
— przyznała niechętnie. — Olaf miał zawsze tyle tego przy 
sobie, a ja mu kiedyś zaproponowałam, że kupię, to tylko 
się śmiał... 
60 
— Co z Ciotucha? — przerwał niecierpliwie chorąży. 
— W poniedziałek rano byłam u chłopaka mojej siostry... 
Nazywa się Leszek Maliszewski i mieszka na 
Dygasińskiego, albo Koźmiana — wybąkała połykając łzy. 
— Nigdy nie mogłam zapamiętać adresu, ale łatwo 
panowie znajdziecie, bo to pierwszy wieżowiec od 
Wisłostrady... 
— No i co? 
— Zastałam tam Ciotuchę — wyznała cicho. — Podobno 
musiał pryskać z domu... Boże! On mnie zabije! — Z 
rezygnacją zwiesiła głowę. 
— Co się stało?! Mówże, dziewczyno! 
— Dokładnie nie wiem. — Bezradnie rozłożyła ręce. — 
Zenek był bardzo zdenerwowany i krzyczał, że go powieszą 

background image

za jakąś kobietę... Właściwie to nic nie chciał powiedzieć. 
Prosił tylko o pieniędze na wyjazd... 
— Dałaś mu? 
— On chciał kilka patoli — przecząco potrząsnęła głową. 
— A zresztą ja wolę się nie mieszać do takich spraw... 
— I słusznie — roześmiał się porucznik. — Kradzież 
krugerandów to zupełnie co innego, niż mokra robota. 
Pół godziny później funkcjonariusze byli już przy wejściu 
na klatkę schodową domu przy Wisłostradzie, a ze 
znalezieniem na liście lokatorów właściwego nazwiska 
uporali się błyskawicznie. Mazurek nie miał najmniejszych 
wątpliwości. Dobrze pamiętał, że tu właśnie przyprowadził 
go w poniedziałek pies. 
Jeden z milicjantów został na dole, a porucznik w 
towarzystwie Wcisławskiego i dwóch innych 
funkcjonariuszy wjechali windą na siódme piętro. Za 
drzwiami panowała absolutna cisza. Chorąży na wszelki 
wypadek wyciągnął z kabury pistolet, a Mazurek delikatnie 
zastukał. 
44 
Nikt nie zareagował. Oficer zaczął dobijać się coraz 
energiczniej. W końcu za drzwiami ktoś się poruszył i 
milicjanci usłyszeli niski, ochrypły głos: 
— Kto tam, do ciężkiej cholery? 
— Budziszyński — odparł ostro Mazurek. — Panie 
sąsiedzie, co pan u diabła wyprawia? U mnie całą kuchnię 
zalało! 
— Odczep się pan! — z mieszkania doleciało gniewne 
sapnięcie gospodarza. — Cały dzień siedzę w domu i żaden 
kran nie cieknie. 
— Co pan myślisz, żeś na frajera trafił?! — porucznik z 

background image

udaną złością kopnął w futrynę. — Sadzawkę sobie w 
chałupie urządza, a ja mam z własnej kieszeni na malarza 
wykładać?! 
— Kiedy mówię chyba wyraźnie... 
— Bujać to my, a nie nas! Balona pan ze mnie robisz?! 
— Cóżeś pan się czepnął, jak pijany płotu? A zresztą wejdź 
pan i sam sobie zobacz! 
Szczęknęła zasuwa i drzwi się uchyliły. Wszyscy czterej 
funkcjonariusze, jak na komendę ruszyli z impetem do 
środka. Jeden zatrzymał się zaraz przy wejściu, drugi, nie 
bawiąc się w ceregiele, odepchnął pod ścianę niewysokiego 
mężczyznę, który im otworzył, a Mazurek i Wcisławski 
błyskawicznie spenetrowali całe mieszkanie. Podjęte środki 
ostrożności okazały się jednak zbędne, jako że prócz 
Maliszewskiego nie było w mieszkaniu nikogo. 
— Panowie po Zenka? — mruknął gospodarz ponuro, 
kiedy po wyjaśnieniu pomyłki pozwolili mu opuścić ręce. 
— Owszem — skinął potakująco głową porucznik. — 
Gdzie on teraz jest? 
— Cholera go wie! — wzruszył ramionami Maliszewski. 
— Mnie się nie opowiadał. 
— Lepiej sobie przypomnij, braciszku! — Mazurek 
44 
groźnie zmarszczył brwi. — Za ukrywanie zabójcy można 
zdrowo beknąć! 
— Wiem — przyznał gospodarz niechętnie — ale co 
miałem zrobić, jak przylazł do mnie? Nawet dokładnie nie 
powiedział, o co chodzi — splunął ze złością. — 
Wykrzykiwał tylko o jakiejś babce w śmietniku. 
— Spodziewał się nas? 
— Owszem i właśnie poszedł skombinować trochę szmalu, 

background image

żeby prysnąć z Warszawy. 
— Wróci tu jeszcze? 
— Tyle wiem, co i pan — odparł wymijająco Maliszewski. 
— No to poczekamy... 
Radiowóz błyskawicznie zniknął spod wieżowca, w 
mieszkaniu Maliszewskiego pojawiła się niewielka 
przenośna radiostacja, a Wcisławski na wszelki wypadek 
poinformował gospodarza, że jeżeli będzie usiłował ostrzec 
Ciotuchę, to niechybnie najbliższe lata spędzi w kryminale. 
Minuty wlokły się niemiłosiernie, na dworze zdążyło już 
poszarzeć, a ciągle nic się nie działo. Można było sądzić, że 
Maliszewski nie ma żadnych znajomych ani przyjaciół, bo 
w ciągu ostatnich godzin nikt się u niego nie pojawił. 
Mazurek powoli już zaczął tracić cierpliwość, kiedy nagle 
ktoś zastukał energicznie do drzwi. 
Milicjanci poderwali się jak na sprężynach. Podczas 
oczekiwania na ten moment zdążyli wielokrotnie omówić 
każdy szczegół akcji i teraz nikomu nie trzeba było 
przypominać, co ma robić. Panujący w przedpokoju 
półmrok ułatwiał zadanie... 
Wcisławski otworzył drzwi, kryjąc się w ich cieniu. Za 
progiem zamajaczyła sylwetka wysokiego, szczupłego 
mężczyzny. Musiał być trochę pijany, bo zatoczył się lekko, 
wchodząc   do środka. Zrobił jeszcze krok 
63 
i widać spostrzegł coś podejrzanego, bo nagle odwrócił się 
gwałtownie. Chciał wybiec z mieszkania, ale było już za 
późno. Sucho trzasnęły kajdanki i w przedpokoju zabłysło 
światło. 
Mazurek nie mógł powstrzymać uśmiechu. Przed nim stał 
zatrzymany i nie ulegało wątpliwości, że to właśnie na 

background image

niego czekali. 
VI 
— Zrozum, Ciotucha, że to nie ma sensu! Jak nic 
zadyndasz na stryczku, jeżeli zaraz nie zmądrzejesz! 
Mazurek rozmawiał z podejrzanym dopiero godzinę, a już 
zaczynał tracić cierpliwość. Wątpliwym pocieszeniem był 
fakt, że ani w nocy Wcisławski, ani przed południem sam 
major Kłosiński również z Ciotuchy nic nie wyciągnęli. 
Porucznik przyszedł tego dnia do komendy jak król, 
dokładnie o dwunastej, oddał naczelnikowi zwolnienie i 
miał zamiar wracać zaraz do domu, ale wieści, które 
usłyszał, zatrzymały go na miejscu. Podejrzany za skarby 
świata nie chciał przyznać się do niczego. Uparcie 
powtarzał, że nie był w żadnym śmietniku, nie widział tam 
żadnej kobiety, a Wiśniewska i Maliszewski mieli według 
niego bujną wyobraźnię... 
Mazurek nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Był 
przekonany, że teraz wszystko będzie już proste i łatwe, bez 
skrupułów chciał więc zostawić sprawę Ciotuchy komuś 
innemu. Tymczasem spotkał go srogi zawód i nie 
pozostawało mu nic innego, jak samemu zabrać się do 
roboty. 
— Przecież ty nie masz alibi — tłumaczył cierpli 
64 
wie podejrzanemu. — Pies z kulawą nogą ci nie uwierzy! 
— Ja nic nie wiem — stanowczo stwierdził Ciotucha. — 
Powtarzałem już setki razy, że zaperfu-mowałem się w 
barze, a później kimałem na ławce w parku. 
— To dlaczego wiałeś przed wywiadowcami? — nie 
ustępował oficer. 
— Odsiadka na dołku nie należy do przyjemności... 

background image

— Znaczy, miałeś jednak coś na sumieniu? 
— A bo to raz przymykali mnie bez powodu — podejrzany 
wzruszył ramionami. — Z pudła wyszedłem na 
warunkowe, a taki zawsze jest podejrzany, kiedy trochę 
wypije... 
— Z Sułkowskiego na Tucholską dwa kroki... 
— Ja na Tucholskiej nie byłem! 
— Skąd wiesz, skoro się urżnąłeś? 
— Nie chodziłem na Tucholską i koniec! — oświadczył 
Ciotucha z rozpaczliwym uporem. — Jak Boga kocham! 
— Łżesz! 
— Nie wierzy mi pan, bo już siedziałem... 
— Nie tylko dlatego! 
Mazurek zdecydował się na ostatni argument. Wstał z 
miejsca i bez pośpiechu podszedł do szafy. Pogrzebał w niej 
chwilę i wyciągnął niewielką nylonową torebkę z męską 
chustką do nosa. Prawdę mówiąc, był nawet zdziwiony, że 
ani Wcisławski, ani Kłosiński nie pomyśleli o tym 
wcześniej... 
— Eksperci siedzieli nad tym drobiazgiem przez całą noc i 
doszli do wniosku, że to twoja zguba — zaryzykował blef. 
— Nie wiesz, baranie, że nam wystarczy guzik, żeby 
przyskrzynić właściciela? 
Na moment w pokoju zapanowała kompletna cisza. 
Ciotucha, blady jak ściana, przyglądał się z przerażeniem 
trzymanej przez porucznika chustce. Również 
5 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
i Mazurek z niepokojem czekał, co będzie dalej, chociaż 
liczył w duchu na to, że podejrzany, mając niewielkie 
pojęcie o kryminalistyce, uwierzy w prawie nieograniczone 

background image

możliwości milicji. 
— No dobrze, powiem panu — skapitulował wreszcie 
Ciotucha. — Byłem w tym śmietniku. Cholera wie, czego 
ja tam szukałem, ale jak się człowiek zaprawi, to mu różne 
rzeczy przychodzą do głowy — nerwowym ruchem otarł 
pot z czoła. — Kiedy zobaczyłem tego truposzczaka, 
myślałem że mnie szlag trafi... Ja tam do takich widoków 
nie przywykłem — wzdrygnął się na samo wspomnienie. 
— Strzeliłem pawiem i chciałem wytrzeć gębę, ale mi 
smarkałka upadła między łachy tej babki — z rezygnacją 
wskazał na chustkę — a ja już nie miałem zdrowia tam 
gmerać... 
— To wszystko? — z wyraźnym niedowierzaniem pokręcił 
głową porucznik. — Nie zapomniałeś o czymś? 
— Jak Boga jedynego kocham! — jęknął podejrzany, bijąc 
się żarliwie w piersi. — Powiedziałem wszystko, jak na 
świętej spowiedzi! 
— O której byłeś w śmietniku? 
— Nie pamiętam — zawahał się Ciotucha. — Ale zaraz po 
tym nadziałem się na patrol... 
— Trochę się zgadza, ale niezupełnie — oficer skrzywił się 
z niesmakiem. — Tak naprawdę to dorwałeś babkę, 
chciałeś się z nią kochać, a ona wysłała cię do wszystkich 
diabłów... 
— To nieprawda! — Podejrzany zerwał się z miejsca, jak 
oparzony. — Żebym tak jutra nie doczekał! 
— Miałeś kłopoty — ciągnął nieubłaganie Mazurek. — Nie 
po raz pierwszy zresztą... 
— Nie!!! 
— Zamiast się leczyć zaciągnąłeś dziewczynę do 
śmietnika. Nie wyszło ci, więc dołożyłeś jej raz i drugi, aż 

background image

wyzionęła ducha. 
— Jezus, Maria! Ja nie chcę wisieć! — wychrypiał 
44 
ledwo żywy z przerażenia Ciotucha. — Przecież to nie 
moja robota! 
Porucznik odprowadził podejrzanego do aresztu i pięć 
minut później był już u naczelnika Kłosińskiego. Major 
najwyraźniej nie mógł się doczekać, bo relacji wysłuchał z 
ogromnym zainteresowaniem. Na koniec, nie tając 
zadowolenia, zatarł ręce. 
— Dobra robota! — sapnął wesoło. — Ciotucha przyznał 
się, że był na Tucholskiej, to za kilka godzin przyzna się i 
do tego, że załatwił Brzezińską. Gdyby mu tak jeszcze 
pokazać, czym ją trzepnął... 
— Ba! — Mazurek bezradnie rozłożył ręce. — Siedziałem 
tam z chłopakami przez pół dnia i nic nie znalazłem. 
— Szkoda... 
— Ostatecznie mogę jeszcze raz przespacerować się do 
tego cholernego śmietnika — zaproponował porucznik. — 
Nie zawadzi poszperać znowu po okolicy... 
— Chyba szkoda twojego czasu — sceptycznie skrzywił się 
Kłosiński. — Wyślę tam kogoś z młodszych, a ty, jak 
odpoczniesz, pogadaj lepiej z Ciotucha. 
— Świeże powietrze dobrze mi zrobi — nie ustępował 
Mazurek. — Nie zapominaj, stary, że formalnie rzecz 
biorąc, mam pięć dni zwolnienia. 
— Ledwo cię Gaweł drasnął i zaraz pięć dni! — roześmiał 
się major. — Ja dostałem dokładnie tyle, kiedy mi łapę 
postrzelili... 
— Dwadzieścia lat temu? 
— Dwadzieścia cztery... 

background image

— Znaczy kawał z dużą brodą! — parsknął porucznik. — 
Nic nie poradzę, że czasy się zmieniają... Daj mi z łaski 
swojej kluczyki od wozu Grzelaka — zmienił temat. — 
Zabrałeś je wczoraj pod pozorem, że mnie pokroili, ale 
skoro uważasz, że nic mi nie jest... 
— Malcherczyk z kryminalnego rozwalił wczoraj 
67 
swojego fiata i na razie będzie jeździł tym — zasępił się 
Kłosiński. 
— Więc niech mnie zawiezie... 
— Oj, Michał, co ja z tobą mam — westchnął naczelnik. — 
Ale za to, jak tylko się wykurujesz, wlepię ci następną 
sprawę. 
— Też mi nowina — wzruszył ramionami Mazurek. — 
Przecież takie „uszczęśliwianie" chłopaków to twoje 
główne zajęcie. 
— Boki będziesz zrywał, jak pogadasz z poszkodowanym 
— nie dał się zbić z tropu Kłosiński. — Jednemu z 
adoratorów tej twojej Brzezińskiej okradli samochód. Facet 
nie miał pretensji o futrzaki za pięć i pół patyka, tylko o 
jakiś dzwonek z Napoleonem. Kupił od kogoś okazyjnie i 
chciał się pochwalić... 
— Wybacz, Jasiu — porucznik najwyraźniej nie przejawiał 
żadnego zainteresowania nową sprawą — ale na Żoliborzu 
nie ma dnia, żeby komuś nie obrobili samochodu, a 
zabójstwo mamy raz na kwartał... Dla jakiegoś dzwonka nie 
zrezygnowałbym ze zwolnienia. 
Pół godziny później Mazurek wysiadł z radiowozu u zbiegu 
Tucholskiej i Krasińskiego. Ręka nie dokuczała mu już 
prawie wcale, był więc w doskonałym humorze. Tym razem 
zdecydował, że obejrzy sobie wszystko bez czyjejkolwiek 

background image

asysty. 
Wolnym krokiem przemierzył kilka razy Tucholską, ale 
jakoś nic nie rzuciło mu się w oczy. W końcu zatrzymał się 
na niewielkim skwerku i usiadł na ławce. Zaczął się 
zastanawiać, którędy mógł uciekać zabójca po dokonaniu 
zbrodni. Z miejsca, na którym siedział, widział kawałek 
trawnika przy śmietniku. Tam wszystko metodycznie 
przeszukali, ale na skwerek już nikt się nie pofatygował... 
— Błąd, pomyślał niechętnie. Cholera, poszkapiłem 
sprawę. 
Wstał z ławki i nie spiesząc się ruszył w kierunku 
44 
pobliskich krzaków. Przedtem nie zwracał na nie uwagi, ale 
teraz zaczął przyglądać się im bardzo podejrzliwie. Raz i 
drugi sięgnął nawet po jakiś grubszy patyk albo kawałek 
żelastwa, ale nic mu jakoś nie pasowało... 
Nagle na samym skraju skwerku, niecałe pięćdziesiąt 
metrów w linii prostej od śmietnika, zauważył krótką, 
trochę zardzewiałą rurkę. Nachylił się nad nią i z 
niedowierzaniem przetarł oczy. Niektóre rudawe plamy 
miały trochę inny odcień niż zwykła rdza... 
VII 
Mazurek zjawił się w komendzie dobrze przed godziną 
ósmą. Mimo wczesnej pory czekał już na niego w pokoju 
Wcisławski. 
— Ale ty masz, bracie, oko! — przywitał porucznika, nie 
tając swojego podziwu. — Kto by się spodziewał! 
— Zwykły przypadek — niecierpliwie machnął ręką oficer. 
— Powiedz mi lepiej, co wywróżyli z tego żelastwa 
eksperci. 
— Prawie pół nocy przesiedziałem z nimi w laboratorium, 

background image

żeby zaspokoić twoją ciekawość — roześmiał się chorąży. 
— Myślę jednak, że się opłaciło. 
— Nie gadaj? 
— Według wszelkich znaków na niebie i ziemi tą właśnie 
rurką zabito Brzezińską — oświadczył z powagą 
Wcisławski. — Eksperci znaleźli ślady krwi i sporo 
włosów. Długo kręcili nad tym głowami, aż wreszcie 
orzekli, że wszystko razem pasuje jak ulał do wyników 
sekcji. 
— To już jest coś... 
— Poczekaj! — nie dał sobie przerwać chorąży. — Teraz 
dopiero będzie najciekawsze. Brzezińska była 
69 
brunetką, a na tym żelastwie znalazły się również i jasne 
włosy. Jednej z plamek krwi też nie dało rady przypasować. 
— Nie rozumiem... 
— Ja też na początku nie mogłem zrozumieć — przyznał 
się Wcisławski — ale na szczęście przypomniałem sobie o 
Winiarskiej! W szpitalu dowiedziałem się, że już ją dawno 
wypisali, więc pojechałem po dziewczynę do domu i 
piorunem przytaszczyłem do laboratorium. 
— No i co? 
— Oczywiście, zawsze istnieje spore prawdopodobieństwo 
błędu przy tego rodzaju badaniach — zastrzegł się chorąży 
— ale chyba mamy całkiem niezły dowód na to, że ten sam 
człowiek napadł na obie kobiety. 
— Jeżeli mi jeszcze powiesz, że Ciotucha zostawił na rurce 
swoje odciski palców, to stawiam pół litra! 
— Niestety — westchnął Wcisławski — mimo 
najszczerszych chęci nie narażę cię na taki wydatek. 
— Mówi się trudno! — machnął ręką Mazurek. — Bez 

background image

tego też zatańczę z gagatkiem, że ze śmiechu się nie 
pozbiera. Dawaj go tutaj! 
Reakcja podejrzanego była jednak dla obu milicjantów 
całkowitym zaskoczeniem. Kiedy chorąży wprowadził go 
do pokoju, obojętnie przyjrzał się rurce, a zapytany o noc z 
czwartku na piątek, najwyraźniej odetchnął. 
— Chociaż raz w życiu mam murowane alibi! — 
oświadczył z pewną miną. — W środę wieczorem zgarnęli 
mnie na Ochocie i odsiedziałem czterdzieści osiem godzin 
na dołku. Sami panowie wiedzą, że nie mogłem w tym 
czasie narozrabiać na Żoliborzu! 
Ciotucha wrócił do celi, a pięć minut później porucznik z 
ciężkim sercem odkładał słuchawkę telefonu. Okazało się, 
że podejrzany mówił prawdę... 
70 
Oficer i chorąży patrzyli na siebie ponuro. Było, niestety, 
jasne, że tak dobrze zapowiadający się trop prowadził 
donikąd. Zastanawiali się właśnie, co robić dalej, kiedy 
nagle ktoś zastukał i uchyliły się drzwi pokoju. 
— Miałem dzisiaj przyjść — zaczął niepewnie wysoki, 
szczupły blondyn. — Ojciec mi mówił, że panowie we 
wtorek pytali o mnie. Nazywam się Lipowski... 
— Zgadza się — przypomniał sobie Mazurek. — Niech 
pan siada... 
— Przepraszam, ale prawdę mówiąc, to ja nie wiem w 
jakiej sprawie... 
— Znał pan Barbarę Brzezińską? 
— Owszem — przyznał niechętnie Lipowski. 
— O ile się nie mylę, to pozostawał pan z nią nawet w 
bardzo bliskich stosunkach... 
— Dwa lata temu. Później już się z Barbarą nie 

background image

widywałem. 
— Dlaczego? 
— To moja prywatna sprawa... 
— Niezupełnie — wtrącił się Wcisławski. — Widzi pan, 
Brzezińska została zamordowana. 
Wiadomość najwyraźniej zrobiła na Lipowskim wrażenie. 
Nerwowo zapalił papierosa i marszcząc czoło, na dłuższą 
chwilę wlepił wzrok w podłogę. 
— No więc, jaki był powód zerwania? — ostro zapytał 
porucznik, podnosząc się z miejsca. — Chodziło o dziecko? 
— Tak — ponuro skinął głową Lipowski. — Z początku 
myślałem, że to moje i nawet chciałem się żenić... 
— A nie pan był ojcem? 
— Kiedy odwoziłem Baśkę do szpitala w Międzylesiu, 
zapytałem ją o to wprost. Znałem dziewczynę dopiero 
siedem miesięcy, a ona już miała rodzić... 
44 
Powiedziała mi, że dzieciaka zrobił jej jakiś starszy facet na 
stanowisku. 
— Czy pamięta pan jego nazwisko? 
— Wcale nie byłem ciekawy, jak on się nazywa. 
— Odwiedzał pan Brzezińską w szpitalu? 
— Nie! — Lipowski gniewnie potrząsnął głową. — 
Wystarczyło chyba, że przez pół roku robiła ze mnie 
balona! 
— Interesował się pan dzieckiem? 
— Spotkałem Barbarę przypadkowo w jakiś miesiąc 
później. Powiedziała mi, że umarło w szpitalu. 
— A gdzie pan właściwie poznał Brzezińską? 
— Na urodzinach u mojej koleżanki szkolnej. 
— Kto to taki? 

background image

— Elżbieta Kamińska. 
— Pamięta pan jej adres? 
— O ile się nie mylę, to mieszka przy Ostrobramskiej 
osiemdziesiąt cztery... 
— Jak pan myśli, czy zastaniemy ją teraz w domu? 
— Radziłbym raczej sprawdzić w Instytucie Mikrobiologii 
na Nowym Świecie. Elka jest tam laborantką... 
Mazurek i Wcisławski postanowili skorzystać z rady 
Lipowskiego. Kiedy jednak pół godziny później rozglądali 
się po holu instytutu, pierwszą napotkaną przez nich osobą 
był nie kto inny, tylko Zbigniew Brzeziński. 
— Panowie jak zwykle w akcji! — roześmiał się na 
powitanie milicjantów. — Śledztwo dało już jakieś 
rezultaty? — zapytał z nadzieją w głosie. 
— No cóż, pomału posuwamy się do przodu — odparł 
porucznik wymijająco. — Pan, zdaje się, zna Marka 
Żmichowicza? — skwapliwie zmienił temat. 
— Owszem, studiowaliśmy razem — po twarzy 
mikrobiologa jak gdyby przemknął cień — ale ostatnio 
nasze kontakty bardzo się rozluźniły... 
— Co mógłby pan nam o nim powiedzieć? 
44 
— Chyba nic szczególnego — wzruszył ramionami 
Brzeziński. — Zdolny, pracowity, zapowiadał się na nie 
najgorszego naukowca, tylko że mu jakoś nie wyszło... 
— Czemu? 
— Nie zawsze chciał się liczyć z cudzym zdaniem, był 
raczej konfliktowy... O, przepraszam panów! — 
mikrobiolog niespodziewanie odwrócił się do wejścia. — 
Zdaje się, że mamy dostojnego gościa w instytucie. Sam 
pan prorektor Gluzikowski! 

background image

Brzeziński, najwyraźniej zapominając o milicjantach, bez 
wahania skierował się do niskiego, łysawego mężczyzny, 
kłaniając mu się kilka razy po drodze. Profesor 
protekcjonalnie poklepał mikrobiologa po ramieniu, a ten 
manifestując swoją radość z tego gestu, zaczął coś z 
wielkim ożywieniem opowiadać prorektorowi. Po chwili 
Brzeziński kurtuazyjnie otworzył przed gościem oszklone 
drzwi w głębi holu i po krótkiej wymianie grzeczności obaj 
mężczyźni zniknęli w jakimś pomieszczeniu. 
— Niby poważny naukowiec, a wdzięczy się do swego 
szefa jak panna na wydaniu — zauważył sarkastycznie 
Wcisławski. — Poszukajmy już lepiej Kamiń-skiej. 
Milicjanci ńie musieli zbyt długo namawiać laborant-ki, 
żeby zostawiła na pięć minut swoje szkiełka i wybrała się z 
nimi do pobliskiej kawiarni „Harenda". Dziewczyna była 
wyraźnie zaintrygowana, czego mogą chcieć od niej aż 
dwaj funkcjonariusze. 
— Halina telefonowała do mnie, że Baśka nie żyje — 
oświadczyła na wstępie. — Panowie chyba w związku z 
tym? 
— Owszem — poważnie skinął głową Mazurek. — Pani 
dobrze znała Brzezińską? 
— Raczej tak — westchnęła Kamińska. — Szkoda 
dziewczyny... 
73 
— Czy miała jakichś wrogów? 
— Nie przypuszczam — energicznie pokręciła głową. — 
Zawsze była bardzo wesoła, lubiła się bawić... Tacy ludzie 
rzadko zrażają do siebie. 
— Dlaczego rozeszła się z mężem? 
— Przez tego bubka Żmichowicza — pogardliwie wydęła 

background image

wargi. — Tak długo ją buntował, aż rzuciła Zbyszka. 
Myślę, że później żałowała tego... 
— Słyszeliśmy, że lubiła oglądać się za chłopakami? 
— Pod tym względem byli ze Zbyszkiem bardzo do siebie 
podobni. Raz po raz któreś z nich robiło tak zwany skok w 
bok — znacząco przymrużyła oko. — Później, oczywiście, 
były dąsy, ciche dni, uroczyste przeprosiny, a po jakimś 
czasie wszystko zaczynało się od początku... 
— Zwierzała się pani, z kim miewała te przygody? 
— Raczej nie. O Lipowskim, Garbucie czy Fijałkowskim 
oczywiście wiedziałam, ale o bardziej przelotnych 
znajomościach Baśka wolała nie mówić. 
— Czy to prawda, że miała wyjść za Żmichowicza? 
— Bzdura! — żachnęła się Kamińska. — Nigdy nie 
traktowała go zbyt poważnie, a poza tym czuła do niego 
żal, że namówił ją do rozwodu. 
— Mogłaby pani powiedzieć coś więcej o tym mężczyźnie? 
— Przez kilka ładnych lat kręcił się koło mnie i moich 
koleżanek, zdążyłam więc go poznać. Nieciekawy typ! — 
pogardliwie wydęła usta. — Żadna rozumna dziewczyna 
nie chciałaby go na dłuższą metę. Ani dowcipny, ani 
przystojny, a co gorsza, w łóżku baba, a nie chłop! 
— Przepraszam za niedyskrecję — wtrącił się Wcisławski 
— ale czy mówi to pani na podstawie własnych obserwacji, 
czy też raczej jest to opinia Brzezińskiej ? 
— Jeśli pan koniecznie chce wiedzieć, to ja ze 
Żmichowiczem nie sypiałam — wzruszyła ramionami bez 
cienia zażenowania — ale mówiła o tych sprawach nie 
tylko Baśka... — Sięgnęła do torebki po papierosa, zapaliła 
go i głęboko zaciągnęła się dymem. Mam znajomą 
studentkę AWF-u — wróciła do tematu. — Nawet fajna 

background image

dziewczyna, chociaż uważa, że każdy kto nosi spodnie jest 
dobry. Gdzieś przed miesiącem była u mnie i napatoczył się 
akurat Zmichowicz. Trochę popłakał, że Baśka wyjechała 
bez niego do Bułgarii, i zaraz zaczął się przystawiać do 
Beaty... Po kilku dniach przyleciała do mnie, a że ma długi 
język, na-plotkowała o wszystkim. Podobno poszła z 
gościem do łóżka, a on się nie spisał... 
Mazurek, słuchając Kamińskiej, gwałtownie zmarszczył 
brwi. Nagle coś go tknęło. Pomyślał, że może nareszcie 
znajdzie klucz do całej sprawy... 
— Ta pani koleżanka to może Beata Winiarska? — zapytał 
z pozorną swobodą. 
— Tak, a skąd pan wie? — nie mogła ukryć zdziwienia. 
— Szósty zmysł, czyli nos milicyjny — zażartował 
milicjant. — Najważniejsze, że trafiłem w dziesiątkę — 
dodał poważnie. 
Winiarską zastali w mieszkaniu przy ulicy Krasińskiego. 
Widać nie czuła się jeszcze najlepiej po napadzie, bo leżała 
w łóżku, i dopiero na widok milicjanta nałożyła jakiś 
szlafrok. 
— Myślałam już, że wszyscy o mnie zapomnieli — zaczęła 
trochę zmieszana. — Dopiero pan przyjechał po mnie 
wczoraj — uśmiechnęła się do chorążego. 
— Nie tak łatwo złapać przestępcę — usprawiedliwił się 
porucznik. 
— A złapaliście go? 
44 
74 
— Jeśli nam pani pomoże, to na pewno się uda... 
— Cóż ja mogę panom powiedzieć? — bezradnie rozłożyła 
ręce. — Byłam całkowicie zaskoczona, nic nie widziałam i 

background image

nawet nikogo nie podejrzewam... 
— Znała pani Brzezińską? — przystąpił do rzeczy 
Mazurek. 
— Chwileczkę! — zawahała się. — Chyba widziałam ją 
kiedyś u Elki Kamińskiej. Taka wysoka brunetka — 
przypomniała sobie. — Bardzo fajna dziewczyna... 
— A Żmichowicza? 
— Tego gogusia? — skrzywiła się pogardliwie. — 
Owszem, chciał mnie nawet poderwać, ale go odprawiłam. 
— Można wiedzieć dlaczego? 
— Nie rozumiem, jaki to ma związek... 
— Pani Beatko, wcale nie musi pani rozumieć — przerwał 
jej porucznik łagodnie. — Proszę tylko odpowiadać na 
pytania, a resztą zajmę się już ja i moi koledzy... 
— Myśli pan, że to on?! — zmieszała się wyraźnie. — 
Boże, czy to możliwe?! 
— No więc, jak było między wami? — nie ustępował 
oficer. 
— Byłam trochę załamana, kiedy go poznałam — odparła 
Winiarska niechętnie. — Pokłóciłam się z moim 
chłopakiem i w ogóle... Pomyślałam, że mała przygoda... 
— zaczerwieniła się i umilkła. 
— Przecież nikt pani nie potępia — Mazurek starał się, 
żeby jego słowa zabrzmiały przekonywająco. — To pani 
prywatna sprawa. 
— Dałam mu do zrozumienia, że się zgadzam. Zaczęło się 
tak, jak to zwykle bywa — wyrzuciła z siebie jednym 
tchem — ale w łóżku okazało się, że on nie może... 
Poradziłam Żmichowieżowi, żeby się leczył, a ten bydlak 
zbił mnie po twarzy, nawymyślał od ostatnich i uciekł jak 
wariat... 

background image

44 
— Widziała go pani jeszcze kiedyś? 
— Nie wydaje mi się... 
— Lubi pani samotne spacery? — porucznik postanowił 
zacząć z innej beczki. 
— Niekoniecznie samotne — uśmiechnęła się Winiarska. 
— Czasami chodzę sama, czasami w towarzystwie... 
Zwłaszcza wieczorem lubię się trochę przewietrzyć. 
Prawdę mówiąc, tak mi to weszło w krew, że nie zasnę, 
jeśli nie łyknę przedtem świeżego powietrza. 
— Zdrowe przyzwyczajenie... 
— To zależy! — znacząco dotknęła głowy. —-I pomyśleć, 
że najczęściej spacerowałam po alei Wojska Polskiego i po 
Felińskiego. 
— Mówiła pani o tym Żmichowiczowi? 
— Nawet kiedyś przeszliśmy się tamtędy — odparła w 
zamyśleniu. — Nigdy nie spodziewałabym się, że mogą 
być takie skutki... 
— A więc wszystko jest już jasne, jak słońce! — mruknął 
do Wcisławskiego Mazurek. — Teraz trzeba to jeszcze 
tylko udowodnić... 
Kiedy znaleźli się na ulicy, oficer rzucił okiem na zegarek. 
Dochodziła godzina szesnasta, a więc lada chwila można 
się było spodziewać Żmichowicza w domu. Mazurek 
pomyślał, że trzeba to jakoś wykorzystać. 
— Wiesz, Andrzej — zwrócił się do pogrążonego w 
zadumie chorążego — mam ogromną ochotę zrobić 
brzydkiego psikusa temu facetowi. 
— To jest spokojny inspektor Sanepidu, a nie żaden 
kryminalista — sceptycznie pokręcił głową Wcisławski — 
a my, prócz domysłów, nic nie mamy. 

background image

— Spróbuję coś jednak wykombinować — roześmiał się 
beztrosko porucznik. — Jakoś to będzie, musisz mi tylko 
trochę pomóc... 
— Nie ma sprawy! Co mam zrobić? 
77 
— Pójdziesz zaraz do Żmichowicza i zabierzesz go pod 
byle pretekstem do komendy. 
— Ile gościa potrzymać? 
— Ze dwie, góra trzy godziny. Poczęstuj go kawą albo 
herbatą, żeby zostawił na szklance swoje paluszki, zadaj 
mu jakiś temat do rozmyślań i posadź w poczekalni. Kiedy 
dobrze skruszeje, możesz go puścić do domu. Przed 
dwudziestą postaram się złożyć panu inspektorowi wizytę. 
— Czy ja też mam przyjść? 
— Nie zawadziłoby, ale nie musisz się spieszyć. Zabawię u 
gościa przynajmniej z godzinę. 
— No to do rychłego zobaczenia! 
Podali sobie ręce i rozeszli się, każdy w swoją stronę. 
Chorąży chciał sumiennie spełnić prośbę kolegi, oficer 
przed wizytą u Żmichowicza zamierzał przeprowadzić 
jeszcze kilka rozmów, a czasu było niewiele. 
Kilka minut później porucznik dzwonił do drzwi 
mieszkania Brzezińskiego. Tym razem mikrobiolog nie był 
zbyt zaskoczony jego odwiedzinami. Zaprosił gościa do 
tego samego pokoju co ostatnio i zaczął się gorąco 
sumitować z powodu niefortunnego zakończenia porannego 
spotkania. 
—-Ogromnie pana przepraszam, ale naprawdę nie mogłem 
postąpić inaczej — oświadczył pokornie naukowiec. — 
Wizyta prorektora to dla naszego instytutu takie małe 
święto. Powiem zresztą panu w zaufaniu, że profesor 

background image

Gluzikowski jest do nas bardzo przychylnie nastawiony, 
wszyscy więc dbamy, aby nic nie zmąciło naszych 
stosunków... 
— Ogromnie pana przepraszam, ale naprawdę nie nie, choć 
bez specjalnego przekonania. — Trzeba zabiegać o 
względy szefa... 
— No właśnie! — ucieszył się Brzeziński. — W ten sposób 
można uniknąć wielu niepotrzebnych kłopo 
44 
tów... A wracając do naszej porannej rozmowy, czy już pan 
wie, kto zamordował Barbarę? 
— To jeszcze nic pewnego — pokręcił głową oficer — ale 
chyba coś mamy. 
— Zdradzi mi pan tajemnicę? 
— Za kilka dni — obiecał Mazurek. 
— A może jednak... — nalegał mikrobiolog. 
— Teraz prosiłbym, żeby pan wytężył pamięć — przerwał 
mu porucznik. — To bardzo ważne... 
— Zapewne chodzi panu o ten nieszczęsny napad koło 
ogródka jordanowskiego? — domyślił się Brzeziński. 
— Właśnie. Pan przecież widział sprawcę... 
— Niestety, krótko i z dość dużej odległości. 
— Czy jego sylwetka nie skojarzyła się panu przypadkiem 
z kimś znajomym? 
— A więc jednak! — wyszeptał mikrobiolog, wyraźnie 
blednąc. — Widzi pan, ja nie jestem pewny — dodał 
ponuro. — Prawdę mówiąc, dopiero kiedy zapytał mnie 
pan dzisiaj o Żmichowicza, zacząłem coś podejrzewać... 
— Czy to prawda, że właśnie on był główną przyczyną 
pańskiego rozwodu? 
— Trudno powiedzieć — zawahał się Brzeziński — ale 

background image

raczej tak. Przyznaję, że czuję do niego niechęć z tego 
powodu, i dlatego nie utrzymywałem z nim ostatnio 
żadnych kontaktów... 
— No więc skąd pańskie skrupuły? — natarł ostro oficer. 
— Dlaczego chce pan osłaniać zabójcę?! 
— Nie, panie poruczniku — zmarszczył brwi mikrobiolog. 
— Ja nie powiem w oczy Żmichowiczowi, że go widziałem 
nocą w ogródku, skoro nie jestem tego pewien. Nie założę 
mu pętli na szyję tylko dlatego, że kiedyś zabrał mi żonę... 
Jeśli to faktycznie on jest tym zwyrodnialcem, który napada 
nocą na 
79 
kobiety, to wierzę, że i tak wyśle go pan na szubienicę! 
— Cóż! — westchnął Mazurek. — Skoro nie chce mi pan 
pomóc... 
— Chciałbym bardzo — zastrzegł się naukowiec — ale w 
ten sposób nie mogę... 
— W takim razie proszę opowiedzieć mi coś o Żmi-
chowiczu — zaproponował milicjant — co ułatwiłoby mi 
prowadzenie śledztwa. W końcu znał go pan dobrze, a jak 
słyszałem, byliście nawet przyjaciółmi. 
— Owszem — przyznał niechętnie Brzeziński. — 
Chodziliśmy razem do liceum, obaj pasjonowaliśmy się 
biologią, a właściwie najmniejszymi, niewidzialnymi 
gołym okiem organizmami. Te wspólne zainteresowania 
spowodowały, że w końcu bardzo się zaprzyjaźniliśmy — 
urwał na moment, ale po chwili zdecydował się ciągnąć 
dalej: — Po maturze poszliśmy na studia. Już na pierwszym 
roku biologii poznaliśmy Wacława Miłowicza. To właśnie 
on wprowadził nas w arkana badań nad bakteriami i 
wirusami... A przy okazji zetknęliśmy się z Barbarą... 

background image

— Rano wspomniał mi pan, że Żmichowicz również chciał 
zostać naukowcem. 
— Najprawdopodobniej tak by się też stało, gdyby nie jego 
usposobienie — pokiwał głową mikrobiolog. — Niestety, 
szybko wszystkich do siebie pozrażał. Potrafił publicznie 
naubliżać profesorom, ciskał książkami przez okno... 
Nawet z naszym promotorem miał jakąś scysję... 
— O co poszło? 
— Prawdę mówiąc, nie wiem — gospodarz wzruszył 
ramionami z lekkim zniecierpliwieniem. — Jeżeli chce pan 
sięgać aż tak daleko, to proszę samemu zapytać profesora 
Makowskiego. Mieszka dwa kroki stąd, przy Stołecznej... 
80 
Dosyć wysoki, siwy mężczyzna był bardzo zdziwiony 
nieoczekiwaną wizytą oficera milicji. Upewniwszy się, że 
nie ma mowy o żadnej pomyłce, kurtuazyjnie poprosił 
gościa do swojego gabinetu. 
Mazurek rzucił ciekawie okiem na sięgające sufitu regały z 
książkami i nie tracąc czasu, przystąpił natychmiast do 
wyjaśnienia celu odwiedzin. 
— Przepraszam pana profesora za najście — zaczął trochę 
niezręcznie — ale prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa 
byłej żony jednego z pańskich wychowanków i liczę, że 
pomoże mi pan rozwikłać tę zagadkę... 
— Myślę, że niestety, spotka pana srogi zawód, jako że nie 
mam zielonego pojęcia ani o sprawie, ani o kryminalistyce 
— zażartował profesor, przyglądając się bacznie 
porucznikowi. — Nie wiem nawet, którego z moich 
uczniów ma pan na myśli. 
— Doktora Brzezińskiego. 
— No tak! — zasępił się Makowski. — Przypadkowo 

background image

znałem jego żonę i zdążyłem nawet wyrobić sobie o niej 
dość jednoznaczną opinię. 
— Czy można wiedzieć jaką? 
— Żle nie mówi się o zmarłych — stwierdził 
sentencjonalnie profesor. 
— Rozumiem — nie nalegał milicjant. — Gdyby pan 
jednak z łaski swojej mógł powiedzieć kilka słów o tej 
kobiecie, jej mężu i o Żmichowiczu... 
— W takim razie należałoby chyba zacząć od nieżyjącego 
już docenta Miłowicza — zauważył Makowski. — Wacław 
był moim przyjacielem jeszcze sprzed wojny. Zawsze 
zrównoważony i opanowany, nigdy nie podejmował 
pochopnie żadnej decyzji — profesor uśmiechnął się na 
wspomnienie. — Prawdę powiedziawszy, całkowicie 
zaskoczył mnie decyzją związania się z kobietą, która bądź 
co bądź mogłaby być 
6 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
jego córką... Od samego początku obawiałem się, że takie 
małżeństwo nie może pomyślnie rokować na przyszłość i. 
niestety, miałem rację — stwierdził ponuro. — Młoda pani 
Miłowiczowa szybko nawiązała niebezpiecznie bliskie 
stosunki z jednym z asystentów... 
— Z Brzezińskim? 
— Jest pan w błędzie — pokręcił głową profesor. — Jej 
adoratorem okazał się Zmichowicz. 
— Ale z tego, co wiem, nie wyszła za niego za mąż po 
śmierci Miłowicza... 
— Tak się złożyło. 
— Jak pan myśli, skąd mogła wyniknąć ta nagła zmiana 
zainteresowań Brzezińskiej? 

background image

— Zmichowicz był człowiekiem niezwykle konfliktowym 
— wyjaśnił gospodarz. — W końcu musieliśmy nawet 
poprosić go o zrezygnowanie z dalszej współpracy. Z kolei 
Brzeziński był najbliższym współpracownikiem Miłowicza, 
często przesiadywał u niego w domu... 
— Robił błyskawiczną karierę — podchwycił Mazurek. 
— To też — zgodził się profesor. ?— Zapewniam jednak 
pana, że ta kariera była całkowicie zasłużona. Praca 
doktorska Brzezińskiego o zakażeniach gron-kowcami z 
pewnością jest jednym z poważniejszych osiągnięć polskiej 
myśli naukowej w zakresie mikrobiologii w ostatnich 
latach... 
— Jak pan przyjął wiadomość o jego małżeństwie? 
— Wszyscy w instytucie baliśmy się, że wywrze ono 
negatywny wpływ na poziom pracy Brzezińskiego. 
— Czy obawy były uzasadnione? 
— To już chyba nie ma w tej chwili żadnego znaczenia — 
odparł wymijająco Makowski. — Jak pan zapewne wie, 
państwo Brzezińscy rozwiedli się dwa lata temu. 
44 
. — Przepraszam za pytanie, ale czy Brzeziński bardzo 
przeżywał rozwód? 
— Moim zdaniem przyjął go z ulgą i na szczęście odbyło 
się bez żadnych ekscesów... 
— A Zmichowicz? 
— On już wtedy nie pracował w naszym instytucie. 
Oficer zerknął dyskretnie na zegarek i nagle stwierdził, że 
właśnie minęła godzina dwudziesta. Pomyślał, że jeśli chce 
jeszcze porozmawiać z którymś z sąsiadów Żmichowicza, 
musi się pośpieszyć. Przeprosił profesora za najście i ruszył 
do wyjścia. 

background image

Zmichowicz mieszkał na ostatnim piętrze niewysokiego 
bloku przy ulicy Antoniny Sokolicz. Porucznik zauważył, 
że zgodnie z listą lokatorów jedyną sąsiadką inspektora 
Sanepidu jest niejaka Leokadia Ciapiń-ska. Kiedy zastukał 
do drzwi jej mieszkania, odpowiedziała mu tylko cisza. 
Ponowił pukanie. Niestety, znowu bez rezultatu. Przez 
długą chwilę zastanawiał się, co począć dalej, ale nic 
sensownego nie przychodziło mu jakoś do głowy. W końcu 
podszedł do drzwi mieszkania Żmichowicza i zaczął 
nasłuchiwać, czy gospodarz wrócił już z komendy. Stąd 
również nie dochodziły żadne odgłosy i zniechęcony 
milicjant chciał właśnie opuścić blok, kiedy nagle osadził 
go na miejscu szyderczy, skrzekliwy głos: 
— Czego to się szuka w cudzym domu?! Zaraz zadzwonię 
na posterunek! 
Naprzeciwko, w przezornie zabezpieczonych łańcuchem 
drzwiach, do których przed kilkoma minutami Mazurek 
bezskutecznie się dobijał, stała niewysoka, drobna 
staruszka. Wypieki na jej twarzy wymownie świadczyły, 
jak bardzo jest przejęta swoim odkryciem. 
— To chyba zbyteczne, proszę pani — oficer szybko 
wyciągnął swoją legitymację. — Tak się zresztą składa, że 
właśnie z panią chciałem zamienić kilka słów... 
— Pan z policji? — Ciapińska nie mogła ukryć 
6- 
83 
swojego rozczarowania. — A ja myślałam, że włamywacz 
albo i co gorszego... 
— Powinna się pani cieszyć — milicjant odzyskał już 
zwykłą pewność siebie. — Spotkanie z kryminalistą nie 
należy przecież do przyjemności! 

background image

— Ja się nie boję! — staruszka buńczucznie potrząsnęła 
ukrywanym dotychczas starannie za drzwiami tasakiem. — 
Odkąd okradli Szymańską z pierwszego piętra, mam oczy 
na wszystko otwarte! 
— To może byśmy tak trochę porozmawiali o tym, co 
dzieje się w bloku? — zaproponował porucznik. — Wpuści 
mnie pani? 
— Czemu nie? — uśmiechnęła się z komiczną zalotnością. 
— Taki sympatyczny policjant! 
Mieszkanie Ciapińskiej było niewielkie, skromnie 
umeblowane, ale za to bardzo przytulne. Mazurek z 
prawdziwą przyjemnością usiadł na starej, wygodnej 
kanapce przy maleńkim stoliczku. Staruszka nawet nie 
chciała go słuchać, zanim nie przyniosła dwóch filiżanek 
mocnej, pachnącej herbaty. 
— Dawno pani tutaj mieszka? — zagadnął oficer, kiedy 
wreszcie usiadła obok niego. 
- Będzie już z piętnaście lat albo i więcej — odparła z 
przekonaniem. — Wprowadziłam się, jak tylko te bloki 
postawili. 
— Zdążyła więc pani poznać wszystkich lokatorów? 
— Gdzie tam! — niecierpliwie machnęła ręką. —| Ciągle 
ktoś się wprowadza albo wyprowadza... Zresztą każdy teraz 
pilnuje własnego nosa i na plotki ze starą babą nikt nie chce 
tracić czasu — dodała z wi-l docznym żalem. 
— No, a o Zmichowiczu potrafi pani coś powiedzieć? 
— Dziwny człowiek z tego sąsiada — Ciapińska pokiwała 
w zadumie głową. — Niby kulturalny, grzeczny, nie pije i 
każdemu z drogi schodzi, ale czasem wstępuje w niego 
diabeł... 
— Co pani przez to rozumie? 

background image

— Ot, chociażby .w zeszły czwartek! — Na samo 
wspomnienie gniewnie zmarszczyła brwi. — Przyszedł do 
domu bardzo późno, gdzieś koło jedenastej, trzasnął 
drzwiami, że umarłego z grobu by podniósł i dalej ciskać 
czymś po mieszkaniu. Dopiero po północy się uspokoił... 
— Jest pani pewna, że nie siedział przez cały wieczór u 
siebie? 
— Przecież mówiłam panu. 
— A w niedzielę? 
— Taka sama historia! — westchnęła staruszka. — Tyle, że 
zaraz wyleciał z domu i przez całą noc gdzieś się włóczył... 
Co on takiego zrobił, że pan o niego wypytuje? — 
zainteresowała się nagle celem wizyty funkcjonariusza. — 
Tyle ostatnio się słyszy o różnych okropnościach... 
— Jeszcze nie wiem — porucznik wolał skorzystać z 
wykrętu, niż wtajemniczać Ciapińska w szczegóły 
śledztwa. — Niewykluczone, że ma coś na sumieniu. 
— Tak też i pomyślałam, kiedy zobaczyłam pana 
nasłuchującego pod jego mieszkaniem... 
Mazurek przez grzeczność nie przypominał staruszce, za 
kogo wzięła go przed pół godziną, pożegnał się, całując ją 
szarmancko w rękę, i wyszedł. Wiedział już wystarczająco 
dużo, żeby móc przystąpić do decydującej rozmowy ze 
Zmichowiczem. 
Inspektor zdążył już wrócić z komendy. Musiał zabrać się 
do jakichś domowych prac, bo kiedy otwierał milicjantowi 
drzwi, był w podkoszulku i kąpielówkach. 
— Pan do mnie? — z niedowierzaniem potrząsnął głową. 
— Przecież dopiero co pański kolega maglował mnie przez 
bite trzy godziny! 
— Musimy wyjaśnić jeszcze niektóre sprawy — 

background image

oświadczył sucho oficer.  — Pomyślałem,  że lepiej 
44 
84 
zrobić to tutaj, na miejscu, niż znowu fatygować pana do 
komendy. 
— W takim razie proszę! — Zmichowicz z rezygnacją 
wpuścił porucznika do środka. — Pan wybaczy, ale 
przeproszę pana na pięć minut — dodał, kiedy znaleźli się 
w pokoju. — Przed chwilą stwierdziłem, że nie mam ani 
jednej czystej koszuli, i zabrałem się do małej przepierki... 
— Proszę sobie nie przeszkadzać. Poczekam... Gospodarz 
wyszedł do łazienki i milicjant został 
sam. Ciekawie zaczął się rozglądać. Wszystkie drzwi były 
pootwierane, nie musiał więc nawet wychodzić z pokoju, w 
którym zostawił go inspektor, żeby przyjrzeć się całemu 
mieszkaniu. 
Dookoła panował typowo kawalerski bałagan. W obu 
zajmowanych przez Żmichowicza pokojach najrozmaitsze 
części garderoby wisiały na krzesłach albo wprost- walały 
się po podłodze. W kuchni zlew był pełen nie 
pozmywanych talerzy i brudnych szklanek. Podłoga w 
całym mieszkaniu chyba już bardzo dawno nie widziała 
szczotki. 
Nie panujący bałagan zwrócił jednak uwagę oficera. 
Znacznie bardziej zainteresowało go wyposażenie 
mieszkania. Stylowe meble, stare obrazy na ścianach, 
porozstawiane wszędzie kosztowne figurki z brązu i 
porcelany świadczyły wymownie, że właściciel jest 
człowiekiem bardzo zamożnym. Nawet wysoka pensja 
inspektora Sanepidu nie wystarczyłaby na to wszystko... 
Nagle wzrok porucznika padł na sporą stertę listów 

background image

leżących w nieładzie na małym stoliczku w kącie pokoju. 
Przez chwilę wahał się, ale pokusa była zbytj silna. W 
końcu mógł tam znaleźć jakieś brakujące ogniwo, które 
pozwoliłoby na ostateczne wyjaśnienie całej sprawy. 
Bez pośpiechu podszedł do stoliczka i usiadł na stojącym 
obok fotelu. Nie bez zdziwienia stwierdził, że na samym 
wierzchu listów leżała szara koperta bez znaczka 
pocztowego. Nie było również na niej nawet śladu stempla, 
co musiało oznaczać, że ktoś sam ją przyniósł do 
mieszkania Żmichowicza. Mazurek dokładnie obejrzał 
kopertę i poczuł lekki dreszcz emocji — na jej odwrocie 
figurowało nazwisko Brzezińskiej. 
Milicjanta korciło, żeby zajrzeć do środka, ale właśnie 
rozległ się trzask zamykanych drzwi. Oficer bez 
zastanowienia odłożył kopertę na miejsce i wstał z fotela. 
W tej samej chwili zauważył, że w kącie pod oknem leżą 
zmięte, mocno znoszone dżinsy, dziwnie jakoś nie pasujące 
do tego wnętrza. Przypomniał sobie Winiarską i w 
pierwszym odruchu zatarł ręce, chociaż dobrze wiedział, że 
nie jest to żaden dowód... 
Tymczasem do pokoju wrócił gospodarz. Zdążył się ubrać, 
ale jego blada twarz i lekko drżące ręce zdradzały, że jest 
bardzo zdeneiwowany. Usiadł ciężko na stylowej kanapce i 
spojrzał pytająco na porucznika. 
— Widząc pańskie mieszkanie, rzuca się w oczy, że jest pan 
dość zamożnym człowiekiem — zagadnął Mazurek. — Nie 
przypuszczałem, że zarobki w Sanepidzie są aż tak 
wysokie... 
— Nie narzekam — uśmiechnął się blado Zmichowicz — 
ale mówiąc szczerze, z samej pensji nie mógłbym tak się 
urządzić. 

background image

— Grunt to znaleźć jakąś dobrą chałturkę — domyślnie 
pokiwał głową milicjant. 
— W Kanadzie mam starszego brata, który wyemigrował z 
kraju zaraz po wojnie — wyjaśnił inspektor. — Załatwił mi 
pracę i przez dwa lata siedziałem u niego. Zdołałem trochę 
zaoszczędzić... 
— Pieniądze pozwalają uniknąć wielu kłopotów. 
— Niestety, nie wszystkich! 
87 
44 
— Na przykład częstych wizyt funkcjonariuszy? — 
zauważył oficer zaczepnie. 
— Między innymi! — burknął Żmichowicz z nie tajonym 
zniecierpliwieniem. — Proszę mi wybaczyć, panie 
poruczniku, ale chyba moja sytuacja materialna nie ma 
większego związku z prowadzonym przez pana 
śledztwem?! 
— Ocena moich pytań nie należy do pana — milicjant 
zdecydował się przystąpić do ataku — zwłaszcza, że nie 
powiedział mi pan jeszcze wszystkiego. 
— Czego, mianowicie, chciałby się pan dowiedzieć? 
— Myślę, że najwyższy już czas porozmawiać poważnie, 
panie inspektorze! — rzucił oficer ostrym, nie znoszącym 
sprzeciwu tonem. 
— Nie rozumiem... 
— To ja nie rozumiem, dlaczego pan kłamie! — Mazurek 
gniewnie podniósł głos. — Co pan robił w nocy z czwartku 
na piątek? 
— Przecież mówiłem panu, że pracowałem w domu... 
— Bzdura! — roześmiał się ironicznie porucznik. — 
Pańscy sąsiedzi są innego zdania! 

background image

— Ale ja... 
— Ostrzegam pana, że wszelkie krętactwa mogą mieć 
bardzo przykre następstwa! 
— Owszem, wychodziłem na kilka minut — przyznał 
ponuro Żmichowicz. 
— Po co? 
— Bolała mnie głowa i nie mogłem się skupić nad 
sprawozdaniem. Chciałem zaczerpnąć trochę świeżego 
powietrza. 
— I co pana tak wzburzyło na tym spacerze, że postawił 
pan cały dom na nogi? 
— Ależ nic! — zaprzeczył gwałtownie inspektor. — Blok 
jest okropnie akustyczny i wystarczy lekko trzasnąć 
drzwiami, żeby wszyscy się zaraz pobudzili... 
88 
— Czyżby? — Mina oficera nie wróżyła nic dobrego. — A 
nie spotkał się pan przypadkiem z Winiarską? 
Żmichowicz g.wałtownie poczerwieniał na twarzy. 
Najwidoczniej nie spodziewał się tego pytania. 
— Chyba pan wie, o kim mówię?! — nie ustępował 
Mazurek. — Zdążyliście się przecież dobrze poznać... 
Nawet w łóżku — dodał z przekąsem. 
— Po kilku kieliszkach człowiek robi różne głupstwa — 
wymamrotał cicho inspektor. — Chluby mi to z pewnością 
nie przynosi, ale na trzeźwo nigdy bym na tę dziewczynę 
nawet nie spojrzał... 
— Widział pan w czwartek Winiarską czy też nie?! — 
zagrzmiał porucznik. 
— Nie! — stanowczo zaprzeczył Żmichowicz. — Nasza 
znajomość trwała zaledwie kilka dni i skończyła się miesiąc 
temu. 

background image

— Spojrzał pan trzeźwym okiem na dziewczynę? — 
podchwycił ironicznie milicjant. — A może był jakiś inny 
powód? 
— To moja osobista sprawa... 
— I dlatego podczas naszej pierwszej rozmowy wyparł się 
pan znajomości z Winiarską? — Oficer zmarszczył brwi. — 
Radziłbym panu odpowiedzieć. Dziewczyna nie miała 
przed nami żadnych tajemnic i jeśli zajdzie potrzeba, 
powtórzy wszystko w sądzie — dodał ostrzegawczo. 
— Więc pan już wie — inspektor, całkowicie 
zrezygnowany, zasłonił twarz rękami. — Byłem wtedy 
pijany i stąd to wszystko... 
— Z pana wypowiedzi należałoby wnosić, że pan rzadko 
kiedy bywa trzeźwy — zakpił Mazurek. — Czy w czwartek 
też pan sobie popił? 
— Nie. 
— A gdzie pan poszedł na ten spacer? 
— Byłem w alei Wojska Polskiego, na Mickiewicza... 
44 
— I na Felińskiego — wtrącił z naciskiem porucznik. 
— Chyba nie — zawahał się Zmichowicz. — Przynajmniej 
nie przypominam sobie tego. 
— Mamy kogoś, kto się zadeklarował, że pomoże panu 
odświeżyć pamięć — zablefował oficer. — Pan zresztą 
również widział tego człowieka... 
— To musi być jakaś pomyłka. 
— Czyżby? 
— Ależ oczywiście, panie poruczniku! — inspektor ze 
zdenerwowania przygryzł wargi. — Zapewniam pana, że w 
czwartek po Felińskiego nie spacerowałem. 
— Przed chwilą nie był pan tego pewien! 

background image

— Ale teraz jestem! — oświadczył z uporem Zmichowicz. 
Mazurek przez moment mierzył gospodarza ironicznym 
spojrzeniem, po chwili zdecydował się jednak zacząć z 
innej beczki. 
— Kiedy nawiązał pan romans z Brzezińską? 
— Po jej rozwodzie. 
— Na pewno? 
— Oczywiście! Za kogo pan mnie uważa... 
— A nie przypadkiem jeszcze wtedy, gdy była żoną 
Miłowicza? 
— Więc i to zdążyli już panu powiedzieć? — z 
niedowierzaniem wyszeptał inspektor. — Czy ja śnię? 
Przecież wygląda na to, że komuś chyba bardzo zależy, 
żeby właśnie na mnie padło podejrzenie. Tylko komu i, na 
Boga, dlaczego? — zapytał bezradnie. 
Funkcjonariusz wzruszył niecierpliwie ramionami i miał 
właśnie zamiar zadać kolejne pytanie, kiedy nagłe rozległ 
się hałaśliwy brzęk dzwonka przy drzwiach wejściowych. 
Zmichowicz bez słowa wyszedł do przedpokoju, żeby 
otworzyć, ale milicjant nie chcąc tracić przesłuchiwanego z 
oczu, skwapliwie ruszył za nim. 
44 
— To pewno do mnie! — rzucił oficer, jak gdyby w formie 
wyjaśnienia. 
Zgodnie z jego przewidywaniami w progu pojawił się 
zadyszany Wcisławski. Mina chorążego świadczyła 
wymownie, że jest on z siebie ogromnie zadowolony. Z 
trzymanej pod pachą cienkiej teczki wyciągnął 
ostemplowany urzędowymi pieczęciami druk i całkowicie 
ignorując stojącego obok gospodarza, triumfalnym gestem 
wręczył dokument porucznikowi. 

background image

— Jesteśmy, Michał, w domu! — sapnął radośnie. — Tylko 
popatrz! 
— Skąd wytrzasnąłeś nakaz przeszukania? — zdziwił się 
Mazurek. 
— Dzisiaj po południu Kłosińskiemu złożył wizytę 
prokurator — wyjaśnił skwapliwie chorąży. — Tak się 
zagadali, że pewno do tej pory siedzą jeszcze w komendzie. 
Kiedy zobaczyli wyniki działalności naszych speców od 
daktyloskopii, od ręki dostałem nakaz. 
Jak gdyby w uzupełnieniu tych słów Wcisławski wyciągnął 
z teczki zawiniętą w plastykową torebkę zapalniczkę i 
zapisaną kartkę papieru. Zdeprymowany tym wszystkim 
inspektor chciał coś powiedzieć, ale oficer machnął tylko 
niecierpliwie ręką. Mężczyźni w milczeniu przeszli do 
pokoju. Dopiero tutaj Mazurek przeczytał podaną mu przez 
chorążego kartkę i zimnym wzrokiem spojrzał na 
gospodarza. 
— Czy poznaje pan ten drobiazg? — zapytał, wskazując na 
zapalniczkę. 
— Jasne! — skinął głową Zmichowicz. 
— Bardzo rozsądnie — przyznał porucznik. — Zostawił 
pan na tym swoje odciski palców, czego raczej trudno się 
wyprzeć... 
— Gdzie panowie znaleźli moją zapalniczkę? 
— Dokładnie tam, gdzie ją pan zgubił. 
— Nie rozumiem — zmieszał się inspektor. — Zginęła mi 
w zeszłym tygodniu... 
91 
— Zaraz pan zrozumie. — Mazurek nie zwracał specjalnej 
uwagi na słowa gospodarza. -— Zaprowadził pan 
Brzezińską na ulicę Tucholską. Tam wciągnął ją pan do 

background image

śmietnika i z zimną krwią zabił. W czasie awantury zgubił 
pan zapalniczkę. Ot, i wszystko! 
— To nieprawda! 
— Trzy dni wcześniej chciał pan na Felińskiego przy 
ogródku jordanowskim zabić Winiarską — ciągnął 
nieubłaganie porucznik. — Cud boski, że ktoś pana 
przepłoszył. 
— Dlaczegóż miałbym to zrobić? 
Oficer bez słowa podszedł do stolika ze stosem 
korespondencji i zdecydowanym ruchem sięgnął po 
oglądaną niedawno kopertę. Niecierpliwie wyjął z niej list i 
zerknął na datę. Zrobiło mu się gorąco. Wyglądało na to, że 
gospodarz otrzymał ten list ostatniej niedzieli... 
Mazurek czytał uważnie. Tekst, napisany na maszynie, 
wyjaśniał niemal wszystko! 
Marku! 
Wydaje mi się, że najwyższy już czas skończyć tę komedię. 
Musisz wreszcie zrozumieć, że nie wszystko można mieć 
za pieniądze. Co z tego, że obiecujesz mi złote góry, skoro 
na Twój widok ogarnia mnie obrzydzenie. Mam po dziurki 
w nosie Twoich humorów i nerwic, zwłaszcza że nigdy nie 
byłeś prawdziwym mężczyzną. Nawet w łóżku 
zachowywałeś się jak mazgaj! Zostaw mnie w spokoju, 
zanim Cię do reszty nie znienawidzę. 
Barbara 
Porucznik starannie złożył list i złym wzrokiem spojrzał na 
Żmichowicza. Pobladły z przerażenia inspektor wyciągnął 
rękę, jak gdyby chciał wyrwać milicjantowi kopertę, ale w 
ostatniej chwili z rezygnacją opuścił głowę. 
— Przysięgam panu, że ja ten list dostałem dopiero 
92 

background image

we wtorek, kiedy Barbara dawno już nie żyła -jęknął 
płaczliwie. — Znalazłem go po powrocie z komendy... 
— I pan sobie wyobraża, że ja uwierzę w tę bajkę? — 
parsknął oficer. — Zabawa skończona, panie inspektorze! 
— dorzucił ostro, mierząc gospodarza lodowatym 
spojrzeniem. — Sprawa jest już jasna jak słońce! Obu 
zbrodni dokonał pan z powodu urażonej, męskiej ambicji. 
Ani Brzezińska, ani Winiarska nie chciały pana, więc pan 
się zemścił... 
— Ja nikogo nie zamordowałem! 
— Szkoda gadania — wzruszył ramionami Mazurek. — 
Niech się pan zbiera, panie Żmichowicz. Jest pan 
zatrzymany. 
VIII 
— Po diabła przyszedłeś do roboty? — Wcisławski ze 
zdziwieniem powitał Mazurka w drzwiach komendy. — 
Zabójca Brzezińskiej siedzi w areszcie, ty masz zwolnienie, 
a do tego dzisiaj sobota... 
— Cholera wie, co może jeszcze wyskoczyć — wzruszył 
ramionami porucznik. — Nie lubię fuszerki. 
— Nic już nie wyskoczy — zapewnił chorąży. — Kłosiński 
przed chwilą pojechał pochwalić się w prokuraturze i 
przyjmował każdy zakład, że z uzyskaniem sankcji nie 
będzie absolutnie żadnych trudności. 
— Zawsze to tylko poszlakówka — westchnął oficer. — Ja 
bym się tak szybko nie cieszył... 
— Co cię dzisiaj ugryzło? — z niedowierzaniem pokręcił 
głową Wcisławski. — Wczoraj byłeś przecież bardzo 
pewny swego. 
44 
— Lepiej na zimne dmuchać — zbagatelizował sprawę 

background image

Mazurek. — Co masz dzisiaj w planie? — skwapliwie 
zmienił temat. 
— Trzeba dokończyć przeszukania w mieszkaniu 
Żmichowicza — przypomniał sobie chorąży. — Pojedziesz 
ze mną? 
— Mam jeszcze coś do załatwienia w mieście — wykręcił 
się porucznik. — Prawdę powiedziawszy, chciałem wysłać 
ciebie, ale skoro zamierzasz robić co innego... 
— O której wrócisz? 
— Do dwunastej powinienem wyrobić się ze wszystkim — 
zapewnił oficer. — W razie czego jakoś mnie zastąpisz... 
Zdecydował, żeby najpierw pojechać do szpitala w 
Międzylesiu. 
Oddział położniczo-ginekologiczny mieścił się na ostatnim 
piętrze. Ordynator bardzo niechętnie popatrzył na 
funkcjonariusza, zastanawiając się przez dłuższą chwilę, 
czy go przypadkiem nie odprawić z kwitkiem, ale 
usłyszawszy, że Mazurek nie będzie absorbował żadnego 
lekarza, lecz chce jedynie pogrzebać w dokumentach, 
uśmiechnął się półżyczliwie i wskazał oficerowi kartotekę. 
Porucznik ochoczo zabrał się do roboty, ale mimo pomocy 
jednego ze stażystów poszukiwania zajęły mu blisko 
godzinę. Kiedy wreszcie zasiadł z właściwą kartą przy 
niewielkim stoliku, był bardzo z siebie zadowolony. Zaczął 
czytać i odruchowo sprawdził, czy jednak się nie pomylił. Z 
dokumentu wynikało wyraźnie, że Brzezińska urodziła 
najzupełniej zdrowe dziecko, które następnie zostawiła w 
szpitalu. Nazwiska ojca nie podała... 
— Ki diabeł! — mruknął do siebie Mazurek. — Tego się po 
babie nie spodziewałem. 
Znalazł  jeszcze  informację,   że  chłopczyk  został 

background image

44 
przewieziony do sierocińca przy Nowogrodzkiej, i jak 
bomba wypadł ze szpitala. 
Niespełna trzy kwadranse później porucznik przekonał się, 
że o żadnej pomyłce nie mogło być nawet mowy. Mały 
Rafał aż do tej chwili przebywał w tym samym domu 
dziecka. 
— Taki milutki szkrab, a nikt się nim nie interesuje — z 
goryczą poinformowała oficera jedna z opiekunek. — Nie 
wiemy nawet, kto jest.jego ojcem. 
— Zajrzał chociaż raz ktoś do małego? — zapytał ponuro 
milicjant. 
— Od dwu lat pan pierwszy o niego zapytał. Prawdę 
mówiąc, dla dziecka byłoby lepiej, gciyby matka zrzekła 
się praw do niego. Przynajmniej mógłby ktoś Rafałka 
adoptować... 
— Brzezińska nie żyje — odparł Mazurek, nie patrząc w 
oczy opiekunce. — Zabito ją... 
Do komendy zdążył porucznik jeszcze przed południem. 
Na korytarzu spotkał majora Kłosińskiego. Naczelnik 
wprost promieniał z zadowolenia. 
— Dobra robota, Michał! — pochwalił Mazurka. — 
Prokurator dał sankcję Żmichowiczowi i jest zdania, że raz 
dwa sprawę będzie można wysłać do sądu. Statystycznie 
też się trochę podreperujemy — wesoło zatarł ręce. — 
Śledztwo o zabójstwo zakończone w ciągu dwóch tygodni! 
— Co wy wszyscy tacy w gorącej wodzie kąpani?! — 
żachnął się porucznik. — Żmichowicza nikt za rękę nie 
złapał i mamy przeciwko niemu tylko poszlaki. 
— Przecież sam go przymknąłeś — odciął się major.  — 
Nie powiesz chyba teraz, że to pomyłka! 

background image

— I dalej uważam, że postąpiliśmy słusznie — wzruszył 
ramionami Mazurek — ale swojego przekonania w akta nie 
wsadzę. Sprawę trzeba jeszcze porządnie dopracować, żeby 
nie było żadnych wątpliwości. 
95 
Oficer wrócił do swojego pokoju i siadł właśnie za 
biurkiem, kiedy przypomniał sobie o leżącej od tygodnia w 
szafie teczce z papierami znalezionymi w mieszkaniu 
Brzezińskiej. Prawdę mówiąc, do tej pory nie miał jakoś 
czasu, żeby przyjrzeć się im bliżej. 
Na pierwszy ogień poszły listy od Żmichowicza. Nie było 
ich zbyt wiele, ale ich objętość świadczyła, że inspektor 
lubi pisywać sążniste epistoły. Porucznik przeczytał kilka i 
skrzywił się z niesmakiem. 
— Pornografia! — mruknął do siebie. — Gość musiał być 
jednak zdrowo szurnięty, skoro wypisywał 
takie brednie! 
Kalendarze były dwa, nowe i w znacznej części w ogóle nie 
zapisane. Brzezińska najwidoczniej nie miała zwyczaju 
notowania terminów spotkań ani ważniejszych spraw do 
załatwienia. Bywało, że wiele kartek w ogóle świeciło 
pustką. 
Tym bardziej zdziwiło milicjanta, że znalazł zapisek 
dotyczący zasięgnięcia przez Brzezińską porady u dość 
znanego, warszawskiego adwokata i to dosłownie kilka dni 
przed śmiercią. Co więcej, w kalendarzu był odnotowany 
adres domowy mecenasa Kor-wowicza, mimo że jak 
powszechnie było wiadomo, zwykł on przyjmować swoich 
klientów tylko w zespole adwokackim. 
Podniecony poczynionym spostrzeżeniem Mazurek chciał 
właśnie wrzucić wszystkie papiery z powrotem do szafy, 

background image

kiedy zastanowiło go, że wśród sterty luźnych kartek wala 
się sporo przekazów pocztowych. Zaczął je uważnie 
przeglądać i nagle zrozumiał, że dokonał jeszcze jednego 
cennego odkrycia. W większości wypadków nadawcą był 
Adam Garbut. 
Porucznik przypomniał sobie, że nazwisko to słyszał już od 
Kamińskiej i starannie posegregował przekazy. Zauważył, 
że pieniądze przychodziły regularnie 
44 
co dwa miesiące, a data pierwszej przesyłki niewiele 
odbiegała od terminu rozwodu Brzezińskiej. 
Dwadzieścia tysięcy przez niecałe dwa lata, szybko 
obliczył oficer, to nie majątek, ale i nie drobiazg... Ciekawe 
tylko, dlaczego dostawała te pieniądze? 
Ponownie sięgnął do jednego z kalendarzy i bez 
specjalnych trudności znalazł właściwy numer telefonu. 
Przez dobre kilka minut nie mógł się dodzwonić, ale w 
końcu uzyskał połączenie. 
— Męża nie ma w domu — zadźwięczał w słuchawce 
niski, kobiecy głos. — Jest na naradzie w Urzędzie 
Stołecznym. 
— Kiedy wróci? 
— Trudno powiedzieć — odparła jakoś bez specjalnego 
zmartwienia, — Może bardzo późno... Towarzysz będzie 
uprzejmy przekazać mi wiadomość, jeżeli to pilne... 
— Dziękuję — mruknął Mazurek niezręcznie. — Spróbuję 
porozumieć się jutro. 
Porucznik, odkładając słuchawkę, z mieszanymi uczuciami 
pokręcił głową. Pomyślał, że Garbut musi zajmować 
eksponowane stanowisko, skoro jego żona tytułuje 
wszystkich przez telefon per „towarzyszu". 

background image

Mecenas Korwowicz mieszkał niedaleko żolibor-skiej 
komendy, oficer zdecydował się więc na mały spacer. Po 
piętnastu minutach niezbyt forsownego marszu był już na 
ulicy Szepietowskiej, gdzie bez specjalnego trudu odnalazł 
schludnie wyglądającą willę. Zbliżała się właśnie godzina 
czternasta, a o tej porze większość palestry spędza swój 
czas w ? sądzie, mimo to Mazurek nie tracił nadziei 
naciskając kilka razy z rzędu dzwonek przy furtce. 
— Miał pan szczęście! — roześmiał się dobrodusznie 
gospodarz, wpuszczając chwilę później porucznika do 
środka. — Zrobiłem sobie dzisiaj urlop i jak pan widzi, 
jestem w domu. 
? — Dzwonek z Napoleonem 
97 
— Przyszedłem w dosyć nietypowej sprawie, panie 
mecenasie — powiedział niepewnie oficer. — Prawdę 
mówiąc, nie wiadomo, czy nie znajdziemy się po 
przeciwnych stronach barykady. 
— Wybrał się pan do mnie na przeszpiegi? 
— Jeśli tak to można nazwać... 
— A o kogo chodzi? 
— O pana Żmichowicza, a raczej o jego narzeczoną. 
— Tak się składa, że znam Marka — zauważył ostrożnie 
adwokat, przyglądając się badawczo milicjantowi. — 
Słyszałem też od niego o śmierci pani Brzezińskiej... 
— Z pewnością więc podejmie się pan obrony swojego 
przyjaciela... 
— Czy mam rozumieć, że został aresztowany pod zarzutem 
zabójstwa? — Nie bez zdziwienia zapytał 
Korwowicz. 
— Owszem — skinął głową porucznik. 

background image

— Czego w takim razie pan się ode mnie spodziewa? 
— Informacji, które być może zaprowadzą kogoś innego na 
ławę oskarżonych. 
— No cóż — zawahał się adwokat — przypuśćmy, że mam 
takie. Zdaje pan sobie jednak sprawę, że ujawniając je 
teraz, osłabię swoją pozycję w sądzie... Oczywiście, jeżeli 
faktycznie podejmę się obrony Żmichowicza — zastrzegł 
się natychmiast. 
— To jest rzeczywiście ryzyko z pana strony — zgodził się 
Mazurek — ale myślę, że obu nam zależy, aby 
sprawiedliwości stało się zadość. Jeżeli Zmichowicz jest 
winny, żadne kruczki prawne nie mogą uchronić go od 
odpowiedzialności. Jeśli natomiast Brzezińską zabił ktoś 
inny, to dla dobra nas wszystkich musimy go jak najprędzej 
schwytać! 
— Przyznaję, że argument celny, ale czy wystarczający? 
— Zdecydować musi.pan... 
98 
— Najpierw chciałbym usłyszeć pytania. 
— Mam tylko jedno — odparł spokojnie oficer. — 
Dowiedziałem się, że niedawno była u pana Brzezińska. Jej 
wizyta, a właściwie problem, z którym przyszła, może mieć 
związek z późniejszymi, tragicznymi wydarzeniami. 
W pokoju na dłuższą chwilę zapanowało milczenie. Obaj 
mężczyźni mierzyli się nieufnie wzrokiem i żaden nie 
chciał podjąć przerwanej rozmowy. Wreszcie Korwowicz 
przestał się wahać. 
— Ja również prosiłbym o pewną informację. Czy zgadza 
się pan na zasadę wzajemności? — zaproponował. 
— Oczywiście — porucznik był zdecydowany na takie 
wyjście z sytuacji. — Jeżeli nie jest to tylko tajemnica 

background image

służbowa..r 
— Brzezińska pytała mnie o możliwość uzyskania 
alimentów dla dziecka — oznajmił rzeczowo adwokat. — 
Rozmawialiśmy chyba z godzinę. Twierdziła, że jej 
koleżanka ma synka, który od dwóch lat przebywa w 
sierocińcu. Chciała się dowiedzieć, jaka jest obecnie szansa 
ustalenia ojcostwa i ile pieniędzy mogłaby uzyskać w 
związku z tym matka. Powiedziałem jej, że sprawa jest do 
wygrania i że warto zaryzykować. 
— Pan się domyśla, że nie chodziło tu o koleżankę? 
— Właśnie. 
— I słusznie! Rafał Brzeziński znajduje się w Domu 
Dziecka przy Nowogrodzkiej — zrewanżował się milicjant. 
— O to panu chodziło, mecenasie? 
— Jesteśmy kwita! — przyznał gospodarz. — A swoją 
drogą nie uważa pan, że obawa przed płaceniem alimentów 
może być niezłym motywem do zabójstwa? 
— Czy ja wiem? — Mazurek sceptycznie pokręcił głową. 
— Zresztą motyw ten pasuje do wielu znajo- 
44 
mych Brzezińskiej. Należała do kobiet, które się nie 
oszczędzają — dodał z przekąsem. 
— Chyba nie naszą rzeczą jest ją teraz sądzić — 
uśmiechnął się smutno Korwowicz. 
— Może ma pan rację — nie oponował oficer podnosząc 
się do wyjścia. — Dziękuję panu za pomoc. 
Pół godziny później porucznik był już na ulicy 
Krasińskiego. Pani Zacharek szczerze ucieszyła się na jego 
widok. 
— Znalazł pan mordercę? — staruszka nie mogła 
poskromić swojej ciekawości. 

background image

— Owszem, ale na razie to tajemnica — odparł milicjant 
wymijająco. — Muszę wyjaśnić jeszcze kilka szczegółów. 
— Słucham, niech pan pyta... 
— Czy nigdy nie obiło się pani o uszy nazwisko Garbut? 
— Ależ tak! — z rozmachem uderzyła się w czoło. — Już 
zeszłym razem coś mi świtało, kiedy rozmawialiśmy o 
znajomych pani Basi! 
— Bywał tutaj? 
— Zaraz bywał! — żachnęła się staruszka. — Przyszedł ze 
dwa razy na początku tego miesiąca. Bardzo 
niesympatyczny. Każdego traktował, jak za 
przeproszeniem, śmiecia — dodała z widocznym 
oburzeniem. — Wcale się nie dziwię, że pani Basia posłała 
go do stu diabłów. 
— Pokłócili się? 
— Jeszcze jak! Garbut groził, że kiedy tylko zechce, 
Brzezińską wyrzucą z pracy, a ona mu powiedziała, że 
pójdzie porozmawiać z jego żoną. 
— Dobrze, że pani sobie o tym przypomniała, chociaż 
szkoda, że dopiero dzisiaj — westchnął Mazurek. — A nie 
wie pani przypadkiem, czy Garbut znał się z Fijałkowskim 
albo ze Zmichowiczem? 
— Niestety — z wyraźnym żalem pokręciła głową. 
44 
- Chociaż o panu inspektorze to coś brzydkiego 
wykrzykiwał — przypomniała sobie w ostatniej chwili. 
— Jest pani tego pewna? 
— Nazwiska Żmichowicza nie wymienił, ale wypominał 
pani Basi znajomość z jakimś inspektorem Sanepidu, o 
kogo by mu więc chodziło? 
— Nigdy przedtem Garbut nie odwiedzał Brzezińskiej? 

background image

— Wie pan, że nie pamiętam — zamyśliła się staruszka. 
— To już jest coś — mruknął do siebie porucznik. — I 
jeszcze jedno — dodał głośniej. — Czy mógłbym zobaczyć 
pani maszynę do pisania? 
— Co takiego? — zdziwiła się pani Zacharek. — Ja nie 
mam żadnej maszyny! 
— A pani Brzezińska? 
— Też nigdy nie miała. Niby po co? 
Winiarska mieszkała prawie że po sąsiedzku, po drugiej 
stronie placu Komuny Paryskiej, milicjant zadecydował 
więc, że nie zawadzi przespacerować się Krasińskiego i 
zajrzeć także do studentki. Kilka minut później był już na 
miejscu. Tym razem oprócz gospodyni zastał w mieszkaniu 
wysoką, szczupłą brunetkę i atletycznie zbudowanego 
chłopaka. 
— Worek z gośćmi się rozpruł! — Winiarska radośnie 
powitała Mazurka. — Przełamał pan wczoraj złą passę i już 
nie siedzę sama! 
— Przyszedłem chyba nie w porę — zmieszał się oficer. 
— Ależ wprost przeciwnie! — zaprzeczyła gwałtownie 
dziewczyna. — Widzi pan przecież, że brakuje nam 
chłopca do pary. Mam nadzieję, że dzieci jeść nie wołają? 
101 
— Służba nie drużba... 
— Władza rąbnie sobie kielicha i będzie po służbie — 
wtrąciła się koleżanka Winiarskiej. — Kto to widział 
pracować w sobotę po siedemnastej... — Zagra pan w 
brydża? 
— Jednego roberka zawsze można — poparł ją chłopak. 
Porucznik ustąpił nadspodziewanie łatwo. Prawdę mówiąc, 
poza rozmową z Winiarską nie miał dzisiaj nic więcej do 

background image

roboty, a jak sobie przypomniał, żonie wypadł właśnie 
dyżur... 
— Małe pytanko i już siadamy — rzucił beztrosko. — Czy 
urocza gospodyni zna niejakiego Garbuta? 
— Tego nadętego nudziarza? — pogardliwie wydęła wargi. 
— Widziałam go kiedyś u Elki Kamińskiej. Lepił się do 
mnie, ale zaczęłam mu mówić „tatusiu" i dał spokój 
staruszek. Podobno to był kolega Żmichowicza. Trzeba 
przyznać, że nawet pasowali do siebie... 
— Teraz naprawdę mam już f aj rant! — zatarł ręce 
Mazurek. — Jaki zapis, polski czy międzynarodowy? 
IX 
W niedzielę Mazurek wstał dopiero przed południem. 
Najprawdopodobniej nie ruszyłby się tego dnia z łóżka w 
ogóle, gdyby nie zbudziła go wracająca z dyżuru żona. Jej 
wygląd dobitnie świadczył, że tej nocy nawet nie zmrużyła 
oka i porucznikowi zrobiło się trochę głupio. Cmoknął ją na 
powitanie i poszedł do kuchni zaparzyć herbatę. Kiedy 
wrócił do pokoju, żona już spała. 
— Wiecznie to samo! — mruknął ze złością. — Ona pół 
życia spędza w szpitalu, a ja po całych dniach 
44 
uganiam się za bandziorami. Nawet pięciu minut nie mamy 
dla siebie! 
Ubrał się i wyszedł na ulicę. Ruszył przed siebie wolnym 
krokiem i nawet nie zauważył, kiedy znalazł się w pobliżu 
komendy. Przez chwilę przeżywał wewnętrzną rozterkę, ale 
w końcu postanowił wstąpić i pogadać trochę ze 
Żmichowiczem. 
Podejrzany był blady, zdenerwowany i najwyraźniej nie 
mógł pogodzić się ze swoją sytuacją. 

background image

— Ja wiem, że pan mi nie wierzy — zaczął ponuro na 
widok oficera — że wszystko świadczy przeciwko mnie, 
ale ja nie chcę wisieć za cudze winy! 
— Przesłuchiwał pana prokurator? — zagadnął rzeczowo 
Mazurek. 
— Niecałe pół godziny. 
— Uwierzył panu? 
— Niestety, nie. 
— Więc o co panu chodzi? — obojętnie wzruszył 
ramionami porucznik. — Niech pan wymyśli coś rozsądniej 
szego niż gołosłowne zaprzeczenia. 
— A co ja mam, na miłość boską, powiedzieć? — 
westchnął żałośnie Zmichowicz. — Przecież nie wiem kto 
napadł na Winiarską, ani kto zamordował Barbarę... 
— To niech pan chociaż wyjaśni, skąd się wzięła pańska 
zapalniczka przy zwłokach Brzezińskiej — chłodno 
zaproponował milicjant. — Denatka nie paliła papierosów, 
a w krasnoludki nie wierzę. Przykro mi, ale niestety, 
wnioski nasuwają się same. 
— Nigdy nie byłem w żadnym śmietniku na Tucholskiej ! 
— No, a list! 
— Barbara już nie żyła, kiedy go znalazłem. 
— Słyszałem, słyszałem — machnął ręką oficer. — No, 
dobrze — zgodził się nagle. — Przypuśćmy, że to nie pan 
zabił Brzezińską, tylko ktoś inny. Jest jednak pewien 
szkopuł. Ludzie, którym od biedy można by 
103 
łoby przypisać jakiś-motyw, mają alibi. Przewenty-
lowaliśmy miejscowe męty, ale też bez rezultatu. Obawiam 
się, że nie mam żadnego punktu zaczepienia... 
Na chwilę w pokoju zapanowała cisza. Mazurek 

background image

zastanawiał się, czy rzeczywiście powiedział prawdę 
podejrzanemu, a i Zmichowicz nad czymś intensywnie 
myślał. 
— Chyba jednak coś jest — nieśmiało bąknął aresztant. 
— Mianowicie? 
— Ten list! — podejrzany gwałtownie zmarszczył brwi. — 
Jestem pewien, że Barbara go nie napisała! 
— Widzi pan, kobietom czasem bardzo różne rzeczy 
przychodzą do głowy — odparł porucznik, ale powiedział 
to jakoś bez przekonania. — Zdradzę panu w zaufaniu, że 
Brzezińska nie tylko pana wodziła za nos — dodał, nie 
chcąc, aby Zmichowicz spostrzegł jego wątpliwości. 
— Nie o to chodzi — potrząsnął głową aresztant. — Ona 
nie umiała pisać na maszynie! 
— Przyzna pan, że to żadna filozofia. 
— Ma pan rację, ale jeśli pan mi teraz nie uwierzy, to ja już 
nie mam żadnych szans! — w oczach Żmichowicza 
pojawiły się łzy. 
— Proszę się nie rozklejać! — fuknął oficer. — Niech mi 
pan lepiej powie, czy to pan jest szczęśliwym ojcem? 
— Nie rozumiem... 
— Przecież to proste — wzruszył ramionami Mazurek. — 
Chyba pan wie, że Brzezińska miała dziecko? 
— Słyszałem, że umarło przy porodzie. 
— Może je pan obejrzeć na Nowogrodzkiej — zaoponował 
złośliwie milicjant. — Wyjątkowo dorodny chłopak! 
— Baśka zapewniała mnie... 
104 
— Nie tylko pana! — przerwał niecierpliwie porucznik. — 
No, więc jak, czy to pańskie dziecko? 
— Nie. 

background image

— Jest pan tego pewien? 
— Oczywiście! — odparł stanowczo Zmichowicz. — 
Barbara mówiła mi, że nie ze mną zaszła w ciążę. 
— A z. kim? 
— Przypuszczam, że z Brzezińskim. 
— To raczej mało prawdopodobne — roześmiał się oficer. 
— Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby żyli ze sobą, 
kiedy rozprawa rozwodowa była w toku... 
— Ma pan rację — speszył się podejrzany. 
— A może to Garbut jest ojcem? — zaryzykował Mazurek. 
— Adam? — zamyślił się Zmichowicz. — Nie sądzę, ale 
głowy bym za to nie dał... 
— Pan dawno zna Garbuta? 
— Jakieś dziesięć lat. 
— Przyjaźniliście się? 
— Raczej tak — przyznał podejrzany — chociaż w 
ostatnich latach nasze stosunki znacznie się ochłodziły. 
— W związku z Brzezińską? 
— Owszem — odparł niechętnie Zmichowicz. — Adam 
imponował jej, bo był kierownikiem wydziału w urzędzie 
dzielnicowym i afiszował się, że nie ma dla niego rzeczy 
niemożliwych. W końcu tak dziewczynie zawrócił w 
głowie, że przez jakiś czas nawet żyli ze sobą... • 
— Jak długo? 
— Dwa albo trzy miesiące. 
— Dlaczego zerwali? 
— On był przecież żonaty i Barbara doszła do wniosku, że 
nie ma sensu wiązać się z takim człowiekiem. 
— Gdzie właściwie mieszka ten Garbut? 
44 
— Przy Tucholskiej. 

background image

Kiedy Mazurek w pośpiechu opuszczał komendę, przy 
drzwiach zaczepił go oficer dyżurny. 
— Mam coś, Michał, dla ciebie! — rzucił wesoło. Andrzej 
Wcisławski zostawił wczoraj jakiś świstek z adresem i 
prosił, żeby ci go przekazać. 
— Dziękuję! — porucznik bez specjalnego zainteresowania 
zerknął na niewielką karteczkę i machinalnie schował ją do 
kieszeni. — Pani Likowska może poczekać — mruknął do 
siebie. — Są pilniejsze sprawy... 
Ładny, piętrowy segment przy ulicy Tucholskiej świadczył 
dobitnie o zamożności właściciela. Drzwi domu otworzyła 
młoda, skromnie ubrana dziewczyna, z wyglądu sądząc, 
gosposia. Najwyraźniej nie miała ochoty wpuścić Mazurka 
do środka, ale na widok milicyjnej legitymacji ustąpiła 
skwapliwie. 
Garbut okazał się wysokim i tęgim, lekko łysiejącym 
mężczyzną. Nawet nie myślał ukrywać swojego 
niezadowolenia z niespodziewanej wizyty. 
— O co chodzi? — rzucił władczo do porucznika. — Że też 
człowiek nawet u siebie w domu nie ma chwili spokoju. 
— Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pana znajomej — 
poinformował sucho oficer. — Niestety, muszę pana 
przesłuchać. 
— Proszę zgłosić się jutro do mnie do urzędu — 
lekceważąco wzruszył ramionami Garbut. — Teraz nie 
mam czasu ani ochoty na rozmowę z panem — dodał 
zaczepnie. 
— Obawiam się, że nie mam żadnego powodu, aby 
traktować pana inaczej niż wszystkich — odparł twardo 
Mazurek, urażony do żywego arogancją gospodarza. — 
Radziłbym panu poświęcić mi teraz chwilę, bo w 

background image

przeciwnym wypadku przesłuchanie odbędzie się jutro o 
ósmej w komendzie. 
44 
— Czy pan się przypadkiem nie zapomina?! — mężczyzna 
poczerwieniał z gniewu. — Pan wie, z kim pan mówi?! 
— Uprzedzam, że w razie niestawiennictwa grozi grzywna 
— porucznik uśmiechnął się jadowicie. — Nawet 
kierownikowi wydziału — dodał z naciskiem. 
— Co takiego?! 
— Żonę też będę musiał przesłuchać — z kamiennym 
spokojem oświadczył milicjant. — Niewykluczone, że coś 
wie o pana romansie z Brzezińską. 
Cios okazał się celny. Garbut nerwowo przygryzł wargi i 
upewniwszy się, że nikt nie słyszał ostatnich słów oficera, 
zaprosił go do gabinetu. 
— Złożę skargę na pana zachowanie! — oznajmił z nie 
tajoną wściekłością, kiedy zamknął drzwi. — Pożałuje pan 
jeszcze! 
— Proszę uprzejmie — Mazurek kpiąco przymrużył OCZy. 
— Moim przełożonym jest major Kłosiński. Zapamięta 
pan, czy mam panu zapisać? — usłużnie wyciągnął z 
kieszeni notatnik. 
— O co panu chodzi?! — warknął mężczyzna, ignorując 
ostatnią wypowiedź porucznika. — Niech pan pyta i idzie 
do diabła! 
— Dawno poznał pan Brzezińską? 
— Trzy lata temu. 
— Dlaczego posyłał jej pan pieniądze? 
— To moja sprawa. 
— Żona na pewno się ucieszy, że ma pan ślicznego, 
dwuletniego synka — oficer ponowił wypróbowany już 

background image

chwyt. 
— To nieprawda! — Garbut grzmotnął pięścią w stylowe 
biureczko, ale nie zdołał ukryć ogarniającego go strachu. — 
Dzieciak umarł przy porodzie! 
— Nazywa się Rafał i jest w sierocińcu przy 
Nowogrodzkiej — ciągnął nieubłaganie porucznik. — 
Może go pan odwiedzić tam w każdej chwili. 
107 
— Na miłość boską! Niech pan o tym nikomu nie mówi! — 
tym razem głos Gar buta zabrzmiał płaczliwie. — To nie 
jest moje dziecko, ale gdyby tak ktoś się dowiedział... 
— Więc za co pan jej płacił?! — nie ustępował milicjant. 
— Nie chciałem, żeby zbyt wiele o mnie gadała. Pan 
rozumie, na moim stanowisku... 
— W takim razie z kim Brzezińska zaszła w ciążę? 
— Nie mam pojęcia. 
— Można przeprowadzić badania antropologiczne, 
porównać grupy krwi, białek i enzymów — zaryzykował 
Mazurek. 
Garbut zrobił ruch, jak gdyby chciał uciec z pokoju. W tej 
chwili już w niczym nie przypominał butnego urzędnika z 
początku rozmowy. 
— Ja naprawdę myślałem, że dziecko nie żyje — 
powiedział łamiącym głosem. — Dopiero miesiąc temu 
przyszła do mnie Brzezińska i zażądała dziesięciu tysięcy 
złotych. Zapytałem ją, dlaczego chce aż tyle pieniędzy, 
skoro umowa była inna. Wtedy dowiedziałem się prawdy o 
Rafale... 
— Zapłacił pan? 
— Nie miałem innego wyjścia. 
— Jak się rozstaliście? 

background image

— Zapewniła mnie, że w przyszłości zadowoli się 
kwotami, które otrzymywała ode mnie dotychczas co dwa 
miesiące. 
— Uwierzył jej pan? 
— A co za różnica? Nawet gdyby zażądała więcej, 
musiałbym zapłacić... 
— Słyszał pan, że ciało Brzezińskiej znaleziono niecałe sto 
metrów od pana domu? — porucznik postanowił zacząć z 
innej beczki. 
— Tutaj? — Garbut nerwowo wyłamywał sobie palce. — 
Ale dlaczego? 
— Między innymi właśnie to chcę wyjaśnić — odparł 
spokojnie Mazurek. — Co pan robił w zeszłą niedzielę 
wieczorem? 
— To pana nie obchodzi! — mężczyzna spróbował 
zaprotestować, ale zrobił to jakoś mało przekonywająco. 
— Nawet pan nie przypuszcza, jak bardzo — chłodno 
stwierdził oficer. — Właśnie wtedy zabito Brzezińską. 
— Pan mnie chyba nie podejrzewa? — speszył się 
gospodarz. — Byłem na kolacji w Bristolu — wyjaśnił 
spiesznie. 
— Sam? 
— Z towarzyszem Piekarskim — zawahał się na moment. 
— Było jeszcze kilka osób — dodał wymijająco. 
— W której sali siedzieliście? 
— W malinowej, przy stoliku w samym rogu, naprzeciwko 
wejścia... 
— Czy zna pan Winiarską? — porucznik znów 
niespodziewanie zmienił temat. 
— Nie przypominam sobie ^— odparł obojętnie Garbut. — 
Chociaż możliwe, że zetknąłem się gdzieś z tym 

background image

nazwiskiem — w zamyśleniu zmarszczył brwi. 
Mazurek zbierał się już do wyjścia, kiedy jego wzrok padł 
na stojącą na biurku maszynę do pisania. Zanim gospodarz 
zdążył zaprotestować, wkręcił w nią arkusik papieru i 
szybko wystukał kilka zdań. Teraz mógł już wracać... 
Na ulicy milicjant pomyślał, że zanim pójdzie do domu, 
powinien sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Przede wszystkim 
należało odwiedzić Kamińska... 
Wsiadł do autobusu i po jakichś czterdziestu minutach 
znalazł się na Ostrobramskiej. Drzwi otworzył mu 
Brzeziński. Na widok porucznika mikrobiolog lekko się 
zmieszał, ale szybko odzyskał rezon. 
109 
44 
— Pan służbowo czy prywatnie? — zapytał, sadzając 
gościa w wygodnym fotelu. — Może herbaty? 
— Jeżeli nie sprawi to kłopotu pani domu — oficer 
uśmiechnął się do Kamińskiej. 
— Ależ skąd! — zaprzeczyła gwałtownie. — Bardzo mi 
miło, że pan mnie odwiedził. 
— Jak śledztwo? — zainteresował się Brzeziński. 
— Jeszcze trochę i będzie koniec — zapewnił 
optymistycznie Mazurek, chociaż prawdę mówiąc, nie 
bardzo sam w to wierzył. — Pozwolę sobie skorzystać z 
tego, że pana tu zastałem. Mam jeszcze pytanko... 
— Jestem do pana dyspozycji. 
— Co pan może powiedzieć o Garbucie? 
— Jeden z amantów mojej byłej żony — odparł 
mikrobiolog niechętnie. — Prawie go nie znałem... 
— A pani? — zwrócił się porucznik do Kamińskiej, która 
właśnie wchodziła do pokoju z herbatą. 

background image

— Utrzymuję z nim luźne kontakty — oświadczyła bez 
większego entuzjazmu. — Dzięki niemu mogę czasami coś 
niecoś załatwić, ale tak po prawdzie to straszny bufon. 
— Brzezińska była o nim tego samego zdania? 
— Liczyła, że załatwi jej pracę w urzędzie dzielnicowym, 
tylko że on wcale się z tym nie śpieszył. 
— Wie pani coś na temat jego stosunków ze 
Zmichowiczem? 
— To przyjaciele. Od czasu do czasu brali się o coś za łby, 
ale nigdy nie było to nic poważnego... Inna rzecz, że Garbut 
utopiłby każdego w łyżce wody, gdyby mógł tylko na tym 
skorzystać... 
— I jeszcze jedno — zamyślił się oficer. — Czy Brzezińska 
umiała pisać na maszynie? 
— Owszem — tym razem mikrobiolog poczuł się w 
obowiązku udzielić odpowiedzi. — Sam ją nawet kiedyś 
uczyłem... 
44 
Mazurek dyskretnie zerknął na zegarek i z przerażeniem 
stwierdził, że minęła już godzina siódma. 
— Muszę uciekać — uśmiechnął się przepraszająco. — 
Żona mnie oskalpuje... 
W drodze do domu porucznik wstąpił jeszcze na chwilę do 
Bristolu. Niestety, miał pecha. Kelner, który w poprzednią 
niedzielę obsługiwał interesujący go stolik, był chory. 
Milicjant zdołał się tylko dowiedzieć, że pan Franciszek 
Zabiel mieszka przy Kasprowicza... 

W poniedziałek z samego rana Mazurek podrzucił do 
laboratorium kartkę z tekstem napisanym na maszynie 
Garbuta i co sił w'nogach pomaszerował do mieszkania 

background image

Franciszka Zabiela. Kelner najpierw bardzo się przestraszył 
wizytą milicjanta, ale kiedy usłyszał, że oficera nie 
interesuje sposób wypisywania rachunków podpitym 
klientom, a całe śledztwo nie ma nic wspólnego z 
gastronomią, ochoczo zadeklarował pomoc. 
— No jak, panie Franiu — zagadnął poufale porucznik — 
przyuważył pan, kto w zeszłą niedzielę urzędował przy 
dwójce? 
— Faktycznie, przypominam sobie takie towarzystwo — 
oświadczył po krótkim namyśle Zabiel. — Kilku 
podtatusiałych panów i rwące się na chatę młode mewki. 
— Czy był z nimi tęgi, wysoki facet z niewielką łysiną? 
— Pan Adaś! — natychmiast skojarzył sobie kelner. — 
Długo go nie zapomnę. Gość lał w siebie gołdę, że aż mi 
ciarki po grzbiecie chodziły. Tak się zaperfumował, że 
miałem kłopoty z wytaszczeniem go z sali... 
Ul 
— Nie pamięta pan, jak długo byli w restauracji? 
— Ruszyli się dopiero, kiedy zamykaliśmy. 
— A o której przyszli? 
— Dosyć późno. Gdzieś koło dwudziestej trzeciej... 
— Od razu wszyscy razem? 
— Chyba nie, ale głowy bym nie dał... 
Oficer nie był zachwycony uzyskanymi informacjami, ale 
uznał, że nic więcej od kelnera nie wyciągnie. Pożegnał się 
i ruszył do komendy. 
Po drodze przypomniał sobie o kartce zostawionej mu 
przez Wcisławskiego. Nie spodziewał się, żeby Likowska 
powiedziała coś ciekawego, ale na wszelki wypadek 
postanowił do niej wstąpić, zwłaszcza że mieszkała prawie 
po sąsiedzku, przy Marymonckiej. 

background image

Drzwi otworzyła Mazurkowi niska, przysadzista 
dziewczyna z upstrzoną piegami twarzą. Najwidoczniej 
zerwał ją z łóżka, bo nie mogła powstrzymać ziewania i 
owijała się szczelnie grubym szlafrokiem. 
— Przecież wczoraj był już u mnie pan chorąży — zaczęła 
z wyrzutem, wpuszczając milicjanta do środka. — 
Wypytywał mnie o wszystko chyba przez dwie godziny... 
— Ja zajmę pani najwyżej piętnaście minut — od-j parł 
porucznik, szczerze żałując, że w ogóle tutaj przyszedł. 
— Pewno chodzi panu o ten telefon od pana Żmii chowicza 
— zapytała Likowska. 
Oficer poczuł nagle, że robi mu się gorąco. Wątplil wości 
co do potrzeby rozmowy z dziewczyną zniknęły gdzieś bez 
śladu i nawet był zły na siebie, że tak późno zdecydował się 
na tę wizytę. Zrozumiał, że za chwilę usłyszy, być może, 
coś bardzo ważnego. 
— Owszem — odparł siląc się na obojętność. -Ą Niech 
pani spróbuje opowiedzieć wszystko możliwie dokładnie. 
— Jak pan zapewne wie, Zbyszek wyjechał w zel 
44 
szłym tygodniu na sympozjum do Krakowa. Prosił, żebym 
pod jego nieobecność rzuciła okiem na mieszkanie, a ja po 
prostu przeprowadziłam się na ten czas na Lechonia — 
zarumieniła się lekko. — W niedzielę wieczorem 
zatelefonował pan Zmichowicz. Był bardzo zdenerwowany 
i dopytywał się o Zbyszka. Kiedy powiedziałam mu, że 
Zbyszek jest w Krakowie, zaczął mi obrzydliwie wymyślać, 
a w końcu zagroził, że zabije panią Brzezińską i wszystkich 
jej znajomych... 
— Ale dlaczego? 
— Zmichowicz mi nie powiedział, a ja byłam zbyt 

background image

zdenerwowana, żeby go o to zapytać. 
— Nie domyśla się pani? 
— Widzi pan, ja nie znam tego człowieka — bezradnie 
rozłożyła ręce — więc trudno mi coś o nim powiedzieć. 
Słyszałam, że był przyjacielem żony Zbyszka, ale nic poza 
tym nie wiem... 
— A skąd pani właściwie wie, że to dzwonił właśnie 
Zmichowicz? 
— Po prostu się przedstawił. 
— Powtórzyła pani rozmowę swojemu narzeczonemu? 
— Nie chciałam go denerwować — wyjaśniła niepewnie. 
— On i tak ma mnóstwo problemów na głowie. 
— Zawodowych? — domyślił się Mazurek. 
— Właśnie — smutno pokiwała głową. — Wbrew temu, co 
się zwykło myśleć, wśród naukowców nie panuje idylla... 
Porucznik może i posłuchałby z zawodowego nawyku o 
stosunkach panujących w Instytucie Mikrobiologii, ale 
stwierdziwszy, że minęła już dziesiąta, pożegnał się z 
Likowska i ruszył spiesznie do komendy. Tutaj czekała na 
niego przykra niespodzianka. Naczelnik Kłosiński wezwał 
go zaraz do swojego gabinetu i nie bawiąc się w 
konwenanse, wygłosił niezbyt 
B — Dzwonek z Napoleonem 
113 
pochlebną opinię o niedzielnych poczynaniach 
podwładnego. 
— Co ci, człowieku, odbiło, żeby leźć do Garbuta! — 
gorączkował się major. — Z kim to uzgodniłeś, do ciężkiej 
cholery?! Facet oczywiście złożył skargę i komendant 
opieprzył mnie, jak święty Michał diabła! 
— Niby za co? — wzruszył ramionami Mazurek. — Gość 

background image

sypiał z Brzezińską, niewykluczone, że ma z nią dziecko, 
więc musiałem go przesłuchać. 
— Podobno potraktowałeś go jak zwykłego kryminalistę, 
groziłeś mu, a na domiar złego panoszyłeś się w jego 
mieszkaniu jak we własnym! 
— Co takiego? 
— Brałeś próbki pisma z jego maszyny? 
— Brałem... — porucznik wyraźnie poczerwieniał. — 
Chciałem sprawdzić... 
— Jakim prawem?! Kto cię do tego upoważnił?! Dobrymi 
chęciami jest piekło wybrukowane! — sapnął Kłosiński ze 
złością. — Wiesz, Michał, jak się stary wścieka, kiedy ktoś 
składa skargę na któregoś z chłopaków, a nawet jeśli Garbut 
przesadził, to i tak nie jesteś w porządku! 
Mazurek zmełł w ustach jakieś przekleństwo, ale wolał nie 
odpowiadać szefowi. Doszedł do wniosku, że wszelkie 
próby dyskusji zaogniłyby tylko sytuację. 
— Najgorsze jest to, że zdaniem starego, poszedłeś do 
Garbuta zupełnie niepotrzebnie — ciągnął dalej naczelnik. 
— Wiesz, co powiedziała Wcisławskiemu narzeczona 
Brzezińskiego? 
— Przed chwilą u niej byłem — przyznał ponuro 
porucznik. 
— Wniosek jest chyba jasny? 
— Ja też mogę zaraz zatelefonować do jakiegoś 
Piprztyckiego i przedstawić się jako Łazuka albo 
Olbrychski — lekceważąco skrzywił się Mazurek. — Ten 
telefon to tylko poszlaka... 
— Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka — stwierdził 
sentencjonalnie major. — A teraz zapamiętaj sobie, Michał, 
że kończymy sprawę Brzezińskiej. Prokurator obiecał 

background image

oskarżyć Żmichowicza z tym, co mamy, a ty musisz tylko 
ściągnąć kwestionariusz z jego miejsca pracy i ustalić, czy 
nasz podopieczny nie był już przypadkiem karany. W tym 
tygodniu masz mi przynieść wypełnione druki statystyczne! 
— Chyba żartujesz, Jasiu?! — zaoponował gwałtownie 
porucznik, zrywając się z miejsca. — To wszystko się 
przecież kupy nie trzyma! Sprawę trzeba jeszcze porządnie 
dopracować! 
— Już niech cię o to głowa nie boli — uciął dyskusję 
naczelnik. — Powiedziałem wyraźnie: kończ śledztwo i 
zabieraj się do następnej roboty. A na przyszłość uprzejma 
prośba, żebyś informował mnie o swoich „genialnych" 
pomysłach — dodał z przekąsem. 
Mazurek wrócił do swojego pokoju w bardzo kiepskim 
humorze. Na miejscu zastał Wcisławskiego. Po jego minie 
można było poznać, że chociaż nie słyszał rozmowy, która 
przed chwilą odbyła się w gabinecie naczelnika 
Kłosińskiego, bardzo współczuje porucznikowi. 
— Co, Andrzej, sądzisz o Likowskiej? — zapytał oficer 
chorążego bez żadnych wstępów. — W końcu miałeś 
możność z nią dłużej pogadać niż ja... 
— Wygląda na to, że dziewczyna mówi prawdę — odparł z 
namysłem Wcisławski. — Zresztą nie miałaby żadnego 
powodu, żeby zmyślać. 
— Pytałeś ją, od jak dawna zna Brzezińskiego? 
— Od jakiegoś roku. Studiowała biologię we Wrocławiu, 
ale coś jej nie szło i przeniosła się do Warszawy. Tutaj 
spotkała naszego mikrobiologa i po prostu przypadli sobie 
do gustu. 
— Znaczy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Li 
44 

background image

114 
kowskiej, trzeba pojechać do Wrocławia? — westchnął 
Mazurek. 
— Raczej do Szprotawy, poprawił go chorąży. — Podobno 
dziewczyna pochodzi właśnie stamtąd. 
— Znalazłeś coś chociaż w sobotę u Żmichowicza? — 
zmienił temat porucznik. 
— To była tylko strata czasu — skrzywił się Wcisławski. 
— Przesiedziałem tam pół dnia i nic... 
— Można się było tego spodziewać — mruknął oficer. — 
Wiesz już, że chcą kończyć sprawę? — rzucił bez związku. 
Chorąży skinął tylko ponuro głową i zapatrzył się w swoje 
dłonie. 
— Jest jeszcze od cholery roboty — ciągnął dalej| Mazurek. 
— Prawdę mówiąc, mamy taki groch z kapustą, że trudno 
się w tym wszystkim połapać. Na przykład konia z rzędem 
temu, kto wyjaśni, dlaczego Zmichowicz rozbierał swoje 
ofiary? Z tego, co wiemy, żadna z tych kobiet nie robiła 
specjalnych ceregieli, kiedy ktoś chciał iść z nią do łóżka... 
— Sprawdziłem w przychodni — ożywił się Wcis-| ławski. 
— Inspektorek przez cztery miesiące leczył się u 
seksuologa. Miał zaburzenia wzwodu... 
— Miał? 
— W jego karcie wyczytałem, że jest już zdrowy...] 
— Nic nie rozumiem — zastanowił się porucznik. —i A 
może poprosić psychiatrów, żeby zbadali faceta? — 
zaproponował. — Zrobimy tak: ty sprawdzisz... 
— Nie gniewaj się, Michał — przerwał mu chorał ży — ale 
dzisiaj z samego rana stary kazał mi zamknąć 
rozpracowanie operacyjne w tej sprawie. Wydział 
kryminalny nie ma tu już nic więcej do roboty... 

background image

— Znaczy, wracasz do siebie? 
— Nawet gdybym chciał ci jeszcze pomóc, to i taki nie 
dałbym rady — usprawiedliwiał się Wcisławski. — 
Dowalili mi kilka nie wykrytych włamań... 
44 
Oficer zmełł w ustach przekleństwo, ale dał spokój. Dobrze 
wiedział, że teraz może liczyć tylko na siebie. 
Kiedy drzwi zamknęły się za chorążym, niecierpliwym 
ruchem wykręcił numer telefonu laboratorium. 
— O co chodzi? — zachrobotał w słuchawce głos 
znajomego eksperta. 
— Możesz mi powiedzieć, na jakiej maszynie napisano list 
do Żmichowicza? — zapytał niewinnie Mazurek. 
— Idź do cholery! — zagrzmiało w słuchawce. — Chyba 
zwariowałeś! To nie jest robota na pięć minut. 
— Ale coś niecoś na pewno już wiesz... 
— Wiem, że to nie była maszyna, na której ty pisałeś. 
Starczy? 
— Aż nadto — odparł zrezygnowany porucznik. Wyciągnął 
z szafy akta innych, przydzielonych mu 
spraw, ale nie mógł się jakoś na nich skupić. Przez cały 
czas uparcie wracał myślami do zabójstwa Brzezińskiej i 
napadu na Winiarską. Analizował każdą przeprowadzoną 
rozmowę, starał się przypomnieć sobie wszystkie 
szczegóły. 
Wreszcie postanowił, że nie będzie czekał z założonymi 
rękami. Zamknął pokój na klucz i wyszedł na położone na 
tyłach komendy podwórko. Przy bramie spostrzegł 
Kuligowskiego. 
— Serwus, Paweł! — pozdrowił go radośnie. — Z nieba mi 
spadłeś! 

background image

— Nic z tych rzeczy — domyślnie pokręcił głową sierżant. 
— Miałem ciężką noc, a potem, zamiast uderzyć w kimono, 
musiałem pęiać się w magazynie po nowe opony. Ledwo, 
Michał, na oczy patrzę! 
— Nic nie musisz robić — zdecydował się nagle oficer. — 
Daj mi tylko kluczyki. 
— Oszalałeś?! — żachnął się Kuligowski. — Stary 
opieprzyłby mnie, żebym ze śmiechu się nie pozbierał! 
117 
— Nikt się nie zorientuje, w czym rzecz — nalegał uparcie 
Mazurek. — Odstawię gablotę gdzie trzeba, a jak zabraknie 
benzyny, to dokupię z własnej kieszeni... 
— Coś się tak napalił? 
— Taki układ — mruknął porucznik wymijająco. — 
Pożycz wóz, nie bądź świnia! 
— A niech cię szlag trafi! — sierżant niechętnie wyciągnął 
z kieszeni kluczyki. — Pamiętaj tylko, że jak mnie wyleją, 
to będziesz miał na utrzymaniu również i moją rodzinę! — 
dodał na pożegnanie. 
Oficer odetchnął z ulgą. Mając do dyspozycji samochód  
mógł załatwić trzy razy tyle co bez niego... 
Niecałe pół godziny później Mazurek spiesznym krokiem 
przemierzył korytarz Urzędu Dzielnicowego. 
Swoją drogą dobrze się składa, że Garbut i Pie-j karski 
pracują w różnych dzielnicach — pomyślał. — Może nie 
zdążyli się jeszcze porozumieć... 
Tym razem milicjant został przyjęty zadziwiająca 
uprzejmie. Zaproszono go, żeby usiadł w wygodnym fotelu, 
a po chwili pojawiła się przed nim filiżanka kawy. 
— Selekt, nie żadna br azyli jka — zachęcająca uśmiechnął 
się Piekarski. — W czym mogę panu pomóc? 

background image

— Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa kobiel ty — 
poinformował rzeczowo porucznik — i nie mogę 
wykluczyć, że niektórzy pana znajomi są, przynajmniej 
pośrednio, zamieszani... 
— Jeden nawet całkiem bezpośrednio — westchnM 
Piekarski. — Zdaje mi się, że pan aresztował Żmichowicza. 
— Aresztował prokurator — poprawił oficer z nal ciskiem. 
— Ja go tylko zatrzymałem... 
— Mniejsza o nomenklaturę! Tak czy inaczej Marell jest w 
przykrym odosobnieniu. 
— Niestety, tak. 
— Czy jest jakaś szansa? — zawahał się Piekarski. — Nie 
ma pan wątpliwości, że to on właśnie zamordował? 
— A pan co o tym myśli? — Mazurek wolał udać, że nie 
dosłyszał ostatniego pytania. 
— No cóż! Znam tego człowieka od ładnych kilku lat i 
nigdy nie posądzałbym go o jakieś zbrodnicze instynkty. 
Panią Brzezińską też kiedyś widziałem, ale na jej temat 
raczej nic nie umiem powiedzieć... 
— Kiedy pan ostatnio spotkał się ze Żmichowiczem? 
— Chyba ze dwa miesiące temu. Prosił mnie o pomoc w 
załatwieniu dla dwóch osób wycieczki na Węgry. 
— Ostatnio nie miał pan z nim kontaktu? 
— Ach, prawda! — przypomniał sobie Piekarski. — W 
zeszły czwartek skontaktowałem go z pewnym 
kolekcjonerem antyków. Żmichowicz bardzo lubił takie 
stare cacka, zwłaszcza figurki. Czasami gotów był zapłacić 
za nie nawet bajońskie sumy. 
— W domu faktycznie miał sporo różnych cudaków... 
— Ale zawsze było mu mało — roześmiał się Piekarski. — 
Właśnie gdzieś z pół roku temu zaczął mnie męczyć, że 

background image

widział w Desie jakiś wyjątkowy dzwoneczek z figurką 
Napoleona i że ktoś przed nim go kupił. Ja poniekąd 
służbowo interesuję się kulturą, obiecałem mu więc, że 
spróbuję się czegoś dowiedzieć. To był oczywiście tylko 
przypadek, że mi się udało. 
— Żmichowicz odkupił dzwonek? 
— Raczej dokonał wymiany. Oddał za niego jakiś inny 
przedmiot. W każdym razie nowym nabytkiem nie cieszył 
się długo. Telefonował później do mnie, że zostawił go w 
samochodzie, bo chciał się komuś pochwalić i dzwonek 
ukradli. 
— Czy to była wartościowa rzecz? 
119 
44 
— Może dla jakiegoś wyjątkowo zapalonego entuzjasty, ale 
tak w ogóle, to nie sądzę... 
— Zdradzi mi pan nazwisko kolekcjonera, od którego 
Zmichowicz otrzymał dzwonek? 
— Oczywiście! — Piekarski skwapliwie sięgnął do 
notatnika. — Ireneusz Brzostowski, Sobieskiego sto 
dziesięć. 
— O ile się nie mylę, to pozostawał pan w bliskich 
stosunkach z Garbutem — zaczął z innej beczki porucznik. 
— Raczej tak... 
— Był pan z nim w.zeszłą niedzielę w Bristolu? 
— Owszem — Piekarski lekko się zarumienił. — Starsi 
panowie chcieli sobie przypomnieć młode lata. 
— O której, jeśli można wiedzieć, rozpoczęło się 
spotkanie? 
— Wstąpiłem po Adama około dwudziestej. Najpierw 
poszliśmy do Odry, a dopiero później postanowiliśmy 

background image

zmienić lokal i trafiliśmy w końcu do Bristolu... 
— Nie będę już dłużej zawracał panu głowy — Mazurek 
wstał, wyciągając rękę na pożegnanie. — Dziękuję za 
wszystkie informacje. 
— Jeszcze słówko! — Piekarski najwidoczniej myślał o 
tym od początku wizyty oficera. — Czy Markowi nie 
przydałby się obrońca? 
— W sądzie na pewno, ale teraz to chyba niewiele — 
potrząsnął głową milicjant. 
— Widzi pan, mój szkolny kolega jest adwokatem — z 
namysłem oznajmił Piekarski. — Zna nawet osobiście 
Żmichowicza... W sobotę, kiedy zatelefonował do mnie i 
powiedział o aresztowaniu Marka, poprosiłem go, żeby się 
zajął jego sprawą. Korwowicz był już zresztą na to 
zdecydowany. Narzekał tylko, że bez porozumienia z 
klientem nic teraz nie 
120 
zdziała. Czy nie dałoby się jakoś załatwić widzenia? — 
spojrzał pytająco na porucznika. 
— O tym decyduje prokurator — odparł sucho Mazurek. — 
Udzielanie widzeń z podejrzanymi nie leży w mojej gestii. 
— Rozumiem — Piekarski wyraźnie spochmur-niał. — 
Będę musiał porozmawiać z prokuratorem — dodał 
chłodno. 
Pożegnanie wypadło znacznie sztywno i oficjalnie, niż 
początek rozmowy, ale śpieszący się już na ulicę 
Sobieskiego porucznik nie zwrócił na to specjalnej uwagi. 
Brzostowski był przysadzistym mężczyzną około 
sześćdziesiątki. Miał mocno posiwiałe włosy i sumiaste 
wąsy. 
— Byłem pewny, że to się tak skończy — oświadczył 

background image

milicjantowi na samym wstępie. — Ten dzwonek przynosi 
nieszczęście! 
— Nie rozumiem... — oficer nawet nie usiłował ukryć 
swojego zaskoczenia. 
— Kupiłem go pół roku temu i zaraz złamałem rękę — ze 
śmiertelną powagą zaczął opowieść kolekcjoner. — 
Poniewczasie dowiedziałem się, że poprzedniemu 
właścicielowi umarła żona, a Desę okradli zaraz pierwszej 
nocy, kiedy znalazł się w niej dzwonek. To nie może być 
zwykły zbieg okoliczności. Zresztą najlepszy dowód, że 
dzisiaj pan mnie odwiedził... 
— Czy to był stary wyrób? 
— Księstwo Warszawskie. 
— Wartościowy? 
— Dla kolekcjonera na pewno... 
— Pan znał Żmichowicza? 
— Widziałem go raz w życiu. Dał mi porcelanową figurkę 
kobiety z początku dziewiętnastego wieku, a ja mu ten 
dzwonek... 
— Zetknął się pan może z Barbarą Brzezińską? 
44 
— Nigdy nie słyszałem tego nazwiska... O,»przepraszam 
pana najmocniej!. — Brzostowski teatralnym gestem 
uderzył się w piersi. — Wczoraj już ktoś pytał mnie o tę 
panią. 
— Kto taki? — Mazurek cały zamienił się w słuch. 
— Pan mecenas Korwowicz — wyjaśnił spokojnie 
kolekcjoner. — Złożył mi wizytę późnym wieczorem i 
opowifedział o całej tragedii. Był wstrząśnięty, kiedy 
usłyszał historię tego dzwonka... 
— Obrońca pana Żmichowicza nie próżnuje — mruknął do 

background image

siebie porucznik, opuszczając mieszkanie Brzostowskiego. 
— Ciekawe, co on jeszcze wymyśli? 
Po krótkim namyśle zdecydował się zajrzeć jeszcze raz do 
mieszkania zajmowanego przez Brzezińską przed śmiercią. 
Prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że odkryje tam jakąś 
rewelację, ale był po prostu ciekawy, czy i tam zdążył już 
dotrzeć Korwowicz. Na miejscu okazało się, że przeczucia 
nie omyliły oficera. 
— Pan mecenas był tutaj dziś rano — odparła Zacharek na 
pytanie milicjanta. — Mówił mi o aresztowaniu pana 
Żmichowicza. Boże, co za nieszczęście! 
— Czyżby pani uważała, że ten człowiek jest niewinny? — 
zagadkowo uśmiechnął się Mazurek. 
— Niezbadane są wyroki niebios — staruszka wolała nie 
udzielać konkretnej odpowiedzi. Kto by pomyślał? 
Wydawało mi się, że to taki porządny człowiek, a tutaj taka 
historia... 
— Czasami można się pomylić w swoich sądach o 
bliźnich... 
— Święta prawda, proszę pana — skwapliwie przyznała 
rację porucznikowi. — Zawsze mówiłam to pani Basi. Co 
innego, gdyby związała się bliżej z doktorem Fijałkowskim 
albo z mecenasem Korwowiczem. 
— To oni się aż tak dobrze znali?! — oficer był całkowicie 
zaskoczony usłyszaną przed chwilą nowiną. 
— Na śmierć zapomniałam panu o tym powiedzieć — 
stwierdziła ze skruchą. — A zresztą pan mecenas bywał u 
nas bardzo rzadko — dodała na swoje usprawiedliwienie. 
— Więc skąd pani wiedziała o przyjaźni Brzezińskiej z 
Korwowiczem? 
— Pani Basia często mi o nim opowiadała. Chwaliła, że 

background image

taki mądry i poważny... 
— To chyba jeszcze o niczym nie świadczy? 
— Tak, ale ile razy popłakała biedula, że pan mecenas nie 
chce na nią zwrócić uwagi! On podobno nawet na żadną nie 
spojrzał, jeżeli nie miała wyższego wykształcenia. 
— Jak więc w końcu było między nimi? 
— Pan Bóg raczy wiedzieć — bezradnie rozłożyła ręce. 
— O co pytał panią Korwowicz? — milicjant zdecydował 
się zmienić temat. 
— O jakieś papiery. 
— Przetrząsnąłem z kolegą pokój Brzezińskiej i nic tam 
poza korespondencją i kalendarzami nie znalazłem — 
zdziwił się Mazurek. 
— Bo pani Basia dała mi na przechowanie całą teczkę — 
wyjaśniła staruszka. — Ona nie należała do pedantek i bała 
się, że jeszcze coś zgubi. 
— Ale dlaczego, na miłość boską, pani mi wcześniej nawet 
o tym nie wspomniała?! — porucznik z trudem 
powstrzymał się, żeby nie zakląć. — To przecież może być 
bardzo ważne! 
— Takie stare papierzyska? — z niedowierzaniem 
pokręciła głową. — A zresztą pan mnie nie pytał — 
oświadczyła z godnością. 
— Czy dała pani Korwowiczowi te dokumenty? — 
zaniepokoił się oficer. 
— Prawdę powiedziawszy, to zapomniałam o nich — 
odparła staruszka z rozbrajającą szczerością. — Do 
123 
44 
piero po wyjściu pana mecenasa zaczęłam szukać i 
znalazłam... 

background image

Milicjant odetchnął z wyraźną ulgą. Po tym, co usłyszał, 
stracił jakoś resztki zaufania do Korwowicza. 
— Proszę mi wszystko zaraz pokazać — zadysponował nie 
znoszącym sprzeciwu tonem. 
Porucznika czekało jednak spore rozczarowanie. W pękatej 
teczce znalazł kilka świadectw szkolnych, metrykę, odpis 
wyroku orzekającego rozwód pomiędzy Brzezińskimi i cały 
plik podobnych dokumentów. Trochę nie pasował do tego 
stary, gruby brulion w czarnych okładkach. Mazurek 
otworzył go z ciekawością i zaczął czytać zapiski, ale 
szybko zrezygnował. Tasiemcowe wyliczenia i" 
naszpikowane łaciną zwroty zupełnie do niego nie 
przemawiały. Zorientował się tylko, że ma w ręku notatki 
dotyczące jakichś badań biologicznych. 
— Ki diabeł? — mruknął do siebie oficer. — Czyżby 
Brzezińska przechowywała pamiątkę po którymś z mężów? 
Nic nie wskazywało, że brulion miał jakiś związek ze 
sprawą, ale na wszelki wypadek postanowił zasięgnąć 
opinii profesora Makowskiego. 
. Naukowca znalazł w Instytucie Mikrobiologii. Profesor 
najwyraźniej nie miał żadnych pilnych zajęć, bo chętnie 
zgodził się na kilka minut rozmowy. 
— Nigdy bym nie pomyślał, że Brzezińska zachowa notatki 
Miłowicza — uśmiechnął się, zajrzawszy do brulionu. — 
Oczywiście, mogę się mylić, ale chyba poznaję jego 
pismo... 
— Czy mógłby mi pan powiedzieć, czego dotyczą te 
zapiski? — zainteresował się porucznik. 
— Musiałbym dokładnie wszystko przeczytać — zastrzegł 
się Makowski — ale chętnie panu pomogę. Może 
zatelefonowałby pan do mnie wieczorem do domu? 

background image

124 
— Jeśli tylko pan pozwoli — ucieszył się Mazurek. — A 
tak w ogóle to co dobrego słychać w instytucie? — zapytał 
przez grzeczność. 
— Szykujemy się na ślub doktora Brzezińskiego — odparł 
profesor. — Nawiasem mówiąc, jest to temat numer jeden 
do plotek... 
— Słyszałem, że doktor żeni się z jakąś studentką? 
— Owszem — przytaknął Makowski — tylko, że ta 
studentka jest siostrzenicą profesora Gluzikowskiego. 
— Nazwisko wydaje mi się znajome — zastanowił się 
oficer. 
— No, myślę! — pobłażliwie pokiwał głową naukowiec. 
— To przecież sam prorektor! Złośliwi twierdzą, że doktor 
Brzeziński chce w ten sposób przyśpieszyć swoją 
habilitację... 
Porucznik, wracając na Żoliborz przez cały czas 
zastanawiał się, jak połączyć w logiczną całość wszystkie 
zebrane informacje. Co gorsza, wcale nie był pewien, czy 
niektóre elementy nie będą musiały pozostać poza układaną 
łamigłówką. W końcu co .wspólnego ze śmiercią 
Brzezińskiej mogły mieć notatki Miłowicza albo figurka 
Napoleona na starym dzwonku... 
Mazurek zatrzymał samochód na Gwiaździstej. Piętrowy 
dom wyglądał dość schludnie i z pozoru nic nie 
wskazywało, że w jego wysokiej suterenie mieści się jedna 
z najbardziej znanych w okolicy melin pijackich. Właśnie 
do niej milicjant skierował swoje kroki. W środku zastał 
tylko Klusika. 
— Moje uszanowanie najukochańszej władzuni! — 
wybełkotał tamten niezbyt przytomnie. — Może tak władza 

background image

pożyczy dwie dychy na piweńko? 
Oficer zmełł w ustach szpetne przekleństwo, ale nic nie 
odpowiedział. Ze złością chwycił stojący na podłodze spory 
blaszany dzbanek i wyszedł z nim na korytarz. Bez 
większego trudu odnalazł toaletę z wiecznie cieknącym 
kranem. Nalał do dzbanka wody i kilka 
44 
sekund później cała porcja wylądowała na głowie Klusika. 
— Żeby od samego rana tak zachlać mordę! — huknął z 
furią Mazurek. — Już ja cię zaraz otrzeźwię! 
Zimna woda i kilka szturchańców błyskawicznie 
przywróciły gospodarzowi poczucie rzeczywistości. 
Spojrzał znacznie przytomniej na milicjanta i gwałtownie 
potrząsnął głową. 
— Wczoraj, panie władzo, były urodziny przyjaciela — 
jęknął przepraszająco. — Rano dostaliśmy jakieś stare 
kotlety na zakąskę. Musiały mi zaszkodzić... 
— Ty mi nie truj o zakąsce — żachnął się porucznik. — 
Powiedz lepiej, dlaczego o tej porze siedzisz w chałupie, 
zamiast pracować? 
— Nie rozumiem?! — Klusik z niekłamanym zdumieniem 
wytrzeszczył oczy. — O jakiej pracy pan mówi? 
— W zeszłym tygodniu wypuściłem cię z pudła tylko pod 
tym warunkiem, że weźmiesz się do uczciwej roboty! 
— No tak, ale... 
— Żadne ale! — przerwał ostro oficer. — Albo zaraz 
pokażesz mi stempelek w dowodzie, albo wracasz na dołek! 
— Minęło dopiero parę dni, a o dobrą pracę niełatwo... Nie 
zdążyłem — Klusik bezskutecznie szukał jakiegoś wykrętu. 
— Jak Boga kocham, panie władzo! Trochę cierpliwości... 
— Obiecanki, cacanki... 

background image

— Niech mi pan władza da jeszcze szansę! — gospodarz 
błagalnym gestem złożył ręce. — Za tydzień sam się 
zgłoszę do komendy... 
_ Nie ma mowy! — wzruszył ramionami Mazurek. — 
Chyba że powiesz, kto w zeszły czwartek podpieprzył 
futrzaki i dzwonek z szarego fiata przy 
44 
Antoniny Sokolicz — zaproponował znienacka. — Tylko 
nie łżyj, że nie wiesz! — dodał groźnie. 
— Ależ, panie władzo! — Klusik z teatralną bezradnością 
chwycił się za głowę. — Nie ma dnia, żeby na Żoliborzu 
nie trzasnęli kilku gablot! 
— Będzie lepiej, jeżeli sobie przypomnisz... 
— Co to ja Duch Święty, żebym wiedział o wszystkim, co 
się dzieje w całej Warszawie? 
— Nie przeciągaj struny, bo pożałujesz! 
— Już i tak mam krzywo za Gawła i Ciotuchę! — 
wychrypiał zrezygnowany Klusik. — Pan władza 
koniecznie chce, żeby mnie ktoś mojką przeciągnął... 
— Póki z nami nie zadrzesz, to możesz spać spokojnie — 
mruknął uspokajająco milicjant — ale uważaj, bo jak się 
pogniewamy... 
— Niech pan zapyta Ziutka Melona o te futrzaki — ustąpił 
wreszcie gospodarz. — Tylko niech pan nie mówi, że to ja 
go przypucowałem, bo będzie ze mną krucho — zastrzegł 
się natychmiast. 
— Kto to taki ten Melon? — zdziwił się porucznik. 
— Rany Julek! — parsknął Klusik. — U jego baby dorwał 
pan Setę i pan nie wie?! 
Oficer prawie biegiem ruszył do samochodu. Zdawał sobie 
sprawę, że czas ucieka, a perspektywa rozwiązania zagadki 

background image

jest jeszcze bardzo odległa. Dotychczasowy spokój 
milicjanta zniknął gdzieś bez śladu, a jego miejsce zajęło 
zniecierpliwienie. Nic więc dziwnego, że chcąc jak 
najszybciej dojechać na ulicę Stawki, Mazurek bez żadnych 
skrupułów machnął ręką na przepisy drogowe. 
Dwa razy nieomal cudem ominął latarnię, ściągnął na siebie 
kilka tuzinów przekleństw innych kierowców, ale po pięciu 
minutach był już u celu. Radiowóz przezornie zaparkował 
przy sąsiednim bloku... 
Winda była zepsuta i na czwarte piętro musiał wejść 
piechotą. Kilka razy nacisnął dzwonek, ale w mieszka 
127 
niu panowała kompletna cisza. Po dłuższym wahaniu 
zapukał do sąsiednich drzwi, niestety, znowu bez rezultatu. 
Zniechęcony ruszył do wyjścia. Był już na ulicy, kiedy 
przyszło mu do głowy, że warto jeszcze sprawdzić 
piwnicę... 
Na dole paliło się światło i funkcjonariusz zdecydował, że 
nie warto wracać do samochodu po latarkę. Ostrożnie minął 
dwa korytarze i nagle usłyszał szmer cichej rozmowy. Z 
zaciekawieniem podszedł bliżej. W jednej z przegródek 
siedzieli chłopak i dziewczyna. Porucznikowi wydało się, 
że już ich kiedyś widział, właśnie w mieszkaniu na 
czwartym piętrze... 
— A ja ci mówię, że nie ma co oglądać się na Setę — 
przykonywał chłopak. — Niżej dychy nie zejdzie... 
— Jadźka się nie zgodzi — ponuro odparła dziewczyna. 
— Postawiłaby na nim krzyżyk! 
— Ona nie taka... 
— Pogadasz z nią? 
— Ziutek już próbował... 

background image

— Jego interesuje to, co Jadźka ma między nogami, a nie 
fanty ze skoku Sety — roześmiał się obleśnie chłopak. — 
Nie dałbym dwóch groszy, czy już dziewczyny nie 
przeleciał! 
— Ciekawe, gdzie Seta skitrał ten chłam... 
— Cholera go jasna wie! Ktoś mi nawijał, że ma dobrą 
metę... Operacze mu ją nadali. 
Porucznik raczej wyczuł, niż usłyszał, że ma kogoś za 
plecami. Instynktownie uskoczył w bok i w tej samej chwili 
świsnął mu koło ucha metalowy pręt. Sprężył się w sobie i 
lewą ręką udało mu się chwycić napastnika za przegub. 
Jednocześnie z półobrotu wymierzył mu potężnego 
kopniaka w podbrzusze. Tamten zaskowyczał z bólu i runął 
jak długi na ziemię. 
Milicjant nie miał nawet czasu, żeby się przyjrzeć 
128 
pokonanemu przeciwnikowi, jako że rozmawiający do tej 
pory z dziewczyną chłopak wyskoczył z nożem na korytarz. 
Jego wygląd świadczył wymownie, że nie zawaha się przed 
ciosem. Zamierzył się na oficera, ale porucznik zrobił 
błyskawiczny unik i kantem dłoni wytrącił nóż na ziemię. 
Dwa silne uderzenia w nos i szczękę dopełniły tylko 
formalności. Napastnik zatoczył się jak błędny i z 
przeraźliwym jękiem osunął się na kolana. 
— To glina! — rozległ się spazmatyczny krzyk 
dziewczyny. — On przymknął Setę! 
— Zamknij się, mała, kiedy cię nikt nie pyta! — warknął 
Mazurek ze złością. — Przyjdzie czas, to i z tobą pogadam! 
— Ja tylko tak! — spłoszyła się dziewczyna. — 
Przepraszam... 
— Ty jesteś Melon? — zapytał milicjant, dotykając butem 

background image

chłopaka powalonego jako pierwszego. — Chciałeś mnie, 
synku, podejść, a tu gówno! — dodał z wyraźnym 
lekceważeniem. 
— Nie wiedziałem, że to pan — wymamrotał tamten, 
bezskutecznie usiłując się podnieść. 
— A kto? Może Duch Święty?! — parsknął oficer. — Za 
napaść na funkcjonariusza przyjdzie odpękać ze dwa lata! 
— Ja nie chciałem! — jęknął Melon płaczliwie. 
— Zabaweczka do głaskania miała posłużyć? — porucznik 
kopnął z rozmachem leżący na ziemi pręt. — Na mój gust 
świetnie się nadaje do rozwalenia makówki. 
— Pan daruje! — wykrztusił z trudem drugi chłopak, 
ocierając rękawem rozkrwawione usta. 
Mazurek doskonale zdawał sobie sprawę, że cała trójka 
czuje przed nim respekt. Należało to wykorzystać... 
— Gdzie są futrzaki i dzwonek? — zaryzykował pytanie. 
9 — Dzwonek z Napoleonem 
44 
— My, panie władzo, nie wiemy — pokręcił głową Melon. 
— To nie nasza robota — dodał jakoś bez przekonania. 
— Nie łżyj! — milicjant ostentacyjnie pogroził chłopakowi 
pięścią. — Nie warto — dodał łagodniej. 
— On panu kitu nie sprzedaje — nieśmiało wtrąciła się 
dziewczyna. — Te futrzaki rąbnął Seta, ale tak je 
zamelinował, że nikt ich nie może przyfiłować... 
Oficer natychmiast przypomniał sobie podsłuchaną przed 
chwilą rozmowę. Wszystko wskazywało na to, że tamci 
mówią prawdę. 
— Jadźka wie? — rzucił ostro. 
— Ona nie przypucuje — mruknął z powątpiewaniem 
Melon. 

background image

— Nie twój interes! — wzruszył ramionami porucznik. — 
Gdzie ona teraz jest? 
— Na chacie — poinformował rzeczowo chłopak. — 
Nowotki osiemnaście... 
Mazurek miał jeszcze świeżo w pamięci rozmowę z małym 
Krawczykiem. Tym razem jednak zamiast niego drzwi 
otworzyła niska, dosyć tęga, z wyglądu sądząc 
czterdziestokilkuletnia kobieta. Na widok milicyjnej 
legitymacji zmieszała się wyraźnie. 
— Obywatelka Krawczyk? — zapytał oficer urzędowo. 
— Tak, to ja — przyznała skwapliwie. 
— Córka w domu? 
— Gdzieś wyszła. 
— Dawno? 
— Z samego rana. 
— Kiedy wróci? 
— Nie mam pojęcia — bezradnie rozłożyła ręce. — Z nią 
nigdy nie wiadomo... 
— Gdzie ją mógłbym znaleźć? 
— Trudno mi powiedzieć — odparła bez wahania, ale po 
jej twarzy przemknął jakiś cień. 
44 
Porucznik zrozumiał, że w ten sposób nic nie wskóra. 
Trzeba było zmienić taktykę... 
— Czy ma pani z córką jakieś kłopoty? — zapytał 
łagodnie. 
— Nie powiedziałabym — potrząsnęła głową. — A 
dlaczego szuka ją milicja? — w oczach kobiety pojawił się 
niepokój. 
— Dziewczynę trzeba przesłuchać jako świadka — 
wyjaśnił obojętnie Mazurek. — Proszę się nie obawiać... 

background image

— To pilne? 
— Raczej tak. 
— Powtórzę córce, że pan o nią pytał — zadeklarowała się 
kobieta. 
— Liczę na panią... 
— Przykro mi, że nic więcej nie mogę panu pomóc... Nagle 
skrzypnęły drzwi od kuchni i do przedpokoju 
wsunął się syn Krawczykowej. 
— Dzień dobry! — przywitał się wesoło z oficerem. — Pan 
znowu do nas? 
— Tak się złożyło — uśmiechnął się porucznik. Jak 
gwizdek? 
— Siostra wyrzuciła — stwierdził malec ponuro. 
— Nie martw się — pocieszył go milicjant — przyniosę ci 
drugi. 
— Naprawdę? 
— Bank! — obiecał Mazurek. — A nie wiesz przypadkiem, 
gdzie jest teraz Jadźka? 
— U cioci Niusi... 
— Dobrze się składa! — oficer bez zmrużenia oka odwrócił 
się do matki. — Zaraz zadzwonimy po dziewczynę. 
— Tam nie ma telefonu — odparła ze złością kobieta. — A 
ty zmiataj do pokoju! — rzuciła ostro do syna. 
Porucznik odetchnął z ulgą. Prawdę powiedziawszy, wcale 
nie miał zamiaru nigdzie telefonować, ale na 
9- 
131 
wszelki wypadek wolał się upewnić, czy Krawczykowa nie 
będzie miała możliwości ostrzeżenia córki. 
— Można prosić o adres? — zapytał z pozorną 
obojętnością. 

background image

— Puławska sto dwadzieścia osiem — mruknęła niechętnie 
kobieta. — Siostra nazywa się Zwierzchowska... 
— Na Puławskiej Mazurek nie zastał jednak nikogo. Przez 
dobre dziesięć minut dobijał się uparcie do drzwi, aż na 
klatkę schodową wyjrzała jakaś sąsiadka. • 
— Wyszli z pół godziny temu — poinformowała usłużnie. 
— Szybko chyba nie wrócą... 
— Czy zna pani Krawczykównę — zainteresował się 
oficer. 
— Niby siostrzenicę? — upewniła się kobieta. — A jakże! 
Lepsze z niej ziółko. 
— Widziała ją pani dzisiaj? 
— Owszem, była u Zwierzchowskich. 
— Wyszła razem z nimi? 
— Gdzie  tam!  —  zaprzeczyła  zdecydowanie.  — 
Poniosło ją zaraz po obiedzie. 
Milicjant odruchowo zerknął na zegarek i stwierdził ze 
zdziwieniem, że minęła już osiemnasta. Na samo 
wspomnienie obiadu zaburczało mu gwałtownie w brzuchu, 
jako że od śniadania nie miał nic w ustach. Z trudem zebrał 
myśli, żeby dowiedzieć się czegoś więcej od swojej 
rozmówczyni. 
— Gdzie mógłbym teraz znaleźć Jadźkę? — zapytał. 
— Przeskrobała coś? — ucieszyła się sąsiadka. — Ja tam o 
niej nic nie wiem — na wszelki wypadek wolała się 
zastrzec. — Niech pan zapyta synalka dozorcy. 
— Chodzą ze sobą? — domyślił się porucznik. 
— Poznał dziewczynę przed tygodniem, a wstyd 
powiedzieć, co już teraz ze sobą wyprawiają! — splunęła 
ze wzgardą. — Obraza boska, za przeproszeniem! 
132 

background image

Wyglądało na to, że kobieta ma znacznie więcej do 
powiedzenia. Mazurek, nie namyślając się, postanowił 
skorzystać z okazji i pociągnąć ją trochę za język. 
— Że też, proszę pani, na takich kary nie ma! — stwierdził 
ze śmiertelną powagą. 
— Święte słowa, panie kochany! — sąsiadka najwyraźniej 
połknęła haczyk. 
— Za moich czasów młodzi nie o tym myśleli — brnął 
dalej milicjant. — Tylko, że rodzice nie żałowali pasa! 
— Zawsze mówiłam, że tyłek nie szklanka! 
— Jeśli tak dalej pójdzie, to Krawczykówna jak nic 
skończy pod latarnią! — stwierdził oficer sentencjonalnie. 
— Szkoda że i chłopak się przy niej znaro-wi... 
— Na Gagarina, niedaleko Czerniakowskiej jest 
kawiarenka — kobieta nachyliła się do porucznika, 
konfidencjonalnie ściszając głos. — Oni tam bardzo często 
przesiadują... 
— W karczmie? — upewnił się Mazurek. 
— Karczma to knajpa — poprawiła go z pobłażaniem. — 
Niech pan zajrzy do kawiarenki po drugiej stronie 
Gagarina, bliżej Iwickiej. 
Tym razem szczęście zdawało się sprzyjać porucznikowi. 
Nie minęło nawet pół godziny, kiedy znalazł właściwą 
kawiarnię. Co więcej, przewidywania wścib-skiej sąsiadki 
okazały się słuszne. Przy jednym ze stolików przed 
wejściem zauważył sylwetkę znajomej dziewczyny 
trzymającej się za ręce z jakimś chłopakiem. Młodzi byli 
tak sobą zajęci, że nie zwrócili uwagi na zbliżającego się 
milicjanta. Dopiero, kiedy stanął przy ich stoliku i 
wyciągnął legitymację, zerwali się jak oparzeni. 
— Zbieraj się, Jadźka! — rzucił ostrym tonem oficer. — 

background image

Idziemy! 
44 
— To musi być jakaś pomyłka! — dziewczyna cofnęła się 
odruchowo. 
— Nie zawracaj głowy! — Mazurek zdecydowanie chwycił 
ją za przegub i pociągnął do zaparkowanego w pobliżu 
radiowozu. 
— Ale dlaczego?! — wtrącił się chłopak. — Przecież 
wolno chyba siedzieć w kawiarni... 
— Pilnuj lepiej swego nosa, mądralo — porucznik groźnie 
zmarszczył brwi — bo i ciebie zabiorę! 
Poskutkowało. Chłopak grzecznie przycupnął na krześle i 
bez słowa protestu przyglądał się, jak milicjant 
wyprowadza dziewczynę. 
— Niech mi pan chociaż powie, o co chodzi? — zapytała, 
kiedy znaleźli się w radiowozie. 
— Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie — obojętnie 
wzruszył ramionami. 
— Pan nie ma prawa! 
— Coś podobnego! — parsknął hałaśliwym śmiechem. — 
Możesz napisać skargę — dodał rozbawiony. 
— Czy ją zrobiłam coś złego? — w oczach dziewczyny 
pojawiły się łzy. 
— Tego nie powiedziałem — przyznał oficer. 
— Dlaczego więc pan mnie zabiera? 
— Chcę porozmawiać z tobą w spokojnym miejscu. 
— O czym? 
— O wyczynach twojego przyjaciela. 
— Nie rozumiem... 
— Co, już zdążyłaś zapomnieć o Secie? 
— Ja nic o nim nie wiem — stanowczo potrząsnęła głową. 

background image

— On mi się nie opowiadał... 
— Coś podobnego! — Mazurek kpiąco przymrużył oko. — 
Nigdy bym nie pomyślał, że masz taką krótk pamięć! 
W radiowozie na chwilę zapanowało milczenie. 
Dziewczyna zorientowała się już, że jadą Wisłostradą 
44 
w kierunku Żoliborza. Spojrzała na porucznika i zauważyła, 
że jego mina nie wróżyła nic dobrego. Na jej twarzy 
odmalował się wyraźny niepokój. 
— Czy ma pan zamiar mnie zamknąć? — zdecydowała się 
w końcu zadać nurtujące ją od dłuższego czasu pytanie. 
— Jeżeli będę miał powód — odparł zagadkowo — to 
nigdy nic nie wiadomo... 
— Ale za co? — widać było, że przestraszyła się jeszcze 
bardziej. 
— Ja przecież wcale nie powiedziałem, że zataszczę cię 
zaraz na dołek — spokojnie zauważył milicjant. — A jak 
powiesz, gdzie Seta schował fanty z ostatniego skoku, to 
może nawet zafunduję ci lody... 
— Nic się pan ode mnie nie dowie! — oświadczyła butnie. 
— Zmień płytę — oficer uśmiechnął się ironicznie. — Już 
to raz słyszałem. 
— Pan tak nie może! 
Mazurek czuł, że ta rozmowa nie prowadzi do niczego i 
przez cały czas intensywnie się zastanawiał, w jaki sposób 
trafić do dziewczyny. Wyglądało na to, że musi 
zaryzykować jakiś blef. 
— Gdybyśmy tak wypuścili Setę za kaucję — rzucił z 
pozorną beztroską — to ciekawe, czy byłby zadowolony, że 
pod jego nieobecność zabawiałaś się z innymi 
chłopakami... 

background image

— Takiego cholernego świństwa pan mi nie zrobi! — 
nerwowo przygryzła wargi. 
— Jak myślisz, czy uwierzyłby w niewinny żarcik, że to ty 
dałaś nam ostatnio cynk, gdzie go szukać? — nieubłaganie 
ciągnął dalej porucznik. 
— Jezus, Maria! — jęknęła z rozpaczą. — Przecież Seta 
zabiłby mnie, gdyby mu pan coś takiego powiedział! 
135 
— Dowiem się więc wreszcie, gdzie są te futrzaki?! — 
rzucił ostro milicjant. 
Przez dłuższą chwilę dziewczyna zastanawiała się jeszcze 
nad czymś. W końcu zaproponowała nieśmiało: 
— Ja panu wytłumaczę, ale pojedzie pan sam... 
— Niby dlaczego? 
— W pobliżu tego miejsca kręcą się stale bracia Operacze 
— wyjaśniła ze strachem. — Nie będę mia-' ła życia, jak 
mnie z panem przyfiłują. 
— Niech i tak będzie — zgodził się oficer. — Pod-' rzucę 
cię do komendy i tam na mnie poczekasz... 
— Teraz pan uważa — zaczęła z namysłem. — Po-I jedzie 
pan Potocką do Szlacheckiej. Tam są stare rudery do 
rozbiórki. W trzeciej po lewej stronie znaj-l dzie pan małą 
piwniczkę... 
Zgodnie z obietnicą Mazurek zostawił dziewczynę w 
komendzie, a na poszukiwania ulicy Szlacheckiej wyruszył 
sam. Kilkanaście minut później był już na miejscu. 
Właściwy dom, a raczej to, co z niego zostało, znalazł bez 
trudu... 
Drzwi i okna były dokładnie pozabijane deskami, tak że 
porucznik przez dłuższą chwilę zastanawiał się, w jaki 
sposób wejść do rudery. Wreszcie zauważył) sporą dziurę w 

background image

ścianie od tyłu, tuż przy samej ziemi. Wczołgał się bez 
namysłu. 
W środku panował półmrok, tak że porucznik musiał 
zapalić latarkę. Pomieszczenie okazało się puste, 1 jeśli nie 
liczyć połamanych desek w jednym z kątów. Milicjant 
zepchnął z wysiłkiem stertę drewna i zobaczył w podłodze 
niewielką drewnianą klapę, zasłaniającą wejście do ciasnej 
piwniczki. 
Zszedł na dół po krótkiej drabince i aż zagwizdał ze 
zdziwienia. Na ziemi leżały całe stosy koszul i bluzek, dwa 
radia tranzystorowe, magnetofon, maszyna do pisania, 
komplet futrzaków... W świetle latarki spostrzegł też 
niewielki dzwoneczek z jakąś figurkąl 
44 
zamiast rączki. Wziął go do ręki, żeby mu się lepiej 
przyjrzeć, i w tej samej chwili poczuł tępy ból w tyle 
głowy. Zrobiło mu się przeraźliwie jasno przed oczami i 
stracił przytomność... 
XI 
Mazurek powoli odzyskiwał świadomość. Przez dłuższą 
chwilę wydawało mu się, że jest na jakiejś pędzącej w 
zawrotnym tempie karuzeli i że lada moment wyleci z niej 
jak z procy. Otworzył z niemałym trudem oczy, ale niewiele 
mu to pomogło. Dookoła panowała kompletna ciemność, a 
karuzela zamieniła się w gigantyczną huśtawkę. Porucznik 
nie na żarty przestraszony, przylgnął do ziemi i 
przypomniał sobie, gdzie się znajduje. 
Spróbował wstać, ale ledwo podniósł się na kolana, 
chwyciły go torsje. Przez dobre dziesięć minut krztusił się, 
nie mogąc złapać oddechu. Na koniec ogromnym 
wysiłkiem woli dobrnął na czworakach do drabinki i 

background image

wygramolił się na górę. 
Dopiero tutaj oficer spostrzegł, że przez cały czas trzymał 
coś w ręku. Oczy zdążyły mu się już trochę przyzwyczaić 
do ciemności i zobaczył, że jest to niewielki dzwoneczek... 
Musiał odpocząć dłuższą chwilę, zanim zdecydował się 
zawrócić do wejścia do piwnicy. Latarkę gdzieś zgubił, 
namacał więc w kieszeni zapałki. Wypalił chyba z pół 
pudełka zaglądając do środka, ale wnętrze było całkowicie 
puste. Po koszulach, radiach i innych łupach nieznanych 
złodziei nie pozostało nawet śladu. 
Dobrze, że bydlaki nie zamknęły klapy! — odetchnął 
milicjant z ulgą. Przyszłoby mi zdechnąć w tej norze! 
137 
Wydostał się na świeże powietrze i od razu poczuł, że 
wracają mu siły. Bez pośpiechu, zataczając się co kilka 
kroków, ruszył do radiowozu. Był już przy wozie, gdy 
stwierdził z przerażeniem, że na niebie świeci już księżyc. 
— Paweł nie ma gabloty! — stęknął ze złością..— 
Opieprzy mnie, jak święty Michał diabła! 
Usiadł ciężko za kierownicą i chciał właśnie zapuścić 
silnik, kiedy niespodziewanie ktoś energicznym ruchem 
otworzył drzwiczki. Przed oczami porucznika mignął 
niebieski milicyjny mundur. 
— Jezus, Maria! Człowieku, jak ty wyglądasz?! — 
krzyknął ze zgrozą Kuligowski. — Co się z tobą działo, do 
ciężkiej cholery?! Wszystkie chłopaki cię szuka- 
ją! 
Dopiero teraz oficer zauważył, że na ulicy stoi drugi 
radiowóz, a wokół ruder myszkuje kilku funkcjonariuszy. 
— Kłosiński kazał nawet ściągnąć psa — relacjonował 
spiesznie sierżant. — Prawdę mówiąc, zaczynaliśmy się już 

background image

obawiać, że leżysz gdzieś sztywny... 
— Niewiele brakowało — mruknął ponuro Mazurek. — 
Zarobiłem po łbie i jedną nogą byłem już w zaświatach... 
— Kto ci kazał samemu łazić po zwyrach? 
— Nakryłem melinę i chciałem sprawdzić, co w niej jest — 
wzruszył ramionami porucznik. — Gorzej, że wszystkie 
fanty bydlaki wyniosły. 
— Szkoda gadania, jedziemy, Michał, do komendy — 
zadecydował Kuligowski. — Posuń się, stary! Z 
rozwalonym czerepem nie będziesz kierował gablotą. 
— Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? — zapytał oficer, 
kiedy sierżant zapuszczał silnik. 
— Wszystko wyśpiewała mi ta sierota, którą zostawiłeś w 
poczekalni na Żeromskiego — wyjaśnił Kuli 
44 
gowski. — O mały włos chłopaki nie spuścili jej z tego 
wszystkiego na dołek! 
Kilka godzin później Mazurek czuł się już zupełnie nieźle. 
Lekarz, obandażowawszy mu głowę nakazał mu wprawdzie 
surowo, żeby natychmiast położył się do łóżka, ale 
porucznik nawet nie chciał o tym słyszeć. Kiedy jeszcze się 
dowiedział, że Seta jest przytrzymywany w areszcie 
Stołecznej Komendy, a nie, jak myślał, na Białołęce, nic nie 
było w stanie skłonić go do zmiany decyzji. Był 
przekonany, że rozwiązanie zagadki jest tuż-tuż... 
Zaczynało właśnie świtać, kiedy Mazurek znalazł się na 
miejscu. Kuligowski, który go podwiózł, został w 
radiowozie, a porucznik niezwłocznie przystąpił do 
pertraktacji z oficerem dyżurnym. Dyskutowali chyba z 
piętnaście minut i w rezultacie Setę przyprowadzono z celi. 
Aresztant, nie kryjąc wcale ziewania, przez dłuższą chwilę 

background image

przyglądał się w milczeniu milicjantowi. 
— Kto pana tak urządził? — zdecydował się w końcu na 
zadanie pytania. — Ja bym draniowi nie darował — dodał 
szczerze. 
— Nie ma obawy — mruknął niechętnie Mazurek. — 
Tylko, że nie dlatego ściągnąłem cię z łóżka... 
— Mógł pan zaczekać do rana — westchnął sennie Seta. 
— Rano mam zamiar wziąć zwolnienie — rzeczowo 
wyjaśnił porucznik, wskazując znacząco na swoją głowę i 
przedtem chciałbym jeszcze z tobą trochę pogadać. 
— O czym? — zdziwił się aresztant. 
— O twoim skoku na szarego fiata. 
— Nic nie pamiętam, panie władzo — Seta ironicznie 
wydął wargi. 
— W zeszły czwartek na Antoniny Sokolicz — nalegał 
oficer. — Nie ma sensu zaprzeczać... 
139 
— Nic z tego! — stanowczo oświadczył aresztant. — To 
nie moja robota. 
— Czyżby? — zagadkowo uśmiechnął się milicjant. — 
Może ten drobiazg coś ci przypomni... 
Wyciągnął z kieszeni dzwoneczek z figurką Napoleona i 
ostrożnie położył go przed Setą. W napięciu zaczął się 
przyglądać twarzy podejrzanego, oczekując na jego reakcję. 
— Futrzaki mógł każdy podpieprzyć — Mazurek 
zaryzykował wymyślony przed chwilą blef — ale na tym 
zostały twoje paluszki... 
W pokoju zapanowała cisza. Aresztant wziął dzwonek do 
ręki i kilka razy obrócił go w palcach. Usiłował zachować 
spokój, ale widać było, że z trudem panuje nad sobą. Wahał 
się jeszcze przez chwilę, aż w końcu ustąpił. 

background image

— Zgoda, wygrał pan! — splunął ze złością. — Główkę to 
pan ma nie od parady — dodał z niekłamanym podziwem. 
— W milicji też się czasami myśli — stwierdził z udaną 
obojętnością porucznik. — Opowiesz teraz o tej robocie. 
— Niech pan pyta — skinął głową podejrzany. 
— Byłeś sam? 
— Oczywiście — zastrzegł się Seta. — Zresztą wcale nie 
planowałem tego skoku. 
— Nie rozumiem... 
— To proste — wzruszył ramionami aresztant. — 
Przyfiłowałem, jak facet majstruje przy gablocie. Chyba 
drzwiczki mu się zacięły, bo długo kluczykami w zamku 
gmerał... Wreszcie wparował do środka, coś zabrał i 
poszedł sobie, ale z tego wszystkiego samochodu frajer nie 
zamknął. Odczekałem minutę, czy nie wróci, i po krzyku 
— stwierdził z prostotą. — Gdybym nie zabrał tego cacka 
— ze złością wskazał na dzwonek, nigdy bym nie wpadł. 
Spodobało mi się 
140 
cholerstwo... A swoją drogą fujara z tego gościa. Stałem 
blisko wozu i mógł mnie przykikować, a na konfrontacji 
nawet okiem nie mrugnął... 
— Dokładnie go zapamiętałeś? 
— Panie władzo! — oburzył się podejrzany. — Seta kitu 
nie sprzedaje. Jak mówię, że obrobiłem gablotę tego 
klajniaka, to znaczy, że tak było! 
W porządku! — Po raz pierwszy oficer uśmiechnął się 
przyjaźnie do aresztanta. — Czasami można się z tobą 
dogadać... 
— Teraz kapuję! — Seta uderzył się nagle w czoło- — 
Znaczy facet opieprzył komuś samochód, a ja wskoczyłem 

background image

na drugiego... 
— Na to wygląda — przytaknął Mazurek. Piętnaście minut 
później radiowóz Kuligowskiego 
zatrzymał się na ulicy Stołecznej. Milicjanci mieli sporo 
skrupułów, stukając do drzwi profesora Makowskiego, ale 
okazało się, że naukowiec już nie spał. 
— Wprowadziłem pana wczoraj w błąd — oświadczył 
porucznikowi na samym wstępie. — To nie jest notatnik 
docenta Miłowicza. 
— A czyj? — oficer bacznie spojrzał profesorowi w oczy. 
— Wydaje mi się, że doktora Brzezińskiego — od--parł 
Makowski, ale jakoś bez specjalnego przekonania. 
— Jest pan tego pewien? 
— Prawdę mówiąc, to sam nie wiem, co o tym sądzić — 
przyznał naukowiec bezradnie. 
— Dlaczego więc pan myśli, że zapiski należą do 
pańskiego obecnego współpracownika? — nie ustępował 
Mazurek. 
— Bo dotyczą problemów ściśle związanych z jego 
rozprawą doktorską — w zamyśleniu odparł profesor- — 
Powiedziałbym nawet, że w tym brulionie zawarte są 
wszystkie najważniejsze myśli tej rozprawy... 
44 
— Czy Miłowicz i Brzeziński mieli podobne charaktery 
pisma? 
— Raczej nie — potrząsnął głową Makowski ale 
człowiekowi może się przecież coś czasami przywidzieć — 
dodał na swoje usprawiedliwienie. 
_ No cóż! — westchnął porucznik, żegnając się 
z naukowcem. — Nie pozostaje chyba nic innego, jak 
zapytać o te notatki samego Brzezińskiego. 

background image

Oficer zabrał pozostawiony profesorowi poprzedniego dnia 
brulion i razem z Kuligowskim wrócił do radiowozu. Była 
punktualnie godzina siódma, kiedy znaleźli się przed 
drzwiami do mieszkania mikrobiologa. 
— Brzeziński powinien być jeszcze w domu — mruknął 
Mazurek zerkając na zegarek. — Nie sądzę, żeby miał 
zwyczaj wychodzić tak wcześnie. 
— Wejść z tobą? — zaproponował sierżant. 
— Lepiej poczekaj na mnie — odparł w zamyśleniu 
porucznik. — Sam z nim pogadam... 
Mikrobiolog właśnie się golił. Milicjanta powitał z 
namydloną twarzą i w piżamie, ale prawdę mówiąc, wcale 
się tym nie speszył. Z rozbrajającym uśmiechem posadził 
gościa w fotelu, a sam wrócił do łazienki, żeby się ubrać i 
zakończyć poranną toaletę. 
— Na dziewiątą muszę być w instytucie — rzucił oficerowi 
przez drzwi. — Przyjeżdżają goście z Uniwersytetu 
Wrocławskiego... 
— Nie zajmę panu zbyt wiele czasu — obiecał Mazurek. — 
Zresztą jest fo moja ostatnia wizyta u pana w mieszkaniu. 
— Złapał pan mordercę? 
— Owszem. 
— Zmichowicz? — z nadzieją w głosie zapytał Brzeziński, 
stając w progu pokoju. 
— Chyba pana zmartwię — pokręcił głową porucznik. — 
Pański były rywal jest niewinny... 
44 
— A więc kto? 
— Nie domyśla się pan? 
— Niby skąd? 
— Przecież to bardzo proste — roześmiał się milicjant. — 

background image

Tylko jedna osoba miała wystarczający zasób informacji, 
żeby wszystko tak zręcznie zaaranżować. Bogiem a prawdą 
niewiele brakowało, a plan by się udał... 
— Nie rozumiem... 
— Niech się pan nie wysila — niechętnie wzruszył 
ramionami Mazurek. — Gra już skończona i trzeba zapłacić 
przegraną! 
— Pan chyba żartuje! — mikrobiolog gwałtownie zbladł. 
— Coś podobnego! — usiłował się roześmiać, ale widać 
było, że słowa oficera podziałały na niego jak grom z 
jasnego nieba. 
— Przyzna pan, że temat nie jest odpowiedni do żartów — 
porucznik groźnie zmarszczył brwi. 
— Czyżby pan mnie. oskarżał? — Brzeziński nerwowo 
przygryzł wargi. — Przecież ja mam alibi! 
— Gadanie! — żachnął się milicjant. — Pańska była żona 
została zabita przynajmniej sześć godzin wcześniej, niż 
złapał pan mandat w Grójcu. Aż nadto czasu, żeby wrócić z 
Warszawy i poszukać funkcjonariuszy z drogówki. 
— To są tylko pańskie domysły! — zaoponował ostro 
mikrobiolog. — Nie ma pan nawet cienia dowodu! 
— Można sprawdzić, o której godzinie widziano pana 
ostatni raz w Krakowie — odparł spokojnie Mazurek — a 
musiał pan wcześniej przyjechać do Warszawy, żeby 
zdążyć jeszcze zatelefonować do Likowskiej i, 
przedstawiając się jako Zmichowicz, sfabrykować kolejną 
poszlakę przeciwko niemu. Z wiadomych powodów 
nienawidził pan serdecznie inspektora i z wielką radością 
zobaczyłby go pan na szubienicy. 
143 
— Przecież nie powiedziałem, że to on napadł na 

background image

Winiarską! 
— Sprytnie pan to rozegrał — przyznał oficer. — Bardzo 
niewiele brakowało, żebym dał się nabrać. 
— Jak pan śmie?! 
— Kamińska podała panu szereg pikantnych szczegółów 
umożliwiających realizację pańskiego planu — 
nieubłaganie ciągnął dalej porucznik. — Wszystko grało 
jak w zegarku! Ogłuszył pan Winiarską, gdyż Żmichowicz 
miał z nią niedawno gwałtowną awanturę, rozbierał pan 
swoje ofiary, bo inspektor cierpiał na zaburzenia 
seksualne... Żeby postawić kropkę nad i, włamał się pan do 
jego samochodu i ukradł zapalniczkę, podrzuconą następnie 
w śmietniku na Tucholskiej. 
— Bzdura! 
— Ktoś widział pana w fiacie Żmichowicza, więc 
zaprzeczenie nie ma większego sensu — oznajmił 
stanowczo milicjant. — Sam pan się zresztą postarał, aby 
wpadł mi w ręce jeszcze jeden dowód przeciwko panu. 
— Mianowicie? 
— Założę się, że to nie pańska była żona napisała w zeszłą 
niedzielę list do Żmichowicza — ironicznie uśmiechnął się 
Mazurek. — Ekspertyza chyba potwierdzi, że został on 
spreparowany w tym mieszkaniu — znacząco wskazał na 
stojącą na regale maszynę do pisania. 
—. Ale dlaczego miałbym zabijać Barbarę? — wyrzucił z 
siebie ochrypłym głosem mikrobiolog. — Już dawno 
byliśmy po rozwodzie, każde z nas po swojemu ułożyło 
sobie życie... 
Oficer bez słowa wyciągnął z kieszeni stary, gruby brulion 
w czarnych okładkach. Brzeziński przez kilka sekund 
wpatrywał się w niego jak urzeczony, aż wreszcie z 

background image

całkowitą rezygnacją opuścił głowę. 
144 
— Wystarczy — wyszeptał płaczliwie. — Tak, to ja ją 
zabiłem. 
W pokoju zapanowała cisza. Porucznik nie przerywał jej, 
czekając, że mikrobiolog odezwie się pierwszy. Po chwili 
tamten, nie mogąc widać znieść milczenia, przełknął 
nerwowo ślinę i zaczął powoli cedzić słowa. 
— Zabiłem Barbarę — powiedział twardo — bo musiałem 
to zrobić. Po prostu nie miałem innego wyjścia! To ona 
sama doprowadziła mnie do tego! • 
— Jak mam to rozumieć? — zapytał cicho Mazurek. 
— Poznałem ją, kiedy miałem jeszcze wielkie plany i 
aspiracje — odparł z wysiłkiem Brzeziński. — Chciałem 
zostać na uczelni, zrobić tam karierę... Barbara obiecała mi 
pomóc. Miłowicz wtedy sporo znaczył, a ona owinęła sobie 
dookoła palca stetryczałego repa... 
— Miłowicz załatwił panu etat? 
— Co z tego, skoro miałem pecha. Wszystkie moje 
pomysły okazywały się niewiele warte, kompletnie nic mi 
nie wychodziło. Koledzy podkpiwali sobie, że jako 
naukowiec niewiele się liczę — przyznał ponuro 
mikrobiolog. — Chciałem już zrezygnować, kiedy zginął 
Miłowicz. Wiedziałem, że miał zaawansowane prace nad 
gronkowcami, pomyślałem więc, że mógłbym je 
kontynuować. Wtedy Barbara zaproponowała mi, żebym, 
nikomu nic nie mówiąc o odkryciach jej męża, wykorzystał 
je sam... 
— W taki więc sposób powstała pańska rozprawa doktorska 
— pokiwał głową oficer. 
— Miałem do tego prawo! — Brzeziński podniósł głos. — 

background image

Byłem na progu kariery, a tamten już nie żył. Dzięki tym 
notatkom — wskazał ręką na brulion — stałem się 
cenionym i szanowanym specjalistą. Najważniejsze jest, 
żeby się wybić, później wszystko już idzie samo! 
— Doktorat pan ukradł — stwierdził z niesmakiem 
10 — Dzwonek z Napolefonem 
44 
milicjant — habilitację chciał pan sobie załatwić żeniąc się 
z siostrzenicą prorektora... 
— To moja rzecz! — krzyknął z pasją mikrobiolog. — 
Gdybym w porę zniszczył ten nieszczęsny brulion... 
— Czego chciała od pana Brzezińska? 
— Zagroziła, że zawiadomi o wszystkim władze uczelni. 
Dla mnie byłaby to katastrofa, a ona miała bezpośredni 
dowód w swoich rękach — z rozpaczą chwycił się za 
głowę. — Zażądała mojego mieszkania! Rozumie pan?! — 
gniewnie zacisnął pięści. — Kupiłem je specjalnie już po 
rozwodzie, bo wiedziałem, jaka ta dziwka jest pazerna. 
Zadłużyłem się po uszy, a teraz miałbym je rejentalnie 
przepisywać?! Zresztą na tym wcale by się nie skończyło 
— oświadczył z przekonaniem. — Przecież do tej pory 
dawałem jej co miesiąc pieniądze... A w końcu i tak 
zaniosłaby ten notatnik do instytutu! 
— Niedobrze mi się robi, kiedy tego słucham — mruknął 
Mazurek. 
— Zrobi ci się jeszcze gorzej, glino! Brzeziński ze 
zwinnością, o którą nikt by go nie 
podejrzewał, chwycił ze stolika sporą żelazną lampę i 
ruszył z nią jak burza na milicjanta. Porucznik uchylił się w 
ostatnim momencie i lampa dosłownie o milimetry minęła 
jego głowę. Mikrobiolog zamierzył się ponownie, ale tym 

background image

razem oficer nie dał się już zaskoczyć. Chwyt nie był 
założony wprawdzie zbyt precyzyjnie, wystarczył jednak, 
żeby przeciwnik zwalił się jak kłoda na stojący pod ścianą 
regał... 
Trzask łamanych desek zmieszał się z brzękiem tłuczonego 
szkła, a jednocześnie od strony przedpokoju doleciał łomot 
wyważanych drzwi. Mazurek na wszelki wypadek sięgnął 
ręką do kabury, ale zaraz się uspokoił. W progu pokoju 
stanął Kuligowski. 
— Siedziałem pod drzwiami i przez te hałasy prze 
44 
straszyłem się, że znowu rozwalają ci makówkę — 
niezdarnie wymamrotał usprawiedliwienie. — Chyba 
jednak wszystko w porządku? — parsknął śmiechem na 
widok wygrzebującego się spod szczątków regału 
Brzezińskiego. 
XII 
— Ty masz, bracie, głowę! — major Kłosiński z 
niedowierzaniem przyglądał się Mazurkowi. — Jak na to 
wpadłeś? 
— Po prostu mikrobiolog trochę przedobrzył — 
zbagatelizował sprawę porucznik. — Te wszystkie 
„dowody" przeciwko Żmicho wieżowi były szyte zbyt 
grubymi nićmi. Prawdę jednak mówiąc, zadecydował 
dzwonek z Napoleonem... 
— Dzięki tej zabawce przekonałeś Setę, żeby ci się 
przyznał? 
— Właśnie... A poza tym Brzeziński miał pecha — zamyślił 
się Mazurek. — Gdybyśmy nie przejeżdżali nocą w zeszły 
czwartek przez ulicę Felińskiego, nie musiałby odgrywać 
komedii z rzekomym ratowaniem Winiarskiej przed 

background image

nieznanym zboczeńcem. Z kolei my nie drapnęlibyśmy 
Sety i tak dalej... 
— W każdym razie odwaliłeś kawał dobrej roboty — 
pochwalił naczelnik. — Za zerwane noce należą ci się ode 
mnie trzy dni wolnego! 
— Serio? — ucieszył się porucznik. 
— Jak najbardziej — potwierdził major. — Odbierzesz je 
sobie, kiedy tylko zechcesz... 
— Nie jest żle — Mazurek szelmowsko przymrużył oko. 
— Medyk dał mi dziewięć dni zwolnienia — wskazał 
znacząco na obandażowaną głowę — do tego trzy dni od 
ciebie... Mam nadzieję, że przez ten czas buda się nie 
zawali, bo ja pryskam z Warszawy... 
Warszawa, wrzesień 1978 r. 
10- 
147 
l,Hi,H   RSW „Prasa-Książka-Ruch" HEJ   KRAJOWA 
AGENCJA WYDAWNICZA bz^zZS   RZESZÓW, 1989 r. 
Wydanie II. Nakład 99 650+350 egz Ark. wyd. 6,5. Ark. 
druk. 6,15. Skład, druk i oprawa Rzeszowskie Zakłady 
Graficzne. Rzeszów, ul. Marchlewskiego 19 Nr prod KAW 
57/88' Zam. 5382/88. S-5-8 
ISBN 83-03-02643-7 
Cen.i zł 400,- 
Widząc pańskie mieszkanie, rzuca się w oczy, że jest pan 
dość zamożnym człowiekiem — zagadnął Mazurek. — Nie 
przypuszczałem, że zarobki w Sanepidzie są aż tak 
wysokie... 
— Nie narzekam — uśmiechnął się blado Żmichowicz — 
ale mówiąc szczerze, z samej pensji nie mógłbym tak się 
urządzić. 

background image

— Grunt to znaleźć jakąś dobrą chałturkę domyślnie 
pokiwał głową milicjant. 
— W Kanadzie mam starszego brata, który wyemigrował z 
kraju zaraz po wojnie — wyjaśnił inspektor. — Załatwił mi 
pracę i przez dwa lata siedziałem u niego. Zdołałem trochę 
zaoszczędzić...