background image

MAY GRETHE LERUM

WIĘZY KRWI

Tytuł oryginału norweskiego: „Blodsbånd”

background image

ROZDZIAŁ I

Lyster, grudzień 1672

Wieś   u   podnóża   wysokich   szczytów   spoczywała   pogrążona   w   ciszy.   Nawet 

bezdenny fiord, zlodowaciałymi brzegami szarpiący skały i usypiska głazów, trwał teraz 

gładki, nieruchomy.

Lyster, niegdyś osobny okręg.

Podczas   ostatniego  spisu  ludności  doliczono   się,  że  główna   parafia   Dale  daje 

schronienie dwustu dwudziestu sześciu mężom.

A także oczywiście jakimś kobietom oraz chłopcom poniżej roku życia...

Stu piętnastu gospodarzy, stu jeden chałupników.

Sześć kościołów.

Ziemia w większości znajduje się w posiadaniu urzędników, część jest własnością 

kilku mieszczan i wielkich gospodarzy. Do kościoła należą dwa z dziesięciu dworów.

Lensman, wójt i pisarz.

I dwóch duchownych.

Znaczniejszy z nich siedzi tego wieczoru przy szerokim biurku. Ma przed sobą 

pióro i kałamarz, lecz całą uwagę kieruje na kruche, grube stronice oprawnej w skórę 

księgi.

Drzwi są starannie zaryglowane od wewnątrz.

Stary   człowiek   musi   mieć   obecnie   co   najmniej   sześćdziesiąt   lat.   Płomienie 

łojowych   świec,   rzucające   na   izbę   migotliwe   cienie,   nadają   jego   twarzy   niezwykły, 

przerażający wygląd.

Jest chudy. Kości w jego ciele zdają się o siebie grzechotać.

Dłonie trzęsą mu się trochę, gdy ostrożnie przewraca kartki. Wąskie usta składają 

się w bezdźwięczne słowa.

Oczy   w   marnym   świetle   mrużą   się,   musi   trzymać   księgę   tuż   przed   nimi,   by 

odcyfrować prastare gotyckie litery.

Nie na Piśmie Świętym koncentruje się dzisiaj proboszcz.

Na grubej skórzanej oprawie wytłoczono tytuł: „Księga Sztuk Sefraniusa”.

Księgę   spisano   w   legendarnej   Akademii   Wittenberskiej   w   roku   1311. 

background image

Odnaleziono ją w roku 1529 w marmurowej skrzyni na Zamku w Kopenhadze. Stamtąd 

rozpowszechniła się w wąskich kręgach wybranych, zwłaszcza wśród ludzi Kościoła.

Mogens znalazł ją wśród rzeczy swego ojca zaledwie na kilka dni przed jego 

ścięciem.   Nie   skrywał   swej   zakazanej   własności   nawet   w   czasie,   gdy   bardziej   niż 

czegokolwiek   obawiał   się,   że   oskarżenia   o   uprawianie   czarów,   które   dotknęły   ojca, 

zostaną   skierowane   również   przeciw   niemu.   Samą   księgę   natomiast   ledwie   śmiał 

otworzyć.

Tego wieczoru jednak, gdy plebanię spowiła niewypowiedziana pustka i cisza, a 

ogień na palenisku i płomienie łojowych świec z trudem budziły wspomnienie ciepła...

Tego wieczoru wyciągnął ją, otworzył na stronicach, których nigdy wcześniej nie 

odważył się czytać.

Mario, czegóż nie zrobię z tęsknoty za tobą!

Ostatnie  miesiące okazały się najgorszymi  w całym  jego życiu,  a to znaczyło 

naprawdę niemało dla tego ciężko dotkniętego przez los sługi Kościoła.

Jego   ukochana,   jego   uczennica,   duchowa   córka...   Nie,   to   nieprawda.   Okres 

ojcowskich uczuć już przeminął.  Po śmierci  żony Mogens z całą powagą zdał sobie 

sprawę, ile znaczy dla niego młoda, jasnowłosa dziewczyna z Meisterplassen.

Spłodzona w grzechu, gwałtem, przez własnego dziada... Mogens sam wygnał 

niegdyś   ze   wsi   jej   matkę   wraz   z   nowo   narodzoną   córeczką,   oślepiony   pragnieniem 

wychowania tego dziecka. Bóg zechciał, aby szesnaście lat później sama zgłosiła się do 

niego na nauki.

Oczywiście podziwiał jej błyskotliwy umysł, czytała i tłumaczyła trudne teksty 

zaledwie   kilka   tygodni   po   tym,   jak   poznała   pierwszą   literę.   Zadawała   najśmielsze 

pytania, zmuszając jego samego do wspinania się na wyżyny własnych możliwości, by 

dać jej zadowalającą odpowiedź czy wyjaśnienie.

A jej niewieście przymioty...

Nie było chyba cieplejszej i troskliwszej kobiety! I to w stosunku do wszystkich 

mieszkańców wioski, do niego i jego rodziny, do przyjaciół z Solgarden.

Nawet gdy jesienią wioskę dotknęła zaraza, Maria nie ustąpiła, krążyła od chaty 

do chaty ze swą bogato zaopatrzoną skrzynką z ziołami, ratując od strasznej choroby 

zarówno młodych, jak i starych.

background image

Aż w końcu i ona prawie się jej poddała.

Serce zadrżało mu na samą myśl o koszmarnych nocach, kiedy Maria, trawiona 

gorączką, ledwie oddychała, a żadne modlitwy, jak się wydawało, nie pomagały.

Zniósł ją wtedy do piwnicy i dalej, tajemnym przejściem.

Poprzez mrok ziemi, przez kryptę, gdzie prochy zmarłych nadawały powietrzu 

niepokojący posmak.

Na   górę,   do   kościoła,   w   którego   ścianach   wciąż   tkwiły   losy   całych   stuleci, 

odzywając się echem, gdy kolejni ludzie słali pod wysokie sklepienie dziękczynienia i 

skargi.

Zapalił wszystkie świece i ustawił je dookoła umierającej.

Dzisiaj   zdawał   sobie   sprawę,   że   wieś   wciąż   nie   zapomniała   nieludzkiego 

zawodzenia, dochodzącego z kościoła ostatniej nocy zarazy. Ludzie ciągle patrzyli nań z 

niepewnością i przestrachem bijącym z oczu. Ciekawe, czy szaleństwo już minęło?

Nie, wcale nie!

Tylko instynkt samozachowawczy ocalił go od wstawania co noc, spieszenia tym 

samym korytarzem i wykrzykiwania swego żalu i cierpienia wśród grubych, kamiennych 

ścian przed obliczem Pana.

Nie czynił tak jednak.

Wstydził się wyjawić przyczynę swego bólu.

Dobrego Boga w niebie nie interesowały sercowe kłopoty uniżonego sługi.

Wszechmocny   miał   zapewne   ważniejsze   sprawy   albo   też   jego   modlitwy   były 

zanadto egoistyczne.

Jak zresztą modlić się do sprawiedliwego Boga o to, by odebrał życie rywalowi i 

w ten sposób pomógł zdobyć kobietę?

Mogens Jonson Skanke zwrócił się ku innym mocom. Mocom, które znał i, jak 

sądził, potrafił kontrolować.

W księdze znalazł wskazówki.

„Aby   dziewica   zwróciła   się   ku   tobie...   Na   brzegu   pucharu   z   piwem   wypisz 

następujące słowa: B et Pelom Concesti. Przepij do dziewczyny, a jej serce zwróci się ku 

tobie”.

Nie, to się nie nadaje, nie będzie już miał okazji, by nalać Marii piwa. Odeszła 

background image

daleko, zapewne zamieszkała w tym haniebnym miejscu w dole fiordu.

Jej matka była nałożnicą kata.

A Maria oddała serce innemu. Mogens zastanawiał się, czy imię, które spękane od 

gorączki wargi szeptały w tamtą noc, nie jest imieniem syna samego oprawcy.

Randar...   Cóż   za   zgrzytliwe   i   ohydne   imię!   Mogens   poczuł,   jak   serce   mu 

kamienieje z nienawiści do nieznajomego konkurenta.

Zaprawdę,   to   musi   być   miano   demona!   Ludzie   nie   chrzczą   chyba   swego 

potomstwa takim pogańskim imieniem!

No   cóż,   pastor   przestał   się   nad   tym   zastanawiać,   prędko   przerzucał   kolejne 

stronice. Formuły pozwalające odczyniać urok, zaklęcia, które mają przywieść kobiety 

do rzucenia się w otchłań wody.

Długie pasma zaklęć, zdolne zmienić każdego w kamień.

Przepis na to, jak czarami zmusić człowieka, by zapadł się pod ziemię.

Owszem, wszystko mogło się kiedyś  przydać, lecz nie tego potrzebował teraz 

Mogens.

Wreszcie jego palec zatrzymał się na niepozornym, krótkim akapicie.

„Zdobyć   zamężną   kobietę   i   zesłać   na   jej   męża   los   Uriasza...   na   zawsze 

przywiązać ją do siebie”.

Mogens przeczytał, skrzywił nos na wstrętny rytuał, jakiego musiałby dopełnić, 

by pozbyć się męża ukochanej. Potrzeba do tego zarówno serca kota, ludzkiej krwi, jak i 

rzadkich roślin. Nic nie znaczące formułki po łacinie, pełnia księżyca, święcone świece...

Mogens przez moment się zawahał, na cóż on się porywa?

Gdyby   ktoś   przepowiedział   mu   podobne   zachowanie,   nie   poprzestałby   na 

wyśmianiu takiego zuchwalca.

Czcigodny proboszcz uciekający się do tego rodzaju środków...

Wiedział, że naraża swe własne życie.

Wiedział, że ryzykuje swe wieczne zbawienie.

W   tej   chwili   jednak   zamieniłby   chętnie   tysiąc   lat   w   Raju   na   jedną   godzinę 

spędzoną z Marią...

Ona musi wrócić!

Musi zostać z nim! W przeciwnym razie nie ma znaczenia, co się stanie z jego 

background image

marnym życiem.

Na dzień przed Wigilią, jeszcze zanim wstał świt, po wsi rozniosła się wieść, że 

Czarny   Mons   w   wychłodzonym   zimowym   mrozem   kościele   kolejny   raz   odprawił 

nabożeństwo dla siebie samego.

Widziano światło.

Słyszano, jak śpiewa.

Niektórzy   twierdzili   nawet,   że   przez   grube   na   metr   ściany   doszły   ich   teksty 

dziwnych, obcych psalmów.

Nikt   jednak   nie   widział   go   idącego   do   kościoła   ani   też   powracającego   na 

pobieloną plebanię, położoną zaledwie o dwadzieścia kroków poniżej.

Tak, teraz to już pewne, uznano.

Pastor   ma   osobne   wejście,   to   żadne   plotki   i   babskie   gadanie.   Proboszcz   we 

własnej   osobie   przemyka   się   głęboko   pod   ziemią   niczym   szczur,   zakłócając 

błogosławiony sen tym, którzy spoczywają pod posadzką kościoła.

Nieprzyzwoite, ot co!

Lecz jakże intrygujące, kusząco niebezpieczne...

Mogens Skanke cieszył się zaufaniem ludzi, nie zaliczał się do księży, na których 

skarżą się za ich chciwość i surowość. Karcił, oczywiście, grzeszników równie mocno 

jak inni pastorowie i nie krył niezadowolenia, gdy zamożni przynosili w ramach pokuty 

za małe datki na kościół. We wsi zaczęto nawet powszechnie godzić się z faktem, że jego 

ojcem był pastor z Nordefjord skazany na ścięcie. A kto znał cel nocnych wypadów ich 

własnego Mogensa? Chociaż o czarach prawił surowiej niż niejeden duchowny?

Wobec ubogich natomiast okazywał zazwyczaj większą łagodność, zdarzało się, 

iż z własnej kieszeni wykładał za biedaka, który, dręczony ciężkimi podatkami na rzecz 

Korony, nie miał środków do życia. Wszystkich uratować nie mógł, niestety, w owych 

czasach   wielu   na   własnej   skórze   doświadczyło   władzy   odległego   króla.   Zagrody 

sprzedawano lub dzielono albo też przejmowali je nieliczni urzędnicy czy szlachcice, 

prowadzący we wsi swoje interesy.

Ale pastor Mogens trzymał stronę wieśniaków.

Dlatego mógł bez szczególnych obaw wieść takie a nie inne życie i dokonywać 

swych nie zawsze zgodnych z Biblią cudów. Ludzie chronili go, zarówno przed kolegami 

background image

po fachu i biskupem, jak i przed władzą królewską. A tej nocy tuż przed Wigilią podjął 

najbardziej dotychczas zaawansowane i niebezpieczne ze swych poczynań: wniósł ową 

rzadką księgę do domu Bożego.

W nadziei na wyrozumiałość Wszechmogącego, a być może również podejmując 

ostatnią próbę otrzymania odpowiedzi z Jego strony, błagał o jakiś znak. Kiedy nagły 

powiew wiatru przeleciał przez kościół i zgasił jedną ze świec przy ołtarzu, podziękował 

Panu i jął sobie ten znak tłumaczyć.

Bóg najwidoczniej postanowił tym razem patrzeć w inną stronę. I dobrze się stało, 

gdyż  rytuały,  jakie Mogens tej nocy odprawiał pod amboną, wywołałyby wzburzenie 

nawet mniej świątobliwych.

Do malutkiego naczynka upuścił własnej krwi.

Najstarszy z kotów na probostwie zginął szybką, bezbolesną śmiercią.

Rozmaite inne, budzące obrzydzenie składniki wyjął z przechowanego w piwnicy 

worka, zarekwirowanego niegdyś skazanej na śmierć czarownicy.

A słowa wypływały spomiędzy jego ust tak swobodnie, jakby recytował wyznanie 

wiary albo list świętego Pawła.

Tej nocy powrócił do piwnicy na probostwie z nową pewnością.

Niebezpieczna  droga doprowadziła  go tam,  gdzie chciał.  Nie mógł  się oprzeć 

przekonaniu, że prastare mądrości sprowadzą do niego Marię. Serce mocniej uderzało mu 

na   myśl,   że   dziewczyna   wkrótce   znów   usiądzie   przy   jego   stole.   Usta   mimowolnie 

rozciągnęły się w uśmiechu na wspomnienie smukłej postaci.

Ach, byle tylko czas tak się nie dłużył!

Tymczasem u progu stało już Boże Narodzenie, chyba najpracowitszy dla pastora 

okres.   Zanim   dzwony   obwieszczą   nadejście   nowego   roku,   nie   będzie   miał   czasu   na 

tęsknotę.

I niedługo, już niedługo przybędzie posłaniec.

Mogens spokojnie położył się spać, by wypocząć bodaj przez kilka godzin przed 

świątecznym   przyjęciem   na   plebanii.   Obyczaj   nakazywał,   by   tego   dnia   najpierwsi 

mieszkańcy wioski schodzili się na rozmowę i naradę w kwestii tegorocznego rozdziału 

zapasów dla najbardziej potrzebujących.

W tym roku spotkanie zapowiadało się krótkie, większość najuboższych padła 

background image

ofiarą zarazy.

W   wielu   zagrodach   izby   niemal   całkiem   opustoszały,   podczas   gdy   komory   i 

spichlerze napełniono tak, by wykarmiły także tych, których choroba zabrała do grobu.

Tego roku śmierć jednych dosłownie zapewniła chleb drugim.

Mogens zapadł w spokojny, dobroczynny sen, jakim nie spał od dawna. Jakby 

zostawił za sobą całe tygodnie niepewności i walki.

Zrobił już wszystko, wykonał ostatni desperacki krok.

Jeśli Maria nie przyjdzie do niego, oznaczać to będzie, że nie ma mocy, która by 

pomogła człowiekowi w potrzebie.

Na krańcach w głębi długiego fiordu morze było spokojne i ciche, za to dalej, tam 

gdzie   biorą   swój   początek  Årdalsfjord   i   Lysterfjord,   jakby   zerwały   się   wszystkie 

piekielne wichry.

Fale przełamywały się i odbijały od śliskich zboczy gór, pod białymi grzywami 

kryły  się niepojęte siły wody,  mogące  w każdej  chwili  wywrócić  nawet  mocną  łódź 

wiosłową. Wystarczyła chwila nieuwagi na dziobie.

Dwie słabe kobiety już dawno się poddały. Ostatkiem sił skierowały ciężką łódź 

w   niewielką,   bardziej   zaciszną   zatoczkę,   gdzie   kilka   wysokich   sosen   dawało   nieco 

schronienia przed wiatrem.

Owce,   które   wiozły   ze   sobą,   oszalały   ze   strachu.   Kobiety   w   końcu   musiały 

naciągnąć im na łby czarne płótno i spętać nogi, zwierzęta leżały jak skazańcy na dnie 

rozkołysanej łodzi. Jedno z wioseł zniknęło, gdy Liv na kilka sekund zapomniała się i 

zamknęła we własnym świecie.

Maria uderzyła matkę w zimny, blady policzek, by przywołać ją do przytomności 

i nakłonić do dalszego wiosłowania. Sama nie miała sił utrzymywać łodzi; gdyby pod 

naporem wiatru przekręciła się bokiem do fali, oznaczałoby to koniec dla nich obu.

Na   dnie   wszystko   było   przemoczone,   drewniane   miski   i   płócienne   węzełki, 

narzędzia i skrzynki unosiły się w wodzie wokół trzęsących się z zimna owiec. Kobiety 

dawno już przestały walczyć o to, by przy ostrym grudniowym wietrze było przynajmniej 

sucho. Teraz jeszcze pochwycił je w swoje objęcia mróz, deszcz przemienił się w śnieg, 

chłód prędko przenikał do skóry przez ubranie, sprawiając, że sztywniały jak martwe.

Wreszcie dostrzegły zaciszną zatoczkę. Maria wołaniem i śpiewem usiłowała nie 

background image

dopuścić do tego, by matka znów pogrążyła się we własnym świecie.

Gdy dno łodzi zazgrzytało o kamienie, Liv osunęła się na ławkę. Przemoczona, 

zamarznięta chusta zachowała dotychczasowy kształt, podczas gdy owinięta nią kobieta 

skurczyła się w sobie, opadła. Wyglądało to dość niesamowicie.

Maria sama nie mogła  się nadziwić, skąd czerpie siły,  w jakiś sposób jednak 

zdołała wyciągnąć na ląd owce, matkę i skrzynkę z jedzeniem. Łódź przycumowała przy 

kamieniach. Wkrótce fiord się cofnie i przy odpływie łódź częściowo zostanie na brzegu, 

ale nie ma to teraz najmniejszego znaczenia. Przez pewien czas muszą tu zostać.

Muszą myśleć o ratowaniu życia.

Rozpadającą   się   chałupę,   którą,   jak   się   jej   wydawało,   zauważyła   w   zatoczce, 

niemal   całkiem   zakrył   las.   Minione   cztery   lata   dały   liściastym   zaroślom   i   jałowcom 

dostatecznie dużo czasu na przejęcie opuszczonego domostwa.

Z kroplami wymieszanego ze śniegiem deszczu we włosach Maria przedzierała 

się przez krzaki, odpowiadające jej smaganiem po karku. Dziewczyna na wpół ciągnęła 

za   sobą   matkę   w   zacisze   wśród   starych   kamieni   i   z   radością   westchnęła   na   widok 

fragmentu fundamentów, który pozostał jako tako suchy. Resztki dachu splątały się z 

pobliskimi drzewami, tworząc całkiem niezłą osłonę. Palenisko wypełniała woda i śnieg, 

lecz Marii udało się zebrać w suchym kącie garść gałązek i rozniecić ogień.

Umieściwszy matkę przy ogniu, ściągnęła z niej ubranie i otuliła zsiniałe z zimna 

ciało jedyną suchą derką, jaką miały.

 -  Spróbuj się trochę poruszać, rozetrzyj stopy i policzki. Wiesz przecież, że nie 

możemy się przeziębić  -  tłumaczyła Maria jak dziecku.

Ponownie wyczołgała się na śnieg i zeszła na brzeg. Leżące w łodzi owce, na 

wpół zamarznięte, z łbami obwiązanymi szmatami, nie wydawały żadnych dźwięków.

Maria wyciągnęła je na ląd, ledwie trzymały się na nogach.

 -  Biedaczyska, nie powinnyśmy były was zabierać. Szybki nóż oznaczałby dla 

was pewnie lepszy los, biedne maleństwa!

Nie mogła jednak znieść myśli o tym, że sama miałaby dokonać uboju. Kiedy 

nadchodził dzień bicia zwierząt, zawsze uciekała do lasu. Dziwne, bo przecież nigdy nie 

odsuwała się na widok cierpień człowieka?

Zaprowadziła   owce   do   zrujnowanej   chałupy,   gdzie   płonął   ogień,   dając   w 

background image

paskudny zimowy dzień złudzenie ciepła. Wiatr wywiewał dym, kradnąc jednocześnie 

wiele gorąca.

Ale ubrania rozwieszone przy ogniu już zaczynały schnąć.

Maria ogrzała zdrętwiałe palce nad płomieniami i przeszukawszy tobołki wyjęła 

glinianą miskę, którą po napełnieniu śniegiem ustawiła na kamieniach w ogniu. Wkrótce 

woda   się   zagotowała   i   kobiety   mogły   siorbać   zbawienny   napar   z   mniszka,   dębu 

szypułkowego, czarnego bzu i rumianku.

Dzięki kilku kroplom wódki z zapasów Marii poczuły się lepiej.

Ale zapadł wieczór, a wiatr wcale nie cichł.

Mróz chwytał  coraz mocniej, skuliły się razem z przemoczonymi,  drżącymi  z 

zimna owcami.

 -  Święta Panno, pomóż nam przetrwać tę noc  -  szeptała Liv, a Maria dołączyła 

także  kilka  modlitw  do innych  świętych.  W pewnym  sensie cieszyły  ją wszystkie  te 

praktyczne kłopoty, które teraz legły na jej barkach. Odganiały szaleństwo i bezdenny 

żal, czający się, by ją pochłonąć, gdy tylko dopuści do świadomości wspomnienie o 

Randarze.

Zmusiły ją do rozsądnego myślenia.

Odszedł od niej.

Nie zważał na jej gorące błagania o porzucenie planów zemsty.

Zaofiarowała   mu   wszystko,   dawała   w   zastaw   własne   ciało   i   duszę,   obiecała 

poświęcić wszelkie swe wzniosłe cele i ambicje...

On jednak nie przyjął ofiary.

Wolał narazić całą ich przyszłość, byle tylko dokonać nikczemnej zemsty.

A jakież to ma znaczenie, czy mordercy Joranda chodzą jeszcze po świecie, czy 

też nie?

Jemu i tak nie wróci to przecież życia. Owszem, zgadzała się z Randarem, że 

bestie   zasługują   na   karę,   lecz   nie   była   przygotowana   na   oddanie   za   to   własnego 

szczęścia.

Randara zapewne złapano.

Morderstwo to nie sprawa, z której tak łatwo się wywinąć, a już na pewno nie 

temu, kto znajduje się na samym dnie społeczeństwa.

background image

Może właśnie teraz siedzi i czeka, aż odwrócą się role?

Może właśnie teraz jakiś nieznany kat śmiga toporem nad tym silnym, cudownie 

zgrabnym karkiem?

Nie, myśli stają się zbyt niebezpieczne, trzeba je odegnać, nie pozwolić sercu 

wspominać tego, co piękne.

Randar na pewno już nie żyje.

A nawet jeśli żyje, co dzień będzie się budził z tym samym strachem:

Może dzisiaj po mnie przyjdą.

Ona nie jest w stanie budować życia na takim lęku.

W każdym razie nie w sytuacji, gdy wyraźnie udowodnił, że dla niego duma i 

dziwaczne   męskie   poczucie   honoru   ważniejsze   jest   od   miłości,   od   ich   wspólnej 

przyszłości.

Gorycz znów wzięła w niej górę, to dobrze. Zostawiła przeszłość za sobą.

Teraz trzeba przede wszystkim przetrwać tę noc, a nazajutrz dotrzeć do Lyster. 

Kiedyś wreszcie ta straszna pogoda musi się zmienić!

Chociaż   Maria   znała   drogę   i   miała   świadomość,   że   jest   długa,   nigdy   nie 

przypuszczała,   że   potrwa   tyle   dni.   Dłonie   drętwiały,   ramiona   bolały,   wciąż   jednak 

stawały się silniejsze, bardziej przywykłe do ciężkiego rytmu wioseł. Maria była młoda i 

silna, potrafiła odeprzeć nawet atak morderców.

Czas rozpaczy musi się wkrótce skończyć, jej życie należy teraz tylko do niej. 

Pragnęła  oddać je Mogensowi i nie wątpiła, że wszystko  ułoży się tak, jak sobie to 

zaplanowała.

W zimnym schronieniu kobietom zabrakło suchego drewna, ogień zgasł.

Chwilami  zasypiały,  lecz chłód przenikał zmęczone ciała i budził je kłującym 

bólem.

Świt ledwie zaczął wstawać, a one nie mogły już dłużej usiedzieć, zaczęły skakać 

i zabijać ręce. Owce leżały nieruchomo. Mokra wełna zmieniła się w twardy pancerz, 

nocą łagodnie przemknęła się tędy śmierć.

Maria po prostu je zostawiła, nie mogła znieść myśli o wykorzystaniu mięsa. 

Pogładziła sztywne kudły na karkach zwierząt, szepcząc ze łzami przeprosiny.

Lęk   o   matkę   poszarpał   na   strzępy   odwagę   i   siłę,   której   przypływ   wcześniej 

background image

odczuwała. Jeszcze jedna taka noc i matka, a być może i ona sama będą leżeć jak te 

nieszczęsne zimne kłębki wełny.

Dzisiaj muszą dotrzeć do ludzi!

background image

ROZDZIAŁ II

Dzień przed Bożym Narodzeniem 1672 roku rozpoczął się bez różowej jutrzenki i 

połyskujących kryształków śniegu.

Gęsta   mgła   zaległa   nad   brudną   słoną   wodą,   a   lód   zbijał   się   w   grudy, 

przypominając owsiankę, w której gospodyni zapomniała zamieszać.

Z ciężkiego czarnego nieba leciał zmrożony deszcz, czasami w postaci śniegu, to 

znów jako mokra, marznąca mżawka.

Wsie, nagie i szare, leżały spowite przykrym, ciężkim zimnem.

Wzdłuż fiordu wolno płynęła duża łódź.

Tulva Solgarden wytężyła stare, bolące oczy. Widziała już tylko na jedno.

Wzrok przesłoniła jej szara, nieprzejrzysta błona, lecz usta wciąż były tak samo 

skłonne do uśmiechu, chociaż upływające lata wyryły ścieżki wokół ruchliwych warg.

Nie skończyła jeszcze pięćdziesięciu lat, lecz ciało miała już zmęczone. Ożywiało 

się jedynie w niektóre noce, wciąż miękkie i chętne pod znajomymi dłońmi Evena.

 -  Gudrun! Chodź tutaj, moja maleńka, i powiedz mi, kto nadciąga fiordem!

Dziesięcioletnia „maleńka” podbiegła do matki, która zacieniała i mrużyła oczy, 

wpatrując się w zatokę.

 -  Ależ, mamo, to bardzo łatwo poznać! To przecież Ole!

Odbiegła, znalazła widać ojca za węgłem, gdzie szukał schronienia w ten ostatni 

dzień pracy przed świętami. Tulva usłyszała jej radosny głos:

 -  To Ole płynie! Ole Seiderstad. Samotny włóczęga.

Niewielu   gospodarzy,   cieszących   się   takim   poważaniem   jak   mieszkańcy 

Solgarden,   przyjmowało   tego   gościa.   Ole   krążył   po   fiordach   w   swej   czarnej   łodzi, 

wieczny wędrowny handlarz. Miał gdzieś nad fiordem nałożnicę, raz nawet przywiózł ją 

do wioski.

I dobrze się stało, pomyślała Tulva. Kari ocaliła wszak życie Marii, kiedy i ją w 

końcu dopadła zaraza.

Ole - Miedziak, jej przyjaciel.

Wielki, potężny mężczyzna z wronim gniazdem zamiast brody i włosach równie 

nieprawdopodobnie   czarnych   jak   wtedy,   gdy   go   ujrzała   po   raz   pierwszy   przed   co 

background image

najmniej czterdziestu laty. Ten człowiek musiał być prastary, lecz sprawiał wrażenie, że 

wcale się nie starzeje, a twarde, surowe życie w ogóle mu nie szkodzi.

Tulva westchnęła, Ole przywoził ze sobą wiele wspomnień.

Zawsze, gdy w jej życiu działo się coś szczególnego, Ole był w jakiś niezwykły 

sposób przy tym obecny.

Powiadano, że przynosi nieszczęście, bo jego fjerding przetransportował już tyle 

zwłok, że na stałe zamieszkała na nim śmierć.

Tulva otrząsnęła się, odrzuciła niemądre myśli.

To kłopoty zawsze pojawiają się pierwsze.

Ole po prostu przybywał z pomocą, zawsze gotów zrobić co w jego mocy.

Wówczas, przed dwudziestu jeden laty, zajął się Liv i małą Marią. Sprowadził je 

również z powrotem. Tulva poczuła w piersi ukłucie tęsknoty za tymi dwiema jakże 

szczególnymi kobietami, prędko jednak odsunęła od siebie smutek.

Nie trzeba wzdychać i płakać, kiedy Ole przybywa.

Zwykle wnosił radość i śmiech do izby, w której na poczesnym miejscu zasiadł 

teraz najstarszy syn Karl z młodziutką żoną Annalisą u boku.

Pierwsze święta na dożywociu.

Tulva przekazała swój pęk kluczy młodszej gospodyni, a Even jak dzień długi 

siedział tylko, niemal speszony brakiem zajęcia. Ale pewnie wkrótce do tego przywykną, 

wieśniacy dobrze znali wszak koleje losu.

I, prawdę mówiąc,  przyjemnie  było  wylegiwać  się rano i tylko  przysłuchiwać 

znajomym  odgłosom dochodzącym  z domu i obory,  świadczącym  o tym,  że ludzie i 

zwierzęta kolejny raz mogą najeść się do syta.

W   ostatnich   dniach   młoda   gospodyni   zatroszczyła   się,   by   Evenowi   i   Tulvie 

posyłano śniadanie na górę, zrozumiała bowiem, że wolą skrócić sobie dłużące się dni i 

wstawać później. Tak, tak, Karl mógł dostać gorszą żonę.

Kiedy już i tak nie dostał Marii...

Tulva zmusiła stare nogi do ruchu, otworzyła drzwi do izby i ogłosiła przybycie 

gościa.

Trzy  dziewki  służące   z zapałem   smarowały  sadzą  ściany  w  izbie,  na  których 

później   zawiesiły   wieńce   z   gałęzi   świerkowych,   ozdobione   pięknymi   kolorowymi 

background image

wstążkami. Wielkie błyszczące świeczniki z masywnego srebra ustawiono w szafce i na 

stole. W kącie sypialnym na starej ławie rozłożono pachnącą słomę i nakryto ją świeżą 

narzutą. Nowy piec także uczerniono gładką, równą warstwą sadzy. Na święta wszystko 

musiało wyglądać pięknie.

Dziewczęta pracowały z zapałem, ale usłyszawszy wieści Tulvy, zatańczyły w 

koło.

Ole   przyjechał,   może   zostanie   przez   całe   święta!   Stary   włóczęga   znał   tyle 

zajmujących   historii,   snuł   opowieści   z   Bergen,   z   Christianii,   ba,   nawet   z   odległej 

zagranicy.

Zdarzało się też, że miał w kieszeniach kawałki różowego cukru, obwarzanki i 

wstążki do włosów... A teraz w dodatku Boże Narodzenie!

Krzątanina na Solgarden jeszcze się, o ile to możliwe, wzmogła. Kobiety tylko 

śmigały przez izbę, zajęte przygotowaniem potraw, czyszczeniem odświętnych strojów, 

wyciąganiem ozdób z dna skrzyni i z głębokich skrytek.

W powietrzu unosiła się woń świeżej sadzy, pieczonego ciasta i smalcu, palącego 

się wosku i dopiero co ściętych gałęzi świerku. Od piwa bił charakterystyczny gorzkawy 

aromat,   a   wyjęte   z   bieliźniarki   pięknie   haftowane,   lśniące   bielą   obrusy   pachniały 

konserwującymi ziołami.

Dudniący  głos  Olego   słychać  już  było  na  dziedzińcu.   Pospiesznie  witał   się  z 

parobkami czyszczącymi uprząż na jutrzejszą wielką wyprawę do kościoła. Na brodzie 

miał śnieg i drobne perełki mrozu, czarny kapelusz pokryła gruba warstwa lodu.

Tulva w jednej chwili odzyskała zwinność młodej dziewczyny, prędko wybiegła z 

izby.   Nie   chciała   rezygnować   z   ostatnich   obowiązków   gospodyni,   lecz   jednocześnie 

pragnęła pierwsza powitać Olego.

Stanęła na progu przed chatą.

Raz po raz otwierała i zamykała usta, nie widzące oko otworzyło się szeroko, 

zaokrągliło.

 -   To przecież... to nie może być... Liv! I Maria! Ach, mój Boże, to rzeczywiście 

prawda, witajcie, witajcie!

Tulva   pospieszyła   im   na   spotkanie.   Znajoma   sylwetka   Olego,   taka   wielka   i 

potężna,   kobiety   zaś   drobne,   niemal   bezwładne,   uczepione   każda   swego   męskiego 

background image

ramienia.   Przemoczone,   pobielałe   na   twarzach,   usta   wykrzywione   w   dziwnym, 

nieznajomym grymasie. A oczy!

Tulva, napotkawszy puste spojrzenie Liv, gwałtownie się zatrzymała.

Przerażona   wyciągnęła   rękę   do   Marii.   Dziewczyna   podniosła   głowę   i 

odpowiedziała na powitanie. Na szczęście w głęboko niebieskich oczach paliła się iskra 

rozsądku.

Ale jakaż ona chuda!

Wyglądała   znacznie   gorzej   niż   wówczas,   gdy   Ole   i   Kari   zabrali   ją   stąd   po 

chorobie!

Czyżby   nie   doszła   do   siebie,   czyżby   zaraza   zostawiła   trwałe   ślady  w   postaci 

niebieskofioletowych cieni na delikatnej twarzyczce?

Tulva była wstrząśnięta.

Chciała je objąć, ogrzać przemarznięte ciała, przelać na nie macierzyńską miłość.

Ale   wyraz   pustych   oczu   Liv   przeraził   ją,   zmroził   myśli,   ręce   opadły   jej 

bezwładnie.

 -   Tulvo, jak dobrze znów cię widzieć... Wybacz, że tak przybywamy...

Tulva ocknęła się na dźwięk ochrypłego głosu Marii. Z oczu popłynęły jej łzy. 

Jak można zgotować im takie smutne powitanie!

Wzięła się w garść, zabrała troje niespodziewanych świątecznych gości do chaty.

Dopiero po dłuższej chwili przy ogniu, napiwszy się gorącego rosołu z pieprzem, 

Maria zdołała zapanować nad dreszczami na tyle, by mogła wreszcie mówić.

Tulva  i  pozostałe   kobiety zadrżały,   słysząc   opowiedzianą  w  krótkich   słowach 

historię śmierci Joranda, szaleńczego pościgu Randara, morderców spoczywających teraz 

w swoich grobach na Meisterplassen, biednego Jorila...

O   przeprawie   otwartą   łodzią   niewiele   mówiła,   domyślały   się   więc   tylko 

niebezpieczeństwa, jakie groziło dwóm kobietom, gdy Ole spostrzegł dryfującą łódź ze 

zdrętwiałą z zimna, nieprzytomną Marią u wioseł.

I Liv, siedzącą na ławeczce niczym posąg, zapatrzoną przed siebie równie pustym 

wzrokiem jak figura na dziobie statku, wyglądająca nieznanych brzegów.

Maria i teraz nie płakała, jej głos brzmiał ochryple, lecz donośnie.

  -     Nie   będziemy   cię   długo   dręczyć,   kochana   Tulvo,   mam   nadzieję,   że   nie 

background image

zakłócimy spokoju świąt tobie i twojej rodzinie. Gdybyśmy jednak mogły zostać tu przez 

święta... Później mam pewien plan. Tam nie wrócimy już nigdy.

  -   Mario, jak możesz tak w ogóle mówić! Oczywiście, że zostaniecie u nas, i 

przez   święta,   i   przez   cały   rok!   Czyż   nie   miałaś   tu   domu   zawsze,   gdy   zechciałaś? 

Urodziłaś się wszak w tamtym łóżku, jesteś częścią tej zagrody!

Maria z wdzięcznością skinęła głową, jak dobrze, że kłopoty same się rozwiązują. 

Będzie teraz gromadzić siły, jeść pożywną strawę, robić wszystko, by pozbyć się sinych 

kół wokół oczu, na pewno bardzo szpecących twarz.

A potem pójdzie do domu Mogensa.

Nadeszła Wigilia, równie szara i ponura jak wcześniejsze grudniowe dni tego 

roku.

Ale świece paliły się całą noc, a jeszcze zanim dało się dostrzec bladość świtu, 

kobiety już były na nogach.

Młode dziewczęta spieszyły z ganku i ze stryszku w oborze do swoich świec.

W wigilijny poranek w świątecznych świecach wiele można zobaczyć. Z wosku 

spływającego po świeczniku da się wywróżyć i zalotników, i nieszczęście.

Tulva przegoniła je, łając za wiarę w niemądre przesądy. Sama jednak, kiedy rano 

poszła do komory po mąkę na owsiankę, nie powstrzymała się przed nakreśleniem krzyża 

nad kadzią z ziarnem.

Dzięki temu znakowi ziarno miało przetrwać do wiosny, nie zepsute wilgocią i 

pleśnią.

Przy długim stole w izbie w ów szczególny poranek zgromadzili się i domownicy, 

i służba.

Zwierzęta dostały już swoją poranną porcję strawy, również wyjątkowo obfitą. 

Tak miało być przez osiem dni, przez cały okres świąt.

Z zaczerwienionych twarzy wokół stołu biła radość, w tłustej, żółtej owsiance 

pływały   skwarki.   Popijano   do   niej   słodkie   piwo.   Na   stół   wystawiono   także   owsiane 

ciastka, posmarowane masłem i posypane drogocennym cynamonem.

Nawet Liv zdawała się wyczuwać ów ciepły, przesycony nadzieją nastrój przy 

świątecznym posiłku.

Siedziała nieruchomo w niebieskiej wełnianej sukni, w którą ubrała ją Maria, i 

background image

kwiecistej jedwabnej chustce na cienkich siwoblond włosach.

Nieobecna duchem wkładała łyżkę do ust, lecz Maria uszczęśliwiona zauważyła, 

że   Liv   podniosła   spojrzenie   jasnych   oczu   na   kobietę   przy   końcu   stołu,   kiedy   ta 

przekazywała podziękowanie gospodyni i otwierała skrzynię z podarkami dla służby.

Mężczyźni dostali nowe buty, uszyte przez Evena z wygarbowanej przez niego 

skóry. Kobiety obdarowane zostały materiałem na suknie, a Tulva i Anna - lisa doszły do 

wniosku, że w tym roku mogą sobie także pozwolić na obdzielenie służących funtem zie-

lonożółtej   włóczki.   Grube   robocze   fartuchy   również   na   nie   czekały,   stanowiły   część 

wynagrodzenia.

A dla najstarszej z domowych służących, Birgit, Tulva zapakowała faskę z maścią 

na   ból  krzyża   i  obolałe  stawy.  Karl   wyciągnął   dużą  skórzaną   sakiewkę  i  uroczyście 

rozdzielał drobne monety. Szczęśliwi ci, którym przyszło służyć u dobrych gospodarzy 

na Solgarden! Niewielu mogło się spodziewać takiej zapłaty, pomyśleć tylko, strawa i 

ubranie,   i   jeszcze   na   dodatek   pieniądze!   Maria   z   szacunkiem   przyglądała   się 

gospodarzom, parobcy zadowoleni głaskali natłuszczoną, gładką skórę butów.

Dziękowali z ukłonami, niemal zawstydzeni podniosłością chwili. Zaraz jednak 

dziewczęta   znów   beztrosko   chichotały,   a   mężczyźni   swobodnie   dowcipkowali   jak 

zwykle.

Szacunek dla gospodarzy przejawiał się nie w tym, co na pokaz.

Zagrodowy koń parskał na podwórzu zniecierpliwiony. Od dobrej chwili czekał 

już zaprzężony, gniewnie grzebał w śniegu i żwirze.

Zaprzęgnięto go do odświętnych sań, na których wymoszczono miejsce dla Karla 

i jego żony. Po Tulvę i Evena miały przyjechać później, dla mieszkańców Solgarden 

droga do kościoła nie była przecież zbyt daleka.

Spodziewali się, że przyjdzie im jakiś czas czekać, nikt nie wiedział, kiedy pastor 

wróci z nabożeństwa w kościele w Nes. W tym roku wybierał się także do Gaupne na 

wieczorną   ceremonię,   dlatego   poranne   nabożeństwo   z   pewnością   nie   będzie   dzisiaj 

długie.   Już   raczej   zechce   to   odrobić   wieczorem,   kiedy   to   cała   wioska   stawi   się   na 

pasterkę w tę świętą noc.

Kiepska droga!

Płozy   sań   zgrzytały   na   odsłoniętych   bezśnieżnych   plamach,   na   kamieniach   i 

background image

piasku. Koń ciągnął z mozołem, a idący drogą ludzie uskakiwali w bok, żeby przepuścić 

jadących.

U bram kościoła zapalono pochodnie, a przez grube szyby w oknach widać było, 

że tego ranka płoną w kościele wszystkie świece.

Ciekawe, czy pastor już przyjechał?

Nie,   na   dziedzińcu   nie   widać   sań,   jedynie   brudny   ślad   świadczył   o   tym,   że 

Mogens wybrał się w drogę, lecz jeszcze nie powrócił. Tego dnia nabożeństwa miały 

zostać odprawione we wszystkich świątyniach w parafii, więc proboszczowi Mogensowi 

Skanke   i   wikaremu   Revelinowi   dzień   zejdzie   na   podróżach   z   jednego   kościoła   do 

drugiego. Revelin przebywał tu zaledwie od roku, lecz nieobliczalny młody człowiek dał 

się   już   poznać   we   wsi   jako   skupiający   się   wyłącznie   na   określonych   sprawach   i 

obdarzony mrocznym umysłem profeta.

Na dziedzińcu kościoła zaroiło się od ludzi, rozmowy toczyły się wesoło, chociaż 

z ust mówiących buchały obłoczki pary.

Maria nabrała tchu w piersi i mocniej naciągnęła chustkę na głowę. Ręce i stopy 

miała tak zlodowaciałe jak wtedy,  gdy zaledwie dzień wcześniej ocknęła się na dnie 

wielkiej łodzi Olego.

Mogens nie powinien jej teraz poznać.

Pragnęła mieć więcej czasu, czuła się brzydka i zmęczona, na młodej skórze koło 

oczu i przy ustach wyczuwała nieobecne dotąd linie.

Bała się, że gdy Mogens ujrzy ją taką, pożałuje swych wcześniejszych zalotów.

Tulva   i   pozostali   domownicy   na   Solgarden   na   pewno   rozumieli,   że   Maria 

potrzebuje czasu, nie doniosą więc pastorowi, kto przybył do ich zagrody.

Mieszkańcy   niewielkiej   wsi   zbili   się   w   gromadki,   w   bladym   świetle   poranka 

przypominali  kłębki włóczki o rozmaitych  odcieniach  szarości. Tu i ówdzie dało się 

zauważyć jakiegoś pana w futrze, błyskały srebrne guziki, gdy przechodził pułkownik, 

kapitan, lensman albo pisarz.

Zamożniejsi   obywatele   stali   osobno,   panie   w   dziwacznych   kapelusikach   i 

kupowanych sznurowanych trzewikach na obcasie.

Często   przybywali   z   daleka   na   rodzinne   uroczystości,   gromadzili   się   niczym 

niezwykłe ptaki w stadzie drozdów, które przypominali zwyczajni parafianie.

background image

Gospodynie zerkały i pochylały głowy do siebie, żony chałupników tylko ledwie 

widocznie wzruszały ramionami na widok ostentacyjnego bogactwa.

Nawet w taki poranek jak ten w niejednym brzuchu burczało z głodu, ale wszyscy 

mogli się cieszyć, że wieczorem czeka ich zastawiony stół.

Dzieci nie dokazywały jak w każdą inną niedzielę, gdy odprawiano nabożeństwo, 

stały spokojnie, szeptem chwaląc się prezentami, które dostały rano. Jedno ciągnęło za 

sobą sanki, inne pokazywało nowiuteńki błyszczący nóż.

Dziewczęta do odświętnego stroju włożyły białe kołnierze i nowe, zrobione na 

drutach wzorzyste pończochy, wystające spod długich peleryn albo grubych wełnianych 

kaftanów i chust.

Pastora wciąż nie było widać, podróż z Nes na pewno potrwa, skoro wielebny 

uparł  się wziąć  swoje okazałe  sanie.  Podśmiewano  się, że  gdyby  zdecydował  się na 

podróż łodzią, dawno już stałby na ambonie.

Wkrótce   jednak   rozległo   się   w   oddali   brzęczenie   roztańczonych   dzwonków   i 

zaraz zza zakrętu wyłoniły się sanie pastora, kierując się ku probostwu. Mogens wysiadł, 

w wielkiej szubie z wilczej skóry wydawał się równie wielki i potężny jak w czasach 

przed nadejściem zarazy i tym, co z sobą przyniosła, odbierając mu siły.

Twarz   równie   surowa   i   dostojna,   cienkie   zdecydowane   usta,   długa   broda 

wypielęgnowana i przycięta w szpic.

Pod pachą niósł owiniętą w płótno księgę i wielką soloną szynkę.

Najpewniej wynagrodzenie za poprzednie nabożeństwo.

Maria poczuła, jak serce jej zamiera, zaskoczona stwierdziła, że wzbiera w niej 

gorąca czułość.

Mogens, silny i bezpieczny.

Kto lepiej niż on się nią zajmie, zatroszczy i o nią, i o matkę!

I przecież ją chciał.

Gdy spojrzenie pastora omiotło zgromadzonych, a w końcu utkwiło w jej oczach, 

miała co do tego absolutną pewność.

Poznał   Marię   natychmiast,   jak   gdyby   wiedział,   że   ją   znajdzie   wśród   blisko 

czterystu parafian, którzy stawili się na nabożeństwo.

Podszedł prosto do niej, lecz zrobienie tych kilku kroków zajęło tyle czasu, że 

background image

zdążyli przeprowadzić między sobą całą niemą rozmowę.

Nareszcie przybyłaś, Mario?

Tak, panie, przybyłam do ciebie.

Czy jesteś gotowa?

Tak, wiem, czego się ode mnie żąda, i nie pragnę, by było inaczej.

Na oczach oniemiałej gromady proboszcz ujął przybraną córkę kata pod ramię i 

delikatnie poprowadził do kościoła.

Maria wkroczyła do świątyni niczym narzeczona u boku ojca, lecz kościelny na 

chórze nie zaintonował weselnej pieśni. Wypuścił prawie z rąk łuczywo, które akurat 

zapalał, i patrzył zdumiony, jak pastor prowadzi Marię do miejsca zarezerwowanego dla 

najpierwszej z wioskowych niewiast.

Nikt nie zasiadł na nim od czasów świętej pamięci Cecilii Magdaleny. Siedzenia 

pastorowej nie ośmieliły się zająć nawet gospodynie z Flahammar, Bringe czy Dosen, 

chociaż i najzamożniejsi tłoczyli się w przednich ławkach, w których sami ustawili deko-

rowane i przypominające stalle przegrody. Lożę nad ich głowami także zapełniali ludzie, 

srebrne brosze pobrzękiwały niczym delikatne dzwoneczki.

Mogens nie odezwał się ani słowem, tylko o mgnienie oka za długo przytrzymał 

rękę Marii, uśmiechając się przy tym tak, jakby ledwie zdołał zdusić płacz.

Potem prędko od niej odszedł, kierując się do wyjścia z prawej strony ołtarza, i 

zniknął na zimnie, żeby przygotować się do ceremonii.

Dzwony   rozdzwoniły   się   głośno,   wesoło,   przerażającym,   a   jednocześnie 

znajomym i kochanym spiżowym tonem.

Ludzie   napływali   do   kościoła   strumieniem,   ukształtowanym   według   rangi   i 

dostatku, na początku urzędnicy i ich rodziny,  później nieliczni mieszczanie i wielcy 

gospodarze.

Jako   ostatnia   weszła   gromada   dzierżawców,   komorników   i   służących.   Stanęli 

stłoczeni   jak   śledzie   w   beczce,   wypełniając   wkrótce   kościół   wonią   wilgotnych 

wełnianych ubrań, dymu i człowieka.

Ze ścian popatrywało na parafian dziesięć panien, w krucyfiksie na ołtarzu lśniły 

oczy z kamieni szlachetnych. Wielki portal ze steatytu pochłaniał ich wszystkich, szli 

wprost   w   minione   stulecia,   pochwyceni   w   objęcia   wiecznie   uroczystego   nastroju 

background image

kościoła.

Zdawał się on tkwić w potężnych ścianach, życie i myśli poprzednich pokoleń 

wraziło   się   w   kamień,   wzbudzając   w   ludziach   poczucie,   że   są   jedynie   drobnymi 

ogniwami nieprzerwanego łańcucha losów.

Kościelny zaintonował pieśń.

Parafianie   pochwycili   znajome   zwroty,   chociaż   jedynie   nieliczni   potrafili 

wymówić czy zrozumieć trudny obcy język.

Teraz kościelny poprowadził  ich w norweski psalm i zaraz poczuli się lepiej, 

umiłowane słowa z pism Lutra wzniosły się delikatnie pod wysokie sklepienie.

Pieśń ciągnęła się aż do chwili, gdy Mogens jak za dotknięciem czarodziejskiej 

różdżki  pojawił  się  na   kazalnicy  i   oparł  ciało  na   wyprostowanych  rękach.  Przesunął 

spojrzeniem po zebranych, odmawiając błogosławieństwa. Kazanie wciągnęło ludzi, ten i 

ów spuścił wzrok, inni śmiało wpatrywali się w ścianę, a jeszcze inni z przymkniętymi 

oczami zasłuchali się w słowa Pana.

Tego dnia nie było chrztów ani zapowiedzi, komunii ani też oczywiście ślubów.

Najśmielsi wyzywająco spoglądali pastorowi w oczy, wcześniej ze zdumieniem 

widzieli, jak prowadzi powracającą młodą znachorkę, która tak nagle zniknęła wraz z 

zarazą.

Mogens jednak znał ich myśli i postanowił ich uprzedzić.

Zanim nabożeństwo dobiegło końca i uroczyście odczytano Bożonarodzeniową 

ewangelię, Mogens, na przekór wszystkim tradycjom i zasadom, ogłosił zapowiedzi, jego 

i Marii córki Liv.

Parafianie jęknęli jednogłośnie, prędko jednak powrócili do liturgii, jak gdyby po 

takiej niespodziance odczuwali potrzebę uchwycenia się dobrze znanego porządku.

Na   dziedzińcu   kościoła   natomiast   wszyscy   dali   wyraz   zaskoczeniu.   Nieliczni 

tylko opanowali się na tyle, by postąpić do pastora i życzyć mu szczęścia.

Podstarzała   wdowa   po   szanowanym   pułkowniku   wypowiedziawszy   kilka 

zgryźliwych słów odwróciła się, by nie patrzeć, jak marzenie jej życia topnieje niczym 

płatek śniegu w lipcowym słońcu.

Nie pisane jej zostać pastorową.

Mogens dziękował ludziom za dobre słowo, lecz pospiesznie odszedł od tłumu i 

background image

pociągnął   Marię   na   oddalone   o   kilkanaście   metrów   podwórze   probostwa.   Nikt   nie 

ośmielił się pójść za nimi.

Nie zamienili  jeszcze ze sobą ani słowa, lecz Mogens na twarzy Marii ujrzał 

potwierdzenie, na które czekał.

  -     Nie będziemy tracić więcej czasu. Po dzisiejszych zapowiedziach napiszę 

zaraz do przyjaciela, Pedera Pedersena Hanninga z Sogndal. Poproszę, by przybył tu w 

pierwszą niedzielę w nowym roku i udzielił nam ślubu.

Maria tylko skinęła głową.

Jak dobrze już dłużej nie walczyć,  móc nareszcie złożyć odpowiedzialność na 

jego barki.

 -  Nie wszystko jest jak należy... Powinniśmy ogłosić zapowiedzi drugi i trzeci 

raz... lecz wyjaśnię swoją sytuację panu Hanningowi, on zrozumie...

Mogens nagle umilkł, stał tylko i trzymał kruchą rękę Marii w dłoniach.

Wieśniacy wyciągali szyje, jakieś dzieciaki zakradły się nawet w szereg drzew, 

oddzielający dziedziniec kościoła od podwórza probostwa.

Pastor pochylił się, lekko musnął wargami jej usta, pozwolił jej utonąć w wilczej 

szubie, obejmując ramionami jak niedźwiedź. Maria czuła bijące odeń ciepło, znajomy 

zapach fajki i korzennej wódki, starego pergaminu i płonących łojowych świec.

Nie odsunęła się, nie przejęła kłującymi w plecy spojrzeniami.

Czuła się taka mała i bezradna, nigdy chyba nie była bardziej bezbronna niż w tej 

chwili.

Nareszcie jednak dotarła do spokojnej przystani.

Ta Wigilia miała zapaść ludziom w pamięć czymś więcej niż tylko nadzwyczaj 

nieprzyjemną pogodą i niezwykle tłumnie wypełnionym kościołem podczas pasterki.

W te święta Mogens Skanke jeszcze raz zaskoczył swoje owieczki niezwykłym 

zachowaniem.

Pod samiuteńkim kościołem na oczach wszystkich całował młodą  niezamężną 

kobietę.

Mężczyźni   go   rozumieli,   za   sprawą   Marii   krew   w   żyłach   niejednego   z   nich 

zawrzała.

Kobiety poszeptywały między sobą, ciekawe, czy stary pastor naprawdę zdoła 

background image

zadowolić znachorkę.

No tak, niektóre zauważyły, jak rumieniec wypełzł na jej blade policzki, kiedy 

wielebny pochylił się nad białą twarzyczką.

Czego innego zresztą się spodziewać, dziewczyna pewnie wstydziła się takiego 

zachowania. Tak, tak, wyglądało wręcz na to, że ta miodka ma więcej rozumu niż sam 

proboszcz!

Wikary   jednak   wcale   się   nie   uśmiechał   ani   nie   kiwał   głową,   słysząc   z   ust 

gawiedzi pochwały pod adresem Marii. Maria stanowiła przeszkodę.

Jednym z powodów, dla których zdecydował się wyjechać do tej położonej na 

odludziu parafii, było właśnie to, że Mogens Skanke jest starszym, nieżonatym pastorem, 

który   pozostawi   po   sobie   karną   społeczność,   hojnych   przyjaciół   kościoła   i   w   miarę 

przyzwoite probostwo.

Teraz pojawiło się ryzyko, że młoda kobieta jako wdowa po pastorze zniszczy 

przyszłość następcy Mogensa, którym zamierzał zostać on sam! I na własne oczy widział, 

co to za kobieta. Wprawdzie uciekł, kiedy wioskę dotknęła zaraza, dość jednak słyszał hi-

storii o jej ogromnym wkładzie w leczenie ludzi.

Jakby to było zajęcie odpowiednie dla niewiast!

Często usiłował przemówić Mogensowi do rozumu, wszak to wręcz obraza boska 

karmić taką nędzarkę wielkimi porcjami wiedzy i uczoności. Na co jej to?

Mogens   zachowywał   się,   jakby   już   wtedy   rzuciła   na   niego   urok,   a   teraz 

najwidoczniej całkowicie zamroczyła mu umysł swoimi sztuczkami.

Istniało tylko jedno wyjaśnienie takiego stanu rzeczy, ale czas nie dojrzał jeszcze 

do oskarżenia tej młodej uwodzicielki księży o uprawianie czarów.

background image

ROZDZIAŁ III

Nowy rok miał zaledwie trzy tygodnie, gdy późnym wieczorem księża podwoda 

przybyła z Føjra do Lyster.

Pulchniutki człowiek w podeszłym  wieku z wysiłkiem wygramolił  się z łodzi 

wsparty   na   dwóch   mężczyznach,   którzy   dopatrzyli   swoich   obowiązków   i   przywieźli 

pastora aż tutaj w głąb fiordu.

Niełatwa przeprawa, lecz wygarbowani przez niepogodę rybacy nie pierwszy raz 

wyruszali zimą, a teraz cieszyli się na ciepło i jedzenie, czekające na nich w kuchni na 

probostwie.

Peder Pedersen Hanning już wcześniej uczestniczył w podniosłych chwilach życia 

Mogensa.

W młodości obaj dzielili gdzieś na południu stanowisko wikarego w oczekiwaniu 

na stałą służbę.

Różnili się od siebie bardzo i usposobieniem, i wyglądem.

Podczas gdy Mogens zachował szczupłą sylwetkę, miał bystre, zawsze uważnie 

patrzące oczy, Peder obdarzony był obfitą tuszą i łagodnym spojrzeniem, jakie można 

zobaczyć   u   mnichów   na   obrazach   przedstawiających   klasztory   na   Południu.   Z 

zakonnikami   łączyło   go   ponadto   żywe   zamiłowanie   do   ziół   i   nieskończenie   wielu 

tajemnic dzieła stworzenia.

Peder   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   Mogens   znacznie   go   przewyższa 

intelektem i uczonością, lecz wcale się tym nie martwił, przyjmował ten fakt raczej za 

rzecz naturalną. Sam mógł się poszczycić najwspanialszym zapasem wina w regionie, 

ogrodem z ziołami, którego Mogens od lat mu zazdrościł, a także żoną, za którą, jak 

Mogens wielokrotnie powtarzał, powinien być wdzięczny niebiosom.

Tak, tak, Peder dobrze się miewał, okrąglutki i zadowolony w swej małej parafii 

nad fiordem. Wypełniał obowiązki z humorem i zaangażowaniem, wyczuwał jednak, że 

czasami parafianie potrafią przejrzeć go na wylot. Wiedzieli, że ich pastor nie zawsze 

potrafi odnaleźć święte brzmienie w słowach Pisma.

Podejrzewał, że wiedzą o jego udawanej surowości, że rozmawiają częściej o jego 

zamiłowaniu   do   dobrego   jedzenia   i   namiętności   do   pięknych   obrazów   niż   o   jego 

background image

gorliwości jako sługi Kościoła.

Ale dzisiaj!

Dzisiaj  święte  zadanie  wzywało,  by wyprawił  się w  podróż odkrytą  łodzią  w 

środku zimy.

Mogens znalazł sobie żonę!

Peder zastanawiał się, kto to może być.

Młoda, jak mówił list.

Piękna, to oczywiste.

I uczona, podkreślał Mogens.

Tak, tak, na pewno zerwał najpiękniejszy kwiat wśród swoich parafianek, skoro 

po raz trzeci zdecydował się wstąpić w błogosławiony związek małżeński.

Peder nie miał okazji poznać pierwszej pani Mogensowej, a panią Cecilię i jej 

przezroczystą córkę spotkał zaledwie dwa razy.

Chuda, zasuszona i na wskroś sztywna kobieta, ocenił ją w duchu i po raz kolejny 

z wdzięcznością pomyślał o ciepłej, okrągłej Magdzie, która została w domu.

Gdyby   tylko   Mogens   miał   tym   razem   dość   rozumu,   by   wybrać   kobietę   o 

większych... objęciach!

Peder nie wątpił, że przyjacielowi przyda się trochę ciepła, którym mógłby się 

ogrzać w swe ostatnie zimy. Bóg jeden wie, na ile ich mógł mieć jeszcze nadzieję, wiek 

zaczynał już dokuczać im obu.

Peder   sapał   i   ciężko   dyszał,   pnąc   się   pod   górę   zboczem   na   plebanię.   Dwaj 

przewoźnicy szli za nim z bagażem. Zatrzymał się, by nabrać tchu. Serce waliło mu w 

piersi nadzwyczajnie mocno po krótkiej, z zapałem podjętej przechadzce.

Piękne probostwo, stwierdził.  Mało kto tutaj w głębi fiordu zadawał sobie trud, 

by zdobyć farbę do pomalowania domu.

Są też szyby w oknach.

A z dachu sterczą dwa kominy, świadczące o tym, że zatkano dawny dymnik i 

wybudowano piec nowego rodzaju, z cegły albo nawet odlewany z żelaza.

Inne domy we wsi tkwiły niczym szare, niepozorne kłaczki wełny, o zmierzchu 

ledwie je było widać.

Poza gospodarstwami Flahammar, Døsen i Bringe wioska leżała spowita w ciszę i 

background image

mrok. Jedynie najzamożniejszych stać było na palenie świateł na podwórzu bez żadnego 

pożytku.

Ale wyglądało to naprawdę pięknie, cztery jaśniejące punkty, unoszące się jakby 

nad wodą i odbijające w niej niczym maleńkie robaczki świętojańskie wokół wielkiego, 

złotego   księżyca.   Czyżby   to   na   jego   cześć   Mogens   dziś   wieczorem   zapalił   przed 

wejściem trzy latarnie?

Tak, Peder dostrzegł także cień, poruszający się za oknem. Drzwi się otwarły, 

widać gospodarz ich usłyszał. Pies w którejś z sąsiednich zagród mało nie wyszczekał 

ozora z gardła od momentu, gdy obca łódź przybiła do brzegu.

 -   Peder Pedersen, stary druhu! Witaj w imię Boże, zawsze kochany przyjacielu!

Mogens lekkim krokiem przeszedł przez podwórze, lampa, którą niósł, świeciła 

jasno i dumnie, mocna ręka, która ją trzymała, nie drżała.

 -   Mogens! Pokój z tobą, świetnie wyglądasz. To, co pisałeś o swoim zdrowiu 

zimą, to czysty żart, na pociechę staremu, rozlatującemu się przyjacielowi!

 -  Szkoda, że mnie wtedy nie widziałeś, byłem bezbronny i słaby jak noworodek. 

Naprawdę stałem już u wrót śmierci, przyjacielu, i nie przypuszczałem, że kiedykolwiek 

jeszcze wrócą mi siły. Miałem jednak szczęście, zaraza ominęła moje drzwi...

 -   Pan cię widać chronił, boś jest wierny i dobry w swej służbie  -  uznał Peder.

Zaskoczony usłyszał, że Mogens śmieje się z tego stwierdzenia.

 -   Owszem, winien jestem wdzięczność Bogu, to pewne, ale przede wszystkim 

Marii.   Być   może   ona   posłużyła   jesienią   jako   narzędzie   w   Jego   ręku,   lecz   faktem 

pozostaje,   że   bez   tego   narzędzia   Pan   nie   zdołałby   uratować   tak   wielu   z   objęć 

sprowadzonej   przez   samego   Diabła   choroby.   Zarazę   stąd   wygnano,   zabrała   ze   sobą 

czterdzieści siedem istnień. Bez Pańskiego miłosierdzia mogła tu zapanować prawdziwa 

sodoma. Nikt nie ma wątpliwości, że to Maria była aniołem zesłanym przez Boga w 

tamtych tragicznych chwilach  -  mówił Mogens, prowadząc przyjaciela do przytulnego 

gabinetu.  -  Nie palę w izbie, zawsze tam wilgotno i zimno.

Peder kiwnął głową, doskonale rozumiał, że Mogens woli siedzieć przy ogniu w 

swoim   małym   kantorku   niż   usiłować   ogrzać   kosztownie   urządzoną   i   zastawioną   fi-

gurkami izbę. Lodowaty gust zmarłej żony wciąż tkwił w ścianach, nie można się było 

oprzeć wrażeniu, że w każdej chwili ta kobieta bezszelestnie przejdzie przez pokój w 

background image

którejś ze swych prostych, sztywnych sukien.

Gabinetowi jednak sam Mogens nadał charakter.

Dominowało   w   nim   wielkie,   ciemne   biurko,   ustawione   na   środku.   Światło 

wpadające przez okno z tyłu oświetlało jego powierzchnię. Przy biurku stały trzy krzesła, 

jedno wyższe i piękniej rzeźbione od pozostałych. Ściany pokrywały półki z książkami, 

pełne nowszych i starszych tomów. Aromatyczne wieńce i suszone bukiety zwieszały się 

z   sufitu,   napełniając   izdebkę   nieokreślonym,   lecz   przyjemnym   zapachem.   Na   bły-

szczącym   srebrzysto   stoliczku   leżała   fajka   Mogensa,   od   której   biła   ostra   woń 

zagranicznego tytoniu. Obok niej leżał nieduży, zdobiony złotem katechizm.

W   rogu   wisiała   zgrabna   szafeczka,   z   której,   jak   Peder   pamiętał,   Mogens 

wyjmował   rozmaite   delikatesy.   W   przeciwległym   kącie   stało   krzesło,   chyba   obcego 

pochodzenia, z dziwacznie wypchanymi poduszkami na siedzeniu i oparciu. Wyglądało 

na niezwykle wygodne.

 -  Siadaj, przyjacielu, musimy poważnie porozmawiać  -  oznajmił Mogens.

Dołożył brzozowych szczap do ognia, a Peder zadowolony opadł na dziwaczne 

krzesło. Sapnął z zadowolenia, gdy przyjaciel podstawił mu stołeczek, na którym mógł 

oprzeć stopy, i wsunął do ręki kubek z gorącym, aromatycznym napojem na wódce.

Mogens zasiadł za biurkiem. Obserwując wyraz twarzy starego druha, wyłożył 

mu swoje życzenia co do jutrzejszego dnia.

Zdawał sobie sprawę, że jego własna twarz tchnie nadzieją, radością, miłością i 

pożądaniem.

Maria także tej nocy nie zmrużyła  oka, chociaż spokój, jaki spłynął na nią w 

ostatnich dniach, wrócił jej głęboki sen.

Miała zostać żoną Mogensa.

Jakież to dziwne uczucie patrzeć, jak wszystko w życiu wraca na swoje miejsce, 

porządkuje się, idzie ku dobremu.

Nawet   matka   z   każdym   upływającym   dniem   wyraźnie   nabierała   sił,   puste, 

niewidzące spojrzenie ustąpiło miejsca dawnemu, ciepłemu uśmiechowi.

W   minionych   tygodniach   życzliwość   i   troskliwość   Tulvy,   zabawy   dzieci   na 

podwórzu i modlitwy Marii przebudziły Liv.

Przestała całymi dniami przesiadywać bierna, zamknięta w sobie. W nocy spała 

background image

głęboko, bez koszmarów, które dręczyły ją od śmierci Joranda.

Często śmiała się z pomysłów dzieci czy żarcików Tulvy, a w niedzielę wieczór, 

niemal już przed tygodniem, Maria usłyszała jej płacz.

Zdrowy, szczery płacz, oczyszczający zaropiały wrzód, który tak długo odgradzał 

Liv od rzeczywistości.

Liv, usłyszawszy od córki o jej planowanym  ślubie, z początku wyglądała na 

przerażoną.   Uspokoiła   się   dopiero,   kiedy   Maria   wyjawiła   swe   gorące   uczucia   dla 

Mogensa, prosząc matkę, by puściła w niepamięć złe wspomnienia z czasów, gdy ją prze-

śladował i pragnął odebrać dziecko.

 -  W końcu jednak mimo wszystko cię dostanie  -  westchnęła cicho Liv.

Ale jej oczy patrzyły już jasno, łzy, które w nich błyszczały, Maria przyjęła za 

wyraz ulgi. Matka wszak niejednokrotnie dobrze mówiła o Mogensie Skanke.

 -  Tak, mamo, ale idę do niego z własnej nieprzymuszonej woli. Bardzo go lubię, 

to miły, troskliwy człowiek. I kocha mnie...

  -   Tak. Pewnie rzeczywiście  tak jest. Ale ty...  Randar... Liv  spostrzegła,  jak 

wielki ból sprawiła córce, wypowiadając to imię.

Maria musiała wziąć się w garść.

  -       Randar...   On   był   tylko   snem.   To,   co   nas   łączyło,   to   zbyt...   zbyt 

nieprawdopodobne. Nie mogło trwać, bo było jakby uchyleniem drzwi do nieba... Chcę 

pogrzebać  wspomnienia  z Meisterplassen  razem  z naszymi  najdroższymi,  którzy tam 

zostali. Teraz obie musimy patrzeć w przyszłość, ułożyć sobie życie na nowo  -  szepnęła.

Liv nie mogła się uwolnić od myśli, dręczących ją od tylu lat.

 -  Mario... Idąc za Mogensa... czy nie czynisz tego, ponieważ szukasz ojca?

  - Nie, mamo. Jorand był mi zawsze dobrym ojcem. Ale rzeczywiście czasami 

zastanawiam się, co tobą kieruje, że nie chcesz mi powiedzieć o tym, którego musiałaś... 

to znaczy...

Liv   na   moment   znów   skryła   się   za   welonem,   od   czasu   do   czasu   wciąż 

przesłaniającym jej oczy.

Maria natychmiast pożałowała, że poruszyła ten temat. Jakie to właściwie miało 

znaczenie? Bez trudu mogła przecież pogodzić się z faktem, że przeżycia matki z okresu 

najwcześniejszej młodości pozostaną tajemnicą.

background image

Wiedziała o tragicznym wypadku, w którym zginęli rodzice matki i jej młodszy 

braciszek.

Od tamtego czasu zagroda Bergaheim stała pusta, a o losach matki od wypadku 

do chwili swych własnych narodzin Maria nie wiedziała nic.

Często jednak się zastanawiała, jakież to przeżycia, z pewnością dramatyczne, 

kryją się we wspomnieniach matki z dzieciństwa.

Może kiedyś się tego dowie?

Na razie jednak wcale się z tym nie spieszyło.

Na  Solgarden  wszyscy   już  udali  się   na  spoczynek  i   kobiety  z   Meisterplassen 

wreszcie też ułożyły się na swych posłaniach, wsunęły między grube wełniane derki i 

ciepłe kożuchy.

Liv zasnęła z poczuciem ulgi, jakie przyniosła jej cicha radość pobrzmiewająca w 

głosie córki, kiedy mówiła o zamęściu.

Maria nie spała, jak to przystoi narzeczonej w ostatnią noc przed ślubem.

Nie zamierzali wyprawiać uczty.

Nie chcieli rozgłosu, weselnych gości.

Mogens i Maria wspólnie ustalili, że ślub jest tylko ich sprawą. Nie mogli znieść 

myśli o wiejskiej zabawie, setkach ciekawskich gapiów i ludzkiej gadaninie. Mieli zostać 

sobie poślubieni następnego dnia wieczorem, w domu Mogensa. Sprawę zapowiedzi już 

załatwiono.

Na jedynych świadków poprosili Liv, Tulvę i Evena.

Peder z Fjødra zapowiedział swe przybycie na dzisiaj, prawdopodobnie siedzi już 

u Mogensa, zajęty przygotowywaniem ważnych dokumentów.

Umowa małżeńska w ich przypadku będzie długa, szczegółowa, może obudzić 

ciekawość.

Mogens obiecał Marii co roku sporą sumę pieniędzy, by mogła przeznaczyć ją na 

książki,   lekarstwa   i   narzędzia,   a   może   nawet   na   przyjmowanie   gości   z   najlepszych 

uczelni.

Nieco powyżej probostwa, wśród potężnych dębów, tworzących niemal sklepienie 

nad ścieżkami  prowadzącymi  do kościoła,  planowali  wybudować  chatę.  W osobnych 

izdebkach miała tam zamieszkać jej matka.

background image

Tam też Maria będzie mogła oddać się wymarzonemu zajęciu: leczeniu ziołami i 

pielęgnacji chorych.

Był to jej pomysł, jej podarunek dla matki, a jednocześnie spełnienie własnych 

marzeń.

Lyster będzie miało lecznicę, swój szpitalik.

W żadnej małej wiosce nie słyszano chyba o czymś podobnym?

Wprawdzie   od   wielu   pokoleń   istniały   leprozoria   i   przykościelne   szpitale   w 

Christianii,   Bergen   i   Trondheim,   lecz   zwyczajny   mieszkaniec   wsi   nawet   o   tym   nie 

wiedział.

Choroba stanowiła nieodłączny fragment codzienności, coś, z czym od czasu do 

czasu należało się pogodzić, podobnie jak śmierć była znajomym gościem, naturalnym 

elementem zwykłego szarego dnia.

Mimo to jednak żal boleśnie rozdzierał serce za każdym razem, gdy umierało 

dziecko lub gdy matka musiała opuścić swe maleństwa. Jeśli pracującego mężczyznę 

spotykał   wypadek,   mogła   wymrzeć   cała   rodzina,   ludzie   dziękowali   więc   Bogu,   gdy 

złamanie   kości,   zerwanie   mięśni   czy   też   uszkodzenie   wzroku   albo   słuchu   dotykały 

innych.

W Marii często budził się gniew na widok kalekich, niezdolnych do pracy ludzi, 

żebrzących po zagrodach o kawałek chleba. Widziała wiele przykładów chorób, które z 

łatwością dałyby się wyleczyć,  gdyby tylko posiadało się dostateczną wiedzę i miało 

odpowiednie lekarstwa.

Im   więcej   czytała   i   uczyła   się,   tym   gorętsze   stawało   się   jej   pragnienie,   by 

wykorzystać swe umiejętności na pożytek otaczających ją ludzi.

Zdawała sobie jednak sprawę z niebezpieczeństwa wiążącego się z ofiarowaniem 

takiej pomocy.

Strach przed czarami  i urokiem tkwił w ludziach głęboko i wystarczyło  kilka 

słów,   by   oskarżenie   dotarło   do   odpowiednich   instancji   i   zaowocowało   osądzeniem   i 

skazaniem.

Teraz jednak, jako żona pastora, będzie się czuła nieco bezpieczniej.

Zresztą tutaj, w Lyster, ludzie pokazali już, że obce im są takie przesądy.

Czyż podczas tamtej strasznej zarazy nie słuchali z wdzięcznością jej rad, nie 

background image

przyjmowali leków, chociaż nie mieli pojęcia, dlaczego działają?

Ufali jej.

To najważniejsze, na tym może budować przyszłość.

Jeśli komuś w ogóle miały się powieść takie śmiałe plany, to tylko jej.

Miała przecież wszystko.

Zaufanie, środki, pozycję.

I wolę. Szpitalik stanie się jej życiem, ofiarą złożoną gniewnemu Bogu, temu, 

który odebrał jej Randara, rozdzielił ich kłótnią i niedobrymi myślami.

Ale w ciągu owych kilku tygodni, które przeżyła jako kobieta Randara, dostała i 

dała więcej miłości, niż niejeden ma nadzieję doświadczyć przez całe życie.

To musi jej wystarczyć.

Randar stał się już teraz jedynie martwym wspomnieniem, może nawet dosłownie 

tak jest, myślała surowo. Postanowiła usunąć go w najgłębsze zakamarki pamięci, nie 

dopuszczać do świadomości bolesnego żalu i przerażającej, oszalałej tęsknoty.

Jeszcze tylko dzisiaj.

Tylko w tę noc, ostatnią panieńską noc, pozwoli sobie zabrać zapach Randara, 

ciało Randara, oczy Randara w burzliwą i dręcząco samotną namiętność.

Przesunęła po ciele własnymi dłońmi, próbując poczuć gorąco i szorstkość jego 

rąk. Objęła się, by przywołać uściski silnych ramion. W głowie, niczym spocony sen, 

wirowały jej obrazy i wspomnienia, otworzyła  oczy i jęknęła cicho, tracąc kontakt z 

twarzą, która tak wyraźnie stanęła jej przed oczami.

Ale w uszach wciąż pobrzmiewało echo jego głosu, niemal czuła na szyi jego 

oddech, wymazywała kolejne obrazy, od których piersi jej drżały, a wargi wypełniały się 

gorącą, pulsującą krwią.

Przygryzła krawędź okrycia, zdusiła wypływające z gardła krzyki, pozwoliła, by 

pragnienie  wezbrało  w   ciele,   zdesperowana  odnalazła   miejsca,   w  których   ją dotykał, 

pieścił w szaleńczej bliskości.

Ciało uwierzyło w te kłamstwa, również tej nocy odpowiedziało na pieszczoty.

Uniosła   się   w   stronę   niewidzialnego   kochanka,   wijąc   się   pod   wymyślonym 

ciężarem, jęczała pomiędzy wymarzonymi pocałunkami i rzuciła się w wielką kuszącą 

nicość, w którą tak często za nim podążała.

background image

Później   pustka   trudna   była   do   zniesienia,   lecz   jednocześnie   towarzyszyła   jej 

niewysłowiona ulga, czuła się niemal oczyszczona.

Fale przebiegające przez ciało porwały za sobą ostatnie myśli, w pewnym sensie 

spłukały Randara, jakby miały wymazać wszystkie dni i noce. Ze smutkiem zrozumiała, 

że to jedyne pożegnanie, na które może liczyć.

A jednak, o dziwo, wydało jej się ono słuszne.

Rozluźniła się, pozwoliła ogarnąć się pustce i smutkowi. Popłynąć łzom.

Leżąc nieruchomo czekała tylko, aż same wyschną.

Z wolna odzyskiwała kontrolę nad myślami.

Udało jej się nawet wykrzesać z siebie dobry, śmiały optymizm.

Życie wszak się nie skończyło! Przeciwnie, może właśnie teraz się zaczyna. A w 

będącą  wyzwaniem  nową codzienność  miała  zabrać  ze  sobą matkę.  Z ogromną  ulgą 

obserwowała, jak Liv budzi się do życia i angażuje w plany dotyczące szpitalika.

Matka nie od razu mogła uwierzyć, że to prawda.

Teraz jak dziecko cieszyła się nadzieją i rozprawiała o ogrodzie z ziołami, który 

zamierzała   założyć.   Zatroskana   przejrzała   swoje   zapasy,   śląc   gorące   modlitwy   do 

Wszechmocnego, by przynajmniej część nasion, które ze sobą zabrała, zachowała zdol-

ność kiełkowania. Maria uspokajała ją mówiąc, że na pewno zdobędą nowe nasiona.

Miały  wszak  teraz   dość  pieniędzy,  by  sprowadzić   je  z miasta,  może  nawet  z 

Kopenhagi albo wielkiej zagranicy.

Liv radowała się myślą o pielęgnacji wschodzących roślinek, które będą nabierać 

nieznanych barw i kształtów.

Maria podejrzewała, że matka bardziej cieszy się na produkcję lekarstw niż na 

opiekę nad chorymi.

Własne przeżycia Liv sprawiły, że instynktownie unikała cierpienia. Ale Maria się 

go nie bała.

background image

ROZDZIAŁ IV

Nikt by się nie domyślił,  że na Solgarden  jest dzień wesela.  Po świątecznym 

okresie   życie   wróciło   do   zwyczajnego   rytmu,   skończyły   się   leniwe   dni   i   uroczyście 

nakryte   stoły.   Nadeszły   najchłodniejsze   chwile   zimy,   lód   twardniał,   grożąc   ścięciem 

ostatniego wąskiego pasa burej, gęstej wody na środku fiordu.

Mieszkańcy wsi nie wiedzieli, że Maria tego dnia pod długą czarną peleryną nosi 

ślubny strój. Spodziewali się raczej huczniejszych obchodów, może kiedyś latem.

Przywykli   już   do   jej   widoku,   gdy   spieszyła   przez   zagajnik   na   probostwo, 

wiedzieli, że ma tam swoje sprawy.

Maria, Liv, Even i Tulva nie chcieli ściągać na siebie uwagi, woleli przebyć ten 

krótki odcinek piechotą, chociaż Even mruczał pod nosem, że w ten wielki dzień należało 

zapewnić pannie młodej podwodę.

Maria jednak pokręciła głową, uważała, że przybycie pieszo bardziej odpowiada 

ubogiej dziewczynie, jaką przecież była.

Przyszła pastorowa niewiele ziemskich dóbr mogła wnieść w to małżeństwo.

Maria dobrze wiedziała, że dla Mogensa nie ma to żadnego znaczenia, i ogromnie 

go za to podziwiała.

Trochę nieswojo jej się robiło na myśl, czego pastor może oczekiwać w zamian...

Zapewnienie   starszemu   mężczyźnie   kilku   przyjemnych   chwil   nie   powinno 

nastręczać kłopotu. Od dawna już zauważyła jego niepewność, a jednocześnie głęboką 

tęsknotę za ludzkim ciepłem. Wiedziała, że czułość kobiecych objęć więcej dla niego 

znaczy niż dobra strawa i bogactwo.

A to mogła mu dać.

Wcale   się   nie   bała,   że   to   trudne.   Mogens   był   bliskim,   wręcz   kochanym 

przyjacielem.

Czuła,   jak   serce   przepełniają   jej   szczere,   gorące   uczucia   dla   niego,   nie 

przypominające,   rzecz   jasna,   upojenia   przeżywanego   z   Randarem,   lecz   bardziej   niż 

dostatecznie silne, by wytrwać w małżeństwie.

Mając przy sobie matkę, Evena i Tulvę, bez wahania kierowała się ku plebanii.

Ustalili, że Maria już nazajutrz przeniesie swoje rzeczy do nowego domu.

background image

Powiadomiono o tym służących, lecz oni potrafili utrzymać język za zębami do 

czasu, aż Mogens osobiście z ambony w kościele ogłosi swoje małżeństwo.

Do środka wpuściła ich młoda dziewczyna, która przejęła część obowiązków na 

plebanii po Kari z Sina, kiedy stara wydała swe ostatnie tchnienie.

Służąca przedstawiła się nieśmiało jako Solveig Plassen i powitała swą przyszłą 

gospodynię.

Pan Skanke oczekuje ich w salonie, oznajmiła.

Maria lekko uśmiechnęła się do dziewczyny.

Ale na widok Mogensa w drzwiach dech zaparło jej w piersiach.

Znacznie   skrócił   brodę,   pozostawiając   krótką,   gęstą   szczecinę,   zaskakująco 

ciemną na uśmiechniętej twarzy.

Zachował natomiast bujny wąs, a wąskie usta teraz, kiedy nie okalała ich długa, 

poprzetykana siwizną broda, zdawały się pełniejsze i mniej wysuszone.

Oczy naturalnie pozostały takie same, podobnie jak wyraźnie zaznaczony nos. Ale 

włosy także przyciął, przeczesał siwe pasma. Wyglądał nadzwyczaj świeżo i przystojnie.

Nowy czarny garnitur.

Biała koszula, obszyta koronką przy rękawach.

Jedwabna chustka w odcieniach błękitu i fioletu zawiązana pod szyją.

Brązowe błyszczące buty z najlepszej cielęcej skóry.

Jej pan młody.

Wzruszona,   że   zadał   sobie   tyle   trudu,   wyczytała   z   jego   twarzy,   jak   wielkie 

znaczenie miała dla niego jej reakcja.

Oboje otworzyli usta w tej samej sekundzie, słowa się wymieszały.

 -  Jakaś ty śliczna!

 -  Jak pięknie wyglądasz!

Wszyscy   się   roześmiali,   nastrój   w   jednej   chwili   przestał   być   tak   poważny   i 

uroczysty. Podano piwo i wędzoną kiełbasę na przekąskę. Mogens przedstawił swego 

przyjaciela z Songndalsfjæren i w krótkich słowach opowiedział o łączącej ich przyjaźni, 

trwającej od czasów młodości po dziś dzień.

 -  Pan Revelin być może nie bardzo się ucieszy, ale nie mogłem postąpić inaczej, 

jak sprowadzić drogiego mi druha, kiedy po raz ostatni mam stanąć przed Bogiem i 

background image

poślubić kobietę  -  powiedział wesoło Mogens.

Nie   wspomniał,   jak   bardzo   zaniepokoił   go   wybuch   wikarego   przed   kilkoma 

dniami. Młody człowiek postanowił widocznie obrać sobie Marię za obiekt nienawiści.

Byle tylko nie było z tym kłopotów...

Mogens odsunął troski, skupił się na podziwianiu narzeczonej.

Wyglądała naprawdę prześlicznie.

Długie jasne włosy spływały jej dzisiaj na plecy. Tylko ich część Tulva zebrała w 

misterną koronę, w którą wplotła suszone dzikie róże i cienkie jedwabne wstążki.

Czarna suknia z tkaniny,  której nie potrafił  nazwać, szumiała  i falowała  przy 

każdym   poruszeniu   szerokiej   spódnicy.   Spod   haftowanego   skraju   wyglądała   druga 

spódnica, ozdobiona ażurowym haftem. Tulva wyposażyła Marię jak córkę.

Stanik spięty był srebrnymi zapinkami, pęknięcie wypychały piersi pod bielutką 

bluzką z lnianego płótna, ozdobioną kolorowymi krajkami. Połyskujący złotem łańcuszek 

przylegał do białej szyi, wyglądał na starą, odziedziczoną po kimś pamiątkę, której Maria 

nie zreperowała, lecz mimo wszystko w tym ważnym dniu postanowiła założyć.

Mogens przełknął ślinę, nagle przypomniał sobie, że musi oddychać, i oderwał 

wzrok od narzeczonej. Nastąpiła bardziej formalna część wieczoru.

Pastor z Fjøra odczyta  odpowiedni fragment ze swej  wi tej ksi gi i wezwa  ich

ł

ś ę

ę

ł

 

do   prowizorycznego   o tarza   na   drugim   ko cu   izby.   Maria   zobaczy a,   e   nakry   stó

ł

ń

ł ż

ł

ł 

pi knym obrusem,

ę

 wyszywanym ściegiem hardanger, a na okazję ślubu przyniesiono tu 

także dwie świece z kościoła. Ale ze ścian patrzyły robótki ręczne i obrazy poprzedniej 

pastorowej. Jej meble. Jej serwisy na półkach. Jej krzesło, koszyk, w którym zwykle 

trzymała włóczkę i nożyczki.

Maria delikatnie pociągnęła Mogensa za rękaw, zaskoczony pastor urwał.

  -       Chodźmy   do   gabinetu.   Ja...   wolałabym...   to   zawsze   był   nasz   pokój,   nie 

uważasz?

Mogens nie zastanawiał się długo.

 -  Oczywiście, moja droga. Niemądre z mojej strony, że sam na to nie wpadłem. 

To   oczywiste,   że   nasze   połączenie   powinno   mieć   miejsce   właśnie   tam,   gdzie   cię 

poznałem!

Każdy z niewielkiej  grupki chwycił  po zapalonej  świecy,  orszak przeszedł  na 

background image

korytarz, skręcił w lewo, do biblioteki i gabinetu pastora.

Peder podjął swą przemowę, tym razem pozwolono mu ją dokończyć w spokoju.

Świadkowie z uniesieniem patrzyli i słuchali, jak znany im tak dobrze proboszcz 

składa Marii przysięgę. Na ramionach zawiesił jej łańcuch z godłem rodzinnym w postaci 

medalionu zarówno z przodu, jak i z tyłu.

Na palec nasunął szeroki złoty pierścień, wielki i tak ciężki od drogocennych 

kamieni, że Maria ledwie zdołała utrzymać palec wyprostowany.

Takiego pierścienia nie nosi się na co dzień.

Pastor dalej się modlił, przeszedł teraz do pouczania małżonków o ich prawach i 

obowiązkach.

Mogens   i   Maria   stali   nieruchomo,   zasłuchani,   Tulva   uroniła   łezkę,   Liv 

uśmiechnęła się, lecz jej ściągnięte czoło świadczyło o tym, że ta chwila nie jest dla niej 

tylko i wyłącznie radosna.

Wreszcie ceremonia dobiegła końca.

Even i Tulva podpisali dokument swoimi sygnaturami. Liv z mozołem nakreśliła 

litery, których nauczyła ją Maria, układające się w jej imię.

Maria   podpisała   się   wyćwiczonym,   kształtnym   pismem,   przez   moment   się 

zawahała i szybko dorysowała swój własny znak, piękny pierwiosnek.

Mogens   ujął   pióro   i   złożył   podpis   ze   wszystkimi   trudnymi   do   odczytania 

zawijasami.

Zostali sobie poślubieni.

Mogens własnoręcznie odnotował ten fakt w księdze parafialnej, wybrał na to 

specjalnie nową, czystą kartę.

Nagły impuls nakazał mu jeszcze skreślić kilka słów z Biblii, parę linijek z pism 

Lutra, a także własne uwagi na temat siły miłości.

Pisał dużymi literami, pragnął zapełnić całą czystą stronicę.

Nie chciał, by cokolwiek tutaj dodawano, tę stronę poświęcił najważniejszemu 

wydarzeniu jego życia.

Trudno, niech sobie późniejsi proboszczowie kręcą głowami nad taką próżnością.

Teraz zaprosił wszystkich na poczęstunek, garstka gości zmieściła się przy długim 

stole w saloniku. Wszystko czekało już gotowe. Obce, nieznane delikatesy sąsiadowały z 

background image

solidnymi tradycyjnymi potrawami.

Maria   jako   pierwszemu   nałożyła   małżonkowi   specjalnie   przyrządzonej   ryby, 

natartej   mieszaniną   soli,   cukru   i   koperku,   delikatnego   pszennego   chleba   i   drogich 

pieczonych jabłek, polanych sosem z gęstej śmietany, masła i jaj.

Mogens odwzajemnił się żonie, napełniając ciemnoczerwonym, słodkim winem 

najpierw   jej  kielich,  pięknego  kształtu  na  ceramicznej   stopce  ze  szklanym  brzegiem. 

Płomienie świec odbijały się w napoju, który zdawał się żyć, przywodząc jej na myśl 

krew i słońce.

Maria poczekawszy,  aż pozostałym  napełnią się talerze i kielichy,  przepiła do 

gospodarza.

Wymienili życzenia szczęścia i błogosławieństwa.

Goście posilali się, Mogens zabawiał towarzystwo, wykorzystując swój wspaniały 

dar opowiadania, a Maria popadała w coraz większą milkliwość. Myślała o czekającej ją 

nocy.

Maria pierwsza poszła schodami na górę do sypialni nad izbą. Sufit był tutaj niski, 

okna   starannie   zasłonięte   okiennicami,   uszczelnione   mchem   i   porostami   przed 

przeciągiem.

W pokoju było przytulnie, ciepło unosiło się w górę z dolnych partii domu.

W wielkim, szerokim łóżku dziewka służąca położyła gorące kamienie, owinięte 

w wełniane koce.

Maria   szybko   umyła   się   w   naszykowanej   już   miednicy   i   jednym   ruchem 

naciągnęła przez głowę nocną koszulę.

Rozpuściła włosy, wysupłała z nich suszone kwiaty i wstążki, a potem rozczesała 

grzebieniem z rogu, który Liv podarowała jej przed tak wielu laty.

We   włosy   i   między   piersi   wtarła   kilka   kropel   olejku   różanego,   który   sama 

przyrządziła.

Ten   zapach   zawsze   przywodził   jej   na   myśl   upał,   lato,   łagodny   wietrzyk 

muskający nagie łydki.

Wsunęła się pod ciepłe okrycia.

Łóżko pachniało czystością i wonnym sianem, wełną i sosnowymi szpilkami. Nie 

zdziwiłoby   jej,   gdyby   Mogens   zaraz   po   świętach   jeszcze   raz   kazał   uprać   pościel, 

background image

wskazywał na to świeży zapach mydła.

Marię wzruszyła  jego troskliwość, zadbał wszak o każdy drobiazg, byle  tylko 

sprawić jej radość.

W blasku łojowej świecy oglądała sypialnię.

Płomień tańczył i migotał w przeciągu, kontury pokoju to oddalały się, to znów 

przybliżały.

Łóżko miało baldachim z materiału, Maria nigdy czegoś podobnego nie widziała, 

zastanawiała się, czy jest nowy.

Skuliła się w wielkim łożu jak zwierzątko w gniazdku z pościeli i nasłuchiwała.

Kroki na schodach.

Lekkie, a mimo to wyraźne w pogrążonym w nocnej ciszy domostwie.

Ciekawe, o czym on myśli?

Czy także boi się tego, co ma nastąpić?

Wprawdzie   był   już   dwukrotnie   żonaty,   lecz   Maria   nie   bardzo   potrafiła   sobie 

wyobrazić, by zimna, krucha Cecilia Magdalena mogła mu dać jakąś radość w łóżku.

Wiedział   już,   że   nie   czeka   na   niego   dziewica.   Nazajutrz   po   ich   powtórnym 

spotkaniu ośmieliła się mu to z lękiem wyznać.

Patrzył na nią zdumiony, zaskoczony, nieco urażony, może zazdrosny.

Zdołał   jednak   powściągnąć   te   uczucia.   Maria   podziwiała   jego   zdolność 

panowania nad sobą w obliczu takich nieprzyjemnych niespodzianek.

Mogens patrzył jej tylko w oczy, wiedziała, że decyzję co do tego, ile zechce mu 

zdradzić, pozostawił jej.

Maria   mruknęła   coś   o   młodzieńczych,   rozpaczliwych   poczynaniach,   o 

mężczyźnie, który dawno już przestał dla niej istnieć...

Mogens przyjął jej wyjaśnienia, lecz nie przyszło mu to wcale łatwo.

Stanął przy niej, nagle wyglądał jak mały chłopiec. Świecę zostawił zapaloną, nie 

wstydził się widać aż tak bardzo, jak mogła przypuszczać.

Maria nie mogła powstrzymać  się od śmiechu na widok kalesonów, długaśnej 

koszuliny i niezwyczajnie pozbawionej zarostu twarzy.

Mogensowi   także   zadrgały   kąciki   ust,   najwyraźniej   nie   gniewało   go   jej 

chichotanie.   Podszedł   do   łóżka,   odsunął   przykrycie   na   swojej   połowie   i   ułożył   się. 

background image

Świeczkę postawił na stoliku przy łóżku, zaskwierczał pęcherzyk powietrza w łoju.

 -   No, to jesteśmy tutaj. Maria poczuła się trochę głupio.

 -  Hm. Boisz się?

 -   Nie, tylko... trochę się denerwuję.

 -   Rozumiem, moja droga. Ale pamiętaj, że z nas dwojga ja się boję bardziej. 

Akurat   teraz   zaczynam   prawie   wierzyć,   że   rację   mieli   wszyscy   ci,   którzy   ostrzegali 

takiego starca jak ja przed braniem młodej, hożej żony...

 -   Ha! Ty wcale nie jesteś stary! W każdym razie nie tak bardzo...

Szczerość Mogensa sprawiła Marii ulgę. Iluż mężczyzn w jego sytuacji rzuciłoby 

się na nią jak drapieżnik na kawałek świeżego mięsa!

A Mogens bał się chyba nawet ująć ją za rękę, leżącą dostępnie na okryciu.

  -   Chciałbym ci opowiedzieć... Chciałbym, żebyś wiedziała co nieco o moim 

życiu, o moich małżeństwach. Nie należę jednak do tych, którzy źle mówią o zmarłych 

małżonkach, wiem też, że ty nie będziesz mnie do tego zmuszać. Mimo wszystko... To w 

pewnym sensie moja pierwsza noc poślubna. Nigdy dotychczas nie znalazłem się w łożu 

z kobietą, dla której miałbym tyle miłości. Dlatego wiem, że nasze połączenie będzie 

bardzo... szczególne.

Maria w mroku zaczerwieniła się, przede wszystkim w jego imieniu. Pomyśleć 

tylko,   ten   potężny,   powszechnie   szanowany   człowiek   zdradza   jej   swój   brak 

doświadczenia!

Wdzięczna za to, sama przejęła inicjatywę, wzięła go za rękę pod przykryciem.

  -   Mogens... mój mężu... Musisz wiedzieć, że przychodzę do ciebie z sercem 

pełnym gorących uczuć i szacunku. Jesteś teraz moim małżonkiem, panem mego życia. 

Wiem jednak, że zawsze pozostawisz mi swobodę, bym mogła żyć dla tego, w co wierzę, 

i dawać z siebie innym. A ty wiesz, że nie będę jak Magdalena żoną zawsze obecną w 

domu, wierną pomocnicą nieodmiennie na twe usługi...

 -  Tak, zdaję sobie sprawę, że nie możesz zaprzepaścić swoich marzeń. Będziesz 

miała dość pracy, pomogę ci zrealizować twoje niezwykłe plany. Mam jednak nadzieję, i 

oczekuję od ciebie, że należycie wykorzystasz swój czas i nie zaniedbasz obowiązków 

gospodyni, a kiedyś może matki...

Maria uścisnęła szczupłe palce męża, podniosła jego dłoń do ust i pocałowała.

background image

Potem odwróciła się ku niemu i starannie naciągnęła okrycia na nich oboje.

Gdy otoczyła ramionami chudy kark i Mogens po raz pierwszy poczuł nacisk jej 

piersi, usłyszała głębokie westchnienie.

Z zamkniętymi oczyma przesunął dłonią po jej plecach, powędrował do miękkich 

włosów, od góry po końce i z powrotem. Przycisnął ją mocno do siebie, rozkoszując się 

ciepłem bijącym przez nocną koszulę.

Maria   spodziewała   się,   że   podsunie   materiał   w   górę,   nawet   sama   lekko   się 

uniosła, by mu pomóc, lecz on tylko tulił ją do siebie, mocno, blisko.

Legła więc nieruchomo, postanawiając, że jemu pozostawi inicjatywę, świadoma, 

że być może nie spodoba mu się śmiałość, do jakiej przywykła w podobnych sytuacjach.

Poczuła nacisk szczupłych ud na swoich własnych, pełniejszych. Włosy Mogensa 

łaskotały ją w twarz, jego głowa wtulała się w jej piersi jak dziecko.

Czuła na skórze gorący oddech, cieszyła się już, że usłyszy kolejne westchnienie 

w poczuciu przytłaczającej bliskości.

Głos jego brzmiał chropawo, prawie niesłyszalnie, bo nie odrywał twarzy od jej 

piersi.

 -  Mario... tak dawno...

Zrozumiała, wiedziała, że to może być dla niego trudne.

 -  Mój drogi, mamy całe życie... dzisiejszej nocy pozwól mi jedynie cię pieścić, 

okazać, ile znaczy dla mnie twoja miłość. Tak bardzo chciałabym, aby ci było dobrze, 

pragnę oddać ci choć trochę za całą troskę, jaką mi okazałeś.

Znów ujrzała wdzięczność malującą się na jego twarzy, uniósł głowę i uśmiechnął 

się do niej, nie otwierając oczu. Zrozumiała, przechyliła się nad nim i zdmuchnęła stojącą 

na stoliku świecę.

Ciemność otuliła ich niczym miękka peleryna, ukryła rumieniące się policzki i 

ślady, jakie na jego ciele pozostawiło życie.

Bardzo pragnęła ujrzeć, jak jego naznaczone zmarszczkami oblicze rozjaśnia się 

radością i uniesieniem, zrozumiała jednak, że nie jest gotów na tego rodzaju swawole.

Czuła się mocna, mająca nad wszystkim kontrolę, niemal jakby to on był młody, 

niedoświadczony, a ona silna, nadająca ton.

Mogens nie powiedział nic więcej, wzdychał tylko cichutko z zadowolenia, gdy 

background image

dłonie Marii z czułością przesuwały się po jego zmęczonym ciele.

Tors męża w dotyku był ciepły i miękki, na nieco zapadniętej klatce piersiowej 

gęsto   rosły   włosy.   Pod   nimi   wyczuwała   ślady   mięśni,   w   młodości   z   pewnością   był 

atletycznym z wyglądu mężczyzną. Na brzuchu rysowały się drobne fałdki, również na 

nim rosła gęsta ścieżka włosów wiodących do pępka. Maria zrozumiała, że nikt przedtem 

go tak nie gładził.

Nie śmiała dotknąć go w najbardziej intymnym miejscu, głaskała tylko dalej po 

udach i brzuchu, po wyciągniętych rękach i małych zagłębieniach, które w tej pozycji 

tworzyły mu się przy szyi.

Mogens jęknął, wyszeptał jej imię w taki sposób, że przypuszczała, iż uchylił 

bramę niebios i zwrócił się do całkiem innej Marii.

Zrozumiawszy, że pieszczoty sprawiają mu przyjemność, nabrała śmiałości.

Wkrótce   poczuła,   że   wcale   nie   utracił   młodzieńczej   witalności.   Wiedziony 

rzadkim dla niego pożądaniem, zapomniał o swej niepewności i przejął inicjatywę.

Pozwoliła, by badał jej miękkie ciało, z łatwością odgoniła wspomnienia.

To był Mogens, tu i teraz.

Nie przypominało to w niczym tego... tego, co było przedtem. Cieszyła się, że 

może   sprawić   mu   taką   wyraźną   radość,   był   jak   głodny   człowiek,   którego   nagle 

zaproszono na królewską ucztę.

Szepnęła   mu   do   ucha   kilka   ciepłych   słów,   świadoma,   że   Mogens   być   może 

spodziewa się nagłego chłodu, kiedy już przetoczył się na nią, chcąc dopełnić aktu.

Ale jej chętne ręce oplotły jego barki, miękkie uda się rozchyliły. Mogens ledwie 

mógł oddychać, jakież ciepło i wspaniałość! Miał wrażenie, jak gdyby cały, cała jego 

świadomość utonęła w namiętności i rozkoszy, niemal nie wiedział już, kim jest.

Jego sny,  czasami  tak nieznośnie zmysłowe, takie grzeszne, zawstydzające, w 

porównaniu z rzeczywistością, tym, czego doświadczał, okazały się jedynie śmiesznymi 

igraszkami.

Mogens nie był młodym mężczyzną, ale zdążył poruszyć się ledwie parę razy, a 

już się dokonało... i serce o mało nie wyskoczyło z piersi.

Odpłynął, nigdy nie przeżył niczego podobnego, ich połączenie było całkowite, 

tak pochłaniające, że potrzebował wielu minut, zanim zdołał wrócić do rzeczywistości.

background image

A Maria przyjęła go z otwartymi ramionami i otwartym sercem i czuła, że dobrze 

jest mieć go przy sobie.

background image

ROZDZIAŁ V

Sogndal

W starej zagrodzie wójta w Kvåle roiło się od ludzi. Podniecone dzieci kręciły się 

pod nogami. Chłopcy nawoływali się głośno, oczy błyszczały im z przerażenia i emocji; 

dziewczynki   najchętniej   kryły   się   za   matczynymi   spódnicami,   chyba   że   zostały   z 

babciami   w   domu.   Ale   i   stare   babki,   spragnione   nowin,   które   mogły   ożywić   szarą 

codzienność, ciągnęły na miejsce kaźni.

Na tingu rozpatrywane miały być ciekawe sprawy. Pewnego mężczyznę i kobietę 

z   Dalen   oskarżono   o   cudzołóstwo.   Oboje   pozostawali   w   związkach   małżeńskich,   na 

pewno przyjdzie im srogo odpokutować za niemoralne zachowanie. Gospodarz z Kvam 

oskarżył syna wójta o składanie fałszywego świadectwa w sprawie o kradzież i oszustwo. 

A spadkobiercy pewnej staruszki z Kaupanger walczyli o dwa dzbanki ze srebra, które 

niespodziewanie odnaleziono podczas dzielenia majątku.

Ludzką ciekawość jednakże najbardziej podniecała tajemnicza sprawa trzech ciał. 

Trzech   mężczyzn   znaleziono   martwych,   dwóch   wciąż   uważano   za   zaginionych. 

Wiadomo także, że August, pomocnik kowala, i jego towarzysz Knut wcale nie mieli na 

pieńku ze zmarłymi, raczej należało ich traktować jak przyjaciół i kompanów od wypitki. 

Z   początku   powszechnie   rozważano   koncepcję,   jakoby   to   dwaj   zaginieni   mieli   być 

mordercami, zbiegłymi z wioski po dokonanej zbrodni, później jednak co poniektórzy 

zaczęli się zastanawiać nad rolą, jaką w całej tej sprawie mógł odegrać kat. Musiał wszak 

mniej więcej w tym czasie co tamci trzej wędrować tą samą drogą? A stary kat, jaką 

właściwie   śmiercią   zginął?   Ting   z   pewnością   przyniesie   odpowiedź   na   wiele   z 

nurtujących pytań.

Od Randara niczego się nie dowiedziano, pozostawał chłodny i milczący, twarz o 

ostrych rysach przybrała budzący grozę wyraz. Obu kobietom z Meisterplassen i owemu 

cherlawemu bratu życie na odludziu widać tak dopiekło, że odjechali w siną dal, może 

mieli więcej oleju w głowie, niż można by przypuszczać?

Chyba że ich także zabito?

Rozmowom i spekulacjom nie było końca, rozprawiano i obracano całą sprawę na 

wszystkie strony, aż wreszcie pojawiła się niemal gotowa konkluzja:

background image

Zarówno  za  morderstwami,  jak i  tajemniczymi   zniknięciami   musiał  stać  obcy 

jeździec, może współpracujący z katem.

Nocą tuż przed Bożym Narodzeniem wielu widziało dumnego ciemnowłosego 

mężczyznę we wspaniałych, nabijanych srebrem butach na koniu w dziwaczne cętki.

Mówił podobno o sobie, że jest handlarzem.

Dziwne,   że   nikt   nie   widział   go   za   dnia.   Niektórzy   łączyli   tę   historię   z 

zauważonym gdzieś po drodze hyclem.

Nieznajomy   rozpytywał   o   Joranda   w   dniu,   w   którym   ten   zniknął.   Ten   i   ów 

twierdził,   że   wszystkich   zaginionych   pozbawił   życia   szaleniec.   Inni   bez   cienia 

wątpliwości przypisywali winę katu.

Dzieci   straszono  opowieściami  o  oprawcy,   zabijającym  w  nocnym   mroku,  by 

zdobyć   części   zwłok   do   swoich   diabelskich   przedsięwzięć.   Powiadano,   że   z 

nieposłusznych malców kat gotuje mydło, a dziewczęta musiały się pilnować, by nie 

znaleźć się poza domem po zapadnięciu zmroku.

Plotki płynęły z ust do ust coraz bardziej wartką rzeką, wreszcie lensman i pisarz 

zmuszeni byli wezwać ludzi na przesłuchanie w tej sprawie i ci, którzy uważali, że coś 

wiedzą, mogli wypowiedzieć się oficjalnie.

Gdy   tylko   pokój   świątecznych   dni   dobiegł   końca,   dwaj   parobcy   lensmana 

sprowadzili Randara.

Zastali  go siedzącego  w wyziębionej  chacie, nie odezwał się ani słowem,  nie 

stawiał oporu, czego być może się obawiali.

Niczym   jagnię   pozwolił   się   przykuć   do   burty   i   siedział   nieruchomo   jak 

skamienia y podczas przepra

ł

wy przez fiord do zatoki zwanej Fjøra.

Ludzie mieszkali tu w oddaleniu od siebie. Zagrody i szopy umiejscowione były 

niemal wedle rangi na zboczach ciągnących się ku dolinie. Najniżej, nad samą wodą, żyli 

nędzni biedacy, nie posiadający ni ziemi, ni fachu. Wśród nich były głównie dzieci cha-

łupników,   stare   wdowy,   szaleńcy   i   kaleki.   Zamożniejszym   mieszkańcom   wsi   nie 

podobały się coraz to nowe chałupy i szałasy wyrastające  wzdłuż brzegu na gruncie 

będącym wspólną własnością.

Sami mieszkali  wyżej, tam gdzie urodzajna ziemia nad rzeką rodziła kapustę, 

owies, jęczmień i groch.

background image

Na samej górze, wokół kościoła i jeszcze wyżej, leżały wielkie dwory. Miał tu, 

ponad kościołem i miejscem egzekucji, swą posiadłość pastor, pewien oficer, pisarz i 

diakon.

Randara   zamknięto   w   piwnicy   u   lensmana.   Siedział   tam,   skamieniały,   nie 

zważając nawet na dzieciaki przytykające nosy do zakratowanego otworu okiennego i 

wykrzykujące obelżywe słowa pod adresem więźnia.

Jakież to podniecające, groźne i niesłychanie ciekawe, stać tak w bezpiecznej 

odległości   i   obserwować   budzącego   grozę   kata,   uwięzionego   teraz   niczym   lis   w 

potrzasku.

Dzieci na wyścigi rzucały wyzwiska i wybuchały głośnym śmiechem za każdym 

razem, gdy któremuś udało się wymyślić szczególnie wyrafinowane, złośliwe obelgi.

Randar raz jeden podniósł głowę, brzęknęły lekko łańcuchy,  skuwające ręce i 

nogi.

Malcy momentalnie pobledli, odsunęli się od okienka, natychmiast umilkli.

Cóż za oczy!

Oblicze, również wcześniej ciemne, o wyraźnych rysach, zmieniło się w maskę 

strachu i cierpienia.

Wychudzone policzki, kilkudniowy zarost.

Mroczne oczy zapadły się głęboko, otaczały je przerażające sińce.

Zmysłowe usta pobladły i popękały od suchości.

Włosy miał dłuższe niż kiedykolwiek, a rzemień, którym zwykle je wiązał, dawno 

już przepadł. Kosmyki przesłaniały mu twarz i czarną gęstwiną opadały na wynędzniały 

kark.

Tylko prosty, mocno zarysowany nos dał się bez trudu rozpoznać.

Jak smutno wyglądał!

Kiedy   Randar   spojrzał   im   prosto   w   oczy,   nawet   dzieci   zakłuło   w   sercach   w 

przypływie nagłego współczucia.

Odsunęły się, poszeptując między sobą, zostawiły go w spokoju.

 -  Biedaczysko  -  mruknął pod nosem któryś z chłopców.

Ale kolega zaraz kuksnął go z chichotem, nie wolno przecież żałować takiego 

mordercy.   Czyż   nie   odebrał   życia   trzem   tatusiom,   a   może   i   innym   ludziom?   No   i 

background image

wszystkim tym, których ściął na miejscach egzekucji!

Dzieciarnia   dyskutowała   dalej,   czy   to   właściwie   słuszne   zabijać   tych,   którzy 

uczynili coś bardzo złego.

Ich   dyskusja   osiągnęła   poziom,   który   powinien   zawstydzić   dorosłych, 

skupiających się w tej chwili głównie na tym, by jak najcelniej użyć łokci i zdobyć miej-

sce zapewniające najlepszy widok na miejscu kaźni.

Nic nie miało znaczenia. Obelgi dzieciaków, łańcuchy ocierające nadgarstki, głód 

ani zimno w wilgotnej piwnicy.

Mogli go torturować, liczył się z tym, że zastosują brutalne metody. Czyż sam nie 

był przy paru okazjach wzywany, by pomóc w wyciskaniu „prawdy” z nieszczęśników 

na ławie oskarżonych?

Mogą wbijać mu rozżarzone igły w skórę.

Mogą wyrywać mu paznokcie.

Mogą połamać mu każdą najdrobniejszą kosteczkę w ciele, a on i tak nie wyda z 

siebie żadnego dźwięku.

Fizyczny ból nie mógł się zmierzyć z bezdennym smutkiem, jaki nosił w sercu.

Życie   przestało   mieć   jakikolwiek   sens,   niemal   z   ulgą   odkrył,   jak   poważne 

oskarżenia kierowane są przeciw niemu. Sprawiały mu nawet jakąś dziwaczną radość. 

Zgładzono by go wszak za to, co właściwie zrobiła jego ukochana.

Bo przecież to Maria musiała zadać nożem ciosy, które powaliły przynajmniej 

jednego z dwóch morderców. Nie wierzył, że Liv byłaby zdolna do podobnego czynu, 

należała do osób, które pozwolą raczej się zadręczyć, niż zadadzą komuś gwałt.

A Joril... biedny Joril. Zabili go pewnie z równą łatwością, jak zgniata się butem 

mrówkę.

Serce Randara krwawiło na myśl o tym, co mogło się rozegrać na Meisterplassen 

w czasie, gdy on, zaślepiony żądzą zemsty, czekał na ofiarę, która nigdy się nie pojawiła.

Ścigani   przez  niego  mężczyźni,   ci,   którzy  zabili   mu   ukochanego   przybranego 

ojca,   przyszli   do   jego   domu   i   skrzywdzili   dwie   najdroższe   osoby,   jakie   mu   jeszcze 

zostały. Brata także zabili.

Ileż racji miała Maria!

Od powrotu do domu, do pustej zagrody, tysiąc razy obracał w myślach te same 

background image

słowa. Powinien był usłuchać Marii!

Gdyby tylko uległ jej prośbom i porzucił przeklęte myśli o zemście!

Ale nie, na wpół oszalał z żalu i poprzysiągł sobie zabić bestie, które napadły na 

Joranda.   Opuścił   ukochaną   Marię   i   jej   drogą   matkę,   by   dać   ujście   bezrozumnej 

nienawiści.

I   w   czasie,   gdy   czaił   się   na   cyplu,   mordercy   po   prostu   wyruszyli   na 

Meisterplassen.

Zastali tam troje bezbronnych ludzi i Bóg jeden wie, jakie krzywdy im wyrządzili, 

zanim kobiety zdołały ich wreszcie usunąć.

Równie dobrze mógł po powrocie do domu ujrzeć grób Marii.

Choć w rozpaczy, dziękował Bogu za to, że twarze martwych, których odkopał, 

były bez wątpienia twarzami mężczyzn.

Zmrożony grunt zachował ich ostatni wyraz przerażenia i bólu. Randar, zanim 

prędko sypnął ziemię na miejsce i wyrównał tak, że nikt nie dopatrzyłby się tu mogiły, 

splunął na groby.

Tylko grób Jorila zwilżyły łzy, gdy pierwszego wieczoru osunął się na miejsce 

wiecznego spoczynku brata. Nazajutrz łzy obeschły, twarz Randara sprawiała wrażenie 

ściętej chłodem, a ciało zdawało się po stokroć bardziej umarłe niż tamtego strasznego 

dnia, kiedy niósł do domu zesztywniałe zwłoki swego opiekuna.

Randar,   on,   który   przez   całe   życie   obcował   z   rozpaczą   i   śmiercią,   spotykał 

najpodlejszych   z   podłych   i   zostawiał   ich,   nie   snując   żadnych   szczególnych   refleksji, 

odkrył, że wcześniej nie rozumiał, czym jest cierpienie.

Oczywiście   zdarzało   się,   że   dręczyła   go   niepewność,   nie   zawsze   z   równą 

łatwością przychodziło mu wierzyć, że człowiek, na którym wykonywał wyrok, został 

naprawdę   sprawiedliwie   skazany.   Najczęściej   jednak   odpychał   od   siebie   tę 

odpowiedzialność, świadom, że i tak nikogo by nie uratował, nawet jeśli odmówiłby 

wykonania swej powinności. I w czym by to pomogło nieszczęsnemu skazańcowi, gdyby 

przyszło mu dzielić grób z katem?

Teraz Randar chłodno, na spokojnie, rozważał swoją sprawę.

Na jutro zapowiadano przesłuchanie, mogło potrwać dwa albo trzy dni. Później 

pisarz i sędziowie podejmą decyzję, najprawdopodobniej na jego niekorzyść.

background image

Już samo ludzkie gadanie, cała nienawiść otaczająca jego fach, lęk i przesądy 

wystarczą, by go skazać. Może odnaleziono groby na Meisterplassen, to byłby ostateczny 

dowód. Randar przez chwilę się zastanawiał, czy nie poprosić o świadczenie na swoją 

korzyść   łowcę   niedźwiedzi,   z   którym   spędził   ową   tragiczną   noc.   I   tak   jednak   nie 

uwierzono by w jego historię, a w każdym razie trudno by było wyjaśnić, na jaką to 

zwierzynę dwaj mężczyźni czaili się na skraju cypla...

Ciekawe, czy synek pomocnika kowala coś powiedział?

Pewnie zdradził za wiele, wyciągając z chłopca informacje. Randar wciąż widział 

przed sobą wielkie oczy zmarzniętego chłopczyka, rozdartego między lojalnością wobec 

ojca a pamięcią o brutalnym traktowaniu, jakie go często spotykało z jego strony.

Pozwolił   myślom   odpocząć,   czemu   one   właściwie   służą?   Wynik   sprawy   jest 

przecież przesądzony, zresztą wcale tego nie żałował.

Życie i tak się skończyło, kiedy Maria zniknęła.

Przypuszczał, że kobiety uciekły, prawdopodobnie do Lyster, gdzie, jak wiedział, 

miały przyjaciół.

Przez pewien czas rozważał możliwość wyruszenia za nimi.

Nie mógł pogodzić się z tym, że są ze sobą rozdzieleni już na zawsze! Serce 

odmawiało przyjęcia tej strasznej świadomości, wszystko w nim protestowało.

Wiedział jednak, że dla dobra Marii nie powinien jej szukać.

Ona już dokonała wyboru, spełniła swoją groźbę, a on musiał to zaakceptować.

Najdroższa, ukochana kobieta! Z goryczą przyznawał, że sam ją wygnał. Błagała 

wszak, by został, płakała ze strachu i żalu nad tym, że naraża ich wspólną przyszłość.

On jednak nie dostrzegał rozumności w jej żądaniach, pozwolił, by zwyciężyła 

opętańcza żądza zemsty, i wyruszył z domu.

Może i lepiej, że wszystko się teraz skończy?

Na cóż  miał   żyć,   czy  czeka  go  cokolwiek  innego  poza  bólem,   samotnością  i 

starymi niedobrymi wspomnieniami?

Znów ogarnął go chłód dzieciństwa, lecz teraz u jego boku nie było ciepłego ciała 

kobiety. Podobnie jak mały chłopczyk przed wielu laty drżał z zimna, spędzając noce w 

oborze, tak teraz dorosły mężczyzna leżał skulony, próbując odsunąć od siebie wszystkie 

myśli.

background image

Przestał żyć, ledwie wegetował.

Miał nadzieję, że przesłuchania nie potrwają długo, zastanawiał się, czy od razu 

się nie przyznać.

Silne poczucie sprawiedliwości sprawiło jednak, że się zawahał, miał wrażenie, że 

lepiej będzie, jeśli skażą go niewinnego i pozwolą odpokutować za zbrodnię ukochanej.

Mógł jej ofiarować swe nędzne życie.

Tylko to mógł jej teraz dać.

Świadkowie kolejno mówili o tym, co ich zdaniem mogło być istotne dla sprawy.

Jakaś kobieta zgłosiła, że widziała mewy uciekające przed łodzią Randara, kiedyś, 

gdy płynął fiordem w bezwietrzny dzień. Odczytała to jako znak, że wkrótce popełni on 

straszny czyn.

Pewien mężczyzna twierdził, że widział upiora jednego z zabitych, z katowskim 

toporem w rękach, najpewniej ścigającego mordercę.

Przyprowadzono  kilku   chłopców,  nogi im  się trzęsły,   a  oczy  wbili   w  ziemię, 

kiedy pisarz wypytywał o epizod, jaki przeżyli z przybraną siostrą Randara.

 -  ... a potem przyszła czarownica i nas przegoniła, patrzyła tak dziwnie i miała ze 

sobą czarnego kota.

Pisarz odesłał ich, nie miał czasu na dziecinne bajdurzenia. Zawstydzeni rodzice 

musieli wysłuchać połajań sądu.

Ludzie   przychodzili,   składali   przysięgę,   mówili,   co   mieli   do   powiedzenia,   i 

odchodzili.

Wśród   widzów   podniósł   się   jęk   przerażenia,   gdy   wystąpiła   żona   zaginionego 

pomocnika kowala. Twierdziła, że to niemożliwe, aby Randar mógł mieć cokolwiek do 

czynienia z jej mężem. Nie, mężczyzna, który wypytywał o niego tamtego wieczoru, to 

był  prawdziwy pan, bogaty,  szlachetnie  urodzony jeździec.  A ona jest chyba  na tyle 

kobietą, by odróżnić wspaniałego pana od nędznego, brudnego kata!

Chłopiec, stojący u boku matki, usłyszawszy tę historię, zerknął na nią z ukosa i 

przygryzł wargi.

Rozpoznał   oczy   człowieka   w   łachmanach,   przykutego   teraz   kajdankami   do 

mocnego kołka i skrywającego oblicze za grzywą dziko rosnących brudnych włosów.

To ten sam człowiek, który miał przy kamizelce pięknie błyszczące srebrne guziki 

background image

i podarował mu szal, który tak przyjemnie grzał. I wypytywał o ojca...

Chłopczyk przełknął ślinę, w gardle ściskało coraz mocniej, dreszcz przebiegł mu 

po plecach. Jak powinien postąpić?

Ten mężczyzna na pewno zabił tatę.

Wszyscy zeszli się tu po to, by go osądzić.

Mały   nie   czuł   jednak   gniewu   ani   żalu.   Odkąd   tata   zniknął,   życie   stało   się 

łatwiejsze zarówno dla niego, jak i dla rodzeństwa. A mama, czy nie uśmiechała się 

częściej teraz, kiedy sama sobie była panią?

Jedzenia także mieli dość, bo pokaźne porcje taty przypadały chudym dzieciom.

Syn pomocnika kowala nie mógł oderwać oczu od zakutego mężczyzny.

Zakrzepła   krew   tworzyła   jakby   dodatkowe   mankiety   na   poranionych   rękach. 

Brakowało   mu   też   kilku   palców,   chłopiec   zauważył   to   już   podczas   ich   pierwszego 

spotkania.

Człowiek, który okazał mu tyle dobroci, przemawiał do niego jak do dorosłego i 

wcale nie drwił... Teraz być może czeka go śmierć.

Zupełnie na nią nie zasłużył!

Coś trzeba zrobić.

I kiedy trzeci dzień przesłuchań miał się ku końcowi, żona pomocnika kowala 

obwieściła, że syn poprzedniej nocy miał widzenie. Ojciec przyszedł do niego we śnie i 

wyjawił   imię  swego  mordercy.   Od  tamtej  pory chłopak   chodził  jak  odmieniony,   nie 

mówił o niczym innym, a kobiecie wydawało się, że dostrzega w jego twarzy jakiś nowy 

blask.

Ludzie z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia zaczęli poszeptywać między 

sobą.   Co   się   dzieje?   Ale   o   podobnych   sprawach   słyszano   już   wcześniej,   prawdę 

powiedziawszy   nierzadko   się   zdarzało,   że   zmarli   powracali,   by   wskazać   swoich 

zabójców.   Zwykle   ukazywali   się   bardziej   spolegliwym   świadkom   niż   ten   mizerny 

chłopaczyna, ale przecież nigdy nie wiadomo... Zresztą pisarz na pewno zdoła wycisnąć 

prawdę z chłopca, gdyby ten zaczął fantazjować.

Chłopczyk z niewzruszoną miną opowiadał o swoim widzeniu. Bez względu na 

to, jak podchwytliwe pytania mu zadawali, ani razu się nie zaplątał, nie zaprzeczył sam 

sobie. Wciąż podtrzymywał, że ukazał mu się ojciec i żądał, by ratował niewinnego od 

background image

śmierci, bo to nie Randar jest odpowiedzialny za zbrodnie.

 -  Ojciec prosił, żeby szukać w wodzie, za trzy miesiące zwłoki jego morderców 

będą płynąć pod prąd  -  twierdził chłopiec spokojnym, pewnym głosem.

Nawet nie mrugnął, snując swą opowieść. Mamrotanie zebranych przerodziło się 

w głośną dyskusję.

Pisarz nakazał spokój, grożąc, że wygoni widzów z chaty, w której odbywał się 

ting.

 -  Młody człowieku, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co teraz mówisz?

Pisarz  surowo spoglądał   na malca,  niejeden  dorosły mężczyzna   nie  potrafiłby 

wytrzymać spojrzenia potężnego przedstawiciela władzy w takiej chwili.

 -  Tak, panie pisarzu, wiem, co mówię.

  -   Twoje świadectwo może nas zmusić do uwolnienia tego człowieka, który, 

zdaniem nas wszystkich, miał zarówno powody, jak i okazję do zabicia kilku zacnych 

mieszkańców   wioski.   Jeśli   skłamałeś   dzisiaj,   jesteś   współodpowiedzialny   za 

prawdopodobną śmierć twego ojca! Rozumiesz, chłopcze?

  -   Tak. Wiem, że ojciec nie żyje, bo jak inaczej mógłby do mnie przyjść pod 

postacią upiora i wszystko to mi opowiedzieć?

Pisarz tylko pokiwał głową, ale nie spuszczał oczu z chłopca.

  -     Muszę   też   ci   przypomnieć,   że   składanie   fałszywego   świadectwa   przeciw 

bliźnim jest nie tylko tu na ziemi przestępstwem, za które trzeba słono płacić. To grzech, 

którego Bóg, nasz Pan, nie zapomina. Ryzykujesz zbawienie duszy, nie trzymając się 

prawdy w tak ważnej sprawie!

Chłopiec, jeśli to możliwe, jeszcze wyżej podniósł głowę, w drobnym ciele nie 

drgnął ani jeden mięsień.

 -  Powiedziałem samą prawdę, panie pisarzu!

Po   tym   oświadczeniu   pisarz   przestał   już   powstrzymywać   ludzi   od   gadania   i 

nakazał uprzątnięcie sali tingu.

Wyrok miał zapaść przed wieczorem.

background image

ROZDZIAŁ VI

Dramatyczne   oświadczenie   chłopca   stało   się   oczywiście   głównym   tego   dnia 

tematem   rozmów.   Czy rzeczywiście  ojciec  ukazał   się  synowi   we śnie  i  poprosił,  by 

świadczył? Czy możliwe, aby chłopiec sam wymyślił taką historię? Ale dlaczego miałby 

to robić, po co miałby uciekać się do kłamstwa? Żeby ratować mordercę ojca?

Nie, na pewno wszystko, co mówił, to prawda.

Taki był pewny siebie, kiedy stał, ściskając w garści czapkę, i patrzył jasnym, 

szczerym spojrzeniem.

Ani razu się nie zawahał.

Ani razu nie pokazał po sobie jakichkolwiek wątpliwości. Nie ugiął się przed 

pytaniami   pisarza.   No   i   wiadomo   przecież,   że   zmarli   nierzadko   pomagali   w 

odnajdywaniu   swoich   morderców.   Często   przeprowadzano   oględziny   zwłok,   podczas 

których podejrzani kolejno dotykali ciała zmarłego. Ten, który pozostawił na nim ślady, 

był winny. Chyba nic więc dziwnego, że zmarły pomocnik kowala dał im znak przez 

swego syna?

Chłopiec na pewno mówił prawdę!

A skoro już się to stwierdziło, kat musi pójść wolny.

Ciekawe, do jakich wniosków dojdą pisarz i dwaj sędziowie! Chociaż zapadł już 

wieczór,  a w grubych  ścianach  z bali  zaczęło  trzaskać od mrozu,  najwytrwalsi  i tak 

czekali   do   ciemnej   nocy   na   ogłoszenie   przez   pisarza   wyroku.   Rozpalili   nieduże, 

migocące   ogniska   i   starali   się   przy   nich   ogrzać,   skracając   sobie   czas   śpiewem   i 

opowieściami.

Przyjemnie poza wszystkim było tak zejść się z ludźmi i dzielić nowinami.

Wreszcie   otworzyły   się   drzwi   prowadzące   na   podwórze   i   ukazała   się   w   nich 

szczupła, lecz dumna postać.

  -     Dobrzy   ludzie!   Widzieliście   i   słyszeliście,   co   mówili   świadkowie   w   tej 

sprawie. Na podstawie ich zeznań wydaliśmy wyrok, jako że prawa do tego udzielił nam 

Bóg i król. Randar Jorandssonn Meisterplass  nie mógł  spowodować śmierci  naszych 

trzech ziomków, ponieważ należy uznać, że miało to związek ze zniknięciem Augusta 

Pomocnika   Kowala   i   Knuta   syna   Kari.   Musimy   przyjąć,   że   nieznajomy   zbrodniarz 

background image

nawiedził wioskę, co zresztą podkreśla wielu świadków. Mimo to jednak wciąż istnieją 

pewne wątpliwości, trudno bowiem pokładać zaufanie w zeznaniach dziecka.

Po pełnej napięcia, sztucznej przerwie podjął:

 -  Dlatego postanowiliśmy, że Randar Meisterplass pozostanie skuty i zamknięty 

przez   trzy   miesiące   od   dnia   dzisiejszego.   Jeśli   do   tego   czasu   odnajdą   się   zwłoki 

zaginionych lub też ich morderców, unoszące się na wodzie, jak dziecko widziało to we 

śnie...   Wtedy   Randar   Meisterplass   zostanie   uwolniony.   Jeśli   tak   się   nie   stanie,   całą 

historię opowiedzianą przez świadka trzeba  będzie uznać za nieprawdziwą, a Randar 

zapłaci za zbrodnię swoim własnym życiem.

Tłum ludzi spontanicznie przyklasnął.

Pisarz   uciszył   ich   gestem   i   zakończył   odczytaniem   bardziej   formalnych   i 

niezrozumiałych formuł, stosownych w protokołach sądowych.

Ludzie byli zadowoleni, proces wszak jeszcze całkiem się nie zakończył, przez co 

najmniej trzy miesiące dość będą mieli tematów do rozmów!

Ciekawe, czy zwłoki wypłyną!

Przez wiele, wiele lat będzie o czym opowiadać przy ogniu!

Randar natomiast wcale się nie cieszył. O wyroku powiadomił go lensman.

Przedstawiciela władz zdumiał brak radości na twarzy kata. Czy ten człowiek nie 

pojmuje, że cudem darowano mu przynajmniej jeszcze kilka miesięcy życia?

Bo przecież nikt chyba nie śmiałby iść o zakład, że ten mężczyzna  zdąży się 

zestarzeć?

Teraz w każdym razie miał jakąś nadzieję, bo przecież nigdy nie wiadomo, a nuż 

ciała wypłyną, tak jak przepowiedział chłopiec?

Ale mężczyzna w łachmanach tylko wolno pokręcił głową. Lensman nie bardzo 

wiedział, jak rozumieć ten gest.

  -     Masz   tu   trochę   jedzenia.   Kiepska   u   nas   opieka,   ale   wszyscy   wszak 

przypuszczaliśmy...

Lensman nie zdobył się na dokończenie zdania, doskonale jednak zdawał sobie 

sprawę, że Randar znacznie lepiej niż ktokolwiek inny wie, w jaki sposób traktuje się 

więźniów. Nie ma wszak powodu marnować drogocennej strawy dla ludzi, którzy i tak 

niedługo umrą.

background image

Przed Randarem na kamiennej  posadzce  stanął  talerz  z resztkami  wyschniętej 

owsianki,   trochę   kwaśnego   mleka   i   niemal   do   czysta   ogryziona   z   mięsa   kość.   W 

naczynku z tranem knot kopcił raczej niż dawał światło.

  -   Jedz. Jutro cię przeniesiemy. Teraz, kiedy wszystko jest takie niepewne, nie 

możemy ryzykować, że zamarzniesz.

Więzień siedział nieruchomo, wpatrzony w prymitywną lampę. Ze zdziwieniem 

obserwował, jak płomień niemal rozpaczliwie czepia się knota, walcząc z przeciągiem i 

mętnym olejem, ledwie będącym w stanie dać pożywkę światłu.

Wolnym ruchem sięgnął do resztek na drewnianym talerzu i mechanicznie zaczął 

wkładać twarde, niesmaczne grudki do ust. Nie pamiętał, kiedy jadł ostatni raz, wypił 

tylko trochę wody i starego piwa, które przyniesiono mu na miejsce tingu.

Zęby   przeżuwały   pokarm   same   z   siebie,   usta   otwierały   się,   dłonie   podnosiły 

resztki owsianki. Popił kwaśnego mleka, okazało się nie najgorsze. Kości nie ruszył. W 

głowie miał pustkę, ale teraz czuł kiełkującą w nim na nowo wolę życia.

Widać nie przyjdzie mu jeszcze umierać, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Przez jakiś czas będzie musiał żyć z nękającą go pustką.

Ciało trawiło pokarm, domagając się później snu, a w tym czasie maleńki płomyk 

na podłodze palił się coraz mocniejszym światłem.

Randarowi wydawało się to dziwne, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że lampka 

naprawdę ogrzewa zimną piwnicę.

Żałosny płomyk zdawał się rosnąć, w jednej chwili stał się mocny i wyraźny.

Wyczuwał raczej, niż uświadamiał sobie, że gdzieś w głębi jego duszy dzieje się 

coś podobnego.

Po prostu nie mógł się poddać, nie mógł okazać się do tego stopnia tchórzem, by 

godzić się na śmierć bez protestów.

Dopóki tliło się w nim życie, istniała być może nadzieja.

Maria na pewno nie umarła, gdyby było inaczej, czułby to po sobie.

To na pewno ona podtrzymuje w nim płomień życia. Może akurat teraz myśli o 

nim?

Miałby więc przestać dla niej istnieć?

Randar mało znał katechizm i nauki Kościoła, ale miał swego Boga. Tej nocy 

background image

zwrócił się do niepojętego wszechmocnego, błagając, by jeszcze raz pozwolił mu spotkać 

ukochaną.

Ujrzeć chociaż przez sekundę, zobaczyć jeden jedyny uśmiech na jej ustach...

Zasnął wreszcie z mocno splecionymi dłońmi w kajdanach.

Miał wrażenie,  że  doczekał  się odpowiedzi,  mignięcia  nadziei  wśród całej  tej 

beznadziejności.

background image

ROZDZIAŁ VII

Lyster, 30 lipca 1674

Wielki brzuch trząsł się i drżał. Fale przetaczały się po maleńkim morzu, które się 

w nim kryło, oznajmiając nadejście przełomu.

Poród rozpoczął się rankiem tego dnia.

Maria wcale nie była tym zaskoczona, czuła po sobie, że coś się dzieje. Nieduża 

plamka na bieliźnie, nowy, irytujący rodzaj bólu w dole krzyża. A z nabrzmiałych piersi 

co rano sączyły się krople.

Czuła się bezpieczna, mając u boku matkę i Tulvę. Tulva wszak uczestniczyła 

także w jej narodzinach przed blisko dwudziestoma trzema laty. Liv nigdy nie zdradziła 

córce, jak bliska była wówczas śmierci, jak sama Maria przeżyła tylko cudem.

Narodziny i śmierć. Śmierć i narodziny.

Nieodłącznie obok siebie, linia dzieląca je cieńsza od włosa, stanowiąca zarazem 

tak wyraźną granicę.

Maria  zdawała  sobie  sprawę, co  jej   grozi.  Widziała  już  tyle  porodów   i znała 

wiążące   się   z   nimi   ryzyko.   Żadna   kobieta   nie   mogła   być   pewna,   czy   przeżyje   ów 

zwyczajny cud życia. We wsi niemal każdego dnia rodziła któraś z kobiet, jedne miały 

szczęście i wydawały na świat piękne, zdrowe dzieci, które dorastały. Inne traciły jeden 

pączek za drugim, zaś niejedna sama przypłaciła to życiem.

Wiele   wiosek   cierpiało   na   nadmiar   mężczyzn   właśnie   z   powodu   wysokiej 

śmiertelności położnic.

Ale tutaj, w sypialni na probostwie, panował przytulny nastrój bezpieczeństwa. 

Letni wietrzyk wpadał do pokoju przez uchylone okienka, przynosząc ze sobą aromat 

świeżo skoszonej trawy, słonej wody i kwitnących dzikich róż.

  - Jakiż piękny dzień do przyjścia na świat   -   uśmiechnęła się Liv, odrywając 

policzek od pulsującego brzucha Marii.   -   Wszystko tam w środku brzmi w jak naj-

lepszym porządku, to naprawdę duży, silny malec!

 -  Myślisz, że to będzie chłopiec, mamo?

  -       Oczywiście!   Większego   brzucha   nikt   chyba   nie   widział.   I   jakie   mocne 

kopniaki! Pierworodny syn, na pewno, mała Maju!

background image

Maria   westchnęła   z   zadowoleniem,   rozluźniona   beztroskim   paplaniem   matki. 

Wkrótce   kolejny   skurcz   znów   targnął   rodzącą,   na   moment   straciła   kontakt   z 

rzeczywistością.

 -   Oddychaj spokojnie, moja droga, wsłuchaj się w rytm własnego ciała...

Liv i Tulva towarzyszyły jej w skurczach, każdy kolejny osiągał szczyt  coraz 

silniejszego bólu.

Na stole stał gorący wywar, sporządzony przez Liv według własnego przepisu, 

mający   pomóc   przy   bólach   porodowych   i   innych   dolegliwościach.   Maria   jednak   nie 

chciała pić, czuła, że toczy się w niej osobliwa walka natury.

Między   kolejnymi   skurczami   podnosiła   się   i   chodziła   po   pokoju   w   szerokiej 

koszuli niczym wielka, kołysząca się na nogach gęś. Rozpuszczone włosy zwisały jej na 

plecach   jak   ślubny   welon   aż   do   ud.   Trudno   uwierzyć,   jak   bardzo   urosły   w   ciągu 

ostatniego   roku!   Miała   spoconą   twarz   i   głowę,   ale   dzisiaj   włosy   musiały   zwisać 

swobodnie. Poród mógł się zatrzymać, gdyby kobieta lub ktoś z domowników zapomniał 

o rozwiązaniu wszystkich węzłów. Rozdzielano uprzęże, wygładzano chusty, rozplatano 

warkocze. Niejeden koń musiał pożegnać się ze swą dumną, zaplataną grzywą, gdy poród 

następował   na   tyle   niespodziewanie,   że   nie   było   czasu   na   rozplątywanie   malutkich, 

gęstych węzełków.

Maria miała pulchne ciało, niemal chłopięce niegdyś biodra nabrały kobiecych 

kształtów,   piersi   zaokrągliły   się,   dojrzały.   Twarz   jaśniała   nowym   blaskiem,   owym 

szczególnym   wyrazem   oczekiwania,   lecz   i   utrudzenia,   jaki   pojawia   się   na   obliczach 

zdrowych ciężarnych.

Życie na probostwie dobrze jej robiło.

Niczego nie brakowało. Szpitalik był czynny, w ostatnim czasie pochłaniał niemal 

wszystkie jej siły. Chociaż niejeden dziwił się na widok kobiety w zaawansowanej ciąży 

przy takiej pracy, to jednak nikt nie protestował. W mieszkańcach wioski tkwił głęboki 

szacunek dla Marii, może nawet głębszy niż dla podeszłego wiekiem pastora.

I Liv rozkwitła,  była  teraz  piękniejsza  i świeższa  niż kiedykolwiek  przedtem. 

Błękitne oczy jaśniały poczuciem bezpieczeństwa większym, niż Maria potrafiła sobie 

przypomnieć.

Z początku matki jakby wcale tu nie było, rzadko zwracała się do otaczających ją 

background image

ludzi,   ale   z   czasem   pokonała   trudną   drogę   powrotu   do   tego   świata.   A   kiedy   plany 

związane z lecznicą układały się coraz lepiej, Liv skupiła wszystkie swoje siły i pragnie-

nia tylko na tym jednym celu. Jej ogród pełen ziół zakwitł po raz pierwszy w tym roku, 

objawiając się bogactwem, które sprawiło, że najpiękniejsze łąki wyglądały przy nim jak 

nieciekawe pustkowia. Nasiona pochodziły z jej własnych zapasów, z hodowli pastora, a 

także z duńskich ogrodów, z których Mogens sprowadzał nowe gatunki i odmiany.

Kwiaty zdawały się wyciągać ku dłoniom Liv, traktowała je niczym żywe istoty, 

którymi  przecież tak naprawdę były.  Maria widziała, jak niemal tętni w nich życie i 

lecznicza moc.

Jesienią   będą   mieć   pełne   ręce   roboty,   czeka   je   suszenie,   gotowanie   i 

konserwowanie ziół. Maria przeczuwała, że lekarstwa, które zamierzają wypróbować, 

okażą się niezwykle skuteczne.

Dzisiaj   jednak   odsuwała   przygotowane   przez   matkę   napary,   serce   waliło   jej 

mocno, mięśnie napinały się w regularnych odstępach czasu, by wypchnąć dziecko.

Wciąż jeszcze miała pełną świadomość, na razie fale bólu nie przejęły całkowitej 

kontroli nad myślami.

Przechadzała się po pokoju, gawędząc z kobietami, które w tej ważnej chwili nie 

odstępowały jej ani na krok.

Dzień   płynął,   niekiedy   ze   schodów   dobiegało   ostrożne   stąpanie   Mogensa, 

ośmielał się wejść zaledwie do połowy i słuchał w napięciu.

  -     Biedaczysko, jest taki przejęty i zdenerwowany. Mam wrażenie, że jest mu 

ciężej niż mnie  -  uśmiechnęła się Maria, chociaż pot zlewał jej twarz.

Liv   i   Tulva   zabawiały   się   opowieściami   o   mężach,   którzy   do   tego   stopnia 

przeżywali poród, że później musieli odpoczywać w spokoju co najmniej tak długo jak 

matka.

 -   Idź do niego na moment, Tulvo, i powiedz mu, że wszystko jest w porządku i 

że nie mogę się doczekać, kiedy złożę mu syna w ramionach.

Tulva wyszła, matka i córka siedziały cicho, przysłuchując się dobiegającym z 

pola żartom i śmiechom kosiarzy.

Maria pomyślała zdziwiona, że i dzisiaj życie toczy się swoim torem. Czy świat 

nie powinien przystanąć i wstrzymać oddechu?

background image

Mam przecież zostać matką!

Dzisiaj   poznam   tę   maleńką   istotkę,   która   przez   tyle   miesięcy   mi   ciążyła, 

pocieszała, dręczyła i sprawiała, że niemądrze śmiałam się sama do siebie.

Wkrótce   Liv   przygotowała   łóżko   rodzącej:   wymościła   je   świeżym,   miękkim 

sianem i nakryła  nasmarowanym  olejem płótnem.  Między nogami  Marii leżało  kilka 

białych  ręczników, niezwykłe  marnotrawstwo płótna, ale tego dnia nic nie było  zbyt 

dobre dla żony pastora, która miała urodzić jego pierwszego, a być może jedynego syna.

Liv   mruknęła,   że   przecież   mogła   się   mylić,   może   na   świat   przyjdzie 

dziewczynka... Sama jednak w to nie wierzyła, patrząc na silne ruchy dziecka w nadzwy-

czaj wielkim brzuchu, który nosiła jej córka.

Wreszcie pękły błony.  Liv miała dostatecznie dużo doświadczenia, by w czas 

przygotować naczynie na przezroczysty płyn o kwaskowatym zapachu.

Podczas następnego skurczu dziecko przecisnęło się do kanału rodnego, w który 

kobiety wcześniej wsmarowały olej i aromatyczny, pachnący ziołami tłuszcz.

W pokoju panowała cisza, instynktownie przestały rozmawiać, pozwalając Marii 

skupić się na rozkazach wydawanych przez ciało.

Głęboki jęk towarzyszył ostatnim skurczom brzucha. Maria westchnęła i padła z 

powrotem w ramiona Tulvy na ostatnią krótką chwilę odpoczynku. Tulva siedziała za nią 

na łóżku, mocno obejmując rodzącą. Maria uchwyciła się nóg pomocnicy i podpierając 

się na nich, zgięła się wpół i parła.

Świat zatańczył, nie wiedziała już, gdzie jest, na moment ból, osiągając szczyt, 

ostateczną granicę, spowił ją oślepiającą czerwoną mgłą.

A potem poczuła, że nacisk w cudowny sposób ustępuje.

Między jej nogami leżał malutki, czerwonosiny chłopczyk z buzią otwartą jak 

ryba wyrzucona na brzeg.

Liv zadrżała, nie umiała ukryć szoku.

Taki maleńki...

Ale... ten wielki brzuch...

Nie zdążyła  pomyśleć  nic więcej, bo już Maria znów stęknęła  jak zwierzę,  a 

ciałem jej targnął kolejny przytłaczający skurcz.

 -  Na Boga, Tulvo, weź chłopca! Jeszcze jeden!

background image

Tulva złapała małego, prędko odcięła pępowinę i zawinęła go w jeden z białych 

ręczników. Chłopczyk  był  naprawdę malusieńki, a Tulva wstrząśnięta  spostrzegła, że 

całe ciałko pokryte jest sinofioletowymi plamami. Umyła go, słuchając jęków matki, i 

serce zamarło jej w piersi, gdy okazało się, że letnia woda nie jest w stanie spłukać 

dziwnych znaków z ciałka chłopczyka.

Mały zaskrzeczał, walcząc o oddech, i wydał z siebie cienki, ale donośny pisk, jak 

gdyby chciał powitać siostrę na świecie.

 -  Jest też i dziewczynka! Duża, silna panienka! Zobaczcie, jaka rozzłoszczona!

Liv śmiała się do Marii, do której ledwie docierało, co się dzieje. W końcu jednak 

zrozumiała. Widziała w rękach Tulvy zawiniątko, z którego wystawała maleńka stopka, a 

jednocześnie między jej nogami leżała rozgniewana córeczka, wymachując zaciśniętymi 

piąstkami.

Bliźnięta!

Chłopiec i dziewczynka!

Maria przeniosła dziewczynkę na brzuch, Liv przecięła łączący je sznur i gdy 

tylko ciało położnicy opróżniło się po porodzie, umyła Marię i okryła ją.

Obie kobiety umilkły, kiedy Maria dostała parę swoich dzieci.

Maleńcy   nowi   ludzie,   którzy   razem   przeżyli   jakże   ważną   część   życia,   znów 

znaleźli się obok siebie.

Dla wszystkich wyraźne się stało, jak bardzo są do siebie niepodobni.

Liv zakłuło w sercu na widok drobniutkiej buzi chłopczyka.

Taka malutka, delikatna jak łepek pisklęcia.

Maleńkie   usteczka,   wargi   blade,   sine,   jasny   puch   włosów,   lekko   spłaszczony 

nosek i pięknie ukształtowane paluszki.

Liv zdawała sobie sprawę, że nie tylko nos i puszyste włoski przywodzą jej na 

myśl Jorila.

Jej syn, gdy przyszedł na świat, wyglądał identycznie.

Nieszczęsny chłopiec miał takie same sinofioletowe plamy na kolanach, wokół 

szyi   i   przy   nasadzie   cienkich   paluszków.   Jedno   oczko   krwawiło,   zapewne   podczas 

porodu pękło w nim jakieś naczynko.

Takie   rzeczy   Liv   widywała   już   wcześniej   i   wiedziała,   że   zwykle   mijają   bez 

background image

większej szkody dla dziecka.

Gorzej,   że   krew   nie   przestawała   płynąć   z   oka,   wciąż   zbierała   się   w   krople   i 

wydawało się, że dziecko naprawdę płacze krwią.

  -   Och, mamo, czy to się wreszcie skończy? Wiem, że to się zdarza i nie jest 

groźne, ale... I co to. za plamy, przecież on wygląda jak obity!

Liv westchnęła, nie chciała odpowiadać.

Maria,   przestraszona,   przeniosła   spojrzenie   na   jego   pulchną,   wymachującą 

rączkami siostrę, swoją córkę, próbującą już przysunąć się do ciemnych brodawek piersi.

Liv rozłożyła ręce, zachwiała się pod natarczywym spojrzeniem córki.

 -  Nie bardzo wiem, Mario... On jest raczej słaby... ale zajmiemy się nim najlepiej 

jak   umiemy,   będzie   dostawał   to,   co   najlepsze.   Zobaczysz,   wyrośnie   z   niego   silny 

chłopiec...

Ale Maria usłyszała zwątpienie w głosie matki i zaczęła naciskać:

 -  On jest taki jak Joril, prawda? Jest chory, tak jak był Joril!

Liv   nie   odpowiedziała,   nie   musiała   potwierdzać   słowami,   wyraz   jej   twarzy 

starczył za przyświadczenie.

Maria opadła na łóżku, nagle nieprzytomnie zmęczona. Nie miała siły, by jeszcze 

raz przytulić dzieci, oddała je Tulvie i Liv, musiała odpocząć...

 -  Trzeba powiadomić Mogensa. Chcesz, żebyśmy zabrały dzieci na dół, czy też 

wolisz, żeby przyszedł tu do ciebie?

Liv nie dodała, że ojciec powinien chyba przynieść święconą wodę i księgę z 

psalmami, doszła do wniosku, że sam o tym pomyśli, kiedy zobaczy stan syna.

 -  Tak, niech przyjdzie... On... on się na pewno bardzo boi...

Lecz Mogens tylko się uśmiechał. Pocałował żonę  z  pełną szacunku czułością i 

przysiadłszy na brzeżku krzesła przy jej łóżku, z całych sił starał się zachować kamienną 

twarz. Przecież on, stary człowiek, nie może się tu rozpłakać! Przecież już wcześniej 

urodziło mu się dziecko, wprawdzie dzień przyjścia na świat Marii Cecilii zagubił mu się 

gdzieś w pamięci, świadom był jednak, że widział już kiedyś maleńką, żałosną istotkę, 

którą sam spłodził.

Oboje małżonkowie myśleli  o tym  samym,  lecz żadne z nich nie chciało  być 

pierwszym, które nazwie lęk słowami.

background image

Wśród radości, że mają taką zdrową, silną córkę, czaił się smutek.

Nie wiedzieli, jak długo będzie im dane zatrzymać syna.

Spał teraz w ramionach matki, drobne ptasie ciałko momentami drgało. Nie chciał 

przyssać się do piersi i nawet podczas snu z jednego oka spływały kropelki krwawego 

płynu.

Hoża   dziewczynka   natychmiast   posiliła   się   siarą,   już   obficie   płynącą   z   piersi 

Marii, i zasnęła, niemal pochrapując w kołysce przy małżeńskim łożu rodziców.

 -  Musimy podziękować Bogu za ten dar...

 -  Dlaczego? Widzisz przecież, że niedługo zażąda jego zwrotu?

Mogens wolno pokręcił głową.

  -   Mario, wiem, że chłopiec jest słabowity i że być może nie dane mu będzie 

dorosnąć. Ale tak już bywa, nie mogę winić za to Pana. Mimo wszystko zatroszczył się o 

to, bym mógł zatrzymać zarówno ciebie, ukochana, jak i piękną córkę, którą mi uro-

dziłaś.

Maria odwróciła twarz, nie mogła pogodzić się z tak prostym rozumowaniem.

Spojrzawszy jednak ponownie na męża, spostrzegła łzy błyszczące w kącikach 

jego oczu.

Wyciągnął do niej ręce, chciał wziąć syna w objęcia. Maria podała mu dziecko, a 

potem patrzyła, jak ojciec gładzi chudziutkie policzki, pieści delikatne rączki, pokryte 

paskudnymi plamkami.

Dziecko nagle zakasłało, maleńkie ciałko całe się napięło.

Mogens ostrożnie zaniósł je do naczynia z wodą, które Tulva dyskretnie ustawiła 

pod ścianą.

 -   Chrzczę ciebie, mego jedynego syna, Johannes Mogens Peter Marius, w imię 

Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Niech Bóg ma cię w Swej opiece i zbawi twą duszę...

Maria nie słuchała dłużej, w uszach jej szumiało, widziała jedynie buzię dziecka, 

w łagodnym wieczornym świetle tak niebezpiecznie siną.

Mogens   jak   najdelikatniej   otarł   wodę   z   główki   synka,   widać   było   wyraźne 

pulsowanie w miękkim ciemiączku.

Chłopiec wcale się nie uspokajał, kaszlał świszczące Maria z krzykiem zauważyła 

strumyczek krwi, sączący się także z ust dziecka.

background image

Poderwała się z łóżka, nie zważając na ból wywołany gwałtownym ruchem, i 

rzuciła ku mężowi, stojącemu bezradnie z konającym dzieckiem w ramionach.

 -   Nie! On nie może umrzeć! Pomóż mi, Mogensie, spraw, aby z nami został!

Oboje jednak zdawali sobie sprawę, że nic nie da się zrobić.

Przez ciągnące się w nieskończoność sekundy stali tak przytuleni do siebie, Maria 

obejmowała męża z dzieckiem na rękach.

Jak we śnie patrzyli  na synka, walczącego o ostatni oddech. Otworzył  oczy i 

utkwił spojrzenie w twarzach rodziców, jak gdyby chciał się z nimi pożegnać.

Później maleńkie ciałko całkiem zwiędło, widać było, że wszelki ból ustąpił.

Czy to możliwe, by się uśmiechał?

W   każdym   razie   dziecko   spoczywało   w   ramionach   ojca   pełne   spokoju   i 

piękniejsze niż kiedykolwiek.

Maria załkała.

  -   Żegnaj, maleńki przyjacielu. Cieszę się, że mogłem cię zobaczyć   -   rzekł 

Mogens   zaskakująco   pewnym   głosem.     -     Pocałuj   go   na   pożegnanie,   najmilsza. 

Oszczędzono   mu   życia   na   tym   grzesznym   świecie,   przybył   tylko,   by   się   z   nami 

przywitać, i zaraz Bóg wezwał go do wiecznego Raju  -  dodał szeptem.

I   Maria   usłuchała   męża,   a   później   pozwoliła   mu   zabrać   zmarłe   dziecko. 

Wiedziała,   że   Mogens   na   pewno   znajdzie   piękne   miejsce   wiecznego   spoczynku   dla 

swego być może jedynego syna. Pastor był starym człowiekiem, nie wiadomo, czy zdoła 

spłodzić więcej dzieci.

Zdawała sobie sprawę, że jego żałoba jest równie silna jak jej własna, chociaż 

pustka w sercu groziła, że całkiem ją przytłoczy.

Zostawszy sama  z uśpioną córeczką,  pozwoliła łzom popłynąć  swobodnie,  by 

oczyściły jej duszę po tragicznych narodzinach. Delikatnie pogłaskała silną dziewczynkę 

po głowie, czując ogromną radość, że pozwolono jej zatrzymać przynajmniej ją.

Wiedziała,   że   ma   przed   sobą   trudne   dni,   że   wspomnienie   maleńkiego   synka 

pozostanie w niej na zawsze. Na własne oczy widziała symptomy jego choroby i zdawała 

sobie sprawę, że całe jego życie przesycone byłoby bólem.

 -  Spij spokojnie, kochanie, mama nad tobą czuwa... Nie bardzo wiedziała, czy 

skierowała te słowa do synka, czy do córeczki, ale odgłosy wydawane przez uśpionego 

background image

noworodka wzruszyły ją. Pierwsze mgnienie macierzyńskiego szczęścia zdołało niemal 

przesłonić wstrząs i żal.

 -   Damy sobie radę, moja maleńka  -  pocieszała córeczkę i samą siebie.

I dręczona najczarniejszymi  wyrzutami  sumienia  przyłapała  się na przelotnym 

marzeniu,   aby   dziecko   odziedziczyło   raczej   rysy   po   czarnowłosym   ojcu,   by   nosek 

zaznaczony był wyraźniej, a oczy ciemniejsze...

Dziecko Randara... Jak by wyglądało?

background image

ROZDZIAŁ VIII

Maria i Mogens ułożyli swoje dziecko w wykładanej jedwabiem żelaznej trumnie 

najlepszego gatunku. Maria owinęła synka ciepło w koce z barwionej wełny i wsunęła 

jeszcze do środka maleńkie haftowane sakiewki z aromatycznymi ziołami.

Po zamknięciu wieko zabito solidnymi żelaznymi nitami.

Mogens  zaniósł trumienkę  do krypty  pod kościołem,  którą wybrał  na miejsce 

wiecznego   spoczynku   dla   swego   maleńkiego   synka.   W   otoczeniu   pięciu   czy   sześciu 

trumien z ziemskimi szczątkami najzacniejszych mieszkańców wioski malutka dziecięca 

trumienka  sprawiała  wrażenie   jeszcze   mniejszej   i  wyglądała  wręcz  żałośnie.  Mogens 

własnoręcznie   wymurował   wokół   niej   ściany   z   białego   kamienia.   W   ten   sposób 

pozostawała prawie niewidoczna, chyba że ktoś przechyliłby się przez mur i zajrzał do 

ciasnego pomieszczenia od góry.

Za   każdym   razem,   gdy   będzie   szedł   tajemnym   korytarzem,   zatrzyma   się   na 

moment przy grobie i wspomni małego syna.

Życie   jednak   płynęło   swoim   nurtem.   Obowiązki   na   probostwie   były   liczne   i 

ciężkie. Maria zatrudniła jeszcze jedną dziewczynę  poza Solveig, zachwyconą swoim 

prędkim awansem. Obie służące dobrze się ze sobą zgadzały i zajmowały wszystkim co 

trzeba   w   gospodarstwie.   Sprzątały,   piekły,   doiły   krowy,   opiekowały   się   owcami, 

troszczyły o spiżarnię i spichlerz z ziarnem. Sprawiały wrażenie szczerych i chętnych do 

pracy, Marii do tej pory nie przysparzały zmartwień. I ona jako gospodyni miała pewne 

obowiązki, lecz większość czasu poświęcała stale rozwijającej się lecznicy.

Z początku na równinie powyżej kościoła postawiono prostą, dwuizbową chatę. 

Zimą jednak przekonano się, że dom należy wzmocnić, uszczelnić, a także rozbudować. 

Prace   dobiegały   teraz   końca,   obok   starego   stanął   nowy   budynek.   Maria   sama   go 

zaprojektowała, a nie znając się wprawdzie na budowie domów, wpadła także na kilka 

oryginalnych   pomysłów,   do   których   doświadczeni   stolarze   i   cieśle   podeszli   z   dużą 

rezerwą.

Nowy budynek miał dwa poziomy. Na piętrze znalazło się miejsce na składzik, a 

dwa przestronne pomieszczenia obito pachnącymi deskami z sosny. Tam Maria umieściła 

wiele pięknych sprzętów z salonu plebanii, tych, na które sama nie mogła patrzeć. Matka 

background image

natomiast cieszyła się nimi jak dziecko. W nowej izbie Liv całą ścianę pokrywał ślicznie 

tkany gobelin. Miedziany, wypolerowany do połysku imbryk wisiał nad paleniskiem, o 

którym  pomyślano  także  na górze. Stały tu solidne  krzesła  z poduszkami  i obiciami 

rzadko   widywanymi   w   zapadłych   wioskach.   A   wielka   duma   pastorowej,   angielskie 

talerze, służyły za ozdobę nad łóżkiem Liv. Przeniesiono tu także koszyk z wyszywaniem 

i Liv, ku swemu wielkiemu zdumieniu, znalazła dużą radość w haftowaniu drobniutkich 

ściegów barwioną wełnianą włóczką.

Strome schody z izby wiodły prosto w dół do sieni, w której wszyscy musieli 

ściągać brudne buty przed wejściem do szpitalika.

Na środku dużej sali na dole stanął murowany komin, pod którym paliło się z 

trzech stron. Dobrze grzał, cegły gromadziły ciepło w zupełnie inny sposób niż w starych 

otwartych paleniskach.

Marii   spodobały   się   piece   z   kominem,   które   coraz   częściej   budowano   w 

zagrodach, ale nie poprzestała na tym: na umieszczonym centralnie piecu można było też 

gotować. W szpitaliku bowiem zużywano dużo wody.

Wokół pieca dwoma rzędami ułożono grube sienniki, pozostawiając między nimi 

jedynie wąziutkie przejścia. Pod ścianami ulokowano cztery proste szafy na lekarstwa i 

narzędzia.

A na kominie, zawsze przyjemnie ciepłym, Maria zawiesiła przewiewne półki z 

drewna do suszenia świeżych ziół.

Wypróbowała   zarówno   stare,   jak   i   nowe   przepisy   i   teraz   z   dumą   mogła   się 

pochwalić   zbiorem   rozmaitych   maści,   roztworów,   mieszanek   na   napary   i   wywarów, 

których nie miał nikt inny.

Swoich receptur strzegła niczym tajemnicy państwowej, ale lekarstwa rozdawała 

hojnie, także tym, których nie stać było na to, by za nie zapłacić. Biedacy jednak, gdy 

tylko mogli, odwdzięczali się za leczenie, pracując dla niej przez kilka dni albo tygodni. 

Tak oto Maria zdobywała pomoc przy praniu koców, rąbaniu drew, czyszczeniu ziół czy 

prostszych zabiegach pielęgnacyjnych.

W   zamkniętej   szafce   na   ścianie   wisiało   wiele   niezwykłych   urządzeń   i 

instrumentów. Niektóre Maria skonstruowała sama, inne wykonano według rysunków w 

księgach medycznych,  zgromadzonych  przez pastora w bibliotece.  Niejeden człowiek 

background image

chodził   w   jej   specjalnym   pasie   przepuklinowym,   wynalazku,   który,   jak   się   okazało, 

doskonale funkcjonował, bo przynosił ulgę w bólach i umożliwiał choremu wypełnianie 

codziennych obowiązków.

Wśród   najbardziej   nieprzyjemnych   przyborów   znajdowało   się   żelazo   do 

przyżegania. Rozżarzano je w ogniu i przykładano do większych ran w celu przypalenia 

ciała i zahamowania krwotoku. Maria pamiętała, że Jorand także miał podobne narzędzie. 

Swego czasu posługiwał się nim z wielką zręcznością, by nie dopuścić do śmierci z 

upływu   krwi   na   przykład   złodzieja,   którego   skazano   jedynie   na   obcięcie   ręki   albo 

palców.

Maria nigdy jeszcze owego żelaza nie używała, wiedziała jednak, że przy ciężkich 

przypadkach gangreny będzie musiała liczyć się z przeprowadzeniem amputacji.

Inne narzędzie leżało ukryte w głębi szafki. Składało się ono z dwóch dużych 

łyżek, w trzonkach obydwu mniej więcej w połowie wywiercony był otwór. Łyżki miały 

staranne   zaokrąglone   brzegi   i   były   nasmarowane   tłuszczem.   Używano   ich   podczas 

porodu, kiedy dziecko nie mogło się wydostać. Maria zdawała sobie sprawę, że jest to 

dość niecodzienny zabieg, wiedziała też, że niektórym ludziom bardzo się nie podoba 

takie ingerowanie w porządek ustalony przez naturę. Ale kiedy śmierć groziła i matce, i 

dziecku, czyż nie powinna wykorzystać wszelkich środków, jakimi dysponowała?

Dotychczas   użyła   narzędzia   dwukrotnie.   Wątpiła,   by   któryś   z   tych   porodów 

zakończył się szczęśliwie, gdyby nie zastosowała swojej metody.

Miała także przyrządy do upuszczania krwi, ale nie lubiła się nimi posługiwać. 

Znajdowali się jednak pacjenci nalegający na taką kurację, słyszeli gdzieś o wspaniałych 

rezultatach, jakie przynosiła, i koniecznie chcieli spróbować. Jeśli byli dość silni i nie 

cierpieli na zanadto skomplikowane schorzenia, Maria spełniała zwykle ich życzenie. W 

wielu przypadkach sama się przekonywała, że kuracja odnosi skutek, chorzy dziękowali, 

kłaniając się w pas, i czuli się od razu silniejsi.

Zestaw cieniutkich żelaznych igieł i szpulkę jedwabnych nici przysłano jej dzięki 

jednemu ze znajomych Mogensa. Tymi nićmi Maria zszywała małe i duże rany, prawie 

nie znać potem było blizn.

Miała także w lecznicy płótno do okładów i bandaże, zwoje wełny i lnianego 

płótna do wkładania w większe krwawiące rany.

background image

No i okorowane gałęzie ze skomplikowanymi umocnieniami, przygotowane na 

wypadek, gdyby zgłosił się ktoś ze złamaną nogą czy ręką.

Marii nie bardzo się podobała chirurgiczna strona jej zajęcia, ale prędko musiała 

się   nauczyć   ratować   ludzi   przy   poważniejszych   zranieniach   i   groźnych   krwotokach. 

Czytała   księgi   Mogensa,   robiąc   z   nich   notatki,   i   wkrótce   sporządziła   swój   własny 

podręcznik,   zawierający   wskazówki   dotyczące   pierwszej   pomocy   w   poszczególnych 

przypadkach. Wszystko zapisywała w wielkiej księdze, którą kiedyś dostała od Mogensa.

W książce  noszącej tytuł  Contantis Liber Pantegni  znalazła szczegółowy opis 

operacji wycinania kamieni, a kiedy zgłosił się do niej pewien starszy chałupnik z Nes, 

uskarżający się na takie właśnie dolegliwości, uznała za słuszne użycie noża. Mężczyzna 

miał kłopoty z oddawaniem moczu, zawstydzony pozwolił jej obmacać twarde grudki, 

które się zebrały w intymnym miejscu.

Maria przez skórę zsunęła grudki razem i podwiązała je zarówno od góry, jak od 

dołu.   Wystarczyło   jedno   cięcie   wzdłuż   i   kamyki   można   było   wyzbierać.   Mężczyzna 

nawet nie jęknął, kiedy wylała olej na ranę, a na koniec założyła opatrunek. Chory już po 

dwóch  dniach  mógł   normalnie  oddawać   mocz,  gotów  był   tańczyć   przed  Marią,   taką 

odczuł ulgę. Dała mu też wywar z janowca, mniszka, liści malin i krwawnika, który miał 

oczyścić uszkodzone organy i zapobiec tworzeniu się nowych kamieni. Od tej pory w 

każdy   poniedziałkowy   ranek   na   jej   schodach   leżał   pęczek   najładniejszych   gałązek 

jałowca. Takie było podziękowanie szczęśliwego pacjenta, Maria bowiem wspomniała 

przy   nim,   że   jałowcowe   gałązki   dają   najlepsze   ciepło   i   dym   potrzebny   do   suszenia 

delikatniejszych ziół.

W innej księdze Maria wyczytała o leczniczym działaniu kąpieli. Postanowiła to 

wypróbować, napotkała jednak zdecydowany opór wśród pacjentów. Co dobrego może 

przynieść   zanurzanie   ciała   w   gorącej   wodzie?   Większość   gwałtownie   protestowała, 

powołując się na przekazane przez przodków jasno sformułowane ostrzeżenia przed zbyt 

częstą   kąpielą   i   myciem   całego   ciała.   Od   tego   człowiek   mięknie,   robi   się   słabszy   i 

bardziej podatny na wszelkie zarazy.

Ale   Maria   mimo   wszystko   i   tak   wielu   zdołała   przekonać.   Nieduża   łaźnia   na 

probostwie, przez wiele lat nie używana i popadająca tylko w ruinę, znów zaczęła być 

wykorzystywana.   Budyneczek   nad   strumieniem   wzniesiono   zapewne   przed   paroma 

background image

stuleciami, ale grube ściany solidnie wymurowano  z kamienia  i wystarczyło  je tylko 

oczyścić z mchu, by móc rozpalić ogień na umieszczonym na środku palenisku.

Zaletą   tego   eksperymentu   był   fakt,   że   sama   Maria   odkryła   radość   płynącą   z 

regularnych kąpieli w łaźni, właściwie wręcz uzależniła się od cotygodniowych chwil w 

rozgrzanej, wilgotnej saunie. Lubiła, kiedy pot razem z brudem spływał z ciała, które 

później namaszczała wonnymi olejkami. Cudowne!

Ostatnio nie śmiała jednak odwiedzać łaźni, z rosnącym brzuchem czuła się nie 

najlepiej, oddychała ciężko, kiedy w czasie letniego przesilenia temperatura zaczęła się 

podnosić. Wolała kąpać się w fiordzie, którego woda przyjemnie chłodziła przegrzane 

ciało. Ale kosiarze gapili się wielkimi oczami na widok pani pastorowej, zanurzającej się 

w wodzie w pełnym ubraniu i pluskającej jak dziecko.

Takie zachowanie nie przystoi dorosłym, a już na pewno nie ciężarnym żonom 

pastora!

Wikary także znów zażądał rozmowy z Mogensem na osobności, przyprawiając 

starszego duchownego o rumieniec z braku kontrargumentów.

Maria musiała w końcu obiecać, że będzie dyskretniej zażywać swoich kąpieli, 

najlepiej nocą, kiedy zmrok dobrze ją ukryje... Skorzystała jednak z okazji i pławiła się 

bez ciężkiej, długiej sukni. Bawiła ją nawet myśl,  że ktoś mógłby ją tak zobaczyć  i 

donieść o tym Mogensowi.

Teraz jednak została matką.

Czy mogła pozwolić sobie na podobne dziewczęce wybryki?

Zresztą, wszystko jedno. Bolesne przeżycia  po porodzie i utracie synka wciąż 

tkwiły w niej głęboko, zabijając wszelką beztroskę i wesołość.

Upływały tygodnie, a Maria, choć zniecierpliwiona, wciąż leżała w łóżku, jak 

nakazywał obyczaj, przyjmując odwiedziny z bliska i daleka. Goście przynosili podarki 

dla córeczki, głośno wychwalając jej siłę i zdrowie.

 -  Następnym razem na pewno będzie syn  -  pocieszali, uważając, że powinna się 

cieszyć z prędkiej śmierci chłopczyka. Nie zdążyła przecież go pokochać, czy nie byłoby 

gorzej, gdyby umarł za kilka lat?

Maria w sercu boleśnie opłakiwała synka, ale brała się w garść, nie pokazując, jak 

głęboko ją ranią podobne uwagi. Czy tylko ona tak bolała nad utratą nowo narodzonego 

background image

dziecka? Większość kobiet nigdy nie mówiła o maleństwach, które nie przeżyły, chociaż 

co najmniej połowa z nich była więcej razy brzemienna niż miała dzieci.

A przecież kobiety były najwierniejszymi pacjentkami Marii. Zwracały się do niej 

z   wszelkimi   kobiecymi   przypadłościami,   przyprowadzały   dzieci,   pokaleczone   lub 

cierpiące na nieznaną chorobę.

Niewiasty   prosiły   także   o   rady   na   niedomagania   mężów,   niejedną   Maria 

wyprawiła z mieszanką storczyka plamistego, siemienia lnianego i gałki muszkatołowej. 

Napar z tych ziół miał przywrócić mężczyźnie młodzieńczą siłę i witalność.

Dobrze, że nie musiała tego samego specyfiku podawać Mogensowi, tak często 

niepokojącemu się swymi małżeńskimi powinnościami. Maria zawsze podtrzymywała go 

na duchu, szeptała do ucha czułe słowa, wiedząc, że gra toczy się o jego męską dumę.

Bez   trudu   przychodziło   jej   znajdowanie   przyjemności   w   czułości   i 

oszałamiającym poczuciu władzy, jakie dawał jej akt. Lubiła patrzeć na szalejącego na jej 

punkcie   męża,   gdy   w   równych   odstępach   czasu   wpuszczała   go   na   swoją   połowę 

małżeńskiego łoża.

Mogens,   dopóki   nosiła   jego   dzieci   pod   sercem,   trzymał   się   od   niej   na   pełen 

szacunku dystans, lecz teraz, niemal sześć tygodni po porodzie, jego uściski na dobranoc 

stawały się coraz bardziej namiętne.

Maria   natomiast   wciąż   czuła   się   odrętwiała   i   wypalona,   nawet   zajmując   się 

śliczną córeczką nie uśmiechała się, nie śmiała jak przedtem. Ból wywołany stratą, jakiej 

doznała, odezwał się teraz jakby z podwójną mocą. Tęsknota za Randarem mieszała się z 

rozgoryczeniem,  wywołanym  śmiercią  synka  i niczym  szara, nieprzenikniona  chmura 

przesłaniała wszystko, co w życiu jasne i dobre.

Kiedy rozwieje ją wiatr?

Lato przeszło w jesień i znów zima zagroziła przejęciem władzy nad światem. 

Ciepła   pora   roku   zawsze   wydawała   się   taka   krótka!   Tego   lata   jednak   dobrze 

zaznajomiona z deszczem wioska zaznała wielu suchych, słonecznych dni. Nigdy jeszcze 

chyba   siano   tak   dobrze   nie   wyschło!   Za   to   zboże   na   polach   było   wystrzępione   i 

zbrązowiałe, dając zaledwie dwa razy tyle  ziarna, ile wysiano. Zima zapowiadała się 

chuda, trzeba będzie mieszać drogocenną mąkę z korą i celulozą, jakoś chyba wystarczy 

do następnej wiosny.

background image

Maria, gdy tylko jako tako przyszła do siebie po ciąży i porodzie, rzuciła się w 

wir coraz liczniejszych obowiązków.

Przez cały dzień pracowała, mając przy sobie dziecko w kołysce, a gdy tylko mała 

zasnęła, przewinięta i nakarmiona, wyrywała się do szpitalika, gdzie nigdy nie brakowało 

zajęcia.   Jeśli   zdarzało   się,   że   akurat   nie   było   chorych,   pomagała   Liv   w   ogrodzie   z 

ziołami. We wrześniu przypadało zbieranie ziół, czyszczenie nasion i przygotowywanie 

grządek.

Któregoś razu matka niepewnie wydusiła prośbę o to, by Maria towarzyszyła jej 

w bardzo szczególnej wyprawie:

Liv chciała odwiedzić Bergaheim.

Twierdziła, że pragnie odszukać ziołowy ogród swej matki, nieduże poletko, które 

tak dobrze pamiętała. Rosły tam zioła, jakich Liv od tamtej pory nigdzie nie widziała, 

niezwykle silnie i skutecznie działające na rozmaite dolegliwości...

Maria domyślała się, że powrót na Bergaheim może wcale nie być taki łatwy. 

Wspomnienia   matki   z   domu   jej   dzieciństwa   w   jednej   chwili   wydawały   się   jasne   i 

beztroskie, ale już w następnej Liv zamykała się i nie chciała o niczym mówić.

Co się tam właściwie wydarzyło?

Rzecz   naturalna,   że   tragiczny   wypadek,   w   którym   zginęli   jej   rodzice   i   brat, 

pozostawił ślady. Ale kryło się za tym coś jeszcze, Maria nie umiała odgadnąć, co. Może 

matka kiedyś to wyjawi? Czyżby miało to związek z jej ojcem?

Nie, z tego, co rozumiała, Liv przez cały czas od śmierci rodziców do urodzenia 

jej,   Marii,   mieszkała    u   Tulvy.   Maria   zaczęła   się   przyglądać   mężczyznom   w 

odpowiednim wieku, któryś z mieszkańców wioski mógł być przecież jej ojcem.

Bacznie obserwowała matkę, kiedy spotykały się z jakimś nowym mężczyzną, by 

odkryć   jej   ewentualne   reakcje.   Nigdy   jednak   nie   ujrzała   w   oczach   Liv   nic,   co 

wskazywałoby, że łączą ją z nieznajomym szczególne wspomnienia.

Tajemnica. Właściwie to bardzo irytujące nie wiedzieć, kim jest czy był własny 

ojciec, doszła do wniosku Maria.

Może powinna to zbadać?

Dobrze   pamiętała   dzień,   kiedy   zakradła   się,   by   zajrzeć   do   księgi   parafialnej, 

podczas gdy Mogens był przekonany, że ona studiuje łacińskie czasowniki.

background image

Niczego   jednak   nie   znalazła,   w   księdze   brakowało   zapisów   z   odpowiedniego 

okresu. Ale coś przecież Mogens musiał wiedzieć, chociaż nie została nawet ochrzczona.

Dziś wieczorem go o to zapyta.

Nie odmówi jej, wszak ma prawo znać imię rodzonego dziadka ich córki.

Maleńka   Sunniva   Magdalena   Mariadatter   Skanke   stała   się   oczkiem   w   głowie 

Mogensa. Jak wspaniale dla małego dziecka doświadczać takiej pełnej, bezinteresownej 

ojcowskiej miłości!

Marię   ogromnie   cieszył   widok   męża   baraszkującego   na   łóżku   z   roześmianą, 

gaworzącą córeczką w objęciach. Maleńka miała już blisko trzy miesiące i była czarującą 

panienką z okrągłymi, rumianymi policzkami i coraz gęściejszymi włoskami. Oczy miała 

szaroniebieskie jak ojciec, bez dziwnych ciemnych plamek pojawiających się w oczach 

matki, szczególnie w chwilach zagniewania. Złotych włosów po Marii córka także nie 

odziedziczyła, w głębi ducha Maria przyznawała nawet, że dziecko nie zapowiada się 

wcale na wielką piękność.

Ale   dało   się   zauważyć,   że   dziewczynka   wyrośnie   na   uroczą,   zdecydowaną   i 

nieprawdopodobnie upartą osóbkę, tak jak jej matka.

W   chwilach   takich   jak   ta   Maria   czuła   przenikające   ją   na   wskroś   poczucie 

bezpieczeństwa i radości. Nie zdarzały się one często i tym bardziej były cudowne. W 

takich chwilach nawet imię Randara gdzieś się zamazywało, a tęsknota łagodniała i Ma-

ria mogła swobodnie oddychać.

background image

ROZDZIAŁ IX

Gabinet pastora zdawał się jakby zapraszać swoją przytulnością,  intrygującym 

nastrojem.  Mogens  również   najlepiej   czuł  się   właśnie  tutaj,  Maria   zrozumiała   to  już 

dawno. Żadne z nich nie umiało na dobre zadomowić się w saloniku, choć usunięto z 

niego najbardziej drażniące przedmioty. Okna, z których poprzednia pastorowa była taka 

dumna, wpuszczały do środka zimne, osobliwe światło.

Nie, w gabinecie było znacznie przyjemniej. Okna miały tu szyby gorszej jakości, 

grubsze, mniej przejrzyste. Ciężkie aksamitne zasłony zwykle pozostawały zaciągnięte, 

jak gdyby odgradzając pomieszczenie od świata.

Maria przez całą jesień i zimę paliła tu ogień w kominku, przyniosła też kociołek i 

kilka kubków, a na półce nad kominkiem stały pojemniczki z gotowymi kwiatowymi 

mieszankami.   Często   wieczorami   zaparzała   herbatki.   Mogens   także   chętnie   tu 

przychodził na kubek ciepłego napoju przed udaniem się na spoczynek. Lubił poczuć się 

tak wytwornie, podobał mu się kontrast popijania tak wyrafinowanych napojów wraz z 

ukochaną, wywodzącą się z prostego ludu żoną. A ona parzyła uzdrawiające krople na 

długo przedtem, zanim zaczęto je serwować w najznakomitszych salonach w kraju!

Wieczory w bibliotece przybliżały ich do siebie. Czas upływał obojgu na setkach 

zajęć,   Mogens   niemal   co   dnia   wyprawiał   się   gdzieś   powozem   bądź   saniami,   by 

porozmawiać z ludźmi lub wypełniać swe duszpasterskie obowiązki. Pastora wzywano 

do konających i zmarłych, czasami do porodów, gdy umawiano małżeństwo lub też po 

prostu, gdy ktoś potrzebował rady albo świadka przy transakcji. Regularnie spotykał się z 

najpierwszymi   mieszkańcami   wioski,   rozprawiali   przy   uroczyście   nakrytych   stołach, 

rozsądzali trudne sprawy, rozpatrywali spory zaistniałe między mieszkańcami parafii.

Mogens czuł się trochę obco wśród wszystkich kochających władzę panów, ale 

stroił się w najlepsze ubranie i we wszystkich szczegółach stosował się do przyjętych 

przez   nich   form   zachowania   i   wyznaczonych   zasad   etykiety.   I   uśmiechem   tylko 

odpowiadał, kiedy kpili, że tak mu się spieszy, bo odmawiał wypicia z nimi kielicha, 

przedkładał bowiem nad to aromatyczne herbatki żony.

Zdarzało się, że wieczory wypełniały jej pytania, jego odpowiedzi.

Maria stale dużo czytała, w każdej wolnej chwili wtykała nos w książki. Pilnie 

background image

sporządzała   notatki,   zapełniła   już   ponad   połowę   oprawnej   w   czerwoną   skórę   księgi 

własnoręcznie zanotowanymi przepisami, ważnymi informacjami i wiadomościami.

Wspaniała   księga   stała   się   jej   osobistym   pamiętnikiem,   a   jednocześnie 

podręcznikiem   medycznym,   napisanym   prostym,   codziennym,   wręcz   mówionym 

językiem.

Mogens lubił zadawać żonie pytania, rzucać wyzwania, zmuszać, by szczegółowo 

relacjonowała mu przeczytane książki. Coraz częściej to ona musiała mu coś wyjaśniać, 

zwłaszcza gdy poruszali kwestie związane z medycyną i nowoczesnymi sposobami le-

czenia. Tak jak i ona, Mogens ciekaw był wszystkiego, co dzieje się w wielkim świecie, 

podtrzymywał swe dawne kontakty, a raz do roku przysyłano mu z Kopenhagi wielką 

skrzynię nowych książek. Znalazł się wśród nich francuski traktat o położnictwie, nowe 

podręczniki   anatomii   ludzkiego   ciała   z   Danii   i   Niemiec,   a   także   angielskie   studium 

chorób umysłu. Niektóre z pism tłumaczył sam, inne pewien mieszkający w Christianii 

kolega, który miał matkę Niemkę i za niewielkim wynagrodzeniem podejmował się takiej 

pracy.

A Maria wprost drżała z napięcia za każdym razem, gdy dawał jej coś nowego, 

interesującego do czytania. Wciąż jeszcze najbardziej zakazane z książkowych skarbów 

trzymał zamknięte w swojej bibliotece. Nigdy nie pokazał jej księgi Sefraniusa, a także 

kilku   innych   podobnych   dzieł.   Gruby   ilustrowany   tom,   zarekwirowany   niegdyś 

zbuntowanemu   kupcowi,   także   trzymał   w   ukrycia   Księga   pełna   była   szkiców   i 

kolorowych   obrazków   ludzi   w   najbardziej   zdumiewających   pozycjach   igraszek 

łóżkowych. Wstydził się radości, jaką wciąż sprawiało mu przeglądanie tego zakazanego, 

pochodzącego z Niemiec dzieła.

Jemu, żonatemu z kobietą, której wszyscy mu zazdroszczą!

Po   porodzie   niezbyt   często   garnęli   się   do   siebie,   teraz   jednak   mała   Sunniva 

niedługo kończyła już pół roku, nie mieli więc czym tłumaczyć swego celibatu.

Mogens   pragnął   zbliżenia,   wiedział   jednak,   że   żonie   po   porodzie   wciąż 

przysparzała cierpień niezaleczona rana. Nie miał przy tym na myśli żadnych fizycznych 

dolegliwości.

Marii   całkowicie   wystarczało   ucałowanie   kochanego   męża   na   dobranoc   i 

delikatne głaskanie po głowie i plecach, póki nie usnął z uśmiechem zadowolenia na 

background image

ustach. Nie pożądała go, nigdy nie czuła przy nim, by ciało płonęło jej tak, jak wiedziała, 

że   potrafi.   Pogodziła   się   z   tym,   cieszyła,   że   Mogens   przeżywa   z   nią   najwyraźniej 

namiętność swego życia.

Zdarzało się jednak, że leżała z dłońmi rozgrzanymi od kontaktu z jego ciałem, 

ogarnięta   nieokreśloną   tęsknotą.   Usta   jej   nigdy   więcej   już   nie   formułowały   imienia 

Randara, ale ukochany żył przy niej każdego dnia. Nie potrafiła nawet poczuć własnego 

zapachu bez myślenia o nim, tak mocno wciąż w niej tkwił.

I za każdym razem, czesząc niezwykle z czasem długie, puszyste włoski córeczki, 

zastanawiała się, czy dziecko Randara odziedziczyłoby po nim sztywną, ciemną grzywę.

Jedynie w chwilach spędzonych z Mogensem w zaciszu biblioteki, ich wspólnym 

świecie, potrafiła całkiem zapomnieć o Randarze. W tym pokoju on nie istniał. Tutaj, 

wśród ksiąg i pism pełnych prastarej wiedzy, Maria stawała się inną, pozbawioną płci 

istotą, pozwalającą, by kierowała nią ciekawość i żądza poznania.

 -   Mario, stale mi imponujesz. Nie istnieją chyba granice wiedzy, jaką potrafisz 

pochłonąć. Nigdy nie spotkałem kobiety obdarzonej takimi możliwościami umysłu. I w 

dodatku jesteś moja!

  -     No, ale kto poza tobą zaakceptowałby moje zainteresowania? To ty byłeś 

moim nauczycielem i wciąż właśnie ty rozbudzasz moją ciekawość.

Mogens zapatrzył się przed siebie, odpowiedział już innym tonem:

 -  Gdybym mógł obudzić w tobie coś jeszcze, moja droga...

Zrozumiała aluzję.

 -  Mogensie, mój najdroższy, ojcze mego dziecka! Nie możesz... nie wolno ci...

  -   To prawda, nie wolno mi tego mówić, nie zasługujesz na to. Tyle dla mnie 

robisz, nigdy nikt nie dał mi tyle radości. Czasami jednak... chwilami... przykro mi, że 

nie potrafię odpłacić ci się tym samym...

Zrozumiała.   Wzruszona   jego   troskliwością   przeszła   przez   pokój   i   swobodnie 

usadowiła mu się na kolanach.

Jak mała dziewczynka.

Przez   chwilę   nic   do   siebie   nie   mówili,   lecz   myśli   obojga   powędrowały   tym 

samym torem.

Gdybym tylko miała ojca, zastanawiała się Maria. Czy możliwe, że właśnie jego 

background image

brak   sprawia,   że   tak   łatwo   przychodzi   mi   przytulanie   tego   starszego   mężczyzny   ze 

szczerym oddaniem? Chyba tak, bo burzliwa miłość, jaką odczuwałam do Randara, była 

zupełnie   innego   rodzaju.   Mogens   nigdy,   przenigdy   nie   zdoła   obudzić   we   mnie 

podobnych tęsknot...

Ona się do mnie tuli jak dziecko... Czy w głębi ducha takimi właśnie uczuciami 

mnie obdarza, kiedy gładzi moje włosy i ciało? Nie, to niemożliwe, jej pieszczoty nie są 

wyrazem córczynej troski. Ona jest kobietą, a ja mężczyzną. Ale Maria nigdy nie miała 

prawdziwego ojca, biedactwo, oby się nigdy nie dowiedziała...

Pukanie do drzwi rozległo się, jakby dochodziło z innego świata i w ogóle ich nie 

dotyczyło.

Solveig jednak nie potrzebowała  wiele  czasu, by odłożyć  to, czym  akurat  się 

zajmowała w kuchni, usłyszeli, że wpuszcza przybysza.

Wikary.

2   korytarza   dobiegło   człapanie   stóp   w   butach   na   solidnych   drewnianych 

podeszwach. Solveig uchyliła drzwi i zapowiedziała nadejście gościa.

Maria zeskoczyła z kolan Mogensa, strzepnęła pogniecione spódnice i pospiesznie 

spięła długie włosy na karku. Mogens lubił, jak rozpuszczała je wieczorem: spływały 

swobodnie, iskrząc się życiem i odbijając blask płonących polan.

  -   Dobry wieczór, pokój Pański temu domowi   -   poprawnie przywitał się pan 

Revelin.

W szubie z lisiej skóry zdawał się wypełniać sobą drzwi. Miernego wzrostu, lubił 

sprawiać wrażenie postawnego i nosił futro już od wczesnej jesieni.

 -  Chciałem prosić, aby proboszcz poświęcił mi nieco swego czasu  -  ciągnął, 

omijając wzrokiem Marię.

Mogens zirytował się zarówno tym, że im przeszkodzono, jak i nieuprzejmym 

ignorowaniem żony.

 -   Późno przychodzisz, panie wikary, i bez umowy! Ale skoro już tu jesteś, masz 

widać ważną sprawę. Siadaj!

Mogens dyskretnie skubnął suknię żony na znak, by została.

Maria skorzystała z zachęty, nie bez złośliwego triumfu zasiadła demonstracyjnie 

przy biurku męża i chłodno patrzyła na nieproszonego gościa.

background image

Nienawiść, jaką z niewiadomego powodu żywił dla niej wikary, przemknęła przez 

pokój, sprawiając, że i Mogensa przeszedł dreszcz.

 -   Proboszczu, przychodzę z niezmiernie ważną i osobistą sprawą. Rozumiesz, 

jak sądzę, że nie nadaje się ona dla... dla uszu twej małżonki.

Mogensowi oczy się zwęziły, sięgnął po fajkę i przygryzł ustnik.

  -   Ufam jej. Jest moją pomocnicą i rozważam z nią niemal wszystkie sprawy. 

Proszę mówić, panie wikary.

Pan   Revelin   poczerwieniał   na   twarzy,   chude   palce   zacisnęły   się   w   bardzo 

kobiecym geście, który wprawił Marię w jeszcze większą irytację.

  -     Co widzę? Czyżby wikary się wahał? Czyżby przyszedł  do mego domu, 

przeszkodził mnie i mojej żonie, zakłócił moją prywatność i jeszcze się mi sprzeciwiał?

Mogens nie zdołał ukryć  gniewu, domyślał  się chyba,  z czym  po raz kolejny 

Revelin przychodzi. Odezwało się dawne, paskudne uczucie: Czyż nigdy nie dane mu 

będzie zaznać spokoju, poczuć się w pełni bezpiecznie, nie bać się biskupa ani lensmana? 

Ze złością cedził słowa do wyraźnie już zdenerwowanego wikarego:

 -  Czy znów, być może, chodzi o moją żonę? Wikary kolejny raz się zmówił z 

największymi   plotkarkami   i   pijakami   z   całej   parafii,   a   teraz   pragnie   przedstawić   ich 

wymysły? Powinien wrócić do domu i prosić Boga, by wygnał zło z jego serca, pokornie 

czytać Biblię i przykazania. Zwłaszcza dwa ostatnie, zwłaszcza te dwa!

Pan   Revelin   słuchał   wstrząśnięty.   Oto   proboszcz   wprost,   głośno   i   wyraźnie, 

oskarża   jego,   wikarego,   o   pożądanie   żony   i   własności   swego   zwierzchnika.   Coś 

podobnego!

Taka jednak była prawda, chociaż sam nigdy by się do niej nie przyznał. Wikary 

nie mógł pogodzić się z faktem, że Maria pojawiła się tak prędko i niespodziewanie, 

pozbawiając go wspaniałych widoków na przyszłość.

Po   śmierci   Mogensa   Maria   odziedziczy   i   zagrodę,   i   dwór.   Uzyska   prawo   do 

dwóch   albo   trzech   lat   łaski   i   w   tym   czasie   będzie   rządzić   plebanią   według   swoich 

zachcianek, a on zostanie zmuszony do wykonywania całej pracy, dostając w zamian 

jedynie  nędzną  pensyjkę  wikarego. Później  zaś  wdowa przeprowadzi  się  na któreś  z 

czterech   gospodarstw,  zakupionych   przez   Mogensa  prywatnie.  Stamtąd,   opływając   w 

dostatek i władzę, dalej będzie mogła rzucać kłody pod nogi nowemu pastorowi.

background image

Ludzie   darzą   tę   przeklętą   młodą   kobietę   tak   wielkim   szacunkiem!   Diabelsko 

urodziwa wiedźma wypełni kłopotami całe jego życie, zdołała już sięgnąć swymi lepkimi 

mackami   nawet   do   jego   umysłu!   Zdarzało   się,   że   budził   się   w   nocy   spocony   i 

podniecony, z głową pełną żywych obrazów jej ciała, i z grzeszną mokrą plamą w łóżku.

Czarownica, oto czym w istocie jest!

Dobrze wiedział, studiował wszak naukę o zachowaniu czarownic. Opisy ze starej 

hiszpańskiej księgi doskonale pasowały do Marii.

Nieziemsko piękna, i taka przecież była.

Z   diabelską   pomocą   leczyła   chorych,   zatrzymywała   nawet   krew   płynącą 

strumieniem i kroiła żywych ludzi!

Na własne oczy widział ją odprawiającą tajemne rytuały, w księżycowe noce stała 

po pas zanurzona w wodzie. Podniecenie, jakie go wówczas ogarniało, jeszcze mocniej 

odczuł teraz, kiedy siedział na niewygodnym krześle, wskazanym mu przez pastora.

A tajemnicze zioła, z których skrycie przyrządzała mieszanki! Już samo to było 

wystarczającym powodem, by ściągnąć na nią gniew biskupa.

Mimo wszystko jednak była żoną proboszcza...

Umacniało to jej pozycję, lecz Revelin dobrze wiedział, że nawet ten fakt jej nie 

ocali, kiedy tylko on wprawi w ruch koło oskarżeń o czary.

A na pewno mu się uda! Sekretarz biskupa podczas ostatniej rozmowy słuchał go 

z wielką uwagą i obiecał, że przedłoży sprawę Jego Eminencji najszybciej jak się da. Nie 

wspominając przy tym, oczywiście, nazwiska Revelina... Ważne teraz, aby przekonać 

Mogensa   o   niebezpiecznych   cechach   Marii.   Zapewne   pojmie   ryzyko   wiążące   się   z 

popieraniem jej w tym, co nastąpi. Osobista przeszłość Mogensa również stanowiła dla 

niego zagrożenie, zdarzało się wszak, że zbaczał z wyznaczonej drogi, a to mogło z 

łatwością zaprowadzić go na stos wraz z żoną.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaką rozrywką może to być dla ludzi, pomyśleć tylko, 

proboszcz i jego urodziwa żona spaleni razem na stosie za uprawianie czarów!

Tak, tak, to wszystko układa się logicznie i chyba bardzo dla niego szczęśliwie! 

Mogens i Maria znikną jak dwie muchy zabite jednym uderzeniem!

Revelin zdecydował się na zmianę taktyki.

Dobrze będzie podrażnić Mogensa tak, aby, gdy wszystko się zacznie, zapomniał 

background image

o rozsądku i z całych sił bronił żony.

Na razie jednak czas na to jeszcze nie nadszedł.

Postanowił jak najszybciej opuścić plebanię urażony.

I   zanim   Maria   i   Mogens   się   zorientowali,   pan   Revelin   był   już   za   drzwiami, 

rzuciwszy na pożegnanie tylko kilka pełnych goryczy słów.

Nie powinien był prosić proboszcza o rozmowę, lecz tylko przypomnieć mu o 

spoczywających   na   nim   obowiązkach   głównego   przedstawiciela   Kościoła   w   Lyster. 

Pastor powinien się dobrze pilnować, żeby przypadkiem nie doszło do biskupa, że dla 

proboszcza żona jest ważniejsza niż zadania, jakie wyznaczył mu Pan!

  -   Co za łajdak! Znów nie mógł utrzymać gęby zamkniętej! On cię nie lubi, 

Mario!

  -     O tym nie musisz mi mówić. Niewiele z nim rozmawiałam, ale kilka razy 

zauważyłam,   że  stoi   z  daleka  i  tylko  mi   się  przygląda  nieprzyjemnym,  świdrującym 

wzrokiem, który przeszywa mnie na wskroś. Przywodzi mi na myśl rosomaka, którego 

widziałam raz porywającego owcę... Uf, Mogensie, niemal się go boję!

 -  Nie lękaj się tego nędznego plotkarza! To okropny zazdrośnik, który na pewno 

oddałby własne zbawienie, byle tylko zająć moje miejsce tu na ziemi! Muszę jednak 

przyznać, że często zastanawiam się, co się stanie z wioską, kiedy ja... kiedy Revelin naj-

prawdopodobniej obejmie parafię...  -  Zawahał się i podjął ze smutkiem:  -  I jak tobie, 

moja najdroższa, ułoży się życie jako wdowie po pastorze z tym pełnym nienawiści, 

przebiegłym człowiekiem...

  -     Pst!   Jeszcze   nie   tak   prędko   czeka   mnie   wdowieństwo.   I   sądzę   raczej,   że 

Revelin zrozumie, iż jego chytrość i intrygi donikąd go nie zaprowadzą. Oprzemy mu się, 

wszak ludzie nam ufają! On zrezygnuje, zobaczysz, i wyjedzie stąd. Niepotrzebnie więc 

się niepokoisz, kochany mężu!

Mogens rozluźnił się, roześmiał nawet z jej niezwykle trafnej parodii ptasiego 

dreptania   Revelina.   Maria   przedrzeźniała   miny   wikarego,   szła   z   wysuniętą   w   przód 

głową, z mocno zaciśniętymi wargami, naśladując ruchy pliszki. Rozbawiła męża i wnet 

biblioteka znów stała się ich wspólnym przytulnym miejscem Aż do chwili, gdy Maria 

poprosiła:

 -   Mogensie, opowiedz mi o moim ojcu.

background image

Minęło wiele tygodni od tamtego okropnego wieczoru w bibliotece, kiedy to po 

raz pierwszy strach odcisnął na niej swoje piętno. Pokłóciła się z Mogensem, krzyczała 

na niego, żądając, by wyjawił prawdę o jej pochodzeniu.

Matka milczała jak zaklęta, nie chciała  o tym  mówić. Oskarżała  Marię, że ją 

prześladuje, twierdziła, że ma prawo sama dokonać wyboru tego, co chce wyjawić córce 

z okresu swej tragicznej młodości. Maria nie poddawała się, wymyślała najrozmaitsze 

argumenty, domagając się prawdy o ojcu.

 -  Po wszystkich tych latach, mamo, po tym, co dla ciebie zrobiłam! Odmawiasz 

mi wiedzy o czymś tak bardzo istotnym. Co przede mną ukrywasz, dlaczego nie chcesz 

okazać mi odrobiny zaufania? Rozumiem przecież, że się chyba wstydzisz, musiałam 

zostać spłodzona w... w szczególnych okolicznościach. Byłaś bardzo młoda, na pewno 

jeszcze niedojrzała, ale przecież jestem już teraz dość dorosła, żeby zrozumieć twoje 

błędy! Sama przecież poszłam do łóżka z mężczyzną, który nie był moim mężem!

Dopiero teraz, dostrzegłszy histerię bijącą z oczu matki, graniczącą z pustką, z 

której ledwie zdołała się wyrwać, Maria ze szlochem objęła Liv.

 -   Wybacz mi, mamo, więcej już do tego nie wrócę... ale nigdy nie zapomnę, nie 

przestanę myśleć, że każdy ponad czterdziestoletni mężczyzna z tej wsi może być moim 

ojcem!

 - Nie!

Liv   opamiętała   się,   wdzięczna,   że   nie   będzie   musiała   opierać   się   dalszym 

naciskom, lecz pomimo to z taką samą zaciętością w głosie oświadczyła:

 -  Mylisz się, jego tu nie ma... Nie żyje. Nie żyje, odszedł, słyszysz!

Maria milczała, szeptem tylko poprosiła matkę o wybaczenie. Ale niepewność 

jedynie pogłębiała jej rozterki i dlatego tak naciskała Mogensa w ów przeklęty wieczór.

O wizycie Revelina niemal całkiem zapomniała, choć przecież w ten sam wieczór 

wikary po raz pierwszy postraszył, że doniesie na nich biskupowi.

Maria nie myślała o tym więcej, nieznośny wikary nie wydawał jej się żadnym 

zagrożeniem. Była wszak żoną Mogensa!

Przekonała   się   jednak,   że   dobry   pan   Revelin   może   być   o   wiele   bardziej 

niebezpieczny, niż wskazywałby na to jego niepozorny, mało męski wygląd.

Wikary wprowadził w czyn swe pogróżki i zaledwie w miesiąc później biskupi 

background image

posłaniec zjawił się z uroczystym zawiadomieniem dla Mogensa.

Pastorowi polecono w ciągu dwóch tygodni stawić się przed obliczem dostojnika i 

wytłumaczyć z działalności żony.

Mogens, ogarnięty gniewem, jął przeklinać zwierzchnika.

 -  Taki uczony człowiek, wykształcony i inteligentny, a trzyma się uprzedzeń i 

przesądów, mówi o czarownicach i diabłach i dostrzega je za każdym krzaczkiem! Po cóż 

Bóg obdarzył nas rozumem, miłością bliźniego i pragnieniem wiedzy, jeśli nie po to, aby-

śmy szukali rozwiązania kłopotów i ulgi dla naszych ziemskich udręczeń?

Pastor   maszerował   po   bibliotece,   wymachując   rękami,   prawie   kopnął   kota, 

drzemiącego przy kominku.

 -  Oni tego nie rozumieją, Mario! Nie pojmują, że zioła, które ty i Liv zbieracie i 

z   których   sporządzacie   mieszanki,   to   dar   samego   Boga   dla   cierpiącego   rodzaju 

ludzkiego! Nie pojmują, że jesteś wysłanniczką naszego Pana, stworzył cię właśnie po to, 

byś przynosiła chorym ludziom pociechę i ulgę! Chcą z ciebie zrobić czarownicę! Już ja 

im powiem, jak bardzo się mylą!

Maria uśmiechnęła się niepewnie, walcząc ze strachem. Wiedziała, że i on poczuł 

w sercu lodowaty lęk. Skoro Revelin zdołał namówić wyższych rangą duchownych do 

wysłuchania jego historii, sprawa Marii przedstawia się źle. Nie minęło jeszcze dwa-

dzieścia   lat   od   czasu,   gdy   pewna   pastorowa   z   Bergen   zginęła   okrutną   śmiercią   w 

płomieniach na prawomocnym stosie.

Mimo to zdumiał ją żar dźwięczący w przemowie Mogensa, wspomniała słowa 

pacjentów, którzy nie mogli się nadziwić przemianie pastora.

Swego czasu Mogens dla mądrych babek i znachorek żywił wyłącznie pogardę!

Sam był prędki w rzucaniu oskarżeń o czary przeciwko ludziom korzystającym z 

leczniczych sił natury.

I   zaledwie   przed   kilku   laty   pozwolił   zamknąć   czarownicę   Annę   we   własnej 

piwnicy!

Maria   ze   smutkiem   wspominała   Annę   Lundestad,   dzielną   starą   kobietę,   tak 

brutalnie   przepędzoną   z   własnego   domu   z   doliny   powyżej   Lyster.   Maria   znalazła   ją 

wycieńczoną w lesie i próbowała ukryć. Annę mimo to pojmano, a potem skazano na 

śmierć na stosie. Ostatnie słowo jednak należało do niej, umarła w ciszy na dzień przed 

background image

egzekucją, pozbawiając żądnych krwi współmieszkańców okazji do rozrywki.

Palce Marii zacisnęły się na zawieszonym na szyi złotym łańcuszku, ukochanej 

pamiątce. Dostała go od Anny, która w ciągu zaledwie kilku dni ich znajomości uznała ją 

niemal za córkę. Maria wciąż pamiętała żal Anny za jej jedynym dzieckiem, córeczka, 

maleńka jeszcze i niewinna, zginęła gdzieś w górach.

Łańcuszek na szyi zdawał się drżeć i chłodzić, jakby chciał ją ostrzec, sprawił, że 

mocniej zaczerpnęła tchu.

Święta Panno, Panie Boże i wszystkie dobre moce, dopomóżcie mi! Nie dajcie 

zamknąć mnie w lochu, nie pozwólcie odebrać tego jedynego, co nadaje memu życiu 

sens!

Strzeżcie naszej lecznicy, nie pozwólcie złym ludziom zniszczyć tego, co udało 

się nam zbudować.

Ale kiedy machała Mogensowi na pożegnanie, przygotowując się na co najmniej 

miesiąc pełnego napięcia oczekiwania, nie była już w stanie zachować spokoju.

Spotkanie z biskupem przesądzi o jej losie. Oby Bóg nie opuszczał Mogensa i 

wkładał mu w usta właściwe słowa!

Będzie przemawiał w swej własnej sprawie, w sprawie żony i córki, a w zasadzie 

również całej wsi! Decyzja biskupa wpłynie na przyszłość wszystkich jej mieszkańców. 

W Lyster nie było już chyba człowieka, który nie zwracałby się do Marii po pomoc. I 

każdy ją otrzymał.

background image

ROZDZIAŁ X

Maleńka   Sunniva   na   swój   prosty   sposób   starała   się   rozweselić   matkę,   ale   to 

niewiele pomagało. Dziecko odznaczało się temperamentem, wprawiającym w zdumienie 

większość ludzi. W jednej chwili promienne jak słońce, w następnej zmieniało się w 

rozkrzyczany kłębek protestów, cała twarzyczka ściągała się i czerwieniała z gniewu. 

Dwa ząbki na dole błyskały między różowymi wargami niczym ziarenka ryżu, a brązowe 

włoski   rosły   w   niezwykłym   tempie.   Maria   mogła   już   prawie   zaplatać   małemu 

niemowlęciu warkoczyki.

No, nie takiemu znów małemu.

Sunniva była mocnej budowy, miała silne członki. Duże piąstki niemal przez cały 

czas  pozostawały zaciśnięte.  Wydawało  się, że dziecko przyszło  na świat walcząc,  a 

potem zdumiało się tym, jak łatwe jest w istocie życie. Obie służące z plebanii troszczyły 

się o nią i rozpieszczały, dziewczynka nie odczuwała więc, jak bardzo zapracowana jest 

matka.

Maria poświęcała lecznicy coraz więcej czasu, ludzie przybywali teraz nie tylko z 

pobliskich   parafii.   Nie   dalej   jak   poprzedniego   wieczoru   zjawiła   się   grupka   z   Ardal, 

mężczyźni   wiosłowali   prawie   tydzień,   żeby   przetransportować   do   szpitalika   Marii 

rannego syna lensmana.

Spostrzegła, jak nadchodzą, dźwigając chorego na noszach z brzozowych pni i 

konopnego   sznura.   Bezwładne,   osłabione   ciało   podskakiwało,   gdy   trzej   towarzysze 

ciągnęli nosze od brzegu pod górę.

 -  To ty jesteś Monsowa Maria, znachorka? Odparła, że nie zna nikogo o takim 

przezwisku, lecz jeśli szukają małżonki  pastora Mogensa Skanke, ponieważ chcą, by 

pomogła ich rannemu przyjacielowi, to właśnie stoi przed nimi. Co się stało?

Jeden przez drugiego zaczęli  opowiadać o wypadku syna lensmana.  Olbrzymi 

kamień zmiażdżył mu obie nogi podczas pracy przy wyciąganiu głazu z ziemi. Łom po 

obu stronach puścił  i pracujący razem z rannym  mężczyźni  nie zdołali  powstrzymać 

głazu wysokości człowieka. Potoczył się z powrotem do swego łożyska, zaś żelazny drąg 

przycisnął nogi chłopaka. Stało się to blisko miesiąc temu, ale obrażenia nie chcą się 

goić, biedaczysko cierpi nieznośne bóle, błagał nawet braci, by go dobili.

background image

 -  Tak mówić nie wolno, zawsze jest nadzieja  -  rzekła surowo Maria i poleciła 

wnieść   rannego   do   szpitalika.   Młoda   dziewczyna,   córka   chałupników,   już   nastawiła 

wodę,   czternastolatka   chętnie   pomagała   Marii   w   podzięce   za   lekarstwo   na   kaszel, 

przygotowane dla jej starego ojca.

  -   Jensine, potrzeba mi bandaży, czystego płótna, konopnych sznurków i noża, 

tego oprawionego w róg. Możesz go włożyć do garnka, kiedy woda będzie się gotować  - 

poprosiła Maria, zrywając cuchnące szmaty z nóg mężczyzny. Popatrzyła mu w oczy, 

poświęciła chwilę na pogładzenie go po głowie i wypowiedzenie kilku słów pociechy.

Wyglądał na chłopczyka, ale w rzeczywistości był pewnie w tym samym wieku, 

co ona. Jasna grzywka mogła wesoło sterczeć, niebieskie oczy o niezwykle głębokim 

odcieniu otaczały ciemne, niemal kobiece rzęsy.

Wyobrażała sobie tego młodzieniaszka wśród dziewcząt w targowe dni...

Teraz jednak leżał przed nią pobladły z twarzą naznaczoną głębokimi bruzdami.

Widać było, ile się wycierpiał ostatnio.

Maria zdawała sobie sprawę, że nogi chorego zapewne nie będą przedstawiać 

pięknego widoku, nie pierwszy raz miała do czynienia ze starymi złamaniami. Kiedy 

jednak usunęła resztki opatrunków, zadrżała na widok ran, które się spod nich wyłoniły.

Na obu nogach widniały strupy i zakrzepła krew. Cała przednia część podudzi 

przybrała   kolor   sinoczarny   i   paskudnie   cuchnęła.   Najgorsza   jednak   była   żółtozielona 

ropa, sącząca się spod strupów.

 -  Jensine, okłady!

Maria włożyła  wyjęte z wrzącej wody ręczniki do koryta, pozwoliła im nieco 

ostygnąć, po czym, wylawszy na nie wywar z jagód jałowca, przyłożyła mokry okład do 

rany.

Wyprosiła ciekawie zerkających mężczyzn, tłumacząc, że potrzebuje spokoju.

 -  I jak...? Zdołasz uratować mu nogi?

 -  Tak, jeśli Bóg zechce i jeśli on sam jest chętny do walki.

Uspokojeni   tą   odpowiedzią   postanowili   przejść   się   po   wiosce.   Słyszeli,   że   u 

handlarza w Døsen można kupić kubek gorącego piwa albo miskę chleba namoczonego 

w kwaśnym mleku.

Maria zorientowała się, że pacjent cały drży pomimo gorących opatrunków.

background image

Zrozumiała,   że   chłopak   się   boi,   sprawiał   jednak   wrażenie   przytomniejszego   i 

chyba próbował ją przywołać. Uklękła przy nim, gestem pociechy ujęła go za rękę.

 -  Jak cię zwą, przyjacielu?

 -   Karl... Karl Antonius Sachser... mój ojciec jest lensmanem...

  -     Dobrze, Karlu Antoniusie, mogę tak do ciebie mówić, prawda? Ja jestem 

Maria córka Liv i pomogłam już wielu z co najmniej  tak samo  paskudnymi  ranami. 

Zastanawiam się tylko, czy jesteś mężczyzną na tyle, by znieść kurację.

Otworzył szeroko oczy, bardziej przerażony niż słaby.

 -  Masz zamiar... Och, nie, nie wolno ci tego robić! Nie przyjechałem tu po to, 

żebyś obcinała mi nogi, kowal w domu mógł to zrobić... albo kat...

Maria pokręciła głową.

 -   Nie, wcale nie mam takich zamiarów. Nie bój się, zachowasz swoje nogi. Ale 

chciałbyś pewnie z nich korzystać?

 -  No tak, to oczywiste, ale...

Maria,   wciąż   patrząc   chłopakowi   w   oczy,   starała   się   mówić   jak 

najserdeczniejszym tonem, by choć trochę złagodzić twarde słowa:

 -  Złamania źle się zaleczyły, kości się nie połączyły, a w głębi ran wciąż tkwią 

odłamki kości i brud, dlatego rany nie chcą się goić. Musimy otworzyć je, wyskrobać do 

czysta, usunąć stamtąd nieczystości, które sprawiają ci taki ból. Później prawdopodobnie 

trzeba będzie jeszcze raz łamać kości w miejscach, gdzie się krzywo zrosły. Na pewno 

rozumiesz, że to nie będzie przyjemne. Ale nieodzowne, jeśli kiedykolwiek masz znów 

się poruszać.

Chory przymknął oczy, westchnął. Drgania powiek świadczyły o tym, że poznał 

już smak cierpienia. Wreszcie popatrzył na Marię, skinął głową.

 -   Dzielny jesteś  -  uśmiechnęła się.  -  Ale nie będę cię dręczyć bardziej niż to 

konieczne. Przyrządzę mieszankę z silnie działających ziół i zagranicznego spirytusu. 

Dostaniesz tego dużo, jesteś młody i serce bije ci mocno, równo. Dlatego mogę ci podać 

sporą porcję tego specyfiku, który zamąci ci umysł, a ciało uczyni mniej wrażliwym na 

ból. Ale cierpieć  będziesz i tak, nie potrafię uśmierzyć  wszystkich  mąk. Obiecuję ci 

jednak, że za jakieś pięć, sześć dni pozbędziesz się ropy, która tak długo nie daje ci 

spokoju.

background image

 -  No a nogi? Pewna jesteś, że będę na nich chodził?

 -  Nie, tego obiecać ci nie mogę, nie jestem Bogiem, ale uczynię wszystko, co w 

mojej mocy, a musisz wiedzieć, że wiele się nauczyłam!

Nie wątpił, chętnie złożył swój los w ręce pięknej pastorowej. A kiedy podała mu 

kubek, nakrył jej dłonie swoimi i tak podniósł do ust gorzki napój.

Karl machał na pożegnanie ze łzami w oczach. Przywiązano go do nowych noszy 

i zaniesiono do łodzi. Nogi wciąż miał obandażowane od kolan prawie aż po kostki, a 

Maria usztywniła je dodatkowo kawałkiem drewna. Leżał bezradny, prawie jak niemowlę 

w powijakach, ale szeroki uśmiech i wygładzona skóra twarzy świadczyły o tym,  że 

najgorszy ból już dawno ustąpił. Rany na łydkach goiły się aż swędziało, ale prawdziwą 

przyjemnością było czuć owo świeże, obiecujące łaskotanie.

 -  Wieczne dzięki, piękna pastorowo, ocaliłaś moje życie i szczęście!

Trzej towarzysze także chórem wyrażali wdzięczność, błogosławieństwa spadały 

na zaczerwienioną Marię jak deszcz. Przyjmowała je z dumą i chociaż skromnie starała 

się spuszczać oczy, to każde dobre słowo skrzętnie chowała w sercu i pamięci.

Nigdy nie wiadomo, kiedy zeznania życzliwych świadków okażą się potrzebne.

Mogens wkrótce powinien wrócić do domu, podróż do siedziby biskupa w Bergen 

przeciągnęła się już o dwa albo trzy tygodnie ponad to, czego się spodziewali.

Co się tam wydarzyło?

Jakież to okropne plotki i złośliwe gadanie go tam czekały?

I kto, na miłość boską, tak źle o niej mówił za jej plecami?

Maria   nie   potrafiła   sobie   wyobrazić,   by   ktokolwiek   we   wsi   był   jej   wrogiem. 

Nigdy przecież nikt nie odszedł z jej domu, nie otrzymawszy przynajmniej trochę ciepła i 

kilku pocieszających słów.

Nikt w Lyster nie obrzucił jej bodaj nieprzychylnym spojrzeniem.

Tylko wikary.

Wyczuła   niczym   nie   wyjaśnioną   nienawiść   z  jego  strony  już   w   tamten   dzień 

Bożego Narodzenia w kościele, kiedy to ona i Mogens ponownie się spotkali, kiedy 

pastor pocałował ją na plebanii na oczach co najmniej połowy parafian.

Później, dość jasno się wyrażając, powiedział, co myśli o niej i jej praktyce. Jej 

roślinne leki porównywał z magicznymi napojami czarownic, a wszystkie interesujące 

background image

księgi z biblioteki Mogensa nazywał czarnymi bibliami i pismami diabła.

Mogens   nieraz   karcił,   napominał   i   wygrażał   palcem   o   wiele   młodszemu 

duchownemu.

Najwidoczniej   pan   Revelin   miał   jednak   wpływowych   znajomych,   z   czasem 

zrozumieli to oboje.

List biskupa nie był więc tak naprawdę niespodzianką.

Uspokój się, ganiła się Maria w duchu, ale czuła, jak serce galopuje jej ze strachu 

na myśl o grożącym przekleństwie.

A jeśli wezwą ją pod sąd, oskarżą o czary?

A jeśli Mogens, pomimo swego nadzwyczajnego daru wymowy i wrodzonego 

autorytetu, nie dotrze do serc i umysłów kościelnych dostojników?

A jeśli...

Maria bez trudu umiała wyobrazić sobie najgorszy obrót spraw, obawiała się też, 

że przy okazji odgrzebana zostanie także jej przeszłość.

Na   jaw   mogła   wyjść   nawet   sprawa   grobów   na   Meisterplassen,   jeśli   biskup 

rozpocznie śledztwo wokół jej osoby.

Przewrócą każdą kępkę trawy, zmuszą ją do ciągłego powtarzania tego samego, 

będą szukać błędów i wad w jej charakterze, cnotliwości i religijności.

Znajdą wszystko, co tylko zechcą.

Gdyby padło przy tym imię Randara, nawet Mogens by się od niej odwrócił. A 

wtedy już na pewno wszystko byłoby stracone.

Maria drżała w samotne noce, przepojone lękiem i strachem. Zdarzało się, że 

wyskakiwała z łóżka i przynosiła do siebie malutką córeczkę. Dotyk miękkiej, ciepłej 

skóry dziecka napełniał ją szczególnym spokojem.

Łagodnie gładziła Sunnivę po włosach, pozwalała jej chwytać się przez sen za 

palec, ściskać go zaskakująco silnymi piąstkami.

Bezpiecznie i dobrze.

Akurat w tej chwili niepojęte się wydawało, że ktoś mógłby odebrać maleńkiej 

matkę.

Nikt chyba nie może tego uczynić?

Wikary nie był nocnym markiem.

background image

Sypiał pochrapując w swoim wąskim łóżku w chacie położonej kilkaset metrów 

ponad głównymi zabudowaniami plebanii.

Przybywając do Lyster spodziewał się lepszej kwatery.

Wielebny Mogens nie okazał się tak wielkoduszny, jak tego oczekiwał wikary. Po 

kilku   przeprowadzkach,   w   które   zamieszany   był   nawet   biskup,   zdołał   wreszcie 

zadomowić się w tej niewielkiej chacie. O pensję także musiał walczyć i jedyną pociechę 

przynosiła mu świadomość, że proboszcz mimo  wszystko wyglądał na zmęczonego i 

chorego.

Nagle   jednak   odzyskał   wigor   i   wikary   prędko   zorientował   się,   w   czym   leży 

przyczyna.   Mimo   to   jednak   prawdziwym   szokiem   był   dla   niego   widok   jasnowłosej 

czarownicy, która pojawiła się i zachowała tak nieprzyzwoicie na samym świątecznym 

nabożeństwie.

Chyba nie tylko on dostrzegał zło w niebieskich oczach?

Dla każdego musi być wyraźne, że sztuczki, które uprawia w swojej tak zwanej 

lecznicy, to czysta czarna magia.

Jedynie Bóg posiada moc uzdrawiania chorych, wie to każda prosta dusza!

Ale   ludzie   zgłaszają   się   do   niej   po   radę,   zadowoleni   wracają   do   domów   z 

najprzeróżniejszymi maściami i specyfikami.

I   rzeczywiście,   wikary,   acz   bardzo   niechętnie,   musiał   przyznać,   że   ich 

dolegliwości zostają uleczone.

To jednak wcale nie musi przemawiać na jej korzyść, przeciwnie!

Wszyscy chyba pojmują, że ona czerpie swoją siłę i umiejętności od piekielnych 

mocy!

Teraz nareszcie nastąpi kres jej poczynań, a gdy tylko Maria zostanie usunięta z 

probostwa, wreszcie nadejdzie jego czas. Spodziewał się, że nie minie rok, a obejmie 

stanowisko proboszcza Lyster.

Nawet   jeśli   Mogensowi   uda   się   uniknąć   oskarżenia,   stary   pastor   i   tak   nie 

przetrzyma całego zamieszania wokół procesu i egzekucji.

Pan Revelin pozwolił sobie w samotności na krótki chichot. W mroku sypialnej 

komory czuł musującą radość na myśl o Marii w rękach sędziów. Już zadba o to, by być 

obecnym na procesie, przynajmniej dzień albo dwa.

background image

Dobrze  znał   metody  przesłuchań   stosowane  wobec  tych,   których   oskarżono  o 

uprawianie czarów.

Przeszedł go dreszcz wyczekiwania, ujrzał siebie samego w roli sędziego Marii.

Żadnego wyrywania paznokci, to zbyt barbarzyńskie.

Żadnych   razów   i   kopniaków,   te   sposoby   można   zachować   dla   wiedźm, 

wywodzących się z dołów społecznych.

Nie przypuszczał  też, aby próba wody stanowiła skuteczną  groźbę, na własne 

oczy widział związek łączący Marię z przerażającym mokrym żywiołem.

Myśli zaczęły krążyć własnym torem, umysł przyssał się do wspomnienia pięknej 

letniej nocy, kiedy to wikary wracał do domu odprawiwszy duszpasterską posługę przy 

łożu umierającego. Zdradziło ją jedynie ciche pluskanie, dobiegające od strony wody, ale 

odgłos go zaciekawił i zmusił do zatrzymania i wytężenia wzroku.

Kąpała się w morzu w środku nocy.

Światło było dostatecznie dobre, by dostrzegł ciemne sutki i zacieniony trójkąt 

między nogami.

Nigdy przedtem nie widział nagiej kobiety.

Zawstydził się swojej reakcji.

W ustach mu zaschło, ledwie śmiał oddychać, na widok nieziemsko pięknego 

ciała robiło mu się to zimno, to znów gorąco. Biodra, takie okrągłe i białe, miękkie 

ramiona wzniesione nad głową. Myła włosy, kłębki piany z delikatnego mydła tańczyły 

wokół niej i znikały, porwane wiecznym prądem wody. Piersi poruszały się lekko, kiedy 

namydlała   głowę,   stała   w   wodzie   po   uda,   na   szeroko   rozstawionych   nogach.   Gdy 

pochyliła się, by spłukać włosy, cieniutka koszula przykleiła się do ciała, odkrywając 

wszelkie tajemnice, których ujrzenia mógł zapragnąć obserwator.

Na miłość boską, cóż za kusicielka!

Nic dziwnego, że Mogens na wpół oszalał z namiętności.

Revelin pojął, że to Bóg zaprowadził go na brzeg właśnie po to, by ujrzał ten 

widok i mógł przestrzegać przed diabelskimi planami Marii wobec Jego sługi.

A w tym przypadku, tak zresztą jak w wielu innych, wola Pana doskonale się 

łączyła z jego własnymi planami.

Dlatego bez żadnych skrupułów już w dwa dni później wprawił w ruch potężną 

background image

machinę Kościoła.

Wynajął   także   pokątnego   handlarza   bydła,   by   miał   oczy   i   uszy   otwarte   na 

wszystko, czego tylko mógł się dowiedzieć o przeszłości Marii. Szczególnie zależało mu 

na poznaniu okresu jej pobytu w Sogndal.

A potem...

Kiedy   biskup   już   zostanie   przekonany,   kiedy   wielcy   panowie   na   tingu   nie 

pozwolą się już dłużej oślepiać kobiecej urodzie...

Nadejdzie dzień, kiedy Maria nie będzie już tak dumnie odrzucać kształtnej głowy 

ani sprzeciwiać jego radom i nakazom.

Będzie w moich rękach jak masło, myślał.

Jak roztapiające się masło.

Takim znalazł go anioł snu i powiódł ze sobą.

Wikary   zabrał   jednak   w   marzenia   senne   obraz   nagiej,   upokorzonej   Marii, 

przykutej łańcuchami do ściany lochu, z niebieskimi oczami pełnymi łez.

Będzie go błagać, prosić, padać przed nim na kolana, ofiarowywać mu całą swą 

uległość.

A on pozwoli szczupłym dłoniom czepiać się jego potężnego ciała, może pozwoli 

jej się odrobinę dotknąć, tylko po to, by pokazać, jak wielką ma nad nią kontrolę, jak 

bardzo jest nieosiągalny.

Może pozwoli jej na coś więcej...

Może   zniży   się   do   niej,   odsłoni   jej   nieczyste   ciało   i   swą   własną   świętością 

poświęci ją Bogu?

Był wszak wiernym człowiekiem Kościoła, sługą i wysłannikiem Pana. Kiedyś 

wreszcie musi zostać za to szczodrze wynagrodzony?

Orszak   pastora   nareszcie   wrócił   do   domu.   Zmęczeni   kilkumiesięczną 

nieobecnością   ludzie   przycumowali   wielką   łódź   i   wypuścili   Mogensa   na   brzeg. 

Przywiózł skrzynie i worki z towarami kupionymi  w Bergen. Zarówno domownicy z 

plebanii, jak i członkowie innych zamożniejszych rodzin postanowili skorzystać z okazji 

i   zamówić   cenne   towary,   skoro   sam   proboszcz   mógł   dopilnować   ich   bezpiecznego 

transportu do domu.

Wójt z Flahammar zamówił kilka okazałych obrazów do zawieszenia na ścianach, 

background image

podobnych   do   tych   zdobiących   ściany   plebanii.   Zięć   z   tegoż   dworu   zażyczył   sobie 

szklanych   pucharów   do   picia   i   dwóch   butelek   niemieckiej   wódki,   sprzedawanej   w 

licznych kramach hanzeatów w wielkim mieście.

A   lensmanowa   poprosiła   pastora   o   przywiezienie   kilku   zwojów   płótna 

najlepszego gatunku, najlepiej wzorzystego w mocnych, żywych kolorach.

Mogens, schodząc na brzeg poniżej własnego domostwa, nie pamiętał wcale o 

licznych sprawunkach, o które go proszono.

Wszystko wyglądało tak jak przedtem.

Miał wrażenie, że wraca po niezmiernie długiej podróży, podczas której walczył o 

życie i został ranny.

Spostrzegł Marię, idącą mu na spotkanie, za nią obie domowe dziewki. Solveig w 

ramionach dźwigała zawiniątko, Mogens z uśmiechem pomachał do kochanego dziecka.

W ciągu tych tygodni bardziej tęsknił za młodszą córką niż przez pięć, sześć lat za 

przezroczystą Marią Cecilia.

 -  Mogens, mężu! Dzięki Bogu, że wróciłeś do domu!

Maria rzuciła mu się na szyję, znów nie przejmując się napływającymi gapiami. 

Ludzie zauważyli łódź i przybywali dowiedzieć się, czy pastor przywiózł zamówione 

towary.  A ci, którzy nie mieli za co kupić takiego luksusu, spieszyli,  by choć rzucić 

okiem   na   drogocenności.   Może   przy   okazji   ktoś   zaproponuje   im   kieliszeczek   albo 

kawałek cukru do ssania?

 -  Mario  -  szepnął Mogens we włosy żony, mocno tuląc ją do siebie. Czuł, że 

cała drży, wiedział, jak bardzo musiała się bać. Zauważył, że czeka przerażona na dwóch 

obcych mężczyzn w łodzi.

Czy to ludzie wójta? pytały jej oczy. Czy już przybyli po to, żeby mnie zabrać?

. Dwaj czarno odziani siedzieli w łodzi bez ruchu, nie ruszyli się nawet, żeby 

pomóc przy rozładowywaniu towarów. Obaj nosili czarne kapelusze z szerokim rondem, 

ciepłe  wełniane  peleryny  i skórzane sztylpy.  Buty mieli  solidne, grube, ale starannie 

uszyte, a to niezbicie dowodziło, że są urzędnikami.

 -   Mario, moja kochana, wszystko będzie dobrze. Rozmawiałem z biskupem... 

On   rozumie   nasz   problem,   zna,   zdaje   się,   Revelina   i   jemu   podobnych.   Ale...   Nie, 

porozmawiamy później. Tak bardzo bym już chciał usiąść przy kominku, zatroszczyłaś 

background image

się chyba, żeby napalono?

 -   Oczywiście, od twojego wyjazdu ogień prawie nie gasł. Mamy w tym roku od 

świąt prawdziwie nieprzyjemną zimę.

Oboje zrozumieli, że Maria mówi nie tylko o pogodzie.

Mogens wziął Sunnivę na ręce, malutka z początku się wystraszyła, ale zaraz 

ogarnął ją spokój pod peleryną tego obcego, a zarazem znajomego mężczyzny. Broda 

dawno  mu   już  odrosła  i  Sunniva  wymachiwała   rączkami  w  grubych   rękawiczkach   z 

jednym palcem, chcąc pochwycić zwisające z niej sople.

Maria i Mogens znów uśmiechnęli się do siebie, Maria szła blisko męża, wsunęła 

mu   rękę   pod   wolne   ramię   i   poczucie   bezpieczeństwa   napłynęło   niczym   ciepło 

rozprzestrzeniające   się   po   zmarzniętym   ciele.   Znów   byli   razem.   Mogens   już   potrafi 

zażegnać grożące im niebezpieczeństwa. Będą mogli żyć dalej, ona ze swą lecznicą, on 

ze swym duszpasterstwem i książkami.

Dzisiejszy wieczór będzie jednym z kolejnych spokojnych, dobrych wieczorów. 

Przez wiele lat będą się cieszyć pełnym treści życiem i łączącym ich związkiem.

Dobry Boże, chroń nas przed wszystkimi, którzy chcą nas skrzywdzić, błagała 

Maria w duchu, mając nadzieję, że ten Bóg, do którego modliła się ona i Mogens, jest 

zupełnie kim innym niż ten, do którego zapewne odwołuje się pan Revelin.

background image

ROZDZIAŁ XI

Probostwo w Lyster, 20 lipca 1685

Nie   było   dnia,   w   którym   Maria   nie   dziękowałaby   Bogu   za   wysłuchanie   jej 

modłów.

Od czasu tamtego strasznego czekania na Mogensa, wezwanego do biskupa przed 

dziesięcioma laty, żyła z mieczem wiszącym nad głową.

Czasami w koszmarach zwidywały jej się płonące stosy czarownic i goniący ją 

czarny tłum. We śnie znów ukazywały się jej oczy Anny, starej kobiety, którą ledwie 

zdążyła polubić, a już motłoch porwał ją i uwięził.

W   takich   chwilach   spocona   sięgała   ręką   do   pamiątkowego   łańcuszka   Anny, 

zawsze miała go na szyi, by szukać w nim pocieszenia. Składała dłonie  z  łańcuszkiem 

między nimi i modliła się za swoją własną duszę i za duszę Anny.

Mimo   to   jednak   nigdy   nie   przychodziło   jej   na   myśl,   by   porzucić   pracę   w 

szpitaliku. Na to obowiązki były zbyt liczne i zbyt poważne. Mogens także zachęcał ją do 

dalszej działalności, nie raz z ambony przestrzegał ludzi, by nie pozwolili się zastraszyć i 

nie rezygnowali z pomocy, jakiej może im udzielić Maria.

A   wikary   w   obecności   Mogensa   nie   śmiał   nawet   na   nią   spojrzeć.   Rzadziej 

widywano go też na plebanii. Maria i za to dziękowała Panu.

 -   Dobry Boże, wiem, że błędem z mojej strony jest nienawidzić, błagam, abyś 

odebrał   mi   owe   niegodziwe   uczucia.   Ale   boję   się   tego   człowieka,   który   śle   mi   złe 

spojrzenia i samą myślą zdziera ze mnie ubranie. Pomóż mi okazać mu uprzejmość i 

dobrą wolę... jeśli to możliwe. I proszę, pozwól mi zrozumieć, dlaczego on tak bardzo 

mnie nienawidzi...

Zadrżała,   chociaż   był   jasny   dzień.   Za   dziesięć   dni   jej   jedyna   córka   skończy 

jedenaście lat. Sunniva wyrosła na silną, pełną życia pulchną dziewczynkę o rumianych 

policzkach. Rozpierała ją energia. Długie, jasnobrązowe włosy sięgały jej do pupy, lubiła 

je rozpuszczać, ale Maria każdego ranka zmuszała córeczkę, by zaplatała je w grube, 

błyszczące   warkocze.   W   szarobłękitnych   oczach   błyszczał   gniew,   ale   Sunniva   nie 

protestowała przeciwko nakazom matki, znała ją już na tyle, by wiedzieć, że Maria się 

nie ugnie.

background image

Maria, jakby po to, by złagodzić choć trochę surowość, odszukała swoje stare 

wstążki do włosów, w które tak lubiła się stroić jako młoda dziewczyna.

Jasnoczerwone, z maleńkimi kwiatkami z jedwabiu.

Zrobiła je z jedwabnej chustki, którą kiedyś przywiózł jej w podarku Ole.

Buzia Sunnivy rozjaśniła się w uśmiechu, dziewczynka podskoczyła z radości i 

ledwie mogła ustać spokojnie, kiedy Maria wplatała wstążki w piękne warkocze.

Maria przykucnęła, ujęła twarz córeczki w dłonie i pocałowała ją w czoło.

 -  Ślicznie... Jesteś wspaniałą młodą damą, Sunnivo! Sunniva spoważniała, oczy 

jej się zaszkliły. Matka tak rzadko okazywała jej tyle ciepła.

 -   Nie taką piękną jak ty, mamo...

Maria z przykrością uchwyciła w głosie dziecka jakiś rozpaczliwy ton. Zdawała 

sobie sprawę, jak wiele czasu zabierają jej inne zajęcia, nic dziwnego, że córeczka czuje 

się   trochę   odrzucona.   Również   żałoba   po   braciszku   bywała   dla   Sunnivy   trudna   do 

pojęcia. Jej urodziny świętowano pysznym jedzeniem, dostawała też nowe ubranie, ale za 

wesołym uśmiechem matki zawsze czaił się jakiś cień.

W dniu, kiedy Sunniva skończyła siedem lat, Maria wyjawiła jej prawdę o bracie 

bliźniaku.

Powiedziała o trumience stojącej w podziemiach kościoła i o rozpaczy rodziców, 

którzy nie mieli więcej dzieci.

Synów, pomyślała Sunniva i coś zakłuło ją w piersi.

Mama tak bardzo chciałaby mieć chłopca, a ma tylko mnie...

Maria, nękana najczarniejszymi  wyrzutami  sumienia, postanowiła  ten dzień w 

całości poświęcić Sunnivie.

 -   Córeczko, dzisiaj będziemy się bawić! Zobacz, słońce mocno grzeje, a niebo 

jest takie błękitne! Solveig i dziewczęta w szpitaliku same dadzą sobie radę, na pewno 

potrafią. A my dwie pójdziemy się kąpać! Najwyższy czas, żebyś się nauczyła pływać!

Sunnivie rozpromieniły się oczy, ale usta wciąż jej drżały z niepewności.

 -  Naprawdę możesz, mamo? A jeśli przyjdzie ktoś bardzo chory... No, a jak ktoś 

nas zobaczy?

  -   Phi, kto może zachorować w taki piękny dzień? W środku sianokosów, w 

pełnię lata? Wszyscy są w polu, chcą jak najprędzej zwieźć siano pod dach. A jak nie, to 

background image

chodzą na kolanach po polu z kapustą i pielą, nikt chyba nie wybierze się w góry, żeby 

patrzeć, jak się kąpiemy? Pójdziemy w górę doliny, wzdłuż rzeki Dal. Znam ustronne 

zakole...

  -   Ach, mamo, jak wspaniale! Czy... czy ty naprawdę tam chodzisz... całkiem 

sama... żeby się kąpać?

 -  Owszem, czasami, kochanie, ale nie mów o tym nikomu! Niejednemu bardzo 

by się nie podobało, gdyby ujrzał panią pastorową zajętą taką beztroską rozrywką... a 

może właśnie odwrotnie!

Obie się roześmiały, uradowane rzadkim poczuciem bliskości. Sunniva pobiegła 

do kuchni i przygotowała  koszyk  z chlebem,  masłem,  soloną szynką  i serem.  Wodę 

mogły pić z rzeki. Słodkiego mleka Sunniva nie miała w ustach od kilku tygodni, kiedy 

to   krowy   popędzono   na   letnie   pastwiska,   a   z   kwaśnego   niebieskawego   płynu,   który 

kosiarze czerpali ze stojącej w piwnicy beczki z mlekiem, z radością mogła zrezygnować.

Maria wyszukała dla nich obu cienkie koszulki z krótkimi rękawami i paski do ich 

przewiązania. Włożyła zaraz swoją koszulę, żeby nie przebierać się później nad wodą. 

Dolną jej część z tyłu przełożyła między nogami do przodu i umocowała w pasie. W ten 

sposób koszula zmieniła się w strój kąpielowy, szeroki i wygodny, z nogawkami jak w 

męskich spodniach, tyle że krótszymi. Źle się pływa, kiedy stopy zaplątują się w długie 

do ziemi spódnice.

Mijały łąki i pola, na których pracowali spoceni gospodarze i dzierżawcy. Chude 

opalone   dzieci   podnosiły   głowy   i   z   zazdrością   patrzyły   na   dwie   rozbawione   osóbki 

lekkim krokiem wędrujące bitą drogą. Dorośli przyglądali się zdumieni, ten i ów wydął 

usta na widok niefrasobliwości wcale nie takiej już młodziutkiej pastorowej.

Czy prawdziwemu chrześcijaninowi wypada tak się bawić w zwykły dzień pracy? 

Czy i ona, i dzieciak, nie powinny raczej pomóc przy sianokosach, skoro najwyraźniej 

nic lepszego nie mają do roboty?

Ale Maria witała ich wesoło i zaraz nawet te trochę zazdrosne twarze rozpływały 

się w uśmiechach.

O,   tak,   wybaczą   jej   małe   wykroczenie   przeciwko   ustalonemu   porządkowi. 

Pastorowa nie raz udowodniła, że się nie oszczędza, kiedy naprawdę tego potrzeba.

Maria poprowadziła córkę w górę doliny. Najpierw szły ścieżką w stronę Vigdal, 

background image

tą samą ścieżką, która od wieków stanowiła nić łączącą Lyster z sąsiednimi wioskami, 

położonymi wyżej w górach.

Wkrótce   porzuciły   dróżkę   i   zagłębiły   się   w   gęsty   brzozowy  las.   Słońce   stało 

wysoko   na   niebie,   lecz   tu,   między   drzewami,   panował   przyjemny   chłód.   Powietrze 

stawało   się   coraz   bardziej   wilgotne   w   miarę,   jak   zbliżały   się   do   rzeki.   Maria 

poprowadziła córkę w dół stromych skał. Od męczącej wędrówki jeszcze bardziej się 

spociły.

Wkrótce jednak przed nimi wyłoniło się zakole rzeki, o którym mówiła Maria, 

piękne i niedostępne, tajemne miejsce, odległe zaledwie o pół godziny marszu od drogi.

Drzewa pochylały się nad rzeką czepiając szpar w skałach, gdzie ledwie starczało 

ziemi,  by mogły się  jej  uchwycić  korzenie.  Każdej  wiosny część  z nich musiała  się 

poddać, porywały je masy wody i rzucały na jeden stos przy krańcu zakola.

Drzewa, krzaki, kamienie i szlam naniesiony przez rzekę tworzyły tam naturalną 

tamę,   sprawiając,   że   w   zakolu   rzeki   powstał   spokojny,   nieduży   zalew.   W   pewnym 

miejscu w zatoczce zebrał się piasek z lodowca, gliniasty i miękki.

Stamtąd   właśnie   weszły   do   wody,   zadrżały   zdjęte   nagłym   zimnem,   ale   zaraz 

rozkoszowały się uczuciem chłodnej czystości. Maria popłynęła, jasne włosy rozpostarły 

się na powierzchni niczym najdelikatniejszy len.

 -  Chodź, Sunnivo, nauczę cię unosić się na wodzie! I córka, drżąc z napięcia i 

rozkoszy, ruszyła ku Marii. Silne ramiona matki, otaczające jej ciało, rozedrgany blask 

słońca, ciepło jego promieni...

Czy pamiętała podobnie piękny dzień?

Nie. Sunniva poddała się i poczuła, że ściskanie w gardle ustępuje, jak gdyby 

spłukała je woda.

Jak cudowne mimo wszystko jest życie!

Później ułożyły się obok siebie, jedenastolatka niemal tak samo długa jak matka. 

Maria snuła opowieści z czasów swego dzieciństwa, starannie jednak omijając wszystko, 

co mogło skłonić Sunnivę do wypytywania o Meisterplassen i tamtejsze życie.

Mówiła o ziołach, o kwiatach, o bliskim kontakcie z przyrodą.

 -  Ach, mamo! O tak wiele rzeczy chciałabym cię zapytać... Tak przyjemnie się 

ciebie słucha.

background image

Dziewczynka uśmiechnęła się nieśmiało, rozleniwiona, niemal śpiąca, napawała 

się dotykiem matczynej ręki, głaszczącej silne młodziutkie plecy.

Głos   mówiącej   matki   nagle   się   oddalił,   Sunniva   westchnęła   z   rozkoszą, 

pozwalając słońcu pieścić zasłoniętą zwykle skórę.

Jak swobodnie się czuła!

Wspaniale mieć matkę tylko dla siebie!

Sunniva zasnęła.

Maria oddała się marzeniom.

Liv także zaplanowała spokojny dzień. Czuła się nie najlepiej, znajomy ból w 

piersiach znów się odezwał.

W   ostatnich   latach   coraz   częściej   musiała   sobie   robić   przerwy   w   pracy,   bo 

czerwone   noże   bólu   wbijały   się   w   ciało,   sięgając   od   piersi   przez   całe   lewe   ramię. 

Wywary, które pracowicie przyrządzała dla siebie, na ogół potrafiły złagodzić cierpienie, 

ostatnio jednak nie skutkowały już tak dobrze.

Liv postanowiła ukryć dolegliwości przed Marią.

Córka i bez tego dość miała trosk w życiu, chociaż Liv coraz rzadziej widywała ją 

smutną, ze zmarszczonym czołem.

Postara   się   rączej   więcej   odpoczywać,   tłumaczyć   słabość   mniej   poważnymi 

chorobami.

Liv dobrze wiedziała, co oznaczają jej bóle.

Widziała ludzi, umierających w młodym wieku za sprawą tej właśnie choroby.

A ona przecież nie była już młoda...

Zmęczone serce poszeptywało, że niewiele letnich dni zostało jej w księdze życia.

Postara się jak najdelikatniej odwracać kolejne kartki i chłonąć wszelkie radości, 

jakie może przynieść powszedni dzień.

 -  Jorandzie, Jorandzie, już wkrótce będę z tobą!

Ale   jeszcze   nie   teraz.   Najpierw   muszę   się   przekonać,   że   troski   Marii   mijają, 

zobaczyć, jak mała Sunniva dorasta...

I lecznica, tam też jestem potrzebna!

Cudownie jest czuć, że ktoś mnie jeszcze potrzebuje.

I wspaniale mieć świadomość, że istnieją ludzie, którym można zaufać, gdyby na 

background image

człowieka spadło jakieś nieszczęście.

Liv wiedziała, jaką wdzięczność winna jest Tulvie i Marii.

Podarowały jej  nowe życie.  Mogła swobodnie chodzić  po wsi i nawet  trochę 

gawędzić z napotkanymi ludźmi. Wciąż rozkoszowała się tym uczuciem w niedziele, 

kiedy odprawiano nabożeństwo, cieszyła się jak dziecko, przekraczając progi kościoła i 

kłaniając na lewo i prawo. A ludzie pochylali głowy i witali ją z taką samą życzliwością!

Jakiż to cud, jak to wspaniale znaleźć się wśród wielu, stanowić maleńką część 

wspólnoty!

Szkoda, że Jorandowi nie dane było tego doświadczyć...

Co wieczór zapalała świecę przy łóżku, chociaż noce o tej porze roku bywały 

niemal równie jasne jak dni.

Prowadziła rozmowy z płomieniem, niekiedy na głos, to znów bez słów.

Wydawało jej się, że dostrzega w nim oczy Joranda, skupiała się mocniej, by 

ujrzeć także uśmiech.

Wiedziała, że on ją słyszy, dlatego starym zwyczajem opowiadała o wielkich i 

małych zdarzeniach jedynemu mężczyźnie, do którego kiedykolwiek zdołała się zbliżyć. 

A kiedy ból przeszywał jej pierś, czuła czasami dotyk jego ręki na swojej, ciągnął ją, 

pragnął zabrać do siebie, a ona się opierała. Gdy ból ustępował, z płaczem błagała, by 

zrozumiał, tęsknota stawała się nieznośna i Liv miała wrażenie, że znów traci rozum.

Na szczęście miała Tulvę.

Tulva rozumiała.

Rozumiała nie tylko tęsknotę i całe zło, jakie Liv miała za sobą. Po śmierci Evena 

przed dwoma laty obie wdowy jeszcze mocniej zbliżyła  taka sama żałoba i potrzeba 

wspominania   ukochanych   małżonków.   Zaledwie   przed   kilkoma   miesiącami   Liv 

wstrząśnięta zorientowała się, że łączy je coś jeszcze.

Tulva akurat zamierzała wysypać wiadro świeżo wyłuskanego grochu na półkę do 

suszenia, gdy Liv zauważyła, że z przyjaciółką dzieje się coś złego.

Tulva nagle pobladła, wypuściła z rąk wiadro z grochem i złapała się za pierś z 

wyrazem nieznośnego cierpienia na twarzy. Liv podskoczyła przerażona.

 -   Na miłość boską, Tulvo, co się stało?

W odpowiedzi usłyszała jedynie niewyraźne dźwięki. Tulva straciła równowagę, 

background image

osunęła się na podłogę, zanim Liv zdążyła podstawić jej stołek.

 -  Jak noże... dźgające pierś... chyba tego nie przetrzymam...

  -     Ach,   nie,   najmilsza,   wytrzymaj!   Przyrządzę   ci   lekarstwo,   na   pewno   ci 

pomogę... Tylko mi nie umieraj, moja jedyna przyjaciółko!

Liv gorączkowo usiłowała rozmasować ramiona i piersi ciężko dyszącej Tulvy, 

wyczuwała tłukące się serce. Wkrótce, chociaż te minuty zdawały się nie mieć końca, 

żelazna  obręcz bólu popuściła, biała twarz Tulvy odzyskała naturalną barwę, z czoła 

popłynął pot.

Wargi wciąż miała sine, a oczy utraciły blask.

 -   Od czasu do czasu mnie nachodzi  -  szepnęła Tulva wystraszonym głosem.  - 

Nie mów nic dzieciom, tylko się będą niepokoić!

Liv kiwnęła głową ze zrozumieniem.

 -  Wiem  -  powiedziała wolno.  -  Wiem, co masz na myśli. I przed nikim cię nie 

zdradzę. A jeśli ty obiecasz mi to samo... będziemy od tej pory dzielić się moimi lekami.

 -   Czy ty też... ty też...

  -     Tak,   Tulvo,   znam   twoje   męki,   mnie   także   coraz   częściej   dopadają, 

przypuszczam, że to serce mówi, że dość się już nacierpiało i dosyć w życiu znosiło 

smutków. Za każdym razem jednak dochodzę do siebie i przez długie tygodnie mogę 

pracować niemal tak samo jak przedtem...

Liv starała się pocieszyć Tulvę, widziała, jak bardzo przyjaciółka się boi.

 -  Ale czy ty się nie lękasz... śmierci?

Tulvie, nie przywykłej do takich zwierzeń, głos osłabł.

 -   Nie, nie lękam. Nie bardzo wiem, co mnie tam czeka, ale jestem pewna, że nic 

złego. Jorand... czasami go widuję...

Tulva badawczo przyjrzała się oczom Liv, czyżby znów wracało jej szaleństwo? 

Ale nie, oczy Liv były  przejrzyste  jak u młodej  dziewczyny,  twarz gładka  i świeża, 

dłonie na podołku spokojne. Tulva głęboko odetchnęła. Liv na pewno ma rację. Śmierć 

nie jest groźna. Może za ostateczną granicą czeka na nią jej kochany mąż? I pastor często 

powtarzał, by ufali w miłość Pana do swych wiernych dzieci. Łaskawy Bóg nie będzie 

wszak chyba pamiętał o drobnych błędach, popełnionych na ziemi?

Tulva uspokoiła się i serdecznie, z nowym blaskiem w oczach, dziękowała Liv za 

background image

przyniesioną specjalną miksturę na bóle w piersiach.

Co wieczór wypijała dwa małe łyki, zasypiała po nich głęboko i spokojnie jak 

nigdy.

Liv sama także popijała lekarstwo, znajomy gorzki smak wykrzywiał usta, ale 

płynące z niego gorąco rozluźniało napięte mięśnie, a serce uderzało spokojniej.

Będzie musiała zasiać więcej tych wysokich, purpurowo kwitnących roślin, które 

pojawiały się rok po roku, dając surowiec na to lekarstwo.

Janowca, mikołajka nadmorskiego i arcydzięgla miała w dostatecznej ilości. Do 

wywaru dosypywała także aromatycznych przypraw, pod niebiosa wychwalanych przez 

Marię,   ale   w   głębi   serca   najbardziej   lubiła   rośliny,   które   znała   i   sama   uprawiała.   Z 

nowymi   gatunkami   od   znajomych   Mogensa   z   Kopenhagi   i   Christianii   z   czasem   się 

zapoznała, najbardziej jednak ufała ziołom pochodzącym z ogrodu jej dzieciństwa.

Szczepki jej matki...

Jedyne, co po niej odziedziczyła.

Kurowała nimi bóle żołądka, wrzody, kaszel i brak apetytu.

A guzy, które pojawiły się w piersi Tulvy przed kilku laty, w niezwykły sposób 

zniknęły po tym, jak Liv podała jej oczyszczające lekarstwo z wyciągu z wodorostów, 

skrzypu i jakiegoś nieznanego ziela, o które jej matka szczególnie dbała.

 -  Ono wzmacnia organizm, Liv. Nie wiem, jak to się dzieje, ani jakie tajemnicze 

moce   tkwią   w   tej   skromnej   Bożej   roślince.   Wiem   jedynie,   że   potrafi   wrócić   siły 

najbardziej choremu i że w niezwykły sposób oczyszcza ciało z wrzodów i opuchlizn.

Matka opowiadała jej o tym w zaufaniu, niemal w tajemnicy.  Liv wyobrażała 

sobie,   jak   elfy   i   boginki,   spowite   w   nocny   mrok,   krążą   wokół   niepozornej   roślinki, 

przekazując jej moc  czynienia  cudów. Nic dziwnego, że matka  mówiła z ogromnym 

przejęciem, a głos jej dźwięczał tak dziwnie! Liv zachowała tajemnicę maleńkiej roślinki 

dla siebie, nie zdradziła jej nawet Marii, na razie jeszcze nie...

Z każdym upływającym rokiem w życiu Liv echa jej dzieciństwa zdawały się 

rozbrzmiewać coraz bliżej.

W   myślach   wciąż   pojawiała   się   postać   matki,   obrazy   z   okresu   szczęścia 

pochłaniały   ją,   kiedy   wieczorami   leżała   w   łóżku,   czując,   jak   zabiera   ją   sen.   W 

niezwykłym   świecie,   rozgraniczającym   sen   i   czuwanie,   matka   wychodziła   jej   na 

background image

spotkanie, ukazując nowe obrazy z zapomnianego dzieciństwa.

Sądziła   już,   że   wspomnienia   zaginęły,   długo   żyła,   nie   poświęcając   ani   jednej 

myśli  pierwszym  latom swego życia.  Wszystko,  co ją spotkało przed przybyciem na 

Solgarden w wieku dwunastu lat, było jakby wymazane z pamięci.

Teraz jednak urywki  wspomnień,  fragmentaryczne obrazy,  które tak długo od 

siebie odpychała, powracały.

Cieszyła   się   nimi,   powtórnie   przeżywała   najjaśniejsze   dni   dzieciństwa,   nie 

pozwalając się pochwycić tej strasznej ciemności, która niebawem ją pochłonęła.

Liv   obudziła   się   z   przekonaniem,   że   świat   się   wali.   Łóżko   się   trzęsło,   ktoś 

krzyczał.

Zdołała   wreszcie   otworzyć   oczy,   przestraszona   zorientowała   się,   że   to   Maria 

szarpie jej ciałem.

 -  Mamo, mamo, musisz mi pomóc! Tulva bardzo zaniemogła!

Liv poderwała się z posłania, w piersi poczuła ostrzegawcze ukłucie.

Zdusiła   ból,   naciągnęła   bluzkę   i   spódnicę,   nie   traciła   czasu   na   zawiązywanie 

chustki na posiwiałych jasnych włosach. Warkocz tańczył jej na plecach jak u młodej 

dziewczyny, kiedy biegiem pokonywała krótki odcinek do komory starszych gospodarzy 

na Solgarden. Córka usiłowała ją powstrzymać, prosiła o spokój, na pewno zdążą, nie 

musi się tak spieszyć.

Maria   w   krótkich   słowach   opowiedziała   o   stanie   Tulvy.   Ją   samą   wezwano 

wczesnym rankiem, bo Tulva straciła przytomność i nie dało się nawiązać z nią kontaktu. 

Leżała w łóżku nieruchomo, nic nie mówiła, ale oczy miała otwarte, nie umarła.

Serce Liv ściągnęło się z bólu, co to mogło znaczyć? Dobrze pamiętała atak, jaki 

Tulva   miała   przed   ośmioma,   może   dziesięcioma   tygodniami,   ale   nie   słyszała,   by 

przyjaciółka od otrzymania leku na cokolwiek się uskarżała.

Tulva ostatnio sprawiała wrażenie raczej spokojnej?

Może nie zażywała lekarstwa, które Liv jej dała?

A może to właśnie mikstura...

Liv poczuła dojmujący chłód strachu.

Czyżby specyfik, z którego sama tak bardzo się cieszyła, okazał się za silny dla 

Tulvy?

background image

Może sama posłała przyjaciółkę na śmierć?

 -  Nie, nie  -  szlochała, kiedy Maria pomagała jej pokonać ostatnie wzniesienie w 

drodze na Solgarden.  -  Tulvo, już idę!

Ale w komorze Tulva nie słyszała jej wołania.

Leżała,   jakby   już   umarła   dla   tego   świata,   jedynie   słaby   urywany   oddech 

świadczył, że w pulchnym kobiecym ciele jeszcze tli się życie.

Liv i Maria szybko zrozumiały, że nic nie mogą zrobić.

Płomień życia Tulvy palił się słabym, zamierającym ogniem. Obie ledwie śmiały 

oddychać, by go nie zdmuchnąć.

Liv z największą delikatnością ujęła przyjaciółkę za rękę.

Maria wraz z trojgiem dzieci Tulvy wycofała się do drzwi.

Młodzi pożegnali się z matką.

Sprowadzono wnuki, by ucałowały blady policzek babci. Wkrótce w drzwiach 

stanął Mogens. Dowiedział się o chorobie i przybył pobłogosławić umierającą.

Tulva   Solgarden   była   jedną   z   nielicznych   kobiet,   dla   których   żywił   wielki 

szacunek.

Oczywiście nie taki, jak dla swej niezwykłej żony.

Mogens modlił się cicho, dłonią nakreślił znak krzyża nad głową i sercem Tulvy. 

Złożył jej ręce na piersi, prosił o zbawienie dla jej duszy.

Nie odezwał się do Liv, nie wspomniał nawet, że nie przyłączyła się do modlitwy.

Potem i pastor opuścił izbę.

Liv została, chciała czuwać przez pierwszą noc przy łóżku chorej Tulvy.

Córki i synowe z ulgą przyjęły jej propozycję, prędko wróciły do swoich zajęć.

A Liv czuła, jak ogarnia ją jakiś nieznany spokój, nawet ciągłe bóle w piersi nie 

skłoniły jej do zrezygnowania z czuwania nad chorą.

Stały się takie odległe, jakby przestały jej dotyczyć.

Siedziała u boku Tulvy, mówiła do niej, jak gdyby przyjaciółka słuchała każdego 

jej słowa. Paplała trochę, zanuciła piosenkę, umilkła.

Nie zauważyła Marii, która przyniosła jej coś do jedzenia, nie zwróciła uwagi na 

zalęknione spojrzenie i chłodne dłonie córki.

 -  Opowiem ci o moich snach, Tulvo. Nie bój się, są piękne i dobre. Znam pejzaż, 

background image

ku któremu zmierzasz, i zazdroszczę ci tej podróży, miła przyjaciółko...

Łagodnym głosem Liv snuła opowieść o wszystkim, co je czeka.

  -     Idziesz przez piękne łąki, Tulvo, czujesz trawę pod stopami? Znów jesteś 

młoda,   zmęczone   ciało   odzyskało   dziewczęcą   sprężystość   i   siłę.   Rozczesałaś   swoje 

śliczne włosy, nosisz piękną białą suknię. Czujesz, jak wiatr pieszczotliwie gładzi cię po 

łydkach?

Pachnie tak cudownie, kwitnie czeremcha.

Masz we włosach dzikie róże i stokrotki...

On na ciebie czeka, widzisz go przy tym kamiennym ogrodzeniu?

Patrz, macha do ciebie, biegnie.

Teraz bierze cię za rękę, chce, byś z nim poszła.

Wiesz, że jest młody jak ty, silny i szalony, wesoły i godny zaufania.

Pozwól mu się przeprowadzić przez furtkę, Tulvo, nie wahaj się dłużej!

Liv milczy przez chwilę, widzi, że oddechu Tulvy prawie nie daje się wyczuć. 

Pierś ledwie się unosi, ciało jest sparaliżowane. Twarz rozluźniona, wygładzona. Usta 

otwarte, oczy przymknięte.

Liv czuje łzy cisnące się do oczu, smutek raczej niż gniew.

  -     Niedługo już tam będziesz, kochana, widzisz, jak tam pięknie? Ach, jakże 

chciałabym pójść z tobą... Proszę, pozdrów mojego Joranda!

Dostrzega drżenie przebiegające ciało przyjaciółki, poruszenie kącika ust, dłoń 

ledwie uniesioną znad piersi.

Jakby Tulva uśmiechała się, machała na pożegnanie.

Odeszła.

Liv otula ją kocem, garnie się do ciepłego jeszcze ciała.

Jej własny ból staje się w jednej chwili trudny do zniesienia. Liv na stoliku przy 

łóżku   dostrzega   lekarstwo   Tulvy,   wyjmuje   szmatkę   zatkniętą   we   flaszkę   z   grubej 

porcelany, pije.

Opróżnia buteleczkę, czuje, jak gorąco odpędza ból. Przytulona do Tulvy zasypia, 

chociaż właśnie wstał dzień.

Kłucia w piersiach prawie już nie czuje.

Ciało  robi  się  ciężkie,   przytłaczająco  ciężkie,  ale   oparłszy  głowę na  ramieniu 

background image

przyjaciółki   czuje   się   bezpieczna   jak   troskliwie   chronione   dziecko.   W   ostatnim 

przebłysku   świadomości   stwierdza,   że   z   taką   towarzyszką   podróży   wszystko   będzie 

proste.

background image

ROZDZIAŁ XII

To niemożliwe! To nie może być prawda!

Mamo... mamo... przecież zawsze tu byłaś!

Taka cicha, i zimna.

Ale przecież się uśmiechasz!

Obudź się, mamo, ja cię potrzebuję!

Maria zachowywała się niczym zranione zwierzę, zarówno dziewki służebne, jak i 

przyjaciele Mogensa unikali jej, wystraszeni.

Sprawiała wrażenie szalonej, najbardziej przypominała ofiarę opętania. Patrzyli 

po   sobie   zmieszanym,   umykającym   spojrzeniem,   filiżanki   herbaty   drżały   w 

rozdygotanych   rękach,   z   trudnością   przychodziło   podtrzymywanie   konwencjonalnej 

rozmowy.

Czuwano nad zwłokami Liv Bergaheim.

Żałoba córki przytłoczyła wszystkich, wprawiając ich w wielką niepewność.

Kto widział podobny płacz i zawodzenie?

Czy każdy nie powinien liczyć się z tym, że kiedyś utraci rodziców?

Maria   jest   przecież   już   dorosłą   kobietą,   a   nie   bezradną   dziewczynką.   Dawno 

powinna się pogodzić z prawdą, że matki nie żyją wiecznie.

Niezrozumiałe.

A jednak...

Niepohamowany żal Marii poruszał w nich jakąś strunę, wielu stało ze ściśniętym 

gardłem i ciężko przełykało ślinę, nieporadnie trzymając w szorstkich i spracowanych 

dłoniach kruche filiżanki z miśnieńskiego serwisu poprzedniej pastorowej.

Porcelana delikatnie dzwoniła w palcach, przez chwilę był to jedyny dźwięk, jaki 

dał się słyszeć w saloniku na probostwie.

Niektórym łzy kręciły się w oczach.

Inni wydawali się nieporuszeni.

Większość   przeznaczyła   na   wizyty   cały   ten   dzień,   najpierw   przychodzili   na 

plebanię,   później   szli   na   Solgarden,   gdzie   leżała   Tulva   przystrojona   w   piękne   białe 

giezło, z twarzą wygładzoną przez śmierć.

background image

Ole Seiderstad był jedynym, który odważył się objąć Marię, bez słowa po prostu 

otoczył ją ciężkimi, mocnymi ramionami i pozwolił przez kilka sekund spocząć w swoich 

ciepłych, silnych objęciach.

Składano kondolencje i wymieniano uściski dłoni, rozmowa toczyła  się wokół 

ziemskich dokonań Tulvy i Liv, ich dobroci i troskliwości. Sam Mogens wygłosił krótką 

przemowę, w której dziękował ludziom za ich współczucie, i w imieniu żony wyrażał 

wdzięczność za ich wierne zainteresowanie. Mówił trochę o swej szczególnej teściowej, 

o jej umiejętnościach i skromności. Gdy zabrał głos, Maria ucichła, wyglądało na to, że 

wreszcie zdołała się opamiętać.

Łzy wyżłobiły ślady na bladych policzkach, oczy zaczerwieniły się, wyglądało też 

na to, że w ciągu zaledwie jednej doby utraciła na wadze kilka funtów.

.Biedaczka, to musiał być dla niej prawdziwy wstrząs, kiedy weszła do izby i 

ujrzała martwą nie tylko Tulvę Solgarden, ale i własną matkę. W dodatku stało się to tak 

nieoczekiwanie!

Liv   do   końca   wszak   zachowała   tyle   młodzieńczości,   taka   była   ruchliwa   i 

pracowita!

Włosy nieco jej wyblakły, nie błyszczały już złotem, nasuwały raczej skojarzenia 

ze srebrem, ale jasne oczy i gładka cera nigdy nie zdradzały, że skończyła czterdzieści 

pięć lat.

Łatwiej   było   zrozumieć   śmierć   Tulvy,   ona   przeżyła   życie,   dźwigała   swoje 

ciężary.

Dobrzy   ludzie   odstawili   filiżanki   z   niezwykłym   napojem   i   podziękowali   za 

jeszcze jedno ciastko z żytniej mąki czy lefse z wielkiego półmiska, stale podsuwanego 

przez Solveig Plassen.

Musieli zachować trochę miejsca w brzuchu na następną wizytę, wszyscy wszak 

wiedzieli, że młoda gospodyni na Solgarden także umie podejmować gości. Pożegnali się 

uprzejmie,   kolejne   uściski   dłoni,   ostatnie   skinienie   głową   w   stronę   stołu,   na   którym 

spoczywało ciało Liv w przepięknej trumnie.

Płomienie świec wokół trumny migotały, gdy drzwi otwierały się i zamykały za 

odwiedzającymi.

Nieprzerwany strumień ludzi, Maria widziała ich jak przez mgłę.

background image

Czuła się oszołomiona, przeżywała to wszystko, jak gdyby stojąc z boku. Miała 

wrażenie, że przygląda się światu z odległości, widziała samą siebie przyjmującą uściski 

wyciągniętych chłodnych dłoni i uprzejme słowa.

Na miłość boską, cóż to za farsa!

Najbardziej  chciała  uciec  od zgiełku,  wyrzucić  wszystkich  za  drzwi. Pragnęła 

spokoju!

Chciała zostać sama, sama z mamą...

Wreszcie wyszli, ledwie zauważyła, że i Mogens opuścił pokój.

Maria   usiadła   przy   trumnie   matki,   z   wahaniem   wyciągnęła   rękę   do   znajomej 

twarzy.   Czy   to   możliwe,   by   śmierć   była   taka   piękna?   Mamo,   jesteś   śliczniejsza   niż 

kiedykolwiek. Wyglądasz na... na zakochaną...

Kiedy widziała matkę z takim wyrazem twarzy?

Powróciła pamięcią do lat przeżytych na Meisterplassen.

Matka i Jorand. Wielki, potężny, ciemny mężczyzna i jasna, krucha postać mamy.

Dziwne odgłosy w późnych godzinach wieczoru.

Rozchichotany pocałunek za węgłem.

Nieskrywane objęcia, dwie pary oczu promiennych od szczególnej łączącej ich 

tajemnicy.

Matka kochała.

Po   śmierci   Joranda   jej   życie   zmieniło   się   w   wegetację.   Dopiero   teraz   Maria 

zrozumiała, jak przygniatającą żałobę nosiła w sercu matka.

Dlaczego   nigdy   o   tym   nie   rozmawiały?   Obie   bolały   nad   utraconą   miłością. 

Ukochany Marii odszedł wszak równie daleko jak najbliższy człowiek Liv.

Jorand nie żył, Randar mógł równie dobrze umrzeć. Och, mamo, mogłyśmy tyle 

sobie dać, gdybyśmy tylko śmiały wyrazić nasz ból! Teraz na to za późno.

Ale żałoba Marii złagodniała na widok wyrazu twarzy matki. Czyżby znać po niej 

było błogosławieństwo? Siad zbawienia?

Owo niezwykle trudne przesłanie, które Mogens co niedziela ogłaszał ludziom, 

okazało się prawdą.

Kiedy śmierć nas zabierze, ktoś będzie na nas czekał.

To miłość pomoże nam w najtrudniejszej godzinie zrobić ten krok w nieznane.

background image

Maria widziała wielu zmarłych, ale nigdy dotąd ten ślad zbawienia nie wydał jej 

się równie wyraźny jak teraz. Podniosła głowę, otarła łzy, jeszcze raz pogładziła dłonie 

matki.

 -  Zegnaj, mamo... I... zaopiekuj się moim synkiem... dopóki...

Zamknąwszy drzwi za sobą, poczuła się silniejsza. Wyszła na oślepiające światło 

słońca. Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała w sobie tyle pogody.

Skąd, na miłość boską, brało się to wrażenie?

Gdzie podział się niedawny dojmujący ból? Dlaczego na sercu tak jej dziwnie, 

wprost bezwstydnie lekko?

Niczym błyskawica spadła na nią świadomość: sprawiła to twarz matki...

Liv spotkała za bramą śmierci swego ukochanego, tego Maria była pewna. Musi 

to więc oznaczać, że i ona może mieć nadzieję. W tym świecie Randar nigdy nie należał 

do niej. Nigdy nie przeżyją razem kolejnego letniego dnia.

Ale kiedyś...

Gdzie indziej...

Przestała się zastanawiać, kurczowo tylko uczepiła się nadziei.

Upał.   Rozedrgana   mgiełka   wciąż   unosiła   się   nad   ziemią,   powietrze   drżało   z 

gorąca.

Przy takiej pogodzie nie da się odkładać pogrzebu.

Już   następnego   dnia   wykopano   w   nagrzanej   ziemi   głęboki   dół   i   przy   wtórze 

śpiewu blisko czterech setek ludzi opuszczono trumnę Liv.

Mogens nie krył wzruszenia, pokochał tę piękną, niezwykłą kobietę, budzącą u 

większości mężczyzn instynkt opiekuńczy.

Rozmyślał   o   okrutnym   dzieciństwie   Liv,   o   swej   własnej   niesprawiedliwości   i 

dziękował Bogu, że miał możliwość wynagrodzenia jej wszelkich krzywd.

Ofiarowała mu najpiękniejszy podarek życia!

Była babką jego młodszej córki.

Mogens odmówił tradycyjną modlitwę z niezwykłym zaangażowaniem, nieczęsto 

się zdarzało, aby musiał walczyć ze łzami, idąc za trumną.

Ale dzień był piękny, Maria stała z suchymi oczyma i rozpuszczonymi włosami.

Nikt się na to nie oburzał, ludzie przywykli  do jej małych  buntów przeciwko 

background image

obyczajom i tradycji.

Sunniva,   poważna   i   zasmucona,   mocno   zaciskała   rękę   wokół   palców   matki. 

Wychyliła się i rzuciła pachnący wianek z drobnych kwiatków i ziół, miękko upadł na 

trumnę.

 -  Do widzenia, babciu, dziękuję za wszystko!

Dziecko już się wypłakało, teraz pozostał tylko żal. Ale letni dzień był jasny i 

gorący, koniki polne wygrywały swoje tony w schnącym sianie, mewy latały wysoko nad 

fiordem, wykrzykując przeraźliwie pochwałę życia.

Maria i Sunniva odwróciły się i wolno ruszyły w dół cmentarnego zbocza. Zeszły 

na brzeg ochłodzić ręce, zanim wrócą do izby, by pomóc przy wspaniałym poczęstunku, 

przygotowanym dla żałobników.

Stanęły   razem,   spoglądając   na   fiord   i   skalną   półkę   w   górach   po   przeciwnej 

stronie.

Bergaheim.

Samotne, opuszczone, bez znaku życia poza krzakami zarastającymi zrujnowane 

chałupy.

Liv wróciła tam tylko jeden jedyny raz.

Za plecami usłyszały kroki, ciężkie kroki na wyschniętej ziemi.

To Ole.

Maria uśmiechnęła się do niego, spojrzeniem podziękowała za to, że kolejny raz 

znalazł się przy niej w trudnych chwilach.

Ole to przyjaciel. Jego stare ciało najwidoczniej nigdy nie utraci siły młodości. 

Bóg jeden wiedział, ile on właściwie ma lat.

Maria już jako mała dziewczynka uważała go za starca, traktowała jak dziadka.

Wyglądało   na   to,   że   Ole   nie   poddaje   się   upływającemu   czasowi.   Nawet   po 

ciężkiej chorobie, kiedy to napadnięto go przed laty i poraniono nożem, był tak samo 

silny i tak samo prosto się trzymał.

Usadowił się na kamieniu tuż przy niej, Sunniva dostała kawałek cukru i lekkim 

krokiem pomknęła podzielić się smakołykiem z przyjaciółką.

 -  Mario, jesteś już dorosła. Zmarszczyła brwi, o co mu chodzi?

  -   Widzisz, dopóki żyją nasi rodzice, nigdy nie jesteśmy całkiem dorośli. Bez 

background image

względu   na   wiek   zawsze   jesteśmy   czyimiś   dziećmi.   Ale   teraz   ty   sama   należysz   do 

najstarszego pokolenia. Śmierć podnosi cię o jeden szczebel wyżej.

Kiwnęła głową, to prawda.

 -   Wciąż jeszcze jesteś młoda, Mario, ale coraz mniej masz lat przed sobą. Wiesz 

o tym, prawda?

Co to za dziwna mowa?

 -   Zrozum mnie dobrze, Mario, chcę tylko, abyś się zastanowiła. Wiesz, że darzę 

cię wielką sympatią, widziałem, jak twoje życie zmienia się z radości w smutek i w 

pewnym sensie w szczęście tu, na plebanii. Ale w twoich oczach, moja droga, żarzy się 

tęsknota, której ani lecznica, ani Mogens, ani Sunniva nie potrafią zapełnić.

Maria podniosła się gwałtownie, nie chciała słuchać. Czy naprawdę tak łatwo dało 

się zajrzeć w jej myśli, te myśli, w które nawet ona sama nie chciała się zagłębiać?

  -     Mario,   wysłuchaj   mnie.   Wiem,   co   to   znaczy   marnować   lata   na   walkę   z 

porządkiem   natury.   Ja   sam   kochałem   i   utraciłem   miłość,   bo   zawsze   dawałem 

pierwszeństwo innym sprawom.

Wielki mężczyzna wydawał się zakłopotany własną szczerością.

 -  Myślałem, że nie jestem jej wart, że ją niszczę, że nie mogę jej skazywać na 

życie z mymi najciemniejszymi stronami... Żal mi też pewnie było mojej swobody. A 

potem ona odeszła. Wciąż za nią tęsknię. I oddałbym każdy dzień z mego późniejszego 

życia, byle tylko móc choć jeszcze jeden raz wziąć ją w ramiona.

Ole z powagą patrzył na Marię, jego szczera opowieść zaskoczyła ją i wzburzyła. 

Nie było wątpliwości, o co mu chodzi.

Gniew wywołany owym niemożliwym, które kryło się w jego słowach, owym 

szaleńczym i bezmiernie kuszącym, wzbierał w niej, prychnęła mu prosto w twarz.

 -  Zamknij gębę, Ole Seiderstad, nie wiesz, o czym mówisz! Mam swoje życie i 

sama je wybrałam! I dobrze mi z tym! Kocham męża, żebyś wiedział, i nie zamierzam 

narażać wszystkiego, co mam, na zgubę!

Zachłysnęła   się   powietrzem,   wypluwała   słowa   z   goryczą,   która   ją   samą 

zaskoczyła.

 -  Nawet gdybym umarła już jutro, to wiedz, że nie mam na tym świecie żadnej 

niezałatwionej sprawy. Nie mów do mnie więcej o straconej miłości, Ole - Miedziaku!

background image

Zebrała   czarne   spódnice   i   pobiegła   w   górę   zbocza.   Rękawy   białej   bluzki 

powiewały za nią niczym skrzydła zranionej sroki.

Ole wolno pokręcił głową, dostrzegł w jej oczach nagą rozpacz. Uchwycił się 

tego, nie pozwolił jej gniewnym słowom podważyć swojej decyzji.

Postanowił nie wracać na probostwo, nie przejmował się, że ludzie będą gadać o 

jego   braku   wychowania.   Nie   chciał   oglądać   Mogensa,   Sunnivy   ani   Marii   w   roli 

pastorowej pośród najpierwszych mieszkańców wioski.

Dla niego Maria pozostała wrażliwą, namiętną młodą kobietą. Posiadała skarb, 

lecz bała się go dotknąć.

Podobnie   jak   on,   odpychała   od   siebie   to   bogactwo   i   oddawała   je   za   iluzję 

wolności.

Nie mógł jej na to pozwalać.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Randar wegetował. Serce tłoczyło krew, skóra ściągała się z zimna i na odgłos 

dobiegających z góry dźwięków. Życie płynęło dalej, tak jak fale po zatonięciu statku. 

Wir, który go pochwycił, rozmył się, Randar czuł, że istnieje, lecz jakby zmrożony. Przez 

wiele lat czepiał się szczątków wraku życia, wspomnienia rozgrzewały go i dręczyły 

zarówno we śnie, jak i na jawie.

Często myślał, że równie dobrze mógł umrzeć z ręki innego człowieka. Dlaczego 

los spłatał mu takiego figla i pozwolił uwolnić się z więzów lensmana?

Pamiętał jednak także noce w lochu, migocące światełko, które w tak niezwykły 

sposób nauczyło go walczyć o własny płomień.

Maria odeszła, ale wiedział, że żyje. Pastorowa!

Ciekawe, czy ów zacny sługa Pana poznał tajemnicę jej namiętności do takiego 

poganina jak on?

Ciekawe, czy ów wysuszony kaznodzieja doświadczył jej łapczywej miłości, jej 

rozpalonego ciała tak, jak czuł je on?

Zazdrość rozdzierała mu serce, odsuwał takie myśli od siebie, pozwalając raczej 

napływać  wspomnieniom.  Ostatnio  sam się złapał  na tym,  że z nią rozmawia,  jakby 

wciąż   przy   nim   była.   Zwidywała   mu   się   przy   palenisku,   uśmiechała   się   do   niego 

podnosząc kociołek znad ognia i stawiając przed nim pachnący posiłek, a to wszystko 

działo  się   w  czasie,  gdy ogryzał  solony  udziec  barani  i  popijał   go  swoim   kwaśnym 

piwem.

Przypominał   sobie   bukiety,   które   rozwieszała   w   izbie,   zapach   świeżych   i 

suszonych   ziół   nad   łóżkiem,   kolorowe   pledy,   które   tkała.   Teraz   izba   była   szara, 

szaroczarna.

Meble pozostały te same.

Ale stół był  brudny od niezliczonych  posiłków i wytarty na tym  końcu, przy 

którym spędził tyle wieczorów, opierając łokcie o drewno.

Drewno   przyjmowało   jego   żal,   ciemniało   od   wsiąkających   w   nie   łez.   Czy   to 

źródło nigdy nie wyschnie?

Po uniewinnieniu powrócił do swych obowiązków. Nie wiedział, czy go to cieszy, 

background image

czy smuci.

Wykonywał je mechanicznie, bez żadnych uczuć.

Przybywał na miejsce egzekucji, wysłuchiwał wskazówek sędziego, zajmował się 

zbrukanymi zwłokami i pobierał zapłatę w jedzeniu albo suknie.

Lub też w kwaśnym winie.

Miało ono przykry, obcy smak, lecz sprowadzało cudowną obojętność, jeśli tylko 

zdołał wypić pełen dzban. Gdy mu się to udawało, miał pewność, że noc minie spokojnie, 

wolna od snów i myśli.

Odpoczynek w oszołomieniu.

Taka musi być śmierć.

Brak jakichkolwiek uczuć, brak pragnień.

Sam nie wiedział, dlaczego tak bezwolnie na nią czeka.

Doszedł jednak do wniosku, że przynajmniej tyle jest winien Bjønna - Jensowi od 

Niedźwiedzi. Ten człowiek ryzykował życie, by ocalić jego nędzną skórę!

Bjønna - Jens poprosił, by pozwolono mu zamienić z więźniem kilka słów, bo 

przywozi miłosierny dar od swojej siostry.

A wójt zrozumiał, że więźniowi potrzeba nowej pary spodni i swetra, ucieszył się 

też, że jakaś obca kobieta pozwala mu oszczędzić wydatków na jako tako przyzwoite 

odzienie skazańca.

Bjønna - Jens porozumiewawczo zmrużył oko i Randar zorientował się, że nie 

wolno mu zdradzać ich znajomości.

Dawny kompan rzekł głośno:

 -  Randarze synu Joranda, nędzniku, przynoszę ci łaskawy dar od mojej siostry 

Mathildy. Znasz ją, ocaliłeś kiedyś życie jej męża, tamując mu krew swoim żelazem.

Randar skinął głową, na znak, że go rozumie.

Potężny mężczyzna, który dzielił z nim pełne napięcia doby na cyplu, podszedł 

bliżej.   Znajdowali   się   teraz   dostatecznie   daleko   od   ludzi,   by   prowadzić   rozmowę 

szeptem. Jens przysiadł na grudzie ziemi, wyciągnął zaskakująco ozdobną fajkę i nabił ją 

mieszanką tytoniu i sieczki. W worku miał też krzesiwo.

Nie poświęcając na pozór więcej uwagi Randarowi, usadowił się wygodnie za 

pracującym więźniem.

background image

 -   Nie odwracaj się w moją stronę, ale opowiedz mi, co się właściwie stało. Może 

jakoś będę mógł ci pomóc?

 -   Niby jak?

  -   Ty nic nie wiesz, ale jedno jest pewne: nie ma co liczyć, że jakiekolwiek 

zwłoki przypłyną fiordem bez niczyjej pomocy.

  -   To jasne. Raczej też się sami nie odkopią, ci dwaj co leżą pod darnią na 

Meisterplassen.

 -  Tak sobie myślałem, że w końcu ich dopadłeś.

 -  Ja ich nie zabiłem. Leżeli tak już, kiedy wróciłem. Mój brat Joril także.

Głos Randara brzmiał słabo, głucho.

 -   No to kto ich zabił?

Randar nie odpowiadał. Bjønna - Jens smoktał fajkę.

  -   Bez względu na wszystko, przyjacielu, nie powinieneś oddawać za to życia. 

Nikczemni mordercy jak oni na to nie zasługują. Posłuchaj, na co mam ochotę...

W krótkich zdaniach Bjønna - Jens przedstawił swój śmiały plan.

  -     Wyrok mówi, że pójdziesz wolno tylko wtedy, gdy sen chłopaka okaże się 

zesłaną   przez   Boga   przepowiednią.   Skoro   już   jego   ojciec   powstał   z   martwych,   aby 

oszczędzić twe życie, trzeba udowodnić twoją niewinność i wypełnić przepowiednię o 

unoszących się na wodzie zwłokach. Jakoś to załatwimy.

Zarośnięty mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

  -     Odkopię   tych   łajdaków,   napełnię   ich   ubrania   suszoną   gąbką,   następny 

przypływ poniesie ich z prądem jak korki. Zadbam już o to, aby odnaleźli ich właściwi 

ludzie... Podniesie się wrzawa, to więcej niż pewne!

Zaskoczony   Randar   przysłuchiwał   się   planowi,   nie   mogąc   zapanować   nad 

ogromną radością, ogarniającą całe ciało.

Tęsknota za domem...

Pomyśleć tylko, że mógłby się pozbyć uwierających łańcuchów, upokarzającego 

życia niewolnika w zagrodzie wójta, traktowanego podlej niż tłusty podwórzowy pies...

 -   Bjønna - Jensie, naprawdę się odważysz?

 -  Powiedz mi, gdzie są groby. Razem będziemy się bawić reakcją zacnych ludzi, 

kiedy ci dwaj przypłyną fiordem, tak jak przepowiedział chłopiec!

background image

Bjønna - Jens na pokaz splunął pogardliwie przed Randarem, ale skuty kamrat 

dostrzegł przesłonięty brodą uśmiech.

Rzeczywiście zapanowało wzburzenie. Bjønna - Jens nie mógł chyba  bardziej 

dramatycznie wyreżyserować swego cudu. Idąc za wskazówkami odnalazł ciała, tknięte 

już nieco rozkładem, ale i to pasowało, skoro ludzie mieli uwierzyć, że zwłoki przez parę 

miesięcy   leżały   na   dnie   morza.   Krzywił   nos   na   odór,   ale   późną   sobotnią   nocą 

przetransportował ziemskie szczątki Augusta i Knuta do wody.

Wiedział, że już następnego dnia przepływać będzie tędy łódź pastora z Norane, 

zmierzającego do Sogndalsfjæren.

Nadszedł ranek i Bjønna - Jens wypłynął swoją łodzią na środek fiordu. Gdyby 

ktoś znalazł się dostatecznie blisko, zobaczyłby niezwykły ładunek uwiązany na Unie za 

rufą. Nikt jednak niczego nie widział.

Pośrodku żeglownego szlaku Bjønna - Jens szarpnął za koniec liny, likwidując 

pętlę wokół zwłok. Ściągnął sznur i ukrył go na dnie łodzi pod skrzynkami na ryby.

Dwa trupy popłynęły za nim, przypuszczał, że korki, które wetknął, nadawszy 

gnijące  ciała,  przez  jakiś  czas  pozwolą  im  unosić  się  na  powierzchni.  Sól,  którą  się 

posłużył, także nie pozwoli im tak prędko zatonąć.

Niepiękny widok czekał ludzi wiosłujących tego dnia na nabożeństwo!

Bjønna - Jens skierował się ku zatoce, ostrożnie jeszcze zerknął przez ramię w tył. 

Tak, tak, już płyną!

Pięć, może sześć łodzi przystrojonych na wyprawę do kościoła.

Łódź pastora na czele, trzech mężczyzn u wioseł.

Bjønna - Jens prędko popłynął na przeciwną stronę, wciągnął łódź na krawędź 

wielkiego cypla w obrębie Sogndalsfjæren. Aż tutaj niosły się przerażone krzyki kobiet, 

kiedy ludzie odkryli, co unosi się na wodzie w odległości zaledwie kilku łokci od ich 

szlaku.

Stary   kpiarz   chichotał   w   brodę,   okrzyki   i   pełne   strachu   zawodzenie   ludzi   z 

orszaku łodzi naprawdę go rozbawiły. Wyobrażał sobie, jak pokazują sobie, wrzeszczą i 

mdleją.

Nie mógł się dłużej powstrzymywać. Stojąc samotnie na brzegu i zmrużonymi 

oczyma   przypatrując   się   łodziom   na   wodzie,   wybuchnął   gromkim   śmiechem.   Takiej 

background image

uciechy nie miał od czasu, gdy matka Jonsson omamiła lensmana i zmusiła go, by tańczył 

nago w blasku księżyca!

Uwolniono więc kata. Moment, gdy opadły łańcuchy, pamiętał tak, jakby to było 

wczoraj.

Wokół kostek wciąż miał głębokie blizny od szorującego metalu. W jednej chwili 

stopy stały się lekkie, odnosił wrażenie, że mógłby wzbić się w powietrze.

Lensman   dał   mu   nowy   kubrak,   przyzwoite   mundurowe   spodnie   po   zmarłym 

żołnierzu, a także funt masła i trochę ziarna, żeby mógł się utrzymać przez pierwszy 

okres.

Odwieźli   go   łodzią   do   domu.   Podczas   przeprawy   przez   fiord   próbował   sobie 

wmówić, że ktoś tam na niego czeka, lecz kiedy znalazł się dostatecznie blisko, nie mógł 

się już dalej oszukiwać.

Trudno o bardziej opuszczone miejsce.

Ani zwierzęcia w oborze.

Ani człowieka w izbie.

Nawet kota na schodach, który by go przywitał.

Tylko szczury w komorze z ziarnem i myszy w spichlerzu.

Okiennicami szarpał wiatr, skrzypiały wykute przez Joranda zawiasy, od miesięcy 

nikt ich nie smarował.

W   tym   krótkim   czasie   zagroda   podupadła   po   stokroć   szybciej,   niż   gdyby 

mieszkali w niej ludzie.

Niewiele pamiętał z pierwszych spędzonych samotnie dni.

Wspominał tylko głęboką depresję, w głowie szumiało mu i dudniło, myśli gnały 

jak   oszalałe,   niczym   wariat   przepatrywał   wszystkie   pomieszczenia   w   poszukiwaniu 

Marii, Liv i Jorila.

Znalazł jedynie jakieś ubrania.

Znoszoną halkę, przesyconą wietrzejącym zapachem ukochanej.

Położył ją w swoim łóżku i tulił się do strzępka odzieży, aż wreszcie zaznaczały 

się na nim tylko plamy jego łez i zapach własnego ciała.

Dość tu jednak było innych pamiątek, cała zagroda pełna śladów kobiet, które, 

każda na swój sposób, odmieniły jego świat.

background image

Teraz odeszły, zniknęły z jego życia.

To on sam je stąd wypędził.

Została   mu   jedynie   ta   marna   pociecha,   że   wszelkie   kłopoty,   jakich   stał   się 

przyczyną, nie odbiły się na nich jeszcze raz. Nikt nigdy się nie dowie, że to Maria i Liv 

pokonały groźnych napastników, mężczyzn, których postanowił zabić, narażając własną 

przyszłość.

Wciąż nie wiedział, po co żyje.

Cały ten ból, brak nadziei, świadomość, że utracił Marię już na zawsze...

Dlaczego sam nie położy kresu cierpieniom?

Każdy kolejny dzień stawał się wyzwaniem. Czasami leżał samotnie w łóżku, nie 

mogąc zasnąć, pocieszał się myślą, że gdy tylko zaświta, gdy tylko jeszcze raz ujrzy 

wschodzące słońce... to nastąpi koniec.

Miał w pogotowiu naostrzony nóż, twardy metal ulegle układał się w dłoni, ostrze 

nacinało skórę, zostawiając delikatny ślad świeżej krwi.

Zastanawiał się, czy nie najlepiej wbić go w pierś. A może pozwolić, by krew 

wypłynęła z naciętych nadgarstków i kostek?

Przykładał metal do szyi, świadom, że nie jest w stanie wykonać ostatecznego 

ruchu.

Coś jakby przytrzymywało mu rękę.

I z wolna wspomnienia stawały się coraz mniej natrętne, dni uzyskiwały własny 

kształt, pracował po to, by żyć i by odegnać smutek. Pochłonęła go praca w polu, orał 

nowe spłachetki ziemi, tony kamieni z pól układał w staranne mury, pocił się i mozolił 

nad upartymi korzeniami.

Zaatakował las otaczający zagrodę, uprzątał coraz większy obszar. Odzierał pnie z 

kory i ciął, potem drewno zawoził na targ i sprzedawał z marnym raczej zarobkiem. Ale 

gdy wycinał w deskach wzory, interesy szły lepiej.

Dwór   w   Kaupanger   zamówił   kilka   tuzinów   pięknie   rzeźbionych   desek   na 

pokrycie ścian w izbie. Pod warunkiem, że, oczywiście, nie podpisze swojej pracy.

Drugi fach wykonywał z chłodną, pozbawioną wszelkich uczuć precyzją.

Po raz pierwszy poczuł, że tli się w nim agresja, gniew przeciwko całemu światu 

odmienił   jego   wygląd,   ludzie   schodzili   mu   z   drogi   z   większym   przerażeniem   niż 

background image

kiedykolwiek.

Domyślali się szaleństwa w tych pociemniałych oczach, w silnych rękach, które 

tak często drżały z wściekłości, kiedy wznosił topór.

Dlatego nie śmieli już zeń drwić ani też prześladować otwarcie.

Kat był niebezpieczny.

Kto wie, jakie demony w nim zamieszkały...

Nikt już po niego nie posyłał, kiedy trzeba było obciąć nogę zżeraną gangreną.

Nikt nie prosił, by zatamował krew rozpalonym żelazem.

Ludzie wiedzieli, że ma większe niż ktokolwiek inny doświadczenie w takich 

operacjach, woleli jednak śmierć niż skazywanie się na wieczne potępienie, co czekałoby 

ich niechybnie, gdyby przyszło im umrzeć u boku tego człowieka. Przecież on mógł po-

rwać ich duszę!

Dlatego życie na Meisterplassen stało się bardziej samotne niż kiedykolwiek, ale 

Randar się nie uskarżał.

Skoro i tak nie mógł mieć przy sobie Marii, to reszta świata przestała go w ogóle 

obchodzić. Cenił sobie jednak sporadyczne odwiedziny Olego. Ole rozumiał, był mu na 

wiele sposobów współtowarzyszem cierpienia.

Wiedział, z czym musi zmagać się Randar, sam zaznał, co to znaczy, jak serce 

pęka z bólu po stracie jedynej osoby, która może dać człowiekowi szczęście.

Doświadczył też twardych wyroków ludzi, ich zacietrzewienia i nieprzychylności 

wobec tych, którzy czymś się wyróżniali.

Ole był przyjacielem.

I Randar znał  go na tyle  dobrze, by wiedzieć,  że nie należy się zanadto  doń 

zbliżać.

Obaj   mężczyźni   odgrodzili   się   od   świata   grubymi   murami.   Teraz   jednak 

stopniowo i ledwie zauważalnie kruszyli kamień po kamieniu, by wpuścić drugiego do 

środka.

Randar zdmuchnął świecę, przeczuwał, że już niedługo czarna łódź Olego znów 

zazgrzyta o przybrzeżne kamienie Meisterplassen.

Wszyscy zresztą wiedzieli, że przybycia Olego można się spodziewać w każdej 

chwili.

background image

Źle, gdy ktoś nie ma czym poczęstować gościa.

Randar postanowił już jutro wyprawić się na łowy. Spróbuje zdobyć dla Olego 

renifera na pieczeń albo przynajmniej zająca.

Ole,   przywykły   do   solonych   śledzi   i   suchego   chleba,   potrafił   docenić   świeże 

jedzenie.

Ole pojawił się trzy dni później. Randar ujrzał, że z niezwykłym jak na niego 

pośpiechem wyskakuje na brzeg, zrezygnował nawet z porządnego przycumowania łodzi.

Potężny mężczyzna poruszał się zwykle spokojnie, wręcz nieco powolnie, dziś 

jednak kulejąc podbiegł w górę krótkiego zbocza.

 -  Ahoj, człowieku! Pali się gdzieś?

Randar zamachał rękami, wyszedł przyjacielowi na spotkanie, czując, jak twarz 

mu się zmienia w dawno zapomnianym uśmiechu.

 -   Randar... Dobrze, że cię zastałem... Przybywam ze szczególną sprawą.

Randar zatrzymał się, zaprosił Olego do chaty. Już wiedział, że coś się stało.

Przeniknął go lodowaty chłód.

Ole przywoził wieści o śmierci, poznał to po jego twarzy.

 -   Kto? Maria... nie, przecież nie Maria?

Głos przeszedł mu w przenikliwy pisk, ale serce nie chciało uwierzyć.

 -   Nie, nie Maria. Liv.

Randar zatoczył się, odczuł ulgę i bezgraniczny smutek.

A więc to jednak ostateczne.

Nigdy już jej nie powie, ile dla niego znaczyła.

Budząca sympatię  nieśmiała  dziewczynka,  która dała jego ojcu tyle  szczęścia. 

Mądra dorosła kobieta, która była mu jedyną matką, jaką pamiętał.

Kochana, troskliwa Liv, zawsze wyrozumiała matka Marii.

Nie zasługiwała na swój straszny los. Randar zacisnął pięści w proteście.

  -       To   niesprawiedliwe...   Mogła   przeżyć   jeszcze   tyle   dobrych   lat...   A   tylko 

cierpiała...

 -   Nie, Randarze, nie tylko. W ostatnich latach ożyła, była zadowolona i wesoła, 

tak jak obaj ją pamiętamy z czasów jej młodości. Po śmierci twego przybranego ojca nie 

umiała już być w pełni szczęśliwa, ale była zadowolona. Patrzyła, jak rośnie jej wnuczka, 

background image

widziała,  że córce  dobrze się  żyje,  że wypełnia  swe  życiowe  posłannictwo,  za  które 

gotowa była oddać wszystko...

Ole urwał nagle, zdał sobie sprawę, że powiedział za wiele.

Dotychczas odwracał głowę, kiedy Randar pytał.

A Randar w końcu zaniechał stawiania pytań, pojął, że lepiej może będzie nie 

wiedzieć. Codzienne życie Marii nigdy nie mogło stać się jego udziałem.

Ole opowiedział o pogrzebie, o ludziach przybyłych, by pożegnać Liv.

Wreszcie się zdecydował, wyjawił swe ostatnie przesłanie.

 -   Musisz jechać do Lyster, Randarze. Randar drgnął, czy się nie przesłyszał?

Ole powtórzył, nie mogło być więc mowy o pomyłce.

 -   Musisz jechać do Marii. Oboje żyjecie w kłamstwie.

  -     W kłamstwie? A czy to kłamstwo, że każdego dnia zmagam się z chęcią 

sprowadzenia jej do domu?

Twarde słowa przepełniało rozgoryczenie, myśli posunęły się dalej.

Czy to kłamstwo, że co noc płaczę z tęsknoty za nią? Z radością sprzedałbym 

duszę i całe swoje życie za jedyną szansę rozmowy z nią, muśnięcie ukochanej twarzy...

  -     Nie   mogę!   Ona   sama   postanowiła   stąd   odjechać,   zbudowała   sobie   tak 

wspaniałe życie, że niczego choćby podobnego nie mógłbym jej zaproponować. Ona ma 

męża, dziecko, swoje życiowe zadanie... ludzi, którzy ją kochają...

 -   Przestań! Mówisz zbyt wiele!  -  Ole szarpnął Randara za ramię.  -  W dodatku 

wygadujesz   głupstwa!   Maria   być   może   próbuje   oszukiwać   samą   siebie   podobnymi 

myślami. Ale ja dostrzegam mrok w jej oczach, ta wyniszczająca choroba zżera ją od 

środka.   Nie   znajdzie   na   nią   nigdy   ziół   ani   leku.   Wy   jesteście   dla   siebie   jedynym 

lekarstwem, nadzieją na uratowanie życia! Usłuchaj mnie, przyjacielu, ucz się na moim 

doświadczeniu, nie powtarzaj moich błędów! Skoro już udało ci się odnaleźć w życiu tę 

potężną siłę, gdy poznałeś, co oznacza miłość kobiety, to jej nie odrzucaj!

Randar odetchnął głęboko, ostrza noży w sercu cięły z odnowioną siłą, jedynie 

nadludzkim wysiłkiem rozum jeszcze mógłby zapanować nad uczuciami.

 -  Nie mów więcej  -  szepnął ochryple.  -  Nie mów ani słowa, inaczej tak jak 

stoję, rzucę się do łodzi i popłynę.

Ole spoglądał mu prosto w oczy.

background image

 -   Uczyń tak, Randarze. Pozwól jej przynajmniej dokonać wyboru. Żadne z was 

nie   może   dalej   tak   żyć.   Żadne   nie   ma   szans   na   godne   życie,   jeśli   nie   wyjaśnicie 

nieporozumień...

 -  Jadę  -  syknął Randar przez zęby. Oddychał ciężko, jak gdyby dźwigał wielki 

ciężar.  -  Jadę, Ole, jeśli w istocie musimy się spotkać jeszcze raz, by wszystko wyjaśnić. 

Ale nie mogę mieć nadziei, że ona ze mną wróci. Wiem, że więzy, które ją tam trzymają, 

są zbyt mocne. I nie wiem, czy sumienie pozwoli mi oderwać ją od męża, bogactwa, 

zagrody...

 -   Nie kuś jej, wyznaj tylko, co myślisz i czujesz. A jeśli ona myśli podobnie, 

musi usłuchać głosu serca, nawet gdyby miało to sprawić ból i jej samej, i otaczającym ją 

ludziom.

Wszystko więc zostało już powiedziane, dwaj mężczyźni w milczeniu zaczęli się 

przygotowywać do wyjazdu.

Pogoda   była   dobra,   wiał   przychylny   wiatr,   pod   wieczór   zapewne   jeszcze   się 

wzmoże i ułatwi podróż wzdłuż Lysterfjordu.

Przy odrobinie szczęścia dotrą na miejsce przez dwie noce i dzień.

 -  Popłyniemy każdy swoją łodzią, będziesz musiał wziąć trochę na wstrzymanie 

i   od   czasu   do   czasu   na   mnie   zaczekać.   Moja   stara   łajba   jest   szeroka   i   ciężka,   nie 

przysposobiona do takich pospiesznych wypraw...

Ole uśmiechnął się, wypluł listki, które żuł.

  -   Oczywiście, stary przyjacielu, ale przypuszczam, że twoja łódź pomknie po 

falach szybciej niż kiedykolwiek... Słychać prawie, jak serce ci wali i pogania!

Roześmiali się, zaskoczony Randar ze wstydem stwierdził, że na policzki wypełzł 

mu rumieniec.

Na Boga, zachowuje się jak osiemnastoletnia dziewczyna!

Ale ciało drżało mu i pulsowało, w piersiach czuł niepokój, jakby pływało tam 

tysiąc maleńkich rybek i łaskotało od środka.

Przechylił się przez burtę i w otwartej beczce solonego mięsa, którą przewoził 

Ole, ujrzał swe własne odbicie.

Włosy   miał   długie,   zmierzwione,   broda   nadawała   obliczu   obcego   wyrazu 

dzikości.

background image

Drgnął na widok kilku siwych pasm.

 -   Ona mnie nie pozna!

Ole zaśmiał się, pamiętał zapewne podobne stwierdzenie z przeszłości.

Randar i Maria...

Nikt nie słyszał chyba o drugiej takiej historii miłosnej.

I ona miałaby go nie poznać!

 -  Nawet gdybyś przywdział włosiennicę i posypał głowę popiołem, kulał na obie 

nogi i mówił głosem staruszki... Marii i tak nie oszukasz!

Pomimo takich zapewnień Randar pomknął po swój najostrzejszy nóż i z pomocą 

Olego  przystrzygł  brodę  tuż  przy  twarzy.   Przyjaciel  skrócił  mu  także   włosy,   Randar 

prosił, by wyciął mu jak najwięcej siwych pasm.

 -  Niezwykłe  -  mruknął Ole.  -  Naprawdę dziwne, jak w ciężkich momentach 

życia naznacza człowieka siwizna... tak z dnia na dzień.

 -  Obetnij je! Nie jestem jeszcze taki stary!

 -  Dobrze, dobrze, to po prostu znak, że coś przeżyłeś, próżny chłopcze!

Randar   żartobliwie   zamierzył   się   na   Olego,   podsunął   mu   pięść   pod   nos.   Ole 

mocno   pociągnął   go   za   włosy,   obciął   ostatni   kosmyk   i   zręcznie   związał   grzywę 

przyjaciela na karku.

 -   No, wystarczy! Mężczyznom nie przystoi stroić się jak kobietom!

 -    Nie ma obaw  -  Randar wyszczerzył zęby w uśmiechu, przesuwając dłońmi 

po znoszonych spodniach od munduru i szarej połatanej bluzie.

  -     Rzeczywiście,   nie   wyglądasz   na   córkę   lensmana.   Powinieneś   mieć   białą 

koszulę, skoro wybierasz się w taką podróż, w zaloty do pastorowej.

Randar spoważniał, nie w smak mu były takie żarty. Zesztywniał, złapał Olego za 

ramię i zajrzał mu w oczy.

 -  Nie jadę się zalecać. Jadę po to, co moje, jeśli naprawdę jest tak, jak mówisz. I 

bez względu na wszystko, powinienem złożyć kwiaty na grobie Liv, przynajmniej tyle 

jestem jej winien...

Nie rozmawiali o tym więcej, lecz Ole dbał o to, by dodawać Randarowi otuchy 

za każdym razem, gdy ten zamyślał się i osuwał na ławeczkę.

Za późno już było, by zawrócić.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Noce w szpitaliku były duszne i gorące. Akurat teraz przebywały w nim zaledwie 

dwie osoby, w tym dziecko, nie przyjmujące pożywienia.

Chłopczyk   miał   suchą,   bladą   skórę,   drżał   lekko   pomimo   upału,   sprawiając 

wrażenie, że marznie.

Obok niego na sienniku leżała  młoda dziewczyna,  córka szewca tyrana, który 

każdego lata brał robotę po zagrodach w Lyster. Nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd 

przybywał, pewne jednak było, że wiosną, gdy tylko śnieg spłynie ze zboczy, zjawi się, 

ciągnąc swój wózek.

Dziewczynka towarzyszyła mu od dzieciństwa.

Chudziutka i zabiedzona, przypominała raczej pisklę drozda, które ktoś zabrał z 

gniazda.

Wrażenie to potęgowały jeszcze wielkie, błyszczące oczy i bezkrwiste, niemal 

stale zaciśnięte usta.

Ojciec wyciągnął ją z wózka tuż pod drzwiami plebanii.

 -  Dzieciak jest słaby, pewnie w każdej chwili może umrzeć, przekleństwo... i to 

w środku sezonu, akurat teraz, kiedy najwięcej roboty. Kogo, u diaska, mam zatrudnić za 

posłańca, sam będę tracił czas na chodzenie od drzwi do drzwi, żebranie o okruchy i 

odnoszenie butów? Pani podobno umie sobie radzić z takimi słabeuszami, niech pani jej 

da coś na wzmocnienie. Jak przetrzyma lato, przyniosę pani parę dobrych butów na zimę!

Maria   poczuła,   jak   wzbiera   w   niej   gniew,   mało   brakowało,   a   wymierzyłaby 

policzek okropnemu cuchnącemu mężczyźnie noszącemu przydomek Anton - Piwko. Nie 

raz  i nie  dwa  wtykała  jego córce  coś  do jedzenia,  widziała,  że dziewczynka  zjadała 

wszystko przed odejściem z plebanii. Inaczej pewnie każdy kęs musiałaby oddać ojcu - 

łachudrze...

Serce Marii krwawiło na widok takich zaniedbanych dzieciaków, zdawała sobie 

jednak sprawę, że wszystkim pomóc nie zdoła.

Życie było twarde, i dla dużych, i dla małych. Bóg zapewne miał w tym jakiś 

swój cel, chociaż Maria często w to wątpiła.

Teraz w każdym razie mała Gerda leżała na miękkim łóżku, rumieniec wrócił jej 

background image

na   policzki,   rozkoszowała   się   chłodnymi   okładami,   które   Maria   przykładała   do 

udręczonego ciała.

Do  picia   dziewczynka  dostawała   zimną  zupę  z  warzyw,   a zaognione  rany  na 

podeszwach stóp Maria smarowała kojącą maścią.

Wychudzone ciało przedstawiało sobą żałosny widok, ale młode serce biło w nim 

mocno. Maria zrozumiała, że dziewczynka jest po prostu wycieńczona.

Dzień i noc była ojcu na posługi, Bóg jeden wie, na jakie sposoby...

Dziewczynka cicho zaprotestowała i skuliła się niczym nie narodzony płód, kiedy 

Maria próbowała rozchylić chudziutkie uda, żeby i tam ją umyć.

Zatrzęsła się, dziecko zaznało pewnie gorszych rzeczy niż głód i razy...

Marię   ogarniał   coraz   silniejszy   gniew,   zajmując   się   chorą,   nieustannie   się 

zastanawiała, w jaki sposób by ją rozdzielić z tym okropnym ojcem.

Mogens na pewno znajdzie jakąś radę, pocieszała się.

Mógł przedstawić sprawę dziewczynki na tingu.

Zadawanie się z własnym dzieckiem było przecież przestępstwem. Za tak okrutne 

i sprzeczne z naturą postępki mogła zostać wymierzona surowa kara. Nawet śmierć! Ale 

dzieci biedaków...

Nie były aż tyle warte, zresztą rodzice i tak nie przysporzyliby kasie pisarza i 

Korony   szczególnych   bogactw.   Publiczna   chłosta   czy   też   kastracja   nie   cieszyły   się 

popularnością, bo z tego nie spływało nic do kieszeni wójta czy urzędnika sądowego.

W każdym razie mała na pewno nie wróci do ojca, postanowiła Maria.

Teraz zajęła się chłopczykiem.

Miał ledwie dwa lata, ale leżąc bez sił na sienniku, przypominał raczej półroczne 

dziecko.

W ostatnim czasie nie był zdolny zatrzymać ani jedzenia, ani picia, a piersi matki 

dawno już wyschły.

Maria   dawała   mu   chleb   namoczony   w   kwaśnym   mleku   i   gotowane   kości   do 

ogryzania, ale chłopiec tylko coraz bardziej słabł, a odrobina, jaką był w stanie zjeść, i 

tak wychodziła jednym albo drugim końcem.

Rzadkie,   śluzowate   odchody   i   zielonkawe   cuchnące   wymioty   wciąż   plamiły 

posłanie, przysparzając Marii wiele pracy przy zmianie pościeli i praniu.

background image

Zastosowała już wszystkie swoje wypróbowane sposoby.

Najpierw dostał wywar z czarnych jagód, anyżku, pieprzu i narecznicy samczej. 

Potem dodała jeszcze skuteczniejszego proszku z rzepiku i głowienki pospolitej.

Nic   jednak   najwidoczniej   nie   zdołało   zatrzymać   zbyt   szybkiego   przepływu 

płynów przez maleńkie ciałko.

Maria nie wiedziała już, co może zrobić poza wmuszaniem w chłopca wody z 

miodem co dwie godziny. Tuląc go do siebie, wpuszczała mu do ust po kilka kropel. 

Często spał, lubił mieć wtedy w buzi szmatkę nasączoną słodkim płynem.

Maria zastanawiała się gorączkowo. Może dwulatkowi przydałoby się kobiece 

mleko? Mleka matki zabrakło mu zbyt wcześnie, a najzdrowsze i nasilniejsze dzieci to na 

ogół te, które przez dwa albo trzy lata mogły się cieszyć bodaj kilkoma łykami ciepłego, 

odżywczego matczynego pokarmu.

O   każdej   porze   roku   było   we   wsi   kilka   położnic   i   Maria   miała   nadzieję,   że 

większość zgodzi  się oddać trochę  mleka,  by ratować  chłopca.  Zaraz  wyśle  któreś  z 

dzieci żniwiarzy!

Uradowana możliwością ocalenia chłopca zostawiła Solveig w lecznicy i poszła 

zabrać Sunnivę na kąpiel.

Teraz, w sierpniowe upały, chodziły nad głębię niemal co drugi dzień.

Matka i córka w tak cudowny sposób zbliżały się do siebie, kiedy gawędziły, 

wyciągnięte półnagie w słońcu, pod koronami drzew, tworzącymi naturalną altanę.

 -  Sunnivo! Sunnivo! Chodź, córeczko, pójdziemy na poziomki!

Takie   było   ich   hasło   do   kąpieli,   zawsze   gdy   go   używały,   chichotały   i   z 

rozbawieniem   obserwowały   milczące   zdumienie   ludzi.   Kto   chodzi   w   sierpniu   na 

poziomki?

Tym razem jednak cienki dziewczęcy głosik się nie odezwał, nigdzie nie było 

widać   roztańczonych   warkoczyków   Sunnivy.   Pewnie   poszła   nad   fiord,   popatrzeć   na 

łodzie sunące w stronę Dosen.

Marii niemal dziwne się wydało, że jest sama nad rzeką. Od czasu gdy zdradziła 

swój sekret córce, Sunniva zawsze jej towarzyszyła.  Z coraz większym utęsknieniem 

wyczekiwały chwil spędzanych w tym zielonym, niemal ich prywatnym zakątku.

Nikt nigdy się tu nie pokazał i nie zakłócił im idylli. Głębia leżała w miejscu 

background image

niedostępnym, wielu zapewne przerażało niebezpieczne spuszczanie się w dół po śliskich 

skałach.

Od czasu do czasu pojawiały się tu tylko wiewiórki, zając, a nawet mały jelonek. 

Ptaki miały łatwiejszą drogę, żeglowały przez powietrze wśród bujnych koron drzew i 

szczęśliwe pluskały się na brzegu, ćwierkając i walcząc o owady, które zwabiła i spara-

liżowała woda.

Czy człowiekowi może  być  lepiej, zastanawiała się Maria, wyciągnięta  wśród 

młodych   brzózek,   wystawiając   ręce   i   nogi   na   słońce.   Twarz   zasłoniła   słomkowym 

kapeluszem, na mocno zaczerwienione ramiona narzuciła cieniutką chustę.

Miała na sobie jedynie lekką koszulę, która wciąż wilgotna od wody z rzeki w 

spiekocie   słońca   przyjemnie   chłodziła   ciało.   Gdy   nieoczekiwany   powiew   wiatru 

przeleciał przez jej oazę, ciało pokryło się gęsią skórką.

Rozleniwiona   wtuliła   się   w   porośnięte   miękką   trawą   zbocze,   źdźbła   i   kwiaty 

łaskotały ją pod kolanami i po karku.

Maleńki robaczek rozpoczął wędrówkę wzdłuż jej ręki.

Przyglądała mu się zaciekawiona. Czy kiedykolwiek tak naprawdę widziała te 

małe stworzonka, które codziennie się depcze?

To był jakiś żuczek, gładki pancerz lśnił czerwienią i błękitem.

Nie miała najmniejszej ochoty go uśmiercić.

 -  Ty też masz prawo cieszyć się takim cudownym dniem, prawda?

Palcem wskazującym  delikatnie pogładziła błyszczący pancerzyk  i rozbawiona 

patrzyła, jak żuczek zatrzymuje się przerażony i prędko wycofuje na wewnętrzną stronę 

jej ręki. Spadł na trawę. Myśli Marii w jednej chwili przesłoniła czarna chmura.

Na moment zapomniała, że jest równie bezbronna jak ten żuk. Gdzieś istnieją 

ludzie, których nie znała, ludzie posiadający wielką władzę, zdolni zniszczyć jej życie 

tak, jakby była słabym owadem.

Raz już jej się udało, Bóg jeden wie, czym przekupił bądź przekonał ich Mogens. 

W każdym razie już w kilka tygodni po jego powrocie ze spotkania w biskupstwie ze 

ścian salonu zniknęły wszystkie obrazy.

A najlepsze srebrne sztućce sama spakowała i wysłała przez kuriera.

O pieniądzach, jakie Mogens zdołał odłożyć przez wiele lat, nic nie wiedziała, 

background image

może i one trafiły do kieszeni chciwców. Wszystko po to, by uratować ją od oskarżenia o 

uprawianie czarów.

Od tamtej pory nigdy nie rozmawiała z wikarym.

Trzymał się od niej z daleka, uciekał jak od zarazy, odwracał głowę, gdy spotykali 

się na drodze lub przy jakiejś uroczystej okazji.

Mieszkańcy wioski tylko się z tego śmiali, uważali na szczęście, że to on jest 

winien panującej między nimi wrogości.

Niektórzy twierdzili,  że Bożemu słudze i żonie pastora nie przystoi  żywić  do 

siebie nawzajem takiej urazy. Maria się z nimi zgadzała, lecz nie potrafiła się przemóc, 

by wyciągnąć rękę do tego przebiegłego, przypominającego lisa człowieka.

Maria zamknęła oczy, nie chciała nic widzieć. Nie zauważyła ciężkich chmur, 

gromadzących  się także na niebie tuż nad nią. Ciało na powrót się rozgrzało, słońce 

wpaliło   swój   żar   w   skórę.   Maria   nie   zareagowała   nawet,   gdy   powietrze   wokół   niej 

stanęło, zgęstniało. Dopiero pierwszy niespodziewany grzmot obudził ją, przerażoną.

Poderwała się, z lękiem spojrzała na pociemniałe niebo i już dwie ciężkie krople 

spadły jej na twarz.

Prędko zebrała ubranie i pognała przez trawę ku wznoszącej się nad nią skale.

Ale   deszcz   już   siekł,   w   jednej   chwili   wszystko   zrobiło   się   mokre,   mech 

porastający kamienie stał się oślizgły.

Skupiła się na tym, by dotrzeć do pierwszego niewielkiego występu, ale nie miała 

żadnego   oparcia   dla   dłoni   i   stóp,   ani   szczeliny,   ani   kamyka,   którego   mogłyby   się 

uchwycić.

Tylko gładka skała.

Zawsze gdy się po niej wspinały, była sucha, nagrzana słońcem, ona i Sunniva 

opanowały tę sztukę po mistrzowsku. Bawiło je to, cieszyło. Gruby, niemal kłujący mech 

porastający skały stanowił dobre oparcie, gdy wysuszyło go słońce i wiatr.

Teraz   napuchł,   zrobił   się   śliski   i   zdradliwy.   Maria   zrozumiała,   że   nie   zdoła 

wdrapać się na górę o własnych siłach. Przycisnęła się do skały, próbując schronić się 

przed deszczem.

Rosło tu kilka wysokich drzew, ale od nich świadomie trzymała się z daleka.

Słyszała, że piorun może zabić człowieka, próbującego ukryć się pod drzewem.

background image

Wkrótce nadciągnął chłód, kucnęła, przyciskając plecy do mokrego, lecz wciąż 

ciepłego od słońca kamienia. Prędko włożyła ubranie, lecz natychmiast przemoczyły je 

ciężkie krople deszczu.

Teraz nadciągnął także wiatr, szarpał korony rosnących wyżej drzew, zwiastując 

nadchodzącą wichurę.

 -  Dobry Boże, spraw, aby burza szybko minęła  -  modliła się Maria, z lękiem 

patrząc na rzekę, w której woda już zaczynała przybierać.

Zdawała sobie sprawę, że znalazła się w pułapce niczym szczur w zalanej wodą 

piwnicy.

Ole   i   Randar   zauważyli   burzowe   chmury   gromadzące   się   w   oddali.   Z   ulgą 

stwierdzili, że wkrótce przybiją do brzegu.

Dopłynęli na miejsce.

Ole skierował łódź ku starej przystani poniżej Flahammar. Uznał, że lepiej będzie, 

gdy nie od razu zobaczą ich z plebanii.

  -     Pójdę pomówić z Marią, powiem, że przywiozłem rannego. Nie odmówi. 

Gdybym natomiast rzekł, że to twoje złamane serce ma wyleczyć, nie jestem pewien, czy 

by się zgodziła...

Randar poczuł ukłucie w piersi, nie podobało mu się, że Ole ubiera w słowa jego 

własny lęk.

 -   No, to zostanę tutaj.

 -  Tak będzie najlepiej. I trzymaj się z dala od ludzi, jakby ktoś się zjawił. Wielu 

wyprawia się stąd na fiord przy większych okazjach. Wiem zresztą, że znają tu twoją 

twarz.

Kat tylko prychnął.

Ale   usiadł   posłusznie   w   łodzi   i   zaczął   dłubać   w   przyniesionym   przez   wodę 

kawałku drewna.

Dłonie mu drżały.

Brak palców rzucał się w oczy bardziej niż kiedykolwiek.

Ole   ruszył   na   plebanię   z   nadzieją,   że   zastanie   Marię   samą   w   domu.   Sprawa 

znacznie by się skomplikowała, gdyby nalegała na zabranie ze sobą służącej albo nawet 

Mogensa...

background image

.  Nagła błyskawica rozdarła powietrze nad wzgórzem.

Złowieszczy   grzmot   huknął   daleko,   przetoczył   się   wśród   wysokich   szczytów, 

zwielokrotniony echem.

Do głowy mu nawet nie przyszło, że nie zastanie Marii w domu!

A już na pewno nie spodziewał się takiego zamieszania na probostwie.

Wszyscy biegali gorączkowo, szukając pastorowej.

Nikt nie wiedział, gdzie może być.

A w dodatku zaraz będzie burza!

Wiadomo,   jak   niebezpiecznie   jest   znaleźć   się   poza   domem,   kiedy   stary   Tor

∗ 

wywija młotem!

Nawet myszy pochowały się w norkach, ptaki, tuląc głowy pod skrzydła, ukryły 

się   wśród   najniższych   gałęzi.   Nawet   mewy   ucichły,   zbite   w   stadka   chroniły   się   w 

zacisznych zatokach, od czasu do czasu tylko pokrzykując nerwowo.

A Maria? Gdzie Maria?

Dziewczynka w szpitaliku z płaczem wzywała miłą panią, trzęsła się ze strachu 

przed błyskawicami i Bóg wie, czym jeszcze, i do ochrypnięcia wołała Marię.

Solveig   została   przy   dzieciach,   wzięła   chłopczyka   na   kolana,   dziewczynkę 

gładziła po włosach.

Żeby   oboje   pocieszyć   i   uspokoić   własne   galopujące   serce,   zaczęła   śpiewać. 

Wkrótce   przybiegła   także   rozczochrana,   wystraszona   Sunniva   i   przytuliła   się   do 

znajomej,   kojarzącej   się   z   bezpieczeństwem   Solveig.   Tak   siedzieli,   gdy   w   drzwiach 

pojawiła się wielka postać Olego.

Sunniva   poderwała   się,   zawsze   instynktownie   obdarzała   zaufaniem   tego 

olbrzymiego, misiowatego mężczyznę, którego mama tak lubiła.

 -  Ole! Znalazłeś mamę?

 -  Nie, kochanie, nikt nie wie, gdzie ona może być. Ale niedługo wróci. Poszła 

pewnie na przechadzkę i kiedy burza się zaczęła, schroniła się w którejś z zagród.

 -   Nie... nie... mama nigdy nie chodzi się przejść... tylko kiedy chcemy... tylko 

kiedy...

Dziewczynka urwała, nie wiedziała, co robić. Mama zabroniła jej wszak mówić o 

tajemnicy! Czy mogła zdradzić ich sekretne kąpielisko?

background image

Nie, lepiej milczeć, na pewno mama tam nie poszła. Ole ma rację, pocieszała się 

Sunniva, mama zatrzymała się w którejś z zagród po drodze. Zauważyła nadciągającą 

burzę i schroniła się pod czyjś dach.

Ole   spostrzegł   umykające   spojrzenie   dziewczynki,   buzia   zdradzała   rozterkę. 

Sunniva oblizała różowe usta, przygryzła dolną wargę, odwróciła głowę.

Chyba coś ukrywa.

 -   Sunnivo, może ty wiesz, dokąd mama zwykle chodzi?

Córka Marii nie potrafiła skłamać w odpowiedzi na tak bezpośrednie pytanie.

Wtuliła   się   w   ramiona   Olego   i   szeptem   wyznała   tajemnicę.   Powiedziała   o 

kąpielisku, o stromych zboczach, po których razem z mamą tak zręcznie się wspinały. O 

zakolu, które wytworzyła rzeka dzięki tamie, i ptakach, które zawsze się tam pluskały.

 -    Boże  -  szepnął Ole, ale poprzestał na tym, nie wyraził słowami myśli, od 

której serce niemal przestało mu bić.

Głębia! Miejsce, o którym mówi dziewczynka, to z pewnością Jar Durdei!

Przed blisko stu laty spotykali się tam mężczyzna i kobieta, ona  -  mężatka, on  - 

żonaty. Wybrali sobie akurat tę kryjówkę na potajemne miłosne schadzki. W pewien letni 

dzień zaskoczyła ich burza, tak samo gwałtowna jak ta, szalejąca dzisiaj nad wioskami.

Woda się podniosła.

Skały zrobiły się tak śliskie, że nie mogli wspiąć się pod górę.

Ludzie drżeli, wyobrażając sobie powolną śmierć pary kochanków.

Znaleziono   ich   spoczywających   w   swoich   objęciach.   Oboje   utonęli.   Zwłoki 

zatrzymały się na krzewach i drzewach zagradzających rzekę tam, gdzie kończyła się 

głębia. Durdei i Einar. Niewiele osób pamięta jeszcze tę historię.

Ole   jednak   zbierał   wszystkie   opowieści   w   swojej   głowie,   znał   legendy   i 

tajemnice, których nie miał komu przekazać.

Być może do czegoś się przydadzą.

Może uda mu się uratować życie Marii, jeśli naprawdę jest tak, jak mówi dziecko.

Ale trzeba się spieszyć.

Ole pocałował Sunnivę, pochwalił ją za wyznanie prawdy o sekretnym kąpielisku 

matki i poprosił, by nikomu o tym nie mówiła, dopóki nie wrócą z mamą.

Dziewczynka   uśmiechnęła   się   uspokojona,   najwidoczniej   żadne 

background image

niebezpieczeństwo już nie zagraża. Ole odnajdzie mamę, i ona nie będzie już musiała 

chodzić   sama   w   tej   okropnej   ciemności,   którą   burza   sprowadziła   na   wieś   w   samym 

środku jasnego letniego dnia.

background image

ROZDZIAŁ XV

Woda sięgała Marii już do pół łydki. Nieprawdopodobne, że to ta sama rzeka, w 

której toni tak chętnie się zanurzała!

Teraz płynęła dziko, brudna i nieprzejrzysta, nurt stawał się coraz bardziej rwący, 

niósł drzewa, krzaki, kamienie i muł.

Nieduża polanka nad głębią dawno już została zalana. Ściana wody nadciągnęła 

nagle,   niczym   wodospad.   Prawdopodobnie   gdzieś   wyżej   w   dolinie   deszcz   zerwał 

naturalne tamy. Z nieba rozdzieranego błyskawicami lały się strugi.

Grzmoty   łączyły   się   w   jeden   przeciągły   huk,   echo   jednego   nie   przebrzmiało 

jeszcze do końca, a już rozlegał się następny.

Maria czuła, jak chwytają ją lodowate szpony panicznego lęku.

Nie wolno się teraz poddawać!

Zachować zimną krew!

Nie pozwolić wodzie wciągnąć się w piekielną kipiel!

Ręce, uchwyćcie się tego nieszczęsnego krzewu, który w niezrozumiały sposób 

zdołał się zakorzenić w szczelinie skały!

Kostki   jej   pobielały,   gdy   całą   siłą   uczepiła   się   gałązek,   twarzą   zwrócona   do 

zimnej   skały.   Za   jej   plecami   szum   rzeki   przeszedł   w   ogłuszający   huk.   Nic   już   nie 

przypominało sielankowego kąpieliska. Nawet przyjazne dotąd drzewa stały się groźne, 

wicher i deszcz smagały je, przyginając do ziemi. Od czasu do czasu rozlegał się trzask 

łamanej  gałęzi, drzewa rosnące najniżej po prostu nie wytrzymywały,  pozwalając się 

unieść prądowi wezbranej rzeki.

Woda sięgała już do kolan, stopy Maria miała zdrętwiałe, bez czucia. Całe ciało 

trzęsło się z zimna.

Jak   długo   wystarczy   mi   sił,   zastanawiała   się   ogarnięta   dziwnym,   pełnym 

rezygnacji spokojem.

Dwaj mężczyźni i dziewczynka wędrowali pustą, coraz bardziej rozmytą drogą. 

Aż tutaj dochodził szum płynącej w dole rzeki.

Dwie   godziny   zajęło   im   dotarcie   do   tego   miejsca,   wicher   szarpał   ciężkie   od 

deszczu ubrania.

background image

Ole dźwigał dwa zwoje lin z konopi.

Mężczyźni modlili się rozpaczliwie, by nie musieli ich użyć.

Za   każdym   jednak   zakrętem,   który   mijali,   nie   spotykając   nikogo   po   drodze, 

nabierali coraz większej pewności.

Burza musiała zaskoczyć Marię nad rzeką.

Sunniva czuła wielkie krople spływające po buzi, łzy mieszające się z deszczem 

ciekły na przemian to zimnym, to gorącym strumieniem.

 -  Mamo!

Wołała tak za każdym rozlegającym się grzmotem.

Pioruny waliły coraz dalej, lecz strach dziecka się wzmagał.

Wkrótce stłumiony huk rozbrzmiewał już nad szczytami gór, coraz więcej czasu 

upływało od błyskawicy do grzmotu.

Ale deszcz nie ustawał.

Niebo, szaroczarne i ciężkie, postanowiło najwidoczniej zesłać na nędzne ludzkie 

robaki kolejny potop.

 -  Czy to już niedaleko?  -  dopytywał się Ole, próbując ukryć własny strach.

 -   Tak, za tamtymi drzewami skręcamy w lewo, w las  -  odparła Sunniva.

Była już wyraźnie zmęczona, a mimo to zaczęła podbiegać ku miejscu, w którym 

razem z matką spuszczały się w dół.

Przedzierali się przez gęste leśne podszycie, nikt by nie przypuszczał, że jacyś 

ludzie kiedykolwiek tędy chodzili.

Wśród drzew panował mrok jak o późnym zmierzchu.

Wkrótce stanęli na szczycie skalnej ściany, stromo opadającej do rzeki.

Drzewa zasłaniały brzegi, nie widać było szalejących mas wody.

 -  Tędy schodzimy, tu jest bardzo stromo...

 -   Szalone kobiety... skała jest jak oszlifowana.

Ole mruknął to, kręcąc głową, ale pojął, że stromiznę przy ładnej, suchej pogodzie 

nie tak trudno sforsować na bosaka.

Teraz zmieniła się w gładką zjeżdżalnię z miękkiego, śliskiego mchu i porostów.

 -   Ty zejdziesz na dół.

Randar nawet nie pomyślał o innym rozwiązaniu. Solidnie obwiązał się liną pod 

background image

pachami, Ole zapobiegliwie umocował jej drugi koniec do drzewa.

Rozpoczęło się schodzenie w dół.

Pod Randarem kolana się uginały z zimna, napięcia i zwyczajnego strachu.

Co zastanie tam na dole?

Czy rzeka go uprzedzi?

Czy będzie tam żywa Maria, czy też znajdzie poszarpane ciało w dole strumienia?

Poczuł   ogarniającą   go   panikę,   lecz   starał   się   całą   uwagę   skupić   na   stawianiu 

kolejnych kroków.

Nagle obsunęła mu się noga.

Poleciał w tył, lecz zdołał wrócić do poprzedniej pozycji i nie roztrzaskać głowy o 

kamień.

Ostatni   odcinek   poszedł   mu   lepiej,   wkrótce   znajdzie   się   na   półce,   od   której 

wyrasta   pionowa   ściana.   Zrozpaczony   zawołał   Marię   po   imieniu,   głos   zabrzmiał 

przenikliwie,   zagłuszył   szum   rzeki.   Zostało   mu   najwyżej   dziesięć   metrów.   Z   pozoru 

nieznaczna odległość dzieliła go od Marii, lecz chyba jeszcze nigdy ukochana nie była 

tak daleko.

Krzyknął do Olego, by ten poluzował linę.

 -   Musisz mnie spuścić na dół, tu jest tak gładko jak na ścianie stodoły!

 -  Widzisz ją?

 -   Nie, widzę tylko rzekę, wpływa aż pod skałę. Miejmy nadzieję, że tam jest 

jakaś półka, dodał w duchu.

Ramiona zesztywniały w martwym uścisku.

Dłonie były odarte ze skóry w miejscach, gdzie gałązki z nędznego krzaka wbiły 

się w ciało.

Stóp już nie czuła, wiedziała jednak, że tkwią na skale skrytej pod wodą.

W czas się rozebrała, inaczej szalejąca woda pociągnęłaby ubranie i oderwała ją 

od skalnej ściany.

Smukłe ciało przyciskało się do góry, znalazło najlepszą pozycję dającą odpór 

żywiołowi.

Obok niej przelewały się masy wody, wtłaczając ją właściwie w kamień i dodając 

wiary, że może, może wytrzyma jeszcze trochę.

background image

Burza minęła.

Woda chyba przestała się podnosić.

Nie miała sił, by wołać, wiedziała, że i tak nikt by jej nie usłyszał.

Jedynie Sunniva mogła wiedzieć, dokąd poszła.

A nie ma żadnej pewności, że ktokolwiek by uwierzył  w opowieść dziecka o 

zamiłowaniu pastorowej do kąpieli.

Gdyby chociaż Mogens był w domu!

Ale  on miał   w  tym  tygodniu  jakieś   sprawy  w  Fortun,  zawita  na  plebanii   nie 

wcześniej niż za cztery dni.

Marii pozostaje więc tylko nadzieja na cud.

Najświętsza Panienka już wcześniej jej pomagała.

Musi się trzymać, mocno, nie pozwalając, by strach zamącił jej rozum.

Dopóki żyje, jest jakaś nadzieja.

Ale powoli chłód zaczynał zwyciężać.

Od   wielu   godzin   już   stała   przyciśnięta   do   skały.   Przestała   się   trząść,   prawdę 

mówiąc ciało ogarnęło przyjemne ciepło.

Wiedziała, że podobnie czują ludzie, których dopadła śnieżna burza, w ostatnich 

chwilach przed śmiercią. Ale niemożliwe chyba  zamarznąć w taki sierpniowy dzień? 

Bezsilna musiała przyznać, że walka wkrótce dobiegnie końca.

Mocniejszy prąd wody...

Drzewo porwane przez nurt, które ją uderzy...

Żyła na kredyt.

W uszach jej szumiało, oczy przestały widzieć.

Z nicości wyłoniła się nagle matka, uśmiechnięta twarz przyzywała ją.

Tak, znów była maleńka!

Mama to poczucie bezpieczeństwa, zawsze pocieszy i pomoże.

Maria   miała   ochotę   wyciągnąć   do   niej   ręce,   ale   palce   jakby   przymarzły   do 

krzewu.

Teraz z nieba spłynął także anioł.

Ale nie biały, wcale nie lekki i przejrzysty...

Marii pomieszały się myśli, nie wiedziała już, gdzie jest.

background image

Sądząc, że wszystko już stracone, z krzykiem poddała się ciągnącemu ją ku sobie 

aniołowi.

 -   Boże mój, Boże, czy to możliwe?

Randar poczuł, jak ziemia i niebo zawirowały wokół niego, wiszącego na linie, 

gdy dostrzegł postać w odległości zaledwie kilku metrów niżej, z boku.

 -   Mario, odpowiedz mi, żyjesz? Mario! MARIOOO!

Cisza.

Zdrętwiała kobieta stała przyciśnięta do skały.

Wokół niej woda płynęła wartko, nad powierzchnię wystawał tylko nagi kark i 

ramiona. Głowa zwieszała się w przód, najprawdopodobniej wtulona w krzew, którego 

Maria tak rozpaczliwie się uchwyciła.

Ale dlaczego nie reagowała na wołanie?

Nie mogła zemdleć, bo wtedy woda by ją zabrała.

Prąd przestał wprawdzie już być taki rwący, ale jednak...

Krzyknął   do   Olego,   prosząc,   by   popuścił   linę,   umożliwiając   mu   dotarcie   do 

znieruchomiałego białego ciała.

Włosy Marii zwisały w strąkach, pełne brudów przyniesionych przez rzekę.

Randara śmiertelnie wystraszył brak reakcji z jej strony. Czyżby już nie żyła?

Nie kończące się sekundy, nieznośna udręka. Ale już niedługo będzie przy niej.

On także był przemoczony i zmarznięty, lecz mimo to przeżył prawdziwy szok, 

gdy zniżył się o ostatnie pół metra i rzeka obmyła mu ciało.

Dosięgnął do ręki kobiety.

Stała jak przymurowana.

Ale oddychała.

Postawił stopy na tej samej półce, która ją ocaliła, i mocno złapał ją w pasie. 

Prędko przeciągnął linę pod gołymi ramionami. Maria nagle puściła krzak i poleciała w 

jego stronę.

Zlękniony przyłożył rękę do jej szyi i stwierdził z ulgą, że w skostniałym ciele tli 

się jeszcze życie.

Zapatrzył się w znajomą twarz, spostrzegł, że i na niej upływające lata wyryły 

swoje ślady, i nagle nie mógł zapanować nad jakże niestosowną namiętnością.

background image

Pocałował ją prędko, sekundy wydawały się latami, ale zaraz zawołał do Olego:

 -  Ciągnij, stary draniu, mam ją już na linie. Ja też się przyłączę, dasz radę?

 -   O, tak, nawet jeśliby to miał być ostatni wysiłek, do jakiego są zdolne stare 

muskuły!

Lina   się   napięła   i   zaczęła   przesuwać   w   górę   drobnymi   odcinkami.   Randar 

umieścił   stopy   na   skale   i   jedną   ręką   przytrzymując   sznur,   własnym   ciałem   osłaniał 

zemdloną   kobietę   przed   zetknięciem   z   kamieniem.   Dawał   z   siebie   wszystko   i   sam 

próbował   się   podciągać,   chcąc   odciążyć   Olego,   który   zapewne   wytężał   siły   do 

ostatecznych granic.

Burza minęła.

Na niebie nagle znów się pojawiły błękitne łatki.

Upłynęła cała wieczność, zanim znaleźli się na górze u Olego i Sunnivy.

Randar ściągnął z grzbietu przemoczoną koszulę, otulił nią Marię, której ciało 

zakrywało jedynie cieniutkie giezło.

Ole nie wiedział, czy ma się odwrócić, czy raczej pomóc w intensywnym masażu, 

który natychmiast rozpoczął Randar.

 -   Mama... mama... czy ona nie żyje?

Sunniva pobladła ze strachu, sama bliska utraty przytomności.

 -  Żyje. Wyjdzie z tego.

Ole, jak umiał, starał się uspokoić dziecko. Usiadł przed dziewczynką i z powagą 

popatrzył jej w oczy.

 -   Sunnivo, powiem ci teraz coś bardzo ważnego. Może ci się to wydać dziwne, 

ale słuchaj uważnie i zrób, o co cię poproszę.

Mała skinęła głową. Uczyni wszystko dla tego dobrego człowieka, który uratował 

mamę.

 -   Nie wolno ci nikomu mówić o kąpielisku. Powiemy, że znaleźliśmy mamę w 

rowie, że trafił ją piorun. Nie możemy też opowiadać o tym człowieku, który przypłynął 

ze mną łodzią i pomógł nam uratować mamę. On...   -   Ole przepraszająco zerknął na 

Randara.  -  To zbiegły przestępca, ale nie wierzę, by popełnił czyn, o który go oskarżają, 

i chcę pomóc mu w ucieczce.

 -  To bardzo ciekawe i straszne! Ale on nie jest groźny, bo był taki dobry i zszedł 

background image

na dół po mamę!

 -  Mamie też nic o nim nie mów, malutka! Jeszcze się zlęknie... Powiedz, że to ja 

ją uratowałem.

Wydawało się, że Sunniva przyjęła takie wyjaśnienie.

Był już najwyższy czas wracać do domu, rozgrzać wycieńczoną kobietę.

Serce Marii biło mocno, oddychała równo, ale wciąż jeszcze nie otworzyła oczu.

 -   Ty zostań tutaj, przyślę ją do ciebie, jak tylko ozdrowieje.

Randar stał z rękami zwieszonymi po bokach, patrzył, jak Ole przerzuca sobie 

Marię przez ramię i odchodzi w stronę wioski razem z Sunnivą. Czekanie. Znów został 

sam, dręczony nieznośnym wyczekiwaniem.

Słońce wyszło zza chmur, zaczęło grzać.

Ale i to w niczym nie pomogło.

Napięcie ostatnich godzin wciąż zalegało mu w żołądku kamieniem, umysł nie 

chciał   przyjąć   prawdy   o   spotkaniu,   strachu,   ulgi,   pożądania   i   ponownego   rozstania, 

wszystkich tych kłębiących się wrażeń i uczuć.

Skulił się w lesie przy drodze, znalazł w miarę suche miejsce pod olbrzymim 

świerkiem i zasnął.

Obudził się dopiero, gdy sierpniowa noc chłodnym zmierzchem zapowiedziała 

swe nadejście.

Przekradł   się   wtedy   do   wioski   po   miskę   z   jedzeniem,   którą   Ole,   zgodnie   z 

obietnicą, wystawił mu na wielkim głazie powyżej plebanii.

Ujrzał światło w oknach.

Wielki budynek, gdzie, jak opowiadał mu Ole, Maria przyjmowała chorych.

Zadbany sad, nigdy nie widział tak uginających się pod owocami drzew.

Przeniósł wzrok z kamiennych ścian wielkiego, jasnego kościoła na dziedziniec 

probostwa i piękne zagrody położone wyżej we wsi, domostwa przyjaciół Marii.

Czy kiedykolwiek zdoła ją namówić, by porzuciła to wszystko?

background image

ROZDZIAŁ XVI

Trudno uwierzyć,  że zaledwie przed trzema dniami rozciągało się tutaj piekło 

wody i śmierci, rozmyślała Maria.

Znów   stała   na   szczycie   skały   nad   kąpieliskiem   i   mrużąc   oczy   patrzyła,   na 

spokojną teraz, lśniącą rzekę.

Wśród drzew i zarośli dostrzegała masy wody leniwie wędrujące ku morzu.

Niebo znów było błękitne.

Maria prędko doszła do siebie po strasznych przeżyciach, ale nocą woda wracała, 

grożąc, że ją udusi.

Mogens nie mógł jej pocieszyć, wciąż nie było go w domu.

Spała sama w szerokim łóżku, budził ją własny krzyk. Często leżąc w skłębionej 

pościeli odpychała straszny żywioł, który chciał ją porwać i pochłonąć.

Ole   zaglądał   do   niej   przynajmniej   raz   dziennie.   Wyraźnie   obawiał   się   o   jej 

zdrowie, Marię niemal zaskoczyła jego troska.

 -  Wiesz, musisz tam wrócić.

  -       Wrócić   nad   rzekę?   Nie,   chyba   na   pewien   czas   mam   dość   kąpieli...     - 

uśmiechnęła się Maria.

  -     Musisz! Musisz znów zobaczyć to miejsce przy dobrej pogodzie, zejść ze 

skały jak przedtem, pozbyć się strachu, jaki cię ogarnął. To jedyny sposób.

 -   Myślisz... no, może... ale nie dzisiaj. Jestem taka zmęczona, taka słaba, no i 

muszę pójść do lecznicy, zająć się chorymi.

Ole nie wspomniał, że w szpitaliku pojawili się jeszcze dwaj pacjenci, z czułością 

tylko pchnął Marię z powrotem na ławę w izbie.

Siedziała podparta poduszkami niczym królowa i ostrożnie sięgała do czterech 

talerzy ze smakołykami, które panny służące wystawiły, żeby ją wzmocnić.

Suszone owoce. Ciastka na miodzie. Kulki ze szpiku obtaczane w opiekanym 

ziarnie. I kilka kawałków słodkiego brązowego sera z krowiego mleka.

  -      Może...  może   pójdziesz  ze  mną,  Ole?  Ja  się  trochę  boję...  że  znów  tam 

uwięznę.

  -   Nic ci nie grozi. To deszcz uniemożliwia wejście na górę. Dzisiaj skały już 

background image

wyschły, zobacz, słońce świeci tak mocno jak nigdy przedtem. I wszyscy wiedzą, że taka 

burza zdarza się nie częściej niż raz na dwa lata.

 -  A jednak się boję. Ale oczywiście, jeśli nie pokonam własnego tchórzostwa, to 

mogę się pożegnać z kąpielami z Sunnivą. Będzie jej przykro...

 -  Z całą pewnością. Musisz tam wrócić, gdy tylko będziesz miała siłę. Myślę, że 

nie pożałujesz  -  dodał Ole z naciskiem.  -  Daj mi tylko znać, kiedy się wybierasz, a 

przyjdę po ciebie przed wieczorem, gdyby coś się miało stać.

  -     Dziękuję,   przyjacielu,   ale   to   nie   będzie   konieczne.   Wiem   przecież,   że 

wspinaczka   nie   jest   wcale   trudna,   kiedy   skała   jest   sucha.   I   muszę   przyznać,   że 

chciałabym   zobaczyć,   jak   wygląda   zakole   rzeki   po   zalaniu.   Tak   bardzo   lubiłam   to 

miejsce.

Przymknęła oczy. Ole na pożegnanie delikatnie pogładził ją po policzku.

Na pewno pójdzie nad rzekę już jutro.

Ole chętnie oddałby własne życie, byle ci dwoje porozmawiali ze sobą i znów się 

zeszli.

Zajrzał do kuchni, gdzie domowe dziewczyny przygotowywały podwieczorek.

Znalazły się w nim jarzyny i mięso, kwaśne mleko do picia. Wystawiono także 

trochę masła i chleba. Jedzenie na plebanii było dobre, żniwiarze bili się wprost o pracę u 

pastora. Płacono tak samo marnie jak na innych dworach, widać wielebny Mogens nie za 

wiele miał szylingów. Za to jedzeniem, które otrzymywał za swe duszpasterskie posługi, 

chętnie dzielił się z innymi.

W   większości   zagród   karmiono   żniwiarzy   owsianką   na   wodzie   i   solonymi 

śledziami albo nędzną chudą polewką z ryb.

Ole poczęstował się smakołykami, zdążył już dobrze zaprzyjaźnić się z kuchnią. 

Dziewczyny chichotały, słuchając jego komplementów, rubasznych niekiedy dowcipów i 

wielu zabawnych historii, jakie usłyszał w swym długim życiu.

Był człowiekiem, który potrafił dogadać się z każdym, kto gotów był przyjąć go z 

otwartym sercem.

I nie dbał o tych, którzy nie chcieli go widzieć w swoich progach.

Maria szła wolno, gdy pod wieczór następnego dnia wymknęła się nad rzekę. 

Wyjątkowo   cieszyła   się,   że   czeka   ją   długa   droga.   Potrzebowała   czasu,   by   się 

background image

przygotować.

Wcale niełatwo było zapomnieć o strasznych godzinach spędzonych przy skalnej 

ścianie.  Plecy wciąż ją bolały w miejscach,  w które uderzała  woda i drobne gałązki 

smagające skórę.

Dłonie   także   miała   obolałe,   chociaż   maść   jej   własnego   przepisu   z   fenkułu, 

pietruszki, krwawnika, rojnika murowego i wzmacniającego żywokostu sprawiła, że rany 

już się zamknęły. Nowa skóra pokryła miejsca po paskudnych pęcherzach.

Ale jakie znaczenie miały rany, skoro i tak te ręce ją ocaliły?

Nie bardzo potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób właściwie została uratowana. 

Ole   twierdził,   że   dokonał   bohaterskiego   czynu   wyłącznie   z   pomocą   Sunnivy.   Ale 

przecież potrzeba nadludzkiego wysiłku, żeby spuścić się w dół do rzeki, a potem wycią-

gnąć jeszcze ze sobą bezwładne ciało.

Trzeba będzie spytać go jeszcze raz, chyba że już wyjedzie z wioski. Ole nie 

zawsze przejmował się zasadami grzeczności, ruszał w drogę bez słowa, nie uprzedzając 

przyjaciół i znajomych.

Nieobliczalny jak morski wiatr.

Lecz można mu zaufać jak latarni morskiej podczas sztormu.

Maria szła teraz szybciej, słońce już zachodziło. Miała nadzieję, że gdy dojdzie do 

zakola rzeki, ostatnie jego promienie przeświecać będą między drzewami. Lubiła się też 

kąpać w półmroku, często przychodziła tu nocą, szukać spokoju, oczyścić ciało i duszę.

W   wieczornej   godzinie   rzeka   przybierała   niebieskawy   odcień,   drzewa   jakby 

schylały się nad wodą, tuliły do siebie, budując wokół niej ścianę. Lubiła to, czuła się 

osłonięta.

Ale   trochę   to   było   też   straszne,   tajemnicze,   zwłaszcza   gdy   księżyc   świecił 

dostatecznie mocno, by odbijać się w wodzie. Nic dziwnego, że dorośli ludzie z całą 

powagą twierdzili, że widzieli wodnika!

Powietrze wciąż było ciepłe, choć ustąpił już upał południa. Schodzenie poszło jej 

lepiej, niż się spodziewała. Posuwała się ostrożnie, krok za krokiem, a ostatni odcinek 

stromizny pokonała na czworakach.

Spuszczanie się w dół pionowej ściany odbywało się samo z siebie, doświadczone 

dłonie i stopy wiedziały, gdzie da się znaleźć punkt oparcia.

background image

Od suchej skały biło dawne znajome ciepło.

Była już na dole.

Mój Boże, to ona!

Jak cudownie tutaj! Ale coś się zmieniło. Po obu stronach wody leżały połamane 

gałązki,  piasek w maleńkiej  zatoczce  ułożył  się w nowy wzór. Miejscami  pokrył  go 

zielonkawy szlam, naniesiony przez rzekę. Ale lśniąca woda płynęła leniwie, może tylko 

na środku prąd był nieco silniejszy. Maria wyciągnęła ręce do góry, z rozkoszą poczuła 

naprężające się mięśnie.

Piękniejsza, piękniejsza niż kiedykolwiek! Stoi przede mną pogańska bogini, to 

Freyja

 we własnej osobie!

Przy końcu głębi, tam gdzie wcześniej była tama ze zwalonych drzew, szlamu i 

kamieni, nurt przebił nową drogę, dlatego woda w zatoce opadła blisko o pół metra. 

Maria ucieszyła się z tego, prawdopodobnie dosięgnie dna nawet na środku głębi.

Czy będzie miała odwagę?

Ona... ona się rozbiera... Muszę do niej zawołać, powiedzieć, że czekam. Boże, jak 

to ją przestraszy! Jakie uczucia ujrzę w tych pięknych oczach? Czy pozna mnie od razu, 

czy   od   pierwszej   chwili   rozbłysną   na   mój   widok?   Czy   też   będzie   mnie   nienawidzić, 

krzyczeć jak w tamten ostatni, zły dzień?

Och, ależ się spociła! Cieniutka koszula lepi się do pleców, a spódnica wydaje się 

taka   ciężka,   jakby   to   była   gruba,   zimowa.   Gdyby   tylko   mogła...   Nie,   bo   jeśli   ktoś 

przyjdzie? Ale cudownie by było tak w pełni się oczyścić, oddać się wodzie, poczuć, że 

nie jest już wrogiem.

Tak,   zdejmie   całe   ubranie,   wejdzie   w   nią   naga,   odkryta,   tak   żeby   rzeka 

zrozumiała, że już się nie boi.

Nie, nie mogę tu dłużej stać jak złodziej. Ale członki mnie nie słuchają, stopy 

wrosły   w   ziemię   za   wielkim   drzewem,   odmówiły   posłuszeństwa.   Mówcie,   usta! 

Wypowiedzcie jej imię!

Maria brodziła po świeżej wodzie, cieplejszej niż kiedykolwiek, bo ze strugami z 

topniejącego lodowca zmieszał się ulewny deszcz.

Wspaniale! W ciele musowało, woda pieściła każdy skrawek nagiej skóry.

Położyła się na wodzie, objęła ją, oddała się przyjemności, gdy rzeka delikatnie 

background image

spłukiwała pot i troski.

Moje ciało ją woła. Dziwne, że ona tego nie słyszy. Krew płonie, lecz przede 

wszystkim mam ochotę płakać. Dlaczego, na miłość boską? Przecież już tu jestem, ona 

pływa   w   odległości   zaledwie   kilku   kroków   ode   mnie.   Mogę   iść   do   niej,   dotknąć  

wilgotnych warg, prosić, by pozwoliła mi okazać swoją miłość. Dlaczego więc stoję jak  

słup soli?

Gdyby Maria się odwróciła i zatrzymała spojrzenie w miejscu, gdzie ukrywał się 

Randar, na pewno by go zobaczyła.  Ona jednak nie widziała otaczającego ją świata, 

pochłonięta rozkoszą, jaką dawała jej kąpiel. Czuła, jak obolałe mięśnie rozluźniają się i 

nabierają nowej siły.

Zanurkowała,   otworzyła   oczy   i   przyglądała   się   niezwykłemu   podwodnemu 

światu.

Zielonkawe odcienie wody, niebieskie refleksy błękitnego nieba, jej ręce, białe, 

poruszające się dziwnymi płynnymi ruchami.

Włosy otaczające głowę niczym welon, rozbawione, roztańczone w wirach.

Odbiła się od dna, jak strzała pomknęła w powietrze, z radosnym piskiem rozcięła 

powierzchnię wody.

Otrząsnęła krople z włosów, ruszyła na brzeg po ziołowe mydło, potem zaczęła 

namydlać długą grzywę.

Nie słyszała gałązek trzaskających za jej plecami, uszy miała pełne wody, a oczy 

zaciśnięte dla ochrony przed pianą.

Dlatego doznała wstrząsu, gdy wyczuła, że ktoś się jej przygląda.

Odwróciła się gwałtownie, szeroko otworzyła oczy, przeraźliwy krzyk w ostatniej 

chwili uwiązł jej w gardle.

To niemożliwe, podpowiadał rozum, uciszając strach.

Fantazje, dudniło jej w głowie, znów coś jej się roi.

On naprawdę tam stoi, twierdziły uczucia.

 -  On naprawdę tam stoi  -  powiedziała Maria zdziwiona.

 -   Mario... przyjechałem, żeby... Po co on właściwie przyjechał?

Słowa nie istniały, nie zostały stworzone, nigdy nie zostaną zapisane w żadnej 

księdze.

background image

 -  Jesteś tutaj... to prawda...

Jej   głos   brzmiał   ledwie   słyszalnie.   Dźwięki   otaczającej   przyrody   zdawały   się 

niemal ogłuszające w ciszy, jaka zapadła między nimi. Wieczorny świergot ptaka huczał 

nad wodą, delikatny szum rzeki mało nie rozsadził im głów.

Maria postąpiła ku Randarowi o krok, więcej nie było trzeba.

W potężnej fali wody był już przy niej, obejmował ją, nie przejmując się tym, że 

moczy ubranie. Zanurzył twarz w mokrych, pokrytych mydlaną pianą włosach, ramiona 

otaczały ją mocno, bardzo mocno, podniósł ją, czubki palców oderwały się od dna rzeki.

 -   Randarze, żyjesz... jesteś tutaj... ukochany. Wstrząśnięta własnymi słowami na 

moment się odsunęła, spojrzała mu w oczy. Słowa okazały się wcale nie za mocne.

Czułe, delikatne, wypowiedziane szeptem słowa, płynące prosto z serca, nie z 

tego świata. Zakazane pieszczoty, dłonie drżące uniesieniem, czy to naprawdę możliwe?

Opamiętali   się,   Randar   pociągnął   ją   na   brzeg,   między   wielkie   drzewa,   wśród 

których przez ostatnie trzy doby skrywał swą siedzibę.

Prymitywny szałas, jama w ziemi pełna popiołu, worek wydęty od żywności i 

ubrań,   jedna   derka   do   okrycia,   służąca   raczej   jako   ochrona   przed   nocnymi   atakami 

krwiożerczych owadów niż przed zimnem.

W maleńkiej chatynce osunęli się na derkę, ledwie tu było miejsce dla dwojga 

siedzących   ludzi.   Światło   wpadało   przez   szczeliny   między   splecionymi   iglastymi 

gałęziami.

Patrzyła, jak cienie rysują wzory na jego twarzy, bawią się, rozświetlają czarne 

włosy. On także się jej przyglądał, a ona się nie wstydziła.

Znał ją, znał jej ciało i duszę.

Dlaczego więc miałaby się zakrywać?

Ale skóra po kąpieli pokryła się gęsią skórką, otulił ją więc wyciągniętą z worka 

koszulą.

Sam także prędko zmienił przemoczone ubranie, Maria zachichotała na widok 

dziurawych żeglarskich spodni, nieco za ciasnych, a przez to dość interesujących.

Usiadł z powrotem, oboje skrzyżowali nogi i odpoczywali w ciszy, tylko ich oczy 

wędrowały, a usta się uśmiechały.

Od czego mieli zacząć?

background image

Tyle chcieli sobie przekazać.

Tak wiele pozostawało nie dopowiedziane.

A może jednak, kiedy już przyszło co do czego, lepiej trwać w milczeniu?

Radość   ze   spotkania   była   taka   czysta,   w   iście   cudowny   sposób   czyniła   ich 

wolnymi. Ale za ciężkimi uderzeniami serca pobrzmiewało echo strachu i pewności.

Tym razem rozstanie jest niemożliwe.

Maria przez moment starała się uchwycić swoich zobowiązań, prostego faktu, że 

jest żoną Mogensa i matką Sunnivy.

Oboje  najbliżsi   zniknęli  dla   niej,  jak  znika   mgła   nad  wodą  wczesnym  letnim 

rankiem.

Randar zajął wszystkie jej myśli.

Teraz, kiedy tu był, zabrakło miejsca dla kogokolwiek innego.

Ujęła   jego   dłonie,   podniosła   je   do   twarzy,   ucałowała   każdy   palec,   nawet 

okaleczone resztki.

Zauważyła na jego twarzy grymas bólu, ale wytrzymała spojrzenie, pokazała, że 

kocha w nim także to, co nie jest idealne.

Randar jęknął, tęsknota osiągnęła punkt wrzenia. Pragnął jedynie tulić ją do siebie 

mocno, tak mocno, by na zawsze już byli razem.

A kiedy skuliła się w jego objęciach jak małe dziecko, poddał się wzbierającej w 

nim burzy uczuć. Nie mieli pojęcia, jak długo już tak tkwią, spleceni uściskiem.

Kiedy napięcie nieco ustąpiło, a serca zaczęły bić tym samym rytmem, Randar 

zaczął   mówić.   Maria   słuchała   jego   historii   bez   słowa,   napawając   się   drogim,   lekko 

schrypniętym głosem.

Randarowi   opowieść   szła   nieskładnie,   z   trudem   przychodziło   mu   dobieranie 

odpowiednich wyrażeń. Wiedział, że wielu przeżyć nie da się opisać.

Kiedy umilkł, przyszła kolej na nią.

Zmusiła się do wspomnień.

Pierwszy raz nazwała słowami koszmar, starała się z całych sił, by głos jej nie 

drżał, gdy mówiła o zgładzeniu złoczyńców i heroicznej śmierci Jorila.

 -  A więc to Joril... kochany chłopak...

Kiwnęła głową. Mówiąc dalej, oszczędziła mu opisu swej rozpaczy, przedstawiła 

background image

podróż do Lyster jako o wiele prostszą niż w rzeczywistości. Ujęła nieco z udręk Liv, a 

trochę  dodała,   opowiadając  o  wielkiej   radości,  jaką  matka  czerpała   z  uprawy swych 

leczniczych ziół, w czym pomagał jej sam pastor.

 -  Wspaniale! Szczęście, że tak się jej ułożyło!

Maria skinęła głową, wiedziała, że matce w ostatnich latach życia było dobrze. 

Nigdy   chyba   w   pełni   nie   pojęli,   jak   wielkie   znaczenie   miała   dla   niej   możliwość 

obcowania z przyjaciółmi i życzliwymi znajomymi.

Randar posmutniał, gdy Maria doszła do pogrzebu.

 -  Ona wiedziała, Randarze. Nie bardzo umieliśmy powiedzieć jej, co czujemy, 

lecz i tak zrozumiała. Jestem pewna, że umarła z sercem pełnym gorących uczuć dla 

ciebie i dla mnie, dla Sunnivy, Tulvy. Ale pragnęła Joranda...

 -   I teraz jest z nim, prawda?

 -   Tak, jestem tego pewna.

 -   Kiedyś... kiedyś my też będziemy razem. Może na tej ziemi, może później  - 

dodał ostrożnie.

Maria usiadła, popatrzyła na niego z powagą.

 -    Nie zniosę twojego odjazdu, wiesz o tym. Wezbrała w nim radość, chociaż 

zdawał sobie sprawę, że w tej szczególnej sytuacji słowa łatwo jest wypowiadać.

 -  Tak  -  potwierdził  -  nie zniesiesz mojego odjazdu. Przylgnęli do siebie, nie 

potrzebowali więcej obietnic. Słowa wypełniły część pustki powstałej przez lata. Ciała 

musiały dopełnić reszty.

Maria przesunęła dłońmi po znajomej skórze, dziwiąc się, że upływający czas nie 

pozostawił wielu śladów na mocnym, sprężystym ciele Randara.

Może   tu   i   ówdzie   było   kilka   gramów   mniej,   może   gdzieniegdzie   mięśnie 

wydawały się bardziej miękkie, włosy okazały się sztywniejsze, niż pamiętała, i nawet 

przy złym świetle zauważyła w kruczoczarnej grzywie siwe pasma.

  -     Najmilszy, ileż musiałeś wycierpieć... Całowała blizny wokół nadgarstków. 

On sięgnął do jej miękkiego brzucha, który wydał mu się trochę obcy, kiedy zaskoczone 

palce odkryły srebrzyste nitki pozostawione przez ciążę. Ale skóra była miękka, tak jak 

pamiętał, ciepła i pachnąca, niebywale kusząca.

Pożądanie   pochłonęło   ich   jak   w   najwcześniejszej   młodości,   podszyte   jednak 

background image

gorzkim smutkiem, jakie niesie ze sobą doświadczenie.

Kochali   się   z   uniesieniem,   jak   gdyby   chcieli   uczcić   przychylnego   Boga,   z 

rozmarzoną powolnością w ruchach. Każda sekunda, każde muśnięcie zapadło w serce, 

skrywane niczym najcenniejszy skarb.

Wkrótce cały świat zniknął, pozostało jedynie połączenie ciał i dwie pary oczu 

widzące tylko siebie. Szukali w sobie czegoś niebezpiecznego, czegoś ukrywanego, lecz 

znaleźli tylko niewypowiedzianą tęsknotę.

Szaleństwo, które, jak przypuszczał Randar, spali mu ciało i uczyni zeń zwierzę, 

nie pojawiło się.

Nastrój   i   przenikające   serce   uczucia   sprawiły,   że   kochał   ją   na   granicy 

ubóstwienia.

A ona przyjęła go ciepłem i miękkością, nie kryła płynących łez, uśmiechała się 

przez nie, całowała z najbardziej wyszukaną czułością.

Czas płynął, oni unosili się wraz z nim, nie mając pojęcia, na jakim brzegu się 

ockną.

A   kiedy   podróż   dobiegła   końca,   szałas   z   gałęzi   spowijała   ciemność,   kryjąc 

gorycz, którą rzeczywistość wkrótce namalowała na ich twarzach.

Maria nie chciała psuć chwili mówieniem o przyszłości.

Nie mogła zostać, ale pragnęła zabrać do domu to, co piękne.

Niczego nie obiecywała, a on także o nic nie prosił.

Wiedział, że ona wróci.

Mogens natychmiast wyczuł, że coś się odmieniło.

Dotarł do domu późnym wieczorem, na sam koniec podwieźli go łodzią ubodzy 

znad   brzegu   w   Skjolden.   Wolał   siedzieć   na   twardej   ławeczce   w   łodzi   niż   na 

rozkołysanym końskim grzbiecie.

Wiek   miał   swoje   wymagania,   ciało   coraz   częściej   dawało   mu   się   we   znaki, 

mówiło, że ma już dość.

Często żartowali z tego razem z Marią, śmiała się, kiedy udawał staruszka: mówił 

cienkim, piskliwym głosem, żeby się z nią drażnić.

Zaraz jednak dawał do zrozumienia, że ma jeszcze siłę, i rozbawiony gonił ją 

wokół łóżka.

background image

A kiedy go przyjmowała, zawsze czuł się młody i pełen wigoru.

Wspaniała Maria!

Jakież życie mu dała!

Zanim   została   jego   żoną,   nie   wiedział   nawet,   czym   jest   życie   rodzinne. 

Wcześniejsze mizerne parodie małżeństwa były śmieszne w porównaniu ze związkiem z 

nią. Mogens złapał się na tym, że takie samo zdanie ma o starszej córce, Marii Cecilii.

Od pięciu lat nie otrzymał od niej wiadomości.

Na pewno dobrze jej u starej ciotki na pańskim dworze w Balestrand.

Niech sobie tam zostanie, pomyślał Mogens, lecz nie bez wyrzutów sumienia.

W porównaniu z Marią Cecilia prezentowała się marnie, pod wieloma względami 

nie dorastała swej imienniczce do pięt.

Słabego zdrowia, lecz na to akurat nic nie mogła poradzić. Blada i przezroczysta, 

z ustami, które nigdy tak naprawdę się nie uśmiechały. Delikatne białe dłonie drżały i 

podnosiły się do ust przy najmniejszym wzburzeniu. W dodatku jest głupia, pomyślał 

Mogens bez czułości.  Z wielkim  mozołem  nauczył  ją podstaw  katechizmu.  Kiedy ją 

odsyłał, ledwie znała litery.

Bardziej interesowały ją hafty i stroje.

Pastor   nabrał   nawyku   porównywania   wszystkich   kobiet   z   Marią   i   całkiem 

zapomniał, że córka doskonale odpowiada wymogom stawianym kobietom z wyższych 

sfer. Sunniva była córką Marii i dlatego w oczach ojca cieszyła się większym uznaniem. 

Nie   tylko   podziwiał   w   dziewczynce   wszelkie   ślady   intelektu   matki,   on   po   prostu   ją 

kochał, darzył opiekuńczą ojcowską miłością. Nie dostrzegał uporu córki, za każdym 

razem dawał się złapać na lep jej prostych sztuczek. Sunniva umiała wydobyć od ojca co 

tylko chciała, spełniał każde jej życzenie.

Na szczęście nie miała zbyt wielu wymagań.

Sunnivie   wystarczało,   gdy   od   rana   do   wieczora   mogła   się   tylko   bawić   i 

baraszkować i za nic nie być odpowiedzialną.

Rodzice starali się zainteresować ją radością płynącą z pracy, podkreślali, że nie 

może przyjmować swobody za rzecz oczywistą. Musi nauczyć się pracować, jak Bóg 

przykazał ludziom od Adama i Ewy. Ale Sunniva uśmiechała się przebiegle, siadała ojcu 

na kolana i bawiła się jego brodą.

background image

 -  Och, tatusiu, jeszcze nie dzisiaj! Zobacz, jaka ładna pogoda! Chodźmy raczej 

na spacer, obiecałeś, że opowiesz mi o ofiarnym kamieniu na zboczu! I, tatusiu, możesz 

mi jeszcze raz pokazać, gdzie Przepiórka z Jostedalen rozmawiała z lisem?

I Mogens ustępował, prawie za każdym razem.

Trzeba to zmienić, dziewczynka zaczyna dorastać...

Po powrocie do domu porozmawia o tym z Marią.

Zapomniał jednak natychmiast na widok żony pochylającej się nad kadziami z 

kapustą.

Sortowała warzywa, pakowała je w suchą słomę i układała w naczyniach, które 

musiały być na zimę zniesione do wykopanej w ziemi piwniczki.

Spódnica podsunęła jej się, kiedy nachylała się nad kadzią, miał ochotę poklepać 

wypięty tyłeczek, lecz bał się, że jeszcze ktoś zobaczy.

Zawołał ją, odwróciła się jakby zaskoczona jego umówionym przecież powrotem.

 -  Witaj w domu, mężu  -  wyjąkała i o dziwo, zaczerwieniła się. Zaraz jednak się 

opanowała, była taka jak zawsze, spokojna i znajoma.  -  Dobrze, że jesteś w domu, mój 

drogi. Mam gotowe jedzenie, Sunniva czeka.

 -   Wspaniale! Stare ciało tęskni za oparciem się o wielkie poduszki i za twoją 

niezwykłą herbatką dla zmęczonego nieszczęśnika.

 -  Ech, wcale nie jesteś taki stary i zmęczony. Pędź zmienić ubranie zakurzone w 

podróży, to dostaniesz mięsa, kapusty i mlecznej polewki!

Poszła za nim opowiedzieć mu o burzy i wypadku, jaki ją spotkał. Wersja Olego 

dla mieszkańców wioski była gładka i prosta: trafił ją piorun i pozbawił przytomności. 

Ole znalazł ją i przyniósł do domu.

Mogens otworzył szeroko oczy i roztrzęsiony objął żonę.

  -     Pomyśleć, że mogłem cię utracić... że nie zastałbym  cię po powrocie do 

domu... Nie chciałbym dłużej żyć.

W oczach jej pociemniało, zwieszone ręce wydawały się jak z ołowiu, musiała się 

przemóc, by go objąć. Wiedziała, że mąż mówi prawdę.

Umarłby, gdyby go opuściła.

A już na pewno, gdyby zabrała także Sunnivę.

Spod wpółprzymkniętych powiek patrzyła  na małżeńskie łoże i w głębi ducha 

background image

wiedziała, że za własne szczęście gotowa jest oddać życie.

To okropne. Miała świadomość, że ciemne strony jej duszy potrafią przejąć nad 

nią władanie i postawić własne egoistyczne szczęście ponad obowiązkami, jakie miała 

tutaj.

Lecz w obliczu bólu, jakim było  odesłanie Randara, nie pozostawał jej żaden 

wybór. Bez niego czeka ją zagłada.

A Mogens i tak już ją utracił.

Nie ma odwrotu.

Niemal   przepraszającym   gestem   pogładziła   go   po   przerzedzonych   włosach, 

pocałowała w kark jak dziecko.

 -  Musimy zejść na dół, jeść  -  rzekła łagodnie.

Zdumiona   własnym   spokojem   ujęła   go   pod   ramię   i   dyskretnie   wsparła   na 

schodach.

A   Mogens   dziwił   się   nową   godnością,   jaka   się   pojawiła   w   Marii,   taka   była 

uważna i czuła.

Cieszyła go jej troskliwość, dłużej się nad tym nie zastanawiał. I Sunniva była 

taka wesoła, śmiała się i śpiewała ojcu piosenki.

Można   wyruszać   na   męczące   wyprawy,   kiedy   ma   się   w   domu   dwie   takie 

dziewczynki, do których się wraca! I myśl, która uderzyła go wtedy, gdy Maria stała przy 

kadzi z kapustą, rozwiała się, prawie już jej nie pamiętał, była tylko drobnym ukłuciem, 

przelotną błyskawicą na pogodnym niebie.

Czuł, jak bóle w nogach i w plecach ustępują, a kiedy później zasiedli razem przy 

ogniu na kominku, Mogens westchnął z głęboką rozkoszą.

Przyniosła mu kieliszek wódki z karafki, do której sama regularnie dosypywała 

ziół i przypraw.

Półprzymknięte, rozmarzone oczy błyszczały, uśmiechał się, widać było, jak mu 

jest dobrze.

 -   Chyba zaraz zaśniesz, mój drogi, odprowadzę cię na górę.

 -   Dziękuję, Mario, wyjazd rzeczywiście był męczący. Ale twoja piękna twarz i 

wyśmienite lekarstwo dodają mi stale nowych sił.

Skinęła   głową,   pocałowała   go   leciutko,   poczuła   w   ustach   palący   smak.   Stary 

background image

dobry przyjaciel.

Tak bardzo go kochała, tak wysoko ceniła sobie jego towarzystwo. Gdzie by była, 

gdyby on się nie pojawił?

Z Randarem, podszepnął diabełek w sercu.

Gdy   tylko   Mogens   rozluźniony   zachrapał   w   łożu,   zdjęła   codzienną   suknię   i 

zarzuciła najlżejszą, najbielszą sukienkę kupioną w mieście. Doszła do wniosku, że w 

sierpniowy wieczór może ją za bardzo być widać, i narzuciła na ramiona długą, zieloną 

jak mech chustę.

Włosy zebrała na karku, przewiązała je jedwabną wstążką, a stopy wcisnęła w 

skórzane   trzewiczki,   sprowadzone   z   Aurland.   Lekkim   krokiem   pomknęła   w   stronę 

lecznicy, lecz okrążywszy węgieł, skryta przed wzrokiem ludzi z plebanii, skierowała się 

przez las ku sekretnemu miejscu.

On na nią czeka!

Znów miała piętnaście lat!

background image

ROZDZIAŁ XVII

 -  To nie może dłużej trwać  -  rzekł Randar z powagą, kiedy jakiś czas później 

leżeli   przytuleni,   napawając   się   echem   szalonego   uniesienia.   Za   każdym   razem   było 

inaczej, ich miłość przypominała utwór muzyczny, wznosiła się i opadała w tonacji to 

dur, to moll.

Akurat   teraz   jasny,   rozśpiewany   ton   rozwiał   się   w   powietrzu   i   między   nimi 

zadrgały dysharmonijne, zgrzytliwe dźwięki.

Maria uniosła głowę, leżała z policzkiem wtulonym w jego gorącą pierś.

 -   Wiem. Całymi dniami się martwię, że wieczorem muszę wykradać się z domu 

jak złodziej, żeby się z tobą spotkać. Mogens pewnie wkrótce odkryje, że wracam do 

łóżka dopiero nad ranem... ale myśli pewnie, że przez cały czas jestem w lecznicy.

 -   Nie możesz go dłużej oszukiwać. On na to nie zasługuje  -  cicho powiedział 

Randar z zaskakującą troskliwością wobec człowieka, który był mężem jego ukochanej.

Nigdy nie poznał Mogensa, ale oderwane słowa Olego i Marii wystarczyły, by 

pojął, że pastor jest sprawiedliwym i dobrym człowiekiem.

 -   Nie mam siły oznajmić mu prosto w twarz, że odchodzę, po tym wszystkim, 

co dla mnie zrobił. To tchórzliwe, niesprawiedliwe, egoistyczne i złe... Widać jednak 

jestem czarownicą  -  szepnęła Maria przez łzy.

 -   Ukochana, rozumiem cię lepiej, niż przypuszczasz. Serce mi pęka na myśl, że 

pójdziesz ze mną i tym samym zniszczysz życie tylu ludzi...

  -     To   moja   decyzja     -     przerwała   mu   ostro.     -     Tylko   ja   ponoszę   za   nią 

odpowiedzialność, przed Bogiem i przed ludźmi.

 -   Myślę, że najwięcej kłopotów będziesz miała właśnie z ludźmi  -  zauważył.

Pojęła, o co mu chodzi, nie można bezkarnie zrywać małżeństwa. Każdej wiosny 

na tingu rozpatrywano sprawę trojga lub czworga nieszczęśników, którzy wystawili całe 

swe życie na widok publiczny i pokazali grzeszne żądze. Ten, kto ośmielił się zerwać 

święte, ustanowione przez Boga małżeństwo, mógł się spodziewać, że zapłaci za to karą 

cielesną i majątkiem.

  -     On   nigdy   za   mną   nie   pójdzie,   nie   pozwie   nas   na   ting.   Jest   na   to   zbyt 

wielkoduszny, pragnie mojego dobra. Och, Randarze, dlaczego on musi być taki dobry? 

background image

Gdybym jeszcze miała męża tyrana, takiego łajdaka jak Anton - Piwko, na przykład.

 -  Ale tak nie jest  -  mruknął Randar i przyciągnął do siebie dłoń, do tej pory 

spoczywającą między piersiami Marii.  -  Nie zniosę tego dłużej! Trzeba to zakończyć, i 

to jak najprędzej!

Odepchnął   ją,   usiadł,   ukrył   twarz   w   dłoniach.   Maria   cierpiała,   widząc   jego 

rozpacz, od której tylko wzmagał się jej własny smutek i niepokój.

 -    Randarze, może mimo wszystko tak bardzo mnie nie kochasz? Czyżbyś się 

poddawał   teraz,   kiedy   nareszcie   znów   jesteśmy   razem,   kiedy   nareszcie 

przypieczętowaliśmy nasz związek?

 -   Nie, och, nie! Te ostatnie dni... Nasza miłość... Nigdy bym tego nie cofnął! 

Mógłbym do końca życia karmić się tym, co mi dałaś w tym cudownym miejscu. A 

jednocześnie   jestem   jak   przykuty   do   ciebie,   moja   dusza   stopiła   się   z   twoją   i   gdyby 

przyszło nam się teraz rozstać, serce by mi pękło. A mimo to zastanawiam się, czy nie 

jest to jedyne właściwe rozwiązanie? Jeśli Bóg zechce, lata miną prędko... pewnego dnia 

zostaniesz być może wdową...

 -   Randarze, nie chcę tego słuchać!

Marię ogarnął gniew, łzy płynące z jej oczu nie były już łzami smutku.

 -   Nie zniosę tego, jak siedzisz i mówisz o śmierci Mogensa!

 -  Może dlatego, że sama właśnie o tym myślisz!

 -  Milcz, Randarze Meisterplass! Nie masz prawa...

 -  Właśnie, akurat tego nie mam! Żadnego prawa!

Stanęli   naprzeciw   siebie   niczym   para   rozgniewanych   cietrzewi   o   wiosennym 

poranku. Maria zacisnęła pięści, on kułakiem uderzył w pień brzozy.

Potem   znów   się   do   niej   odwrócił,   udręczony   uśmiechnął   się   i   podszedł   do 

kochanki. Objął rozgniewane ciało, poczuł, jak mięknie w jego ramionach.

  -   Nie wolno... nie wolno nam się na siebie gniewać. Obojgu jest nam trudno, 

porozmawiajmy o tym spokojnie.

 -  Nie, Randarze, nie chcę dłużej o tym myśleć. Spotkam się z tobą tutaj jutro o 

północy. Musisz być gotów. Pójdziemy okrężną drogą przez las do przystani, na pewno 

uda nam się dojść tam niezauważenie.

Zawahała się, popatrzyła mu prosto w oczy. Spłynął na nią bolesny smutek.

background image

 -  Zostawię Mogensowi tylko list. Ale trzeba porozmawiać z Sunnivą, musi sama 

wybrać, czy pójdzie ze mną, czy zostanie z ojcem. Wiem, że zostanie! Boże, nienawidzę 

myśli, że ją opuszczam! Ale jest już i tak źle, pewnie muszę ponieść taką ofiarę. Ona do-

rośnie, być może pewnego dnia przyjdzie do mnie z własnej woli, chociaż przypuszczam, 

że nigdy mi nie wybaczy, że ją porzuciłam...

 -   Mario, to za wiele...

To jego głos się załamał, ona mówiła dalej spokojnie, z opanowaniem. Niemal z 

chłodną rzeczowością informowała go o praktycznych stronach ich wspólnej ucieczki.

 -   Mam trochę pieniędzy, zabiorę też kilka ubrań. I dwie moje własne książki, 

których nie mogę zostawić. Czy potrzeba nam czegoś specjalnego tam... w domu?

Pokręcił głową, nie miał siły omawiać teraz takich szczegółów.

 -  A więc wszystko w porządku. Resztę pozostaw mnie. To, co się stanie, musi 

się stać. Ale myśl o mnie jutro wieczorem, tak się boję...

Uściskał ją mocno, niechętnie wyrwała się z jego objęć i wbiegła między drzewa.

Biała suknia lśniła w półmroku, przywodząc mu na myśl boginki i leśny ludek.

Zaczął pakować do worka swoje nieliczne rzeczy.

Mężczyzna   na   wzgórzu   stał   nieruchomo,   zlewał   się   niemal   w   jedno   z   wolno 

kołyszącymi się drzewami. Tkwił tam już długo, w sierpniowym zmierzchu wyglądał jak 

kamienny posąg.

Ubrany był na czarno, nosił tylko białą koloratkę świątobliwego męża. Świeciła w 

blasku księżyca, tak jak zwiewna suknia biegnącej kobiety.

Mogens   wiedział,   co   zobaczy,   kiedy   wykradł   się   za   nią   i   obserwował,   jak 

spuszcza się w dół Jaru Durdei.

Zauważył w niej coś nowego, jakiś zawstydzony blask oczu.

Umiał poznać zakochaną kobietę, na tyle już znał się na ludziach, przez tak wiele 

lat uczestnicząc w ich życiu.

Ogromny smutek ogarnął go na długo, zanim ujrzał ciemną postać mężczyzny, 

który powitał Marię w miejscu, gdzie skała stromo opadała do rzeki.

Wiedział o tym, gdy wrócił do domu i zobaczył ją nad kadziami z kapustą. Ale 

nie chciał wiedzieć.

Kto to mógł być?

background image

Nie, to zresztą bez znaczenia.

Podkradł się bliżej, w końcu balansował na samej krawędzi skały tuż nad głębią.

Długi   płaszcz   ciążył   mu   niczym   grzech   i   dodatkowo   utrudniał   mozolne 

poruszanie się po nierównym terenie.

Noc była cicha, usłyszał zaledwie urywki rozmowy.

Ale owe szczególne odgłosy kochającej się pary doszły do niego poprzez ciszę i 

zgniotły mu serce niczym młot uderzający w łepek jagnięcia.

Nie poszedł do domu nawet, gdy odgłosy zmieniły się w ochrypły krzyk, stał 

tylko z zamkniętymi oczyma i czekał.

List do Mogensa poplamiły łzy, Maria pisała i pisała, przekonana, że w żaden 

sposób   nie   poradzi   sobie   ze   słowami.   Wreszcie   list   był   gotowy,   inaczej   nie   umiała. 

Wyjaśniła  mu  wszystko  szczerze, ale nie spodziewała się z jego strony zrozumienia. 

Miała nawet nadzieję, że mąż się rozgniewa, wpadnie w prawdziwą złość. Łatwiej by mu 

było wtedy nienawidzić, zamiast smucić się i rozpaczać.

I Sunniva zostawała tutaj.

Mogła być mu dobrą pociechą, Maria zawsze zwracała uwagę na ów szczególny 

związek łączący ojca i córkę.

Sunniva być może także się od niej odwróci. Przyrodzony dzieciom bystry zmysł 

sprawiedliwości   szybko   pozwoli   jej   stwierdzić,   kto   tu   został   potraktowany 

niesprawiedliwie, zdradzony i opuszczony.

Ale   być   może   pewnego   dnia...   może   gdy   córka   sama   skosztuje   upajającego 

nektaru miłości, lepiej zrozumie szaleństwo matki.

Maria włożyła list do Mogensa do górnej szuflady biurka, pozwalając papierowi 

wystawać na tyle, by pedantyczne spojrzenie pastora następnego dnia natychmiast go 

zauważyło.

Poszła na górę do sypialni, Mogens spał głęboko. Prędko zwinęła dwie spódnice, 

bluzkę,   kilka   staników.   Zabrała   też   płaszcz   odziedziczony   po   matce   i   szkatułkę   z 

nieliczną   biżuterią   i   piórami.   Tłumiąc   szloch,   zsunęła   z   palca   kosztowny   pierścień 

ślubny, dołoży go potem do listu w szufladzie.

Rzuciła ostatnie spojrzenie na uśpionego mężczyznę, oparła się niemal szaleńczej 

chęci, by jeszcze raz ucałować steraną twarz.

background image

Zmusiła się do myślenia o Randarze i natychmiast zalały ją gorące uczucia dla 

niego.

On był jej życiem.

Bez niego nie mogła dalej istnieć.

I jaką żoną byłaby teraz dla Mogensa?

Niemożliwe, aby być z nim tak jak przedtem, wypełniać swoją część małżeńskich 

obowiązków.

Przestała   już   do   niego   należeć.   Zarówno   jej   ciało,   jak   i   dusza,   wszystkie   jej 

tęsknoty i pragnienia zwróciły się ku innemu.

Ku synowi kata.

Czekał na nią.

Nie chciała się spóźniać.

Mogens przez wiele nocy słyszał, jak Maria wraca do domu. Udawał, że śpi, ale 

musiał użyć wszystkich sił, żeby nie zapłakać, kiedy czuł unoszący się z jej ciała zapach 

obcego.

Wsuwała się do niego do łóżka, ale nie zbliżała się doń nawet palcem.

Nie zasypiała od razu, leżała tylko nieruchomo, oddychała ostrożnie, nierówno. 

On ciągnął tę grę, nie miał sił, by słuchać jej nieprawdziwych wyjaśnień. Między nimi 

nie było miejsca na kłamstwa. Przemilczenia, choć nie bez bólu, mógł zaakceptować.

Ale kłamstwa, nie, tego by nie zniósł.

Mario, czysta, piękna i dumna kobieto.

Źrenico   moich   oczu,   soli   mego   życia,   najpiękniejszy   podarku,   jaki   zesłał   mi 

Stwórca.

Mogens nie potrafił stawić czoła smutkowi, nie wiedział, jak się przed nim bronić. 

Miał świadomość, że wszystko już stracone, czuł ogarniającą go rezygnację.

Nigdy nie podejrzewał się o pokorę.

Dlatego prawdziwą niespodzianką i przyjemnością był dla niego fakt, że potrafi 

tej nocy dziękować Bogu.

 -  Dziękuję, że mogłem żyć z nią przez te lata. Dziękuję za czystą miłość, jaką mi 

okazywała.   Zawsze   była   szczera,   nie   udawała   ciepła,   które   widziałem   w   jej   oczach. 

Wiem, że kochała mnie tak jak ojca, ale była też szczęśliwa w moich objęciach. Zawsze 

background image

wobec mnie uczciwa, dawała mi wszystko, co miała.

Wybacz mi, Panie, że odpłacę się jej jedynym, co mam.

I kiedy Maria po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi probostwa, Mogens wstał.

Odczekał chwilę, potem zapalił świecę i zszedł do biblioteki.

W narożnej szafce i on, i Maria przechowywali swoje najsilniej działające leki.

Zauważył, że cztery z nich zabrała ze sobą.

Ale zostało jeszcze wiele pozatykanych korkami pojemniczków i buteleczek.

Wziął dwa, a także dzban wina z półki na ścianie.

Wrócił do łóżka, napełnił kubek niezwykle słodkim płynem. Opróżnił go do dna, 

obracał wino w ustach rozkoszując się jego smakiem i wspomnieniami, jakie ze sobą 

przynosił. Potem znów napełnił naczynie, do połowy, i dosypał część zawartości obu 

małych zakorkowanych pojemniczków. Jednym ruchem podniósł kubek i wypił gorzkie 

lekarstwo. Łyk wina z dzbana zabił nieprzyjemny smak.

Postawił dzban na stole, a opróżnione w połowie pojemniczki ukrył pod luźną 

deską w podłodze.

Żołądek płonął niczym ogień.

Poczuł, że pokój zaczyna wirować, i ledwie zdążył rzucić się na łóżko, gdy biała 

błyskawica rozdarła mu głowę i porwała w jaśniejący tunel.

W tym samym czasie samotny mężczyzna odepchnął łódź od brzegu. Księżyc, 

przesłonięty   wełniastym   welonem   chmur,   odbijał   się   w   czarnej   wodzie   niewyraźnie, 

mgliście.

Fiord nie był gładki, tu i ówdzie upiornie się marszczył, jak gdyby tuż nad jego 

powierzchnią unosił się zatruty oddech niewidzialnych potworów. Mężczyzna w łodzi 

wiosłował równymi, prędkimi ruchami, niemal bezszelestnie.

Nie miał latarni, nie wybierał się na połów jesiennych makreli. Wielkiej łodzi nie 

wypełniały też towary. I płynął sam, nikogo nie wiózł.

Nikt nie widział jego twarzy i tak chyba było lepiej.

Głębokie zmarszczki na czole, przerażający chłód wokół ust, oczy utkwione w 

wiosce, od której się oddalał. Nie odwrócił się, by sprawdzić kurs, wiosłował tym samym 

mocnym, niemal rozpaczliwym rytmem.

Na brzegu nikt nie machał mu na pożegnanie.