background image

Angela Carter 

 

KRWAWA KOMNATA 

 

 

 

Ze zbioru opowiadań Czarna Wenus 

background image

KRWAWA KOMNATA 

Pamiętam,  jak  owej  nocy  leżałam  w  wagonie  sypialnym  nie  śpiąc,  w  czułej, 

rozkosznej  ekstazie  podniecenia,  z  policzkiem  przyciśniętym  do  nieskazitelnego  płótna 

poduszki, z łomotem serca naśladującym łomot wielkich tłoków wprawiających w nieustanny 

ruch pociąg, który uwoził mnie przez noc, daleko od Paryża, daleko od moich dziewczęcych 

lat,  daleko  od  białej,  zamkniętej  przystani  matczynego  domu,  w  nieodgadniona  krainę 

małżeństwa. 

Pamiętam  też,  z  jaką  tkliwością  wyobrażałam  sobie,  że  właśnie  w  tym  momencie 

matka  porusza  się  wolno  w  wąskiej  sypialence,  którą  opuściłam  na  zawsze,  porządkuje  i 

chowa wszelkie pamiątki po mnie, rozrzucone ubrania, które nie będą mi już potrzebne, nuty, 

dla których  zabrakło miejsca w moich kufrach, zapomniane programy koncertowe; zamyśla 

się  nad  rozdartą  wstążką,  nad  wyblakłą  fotografią  z  uczuciem  na  poły  radości,  na  poły 

smutku,  jakiego  doświadcza  każda  kobieta  w  dzień  ślubu  córki.  I  pośród  mego  weselnego 

tryumfu  poczułam  ból  utraty,  jak  gdybym  z  chwilą  gdy  włożył  mi  na  palec  złotą  obrączkę, 

przestała w jakimś sensie być jej dzieckiem, stając się jego żoną. 

Czy jesteś pewna, zapytała, kiedy przyniesiono olbrzymie pudło z suknią ślubną, którą 

on  mi  kupił,  w  bibułce  i  z  czerwoną  wstążką,  jak  ofiarowane  w  prezencie  gwiazdkowym 

kandyzowane  owoce.  Czy  jesteś  pewna,  że  go  kochasz?  Dla  niej  też  była  suknia:  czarny 

jedwab o zgaszonym tęczowym połysku nafty na wodzie, nic równie pięknego nie miała na 

sobie  od  czasu  burzliwej  młodości  w  Indochinach,  gdzie  się  urodziła  jako  córka  bogatego 

plantatora  herbaty.  Moja  nieustraszona  matka  o  orlich  rysach,  któraż  inna  uczennica 

konserwatorium mogła się pochwalić, że jej matka stawiła czoło bandzie chińskich piratów, 

leczyła  wioskę  dotkniętą  zarazą,  własnoręcznie  zastrzeliła  tygrysa  ludojada,  a  wszystko  to 

zanim doszła do mojego wieku? 

- Czy jesteś pewna, że go kochasz? 

- Jestem pewna, że chcę za niego wyjść - powiedziałam. I ani słowa więcej. 

Westchnęła,  jak  gdyby  niechętnie  myślała  o  możliwości  przepędzenia  nareszcie 

widma  niedostatku  z  jego  stałego  miejsca  przy  naszym  skromnym  stole.  Bo  ona  sama  bez 

wahania,  niepomna  na  skandal,  rzuciła  wyzwanie  i  skazała  się  na  biedę  dla  miłości,  aż 

pewnego  pięknego  dnia  jej  dzielny  żołnierz  nie  powrócił  z  wojny,  pozostawiając  w  spadku 

żonie  i  dziecku  łzy  nigdy  całkiem  nie  obeschłe,  pudełko  po  cygarach  pełne  medali  i 

staromodny  wojskowy  rewolwer,  który  matka,  w  swojej  ciężkiej  doli  imponująca 

ekscentryczka,  zawsze  nosiła  w  torebce  na  wypadek  -  jakżeż  się  z  niej  śmiałam  -  gdyby  ją 

mieli zaskoczyć rozbójnicy w drodze ze sklepu warzywniczego do domu. 

background image

Od czasu do czasu światła rozpryskiwały się gwiaździście na zaciągniętych zasłonach, 

jakby towarzystwo kolejowe iluminowało na cześć oblubienicy wszystkie stacje, przez które 

przejeżdżaliśmy. Atłasowa nocna koszula, świeżo rozpakowana i strząśnięta, prześlizgnęła się 

przez moje dziewczęce spiczaste piersi i ramiona i oblepiała mnie teraz niby szata z ciężkiej 

wody,  pieszczotliwie  drażniąc  się  ze  mną,  bezczelna,  dwuznaczna,  wciskająca  się  między 

uda,  kiedy  przewracałam  się  niespokojnie  na  wąskim  łóżku.  Jego  pocałunek,  pocałunek  z 

językiem  i  zębami,  z  szorstkością  brody,  czynił  aluzję,  choć  z  tym  samym  wyrafinowanym 

taktem co koszula, prezent od niego, do  nocy poślubnej, lubieżnie wstrzymywanej, póki nie 

spoczniemy  w  jego  wielkim  rodowym  łożu,  w  okolonej  morzem,  zdobnej  w  wieżyce 

siedzibie, która leżała wciąż poza zasięgiem mojej wyobraźni... miejsce magiczne, baśniowy 

zamek o ścianach z morskiej piany, legendarna posiadłość, w której przyszedł na świat, której 

dziedzica być może urodzę pewnego dnia. Cel naszej podróży, moje przeznaczenie. 

Ponad  synkopowanym  łoskotem  pociągu  dochodził  do  moich  uszu  jego  spokojny, 

równy  oddech.  Tylko  wewnętrzne  drzwi  oddzielały  mnie  od  męża,  a  te  były  otwarte.  Jeśli 

uniosłam się na łokciu, mogłam dostrzec ciemny, lwi zarys jego głowy, do moich nozdrzy zaś 

dolatywał ciężki, aromatyczny, męski zapach juchtu i korzeni, który mu zawsze towarzyszył, 

a  niekiedy  podczas  naszego  narzeczeństwa  był  jedynym  sygnałem,  jaki  mi  dawał,  że  oto 

wszedł  do  saloniku  mojej  matki,  bo  chociaż  był  dużym  mężczyzną,  poruszał  się  tak  cicho, 

jakby  każda  para  jego  butów  miała  aksamitne  podeszwy,  jakby  dotknięcie  jego  stopy 

zmieniało dywan w śnieg. Uwielbiał zaskakiwać mnie podczas mojej samotnej zadumy przy 

fortepianie. Nie pozwalał się zapowiedzieć, bezgłośnie otwierał drzwi i miękko podkradał się 

od  tyłu  z  bukietem  cieplarnianych  kwiatów  albo  pudełkiem  kasztanów  w  cukrze,  kładł 

podarek  na  klawiaturze,  a  pianistce,  zatopionej  w  preludium  Debussy'ego,  zakrywał  oczy 

rękami.  Ale  skórzano-korzenna  woń  perfum  zawsze  go  zdradzała;  po  pierwszym  szoku 

nauczyłam się udawać zaskoczenie, żeby nie czuł się rozczarowany. 

Był  starszy  ode  mnie.  Był  dużo  starszy  ode  mnie.  W  ciemnej  grzywie  przeświecały 

pasma czystego  srebra. Ale doświadczenie nie porysowało liniami dziwnej, ciężkiej, niemal 

woskowej twarzy. Raczej mogłoby się wydawać, że doświadczenie zmyło ją do gładkości, na 

podobieństwo kolejnych przypływów niwelujących żłobienia w kamieniu na plaży.  Czasem, 

kiedy przysłuchiwał się mojej grze, ta nieruchoma twarz, o ciężkich powiekach sfałdowanych 

nad oczami, które mnie zawsze niepokoiły swoim całkowitym brakiem światła, zdawała mi 

się  maską,  jak  gdyby  jego  prawdziwa  twarz,  twarz,  która rzeczywiście  odzwierciedlała  całe 

życie, jakie wiódł na świecie przed naszym poznaniem, nawet przed moim urodzeniem, jakby 

ta  twarz  znajdowała  się  pod  ową  maską.  A  może  jeszcze  gdzie  indziej.  Jak  gdyby  odłożył 

background image

twarz, z którą żył tak długo, żeby mojej młodości ofiarować twarz nie naznaczoną przez lata. 

Gdzie  indziej  może  umiałabym  zobaczyć  go  takim,  jakim  był.  Gdzie  indziej.  Ale 

gdzie? 

Chyba w tym zamku, do którego wiózł nas pociąg, tym wspaniałym zamku, w którym 

się urodził. 

Nawet kiedy mi się oświadczył, a ja powiedziałem „tak”, nie stracił tej swojej ciężkiej, 

lubieżnej samokontroli. Wiem, że dziwne musi się wydać porównanie mężczyzny do kwiatu, 

ale czasami przypominał mi kalię

1

. Tak jest. Kalię. Posiadał bowiem ów niezwykły, złowrogi 

spokój czującej rośliny, jakby jednej z tych żałobnych kalii ze żmijową główką, których białe, 

wywinięte konchy  zdają się wykrojone z materii tak grubej i wrażliwej na dotyk  jak welin. 

Kiedy powiedziałam, że wyjdę za niego, nie drgnął mu  w twarzy ani jeden mięsień, tylko z 

głębi  płuc  wydobył  się  długo  powstrzymywany  oddech.  Pomyślałam:  Och!  Jak  on  mnie 

pragnie!  Było  to  tak,  jakby  niewymierny  ciężar  jego  pożądania  stanowił  siłę,  której 

mogłabym  się  nie  oprzeć,  nie  z  powodu  jej  gwałtowności,  ale  przez  wzgląd  na  jej 

przyciąganie. 

Miał  przygotowany  pierścionek  w  skórzanym  pudełeczku  wyłożonym  szkarłatnym 

aksamitem, opal ognisty wielkości gołębiego jaja w wyszukanej oprawie z ciemnego starego 

złota.  Moja  dawna  niania,  która  nadal  mieszkała  z  nami,  popatrzyła  na  pierścionek  kosym 

okiem:  opale  przynoszą  nieszczęście,  oświadczyła.  Ale  ten  opal  należał  niegdyś  do  jego 

matki, a także babki, a przedtem do jej matki, któryś z przodków otrzymał go od Katarzyny 

Medycejskiej...  od  niepamiętnych  czasów  każda  oblubienica  przybyła  na  zamek  nosiła  ten 

opal.  A  czy  swoim  poprzednim  żonom  dawał  go  i  potem  odbierał?  -  spytała  szorstko 

staruszka.  Była  jednak  snobką.  Ukrywała  pełną  niedowierzania  radość  z  powodu  mojego 

podboju - jej mała markiza - szukając dziury w całym. Ale tym mnie dotknęła. Wzruszyłam 

ramionami i odwróciłam się od niej ze złością. Nie chciałam pamiętać, że kochał inne kobiety 

przede mną, ale często nad ranem, kiedy pewność siebie osiąga punkt zerowy, dręczyłam się 

tą  świadomością.  Miałam  siedemnaście  lat  i  nie  znałam  świata,  mój  markiz  był  przedtem 

żonaty, więcej niż raz, i trochę mnie zastanawiało, dlaczego po tamtych wybrał właśnie mnie. 

W  końcu,  czy  nie  był  jeszcze  w  żałobie  po  ostatniej  żonie?  I  niania  nadal  mruczała  pod 

nosem. Nawet matce niełatwo przyszło się pogodzić, że córkę porywa mężczyzna tak świeżo 

owdowiały.  Hrabianka  rumuńska,  światowa  dama.  Kiedy  go  poznałam,  upłynęły  zaledwie 

trzy  miesiące  od  jej  śmierci,  wypadek  na  łodzi  w  jego  posiadłości  w  Bretanii.  Nigdy  nie 

odnaleziono ciała, ale ja przetrząsnęłam stare numery eleganckich magazynów, które niania 

trzymała  w  kufrze  pod  łóżkiem,  i  natrafiłam  na  jej  fotografię.  Ostry  pyszczek  ładnej, 

background image

zabawnej,  nieznośnej  małpki,  przemożny,  ekscentryczny  urok  ciemnowłosego,  bystrego, 

dzikiego,  a  zarazem  modnego  stworzenia,  którego  naturalnym  środowiskiem  musiała  być 

luksusowa  dżungla  -  dzieło  dekoratora  wnętrz  -  pełna  palm  w  donicach  i  oswojonych, 

skrzeczących papużek. 

Przed  nią?  Twarz  tamtej  jest  własnością  publiczną,  wszyscy  ją  malowali,  ale  ja 

najbardziej lubię sztych Redona Gwiazda Wieczorna wędrująca skrajem nocy. Podziwiając jej 

eteryczny, tajemniczy wdzięk, nigdy by się nie odgadło, że stała za szynkwasem w kawiarni 

na Montmartrze, póki nie zobaczył jej Puvis de Chavannes i nie kazał obnażyć płaskich piersi 

i wydłużonych ud, by  uwiecznić je na obrazie. A jednak absynt ją  zgubił, tak przynajmniej 

mówiono. 

Pierwsza  z  jego  dam?  Ta  olśniewająca  diwa,  słyszałam  ją  w  partii  Izoldy,  byłam 

bardzo  muzykalna  już  jako  dziecko,  więc  zabrano  mnie  do  Opery,  żeby  zrobić  mi 

przyjemność na urodziny.  Moja pierwsza opera:  słuchałam jej w partii Izoldy. Jakim żarem 

namiętności  płonęła  na  scenie!  Nietrudno  było  odgadnąć,  że  umrze  młodo.  Siedzieliśmy 

wysoko,  w  pół  drogi  do  bogów  w  niebie,  a  jednak mnie  prawie  oślepiła.  A  mój  ojciec,  żył 

jeszcze (o jak dawno temu!), ujął moją lepką rączkę, żeby dodać mi otuchy w ostatnim akcie, 

ale ja słyszałam tylko jej cudowny głos. 

Żonaty trzykrotnie podczas mojego krótkiego życia, z trzema różnymi gracjami, teraz, 

jak gdyby chcąc pokazać eklektyczność swojego gustu, zaprosił mnie, bym dołączyła do tej 

galerii  pięknych  kobiet,  mnie,  dziecko  ubogiej  wdowy,  z  moimi  włosami mysiego  koloru  o 

wciąż  wyraźnych  śladach  po  warkoczach,  z  których  tak  niedawno  zostały  uwolnione, 

kanciastymi biodrami, nerwowymi palcami pianistki. 

Był bogaty jak Krezus. W wieczór poprzedzający dzień ślubu  - skromna uroczystość 

w „Mairie” przez wzgląd na niedawną śmierć hrabianki  - zabrał nas z matką, ciekawy zbieg 

okoliczności,  na  Tristana.  I  wiecie,  moje  serce  było  tak  boleśnie  przepełnione  w  trakcie 

Liebestod, że pomyślałam, iż chyba naprawdę go kocham. Owszem. Tak pomyślałam. Kiedy 

prowadził  mnie  pod  rękę,  wszystkie  oczy  zwracały  się  na  mnie.  Szepczący  tłum  w  foyer 

rozstąpił  się  jak  Morze  Czerwone,  by  nas  przepuścić.  Moja  skóra  tężała  pod  jego 

dotknięciem. 

Jakże  zmieniła  się  moja  sytuacja  od  tego  pierwszego  razu,  gdy  słuchałam  owych 

zmysłowych  akordów,  niosących  w  sobie  taki  ładunek  śmiertelnej  namiętności!  Teraz 

siedzieliśmy w loży w czerwonych aksamitnych fotelach, a wyszamerowany lokaj w peruce 

przyniósł nam podczas przerwy szampana na lodzie w srebrnym kubełku. Piana przelała się 

przez brzeg mojego kielicha i zmoczyła mi ręce, pomyślałam: przelewa się moja czara. Byłam 

background image

w  sukni  od  Poireta.  Skłonił  moją  oporną  matkę,  by  pozwoliła  mu  kupić  moją  wyprawę. 

Inaczej  w  czym  bym  do  niego  poszła?  W  dwukrotnie  cerowanej  bieliźnie,  wyblakłych 

samodziałowych  spódniczkach  w  kratę,  znoszonych  bluzkach  i  sweterkach.  Tak  więc  w 

Operze  miałam  na  sobie  powiewną  tunikę  z  białego  muślinu,  przewiązaną  pod  piersiami 

jedwabnym sznurem. I wszyscy wpatrywali się we mnie. I w jego ślubny podarunek. 

Jego ślubny podarunek ciasno opinający mi szyję. Obroża z rubinów, szeroka na parę 

centymetrów, niby drogocenna szrama po poderżnięciu gardła. 

Kiedy  skończył  się  Terror,  w  pierwszym  okresie  Dyrektoriatu,  wśród  arystokratów, 

którzy  uniknęli  gilotyny,  zapanowała  wyzywająca  moda  na  wiązanie  czerwonej  wstążki 

wokół  szyi,  dokładnie  w  miejscu,  gdzie  przeniknęłoby  ostrze;  czerwona  wstążka  -  niby 

wspomnienie rany. A jego prababka, zachwycona tym pomysłem, kazała sobie zrobić opaskę 

z rubinów - co za wielkopański gest buntu! Ów wieczór w Operze przypomina mi się nawet 

teraz... wątłe dziecko w białej sukni, z płonącymi szkarłatem klejnotami na szyi, jasnymi jak 

tętnicza krew. 

Widziałam,  jak  obserwuje  mnie  w  złoconych  lustrach  taksującym  okiem  konesera, 

który  ocenia  konia,  albo  nawet  gospodyni  domowej  wybierającej  na  targowym  straganie 

kawałek  mięsa.  Nigdy  nie  widziałam,  czy  też  może  nie  byłam  świadoma  tego  spojrzenia, 

czysto cielesnej chciwości, którą ono wyrażało, a którą dziwnie potęgował tkwiący w lewym 

oku  monokl.  Kiedy  dostrzegłam,  że  patrzy  na  mnie  pożądliwie,  spuściłam  oczy,  ale 

odwracając  wzrok  od  niego,  uchwyciłam  swoje  odbicie  w  lustrze.  I  nagle  ujrzałam  siebie 

taką, jaką on mnie widział: bladą, z mięśniami uwypuklającymi się na szyi niby cienkie druty. 

Zobaczyłam,  jak  mi  do  twarzy  w  tym  okrutnym  naszyjniku.  I  po  raz  pierwszy  w  swoim 

niewinnym  i  chronionym  życiu  odkryłam  w  sobie  zdolność  do  zepsucia,  która  pozbawiła 

mnie tchu. Następnego dnia zostaliśmy małżeństwem. 

Pociąg  zwolnił,  szarpnął,  zatrzymał  się.  Światła,  zgrzyt  metalu,  głos  obwieszczający 

nazwę  nieznanej  stacji,  której  nigdy  nie  odwiedzę,  cisza  nocy,  rytm  jego  oddechu,  przy 

którego  akompaniamencie  będę  już  teraz  spała  przez  resztę  życia.  Ja  nie  mogłam  usnąć. 

Siadłam  ostrożnie,  uchyliłam  zasłonę,  przywarłam  do  zimnego  okna,  które  zamgliło  się  od 

mojego tchnienia, i wypatrywałam poprzez ciemny peron tych prostokątów światła domowej 

lampy,  które  obiecywały  ciepło,  towarzystwo,  kiełbaski  na  kolację  dla  zawiadowcy  stacji, 

skwierczące teraz na patelni, jego dzieci śpiące bezpiecznie w łóżeczkach w ceglanym domku 

z  malowanymi  okiennicami...  cały  ten  sztafaż  zwyczajnego  świata,  z  którego  ja,  robiąc  tak 

olśniewającą partię, sama siebie wykluczyłam. 

Małżeństwo  to  wygnanie,  czułam  to,  wiedziałam,  że  odtąd  będę  zawsze  samotna. 

background image

Jednak  częścią  tego  był  znajomy  już  ciężar  opalu  ognistego,  mieniącego  się  jak  cygańska 

czarnoksięska kula, tak że nie mogłam oderwać od niego oczu, kiedy grałam na fortepianie. 

Pierścień,  krwawy  bandaż  z  rubinów,  szafa  sukien  od  Poireta  i  Wortha,  zapach  juchtu  - 

wszystko  sprzysięgło  się,  by  mnie  uwieść,  tak  skutecznie,  iż  nie  mogłam  powiedzieć,  że 

doznaję najmniejszego ukłucia żalu za światem tartinek i maman, odsuwającym się teraz ode 

mnie niczym dziecinna zabawka na sznurku, podczas gdy pociąg znowu zaczynał drgać, jak 

gdyby w rozkosznym przeczuciu dali, w którą mnie powiezie. 

Pierwsze szare chorągwie świtu rozwinęły się już na wietrze i do wagonu sączyło się 

niesamowite półświatło. Nie słyszałam żadnej zmiany w jego oddechu, ale moje wyostrzone, 

podniecone  zmysły  powiadomiły  mnie,  że  nie  śpi  i  patrzy  na  mnie.  Wielki  mężczyzna, 

olbrzymi  mężczyzna,  o  utkwionych  we  mnie  oczach  ciemnych  i  nieruchomych,  jak  oczy 

starożytnych Egipcjan malowane na sarkofagach. Czułam lekkie ściskanie w żołądku, kiedy 

mnie tak obserwował w całkowitym milczeniu. Rozbłysła zapałka. Przypalał romea i julietę 

grubości rączki niemowlęcia. 

- Niedługo - powiedział swoim donośnym głosem, przypominającym dźwięk dzwonu, 

a mnie raptem nawiedziło ostre przeczucie lęku, które trwało tylko dopóty, dopóki paliła się 

zapałka i mogłam widzieć białą, szeroką twarz, jakby zawisłą bez ciała nad prześcieradłem, 

podświetloną  od  dołu  niczym  groteskowa  karnawałowa  maska.  Po  czym  płomień  zgasł, 

cygaro zaczęło się żarzyć i napełniło przedział pamiętnym aromatem, który przypomniał mi 

ojca i otaczającą go ciepłą, duszną woń hawany, kiedy mnie tulił, jak byłam mała, zanim mnie 

ucałował, opuścił i zginął. 

Ledwie  mąż  pomógł  mi  zejść  z  wysokiego  stopnia  wagonu,  poczułam  nasyconą 

słoność oceanu. Był listopad, drzewa, okaleczone przez atlantyckie sztormy, nie miały liści, a 

na  samotnym  przystanku  kolejowym  nie  byłego  żywego  ducha,  tylko  szofer  w  skórzanych 

getrach, oczekujący potulnie przy lśniącym czarnym aucie. Było zimno, owinęłam się futrem, 

biało-czarną  zarzutką  z  ułożonych  szerokimi  pasami  gronostajów  i  soboli,  moja  głowa 

wychylała  się  z  kołnierza  jak  kielich  polnego  kwiatu.  (Przysięgam,  że  nigdy  nie  byłam 

próżna,  póki  jego  nie  spotkałam).  Rozległ  się  dzwonek,  prężący  się  pociąg  zerwał  smycz  i 

pozostawił nas na tym opustoszałym poboczu, na którym wysiedliśmy tylko on i ja. O cudzie! 

Cała ta potęga żelaza i pary została zatrzymana tylko dla jego wygody. Najbogatszy człowiek 

we Francji. 

Madame. 

Szofer wpatrywał się we mnie: czy dokonywał ubliżających porównań z hrabianką, z 

modelką malarza, ze śpiewaczką operową? Kryłam się za futrem niby za miękką tarczą. Mąż 

background image

lubił, jak nosiłam mój pierścionek na giemzowej rękawiczce - efekciarski, teatralny chwyt  - 

ale gdy tylko ironicznie spoglądający szofer dostrzegł migotliwy błysk opalu, uśmiechnął się, 

jakby  zdobył  stuprocentowy  dowód,  że  jestem  żoną  jego  pana.  Ruszyliśmy  w  kierunku 

wstającego  świtu,  który  teraz  rozsypywał  na  nieboskłonie  zimowy  bukiet  różowych  róż, 

pomarańczowych tygrysich lilii, jak gdyby mąż zamówił dla mnie niebo w kwiaciarni. Dzień 

wstawał wokół mnie jak zimowy sen. 

Morze,  piasek,  niebo,  które  stapia  się  z  morzem  -  krajobraz  mglistych  pasteli, 

wyglądający, jakby miał się za chwilę rozpłynąć. Krajobraz wszystkich rozlewnych harmonii 

Debussy'ego,  etiud,  które  mu  grałam,  Reverie,  które  wykonywałam  tamtego  popołudnia, 

kiedy w salonie księżnej, wśród filiżanek herbaty i małych ciasteczek, spotkałam go po raz 

pierwszy, ja, sierota, wynajęta z litości, by muzyką umilić im trawienie. 

I  ach!  Jego  zamek.  Baśniowa  samotność  tej  budowli;  z  mglistobłękitnymi 

wieżyczkami, dziedzińcem, najeżoną bramą, spoczywający wprost na łonie morza zamek,  w 

którego  poddaszach  gnieżdżą  się  morskie  ptaki,  którego  okienne  wykusze  otwierają  się  na 

fioletowo-zielone  efemeryczne  odpływy  oceanu,  odcięty  od  lądu  przez  pół  dnia...  miejsce 

tajemnicze,  ziemnowodne,  przekraczające  materialność  i  ziemi,  i  wody,  melancholijne  jak 

syrena,  co  przysiadła  na  skale  i  wypatruje  bez  końca  kochanka,  który  utonął  daleko  stąd 

dawno temu. Miejsce piękne i smutne, syrenie królestwo!

2

 

Fala była niska; o tej porze, tak wcześnie rano, grobla wynurzała się z morza. Kiedy 

auto wjechało na wilgotne kocie łby między wąskimi przesmykami wody, wziął mnie za rękę, 

na  której  błyszczał  jego  palący,  czarnoksięski  pierścień,  ścisnął  mi  palce,  ucałował  dłoń  z 

niezwykłą czułością. Jego twarz pozostawała nieruchoma jak zwykle, nieruchoma niby staw 

pokryty  grubym  lodem,  jednak  usta,  zawsze  tak  czerwone  i  nagie  pośród  czarnych  frędzli 

brody, teraz wygięły się lekko. Uśmiechał się: witał w domu swoją oblubienicę. 

Ani jednego pokoju, ani jednego korytarza, który nie rozbrzmiewałby szumem morza, 

po  wszystkich  sufitach  i  po  wszystkich  ścianach,  gdzie  długim  szeregiem  tłoczyli  się  jego 

przodkowie  o  ciemnych  oczach  i  białych  twarzach,  ze  srogimi  insygniami  swego 

dostojeństwa, pełgało światło załamywane przez fale, które znajdowały się w ciągłym ruchu; 

ten  świetlisty,  szemrzący  zamek,  którego  byłam  kasztelanką,  ja,  mała  uczennica  w  klasie 

fortepianu, której matka sprzedała całą swoją biżuterię, nawet obrączkę ślubną, żeby opłacić 

czesne w konserwatorium. 

Najpierw  czekała  mnie  drobna  przeprawa,  czyli  wstępna  rozmowa  z  ochmistrzynią, 

dzięki  której  ta  niezwykła  maszyneria,  ten  zwieńczony  blankami  liniowiec  oceaniczny  na 

kotwicy, pracowała sprawnie i bez zakłóceń, niezależnie kto stał na mostku kapitańskim; jak 

background image

mizerny, pomyślałam sobie, musi być tutaj mój autorytet!  Ochmistrzyni miała gładką, bladą 

twarz,  obojętną  i  niesympatyczną,  pod  nienagannie  wykrochmalonym  białym  płóciennym 

czepcem,  jaki  noszą  kobiety  w  tym  regionie.  Jej  powitanie,  poprawne,  ale  bez  cienia 

serdeczności, zmroziło mnie; w marzeniach ośmieliłam się przywiązywać zbyt dużą wagę do 

mego statusu... rozważałam nawet przez chwilę, czyby nie sprowadzić mojej starej niani, tak 

bardzo  kochanej  i  swojej,  choć  mało  kompetentnej,  na  jej  miejsce.  Niefortunne  pomysły! 

Powiedział  mi,  że  ochmistrzyni  była  jego  mamka,  jest  związana  z  rodziną  nierozerwalnymi 

feudalnymi więzami współuczestnictwa, „należy do tego domu w równym stopniu co ja, moja 

droga”.  Teraz  jej  wąskie  wargi  obdarzyły  mnie  dumnym  uśmieszkiem.  Będzie  moim 

sprzymierzeńcem, jak długo ja będę jego. I tym muszę się zadowolić. 

Ale  tutaj  łatwo  być  zadowoloną.  Z  apartamentu  w  wieży,  który  podarował  mi  na 

własność, mogłam spoglądać na wzburzony Atlantyk i wyobrażać sobie, że jestem Królową 

Mórz.  W  pokoju  muzycznym  zastałam  fortepian  Bechsteina,  a  na  ścianie  jeszcze  jeden 

prezent  ślubny  -  wczesno-flamandzkie  malowidło  ze  świętą  Cecylią  przy  jej  niebiańskich 

organach.  W  czystym  wdzięku  świętej,  z  jej  krągłymi,  bladawymi  policzkami  i 

kędzierzawymi włosami brąz, zobaczyłam siebie taką, jaką może chciałabym być. Wzruszyła 

mnie subtelna czułość, o jaką dotąd go nie podejrzewałam. Następnie mąż poprowadził mnie 

ażurowymi krętymi schodami do mojej sypialni; ochmistrzyni, zanim się dyskretnie wycofała, 

wystąpiła  z  jakimś  rubasznym,  jak  mi  się  wydało,  błogosławieństwem  dla  nowożeńców  w 

swoim rodzimym dialekcie bretońskim. Tego nie zrozumiałam. Tego, uśmiechnąwszy się, on 

nie zgodził się przetłumaczyć. 

A oto olbrzymie rodowe łoże małżeńskie, nieomal wielkości mojego pokoiku w domu, 

z  chimerami  rzeźbionymi  na  hebanowych  powierzchniach,  z  cynobrowym  lakierem, 

złoceniami  oraz  zasłonami  z  białego  muślinu,  wydymającymi  się  w  morskiej  bryzie.  Nasze 

łoże.  A  dookoła  same  lustra!  Lustra  na  wszystkich  ścianach,  w  majestatycznych  girlandach 

złotych ram, odbijające więcej kalii, niż widziałam w życiu. Napełnił nimi pokój na powitanie 

oblubienicy,  młodej  oblubienicy.  Młodej  oblubienicy,  która  stała  się  mnóstwem  dziewcząt 

oglądanych w lustrach, identycznych w modnych granatowych kostiumach szytych na miarę - 

do podróży, madame, albo na spacer. Pokojówka zajęła się futrem. Odtąd pokojówka będzie 

zajmować się wszystkim. 

-  Popatrz  -  powiedział,  wskazując  te  eleganckie  dziewczyny  -  sprawiłem  sobie  cały 

harem! 

Uświadomiłam  sobie,  że  drżę.  Oddychałam  z  trudem.  Nie  mogłam  spojrzeć  mu  w 

oczy,  odwróciłam  więc  głowę,  z  dumy,  z  nieśmiałości,  i  obserwowałam,  jak  tuzin  mężów 

background image

zbliża się ku mnie w tuzinie luster i powoli, metodycznie, prowokująco rozpina guziki mojego 

żakietu i zsuwa mi go z ramion. Dość! Nie, to jeszcze nie wszystko! Jeszcze spódnica, a po 

niej  bluzka  z  płótna  w  kolorze  morelowym,  która  kosztowała  więcej  niż  moja  sukienka  do 

pierwszej komunii. Gra fal w zimnym słońcu na zewnątrz odbijała się w jego monoklu, jego 

ruchy  zdawały  mi  się  celowo  prostackie  i  wulgarne.  Krew  napłynęła  mi  do  twarzy  i  nie 

chciała odpłynąć. 

A  jednak,  widzicie,  odgadywałam,  że  tak  właśnie  może  się  to  odbyć,  że  będziemy 

mieli  formalne  rozbieranie  panny  młodej,  rytuał  rodem  z  burdelu.  Mimo  że  wiodłam  życie 

pod  kloszem,  czyż  mogłam  nie  słyszeć,  nawet  w  świecie  skromnej  cyganerii,  w  jakiej  się 

obracałam, aluzji na temat jego świata? 

Zdejmował ze mnie ubranie, jak smakosz, którym był,  zdejmuje liście z karczocha  - 

nie  wyobrażajcie  sobie  jednak,  żeby  odbywało  się  to  w  sposób  szczególnie  wyszukany,  ów 

karczoch  nie  był  specjalnym  przysmakiem,  ani  też  biesiadnik  nie  wykazywał  jeszcze 

żarłocznego pośpiechu. Podchodził do znajomej potrawy z umiarkowanym apetytem. A kiedy 

nie pozostało już nic poza moją szkarłatną, palpitującą nagością, ujrzałam w lustrze ożywiony 

szkic  Ropsa,  ze  zbioru,  który  mi  pokazywał,  kiedy  po  naszych  zaręczynach  wolno  nam  już 

było przebywać sam na sam... dziewczynka o patykowatych nogach i rękach, naga, jeśli nie 

liczyć zapinanych na guziki trzewików i rękawiczek, zakrywa dłonią twarz, jakby twarz była 

ostatnim przyczółkiem jej skromności, a stary, uzbrojony w monokl rozpustnik bada po kolei 

wszystkie członki jej ciała. On w garniturze od londyńskiego krawca, ona goła jak jagnięcy 

kotlet.  Najbardziej  pornograficzny  zestaw  z  możliwych.  A  zatem  mój  nabywca  rozpakował 

swój zakup. I tak jak w Operze, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam swoją cielesność jego 

oczami, przeraziłam się, czując, że jestem pobudzona. 

Od  razu  zamknął  mi  nogi  jak  książkę  i  znowu  zobaczyłam  to  nieczęste  poruszenie 

jego warg, oznaczające uśmiech. 

Nie teraz. Później. Oczekiwanie to lepsza połowa przyjemności, moja maleńka. 

Zaczęłam drżeć jak koń wyścigowy przed gonitwą, jednak nie bez lęku, odczuwałam 

bowiem zarówno dziwne abstrakcyjne podniecenie na myśl o miłości, jak i odrazę, której nie 

potrafiłam  stłumić,  do  jego  białego  masywnego  ciała,  które  miało  zbyt  wiele  wspólnego  z 

naręczami  kalii  w  wielkich  szklanych  słojach,  wypełniającymi  mój  pokój,  tych  kalii 

żałobnych  z  ciężkim  pyłkiem,  który  osiada  na  palcach,  jakby  się  je  zanurzyło  w  kurkumie. 

Kalie, które zawsze mi się z nim kojarzyły, kalie białe, które plamią. 

Ta scena z rozwiązłego życia skończyła się raptownie. Okazało się, że on musi zająć 

się  interesami;  jego  posiadłość,  jego  spółki  -  nawet  podczas  miodowego  miesiąca?  Nawet 

background image

wtedy, odpowiedziały czerwone usta, które mnie pocałowały, zanim zostałam sama z moimi 

oszołomionymi zmysłami - wilgotne, jedwabiste muśnięcie brody, minimalny ruch czubkiem 

języka.  Niezadowolona,  owinęłam  się  peniuarem  ze  starej  koronki  i  zabrałam  do  popijania 

gorącej  porannej  czekolady,  którą  przyniosła  mi  pokojówka,  a  potem  -  jako  że  stało  się  to 

moją drugą naturą - nie pozostało mi nic innego, jak udać się do pokoju muzycznego i zasiąść 

przy fortepianie. 

Jednak  spod  moich  palców  spłynęło  tylko  parę  nieharmonijnych  akordów; 

rozstrojony...  odrobinę  tylko  rozstrojony,  ale  obdarzona  zostałam  słuchem  absolutnym  i 

niemożliwością  było  dla  mnie  grać  dalej.  Morskie  bryzy  nie  są  dobre  dla  fortepianu, 

będziemy  potrzebowali  stroiciela  na  stałe  w  domu,  jeśli  mam  kontynuować  studia! 

Rozczarowana,  dość  gwałtownie  zatrzasnęłam  wieko:  co  mam  teraz  robić  ze  sobą,  jak 

przepędzę  długie  godziny  rozświetlone  migotaniem  fal,  póki  mąż  nie  pójdzie  ze  mną  do 

łóżka? 

Na myśl o t y m przebiegł mnie dreszcz. 

W  bibliotece  odkryłam  chyba  źródło  jego  wiecznego  zapachu  juchtu.  Długie  rzędy 

tomów w cielęcej skórze, brązowych i oliwkowych, ze złoconym liternictwem na grzbietach, 

woluminy w formacie octavo w okładkach z błyszczącego szkarłatnego marokinu. Skórzana 

pikowana  kanapa  zapraszająca  do  spoczynku.  Pulpit  z  orłem  o  rozłożonych  skrzydłach,  na 

nim  otwarte  La-bas  Huysmansa,  wydanie  jakiejś  bardzo  ekskluzywnej  prywatnej  oficyny, 

oprawne,  jak  mszał,  w  miedź  wysadzaną  kolorowymi  szkiełkami.  Dywany  na  podłodze, 

puszyste,  mieniące  się  intensywnym  szafirem  nieba  i  czerwienią  krwi  prosto  spod  serca, 

pochodziły  z  Isfahanu  i  Buchary;  połyskiwała  ciemna  boazeria,  kołysała  do  snu  muzyka 

morza, na kominku płonęły drwa z jabłoni, odblaski ognia ślizgały się po grzbietach książek, 

które wyglądały na dobrze zachowane lub nowe. Eliphas Levy, nazwisko nic mi nie mówiło. 

Odczytałam  z  ukosa  kilka  tytułów:  Inicjacja,  Klucz  do  tajemnic,  Sekret  puszki  Pandory,  

ziewnęłam.  Nic  nie  mogło  tu  przykuć  uwagi  siedemnastoletniej  dziewczyny  czekającej  na 

pierwszy  uścisk.  Najbardziej  miałabym  ochotę  na  powieść  drukowaną  na  żółtym  papierze, 

chciałam zwinąć się w kłębek na dywanie przed płonącym kominkiem, zagłębić w tandetnej 

powieści,  chrupać  lepkie  czekoladki  z  likierem.  Gdybym  zadzwoniła,  pokojówka 

przyniosłaby mi czekoladki. 

Niemniej otworzyłam szafę z książkami, ot tak sobie, żeby pobuszować. I myślę,  że 

wiedziałam,  poznałam  to  po  łaskotaniu  w  czubkach  palców,  zanim  jeszcze  otworzyłam 

cieniutki  tomik  bez  tytułu  na  grzbiecie,  co  znajdę  w  środku.  Kiedy  pokazywał  mi  Ropsa, 

świeżo  zakupionego  po  niebotycznej  cenie,  czyż  nie  napomknął,  że  jest  koneserem  takich 

background image

dzieł?  Jednak  nie  byłam  przygotowana  na  to:  dziewczyna,  na  której  policzkach  zawisły  łzy 

jak  przyklejone  perły,  z  piczką  niby  przecięta  figa  pod  ogromnymi  kulami  pośladków,  na 

które właśnie mają spaść zasupłane rzemienie bicza, podczas gdy mężczyzna w czarnej masce 

wolną ręką manipuluje przy kutasie, zakrzywionym w górę jak szabla, którą dzierży. Podpis 

pod  rysunkiem  głosił:  „Ciekawość  ukarana”.  Matka  w  swojej  ekscentryczności  powiedziała 

mi,  nie  obwijając  w  bawełnę,  co  robią  kochankowie;  byłam  niewinna,  ale  nie  naiwna. 

Przygody  Eulalii  w  haremie  Wielkiego  Turka,  wydrukowane,  według  informacji  na  stronie 

przedtytułowej,  w  Amsterdamie  w  roku  1748,  były  białym  krukiem.  Czy  jakiś  przodek 

osobiście  przywiózł  książkę  z  tego  północnego  miasta?  Czy  też  mój  mąż  kupił  ją  sobie  w 

jednej  z  tych  małych  zakurzonych  księgarenek  na  Lewym  Brzegu,  gdzie  stary  człowiek 

przypatruje  się  klientowi  przez  okulary  grube  na  cal,  zachęcając  do  obejrzenia  towaru... 

Przerzucałam kartki z najwyższym niepokojem, druk zrudział. Natknęłam się na inny staloryt: 

„Złożenie w ofierze żon sułtana”. Wiedziałam dostatecznie dużo, żeby to, co zobaczyłam w 

tej książce, pozbawiło mnie tchu. 

Woń juchtu przepełniająca bibliotekę nabrała intensywności, cień męża padł na obraz 

masakry. 

-  Moja  zakonniczka  znalazła  modlitewniki,  co?  -  dopytywał  się  władczo,  z  dziwną 

mieszaniną drwiny i satysfakcji, po czym widząc moje bolesne zdumienie i gniew, wyśmiał 

mnie głośno, wyrwał książkę z ręki i odłożył na kanapę. 

- Czy brzydkie obrazki wystraszyły Bobo? Nie wolno Bobo bawić się zabawkami dla 

dorosłych, póki nie nauczy się z nimi obchodzić. 

Pocałował  mnie.  Tym  razem  żadnej  powściągliwości.  Pocałował  mnie  i  położył  mi 

władczo  rękę  na  piersi,  pod  osłoną  starej  koronki.  Potknęłam  się  na  krętych  schodach 

prowadzących  do  sypialni,  do  rzeźbionego  złoconego  łoża,  w  którym  został  poczęty. 

Wyjąkałam niemądrze: 

- Nie jedliśmy jeszcze obiadu, poza tym jest biały dzień. 

Tym lepiej będę cię widział. 

Kazał  mi  włożyć  moją  obrożę,  rodowy  klejnot  przekazany  w  spadku  przez  kobietę, 

która jedna uniknęła ostrza gilotyny. Drżącymi rękami zapięłam obrożę na szyi. Była zimna 

jak lód i zrobiło mi się chłodno. Zwinął moje włosy jak powróz i uniósł znad ramion, tak że 

łatwiej  mu  było  ucałować  pokryte  puszkiem  wgłębienia  za  uszami;  przyprawiło  mnie  to  o 

dreszcz. Pocałował też owe płomienne rubiny. Pocałował je, zanim pocałował moje usta. W 

uniesieniu  zadeklamował:  „Ze  swego  stroju  zachowała  tylko  dźwięczącą  biżuterię”

3

.  Tuzin 

mężów wbijało na pal tuzin oblubienic, podczas gdy na dworze skrzeczące mewy kołysały się 

background image

w powietrzu na niewidocznych trapezach. 

Wyrwał  mnie  ze  snu  uparty  i  przeraźliwy  dźwięk  telefonu.  Mąż  leżał  obok  jak 

powalony dąb, oddychając chrapliwie, można by myśleć, że stoczył ze mną walkę. W trakcie 

tej  jednostronnej  walki  zobaczyłam,  jak  jego  śmiertelny  spokój  rozsypuje  się  niczym 

porcelanowa  waza  rzucona  o  ścianę.  Słyszałam  jego  ostry  krzyk  i  bluźnierstwa  w  chwili 

orgazmu, krwawiłam. I może widziałam jego twarz bez maski, a może nie. Jednak zostałam 

nieodwołalnie zbrukana przez utratę dziewictwa. 

Pozbierałam się, sięgnęłam do nocnej szafki koło łóżka, w której ukryty był telefon, i 

odezwałam się do słuchawki. Jego agent w Nowym Jorku. Pilne. 

Potrząsnęłam mężem, a kiedy się obudził, przetoczyłam się na moją stronę, oplótłszy 

ramionami swoje wyczerpane ciało. Jego głos bzyczał jak ul dalekich pszczół. Mój mąż. Mąż, 

który  z  taką  miłością  napełnił  mi  sypialnię  kaliami,  aż  przybrała  wygląd  zakładu 

balsamującego zwłoki. Senne kalie, które kołysały ciężkimi główkami, rozsiewając soczystą, 

bezczelną woń, przypominającą zapach wypielęgnowanego ciała. 

Skończywszy z agentem, zwrócił się ku mnie i pogłaskał rubinową obrożę, wpijającą 

mi  się  w  szyję,  ale  zrobił  to  z  taką  czułością,  że  przestałam  się  wzdragać,  po  czym  zaczął 

pieścić moje piersi. Moja droga, moja maleńka, moja dziecinka, czy to ją bolało? On bardzo 

przeprasza  za  taką  gwałtowność,  nie  potrafił  się  opanować,  widzisz,  tak  ją  kocha...  pod 

wpływem tej miłosnej litanii łzy puściły mi się strumieniem. Tuliłam się do niego, jak gdyby 

tylko ten, kto zadał mi ból, mógł mnie pocieszyć w cierpieniu. Przez chwilę szeptał do mnie 

głosem,  którego  nigdy  wcześniej  nie  słyszałam,  głosem  jak  uspokajający  szept  morza.  Ale 

zaraz uwolnił pasma moich włosów z guzików swego smokingu, pośpiesznie pocałował mnie 

w  policzek  i  oświadczył,  że  agent  z  Nowego  Jorku  zadzwonił  w  sprawie  tak  nie  cierpiącej 

zwłoki, że musi wyjechać, jak tylko woda opadnie. Wyjechać z zamku? Wyjechać z Francji! I 

nie będzie go co najmniej sześć tygodni. 

- Ale przecież to nasz miesiąc miodowy! 

Interes, wóz albo przewóz, w grę wchodzi kilka milionów, powiedział. Odgrodził się 

ode mnie tym swoim woskowym spokojem, jestem tylko małą dziewczynką, nie rozumiem. 

Poza  tym,  mówił  bez  słów  do  mojej  urażonej  próżności,  przeżyłem  zbyt  wiele  miesięcy 

miodowych, by uważać je za zobowiązania w jakimkolwiek stopniu wiążące. Dobrze wiem, 

że  to  dziecko,  które  kupiłem  za  garść  kolorowych  szkiełek  i  sierść  martwych  zwierząt,  nie 

ucieknie. Niemniej, kiedy zadzwoni do swego agenta w Paryżu, żeby mu zarezerwował bilet 

do Stanów na następny dzień - tylko jeden mały telefon, maleńka - powinno wystarczyć nam 

czasu na zjedzenie razem kolacji. 

background image

I tym musiałam się zadowolić. 

Bażant w laskowych orzechach i czekoladzie  - meksykańska potrawa; sałatka, biały, 

przepyszny  ser,  sorbet  z  muszkatowych  winogron  i  Asti  spumante.  Dla  podkreślenia 

uroczystej  okazji  wystrzelił  toastowo  szampan  Kruga.  Następnie  cierpka  czarna  kawa  w 

bezcennych filiżaneczkach z porcelany, tak delikatnej, że płyn okrył cieniem ptaki, które były 

na nich namalowane. Potem piliśmy, ja cointreau, on koniak, w bibliotece, gdzie zaciągnięte 

pąsowe  aksamitne  story  odgradzały  nas  od  nocy.  Usadowiony  w  skórzanym  fotelu  przed 

kominkiem,  na  którym  trzaskały  drwa,  wziął  mnie  na  kolana.  Kazał  mi  się  przebrać  w  tę 

niepokalaną,  prostą  suknię  od  Poirota  z  białego  muślinu;  wydawało  się,  że  darzy  ją 

szczególnym upodobaniem. Powiedział, że moje piersi prześwitują przez cienki materiał jak 

miękkie,  białe  śpiące  gołębice,  każda  z  otwartym  różowym  oczkiem.  Ale  nie  pozwolił  mi 

zdjąć  rubinowej  obroży,  choć  coraz  bardziej  mnie  uwierała,  ani  też  upiąć  rozpuszczonych 

włosów, oznaki dziewictwa, tak świeżo zniszczonego, że pozostawało wciąż między nami jak 

otwarta  rana.  Owijał  sobie  moje  włosy  wokół  palców,  dopóki  nie  skrzywiłam  się  z  bólu. 

Pamiętam, że ja mówiłam bardzo niewiele. 

-  Pokojówka  zmieniła  już  prześcieradła  -  powiedział.  -  Nie  wywieszamy 

zakrwawionych prześcieradeł z okna, żeby dowieść całej  Bretanii, że byłaś dziewicą, nie w 

naszych cywilizowanych czasach. Muszę ci jednak powiedzieć, że po raz pierwszy w całym 

moim małżeńskim życiu mógłbym pokazać moim ciekawskim dzierżawcom taką flagę. 

Nagle  uderzyła  mnie  myśl,  że  to  moja  niewinność  musiała  go  podbić  -  milcząca 

muzyka mojej nieświadomości, podobna La terrasse des audiences au clair de lune

4

granej 

na  fortepianie  o  eterycznych  klawiszach.  Pamiętajcie,  jak  bardzo  skrępowana  się  czułam  w 

tym  przepysznym  zamku,  jak  skrępowanie  towarzyszyło  mi  nieustannie  w  całym  okresie 

zalotów  tego  poważnego  satyra,  który  teraz  łagodnie  maltretował  moje  włosy.  Odkrycie,  że 

moja naiwność sprawia mu pewną przyjemność, dodała mi otuchy. Odwagi! Przyjdzie jeszcze 

dzień, że będę się zachowywać jak wielka dama, choć nie urodziłam się w pałacu. 

Powoli,  a  zarazem  drażniąc  się,  jakby  miał  dziecku  sprawić  wielką  niespodziankę, 

wyjął  z  którejś  wewnętrznej,  sekretnej  kieszeni  marynarki  pęk  kluczy  -  klucz  po  kluczu, 

klucze, jak powiedział, do każdego zamka w tym domu. Klucze wszelkiego rodzaju - wielkie, 

staroświeckie  przedmioty  z  czarnego  żelaza  obok  wysmukłych,  delikatnych,  niemal 

barokowych;  cienkie  jak  opłatki  kluczyki  yale  do  sejfów  i  szkatułek.  Podczas  jego 

nieobecności to ja muszę sprawować nad nimi pieczę. 

Przyglądałam  się ciężkiemu  pękowi  podejrzliwie.  Do  tej  chwili  nie  poświęciłam ani 

jednej myśli praktycznej stronie małżeństwa, które oznaczało wielki dom, wielkie bogactwo, 

background image

wielkiego człowieka z kółkiem obwieszonym tyloma kluczami, co kółko dozorcy więzienia. 

Były tu toporne i archaiczne klucze do lochów, bo lochów nam nie brakowało, choć zostały 

przerobione na piwnice dla jego win; omszałe butelki leżakowały na kozłach we wszystkich 

tych jamach męki wydrążonych w skale, na której zbudowany został zamek. To są klucze do 

kuchni, to klucz do galerii obrazów, skarbca napełnianego od pięciu wieków przez chciwych 

kolekcjonerów - ach! przewiduje, że spędzę tam wiele godzin. 

Sam  namiętnie  zaspokajał  swoje  upodobanie  do  symbolistów,  jak  powiedział  z 

żarłocznym błyskiem w oku. Miał słynną Ofiarę złożoną bogom, wspaniały portret pierwszej 

żony  pędzla  Moreau,  ze  śladami  delikatnych  jak  koronka  łańcuchów,  odciśniętymi  na  jej 

przezroczystej skórze. Czy znam historię tego obrazu? Jak kiedy po raz pierwszy obnażyła się 

przed  malarzem,  wprost  zza  szynkwasu  na  Montmartrze,  przystroiła  się  mimo  woli  w 

rumieniec, który zabarwił jej piersi, barki, ramiona, całe ciało? Myślał o tej historii, o tamtej 

drogiej  dziewczynie,  gdy  po  raz  pierwszy  mnie  rozbierał...  Ensor,  wielki  Ensor,  jego 

monolityczne  płótno  Głupie  panny.  Dwa  czy  trzy  późne  gauguiny,  w  tym  ulubiony,  z 

ekstatyczną brązową dziewczyną w opuszczonym domu, zatytułowany Z nocy przychodzimy, 

w  noc  odchodzimy.  A  poza  tym,  co  sam  nabył,  imponujące  dziedzictwo  w  postaci  dzieł 

Watteau, Poussina i dwóch bardzo specjalnych fragonardów, zamówionych przez rozpustnego 

przodka, który podobno pozował mistrzowi osobiście razem z dwiema rodzonymi córkami... 

Gwałtownie przerwał to wyliczanie skarbów. 

Twoja  szczupła,  blada  twarzyczka,  cherie;  powiedział  to,  jakby  zobaczył  ją  po  raz 

pierwszy. Twoja szczupła, blada twarzyczka, z obietnicą rozpusty, którą potrafi dostrzec tylko 

znawca. 

Polano  osunęło  się  w  ogień,  wzniecając  deszcz  iskier,  opal  na  moim  palcu  strzelił 

zielonym  płomieniem.  Czułam  zawrót  głowy,  jakbym  znalazła  się  nad  brzegiem  przepaści. 

Bałam się, nie tyle jego, nie tyle jego potwornej obecności, tak intensywnej, jak gdyby przy 

urodzeniu  został  obdarzony  większym  ciężarem  gatunkowym  niż  reszta  z  nas,  obecności, 

która nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że jestem w nim najbardziej zakochana, zawsze w 

subtelny sposób mnie przygniatała... Nie. Nie jego się bałam, ale siebie. Zdawało mi się, że 

rodzę  się  na  nowo  w  jego  oczach  nie  dających  odbicia,  rodzę  w  nie  znanym  mi  kształcie. 

Trudno  mi  było  się  rozpoznać  w  jego  opisach,  a  jednak,  jednak,  czy  nie  zawierały  ziarna 

przerażającej  prawdy?  I  w  czerwonym  świetle  kominka  zarumieniłam  się  znowu, 

niepostrzeżenie,  na  myśl,  że  mógł  mnie  wybrać,  ponieważ  w  mojej  niewinności  wyczuł 

rzadką zdolność do deprawacji. 

Oto klucz od serwantki z porcelaną  - nie śmiej się, moje kochanie, tam jest zastawa 

background image

serwska  godna  króla  i  serwis  z  Limoges  godny  królowej.  A  oto  klucz  do  pokoju  o 

zakratowanych oknach, w którym zamknięto pięć pokoleń stołowego srebra. 

Klucze,  klucze,  klucze.  Powierzy  mi  klucze  od  swego  gabinetu,  choć  jestem  tylko 

dzieckiem, klucze do sejfów, gdzie przechowuje klejnoty, które będę nosiła - obiecuje mi to - 

kiedy  wrócimy  do  Paryża.  Co  za  klejnoty!  Będę  mogła  zmieniać  kolczyki  i  kolie  trzy  razy 

dziennie,  jak  cesarzowa  Józefina  bieliznę.  Bardzo  wątpi,  dodał  z  tym  charakterystycznym 

głuchym,  suchym  dźwiękiem,  który  służył  mu  za  śmiech,  czy  będę  równie  ciekawa  jego 

świadectw udziałowych, choć są one, oczywiście, nieporównanie więcej warte. 

Słyszałam,  jak  na  zewnątrz,  poza  kręgiem  naszej  oświetlonej  blaskiem  paleniska 

prywatności,  morze  cofa  się  po  nabrzeżnych  kamykach;  zbliżał  się  czas  jego  odjazdu.  Na 

kółku pozostał jeden klucz, o którym nic mi nie powiedział, i wydawało się teraz, że się waha. 

Przez chwilę myślałam, że odłączy go od innych, schowa z powrotem do kieszeni i zabierze 

ze sobą. 

- Co to za klucz?  - dopytywałam się, bo jego przekomarzanie dodało mi śmiałości.  - 

Klucz do twojego serca? Daj mi go! 

Drocząc  się,  kołysał  klucz  nad  moją  głową,  poza  zasięgiem  moich  usiłujących  go 

pochwycić palców; nagie czerwone usta poruszyły się w krzywym uśmiechu. 

-  Och,  nie  -  odpowiedział.  -  Nie  klucz  do  mojego  serca.  Raczej  klucz  do  mojego 

inferno. 

Zostawił go na kółku, które zamknął, potrząsając nim, żeby usłyszeć ton, jakby to był 

kamerton.  Następnie  rzucił  mi  pęk  podzwaniających  kluczy  na  kolana.  Poczułam  chłód 

metalu  przez  cienki  muślin  sukni.  Pochylił  się,  by  złożyć  na  moim  czole  zamaskowany 

gęstwiną brody pocałunek. 

-  Mężczyzna  musi  mieć  jeden  sekret,  choćby  jeden  jedyny,  przed  swoją  żoną  - 

powiedział. - Obiecaj mi, moja bladolica pianistko, obiecaj mi, że użyjesz wszystkich kluczy 

na  tym  kółku,  z  wyjątkiem  tego  ostatniego  małego  kluczyka,  który  ci  pokazałem.  Baw  się 

wszystkim,  co  znajdziesz,  klejnotami,  srebrną  zastawą,  zrób  sobie  papierowe  łódki  z  moich 

świadectw  udziałowych,  jeśli  ci  to  sprawi  przyjemność,  i  każ  im  pożeglować  za  mną  do 

Ameryki.  Wszystko  jest  twoje,  wszystko  stoi  przed  tobą  otworem  -  poza  tym  jednym 

zamkiem, do którego pasuje tylko ten klucz. Przecież to tylko klucz do małego pokoju na dole 

w zachodniej wieży, za spiżarnią, na samym końcu ciemnego korytarzyka, pełnego strasznych 

pajęczyn, które wplątałyby ci się we włosy i wystraszyły, gdybyś się tam zapuściła. Och, ten 

pokoik  wydałby  ci  się  bardzo  nudny!  Ale  musisz  mi  obiecać,  jeśli  mnie  kochasz,  że  nie 

będziesz  do  niego  wchodziła.  To  tylko  prywatny  gabinet,  kryjówka,  „nora”,  jak  mówią 

background image

Anglicy,  gdzie mogę  się czasami schronić w tych nieczęstych, ale nieuchronnych  chwilach, 

kiedy jarzmo małżeństwa wydaje mi się zbyt ciążyć na barkach. Mogę tam pójść, rozumiesz, 

żeby delektować się rzadką przyjemnością wyobrażania sobie, że nie jestem żonaty. 

Słaba  gwiaździsta  poświata  oblewała  dziedziniec,  kiedy,  otulona  futrem, 

odprowadzałam  go  do  auta.  Powiedział  mi  jeszcze  tylko,  że  dzwonił  na  ląd  i  wynajął 

stroiciela na stałe; ów człowiek ma się podjąć swoich obowiązków od jutra. Przycisnął mnie 

do wielbłądziej wełny na swojej piersi raz jeden, po czym odjechał. 

Zdrzemnęłam  się  trochę  po  południu  i  teraz  nie  mogłam  spać.  Rzucałam  się  i 

przewracałam  w  jego  rodowym  łożu,  póki  następny  świt  nie  odbarwił  tuzina  luster, 

opalizujących  od  refleksów  morza.  Zapach  kwiatów  odurzał mi  zmysły;  kiedy  pomyślałam, 

że odtąd zawsze spoczywać będę w jednej pościeli z mężczyzną, którego skóra, jak i te kalie, 

miała  jakąś  ropuszą,  lepką  wilgotność,  odczułam  coś  w  rodzaju  osamotnienia  i  teraz,  po 

zagojeniu  się  mojej  kobiecej  rany,  naszła  mnie  mdląca  chętka,  coś  niby  kaprys,  który  każe 

kobietom w ciąży pożądać smaku kredy  czy węgla, czy  zepsutego jedzenia, na powtórzenie 

jego pieszczot. Czy nie dał mi do zrozumienia, tyleż swoim ciałem, co słowami i spojrzeniem, 

że istnieją tysiące, tysiące najprzeróżniejszych punktów stycznych pomiędzy ciałem a ciałem? 

Leżałam  w  naszym  szerokim  łożu  w  towarzystwie  mojej  nowo  zrodzonej ciekawości,  która 

nie pozwalała mi zasnąć. 

Leżałam w łożu sama. I tęskniłam za nim. A on. napawał mnie odrazą. 

Czy  wystarczy  klejnotów  we  wszystkich  jego  sejfach,  żeby  wynagrodzić  mi  tę 

sytuację?  Czy  cały  zamek  mieści  dostatecznie  dużo  bogactw,  żeby  wynagrodzić  mi 

towarzystwo  libertyna,  z  którym  muszę  je  dzielić?  I  jaka  dokładnie  była  natura  mojego 

pożądliwego lęku wobec tej tajemniczej istoty, która, by mi okazać swoją nade mną władzę, 

opuściła mnie w noc poślubną? 

Nagle  usiadłam  wyprostowana  w  łóżku,  pod  sardonicznymi  maskami  gargulców 

wyrzeźbionych nade mną, tknięta dzikim podejrzeniem. A może zostawił mnie nie dla Wall 

Street, ale dla wymagającej kochanki, ukrytej Bóg wie gdzie, zdolnej dostarczyć mu o wiele 

więcej  rozkoszy,  niż  dziewczyna,  której  palce  ćwiczyły  dotąd  tylko  skale  i  arpeggia?  I 

powoli,  uspokojona,  opadłam  z  powrotem  na  spiętrzone  poduszki;  uświadomiłam  sobie,  że 

ból zazdrości, który sobie sama zadałam, zawierał domieszkę ulgi. 

Wreszcie zapadłam  w sen, kiedy światło dnia napełniło pokój i przegnało złe myśli. 

Ale ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam zasypiając, był wysoki słój kalii koło łóżka, którego 

grube szkło tak wykrzywiło obraz opasłych łodyg, że wyglądały jak ręce, odcięte ręce, tonące 

w zielonkawej wodzie. 

background image

Kawa  i  croissanty  na  pociechę  samotnego  przebudzenia  oblubienicy.  Pyszne.  Oraz 

miód  w  plastrze  na  szklanym  spodeczku.  Pokojówka  wyciskała  aromatyczny  sok  z 

pomarańczy w ochłodzony puchar, a ja obserwowałam ją, wylegując się w łóżku o południu 

zwyczajem  bogaczy.  Nic  jednak  tego  ranka  nie  było  w  stanie  ucieszyć  mnie  na  długo,  z 

wyjątkiem  wiadomości,  że  stroiciel  już  pracuje.  Kiedy  pokojówka  mi  to  powiedziała, 

wyskoczyłam z łóżka, włożyłam starą samodziałową spódnicę i flanelową bluzkę, studencki 

strój, w jakim czułam się o wiele swobodniej niż w którejkolwiek z pięknych nowych toalet. 

Po  trzech  godzinach  ćwiczeń  wezwałam  stroiciela,  żeby  mu  podziękować.  Był 

oczywiście  ślepy,  ale  młody,  o  łagodnych  ustach  i  szarych  oczach,  utkwionych  we  mnie, 

chociaż  nie  mogły  mnie  widzieć.  Syn  kowala  z  wioski  za  groblą,  chórzysta  w  kościele, 

którego poczciwy ksiądz wyuczył zawodu, żeby potrafił zarobić na utrzymanie. Wszystko jak 

najlepiej.  Tak.  Myśli,  że  będzie  mu  tu  dobrze.  I  gdyby,  dodał  nieśmiało,  wolno  mu  było 

czasem posłuchać, jak gram... bo, widzi pani, kocha muzykę. Tak. Oczywiście, powiedziałam. 

Naturalnie. Chyba wiedział, że się uśmiechnęłam. 

Mimo  że  obudziłam  się  tak  późno,  dopiero  zbliżała  się  pora  five  o'clock'u,  kiedy 

odprawiłam  stroiciela.  Ochmistrzyni,  troskliwie  uprzedzona  przez  mojego  męża, 

powstrzymała  się  od  przerywania  mojej  muzyki,  teraz  jednak  złożyła  mi  uroczystą  wizytę, 

prezentując długaśne menu spóźnionego obiadu. Kiedy powiedziałam jej, że nie chcę obiadu, 

spojrzała  na  mnie  z  ukosa,  z  kwaśną  miną.  Zrozumiałam  natychmiast,  że  jednym  z  moich 

głównych  obowiązków  jako  kasztelanki  jest  dostarczanie  roboty  służbie.  Jednak  nie 

zmieniłam  zdania  i  oświadczyłam,  że  zaczekam  do  kolacji, chociaż  lękiem  napełniała mnie 

myśl o samotnym posiłku. Następnie zorientowałam się, że muszę wydać dyspozycje, co mają 

mi  przygotować;  popuściłam  wodze  fantazji,  która  nadal  była  fantazją  uczennicy.  Dzikie 

ptactwo  w  śmietanie...  a  może  przyspieszyć  Boże  Narodzenie  indykiem  w  galarecie?  Nie, 

powzięłam decyzję. Awokado z krewetkami, cała masa krewetek, bez drugiego dania. Ale na 

deser  ma  być  niespodzianka  w  postaci  wszystkich  gatunków  lodów,  jakie  tylko  są  w 

chłodziarni.  Wszystko  zanotowała,  chrząknęła  jednak  pogardliwie.  Zgorszyłam  ją.  Co  za 

gust! Byłam jeszcze dzieckiem, zaczęłam chichotać, ledwo wyszła. 

Ale tymczasem... co mam robić tymczasem? 

Mogłabym  spędzić  szczęśliwą  godzinę,  rozpakowując  kufry,  które  zawierały  moją 

wyprawę,  ale  pokojówka  już  to  zrobiła;  suknie,  kostiumy  wisiały  w  szafie  w  ubieralni, 

kapelusze  zostały  umieszczone  na  drewnianych  główkach  dla  zachowania  kształtu,  buty  na 

drewnianych  prawidłach,  jak  gdyby  wszystkie  te  nieożywione  przedmioty  miały  udawać 

pozory  życia, by  ze mnie zadrwić. Nie miałam ochoty pozostawać w wypełnionej rzeczami 

background image

ubieralni ani w sypialni przesyconej żałobnym zapachem kwiatów. Czym mam się zająć? 

Wykąpię  się  we  własnej  łazience!  Tu  odkryłam,  że  krany  są  w  kształcie  małych 

delfinów ze złota i mają oczka z okruchów turkusa. Było też akwarium ze złotymi rybkami, 

które  pływały  tam  i  z  powrotem  między  poruszającymi  się  liśćmi  wodorostów,  równie 

znudzone,  pomyślałam,  jak  ja.  Co  bym  dała,  żeby  on  nie  był  odjechał.  Co  bym  dała  za 

możliwość pogawędki, powiedzmy, z którąś z pokojówek, albo ze stroicielem, ale wiedziałam 

już, że moja pozycja nie pozwala na próby zaprzyjaźnienia się ze służbą. 

Miałam  nadzieję  odkładać  ten  telefon,  jak  długo  się  da,  żeby  mieć  na  co  czekać  w 

martwej  pustce  czasu,  jaką  przewidywałam  po  kolacji,  ale  za  kwadrans  siódma,  kiedy 

ciemność już otoczyła zamek, nie potrafiłam się dłużej powstrzymać. Zadzwoniłam do matki. 

I zdumiałam sama siebie, wybuchając płaczem, kiedy usłyszałam jej głos. 

Nie, nic się nie stało. Mamo, mam złote kurki w łazience. 

Powiedziałam: złote kurki w łazience! 

Nie, mamo, chyba to rzeczywiście nie jest powód do płaczu. 

Źle  było  słychać,  ledwie  do  mnie  dochodziły  jej  gratulacje,  pytania,  troska,  ale 

poczułam się nieco lepiej, kiedy odłożyłam słuchawkę. 

Jednak  wciąż  pozostawała  pełna  godzina  do  kolacji,  a  potem  cała  niewyobrażalna 

pustynia reszty wieczoru. 

Pęk  kluczy  leżał  tam,  gdzie  on  go  zostawił,  na  dywaniku  przed  kominkiem  w 

bibliotece, a ogień tak je ogrzał, że nie były już zimne w dotyku, ale ciepłe, prawie jak moja 

własna  skóra.  Jaka  byłam  nieuważna;  pokojówka  poprawiająca  polana  spojrzała  na  mnie  z 

wyrzutem, jak gdybym zastawiła na nią pułapkę, kiedy podniosłam brzęczące klucze, klucze 

od  wewnętrznych  drzwi  tego  wspaniałego  więzienia,  którego  byłam  zarówno 

pensjonariuszką,  jak  panią,  i  którego  jeszcze  właściwie  nie  widziałam.  Uświadomiwszy  to 

sobie, poczułam podniecenie odkrywcy. 

Światła! Więcej świateł! 

Za dotknięciem kontaktu senna biblioteka rozbłysła światłami. Biegałam jak szalona 

po zamku, zapalając każdą napotkaną po drodze lampę, kazałam służbie oświetlić również ich 

pomieszczenia,  tak  żeby  cały  zamek  płonął  jak  morski  tort  urodzinowy  tysiącem  świec,  po 

jednej na każdy rok jego życia, a ludzie na brzegu żeby przyglądali się ze zdumieniem. Kiedy 

wszystko  rozjarzyło  się  niby  kawiarnia  na  Gare  du  Nord,  znaczenie  posiadania 

symbolizowane  tym  pękiem  kluczy  już  mnie  nie  przerażało,  ponieważ  teraz  byłam 

zdecydowana przeszukać każdy kąt, by odkryć prawdziwą naturę mojego męża. 

Chyba najpierw jego gabinet. 

background image

Mahoniowe biurko szerokie na kilometr, z nieskazitelną bibułą i szeregiem telefonów. 

Pozwoliłam sobie na luksus otwarcia sejfu, który mieścił klejnoty, i buszowałam dostatecznie 

długo  między  skórzanymi  pudełkami,  żeby  zorientować  się,  iż  małżeństwo  zapewniło  mi 

dostęp  do  sezamowych  skarbów  -  garniturów  biżuterii,  bransolet,  pierścieni...  Kiedy  tak 

siedziałam  pośród  brylantów,  pokojówka  zapukała  i  weszła,  nim  zdążyłam  się  odezwać  - 

subtelna  impertynencja.  Powiem  o  tym  mężowi.  Popatrzyła  hardo  na  moją  samodziałową 

spódnicę: czy madame ma zamiar przebrać się do kolacji? 

Skrzywiła się pogardliwie, kiedy wybuchnęłam śmiechem na jej słowa, była w o wiele 

większym  stopniu  damą  niż  ja.  Ale  wyobraźcie  sobie  tylko  -  wystroić  się  w  którąś  z 

ekstrawaganckich kreacji Poireta, w turban zdobiony drogimi kamieniami i egretą, sznur pereł 

do  pępka,  po  to  żeby  zasiąść  samej  w  książęcej  jadalni  u  szczytu  masywnego  stołu,  przy 

którym  podobno  król  Marek  podejmował  swoich  rycerzy...  Opanowałam  się  pod  jej 

spojrzeniem  wyrażającym  zimną  dezaprobatę.  Przybrałam  suchy  ton  oficerskiej  córki.  Nie, 

nie  przebiorę  się  do  kolacji.  Co  więcej,  nie  jestem  na  tyle  głodna,  by  jeść  kolację.  Niech 

powie  ochmistrzyni,  żeby  odwołała  pensjonarską  ucztę,  którą  zamówiłam.  Czy  mogą  mi 

zostawić kanapki i termos z kawą w pokoju muzycznym? I czy mogą wszyscy oddalić się na 

noc? 

Mais oui, madame. 

Jej suchy ton uświadomił mi, że znów ich zawiodłam, mało mnie to jednak obeszło, 

byłam uzbrojona przeciwko nim przez wspaniałość jego bogactw. Ale serca jego nie znajdę 

wśród  tych  błyszczących  kamieni.  Kiedy  tylko  drzwi  zamknęły  się  za  pokojówką, 

rozpoczęłam systematyczne przeszukiwanie szuflad biurka. 

Panował tu porządek, więc nic nie znalazłam, ani jednego machinalnego rysunku na 

starej  kopercie,  żadnej  wyblakłej  fotografii  kobiety.  Tylko  stosy  korespondencji  handlowej, 

rachunki  od  dzierżawców,  rachunki  od  krawców,  billets-doux  międzynarodowych 

finansistów. Nic. I ten brak jakiegokolwiek śladu jego prawdziwego życia zaczął wywierać na 

mnie dziwne wrażenie. Pomyślałam sobie, że wiele musi być do ukrywania, skoro on zadaje 

sobie tyle trudu, by to ukryć. 

Jego  gabinet  był  wyjątkowo  bezosobowym  pokojem,  z  oknami  zwróconymi  na 

wewnętrzny  dziedziniec  zamku,  jak  gdyby  użytkownik  chciał  się  tyłem  odwrócić  do 

syreniego  morza,  by  zachować  jasny  umysł,  gdy  doprowadzał  do  bankructwa  drobnego 

przedsiębiorcę w Amsterdamie lub - co zauważyłam z dreszczem obrzydzenia - zajmował się 

interesami  w  Laosie,  które  musiały,  sądząc  z  tajemniczych  aluzji  do  amatorskich 

zainteresowań  botanicznych  rzadką  odmianą  maków,  dotyczyć  opium.  Czy  nie  był 

background image

dostatecznie  bogaty,  żeby  nie  angażować  się  w  zbrodniczy  proceder?  Czy  też  właśnie  ze 

zbrodniczego  procederu  czerpał  zyski?  A  jednak  zobaczyłam  wystarczająco  dużo,  żeby 

zrozumieć jego zamiłowanie do tajemniczości. 

Po  przewróceniu  biurka  do  góry  nogami  musiałam  teraz  poświęcić  dobry  kwadrans, 

żeby spokojnie włożyć każdy list z powrotem tam, gdzie go znalazłam, i w trakcie zacierania 

śladów swojej wizyty, sięgając do niewielkiej szuflady, która się zablokowała, najwidoczniej 

dotknęłam  przypadkiem  ukrytej  sprężyny,  ponieważ  wewnątrz  szuflady  otworzyła  się 

sekretna szufladka, a ta sekretna szufladka zawierała - wreszcie - plik z napisem „Osobiste”. 

Byłam sama, jeśli nie liczyć mojego odbicia w nie zasłoniętym oknie. 

Doznałam  przelotnego  wrażenia,  że  jego  serce,  zasuszone  jak  kwiat,  szkarłatne  i 

cienkie jak bibułka, znajduje się w tym pliku. Był to bardzo cienki plik. 

Wolałabym może nie znaleźć tej wzruszającej, nieortograficznej notatki na papierowej 

serwetce  z  nadrukiem  „La  Coupole”

5

,  zaczynającej  się  od  słów:  „Ukochany  mój,  nie  mogę 

doczekać  się  chwili,  kiedy  uczynisz  mnie  całkowicie  Twoją”.  Diwa  przesłała  mu  fragment 

partytury  Tristana  zawierający  Liebstod  z  jednym  tajemniczym  słowem  „Do...”,  skreślonym 

w  poprzek.  Najdziwniejsza  jednak  ze  wszystkich  tych  listów  miłosnych  była  pocztówka  z 

widokiem wiejskiego cmentarza w górach, gdzie jakiś trupojad w czarnej pelerynie ochoczo 

rozkopywał  grób;  ów  obrazek,  wykonany  z  makabrycznym  rozmachem  w  stylu  Grand 

Guignol,  nosił  podpis:  „Typowa  scenka  z  Transylwanii,  północ,  Zaduszki”.  A  na  odwrocie 

tekst: „Z okazji poślubienia potomkini Draculi pamiętaj zawsze  - rozkosz jedyna, najwyższa 

miłości tkwi w wyrządzaniu zła

6

Toutes amities, C”. 

Żart.  Żart  w  najgorszym,  jaki  sobie  można  wyobrazić,  guście,  czyż  bowiem  nie 

poślubił  rumuńskiej  hrabianki?  Przypomniałam  sobie  jej  ładną,  zabawną  twarzyczkę  i  jej 

imię:  Carmilla.  Moja  bezpośrednia  poprzedniczka  w  tym  zamku  była,  jak  się  zdaje, 

najbardziej wyrafinowana. 

Odłożyłam  plik  otrzeźwiona.  Nic  w moim  życiu,  przepełnionym  rodzinną  miłością i 

muzyką,  nie  przygotowało  mnie  do  tych  zabaw  dla  dorosłych,  a  jednak  stanowiły  one 

wskazówkę dotyczącą mojego męża, przynajmniej w tym sensie, że ukazywały mi, jak bardzo 

był  kochany,  choć  nie  pozwalały  się  domyślać,  z  jakiego  mianowicie  powodu.  Ale  ja 

chciałam wiedzieć jeszcze więcej, a kiedy zamykałam na klucz drzwi gabinetu, wpadły mi w 

ręce środki pozwalające tego dokonać. 

Dosłownie  wpadły,  w  dodatku  z  łomotem,  jakby  rozsypały  się  wszystkie  sztućce  z 

jakiejś  kantyny,  gdyż  zamykając  gładko  chodzący  zamek  yale,  zdołałam  jakimś  cudem 

otworzyć kółko z kluczami, które luzem wylądowały na podłodze. I pierwszym kluczem, jaki 

background image

z tej kupki podniosłam, był, szczęściem czy nieszczęściem, klucz od pokoju, do którego on 

zabronił  mi  wchodzić,  pokoju,  który  chciał  zatrzymać  na  swój  wyłączny  użytek,  żeby  móc 

tam pójść, kiedy znowu zechce poczuć się kawalerem. 

Zdecydowałam, że zobaczę ten pokój, zanim poczuję słaby przypływ nieokreślonego , 

lęku przed woskową nieporuszonością mojego męża. Być może na wpół wyobraziłam sobie 

wtedy,  że  odnajdę  jego  prawdziwe  ja  w  tej  kryjówce,  czekające,  by  się  przekonać,  czy 

rzeczywiście  go  posłuchałam;  że  wysłał  swój  ruchomy  posąg  do  Nowego  Jorku, 

samonapędzającą się powłokę swojej publicznej persony, podczas gdy prawdziwy człowiek, 

którego  twarz  ujrzałam  przelotnie  w  burzy  orgazmu,  zajmował  się  nie  cierpiącymi  zwłoki 

prywatnymi interesami w gabinecie u stóp zachodniej wieży,  za spiżarnią. Jeżeli jednak tak 

było, to koniecznie musiałam go odnaleźć, musiałam go poznać, a zbyt mocno uwierzyłam w 

jego  rzekome  mną  zauroczenie,  by  myśleć,  że  moje  nieposłuszeństwo  może  go  naprawdę 

dotknąć. 

Wzięłam z wierzchu zabroniony klucz, a inne zostawiłam na podłodze. 

Zrobiło się już bardzo późno, zamek oddalił się na swoją największą odległość od lądu 

i  pośród  milczącego  oceanu  unosił  się  z  mojego  rozkazu  jak  girlanda  świateł.  A  wszystko 

milczące, wszystko ciche, nie słychać nic oprócz szumu fal. 

Nie  odczuwałam  żadnego  strachu,  najmniejszego  niepokoju.  Stąpałam  teraz  tak 

pewnie jak w domu matki. 

Wcale nie wąski, zakurzony korytarzyk, dlaczego kłamał? Natomiast z pewnością źle 

oświetlony,  elektryczność  z  jakiegoś  powodu  tutaj  nie  docierała,  cofnęłam  się  więc  do 

spiżarni, gdzie w kredensie znalazłam schowany razem z  zapałkami pęk woskowych świec, 

które miały rozświetlać dębowy stół przy uroczystych okazjach. Zapaliłam świecę i trzymając 

ją  w  ręce,  jak  pokutnica,  podążałam  korytarzem  o  ścianach  obwieszonych  ciężkimi,  chyba 

weneckimi  gobelinami.  Płomień  wydobywał  z  mroku  to  głowę  mężczyzny,  to  znowu  bujną 

kobiecą  pierś,  wyrywającą  się  na  zewnątrz  przez  rozdarcie  sukni  -  Porwanie  Sabinek,  być 

może? Obnażone miecze i broczące krwią konie wskazywałyby na jakąś przerażającą scenę 

mitologiczną. Korytarz skręcał w dół, pod grubym dywanem dawało się wyczuć nieznaczną 

stromiznę. Ciężkie gobeliny na ścianach tłumiły moje kroki, nawet mój oddech. Nie wiadomo 

czemu zrobiło się bardzo ciepło, na czoło wystąpiły mi krople potu. Już nie słyszałam szumu 

morza. 

Długi,  kręty  korytarz,  jak  gdybym  znalazła  się  w  trzewiach  zamku  -  ten  korytarz 

doprowadził mnie do nadgryzionych przez korniki dębowych drzwi, niskich, zaokrąglonych 

na górze, ze sztabą z czarnego żelaza. 

background image

Nadal  nie  odczuwałam  strachu;  żadnego  podnoszenia  się  włosów  na  karku,  żadnego 

mrowienia w czubkach palców. 

Klucz wśliznął się w nową kłódkę tak łatwo jak gorący nóż w masło. 

Żadnego strachu, ale chwila wahania, wstrzymanie duchowego oddechu. 

Jeśli znalazłam ślady jego serca w papierach oznaczonych jako „Osobiste”, być może 

w tym podziemnym azylu uda mi się odnaleźć część jego duszy. Właśnie świadomość szansy 

takiego odkrycia, ewentualnego zaskoczenia sprawiła, że na moment zastygłam w bezruchu, 

zanim,  w  ryzykanckiej  odwadze  mojej  subtelnie  już  skażonej  niewinności,  przekręciłam 

klucz. Skrzypiące drzwi odemknęły się z wolna. 

„Miłość  bardzo  przypomina  torturę”

7

  -  uważał  ulubiony  poeta  mojego  męża; 

dowiedziałam  się  czegoś  o  naturze  tego  podobieństwa  w  małżeńskim  łożu.  Teraz  świeca 

ukazywała mi zarysy łoża tortur. Znajdowało się tu także wielkie koło, podobne do tych, które 

widywałam  na  drzeworytach  przedstawiających  męczeństwo  świętych  w  pobożnych 

książkach  mojej  starej  niani.  Oraz  -  ledwo  zdołałam  ją  dostrzec,  nim  mały  płomyk  zgasł  i 

znalazłam  się  w  absolutnej  ciemności  -  metalowa  figura  z  zawiasami  z  boku,  o  której 

wiedziałam, że ma w środku szpikulce i nazywana jest Żelazną Dziewicą. 

Absolutna ciemność. A wokół narzędzia kaźni. 

Do tej chwili rozpieszczone dziecko nie wiedziało, że odziedziczyło nerwy i wolę po 

matce,  która  stawiła  czoło  żółtym  banitom  z  Indochin.  Duch  matki  pchał  mnie  naprzód,  w 

zimnym uniesieniu zdecydowana byłam dowiedzieć się najgorszego. Poszukałam w kieszeni 

zapałek. Jakie przyćmione, żałobne dawały światło!  A jednak dosyć, och, więcej niż dosyć, 

żeby ukazać pokój przeznaczony do profanacji i ciemną noc niewyobrażalnych kochanków, 

których uściski równały się unicestwieniu. 

Ściany tej kompletnej komnaty tortur stanowiła naga skała; lśniły niby okryte potem 

przerażenia.  W  czterech  rogach  rozmieszczono  urny  pogrzebowe,  bardzo  stare,  być  może 

etruskie,  a  na  hebanowych  trójnogach  wazy  z  kadzidłem,  które  pozostawił  zapalone,  by 

napełniało pomieszczenie ofiarną wonią. Zobaczyłam, że koło, łoże tortur i Żelazna Dziewica 

są wyeksponowane jak rzeźby i na chwilę niemal się uspokoiłam, niemal zdołałam przekonać 

samą siebie, że może tylko odkryłam prywatne muzeum jego perwersji, że poustawiał tutaj te 

potworne przedmioty jedynie dla kontemplacji. 

Jednak  na  środku  komnaty  znajdował  się  katafalk,  fatalne,  złowróżbne  mary,  dzieło 

renesansowego  rzemiosła;  otaczały  go  długie,  białe  świece,  a  u  -stóp  stał  wysoki  na  metr 

wazon,  pokryty  chińską  laką  w  zgaszonej  czerwieni,  pełen takich  samych  kalii,  jakimi  mąż 

napełnił  moją  sypialnię.  Nie  miałam  odwagi  przypatrzyć  się  bliżej  katafalkowi  ani 

background image

spoczywającej na nim postaci, wiedziałam jednak, że muszę. 

Za każdym razem, kiedy pocierałam zapałkę, żeby zapalać po kolei świece wokół jej 

łoża,  wydawało  mi  się,  że  opada  ze  mnie  szata  niewinności,  która  budziła  u  mojego  męża 

takie pożądanie. 

Śpiewaczka operowa leżała całkiem naga pod cienkim całunem z niezwykle rzadkiego 

i  cennego  płótna,  w  jakie  książęta  włoscy  zawijali  tych,  których  otruli.  Dotknęłam  bardzo 

delikatnie  jej  białej  piersi,  była  zimna,  zabalsamował  ją.  Na  szyi  dostrzegłam  błękitny  ślad 

palców  dusiciela.  Chłodny,  smutny  płomień  świec  drgał  na  jej  białych  zamkniętych 

powiekach. Najgorsze było to, że martwe usta się uśmiechały. 

Za  katafalkiem,  pośród  cieni,  biały,  perłowy  połysk;  kiedy  moje  oczy  przywykły  do 

gęstniejących ciemności, zobaczyłam wreszcie  - co za szok! - czaszkę, czaszkę tak odartą z 

ciała,  że  wydawało  się  wprost  niemożliwe,  by  tę  nagą  kość  okrywało  niegdyś  bujne  życie. 

Czaszka, umocowana systemem niewidzialnych sznurków, zdawała się wisieć, odłączona od 

ciała,  w  nieruchomym,  ciężkim  powietrzu;  wieniec  z  białych  róż  i  koronkowy  welon 

dopełniały ostatniego obrazu oblubienicy. 

Jednak  czaszka  była  nadal  tak  piękna,  tak  despotycznie,  samymi  swoimi 

powierzchniami, rzeźbiła twarz niegdyś na niej istniejącą, że rozpoznałam ją od razu: twarz 

gwiazdy  wieczornej  wędrującej  skrajem  nocy.  Jeden  fałszywy  krok,  o  moja  biedna,  droga 

dziewczyno, następna w przeklętym siostrzanym korowodzie jego żon, jeden fałszywy krok i 

runęłaś w przepastną ciemność. 

A  gdzie  była  ona,  zmarła  niedawno  rumuńska  hrabianka,  która  może  sądziła,  że  jej 

krew przeżyje jego bezprawie? Wiedziałam, że musi być tutaj, w miejscu, które wiodło mnie 

ku  sobie  przez  zamek,  jakby  nawijając  nić  na  nieubłaganą  szpulę.  Początkowo  jednak  nie 

widziałam  żadnego  jej  śladu.  Raptem  z  jakiegoś  powodu  -  może  zmiany  atmosfery, 

spowodowanej  moją  obecnością  -  metalowa  skorupa  Żelaznej  Dziewicy  wydała  nieziemski 

zgrzyt:  moja  rozgorączkowana  wyobraźnia  powinna  była  odgadnąć,  że  mieszkanka  usiłuje 

wydostać się na zewnątrz, chociaż nawet mimo wzrastającej histerii rozumiałam, że musi być 

martwa, skoro się tam znajduje. 

Drżącymi  palcami  otworzyłam  pokrywę  tej  pionowej  trumny,  na  której  wyryta  była 

twarz  wykrzywiona  spazmem  bólu.  Po  czym,  tracąc  panowanie  nad  sobą,  upuściłam  klucz, 

który ciągle trzymałam w drugiej ręce. Upadł w powiększającą się kałużę krwi. 

Została przebita nie jednym, ale stoma szpikulcami, to dziecię krainy wampirów, które 

wydawało się zmarłe dopiero co, tak pełne krwi... O Boże! Od kiedy on był wdowcem? Jak 

długo trzymał ją w tej ohydnej komorze? Czy przez cały czas, kiedy  zalecał się do mnie w 

background image

jasnym świetle Paryża? 

Zamknęłam  wieko jej  trumny  bardzo  delikatnie  i  wybuchnęłam  dzikim  szlochem,  w 

którym żal nad jego ofiarami mieszał się z przerażającą udręką, gdyż wiedziałam, że jestem 

jedną z nich. 

Świece  rozgorzały,  jakby  pod  wpływem  przeciągu  z  drzwi  prowadzących  dokądś 

indziej. Światło padło na opal ognisty na mojej ręce tak, że i on błysnął, raz jeden, chciał dać 

mi znać, że oko Boga - oko mojego męża - zwrócone jest na mnie. Moją pierwszą myślą na 

widok pierścienia, za który wydałam siebie na taki los, było, jak tego losu uniknąć. 

Zachowałam  dostateczną  przytomność  umysłu,  żeby  palcami  zgasić  świece  przy 

katafalku,  zabrać  moją  świeczkę  i  mimo  że  przyprawiało  mnie  to  o  dreszcz,  rozejrzeć  się 

dookoła, by się upewnić, że nie pozostawiłam żadnych śladów swojej bytności. 

Wydobyłam klucz z kałuży krwi, zawinęłam w chusteczkę, żeby nie pobrudzić rąk, i 

wybiegłam z tego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. 

Huknęły z przeciągłym echem, niby wrota piekieł. 

Nie  mogłam  szukać  schronienia  w  sypialni,  bo  przechowywała  pamięć  jego 

obecności,  uwięzioną  w  bezdennej  srebrzystości  luster.  Pokój  muzyczny  wydawał  się 

najbezpieczniejszym  miejscem,  chociaż  popatrzyłam  na  obraz  świętej  Cecylii  z  lekkim 

przerażeniem: jaki charakter miało jej męczeństwo? Mój umysł doświadczał zamętu, kłębiły 

się plany ucieczki... jak tylko woda odsłoni groblę, udam się na ląd  - na piechotę, biegiem, 

potykając  się;  nie  ufałam  szoferowi  w  skórzanym  płaszczu  ani  ochmistrzyni  o  poprawnych 

manierach,  nie  miałam  też  odwagi  dopuścić  do  konfidencji  żadnej  z  bladych,  widmowych 

pokojówek, ponieważ wszyscy byli jemu zaprzedani. Kiedy tylko dotrę do wioski, zdam się 

natychmiast na łaskę żandarmerii. 

Ale  czy  im  z  kolei  mogę  zaufać?  Jego  przodkowie  rządzili  wybrzeżem  przez  osiem 

wieków, z tego zamku, którego fosą był Atlantyk. Czyż policja, adwokaci, nawet sędzia nie 

będą wszyscy w służbie markiza, przymykając wspólnie oczy na jego zbrodnie, ponieważ był 

jaśnie  panem,  którego  słowo  jest  rozkazem?  Kto  na  tym  dalekim  wybrzeżu  da  wiarę  bladej 

dziewczynie  z  Paryża,  która  przybiega  ze  wstrząsającą  opowieścią  o  krwi  i  zgrozie,  o 

potworze  pomrukującym  w  cieniu?  Albo  raczej  będą  natychmiast  wiedzieli,  że  to  prawda. 

Jednak związani honorem, nie pozwolą mi ponieść jej w świat. 

Pomoc. Matka. Rzuciłam się do telefonu, ale oczywiście był głuchy. 

Martwy jak jego żony. 

Gęsta  ciemność,  nie  rozświetlona  ani  jedną  gwiazdą,  nadal  szkliła  okna.  Wszystkie 

lampy płonęły w pokoju,  żeby utrzymać noc na zewnątrz, a jednak wydawało się, że wciąż 

background image

mnie  ogarnia,  znajduje  się  obok,  tyle  że  zamaskowana  światłami;  ciemność  jak  przenikalna 

substancja  wsączała  mi  się  pod  skórę.  Spojrzałam  na  bezcenny  mały  zegar  w  obudowie  z 

obłudnie niewinnych kwiatków, zrobiony dawno temu w Dreźnie; wskazówki ledwo posunęły 

się  o  godzinę,  odkąd  wstąpiłam  do  tej  jego  prywatnej  rzeźni.  Czas  także  był  jego  sługą; 

uwięzi  mnie  tutaj,  w  nocy,  która  będzie  trwała  dopóty,  dopóki  mąż  nie  wróci  do  mnie,  jak 

czarne słońce o poranku bez nadziei. 

A jednak czas mógłby nadal być moim sprzymierzeńcem; o tej godzinie, dokładnie o 

tej godzinie, on wyrusza na statku do Nowego Jorku. 

Świadomość, że za kilka chwil mój mąż opuści Francję, uspokoiła trochę moje nerwy. 

Rozsądek mówił mi, że nie mam się czego obawiać, przypływ, który go uniesie do Nowego 

Świata,  mnie  wyzwoli  z  mojego  uwięzienia  na  zamku.  W  końcu  łatwo  mogę  uniknąć 

spotkania ze służbą. Każdy może kupić bilet na stacji kolejowej. A jednak wciąż odczuwałam 

niepokój.  Otworzyłam  pokrywę  fortepianu,  może  myślałam,  że  moja  własna,  szczególna 

magia potrafi mi teraz pomóc, że zdołam stworzyć pentagram z muzyki, który mnie uchroni 

przed złem, bo skoro to moja muzyka go usidliła, dlaczego by nie miała obdarzyć mnie mocą 

uwolnienia się od niego? 

Mechanicznie  zaczęłam  grać,  ale  palce  miałam  sztywne  i  drżące.  Z  początku  nie 

udawało  mi  się  zagrać  nic  ponad  ćwiczenia  Czernego,  ale  sama  czynność  grania  uspokoiła 

mnie,  przeszukałam  więc  nuty  i  znalazłam  Das  wohltemperierte  Klavier.  Postanowiłam  w 

celach  terapeutycznych  przegrać  wszystkie  równania  Bacha

8

,  nie  pomijając  żadnego,  i 

powiedziałam sobie, że jeśli wykonam je wszystkie bez jednego błędu, wtedy ranek zastanie 

mnie na powrót dziewicą. 

Łoskot upuszczonej laski. 

Jego  laska  ze  srebrną  gałką!  Cóż  by  innego!  Chytry,  przebiegły,  powrócił,  czeka  na 

mnie za drzwiami. 

Wstałam,  strach  dodał  mi  sił.  Buntowniczo  odrzuciłam  głowę  do  tyłu.  -  Proszę!  - 

własny głos zdumiał mnie stanowczością, jasnością. 

Drzwi  uchyliły  się  powoli,  niepewnie  i  zobaczyłam  nie  potężny  masyw  mojego 

nieprzystępnego męża, ale drobną, pochyloną postać stoiciela, który sprawiał wrażenie, że boi 

się mnie o wiele bardziej, niż córka mojej matki bałaby się samego diabła. W komnacie tortur 

sądziłam,  że  nigdy  już  nie  będę  się  śmiać,  teraz  roześmiałam  się  mimo  woli,  z  ulgą,  a  po 

chwili  wahania twarz  chłopca  rozpogodziła  się i  on  także  się  uśmiechnął  nieśmiało,  niemal 

wstydliwie. Choć ślepe, jego oczy były wyjątkowo słodkie. 

- Niech mi pani daruje - odezwał się Jean-Yves. - Wiem, że miałaby pani prawo mnie 

background image

wyrzucić, bo czaiłem się pod pani drzwiami o północy... ale słyszałem, jak pani spaceruje tam 

i z powrotem, śpię w pokoju u stóp zachodniej wieży, i intuicja mi mówiła, że pani nie może 

spać  i  pewnie  spędzi  bezsenne  godziny  przy  fortepianie...  Nie  potrafiłem  się  oprzeć.  W 

dodatku potknąłem się na tych... 

Podał mi kółko z kluczami, które upuściłam u drzwi gabinetu męża, kółko, na którym 

brakowało jednego klucza. Wzięłam je i rozglądając się za jakimś schowkiem, pomyślałam o 

taborecie od fortepianu, jak gdyby ukrycie kluczy miało mnie ocalić. Nadal stał i uśmiechał 

się do mnie. Jak ciężko było prowadzić zwyczajną rozmowę. 

- Doskonały jest - powiedziałam. - Fortepian. Doskonale nastrojony. 

On jednak w swoim zażenowaniu nie przestawał mówić, jak gdybym mogła darować 

mu zuchwalstwo tylko pod warunkiem, że dokładnie wyjaśni mi przyczynę. 

-  Kiedy  słuchałem,  jak  pani  grała  po  południu,  pomyślałem  sobie,  że  nigdy  nie 

słyszałem takiego uderzenia, takiej techniki. To uczta dla mnie słuchać witruoza! Więc teraz 

podkradłem się pod pani drzwi, pokornie jak piesek,  madame, przyłożyłem ucho do dziurki 

od klucza i słuchałem, dopóki laska nie upadła mi na podłogę, co za niezdara ze mnie, i nie 

zostałem odkryty. 

Miał wzruszająco szczery uśmiech. 

-  Doskonale  nastrojony  -  powtórzyłam.  Ku  memu  zdumieniu,  powiedziawszy  to, 

zdałam sobie sprawę, iż nie jestem w stanie powiedzieć nic innego. Mogłam tylko powtarzać 

w  kółko:  „Nastrojony...  doskonały...  nastrojony”.  Zobaczyłam  zdumienie  budzące  się  na 

twarzy  chłopca.  Łomotało  mi  w  głowie.  Na  widok  jego  wspaniałego,  ślepego 

człowieczeństwa  doznawałam  przenikliwego  bólu  gdzieś  w  głębi  piersi,  jego  postać  się 

rozpływała, pokój zakołysał się wokół mnie. Po koszmarnym odkryciu krwawej komnaty ta 

delikatna uroda sprawiła, że zemdlałam. 

Kiedy  odzyskałam  przytomność,  zobaczyłam,  że  leżę  w  ramionach  stroiciela,  który 

wtyka mi pod głowę aksamitną poduszkę z taboretu od fortepianu. 

- Pani ma jakieś wielkie strapienie - powiedział. - Żadna panna młoda nie powinna tak 

cierpieć, tak rychło po ślubie. 

Jego mowa miała melodię regionu, melodię morza. 

-  Każda  panna  młoda  przywieziona  do  tego  zamku  powinna  przybyć  od  razu  w 

żałobie, powinna przywieźć ze sobą księdza i trumnę - odrzekłam. 

- Co to ma znaczyć? 

Za późno było na milczenie, a jeśli on także był jednym z zauszników mego męża, to 

przynajmniej okazał mi życzliwość. Więc opowiedziałam mu wszystko, o kluczach, zakazie, 

background image

moim nieposłuszeństwie, komnacie, łożu tortur, czaszce, trupach, krwi. 

-  Trudno  mi  w  to  uwierzyć  -  odezwał  się  z  wahaniem.  -  Człowiek  tak  bogaty,  tak 

dobrze urodzony... 

- Oto dowód - to mówiąc, wyplątałam fatalny klucz z chustki i rzuciłam na jedwabny 

kilim. 

- O Boże! - wykrzyknął. - Czuję zapach krwi. 

Wziął  mnie  za  rękę,  otoczył  ramionami.  Chociaż  był  niemal  chłopcem,  poczułam 

wielką siłę spływającą we mnie od jego dotknięcia. 

-  Na  wybrzeżu  opowiadamy  sobie  szeptem  najrozmaitsze  dziwne  historie  -  mówił.  – 

Był kiedyś markiz, który polował na młode dziewczęta na lądzie, polował z psami, jakby to 

były lisy. Mój dziadek słyszał od swojego dziadka, jak ów markiz wyciągnął głowę z torby 

przytroczonej do siodła i pokazał kowalowi, który podkuwał mu konia:  „Piękny egzemplarz 

gatunku, brunetka, co, Guillaume?” A była to głowa kowalowej. 

Natomiast  w  obecnych,  bardziej  demokratycznych  czasach  mój  mąż  musiał 

podróżować aż do Paryża i uprawiać łowy na salonach. Jean-Yves wyczuł, że zadrżałam. 

-  Och,  madame!  Sądziłem,  że  to  wszystko  opowieści  starych  bab,  plotkujących 

głupców,  bajki,  którymi  straszy  się  dzieci,  żeby  były  grzeczne!  Skąd  jednak  mogła  pani 

wiedzieć, nie będąc z tych stron, że dawna nazwa tego miejsca brzmi Zamczysko Zbrodni? 

Rzeczywiście,  skąd  mogłam  wiedzieć.  Tyle  że  w  głębi  serca  zawsze  wiedziałam,  że 

pan tego zamku przyniesie mi śmierć. 

-  Proszę  posłuchać!  -  wykrzyknął  nagle  mój  przyjaciel.  -  Morze  zmieniło  ton,  ranek 

pewnie blisko, niedługo zacznie się odpływ. 

Pomógł mi wstać. Wyjrzałam przez okno w kierunku lądu, na groblę, której kamienie 

połyskiwały wilgocią w bladym świetle kresu nocy, i z niewyobrażalną wprost zgrozą, zgrozą 

o intensywności, jakiej nie potrafię wam przekazać, dostrzegłam w oddali jeszcze odległe, ale 

z  każdą  chwilą  nieubłaganie  się  przybliżające  bliźniacze  lampy  wielkiego  czarnego  auta, 

które żłobiły tunele w podnoszącej się mgle. 

Mój mąż naprawdę wrócił, tym razem nie była to fantazja. 

-  Klucz!  -  zawołał  Jean-Yves.  -  Trzeba  go  włożyć  z  powrotem  na  kółko,  razem  z 

innymi. Jak gdyby nigdy nic! 

Ale klucz był wciąż umazany lepką krwią, pobiegłam więc do łazienki i włożyłam go 

pod  kran  z  gorącą  wodą.  Szkarłatna  woda  spłynęła  do  umywalki,  jednak  krwawy  ślad  nie 

schodził, można by pomyśleć, że to sam klucz został zraniony. Turkusowe oczka w kranach 

mrugały do mnie szyderczo, wiedziały delfiny, że mąż był dla mnie za sprytny! Szorowałam 

background image

plamę  szczoteczką  do  paznokci,  ale  nie  dawała  się  zmyć.  Myślałam  o  tym,  jak  samochód 

toczy się cicho w kierunku zamkniętej bramy wjazdowej, a im mocniej drapałam klucz, tym 

jaskrawsza stawała się plama. 

Zabrzęczy dzwonek w portierni. Syn portiera, wyrwany ze snu, odrzuci kołdrę zszytą 

z  kolorowych  gałganków,  ziewnie,  wciągnie  koszulę  przez  głowę,  wsunie  stopy  w  saboty... 

wolno, wolno, otwieraj wrota swemu panu najwolniej, jak tylko potrafisz... 

A  krwawa  plama  dalej  nic  sobie  nie  robiła  ze  świeżej  wody,  wypływającej  z  pyska 

obleśnie uśmiechniętego delfina. 

- Nie ma już pani czasu - odezwał się Jean-Yves. - On tu jest. Wiem o tym. Muszę z 

panią zostać. 

-  Ani  się  waż!  -  zaprotestowałam.  -  Wracaj  natychmiast  do  swojego  pokoju.  Proszę! 

Zawahał  się.  W  moim  głosie  zabrzmiał  stalowy  ton,  wiedziałam  bowiem,  że  muszę  stawić 

czoło mojemu panu i władcy sama. 

- Zostaw mnie! 

Kiedy tylko wyszedł, ukryłam klucze i poszłam do sypialni. Grobla była pusta, Jean-

Yves  miał  rację,  mój  mąż  wszedł  już  do  zamku.  Zaciągnęłam  szczelnie  story,  zrzuciłam 

ubranie i zasunęłam kotary wokół łoża, gdy ostra woń juchtu upewniła mnie, że mąż znowu 

jest ze mną. 

- Najdroższa! 

Z  najbardziej  zdradziecką,  lubieżną  czułością  ucałował  moje  oczy,  a  ja,  udając 

przebudzoną  dopiero  co  młodą  oblubienicę,  zarzuciłam  mu  ramiona  na  szyję,  bo  od  mojej 

rzekomej uległości zależało moje zbawienie. 

-  Da  Silva  z  Rio  ubiegł  mnie  -  powiedział  sucho.  -  Mój  agent  z  Nowego  Jorku 

zatelegrafował do Hawru i oszczędził mi daremnej podróży. Możemy więc wrócić do naszych 

przerwanych uciech, moje kochanie. 

Nie wierzyłam ani jednemu słowu. Wiedziałam, że zachowałam się dokładnie tak, jak 

sobie  życzył;  czyż  nie  po  to  mnie  kupił,  żebym  tak  postąpiła?  Dzięki  własnej  zdradzie 

zostałam  zwabiona  w  tę  bezkresną  ciemność,  której  źródła  musiałam  szukać  pod  jego 

nieobecność,  a  teraz,  kiedy  poznałam  już  jego  mroczną  rzeczywistość,  która  ożywała  tylko 

przez swoje okropności, przyjdzie mi zapłacić cenę nowo nabytej wiedzy. Tajemnica puszki 

Pandory,  ale  to  on  wręczył  mi  tę  puszkę,  wiedząc,  że  będę  musiała  poznać  tajemnicę. 

Zagrałam  w  grę,  w  której  każdym  ruchem  rządziło  przeznaczenie  tak  przemożne  i 

wszechwładne jak on sam, ponieważ to on był tym przeznaczeniem; i przegrałam. Przegrałam 

w tych igraszkach niewinności i występku, w które mnie wciągnął. Przegrałam, jak przegrywa 

background image

ofiara z katem. 

Pogłaskał  moją  pierś  pod  prześcieradłem.  Trzymałam  nerwy  na  wodzy,  nie  na  tyle 

jednak,  by  nie  wzdrygnąć  się  pod  tym  intymnym  dotknięciem,  które  przypomniało  mi 

przeszywający  uścisk  Żelaznej  Dziewicy  i  martwe  kochanki  w  lochu.  Kiedy  dostrzegł  mój 

opór, oczy zaszły mu mgłą, nie stracił jednak apetytu. Przesunął językiem po czerwonych, już 

wilgotnych  wargach.  Milczący,  tajemniczy,  odsunął  się  ode  mnie,  żeby  zdjąć  marynarkę. 

Odpiął  złoty  zegarek  od  kamizelki  i  położył  na  toaletce  jak  porządny  burżuj;  zgarnął 

brzęczące drobniaki, a teraz - o Boże! - odgrywa całe przedstawienie, klepiąc się wielokrotnie 

po kieszeniach, wydymając zdziwione usta, szukając czegoś, czego nie ma na miejscu. Nagle 

zwraca się do mnie z upiornym, tryumfującym uśmiechem. 

- Oczywiście! Przecież tobie dałem klucze! 

- Twoje klucze? Ależ tak. Są tutaj, pod poduszką, zaczekaj... co... Ach! Nie... gdzie ja 

je  mogłam  położyć?  Pamiętam,  że  próbowałam  sobie  wieczorem  wypełnić  czas  bez  ciebie 

przy fortepianie. Jasne! W pokoju muzycznym. 

Szorstko rzucił mój koronkowy negliż na łóżko. 

- Przynieś je! 

- Teraz? W tej chwili? Czy to nie może zaczekać do rana, kochanie? 

Zmuszałam  się,  żeby  być  uwodzicielska.  Widziałam  siebie  bladą,  giętką jak  roślina, 

która  się  prosi  o  zdeptanie,  tuzin  wrażliwych,  przymilnych  dziewcząt  odbitych  w  tyluż 

lustrach, i widziałam, że mało brakowało, a byłby mi uległ. Gdyby wtedy przyszedł do mnie 

do łóżka, byłabym go udusiła. 

Ale niemal warknął: - Nie, nie może zaczekać. Zaraz. 

Nieziemskie  światło  brzasku  napełniało  pokój:  czy  naprawdę  tylko  jeden  świt 

przeżyłam  przedtem  w  tym  okropnym  miejscu?  Nie  było  rady,  jak  tylko  pójść  i  przynieść 

klucze, i modlić się, żeby nie przyglądał się im zbyt uważnie, modlić się do Boga, żeby wzrok 

go zawiódł, żeby został porażony ślepotą. 

Kiedy wróciłam do sypialni z pękiem kluczy, które za każdym krokiem  dzwoniły jak 

dziwny  instrument  muzyczny,  siedział  na  łóżku  w  swojej  nieskazitelnej  koszuli,  z  głową 

ukrytą w dłoniach. 

I wydało mi się, że jest pogrążony w rozpaczy. 

Dziwne. Mimo mojego przed nim lęku, który czynił mnie bielszą od mojej zarzutki, 

czułam emanujący się z niego odór absolutnej rozpaczy, stęchły, upiorny, jakby kalie wokół 

niego zaczęły gnić wszystkie naraz albo jakby jego perfumy o zapachu juchtu rozłożyły się na 

składniki  pierwsze  swojej  kompozycji:  wyprawioną  skórę  i  ekskrementy.  Chtonicznym 

background image

ciężarem swojej obecności wywierał na pokój olbrzymią presję, tak że krew dzwoniła mi w 

uszach, jak gdybyśmy zostali strąceni na dno morza, pod fale bijące o brzeg. 

Trzymałam moje życie w moich rękach, razem z tymi kluczami, i za chwilę miałam je 

złożyć  w  jego  wymanikiurowane  dłonie.  To,  co  ujrzałam  w  krwawej  komnacie,  nie 

pozostawiało  wątpliwości,  że  nie  mogę  spodziewać  się  miłosierdzia.  Jednak,  gdy  uniósł 

głowę  i  popatrzył  na  mnie  niewidzącymi,  przymkniętymi  oczyma,  jak  gdyby  mnie  nie 

rozpoznawał,  poczułam  dla  niego  straszliwą  litość,  dla  tego  mężczyzny,  który  żył  w  tak 

dziwnych, sekretnych miejscach, że gdybym kochała go dostatecznie mocno, by iść za nim, 

musiałabym umrzeć. 

Okrutna samotność tego potwora! 

Monokl  wypadł  mu  z  oka.  Kędzierzawa  grzywa  była  zmierzwiona,  jakby  w  szale 

przeczesywał  ją  palcami.  Zobaczyłam,  że  otrząsnął  się  z  bierności i  przepełnia  go  tłumione 

podniecenie. Ręka, którą wyciągnął po owe liczmany w grze miłości i śmierci, drżała z lekka, 

twarz, zwrócona teraz ku mnie, nosiła wyraz ponurego obłędu, w którym zdawało mi się, że 

dostrzegam  upiorny  wstyd,  tak  jest,  wstyd,  ale  też  okrutną,  nie  pozbawioną  poczucia  winy 

radość, gdy powoli nabierał pewności, że zgrzeszyłam. 

Zdradziecka plama przybrała kształt i kolor serca na karcie do gry. Zdjął klucz z kółka 

i przypatrywał mu się przez chwilę, nieobecny, zatopiony w myślach. 

-  To  klucz,  który  wiedzie  do  królestwa  rzeczy  niewyobrażalnych  -  odezwał  się.  W 

jego niskim głosie pobrzmiewały tony  wielkich katedralnych organów, które grając, wydają 

się rozmawiać z Bogiem. 

Nie zdołałam powstrzymać krótkiego szlochu. 

- Och, moje kochanie, moje małe kochanie, ty, która ofiarowałaś mi biały dar muzyki 

-  powiedział  nieomal  ze  smutkiem.  -  Moje  małe  kochanie,  nigdy  się  nie  dowiesz,  jak 

nienawidzę światła dnia. 

Po czym rozkazał ostro: - Klęknij! 

Uklękłam  przed  nim,  a  on  przycisnął  lekko  klucz  do  mojego  czoła  i  chwilę  go  tak 

przytrzymał.  Skóra  zapiekła  mnie  trochę,  a  gdy  mimochodem  spojrzałam  w  lustro, 

zobaczyłam,  że  plama  w  kształcie  serca  przeniosła  się  na  moje  czoło,  pomiędzy  brwi,  jak 

znak kastowy u braminki. Albo jak znamię Kaina. Klucz natomiast połyskiwał teraz tak jasno, 

jakby dopiero co opuścił warsztat. Mąż wsunął go z powrotem na kółko i wydał takie samo 

ciężkie westchnienie, jak wtedy, kiedy powiedziałam, że za niego wyjdę. 

- Moja dziewico arpeggiów, gotuj się na mękę. 

- Jaką formę ona przybierze? - zapytałam. 

background image

-  Ścięcia  -  wyszeptał  prawie lubieżnie.  -  Idź  i  wykąp  się,  włóż  tę  białą  suknię,  którą 

miałaś  na  sobie,  kiedy  słuchałaś  Tristana,  i  naszyjnik,  który  wyobraża  twój  koniec.  Ja 

tymczasem udam się do zbrojowni, moja droga, naostrzyć paradny miecz pradziada. 

- A służba? 

-  Odbędziemy  naszą  ostatnią  posługę  w  ścisłym  gronie  rodzinnym.  Odprawiłem  ich. 

Jeśli wyjrzysz przez okno, zobaczysz, jak zmierzają na ląd. 

Wzeszło  już  pełne,  blade  światło  poranka.  Pogoda  była  szara,  nieokreślona,  oleiste 

morze miało złowieszczy wygląd, ponury dzień na umieranie. Widziałam, jak posuwają się po 

grobli, każda pokojówka i podkuchenna, każdy kuchcik i pomywaczka, lokaj, praczka, każdy 

wasal  zatrudniony  w  tym  wielkim  domu;  większość  piechotą,  kilkoro  na  rowerach. 

Pozbawiona  oblicza  ochmistrzyni  wlokła  się  z  wielkim  koszem.  Domyślałam  się,  że 

wpakowała do niego, co tylko udało jej się wynieść ze spiżarni. Markiz najwidoczniej udzielił 

szoferowi  pozwolenia  na  wypożyczenie  auta  na cały  dzień,  pojawiło  się  bowiem  na  końcu, 

sunąc majestatycznie, jak gdyby ów pochód był konduktem, a ono już wiozło moją trumnę na 

pogrzeb na lądzie. 

Wiedziałam  jednak,  że  nie  w  poczciwej  bretońskiej  ziemi  znajdę  spoczynek  jako 

ostatnia, wierna kochanka. Inny los mnie czekał. 

- Dałem im wolny dzień z okazji naszego ślubu - wyjaśnił. I uśmiechnął się. 

Wpatrywałam  się  uważnie  w  rzednący  pochód,  ale  nie  mogłam  dostrzec  nigdzie 

Jeana-Yves'a, naszego ostatniego sługi, najętego zaledwie poprzedniego ranka. 

- Idź teraz. Wykąp się i przebierz. Oczyszczający obrzęd i ceremonialne wdzianie szat, 

potem  ofiara.  Czekaj  w  pokoju  muzycznym,  aż  zatelefonuję  po  ciebie.  Nie,  moja  droga!  - 

uśmiechnął  się,  bo  popatrzyłam  zdziwiona,  przypomniawszy  sobie,  że  linia  jest  głucha.  - 

Wewnątrz zamku można telefonować do woli, ale na zewnątrz - wykluczone. 

Szorowałam czoło szczotką do paznokci, jak przedtem klucz, ale czerwone znamię z 

czoła też nie chciało zejść, choć robiłam, co mogłam, wiedziałam więc, że będę je nosić do 

śmierci, co zresztą nie miało trwać długo. Następnie przeszłam do ubieralni i włożyłam ów 

kostium  ofiary  autodafe,  białą  muślinową  suknię,  którą  mi  kupił,  bym  wysłuchała  w  niej 

Liebestod.  Dwanaście  młodych  kobiet  rozczesywało  w  lustrach  dwanaście  apatycznych 

snopów  brązowych  włosów;  wkrótce  nie  będzie  ani  jednej.  Masa  otaczających  mnie  kalii 

wydzielała teraz stęchłą woń. Wyglądały jak trąby aniołów śmierci. 

Na toaletce, zwinięta jak wąż, który za chwilę zaatakuje, leżała rubinowa obroża. 

Już  teraz  niemal  bez  życia,  z  chłodem  w  sercu  zeszłam  po  spiralnych  schodach  do 

pokoju muzycznego, gdzie odkryłam, że nie zostałam porzucona. 

background image

- Mogę być dla ciebie pewną pociechą  - powiedział chłopiec.  - Chociaż nie na wiele 

się zdam. 

Przysunęliśmy  taboret  do  otwartego  okna,  żebym  mogła,  jak  długo  się  da,  czuć 

prastary, kojący zapach morza, które z czasem oczyści wszystko, wybieli stare kości, zmyje 

wszelkie plamy. Ostatnia pokojówka już dawno przebiegła groblę, którą teraz, skazany jak ja 

na swój los, zagarniał przypływ; drobne fale rozpryskiwały się na starych kamieniach. 

- Nie zasługujesz na to - powiedział. 

- Któż może wiedzieć, na co zasługuję, na co nie - odparłam. - Nic nie uczyniłam, ale 

być może jest to dostateczny powód, by mnie skazać. 

- Okazałaś mu nieposłuszeństwo - zauważył. - Dla niego to dostateczny powód, żeby 

cię ukarać. 

- Zrobiłam tylko to, co wiedział, że zrobię. 

- Jak Ewa - odrzekł. 

Przeraźliwy,  rozkazujący  dźwięk  telefonu.  Niech  sobie  dzwoni.  Ale  mój  kochanek 

zdjął  mnie  z  taboretu  i  postawił  na  podłodze.  Wiedziałam,  że  muszę  podnieść  słuchawkę. 

Była ciężka jak ziemia. 

- Na dziedziniec. Natychmiast. 

Kochanek  pocałował  mnie  i  wziął  za  rękę.  Pójdzie  ze  mną,  jeśli  go  poprowadzę. 

Odwagi. Kiedy pomyślałam o odwadze, przypomniała mi się matka. Wtem zobaczyłam, że w 

twarzy kochanka drgnął muskuł. 

- Tętent konia! - zawołał. 

Rzuciłam  ostatnie,  rozpaczliwe  spojrzenie  przez  okno.  Chyba  cud:  zobaczyłam 

jeźdźca na koniu galopującym z zawrotną szybkością po grobli, choć fale uderzały już teraz 

na wysokość końskich pęcin. Jeźdźcem była kobieta, która zamotała w pasie czarną spódnicę 

i pędziła na złamanie karku - szalona, wspaniała amazonka we wdowich szatach. 

I znowu zadzwonił telefon. 

Z każdą chwilą matka się przybliżała. 

-  Przybędzie  za  późno  -  powiedział  Jean-Yves,  a  jednak  nie  potrafił  przytłumić  w 

głosie nuty nadziei, że choć musi się to zdarzyć, to jednak może się nie zdarzyć. 

Trzeci nieprzejednany dzwonek. 

- Czy mam wejść do nieba, by cię sprowadzić na dół, święta Cecylio? Ty zła kobieto, 

chcesz, bym do swoich zbrodni dodał zbezczeszczenie małżeńskiego loża? 

A więc mam zejść na dziedziniec, gdzie mój małżonek w spodniach od londyńskiego 

krawca  i  koszuli  od  Turnbulla  i  Assera

9

  oczekuje  przy  pieńku  katowskim,  dzierżąc  w  ręku 

background image

miecz,  który  jego  pradziad  ofiarował  Małemu  Kapralowi  na  znak  poddania  się  Republice, 

zanim  się  zastrzelił.  Ciężki,  nagi  miecz,  szary  jak  ten  listopadowy  poranek,  ostry  jak  bóle 

porodowe, śmiertelny. 

Na widok mojego towarzysza mąż zauważył: 

- Niech ślepiec prowadzi ślepca, tak? Ale czy nawet tak zadurzony młodzieniec jak ty 

może sądzić, że ona naprawdę była ślepa na własne żądze, kiedy przyjęła ode mnie pierścień? 

Oddaj mi go, wszetecznico. 

W  opalu  zgasły  wszystkie  ognie.  Chętnie  zsunęłam  pierścień  z  palca  i  nawet  w  tym 

żałobnym  miejscu  moje  serce  stało  się  lżejsze,  kiedy  pozbyłam  się  klejnotu.  Mąż  wziął  go 

delikatnie i umieścił na czubku swego małego palca; dalej pierścień nie wchodził. 

- Wystarczy mi dla tuzina kolejnych narzeczonych - powiedział. - Na pieniek, kobieto. 

Nie, zostaw chłopca, zajmę się nim później przy użyciu mniej wzniosłego narzędzia niż to, 

którym zaszczycam moją małżonkę, nie obawiajcie się bowiem, iż śmierć was rozłączy. 

Wolno, wolno, noga za nogą przemierzałam bruk dziedzińca. Im dłużej odwlokę moją 

egzekucję, tym więcej czasu zyska anioł zemsty, by zstąpić... 

- Nie ociągaj się, dziewczyno! Czy myślisz, że stracę apetyt na posiłek, jeśli tak długo 

będziesz  go  szykowała?  Nie,  z  każdą  chwilą  będę  bardziej  głodny,  bardziej  pożądliwy, 

bardziej okrutny... Biegnij do mnie, biegnij! Mam gotowe miejsce na twoje przepiękne zwłoki 

w moim muzeum ciała! 

Uniósł miecz i siekąc nim, napełniał powietrze błyskami, ale ja nadal zwlekałam, choć 

nadzieja, tak niedawno obudzona, zaczynała słabnąć. Jeżeli dotąd jej nie ma, koń musiał się 

potknąć  na  grobli,  wpadł  do  morza...  Cieszyłam  się  tylko  z  jednego,  że  mój  kochanek  nie 

zobaczy, jak umieram... 

Mąż  złożył  moje  naznaczone  czoło  na  kamiennym  bloku  i,  jak  to  już  raz  kiedyś 

uczynił, zwinął mi włosy niby powróz i odsłonił szyję. 

-  Taka  piękna  szyja  -  powiedział,  chyba  ze  szczerą,  tęskną  czułością.  -  Szyja  jak 

łodyga młodej rośliny. 

Poczułam  jedwabistą  szorstkość  jego  brody  i  wilgotny  dotyk  ust,  kiedy  pocałował 

mnie w kark. I znowu ze swego stroju mogłam zachować jedynie klejnoty: niezawodne ostrze 

na pół przecięło suknię, która ze mnie opadła. Drobny, zielony mech rosnący w szczelinach 

katowskiego pieńka będzie ostatnią rzeczą, jaką zobaczę na ziemi. 

Świst ciężkiego miecza. 

I  gwałtowne  łomotanie  i  walenie  do  bramy,  brzęczenie  dzwonka,  oszalałe  rżenie 

konia!  Nieświęta  cisza  tego  miejsca  została  przerwana  w  jednej  chwili.  Ostrze  n  i  e  spadło, 

background image

naszyjnik  się  n  i  e  rozerwał,  moja  głowa  się  nie  potoczyła.  Na  moment  bowiem  bestia 

wstrzymała uderzenie, a ten ułamek sekundy zaskoczenia i niezdecydowania wystarczył, bym 

skoczyła na równe nogi i puściła się biegiem pomóc kochankowi, który po omacku mocował 

się z olbrzymimi ryglami, broniącymi matce wstępu. 

Markiz  stał  jak  wryty,  w  kompletnym  oszołomieniu,  niczego  nie  pojmując.  Było  to 

tak,  jak  gdyby  za  dwunastym  czy  trzynastym  razem,  kiedy  śledził  swego  ukochanego 

Tristana, Tristan się nagle poruszył, po czym zeskoczył z mar w ostatnim akcie, oznajmił w 

beztroskiej arii, zapożyczonej od Verdiego, że trzeba zapomnieć o przeszłości, z lamentu nad 

rozlanym mlekiem nic nikomu nie przyjdzie i co do niego, zamierza odtąd żyć szczęśliwie aż 

do śmierci. Animator kukiełek, z rozdziawionymi ustami, w najwyższym stopniu zdumiony i 

wreszcie całkowicie bezsilny, patrzył,  jak jego lalki zrywają sznurki, lekceważą obrzędy, w 

których  kazał  im  brać  udział  od  początku  świata,  i  rozpoczynają  własne  życie:  przerażony 

król jest świadkiem buntu swoich pionków. 

Nigdy nie widzieliście takiej furii jak moja matka: z włosami niczym biała grzywa, bo 

wiatr  strącił  do  morza  jej  kapelusz,  z  nogami  w  czarnych  fildekosowych  pończochach, 

odsłoniętymi do połowy ud, ze spódnicą zamotaną wokół talii, jedną ręką trzymająca lejce, w 

drugiej ściskająca wojskowy rewolwer ojca, na koniu, który cofał się i stawał dęba, podczas 

gdy  w  tle  fale  dzikiego,  obojętnego  morza  pełniły  rolę  świadków  rozsierdzonej 

sprawiedliwości.  A  mój  mąż  stał  porażony  -  jak  gdyby  była  Meduzą  -  z  mieczem  ciągle 

wzniesionym nad głową, niby w tych nakręcanych tableaux Sinobrodego, jakie w szklanych 

gablotach pokazują na jarmarkach. 

I nagle można by pomyśleć, że ciekawe dziecko wrzuciło swego centyma w otwór i 

wprawiło  wszystko  w  ruch.  Ciężka,  brodata  postać  z  głośnym  rykiem,  pieniąc  się  z 

wściekłości i dzierżąc sławny miecz, jakby szło o śmierć albo chwałę, rzuciła się do ataku na 

całą naszą trójkę. 

W  swoje  osiemnaste  urodziny  matka  rozprawiła  się  z  tygrysem  ludojadem,  który 

szerzył  spustoszenie  w  górskich  wioskach  na  północ  od  Hanoi.  Teraz  bez  chwili  wahania 

uniosła broń mego ojca, wymierzyła i wpakowała jedną, idealnie celną kulę w głowę mojego 

męża. 

Prowadzimy spokojne życie we trójkę. Odziedziczyłam oczywiście olbrzymią fortunę, 

ale  większość  rozdaliśmy  na  rozmaite  cele  charytatywne.  W  zamku  jest  teraz  szkoła  dla 

niewidomych, chociaż modlę się, by mieszkających tam dzieci nie nawiedzały żadne smutne 

duchy,  szukające,  opłakujące  małżonka,  który  nigdy  nie  powróci  do  krwawej  komnaty.  Jej 

zawartość została pogrzebana lub spalona, drzwi opieczętowane. 

background image

Uważałam, że mam prawo zatrzymać sobie pewną sumę, wystarczającą na założenie 

niewielkiej  szkoły  muzycznej  tu,  na  przedmieściach  Paryża,  i  dajemy  sobie  zupełnie  nieźle 

radę. Stać nas nawet czasami na pójście do Opery, chociaż, rzecz jasna, nie na lożę. Wiemy, 

że  jesteśmy  tematem  różnych  opowieści  szeptanych  na  ucho  i  wielu  plotek,  ale  my  troje 

znamy  prawdę  i  pusta  gadanina  nigdy  nie  zdoła  uczynić  nam  krzywdy.  Mogę  tylko 

błogosławić  tę  -  jak  mam  to  nazwać?  -  matczyną  telepatię,  dzięki  której  matka  owej  nocy 

pobiegła pędem na dworzec po moim telefonie. Nigdy przedtem nie słyszałam, żebyś płakała, 

powiedziała  gwoli  wyjaśnienia.  Nie  kiedy  jesteś  szczęśliwa.  A  kto  kiedy  płakał  z  powodu 

złotych kurków? 

Nocny pociąg, ten, którym ja jechałam; leżała na wąskim łóżku, nie śpiąc tak jak ja. 

Nie znalazłszy taksówki na opustoszałej stacyjce, pożyczyła poczciwą szkapę od zdumionego 

farmera, bo jakiś wewnętrzny głos naglił ją, by dotarła do mnie, zanim przypływ odetnie mnie 

od niej na zawsze. Moja biedna stara niania została w domu, zgorszona - co? przerywać jaśnie 

panu  miesiąc  miodowy?  -  a  wkrótce  potem  umarła.  Kiedy  po  cichu  tak  się  cieszyła,  że  jej 

mała dziewczynka jest markizą, ja nagle zjawiam się z powrotem, bez majątku, owdowiała w 

wieku lat siedemnastu w mocno podejrzanych okolicznościach i pilnie zajęta organizowaniem 

wspólnego  życia  ze  stroicielem  fortepianów.  Biedactwo,  doznała  smutnego  rozczarowania 

przed śmiercią. 

Żadna  barwiczka  ani  puder,  choćby  najgrubszy  i  najbielszy,  nie  są  w  stanie  ukryć 

czerwonego znamienia na moim czole. Cieszę się, że  on nie może go zobaczyć  - nie żebym 

bała  się  wzbudzić  w  nim  odrazę,  ponieważ  wiem,  że  widzi  mnie jasno  swoim  sercem  -  ale 

dlatego, że mi to oszczędza wstydu. 

 

Tytuł  oryginału:  The  Bloody  Chamber.  Pierwodruk  w  zbiorze  opowiadań  The  Bloody 

Chamber and Other Stones, Victor Gollancz, 1979. 

1

 Kwiat w niniejszym opowiadaniu ma wygląd kalii, a zapach lilii. W oryginale  lilies zostały 

w jednym miejscu uściślone na arum lilies, które z liliami nie mają nic wspólnego. Arum lily bowiem 

to  Zantedeschia  aethiopica,  należąca  do  rodziny  obrazkowatych,  nie  zaś  liliowatych,  w  Polsce 

powszechnie,  choć  podobno  błędnie,  zwana  kalią  lub  kallą.  Kalie  co  prawda  nie  pachną,  ale  opis 

konchy  i  łodygi  nie  pozostawia  wątpliwości,  o  jaki  kwiat  chodzi,  kalia  figuruje  też  na  okładce 

pierwszego  wydania  The  Bloody Chamber.  Pozostaje  jeszcze  dylemat  kalia  czy  kalla:  rozstrzygająca 

była dla mnie tradycja literacka (Orzeszkowa, Jasnorzewska-Pawlikowska). 

2

  Niniejszy  fragment  stanowi  nawiązanie  do  Ody  do  słowika  Johna  Keatsa:  „Zaklęte  wnęki, 

okna  w  groźnych  wiatrach  morza  /  wśród  piany,  tam  -  gdzie  kraje  baśni  zatracone”  (przekład  J. 

Pietrkiewicza),  a  także  do  nokturnów  Claude'a  Debussy'ego  Morze  i  Syreny,  wraz  z  komentarzami, 

background image

jakimi je kompozytor opatrzył („wśród fal srebrzonych światłem księżyca daje się słyszeć, wzmaga się 

i  oddala  tajemniczy  śpiew  syren”);  równocześnie  sugeruje  istniejący  realnie  wzór  zamku  markiza: 

opactwo Saint-Michel. 

3

 Ch. Baudelaire, Klejnoty. Zob. też opowiadanie Czarna Wenus. 

4

  La  terrasse  des  audiences  au  clair  de  lune  -  jedno  z  preludiów  Debussy'ego  z  zeszytu  2, 

powstałych w latach 1910-12. 

5

  „La  Coupole”  -  słynna,  do  dziś  istniejąca  restauracja  w  Paryżu,  niegdyś  miejsce  spotkań 

artystycznej bohemy. 

6

 Ch. Baudelaire, Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne, przekład A. Kijowskiego, Czytelnik 

1971, s. 275. 

7

 Tamże. 

8

 Das wohltemperierte Klavier  Bacha - dzieło o charakterze dydaktycznym, zawierające dwa 

cykle  po  24  preludia  i  fugi,  które  miały  być  materiałem  do  ćwiczeń  pianistycznych  we  wszystkich 

tonacjach. 

9

  Turnbull  and  Asser  -  elegancki  magazyn  dla  panów,  mieszczący  się  przy  Jermyn  Street  w 

Londynie.